BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 8 lutego, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

04 lutego 2026

Od Pustułkowego Szponu CD. Wąsatkowej Łapy

“Będę się starać tak, jak nigdy dotąd, ale nie okłamuj mnie w żywe oczy!” — te słowa Wąsatki wracały do niego zbyt często, nie dając spokoju nawet pod wieczór, kiedy wojownik marzył tylko o śnie, który zregeneruje jego zmęczone ciało. Pora nagich drzew nie rozpieszczała nikogo, a czekoladowy nie miał łatwiej od innych, gdyż z powodu swojej niepełnosprawności trudniej było mu oceniać odległość, co było kluczowe podczas polowania. Miał wrażenie, że ostatnio jego frustracja tym faktem jeszcze bardziej narastała, zmuszając się do ciągłych prób, aż nie złapał choćby marnej piszczki i nie przyniósł jej do obozu, dorzucając na stos. Nie chciał zawieść nikogo, ukazując fakt, iż to on stanowi słabe ogniwo w klanie, pomimo zajmowanego stanowiska. Makowy Nów zapewne byłaby dumna z synów, lecz zielonooki zdawał sobie sprawę, że to jego brat, Krucze Pióro, miał znacznie większe szanse na zostanie przyszłym przywódcą. Nawet jeśli ich wiedza była na tym samym poziomie to Pustułkowy Szpon posiadał ograniczenia, których nie mógł ominąć. Już do końca życia był skazany na ciągle trudności w niektórych obowiązkach jako wojownik, a mimo to Zalotna Gwiazda dała mu możliwość szkolenia przybranej córki — albo zrobiła to tylko dlatego, że on jedyny w klanie miał problemy ze wzrokiem i mógł trenować kogoś z podobną przypadłością.

«★»

Poranki nie należały do najprzyjemniejszych. Chociaż w porze nagich drzew żadna pora dnia nie była niczym miłym, nawet dla kota o półdługiej szacie, jak czekoladowy zastępca. W odpowiedzi na kolejny chłodniejszy powiew wiatru z zewnątrz zwinął się mocniej w kłębek, zakrywając gęstym ogonem pysk. W szczególności pusty oczodół, którego nic nie ochraniało przed niesprzyjającymi warunkami pogodowymi. Najchętniej przeczekałby cały ten sezon w nieco cieplejszym legowisku, lecz nie było to w żaden sposób możliwe. Miał teraz na głowie obowiązki zastępcy oraz wyszkolenie Wąsatkowej Łapy, a mimo nowych zadań nadal przede wszystkim był wojownikiem. Dlatego też po dłuższej chwili niechętnie wstał, przeciągnął się, próbując w czasie opuszczenie ścian krzewu, chroniące nieco przed wkradającym się mrozem.
Wyściubiając nos poza legowisku, momentalnie poczuł nieprzyjemne szczypanie w czubek pyska, a następnie uszy, kiedy tylko wyłonił się bardziej na polanę. Akurat w momencie, gdy w pełni opuścił schronienie, to w jego ciało trafił chłodny podmuch, od którego aż sierść stawała dęba. Wyklinając pogodę pod nosem, skierował się w stronę porannego patrolu, który miał poprowadzić. Wczoraj do niego wyznaczył Barczatkowy Świt, Pszczeli Rój i Nadciągający Pomrok. Z nawyku skinął głową do trójki kotów, a następnie ruszył w stronę wyjścia z obozu, dając znać ruchem ogona, by ci ruszyli za nim. Nawet nie musiał się oglądać za siebie, gdyż już po chwili usłyszał rytmiczne kroki za sobą. Długo nie musiał czekać, a do dźwięku stawianych kroków dołączył głos czarnej szylkretki, która rozpoczęła rozmowę ze starszą wojowniczką. Zastępca nie skupiał się na ich słowach, gdyż był zajęty brnięciem przez zasypany śniegiem las — wystarczyła chwila nieuwagi, a mógłby skończyć z głową w zaspie białego puchu. Pomimo tego, że ścieżki, którymi najczęściej uczęszczały patrole, nie były, aż tak bardzo pokryte sezonową okrywą, tak zagrożeniem mogły stanowić momenty, gdy ziemię pokrywał czysty lód. Czekoladowy wolał tak szybko nie wracać z kimś do obozu, gdyby ktoś z patrolu ucierpiał na śliskiej powierzchni — dlatego też starał się ich tak prowadzić, by omijać większe zlodowacenia.
Mróz szczypał go w bardziej odsłonięte części ciała, więc wojownik nie miał zamiaru nigdzie daleko ciągać resztę patrolu. Obrał za cel przejście się wzdłuż granicy z Klanem Klifu, a następnie powrót do obozu z uwzględnieniem polowania po drodze. Pora nagich drzew sprawiała, że ciężej było o zwierzynę, więc też każdy Wilczak opuszczający obóz miał obowiązek upolować chociaż jedną nędzną mysz lub cokolwiek innego. Oczywiście, jeśli nie uda się nic przynieść na stos, to nic się nie stanie, każdy ma świadomość, jakie warunki panują oraz jak trudno bywa o, chociażby jedną piszczkę.

«★»

Reszta patrolu już zdążyła wrócić do obozu, lecz Pustułkowy Szpon nadal pozostawał poza bezpiecznymi murami gęstych krzewów. Dziś wyjątkowo trudno mu było złapać cokolwiek innego niż płatki śniegu, które wzbijały się w powietrze, kiedy to wojownik lądował w zaspie z pustką w łapach. Jak dotąd każda zwierzyna mu umykała, głównie z powodu tego, iż czekoladowy źle wymierzał odległość do skoku. Zirytowany kolejną porażką, machnął gniewnie ogonem, a następnie otrzepał się ze śniegu, który lubi przyczepiać się do jego półdługiej szaty. Nie miał zamiaru wracać bez chociażby jednej nędznej piszczki, lecz jak dalej tak pójdzie, to zostanie w lesie do zmierzchu, nie mógł sobie na to pozwolić, szczególnie że musiał jeszcze zabrać Wąsatkową Łapę na trening.
Zaczął się zastanawiać jakim cudem Makowy Nów była w stanie pogodzić obowiązki jako zastępca oraz mentorka Kruczego Pióra. Sam długo nie piastował tak wysokiego stanowiska, lecz już powoli zaczynał się czuć tym przytłoczony. Może potrzebował nieco więcej czasu, by wpaść w ten rytm zadań?
Nie miał, kiedy dłużej nad tym myśleć, gdyż właśnie poczuł woń nornicy. Była to dziś kolejna okazja do upolowania czegokolwiek dla klanu — nie wiedział, kiedy nadarzy się kolejna możliwość, dlatego też nie zwlekając dłużej, zaczął się kierować w stronę gryzonia. Po pokonaniu odległości dwóch króliczych skoków ujrzał swój cel. Zwierzątko wyróżniało się swoim brązowym futerkiem na tle śnieżnej bieli, podobnie jak sam kocur. Musiał działać szybko, a jednocześnie precyzyjnie. Mogło się okazać, że dziś już nie będzie mieć tyle szczęścia i niestety jego powrót będzie zwieńczeniem nieowocnego polowania. Bezszelestnie zakradł się do swojej ofiary, by po paru uderzeniach serca skoczyć i tym razem z powodzeniem, łapiąc nornice w swoje szpony.
Najchętniej obserwowałbym powolne konanie gryzonia, lecz podmuch wiatru przypomniał mu o nieprzyjemnie niskiej temperaturze, tak więc chwycił piszczkę w zęby, by zakończyć jej męki. W miejscu, gdzie chwile wcześniej żerowało małe żyjątko, teraz znajdowała się niewielka plama krwi, mniejsza od odcisku łapy wojownika. W duchu dumny ze zdobyczy skierował się w końcu do obozu, gdzie ledwo zdążył dołożyć piszczkę na stos, a już u jego boku pojawiła się przybrana córka. Choć w sumie to najpierw zdołał usłyszeć jej wołanie — zastępca podejrzewał, że połowa obozu była w stanie je usłyszeć.
— Tato, tato! Tato, to Cykoriowa Łapa. Cykoriowa Łapo, to tata — przedstawiła ich sobie nawzajem, na co wojownik jedynie uniósł jedną brew. Zastanawiało go, co takiego koteczka wymyśliła. — To moja nowa koleżanka! — oznajmiła z iskierkami ekscytacji w swoich brązowych oczach, co nie uszło uwadze starszemu. — Może będę mogła z nią poćwiczyć walkę? Mówiłeś, że to przydatna umiejętność. Mentorka Cykorii na pewno się zgodzi, byś zabrał ją ze mną na wspólny trening. Ognikowa Słota podobno jest złą mento-
Nie zdołała jednak dokończyć, gdyż Cykoriowa Łapa ją szturchnęła, by od razu poprawić wypowiedź koleżanki:
— Niezłą! Powiedziałam, że Ognikowa Słota jest niezłą mentorką. Jest po prostu na tyle fajna i wyluzowana, że jestem przekonana, że pozwoli mi odbyć z tobą trening! — wyjaśniła, uśmiechając się w stronę Pustułkowego Szponu.
— No, tak! Cykoria mówi samą prawdę! — wtórowała czarno-biała. — To może pójdziemy nawet dzisiaj? Ani ja, ani Cykoria nie odbyłyśmy jeszcze treningu od samego ranka!
Po wysłuchaniu szczebiotania obu kotek zielonooki zastrzygł naderwanym uchem, które było oznaką przynależności do kultu Mrocznej Puszczy w ich klanie. Często było tak, że mentorze umawiali się na wspólne treningi, lecz w przypadku słów uczennic wynikało, że to on miał je wziąć obie. Nieco podejrzliwie zmrużył oczy, przypatrując się pyszczkom kotek. Po chwili uniósł wzrok znad nich, by spróbować odszukać wzrokiem Ognikową Słotę, kiedy jednak jej nie odnalazł, machnął zirytowany ogonem. Czemu akurat jak potrzebuje danego kota, to go nie ma w pobliżu?
— Zaczekajcie — zarządził w stronę Cykorii i Wąsatki, by następnie oddalić się do legowiska wojowników, jednak gdy tam także nie zastał szylkretki, jego zirytowanie rosło. Nie przypominał sobie, by wczoraj wyznaczał jakikolwiek patrol z udziałem wojowniczki, czyli zapewne mógł to zrobić Krucze Pióro.
“Trzeba to będzie omówić” — stwierdził w myślach, mając zamiar odbyć rozmowę z bratem, jak tylko wróci z treningu Wąsatkowej Łapy i Cykoriowej Łapy, która będzie na doczepkę, niczym rzep na ogonie.
— Blade Lico, przekaż Ognikowej Słocie, że wziąłem Cykoriową Łapę na wspólny trening z Wąsatkową Łapą — wydał polecenie starszemu, na co on jedynie skinął głową. Czekoladowy wycofał się z legowiska, by następnie wrócić do młódek, które na szczęście go posłuchały i czekały w miejscu, gdzie je wcześniej zostawił.
— A więc — zwrócił się do uczennic. — Ognikowej Słoty nie znalazłem, więc Blade Lico przekaże jej informację, iż zabrałem też Cykoriową Łapę na trening — oznajmił, by następnie skierować swoje kroki w kierunku tunelu, dając znak, by koteczki podążały za nim.
Nie zwracał uwagi na wesołe trajkotanie młodszych, dopóki nie dotarli do drzewa, gdzie kiedyś Mroczna Wizja uczyła go wspinaczki. Nie wiedział, na jakim etapie jest pomarańczowooka, lecz powtórzenie podstaw nie zaszkodzi.
— Wąsatkowa Łapo, opisz mi, jak widzisz to drzewo. Cykoriowa Łapo, ty w tym czasie oddal się o króliczy skok od nas. Chcę coś sprawdzić — oznajmił, czekając, aż obie wykonają polecenia. Musiał wiedzieć, na czym polega problem u czarno-białej ze wzrokiem, by dostosować pod to ich treningi. Miał nadzieję, że córka nie będzie go okłamywać tylko z powodu ich rozmowy po ceremonii mianowania jej na uczennice. Chciał ją, jak najszybciej nauczyć, że świat bywa okrutny, a Klan Wilka nie toleruje słabości.

<Wąsatko? Tylko nie okłamuj mnie w żywe oczy>
[1477 słów — trening Wąsatkowej Łapy]

03 lutego 2026

Od Jagnięcej Łapy (Jagnięcego Ukłonu)

Podczas spotkania medyków

Chłód jasnej nocy owiewał pyszczek Ćmiego Księżyca, kiedy kotka czekała na swoją uczennicę, która dołączyła do niej chwilę później.
— Wybacz, już jestem — miauknęła Jagienka, ale sądząc po niej, była naprawdę poddenerwowana. To miało być jej pierwsze spotkanie medyków. Nie była pewna czy bardziej się bała, niepokoiła czy trochę też ekscytowała. Jednak chyba to ostatnie w jej przypadku brzmiało dość absurdalnie. Bladooka wstała powoli. Wskazała rudzince kierunek, ale sama ruszyła jako pierwsza. Jagienka odczuła cichą ulgę. Cieszyła się, że nie musiała iść przodem. W zasadzie to byłoby, na razie niemożliwe. W końcu nie znała drogi, więc zapewne nie dotarłaby tam. Niebieskooka uczennica ruszyła za swoją mentorką chwilę później. Tym razem bez słowa na pyszczku. Zresztą i tak chciała skupić się na drodze i ją spamiętać. Była tuż za Ćmą.
— Trzymaj się blisko i spróbuj skupić się wszystkich zakrętach, które obiorę. Nie wiesz, kiedy los każe ci przyjść tutaj bez mojej osoby — poleciła Jagience młodsza kotka. Kiedy rudo futra dostrzegła tunel, zawahała się na moment. Czuła obawy przed tą ziejącą ciemnością. Nie wiedziała, czego powinna się spodziewać.
— Dobrze Ćmi Księżycu. Będę uważna — odpowiedziała cicho po dłuższej chwili. Da radę prawda? Przecież przeżyła już gorsze rzeczy. Ćma kiwnęła głową na jej słowa, wkraczając w gęste ciemności. Medyczka kroczyła uważnie, ale nie guzdrała się niepotrzebnie. Jagienka starała się za nią nadążyć, a jednocześnie skupić się na drodze. Końcówka ogona Ćmiego Księżyca dotykała cały czas piersi Jagnięcej Łapy, aby rudaska nie zgubiła się między korytarzami. Kobaltowe oczka przyszłej medyczki cały czas śledziły drogę. Zapamiętywała każdy skręt. Smakowała powietrze nosem, wyczuwając wiele nowych zapachów. Doceniała, że jej mentorka cały czas utrzymuje z nią jakiś kontakt fizyczny, bo przynajmniej czuła się pewniej.
— Och — wyrwało jej się, gdy zobaczyła miejsce, które było ich celem. Rozejrzała się dookoła, a następnie przeniosła spojrzenie na Ćmi Księżyc. Chwilę później dotarł do nich zapach leśnej żywicy i igieł. Jagienka przeniosła wzrok na przybyłe koty. Klan Wilka. Poczuła nieprzyjemny chłodny dreszcz. Skinęła lekko łebkiem w ich stronę na powitanie. Zdecydowanie nie były to koty, które wprawiały swoją obecnością komfort w duszyczce i serduszku rudej. Wkrótce do zebranych już kotów dołączyły pozostałe. Dostrzegła ruch kątem oka i przeniosła tam spojrzenie. Jej mentorka właśnie się podniosła, więc pewnie spotkanie miało się zacząć lada chwila.
— Witam was wszystkich — zaczęła medyczka Klanu Klifu omiatając spojrzeniem wszystkich zebranych.
— Aby nie odkładać niepotrzebnie w czasie naszego wspaniałego spotkania z Przodkami, pozwolę sobie zacząć... — głos Ćmy rozległ się w powietrzu. Jagienka podniosła bardziej uszka.
— Jak zapewne widzicie, moja siostra Wieczne Zaćmienie nie towarzyszy nam na dzisiejszym spotkaniu. Z własnej woli i z pogarszającego się stanu zdrowia — kontynuowała kocica. Jagienka owinęła łapy ogonem, obserwując w skupieniu swoją mentorkę. Zawsze jej słuchała.
— Postanowiła oddać role głównej medyczki mnie, a sama udała się na przedwczesną emeryturę — dodała Ćmi Księżyc. Po skończonej wypowiedzi medyczka przerwała tylko na moment.
— Mamy jednak również ze sobą dobrą nowinę. Przyprowadziłam dziś ze sobą kotkę, którą, chociaż widzicie w tym gronie po raz pierwszy, mam zaszczyt już uhonorować... — Ćma odwróciła się od Sadzawki i stanęła naprzeciwko Jagnięcej Łapy.
— Ja, Ćmi Księżyc, medyczka Klanu Klifu wzywam moich wspaniałych Przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała wytrwale, aby poznać drogę medyka i pod waszym okiem nieść pomoc kotom w Klanie Klifu. Jagnięca Łapo, czy przysięgasz wiernie podążać ścieżką kodeksu medyka, trzymać się z daleka od rozlewu krwi i nieść pomoc wraz z ukojeniem, nawet za cenę swojego życia? — spytała srebrna. Rudzinka była nieco zaskoczona takim obrotem spraw, ale nie zamierzała zbyt długo się nad tym rozwodzić. Ufała swojej mentorce jak nikomu innemu. Podniosła się na drobne łapki. Zwalczyła niepewność.
— Przysięgam — miauknęła pewnie, ale wciąż ciepłym głosem.
— Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię medyka. Jagnięca Łapo, od dzisiaj będziesz zwana Jagnięcym Ukłonem. Wielcy Przodkowie doceniają twoją opiekuńczość i dobre serce oraz witają cię jako pełnoprawnego medyka Klanu Klifu. Noś swoje imię z dumą, aby nigdy nie zbrukać go, swojego klanu, a co najważniejsze, nie zawieść Gwiezdnych, którzy tej nocy spoglądać będą na ciebie po raz pierwszy — powiedziała i uśmiechnęła się delikatnie. Jagnięcy Ukłon. Bardzo podobało się jej imię. Było delikatne i ładnie brzmiało.
— Nie zawiodę — miauknęła niemal bezgłośnie, a następnie usiadła obok Ćmy. Tak, teraz klan będzie pewnie jeszcze bardziej cięty. No cóż. Przetrwa to. Musiała.

Od Wzorzystej Łapy (Wzorzystej Dali)

Kolejna noc, podczas której co chwilę się budziła, a potem nie potrafiła zasnąć. Kolejne natłoki myśli. O Bukowej Koronie, o Foczej Fali, o Psotnym Nietoperzu, o jej mentorce i o niej samej. W skrócie — nie było dobrze. Kiedy wstała rano może i nie czuła się zmęczona fizycznie, ale jej głowa prosiła o odpoczynek. Myślała nawet przez chwilę o ukryciu się z piszczką gdzieś w jakimś ciemnym zakamarku obozu, ale nie zdążyła podjąć tej decyzji.
— W-Wzorzysta Łapo… M-może pójdziesz zapolować? — zapytała Gołębi Puch. Sprawiała wrażenie bardziej zestresowanej niż zwykle. Uczennica zmarszczyła brwi. To nie powinno być pytanie. Zawsze wstawała rano i szła z mentorką na polowanie, a potem jadła swój pierwszy posiłek danego dnia. Czemu dzisiaj nagle miało to być wielkie wydarzenie?
— Ja jestem gotowa — mruknęła tylko. Czarno-biała podrapała się po głowie.
— Wiesz… ja teraz mam coś innego do zrobienia… pójdź sama…
Głodnej niebieskookiej nie trzeba było dłużej powtarzać. Czy nie uważała tego zachowania za dziwne? Owszem. Ale miała teraz lepsze rzeczy do roboty niż słuchanie mentorki, która próbuje się wykręcić od porannego polowania. Szczególnie że nie robiła się ani trochę bardziej najedzona, stojąc w jednym miejscu. Strzepnęła ogonem i wyszła z obozu.

***

Mimo że nie było to najbliższe miejsce od obozu, Wzorek zdecydowała się na polowanie na Złotych Kłosach, a raczej rozwalonych resztkach. Logika w tym rozumowaniu była taka, że jeżeli jej się nie uda, prędzej znajdzie drugą mysz tutaj niż gdziekolwiek indziej. Otworzyła pysk, żeby posmakować powietrze. Tak jak się domyślała, wyczuła zapach gryzonia około długości zajęczego skoku przed sobą. I… zanim zdążyła się zastanowić, co robi, gryzoń już wisiał w jej pysku. Konkretne techniki łowieckie znała na pamięć, a ta do myszy była u niej szczególnie wyćwiczona. Obróciła się za siebie w celu powrotu do obozu i… zobaczyła Gołębi Puch. “Co ona tam robi?” — zapytała się w myślach. “Podobno nie mogła przyjść”. Mentorka podeszła do niej bliżej i dopiero wtedy młodsza zauważyła uśmiech na jej pysku. To był chyba pierwszy raz, kiedy go widziała.
—B-Brawo! W-Wzorzysta Łapo! Udało ci się!
Po tych słowach liliowa była jeszcze bardziej skonfundowana.
— Porozmawiam dzisiaj z Judaszowcową Gwiazdą. Prawdopodobnie zostaniesz wojowniczką jeszcze dzisiaj.
Serce szylkretki podskoczyło ze szczęścia. Udało jej się! Wreszcie jej się coś udało! Nie będzie już pokraką w legowisku uczniów!

***

Nie była tak podekscytowana od księżyców, a może nawet nigdy. Na pewno nie na ceremonii uczniowskiej, bo o niej zapomniała i Jastrzębi Zew musiała jej przypominać. Większość kotów w takiej sytuacji pewnie układałoby sobie futro, żeby wyglądać ładnie, ale Wzorek była zbyt zaaferowana tym wszystkim, żeby nawet o tym pomyśleć. Jedyne co zdążyła zrobić od powrotu z polowania to powyrywać pióra z sójki, żeby rozładować emocje, a później ją zjeść. Więc kiedy usłyszała krzyk Judaszowcowej Gwiazdy zwołującego klan na spotkanie, nie mogła posiąść się z radości. Mimo tego potruchtała pod wysoką półkę.
— Wzorzysta Łapo, wystąp.
Kotka prześlizgnęła się przez tłum i stanęła tuż pod punktem przemówień.
— Ja, Judaszowcowa Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. Wzorzysta Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Z drżącymi łapami, ale pewnym głosem potwierdziła:
— Przysięgam.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Wzorzysta Łapo, od tej pory będziesz znana jako Wzorzysta Dal. Klan Gwiazdy ceni twoją sumienność i zaangażowanie, oraz wita cię jako nową wojowniczkę Klanu Klifu.
W tym momencie entuzjazm nowej wojowniczki doszczętnie opadł. Nie słuchała nawet, jak tłum skandował jej imię. Wzorzysta Dal… To nie było to, czego chciała… Brzmiało, jakby Judaszowcowa Gwiazda wypominał jej, że jej prawdziwy dom jest daleko stąd albo że jest daleka od ideału. Siedziała ze spuszczoną głową w tym samym miejscu, dopóki klan się nie rozszedł.

[616 słów]

Od Słodkiej (Słodkiej Łapy) Do Konwalii (Konwaliowej Mielizny)

Przeszłość, czasy żłobkowe (czyli kiedy kocięta miały po 5 księżyców)
✩ ★ ✩ ★ ✩

Był deszczowy, chłodny wczesny poranek. Krople wody rytmicznie uderzały o ziemię, wzbijając kurz, którego zapach przyjemnie opatulał mój nosek. Tak, może i miałam aromaty, które lubiłam dużo bardziej, jednak ten też był dla mnie zdecydowanie jednym z tych przyjemnych, które nie wadzą swoim pojawieniem się. Powoli otworzyłam zaspane ślepia, aby ujrzeć obraz wyjątkowo przyjemny, ale tym razem dla oka. Mgła łagodnie unosiła się w całym obozie, a powietrze było przyjemnie wilgotne. Tuż obok wejścia do żłobka siedział liliowy kocurek, który uważnie obserwował obóz. Sądząc po braku odgłosów typowych dla porannej krzątaniny, nawet pierwszy patrol jeszcze nie zaczął zbierać się do wymarszu. Starając się jak najmniejsze szeleścić, aby nie zbudzić mamy czy siostry, delikatnie podniosłam się z posłania i sprawnie przemknęłam między pustymi legowiskami, czekającymi na nowe karmicielki, oraz różnymi zabawkami — oczywiście w większości (jeśli nie w 100 procentach) należały do Korzonek lub mnie.
— Co robisz braciszku? — spytałam pół głosem, siadając niedaleko niego.
Spodziewałam się ujrzeć jak zwykle Szepczącą Hipnozę, wtedy jeszcze zwanego Szepczącą Łapą, dbającego o roślinki w obozie, lub po prostu jego samego robiącego cokolwiek, jednak jego tam nie było. W pierwszej chwili trochę się przestraszyłam. Wiem, to brzmi dziwnie, wręcz komicznie, ale to był pierwszy raz, kiedy nie widziałam go rankiem w obozie, jeszcze zanim zdążyło zrobić się w nim tłoczno. Po chwili przypomniałam sobie, co point mówił mi poprzedniego dnia. To wyjaśniło, dlaczego go nie było. W ogóle zapomniałam o zadanym przeze mnie pytaniu, a przypomniał mi o nim błękitnooki.
— Obserwuję obóz.
Przewróciłam oczami, po uderzeniu serca odgarniając grzywkę sprawnym ruchem głowy.
— Przecież widzę… Pytań raczej co robisz tutaj o takiej porze… W sensie- Eh, nieważne. Od kilku dni nie umiem się w ogóle wysłowić. Nikt nie ma pojęcia, o co mi chodzi! No… Prawie każdy.
Pręgus strzepnął nieznacznie uchem i jednocześnie ukradkiem spoglądając na mój pyszczek. Przez kilka chwil siedzieliśmy w ciszy, chyba po prostu ciesząc się chwilą, ale nie dałam rady się nie odezwać. Pewien temat w kółko mącił mi w głowie, jak zazwyczaj nie mogłam się o to nikogo spytać, tak to była idealna okazja, aby to zrobić.
— Martwisz się o nią?... — szepnęłam, oglądając się za siebie, gdzie ona i Borówkowa Słodycz spały w swoich objęciach.
Z pyszczka kocura uleciało westchnienie, który utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie musiałam nawet wymawiać jej imienia, ale obydwoje aż za dobrze wiedzieliśmy o co, a raczej o kogo mi chodzi.
— Oczywiście.
Jego głos w mojej głowie niemal odbił się echem, mimo iż nie byliśmy w miejscu, w którym echo mogłoby powstać. Odwróciłam głowę tak, aby spojrzeć w jego oczy swoimi, po chwili odpowiadając, ze smutkiem, ale i złością, które grały we mnie, od kiedy tylko pamiętałam.
— Czemu inni oceniają ją po kolorze futra? Przecież jest piękne… Ale tak czy siak, nawet jeśli by nie było… Przecież to nie nakreśla jej osobowości czy czegokolwiek innego. Jest zabawna, ciekawska, radosna… Czemu oni tego nie widzą...? Naprawdę tylko my to dostrzegamy...?
Znów cisza.
Którą znów przerwałam drżącym głosem.
Tym razem tylko bez grama złości. W moim tonie grało poczucie winy, żal i coś jeszcze, czego sama do końca nie rozumiałam.
— Ko-konwalio, c-czy… Czy jestem złą siostrą?...
Konwalia odwrócił do mnie głowę, odwzajemniając moje spojrzenie. Czułam, jak pieką mnie oczy, w których powoli zbierały się słone łzy.
— Zrobiłam coś nie tak?... Ona na to nie zasługuje… Jeśli już mieliby mieć problem do kogoś, to niech mają go do mnie...! Nie do niej…
Moje małe ciałko zadrżało, lecz panującą wtedy pogoda nie miała z tym nic wspólnego. To wszystko to były emocje. Emocje, których tak małe kocię nie powinno jeszcze odczuwać. Ale jednak odczuwało.
Kocur otworzył pysk, mając zamiar mi odpowiedzieć, kiedy nagle…
— Mmhmmm…
Obydwoje w tym samym momencie odwróciliśmy się w stronę wydanego dźwięku, skąd padło na nas ciekawskie spojrzenie.
— O czym rozmawiacie? — spytała Korzonek, nawet nie zdając sobie sprawy, jaki stres to we mnie wywołało.
I zapewne nie tylko we mnie.
Zaczęłam bezradnie otwierać i zamykać pysk, szukając jakiegoś słowa wytłumaczenia, kiedy brat na szczęście mnie wyręczył, zanim zdążyłam palnąć jakąś głupotę.
— Słodka właśnie żaliła mi się z tego, że podoba jej się jej koleżanka i nie wie jak do niej zagadać.
Cofam, jednak on palnął jeszcze większą głupotę.
Spiorunowałam liliowego wzrokiem, który mógłby zabić, czując jak płoną mi policzki. Miałam nadzieję, że chociaż ten jeden raz futro zakryło ten odczynnik biologiczny. Szczególnie że niczego nieświadomy Konwalia przez przypadek trafił niemal w dziesiątkę, ponieważ rzeczywiście miałam taki problem. Raz czy dwa nawet próbowałam mu się o nim wyspowiadać i może poszukać jakiejś rady, ale z każdym razem w ostatniej chwili tchórzyłam.
— Oooooo — zachichotała szylkretka, zgrabnie przemieszczając się do nas
— Co to za szczęściarz lub szczęściara, że moja siostra na niego leci, hmm? — zagadnęła, najwyraźniej nie mając zamiaru odpuścić mi tematu.
Brat spojrzał na mnie wzrokiem, mówiącym coś w stylu “skończyły mi się pomysły, pomóż?”
Wzięłam kolejny drżący wdech. No, chociaż to będzie już w 100 procentach prawdziwe, a nie grane na sztukę.
— S-senn-na Łap-pa… — wydukałam, zasłaniając pysk łapami (i uszami, które mi na niego opadły).
Czułam zalewający mnie gorący rumieniec oraz rodzeństwo wypalające we mnie dziurę swoim spojrzeniem.
— OHO, no tego to bym się po tobie nie spodziewała, Słodka! — pisnęła podekscytowana, niczego nieświadoma czekotka.
Pręgus choć próbował, to wpatrywał się we mnie, takim wzrokiem jakby do niego dotarło, że nieświadomie powiedział prawdę.
Naprawdę nie chcąc już dłużej kontynuować tego w moim odczuciu cyrku, szybko obróciłam kota ogonem.
— A wy? Mnie tak wypytujecie, a sami nie piśniecie ani słówka, co? Macie kogoś na oku?
I BOOM, w ten sposób to ja stałam się wypytującym. Nareszcie chwila odpoczynku.
— A czemu wy już nie śpicie?
….UPS.
Bardzo, BARDZO powoli odwróciłam głowę w stronę matczynego głosu, gdzie oczywiście znajdowała się sama rodzicielka.
— Eeee… Obserwujemy sobie obóz i rozmawiamy mamusiu.
Uśmiechnęłam się, trącając ogonem rodzeństwo siedzące obok, aby też się odezwali.
Biała kocica przez chwilę świdrowała mnie wzrokiem, ale na szczęście po chwili też się uśmiechnęła.
— No dobrze… Idę po zwierzynę, zaraz wrócę skarby.
Uff… Wypuściłam powietrze nieświadoma tego, że w ogóle wstrzymywałam swój oddech.
Borówkowa Słodycz, po której dostałam imię, z gracją godną samej przywódczyni sprawnie wyminęła wszystkie przeszkody oraz nas, kierując się tam, gdzie mówiła, że będzie.
Spojrzeliśmy po sobie, po chwili wybuchając gromkim śmiechem, w zasadzie bez powodu, nawet Konwalia zaczął chichotać! Gdyby życie mogło składać się tylko z takich momentów…

Patrol, który przyprowadził Niedźwiedziówkę do Klanu Nocy
✩ ★ ✩ ★ ✩

Było ciepłe popołudnie, a delikatny wietrzyk mierzwił mi futerko, kiedy ja podziwiałam piękny krajobraz, który cieszył oko, jak i nos swoim łagodnym aromatem. Kolorowa Łąka była specyficznym miejscem. Niby nic takiego, niby to nie takie rzadki widok, ale potrafił zaprzeć dech w piersiach.
Nasz patrol graniczny nie różnił się za bardzo od takiego typowego patrolu, jak to zazwyczaj bywało, podzieliliśmy się na dwie grupy, aby poszło sprawniej. Pierwsza składała się ze Zmierzchającej Fali, Wężynowego Splotu, oraz Rozpromienionego Skowronka. Prowadziła ją Wężynka. Druga natomiast posiadała mnie, Ćmie Mżenie, która niedawno dostąpiła mianowania, oraz mój kochany braciszek, Konwaliowa Mielizna, który został wojownikiem niewiele później. Ćma, która była naszą przewodniczką, jeśli dobrze pamiętałam, przyjaźniła się z Szepczącą Hipnozą, więc postanowiłam zagadać. Radosnym krokiem podbiegłam do kotki najwyraźniej cieszącej się przyjemnym spacerkiem z szerokim uśmiechem.
— Cześć! Gratuluję mianowania, masz śliczne imię!
Obok mnie spokojnym krokiem szedł liliowy, którego delikatnie musnęłam ogonem, aby zachęcić do włączenia się w rozmowę. Kocur mógłby zacząć nawiązywać jakieś relacje w klanie! Zamiast jednak się odezwać, jedynie skinął delikatnie głową na moje słowa.
Zamiast mojego brata odezwała się jednak wojowniczka.
— Och, dziękuję! Ty również masz śliczne imię!
Wydawała mi się bardzo miłą kotką.
Mój uśmiech promieniał, kiedy nawzajem komplementowałyśmy się z wojowniczką, podczas gdy Konwalia zostawał milczący. W sumie dla niego to było całkiem normalne. Nie chciałam go dręczyć, więc szybko odpuściłam, po prostu postanawiając cieszyć się jego obecnością. Mimo tak przyjemnej atmosfery czułam, jakby czyjś wzrok podążał za mną łapa w łapę. Czułam się dziwnie obserwowana, a nagle w nozdrzach poczułam nowy zapach. Była to woń kota i to bardzo świeża.
Zwolniłam kroku, chcąc się upewnić.
— Em... czy tylko ja to czuję...?
W końcu byłam tylko głupią uczennicą no nie?
Coś zaszeleściło za nami, więc zanim Konwalia czy Ćma zareagowali, ja już odwróciłam głowę z uszami na baczność (w miarę możliwości przez pędzelki) w stronę dźwięku, kiedy w mojej głowie zakwitła myśl.
"Chyba mamy towarzystwo..."
Kotka obok mnie zesztywniała.
— Poczekajcie, sprawdzę to — szepnęła, wysuwając się delikatnie na przód.
Konwaliowa Mielizna zagrodził jej jednak drogę swoim ciałem.
— Jakie sprawdzę to? Głupiaś? Bezpiecznie będzie trzymać się w grupie. Zauważ, że każde z nas raptem od ziemi odstaje. Szanse dla Ciebie są nikłe, jeśli sama pójdziesz — mruknął, nieco jakby od niechcenia, lecz w jego głosie brzmiała nuta irytacji, którą tak dobrze znałam. — To, że wojownik jesteś, nie znaczy, że teraz cały świat zwojujesz — dodał, robiąc kolejne parę kroków, by najwyraźniej nam obu zagrodzić drogę.
— Jak taki mądry jesteś, to może klanem poprowadź, co? — prychnęła szylkretka, strzepując nerwowo ogonem. — Konwalio, Twoje wypowiedzi są często redundantne. Zaprzestań swoich działań.
Kiedy brat stanął zarówno przede mną, jak i przed Ćmim Mżeniem, poczułam kilka emocji naraz. Z jednej strony zrobiło mi się miło, że chcę się o nas troszczyć. Z drugiej natomiast nie do końca podobał mi się fakt, że najwyraźniej uważał, że tylko on tutaj myśli racjonalnie. Przecież nie wyrywałam się na kota z pazurami, po prostu głowę odwróciłam, na Klan Gwiazdy! Mimo wszystko rozumiałam jego zachowanie.
— Przecież nigdzie nie idę... — szepnęłam, stając obok liliowego.
Niedaleko nas dostrzegłam kota, który najwyraźniej był źródłem zapachu. Nie byłam w stanie rozpoznać płci ani zobaczyć więcej cech charakterystycznych, jednak kot był bury a woń, jaką za sobą ciągnął, zawierała w sobie nutę Burzaków.
— Ten kot pachnie Klanem Burzy i czymś jeszcze…
Wojownik, który dalej mroził spojrzeniem swoich błękitnych ślepi najstarszą, z chłodem i sztywnością, odsunął się, robiąc jej przejście.
Bura natomiast wyprostowała się na równe łapy i podeszła wprost do nas, a po chwili usłyszeliśmy jej głos.
— Witajcie, nieznajomi… — mruknęła, przenosząc wzrok na własne łapy. — Ja… — urwała na moment, po czym uniosła jedną z nich i przyłożyła ją do skroni — …potrzebuję waszej pomocy!
— Nieźle — wyrwało się jedynie “liderce” grupy, która z wyraźną intrygą obserwowała każdy ruch kotki.
Ja natomiast z powątpiewaniem spojrzałam na samotniczkę. To nie wyglądało, jakby było prawdziwe. Bardziej takie odstawione. Trochę dramatyczne. Mimo to jednak nie patrzyłam sceptycznie, może po prostu nie wiedziała jak robić to inaczej lub takiego zachowania nauczył ją świat poza klanowy? Stwierdziłam, że przyjazne nastawienie nie zaszkodzi, ale trzeba zachować czujność. W końcu kto wie...
Na moim pyszczku znów zawitał delikatny, przyjazny i zachęcający uśmiech. Taki nie do końca pewny, ale szczery.
— Dzień dobry... W czym potrzebujesz naszej pomocy? I powiesz nam, czemu pachniesz Klanem Burzy? Jesteś Burzaczką?
Mimo zewnętrznego spokoju czułam walące serce. Trochę się bałam, mimo wszystko byłam stąd najmniej doświadczona i prawie najmłodsza, ponieważ Konwalia miał tyle samo księżyców co ja. Apropos mojego brata, ten nadal siedział cicho, jakby był jakimś posągiem z kamienia.
Kocica odłożyła łapę na ziemię, a w jej oczach mignęło zirytowanie, które jednak tak szybko, jak się pojawiło, tak szybko znikło.
— Gdybym była Burzaczką, siedziałabym teraz zamknięta w czterech ścianach kociarni — rzuciła w moją stronę, delikatnie szczerząc kły. — Więc… czy możecie, proszę, trochę się rozluźnić? Nie szukam zwady, szukam tylko miejsca, w którym mogłabym wychować swoje kocięta! — wyjaśniła.
Moje ślepka rozszerzyły się na wieść o kociętach i zalśniły w popołudniowym słońcu.
— Och, jesteś w ciąży! W sumie mogłam się domyślić, wystarczyłoby spojrzeć na Twój rysujący się śliczny brzuch i delikatną woń mleka... Pewnie nie wyczułam jej przez aromat Burzaków. Cóż... Według kodeksu wojownika powinniśmy zabrać cię do obozu, aby Mandarynkowa Gwiazda zadecydowała czy cię przyjąć. Co nie?
Pytanie zadałam jednocześnie do kocura, jak i kotki, w końcu to oni byli tutaj wojownikami! Miałam nadzieję, że jej nie obraziłam w jakiś sposób, bo gdzieś w środku miałam takie ciche wrażenie.
— Przepraszam, a... Jak cię zwą? Ja nazywam się Słodka Łapa!
Rzuciłam szybkie spojrzenia kompanom, mając nadzieję, że mnie poprą i również się przedstawią.
Zastanawiało mnie jedynie, dlaczego samotniczka aż tak intensywnie pachniała innym klanem. Wytarzała się w odznaczeniach granicznych czy co?
Ciemka mruknęła pod nosem coś, czego nie dosłyszałam, po chwili gromiąc mnie wzrokiem. Jak się po chwili okazało, mój brat się do niej przyłączył.
— Właśnie, jak cię zwą i skąd jesteś? — powiedziała tym razem wyraźnie przyjaciółka mojego najlepszego przyjaciela, kiedy ja odgarnęłam sobie grzywkę sprzed oczu.
Bura zmrużyła na moment oczy, by zaraz zastrzyc subtelnie uchem. Kąciki jej ust drgnęły w ledwie zauważalnym uśmiechu, zanim zdążyła powiedzieć:
— Nazywam się… Niedźwiedź… ówka — wymamrotała, by zaraz później wziąć głębszy wdech. — Niedźwiedziówka — powtórzyła wyraźniej, a jej ogon zadrżał na wietrze.
Usłyszałam w głosie przybyszki zwątpienie i trochę zastanowienia, ale uznałam, że zapewne to przez małe zaufanie do naszej trójki. W końcu w ogóle nas nie zna! Na jej przymknięcie oczu poczułam coś na rodzaj wstydu. Moja wypowiedź zabrzmiała trochę, jakbym chciała subtelnie powiedzieć, że jest ona gruba... Przecież nie o to mi chodziło! Ależ skąd! Już otwierałam pyszczek, aby przeprosić, jednak po uderzeniu serca uznałam, że zapewne tylko pogorszę sytuację. Zgromiłam wzrokiem brata i wojowniczkę, aby oni też w końcu się przedstawili. Nie ma co! Zaraz później kolejny raz spojrzałam na Niedźwiedziówkę.
— Niedźwiedziówka... Nigdy nie słyszałam tego imienia, jest bardzo unikatowe!
— Nie patrz tak na mnie — rzucił jedynie liliowy, w odpowiedzi na mój wzrok. — Imię me tajemnicą pozostanie — dodał, jakby próbował powiedzieć mi: “Nie i kropka.” — A skąd przybywasz, Niedźwiedziówko? — spytał, a raczej powtórzył pytanie Ćmiego Mżenia, kończąc temat swojego imienia.
Z powrotem spojrzałam na Konwalię, tym razem z figlarną iskierką w oczach, mówiącą:
“Tja? To pa tera."
"Złowieszczo" się uśmiechnęłam i strzepując ogonem, mruknęłam:
— Tja tja... Nie bądź już taki tajemniczy! Nazywa się Konwaliowa Mielizna.
Chyba było widać, że jesteśmy jednej krwi...
Zazwyczaj byłam bardzo życzliwa, szczególnie dla mojego kochanego brata, który zwykle bardzo się o mnie troszczył, jednak tym razem trochę przytarłam mu nosa. Ten jeden jedyny raz. Należy mu się za czasy żłobkowe i jego zaczepki! Teraz tylko czekałam, spodziewając się pacnięcia ogonem czy coś takiego.
Niedźwiedziówka w odpowiedzi jedynie rozejrzała się wokół, niemal beztrosko, po czym wróciła wzrokiem do naszej trójki. Na moją wypowiedź o imieniu Konwalii, tylko skinęła głową.
Westchnęła i zaczęła mówić:
— Cóż, nie powiem, że przybywam z konkretnego miejsca. Szwendam się tu i ówdzie, ale czy to źle? Nigdy w życiu nie przyszło mi znaleźć stałego miejsca zamieszkania; gdzieś jednak w końcu muszę zarzucić kotwicę, czyż nie? — mruknęła łagodnie, niby trochę melancholijnie.
— Zabranie jej do obozu jest równa przeprawie przez wodę. I tak to ryzykowne posunięcie, brać obcego kota do samego centrum, naszej bezpiecznej ostoi.
Szepnęłam ze zmartwieniem, ogonem sunąć po miękkiej trawie, w odcieniach wpadających w te moich oczu:
— No to w takim razie co robimy? Idziemy po drugą część patrolu? Nie... Są na drugim końcu terytorium...
Przez gęste i długie (jak na mój rozmiar) pędzelki, uszy delikatnie oklapły mi w pół, już tak zostając.
Co prawda to nie ja ostatecznie podejmowałam decyzję co zrobić z kocicą, jednak przejmowałam się jej losem. Empatia jest dobrą cechą, dopóki nie jest zbyt wielka... Tak jak w moim przypadku.
Zaczęłam przestępować z łapy na łapę, próbując wykombinować jakieś rozwiązanie tej sytuacji.
— Na drugą część patrolu poczekajmy tam, gdzie ustaliliśmy — zaproponował kocur, zapewne widząc nieobecną Ćmę, która jakby bujała w obłokach.
Spojrzałam na liliowego z wyrazem pyszczka w stylu: "ty moja mądra kochana mordeczko!", wypuszczając powietrze z pyszczka, w tym samym czasie, uświadamiając sobie, że wstrzymywałam swój oddech. Znowu.
— Dobry pomysł! W takim razie chodźmy!
Radosnym krokiem podeszłam do Konwalii i delikatnie włożyłam nos w jego futro na znak tak jakby podziękowania, po czym szybko podeszłam do nowej kompanii podróży. Ni stąd, ni zowąd, obok mnie z ziemi wyrosła Niedźwiedziówka.
— Nie mogę uwierzyć, że w końcu udało mi się znaleźć jakąś przystań! O ile, rzecz jasna, nieco wyżej postawione koty pozwolą mi u was zostać… Ty, Słodka Łapo, jak mniemam, w razie problemów mi pomożesz, czyż nie? Wytłumaczysz im, proszę, że tylko szukam pomocy i poprzesz moje słowa? — mruknęła, patrząc na mnie jakby z błyskiem nadziei w oku. — Bardzo mi zależy na tym, by u was zamieszkać i wychować kocięta. W zamian za pomoc wasz klan zyska kilkoro sprawnych wojowników! Czy nie tego potrzebujecie? — zwróciła się do reszty, już nieco głośniej.
Empatia jest dobrą stroną u każdego kota, jednak jeśli jest jej za dużo, nie jest to najlepsze wyjście... Ja wahałam się między maksimum standardu tego oto uczucia a światełkiem mówiącym swoim błyskiem słowa "za dużo".
Mimo to jednak nie byłam naiwna. O nie. Wiedziałam, że w ten sposób jeszcze bardziej bym sobie zaszkodziła. Mandarynkowa Gwiazda nie przepadała za Borówką, Tojadem, oraz ich dziećmi tylko i wyłącznie przez Korzonek... Chociaż kto wie, może jeszcze coś to spowodowało? Potrząsnęłam lekko głową, chcąc wrócić do rzeczywistości.
— Rozumiem, że zależy ci na jakiejś stałej przystani, ale nie wiem, czy będę w stanie Ci pomóc...
Odwróciłam głowę w przeciwnym kierunku i prychnęłam sama do siebie.
— Szczególnie że jestem tylko głupią uczennicą...
Chwilę później jednak się rozchmurzyłam, w końcu nie miałam zamiaru wprowadzać nieprzyjemnej atmosfery!
Nie wiedziałam jedynie, o czym mogłabym porozmawiać z kocicą... A może ona sama ma coś do powiedzenia? Chociaż? Sama nie wiedziałam co mam o niej sądzić. Spojrzałam w stronę Konwalii, szukając jego wzroku. A co on o tym wszystkim sądził? W pewnym momencie poczułam się bardzo słaba. Zaczęło mi się niebezpieczne kręcić w głowie, a brzuch zachowywał się tak, jakby zaczął identyfikować się jako supeł nie do rozplatania.
— Ko-konwalio? Słabo się czuje… Co-coś jest nie tak…

<Braciszku?>
[2887 słów]

Od Makowej Łapy (Zwiewnego Maku) CD. Chomik

Przeszłość

Makowa Łapa zauważyła Chomik w żłobku ze swoimi dwoma małymi kociętami. Podbiegła do ciotki i zamruczała.
— Są przecudne! Jak je nazwałaś? — zapytała.
— To Raniuszek, a to Włókniczek — odparła Chomik, pokazując ogonem kolejno na kociaki.
Makowa Łapa zamruczała jeszcze raz.
— To piękne imiona. Uwielbiam widzieć w klanie nowe kocięta!

Teraźniejszość

Kociaki Chomika rosły. Niedługo skończą sześć księżyców i zostaną uczniami. Zwiewny Mak bardzo polubiła rodzeństwo, w końcu była to jej rodzina. Może zostanie mentorką jednego z nich…?
— Juhuuu! Złapałam intruza! — wykrzyknęła Raniuszek, wskakując na Zwiewny Mak. Wojowniczka dramatycznie przewróciła się na bok, pozwalając kociakom się bawić.
— Dobry Klanie Gwiazdy! Poddaję się! — wyjęczała Mak z figlarnym błyskiem w oku.
Kocięta zeszły z wojowniczki, a ta zajęła się szybkim wylizywaniem futra. Chomik obserwowała ich z wejścia do żłobka. Ostatnio Mak bardzo polubiła — może nawet pokochała — ciotkę.
Czarno-biała kotka podbiegła do Chomik z kociętami za sobą.
Zwiewny Mak zabrała kulkę z mchu z ziemi i rzuciła ją kociakom, które zaczęły gonić zabawkę. W tym czasie Mak zajęła się rozmową z karmicielką.
— Jak tam u ciebie, ciociu? — spytała pomiędzy liźnięciami.
Chomik zamruczała i położyła się obok bratanicy.
— Jak czujesz się z tym że niedługo Raniuszek i Włókniczek będą mieszkały z innymi uczniami? — Zwiewny Mak zadała kolejne pytanie.

<Ciociu? Jak tam u ciebie:D?>

Od Kropli

Kropla dzielnie uczestniczyła w treningach, nawet jeśli miała ich serdecznie dość. Nadal nie umiała się najlepiej wspinać na drzewo i za każdym razem, gdy wraz z Fruczakiem wychodzili poza teren obozu, to cała się spinała. Dużo bardziej wolała siedzieć w obozie i tworzyć legowiska, a najlepiej, gdy mogła tworzyć je w towarzystwie Kasztanki, nawet jeśli z nią wiele nie rozmawiała. W porządku były wycieczki do uzdrowicieli, chociaż ostry zapach ziół nadal przyprawiał ją o mdłości. Jednak w dziupli medyków przynajmniej zawsze było dość cicho i spokojnie, a nadal byli w obozie. Mimo wszystko, dla niej najlepsze były dni, gdy Fruczak był zajęty, a kotka mogła leżeć gdzieś w cieniu. Niestety dziś nie był taki dzień, bo gdy już znalazła idealne miejsce, żeby nikt jej nie zaczepił, to mentor zaczął iść w jej stronę, doskonale znając jej kryjówki.
— Dobrze, Kroplo. Co byś chciała dziś robić? — zapytał z uśmiechem.
— Legowiska? — zapytała z nadzieją.
— A może coś innego, bo już mamy więcej legowisk, niż kotów? — zachichotał.
Kotka zastanowiła się chwilę, ale dużego wyboru nie miała. Albo szła uczyć się ziół, albo szła wspinać się na drzewa. Niestety nie mogła stwierdzić, że chcę świętego spokoju. Znaczy, mogła, ale nie była na tyle odważna.
— Możemy iść do uzdrowicieli. Przypomnieć sobie zioła — stwierdziła więc.
Kocur kiwnął głową i poczekał, aż Kropla wstanie, po czym ruszył z nią u boku do dziupli. Kotka szła ze spuszczoną głową, gdy mentor witał się z mijającymi ich kotami. Sama wybrała stróża, bo wiedziała, że nie byłaby w stanie być wojownikiem i zwiadowcą. Lubiła obóz, czuła się w nim bezpiecznie, no i nie musiała tutaj rozmawiać ze zbyt dużą ilością kotów. Ale Fruczak wydawał się dość pewny siebie i raczej mógł bez problemu zostać kimś więcej, jeśli tylko by chciał.
— Czemu zostałeś stróżem? — zapytała, zerkając na niego.
— Tak jakoś wyszło — rzucił krótko, a Kropla westchnęła, wiedząc, że w takim razie się tego nie dowie.
Weszli do legowiska chorych i przywitali się z uzdrowicielami, po czym poszli na bok. Tak jak ostatnio Fruczak wyciągnął poszczególne zioła i pytał Kropli, czym są i do czego służą. Kotka większość rzeczy pamiętała, ale do niektórych potrzebowała przypomnienia. Kilka chorych przewinęło się w międzyczasie.
— Cholera — mruknął jeden z uzdrowicieli. — Fruczak! Przyniesiesz jagody jałowca, proszę? — krzyknął po chwili.
Kotka spojrzała na mentora, ale ten uśmiechnął się do niej zachęcająco, oraz znacząco. Kropla westchnęła niezadowolona i zerknęła na zioła w poszukiwaniu potrzebnego, starając się sobie przypomnieć, jak wygląda to, czego szuka, ale wreszcie podniosła krzak z jagodami i zerknęła na Fruczaka.
— Doskonale. Idź zanieść. — Machnął łapą w pospieszającym geście.
Przyszły stróż niechętnie wyszedł z zaplecza i rozejrzał się po legowisku. Na szczęście z łatwością odnalazł uzdrowiciela, który czekał na zioła, bo tylko szylkretka była pacjentką. Jeśli Kropla dobrze pamiętała koty, to była to Kajzerka, z którą czasem rozmawiał jej ojciec. Była już starszą kotką i wyglądała na zirytowaną, więc uczennica szybko podbiegła do uzdrowiciela i podała mu jagody.
— Dzięki, Kropla.
— Nie ma za co — szepnęła, już zawracając.
— Powiedz Fruczakowi, że zapraszamy was na zbieranie ziół następnym razem! Może się nauczysz czegoś nowego! — krzyknął jeszcze za nią.
Uczeń kiwnął głową i wrócił do mentora, który dumnie się uśmiechał. Kocur kiwnął głową w ramach podziękowania i po chwili wrócili do przypominania sobie nazw i właściwości ziół.

[537 słów; trening medyka]
Wyleczeni: Kajzerka

Od Zwiewnego Maku Do Pierza

— Mam cię! — zawołała Zwiewny Mak, gdy wskoczyła na tłustego królika. Zawodzące Echo wysłał ją na polowanie z Rybkową Łapą i jej mentorką. Uczennica wciąż krzywiła się na widok Zwiewnego Maku, więc wojowniczka zaproponowała rozdzielenie się na czas polowania, by nie musieć oglądać obrażonych spojrzeń rzucanych na nią przez Rybkową Łapę. Polowanie powiodło się, a gdy Mak spotkała się z uczennicą i jej mentorką, okazało się, że one także złapały dobre zdobycze. Rybkowa Łapa złapała małego królika, a Skrzydlata Płomykówka schwyciła jedną mysz.
— Zwierzyna powoli wraca! — zamiauczała Zwiewny Mak.
Pozostałe koty kiwnęły głowami i grupa wróciła do obozu obładowana zwierzyną. Gdy weszły, koty w obozie zamiauczały z zachwytem na widok ilości zwierzyny przyniesionej przez trójkę kotek.
Zwiewny Mak poszła do żłobka, by poczęstować Brzozę tłustym, apetycznie pachnącym królikiem.
— Witaj, Brzozo! Przyniosłam ci coś dobrego — rzekła kotka, spoglądając na kociaki karmicielki.
— Są takie rozkoszne — odparła Brzoza. — I dziękuję za królika. Padam z głodu!
Zwiewny Mak zauważyła jednego z kociaków Brzozy, Pierze. Kocurek zakradał się do wyjścia ze żłobka. Jego matka nie zauważyła tego, gdyż zajadała się pyszną, świeżą zdobyczą. Mak zamruczała i nosem popchnęła kociaka z powrotem do rodzeństwa siłującego się w żłobku.
— Pierze! Czy mama pozwoliła ci na wychodzenie ze żłobka?

<Pierze?>

Od Korowego Szeptu CD. Kamiennego Pióra

Kotka po mianowaniu zaczęła skupiać się na relacjach. Oczywiście, nadal wychodziła na polowania czy zajmowała się typowymi rzeczami dla wojownika, ale często wybierała sobie do tego towarzysza. Tak jak teraz — chociaż zimny wiatr nieprzyjemnie uderzał w jej ciało, a ona nie miała na tyle grubej sierści, aby chociaż trochę to zastopować, to szła zaraz obok Kamiennego Pióra, rozglądając się za zdobyczą. Nagle wyłapała wiewiórkę na jednej z gałęzi, więc zaczepiła delikatnie ogonem towarzysza, aby pokazać mu zwierzynę, a zaraz przemknęła do pnia i zaczęła się wspinać. Zerknęła w dół, widząc, że przyjaciel czeka na dole, gdyby coś miało pójść nie tak na drzewie. I dobrze! Ciężko się poluje na młodych gałęziach… Kotka próbowała zachować jak najwięcej ciszy, ale zdradził ją wiatr i wiewiórka w chwilę zeskoczyła na dół. Kora zauważyła jednak z góry, że Kamyczek rzuca się na zwierzynę, a gdy zeskoczyła z drzewa, to przyjaciel trzymał martwą wiewiórkę w pysku.
— Super się wspinasz! — zawołał, na co kotka uśmiechnęła się delikatnie. — Poza tym, ja sam nigdy nie wypatrzyłbym tej wiewiórki. Dobrze, że ze mną poszłaś — zamilkł, ale po chwili szybko dodał: — Znaczy, wiesz, nie tylko dlatego. Po prostu… Bardzo miło się z tobą poluje.
Kora kiwnęła głową, chociaż uważała, że to nie ona zasługuje na pochwały. To Kamyczek przecież złapał zwierzynę, ona ją tylko wypatrzyła. Nic wielkiego…
— To, co teraz? Idziemy odnieść to do obozu? Polujemy dalej, czy może coś jeszcze innego? Na co masz ochotę? — zapytał po chwili.
— Jeśli nie przeszkadza ci niesienie tego, to możemy się chwilę przejść — zaproponowała kotka z nieśmiałym uśmiechem.
Mimo że minęło dużo czasu, to Kora nadal pamiętała, jak źle się zachowała, gdy ją skrzywdzili. A do tego, mimo wieku i pomimo czasu to na widok Kamiennego Pióra serce kotki drastycznie przyspieszało, a ona mogła się tylko domyślać, czym jest to uczucie.
— A jak nie, to możemy wrócić i wtedy ewentualnie się przejść. Pora nagich drzew może być dość piękna, tylko jest strasznie zimno — dodała jeszcze.

<Kamyczku?>

Od Guziczka CD. Kasztanki

Guziczek po ostatniej rozmowie z Kurką chodził dość smętny. Cały czas zastanawiał się, co mógłby zrobić, aby odwieść przyjaciela od pomysłu posiadania partnerki i dziecka. Przecież potrzebował go do rządzenia później wszystkimi kotami! Nie mógł zaufać nikomu innemu. Może powinien pogadać o tym z Czerwcem? On miał teraz dzieci, był lepszy no i może trochę się na tym znał. Tylko gdzie go teraz znaleźć? Rozejrzał się, ale nie było go nigdzie w zasięgu jego wzroku, więc ruszył przed siebie. Przy legowisku uczniów zobaczył rudą kotkę, którą nieraz widywał przy Czerwcu. Może ona wiedziała, gdzie jest kocur? A może ona by mogła mu pomóc!
— Hej, hej! — zagadał z uśmiechem.
Kotka tylko spojrzała na niego przerażona i skuliła się, jakby Guziczek miał zaraz rzucić ją na stos jedzenia. Czarno-biały zmarszczył brwi zaskoczony jej zachowaniem, a zaraz delikatnie zaczepił ją ogonem.
— Wiesz, gdzie jest może Czerwiec? — zapytał prosto z mostu, gdy kotka nadal milczała. — Albo… Sam nie wiem. Znasz się może na czymś konkretnym?
Speszył się zaraz po pytaniu, bo w sumie nawet nie wiedział czyim uczniem jest kotką, którą zaczepił. Powinien znać uczniów, ale ostatnio skupił się na Kajzerce i Kurce i swoim wymarzonym życiu zwiadowcy.
— Znaczy… Chcę zrobić komuś prezent? Masz jak pomóc? — wyjaśnił cicho.

<Kasztanko?>

Od Płomiennego Serca CD. Strzępka

Kotka zamrugała kilka razy, gdy futro kocura nagle się nastroszyło. Mała, puchata kulka wpatrywała się w nią z oburzeniem.
— Mowy nie ma! Nigdzie nie idę! — oznajmił głośno.
— Czemu?
— Nie i tyle.
Płomienne Serce zaczęła analizować swoje wcześniejsze słowa, zastanawiając się, czy powiedziała coś nie tak. Zaproponowała zabawę, a potem wyjście. Kocur wydawał się zainteresowany zewnętrznym światem, ale nie chciał nawet zerknąć, na coś, co do niego prowadziło? Kotka coraz bardziej zaczynała nie rozumieć kociaków. Na początku czekała na jakieś wyjaśnienie, ale wreszcie zrezygnowała, kiwnęła głową i zaczęła się wycofywać.
— Nie chcę zostawiać siostry — wyszeptał jednak Strzępka.
— Och, rozumiem. — Spojrzała na niego, a potem drugą małą kuleczkę.
Sama nigdy nie chciała wychodzić bez braci. Czuła, że albo ich straci w każdej sekundzie, albo sobie bez nich nie poradzi. No i straciła, Trójka teraz biegał w zaświatach, a ona sama w pewnym momencie ledwo wiązała koniec z końcem. Ale miała Świergotka i Drzemlika i chociaż z rodzeństwa mianowała się pierwsza, to bracia zawsze byli obok. Rozumiała więc strach kocura. Musiała jednak się chwilę zastanowić co mu zaproponować w zamian.
— W takim razie ja pójdę poszukać dla was jakieś super zabawki, a potem sobie o czymś pogadamy, dobra? — zaproponowała po chwili kotka, a potem zastanowiła się jeszcze chwilę. — A jak twoja siostra wstanie to może wyjdziemy z nią zobaczyć centrum obozu?

<Strzępku?>