BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

12 sierpnia 2026

Od Lisiego Ostu do Żabiego Oka

Słowa otuchy wypowiedziane przez Czajkę wciąż echem odbijały mu się w głowie, mimo że od tamtego momentu minęło już kilka dni, a może nawet i księżyców, choć Osetkowi ciężko było stwierdzić. Większość dni zlewała mu się w jedność. Były wypełnione niekończącymi się przemyśleniami na temat Sennej Łzy. Tak samo, jak wypełnione było jego serce — w tym przypadku jednak goryczą i żalem do samego siebie. Czarnofutry nie potrafił wybaczyć sobie tego, jak się zachował i do czego dopuścił. Był zbyt beztroski, zakochany po uszy. Nie dopuścił do siebie świadomości, że jeśli doczeka się kociąt z miłością swojego życia, to nie będzie mógł ich wychowywać, ponieważ był tylko głupim, brudnym samotnikiem. Klanowi Nocy i jego członkom nie dorastał nawet do łokci. Nigdy w życiu nie zgodziliby się, by go przyjąć! A nawet jeśli, to byłoby już za późno, by zgrywać tatuśka. W końcu Nocniacy załapaliby, że to podejrzane, iż Lisi Oset tak prędko złapał uczucia do Sennej Łzy i zaczął pomagać jej w opiece nad kociętami. Domyśliliby się, że musiał znać się z nią wcześniej, a wtedy okrzyknęliby kotkę zdrajczynią, a na to przecież nie mógł pozwolić.
Nie powinien więc mieć z nią miotu, ponieważ nieważne, jak bardzo by się starał, i tak nigdy nie miałby szansy ujrzeć swoich kociąt. Poza tym tak na dobrą sprawę Senna Łza nawet nie była jego partnerką, co dobijało go jeszcze bardziej. Tyle dni i nocy ze sobą spędzili. Tak często ze sobą rozmawiali, dzielili się językami. To było oczywiste, że ich uczucie było żywe, silne i odwzajemniane przez obie strony. Dlaczego więc nigdy nie przyznali się do tego na głos? Dlaczego, mimo tego romantycznego napięcia między nimi, zachowywali się tylko jak zwykli przyjaciele?
Co za tragedia. To wszystko nie miało się tak potoczyć. Lisi Oset nigdy nawet nie miał czasu przemyśleć tego, jak będzie musiała wyglądać ich relacja, gdy oficjalnie zostaną partnerami. Cieszył się chwilami spędzonymi z szylkretką i liczył na to, że w końcu wszystko samo się ułoży lub dojdzie do tego powoli wraz z Łezką. Nic nie przygotowało go na taki zwrot akcji, jaki zaszedł w ich relacji. Wieść o miocie naprawdę zburzyła wszystko, co dotychczas zbudowali i do czego jakoś pomalutku dążyli.
Teraz znowu czuł, że został sam, mimo iż towarzyszył mu Czajka. Po prostu zbyt dużo kotów już w swoim życiu stracił. O wiele zbyt dużo. Żadna relacja, którą miał, nie trwała zbyt długo. Dlaczego on w ogóle jeszcze próbował się z kimś zaprzyjaźniać? Może powinien odejść od Czajki, zanim się do niego przywiąże i zanim rozdzieli ich okrutny los, krzywdząc tym samym zarówno Lisi Oset, jak i samego niebieskofutrego?
Samotnik przełknął ślinę, czując, jak żołądek wywraca mu się z nerwów. Leżał, skryty między krzewami, próbując odgrodzić się jakoś od silnych podmuchów wiatru. Gdzieś niedaleko musiał znajdować się Czajka, który zapewne szukał właśnie jakiegoś smacznego kąska. Lawirował między pniami drzew, nos trzymał cały czas przy ziemi, a uszy postawione miał na sztorc, tylko po to, by znaleźć coś, co wyżywiłoby jego samego i Osetka, który od dłuższego czasu był jedynie cieniem samego siebie.
Mimo iż Mglisty Sen nauczył go dobrze, jak polować, czarnofutry czuł teraz, że nie potrafiłby złapać nawet kulawej myszy. Czuł się po prostu źle i przez cały czas chodził tak rozkojarzony, że ciężko byłoby mu się skupić na tyle, by zakraść się do swojej ofiary i jeszcze bezszelestnie się na nią rzucić, by ją zagryźć.
Wiedział jednak, że nie mógł się tak czuć do końca swojego życia, mimo iż wydawało mu się, że ten stan nigdy nie przeminie. Cóż, nie przeminie, dopóki nie weźmie się w garść. A siedzenie tak i pozwalanie Czajce na pracowanie za ich dwóch nie pomagało mu w tym, by w końcu wyjść z dołka. Dlatego też postanowił oddalić się na moment od miejsca dotychczasowego pobytu ich dwójki, by nieco odświeżyć umysł i wszystko to dobrze przemyśleć. Jeszcze nie wiedział, czy zamierza odejść na kilka godzin, kilka dni czy może na zawsze.
Im bardziej oddalał się od Czajki, tym bardziej godził się z myślą, że najrozsądniej byłoby do niego nie wracać. Nawet jeśli był kotem, który kilka księżyców temu uratował go od śmierci i nadał jego życiu nowe przeznaczenie. Kochał Czajkę. Jak brata. Ale wiedział, że jego miłość zawsze przynosiła innym pecha, dlatego wolał dać niebieskiemu spokój, zanim jakieś nieszczęśliwe zdarzenie rozdzieli ich na zawsze, tak jak to było w przypadku innych bliskich Lisiego Ostu.

* * *

Łapy kocura zaprowadziły go wprost pod granicę z Klanem Nocy. Nie miał już nawet siły przekonywać się, że było to przypadkowe. Wiedział, jak bardzo jego serce ciągnęło właśnie w to miejsce. Miejsce, w którym zawsze spotykał się z Senną Łzą. Z którego mógł zatopić się w jej pięknych, żółtych oczach. Na ich wspomnienie zaczął zastanawiać się, czy któreś z jego kociąt odziedziczyło je po niej. Wtedy też poczuł ucisk na sercu związany z tym, że najpewniej nie dowie się, jak wyglądają jego pociechy. Czy wdały się bardziej w matkę, czy w niego? Czy któreś z nich także miało takie śmieszne kępki futra na uszach? Czy któreś z nich również miało na ciele białe plamki, które przypominały gwiazdy na nocnym niebie?
Lisi Oset w końcu zatopił pazury w ziemi i strzepnął ogonem. Położył po sobie uszy, z trudem powstrzymując łzy, które cisnęły mu się do oczu. Miał wrażenie, jakoby zaraz cały ten smutek miał rozsadzić mu czaszkę.
Był takim obiecującym kotem… Gdyby został w Owocowym Lesie, teraz mógłby pełnić rangę uzdrowiciela przy swoim przybranym ojcu. Mógłby zakochać się w jakiejś kotce ze swojej przynależności. To z nią mógłby założyć rodzinę. Mógłby mieć kocięta, które by odwiedzał, z którymi by się bawił i które zaprowadzałby do ich dziadka. Mógł osiągnąć naprawdę wiele. Mógł być szczęśliwy.
Nie wiedział już nawet, kogo powinien winić za tę porażkę, jaką było jego życie. Siebie samego, Ziemniaka, a może tych samotników, którzy zapoczątkowali serię nieszczęść w jego życiu, gdy zażądali od jego rodziców terenów na własność?
Mógłby tak zastanawiać się w nieskończoność, gdyż gdybanie nad tym, jak wyglądało jego życie, gdyby nie poszczególne wydarzenia, nigdy go nie nudziło. W końcu jednak jeden z Nocniaków dostrzegł go, gdy tak stał nieruchomo na granicy, i postanowił do niego podejść.
Był to srebrzysty kot o dużych ślepiach, który przenikał czarnofutrego swoim spojrzeniem. Było niemalże puste. Takie… dziwne, niepokojące. Osetek aż się wzdrygnął. Chciał odejść stąd jak najszybciej, lecz czuł, że umysł nie pozwala mu się poruszyć. Jakby jego mózg żądał od niego, by zapytał o Senną Łzę. Jakby chciał poznać odpowiedzi, nawet jeśli Lisi Oset wiedział, że pytanie o nie wprost byłoby zbyt głupie.
Srebrzysty kot zbliżył się powoli. Podszedł do wody i w paru pchnięciach był już przy drugim brzegu. Oparła przednie łapy na brzegu ziemi, parę długości wąsa od niego i obejrzał go jeszcze raz.
— Cześć.... samotniku. — Uśmiechnął się bez przymrużania oczu za mocno. — Szukasz kłopotów, że jesteś tak blisko granicy?
Po chwili Lisi Oset zrozumiał, że ów kot był płci żeńskiej, a przynajmniej tak wynikało z jego zapachu.
— Nie, nie szukam… — odparł spokojnie, po czym zrobił krok w tył. Chciał stąd odejść, by nie narobić sobie problemów z członkinią Klanu Nocy, lecz serce wciąż kusiło go, by zapytał o Senną Łzę. — Jedynie… mieszkam tu niedaleko.
Kotka wyszła z wody i otrzepała się. Spojrzała ponownie na kocura przed sobą i przechyliła głowę w ciekawości.
— Och? Niedaleko mówisz? — zagadnęła. — Dobrze wiedzieć. Ostatnio pewni samotnicy panoszą się niedaleko i szkodzą naszemu klanowi... nic ci o tym nie wiadomo, prawda? — Zamrugała szybciutko oczkami i rozejrzała się po lesie wokół.
Czarnofutry zamrugał ze zdziwienia. Przez moment wpatrywał się w srebrzystą z niedowierzaniem, a potem poczuł, jak na jego gardle zawiązuje się supeł. Samotnicy? Szkodzą Klanowi Nocy? A co, jeśli zrobią coś Sennej Łzie i ich dzieciom?
— Słucham? — wydukał po chwili, po czym pokręcił głową, starając się przybrać neutralny wyraz pyska. — Nie, nie widziałem żadnych samotników poza mną. Właściwie to dotąd żyłem raczej bliżej drogi i nie zapuszczałem się w te tereny — oznajmił, wzruszając ramionami. — To musi być jednak… ciężkie. Dla waszego klanu, w sensie. Ale jakoś sobie radzicie, prawda? — zapytał, odwracając wzrok od wojowniczki.
Nieznajoma rozluźniła ramiona i uśmiechnęła się do kota znacznie bardziej przyjaźnie.
— A radzimy sobie nawet dobrze, chociaż ostatnio podobno pobili nam wojownika i ogólnie trochę nieprzyjemna sytuacja z tym wszystkim. Wygląda, jakby pewna grupa samotników tylko czyhała na nasze życia... No i jest jeszcze Klan Klifu, ale to całkowicie osobna kwestia. — Machnęła łapą. — A dlaczego ty taki ciekawy?
Lisi Oset uniósł jedną brew do góry. Po chwili jednak wypuścił z płuc powietrze i przybrał spokojny wyraz pyska.
— Cóż, pomyślałem, że spytam z grzeczności. Słyszałem, że niektóre klanowe koty nie cierpią samotników. Gdybym trafił na kogoś takiego, już dawno mógłby mnie przerobić na ozdobę do legowiska! — zaśmiał się trochę nerwowo, po czym odchrząknął. — No… więc muszę być ci wdzięczny za to, że nie okazałaś się jednym z takich kotów. Choć z tego, co rozumiem, twoi pobratymcy nie są teraz zbyt przychylnie nastawieni do takich jak ja. Myślisz więc, że powinienem tu… no wiesz, nie przychodzić?
— Z pewnością musisz uważać, bo rzeczywiście niektóre koty z chęcią rozerwałyby ci gardło, zanim by zapytały, czy masz w ogóle cokolwiek wspólnego z tą kotką, co zabiła swoje dzieci... — Srebrzysta skrzywiła się. — Uważałabym, komu patrzysz się w oczy, aczkolwiek dzieli cię od nas rzeka... My dobrze pływamy, ale czas na ucieczkę zawsze jest, kiedy Nocniak zmaga się z nurtem. W każdym razie... Jak się nazywasz? — Nieznajoma zbliżyła się na odległość wąsa i obeszła go na około.
Lisi Oset podążył za nią wzrokiem, przez moment milcząc. Zastanawiał się, dlaczego ta kotka zdradzała mu wszystkie te informacje o Klanie Nocy. Może po to, by potem stwierdzić, że za dużo wie i będzie musiała go zabić? Na tę myśl kocura aż przeszedł dreszcz, a łapy zaczęły błagać go, by od niej uciekł. Stał jednak wytrwale w miejscu, śledząc srebrzystą swoim spojrzeniem.
— Nazywam się Lisi Oset, a ty? — zapytał, choć jego głos ledwo wyczuwalnie zadrżał.
— Żabie Oko — oświadczyła spokojnie. Usiadła sobie przed nim i podrapała tylną łapą po pysku. — Jestem zaskoczona, że jeszcze nie uciekłeś…
Czarnofutry spuścił wzrok na łapy, po czym zaczął grzebać pazurem w ziemi.
— Nie masz po co być zaskoczona. Tak czy siak, nie mam nic lepszego do roboty, ponieważ, jak już mówiłem, żyję kompletnie sam. Tak właściwie to fajnie jest czasem porozmawiać z jakimś kotem, który nie próbuje cię zjeść — stwierdził, po czym podniósł wzrok na Żabie Oko i uśmiechnął się nieznacznie.
— To prawda — przyznała Żabie Oko. — Sama też lubię rozmawiać z samotnikami i kotami spoza klanu. To zawsze fascynujące! — Machnęła łapą. — Nowe perspektywy i opinie, które nie są tą samą wiarą i opinią powtarzaną w kółko i w kółko, kiedy klan w miarę pokrywa się w swojej moralności…
Lisi Oset skinął głową, zgadzając się ze słowami Nocniaczki.
— Wiesz… słyszałem kiedyś od członka tej przynależności za drogą, że wierzą w jakąś Wszechmatkę. Rozmawiałaś już z kimś od nich? Myślę, że taka rozmowa by ci się spodobała — stwierdził, instynktownie zwracając głowę w stronę terenów Owocowego Lasu.
— Och? Coś tam słyszałam, ale jakoś nigdy nie miałam szansy się nikogo o to dopytać. Będę miała to w pamięci, jeśli tylko spotkam jakiegoś Owocniaka. — Srebrzysta pokiwała łebkiem. — Dzięki. Jesteś całkiem pomocny... i ładny. — Uśmiechnęła się żartobliwie.
Samotnik zamrugał kilka razy, zastanawiając się, czy na pewno dobrze usłyszał Nocniaczkę.
— Tak, ja… staram się być pomocny. Często szwendam się tu i ówdzie, próbując zaczerpnąć nieco więcej wiedzy o świecie. Znam przez to na przykład całkiem sporo chorób i sposobów na to, jak je wyleczyć — mruknął, próbując zignorować pochwałę Żabiego Oka na temat jego wyglądu. — Właściwie… jeszcze nie było mi dane usłyszeć o tym, w co wierzy twój klan. Może chciałabyś mi co nieco opowiedzieć, skoro już wiem, że napadają na was jacyś szaleni samotnicy?
— W co wierzy mój klan? Hmmm… — zastanowiła się Żabka. — W Klan Gwiazdy oczywiście. To byli nasi przodkowie. O... właśnie. Legenda o pierwszych kotach istnieje, haha! Zawsze opowiadam ją dzieciom. Jak to pierwsze koty spadły z nieba, skórki, księżyca i blasku słońca mieszającego się z kolorami świata... Ciekawa historia. Nie wiem ile w niej prawdy, ale pochłania dzieci za każdym razem, jak ją opowiadam. — Srebrzysta uśmiechnęła się szeroko. — Znasz się na medycynie? To całkiem imponujące. Osobiście sama bym się czegoś takiego nauczyła, ale nie mam od kogo. W naszym klanie to ród królewski zajmuje miejsce medyka, tak jak powinno być. W końcu im można ufać!
Lisi Oset skinął głową.
— Nie jest to takie ciężkie, jak się wydaje. Masz szczęście, że żyjesz w klanie, bo nie potrzebujesz znać się na medycynie. Ja, jako samotnik, nie pociągnąłbym za długo bez wiedzy o ziołach. Raz na jakiś czas przypadkiem ugryzie mnie jakiś szczur czy dopadnie kaszel, a wtedy muszę wiedzieć, co zrobić, by uratować swój tyłek — zachichotał.

<Żabie Oko?>

Od Narwanej Łapy

Pod koniec pory Nagich Drzew…

Śnieg pokrywający wyspę odbijał od siebie promienie ostrego światła. Wlokąc Narcyza za sobą, usadowiła się gdzieś w tłumie, mieszając się pomiędzy grupą Nocniaków.
Ślub Kasztanowej Pokraki… To dopiero coś. Zerknęła kątem oka na jednego brata, a później na drugiego. Narcyz poruszył końcówką ogona, wpatrując się w Kasztanka, po czym przechylił łeb w jej stronę.
— Że też sobie kogoś znalazł — mruknął. — Nie wiedziałem, że taki z niego romantyk.
— No ja właśnie też nie…
Para młoda stała niedaleko ołtarza, wpatrując się w siebie i uśmiechając się głupkowato.
— Z tą jego wybranką serca to nie zamieniłam nawet więcej słów, niż mam pazurów u wszystkich łap — dodała.
Narcyz skinął głową
— Ja też — przyznał. — I nic mi o niej nie powiedział! Myślisz, że założą rodzinę?
Wychylił się nieco do przodu, lustrując wzrokiem zebrane koty. Wzruszył ramionami, po czym na jego pysk wstąpił cień obrzydzenia.
— Ja to bym się nie chciał żenić z żadną kotką, nie wiem, co w tym takiego fajnego.
Przechyliła łeb w bok. W jej głowie pewne myśli zaczęły układać się w pewnej istotnej kolejności… Rozejrzała się po zebranych kotach. Ona to by z chęcią wycałowała piękną koleżankę, jeśli znalazła by się taka okazja… I piękna koleżanka. Bo, musiała przyznać, w Klanie Nocy za dużo opcji do wyboru nie miała. Czy w ogóle chciała wybierać? Nie zastanawiała się nad tym, czy interesowały ją takie rzeczy.
Może wycałowałaby jakąś kotkę bez żadnych zobowiązań?
— Ja bym tam mogła....
— Hę?
Wyjaśnienia przerwał jej głos Mandarynkowej Gwiazdy. Zamknęła pysk i jedynie wydęła wargi, odwracając wzrok w kierunku przywódczyni.
— Zebraliśmy się tu dzisiaj żeby uczcić miłość Urodziwego Szafirka i Przypalonego Kasztana oraz przypieczętować ją oficjalną więzią! Jeśli ktoś chce wyrazić sprzeciw, niech zrobi to teraz.
Na wyspie zapadła cisza. Mandaryna zmierzyła wszystkich uważnym spojrzeniem po czym skinęła głową, trochę sztucznie usatysfakcjonowanym gestem.
— Urodziwy Szafirku, Przypalony Kasztanie, czy w obliczu wszystkich zebranych tu kotów przysięgacie sobie miłość, wierność, uczciwość i wspólne dzielenie łowów nawet po śmierci?
Para młoda kontynuowała wpatrywanie się sobie w oczy, uśmiechając się JESZCZE bardziej głupkowato. Nie wiedziała, że tak się da. Chociaż, to Kasztan, więc…
— Przysięgam — słowa jednego zawtórowały drugiemu.
— Zatem mocą nadaną mi przez Klan Gwiazdy ogłaszam was mężem i żoną! Niech wasza miłość trwa mimo wszystko niczym igły sosen porą nagich drzew!

↬◦⌑⛯⌑◦↫

Narcyz! Narcyz złapał żabę! I skupiał na sobie całą uwagę!
Złapał żabę i wpatrywał się w nią głupio, jakby czekał aż żaba powie mu, co ma z nią zrobić. Nie dość, że złapał ją głupim przypadkiem (wszyscy widzieli, jak odbiła się od niego i nieporadnie spadła mu pod łapy), to jeszcze był to on! Kasztanek miał ślub, Narcyz łapał szczęśliwe płazy…
Parsknęła i szarpnęła głową. Tak nie może być! Ona też chciała być tego dnia ważna! Ona też chciała całować ładne kotki!
Zerknęła kątem oka na stojącą obok niej Lawendową Rozkosz. Nigdy nie wymieniła z nią więcej niż paru potrzebnych zdań. Nie było to istotne. Na jej pysku pojawił się chytry uśmiech... Potrzebowała tylko odrobinę chęci do współpracy.
— Głupie płazy, kłamią! — miauknęła donośnym głosem, obrzucając Narcyza teatralnie zrozpaczonym spojrzeniem. — Kłamią i nie widzą prawdziwej miłości... Prawda, Lawendo?
Z tymi słowy przechyliła się w stronę kocicy i przysunęła swój pysk do tego liliowego. Zmrużyła ślipia, uśmiechając się, i modląc się o to, aby wojowniczka podłapała jej grę... Polizała ją romantycznym gestem po nosie i wbiła w nią nerwowy wzrok.
Ojeju. A może jednak nie? Hm. Co ona tak właściwie-
— Och tak, droga Narwana. Łżą jak wydry. Paskudniki…
Wojowniczka uśmiechnęła się spokojnie i zakryła lekko pysk łapą, jak gdyby zawstydzona. Starsza jedynie nabrała gwałtownie powietrza w płuca.
— Ależ moja miła ile razy ci mówiłam, że wolę być pierwsza? — kontynuowała niewzruszona Lawenda. Przybliżyła się o krok, a potem grunt obsunął sie spod łap Werwy i liliowa stanęła nad nią. — I co ja mam z tobą zrobić, hm?
Zatkało ją. I to dość porządnie.
Przez ułamek uderzenia serca jej mięśnie napięły się, gdy łapy wojowniczki nacisnęły na jej barki, a wciąż gojące się rany na grzbiecie dotknęły topniejącego śniegu. ktoś przyciskał ją do ziemi, ktoś zatopi w niej swoje pazury-
Trudno jej było dosięgnąć jednak jakichkolwiek złożonych myśli z wilgotnym językiem kocicy na jej nosie.
— Ja- Mhm-
Skąd miała wiedzieć, że liliowa będzie taka chętna do jej- No- Do jej żartów!? Przełknęła ślinę i położyła łapę na piersi kocicy, delikatnie odpychając ją do tyłu. Cały pysk miała gorący.
— Och moja droga, nie udawaj, że to cię tak zaskoczyło, bo pomyślę, że nie chcesz mnie obok… — Lawenda wzruszyła barkami, po czym zaśmiała się. — No? Co mi teraz powiesz?
Kto dał jej tyle pewności siebie?
— Może- Może później mi powiesz, co, Lawendo? — miauknęła w końcu, na szczęście już nie drżącym głosem. Uśmiechnęła się cwanie i dotknęła nosem tego wojowniczki. — Chyba że już nie będziesz taka śmiała?
Kątem oka widziała, jak Narcyz wpatruje się w nie z rozdziawionym pyszczkiem, żaba zapomniana gdzieś z boku. I dobrze!
— Och, no wiesz? Gdybyśmy były same...Ale przez wzgląd na- hm... Młodszą widownię chwilowo muszę nieco zahamować, choć żal ściska me serce na tę myśl. Czy zaszczycisz mnie swoją obecnością na spacerze? Słyszałam, że wspólne polowanie łączy serca i dusze...
— Yy... Protestuję!
Analizę słów serca i dusze przerwało jej wrzaśnięcie Narcyza. Lawenda oderwała się od niech z prychnięciem, lawirując pomiędzy kotami i zatrzymując się krok od ucznia.
— Och, proszę cię. Bądź grzecznym chłopcem i się nie wtryniaj.
Mhm… Co.
— Czyż to nie jest decyzja tej piękności?
Powoli uniosła się, sczególnie uważnie stawiając łapy. Piękności. Zerknęła na brata kątem oka, jednak zanim zdążyła coś powiedzieć, Lawenda powróciła do niej, pochylając się nad nią z uśmiechem i ostrym spojrzeniem. Przełknęła slinę.
— Oczywiście — odparła, unosząc kąciki pyska. Wstała i stanęła obok kotki, ignorując wszystkich dookoła i wpatrując się w jej pysk. Zmrużyła ślipia, jak gdyby sprawdzając, ile młodsza jest w stanie jeszcze udźwignąć. — Tam będziesz mogła sobie nade mną stać bez szansy na to, że ktoś nam przeszkodzi...
— Bardzo dobra decyzja moja piękna Narwana — wymruczała liliowa. — Znajdę ci najwygodniejsze miejsce na leżenie, obiecuję ci to-
Narcyz tupnął łapą i zamiauczał z wyrzutem.
— Taka jesteś!
Lawenda spojrzała na niego z politowaniem.
— Och Narcyzku, nie złość się, bo ci serce stanie i co wtedy?
Przytaknęła kotce, po czym przyklejając do niej swój bok odwrócila pysk do Narcyza.
— Wybacz — Wzruszyła ramionami. — Nie moja wina, że nie umiesz sobie nikogo znaleźć!
Wytknęła mu język, uśmiechając się. Ogon Narcyza, napuszony, przecinał powietrze za jego grzbietem. Musieli robić niezłą furorę na wyspie.
— Może na naszym ślubie znowu złapiesz tę żabę i tym razem ci się poszczęści!
— Och, cudowny promyku…
Cudowny promyku?
— Nie bądź taka dla braciszka. Los nie jest dla niego litościwy.
Przełknęła ślinę i nie odezwała się, dając się przytulić i nadal wpatrując się z uniesioną brwią w Narcyza.
— ...nie moja wina, że wszyscy są głupi!
Głos łaciatego się załamał.
— Ty... Ty też jesteś głupia! Idź sobie z tą Lawendą gdzie chcesz, byle daleko. Niedobrze mi się od was robi!
Uśmiech na jej pysku powoli zaczął bardziej przypominać grymas. Ojej...
— Narcyz... — zaczęła, nie wiedząc jednak co powiedzieć. Chyba poszły trochę za daleko. — Narcyz, no weź...
— Och doprawdy? Głupcy? Mało oryginalne nazewnictwo — prychnęła Lawenda. — Chodźmy Narwanko, nie marnujmy czasu na...takie bezsensowne paplanie.
Chciała odepchnąć od siebie Lawendę i do niego podejść, ale duma nie pozwalała jej przerwać gry. Dała się odciągnąć kotce na bok, posyłając mu przepraszająco spojrzenie. Będzie musiała się mu tłumaczyć...

↬◦⌑⛯⌑◦↫

Lód pokrywający część rzecznej tafli topniał wraz z nadchodzącą porą Nowych Liści. Zerknęła kątem oka na Lawendę, pochylając się nad wodą tak, że jej łapa zwisła w powietrzu, z łokciem opartym o stromy brzeg. Słońce, chylące się ku zachodowi, oświetlało pysk młodszej kocicy od boku.
Wcisnęła Kijankowym Moczarom kit o łapaniu ryb, i o dziwo, bez większych problemów wymknęły się z obozu. Teraz jedynie leniwie obserwowała błyski łusek pod taflą, nie myśląc za bardzo o tym, że będzie musiała zaprezentować swoją zdobycz mentorowi. 

Czarno biały pochylał się obok niej nad lodowatą taflą.
— No?
Strzepnęła uchem.
— Muszę stać pod słońce, aby nie płoszyć ich moim cieniem — wyrecytowała z pamięci ze znudzoną miną na pysku. — Nie wahać się i być szybka.

No… Powie mu, że Lawenda nie jest dobra w wielu rzeczach poza flirtowaniem, i się wytłumaczy. I jeszcze poprosi przy okazji o kolejną lekcję.
— Mimo wszystko, dobrze się z Tobą grało — mruknęła, przerywając ciągnącą się chwilę ciszy. Jej wąsy zadrżały. — Chcesz... Nie wiem. Brnąć w to dalej?
Liliowa przeniosła na nią wzrok i uśmiechnęła się ciepło.
— Czy chcę? — wymruczała, przybliżając się do kotki i opatulając ją ogonem. — Ja bym chciała Narwanko, ale czy ty tego chcesz?
Uniosła lekko kąciki pyszczka, dając się przyciągnąć bliżej. Oddech kotki połaskotał ją w ucho.
— Myślę, że byłabyś całkiem dobrą wspólniczką w zbrodni — odparła żartobliwie. — Na jakąkolwiek nadarzyła by się okazja.
— Bardzo chętnie, z tobą mogę uczestniczyć w zbrodniach za każdym razem.


[1446 słów; łowienie ryb]

Od Milknącej Łapy CD. Kurzej Łapy

— Co się dzieje? — mruknął, piorunując go kobaltowym okiem.
— Cyklonowe Oko chciał, by któryś z przewodników zaprowadził nas do nieco odosobnionych tuneli, aby poćwiczyć w nich walkę — wyjaśnił uczeń, czując, jak spojrzenie starszego przeszywa go na wylot. Przecież nic takiego nie zrobił, by otrzymać taki wzrok. Chyba że Łzawa Łapa zdążyła mu jakichś bajeczek nawciskać, ukrywając swoje prawdziwe intencje pod miłymi słówkami i gestami.
— Jeśli jesteś zajęty, to poszukam Białego Strumienia lub Śniącego Obserwatora — dodał, woląc nie narażać się na jakieś nieprawdziwe domysły Kurzej Łapy względem swej persony. Jakby nie wystarczyło, że siostra w żłobku rzucała w niego kąśliwymi uwagami, kiedy tylko nikt nie słyszał, chcąc dopiec bratu za skradzioną uwagę innych.
— Aha... — wymamrotał ciszej. Spojrzenie ucznia zmiękło i rozluźnił mięśnie ciała. Chwilę się zastanawiał, po czym skinął mu głową.
— W takim razie chodź, Milknąca Łapo.
Odwrócił się do niego tyłem i zaczął maszerować w stronę korytarza kronikarzy i medyków.
W pierwszej chwili dymny nie wiedział zbytnio, jak na to zareagować, w końcu chodziło o to, by któryś z przewodników zaprowadził jego i Cyklonowe Oko, a teraz nagle miał podążać za uczniem Białego Strumienia. Po krótkiej chwili wahania skinął głową i ruszył za Kurzą Łapą. Pomiędzy nimi panowała cisza, która w żadnym stopniu nie przeszkadzała młodszemu, nawet jeśli w jego głowie kłębiły się pytania odnośnie tego, co Łzawa Łapa mogła nawciskać przyszłemu przewodnikowi. Miał tylko nadzieję, że przez jej egoizm i atencyjność, ta nie pokrzyżuje jego planów, by zostać najlepszym wojownikiem Klanu Burzy, by ojciec i matka byli z niego dumni.
W międzyczasie weszli w głąb ciemnego korytarzu. Zapadł wieczny mrok. Kurza Łapa brnął dalej, widocznie dobrze orientując się w tunelach.
— Byłeś kiedykolwiek w tunelach, Milknąca Łapo? — odbił się echem cichy, kojący głos Kurzej Łapy.
Stanął nagle i kuzyn na niego wpadł. Starszy nie drgnął.
— Czy twoje oczy jeszcze nie przyzwyczaiły się do panującej tutaj ciemności? — zapytał. Wydawałoby się, że wypowiedział te słowa złośliwie, jednakże czy była to jego prawdziwa intencja?
— Jeśli liczymy te, stanowiące nowy obóz to tak. Jednak inne są mi kompletnie obce — przyznał, nim wpadł na starszego. — Wybacz... — mruknął. — Trochę, choć ogólnie zdarza mi się wpadać na innych — dodał, robiąc parę kroków do tyłu, by utworzyć między nimi dystans, który już wcześniej ich dzielił, lecz został skutecznie skrócony przez dymnego i to nieumyślnie.
Nieco obawiał się innych uczniów, szczególnie tych bardziej zbliżonych wiekiem do siebie i Łzy, z obawy, że ta coś zdążyła już im nagadać, co oczywiście byłoby kłamstwem lub przebraną prawdą. Czym sobie zasłużył, aby własna siostra traktowała go jak osobiste popychadło, ofiarę losu, z której można śmiało się pośmiać? Czy tak powinno zachowywać się rodzeństwo? Konkurować o niemal wszystko, przy czym starać się zniszczyć to drugie?
Nie odezwał się od razu.
— Kontynuujmy tę przechadzkę. — Jego głos po chwili ponownie rozbrzmiał w mroku tuneli, aby następnie w nim znowu zniknąć. Zew musiał go jakoś dogonić w tych mokrych tunelach, idąc w nieznane.
— Nie wiem naprawdę, jak chcemy zainicjować walkę. Przecież nie orientujesz się w tunelach tak bardzo, jak przewodnicy. Nie wiesz, kiedy ktoś cię zaatakuje.
Nagle coś popchnęło dymnego do zimnej, mokrej ściany.
— Nawet mnie nie usłyszałeś i nie zdążyłeś zobaczyć. Cyklonowe Oko najwidoczniej nie chciał pobrudzić sobie długiego futerka, dlatego cię jeszcze nie wyszkolił w tym zakresie. Popracujemy nad tym. Może lepiej by ci się żyło na zewnątrz.
Kurza Łapa o dziwo nie odszedł od Milknącej Łapy. Przylgnął nieco bokiem do młodszego.
— W tych rejonach raczej nie byłeś. Planuję poszerzyć nasze horyzonty. Kiedy zostanę przewodnikiem, tunele będą prowadzić wszędzie. Będziemy mogli zakradać się do śpiących przeciwników, alarmować sojuszników, wymieniać się tajnymi informacjami... czy to nie jest intrygujące, Milknąca Łapo? Tunele mają tyle potencjału. Większość po prostu boi się tego, co się znajduje za stroną ciemności. Koty boją się tego, czego nie znają i…
— Wiesz co... Ja chyba będę wracał. Miałem z Cyklonowym Okiem udać się do tuneli, a przewodnik NAS jedynie zaprowadzić — wyjaśnił, ignorując większość wypowiedzi kocura oraz fakt, że ten najpierw go popchnął na ścianę, a następnie nie miał zamiaru się odsunąć. Nie rozumiał, o co mu chodzi, lecz czuł, że siostra musiała maczać w tym swoje łapy.
Odepchnął się od ściany, trącając ciałem szkolącego się przewodnika, by następnie zawrócić i nieco pośpiesznym krokiem udać się tunele, którym ciągle podążali. Dymy nie miał zamiaru spędzać ani chwili dłużej samemu w towarzystwie syna zdrajczyni, jeszcze coś sobie ubzdura z kłamstw, którymi mogła go karmić Łzawa Łapa i ratunku dla niego już nie będzie. Szczególnie że nikt oprócz ich dwójki i ewentualnie Cyklonowego Oka, nie wiedział, gdzie mógł się podziać potomek Zawodzącej Gwiazdy.
W ciemnościach rozległ się melodyjny chichot ucznia przewodnika.
— Jeśli znajdziesz wyjście, droga wolna. Dosyć głęboko weszliśmy, a w korytarzach łatwo można się zgubić. Nie masz pojęcia jak bardzo! — Wraz z echem stawianych kroków przez dymnego można było usłyszeć również słowa starszego kocura. — Po to jest przewodnik, Milknąca Łapo. Chociaż...
Chwilę zajęło dymnemu, aby zdać sobie sprawę, iż starszy uczeń zaczął za nim podążać. Zdradziły go nie za bardzo ostrożne kroki. Jakby rudy chciał, aby Zew faktycznie go usłyszał.
— Zła droga. — Usłyszeć za sobą szept kuzyna, bacznie obserwującego jego poczynania. — Może chciałbyś pod okiem Cyklonowego Oka ze mną poćwiczyć? — zaproponował po dłuższej przerwie.
— To już nie będzie zależeć ode mnie, tylko od samego Cyklonowego Oka. Poza tym chyba dobrze byłoby, aby Biały Strumień również wiedział o tym pomyśle i wyraził zgodę bądź sprzeciw.

─── ・ 。゚☆: *.☽ .* :☆゚. ───

Rzadko kiedy uczeń narzekał na Cyklonowe Oko czy jego pomysły związane z treningami, lecz udzielenie aprobaty dla wspólnej walki jego i Kurzej Łapy od razu spotkała się z wyklinaniem wojownika w myślach przez Milknącą Łapę. Nie miał nic do swojego kuzyna, jednak... Po ostatnich ich interakcji ten pozostawić pewnego rodzaju niesmak przez swoje raczej niecodzienne zachowanie wobec młodszego. Zew nie wiedział zbytnio, co myśleć o kocurze, nie chciał go oceniać po jednej dłuższej styczności, lecz przez Łzę szybko stawał się w jakimś stopniu uprzedzony do drugiego kota.
Właśnie czekał ze swoim kremowym mentorem, aż Biały Strumień pojawi się w Grocie Pamięci wraz z Kurzą Łapą, by później razem ruszyć do tuneli i rozpocząć wspólny trening. Długo jednak nie musieli wyczekiwać na dwójkę, gdyż już po niedługiej chwili pojawili się w zasięgu ich wzroku. Dymny pierwszym, co dostrzegł to uśmiech, który gościł na pysku kuzyna, jakby był wielce rad z ich treningu.
— Dzień dobry, Milknąca Łapo — odezwał się oficjalnie do młodszego, zanim Biały Strumień i Cyklonowe Oko przeszli do wyjaśnienia ich pojedynku w tunelach.
— Witaj Kurza Łapo — mruknął, ignorując mimikę starszego. Zamiast tego obserwował mentorów, którzy po wymienieniu uprzejmości objaśnili im przebieg treningu.
Gdy było pewne, że każdy wie co i jak, Biały Strumień ruszył pierwszy, za nim Cyklonowe Oko, a na samym końcu dwójka uczniów. Jak widać, srebrny nie miał zamiaru zachowywać ciszy pomiędzy nimi, na co dymny przewrócił oczami.
— Wiesz, to trochę niesprawiedliwe — zaczął cicho, a na pysku jego widniał już tylko chłód. — Znam przecież lepiej od ciebie tunele. Poruszam się w nich jak ryba w wodzie. W końcu muszę zostać przewodnikiem — wymamrotał, nie owijając w bawełnę.
— Niesprawiedliwe? Czy cokolwiek w życiu jest sprawiedliwe? — mruknął, kątem oka spoglądając na rudego. — To, że je znasz, nie znaczy, że mam nie potrafić się w nich obronić. A uwierz, wyglądam nie pozornie, niczym mój ojciec, jednak siły mi nie brak — dodał, skupiając się na mentorach przed nimi.
Gdy tylko weszli do bardziej odosobnionych tuneli, Zew poczuł się trochę jak u siebie, szczególnie w momencie, kiedy to jako pierwszy zniknął w mroku korytarzy, do których nie dosięgało światło ze świetlików, które występowały w niektórych miejscach w obozie.
— Szkoda, że wchodzimy głębiej, będziesz także niewidoczny w tych ciemnościach — rzucił mimochodem.
Wchodząc głębiej, prychnął na słowa Milknącej Łapy.
— Boisz się walczyć w ciemności? — miauknął, jakby to było faktem, a nie pytaniem.
— Co? — parsknął, hamując śmiech. — Nie, akurat ciemność uwielbiam — odparł, zastanawiając się, skąd Kurzej Łapie przyszedł taki pomysł do głowy. Zew i strach przed ciemnością, dobre. On wolał takie warunki, gdyż przynajmniej wtedy miał pewność, że nie naraża swoich niebieskich oczu na możliwe uszkodzenie, jak w przypadku przebywania w czasie Wysokiego Słońca na otwartym terenie klanu.
— Aha... — Na krótką chwilę pomiędzy nimi zapanowała cisza, lecz szybko została przerwana przez kolejne słowa srebrnego:
— W takim razie możemy jeszcze głębiej wejść.
— To nie zależy od nas, czy tym bardziej ciebie. Biały Strumień i Cyklonowe Oko mają decydujący głos — rzucił młodszy, ponownie przewracając oczami, odkąd uczeń przewodnika był tuż obok. Miał wrażenie, że im dłużej z nim rozmawia, tym nabierał większej pewności, że ten dogadałby się z Łzawą Łapą.
— Czy mógłbyś w końcu przestać? Co ty w ogóle do mnie masz? — wymamrotał zirytowany, wyprzedzając czarnego, specjalnie popychając go w kierunku zimnej, ziemistej ściany. — Wiesz co... nie. Nie będę się zniżał do twojego poziomu — dodał, próbując zachować spokój, kiedy tylko zaczął się oddalać w kierunku ich mentorów.
— Co ja mam? A co ty masz? Przyznaj, Łza zdążyła ci już jakichś bzdur nawciskać o mnie — prychnął. Na popchnięcie w kierunku ściany jedynie machnął poirytowany swoim krótkim ogonem. Nie miał zamiaru odpuścić, dowie się, gdzie jego ukochana siostra maczała już swoje łapy.
Zamiast odpowiedzi Milknąca Łapa otrzymał tylko ciszę ze strony starszego.
— Swoim milczeniem jedynie to potwierdzasz — mruknął pod nosem, zastanawiając się, jak długo Łzawa Łapa ma zamiar utrudniać mu życie. On i tak zostanie wojownikiem, prędzej czy później, Cyklonowe Oko widzi, jak na to pracuje. Miał też nadzieję, że Wdzięczna Firletka dostrzega atencyjność swojej uczennicy i będzie starała się jakoś na to wpłynąć.
Gdy znaleźli się na miejscu, kremowy Burzak na szybko przypomniał zasady walki, a następnie dał znać, by uczniowie stanęli naprzeciwko siebie w oczekiwaniu na sygnał do rozpoczęcia treningu. Dymny niemal od razu postanowił przejąć inicjatywę i wykonał "próbny" atak na kuzyna. Oczywiście jego łapa trafiła jedynie na powietrze w miejscu, gdzie jeszcze chwilę wcześniej pamiętał, że stał srebrny.
Po tym młodszy nie rzucił się przed siebie ponownie bez planu. Musiał najpierw wiedzieć, gdzie dokładnie stoi Kurza Łapa. Niebieskooki starał się wyciszyć i wytężyć słuch ze wzrokiem. Na efekt nie musiał długo czekać, gdyż kuzyn musiał wykonać jakiś krok, przez co trafił drobny kamień, którego dźwięk poniósł się echem. Zew od razu skoczył w miejsce dźwięk, z sukcesem wyczuwając, jak powala na ziemię rudego ucznia. Ten odepchnął napastnika tylnymi łapami bez wysuniętych pazurów, więc obyło się bez krzywd, zapewne mając ciągle na uwadze słowa mentorów, by się nie pozabijali w tych tunelach, w końcu to był tylko trening, a nie walka na śmierć i życie.
Jasnooki starał się szybko pozbierać z ziemi i na nowo powalić srebrnego, lecz ten zdążył się już oddalić. Choć po chwili poczuł, jak te przeorał pazurami lego lewy bok, jakby wcześniejszy brak krzywd poszedł w niepamięć.
— Było warto tak szczekać? — wycedził przez zęby Kurza Łapa, gdy odskoczył od rozwścieczonego kuzyna.
— Trzeba było wierzyć w piękne słówka mojej kochanej siostruni? — syknął, opierając się o chłodną ścianę. Próbował oddać atak, lecz starszy był za daleko.
— Czemu masz taką obsesję na swojej siostrze? Przecież razem możemy się kumplować — odbiło się echo słów rudzielca. — No, chyba że jesteś zazdrosny... w końcu nie masz tu zbytnio przyjaciół. Dosyć żenujące jak na syna przywódcy.
— Kumplować? Dobre sobie! Łzawa Łapa jest atencyjna, jest w stanie wiele zrobić dla uwagi innych. Myślisz, że co robi, gdy ma chwilę i jestem w pobliżu? Poniża mnie, ponieważ dość mocno przeżywałem rozłąkę z matką — odparł, zbierając w sumie siły oraz tłumiąc ból, by spróbować oddać pięknym za nadobne.
Trafił w pierś kuzyna, przejeżdżając po niej pazurami. W odwecie Kurza Łapa nagle z impetem posłał ciało Milknącej Łapy w stronę jednej ze ścian tunelu, robiąc sobie drobne rany na ciele, zwłaszcza na plecach. Po tym umysł Zewa zasnuła mgła, a następnie błoga ciemność. W końcu dookoła niego zaoponowała cisza i spokój, którym była istnym zbawieniem dla umysłu czarnego, będącego cały czas w trybie przetrwania z racji siostry, która chętnie dla swoich własnych korzyści była w stanie zbrukać reputację swojego brata u innych kotów.

<Kurza Łapo?>

[1949 słów + walka w tunelach]

[39% + 5%]

Od Zszarzałej Łapy (Wzburzonego Kormorana) CD. Bukowej Korony

Przeszłość

Zaginięcie Fiołki postawiło dość sporą część obozu na równe łapy, sporo kotów zaoferowało się w poszukiwaniach, jednak mimo tego, Bukowa Korona zdecydował, że uda się na poszukiwania wraz ze swoim niedawnym uczniem. Point był widocznie zdziwiony tą decyzją, lecz nawet przez chwilę nie myślał, aby odmówić kocurowi pomocy. Jednak kiedy tylko opuścili obóz, do ich nozdrzy nie dotarła nawet najmniej subtelna woń koteczki, ani tropu kuny.
— Wiatr musiał rozwiać ich zapach — stwierdził srebrny, a jego głos się załamał. — Co teraz zrobimy? Musimy znaleźć Fiołkę, musimy! — mówił dalej, wręcz spanikowanym głosem.
Kormoran z nieukrywanym zdziwieniem obserwował swojego mentora, jakby nie potrafiąc uwierzyć w prawdziwość jego słów, przejęcia. Nie wiedział, czym te wątpliwości mogły być spowodowane, lecz morskookiemu obraz zdruzgotanego ojca nie pasował do czekoladowego, który rzadko kiedy widział coś więcej niż czubek własnego nosa. Fakt, starszy dawniej uratował pointa przed Dwunożnymi na plaży, lecz on raczej to zrobił, by udowodnić wielkość swych umiejętności oraz aby nie stracić ucznia, którym mógłby później się przechwalać, gdyby osiągnął coś więcej.

︵‿₊ ⊹₊˚‧ ꩜‧ ˚₊⊹ ₊‿︵

Obecnie

Cóż, ostatnim czego Wzburzony Kormoran się spodziewał to ucznia. Jakoś nie był zbytnio przekonany do tego pomysłu Lśniącej Gwiazdy, lecz ten nawet nie pytał go o zdanie, wojownik nawet nie wiedział, że dostanie pod swe skrzydła Firmamentową Łapę, będącego synem samego lidera. Kocur mógłby zaprzeczać, odmawiać, zabierać się wszystkimi łapami przed tym, jednak… Za każdym razem, gdy myślał o tym, w jego głowie rodziła się myśl: “Do czego tak naprawdę jest zdolny Lśniąca Gwiazda?”. Miał wrażenie, że odkąd na jednym z ostatnich zgromadzeń Serdeczna Naparstnica pomógł mu przejrzeć na oczy, wzbudzić zainteresowanie działaniami obecnego przywódcy, to coś faktycznie musiało być na rzeczy. Nie wiedział jednak, czy powinien aż tak drążyć temat, szczególnie po ogłoszeniu i wprowadzeniu nowej rangi w klanie. W pewnym stopniu nie czuł się zagrożony, przecież był synem obecnej zastępczyni, jednak aż zbyt dobrze widział, jak na inne koty wpłynęła ta decyzja.
Właśnie zauważył niebieskiego protektora i nawet chciał do niego podejść, zaproponować wspólny spacer, lecz przed wojownikiem pojawił się czekoladowy point, który skutecznie pokrzyżował plany swojego mentora. Kormoran trzepnął jedynie końcówką ogona, zachowując spokój na pysku, choć w środku aż się w nim gotował, mając ochotę pogonić młodzika. Jedyny powód, dla którego wojownik się hamował to lubienie swojego życia, dlatego wolałby nie ściągać na siebie gniew samego lidera i ojca tej chodzącej przeszkadzającej kulki futra. Udając, że słucha, kątem oka dostrzegł Bukową Koronę, w jego głowie od razu narodził się pewien pomysł, w końcu srebrny szkolił jedno z dzieci Trójokiego Zająca. Mógłby to wykorzystać, oferując wspólny trening uczniów, a on sam nie będzie musiał aż tyle uwagi poświęcać przy szkoleniu pointa.
Długo nie rozmyślał nad tą możliwością i w połowie słowa młodzika, odszedł do starszego wojownika z propozycją, która przed chwilą mu się narodziła w tej roztrzepanej głowie.
— Bukowa Korono — zaczął, zwracając uwagę dawnego mentora. — Gratuluję kolejnego ucznia, widocznie Lśniąca Gwiazda uważa, że bardzo dobrze mnie wyszkoliłeś. Ale mniejsza o niego, chcę Ci zaproponować wspólny trening naszych uczniów. Mogliby poćwiczyć walkę lub też nawigację w tunelach — zaproponował, starając się być jak najbardziej przekonującym, by jednooki kocur się zgodził.

<Bukowa Korono?>

Od Poczciwego Szakłaka CD. Dzikiego Berberysu

Przeszłość

Po ostatniej rozmowie o rządach Króliczej Gwiazdy Dziki Berberys nie zawracał już głowy starszemu wojownikowi. Czarny skrycie odetchnął z ulgą, że nie jest już męczony przez innych lub ciągnięty za język do wypowiedzenia się na temat czegoś, co przez długi czas nie miało dla niego znaczenia. A nawet jeśli to teraz nie miał zbytnio, kiedy się tym przejmować — Królicza Prawda został przyjęty do klanu, więc mogli o wiele więcej czasu spędzać razem. Może i mogło to wzbudzać pewne podejrzenia u innych Burzaków, lecz Poczciwy Szakłak miał ich zdanie gdzieś — w końcu jego życie zaczynało się powoli układać, a na horyzoncie nie wisiało widmo jakiś ekscesji, które znowu by doprowadziły go do stanu, gdzie ledwo wychodził z legowiska.
Właśnie był w trakcie rozmowy z kremowym kocurem, gdy Cyklonowe Oko wraz z resztą patrolu wyczekiwali na dołączenie dawnego Klifiaka. Zielonooki z lekkim uśmiechem obserwował, jak pręgowany się oddala, a następnie opuszcza obóz. Wojownik jeszcze przez chwilę siedział na polanie, dopóki w zasięgu jego wzroku nie pojawił się biało rudy młodzieniec, który po paru uderzeniach serca już stał przed nim, zagradzając drogę. Ciało solida mimowolnie się spięło, jakby gotowe do ucieczki, gdyby Berberys postanowił nadal kontynuować temat ich dawnej rozmowy.
— Dzień dobry, Poczciwy Szakłaku, mam do Ciebie kilka pytań. Wiem, że ostatnia nasza rozmowa nie przebiegła najlepiej, jednak teraz nie zamierzam Ciebie tym męczyć.
Kocur od razu rozluźnił się na te słowa, lecz w jego głowie od razu narodziło się pytanie: czego w takim razie chciał Dziki Berberys?
— Słucham Cię, Dziki Berberysie — mruknął, uznając, że zaryzykuje. Najwyżej i tę rozmowę szybko zakończy.
— Znałeś wcześniej Gasnącą Łapę? Mam wrażenie, że jest z któregoś klanu, bo widziałem go na zgromadzeniach, jednak nie pamiętam, z którego on jest. Wydaje się, że się znacie, bo nawet często rozmawiacie.
— Cóż… — zaczął, zastanawiając się w sumie, ile może powiedzieć. — Jest z Klanu Klifu i tak, znałem wcześniej Gasnącą Łapę. Zdarzyło nam się parę razy rozmawiać, gdy natrafiliśmy na siebie na granicy klanów. — W tym momencie młodszy nieco zmrużył oczy, jakby chcąc zadać kolejne pytania. — Nie Dziki Berberysie, nie zdradzałem klanu, a na granicę z Klifiakami szedłem spotkać się z siostrą, która tam żyje u boku matki i głównie to był temat naszych rozmów wtedy — wyjaśnił, stwierdzając jednak, że mógł się nie zgadzać na tę rozmowę. Nigdy jakoś nie potrafił zrozumieć kotów, które aż nazbyt interesowały się znajomościami innych, czyżby jego życie było aż tak interesujące, że kiedy było widać, ile czasu spędza z Gasnącą Łapą, to każdy będzie chciał wiedzieć, z czego to wynika? Czy nie można przyjąć możliwości, że po prostu szybko odnaleźli wspólny język i dlatego też sporo razem rozmawiają?

✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩

Obecnie

Pora nowych liście na dobre pojawiła się na terenach Klanu Burzy. Było coraz więcej zwierzyny, choć przez wietrzne dni ta łatwiej mogła wyczuć czyhających na nich łowców, mimo to stos w nowym obozie był niemal ciągle urozmaicony, dzięki czemu każdy mógł sobie wybrać odpowiedni kąsek dla siebie. Niedawno jeszcze miało miejsce mianowanie Gasnącej Łapy na wojownika, więc teraz kocury mogły o wiele więcej czasu spędzać razem — oczywiście biorąc pod uwagę fakt, iż młodszy z nich miał ciągle do wytrenowania ucznia. Choć niedługo powinien pomyśleć nad pójściem do Zawodzącej Gwiazdy i poinformowaniem, że Bursztynowa Łapa jest gotowy na zostanie wojownikiem.
Powoli na niebie wspinało się słońce, zbliżając się do momentu swojego szczytowania na błękitnym sklepieniu ponad głowami Burzaków, którzy z różnych powodu opuścili podziemny system korytarzy i jaskiń, do których się przenieśli niedługo przed początkiem ostatniej pory nagich drzew. Zielonooki wojownik czuł, jak promienie Wysokiego Słońca przebijają się przez warstwę chmur i padają prosto na jego ciemny grzbiet. Z kolejnym sezonem kocur zapewne będzie unikał tej konkretnej pory dnia, jeśli ta za niedługo okaże się równie bezlitosna, co zwykle w czasie zielonych liści. Teraz jednak nie miał powodu się tym przejmować, gdyż jeszcze czasu do tego było oraz tuż u jego boku kroczył pewien kremowy wojownik. Szakłak, kiedy tylko spostrzegł Skrzydlatą Płomykówkę w obozie, niemal wybłagał ją o wspólny patrol z Gasnącą Prawdą. Srebrna jedynie jakby w rozbawieniu przewróciła oczami, zgadzając się na prośbę przyjaciela, który po szybkim podziękowaniu ruszył odnaleźć starszego i zabrać go na spacer. Znaczy się oficjalnie patrol, ale w oczach zielonookiego był to po prostu spacer przez tereny klanu, kiedy mogą być sami bez ciekawskich spojrzeń.
Młodszy nawet nie spostrzegł, gdy dotarli do granicy z Klanem Wilka. W jednej z dawnych rozmów z zastępczynią dowiedział się, że to właśnie w tych okolicach pozostawiono Dzikiego Berberysa. Na samo wspomnienie rudego wygnańca, poczuł, jak wzdłuż kręgosłupa przebiegł mu dreszcz, powodując lekkie uniesienie się sierści w tych okolicach. Starał się nie pokazywać tego po sobie, szczególnie przy Gasnącej Prawdzie, nie chcąc martwić starszego swoimi drobnymi zmartwieniami — w końcu nie musiał wiedzieć, że Poczciwy Szakłak miał okazję z Dzikim Berberysem odbyć mało przyjemną rozmowę o ówczesnej władzy Króliczej Gwiazdy oraz fakcie, że gdyby czarny bardziej zwracał uwagę na klanowe życie, to może udałoby się uniknąć tego całego zamachu na dawnego lidera. Może teraz nie czułby obrzydzenia, kiedy ktoś zdrabnia jego imię. Może Skrzydlata Płomykówka i on nie musieli wydawać osądu na Rudzikowe Skrzydełko. Może jej dzieci nie musiałby od tamtej pory żyć z etykietą ich matki zdrajczyni klanu, obecnej minarki.

Sesja wstrzymana/zakończona

11 sierpnia 2026

Od Niedźwiedziówkowego Pyłu CD. Baśniowej Stokrotki

— Wrócisz do obozu, zapłakana, wystraszona, biedna. Powiesz swojej przywódczyni, że dopóki nie odda Baśniowej Stokrotce swojej rodziny w jej łapy, ty wyjawisz na światło dzienne mały sekrecik. O tym, jak Mandarynkowa Gwiazda wysłała swego zastępcę, by ten zabił MNIE. Wszystko dotarło? — kremowa szepnęła jej do ucha.
Niedźwiedziówka zastrzygła uszami, nieco odpuszczając dotychczasowe targanie się po ziemi. Pokiwała nieznacznie głową, wciąż próbując wydostać się z uścisku włóczęgi. Kiedy ta wreszcie ją puściła, bura zrobiła fikołka do przodu, próbując nie stracić równowagi.
— Dotrzymaj słowa, a będę twoją dłużniczką — dodała Stokrotka, skinąwszy głową. — Ale jak odmówisz, osobiście cię znajdę i uduszę, a flaki będą służyć jako pokarm dla wron.
Pręgowana cofnęła się niepewnie. Odwróciwszy się w stronę kremowej, spojrzała się na nią po raz ostatni, a później zniknęła w krzakach.
— Nim miną trzy wschody słońca, mam was widzieć w Brzozowym Zagajniku! — krzyknęła na odchodne kremowa.
Wojowniczka pędziła już jednak do obozu Klanu Nocy, śmiejąc się pod nosem. Czy właśnie otrzymała szansę, by wprowadzić wśród Nocniaków zamieszanie? Może Baśniowa Stokrotka została jej zesłana przez Marionetkę, która najwidoczniej zaczynała się już nudzić? Zresztą, nieważne, dlaczego akurat pojawiła się w życiu Niedźwiedziówkowego Pyłu. Liczyło się tylko to, że bura mogła teraz udać się do Mandarynkowej Gwiazdy i zgrywać przerażoną, a także szczerze przejętą jej reputacją.
Może w ten sposób uda jej się nieco zyskać w oczach srebrzystej liderki? W końcu właśnie na tym najbardziej jej zależało. Chciała być lubiana. Chciała piąć się w hierarchii. Chciała znajdować się jak najbliżej rodu! Jej największym marzeniem było posiadanie na czole krwistego znaku, choć zdawała sobie sprawę, że było to raczej niemożliwe. Nie urodziła się przecież jako potomkini rodu, a nie wiedziała nawet, czy gdyby poślubiła jakiegoś księcia, otrzymałaby znak lotosu, czy też nie.
W każdym razie nie mogła teraz myśleć o rodzie. Miała ważniejszą sprawę do załatwienia!
Gdy znalazła się bliżej obozu, przyspieszyła, a także położyła po sobie uszy i wygięła pysk w wystraszonym grymasie. Obserwowała, jak z każdym susem azyl stawał się coraz większy. W klatce piersiowej czuła bicie własnego serca, które zachowywało się, jakby miało zaraz wyrwać się na świat zewnętrzny. Jej łapy paliły ze zmęczenia po przebiegnięciu takiego kawału terenów, a w oczy wiał silny wiatr, który je podrażniał i sprawiał, że wydawały się zaszklone.
Gdy Niedźwiedziówka wtargnęła do obozu, od razu skierowała się w stronę legowiska przywódczyni, nim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać. Udało jej się stanąć tuż przed Mandarynkową Gwiazdą, oddychając ciężko. Chwilę później dogonił ją Żmijowcowa Wić, któremu wcześniej nie udało się zatrzymać wojowniczki.
— Mandarynkowa Gwiazdo! — wydukała Niedźwiedziówka, wbijając pazury w ziemię na wypadek, gdyby strażnik chciał odciągnąć ją stąd siłą. — Mam do ciebie sprawę… — wyjaśniła, po czym spojrzała na Żmijowcową Wić błagalnym wzrokiem, prosząc, by dał jej przeprowadzić rozmowę z liderką.
Przywódczyni wyrwana z rozmyślań patrzyła nierozumiejącym wzrokiem to na Niedźwiedziówkę, to na Żmijowca.
Brak sprzeciwu bura odebrała jako pozwolenie na kontynuowanie rozmowy. Rozluźniła się nieco, starając się wyrównać oddech, nim zacznie przemawiać do Mandarynkowej Gwiazdy. Żmijowcowa Wić, który jeszcze przed chwilą stał niebezpiecznie blisko niej, teraz odsunął się nieco, wciąż jednak obserwując wojowniczkę podejrzliwym wzrokiem.
Ta postanowiła go zignorować, skupiając całą swoją uwagę na liderce.
— Gdy byłam na spacerze… zaatakowała mnie dwójka samotników! — wydusiła drżącym głosem. — Zemdlałam… a kiedy się obudziłam, byłam na gałęzi. Było już ciemno. Oni… oni mi zagrozili… — urwała, z trudem przełykając ślinę. Spojrzała Mandarynkowej Gwieździe prosto w oczy. — To znaczy… jedna samotniczka przedstawiła się jako Baśniowa Stokrotka. Powiedziała, że masz oddać jej całą jej rodzinę. Bo jeśli tego nie zrobisz… cały Klan Nocy pozna jakiś twój… sekret — wyjaśniła, kładąc po sobie uszy.
Mandarynka przetarła pysk łapą.
— Po kolei, Niedźwiedziówkowy Pyle — miauknęła zaspana.
Bura strzepnęła ogonem z nerwów, patrząc na srebrzystą ze zmęczonym wyrazem pyska.
— Przepraszam, Mandarynkowa Gwiazdo, że nachodzę cię tak późno w nocy. Chciałam tylko przekazać, że za dnia uprowadziła mnie samotniczka o imieniu Baśniowa Stokrotka razem z jakimś kocurem. Zażądali, żebym przekazała ci wiadomość. Masz oddać im ich rodzinę. Powiedzieli też, że jeśli tego nie zrobisz, cały klan dowie się o jakimś twoim sekrecie — miauknęła, starając się zachować spokój i brzmieć jak najbardziej neutralnie.
Liderka patrzyła na kotkę, jakby zobaczyła ducha.
— Jak wyglądał ten kocur? — zapytała.
Niedźwiedziówka zamilkła na chwilę, próbując przypomnieć sobie wygląd drugiego porywacza.
— Nie widziałam zbyt wiele. Pod osłoną nocy ciężko było dostrzec kolory ich futer. Jestem jednak niemal pewna, że ten kocur miał ciemną sierść, a jego oczy były… chyba brązowe — wyjaśniła, po czym zastrzygła uchem. — Znasz ich, Mandarynkowa Gwiazdo? — dodała zaniepokojona.
— Nieważne — ucięła liderka. — Wiadomo, gdzie przebywają?
Bura wzruszyła ramionami.
— Nie wiem. Było ciemno, a ja nie pamiętam zbyt dobrze, gdzie dokładnie mnie dopadli. Zakładam jednak, że dałoby się ich odszukać po zapachu. Tylko pewnie już dawno opuścili tereny Klanu Nocy… — mruknęła, spuszczając wzrok na łapy. Dopiero po chwili wzięła głęboki wdech i uniosła lekko brodę. — Czy oni… mogliby napaść na obóz Nocniaków? — spytała ciszej. — Wydają się jacyś… psychiczni! — dodała, a w jej głosie ponownie pojawiło się zaniepokojenie.
— Są zbyt słabi — mruknęła. — Inaczej już próbowaliby to zrobić. To niegodziwe tchórze — skomentowała pogardliwie. — Zanim cokolwiek zrobię, będę musiała znaleźć miejsce ich pobytu — zastanawiała się na głos.
Niedźwiedziówkowy Pył nie wiedziała, czy powinna zostawić już Mandarynkową Gwiazdę w spokoju, czy może kontynuować rozmowę. Była ciekawa tego, jak potoczy się cała sytuacja i jaki los ostatecznie spotka rodzinę kremowej samotniczki.
— Jestem w stanie wziąć udział w poszukiwaniach tej dwójki — oznajmiła, chcąc jeszcze w jakiś sposób przydać się w tej sprawie. — Lecz one, jak mniemam, odbędą się dopiero z samego rana. Nie chcę ci przeszkadzać, Mandarynkowa Gwiazdo, więc jeśli pozwolisz, udam się już do legowiska. Chyba że masz jeszcze jakieś pytania — miauknęła, pochylając przed liderką głowę, by okazać jej szacunek.
Srebrzysta kocica westchnęła ciężko przez to wszystko.
— Nie, to tyle… dziękuję Niedźwiedziówkowy Pyle. I tak, chętnie przydzielę cię do grupy poszukiwawczej. Możesz iść.
Bura ruszyła już do wyjścia, a za nią podążył Żmijowcowa Wić. Nim jednak zdążyła postawić choćby jeden krok poza legowiskiem liderki, przypomniały jej się słowa, które Baśniowa Stokrotka wykrzyczała za nią, gdy ta zaczynała swój bieg w stronę azylu.
Niedźwiedziówkowy Pył zatrzymała się i odwróciła głowę w stronę Mandarynkowej Gwiazdy.
— Ta samotniczka… wspomniała też, że mamy przyprowadzić jej rodzinę za trzy wschody słońca do Brzozowego Zagajnika — miauknęła.
— Czyli musimy działać szybko — stwierdziła przywódczyni. — Wybrali sobie miejsce dziwnie oddalone od granicy… Poszukiwania śladów zapachowych zaczniecie jutro od tamtego miejsca. Jeśli nic nie znajdziecie, zostawimy tam wiadomość.
Wojowniczka skinęła głową, po czym wyszła na zewnątrz, odprowadzona przez Żmijowcową Wić. Następnie skierowała się prosto do legowiska wojowników, by ułożyć się na swoim posłaniu i jak najszybciej zasnąć. Nie chciała przecież być półprzytomna podczas poszukiwań. Wtedy ktoś mógłby jeszcze pomyśleć, że celowo próbuje je sabotować! A przecież nie zamierzała tego robić… prawda?

* * *

Z samego rana Mandarynkowa Gwiazda wyznaczyła patrol, który miał odnaleźć jakiś trop Baśniowej Stokrotki i jej przydupasa. Na jego czele rzecz jasna stała Niedźwiedziówkowy Pył, a oprócz niej zostali wybrani także Czosnkowa Krewetka i Morszczynowy Wąs. Bura wiedziała, że raczej niczego nie uda im się znaleźć. Przez noc było całkiem wietrznie i pewnie zapach, który pozostawiła po sobie dwójka samotników, już dawno ulotnił się z terenów Klanu Nocy. Mimo to musiała co najmniej udawać, że jest niezwykle zaangażowana w poszukiwania i czujna. Nie chciała w końcu, by liderka uznała, że nie martwi się o jej interesy. Bo przecież się martwiła. I to bardzo. A to tylko dlatego, że może w przyszłości do czegoś będzie jej potrzebna łaska przywódczyni. Do czego? Jeszcze nie wiedziała, lecz w głowie miała już kilka pomysłów…
Po jakimś czasie w końcu trójka kotów wyruszyła z azylu. Buraska wysunęła się na sam przód, zostawiając swoich kompanów w tyle. Uszy miała postawione wysoko, a nos pracował jej o stokroć ciężej niż u jakiegokolwiek psa. W jej oczach błyszczała determinacja, choć w głębi była ona sztuczna, a ogon wymachiwał ze skupienia na boki.
— Dokąd idziemy najpierw? — zapytała szylkretowa kotka. — Mandarynkowa Gwiazda mówiła, że mamy zacząć od przeszukania Brzozowego Zagajnika, ale jak na razie się do niego nie przybliżamy. Czy ty na pewno wiesz, gdzie idziesz? — dodała, co sprawiło, że Niedźwiedziówka zatrzymała się gwałtownie i zwróciła w stronę Czosnkowej Krewetki z niezadowolonym wyrazem pyska.
— Słuchaj, to ja zostałam wzięta jako zakładniczka, a nie ty, więc wiem lepiej, gdzie ich szukać — odburknęła, tym samym uciszając szylkretową wojowniczkę.
Kontynuowali swoją podróż, lecz gdy wreszcie dotarli w okolice, w których Niedźwiedziówkowy Pył została porwana, nie było już ani śladu po Baśniowej Stokrotce i burym kocurze. W powietrzu można było wyczuć jedynie ich nikłą woń, która nie prowadziła jednak nigdzie dalej.
— No i po co nam było przychodzić tutaj? — odezwał się Morszczynowy Wąs, widocznie niezbyt zadowolony z faktu, że musiał ruszać się z obozu na patrol poszukiwawczy z dwiema kotkami. Zresztą, on zawsze był gburem. Niedźwiedziówka przewróciła oczami na jego słowa.
— Mówię wam, że tu się obudziłam i tu ich ostatnio widziałam! Jeśli skądś miałby prowadzić ich trop, to właśnie stąd. To nie moja wina, że była straszna wichura. Ja nie kontroluję pogody — stwierdziła, robiąc nadąsaną minę. — Teraz możemy iść do Brzozowego Zagajnika, ale nie sądzę, by było tam coś przydatnego. W końcu dopiero mamy odstawić tam rodzinę tej samotniczki za kilka wschodów słońca. Nie mówiła mi, że ma się tam znaleźć jakaś wskazówka — oznajmiła, wzruszając ramionami.
Czosnkowa Krewetka strzepnęła ogonem i pokręciła łebkiem.
— Tak rozkazała nam Mandarynkowa Gwiazda, więc tak musimy zrobić! — upomniała buraskę.
Pręgowana od razu spochmurniała.
— No przecież wiem! Nigdy w życiu nie zlekceważyłabym rozkazu naszej przywódczyni, Czosnkowa Krewetko. Bardzo ją szanuję i jestem jej wdzięczna za to, że użyczyła mi schronienia w swoim klanie. Jestem jej za to dłużna do końca swoich dni i nie wiem, jak mogłaś pomyśleć, że mogłabym tak zignorować jej prośby — oznajmiła starsza, głęboko urażona słowami swojej towarzyszki na patrolu.
— A mogłybyście przestać się kłócić? Mamy zadanie do wykonania i nie zamierzam słuchać waszych dyskusji — wtrącił się Morszczynowy Wąs, na co obie kotki jedynie burknęły coś pod nosami i zaraz zaczęły zmierzać w stronę Brzozowego Zagajnika.
Gdy cała trójka tam dotarła, zaczęli przeszukiwać to miejsce. Niedźwiedziówkowy Pył sprawdzała każdy kamyczek, czy nic się pod nim nie kryje, i obwąchiwała każde źdźbło trawy. Jakiś czas później grupka, która niedawno się rozdzieliła, spotkała się znowu, tym razem z niezadowolonymi wyrazami pyska.
— Mi niestety nie udało się nic znaleźć, choć szukałam bardzo dokładnie. Z tego wynika, że Baśniowa Stokrotka i jej przydupas nie zostawili nam żadnych śladów. Musimy poczekać, aż miną trzy wschody słońca — ogłosiła bura kocica.
— No, ja również nic nie znalazłam… — dodała Czosnkowa Krewetka.
Morszczynowy Wąs nie odezwał się do nich słowem, lecz nie wyglądał, jakby miał im coś ważnego do przekazania. Najpewniej jego poszukiwania również zakończyły się fiaskiem.
— To przykre, że nie mamy dobrych wieści dla Mandarynkowej Gwiazdy — westchnęła pręgowana, po czym sfrustrowana i zawiedziona ruszyła w stronę obozu Klanu Nocy, nie czekając nawet na swoich pobratymców.

Koniec sesji

Od Baśniowej Stokrotki do Niedźwiedziówkowego Pyłu

Zielonkawy liść musnął konar drzewa, lądując na grzbiecie kremowej samotniczki. Stokrotka pośpiesznie strzepnęła go z siebie, dekoncentrując się przy tym na polowaniu. Wiatr mierzwił raz po raz jej futro czy wibrysy. Cisza w dennym lesie była tak głośna, że nawet kotka mogła usłyszeć ciche krążenie krwi w jej uchu. Jej klatka piersiowa opadała mozolnie, a nabranie jednego wdechu było trudne. Całe ciało kocicy było w opatrunkach, oblepione pajęczynami i wszystkim, czym tylko się dało, byle by zakryć głębokie otwory, których nie zagoiliby nawet najlepsi medycy. Odruchowo samotniczka trzepnęła ogonem o ziemię, próbując odwrócić uwagę zwierzyny od ucieczki. Maleńki drozd pazurkami zaczął skrobać o orzecha, próbując go rozłupać. Kot bezgłośnie zasyczał, bezszelestnie skradając się do ofiary, naprężając mięśnie i starając się nie nadepnąć na pojedynczą gałązkę. Z trudem kocica zgięła się w łuk, chcąc doskoczyć do ptaszka. Kiedy jej łapy oderwały się od ziemi, malutkie ślepka drozda powoli zaczęły się zmniejszać, jego dzióbek otworzył się, a z niego wydobył się głośny pisk. Kremowo-różowe szpony uniosły się w górę, a brązowe skrzydła zatrzepotały w powietrzu. Cielsko włóczęgi z hukiem uderzyło o kamienie, a Baśniowa Stokrotka otworzyła pysk, mając ochotę spłoszyć całą zwierzynę w lesie, żeby być jeszcze sprawną. Kolejna zwierzyna uciekła jej w popłochu, a ta zawiedziona spuściła uszy w dół. Nakrapiane piórko drozda poszybowało w dół, delikatnie opadając na różowym nosie pręgowanej. Stokrotka z zażenowaniem podniosła łeb, łapiąc się o korę drzewa, żeby złapać równowagę. Z gardła kotki zaczął wydobywać się chropowaty dźwięk, jakby ta miała zwrócić kłaczek, ale z jej pyska wyleciała czerwona, lepka, szkarłatna ciecz, która wylewała się po kamieniach jak woda z wodospadu. Kiedy ostatnia kropla zleciała z jej podbródka, ta otarła pysk łapą i w napięciu odwróciła się, kierując się w stronę wąwozu. Bicolorka nie była w pełni sprawna. Dryfująca Bulwa z obawy o jej zdrowie zakazał jej polować, a nawet samodzielnie wychodzić z ich schronu, ale co mogło się jej stać. Pręgowana nie miała większego zamiaru dłużej zostawać w tej jaskini, bo czuła się tam nieswojo. Przez kilkanaście księżyców wychowywała, uczyła i żyła w Klanie Nocy. A teraz pozostało jej picie z brudnych kałuż i jedzenie tego, co wpadnie w jej łapy.
Kiedy zza drzew wyłoniła się werwa i ujście do jaskiń, Stokrotka westchnęła i oparła się ramieniem o drzewo. Przymrużyła oczy, próbując znaleźć wzrokiem zmartwionego Bulwę, ale nawet tego nie potrafiła zrobić. Zrezygnowana wyprostowała się i spojrzała na sam dół dziury. Pomachała zdeterminowana ogonem i pewnym krokiem zaczęła iść po wąskiej ścieżce na sam dół. Gdzieś w jej gardle miała uczucie, jakby miała gulę, którą próbowała przełknąć, ale z jakiegoś powodu ona dalej tam zostawała. Jej łapy w końcu dotknęły maleńkich drobinek ziemi i szorstkiej gleby, która spowijała większość terenu, który był dalszym ujściem do jaskini. Stokrotka rozejrzała się po ujściu, ale nikogo tam nie zastała. Pręgowana zamruczała pod nosem, dalej stawiając kroki w kierunku legowiska Chrząszcza. Dymny medyk coraz to rzadziej przychodził do swojego legowiska, jedynie po jedzenie i dalsze opatrywanie ran Stokrotki. Z ostrych i wilgotnych stalaktytów zaczęły spływać przejrzyste kropelki wody, które tworzyły kałuże. Baśniowa Stokrotka stanęła u progu groty, przymrużając oczy i próbując przyzwyczaić się do mroku i ciemności, które tam były. Kocica miała wrażenie, że w ciemności czają się nietoperze, albo bezwzględne lisy, których rude futro mogło mienić się w świetle słońca jak ogień. Kremowa przełknęła ślinę i oparła się o ściany jaskini, brnąc dalej. Jej kremowe futro stawało się cięższe z wilgocią, która unosiła się w powietrzu. Gdzieś dalej rozległ się szmer i stukot łap, które mogły należeć do dymnego włóczęgi.
— Ach, to ty — wymruczał Chrząszcz. Jego krótkie futro owiło się w ciemnościach, przez co kocica mogła zauważyć tylko jego żółte oczy. Kocurek prześlizgnął się za Stokrotkę i rozejrzał się po korytarzu. — Ktoś za tobą szedł? — wysyczał dymny kocurek. Baśniowa Stokrotka zdumiona pokręciła łbem, zmniejszając źrenice.
Krótkowłosy poprowadził kocicę do bladego światła, pokazując jej ciało królika z urwanymi uszami i wydłubanymi oczami.
— To drapieżnik! Jestem pewien — wysyczał wściekle. Kremowa zdezorientowana powąchała martwą ofiarę, czując zwietrzały zapach kota. Zmarszczyła niepewnie nos, mając w głowie tlące się złe przeczucia.
— Jesteś pewien? Może był na tyle stary, że skisł na miejscu, a ptaki zrobiły resztę — rzuciła. Pręgowany pokręcił głową, przyglądając się zwierzątku.
— Odchodzę — wymruczał w końcu. — Wszystkie zioła przeniosłem już do innego legowiska, daleko stąd. Niebieskie oczy Stokrotki rozszerzyły się, próbując zrozumieć, co ten przed chwilą powiedział.
— Nie możesz! Moje rany się w pełni nie zagoiły, zamierzasz nas tak zostawić? — warknęła przez zęby. Chrząszcz podejrzliwie spojrzał się w jej kierunku, zagarniając królika do siebie.
— Trzeba było o tym myśleć wcześniej — fuknął kocurek, wzruszając ramionami. Minął samotniczkę, wychodząc z jaskini.
Bicolorka westchnęła, zaciskając mocniej paluchy przy ziemi. Kocica dalej odczuwała bolesne rany po walce, a teraz nikt nie mógł jej leczyć. Baśniowa Stokrotka zebrała się z miejsca, zostawiając jaskinię pustą, z tajemniczym królikiem na półce skalnej. Wyjście z wąwozu samemu było bardzo trudne, zwłaszcza że nie było przy niej Dryfującej Bulwy. No właśnie, a gdzież on się podziewał? Zirytowana wojowniczka wspięła się po kamieniach, próbując wywęszyć odór, który niósł się od burego kocura. Światło sączyło się między gałęziami w długich, chłodnych smugach, które przecinały leśne runo i zatrzymywały się na kremowej sierści Stokrotki, kiedy ta z trudem wynurzyła się z wąwozu. Każdy jej krok pozostawiał za sobą lekko rozgarniętą ziemię i ślad, który zbyt łatwo mógł zostać odnaleziony przez kogoś, kto wiedział, czego szuka. Jej łapy drżały ledwie zauważalnie, lecz nie zatrzymała się ani razu, bo napięcie, które narastało w jej wnętrzu, było silniejsze niż ból rozlewający się pod opatrunkami, a zapach wilgoci i kamienia powoli ustępował miejsca znajomemu zapachowi lasu, który kiedyś znała tak dobrze, że potrafiła poruszać się w nim z zamkniętymi oczami. Stokrotka uniosła łeb wyżej, przymykając oczy, kiedy wiatr poruszył jej wibrysami, a wtedy poczuła coś, co natychmiast ściągnęło ją z powrotem do rzeczywistości: ciężki, ziemisty zapach, który znała aż za dobrze, nawet jeśli próbował ukryć się pod warstwą świeżego powietrza. Nie zastanawiała się długo, bo jej ciało samo podjęło decyzję, zanim zdążyła ją w pełni uformować w myślach. Ruszyła w głąb lasu, pozwalając, by trop prowadził ją między drzewami, które zdawały się zbliżać do siebie z każdym kolejnym krokiem. Bury stał pośród niskich krzewów, jego sylwetka była napięta, a ogon poruszał się powoli, zdradzając skupienie, które przerwał dopiero dźwięk jej kroków. Kocur uniósł głowę i spojrzał wprost na nią, jakby od dawna wiedział, że się pojawi.
— Baśniowa Stokrotko! — miauknął, a w jego głosie pojawiło się coś pomiędzy ulgą a irytacją, której nie próbował nawet ukryć. — Coś się stało? Dobrze wiesz, że Chrząszcz kazał ci nie wychodzić — dodał gniewnym tonem. Kremowa zwolniła dopiero tuż przed nim, a jej klatka piersiowa unosiła się nierówno, jakby każdy oddech był walką, której nie chciała przegrać przy nim.
— Chrząszcz… On znalazł inny dom, nie dokończy leczenia — odpowiedziała bez zbędnych słów. Bulwa zmarszczył lekko nos, a jego spojrzenie natychmiast się wyostrzyło.
— Jak to odszedł? — prychnął. Stokrotka odwróciła na moment wzrok, jakby obraz pustej jaskini wciąż stał jej przed oczami.
— Zabrał zioła, przeniósł wszystko, nawet te prochy z kurzu — powiedziała wolniej. Bulwa przez chwilę milczał, jakby próbował to poukładać, a jego ogon znieruchomiał całkowicie.
— Twoje rany nawet się nie zamknęły — mruknął w końcu, przyglądając się jej uważnie, zbyt uważnie, jakby dopiero teraz widział, w jakim jest stanie. Stokrotka uniosła lekko podbródek, mimo że ból natychmiast przeszył jej ciało.
— Uch! Nie rozumiesz, musimy tam wrócić! — rzuciła kremowa. Jego spojrzenie natychmiast się zmieniło, a oczy powędrowały w kierunku jej oczu.
— Do Klanu Nocy? — zapytał, a w jego głosie pojawiło się niedowierzanie.
— Nie rozumiesz? Zbyt pochopnie oceniliśmy sytuację! Musimy wrócić po Porywisty Sztorm i Trzcinowy Szmer — wymruczała z nutą desperacji w głosie. Bulwa prychnął cicho, robiąc krok bliżej, a jego cień padł na nią, jakby próbował ją zatrzymać samą swoją obecnością.
—Chcesz tam wejść i wyjść. Ba! Nawet dla mnie nie ma to sensu — powiedział, przewracając oczami. Stokrotka przez chwilę nic nie mówiła, lecz jej ogon poruszył się nisko przy ziemi, zdradzając napięcie, którego nie chciała pokazać.
— Muszę spróbować, idziesz ze mną, lub beze mnie — fuknęła, odwracając się od partnera.
“Zbyt ostro wystartowałam? Nie! Powinien wiedzieć, na czym stoimy” — oburzyła się. Ujście do jaśniejszej strony lasu, gdzie krzyżowały się tereny pomiędzy terenami niczyimi a Klanem Nocy, było widoczne, wciąż oznaczone stojącymi stokrotkami, ze wbitymi łuskami kotów. Stokrotka myślała, że byli dalej od wrogiego klanu, ale nawet to było złudne. Baśniowa Stokrotka dała nura w paprocie, czując odległe zapachy i inne widzimisię, jakie Mandarynkowa Gwiazda pozostawiła na swoich granicach. Bury ruszył tuż za nią, wpychając się w jej ogon.
Kiedy starsi przepychali się w krzakach, gdzieś zza drzew rozległ się cichy szmer, który przyprawił ich o szybsze bicie serca. Stokrotka nie poznawała tego miejsca, bo trochę czasu upłynęło, nim znowu wróciła na tereny Klanu Nocy. Najwidoczniej była gdzieś niedaleko wodospadu, który niegdyś zwiedzała. W jej uszy uderzał odgłos wody, która uderzała o kamienie. Wtedy się rozpoczęło. Bażant wybiegł z paproci, głośno gulgocząc, a za ptaszyskiem pomknęła kotka, nieco młodsza niż oni. Pręgowana dogoniła bażanta, łapiąc go za jego szyję i rozcinając mu brzuch. Dryfująca Bulwa z obrzydzeniem i zażenowaniem zakrył łapą głowę, a Baśniowa Stokrotka westchnęła.
— Popisy… — szepnęła. Prędko przeskoczyła w inne krzewy, co wywołało niestety głośniejszy dźwięk, niż to sobie wyobrażała. Kocica zaintrygowana zostawiła ptaszysko, odpychając je na bok. Jej wibrysy drgnęły, a ta postawiła pierwsze, nieco niepewnie kroki w kierunku kryjówki Stokrotki. Z pola widzenia kremowej zniknął Bulwa, czyżby stchórzył? Kiedy czarna nieznajoma była jeden ogon lisa dalej, samotniczka miała ochotę zapaść się pod ziemię. Wtedy nad jej głową rozległ się wrzask, który spłoszył najbliższą zwierzynę w lesie. Zdezorientowana pręgowana wyjrzała zza paproci i tam ujrzała Dryfującą Bulwę, stojącego nad ciałem kota.
— Mdleje! Czekaj, nie żyje! Weź coś… Co robimy?! — pisnął Bulwa. Bury schował pysk w łapach, próbując uniknąć wzroku Stokrotki na sobie.
— Jak co? No łap ją! — syknęła.
— Za co? — Kocur zdezorientowany pokręcił łbem, łapiąc kotkę za ogon.
— Nie za to! Za łapy! — Kremowa puknęła łapą głowę partnera, czując irytację. Bulwa pociągnął za pierwszą łapę, rozglądając się po bokach, myśląc, gdzie mógłby ją zostawić.
Zrezygnowana bicolorka wskazała buremu drzewo, a dokładnie gałąź. Ten westchnął, próbując ciało wygięte w łuk powiesić na gałęzi. Kremowa niepewnie zmarszczyła czoło, próbując ułożyć w głowie plan, który ocali jej dzieci.

***

Na czarnym jak smoła niebie, wyłonił się księżyc, który swym blaskiem oświetlił kawałek lasu, w którym znajdowali się porywacze pręgowanej kocicy. Samotnicy sami nie wiedzieli jak ją nazywać, jednak byli pewni, że pochodzi z Klanu Nocy, bo z jej futra unosił się odór ryb i niektórych jego członków. Czarna kocica powoli zamrugała powiekami, otwierając oczy, próbując pojąć, co się dzieje dookoła niej.
— Halo, halo, ktoś tu jest? Wielki straszny morderca zawitał! — krzyknęła kremowa samotniczka. Stanęła za drzewem, na którym znajdowała się kotka, by w razie niedogodzeń i humorzastych zachowań kotki temu zaradzić. Zdanie rozniosło się echem po lesie, co miało dodać mroczniejszego klimatu.
— Gdzie ja jestem? Wahh, puszczaj mnie, miernoto, ćwoku! — wysyczała bura przez zęby, próbując dosięgnąć swoich tylnych łap. Bulwa z przemęczenia sam puścił, próbując złapać oddech. Zażenowana Stokrotka złapała się łapą za głowę, próbując przybrać poważny wyraz pyska. Kiedy czarna kocica upadła na cztery łapy i doszła do siebie, podejrzliwie spojrzała w stronę miejsca, gdzie rzekomo można było dojrzeć Baśniową Stokrotkę.
— Morrrdercy, czego tu szukacie? — rzuciła wojowniczka, mrucząc pod nosem.
— Czego tu szukamy? — odparła Stokrotka z oburzeniem. — To mój dom, och, skarbie… Taka młoda, silna a wyrachowania wciąż brak, niczego was w tej kupie sterty i rozpaczy nie uczą? — miauknęła, liżąc się po piersi.
— Nie odpowiedziałaś mi na pytanie — warknęła.
— My tu? Wybacz, zapomniałam, o czym gadamy, ale wiem, o czym możemy pogadać — powiedziała Stokrotka. Kiedy pręgowana wojowniczka była już w pozycji do skoku na kotkę, ta rzuciła się na nią od tyłu, przygniatając ją do ziemi. Zniżyła swój ton głosu oraz opuściła pysk do jej ucha, by ta nie miała wątpliwości, co bicolorka do niej mówi.
— Wrócisz do obozu, zapłakana, wystraszona, biedna. Powiesz swojej przywódczyni, że dopóki nie odda Baśniowej Stokrotce swojej rodziny w jej łapy, ty wyjawisz na światło dzienne mały sekrecik. O tym, jak Mandarynkowa Gwiazda wysłała swego zastępcę, by ten zabił MNIE. Wszystko dotarło? — kremowa szepnęła jej do ucha.
Niedźwiedziówka zastrzygła uszami, nieco odpuszczając dotychczasowe targanie się po ziemi. Pokiwała nieznacznie głową, wciąż próbując wydostać się z uścisku włóczęgi. Kiedy ta wreszcie ją puściła, bura zrobiła fikołka do przodu, próbując nie stracić równowagi.
— Dotrzymaj słowa, a będę twoją dłużniczką — dodała Stokrotka, skinąwszy głową. — Ale jak odmówisz, osobiście cię znajdę i uduszę, a flaki będą służyć jako pokarm dla wron.
Pręgowana cofnęła się niepewnie. Odwróciwszy się w stronę kremowej, spojrzała się na nią po raz ostatni, a później zniknęła w krzakach.
— Nim miną trzy wschody słońca, mam was widzieć w Brzozowym Zagajniku! — krzyknęła na odchodne kremowa.

<Niedźwiedziówko?>

Od Wełnianki CD. Fiołka

Wełnianka była nieco zbita z tropu potokiem słów, który opuścił przed chwilą pyszczek jej nowej koleżanki. Przez chwilę patrzyła tylko na nią z głupią miną, mrugając. Och, ona też by chciała mówić tak zwinnie, tak sprawnie, jak Fiołek! To musiało być wspaniałe. Bardzo chciałaby wiedzieć, jak to jest… Czy to przychodziło koteczce naturalnie? A może musiała się postarać?
Biało-ruda trzepnęła łebkiem, rozpędzając kłębiącą się w jej główce chmarę myśli.
— Jasne! Możemy pobawić się w ganianego, dobrze? — spytała, na co szylkretka entuzjastycznie pokiwała głową, uśmiechając się szeroko.
Obie radośnie wybiegły przed żłobek, zatrzymując się na mokrej, świeżo zroszonej deszczem ziemi, niemal wpadając do pobliskiej kałuży. Podobne do niej mikro-źródełka pokrywały teraz całą okolicę. Woda wypełniała każde zagłębienie, jakie tylko mogła, zmieniając obozowe podłoże w bagnistą papkę. Idealne warunki dla dwóch niesfornych kociąt.
Wełnianka zrobiła nikczemną minę, klepiąc Fiołek w bok ciała.
— Ty gonisz! — miauknęła wesoło.
Czym prędzej rzuciła się do ucieczki, korzystając z chwili zdezorientowania swojej towarzyszki. Szybko jednak poczuła, że druga koteczka biegła tuż za nią, ewidentnie wykazując się większą zwinnością i prędkością niż ona. Ostatecznie zdołała ją dopaść po kilkunastu uderzeniach serca, szybko zawracając, aby samej nie paść ofiarą zemsty biało-rudej. Wełnianka ruszyła w pogoń, kilka razy ledwie unikając poślizgnięcia się na mokrym błocie. W pewnym momencie jej to jednak nie wyszło — jedną łapką wpadła w kałużową dziurę, tracąc równowagę i czystym ślizgiem wpadając wprost w Fiołek, tym samym ją przewracając. Obie zatrzymały się tuż obok żłobka, częściowo zanurzone w mulistej wodzie, całe umorusane błotem, gliną i brudem. Po chwili bezczynnego leżenia spojrzały na siebie zdezorientowane. Fiołek momentalnie wybuchła śmiechem, a Wełnianka zaraz do niej dołączyła, ciesząc się, że ta nie była zła ze względu na ten mały wypadek. Podniosła się, otrzepując się z gęstej ziemi, po czym wsparła koleżankę w tym samym.
— Wybacz za to — mruknęła, chociaż widziała po zachowaniu drugiej koteczki, że ta nie chowała do niej urazy.
— Nie ma sprawy! Było i tak fajnie! Śmiesznie się poślizgnęłaś… Nie wiedziałam, co zrobić! Wpadłaś na mnie tak szybko, to było tylko “zium” i obie leżałyśmy!
— Tak. — Wełnianka pokiwała łebkiem, wciąż się uśmiechając. — Jesteś bardzo szybka, wiesz? W ogóle nie mogłam cię… no, złapać. — Zakłopotana niedoborem słownictwa położyła po sobie uszy, chwilowo odwracając wzrok od towarzyszki, wbijając go w podłoże, gdy obie przekroczyły znowu próg kociarni. Czy ona myślała, że jest dziwna? Pewnie tak… Sama tak pięknie wszystko mówiła, och! Gdyby tylko ona tak potrafiła…
Po chwili podniosła jednak główkę, ukradkiem zerkając na szylkretkę.
— Będziesz chciała się pobawić ze mną jutro? — zapytała, przechylając łebek w bok. — Postaram się już więcej na ciebie nie wpadać — dodała po chwili namysłu, szczerząc ząbki.

< Fiołek? >

Od Wełnistej Mszycy CD. Białego Strumienia

*przeszłość*

Albinosy nie miały łatwego życia. Przez swoją wyjątkowość czy też przekleństwo w postaci wrażliwej na promienie słoneczne skóry pokrytej śnieżnobiałą sierścią i oczach w niecodziennych barwach były uznawane za dar od Klanu Gwiazdy przez część burzackiej społeczności. Ci, którzy gorliwie wierzyli w ich połączenie ze Srebrzystą Skórą traktowali je w wyjątkowy sposób, inni wręcz pogardzali nimi, co było słychać w tonie podczas rozmów. Tylko nieliczni traktowali ich w normalny sposób, jak zwyczajnego kota. I na całe szczęście na kogoś takiego trafił jej brat, podczas zgromadzenia. Zaintrygowana słuchała słów Białego Strumienia na temat tajemniczej kocicy, o której wspominał. Jeśli sięgnąć pamięcią, faktycznie, u boku jej brata znajdował się jakiś kot, najprawdopodobniej wspomniana przez Białego klifiaczka.
– Sposób w jakiej o niej mówisz jest piękny – miauknęła przyglądając się bratu uważnie, starając się pochwycić każdą jego emocję wymalowaną na pysku, gdy opowiadał o swojej towarzyszce. To jak w charakterystyczny sposób marszczył nos lub, gdy unosił spojrzenie na gwieździste niebo, wszystko łączyło się w całość z opisem przez niego kotką, która najwidoczniej nie była mu obojętna. – Musisz nas koniecznie ze sobą poznać, Biały Strumieniu. Coś mi mówi, że znajdziemy wspólny język.
Z ogromną przyjemnością chciała poznać klifiaczkę, której udało się zaprzyjaźnić z Białym Strumieniem i której udało się go uszczęśliwić. Wiedziała, że jej brat nie miał zbyt długo bliskich mu kotów w klanie, a tym bardziej pamiętała, jak Burzowe Chmury krytykował kolor oczu własnego ucznia, więc każdy przyjaciel był na wagę złota. Tym bardziej, że udało mu się stworzyć relację z kotką z sojuszniczej społeczności. Nie musiała się o niego niepotrzebnie martwić, tym bardziej, że jej brata nie wiązały żadne przysięgi, gdyby ich przyjaźń zamieniła się w coś więcej.
Cicho parsknęła, żałując, że jej spotkania na zgromadzeniu nie mogły wyglądać tak jak spotkania jej brata. Ile by dała, aby móc porozmawiać z Mglistym Snem bez podejrzliwych burzackich i wilczackich spojrzeń. Tym bardziej teraz, gdy czarny kocur został uznany za uciekiniera i mogła jedynie mieć nadzieję, że uda im się spotkać na granicy.
– Ja również kogoś poznałam, Biały Strumieniu – odezwała się nagle, przenosząc spojrzenie na księżyc. – Dawno temu, gdy byłam jeszcze uczennicą natrafiłam późną porą na młodego wojownika sąsiedniego klanu. Mogłabym powiedzieć o nim dokładnie to samo, co ty o tej kotce ze zgromadzenia – Przeniosła spojrzenie na brata. – Niestety nie będę miała możliwości przedstawienia was sobie nawzajem.

<Biały? to brzmi w sumie jakby sen umarł >

Od Modrogończyka CD. Psianki

Kontynuacja opowiadania, akcja dzieje się w przeszłości

Brązowy kocurek z uśmiechem na swojej mordce słuchał słów siostrzyczki. To z jaką pasją opowiadała o swoim treningu było niczym miód na serce Gończyka. Cieszył się, że treningi łaciatej przebiegają bezproblemowo, podobnie zresztą jak i jego, i że udało jej się znaleźć wspólny język z mentorką. Nie każdy miał to szczęście.
Czy Łza oraz Zew również otrzymają mentorów wspierających ich na ścieżce, którą zdecydowali się obrać? Miał nadzieję, że tak.
– Ale podobno miałeś dla mnie jakiś prezent? – przechyliła głowę z wyraźnym zaciekawieniem. – Jestem naprawdę ciekawa, co takiego udało ci się znaleźć.
Rozpromienił się bardziej, gdy tylko spostrzegł, że udało mu się zainteresować prezentem swoją siostrzyczkę. Miał nadzieję, że ten drobny upominek w postaci kwiatu, po którym Purchawka ją nazwała uszczęśliwi ją. Zastanawiał się czy siostra zdecyduje się zerwać kwiatek i wczepić w swoje futerko, czy jednak otoczy troską i pozwoli cieszyć oko, swoje i innych.
– To prawda. Mam dla ciebie prezent. – oznajmił. – Niestety nie mam go przy sobie. Znajduje się poza obozem, więc będziemy musieli kawałek przejść, aby do niego dotrzeć – Mówiąc to, spojrzał w stronę wyjścia z obozu. – To naprawdę niedaleko... – Nerwowo potarł łapą o podłoże, obawiając się, że Psianka mogłaby się zniechęcić, jednak ku uldze kocica zgodziła się na spacer.
Wspólnie opuścili obozowisko informując spotkanego po drodze Kolendrę o celu ich podróży. Rudy kocur słysząc odpowiedź Gończyka poczochrał go łapą po łebku, mierzwiąc jego futerko. Zwrócił się również do Psianka, wspominając, że taki brat, który myśli o swoim rodzeństwie to skarb. Gończyk lekko się speszył na słowa starszego. Więzy rodzinne wydawały mu się czymś normalnym, więc tym bardziej trzeba było o nie dbać. Nie potrafił zrozumieć kotów, które odwracały się od swoich bliskich czy celowo doprowadzały do kłótni między sobą.
– To my już pójdziemy – zamruczał, dając znać Psiance, że na nich pora. Kolendra wystarczająco długo ich zatrzymał, jednak nie miał mu tego za złe. No może odrobinę. Od rozmowy z zastępcą wolał na własne oczy zobaczyć reakcje siostry na widok kwiatu, po którym otrzymała imię.
Gdy dotarli do krzewów, za którymi kryło się kwiecie, Gończyk poprosił Pisankę o to, aby zamknęła oczy. Złote oczy siostry wpatrywały się w młodego szamana podejrzliwie, aż w końcu kocica wykonała jego prośbę. Pochwyciła ostrożnie końcówkę jego ogona pyskiem, po czym wspólnie zbliżyli się do kwiatu.
– Możesz już otworzyć oczy – ogłosił, stając po przeciwnej stronie rośliny. Przyglądał się z przejęciem Psiance. Musiał zapamiętać jaki wyraz pyska malował się na jej mordce. Radość czy jednak rozczarowanie? Nerwowo poruszył ogonem.
"Życie byłoby prostsze, gdybym nie był małym kłębkiem nerwów."

<Psianka?>

trening szamana – % do meda – ilość słów: 421 

[8%]