BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

28 czerwca 2026

Od Firletki do Lilakowej Łapy

Kukułka od jakiegoś czasu odcinała Firletkę od mleka i kazała mu jeść zwykłe jedzenie, z czego on był niesubtelnie niezadowolony. Mimo że myszy nie były aż takie niedobre czy obrzydliwe, wciąż wolał mleko.
Był już wieczór, a w jaskini było dość chłodno. Leżał wtulony w sierści na szyi mamy, ignorując bawiące się siostry. Przynajmniej Słonka się w niego nie zaczepiała. W końcu Mysikrólik podczas przepychanki z Ćmą wpadła na karmicielkę, przez co ta podniosła głowę, a Firletka się przeturlał, bo stracił podparcie. Pisnął i automatycznie wstał, przy okazji uderzając swoim łebkiem w spód szyi Kukułczego Wdzięku. Zakręciło mu się w głowie od tego niewielkiego zamieszania i wyczłapał na bardziej otwartą przestrzeń. Złapał oddech i się przeciągnął.
Wtedy zobaczył, jak do kociarni przyszła liliowa kotka o niezwykle długim futrze. Zastrzygł uszami i przyjrzał się jej, gdy niosła w ich stronę upolowane ptaki. Kocurek natychmiast się napiął, jakby była wrogiem. Gdy się upewnił, że idzie w ich stronę, powstrzymał ją, zanim Kukułka mogła zauważyć, co niesie uczennica.
— Hej! Czy ty serio myślisz, że możesz tak sobie dać mojej mamie ptaka do zjedzenia? — fuknął. Kotka położyła zdobycz na ziemi.
— O co... o co ci chodzi? — mruknęła skonfundowana.
— O to, że ptaki są święte! Nie można ich zabijać… biedne ptaki — objął łapą główkę jednego ze zwłok.
— Oh, okej…? — kotka się rozejrzała na boki. — To, co ja mam zrobić z tymi ptakami? — dopytała niepewnie, cofając się o krok.
— Nie wiem, weź je z dala od nas! I już ich nie przynoś najlepiej — parsknął, próbując udawać takiego pewnego siebie i odważnego. Ale wychodziło po prostu tak, że był kocięco wredny.
— No dobra… ty jesteś Firletka, tak?
— Skąd wiesz?
— Już z Ćmą się poznałam.
— A ty jesteś kto?
— Jestem Lilakowa Łapa.

<No dobra, Lilakowa Łapo.>

Od Lilakowej Łapy

Słońce powoli zaczynało już wpadać do obozu Klanu Klifu. A jednak mimo to nadal wiele legowisk ukrytej za wodospadem jaskini było spowite w niemalże całkowitej ciemności. Światło było jeszcze zbyt słabe, by przebić się przez wodospad w dużej ilości oraz przy okazji wpaść przez wejścia do poszczególnych zakamarków jaskini. Jednym z tych miejsc spowitych mrokiem było legowisko uczniów. Choć faktycznie, zawsze, było, jakoś miej czy bardziej zacienione na wpół na fakt tego prowadził do niego tunel, jak i fakt, że tunel był w takim miejscu od wejścia, że naturalnie nieco odsłaniał się od światła. Młode koty więc spały wśród zimnych, kamiennych spowitych w mroku ścian. To nie było nic nowego, w tym przypadku dziwnie byłoby, gdyby było inaczej. Uczniowie leżeli na zrobionych z mchu i paproci legowiskach. A jednym z tych mieszkających tam uczniów była liliowa kotka zdobiona gdzieniegdzie białymi łatami. Jednak w przeciwieństwie do innych śpiących jeszcze kotów ona nie spała od jakiegoś czasu. Lilakowa Łapa, bo tak owej koteczce było na imię, była obudzona już od dłuższego czasu, a raczej od czasu koszmaru, który miała ostatniej nocy. Pozostałe jej jeszcze wspomnienia o matce wydawały się żywsze niż zwykle (nawet jeśli teraz były ledwo strzępkami w porównaniu do tego, co było kiedyś). Były bolesne, myślenie o niej bolało ją niczym świeża rana. Choć mocno próbowała, nie mogła zapomnieć o koszmarze. Im bardziej o tym myślała, tym bardziej ją to bolało. Kotka nie czuła się dziś najlepiej, to wszystko trochę zaczynało ją przytłaczać. Mówiła sobie, że musi być silna, dla Klanu Klifu. Dla kotów, które wzięły ją pod swoje skrzydła. Dla kotów, które ją wychowały. Jak jednak może być lojalna, gdy dawała się przytłoczyć, czemuś, co było w jej oczach głupotą? Próbowała więc odciągnąć swoją uwagę, myśląc o Klanie Klifu, o jej obowiązkach wobec niego. Jednak jej myśli ciągle spływały na ten sam temat, czemu rodzice ją porzucili? Nie wiedziała, lecz oddała by dużo, by się dowiedzieć. Wiedziała, że dawno powinna od tego odejść, porzucić te myśli, ale nie potrafiła. W każdym razie kotka mimo tego, że nie spała, dalej leżała w swoim miękkim, wypełnionym wieloma piórami legowisku. Miała wysunięte pazury, wbite w mech z całej siły zupełnie jak by jej legowisko miało zaraz uciec. Jej łeb był nadal położony obok pleców brata, wkradając się wręcz aż na skrawek jego równie miękkiego legowiska. Oddychała powoli i głęboko. Próbowała nie stresować się dniem, który teraz nadszedł, a tak próbowała się uspokoić oraz wyzbyć się stresu. Bała się, że będzie zbyt zmęczona, żeby trenować, kotka bardzo nie chciała zawieść swojej mentorki, Przepiórczej Wichury. Korzystała więc z każdej możliwej chwili odpoczynku, jaką mogła teraz mieć. Mimo to wiedziała, że i tak będzie zmęczona co ją martwiło. A mimo tego leżałaby i tam dalej czekając na moment, gdy mentorka przyjdzie ją obudzić, ale poczuła ból na swoich plecach. Ktoś najwyraźniej ją kopnął. Kopnięcie było zaskakująco mocne, zaczęła się więc zastanawiać, kto to mógł zrobić? Czy ktoś zrobił to specjalnie? To pytanie nie siedziało w łebku Lilakowej Łapy długo. Otworzyła swoje duże oczy, by ujrzeć Jajeczną Łapę. Niebieskie niczym wiosenne niebo ślepia spojrzały na młodą rudą kotkę. Oczy Jajecznej Łapy, choć piękne niczym dwa jaśniejące złote słońca zdobiły teraz nieco zakłopotaną twarz. Lilakowa Łapa szybko schowała swoje pazury. Parę bić serca obie kotki spędziły, po prostu patrząc się na siebie, w niezręcznej ciszy. Na szczęście zdobiona ciemnorudymi kropkami kotka zaczęła mówić do liliowej, przerywając tym dosyć niezręczną ciszę:
— Przepraszam za to, Lilakowa Łapo, naprawdę nie chciałam! Nie chciałam cię obudzić a przede wszystkim uderzyć! Nie miałam planu cię kopnąć! — jej głos był niemalże szeptem, jednak Lilakowa Łapa usłyszała go na tyle wyraźnie, żeby móc go zrozumieć. Ton, którym Jajeczna Łapa mówiła, był pełen wstydu, a nawet zakłopotania.
Lilakowa łapa patrzyła się na nią parę bić serca, próbując zrozumieć co się, stało (zwaliła czas, który jej to zajęło na zmęczenie), zanim powiedziała:
— Witaj w kolejnym błogosławionym przez Klan Gwiazdy dniu, Jajeczna Łapo! A i twoje kopnięcie nie było takie mocne, bolało tak jak ziemię spadające z nieba piórko — skłamała, mówiąc przy tym półszeptem, nie chciała wyjść na kogoś, kogo bolało byle uderzenie... Nie chciała być słaba w oczach kogokolwiek, jeszcze uznaliby ją za nie wartą bycia w Klanie Klifu. Była zbyt zmęczona, żeby na kogoś ot, tak się obrażać. Zresztą w jej głowie mimo zmęczenia narodziła się myśl „co gdyby zaprzyjaźnić się z nią?” w końcu przeprosiła i brzmiała na zawstydzoną. Nie musiała faktycznie zrobić tego specjalnie, a kto wie? Może byłaby dobrym materiałem na koleżankę lub nawet przyjaciółkę... A może kto wie? Rozmawia ze swoją przyszłą najlepszą przyjaciółką? Kto wie... W każdym razie uśmiechnęła się do niej szeroko. Ukazując przy tym światu nieco żółtawe, lecz dosyć ostre kiełki. Ziewnęła i rzekła do niej, zanim ta się odezwała:
— I tak nie spałam, po prostu leżałam. Wiesz niczym kamień w trawie lub coś takiego.
Jajeczna łapa zaczęła coś mówić, jednak było to zbyt cicho, by Lilakowa Łapa mogła usłyszeć.
— Możesz powtórzyć? Gadasz cicho jak mysz pod kamieniem — rzekła liliowa.
— Tak, już powtarzam ci, Lilakowa Łapo! Chodziło mi o to, że i tak przepraszam, Lilakowa Łapo, powinnam bardziej uważać — powtórzyła nadal w miarę, cicho, po czym zapytała, dodając coś do oryginalnej wypowiedzi. — Nie spałaś... ale czemu? Mogę zapytać?
— Po pierwsze mów mi Litai, Jajeczna Łapo, nie ma sensu, byś do mnie mówiła ciągle Lilakowa Łapa. To imię jest prześwietne, ale jest jak deszcz. Gdy jest go za dużo, to jest źle, bardzo źle, bo rośliny gniją. Tak i by zgnił mój mózg lub uszy, gdyby nikt nie używał imienia Litai — zaproponowała młodsza uczennica, po czym szybko skłamała pod wpływem impulsu. Nie chciała wyjść na kogoś głupiego przed rudą, jeszcze by nie chciała się z nią zadawać! Zresztą ona sama nie chciała myśleć o swoim ostatnim śnie, a raczej koszmarze. Pragnęła o nim jak najszybciej zapomnieć, chciała zapomnieć o nim tak jak o matce lub ojcu. No dobra, może bardziej w końcu pamiętała jeszcze co nieco o nich. Gdy kłamała, starała się brzmieć jak najbardziej przekonująco, z resztą zbyt bardzo, jej głos nawet w jej własnym mniemaniu był zbyt sztuczny. — A po drugie wiesz jak to, czasem bywa, czyż nie? No wiesz, byłam zbyt podekscytowana myślami o zostaniu wojowniczką i zagubiłam się nieco w moich fantazjach niczym kamień w wodzie... Kto wie, może szybko nią zostanę?
— Wiesz, oby, ale też wiedz, że nie masz do czego się śpieszyć Lilakowa Łap... — i tu ruda się zatrzymała po czym się poprawiła przedtem, uśmiechając się niezręcznie. — Litai, miałam na myśli Litai, nie chcę by ci zgniły uszy, jak ty to mówisz... W każdym razie masz pełno czasu zostać wojowniczką! Jesteś młodsza ode mnie, masz naprawdę masę czasu! Ja też mam naprawdę masę czasu Litai! Wiele kotów w tym legowisku ma!
— Nie nazywaj mnie Litai, jeśli nie chcesz, fakt za dużo to nie zdrowo jest jak z deszczem, ale nie ma co. Mała mżawka nic nie poprawi ani nie pogorszy, a tym jest właśnie kolejny kot nieużywający tej ksywki! — mówiła liliowa, dodała też po chwili, idąc dalej w to kłamstwo. — A i wiem, że mam czas, ale i tak nie mogę przestać o tym myśleć. Jak myślisz? Jak będę się nazywać?
— Nie wiem, może Długi Lilak? Masz naprawdę długie futro, więc może by pasowało?
— Nie myślę tak, choć może... Gdyby Cicha Łapa zostałby nazwany Długą Ciszą, chciałabym się tak nazywać. Miło by mieć ten sam kawałek imienia — rzekła, dodając za krótką chwilkę znowu. — Miło by mieć imię, które jest podobne do imienia mojego brata. Wiesz, może nadadzą nam podobne do siebie imiona? Byłabym z tego powodu bardzo szczęśliwa, ale mam wrażenie, że marna szansa, że by to się stało... No cóż, może Lśniąca Gwiazda faktycznie nada nam takie imiona? Jest nadzieja, czyż nie?
— Faktycznie! A wiesz co, byłoby jeszcze miłe? Miło byłoby, gdyby moje imię było podobne do imienia Kurzej Łapy, jak brzmi Jajeczna Kura? Albo Kurze Jajko? — spytała starsza z nich.
Lilakowa łapa wstała i usiadła na swoim legowisku. Podziękowała w myślach Cichej Łapie, że wcześniej naniósł do jej legowiska ostatnio dodatkowych piór (miała tylko nadzieje, że nie pozyskał je przez zabijanie ptaków, jej mentorka to potępiała). Zauważyła, że nieco boli ją głowa, gdy się rusza, no cóż, nic z tym teraz nie zrobi. Kotka zrobiła więc, za to, co mogła, przeklęła więc sen, który jej się przyśnił wczorajszej nocy w myślach. Po paru biciach serca odezwała się ponownie:
— Bardziej pasowałoby ci imię Nakrapiane Jajko! Twojej siostrze też by pasowało, Nakrapiana Kura to ładne imię — rzekła niższa, dodając po chwili. — Marna szansa, że daliby wam ten sam kawałek imienia, szybciej nazwaliby was Nakrapiane Jajko i Kurze Kropki!
— Faktycznie — powiedziała Jajeczna Łapa, przyznając jej rację.
— W każdym razie... — liliowa nie wiedziała co dalej powiedzieć, spojrzała na swoje otoczenie, by dostrzec jeszcze śpiącą Kurzą Łapę, a potem na Cichą Łape, który również spał. Zachichotała, więc cicho, po czym powiedziała do rudej kotki. — W każdym razie chyba powinnaś obudzić swoją siostrę a ja Cichą Łapę, śpią prawie jak małe kocięta! Lub jak jakieś gryzonie w Porę Nagich Drzew!
— Faktycznie, muszę obudzić Kurzą Łapę — powiedziała ruda, po czym odrzekła. — Miłego i łatwego budzenia Cichej Łapy ci życzę!
— Dzięki — rzekła liliowa, odwracając swoją własną uwagę od rudej kotki.
Ziewnęła dosyć głośno, ukazując całemu światu swe kły. Zaczęła też szturchać swojego brata jej łapą. Zachichotała pod nosem, patrząc na śpiącego Cichego Łapę. Kocur spał jak zabity! Nawet nie chrapał! Jego oddechy były takie ciche, że znak o nich dawała jedynie tylko delikatnie ruszająca się klatka piersiowa... Gdyby nie to, że oddychał i był ciepły, pewnie uznałaby go już dawno za martwego. Śmieszne, że jej brat spał tak każdej nocy. W każdym razie usłyszała ciche narzekanie budzącej się Kurzej Łapy oraz po paru biciach serca ujrzała kątem oka siostry wychodzące z legowiska uczniów. Cichą łapę było trudniej obudzić. Na jej szczęście wkrótce po tym usłyszała ciche narzekanie rozbudzającego się kocura, były to ciche mówione wręcz pod nosem zniekształcone słowa, coś jak się Lilakowa Łapa domyślała, miało być czymś w stylu „jeszcze chwilka, daj mi spać". Lilakowa Łapa zachichotała ponownie, myśląc o tym, jak imię, jej brata, do niego pasuje. Gdy kocur przestał mówić coś pod nosem i próbował mimo szturchania łapą spać. Kotka ziewnęła ponownie, przeklinając przy tym zmęczenie i rzekła:
— Chodź, Gaj, nooo, choć Cicha Łapo! — mówiła dalej, szturchając go. Zniżyła swoją głowę tak, żeby mówić mu wprost do ucha, po czym piskliwym tonem dopowiedziała: — Śpisz jak wiewiórka Porą Nagich Drzew! Jak jakaś marna wiewiórka! Wstawaj! Twój trening czeka!
Szturchała go jeszcze chwilę, jednak nie uzyskała odpowiedzi lub chociaż wyznaczonego celu. Myślała chwilę. Myśląc tak, postanowiła że zacznie krzyczeć mu do ucha, za chwilę już to zrobiła:
— Wstawaj śpiochu! — jej głos był na tyle głośny, że wreszcie obudził kocura.
Białoliliowy otworzył swoje żółte oczy, zamrugał parę razy, ziewnął i spojrzał na Lilakową Łapę niezadowolonym wzrokiem.
— Musiałaś? — zapytał niezadowolonym tonem.
— Dzień dobry! Witaj w kolejnym błogosławionym przez Klan Gwiazdy dniu, Cicha Łapo! Byle był ci ten dzień miły niczym piórka w legowisku! — powiedziała poważnym tonem. Fakt, nie wierzyła w Klan Gwiazdy, ale miała nadzieje, że gdy będzie udawać wiarę, w końcu faktycznie uwierzy. Nie chciała nie pasować do większości Klanu Klifu.
— Dzień dobry — rzekł kocur o dziwo bez większych emocji, ton jego głosu mówił, że jest nadal nieco zmęczony.
— O Klanie Gwiazdy! Masz strasznie roztrzepane futro, umyj je! — odrzekła pouczająco, nie zwracając uwagi na to, że Cicha Łapa dopiero wstał. Po tych słowach zaczęła myć swoje własne, nieco niepoukładane po leżeniu futerko.
— Muszę, Litai? — zapytał.
— Tak, inaczej ja to zrobię, a potem je ubrudzę, by znów to zrobić! — rzekła żartobliwie, nie chciała go myć, tym bardziej robić to dwa razy, ale musiała go jakoś zmusić, żeby nie wyglądał jak niezadbany smutny kot. Nie chciała, by jej brat wyglądał choć trochę smutno i był niezadbany.
— Dobra — rzekł z delikatnym niezadowoleniem.
Dwójka kotów zaczęła się myć. Nastała więc cisza, oboje byli zbyt skupieni na własnym futrze, żeby rozmawiać. Zwłaszcza Lilakowa Łapa, jej futro zawsze wymagało więcej uwagi przez jego ilość i długość. W każdym razie rodzeństwo spędziło tak dłuższą chwilę, myjąc się we własnych legowiskach.

[1984 słowa]

Od Migotu DO Lilakowej Łapy

Siedział w wejściu do kociarni, co chwilę rozglądając się dookoła w poszukiwaniu Lśniącej Gwiazdy. Liczył na to, że ojciec przyjdzie ich odwiedzić, tym bardziej po ostatnich wydarzeniach w Klanie Klifu. Migot dalej nie mógł uwierzyć, że ktoś w ogóle pomyślał o podniesieniu łapy na samego lidera! Ten cały zdrajca zasłużył sobie na taki los. A jego ojciec po raz kolejny wyszedł z tego wszystkiego cało i jako bohater, ratujący nie tylko własne życie, ale i cały klan, pozbywając się szkodliwych dla niego przekonań. Niczym dobry ogrodnik, wyrywający chwasty. Takim właśnie chwastem okazał się Tawułowa Bryza. I takie właśnie chwasty mogły dalej chodzić po Klanie Klifu. Migot aż zadrżał na tę myśl. Co jeśli w Klanie Klifu dalej były jakieś chwasty? Kocurek odwrócił lekko głowę w stronę dzieci Trójokiego Zająca. Skoro jego ojciec trzymał go z daleka od tego kremowego kocura i jego pociech, coś musiało być na rzeczy. Dlatego nie można było go trzymać w gronie zaufanych! Do którego kiedyś może i Migot będzie należeć. Do którego marzył, że kiedyś dołączy.
– I będę przydatny... – westchnął rozmarzony, a po chwili zaniósł się ostrym kaszlem, który męczył go już od dłuższego czasu.
– Twoja mama nie zabrała cię do medyka? – nagle usłyszał za sobą czyiś głos. Jastrzębi Zew usiadła obok kociaka, dokładnie się mu przyglądając.
– Mojej mamy nie ma – stwierdził Migot. – Jej nigdy nie ma – zauważył, jednak bez cienia smutku czy jakiegoś żalu w głosie. Brak Truskawkowego Pola nie robił na nim większego wrażenia. Za to jej obecność, czy uśmiech na jej pysku, to już było coś.
– Jednak jestem ja i zabiorę cię do medyka – powiedziała wieczna karmicielka i lekko popchnęła kociaka, zmuszając go do wstania. Ten niezadowolony syknął coś pod nosem, jednak posłusznie wykonał polecenie. Nie chciał iść do medyka. Nie potrzebował i nie rozumiał, dlaczego Jastrzębi Zew tak się przyjmuje. Jednak nie mógł też tak po prostu od niej uciec. Nie od niej... Wtedy w jego małej główce zrodził się wspaniały plan, który, oczywiście tylko według niego, w zachwyt mógł wprawić nie jednego wojownika.
Gdy tylko przekroczył próg legowiska medyka, do jego nozdrzy doleciał ostry zapach ziół. Mimo to, kocurek nie odezwał się ani słowem, w głowie dalej wymyślając dalsze części planu. Gdy tylko Jastrzębi Zew wyszła i zostawiła go ze starszą medyczką, on zaczął działać. Szybko zaczął rozglądać się po lecznicy, szukając najszybszej drogi ucieczki.
– Jastrzębi Zew mówiła, że męczy cię ostatnio kaszel... Dlatego mam dla ciebie specjalne lekarstwo, które powinno ci pomóc – powiedziała Jagnięcy Ukłon. Po chwili odwróciła się w jego stronę z odpowiednim ziołem.
– Nie chcę, nic mi nie jest! – uparł się Migot, licząc na to, że medyczka sobie odpuści. Ta jednak dalej nalegała, z czego kociak nie robił sobie większej sprawy i najzwyczajniej w świecie jej nie słuchał, mając nadzieję, że jednak w końcu się podda. Przecież kiedyś musiała. Przecież on kiedyś musiał się wydostać z tego okropnego miejsca! Dlatego w końcu wziął kęs rośliny, a gdy tylko Jagnięcy Ukłon odeszła, ten również postanowił się ulotnić. Wybiegł z lecznicy, co jakiś czas potykając się o swój długi ogon. Mimo to biegł dalej, ile tylko miał sił w łapach. Wtedy na jego drodze pojawiła się Lilakowa Łapa i jej długie, pochłaniające jej nogi i według Migotu oczy, futro. To była jego szansa!
– Ej, ty kupo futra! – krzyknął do uczennicy i lekko dysząc wskoczył za nią. – Schowaj mnie!

Wyleczeni: Migot

<Możliwa kryjówko?>

Od Nocnego Śpiewaka CD. Ognikowej Słoty

Noc nie czuł się samotny. Jego życie było pełne spokoju i rutyny, która mu tak sprzyjała. Poranne biegi wokół obozu, monotonne patrole, na których nigdy nic się nie działo oraz spokojne, aczkolwiek przelotne rozmowy z innymi członkami klanu. Młody wojownik czuł się jak w niebie, zwłaszcza kiedy mógł sobie pozwolić na spędzenie nocy pod gołym niebem. Tak było też tym razem. Tego dnia miał poranny patrol, potem chwilę polował i nawet przyniósł do obozu sporą wiewiórkę, a następnego dnia patrol miał odbyć się wieczorem.
– Dokąd tym razem Nocny Śpiewaku? – na wyjściu z obozu zaczepił go Sowi Zmierzch, który pilnował porządku tego wieczoru.
– Spacer i noc poza obozem. Wrócę o poranku! – uśmiechnął się do starszego kota.
– A nie masz patrolu jutro? – ten rzucił mu podejrzliwe spojrzenie.
– Wieczorem. Dzisiaj już byłem. Wracając, upoluję coś dobrego dla klanu. – Śpiewak nie opuszczał swojego uśmiechu.
– A co będziesz robić?
– Głównie to, co moje imię sugeruje. Będę śpiewać i patrzeć na gwiazdy. Nic ciekawego, po prostu nie chcę przeszkadzać nikomu w obozie. – odparł.
– Więc nie idziesz nigdzie daleko?
– Nie. Pewnie do najbliższego przerzedzenia drzew. Nigdy nie znikam za daleko. – pokręcił głową Śpiewak. To byłoby nieodpowiedzialne, jakby zapuścił się za głęboko w las.
– No dobrze. Miłej nocy i miłego śpiewania!

Noc nie czuł się samotny. Jego życie było pełne spokoju i rutyny, i przelotnych rozmów z innymi kotami. I to mu wystarczało w całości. Nawet sobie tego nie wmawiał, nieważne ile jego brat próbował mu wmówić, że jednak jest samotny. Nocny śpiewak nie widział większego sensu w wiązaniu się z kimś na siłę. Miał znajomych, miał koty, które podziwiał i które szanował. I to właściwie wszystko. Noc cieszył się z każdego momentu swojego życia. Teraz rzucał tłustą mysz na stos zwierzyny, dumny ze swojego wkładu w funkcjonowanie tego miejsca. Jego domu! Wtedy też podszedł do niego Chudy. Jego kochany brat, który zaraz zaczął wybrzydzać względem tego, co leżało pod jego łapami do jedzenia.
– Znowu nie ma nic dobrego! – mruknął wściekle.
– Nie ma. Ale zjedz coś… cokolwiek. Jutro postaram się znaleźć ci wiewiórkę, co ty na to?
– Nie. Nie ma tu nic, co mógłbym zjeść! – Chudy fuknął na brata. Noc tylko przewrócił oczyma i pacnął medyka w ramię bardzo delikatnie.
– Jedz. Nie pyskuj, bo skóra na tobie wisi. A ja znajdę ci jutro wiewiórkę tak dobrą, że ci futro odrośnie!
– Tsa… Jeszcze czego. – Chudy przewrócił oczyma, ale wziął ze sterty kawałek zwierzyny. Nocny Śpiewak odetchnął cichutko. Chudy grzbiet go kiedyś wykończy z tą swoją wybrednością. Kot usiadł niedaleko zwierzyny, po czym rzucił okiem na obóz. Wtedy jego uważne spojrzenie złapała Ognikowa Słota, która szybciutko zbliżyła się do niego.
– Ognikowa Słoto, witaj!
– Witaj, Nocny Śpiewaku. Dawno nie rozmawialiśmy. – miauknęła do niego kotka, siadając obok. – Odkąd zdałeś pomyślnie test na wojownika, a także wygrałeś walkę i zyskałeś imię wojownicze – dodała po sekundzie. Noc musiał przyznać jej rację. Patrole i ta cała rutyna oraz nowe obowiązki Słoty z pewnością ograniczyły ich kontakt.
– Czy może masz już kogoś na oku? – Ognikowa Słota spytała zaraz po swoich stwierdzeniach. Nocny Śpiewak podniósł na nią swoje wielkie oczyska. Kogoś na oku? Kogo?
– W Klanie Wilka zawsze znajdzie się miejsce dla kolejnych silnych kotów. Potrzebujemy kolejnych pokoleń, które będą godnie reprezentować nasz klan. Byłbyś wspaniałym ojcem – dodała, zanim Noc zdążył jej cokolwiek odpowiedzieć.
– Mówisz? Że… Że byłbym wspaniałym ojcem? – Noc podrapał się za uchem.
– Zapewniam Cię, że to prawda! Jesteś odważny, silny i wierny oraz masz poprawną moralność, jak na kota w Klanie Wilka przystało. Wychowałbyś takie kociaki doskonale!
– Może masz rację. Lubię kociaki! – przyznał Noc. – Ale kompletnie nie wiem… z kim w ogóle mógłbym takie kociaki mieć!
– Jest trochę kotek w naszym klanie. – odparła Słota i rozejrzała się po obozie.
– Wiem, ale… hymmm… Przypuszczam, że któraś może by się zgodziła? Ale… głupio tak trochę pytać z samego kontraktu w klanie. Może one mają już kogoś, kogo kochają ponad życie? Nie sądzę, że którakolwiek byłaby szczęśliwa, gdybym tak nagle wypadł z propozycją kociąt. Ale… jeśli masz... Masz propozycje, wiesz… Wiele dla mnie znaczysz. Ty i Twoje zdanie. Jesteś dla mnie jak rodzina i skoczyłbym za Tobą w płomienie albo do walki. Oddałbym życie za ten klan i jeśli… jeśli uważasz, że potrzebujemy więcej kotów jak my, wiesz… o naszej moralności to powiedz tylko słowo i wskaż z kim, a ja zrobię, co mogę. Bo… Nie mam nikogo na oku. Wszystkie koty w moim wieku są… mało zainteresowane moją obecnością, nie żebym narzekał. – Noc pomachał łapami. – Ale tak… Może to na tyle o mnie. Wystarczy. Może więcej o Tobie! Słyszałem, że znalazłaś kota, który zapewnił Ci i Kocimiętkowemu Wirowi kocięta! Nie mogę się już doczekać! Zapewniam cię, że jeśli którakolwiek z was będzie miała dość i będzie potrzebować przerwy, z wielką chęcią stanę się opiekunką dla nich! – uśmiechnął się do starszej kotki.

<Ognikowa Słoto?>

Od Cisowego Tchnienia CD. Chudego Grzbietu

Popatrzyła na Chudy Grzbiet bez żadnego konkretnego wyrazu na pysku. Niektórzy mogliby powiedzieć, że to zmęczenie czy apatia. Oczywiście tak naprawdę nie miało to nic wspólnego z prawdą. W końcu ją i Blade Lico nic nigdy nie łączyło. Przynajmniej nie z jej strony. Nikt jednak jej nie podejrzewał. Wszyscy przywykli do widoku ponurej medyczki.
– Chudy Grzbiecie, nie mam czasu na takie rozmowy – rzuciła ostro, po chwili się poprawiając. – Muszę sobie poradzić sama.
Kocur zatrząsł się. Trudno powiedzieć czy powodem był ton medyczki, czy po prostu jej obecność.
– Jasne… Po prostu… myślałem, że może… męczy cię wyglądanie na n-nieprzejętą…
Źrenice jej oczu zwężyły się, ale szybko to ukryła, oglądając się za siebie. Czy… on wiedział? Nie. Na pewno nie. Najmłodszy z medyków nigdy nie grzeszył inteligencją. Do tego nic przecież takiego nie powiedział. Musiała się uspokoić. Wszystko było w porządku.
– Pójdę sprawdzić, czy Roztargniony Koperek nie potrzebuje pomocy – mruknęła tylko. Idąc w kierunku swojego legowiska, odtwarzała w pamięci wspomnienia, przypominając sobie, jak do tego wszystkiego w ogóle doszło.

***

Retrospekcja, dawno, 1-2 księżyce po ucieczce świetlików

W końcu zaakceptowała to. Pogodziła się z faktem, że jej dzieci okazały się zdrajcami i zdecydowały się opuścić Klan Wilka. I tak nie mogła nic z tym zrobić. Nie miała nawet siły już się z tym dłużej kłócić. Co się stało, to się nie odstanie. Nie zmieniało to faktu, że czuła się źle z tym że wszyscy w jej rodzinie okazywali się zdrajcami. Czy to płynęło w ich krwi? Czy to ona za tym wszystkim stała?
– Czy ja też zdradzę? – wyszeptała pytanie skierowane do mrocznych przodków, wpatrując się w wieczorne, bezgwiezdne, zakryte chmurami niebo. Po dźwięku potwora przejeżdżającego może długość ogona od niej przerzuciła wzrok na strumyk u jej łap. Niby zwykła woda… Wtedy zobaczyła szkarłat. Krew w wodzie. Dalej wpatrywała się w taflę wody… Leżał tam trup. Biały kot z krwią na łapach i pysku i ranami na ciele. Wyglądał znajomo. Zupełnie jak… Blade Lico. To ostrzeżenie? Czy rozkaz? Jedno było pewne: musiała zabić starszego, zanim on miałby szansę skrzywdzić klan. Z pędem myśli jak najszybciej skierowała się do obozu. A gdyby tylko spojrzała jeszcze raz w wodę, zobaczyłaby, że ani po trupie, ani po krwi nie było żadnego śladu…

***

Powrót do teraźniejszości

Ze wspomnień wyrwał ją odgłos kroków kogoś wchodzącego do lecznicy. Obejrzała się na niego. Chudy Grzbiet. Zmrużyła oczy. Musiała być przy nim bardziej uważna. Mógł wiedzieć za dużo. Musiała upewnić się, że w razie czego pozbędzie się go, zanim będzie za późno. W końcu już raz to zrobiła.

<Chudy?>

Od Firletki

Poranek jak każdy inny. Zamiast przyjemnego, powietrza Pory Zielonych Liści teraz z zewnątrz przypływała deszczowa woń i szum, który był amplifikowany przez wszechobecny grzmot wodospadu u wyjścia z obozu. To oczywiste, że pierwszym celem po pobudce zaledwie dwu księżycowego kocięcia jest doczłapanie się do matczynego brzucha i wypicie mleka. Niestety, gdy Firletka, który obudził się jako pierwszy z rodzeństwa, zamierzał to zrobić, Kukułczy Wdzięk odgrodziła syna od brzucha łapą. Skonfundowany podniósł wzrok na rodzicielkę.
— Firletko, jako jedyny jeszcze nie spróbowałeś zwierzyny. Tylko chcesz mleko — zniżyła do niego swoją głowę. — Nie dostaniesz mleka, jeśli nie zjesz jak dorosły kot.
Niebieski skrzywił pyszczek w niesmaku, gdy na myśl przyszła mu wizja jedzenia zwierzątka, które jeszcze niedawno było żywe. Sama myśl go przerażała, co dopiero zrobienie tego! Brr, okropne.
— Ale… — zaczął, lecz mama mu przerwała:
— Nie ma, ale, Firletko. Całe życie nie będziesz żył mlekiem — pokręciła głową. Kocurek westchnął i usiadł obok śpiących sióstr. Kukułka przewróciła oczami i szturchnęła syna nosem. — No już, nie obrażaj się. Zaraz na pewno ktoś przyniesie jakąś mysz i ją spróbujesz.
Parę chwil później, gdy siostry się obudziły i już zaczynały zabawę, jeden z uczniów przyniósł dwie myszy, a zaraz potem przyniósł dla innej karmicielki ptaka. Firletka zauważył skrzywione, zniesmaczone spojrzenie, gdy zobaczyła martwe upierzone zwierzątko w pysku kota. Gdy tamten wyszedł, ona przybliżyła się do kociąt.
— Pamiętajcie dzieci, że ptaki są święte. Nie wolno wam ich jeść. To straszne, że one muszą ginąć i cierpieć, bo tak chcą koty — wytłumaczyła, po czym westchnęła i zajęła się swoją myszą. Cały czas miała oko na to, by Firletka zjadł choć trochę myszy.
Ten zamknął oczy, zmarszczył nos i wgryzł się w gryzonia. Spodziewał się okropnego smaku… ale tak naprawdę, było lepsze, niż to sobie wyobraził. Wciąż jednak wolał mleko. Zjadł parę kęsów, a resztę zostawił siostrom. Odwrócił się do Kukułki.
— Czy teraz mogę mleko? — spytał, a kotka się uśmiechnęła.
— No dobra, niech ci będzie — westchnęła.

Od Kurki CD. Guziczka

Kurka odetchnął cichutko. Stresował się bardzo w ogóle proponowaniem jakiejkolwiek kotce rodzicielstwa, w końcu nie było to takie oczywiste. W samym owocowym lesie nie było nikogo… nie tyle, ile odpowiedniego, co pasującego Kurce. Jeżogłówka weszła na jego drogę na jednym z patroli.– Dzień dobry Jeżogłówko. – przywitał się z kotką, zeskakując z gałęzi drzewa, na którym siedział. Szylkretka zmrużyła oczy i uśmiechnęła się do niego przyjaźnie.
– Dzień dobry. Kurka tak? – spytała, przyglądając mi się uważnie.
– Tak. – zwiadowca kiwnął głową. – Piękny dzisiaj dzień, czyż nie?
– Idealny na spokojny spacer! – zamruczała wędrująca medyczka. – Jest tak spokojnie i słonecznie.
– Prawda. Idealny czas na odpoczynek i dobre polowanie.
– À propos… Nie upolowałbyś mi może czegoś w zamian za trochę ziół? Na pewno się wam przydadzą. – kotka przestąpiła z łapy na łapę. Kurka uśmiechnął się szeroko. W końcu ta trójka kotów w pewnym sensie także należała do ich społeczności. Nie widział nic złego w podzieleniu się małym kąskiem.
– Oczywiście. Usiądź sobie, wrócę jak najszybciej. – odpowiedział Kurka, po czym wrócił na drzewo.

Kurka siedział z Guziczkiem w ich małym gniazdeczku na szczycie drzewa wojowników i cichutko rozmawiał z nim na temat dzieci. Oczywiście... to była ostatnio rozmowa, która dręczyła ich oboje w kółko.
– Dereńka jest… wiesz… wolna i może by się zgodziła? – Kurka zmarszczył nos na swoje własne słowa. Kotka była ładna, przyjazna, ale z charakteru mogłaby suszyć im głowy.
– Jest już starsza. Nie ma co motywować jej do noszenia kociąt. – Guziczek odetchnął równie cicho. – Jaśminowiec ma partnera, prawda?
– Len. Jest z Lnem. – dwójka zwiadowców znowu zamilkła na chwilę.
– Prościej by było poczekać na znajdźki…– mruknął Guziczek.
– Nie ma się co poddawać. – Kurka polizał go za uchem. – Znajdziemy kogoś.
– Wiem… Daglezja może? – Guziczek podniósł oczy na niebo.
– Nie dziękuję. Ona ma… specyficzny charakter. Nie sądzę, że w ogóle by się zgodziła. – Kurka podrapał się nerwowo po nosie. Nie chciał wypowiadać się zbyt pochopnie czy dobitnie o kimkolwiek, jednak kotka była… taka, jaka była. Kurka wolałby uniknąć jakiegokolwiek wiązania się z nią. Jeszcze zażyczyłaby sobie czegoś absurdalnego w zamian.
– Masz rację. Jest raczej… Wybuchowa. – Guziczek sam zmarszczył nosek. Wyglądał niezwykle uroczo, kiedy to robił. Kurka mógłby wpatrywać się w niego godzinami, jednak mieli teraz ważniejszy temat na głowie.
– A może… Może… – Kurka zastanowił się chwilę. – Jeżogłówka? Może ona by się zgodziła?
– Ta… wędrowczyni? Ta z tej bandy co plątają się po terenach Owocowego Lasu? – Guziczek nastawił uszu.
– Yhymmm… Ona jest niezwykle miła i … może by się zgodziła? – zaproponował Kurka nieśmiało.
– Warto spróbować. Daje nam to też brak jakikolwiek problemów potem z kotami w obozie czy sporów o rodzicielstwo!
– Tak… to dobry pomysł.

Jeżogłówka się zgodziła na ich propozycję. Prawie nawet bez wahania. I w ten sposób Guziczek i Kurka doczekali się swoich maluchów. Oczywiście zwiadowcy, oboje dopilnowali, aby kotka była usytuowana wygodnie, najedzona i zdrowa. Rozpieszczona można by rzec. W końcu nosiła ich dzieci i będzie pojawiać się w ich życiu, czy jako ciocia, czy jako mama. Kurka nie był pewien, ale ani jednej, ani drugiej opcji by jej nie odmówił. W końcu to też jej dzieci.
Guziczek i Kurka byli więc wniebowzięci, kiedy Mistral wysunęła się ze żłobka z uśmiechem i wpuściła ich do środka. Trzy małe kuleczki leżały przy brzuchu Jeżogłówki, która posłała im szeroki uśmiech.
– Myśleliście już nad imionami? – spytała. Może sama miała jakieś propozycje?
– A jakie mamy tutaj skarby? Kotki? Koty? – guziczek nachyliła się nad nimi. Jeden z kociaków prychnął na niego, kiedy zbliżył się za bardzo.
– Dwie koteczki i kocurek. – odparła Jeżogłówka.
– Dla każdego po jednym imieniu? – guziczek zerknął na swojego partnera. Kurka przytaknął mu z szerokim uśmiechem. – To… kocurek może Gronostaj?
– A Szylkreteczka, Bratek? – zaproponowała Jeżogłówka, na co oba koty jej przytaknęły. Potem zapadła chwila oczekiwania.
– Alka… – mruknął Kurka cichutko. – Czekoladowa kotka będzie się nazywać Alka.
– Piękne… Piękne… Nasze dzieci Kurka… Nie mogę w to uwierzyć. – Guziczek miał łezki w oczach.
– Są piękne… – potwierdził Kurka. – Nie mogę się doczekać, aż zaczną rozrabiać!

<Guziczku?>



Od Przypalonej Łapy (Przypalonego Kasztana) CD. Rezedowej Łapy

― Tak, nooo... Usłyszałem o tym i chciałem zapytać, czy faktycznie ty upolowałeś tą łyskę, czy była to twoja mentorka ― odparł Przypalona Łapa, odwracając wzrok od starszego ucznia. ― No bo podobno te łyski są bardzo duże i trudne do upolowania... ― dodał po chwili, marszcząc lekko brew, jakby chciał coś jeszcze dodać, ale zdecydował, że może lepiej skończyć zdanie na tych słowach.
Rezeda nie odpowiedział od razu. Jego wyraz twarzy był taki sam, choć źrenice się zmniejszyły, a jego ogon drgnął lekko. Po chwili Rezeda pochylił się nad Przypaloną Łapą.
― Sądzisz, że nie mógłbym upolować dużego ptaka? Nie jestem aż tak mały, wiesz? ― odpowiedział Rezeda, patrząc prosto na pysk kocurka, z tym samym uśmiechem, choć teraz wydawał się prawie jakby szorstki.
Przypalona Łapa położył po sobie uszy, spoglądając na kocura niepewnie. Jeśli zrobi jeden niepoprawny ruch, mógł oczekiwać, że zaraz dostanie po pysku. A przynajmniej takie myśli zaczęły mu napływać do głowy, gdy poczuł ciepły oddech kocura na swoich policzkach, wąsy podrygiwały mu teraz nerwowo, a ślepia ledwo co udawało mu się utrzymać na tych należących do starszego. Chciał jedynie dowiedzieć się, jak to się stało, że mu się udało.
― A-ach… no, tak, wiem, nie jesteś mały ― odparł pręgowany, ledwo kryjąc strach, jaki zaczynał rozprzestrzeniać się po jego klatce piersiowej. Myśli pędziły już w przeróżne strony, a tą, która najbardziej go interesowała, jakoś zawsze sprawnie omijały. Co zrobić, żeby uczniak mu nic nie zrobił? Może wystarczyło jedynie przytakiwać, nie posiadając ani krzty własnego zdania? Chyba właśnie w ten sposób najprędzej i najłatwiej było uniknąć wyrwanych strzępek futra i ewentualnej bójki, albo fizycznej, albo słownej. W żadną z tych dwóch nie był ani trochę dobry, więc musiał uważać na to, co robił i co mówił do kotów.
― No, ja myślę, że ty wiesz! Jeszcze byś mi próbował podskoczyć. Kiedyś ci powiem, jak tylko dorośniesz, bo teraz jesteś zbyt mały i głupi, żeby to zrozumieć ― odpowiedział mu Rezedowa Łapa, odsuwając się delikatnie i dalej chwaląc się, jakich to rzeczy on nie osiągnął w tak młodym wieku. ― No, czekam! ― powiedział nagle, co sprawiło, że kocur postawił czujnie uszy, a wzrokiem zaczął błądzić po pysku Nocniaka. Na co on czekał?!
― Nie rozumiem… ― wymamrotał Kasztan, łapy zaczęły mu dygotać. Gdzie była Urodziwa Łapa? Nie… ach, nie powinien myśleć, że kotka będzie go bronić w każdej chwili. Musiał sam się nauczyć jak postępować w takich sytuacjach. Ale to było trudne… potwornie trudne. Był zbyt tchórzliwy. Słaby. Naiwny.

***

Przypalonemu Kasztanowi chyba udało się dotrzeć do poziomu Rezedowej Łapy. Chociaż sam nie był w pełni pewien, co powinien przez to rozumieć. Co oznaczało być na poziomie rudego? Czy stałby się wtedy… lepszy? I co najważniejsze – czy Urodziwy Szafirek nadal by go kochała? Nocniak był od niego starszy, a jednak to Przypalony Kasztan otrzymał miano wojownika, a także imię wcześniej, niż uczniak. Czy powinien się pochylić raczej nad tą sprawą, niżeli tym, czy należało być jak drugi kot…? Rezedowej Łapie został zmieniony mentor, ponieważ Trzcinowy Szmer musiała przenieść się do żłobka w związku z ciążą, która była z dnia na dzień coraz bardziej u niej widoczna, była to więc kwestia czasu, aż urodzi. Zresztą… już urodziła. Nur oraz Łabądek zasiadywali swoje miejsca w żłobku, a raczej tego nie robili, ponieważ rodzice dbali o to, żeby się nie nudziły i nie przegrzały upalną porą, doglądając z uwagą swoich pociech. Teraz kiedy się ochłodziło, nadal nie siedziały w ramach legowiska całymi dniami, co nieco dziwiło Kasztanka. On się bardzo bał wychodzić samemu. Ale one nie wychodziły przecież same… Może to z nim był problem. Został wytypowany do jednego z wielu patroli, a z nim Rezedowa Łapa i jego nowa mentorka, Wzlatująca Uszatka.
― Ach! Rezedowa Łapo… chciałbym cię spytać ― powiedział dymny, wyrywając się wreszcie z zamyślenia, znalazłszy się przed kocurem. ― Pamiętam, że przynieśliście kiedyś do obozu łyskę. To ogromne ptaki. Jak ci się udało ją upolować? Słyszałem, że to właśnie ty ją złapałeś ― zagadnął. Miał wrażenie, jakby już kiedyś spytał o coś podobnego, to było dziwne… ― Albo…? Nie, to chyba nie ty…
― Jak nie ja! Oczywiście, że ja ją upolowałem i przyniosłem. Nie widzisz moich mięśni, słabiaku?! ― powiedział kocur, prężąc się teraz dumnie i wypinając pierś, strosząc futro niczym jeż. Polizał się wreszcie parokrotnie po kłosach, gdy zauważył, że brązowookiego wręcz zamurowało. ― Jeśli będziesz godny i się zgodzę, to pozwolę ci pójść na jeden z treningów razem ze mną. Nauczysz się czegoś, nieuku. Każdy Nocniak powinien wiedzieć, jak złapać łyskę. W końcu często je jemy ― mówił, a mina wojownikowi coraz bardziej rzedła. Jak on mógł wpatrywać się w tego kota, kiedyś, jak w obrazek?
― Ja już jestem wojownikiem. A ty nadal tkwisz w legowisku uczniów ― podkreślił nerwowo, strzepując podrygującym z emocji uchem. Powinien był się ugryźć w język, ach! Rezedowa Łapa zacisnął szczęki, a jego ogon na parę uderzeń serca zastygł w bezruchu.
― Najlepsi uczą się dłużej. Mandarynkowa Gwiazda się nad tobą zlitowała, mianując cię szybciej, żeby cię z klanu nie wyrzucili ― wielokolorowy ogon uczniaka powiewał na wietrze, gdy patrzyli na siebie jeszcze przez parę uderzeń serca w ciszy. Przypalony Kasztan westchnął. Z klanu to jego wyrzucą, jeśli się nie postara bardziej… skoro nadal był uczniem, to niemożliwe, żeby był taki zdolny, a nikt nie zauważył jeszcze jego geniuszu czy potencjału. Z tego, co obiło się o jego uszy, Trzcinowy Szmer nie była zbyt zadowolona z postępów swojego ucznia, a raczej ich braku. Był leniwy i jedyne, co potrafił, to się wymądrzać. ― A Urodziwy Szafirek się za tobą ugania tylko dlatego, że jest ślepa. Jest tyle wspaniałych kocurów w Klanie Nocy, a ona woli chodzić za tobą, niedorajdą… hahaha! ― kontynuował, a wyraz pyska Przypalonego Kasztana zmienił się tak szybko, że aż sam Nocniak lekko się zdziwił. W sercu mu zawrzało, a umysł przyćmiła swego rodzaju mgła. Zrobił krok ku Rezedowej Łapie, a pręgus spojrzał na niego z drwiną, po czym parsknął. ― Myślisz, że dasz mi radę? To dawaj, tchórzu! ― podjudzał go dalej, a w głosie nie dało się usłyszeć nawet krzty niepewności.
Wojownik spojrzał na niego raz jeszcze jakby wyrwany z transu. Nie… nie mógł tego zrobić. Nie mógł.
― Paplaj sobie... ― zmarszczył brwi, ukazując kły w złowrogim grymasie. ― Jeśli ci to poprawia humor ― dopowiedział chłodno, odwracając się na pięcie w celu dołączenia do Wzlatującej Uszatki. Czy Rezedowa Łapa każdą rozmowę musiał przemieniać w wyścig o to, kto był, według niego, lepszy? Nie rozumiał go. Nigdy go nie rozumiał, nawet jeśli próbował zrozumieć. Musieli coś upolować, w końcu nie mogli wrócić do obozu z pustymi łapami. Przypalony Kasztan wszedł pomiędzy drzewa, węsząc i nasłuchując, czy kocica może ich przypadkiem nie woła. Dymny przysiadł przy brzegu, wpatrując się w spokojną taflę i wypatrując najmniejszego ruchu pod powierzchnią. Atmosfera parę uderzeń serca temu zrobiła się tak nieprzyjemna, że nie zamierzał tkwić w tamtym miejscu ani chwili dłużej. Takie nagłe odcięcie się pozwoliło mu pozbierać na spokojnie myśli.

<Rezedowa Łapo?>

Od Rudzikowego Skrzydełka do Kurzej Łapy

Wszyscy usiedli w kółku przy Kamiennych Strażnikach. Polecono reszcie, aby wychodzili w odstępach, aby nie wzbudzać podejrzenia. Na szczęście każdy posłuchał się poleceń.
Była ich tylko ósemka czy dziewiątka, bo po pięciu kotach niektórym mogło się odechcieć liczenie, ale i ta liczba zdawała się satysfakcjonować przywódcę buntu.
Tańcujące Pierze nosił na pysku o szlachetnych rysach chłód. Szmaragdowe oko skanowało po kolei swoim wybrańców, zatrzymując się w końcu na swojej towarzyszce — Chomik. Skinął jej głową, a następnie wyprostował się i omiótł raz jeszcze zebranych.
— Witajcie — przywitał się, choć dosyć twardo, pewnie. Mogłoby się zdawać, że po śmierci Aminkowej Łapy na długo towarzysze nie ujrzą tego samego kota, co wcześniej. — … Zebraliśmy się tu w celu wam dobrze znanym, jeśli Bąbelkowy Plusk i nasza Chomik dostarczyli każdemu niezbędne informacje — skinął Bąbelkowi głową, wymusił się na krótki uśmiech aprobaty i wrócił wzrokiem do zgromadzonych. Tym razem wbił wzrok w Ciernia, który siedział naprzeciw. Uniósł podbródek, kontynuując:
— Klan Burzy… nasz dom z każdym dniem marnieje w naszych oczach. To naprawdę przykre… widzieć swoje ukochane miejsce, które zmienia się w coś zupełnie nierozpoznawalnego — zaczął ostrożnie, zbierając potrzebne reakcje członków jego rebelii. — Króliki tego nie rozumieją, moi mili. Nie widzą dalej niż czubek własnego nosa i nie myślą bez pomocy przywódcy, który nie potrafi prowadzić własnym klanem. Te króliki to nic innego niż koty, które wierzą ślepo w rację Klanu Gwiazdy, ale czy Klan Gwiazdy by pozwolił takiemu kocurowi przejąć stery, wiedząc, że prędzej czy później przestanie w ogóle się angażować w klanowe sprawy!? — mówił i uniósł jedną brew. — Lecz my… my jesteśmy zającami. Zające widzą, co się dzieje. Widzą te pęknięcia, te… anomalie, które z czasem wypełzły z najciemniejszych zakamarków świata i które postanowiły nas osłabić, ale my się nie poddamy! — miauknął zachęcająco.
— Widzicie, co się dzieje w Klanie Burzy. Dostrzegacie zepsucia, które mają czelność nazywać się naszymi “pobratymcami”. Jesteście świadomi zagrożenia i możliwych konsekwencji, jeśli pozostawimy Króliczą Gwiazdę przy życiu — ściszył głos przy wypowiedzeniu imienia przywódcy — Jeśli pozwolimy jego linii rodu dalej terroryzować nasz klan. My wiemy, co robić. My wiemy, jak uratować naszych bliskich i nieświadomych pobratymców, którzy czekają, aż im się w końcu otworzy oczy na bolesną, lecz prawdę pozwalającą wreszcie zacząć kwestionowanie ślepej wiary w rację Królika.
Spojrzał kątem oka w stronę swojej towarzyszki, po czym na Berberysa, który siedział na prawo nieco dalej. Zamyślił się na chwilę, po czym podjął:
— Jednakże nie tylko ode mnie zależy podjęcie tak ważnej decyzji. Zające muszą współpracować, aby żaden nie został złapany czy pozostawiony w tyle w szczękach drapieżników.
Tańcujące Pierze mówił niejednoznacznymi szyframi, porównaniami i metaforami. Nie każdy mógł zrozumieć jego tok myślenia.
— … Potrzebuję od was wszystkich swojego głosu. Każdy ma prawo do zadania pytania lub zaproponowania działania. Nie będziemy nikogo uciszać. Nie tak jak ci parszywi… ugh! — prychnął i uciekł wzrokiem w bok zirytowany. Lodówka siedziała niepewnie między Berberysem a przywódcą. Przysunęła się bliżej do Pierza, stykając się z nim bokami. Rudy rozluźnił mięśnie i westchnął ciężko. Mogło się zdawać, że ta dwójka rozumiała własne potrzeby bez zbędnych słów. — … Nieważne… — wymamrotał ciszej. — Kto chce się podzielić własnymi myślami? — miauknął szybko i głośniej.
Rudzikowe Skrzydełko niewiele myśląc, podniosła się ze swojego miejsca. Wydała z siebie ciche, przygotowawcze charknięcie i uniosła wzrok, rozglądając się po zgromadzonych.
— Pozwól, że pierwsza się odezwę! — miauknęła, z uśmiechem na pyszczku.
Z miejsca było widać, że nie wygląda na poważną, nawet jeśli tak się czuła. Nie jej wina, że nie potrafiła nawet powagi udawać.
— Wiele księżyców już minęło, ale Królik dalej uparcie gnije w swoim legowisku. Do tego wyznaczenie na zastępcę własnego syna? Echo...może nie będzie “najgorszym” przywódcą, ale z pewnością znajdą się od niego lepsi — nabrała powietrza w pierś, czuła jak jej łapy odrobinę dygoczą. — Klan Burzy z księżyca na księżyc słabnie, a nikt poza nami nawet tego nie spostrzegł. Ich oczy zasnuwają pajęczynki — miauknęła, jednak przerywając na moment. — Naprawdę zadziwia mnie to, że te stare, “czarne” — miauczała dalej, akcentując ostatnie słowo. — …kocurzysko nadal żyje. Czas jego rządów ustać powinien już dawno, a ja zrobię, co mogę, aby pomóc w ich obaleniu! — zakończyła przemowę i skinęła lekko głową, szczerząc ząbki w uśmiechu.
Dziki Berberys przyjrzał się dokładnie Rudzikowemu Skrzydełkuu, która w sumie powiedziała to samo, co Tańcujące Pierze. Odchrząknął głośno i spojrzał na młodego rudego wojownika.
— Od czego zaczynamy? Po prostu mamy pozbyć się królika? Co z zastępcą oraz kociakami z sojuszu? Wygląda mi na to, że Zawodzące Echo chciałby odciąć wszystkich innych od władzy i zrobi taki sam ustrój, jak w Klanie Nocy. Nie powinniśmy do tego dopuścić — powiedział ponurym ściszonym głosem. — Chyba naszym planem nie jest mordowanie każdego, kto nie jest po naszej stronie. Nikt z nas raczej nie zabiłby kociąt, a Zawodzące Echo jest w stanie się obronić, więc to ryzykowne…
Najstarsza działaczka tego buntu spojrzała po zebranych, wysłuchała trzy pierwsze koty, które się odezwały. Następnie chciała sama coś zaproponować.
— Jestem za pozbyciem się Króliczej Gwiazdy w pierwszej kolejności, lecz nie wiadomo co z Echem, o ile Królicza Gwiazda jest w takim wieku, że z łatwością nawet kichnięcie mogłoby mu zaszkodzić, tak Zawodzące Echo trzyma się solidnie — rozmyślała nad następnymi słowami, które miała wypowiedzieć.
— Łzę i Zew bym oszczędziła, są za młodzi, by mieli odziedziczyć posadę po ich ojcu. Gdyby Zawodzące Echo miał wybrać kociaki, które dopiero opuściły żłobek, byłby z tego niezły szum. On ma w czym wybierać w tym klanie, mimo tego jestem za tym, by jedno z was zaczęło już się mu podlizywać, może wtedy będzie większa szansa, że weźmie was pod uwagę, jak pozbędziemy się Królika. — te słowa kierowała w stronę reszty kotów.
Gradobijący Cierń siedział cicho z boku, przyglądając się Pierzowi, przy którym była ta sama kotka, którą to odnalazł księżyce temu i uratował. Miał co do niej mieszane uczucia, gdyż wcześniej bardzo się o nią troszczył, lecz teraz… Gdy reszta wyraziła swoje zdanie, zdecydował się w końcu odezwać.
— Osobiście uważam, że zabicie Króliczej Gwiazdy jest naszym priorytetem. Musimy sobie jednak zadać pytanie, czy Zawodzące Echo nie stanie się taki sam, jak on, skoro jest jego rodziną. Nie daleko pada jabłko od jabłoni. Myślę, że będziemy go musieli obserwować, jeśli nie mamy zamiaru go zabijać, ale powtórzenie akcji byłoby zbyt ciężkie i ryzykowne. Nie możemy tak po prostu chodzić i zabijać koty. — Spojrzał na swoje łapy, myśląc o ojcu. Wbił pazury w ziemię, teraz podnosząc wzrok na niebo. — Jeśli… Jeśli uda się nam jednak faktycznie zbliżyć do Zawodzącego Echa, jesteśmy w stanie zwerbować go na wybranie jednego z nas. Wtedy ryzyko się zmniejszy. Myślę, że on sam nie jest zadowolony z rządów tego mysiego łajna.
Zwiewny Mak trzymała się trochę z boku, uważnie słuchając wypowiedzi każdego kota po kolei.
W końcu odetchnęła i zabrała głos.
— Myślę, że najlepiej byłoby najpierw pozbyć się Króliczej Gwiazdy, tak jak większość z was proponowała. Zgadzam się także z Dzikim Berberysem, nie powinniśmy zabijać kociaków — Mak rozejrzała się, po czym mówiła dalej — Starszych też można oszczędzić, są zbyt słabi, żeby się nam sprzeciwić.
Jeśli chcecie, to ja mogłabym trochę się podlizać Zawodzącemu Echu.
Gdy wyraziła swoją opinię, chrząknęła i znów zasiadła z boku, czekając na następną wypowiedź.
Dziki Berberys napiął swoje mięśnie, kiedy pomyślał, że jego brat mógłby zostać zastępcą, gdyby tylko odpowiednio się zakręcił wokół Zawodzącego Echa.
— Nawet jeśli by Zawodzące Echo miał wybrać jedno z nas na zastępcę, to pewnie nie nas, bo nie mieliśmy uczniów. Według niego nie jesteśmy wystarczająco doświadczeni na tę rolę — sprostował brata dość chłodno.
Rudy obserwował swoich towarzyszy szmaragdowym, zmrużonym okiem. Po długim słuchaniu reszty przebił się i zabrał głos:
— Królicza Gwiazda to łatwy cel do wyeliminowania, a jego syn... Echo będzie większym problemem, słusznie. Nie sądzę, abyśmy dali radę obu wyeliminować bez ciekawskich oczu — rzekł, kręcąc głową. — I nie musimy wcale eliminować tego potomstwa. Zew i Łza to drobne, wciąż kształcące się umysły. Im szybciej do nich dotrzemy i ukażemy prawdę o ich ojcu i dziadku... wtedy zrozumieją, z kim powinni się naprawdę sprzymierzyć. Starsi nie budzą we mnie żadnego zainteresowania. To tylko stare prukwy. Jedyną pożyteczną czynnością u nich jest odliczanie do własnej, niefortunnej śmierci we śnie — miauknął bez ani grama współczucia. — ... Barszczowa Łodyga był bratem Króliczej Gwiazdy. Żył i umarł. Mimo to Królik nadal się trzyma, choć ledwo... czas tyka. Nie mamy uczniów, nie mamy też aprobaty Echa, tak jak dobrze rzekł Berberys. Potrzebujemy jednak kota, który spełni te kryteria; który odkryje tę makabryczną prawdę, jaką kryje za plecami pobratymców Echo.
Omiótł wzrokiem wszystkich towarzyszy. Zatrzymał się na Zwiewnym Maku i zamilkł. Wyraźnie się nad czymś zastanawiał.
— Zwiewny Mak. Muszę z tobą porozmawiać na osobności... później.
Skinął kotce głową, po czym spojrzał na Rudzikowe Skrzydełko i uniósł brew.
— Rudzikowe Skrzydełko — zaczął — Twoje dzieci już rozpoczęły trening. Kurcza Łapa poszedł ścieżką przewodników... bardzo ważna posada w klanie. Perłówkowa Łapa dostała Srebrzystą Równonoc za mentorkę — mówił. Zmarszczył brwi — Chcę, abyś zbliżyła się do nich i dowiedziała czy można im ufać. Nie wiadomo, co im namieszają w głowach przez te kilkanaście księżyców treningu. Musimy mieć pewność, że albo otworzą oczy na prawdę, albo nie będą nam przeszkadzać.
Skończył swoją przemowę do rudej i się wyprostował, obdarzając tym razem bystrym, szmaragdowym okiem Dzikiego Berberysa. Zmrużył je i wtedy wbił spojrzenie w Ciernia.
— Oboje macie rację. Nie możemy skończyć jak Klan Nocy — pokręcił głową. — Ale Echo nie jest głupi. Jest nawet mądrzejszy, chytry i na pewno ma mocne plecy. W dodatku myślę, że kocha własnego ojca. Gdyby nie miłość, rządy Króliczej Gwiazdy skończyłyby się szybciej, niż każdy by sądził. Lub wiara, dzięki której nie kwestionuje decyzji Klanu Gwiazdy. W każdym razie musimy być ostrożni. Nie zdziwiłbym się, gdyby miał w klanie krety — parsknął gorzko. — Dlatego potrzebujemy kogoś kompetentnego; kogoś, kto włamie się tam i zdobędzie informacje... — wbił wzrok w ziemię i zamilkł.
Po śmierci Aminkowej Łapy stał się mniej pewny, co do ich sukcesu, owszem, jednakże musiał dalej grać. Nie było odwrotu. To nie on kupił bilet; to on zaplanował występ.
Ruda kotka zamrugała kilkukrotnie, analizując słowa młodszego wojownika. Kiwnęła mu głową.
— Oczywiście. Zrobię, co mogę, aby Kurczątko i Perłówka nam nie przeszkadzali. Mam szczere nadzieje, że nie będą się buntować przeciw zmianom — odparła. — Wierzę, że moje kocięta zrozumieją sytuację — dodała cicho, choć w jej głosie było słychać drobną obawę.
Chciała jeszcze coś wtrącić na temat starszych, ale ostatecznie postanowiła trzymać pysk zamknięty.
Pierze wymusił się na uśmiech.
— Doskonale.
Dziki Berberys jedynie posłał przeciągłe spojrzenie Gradobijącemu Cierniu. Nie był pewien, który z nich powinien się przypodobać Zawodzącemu Echu, ale mogli oboje spróbować.
— Ja tylko dodam, że jeśli będą jakieś koty, które przez przypadek zobaczą jak pozbywamy się Królika, to żeby klan nic nie wiedział, to ich też możemy uciszyć — miauknęła srebrzysta szylkretka.
Gradobijący Cierń przeniósł spojrzenie na Pierza, przeszywając go nim, jednak ten nie zostawał mu dłużny. W końcu zdecydował się odezwać.
— Zgadzam się. Nie boimy się ubrudzić sobie łap trochę bardziej, niż już mamy w planach. — po jego słowach nastała dłuższa cisza — A więc? Nie mamy całego dnia, a zniknięcie tylu kotów na dłuższy czas może wzbudzić podejrzenia.
Tańcujące Pierze ciężko westchnął i wstał. Lodówkowa Łapa siedziała dalej, bacznie go obserwując.
— Jeśli nikt nie ma czegoś do powiedzenia, proponuję, abyśmy się rozeszli. Nie możemy wejść wszyscy od razu do obozu, oczywiście. W parach lub pojedynczo, ale w dłuższym odstępie. Nie możemy wzbudzać podejrzeń.
Spojrzał na Zwiewny Mak. Najwyraźniej miał z nią naprawdę odbyć poważną rozmowę na osobności.

Następnego dnia

Rudzikowe Skrzydełko zauważyła rudą kulistą kreaturę nieopodal wyjścia z obozu. Podbiegła do Kurczątka i zaczepiła go łapką.
— Dzień dobry Kurza Łapo! Mogę wybrać się z tobą? Idziesz na spacer czy na jakiś trening? — zapytała z uśmiechem na pyszczku.
Gdy musiała przebywać z kociętami w żłobku, szczerze nie przepadała za swoim potomstwem. Teraz gdy już nie musiała przez cały czas ich pilnować, chętnie nękała uczniów, gdy wychodzili z obozu. Nie czuła potrzeby kontaktu z Perłówką i Kurczątkiem, teraz z kolei to oni nie potrzebowali raczej aż tyle kontaktu z matką. Mimo to Skrzydełko widocznie próbowała naprawić swoje szkody.
Kurza Łapa zamrugał zmęczonymi oczami i spojrzał na matkę głębokimi, granatowymi oczami.
— Chyba tak — odpowiedział obojętnie.
Wydawał się zmęczony.

<Kurza Łapo?>

Od Kasztanka (Przypalonego Kasztana) CD. Konwaliowej Mielizny

— Ależ oczywiście Kasztanku. Powiedz jeno, czego chcesz posłuchać? Mogę coś Ci niestandardowego opowiedzieć bądź legendę o tym, jak powstały koty lub o paziu królowej. Wybierz to, co chcesz usłyszeć z mojego pyska, a tak też się stanie — wymruczał Konwalia, odsuwając podarowany przez piastuna kawałek uklei, który wrócił ponownie w okolice jego łap. Kociak śledził ruchy starszego, nie myśląc – przynajmniej nie od razu – nad tym, co właśnie działo się przed jego oczami. Dopiero po paru uderzeniach serca niezbyt przychylne myśli zaczęły napływać do jego głowy masowo, wprawiając go w stan co najmniej taki, jakby przed nim wyłonił się właśnie ogromny sum, mający w planach pożreć go w jednym kawałku. Pokręcił głową.
— O p-paziu królowej, proszę — powiedział cicho i nieśmiało, odwracając lekko wzrok, jakby prosił o zbyt wiele. Tej historii jeszcze nikt mu nie opowiadał, a przynajmniej nie przypominał sobie, by ktokolwiek o tym mu wspomniał. Skoro był członkiem Klanu Nocy, wypadało znać przynajmniej krążące wokół legendy. O powstaniu kotów wiedział, Złocisty Widlik bardzo dbał o to, by każdy Nocniak był niezwykle doedukowany pod tym względem.
Konwaliowa Mielizna poruszył spokojnie ogonem, a jego szata zaczęła poruszać się aksamitnie na wietrze. Wyglądała tak, jakby poświęcił pielęgnacji dłuższą chwilę, co tak naprawdę nie byłoby czymś dziwnym. Większa część kotów dbała o to, by prezentowali się akceptowalnie, a może nawet i lepiej. Poza Kasztankiem, który z nerwów wyrywał sobie włoski z grzbietu, z każdym dniem obserwując coraz to wyraźniejsze i nowsze zmiany w swojej szacie. Stawały się twardsze, krótsze, a miejscami pojawiały mu się już łyse przerzedzenia.
— Więc w porządku — powiedział starszy, sadowiąc się wygodnie. Złocisty Widlik dodawał mu otuchy. Kociak mrugał wielkimi oczkami, wpatrując się w liliowego. Może jego szata kiedyś będzie równie bujna? Może powinien był zapytać o to… ale oczy zaczynały mu się powolutku kleić. Nie miał też odwagi już, żeby zmienić zdanie. — Pewnego razu pojawił się motyl, któremu serce skradła królowa mrówek. Motyl nie był w stanie pogodzić się z niemożnością związania się ze swoją miłością. Od ich pierwszego wejrzenia, wtedy jeszcze, gdy mrówka była wolną, piękną uskrzydloną księżniczką, motyl codziennie wylatywał w nadziei, że spotka ją choćby jeszcze jeden raz. On, w przeciwieństwie do niej, nigdy nie pogodził się ze swoim losem i tym, jak dzielące ich różnice uniemożliwiały im bycie już razem, co doprowadziło do jego śmierci — mówił, a Kasztankowi serce zaczęło bić szybciej.
— D-dlaczego umarł? — pisnął, nerwowo poruszając kikutem.
— Zamiast latać wysoko, nad kwiatami polnymi oraz obok pąków drzew, fruwał nisko. Pewnego dnia zapuścił się szczególnie daleko, ponieważ aż nad rzekę, w której ku jego niezwykłej radości, dostrzegł wyczekiwaną przez niego ukochaną, której widokiem nie mógł się cieszyć od tak dawna. Zniżał swój lot i zniżał wiecznie, chcąc objąć wybrankę swego serca, nie zauważywszy aż do ostatniej chwili, że postać, którą ujrzał na powierzchni tafli, była zaledwie jego własnym odbiciem. Moment realizacji był też jego ostatnią chwilą życia. Pochłonięty został przez ciemne głębiny. Motyl zyskał miano “pazia królowej” przez swoją dozgonną miłość — zakończył, parokrotnie przejeżdżając językiem po swojej piersi, ponieważ futro nieprzyjemnie zaczęło mu się uginać pod podmuchami wiatru. — Jak się domyślasz, z każdej opowieści dobrze jest wyciągać wnioski. Ta historia posiada ich kilka i każdy tłumaczy je na własny sposób. Pierwszym, o jakim wspominają koty, jest wierność rodzinie lub zaufanie swojemu przeznaczeniu, w celu uniknięcia losu, jaki podzielił paź. Drugim natomiast respektowanie zasad i sił natury, które nigdy nie będą sprzyjały komuś, kto stara się je zmienić — zakończył, spoglądając na malca u swoich łap. Kasztanek tak się zamyślił, że nawet nie zajarzył wystarczająco szybko, iż był to koniec opowieści. Kiwnął główką, myśląc nad tym, co właśnie zostało mu przekazane.
— D-dzi-i-ękuję, K-konwaliowa Mielizno — powiedział, chyląc przed nim główkę. — J-ja wrócę już do żłobka — poinformował, odwracając się na pięcie i drepcząc zaskakująco szybko z powrotem do jamy, chociaż dla wojowników nie wyglądało to pewnie szczególnie na prędki krok. Miał nadzieję, że teraz uda mu się spokojnie zasnąć. Może powtórzy to mamie, chociaż ona to pewnie już dawno słyszała i wiedziała o tej historii… Nagle kolejne słowa dotarły do jego uszu, czego się już nie spodziewał, jako iż zdążył się pożegnać, a nawet delikatnie wycofać.
— Kasztanku, Złocisty Widlik pójdzie z tobą. Uważaj na siebie — liliowy odprowadził go wzrokiem, a już uderzenie serca później podszedł do malucha Złocisty Widlik, który musiał przypilnować, żeby brązowooki na pewno dotarł do kociarni. Poczuł ciepło bijące od kocura, który teraz puszystym ogonem otulił malca, żeby na pewno nie zmarzł w tak nieprzychylną pogodę.

***
Nadeszła Pora Opadających Liści, sprawnie przeganiając ukropy i upały, wyganiające koty z powrotem do legowisk, albo, jak w przypadku Nocniaków, do wysepek z mocno nagrzaną wodą. W zbiornikach aż roiło się od ryb, a nawet i ptactwa, z czego każdy bardzo ochoczo i słusznie korzystał. Żaby powoli wycofywały się już do swoich zbiorników, szykując na nadejście Pory Nagich Drzew. Kotom pozostało dalsze korzystanie z ich terytorium. Przypalony Kasztan wracał właśnie z jednego z patroli łowieckich, w pysku niosąc kaczkę. Wskoczył cały do wody w celu złapania jej, gdyby zrobił to uderzenie serca później, odleciałaby mu sprzed nosa. Teraz odczuwał tego skutki, gdy woda obficie sączyła się z jego przydługich kłosów, mocząc pod sobą ziemię. Nawet jeśli otrzepał nadmiar, to i tak nie przyniosło mu to ukojenia. Chłodne podmuchy wiatru wprawiały go w dreszcze, ale było warto.
Podszedł do swojej partnerki, Urodziwego Szafirka i odłożył u jej łap swoją zdobycz.
— To dla ciebie — powiedział, po czym zetknęli się nosami.
— Dziękuję, Kasztanku! — odpowiedziała koteczka, niemal podskakując z radości. Zarumieniła się lekko, przednią łapą przebierając w trawie pod nimi. Kocur nie był pewien, jak powinien się do niej zwracać. Czy teraz, jako partnerzy, należało zachowywać się inaczej? Tak, raczej tak… raczej nie powinien traktować jej już tylko jako znajomej, przyjaciółki, a kogoś więcej. Ale nie był pewien, jak okazywało się miłość, może poza obdarowywaniem prezentami czy spędzaniem czasu z drugą połówką.
Miał wrażenie, jakby dzięki niej z każdym dniem “oddychało mu się” coraz lepiej. W jej obecności był bardziej skłonny, by uwierzyć, że nie każdy jego ruch był zły, a wiele, tak naprawdę, były w porządku, a wręcz wskazane. Bardzo dużo jej opowiadał o sobie, jednak na osobności. Dbał również o to, żeby nie przytłaczać jej tym wszystkim. Nie wybaczyłby sobie, gdyby miała go dość, ponieważ żalił się za wiele. Ona też miała kłopoty, z pewnością. Nie był jedynym na tym świecie ze zmaganiami. W dodatku nie mógł pozwolić na to, żeby ktokolwiek inny dowiedział się o jego kłopotach. Dzielenie się własnymi obawami niekiedy nie polepszało jego sytuacji, ponieważ zawsze, gdy szukał potwierdzenia czy zapewnień o parę razy zbyt dużo, robiło mu się jedynie gorzej, a natarczywe myśli wracały masowo. Próbował je wygłuszyć, wsłuchując się w gwar rozmów w obozie Klanu Nocy, ale często i to nie przynosiło ukojenia na szczególnie długo, ponieważ o zmroku wszystko to wracało do niego ze zdwojoną siłą.
Konwersacja między dwójką nie trwała długo, niestety, ponieważ już parę uderzeń serca Szafirek musiała wyruszyć na swój własny patrol, więc polizała parokrotnie dymnego w policzek, uprzednio obiecując im wspaniałe spędzenie czasu we dwójkę gdy tylko wróci, a kocur miał wrażenie, jakby z każdym jej kolejnym krokiem ku wyjściu, był opuszczany niczym zagubione kocię bez matki, dopiero uczące się chodzić i zwiedzać wielki świat dookoła…
Przypalony Kasztan pobłądził wzrokiem po obozie. Zatrzymał ślepia na liliowym kocurze, który obecnie także wyglądał na lekko zmęczonego, prawdopodobnie również niedawno wrócił z patrolu albo polowania. Przypalony Kasztan ruszył niepewnym ruchem w kierunku znajomego mu kocura. Czy powinien z nim rozmawiać? W końcu dawno się do niego nie odzywał. Dymny miał kłopot w utrzymywaniu relacji… odkąd Szafirek stała się dla niego kimś więcej, poświęcał cały swój czas właśnie jej, tym samym poświęcając kontakt z innymi kotami. Znalazłszy się wystarczająco blisko, pochylił łeb przed starszym.
— Konwaliowa Mielizno… witaj? — powiedział, karcąc się w głowie za ton, jakim nacechował całe to “powitanie”. Nie powinien brzmieć, jakby go o to pytał, a jednak… — Ach… ja, nie… nie wiem… to zabrzmiało dziwnie… Przepraszam — mówił, kręcąc teraz parokrotnie głową ze wstydu. Pędzelki na uszach trzepały nerwowo na wietrze, obijając się aksamitnie o jego uszy.

<Konwaliowa Mielizno? Cześć…>