Jakiś czas temu
— A ty przypadkiem nie masz własnego ucznia do wyszkolenia? — spytał kremus, unosząc jedną brew. — Nie chcę, byś spędzając czas ze mną, zaniedbał swoje obowiązki.
— Jak raz lub dwa odpuszczę mu trening to nic się nie stanie.
— Poczciwy Szakłaku.
— Dobra no… Ale obiecaj, że bliżej zmierzchu będziesz wolny — wymruczał i nie czekając na odpowiedź starszego, musnął ogonem jego bok i po chwili oddalił się w poszukiwaniu Bursztynowej Łapy.
Gasnąca Łapa przez moment wpatrywał się w czarnofutrego kocura, lecz finalnie zaśmiał się tylko pod nosem. Naprawdę doceniał jego obecność, mimo że na razie nie mógł mu dać tego, czego kocur pragnął. Kremowy wciąż miał mieszane odczucia co do miłosnego wyznania Poczciwego Szakłaka. Z jednej strony tak bardzo mu na nim zależało, lecz z drugiej… nie był pewien, czy kiedykolwiek będzie w stanie odpuścić sobie Dyniową Skórkę. Chyba nie, póki nie pokazałby jej, że zmienił się na lepsze i teraz mógłby być lepszym partnerem. To się jednak raczej nie wydarzy. Rudofutra zapewne nienawidziła go z całego serca, tym bardziej po tej sytuacji ze zgromadzenia. Kocimiętka na pewno powiedziała swojej matce o tym, że Królik rzekomo ją zdradzał.
Czy teraz żałował tego, że nie próbował się wybronić? Może. Lecz miał też świadomość, że tamtego wydarzenia już nie cofnie, a zamiast tego może spróbować je naprostować. Musiałby tylko spotkać swoją córkę na granicy i spokojnie z nią porozmawiać… Choć na to też szanse były marne. Królik raczej trzymał się z dala od innych klanów, by przypadkiem nie narobić sobie problemów. Poza tym teraz nosił miano ucznia, więc nawet nie mógł samotnie opuszczać azylu. Nawet mu to nie przeszkadzało. Sam chętnie unikałby nawet zgromadzeń, byle tylko nie ryzykować tego, że natknie się na kogoś, kto dawniej był mu bliski.
W końcu postanowił wrócić do swojego legowiska, by zaczekać tam aż do momentu, w którym Poczciwy Szakłak wróci z treningu z Bursztynową Łapą. I tak nie miał do roboty nic lepszego ani pożyteczniejszego. Śniący Obserwator opowiedział mu dzisiaj już o wszystkim, co planował, więc teraz Królik miał czas dla siebie. Bardzo dużo czasu dla siebie. A to oznaczało również mnóstwo czasu na przemyślenia. Choć nienawidził tego, jak często pochłaniały go myśli i jak często przygniatał go ciężar dawnych wydarzeń, wiedział, że czasem rozpamiętywanie ich było konieczne. Nie chciał przecież teraz popełniać tych samych błędów. Starał się być lepszym kotem, niż był w Klanie Klifu czy jako samotnik. W końcu uciekł tutaj dokładnie po to, by zacząć wszystko na nowo. Choć i tak jego plan zawiódł już w momencie, w którym Lśniąca Gwiazda dowiedział się o tym, że kremowy znalazł się w Klanie Burzy. Królik zdecydowanie wolałby, żeby jego obecność w tej przynależności pozostała tajemnicą, ale teraz nie mógł już na to wpłynąć. Mógł po prostu cieszyć się tym, że udało mu się tu zostać i nie został zmuszony do powrotu do tego przedsionka Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. Chyba nie wytrzymałby w Klanie Klifu ani dnia dłużej! Już wolałby podzielić los Pikującej Jaskółki, niż musieć obserwować ten zdradziecki pysk klifiackiego lidera.
* * *
Teraźniejszość
Od momentu, w którym do obozu Klanu Burzy został przyniesiony Patyczak, Gasnąca Prawda zaglądał do lecznicy tak często, jak tylko mógł. Zawsze rano, w ciągu dnia i pod wieczór, by upewnić się, że stan liliowego kocurka jest stabilny. Oprócz tego często zaciągał ze sobą Poczciwego Szakłaka, niemal jakby miał na tym punkcie obsesję. Dla kotów z zewnątrz, które nie znały kremowego, mogło się wydawać wręcz zabawne, że tak szybko przywiązał się do pierwszego lepszego znalezionego kociaka. Prawda była jednak nieco inna. Nie przywiązał się do niego przecież kompletnie bez powodu. Miał ku temu powód — i wcale nie było nim to, że Patyczak został odnaleziony i uratowany podczas spaceru Królika z Szakłakiem. Chodziło o coś zupełnie innego.
Gdy wojownik przebywał w otoczeniu młodego kocurka, przypominał sobie o Kocimiętce, Mak, Szronce i Kormoranie — a także o tym, jak okropnym był dla nich ojcem. Dwóm rudym kotkom w ogóle nie poświęcał uwagi. Zachowywał się w ich stosunku jak skończony idiota. Wolał szwendać się po mieście, unikając ojcowskich obowiązków. Wtedy nie był jeszcze gotowy na to, by zostać ojcem, i nie potrafił zapewnić swoim biologicznym córkom tego, czego potrzebowały. Nie powinien był w ogóle przekonywać Dyni do ucieczki. Czuł, że rudofutrej i jej córkom żyłoby się znacznie lepiej, gdyby od razu urodziły się w Klanie Wilka. W końcu Kocimiętka i Mak, jako córki zdrajczyni, pewnie nie miały zbyt łatwo — choć były to tylko jego domysły. Być może Dyniowej Skórce udało się uniknąć poważnych konsekwencji za ucieczkę z klanu i nie musiała tak jak Królik odbywać żadnej kary.
Jeśli zaś chodzi o Szron i Kormorana, kremowy musiał przyznać, że dla nich starał się być nieco lepszym ojcem, lecz czuł, że to wciąż nie było to. Być może nie potrafił pokochać ich tak szczerze, jak tego od niego wymagali. Trochę dziwnie było mu udawać szczęśliwą rodzinkę ze Źródlaną Łuną, w której dawniej był zauroczony, wiedząc, że kotka najpewniej zdradziła klan i zmusiła się do interakcji z kremowym tylko po to, by poprosić go o przysługę. Prawda była taka, że wykorzystała dawne uczucia Królika, by uratować własny tyłek. Mimo wszystko bursztynowooki nie miał jej tego za złe, a przynajmniej już nie teraz. Źródlana Łuna była dla niego przeszłością. Dowiedział się, że została zastępczynią w Klanie Klifu i cieszył się z jej szczęścia. Nie życzył jej źle, mimo iż niejednokrotnie odczuwał przez nią ból w sercu.
Biorąc pod uwagę jego wcześniejsze niepowodzenia w wychowywaniu kociąt, teraz czuł, że ma okazję, by się poprawić. Patyczak spadł mu jak gwiazdka z nieba! Dokładnie tak, jakby los chciał mu przekazać, że wręcza mu kolejną szansę. Tym razem Królik nie zamierzał jej zaprzepaścić. Planował zrobić wszystko, co w jego mocy, by zapewnić liliowemu wsparcie i ochronę. Nie mógł pozwolić na to, by Patyczak również go znienawidził albo zaczął go unikać. Kremowy musiał obdarować tego kociaka idealnym połączeniem opiekuńczości i swobody. Nie chciał, by Patyczak myślał, że Królik się o niego nie troszczy, tak jak było to w przypadku Kocimiętki i Mak, lecz jednocześnie nie chciał go przytłaczać, tak jak stało się to w przypadku Szronki i Kormorana.
Obecnie zapadł już wieczór, a wojownik odpoczywał na swoim posłaniu po powrocie z patrolu. Udało mu się na nim upolować mysz i ryjówkę. Odłożył je od razu na stos, wiedząc, że przynajmniej będzie miał z czego wybierać, gdy pójdzie jak zwykle odwiedzić Patyczaka. Teraz leżał z pyskiem opartym na łapach i wyczekiwał odpowiedniego momentu, by zebrać się i pójść do lecznicy. Nie starał się nad niczym rozmyślać, a jedynie rozluźnić. W końcu dla tego kocurka chciał pozostawać spokojny, zamiast stresować się przeszłością. Patyczak przeżył wiele w tak młodym wieku, więc należała mu się odpowiednia opieka. Kociak stracił brata w tak brutalny sposób, a ponadto sam został nieźle poraniony. To cud, że w ogóle przeżył! Przynajmniej tak powiedziała Wdzięczna Firletka podczas jednej z wizyt Gasnącej Prawdy w lecznicy.
Po jakimś czasie wojownik w końcu wstał z posłania, otrzepał się z mchu i piórek, które przyczepiły się do jego futra, i ruszył prosto do stosu ze zwierzyną. Wybrał z niego tłustą mysz, zastanawiając się nad tym, czy była to ta, którą sam upolował, czy może jakaś inna. Szybko jednak skupił się na Patyczaku, gdy tylko wsadził głowę do lecznicy. Wdzięczna Firletka od razu zwróciła wzrok w jego stronę i przywitała go skinieniem głowy. Pewnie była już przyzwyczajona do obecności kremowego, który stał się częstym gościem w tym pomieszczeniu. Królik odwzajemnił jej gest i podszedł do posłania, na którym leżał liliowy. Biedaczek. Cały był owinięty pajęczynami i prawie nie mógł się poruszać. Ziołowa papka oblepiała większość jego futra, zabezpieczając rany po ataku kuny przed infekcją.
Bursztynowooki położył przed łapami mysz i przysiadł. Po chwili zaczął rozrywać piszczkę na kawałki, by młody nie musiał się z tym męczyć. W końcu ledwo potrafił manewrować łapami! To byłyby tortury, gdyby Królik kazał mu samemu zjeść całą mysz. Gdy już podzielił zwierzynę na kawałki wielkości kęsa, delikatnie trącił nosem śpiącego Patyczaka.
Ten zbudził się niemal od razu, a gdy tylko zatrzymał wzrok na kremowym kocurze, jego oczy zalśniły.
— Gasnąca Prawda! — krzyknął młodzik, uśmiechając się słabo. Po chwili spojrzał na rozczłonkowaną mysz pod łapami starszego. — To dla mnie? — zapytał, przekręcając głowę.
Wojownik zaśmiał się cicho pod nosem i chwycił jeden z kawałków, kładąc go bliżej liliowego. Ten od razu wziął go do pyszczka i zaczął jeść. Kilka uderzeń serca później z myszy nic już nie zostało, a Patyczak leżał na swoim posłaniu, najedzony i zadowolony.
— Więc… o czym chciałbyś dziś posłuchać? — mruknął Gasnąca Prawda, obserwując powoli unoszący się i opadający bok kociaka.
Patyczak ziewnął przeciągle i zaczął ugniatać ściany posłania swoimi łapkami.
— Wymyśl coś! — odparł w końcu, układając się w wygodnej pozycji i wlepiając spojrzenie w starszego. — Walczyłeś kiedyś z lisem? — spytał po chwili, poruszając wibrysami. — Chciałbym posłuchać o walce z lisem!
Liliowy był naprawdę zadziwiający. Królik zastanawiał się, skąd młodzik brał tyle energii do życia. Mimo że zmarł mu brat, zgubił się od rodziców, a w dodatku musiał żyć w ciągłym bólu z powodu głębokich ran, i tak zachowywał się, jak zwyczajny, ciekawski kociak.
— Tak, Patyczaku. Walczyłem kiedyś z lisem — oznajmił, wypinając dumnie pierś. Po chwili uniósł łapę i wskazał nią na jedną ze swoich blizn. — Widzisz tę szramę? Właśnie ją zdobyłem podczas walki z tą rudą bestią! — dodał, uśmiechając się zadziornie. — Natknąłem się na nią wiele księżyców temu, gdy jeszcze nie mieszkałem w Klanie Burzy. Bo wiesz, dawniej byłem najprawdziwszym podróżnikiem! Szwendałem się tu i ówdzie, zwiedzając wszystkie zakamarki świata — zaczął rozmarzonym głosem. Może i trochę zmyślał, lecz uważał to za konieczne. W końcu Patyczaka z całą pewnością bardziej zainteresują barwne opisy niż smutna prawda.
— Naprawdę? — wtrącił się liliowy. — A z borsukiem kiedyś walczyłeś?
Kremowy pokręcił głową.
— Z borsukiem? Nie, nigdy. Ale walczyłem z czymś równie groźnym! — odparł, po czym wskazał na kolejną bliznę. — Tę szramę mam po walce z gangiem! Gdy byłem podróżnikiem, zabłąkałem się w Betonowym Świecie, a to wcale nie jest miejsce dla słodkich kotków! Tam natknąłem się na grupę samotników, liczącą dziesięciu, a może nawet więcej członków! — opowiadał dalej. — Nie spodobało im się to, jaki jestem fajny! Zaczęli mnie ścigać, chcąc mnie dopaść! Lecz na szczęście rozprawiłem się z nimi wszystkimi! Jednego złapałem za ogon i rzuciłem nim tak wysoko, że musiał zamieszkać na jednej z gwiazd! Drugiego natomiast złapałem za ucho i dorzuciłem nim aż do obozu Klanu Wilka, gdzie podobno wpadł na jednego z wojowników! — mówił, z trudem powstrzymując się od śmiechu.
Patyczak zachichotał głośno, a po chwili znowu rozwarł pyszczek, by ziewnąć. Z trudem utrzymywał już oczy otwarte. Królik polizał go kilka razy po główce, a następnie wpatrywał się w niego, aż w końcu kociak usnął. Dopiero wtedy podniósł się z miejsca i ruszył w stronę wyjścia z lecznicy. Nim jednak zdążył postawić łapę poza nią, stanął przed nim znajomy, czarnofutry kocur.
<Poczciwy Szakłaku?>
