BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Wojna z Klanem Wilka i samotniczkami zakończyła się upokarzającą porażką. Klan Klifu stracił wielu wojowników – Miedziany Kieł, Jerzykową Werwę, Złotą Drogę oraz przywódczynię, Liściastą Gwiazdę. Nie obyło się również bez poważnych ran bitewnych, które odnieśli Źródlana Łuna, Promieniste Słońce i Jastrzębi Zew. Klan Wilka zajął teren Czarnych Gniazd i otaczającego je lasku, dołączając go do swojego terytorium. Klan Klifu z podkulonym ogonem wrócił do obozu, by pochować zmarłych, opatrzeć swoje rany i pogodzić się z gorzką świadomością zdrady – zarówno tej ze strony samotniczek, które obiecywały im sojusz, jak i członkini własnego Klanu, zabójczyni Zagubionego Obuwika i Melodyjnego Trelu, Zielonego Wzgórza. Klifiakom pozostaje czekać na decyzje ich nowego przywódcy, Judaszowcowej Gwiazdy. Kogo kocur mianuje swoim zastępcą? Co postanowi zrobić z Jagienką i Zielonym Wzgórzem, której bezpieczeństwa bez przerwy pilnuje Bożodrzewny Kaprys, gotowa rzucić się na każdego, kto podejdzie zbyt blisko?

W Klanie Nocy

Ostatni czas nie okazał się zbyt łaskawy dla Nocniaków. Poza nowo odkrytymi terenami, którym wielu pozwoliły zapomnieć nieco o krwawej wojnie z samotnikami, przodkowie nie pobłogosławili ich niemalże niczym więcej. Niedługo bowiem po zakończeniu eksploracji tajemniczego obszaru, doszło do tragedii — Mątwia Łapa, jedna z księżniczek, padła ofiarą morderstwa, którego sprawcy jak na razie nie odkryto. Pośmiertnie została odznaczona za swoje zasługi, otrzymując miano Mątwiego Marzenia. Nie złagodziło to jednak bólu jej bliskich po stracie młodej kotki. Nie mieli zresztą czasu uporać się z żałobą, bo zaledwie kilka wschodów słońca po tym przykrym wydarzeniu, doszło do prawdziwej katastrofy — powodzi. Dotąd zaufany żywioł odwrócił się przeciw Klanowi Nocy, porywając ze sobą życie i zdrowie niejednego kota, jakby odbierając zapłatę za księżyce swej dobroci, którą się z nimi dzielił. Po poległych pozostały jedynie szczątki i pojedyncze pamiątki, których nie zdołały porwać fale przed obniżeniem się poziomu wód, w konsekwencji czego następnego ranka udało się trafić na wiele przykrych znalezisk. Pomimo ciężkiej, ponurej atmosfery żałoby, wpływającej na niemalże wszystkich Nocniaków, normalne życie musiało dalej toczyć się swoim naturalnym rytmem.
Przeniesiono się więc do tymczasowego schronienia w lesie, gdzie uzupełniono zniszczone przez potop zapasy ziół oraz zwierzyny i zregenerowano siły. Następnie rozpoczęła się odbudowa poprzedniego obozu, która poszła dość sprawnie, dzięki ogromnemu zaangażowaniu i samozaparciu członków klanu — w pracach renowacyjnych pomagał bowiem niemalże każdy, od małego kocięcia aż po członków starszyzny. W konsekwencji tego, miejsce to podniosło się z ruin i wróciło do swojej dawnej świetności. Wciąż jednak pewne pozostałości katastrofy przypominają o niej Nocniakom, naruszając ich poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza z krążącymi wśród kotów pogłoskami o tym, że powódź, która ich nawiedziła, nie była czymś przypadkowym — a zemstą rozchwianego żywiołu, mszczącego się na nich za śmierć członkini rodu. W obozie więc wciąż panuje niepokój, a nawet najmniejszy szmer sprawia, że każdy z wojowników machinalnie stroszy futro i wzmaga skupienie, obawiając się kolejnego zagrożenia.

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 7 grudnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

15 stycznia 2026

Od Brukselkowej Zadry

Odkąd Kwitnący Kalafior odeszła w zaświaty, halucynacje Brukselkowej Zadry tylko się pogorszyły. Pamiętała te dni, w których również odkładała wizyty u medyka… Wtedy to białofutra ją ratowała, przekonując, by zadbała o swoje zdrowie. Teraz… już jej nie było. Nie było nikogo, kto twardo kazałby jej udać się do lecznicy. Chyba że pewnego dnia Kalafior pojawi się przed jej oczyma w postaci zwidu i przekona ją, by wzięła się w garść i wróciła do swojego dawnego stanu. Stanu, w którym, na dobrą sprawę, nie była już od kilku… może kilkunastu długich księżyców.
Nie pamiętała dokładnego dnia, w którym wszystko zaczęło się sypać, ale od tamtego momentu było już tylko gorzej. Może gdyby Klan Gwiazdy nie zdecydował się zesłać jej przepowiedni, wszystko potoczyłoby się inaczej? Może nie musiałaby wybierać między wolnością a pozostaniem w Klanie Wilka, by spełnić swój obowiązek… Obowiązek, który starała się wykonać, sprowadzając do klanu trójkę kociąt, wychowując je, a także Wilczka – na wiernych Klanowi Gwiazdy. Jednak na co było to wszystko, skoro te wszystkie koty uciekły? Na co były te trudy, skoro nawracanie zmieniło się w uciekanie od problemu?
Nie widziała już sensu w dalszym robieniu… właściwie czegokolwiek, w imieniu Gwiezdnych Przodków. Z Klanu Wilka i tak odeszła już większość kotów, która miała jakieś zadatki na bycie kimś dobrym. W końcu kto jej został? Wilczy Skowyt, o którym plotka ostatnio kręci się od kota do kota po obozie? Gwiazdnicowy Blask? Wrotyczowa Szrama, która ostatnio zdaje się jej unikać? Na pewno było jeszcze więcej kandydatów, ale czy to mimo wszystko wystarczy? Kultystów i kotów wiernych Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd, było, tak czy siak, znacznie więcej. Byli silniejsi, lepiej wyszkoleni, zmuszani od najmłodszych lat do przekraczania własnych granic.
Brukselkowa Zadra westchnęła. Leżała teraz w legowisku starszyzny, jej futro skąpane w mroku, jakby czyhał na nią zły omen – szpony Mrocznej Puszczy. Zwietrzały zapach Kwitnącego Kalafiora kręcił się w jej nosie, gdy odpoczywała na posłaniu swojej matki. Choć “odpoczywała” to zdecydowanie za dużo powiedziane. Brukselka czuła się raczej tak, jakby tu gniła. A wizje tego, jak przez próg zostaje wyniesione zimne ciało białofutrej, wcale jej nie pomagały; tylko spędzały jej sen z powiek.
Zastanawiała się, jak miała dojść do siebie, skoro co jakiś czas słyszała niezrozumiałe szepty, widziała przed oczami plamy, czuła zapachy, których nie miała jak wyczuć w tym zatęchłym legowisku. Czy popadała w obłęd? Czy to wszystko było jakąś karą – a może testem od Klanu Gwiazdy? Brukselka czuła, że aby spać spokojnie, potrzebowała wyjaśnień. Potrzebowała zapewnienia, że Gwiezdni Przodkowie jeszcze nad nią czuwają, że wciąż ją widzą. Ufają jej. Liczą na nią. Oczekują, że spełni ich prośbę i spróbuje naprawić ten zdeprawowany klan.
Czuła, że z każdym kolejnym dniem traci wiarę w Gwiezdnych Przodków. Jednak gdy myślała o tym, ile już straciła z ich powodu, zaczynała czuć się źle z faktem, że poddaje się właśnie teraz. Gdy kazali jej uśmiercić jedną z ważniejszych postaci w Klanie Wilka, nie zawahała się. Gdy musiała przeżyć okres rozłąki z Wrotyczową Szramą – wtedy jeszcze Głupią Łapą – przetrwała go i nawet nie myślała o tym, by kiedyś porzucić Klan Gwiazdy i podporządkować się zasadom panującym w Klanie Wilka.
Właśnie dlatego, gdy do legowiska starszyzny wtargnęły pierwsze promienie słońca, Brukselka zerwała się na równe nogi. Było to tak nagłe i niespodziewane, że Srebrzysta Łuna i Borsucza Puszcza, które już nie spały, natychmiast zwróciły oczy w jej stronę. Zdawało się nawet, że niebieska kotka chciała coś powiedzieć, lecz w tym momencie liliowa zacisnęła zęby i chwiejnym, słabym krokiem ruszyła do przodu. Minęła poranny patrol przy wyjściu i żwawym tempem skierowała się ku wierzbie rosnącej za rzeką.
Tej samej wierzbie, pod którą otrzymała przepowiednię. Pod którą po raz pierwszy spojrzała na Głupią Łapę i Zabłąkaną Łapę inaczej – czego nie mogła powiedzieć o Kosaćcowej Łapie. Brukselka urodziła się, już żywiąc do niego nienawiść i żadne gadki o tym, że Klan Gwiazdy mu zaufał, nie mogły tego zmienić.
Droga do wierzby była długa i pełna trudności, ale mimo wszystko pręgowana się nie wycofała. Nie zawróciła, nie podkuliła ogona i nie zatopiła się ponownie w legowisku swojej zmarłej matki. Przebrnęła nawet przez rzekę, choć z ogromnym trudem. Gdy dotarła pod pień, łapy piekły ją od wysiłku. Ociekała wodą, drżała z zimna. Ze zmęczenia załamały się pod nią nogi, ale przynajmniej czuła, jakby Gwiezdni Przodkowie byli tuż obok.
Otworzyła pysk, by prosić ich o radę, o pomoc, lecz nie wydobył się z niego żaden dźwięk, który choć w minimalnym stopniu przypominałby istniejące słowo. Zamiast tego Brukselka zaczęła ciężko dyszeć, próbując złapać oddech. Czuła, że nie da rady wrócić do obozu – że w drodze powrotnej nie będzie miała dość siły, by sprzeciwić się nurtowi rzeki. Już żałowała, że w ogóle tu przyszła. A może wcale nie?
Może jej przeznaczeniem było umrzeć właśnie tutaj. Umrzeć blisko Klanu Gwiazdy. W miejscu, w którym zabranie jej ducha na Srebrną Skórę nie będzie problemem – o ile w ogóle zasługiwała na to, by na niej osiąść.
Nie była w stanie dłużej utrzymać otwartych oczu. Jej powieki stały się ciężkie i żadna siła, jaka jeszcze pozostała w ciele Brukselkowej Zadry, nie była w stanie zatrzymać ich w górze. Usnęła.

.𖥔 ݁ ˖˙✦

Gdy ponownie otworzyła oczy, nie czuła już chropowatej kory, o którą chwilę temu oparła opuszki przednich łap. Nie czuła bólu, jaki towarzyszył jej od dnia śmierci matki. Jej łapy były lekkie, oddech miarowy, spokojny, ciało zdawało się samo kroczyć po miękkiej, aksamitnej wręcz trawie, która w dotyku przypominała kotce o ciepłym brzuchu jej matki, gdy jeszcze za kociaka kuliła się u jej boku. Rozejrzała się. Przed nią znajdowało się znajome drzewo, jednak tym razem lśniło bielą, a jego kosmki spokojnie hulały na wietrze. Wokół było dość ciemno, lecz trawa i pojedyncze kwiaty iskrzyły srebrem, niczym śnieg w środku Pory Nagich Drzew. Za rzeką jednak, która otaczała wyspę, wojowniczka nie była w stanie dostrzec niczego więcej poza nieprzeniknionym mrokiem.
Umarła? Czy znalazła się w Klanie Gwiazdy, czy może Przodkowie uwięzili ją w miejscu gdzieś pomiędzy rajem a krainą tak przesiąkniętą zapachem krwi i złem, że nawet najgorsi mordercy poczynali w nim żałować swoich czynów? Omiotła to miejsce wzrokiem jeszcze raz, starając się wypatrzyć coś, co mogła poprzednim razem przegapić. Może wystający spomiędzy korony drzewa koniuszek ogona, może czyjeś czujne spojrzenie śledzące jej kroki, a może łapę upstrzoną gwiazdami, należącą do kota siedzącego na jednej z gałęzi wierzby.
A może to wszystko było jedną wielką halucynacją? Nigdy wcześniej nie zdarzały się z takim nasileniem, ale po tak ogromnym wysiłku Brukselka była przekonana, że wszystko jest możliwe.
— Halo? — mruknęła w końcu, gdy się do tego przełamała. Słowa odbiły się echem w jej głowie, dudniły w uszach. Czujnie nasłuchiwała, czy gdzieś obok coś nie zadrży, nie zaszmera. Jeśli naprawdę był to kolejny sen zesłany przez Klan Gwiazdy, to co chcieli przekazać jej tym razem?
Po polance rozszedł się czyjś perlisty śmiech. Dobiegał wprost z korony wierzby, toteż i tam powędrowały oczy wojowniczki. Już po chwili dostrzegła parę błękitnych ślepi należących do malutkiej postaci, niemającej więcej niż sześć księżyców, o charakterystycznej, przepołowionej, białej plamce na klatce piersiowej.
— Cześć, Brukselkowa Zadro! — miauknęło przyjaźnie kocie.
W pierwszej chwili Brukselkowa Zadra kilkakrotnie zmrużyła oczy, jakby ogarnięta nagłym szokiem. Zaczęła błądzić w zakamarkach swojego umysłu, próbując odnaleźć w nim obraz kotki choćby trochę podobnej do kociaka stojącego przed nią.
— Pajęczynka? — wydukała w końcu, ze zdziwieniem marszcząc brwi. Czy koteczka miała jej do przekazania jakąś wiadomość? Jeśli Brukselki nie zawodziła pamięć, młoda buraska zmarła podczas czuwania. Jej życie zostało odebrane przez sowę.
Ta młódka miała przed sobą tyle pięknych chwil… dokładnie tak jak Brokuł, który – przynajmniej z perspektywy Wilczaków – dzielił z nią podobny los.
— Ja! — odpowiedziała radośnie koteczka, niezdarnie poczynając zsuwać się w dół drzewa, zaczepiając i puszczając się pazurkami. Nie, żeby musiała to robić. W Klanie Gwiazdy niemożliwym było uszkodzenie się poprzez upadek, ale Pajęczynka wolała zachować ostrożność.
Kiedy w końcu sukcesywnie wylądowała zadkiem na trawce przed łapami Brukselkowej Zadry, zadarła łepek do góry i wyszczerzyła się.
Liliowa nie mogła powstrzymać ciepłego uśmiechu, który wkradał się na jej lico. Wyraz ten nieczęsto pojawiał się na pysku Brukselki; gdyby teraz obserwował ją któryś z pobratymców, najpewniej uznałby, że wojowniczka została podmieniona.
— Co tu robisz, Pajęczynko? — zapytała łagodnie, delikatnie przekręcając głowę. Buraska charakterem nijak nie przypominała Horyzont czy Sna, ale mimo to pręgowana nie mogła przestać myśleć o dwójce kotów, które straciła. Gdyby tylko mogła cofnąć czas, zrobiłaby to. Nie była jednak pewna, czy wtedy, choć z bólem serca, oddałaby te kocięta pod opiekę innej kotce, czy trudziłaby się jeszcze bardziej, by utrzymać tę rodzinę przy sobie.
Koteczka spoważniała, nadymając przy tym policzki, by wyglądać groźniej.
— Przyszłam ci pomóc! — oznajmiła dumnie i oficjalnie, zadzierając ogonek do góry.
Jej głos wyrwał Brukselkę z wcześniejszych rozmyślań. Uniosła brwi do góry, trochę zdziwiona, choć nie było ku temu powodu. To oczywiste, że od kilku dni zaniedbywała swoich bliskich, swoje obowiązki, a nawet… siebie. Jednak trochę nie dowierzała, że Gwiezdni Przodkowie zesłali akurat Pajęczynkę, czyli młodziutkiego kociaka, by ta jej pomogła.
— To bardzo miłe z twojej strony, Pajęczynko — odezwała się powoli. — A jak konkretnie chcesz mi pomóc?
Pajęczynka odchrząknęła, jakby właśnie w głowie przywoływała jakiś wierszyk i potrzebowała przed tym zaczerpnąć powietrza. Zapewne podobnie zachowywałaby się przed recytacją kodeksu wojownika podczas treningów, lecz nie było jej to dane. Jej oczy zalśniły nagle jaskrawą bielą, roznosząc światło wszędzie wokół.
— Byłaś dzielna, Brukselkowa Zadro. Pozostałaś wierna swym przodkom do końca, wycierpiałaś więcej niż niejeden kot, jaki chodzi po tych terenach. Jesteś jedną z ostatnich, która nie porzuciła misji powierzonej jej przez Klan Gwiazdy. — Głos małej Pajęczynki uległ zmianie, jakby jednocześnie przemawiało wiele kotów. — Nie obawiaj się jednak. Twoje poświęcenie zostanie wynagrodzone. Dajemy ci szansę na wysłanie ku nam jednego życzenia i dopełnimy wszelkich starań, by ono się spełniło. Zastanów się jednak dobrze – tę decyzję możesz podjąć tylko raz, a jej skutki będą nieodwracalne.
Przez jej głowę w ciągu uderzenia serca przemknęła niezliczona ilość zdań i próśb. Mogła prosić o tak wiele, a jednocześnie o tak mało… Musiała sama postawić sobie pytanie, na czym w tym momencie zależy jej najbardziej. Mogła prosić o to, by uciekinierom dobrze się powodziło, by przebrnęli przez wszelkie trudności i nie musieli zbędnie cierpieć. Mogła prosić o to, by Zaćmionemu Horyzontowi, o ile kotce udało się przetrwać, powodziło się i aby przeżyła swoje życie w spokoju. A jednak… jedno z życzeń wyraźnie częściej pojawiało się w jej umyśle. I choć Brukselka próbowała je stłumić, uznając je za głupie, nie mogła się mu oprzeć. Bo co, jeśli Gwiezdni Przodkowie będą w stanie dać Kwitnącemu Kalafiorowi drugie życie? Lepsze… takie, jakie sobie wymarzyła – białofutra zawsze pragnęła być wolna i chyba nigdy do końca nie przyzwyczaiła się do zwyczajów, jakie panowały w Klanie Wilka. Brukselka wiedziała, że to nie była droga, którą kocica chciała podążać. Wiedziała, że tam, wśród innych Wilczaków, nigdy nie czuła się jak jeden z nich.
Może i przyjęli ją formalnie, lecz nie… duchowo. Bo Kwitnący Kalafior nie była taka… taka jak inne Wilczaki. Nigdy nie przyjęła wiary w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, a gdy Pokrzywowy Wąs opowiadał Brukselce i jej rodzeństwu o Mrocznej Puszczy, milczała. Jakby odczuwała dyskomfort.
Liliowa wzięła w płuca głęboki wdech. Słowa Pajęczynki i innych Przodków ciążyły na niej jak ból, który odczuwała odkąd zmarła białofutra. “Zastanów się jednak dobrze – tę decyzję możesz podjąć tylko raz, a jej skutki będą nieodwracalne” – słyszała gdzieś z tyłu głowy, powtarzane jak mantrę. Gdy zmierzała w to miejsce, nie sądziła, że zostanie postawiona przed wyborem tak ciężkim, i mimo że buraska jej nie pospieszała, Brukselka czuła, jakby uciekał jej czas.
— Ja… — zaczęła. W jej głosie brzmiało niedowierzanie. — To ciężka decyzja, ale… — kontynuowała, przeciągając słowa, jakby między nimi wciąż się zastanawiała — tak bardzo chciałabym, by…
Zmrużyła delikatnie oczy i zwróciła je ku swoim łapom, szukając w czymś ukojenia. Miała wrażenie, że jej głowa zaraz pęknie.
— Nie marzę o niczym innym, lecz o tym, by moja mama mogła przeżyć swoje życie raz jeszcze, po swojemu. Nie ograniczana przez… partnera, kocięta, rówieśników, przywódcę... Chcę, by wreszcie miała prawo głosu. By, gdy tylko dorośnie, mogła podejmować za siebie decyzje, by nic ją nie powstrzymywało — dokończyła, w końcu zwracając spojrzenie swoich żółtych oczu w stronę Pajęczynki. — Czy… czy jest to możliwe?
Klan Gwiazdy milczał przez parę uderzeń serca. Brukselska zdążyła nawet zwątpić w to, czy jej życzenie było w zakresie możliwości przodków, lecz nim udało jej się otworzyć pyszczek, ktoś ją uprzedził.
— Twoja prośba jest szlachetna. Choć dla kogoś zdawać by się mogła samolubna, gdyż dotyczy spełnienia twoich własnych potrzeb, tak stoi za tym coś większego. Moc, której nikt nie może ci odebrać. Miłość. Na świecie nie ma drugiej takiej siły, która mogłaby na równi stanąć z uczuciem miłości do kogoś nam bliskiego. Twoje serce jest czyste. Nie prosisz o bogactwa, o pozycję, a o dobre życie dla chorej matki... Klan Gwiazdy spełni twoją prośbę — mówiła Pajęczynka. — Przybądź pod Świetlistą Wierzbę nim miną dwa księżyce. Na twej drodze stanie nie jedna przeszkoda, jednak ty, Wybrana, przeciwstawisz się im. Gdy już odnajdziesz swą drogę i staniesz u stóp drzewa, okrąż je i zadrap w korę dwukrotnie. To ostatni krok, jaki musisz postawić w tej przygodzie — dokończyła.
Brukselkowa Zadra była zdziwiona postawionymi przed nią wymaganiami, lecz skinęła głową. Okrążyć drzewo? Zadrapać korę dwukrotnie? Nie wiedziała, dlaczego miałaby to robić, ale skoro Klan Gwiazdy tak przykazał, najwyraźniej nie miała wyjścia.
— Dziękuję… — wyszeptała, pochylając łebek przed Pajęczynką. — Nie zawiedziecie się na mnie, obiecuję — dodała jeszcze, starając się jednocześnie przekazać Gwiezdnym Przodkom, że nie zamierza się poddać w ratowaniu Klanu Wilka. Z całą pewnością nie zrobi wszystkiego sama; będzie potrzebowała wsparcia przyjaciół i rodziny. Chciała jednak dać do zrozumienia, że w razie potrzeby chętnie poprowadzi rebelię.
Wtem jeszcze raz przez jej głowę przemknęła myśl o uciekinierach. Czy Klan Gwiazdy wiedział, co się z nimi działo?
— Hej, a… czy wiecie, co dzieje się z tymi, którzy uciekli z Klanu Wilka?
Pajęczynka zatrzęsła łebkiem, a jej oczy przestały lśnić. Postawiła parę niepewnych kroków w stronę wojowniczki, starając się z całą mocą Klanu Gwiazdy nie stracić równowagi. Kiedy podniosła główkę, jej ślepia wydawały się zasmucone.
— Nasi przodkowie... Nie są w stanie ich dosięgnąć... — szepnęła z żalem w głosie. — Przez wpływy Mrocznej Puszczy na terenach Klanu Wilka, mamy niewielki zasięg działania. Najmocniejszy jest tu, pod Świetlistą Wierzbą, jednak dalej? Teraz kroczą pod obcym niebem. Nie naszym. Lśnią na nich cudze gwiazdy, które... Które mogą nie być tak przychylne. — Pajęczynka przełknęła głośno ślinę. Klan Gwiazdy zapewne wiedział o każdym występku, jakiego dopuścili się uciekinierzy. — Co do ich bezpieczeństwa... Również niewiele wiemy... A-ale nim zgubiliśmy ich trop- — Bura kotka już chciała dokończyć opowieść, gdy jakaś iskierka spadła na jej nosek. Pajęczynka kichnęła, milknąc. — Nie, nieważne... Przepraszam. Nie powinnaś tu tak długo przebywać. Twoi bliscy zaczną się martwić.
Liliowa była zawiedziona faktem, że o grupce uciekinierów nie było nic wiadomo. Czy udało im się przeżyć? Czy znaleźli bezpieczne schronienie? Tego mogła się tylko domyślać. Miała jednak nadzieję, że Mglistemu Snu nic się nie stało – chyba by sobie nie wybaczyła, gdyby jej własny syn został ciężko ranny, a może nawet zmarł.
I może tak naprawdę wcale nie była dobrą matką, zostawiając go samego z tamtą grupą? A może bez niej był szczęśliwszy. Bez niej i bez Wrotyczowej Szramy, za którą nie przepadał, odkąd odkrył, że jego biologiczny ojciec się w niej zakochał.
Brukselka westchnęła, raz jeszcze pochylając głowę przed buraską w podzięce.
— Rozumiem — mruknęła. — Mam tylko nadzieję, że nic poważnego im się nie stało — dodała ciszej.

.𖥔 ݁ ˖˙✦

Niedługo później Brukselkowa Zadra otworzyła ślepia. Przed jej oczami wciąż widniała wierzba, pod którą zasnęła. Za nią ciągnęła się rzeka, a nad nią rozpościerało się szare niebo. Jeszcze nie zmierzchało, ale z całą pewnością minęło już trochę czasu, odkąd opuściła obóz. Powinna wracać.
Napełniona nową energią bez problemu podniosła się z ziemi, choć jeszcze rano ledwie tu dotarła, a ból przeszywał jej ciało niemal przy każdym kroku. Teraz czuła się znacznie lżej, choć i tak – w porównaniu ze snem – rzeczywistość była przytłaczająca. Odkąd się obudziła, miała wrażenie, jakby wszystkie jej problemy ponownie spoczęły na barkach.
Pocieszała ją jednak myśl, że Klan Gwiazdy szykuje dla niej coś więcej. Jakąś nagrodę, niespodziankę. Nie zastanawiała się nad tym, w jaki sposób chcą podarować Kalafiorowi drugie życie, lecz czuła, że się nie zawiedzie.

* * *

Gdy wróciła do obozu, od razu podbiegła do niej Gwiazdnicowy Blask. Zaczynało się już ściemniać – Brukselki nie było prawie cały dzień, a poza tym wyglądała jak siedem nieszczęść: wilgotne, zmierzwione futro, zmęczone oczy, rwany oddech i drżące łapy. Szylkretka natychmiast podparła ją własnym ciałem, by się nie przewróciła.
— Mamo! Gdzie byłaś cały dzień? Martwiliśmy się o ciebie… — mruknęła nerwowo, choć w jej głosie pobrzmiewała też ulga, jakby właśnie spadł jej kamień z serca.
Faktycznie – może nie powinna znikać bez słowa, ale wtedy czuła, że musi to zrobić. Nie miała innego wyjścia. Wolała odejść bez pożegnania i zrobić cokolwiek, zamiast spędzić kolejny dzień w bezruchu.
— Nie martw się, Gwiazdko… Miałam sprawę do załatwienia — wyjaśniła, nie zdradzając szczegółów. — Opowiem ci później, gdy przyjdzie na to czas — dodała jeszcze, po czym odsunęła się od córki i zaczęła kuśtykać w stronę legowiska starszyzny.
Nim jednak do niego dotarła, Gwiazdnicowy Blask zagrodziła jej drogę.
— Nigdzie nie idziesz! Musisz iść do medyka, proszę! Inaczej jeszcze zachorujesz. Jest zimno, łatwo się przeziębić — miauknęła, zaciskając zęby. Zachowywała się teraz bardzo podobnie do Kwitnącego Kalafiora… no, może nie do końca. Ale zamysł miały ten sam.
— Dobrze, dobrze. Pójdę do tego medyka — westchnęła, uśmiechając się słabo, na co Gwiazdnica wypuściła ze świstem powietrze z płuc.
Razem z córką ruszyła do lecznicy, zastanawiając się, czy spotka tam Roztargnionego Koperka, czy Cisowe Tchnienie. Trochę obawiała się, że jeśli będzie tam jej brat, zauważy, do jakiego stanu się doprowadziła. Oprócz skrajnego zmęczenia i zapewne wychłodzenia cierpiała też na bezsenność i doświadczała halucynacji. Miała świadomość, że mogłyby ustąpić, gdyby tylko poprosiła o kilka ziarenek maku. Zawsze jednak miała problem z proszeniem pobratymców o pomoc i zazwyczaj wolała trzymać swoje problemy w sobie.
Gdy postawiła łapę w legowisku medyków, do jej nozdrzy od razu dotarł zapach ziół, a także – choć być może była to tylko kolejna halucynacja – zwietrzała woń Jarzębinowego Żaru. Brukselka miała wrażenie, jakby szylkretowa kocica wciąż tu była, jakby ściany przesiąknięte były jej zapachem i obecnością. Rozejrzała się zdezorientowana, dopóki z półmroku nie wyłoniła się sylwetka liliowego kota, łudząco do niej podobnego.
W ciszy Roztargniony Koperek podeszło do Brukselki, obserwując ją od góry do dołu.
— Daruj sobie te oględziny. Daj mi kilka ziarenek maku i coś na wzmocnienie, bo jestem wyczerpana — rzuciła twardo, jakby mimo swojego stanu nie chciała, by Koperek pomyślało, że źle sobie radzi.
Liliowe skinęło głową i sięgnęło po zioła do składziku. Brukselka nie znała ich nazw, lecz bez wahania je zjadła. Choć nie chciała tego przyznać – nawet przed sobą – zależało jej na tym, by wyzdrowieć i wrócić do dawnego stanu. Może nie wyglądała na kogoś, kto naprawdę chce pomocy, lecz w rzeczywistości była to jedyna rzecz, jakiej pragnęła. By ktoś ją zauważył. I jej problemy.
Było to jednak mylące. Gdyby ktoś zapytał Brukselkę wprost, czy coś jej dolega, i tak odpowiedziałaby, że nie. Sprawiała wrażenie, jakby sama nie wiedziała, czego chce…
— Dziękuję — mruknęła, gdy skończyła jeść mieszankę ziół przyniesioną przez Koperka. Liliowe nie odezwało się do niej przez całą wizytę, lecz wojowniczka nie miała tego jeno za złe. Po śmierci matki znów trochę się od siebie oddalili. Brukselkowa Zadra zastanawiała się, jak Koperek radziło sobie ze stratą kogoś tak bliskiego; to jednak nie był czas ani miejsce na takie rozmowy. Zapyta je… kiedyś. Ewentualnie.

Wyleczeni: Brukselkowa Zadra

14 stycznia 2026

Od Smugi CD. Kropli

Dni były coraz chłodniejsze, dlatego też Smuga z coraz większą niechęcią opuszczał w miarę ciepłe posłanie na kasztanowcu, gdzie mieściło się legowisko uczniów. Żagnica jednak nie posiadał w swoim słowniku słowa takiego jak litość lub taryfa ulgowa. Wojownik nie dawał po sobie poznać, by coraz mroźniejsze wschody słońca robili na nim jakiekolwiek wrażenie, lecz on miał wiele takich sezonów za sobą, a Smuga? Przez pierwsze księżyce to z przyjemnością grzał swoje cztery litery w żłobku u boku matki, od której biło przyjemne ciepło.
W mroźne poranki uwielbiał się oddawać tym wspomnieniom, mając najszczerszą ochotę wrócić na jeden sezon do kociarni. Niestety mógł tylko o tym pomarzyć i mieć nadzieje, że to rozgrzeje jakoś jego biedne ciało. Nie dość, że budową przypominał zwiadowcę, to jeszcze jego krótka sierść nie stanowiła najlepszej ochrony przy niższych temperaturach. Z trudem powstrzymywał szczękanie zębami, kiedy tylko schodził z drzewa, by wyruszyć na trening zaraz po powrocie porannego patrolu. Nigdy nie wychodzili wcześniej, co zastanawiało ucznia. W drodze do miejsca docelowego Smuga postanowił poruszyć ten temat:
— Czemu nigdy nie wychodzimy wcześniej, przed pierwszym patrolem? — Właśnie szli wzdłuż szerokiego koryta rzeki, która sprawiała wrażenie, jakby sięgała brzegu wyżej niż w innych dniach.
— Ojciec Ci nie mówił? — spytał z nutą zaskoczenia. — Do czego to doszło, bym musiał wychowywać nie swoje bachory… — mruknął pod nosem, co nie uszło uwadze mniejszemu.
— Kogo nazywasz bachorem? Choć może nawet lepiej, dalej mi do grobu i Wszechmatki — odgryzł się bicolor.
— A ty co, gorliwy wierzący? — sarknął starszy, patrząc przed siebie, a dokładniej na majaczący w oddali Konający Buk.
— Jeśli masz przez to na myśli kota, co sobie przypomni o istnieniu Wszechmatki raz na sezon to owszem.
— Jakoś mnie to nie dziwi — podsumował Żagnica z wrednym uśmiechem na pysku.
— Odezwał się stary dziad — fuknął pod nosem czekoladowy.
— Wracając do tematu — zaczął van, przewracając oczami na fuknięcie ucznia. — Nie opuszczamy obozu przed pierwszym porannym patrolem zwiadowców, gdyż tak naprawdę dzielimy tereny z lisami, które przenoszą wściekliznę.
— Lisami? — powtórzył, a jego oczy zaświeciły się z zaciekawienia. — Nigdy żadnego nie widziałem — przyznał.
— I niech tak pozostanie. Śmierdzą i nie można im ufać — podsumował wojownik, przyspieszając kroku, by dać jasno do zrozumienia, że rozmowa na ten temat dobiegła końca. Młodszy trzepnął ogonem nieco niezadowolony, że jego mentor tak szybko uciął tę kwestię, lecz bez zbędnego gadania także przyspieszył, by zrównać z kocurem. Dopiero po chwili zaczął rozpoznawać okolicę oraz kierunek, w którym się udają.
— Idziemy znowu do Śliwowego Gaju? — spytał zaciekawiony.
— Nie — rzucił starszy. — Przekroczymy Konający Buk. Nie będzie mi nikt mówił jak mam szkolić ucznia, a tym bardziej kot, który nosił imię Chmurka — wysyczał, mając na myśli Orchideę. — Uważa się, za nie wiadomo kogo, bo liderka jest jej partnerką — dodał, przecinając gniewnie ogonem powietrze za sobą.
Ostatnie zdanie utwierdziło Smugę w jego podejrzeniach, że ten mówi o liliowej wojowniczce, z którą niedawno mieli wspólny trening. Z daleka widać było, że Żagnica nawet w najmniejszym stopniu nie toleruje młodszej kotki. Czekoladowy nie znał powodu tej nienawiści, lecz ta wiedza nie była mu potrzebna do szczęścia. Istniała szansa, że może coś gdzieś usłyszy na ten temat między plotkującymi kotami w obozie — kocur nie był plotkarzem, lecz uważał, że plotki są dobrym źródłem jakiejś niewielkiej wiedzy, która ma swoje odniesienie w rzeczywistości.
— Nie wiem, czego ona się boi, przecież to jak wchodzenie po drzewie, tylko że nad wodą oraz do przodu, a nie w górę — mruknął pod nosem wojownik. Zdecydowanie ten chował urazę od ostatniej wymiany zdań między nim a Orchideą.
— Często łatwiej jest powiedzieć niż zrobić — rzucił od niechcenia młodszy, co spotkało się z gniewnym spojrzeniem mentora. — Znaczy… Ja tak nie uważam, w końcu dla chcącego nic trudnego, nie? — wybronił się.
Żagnica jedynie zmierzył go wzrokiem i skierował się do powalonego drzewa. Młodszy podążył za nim, podchodząc do wystających nad ziemią korzeni, by spojrzeć na płynącą wodę. Podobno to właśnie w niej zginął niedawno ledwo mianowany wojownik.
— No to właź, chyba że jest z ciebie boi-myszka — oznajmił.
Czekoladowy nie miał zbyt dużego wyboru, więc z należytą ostrożnością wdrapał się na śliski pień. Jeszcze mu było życie miłe, więc od razu wysunął pazury, posuwając się niewielkimi krokami naprzód, co raczej nie zadowalało jego mentora, lecz ten siedział cicho, jakby brał pod uwagę, że młodszy robi to pierwszy raz. W połowie długości jedna z tylnych łap osunęła mu się, odłamując spróchniały kawałek kory.
— Dalej nie idę! — głośno zaprotestował, wczepiając się mocno pazurami w miejsce, gdzie się zatrzymał, nie mając zamiaru pokonać pozostałej połowy przed nim. Van coś rzucił pod nosem do siebie, by następnie z wprawą wskoczyć na buk i podejść do ucznia. Chwycił go zębami za skórę na karku i niczym kocie zaczął nieść na brzeg, z którego wyruszyli.
— Pamiętaj, umiesz liczyć, licz na siebie. Nie zawsze będzie obok ktoś większy i silniejszy, by cię wyciągnąć z opresji. Także był to ostatni raz, jasne?
— Jasne… — odpowiedział ciut niepewnie, nadal będąc przepełnionym strachem, choć stał już na stabilnym gruncie.

***

Wrócili wcześniej do obozu, niż zakładał Żagnica, lecz widząc stan Smugi, postanowił mu ten jeden raz odpuścić, a bardziej to nie marnować swojego czasu na próbę nauki czegokolwiek kotu, który nadal trzęsie się jak mysz z obawy o własne życie. Bicolor był mu w duchu wdzięczny, że mimo wszystko jego mentor nie jest skończonym bucem.
Już nieco mniej przestraszony podszedł do stosu ze zwierzyną, z której wybrał sobie mysz. Następnie oddalił się nieco, by na spokojnie porozmawiać z wyimaginowanymi przyjaciółmi. Przez treningi rzadko to robił, a ta czynność pozwalała mu się skupić na czymś innym.
Pochłonięty rozmową, usłyszał po chwili kroki zbliżającego się kota. Przenosząc wzrok, ujrzał Kroplę, która z lekkim uśmiechem dołączyła do Smugi, po drodze biorąc coś ze stosu dla siebie do zjedzenia.
— Smacznego, Smugo — mruknęła, siadając obok niego.
— Dziękuję! Nawzajem — zerknął na nią. — Co dziś porabiałaś? Wyszłaś z obozu, prawda?
— Tak. Fruczak wziął mnie na wspinaczkę. — Widocznie się wzdrygnęła, co nie uszło uwadze kocurowi, który po chwili spoglądał w żółte oczy siostry. — Jako wojownik uczysz się tego cały czas, prawda? Jak ty się nie boisz, że spadniesz…?
— Może nie cały czas, ale co jakiś czas Żagnicy się o tym przypomni — wyjaśnił. — Nie boję się? Ale oczywiście, że się obawiam upadku, dlatego też nie pcham się na wyższe gałęzie. Dziś Żagnica zabrał mnie nad Konający Buk. To stare drzewo, które tworzy przejście na drugą stronę rzeki, jest śliskie i w niektórych miejscach spróchniałe. W połowie drogi tylna łapa mi się osunęła, a ja ze strachu nie chciałem ruszyć dalej. Żagnica musiał mnie jak kociaka nieść z powrotem — przyznał, czując się nieco zażenowanym tą sytuacją, lecz wiedział, że Kropli może opowiedzieć o wszystkim, a ta go będzie wspierać.
— Bałeś się? Ty? — powtórzyła z niedowierzaniem.
— Tak, niemożliwe, nie? — zachichotał. — Ale dzięki temu otrzymałem kolejną ważną lekcję oraz dowiedziałem się, że mój mentor nie jest skończonym bucem — dodał, kończąc swoja wypowiedź krótkim śmiechem, na co Kropla mu zawtórowała. — A tobie jak poszła wspinaczka? Lepiej niż mi pokonanie Konającego Buku? — zapytał, by następnie wziąć kęs piszczki, oczekując na odpowiedź siostry.

<Kroplo?>
[1147 słów]

Od Poczciwego Szakłaka CD. Berberysowej Łapy

Od śmierci mentora Poczciwy Szakłak był cieniem dawnego siebie, choć raczej pasowałoby stwierdzenie, że wrócił do tego, co było, nim w jego życiu rozpoczął się nowy, bardziej radosny rozdział. Miał wrażenie, jakby ktoś wyrwał kartki ledwo rozpoczętego fragmentu i je niemal od razu unicestwił, zostawiając po nich jedynie gorzkie wspomnienie. Przy tym gasząc jakąkolwiek nadzieję na lepsze jutro. Czy już tak zawsze będzie wyglądać jego życie? Ledwo dozna szczęścia, pojawi się przebłysk nadziei, a już zostanie on zniszczony w zarodku? Wieczne cierpienie było mu pisane od początku? Czemu przodkowie aż tak go wyniszczają psychicznie?
Pokręcił głową zrezygnowany, nie chcąc dłużej myśleć o swoim marnym losie. Wystarczająco dużo czasu poświęcał użalaniu się nad sobą oraz dalszej żałobie nad śmiercią swojego mentora. Nawet jeśli Rudzikowe Skrzydełko i Skrzydlata Płomykówka próbowały coś na to zaradzić, to było to zadanie ponad ich siły, gdyż wojownik nie miał ochoty na jakiekolwiek kontakty społeczne po odejściu burego wojownika. Samotność ponownie stała się jego najlepszym wyniszczającym przyjacielem, nie opuszczając go choćby na krok. Na polowania udawał się samotnie, przemykając niczym cień wzdłuż ścian obozu, by następnie sprawnie wyjść jednym z tuneli.
Przez ten czas nieco zaniedbał treningi Kołysankowej Łapy, który został mu przydzielony jako uczeń, gdy Płomienny Ryk zmarł przez infekcję. Na szczęście przed początkiem żałoby, kocur zdążył odbyć parę sesji z rudym kocurem, lecz w ostatnich dniach nie miał na to siły. Zaczął się izolować od wszystkich, jednak nie każdy to rozumiał lub tolerował. Do jednego z tych gron należała Śnieżycowa Chmura, która pod wieczór oznajmiła mu, iż chciała, aby Szakłak wraz z Kołysankiem odbyli trening z nią oraz Berberysem. Srebrna nie była zrażona widoczną niechęcią na pysku kocura ani jego lodowatym, wypranym z jakichkolwiek pozytywnych emocji wzrokiem. W innych okolicznościach może, by w niezadowoleniu machnął łapą z wysuniętymi pazurami tuż przed jej nosem, lecz w obecnym stanie to ledwo miał chęci na cokolwiek bardziej wymagającego wysiłku fizycznego. Młodsza mimo ciszy ze strony kocura nie miała zamiaru się wycofać, więc wyczekująco wpatrywała się w zmęczonego życiem wojownika, dopóki ten z ciężkim westchnieniem nie zgodził się na jej propozycje. Pozbawiony jakichkolwiek chęci do dalszej konwersacji, położył łeb na wysłużonym posłaniu, zakrywając gęstym ogonem pysk. Miał cichą nadzieję, że ten gest będzie wystarczająco wymowny lub nikt po prostu nie zwróci uwagi na czarnego wojownika, leżącego gdzieś w kącie.
Tym razem przodkowie byli bardziej przychylni dla niego, ponieważ nikt do rana go nie dręczył. Dopiero Rudzikowe Skrzydełko przerwała jego sen, któryś raz próbując wyciągnąć wojownika poza legowisko. Początkowo mierzył ją uniesiony wzrokiem, nie mając chęci na podniesienie głowy, by po długich chwilach w ciszy podnieść się z posłania i bez słowa ruszyć z młodą wojowniczką do wyjścia nory, a następnie obozu. Ruda uważała, że był to mały sukces na drodze do tego, by starszy wrócił do dawnego funkcjonowania, lecz zbył to rozdrażnionym prychnięciem. Nie potrzebował wracać do tego, co było, a raczej według niego było to niemożliwe — śmierć Poczciwego Dziwaczka na zawsze zmieniła jego życie i nie dało się tego odwrócić.

***

Kiedy tylko wrócili ze wspólnego wyjścia, to Śnieżycowa Chmura już czekała, a Kołysankowa Łapa towarzyszył u jej boku. Nie przypominał sobie, by z kotką umawiali się na konkretny moment, lecz jak widać było chyba mu to niepotrzebne, skoro ona już czekała.
Tylko ze względów uprzejmości, skinął do niej głową, zajmując miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu wyczekiwała jego przybycia, aby udać się po własnego ucznia. Stali raptem parę długości od legowiska uczniów, więc dwójka kocurów mogła być świadkiem małej scenki między kotką a łaciatym uczniem. Choć Szakłak jedynie skrzywił się na ten widok, podzielał niechęć Berberysowej Łapy, co do opuszczania legowiska. Sam najchętniej, by wrócił do swojego, lecz skoro już dał się wyciągnąć z wysłużonego posłania, to powinien wykazać jakiekolwiek, nawet najmniejsze chęci pełnienia obowiązków.

***

W końcu udało im się pomyślnie wyjść całym składem z obozu, lecz już po paru krokach miał ochotę zakopać się pod ziemią. Wszystko, by młodsza wojowniczka zaczęła trzymać język za zębami, chociaż na chwilę. Jej bezustanne trajkotanie przyprawiało go o istny ból głowy, a widoczny grymas nie opuszczał jego pyska, lecz kotka miała to gdzieś, kontynuując swoją paplaninę, dopóki nie spostrzegła królika, za którym od razu udała się w pogoń. Kocur zastrzygł uchem, zmuszając swoje nieco zastane ciało, by ruszyć za Śnieżycową Chmurą i Kołysankową Łapą w pościg. Jednak nie tylko jemu uśmiechało się brać udział w szaleńczym biegu, gdyż dopiero po chwili łaciaty uczeń zrównał z nim bieg. Ledwo dostrzegając już dwie sylwetki Burzaków, zwolnił, przechodząc płynnie do spokojnego marszu. Tak jak się spodziewał, uczeń wojowniczki poszedł w jego ślady.
— Najchętniej wróciłbym do obozu — mruknął niby do siebie, lecz tak naprawdę próbował jakoś zacząć rozmowę z Berberysową Łapą. — Śnieżycowa Chmura tym swoim trajkotanie przyprawiła mnie o istny ból głowy — przyznał, kończąc zdanie ciężkim westchnieniem. — Ja nie wiem, jak ty Berberysowa Łapo dajesz z nią radę. — Kątem oka spojrzał na wspomnianego przez siebie ucznia, przyglądając się uważnie jego mowie ciała oraz samej mimice pyska.

<Berberysowa Łapo? Weź poratuj od tej katarynki>

Od Czajki

Przeszłość

Dzień jak każdy inny, cichy, spokojny, bez zbędnych sensacji. Tego właśnie potrzebował Czajka. Jego życie zbyt często robiło niespodziewany obrót, który burzył dotychczasowy porządek. Trochę jakby Wszechamatka stwierdziła, że ma się za długo dobrze w tym młodym życiu i musi przeżyć jakieś burzliwe momenty za swego żywota. Jednak jemu już wystarczyło tych burzliwości.
Owocowy Las powoli wracał do tego, co było przed epidemią, a wszystko dzięki podróżnym uzdrowicielom, którzy wykazali się dobrym sercem, by pomóc ich kociej społeczności. Widać było, że koty już nieco przywykły do trójki przybyszy, co mogło to trochę jeszcze potrwać. Nie każdy od razu zaufa samotnikom, głównie z obawy o swoje i innych bezpieczeństwo.
Niebieski zwiadowca po porannym patrolu wyruszył z Pszczółką na polowanie, chcąc nieco spędzić czas z wojowniczką. Ostatnim razem miał przyjemność być z nią na patrolu, kiedy natrafili na Derwisza, Jeżogłówkę i Jaskra, od tamtego momentu jakoś nie było im po drodze. A szkoda, ponieważ kocur widział, że szylkreta należy do tych przyjaznych kotów, które chętnie pogadają z innymi. Kocur nieco żałował, iż tak mało miał okazji do poznania także innych kotów. Starsza była wojowniczką, a on zwiadowcą, więc ich drogi nie przecinały się zbyt często.
Po udanych łowach oraz rozmowach o wszystkim i zarazem niczym wrócili do obozu. Kotka zaproponowała, że zaniesie zdobycze na stos, na co młodszy podziękował z lekkim uśmiechem, akurat w dobrym momencie, gdyż został wyciągnięty na patrol graniczny. Nawet nie wiedział, kiedy dwójka wojowników zgarnęła go przy wyjściu między swoje ciała i razem opuścili obóz. Dopiero po paru krokach rozpoznał Topolę po swojej lewej stronie i Orchideę po prawej. Oboje byli pogodnymi kotami, co sprawiło, że niemal od razu na pyszczku Czajki pojawił się mimowolny uśmiech, zapewne spowodowaną zaraźliwą przyjazną atmosferą.
Wojownicy cały patrol graniczny rozmawiali ze sobą, co jakiś czas pytając młodszego, chcąc, by ten także uczestniczył bardziej w konwersacji, lecz niestety ten zwiadowca to typ słuchacza. Finalnie nie chcąc go niepotrzebnie zmuszać dali mu spokój, co poskutkowało, że kocur poczuł się bardziej swobodnie i sam co jakiś dorzucał swoje parę słów do omawianego tematu. Przyjemnie spędził ten czas, jednak musiał przyznać, że dwa patrole jeden po drugim zużyły większość jego energii i wypadałoby się posilić. Dlatego też, gdy ponownie tego dnia wrócił do obozu, to niemal pognał do stosu ze zwierzyną, chcąc wybrać sobie coś na spokojny posiłek.
Już miał się schylać po pierwszy lepszy kąsek, gdy nagle za sobą usłyszał niski, dość znajomy głos:
— Co tam dziś u panicza? — zaczepił go stojący z boku, uśmiechający się ciepło Derwisz. Zwiadowca od razu skierował wzrok na uzdrowiciela.
— Ach, witaj Derwiszu! — odpowiedział z lekkim uśmiechem na pysku. — I nie paniczu, mów mi po imieniu — dodał po chwili.
— Och, przepraszam — miauknął natychmiast ze skruchą, gdy został poprawiony. — Zapamiętam. I rozumiem, że wszystko u ciebie w porządku. To bardzo cieszy. Zdecydowanie wyglądasz lepiej, niż te kilka księżyców temu — zaśmiał się delikatnie, po czym zamilkł.
— Nie musisz przepraszać, po prostu w Owocowym Lesie mamy w nawyku zwracać się bezpośrednio imieniem danego kota — wyjaśnił, spoglądając kątem oka na stos, w myślach wybierając już dokładnie, którą piszczkę sobie weźmie. — Tak, w końcu jest czym wykarmić innych, także nie musimy się już tak ograniczać z posiłkami. Czy... Coś się stało? Wyglądasz na zamyślonego? — spytał. — Może chcesz spożyć ze mną posiłek? No, chyba że cię już obowiązki wzywają.
— Ach, że to o kulturę chodzi. Rozumiem — powiedział, machając szybko głową, jakby próbował się otrzepać. Ten gest wywołał cichy i krótki chichot młodszego. — Nie, nie, pomyślałem, że chodzi o coś innego. Spotkałem się już w ciągu życia z kotami, którym nie odpowiadało bycie kotką czy kocurem. Do żadnego z nich nic nie mam, oczywiście, miałem także takich bliskich. Przestraszyłem się tylko, że mogłem ci sprawić przykrość, a tego bardzo bym nie chciał. — Uśmiechnął się, wciąż przepraszająco. — A, no i chętnie coś przekąszę. Chorych jest coraz mniej i szybciej dochodzą do siebie, mogę sobie pozwolić na chwilę przerwy.
— Cóż... sam nie identyfikuje się typowo jako kocur, lecz wygodniej mi się używa takich zaimków, niż na przykład zrobiłom i typ podobne. Po prostu większości kotom jest wygodniej, gdy używa się tych lub tych zaimków — oznajmił, obracając się i nachylając nad stosem. Wybrał z niego nornice, by odsunąć się lekko na bok, dając możliwość Derwiszowi na wzięcie zwierzyny. — Nie sprawiłeś mi przykrości, a nawet jeśliby tak było to nieumyślnie, prawda? — dodał z gryzoniem w zębach, więc mógł nieco niezrozumiale brzmieć.
— Oczywiście... Jestem wdzięczny, że mi to mówisz. Wiem, że takie rzeczy potrafią być ciężkie... — Wstał na chwilę i trącił nosem zwierzynę z wierzchu, by wybrać sobie okrągłego mazurka. Powrócił na miejsce, by położyć się obok Czajki, który nieco odszedł na bok, by nie przeszkadzać innym Owocniakom w obowiązkach. — Mój brat też taki był — zaczął. — Z czasem z trzech sióstr zrobiły się tylko dwie. Najpierw było ciężko się przyzwyczaić, ale z czasem zrobiło się to naturalne, jakby od zawsze tak było. Zresztą, jak jest się samotnikiem, z za wieloma kotami się nie rozmawia, więc takie sprawy nie są największym problemem. No, chyba że się zdecydujesz na taką robotę jak ja. — Wziął gryza swojego posiłku. — Bardzo dobrze go wspominam. Zawsze się ze sobą dogadywaliśmy. Kiedyś jeszcze zdarzało mi się go odwiedzić, lecz później odszedłem tak daleko od rodzimych terenów, że gdybym chciał złożyć mu wizytę, musiałbym się wybrać na porządną wyprawę. No i kto wie, gdziem może teraz być... Nie każdy zostaje całe życie w jednym miejscu…
— Jak to jest być uzdrowicielem i podróżować? Tęsknota za rodziną Ci nie doskwiera? — spytał zaciekawiony po przełknięciu pierwszego kęsa. — Jak sobie radzicie z dalekimi podróżami i wrogo nastawionymi kotami?
— Każdemu czasem tęskno za kocięctwem — westchnął i oparł głowę o swój bark, uciekając wzrokiem. — Ale było, minęło. Każdy kot prędzej czy później odchodzi, by znaleźć własny teren i założyć swoją rodzinę, by jego kocięta poszły w świat i urodziły swoje kocięta, które wkrótce odejdą i urodzą swoje... Tak to już się ciągnie od pokoleń, taki nasz los. Pod warunkiem, że nie mieszkasz w zorganizowanej grupie, oczywiście. One są jednak rzadkie. Jesteście sporym wyjątkiem. Nigdy wcześniej nie zetknąłem się z tak wielką grupą, a już z pięcioma, licząc waszych sąsiadów... — Wrócił wzrokiem na zwiadowcę, który z uwagą przysłuchiwał się jego słowom. — Gdybym nie lubił mojego życia, to bym go nie prowadził. Bycie uzdrowicielem to jednak coś więcej niż tylko praca. To powołanie, za którym trzeba iść bez względu na warunki. Podróż mam we krwi tak jak moi wychowankowie. Wrogie koty... Zdarzają się, lecz nie są takim zagrożeniem, jak myślisz. Rzadko kiedy ktoś wymierza skoncentrowaną agresję na nas. Częściej starają się wykorzystać naszą dobroć poprzez kradzież zapasów, a te zawsze można uzupełnić.
— Rozumiem, ale mimo wszystko musi czasem być ciężko. W końcu w czasie podróży macie siebie jedynie, a inni nie zawsze okażą taką dobroć jak my na przykład... A przynajmniej w większości — mruknął.
W duchu był dumny z tego, że tamtego dni udało mu się przekonać resztę, by zaprowadzić trójkę uzdrowicieli do Pieczarki, choć Ziemniak to był najmniej zadowolony. Choć reszta kotów też na początku nie pałała radością z faktu nowych kotów w obozie — w końcu oznaczało to więcej pysków do wykarmienia w czasie epidemii. Mimo tego Owocowy Las przetrwał najgorsze chwile i zaczął odzyskiwać dawne siły.
— Ważne jest to, by samemu pielęgnować w piersi złote serce. Wtedy cały świat jest dla ciebie życzliwy. Przestajesz przejmować się wrogością innych; twoja czystość jest w stanie sama w sobie uchronić cię od wszelkiego zła — wyjaśnił, choć trudno było naprawdę uwierzyć w jego słowa, a przynajmniej tak było w przypadku młodszego. — Nigdy nie czułem, by czegokolwiek mi brakowało. Zawsze wiedziałem, że obiorę samotnicze życie. Może niekoniecznie takie jak teraz... Ale uwierz mi, czasem do szczęścia nie potrzeba wcale tak wiele. Możesz mieć inną perspektywę, gdy całe życie przeżyłeś w wielkiej grupie, ale większość kotów wychowała się z matką, może ojcem i kilkorgiem rodzeństwa i to wszyscy bliscy, których kiedykolwiek znali i może kiedykolwiek poznają. I im niczego nie brakuje — zamyślił się na moment, a jego wzrok uciekł w bok, w górę, w bezchmurne niebo. — Ale dobrze byłoby się spotkać z nimi po tych wszystkich księżycach. Przypomnieć stare chwile, poznać się na nowo... W końcu jak kot dorasta, dużo się w nim zmienia. Nawet nie wiem, czy może nawet mam siostrzeńców? Lub bratanków? Ach, jeśli tak, z pewnością są to cudowne dzieciaki…
— Piękne słowa, lecz świat naprawdę bywa okrutny, nawet dla kotów takich jak ty. Mimo to mam nadzieję, że wasza dalsza wędrówka będzie równie spokojna. Jesteście wędrowcami, więc zapewne, kiedy epidemia do końca zostanie stłumiona, to odejdziecie, mam rację? — spytał. — Obyś kiedyś spotkał się z rodziną czy to przed lub po śmierci.
— Dziękuję — mruknął, skłaniając głowę. — Zawsze idziemy tam, gdzie są potrzebujący. Nie będziemy wam potrzebni, gdy epidemia się skończy. Natomiast za waszymi granicami zawsze znajdzie się ktoś, komu przyda się pomoc... Taka jest istota naszej wędrówki — miauknął i zamilkł na chwilę. Zamknął oczy, gdy po chwili niespodziewanie z jego pyska uszedł cichy chichot. — Muchołówka zawsze była żądna przygód. Gdyby mogła, to poszłaby w świat z chwilą, gdy nauczyła się przebierać łapkami. Ją z pewnością wywiało gdzieś hen, hen daleko... Jaskółka była spokojniejsza. Miła, skromna, nikomu niewadząca... Została z matką i może to dla nich obu lepiej. Otwarty świat potrafi być przerażający. A gdy spotkałem Scypuła wiele księżyców temu, żył samotnie, lecz szczęśliwie. On nigdy nie potrzebował wiele do szczęścia, chociaż z pewnością ucieszyłby się, gdybym pokazał mu zioła, które poznałem... Może nawet mógłbym mu pomóc... — Uśmiechnął się.
— Mnie dawniej też nieco ciągnęło w świat, lecz teraz... Chyba chciałbym pozostać blisko rodziny, nawet jak czasem obowiązki nas pochłaniają. Świadomość tego, że mam do kogo wracać z każdego patrolu jest czymś nieopisanym. Nawet jeśli nie z każdym tutaj rozmawiam, to chce do tego wszystkiego należeć. Nawet jeśli... Pewien kot powoduje niewyobrażalny ból — przyznał, kładąc prawą łapę na swej piersi. Tak, mówił o Borowiku, gdyż ten do dziś dnia nie zamienił z nim choćby słowa. Zwiadowca chciałby to niedługo zmienić, lecz nie wiedział, czy na pewno jest to dobry pomysł. Może lepiej jest żyć z bólem serca niż ze złamanym? — Scypuła? Czyli nie tylko ty wybrałeś samotnicze życie w rodzinie?
— Oczywiście. Wszyscy je wybraliśmy, ale on już zupełnie. Żyje sam, na zdobytym skrawku terenów, które mu absolutnie wystarcza. No, chyba że od ostatniego spotkania znalazł sobie kompana lub kompankę... Choć wątpię. Raczej należy do kotów nieufnych. Nie lubi rozmawiać z innymi, bo obcy zawsze mają go za kotkę. Ponoć nawet znaleźli się jacyś zalotnicy, którym później połamał za to nosy... Kiedyś rozmawiałem z uzdrowicielką, która znała zioło, które pomaga takim kotom. Potrafi podobno zamaskować zapach tak, by po dłuższym użytkowaniu poznanie czyjejś płci stało się niemożliwe. Nie wiem, w jaki sposób działa i czy w ogóle, sam nigdy go nie stosowałem... Ale wydaje mi się, że dałoby mu to spokój ducha, przynajmniej w części.
— Niektórzy to jednak mają ciężko samemu... — westchnął, a na wspomnieniu o połamanych nosach, aż poczuł ten ból. Bardzo nieprzyjemne. — Zioła potrafią zamaskować zapach? Nie wiedziałem, że takie mogą istnieć. Ale w sumie pokazuje to, jak mało wiemy o otaczającym nas świecie. A ty, odkryłeś jakieś nowe zioła, które dotąd nie były znane nikomu? — spytał z widocznym zaciekawieniem. Zwykle się roślinnością nie interesował, lecz wspomniane zioło przykuło jego uwagę.
Starszy zaśmiał się delikatnie.
— Cóż, jestem uzdrowicielem, nie cudotwórcą. Są tacy, co testują co nowsze znaleziska na swoich pacjentach, ale ja nie chciałbym tak ryzykować ich zdrowiem. Uzdrowiciele często dzielą się ze sobą wiedzą, która jest przekazywana z ust do ust od pokoleń. Stosowane od księżyców przez różne koty techniki są o wiele bezpieczniejsze. Może pokusiłbym się o wypróbowanie czegoś nowego, gdyby to była sytuacja bez wyjścia... Ale nie lubię tak gdybać. Wolę się trzymać utartej ścieżki. — Wziął ostatni kęs zdobyczy, zostawiając na niej jedynie strzępki futra, kości i parę śmieciowych organów, które nie nadawały się do spożycia. Zebrał je zębami w jedno zawiniątko, by wyrzucić resztki poza obóz. — Dziękuję za wspólny posiłek — miauknął do Czajki z uśmiechem, nieco niewyraźnie przez trzymany w pysku przedmiot. — Do zobaczenia. Obowiązki wzywają... — zaśmiał się i odszedł, zostawiając zwiadowcę w samotności.
— Do zobaczenia — odpowiedział kocur, samemu po chwili ruszając z dotychczasowego miejsca. Po rozmowie ze starszym poczuł się nieco lepiej, jakby tego właśnie potrzebował, choć najbardziej go zainteresowały zioła, o których uzdrowiciel wspomniał.

Od Jarzębinowego Żaru Do Zapomnianej Koniczyny

Minęło sporo czasu, odkąd uciekli z Klanu Wilka, jednak niepokój ani na chwilę nie opuszczał Jarzębinowego Żaru. Myślała, że w tej nowej grupie poczuje ulgę, że wreszcie będzie mogła odetchnąć, lecz rzeczywistość okazała się inna. Lęk wciąż czaił się tuż pod skórą, nie pozwalając jej zaznać spokoju. Obawiała się tego, co Wilczaki mogły o nich rozpowiadać. Bała się, czy uda im się przetrwać nadchodzącą zimę, zwłaszcza teraz, gdy wszystko było jeszcze tak kruche i niepewne. Choć zaczęli już budować obóz, a prowizoryczne legowiska powoli nabierały kształtów, nie przynosiło jej to oczekiwanej ulgi. Powinni czuć się bezpieczniej, w końcu tworzyli własny dom, swoją przystań. A jednak coś głęboko w niej szeptało, że ich prawdziwe problemy dopiero się zaczynają. Poza granicami nowego terytorium rosła nienawiść. Ciemna, cicha, karmiona strachem i gniewem wobec tych, którzy odważyli się uciec. Tych, którzy chcieli się uwolnić, i być może kiedyś pomóc innym klanom zrobić to samo. Jarzębinowy Żar zastanawiała się, ile wiedział Klan Nocy. Czy wiedzieli o kulcie? Czy mieli świadomość istnienia wiary w Mroczną Puszczę? A może Nikła Gwiazda zapewnił ich, że Klan Wilka, podobnie jak oni, wierzy w Klan Gwiazdy? Myśl o tym nie dawała jej spokoju. Jeszcze bardziej niepokoiło ją to, jak Nocniaki zareagowałyby na prawdę o ich dotychczasowych sojusznikach, i czy w ogóle chcieliby ich wysłuchać. Obawiała się, że nawet sam Klan Gwiazdy musiałby zstąpić z nieba, by cztery przynależności zechciały otworzyć oczy i uwierzyć. Była tak pochłonięta myślami, że niemal mechanicznie przesuwała zioła, sortując je bez większego skupienia. Dopiero gdy ktoś dotknął ją w ramię, podskoczyła gwałtownie.
— Przepraszam, Jarzębinowy Żarze, nie chciałem cię wystraszyć — odezwał się Zapomniana Koniczyna, unosząc wysoko jedną z tylnych łap. — Wołałem cię parę razy — dodał ciszej, z wyraźnym zaniepokojeniem.
Medyczka przez chwilę wpatrywała się w niego, jakby był czymś nierealnym, wyrwanym prosto z jej myśli. Szybko jednak potrząsnęła głową.
— Nic mi nie jest. Zamyśliłam się — wyjaśniła i zerknęła na jego łapę. — Coś jest z nią nie tak, prawda?
Wojownik skinął kilka razy głową i usiadł tak, by ułatwić jej dostęp do zranionej kończyny. Jarzębinowy Żar nie zwlekała. Szybko i sprawnie wyjęła odłamek szkła z poduszki łapy, oczyściła ranę i dokładnie ją opatrzyła. Potem kilkukrotnie, ostrożnie, dotknęła jego nogi, obserwując reakcję.
— Już cię nie boli to złamanie? — zapytała, siadając i odkładając zioła w bezpieczne miejsce.
— Nie, już nie — odpowiedział spokojnie. — Myślę, że całkowicie się zrosła, ale będę uważać.
Podniósł się na łapy i przez chwilę wpatrywał się w nią w milczeniu, jakby się wahał. W końcu odezwał się niepewnie:
— Może wybierzemy się po zioła… albo materiały na posłania?
— Z tą łapą chcesz iść? — Uniosła brew, odwracając się w jego stronę.
— Tak. Już nie raz miałem szkło w łapie, zaraz przestanie boleć. A musimy się spieszyć i jak najszybciej dokończyć obóz — odparł, robiąc krok w stronę wyjścia z krzewów, które pełniły rolę prowizorycznej lecznicy.
Jarzębinowy Żar zawahała się na moment. W końcu jednak wstała i stanęła obok niego.
— Dobrze, możemy iść — miauknęła spokojnie. — Przy okazji porozmawiamy.
Ruszyła przodem, kierując się w stronę miejsc, gdzie wiedziała, że znajdą mech i długie trawy, idealne na posłania. A choć jej myśli wciąż były ciężkie, sama obecność kogoś obok sprawiała, że krok stawał się, choć odrobinę lżejszy.

<Zapomniana Koniczyno?>

Wyleczeni: Zapomniana Koniczyna

Od Motylkowej Łączki Do Ciernistej Łapy

Uwielbiała jesień. Kochała ją za feerię barw w koronach drzew i za pogodę, która często bywała wręcz idealna; ani zbyt gorąca, ani przesadnie chłodna. Jedynie deszcze mogłyby padać rzadziej. Tego dnia jednak słońce dopisywało, więc siedziała niemal na środku obozu, chłonąc ostatnie ciepłe promienie, jakie pozostały po lecie. Nagle jej uwagę przykuł jeden kot. Ciernista Łapa, jej bratanek, siedział pod jednym z krzewów i z wyraźnym skupieniem na pyszczku czyścił własne futro. Wojowniczka uznała, że to idealny moment; rzadko zdarzało się, by nie był zajęty treningiem. Wstała, zabierając ze stosu świeżo upolowanego królika, i podeszła bliżej. Kocur zerknął na nią z ciekawością, po czym przerwał mycie futra i zrobił ciotce miejsce pod krzewem. Ta przysiadła obok, rzucając zdobycz na ziemię.
— Może zjesz razem ze mną? — zaproponowała, przesuwając królika bliżej niego.
Uczeń przez chwilę wpatrywał się w zdobycz, jakby coś rozważał.
— Jasne — mruknął krótko, wgryzając się w ciało zwierzęcia i odwracając wzrok.
— Jak ci idą treningi, Ciernista Łapo? — zapytała przyjaźnie, układając łapy przed sobą i wbijając w niego uważne spojrzenie.
Gdy usłyszał pytanie, poruszył uszami i odwrócił się w jej stronę, nawiązując kontakt wzrokowy.
— Bardzo dobrze! Jestem w rzeczy samej najlepszy — stwierdził, kładąc nonszalancko łapę na piersi i uśmiechając się z dumą.
— Och, to pewnie niedługo zostaniesz wojownikiem, tak jak twoja siostra — zauważyła, wgryzając się w królika.
Uczeń lekko drgnął i zaśmiał się nerwowo.
— Oj, ja planuję uczyć się dłużej, żeby być najlepszy. Będę doskonały — mruknął, machając głową na boki, jakby to, co mówił, było zupełnie oczywiste.
— Rozumiem. A co teraz robisz na treningach? — zamruczała, rzucając przelotne spojrzenie w stronę Jagodowego Marzenia, która powoli zmierzała ku legowisku wojowników.
Jej wzrok jednak szybko wrócił do bratanka, gotowa wysłuchać wszystkiego, co tylko zechce powiedzieć.

<Ciernista Łapo?>

Od Motylkowej Łączki CD. Berberysowej Łapy

Ruszyła lekkim kłusem w stronę Przybrzeżnego Oka. Cieszyło ją, że udało jej się złapać bratanka na spokojną rozmowę. Mimo że często odwiedzała dzieci brata, gdy były jeszcze kociętami, to odkąd zostali uczniami, rzadko znajdowała czas, by zamienić z nimi, choć kilka słów. Rozumiała to doskonale; sama, będąc uczennicą, skupiała się niemal wyłącznie na treningach, odcinając się od reszty świata. Tym bardziej doceniała fakt, że Berberysowa Łapa mimo wszystko chciał z nią porozmawiać. Niepokoiły ją jego słowa na temat ćwiczeń. Jako kocię był niezwykle cichy i zamknięty w sobie, zawsze bardziej obserwował, niż działał. Miała nadzieję, że jego trudności z nauką są czymś naturalnym, czymś, co spotyka większość młodych kotów, a nie początkiem problemów podobnych do tych, z którymi sama kiedyś się zmagała. Ciężko żyje się w klanie opartym na długich, wytrzymałościowych biegach, gdy samemu najlepiej radzi się na krótkich dystansach. Widząc, jak kocurek idzie ze zwieszoną głową, lekko trąciła go barkiem.
— Może przebiegniemy się do jeziorka? — zaproponowała. — To pomaga się rozluźnić, nie musi to być nic szybkiego — dodała łagodnie i już przyspieszała krok.
Zauważyła zawahanie w oczach ucznia, jednak po chwili ruszył za nią. Dzięki temu szybciej dotarli do celu. Usiedli nad samą wodą, niemal w ogóle niezmęczeni biegiem.
Motylkowa Łączka wciągnęła powietrze nosem. Czuła przyjemną woń chłodnej wody i kaczek kryjących się gdzieś w trzcinach. Lekki, jesienny wietrzyk poruszał jej świeżo umytym futrem. Zerknęła na pobliskie drzewa, ich liście powoli przybierały ciepłe odcienie czerwieni i pomarańczu, miękko opadając na ziemię.
— A więc… co cię trapi? — zapytała w końcu, patrząc na bratanka, który wciąż wpatrywał się w taflę wody.
Kocur przez dłuższą chwilę milczał, aż w końcu głośno westchnął.
— Zwiewny Mak… — mruknął krótko, odwracając wzrok.
— Hm? Coś nie tak z twoją siostrą? — dopytała, trącając go delikatnie nosem.
— Bo… ona już jest wojowniczką, a ja nadal nie — zaczął niepewnie. — Chyba potrzebuję więcej czasu na to wszystko i przez to czuję się gorszy od innych. Czy coś jest ze mną nie tak? — zapytał w końcu, spoglądając jej w oczy z wyraźnym smutkiem.
Kocica posmutniała i przysunęła się bliżej niego, tak by mógł poczuć jej ciepło.
— Wszystko z tobą w porządku — powiedziała spokojnie. — Każdy z nas uczy się w swoim tempie. Jedni szybciej, inni wolniej. To nie czyni nikogo gorszym ani lepszym. Dłuższy trening daje ci więcej czasu na zrozumienie wszystkiego i opanowanie umiejętności do perfekcji. Ci, którzy zostali wojownikami zbyt szybko, często muszą wracać do podstaw i powtarzać je raz za razem. Najważniejsze jest to, żeby ta droga była zgodna z tobą — wymruczała ciepło i polizała go za uchem.
Sama nie potrafiła już sobie przypomnieć, jak długo trwał jej własny trening. Przez pewien czas była medyczką, więc jej nauka przebiegała inaczej niż u reszty. Jednak odkąd trenowała z Rudą Lisówką, czas zdawał się mijać znacznie szybciej.

<Berberysowa Łapo?>

Od Pietruszkowej Łapy (Pietruszkowej Błyskawicy) CD. Pożarowej Łapy

Musiała opuścić jaskinię Klanu Klifu jak najszybciej. Przebywanie tam, patrzenie tym kotom w oczy i słyszenie jego głosu było ponad siły. To wszystko naraz stało się zbyt przytłaczające. Potrzebowała chwili tylko dla siebie, ciszy, oddechu, ucieczki. Z bólem serca odmówiła nawet własnej partnerce, gdy ta zaproponowała, że pójdzie z nią. Wiedziała, że Wieczne Zaćmienie odkryła jej kłamstwo i zna jej tajemnicę. Widziała to wyraźnie w jej żółtych, czujnych oczach; w tym spojrzeniu, które nie dawało już schronienia. Czekała tylko, aż ukochana w końcu poruszy ten temat i przyciśnie ją do ściany pytaniami, na które sama nie potrafiła jeszcze znaleźć słów. Nie była w stanie wykrztusić z siebie prawdy. Jeszcze nie. Wspięła się po stromym zboczu, czując pod łapami miękką skałę, a potem ruszyła w stronę granicy z Klanem Burzy. Może spotka Barszczową Łodygę? Dawno nie rozmawiała z przyjacielem, a teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebowała znajomego głosu. Przeskakując przez rzekę, nagle zamarła. Na jednym z kamieni, tuż przed nią, stał czekoladowo-srebrny kocur. Jego sylwetka wydawała się nierealna, jakby wyłaniała się z mgły unoszącej się nad wodą. Wojowniczka poślizgnęła się i tylne łapy wpadły do lodowatej rzeki, lecz szybko odzyskała równowagę i wskoczyła na inny kamień.
Czyżbym cię wystraszył? Czyżby twój grzech cię przerażał? — wyszeptał, okrążając jej szyję niczym wąż, a jego głos zdawał się rozbrzmiewać prosto w jej głowie. Kocica potrząsnęła gwałtownie głową i ruszyła dalej, aż dotarła na bezpieczny brzeg.
— Nie jesteś prawdziwy — szepnęła do samej siebie i przyspieszyła kroku.
Czuła na sobie wzrok tego… tego czegoś. Czy to Mroczna Puszcza zesłała do niej tego ducha? A może to tylko jej własny umysł i serce nie potrafiły pogodzić się z tym, co zrobiła? Czy powinna się nienawidzić? Może wtedy ból byłby łatwiejszy do zniesienia. Zabiła kogoś bezbronnego. Kogoś, kto miał rodzinę, bliskich, życie. Szła tak szybko, że niemal przekroczyła granicę Klanu Burzy. Zatrzymała się w ostatniej chwili, cofnęła kilka kroków i gorzko się zaśmiała. To było dla niej takie typowe. Zawsze przypadkiem przekraczała granice; zarówno te wyznaczone zapachem, jak i te, których nie dało się zobaczyć. Usiadła na miękkiej trawie, pozwalając, by wiatr poruszał jej futrem. Trawa była chłodna i wilgotna, a niebo przesłaniały ciężkie, leniwie sunące chmury. Przez krótką chwilę poczuła spokój, którego tak bardzo pragnęła. Wizję idealnego życia, bez sekretów i bez strachu. Nagle usłyszała szelest. Otworzyła jedno oko i spojrzała prosto na rudą kocicę stojącą kilka kroków dalej.
— Na co się gapisz, Klifiaku? — zapytała tamta groźnie, strosząc futro.
Pietruszka zerknęła pod swoje łapy, sprawdzając, czy przypadkiem nie przekroczyła granicy. Widząc, że nadal znajduje się po właściwej stronie, uniosła głowę i spojrzała na wojowniczkę. Po chwili zmrużyła oczy i nachyliła się lekko do przodu. Wydawało jej się, że skądś ją zna.
— Co, mowę ci odjęło? — splunęła ruda.
I wtedy Pietruszka zrozumiała. Poruszyła uszami, a futro na ogonie lekko się nastroszyło.
— Pożarowa Łapo? To naprawdę ty? Księżyce cię nie widziałam! Nie żebym narzekała — dodała, lekko się śmiejąc.
Ruda Burzaczka, wyraźnie zbita z tropu, przechyliła głowę.
— Skąd znasz moje imię? Nie znam cię! — wysyczała, jakby widziała w drugiej kotce wyłącznie zagrożenie.
Czekoladowa parsknęła cicho, przypominając sobie czasy, gdy jako uczennica rozmawiała z tą rudą kotką. Wspomnienie to było jednak gorzkie. Nienawidziła jej jednocześnie, za atak na jej ukochaną. Tego nie potrafiła zapomnieć ani wybaczyć.
— Naprawdę mnie nie pamiętasz? To długo siedziałaś w tej dziurze — powiedziała spokojnie. — Pietruszkowa Łapa. Rozmawiałyśmy kiedyś.
Przesunęła ogonem po zielonej trawie, uważnie obserwując reakcję Pożarowej Łapy.

<Pożar?>

Od Czajki CD. Cierń

Przeszłość

— Świetnie, może kiedyś będziesz taki jak ja — rzuciła od niechcenia i odeszła, więc nie mogła dostrzec, jak oczy ucznia na moment zaświeciły się na te słowa. Dopiero po chwili dotarło do niego, że powiedziała to, by ten dał jej spokój, co nieco zabolało jego młode serduszko. Pomimo tego, że parę dni temu został mianowany na zwiadowcę, to jego mentalność nadal utrzymywała się na poziomie ucznia.

***

Parę wschodów później

Mimo bijącej wtedy niechęci od Cierń, Czajka tak łatwo się nie poddał i szukał okazji na kolejną rozmowę, tym razem może nieco dłuższą. Dlatego też zdarzało się, że w obozie uważnie obserwował kotkę, tak jak teraz — wojowniczka właśnie wróciła z patrolu wraz ze Żmiją, która po czułym geście wobec Cierń odeszła, pozostawiając swoją partnerkę samą. Zielonooka musiała poczuć jego spojrzenie na sobie, gdyż już po chwili zmierzała w jego kierunku.
— Czego chcesz? — pytanie opuściło jej pysk, kiedy tylko była wystarczająco blisko ledwo, co mianowanego zwiadowcy. Ten speszony odwrócił wzrok, zaczynając grzebać łapą w ziemi z nerwów.
— Ja… — zaczął niepewnie, dając po chwili sobie z tym spokój. — Już nic. — I nim kotka mogłaby go zatrzymać, czmychnął z obozu z nieco podkulony pod siebie ogonem. Głupi łudził się, że wszystko pójdzie po jego myśli, a strach nie zaleje jego nadal dość drobnego ciała.

***

Teraźniejszość

Minęły księżyce od tamtych niezręcznych sytuacji, a kocur dawno dał sobie z tym wszystkim spokój, skupiając się na swoim życiu. Choć w głębi duszy zazdrościł Cierń i nie tylko, bycia w szczęśliwym związku. On także miał szanse na to, lecz ulokował uczucia w niewłaściwym kocie, czego w ostatnich dniach naprawdę żałował. Może gdyby ich losy inaczej się potoczyły, to jeden z nich nie zostałby porwany przez wzburzone fale rzeki. Na mimowolne wspomnienie tego widok, wzdrygnął się przez dreszcz, który go przeszedł wzdłuż kręgosłupa.
Właśnie kierował się w stronę stosu, gdy nagle zauważył dwie kotki. Obie już trochę księżyców na karku miały, a mimo to nadal pełniły swoje funkcje jako wojownik i zwiadowca. Nieco go zastanawiało, czemu nie przejdą już na zasłużoną emeryturę do legowiska starszych — przecież z każdym dniem rosła szansa na to, że z powodu wieku spadną w czasie wspinaczki do swoich legowisk. Mimo to nie zamierzał w to ingerować, nawet nie śmiałby tego robić — ta decyzja należała tylko do nich i nikt oprócz przywódcy nie mógł za nie decydować.
Podchodząc do miejsca między żłobkiem a topolą, zatrzymał się w połowie ruchu po piszczkę, czując czyjś wzrok na sobie. Trzepnął ogonem, ignorując to uczucie, by w końcu sięgnął zębami po nornicę, która nie była jedną z naj świeżych, lecz kocur niczym nie pogardzi, a upolowana zwierzyna nie może się zmarnować. Po chwili z gryzonie w pysku obrócił się i postąpił raptem kilka kroków, gdy wcześniejsze uczucie bycia obserwowanym wrócił. Nieco zdenerwowany tym uczucie, zatrzymał się w miejscu, by rozejrzeć się po obozie. Wtedy też natrafił na oczy Cierń, z którą nawiązał kontakt wzrokowy.

<Cierń?>

Od Czajki CD. Makowej Łapy (Zwiewnego Maku)

Przeszłość, przed kłótnią z Borowikiem, początek pory opadających liści

Pora zielonych drzew dobiegała końca, ustępując miejsca kolejnemu sezonowi, który początkowo nie przynosił znacznych zmian. Temperatura nadal dopisywała, a wojownicy nadal mogli wrócić z patrolu łowieckiego ze świeżymi piszczkami w pyskach.
W życiu kocura w końcu zaczęło się układać, a epidemia w Owocowym Lesie już dobiegała końca. Większość kotów przeżyła, lecz niektórzy nie mieli tyle szczęścia, choć były to głównie starsze osobniki, lecz także najmłodsi ucierpieli. Czajka w międzyczasie został zwiadowcą, więc teraz stos zwierzyny przybierał na wielkości przez parę sztuk piszczek, które przynosił kocur. Dziś postanowił zapolować bliżej Drogo Grzmotu z nadzieją, że znajdzie jakieś gryzonie, którym niestraszne są dźwięki pobliskich Potworów.
Wychodząc z obozu, minął się z czekoladowym zwiadowcą, który wraz z dwójką innych kotów wracał z patrolu. Młodszy skinął im głową, każdy mu odpowiedział podobnym gestem poza Czerwcem — Czajka poczuł ucisk w klatce piersiowej. Szanował swojego mentora i naprawdę żałował swojego młodzieńczego wybryku, lecz wtedy czuł się tak bardzo przytłoczony wszystkim, że jedynie dziki bieg wysoko w gałęziach drzew pozwalał mu zapomnieć o wszelkich wątpliwościach.
“Ach tak? Cóż zobaczymy czy nadajesz się na zwiadowcę. W razie co zawsze możesz jeszcze prosić Sówkę o przemianowanie na ucznia stróża czy wojownika” — dawne słowa zwiadowcy powróciły do niego. Ze wzrokiem wbitym w ziemię pokonał pierwsze długości po opuszczeniu obozu. Czemu akurat teraz jego umysł przywołał tak znaczące słowa? Czyżby znowu zaczynał wątpić w swój wybór? Potrząsnął głową, odganiając uciążliwe myśli. Zajmie się tym, kiedy wróci z polowania, teraz musi się skupić, by nie narazić swojego życia.
Wprawiony przemykał pomiędzy drzewami na terenie Owocowego Lasu, co jakiś czas przystając, by podejść do żerującej zwierzyny. Nie wszystkie próby kończyły się sukcesem, lecz nie przejmował się tym, gdyż i tak stos w obozie składał się z wystarczającej ilości piszczek, by nic nie głodował, a patrole zawsze z jakimiś jeszcze wracały. Dlatego niezrażony zakopał upolowaną nornicę i skierował się do celu dzisiejszego polowania. Już z daleko mógł poczuć smród Drogi Grzmotu oraz warkot Potworów rozlegający się co jakiś czas.
Będąc na długość drzewa od czarnej ścieżki, zwolnił, nadstawiając uszy i z uwagą obserwując otoczenie. Nawet nie wiedział, kiedy jego ciało zadziałało instynktownie, widząc obcego kota na środku Drogi Grzmotu, a w jego stronę mknął Potwór. Chwilę później oboje znajdowali się po drugiej stronie niebezpiecznej przeszkody — nieco od niego leżała czarna kotka, od której biła woń Klanu Burzy. Kiedy uspokoiła oddech, usiadła i spojrzała na zwiadowcę.
— Dziękuję. Uratowałeś mi życie! — miauknęła. — Kim jesteś?
— Nazywam się Czajka — odpowiedział, obserwując mniejszą, czy na pewno nie jest ranna.
— Ja jestem Makowa Łapa z Klanu Burzy. Jestem ci tak bardzo wdzięczna, Czajko!
— Następnym razem, gdy będziesz tędy przechodziła, uważaj na Drogę Grzmotu — odparł, woląc uniknąć ponownego ratowania uczennicy.
— Słuchaj, Czajko, musisz się zmywać z mojego terytorium. Chyba słyszę patrol. Miłego dnia! — pożegnała się uczennica. Sam słyszał zbliżającą się grupę kotów, co było dla niego znakiem, by wrócić na swoje tereny. Bez słowa przytaknął, obracając się w stronę Drogi Grzmotu i po upewnieniu się, że żaden Potwór go nie stratuje, przemknął na drugą stronę. Tam na chwilę się zatrzymał, by lekko machnął do Makowej Łapy, czując na sobie jej wzrok.

***

Teraźniejszość

Kolejny sezon dobiegał końca, a on czuł, jak coraz chłodniejsze powietrze próbuje się przedrzeć przez jego zmierzwioną półdługa sierść. Nadal jakoś nie sypiał najlepiej, lecz po rozmowie z Osetkiem doszedł do wniosku, że nie może wiecznie tkwić w przeszłości i przeżywać na nowo śmierć przyjaciela. Bliżej Wysokiego Słońca opuścił obóz wraz z patrolem granicznym, w skład którego wchodził Żagnica ze swoim uczniem, Bukszpan i Ziemniak. Trochę ich było, lecz to zwiadowca robił za sztuczny tłum, chcąc później się od nich oddzielić w ramach polowania.
Droga Grzmotu stanowiła “naturalną” granicę między Owocowym Lasem a Klanem Burzy. Obie społeczności żyły w zgodzie, nie naruszając terytorium tych drugich. Czajka rzadko kiedy zapuszczał się w te strony, a ostatni raz był, gdy wybrał się ze zmarłym przyjacielem do pobliskiego Śliwowego Gaju. Starał się zbytnio nie myśleć o tamtym wydarzeniu, lecz te samo co jakiś czas do niego wracało, nie dając spokoju zwiadowcy.
Podchodząc bliżej czarnej śmierdzącej ścieżki, zauważył po drugiej stronie znajomą sylwetkę czarnej kotki z bielą na brzuchu oraz łapach. Rzucił w stronę Bukszpanu, by ci na niego nie czekali, a chwilę później zawołał znajomą Burzaczkę.
— Makowa Łapo!

<Makowa Łapo? A może już Zwiewny Maku?>