BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 1 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

04 marca 2026

Od Wełnistej Mszycy

Wełnista Mszyca udała się do starzyzny, aby dostarczyć kocicom maści na obolałe mięśnie; w dodatku Ognista Piękność zażyczyła sobie olejek, którym mogłaby nacierać swoją ognistą sierść, wierząc, że tym sposobem spowolni proces starzenia. Medyczka spełniła prośbę starszej – co prawda nie była w stanie uniemożliwić pojawienia się szarych włosków na pysku emerytowanej wojowniczki, za to mogła zadbać o to, aby futro kocicy lśniło i ładnie pachniało.
– Te paskudy Kminkowego Szumu wrzuciły mi obślizgłą salamandrę do legowiska – poskarżyła się Ognista, narzekając na "dzisiejszą młodzież". Na słowo "salamandra" Szafirkowy Wiatr przeniosła spojrzenie na śpiącą Czuwającą Salamandrę. – Niewychowana hałastra, ale to nic dziwnego, skoro ich matka jest samotniczką, a ich ojciec, mimo że był synem burzaka, urodził się w dziczy. Gdyby Rozkwitająca Szanta żyła, nie pozwoliłaby, aby kocięta wprowadzały chaos w obozie i dokuczały starszym, a tym bardziej nie pozwoliłaby im się wymknąć na zgromadzenie... co prawda ona była jego siostrą, ale potrafiła się zachować i była wieczną królową. Gdyby to były moje kocięta, chyba bym się zapadła pod ziemię. Wstyd.
– Jestem pewna, że jeszcze parę księżyców i wyrosną z tych psot. Chociaż, jakby spojrzeć na to z drugiej strony, są całkiem mądre na swój sposób i odważne, skoro nie bały się w takim młodym wieku udać się na Bursztynową Wyspę. Nie chcę ich usprawiedliwić, ale to są przecież jeszcze kocięta... Większość z nich ma głupie pomysły, głównie z nudów.
– Niewychowane kocięta. I raczej nie wyrosną z tego, a z wiekiem będzie tylko gorzej. Wiem to. Skoro nie czuły respektu przed obliczem liderów to będą z nimi kłopoty. Nie będą chcieli polować, nie będą słuchać starszych, a może nawet wyrosną na zdrajców. Klanie Gwiazdy, miej nas w opiece! – jęknęła dramatycznie, przyciskając łapę do czoła.
Wełnista Mszyca westchnęła. Wątpiła, czy kociętom Kminkowego Szumu jest pisana taka przyszłość. Była pewna, że z tego wyrosną, a póki były kociętami, można było im przecież pozwolić na trochę więcej. Ona jedynie raz zrobiła coś głupiego za młodu, a było to wymknięcie się nocą z obozu. Jednak gdyby tego nie uczyniła, nie spotkałaby Mglistego Snu. To znaczy, być może spotkałaby go później, ale czy udałoby im się rozwinąć w taki sposób relację? No i nie miałaby przecież czego wspominać na stare lata.
– Znam to spojrzenie – zamruczała Ognista Piękność, a na jej pysk wkradł się uśmiech. – Jakiś kocur zaprząta twoje myśli. Mam nadzieję, że to nie Oskrzydlony Ognik. Hm, Księżycowy Odłamek?
– N-nie. To znaczy, tak, pomyślałam przed chwilą o pewnym kocurze, ale on nie należy do naszego klanu. Jest, to znaczy był, bardzo miły, kiedy miałam przyjemność z nim porozmawiać... na zgromadzeniu. Na dwóch ostatnich go nie było i zastanawiałam się, czy u niego jest wszystko dobrze. – Położyła po sobie uszka. Ognista Piękność nie musiała wiedzieć, że spotykali się na granicy, a tym bardziej nie musiała znać jego tożsamości.
– Miejmy nadzieję, że tak właśnie jest. Skoro ostatnio się nie pojawił, być może jest kontuzjowany. Bądź dobrej myśli, jestem pewna, że na kolejnym uda się wam spotkać.
Ognista Piękność, gdy tylko miała na to ochotę, potrafiła być miła i wspierająca. Może dlatego, że Wełna zrobiła dla niej ten olejek? Możliwe.
Wełnista Mszyca, kończąc swojej obowiązki wobec starszyzny, skierowała się przed powrotem do Skruszonej Drzewa, zajrzała jeszcze do Brzozy i jej kociąt. Maluchy jak zwykle rozpierała energia. Albinoska minęła trójkę braci i podeszła do ich matki. Zaproponowała kocicy udanie się z synami do Łapkowa, aby kocięta mogły spożytkować nieskończoną ilość swojej energii. Zresztą, na pewno by się ucieszyły, mogąc brodzić w basenie pełnym pierza i poruszać się po sensorycznej ścieżce.

~~~

Krokusowa Kruchość była częstym gościem w legowisku medyków, głównie za sprawą swego wątłego zdrowia. Kotka miała trudności z oddychaniem i prawdopodobnie dochodziło coś jeszcze, co uniemożliwiało kotce dorównania sprawnością do swoich sióstr czy wojowników. Wełnista Mszyca, wpatrując się w córkę Poczciwego Dziwaczka, w jej szmaragdowe oczy, nie miała żadnych wątpliwości, że buraska jest pamiątką po zmarłym wojowniku. Jako jedyna z miotu miała jego oczu, kolor jego futra, jak i również słabe ciało. Oboje byli krusi.
Wełnista Mszyca przyniosła świeży mech pacjentce, która po przeżuciu kory i zejściu opuchlizny z policzka, była w stanie w końcu normalnie się napić, a tym bardziej coś zjeść.
Przypomniała sobie o tym, jak kiedyś zapytała się kotki, gdy ta była świeżo mianowaną uczennicą, czy nie chciałaby może szkolić się na uczennicę medyka. Chciała oszczędzić burej częstych wizyt u medyków jako pacjentka, jak i napadów kaszlu po treningu biegów. Krokus, mimo, że wydawała się zaciekawiona opcją, jaką była zmianą roli, pokręciła głową i poinformowała albinoskę, że chce zostać wojowniczką. Tak jak jej mama i jej tata.

Wyleczeni: Krokusowa Kruchość


Od Smugi CD. Kropli

Przeszłość

— Nie najlepiej — przyznała cicho. — Ale wspięłam się na pierwszą gałązkę. To nie dużo, ale jak na pierwszy raz… — mruknęła speszona, a potem znów westchnęła, spuszczając wzrok, który wcześniej miała utkwiony w sylwetce brata. — Ale mnie też Fruczak musiał ściągać.
— Chyba wolę budować legowiska z Kasztanką… Albo pomagać uzdrowicielom — stwierdziła po chwili. — A ty, co najbardziej w sumie lubisz w treningu? — Zerknęła ponownie na brata.
— Czyli w sumie oboje mieliśmy raczej kiepski dzień treningowy — podsumował, kończąc powoli konsumpcję myszy, którą wybrał ze stosu, kiedy tylko wrócił z pechowego treningu. — W sumie to nie wiem, co lubię najbardziej. Choć na pewno nie przepadam za Konającym Bukiem… Ale tak to chyba nie mam ulubionej części treningu — przyznał lekko zamyślony, aż niespodziewanie go olśniło. — A nie, jednak wiem! Lubię drażnić Żagnicę i z nim walczyć, każdy sparing z nim jest bardzo wartościowy — wyjaśnił, powoli podnosząc się z dotychczasowego miejsca.
— Już idziesz? — spytała kotka z lekkim smutkiem w głosie, sprawiając wrażenie, jakby kompletnie zignorowała samą wypowiedź brata.
— Niestety, ale musimy częściej rozmawiać — odparł, a następnie zebrał resztki po piszczce, by nie zaśmiecać nimi centrum obozu.

«★»

Obecnie

— Dobrze, ale spróbuj użyć więcej siły — poinstruował van, stojąc nad powalonym na ziemię uczniem.
— Daje Ci fory, rozlazły ślimaku — rzucił zaczepnie, dusząc w sobie fakt, iż nigdy nie będzie tak silny, jak inni wojownicy w Owocowym Lesie. Nie ważne jak będzie się starał, to jego fizjologia mu na to nie pozwoli — może i miał coraz bardziej widoczny zarys mięśni, lecz one nigdy nie będą pełnić tej samej funkcji, co u innych. Czekoladowy nigdy nie będzie tak potężnie zbudowany, by móc walczyć w ofensywie, jednakże to nie skreślało go całkowicie jako przyszłego wojownika Owocniaków. Głównie ze względu, iż mimo wszystko jego kończyny były bardzo wytrzymałe, podobnie jak cały organizm, więc toczenie długich potyczek nie było niemożliwe.
— Te fory to możesz sobie wsadzić pod zapchlony ogon. Wstawaj, chyba że mam przekazać Pieczarce, że jednak nic z ciebie nie będzie jako wojownik naszej społeczności. — Jak na zawołanie Smuga podniósł się z ziemi. Jego oddech był nieco bardziej niż lekko przyspieszony, sierść zakurzona i brudna od ziemi, jednak nic więcej nie wskazywało to, by już od jakiegoś czasu niemal bez przerwy odbywał sparing z mentorem.
— Mysi móżdżek z ciebie. Nie pozwolę, by tyle księżyców treningów poszło na marne, więc walczmy dalej! — oznajmił hardo, napinając mięśnie.
Wyćwiczonym do perfekcji ruchem, Żagnica zaatakował młodszego potężnym machnięciem łapy, jednakże ta jedynie przecięła powietrze, lądując twardo na ziemi w miejscu, gdzie jeszcze chwilę wcześniej stał gotowy do potyczki młodzieniec. Żółtooki dużo czasu nie potrzebował, by wykorzystać swoją zadziwiającą zwinność i szybkość, aby ulotnić się z dotychczasowego miejsca i znaleźć się prawej stronie wojownika. Następnie skoczył na jego grzbiet, zębami uczepiając się skóry w miejscu, za które łapała kotka swoje młode. Kiedy tylko Smuga miał pewność, że Żagnica tak łatwo go nie zrzuci, zaczął go kopać silnymi tylnymi łapami w grzbiet. W tym czasie van próbował go dosięgnąć, lecz był poza zasięgiem jego zębów oraz pazurów, więc po chwili przetoczył się po ziemi, chcąc zmiażdżyć ucznia swoim ciężarem. Ten jednak twardo się trzymał, nawet kiedy oddech opuścił jego zgniatane płuca.
Kocur musiał przyznać, że jego podopieczny zdecydowanie rozwinął się w walce pod jego skrzydłami, dlatego też z coraz większym trudem udawało mu się młodszego, którego porażki nie zniechęcały, a wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej nakręcały do działania — dlatego też wojownik czasem musiał go stopować z intensywnością treningów, by ten sobie nic nie zrobił.
Starszy ponownie padł plecami na ziemię, tym razem skutecznie i już po chwili zwisał nad czekoladowym, który starał się go kopnąć tylnymi łapami w odsłonięty brzuch. Nic jednak z tego nie wychodziło, gdyż Żagnica swoimi przednimi kończynami mocno trzymał Sumgę przy ziemi. Długo to nie trwało, ponieważ ten niespodziewanie, zamiast walczyć z oporem, to wykorzystał to, zrzucając z siebie mentora, by prześlizgnąć się kawałek po ziemi i wymierzyć silne kopnięcie w bok vana. Srebrny nie był gotowy na takich ruch, więc niestety przyjął na siebie cały impet ataku i musiał przyznać, że był on dotkliwy. Młodszy wykorzystał zataczającą się pozycję wojownika — podniósł się z ziemi, aby mocno się od niej odbić i skoczyć wręcz do gardła mentorowi. W borsuczym uścisku trzymał Żagnice za newralgiczne i delikatne miejsce, zmuszając żółtookiego do poddania się.
— Nie spodziewałem się, że nadejdzie taki moment — przyznał wojownik nieco ochrypłym głosem przez niedawny chwyt na szyi. — Myślałem, że będę mógł się jeszcze długie księżyce męczyć — dodał, sugerując Smudze, co może zaraz powiedzieć.
— Czy to znaczy?
— Tak, w najbliższym czasie zostaniesz pełnoprawnym wojownikiem Owocowego Lasu.

«★»

Wraz z nadejściem Wysokiego Słońca następnego dnia, odbyła się ceremonia mianowania bicolora na wojownika. Pieczarka nie zwlekała ze zwołaniem Owocniaków, więc już po chwili zainteresowani stali wokół topoli, z której przemawiała liderka.
— Smugo, wystąp. — Wywołany wyszedł z zebranego tłumu, by stanąć samotnie przed obliczem starszej. — Najwyższy czas, abyś dołączył do grona wojowników. Wykazałeś się determinacją i niezłomnością. Czy przysięgasz pozostać lojalnym naszej społeczności i walczyć za jej dobro?
— Przysięgam.
— A zatem witamy cię jako nowego wojownika Owocowego Lasu! — Reszta kotów zaczęła skandować jego imię, a on dumnie spoglądał na rodzinę oraz Żagnicę, który stał tuż obok nich.
Kolejny ważnym wydarzeniem dla Smugi było przejście rytuału Poznania Oblicza Swego Mienia, podczas którego otrzymał dwa nacięcia na prawym uchu, które oznaczały jego nową rangę. Natomiast jego Imię Duszy brzmiało Samotna Turnia Rzucająca Cień o Zmierzchu.

<Kroplo?>
[877 słów]

Od Księżyca (Księżycowego Odłamka)

dawno, dawno temu, jeszcze w żłobku

 Coś go szturchnęło, jednak nie obudził się. Zamiast jego coś jęknął i jeszcze bardziej zaślinił posłanie, wciskając się w miękki mech. Zagłębiony był w swój sen, w którym to przemierzał zamglone zarośla, wysokie tataraki... 
— No Księżyyyc — miauknął znów cicho głos szturchając go jeszcze bardziej agresywnie niż wcześniej. Tym razem zląkł się we śnie... ktoś go wołał. Jakaś dusza zamigotała wśród trzcin, wołając jego imię... jednak, czy na pewno należało ono do niego? Zdawało się jakieś obce. Duchy zaczęły migotać, jakieś potężne żaby wydawały obrzydliwe dźwięki za każdym razem, gdy skakały. Nie widział ich a jednak wiedział, że to one i że musi uważać. Robił teraz za całkiem dobry przysmak, w dodatku coś go szturchnęło, więc zląkł się nieco... a potem trochę wybudził. Przynajmniej był świadom, że otacza go realny świat. Nie pomogło to jednak wcale Śniakowi. 
— Nie... Mamo zostaw mnie, jeszcze chwila... — przekręcił się na drugi bok, chowając głowę w łapach.
— Nie uwierzysz co mi się przyśniło!! — Śniątko się nie poddawał, i teraz mówił trochę głośniej, szturchając niebieskiego wręcz w furii. Tak, to zdecydowanie wystarczyło, by malca rozbudzić całkowicie.
— Co ty chcesz — wstał w końcu, jeszcze w pół śnie, mocno poirytowany, z głową ciążącą na boki. A jak się Śniakowi przeszkadzało, jeszcze do tego w dzień, to był taki zły! A teraz co! — Daj mi spać, miałem taki fajny sen... coś o rybach chyba... rybach? — mamrotał, przecierając oczy. Nie, to były żaby... jeszcze przez chwilę miał obrazy w głowie, chociaż szybko zniknęły w ślepych oczach. 
— Wiesz że istnieją ptaki o lisich uszkach?! Są całe rude i porywają kocięta takie jak my!! 
— Co.... — teraz już całkiem zbity z tropu, wciąż z ciężką głową, skierował głowę w stronę dźwięku, mrużąc oczy bardziej by wyrazić swoje niezadowolenie niż z konieczności i rozdziawiając nieco pyszczek. Wyglądał przy tym, jak roztrzepana kura! Rozumiał co drugie słowo a całość i sens tego, co mówił Śniątko... tak, cóż, nie było ich. Zniknęły. Może mówił coś innego, a Księżyc przez zaspanie źle zrozumiał? Często się to zdarzało, więc... dobra, postanowił lecieć z wiatrem, to może brat pozwoli mu znowu zasnąć. — Skąd wiesz.
— Widziałem je! — odpowiedział tamten nieświadomie półprawdą, widocznie samemu będąc jeszcze nie do końca wybudzonym, siedząc we własnym śnie. — Nazywały się Lisowiczki! Były taaakie duże — pokazał łapką ogrom ich cielska, czego oczywiście Księżyc nie mógł zobaczyć. 
— Szeczywiście, ogromne — burknął z wymownym wyrazem na pysku — I co, nie porwały cię jeszcze? — wymamrotał dennie, wciąż w śnie. 
— Byłem wtedy Srebrnym Futrem!! — pochwalił się tamten. — Wojownikiem Klanu Czernuszkowego Wąwozu!!
Usiadł i po prostu tak siedział. Bez głosu, bez ruszania uszami, bez komentowania, aż minęła chwila ciszy, podczas której spróbował wyraźnie zrozumieć, jak się teraz czuje, po dostaniu tylu informacji. Był niemal pewien, że jego brat zmyśla i chciał wytknąć mu w pysk, że jest z niego beznadziejny kłamca, z dwóch konkretnych powodów. 
a) rzeczywiście niezbyt wierzył w to, co Śniątko mówił i mogło mu się to tylko przyśnić albo wszystko zmyślił, tylko, że gdyby to jednak była prawda...
b)... to jakoś nie mógł przeboleć tego, że Śniątko mógł mieć super przygody, a on nie, więc to by znaczyło, że jego głupi brat jest fajniejszy i jakoś tego nie mógł przełknąć ani przyznać. Więc wolał uznać, że po prostu wszystko jest zmyślone. Proste. 
— Ale pszeciesz takiego klanu nie ma... — zauważył po chwili, przeszukując swój umysł w poszukiwaniu informacji jakie zdobył od innych kotów. Całej reszty nie negował. Jego naiwny móżdżek w tym wieku był w stanie w to uwierzyć.
— Jest ukryty na terenie atakowanym przez jeleniówki! To takie koty ale z raciczkami jakie mają jelonki! A pyszczki mają takie jak wilki!!
— I oni mają kłopoty? — spytał, wnioskując po słowie ,,atak", chociaż wciąż się nie obudził do końca. 
— Tak! Klan Jastrzębia i Orła próbują zniszczyć ich magiczną sadzawkę dzięki której mogą kontaktować się z przodkami.
— Oh... może powiemy mamie? Albo medykom... ale nie wiem jak wyjść — jęknął, trochę spanikowany, czując się jak w jakimś gorączkowym śnie. Tak, mama to załatwi albo medycy a on będzie mógł spać. Nie chciał mieć na karku jakiejś poważnej sprawy i dodatkowego obowiązku! Odpowiedzialność za ratowanie jakichś obcych klanów? Nie, dzięki. 
— Oni nie pomogą! Oni są wierni Klanowi Burzy i Klanowi Gwiazd — mruknął trochę przestraszony z jakiegoś powodu. Czyżby bał się, że Księżyc mógłby coś odkryć? Na przykład małe kłamstewko, które unosiło się w powietrzu od czasu, gdy go brutalnie obudził?
— Ale to nie znaczy, że nie mogą pomóc — szepnął głośno, bardzo desperacko nie chcąc brać w tym udziału. Może gdyby był to czas gdy nie spał i miałby wtedy dobry nastrój i by wiedział, że trzeba gdzieś się ruszać. A tak to był nastawiony na siedzenie w żłobku i spanie. — Przecież mama mówiła, sze trzeba pomagać.
— Nie o to chodzi, Ksieżycowa Łapo!! A co jeśli zdradzą nasze informacje Klanowi Jastrzębia i Orła? Wiem gdzie jest obozowisko Klanu Czarnuszkowego Wąwozu, nei chcę aby ta informacja wypłynęła do tamtych Klanów!!
— A czy jak im pomoszemy po cichu to dasz mi potem iść spać? — spytał płaczliwie, czując się wyciągany za nogi z ciepłego posłania, ignorując fakt, że został nazwany Łapą.
— Jasne że tak! Ale chyba oni też teraz śpią... — mruknął jakby sam do siebie. — Może rzeczywiście będzie lepiej jakbyśmy to przenieśli na jutro.
— To dobsze — ziewnął szeroko — Nikt by nie atakował wroga niewyspany... — nie czekał zbyt długo, szybko zwijając się w wygodny kłębek. Nie pamiętał jednak już nad ranem, co mu się śniło. 

┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦----

— (...) I wtedy Gwiezdni, widząc jak okropnie stworzenie ich zmarniało, nie będąc już w stanie bronić swoją mocą biedny Klan Burzy, postanowili rozdzielić go na trzy części które się w was przemieniły. A przepowiedziane są wam wielkie rzeczy, o tak, tak, w końcu jesteście, bądź co bądź, moimi dziećmi — Alba, korzystając z okazji, że Leszczynowa Wiązka wyszła rozprostować łapy, zajmował się swoim ulubionym hobby pod nazwą pranie dzieciom mózgów. — Będziecie w stanie zwalczyć najgorsze zło pełzające po ziemi, chronić nas przed złymi klanami, przepowiadać przyszłość! — napuszył się — A być może odkryjecie nawet coś, co na zawsze odmieni los biednych burzaków i poprowadzi ich ku lepszej przyszłości, wskazanej przez sam Klan Gwiazdy... 
Księżyc gdzieś w tle wraz z braćmi słuchał tej opowieści, co prawda pochłonięty w nią całkiem, jednak niezbyt wierzący w znalezienie czegoś przez pawie dzieci. Przynajmniej nie zewnętrznie. W środeczku jednak zawsze znajdowało się małe i ciche ,,a czemu nie?". W końcu było tyle możliwości i dróg do wyboru w grze zwanej życiem, że była możliwość odkrycia czegoś wspaniałego a patrząc na to, jak wspaniała była trójka albinosów, nie mógł w to za bardzo wątpić i był zafascynowany magicznymi, gwiezdnymi możliwościami. Co mogli ukryć przodkowie? Wielkie skarby? Przepowiednie? Kwiaty? Chciwość kocurka nie znała granic, a jeśli Wróżka by coś odkryła, to przecież na pewno by się z nim podzieliła! W to właśnie wierzył. No a Lotos widział aury! To może znajdzie jakąś aurę czegoś niezwykłego...? Z jego pyska jednak wyszło coś zupełnie innego.
— Ta, może odkryją kim jest nasz stary. — mruknął ciszej do swoich braci. Potem pójdzie spytać Lotosa, czy coś widział i czy może go zabrać na gwiezdną misję. 
— A co takiego mielibyśmy odkryć? Co to może być? 
— Bo ja wiem? Jakaś druga Gwiezdna sadzawka albo kamień czy drzewo? Zawsze możemy zapytać jeszcze medyków, w końcu to ich rola, by odczytać wasze powołanie. A ostatnio chyba niezbyt sobie z tego zdają sprawę.... — mruknął Alba, wyraźnie z czegoś niezadowolony. 
— Druga gwiezdna sadzawka? — powtórzył jak echo Śniątko, powodując, że Księżyc drgnął. Całkowicie zapomniał o istnieniu swojego brata tuż obok. — Taka jak ta od klanu pyłu? — zapytał Śniątko Albę. Oho, zaczyna się. Kocurek nastawił uszy, ciekawy odpowiedzi. 
— A i bardzo możliwe, kto wie! — rzucił starszy, przenosząc spojrzenie na młodsze kocię, widocznie zadowolony, że reszta dzieci słucha jego wywodów — Z jakiegokolwiek klanu by ona nie była, pewnie jeszcze jakaś istnieje. W końcu nie może być tylko jedna, wtedy moim dzieciom nie pozostawałoby nic do odkrycia.
— A znasz może Klan Jastrzębia? Albo coś o Klanie Czernuszkego Wąwozu? — zapytał Śniątko, od razu bardziej zaciekawiony. 
— O czy znam, oczywiście — napuszył się, chełpiąc się swoją popularnością i "wiedzą". Cóż, przynajmniej kociaki dają się na to łapać, starsi członkowie klanu natomiast... cóż, mają trudności z wierzeniem we wszystkie bajki które opowiada. — W końcu i im trzeba było niegdyś pomóc. Kiedyś poprosili mnie o radę w zakresie rośliny, która to miała im pomóc z jakąś pandemią, a ja, oczywiście, ekhm, skromnie przyjąłem ich prośbę.
— Chodzi o pandemię jeleniówki, prawda? Tą która zmienia koty w jeleniówki? Wiesz, w te koty o wilczych pyskach I jelenich raciczkach — Śniątko jakby dostał zastrzyku energii. Aż dziwnie się tego słuchało w momencie, gdzie zazwyczaj był swoim sennym sobą. 
— Hooo? Pewnie tak, głuptaki wcale nie potrafią sobie z niczym poradzić — Alba pokręcił zrezygnowany głową, z lekkim uśmiechem.
— A wiesz o Lisowiczkach i Hrubieżach?!
— Nie ma rzeczy, o których nie wiem chłopcze.
Księżyc w tym momencie poczuł szturchnięcie w bok. Coś pokroju ,,A nie mówiłem?!". W odpowiedzi tylko coś odburknął, przecierając łapą miejsce po szturchnięciu. 
— A wiesz może gdzie Klan Jastrzębia i Klan Orła mają swoje gniazdo? Oni przecież próbują zniszczyć Magiczną Sadzawkę!!
Kociak zaczął odpływać, natomiast Alba kontynuował swoją grę, niezbyt myśląc o konsekwencjach. 
— Jeden wśród drzew oczywiście, a drugi wśród klifów. W końcu nie mają swoich nazw bez powodu.
— Potrzebujemy zniszczyć ich legowiska!!! Ale nie pozwolą nam wyjść spoza obóz... — mruknął niechętnie.
— Cóż, w takim razie będziecie musieli zaczekać — rzekł obojętnie — Z resztą wątpię, żebyście w ogóle byli w stanie wejść na jakieś drzewo.
— Ale co jeśli zniszczą Magiczną Sadzawkę?! Wystarczy że ominiemy lisowiczki i Hrubieże... Przecież to nie będzie tak niebezpieczne!!!
— Cóż, wtedy wybrańcy klanu gwiazdy znajdą inną! — zaśmiał się gardłowo — Dobrze mówię? — tu zwrócił się ku Białemu, który zdawał się niezbyt zainteresowany, przynajmniej Księżyc odniósł takie wrażenie. Żadna odpowiedź nie nadeszła, jednak nie było żadnego pomruku niezadowolenia od strony Alby, więc zgadywał, że starszy kolega się zgodził ze swoim ojcem, jakimś... kiwnięciem głowy, ogona czy czymś. 
— Alba ale tak nie można!!! Klan Pyłu się wtedy rozpadnie i zmieni w... w... w pył! Nie będzie już nic!!
— Ohh, cóż, nie moja wina, że nie zostali pobłogosławieni przez Klan Gwiazdy — rzucił starszy kocur — Kto umrze ten umrze i trudno, co możemy z tym zrobić? Widocznie taki ich los. Chcesz narzucać swoją rolę ich gwiezdnym przodkom?
— Ale tak nie może być!! Musimy ich uratować! — Śniatko, zaaferowany strasznie zaczął się ze starszym wykłócać, podczas, gdy jego mniej zaaferowany brat całkiem dobrze się bawił. W końcu dramy były fajne, jeśli nie były jego. 
— To idź i ratuj, kto ci broni? Powinieneś się bardziej skupić na bezpieczeństwie własnego klanu. Z Gwiezdnymi posłańcami jesteście całkowicie bezpieczni! — czyżby starszy zaczął się lekko już bulwersować upartością kociaka Szanty? Nie byłoby to szczególnie dziwne, w końcu od swoich pociech wymaga całkowitego posłuszeństwa, a tutaj trafił mu się dość uparty i stojący na swoim okaz. 
— Ale nam nic nie grozi, prawda? A biedny Klan Czernuszkowego Wąwozu cierpi! 
— Jesteś strasznie upierdliwym kociakiem — prychnął Alba, potwierdzając myśli Księżyca — Ciesz się swoim dobrem i doceniaj jakie błogosławieństwo wam przyniosłem.
— A jak zostaniesz wojownikiem weźmiesz nas za obóz? Proszeee? 
— Pmh, nie zawracaj mi głowy takimi pierdołami — machnął łapą — Weź sobie jakiegoś innego kota, który ma czas by go marnować.
— Ale nikt inny nie wie gdzie jest obóz Klanu Jastrzębia i Orła!!
— Nie bój głowy młody kocie, poprowadzę was z daleka, dzięki mojemu sokolemu, wewnętrznemu oku.
— Masz sokole, wewnętrzne oko?! — tu nawet Księżyc się zaciekawił bardziej. Ma coś takiego? Serio? W takim razie może jego dzieci też coś takiego mają! Wtedy gwiezdna przygoda wybrańców byłaby możliwa i miałby swoją osobną misję, w której nie ma Śniątka i jego klanów jeleniówek czy czegoś... Znaczy, fajnie jest iść z nim na przygodę, ale jednak to nie byłaby jego własna, prawda? Chociaż, jeśli się wybierze z albinosami, to też będzie tylko dodatkiem do grupy. Strasznie mu się to nie spodobało. Może powinien iść do swoich ślimaków i być smutnym, aż ktoś zauważy i powie, żeby nie był? A on wtedy dramatycznie wyjawi w czym problem. Też chciał być specjalnie wybrany na misję! On, on sam! 
— Oczywiście niedowiarku, myślisz, że po kim moje dzieci odziedziczyły taką wspaniałość? Są tak samo wyjątkowe jak ja — humor mu się wyraźnie poprawił, a zaraz się zaśmiał pod nosem — Oczywiście, jestem daleko z moimi umiejętnościami za Pawimi dziedzicami, brońcie gwiezdni, jeszcze czego... żebym się porównywał — machnął łapą na swoje usprawiedliwienie.
— Pawi dziedzice... — skrzywił się Śniątko na samą myśl o Lotosie i reszcie kociaków. Taaak, Księżyc doskonale wiedział, że brat ma mały beef z Lotosem i ma po dziurki w nosie jego mówienia o aurach i innych takich. Doskonale słychać to było w tonie jego głosu, a jednak nie do końca mógł zrozumieć, dlaczego tak jest. Przecież Lotos był fajny, jak taki cool starszy kolega! No i była Wróżka jeszcze i Biały... chociaż z tym ostatnim nie miał zbyt dużo kontaktu, ale Wróżka była super!  — A wie Pan może o jakiś jeszcze zagrożeniach na drodze do Magicznej Sadzawki? Bo są już Lisowiczki i Hrubieże, ale... Podobno jest bardzo niebezpieczna.
— Cóż, o niczym z czym bym sobie nie poradził nie słyszałem — stwierdził.
— A nauczyłbyś nas jak sobie z nimi poradzić? — poprosił Śniątko
— Hm, ekhm, no, oczywiście! Skoro tak bardzo nalegasz...
Księżyc znów poczuł szturchnięcie, przez które kiwnął się nieco na bok. Gdyby tylko mógł rzucić w stronę Śniaka zirytowanie spojrzenie, to by to zrobił. Naburmuszył się jednak, jego pysk przybrał zdenerwowany wyraz i po raz kolejny przetarł szturchnięte miejsce, wycierając zaraz łapę w bok Śniaka, który zdawał się zbyt pochłonięty mową Alby, żeby coś zauważyć, czy się przejąć. 
— Patrz, patrz!! Alba nauczy nas jak poradzić sobie w drodze do Magicznej Sadzawki!! Może uda nam się tam dotrzeć zanim Klan Jastrzębia i Orła to zrobią!!
— He? Chcesz tam iść? — czy to było daleko? 
— Trzeba tam pójść jeśli chcemy zapobiec zniszczeniu Klanu Pyłu!!
— Ale gdzie ,,tam".
— No do Magicznej Sadzawki!! Alba powiedział że nas pokieruje swoim wewnętrznym okiem!!
Niebieski zmarszczył brwi, ścisnął wargi, pobył trochę w ciszy po czym uniósł łebek nieco w górę. 
— MAMOOOOO! — zawołał głośno, chociaż akurat mama w tej chwili była na zewnątrz. Nie wiedział po co wyszła ani na ile, ale jeśli będzie się wystarczająco głośno drzeć, to na pewno go usłyszy prawda? 
— Ale czemu wołasz mamę?! Przecież ona nie może wiedzieć!! — jakaś łapa wylądowała na jego pysku, wchodząc nieco do nosa. Księżyc zmarszczył brwi, próbując się uchylić od hamującej go łapy, gdy go uciszono. 
— No żeby z nami poszła — zdawało mu się to całkiem naturalne, gdy już oswobodził się z wyciszacza (obślinił powstrzymującą go od mówienia łapę)  — Przecież musimy się jeszcze spytać czy możemy.
— Ale mama na pewno uzna że nie powinniśmy tam pójść!
— Ale nie możemy jej nie powiedzieć... — odpowiedział nieco niespokojnie, trochę przestraszony. To było wbrew zasadom! Nikt inny nie musiał wiedzieć, ale mama powinna! 
— Albaaa, powiedz mu coś! — jęknął Śniątko.
— Cóż, ekhm, bohaterstwo nie zawsze musi wymagać zgody — powiedział  swoim ,,jestem autorytetem" tonem. — No i jesteście już chyba dużymi chłopcami prawda? Nie potrzebujecie o wszystko pytać mamę. — nie wiadomo czy nie myślał jednak o powiedzeniu wszystkiego kotce, czy może jednak był tak bezmyślny, by tego nie zrobić, mimo to Księżycowi niezbyt się to spodobało. Był trochę uspokojony, to prawda, ale wciąż....niezbyt mu się to podobało. Ta nielegalność, robienie czegoś w tajemnicy... może w przyszłości przestanie być tak przylepiony do mamy, na pewno rozwinie się jego indywidualność i chęć odcięcia się od rodzicielki, a buntownicza natura nieco rozkwitnie, w końcu kto by nie chciał robić czegoś fajnego w tajemnicy przed rodzicem? Ale to kiedyś. Jego moralność jednak na chwilę obecną zjadała go od środka. Nic nie powiedział, chociaż ściągnął wargi, wyraźnie z czymś walcząc i okazując tym swoje niezadowolenie. 
— Widzisz, widzisz?? — zapytał brata Śniątko. — tylko musimy znaleźć kogoś kto z nami by wyszedł poza obozowisko... A mama nam na pewno nie pozwoli
— Nie widzę — odparł kartonowo Księżyc, wciąż niezbyt przekonany, chociaż lekko podekscytowany — Może się kogoś spytamy? Pewnie Wróżka kogoś zna, tak, na pewno zna. Może z nami pójdzie?
— Dobra!!! A może Alba, wiesz kto mógłby z nami wyjść??? — jeszcze skorzystał z okazji aby zapytać kocura.
— Hmmm, jestem pewien, że jeśli spytacie Barszczową Łodygę, Kozi Przesmyk... albo... albo Rudą Lisówkę, być może z wami pójdą.
— Znam pana Barszcza — odezwał się Księżyc cicho, przypominając o swoim istnieniu.
— Pan Barszcz pójdzie z nami?? — ucieszył się Śniątko.
— Może, jak spytamy... ale nie wiem gdzie jest — wyjaśnił, bawiąc się swoimi łapami.
— Chodź, poszukajmy go!! — zachęcił Śniątko
— Ok... — mruknął tylko słabo, wstając niemrawo i czekając. W końcu nie wiedział za bardzo gdzie iść ani co robić, więc musiał czekać, aż to Śniak wykona pierwszy ruch, by mógł chwycić się jego ogona i spokojnie liczyć na to, że nie wejdzie w jakąś dziurę, pociągając za sobą brata kalekę. 

┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦----

— O, tam! — oznajmił Śniątko gdy po chwili znalazł kota, którego szukali — Wujku!!  — podbiegł do niego, ciągnąc za sobą swojego brata, który człapał szybko, próbując nadążyć i przy okazji się nie potknąć. Gdzieś z tyłu głowy zauważył, że włosy z ogona Śniaka nie smakują najlepiej.
,,Fu"
— To on jest też twoim wujkiem? — zdążył się zdziwić, zanim chwycił zębami koniec ogona brata, by za nim podreptać. Dopiero na miejscu z ulgą wypluł swojego przewodnika. 
— No jasne! — głos z góry potwierdził, najwyraźniej słysząc pytanie Księżyca zanim kociaki podbiegły bliżej.  —  Mówiłem Ci Księżycu, że możecie mieć dużo wujków!
— Przecież jesteśmy z tej samej matki, Księżyc!! — zauważył Śniak. — To normalne że twój wujek to również mój wujek
— To pan jest bratem mamy...? — zdziwił się jeszcze bardziej, gdy już wypluł z siebie wszystkie włosy z ogona brata, wspomagając się łapą. 
— Akurat nie jestem — odparł. — Ale przyniosłem wam kilka zabawek, więc mogę być takim dodatkowym wujkiem.
— Przecież nie trzeba być spokrewnionym, aby można kogoś nazywać rodziną — odpowiedział, jakby cokolwiek wiedział, Śniątko. — Wujek Barszcz zasługuje na bycie rodziną nawet jeśli nie jest bratem naszej mamy!
— No przecież nie mówię, że nie — odparował w stronę Śniaka na swoją obronę.
— Dobrze, dobrze już spokojnie — miauknął. — Tooo na co macie ochotę? Chcecie się pobawić szyszką albo może wolicie piórami?
— Mamy bojowe zadanie!! — odpowiedział entuzjastycznie Śniak. Najwyraźniej nie dało się go przekupić piórami. — Bo wiesz, istnieje coś takiego jak klan pyłu...
Niebieski jedynie kiwnął głową i siadł, nie odzywając się i dając pole do popisu bratu. Widocznie Barszcz poszedł za jego przykładem, kładąc się na ziemi, by być na poziomie malców. 
— Oooh? Zamieniam się w słuch!
— To taki klan gwiazd ale oddzielony od niego. Mają własną magiczną sadzawkę! I to tylko przodkowie jednego klanu, klanu czernuszkowego wąwozu... No i klan Jastrzębia i Orła chcą zniszczyć Magiczną Sadzawkę!!!
— Ah tak? — miauknął. — I co teraz musimy zrobić?
— Musimy powstrzymać te dwa klany! — odpowiedział z dużym przejęciem.
Barszcz był przejęty tak samo jak kociak. Zrobił wielkie "Oh?!" Po czym zapytał:
— Damy radę sami ich powstrzymać? 
Śniątko się zawahał.
— Ale jak my nie pomożemy to nikt inny tego nie zrobi. Alba ledwo co wychodzi z obozu...
— A macie jakiś plan? — zapytał. — Potrzebujemy zaplanować całą akcję!
— Ummm... Nie — mruknął Śniątko niechętny do przyznania się z własnej niekompetencji. — Ale wiemy, że musimy uważać na Hrubieże oraz Lisowiczki!
— Dobrze, to już coś — pochwalił kociaka. — Czy macie tutaj jeszcze jakieś koty do pomocy? Gdzie znajduje się obóz Klanu Czernuszkowego Wąwozu?
— Tylko Alba wie gdzie jest obóz Klanu Czernuszkowego wąwozu! Ale nie chcę nam powiedzieć...
— Pokłóciliście się?
— Alba mówi, że ma trzecie oko i nas nim poprowadzi — odezwał się do tej pory milczący Księżyc, który nie czuł zbyt wielkiej potrzeby na udzielanie się w konwersacji. Pozostała dwójka świetnie sobie radziła w wymianie zdań na temat przeprowadzania akcji, a on chętnie się dostosuje. 
— Tak, właśnie! Że będzie nami przewodzić z obozu swoim trzecim sokolim okiem!
—  Dobrze, już dobrze. On nie ma trzeciego oka, koty maja tylko dwoje oczu. — oznajmił. — Jak miałby was poprowadzić, skoro go nie ma?
— Swoim umysłem, wiadomość ma wysłać czy coś... — znów odezwał się Księżyc, który postanowił wyjaśnić czym jest trzecie oko. W końcu to nie tak, że żeby istnieć, to musi być coś widać, prawda? On na przykład nic nie widział, a wiedział, że koty dookoła niego istnieją, że jest mech, ziemia, niebo... A inni podobno nie widzieli powietrza, a jednak wiedzieli, że jest! (Wiedział, że go nie widzą, bo wymaltretował kiedyś mamę o odpowiedź, czy jest coś, czego inni nie mogą zobaczyć tak samo jak on). 
— Może dopytamy go o szczegóły? Skoro wie gdzie jest to może nam po prostu wytłumaczyć krok po kroku jak znaleźć Magiczną Sadzawkę Klanu Czernuszkowego Wąwozu!
— To jest bardzo dobry pomysł! — powiedział Barszcz. — Przyprowadzę go, co wy na to?
— Dobrze! — odpowiedział entuzjastycznie Śniątko. Księżyc był już mniej podekscytowany. O ile dzieci Alby lubił, tak sam kocur z jakiegoś powodu potrafił przebić się przez dziecięcą naiwną bańkę srebrnego i sprawić, że ten czasem czuł się nieswojo. Jakby był niechciany, na nieodpowiednim miejscu. Nie minęła chwila, jak oprócz odgłosu łap Barszcza, zaczęły się również zbliżać jakieś inne, należące do nieco cięższego kota. Już teraz można było stwierdzić, że niebieski kocur nie jest chętny na zabawy z kociakami, można to było łatwo odczytać po jego krokach i Księżyc trochę źle się z tym poczuł. Nie lubił się narzucać, a wyglądało na to, że właśnie to robią. 
— Możemy zaczynać? Albo, słyszałem że masz troje oczu? 
— Oczywiście — mruknął tamten, nieco zbity z tropu z powodu nagłego zebrania — Moje trzecie oko jest ukryte, mistyczne i może wskazać wam drogę, już wam to przecież mówiłem. Te kocięta w tych czasach nic nie pojmują... — zdawało się, że nie chciał koniecznie przekonać do tego Barszcza, a utrzymać bajkę przed kociętami. 
— W takim razie poprosimy o Twoją pomoc Albo — odezwał się Barszcz. 
— Przecież już mówiłem, że pomogę moim trzecim okiem. Stąd. — wyrzucił tamten, zniecierpliwiony. 
— To poproszę! — Barszcz wstał, czekając widocznie na prezentację. 
— Ale jak to będzie wyglądać? — zapytał Śniątko trochę zmieszany. 
— No, teraz to nie ma sensu, bo jesteście blisko mnie. W taki sposób to nie działa. Po prostu będziecie musieli szukać wskazówek które wam pozostawię. — Alba wyraźnie zaczynał tracić nerwy. Nie dość, że został wplątany w jakieś kocięce widzi-mi-się to jeszcze ma na karku starszego wojownika, który najwidoczniej lubił bawić się wraz z kociakami w głupie zabawy. 
— Odsuniemy się i czekamy na pierwsze wskazówki! — oznajmił Barszcz, wstając wesoło i zabierając kocięta kilka kroków w tył. Księżyc został w miejscu, siedząc i się nie ruszając, nie bardzo wiedząc, co robić. Alba był zirytowany, Śniak niczego nie widział a Barszczowa Łodyga zdawał się dobrze bawić. Może powinien przeprosić? 
— Przecież już wam mówiłem — bliżej niego rozbrzmiał znów głos, bijący się z rosnącym zniecierpliwieniem.  — Że musicie poszukać klifów i drzew. W końcu gdzie indziej mógłby być Klan Jastrzębia. — ,,Przecież to oczywiste, czego jeszcze matoły nie rozumiecie?" Zdawał się przy tym mówić. — Tam, za skruszonym drzewem. Widzicie? Nie widzicie? Te skały o tam, to pozostałości po klifach. Wiem, bo w końcu tam byłem, po prostu nie chciałem wam mówić, że tereny klanów Jastrzębia i tego...no, tego drugiego, uległy drastycznym zmianom przez zagładę jaka nadciągnęła, gdy obrazili potężnych przodków gęsi. Tak, cóż, przenieśli się. Jeśli chcecie szukać wskazówek to tam — pluł i mielił językiem, próbując wykaraskać się z misji, szybko używając swojego talentu kłamania i Księżyc zaczynał gubić się w słowach. Zagłada? Ale co ma zagłada do klifów? Przeniosły się i zmalały? 
— No, więc powodzenia, na pewno coś tam znajdziecie. 
Zbierał już się do odejścia, zadowolony z tego, jak ładnie wybrnął z sytuacji, jednak Barszczowa Łodyga zagrodził mu drogę. 
— Ależ drogi Albo, bez ciebie wędrówka nie będzie taka sama, a to tylko kilka skoków stąd — zagderał — Na pewno będziesz dla nas wielką pomocą przy szukaniu wskazówek w pozostałościach klifu... 

c.d.n może

Od Księżycka do Makowej Iluzji

Jakiś czas temu

Biały kocurek wyślizgnął się po cichu ze żłobka, kierując się w stronę legowiska wojowników. Zbyt późno zorientował się jednak, że ktoś go obserwuje. Szybko schował oczy za łapkami i zwinął się w kulkę, udając, że wcale go nie widać.
— Nie ma mnie tu! Księżycek jest w żłobku, nie ma mnie, przysięgam! — miauknął skulony, na co usłyszał cichy śmiech ze strony kotki.
Gdy niebieskooki myślał już, że kotka odpuściła sobie pilnowanie, żeby nic nie zbroił, postanowił się rozejrzeć. Nie spodziewał się jednak, że już po otwarciu oczu ujrzy przed sobą rude łapy. Odskoczył zwinnie kawałek dalej trochę przestraszony, a następnie się zaśmiał. Spojrzał w górę na pysk wojowniczki i zmrużył oczka, jakby nad czymś rozmyślając.
— Jak pani wojownik ma na imię? — zapytał z szerokim wyszczerzem na pyszczku, przestępując nerwowo z łapki na łapkę.
Uśmiech, który posyłał kotce, był jednym z tych najpiękniejszych, jakim mogło obdarzyć kogoś kocię. Szkoda tylko, że ten uśmieszek nie był do końca szczery.
— Ja… Jestem Makowa Iluzja — miauknęła po chwili, również się uśmiechając.
Uśmiech kotki nie przypominał jednak tego, którym była obdarowywana przez niebieskookiego kocurka. Był słaby, może nawet wymuszony. Księżycek widząc ten uśmiech, odrobinę się zmartwił.
— Wszystko dobrze pani Maczek? — miauknął, kładąc swoją łapkę na tej jej. — Pani Maczek może źle się czuje? — zapytał, unosząc smutne oczka na rudy pysk kotki.

<Pani Maczek?>

Od Księżycka do Roztargnionego Koperka

Białe futerko po raz kolejny się zatrzęsło. Ciągłe kasłanie sprawiało, że oczka kociaka były załzawione, a oddychanie przez drobne kocięce płucka było odrobinę cięższe niż zwykle. Wtulił pyszczek w czarno-białe futro matki, próbując jak najlepiej się nim ogrzać. Po chwili jednak sierść załaskotała w nos, co sprawiło, że zwinnie odsunął się od matki i kichnął. Maluch spojrzał na ziemię przed sobą, wypatrując jakiegoś organu, który właśnie uznał, że mu wypadł.
— M-Mama, bo coś mi wypadło… Tu... Chyba — miauknął słabym głosem.
— O czym ty mówisz Księżycku? — mruknęła Jaskółcze Ziele, troskliwie liżąc swoje jedyne kocię po poliku.
Niebieskooki wskazał łapką gdzieś na klatce piersiowej i spojrzał na mamę szklanymi oczkami.
— O tu. Coś bardzo boli, jakby się…urwało? — miauknął i zaczął rozpaczać.
Podszedł do mamy i przytulił się najmocniej, jak potrafił, mając najszczerszą nadzieję, że w ten sposób ból przejdzie. Skoro smutki przechodzą, to ból i kasłanie też powinno! Niestety jednak nawet tak mocny przytulas nie zdołał nic naprawić.
— No dobrze… Odwiedzimy Cisowe Tchnienie i jej asystenta — mruknęła w końcu Jaskółcze Ziele, a z jej ust wydobyło się ciche westchnięcie. — Ale to ostatni raz, gdy idę razem z tobą, jasne? — dodała bardziej szeptem, tak jakby było jej ciężko rozstawać się kiedykolwiek z kociakiem. Wiedziała jednak, że wkrótce zostanie uczniem, a wtedy ich kontakt…najprawdopodobniej się urwie. Nie zdążyła nawet wbić mu całej wiedzy na temat Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd, a już niedługo miał przecież uciekać z matczynego gniazdka. Musiała jednak przyznać, że było jej szkoda. Tak bardzo nie chciała niszczyć pełnego energii potomka wiedzą o kulcie. Wiedziała jednak, że jej powinnością było wprowadzenie swojego dziecka na ścieżkę, którą sama kroczy. Księżycek widząc zmartwiony pyszczek matki, spojrzał na nią troskliwie i lekko przejechał swoją białą łapką po jej boku.
— Mamuś nie martw się, nic mi nie będzie! — miauknął z drobnym jak na niebieskookiego uśmiechem.
Jaskółcze Ziele otrząsnęła się nagle, jakby ktoś wylał jej lodowatą wodę prosto na głowę. Gdy dotarły w końcu do niej słowa syna, uśmiechnęła się lekko.
— Jasne. Wierzę w to — odmruknęła, uśmiechając się słabo.
Księżycek nie wyglądał na przekonanego słów mamy, więc wskoczył na jej grzbiet, wbijając lekko swoje pazurki.
— Będzie dobrze! Obiecuję — miauknął zachrypniętym głosikiem. W ten właśnie sposób ignorując to, że Księżycek był już dosyć starszym kocięciem, ruszyli w stronę legowiska medyka.
Zapach ziół uderzył ich już chwilę po wejściu. Księżycek chciał zatkać swój różowy nosek, ale zamiast tego spadł z grzbietu matuli, spadając na ziemię. Jęknął cicho z bólu, rozcierając bok. Zauważył, jak w jednym kącie wstaje jakaś sylwetka. Liliowa kotka? A może kocur? Księżycek sam nie był pewien, zapach ziół nie pozwalał mu na odgadnięcie.
— Pan medyk? A może pani… Kuperek? Podarek? — zaczął pod nosem, co najwidoczniej spotkało się ze śmiechem kota. Księżycek nie słyszał jednak w tym śmiechu nic pozytywnego. Dźwięk, który wydał cętkowany kot, wydawał się nie mieć nic wspólnego ze śmiechem. Zaczął się lekko trząść i schował się za mamą. Wyjątkowo dzielnie się nie rozpłakał.
— Dzień dobry Roztargniony Koperku — miauknęła Jaskółcze Ziele swoim naturalnym głosem.
Księżyckowi za to brakowało w tym głosie ciepłego matczynego tonu.
“Nie lubimy pana od ziółek?” pomyślał biały kocurek, otrzepując się z ziemi.
— Co cię tu sprowadza? — zapytał asystent.
Gdy Księżycek usłyszał głos kota, prędko uznał, że to kocur. Uznał także że być może jest znacznie mniej przerażający, niż wygląda.
— Pan medyk jest z tych złych kotków? — zapytał, wpatrując się w liliowego, a w jego oczach nie można było ujrzeć żadnego zahamowania.

<Panie medyku?>

Od Księżycka do Kamiennego Pióra

Księżycek przekręcił się na bok. Nie mógł zasnąć. Długie futro sprawiało, że spanie przy mamie w trakcie najcieplejszej pory było coraz to cięższe. Nawet sam żłobek zdawał się mu jakiś duszny. Stwierdził, więc że wyjdzie na zewnątrz. Wychylił głowę zza żłobkowego wyjścia i powoli skradał się coraz dalej. I było tak długo, dopóki nie zauważył go jeden z wojowników. Czekoladowo białe futro wyglądało zdaniem Księżycka zabawnie w promieniach słoneczka.
— Wybierasz się gdzieś? — zapytał kocur z rozbawionym uśmiechem na pyszczku.
— Jeszcze nie wiem. Przeszkadzasz mi — miauknął, ponownie się skradając.
— Nie tak. Masz długie futro, wciągnij trochę brzuch, bo ciągniesz sierść po ziemi — doradził żółtooki, a biały kocurek kiwnął, natychmiast wykonując polecenie.
— Widzisz? Już jest trochę lepiej — mruknął kocur z uśmiechem na pysku.
Przyglądał się jeszcze przez moment, jak kociak się skrada, a po chwili lekko uniósł brwi.
— Ogon trochę bardziej nieruchomo. Najlepiej, gdybyś chodził na samych końcach łap. A jak dasz radę to nawet i na pazurkach — rzucił po chwili, jednak Księżycek nie był pewien czy nie było to odrobinę niemiłe ze strony kocura. Szybko jednak zniwelował tę myśl.
— Dziękuję paaanie…? — zaczął, ale po chwili jakby się zaciął, coś sobie przypominając. — Jestem Księżycek! A pan wojownik tooo? — miauknął radośnie, całkowicie zapominając o swoim poprzednim zajęciu, jakim było dotarcie do legowiska starszych.

<Panie wojowniku?>

Od Księżycka do Pustułkowego Szponu

Jakiś czas temu

Księżycek oddychał równo, śpiąc w swoim legowisku, gdy nagle poczuł nienaturalny chłód wpadający do legowiska. Wytrzepał futro z mchu, rozglądając się nerwowo za czarnym futrem swojej matki, jednak nie był w stanie nigdzie jej dostrzec. Usiadł na środku żłobka i zaczął chlipać, wycierając łzy i wydzielinę z nosa łapą.
— Maaaamo! — zawył, otwierając załzawione oczka. Poczuł na swoim futrze jakąś drobną łapę, co od razu sprawiło, że się wzdrygnął.
— AHH! — odskoczył na bok, boleśnie uderzając przy tym zadkiem o ziemię.
— Co się stało? — miauknęła niebieska kotka, troskliwie kładąc łapkę na boku kolegi w legowiska.
— M-Mama… M-M-Mama zniknęła! Kryształko, Węgielek… Proszę, pomóżcie mi ją znaleźć… — pisnął, po raz kolejny podlewając swoje ogromne, niebieskie oczka słonymi łzami.
— Na pewno zaraz wróci! — miauknęła Węgielek, starając się uspokoić towarzysza z legowiska, jednak zamiast tego jeszcze bardziej go rozdrażniła.
— Nie! Idę szukać mamy! Cześć! — miauknął teraz dodatkowo zirytowany i z dalej szklanymi oczętami.
Wybiegł ze żłobka, ale jego podróż nie trwała szczególnie długo. Już po kilku odbiciach serca na kogoś wpadł. Czekoladowe futro miało zapach gałązek i listków. Księżycek zwinnie odskoczył od kocura. Spojrzał w górę, widząc postawnego wojownika… A może jednak zastępcę? Czekoladowe futro i zielone oczy…a może raczej oko, bo drugiego nie posiadał. Księżycek przeraził się postacią zastępcy i ponownie zacząć wyć wniebogłosy.
— Maaaamooo pomocyy! — zawył, starając się wytrzeć łezki białą, umorusaną od ziemi łapką. — Mamo, gdzie jesteś… — miauknął szeptem, uciekając od wzroku wojownika, który oprócz faktu, że się go obawiał, to go dodatkowo zawstydzał.

<Zastępco, którego się obawiam, a imienia nie pamiętam?>

02 marca 2026

Od Bukowej Korony CD. Zszarzałej Łapy

— Gotowy? — odezwał się, podchodząc do swojego ucznia.
Zszarzała Łapa stał obok swojej biało-niebieskiej siostry, najpewniej czekając na Trójokiego Zająca, który pod nieobecność Bukowej Korony zajął się szkoleniem obu tych uczniów.
“Koniec tego dobrego. Trójoki Zając to nic innego jak mysia strawa. Żaden z jego uczniów nie wyrośnie na godnego członka Klanu Klifu. No może z wyjątkiem mnie. Ja zawsze mierzyłem wyżej niż ta wypluwka” – pomyślał.
— Nie — oznajmił uczeń, nawet się nie krępując. — Miały być trzy wschody słońca, dziś mija drugi — zauważył, po czym odwrócił wzrok od Bukowej Korony, jakby chcąc go zbyć.
— Jak dobrze, że to ty o tym decydujesz — burknął srebrny, marszcząc brwi. Już widać było, że się temu dzieciakowi w głowie poprzewracało. Tak właśnie wygląda to całe bezstresowe wychowanie! Buk od zawsze wiedział, że Królicza Bujda nie będzie dobrym ojcem. Nie popisywał się swoimi umiejętnościami ojcowskimi ani wtedy, gdy żyli w siedlisku, ani teraz.
— Ty o tym zdecydowałeś. Ja tylko się tego trzymam — odparł Zszarzała Łapa, wciąż nawet nie zwracając wzroku w stronę wojownika.
Jednooki strzepnął ogonem z frustracją. Dlaczego trafił mu się taki uparty uczeń? Judaszowcowa Gwiazda z całą pewnością nie przemyślała swoich wyborów. Ale czego można oczekiwać od ponad stu księżycowego staruszka? Klan Klifu potrzebował nowego lidera – potrzebował Bukowej Gwiazdy.
— Dzieci i ryby głosu nie mają — stwierdził w końcu czekoladowy, po czym zadarł subtelnie brodę i zmrużył ślepie. — Nie pyskuj, tylko bierz swój zad poza azyl Klanu Klifu. Chyba że mam wszystkim powiedzieć, że z ciebie leniwa kupa futra — kontynuował, mierząc ucznia zirytowanym wzrokiem.
W końcu Zszarzała Łapa przewrócił oczami i, chyba nie chcąc już więcej słuchać głosu Bukowej Korony, ruszył w ciszy do wyjścia. Srebrny zauważył jeszcze, że jego uczeń posłał swojej siostrze spojrzenie mówiące coś w stylu: “Błagam, zabierz mnie od tego mysiego bobka”. Jednak dla własnego dobra zdecydował się to zignorować. Nie będzie go tu jakiś bezmózgi młodzieniec rozjuszał.
Wspólnie wyruszyli w stronę Kaczego Bajorka. Buk już uśmiechał się pod nosem na myśl, że przyjdzie mu opowiedzieć temu krnąbrnemu dzieciakowi o swoim osiągnięciu. Wtedy jeszcze był w swojej szczytowej formie, lecz teraz, po stracie jednego oka… szkoda gadać. Opłakiwał swoją gałkę oczną, jakby była jego martwą partnerką! Jednak czy można się mu dziwić? W końcu co to za wojownik z jednym okiem? Zdawało mu się, że po ataku tej mewy znacznie gorzej mu się polowało, a wszystkie zwinne ruchy wymagały od niego jeszcze większego skupienia uwagi. Ale czy przyznałby się do tego przed kimkolwiek innym? Nie.
Gdy w końcu dotarli do miejsca docelowego, Bukowa Korona zatrzymał się przy rosnących tu tatarakach i z tęsknotą spojrzał w niebo.
— Słuchaj lepiej i podziwiaj — mruknął, zwracając się do Zszarzałej Łapy. — To właśnie tu stoczyłem honorową walkę z dorosłą kaczką — wyjaśnił, rozglądając się po Kaczym Bajorku. — Gdy w Klanie Klifu panował głód, zawalczyłem o młode kaczątko, by tacy jak ty mieli czym brzuchy napełnić — prychnął, kręcąc powoli głową.
— Żadne mi to osiągnięcie — wtrącił uczeń, wyraźnie niewzruszony. — Kto by nie potrafił upolować młodej ka-
— Cisza! — przerwał mu. — Nie chodzi o samą zdobycz, lecz o to, co musiałem zrobić, by ją posiąść! — oburzył się czekoladowy. — Ale tacy jak ty tego nie rozumieją. Nigdy nie zrozumieją. Dlatego nie będzie z was dobrych łowców, ale… mogę chociaż spróbować uczynić z ciebie kogoś porządnego. O ile będziesz się słuchał — tłumaczył.
— Tsss… Chciałbyś! Lepiej zacznij mnie trenować, bo jak na razie ci się ku temu nie śpieszy. Kraczesz tu jak jakaś wrona, zamiast robić coś pożytecznego — upomniał się Zszarzała Łapa.
Bukowa Korona przewrócił okiem i zawęszył w powietrzu. Udało mu się wyczuć w pobliżu królika.
— Skoroś taki mądry, to idź i zapoluj na uszaka. Zobaczymy, ile ci już pokazał ten twój genialny Trójoki Zając.

* * *

Co z jego życia była za tragedia! Nie dość, że dostał na ucznia tak absolutnie okropnego, pyskatego, nieposłusznego, ignoranckiego, niewychowanego i irytującego kota, to jeszcze musiał na co dzień mierzyć się z Foczą Falą, która wiecznie miała do niego jakieś wąty. No, na przykład tak jak dzisiaj…
Wrócił właśnie do legowiska wojowników po kolejnym treningu ze Zszarzałą Łapą i już chciał położyć się na swoim posłaniu, gdy nagle w jego głowie echem zaczęło odbijać się czyjeś kasłanie. Zmarszczył nos i spiął mięśnie, czując, że zaraz udusi kota, który tak tu charlał. Gdy się jednak odwrócił, jego oczom ukazała się niebieska, rozzłoszczona kocica. Jego partnerka wyglądała, jakby lada moment miała rzucić mu się z pazurami do gardła.
— Znowu ci coś nie pasuje? — rzucił zirytowany.
Ostatnio ich związek pełen był gniewu i goryczy. Buk od zawsze wiedział, że partnerstwo z Foczą Falą nie wyjdzie mu na dobre. Niebieskofutra tylko go dobijała po dniu, który i tak był ciężki przez obowiązek użerania się z tym rybim flakiem.
— Tak! Nie pasuje, że w ogóle się o mnie nie troszczysz! — syknęła Foka, odwracając głowę od wojownika w oburzeniu. — Od samego rana boli mnie głowa i musiałam nawet zrezygnować z pójścia na patrol, a ty nawet nie raczysz mnie zapytać, czy dobrze się czuję! — awanturowała się dalej.
— Ale skoro boli cię głowa, to oczywiste, że nie czujesz się dobrze. Jaki jest więc sens pytać? — rzucił poirytowany.
— Bo tak robią koty, które są w sobie zakochane! — kontynuowała, jeżąc futro na grzbiecie. — Zachowujesz się jak lisie serce, a nie jak mój partner!
Bukowej Koronie niemal puściły nerwy. Zmierzył niebieskooką rozgniewanym spojrzeniem, lecz zaraz potem wziął głęboki wdech, próbując się uspokoić. Kotka miała rację, ale dobrze wiedziała, jak Buk zachowuje się w relacjach. Przecież nie poznała go wczoraj. A jeśli jej to nie pasowało, to dlaczego w ogóle wyznawała mu miłość?
— Dobra, dobra. Pójdziemy razem do medyczek, co ty na to? — zaproponował, chcąc wreszcie załagodzić sytuację. Nie potrzebował burzącej się partnerki, tylko odpoczynku.
Focza Fala wymamrotała coś pod nosem, lecz mimo wszystko podniosła się z miejsca i niemal przykleiła do boku Bukowej Korony. Pomarańczowooki zacisnął szczękę i bez słowa ruszył z kotką w stronę lecznicy.
Gdy dotarli na miejsce, niebieska odłączyła się od niego i weszła do środka. On natomiast przekroczył próg przednimi łapami, lecz tylnymi wciąż pozostał poza legowiskiem, jakby obawiał się, że wejście tam w pełni odbierze mu męskość.
Okazało się, że wojowniczka dostała gorączki. Jednak dzięki pomocy Jagnięcego Ukłonu udało się ją zwalczyć.

* * *

Słońce przygrzewało w grzbiet Bukowej Korony, gdy prowadził swojego ucznia nad brzeg morza. Większość zwierzyny o tej porze chowała się przed skwarem w swoich norach, ale może uda im się zapolować na kraby skrywające się w piachu. W końcu nieważne, czy na zewnątrz panował zabójczy upał, czy śnieżna wichura – wyżywić klan i tak było trzeba.
W połowie drogi zaczęło się ochładzać. Niebo przybrało bardziej szarawe barwy, a chmury wnet nagromadziły się nad głowami wędrujących kotów. Zerwał się silny wiatr, aż w końcu na nos Buka spadła pierwsza kropelka wody. Odbiła się od niego z pluskiem, pozostawiając po sobie chłód, który podczas tak ciepłego dnia był niczym zbawienie.
— Zaraz się na dobre rozpada, powinniśmy się sprężać — oznajmił wojownik, przyspieszając kroku.
Gdy dotarli w pobliże morza, okazało się, że przy brzegu kręcą się wysokie, łyse i wyprostowane istoty, w klanach nazywane Dwunożnymi. Zdawali się być w pośpiechu, a między ich palcami co jakiś czas migały najróżniejsze przedmioty, które później znikały w kolorowych, skórzanych gniazdach.
Bukowa Korona obserwował ich z zaciekawieniem i nawet nie zauważył momentu, w którym jeden z młodych wyprostowanych nagle stanął jak wryty, wpatrując się prosto w dwójkę Klifiaków.

<Zszarzała Łapo?>

[1196 słów]

Wyleczeni: Focza Fala

Letnie dolegliwości!

Nadeszła Pora Zielonych Liści, a z nią nowe dolegliwości!

POGODA

Lato przyniosło ze sobą falę upałów. W godzinach gdy słońce wisi wysoko na niebie, jedynie cień może przynieść ukojenie od gorąca. Poziom wody w rzekach jest niski; wysychanie niewielkich sadzawek zmusza zwierzynę do zbierania się w okolicach większych akwenów. Coraz trudniej jest o znalezienie ziół, które nie uschły. Skwar przerywany jest jedynie przez silne burze, jednak nawet one nie zapewniają długiej ochłody. Z pogody korzystają natomiast Dwunożni, chętnie zbierając się nad brzegiem morza, jeziora i rzek.

Dolegliwości odczuwają wymienione niżej koty z:

Klanu Burzy:

Krokusowa Kruchość - ból zęba
Poczciwy Szakłak - katar
Strzępotkowy Kokon - infekcja ucha
Baziowa Łapa - ból głowy
Rybkowa Łapa - bezsenność

Klanu Klifu:
 
Drobne Ukojenie - kolec w łapie
Świetlista Walka - przegrzanie
Focza Fala - gorączka
Jenocia Kufa - wybicie barku
Oszroniona Łapa - kłopoty z oddychaniem

Klanu Nocy:

Borówkowa Słodycz - wymioty
Klekocząca Łapa - infekcja ucha
Kropiatkowa Skórka - kleszcz
Przypalona Łapa - ugryzienie przez szczura
Fląderka - biały kaszel

Klanu Wilka:
 
Wrotyczowa Szrama - infekcja gardła
Tygrysia Noc - biały kaszel
Cienista Zjawa - ból stawu
Kamienne Pióro - infekcja oka
Księżycek - kocięcy kaszel

Owocowego Lasu:
 
Sajgon - swędząca infekcja
Kolendra - ugryzienie przez szczura
Czerwiec - gorączka
Całunka - ból głowy
Przypływ - bezsenność

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Przebiśnieg - gorączka
Mistral - zwichnięcie przedniej łapy
Miodowa Kora - ból zęba

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w kolejne stadium. Dotyczy to kotów z:

Klanu Burzy:

Wszyscy wyleczeni!

Klanu Klifu:
 
Bożodrzewny Kaprys - katar > kłopoty z oddychaniem > duszności > astma
Słoneczna Łapa - infekcja oka > tymczasowa ślepota na oko > stała ślepota
Pietruszkowa Błyskawica - swędząca infekcja > podrażniona skóra

Klanu Nocy:

Korzenna Łapa - swędząca infekcja > podrażniona skóra > miejscowe łysienie

Klanu Wilka:
 
Gruba Łapa - wybicie barku > sztywność kończyny

Owocowego Lasu:

Wszyscy wyleczeni!

Samotnicy i Pieszczochy:
 
 Baśniowa Stokrotka - wymioty > odwodnienie > omdlenia
Gałązka - gorączka > osłabienie
Poziomkowa Polana - kłopoty z oddychaniem > duszności
Zielone Wzgórze - bezsenność > halucynacje

Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka latem.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu lata- mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!

Morświnowa Płetwa urodziła!

 Morświnowa Płetwa urodziła dwójkę słodkich, puchatych kociąt!