Perłówkowa Łapa, wychodząc z obozu pierwszy raz, zatrzymała się kawałek za przejściem w krzewach i się odwróciła. Ten sam zarys ceglanej wieży, te same zarośla, ale pod nowym kątem, który sprawiał, że czuła się prawie, jakby spoglądała na nie po raz pierwszy. Stała tak przez chwilę i patrzyła, nie do końca świadomie, aż zorientowała się, że Srebrzysta Równonoc stoi w miejscu i obserwuje ją z lekkim uśmiechem.
Perłówka machnęła ogonem i podbiegła, żeby zrównać się z mentorką, zanim zmieszanie zdążyłoby przybrać jakikolwiek wyraz twarzy.
Srebrzysta Równonoc szła bez pośpiechu, ale miarowo, i mówiła przy tym niemal bez przerwy. Zaczęła od rzeczy podstawowych – jak terytorium ich klanu wygląda w ogólnym zarysie, gdzie leżą granice z każdym sąsiednim klanem, jak orientować się na otwartym terenie bez wyraźnych punktów charakterystycznych. Perłówkowa Łapa słuchała, starając się jednocześnie nie koncentrować za bardzo na tym, że łapy zaczynają jej sygnalizować pokonywanie odległości, do której nie była przyzwyczajona. Siedziba klanu nie była ciasna, ale jednak ograniczona. Tu teren nie kończył się nigdzie, gdzie wzrok sięgał.
Obóz znikał wolniej, niż się spodziewała. Przez pierwszych kilkanaście minut wieża nadal była widoczna za jej plecami. Dopiero gdy teren zaczął się lekko obniżać, zauważyła wyraźniejszą różnicę. Odwróciła się jeszcze raz i stwierdziła, że obóz wygląda na mały. Zaskakująco mały, biorąc pod uwagę, jak przez sześć księżyców zawierał w sobie cały znany jej świat.
Perłówkowa Łapa notowała w głowie to, co mówiła Srebrzysta Równonoc, i jednocześnie przyglądała się okolicy, próbując złożyć w całość to, co słyszała, z tym, co widziała.
— Skąd dziś rano wschodziło słońce? — zapytała Równonoc, nie zwalniając kroku.
Dotychczas to pytanie byłoby oczywiste, wręcz trochę głupie, w końcu słońce zawsze wschodzi od tej samej strony, ale teraz bez żadnych znajomych punktów odniesienia uczennica musiała się rozejrzeć.
— Stamtąd — wskazała pyskiem po krótkiej chwili.
— Dobrze. Idziemy od niego. Na otwartym terenie to twój pierwszy punkt odniesienia, zanim nauczysz się rozpoznawać okolicę samym zapachem i widokiem.
Szły dalej. Perłówka stopniowo czuła coraz więcej mało stabilnego piasku pod łapami, a wśród rzednącej suchej trawy pojawiała się rosnąca ilość kamieni. Równonoc nie komentowała zmiany, jakby była oczywista. Młodsza kotka mimo to wzięła to pod uwagę i próbowała sobie przypomnieć, co mentorka mówiła wcześniej o położeniu granic, zastanawiając się, do jakiego miejsca zmierzają.
Odpowiedź przyszła nosem. Jej własny zapach klanu, oczywisty jak powietrze, którym oddychała, był nadal obecny, ale trochę mniej skoncentrowany. Pod nim zaczął się przebijać inny, obcy zapach. Nie był to pierwszy raz, jak czuła inny klan, w końcu spędziła ostatni miesiąc w żłobku koło kociaków z Owocowego Lasu, ale trzymająca się ich woń była słabsza, a z czasem całkowicie zmieszała się z Burzakami.
To było inne, dalej dosyć słabe, ale zauważalne przez wiatr wiejący prosto w jej nos. Wraz z nim czuła coś wilgotnego, ale bardziej słonego niż deszcze, jakich dotychczas doświadczyła. W końcu patrząc się mniej na ziemię pod łapami, a bardziej przed siebie, dostrzegła źródło tego drugiego zapachu. Ogromny zbiornik wody, sięgający dalej niż była w stanie sobie wyobrazić, może nawet ciągnący się aż do Srebrnej Skóry.
Zatrzymała się na kilka uderzeń serca.
— Morze. Nie mamy do niego dostępu, nasze terytorium tam nie sięga — powiedziała Równonoc i się odwróciła. — Czujesz już granicę?
— Tak, od jakiegoś czasu.
— Obydwa klany patrolują i znakują regularnie po swojej stronie. Im bliżej granicy, tym bardziej to czuć — mentorka zwolniła przy większym kamieniu i wskazała na niego. — Znak jest bardzo świeży, przechodził tutaj dziś poranny patrol. Nie podchodź bliżej, ale z tamtej strony widać ścieżkę, którą przechodził patrol Klanu Klifu.
Perłówkowa Łapa podniosła wyżej głowę, próbując znaleźć miejsce, które wskazała. Rzeczywiście, na piasku widać było ślady kilku kocich łap nachodzących miejscami na siebie.
Srebrzysta Równonoc wskazywała raz na jakiś czas na różne warte uwagi punkty i tłumaczyła, jak czytać teren nosem, kiedy brak obcego zapachu jest równie ważny, jak jego obecność i czego szukać przy zmieniającym się wietrze. Mówiła konkretnie, ale dalej dużo, z zapałem, jakiego można się spodziewać od kogoś, kto dalej dobrze pamięta swoje uczniowskie dni.
Gdy słońce powoli zaczęło się chylić ku dołowi, choć dalej było dość wysoko na niebie, Równonoc oznajmiła spokojnie, że wracają. Nie przemierzyły jeszcze nawet granicy z kolejnym klanem, a Perłówkowa Łapa poczuła, że jej łapy mają na ten temat swoje zdanie po tylu godzinach marszu.
Przed powrotem mentorka poprosiła ją o powtórzenie punktów i innych osobliwości terenu, który minęły. Młodej kotce szło sprawnie, aż do momentu, kiedy urwała w połowie zdania.
Zagłębienie gdzieś przy ścieżce. Minęły je, jak Równonoc mówiła o wietrze i o tym, jak roznosi zapach w nieoczekiwanych kierunkach. Perłówka zapamiętała te słowa, ale samo miejsce gdzieś wypadło.
— Niedaleko kamiennych strażników. Tam, gdzie zebrała się woda — dopowiedziała Równonoc. — Bardzo dobrze jak na pierwszy raz.
Perłówkowa Łapa kiwnęła głową, była to w końcu prawda i zaprzeczanie byłoby głupie, ale to pominięte miejsce siedziało jej teraz w głowie.
***
Gorzej poszło jej ze skradaniem. Otwarta łąka wyglądała na przyjazny teren – żadnych gałęzi ani liści. Największym wyzwaniem powinno być schowanie się odpowiednio w wyższej trawie tak, aby pozostać niezauważonym. Miejsce okazało się jednak głośne w sposób, którego nie przewidziała. Sucha trawa po szczególnie nieprzyjemnej Porze Zielonych Liści szeleściła przy każdym kroku, wysuszona ziemia trzaskała tam, gdzie była najbardziej twarda, a jej puszysty ogon zamiatał po roślinności zupełnie niezależnie od jej planów.
Srebrzysta Równonoc zaprezentowała jej, jak przenosić ciężar ciała – obniżając swój środek ciężkości, nie prostując całkowicie łap, powoli kontrolując każdy ruch – i Perłówkowa Łapa starała się natychmiast jak najlepiej to zastosować.
Początek kolejnej próby był nie najgorszy, ale skończyło się na tym, że weszła w suchą kępę trawy i wydała niosący się w ciszy otwartego terenu dźwięk, brzmiący jak łamiąca się gałąź.
Zastygła w miejscu i odczekała chwilę, zanim ruszyła się dalej.
— Ogon — zwróciła uwagę mentorka.
— Wiem — odpowiedziała przez zaciśnięte zęby.
Wiedziała. Właśnie w tym był sęk problemu. Rozumiała, co ma zrobić i dalej nie wychodziło, a rosnące zirytowanie, z którym nie wiedziała jak sobie poradzić, sabotowało ją coraz bardziej.
— Jeszcze raz.
Następna próba zakończyła się tak samo, jak poprzednia, tylko szybciej.
— Ogon — powtórzyła Równonoc.
— Słyszałam pierwszy raz.
Brzmiało to ostrzej, niż zamierzała. Równonoc uniosła brew, ale nic nie powiedziała, co było w jakiś sposób gorsze, niż gdyby odpowiedziała. Perłówkowa Łapa odwróciła wzrok i skupiła się na trawie przed sobą, bo patrząc na mentorkę, trudniej było udawać, że była zupełnie spokojna.
Im bardziej jej frustracja rosła, tym więcej mimowolnych błędów robiła i żadna ilość świadomości tego faktu nie zmieniała sytuacji. Wiedziała o ogonie. Myślała o ogonie. A ogon i tak zamiatał, jakby należał do kogoś innego i tylko przypadkowo był z nią połączony. Do tego ziemia trzeszczała, trawa szeleściła i każdy dźwięk brzmiał w jej uszach jak kompletna porażka, co sprawiało, że napinała się coraz bardziej, a im bardziej się napinała, tym głośniej szła, i cały ten mechanizm kręcił się w kółko, które zaczynało doprowadzać ją do stanu, w którym bardzo miała ochotę powiedzieć coś, czego by potem żałowała.
— Perłówkowa Łapo.
— Wiem, ogon…
— Zatrzymaj się.
Sztywno wykonała polecenie. Równonoc podeszła i stanęła obok niej.
— Napinasz się — powiedziała, bez pouczającego tonu. — Im bardziej się starasz, tym więcej słychać.
— Bardzo pomocne — mruknęła Perłówka, nie patrząc na nią. — Nie zauważyłabym. To na pewno naprawi mój ogon.
Równonoc nie wyglądała na poruszoną tym tonem, co tylko bardziej irytowało.
— Nie naprawi, ale próbowanie kolejne dwadzieścia razy tą samą metodą tym bardziej nic nie zmieni, dopóki się nie rozluźnisz.
Młoda kotka zacisnęła pyszczek, bo każda kolejna odpowiedź, jaka przychodziła jej do głowy, była bardziej niesprawiedliwa niż poprzednia, a nawet ona wiedziała, że nie wydarzyło się tu nic, co zasługiwałoby na taki ton.
Mentorka podeszła jeszcze bliżej i trąciła ją łapą w bark.
— Tutaj. Czujesz, jak jest spięty?
Skoncentrowała się i rzeczywiście – był twardszy niż reszta ciała, jakby cała irytacja zebrała się akurat w jednym miejscu.
— Weź głęboki wdech i opuść go. Nie myśl o ogonie, nie myśl o łapach. Jedna rzecz na raz.
Spróbowała. Bark opadł nieznacznie, a wraz z nim zelżał trochę ucisk, który czuła gdzieś między żebrami od dłuższej chwili.
— Jeszcze raz — powiedziała Równonoc.
Krok był cichszy. Jeszcze nie całkiem cichy, ale na tyle, aby Perłówkowa Łapa pozwoliła sobie na małą, niechętną satysfakcję, jakiej nie zamierzała pokazać na pysku, bo jedna próba nie usprawiedliwiała jeszcze entuzjazmu, ale był to start.
Na razie musiało wystarczyć.
[1349 słów]