BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy i Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

10 maja 2026

Od Rogatej Łapy do Urodziwej Łapy

Przeszłość

Mroźne podmuchy wiatru przeczesywały gęste futro kocura, przypominając o wszechobecnym chłodzie za każdym razem, kiedy próbował zebrać się w sobie, żeby wyjść na trening. Napierały na jego wibrysy, próbując zmienić tor jego zaplanowanej ścieżki. Trzciny pogrążyły się we śnie, zmuszone przez nagły chłód, a fale rozchodzące się po wodzie krążyły teraz wolniej, niż kiedykolwiek wcześniej. Wiatr wył w najlepsze, docierając do znacznej części kotów, które postanowiły dzisiaj wyściubić nos z legowiska. Przesiąknięta chłodem ziemia skrzypiała mu pod łapami, gdy wędrował za starszą kocicą, zastanawiając się, czego dzisiaj się nowego nauczy. Szedł z taką gracją, na jaką było go stać, jednocześnie nie prężył się niepotrzebnie niczym paw, ponieważ obecna sytuacja tego od niego nie wymagała. Mandarynkowa Gwiazda już na niego czekała, ale wydawało się, że miała na niego dzisiaj inne plany. Może powie mu, żeby czyścił legowiska starszych? To byłoby dla niego co najmniej nie na miejscu. Nawet jeśli jeszcze nie zapracował sobie na swoje imię, taki ruch ugodziłby jego ego i to szczególnie. Co prawda Pora Nagich Drzew nie była niebywale sroga, co było dość miłe, biorąc pod uwagę fakt, że dzięki temu Rogata Łapa nie dowiedział się jeszcze, jak to jest mieć odmrożone poduszki łap czy piekące z zimna, a także bólu, uszy.
Prędko dowiedział się, że zupełnie to nie po to został wywołany i usłyszawszy słowa srebrnej liderki, ustawił się posłusznie tuż za resztą kotów wybranych do patrolu. Miał dzisiaj uczestniczyć w jego pierwszym, dlatego musiał odznaczać się szczególną wyjątkowością, żeby każdemu zapadł w pamięci! Co prawda lotos na czole powinien sam w sobie już mu to gwarantować, aczkolwiek, ku jego zdziwieniu, niestety nie działało to w ten sposób i nie wystarczyło to, że się zwyczajnie pojawi i powie swoje. Musiał się jakoś z nimi dogadywać i przysługiwać klanowi, mimo wszystko. Gdy wyszli tunelem, co jakiś czas miał wrażenie, jakby Urodziwa Łapa na niego spoglądała. Odwróciwszy łeb w jej kierunku, w momencie, w którym znaleźli się odrobinę w tyle, ponieważ zaczęli iść wolniej, zmierzył ją wzrokiem, po chwili się uśmiechając, jakby chciał w ten sposób rozluźnić atmosferę. O co mogło jej chodzić? Nawet się przecież nie znali, była jego starszą koleżanką z legowiska… i nie została ogłoszona członkinią rodu, bo nawet nie była z nim spokrewniona.
— Urodziwa Łapa, tak? Miło mi cię poznać, jestem Rogata Łapa. Z pewnością już o mnie słyszałaś, ach, kto by nie słyszał! Widzisz, należę do bardzo wybitnych kotów, które ciągle doszukują się wiedzy, gdzie tylko mogą. Tak, jak oczekiwałoby się tego od każdego członka rodu — przedstawił się, teatralnie gestykulując łapą i szczerząc lekko kły, jakby mu to miało dodać do charyzmy.
Kotka machnęła ogonem z podenerwowaniem. Cała ta scenka absolutnie nie robiła na niej wrażenia, a fakt, że została z nim w tyle, sprawiał, iż była niepocieszona. Zmierzyła go wzrokiem, a sam Rogata Łapa nie zareagował na to jakoś szczególnie. Nie obchodziło go to bardzo, nawet jeśli chciał budować o sobie od początku dobrą opinię, to przecież nie mógł wpłynąć na zdanie każdego. Zdanie pojedynczych kotów więc nieszczególnie go przejmowało, chociaż tym razem był to pierwszy raz, kiedy ktoś zareagował na niego w ten sposób. Była to dla niego nowość, którą przyjął początkowo… nawet w porządku. Przynajmniej dopóki niebieska szylkretka nie zaczęła mówić.
— Rogata Łapo, nie wstyd ci, że traktujesz w ten sposób Fląderkę? Masz świadomość, że ona sobie nie wybierała wcale tego koloru futra? Jak możesz patrzeć na siebie codziennie i to bez wyrzutów sumienia, bez obrzydzenia sobą? — wysyczała, poruszając ogonem nerwowo na boki, a to nawet nie był koniec jej wywodu. — Jeśli myślisz, że ci uwierzę w te bajeczki, że ty to jesteś najlepszy, to się mylisz — dopowiedziała, jeszcze zanim nie uniosła brody ku górze, marszcząc brwi i mrużąc oczy i to wcale nie w figlarnym geście, a w szczerym obrzydzeniu jego zachowaniem.
Poruszony Rogata Łapa spojrzał na nią tak, jakby nie dowierzał, że zostało to powiedziane do niego. Ona miała czelność nie dość, że zwracać się do niego tak, jakby byli kolegami, na TY, to jeszcze posądzała go o coś, co… tak naprawdę nie było niczym złym w jego oczach. Zmarszczył nos, strzygąc pojedynczo wąsami. Poruszył kitą z gracją, próbując z całej siły nie wybuchnąć przy reszcie, która nieszczególnie ich słuchała, ponieważ gawędziła z przodu, więc mógł być o tyle spokojniejszy. Chociaż czemu? Czemu, skoro nie robił nic złego?
— Możliwe, że się nie zrozumieliśmy albo coś ci się pomyliło. Może nie wiesz, z kim rozmawiasz, mimo że właśnie się przedstawiłem. Przypomnę; zwracaj się do mnie per książę Rogata Łapo albo dla ciebie to nawet i Panie książę Rogata Łapo. Przypomnę ci pewną ważną rzecz – ja należę do rodu królewskiego, w dodatku nieszczególnie obchodzi mnie to, czy ona sobie wybierała ten kolor futra, czy nie, a twoje zdanie odnośnie do czekoladowych — tutaj skrzywił pysk, tym razem z czystym obrzydzeniem, jakby miał zaraz zwrócić swoje śniadanie. W dodatku łapą wskazał na swój krwisty lotos na czole, chcąc podwójnie poprawić jej pamięć. — Kotów jest martwiące. Czy Złocisty Widlik, twój, z tego, co mi wiadomo, przybrany ojciec nie uczył cię podstaw, którymi kieruje się każdy porządny Nocniak? Może cię uczył, a ty zupełnie nic z tego nie wyniosłaś? Rozumiem, że cała ta szopka jest po to, żeby pokazać mi, że chcesz być inna od reszty, ale niekoniecznie w dobry sposób? — powiedział do niej, z drgającą brwią. Ledwo trzymał własne nerwy na wodzy. Miał świadomość, że kotu takiemu jak jemu, nie wypadało tak syczeć i warczeć na każdego dookoła, nawet jeśli niekoniecznie zgadzali się z jego jakże… kontrowersyjnymi widocznie poglądami. Uniósł brew i spojrzał na nią tak, jakby nie oczekiwał sensownej odpowiedzi z jej strony. — Jeżeli myślisz, iż w ten sposób uda ci się sprawić, żebym spojrzał na ciebie bardziej przychylnie, to się mylisz. Ja na koty spoglądam przez pryzmat bardzo wielu rzeczy, które mogą być dla ciebie zbyt skomplikowane, ponieważ wychowujemy się w dwóch zupełnie różnych towarzystwach, mimo że dzielimy to samo legowisko — nie mógł oczywiście zaprzepaścić okazji do tego, żeby się pochwalić, jak on to miał lepiej od wszystkich i najlepiej by było, gdyby go posadzili w tym momencie na tronie, ogłaszając panem i władcą wszystkich.
— Chyba śnisz! Myślisz, że mi robi różnicę to, czy masz legowisko wyścielone piórami najtrudniejszych do złapania ptactw wodnych, czy zwyczajnymi paprociami? I czy masz na czole lotos, czy go nie masz? Jeśli nie masz czegoś tak podstawowego, jak szacunku, to go nie oczekuj ode mnie, prostaku! Skoro jesteś takim panem ważnym i wyniosłym, to by wypadało zainteresować się może podstawami, które tak sprawnie starasz się omijać i przez to wychodzisz na mysiego móżdżka, który gada głupoty, które usłyszał od kotów o równie zacofanych poglądach — powiedziała, przyspieszając w tym momencie kroku, żeby zrównać się z kotami prowadzącymi ich.
Rogata Łapa miał ochotę podejść do niej, dogonić tę bezczelną kotkę, jednak… tym razem sobie odpuścił. Co on sobie będzie zawracał głowę jakąś durną, prostacką kotką, która w dodatku nie rozumiała takich podstaw! Jak można było nie rozumieć czegoś tak banalnego, co pojmowały już kocięta w żłobku? Gdy tak ciskało iskrami z jego oczu, mięśnie miał napięte, a krok sztywny z poirytowania, Urodziwa Łapa rzuciła jeszcze w jego stronę:
— Nie popłacz się tylko.
Rogata Łapa łypnął w jej kierunku wrogo, nieomal nie wysuwając pazurów i nie rzucając się na swoją starszą koleżankę. Żebyś… Żebyś to ty się zaraz nie popłakała! — pomyślał, wręcz cały kipiąc ze złości. Nie. Musiał się opanować, nie wolno mu było od razu na każdego skakać z wysuniętymi szponami, bo by to się dla niego skończyło bardzo źle, a jeszcze gorzej dla jego opinii o nim, nad którą tak starannie się pochylał i starał o jak najlepszą. Nie pozwoli na to, żeby ta durna uczennica mu to wszystko zrujnowała swoją niewiedzą. Wypchaj się, rybi móżdżku — pomyślał jeszcze, idąc teraz u boku jednego z wojowników, który towarzyszył im podczas patrolu. Końcówka ogona podrygiwała mu nerwowo, jednak udało mu się jakimś cudem z powrotem skupić na przydzielonym mu zadaniu, więc nie mógł narzekać.

***

Teraźniejszość

Rogata Łapa co jakiś czas kasłał pod nosem, jednak było to spowodowane raczej nagłym wysiłkiem, niżeli chorobą, która dokuczała mu tak naprawdę jeszcze ostatnio. Podszedł do sterty i za pozwoleniem mentorki, wybrał sobie z niej najdorodniejszą rybę, jaką tylko mógł znaleźć. Jeżeli chciał rosnąć, stać się silniejszym, to musiał jeść. Jeść i to jak najwięcej samych dobrych rzeczy. Pora Nowych Liści sprawnie przegoniła mroźną i dość brzydką Porę Nagich Drzew, co było dla niego naprawdę pocieszające. Przyjemny, sielankowy wiatr napierał na jego pyszczek, puszczając parę złotych promieni, podkreślając jego wyróżniającą się urodę. Czuł się teraz niczym wyjęty z najpiękniejszego snu. Tak, jakby tylko spojrzeniem mógł skraść serce każdej kotki, która mogłaby go potencjalnie interesować. Nie… tak naprawdę, to żadna go w danej chwili nie interesowała. On dopiero zaczynał poznawać Nocniaków, a gdy tylko pomyślał o poznanych przez niego kotkach, to oczywiście oprócz jego rodziny i reszty członków rodu, na jego myśl przyszła pewna nieprzyjemna uczennica, która podczas jego pierwszego patrolu powiedziała mu parę nieprzychylnych słów, które nie spotkały się z pozytywną reakcją z jego strony. Zastrzygł uchem, gdy do jego uszu doleciał znajomy mu, irytujący go głos. Dostrzegł niebieskooką tuż obok tej kolejnej pokraki, Przypalonej Łapy. Łyse plamki na ciele nie mogły świadczyć o niczym dobrym. Starszy uczeń wydawał się znacząco spokojniejszy i pocieszony w jej towarzystwie. Szkoda, jaka szkoda, że ich spotkanie nie mogło potrwać dłużej. Nagle zawołał go Zmierzchająca Fala, jego mentor, tym samym przerywając gołąbkom ich jakże miłe spotkanie. Rogata Łapa podszedł twardo do Urodziwej Łapy, patrząc na nią z niby obojętnością.
— Czy już zmądrzałaś? — zapytał, siląc się na tak neutralny i monotonny ton, na jaki tylko było go stać. Chciał, żeby to jej podniosło się tym razem ciśnienie. Nie miał jednak pojęcia i nie rozmyślał nad tym szczególnie, czy w ten sposób osiągnąłby to, na czym mu zależało.

<Urodziwa Łapo, a może raczej "rybi móżdżku"?>

[1606 słów]

09 maja 2026

Od Krokusowej Kruchości CD. Dzikiego Berberysu

– L-lubię – miauknęła, walcząc z myślami, że właśnie okłamała kocura.
Tu nie chodziło o to, czy lubi oglądać Srebrzystą Skórę czy nie, nawet jeśli ruch nocnego nieba koił jej duszę i zabierał smutki. Po prostu w nocy mogła rozmawiać z tatą, który kroczył wśród Gwiazd. Cóż, właściwie prowadziła monolog w myślach, starając się odgadnąć, co zmarły wojownik mógłby jej odpowiedzieć i doradzić. Jednak nie miała na tyle odwagi, aby poinformować o tym świeżo mianowanego wojownika. Nie wyśmiałby jej raczej, jednak nie była z nim na tyle blisko, aby dzielić się z nim aż takimi prywatnymi rzeczami. Na razie wystarczyło, że została jego "partnerką w zbrodni" podczas czuwania. Przełknęła nerwowo ślinę, mając nadzieję, że nikt ich nie zauważył, a tym bardziej faktu, że kocur odezwał się do niej podczas czuwania. Sama również nie miała zamiaru o tym nikomu wspominać, nie chciała, aby kocur miał z tego powodu kłopoty.
– Obserwowanie gwiazd pomaga mi w odpoczynku... Działa na mnie kojąco? Podobnie jak moczenie łap w zimnej wodzie. – przechyliła łebek, doprecyzując odpowiedź. Nie była do końca pewna czy dobrze określiła towarzyszące jej odczucie. – Na ciebie chyba również to chyba działa. Wyglądałeś na zrelaksowanego podczas czuwania, Dziki Berberysie.
Podzieliła się z kocurem piszczką, pozwalając mu zjeść większą część, z którą od dłuższego czasu się męczyła. Gdyby nie Burzowe Chmury, który wręcz wcisnął jej piszczkę w łapy, gdy tylko wyszła z legowiska wojowników na środek obozu, zdecydowałaby się na mniejszy posiłek. I wtedy nie miałaby okazji porozmawiać z wojownikiem, przynajmniej nie od razu po przebudzeniu. Nerwowo uciekła spojeniem w bok, zastanawiać się jak powinna podtrzymać rozmowę. Nie chciała wyjść na nudną, ale przecież taka była. Co by powiedziała na jej miejsce Słodka Dziewanna?
– Krokus! – Po obozie rozległ się głos Równonocnej Łapy, która energicznym krokiem kierowała się w stronę dwójki kotów. – Ty wstrętna wiercipięto! O mało nie doprowadziłaś mamy do zawału, gdy zorientowała się, że twoje posłanie jest puste! – fuknęła na siostrę, która zestresowała się nie na żarty, po czym przeniosła spojrzenie na starszego kocura i się z nim przywitała. – Dzień dobry, Dziki Berberysie! Jeszcze raz gratuluję z okazji mianowania! Królicza Gwiazda wybrał dla ciebie idealny człon!
Krokusowa Kruchość wstrzymała oddech, gdy niebieska szylkretka rozmawiała z świeżo mianowanym wojownikiem. Nie powiedziała zarówno Słodkiej Dziewannie, jak i Burzowym Chmurom o tym, że zamierza obserwować gwiazdy. Zazwyczaj nikt nie robił o to zamieszania, a jednak w związku ostatnimi wydarzeniami mama musiała się wystraszyć, gdy odkryła jej puste posłanie. Miała nadzieję, że rodzicielka nie widziała jej u boku Dzikiego Berberysu... a tym bardziej tego, jak kocur się do niej odzywa! Bo co jeśli w złości na jej wybryk doniosłaby na niego i kocur miałby anulowaną ceremonię... czy to byłoby możliwe... Tata chyba jej nie nakrył poza obozem, bo na pewno podczas obdarowania ją piszczką zasypałby ją pytaniami. A mama? Skoro się zmartwiła, na pewno poszła jej szukać.
– M-mama – wyjąkała. – M-muszę porozmawiać z mamą... – Podniosła się pośpiesznie z miejsca.
Posłała przepraszające spojrzenie kocurowi, w związku z tym, że tak szybko zostawiła go samego tuż po tym, jak się do niej dosiadł. Cóż, właściwie nie samego. Zostawiła go z Równonocą.
Szybkim krokiem pokonała obóz, starając zlokalizować liliowo-kremowe futro matki. Spostrzegła je w legowisku starszyzny. Niczym małe kocię, które nic sobie nie robiło z obecności innych kotów, dopadła do boku matki, wtulając sierść w jej pysk.
– Przepraszam, że nie powiedziałem, że pójdę obserwować gwiazdy... – zahlipiała, ignorując komentarz Ognistej Piękności na temat tego, że przecież jej duża kotką, a w dodatku wojowniczką, a nie uczennicą czy kociakiem, aby tak się zachowywać. Później będzie się za to wstydzić. – Szukałaś mnie?
– Szukałam... – miauknęła kocica, mrużąc spojrzenie. – Wystraszyłam się, że może wyszłaś za potrzebą i zasłabłaś... albo ktoś lub coś cię zaatakowało – Polizała Krokus po głowie. – Jednak odetchnęłam z ulgą widząc, że nie jesteś sama. – Uśmiechnęła się do córki, nie racząc dodać nic więcej, aby Ognista Piękność miałam temat do plotek.
Krokus speszyła się, jednak również odetchnęła z ulgą, że to mama, a nie ojciec zobaczył, jak towarzyszy rudemu kocurowi podczas czuwania. Kocica była wyrozumiała, co ucieszyło młodą wojowniczkę. Pozostawało jej teraz jeszcze raz przeprosić kocura i obiecać mu, że nie zamierza nikomu wspomnieć o jego nocnym czuwaniu, którego przypadkowo stała się częścią. Tak jak i on nie miał zamiaru powiedzieć nikomu o jej nocnym wymknięciu się.

~~~

Nerwowo poruszyła nosem, nie odstępując boku Słodkiej Dziewanny. Spojrzenie miała utkwione w Świerszczowym Skoku. Podobno kocur dopuścił się zbrodni, a przynajmniej coś takiego zostało ogłoszone podczas zebrania. Kryjąc się za matką, położyła po sobie uszy. Bała się, że kocur zechce skrzywdzić jeszcze jakiegoś innego kota. Przylgnęła do boku Równonocy, która pozwoliła jej wtulić pysk w szylkretowe futro. Przepełnione smutkiem, jak i strachem o potomków kocura spojrzenie miała utkwione w Dzikim Berberysie, Zwiewnym Maku, Trzmielim Pyłku oraz Ciernistej Łapie.

~~~

Mimo, że ostatnio udało jej się zaprzyjaźnić w pewnym sensie z rudym kocurem, nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów, aby pocieszyć go. W ciągu krótkiego czasu stracił tak wielu członków rodziny. Każdy po takich wydarzeniach byłby przybity. Przez długi czas wahała się, czy powinna niepokoić kocura, który najprawdopodobniej nie chciał słyszeć kolejnych kondolencji z pyska współklanowicza. W końcu jednak podjęła decyzję. Pochwyciła ostrożnie jaskółkę ze stosu ze zwierzyną i zniknęła w legowisku wojowników, zatrzymując się tuż przed posłaniem kocura. Dziki Berberys zarejestrował jej obecność, jednak oprócz uniesienia wzroku, nie poruszył się. Odłożyła jaskółkę przed jego posłaniem i delikatnie popchnęła ją noskiem w jego kierunku, aby był w stanie sięgnąć po nią pyskiem, bez ruszania się z miejsca.
Być może gdyby była pewniejsza siebie i była z nim bliżej, przytuliłaby go, jednak sama wizja tego sprawiła, że się zestresowała. Ukradkiem zerknęła w kierunku wyjścia, które znajdowało się na wyciągnięcie łap. Nie miała jednak zamiaru zostawiać samego Berberysa, tym bardziej w tym momencie, dlatego zdecydowałam się spróbować pokonać towarzyszący jej stres. No chyba, że kocur zażyczy sobie, aby go zostawiła w spokoju. Wtedy czym prędzej się ulotni.


<Berberys?>

Od Cienistej Zjawy CD. Zalotnej Gwiazdy

– Dobry wieczór, matko. – Bury skinął matce na powitanie, pochylając głowę bardziej niż powinien. Nie tyle co chciał ją pozdrowić, ale okazać należyty szacunek. – Nim się spostrzeżemy, Tęgosz lada dzień zostanie pełnoprawnym członkiem kultu. Wciąż trudno mi uwierzyć, że rozwija się prawidłowo będąc na mleku Wrotyczowej Szramy – poinformował matkę, dzieląc się tym, czego zdołał nauczyć dotychczas swego potomka. Co prawda Tęgosz nadal był tylko małym pełzaczem, jednak chciał, aby już od małego wierzył w Mroczną Puszczę. Wrotyczowa Szrama miała zakaz rozmowy z rudzinką pod groźbą odgryzienia jej języka przez Cienistą Zjawę, gdyby spróbowała przelać na wnuka Zalotnej Gwiazdy. Miała go tylko karmić i ogrzewać. Nic więcej. – Co do Sardeli, również uważam, że ma spory potencjał. Z tego co udało mi się zauważyć wykazuje zainteresowanie opowieściami matki Kultu. Ma zadatki na zostanie kultystką, o ile trafi na odpowiedniego mentora i ograniczy jej się kontakt z kotami wierzącymi w Klan Gwiazdy... sądzę, że Ognikowa Słota ucieszyłaby się z uczennicy, która wykazuje zainteresowanie naszą wiarą. Nie to co Cykoriowy Cykor. – Poruszył wąsami.
Nie poruszył tematu Garbatka. Według niego brązowym powinno się nakarmić kruki, jednak równie dobrze można było poczekać do próby uczniowskiej. Decyzji matki w związku z drugim z kociąt Wrotyczowej Szramy nie miał zamiaru podważać.
– Mam pewną prośbę – podjął, spostrzegając, że matczyne spojrzenie zatrzymało się na zmierzającym w ich kierunku Pustułkowym Szponie – Chciałbym żeby mentorem Tęgosza został nie kto inny, ale ty matko.

~~~

Postanowił spędzić z synem więcej czasu niż dotychczas. Łupiąc złowrogo na Wrotyczową Szramę, usadowił się niedaleko posłania i przyciągnął do siebie ogonem rudego szkraba. Czy kolejny raz miał zamiar opowiedzieć mu o dziedzictwu przodków i Mrocznej Puszczy? To też! Jednak również poczuł potrzebę opowiedzenia synowi o jego matce. Z kwadry na kwadrę był do niej coraz bardziej podobny, jednak również dało się zauważyć, że kocurek przejawiał cechy, które świadczyły o jego pokrewieństwie z Cienistą Zjawą. Im częściej zauważał to podobieństwo, tym bardziej przekonywał się do kocurka i nie odpychał go od siebie.
– Była z niej dziwna, acz silna kotka. Jak pewnie już wiesz, była samotniczką. To nic złego wiązać się z samotnikami w celu posiadania potomstwa, aby przysłużyć się klanowi, i nie tylko jemu. – wytłumaczył, chcąc się w pewnym sensie wytłumaczyć z tego, dlaczego jego matka nie jest wilczaczką. – I była ładna... Bardzo ładna – Darował sobie wspomnienie o szramie zdobiącej pół pyska kocicy. Kiedyś, nim zyskała bliznę na pewno była piękna. Cienista Zjawa żałował, że nie mógł poznać jej wcześniej. Prawdopodobnie wtedy na dobre przepadłby i kto wie, gdzie teraz by był. – Jesteś tak samo rudy, jak i ona, ale budowę ciała przynajmniej masz po mnie! – Poczochrał łapą po łebku Tęgosza.
– A jak miała na imię?
– Południca. Nie mam zielonego pojęcia cóż to takiego, ale brzmi ładnie, nie sądzisz?
Jeszcze przez chwilę rozmawiał z synem, starając się odpowiadać na jego pytania, jak i indoktrynować, gdy Tęgosz zadał pytanie, którego się nie spodziewał usłyszeć. Kocurek chciał, aby mama chociaż na chwilę mogła do niego wrócić, bo chciał ją poznać i wtulić się w jej futro. Początkowo chciał skarcić syna za to, że jest miękki, jednak był przecież kilkuksiężycowym kocięciem.
– Niestety nie może wrócić. Mówiłem ci o Mrocznej Puszczy, pamiętasz? – Wątpił, że kocica trafiła tam po śmierci, w końcu jak skończona idiotka czciła ogień, jednak może przodkowie uznali, że jako matka przyszłego kultysty mogłaby zasiąść wśród nich? – Pewnie teraz nam się przygląda. Na pewno będzie z ciebie dumna, jeśli będziesz dzielnie trenować na wojownika i słuchać nauk moich, matki Kultu, Ognikowej Słoty, Nadciągającego Pomroku czy babci Zalotnej Gwiazdy.
Właściwe, gdyby Tęgosz wyraził takie życzenie, mógłby znaleźć kocurkowi inną mamę. A nawet dwie! A może nawet i rodzeństwo, gdyby młodzik zaniechał bycia jedynakiem. Początkowy problem w postaci nieplanowanego kocięcia zaczął być słabym punktem Cienistej Zjawy.

~~~

Uśmiechnął się pod nosem widząc, jak Tęgosz kroczy u boku Zalotnej Gwiazdy podczas spaceru po obozie. Kociak z zaciekawieniem słuchał słów babki i aktywnie brak udział w rozmowie. Miał nadzieję, że w przyszłości kocur okaże się być dumą nie tyle co klanu, kultu, ale i jego samego. Był ciekaw na jego imię zasłuży sobie kocur, gdy ukończy trening i zyska drugi wojowniczy człon.
– Udał mi się dzieciak, co? – zagaił do jednej ze swoich sióstr, która właśnie dzieliła języki z rudą kotką. Dumnie wypiął pierś, pusząc się niczym paw. Spostrzegł zirytowane spojrzenie siostry. – Twoje również będą udane!

~~~
*tw. wspomnienie śmierci drugiego kota*

Nie spodziewał się, że kremowy burzak będzie aż taki ciężki i trudno mu będzie go przetransportować na tereny Klanu Wilka. W końcu udało mu się znaleźć dół, w którym spoczęło ciało. Oprócz zasypiania dołu, zdecydował się również zakryć mogiłę zbutwiałymi liśćmi oraz gałęziami.
Otrzepał się, pozbywając się resztu towarzyszącego mu stresu. Pozostawało mu jeszcze zamaskować zapach na granicy, jednak nie miał zamiaru korzystacie z lawendy. Jej zapach tak blisko granicy mógłby wzbudzić podejrzenia. Pozostawała mu jeszcze jedna rzecz, aby nie dopuścić do wojny klanów przez swoją urażoną dumę i pochopne działanie. Rzecz, po której będzie musiał porządnie się wyszorować językiem, jak jeszcze nigdy.

~~~

Podczas patrolu granicznego kilkukrotnie został zapytany przez patrol Klanu Burzy o niebieskiego wojownika o krótkiej sierści i brązowych oczach. Odetchnął z ulgą, że nie był wypytywany o kremowego przewodnika, którego przypadkowo pozbawił życia. Być może kocur nie miał rodziny w klanie, a może nawet i nie był lubiany. Miał nadzieję, że tak było.
– Niestety nie. – miaknął siląc się na współczujący ton. Stojąca przed nim kotka z trudem powstrzymywała łzy. Prawdopodobnie, gdy tylko oddali się od granicy wybuchnie płaczem. – Czy ten kot był ci bliski?
– M-mhm... – Przytaknęła. – Jest moim ta... tatą.
– Och, rozumiem. Mój ojciec również zniknął pewnego razu... Bądź dobrej myśli. Na pewno jest zdrów i lada dzień z powrotem wróci do klanu! Pewnie chciał się wyszaleć, póki jeszcze może. Przestrzeganie kodeksu jest doprawdy uciążliwe, nie sądzisz? – zażartował, co pomogło burej szylkretce powstrzymać łzy
– Mogę jeszcze o coś zapytać... nie spotkałeś mojego taty, a może... widziałeś jakiś czas temu puchatego kremowego kota? – Po krótce opisała wygląd Słonecznego Fragmentu.
– Jestem pod wrażeniem, że jesteście w stanie rozróżnić rude i kremowe koty... dla mnie wszystkie wyglądają tak samo. Nie zliczę ile razu pomyliłem rudasa od was na zgromadzeniu! – spojrzenie zatrzymał na rudej kotce, o wysuniętych uszach stojącej niedaleko z tyłu. Obserwowała młodą kotkę i Wilczaka, gotowa w każdej chwili na atak, gdyby Cienistej Zjawię strzeliło coś głupiego do głowy. – Z opisu wnioskuję, że był podobny do niej? Brat? Ojciec?
– Kuzyn... i mój wujek. Był przyjacielem mojego taty, jednego i drugiego, jak i mamy... Zaginął niedługo przed zaginięciem taty i zastanawiam się, czy może tato nie udał się go poszukać... jego, albo mojej siostry...
Na Mroczną Puszczę, ile ta kotka miała członków rodziny. Dwóch ojców? Matkę? Dwie matki? Cały klan był jej rodziną?! Uspokój się. On nie był przecież prawdziwą rodziną tylko przyjacielem rodziny.
– Nie widziałem go. I uprzedzając twoje kolejne pytanie, twojej siostry również nie widziałem. Wybacz, ostatnio spędzałem więcej czasu w obozie, ponieważ moja partnerka urodziła kocięta... – Pół prawda, pół kłamstwo. – Urocze maluchy. Sama rozumiesz, dlaczego nie ciągnęło mnie na granicę i wymigiwałem się z obowiązkowów, aby spędzić z nimi każdą chwilę... Muszę już iść. – dodał, widząc jak Kocimiętkowy Wir zwołuje resztę patrolu.
Oddalił się od granicy, ruszając w kierunku rudziny z kikutem zamiast puchatego ogona. Nim jednak dołączył do grupy, zatrzymał spojrzenie na matce, która towarzyszyła im podczas tego patrolu. Postanowił poinformować ją o tym, że koty w Klanie Burzy ostatnio się wykruszają. Na pewno ta informacja będzie dla niej niczym miód na serce.


<Matko? Następnym razem trzeba zabrać Tęgosza na spacer>

Od Dzikiego Berberysu

Padał deszcz, a on powoli zakradał się do zająca, który skubał trawę. Szum zagłuszał jego kroki, a wiatr działał na jego korzyść. Był tak blisko swojej zdobyczy. Czuł jej zapach na swoich wibrysach. Chciał poczuć jej krew w swoim pysku. Zacisnąć szczęki i pazury na futrze szaraka. Spiął mięśnie do wyskoku, kiedy zwierzyna zobaczyła ruch w trawach na przeciw i uciekła.
Dziki Berberys warknął wrogo w kierunku wysokiej trawy. Zapach deszczu częściowo osłabiał woń, jednak był pewien, że byli to jego pobratymcy.
— Nie mogliście poczekać?! Przecież widzicie, że poluje! — prychnął, otrzepując się z nadmiaru wody, która z łatwością przemoczyła, jego półdługie futro.
— Na zające się nie poluje w pojedynkę, Dziki Berberysie — odpowiedział szorstko Ciernista Łapa, wychodząc z traw, a zaraz za nim wyłoniła się czarna sylwetka Zwiewnego Maku.
— Potrzebowałeś asystencji siostry żeby się tutaj dostać, co? Braciszku? — prychnął, zirytowany arogancją brata.
Ciernista Łapa zmierzył go wrogim spojrzeniem, i zjeżył swoje przemoczone futro. Między nimi stanęła Zwiewny Mak, która wielkimi oczami zlustrowała dwójkę braci.
— Nie musicie się kłócić! Przyszliśmy porozmawiać, a przynajmniej tak twierdzi Ciernista Łapa. Dziki Berberysie wysłuchaj go, proszę — siostra podeszła do niego na odległość ogona, a wraz z nią Ciernista Łapa.
— Nie wiem, czy jest o czym rozmawiać — burknął do siebie pod nosem, jednak tak by owa dwójka go usłyszała.
Zwiewny Mak jedynie posłała mu zmartwione spojrzenie, a Ciernista Łapa warknął ostrzegawczo. Zapadła między nimi ciężka cisza, którą mogłoby się ciąć tępymi pazurami. Bracia wpatrywali się w siebie z wyczekiwaniem i napięciem, które starała się załagodzić ich siostra cichym mruczeniem.
— No więc? — pogonił brata.
— Chodzi o władzę — zaczął Ciernista Łapa ściszonym głosem.
Zainteresowany Dziki Berberys rozluźnił mięśnie i uważnie słuchał, co tamten miał do przekazania.
— Są koty, którym nie podobają się rządy Króliczej Gwiazdy. Ja jestem jednym z nich i myślę, że wy również. Powinniśmy pomścić śmierć naszego brata oraz matki. Nie zasłużyli, by skończyć w tak tragicznych okolicznościach, a wszystko dało się zapobiec, gdyby Królicza Gwiazda wraz z Zawodzącym Echem, rzeczywiście byliby zainteresowani życiem klanowym. Jagodowe Marzenie oraz Trzmieli Pyłek jeszcze by żyli, gdyby nie ta obłuda!
Musiał przez chwilę się zastanowić nad słowami brata. Wiedział, że mówi on prawdę… Jednak… Przecież się tak bardzo nie lubili i teraz mieliby się zjednoczyć, żeby obalić lidera? Może Ciernista Łapa tego nie powiedział, jednak Dziki Berberys widział w jego niebieskich oczach furię, którą sam odczuwał nie tak dawno temu. Powoli skinął mu głową, zgadzając się z nim.
— Kto jeszcze jest przeciwny Króliczej Gwieździe oraz Zawodzącemu Echu? — mruknął, obserwując ukradkiem pysk Zwiewnego Maku, która wydawała się nie rozumieć, w którym kierunku może zmierzyć ich plan.
— Na pewno Tańcujące Pierze oraz Nieustraszony Chomik.
— Ten młodziak? On ma jeszcze mleko pod nosem… — wtrąciła się Zwiewny Mak. — Na pewno to on planuje zdetronizować lidera?
Dziki Berberys również nie spodziewał się usłyszeć imienia, młodziutkiego wojownika.
— Tak, koty zaczęły zauważać, w jak strasznym przywódcom jest Królicza Gwiazda. Nie możemy pozwolić, by Klan Burzy był słaby, przez kogoś takiego, jak on — Ciernista Łapa zarzucił swoją przemoczoną grzywkę na bok. — Myślisz, że bez powodu mnie trzymają nadal jako ucznia? Jestem równie dobrze wyszkolony, co wy. Pewnie przypominam im Świerczowego Skoka i dlatego tkwię w miejscu.
Akurat w tym nie wierzył swojemu bratu. Dla niego Ciernista Łapa po prostu za mało się starał. Miał lepszą mentorkę, ich matkę, i nadal tkwił z tą samą rangą. Mógłby się bardziej przyłożyć, to koty by go zauważyły i doceniły.
Zwiewny Mak zauważyła, że się zaczął cieszyć pod nosem, z niepowodzenia brata i zawczasu trąciła go barkiem. Odchrząknął starając się ukryć poirytowanie, czujnością siostry.
Nadal nie był przekonany, czy dołączyć do kotów, które chciały pozbyć się lidera. W szczególności, jeśli miał tam być Ciernista Łapa. Jakby ich plan się nie powiódł, to wizja skończenia okrzykniętego jako zdrajca i wylądowanie w izolatce wraz z jego bratem i jakąś bandą obdartych Burzaków, przyprawiała go dreszcze.
— Nawet jakby udało nam się tego dokonać, to kto objąłby władzę? — wtrąciła się po długiej ciszy Zwiewny Mak.
— Nie obiecali mi tego, jednak, ja chętnie objąłbym przywództwo i kogoś z was wyznaczyłbym na zastępcę. Jednak nie mam pewności, czy udałoby się obalić Zawodzące Echo wraz z Króliczą Gwiazdą.
Ciernista Łapa… jako lider? Kot, z którym od początku rywalizował o uwagę rodziców, przepychali się w szkoleniu… Teraz miałby zająć tak wysoką pozycję przez siłę i pozbycie się dotychczasowej władzy? Dziki Berberys nie mógł na to pozwolić. Nie pozwoliłby liznąć nawet posłania przywódcy Ciernistej Łapie. Zjeżył swoje mokre futro na karku i skinął w końcu głową.
— Jestem za. Dołączę do kotów, które chcą pozbyć się Króliczej Gwiazdy. Klan Burzy musi się znów stać potężny. Nie możemy pozwolić by władza wpadła w nieodpowiednie łapska — wyrwał się z odpowiedzią, co zdziwiło dwójkę jego rodzeństwa.
— Ja również wam pomogę — miauknęła z determinacją Zwiewny Mak.
Po minie Ciernistej Łapy, mógł spokojnie stwierdzić, że nie spodziewał się, że tak szybko będzie w stanie przekonać ich do dołączenia do rebelii. Jednak nie wiedział, że Dziki Berberys nie robi tego z zemsty, jednak z chęci władzy. Nie zamierzał stracić takiej okazji, żeby dorwać się wysokiej rangi, tylko dlatego, że pozwolił Ciernistej Łapie samemu wziąć udział w takiej misji. Nie zamierzał dopuścić do takiej możliwości, żeby tamten był chociaż wąs wyżej od niego.
— W takim razie możecie wracać. Nic tutaj po was — przewał błogą ciszę i zgodę, która między nimi zapanowała. — Jestem na polowaniu i zamierzam, wrócić do obozu z czymkolwiek, co nasyci chociaż jeden pysk.
Odwrócił się na pięcie i ruszył całkowicie przemoczony w dal ich terytorium, szukając czegokolwiek do złowienia. Musiał przemyśleć, w co dokładnie wpadł.

🌧🌧🌧

Od Rogatej Łapy

Podmokłe tereny otoczone licznymi zbiornikami wodnymi zaczęły jarzyć się na zielono, wreszcie przynosząc ze sobą pierwsze, cieplejsze podmuchy wiatru i ten charakterystyczny zapach, który zawsze towarzyszył miłej, sielankowej wręcz Porze Nowych Liści. Ptaki śpiewały radośnie na gałęziach, a pierwsze patrole wysłane na wyspy, żeby zapolować, cieszyły się z ocieplenia, które wreszcie zawitało na terenach klanów. Łowy obecnie były niezwykle owocne, humor też jakoś, wydawało się, był dość pozytywny u lwiej części kotów. Rechot żab niósł się echem, a pluski w wodzie wskazywały na większą aktywność i liczebność ryb. Sielanka ta odbiegała trochę od tego, w jaki sposób czuł się point. Rogata Łapa leżał wygodnie w swoim wyścielonym legowisku, odpoczywając po odbytym treningu wraz ze swoją mentorką. Czuł lekkie pulsowanie w zmęczonych łapach, aczkolwiek był z siebie dumny, że udało mu się dzisiaj tak wiele nauczyć i pokazać babce znowu, że nie postąpiła źle, wybierając go jako swojego ucznia, takie miał przynajmniej nadzieję. Nie chciał jej zawieść. Wtulił się w miękki, ciepły króliczy puch, który zapewniał mu więcej ciepła, mimo że wcale nie było tak zimno. Ostatnimi czasy szukał ciepłych miejsc, które umożliwiłyby mu szybsze ogrzanie się. Podczas wypowiedzi kichał żałośnie i kasłał niejednokrotnie, a wodnista wydzielina towarzyszyła mu, odkąd zanurzył się cały w wodzie, co było dość… nieprzyjemne dla niego, ponieważ teraz musiał borykać się z przewianiem, a ewentualne pogorszenie się jego stanu mogło czyhać tuż za rogiem. Nigdy wcześniej nie miał do czynienia z tego typu dolegliwościami i zdarzały mu się myśli, że powinien zwrócić się po pomoc do medyków, ale… zwyczajnie nie miał na to obecnie ochoty. Umysł podpowiadał mu, że jeśli chciał dostać pomoc, sam musiał tę pomoc wręczyć, a czy on był taki uczynny w danej chwili? Czy czuł się na siłach pomagać medykom? Absolutnie nie, przynajmniej nie teraz. Wiecznie bolały go łapy, kręgosłup mu także doskwierał, czuł się ogólnie słabiej, niż zazwyczaj. Nie chciał ich zarazić i w dodatku nie chciał, żeby go postrzegali już do końca życia jako tego zasmarkanego, chorego… Miał ważniejsze rzeczy na głowie i musiał jakoś sobie radzić. W końcu nikt nie nauczy się za niego, a nie zapowiadało się na to, żeby miał doświadczyć jakiegoś innego traktowania, niż reszta pobratymców ze względu na bycie członkiem rodu. Musiał odbyć określoną ilość treningów i nauczyć się tego samego, a nawet i więcej, ponieważ był kimś ważniejszym od reszty kotów, tak myślał. Oczywiście, kłaniali mu się, przynajmniej część z kotów, co było miłe, jednak na razie ograniczało się to tylko do tego, bo jeszcze nie osiągnął za wiele. Może wyzdrowieje sam i wtedy byłoby po kłopocie. Bywał dość markotny, a szkoda psuć sobie wyrobioną do tej pory o nim opinię wśród pobratymców! Musiał być najlepszy i zawsze w formie, dlatego zawsze, kiedy ktoś był obok, starał się na niego nie smarkać ani nie pluć, chyba że za nim nie przepadał. Jego oczom rzuciła się Fląderka, ta pokraka, która mu tak wiernie usługiwała. Ciekawe, czy sobie myślała, że w ten sposób kogokolwiek przekona o tym, że należy jej się dokładnie tyle, co innym kotom? Myślałby kto! Zawołał ją leniwym ruchem ogona i gdy znalazła się tuż obok, zaczął na nią kaszleć. Może wcale nie będzie musiał zdrowieć sam i zamiast się fatygować, to po prostu wysłuży się nią? Ona jakoś nie chorowała często, przynajmniej jeszcze nie widział jej nigdy chorej. Mogłaby mu pomóc od czasu do czasu! Albo pocierpieć za niego, skoro i tak nie musiała trenować, a tylko wynosić śmieci i wykonywać rozkazy każdego wokół.
— Pokrako, pójdź do Gąbczastej Perły i powiedz, że źle się czuję. Objawy sama widzisz… to, co ci wręczy, przynieś prosto do mnie. Chyba że wolisz mnie zanieść do legowiska medyków — zaproponował jej dość wyniośle, zanosząc się kaszlem, na co w odpowiedzi czekotka kiwnęła głową, zanim wyszła z legowiska uczniów. Nie spodobała jej się chyba druga opcja, a szkoda. Pamiętał czasy, kiedy był drobniejszy i nosiła go na plecach niczym przywódcę, kota nad wszystkimi kotami! Czuł się wtedy taki wielki, wysoki, ponad wszystkimi. Szkoda, że nie mogło to trwać wiecznie. Mimo wszystkich tych miłych wspomnień nie miał dzisiaj szczególnie dobrego humoru na wszelkiego rodzaju żarty czy nadmierne złośliwości. Łapy go bolały z powodu wysiłku, chociaż prawdopodobnie, gdyby nie dolegliwość, to by wcale się nimi nie przejmował, bo wiedziałby, że kiedyś ten dyskomfort minie. Tym razem również musiał minąć, nawet jeśli wcale się na to nie zapowiadało… Pociągnął nosem parokrotnie. Charakterystyczny, świszczący dźwięk ulotnił się z jego nozdrzy, gdy nabierał oddechu i go spokojnie próbował wypuścić.
Zmrużył oczy jakby w nadziei, że drzemka przegoni wszystkie te dolegliwości, które uderzyły w niego tak nagle, tak niespodziewanie.
Już po parunastu uderzeniach serca zaczął przewracać się po starannie wyścielonym łożu, nie mogąc zasnąć. Wiecznie było mu raz tak gorąco, że miał ochotę leżeć na chłodnej ziemi albo najlepiej zanurzyć się w lodowatej wodzie, a potem było mu tak zimno, że miał aż dreszcze i go mdliło z chłodu, mimo gęsto okrywającej go, eleganckiej szaty. Zaklął w myślach. Ile jeszcze będzie czuć się w ten sposób? Gdzie była medyczka i pokraka, której powierzył tak ważne zadanie? Tak naprawdę to… gdyby tylko poszedł do legowiska medyków wcześniej, już dawno zażegnałby wszystkie te niedogodności. A tak to musiał leżeć tutaj i czekać, aż Fląderka przyniesie potrzebny mu lek.
Wreszcie, czekoladowa wślizgnęła się z powrotem do legowiska, stawiając przed kocurem parę różowych, drobnych płatków o intensywnie żółtym środku. Kocur zerknął na nią lekko podejrzliwie, aczkolwiek, gdy parę uderzeń serca później do jamy weszła Gąbczasta Perła, żeby sprawdzić, czy kocur, aby na pewno wszystko zjadł, poczuł przypływ ulgi do serca, ale i swego rodzaju lekkiego poddenerwowania, ponieważ nie przyłożył się w żaden sposób do zbioru tego zielska.
Schylił łeb dość ociężale, chwytając w zęby podarowany mu lek, po czym zaczął go ostrożnie żuć. Miętowy, przyjemny posmak rozpłynął mu się po podniebieniu, a sam Rogata Łapa zaczął mruczeć z zadowolenia. Stokrotki były bardzo smaczne. Ciekawe, czy mógłby je może jakoś wykorzystać, gdyby kiedyś jego oddech nie był nadto przyjemny? Chociaż nie musiał się tym martwić jakoś szczególnie, zawsze był przecież idealny, a oddech zależał od tego, czy dbał o swoje kły i czym się odżywiał. Higieny nauczono go dawno temu, może szybciej niż niektóre koty obecnie przebywające w Klanie Nocy. Wiecznie widywał jakieś takie, które miały roztrzepane kosmyki futra i zamiast je ułożyć, to chodzili tak dumnie i wyglądali niczym nierozgarnięte kocięta, dopiero uczące się rutynowej porannej toalety. Flaming odżywiał się zawsze samymi najlepszymi według niego posiłkami, dlatego stokrotkowy oddech był jedynie czymś do rozważenia, ale niczym pewnym i żadnym narzuconym mu obowiązkiem. W końcu wszystko w nadmiarze szkodziło, a nie było sensu wyżerać medykom ich starannie nazbieranych i przygotowanych ziół. Kiwnął głową dymnej medyczce w formie podziękowania, informując ją, że czuje się już lepiej.

[1106 słów]

Wyleczeni: Rogata Łapa

Od Rohan CD. Puchacza

Życie stało się takie… banalnie proste, od kiedy przeniosła się do ciepłego, bezpiecznego żłobka. Gondor ją odwiedzał od pierwszego dnia, od niemal pierwszego momentu, kiedy pierwszy raz położyła się na specjalnie przygotowanym dla niej mchu. Codziennie przynosił jej najlepsze kąski, które udało mu się zdobyć w tym polowaniu. To karmił ją rudą wiewiórką, to tłuściutką myszką, a raz nawet przyniósł jej kreta. Uśmiała się tego wieczoru po pachy, gdyż partner był niemal cały ufajdany od błota i ciemnej ziemi; zwierzył się, że przekopał niemal pół Owocowego Lasku, gdyż ślepy gryzoń umiejętnie przed nim umykał. Nie była pewna, czy bardziej usatysfakcjonowała go sama zwierzyna czy fakt, że udało mu się wprawić ukochaną (a także Topolę, który wciąż przebywał w kociarni ze swoimi rozbrykanymi dzieciakami) w tak znakomity humor. Była kocurowi niesamowicie wdzięczna. Mimo że biały zdawał się uważać, że skoro to jego kocięta trzymały Rohan przykutą w jedno miejsce, to powinien wykonywać zadania za dwóch, to nigdy nie zapominał, że to właśnie jego świeżo założona rodzina jest najważniejsza. Topola też był znakomitym towarzyszem, chociaż było jej nieco smutno, że nie ma już przy sobie żadnej kotki. Figa, chociaż odwiedzała syna i córkę, to była zdecydowanie zbyt zajęta nowymi obowiązkami, aby robić to regularnie. Nie żeby to za nią karpati tęskniła najbardziej. Jeżyna co jakiś czas wpadała na kilka chwil, ale najczęściej tylko, aby wypytać dawną uczennicę o samopoczucie. Brakowało jej ploteczek… Nie mogła jednak nażekać na ogólny brak wrażeń. 
Odpowiedzialni za to byli Wrona i Puchacz, którzy teraz nie znęcali się wyłącznie nad ojcem, ale i burą karmicielką, która chociaż spodziewała się kociąt, nie była jeszcze na tyle uziemiona, aby nie móc się z nimi poturlać po żłobku od czasu do czasu. Z czasem jednak była coraz bardziej ociężała, więcej sypiała, a zabawy z maluchami zastępczyni wolała trzymać w bardziej statycznym i spokojniejszym tonie. Co niekoniecznie się im podobało.  
Ucinała sobie właśnie krótką, popołudniową drzemkę. Zjadła obiad, a potem odebrała nieco wzmacniających ziół od Wiciokrzewu, które nieco ją znużyły. Nauczyła się już sztuki ignorowania krzyków Wrony, ujadania Puchacza, a nawet żałosnych skomleń ich ojca, który za wszelką cenę próbował postawić ich do pionu. Mimo że słuch miała niesamowicie wyostrzony, to równie umiejętnie potrafiła go wyłączyć. Nie potrafiła jednak nie odczuwać lekkiego, kościstego ciałka, które właśnie wdrapywało jej się na grzbiet. Wiedziała, do kogo należą drobne łapki, nawet zanim podniosła łeb i zwróciła niebieskie ślepka w odpowiednim kierunku. 
— A gdzie mała sówka się ze swoimi pazurkami pcha, hm? — zapytała, wciąż zaspana, wciąż jedną nogą w sennym świecie. Musiała parę razy zamrugać, aby oczy przyzwyczaiły się do rozświetlonego pomieszczenia. Puchacz zatrzymał się, chociaż nie zszedł z posiwiałych pleców karmicielki. — Języka nie zgubiła, bo jeszcze w południe radośnie krzyczała. 
— No! Nie straciłem języka! — odpowiedział w końcu. Kotka zaśmiała się.
— No to całe szczęście, bo z wami, łobuzy, to nigdy nie wiadomo. Już myślałam, że ci go siostra odgryzła i uciekasz przed nią. Podkuliła nieco łapy pod siebie, chociaż powiększony brzuch sprawiał, że z każdym dniem było to trudniejsze.
— Siostra tylko grozi, że odgryzie mi ogon — poskarżył się głośno. 
— To faktycznie niegrzeczna z niej siostra. — Pokiwała głową. — To ciężko tak bez ogona, wiesz? Musisz go pilnować, bo inaczej możesz zlecieć z drzewa lub innych wysokich miejsc. Ogon się bardzo przydaje. 
— A skąd Pani Robal jest taka pewna? — Przekrzywił łebek. Srebrna wybuchła śmiechem. 
— Rohan. Moje imię to Rohan — poprawiła go. Musiała jednak zmienić pozycję. Jak tylko najdelikatniej potrafiła, przewróciła się na bok, nie chcąc jednak zrzucić kociaka. Był na tyle leciutki, że ledwo czuła jego łapki. — Wiesz, ja dużo wiem o skakaniu po drzewach. Jestem jak twoja mama zwiadowczynią. Twoja mama miała mnie nawet uczyć, ale potem zdecydowała, że woli mieć was, więc trafiłam do kogoś innego na trening. No i coś mi się wydaje, że ciebie też pcha do wysokości, więc może fajnie byłoby to wykorzystać, co?

<Puchacz?>

Od Wrony do Puchacza

Nie ma to jak Pora Zielonych Liści! Wszystko kwitło, las nie przypominał już pola wbitych patyków i było coraz cieplej. Wrona tarzała się w trawie, oglądając piękne niebo pełne chmur. Ten obłok przypominał jej ptaka, a ten…
Z obserwacji wyrwał ją głos Purchawki, która szła z Rohanem do żłobka. O co chodziło? Czemu akurat tam? To legowisko było jej i jej rodziny, ktoś jeszcze się tu wprowadzał?!
Zaciekawiona wstała i podkradła się do wejścia żłobka, aby podsłuchać, o co chodziło.
— Za księżyc najpewniej urodzą się kocięta. Lepiej, byś odpoczywała do tego momentu — rzekła szamanka.
— Ale myślę, że mogłabym jeszcze jakoś pomóc w obozie, co nie? — zapytała karpati.
— Pomożesz, jak zapewnisz bezpieczeństwo swoim dzieciom, a teraz leż — polizała ją w ucho i odeszła. Rohan wzruszyła ramionami i poszła do żłobka. Kłapoucha, jakby nigdy nic weszła za nią, prawie wpadając na brata.
— Cześć, Wrono! Czy to nie wspaniałe, że będziemy mieli kolegów ze żłobka? Będziemy razem rozrabiać, bawić się i…
Kotka zamyśliła się w tej chwili. A co jeśli te maluchy ich stąd wyplenią? Co, jeśli jej rodzina odejdzie w kąt legowiska dla nich?
— A ty co uważasz? — zapytał Puchacz.
— Ja… no cóż… — wybąkała.
— Pewnie też, w końcu zrobimy swój gang!
— Gang? — spytała kotka. — Jaki gang?
— Nasz gang, chociaż bardziej mój. Wszystko ci powiem!

<Puchaczu? Coś ty wymyślił?>

08 maja 2026

Od Trójokiego Zająca

Przeszłość

Wodospad warczał donośnie, gdy woda, którą przepuszczał, ciągle spadała z góry i przerzedzała się co jakiś czas, żeby zrobić miejsce na przebłyski przyjemnych, bladych promieni słońca Pory Opadających Liści. Trójoki Zając mógłby przysiąc, że pomiędzy całym tym rykiem, usłyszał klangor mew, który wywrócił jego żołądek do góry nogami. Nieprzyjemne ukłucie zmusiło jego łapy do lekkiego ugięcia się, a sam Klifiak prezentował się teraz niezwykle żałośnie, zupełnie nie przypominał kogoś, kto przetrwał ponad pięćdziesiąt księżyców w klanie, na otwartym terenie porośniętym jedynie rzadko porozrzucanymi drzewami. Kogoś, kto jeszcze parę księżyców temu zmuszony był do walki z tymi ogromnymi ptakami i do niszczenia ich starannie uplecionych gniazd, rozbijając ich jaja w formie zrzucenia ich masowo z klifu, na którym się gnieździły. Zmrużył oczy.
Podobno zdrowo było być egoistą. Chociaż Trójoki Zając był chyba ostatnim kotem, który mógłby siebie takowym nazwać, mimo że często przychodziły mu tego rodzaju myśli do głowy. Obwiniał się o każdą najmniejszą rzecz, która często nie była nawet jego winą. Mroźne podmuchy wiatru targały jego futrem, Pora Nagich Drzew zbliżała się wielkimi krokami, jednak w obliczu takiej tragedii modlił się niejednokrotnie o to, żeby wszystko dookoła niego zatrzymało się w czasie. I bardzo bolesnym był dla niego fakt, że wcale się tak nie działo, a życie toczyło się do przodu nieubłaganie, coraz więcej czasu przelatywało mu przez łapy niczym słona woda z morskiego zbiornika i absolutnie nic nie mógł z tym zrobić.
Zerknął na nornicę leżącą u jego łap. Jego serce ścisnęło się boleśnie, a żołądek zawinął w kłębek, zupełnie tak, jak jego gardło, w którym zawitał supeł, a które jeszcze chwilę temu miało spożyć zwierzynę, żeby wypełnić w jakiś sposób ssanie w żołądku. Chociaż nawet i ten dyskomfort nie był wystarczający, żeby przegonić rozpacz kocura. Kremowy wojownik podniósł się ciężko ze swojego miejsca, chwytając z powrotem jedzenie w pysk, po czym odniósł je na stertę. Wspiął się po skalnych półkach, układając we własnym legowisku. Kukułczy Wdzięk jeszcze nie wróciła z patrolu, a on i tak dzisiaj nie mógł nic przełknąć, w dodatku na polowaniu też się nie popisał, bo złapał tylko marną mysz. Chociaż zawsze było lepsze to, niż nic, szczególnie przy ciężkiej porze, podczas której każdy kęs zwierzyny się liczył. Może ktoś się nim naje. Przymknął oczy, zwijając się w kłębek. Miał ochotę zasnąć i obudzić się dopiero wtedy, kiedy te ciężkie uczucie by go wreszcie zostawiło. Uszy przywarły do głowy kocura, żeby zagłuszyć odrobinę gwaru w obozie, który niedługo miał umilknąć przez zbliżający się zachód słońca. To, że rodzinę Zająca spotkała tragedia, wcale nie oznaczało, że świat przestanie się kręcić, że koty przestaną polować, że czas się zatrzyma, razem ze wszystkim. Zostanie uwięziony w nieskończonej przestrzeni wypełnionej czernią, w której będzie tonął niczym w lepkiej, paskudnej smole. Wyrzuty sumienia, które targały nim niczym ostre, długie kolce cierni, jeszcze długo zamierzały mu towarzyszyć w związku z zaistniałą sytuacją.
Ostatnim razem chciał porozmawiać z matką, zapytać ją o rady odnośnie do całej tej sytuacji związanej z szylkretką, która chodziła mu po głowie już tak długo, a której nadal nie powiedział wprost, szczerze, że do niej czuje coś więcej. Nawet jeśli wszyscy dookoła to dostrzegli, on sam tkwił w zmartwieniu, czy żółtooka naprawdę czuła do niego to samo. Najłatwiejszym oraz najszybszym sposobem na pozyskanie odpowiedzi na nurtujące jego pytania było zapytanie się jej, wyjawienie prawdy, ale czy aby na pewno był na to gotowy? Czy kiedykolwiek będzie bardziej przygotowany, niż był teraz? Jak długo mógł jeszcze zastanawiać się nad czymś tak istotnym? Reszta Klifiaków, zdawało się, że nie mieli z tym aż tak wielkiego kłopotu. Jednak każdy był inny, on się od nich różnił bardzo i kojarzył znaczną część jedynie z widzenia, ponieważ nigdy nie zdobył w sobie odwagi, siły czy czasu na to, żeby poznać resztę członków swojego klanu dobrze. Grono znanych jego kotów to była w głównej mierze jego rodzina, która była dla niego najważniejsza… w tym także oczywiście Kukułczy Wdzięk, jego ukochana, a także Jagnięcy Ukłon oraz zmarła już mentorka kotki, z którymi zamienił parę słów w przeszłości.

***

Trójoki Zając wybrał się na samotny spacer, podczas którego miał poukładać sobie wszystkie te myśli w głowie. Poczuł się na tyle dobrze, że był w stanie iść o własnych łapach i nie popadać w przygnębienie tak wielkie, że nie miał ochoty nawet patrzeć na innych, oczywiście poza Króliczkiem czy Kukułką. Swojej byłej uczennicy oraz bratanka nie chciał martwić, ponieważ nie była to absolutnie sprawa, przy której byliby w stanie go pocieszyć. Twierdził też, że przerzucanie tak istotnych rzeczy na barki kogoś tak młodego nie było wcale rozsądnym zachowaniem, nawet jeśli byli już tak naprawdę w wieku wojowniczym i już dawno pomyślnie pozdawali swoje testy, zostając wojownikami. Gdy wędrował tak, mętnie spozierając w niebo pokryte gęstymi, gołębimi chmurami, nagle uderzył łapą w wystający korzeń, przewracając się na bok. Przed jego oczami wylądowało pióro należące do jaskółki, a ich śpiew poniósł się echem, gdy przelatywały tak po wieczornym niebie. W sercu poczuł mocny ucisk, który naniósł na jego oczy gęstą warstwę łez. Mokra strużka spłynęła po jego policzku, gdy objął łapą maleńkie piórko naznaczone jedną białą kropką. Radosny szczebiot przypomniał o sobie ponownie. Lekko zgrzytające, ale głównie radosne nuty doleciały do jego uszu. Trójoki Zając przyglądał się jednemu z wielu ptaków, zastanawiając się, czy istniała szansa, że jego matka była jednym z nich. Czy obserwowała go z góry? Czy miała mu za złe to, że z nią nie rozmawiał więcej, że nie przychodził do niej częściej? Dlaczego dopiero teraz zaczęło go to tak boleć i do niego docierać w głównej mierze, skoro wtedy, kiedy żyła, nie myślał o niej tak wiele, nawet jeśli był jej synem? Czy w ogóle pogratulował jej zostania przywódczynią? Co był z niego za syn? Królicza Prawda także nie wyglądał ostatnimi czasy najlepiej, a nowe przywództwo nie cieszyło go nadto, o ile jakkolwiek. Trójoki Zając zamierzał wesprzeć brata, nie chcąc sytuacji, w której miałby kolejnego bliskiego mu kota na sumieniu. Czy było jakieś zdrowe wyjście z tej rzeczywistości, które zapewniłoby mu spokój i czysty umysł? Kremowy wojownik leżał tak jeszcze przez jakiś czas, zanim nie odnalazła go Kukułczy Wdzięk. Zielonooki spojrzał na nią cały zapłakany, licząc się z tym, że najprawdopodobniej usłyszy zaraz reprymendę z jej strony. Nie chciał jej martwić, ale nie chciał też, żeby cały Klan Klifu oglądał go w takim stanie. Noc nie była wcale chłodna, dzięki Porze Nowych Liści. Owszem, nadal nie było jakoś szczególnie gorąco, aczkolwiek nie musiał obawiać się śmierci z powodu hipotermii, śnieg nie leżał dookoła, a on sam nie znajdował się nawet daleko od obozu, znalezienie go było niezwykle proste. Wojowniczka zrobiła tym razem jednak coś, czego by się absolutnie nie spodziewał. Ostatnio często znajdował się w takiej sytuacji, gdzie ktoś, kogo znał lub nawet i nie znał, go zaskakiwał, ponieważ nie oczekiwał żadnej konkretnej reakcji. Tym razem spodziewał się jednej, ale absolutnie jej nie zgadł i nie otrzymał. Klifiaczka przysiadła przy nim, po czym zaczęła spokojnie układać jego zmierzwione kłosy futra. Wojownik wtulił się w jej puchatą sierść smutno, ciesząc się niezmiernie z tego gestu. Dobrze było mieć kogoś obok, szczególnie kogoś takiego, na kim niezwykle ci zależało i kto również był w stanie zrozumieć ciebie jak nikt inny. Pietruszkowa Błyskawica, mama Kukułki także odeszła jakiś czas temu. Zielonooki dbał wtedy o to, żeby kotka pogrążona w żałobie po stracie matki nadal względnie o siebie dbała i co najważniejsze – żeby jadła. Próbował poprawiać jej humor, kiedy tylko była okazja oraz przynosił jej zawsze zwierzynę z gniazda na środku obozu, żeby nie chodziła głodna mimo całkowitego braku apetytu. Nigdy nie wmuszał w nią jedzenia i tak naprawdę nie zmuszał jej do niego, tylko zachęcał. Kiedy potrzebowała chwili dla siebie, szanował to, mimo że niekoniecznie zawsze rozumiał jej intencje, często odbierając je zupełnie inaczej, niż powinien.
Szkoda tylko, że nie potrafił postąpić podobnie wobec siebie. Z jakiegoś powodu zawsze stawiał życia i samopoczucie innych kotów ponad swoje. Nierzadko ignorował własne potrzeby życiowe, jeśli było to od niego wymagane po to, aby inni poczuli się lepiej. Leżeli tak jeszcze przez jakiś czas, otuleni przez miękko wyścieloną glebę trawą. Kukułce zdawała się nie przeszkadzać ta bliskość, a sam Trójoki Zając czuł się źle z tym, że mimo że spotkała go tragedia, spędzał miło czas… a przynajmniej próbował, zamiast siedzieć nad grobem matki, którego nawet jej nie zrobił. Matki, której nie podarował ani jednego kwiatka, tak samo, jak jego dawno zmarłej ciotce, o której rozmawiał tyle razy z Króliczą Prawdą. Wpatrywali się w przelatujące nad nimi ptaki. Radosny, potoczysty, szybki, a momentami nawet i zgrzytliwy, jednocześnie będący melodyjnym szczebiotem towarzyszył im jeszcze długo, aż do momentu, w którym wrócili wspólnie do obozu, zasypiając tuż obok siebie. Charakterystyczny terkot pozostał w umyśle kocura jeszcze przez jakiś czas, próbując przebić się przez wszystkie możliwe powody do wyrzutów sumienia u kocura, które zawsze znajdowały sposób na to, żeby zalęgnąć się w jego umyśle niczym chmara komarów w zbiorniku wodnym.

***

Teraźniejszość

Trójoki Zając spędzał teraz czasu z Kukułczym Wdziękiem prawdopodobnie więcej niż z kimkolwiek obecnie. Nie miał ochoty pokazywać się innym kotom, dlatego wykonywał przydzielone mu obowiązki z pokorą, nie ukrywając faktu, że rozpaczał i po skończeniu powierzonego mu zadania, wracał prosto do swojego miejsca, wpatrując się tępo w kamienną ścianę. Często chodził rozkojarzony, zupełnie nie nadając się do wielu rzeczy i mimo smutku oraz następnej dawki wyrzutów sumienia, nie potrafił ot tak zrezygnować z żałoby czy tego uczucia ciężaru, jaki towarzyszył mu odkąd jego matka odeszła. Przysiadł tuż obok szylkretowej wojowniczki, która właśnie kończyła śniadanie. Sam kremowy jeszcze nie zjadł niczego, aczkolwiek nawet nie miał ochoty. Słyszał już wielokrotnie słowa, że jeśli nie będzie niczego jadł, to nie będzie miał z czego brać siły i wiedział o tym doskonale. Mimo wszystko nie był w stanie tak po prostu… zmusić się do jedzenia. Jego gardło zaciskało się boleśnie, a żołądek wywracał samoistnie, protestując przyjęcia pokarmu. Poczuł szorstkie pociągnięcia językiem po jego zagojonej już ranie, która jeszcze parę księżyców temu jarzyła się szkarłatem. Teraz była lekko przesłoniona przez kremowe futro, aczkolwiek nadal była widoczna. Gęsta końcówka ogona Kukułczego Wdzięku podrygiwała nerwowo, jakby ktoś zdążył już zirytować kotkę. Trójoki Zając zastanawiał się, co mogło być powodem jej nerwów. Czy zrobił coś nie tak? Może powinien był jakoś inaczej się z nią przywitać? Może powinien zapytać, jak ona się w tym wszystkim czuła, zamiast… skupiać się jedynie na sobie? W końcu nie był on jedynym kotem, którego spotkała taka tragiczna sytuacja.
Sama Kukułka również długo rozpaczała po utracie matki i zdawało się, że ten ból towarzyszyć miał jej do końca życia. Zresztą sam Klifiak również odczuwał coś identycznego – po takiej stracie nie dało się po prostu przestawić z powrotem na normalne, dotychczasowe życie. Uczucie pustki i straty nie było czymś, z czego dało się otrząsnąć, niczym z masowo rozrzuconych kropli wody. Zawsze, kiedy spoglądał na legowisko przywódcy, towarzyszyła mu myśl, że jeśli tylko tam wejdzie, ujrzy ponownie w nim swoją matkę. Że obecne kocięta oraz uczniowie doczekają się niedługo swojego mianowania, które ogłosi i poprowadzi właśnie Pikująca Jaskółka, jego mama, a nie Lśniąca Gwiazda. Kocica położyła przed nim nornicę, przysuwając ją bliżej, jakby zachęcała go do zjedzenia jej. Trójoki Zając spojrzał na zdobycz lekko skołowany, jednak mimo wszystko musiał jeść. Nawet jeśli absolutnie nie miał ochoty na cokolwiek, na te całe jedzenie, na ruszanie się ze swojego gniazda, na rozmowę z kimkolwiek, mimo że tak bardzo jej potrzebował. Schylił się i chwyciwszy kawałek zdobyczy, urwał kęs i zaczął go długo przeżuwać, jakby potrzebował dokładnie rozrobić każdy kawałek mięsa, żeby móc go spokojnie przełknąć. Tak naprawdę to nie potrzebował, jednakże im więcej nabierał, tym bardziej czuł się sobą obrzydzony. Jakim prawem zjadał coś, na co tak ciężko pracowali jego pobratymcy? Jakim prawem zjadał ich pracę, skoro samemu dzisiaj nie włożył na stertę nic więcej?
Jego serce zaczęło bić szybciej, a uszy położył po sobie, gdy jego klatka piersiowa zaczęła unosić się szybciej i opadać. Jeden… Dwa… Trzy… Otworzył oczy szerzej, patrząc na niedokończoną zwierzynę. Nadal mógł to cofnąć, nadal mógł ją odłożyć albo zaoferować komuś innemu. Nie musiał wcale jej marnować i wpychać w siebie, jego ciało na pewno poradzi sobie bez tej nornicy. Na pewno uda mu się upolować coś samemu, co odda karmicielkom i potrzebującym starszym. Cztery… Pięć… Sześć… Przymknął oczy, a jego łapy zaczęły się trząść. Nie chciał czuć się w ten sposób. Musiał już radzić sobie z żałobą, co nie było łatwe. Dlaczego wszystko dotykało go teraz jakoś bardziej? Czemu wszystko spadało na niego, czemu musiał się o wszystkich i o wszystko martwić, a w tym, dlaczego najbardziej dotykały go rzeczy związane z nim? Siedem… Osiem… Dziewięć… Kukułczy Wdzięk nie odstępowała go na krok, siedziała tak przy nim, dopóki nie zjadł całości, co jakiś czas otulając go swoją kitą, jakby wiedziała, że potrzebuje wsparcia w tak trudnym czasie. Z pewnością wiedziała, była w końcu mądra, a zresztą nie potrzeba było nie wiadomo jak wielkiej inteligencji, żeby zauważyć, że Trójoki Zając po śmierci matki był po prostu… inny. Zachowywał się inaczej, chodził przybity i zdawało się, że utracił swoje zdanie. Łatwiej popadał w panikę, odzywał się do kotów mu znanych nawet mniej, niż wcześniej. Nie było to spowodowane nagłą utratą zaufania, a zwyczajnie przygniatającym go smutkiem, poczuciem winy za wszystko i za wszystkich, mimo że na większość z nich nie miał żadnego wpływu.
— Trójoki Zającu, moje najszczersze kondolencje… — głos Mysiego Postrachu dotarł do uszu skulonego wojownika. Niebieskooki, zauważywszy stan swojego byłego ucznia, wyraźnie się zmartwił. Kukułczy Wdzięk obdarzyła starszego kocura dość nieprzyjemnym wzrokiem, który mówił co najmniej tyle, żeby Mysi Postrach zostawił go w spokoju. Wojownik, jeszcze niedawny zastępca jego matki, wycofał się po paru uderzeniach serca, chociaż widać było, że łapy go do czegoś świerzbiły. Czy chciał go wesprzeć? Może chciał porozmawiać z nim o jego matce i go jakoś pocieszyć?
Dwójka została przydzielona na jeden z patroli, co oczywiście spotkało się z niezadowoleniem kotki, a samemu kocurowi zdawało się, że było już wszystko jedno. Jej brak entuzjazmu nie był spowodowany tym, że musiała z nim iść, a raczej tym, że Trójoki Zając ciągany był wiecznie po patrolach i polowaniach, mimo że był obecnie wrakiem kota. Musiał wykonywać rozkazy, ponieważ jego miejsce, przynajmniej tak mu się zdawało, nie było tutaj gwarantowane. Już raz je utracił i nie zamierzał ponownie stać się włóczęgą, a wręcz samotnikiem, musiał więc robić to, co do niego należało. Wraz z nimi wyruszyli także Świetlista Walka oraz Skrzydlata Pogoń. Gdy szli tak wspólnie, kremus nie odezwał się do nikogo ani słowem i prawdopodobnie, gdyby miał dłuższy ogon, to ciągnąłby go teraz żałośnie za sobą.
Kocica denerwowała się również dość subtelnie wtedy, kiedy Skrzydlata Pogoń próbował udowodnić, że był od nich wszystkich lepszy. Pręguska złapała dwie myszy, z czego jedną oddała Zającowi, kiedy reszta nie patrzyła akurat w ich stronę. Kocur czuł się dość odłączony od rzeczywistości wokół niego i chciał, żeby ten dzień się już skończył. Niezwykle pocieszającym było dla niego to, że mimo wszystkich tych przykrości, Kukułczy Wdzięk nie odstępowała go choćby na krok, oczywiście, jeśli tylko nie potrzebowała w danej chwili też paru uderzeń serca dla siebie, co pręgus całkowicie rozumiał i tak naprawdę było mu nawet lepiej, że nie rezygnowała z tego tylko z jego powodu, chociaż zdarzało jej się to coraz rzadziej, co nie umknęło zielonookiemu. Wojownik ułożył się wygodnie w posłaniu i gdy już miał przymknąć oczy po to, żeby raz jeszcze oddać się w senne objęcia, szylkretka położyła przed nim kolejną zdobycz. I gdy tylko ją zjadł, nie miał nawet pojęcia, że poszła spać odrobinę później, żeby upewnić się, czy on sam już zasnął.

***

Świat wypełnił się zielenią, a temperatura, zdawało się, że z każdym dniem rosła. Oczywiście występowały nadal wyjątki, podczas których chmury zrzucały z siebie masowo krople deszczu, jednak nie było to nic, co wywołałoby swego rodzaju zmianę w samopoczuciu Trójokiego Zająca. Jego bok stykał się z bokiem Kukułczego Wdzięku, która szła obok niego nadal elegancko, mimo wszystkich tych ostatnich przykrości.
— Ich na pewno musi coś łączyć, no zobacz tylko! Wiecznie nie odstępują siebie na, chociażby krok — skomentował któryś ze starszych, który akurat wylegiwał się przed legowiskiem. Trójoki Zając położył uszy po sobie, spoglądając na Kukułczy Wdzięk. Co, jeżeli jej to przeszkadzało? Może irytował ją fakt, że rozpaczał po stracie matki? Może zachowywał się egoistycznie, nawet jeśli wcale nie prosił jej o pomoc, a która wynikała z jej inicjatywy?
— Kukułko… jeśli czujesz się niekomfortowo albo coś, co robię, sprawia lub sprawiło kiedykolwiek, że jest ci źle, to powiedz mi, proszę. Jeśli przeszkadza ci to, że ciągle trzymam się blisko ciebie jak zagubione kocię, to…
Wojowniczka zmarszczyła brwi, poruszając ogonem nieznacznie, momentalnie ucinając coraz to więcej i więcej negatywnych myśli napływających do głowy Klifiaka.
— Zajączku, gdybym nie chciała twojego towarzystwa, już dawno byś o tym wiedział. Naprawdę sądzisz, że pozwalałabym ci chodzić za mną, spać obok mnie i jeść w moim towarzystwie, gdyby mi to przeszkadzało? — zapytała jakby lekko nie dowierzała w to, co właśnie od niego usłyszała.
Trójoki Zając spojrzał na nią ze zdziwieniem, gdy dotarło do niego to, co właśnie się wydarzyło. Czy naprawdę był dla niej aż tak ważny? Nie robiła tego jedynie z litości albo strachu, że gdyby coś mu się stało, obwiniałaby się później do końca życia? Albo bo tak wypadało, skoro miał gorszy okres? Chociaż czy Kukułczy Wdzięk kiedykolwiek robiła wszystkie te rzeczy dla kogoś innego poza nim? Wszystkie te pocieszające, budujące gesty, którymi obdarzała go każdego dnia? Trzymała się jego boku, dbała o to, żeby się wysypiał i żeby nie chodził głodny. Żeby go przypadkiem nikt nie męczył, ponieważ skoro nie radził sobie obecnie z sobą samym, to tym bardziej nie pomógłby drugiemu kotu. Zachowywali się jak partnerzy już od dawna, czego on nawet nie zauważył. Wszystko przez to, że myślał, że wyznanie wygląda w inny sposób, że miłość musi być powiedziana wprost, jednak mimo wszystko wcale się nie zawiódł, że wyszło w ten sposób, bo może gdyby usłyszał zwyczajnie "kocham cię", to jego umysł znalazłby lukę, która uniemożliwiłaby mu radość z tego powodu. Zwyczajnie nigdy nie nazwali swojej relacji, przez co Zając długo żył w przekonaniu, że może sobie jedynie dopowiada i nadinterpretuje jej sygnały. Zyskał poczucie, że w najgorszej chwili, to właśnie ona trzymała jego stronę, nie przekreślając go z powodu chwili słabości, która zresztą nadal nie chciała go opuścić. Musiał nauczyć się żyć z poczuciem pustki w sercu lub zaakceptować ją z myślą, że matce teraz było lepiej. Gdzieś tam na niebie szybowała w nieskończoność, pod postacią radośnie śpiewającej jaskółki albo doczekała się swojego miejsca w szeregach Klanu Gwiazdy, który szeptał jej do uszu każdego dnia i doglądał jej, niczym własne kocię, a teraz przyszło jej wreszcie odpocząć od tego wszystkiego. Z pewnością Pikująca Jaskółka chciała, by Trójoki Zając był szczęśliwy u boku swojej ukochanej, o której względy ubiegał się już od tak dawna.

Od Żmijowcowej Wici CD. Trzcinowego Szmeru

Zmierzył kotkę przydługim spojrzeniem; nie spodziewał się tak... dosłownego zagonienia w kozi róg, i to akurat dzień, w którym nie dość że nic mu się nie udawało na patrolach, to jeszcze Lawendowa Łapa miała kiepski humor, więc cały trening spędził na próbie rozchmurzenia kotki, aby byli w stanie cokolwiek zrobić. Ta Pora Nagich Drzew go dobijała. 
— W taką pogodę? — oburzył się i skrzywił pysk. — Oszalałaś?
— Przeszkadza ci? — zapytała przekrzywiając łebek, a potem oglądając swoje futerko dość teatralnie, z każdej strony. — Ja niemal nie zauważam, aby cokolwiek mi w niej dokuczało, wiesz? Futerko mam suche, brudu niemal brak, ale widzę, że komuś tu na pewno by się przydała nie mała kąpiel. — Zwróciła wzrok ku niemu. Żmijowcowa Wić faktycznie nie wyglądał za dobrze, na pewno nie tak, jak jego droga przyjaciółka. Sierść Trzcinowego Szmeru, chociaż widocznie przybrudzona na łapach, a także wilgotna od tej morderczej mżawki, która wydawała się nie kończyć, to była… normalna; no może delikatnie spuszona pod pachwinami. Za to bury wojownik wyglądał, jakby poturbował go potwór dwunożnych, a następnie sam właściciel tego pojazdu wrzucił go w worze do jeziora. Był mokry, brudny niemal wszędzie (od wstydu chronił go jedynie fakt, że na ciemnej części szaty nie było tego tak bardzo widać). Próbował wszystkiego, aby zmywać błoto z łap i brzucha, ale i tak od razu znowu brudził się, kiedy tylko postawił łapy poza obóz. Ostatecznie się poddał; i tak większość kotów wyglądała tak samo lub nawet dużo gorzej. Przynajmniej nie był całkowicie białym, jak na przykład Borówkowa Słodycz. 
— Tak, nieco mi przeszkadza. Wiem, ciężko uwierzyć, że coś może ruszać takiego wspaniałego kocura jak ja, ale no cóż… Nawet ja mam swoją granicę — mruknął, i chociaż nie miał humoru, to machnął ogonem, aby wskazać szylkretce kierunek, który sam obrał na ich spacer.
— Czyżbym je przekroczyła? — Podniosła brew. 
— Ty? Oh, no proszę cię... Musiałabyś się postarać; większość czasu jestem ostoją spokoju i wzorem opanowania. 
— Mhm, no to mam nadzieję, że jeśli będziesz sobie dłużej to wmawiał, to faktycznie dzieci odziedziczą po tobie cechę, która nie istnieje. — Wykrzywiła pysk w kpiącym uśmieszku, a Żmijowiec, jak miał w zwyczaju, kiedy tylko brązowooka wspominała o ich przyszłych (już nie tylko teoretycznych czy planowanych) pociechach, nadął nieco policzki i speszył się, może nie bardzo widocznie, ale wystarczająco, aby ktoś, kto dobrze go znał (Trzcinka), to dostrzegł. Uderzyła go ogonem w obok. 
— Weź się w garść, jeśli chcesz, żeby faktycznie do tego doszło — skarciła go, a on burknął niezrozumiale pod nosem. — I nie mamrocz; to irytujące. 
— Masz dużo wymagań! Chyba nie dorastam do twoich standardów; obawiam się — mruknął i podniósł obrażony łeb. Powoli dochodzili na drugi brzeg, 
— Uspokój się, królewno — skarciła go ponownie. Przez chwilę nic nie mówiła, a następnie usiadła na sporej powalonej kłodzie, aby uchronić futro przed niepotrzebnym brudem. Ruchem pyska zaprosiła kocura obok; przyjął zaproszenie i po chwili milczenia kotka kontynuowała: — Daj mi jasną odpowiedź, czy tego chcesz…
Świdrowała go ciemnymi ślepiami, a chociaż wojownik bardzo chciał odwrócić wzrok, wytrzymał, i chociaż zawstydzenie próbowało odebrać mu głos, w końcu mruknął cicho, chociaż bez tonu zawahania. 
— Chcę tych kociąt. — Ciężar chwili został zdjęty z ich barków. Szylkretka widocznie się rozluźniła, a na jej pysku zawitał uśmiech. 
— Na taką odpowiedź liczyłam…
— A jakiej się spodziewałaś? — zapytał, zaciekawiony tą bardzo… ckliwą reakcją. 
— Nie wiem. Byłam pewna tego, że chcesz być tatą, ale jednocześnie jesteś też taką… miękką i niezdecydowaną płotką, że nie zdziwiłabym się, gdybyś uciekł mi z tego planu w ostatnim momencie. Ale teraz ci już nie dam. Nawet jakbym miała szukać twojego ubłoconego, długowłosego zadu po wszystkich klanach — zagroziła mu żartobliwie. 
— Żadna z tych rzeczy nie jest prawdą! — prychnął, chociaż w głębi serca wiedział, dlaczego mogła tak o nim uważać. Wiedział, że Trzcinowy Szmer nie pozwoli teraz na zmianę tematu, ale niekoniecznie chciał myśleć, a tym bardziej rozmawiać o samym… akcie, więc uciekł w inną stronę — A myślałaś już, jak je nazwiesz?
— Chyba nazwiemy. Nie myśl sobie, że pozwolę ci z czymkolwiek zostawić mnie samą. — Podniosła brew. Zaśmiał się pod nosem. — Spróbuj chociaż jeden dzień się im nie pokazać, to obiecuję, że następną rzeczą, którą JA im pokaże, to twoje wyrwane wąsy. 
— Urocze... Wychowasz małych psychopatów… 
— My wychowamy, ile można ci powtarzać. — Przewróciła oczami. 
— No dobrze, dobrze... To jak MY nazwiemy naszą latorośl? — poprawił się.
— Nie jestem pewna. Masz jakieś pomysły? — zapytała, a wojownik znów zamilkł. W sumie to spodziewał się, że szylkretka będzie już miała zrobioną całą listę potencjalnych imion; w końcu za każdym razem, kiedy się widywali, to musiała w jakiś sposób podjąc temat związany z dziećmi. W czasie tej przeciągającej się ciszy nad ich głowami przeleciał nurzyk, wydając z siebie dzwoniący, chrapliwy okrzyk. 
— Może od ptaków? Najlepiej wodnych... Myślę, że nieco połechta to ego Mandarynkowej Gwieździe, a skoro nie mamy innych pomysłów, to nie zaszkodzi wybrać tak, aby od razu ułatwić im nieco życie w klanie, prawda?

<Trzcinka?>

07 maja 2026

Od Nadciągającego Pomroku

tw: śmierć
 
Słowa Mrocznej Wizji nadal rozbrzmiewały w jej głowie. Zaczęło się niewinnie; propozycja spaceru od kruczofutrej starszej, luźna rozmowa… Gałęzie drzew szumiące na wietrze Pory Nowych Liści, wilgotny zapach lasu w jej nozdrzach… Pomrok z początku była tym wszystkim nieco zdziwiona, może wręcz podejrzliwa – jednak kocica to była mistrzyni, może miała dla niej jakąś sprawę? Parę porad czy sztuczek, z których mogłaby korzystać, rozmawiając z resztą Klanu Wilka?
Samo przemianowanie jej na mistrza, wraz z Ognikową Słotą i Kocimiętkowym Wirem było czymś, co nadal zdawało się jej czasami być czymś niemożliwym. Czuła się zaszczycona tym, że matka w pewnym sensie powierzyła jej dobrostan klanu, ale… Równocześnie posiadanie takiej kontroli nad innymi było straszne.
Można się więc spodziewać, że gdy tematy rozmów ze starszą spłynęły nurtem przypominającym mniej popołudniowe pogaduszki, a bardziej… Początki jakiegoś spisku, oraz padły słowa takie jak "Mroczna Puszcza" czy "kult", to jej oczy zamieniły się w dwa wielkie spodki, a usta rozdziawiły się z niedowierzaniem. Równie szybko opamiętała się i zamknęła pyszczek, aby nie sprawiać wrażenia dziecinnej, ale w jej ślipiach nadal odbijało się oszołomienie.
Wtedy po jej ciele, prócz zaskoczenia, rozpływała się ekscytacja i duma z samej siebie, jednak… Teraz, leżąc z głową opartą o posłanie w legowisku wojowników, jej żołądek wykręcał się z nerwów. Czekanie na znak Mrocznej Wizji, aby opuściła obóz, było czymś nie do zniesienia. Starsza po krótce wyjaśniła jej, na czym polegać będzie jej test, ale wiedza o tym, że zdana będzie sama na siebie, nie była żadnym pocieszeniem. Ponownie zaczynała czuć tę samą paranoję, jak wtedy, gdy Zalotna Krasopanii, teraz Zalotna Gwiazda, zleciła jej i Słocie… Pozbycie się Kwitnącego Kalafioru. Czy to również było swego rodzaju przedwczesną próbą? Czy jej siostra również otrzymała swoje miejsce wśród mistycznego kręgu kultystów?
Najchętniej wyczytałaby odpowiedzi na wszystkie swoje pytania prosto z pyska kotki i znalazła w jej towarzystwie odrobinę otuchy, ale na jej nieszczęście rudaska musiała zaszyć się gdzieś w towarzystwie Kocimiętkowego Wiru. Podczas, gdy one zapewne rozmawiają o czymś ważnym, dzielą się językami czy romansują w najlepsze (była przekonana, że pomiędzy mistrzyniami musi się coś kleić. Może nie dałaby sobie łapy uciąć, że niedługo ogłoszą klanowi szczęśliwy związek, jednak nie było opcji, że ze sobą nie kręcą!), ona umierała ze stresu we własnym posłaniu.
Nie była pewna, ile czasu minęło podczas jej pogrążania się w żałobie nad swoim przyszłym losem, ale Mroczna Wizja w końcu przywołała ją do siebie ruchem ogona. Podniosła się z posłania. Jej wnętrzności zrobiły jeszcze gorszego fikołka, niż wcześniej, jednak z całych sił nie dała po sobie tego poznać i dołączyła do starszej.
— Dobry wieczór — przywitała grzecznie kocicę, pomimo tego, że zważając na ich niedawną rozmowę, pewnie wcale nie było to konieczne. Starsza nie tyle co budziła w niej respekt, co nawet lekki strach. Może to przez jej zdecydowany ton głosu, czy charakterystyczną iskrę w jej oczach?
Mroczna Wizja odpowiedziała jej jedynie skinieniem głową; zgrabnym jak na jej wiek ruchem odwróciła się w kierunku wyjścia z obozu. Noc była chłodna. Początkowo przystosowała się do tempa narzuconego przez starszą, jednak ta prędko zasygnalizowała jej, aby wysunęła się na prowadzenie. Przełknęła ślinę. To wszystko miało się teraz stać prawdziwe.
Łapy zaprowadziły ją na obrzeża terenów Klanu Wilka. Tam, gdzie zapachy jej współklanowiczów nie mieszały się ze smrodem reszty klanów, unosił się charakterystyczny zapach samotników; bezprawia i szemranych osobowości. Jednak, czy Wilczacy naprawdę byli pod tym względem o wiele lepsi? Chyba nie powinna się nad tym rozwodzić.
Światło księżyca subtelnie padało na jej ścieżkę, rozproszone przez gęste, szare chmury. Te zakrywały również jakiekolwiek gwiazdy, które normalnie zobaczyłaby na nocnym niebie. Przymrużyła lekko ślipia, zwracając wzrok ponownie na otoczenie. Czy teraz również to będzie jej rolą? Przysłanianie innym kotom tak powszechnej wśród nich wiary w Klan Gwiazd, aby zwrócili się w kierunku jedynego dobra, którym miało być Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd? Tak, jak kiedyś robiła to Zalotka wobec nich, lub Słota teraz dla dobra kociąt, które odwiedzała w żłobku?
Delikatnie stawiała łapy, aby leśna ściółka nie szeleściła w rytm jej kroków; wręcz instynktownie zaczęła poruszać się pod wiatr, aby mieć lepsze szanse na wytropienie… Ofiary. Jej gardło zacisnęło się, jednak parła do przodu. Pomimo osobliwości przyznanego jej zadania, jak i strachu z nim związanego, nie chciała zawieść kogokolwiek, kto będzie na nią czekał, gdyby wróciła z pustymi łapami. Zażenowanie, które by wtedy czuła, było silniejsze od obrzydzenia przed czynem, którego miała dokonać.
Ruch pomiędzy drzewami przykuł jej uwagę. Zwolniła, z szeroko otwartymi oczyma obserwując wijący się w ciemności srebrzysty ogon i wystający z pomiędzy krzewów łaciaty pysk. Zatrzymała się w miejscu, wciskając pazury w ziemię. Czy to już teraz? Co ma zrobić? Odwróciła się, chcąc spojrzeć na Mroczną Wizję przez ramię, jednak… Kocicy już tam nie było.
Serce podskoczyło jej do gardła. No tak. Miała poradzić sobie sama.
Ponownie zwróciła spojrzenie na samotniczkę. Kocica, jak wnioskowała po zapachu, nie wyglądała na starszą od niej; jej patykowatą sylwetkę okalało postrzępione, niebieskie futro. Nieznajoma podnosiła się z ziemi, rezygnując z przybierania pozycji łowieckiej. Czyżby los nie sprzyjał jej w znalezieniu kolacji? W głowie Pomroku w przeciągu paru uderzeń serca pojawił się zarys planu. Wystawiła łapę do przodu, chcąc celowo nadepnąć na jakąś gałązkę i dać kotce znać o swojej obecności, jednak w ostatniej chwili powstrzymała się. W oczach Mrocznej Wizji, która, jak podejrzewała, obserwowała ją z ukrycia, wyglądało by to zapewne, jak gdyby był to nieszczęśliwy przypadek. Uniosła głowę, wpatrując się w gałąź zwisającą nad głową samotniczki. Bingo.
W paru bezszelestnych susach dopadła do wypatrzonego drzewa, wbijając pazury w korę. Przy odrobinie szczęścia nieznajoma pomyli ją ze wspinającą się do dziupli wiewiórką. Tak jak przewidywała, łeb niebieskiej odwrócił się w jej kierunku, jednak jej oczy błądziły po całej okolicy, mijając jej sylwetkę, zaszytą w cieniu gałęzi. Gdy tylko ta powróciła do tropienia, Pomrok ostrożnie usadowiła się na wybranym wcześniej pniu i zwiesiła głowę w dół, opierając policzek o korę.
— Trudno o łatwą zwierzynę, będąc tak głośnym.
Z gardła samotniczki wyrwał się krzyk. Futro na jej grzbiecie stanęło dęba, a rozbiegany wzrok w końcu padł na pysk Nadciągającego Pomroku.
— Swoim stąpaniem wystraszyłaś już pewnie wszystkie myszy w okolicy — kontynuowała niewzruszona. A przynajmniej na tyle niewzruszona, na ile pozwalało jej walące w piersi serce. — Zaszyły się w swoich norkach i boją się wyściubić z nich nosa. W przeciwieństwie do niektórych.
Zgrabnym ruchem podniosła się z gałęzi i zeskoczyła na ziemię, aby stanąć tuż przed kocicą. Skoki w dół były o wiele łatwiejsze, niż te w górę… Nieważne. Niebieska cofnęła się o parę kroków, obnażając zęby.
— Zostaw mnie w spokoju!
— Nie radziłabym ci witać tak swojego wybawcy — miauknęła mistrzyni, okrążając nieznajomą. Odwróciła uwagę od drżących nut swojego głosu, ukazując lśniące w półmroku pazury. — Jesteś na moich ternach. Nie opłaca ci się to.
Z pyska niebieskofutrej wyrwał się nerwowy chichot.
— Wybawca?
Pomrok przechyliła głowę w bok i uniosła kąciki pyszczka.
— Mhm.
— Nie potrzebuję pomocy — odparła samotniczka, kładąc po sobie uszy. Mimo tych słów, w jej złotawych ślipiach błysnęło niezdecydowanie. — Złapię coś do zjedzenia i nie będę zawracać ci głowy.
— Obawiam się, że nie masz w tej sytuacji zbyt wiele do powiedzenia.
Im dalej w las, tym łatwiej. Słowa wylewały się jej z pyska tak naturalnie, jak gdyby wszystkie kwestie były już wcześniej wyćwiczone. Jej łapy nie drżały już nerwowo, a zimne powietrze ułatwiało wzięcie głębokiego wdechu – jedyną oznaką nerwów była poruszająca się rytmicznie końcówka jej ogona… Co mogło również być wzięte za poirytowanie samą osobą napotkanej samotniczki.
— Nie mogę pozwolić ci włóczyć się po naszych terenach, z nadzorem czy bez — miauknęła, wzruszając ramionami. — Nie mogę cię również puścić luzem, bo wrócisz tu, gdy tylko zniknę ci z oczu.
Zbliżyła się do samotniczki, muskając jej ucho ruchem ogona.
— Albo pójdziesz ze mną — kontynuowała, unosząc łapę i gestykulując w kierunku, który wskazała jej Mroczna Wizja — albo to ja zadecyduję o twoim losie…
Wyszczerzyła zęby w sztucznym uśmiechu. Niebieska kocica zasyczała, chyląc się ku ziemi, i w zaledwie jedno uderzenie serca jej pazury spotkały się z ciemnym policzkiem Pomroku.
Mistrzyni zawarczała, z zaskoczeniem odchylając głowę do tyłu. Przebrzydłe ścierwo! Z pyskiem wykrzywionym w grymasie odepchnęła od siebie nieznajomą, szybkim ruchem łap przygniatając ją do ziemi. Jej zęby prędko zatopiły się w skórę na karku kocicy.
— Jeszcze jeden taki ruch, a twoje wnętrzności znajdą się na zewnątrz — wysyczała, szarpiąc ciałem samotniczki — a futro w środku. Rozumiemy się?

↝❇⌑❂⌑❇↜

Pod Ciernistym Drzewem czekał na nie kręg kotów. Wśród spowitych mrokiem sylwetek odznaczały się te, które dobrze znała; prócz Mrocznej Wizji i Ognikowej Słoty, których się poniekąd spodziewała, rozpoznała również samą Zalotną Gwiazdę, Blade Lico czy… Cienistą Zjawę. Aby ukryć zaskoczenie, jak i nutkę zawodu, która pojawiła się na jej pysku, pochyliła głowę i ponownie złapała samotniczkę za kark, wprowadzając ją na środek osobliwej areny, którą utworzyli członkowie kultu.
Niebieskofutra z szeroko otwartymi oczyma rozejrzała się po zebranych. Jednak, gdy tylko uchyliła wargi, aby wypytywać, o co im wszystkim chodzi, łapy Pomroku odepchnęły ją w stronę gruntu. Pysk samotniczki zarył o wilgotną ziemię.
Spojrzenie mistrzyni na parę uderzeń serca padło na sylwetkę siostry. Usta Słoty zdawały się wygięte być w szczerym uśmiechu. Już nie mogła się wycofać. Zignorowała wzrok całej grupy, wbity w jej kark, i pochyliła się nad swoją ofiarą. Złote oczy samotniczki wpatrywały się w nią z przerażeniem. Jedna z łap Pomroku spoczęła na jej klatce piersiowej, niezdecydowana, zanim otrząsnęła się mentalnie i w przeciągu zaledwie uderzenia serca zacisnęła szczęki na miękkim gardle kocicy.
Tuż obok jej uszu rozległa się cała harmonia charczenia i bulgoczącej w krtani krwi. Ostre, kruche pazury wbiły się w jej barki. Zacisnęła ślipia, szarpiąc mocniej, aż ciało kocicy przestało się pod nią wić. Ostatni, płytki oddech uciekł z jej płuc.
Powoli uniosła głowę, ukazując pysk splamiony cudzą krwią. Odruchowo oblizała wargi, spoglądając to na Mroczną Wizję, to na Zalotną Gwiazdę. Sylwetka matki promieniała dumą. Kapłanka kultu wysunęła się na przód, spoglądając na Pomrok z góry. Następne jej słowa były krótką, zwięzłą pochwałą jej umiejętności i dotychczasowych osiągnięć. Nie był to jednak koniec.
— Ja, Mroczna Wizja, Wielki Kapłan kultu Mrocznej Puszczy, naznaczam cię w imię naszych przodków. Czy jesteś gotowa przyjąć na siebie nasze znamię jako dowód inicjacji?
Przełknęła ślinę.
— Tak.
— Zatem otrzymasz ode mnie znak, który pozostanie z tobą aż do śmierci i zawsze będzie przypominał ci o przynależności do kultu.
Pysk kruczofutrej pochylił się nad głową Pomroku; jej zęby zacisnęły się na jej lewym uchu, szarpiąc i odrywając jego płat. Wzięła gwałtowny oddech, a po jej skroni spłynęła kolejna strużka szkarłatu.
— Tej nocy, zgodnie z wolą Mrocznej Puszczy, przyjmujemy cię oficjalnie jako pełnoprawnego członka naszej grupy — kontynuowała starsza. — Wierzymy, że będziesz wiernie służyć naszym przodkom i działać na rzecz kultu, abyśmy nigdy nie upadli.
Po jej karku przeszedł dreszcz; nie była pewna, czy był on oznaką ekscytacji, czy strachu. Łapa Mrocznej Wizji musnęła rozszarpane gardło samotniczki, która jeszcze parę chwili temu stała pomiędzy nimi, żywa i przerażona, i zamoczyła swoją opuszkę w spływającej po ciele krwi. Ta sama łapa została uniesiona do góry, kreśląc lepki znak na czole Nadciągającego Pomroku, tym samym oficjalnie czyniąc ją członkinią kultu Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd.