BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

16 sierpnia 2026

Nowi członkowie Owocowego Lasu!

 Orchidea, Pieczarka oraz Drobinka przyniosły do obozu trójkę maluszków!



15 sierpnia 2026

Od Skrzydlatej Płomykówki Do Opadającego Rumianka

Przeszłość

Pora nagich drzew wielkimi krokami zbliżała się ku końcowi, co każdy Burzak mógł w większym lub mniejszym stopniu odczuwać. Największą różnicę było widać w ilości śniegu, który dniem i nocą zalegał na terenie klanu. Wcześniej opady były tak częste i intensywne, że srebrna wręcz sunęła brzuchem po białym puchu — ten teraz był bardziej zbity, sięgając nieco powyżej połowy łap. Okrywa ta już również nie tłumiła aż tak kroków wojowników i teraz każdy mógł choć raz na patrolu usłyszeć donośne skrzypienie pod swoimi łapami, które niosło się na parę długości przez wszechobecną ciszę, tak nienaturalną dla innych pór roku.
Niebieskooka leniwie przeciągnęła się na posłaniu, które zostało uwite specjalnie dla niej przez Krokusową Kruchość. Sama myśl o tym geście sprawiała, że na pysku zastępczyni pojawiał się cień uśmiechu, który równie szybko maskowała — w końcu nie powinna byle komu zdradzać pewnych bliskich powiązań z niektórymi Burzakami. Widmo niedawnej zdrady nadal wisiało w powietrzu, a Skrzydlata Płomykówka z Zawodzącą Gwiazdą byli go, aż nadto świadomi. Nie wiadomo, na jak długo każdemu będzie odpowiadać władza Echo, szczególnie że niektórzy już od samego początku mieli pewne “ale” do wyboru srebrnej na zastępczynię. Wiedziała, że nie da się każdemu dogodzić i ktoś zawsze będzie niezadowolony, lecz im więcej kotów przynajmniej jakkolwiek było zadowolone z wypełnianych przez nią obowiązków, tak malała szansa na przedwczesną emeryturę.
Tym razem darowała sobie zwoływanie klanu z samego rana, zdając sobie sprawę, iż nic nowego nie ma im do przekazania — budowa nowego obozu zmierzała ku końcowi, a stary powoli został przeszukany wzdłuż i wszerz, zajrzano do niemal każdej wnęki, zakamarku. Niektórzy nadal szukali swoich osobistych skarbów, lecz większość Burzaków chyba pogodziła się z ich stratą w pożarze lub też w czasie poszukiwań przez kogoś innego. Cętkowana sama raczej nic takiego nie posiadała, więc nie mogła do końca wiedzieć, co inni mogą czuć przy takiej stracie — choć ona może straciła dużo więcej. W końcu jej siostra okazała się zdrajczynią. W dodatku straciła również matkę, którą przez całe dotychczasowe życie uważała za wzór i autorytet.
Niespiesznie podniosła się z posłania, by następnie spokojnie wyjść z jaskini, którą przeznaczono wojownikom. Ona w porównaniu do Zawodzącej Gwiazdy nie miała swoich czterech ścian, będąc zastępcą klanu, lecz jakoś jej to nie przeszkadzało. Miała wrażenie, że dzięki temu jest bliżej z pozostałymi Burzakami i nie izoluje się od nich, jak przywódcy w klanach.
Grota Pamięci stanowiła nowe centrum podziemnego obozu, dlatego też przez większość dnia tętniła życiem, jednak z rana to miejsce było niemal puste, a echem odbijały się kroki kotów, które należały do rannych ptaszków. Niebieskie spojrzenie powoli sunęło po jednej ze ścian, gdzie widniały odciski łap, świadczących o liczbie odbytych tutaj Ceremonii Dorosłości. W najbliższym czasie zapewne ich przybędzie, na pewno pojawią się te od Bursztynu, Żywicy, Perłówki, Kurczątka, Łzy i Zewu. Cała szóstka była w większym lub mniejszym stopniu rodziną, stanowiąc rodzeństwo czy też kuzynostwo.

»» ———— ⚜ ———— ««

Srebrna skinęła głową do Śnieżycowej Chmury, przydzielając jej dwójkę wojowników do patrolu łowieckiego. Kiedy tylko kotka odeszła, zastępczyni pozwoliła sobie na krótkie westchnienie — nie to, że przytłaczały ją własne obowiązki, lecz w obecnym momencie nie pamiętała, kiedy ostatnio rozmawiała dłużej z bratem, Krokus, czy nawet Szakłakiem. I nie chodzi o rozmowy dotyczące patroli, treningów, po prostu zwykła wymiana zdań, najlepiej w czasie dzielenia się językiem. Brakowało jej takich beztroskich chwil, gdzie była pewna, że nikt nie będzie jej przeszkadzać, zakłócając spokój jej lub bliskich, z którymi by przebywała.
Kątem oka dostrzegła szylkretowego kocura, który chyba przyglądał jej się od niedługiej chwili. Skinęła do Opadającego Rumianka głową, a następnie podeszła do wojownika.
— Witaj Opadający Rumianku, czegoś Ci trzeba? — spytała, mając wrażenie, że w ostatnich dniach niemal non stop powtarzała te słowa w kółko i jedynym, co się w nich zmieniało to imię kota, z którym rozmawiała.
— Nieszczególnie — mruknął.
— W takim razie masz może chwilę? Szukam kogoś do przeszukiwania starego obozu — zaproponowała, chcąc po prostu bliżej poznać kocura oraz go nieco do siebie przekonać, gdyż zdawało jej się, że ten nie jest do końca pewny, co do niej.
— Skoro to rozkaz zastępczyni.
— Nie, w żadnym wypadku. Po prostu luźna propozycja i tyle możesz odmówić jak nie masz ochoty — wyjaśniła od razu. Nigdy w życiu, by nie wykorzystała swojej pozycji do tak błahej kwestii! Przecież nie od tego był zastępca.
— …
Milczenie szylkreta wzięła po chwili za zgodę i w ciszy ruszyła do tunelu, który prowadził na pogorzelisko, będące niegdyś ich domem. Dla pewności, że liliowy za nią pójdzie, dała znać krótkim ruchem ogona, by ten podążał za nią. Nie musiała się nawet upewniać, czy ten zdecydował się na tę propozycję, gdyż już po paru uderzeniach serca mogła usłyszeć ich wspólne kroki, niosące się echem po obecnie pustym korytarzu. Pomiędzy nimi niemal ciągle panowała cisza, lecz cętkowanej to nie przeszkadzało, mogła bez krępacji pogrążyć się w myślach oraz planach na kolejne dni. Musiała ustalić patrole, tak, by nie kolidowały z treningami uczniów, spytać o ich postępy i może spróbować gdzieś wcisnąć chwilę dla siebie i może Szakłaka. Chciałaby porozmawiać z kocurem, podpytać jak się sprawy mają z Gasnącą Łapą i tym podobne.
— Zacznę w legowisku wojowników, a potem udam się do tego starszyzny, jeśli nic nie znajdę — oznajmiła, przerywając ich milczenie. Dymny jedynie skinął głową i udał się we własnym kierunku.
Równocześnie z nim ruszyła kocica, kierując swoje kroki do nory, którą dawniej dzieliła z siostrą, bratem, matką i oczywiście czarnofutrym wojownikiem. Krzewy, które dawniej zasłaniały wejście, były kompletnie pozbawione listowia, a gałęzie, które się ostały, zwęglone. Zastępczyni zwinnie pomiędzy nimi przeszła, o mało nie potykając się na wejściu o jakieś spopielone posłanie. Mruknęła coś pod nosem, odsuwając je na bok, by później ktoś inny również na nie nie natrafił w czasie rozpoczynania poszukiwań. Dawniej legowisko było schronieniem przed nocą, zimnem, samotnością, lecz teraz świeciło pustkami, a chłód pory nagich drzew wkradał się i tutaj. Zastrzygła uchem, skanując wzrokiem każdy kąt, który mogła dostrzec z miejsca, gdzie stała. Po chwili podeszła do trzech posłań, które leżały nieco dalej od innych, z których pozostały jedynie szczątki. To właśnie tutaj sypiała, odkąd Rudzikowe Skrzydełko zadecydowała, że Poczciwy Szakłak powinien mieć jakieś towarzystwo.
Srebrna cicho parsknęła śmiechem, przypominając sobie szok i zdziwienie starszego kocura, kiedy to pręgowana z ekscytacją tłumaczyła mu to wszystko, a Płomykówka była biernym słuchaczem i mentalnym wsparciem dla zielonookiego. Jej cichy śmiech przeciął dotychczasową ciszę niczym pazury wroga, na co od razu umilkła — nie powinna robić czegoś takiego, nie w takim miejscu. W miejscu, gdzie wspomnienia innych zostały pogrzebane, niektóre wraz z nimi. Odwróciła wzrok w stronę posłania, na którym dawniej widywała swoją matkę. Cień tęsknoty przewinął się przez jej pysk.

»» ———— ⚜ ———— ««

W legowisku wojowników nic nie znalazła, dlatego też ze swoim planem, ruszyła do tego, które dawniej zajmowali najstarsi w klanie. Ich mały azyl był teraz kompletnie odsłonięty, ukazując całemu światu swoje wnętrze. Dawniej gęsty krzew teraz prezentował się mizernie ze swoimi powyginanymi gałązkami, równie marnie, co sam Klan Burzy od razu po pożarze i tragedii, jaka ich w międzyczasie dotknęła. Każdy krok stawiała ostrożnie, jakby nawet najmniejszy błąd miał sprawić, że to, co jeszcze stało, obróci się w proch i zniknie wraz z silniejszym wiatrem. Dawniej to miejsce z daleka biło wonią lawendy, lecz teraz do nozdrzy srebrnej dochodził jedynie zapach pożogi, mrozu oraz… lawendy! Zamrugała kilka razy dla pewności, że faktycznie czuję tę subtelną woń i po chwili przystąpiła do poszukiwań.
Pod jednym z legowisk ostał się jakiś cudem pęczek lawendy. Od razu delikatnie pochwyciła go zębami i opuściła dotychczasowe miejsce, by w centrum poczekać na kocura. Może i on coś znalazł.

<Opadający Rumianku, jak poszukiwania?>

Event Klanu Burzy:
Poszukiwania - próba nieudana, zioła z legowiska starszyzny

Rozżarzona Pieśń urodziła!

 Rozżarzona Pieśń przyniosła na świat trzy małe kuleczki, z czego jedna jest niepokojąco podobna do jednego z wojowników Klanu Klifu...





Od Mistral CD. Mordor

Przeszłość

— Śmiesznie pachniesz. Boli mnie łapa — burknęła, siadając na ziemi przed kotką. — Co to zielarz? — zapytała w końcu.
Ledwo mianowana kotka, nawet nie zdążyła spytać o możliwą przyczynę bólu, kiedy to młódka zapytała, kim tak właściwie jest kot, którym od dzisiaj ona była.
— Zielarz pomaga szamanowi i uzdrowicielowi. Wraz z szamanem odprawia różne ceremonie związane z naszą wiarę we Wszechmatkę, z uzdrowicielem pomaga chorym, głównie poprzez zbieranie ziół dla potrzebujących Owocniaków — wyjaśniła z lekkim uśmiechem.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Obecnie, przed opuszczeniem obozu przez Wiciokrzewa

Czy Mistral zdążyła już nie raz ponarzekać na ilość chorych? Owszem, lecz najwidoczniej to wciąż było za mało, gdyż na widok Śnienia, który powstrzymywał się od odruchów wymiotnych, od razu zaczęła coś mruczeć pod nosem. Zapewne na ponowne uszczuplenie zapasów, które niedawno uzupełniała, a może na głupotę Owocniaków. Pewność miała jedynie sama kotka, a ona raczej z byle kim się nie podzieli swoim raczej dość krytycznym zdaniem.
W teorii mogłaby zajrzeć do Wiciokrzewu, lecz nie chciała zbytnio kocura nękać, zdając sobie sprawę, że wcześniej robiła to wręcz obsesyjnie, jakby bała się go zostawić bez swojej opieki. Teraz starała się przychodzić raz na dwa, trzy dni, przy okazji doglądając też innych starszych — może to nie zmieni wrażenia, które bardzo szybko zbudowała, lecz zawsze warto spróbować. Może dzięki temu pozostała część starszyzny również zechce podzielić się z nią własnymi zmartwieniami, przemyśleniami. Nawet jeśli swoich już trochę miała, szczególnie w ostatnich dniach, gdy w końcu zaczęła dochodzić do siebie po pojedynczych przypadkach halucynacji, będących wynikiem nieleczonej bezsenności, która pojawiła się u niej w poprzednim sezonie. Zachowała się nieco, jak Gołąbek, który pozwolił na to, by z niewielkiej rany na łapie powstała infekcja, zagrażająca zdrowiu. Byli siebie warci.
Kiedy tylko podała buremu zioła przeciwwymiotne, opuściła dziuple z zamiarem wzięcia dla Purchawki i Gołąbka czegoś do zjedzenia. Zdecydowanie dużym plusem było to, że stos ze zwierzyną mieścił się tuż obok drzewa, które zajmowali, dzięki czemu zielarka nie musiała jakoś bardzo się oddalać.
Właśnie miała sięgać po piszczkę, gdy wśród zdobyczy dostrzegła coś, co spowodowało, że zamarła w połowie ruchu. Pomiędzy ciepłymi ciałami ofiar polujących Owocniaków znajdowało się zwierzę, które nigdy nie powinno być martwe, ani tym bardziej trafić na stos. Nie wiedziała jakim cudem młody jerzyk bezwładnie spoczywał pomiędzy nornicami, ryjówkami i innymi zwierzynami łownymi. Przecież dla wszystkich wierzących we Wszechmatkę ptaki, szczególnie jerzyki i jaskółki, były święte! Kto mógł…! Ach no tak, w końcu w Owocowym Lesie od parunastu księżyców znajdują się dawni samotnicy, którzy chyba wciąż nie mają pojęcia o zwyczajach społeczności, do której dołączyli.
Zdenerwowana, trzepnęła końcówką ogona i delikatnie sięgnęła po ptaka. Nie miała zamiaru go tak zostawić, szczególnie źle mogłoby się to skończyć, gdyby jakiś wyjątkowo zagorzały wyznawca ją znalazł lub Purchawka. To mogłoby się źle skończyć. Może i szamanka ma dużo cierpliwości, leczw tej sprawie raczej szybko, by ją straciła. Nerwowo rozejrzała się, chcąc mieć pewność, że nikt jej nie nakryje ze świętym lotnikiem w pysku, po czym szybko czmychnęła z obozu. Nie oddaliła się daleko, a jedynie na tyle, by mieć pewność, że nikt ciekawski jej nie ujrzy.
Odłożyła delikatnie jerzyka, by następnie zacząć kopać niewielki dołek. Wszystko szło sprawnie, dopóki nie usłyszała głosu za sobą, akurat w momencie, gdy rozpoczynała przysypywanie ziemią biednego lotnika:
— Co tu robisz? — spytała Mordor, widocznie zaciekawiona poczynaniem Mistral.
— Ja… cóż… nic takiego — odparła, starając się dyskretnie dokończyć pochówek.

<Mordor, ile widziałaś?>

Wyleczeni: Śnienie

Od Ćmiej Łapy do Dymówki

Ćma siedziała w legowisku medyczki, porządkując zioła. Brakowało trybuli, będzie musiała później po nią pójść. W wejściu rozległo się dudnienie łap, a z cienia wyłoniła się Słonkowa Łapa.
– Dzień dobry, Jagnięcy Ukłonie oraz Księżycowa Aldrowando!
– Aldrowandy tutaj nie ma, poszła sprawdzić stan Rozżarzonej Pieśni.
– Witaj, siostrzyczko! Strasznie boli mnie gardło. Sprawdzisz, co mi dolega?
– Oczywiście, już patrzę. – Szylkretka otworzyła szeroko pysk, a kremowa zajrzała do środka.
– Twoje gardło jest zaczerwienione, masz infekcję. Nie martw się, aksamitka i nawilżenie gardła miodem powinny pomóc. – Poszła do kamiennej szczeliny, wymieniając spojrzenia z mentorką. Następnie wróciła i podała zioła oraz miód siostrze.
– Przyjdź tu za dwa wschody słońca na inspekcję, choroba może się utrzymać.
– Dziękuję, Ćmia Łapo! – Słonka kiwnęła jej głową z wdzięcznością i wyszła z legowiska.

***

Uczennica medyczki obecnie znajdowała się w żłobku, pomagając Księżycowej Aldrowandzie w opatrywaniu Rozżarzonej Pieśni.
– Niedługo urodzi – oznajmiła niebieska szylkretka. – Może nawet i dzisiaj, trzeba być czujnym.
Uwagę krótkoogonowej przykuła jedna z córek Psotnego Nietoperza, Dymówka, która cicho bawiła się kulką mchu. Była ciekawa, czy ona, gdy dorośnie, również zostanie Jaśniejącym Skrzydłem, jak jej matka. Mała, zielona kulka poturlała się pod jej łapy. W odpowiedzi odbiła ją łapką w stronę małej. Kociątko uśmiechnęło się w jej stronę, dziękując uczennicy medyczki za oddanie uciekiniera.

wyleczeni: Słonkowa Łapa

<Dymóweczko?>

[205 słów]

[4%]

Od Mistral CD. Pierścienia

Przeszłość

Pojawiając się w żłobku oraz rozpoczynając rozmowę z młodym Pierścieniem, nie spodziewała się po kocurze tego typu zabaw. Jasne, kociaki często wymyślały sobie zajęcia, które zajmą ich czas w żłobku, lecz kotka nie kojarzyła, by któreś wpadło na taki pomysł. Była nieco zaintrygowana tym, ale i nieco sceptyczna, jakby doszukiwała się w tym drugiego dna, które może nawet nie istniało. W końcu nie była jeszcze oficjalnie zielarzem Owocowego Lasu i jej podejrzenia mogły być błędne.
— Mama mówi, że w obozie jest dużo żuczków! — oznajmił, przesuwając rozmarzone spojrzenie na wyjście ze żłobka. Nagle gwałtownie odwrócił głowę w kierunku Mistral. — Zabierz mnie do obozu — zażądał. — Chcę poszukać żuczków!
Na początku uczennica zamrugała parę razy, jakby upewniając się, że to, co kocurek powiedział, faktycznie miało miejsce.
— Cóż… Nie wiem, co na to twoja mama — mruknęła, spoglądając na Rohan. Ta jedynie machnęła łapą, będą pogrążona w jakiejś rozmowie z Purchawką. — W takim razie chodźmy, tylko nie oddalaj się za daleko, w obozie są też inni i możesz wpaść pod ich łapy — dodała, spokojnym krokiem opuszczając kociarnię, kiedy to srebrny niemal wybiegł, jak poparzony, lecz po chwili zwolnił, biorąc pod uwagę słowa białej lub po prostu przytłoczyła go ilość nowych doświadczeń.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Obecnie, przed opuszczeniem obozu przez Wiciokrzewa

Pora nowych liście powoli dobiegała ku końcowi, lecz nic nie zapowiadało, aby podobnie było w przypadku chorych Owocniaków, którzy przez ostatnie dni aż nadto odwiedzali trójkę mieszkańców dziupli. Zielarka miała wrażenie, że ledwo co jednego dnia wyleczyli parę kotów, a już następnego ze wschodem słońca zjawiały się kolejne. Dlatego też ta już nie kryła ciężkiego westchnienia, które opuściło jej pysk, gdy po śniadaniu ujrzała w dziupli kolejnego pacjenta. Na szczęście niedawno w towarzystwie Wrony uzupełniła zapas ziół, więc ten teraz nie prezentował się tak krucho.
W legowisku uzdrowicieli zawitał liliowy wojownik, ten widząc młodą kotkę, próbował się uśmiechnąć, jakby sam ten gest miał sprawić, że niebieskooka padnie do jego łap, kompletnie oczarowana kocurem. Ale właśnie, próbował, gdyż tylko na tym poprzestał z powodu bólu zęba, który mu doskwierał, powodując na pysku widoczny grymas z powodu dyskomfortu. Mimo to, niezrażony nieudaną próbą, podszedł bezpośrednio do młodszej, uważając, że to pierwsze fatalne wrażenie nie zaburzyło jego czaru i charyzmy. Ta jedynie przewróciła oczami, pozwalając Purpurze na jego dalsze przedstawienie — czekała tylko na dogodny moment, by podciąć mu skrzydła tych swoich prób oczarowania kocicy.
— Witaj p- — Nie dokończył, gdyż niebieskooka najzwyczajniej w świecie go wyminęła, jakby był tylko powietrzem. — Zaczekaj!
— Nie jestem uzdrowicielem, Gołąbek się chętnie tobą zajmie — oznajmiła. — Prawda? — spytała, spoglądając na burego, który szybko skinął głową, jakby obawiając się tego, co może się stać, gdy odmówi. — Widzisz? Więc daruj sobie te zaloty, bo one na mnie akurat nie działają. Lepiej dojdź do porozumienia z Kasztanką — rzuciła na odchodne.
Za plecami zdołała jeszcze usłyszeć, jak wojownik w końcu się poddaje i mówi uzdrowicielowi, co mu dolega. Ból zęba wyjaśniał, czemu starszemu nie udał się zawadiacki uśmiech, który miał ją oczarować. Prychnęła na to pod nosem, w Owocowym Lesie wieści szybko się rozchodzą, więc nie trudno było usłyszeć, że pomiędzy Kasztanką a Purpurą ostatnio niezbyt dobrze się układa. Biała współczuła kotce, przez chwilę zastanawiając się, jak tak dwa różne koty zdołały się połączyć w związek partnerski. Chyba zostanie to dla niej tajemnicą, dopóki sama z kimś się nie zwiąże, może wtedy dowie się, co jest tak niesamowitego w tym wszystkim.
Miała właśnie wychodzić na krótki spacer, który był po prostu sposobem na zabicie czasu, nim wróci do dziupli z nadzieją, że nie przebywa w niej pręgowany kocur. Plan ten został pokrzyżowany przez wpadnięcie na Bratek. Uczennica nawet nie zdołała wypowiedzieć ani słowa, gdy zaniosła się kaszlem, który aż wywołał lekki grymas na pysku Mistral.
— Idź do Gołąbka. Nie brzmi to na zwykły kaszel — oznajmiła i nie oczekując odpowiedzi, wyminęła młódkę, by następnie opuścić bezpieczny azyl. Nie planowała się daleko oddalać, jedynie na tyle, by w razie niebezpieczeństwa ktoś mógł przybyć z pomocą. Na samą myśl o byciu bezradnej w takiej sytuacji, trzepnęła końcówką ogona. Wizja ta bardzo jej nie leżała, lecz zdawała sobie sprawę, że na obecny moment w Owocowym Lesie jest już wystarczająco dużo kotów, które posiadają umiejętności w dziedzinie walki i medycyny — wątpiła, aby Czereśnia zgodził się jeszcze na jej doszkolenie.
Przysiadła pod jednym z drzew, obserwując, jak liście powoli kołyszą się w rytmie podmuchów powietrza. Wyglądały, jakby tańczyły do melodii, którą tylko dla nich nucił wiatr, gnający wysoko pomiędzy gałęziami w koronach potężnych drzew. W pewnym momencie w zasięgu jej wzroku pojawił się jerzyk. Pierwsza myśl, która przyszła jej do głowy, że to może Wszechmatka chce jej coś przekazać — że może nie jest sama, powinna wziąć się w garść. Jednak… czy była w stanie, widząc, w jakim stanie znajdował się Wiciokrzew? Starszy przecież był niemal cieniem dawnego siebie. I dlaczego? Ponieważ jej żal po śmierci matki był zbyt duży, by być, chociaż nieco milszą dla liliowego. W dodatku ten popełnił śmiertelny błąd. Śmiertelny nie dla niego, a dla młodego wojownika, który był bratem Purpury i Kropli.
Dotychczas nie pozwoliła sobie choćby na chwilę słabości, przecież miała na barkach zdrowie psychiczne całego Owocowego Lasu. Gdyby okazała coś innego niż spokój, zrozumienie, inni mogliby zacząć wątpić w to, czy nadaje się na zielarza. Ciężko pracowała, przykładała się do treningów i Wiciokrzewu i Purchawki. Robiła wszystko, by być najlepszą, idealną na to stanowisko.
Nawet nie zauważyła, gdy z powodu jednego ptaka po jej policzkach zaczęły spływać łzy w cichym płaczu. Płaczu, który wyrażał więcej niż słowa. Płaczu tak potrzebny dla niej, a mimo wszystko duszonym od paru księżyców. Płaczu, który pokazywał, że nie jest kimś, kto jest w stanie unieść nie tylko swoje, ale i innych problemy, zmartwienia.
Z tego stanu wyrwał ją dopiero dźwięk zbliżających się kroków, które należały do dwójki Owocniaków. Szybko przetarła łapą policzki i oczy, mając nadzieję, że nie będzie po niej widać, iż jeszcze uderzenie serca temu płakała, niczym mały kociak, który zgubił swoją mamę.
— Witaj Pierścieniu, Daglezjo — mruknęła, po odchrząknięciu, by mieć pewność, że jej głos się nie załamie w połowie słowa. — Zmierzacie na trening?
— Tak — odparła szylkretka.
— A czy… mogłabym pójść z wami i poobserwować? — Początkowo na to pytanie, wojowniczka zmrużyła nieco oczy, jakby doszukując się ukrytych intencji w tym pytaniu, lecz finalnie wzruszyła ramionami i ruszyła w dalszą drogę. Biała uznała to za niemą zgodę, więc już po chwili kroczyła obok Pierścienia, który nieco wyrósł, odkąd go spotkała po raz pierwszy. — Jak tam u ciebie Pierścieniu?

<Pierścieniu?>

Wyleczeni: Purpura, Bratek

Od Truskawki

Trawą kołysał chłodny wiatr, który niósł ze sobą aromat ciepłego pożywienia wyprostowanych i zapach zielonych roślin budzących się do życia w porze nowych liści. Słońce powoli budziło się ze snu i czerwoną smugą przesuwało się coraz wyżej po błękitnym niebie, aby w południe zająć należyte mu miejsce. Pomarańczowa łuna, z rzadka przysłaniana przez cienką warstwę rozpędzonych białych chmur, wydawała się Truskawce wręcz magiczna.Kolejny poranek był zapowiedzią kolejnego treningu z Promiennym Słońcem, a zatem i przygody. Z niejasnych powodów biała koteczka obudziła się dziś bardzo wcześnie, dlatego miała możliwość obejrzeć to piękne zjawisko, kiedy słońce wstaje. Zastanawiała się, jak wygląda jego układanie się do snu. Czy niebo wtedy też barwi się na różowo, a na chodniki padają cienie niezwykłych kształtów? Truskawce na razie nie było dane się tego dowiedzieć, lecz postanowiła, że spyta się o to swojej mentorki, kiedy ta tylko się zjawi.
Angora miała nadzieję, że dziś kotki nie będą ćwiczyły technik łowieckich. Choć uczennica zgadzała się z Promiennym Słońcem, że umiejętność polowania była jedną z ważniejszych, to wcale nie podobała się jej perspektywa uśmiercania niewinnych istot bez takiej potrzeby. W końcu biała dostawała przepyszne granulki od swoich dwunożnych i nie miała konieczności jedzenia zwierząt, co z resztą wydało jej się bardzo dziwne i niewłaściwe.
Poprzedniego dnia szylkretka uczyła swoją podopieczną tropienia zwierzyny i pozycji łowieckiej, co Truskawka opanowała do perfekcji. Zdziwiła się, słysząc, że klanowi uczniowie mają często z tym kłopot. Przecież to było takie proste! Problemy zaczęły się dopiero wtedy, gdy mentorka poleciła białej prawdziwe polowanie. Wyjaśniła jej, jak skręca się kark zdobyczy tak, aby zabić ją szybko i skutecznie. Na razie jednak uczennica ćwiczyła na liściach. Nie miała ochoty nikogo uśmiercać. Choć kilka razy skoczyła już na mysz, raz nawet złapała pazurami ptaka, to po chwili przytrzymania piszczki przy ziemi, wypuszczała ją, co nie podobało się mentorce. Czemu jednak Promienne Słońce kazała uczennicy zabijać niewinne stworzenia?
Z rozmyślań wyrwała ją znajoma woń. Biała koteczka otworzyła pysk tak, jak uczyła ją mentorka i zasmakowała powietrza. Wiatr przyniósł ze sobą znajomy zapach. To była szylkretka, zorientowała się Truskawka. Jej ogonek wystrzelił wysoko w górę, a turkusowe oczka rozbłysły. Koteczka nieświadomie zaczęła przebierać łapkami. Zapominając o swoich dwunożnych, wdrapała się na płot. Dopiero gdy była na górze, uświadomiła sobie, że ci jeszcze wciąż nie wyszli. Zniecierpliwiona zeskoczyła z powrotem do ogrodu. Strasznie się guzdrali, masakra.
Biała czuła zapach Promiennego Słońca niedaleko, ale wiedziała, że szylkretka pokaże się dopiero wtedy, gdy gniazdo opuszczą dwunożni. Po chwili kotki usłyszały warkot oddalającego się potwora. Truskawka odczekała chwilę, a następnie podbiegła do swojej mentorki.
– Cześć, Promienne Słońce! – przywitała się biała – wstałam dziś bardzo wcześnie i widziałam, jak słońce się budzi! Wiedziałaś, że jak wstaje, to niebo jest różowe? To bardzo ładny kolorek! Czego dziś będziemy się uczyć?
– Może umiejętności obserwacji? – zaproponowała starsza kotka. Truskawka postawiła uszka.
– Pewnie! – wykrzyknęła podekscytowana. Chętnie zrobiłaby wszystko, co nie wiązałoby się z zabijaniem. Skoro już potrafiła polować i chwytała prawie każdą zdobycz, to po co dodatkowo wykręcać jej kark? I tak nie dałaby rady jej zjeść, nawet gdyby chciała.
– Jest jedna rzecz, którą powinnam zrobić. Jeśli chcesz, możesz mi w tym pomóc – zaczęła szylkretka.
– Co to za rzecz? Przecież to jasne, że chcę ci pomóc – odparła żarliwie biała.
– Pamiętasz Gąsienicowego Ogryzka? – zapytała się uczennicy Promienne Słońce, a gdy ta pokiwała głową, kontynuowała – otóż to, wciąż nie odpłaciłam się Krokus za tę przysługę, którą mi wyświadczyła, pomagając mu przeżyć. Poprosiła mnie ona wtedy o płaskiego placka dwunożnych. Dziś będziesz się uczyć uważnej obserwacji, a przy okazji szukać tego rodzaju pożywienia – wyjaśniła szylkretka.
– Brzmi ciekawie – odpowiedziała szczerze Truskawka – zaczynamy?
– Tak, ale aby znaleźć to, czego szukamy, będę musiała udać się w zatłoczone tereny. Panuje tam hałas, jest pełno dwunożnych i podwyższone ryzyko, że spotkamy jakieś koty. Nie musisz iść ze mną, nie jest tam bezpiecznie – powiedziała Promienne Słońce.
Truskawka miała ochotę przewrócić oczami. Kiedy do kotów dojdzie to, że ona nie jest malutkim piórkiem, które trzeba chronić za wszelką cenę i które rozsypie się, jeśli na chwilę spuści się je z oka? Postanowiła jednak, że zamiast kolejny raz odpowiedzieć coś typu „no jasne, że idę!”, wymiauczy coś bardziej błyskotliwego.
– Czyż nie wszędzie jest niebezpiecznie? Im szybciej nauczę się poruszać ryzykownymi ścieżkami, tym łatwiej mi będzie później w życiu. Uważam, że to doskonała okazja na trening i szlifowanie moich umiejętności – odpowiedziała poważnie. Te słowa zabrzmiały dziwnie w jej własnych uszach. Tak… Profesjonalnie i sztywno.
Na to szylkretka nie odpowiedziała. Jedynie kiwnęła głową i ruchem ogona dała młodszej kotce znać, aby ta podążała za nią.
Szły w milczeniu, mijając gniazda, obok których już wiele razy przechodziły.
– Byłam już tutaj – zauważyła Truskawka.
– Tak, ale nie w sam środek dnia. To właśnie w południe jest tu największy tłok – wyjaśniła mentorka.
– To, co teraz robimy? – spytała biała.
Szylkretka wzruszyła barkami.
– Teraz pozostaje nam czekać… I uważnie obserwować.
Truskawka pomyślała, że będzie to niezwykle nudne zadanie, ale bez protestu potulnie znalazła sobie jakiś kącik za starą blachą wyprostowanych i ze swojej miejscówki uważnie obserwowała otoczenie w poszukiwaniu wzrokiem jakiegokolwiek płaskiego placka dla Krokus. Średnio miała pojęcie, jak takie wyglądają, ale uznała, że go pozna z opisu mentorki, gdy tylko go zobaczy.
Siedziała więc nieruchomo, rozpaczliwie wypatrując placka. Miała wrażenie, że jak zaraz go nie ujrzy, wybiegnie na środek chodnika i się przeciągnie. Nie lubiła siedzieć w miejscu.
Wtedy usłyszała ciche syknięcie mentorki. Truskawka spojrzała w jej kierunku i go zobaczyła. Wyprostowany szedł chodnikiem, rozmawiając przez małe pudełko, a w ręku trzymał… placka! Po chwili biała ze zgrozą zorientowała się, co szylkretka planowała zrobić. Przecież, aby dostarczyć jedzenie Krokus, musiały zabrać placka wyprostowanemu! Biała musiała jakoś powiadomić Promienne Słońce, że nie można było kraść, ale nie miała jak się do niej dostać. Z nastroszonym futerkiem mogła jedynie patrzeć, jak dwunożny siada na ławce i kładzie placka obok siebie. Szylkretka znajdowała się tuż pod jego siedzeniem. Przez moment widziała tylko łapę z wysuniętymi pazurami chwytającą zdobycz, a następnie placek leżał już pod ławką. Promienne Słońce chwyciła go w pysk i jak błyskawica uciekła do pobliskich krzaków.
Truskawka idąc na około, dołączyła do swojej mentorki.
– Tak nie można! Okradłaś go! – mruknęła smutno, gdy tylko znalazła się przy niej. Szylkretka wzruszyła barkami.
– Może sobie sprawić kolejnego. A co myślałaś, że znajdziemy placka po prostu czekającego na nas tutaj? A może sądziłaś, że spadnie z nieba? – zakpiła z niej Promienne Serce. Biała jednak pokręciła zdecydowanie głową.
– Tak nie wolno – powtórzyła – musimy mu go oddać.
Szylkretka prychnęła.
– Jeszcze czego. Ryzykowałam, zabierając mu go. Gdybyśmy mu teraz oddały, zezłościłby się na nas i mógłby nas zaatakować. Poza tym i tak by go nie zjadł. Dwunożni uważają, że jak coś spadnie na ziemię, jest zepsute.
– To było mu go nie zabierać – fuknęła biała. Po chwili jednak jej futerko ułożyło się – Na pewno sprawi sobie następnego? Nie będzie przez nas głodny? – upewniła się. Szylkretka pokręciła głową.
– Na pewno – uspokoiła uczennicę, która pokiwała głową.
– Zatem chodźmy odnaleźć Krokus.
Tak też zrobiły. Truskawka miała mieszane uczucia co do ich czynów, ale przynajmniej przetestowała swoją cierpliwość podczas długiego wypatrywania placka. Przyniosą Krokus obiecane jedzenie i będzie mogła porozmawiać z kotką. Postawiła uszka. Może jednak ich występek nie był aż taki haniebny. Tak jak powiedziała Promienne Słońce, przecież wyprostowany w każdej chwili może sobie sprawić kolejnego. Kto jak kto, ale ci z ich gatunku raczej nie chodzili głodni.

[1199 słów + umiejętność obserwacji]

[24% + 5%]

Od Mistral CD. Wrony

Przeszłość

Niebieskooka właśnie powoli kończyła porządki w składziku, notując przy tym w głowie nazwy ziół, których zaczynało powoli brakować. Kiedy tylko zakończyła, miała już pytać resztę towarzystwa, czy nie chcą czegoś ze stosu, kiedy niespodziewanie piszczki same wparowały do dziupli, a tak dokładniej to zostały przeniesione przez córkę Figi. Biała kojarzyła ją głównie z momentów, gdy Czereśnia opuszczał obóz, a tuż obok niego podążała szkoląca się młódka.
— Witajcie, Wiciokrzewie, Gołąbku i Mistral! Przyniosłam wam coś do jedzenia. – Odłożyła każdemu po zwierzynie tuż przed łapami, by na samym końcu przysiąść obok Mistral. — Słyszałam, że zostałaś zielarką. Gratuluję!
— Dzięki — mruknęła, odgryzając kawałek nornicy.
— Mama mi opowiadała, że dawno temu to stanowisko zostało obsadzone przez kogoś. Jak podoba ci się ta praca, na czym ona polega i czy wiesz, dlaczego tak długo było puste?
— Widać, że Ci nie brak ciekawości, Wrono — mruknęła pomiędzy kęsami. — Ale to dobrze.
Zielarka właśnie miała brać się do odpowiedzi na pytania uczennicy, gdy do legowiska wszedł chory Owocniak. Kotka od razu wyłapała jego obecność, czemu chyba nie podołała dwójka kocurów, która o czymś rozmawiała. Nie mając zbytnio innego wyjścia, ciche westchnęła, pozostawiając na wpół zjedzoną nornicę oraz dymną.
— Wybacz Wrono, lecz obowiązki wzywają. Jeśli nie masz nic przeciwko, to wolałabym, abyś wyszła. Nie chce ryzykować żadnej epidemii w Owocowym Lesie — wyjaśniła. Pomarańczowooka jedynie skinęła głową i opuściła dziuplę. Mistral nie była pewna, czy młodsza zrozumiała to jako prośbę, czy po prostu pozbycie się jej, lecz miała nadzieję, że ta nie obrazi się na nią ani nic podobnego.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Obecnie, przed opuszczeniem obozu przez Wiciokrzewa

W ostatnim czasie, a tak w sumie to w ostatnich dniach, w dziupli uzdrowicieli przewinęło się już sporo chorych Owocniaków, jakby ci tylko czekali do ostatniego momentu, by udać się do Purchawki, Mistral i Gołąbka, aby otrzymać zioła na swoje dolegliwości. Biała aż zbyt dobrze widziała, jak zapas medykamentów się znacznie uszczuplił, miała wręcz ochotę syczeć na coraz to kolejnych odwiedzających wnętrze drzewa. Jednak trzymała nerwy na wodzy, niemal non stop utrzymując lekki uśmiech na jasnym pysku. Choć w duchu już zdążyła parę kotów zamordować. Oczywiście nie na serio, nigdy nie dałaby rady tego zrobić, nie ze względu na brak jakiegokolwiek wyszkolenia w zakresie walki, lecz po prostu każdy w Owocowym Lesie był jak członek wielkiej rodziny.
— Witajcie. — W zaciszu dziupli rozbrzmiał głęboki, spokojny głos lidera ich społeczności.
— No niech zgadnę, wielki pan lider zachorował i dopiero na ostatnią chwilę przychodzi? — mruknęła, wychylając się ze składzika, który mieścił się głębiej w drzewie.
— Mistral! — skarciła ją Purchawka.
— No co? Ty wiesz, ile ziół nagle nam niemal brakuje? Ten ptasi móżdżek. — Wskazała łapą na burego uzdrowiciela. — Sam nie potrafił od razu zająć się zranioną łapą, czekał, aż się rozwinie infekcja, albo gorzej!
— To może ja przyjdę innym razem — zaproponował czekoladowy, przysłuchując się temu z boku.
— Nie nie, spokojnie Czereśnio — odparła szamanka, wskazując na posłanie, które po chwili zajął dawny zwiadowca.
Purchawka miała właśnie pytać kocura o dolegliwości, Gołąbek miał podejść i wyczekiwać poleceń starszej, a Mistral zniknąć w składziku, kiedy do legowiska przybyła Całunka. Zielarka już miała coś powiedzieć, lecz spojrzenie dawnej mentorki ją powstrzymało — obserwowała jedynie, jak ta z uzdrowicielem zajmują się chorymi, czekając na ich werdykt w przyniesieniu danych ziół.
— Potrzebuje aksamitki.
— A ja ogórecznika, wrotyczu lub lawendy.
Na ich słowa na pysku niebieskookiej zagościł cień uśmiechu, lecz nie żadnego przyjaznego, raczej takiego w stylu kpiny.
— Cóż… — zaczęła dość niewinnie, wykonując parę kroków w ich stronę. — Tak się składa, że akurat właśnie tego nam brakuje. Także musicie poczekać, aż je zbiorę i przyniosę.
Nie czekała na odpowiedź kogokolwiek na jej słowa, po prostu ich wyminęła, wychodząc z dziupli. Dopiero wtedy ciężko westchnęła, zdając sobie sprawę z tego, ile może to zająć oraz ile będzie dźwigania. Najłatwiej byłoby kogoś wziąć do pomocy, lecz Orchidea jakiś czas temu przeniosła się do starszyzny, a to z nią niebieskooka najczęściej wychodziła poza obóz, gdy musiała samotnie pozbierać zioła. To nie tak, że Mistral się bała samej opuszczać azyl, lecz brała pod uwagę możliwe dzikie zwierzę lub samotnika, a wtedy czekałaby ją rychła śmierć. Bo co ona mogła, mając samo szkolenie związane z chorobami i ziołami? Rzucić w napastnika nasionami maku na uspokojenie? Dobre.
Przez chwilę uważnie obserwowała koty na polanie, gdy w pewnym momencie dostrzegła niedawno mianowaną zwiadowczynię. Dumna ze swojego wyboru, ruszyła w kierunku dymnej, niemal następnie zagradzając jej drogę, gdyby ta próbowała wymigać się od pomocy zielarce.
— Hej Wrono. Mam do ciebie prośbę, potrzebuje kogoś, kto pójdzie i pomoże mi przy zbieraniu ziół. Piszesz się? — spytała i niemal po uderzeniu serca sama dała sobie odpowiedź: — Super, to idziemy.
Niebieskooka lekkim krokiem skierowała się w stronę wyjścia, a Wrona nie mając zbytnio wyboru, ruszyła za nią.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

— Wiem, że parę księżyców temu, gdy przyszłaś do nas z piszczkami, gratulacjami dla mnie oraz pytaniami, to mogłam brzmieć nie miło, gdy cię wyganiałam, lecz nie miałam nic złego na myśli. Jeśli chcesz, to mogę Ci nawet teraz odpowiedzieć na te pytania. — Ledwo wyszły z obozu, a starsza od razu podjęła rozmowę, po drodze zgarniając jakieś liście do późniejszego transportu ziół, które oczywiście musiała nieść Wrona. — Chciałaś wiedzieć, czy mi się to podoba. Owszem, znam każdą potrzebną roślinę, by kogoś wyleczyć, mogę komuś uratować życie, choć to bardziej zadanie uzdrowicieli. Ja najczęściej właśnie wychodzę i zbieram rośliny oraz towarzyszę Purchawce w ceremoniach związanych ze Wszechmatką, lecz to również robi jej syn. Na czym polega bycie zielarzem? Głównie właśnie zbieranie ziół, lecz też leczenie chorych, choć ja się zajmuję bardziej sferą psychiczną niżeli fizyczną. Można w sumie powiedzieć, że jestem nieco połączeniem stróża pod względem dbania o dobrostan Owocniaków oraz uzdrowiciela, pod względem leczenia. Niby mógłby to robić szaman lub uzdrowiciel, lecz z jakiegoś powodu jest to zadanie zielarza. A co do tego, że długo to stanowisko było puste, to nie znam do końca szczegółów.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Kiedy tylko wrócili, zwiadowczyni u boku zielarki, wkroczyła do dziupli, gdzie zaniosła uzbierane zioła aż do samego składziku. Ledwo zdążyła odłożyć pakunki, gdy starsza porwała z nich parę ziół i podała Purchawce oraz Gołąbkowi.
— No, mam nadzieję, że udało mi się odpowiedzieć na twoje dawne pytania oraz nie masz mi za złe tamtej sytuacji.

<Wrono?>

Wyleczeni: Czereśnia, Całunka

Od Mistral CD. Łzy (Łzawej Łapy)

Przeszłość

Biała kotka mając chwilę oddechu od leczenia chorych w Owocowym Lesie, opuściła dziuplę. Mimo zjedzenia czegoś na śniadanie czuła nieprzyjemne ssanie, świadczące o tym, że poprzednia piszczka najwidoczniej nie wystarczyła na długo. Wystarczył krótki moment, raptem parę uderzeń serca, gdy we wnętrzu drzewa nikogo nie było, a już przypałętała się tam dwójka kociąt Purchawki. Widząc czekoladowego kocurka przed wejściem, machnęła końcówką ogona i ruszyła w jego kierunku. Ten widząc nadchodzącą zielarkę, nieco się skulił, doskonale wiedząc, że prawie zrobił coś, czego nie powinien. Mistral jedynie ruchem głowy wskazała mu żłobek, a młodzik od razu zrozumiał przekaz i sprawnie wrócił pod opiekę matki.
Z Modrogończykiem jej szybko poszło, lecz inaczej mogła się sprawa mieć w przypadku czarnej młódki, która zdecydowanie śmielej zajrzała do wnętrza legowiska. Niebieskooka odłożyła po cichu piszczkę, by następnie niespodziewanie przemówić, zaskakując tym samym Łzę.
— Co ty tu robisz, kociaku? — Cudem powstrzymała się od syknięcia przy tym.
— My- — zaczęła, lecz musiała zdać sobie sprawę, iż jej brata już nie ma z nią. — Rozglądam się tylko po moim legowisku — odparła z lekkim chłodem, nie kryjąc też dumy, która zapewne wynikała z tego, że jest córką szamanki Owocowego Lasu i myśli, że wszystko jej wolno.
“Twoje legowisko? No raczej po moim robaczywy trupie” — prychnęła w myślach, gryząc się przy tym w język, by faktycznie tak koteczce nie odpowiedzieć.
— To nie jest miejsce dla kociąt. Wyjdź stąd.
— TAK SIĘ SKŁADA, że moja MAMA zarządza TYM miejscem. Więc TY stąd wyjdź.
— TAK SIĘ SKŁADA, że TWOJA mama mnie szkoliła i obecnie jestem ZIELARZEM — fuknęła i nie czekając na jakiekolwiek “ale” ze strony Łzy, złapała ją za skórę na karku i nie zwracając uwagi na jej protesty, zaniosła ją do Purchawki. Oczywiście Mistral nie szczędząc przy tym poinformowania szamanki o zaistniałej sytuacji, przez co starsza wyjaśniła kociakom, że nie można przeszkadzać w pracy innym kotom.
Może i jakoś bardzo nie usatysfakcjonowało to białej, lecz lepsze to niż nic. Nim opuściła kociarnię, odprowadziła krnąbrną kotkę swoim chłodnym wzrokiem, a następnie obróciła się na pięcie i wyszła.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Obecnie, przed opuszczeniem obozu przez Wiciokrzewa

Kotka cicho jęknęła pod nosem, gdy promienie słońca zaczęły się przebijać przez korony drzew, wpadając idealnie do dziupli. Zwinięta na posłaniu, zakryła oczy łapą z nadzieją, że to pozwoli jej na, choć chwilę snu, jednak próbę tę przerwało ciche krzątanie się Gołąbka. Ciężko westchnęła, podnosząc się końcowo z legowiska. Wciąż nie do końca obudzona, skierowała się do uzdrowiciela, który utykając na przednią łapę, próbował coś zrobić.
— Gołąbku… — mruknęła zaspana, czego potwierdzeniem było późniejsze ziewnięcie. —Wiesz, jaka jest pora?
— Przepraszam, nie chciałem Cię obudzić — wymruczał bury, na co zielarka przewróciła oczami.
— Lepiej powiedz, co Ci się stało z łapą.
— Ach! To nic takiego, serio — zaczął gorączkowo zapewniać. Po chwili jednak przestał, gdy dawna samotniczka zgromiła go wzrokiem. Kocur spuścił wzrok na swoje łapy, co biała wykorzystała, by lekko go popchnąć.
— Siadaj i pokazuj to. Nie jesteś już małym kociakiem Gołąbku, jeśli uzdrowiciel będzie chorować, to kto wyleczy innych w Owocowym Lesie? — spytała retorycznie, przyglądając się łapie zielonookiego. Rana zaczęła się sączyć, tworząc widoczny obrzęk w miejscu, gdzie występowała. Sięgnęła po zielę, które zaczęła przeżuwać na papkę w celu otrzymania soku. Ten bezpośrednio skapywał z jej pyska na zranioną kończynę młodszego.
— I kto to mówi? Kto ostatnio ciągle zmaga się z bezsennością?
— Ja to inna kwestia… — odparła nieco niewyraźnie.
— Daj spokój. Nie zgrywaj takiej twardzielki, która bierze wszystko na swoje barki. To nic takiego prosić o pomoc, szczególnie przy Wicio- — urwał, kiedy kotka niespodziewanie wypluła trybulę idealnie pod łapy chorego.
— Jak chcesz wtykać nos w nieswoje sprawy, to sam ogarnij tę infekcję — prychnęła.
Obróciła się na pięcie, czując, jak złość powoli w niej narasta. Za sobą usłyszała jedynie ciche westchnięcie uzdrowiciela, który był skazany na dalsze przeżuwanie papki, zapewne nie chcąc jeszcze bardziej denerwować niebieskooką. Machnęła rozwścieczona ogonem, przez co wywołała podmuch powietrza, który poderwał część lżejszych medykamentów, dotychczas równo ułożonych. Fuknęła na to pod nosem, zabierając się od razu do porządków.
Najgorzej było ze zbieraniem nasion maku, których część wylądowała niemal w każdym zakamarku dziupli.
— Widzisz? Byłabym lepsza od ciebie. — Nagle usłyszała głos kogoś, kogo już od dawna nie było w Owocowym Lesie.
— Zamknij się… — warknęła pod nosem, zwracając uwagę Gołąbka.
— Mówiłaś coś?
— Nie, zajmij się lepiej tym przeżuwaniem i idź po coś do jedzenia.
“Na Wszechmatkę, czemu jak muszę mieć halucynację to z tą zadufaną córką Purchawki…” — nie czekając dłużej na kolejne objawy bagatelizowanej bezsenności, sięgnęła po parę nasion maku. Gdy tylko je przełknęła, wzięła jeszcze liść macierzanki.
“Obym już nie musiała z tobą mieć więcej kontaktu, Łzo.”

Sesja wstrzymana

Wyleczeni: Gołąbek, Mistral

Od Pierścienia CD. Borowika

– Uh. Motylek… mnie nie lubi. Ucieka. Jak podchodzę – mruknął cicho. – Ale ciebie lubi chyba. Dobrze, dobrze… że chociaż ty je przyciągasz.
Pierścień podniósł wzrok na skupionego ucznia, po czym ponownie opuścił go na owada. Nie zastanawiając się długo, ruszył do działania.
Plask! Łapa kociaka przygniotła motylka. Borowik wziął gwałtowny wdech.
– Czemu to zrobiłeś? – zapytał z zaskoczeniem, a Pierścień popatrzył na niego pytająco. Motylek podrygiwał pod jego podniesioną teraz kończyną; nie był jeszcze martwy, ale jedno z jego pięknych skrzydeł było złamane, a dwie nóżki urwane. Fascynacja ogarnęła kociaka. Tylko raz wcześniej udało mu się złapać motylka – złapał go w pysk, a ten tak trzepotał skrzydełkami, że musiał go wypluć. Teraz miał przed sobą okaz jeszcze żywy, w całej swojej okazałości, ale niemogący mu uciec. Schylił się i trącił nosem delikatne stworzonko.
– Widzisz, jakie ma skrzydełka? – zauważył, ignorując pytanie i trącając nieuszkodzony, wciąż ruszający się w nadziei ucieczki narząd lotu. – Pająki takich nie mają.
Pająki swoją budową przypominały motyle, jednak gdy oglądało się je uważnie, można było zauważyć dużą ilość różnic między stworzeniami. Pająki miały więcej nóg niż motyle; motyle mściły się za tą niesprawiedliwość natury posiadając wielkie, ale za to delikatne skrzydła. Bliskie przyjrzenie się owadowi pozwoliło Pierścieniowi na dostrzeżenie subtelnej różnicy w budowie ciała, której – ku jego zaskoczeniu – również nie dzielił z pająkiem. Podczas gdy ośmionogi miał jedynie tułów i niewielką głowę, którym Pierścień już wielokrotnie przyglądał się z ciekawością, czasami wbijając w nie swoje ostre pazury i próbując dojrzeć, co jest w środku, motyl miał również odwłok. 
To odkrycie wywołało w nim falę ekscytacji – w końcu nie na co dzień mógł oglądać motyle! Pająki były dużo łatwiejsze do złapania. Często przędły swoje pajęczyny w kątach żłobka i siedziały na nich w bezruchu, czekając na swoją zdobycz. Czasami Pierścień nie łapał ich od razu, gdy się pojawiły, a czekał, by móc obserwować, jak pożerają złapaną przez siebie zwierzynę. Pająki przypominały mu wojowników; groźne, ale też przewidywalne, ciekawe do obserwacji, ale również bardzo ograniczone w swoich działaniach.
Pierścień niemal zapomniałby o siedzącym obok Borowiku, gdyby nie westchnięcie starszego. Znał ten ton głosu. Jego matka wydawała podobne odgłosy, gdy zrobił coś, czego nie akceptowała. Nie rozumiał niektórych jej zasad i nie wiedział, dlaczego wymagano od niego, by je znał. Przecież były takie nielogiczne!
– Ale czemu go skrzywdziłeś? To go zabolało. Moglibyśmy go razem poobserwować!
Może i zabolało motylka, ale Pierścień chciał go obejrzeć! To przecież było bardzo logiczne uzasadnienie. Z naburmuszoną miną spojrzał na ucznia. Głupi Borowik. Kolejny kot, który go nie rozumiał.

***

Pierścień zmierzył Borowika wzrokiem. Kocur stał na wysokiej gałęzi, w pysku ściskając bezwładnie zwisającą wiewiórkę, i patrzył na ucznia, który nieudolnie trzymał się 
– To było moje! – burknął Pierścień, nie zważając na to, że jego głos prawdopodobnie przegonił całą pozostałą w okolicy zwierzynę. Czuł na sobie oceniające spojrzenie swojej mentorki. Już potrafił sobie wyobrazić jej niezadowoloną minę i tyradę, którą zamierzała mu wygłosić. "Nie po to spędziłam tyle czasu, ucząc cię, jak wspinać się po drzewach, żebyś dawał się tak łatwo pokonać pierwszemu lepszemu kotu!" na pewno powie, jednocześnie fukając na Pierścienia, jakby był jedynie głupim kocięciem. On odburknie jej coś równie niemiłego, za co zostanie skazany na kolejne godziny treningu. W końcu respekt wobec mentorki był od niego wymagany! Chciałby tylko zrozumieć, co konkretnie w Daglezji było do respektowania. Była jedynie niepotrzebną, trajkoczącą o głupotach kupą futra. Gdyby rzeczywiście była czegoś warta, już dawno zostałaby zastępczynią, tak jak to sobie wymarzyła.
Myśl o Daglezji sprawiła, że złość jeszcze mocniej ogarnęła Pierścienia. Spiął mięśnie i podciągnął się na łapach, wskakując na gałąź, na której znajdował się Borowik.
– No?! To była wyraźnie moja wiewiórka! – syknął przez zaciśnięte zęby, jeżąc futro na karku.

< Borowiku? >

[602 słowa + wspinaczka na drzewa]

[12% + 5%]