BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 14 czerwca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

01 czerwca 2026

Truskawkowe Pole urodziła!

Truskawkowe Pole urodziła dwójkę zdrowych kocurków! 

MIGOT

Opadający Rumianek został adoptowany!

Od Miodowej Łapy CD. Jesionowej Łapy

Nadeszła pora suszy, a wraz z nią skwar tak dotkliwy, że zaczął doskwierać nawet i Miodowej Łapie, która teraz mniej chętnie wychodziła w celu odbycia treningu wraz ze swoim mentorem, Wilczym Skowytem. Szukała dla siebie zawsze zacienionego miejsca, mimo że jej futerko tak pięknie lśniło w ciepłych promieniach słońca, przypominała wręcz sama takie słoneczko. Cień ze strony drzew iglastych niestety nie robił dla Wilczaków wiele, a niektórzy z nich wręcz sami specjalnie rozkładali się na skałach w celu ogrzania kości. Musiała jednak zacisnąć zęby i przeć przed siebie, jeśli chciała pozostać w Klanie Wilka. Doszły ją słuchy już, co działo się z uczniami, którzy od dłuższego czasu zasiadywali na swoim miejscu w legowisku uczniów i… naniosło to do jej serduszka panikę. Jak można było tak po prostu kogoś odesłać? Kogoś, kto dorastał pod twoim czujnym okiem, ktoś, kto był ci bliski od momentu narodzin?
Niebo przestrzelone było wąziutkimi chmurami, a odcień intensywnego błękitu sprawiał, że gdy tylko spoglądała w niebo, oczy zaczynały ją nieco pobolewać, a w pysku wysychało. Trawa uginała się pod łapkami pręgowanej uczennicy. Wielu wojowników pochowało się w legowisku i odpoczywało, zażywając popołudniowej drzemki. W chwilach takich jak te wychodziło na to, że większość wolała polować i wykonywać swoje obowiązki dopiero wtedy, kiedy słońce zajdzie, a jego żarzące promienie przestaną prażyć każdemu uszy. Miodka dostrzegła swoją przyjaciółkę, Jesionową Łapę. Wyglądała na trochę zmęczoną. Ten ukrop z pewnością dawał jej do wiwatu… Podreptała do niej radośnie, a sucha ziemia skrzypiała jej pod poduszkami, zupełnie tak, jak trawa parę uderzeń serca temu.
— Słoneczko, czy chciałabyś może pójść ze mną nad jezioro, ale za dnia? Wykąpałybyśmy się i na pewno byłoby nam lepiej po takim schłodzeniu się — zaproponowała szczęśliwie, a liliowa w odpowiedzi zamyśliła się.
— Musimy zapytać Tygrysią Noc i Wilczy Skowyt. Ale tak, bardzo bym chciała, szczególnie z tobą — wymruczała, ogonem trącając towarzyszkę w bok, gdy jeden ze wspomnianych kocurów przechodził właśnie nieopodal, niczym na zawołanie. Dwójka podeszła do niego pospiesznie, z ogonami uniesionymi wysoko i nadzieją wymalowaną na mordce.
— Wilczy Skowycie, czy możemy pójść, się ochłodzić razem z Jesionową Łapą nad jeziorko? Możesz pójść z nami? I poinformować Tygrysią Noc? — złota zalała swojego mentora masą pytań, co wywołało na jego mordce lekkie zmieszanie, aczkolwiek nie zapowiadało się na to, żeby miał koniecznie im odmówić. Machnął ogonem.
— Hmm… dzisiaj jest rzeczywiście gorąco… — powiedział trochę do siebie. Wreszcie kiwnął głową. — Dobrze. Ale później, jak zajdzie słońce, odrobimy ten trening, żeby dzień nie poszedł na marne. Zgoda? — zaproponował, patrząc na swoją uczennicę.
Miodowa Łapa pisnęła z podekscytowania, a futerko najeżyło jej się niczym owieczce.
— Tak! Oczywiście! — wyświergotała, a jej ogon jakoś sam z siebie poszybował w kierunku barku Jesionki. — Wiedziałam, że się zgodzi! — powiedziała do zielonookiej już, patrząc teraz w jej kierunku. Uczennica odpowiedziała jej pogodnym uśmiechem.
— To teraz tylko ja muszę podpytać Tygrysią Noc, co o tym myśli. Może zabrałby się z nami — dopowiedziała spokojnie, a po tym zaczęła lustrować obóz spojrzeniem. Tygrysia Noc wyruszył na poranny patrol graniczny, dlatego powinien za niedługo wrócić razem z resztą swojej grupy. Miodowa Łapa nie sądziła, żeby miał cokolwiek przeciwko, aczkolwiek zawsze mogło okazać się, że mieli zupełnie inne plany na dzisiejszą naukę, a ona im je właśnie krzyżowała… Pokręciła głową. Nie. Nie robiła nic złego, chciała ochłodzić się i przy okazji spędzić bardzo miły czas z bliskimi jej kotami, w szczególności z Jesionką, jej słoneczkiem. Na myśl o tym jej pyszczek pokrył się delikatnym rumieńcem. Pręguska od jakiegoś czasu zaczęła zagrzewać specjalne miejsce w jej głowie. Złota często sama z siebie łapała się na tym, że rozmyśla o samopoczuciu bliskiej jakoś częściej, niż przedtem. W dodatku podczas każdego swojego wypadu czy treningu zastanawiała się, jak mogłaby sprawić, żeby Jesionka też mogła wziąć w tym udział… Poruszyła spokojnie wąsami, patrząc na pyszczek łaciatej. Gdy nawiązały kontakt wzrokowy, serduszko Miodek jakoś zabiło szybciej. Wyskoczyła przed siebie w kierunku tunelu, ponieważ do jej uszu dotarł dźwięk ugniatanego gruntu, a już po chwili wyłoniło się z niego paru wojowników, w tym rudzielec, którego szukały.
— Tygrysia Nocy! — zawołała i wyhamowała z szurnięciem idealnie przed kocurem. Zielonooki odsunął się odrobinę, jakby zmartwiony, że zderzy się z koteczką.
— Och! Miodowa Łapo, czy coś się stało? Prawie we mnie wbiegłaś… — powiedział, udając urażonego, aczkolwiek jego pysk szybko rozświetliło rozpromienienie. Pachniał leśnymi igłami oraz zapachem granicznym, a razem z nim wybrała się Dyniowa Skórka, Sowi Zmierzch, a także Kamienne Pióro. Miodowa Łapa nie znała ich za dobrze, aczkolwiek nie wyglądali na szczególnie nieprzyjemnych. Nie miała zresztą powodów do podejrzewania ich o coś takiego.
— Czy pójdziesz z nami, Jesionową Łapą i ze mną oraz Wilczym Skowytem nad jeziorko? Chciałybyśmy się ochłodzić, jest strasznie gorąco — poprosiła, robiąc do niego duże oczka. Jesionowa Łapa przystanęła obok, muskając końcówką ogona ten Miodowej Łapy. Pokiwała głową.
— Tak, prosimyyy — dopowiedziała spokojniej od swojej towarzyszki.

***

Chłodne, przyjemne powietrze biło ze strony wody, a ziemia naokoło przylgnęła do szorstkich powierzchni łap całej czwórki. Miodowa Łapa, czując tę nagłą ulgę, miała ochotę położyć się tutaj, w tym błocie i tak sobie poodpoczywać. Jej wzrok jednak przykuły ważki, których tutaj było zadziwiająco dużo. Rechot żab zadźwięczał jej w umyśle echem, momentalnie skupiając całą jej uwagę na sobie. Podreptała bliżej wody i już po ułamku sekundy jedna z żab wskoczyła z powrotem do wody z lilii wodnej, która nieśmiało trzymała się tafli wody, skrzącej się na najróżniejsze kolory, odbijającej jaskrawe promienie słońca. Wędrówka w to miejsce była tego całkowicie warta – teraz mogły się ochłodzić! Wskoczyła do wody, wydając przy tym pisk ekscytacji, niczym malutkie kocię, które pierwszy raz miało do czynienia z czymś nowym, ekscytującym.
— Słoneczko, nie masz odwagi wskoczyć tutaj ze mną! — zawołała, chcąc zaczepić w ten sposób liliową. Nie miała pojęcia, że Wilczaczka nie potrafiła pływać, jakoś domyślnie przyjęła, że będzie wiedziała jak unosić się na wodzie, jak ona… Miodek w domostwie miała kontakt z wodą, aczkolwiek był on rzadki i nie miała jakoś często okazji do tego, żeby się cała zamoczyć. W młodości miała go więcej, dzięki czemu nauczyła się nienagannie pływać, chociaż z pewnością nie byłaby w tym lepsza niż przeciętny kot należący do Klanu Nocy. Złota nie mogła jednak na to narzekać, była to cena, jaką musiała płacić, jeśli chciała utrzymać swoje złote futerko w idealnym porządku! Szum wody, przepiękny śpiew ptaków, przygłuszany momentami przez donośne brzęczenie owadów sprawiał, że miała ochotę położyć się tutaj spać. Było to dla niej na tyle kojące, że tuż po wynurzeniu łba, przyłapała się na lekkim rozkojarzeniu.
Jesionowa Łapa pokręciła głową.
— To prawda… — miauknęła cicho, czego Miodek nie usłyszała za dobrze, ponieważ miała w uszach wodę. Wyczłapała z wody na powierzchnię i otrzepała się z niej, przypadkowo mocząc koty obok.
— Przepraszam! — zauważywszy to, powiedziała pospiesznie. Szkoda, że tylko ona się zanurzyła… Wilczy Skowyt nagle wskoczył do wody, zabierając ze sobą Miodową Łapę, a w wyniku chaosu, Jesionowa Łapa również potknęła się i wpadła do wody, aczkolwiek wcale nie głęboko. Tygrysia Noc wyskoczył do przodu i chwycił ją za kark z wymalowanym poważnym niepokojem na pysku. Miodowa Łapa krzyknęła, zanim nie wylądowała z powrotem w wodzie. Wilczy Skowyt zaśmiał się głośno, dość beztrosko, a złota otrzepała uszy z wody. Czekoladowy wyglądał na wyjątkowo zrelaksowanego, przynajmniej nie sypał ostrymi słówkami…! I nie odpowiadał szorstko, miło było go zobaczyć w takim stanie. Miodowa Łapa poczuła, jak woda przymyka jej ślepia, a pysk staje się raz jeszcze cały mokry, gdy łapy zaczęły stykać się z mulistym gruntem pod nią. Woda kropelkami spływała jej z kłosów, gdy machała spokojnie łapami, żeby unieść się na powierzchni. Miodek poczuła się niezwykle rześko, właśnie takiej kąpieli potrzebowała…! Rozpościerający się dookoła las dodawał tej scenie niezwykle miłej nuty.

<Jesionowa Łapo?>
[1248 słów]

[25%]

Od Łzy

Słońce zawisło wysoko ponad koronami drzew, rozsiewając wokół siebie ciepły, złocisty blask, który zdawał się spływać na leśne poszycie z pewnym ociąganiem, jak gdyby samo nie było jeszcze przekonane, czy rzeczywiście chce zwracać na siebie uwagę świata. Jego promienie przesączały się pomiędzy liśćmi tworzącymi kopułę nad żłobkiem, malując na ziemi nieregularne plamy światła i cienia, które poruszały się leniwie wraz z każdym podmuchem wiatru. Nawet sama bryza wydawała się tego dnia dziwnie ospała, ponieważ choć poruszała gałązkami krzewów oraz drzew, czyniła to bez typowej dla siebie energii, jakby cały las zapadł w stan łagodnej obojętności wobec wszystkiego, co działo się wokół.
Powietrze było przyjemnie ciepłe, a z oddali dochodziły odgłosy obozowiska, które mieszały się z cichym szelestem liści oraz śpiewem ptaków, jednak nawet te dźwięki zdawały się przytłumione przez spokojną monotonię dnia. Wszystko sprawiało wrażenie odległego, jakby świat zwolnił i obserwował sam siebie z bezpiecznego dystansu, nie spiesząc się nigdzie i nie przejmując niczym szczególnie mocno.
Łza siedziała niedaleko Purchawki, której obecność stanowiła dla niej stały punkt odniesienia, choć sama koteczka nigdy nie przyznałaby tego na głos. Co jakiś czas rzucała w stronę matki krótkie uwagi lub pozornie przypadkowe pytania, ponieważ chciała mieć pewność, że szamanka nadal zwraca na nią uwagę i nie pochłonęły jej całkowicie własne obowiązki albo rozmowy z innymi kotami. Nie interesowały jej odpowiedzi aż tak bardzo, jak sama świadomość, że kiedy tylko się odezwie, Purchawka natychmiast podniesie wzrok i skupi się właśnie na niej.
Problem polegał jednak na tym, że żłobek wydawał się dzisiaj wyjątkowo nudny.
Choć zabawy z rodzeństwem zwykle potrafiły dostarczyć jej rozrywki, a odgrywanie wielkich patroli, bohaterskich polowań i bitew przeciwko wyimaginowanym przeciwnikom nie należało do najmniej ekscytujących zajęć, tym razem wszystko wydawało się zbyt znajome. Powtarzali te same scenariusze, wypowiadali podobne kwestie i wykonywali niemal identyczne ruchy jak poprzedniego dnia, a może nawet jak kilka dni wcześniej, przez co Łza coraz wyraźniej odczuwała znużenie.
Potrzebowała czegoś nowego.
Potrzebowała czegoś, co wyrwie ją z tej jednostajności.
Jej błękitne oczy przesuwały się więc po żłobku w poszukiwaniu jakiejkolwiek okazji, która mogłaby przyciągnąć uwagę wszystkich obecnych kotów i skierować ją właśnie na nią. Obserwowała Pierścienia, Mordor oraz Smoka, przyglądając się ich zabawom z rosnącym zainteresowaniem, choć nie dlatego, że naprawdę ją one ciekawiły, lecz dlatego, że liczyła na jakiś nagły zwrot wydarzeń, który pozwoliłby jej wkroczyć do akcji i przejąć kontrolę nad sytuacją.
Im dłużej jednak się im przyglądała, tym bardziej dochodziła do wniosku, że nic takiego nie nastąpi.
Żadne z nich nie robiło nic szczególnie interesującego, a ich rozmowy oraz zabawy zdawały się płynąć własnym rytmem, całkowicie niewzruszone obecnością Łzy.
Westchnęła więc cicho i już miała odwrócić wzrok, gdy jej uszy drgnęły lekko pod wpływem znajomego dźwięku kroków dochodzących z wejścia do żłobka.
Ktoś wszedł do środka, przerywając monotonną ciszę.
— Cześć! — rozległ się pogodny głos białego kocura.
Łza natychmiast skierowała ku niemu spojrzenie, podczas gdy przyglądała się, jak wojownik podchodzi do trójki kociąt, które jeszcze chwilę wcześniej obserwowała.
Biały kocur pojawiał się w żłobku regularnie, praktycznie każdego wieczoru znajdując czas na odwiedziny swoich dzieci. Wcześniej nie zwracała na to szczególnej uwagi, ponieważ znacznie bardziej interesowały ją własne sprawy, własne plany oraz własne problemy, wobec czego obecność wojownika stanowiła jedynie kolejny element codziennego krajobrazu żłobka.
Dopiero teraz zaczęła przyglądać się temu uważniej.
Obserwowała sposób, w jaki cała trójka natychmiast się ożywiła, gdy tylko biały wojownik przekroczył próg żłobka, ponieważ jeszcze przed chwilą ich zabawa wydawała się zwyczajna i pozbawiona większych emocji, a teraz każde z nich mówiło jednocześnie, próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Jedno z kociąt ciągnęło go za ogon, drugie niemal natychmiast zaczęło opowiadać o czymś niezwykle ważnym, co wydarzyło się tego dnia, podczas gdy trzecie kręciło się wokół jego łap z takim entuzjazmem, jakby nie widziało go od całych księżyców.
Łza nie była w stanie oderwać od nich wzroku, ponieważ im dłużej przyglądała się tej scenie, tym więcej szczegółów zaczynała dostrzegać. Zauważyła, że biały wojownik nie odpowiadał od niechcenia ani nie rozglądał się wokół siebie w poszukiwaniu ciekawszego zajęcia, lecz poświęcał swoim dzieciom pełnię uwagi, jakby przez te kilka chwil nic poza nimi nie miało dla niego znaczenia. Jego spojrzenie pozostawało skupione wyłącznie na nich, podczas gdy na pysku gościł ciepły uśmiech, a głowa pochylała się raz ku jednemu kocięciu, raz ku drugiemu, dzięki czemu każde mogło odnieść wrażenie, że jest właśnie najważniejszą istotą w całym lesie.
Im dłużej Łza się temu przyglądała, tym bardziej zaczynała dostrzegać coś, czego wcześniej nigdy nie zauważała. W oczach tamtych kociąt widniał błysk, który pojawiał się za każdym razem, gdy wojownik odpowiadał na ich pytania albo śmiał się z ich opowieści, a w ich ruchach była obecna pewność, jakiej nie potrafiła do końca zrozumieć. Przysuwały się bliżej niego bez zawahania, ocierały się o jego futro i mówiły do niego z taką swobodą, jakby jego obecność była czymś równie naturalnym jak wschód słońca czy szum liści podczas wietrznego dnia.
Właśnie wtedy ponownie usłyszała to słowo, które dotychczas wydawało jej się zupełnie zwyczajne, ponieważ jedno z kociąt zawołało głośno „tato”, a jego głos zabrzmiał w żłobku wyraźniej niż wszystkie pozostałe odgłosy.
Jej uszy drgnęły lekko, podczas gdy ona sama mimowolnie zaczęła obracać to słowo w myślach.
„Tato”.
Choć słyszała je już wcześniej niezliczoną ilość razy, dopiero teraz zaczęła zastanawiać się nad jego znaczeniem. Brzmiało miękko i przyjemnie, a jednocześnie niosło ze sobą coś, czego nie potrafiła nazwać. Kojarzyło jej się z ciepłem, bezpieczeństwem oraz czymś trwałym, czymś, co zawsze znajdowało się tam, gdzie powinno być.
Jej spojrzenie ponownie powędrowało ku białemu wojownikowi, który właśnie nachylał się nad jednym ze swoich dzieci, słuchając go z uwagą tak szczerą, że trudno było ją pomylić z uprzejmością czy obowiązkiem. W tej samej chwili poczuła coś dziwnego, ponieważ pod jej żebrami pojawiło się niewielkie ukłucie, które z każdą kolejną chwilą stawało się coraz bardziej wyraźne.
Nie rozumiała tego uczucia, gdyż przez większość swojego życia była przekonana, że posiada wszystko, czego mogłaby potrzebować. Miała Purchawkę, miała rodzeństwo, miała miejsce do spania i pełne brzuchy większości dni, dlatego nigdy nie zastanawiała się nad tym, czy czegoś jej brakuje. Znacznie częściej uważała, że to inne koty powinny zazdrościć właśnie jej, ponieważ była wyjątkowa i pewnego dnia miała stać się jeszcze bardziej wyjątkowa.
Teraz jednak po raz pierwszy zaczynała rozumieć, że istnieją rzeczy, których nigdy nie miała, a których brak pozostawał dla niej niewidoczny tylko dlatego, że nigdy wcześniej nie próbowała ich dostrzec.
Jej wzrok przesunął się ku Purchawce, która siedziała niedaleko i zajmowała się własnymi sprawami. Matka pozostawała dokładnie taka sama jak zawsze, ponieważ nadal była ciepła, troskliwa i obecna, a Łza nie potrafiła wyobrazić sobie życia bez niej. Wiedziała, że Purchawka kocha ją bardziej niż kogokolwiek innego i że zrobiłaby dla niej wszystko, co tylko mogła.
Mimo to nie potrafiła już odgonić od siebie myśli, która pojawiła się nagle i niemal natychmiast zaczęła rozrastać się w jej umyśle.
Dlaczego nie ma taty?
Pytanie to było tak niespodziewane, że niemal ją przestraszyło, ponieważ nigdy wcześniej nie przyszło jej do głowy, by je sobie zadać. Im dłużej jednak patrzyła na białego wojownika oraz jego dzieci, tym trudniej było jej myśleć o czymkolwiek innym.
Zaczęła wyobrażać sobie, jak wyglądałoby jej życie, gdyby ktoś taki przychodził również do niej, siadał obok i pytał ją o wszystko, co wydarzyło się danego dnia. Wyobrażała sobie, że słucha jej opowieści, śmieje się z jej żartów i patrzy na nią z takim samym ciepłem, z jakim tamten wojownik patrzył na swoje dzieci, podczas gdy ona sama mogłaby z dumą wypowiadać słowo „tato”, tak jak robiły to inne kocięta.
Choć obraz ten pozostawał niewyraźny i niepełny, ponieważ nigdy wcześniej nie próbowała tworzyć go w swojej głowie, wystarczył, by uczucie pustki stało się odrobinę silniejsze.
Świat wokół niej nie zmienił się ani trochę, ponieważ słońce nadal przesączało się przez liście, wiatr nadal poruszał gałęziami, a pozostałe kocięta nadal śmiały się i rozmawiały, jednak wszystko wydawało się odrobinę inne. Miała wrażenie, jakby przez całe życie oglądała piękny obraz i dopiero teraz zauważyła brakujący fragment, którego wcześniej zwyczajnie nie dostrzegała, choć znajdował się tam od samego początku.
Nie cierpiała tego uczucia. Tego wrażenia, że jednak czegoś jej brakuje. Że jednak jej życie nie jest aż tak idealne, jak chciała.

Od Kobczyka CD. Tańcującego Pierza

Ostatnio zachorowała jej mama, a raczej tak wydawało się czekoladowej. Bezsenność przyczepiła się jej kochanej mamusi niczym wysuszony rzep zerwany prosto z drzewa. Nie było łatwo je wyrwać z gęstych kłosów, więc nieszczęśnik, który w nich się wytarzał, z pewnością zawył niejednokrotnie z bólu. Samotniczka czasem budziła się w nocy, jeśli nie sprzyjał jej wtedy sen i dostrzegała, że vanka przewracała się z boku na bok, niejednokrotnie mamrocząc coś do siebie, niby sennie, a niby przytomnie. Młódce nie wolno było tego zignorować. Jeśli zostawi to tak, a Mewa pozostanie nieleczona, mogło się jej znacząco pogorszyć i doprowadzić ją do naprawdę opłakanego stanu, którego nikt nie chciał, a w szczególności czekoladowa. Kobczyk wyruszyła zatem w poszukiwaniu konkretnych ziół, mogłyby pomóc z jakże przykrą dolegliwością. Skoro pomogła tamtemu rudemu kocurowi, ostatnio, to wypadałoby, w szczególności, pomóc swojej kochanej mamie, Mewie. Była jednym z nielicznych kotów, na której brązowookiej rzeczywiście zależało, nie mogła pozwolić na to, by cokolwiek doskwierało kocicy. Kręciła się na znanych jej terenach, oglądając wysoko oraz gęsto rozłożone drzewa iglaste, masowo osypujących glebę suchymi, starymi już igłami. Nad głową przeskakiwały jej wiewiórki, zaalarmowane obecnością kota nieopodal. Miały szczęście, że nie wyruszyła na polowanie! Ciepły wiatr owiewał jej pysk, strosząc niefortunnie futro, a także grzejąc ją bardziej, niż mogłaby sobie ewentualnie życzyć. Taka pogoda była niezwykle męcząca, szczególnie gdy żar lał się prosto na grzbiet okrutnie, ocieplając nadto kości. Poduszki paliły ją, a grunt sucho kruszył się pod łapami. Trawa zdążyła wyschnąć i pożółknąć. Wprawiało to Kobczyk w niemałe pesymistyczne myśli – szansa, że znajdzie w takich warunkach rośliny i to zdatne do spożycia z każdym krokiem malała coraz bardziej, co absolutnie jej nie cieszyło. Może pośród nisko położonych gałęzi udałoby jej się coś dopatrzeć? Najwyżej, jeśli już poważnie los się do niej nie uśmiechnie, zawędruje do Wernyhory. Ale na razie nie zamierzała.
Wreszcie łapy same przyprowadziły ją na granicę Klanu Burzy. Zupełnie tak, jakby to właśnie tutaj mogła odnaleźć lek dla swojej rodzicielki. Smród świeżo odnowionych znaczeń granicznych dotarł do jej nosa, momentalnie przywodząc do jej głowy masę pytań. Wraz z nim doleciała do niej woń niedaleko przebywających królików, a może zająców, przeskakujących radośnie wysoko i gęsto porośnięte kwieciem łąki. Klan Burzy… Kotka nie widziała się z tym Burzakiem już od jakiegoś czasu. Może sam zeżarł podarunek i dlatego nie przychodził? Jeśli tak, to byłaby to szkoda, bo może mogłaby się z nim dogadać… Pora roku zdążyła się zmienić – teraz gorąc grzał jej plecy tak intensywnie, że musiała chodzić z wystawionym językiem, sapać i regulować jakoś to ciepło. Dobre chociaż tyle, że nie miała na sobie już szaty Pory Nagich Drzew, więc nie sypało się z niej i w dodatku nie musiała borykać się z dużo większym ukropem, który jej kłosy z chęcią jej zafundowałyby…
Znalazłszy się wystarczająco blisko, jej oczom szybko ukazały się liczne, porośnięte bladymi kłosami wrzosowiska, po których wiatr poruszał się swobodnie i wył w najlepsze, niczym wilk o pełni księżyca, śpiewając wszystkim mieszkańcom nieopodal swoje melodie w towarzystwie rodziny. Jej ciemnym oczom rzucił się kocur, którego zdążyła poznać już z widzenia. Może wyrzucił tamtego wróbla albo poczęstował nim kogoś innego? Jeśli wyrzucił, była to zatem ogromna strata. Zaczęła rozglądać się za jeszcze jakimiś kotami i próbowała nasłuchiwać, aczkolwiek ani nie dosłyszała, ani nie dostrzegła nikogo nowego. Rudy wyglądał tak, jakby czegoś szukał. Może przerwała mu polowanie i właśnie spłoszyła zwierzynę, o którą starał się długo, a może zgubił tego kota, który go wołał tamtego razu? Nie miało to znaczenia. Nie czuła nikogo w pobliżu poza nim. Nie wyglądał na zdenerwowanego jej obecnością, a nawet jeśli by był, nie zrobiłaby sobie z tego wiele. Kiwnęła głową na powitanie.
— Kreciku…! Musimy o czymś porozmawiać — powiedział, co przywiodło na jej mordkę zdziwienie. Kreciku? Czy tak właśnie ją zamierzał od teraz nazywać? Może przypominała kreta? Może chciał zdać raport, jak podobał mu się prezent, który mu wręczyła?
— I co się stało? — dopytała żywo, nawiązując do zwierzyny, o której nie zapomniała, nie przedłużając nadto. Zależało jej na szybkiej, może wylewnej odpowiedzi. Musiała wiedzieć. Musiała dowiadywać się coraz więcej.
Na pysku kocura zawidniało coś na wzór dyskomfortu. Nie chciał o tym rozmawiać? Zatem o czym by mógł? Jeśli podarował wróbla komuś bliskiemu, to miała świadomość, że klany miały w sobie naprawdę wielu członków, z pewnością ktoś zauważyłby zmianę w zachowaniu pobratymcy, o ile takowe wystąpiły. Jej bok nieznacznie zafalował ze zniecierpliwieniem. Kocur od ostatniego razu się zmienił – nosił teraz pokaźny bukiet na łbie, a łeb, z tego co widziała, chyba miał trudności w przetwarzaniu informacji, skoro nadal jej nie udzielił informacji. Każda sekunda dłużyła jej się, o dziwo bardziej, niż jakakolwiek wcześniej dotychczas. Mimo to nie zamierzała odpuścić. Odchrząknęła. Łaciaty uśmiechnął się miło, momentalnie, niczym na zawołanie. Może teraz się dowie?
— Kot, który ją zjadł, skończył w piachu — prychnął. — Co to było, co mu dałaś?
Pokiwała głową, przyjmując przekazaną jej informację, zupełnie ignorując drugą część pytania.
— Czy widziałeś, co działo się z nim przed śmiercią? Pluł pianą? Miał halucynacje, trudności w poruszaniu się? Wyglądał niekorzystnie?
Kocur pokręcił głową, a końcówka jego ogona zaczęła podrygiwać nerwowo, przygniatając odrobinę ususzone już źdźbła trawy pod sobą.
— Nie byłem obok. Tak naprawdę, zupełnie przypadkiem padło akurat na niego. Nie byłem z nim blisko… zanieśli mu wróbla, i… tak wyszło — wyznał, gestykulując.
Kobczyk nie obchodziło szczególnie to, jakie relacje miał niebieskooki z danymi kotami. Tak naprawdę był jej zupełnie obcy, znali się jedynie z widzenia. Nawet gdyby z imienia powiedział jej, kto padł, nie miałaby pojęcia o kim mowa. Jej zależało na tym, aby pozyskać dodatkową wiedzę, musiała się uczyć. Chciała sprawdzić, na ile może sobie pozwolić. Ile jeszcze nie wiedziała, ile podobnych przypadków musiałaby zobaczyć, zanim zaczęłaby rozumieć działanie poszczególnych roślin. Jednak… taka odpowiedź musiała jej najwidoczniej wystarczyć. Co prawda szkoda, iż nie udzielił jej dokładniejszej, dłuższej historii z tym związanej, aczkolwiek nawet nie wiedział pewnie, że właśnie tego od niego będzie oczekiwać, tego dnia, tutaj, w tym momencie. Nie pocieszało jej to jednak szczególnie. Nie nakarmiło to jej głodu wiedzy. Rzuciło jej jedynie skrawki.
— Na pewno zastanawiasz się, co tu znowu robię. Chciałbym zawrzeć z tobą pakt. Ty byś raportował mi, co dzieje się z kotami, które zjadły moje prezenty, a ja wręczałbym ci nowe co jakiś czas w ramach eksperymentu. Jeśli jest ktoś, na kim ci nie zależy, to mógłby dostać taką niespodziankę, a ja dowiem się czegoś nowego — spojrzała na niego z powagą, chociaż pysk szybko rozświetlił uśmiech, niekoniecznie szczery. Nie miała w zwyczaju uśmiechać się do kogokolwiek, odkąd Wąsatki nie było obok. — Z pewnością masz kogoś, kogo nie chcesz już w swoim towarzystwie, prawda? — zachęcała go, czekając niecierpliwie na choćby słówko z jego pyska. Nie miała dla niego gwarancji, że każdy podarunek zawierał w sobie truciznę. Chciała sprawdzić, co się stanie, jeśli wymiesza dane gatunki albo użyje czegoś nowego, czego nikt wcześniej nigdy nie badał. Oczywiście, jeśli tylko miało to wypalić, musiał mieć chociaż trochę oleju w głowie.
— Brzmisz tak, jakbyś prosiła mnie o coś lekkiego, jakbyśmy mieli wymienić się kwiatkami w żłobku — zmierzył ją dość nieprzychylnym spojrzeniem jednego oka spod długiej grzywki. Zarzucił ją, po czym poprawił łapą. Mina kotki nie zrzedła, przynajmniej jeszcze nie. Ani nie odmówił, ani się nie zgodził. Słuchała dalej. — Kreciku, a co ja właściwie miałbym z tego mieć? — zrobił chwilową przerwę, po czym machnął ogonem, jakby potrzebował się namyślić. Na jej pysku pojawiło się swego rodzaju znużenie, a powieki opadły lekko. Czy nie było to oczywiste?
— Wiedzę. Dowiedziałbyś się czegoś nowego. Koty czują naturalną potrzebę dowiadywania się więcej — powiedziała mu to tak, jakby to była największa oczywistość na całym świecie, jakby każdy, zupełnie każdy o tym miał świadomość od momentu narodzin. Domyślnie przyjęła też, że raczej każdy by chciał poszerzyć już to, czego zdążył nauczyć i napatrzeć się na do tej pory, ale może to jednak niektórym nie wystarczyło. Albo nie zależało im na tym. W drugą opcję nie chciała za bardzo wierzyć, chyba że miała do czynienia z przygłupem.
— Jeden kot już zdechł, cały klan patrzy mi na łapy... A ty przychodzisz i proponujesz mi kolejnych…
— Nie wszystkie eksperymenty kończą się śmiercią. Od niektórych ziół kotom jest dobrze, czują się wspaniale, a od niektórych… — zrobiła przerwę, chociaż mogła zupełnie bez oporów dopowiedzieć, co miała na myśli. Postanowiła postąpić jednak w ten sposób z szacunku do intelektu rozmówcy. — Dzięki tobie dowiedziałam się, że tamte kwiatki działają silniej, niż zakładałam. Podarowałam je wam bez oczekiwań — Burzak spojrzał na nią tak, jakby nie był pewien, czy mówiła to wszystko poważnie. Zmarszczył brwi.
— Nie jestem mysim móżdżkiem, jednak jeśli kolejny kot padnie od zwierzyny, którą to ja przyniosłem, to ja stanę się pierwszym podejrzanym i mogę tym razem się z tego nie wybronić. Wskażą palcami od razu na mnie.
— Nie dawaj ich ciągle tym samym kotom. Ani osobiście.
— Myślisz, że wystarczy tylko tyle? Stale mi się przyglądają. Wiedzą, zawsze, co przynoszę — zniecierpliwił się, w jego oczach pojawił się przebłysk irytacji, aczkolwiek szybko go zdusił. Nachylił się nad nią nieznacznie.
— To niech nie wiedzą, że to od ciebie. Ja nie jestem z Klanu Burzy, tylko dostarczam ci nowego doświadczenia.
Dla niej nie było potrzeby komplikowania tego bardziej ani rozważania nad tym jakoś szczególnie długo. Mogło być to związane też z tym, że w domu nikt jej nie kontrolował. Nie musiała się spowiadać z kim rozmawiała, chociaż miło gdy informowała rodziców o swoich spacerach. Nie wiedziała, jak dokładnie działało to wszystko w klanach, zatem taka odpowiedź wydawała jej się w zupełności wystarczająca i wręcz oczywista. Ta rozmowa zaczynała ją coraz bardziej nudzić… Tańcujące Pierze zamilkł na dłuższą chwilę, mrużąc ślepia i pozwalając sobie na wytworzenie między nimi konkretnej atmosfery. Kobczyk ziewnęła.
— Gdyby to wszystko było takie proste, nie musiałbym teraz się zastanawiać nad tą sytuacją i nikt by mi nie patrzył już na łapy — powiedział, po czym pokręcił głową. — Widać, że nie jesteś z Klanu Burzy, nie rozumiesz powagi sytuacji.
Morskooki zachowywał się teraz tak, jakby mu już zupełnie odcięto język, co absolutnie nie cieszyło Kobczyka. Potrzebowała jasnej odpowiedzi, a marnowanie czasu na tłumaczenie mu czegoś takiego sprawiało, że jej nerwy powoli zaczynały puszczać. Nie odpowiedział od razu, zupełnie tak, jakby przeglądał teraz w swojej kopule każdy możliwy scenariusz. Dla niej było to marnotrawstwo, które mogli przeznaczyć na coś ambitniejszego i to już dawno.
— Nie mogę wchodzić w coś, czego nie rozumiem, coś, co jest tak niejasne — mruknął w końcu, prawie że szeptem. Ciepły wiatr zaczął szeleścić gęsto porośniętymi koronami nad nimi, umożliwiając wiewiórkom łatwiejszy przeskok z jednego, na drugie. — Nie mogę sobie pozwolić, żeby to mnie znowu powiązano. Od teraz chcę wiedzieć, w co dokładnie próbujesz mnie wciągać — dopowiedział stanowczo. Prezentował się teraz dużo bardziej poważnie, niż wtedy, kiedy spotkali się pierwszy raz, jak było po nim jeszcze widać, że jest od niej młodszy… Kotka w odpowiedzi przechyliła łeb na bok.
— Po co ci wiedzieć?
— Żebym spodziewał się, kiedy oczekiwać następnego kota w Klanie Gwiazdy. Żeby jutrzejszy dzień nie był moim ostatnim — wiatr poruszył nieznacznie paroma zielonymi elementami wplecionymi w jego “koronę” przepełnioną najróżniejszymi kolorami i nieco przysychającymi już kwiatami. Skwar im nie służył, zresztą chyba nikomu nie był na łapę.
— Tego nie da się wiedzieć zawczasu, dowiadujesz się, jak już się to stanie albo można zgadywać, spodziewać się, ale nie zawsze — odparła bez większego przejęcia. Nie miała czasu na zgadywanie, chciała widzieć rezultaty i w miarę monitorować zdrowie kota, który nieświadomie przyłączył się do ich “projektu”. Zamrugała parokrotnie. Tańcujące Pierze patrzył na kotkę w ciszy, robiąc następną przerwę między swoimi wypowiedziami. Wystarczyło jedynie, żeby się zgodził i dotrzymał słowa. Tylko tyle i aż tyle…
— Skoro sama nie masz nad tym kontroli, to skąd mam mieć gwarancję, że nic mi się nie stanie? Wiele ryzykuję. Każesz mi wchodzić w niepewną umowę, za którą mogę przypłacić życiem.
— Ja ci tylko proponuję i zachęcam. Każde nowe doświadczenie niesie ze sobą pewne ryzyko, jedne mają go więcej, a inne mniej.
Kocię, które osiągnęło dany wiek, zaczynało samo raczkować i oddalać się od matki, chcąc zbadać coraz to większe skrawki terenu. Pchała je ciekawość i przymus zdobywania nowej wiedzy, a także doświadczeń, które w przyszłości mogły wpłynąć znacząco na jego przetrwanie, a także spryt z tym związany. Za każdym takim wypadem czaiło się ryzyko, że ta konkretna przygoda będzie tą ostatnią. Nigdy nie mieli pełnego zapewnienia, iż następnego dnia się obudzą… Pręgus parsknął w odpowiedzi, jakby takie łapanie go za słówka miało rozwiązać całą tą skomplikowaną sytuację i zapewnić mu dożywotnie bezpieczeństwo, którego prawdopodobnie oczekiwał. Następnie zmrużył oczy, analizując to, co do tej pory usłyszał.
— Jak tylko tam trafi, do Klanu Gwiazdy to do mnie przyjdziesz i mi powiesz — upierała się, nie widząc sensu w tym, żeby Burzak od razu wszystko wiedział. Ona sama nie mogła przewidzieć niektórych możliwych skutków tego, co tylko sobie by zechciała wepchnąć w zwierzynę, więc dlaczego miałaby siedzieć nad tym tylko dla niego? Rudy westchnął w odpowiedzi, strzepując jednokrotnie uchem, gdy próbowała wylądować na nim krzątająca się w pobliżu mucha, irytująca swoim bzyczeniem i natarczywością. — Nie każę ci tego spożywać, masz to tylko przynosić i mi opowiedzieć, co się stało — zmarszczyła brew, a nieco wydłużone futro na jej policzkach zafalowało.
— Nie dostrzegasz w tym wszystkim najmniejszego problemu — jego pysk wyrażał coś na wzór rezygnacji, chociaż w oku zatańczyła iskra swego rodzaju nadziei. Spoglądał na nią jeszcze przez parę uderzeń serca. Czekoladowa machnęła ogonem z niecierpliwością. Czas jej się kończył. — Dobrze… Załóżmy, że się zgodzę. Jednak jeśli przez twoje eksperymenty zacznie robić się niefortunnie, to koniec. Ty też nie podrzucaj mi wiecznie tego samego, bo szybko to połączą ze mną. Nie są aż tacy ślepi, jak może ci się wydawać.
Kiwnęła głową. Nie dostrzegała w jego warunkach niczego nadto niezwykłego, w zasadzie było to rozsądne i dobrze... może nie był głupi, rzeczywiście.
— Dobrze. Doskonale. Rozumiesz, żywego kota jest dużo łatwiej obserwować, niż martwego. Jeśli coś się stanie, to przyjdź do mnie, jeśli możesz albo jak będziesz mógł — poleciła mu, po czym zastrzygła wąsami. Nie zamierzała wiecznie zagrzewać tego samego miejsca na granicy, więc będą musieli jakoś umówić się w inne miejsca, jeśli wiele kotów przechodziło tymi drogami… Jakoś się zgadają. Nie to było teraz najważniejsze. — W takim razie będę ci przynosić różne rzeczy. Jeśli coś zauważysz, jakąś szczególną, nietypową reakcję, zapamiętaj wszystko. Jak długo trwało, jak wyglądały objawy, czy kot przed tym i po tym wypoczywał, czy jadł danego dnia i ile, czy zachowywał się w jakiś charakterystyczny sposób inaczej… — gdyby postępowała ciągle tak samo, dawała mu to samo, nie widziałaby nowych rezultatów, więc nie miałoby to najmniejszego sensu. Pogadała sobie jeszcze chwilę, już nie oczekując odpowiedzi od rozmówcy. Dostała na razie swego rodzaju zapewnienie, udało jej się uzyskać to, co chciała.

<Tańcujące Pierze?>

Od Aldrowandowej Łapy

Wkrótce miała nadejść Pora Zielonych Liści. Aldrowandowa Łapa zdążyła już na ten temat wyrazić swoją ekscytację, jednak Jagnięcy Ukłon od razu przygasiła to uczucie. Medyczka wytłumaczyła swojej nowej uczennicy, że bardzo mroźna Pora Nagich Drzew zwykle zwiastuje upalną Porę Zielonych Liści. W związku z tym należało zbierać jak najwięcej ziół już teraz, ponieważ później z pewnością pojawi się problem ze znalezieniem nowych, które by jeszcze nie uschły. Teraz więc Jagnięcy Ukłon wyruszyła na wyprawę po kolejne zioła, a jej uczennica pozostała w obozie, aby posortować te zebrane na wczorajszej wyprawie.
— Hej, Aldrowandowa Łapo! — kotka usłyszała nagle wyższy, nieco piskliwy głos swojego brata dochodzący z wejścia do legowiska medyka.
Obróciła się i spojrzała na Tygrysią Łapę, który zgrabnie przeszedł przez wąski tunel i dołączył do niej w składziku ziół.
— Cześć, braciaku — przywitała się szylkretka. — Nie powinieneś być teraz na treningu?
— Gdybyś wyszła stąd czasem, zobaczyłabyś, że zbliża się już zachód słońca — parsknął kocurek.
— Wychodziłam dzisiaj rano po mysz — odparła Aldrowandowa Łapa, wywracając oczami. — Poza tym, muszę posortować zioła. Jagnięcy Ukłon ma specyficzny na to sposób i nadal się go uczę.
Tygrysia Łapa zarechotał cicho, przestępując z łapy na łapę. Po tym zaczął się rozglądać po składziku, wzrok jego skakał po najróżniejszych ziołach, gdzie większość wyglądała dla niego praktycznie tak samo.
— Jak ty je wszystkie rozróżniasz? — zapytał kocurek, jego wzrok zatrzymał się na dużych, włochatych liściach.
— Wystarczy się przyjrzeć, aby zauważyć różnicę. Poza tym nie rozróżniam jeszcze nazw wielu z nich, jestem uczniem medyka dopiero od niedawna — odpowiedziała przyszła medyczka.
Jej wzrok spoczął na tym samym ziele, na które spoglądał jej brat.
— Ale to akurat pamiętam. To dzika malwa — wytłumaczyła, po czym dodała z lekkim przekąsem. — To na te twoje bóle brzucha.
— Hej, skąd miałem wiedzieć, że mysz, która była dobra dzień wcześniej nie będzie już następnego dnia w porządku do zjedzenia? — miauknął kocurek nieco obrażony.
— Wystarczy czasem pomyśleć, futrzaku. To nie boli.
Tygrysia Łapa cmoknął cicho na kąśliwy komentarz swojej siostry. Wiedział jednak, że nie mówiła ona tego w celu sprawienia mu przykrości. Niestety, zdarzało jej się jednak czasem powiedzieć coś niezbyt miłego, ale jak zdążył już zauważyć – ona sama nie zdawała sobie z tego zbytnio sprawy. Zwyczajnie nie była ona aż tak empatyczna jak on. Najpewniej miała to po dziadku od strony taty, o którym on sam kiedyś opowiadał.
— Wiesz, w zasadzie to ja wpadłem, bo chciałem się dopytać, jak ci idzie trening. Na pewno nie jest łatwo się przestawić z treningu wojownika na trening medyka.
Wyższa szylkretka zamilkła na chwilę. Fakt, nagła zmiana ścieżki treningu nie była łatwa. Pomimo że lubiła towarzystwo Jagnięcego Ukłonu i zapach ziół zdawał jej się coraz przyjemniejszy, to wciąż wszystko zdawało jej się ciążyć na jej barkach jak słoń. W krótkim czasie musi przyswoić sobie bardzo dużo ważnych informacji, których nie może zapomnieć, wszak od niej może zależeć w przyszłości czyjeś życie.
— Nie jest. Ale daje sobie radę. Głupio z mojej strony by było, jakbym nagle stwierdziła, że nie ogarnę tego i chcę się wycofać, prawda? — mruknęła kotka z ledwo wyczuwalną wyższością w jej tonie. Nie mogła dać po sobie poznać, że w istocie, głęboko w środku, delikatnie czasami żałuje swojej decyzji.
Tygrysia Łapa machnął ogonem delikatnie. Dobrze znał swoją siostrę i miał przeczucie, że ona sama ma pewne wątpliwości odnośnie do swojej przynależności na to stanowisko. Nie chciał jednak drążyć tematu, bo byłaby to bezowocna dyskusja. Aldrowandowa Łapa nie przyznawała się nigdy do słabości lub skrytych przemyśleń. Zamiast kontynuować, postanowił zmienić temat.
— Hej… A co byś powiedziała na wspólną kolację? Dawno razem nie jedliśmy — zaproponował kocurek.
Uczennica zastanowiła się na chwilę. Co prawda miała jeszcze nieco roboty do zrobienia, ale Jagnięcy Ukłon chyba nie pogniewa się, jak szybko pójdzie z bratem coś przekąsić?
— Niech ci będzie. Ale jeśli Jagna się zdenerwuje, że odrywam się od obowiązków, to zwalam całą winę na ciebie — odparła z lekkim uśmieszkiem na pyszczku.
— Może być. A teraz chodź. Jestem tak głodny, że mógłbym zjeść konia z kopytami!

[649 słów]

[13%]

Od Aldrowandowej Łapy

— Aldrowando, uważaj! — miauknęła donośnie szylkretowa kocica.
Aldrowanda odwróciła swój mały łebek w stronę, z którego dochodziły te słowa. Sekundę później, ziemia pod nią zatrzęsła się, koteczka odskoczyła do tyłu. Niestety zabrakło jej gracji i wylądowała na grzbiecie. Szybko podniosła się i otrzepała. O mało nie rozdeptałby jej słoń!
— Aldrowando… — ten sam głos wybrzmiał ponownie, teraz jednak będąc bardziej delikatnym. — Co mówiłam na temat przechodzenia przez Srebrzystą Pajęczynę do słoni?
Mała kotka fuknęła cicho, spoglądając na postać przemawiającą do niej.
— Uważałam, mamo! Tylko… tylko… no jakbyś mnie nie zawołała, to bym go zobaczyła! — odparła z przekąsem Aldrowanda.
Trapez pokręciła głową z lekkim rozbawieniem. Jej córka zawsze musiała mieć swoje ostatnie słowo. Zupełnie tak jak ojciec Arlekina.
— Nadal nie powinnaś tędy chodzić. Masz cały cyrk do spacerowania, a ty jednak wybierasz tak niebezpieczne miejsce. Któregoś dnia naprawdę ci się coś stanie. I co ja wtedy z twoim ojcem poczniemy?
Mniejsza szylkretka położyła delikatnie uszy, odwracając wzrok. Przestąpiła z łapki na łapkę, dalej nie patrząc na swoją matkę.
— No właśnie… co bez nas poczęliście? — spytała nagle po chwili ciszy.
Brwi Trapezu poszybowały delikatnie do góry na pytanie córki. Najwidoczniej nie spodziewała się, że rozmowa zejdzie na taki temat.
— Cóż, co ja ci mam powiedzieć, Aldrowando…?
— Aldrowandowa Łapo — wtrąciła się kotka, poprawiając rodzicielkę. Swój wzrok w końcu zwróciła na nią. — Ale przecież nie możesz tego wiedzieć. Bo cię nie ma. Ani ciebie, ani taty.
— Aldrowandowa Łapo… — zaczęła ponownie, tym razem poprawiając się. Trapez postanowiła użyć delikatniejszego tonu, słysząc nieco oskarżycielski głos córki. — Wiesz, czemu nas z wami teraz nie ma.
— Nie, nie wiem właśnie! — wybuchnęła kotka. Podeszła do swojej matki, będąc teraz nagle znowu swych obecnych rozmiarów, prawie dorównując kocicy wzrostem. — Skąd mam wiedzieć, że to, co mi mówiłaś, było prawdą? Powtarzałaś mnie i bratu jak nas kochacie, jak się o nas troszczycie… A potem nas tak po prostu oddaliście, tak… porzuciliście. Bo jak ja mam to nazwać?
Wiatr zawiał nagle dosyć nieprzyjemnie mocno, mierzwiąc futro obu kotek. Jej oczy były teraz nagle dziwnie puste. Jednak nie spuściła wzroku, nie zerwała kontaktu wzrokowego z córką.
— Przyznaj… nie planowaliście nas, nie chcieliście nas. Więc kiedy nadarzyła się okazja, to po prostu pozbyliście się „problemu”. Mam rację? — syknęła Aldrowandowa Łapa. Widząc brak reakcji ze strony matki, zrobiła krok w jej stronę. — No powiedz coś!
Ale Trapez nie odezwała się już. W pewnym momencie po prostu odwróciła się i zaczęła odchodzić. Aldrowanda pognała za nią, jednak nie mogła nadążyć za kocicą, jej krótkie łapki nie pozwalały jej na to, znów była mała. Nagle przewróciła się i kiedy wstała… nie była już w cyrku. Znajdowała się na swoim posłaniu w legowisku medyka, obok niej spała Jagnięcy Ukłon.
Uczennica westchnęła cicho. Po ostatniej rozmowie z Burzowym Kormoranem myśl o tym, że jej rodzice mogli po prostu chcieć się pozbyć jej i jej brata, zamiast zapewnić im „lepszą przyszłość”, nie dawała jej spokoju. Co, jeśli taka była prawda? Jeśli tak, to… to nie mogła z tym nic już zrobić. Niemniej, gdzieś w swym sercu czuła ukłucie, które denerwowało ją jak nic innego. Nie lubiła myśleć za dużo o rzeczach, które sprawiały, że emocje brały nad nią górę. Bo nie radziła sobie za dobrze z emocjami, więc odpychała je, jak mogła. Ostatnio zaczęła rozumieć, że w przyszłości może się to na niej negatywnie odbić, jednak teraz nie miało to znaczenia. I z tą właśnie myślą położyła łeb na posłaniu i ponownie dała się porwać do krainy snów.

[566 słów]

[11%]

Od Mglistego Snu (Śnienia) CD. Przebiśniegu

***

Kiedyś

Mglisty Sen popatrzył na rybę, którą ta mu zaoferowała. Nigdy nie jadł takiego pożywienia i nawet nie wiedział, jak ono smakuje. Podszedł do złowionej zdobyczy przez nieznajomą, zamierzał wziąć ją do obozu Świetlików, by tamci się najedli.
— No chyba nic się nie stanie, jak chwilę jeszcze ze mną zostaniesz, co? — powiedziała do niego z chytrym uśmieszkiem na pyszczku.
Ten się zawahał. Pewnie Jarzębinowy Żar wraz z innymi zaczęliby się przejmować jego brakiem obecności w ich prowizorycznym obozie.
— Mogę z tobą zostać, jednak ja mam gdzie się przespać, a ty raczej niekoniecznie. Znasz ten las?
Uśmieszek z pyszczka kotki opadł, jednak nie odpowiedziała mu jednoznacznie. Chociaż mógłby jej pokazać, gdzie mogłaby zostać na noc.
— Znam kilka przyjaznych miejscówek w tym lesie, gdzie mogłabyś się przespać. Jednym z nich jest obóz Świetlików. Chociaż nie wyglądasz jak ktoś, kto chciałby spać w nieznajomym gronie.
— I masz rację. Czy ja wyglądam na kogoś, kto ufałby kotu, który nagle wyszedł z lasu?
Przeczesał swoją brodę pazurami, udając zamyślonego, chociaż dobrze znał odpowiedź na to pytanie.
— Wątpię.
— Czyli jesteś całkiem bystry.
— Dziękuję za komplement. Czyli przyjmiesz moją pomoc?
— Chyba nie mam innego wyboru. Tylko uważaj, jestem czujna i nie zamierzam nabrać się na jakieś twoje sztuczki.
— Rozumiem, nie zamierzam zrobić czegoś niecnego — starał się uspokoić kotkę. — Postaram się, żebyś znalazła jakieś przytulne miejsce i na drugi dzień ruszyła w drogę lub została na miejscu.
Kotka zadowolona z jego odpowiedzi skinęła mu głową i wzięła się za jedzenie swojej rybki. Kiedy skończyła, zaprowadził ją w kilka miejsc, pokazując jej nory, dziuple lub zaciszne krzewy, w których mogłaby się skryć na noc. Ostatecznie nieznajoma wybrała sobie jej nowe przytulne miejsce do spania. Skinął jej głową i skierował się do obozu Świetlików wraz z prezentem od biało czarnej kotki. Rybę położył po cichu przed śpiącą Jarzębinowym Żarem, a on położył się na własnym posłaniu obok Zapomnianej Koniczyny.

***

Dni i księżyce mijały. Świetliki doczekały się obozu i wszystko szło całkiem gładko. Mimo ich małej społeczności tak jedzenia, jak i ziół było w bród. Medycy pracowali dość ciężko, a ich praca przynosiła swoje owoce, gdyż Porywisty Dąb wraz z Poziomkową Polaną odzyskiwali swoją mobilność.
Mglisty Sen przez ten czas czasami widział w lesie sylwetkę nieznanej mu kotki, która raz pozwoliła wziąć swoją rybę. Czasami wracał myślami do ich rozmowy, jednak nie odgrywało to jakiegoś większego znaczenia w jego codziennym życiu. Kotka była w jego jednym spotkaniu nieufna i bezpośrednia.
Był wczesny ranek, a na terenach klanów właśnie przesuwała się poranna mgła. Widział z daleka, jak na granicy z Klanem Burzy, przy Drodze Grzmotu przechodzi znana mu sylwetka kota czarnego vana. Dokładnie z takimi plamami czerni, jak ta nieznajoma, która upolowała mu rybę.
Niech Klan Gwiazdy ma Cię w opiece i oświetla Twoją ścieżkę” — pomodlił się w myślach.

***

Po strasznej rzezi Rysiego Tropu

Siedział w legowisku przywódcy, gdzie wcześniej siedziała oskarżona. Zastanawiał się, kogo dokładnie pozbawiła życia Rysi Trop. Przez jego myśli przebiegło wiele kotów, które odwiedzały tereny, które zamieszkiwały Świetliki. Równie dobrze ofiarą niebieskiej szylkretki mogły się stać Gałęzatka lub jej partnerka, Czereśni Pocałunek. Chociaż przez umysł czarnego solida przebiegła jeszcze jedna kotka. Biała w czarne łaty. Czy to jej żywot zakończyła Rysi Trop? Miał nadzieję, że nie.
Klanie Gwiazdy, proszę z całego serca mego, z całej duszy swojej i woli. Ochroń wszystkich, których znam przed Rysim Tropem. Zatroszczcie się o kota, któremu skróciła żywot. Zasługuje ona na karę. Niech trafi do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd, tam, gdzie reszta kultystów.

< Przebiśniegu? >

Wstrzymana sesja

🌙🌌✨

31 maja 2026

Od Dzikiego Berberysu CD. Modliszkowej Ciszy

Rozmawiał właśnie ze starszym wojownikiem, który o dziwo był dla niego wsparciem. Modliszkowa Cisza może i był specyficzny, cichy i czasami nie wydawał się empatyczny, jednak o dziwo nadawali na podobnych falach. Zgadzali się na pewno, co do rządów Króliczej Gwiazdy.
Skinął mu głową i skierował się do legowiska wojowników, żeby odpocząć, tak jak doradził mu kocur. Jednak posłania kotów z jego rodziny były puste i niektóre nie będą zapełnione tej nocy. Brak Jagodowego Marzenia, Świerszczowego Skoku i jego rodzonego brata, Trzmielowego Pyłku sprawiała, że nie mógł nawet zamknąć na chwilę oczu.

***

Aktulane

Zaczęła się Pora Zielonych Liści, a Dziki Berberys właśnie pędził za jednym z szaraków po równinach, przeskakując przez najróżniejsze przeszkody, na które owa zwierzyna chciała go zgubić. Kocur jednak wytrwale gonił królika. Jego siły i prędkość spadały, z każdym następnym susem. Nie był długodystansowcem, tylko sprinterem na krótkie dystanse.
Nagle wyskoczył zza traw chudy kot o kremowym futrze. Był to Modliszkowa Cisza, który jakże w zaskakujący sposób złapał królika. Mimo swojego podeszłego wieku, kocur nadal trzymał się swojej rangi. Zdyszany podszedł do starszego, jednak zauważył, że nie tylko on był zmęczony. Boki Modliszkowej Ciszy również szybko się unosiły, a po jego zielonych oczach widział zmęczenie.
— W samą porę, Modliszkowa Ciszo! — pochwalił starszego. — Jak na swoje lata całkiem dobrze się jeszcze ruszasz. Tak jak Ciebie zapamiętałem, kiedy byłem jeszcze uczniem.

< Modliszkowa Ciszo? 🪲💪>

Od Dzikiego Berberysu CD. Poczciwego Szakłaka

Przeszła Pora Nagich Drzew

Popatrzył lekko oburzony na starszego wojownika. Nie rozumiał, jak można aż tak bardzo nie interesować się życiem klanowym, który bezpośrednio też go dotyczył. Czy starsze koty zapomniały o bezpieczeństwie oraz roli reprezentatywnej, jaką miał Królicza Gwiazda? Przecież ten starzec w roli lidera nie spełniał żadnego z jego głównych obowiązków!
Jednak Dziki Berberys postanowił być bardziej grzeczny w stosunku do Poczciwego Szakłaka. Skinął mu krótko głową. Niech mu będzie. Skoro coraz częściej wyściubiał nos z legowiska i powoli odżywał w klanie, to niech tak zostanie. Przynajmniej nie będzie sprawiał problemów, jeśli rebelia ruszy, by obalić lidera.
Otworzył już pysk, żeby zacząć jakiś inny temat rozmów, może troszkę milszy, żeby nie spłoszyć wojownika. Jednak tamten tylko przyspieszył kroku i ruszył na przód grupy patrolu. Dziki Berberys został sam na końcu pochodu.

***

W końcu patrol wszedł do obozu. Niektóre koty niosły zwierzynę, a na granicy było dość spokojnie. Wojownicy rozeszli się po legowiskach, a wraz z nimi Poczciwy Szakłak. Nie chciał podążać za czarnym kocurem. Nadal czuł niesmak po ich konwersacji, którą czarny wojownik uciął w dość suchy sposób.
Podszedł do innych kotów, gdzie rozmawiał jego brat. Czyżby mówili na jakiś temat dotyczący rebelii? Wątpił, nie robiliby tego w obozie. Dołączył do nich i słuchał opowieści, jak Nieustraszonemu Chomikowi uciekał ostatnio królik. Nudny temat, jednak musiało mu wystarczyć, jeśli nie chciał wchodzić do legowiska wojowników.

***

Aktualne

Nowi członkowie Klanu Burzy wydawali się bardzo ciekawi, a w szczególności jeden kremowy kocur o klasycznym pręgowaniu oraz króciutkim ogonku. Przypominał strasznie Króliczą Gwiazdę oraz Zawodzące Echo. Może to właśnie dlatego przyjęto go do klanu? Nie był tego pewien, to była tylko jedna z głupich teorii, którą sobie ubzdurał.
Właśnie siedział na polanie i obserwował Burzaków, którzy krzątali się po obozie. Jednak jego uwagę przykuła dwójka, którą już wcześniej przyłapał na rozmowie. Ów nowy Burzak, często rozmawiał z Poczciwym Szakłakiem. Czyżby się znali, skoro tak często rozmawiali? A może w Klanie Burzy mieli okazję się lepiej poznać?
Kiedy tylko Gasnąca Łapa wyszedł z patrolem poza obóz, ten wykorzystał, że Poczciwy Szakłak siedział sam na polanie. Skinął mu głową i zagrodził drogę, żeby starszy przypadkiem nie miał okazji, by uciec od rozmowy.
— Dzień dobry, Poczciwy Szakłaku, mam do Ciebie kilka pytań. Wiem, że ostatnia nasza rozmowa nie przebiegła najlepiej, jednak teraz nie zamierzam Ciebie tym męczyć — czarny wojownik na te słowa rozluźnił mięśnie.
— Słucham Cię, Dziki Berberysie.
Na to właśnie liczył.
— Znałeś wcześniej Gasnącą Łapę? Mam wrażenie, że jest z któregoś klanu, bo widziałem go na zgromadzeniach, jednak nie pamiętam, z którego on jest. Wydaje się, że się znacie, bo nawet często rozmawiacie.

< Poczciwy Szakłaku? Nie musimy rozmawiać tylko o polityce 😸❤️>