— Widzę, że nieźle ci się tu powodzi, Bukowa Korono — odezwał się Królicza Prawda, przechodząc obok srebrnego. — Przygruchałeś sobie Fokę w dosyć krótkim czasie. Wiesz, ja wam życzę wszystkiego najlepszego na nowej drodze ży-
— Przestań — przerwał mu czekoladowy. Jego ton był chłodny i wręcz wyprany z emocji. Jeszcze niedawno roześmiany pysk Bukowej Korony był teraz nieruchomy, kamienny. Przez moment wpatrywał się w kremowego kocura, nim nie podeszła do niego Focza Fala. Gdy spojrzał w jej kierunku, nie dało się nie zauważyć, że kącik jego ust drgnął w uśmiechu, a oczy od razu się rozjaśniły.
— O czym rozmawiacie? — zapytała niebieska, unosząc jedną brew i wpatrując się w Króliczą Prawdę. Klifiak poruszył się niespokojnie, uśmiechając się niezręcznie do młodszej kotki.
— Nie masz się o co martwić. Tłumaczę tylko Króliczej Prawdzie, że nic między nami nie ma — prychnął w końcu Buk, kręcąc powoli głową. W niebieskich ślepiach wojowniczki na moment pojawił się ledwie zauważalny przebłysk bólu. Jakby ktoś właśnie wbił jej cierń w serce. — Królicza Prawdo, jak jeszcze raz ośmielisz się skomentować moje życie prywatne, przysięgam, że nie ręczę za siebie — zwrócił się do kremowego, ponownie przybierając maskę spokoju. — Może i zwerbowałeś mnie do swojej jakże “uroczej” rodzinki, ale te czasy to już przeszłość. Nie żyjemy już w siedlisku, tylko w Klanie Klifu. I życzę sobie, byś zachowywał się tak, jakbyśmy nigdy się nie znali. Nie potrzebuję tu żadnego opiekuna; jestem niezwykle zdolny i potrafię dbać o własne interesy — wyjaśniał, o mało nie zanudzając Foczej Fali na śmierć.
— Skończyłeś już? — bąknęła. — Chodźmy, szybko! Świat stoi przed nami otworem, a ty dyskutujesz z jakimś staruszkiem! Odpuść sobie i zabierz mnie na spacer! — ubiegała się, trzepocząc rzęsami przed czekoladowym.
Bukowa Korona spojrzał na pysk kremowego. Był dziwnie spokojny, jakby… pusty. Przez myśl przeszło mu nawet, że może tym razem przesadził ze swoimi słowami, lecz ten pomysł wypadł mu z głowy tak szybko, jak do niej wpadł. Przecież Królicza Prawda dobrze wiedział, że Buk nie chciał mieć z nim nic do czynienia. Zawsze starał się mu o tym jasno przypominać! Ale najwyraźniej Królik był po prostu głupim, niesłuchającym go bucem. Jeśli musi go zaboleć, by wreszcie się odczepił, to niech boli.
— Możemy iść — odparł w końcu srebrny, jednak jego ton wydawał się płaski. Jeszcze przez moment mierzył wzrokiem kufę starszego wojownika, aż w końcu nie ocknął się i nie ruszył wraz z Foczą Falą ku wyjściu z obozu.
— A jesteś tak właściwie przekonana o tym, że chodzenie na spacery podczas takich mrozów to dobry pomysł? Nie, żeby coś, ale jeśli pamięć mnie nie myli, jesteś całkiem chorowita. Czy właśnie nie pakujesz się w kłopoty? — skomentował, gdy przemierzali tereny Klanu Klifu. Na jego słowa niebieskofutra parsknęła śmiechem.
— Po prostu się przyznaj, że tyłek ci marznie! To żaden wstyd — burknęła Focza Fala, przewracając oczami. — Nawet najwięksi wojownicy mają swoje słabe punkty. Może twoim są niskie temperatury?
Bukowa Korona westchnął.
— Twoim słabym punktem jest twoja odporność! Ja próbuję być miły, a ty tak mi się odwdzięczasz… — srebrny delikatnie trącił niebieskofutrą, jednak jego głos zadrżał od śmiechu. — Jeśli po tym spacerze zachorujesz, to nie będę cię codziennie odwiedzał w lecznicy! Będziesz musiała wytrwać z tą szurniętą medyczką i jej zbłąkaną uczennicą… — zagroził jej, mrużąc lekko brwi.
— Jesteś pewny, że nie będziesz mnie odwiedzał? Może z zewnątrz jesteś taki nonszalancki, ale jestem pewna, że nie miałbyś serca, by zostawić mnie samą! — stwierdziła, prostując się śmiało. Może… może i miała rację, choć Buk nawet we własnej głowie nie chciał jej tego przyznać. Upierał się, że wcale nie zależy mu tak bardzo na Foczej Fali, ale… prawda była inna. Miał dla niej czuły punkt, choć zazwyczaj nie obnosił się z nim na głos.
— Chyba w twoich snach! — kontynuował przekomarzanki. — Byłbym zbyt bardzo zajęty wykonywaniem swoich wojowniczych obowiązków, a wiesz, jak bardzo cenię sobie pracowitość i dobrą reputację — twierdził dalej, jednak niebieskooka nie brała żadnych z jego słów na poważnie. Może to i lepiej. Cóż, przynajmniej dla niej. Dla Buka może też, bo gdyby Foka zauważyła, jak ogromnym dupkiem jest, prędko by go zostawiła. I znowu nie miałby żadnego przyjaciela, ponadto nie miałby też Króliczej Prawdy, bo przed chwilą tak potwornie go spławił.
— Może twoja reputacja byłaby lepsza, gdybyś znalazł sobie jakąś partnerkę, co? Byłaby dowodem, że jednak da się ciebie pokochać — palnęła wojowniczka, poruszając wibrysami.
— Co, proszę? — wymsknęło mu się ze zdziwienia. W jego głosie pojawiła się typowa dla niego nutka, która mówiła: wszystko z tobą dobrze? Nie uderzyłaś się w głowę?
Focza Fala od razu się speszyła, a jej mięśnie się spięły.
— A nic, nic. Tak mi się tylko powiedziało — rzuciła sucho, lecz zaraz potem wzięła głęboki wdech. — To dokąd idziemy? Może nad klif? Chyba że boisz się wysokości! — Foka uniosła brew do góry. — Czasami może się nieźle zakręcić w głowie, gdy widzi się rozległe morze pod sobą!
— Ale nie mi — zaznaczył, zadzierając brodę. — Ja nie boję się niczego. Żadnych mrozów, żadnych wysokości.
Focza Fala przewróciła oczami i tylko przyspieszyła kroku. Na horyzoncie majaczyły już drzewa, które rosły tuż przy klifie. Bukowa Korona także zaczął truchtać, by nadążyć za niebieskofutrą, która pędziła tak, że wiatr rozwiewał jej sierść. Wyglądała teraz jak lecąca kulka puchu, jako że futro miała całkiem długie i gęste. Buk oczywiście zauważył też, że Foka była dobrze odżywiona, ale tego nie mógł komentować nawet w swojej głowie, bo sam uważał, że taka pulchna sylwetka świadczy tylko o tym, że jesteś dobrym łowcą i szanowanym członkiem klanu.
W końcu dotarli do celu swojej wyprawy. Tam zatrzymali się, jak zwykle, śmiejąc się dosyć głośno. Był już wieczór – gdyby była Pora Zielonych Liści, pewnie byłoby jeszcze jasno, a tak? Chmury sprawiały wrażenie coraz ciemniejszych. Zarysy ogołoconych koron drzew coraz bardziej wtapiały się w niebo i coraz częściej wicher powiewał całkiem mocno. A mimo to dwójka kotów trwała przy swoim boku, rozmawiając nad klifem. Głównie dogryzali sobie, ale niekiedy przez konwersację przewinęły się też nieco szczersze słowa. Nie były to wyznania zbyt wielkie, ale mimo wszystko wydawały się bardzo… intymne. Choć znacznie większą ilością rzeczy dzieliła się Foka, podczas gdy Buk preferował raczej... pozostanie tajemnicą.
— …I wtedy złapałam całkiem sporego ptaka! Drzemiące Słońce był pod wrażeniem, mówię ci! — opowiadała.
Srebrny co jakiś czas potakiwał głową, zadawał jej pytania. Szczerzył się, unosił brwi, reagował tak, by wyglądać na takiego, co słucha. Foczej Fali się to podobało – a przynajmniej tak uważał Buk, bo zdawała się dosyć szczęśliwa.
— No, ale co mi tam po słowach Drzemiącego Słońca… Nie potrzebuję pochwał od niego ani zresztą żadnego innego kocura! No… może z wyjątkiem jednego — wymruczała cicho, spoglądając w pomarańczowe oczy wojownika, w których teraz odbijało się granatowe niebo, a na nim ledwo widoczne gwiazdy.
Bukowa Korona zastygł w bezruchu, nawet nie ważąc się spojrzeć na Foczą Falę.
— Widzisz… nigdy nie myślałam, że będzie mi zależeć na opinii innych, ale… potem zjawiłeś się ty — wygłosiła dosyć szybko. Nie brzmiała, jakby mówiła to z dozą emocji, ale Buk zdążył już zauważyć, że niebieskooka miała na ogół trochę problemów z wyrażaniem czułości. — Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale chyba… chyba mi na tobie zależy, wiesz? Tak myślę przynajmniej. Bardziej niż na kimkolwiek innym — mówiła dalej, tym razem także wpatrując się w otchłań przed nią. Mówiła te słowa trochę tak, jakby miała je wyćwiczone. — Wiesz, ja nie mam pojęcia, jak tak naprawdę wygląda miłość. Ale jeśli jest tym, co czuję wobec ciebie, to bardzo mnie zadowala. I… zdaję sobie sprawę z tego, że ty twierdzisz, że się w nikim nigdy nie zakochasz, ale jednak… jakbyś chciał spróbować… no wiesz, być razem i… i robić te wszystkie rzeczy, które robią pary, no… — wstrzymała oddech na kilka uderzeń serca — …chodzić na spacery i właściwie wszystko, co już dotychczas robimy jako przyjaciele, tyle że… pod inną nazwą — zaczął plątać jej się język, co widocznie ją frustrowało.
Srebrny zdawał sobie sprawę z tego, jak wiele pewności musiało kosztować ją to przemówienie. Sam nie wiedział, co czuł wobec niej. Jednak czy bycie w związku nie sprawiłoby, że wyglądałby na łagodniejszego, słabszego? W końcu miłość mogłaby go zaślepić, sprawić, że przestałby być… sobą. Czy przez miłość mógłby stracić swój zapał? Swój potencjał? Swoje pragnienie, by zostać władcą?
— To naprawdę emocjonalne wyznanie — odezwał się w końcu, owijając ogon ciaśniej wokół łap. — Jestem pod wrażeniem, że byłaś w stanie mi to wszystko powiedzieć. Jestem w stanie przystać na twoją propozycję. Możemy… spróbować — odparł, jednak wahając się nieco. — Proszę tylko, byś nikomu nie mówiła o tym, co dzieje się między nami. Jeszcze nie jestem gotowy na nic oficjalnego — kontynuował tym samym, nieco monotonnym tonem.
Gdy skończył, Focza Fala jeszcze bardziej wtuliła się w jego futro, milcząc. I tak siedzieli w ciszy jeszcze przez jakiś czas, najpewniej zastanawiając się nad tym, co przyniesie im przyszłość.
Bukowa Korona biegł teraz w pogoni za królikiem, zdeterminowany, by go złapać. Jeszcze nigdy dotąd nie starał się tak bardzo, by schwytać jakąś zwierzynę, jak teraz. I nie chodziło o to, że tak bardzo zależało mu na tym, by w mroźne dni wykarmić swoich pobratymców – och, nie. On chciał jedynie udowodnić przed sobą, że posiadanie “partnerki” nie zrobiło z niego gorszego wojownika. Miał obsesję na punkcie siebie, swoich umiejętności i kondycji. Jeśli tylko zauważał niewielką zmianę, od razu panikował. Teraz czuł się tak, jakby stąpał po polu minowym. Miał wrażenie, że w każdym momencie może stać się rozlazłym kochasiem, którego priorytetem jest rodzina. On nie chciał taki być. Nie chciał żyć takim życiem. Chciał być dowódcą, autorytetem – ale nie dla kociąt, lecz dla rosłych, silnych wojowników. Chciał wygłaszać motywujące mowy, posyłać wiernych poddanych do walki. Jak miałby przyczyniać się do rozrostu Klanu Klifu, jeśli miałby na głowie humorzastą kobietę i piszczące kocięta?
Zacisnął zęby. Łapy piekły go od wysiłku i powoli brakowało mu tchu, jednak wciąż nie odpuszczał. Gonił za biednym, spanikowanym zwierzęciem, podczas gdy krew szumiała mu w uszach. Ostatkiem sił przyspieszył i wyskoczył, lądując prosto na swojej ofierze. Zrobił to ciężko, niezwinnie, ale zrobił. Udało mu się – złapał tego uszaka. Ciężko dysząc, bez wahania przegryzł mu gardło, by ten przestał się wierzgać. Nie był specjalnie duży ani zresztą bardzo stary. Wyglądał na młodego. No cóż, Bukowa Korona zdawał się mieć nosa do niewyrośniętych ofiar. Pamiętał jeszcze, gdy udało mu się upolować tamtą niewielką kaczkę. Tym razem jednak na patrolu wraz z nim była Tawułowa Łapa – rodzeństwo Promiennej Łapy. Był tu także Rozświetlona Skóra i Drzemiące Słońce.
Wojownik wziął do pyska ciało królika i zawrócił, kierując się w stronę, z której tu przybiegł. Gdy udało mu się dołączyć do grupy, zaczął maszerować przy boku Tawułowej Łapy.
— Fy sesfes sfostfa Pomenej Fapy? — wybuczał, wciąż trzymając zwierzynę w zębach. Gdy jednak zrozumiał, że w takim stanie zbyt długo nie podyskutuje, wcisnął królika Drzemiącemu Słońcu z komentarzem:
— Ale przed wejściem do obozu mi go oddasz. Klan musi widzieć, jak bardzo się dla nich staram.
Powiedziawszy to, wrócił do białofutrej i odchrząknął.
— Jesteś siostrą Promiennej Łapy, mam rację? — zapytał, unosząc jedną brew w górę. — Nie wiem, czy ci mówiła, ale właściwie to się znamy. Opowiadała ci o tym, jak polowaliśmy na kaczki? To znaczy… ja polowałem, bardzo pomyślnie zresztą — zaczął się przechwalać. Nie zależało mu na nowej przyjaźni, a raczej na zabiciu nudy. Poza tym, jeśli kiedyś chciał zostać przywódcą, to musiał zdobywać wspólników, no nie? Kto chciałby jakiegoś boi-wróbla za lidera? O wiele większe szanse miały koty rozmowne, charyzmatyczne. — Jeśli nie, to nie masz się o co martwić! Mogę ci opowiedzieć. Mam całkiem dobrą pamięć, znam wszystkie szczegóły tamtego dnia. Oczywiście bardzo majestatycznie upolowałem wtedy to pisklę, ale nie zabrakło także śmiechów. Bo jestem całkiem zabawny, jakbyś jeszcze nie zauważyła — kontynuował. Miał świadomość, że nie każdy zrozumie jego wyrafinowanego poczucia humoru. Obawiał się też, że mózg Tawułowej Łapy może nie przyswoić jego cudowności. Ale cóż, wyjdzie w praniu.
— Przestań — przerwał mu czekoladowy. Jego ton był chłodny i wręcz wyprany z emocji. Jeszcze niedawno roześmiany pysk Bukowej Korony był teraz nieruchomy, kamienny. Przez moment wpatrywał się w kremowego kocura, nim nie podeszła do niego Focza Fala. Gdy spojrzał w jej kierunku, nie dało się nie zauważyć, że kącik jego ust drgnął w uśmiechu, a oczy od razu się rozjaśniły.
— O czym rozmawiacie? — zapytała niebieska, unosząc jedną brew i wpatrując się w Króliczą Prawdę. Klifiak poruszył się niespokojnie, uśmiechając się niezręcznie do młodszej kotki.
— Nie masz się o co martwić. Tłumaczę tylko Króliczej Prawdzie, że nic między nami nie ma — prychnął w końcu Buk, kręcąc powoli głową. W niebieskich ślepiach wojowniczki na moment pojawił się ledwie zauważalny przebłysk bólu. Jakby ktoś właśnie wbił jej cierń w serce. — Królicza Prawdo, jak jeszcze raz ośmielisz się skomentować moje życie prywatne, przysięgam, że nie ręczę za siebie — zwrócił się do kremowego, ponownie przybierając maskę spokoju. — Może i zwerbowałeś mnie do swojej jakże “uroczej” rodzinki, ale te czasy to już przeszłość. Nie żyjemy już w siedlisku, tylko w Klanie Klifu. I życzę sobie, byś zachowywał się tak, jakbyśmy nigdy się nie znali. Nie potrzebuję tu żadnego opiekuna; jestem niezwykle zdolny i potrafię dbać o własne interesy — wyjaśniał, o mało nie zanudzając Foczej Fali na śmierć.
— Skończyłeś już? — bąknęła. — Chodźmy, szybko! Świat stoi przed nami otworem, a ty dyskutujesz z jakimś staruszkiem! Odpuść sobie i zabierz mnie na spacer! — ubiegała się, trzepocząc rzęsami przed czekoladowym.
Bukowa Korona spojrzał na pysk kremowego. Był dziwnie spokojny, jakby… pusty. Przez myśl przeszło mu nawet, że może tym razem przesadził ze swoimi słowami, lecz ten pomysł wypadł mu z głowy tak szybko, jak do niej wpadł. Przecież Królicza Prawda dobrze wiedział, że Buk nie chciał mieć z nim nic do czynienia. Zawsze starał się mu o tym jasno przypominać! Ale najwyraźniej Królik był po prostu głupim, niesłuchającym go bucem. Jeśli musi go zaboleć, by wreszcie się odczepił, to niech boli.
— Możemy iść — odparł w końcu srebrny, jednak jego ton wydawał się płaski. Jeszcze przez moment mierzył wzrokiem kufę starszego wojownika, aż w końcu nie ocknął się i nie ruszył wraz z Foczą Falą ku wyjściu z obozu.
— A jesteś tak właściwie przekonana o tym, że chodzenie na spacery podczas takich mrozów to dobry pomysł? Nie, żeby coś, ale jeśli pamięć mnie nie myli, jesteś całkiem chorowita. Czy właśnie nie pakujesz się w kłopoty? — skomentował, gdy przemierzali tereny Klanu Klifu. Na jego słowa niebieskofutra parsknęła śmiechem.
— Po prostu się przyznaj, że tyłek ci marznie! To żaden wstyd — burknęła Focza Fala, przewracając oczami. — Nawet najwięksi wojownicy mają swoje słabe punkty. Może twoim są niskie temperatury?
Bukowa Korona westchnął.
— Twoim słabym punktem jest twoja odporność! Ja próbuję być miły, a ty tak mi się odwdzięczasz… — srebrny delikatnie trącił niebieskofutrą, jednak jego głos zadrżał od śmiechu. — Jeśli po tym spacerze zachorujesz, to nie będę cię codziennie odwiedzał w lecznicy! Będziesz musiała wytrwać z tą szurniętą medyczką i jej zbłąkaną uczennicą… — zagroził jej, mrużąc lekko brwi.
— Jesteś pewny, że nie będziesz mnie odwiedzał? Może z zewnątrz jesteś taki nonszalancki, ale jestem pewna, że nie miałbyś serca, by zostawić mnie samą! — stwierdziła, prostując się śmiało. Może… może i miała rację, choć Buk nawet we własnej głowie nie chciał jej tego przyznać. Upierał się, że wcale nie zależy mu tak bardzo na Foczej Fali, ale… prawda była inna. Miał dla niej czuły punkt, choć zazwyczaj nie obnosił się z nim na głos.
— Chyba w twoich snach! — kontynuował przekomarzanki. — Byłbym zbyt bardzo zajęty wykonywaniem swoich wojowniczych obowiązków, a wiesz, jak bardzo cenię sobie pracowitość i dobrą reputację — twierdził dalej, jednak niebieskooka nie brała żadnych z jego słów na poważnie. Może to i lepiej. Cóż, przynajmniej dla niej. Dla Buka może też, bo gdyby Foka zauważyła, jak ogromnym dupkiem jest, prędko by go zostawiła. I znowu nie miałby żadnego przyjaciela, ponadto nie miałby też Króliczej Prawdy, bo przed chwilą tak potwornie go spławił.
— Może twoja reputacja byłaby lepsza, gdybyś znalazł sobie jakąś partnerkę, co? Byłaby dowodem, że jednak da się ciebie pokochać — palnęła wojowniczka, poruszając wibrysami.
— Co, proszę? — wymsknęło mu się ze zdziwienia. W jego głosie pojawiła się typowa dla niego nutka, która mówiła: wszystko z tobą dobrze? Nie uderzyłaś się w głowę?
Focza Fala od razu się speszyła, a jej mięśnie się spięły.
— A nic, nic. Tak mi się tylko powiedziało — rzuciła sucho, lecz zaraz potem wzięła głęboki wdech. — To dokąd idziemy? Może nad klif? Chyba że boisz się wysokości! — Foka uniosła brew do góry. — Czasami może się nieźle zakręcić w głowie, gdy widzi się rozległe morze pod sobą!
— Ale nie mi — zaznaczył, zadzierając brodę. — Ja nie boję się niczego. Żadnych mrozów, żadnych wysokości.
Focza Fala przewróciła oczami i tylko przyspieszyła kroku. Na horyzoncie majaczyły już drzewa, które rosły tuż przy klifie. Bukowa Korona także zaczął truchtać, by nadążyć za niebieskofutrą, która pędziła tak, że wiatr rozwiewał jej sierść. Wyglądała teraz jak lecąca kulka puchu, jako że futro miała całkiem długie i gęste. Buk oczywiście zauważył też, że Foka była dobrze odżywiona, ale tego nie mógł komentować nawet w swojej głowie, bo sam uważał, że taka pulchna sylwetka świadczy tylko o tym, że jesteś dobrym łowcą i szanowanym członkiem klanu.
W końcu dotarli do celu swojej wyprawy. Tam zatrzymali się, jak zwykle, śmiejąc się dosyć głośno. Był już wieczór – gdyby była Pora Zielonych Liści, pewnie byłoby jeszcze jasno, a tak? Chmury sprawiały wrażenie coraz ciemniejszych. Zarysy ogołoconych koron drzew coraz bardziej wtapiały się w niebo i coraz częściej wicher powiewał całkiem mocno. A mimo to dwójka kotów trwała przy swoim boku, rozmawiając nad klifem. Głównie dogryzali sobie, ale niekiedy przez konwersację przewinęły się też nieco szczersze słowa. Nie były to wyznania zbyt wielkie, ale mimo wszystko wydawały się bardzo… intymne. Choć znacznie większą ilością rzeczy dzieliła się Foka, podczas gdy Buk preferował raczej... pozostanie tajemnicą.
— …I wtedy złapałam całkiem sporego ptaka! Drzemiące Słońce był pod wrażeniem, mówię ci! — opowiadała.
Srebrny co jakiś czas potakiwał głową, zadawał jej pytania. Szczerzył się, unosił brwi, reagował tak, by wyglądać na takiego, co słucha. Foczej Fali się to podobało – a przynajmniej tak uważał Buk, bo zdawała się dosyć szczęśliwa.
— No, ale co mi tam po słowach Drzemiącego Słońca… Nie potrzebuję pochwał od niego ani zresztą żadnego innego kocura! No… może z wyjątkiem jednego — wymruczała cicho, spoglądając w pomarańczowe oczy wojownika, w których teraz odbijało się granatowe niebo, a na nim ledwo widoczne gwiazdy.
Bukowa Korona zastygł w bezruchu, nawet nie ważąc się spojrzeć na Foczą Falę.
— Widzisz… nigdy nie myślałam, że będzie mi zależeć na opinii innych, ale… potem zjawiłeś się ty — wygłosiła dosyć szybko. Nie brzmiała, jakby mówiła to z dozą emocji, ale Buk zdążył już zauważyć, że niebieskooka miała na ogół trochę problemów z wyrażaniem czułości. — Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale chyba… chyba mi na tobie zależy, wiesz? Tak myślę przynajmniej. Bardziej niż na kimkolwiek innym — mówiła dalej, tym razem także wpatrując się w otchłań przed nią. Mówiła te słowa trochę tak, jakby miała je wyćwiczone. — Wiesz, ja nie mam pojęcia, jak tak naprawdę wygląda miłość. Ale jeśli jest tym, co czuję wobec ciebie, to bardzo mnie zadowala. I… zdaję sobie sprawę z tego, że ty twierdzisz, że się w nikim nigdy nie zakochasz, ale jednak… jakbyś chciał spróbować… no wiesz, być razem i… i robić te wszystkie rzeczy, które robią pary, no… — wstrzymała oddech na kilka uderzeń serca — …chodzić na spacery i właściwie wszystko, co już dotychczas robimy jako przyjaciele, tyle że… pod inną nazwą — zaczął plątać jej się język, co widocznie ją frustrowało.
Srebrny zdawał sobie sprawę z tego, jak wiele pewności musiało kosztować ją to przemówienie. Sam nie wiedział, co czuł wobec niej. Jednak czy bycie w związku nie sprawiłoby, że wyglądałby na łagodniejszego, słabszego? W końcu miłość mogłaby go zaślepić, sprawić, że przestałby być… sobą. Czy przez miłość mógłby stracić swój zapał? Swój potencjał? Swoje pragnienie, by zostać władcą?
— To naprawdę emocjonalne wyznanie — odezwał się w końcu, owijając ogon ciaśniej wokół łap. — Jestem pod wrażeniem, że byłaś w stanie mi to wszystko powiedzieć. Jestem w stanie przystać na twoją propozycję. Możemy… spróbować — odparł, jednak wahając się nieco. — Proszę tylko, byś nikomu nie mówiła o tym, co dzieje się między nami. Jeszcze nie jestem gotowy na nic oficjalnego — kontynuował tym samym, nieco monotonnym tonem.
Gdy skończył, Focza Fala jeszcze bardziej wtuliła się w jego futro, milcząc. I tak siedzieli w ciszy jeszcze przez jakiś czas, najpewniej zastanawiając się nad tym, co przyniesie im przyszłość.
* * *
Zacisnął zęby. Łapy piekły go od wysiłku i powoli brakowało mu tchu, jednak wciąż nie odpuszczał. Gonił za biednym, spanikowanym zwierzęciem, podczas gdy krew szumiała mu w uszach. Ostatkiem sił przyspieszył i wyskoczył, lądując prosto na swojej ofierze. Zrobił to ciężko, niezwinnie, ale zrobił. Udało mu się – złapał tego uszaka. Ciężko dysząc, bez wahania przegryzł mu gardło, by ten przestał się wierzgać. Nie był specjalnie duży ani zresztą bardzo stary. Wyglądał na młodego. No cóż, Bukowa Korona zdawał się mieć nosa do niewyrośniętych ofiar. Pamiętał jeszcze, gdy udało mu się upolować tamtą niewielką kaczkę. Tym razem jednak na patrolu wraz z nim była Tawułowa Łapa – rodzeństwo Promiennej Łapy. Był tu także Rozświetlona Skóra i Drzemiące Słońce.
Wojownik wziął do pyska ciało królika i zawrócił, kierując się w stronę, z której tu przybiegł. Gdy udało mu się dołączyć do grupy, zaczął maszerować przy boku Tawułowej Łapy.
— Fy sesfes sfostfa Pomenej Fapy? — wybuczał, wciąż trzymając zwierzynę w zębach. Gdy jednak zrozumiał, że w takim stanie zbyt długo nie podyskutuje, wcisnął królika Drzemiącemu Słońcu z komentarzem:
— Ale przed wejściem do obozu mi go oddasz. Klan musi widzieć, jak bardzo się dla nich staram.
Powiedziawszy to, wrócił do białofutrej i odchrząknął.
— Jesteś siostrą Promiennej Łapy, mam rację? — zapytał, unosząc jedną brew w górę. — Nie wiem, czy ci mówiła, ale właściwie to się znamy. Opowiadała ci o tym, jak polowaliśmy na kaczki? To znaczy… ja polowałem, bardzo pomyślnie zresztą — zaczął się przechwalać. Nie zależało mu na nowej przyjaźni, a raczej na zabiciu nudy. Poza tym, jeśli kiedyś chciał zostać przywódcą, to musiał zdobywać wspólników, no nie? Kto chciałby jakiegoś boi-wróbla za lidera? O wiele większe szanse miały koty rozmowne, charyzmatyczne. — Jeśli nie, to nie masz się o co martwić! Mogę ci opowiedzieć. Mam całkiem dobrą pamięć, znam wszystkie szczegóły tamtego dnia. Oczywiście bardzo majestatycznie upolowałem wtedy to pisklę, ale nie zabrakło także śmiechów. Bo jestem całkiem zabawny, jakbyś jeszcze nie zauważyła — kontynuował. Miał świadomość, że nie każdy zrozumie jego wyrafinowanego poczucia humoru. Obawiał się też, że mózg Tawułowej Łapy może nie przyswoić jego cudowności. Ale cóż, wyjdzie w praniu.
<Tawułowa Łapo?>




.png)
.png)
