BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot u samotników!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 lutego, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

04 lutego 2026

Nowi członkowie Klanu Klifu!

 Patrolowi Klanu Klifu podrzucono dwójkę pięcioksiężycowych kociąt!


Aldrowanda


Tygrysek

Od Króliczej Prawdy CD. Szron (Oszronionej Łapy)

— H-halo? — zagadał ponownie, a koteczka położyła nieco uszy po sobie.
— Odbijam kamień — rzuciła sucho, marszcząc brewki. Kocur położył się naprzeciwko niej, aby być na poziomie jej mordki. — Nie widzisz?
— Widzę, po prostu... wolałem, żebyś ty mi powiedziała. Liczyłem, że kryją się za tym może jakieś zasady lub coś takiego, ale odbijanie kamienia też może być fajne — powiedział spokojnie, ale kapka zmieszania była dość wyczuwalna, zwłaszcza kiedy patrzyło się na niepewny pysk kocura.
— Nie. Nie jest fajne. Jest nudne jak wszysztko w obozie... — Uderzyła ogonem o kamienną posadzkę i naburmuszona wydęła policzki.
Królicza Prawda wcisnął łeb głębiej w szyję, mrugnąwszy kilka razy. Chwilę potem jego zmieszanie zastąpił jednak ciepły, rozbawiony uśmiech. “Co za ziółko z tej Szronki” – pomyślał, mrużąc lekko ślepia. Na pewno wyrośnie na dobrego wojownika, choć wyczuwał, że kotka może z początku być krnąbrna na treningach.
— Nie martw się, Szronko — zapewnił ją kremowy, rozluźniając mięśnie. — Już niedługo wstąpisz w szeregi uczniów i dostaniesz mentora. Nie będziesz już musiała siedzieć w tym nudnym obozie, tylko będziesz skakać po gałęziach drzew, polować na kraby i uczyć się ruchów bitewnych! — mówił dalej, próbując jakoś pocieszyć naburmuszoną, młodą koteczkę.
Ta jednak burknęła cicho pod nosem, po czym spojrzała na wyjście ze żłobka.
— I przez następne ksziężyce będę musziała wsztawać szkoro świt! — odparła w końcu, teraz patrząc na swojego ojca z zadartym nosem. Nieczęsto kociaki nie cieszyły się na swoje mianowanie. Szronka najwyraźniej miała wobec niego pewne obiekcje.
— Cóż, to… prawda — odparł spokojnie pręgowany, wzruszając delikatnie ramionami. — Ale ja byłem uczniem aż dwa razy i zapewniam cię, że idzie się przyzwyczaić — zaśmiał się, lecz pointka spojrzała na niego zdziwiona.
— No co? — zapytał, po czym na moment zamarł. Jeszcze nie opowiadał kociętom Źródlanej Łuny swojej historii, ale to nie było raczej konieczne. Nie musieli wiedzieć, że ich “ojciec” w młodości popełnił sporo błędów.
Pokręcił głową.
— Nie przejmuj się tym, co powiedziałem. Chodzi o to, że bycie uczniem naprawdę nie jest takie złe. Jasne, czasem podczas treningów dostaniesz w kość, ale to właśnie w tym okresie swojego życia… odkrywasz siebie, zdobywasz przyjaciół na długie księżyce i bierzesz udział w… niekiedy głupich… akcjach, z których wspomnienia zostają ci do końca życia — rozgadał się, samemu wspominając czasy, gdy jeszcze był takim małym, niegrzecznym urwipołciem.
Pointka miała wlepiony wzrok w swoje łapy, jakby nad czymś myślała. Czy w ogóle słyszała, o czym do niej mówił? Czy może jego słowa dotarły do niej jednym uchem, a wypadły drugim? Zresztą, nieważne. Nie potrzebuje motywacyjnych przemów swojego taty. Zrozumie wszystko w swoim czasie.
W końcu kremowy podniósł się powoli z miejsca i otrzepał futro z kurzu i innych syfów, które się do niego przyczepiły, gdy tak sobie odpoczywał. Młódka poruszyła się powoli i zaczęła lustrować go wzrokiem.
— Och, ja… — urwał na ułamek sekundy — …muszę już iść.
Powiedziawszy to, ruszył do wyjścia ze żłobka. Nim postawił łapę poza nim, obejrzał się jeszcze przez ramię. Szronka wyglądała na zadowoloną – choć wciąż miała dosyć zirytowany wyraz pyszczka – zniknięciem Królika sprzed jej pyska.
“Dlaczego każdy kot, dla którego staram się być jak ojciec, zawsze mnie nie cierpi?” – pomyślał, w końcu opuszczając kociarnię, by ze zwieszoną głową udać się do swojego własnego posłania. “Co takiego robię źle?” – zastanawiał się, przez co o mało nie zderzył się z przemykającą środkiem obozu Kukułką. Liliowa szylkretka obdarzyła go wrogim spojrzeniem i czym prędzej zniknęła mu z pola widzenia.
Czy to wszystko wciąż było karą za jego idiotyczną ucieczkę? Czy byłby szczęśliwszy, gdyby nigdy nie strzeliło mu do łba uciec z bezpiecznego azylu, jakim dawniej był dla niego Klan Klifu? Sam już nie wiedział, czy tym romansem, tą zdradą, bardziej rozgniewał swoich pobratymców, czy samych Przodków. Ciągle żył z wrażeniem, jakby ktoś z góry sterował wszystkim, co dzieje się wokół, tak by to jemu seriami trafiały się niefortunne zdarzenia.

* * *

Kilka dni później

Królicza Prawda nie był dziś w najlepszym humorze. Właściwie to chodził spięty i sfrustrowany już od kilku dni z rzędu, co zapewne nie umknęło uwadze jego ucznia – Pasterzowej Łapy. Młodszy jednak, zamiast się nad nim zlitować i dać mu trochę spokoju, wymyślił sobie, że Klan Klifu czeka epidemia, liczne śmierci i całkowita zagłada. Niestety nie powstrzymywał się przed tym, by tymi podejrzeniami wyssanymi z palca podzielić się ze swoim mentorem, który wszystkiego miał już po dziurki w nosie.
— Królicza Prawdo… — zagaił raz, patrząc na wojownika ze stresem błyszczącym w ślepiach.
Bursztynowooki westchnął ciężko, modląc się tylko w duchu, że tym razem Pasterz zapyta go o coś związanego z treningiem.
— Tak, słucham? — odparł krótko, wciąż wpatrując się w rozległe połacie przed sobą, zamiast spojrzeć na kremowego ucznia.
Młody zawahał się na moment, lecz zaraz potem przełknął ślinę, jakby przygotowywał się do rozmowy o życiu i śmierci.
— Nie boisz się o swoich pobratymców? — zaczął z powagą w głosie.
Królicza Prawda zmrużył oczy, lecz nie odpowiedział. Pasterz postanowił kontynuować, mimo widocznej frustracji swojego mentora:
— Tak wiele kotów może przypłacić życiem nieuwagę przywódcy i wojowników... To w waszych łapach leży interes klanu! — trajkotał zmartwiony, a w jego oczach zakręciły się łzy. — Stokrotkowa Pieśń jest śmiertelnie chory, zaraża, a nikt nic z tym nie robi! Klan Klifu nie działa prawidłowo. Koty ignorują ostrzeżenia, uciszają głos rozsądku! — mówił dalej, z każdym słowem przybierając na pewności siebie.
W końcu zacisnął zęby i zmarszczył brwi. Jego warga drgała, a mimo to bursztynowooki wciąż szedł w kompletnej ciszy, omiatając wzrokiem polany pokryte śniegiem, mieniącym się w świetle słońca.
— Ewakuacja nie jest konieczna — stwierdził w końcu Królik zmęczonym głosem. — Nie mamy dokąd się udać. Jaskinia odgradza nas od wiatrów znad morza i daje schronienie przed śniegiem. Gdzie indziej chciałbyś zamieszkać? — mruknął, starając się nie krzyczeć na ucznia. Gdy Pasterzowa Łapa dołączał do klanu, wojownik nie spodziewał się, że będzie z niego taki pedant.
— Jak to gdzie? — odparł kremowy, wyraźnie oburzony. — Gdziekolwiek, gdzie zarazki nie fruwają w powietrzu! W obozie Klanu Klifu wszystko jest skażone chorobą Stokrotkowej Pieśni! Bezpieczniej jest żyć na tym chłodzie, niż w tej dziurze, która gnieździ w sobie coś, co w końcu nas zabije! — kontynuował, wciąż święcie przekonany o swojej racji.
“Kiedy on wreszcie zrozumie, że jeden chory Klifiak to jeszcze nie koniec świata?” – pomyślał Królik, zbyt zrezygnowany, by dalej prowadzić tę rozmowę z Pasterzową Łapą.
— Skup się lepiej na wspinaczce na drzewa, bo już zaraz dotrzemy do lasku.

* * *

Teraźniejszość

Gdy skończyły się wiwaty, Królicza Prawda jako jeden z pierwszych przecisnął się przez tłum, by pogratulować świeżo upieczonym uczniom. Serce biło mu szybciej niż zwykle, a na pysku wreszcie malowało się coś więcej niż tylko zmęczenie. Wpierw natrafił na Oszronioną Łapę i podchodząc do niej, posłał jej szczery uśmiech. W jego bursztynowych oczach migotała duma i pierwszy raz od dłuższego czasu wyglądał na prawdziwie uradowanego.
— Oszroniona Łapo! — zawołał ją jej nowym imieniem, by zwrócić na siebie jej uwagę. — Gratuluję ci zostania uczniem! Wierzę, że mój brat przekaże ci całą swoją wiedzę — mruknął do niej, gdy w końcu zwróciła pysk w jego stronę.

<Szronko?>

Nowi Członkowie Klanu Gwiazdy i Pustki!

BRZĘCZKOWY TREL

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna odejścia: Starość

Odeszła do Klanu Gwiazdy!

KUKUŁCZE SKRZYDŁO

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna odejścia: Starość

Odszedł do Pustki!

KOŁYSANKOWA ŁAPA

Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna odejścia: Zagryzienie przez lisa

Odszedł do Klanu Gwiazdy!

Nowa Członkini Klanu Nocy!

 

Lilia

Od Kasztanka

Kasztanek poczuł, jak mięciutkie, białe piórko ląduje mu na nosie. Pisnął z ekscytacją, wyrzucając je w powietrze ponad swoją główkę. Wysunął pazury, wystawiając łapy wysoko nad siebie. Nagle poczuł, jak traci równowagę. Mroźny podmuch wiatru ze świstem wkradł się do kociarni, głaszcząc niektóre koty po grzbietach. Jego ciałko zatrzęsło się z zimna nieprzyjemnie. Przysiadł prędko, ciasno owijając ogonek wokół łap. Piórko upadło tuż obok jego nogi, brązowooki wyskoczył w jego kierunku, mimo chłodnych pazurów, które próbowały odebrać od niego wszelkie resztki ciepła. Gdy złapał je wreszcie, atmosfera wokół jakby się zmieniła. Koty w centrum zdawały się poruszone, donośne głosy poniosły się po azylu.
— Gdzie ją znaleźliście?
— Biedulka…
Postawił uszy z zaciekawieniem, drepcząc powoli w stronę wyjścia. Złocisty Widlik zatrzymał go swoim gęstym ogonem, następnie przysunął bliżej siebie, chroniąc przed chłodem. Kasztanek wtulił się w gęste kłosy z lekkim smutkiem, a także wstydem wymalowanym na mordce. Nawet jeśli powstrzymano go przed ucieczką, to nie wymazało to jego potrzeby dowiadywania się co miało miejsce wokół niego. Może jednak jak tu zostanie, to będzie lepiej… na zewnątrz wszędzie było tak zimno i nieprzyjemnie. Zauważył w centrum Rysi Bór, który po paru uderzeniach serca wycofał się do legowiska wojowników, wyraźnie przybity. Prawie zlewał się z puchem, miał tak jasne futro.
— Co mu się stało? — zapytał maluch, podnosząc głowę i wbijając wzrok w piastuna.
Złocisty Widlik pogłaskał go delikatnie po łebku.
— Stracił kogoś ważnego. Każdy przeżywa takie rzeczy na swój sposób — wyjaśnił, na co kocię jedynie zamyśliło się na moment, a potem pokiwało głową. Może chodziło o tą kotkę, która zginęła ostatnio. Najprawdopodobniej. Dotarły do niego plotki, chociaż bardzo okrojone. Zastanawiał się, czy postąpiono w ten sposób po to, żeby nie zaprzątał sobie głowy dodatkowymi informacjami, które mogły potencjalnie wpłynąć na jego rozwój.
Kasztanek zauważył, że jeden z wojowników, Siwa Czapla niesie obcego kociaka w ich kierunku. Jej futerko było jasne, trochę pręgowane, rzadziej niż te jego. Jej oczka były zielone, przypominały te należące do Złocistego Widlika, tak mu się wydawało. Gdy Nocniak zajrzał do żłobka, wzrokiem szukał pewnego kota. Starszy poderwał się na łapy, odbierając od pobratymcy malutką koteczkę.
— W razie gdyby jej się pogorszyło, poinformuj niezwłocznie Gąbczastą Perłę lub Różaną Woń. Jedna z nich przyjdzie później zobaczyć w jakim stanie jest Lilia — przekazał, po czym kiwnął głową piastunowi. Złocisty Widlik odpowiedział mu, jednak Kasztanek nie mógł skupić się wystarczająco na jego słowach. Podszedł odrobinę do koteczki, patrząc na nią ze zdziwieniem, ale i lekkim niepokojem. Futro delikatnie zjeżyło mu się wzdłuż kręgosłupa i mimo prób uspokojenia tego, nie był w stanie. W jego głowie zaczęły pojawiać się myśli z których nie był dumny. Co jeśli Lilia za chwilę na niego wyskoczy z pazurami? Nie, to niedorzeczne…

Od Księżycowej Łapy

 Zjawił się w legowisku medyków w momencie, w którym wiedział, że nikogo w środku nie ma poza Zawilcową Koroną. Wdzięczna Firletka wyszła na zbieranie ziół wraz z Wełnistą Łapą, a przed chwilą lecznicę opuścił Śniąca Łapa który musiał przestać ignorować swoją chrypę. Nie chciał z nim rozmawiać ani pozwolić by zobaczył, jak teraz paskudnie wyglądał. Skrył się i poczekał aż przejdzie, by wejść szybko do lecznicy. 
– Zawilcowa Korono, jesteś? – odezwał się spięty.
Ogon kocura drgnął niespokojnie, kiedy uniósł wzrok znad ziół i pokierował go na przybysza.
– Księżycowa Łapo? Czyżbyś wreszcie stwierdził, że trzeba do nas zagościć? – rzucił kremowy, wstając i obracając się w jego kierunku, tym samym zasłaniając wcześniej oglądane medykamenty. – Cóż Cię sprowadza w nasze progi?
Nie owijając zbytnio w bawełnę, przełknął głośno ślinę zanim przemówił. 
– Zaprowadź mnie do Gwiezdnej Sadzawki – zażądał, po czym dodał już nieco mniej pewnie – Proszę...
– Co? – kremus przekrzywił lekko głowę, niezbyt rozumiejąc czemu taka prośba padła z pyska ucznia. – Nie rozumiem po co miałbyś chcieć tam pójść. Nic tam nie znajdziesz, prócz zawodu.
– Chcę porozmawiać z mamą – wymamrotał dość niechętnie i markotnie. ,,Skoro nie da się jej zwrócić życia"...
– To módl się, aby wyrocznia przyjęła Cię pod swe łapy po śmierci. Bo innej drogi nie ma, abyś się z nią zobaczył.
Nie była to odpowiedź której się spodziewał i gdyby mógł, teraz pewnie posłałby kocurowi wymowne spojrzenie. 
Ale nie mógł. 
Zamiast tego, srebrny ogon drgnął ze zirytowania. 
– Co mi po wyroczni, skoro mama najpewniej jest wśród Gwiezdnych – prychnął, chociaż sam na tym etapie nie bardzo wiedział w co wierzyć. Równie dobrze mogli wszyscy wierzyć w to samo ale pod inną postacią. – A skoro Króli-... skoro sama się nie pojawia, to muszę iść i sam ją zobaczyć.
– Ależ tam jest i jestem tego pewien. Czyżbyś odrzucił nauki twej matki i podążył w pustkę za Gwiezdnymi? Jestem zawiedziony. Myślałem, że posiadasz coś więcej i nie podążasz w ciemność, no cóż. – po tych słowach jego głos stał się ostrzejszy oraz cichszy. – Wiem co tam zastaniesz, byłem tam nie raz i za każdym razem przypominane mi jest, że to bujda. Ja ją nie ujrzałem w wodzie, więc ty również jej nie zastaniesz.
– Może jesteś bardziej ślepy niż ja, trzeba było lepiej patrzeć – parsknął cynicznie w stronę wujka, nie dając rady się ugryźć w język. Już od jakiegoś czasu rosnąca frustracja przejęła władzę nad ogólnym lękiem przed innymi kotami. A może to przez izolację przestało go obchodzić, czy nie powie czegoś, co może wyjść poza granicę. Miał gdzieś czyja wiara miała rację, chciał zobaczyć się z mamą, gdziekolwiek by nie była. Poza tym, o czym on mówił? – Z resztą mama mnie niczego konkretnego nie uczyła, gdybyś się bardziej przejął kotami dookoła ciebie, to może byś wiedział, że niczego nam nie narzucała. – słowa Zawilca z jakiegoś powodu niezwykle go zirytowały, niemniej, nie przyszedł tu po to, by obrażać wuja... chociaż na to było już chyba za późno. Wziął znów głębszy oddech, może da się jeszcze porozumieć? – Proszę cię jedynie, żebyś mnie tam zaprowadził. To nie tak, że będziesz musiał się integrować...
– Któż mi to wypomina? Szanta powinna wpoić wam jedyną poprawną wiarę, jednak widać, że również ona nie wsłuchiwała się w rad Ryk. Głupia, pewnie zboczyła i poniosła tego konsekwencje. – echo jego głosu dało znać, że medyk odwrócił się od ucznia, niezbyt chętny do kontynuacji rozmowy. – Odejdź teraz, a ja udam, że ta rozmowa nie miała miejsca.
– Konsekwencje – powtórzył z niedowierzaniem, jakby uderzono go w pysk. – Uważasz, że tak miało być? Że to po prostu ,,konsekwencje" niepodążania za twoim urojeniem? – wycedził nie wierząc w to, co słyszy. Było to tak absurdalne, tak głupie... Zachowywał się niemal tak, jakby był szczęśliwy ze śmierci Szanty. – Nie mogę uwierzyć, że postrzegałem cię jako rodzinę. Przecież to... to....
– Więc również ty masz zamiar zboczyć z dobrej ścieżki? Dobrze, rób co twa dusza zapragnie, ale nie wracaj gdy zaboli. Ani do mnie ani do Kminka, bądź Rumianku, gdyż jak sam przyznałeś, nie jesteśmy już rodziną.
– Ty całkowicie nie rozumiesz, co się do ciebie mówi. – zauważył na wydechu, wciąż w ciężkim szoku – Nie potrafisz przyjąć do wiadomości najprostszych słów, najprostszego wyjaśnienia. Zamiast przyjąć na siebie sens słów, wciągasz nagle w konflikt wszystkich w koło! – głos zaczynał mu drgać, było to zdecydowanie zbyt wiele w jego normalnym stanie, a co dopiero teraz. – Twoim hobby jest nadinterpretowanie tego, co mówi druga osoba! Nie potrafisz nawet zrozumieć, że istnienie twojej wiary jest tak samo prawdopodobne jak istnienie najpewniej kilkuset innych. Nie potrafisz skrytykować samego siebie! 
– W przeciwieństwie do Ciebie, ja wiem, że Wyrocznia istnieje, nie jak Klan Gwiazdy. Nie będę już wyrażał mego zdania odnośnie gwiazd na niebie, gdyż widząc twą reakcje, nie jesteś gotów usłyszeć prawdy. Jak miałbym nie przywoływać tu mych braci, jak i oni żyją w podobnym przekonaniu co ja? – zaśmiał się cicho, rzucając swój wzrok na sufit legowiska. Nad nimi pewnie czuwał Królicza Gwiazda, który wypędziłby go za te słowa, jednak on ich nie słyszał, przynajmniej na razie. – Oh Księżycowa Łapo, każdy doświadcza konsekwencji swych czynów, nawet jeśli nie jesteś w stanie ich dostrzec, a marnowanie swego cennego głosu, tego nie zmieni. Odejdź.
– I nie masz na to nawet żadnego dowodu – zachichotał w nerwach, nerwowo skubiąc łapą dłuższą część swojego futra. Zawilec nie miał dowodu, żadnego dowodu na istnienie Wyroczni. Był tak samo pozbawiony wiedzy jak cała reszta kotów. Wziął urywany oddech zdając sobie sprawę, że jeśli dłużej zostanie w tym miejscu, najpewniej wybuchnie płaczem. – Jesteś tak samo nawiedzony jak ci, którzy nie widzą świata poza Klanem Gwiazdy. Gratulacje. – po tych słowach, zwalczając chęć złośliwego zostania w miejscu na komendę ,,odejdź", wymaszerował na zewnątrz. Był bezużyteczny! Zawsze był, a dopiero teraz Księżyc zdołał to zauważyć. Z resztą nie tylko on, cała ta rodzina była bandą bezużytecznych kotów. Zanim ktokolwiek zdołał nawiązać z nim rozmowę, zniknął poza obozem. Jeśli Zawilcowa Korona jest tak uparty w swoich przekonaniach, że nawet nie chce mu pomóc, to sam się wybierze do sadzawki. Nie wiedział jak, znał jedynie podstawowe tunele i część z nich po których poruszał się przy norze, jednak powinien dać w końcu radę, w końcu delegacja do Księżycowej Sadzawki nie odbyła się tak dawno temu, prawda? Zapach Króliczej Gwiazdy i reszty kotów nie powinien tak szybko zwietrzeć. 

┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦----

Nad srebrnym ciałem stała inna, księżycowa istota, upstrzona w gwieździstą skórę, przyglądając się śniącemu w ciszy. Chwilę jej zajęło, zanim dotknęła nosem czoła młodszego kota, jak gdyby w obawie przed odtrąceniem. Tyle wystarczyło. 
Gdy ten otworzył oczy od razu poznał, że śni. W dziwny co prawda sposób, gdyż nie było to coś na wzór wspomnień których zazwyczaj doświadczał, a twór bardziej wyraźny, bardziej realny, chociaż patrząc na sytuację, był to zły dobór słowa. Jak bowiem można określić mianem realnego istotę z delikatnie migoczącej materii, stojącej tuż przed nim? Jedyne czego nie poznał od razu, to wygląd Szanty. Nie widział nigdy kotki, nie w ten sposób. W pierwszej chwili nastroszył sierść, jednak gdy dotarła do niego delikatka, gwiezdna woń, zaraz się uspokoił, patrząc jednak dość nieufnie na postać przed nim stojącą. Uniósł się powoli, siadł i milczał. Długo, pełen niepewności. 
– Mamo...?
– Nie sądziłam, że uda nam się jeszcze kiedykolwiek spotkać, a jednak przodkowie byli wobec mnie łaskawi, pozwalając mi na rozmowę z tobą. Oh, Księżycowa Łapo – miauknęła, a jej szczęka delikatnie drgnęła. Pojedyncza gwieździsta łza spłynęła po jej policzku. – Przepraszam, że was zostawiłam. Ciebie, Śniątko i Kołysanka.
Nie odzywał się. Wodził jedynie wzrokiem po pysku kotki, jakby miał znaleźć tam ukryte odpowiedzi. Z początku był zły. Nie wiedział z jakiego powodu, jednak patrząc na nią krótki moment, przez chwilę miał ochotę wrzeszczeć, wykrzyczeć jej, że czemu nie pojawiła się wcześniej, czemu pozwoliła mu siedzieć w tej zimnej, zatęchłej dziurze i czemu dała się zabić. I czemu przychodzi do niego teraz, we śnie, gdy już miał w planach podróż do sadzawki? Czyżby gwiezdni nie chcieli mieć losowego gówniarza w swoim świętym miejscu, dlatego pozwolili na spotkanie? Niemal drżał, próbując ułożyć wszystkie myśli w spójną całość, jednak gdy otworzył pysk, nic się z niego nie wydobyło, jak bardzo by nie próbował. Zamiast tego, oczy powoli zaczęły tracić ostrość, aż w pewnym momencie zdał sobie sprawę, że się rozpłakał. Jak kocię, nieporadne kocię, które nie umie w inny sposób wyrazić swoich potrzeb, czekając, aż mama wszystkiego się domyśli i pomoże w kocięcych rozterkach. Skulił się, zmarszczył, pociągając smutno nosem, tak bardzo żałośnie przy tym wyglądając. 
Rozkwitająca Szanta w ciszy przyglądała się synowi, pozwalając mu na okazywanie duszonych przez wiele księżyców emocji. Widziała, że potrzebował tego, jak nikt inny. Skorupa, która się otoczył, odwracając każdego, kto chciał mu pomóc, wreszcie zaczęła się kruszyć. Nachyliła się i delikatnie otarła się pyskiem o mokry policzek syna.
– Ja... ja próbowałem – wydusił z siebie przez łzy – Naprawdę próbowałem, poszedłem nawet do Królika i... – urwał by wziąć urywany oddech, czując, jak łamie mu się głos – Ale powiedzieli, że już jest za późno i się już nie da nic zrobić... Ja przepraszam, naprawdę przepraszam.
– Ci. Ci. – miauknęła uspokajająco, otulając ogonem syna. – Zrobiłeś wszystko co w twojej mocy. Cała wasza trójka, jak i pozostali.  Nie mam do ciebie żalu, zamiast tego jestem dumna, że mam takiego syna, jak ty. Popełniłam błąd decydując się opuścić obóz tamtego dnia, lecz nie tylko ja. – westchnęła na wspomnienie Koziego Przesmyku. – Na szczęście nasza ofiara nie poszła na marne. Pamiętaj Księżycu, mimo, że nie kroczę już wśród żywych, zawsze będę przy tobie i twoich braciach. Nie pozwolę, aby w Klanie Burzy już nigdy nie zaległo się zło, które mogłoby wam zaszkodzić. Oni również. – Wymruczała, przenosząc spojrzenie w bok
Dumna? Z czego, że przez cały ten czas, gdy Śniąca Łapa rozwiązywał sprawę morderstwa to on gnił w legowisku niezdolny do ruchu? Pod ziemią, nie kontaktując się z nikim przez cały ten czas? I tak miał szczęście, że jeszcze babcia, chociaż schorowana postanowiła do niego zaglądać i bez słowa podsuwać jedzenie, chociaż i jej końcowo zabrakło. Jeszcze nigdy nie zmierzył się z tak przytłaczającą samotnością, chociaż miał dookoła siebie koty chcące mu pomóc. Pociągnął nosem, ocierając szybko pysk, by go chociaż spróbować osuszyć. 
– To nie to samo – zaprzeczył rozżalony, nie mogąc spojrzeć jej w pysk. Pierwszy raz żałował, że nie był ślepy. – Oni wszyscy tak mówią, jakby miało to jakkolwiek pomóc. Nie ma cię tam. Nie ma cię, nie będzie, a wszyscy się zachowują, jakby nic się nie stało. A co, jeśli znowu pojawi się kot jak Wieleni Szlak? Przecież było ich już wcześniej w klanie sporo, na pewno będzie ich więcej, jak i już nie ma ich w środku! – wypluł z siebie z żalem unosząc głowę. Właśnie wtedy zauważył, że nie patrzy na niego, a gdzieś... – Oni?
Spomiędzy traw wyłoniło się małe rude kocie, którego futerko mieniło się gwiazdkami. Maluch przyglądał się kocicy i uczniowi kronikarza, by zaraz w kilku susach znaleźć się u ich boku. W ślad za pointem ruszyły dwa inne szkraby, nieco mniej pewniej.
– Twoje młodsze rodzeństwo. – z żalem spojrzała na kociaki, które co prawda nie miały szansy wzięcia pierwszego oddechu, ale przynajmniej mogły bawić się przez resztę życia wśród Gwiazd. – Nie nazwałam ich. – Wyznała.
Rudy pointka węsząc zbliżył się do starszego kocura, gdy srebrzysta niebieska szylkretka wraz z brązowym dymnym kocurkiem stała lisią długość od nich.
Księżyc nie bardzo wiedział jak zareagować. Z zaskoczeniem obserwował coś, co powinno być kotem, jednak było niewiele większe od gryzonia. Zauważył też, że całkowicie zapomniał o ciąży swojej matki. 
– Szkoda – wypuścił na wydechu, nie bardzo wiedząc jak się zachować, postanawiając jedynie obserwować. Do czego konkretnie odnosił się jego komentarz? Nie wyjaśnił, równie dobrze mógł tym określić całą tą sytuację. Uniósł łapę nad najodważniejszego szkraba, znów czując, jak nagrzewają mu się policzki. Szybko pociągnął nosem. Tyle żyć zostało straconych, zabranych od niego, w dodatku bez konkretnego powodu. Jak musiały się czuć te kocięta, gdy zostały uwięzione w martwym ciele? Czy tak samo czuły, że umierają, nie mając jeszcze nawet szansy na złapanie pierwszego oddechu? Zostali zabici, nie przez chęć zemsty, nie przez próbę wymierzenia sprawiedliwości, którą mógłby wtedy usprawiedliwić, tylko... właśnie, przez co? 
– Nie nienawidzę jej – wyznał nagle i cicho swój grzech, czekając na werdykt – Nie potrafię. Może do mnie nie dotarło, to Śniątko umiał zająć się sprawą... Przepraszam.
– Cieszę się, że jej nie nienawidzisz. – na pysku wiecznej królowej zagościł delikatny uśmiech. Nie chciała, aby z powodu jej śmierci któreś z jej dzieci zeszło na mroczną ścieżkę. Dała im wolną wolę odnośnie wiary, jednak nie chciała wiedzieć żadnego z synów napędzanego chęcią zemsty czy wymierzenia na własną łapę sprawiedliwości. Nie tego dla nich chciała. – Przynajmniej nie będziesz zaślepiony zemstą, jak to często w takich sytuacjach bywa. Ta ścieżka nie jest tobie pisana, Księżycowa Łapo. – miaknęła, nie decydując się rozwinąć myśli.
– A tobie była pisana ścieżka śmierci? – odpalił od razu, nagle powracając do swojej pierwotnej irytacji, którą czuł gdy rozmawiał z Króliczą Gwiazdą i Zawilcową Koroną. – Kto o tym zdecydował, Klan Gwiazdy? – dodał z wyrzutem, przeciągle wzdychając chwilę później – A nawet jeśli bym nienawidził, nie miałbym się na kim mścić – wyznał markotnie – W końcu Wieleni Szlak została już osądzona.
Rozkwitająca Szanta uznała, że przemilczenie pytania na temat ścieżki śmierci będzie bardziej wymowne, jednak zdecydowała się stanąć w obronie Klanu Gwiazdy, aby jej syn nie miał do przodków żalu.
– Z chwilą narodzin nasza przyszłość zostaje zapisana w Gwiazdach, czy tego chcemy czy nie. Nasze losy są splecione z innymi kotami, na długo przed tym, gdy mamy szansę stanąć z nimi twarzą w twarz. – wytłumaczyła. – Moja śmierć, śmierć Koziego Przesmyku... ich śmierć... – Przejechała łapą po grzbiecie rudej pointki, dając znać, aby pozostała dwójka zbliżyła się do nich. Srebrzysta szylkretka dopadła do boku matki, wlepiając spojrzenie w starszefo brata – Była niezbędna, aby Wielni Szlak mogła zostać osądzona. Przynajmniej ona, ale na jej wspólnika również czekać będzie sądny dzień. – wymruczała, a jej wyraz pyska spoważniał. – Posłuchaj mnie uważnie, Księżycowa Łapo. Obiecaj mi, że nigdy, nieważne co przyniesie przyszłość, nigdy nie zwątpisz w Klan Gwiazdy. Nawet jeśli nie będziesz mógł ze mną porozmawiać, nie zapominaj, że zawsze będę przy tobie i twoich braciach. Jeśli trzeba będzie, również wspomogę medyków, aby Klan Burzy mógł pozostać bezpieczny i aby ofiara Skowroniego Odłamka nie poszła na marne. – przymknęła oczy. – Przekaż mojemu bratu, aby uważał na siebie i żeby nie przestawał wierzyć w Wyrocznię. Kto by pomyślał, że ma ona aż tak dużo wspólnego z Klanem Gwiazdy, którym pogardza...
To z czym się teraz spotkał i czego słuchał, to jedne wielkie farmazony, z którymi się nie zgadzał. Może kiedyś wysłuchałby matki z iskierkami w oczach, jednak teraz czuł jedynie żal i irytację a im dłużej mówiła, tym bardziej drażnił go koncept Klanu Gwiazdy. Z romantycznego punktu widzenia, los i śmierć za sprawę być może miała sens, jednak połowa romantyzmu uciekła z ciała kocura wraz z masowym morderstwem. 
– Równie dobrze mogła zabić kogoś innego – prychnął, jednak nie sprzeciwiał się dalej, nie chcąc nagle przez swoje słowa skrócić swoją rozmowy z mamą, bo jeszcze gwiezdni uznają, że to koniec połączenia. Niezadowolony odwrócił więc głowę, wbijając wzrok w ziemię wymownie. Na jej prośbę kiwnął jedynie głową, chociaż żołądek mu się przewrócił na wzmiankę o wujku.
– Kogo? Króliczą Gwiazdę? W końcu ma dziewięć żywotów, przynajmniej kiedyś miał. Przeplatkowy Wianek? Rudą Lisówkę? Opadającego Rumianka lub Zawilcową Koronę? A może Wełnistą Łapę? – dopytywała łagodnie. – A gdyby tym kimś innym byli twoi bracia? Czyje życie byłbyś w stanie poświęcić w zamian, widząc, że dzięki temu istniałby cień szansy na to, że mogłabym uniknąć śmierci? – przeniosła spojrzenie na niebo. – To musiałam być ja. – polizała syna po czole. – Starasz się to wypierać, ale w głębi serca wiesz, że właśnie tak musiało być. Spełniłam swoje powołanie w Klanie Burzy, jako matka i wieczna królowa, by móc być nią również na Srebrzystej Skórze.
– Nic nie wypieram, nie musiało tak być, przestań sobie wmawiać, że wszyscy mają narzuconą rolę jakbyśmy grali w jakiejś zabawie którą wymyśliła banda martwych kotów – rzucił w końcu zirytowany, strosząc sierść na karku. – I nie wiem, coś bym wymyślił – dodał, myśląc o poświęceniu życia. Nie mógł przyznać tego na głos, jednak jeśli zginęłoby tylko jego nienarodzone rodzeństwo zamiast Szanty, to nie byłby szczególnie smutny. – A podział kilka żyć za jednego mordercę jest zwyczajnie niesprawiedliwy. 
– Życie nie jest sprawiedliwe. – westchnęła. Przekonała się na tym na własnej skórze. Podniosła się z trawy. – Chodź, przejdźmy się, póki jeszcze mamy czas na rozmowę. – Zamruczała, dając znać, aby jej potomek za nią podążał. Musnęła ogonem kwiecie, a gwiezdny pył osiadł na jego płatkach. Trójka kociąt instynktownie skierowała się naprzód pochodu, wyprzedzając matkę i brata, bawiąc się wśród traw.
Spojrzał na nią niepewnie, niechętnie wstając i kierując się za nią przez trawy. Nie wiedział, co jeszcze mógł powiedzieć, jednak czuł, że czas mu się kończy. Przygryzł wnętrze policzka, idąc ze wzrokiem utkwionym w podłożu. 
– Czy myślałeś już o wojowniczym mieniu, jakie chciałbyś przybrać podczas ceremonii dorosłości? – spytała, zatrzymując się i spoglądając na syna przez ramię
– Nie myślałem o tym – przyznał beznamiętnym głosem. Była to ostatnia rzecz, nad jaką miał ochotę rozmyślać. Odległa i nieistotna wizja, że mówienie teraz o niej było dla niego abstrakcyjne – Dobrze mi z czymkolwiek...
– Imiona mają moc. Nie może być ci dobrze z czymkolwiek... Powinieneś nad tym pomyśleć i samemu zdecydować nad swoim członem, a nie pozostawiać tej decyzji komuś innemu, kto może wcale nie darzyć cię sympatią i będzie chciał cię ośmieszyć. Niedługo zostaniesz kronikarzem i to ty będziesz odpowiadał za dziedzictwo przodków. Będziesz mógł opowiadać prawdę lub też ją naginać, według własnego kaprysu. – Poruszyła uchem. – Hm, co powiesz na Księżycowe Zwierciadło? Albo ... Księżycowy Odłamek?
Drgnął uchem, zanim wzruszył barkami raczej obojętnie. 
– Może być – mruknął – Zazwyczaj i tak Królicza Gwiazda wybiera imiona, prawda? Czy ktoś kogo znasz sam zaproponował swoje imię przywódcy?
– To prawda. – przyznała synowi rację. – Hm, niech pomyślę... Chyba znalazłoby się kilka kotków, których wojownicze miana zostały zasugerowane liderom przez nich samych. Jednak tak jak i ja, polują wśród Gwiezdnych. Niektóre z nich pragnęły upamiętnić zmarłych lub po prostu ważne dla nich koty w ten, a nie inny sposób. – zamruczała. – Czy jest coś, o czym chciałbyś ze mną jeszcze porozmawiać? 
Podniósł wzrok na matkę nagle zdając sobie sprawę, że jest to najprawdopodobniej ostatni raz, gdy widzi ją za życia, a czas upłynął. Wciąż z tyłu głowy siedziała sceptyczna wizja mówiąca mu, że to wszystko to wytwór jego wyobraźni i chorej głowy, jednak jeśli nawet tak było, wolałby w tej chorobie zostać. Było tyle rzeczy którymi chciał się z nią podzielić oraz zapytać, że nawet nie wiedział od czego zacząć, jedynie plącząc sobie język. 
–  Nie idź –  w końcu wydusił z siebie łamliwym głosem, patrząc błagalnie na mamę. Mimo wszystko, pomimo straty był w stanie się z nią zobaczyć. Wiedział, że nie żyje, jakaś jego część już się do tego przystosowała, a jednak nie był w stanie znów się z nią żegnać. 
– Oh, Księżycu, przecież nigdzie się nie wybieram – swoim ciałem po raz ostatni otuliła swojego syna – Mam zamiar tu na ciebie poczekać. Tylko nie spiesz się za bardzo, dobrze? Jest jeszcze wiele rzeczy, których musisz doświadczyć. 
Nie wiedział do końca, kiedy się obudził, jednak z pewnością pamiętał rozmowę jak i powoli znikające ciepło Szanty, gdy ich czas na rozmowę dobiegł końca. Nie było to pożegnanie o jakim myślał, ani rozmowa jaką ułożył sobie w głowie, a mimo to żal wymieszał się z jakąś ulgą, której nie czuł od bardzo dawna. Jak gdyby odrobinkę, powoli i po trochu ciężar ustępował. 

[3162 słów]
<Jeszcze chyba tylko mianowanie przysięgam.>

Od Księżycowej Łapy

jakiś czas temu 

 Łapy poniosły go po raz pierwszy od dłuższego czasu na zewnątrz, w stronę obozu i świeżego powietrza którego nie czuł od dawna, nie licząc powiewów wiatru, które przeciskały się przez skalne szczeliny. Kocura można było uznać za miłośnika delikatnego wiatru, dużej ilości tlenu i świeżości, a mimo to skrzywił się, gdy chłodny wiatr zmierzwił mu rzadką sierść na pysku. W końcu stanął na trawie, rozprostował łapy i nim ciało zdołało nacieszyć się otwartą przestrzenią, przeszedł kawałek w stronę obozu. Jedyne co go martwiło to strażnik przy wejściu, którym, jak się okazało, był Kminkowy Szum. Kocur jednak oprócz zaskoczenia nie zdawał się być szczególnie przejęty widokiem Księżyca, a samemu srebrnemu było to jedynie na łapę. Nie poszedł jednak do legowiska uczniów, jak to by się zdawać mogło, a wprost do legowiska medyka, w którym zawitał jedynie na moment. Szybko wskoczył na schodki prowadzące w górę, nie chcąc przebywać zbyt długo w lecznicy. Nie tylko dlatego, że nie przepadał za tym miejscem od czasu nieprzyjemnych wydarzeń, a również przez chęć uniknięcia Zawilcowej Korony lub Wróżki, która mogła się kręcić w tych rejonach pomimo nocy. Wizja rozmowy z nimi i odpowiadania na niepotrzebne pytania była dla niego w tym momencie jedynie zbytecznym stresem. 
Nie minęła chwila, gdy stanął na wyższym piętrze, ostrożnie kładąc po sobie łapy. Nigdy tu nie był. Może tylko raz udało mu się wraz z Wróżką wyjść kilka stopni, jednak zaraz zostali zagonieni w dół przez Kukułcze Skrzydło. Teraz nie było tu nikogo, prócz Króliczej Gwiazdy, którego jednak obecności nie wyczuł od razu, jak gdyby była uśpiona. Jednak po chwili stało się jasne, że legowisko nie jest puste. Słychać było cichy oddech, który świadczył o pół-śnie. Nie był jeszcze tak głęboki i leniwy, jak to bywało, gdy kot całkiem zapadał w sen a Księżyc nie chciał czekać, aż Królik całkowicie “ulula” się do snu. Lider nie reagował na jego obecność, być może myślał, że to Zawodzące Echo do niego znów przyszedł, bo kto inny by zawitał u niego w nocnej porze? Niestety, musiał się mocno rozczarować, gdyż młodziak stojący przy wejściu nie był jego wyrozumiałym synem. Srebrny zbliżył się cicho w stronę leżącego, by zaraz szturchnąć go lekko łapą, by się rozbudził, a po chwili do jego uszu doszedł szmer, gdy dymny wstał ze swojego miejsca, wyraźnie zirytowany, być może również zmęczony.
— Zostało Panu jeszcze kilka żyć, prawda? — odezwał się cicho i głucho — W takim razie czemu nie oddał Pan jednego z nich mamie? — drgnął, biorąc zaraz drżący oddech. Miał tą rozmowę w głowie, ułożył ją sobie przed przyjściem tu i cały jej przebieg, zanim całkiem wyparowała mu z głowy. A teraz? Nie miał pojęcia, co robi. — Czemu ma Pan tyle żyć? Po co?
— Wiem, że tęsknisz za swoją matką, Księżycowa Łapo, i przykro mi z powodu tragedii, która cię dotknęła, ale zapewniam cię, że gdybym to ja miał decyzyjność i moc w sprawie moich żyć, to już dawno wszystkie bym oddał. Ale to tak nie działa — wyjaśnił najdelikatniej, jak mógł. — To nie ja decyduję o swoich życiach. Klan Gwiazdy daje je liderowi. I tylko on może je odebrać. Próbowałem do nich mówić, by dali mi... odpocząć w spokoju — widać było, jak bardzo stara się dostosować słownictwo do młodzika. — Ale nie dostaję żadnych odpowiedzi. Żadnych słów, żadnego głosu. Życia są od Klanu Gwiazdy dla przywódcy. Tylko dla niego. Raz dane są jak wielka skała - nie można z nimi nic zrobić — kontynuował. — Chciałbym móc przywrócić twojej matce życie, Księżycowa Łapo, ale nawet, gdyby Klan Gwiazdy do mnie przemówił... obawiam się, że na to jest za późno. Wybacz.
— Wcale nie — upierał się przy swoim, jasno przy tym pokazując, że jego młody umysł wcale nie dopuszcza do siebie słów przywódcy — A skoro Klan Gwiazdy jest taki wielki, świetny i mądry, powinien dać radę przenieść życie z innego kota na drugiego, prawda? Potrafi ożywić zmarłego, potrafi uleczyć rany i skoro potrafi podarować życie to może je też odebrać — wylał z siebie drżącym głosem, twardo stojąc za tym, za czym tu przyszedł — Z resztą nie możesz mieć pewności, w końcu się do Pana nie odzywali, tak? — dodał, jakby lekko zdenerwowany — Skoro nie chcą się odezwać i odpowiedzieć na wołanie, to trzeba samemu się do nich wybrać. Może się nie starałeś wystarczająco mocno by do nich dotrzeć, a może nie chce im się ruszyć i... nie, nie tak... — zaplątał się w myślach — Nie... nie wiemy tego. Nikt nic nie wie i to jest problem! Nic nam nie mówią! Nikt nam nic nie mówi, kto powiedział, że to niemożliwe, co? Nie wiesz tego, nikt nie wie. — zakończył twardo, drgając lekko ogonem. 
— Klan Gwiazdy rzadko spełnia życzenia żywych. Nie pytaj się mnie, co mogą, a czego nie mogą — bo niestety wiem tyle, co ty. Czasem czuję się, jakbym wiedział nawet mniej — westchnął. — Jeśli to cię uspokoi, mogę wybrać się do Sadzawki i spróbować z nimi porozmawiać. Być może wskazaliby nam drogę, być może by coś poradzili; ale nie obiecuję, że odbiorą mi życia i przekażą komuś innemu — to nigdy się nie zdarzyło. Nie obiecuję nawet, że w ogóle odpowiedzą. Nasz klan dopuścił się bardzo złych czynów i wygląda na to, że Gwiezdni się od nas odwrócili. O ile kiedykolwiek byli po naszej stronie…
Po ekscytacji malującej się na jasnym pysku łatwo można było wyczytać, że część o ,,złych czynach" gdzieś ominęła go w połowie drogi do jego uszu. Dla niego nie było to teraz ważne i może by się nad tymi słowami zastanowił i wyśmiał, jednak nie w tej chwili. Teraz wydawał się tak szczęśliwy, że mógłby niemal wycałować lidera, do którego chwilę temu miał wąty.
— Tak, tak! Dziękuję, naprawdę dziękuję! Na pewno posłuchają, muszą! Kiedy idziemy?
Zamiast natychmiastowej odpowiedzi, wyczuł zawahanie, które od razu spowodowało niepewnie poruszenie uszu. 
— Obawiam się, że twoja wizyta w Gwiezdnej Sadzawce wywołałaby jedynie niepotrzebne zamieszanie i podejrzenia. Być może będziesz miał kiedyś okazję żeby tam zajrzeć, jednak teraz nie jest odpowiedni czas.
— Odpowiedni czas... — powtórzył z już nieco ostudzonym zapałem, który powoli przerodził się w chłód. 
— Dam znać klanowi, że wyruszam jutro, jednak nie za twoją sprawą — rzekł wreszcie, już bardziej twardym i zdecydowanym tonem, którego brakowało mu przez ostatnie księżyce — Jednak nie obiecuję, że uda mi się cokolwiek zdziałać. I najlepiej będzie dla ciebie, jeśli też nie będziesz mieć zbyt wielkich oczekiwań.

┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦----

Mógłby powiedzieć, że obserwował, jak delegacja Króliczej Gwiazdy wychodzi z obozu na spotkanie z Gwiezdnymi, jednak zwyczajnie nie miał jak. Jeszcze przez chwilę jak wyszli walczył ze sobą czy jednak wbrew nakazowi iść za nimi czy nie, w końcu go nie zauważą, jeśli będzie dreptał po tunelach, jednak czas który poświęcił na myślenie sprawił, że końcowo nie miał szans dogonić lidera bez biegu, a to skończyłoby się w jego przypadku raczej marnie. No i nie wiedział gdzie jest wejście. Teoretycznie mógłby się spytać Słonecznego Fragmentu czy Zawilcowej Korony, jednak wizja możliwych konsekwencji gdyby udzielili mu informacji, była zbyt wyraźna, by się na to bezmyślnie rzucić. Co innego, gdyby się zgodzili. Bo niby czemu nie? Czemu miał zostać? To za jego sprawą mieli też iść, to on walczył o wskrzeszenie matki, a zamiast tego poszła obstawa która nie miała z tym nic wspólnego. Z jakiej racji nie mógł iść? Bo co, bo ,,święte miejsce dostępne tylko dla wybranych”? Coraz bardziej go ta wizja denerwowała, a że nie miał innego logicznego wyjaśnienia, po prostu się trzymał swojej wymyślonej wersji. Inna brzmiała tak, że zwyczajnie by przeszkadzał podczas drogi jako ślepiec, co tylko dodatkowo go zbulwersowało. Na pewno była droga na miejsce przez tunele, a on się w nich ostatnio świetnie odnajdywał, jeśli tylko zapomniał o tym, jak zimne i nieprzyjemne są. No i o tym, że mogłyby się łatwo zawalić mu na głowę. Krążył więc przed legowiskiem starszyzny, które jako jedyne było teraz najcichsze i najbardziej bezpieczne, chociaż do środka nie odważył się wejść. Ogon mu drgał, serce rwało pierś a z pyska wychodziło co jakiś czas pomrukiwanie i niezadowolone mamrotanie, komentujące tą całą sytuację. Chciał iść. Miał do tego prawo, a ,,nie bo nie” niezbyt go przekonywało. Ale przynajmniej Królik poszedł, prawda? Mógł wcale nie iść… nie było to jednak żadne pocieszenie. Zanim się wybrał wyraźnie powiedział klanowi, że poprosi o przelanie żyć na Zawodzące Echo, więc to był oficjalny powód. Czas mijał, a wraz z nią rosnąca frustracja i oczekiwanie. A może też coś ze strachu? W końcu z obawy przed pytaniami czy chęcią integracji od strony innych kotów, znów zniknął w tunelach, by w znanej, przytulnej grocie przeczekać resztę czasu, szukając zajęcia w drobnych czynnościach czy próbując się przespać, chociaż to drugie nie miało prawa działać. W końcu uświadomił też sobie, że nie może tak po prostu podejść do lidera gdy ten tylko wróci, chociaż bardzo by chciał znać od razu odpowiedź. Jednak jak podejdzie, zwróci na siebie uwagę, a nie chciał, żeby wszyscy słyszeli, wiedzieli i zaraz potem oceniali. Realizacja tej jednej sprawy spowodowała, że kocur musiał jakoś zdusić w sobie niepokój. A im dłużej czekał, tym większy strach w nim rósł, całkowicie zasłaniając uczucie ekscytacji. Czasem dopomagał sobie wtedy swoją głową, wyobrażając sobie, jak to by było, gdyby się jednak udało. Jak mama otwiera oczy, słychać jak bierze oddech po długim zesztywnieniu, jak wszyscy wzdychają z zaskoczenia i zachwytu, gdy jej futro odzyskuje teksturę i blask… a może gwiezdni by dali jej nowe ciało? W końcu czemu nie? Już i tak naginają rzeczywistość, dając liderom dodatkowe życia, co dla kocura zdawało się być wbrew naturze. Powtarzał sobie więc tą scenę w głowie tyle razy, że skończył ocierając łzy, wywołane jedynie złudzeniem. Znowu nie wiedział, co ze sobą zrobić. 
— Będzie dobrze, będzie dobrze, uspokój się, będzie dobrze, zaraz wrócą — w końcu zaczął kręcić się nerwowo po korytarzach, mrucząc pod nosem te same słowa jak mantrę, a dudnienie własnych kroków stało się jeszcze bardziej pobudzające i drażniące, jednocześnie tworząc jakiś rytm, który trzymał go w ryzach. W końcu się zmęczył, znów położył spać, chociaż wcale nie usnął. Czekał, aż upłynie wystarczająco dużo czasu by wrócić do obozu, bez konieczności odpowiadania na zbędne pytania. 

┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦----

— Przykro mi, Księżycowa Łapo, jednak to o co prosisz, nie jest możliwe — słowa lidera spłynęły mroźnym deszczem po jego karku. Królicza Gwiazda mówił spokojnie, gładko, chociaż brzmiał przy tym jakoś staro. A przynajmniej starzej, niż kiedy rozmawiał z nim przed wyprawą. Lider zdawał się czekać, aż młodszy coś powie, jednak kocurowi zaschło w gardle. Otwierał i zamykał pysk, aż w końcu zagryzł zęby, nagle czując, jak ucieka z niego cała energia, która nagromadziła się przez okres oczekiwania. Czuł się ciężki, ekscytacja i obawa zniknęły, pozostał tylko chłodny spokój. Jeszcze chwilę temu, pełen obaw, ignorując medyków wbiegł po schodkach w górę, mając nadzieję zastać Króliczą Gwiazdę samego. Teraz natomiast, wszystko jakby w nim spadło. 
— Życia lidera nie są przeznaczone by je rozdawać, nie po to Klan Gwiazdy obdarowuje nimi lidera. Być może byłaby możliwość przekazania komuś swojego własnego, jednak dla twojej mamy, Księżycu, jest już zwyczajnie za późno. Dusza na tym etapie nie ma już do czego wracać. — Rozmowa na tym się skończyła. Bez słowa wstał, kiwnął głową na podziękowanie i ciężkim krokiem wyszedł z legowiska lidera. Nie pamiętał jak i kiedy znalazł się znów w swojej ciasnej, ciemnej dziurze. Po chwili nadziei powrót tu był jeszcze cięższy niż wcześniej, a słowa starszego wcale nie dawały mu wyjaśnień, a jeszcze więcej pytań i niesmaku skierowanego do Gwiezdnych. W końcu to oni tworzą zasady, w końcu to oni rozdają życia, czemu więc nie mogą ich zmienić? To proste, nie chcą. Zwyczajnie cieszą się, że już dawno zdechli i teraz należy im się szacunek, bo są martwi. I mogą dzięki temu nie pomagać, nie wyjaśniać, nie kontaktować się i uznać, że jak raz na jakiś czas powiedzą coś zagadką albo odmówią pomocy, to wystarczająco. Czemu są tacy? W końcu to nie byty będące nad wszystkimi żyjącymi, a jedynie banda zdechlaków! On też pewnie będzie ich częścią, nie mogliby zrobić głosowania? Albo nie chcą pomóc bo nikomu wcześniej nie przyszło to do głowy i skoro oni nie zmartwychwstali, to innym też nie pozwolą. Zanim jeszcze dopadła go bierność, zdążył wbić pazury w ziemię, powoli się całkiem poddając. Jakie to ma teraz znaczenie? To on zawalił. Gdyby wyszedł z propozycją wcześniej, być może mama by żyła. Tylko czyje życie wtedy poświęcić? Morderczyni? Tak, chętnie złożyłby ją w ofierze, jednak na tamten moment nie wiedzieli nawet, że to jej wina, a on, czy wcześniej czy teraz, nie potrafił czuć w stronę Wieleniej nienawiści. Jedynie głęboki, potężny żal i zawód.Zwinął się znów w kłębek, w wyleżanym od dawna posłaniu, pogrążając w jego twardym, zwietrzałym objęciu.  

[2064 słów]
<sorry vezu, miało się skończyć przed nowym rokiem>

Od Pustułkowego Szponu CD. Wąsatkowej Łapy

“Będę się starać tak, jak nigdy dotąd, ale nie okłamuj mnie w żywe oczy!” — te słowa Wąsatki wracały do niego zbyt często, nie dając spokoju nawet pod wieczór, kiedy wojownik marzył tylko o śnie, który zregeneruje jego zmęczone ciało. Pora nagich drzew nie rozpieszczała nikogo, a czekoladowy nie miał łatwiej od innych, gdyż z powodu swojej niepełnosprawności trudniej było mu oceniać odległość, co było kluczowe podczas polowania. Miał wrażenie, że ostatnio jego frustracja tym faktem jeszcze bardziej narastała, zmuszając się do ciągłych prób, aż nie złapał choćby marnej piszczki i nie przyniósł jej do obozu, dorzucając na stos. Nie chciał zawieść nikogo, ukazując fakt, iż to on stanowi słabe ogniwo w klanie, pomimo zajmowanego stanowiska. Makowy Nów zapewne byłaby dumna z synów, lecz zielonooki zdawał sobie sprawę, że to jego brat, Krucze Pióro, miał znacznie większe szanse na zostanie przyszłym przywódcą. Nawet jeśli ich wiedza była na tym samym poziomie to Pustułkowy Szpon posiadał ograniczenia, których nie mógł ominąć. Już do końca życia był skazany na ciągle trudności w niektórych obowiązkach jako wojownik, a mimo to Zalotna Gwiazda dała mu możliwość szkolenia przybranej córki — albo zrobiła to tylko dlatego, że on jedyny w klanie miał problemy ze wzrokiem i mógł trenować kogoś z podobną przypadłością.

«★»

Poranki nie należały do najprzyjemniejszych. Chociaż w porze nagich drzew żadna pora dnia nie była niczym miłym, nawet dla kota o półdługiej szacie, jak czekoladowy zastępca. W odpowiedzi na kolejny chłodniejszy powiew wiatru z zewnątrz zwinął się mocniej w kłębek, zakrywając gęstym ogonem pysk. W szczególności pusty oczodół, którego nic nie ochraniało przed niesprzyjającymi warunkami pogodowymi. Najchętniej przeczekałby cały ten sezon w nieco cieplejszym legowisku, lecz nie było to w żaden sposób możliwe. Miał teraz na głowie obowiązki zastępcy oraz wyszkolenie Wąsatkowej Łapy, a mimo nowych zadań nadal przede wszystkim był wojownikiem. Dlatego też po dłuższej chwili niechętnie wstał, przeciągnął się, próbując w czasie opuszczenie ścian krzewu, chroniące nieco przed wkradającym się mrozem.
Wyściubiając nos poza legowisku, momentalnie poczuł nieprzyjemne szczypanie w czubek pyska, a następnie uszy, kiedy tylko wyłonił się bardziej na polanę. Akurat w momencie, gdy w pełni opuścił schronienie, to w jego ciało trafił chłodny podmuch, od którego aż sierść stawała dęba. Wyklinając pogodę pod nosem, skierował się w stronę porannego patrolu, który miał poprowadzić. Wczoraj do niego wyznaczył Barczatkowy Świt, Pszczeli Rój i Nadciągający Pomrok. Z nawyku skinął głową do trójki kotów, a następnie ruszył w stronę wyjścia z obozu, dając znać ruchem ogona, by ci ruszyli za nim. Nawet nie musiał się oglądać za siebie, gdyż już po chwili usłyszał rytmiczne kroki za sobą. Długo nie musiał czekać, a do dźwięku stawianych kroków dołączył głos czarnej szylkretki, która rozpoczęła rozmowę ze starszą wojowniczką. Zastępca nie skupiał się na ich słowach, gdyż był zajęty brnięciem przez zasypany śniegiem las — wystarczyła chwila nieuwagi, a mógłby skończyć z głową w zaspie białego puchu. Pomimo tego, że ścieżki, którymi najczęściej uczęszczały patrole, nie były, aż tak bardzo pokryte sezonową okrywą, tak zagrożeniem mogły stanowić momenty, gdy ziemię pokrywał czysty lód. Czekoladowy wolał tak szybko nie wracać z kimś do obozu, gdyby ktoś z patrolu ucierpiał na śliskiej powierzchni — dlatego też starał się ich tak prowadzić, by omijać większe zlodowacenia.
Mróz szczypał go w bardziej odsłonięte części ciała, więc wojownik nie miał zamiaru nigdzie daleko ciągać resztę patrolu. Obrał za cel przejście się wzdłuż granicy z Klanem Klifu, a następnie powrót do obozu z uwzględnieniem polowania po drodze. Pora nagich drzew sprawiała, że ciężej było o zwierzynę, więc też każdy Wilczak opuszczający obóz miał obowiązek upolować chociaż jedną nędzną mysz lub cokolwiek innego. Oczywiście, jeśli nie uda się nic przynieść na stos, to nic się nie stanie, każdy ma świadomość, jakie warunki panują oraz jak trudno bywa o, chociażby jedną piszczkę.

«★»

Reszta patrolu już zdążyła wrócić do obozu, lecz Pustułkowy Szpon nadal pozostawał poza bezpiecznymi murami gęstych krzewów. Dziś wyjątkowo trudno mu było złapać cokolwiek innego niż płatki śniegu, które wzbijały się w powietrze, kiedy to wojownik lądował w zaspie z pustką w łapach. Jak dotąd każda zwierzyna mu umykała, głównie z powodu tego, iż czekoladowy źle wymierzał odległość do skoku. Zirytowany kolejną porażką, machnął gniewnie ogonem, a następnie otrzepał się ze śniegu, który lubi przyczepiać się do jego półdługiej szaty. Nie miał zamiaru wracać bez chociażby jednej nędznej piszczki, lecz jak dalej tak pójdzie, to zostanie w lesie do zmierzchu, nie mógł sobie na to pozwolić, szczególnie że musiał jeszcze zabrać Wąsatkową Łapę na trening.
Zaczął się zastanawiać jakim cudem Makowy Nów była w stanie pogodzić obowiązki jako zastępca oraz mentorka Kruczego Pióra. Sam długo nie piastował tak wysokiego stanowiska, lecz już powoli zaczynał się czuć tym przytłoczony. Może potrzebował nieco więcej czasu, by wpaść w ten rytm zadań?
Nie miał, kiedy dłużej nad tym myśleć, gdyż właśnie poczuł woń nornicy. Była to dziś kolejna okazja do upolowania czegokolwiek dla klanu — nie wiedział, kiedy nadarzy się kolejna możliwość, dlatego też nie zwlekając dłużej, zaczął się kierować w stronę gryzonia. Po pokonaniu odległości dwóch króliczych skoków ujrzał swój cel. Zwierzątko wyróżniało się swoim brązowym futerkiem na tle śnieżnej bieli, podobnie jak sam kocur. Musiał działać szybko, a jednocześnie precyzyjnie. Mogło się okazać, że dziś już nie będzie mieć tyle szczęścia i niestety jego powrót będzie zwieńczeniem nieowocnego polowania. Bezszelestnie zakradł się do swojej ofiary, by po paru uderzeniach serca skoczyć i tym razem z powodzeniem, łapiąc nornice w swoje szpony.
Najchętniej obserwowałbym powolne konanie gryzonia, lecz podmuch wiatru przypomniał mu o nieprzyjemnie niskiej temperaturze, tak więc chwycił piszczkę w zęby, by zakończyć jej męki. W miejscu, gdzie chwile wcześniej żerowało małe żyjątko, teraz znajdowała się niewielka plama krwi, mniejsza od odcisku łapy wojownika. W duchu dumny ze zdobyczy skierował się w końcu do obozu, gdzie ledwo zdążył dołożyć piszczkę na stos, a już u jego boku pojawiła się przybrana córka. Choć w sumie to najpierw zdołał usłyszeć jej wołanie — zastępca podejrzewał, że połowa obozu była w stanie je usłyszeć.
— Tato, tato! Tato, to Cykoriowa Łapa. Cykoriowa Łapo, to tata — przedstawiła ich sobie nawzajem, na co wojownik jedynie uniósł jedną brew. Zastanawiało go, co takiego koteczka wymyśliła. — To moja nowa koleżanka! — oznajmiła z iskierkami ekscytacji w swoich brązowych oczach, co nie uszło uwadze starszemu. — Może będę mogła z nią poćwiczyć walkę? Mówiłeś, że to przydatna umiejętność. Mentorka Cykorii na pewno się zgodzi, byś zabrał ją ze mną na wspólny trening. Ognikowa Słota podobno jest złą mento-
Nie zdołała jednak dokończyć, gdyż Cykoriowa Łapa ją szturchnęła, by od razu poprawić wypowiedź koleżanki:
— Niezłą! Powiedziałam, że Ognikowa Słota jest niezłą mentorką. Jest po prostu na tyle fajna i wyluzowana, że jestem przekonana, że pozwoli mi odbyć z tobą trening! — wyjaśniła, uśmiechając się w stronę Pustułkowego Szponu.
— No, tak! Cykoria mówi samą prawdę! — wtórowała czarno-biała. — To może pójdziemy nawet dzisiaj? Ani ja, ani Cykoria nie odbyłyśmy jeszcze treningu od samego ranka!
Po wysłuchaniu szczebiotania obu kotek zielonooki zastrzygł naderwanym uchem, które było oznaką przynależności do kultu Mrocznej Puszczy w ich klanie. Często było tak, że mentorze umawiali się na wspólne treningi, lecz w przypadku słów uczennic wynikało, że to on miał je wziąć obie. Nieco podejrzliwie zmrużył oczy, przypatrując się pyszczkom kotek. Po chwili uniósł wzrok znad nich, by spróbować odszukać wzrokiem Ognikową Słotę, kiedy jednak jej nie odnalazł, machnął zirytowany ogonem. Czemu akurat jak potrzebuje danego kota, to go nie ma w pobliżu?
— Zaczekajcie — zarządził w stronę Cykorii i Wąsatki, by następnie oddalić się do legowiska wojowników, jednak gdy tam także nie zastał szylkretki, jego zirytowanie rosło. Nie przypominał sobie, by wczoraj wyznaczał jakikolwiek patrol z udziałem wojowniczki, czyli zapewne mógł to zrobić Krucze Pióro.
“Trzeba to będzie omówić” — stwierdził w myślach, mając zamiar odbyć rozmowę z bratem, jak tylko wróci z treningu Wąsatkowej Łapy i Cykoriowej Łapy, która będzie na doczepkę, niczym rzep na ogonie.
— Blade Lico, przekaż Ognikowej Słocie, że wziąłem Cykoriową Łapę na wspólny trening z Wąsatkową Łapą — wydał polecenie starszemu, na co on jedynie skinął głową. Czekoladowy wycofał się z legowiska, by następnie wrócić do młódek, które na szczęście go posłuchały i czekały w miejscu, gdzie je wcześniej zostawił.
— A więc — zwrócił się do uczennic. — Ognikowej Słoty nie znalazłem, więc Blade Lico przekaże jej informację, iż zabrałem też Cykoriową Łapę na trening — oznajmił, by następnie skierować swoje kroki w kierunku tunelu, dając znak, by koteczki podążały za nim.
Nie zwracał uwagi na wesołe trajkotanie młodszych, dopóki nie dotarli do drzewa, gdzie kiedyś Mroczna Wizja uczyła go wspinaczki. Nie wiedział, na jakim etapie jest pomarańczowooka, lecz powtórzenie podstaw nie zaszkodzi.
— Wąsatkowa Łapo, opisz mi, jak widzisz to drzewo. Cykoriowa Łapo, ty w tym czasie oddal się o króliczy skok od nas. Chcę coś sprawdzić — oznajmił, czekając, aż obie wykonają polecenia. Musiał wiedzieć, na czym polega problem u czarno-białej ze wzrokiem, by dostosować pod to ich treningi. Miał nadzieję, że córka nie będzie go okłamywać tylko z powodu ich rozmowy po ceremonii mianowania jej na uczennice. Chciał ją, jak najszybciej nauczyć, że świat bywa okrutny, a Klan Wilka nie toleruje słabości.

<Wąsatko? Tylko nie okłamuj mnie w żywe oczy>
[1477 słów — trening Wąsatkowej Łapy]

[Przyznano 15%]

03 lutego 2026

Od Jagnięcej Łapy (Jagnięcego Ukłonu)

Podczas spotkania medyków

Chłód jasnej nocy owiewał pyszczek Ćmiego Księżyca, kiedy kotka czekała na swoją uczennicę, która dołączyła do niej chwilę później.
— Wybacz, już jestem — miauknęła Jagienka, ale sądząc po niej, była naprawdę poddenerwowana. To miało być jej pierwsze spotkanie medyków. Nie była pewna czy bardziej się bała, niepokoiła czy trochę też ekscytowała. Jednak chyba to ostatnie w jej przypadku brzmiało dość absurdalnie. Bladooka wstała powoli. Wskazała rudzince kierunek, ale sama ruszyła jako pierwsza. Jagienka odczuła cichą ulgę. Cieszyła się, że nie musiała iść przodem. W zasadzie to byłoby, na razie niemożliwe. W końcu nie znała drogi, więc zapewne nie dotarłaby tam. Niebieskooka uczennica ruszyła za swoją mentorką chwilę później. Tym razem bez słowa na pyszczku. Zresztą i tak chciała skupić się na drodze i ją spamiętać. Była tuż za Ćmą.
— Trzymaj się blisko i spróbuj skupić się wszystkich zakrętach, które obiorę. Nie wiesz, kiedy los każe ci przyjść tutaj bez mojej osoby — poleciła Jagience młodsza kotka. Kiedy rudo futra dostrzegła tunel, zawahała się na moment. Czuła obawy przed tą ziejącą ciemnością. Nie wiedziała, czego powinna się spodziewać.
— Dobrze Ćmi Księżycu. Będę uważna — odpowiedziała cicho po dłuższej chwili. Da radę prawda? Przecież przeżyła już gorsze rzeczy. Ćma kiwnęła głową na jej słowa, wkraczając w gęste ciemności. Medyczka kroczyła uważnie, ale nie guzdrała się niepotrzebnie. Jagienka starała się za nią nadążyć, a jednocześnie skupić się na drodze. Końcówka ogona Ćmiego Księżyca dotykała cały czas piersi Jagnięcej Łapy, aby rudaska nie zgubiła się między korytarzami. Kobaltowe oczka przyszłej medyczki cały czas śledziły drogę. Zapamiętywała każdy skręt. Smakowała powietrze nosem, wyczuwając wiele nowych zapachów. Doceniała, że jej mentorka cały czas utrzymuje z nią jakiś kontakt fizyczny, bo przynajmniej czuła się pewniej.
— Och — wyrwało jej się, gdy zobaczyła miejsce, które było ich celem. Rozejrzała się dookoła, a następnie przeniosła spojrzenie na Ćmi Księżyc. Chwilę później dotarł do nich zapach leśnej żywicy i igieł. Jagienka przeniosła wzrok na przybyłe koty. Klan Wilka. Poczuła nieprzyjemny chłodny dreszcz. Skinęła lekko łebkiem w ich stronę na powitanie. Zdecydowanie nie były to koty, które wprawiały swoją obecnością komfort w duszyczce i serduszku rudej. Wkrótce do zebranych już kotów dołączyły pozostałe. Dostrzegła ruch kątem oka i przeniosła tam spojrzenie. Jej mentorka właśnie się podniosła, więc pewnie spotkanie miało się zacząć lada chwila.
— Witam was wszystkich — zaczęła medyczka Klanu Klifu omiatając spojrzeniem wszystkich zebranych.
— Aby nie odkładać niepotrzebnie w czasie naszego wspaniałego spotkania z Przodkami, pozwolę sobie zacząć... — głos Ćmy rozległ się w powietrzu. Jagienka podniosła bardziej uszka.
— Jak zapewne widzicie, moja siostra Wieczne Zaćmienie nie towarzyszy nam na dzisiejszym spotkaniu. Z własnej woli i z pogarszającego się stanu zdrowia — kontynuowała kocica. Jagienka owinęła łapy ogonem, obserwując w skupieniu swoją mentorkę. Zawsze jej słuchała.
— Postanowiła oddać role głównej medyczki mnie, a sama udała się na przedwczesną emeryturę — dodała Ćmi Księżyc. Po skończonej wypowiedzi medyczka przerwała tylko na moment.
— Mamy jednak również ze sobą dobrą nowinę. Przyprowadziłam dziś ze sobą kotkę, którą, chociaż widzicie w tym gronie po raz pierwszy, mam zaszczyt już uhonorować... — Ćma odwróciła się od Sadzawki i stanęła naprzeciwko Jagnięcej Łapy.
— Ja, Ćmi Księżyc, medyczka Klanu Klifu wzywam moich wspaniałych Przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała wytrwale, aby poznać drogę medyka i pod waszym okiem nieść pomoc kotom w Klanie Klifu. Jagnięca Łapo, czy przysięgasz wiernie podążać ścieżką kodeksu medyka, trzymać się z daleka od rozlewu krwi i nieść pomoc wraz z ukojeniem, nawet za cenę swojego życia? — spytała srebrna. Rudzinka była nieco zaskoczona takim obrotem spraw, ale nie zamierzała zbyt długo się nad tym rozwodzić. Ufała swojej mentorce jak nikomu innemu. Podniosła się na drobne łapki. Zwalczyła niepewność.
— Przysięgam — miauknęła pewnie, ale wciąż ciepłym głosem.
— Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię medyka. Jagnięca Łapo, od dzisiaj będziesz zwana Jagnięcym Ukłonem. Wielcy Przodkowie doceniają twoją opiekuńczość i dobre serce oraz witają cię jako pełnoprawnego medyka Klanu Klifu. Noś swoje imię z dumą, aby nigdy nie zbrukać go, swojego klanu, a co najważniejsze, nie zawieść Gwiezdnych, którzy tej nocy spoglądać będą na ciebie po raz pierwszy — powiedziała i uśmiechnęła się delikatnie. Jagnięcy Ukłon. Bardzo podobało się jej imię. Było delikatne i ładnie brzmiało.
— Nie zawiodę — miauknęła niemal bezgłośnie, a następnie usiadła obok Ćmy. Tak, teraz klan będzie pewnie jeszcze bardziej cięty. No cóż. Przetrwa to. Musiała.

Od Wzorzystej Łapy (Wzorzystej Dali)

Kolejna noc, podczas której co chwilę się budziła, a potem nie potrafiła zasnąć. Kolejne natłoki myśli. O Bukowej Koronie, o Foczej Fali, o Psotnym Nietoperzu, o jej mentorce i o niej samej. W skrócie — nie było dobrze. Kiedy wstała rano może i nie czuła się zmęczona fizycznie, ale jej głowa prosiła o odpoczynek. Myślała nawet przez chwilę o ukryciu się z piszczką gdzieś w jakimś ciemnym zakamarku obozu, ale nie zdążyła podjąć tej decyzji.
— W-Wzorzysta Łapo… M-może pójdziesz zapolować? — zapytała Gołębi Puch. Sprawiała wrażenie bardziej zestresowanej niż zwykle. Uczennica zmarszczyła brwi. To nie powinno być pytanie. Zawsze wstawała rano i szła z mentorką na polowanie, a potem jadła swój pierwszy posiłek danego dnia. Czemu dzisiaj nagle miało to być wielkie wydarzenie?
— Ja jestem gotowa — mruknęła tylko. Czarno-biała podrapała się po głowie.
— Wiesz… ja teraz mam coś innego do zrobienia… pójdź sama…
Głodnej niebieskookiej nie trzeba było dłużej powtarzać. Czy nie uważała tego zachowania za dziwne? Owszem. Ale miała teraz lepsze rzeczy do roboty niż słuchanie mentorki, która próbuje się wykręcić od porannego polowania. Szczególnie że nie robiła się ani trochę bardziej najedzona, stojąc w jednym miejscu. Strzepnęła ogonem i wyszła z obozu.

***

Mimo że nie było to najbliższe miejsce od obozu, Wzorek zdecydowała się na polowanie na Złotych Kłosach, a raczej rozwalonych resztkach. Logika w tym rozumowaniu była taka, że jeżeli jej się nie uda, prędzej znajdzie drugą mysz tutaj niż gdziekolwiek indziej. Otworzyła pysk, żeby posmakować powietrze. Tak jak się domyślała, wyczuła zapach gryzonia około długości zajęczego skoku przed sobą. I… zanim zdążyła się zastanowić, co robi, gryzoń już wisiał w jej pysku. Konkretne techniki łowieckie znała na pamięć, a ta do myszy była u niej szczególnie wyćwiczona. Obróciła się za siebie w celu powrotu do obozu i… zobaczyła Gołębi Puch. “Co ona tam robi?” — zapytała się w myślach. “Podobno nie mogła przyjść”. Mentorka podeszła do niej bliżej i dopiero wtedy młodsza zauważyła uśmiech na jej pysku. To był chyba pierwszy raz, kiedy go widziała.
—B-Brawo! W-Wzorzysta Łapo! Udało ci się!
Po tych słowach liliowa była jeszcze bardziej skonfundowana.
— Porozmawiam dzisiaj z Judaszowcową Gwiazdą. Prawdopodobnie zostaniesz wojowniczką jeszcze dzisiaj.
Serce szylkretki podskoczyło ze szczęścia. Udało jej się! Wreszcie jej się coś udało! Nie będzie już pokraką w legowisku uczniów!

***

Nie była tak podekscytowana od księżyców, a może nawet nigdy. Na pewno nie na ceremonii uczniowskiej, bo o niej zapomniała i Jastrzębi Zew musiała jej przypominać. Większość kotów w takiej sytuacji pewnie układałoby sobie futro, żeby wyglądać ładnie, ale Wzorek była zbyt zaaferowana tym wszystkim, żeby nawet o tym pomyśleć. Jedyne co zdążyła zrobić od powrotu z polowania to powyrywać pióra z sójki, żeby rozładować emocje, a później ją zjeść. Więc kiedy usłyszała krzyk Judaszowcowej Gwiazdy zwołującego klan na spotkanie, nie mogła posiąść się z radości. Mimo tego potruchtała pod wysoką półkę.
— Wzorzysta Łapo, wystąp.
Kotka prześlizgnęła się przez tłum i stanęła tuż pod punktem przemówień.
— Ja, Judaszowcowa Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. Wzorzysta Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Z drżącymi łapami, ale pewnym głosem potwierdziła:
— Przysięgam.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Wzorzysta Łapo, od tej pory będziesz znana jako Wzorzysta Dal. Klan Gwiazdy ceni twoją sumienność i zaangażowanie, oraz wita cię jako nową wojowniczkę Klanu Klifu.
W tym momencie entuzjazm nowej wojowniczki doszczętnie opadł. Nie słuchała nawet, jak tłum skandował jej imię. Wzorzysta Dal… To nie było to, czego chciała… Brzmiało, jakby Judaszowcowa Gwiazda wypominał jej, że jej prawdziwy dom jest daleko stąd albo że jest daleka od ideału. Siedziała ze spuszczoną głową w tym samym miejscu, dopóki klan się nie rozszedł.

[616 słów]