BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka i Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 22 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

29 marca 2026

Od Kobczyka

TW: skórowanie zwierzyny, zwłoki

Leśna ściółka szeleściła pod łapami brązowej kotki. Liście malowały się na wiele kolorów, odbijając gęsto blade przebłyski księżyca. Dominującymi były czerwony przechodzący momentami w szkarłat, a drugim żółty wraz z limonkowym, znajdujące swoje wolne miejsca. Kobczyk skradała się do własnego celu, ogon trzymając nisko, wzrok miała skupiony na myszce zajadającej się w najlepsze ziarenkiem. Kładła łapy ostrożnie, wymijając wszelkiego rodzaju patyki, wystające kamyczki czy uschnięte liście, przyprażone za bardzo przez słońce podczas ostatniej pory. Do nosa docierała jej intensywna, leśna, odrobinę mokra woń, a także kuszące pasmo zapachu posiłku. Jej pazury błysnęły blado, gdy zamachnęła się łapą na gryzonia. Niczego nieświadoma mysz zapisnęła głośno, po czym upadła głucho na ziemię, przygnieciona przez wielkie kocie łapsko. Nie miała pojęcia, że łaciaty napastnik jej nawet nie usłyszał. Całe powietrze uszło jej z malutkich płuc, a łapki zesztywniały. Samotniczka ostatnio nauczyła się polować nawet akceptowalnie, mimo swojej inności. Była w stanie o siebie zadbać, potrafiła już też zapolować na więcej, niż potrzebowała. Wszelki nadmiar oddawała rodzicom, którzy chwalili ją za dobre łowy, nieświadomi, że podjadała, kiedy tylko znajdowała na to okazję. Kobczyk wgryzła się w krtań zdobyczy, szybko pozbawiając jej życia. Wypluła istotkę z pyska, po czym przykucnęła, dokładnie się przyglądając zamglonym, guzikowatym oczom. Życie uszło z nich szybciej, niż mogłaby się tego spodziewać. Pyszczek miała rozdziawiony, wystawały z niej dwa pożółkłe kły. Kotka nauczyła się już, że każdą złapaną zdobycz powinna odnosić do domu. Tym razem jednak nie zamierzała tego zrobić. Musiała kontynuować swoje badania. Musiała dowiedzieć się więcej, ile tylko się dało. Potrzebowała poszerzyć własną wiedzę, a najlepszym sposobem na to była praktyka, ponieważ tak uczyło się najszybciej.
Oblizała policzki z krwi i przyuważywszy, że szkarłat pobrudził także jej pierś, zaczęła czyścić ją na tyle, na ile pozwoliła jej przykrótka kufa. Była niezwykle wdzięczna, że pogoda nieco zelżała – miała już trochę dość tych upałów, cały ten skwar przyprawiał ją o ból głowy, a oddychanie w takich warunkach było dla niej niezwykle utrudnione. Łapy piekły ją przez przegrzaną ziemię, zwierzyny także było jakoś mniej, bo chowała się po norkach przez zbyt intensywne promienie słoneczne. Chłodny powiew wiatru omiótł jej puchatą kryzę, naciskając aksamitnie na wibrysy kotki. Spojrzała raz jeszcze na żałośnie rozłożoną mysz przed jej łapami.
Postrzegała ją jako jedzenie i jako coś, czym mogła się bawić, dowiadywać się z tego więcej. Uczyć się. Mogła dzięki tym wszystkim myszom dowiedzieć się, jak wyglądały dokładnie od środka, nikt nie bronił jej także przeprowadzać wszelkiego rodzaju eksperymentów. Czasami zrywała ładnie pachnące rośliny i faszerowała nimi brzuchy gryzoni. Oczywiście im większa była zdobycz, tym więcej mogła w niej pomieścić. Niektóre dodawały jej przyjemnego smaku, inne… miały niezbyt przychylne działanie. Może gdyby poznała więcej kotów, to mogłaby im zaoferować spróbowanie czegoś nowego? Kandydaci nie byliby świadomi ryzyka, a ona dowiedziałaby się, bez potrzeby krzywdzenia siebie oraz własnych bliskich, co się stanie, jeśli wypcha swój łup określonymi rzeczami. Poruszyła puchatą kitą, zamiatając wysokie kłosy trawy za sobą. Drobne kropelki rosy osadziły się na jej futrze, czepiając kłosów niczym malutkie rzepy, które dało się strzepnąć przy jednym, konkretniejszym ruchu.
Wbiła delikatnie pazur w lekko chłodne już mięso, ciągnąc nim w jedną, określoną stronę. Zaczęła odrobinę szarpać, dbając o to, żeby warstwa oddzieliła się tak równo, jak tylko zapragnęła. Przecięła cienką błonkę pomiędzy skórą a mięsem, niekiedy myląc te dwa ze sobą przez nie najlepszą widoczność, zostawiając na skórze niepotrzebne kawałki mięsa. Szarpnęła za mocno. W jej klatce piersiowej zawrzało gorące uczucie – frustracja z powodu swojego niedbalstwa. Chciała wierzyć, że dało się to jeszcze naprawić. Starała się uważnie dokończyć własną wizję, nawet jeśli momentami szło jej to dość opornie. Nie zamierzała się poddawać. Na sam koniec chwyciła w szczęki kawałek własnego dzieła, ciągnąc je ku sobie. Odwinęła ją drugą stroną. Teraz będzie jej łatwiej jeść i nie zje kłaków.
Gdy wreszcie była usatysfakcjonowana ze swojej pracy, zaczęła skubać mięso, dokładnie żując większe części. Zaczęła pomrukiwać cicho, uszami doszukując się wszelkich dźwięków, jakie tylko mogły do niej dolecieć. Po jej podniebieniu rozpłynął się przyjemny posmak upolowanej zwierzyny. Rośliny porastające te tereny muskały ją po brodzie. Przygniotła wysoką łodygę z kwiatem łapą, łamiąc ją w połowie. Odrzuciła ją nieco dalej. — Już nie będzie mi przeszkadzać — pomyślała, marszcząc nos.
Wypluła tyle kostek, ile mogła. Niestety jej kolekcja nie była pełna, ponieważ część z nich połknęła, nie orientując się za bardzo, lecz nie było to teraz jakoś bardzo istotne. Kostki były na tyle drobne, że nie powinny jej raczej zaszkodzić. Były one także tak malutkie oraz nieprzyjemnie śliskie, że początkowo poczuła się tak, jakby cała jej praca była daremna i poszła na marne. Nie było to jednak prawdą.
Spakowała je w swoje skórzane zawiniątko, dorzucając do kolekcji także parę kwiatów rosnących tuż obok. Były to jedne z ostatnich, dlatego musiała korzystać, dopóki pogoda jeszcze jakkolwiek sprzyjała. Chociaż na tym słońcu większość z nich pomarła, a nadciągające chłody wcale nie zapowiadały dla nich lepszego losu. Dobrze będzie zatem, jeśli to Kobczyk się nimi zajmie. W dodatku… może skóra mogła przydać się do czegoś jeszcze? Mogłaby dzięki niej zrobić zasłonę na chore oko siostrzyczki? Dzięki temu korzystałaby jedynie z jednego oka, ponieważ drugie byłoby wiecznie zakryte. Chociaż czy nie obciążałoby to za bardzo zdrowego ślepia? Może będzie miała okazję za niedługo się przekonać… Będzie musiała także zastanowić się, czym byłaby w stanie przyczepić przedmiot do głowy, żeby się utrzymało i nie ześlizgiwało podczas podstawowych czynności. Czy istniało coś, co byłoby w stanie wytrzymać nawet mimo intensywnego deszczu? Podczas snu, gdzie kot mógł obracać się do woli w swoim legowisku, a nawet przypadkowo podrapać się, jeśli go akurat zaczęło swędzieć? Należałoby przymocować to na zawsze. A skóra, szczególnie z mięsem, mogła gnić. Dopóki było jeszcze w dobrym stanie, czekoladowa miała czas na namysł. Jeśli się zepsuje, najwyżej zapoluje ponownie. Może rozwiązaniem byłyby ptasie pióra albo od razu całe skrzydło czy ogon…
Kobczyk postąpiła dzisiaj inaczej niż dotychczas. Zawsze potrzebowała kompana do posiłku, tym razem jednak nie wchodziło to w grę. Nie chciała, żeby jej rodzice zastanawiali się, dlaczego bawi się kolacją, zamiast ją po prostu zjeść jak każdy inny kot. Poczuła lekkie ukłucie w żołądku. Nie było jej łatwo rezygnować z takich rzeczy, aczkolwiek czasami były rzeczy ważne i ważniejsze. Jeszcze zje z rodzicami, a jej chęć poszerzenia wiedzy nie mogła czekać. Nie mogła pozwolić na to, żeby więcej kotów, zmagających się z taką samą przypadłością co jej siostra, cierpiało codziennie z powodu swojej inności. Chciała wynaleźć coś, co pomogłoby każdej takiej Wąsatce czy Kobczykowi, zmagającymi się z utrudnionym oddychaniem czy uciekającym okiem. Podniosła zawiniątko, trzymając je sztywno w szczęce. Do jej nosa przyleciał nietypowy zapach jakby obcy kot. Futro na jej karku się podniosło. Co, jeśli to był ktoś z tych całych… klanów? Rozejrzała się pospiesznie, doszukując jakiegokolwiek ruchu. Zastygła w miejscu, dobrze, że nie była na otwartej przestrzeni, bo czułaby się teraz niczym łania spoglądająca w oczy myśliwego, swojego mordercy. Czmychnęła w zarośla, gnając ile sił w łapach przed siebie. Nie mogła ufać obcym, a już na pewno nie na tych terenach. Nie zamierzała umierać, nie teraz. Nigdy. Nie, dopóki nie wynajdzie czegoś, co pomogłoby potrzebującym.

***

Korony drzew kołysały się na delikatnym wietrze, przepuszczając przyjemne promienie słońca. Liście szeleściły w rytm grany przez podmuchy wiatru. Wiele z nich szybowało elegancko ku ziemi, stykając się nawet z gałęziami z powrotem czy grzbietami przeróżnych istot, jeśli zdążyły wylądować wystarczająco szybko. Kobczyk postanowiła dzisiaj również wyruszyć na łowy, musiała korzystać, dopóki pogoda dopisywała. Podmuchy wiatru mierzwiły jej delikatnie futro, gdy próbowała przecisnąć się obok krzewu jeżyn. Ostre kolce ciągnęły ją za długie kłosy, ból rozlał jej się po skórze, niczym dreszcz albo stado maleńkich mrówek. W myślach zaczęła przeklinać fakt, że była długowłosa, ostre igiełki nie zamierzały odpuścić jej tak łatwo. Gdy wreszcie wyswobodziła się ze swojego “tymczasowego więzienia”, rwąc kawałek cennego puchu, ruszyła szybszym krokiem w stronę zapachu, jaki jeździł jej po nosie już od paru uderzeń serca. Sprawiał, że futro podnosiło jej się na karku samo, a uszy stawiały się czujnie, jakby na baczność, nawet jeśli nie słyszały sporej części dźwięków. Skądś kojarzyła tę woń. Nie, nie mogło być… przecież… po co szłaby w tym kierunku? Czy nie było to lekkomyślne z jej strony?
Sięgnęła łapą do wysoko rozrastających się zielonych krzewów, które gdyby mogły, rozciągałyby się ku niebu niczym drzewa, którymi się otaczały. Widok, który zastała sprawił, że stanęła jak wryta.
To był ten sam kot, którego przelotnie zobaczyła ostatnim razem. Okrągły, łaciaty czarno-biały nieznajomy. Kocur podniósł się pospiesznie, Kobczyk zaczęła się wycofywać, chociaż było już za późno. Starszy samotnik już ją zauważył, tym razem mu nie ucieknie tak łatwo. Położyła po sobie uszy, kuląc ogon i wysuwając pazury. Szpony zagłębiły się odrobinę w glebie, rozpychając mikroskopijne drobinki na boki. Była gotowa o siebie walczyć.
— Hej, spokojnie, spokojnie, nie skrzywdzę cię — miauknął obcy, przygniatając grunt, jakby lekko zestresowany. Wgniótł go nieco, było to może spowodowane tym, iż był lekko wilgotny. Kobczyk przyglądała się całej tej scence. Skąd mogła wiedzieć? Może chciał tylko ją zmylić i tak naprawdę zaraz wyskoczy reszta jego bandy? Spojrzała na niego nieufnie, marszcząc nos. Rozejrzała się szybciutko na boki, aczkolwiek nie zauważyła nikogo, poza nim. Gdy próbowała zawęszyć, otwierając pysk i tym samym pozwalając, żeby zapachy dotarły do niej lepiej, niebieskooki zrobił o jeden krok za dużo. Syknęła, gdy kocur spróbował zbliżyć się do niej bardziej. — Jestem tu przelotnie. Podróżuję, rozumiesz… zostawiłem moją rodzinę daleko stąd. Jestem bardzo ciekawski i wszystko wokół, co nowe, mnie zachwyca. Nie jestem wrogo nastawiony do nikogo, tak naprawdę jeszcze nie zdarzyło się, żeby jakiś kot mnie nienawidził, przynajmniej nic takiego nigdy nie doszło do moich uszu, nikt mi także nie przekazał podobnych wieści — spróbował się wytłumaczyć, przyzdabiając pyszczek lekkim, przyjaznym uśmiechem.
Rozgadał się na tyle bardzo, że Kobczyk poczuła się odrobinę zagubiona. Nie miał wpływu na to, jak go oceni. Pierwsze wrażenie należało do niej i jej wyobraźni. Mógłby próbować wcisnąć jej wszelkiego rodzaju bajeczki, decyzja należała do niej. Mimo to czuła się trochę tak, jakby przypłynęła do niej pewna dawka ulgi po usłyszeniu tych słów. Inni raczej w tym momencie skoczyliby na nią, próbując odebrać jej życie. Może rzeczywiście nie chciał źle, aczkolwiek nie wiedziała w ile tego, co kocur jej wciśnie, należało oraz warto było wierzyć, jednak dopóki nie zamierzał jej skrzywdzić – nie był kłopotem. To było pewne. Ale czemu zatrzymał się akurat tutaj, skoro był przelotnie? Dlaczego spotkali się akurat tutaj, czego szukał? Adrenaliny, nowości? Nowych pysków, które mógłby nazwać przyjaciółmi?
— Znasz się na ziołach? Jesteś uzdrowicielem? — zapytała wprost czekoladowa wreszcie, machając kitą na boki. Może mógłby się jej na coś przydać. Może wiedział więcej od niej, mogłaby się od niego uczyć…! Może dzięki tej wiedzy wyleczyłaby swoją siostrzyczkę, kiedy wreszcie do nich wróci.
Wernyhora pokiwał głową.
— Oczywiście, coś o nich wiem. Czy potrzebujesz mojej pomocy? — zapytał, przechylając łebek lekko do boku, jakby próbował domyślić się, co mogło być na rzeczy. — Całe swoje życie ciekawiłem się każdą rośliną wokół i jak widzisz mam w futrze ich nawet sporo. Myślę, że to dość nietypowy sposób przechowywania ich… niestety musiałem zrezygnować z części z nich, ponieważ nie wszystkie mieściły mi się w futrze, aczkolwiek te najważniejsze nosze zawsze przy sobie. W dodatku nie pachną najgorzej, prawda? Lubię z nimi eksperymentować, tworzyć swoje własne leki. Tylko nie myśl o mnie źle, ja testuję je najpierw na sobie, nie naraziłbym nikogo na niebezpieczeństwo z powodu własnych zachcianek…
Kobczyk zatoczyła kółeczko przednią łapą w gruncie, kładąc po sobie futro. Może i byli w pewnym sensie podobni, ale jednocześnie różni. Ona nie zamierzała ryzykować własnym zdrowiem, prędzej podałaby interesujący ją przedmiot komuś, kogo mogłaby poświęcić na rzecz jej wielkiego projektu. W dodatku… on tak dużo gadał! Jakby mu się nigdy nie kończył oddech, a także pomysły, co powinien powiedzieć następnie. Czy nigdy nie zasychało mu w gardle? Nie bolała go głowa od ciągłego trajkotania? Pokiwała głową. Sięgnęła jedną z łap do swoich wąsów, poprawiając je odrobinę, jakby w zamyśleniu. Zmierzwiła je, kręcąc u końcówek. Ostatnimi czasy bardzo jej urosły. Gdyby nie zapach kotki, to może i by nawet uznali ją za kocura, co by jej tak naprawdę nie przeszkadzało. Było jej wszystko jedno.
— Słuchaj… moja siostra wyruszyła na niezwykle istotną misję i nie widziałem jej już długo, jednak czuję, że muszę jej pomóc. Jedno z jej oczu układa się niewłaściwie i podejrzewam, że to może negatywnie wpływać na jej koordynację. Zawsze przewracała się więcej, niż byłoby to normalne czy potrzebne. Niestety nigdy nie zdołałem przeprowadzić na niej testu, ponieważ brakowało mi wtedy wiedzy, ale z pewnością coś jest nie tak z jej gałką oczną. Czy potrafiłbyś coś na to zaradzić? A jeśli nie, to może chociaż nauczysz mnie o ziołach, które zdążyłeś poznać do tej pory? — zapytała z nadzieją, wpatrując się w kocura. Nie chciała nawet bawić się w przedstawianie, przynajmniej nie teraz. Miała priorytety i rzeczy tego typu, mogły zaczekać. Nawet jeśli zostałaby odebrana jako niewychowana, to nie zamierzała się tym przejmować jakoś szczególnie. Potrzebowała od niego jedynie się nauczyć paru rzeczy.
— Och, rozumiem. Wiesz, jest to jedna z przypadłości, na którą zioła na nic się zdadzą. Jeśli urodziła się w ten sposób, to niestety nie poradzimy za wiele, jednak zawsze warto spróbować. Naprawdę podziwiam twój zapał, długo minęło, odkąd spotkałem tak zdeterminowanego kota, a uwierz mi, spotkałem ich naprawdę wiele! — uśmiechnął się promiennie. — W miejscu, z którego pochodzę, spotykałem co jakiś czas nieznajomych i z pewnością nie zdziwisz się, kiedy powiem, że każdy z nich był inny. Najmilej zapamiętałem chyba kota, który charakterem był dość identyczny ze mną, a przynajmniej tak mi się wydawało…
Strzepnęła z irytacją ogonem. Tracili czas na takie błahostki, a mogliby już teraz przejść do nauki, czyli do tych istotnych rzeczy.
— Kiedy zaczniemy trening zatem? — podpytała, tym samym przerywając paplaninę kocura. Czy nie potrafił wyczuć, że ten moment nie był najlepszy na tego typu rzeczy? Czy nie czuł się dziwnie, opowiadając tak naprawdę komuś, kogo nie znał, tak wiele rzeczy o sobie? W dodatku co miały znaczyć słowa “przypadłość, na którą zioła się nic nie zdadzą”? To jeśli nie zioła, to co? Czy wydłubanie tego oka by pomogło? Wtedy widziałaby tylko jednym. A może zakrycie je w jakiś sposób, przykładowo skórą, którą znalazła wcześniej? Wtedy jedno by widziało, a drugie miało czarny obraz. Testowała już, jak się widziało przez ten materiał. Był on jednak niewłaściwy przez to, że nie był wieczny. Albo źle go przygotowała, może dało się sprawić, żeby się nie marnował w ten sposób.
Wernyhora przymknął się raz jeszcze, na jego mordce wymalowało się lekkie zdziwienie.
— Może przedstawmy się sobie najpierw, dobrze? Jestem Wernyhora — miauknął, robiąc delikatny ukłon przed kotką, jakby w formie szacunku.
Kobczyk nie słyszała nigdy wcześniej identycznego imienia. Pasowało to do niego, cały był jakiś inny…
— Nazywam się Kobczyk — powiedziała dość neutralnie, siląc się na pozytywny ton. Nie chciała wyjść na niemiłą, bo wcale taka nie była. Jedynie w sytuacji takiej, jak ta, każde uderzenie serca było istotne. Ponieważ w każdym momencie Wąsatka mogła wrócić do domu, a Kobczyk nie chciała być wtedy nieobecna. W dodatku jej rodzice mogli się martwić, że przebywa tak długo poza domem.
— Miło mi cię poznać, Kobczyku — powiedział pociesznie, spoglądając na kotkę. Na jego kufie wymalowało się lekkie zmartwienie, jakby dostrzegł niepewność brązowej przed sobą. — Czy coś się stało? Wyglądasz na zamyśloną — dorzucił, poruszając lekko ogonem. Poprawił parę kwiatków pośród swoich kłosów, nie spuszczając towarzyszki z oczu, jakby bał się, że odbierze jego ruchy jako niekulturalne albo nie na miejscu.
Kobczyk stała tak, zapatrzona w kocura. Zastanawiała się, o co mogłaby go najpierw zapytać. Skoro nie dało się według niego za pomocą ziół naprawiać oczu, to może powinna mu zaproponować to, co jej chodziło po głowie już od jakiegoś czasu? Gdyby nawet to odrzucił, to oznaczałoby to, że albo się nie zna, albo jest jakiś inny, lepszy sposób, chociaż brązowa nie chciała w to za bardzo wierzyć. Jej pomysły nie były wcale złe, były świetne i gdyby się postarała oraz miała pacjentów do wyleczenia, którym by mogła pomóc, zyskałaby szacunek. A na szacunku bardzo jej zależało! A jeszcze bardziej zależało jej na tym, aby znaleźć lek na przykrą przypadłość jej siostrzyczki i dla innych, którzy mogliby się zmagać z czymś identycznym.
Wernyhora pokręcił powoli głową.
— No dobrze. Nie musisz mi mówić, jeśli nie czujesz się obecnie na siłach. Chodź za mną, mieszkam niedaleko, tam też będziemy się najprawdopodobniej uczyć, ponieważ tutaj nie ma żadnych ciekawych ziół. Opowiem ci najpierw o tych najbardziej przydatnych. Nie zapominaj oczywiście pytać, od czegoś w końcu jestem — potok słów wylał się z jego pyszczka i nie zapowiadało się na to, by prędko się zakończył. Kobczyk mogłaby go porównać do jakiegoś małego, niezwykle rozśpiewanego ptaszka, który budził każdego o mniej więcej tej samej porze, o której słońce wskakiwało na horyzont i rzucało pomarańczowe promienie na drzewa w lesie, zachęcając mieszkańców do pobudki. A budził zwierzynę całym dniem, robiąc chwilowe przerwy na rozprostowanie skrzydeł, łapek czy krążenie w poszukiwaniu much, czyli swojego obiadu. — Myślę, że zaczniemy od najbardziej pospolitych. Czyli, rozumiesz, takich, których jest na tych terenach niezwykle wiele. Czy rośliny nie są przecudowne? — zadał pytanie, chociaż nie oczekiwał od młodszej odpowiedzi na już, o ile kiedykolwiek. Kobczyk szła u jego boku, słuchając go jedynie częściowo. Tym razem nie było to związane z jej słuchem, a bardziej faktem, że nie miała ochoty rozgadywać się o sobie czy innych rzeczach szczególnie, ponieważ nie znała go nawet za dobrze. Można było powiedzieć, że dużo krążyła myślami w obłokach, podczas gdy Wernyhora spowiadał się jej z każdej informacji, z jaką udało mu się w jakiś sposób powiązać dany temat.
Dotarli wreszcie do niezbyt wielkiego wgłębienia w ziemi. Było dobrze otoczone krzewami jeżyn, przez które ciężko się przechodziło. Szczególnie jeśli cały grzbiet oraz boki miało się w długich kłakach, które chwytały się każdego najmniejszego haczyka u roślin czy rzepów z gałęzi. Dwójka stanęła przed norą. Do Kobczyka dotarła intensywna woń ziół, kręcącej jej odrobinę w nosie swoją intensywnością. Ponadto wymieszana była jeszcze z mokrym, ziemistym zapachem, który był już dużo mniej przyjemny.
— Wejdźmy, zapraszam. Ty idź pierwsza — zachęcił ją kocur, podnosząc jedną z przednich łap i chyląc się odrobinę ku dołowi, jakby robił przed nią ukłon.
Kobczyk skinęła głową, po czym posłusznie weszła do środka. Miała szczerą nadzieję, iż nie była to pułapka. Ziemia pod jej łapami była odrobinę wilgotna, aczkolwiek nie była taką typową breją, której się spodziewała po tym miejscu. Można było powiedzieć, że została pozytywnie tym zaskoczona. Rozejrzała się po jamie, przyzwyczajając wzrok do otaczającego ją obecnie półmroku. Wernyhora wszedł tuż za nią, przysuwając zarośla odrobinę bliżej, jakby obecny kamuflaż był niewystarczający. Przysunął swoje starannie wyścielone legowisko do siebie, po czym ułożył się w nim wygodnie, pomrukując.
— Pozwól, że ci nieco opowiem o tym miejscu. Kojarzy mi się z domem… z moimi rodzicami, Tymotką i Wirkiem, niesamowite koty. Życzę każdemu kociakowi takich rodziców, naprawdę nie mogłem prosić o lepszych. Kobczyku, wiesz, próbowałem udekorować tę jamę na wzór mojego domu. Miejsca, w którym przyszedłem na świat. Uwierzysz mi, jeśli ci powiem, że zastałem ją w dużo gorszym stanie? — zachichotał. Kotka nie odpowiedziała, ale to go wcale nie zniechęciło do kontynuowania swojej wypowiedzi. — A teraz się rozejrzyj. Prawda, że ładnie? Starałem się, jak mogłem, żeby doprowadzić to miejsce do porządku. Stworzyłem z niego azyl, w którym bardzo przyjemnie mi się żyje i w dodatku nie spotkała mnie tutaj jeszcze nigdy żadna przykrość… Dobrze mnie chroni przed chłodami mroźnej pory oraz upałami, ponieważ nie dociera tutaj tak dokładnie słońce, jedynie gdzieniegdzie drobne promyczki.
Brązowa kotka pokiwała głową. Nie interesowało ją to nadto, raczej zastanawiała się nad zastosowaniem wszystkich tych ziół, jakie ją obecnie otaczały, starannie upchnięte w jedno miejsce. Nie rozsypywały się, a miejsce, jakie im przydzielono, nie dopuszczało wilgoci z taką łatwością. Wernyhora wziął ze stosiku parę nieznanych jej łodyg, po czym ułożył je na nieco większym liściu, rozdzielając starannie łapami. Kobczyk przyglądała się procesowi i chłonęła go, jakby mógł jej się w przyszłości jeszcze przydać.
— Te malutkie kwiatki, jakie widzisz, to bez czarny. Można spotkać go na tych terenach, aczkolwiek musisz się trochę postarać, żeby go znaleźć. Rosną na wysokich krzewach lub nawet i niskich drzewach o kulistej koronie, liście przypominają krople. Zapach mają kwiecisty, przepiękny. Gdybym miał doradzać komuś, jakie kwiaty powinien sobie wpleść, możliwe, że wspomniałbym właśnie o nim. Ale przechodząc do rzeczy… — poruszył ogonem, może zorientował się, że w Kobczyku zaczyna powoli narastać frustracja związana z niepotrzebnym przeciąganiem wszystkiego? — Kwiaty mają białego koloru, a używa się go najczęściej na złagodzenie zwichnięć czy skręceń. Należy przeżuć liście na miazgę, taką papkę i nałożyć ją jako okład. Potem bierzesz trochę pajęczyny, takiej jak tutaj — sięgnął łapą dwóch patyków, na których ulokowana była gęsto pajęcza nić. Samotniczka podążyła wzrokiem za ruchami kocura. — I nakładasz ją na ranę. Musisz pamiętać, żeby przed tym ją dokładnie wyczyścić, żeby nie doszło do zakażenia. Jeśli pajęczyna przesiąknie krwią, wtedy ściągasz ją i nakładasz nowy opatrunek. Pajęczyna niestety ma to do siebie, że prędko się brudzi, dlatego co jakiś czas będzie trzeba go zmieniać potrzebującym. Może zdarzyć się tak, że nawet przez sen ją zerwą, a to nie jest nigdy nic dobrego, szczególnie w takiej sytuacji — zamruczał, po czym zachęcił łaciatą do zbliżenia się i dokładnego zapoznania z ziołem. Kobczyk przysiadła obok, owijając ogon wokół swoich łap. Sięgnęła jedną bzu, delikatne kwiaty ugięły się odrobinę pod jej naciskiem. Kotka cofnęła palec, nie chcąc przypadkiem zepsuć tak cennej rośliny. Wernyhora nie komentował jej poczynań, jednak czuła jego wzrok na sobie. Szkoda, że nie było nikogo, na kim mogłaby przetestować nowo nabytą wiedzę.
— Pokażesz mi miejsca, gdzie mogę go znaleźć? — zapytała, przenosząc ślepia teraz na czarno-białego.
Kocur pokiwał energicznie głową.
— Oczywiście! Możemy przy najbliższym następnym spotkaniu poszukać miejsc, gdzie rosną wszystkie zioła, które ci dzisiaj przedstawię — przekazał, przejmując od niej roślinę, z którą kotka zdążyła już w miarę się zaznajomić. Chciała wierzyć, że zapamięta, jak dokładnie wyglądają drobne, białe kwiatuszki oraz charakterystyczne liście przyczepione do zielonej łodygi. Zastrzygła wąsami, ciekawa następnej dawki informacji. Ciekawe, czy Wernyhora pokaże jej coś więcej, oprócz tego, co przyszykował? Chociaż… nie powinna przebywać poza domem tak długo. Jej rodzice z pewnością się martwią. Zmarszczyła brwi, oddając się własnym myślom na parę uderzeń serca. Jeśli zostanie tu nieco dłużej, możliwość zaniepokojenia bliskich wzrastała. Jeśli jednak wróci teraz do domu, to nie dowie się więcej. Machnęła ogonem, gdy kocur przysunął następne ziele do jej łap.
— Co to jest? — zapytała, po czym utkwiła wzrok w nowym przedmiocie. Drobne, fioletowe kwiatki wyrosły z niego lekko, widać było, że ich czas świetności powoli mijał. Zapach, jaki ulatniał się z rośliny, był na tyle intensywny, żeby zakręcić brązowookiej w nosie. Kichnęła głośno. Samotnik prędko zadbał o to, żeby nie musiała tkwić długo w niewiedzy.
— To czosnek. Dziki czosnek. Możesz spotkać go w tych lasach, jednak nie jest dostępny przez cały czas, zresztą jak lwia część ziół. Rośnie w kępkach, jak go wyrwiesz z ziemi, to wychodzi taka bulwa, jaką widzisz tutaj. Jest matowa i bardzo nijaka w dotyku. Schodzi z niej sucha warstwa, jak się ją zgniecie, to chrupie jak prażone liście. Wydobywa się z niej bardzo intensywny, ostry zapach, którego nie da się pomylić z niczym innym. Zastanawiasz się na pewno, po co komu taka roślina? Otóż należy się w niej wytarzać i to porządnie. Jest świetny w leczeniu infekcji oraz zapobieganiu im, zwłaszcza gdy doświadczysz nieprzyjemnego ugryzienia szczura. Widziałaś je kiedyś? Są takie ogromne! Są w stanie także porządnie skrzywdzić kota i nie potrzeba im wcale całej grupy, by nam zaszkodzić… — opowiedział, w jego oczach zatańczyła nagła iskra, jakby go olśniło. Kotka pokiwała głową. — Może znasz go pod inną nazwą? Mówią na niego także czosnek niedźwiedzi.
Nie znała go pod żadną nazwą, ponieważ nie miała nigdy wcześniej do czynienia z tą rośliną. Raz jeszcze chwyciła ziele w łapki, tym razem ostrożniej, chociaż i tak zapach zdążył przejść na nią, nieważne jak bardzo by się starała, żeby było inaczej. Zmarszczyła mordkę z niezadowoleniem. Jeśli rodzice zapytają, to im po prostu powie, że wytarzała się w trawie i nie wiedziała, że będzie od niej z tego powodu tak jechać…
— Często spotykasz szczury w lesie? Ja jeszcze nie widziałam żadnego, ale z opowieści domyślam się, że są to po prostu przerośnięte myszy. Mają większe kły i więcej odwagi, aczkolwiek to nadal tylko głupie gryzonie. One zrobią wszystko dla jedzenia i nie mają wcale wystarczająco czujności, często padają ofiarą kotów — rozgadała się. — Myślisz, że szczury mogłyby podjadać zioła? Masz jakiś sposób na odgonienie ich, jeśli kiedykolwiek się tutaj dostały? Patrząc na wejście, myślę, że mogłyby mieć lekki kłopot z powodu krzewów, aczkolwiek z pewnością by się przedarły. Słyszałam, że są uparte.
Wernyhora uśmiechnął się raz jeszcze, mrużąc odrobinę oczy.
— W lesie jest ich zdecydowanie mniej niż w Siedlisku Dwunożnych… najprawdopodobniej dobrze im z dwunogami. W lesie mają mniej dziwnych przedmiotów i muszą rzeczywiście się starać, żeby dobrze się najeść. W siedlisku mają sporą konkurencję, ale mają o co walczyć, gdzie tutaj mogłyby co najwyżej o znalezione ziarna, których mogłoby im nie starczyć w razie bardziej srogiej pory. Jeszcze nigdy nie miałem sytuacji, żeby jakiś zawędrował do mojej jamy. Gdyby tak się stało, prawdopodobnie jakoś spróbowałbym go przegonić, ponieważ mógłby wyrządzić szkody moim zapasom. Nie pogardzą roślinami. Są uparte, jeśli mają powód do bycia takimi. Tak też jest z kotami, może wcale się nie różnimy od nich tak bardzo, jak nam się wydaje…
Kobczyk pokręciła głową.
— Nie mów tak nawet. Nie chciałabym być porównywana do szczura. Jesteśmy od nich mądrzejsi i nie musimy walczyć o odpadki dwunożnych. Chociaż pewnie istnieją koty, które muszą. My mamy jednak przywilej i brak obowiązku, ponieważ potrafimy polować na zwierzynę leśną. Potrafisz, prawda? — upewniła się, aczkolwiek nie miało to aż tak wielkiego znaczenia. Skinęła do niego głową. — Wernyhoro, muszę już iść. Moi rodzice będą się o mnie martwić. Dziękuję za dzisiejszy trening, wrócę tu jutro. Do zobaczenia — oznajmiła, po czym wycofała się do krótkiego tunelu. Łaciaty kocur pomachał jej ogonem na pożegnanie, poprawiając rozsunięte przez nią krzewy.
Drzewa szeleściły spokojnie, przyjemny, odrobinę chłodny wiatr owiał policzki samotniczki, która próbowała odnaleźć drogę powrotną do domu. W miarę starała się zapamiętać charakterystyczne miejsca – przykładowo drzewo, którego spora część kory wydawała się zdrapana, potem kolejne, tym razem przewalone. Miało tak ogromne korzenie, że gdyby ktoś zechciał, mógłby urządzić sobie tam przytulne legowisko. Zamyśliła się na chwilę, wpatrując we własne łapy. To, co dzisiaj zrobiła, nie należało absolutnie do najmądrzejszych zagrywek. Mogło się to skończyć dużo gorzej, nawet jeśli kocur zarzekał się, że nie zrobi jej krzywdy. Równie dobrze mógł, w końcu był straszny, a ona nigdy nie odbyła zbyt wielu treningów, jak chodziło o szkolenie się w zakresie chwytów bitewnych. Parę z nich znała, ale czy to wystarczyło? I jeszcze jej przykrótka kufa, uniemożliwiająca wysiłek trwający zbyt długo. Na samą myśl zrobiło jej się lekko niedobrze. Nabrała pełniejszego, chrapliwego oddechu, wypluwając nadmiar śliny gdzieś w krzaki. Jej łapy ślizgały się gdzieniegdzie przez teren pokryty błotem, promienie słońca zostały zakryte przez gęste, gołębie chmury, rozciągające się po nieboskłonie niczym kocie łapy. Uniosła wzrok ku niebu, doszukując się na gałęziach jakichkolwiek ptaków. Nie miała jednak pojęcia, że ptaki, a dokładniej jeden konkretny gatunek skubał coś nieopodal jej, kłócąc się o każdy skrawek.
Nagle nadepnęła na coś miękkiego. Otworzyła oczy szerzej, spozierając na to, co leżało w trawie.
Pozlepianie od skrzepniętej krwi futro zmierzwiło się pod jej dotykiem. Cofnęła łapę, zastanawiając się momentalnie, co mogło być powodem takiego końca. Wrony odleciały ze wrzaskiem, zasiadając na gałęziach ponad nią niczym sępy, ze złością próbując dosięgnąć jej grzbietu oraz uszu, niezadowolone z tego, że odkryła ich znalezisko i przeszkodziła im w uczcie. To, co niegdyś było postawnym, eleganckim kotem, teraz stało się niczym nieznaczącą kupą mięsa, z zamglonym wzrokiem i bezwładnymi, obgryzionymi łapskami zabrudzonymi błotem. Chociaż czy aby na pewno nie miało znaczenia? Brązowa schyliła się, teraz do niej dopiero dotarł smród truchła. Nigdy wcześniej nie czuła podobnego odoru. Zastanawiała się, jak powinna do niego podejść. Różniło się to odrobinę od martwych myszy, ptaków czy ogólnie jakiejkolwiek zdobyczy, jakie udało jej się złapać do tej pory. Tego nie upolowała, to był czyn kogoś innego. Miały jednak pewne cechy wspólne; nieobecny, pusty wzrok, zmierzwione, pobrudzone futro… było ich wiele, można tak było długo wymieniać. Smród nie był na tyle intensywny, żeby ją odrzucać, aczkolwiek była w stanie od teraz odróżnić go od każdego innego, odkąd się o nim dowiedziała. Zanotowała sobie to w głowie – z pewnością jej się jeszcze przyda w przyszłości.
Prawdopodobnie stracił za wiele krwi albo została uszkodzona jakaś istotna część jego organizmu. Chwyciła łapami łeb martwego, unosząc go delikatnie ku górze, co przyszło jej odrobinę z trudem, ponieważ było cięższe, niż wyglądało. Gardło zdawało się, miało ubytek. Możliwe więc, że zawalczył z kimś silniejszym i niestety… albo stety, stracił życie. Albo wpadł we wnyki dwunożnych. Można było je co jakiś czas spotkać, całe szczęście nie były czymś na porządku dziennym.
Skoro już poświęciła mu chwilę, może powinna zabrać kawałek dla siebie, żeby na zawsze o nim pamiętać, nawet jeśli nie było im dane nigdy się poznać. Tak naprawdę martwemu już się to nie przyda, a jej mogło. Kiedyś był kimś, a teraz stał się pokarmem dla wron. Dlatego…
Sięgnęła łapą jednego z oczodołu, po czym wysunęła pazury i zwinnym ruchem wydłubała nieco już podgniłe oko, które nadal w pewnym stopniu przypominało gałkę oczną. Może mogłaby ją wstawić Wąsatce? Wtedy jej ciało mogłoby je zregenerować i widziałaby normalnie. Może martwy byłby wdzięczny jej, że używa jego części do tak ważnego projektu, jakiego się podjęła? Z pewnością się nie pogniewa za ten czyn. Kobczyk nie zwróciła uwagi, jakiego koloru ślepie trzymała, aczkolwiek wypadałoby je chyba umyć, jeśli zamierzała go użyć. Zaczęła iść w kierunku pobliskiej wody, zostawiając tym samym swoje znalezisko za sobą.
Wreszcie będę mógł pomóc Wąsatce! — pomyślała uradowana, do jej łap napłynęła nowa dawka energii, która byłaby w stanie zasilić wojownika na cały dzień polowań, najprawdopodobniej.
Znalazła się wreszcie nad wodą. Zbiornik skrzył się zjawiskowo w przerywanych promieniach słonecznych, lekkie fale obijały się o grunt, mocząc zbitą trawę. Słońce zdążyło przegonić przynajmniej kawałek chmur, na niebie malowała się teraz cała plejada barw, niezwykle przyjemna dla oczu. Grzała odrobinę dwukolorowe futro koteczki. Kobczyk westchnęła z ulgą, gdy chłodna ciecz otoczyła jej łapy. Starannie umyła znalezisko, mając nadzieję, że dzięki temu będzie mogło wystarczyć na dłużej – ponieważ nie miała pojęcia, kiedy dokładnie wróci jej siostra i czy rzeczywiście wróci. Gdy jednak tak się stanie, skarb będzie na nią już czekał, a razem z nim łaciata, Mewa i Wilczy Skowyt! Brud zszedł z galaretowatego obiektu dość łatwo, nie musiała go uszkadzać ani próbować bawić się w ściąganie warstw. Oczywiście dla każdego “czysty” oznaczało co innego, a sama brązowooka nie sądziła, że musiał być śnieżnobiały, żeby był w dobrym stanie.
Chwyciła jeden z większych liści, po czym zawinęła w niego starannie swój skarb i zaczęła zmierzać ku azylowi, w którym z pewnością czekali na nią zaniepokojeni rodzice.

***

Zgniło. Oko… zepsuło się. Co zrobiła nie tak? Co powinna zmienić, żeby zapobiec następnej takiej tragedii? Musiała spróbować jeszcze raz. Zabezpieczy je jakoś lepiej. Może źle je przechowywała? Powinna była umieścić je w innym miejscu? Stała tak nad swoim skarbem, wpatrując się w niego z pewną pustką wymalowaną w oczach. Trzepnęła ogonem z czystą frustracją, mając ochotę cisnąć liściem o jedno z pobliskich drzew, aczkolwiek tego nie zrobiła. Do jej nosa dotarł znajomy zapach, to był Wilczy Skowyt.
— Kobczyk, córciu, co to za smród? Czy zapomniałaś zjeść mysz, którą ci dałem wczoraj? Musimy coś z tym zrobić — skrzywił nos, na jego kufie wymalowana była troska. — Tylko nie próbuj jej jeść dzisiaj. Musimy ją niestety wyrzucić… — miauknął, zbliżając się do zawiniątka. Gdy ramię osłonki opadło na ziemię, odsłoniło ciemną papkę, do której zlatywały się muchy. Jedna z nich czmychnęła w powietrze, niemal nie wpadając na dwójkę. Brązowy kocur osłupiał, wpatrując się w niezidentyfikowany przedmiot. Kobczyk poczuła, jakby coś ścisnęło ją od wewnątrz.
— Co się dzieje? Co to za smród? — zawołała Mewa, podchodząc coraz bliżej dwójki.
Czekoladowa chwyciła papkę w łapy, rozbryzgując ją po posadzce przypadkowo. Miała ochotę wziąć ją i schować, jakby dzięki temu mogła wyrosnąć na nowo, niczym roślina. Niczym nowa gałka oczna specjalnie dla Wąsatki.
Wilczy Skowyt oraz Mewa wpatrywali się na poczynania córki, nie mogąc zrozumieć za bardzo, co odgrywało się przed ich oczami. Pyski krzywiły im się z obrzydzenia, aczkolwiek nie swoją latoroślą, a raczej tym, co trzymała w poduszkach.
Oni tego nie zrozumieją. Potrzeba było naprawdę wiele czasu, żeby dojść do tego, co odkryła Kobczyk. Nie miała zresztą nawet czasu im tłumaczyć dokładnego toku myślenia, musiała wymyślić coś innego. Coś, co pomogłoby Wąsatce i nie zepsuło się tak szybko.
— Kobczyku, co trzymasz? Skąd to wzięłaś…? — zapytał pręgus, poruszając nerwowo ogonem.
— To miało pomóc Wąsatce — miauknęła. Nie rozumiała, skąd wzięła się taka reakcja na jej znalezisko. Owszem, zepsuło się i tak naprawdę… zostało po nim coś, co ciężko było nazwać okiem. Ale może jeszcze było w stanie się przydać? W mniejszym lub większym stopniu? Może mogła tym kogoś nakarmić w ramach wzmocnienia albo zbadać, czy jest w ogóle zdatne do spożycia? Nie postrzegała tego wcześniej jako pożywienie, w zasadzie nadal nie widziała tego tak. To miało być rozwiązanie na uciekające oko jej siostrzyczki. Na jej przykrą koordynację, na wszelkie przykrości, jakie mogły jej towarzyszyć. Dlaczego się nie udało? Czy gdyby wróciła szybciej, to gałka nie zmarnowałaby się? Ścisnęła w łapie znalezisko, papka straciła swój poprzedni kształt, teraz barwiąc jej śnieżnobiałe palce brudem. Odwróciła łapę, doszukując się w tym czegokolwiek, co dałoby się jeszcze uratować. Ojciec spojrzał na nią z lekkim zmartwieniem.
— Kobczyku, córeczko, musimy to wyrzucić. Rozumiem, że tęsknisz za siostrą, ale musisz być cierpliwa. Wąsatka wróci, jednak nie teraz. To miłe, że chciałaś jej wręczyć prezent w postaci zwierzyny, ale ona też nie może zbyt długo leżeć. Może upolujemy dla niej coś nowego, jak tylko do nas wróci? — zaproponował, kładąc swój ogon na jej grzbiecie pocieszająco. Brązowooka wróciła wzrokiem do brudnej plamy, kiwając powoli głową.
Nie był to posiłek, było to zastępcze oko, dzięki któremu Wąsatka widziałaby normalnie. Jednak nie sądziła, by tata to zrozumiał. Łatwiej więc było zgodzić się z jego słowami, czegokolwiek by nie zaproponował. Kotka odwróciła się odrobinę, spozierając na rodziców.
— Może pójdziemy to umyć? — powiedziała Mewa, jej kochana mama.
— W porządku — odparła łaciata, idąc za mamą.
Następnym razem zadba o znalezisko lepiej, jeśli jeszcze kiedyś dane jej będzie znaleźć więcej.
Wyrzuciła resztki nieco dalej od domu, upewniając się, że kierunek zmierzania wiatru nie dmuchał prosto w stronę jej domu – byłoby to dość niewygodne, a dla jej rodziców najprawdopodobniej obrzydliwe. Zrobiła to wszystko z lekkim żalem, nadal gdzieś w niej tkwiła nadzieja, że dało się cokolwiek z niego uratować, nawet jeśli nie znalazła żadnego, zdatnego ani żywego kawałka.

***

Parę dni później

Czas minął jej spokojnie, jakby nic aż tak istotnego się nie wydarzyło – i dla niej tak naprawdę wyglądało to właśnie w ten sposób. Nic większego nie miało miejsca. No może poza tym, że źle zapakowała tak istotny dla niej przedmiot. Jednak przy kolejnej takiej możliwości zadba o to, żeby wystarczyło na dłużej.
Leśna ściółka szeleściła jej pod łapami. Wielokolorowe liście wpychały jej się pomiędzy palce, niekiedy próbując naciąć delikatną skórę, aczkolwiek Kobczyk prędko się ich wyzbywała, żeby jej nie zrobiły przypadkiem krzywdy. Nie miała dzisiaj ochoty na wyciąganie cierni czy wszelkiego rodzaju brudów spomiędzy palców, więc taka kolej rzeczy nie była jej wcale na łapę. Zawęszyła, sapiąc pod nosem. Dotarł do niej intensywny zapach drzew iglastych, a także mokry powiew, który sprawiał, że czuła się zrelaksowana. Mewa i Wilczy Skowyt nie wspominali więcej o tym, co miało miejsce ostatnio. Prawdopodobnie przyjęli, że najzwyczajniej w świecie zgniła zwierzyna, a Kobczyk o niej zapomniała i nie zdążyła jej zjeść. Na jej miejsce upolowali ze trzy myszy, więc nie byli wcale stratni. Nie wiedziała, kto chciałby jeść gałkę oczną, aczkolwiek była zbyt cenna, żeby skończyć w tak marny sposób. Rozejrzała się, szukając charakterystycznych oznaczeń. Minęła przewalone drzewo, które przygniotło parę krzewów na swojej drodze, całkowicie je rujnując. Korony wiekowych roślin kołysały się na wietrze, przepuszczając jedynie zdawkowe ilości promieni słonecznych, które z każdym kolejnym dniem grzały coraz słabiej. Niebo coraz częściej zapchane było przez gołębi puch.
Pora Nagich Drzew zbliżała się wielkimi krokami. Za niedługo wszystkie te tereny ponownie pokryją się gęstym, białym śniegiem, który odbierał każdemu kotu czucie w poduszkach łap. Skręciła, będąc już blisko swojego celu. Zapach znanego jej kocura dotarł do jej nosa, postawiła uszy, nasłuchując jakichkolwiek dźwięków. Nic konkretnego jednak do niej nie dotarło. Rozsunęła przeszkadzające jej krzewy i weszła do tunelu, przyzwyczajając się szybko do półmroku.
— Jesteś tu, Wernyhora? — zawołała chrapliwym głosem.
Kocur wyszedł ze składzika z ziołami w pysku. Na widok kotki rozpromienił się, posyłając jej szczery uśmiech. Szybciutko odłożył to, cokolwiek wyjął z magazynka, oczywiście ostrożnie, po czym przysiadł nieopodal swojej uczennicy.
— Kobczyku! Czy pamiętasz, o czym się ostatnio uczyliśmy? — zagadnął, po czym zastrzygł wąsami. — Potrzebuję twojej pomocy. Dzisiaj twoja wiedza zostanie poddana testowi. Chodź za mną — powiedział jej i podniósł się ze swojego miejsca. Zanurkował jeszcze w małej odnóżce, biorąc ze sobą kilka najpotrzebniejszych ziół, a także… patyk? Po co mu był patyk? Może podeprze się, bo uszkodził łapę? Chociaż nie kulał.
Samotniczka także stanęła na czterech łapach, czekając, aż niebieskooki zacznie prowadzić. Wyszli wspólnie tunelem, po czym skierowali się w kierunku znanym jedynie biało-czarnemu. Ciekawe gdzie szli? I co dokładnie będzie dane jej dzisiaj zrobić? Może będzie w stanie wstawić komuś nowe oko, a stare dostanie na własność? W końcu, po co komu chore oko, skoro mógłby dostać zupełnie nowe, nienaruszone i możliwe, że działające dużo korzystniej od poprzedniego? Brązowooka czuła dreszcz podekscytowania. Nadszedł dzień, kiedy nabyta przez nią wiedza rzeczywiście się przyda!
Dotarli do małej norki, z której czuć było nietypowy zapach, ponieważ był to zapach… mleka? Brązowa kotka zajrzała do środka. Jej oczom ukazała się szylkretowa, wielokolorowa kotka, która była niezwykle obrzmiała. Poruszała się niespokojnie po własnym domu, drepcząc w tę i w tę, nie mogąc znaleźć dla siebie wystarczająco wygodnego miejsca. Kotka skupiła się w tym momencie na ziołach, po jakie sięgnął jej mentor. Ogórecznik o przepięknych, purpurowo-niebieskich płatkach, a także drobnych listkach pokrytych bieluchnym meszkiem. Był to ogórecznik, który wspomagał ciężarne kotki w produkowaniu mleka, jeśli posiadały go za mało. Kobczyk domyśliła się zatem, że mają do czynienia z kimś, kto spodziewał się kociąt. Zresztą samo przyjrzenie się jej brzuchowi wystarczyło, żeby wpaść na podobną odpowiedź.
Patyk zatem był po to, aby skupiła się na zagryzieniu drewna i wyładowaniu własnych emocji i stresów, gdy maluchy będą chciały już przyjść na świat.
— Witajcie! Och, całe szczęście, że już jesteście… martwiłam się, że nie dotrzecie! — powiedziała koteczka, poruszając ogonem na boki. Kobczyk zapatrzyła się na opadający i podnoszący się bok nieznajomej. Przez to całkowicie umknęło jej pierwsze zdanie, jakie wypowiedział kocur stojący tuż obok niej.
— …Jesteś w dobrych łapach. Obiecuję, że wszystko pójdzie dobrze. Nie masz co się martwić, w końcu nie okłamałbym cię, prawda? — zachichotał łaciaty, po czym pochylił się nad kotką i zaczął delikatnie łapami dotykać jej brzucha.
Brązowa przyglądała się każdemu jego ruchowi, ucząc się z nich. Jego łapa podniosła się odrobinę, jakby kocięta wewnątrz postanowiły, że odpowiednim momentem teraz będzie kopnięcie nieznanego im kocura w poduszkę. Uśmiechnęła się delikatnie na tę myśl. Z pewnością ona i Wąsatka też kiedyś tak robiły, kiedy jeszcze nie było ich na tym świecie.
Nagle przez ciało samotniczki przeszedł dreszcz, który sprawił, że ogon zadrżał jej boleśnie, a łapy wygięły się sztywno, jakby ktoś zadał jej niezwykle dotkliwy cios.
— Kobczyku, podaj mi patyk, proszę — powiedział szybko Wernyhora, spoglądając na swoją podopieczną.
Kotka szybko wykonała jego polecenie, wycofując się po przedmiot. Chwyciła go w pysk, po czym podała ostrożnie mentorowi. Odebrał go od niej, kładąc go teraz przed pyszczkiem sapiącej kocicy.
— Zagryź go, będzie ci, chociaż odrobinę łatwiej — powiedział jej nieco głośniej, będąc świadom, że przez ból mogła go słyszeć gorzej niż zwykle.
Po jakimś czasie na świat przyszły cztery malutkie kuleczki. Każda posiadała hojną ilość bieli, dwie były identyczne ze swoją mamą. Kobczyk dostała za zadanie podawanie ich delikatnie nieznajomej. Kocica odruchowo zaczynała je myć, mierzwiąc im futerka w celu ogrzania ich. Chroniła całą czwórkę swoim ciałem przed wpadającymi odrobinę do wgłębienia podmuchami wiatru. Maluchy instynktownie pełzły niczym drobne larwy ku brzuchowi matki, w celu wzięcia swojego pierwszego łyka mleka. Może lepiej było porównać je do innych robaków.

***

— Świetnie się spisałaś, Kobczyku. Na dzisiaj to będzie koniec naszego treningu. Możesz wrócić do rodziców i odpocząć. Jeśli chcesz, zapraszam jutro na dalszą naukę ziół. Chyba że masz jeszcze jakieś pytania? — zamruczał Wernyhora, układając się wygodnie w swoim legowisku. Wyciągnął przednie łapy przed siebie, wysuwając pazury i chowając je po chwili, gdy się rozciągnął. Ziewnął mocno, układając ogon w półksiężyc. Kobczyk skinęła głową i mruknęła cicho w odpowiedzi, chociaż wydany przez nią dźwięk nie przypominał żadnego konkretnego słowa. Zanotowała w głowie kształty i mniej więcej zachowania maluchów, które wyglądały tak, jakby zostały stworzone dużo wcześniej, ze swego rodzaju odgórnie nakazanym rozkazem. Wiedziały, co mają robić, mimo że nawet nie miały otwartych oczu. Każdy ich ruch oraz odruch był dla niej interesujący, nie spotkała się wcześniej z takimi malcami. Nie pamiętała nic z czasów, kiedy sama była taka, jak oni. Sposób, w jaki rywalizowały o miejsce przy brzuchu matki, także nie chciał wyjść jej z umysłu.
Nie mogła pozbyć się myśli, że przypominały jej robaki. Pełzające larwy, czepiające się jakiegokolwiek pokarmu i walczące o przetrwanie, nie licząc się z niczym innym dookoła, jedynie z własnym dobrostanem. Można było powiedzieć, że kocięta są bardzo egoistyczne. A egoizm ten wynika z przymusu przetrwania, bycia najlepszym, tym, który dostanie najwięcej mleka i tym samym przybierze na masie szybciej, może urośnie bardziej.
— Opowiesz mi więcej o kocimiętce? — poprosiła, zastanawiając się, co mogłaby dzięki niej zrobić. Doszły ją słuchy, że działała naprawdę różnie na koty; jednym poprawiała niezwykle humor. W większych dawkach doprowadzała ich do niezwykłego według nich stanu… Nie pamiętali z niego za wiele, ale wspominali go naprawdę dobrze. Może dzięki tej roślinie Wąsatka nie odczułaby bólu związanego z wymianą niewłaściwie działającego oka? Gdyby wymieszała kocimiętkę z makiem, może pacjentom byłoby nie dość, że miło, to jeszcze by ich wcale nie bolało, ponieważ mak dobrze się sprawdzał na tego rodzaju przykrości. Albo oddaliby się w najlepszy sen, jaki im się kiedykolwiek przyśnił. Wąsatka by zasnęła i niczego nie poczuła, a po przebudzeniu się mogłaby sprawdzić, jak jej się widzi z nowym, lepszym okiem.
— Oczywiście — odparł Wernyhora, wybierając ze składziku poszukiwane zioło. Przyjemny zapach poniósł się po jamie, łaskocząc Kobczyka w nos. Nabrała większego wdechu, wypuszczając go nozdrzami z jakby lekkim smutkiem. Skoro sama woń sprawiła, że przez jej łapy przeszło przyjemne mrowienie, to po spożyciu jej moc musiała być dużo większa. Otaksowała spojrzeniem cenną roślinę. — Kocimiętka w nadmiarze szkodzi. Jeśli chcesz ją podawać potrzebującym, najczęściej chorym na zielony kaszel, musisz uważać z dawkowaniem. Jeśli podasz jej za dużo, możesz nawet zabić nieświadomie kota, czego byś z pewnością nie chciała. Podaje się ją w następujący sposób… poszkodowany musi ją dokładnie przeżuć i zjeść. Jest to najlepszy, a także najszybszy sposób na pozbycie się kaszlu, żeby się nie rozprzestrzeniał i zniknął całkowicie. Poprawia ona także humor, jednak nie zalecałbym jej używać na każdym smutnym kocie. Niektóre sprawy da się przegadać słownie, bez obowiązku faszerowania kotów ziołami — wyjaśnił, gładząc zamszone liście poduszkami łap.
Kobczyk chwyciła roślinę w łapy, mając ochotę spożyć kawałek, aczkolwiek się powstrzymała. Będzie musiała znaleźć trochę kocimiętki tylko dla siebie. Mogłaby wtedy ją podać Wąsatce, jak już wreszcie wróci. Przekazała czarno-białemu jego własność, zapatrzyła się na jedną ze ścian. Ostatnio nauczyła się naprawdę wiele, a miała dowiedzieć się kolejne tyle.

***

— Kobczyku, córeczko, a widziałaś kiedyś ptaki latające nocą? — zapytał Wilczy Skowyt, zamiatając ogonem spokojnie podłoże.
Las wokół nich mienił się na wiele kolorów, robiło się z każdym dniem coraz zimniej. Noce były na tyle chłodne, że wychodzenie podczas nich stawało się wręcz nieprzyjemne i może i niewskazane, ponieważ łatwo było nabawić się jakiegoś niepożądanego choróbska związanego z wychłodzeniem. Brązowa koteczka szła u boku ojca, rozglądając się dookoła. Słońce świeciło im na grzbiety, przysłonięte kawałkiem gołębich, gęstych chmur. Gdyby dało się do nich sięgnąć łapą, prawdopodobnie można byłoby je ciąć pazurem bez większych oporów.
Samotniczka podniosła wzrok na rodzica, zastanawiając się chwilę. Nie przykładała im wcześniej aż tak wielkiej uwagi, o dziwo, mimo że wiecznie siedziała wpatrzona w te istoty przecież. Nocą raczej skupiała się albo na własnych celach, albo na tym, żeby się porządnie wyspać, ponieważ potrzebowała sił na następny dzień pełen roboty.
— Oczywiście… przecież na gałęziach zawsze zasiadują sowy i wypatrują myszy chowających się we własnych norkach. Czasami w nocy zdarzy się jakiemuś ptaszkowi zaćwierkać i niesie się to echem po lesie, niekiedy je słyszę, jeśli nie śpię wtedy już — odparła bez większych oporów. Ciekawe czemu miało służyć to pytanie? Może upolują jakiegoś ptaka i wyścielą sobie jego piórami własne legowiska? To byłoby miłe. Pióra były puchate i dobrze przechowywały ciepło. Podziękują sobie srogą Porą Nagich Drzew, jeśli tak postąpią. Jeszcze wystarczyło dorzucić do tego trochę mchu…
— Wiesz, że oprócz ptaków między naszymi drzewami lata coś jeszcze? Są to nietoperze i niektóre koty potrafią je upolować. Są niezwykle szybkie, żywią się owadami i latają nisko, podobnie do jaskółek. Koty doświadczone w polowaniu są w stanie je usłyszeć, jeszcze jak lecą. To niesamowite, prawda? Ponadto… gdy polujesz, nie otwieraj oczu szeroko, nie wytrzeszczaj ich. Wiesz dlaczego? Ponieważ jeśli mamy do czynienia z bezchmurną nocą, ślepia błyszczą niczym gwiazdy pośród ciemności — opowiadał jej ojciec, węsząc i rozglądając się, jakby szukał czegoś konkretnego. Otworzył pysk, próbując doszukać się jakichś poszczególnych zapachów.
Kobczyk zmarszczyła brew, po paru uderzeniach serca kiwając głową z uznaniem. Skrzek wron na zewnątrz poniósł się echem, docierając do dwójki kotów donośnie. Słońce oświetlało grządkę wysychających paproci, łaskoczących samotników po brzuchach. Prześlizgnęła się między pędami. Tym razem i ona uniosła pysk, smakując powietrza. Nie była pewna, co dokładnie wyczuła. Mysz? Nornicę? Może królika? Nie… to raczej nie mogło być to… może łasicę? Lisa?
— Tato, co to za zapach? — zapytała, odwracając łeb ku kocurowi.
W miejscu, w którym stał jeszcze chwilę temu, była pustka. Nieco wgnieciona trawa. Kobczyk mogła przysiąc, że ojciec stał tutaj jeszcze parę uderzeń serca temu.
Po chwili wrócił ze zwisającym ptakiem z pyska. Tłusty grzywacz rozprostował bezwładnie skrzydła, jego ślepia pozbawione były życia, a z szyi ciekła cienkimi strużkami krew, barwiąca łapy ojca czystym szkarłatem. Brązowooki położył zdobycz przed córką, wskazując łapą kolejnego ptaka, który siedział teraz nieopodal nich, na polanie. Skubał coś pomiędzy wysokimi źdźbłami trawy.
Kobczyk schyliła się, napinając mięśnie. Ogon trzymała nisko, tak, jak pokazywał jej tata. Zaczęła skradać się do niego pospiesznie, stawiając łapy ostrożnie. Wzrok miała utkwiony na zdobyczy. W pewnym momencie poczuła coś cienkiego pod łapą, a ptak wzniósł się w powietrze. Wyskoczyła najwyżej, jak mogła, zaczepiając pazurami o jego pióra na skrzydle. Ściągnęła go siłą na ziemię, następnie przygniotła go całym swoim ciężarem. Ptak próbował się bronić, uderzając skrzydłami w samotniczkę, aczkolwiek jego los został już przesądzony. Wgryzła się w jego szyję tak, jak jej ojciec. Zacisnęła kły na tchawicy zwierzyny. Posmak krwi rozpłynął jej się po podniebieniu. Chwyciła go za kark, niosąc teraz z dumą wymalowaną na pyszczku w stronę ojca. Dzisiaj się najedzą! Mewa z pewnością będzie dumna. I w dodatku będą mogli wyłożyć własne łoża puchatymi, szarymi piórkami.
Po powrocie wymościła się wygodnie w swoim posłaniu, wymieniając stary materiał na nowy, wplątując puchaty ptasi puch pomiędzy nieszczelne miejsca w łożu. Gdy była wreszcie usatysfakcjonowana ze swojej pracy, pomogła w naprawianiu jeszcze swoim rodzicom, ponieważ mieli nadmiar piór. Wyniosła je na tył ich azylu, żeby nie wpadały pod łapy.

[7787 słów - trening medyka, udział przy odbiorze porodu]

28 marca 2026

Od Dzwonkowego Świstu CD. Żywicy

Zaśmiał się cicho, nie chcąc budzić Bursztynu leżącego przy mamie.
— O tej porze rośnie wiele takich pięknych i kolorowych kwiatów na łące — odparł, wzdychając cicho. Oczami wyobraźni widział młodszą wersję siebie biegnącą niczym strzała. Wysokie trawy nigdy nie były przeszkodą, a z każdym kolejnym krokiem tylko nabierał tempa. — Nie, większość kotów nie bije się o takie rzeczy, skarbie. Jeśli mowa o pojedynkach, to urządzamy, szczególnie jako uczniowie, chociaż niektórzy wojownicy też, małe zawody w polowaniu na zwierzynę.
Jej nagła zmiana spojrzenia stanowiła dla niego pierwsze ostrzeżenie, że coś jest nie tak.
— Polowaniu? — powtórzyła z pewnym wahaniem. — I na czym to polega? Gonicie zwierzątka i potem, jak je doganiacie, to co? Pozwalacie im biec dalej, tak? — zapytała, na nowo pełna nadziei.
Jego uśmiech drgnął nieznacznie. Czy to była odpowiednia pora na powiedzenie prawdy? Mógł również utrzymywać córkę w błogiej nieświadomości, ale nic dobrego by z tego nie wyszło. W przyszłości, gdyby dowiedziała się, że została oszukana przez własnego ojca, pękło by jej serce. Jemu zresztą też.
— Niezupełnie. Gonisz zwierzę, a potem je łapiesz i zabierasz do obozu. Jako… pożywienie dla pozostałych kotów.
— Uh. — Tylko tyle umknęło jej z pyszczka, gdy obejrzała się ze zniesmaczeniem za siebie. Wyglądała, jakby przez dłuższy moment kwestionowała wszystko, w co tej pory wierzyła w swoim krótkim życiu. — Myślałam, że to, co je mama, to już jest znajdowane... Nieruchome. Czy ja też będę musiała... Bić zwierzątka do nieprzytomności? — wykrztusiła w końcu z siebie, drżącym głosem.
Zawahał się. Trochę żałował, że powiedział to jej wprost. Rzucił nerwowy uśmiech, zastanawiając się, czy nie dostanie reprymendy od Pożar. Chociaż nie można było okłamywać dzieci, prawda? Wcześniej czy później i tak by to odkryła. Szczególnie przed wejściem w uczniowski okres życia.
— Tak. W większym bądź mniejszym stopniu. Wiesz, bez tych zwierzątek, nie mielibyśmy co jeść. Może się wydawać to okrutne, lecz tak działa natura... Oczywiście, na przykład ja, zawsze przed oddaniem końcowego ciosu, dziękuję w myślach za ich poświęcenie dla naszego przeżycia — wyjaśnił, potakując. — Hej, nie miej takiej ponury miny. Patrz, co zaplątało mi się w futrze. — Chcąc poprawić humor małej kotce, złapał w pysk kolorowy liść, który znalazł wcześniej. Położył go obok niej, mając nadzieję, że odwróci to jej myśli od odbytej przed chwilą rozmowy.
Przez pierwszą chwilę zdawała się go zignorować, spoglądając gdzieś w bok bez większych emocji w spojrzeniu. Dopiero gdy zerknęła, jak gdyby od niechcenia, na nowy prezent, lekko się rozpromieniła.
— Ojeju, jaki śliczny. — Uciekło z niej te kilka słów. — A czy to prawda, że liście zmieniają kolory? Bo... Bo tak słyszałam…
— Tak, w zależności od pory. Teraz mamy Porę Opadających Liści, więc liście są różnokolorowe. Pomarańczowe, żółte, czerwone… Porą Nowych Liści, to jak sama dobrze wiesz, bo przynosiłem ci, są najbardziej zielone — wytłumaczył.
Westchnął z wyraźną ulgą, widząc, że Żywica posłała mu ciepły uśmiech.
Być może był już w podeszłym wieku, lecz wciąż czuł się młodo. Mimo że czasem ciało nie pozwalało na to, co podpowiadało serce, to jednak nie brakowało mu chęci. Jednak to, jak patrzyła na niego Żywica, sprawiło, że gdzieś głęboko w środku znów czuł się lekki, niemal jak za dawnych lat. Kąciki pyska uniosły się nieznacznie do góry. Wspomnienia z młodości były wyjątkowe. Wciąż nie raz widział na rozległych łąkach, jakby ścigał się z Skowronim Odłamkiem, bądź Kwiecistą Knieją. Obrazy jego mamy i ojca, wspierających go od pierwszych dni życia, ciągle zdawały się żywe, jakby nigdy nie odeszły wraz z upływem mijających księżyców. Wierzył, że są razem w Klanie Gwiazd i patrzą z dumą i radością na swych wnuków. Słyszał ich głosy w szumie wiatru i czuł ich obecność w ciepłych promieniach słońca. Na moment przymknął oczy, a potem zamrugał parę razy, nie chcąc płakać przy swoich dzieciach. Musiał być silny. Dla siebie, a w szczególności dla nich.
— Wszystko w porządku, tato? — Z zamyśleń wyrwał go głos Żywicy. Brzmiała na lekko zmartwioną.
— Oczywiście. To co, poszukać ci jeszcze skarbów? O tej porze można znaleźć naprawdę wiele pięknych zdobyczy.

< Córciu?>

Od Karuzeli (Kopciuszka)

Karuzela wybiegł z domu dwunożnych rozweselony, kierując się w stronę lasu, a zaraz za nim jego siostra Piecuszka. Ganiali za sobą między drzewami i krzewami, obserwując różne robaczki ściółki leśnej, gdy nagle zorientowali się, że są zupełnie daleko od domu dwunożnych. Żeby tego było mało, już dawno przestali słyszeć jakiekolwiek hałasy potworów dookoła. Zdolni byli słyszeć tylko odgłosy lasu. Szeleszczące liście, a nieco dalej szum wody oraz ćwierkające ptaki. Złoty kocur zakręcił się nerwowo wokół własnej osi i nagle zaczął panikować.
— M-Mazurku? Mleczko? — zawołało rozpaczliwie, przez płacz.
Trzęsło się niemiłosiernie, szukając wzrokiem siostry, mając nadzieję, że ta go uspokoi.
— No i gdzie my jesteśmy? — załkał, chodząc dookoła i usiłując wąchać powietrze.
Na co jednak mu się zda jego niewyćwiczony węch? Usiadł nieporadnie i po prostu zaczął płakać. Od razu, gdy tylko usiadł, znalazł się także drugi problem-strasznie zaczął go boleć brzuch. Kociak zaczął czuć głód i zmęczenie po ganianiu się z siostrą. Gdzie znajdzie teraz miskę z jedzeniem od dwunożnych? Gdzie znajdzie ciepło swojego legowiska? Gdzie znajdzie swoich ojców, którzy zawsze wspierali go, gdy coś się stało?
“Jak tu ładnie! O wiele lepiej niż w tym nuuudnym gnieździe dwunożnym!” pomyślała szylkretowa. Kotka nawet nie zauważyła, kiedy byli już daleko od domu...
— No i gdzie my jesteśmy? — zapytała Piecuszka i przełknęła nerwowo ślinę, słysząc łkanie swojego brata. Kotka czuła niepokój, ale nie chciała tego po sobie pokazywać. Zaczęła rozglądać się i rozmyślać, z której strony przyszli do lasu. Wszystko było takie same! Tylko drzewa i drzewa. Widziała, że Karuzela próbował zwęszyć jakikolwiek ślad ich domu.
— I co beczysz? — warknęła, nie okazując ani krztyny wsparcia bratu. — To wszystko przez ciebie! Mogliśmy tutaj nie iść! Pchli móżdżek — starając się zagłuszyć własny strach i narastającą panikę kotka warczała z wściekłością na swojego brata. Liliowa kotka desperacko jeszcze raz rozejrzała się po okolicy.
— Bo nie wiem, gdzie jest tata Mazurek i Mleczko! Nie wiem gdzie droga do domu! Nie wiem, gdzie jestem! — zawołał zrozpaczony, patrząc na siostrę. — Poza tym to nie moja wina!!! Ja nic nie zrobiłem, odczep się mysi móżdżku! Ja tylko chciałem się pobawić, trzeba było za mną nie ganiać! — warknął nerwowo na siostrę, nie chcąc zaraz rzucać się na nią z łapami.
— Chodź... O tam. Tak, chyba tam szliśmy. No rusz się! — Piecuszka starając się wyglądać na pewną siebie, ruszyła w tak naprawdę pierwszym lepszym kierunku, jaki przyszedł jej do głowy.
Cóż, skąd mogła wiedzieć, że ścieżka ta wiedzie tak bardzo, bardzo daleko od domu… Karuzela za to siedział nieporadnie przy jednym drzewie, patrząc zdruzgotany na siostrę.
Po chwili ruszył za siostrą, oglądając się dookoła zmartwiony.
“Co jeśli coś nas zaatakuje? Czy uda nam się wrócić do rodziców? Co z resztą naszego rodzeństwa?” zastanawiał się złoty kocurek.
Oba kociaki zaczęły niepewnie iść w niewiadomym kierunku. Czuli niepewność i strach-słońce wszak już zachodziło, a cienie drzew i wszechobecne zarośla zaczęły przybierać coraz to bardziej złowrogi kształt. W pewnym momencie z krzewów zaczęły dochodzić szelesty i dźwięki kroków.
— J-Jest tam kto? — krzyknęła Piecuszka, cofając się do brata. Z krzaków powoli wyszedł kot o czekoladowym futrze usianym białymi plamkami. Z zaciekawieniem przechyliło puchaty pyszczek. Jasnozielone oczy o kolorze liści zalśniły ciekawością.
— Cześć! — głos czekoladowego kota był żywy i przyjazny. Piecuszka przez cały ten czas stała jak wryta w ziemię, absolutnie przerażona. Przecież tyle słyszeli strasznych opowieści o samotnikach.
— Uciekajj!! — zapiszczała do Karuzeli i zaczęła rozglądać się w pobliżu drogi ucieczki. W końcu wybrała niewysokie drzewo, na które jakimś cudem udało się jej wspiąć. Z rozszerzonymi ze strachu oczami obserwowała z góry brata i kota.
— Karuzelo, co ty robisz, uciekaj!!! — nieustający wrzask Piecuszki zagłuszał wszystko.
— Ciszej, przecież ci go nie zjem! — parsknęło kocisko o zielonych oczach. Spojrzało z powrotem na kocurka i przemówiło łagodnie.
— A ty Karuzelo, mógłbyś powiedzieć, co dwa kociaki robią w środku lasu? — zapytała czekoladowa.
— A kim ty jesteś? — zapytał, mrużąc oczy niezadowolony. — Nie mogę ci powiedzieć. Jesteś obca — mruknął.
— Jestem Euri. Widzisz? Teraz już nie jestem obce. Musicie być głodni. Mogę dla was zapolować — uśmiechnęło się ciepło, a Kopciuszkowi zaburzało w brzuchu.
— Piecuszko zejdź, bo zaraz spadniesz! — zawołał złoty, patrząc na siostrę.
Gdy tylko wypowiedział te słowa, Piecuszce nagle osunęła się noga z gałęzi. Trzymała się na niej jeszcze przez chwilę i spadła na ziemię nim Euri zdążyło jej pomóc. Karuzela zawył żałośnie, biegnąc najszybciej, jak potrafił w stronę siostry. Widząc, w jakim była stanie krzyknął wniebogłosy, a jego małe serduszko niemal zamarło. Nie dogadywał się z siostrą, ale z pewnością nigdy nie chciał jej śmierci.
— To moja wina! Gdybym nie pozwoliła jej tam wejść, nic by się nie stało! — miauknęło, a z jego oczu popłynęły jeszcze bardziej obfite łzy. Czekoladowa stała obok niego, przyglądając się dwójce z żalem.
— T-To nie twoja wina Karuzelo… — mruknęła niewyraźnie Piecuszka, a jej oczy zaszły się mgłą. — Jak widać nie zawsze koty, spadają na cztery łapy… — szepnęła. — Z-Z-Znajdź swoje miejsce. I dbaj o siebie — miauknęła i zamknęła w końcu swoje piękne oczęta.
To był właśnie moment, z którym Karuzela zamarła. Spojrzała błagalnie na Euri.
— Zrób coś! Błagam, uratuj ją! — podeszła do kotki, szarpiąc jej łapy. — Proszę… — miauknęła, kładąc się na ziemi.
Położyła łapy na głowie i chlipała tak długo, aż nie poczuła czyjegoś dotyku na boku. Zapach, który poczuł, był wyjątkowy. Zupełnie inny niż karma dwunożnych. Wytarł pyszczek i spojrzała pełnym bólu wzrokiem na Euri.
— Dzi-Dziękuję — miauknęła, powoli zjadając przyniesioną mu mysz.
Mimo ogromnego głodu była jednak w stanie zjeść tylko połowę z niej.
— Powinieneś wracać do domu — mruknęło cicho. — Rodzice na ciebie czekają.
— Nie chcę — miauknęła, wiedząc, że dom będzie przypominał jej zawsze ciało martwej siostry.
— W takim razie… Mogę zaprowadzić cię do Klanu Klifu. Opowiem ci wszystko po drodze — mruknęło, wzdychając cicho.

***

Po jakimś czasie byli już na miejscu. Przed nimi widoczne były pola uprawne, przeznaczone pod złote rośliny.
— Idź na wprost, tak długo aż nie spotkasz jakiegoś kota — miauknęło, a następnie podeszło jeszcze do zmarkotniałego kociaka, przytulając go.
Karuzela ponownie się rozpłakała, wtulając się w futro kotki.
— Odwiedzę cię jeszcze. Obiecuję — miauknął, a następnie otarł łzy łapą.
Nabrał powietrza w płuca i przybrał zdeterminowaną minę. Szedł przed siebie, tak długo aż nie spotkał przed sobą białego kocura. Zaczął coś mamrotać, a przed oczami pojawiły się mu mroczki. Zanim zdążył się zorientować, leżał już na ziemi. Zemdlała.

***

Ze snu wybudziły go zmartwione szepty. Przez moment miał nadzieję, że znajdzie się w swoim legowisku w domu, ale zamiast tego stały przed nim dwie kotki. Chciał wstać, ale niestety już ten minimalny wysiłek zwalił go z nóg.
— Musisz odpocząć. Poza tym jesteś odwodniony — miauknęła ruda kotka, stojąca obok. — Jak się nazywasz mały?
— K-Karuzela — wyszeptała słabo, a przed oczami znowu zaczęły mi się pojawiać mroczki.
— Nietypowe imię. Może lepiej…Kopciuszek? — stwierdziła kotka.
— M-Może być — miauknął.
Dostała trochę wody na mchu, którą szybko wypiła, a następnie bez problemu ponownie zasnęła.

Nowy członek Klanu Klifu!

 
Karuzela

27 marca 2026

Od Wzorzystej Dali CD. Truskawkowej Łapy (Truskawkowego Pola)

Co miała zrobić? Przecież żaba już uciekła, więc problem znikł. Najwyraźniej Truskawka tak tego nie widziała. Pointka stała tam jakby widziała ducha.
– Co się dzieje?
Zero. Brak odpowiedzi.
– Może lepiej będzie, jak wrócimy do obozu...? – zaproponowała. Tortie niemrawo kiwnęła głową i obie zawróciły, żeby pójść dokładnie tam, skąd przed chwilą przyszły. Wzorek położyła po sobie uszy. Naprawdę liczyła na mile spędzony czas z koleżanką. Czemu wszystko musiało się zawsze psuć? Normalnie zwaliłaby winę na siebie, ale trudno było kontrolować wyskakujące znikąd żaby. Tylko w takim razie co poszło nie tak?

***

Ostatnio zauważyła, że spędzała dużo mniej czasu z Truskawkowym Polem niż przed jej mianowaniem. Nie wiedziała, czy to przez incydent z żabą, czy po prostu bardziej zbliżyła się do swojej grupki znajomych. Tak czy siak nie chciała porzucać koleżanki. Nawet jeżeli ich rozmowy były raczej na zasadzie “kot z monologiem i jego słuchacz”. Tak więc kiedy akurat miała dość dużo wolnego czasu i wreszcie zlokalizowała rudą od razu przeszła do rzeczy.
– Hej, Truskawkowe Pole! Chcesz pójść ze mną na spacer? Chcę zebrać dla siebie jakieś kwiaty, zanim Pora Nagich Liści zamrozi je wszystkie – uśmiechnęła się. Miała nadzieję, że kotka przyjmie jej ofertę. Nie chciała, żeby ich znajomość rozpadła się przez jednego “przerażającego” płaza.

<Truskawa? Idziemy na zbieranie kwiatków? Tym razem bez żab (mam nadzieję)>

Od Białego Strumienia do Fląderki

Pora Opadających Liści

Minęło ładnych kilkanaście wschodów słońca, podczas których przewodnik leczył swoje nabyte w głupi sposób rany. W dalszym ciągu unikał wszelkich rozmów, nawet z własną siostrą czy bratem. Wełna starała się być wspierająca, jednak widoczna była jej frustracja po piątej nieudanej próbie wyciągnięcia informacji. Z czasem medyczka odpuściła, za co Biały był jej w duchu wdzięczny. Przecież on by się spalił ze wstydu…
Cały czas wracał wspomnieniami do tej nocy, kiedy pełny nadziei i radości na spotkanie szedł ku granicy. Zastanawiał się również czy zrobił coś źle i dlatego kotka go odrzuciła, nim na dobre cokolwiek się zaczęło? Nie miał pojęcia. Przynajmniej nic takiego nie wykalkulował.
Gdy dostał pozwolenie na ponowne opuszczenie medycznej nory, skorzystał z niego niemal od łapy. Wrócił do upragnionych, stęsknionych tuneli. Były dla niego jak druga skóra, dosłownie. Ciągle chodził umorusany, chociaż nieco nauczył się zapobiegać brudzenia swojej jasnej okrywy.
Któregoś wieczora wpadł na kolejny głupi pomysł, który nawiedzał go jak natrętny sen. Pójść na granicę z Klanem Klifu. Dlaczego tak bardzo go tam ciągnęło? Co na niego czekało, o ile cokolwiek? Może był po prostu naiwny, głupi? Nie mógł jednak spać spokojnie, a wszystko to przez rozdrapywanie tamtego wydarzenia.
Gdy zapadła noc, postanowił pójść za impulsem i szybciutko obrócić w tę i w te. Jeśli dzięki temu będzie spokojniejszy… to chyba się opłaci?
Zresztą… planował tylko szybki zwiad, sprawdzenie, czy nie zwietrzy gdzieś jej zapachu. Ughh, był taki… taki, że sam siebie nie poznawał. Co mu było? Dlaczego?
Dotarłszy na granicę, klasycznie udał się wzdłuż niej, aż dotarł do Kamiennych Strażników. Zimny piach otulał jego łapy, zabawnie łaskocząc w poduszeczki. Rozglądał się, wdychając morską bryzę, jednak nie dostrzegł upragnionego futra. Ponownie się zezłościł. Nie był tylko pewien na kogo… siebie? Drobną? Biały na pewno był żałosny… dać się zawieść, a jednak wciąż chcieć wrócić w to samo miejsce. To chyba tylko on mógł tak zrobić.
Prychnął pod nosem, kładąc po sobie uszy. Był na końcu granicy i już chciał zawracać, zrezygnowany i zły, kiedy usłyszał kroki. Odwrócił się natychmiast jak poparzony (haha), nie dostrzegając nic szczególnego. Uff, pewnie to jakieś myszy buszowały wśród zarośli…
Kiedy nagle dostrzegł jakąś postać w ciemności. Był głupi, ale zrobił sobie nadzieję, że być może stanie przed nim Drobne Ukojenie i będą mogli porozmawiać.
Jakież wielkie było jego zdziwienie, kiedy dojrzał szylkretowe, obce futro, czując od razu woń Klanu Nocy. Zmienił nastawienie na ostrożne.
— Kim jesteś? — zapytał wprost. — Co robisz na granicy w środku nocy?

<Fląderka?>

Od Nocnej Łapy CD. Ognikowej Słoty

– Głodny? Tak… Poproszę. Dziękuję! – odpowiedział Słocie. Ta kotka była dla niego bardzo bliska i z każdym dniem jego podziw wobec niej rósł coraz bardziej.
– W takim razie, jedz! – przesunęła przyniesioną zdobycz pod jego pyszczek. Młody uczeń w wielką chęcią wgryzł się w tę soczystą mysz pod jego pyskiem. Po tym, jak zjadł oblizał pyszczek i spojrzał na starszą kotkę przed nim.
– Dziękuję za lekcję! – podziękował jej. W końcu miał maniery.
– Nie ma problemu. Cieszy mnie, że tak chętnie się uczysz naszych prawd. – Ognikowa Słota uśmiechnęła się do niego szeroko.
Noc rzucił się do treningów jak maniak. Zależało mu, aby nauczyć się wszystkiego, co może. Gdy tylko mógł, przyłączał się do partoli i walk. I pewnego letniego dnia Tropiąca Łaska miała dla niego specjalny trening.
Niedaleko poza obozem spotkali się z Cykoriową Łapą i kimże innym jak nie Ogniskową Słotą. Tropiąca Łaska pchnęła go delikatnie łapą w przód.
– Dzisiaj poćwiczymy walkę. – wytłumaczyła mu cicho. Noc już czuł, jak go łapki świerzbią! Walki! To, co chciał ćwiczyć od dawna. I okej, ćwiczenie ze swoją mentorką było ciekawe, ale nie na tyle, żeby go zadowolić. Stanięcie do walki z innym uczniem było jego nadzieją.
– Dobra. Stawać do walki! – Ognikowa Słota zaprosiła ich do treningu.
Noc starał się jak mógł. Był mniejszy, wolniejszy i młodszy, więc czasem nie nadążał za starszą od siebie uczennicą.
Cykoriowa Łapa z pewnością nie używała całej swojej siły walcząc z młodszym kotem, ale nie dawała mu za wiele forów. Noc za to wykazywał się kompletnym brakiem zwinności, ale był w stanie ze względną łatwością zrzucić z siebie kotkę, kiedy go przygniatała. Siła była jego mocną stroną, nie zwinność, nie szybkość.
– Używaj więcej łap, Noc! Po to je masz, żeby nimi machać! – Tropiąca Łaska ciągle dawała mu jakieś porady. I Noc starał się jej słuchać, ale w jaki sposób miałby używać tych swoich łap? Nie do końca wiedział. Machał nimi przecież!
– Nie odpuszczaj jeszcze! – burczała na niego, kiedy wyglądało jakby Noc przegrywał. No bo przegrywał całkiem sporo. Starcia z kotem o tyle starszym od niego były nieco wymagające.
– Dobra. Wystarczy im. – Ogniskowa Słota w końcu zatrzymała ten cyrk. – Sześć do jednego. Nie tak źle. – oznajmiła.
– Tylko jeden… – Tropiąca Łaska machnęła ogonem.
– Aż jeden! – Noc oburzył się na swoją mentorkę odrobinę. – Cykoriowa Łapa jest większa!
– To jest słaba wymówka! Musimy więcej ćwiczyć! – oznajmiła kotka. Noc opuścił uszy.
– Dobrze mu poszło. – Ogniskowa Słota skoczyła rozmowę ze swoją uczennicą i wtrąciła się ze swoim groszem. – Widać polepszenie umiejętności. – oświadczyła.
– To prawda. Widać, że walczy lepiej niż wcześniej. – Łaska przyznała rację drugiej wojowniczce. – Jednak może być jeszcze lepiej. Jutro kolejne ćwiczenia walki! Widzę cię o poranku na łapach, Nocna Łapo! Na dziś koniec. – oświadczyła.

Nocna Łapa od tamtej pory nabrał trochę więcej masy i mięśnia, a przede wszystkim urósł. Dwanaście miesięcy było widoczne w jego postawie i chodzie. Nosił się nawet z pyskiem trochę wyżej, jakby wiek czynił go lepszym od innych.
– Ognikowa Słoto! – Jednak jego kocięcy zapał nigdy nie ucichł.
– Ach! Nocna Łapo! Potrzebujesz czegoś? – Kotka spojrzała na niego z uśmiechem.
– Niekoniecznie. Pomyślałem, że może chciałabyś coś zjeść. Upolowałem takiego chudszego królika i od razu pomyślałem o Tobie!
– Czemu nie! Przynieś mi go. – machnęła na niego łapą, a Noc z wielką chęcią się przystosował.
Chwycił upolowaną przez siebie zdobycz i zaraz był z powrotem przy boku starszej wojowniczki.
– Jak Ci idzie na treningu? – kotka zapytała się między gryzami.
– Idzie mi dobrze. Sam też trenuję trochę poza tym co robi ze mną Tropiąca Łaska. Jak dla mnie robi ze mną trochę za mało. Za szybko kończymy treningi i czasami za wiele się ze mną bawi niż ćwiczy. W sensie… psoci trochę przy okazji treningu, nie że bawi się ze mną jak z kociakiem. – Noc usiadł obok niej. – A… A co u Ciebie? To twój siostrzeniec teraz się urodził, prawda?


<Ognikowa Słoto?>

[625 słów]
[+walka z innymi uczniami]

Od Urodziwej Łapy do Szkwalnej Łapy

Szylkretka leżała obok Lawendowej Łapy. Rozmawiały ze sobą, dopóki jej siostra nie została zawołana przez swojego mentora. Niebieskooka usiadła i doprowadziła sierść do porządku. Zamierzała poszukać później Kropiatkowej Skórki i spytać się, czy starsza nie mogłaby jej wziąć ze sobą na jakiś patrol łowiecki lub graniczny. Była tak pochłonięta myślami, że nie zauważyła, jak Szkwalna Łapa przyglądał jej się, a gdy tylko miała wstać i wyjść, brat podszedł do niej dość niepewnie.
— Witaj Urodziwa Łapo, chcesz może wspólnie spędzić czas na łowieniu ryb lub na czymś innym? — spytał ją niebieski. Spojrzała na brata i lekko się skrzywiła.
— Nie spodziewałam się ciebie po ostatnim zgromadzeniu — mruknęła. Doskonale pamiętała, co niebieski jej powiedział i nie podobało jej się żadne z jego słów. Do tego wszystkiego źle wpłynął na Kasztanka, którego musiała uspokoić. Nie chciała, by cokolwiek stało się dymnemu uczniowi.
— Emm...no bo ja… — uczeń ledwo umiał z siebie wydusić to, co miał na myśli.
— Chciałbym z tobą spędzić czas, wiesz? Jesteś w końcu moją młodszą siostrą — sprecyzował w końcu cel swojej obecności. Szafirek spojrzała na niego z uwagą. Nie była pewna, co powinna o tym sądzić. W końcu kocurek nie chciał z nią przebywać. Jednak teraz wyglądał na zdeterminowanego. Poruszyła wibrysami i westchnęła.
— Niech będzie, możemy coś razem porobić, ale pod jednym warunkiem — mruknęła bardzo poważnie. Kocur spojrzał na nią niebieskimi ślipkami.
— Chodzi ci o przeprosiny? Bo wiesz, po to podszedłem do ciebie — przez chwilę milczał wyraźnie zakłopotany.
— Bo chciałem cię przeprosić za poprzednie zgromadzenie i to, co powiedziałem na nim, było nieprawdą. Naprawdę lubię spędzać z tobą i Przypaloną Łapą czas i nie chciałem nigdy, by z mojego pyska wyszło co innego. Może też za bardzo mnie poniosło i gdybym postąpił inaczej i bym się zastanowił nad tym, co powiedzieć wcześniej, to nie zraniłbym cię i Kasztana — rzekł w końcu. Przechyliła nieco łebek. Nie do końca miała to na myśli, ale w sumie przeprosiny też były dobrym początkiem.
— Myślę, że trochę ciebie poniosło. Jednak ja również nie byłam chyba zbyt miła. Właściwie pokłóciliśmy się o temat, który nie powinien być tak burzliwy. Nie dotyczy nas to tak do końca, bo oboje nie jesteśmy czekoladowymi — miauknęła spokojnie.
— Również przepraszam. Nie lubię się kłócić — miauknęła i otarła się o brata. Kocurek tylko mruknął.
— Też ci wybaczam, na następnym zgromadzeniu powinniśmy być poważniejsi — zażartował.
— Tak, powinniśmy — wymruczała ciepło. Jej niebieskie oczy lśniły rozbawieniem, ale i miłością, jaką obdarzała brata i siostrę.
— Myślę, że nie powinniśmy rozmawiać o czekoladowych kotach — zasugerowała spokojnie. Skoro ten temat był tym, co ich skłóciło, to powinni tego unikać.
— A skoro już sobie wybaczyliśmy, to jak tam ci idą treningi? Bo ja czuję, że chyba większość rzeczy już umiem i czuję się z tym świetnie — napuszył się dumnie, gdy to mówił. Zaśmiała się cicho na jego komentarz.
— Nim się obejrzysz, będziesz wojownikiem — wymruczała.
— Mi chyba też nie idzie najgorzej, ale trochę mi jeszcze zostało — mruknęła i westchnęła.
— Szybko nadrobisz! Kropiatkowa Skórka pewnie jest dobrą mentorką, nie żebym marudził na mojego, ale Mewi Puch się czasem zachowuje, jakby znalazł test wojownika w rybie z ośćmi. Nie wiem, kto go przepuścił, bo wiem, że Mandarynkowa Gwiazda ma do niego mieszane uczucie. Pomimo tego nie jest źle na naszych treningach — odpowiedział Szkwalna Łapa. Pokiwała lekko łebkiem. Na słowa brata się zaśmiała.
— Tak, bardzo ją lubię — wymruczała.
— To musisz mieć ciekawie — dodała po chwili ze śmiechem na żart brata.
— Chodź, trzeba trochę porozrabiać, znaczy nabyć doświadczeń — miauknęła i kiwnęła łebkiem w stronę wyjścia. Podniosła się i ruszyła przed siebie.

<Braciszku? Porozrabiamy?>
[576 słowa]

Od Wzorzystej Dali do Niebiańskiej Poświaty

Wszyscy dookoła znajdowali sobie miłości. Niektórzy w oficjalnych związkach jak Morświnowa Płetwa, inni ciągle rozmawiali o uroczych kocurach lub kotkach. Wzorek jak zawsze odstawała od tłumu. Od kiedy Płomienne Serce uświadomiła jej, że musi po prostu poczekać na odpowiedniego kota przestała wciskać sobie na siłę etykietki. Udało jej się nawet zdobyć się na odwagę i wyznać koleżankom, że ona wcale nie ogląda się za kocurami. Ku jej zdziwieniu zostało to przyjęte spokojnie. Bardzo dużo koleżanek powiedziało jej, że one również częściej lub rzadziej myślą o ładnych kotkach. I wszystko byłoby pięknie i spokojnie, gdyby nie jeden fakt. Teraz wszyscy myśleli, że chodziło jej o kogoś konkretnego. Tylko że ona nie miała zielonego pojęcia, z kim chciałaby zacząć chodzić. Jednak ta presja powoli powodowała, że zaczęła myśleć o tym, która z jej rówieśniczek w klanie była najładniejsza. I jak zwykle nie mogła się zdecydować. Jedna miała ładne oczy, inna piękny uśmiech, jeszcze kolejna idealne futro. Właśnie jadła wiewiórkę i zastanawiała się nad tym wszystkim. Jej oczy dziwnym trafem spoczęły na Niebiańskiej Poświacie. Zawsze podziwiała sposób, w jaki kotka potrafiła utrzymać swoje futro w takim pięknym stanie. W pewnym sensie podobało jej się to. Nagle poczuła szturchnięcie. To Psotny Nietoperz, która siedziała obok niej.
– Co tak tam patrzysz?
Roztargniona przeniosła wzrok na czarno-białą.
– Nie… nic
Psotka zmarszczyła brwi, po czym jeszcze raz popatrzyła w stronę, gdzie chwilę temu tkwił wzrok szylkretki. Uśmiechnęła się.
– Niebiańska Poświata wpadła ci w oko, co?
Wzorzysta Dal położyła po sobie uszy speszona i zarumieniła się. Nawet nie była w stanie nic powiedzieć. W sumie Niebo rzeczywiście była bardzo ładna…

***

Nie była do końca w stanie wytłumaczyć jakim cudem wszystko poszło tak szybko. W skrócie dzięki pomocy koleżanek siedziała właśnie pod Sowim Strażnikiem z wrzosami w futrze i bukietem stokrotek pod łapami. Niebiańska Poświata miała tu zaraz przyjść. Stresowała się. W końcu nigdy wcześniej nie zadawała takich ważnych pytań. Zupełnie nie wiedziała co powiedzieć…

<Niebo?>

Od Nocnej Łapy CD. Chudej Łapy

Noc przyczaił się nisko w krzakach i skoczył. Jego łapy odbiły się od leśnego runa, rzucając opadłymi liśćmi na boki. Królik, jaki stał przed chwilą spokojnie, właśnie ruszył do ucieczki. Niestety było dla niego za późno. Noc przycisnął go łapami do ziemi i wbił kły w jego kark. Zwierzę zawisło martwe w jego pysku, a on sam rzucił zadowolone spojrzenie swojej mentorce, która patrzyła na niego z pobliskiej gałęzi. Byli na brzegu lasu niedaleko Przełęczy, aby znaleźć jakąś większą zdobycz. I oczywiście, że coś udało im się znaleźć. Zbliżająca się pora nagich liści nie pomagała, ale pewna zwierzyna nadal kręciła się wokół, szukając sobie miejsca na sen lub skrytkę przed zimnem.
– Dobrze. Zanieś to do obozu. Dla ciebie już starczy treningu. A! I przynieś starszyźnie trochę wody w mchu! – Tropiąca Łaska zeskoczyła na ziemię. Liście chrupnęły pod jej ciężarem.
– Dobrze. – Noc kiwnął jej głową i ruszył do obozu. Porzucił zdobycz na jej miejscu, przyniósł wody starszyźnie i odetchnął. Stanął w obozie i ogarnął go wzrokiem. Wszystko było takie spokojne, cichutkie o tej porze dnia. Czemu Łaska puściła go tak wcześnie? Może ma dla niego jakiś plan później.
– Nocna Łapo! – z myśli wyrwał go zachrypnięty głos brata. – Wracasz z treningu? Jak Ci idzie? Woooohoa! Jakie Ty masz mięśnie, jesteś jeszcze większy, niż wcześniej! Normalnie zaraz dorównasz wojownikom! Siadaj, opowiem Ci, co dzisiaj robiłem. Bo jestem uczniem medyka, fajnie nie? Nie mógłbym zostać wojownikiem, to nie dla mnie. A tak to, dzisiaj zaopiekowałem się użądleniem Makowem Iluzji! Musisz uważać na pszczoły, bo jest jesień i lata ich wciąż sporo, nim zasną na zimę, dobra? Chociaż… jeśli coś Ci się stanie, to brat Ci pomoże! No, no, a jak u Ciebie? – słowotok Chudego zalał Noc, ale przynajmniej jego brat wydawał się być szczęśliwy na miejscu ucznia medyka.
– U mnie dobrze. A i... no... mówisz, że wyglądam muskularnie? Nie zdawałem sobie...sprawy. – odpowiedział Chudemu, samemu spoglądając na swoje łapy. Może rzeczywiście przybrał trochę na masie?
– Tak! Widać to nawet przez Twoje futro! Nie ma co, trening wojownika totalnie Ci służy! – Chudy machnął ogonem.
– Dzięki. Ty też widzę, że dobrze się bawisz jako uczeń medyka, co? Szkoda tylko, że nie mogę z tobą już trenować… – Noc nadąsał się dla zabawy. Uderzył go trochę sentyment, bo fajnie jest mieć braci do treningów.
Chudy opuścił nieco uszy na słowa brata.
– Oh... – Noc przymknął oczy słysząc smutek w głosie brata. – Wiesz, że raczej nie bardzo mi szło... ciągle byłem ranny i Pomrok musiała mnie zwalniać. Nie nadążałem też przy bieganiu z wami i w ogóle... Ale teraz będę mógł leczyć Twoje skaleczenia!
– Pewnie! Chociaż mam nadzieję, że nie będziesz musiał! Nie mam zamiaru przegrywać z nikim! I niech mi Mro.... – Noc zmarszczył nos – Klan Gwiazdy sprzyja... – starał się nie skrzywić. Nie wszyscy akceptują w tym kanie Mroczną Puszczę, a Słota mówiła, że z pewnością nie medycy, którzy kręcili się pewnie niedaleko. Lepiej, żeby nie kłapał pyskiem tak głośno, bo jeszcze ktoś usłyszy.
Chudy zastrzygł uszami na jego słowa.
– Haha... ttsssaak... – Mruknął. – Niech Ci sprzyja! – i posłał mu krzywy uśmiech. No dobra. Może jego brat nie wierzy w Klan Gwiazdy. To jest do wybadania, ale kiedy indziej. Na razie Noc miał inny plan.
– W każdym razie. Jakbyś potrzebował z kimś pójść po zioła to ja zawsze z wielką chęcią! W ogóle! Mam świetny pomysł i ty, jako medyk mi w nim pomożesz!
Chudy spojrzał na niego tymi swoimi pięknymi, wielkimi oczętami.
– Zamieniam się w słuch!
– Otóż... Mam nadzieję niedługo zostać wojownikiem. Niedużą, ale mam. Chcę poprosić może grubego, żeby ze mną walczył...albo Cykoriową łapę. W każdym razie! Jako wojownik chcę wyglądać cudownie i niebezpiecznie i... znalazłem ostatnio parę kości, nie wiem po czym, ale są ostre i ładne... Nie chcesz mi przebić ucha? I ich tam utknąć?! – zapytał Noc z nadzieją.
Chudy mierzył go zaskoczonym wzrokiem, po czym coś błysnęło w jego oku.
– Pomogę Ci! – odparł po chwilce. – O ile znajdzie się i dla mnie kawałek kości! Też chcę wyglądać fajnie! A Tobie takie dodatki na pewno dodadzą superanckości! I wszystkie kotki będą Twoje, bracie!
Noc zarumienił się nieco.
– Pewnie! Mam trochę zapasowych to wybierzesz sobie, która podoba ci się najbardziej! Tylko... Chyba będziesz musiał ukraść trochę czegoś na odkażenie. Żeby to się nie zbrzydziło! – Noc uśmiechał się szeroko. Jego brat będzie miał piękne uszy razem z nim!
Chudy potarł brodę pazurkiem.
– Hmmm – pomyślał chwilę. – W takim razie mak... I chyba aksamitka rozpierzchła... może lepszy będzie dąb szypułkowy... – Zaczął wyliczać na głos. – Wezmę to co będzie i przemycę. Spotkajmy się po południu za obozem, dobra?
– Oh robimy to teraz od razu! Okej! Pewnie! – Już i tak przestają rosnąć w tym wieku. – To ja idę po kości i zmyć Tropiącą Łaskę z dodatkowego treningu. Będę za paręnaście minut! – oznajmił bratu i ruszył w swoją stronę. Oczywiście najpierw odnalazł mentorkę i wymigał się od czegokolwiek co miała zaplanowane.
– Naprawdę nie chcesz iść na dodatkowy trening? To do ciebie niepodobne. – Tropiąca Łaska spojrzała na niego spode łba.
– Chciałem spędzić trochę czasu z Chudym. Dawno tego nie robiliśmy, zwłaszcza odkąd został uczniem medyka. A teraz ma chwilę… i może ja też mógłbym? – Noc podrapał się po nosie zawstydzony.
– No dobrze. Rozumiem. Możesz iść. Zrobimy wieczorne polowanie jutro. – machnęła łapą. – Idź do brata.
– Dziękuję! – Nocna Łapa uśmiechnął się do mentorki i pobiegł do swojego legowiska. Spod swojego dobrze ułożonego i wypchanego piórami mchu wyjął parę większych kości jakiegoś zwierzęcia. Zanim wniósł je do obozu to umył je w rzece i porządnie wylizał. Nie było już na nich żadnych resztek i zachowały się całkiem przystępnie.
Pochwycił je w pysk i udał się na wyznaczone przez brata miejsce. Gdy się tam stawił Chuda Łapa już na niego czekał.
– Nocna Łapo? – zapytał, jakby dopiero przyszedł. Pewnie tak było.
– Jestem! – odparł do brata, rzucając kości pod ich łapy. – Mam kostki! Masz zioła? Nie mogę się doczekać. Będziemy wyglądać tak epicko!
— Wybierz te kości, które chcesz a ja przeżuję liść i nałożę Ci na ranę. — Szepnął. — Potem ty mi. I weźmiesz ziarno maku. – Chudy uśmiechnął się do brata, a Noc mógł tylko odwzajemnił ten gest.
– O ile będę w ogóle maku potrzebował! – przechwalił się Noc! – Ale zobaczymy. Dobra... Ja chcę te dwie. Jedna pod drugą na tym uchu. Tutaj i tu – pokazał bratu dokładnie gdzie i które kości mu się marzyły. Już nie mógł się doczekać. Był też trochę zaskoczony, że jego brat także chciał się tego podjąć nie tylko na uchu Nocy, ale też na swoim.
– Połóż głowę na ziemi, o najlepiej na tym kamieniu. – Chuda Łapa pokierował swojego brata, który od razu się posłuchał. – Na trzy. – Noc poczuł jak kosteczka delikatnie napiera na jego skórę. – Raz, dwa… TRZY! – i się zaczęło. Noc zagryzł mocno zęby. Ból był... Znośny. Nie było to przyjemne, w żadnym wypadku, ale też nic bardzo strasznego!
– Ha! Jeszcze...jedna. – i poczekał z podniesieniem głowy aż Chudy wbije drugą kość. Ta bolała bardziej ku zdziwieniu czarnego kota. Po nałożeniu ziół wskazał łapą, że to kolej brata! Chudy widocznie się zawahał, odetchnął ciężko i przeszedł z łapy na łapę. Widocznie się bał i miał wątpliwości. Noc zerknął na brata niepewnie
– Słuchaj. A może... ty chcesz wziąć oba nasionka maku przed zrobieniem tego? Bo wyglądasz jakbyś zaraz miał mi tutaj zejść do Puszcz... do ... w każdym razie. – Noc zaproponował braku ziarna łapą. Niby sam miał zjeść jedno i właściwie by nie pogardził, ale jeśli to ma ukoić nerwy jego brata, to jest w stanie się poświęcić i znieść ten kłujący ból. W końcu dla nich wszystko!
Chudy bez słowa pokiwał łebkiem, zjadł mak i po paru chwilach ułożył głowę na kamieniu, dając znać bratu, że jest gotowy. Noc nadal nie był pewien czy Chudy rzeczywiście był gotowy, ale nic do stracenia teraz nie mieli!
– Dobra... To na trzy, jak ze mną. – oznajmił Noc, po czym przymierzył kosteczkę. Specjalnie wziął najostrzejszą, jaka była, aby dziurka była prosta i jak najłagodniejsza do zrobienia. – Raz. Dwa. TRZY! – i wbił kosteczkę zgrabnym ruchem w ucho brata, zaraz od razu potem nakładając przygotowane zioła.
Chudym wstrząsnął nagły dreszcz na tyle silny, że Noc był w stanie dostrzec ruch jego mięśni gołym okiem.
– ARGHHH – wrzasnął po chwili a potem zaczął masować ucho co z pewnością mu nie pomoże. Noc wiedział, żeby nie dotykać swojego. Korciło go to, ze względu jak bardzo go bolało, ale to tylko pogarsza sytuację. – No żesz na naszą matkę!
Kilka oddechów i uderzeń serca później oboje się sobie porządnie przyjrzeli.
– Wyglądasz epicko! – Chudy skomentował.
– Ty też wariacie. Odważny jesteś wiesz! I naprawdę, wyglądamy teraz groźnie! Będziesz odstraszał wszystkie złe choroby samym wyglądem! – Noc zaśmiał się w głos. Cieszył się, że brat mu tu nie zemdlał. – Wylizać cię trochę z krwi, zanim cię Koperek takiego zakrwawionego zobaczy czy wolisz wymknąć się nad skrawek wody? – dodał po sekundzie bez myślenia. Zadbanie o brata stanowiło pierwszą i najważniejszą rzecz na jego liście, patrząc na to, że jego łapy nadal trzęsły się jak królik w norze.
– Wyliżesz mnie? – Chudy brzmiał wręcz błagalnie. – Tak jak kiedyś…
– Oczywiście, że tak. Kładź się, wtul się i brat zrobi całą robotę! – oznajmił wykładając się obok niego i klepiąc ziemię przed sobą. – Jak kiedyś. I jakbyś kiedykolwiek potrzebował to przecież wiesz gdzie mnie znaleźć. Jesteś moim kochanym bratem i dla ciebie mój język jest do usług zawsze!
Chuda Łapa odetchnął i położył się blisko brata wtulając się w jego futro. Noc od razu zabrał się do roboty i zaczął lizać swojego brata i mruczeć głośno, aby go trochę też uspokoić.
– Nie mogłem wymarzyć sobie nikogo lepszego od Was.– Chudy odetchnął ponownie.
Ach... jak miło jest znowu być tak blisko siebie z kochanym bratem. Brakowało jeszcze tylko ciepłego futra Grubego.
– To prawda. Nie ma nikogo lepszego od was. – powiedział między liźnięciami.

<Chuda Łapo?>
[1593 słów]