BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

21 czerwca 2026

Od Firletki do Trójokiego Zająca

Ciepłe i miękkie futro Kukułczego Wdzięku było idealnym miejscem na sen. Dawało ono kocurkowi poczucie bezpieczeństwa i pomagało mu schować się przed Mysikrólikiem, która wręcz pokochała zaczepianie swojego małego braciszka. W końcu jego drobna postura uniemożliwiała mu odgonienie od siebie figlarnej siostry oraz łatwo było nim przez to pomiatać.
Kocięta były już na tyle wyrośnięte, że umiały człapać bez problemu i nawet się ganiać, z czego jak najbardziej korzystała liliowa szylkretka.
Firletka obudził się gwałtownie, gdy poczuł nagłe ukłucie wzdłuż kręgosłupa. Pisnął, a gdy się obejrzał, zobaczył Mysikrólik przylepioną do jego ogona. Wgryzła się w niego z siłą na tyle dużą, by ten się wydarł. Kukułka się przebudziła i spojrzała na swoje niesforne dzieci karcącym wzrokiem.
— Firletko! Cały obóz cię słyszy! — zwróciła mu uwagę. Niebieski się cały spiął, a siostra odsunęła. — Mysikróliku, a ty go nie zaczepiaj! Tylko go drażnisz — wycedziła przez zęby. Dwójka kociąt spojrzało się błagalnie na rodzicielkę.
— Przepraszam… — wymamrotała szylkretka, a kocurek tylko przytaknął.
— Kogo ja tu słyszałem? — zapytał się Trójoki Zając, który właśnie stanął w wejściu do żłobka. Jego synkowi nagle mina się rozjaśniła, a ten nieporadnie do niego podbiegł i oparł tułów o jego łapę, próbując się przytulić. Kocur zaś objął go drugą łapą, a po chwili pyskiem pokierował z powrotem do mamy.
— Gdzie byłeś, tatuś? — spytał.
— Musiałem wykonać obowiązki — odparł wojownik. — I mam prezent dla was — dodał z uśmiechem. Kocięta od razu zastrzygły uszami i wyjrzały z futra rodzicielki, a Ćma oderwała pyszczek od mchu.
Kremus podszedł bliżej i wyciągnął ze swojego futra na plecach parę niewielkich piór. Należały one głównie do mysikrólika, wróbla, zięby czy też i sikory.
— Wasze pierwsze piórka! Specjalnie wybrałem mniejsze. Może nie będą się trzymać w waszym futerku, ale możecie się nimi bawić — wyjaśnił kocur, a maluchy z zaciekawieniem przyjrzały się znaleziskom taty. Firletka przyjrzał się i nie było tu na pewno piór fulmara - ptaka o niebiesko białym ubarwieniu. Gdy opowiadano mu o nim, wykreował sobie wizję potężnego i pokaźnego skrzydlatego zwierza.
Podczas gdy jego siostry już wybrały piórka, dla niego zostały dwa: jedno zięby, drugie wróbla. Może nie były takie ładne, ale to tata je przyniósł, więc nie mógł narzekać. Zaczął on sobie układać jakieś kształty z tych piórek wśród mchu, podczas gdy Ćma i Mysikrólik się przepychały o jedyne piórko mysikrólika. Po paru uderzeniach serca wygrała Ćma, a Mysikrólik oburzona podeszła do brata.
— Co ty tworzysz? — mruknęła, wciąż trochę obrażona na siostrę.
— Nie wiem — odparł, a kotka wzruszyła ramionami.
— Nie chce mi się ci zabierać tych nudnych piór. Muszę odebrać Ćmie tamto piórko! — fuknęła i podreptała do siostry na rewanż.
Kocurek w pełnym skupieniu starał się ułożyć sylwetkę ptaka. Jednak nie udawało mu się oddać tej wizji. Wiedział jedynie o nich, że miały pióra, a z nich skrzydła, a one służyły do latania. Zirytowany brakiem sukcesu w ułożeniu ptaka, zmiótł pióra łapą i się naburmuszył. Trójoki Zając ułożył się w pozycji chleba obok niego.
— Coś ci nie idzie, Firletko? — zapytał, a ten podniósł na niego wzrok.
— Chciałem ułożyć fulmara, ale nie działa! — wymamrotał, po czym spojrzał tacie prosto w oczy.

<Tato, opowiesz mi coś więcej o fulmarze?>

Skrzydlata Płomykówka została adoptowana!

nowy właściciel: red.artem (dc)


Od Żabiej Łapy do Wymarzonej Słodyczy

– No dawaj Żabko! To nie takie trudne! – Lawendowa Rozkosz patrzyła na swoją uczennicę z gałęzi drzewa.
– Może nie jest trudne… – odparła Żabka. – Ale moje futro waży dobre dodatkowe trzy lisy. – miauknęła. – A jeszcze nie mam tyle mięśni co ty!
– Ja nie mam mięśni, ja mam tylko umiejętności! – odparła kotka siedząca nad nią. – I kiedy się ich nauczysz, to sama będziesz mogła wspinać się szybko i zwinnie nawet przemoknięta do kości!
Żabka chciała wierzyć w słowa swojej mentorki, ale jej futerko rzeczywiście jej przeszkadzało. Kotka zazwyczaj lubiła mieć tak długa i piękną fryzurę, ale czasami było to męczące. Zwłaszcza kiedy jej kryza wisiała prawie u jej łap, obciążona litrami wody.
– Nie możemy zacząć uczyć się najpierw w ogóle wspinać na drzewa? Zanim zaczniemy z tymi… zaawansowanymi technikami? – uczennica próbowała się targować. Spotkała się jednak tylko z niezadowolonym spojrzeniem swojej mentorki. Więc spróbowała. Jednak jej sierść naprawdę nie pozwoliła jej wejść za daleko. Żabka ślizgała się i w końcu spadła. Leżąc na plecach, wbiła swoje ślepia w Lawendową Rozkosz i odetchnęła. Liliowa kotka była troskliwa i delikatna, ale czasem uparta. Jednak Żabka wiedziała, iż ta nie mogła oprzeć się pewnym prawdom. A prawda było, że ból powoduje łzy. A niewiele osób może oprzeć się łzom.
Żabka zmarszczyła nos i odczekała sekundę… dwie. Po czym zaczęła oddychać nieco szybciej. Odpowiednie myśli, odpowiednie podejście i łzy zebrały się w jej oczach. Mina Lawendowej Rozkoszy prawie od razu zmieniła się z upartości w zmartwienie.
– Żabia Łapko? – mruknęła, nachylając się nieco, aby przyjrzeć się lepiej leżącej na ziemi uczennicy. Żabka wtedy już na dobre pozwoliła się sobie rozkleić. Nie to, że rzeczywiście czuła się bardzo zraniona czy sfrustrowana… po prostu ćwiczenie czegoś tak bezsensownego. Jeśli Żabia Łapa nie umie wspinać się na drzewa wcale, co w ogóle podpowiadało jej mentorce, że mogłaby się od razu nauczyć wspinać w mokrej sierści. Mały wybryk z łzami i łkaniem na pewno naprawi odrobinę podejście mentorki.
– Żabia Łapko! – Lawendowa Rozkosz zeskoczyła z drzewa, lądując obok niej. – Wszystko okej?! – spytała się zmartwiona.
– Nie… Bolą mnie plecy, jestem morka, głodna i nic mi nie wychodzi. – poskarżyła się Żabka. – Nie umiem wchodzić na drzewa. A… A ty! Ty… – załkała przez łzy. – Nie ważne... Nie ważne. - zaparła się zaraz potem.
– Ważne. Mów mi teraz. Co jest nie tak? Co boli?
– Plecy… – przyznała Żabka, przecierając pyszczek. Nie bolało na tyle, żeby nie mogła się powoli pozbierać z ziemi, ale rzeczywiście upadła na kamień. Idealna wymówka na płacz. – Mam za… za ciężkie futro… – mruknęła.
– No tak… Futro jest ciężkie, jak jest mokre… – Lawendowa Rozkosz zaczęła.
– A JA NAWET NIE UMIEM JESZCZE WCHODZIĆ NA DRZEWA O SUCHEJ! – krzyknęła Żabka, zalewając się jeszcze większą ilością łez. Lawendowa Rozkosz zdawała się przez chwilę zmieszana. Może rzeczywiście to było za dużo na raz.
– Wr… Wróćmy do obozu. Niech na ciebie spojrzy medyk, a ja… ja pomyślę o tych drzewach. Bo rzeczywiście… nie umiesz wcale się wspinać. Może… To za szybko, żeby w mokrym futrze próbować…— przyznała. Żabka przetarła jeszcze raz pyszczek łapką i spojrzała swoimi wielkimi, przeszklonymi wilgocią oczkami na swoją mentorkę.
– Jest… Jest okej. To… to tylko kamień.
– Może, ale na wszelki wypadek pójdziesz do Gąbczastej Perły, żeby cię obejrzała!
– Dobrze…
I tak też zrobiła. Medyczka nie znalazła nic z nią nie tak, może tylko delikatne obicie schowane pod podmokłym futrem. Ale Żabka była wolna. Mogła iść i szaleć. Tyle że pewnie wyłącznie w obozie. Irytowało ją to strasznie tego dnia. W ogóle została wtrącona w bardzo zły humor. Zły humor, który postanowiła wyładować w jedyny sobie znany sposób. Usiadła sobie na brzegu obozu i zaczęła szukać ofiary. Rozmowa z kimś o czymkolwiek na pewno oderwie jej myśli od nieprzyjemnego doświadczenia z mentorką.
Żabia Łapa ogarnęła wzrokiem obóz. O tej godzinie było tu w miarę pusto. Słońce świeciło mocno, więc wszyscy chowali się w legowiskach lub w cieniach. Klekoczący Bocian właśnie wychodził z obozu, Kijankowe Moczary zbierał południowy patrol, który niechętnie powłóczył za nim łapami. Ciepło doskwierało wszystkim wokoło. Żabka, nadal wilgotna, nie odczuwała go na razie tak mocno. Patrzyła dalej. Wzlatująca Uszatka właśnie dorzucała zdobycz do kupki, a Czosnkowa Krewetka zabierała kawałek ryby dla siebie.
Wszystko działało tak jak powinno, ale w zasięgu oka Żabki nie było nikogo ciekawego. Nikogo kogo by już nie znała. To irytowało ją tylko bardziej.
Do czasu. Może parę uderzeń serca później w zasięgu wzroku koteczki pojawiło się bardzo ciekawe futro. Rude, nakrapiane i przyozdobione czymś dziwnym na uszku. Żabka rozpoznawała kotkę właściwie z wyglądu, ale z opowieści innych wojowników wiedziała, że kotka jeszcze niedawno była uczniem. No… może nie tak niedawno, ale bliżej jej było do ucznia niż do starszyzny! Chociaż mentorka Żabci była młodsza…
W każdym razie wyglądała na ciekawą osóbkę. Na tyle, aby przyciągnąć uwagę Żabeńki. Uczennica wstała i zaczęła podchodzić w okolice nowej ofiary, nie zbliżając się jednak za blisko. W końcu musi najpierw ocenić czy jednak warto się zbliżać. Szylkretka usiadła przy źródełku i powoli napiła się odrobinę wody. Żabka przysiadła przy dziupli ze zwierzyną i przyjrzała się jej lepiej. Kotka była od niej trochę większa, jednak Żabka, z genami swojego ojca, już powoli doganiała niektóre mniejsze koty, pomimo swojego wieku. Chociaż jeszcze trochę jej brakowało, żeby patrzeć im bezpośrednio w oczy.
Ciekawska uczennica podeszła jeszcze odrobinę bliżej… i bliżej, i bliżej. Aż nie siedziała zaraz za kotką, która ją tak zainteresowała. Szylkretka rozciągnęła się i odwróciła, mało nie wyskakując z własnej skóry.
– Dzień dobry. – przywitała się Żabka, wbijając swoje wielkie ślepia w nowego rozmówcę. – Parszywa pogoda dzisiaj, czyż nie? Strasznie pali. – uśmiechnęła się, jak najbardziej serdecznie mogła, bez mrużenia swoich wielkich oczu.

<Wymarzona Słodyczo?>
[915 słów]

Od Żabiej Łapy do Szepczącej Hipnozy

Żabka zacisnęła zęby i wdrapała się na brzeg rzeki, otrzepując wodę z sierści. Lawendowa Rozkosz uśmiechnęła się w jej stronę z zadowoleniem.
– Idzie ci bardzo dobrze, wiesz? – oświadczyła. – Nurkowanie masz już w małym paluszku! Nic tylko ci tego pozazdrościć, wiesz?!
– Wiem. Czy to czas na następny etap? – spytała się uczennica przecierając wodę z oczu. Mrugając parę razy mogła już otworzyć je na oścież.
– Tak. Przyglądaj się uważnie! – powiedziała Lawendowa Rozkosz po czym przymierzyła się do zanurkowania. – Niektóre ryby można znaleźć blisko powierzchni. Opowiadałam ci już o tym. Inne można zwabić, jeśli znajdziesz jakieś nasionko lub coś podobnego. A niektóre… chowają się pod wodą, blisko dna. One są często duże i soczyste, bardzo dobre do zaniesienia do klanu. Przyglądaj się uważnie. – Lawendowa Rozkosz weszła do wody bardzo powoli i ostrożnie, aby nie naruszyć jej za mocno. Zanurzyła pyszczek w wodzie. Żabka wiedziała, że miała otwarte oczy. Wiedziała, że szukała swojej zdobyczy. I kiedy ją znalazła, jej mentorka zanurzyła się cała i po chwili wypłynęła na powierzchnię bez niczego w pysku.
– Czasem się zdarzy, że nic też nie upolujesz. łowienie ryb to gra cierpliwości
– Och… Okej. – uczennica pokiwała głową.
– Dobra. Idziemy wzwyż rzeki, żebyś mogła sobie poćwiczyć. Tam jest kawałek głębszej rzeki, a tu już wszystko się rozproszyło. Nie ma co czekać, aż się uspokoją z powrotem. Zmiana miejsca będzie szybsza! – Lawendowa Rozkosz wyszła z wody i się otrzepała. Kotki zmieniły miejsce treningu i Żabka wkrótce nurkowała jak profesjonalista. Najpierw wchodziła do wody powoli, szukała ofiary i nurkowała. Łowienie ryb w ten sposób nie było najprostsze. Wymagało dużo siły i wprawy, ale znacznie mniej cierpliwości niż łowienie z powierzchni, które było znacznie prostsze. Ale Żaba się nie poddawała. Zmieniała miejsce nurkowania, czekała aż ryby ułożą się pod nią i przestaną rzucać i w końcu trening się skończył. Cztery ryby, nieduże, ale upolowane przez samą Żabkę. Lawendowa Rozkosz patrzyła się na nią z dumą.
Żabka porzuciła swoje zdobycze w odpowiednim miejscu i odetchnęła. Ciągle ociekała wodą, kiedy w końcu mogła się położyć. I zrobiła to na środku obozu, w samym słońcu. Potrzebowała wyschnąć, chociażby odrobinkę.
– Wyglądasz jak spłaszczona jaszczurka. – Żabia Łapa podniosła łepek na te słowa. Przed nią usiadła jej siostrzyczka.
– Od razu rozpłaszczona. Ja bym siebie określiła bardziej jako piękną i może tylko trochę rozpłaszczoną. Ale jakoś muszę wysuszyć futro. – odparła Żabka, siadając, aby móc spojrzeć Ropuszce w oczy. Ta tylko uśmiechnęła się na te słowa.
– A co robisz potem? Skończyłaś już trening? – spytała się zaciekawiona. Żabka pokiwała głową.
– Tak. Dzisiaj łowiłyśmy bardzo dużo ryb. Ja sama wyłowiłam cztery! – Żabka położyła łapę na swojej piersi z wielką dumą. Ropuszka uśmiechnęła się tylko szerzej.
– To niesamowite! Ja nie mam tyle cierpliwości jeszcze, żeby siedzieć nad rzeką i łowić.
– O nie! Ja nurkowałam po nie. Lawendowa Rozkosz zauważyła, że bardzo dobrze nurkuję i najpierw nauczyła mnie tej metody. Ćwiczyć jak łowić na powierzchni będziemy jeszcze potem. Mówiła, że mam czas.
– O jeju! I ty się tak cała pod wodę zanurzyłaś?! – Ropuszka zatrzepała uszkami z ekscytacji.
– No tak! I z otwartymi oczami. – oświadczyła.
– Też bym tak chciała, ale to trochę straszne, co nie? W ogóle… jestem strasznie zmęczona po własnym treningu, ale mam coś jeszcze do zrobienia. Mogłabyś mi wyświadczyć przysługę? – spytała się Ropuszka. Żabka też była wyczerpana, ale przecież dla sióstr zrobiłaby tak wiele!
– Co tam? – spytała, pomimo niechęci.
– Pójdziesz do ogrodników spytać się ich czy czegoś nie potrzebują? – Ropuszka posłała jej błagające spojrzenie.
– No dobra… W którą to stronę? – spytała.
– Tam gdzieś siedzą! – wskazała Ropuszka paluszkiem.
– Dobra. To ty idź się zdrzemnij, a ja to ogranę. – Żabka odetchnęła ciężko. Też się jej chciało spać, ale to mogło poczekać. W końcu siostra poprosiła ją o pomoc! Żabka chwilę pałętała się po obozie podpytując gdzie ma dokładnie iść, aż nie namierzyła kota, który pachniał i nawet wyglądał jak ogrodnik.
– Hej ty! – podbiegła do niego mało nie wpadając mu pod łapy. – Jesteś ogrodnikiem, co nie? – spytała.
– Tak? – odpowiedział kot… kotka? Żabka powąchała jeszcze raz. Kot? Nie ważne.
– Moja siostra miała przyjść się was spytać, czy nie potrzebujecie pomocy, ale teraz to moje szczytne zadanie! – odparła Żabka wypinając pierś. Gdyby mogła to by poprawiła też kryzę, ale ta nadal wilgotna opadała na jej ramiona. – Tak więc… czy potrzebujesz jakiejś pomocy… e… Właściwie racja! Gdzie moje maniery, przepraszam. – przerwała swój wywód. – Jestem Żabia Łapa. A Twoje imię?

<Szepcząca Hipnozo?>
[709 słów]
[łowienie ryb]

Od Rudzikowego Skrzydełka CD. Poczciwego Szakłaka

Dawniej

Widząc panikę w oczach Szakłaka, sama trochę się wystraszyła. Nerwowo podrapała się na wywiniętym uszkiem. Słysząc słowa Płomykówki, uznała, że być może zrobiła cos nie tak. Zapytał w zły sposób? Nigdy się nie zastanawiała nad swoimi słowami, czego później czasem żałowała. Czy było tak też i tym razem? Szybko te myśli jednak zastąpił niewielki smutek.
— Szakłaczku? — miauknęła srebrna, próbując nabyć kontakt z czarnym kocurem. Ten jedynie spojrzał na nią, dając znać, by mówiła dalej.
— To… Chcesz, bym była Twoją przyjaciółką? — spytała z minimalną nutą niepewności, jakby z obawy, że ten zareaguje ponownym odrealnieniem.
Skrzydełko patrzyła przez chwilę, jak kocur zastanawiał się nad jej propozycją.
“Na jego miejscu po prostu powiedziałabym tak, ale widać, że trochę różnimy się z Szakłaczkiem!” pomyślała i poruszyła lekko rozbawiona wibrysami.
— Jeśli Ty tego chcesz, to tak — odpowiedział po dłuższej chwili z lekkim uśmiechem na pysku.
Rudzik podskoczyła radośnie i przytuliła drugiego futrzastego. Jej oczy błyszczały z radości, a łapki aż świerzbiły ją, aby dalej świętować to wydarzenie. W końcu uwielbiała zdobywać nowych przyjaciół.
— Spokojnie, ona tak zawsze — oznajmiła Płomykówka, pojawiająca się obok zielonookiego.
Ona również patrzyła na rozradowaną Rudzik.
— Chyba jednak zaczynam mieć wątpliwości… — mruknął, ruszając powoli.
— Przywykniesz, ale teraz to będziesz mieć dwójkę kotek na głowie znacznie częściej. — Na to stwierdzenie, Szakłak spojrzał na nią zdziwiony, nie rozumiejąc do końca jej słów. — Rudzik często mnie gdzieś ciąga ze sobą jak dzisiaj — wspomniana kotka zastrzygła uchem i rzuciła radosnym uśmiechem w stronę rozmawiającej dwójki.
— Im więcej, tym lepiej, prawda? A przynajmniej tak mówią… — rzucił, kierując się wzdłuż szerokiego koryta rzeki.
— Rudzikowe Skrzydełko, no już, bo zaraz wpadniesz do wody, a raczej nikt nie chce do niej wchodzić, by Cię ratować — oznajmiła Płomykówka, na której słowa jej siostra nieco się opanowała.
Ruda z tym samym wyszczerzem zwolniła odrobinę i tuptała radośnie obok towarzyszy.
— Będziemy razem teraz chodzić na patrole! Ale super! — miauknęła, myjąc swoje uszko. Aktualnie
Skrzydełko podniosła się ze swojego legowiska, rozglądając się po innych wojownikach. Zmrużyła oczy, patrząc na Szakłaka. Minęło trochę czasu od ich ostatniej dłuższej rozmowy poza patrolami. Nie, żeby kiedykolwiek dużo ze sobą rozmawiali. Co prawda odwiedził ją raz, gdy była w żłobku, ale jakoś brakowało jej ulubionego, cichego przyjaciela. Spojrzała zaraz na Płomykówkę i stwierdziła, że zabierze ich na patrol przy granicy.
— Szakłaczku! Płoymkóweczko! Chodźcie ze mną na patrol!! — zawołała, jednak nie tym samym szczęśliwym tonem co dawniej.
Przez te księżyce ukształtowało ją wiele wydarzeń. Małe potomstwo, opuszczenie przez partnera, koszmary związane z ojcem, a także rozmowa, która odbyła jakiś czas temu z szylkretowa wojowniczką Nieustraszonym Chomikiem. Czuła się źle, że nie mogła powiedzieć o swoich niepewnościach nikomu ze swoich najbliższych. Nie wiedziała też, czy nie wypala wszystkiego, gdy tylko zaczną rozmowę.

***

Gdy trafili już na miejsce przy granicy z Klanem Wilka, kotka zaprowadziła ich w stronę Upadłego Potwora.
— Możemy pogadać? — zapytała Skrzydełko, siadając obok Potwora.
Oboje zgodzili się na jej propozycje, siadając obok.
— Słuchajcie… Co uważacie o aktualnym Klanie Burzy? I o Króliczej Gwieździe? — zapytała, starając się brzmieć jak najbardziej neutralnie.
Z czarnych kotów chyba już wolałaby, aby to Szakłak był przywódcą, a nie Królik czy później Echo, ale przecież nie mogła się do tego przyznać.

<Szakłaczku?>

Od Kameliowej Łapy do Dzikiego Berberysu

Słońce wisiało wysoko na niebie, zalewając obozowisko ciepłym światłem, które odbijało się od kamieni, liści oraz futer przechodzących kotów. Z królikiem ostrożnie zaciśniętym w pysku stawiała kolejne kroki z delikatnością i wyuczoną precyzją, poruszając się z wdziękiem, który jeszcze 30 księżyców temu wydawałby się jej nieosiągalny. Teraz, co zabawne, podobna płynność była czymś całkowicie naturalnym — liczne polowania, treningi i godziny spędzone poza obozowiskiem sprawiły, że jej ciało samo pamiętało, jak powinno się poruszać.
Tuż obok niej kroczył Ruda Lisówka.
Rudy wojownik od czasu do czasu rzucał jakąś uwagę dotyczącą patrolu, zwierzyny albo wydarzeń z ostatnich dni, jednak żaden z tych tematów nie rozwijał się w nic bardziej znaczącego, przez co rozmowa nieustannie wracała do niezręcznej, choć spokojnej ciszy.
Jeszcze jakiś czas temu próbowała to zmienić, ponieważ wydawało jej się, że z biegiem czasu łatwiej będzie im znaleźć wspólny język. Zadawała pytania, rozwijała poruszane przez niego tematy i szukała punktów zaczepienia, które mogłyby przerodzić się w prawdziwą rozmowę, jednak ostatecznie przestała się starać, gdy coraz wyraźniej dostrzegała, że nie odczuwa wobec niego nawet cienia zainteresowania.
Nie wynikało to z niechęci ani z faktu, że Ruda Lisówka był trudnym towarzyszem — wojownik sprawiał raczej wrażenie uprzejmego i całkiem otwartego kota. Problem polegał na czymś znacznie prostszym, a zarazem trudniejszym do wyjaśnienia, ponieważ jego słowa zwyczajnie nie budziły w niej żadnej ciekawości.
Słuchała go więc wtedy, gdy do niej mówił, odpowiadała wtedy, gdy oczekiwał odpowiedzi, a na jej pysku często pojawiał się uprzejmy uśmiech, jednak pod tą warstwą grzeczności nie kryło się nic więcej. Coraz częściej łapała się na tym, że większość jego słów umyka jej niemal natychmiast po ich usłyszeniu, co wydawało jej się szczególnie dziwne, ponieważ zwykle uwielbiała rozmawiać z innymi kotami, słuchać ich historii i dzielić się własnymi przemyśleniami.
Zdawało się, że pomiędzy nimi istnieje jakaś niewidzialna przeszkoda, której nie potrafiła pokonać, przez co każda kolejna rozmowa pozostawała wyłącznie… no, rozmową. Prawdę mówiąc, coraz częściej dochodziła do wniosku, że gdyby nie był jej mentorem, najpewniej nie próbowałaby nawiązać z nim bliższej znajomości.
Myśl ta pozostawiła po sobie dziwny posmak, dlatego westchnęła cicho i pozwoliła, by jej wzrok przesunął się po całym obozowisku.
Natychmiast poczuła przyjemne ciepło rozlewające się po piersi, gdy spostrzegła, że polana tętniła życiem. Wojownicy wracali z patroli, uczniowie przebiegali pomiędzy legowiskami, starsi wymieniali się opowieściami sprzed wielu księżyców, a gdzieś w oddali rozbrzmiewały głosy kociąt pochłoniętych zabawą.
To właśnie tego brakowało jej najbardziej.
Nie polowań ani granic, lecz poczucia przynależności, którego przez długi czas nie potrafiła odnaleźć. W Klanie Nocy często miała wrażenie, że znajduje się obok wszystkich, nigdy naprawdę pomiędzy nimi — i nieważne, jak bardzo się starała, zawsze pozostawała kimś obcym, komu przyglądano się odrobinę uważniej i komu ufano odrobinę mniej.
Tutaj było inaczej — większość kotów patrzyła na nią jak na zwyczajną uczennicę, a nie jak na zdrajczynię, zagrożenie czy problem.
Ale były też i wyjątki.
Poczuła nagle, jak sierść na karku unosi się lekko, gdy uświadomiła sobie, że ktoś od dłuższego czasu się jej przygląda. Nie było to jednak zwykłe spojrzenie — kryło się w nim coś chłodnego i nieprzyjemnego, coś, co sprawiło, że instynktownie zaczęła rozglądać się za jego właścicielem.
Jej wzrok niemal natychmiast odnalazł wojownika siedzącego po drugiej stronie polany. Kocur obserwował ją bez cienia życzliwości, a jego oczy przesuwały się po niej powoli, jakby analizował każdy ruch i każdy gest w poszukiwaniu potwierdzenia czegoś, w co już dawno uwierzył.
Nieświadomie ścisnęła mocniej szczęki na futrze królika, podczas gdy nieprzyjemny ucisk zaczął narastać gdzieś głęboko w jej wnętrzu. Przez moment rozważała odwrócenie wzroku i odejście — znacznie łatwiej byłoby udawać, że niczego nie zauważyła, jednak jakaś część niej nie potrafiła tego zrobić.
Być może kierowała nią ciekawość, a być może zwykłe zmęczenie podobnymi spojrzeniami.
Podała królika Rudemu Lisówce, który bez większego zastanowienia zaoferował odniesienie zdobyczy na stertę, po czym przez krótką chwilę obserwowała oddalającego się mentora. Kiedy została sama, odwróciła się ponownie w stronę wojownika i ruszyła przed siebie, czując, jak każdy kolejny krok staje się odrobinę cięższy od poprzedniego.
Im bardziej się zbliżała, tym wyraźniej dostrzegała napięcie rysujące się w jego postawie. W pewnym momencie odwrócił wzrok, jakby nagle zainteresowało go coś zupełnie innego, jednak nie uwierzyła w to ani przez chwilę — zbyt dobrze pamiętała sposób, w jaki patrzył na nią jeszcze przed momentem.
Zatrzymała się kilka długości ogona od niego, starając się zachować spokój pomimo narastającego niepokoju.
— Przepraszam... — zaczęła ostrożnie, nadając głosowi możliwie łagodne brzmienie. — Czy coś się... stało?

<Dziki Berberysie?>

20 czerwca 2026

Od Zewu Do Wdzięcznej Firletki

Jasne ślepia dymnego kocurka uważnie obserwowały ruch w centrum obozowiska spod przymrużonych powiek. Słońce dziś wyjątkowo dawało się we znaki, więc szerokim łukiem omijał jakiekolwiek propozycje opuszczenia nory w ziemi — było w niej zdecydowanie ciemniej i chłodniej, same korzyści. A obóz skąpany w ostrych promieniach świetlnej kuli na niebie niósł ze sobą jedynie duchotę, żar i możliwe przegrzanie, co w żadnym stopniu nie zachęcało do opuszczania bezpiecznego żłobka. Łza w tej sprawie chyba miała inne zdanie, gdyż nie czekała ani chwili, kiedy to srebrna kotka w towarzystwie czarnego wojownika i jeszcze jakiejś Burzaki, zaproponowała ich dwójce zabawę poza ziemistymi ścianami kociarni.
Jego głównymi obiektami obserwacji była trójka wojowników i młódka, która z radością chłonęła poświęconą jej uwagę ze strony Rudzikowego Skrzydełka. Skrzydlata Płomykówka robiła nieco za ich przyzwoitkę, by wojowniczka nagle nie wpadła na jakiś szalony pomysł i nie wciągnęła w to niewinnej koteczki. W tym czasie Poczciwy Szakłak przesiadywał w cieniu, starając się ukryć to, jak tak parna pogoda negatywnie wpływa na jego samopoczucie. Zew doskonale go rozumiał i obecnie również podziwiał, że starszy mimo wszystko dotrzymuje towarzystwa srebrnym siostrą, nawet jeśli te są nieco zajęte czymś innym, niż jakikolwiek z kocurem.
Po dłuższym namyśle dymny postanowił dołączyć do zielonookiego. Początkowo niepewnie wychylił łebek poza próg żłobka, czując, jak gorąco uderza w jego ciemny pyszczek, co sprawiło, że zapragnął wycofać się w głąb nory. Jedynym, co go przed tym powstrzymywało to zachęcający uśmiech posłany w jego stronę przez Szakłaka, który po chwili ruchem głowy wskazał miejsce obok siebie.
— Nie przepadasz za taką pogodą, co? — zagaił do Zewu, w odpowiedzi otrzymując jedynie lekkie skinienie głowy. — Może to nie będzie jakieś duże pocieszenie, ale lepiej mieć półdługą sierść niżeli całkowicie długą. Wtedy- Wojownik niespodziewanie przerwał. Młodzik nieco tym zdziwiony poniósł wzrok na Burzaka, którego wzrok był utkwiony w jakimś kocie przy stosie ze zwierzyną. Nagle bez słowa podniósł się z dotychczasowego miejsca i podszedł do Płomykówki, by powiedzieć jej coś szeptem. Srebrna skinęła głową, by następnie odprowadzić przyjaciele wzrokiem, kiedy ten oddalał się od nich. Niebieskie spojrzenie kocurka również śledziło poczynania wojownika, dopóki ten nie dotarł do jakiegoś kremowego Burzaka o krótkim ogonie, którego widok sprawił, że ten Zewu lekko drgnął. Nie spodziewał się, że w klanie ujrzy kogoś jeszcze z taką długością ogona, dotychczas myślał, że on i Zawodzące Echo są jedynymi posiadaczami takiej cechy.
Jego rozmyślania przerwało wkroczenie do obozu szylkretkowej kotki. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie jakiś pakunek w jej pysku oraz mocna ziołowa woń, która dotarła do nosa kocurka, kiedy to zielonooka raptem parę długości obok nich przeszła. Wystarczyła chwila, by do młodego umysłu dymnego powróciły wspomnienia z kociarni w Owocowym Lesie, kiedy to jeszcze był u boku swojej matki.
— Przepraszam, czy jesteś szamanką Klanu Burzy? — spytał nieśmiało, gdy nagle pojawił się parę kroków za kocicą, nim ta zdążyła całkowicie odejść do swojego legowiska. Zew nadal do końca nie rozumiał hierarchii klanu i jak na razie myślał, że inne koty w swoich społecznościach również mają tak różnorodny podział profesji niczym Owocniacy.

<Wdzięczna Firletko?>

Od Zewu Do Psianki

Przeszłość

Dni w powolnym, beztroskim tempie mijały Zewowi w kociarni, mieszczącej się w jednym z trzech krzewów kaliny, z których ich mieszkańcy mieli widok na pobliską topolę. Drzewo o zielono soczystych liściach o nieco zaokrąglonych liściach stanowiło swego rodzaju centrum obozu — to właśnie wśród jego gałęzi, tworzących gęstą koronę, mieściło się legowisko lidera, którym obecnie był czekoladowy kocur o eleganckiej budowie noszący imię, który każdy Owocniak znał. Brzmienie jego miana budziło nieopisany respekt, szacunek czy też podziw. Czereśnia, gdyż tak zwał się opisywany, był przywódcą o chodzie pełnym gracji, niemal bezszelestnym — zdawać by się mogło, że niczym duch pojawia się za kimś, aby oznajmić swoją obecność dopiero w postaci wypowiadanych słów. Głos kocura był głęboki, sprawiający wrażenia beznamiętnego w połączeniu z powściągliwą mimiką pyska.
Zew miał okazję jedynie parę razy ujrzeć Czereśnię, głównie, kiedy ten przychodził do żłobka, by na chwilę porwać ze sobą Purchawkę. Młodzik nigdy nie wiedział, co wtedy robią, lecz przyciszone niosące się głosy mogły wskazywać na to, iż ich dwójka prowadzi jedynie rozmowę. Dymnemu nigdy niedane było poznać ich treść, gdyż brzmienie słów starszych zlewał się w jeden niezrozumiały dźwięk, który dodatkowo ginął tłumiony przez ściany krzewu i odgłosy tętniącego obozu, przysłoniętego w większości cieniem koron wznoszących się koron drzew nad głowami Owocniaków. Niebieskie ślepia wtedy często podążały za ruchami wojowników, zwiadowców, stróżów czy uczniów, pełniących swe obowiązki w tej zżytej społeczności.
Lekki uśmiech zagościł na ciemnym pysku kocurka, który niczym wyschnięta gleba po suszy chłonął rozległe niczym morze czy nawet ocean widok, malujący się przed nim — drobnym kociakiem o nieco nieproporcjonalnej i wątłej budowie, który miał raptem parę księżyców, a oczekiwania względem niego były ogromne jak wysokie klifu nad morzem, które mieściły się na terenie Klanu Klifu. To jednak był problem przyszłego Zewu, gdyż ten obecny żył beztrosko, jak na kociaka przystało. Chociaż jego swobodne i proste początki wielkimi krokami zbliżały się ku końcowi, by ustąpić miejsca dniom wypełnionym ciężką pracą, presją i prezentowaniu się, jak najlepiej, by nie zawieść jako syn zastępcy Klanu Burzy, szamanki Owocowego Lasu oraz żywego symbolu zawarcia sojuszu pomiędzy sąsiadującymi ze sobą kocimi społecznościami.
— Berek! — Radosne brzmienie głosu czarno białej kotki za nim skutecznie zwróciło uwagę niebieskookiego. Jego jasne ślepia, niemal bez zastanowienia skierowały się ku Psiance, jednej z sióstr dymnego. Kocurek zdecydowanie lepiej się z nią dogadywał niż z Łzą, zapewne przez pokrewne charaktery i podejścia do wielu rzeczy. Półuśmiech nie opuszczał swego miejsca na pysku Zewu, kiedy również tuż obok kotki ujrzał swego czekoladowego brata, Modrogończyka, choć przez większość wołany był Gończykiem, gdyż tak było krócej.
— Czemu to zawsze ja gonię? — spytał z udawanym żalem w głosie.
— Ponieważ to ty najczęściej chodzisz z głową w chmurach — zauważyła pomarańczowooka z psotnym uśmiechem.
— Nie prawda! — zaprzeczył od razu Zew z nutą oburzenia.
— A kto ostatnio wpadł na Rohan? — przypomniał mu brat, co spotkało się z przewróceniem niebieskich oczu.
— To zdarzyło się raz — stwierdził, na co rodzeństwo spojrzało na niego, wiedząc, że podobnych sytuacji było znacznie więcej i z chęcią mu je przytoczą.
— Zdarzyło Ci się także wpaść na Łzę, Purchawkę.
— Na mnie — dodał Gończyk.
— Dobra dobra, może i czasem nie patrzę, gdzie idę — przyznał, zdając sobie sprawę, że nie ma szans na obalenie tych argumentów. Parsknął cichym śmiechem pod nosem, a następnie pacnął lekko łapą Psiankę w nos. — Ty gonisz! — zawołał, od razu tworząc dystans między sobą a siostrą.
— Osz ty! By tak podstępem!
Czarno biała od razu ruszyła z odwetem na niebieskookiego, lecz ten wykonał sus za Modrogończyka, traktując go w obecnej chwili jako żywą tarczę przed zemstą siostry. Nieco zdezorientowany szybko przenosił wzrok to na Zew to na Psiankę, którzy gonili się wokół niego, aż w końcu ruszył z dotychczasowego miejsce, co młódka wykorzystała i skoczyła na dymnego. Kocurek nie spodziewając się takiego obrotu spraw, został powalony na ziemię.

<Psianko?>

Od Ćmy do Majaczącej Łapy

Ćma chwiejnie stawiała pierwsze kroki na ziemi. Mama ją dopingowała po drugiej stronie legowiska:
– Jeszcze trochę skarbie! Kilka kroków!
Kremowa powoli szła w stronę Kukułki, wbijając wzrok w swoje białe łapy. To nie było takie trudne! Raz, dwa, trzy i już była przy szylkretce.
– Brawo, Ćmo! Udało ci się!
– Tak! – pisnęła.
– Ćmo! Pobawimy się? – miauknęła do niej jej siostra, Mysikrólik.
– Oczywiście! – odpowiedziała, podnosząc mech i zwijając go w kulkę. – Do ciebie!
Liliowa szylkretka odbiła ją swoimi różkami z futra na głowie. Kremowa nie próżnowała i odbiła piłeczkę łapką. W zabawie przerwał im Trójoki Zając, który przyniósł jedzenie dla swoich dzieci i partnerki.
– Tatuś! – krzyknęła Ćma i podbiegła do kocura.
– Cześć maluchy! Co u was? – rzekł, idąc do partnerki i przytulił się do niej.
– Gramy w piłkę! – pisnęła Mysikrólik.
– Kociaki szybko się rozwijają – oznajmiła z rozczuleniem. Trójoki Zając usiadł obok niej, patrząc na kociaki jeszcze przez jakiś czas, aż zza ścian kociarni rozległo się wołanie zastępcy w celu wyznaczenia patroli.
– To już wam nie przeszkadzam w zabawie – odparł Trójoki Zając i wyszedł ze żłobka, żegnając się jeszcze z młodymi. – Zobaczymy się później.
Ćma machnęła na pożegnanie ogonkiem i poszła po piłeczkę, lecz tam jej nie było. Zaczęła nerwowo przeszukiwać wzrokiem żłobek w szukaniu zielonej kulki.
– Co się stało? – spytała Mysikrólik.
– Zgubiłam piłeczkę! – pisnęła kremowa.
– O tą ci chodzi? – rzekł nieznany głos. Był to złocisty kocur z białymi wstawkami. Koteczka popatrzyła na jego łapy. Przy nich leżała zguba.
– Tak! Dziękuję, yyy…
– Majacząca Łapo, jestem Majacząca Łapa.

<Majacząca Łapo?>

Od Zewu Do Bursztynowej Łapy

W ciągu ostatnich dni norę służącą za żłobek opuściła Rudzikowe Skrzydełko wraz z Perłówką i Kurczątkiem, którzy zostali uczniami. Od tego momentu Łza i Zew byli na siebie skazani, co dawniej raczej nie wróżyłoby niczego dobrego, jednakże teraz sprawy miały się zupełnie inaczej niż w Owocowym Lesie. Kocurek zamknął się na innych i z siostrą rozmawiał, kiedy tylko wymagała tego sytuacja, czyli niemal ciągle, kiedy młódka była spragniona czyjejś uwagi, a nikogo poza bratem nie miała pod łapą. Początkowo dymny był nieco poirytowany zachowaniem Łzy, lecz z czasem ta irytacja przerodziła się w obojętność i znużenie. Oczywiście obecny sposób bycia niebieskookiego nieco jej nie odpowiadał, gdyż jego uwaga nie była tak cenna, jak innych kotów.
Kocurka niezbyt obecnie cokolwiek obchodziło, najchętniej wróciłby do Purchawki i reszty rodzeństwa — nie rozumiał, czemu to on z Łzą zostali wybrani, jako dwójka, która dołączy do Klanu Burzy. Chciał ponownie być u boku szamanki, czuć bijące od niej ciepło oraz silną woń mieszanki ziół, z którymi obcowała w dziupli uzdrowicieli, nim urodziła czwórkę kociąt, w tym jego samego. Wśród Burzaków czuł się niczym intruz, który nie pasował do tego wszystkiego, szczególne poczucie obcości budował wygląd innych i kontrast zachodzący pomiędzy wojownikami a Zewem. Nie obchodziło go zbytnio, że nie jest jedynym kotem w obozie, którego sierść nie jest jasna lub pokryta w większym stopniu bielą, był na to ślepy, gdyż jego spojrzenie było przysłonięte tęsknotą za matką i doszukiwał się jedynie kolejnych powodów, mówiących, że powrót do Owocniaków będzie lepszą opcją niż pozostania tutaj.
Jego głębokie użalanie się nad swym losem przerwało nagłe trajkotanie Łzy, które jasno wskazywało na to, iż w norze znalazł się nowy obiekt jej zainteresowania, który mógłby poświęcić kotce więcej uwagi niż przygnębiony brat. Matowe ślepia mimowolnie skierowały się w stronę wejścia do żłobka, by natrafić na dwie sylwetki — jedną z nich był ciemnorudy uczeń, druga natomiast należała do wojownika o czarnej niczym noc sierści i oliwkowym spojrzeniu nieco zmęczonym, jakby miał ochotę zakończyć dzisiejszy dzień i udać się na zasłużony spoczynek. Wystarczyła jedynie obecność starszego, by zainteresowanie Zewu gośćmi wzrosło. Jego krótki ogon lekko drgnął, kiedy to Burzak kierował swoje kroki w jego stronę. Na psyku starszego zagościł nikły uśmiech, jak gdyby czytał z młodzika z niczym z otwartej łapy, co sprawiło, że źrenice niebieskich oczu nieco się zwęziły, a w kocięcej główce zaczęły pojawiać się nowe myśli.
— Bursztynowa Łapo, zostaniesz z nimi chwilę? Pójdę po coś do jedzenia, w tym czasie możesz je czymś zająć lub zabrać się za wymianę mchu w legowiskach — poinstruował wojownik, a kiedy nie otrzymał od razu odpowiedzi, skierował zmęczone spojrzenie w stronę ucznia, który był właśnie wciągany w atencyjne manipulacje Łzy. — Bursztynowa Łapo — powiedział nieco ostrzej, chcąc, by rudy skupił uwagę na nim, a nie młódce.
— Tak tak, jasne — rzucił jedynie w odpowiedzi, kiedy Łza przerwała na chwilę swoje trajkotanie. Czarny cicho westchnął, by następnie opuścić norę, oczywiście będąc odprowadzanym wzrokiem przez Zew. Kiedy tylko ten zniknął, jasne ślepia skupiły się na uczniu, którego chciał wypytać o wojownika i innych Burzaków o ciemniejszym umaszczeniu. Może jednak nie będzie tak samotny, jak początkowo zakładał?
Niepewnie ruszył się z dotychczasowego miejsca, chcąc podejść do Bursztynowej Łapy, jednakże wystarczyło parę kroków w stronę zielonookiego, by na postać Zewu padło chłodne spojrzenie Łzy, mówiące jasno, by nie odbierał jej uwagi rozmówcy.

<Bursztynowa Łapo?>