BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 8 lutego, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

21 stycznia 2026

Brzoza urodziła!

 Brzoza urodziła trójkę radosnych kociąt!








20 stycznia 2026

Od Strzępka Do Rozkwitającego Astra

Sezon nagich drzew zawitał także i w obozie Klanu Klifu, gdyż pomimo osłony wodnej w postaci wodospadu to nadal morska bryza wkradała się do jaskini w klifie. Nie było najgorzej, lecz wojownicy mogli w jakimś stopniu odczuwać zmiany temperatury, czym nie miał się przejmować taki kociak jak Strzępek. Kocurek całe dnie mógł spędzać w miarę ciepłym legowisku u boku siostry, bądź matki — nawet jeśli ta bywała nieobecna, jej spojrzenie w ich kierunku było przepełnione bólem lub opuszczał rodzeństwo, pozostawiając z nimi Króliczą Prawdę.
Point początkowo nie był przekonany do swojego przybranego ojca, lecz powoli, z czasem stał się dla niego czymś normalnym, częścią rutyny, a nawet jego małego świata, który jak na razie ograniczał się do ścian kociarni. Podobnie było z innymi kotami, które chętnie przychodziły do żłobka, by spróbować się z nimi pobawić lub porozmawiać, co było niepewną kwestią w przypadku Strzępka — ten dość zmienne dni, gdzie o jednej porze lubił przysłuchiwać się opowieścią wojowników, a w inne obracał się do nich plecami, ignorując, jakby byli zwykłym powietrzem.
Kocurek nieco zyskał na swojej pewności co do prostolinijnego i często boleśnie szczerego traktowania innych, kiedy to kociarnię opuściła Postrzępiony Mróz oraz Naparstnica, choć teraz już Naparstnicowa Łapa. Point nie krył swojego zdziwienia i zainteresowania, jakim cudem tak nieskoordynowany ruchowo arlekin został mianowany na ucznia. Wiedza morskookiego ograniczała się jedynie do tego, że w klanie mógł podążyć ścieżką wojownika lub medyka — nic nie wiedział o protektorach, jakby nieświadomie wypierając ich istnienie ze swojej młodej główki. Może raz lub dwa słyszał określenie protektor, lecz ten nie zapamiętał go z jakiegoś powodu.
Młodzik właśnie był pochłonięty turlanie kulki mchu, gdy ta nagle się potoczyła pod łapy szylkretki przez zbyt dużą siłę, jaką włożył w to Strzępek. Kocurek zmrużył swoje ślepia, oceniając wzrokiem kotkę w wejściu do żłobka. Pierwsze, co się rzucało w oczy to to, że miała w bure futro wpleciony kwiaty astry oraz zioła. Napotykając spojrzenie kociaka, posłała mu ciepły uśmiech.

<No Aster, pierwsze koty za płoty>

Od Konwaliowej Mielizny CD. Kasztanka

To już się chyba stało tradycją, że zawsze zaraz po porannym lub popołudniowym patrolu, liliowy brał ze stosu coś dla Nenufarowego Kielichu oraz Złocistego Widlika, ewentualnie dla siebie, lecz przy obecnej porze nagich drzew każda zdobycz się liczyła — dlatego też niektórzy odmawiali w jakiś dzień swojej racji, by wystarczyło dla wszystkich.
Dzisiaj pogoda niezbyt dopisywała, gdyż nisko nad ziemią wisiała gęsta mgła, przez co każdy wojownik musiał uważać, gdzie stawia swoje kroki. Przy trójce kociąt w żłobku łatwo było o wypadek, szczególnie że zawsze się zdarzy jakiś mały uciekinier, którego można zadeptać, a tego raczej nikt nie chciał. Dlatego też Konwalia wolał trzymać się bliżej linii legowisk i trzcinowych murów. Choć w takich warunkach to najchętniej, by siedział w suchym i ciepłym legowisku. Nie był suchą łapą, lecz po prostu wszechobecny chłód jeszcze szybciej przenikał przez jego szatę, kiedy ta była mokra i przylegała do ciała.
Pierwszy patrol składał się z Lśniącej Ikry, Kijankowych Moczarów i Siwej Czapli, nie wliczając do tego młodego wojownika. Ich grupa to były wyłącznie kocury, lecz raczej nikt się tym nie dziwił szczególnie po niedawnym ataku wydry na Nocniaków. Stworzenie te mogło nadal gdzieś przebywać w okolicy i zagrażać pozostałym — już jeden uczeń zginął, więcej nie było trzeba. We czwórkę skierowali się do tunelu w murze, by następnie po paru krokach wejść do wody. Nie było innej drogi na drugą stronę brzegu, nad czym ubolewał liliowy, czując, jak chłód już zakleszcza na nim swoje szpony. Ledwo wyszedł z wody, a momentalnie zaczął niekontrolowanie dygotać — jeszcze nie miał okazji pływać w takich warunkach, a już w szczególności udać się na patrol.

***

Wkraczając do obozu, czuł, jak każda jego kość w ciele dygocze od przenikliwego chłodu, na które był wystawiony jeszcze przez chwilę, nim pospiesznie nie udało się do legowiska wojowników. Dopiero tam rozluźnił szczękę, która dotychczas była napięta, by nie zacząć szczękać zębami — miał wtedy wrażenie, że słyszy go każdy na terenie Klanu Nocy.
Nie zwlekając ani uderzenie serca dłużej, zabrał się za dokładną pielęgnację liliowej sierści, starając się, jak najszybciej pozbyć wody z jej pasem. Dopiero po kilkudziesięciu pociągnięciach językiem chłód zaczął opuszczać jego młode ciało, ustępując ciepłu legowiska, nawet jeśli te było początkowo dość znikome. Po jakimś czasie przeszedł do kolejnego etapu, jakim było ułożenie długiej szaty, by godnie się prezentować. W końcu nauki Borówkowej Słodyczy nie mogą pójść w las.
Kiedy był pewny, że jest gotowy na ponowne opuszczenie legowiska, podniósł się z posłania, by następnie wziąć dwie ukleje i najpierw wstąpić do Nenufarowego Kielichu. Starsza z uśmiechem przywitała młodego wojownika, lecz było widać w tym ciepłym geście ból oraz samotność. Kotka była obecnie jedyną personą, która przebywała w legowisku dla starszyzny. Dlatego też Konwaliowa Mielizna odwiedzał ją tak często, jak mógł — nie wiedział, jak inni członkowie klanu opiekują się żółtooką, lecz uważał, że nie miało to znaczenia, dopóki on często dotrzymywał towarzystwa Nenufarze.
Po długiej rozmowie o błahostkach wojownik podniósł się z ziemi, by z bólem opuścić starszą. Nie chciał jej samej zostawiać, lecz czekał na niego jeszcze jeden kot, ale tym razem w kociarni. Złocisty Widlik także przywitał go z uśmiechem, by następnie przyjąć od niego rybę i w czasie ich wspólnej rozmowy ją spożywać. Ich rozmowa nie skupiała się na jednym temacie, płynęła naturalnie niczym spokojny nurt rzeki. Kiedy to niebieskooki wojownik zauważył, że pewna mała kulka się do nich zbliżyła. Konwalia niemal od razu rozpoznał Kasztanka, który wraz z bratem nieco wyróżniał się, patrząc na to, że ich siostra, Werwa, z wyglądu była niemal małą kopią swojej matki. Kocurek jako jedyny był dymny ze średnią ilością bieli, gdyż ten najwięcej miał Narcyz.
— Przepraszam, czy moglibyście opowiedzieć mi bajkę na dobranoc? Jestem zmęczony, ale nie mogę zasnąć, a nie chcę męczyć mojej mamy, ona pewnie jest bardziej zmęczona ode mnie… Może opowiedzielibyście też i jej? — W końcu niepewny zadał pytanie, kierując je zapewne do Konwalii, gdyż to właśnie na nim przez parę uderzeń serca spoczywały z obawą brązowe ślepia kocurka.
Nieco zdziwiony tą prośbą, spojrzał na przyjaciela, który z ciepłym uśmiechem próbował go przekonać do podjęcia się tego. Lekko zmrużył oczy, mówiąc jasno Widlikowi, że jak coś to on ponosi konsekwencje reakcji młodzika — oczywiście, jeśli ta będzie jedynie negatywna, bo przecież liliowy nie da mu przypisać swoich zasług. Co to, to nie!
— Ależ oczywiście Kasztanku. Powiedz jeno, czego chcesz posłuchać? Mogę coś Ci niestandardowego opowiedzieć bądź legendę o tym, jak powstały koty lub o paziu królowej. Wybierz to, co chcesz usłyszeć z mojego pyska, a tak też się stanie — wymruczał Konwalia, odsuwając, podarowany przez piastuna kawałek uklei, który wrócił ponownie w okolice jego łap. Był wdzięczny, że starszy chce się podzielić rybą, lecz ta była w całości przeznaczona dla niego.

<Kasztanku? Co chce usłyszeć twa dusza?>

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Makowej Łapy

Teraźniejszość

Przez dłuższy czas Kocimiętkowy Wir nie dzieliła się ze swoją siostrą tym, co przeżyła na jednym ze zgromadzeń. Wciąż pamiętała to kłujące poczucie zdrady, jakiego doznała, gdy dostrzegła Króliczą Ułudę z tą obcą kotką, która była jednocześnie tak bardzo podobna do Dyniowej Skórki i tak bardzo się od niej różniła. Nie pamiętała dokładnych rysów jej twarzy – wiedziała jednak, że kotka była na pewno nieco starsza od Królika i w dodatku miała rude futerko, zupełnie jak Dynia. Czy było możliwe, że kremowy kocur specjalnie przylgnął do tej Klifiaczki ze względu na jej podobieństwo do Wilczaczki? Może jednak Królik wciąż za nimi tęsknił i związał się z tą kotką w akcie czystej desperacji? Cóż, nawet jeśli, Kocimiętkowy Wir uważała, że było to bardzo nie w porządku, by tak szybko znajdywać sobie drugą połówkę. Kocimiętka zawsze myślała, że bratnia dusza ma być z tobą na całe życie, ale najwyraźniej się myliła i ten temat był bardziej skomplikowany, niż mogłoby się wydawać. Sama też zastanawiała się, kiedy jej samej uda się znaleźć partnera czy… może i partnerkę. Czy będzie czuła to… coś… od samego początku, czy może rozwinie się to z czasem? Jak ma poznać, czy dany kot jest dla niej odpowiedni i będzie tą bratnią duszą, która zostanie przy niej na zawsze, a nie odejdzie i znajdzie sobie kogoś innego – jak Królicza Ułuda?
Tego dnia Kocimiętkowy Wir postanowiła podejść do swojej siostry. Niedawno udało im się szczerze porozmawiać; wspomnienie tamtego momentu wciąż sprawiało, że rudej na sercu robiło się jakoś cieplej. Cieszyła się, że zawsze miała na kogo liczyć. I tak czasem, ale tylko czasem, myślała nawet, że może bratnia dusza niekoniecznie musi być kimś, kogo kochasz romantycznie. Może Makowa Łapa była jej bratnią duszą, ale tylko platonicznie?
— Cześć, siostro! — przywitała się zielonooka, ocierając się łebkiem o policzek uczennicy. — Jak trening? Lepiej się pospiesz, bo Zalotna Gwiazda nie wygląda na taką, co daje fory! — szepnęła do niej, mrużąc delikatnie oczy. Nowa przywódczyni faktycznie wyglądała na dosyć surową i właściwie przemowa, jaką ich obdarzyła, także nie brzmiała zbyt kolorowo dla kotów takich jak Makowa Łapa. Takich, które w oczach Zalotnej Gwiazdy mogłyby przeszkodzić Klanowi Wilka w osiągnięciu “bezwzględnej siły”. Kocimiętkowy Wir nie chciała nawet o tym myśleć, ale bardzo martwił ją fakt, że ruda kocica wciąż jeszcze nie wygrała żadnej walki, a czas jej uciekał.
— Nie martw się, Kocimiętko. Myślę, że jestem już bliżej niż dalej — zapewniła ją siostra, choć zielonooka wciąż nie była przekonana. — Wilgowa Gorycz uczy mnie nowych rzeczy, więc postępy idą mi bardzo szybko — dodała jeszcze, uśmiechając się subtelnie.
— No dobrze! Powiedzmy, że ci wierzę. Ale w takim razie myślisz, że z kim będziesz walczyć? — zapytała, przekręcając delikatnie główkę. — Może z Cienistą Łapą! Jest w naszym wieku, co nie? Ale to syn samej przywódczyni, na pewno jest całkiem silny… — mruknęła Kocimiętka, trochę się pesząc. Nie chciała, by jej siostra traciła nadzieję na wygraną, ale jednocześnie chciała myśleć realistycznie. — Ale jeśli nie on, to może Cykoriowa Łapa? Wiesz, koleguję się z Ognikową Słotą i słyszałam, że Cykoria jest całkiem krnąbrna, nie przepada za walką i nie uważa na treningach. Pokonanie jej będzie dla ciebie jak upolowanie ślepego wróbla! — roześmiała się, a jej krótki ogonek zadrżał.
Makowa Łapa odwróciła od niej wzrok, nieśmiało się uśmiechając.
— Może. Ale ja sama też nie przepadam za walką… Nie wiem, czy Cykoriowa Łapa naprawdę będzie aż tak słabym przeciwnikiem. Na pewno wyniosła cokolwiek z lekcji Ognikowej Słoty, a ona… wiesz, też jest córką Zalotnej Gwiazdy — wymamrotała, zmiatając kurz z ziemi ogonem.
— Oj, nie marudź! Z kimś w końcu musisz wygrać, ja to wiem! Nigdy nie pozwolę ci stąd odejść, a przynajmniej nie samotnie. Jeśli Zalotna Gwiazda będzie śmiała cię wyrzucić, to tego dnia straci też jednego z wojowników – mnie! Zapewne nasza mama też bez wahania z nami pójdzie — wygłosiła pewnie, nadymając lekko policzki.
Makowa Łapa zachichotała.
— Wiesz, nawet mnie nie dziwi twoja decyzja — mruknęła rudofutra. — Ja na twoim miejscu pewnie zrobiłabym to samo. Już raz straciłyśmy członków rodziny, a ja nie chcę tracić ich więcej… — westchnęła Makowa Łapa, na co Kocimiętka zamarła. Jej serce zabiło szybciej, a przez ciało przeszedł dreszcz.
Na moment w jej uszach zaczął dzwonić głos Króliczej Ułudy, a w umyśle poczęły lśnić kobaltowe oczy tamtej kocicy. Na tamtym zgromadzeniu poczuła się tak, jakby straciła ojca nie po raz pierwszy, lecz już po raz drugi.
— Kocimiętko, wszystko dobrze?
Pręgowana wyrwała się z zamyślenia, podnosząc wzrok na siostrę.
— Tak… tak. Tylko tak sobie przypomniałam, że miałam z tobą porozmawiać na temat pewnej rzeczy i… mogłybyśmy przejść się teraz na spacer — zaproponowała, próbując wyrazem swojego pyska nie zdradzić tego, że wiadomość, jaką przekaże siostrze, wcale nie będzie pozytywna.
— Z tobą zawsze — odparła prędko bursztynowooka, jednak w jej głosie przyczaiła się nutka wątpliwości.
Kocimiętkowy Wir jednak nie zamierzała zwracać na to uwagi. Skinęła głową w stronę wyjścia z obozu i podążyła w tamtą stronę, nie obracając się za siebie. Już rozmyślała nad tym, jak powinna powiedzieć siostrze o tym, co spotkało ją na zgromadzeniu. Powinna być bezpośrednia, czy może owinąć wszystko w bawełnę? Zastanawiała się, jak Makowa Łapa zareaguje na te wieści – i czy tak właściwie nie byłoby lepiej, gdyby nigdy nie poznała… prawdy. Jednak czy nie byłoby to wobec niej niewłaściwe? Mak zasługiwała na to, by wiedzieć, co dzieje się z jej ojcem. Może też, tak jak kiedyś Kocimiętka, myślała, że ich ojciec za nimi tęskni, że je opłakuje i bardzo chciałby je znów zobaczyć? Może ona też wciąż łudziła się, że gdyby spotkali się na nowo, mogliby być szczęśliwą rodzinką. Co, jeśli miała za złe Dyniowej Skórce, że odeszła z nimi do Klanu Wilka, podczas gdy tak naprawdę ruda kocica zrobiła to dla ich dobra?

* * *

Kotkom udało się dotrzeć w okolice Czarnych Gniazd; przez niemal całą drogę szły przyciśnięte do siebie, ogrzewając się nawzajem. Panował mróz i zapewne niewiele brakowało, by tereny klanowe zostały zasypane ciężkim, puszystym śniegiem. To tylko kwestia czasu, aż wszystkie wilczackie łąki i lasy pokryją się gęstą warstwą białego puchu. Zapowiadała się ciężka pora, nadzwyczaj uboga w zwierzynę. Kocimiętka miała tylko nadzieję, że medycy zebrali wszystkie potrzebne zioła jeszcze przed momentem, w którym cała roślinność zamarzła. Byłoby naprawdę słabo, gdyby w Klanie Wilka koty zaczęły masowo chorować.
Kocimiętka przysiadła przy czarnym okręgu. Słyszała, że dawniej te tereny należały do Klanu Klifu, jednak gdy rozpętała się wojna, Wilczakom udało się zagarnąć ten skrawek terytorium od Klifiaków. Ciekawe, jak wtedy wyglądała relacja Dyniowej Skórki i Króliczej Ułudy. Mama nie była zbyt chętna do dzielenia się swoją przeszłością i zarodkiem jej relacji z tatą, więc Kocimiętka mogła się tylko domyślać. Z całą pewnością było to dla nich bardzo trudne. Pewnie mieli tyle ze sobą wspólnego, lecz żyli w klanach, które z jakiegoś powodu się poróżniły.
— Więc o czym chciałaś porozmawiać? — spytała nagle Makowa Łapa, strzygąc ze zniecierpliwieniem uchem. — Chyba zaraz odmarznie mi tu zadek! — jęknęła żartobliwie, przycupnąwszy obok Kocimiętki.
Wyraz pyska zielonookiej był wręcz grobowy. Wpatrywała się ona w głąb klifiackich terenów, jakby z bólem.
— Na jednym ze zgromadzeń… — zaczęła smętnie, pociągając nosem — …spotkałam naszego tatę.
— Nie gadaj! — wtrąciła się Makowa Łapa, aż podnosząc się na równe łapy. — Widziałaś Królika? Na zgromadzeniu? Nie wierzę…! Naprawdę, tę Króliczą Ułudę? — dodała jeszcze, po czym polizała się kilka razy po futerku na klatce piersiowej, próbując się uspokoić.
— No mówię! Też się tego nie spodziewałam. Myślałam, że został razem z Trójokim Zającem w siedlisku! A teraz się okazuje, że jednak żyją sobie w Klanie Klifu i grzeją tyłki… A ponadto… zakładają już nowe rodziny — stęknęła, zwieszając ponuro głowę.
— Jak to zakładają nowe rodziny? Co masz na myśli? — zapytała z niepokojem Makowa Łapa. Kocimiętka czuła, jak ogon jej siostry przecina nerwowo powietrze.
— Nasz tata siedział na zgromadzeniu z jakąś obcą kotką. Był szczęśliwy, śmiał się… — wymamrotała, mrużąc oczy, do których poczęły napływać łzy. Przetarła je łapą.
— Jesteś pewna, że to jego nowa partnerka? A co, jeśli to tylko znajo-
— Nie! Makowa Łapo, ty nie rozumiesz… Ja widziałam jego wzrok. Tego nie da się pomylić! Był jak zakochany kundel! — fuknęła, również wstając z miejsca. Spod zaszklonych oczu spojrzała na siostrę, marszcząc brwi. — Im szybciej pogodzisz się z tym, że on już nie wróci, tym lepiej. Ja z początku bardzo za nim tęskniłam. Moje serce bolało na myśl, że mógł tak potwornie nas zdradzić, ale teraz? Teraz już mnie to nie obchodzi. Zrozumiałam, że niektórym zależy na tym, by jak najszybciej zapomnieć o błędach przeszłości.

<Makowa Łapo?>

Od Konwaliowej Mielizny CD. Klekoczącej Łapy

Przeszłość, niedługo po mianowaniu kocura na wojownika

— Algowa Struga dużo mnie chwali, ale nie wiem, czy nie robi tego, abym poczuł się pewniej. Mógłbym zapytać mojej mamy, wiesz, ją też uczyła. Na pewno umiem już dłużej pozostawać pod wodą i łapie lepsze ryby. Ostatnio złowiłem taką, której łuski mieniły się jak tęcza. Była bardzo ładna... Chciałbym zobaczyć wszystkie ryby na świecie, albo żaby i węże… — przyznał van, a na pysku wojownika pojawił się niewielki uśmiech.
— Ciekawe marzenie Klekocząca Łapo oraz pełne odwagi. Ja będąc niewiele młodszym od ciebie, żem chciał zostać ogrodnikiem w klanie, lecz Mandarynkowa Gwiazda zdecydowała inaczej. Początkowo było mi to w niesmak, gdyż w jednej chwili cała nadzieja została zgaszona, jednakowoż teraz jestem dumny z tego, kim jestem — mruknął Konwalia. — Choć może to dzięki Zmierzchającej Fali. Algowa Struga zapewne też jest wspaniała jako mentorka, dlatego też, jeśli się zastanawiasz czy te pochwały są jedynie, byś poczuł się lepiej, to zapytaj ją. Na pewno udzieli Ci odpowiedzi.

Teraźniejszość

Od patrolu w towarzystwie Algowej Strugi, Klekoczącej Łapy i Zmierzchającej Fali minęło parę księżyców, a w tym czasie nieco się pozmieniało w Klanie Nocy. Odejście dwójki starszych, przybycie samotniczki w ciąży, narodziny trójki kociąt oraz mianowanie nowych uczniów, a także śmierć jednego z nich.
Konwaliowa Mielizna w zamyśleniu obserwował kołysane na wietrze pędy, które w porze nagich drzew nie miały na sobie fioletowych kwiatostanów. Kocur miał wrażenie, że cała przyroda przybrała szare i ponure szaty, próbując także zarazić koty dołującym nastrojem — w przypadku liliowego było to zauważalne, choć ukrywał to pod niechęcią do wychodzenia z obozu oraz zanurzania się w lodowatej wodzie. W taką pogodę o wiele łatwiej się przeziębić przez mokre futro oraz przemarznąć do szpiku kości.
Wraz z kolejnym powiewem wiatru, poczuł, jak zimne powietrze szczypie go w nos — był to minus posłania zaraz przy wyjściu, lecz wojownik nie miał zbytnio, co narzekać. Lubował się w większy odosobnieniu niż inni, dlatego też był gotów ponieść skutki tego, włącznie z warunkami pogodowymi, które częściej go dotykały.
Wtem na widok znajomego vana, podniósł głowę z gęstego ogona, w którym przed chwilą schował swój nos.
— Klekocząca Łapo! — zawołał, czując nagła potrzebne ucięcia krótkiej rozmowy z uczniem. Był ciekaw jak sobie radzi w nowej roli oraz czy młodszy tego chciał, czy może była to decyzja Mandarynkowej Gwiazdy — w końcu tylko koty z rodu mogły zostać medykami, więc każdy potomek był wręcz na wagę złota.

<Klekocząca Łapo?>

Od Konwaliowej Łapy (Konwaliowej Mielizny) CD. Złocistego Widlika

Przeszłość

Po usłyszeniu chęci wspólnego posiłku uśmiech na jego białym pysku nieznacznie się ukazał, lecz po chwili wrócił jego poważny wyraz, jakby ta krótka zmiana nigdy nie miała miejsca. Liliowy z boku wyglądał na przykład kota o stoickim charakterze, lecz on po prostu dusił w środku wszystkie emocje. Nie wiedział czemu, ale jakoś czuł, że wtedy wszystko jest łatwiejsze — w umyśle odgrodził się od innych grubymi murami, które jedynie opuszczał, gdy miał trening ze Zmierzchającą Falą. Przy dymnym czuł, że może być sobą, nie będzie przez to w żaden sposób oceniany.
— Powiedz mi jak tam twój trening? Podoba ci się? — spytał kremowy, gdy przełknął wzięty do pyska kęs. Wcześniej odkładając obie ryby przed piastunem, dając mu wybór, co do zwierzyny, a sam przycupnął obok niego.
— Nie jest to, o czym za młodziaka marzył, jednakże powoli się w tym odnajduje — przyznał, przysuwając do siebie drugą rybę. Przypatrywał się jej łuską, aż w końcu schylił głowę i wziął pierwsze ugryzienie.
— Dogadujesz się z innymi uczniami? — dopowiedział starszy, by po chwili odgryźć kolejny kawałek ryby.
Na to pytanie uczeń jedynie spojrzał na niego przez uderzenie serca, by powrócić do zwierzyny, która nagle się stała bardziej interesująca.
— Konwaliowa Łapo? — Usłyszał po dłuższej chwili, kiedy Złocisty Widlik nie doczekał się odpowiedzi z jego strony.
— Nie zaprzątam sobie głowy tym… — mruknął, spoglądając na ścianę żłobka. Wołał zachować dla siebie to, że po prostu nie czuł się na miejscu, niczym intruz, a jedynym ukojeniem był widok na zasadzoną lawendę przy źródełku, na które miał idealny widok z posłania, zajmowanego w legowisku uczniów.
— Konwalio!
— No co? Mam ciebie, Zmierzchającą Falę i… rodzinę. Nic więcej nie potrzebował — stwierdził, karcąc się w myślach za to krótkie zawahania, nim wymienił czwórkę bliskich kotów. Nie wiedział, czy Widlik widział lub wie o niezbyt przyjemnej rozmowie po mianowaniu go na ucznia, lecz wolał to zachować dla siebie.

Teraźniejszość

Kolejny sezon i kolejne niespodziewane wydarzenia w klanie. Tu nigdy nie było spokojnie, nawet na dłuższą chwilę, a jak już to następowało, to liliowy wojownik czuł pod skórą, że lada wschód słońca to mini. W ostatnich księżycach Konwaliowa Mielizna doznał straty dwójki bliskich kotów, lecz nie pod względem pokrewieństwa — Biedronkowa Polana i Krabowe Paluszki odeszli. W starszyźnie pozostała jedynie Nenufarowy Kielich, więc niebieskooki starał się ją często odwiedzać, by ta nie czuła się aż tak samotna. W dodatku ten równie często zaglądał do żłobka, by porozmawiać z piastunem i przy okazji mieć nieco oko na nową królową — Niedźwiedziówkę. Coś w tej kotce mu nie pasowało, lecz nie wiedział co. Mimo tego do jej kociąt nie miał żadnych uprzedzeń, przecież czemu miałby je mieć?
Właśnie wkroczył do ciepłego legowiska, nie kryjąc bezgłośnego odetchnięcia z ulgą, gdy schował się przed chłodnym powietrzem, panującym w obozie i nie tylko. Akurat pod tym względem to Złocisty Widlik miał się najlepiej, nic tylko grzał swoje cztery litery.
— Witaj Złocisty Widliku — przywitał się, kiedy rozejrzał się i stwierdził, że starsza od nich kotka jest w żłobku. Długo nie zwlekał, nie czekając nawet na pozwolenie, bądź zaproszenie, przysiadł obok piastuna, który właśnie obserwował bawiące się kocięta. Te o mało co nie wpadły na łapy wojownika w drodze do starszego, lecz ten ich sprawnie uniknął.
— Rosną z dnia na dzień — wymruczał, samemu skupiając wzrok na najmłodszych.

<Złocisty Widliku? Jakieś ploteczki może?>

Od Drobnej Łapy

Drobna Łapa trochę niepewnie stała przed wejściem do tuneli, niespecjalnie jej się widziało wchodzić tam, ale Pomocny Wróbelek postanowił, że dzisiaj się nauczą nawigacji pod ziemią. Ze środka dziury ziało wilgocią i chłodem. Niziutka kotka zmarszczyła nos, ale nie powiedziała nic, bo w końcu ufała swojemu mentorowi, a skoro on uważał, że czas na naukę tej umiejętności, to nie zamierzała się z nim kłócić.
— W tunelach będzie ciemno… ale nie musisz się martwić, nie pozwolę ci się zgubić… może być też trochę duszno, daj mi znać, jakby robiło ci się słabo, dobrze? Wtedy od razu zabiorę nas do wyjścia — pocieszył ją kocur, widząc trochę niespokojną minę Drobnej Łapy. — Z racji, że głębiej nie ma światła zbytnio… bardzo ważne jest, aby używać wszystkich zmysłów, a nie polegać tylko na wzroku, żeby wybrać dobry tunel… pamiętaj też, nie należy wybiegać do przodu… są tutaj spadki… i można tak stracić życie, więc poruszamy się powoli i ostrożnie — tłumaczył dalej Pomocny Wróbelek, po czym schylił się i wszedł do tunelu.
Drobna Łapa miała o tyle dobrze, że nie musiała się schylać, aby zmieścić się do środka, podążała, z trochę szybciej bijącym serduszkiem, za burym protektorem. Tunele nie były najbardziej komfortowym miejscem do przebywania, nie podobało jej się tu… z drugiej strony Biała Łapa mówił, że on spędza całe dnie w nich… choć może oni w Klanie Burzy mają jakieś inne tunele? Będzie musiała go spytać, czy ich też są takie wilgotne i ogólnie nieprzyjemne. Jej rozmyślania przerwał głos Pomocnego Wróbelka, który zatrzymał się przy rozwidleniu.
— Drobna Łapo, proszę, spróbuj powiedzieć mi, który tunel będzie prowadził na zewnątrz, a który głębiej pod ziemię… — polecił jej kocur, a Drobna Łapa wyszła do przodu i najpierw powęszyła w stronę tunelu po lewej, a potem tego na prawo. Pierwszy pachniał… zatęchle i ani trochę nie wyczuwała zapachów kojarzonych z otwartą przestrzenią, za to drugi był dużo bardziej obiecujący… czuła nawet lekki ciąg powietrza na wibrysach.
— Prawy? — zapytała trochę niepewnie, ale wynikało to z faktu, że nie do końca wiedziała, czego ma szukać.
— Bardzo dobrze, Drobna Łapo — Pomocny Wróbelek pogratulował uczennicy, kiwając z zadowoleniem głową. — Z tych tuneli, które wychodzą na zewnątrz… zawsze będzie lekki przeciąg, jednak… nawet wtedy nie wolno biec na zewnątrz, ponieważ… jak mówiłem, mogą być zapadliny… — powtórzył, a Drobna skinęła głową. Pamiętała, co mówił wcześniej, jednak wiedziała, że to ważna sprawa, żeby nie pędzić bezmyślnie w stronę wyjścia. Nie wiadomo przecież, jak bardzo głęboki może być spadek… mogłoby się to skończyć dość nieprzyjemnie… a nawet jeśliby przeżyła to możliwe, że nie dałaby rady się wydostać. Takie myśli przyprawiły ją o nieprzyjemny dreszcz, a futro na jej ogonie napuszyło się lekko.
Poszli dalej w głąb sieci podziemnych przejść, Drobna Łapa zauważyła, że im głębiej, tym bardziej duszno jest w tunelach. Niezbyt jej się to podobało, ale był to na tyle lekki dyskomfort, że nie czuła potrzeby zgłaszania tego Pomocnemu Wróbelkowi. Jej mentor pytał się jej jeszcze kilka razy o to, co czuje z niektórych odnóg i którędy by poszła, jeśli byłaby sama. Niebieska kotka odkryła, że nie przeszkadza jej to aż tak bardzo. Im więcej czasu spędzała pod ziemią, tym bardziej przyzwyczajała się do panujących tam warunków.
Kiedy Pomocny Wróbelek stwierdził, że Drobna Łapa radzi sobie wystarczająco dobrze, wyszli z powrotem na powierzchnię i bury kocur zwrócił się w stronę obozu, a arlekinka śmiało za nim podążyła.

[547 słów, trening wojownika + nawigacja w tunelach]

[Przyznano 11% + 5%]

Od Drobnej Łapy CD. Pomocnego Wróbelka

Jakiś czas temu

Kiedy jej mentor zaproponował naukę otwierania krabów, kotka zastrzygła uszami z zaciekawieniem. Bardzo się ucieszyła, że Pomocny Wróbelek wziął pod uwagę jej propozycję i uśmiechnęła się szeroko w odpowiedzi na jego słowa. Próbowała go zagadnąć, jak smakują kraby, ale bury kocur jedynie stwierdził, że sama niedługo się przekona, na co jedynie pokiwała z lekkim rozczarowaniem głową.
Wyszli z obozu, przechodząc pod wodospadem. Niebieska uczennica coś tam gadała o byle czym, żeby tylko zapełnić ciszę, ale Pomocnemu Wróbelkowi to nie przeszkadzało… chyba? W każdym razie jej nie przerwał, co kotka uznała za dobry znak. W końcu doszli nad plażę, a Drobna Łapa rozejrzała się uważnie po piaszczystym brzegu, wypatrując tych małych stworzonek.
— O! O! Tam jest jeden! — powiedziała z podekscytowaniem, praktycznie w podskokach przybiegając do skorupiaka.
— Masz rację… Jesteś naprawdę spostrzegawcza, Drobna Łapo… — zamruczał kocur i podążył za uczennicą, podchodząc do połowicznie zakopanego kraba i sprawnym ruchem łapy przewrócił go na plecy. Tłumacząc jej, że najpierw należy urwać szczypce, aby krab jej nie zranił, bo pomimo niewielkich rozmiarów, byłby naprawdę silne pod tym względem. Pomocny Wróbelek pozbawił stworzenie niebezpiecznej pary odnóży, po czym wyjaśniając kolejne kroki, urwał resztę nóżek i pokazał Drobnej Łapie, gdzie należy podważyć pancerz, aby dostać się do miękkiego mięsa. Na koniec kiwnął głową w stronę kolejnego kraba, który był nieopodal nich i powiedział, że teraz kolej uczennicy, na co córka Postrzępionego Mrozu pokiwała ochoczo głową.
Kotka przeszła krótki dystans dzielący ją od ofiary i spróbowała przewrócić go na plecy, tak jak Pomocny Wróbelek to zrobił, jednak źle się za to zabrała i zanim bury pręgus zdążył ją ostrzec, krab złapał ją szczypcami za łapkę. Zostało to skwitowane piskiem Drobnej Łapy i energicznym potrząśnięciem kończyną, którą zaatakował skorupiak. Kiedy stworzenie w końcu odpadło, niska koteczka odskoczyła, po czym zaczęła wylizywać bolącą łapkę.
— Wszystko w porządku… Drobna Łapo?... Musisz być ostrożniejsza. — Jej mentor podszedł bliżej i zniżył łepek, aby obejrzeć łapę niebieskiej i upewnić się, że nic poważnego się nie stało. Na szczęście, nie było żadnej otwartej rany, jedynie kotkę męczył pulsujący ból w miejscu, gdzie uszczypnął ją krab.
— Strasznie silne są, jak na swoje rozmiary… — marudziła Drobna Łapa, testują czy chodzenie, aby na pewno nie boli za bardzo. — Da się wytrzymać — miauknęła, z ulgą wypisaną na pyszczku, ból był do wytrzymania, prawdę mówiąc.
— Chcesz spróbować jeszcze raz? — zapytał kocur, choć nuta niepewności pobrzmiewała w jego głosie. — …zawsze możemy przyjść kiedy indziej… — zaproponował, po chwili milczenia.
— Nie, nie, tym razem na pewno się uda! — Drobna Łapa pokręciła głową z determinacją, nie miała zamiaru się poddać, tylko dlatego, że jakiś mały krabik ją uszczypnął. Podeszła ponownie do tego samego skorupiaka, co wcześniej, który teraz próbował zakopać się w piasku i się ukryć przed nimi. Tym razem dużo bardziej ostrożnie wsunęła łapę pod jego brzuch od tyłu i przewróciła go na plecy, po czym rozprawiła się z jego szczypcami. Okazało się to dużo trudniejsze, niż myślała, ale po którejś już próbie udało jej urwać te odnóża. Reszta poszła już łatwo, ponieważ krab nie mógł już się bronić szczypcami. Na koniec podważyła pancerz na brzuchu i uśmiechnęła się z dumą.
— Mówiłam, że się uda!

<Pomocny Wróbelku? :)>

[513 słów, trening wojowniczy + otwieranie krabów]

[Przyznano 10% + 5%]

Od Rozżarzonej Pieśni Do Jenociej Łapy

Ruda kotka, jak co dzień, właśnie opuszczała półkę skalną ze swoim legowiskiem na poranny patrol. Pora nagich drzew nastała, lecz jej początki nie były jakieś srogi, lecz z każdym wschodem słońca Rozżarzona Pieśń czuła, jak coraz chłodniejsze uderzenia bryzy o skały przeszywa jej młode ciało. Jedynie półdługa sierść jeszcze stanowiła jakąkolwiek ochronę przy coraz bardziej obniżającej się temperaturze. A jakby tego było mało, to w ostatnich dniach czuła nieprzyjemną chrypę — musiała się zapewne nabawić jakiejś infekcji, której nawet nie zauważyła. Drapanie w gardle w końcu stało się tak nieznośne, że musiała zastanowić się nad tym, kiedy znajdzie chwilę, by udać się do legowiska, gdzie już w progu było czuć zapach ziół i różnych medykamentów.
Zwykle nieco łukiem omijała jaskinię, gdzie na co dzień przebywała Ćmi Księżyc oraz Jagnięca Łapa. Głównie z obawy przed bolesnymi wspomnieniami związanymi z naukami u Jarzębinowego Żaru w Klanie Wilka. Okres, kiedy szylkretka dzieliła się z nią swoją wiedzą, był jednym z beztroskich, nawet jeśli ciągle ryzykowały wykryciem — w końcu Nikła Gwiazda wtedy nie mianował ją na ucznia, który miał się szkolić w dwóch dziedzinach.
Właśnie przechodzili obok Sowiego Strażnika, kiedy kotka poczuła na sobie wzrok kota, który musiał chwilę przed nimi wyjść na pełnioną wartę. Żółtooka zadarła głowę, idąc obok Gąsienicowego Ogryzka — oprócz nim w skład patrolu wchodził Drzemiące Słońce i Mysi Postrach, idąc na czele grupy.

***

W drodze powrotnej zastanawiała się, skąd weźmie miód, by wyleczyć chrypę. Pomimo kolejnego sezonu w Klanie Klifu to Żar nadal nie wiedziała do końca, co gdzie szukać w przypadku ziół i innych leków na choroby, jak ten miód. Nie chciała stracić głosu, ale równocześnie coś ją odpychało, szeptało, by trzymała się z dala od legowiska medyków.
— Och, wybacz — wychrypiała, wpadając na niemal białą uczennicę, która posiadała na swoim ciele niewielkie oznaki, iż jest szylkretem. Ledwo wróciła do obozu, a już musiała komuś napatoczyć się pod łapy, niczym mały i nieświadomy kociak.
Odchrząknęła, by pozbyć się zbyt dobrze słyszalnej chrypki w głosie. Dużo to nie dało, lecz lepsze to niż nic.
— Nic Ci się nie stało? — spytała, spoglądając na brązowooką młódkę.

<Jenocia Łapo?>

Od Trzcinowego Szmeru

Po tragedii, obóz Klanu Nocy

Trzcinowy Szmer weszła zaraz za innymi uczestnikami treningu do obozu. Nieśli ze sobą ciało biednej Centuriowej Łapy, która została zaatakowana przez wydrę. Jej bezwładne ciało zostało położone na polanie głównej, do którego od razu podbiegły medyczki oraz ciekawi współklanowicze. Ciekawskie spojrzenia padały na nich z każdych ze stron, a wrzawa poniosła się echem po ścianach obozu. Nie musieli długo czekać, by z legowiska lidera wyjrzała Mandarynkowa Gwiazda. Jej spojrzenie z zaciekawionego od razu zmieniło się na widok zakrwawionego ciała liliowej szylkretowej uczennicy.
— Na Klan Gwiazdy! Co się stało? — spytała, podbiegając do Algowej Strugi, która nieobecnym wzrokiem omiatała obóz.
Była zastępczyni nie wyglądała na skupioną. Od kotki biła aura przerażenia, która tylko się nasilała.
— Algowa Strugo! — powtórzyła Mandarynkowa Gwiazda, na co księżniczka drgnęła, wracając na ziemię.
— Zaatakowała ich wydra. Wszystko działo się zbyt szybko, żeby ktokolwiek z mentorów mógł zareagować… — zwiesiła głowę, jakby była to jej wina.
Chłodny wzrok Mandarynkowej Gwiazdy przeszedł po każdym kocie, a zatrzymał się na biednej Fląderce, która kuliła się jeszcze bardziej z każdym kolejnym uderzeniem serca. Trzcinowy Szmer współczuła Fląderce oraz Rezedowej Łapie. Wiedziała dokładnie, co czuła ta dwójka. Tak samo bolała, ją strata Różyczki.
— Jestem przy tobie Rezedowa Łapo… Jestem dla ciebie wsparciem — powiedziała cicho do swojego ucznia, który trząsł się z emocji.
Widziała jego puste oczy, które wpatrywały się w zwłoki jego siostry. Nie docierało do niego, co właśnie stracił albo dopiero zaczęło, gdyż kiedy tylko usłyszał głos swojej mentorki, cicho zapłakał. Trzcinowy Szmer owinęła go swoim ogonem, starając się wesprzeć młodego kocurka. Nie mogła powiedzieć, że będzie dobrze. Nigdy nie będzie dobrze, a w szczególności w takiej chwili. Każdy kolejny krok w dorosłość będzie bolesny, a bliscy będą znikać, jak kamienie rzucane w toń. Nie tak dawno pożegnali się z Krabowymi Paluszkami i Biedronkowym Polem, a teraz do kręgu Klanu Gwiazdy dołączyła również młoda uczennica.
— Centuriowa Łapa nie powinna była ginąć. Była w moim wieku, jeszcze nie została nawet wojowniczką. — wysyczał Rezedowa Łapa, walcząc ze swoimi łzami, które spływały mu po pysku. — Głupie wydry!
Trzcinowy Szmer na słowo “wydry” spięła mięśnie i wysunęła pazury. Ona wiedziała, z czym się wiąże walka z tymi obślizgłymi drapieżnikami. Sama walczyła z wydrą, jak była uczennicą, tylko ona w tamtym momencie była o wiele bardziej doświadczona niż Centuriowa Łapa, a wróciła do obozu z bardzo niebezpieczną raną. Gdyby nie szybka reakcja medyczek, pewnie by się wykrwawiła. Jednak tego szczęścia brakło Centuriowej Łapie.
— Owszem, wydry są głupie i bezduszne — zgodziła się z własnym uczniem.

* * *
Pożegnanie Centuriowej Łapy.

Ciało uczennicy zostało namaszczone przez Gąbczastą Perłę i wystawione dla pobratymców, by tamci pożegnali uczennicę. Ród zebrał się jako pierwszy i złożył hołdy młodej Nocniaczce, tak jak mieli to w zwyczaju. Później przyszedł czas na resztę klanu. Trzcinowy Szmer widziała, jak Fląderka razem z Rezedową Łapą, żegnają się ze swoją siostrą. Noc mijała powoli, a z każdą chwilą koty chowały się w legowiskach, aby zaznać snu. Na polanie została garstka, która dzielnie trwała przy zmarłej kotce. Oczywiście jednymi z tych kotów było rodzeństwo zmarłej.
“Ja już nie dam rady…” — westchnęła, czując, jak jej powieki opadają ze zmęczenia.
Rzuciła ostatnie spojrzenie na Rezedową Łapę, po czym zniknęła w legowisku wojowników, udając się na spoczynek.

* * *
Na drugi dzień

— Dzisiaj zostaniesz w obozie, Rezedowa Łapo — powiedziała twardo do swojego ucznia, który nawet nie przespał nocy.
Kocur chybotał się na boki, a jego wzrok był rozkojarzony. Jednak był niesamowicie uparty. Dobrze wiedziała, kto też jest taki uparty. Ona.
— Chce iść na trening! Muszę znaleźć tę wydrę i pomścić śmierć własnej siostry! — Tupnął łapą i smagał w powietrzu, gniewnie ogonem
Trzcinowy Szmer prychnęła, pokazując swoje białe kły w kwaśnym uśmiechu. Mandarynkowa Gwiazda łoiła jej uszy swoimi przytykami oraz dezaprobatą, może to jest jakiś sposób na takich aroganckich pchlarzy, jak Centuriowa Łapa.
— Ty mysimóżdżku, myślisz, że w ten sposób pomścisz śmierć swojej siostry? Umrzesz tak samo, jak ona. Jesteś za młody i wiesz tyle, co narybek w szuwarach! Zmiataj do legowiska uczniów i zastanów się nad sobą. Nigdzie nie idziesz, a jeśli będziesz uparty, to będziesz skubał każdego kota w obozie z kleszczy!
Jej wybuch gniewu przywrócił Rezedową Łapę do pionu. Kocur, mamrocząc coś pod nosem, ruszył do legowiska uczniów. Rzucił jej ostatnie spojrzenie, po czym zniknął jej z oczu.
“Tak będzie dla ciebie najlepiej” — pomyślała.
Doskonale wiedziała, co uczeń musiał czuć. Pewnie sama by podobnie pyskowała do Mandarynkowej Gwiazdy.
— Nie jesteś dla niego, za ostra? — zapytała ją nagle Niezapominajkowa Nadzieja.
Kotka musiała zajść ją od tyłu, gdyż jej nie zauważyła, była za bardzo skupiona na swoim uczniu. Trzcinowy Szmer pokręciła jedynie głową.
— Wiem, co robię i uwierz mi, wyjdzie on na koty. Uczyła mnie tak Mandarynkowa Gwiazda, więc powielam jej nauki.
— Niedawno zmarła mu siostra, Trzcinowy Szmerze…
— Każdy kogoś stracił, nie jest jedyny wyjątkowym kotem ze smutną historią. A jeśli ktoś jeszcze nie stracił mu drugiego cennego kota, to w życiu na pewno go to nie ominie.
— On ma dopiero sześć księżycy…
— Ma aż sześć księżycy — poprawiła kotkę — da sobie radę. Jest silniejszy, niż ci się wydaje.
Zapadła między nimi krótka cisza. Patrzyły się na siebie, jakby szukały porozumienia, jednak nie znalazły go. Niezapominajkowa Nadzieja miała łagodniejsze usposobienie, nie poradziłaby sobie z kimś takim, jak Rezedowa Łapa.
— Idziemy na polowanie? Wartałoby nauczyć się łowić ryby w zbiornikach, gdzie nie znajdziemy wydrę — zaproponowała swojej przyjaciółce.
— Dobry pomysł.
Obie zniknęły w wyjścia z obozu.