BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

15 września 2026

Od Kurzej Łapy CD. Milknącej Łapy

Kurza Łapa prowadził dymnego głębiej w tunele, umykając przed rozwścieczonym pyskiem syna Zawodzącej Gwiazdy. Nie raczył go zaatakować fizycznie, lecz werbalnie.
— Czemu masz taką obsesję na swojej siostrze? Przecież razem możemy się kumplować. — Odbiło się echo słów rudzielca. — No, chyba że jesteś zazdrosny... w końcu nie masz tu zbytnio przyjaciół. Dosyć żenujące, jak na syna przywódcy.
— Kumplować? Dobre sobie! Łzawa Łapa szuka uwagi, jest w stanie wiele zrobić dla uwagi innych. Myślisz, że co robi, gdy ma chwilę i jestem w pobliżu? Poniża mnie, ponieważ dość mocno przeżywałem rozłąkę z matką! — odparł.
Trafił w pierś kuzyna, przejeżdżając po niej pazurami.
Kurza Łapa nie miał czasu na kontratak słowny. Czując ciepło na piersi, zmarszczył brwi. Nie ruszył jak dzika bestia, nie było to w jego stylu. Mimo to użył swojej ogromnej, niespodziewanej siły, jakiej jeszcze dotąd nie miał okazji pokazać.
Milknąca Łapa nagle z impetem przywalił ciałem w trochę kamienistą ścianę, robiąc sobie drobne rany na ciele, zwłaszcza na plecach. Niegdyś urokliwy, teraz mrożący krew w żyłach chłodny pysk przyszłego przewodnika rozmazał się, a świat natychmiastowo przybrał barwę niepokojącej czerni dla ucznia.
— Przedstawienie się skończyło.
Miękkie, tak ciepłe i rozkoszne słowa, które jeszcze zdążył przechwycić, należały do Kurzej Łapy.

***

Siedział w legowisku medyczki. Milknąca Łapa nie był jakoś ciężko ranny, pomyślał. Dramatyzował.
Wymienił parę słów z Łzawą Łapą. A tak naprawdę… była to bardzo długa rozmowa, która należała do jednych z przyjemniejszych. Czuł się dobrze w towarzystwie Łzawej Łapy. Nieważne, co inni mu mieli wmówić. Przecież była jego najlepszą przyjaciółką.
Ufał jej.
Pochylił się nad wciąż nieprzytomnym kuzynem. Gapił się na niego swoimi wielkimi, ciemnymi oczami. W nich nie można było rozróżnić koloru tęczówki od źrenicy. Zdawałoby się, że ślepia Kurczaka nie miały końca. Niczym bezkresna dziura.
Czemu właściwie tu siedział? Rozmawiał z Łzawą Łapą. Śmiał się z nią szczerze. Żartował z przegranego… mimo to go nie opuścił, odkąd wywlókł go bez żadnej pomocy z tunelów. Wykorzystał tę walkę do sprawdzenia głębiej tuneli, ale nadal nic nie znalazł. Nie wiedział, co dokładnie się tam kryło i jaka była liczba tych istot.
Na razie w lecznicy był tylko on i Milknąca Łapa.
— Halooo…! — miauczał co jakiś czas.
W końcu syn Echa raczył się obudzić. Czempion rozejrzał się po legowisku medyczki.

[368 słów + walka w tunelach]
<Milknąca Łapo?>

Od Gronostaja do Śnienia

Tego dnia, zostałem pozostawiony praktycznie sam sobie. Jaśminowiec mnie porzuciła. To znaczy… poszła na polowanie z dziećmi, bo miała mnie dość. Ja też jej mam dość. WIĘC DOBRZE! Przecież ona ze mną trenowała codziennie praktycznie od rana do wieczora, więc należała się komuś za to jakaś przerwa… SZKODA, ŻE NIE MI! USZ! MI KAZAŁA DALEJ TRENOWAĆ!
Dość szybko zrobiłem dokładny rachunek moich umiejętności i wyszło mi, że najniżej w rankingu plasowała się wspinaczka na drzewa. Posiadłem tę umiejętność na tyle, by umieć wleźć do mojego legowiska, ewentualnie zleźć. I tyle! Nie potrzebuję niczego więcej! Jak bym chciał latać po drzewach od świtu do zmierzchu, to bym został zwiadowcą albo wiewiórką!
Ale no nic, jak mi każą to, co zrobić?
Plus był taki, że nie zostanie przerwany mój grafik treningowy i to mnie niezmiernie cieszyło.
Westchnąłem ciężko i objąłem spojrzeniem cały obóz. Większość kotów była akurat na patrolach lub zajęta treningami… i wtedy mnie olśniło. Wpadłem na prze-genialny pomysł.
Nieopodal wyjścia z obozu dostrzegłem czarnego kocura z pokaźną brodą, zdawało się, że zbierał się do wyjścia ze swoją uczennicą, Serduszko. Otworzyłem szeroko oczęta, widząc w tym moją szansę. Przemierzyłem dzielącą nas długość w tempie ekspresowym.
– STÓJCIEEE! – krzyknąłem, hamując gwałtownie.
Choć właściwie nie musiałem, Śnienie siedział spokojnie na ziemi, chyba objaśniając coś uczennicy, nie ruszając jeszcze do wyjścia…
Usz!
Kocur uniósł lekko brwi.
– Gronostaju, co się stało? Pali się, czy co? – Przechylił nieco głowę na bok, wąsy zadrżały mu z rozbawienia.
Serduszko, siedząca przy nim, wydawała się równie zdezorientowana.
– Uh. No… NO NIE! – przyznałem niechętnie. – Nie, ale… ale ja sprawę mam! Tak! Śnienie? Bo ty to jesteś tym całym… no, zwiadowcą, co po drzewach łazi, co nie? I wy to teraz tak sobie na ten trening idziecie? I! I moje pytanie brzmi: czy mogę się podłączyć do was? Bo… bo wy teraz idziecie się uczyć po tych… drzewach… nie? I ja też chcę! WEŹCIE MNIEEE! Proszę! Proszę! – Podskoczyłem dwukrotnie, akcentując moją wypowiedź.
– A co się stało z twoją mentorką? To Jaśminowiec chyba powinna… – zaczął spokojnie kocur, rozglądając się dookoła, jakby licząc, że wypatrzy gdzieś srebrną kotkę.
– PORZUCIŁA MNIE! I… i kazała samemu ogarnąć… TO! No to ogarniam! Weź mnie! – Przypadłem do ziemi i skoczyłem znienacka na łapę Śnienia, chwytając ją w kleszczowym uścisku. – Tylko razzz! Przecież i tak na pewno lepszy jesteś w tym, bo ty zwiadowca, nie wojownik! To nawet lepiej! Ja nikomu nie powiem, że mnie wzięliście! A… a poza tym! Jak sam bym zaczął się wspinać, to ja bym przecież od razu zleciał na ziemię i się połamał i umarł! NIE DAJ MI UMRZEĆ, ŚNIENIE!

[426 słów]
< Śnienie, nie daj mu umrzeć :3 >

14 września 2026

Nowy członek Klanu Wilka!

5 księżyców

Od Kokoszki

Wtulona w siostry liliowa koteczka przewracała się z boku na bok, nie mogąc zdecydować się na pozycję zaśnięcia. Siostrzyczki w końcu nie mogły znieść przepychania przez Kokoszkę, przez co w żłobku o późnej godzinie powstała pierwsza siostrzana wojna rozpoczęta przez pierworodną Ulewnego Szkwału, w której córki niebieskiego wojownika zaczęły się w śnie nawzajem kopać i targać za futro. A zwęglona opiekunka, zbyt zmęczona dziennymi problemami z nimi, spała snem twardym niczym kamień. Pomruki, szamotanie i kocięce piski było słychać nawet poza żłobkiem. A tym piskom nie było końca. 
 — Ej, złaź ze mnie!
— Weź tę syrę z mojego pyska!
— Rrrah!
Najwyraźniej tylko Rzęsorek znał etykietę Klanu Nocy i był świadomy ciszy nocnej.
Kokoszka odepchnęła swoje dwie siostry przednimi łapami i wygramoliła na wpół przytomna z legowiska z grymasem. Fuknęła, otrzepała się z futra Mandarynki oraz Alki i obróciła w idealnym momencie, gdy ciemna sylwetka pojawiła się w wejściu do żłobka. Zmrużyła podejrzliwie oczy.
— Kto ty? — pisnęła z chrypką liliowa koteczka. — Ja jestem Kokoszka! — przedstawiła się i z dumą wypięła pierś.
Kot podszedł bliżej, przyglądając się, na tyle, na ile mógł, zważając na wszechobecną ciemność, małym rozrabiakom.
— Jestem Lulkowe Ziele — odmiauknęła postać, przyglądając się koteczce. — Miło mi cię poznać. Przyszłom odwiedzić mojego syna, nie przerywajcie sobie zabawy.
Koteczka gapiła się w istotę swoimi wielkimi, zielonymi patrzałkami. Przechyliła główkę na bok, zaciekawiona akcentem Lulkowego Ziela. "Przyszłom..." - czy w Klanie Nocy tak niektórzy mówili? "Nawet ładne", pomyślała. Powinna też tak mówić. Będzie wtedy na pewno lepsza od siostrzyczek, które mówią jak jakaś niedorozwinięta dżdżownica spod kamienia.
Zamrugała i odchrząknęła.
— Rzęsorek? On jeszcze śpi — miauknęła spokojniej. — No chyba, że mam go obudzić.
Nie czekając na odpowiedź starszego, kilkoma susami zjawiła się przy czarnym, chudym kocurku. Zaczęła nim szturchać z całej siły, potrząsając tym drobnym ciałkiem jakby nie była zrobiona z porcelany tylko z najtwardszej gałęzi. "Atak" z zaskoczenia Kokoszki zapewne wybudził malca. Ten ruch był bardzo efektywny, można wręcz rzec.
Malec pisnął, nagle wyrwany ze snu. Przeciągnął się, szeroko otwierając malutkie oczka i spojrzał na agresorkę.
— Kokoszko, co ty robisz?... — zapytał zaspanym głosem, ziewając. Przechylił głowę w bok, mrugając.
— No jak to, co? Budzę cię! — miauknęła energicznie. Popchnęła go nosem do góry, aby wstał. — Lulkowe Ziele chciał cię zobaczyć! — dodała z szerokim uśmiechem.
Za koleżanką ze żłobka zauważył znaną mu sylwetkę.
— O, mama Lulu!
Obejrzała się na dorosłego kota. Spoważniała, widząc skrzywienie nowego poznanego.
Lulkowe Ziele uśmiechnęło się nieśmiało do swojego synka i podreptało w jego stronę, siadając przy jego boku i owijając wokół niego ogon.
— Nie musiałaś go budzić... — mruknęło w stronę Kokoszki, chociaż nie brzmiało do końca karcąco.
Odsunęła się, niby wyssana z emocji, i uciekła wzrokiem w bok.
— To może ja sobie pójdę... — wymamrotała zawstydzona, po czym wróciła z zwieszoną głową do posłania.
Wcisnęła się w siostry, a wtedy akurat zauważyła w ciemnościach, tuż przed żłobkiem, jakąś zmianę w cieniach; jakby coś tam było. Teorię potwierdził odgłos złamanej gałązki. Kokoszka wybałuszyła oczy i wyskoczyła z powrotem z legowiska zwęglonej kotki, aby następnie wybiec bez namysłu ze żłobka.
Czy tato przyszedł je odwiedzić?!
— Taaaato! — zawołała, stając nagle na środku obozu, jednakże nic nie zobaczyła przed sobą. — Taaatoooo!
Obróciła się wokół własnej osi, ale nie umiała dojrzeć żadnego niebieskiego kota. Zaciekawiona zmrużyła oczy, namierzając kolejny szelest swymi wielkimi uszami. Była wręcz jak radar — tylko problemem pozostawała ciemność panująca w środku nocy.
— Gdzie jest mój tato... — miauknęła ciszej i zaczęła się rozglądać za źródłem hałasu. — Hmm…
Niebieski fińczyk wyszedł z legowiska wojowników, widząc Kokoszkę, od razu dobiegł do niej.
— Córeczko, czemu nie jesteś u boku swojej matki, Świteziankowego Jeziora? Coś się stało? — zapytał liliową córeczkę.
Tajemniczy cień wlał się do obozu wprost z wejścia...
Malutka koteczka podbiegła i przytuliła wielką łapę swojego ojca, pozwalając sobie na ten czuły akt. Po chwili jednak oderwała się, słysząc za sobą rozmowę Lulkowego Ziela z nieznajomymi. Odsunęła się i wskazała fińczykowi źródło szelestu.
— Tam ktoś był — miauknęła. — Obserwowali nas! — dodała, przypominając sobie scenę z żłobka. Cienie, a raczej teraz już sylwetki kotki, patrzyły na nią i jej siostrzyczki!
— Myślałam, że to ty... — mruknęła ciszej do ojca.
Zaraz po tym obróciła się w kierunku wyjścia. Wielka fali ciemności ją zaniepokoiła i przybliżyła się do Ulewnego Szkwała.
Widząc że kotka się do niego przybliża, to liznął ją w czółko.
— Nie martw się kochanie, ja to ogarnę, a ty wracaj do żłobka. — Spuścił na chwilę z niej wzrok i zauważył cztery pary łap. — Niezwłocznie — powiedział już stanowczo, jeżąc się w stronę czegoś nieznanego.
Chaos rozpętał się na oczach tej małej, lecz pięknej na swój sposób rodzinki. Kokoszka otwarła pyszczek i z przerażeniem krzyknęła, gdy zauważyła jak ciemna postać popchnęła Lulkowego Ziela. Jednak nie czuła strachu. Nie.
Kokoszka chciała zareagować. Chciała poprawić reputację w oczach nowego poznanego kota. Dlatego więc... bez namysłu i bez zbędnego gadania, zaszarżowała na obcą istotę. Klapnęła szczękami i próbowała ugryźć małymi kiełkami w tylną łapę, ale zwierzę się odsunęło. Kokoszka wybałuszyła oczy na brzydkie stworzenie z bliska. Zmroziło ją na widok wydry.
Większa bestia spostrzegła kocie, które chwilę wcześniej próbowało ją zaatakować. Ryknęła, chwytając za delikatne ciałko. Przy pierwszym pociągnięciu rozbrzmiał dźwięk pękających tkanek. Podrzuciła kotką, która następnie uderzyła w ziemię, a wydra ponownie chwyciła ją w swoje kły, tym razem za ogon. Niestety, chwyt był za mocny. Kość pękła, a maluch sturlał się w głąb żłobka. Przymknęła oczy, aby piach ich nie podrażnił. Opadła na plecy.
Doznała tragicznego szoku. Krew tryskała. Nie mogła wstać z brudnej ziemi. Oddychała szybko, płytko. Świat wirował. Widziała za sobą ślad szkarłatnej cieczy. Wytrzeszczyła ślepia i przyspieszyła oddech. 
Kątem oka dostrzegła znajomą sylwetkę kremowego piastuna. Jego wzrok wodził po żłobku, a pod jego ogonem chowały się kocięta. Wtedy też ich spojrzenia się przecięły. Pochylił nisko łeb.
— Chodźcie, ale pomiędzy moimi łapami. Nie wychodzicie poza. Trzymajcie się mnie, jakby od tego zależało wasze życie — miauknął cicho do Rzęsorka i Mandarynki. Ruszył w stronę Kokoszki, uważając, by nie pozostawić reszty kociąt.
— Kokoszko — wyszeptał, liżąc ją ostrożnie między uszami. Wziął kocię bardzo ostrożnie w pysk. 
Kruche ciałko kocięcia delikatnie zostało ujęte w pyszczek Złocistego Widlika, a ona nie miała sił, aby jakkolwiek zaprotestować. Kotka dalej traciła krew.
Kocur kierował się w stronę wyjścia ze żłobka. Rozglądał się uważnie. Zapewne miał jakiś plan na dalszą podróż, choć Kokoszka nie wiedziała, jaki. Wyszli jakimś cudem ze żłobka. Powoli do przodu.
Gdy przebywali już na świeżym powietrzu, poczuła obecność kogoś nowego. Otworzyła oczy, dostrzegając szylkretową, puszystą wojowniczkę. Wężynowy Splot. Kocica przyłączyła się do nich i wspólnie weszli do pachnącego ziołami legowiska.
— Klekoczący Bocianie, Gąbczasta Perło! — Złocisty Widlik zawołał, gdy położył ranne kocię na jednym z posłań.
Kokoszka czekała na pomoc. Liliowa poszkodowana spojrzała kątem oka z bólem na swoje siostry.
Jaka była lekkomyślna…
W końcu jakiś kocur do niej podszedł. Zapewne był to książe, syn Czyhającej Mureny. Kotka nie mogła zaprotestować. Zacisnęła szczęki i zamknęła oczy.
“Klekoczący Bocianie… Proszę… Ja nie chcę umrzeć…”
Jedna rzecz jeszcze ją martwiła — jej łapka i ogon wciąż pozostawały na polu bitwy. Kiedy się wyleczy, będzie musiała po nie wrócić… Tatuś pewnie się wściekł.

Od Migoczącej Łapy DO Rybitwy

– Musisz jeszcze nad tym popracować – powiedział Lśniąca Gwiazda, nawet nie spoglądając w stronę swojego ucznia. Migot spuścił wzrok na swoje łapy.
– Obiecuję, że się poprawie – wydukał cicho.
– Mam nadzieję – oznajmił przywódca, po chwili tłumacząc coś dalej. Migocząca Łapa jednak nie słuchał, nie mogąc się skupić na niczym innym, niż krytyka ze strony rodzica. Uczeń doskonale wiedział, że zawodzi ojca. Czuł to, nawet jeśli wprost nigdy nikt mu tego nie powiedział. Nikt nie musiał mu tego mówić.
Nagle poczuł na sobie parę zimnych kropel, a po chwili na ziemi dało się zauważyć okrągłe kształty. Migot spojrzał w niebo, na ciemne chmury. Na ich widok wiedział już, co ich czeka. Westchnął cicho i zjeżył sierść na karku. Jak on nienawidził moknąć.
– Wracajmy, resztą treningu zajmiemy się jutro – usłyszał głos swojego mentora i chwilę po tym, ruszył za nim w stronę obozu. Miał nadzieję, że droga szybko im pójdzie. Nie chciał wrócić cały przemoknięty. Już wystarczyło mu nieprzyjemności tego dnia, nie potrzebował do tego deszczu czy, co gorsza, przeziębienia. Nie mógł pozwolić sobie na chorobę, zwłaszcza teraz! Dlatego, gdy poczuł coraz więcej mokrych punktów na swoim grzbiecie, wykrzywił pysk w grymas niezadowolenia i wstrzymał oddech, może mając nadzieję, że w ten sposób będzie go mniej i uda mu się ominąć spadające krople deszczu.
 
***
 
Do obozu wrócili mokrzy. Migot od razu po wejściu zajął się wysuszeniem swojego futra, doskonale wiedząc, ile może mu to zająć. Albo bardziej - ile może go to kosztować. Już wystarczyło mu, że wyglądał jak mokry szczur i to w obozie pełnym znajomych kotów. Nigdy nie pokazywał się nikomu w takim stanie, a teraz musiał tam stać i ogarniać ten bałagan, zwany sierścią. Nie mógł przecież narazić swojej reputacji w klanie na jakikolwiek spadek! Zwłaszcza przez coś takiego jak deszcz. Przecież to było niedorzeczne!
Gdy tylko pożegnał się z Lśniącą Gwiazdą, pobiegł do legowiska uczniów. Starał się jakoś wysuszyć, niestety z marnym skutkiem. Plus był taki, że dzięki lokalizacji ich obozu, nie było tam tak wietrznie, przez co Migot zbytnio nie marznął.
 
***
 
Minęło trochę czasu zanim futro Migoczącej Łapy wyschło. Dopiero wtedy mógł wyjść z legowiska, w którym to chował się przez dłuższą chwilę.
Powoli wychylił głowę, chcąc zobaczyć, co dzieje się w obozie. Pierwsze co zrobił to sprawdził stos ze zwierzyną. Musiał coś zjeść, ponieważ wręcz umierał z głodu, ale na szczęście leżały tam jakieś kąski, godne podniebienia Migotu.
Dopiero po tym dokładniej przeanalizował otoczenie. Doszedł do wniosku, że w obozie nie było wiele osób, a zdecydowanie największym minusem był dalej padający deszcz i grupa kociaków wraz z karmicielką, zebrane przy wyjściu z obozu. Ewidentnie bawiły się w deszczu, albo przynajmniej obok. Uczeń jednak nie przywiązał do tego większej uwagi. Nie obchodziły go kociaki. Wręcz trzymał się od nich z daleka i tym razem również miało tak być. Jednak tylko Klan Gwiazdy wiedział, co zaraz miało się wydarzyć.
Migot w końcu wyszedł z legowiska i skierował się do stosu ze zwierzyną. Dokładnie wybierał posiłek, nie chcąc przypadkiem trafić na coś niesmacznego. Po dłuższej chwili zdecydował i chwycił swoje jedzenie, zamierzając spokojnie wrócić do legowiska i zjeść, bez zbędnych przeszkadzaczy. Jednak zanim zdążył tam dotrzeć wbiegła w niego rozpędzona, mokra kulka, która zdecydowanie nie miała pojęcia o istnieniu takiego pojęcia jak instynkt przetrwania.
Chociaż uderzenie nie było na tyle mocne, Migot z wrażenia aż upuścił swoją porcję, a mały kociak, który to był sprawcą całego tego zamieszania, wylądował twardo na ziemi, odbijając się od Migoczącej Łapy.
– Co ty najlepszego wyrabiasz?! – syknął niebieski i spojrzał na rudo-czekoladową kulkę. – Wiesz ile zajmuje mi wysuszenie mojego futra? – zapytał ostro i pochylił się nad kociakiem. – Pomyślałaś w ogóle, że sprawiasz problemy? Patrząc na twoje zachowanie, na pewno nie! – warknął Migot, nie przejmując się reakcją Rybitwy.

<Mały problemie?>
[611 słów]

[12%]

Od Migoczącej Łapy DO Kurzej Łapy

Z żywym ogniem wpatrywał się w Kurzą Łapę, a bardziej w Kurzego Pazura, która to wybierała sobie posiłek przy stosie ze zwierzyną. Zdecydowanie było widać, że Migot nie był zadowolony z mianowania starszej "koleżanki". Był wściekły, a zazdrość zżerała go od środka na, chociażby wspomnienie Kurzego Pazura. Nie potrafił pogodzić się z faktem, że finalnie kotka została mianowana wcześniej od niego, a co ważniejsze, że miała rację i stało się to tak szybko, że kocur nie zdążył tego zauważyć. Wyglądało to tak, jakby z dnia na dzień kotka zniknęła z legowiska uczniów. A Migocząca Łapa oczywiście tego nie zauważył, zbyt wciągnięty w swoje treningi. Tak przynajmniej mógł się tłumaczyć, bo w rzeczywistości zwyczajnie nie obchodziło go istnienie Kury. Do jej mianowania. Wtedy sytuacja diametralnie się zmieniła, a Migot, jak gdyby nigdy nic, zaczął interesować się losami nowo mianowanej wojowniczki, pod przykrywką zwykłej ciekawości, która w rzeczywistości była głęboko zakorzenioną zazdrością. Przecież jak to w ogóle było możliwe, że Kura została mianowana szybciej od niego! Była stara, głupia, na pewno mianowali ją ze zwyczajnej litości! Przecież to hańba, że była tak długo uczennicą. Zwłaszcza patrząc na to, że jej siostra pokraka została mianowana jeszcze wcześniej od niej. Kura naprawdę nie mogła paść już niżej.
Prychnął coś cicho i odwrócił wzrok od wojowniczki. Jeśli chciał być szybciej mianowany, powinien więcej ćwiczyć. Wtedy na pewno umiejętnościami przegoni tę pokrakę. Chociaż, kogo on chciał oszukać? On już umiał więcej od niej, będąc ze dwa razy młodszym. To czyniło z niego idealny potencjał na wojownika, oczywiście szybciej mianowanego. Jednak dodatkowy trening jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodził, zwłaszcza komuś takiemu jak Migoczącej Łapie, który i tak chciał się wyrwać z obozu. Dlatego nie myśląc za wiele, uczeń opuścił obóz, starając się nie zwracać niczyjej uwagi. Czysto teoretycznie nie mógł sam go opuszczać, jednak jakoś musiał poćwiczyć i doszlifować swoje umiejętności, prawda?
Tym razem zamiast zielonych terenów, udał się do granic z Klanem Burzy i Klanem Nocy. Nie chciał ćwiczyć typowo walki, bardziej coś podstawowego, jak rozłupywanie krabów, których na plaży oczywiście było pełno. Walkę zamierzał poćwiczyć dopiero jak Lśniąca Gwiazda pokaże mu nowe pozycje, co najprawdopodobniej miało wydarzyć się na dniach. A przynajmniej taką Migot miał nadzieję. Widział, że walka nie idzie mu tak dobrze, jednak nie odzywał się na ten temat. Zamiast tego, wolał w duszy modlić się do Klanu Gwiazdy o pomoc, albo chociaż większą cierpliwość dla jego mentora. Przecież w końcu musi się mu udać, lecz nie było wiadomo kiedy.
Jego łapy zanurzyły się w nieco chłodniejszym od ziemi piasku. Był on bardzo przyjemny, mimo pory Opadających Liści, która z dnia na dzień potrafiła się ochładzać. Najważniejsze jednak było to, że piasek ten nie był aż tak mokry, co często zdarzało się po ulewach. Dzięki temu Migot mógł bez większych problemów przedostać się w odpowiednie miejsca, a mówiąc "problemy", miał na myśli oczywiście narzekanie. Szczerze nienawidził jak coś było mokre, zwłaszcza jeśli miał to być jego długi ogon.
Finalnie usiadł na jednym z kamieni, skąd mógł widzieć obie granicę i morze, na którym w oddali było widać Bursztynową Wyspę. Po chwili takiego rozglądania się, uczeń cierpliwie zaczął czekać na jego ofiary, żyjące w okolicy. Miał nadzieję, że szybko przyjdą. Nie mógł przecież siedzieć na kamieniu przez całe wieki!
 
***
 
Po dłuższym czasie nieumiejętnego szukania krabów, Migocząca Łapa był w jeszcze gorszym humorze niż po mianowaniu Kurzego Pazura. Czy naprawdę cały wszechświat musiał teraz działać przeciwko niemu? W końcu chciał tylko złapać kraba!
Syknął coś pod nosem. Nie było sensu w dłuższym siedzeniu na plaży, jeśli nic nie mógł złapać. Dlatego po chwili wstał i rozejrzał się jeszcze ostatni raz dookoła. Może jednak coś by się znalazło? I wtedy jego oczom ukazała się czyjaś sylwetka. Nigdy wcześniej jej nie widział, wiedział tylko, że był to kot i to na pewno nie z jego klanu.
Szybko wskoczył za kamień, nie chcąc spotkać się z jakimś głupim wojownikiem z innego klanu. Po kilku uderzeniach serca wychylił lekko głowę, chcąc dokładnie zobaczyć, kogo przywiało pod samą granicę. Był to kocur, z jakąś dziwną rudą sierścią i zabawnie wywiniętymi uszami. Nie wyglądał groźnie. Nawet nie wyglądał na wojownika. Migocząca Łapa zaśmiał się cicho. "To przerośnięty uczeń czy jakiś marny wojownik?" – pomyślał, dalej obserwując kocura. Widział jak jego wzrok powoli przesuwa się po terenach innego klanu, aż w końcu zatrzymał się na lekko wychylonym kształcie, którym był Migot. Przez chwilę patrzyli na siebie w ciszy, obydwoje jakby zdziwieni takim spotkaniem. W końcu jednak Migocząca Łapa wyszedł zza skały i powoli podszedł do kocura, zachowując oczywiście odpowiednią odległość. Przecież nie wiadomo co taki ma w głowie.
– Co ty tu robisz? Nie nauczyli cię przebiegu granic? – zapytał ostro Migot, ignorując fakt, że nieznajomy stał po swojej stronie granicy.

<Nieznajomy?>
[776 słów]

[16%]

13 września 2026

Od Puchacza CD. Psianki

Tuż po mianowaniu Psianki na uczennicę

– Trening idzie… w porządku – skłamał, uśmiechając się. – Trochę nudne… Ale może być.
Psianka odwzajemniła uśmiech i już otwierała pysk, żeby zadać jakieś następne pytania, kiedy usłyszał:
– Puchaczu, ile trzeba na ciebie czekać?! Mieliśmy iść na patrol!
Jego wzrok w błyskawicznym tempie powędrował w stronę matki. Położył po sobie uszy, a jego uśmiech zmienił się na nerwowy. Posłał drugiej uczennicy przepraszające spojrzenie i podreptał w kierunku wyjścia z obozu.

***

Teraźniejszość

Korzystał z ostatków przyjemnej pogody Pory Opadających Liści. Wszystko wskazywało na to, że niedługo słońce przestanie ogrzewać futra Owocniaków i zawisną nad nimi deszczowe chmury. Póki jednak tak się nie działo, zamierzał brać ciepło garściami. Tym razem postanowił trzymać się z dala od Dębowej Ostoi. Nie mógł przecież przesiadywać tam cały czas bez wzbudzania podejrzeń. Tym razem postanowił przespacerować się po drzewach Owocowego Lasku. W końcu kto wie, czy zaraz nie zerwą się mocniejsze porywy wiatru, przy których przebywanie w tamtej okolicy byłoby niebezpieczne. Szkoda by było, gdyby przegapił taką okazję. Owocowy lasek był naprawdę ładny, szczególnie o tej porze roku. To jest, o ile nie przesiadywały tam akurat koty, które miały kręćka na punkcie tej całej Wszechmatki. Tak sobie biegał po tych jabłoniach, śliwach i gruszach, kiedy nagle poczuł się, jakby był obserwowany. Zahamował i się rozejrzał. Wyżej od niego na innym drzewie zobaczył czarno-białe, łaciate futro. To musiała być Psianka. Kotka chyba już na niego nie patrzyła, więc wykorzystał tę okazję. Cichutko wspiął się po drzewach, aż nie znalazł się na tym samym poziomie co ona. Podszedł do niej od tyłu i się uśmiechnął.
– A królewna co tu robi tak sama? – zażartował. Żółtooka obróciła głowę w jego stronę, na co ten ukłonił się i poczekał na jej dalszą reakcję.

<Psianka?>

Od Gronostaja CD. Guziczka

Na słowa tatusia szeroko otworzyłem moje ogromne oczka, po czym znienacka skoczyłem na niego, łapiąc krótkimi łapkami końcówkę jego ogona.
– A bo ja wiem?! Ja nie wiem! Jak zostanę mianowany, to zostanę! – odparłem lekko drżącym z irytacji głosem, pacając trzykrotnie łapką ogon Guziczka.
Poczułem, że pytanie tatusia ukłuło mnie prosto w klatkę piersiową i docierało prosto do wnętrza mojego organizmu, licząc, że przez wytworzoną w ten sposób dziurę na światło dzienne wyjdzie konkretna odpowiedź… której jednak nie miałem.
Bo co ja niby miałem powiedzieć? Przecież ćwiczę! Ćwiczę codziennie, z reguły nawet mając dwa treningi zamiast jednego. Biegam, wspinam się, przepycham w błocie… I co mi to daje? Tyle że Jaśminowiec za każdym razem kiwa głową, mówi, że robię postępy, a zaraz potem, że muszę jeszcze dużo się nauczyć i że o mianowaniu mogę zapomnieć, dopóki nie nauczę się przynajmniej nieumierania od razu podczas walki. Też NIEZMIERNIE ciekawi mnie, KIEDY będę mógł zostać mianowany!
– Aaa wiesz co, tato? Wiesz, co robiłem dziś? Udało mi się upolować taaaką wiewiórkę, mówię ci! I! I DO TEGO pomogłem wymienić starszym legowiska! Co najmniej trzy wymieniłem! Sam jeden! I to nie dlatego, że ktoś mi kazał, nie, nie! Tylko dlatego, że akurat dziś jest dzień, w którym trzeba je wymieniać i ja to zrobiłem, MÓWIĘ CI!
Zamachałem energicznie ogonkiem, przypadając do ziemi.
Dziwnie mi tak jakoś…
– Cieszę się, Gronostaju, naprawdę, widzę, że robisz postępy, że jesteś pracowity i pomocny… – zaczął Guziczek. – Nie wspomniałem o mianowaniu, żebyś myślał, że cię poganiam, nie, zupełnie nie. Zrobisz to w swoim tempie, a ja zapytałem jedynie z ciekawości.
Zmarszczyłem brwi i przez chwilę nie odpowiadałem.
To… brzmi jak w miarę sensowne wyjaśnienie.
Nie, żebym się nie spodziewał czegoś w tym stylu. Tata mądry jest dość. W końcu teraz jest tym całym zastępcą. Pewnie chciałby, żeby dobrze mi szło… I BĘDZIE! TAK! NA PEWNO… KIEDYŚ, TAK!
– Usz! No… NO WIEM PRZECIEŻ! – Strzepnąłem uszkami na wskutek zbyt głośnego tony mojego głosu. – Ale… nie no, pewnie niedługo… być może… Nie wiem, czy Jaśminowiec mi pozwoli… – odburknąłem, po czym dodałem niepewnie. – Ona… ona mówi, że ja potrzebuję czasu więcej… Że jeszcze nie opanowałem wszystkiego i że muszę pracować w swoim tempie… czy coś…
Nie kryłem irytacji na myśl o mojej mentorce, której wydawało się, że wiedziała wszystko i była najmądrzejsza na świecie i że jej metody nauki były skuteczne! I miała rację, do stu szczupaków! Masakra!
– O, WIEM! – Podskoczyłem nagle. – A może! A może będziesz chciał… no, no wiesz! Zobaczyć mój trening któryś? Taki, co tam na przykład walkę ćwiczę! Możesz przyjść i… i pogapić się, jak zostaję wgnieciony w glebę LUB to ja jestem tym, który kogoś wgniata! Zależy od… od rodzaju przeciwnika, wiesz… To akurat dobrze wychodzi mi czasami!

<448 słów>
<Guziczku??>

[9%]

Od Fląderki CD. Trzcinowego Szmeru

Stres i zmęczenie towarzyszące Fląderce zarówno po samym porodzie, jak i w związku pytaniem zadanym przez Trzcinowy Szmer, udzieliło się kociętom, które zaczęły częściej i intensywniej popiskiwać. Wełnianka, najgłośniej z całej czwórki, oznajmiała całemu światu o swoim niezadowoleniu. Szylkretowa kocica uspokajająco przejechała językiem po białym grzbiecie kocięcia, po czym ponownie skupiła spojrzenie na namiestniczce.
– O-obawiam... nie było chwili od czasu, jak Różana Woń i pozostali medycy potwierdzili ciążę, abym nie myślała o przyszłości moich dzieci. Każdego z osobna. I wiem jedno. Chciałabym, aby mogli zostać wojownikami, cała czwórka. Chcę, aby byli szczęśliwi, jednak może do szczęścia wcale nie będzie im potrzebne posiadanie członu łapa w ich imieniu czy dwuczłonowe mienię... – zamyśliła się, próbując na spokojnie podzielić się swoimi myślami z Trzcinowym Szmerem. – B-bo ja, mimo że jestem odrzutkiem, jestem szczęśliwa. Może nie potrafię polować, większość kotów za mną nie przepada, ale moje życie jest... dobre. A ich futerka, nawet Komara, nie są w odcieniu błota, więc może Mandarynkowa Gwiazda zechciałaby pozwolić na ich szkolenie... – O ile przymknie oko na fakt, że ich matka była odrzutkiem, a ojcem samotnikiem, czy też, jeśli wierzyć plotkom, liliowy zbiegły kocur. – W szczególności Centuria zasługuje na drugą szansę, aby móc zostać wojowniczką. – Spojrzała z czułością na czarno-białą córkę, która otrzymała imię po swojej zmarłej ciotce. – Jednak jeśli liderka podejmie inną decyzję, zaakceptuję ją i zadbam o to, aby to nie ją, a mnie nienawidziły za los, jaki im zgotowałam... Bo mimo wszystko uważam, że postąpiłam słusznie, decydując się je urodzić. Bo to K-klan Gwiazdy chciał, abym je urodziła... inaczej nie byłabym w ciąży, prawda? Tylko jakaś inna kotka.
Trzcinowy Szmer przez chwile musiała posiedzieć cicho, jakby musiała przetworzyć to, co powiedziała Fląderka. Po chwili ogonem pogłaskała Komara.
— Klan Gwiazdy nie czuwa nad wszystkimi kotami, Fląderko, i jakoś inne kotki zachodzą w ciążę — westchnęła bezsilnie. — Kim jest ojciec tych kociąt? Czy to kocur z Klanu Nocy?
Poruszyła uchem, gdy kocica ponownie zadała pytanie na temat tożsamości ojca kociąt. Fląderka wiedziała, że większość kotów w klanie uważało Konwaliową Mieliznę za ojca czwórki nowonarodzonych kociąt, uważając przy tym, że to właśnie ciąża Fląderki była powodem jego odejścia ze społeczności.
– Nie... I ich ojcem nie jest Konwaliowa Mielizna, mimo że Złocisty Widlik i inne koty uznają jego ojcostwo. Ja... nie wiem jak ten kocur, ich ojciec ma na imię... spotkałam go raz... jeden jedyny raz. – Podkreśliła, nie chcąc, aby namiestniczka uznała, że spotykała się z jakimś kocurem potajemnie. – Jego futro w większości było białe, jak Wełnianki, a jego łaty na grzbiecie i uszach były w kolorze futra Mandarynkowej Gwiazdy... Szare w czarne pręgi...
Czy dobrze robiła, ponawiając próbę przekonania kota z ich społeczności, że ojcem kociąt nie był i nigdy nie będzie Konwaliowa Mielizna? Czy namiestniczka uzna, że Fląderka kłamie, starając się kryć tożsamość kocura? W końcu nie mieli w klanie żadnego kocura, który pasowałby do opisu, więc skoro potrafiła dokładnie opisać jego wygląd, musiała naprawdę go widzieć na własne oczy. Lub kocica uzna, że Fląderka miała naprawę bujną wyobraźnię.
Nie widziała tego i nie chciała nad tym zbyt długo rozmyślać. Była zmęczona, głównie porodem, jak i odwiedzinami dużej ilości kotów, które na własne oczy chciały zobaczyć, cóż to za stworzenia wydał na świat odrzutek, czy równie paskudne, co ona sama.
Fląderka położyła głowę na swoich przednich łapkach, ukradkiem zerkając na swoje kocięta pochłonięte ssaniem. Jedno z rozwiązań zamiast porodu, które zostało jej zaproponowane, wciąż co jakiś czas nawiedzało ją w myślach. Jednak dobrze się stało, że jej ciąża została zbyt późno odkryta, bo inaczej nie miałaby tej czwórki maluchów u swojego boku. Nawet jeśli jej pobudka była egoistyczna i jej kocięta naprawdę mogły podzielić jej los, nie zmieniłaby tej decyzji. Nawet jeśli złamała obietnicę złożoną zmarłej piastunce.

~~~

Przed przeniesieniem się na wyznaczoną wyspę

Fląderka z czułością obserwowała ceremonię czwórki swoich pociech. Tak, cała czwórka, w tym nawet Komar został mianowany na ucznia wojownika. Wełnianka została Wełniankową Łapą, Centuria - Centuriową Łapą, Lipieniek - Umykającą Łapą, a Komar został Komarzą Łapą. A ich mentorami zostali kolejno Niedźwiedziowkowy Pył, namiestnik Żmijowcowa Wić, Kropiatkowa Skórka oraz Szumiąca Wyspa. Zdaniem Fląderki, jak i na pewno zdaniem wielu innych kotów, jej kocięta otrzymały naprawdę dobrych mentorów, o których nie słyszała ani jednego złego słowa. Żmijowcowa Wić był przecież szanowanym namiestnikiem, Kropiatkowa Skóra była uzdolnioną wojowniczką, podobnie zresztą, jak młody Szumiąca Wyspa. Sama Niedźwiedziówkowy Pył wydawała się dobrym wyborem na mentora jej córeczki, jednak ciało Fląderki się mocno napięło, gdy bura kocica zbliżyła się do Wełniankowej Łapy. Głównie za sprawą aparycji starszej kocicy i tego charakterystycznego spojrzenia, które nie wiedzieć czemu, odkąd Fląderka sięgała pamięcią, niepokoił ją. Dlatego też więc trzymała się na tyle daleko od burej kocicy, na ile mogła, starając się z nią nie wchodzić w interakcję. Teraz jednak wypadało przełamać strach i czasami zagadać do starszej wojowniczki, aby chociaż dowiedzieć się o postępach córki na treningach, na które od jutra będą zrywać się skoro świt.
Gdy skandowanie imion młodych uczniów dobiegło końca, szylkretowa kocica z krwistymi znaczeniami na pysku zajęła miejsce koło odrzutka.
– Zostali mianowani, Trzcinowy Szmerze. Wszyscy... Nawet Komar został uczniem – miauknęła z ulgą w głosie, wpatrując się w namiestniczkę swoimi dużymi brązowymi oczętami, w których tliły się iskierki radości. – To ogromny zaszczyt dla Centuriowej Łapy, jak i dla mnie jako jej mamy, że jej mentorem został namiestnik, Żmijowcowa Wić.
Fląderka nie widziała jeszcze wtedy, że jej szczęście w związku z możliwością awansu jej kociąt będzie trwać zbyt krótko i zostanie rozdzielona na dobre z trójką swojego potomstwa.

<Trzcino?>
🐟🐟🐟

12 września 2026

Od Narcyza (Narcyzowej Łapy) CD. Werwy (Narwanej Gonitwy)

Gniewnie uderzył ogonem o ziemię.
— No i czego chcesz ode mnie? — wycedził, pocierając wciąż piekący od uderzenia nos.
Siostra tylko wzruszyła barkami.
— Nie wiem, zabaw mnie. Może masz jakiś pomysł w tej swojej główce.
Zamurowało go.
Nie dość, że go uderzyła, to jeszcze miała czelność czegoś od niego żądać? Niedorzeczne! Opuścił łapę, całkiem zapominając już o nosie, i omiótł wzrokiem żłobek. Tu i tak nie było nic ciekawego do roboty. Na co ona liczyła, że coś jej wyczaruje?
— Nie wiem, możemy wrzucić robaki do czyjegoś legowiska… znaczy, ty, ty możesz. — Skrzywił się na samą myśl. — Ja idę spać.
Siostra zastrzygła uszyma.
— Nie idź spać! — miauknęła, krzywiąc się. — Chodź ze mną po te robaki.
Hę?
Przez chwilę udawał zamyślonego (mimo, że od początku wiedział, jaka będzie jego odpowiedź), po czym uderzył ogonem o ziemię.
— W porządku — mruknął, niby od niechcenia. — Skąd chcesz je wziąć?
Uważnie przyglądał się Werwie, gdy ta wydała z siebie trudny do opisania odgłos zamyślenia, po czym wzruszyła barkami.
— ...może przy brzegu wyspy? — Zmarszczyła brwi. — Czy ja wyglądam Ci na znawcę robali? Kto wie, gdzie one się tam szwendają…
Narcyz wzruszył ramionami; zawsze lepsza marna propozycja niż nic.
— No to chodź... Tylko nie idź za szybko, bo nie chce mi się za tobą biegać. — Podniósł się z ziemi, otrzepał futro i rozejrzał po kociarni. — Myślisz, że nas w ogóle wypuszczą?
— Wiem, że nas nie wypuszczą — zaczęła kotka. — dlatego nie mogą nas zobaczyć!
Upewniając się, że Niedźwiedziówka nadal siedzi odwrócona zadem w ich stronę, zaczęła skradać się wzdłuż ściany legowiska do wyjścia. Jednak zamiast ze słońcem i robakami spotkała się ze ścianą szybko opadającego śniegu.
— Ah.
Obejrzała się przez ramię na Narcyza.
— Chyba już wszystkie pozamarzały.
Uniósł brwi. Mówiąc szczerze, nawet go to nie dziwiło.
— Pewnie wszystkie chowają się w futerku Kasztanka — stwierdził beztrosko, przechylając głowę. I tak nie zależało mu na tych robakach. Teraz tylko musiał wymyślić coś, co zabawi Werwę… Wolał nie ryzykować ponownym oberwaniem od niej.
— To w takim razie możemy... — Rozejrzał się. — ...zjeść?
Tak, to było to. Zerknął przez ramię na Niedźwiedziówkę. Z chęcią zjadłby coś dobrego…
Zmrużyła ślipia, po czym wzruszyła barkami.
— No dobra...
Rozejrzała się po żłobku. Tak się złożyło, że któryś z uczniów przyniósł im popołudniowy posiłek.
— No! To co sobie książe wybiera? — Przydreptała do sterty piszczek. — Może wróbelka? Aby wepchać Kasztankowi pióra do pyska, gdy będzie chrapał?
Przechylił łeb, po czym wskazał łapą na tłustego ptaka.

· · ────── ꒰ঌ·✦·໒꒱ ────── · ·

“Będzie mi za ciebie wstyd, jeśli cię okrzykną leniwą niedorajdą. A chyba nie chcesz, żeby mi było za ciebie wstyd, czyż nie?”
Słowa Niedźwiedziówkowego Pyłu jak zacięta płyta odtwarzały się w jego umyśle.
Nie chciał zawieść mamy… a już szczególnie nie chciał, żeby okrzyknięto go niedorajdą.
Co miał zrobić, żeby mentor szybciej go mianował?
Zerknął z ukosa na Lśniącą Ikrę.
“Świetnie. Jak zauważę, że się lenisz, to osobiście porozmawiam z Muśniętą Iskrą i każę jej wyrwać ci wszystkie kłaki.”
Przez chwilę wpatrywał się w starszego. Przypalony Kasztan już dawno był wojownikiem, a on wciąż był daleko w tyle… Co, jeśli Werwa również ukończy niedługo szkolenie? Niedopuszczalne!
— Potrzebujesz czegoś? — Głos Lśniącej Ikry wyrwał go z rozmyślań; Narcyz nawet nie zauważył, że wciąż wpatrywał się w mentora.
— Nie, wszystko w porządku — wymamrotał, odwracając wzrok.
Zastanawiał się, czy Lśniąca Ikra naprawdę posłuchałby się Niedźwiedziówkowego Pyłu…

· · ────── ꒰ঌ·✦·໒꒱ ────── · ·

Jakiś czas później

Ostatnie smugi światła odbijały się od grubej warstwy śniegu, mieniąc się w blasku zachodzącego słońca i rzucając blady połysk na futra zgromadzonych na Świetlikowej Wyspie kotów. Narcyz przyspieszył nieco, starając się zrównać krok z Narwaną Łapą, która pędziła przez tłum zgromadzonych kotów. Nigdy nie spodziewałby się, że Przypalony Kasztan, jego głupi brat, weźmie ślub — a szczególnie, że weźmie go tak wcześnie!
— Że też sobie kogoś znalazł — mruknął i przechylił łeb, aby ukradkiem zerknąć na Werwę. — Nie wiedziałem, że taki z niego romantyk.
— No ja właśnie też nie — szepnęła. Strzepnęła końcówką ogona. — Z tą jego wybranką serca to nie zamieniłam nawet więcej słów, niż mam pazurów u wszystkich łap.
Pokiwał głową z uznaniem. Jak tak teraz o tym myślał, to nie mógł sobie nawet przypomnieć imienia kotki. U… urodziwy Szalej? Urocza Szprotka?
— Ja też — przyznał. — I nic mi o niej nie powiedział! Myślisz, że założą rodzinę? Wychylił się nieco, aby spojrzeć w stronę pustego ołtarzu i przesunął ogonem po ziemi. — Ja to bym się nie chciał żenić z żadną kotką, nie wiem, co w tym takiego fajnego. — Wzruszył ramionami.
Kątem oka dostrzegł, jak Werwa przechyliła głowę z namysłem.
— Ja bym tam mogła....
Przestał rozglądać się po wyspie i wlepił wzrok w Narwaną Łapę.
— Hę? — Zanim jednak zdążył zapytać o coś więcej, gwar rozmów ucichł, a Przypalony Kasztan wraz z Urodziwym Szafirkiem ruszyli w stronę ołtarza.
— Zebraliśmy się tu dzisiaj, żeby uczcić miłość Urodziwego Szafirka i Przypalonego Kasztana oraz przypieczętować ją oficjalną więzią! — Mandarynkowa Gwiazda zrobiła krok do przodu, dumnie unosząc ogon. A więc tak nazywała się luba Kasztana… — Jeśli ktoś chce wyrazić sprzeciw, niech zrobi to teraz.
Zapadła chwila milczenia. Narcyz mógłby przysiąc, że słyszał miarowe bicie serca Narwanej Łapy.
— Urodziwy Szafirku, Przypalony Kasztanie, czy w obliczu wszystkich zebranych tu kotów przysięgacie sobie miłość, wierność, uczciwość i wspólne dzielenie łowów nawet po śmierci?
Para młoda zgodnie kiwnęła głowami.
— Przysięgam.
— Przysięgam.
— Zatem mocą nadaną mi przez Klan Gwiazdy ogłaszam was mężem i żoną! Niech wasza miłość trwa mimo wszystko, niczym igły sosen Porą Nagich Drzew!
Wokół rozległy się wiwaty; radosne okrzyki wypełniły Świetlikową Wyspę, poprzedzane szerokimi uśmiechami pary młodej.
Narcyz strzepnął ogonem; gdy tylko wiwatowanie dobiegło końca, kilka kotów podeszło do Przypalonego Kasztana i Urodziwego Szafirka, wręczając prezenty i wymieniając się uprzejmościami. A przynajmniej tak to wyglądało z daleka. Nie, żeby patrzył.
Osobiście nie przyniósł żadnego prezentu; nie wiedział nawet, że takowy wypada przygotować, więc postanowił zostać na swoim miejscu. 
Para młoda chyba coś ogłosiła, bo gwary rozmów znacznie ucichły. Uczeń przechylił delikatnie łeb, rozglądając się. Wszystkie koty uważnie przyglądały się teraz Przypalonemu Kasztanowi i Urodziwemu Szafirkowi... Dopiero, gdy Narcyz dostrzegł niewielkiego płaza przy dwóch kotach, zorientował się, co się działo — rzucali żabą. Szczerze mówiąc, Narcyz nie do końca wiedział, na czym to polegało, ale gdy dostrzegł żabę, lecącą wprost na niego, instynktownie wyciągnął łapy przed siebie. Płaz przeleciał tuż nad jego łapą, uderzył go w klatkę piersiową i wylądował tuż przed nim; Narcyz odruchowo przyszpilił stworzenie do ziemi (tak na wszelki wypadek) i podniósł delikatnie łeb, rozglądając się. Złapał żabę? Zerknął z ukosa na Narwaną Łapę. Co on miał teraz zrobić? Zjeść ją?
Zanim zdążył cokolwiek zrobić, tuż przy nim rozbrzmiał głos Narwanej Łapy:
— Głupie płazy, kłamią! — miauknęła donośnie, obrzucając zaskoczonego Narcyza sztucznie zrozpaczonym spojrzeniem. — Kłamią i nie widzą prawdziwej miłości... Prawda, Lawendo?
Z tymi słowy przechyliła się w stronę jakiejś stojącej obok kotki i przysunęła swój pysk do tego liliowego. Zmrużyła ślipia, uśmiechając się... Polizała ją romantycznym gestem po nosie.
Narcyz wlepił zszokowany wzrok w Narwaną Łapę. Otworzył pysk, żeby coś powiedzieć, ale żaden dźwięk się z niego nie wydobył, więc zamknął go ponownie. 
Co to miało znaczyć?
— Och tak, droga Narwana. Łżą jak wydry. Paskudniki — odparła z niechęcią tamta kocica, którą polizała Werwa. 
Lawenda zakryła pyszczek jakby zarumieniona. 
— Ależ, moja miła, ile razy ci mówiłam, że wolę być pierwsza? — mruknęła, odsuwając łapę od pyszczka. Przewróciła lekko koteczkę i stanęła nad nią. — I co ja mam z tobą zrobić, hm? — mruknęła, chyląc pysk i liżąc ciemną w nosek.
— Ja- Mhm — wydusiła z siebie po paru uderzeniach serca. — Może- Może później mi powiesz, co, Lawendo? — miauknęła w końcu, dotykając nosem tego wojowniczki. — Chyba, że już nie będziesz taka śmiała?
Liliowa uśmiechała się z wyraźnym triumfem w oczach, na co Narcyz tylko otworzył szerzej oczy.
— Och, moja droga, nie udawaj, że to cię tak zaskoczyło, bo pomyślę, że nie chcesz mnie obok — mruknęła, a jej pyszczek wyrażał smutek, by po chwili cicho się zaśmiać. — No? Co mi teraz powiesz? — Przechyliła lekko łebek, wpatrując się głęboko w jej oczy. — Och, no wiesz? Gdybyśmy były same... ale przez wzgląd na hm… młodszą widownię, chwilowo muszę nieco zahamować, choć żal ściska me serce na tę myśl. Czy zaszczycisz mnie swoją obecnością na spacerze? Słyszałam, że wspólne polowanie łączy serca i dusze... — wymruczała w ucho JEGO siostry.
Na słowa Lawendowej Rozkoszy niemal pobladł. Całkiem zapomniał już o żabie; zamiast tego drgnął i zerwał się na równe łapy.
— Yy... Protestuję! — rzucił desperacko.
Jaki spacer? Dokąd miały iść? 
Młodsza tylko przewróciła oczami.
— Och, proszę cię — zaczęła, opuszczając kotkę i ocierając się o Narcyza, by zatrzymać się przy jego uchu. — Bądź grzecznym chłopcem i się nie wtryniaj — prychnęła bardzo cicho na jego ucho, by powrócić do Narwanej. — Czyż to nie jest decyzja tej piękności? — uśmiechnęła się niewinnie, choć w oczach miała iskrę chłodu.
Kocurek wzdrygnął się i przeniósł wzrok na siostrę, jakby doszukując się wsparcia z jej strony; ona powoli uniosła się, podpierając się łapami, podczas gdy Lawenda ochrzaniała Narcyza. Zerknęła na niego kątem oka, jednak zanim zdążyła coś powiedzieć, kotka powróciła do niej, pochylając się nad nią z uśmiechem i ostrym spojrzeniem. Przełknęła slinę.
— Oczywiście — odparła Werwa, unosząc kąciki pyska. Wstała i stanęła obok kotki, ignorując wszystkich dookoła i wpatrując się w jej pysk. W jej oczach zaczęło błyszczeć zainteresowanie. — Tam będziesz mogła sobie nade mną stać bez szansy na to, że ktoś nam przeszkodzi...
Narcyzowa Łapa otworzył szerzej oczy i gapił się w milczeniu, jak Werwa ponownie zbliżyła się do młodszej. Co ona wyprawiała?
— Taka jesteś! — zawołał z wyrzutem w ostatnim akcie desperacji, zarzucając ogonem.
Naprawdę chciały iść na ten spacer? Też wezmą ślub? Kim w ogóle była ta cała Lawenda?
— Bardzo dobra decyzja, moja piękna Narwana — wymruczała Lawenda, muskając bok kotki ogonem i kierując pysk w jej stronę. — Znajdę ci najwygodniejsze miejsce na leżenie, obiecuję ci to — wymruczała uroczo, przenosząc wzrok na Narcyza i szczerząc do niego niepostrzeżenie kły. — Och, Narcyzku, nie złość się, bo ci serce stanie i co wtedy?
Werwa przytaknęła Lawendzie, po czym, przyklejając do niej swój bok, odwrócila pysk do Narcyza. ]— Wybacz — wzruszyła ramionami. — Nie moja wina, że nie umiesz sobie nikogo znaleźć! Wytknęła mu język, uśmiechając się. — Może na naszym ślubie znowu złapiesz tę żabę i tym razem ci się poszczęści.
Wpatrywał się w obie kotki szeroko otwartymi oczami. Nawet nie wiedział, co odpowiedzieć.
— Nie interesują mnie takie głupoty! Z resztą wszyscy i tak są głupi! — wydusił w końcu, ale głos mu się nieco załamał. Zerknął na Werwę, przełykając ślinę. — Ty... ty też jesteś głupia! Idź sobie z tą Lawendą gdzie chcesz, byle daleko. Niedobrze mi się od was robi!
Lawenda tylko zmrużyła oczy na słowa kocura.
— Och, doprawdy? Głupcy? Mało oryginalne nazewnictwo — prychnęła. — Chodźmy, Narwanko, nie marnujmy czasu na… takie bezsensowne paplanie — mruknęła.
Uśmiech na pysku szylkretki powoli zaczął bardziej przypominać grymas.
— Narcyz... — zaczęła, nie wiedząc jednak co powiedzieć. Chyba poszły trochę za daleko. — Narcyz, no weź... 
Kocurek skrzywił się. Nie protestował, gdy tamta dziwna kotka odciągnęła jego siostrę na bok.

· · ────── ꒰ঌ·✦·໒꒱ ────── · ·

Usiadł wśród zgromadzonych kotów i przechylił łeb, kierując wzrok na pusty ołtarz. Ulewny Szkwał się żenił i Narcyzowi nie mieściło się to w głowie. Dlaczego Liliowa Pieśń była dla niego tak ważna? To nie z nią walczył z samotnikami, to nie z nią dzielił tyle wspólnych wspomnień. Co ich tak w ogóle łączyło?
Strzepnął ogonem, wlepiając wzrok w łapy. W pobliżu nigdzie nie widział Werwy; od ich sprzeczki nie rozmawiali ze sobą za bardzo, głównie skupieni na treningach, toteż Narcyz nie był pewien, czy w ogóle pojawi się na weselu. Byłoby miło; nieswojo czuł się bez siostry u boku. 
Przez chwilę w milczeniu poprawiał futro, uważnie przejeżdżając językiem po każdym niesfornym kosmyku. Wciąż nie mógł odgonić tego nieswojego uczucia, które zdawać się mogło na dobre osiąść na jego klatce piersiowej. Drażniło go to. Nie potrzebował Narwanej, więc dlaczego jej nieobecność wywierała na nim takie wrażenie? 
Skoro wolała zadawać się z jakąś podejrzaną ko...
—  Narcyzowa Łapo? — Na dźwięk czyjegoś głosu omal nie podskoczył w miejscu. — Możemy pogadać? Albo chociaż dasz się przeprosić? Nie chciałyśmy ci zrobić krzywdy...
Podniósł łeb, aby złączyć spojrzenie z Lawendową Rozkoszą. Zmrużył delikatnie oczy.
— Czego chcesz? — Strzepnął końcówką ogona. — Nie zrobiłyście mi krzywdy, nie bądź głupia. Odwrócił na moment wzrok, przyglądając się Ulewnemu Szkwałowi, który zdążył już wyjść na środek ołtarza wraz ze swoją wybranką. Słowa Mandarynkowej Gwiazdy zapadły w jego umyśle; Szkwał i Liliowa Pieśń byli oficjalnie małżeństwem. Gdy odwrócił się, aby ponownie spojrzeć na Lawendową Rozkosz, wyraz jej pyska nieco się zmienił. 
Zanim zdążył cokolwiek powiedzień, zrezygnowana odwróciła się i bez słowa odeszła.
A to niby z jakiej racji?
— Uwaga! Najzieleńsza żaba w okolicy leci! — Tym razem z oddali dobiegł do niego głos Liliowej Pieśni; kotka wyrzuciła obślizgłego płaza przed siebie.
Z przerażeniem obserwował, jak żaba leci w jego kierunku. Zanim zdążył się odsunąć, już leżała pod jego łapami — krzywiąc się, przyszpilił ją do ziemi. Dlaczego to właśnie jego zawsze spotykało to okropieństwo?
— Dawaj mi tego płaza!
Pysk Narcyza wykrzywił się w grymasie, gdy Werwa rzuciła się w jego stronę. A więc to tu się podziewała...
Odskoczył na bok, ciałem budując dystans między Werwą a żabą, wciąż wijącą się pod jego łapami. 
— Spadaj! — syknął, łypiąc na siostrę.
Prychnęła, skacząc za bratem. 
— No weź, to już drugi raz z rzędu! — Wyciągnęła do przodu łapę i trąciła go w grzbiet, wciskając drugą od boku pomiędzy jego łapy i próbując dosięgnąć żaby. — A nawet nie masz z kim tego ślubu wziąć... Twój gruby zad mnie nie powstrzyma!
— Nieprawda! — odparował, starając się odepchnąć Werwę. — Odsuń się, bo mnie udusisz! W tej samej chwili poczuł, jak łapa ześlizgnęła mu się z płaza i razem z siostrą runął na ziemie; kątem oka dostrzegł tylko, jak żaba wyskoczyła przed siebie.
Podniósł pysk; żaba, która wylądowała przed łapami Narcyzowej Łapy, a jeszcze chwilę temu była pod jego zadkiem, teraz poleciała w stronę... Pierzastej Kołysanki?
— Mam żabę! Złapałam, złapałam! — Ucieszyła się ogrodniczka.
— Ej! — jęknął Narcyz.
Narwana Łapa nad nim stęknęła, uderzyła łbem o ziemię, po czym podniosła się, przy okazji kopiąc go w biodro, na co skrzywił się jeszcze bardziej.
Obrzuciła Piórko niechętnym spojrzeniem i wykrzywiła pysk w grymasie. 
— Teraz będzie jeszcze bardziej nie do zniesienia — wymamrotała, wzdychając. Spojrzała na brata i szturchnęła go łapą, gdy nie podniósł się z ziemi. — Nie płaszcz się tak.
Westchnął, z trudem podnosząc się na równe łapy i otrzepując futro. 
— Widzisz, co narobiłaś! — rzucił z udawanym wyrzutem, chociaż nie w głowie mu była żaba. Ważne, że Werwa jej nie dostała. Jeszcze ożeniłaby się z tą Lawendą!
— To ty ją puściłeś!
Obrzucił ją oskarżycielskim spojrzeniem.
— Jakbyś się tak nie pchała, to bym jej nie puścił!
Strzepnął ogonem, siadając na ziemi.
— I tak jej nie potrzebujesz, prędzej byś ją zjadła niż wzięła ślub — dodał, wzruszając ramionami.
Siostra łypnęła na niego kątem oka, po czym usiadła obok. 
— Uh-huh. A ty? Ostatnio mówiłeś mi, że ty to być kotki nie tknął, a kandydatów na męża to za dużo nie mamy — mruknęła, po czym strzepnęła uchem. — Chyba, że odbijesz go Liliowej Pieśni i rozkochasz w sobie Szkwała.
Na słowa kotki uszy drgnęły mu nieznacznie.
— Nie wygaduj głupot — parsknął, zadzierając podbródek do góry.
Werwa odwróciła pysk w bok, wpatrując się w ziemię. Machnęła ogonem i trąciła Narcyza w bark:
— A ty się nie obrażaj — prychnęła, po czym wzdrygnęła się. — ...ale tak na serio. Nie wiem, co Ci ostatnio odbiło, ale. Mm. No- Przepraszam?
Przechylił łeb, aby wlepić w siostrę pełne zdumienia spojrzenie. Nie miał pojęcia, czego się spodziewał, ale na pewno nie tego.
Przez chwilę milczał, po czym przeniósł wzrok na swoje łapy.
— Nie szkodzi — mruknął.
Chwila ciszy.
— A ja... no wiesz, nie chciałem ci się wtrącać. 

<To co, Werwo? Zgoda?>
[2541 słów]

[51%]