Przeszłość
Wodospad warczał donośnie, gdy woda, którą przepuszczał, ciągle spadała z góry i przerzedzała się co jakiś czas, żeby zrobić miejsce na przebłyski przyjemnych, bladych promieni słońca Pory Opadających Liści. Trójoki Zając mógłby przysiąc, że pomiędzy całym tym rykiem, usłyszał klangor mew, który wywrócił jego żołądek do góry nogami. Nieprzyjemne ukłucie zmusiło jego łapy do lekkiego ugięcia się, a sam Klifiak prezentował się teraz niezwykle żałośnie, zupełnie nie przypominał kogoś, kto przetrwał ponad pięćdziesiąt księżyców w klanie, na otwartym terenie porośniętym jedynie rzadko porozrzucanymi drzewami. Kogoś, kto jeszcze parę księżyców temu zmuszony był do walki z tymi ogromnymi ptakami i do niszczenia ich starannie uplecionych gniazd, rozbijając ich jaja w formie zrzucenia ich masowo z klifu, na którym się gnieździły. Zmrużył oczy.
Podobno zdrowo było być egoistą. Chociaż Trójoki Zając był chyba ostatnim kotem, który mógłby siebie takowym nazwać, mimo że często przychodziły mu tego rodzaju myśli do głowy. Obwiniał się o każdą najmniejszą rzecz, która często nie była nawet jego winą. Mroźne podmuchy wiatru targały jego futrem, Pora Nagich Drzew zbliżała się wielkimi krokami, jednak w obliczu takiej tragedii modlił się niejednokrotnie o to, żeby wszystko dookoła niego zatrzymało się w czasie. I bardzo bolesnym był dla niego fakt, że wcale się tak nie działo, a życie toczyło się do przodu nieubłaganie, coraz więcej czasu przelatywało mu przez łapy niczym słona woda z morskiego zbiornika i absolutnie nic nie mógł z tym zrobić.
Zerknął na nornicę leżącą u jego łap. Jego serce ścisnęło się boleśnie, a żołądek zawinął w kłębek, zupełnie tak, jak jego gardło, w którym zawitał supeł, a które jeszcze chwilę temu miało spożyć zwierzynę, żeby wypełnić w jakiś sposób ssanie w żołądku. Chociaż nawet i ten dyskomfort nie był wystarczający, żeby przegonić rozpacz kocura. Kremowy wojownik podniósł się ciężko ze swojego miejsca, chwytając z powrotem jedzenie w pysk, po czym odniósł je na stertę. Wspiął się po skalnych półkach, układając we własnym legowisku. Kukułczy Wdzięk jeszcze nie wróciła z patrolu, a on i tak dzisiaj nie mógł nic przełknąć, w dodatku na polowaniu też się nie popisał, bo złapał tylko marną mysz. Chociaż zawsze było lepsze to, niż nic, szczególnie przy ciężkiej porze, podczas której każdy kęs zwierzyny się liczył. Może ktoś się nim naje. Przymknął oczy, zwijając się w kłębek. Miał ochotę zasnąć i obudzić się dopiero wtedy, kiedy te ciężkie uczucie by go wreszcie zostawiło. Uszy przywarły do głowy kocura, żeby zagłuszyć odrobinę gwaru w obozie, który niedługo miał umilknąć przez zbliżający się zachód słońca. To, że rodzinę Zająca spotkała tragedia, wcale nie oznaczało, że świat przestanie się kręcić, że koty przestaną polować, że czas się zatrzyma, razem ze wszystkim. Zostanie uwięziony w nieskończonej przestrzeni wypełnionej czernią, w której będzie tonął niczym w lepkiej, paskudnej smole. Wyrzuty sumienia, które targały nim niczym ostre, długie kolce cierni, jeszcze długo zamierzały mu towarzyszyć w związku z zaistniałą sytuacją.
Ostatnim razem chciał porozmawiać z matką, zapytać ją o rady odnośnie do całej tej sytuacji związanej z szylkretką, która chodziła mu po głowie już tak długo, a której nadal nie powiedział wprost, szczerze, że do niej czuje coś więcej. Nawet jeśli wszyscy dookoła to dostrzegli, on sam tkwił w zmartwieniu, czy żółtooka naprawdę czuła do niego to samo. Najłatwiejszym oraz najszybszym sposobem na pozyskanie odpowiedzi na nurtujące jego pytania było zapytanie się jej, wyjawienie prawdy, ale czy aby na pewno był na to gotowy? Czy kiedykolwiek będzie bardziej przygotowany, niż był teraz? Jak długo mógł jeszcze zastanawiać się nad czymś tak istotnym? Reszta Klifiaków, zdawało się, że nie mieli z tym aż tak wielkiego kłopotu. Jednak każdy był inny, on się od nich różnił bardzo i kojarzył znaczną część jedynie z widzenia, ponieważ nigdy nie zdobył w sobie odwagi, siły czy czasu na to, żeby poznać resztę członków swojego klanu dobrze. Grono znanych jego kotów to była w głównej mierze jego rodzina, która była dla niego najważniejsza… w tym także oczywiście Kukułczy Wdzięk, jego ukochana, a także Jagnięcy Ukłon oraz zmarła już mentorka kotki, z którymi zamienił parę słów w przeszłości.
***
Trójoki Zając wybrał się na samotny spacer, podczas którego miał poukładać sobie wszystkie te myśli w głowie. Poczuł się na tyle dobrze, że był w stanie iść o własnych łapach i nie popadać w przygnębienie tak wielkie, że nie miał ochoty nawet patrzeć na innych, oczywiście poza Króliczkiem czy Kukułką. Swojej byłej uczennicy oraz bratanka nie chciał martwić, ponieważ nie była to absolutnie sprawa, przy której byliby w stanie go pocieszyć. Twierdził też, że przerzucanie tak istotnych rzeczy na barki kogoś tak młodego nie było wcale rozsądnym zachowaniem, nawet jeśli byli już tak naprawdę w wieku wojowniczym i już dawno pomyślnie pozdawali swoje testy, zostając wojownikami. Gdy wędrował tak, mętnie spozierając w niebo pokryte gęstymi, gołębimi chmurami, nagle uderzył łapą w wystający korzeń, przewracając się na bok. Przed jego oczami wylądowało pióro należące do jaskółki, a ich śpiew poniósł się echem, gdy przelatywały tak po wieczornym niebie. W sercu poczuł mocny ucisk, który naniósł na jego oczy gęstą warstwę łez. Mokra strużka spłynęła po jego policzku, gdy objął łapą maleńkie piórko naznaczone jedną białą kropką. Radosny szczebiot przypomniał o sobie ponownie. Lekko zgrzytające, ale głównie radosne nuty doleciały do jego uszu. Trójoki Zając przyglądał się jednemu z wielu ptaków, zastanawiając się, czy istniała szansa, że jego matka była jednym z nich. Czy obserwowała go z góry? Czy miała mu za złe to, że z nią nie rozmawiał więcej, że nie przychodził do niej częściej? Dlaczego dopiero teraz zaczęło go to tak boleć i do niego docierać w głównej mierze, skoro wtedy, kiedy żyła, nie myślał o niej tak wiele, nawet jeśli był jej synem? Czy w ogóle pogratulował jej zostania przywódczynią? Co był z niego za syn? Królicza Prawda także nie wyglądał ostatnimi czasy najlepiej, a nowe przywództwo nie cieszyło go nadto, o ile jakkolwiek. Trójoki Zając zamierzał wesprzeć brata, nie chcąc sytuacji, w której miałby kolejnego bliskiego mu kota na sumieniu. Czy było jakieś zdrowe wyjście z tej rzeczywistości, które zapewniłoby mu spokój i czysty umysł? Kremowy wojownik leżał tak jeszcze przez jakiś czas, zanim nie odnalazła go Kukułczy Wdzięk. Zielonooki spojrzał na nią cały zapłakany, licząc się z tym, że najprawdopodobniej usłyszy zaraz reprymendę z jej strony. Nie chciał jej martwić, ale nie chciał też, żeby cały Klan Klifu oglądał go w takim stanie. Noc nie była wcale chłodna, dzięki Porze Nowych Liści. Owszem, nadal nie było jakoś szczególnie gorąco, aczkolwiek nie musiał obawiać się śmierci z powodu hipotermii, śnieg nie leżał dookoła, a on sam nie znajdował się nawet daleko od obozu, znalezienie go było niezwykle proste. Wojowniczka zrobiła tym razem jednak coś, czego by się absolutnie nie spodziewał. Ostatnio często znajdował się w takiej sytuacji, gdzie ktoś, kogo znał lub nawet i nie znał, go zaskakiwał, ponieważ nie oczekiwał żadnej konkretnej reakcji. Tym razem spodziewał się jednej, ale absolutnie jej nie zgadł i nie otrzymał. Klifiaczka przysiadła przy nim, po czym zaczęła spokojnie układać jego zmierzwione kłosy futra. Wojownik wtulił się w jej puchatą sierść smutno, ciesząc się niezmiernie z tego gestu. Dobrze było mieć kogoś obok, szczególnie kogoś takiego, na kim niezwykle ci zależało i kto również był w stanie zrozumieć ciebie jak nikt inny. Pietruszkowa Błyskawica, mama Kukułki także odeszła jakiś czas temu. Zielonooki dbał wtedy o to, żeby kotka pogrążona w żałobie po stracie matki nadal względnie o siebie dbała i co najważniejsze – żeby jadła. Próbował poprawiać jej humor, kiedy tylko była okazja oraz przynosił jej zawsze zwierzynę z gniazda na środku obozu, żeby nie chodziła głodna mimo całkowitego braku apetytu. Nigdy nie wmuszał w nią jedzenia i tak naprawdę nie zmuszał jej do niego, tylko zachęcał. Kiedy potrzebowała chwili dla siebie, szanował to, mimo że niekoniecznie zawsze rozumiał jej intencje, często odbierając je zupełnie inaczej, niż powinien.
Szkoda tylko, że nie potrafił postąpić podobnie wobec siebie. Z jakiegoś powodu zawsze stawiał życia i samopoczucie innych kotów ponad swoje. Nierzadko ignorował własne potrzeby życiowe, jeśli było to od niego wymagane po to, aby inni poczuli się lepiej. Leżeli tak jeszcze przez jakiś czas, otuleni przez miękko wyścieloną glebę trawą. Kukułce zdawała się nie przeszkadzać ta bliskość, a sam Trójoki Zając czuł się źle z tym, że mimo że spotkała go tragedia, spędzał miło czas… a przynajmniej próbował, zamiast siedzieć nad grobem matki, którego nawet jej nie zrobił. Matki, której nie podarował ani jednego kwiatka, tak samo, jak jego dawno zmarłej ciotce, o której rozmawiał tyle razy z Króliczą Prawdą. Wpatrywali się w przelatujące nad nimi ptaki. Radosny, potoczysty, szybki, a momentami nawet i zgrzytliwy, jednocześnie będący melodyjnym szczebiotem towarzyszył im jeszcze długo, aż do momentu, w którym wrócili wspólnie do obozu, zasypiając tuż obok siebie. Charakterystyczny terkot pozostał w umyśle kocura jeszcze przez jakiś czas, próbując przebić się przez wszystkie możliwe powody do wyrzutów sumienia u kocura, które zawsze znajdowały sposób na to, żeby zalęgnąć się w jego umyśle niczym chmara komarów w zbiorniku wodnym.
***
Teraźniejszość
Trójoki Zając spędzał teraz czasu z Kukułczym Wdziękiem prawdopodobnie więcej niż z kimkolwiek obecnie. Nie miał ochoty pokazywać się innym kotom, dlatego wykonywał przydzielone mu obowiązki z pokorą, nie ukrywając faktu, że rozpaczał i po skończeniu powierzonego mu zadania, wracał prosto do swojego miejsca, wpatrując się tępo w kamienną ścianę. Często chodził rozkojarzony, zupełnie nie nadając się do wielu rzeczy i mimo smutku oraz następnej dawki wyrzutów sumienia, nie potrafił ot tak zrezygnować z żałoby czy tego uczucia ciężaru, jaki towarzyszył mu odkąd jego matka odeszła. Przysiadł tuż obok szylkretowej wojowniczki, która właśnie kończyła śniadanie. Sam kremowy jeszcze nie zjadł niczego, aczkolwiek nawet nie miał ochoty. Słyszał już wielokrotnie słowa, że jeśli nie będzie niczego jadł, to nie będzie miał z czego brać siły i wiedział o tym doskonale. Mimo wszystko nie był w stanie tak po prostu… zmusić się do jedzenia. Jego gardło zaciskało się boleśnie, a żołądek wywracał samoistnie, protestując przyjęcia pokarmu. Poczuł szorstkie pociągnięcia językiem po jego zagojonej już ranie, która jeszcze parę księżyców temu jarzyła się szkarłatem. Teraz była lekko przesłoniona przez kremowe futro, aczkolwiek nadal była widoczna. Gęsta końcówka ogona Kukułczego Wdzięku podrygiwała nerwowo, jakby ktoś zdążył już zirytować kotkę. Trójoki Zając zastanawiał się, co mogło być powodem jej nerwów. Czy zrobił coś nie tak? Może powinien był jakoś inaczej się z nią przywitać? Może powinien zapytać, jak ona się w tym wszystkim czuła, zamiast… skupiać się jedynie na sobie? W końcu nie był on jedynym kotem, którego spotkała taka tragiczna sytuacja.
Sama Kukułka również długo rozpaczała po utracie matki i zdawało się, że ten ból towarzyszyć miał jej do końca życia. Zresztą sam Klifiak również odczuwał coś identycznego – po takiej stracie nie dało się po prostu przestawić z powrotem na normalne, dotychczasowe życie. Uczucie pustki i straty nie było czymś, z czego dało się otrząsnąć, niczym z masowo rozrzuconych kropli wody. Zawsze, kiedy spoglądał na legowisko przywódcy, towarzyszyła mu myśl, że jeśli tylko tam wejdzie, ujrzy ponownie w nim swoją matkę. Że obecne kocięta oraz uczniowie doczekają się niedługo swojego mianowania, które ogłosi i poprowadzi właśnie Pikująca Jaskółka, jego mama, a nie Lśniąca Gwiazda. Kocica położyła przed nim nornicę, przysuwając ją bliżej, jakby zachęcała go do zjedzenia jej. Trójoki Zając spojrzał na zdobycz lekko skołowany, jednak mimo wszystko musiał jeść. Nawet jeśli absolutnie nie miał ochoty na cokolwiek, na te całe jedzenie, na ruszanie się ze swojego gniazda, na rozmowę z kimkolwiek, mimo że tak bardzo jej potrzebował. Schylił się i chwyciwszy kawałek zdobyczy, urwał kęs i zaczął go długo przeżuwać, jakby potrzebował dokładnie rozrobić każdy kawałek mięsa, żeby móc go spokojnie przełknąć. Tak naprawdę to nie potrzebował, jednakże im więcej nabierał, tym bardziej czuł się sobą obrzydzony. Jakim prawem zjadał coś, na co tak ciężko pracowali jego pobratymcy? Jakim prawem zjadał ich pracę, skoro samemu dzisiaj nie włożył na stertę nic więcej?
Jego serce zaczęło bić szybciej, a uszy położył po sobie, gdy jego klatka piersiowa zaczęła unosić się szybciej i opadać. Jeden… Dwa… Trzy… Otworzył oczy szerzej, patrząc na niedokończoną zwierzynę. Nadal mógł to cofnąć, nadal mógł ją odłożyć albo zaoferować komuś innemu. Nie musiał wcale jej marnować i wpychać w siebie, jego ciało na pewno poradzi sobie bez tej nornicy. Na pewno uda mu się upolować coś samemu, co odda karmicielkom i potrzebującym starszym. Cztery… Pięć… Sześć… Przymknął oczy, a jego łapy zaczęły się trząść. Nie chciał czuć się w ten sposób. Musiał już radzić sobie z żałobą, co nie było łatwe. Dlaczego wszystko dotykało go teraz jakoś bardziej? Czemu wszystko spadało na niego, czemu musiał się o wszystkich i o wszystko martwić, a w tym, dlaczego najbardziej dotykały go rzeczy związane z nim? Siedem… Osiem… Dziewięć… Kukułczy Wdzięk nie odstępowała go na krok, siedziała tak przy nim, dopóki nie zjadł całości, co jakiś czas otulając go swoją kitą, jakby wiedziała, że potrzebuje wsparcia w tak trudnym czasie. Z pewnością wiedziała, była w końcu mądra, a zresztą nie potrzeba było nie wiadomo jak wielkiej inteligencji, żeby zauważyć, że Trójoki Zając po śmierci matki był po prostu… inny. Zachowywał się inaczej, chodził przybity i zdawało się, że utracił swoje zdanie. Łatwiej popadał w panikę, odzywał się do kotów mu znanych nawet mniej, niż wcześniej. Nie było to spowodowane nagłą utratą zaufania, a zwyczajnie przygniatającym go smutkiem, poczuciem winy za wszystko i za wszystkich, mimo że na większość z nich nie miał żadnego wpływu.
— Trójoki Zającu, moje najszczersze kondolencje… — głos Mysiego Postrachu dotarł do uszu skulonego wojownika. Niebieskooki, zauważywszy stan swojego byłego ucznia, wyraźnie się zmartwił. Kukułczy Wdzięk obdarzyła starszego kocura dość nieprzyjemnym wzrokiem, który mówił co najmniej tyle, żeby Mysi Postrach zostawił go w spokoju. Wojownik, jeszcze niedawny zastępca jego matki, wycofał się po paru uderzeniach serca, chociaż widać było, że łapy go do czegoś świerzbiły. Czy chciał go wesprzeć? Może chciał porozmawiać z nim o jego matce i go jakoś pocieszyć?
Dwójka została przydzielona na jeden z patroli, co oczywiście spotkało się z niezadowoleniem kotki, a samemu kocurowi zdawało się, że było już wszystko jedno. Jej brak entuzjazmu nie był spowodowany tym, że musiała z nim iść, a raczej tym, że Trójoki Zając ciągany był wiecznie po patrolach i polowaniach, mimo że był obecnie wrakiem kota. Musiał wykonywać rozkazy, ponieważ jego miejsce, przynajmniej tak mu się zdawało, nie było tutaj gwarantowane. Już raz je utracił i nie zamierzał ponownie stać się włóczęgą, a wręcz samotnikiem, musiał więc robić to, co do niego należało. Wraz z nimi wyruszyli także Świetlista Walka oraz Skrzydlata Pogoń. Gdy szli tak wspólnie, kremus nie odezwał się do nikogo ani słowem i prawdopodobnie, gdyby miał dłuższy ogon, to ciągnąłby go teraz żałośnie za sobą.
Kocica denerwowała się również dość subtelnie wtedy, kiedy Skrzydlata Pogoń próbował udowodnić, że był od nich wszystkich lepszy. Pręguska złapała dwie myszy, z czego jedną oddała Zającowi, kiedy reszta nie patrzyła akurat w ich stronę. Kocur czuł się dość odłączony od rzeczywistości wokół niego i chciał, żeby ten dzień się już skończył. Niezwykle pocieszającym było dla niego to, że mimo wszystkich tych przykrości, Kukułczy Wdzięk nie odstępowała go choćby na krok, oczywiście, jeśli tylko nie potrzebowała w danej chwili też paru uderzeń serca dla siebie, co pręgus całkowicie rozumiał i tak naprawdę było mu nawet lepiej, że nie rezygnowała z tego tylko z jego powodu, chociaż zdarzało jej się to coraz rzadziej, co nie umknęło zielonookiemu. Wojownik ułożył się wygodnie w posłaniu i gdy już miał przymknąć oczy po to, żeby raz jeszcze oddać się w senne objęcia, szylkretka położyła przed nim kolejną zdobycz. I gdy tylko ją zjadł, nie miał nawet pojęcia, że poszła spać odrobinę później, żeby upewnić się, czy on sam już zasnął.
***
— Ich na pewno musi coś łączyć, no zobacz tylko! Wiecznie nie odstępują siebie na, chociażby krok — skomentował któryś ze starszych, który akurat wylegiwał się przed legowiskiem. Trójoki Zając położył uszy po sobie, spoglądając na Kukułczy Wdzięk. Co, jeżeli jej to przeszkadzało? Może irytował ją fakt, że rozpaczał po stracie matki? Może zachowywał się egoistycznie, nawet jeśli wcale nie prosił jej o pomoc, a która wynikała z jej inicjatywy?
— Kukułko… jeśli czujesz się niekomfortowo albo coś, co robię, sprawia lub sprawiło kiedykolwiek, że jest ci źle, to powiedz mi, proszę. Jeśli przeszkadza ci to, że ciągle trzymam się blisko ciebie jak zagubione kocię, to…
Wojowniczka zmarszczyła brwi, poruszając ogonem nieznacznie, momentalnie ucinając coraz to więcej i więcej negatywnych myśli napływających do głowy Klifiaka.
— Zajączku, gdybym nie chciała twojego towarzystwa, już dawno byś o tym wiedział. Naprawdę sądzisz, że pozwalałabym ci chodzić za mną, spać obok mnie i jeść w moim towarzystwie, gdyby mi to przeszkadzało? — zapytała jakby lekko nie dowierzała w to, co właśnie od niego usłyszała.
Trójoki Zając spojrzał na nią ze zdziwieniem, gdy dotarło do niego to, co właśnie się wydarzyło. Czy naprawdę był dla niej aż tak ważny? Nie robiła tego jedynie z litości albo strachu, że gdyby coś mu się stało, obwiniałaby się później do końca życia? Albo bo tak wypadało, skoro miał gorszy okres? Chociaż czy Kukułczy Wdzięk kiedykolwiek robiła wszystkie te rzeczy dla kogoś innego poza nim? Wszystkie te pocieszające, budujące gesty, którymi obdarzała go każdego dnia? Trzymała się jego boku, dbała o to, żeby się wysypiał i żeby nie chodził głodny. Żeby go przypadkiem nikt nie męczył, ponieważ skoro nie radził sobie obecnie z sobą samym, to tym bardziej nie pomógłby drugiemu kotu. Zachowywali się jak partnerzy już od dawna, czego on nawet nie zauważył. Wszystko przez to, że myślał, że wyznanie wygląda w inny sposób, że miłość musi być powiedziana wprost, jednak mimo wszystko wcale się nie zawiódł, że wyszło w ten sposób, bo może gdyby usłyszał zwyczajnie "kocham cię", to jego umysł znalazłby lukę, która uniemożliwiłaby mu radość z tego powodu. Zwyczajnie nigdy nie nazwali swojej relacji, przez co Zając długo żył w przekonaniu, że może sobie jedynie dopowiada i nadinterpretuje jej sygnały. Zyskał poczucie, że w najgorszej chwili, to właśnie ona trzymała jego stronę, nie przekreślając go z powodu chwili słabości, która zresztą nadal nie chciała go opuścić. Musiał nauczyć się żyć z poczuciem pustki w sercu lub zaakceptować ją z myślą, że matce teraz było lepiej. Gdzieś tam na niebie szybowała w nieskończoność, pod postacią radośnie śpiewającej jaskółki albo doczekała się swojego miejsca w szeregach Klanu Gwiazdy, który szeptał jej do uszu każdego dnia i doglądał jej, niczym własne kocię, a teraz przyszło jej wreszcie odpocząć od tego wszystkiego. Z pewnością Pikująca Jaskółka chciała, by Trójoki Zając był szczęśliwy u boku swojej ukochanej, o której względy ubiegał się już od tak dawna.