— Wespniesz się na tą sosnę przed tobą, musisz wspiąć się na górę i nie spaść. Nad tak prostą rzeczą nie będę się bardziej wysławiać, chyba że jesteś upośledzony umysłowo. To wtedy to już nie mój problem — rudzielec chciał coś powiedzieć, ale wiedział, że mu nie przystało, jako kotu o wysokim pochodzeniu. Spojrzał na drzewo i natychmiast skoczył, po czym przyczepił się do niego, zaczął szybko wchodzić na górę, na początku i tak nie było to trudne, bo na samym dole nie było mniejszych gałęzi, które zawadzały mu drogę. Wspinając się coraz wyżej, już można było zobaczyć gałęzie z liśćmi. Nie spoglądając nawet w dół, udało mu się wdrapać na sam czubek sosny.
— TERAZ ZEJDŹ! — zawołała z dołu, a on nie będąc głuchy, szybko zaczął zeskakiwać na dół, gałąź po gałęzi, a gdy był wystarczająco nisko, to zeskoczył z drzewa na ziemię, lądując na czterech łapach.
— Już jestem — czekoladowa kotka tylko się lekko uśmiechnęła.
— Jednak widać, że jako wnuk Zalotnej Gwiazdy to nie jesteś tępy, a teraz możesz jeszcze mi coś upolować. Głodna jestem od tego treningowania — nie liczył, że będzie polować za kogoś, to leniwe mówić, żeby ktoś inny za ciebie złapał zwierzynę.
— Przepraszam, ale każdy chyba tutaj poluje dla siebie, co nie? — próbował być grzeczny w swojej wypowiedzi. Jego czekoladowa mentorka wykrzywiła pysk w grymasie i zrobiła coś, czego on nie mógł przewidzieć. Skoczyła na niego, przytrzymując go. Kocur wił się jak robak, ale szybko uświadomił sobie, że raczej nie wydostanie się z sideł starszej i doświadczonej wojowniczki.
— Przemądrzanie się nie jest tutaj na miejscu, powinieneś raczej mówić do starszych z szacunkiem. Przynieś mi coś albo powiem twojemu ojcu o twoim nagannym zachowaniu — przecież nie chciałby, żeby Cienista Zjawa myślał, że jest złym synem, lub ktokolwiek inny z jego rodziny. Tak się starał, a przez ten incydent patrzono by na niego krzywo, że nie ma szacunku do innych.
— Już idę po coś! — kotka go puściła z uśmiechem, a on szybko uciekł od niej, by coś złapać.
***
Oby jakaś mysz lub wiewiórka chciała mu się rzucić pod łapy. Nie chciał spędzić całego dnia na szukaniu jakiejś zdziczałej zwierzyny. Szczególnie że, gdy wróci o pustych łapach, to Tropiąca Łaska zagroziła mu, że mu coś zrobi. Nasłuchiwał czy coś nie ćwierka lub szeleści, ale, nie było ani widu, ani słuchu, po czymkolwiek. Rudzielec zaczął coraz bardziej machać ogonem ze złości. Wyzwalając z siebie złość, musiał ten las chyba cały wytrzebić, inaczej zostanie tu do jutra. Wcześniej, wychodząc z Tropiącą Łaską z obozu, słyszał więcej ćwierkania ptaków, niż w tym miejscu. Właściwie to gdzie oni się znajdowali? Nastawił czujnie uszy. Nie usłyszał nadal zwierzyny, ale za to obił mu się o uszy szum wody, a tam, gdzie woda, tam spragniona ofiara. Cętkowana Łapa poszedł za szumem wody. Gdy tylko wyszedł z gęstwiny drzew, zobaczył kosa, który pił wodę. Nie zwracając uwagi na otoczenie wokół niego, skoczył na ptaka, przy tym tarzając się po ziemi. Zobaczył, że dzięki temu ptak szybciej umarł, ale i został lekko zmiażdżony. Wyszedł z wody, żeby się otrzepać. Pójście nad wodę, by polować, nie było złym pomysłem. Otrzepał się z ziemi, by tylko chwilę później, odwracając się w stronę rzeki, osłupieć. Zobaczył przed sobą głośne potwory, które robiły coś z drzewami, był pod wielkim szokiem, jak i strachem, że taki jeden potwór mógł robić taki hałas i obalać drzewa, których nawet setki kotów nie byłyby w stanie ruszyć. Gdy tylko usłyszał jakiś szmer, szybko schował się w krzakach. Popatrzył przez nie, a tam chodziły i gadały w dziwnym języku stworzenia o dwóch łapach, na których jedynie chodzili. Czy to nie byli ci dwunożni, co wycinali im las? Zdając sobie z tego sprawę, przypomniał sobie, że Zalotna Gwiazda go udusi, jeśli się dowie, że złamał zakaz wchodzenia na te tereny. Musiał szybko się wycofać. Zaczął robić ostrożnie kroczki w tył, wysunął się już z krzaczka zgrabnymi kroczkami, trzymając kosa w pysku.
TRZASK
Czy to był on? Szybko spojrzał na łapy, ale to nie on nadepnął na patyk. Obrócił głowę w stronę dźwięku i ujrzał kota. Gdy tylko ten zobaczył, że patrzył na niego swoimi zielonymi wyrazistymi ślepiami, to wyskoczył z lasu w stronę mostu. Cętkowana Łapa miał odwagę go gonić, ale głupotą by było zostać potem zabranym przez dwunożnych jak Borsucza Puszcza. Tylko zdążył dojrzeć, że kocur susem przepłynął rzekę i przeszedł drogę grzmotu, znikając w innym zakątku lasu, który nie należał do nikogo. Rudzielcowi udało się jedynie zapamiętać tył tego kota, miał ogon nie za bardzo pokryty bielą, a pręgi miał dzikie, bo na skrawku pleców miał tylko jedną widoczną długą pręgę zakrywającą kręgosłup. Kolor maści za to jakiś nietypowy, chciał już powiedzieć, że nieznajomy był czekoladowy, ale ta czekolada niby za jasna była, wyglądała jak jakaś imitacja, miał pełno czekoladowych kotów w klanie i wszystkie miały odcień brązu ciemniejszy niż ten, co miał samotnik. Następnym razem, gdy go zobaczy, to go złapie. Obrócił się i powolnie powrócił pomiędzy krzewy znanego mu lasu.
***
— Nie obijałeś się, masz mój posiłek, na który czekałam — wzięła od niego ptaka, a rudzielec w środku był roztrzęsiony. — I nie mów nikomu o tym, że rzuciłam się na ciebie, inaczej skończy się to źle dla ciebie. To będzie nasza mała tajemnica — Tropiąca Łaska zeszła z niego, Cętkowana poszedł za nią żwawym krokiem.
***
Będąc już w obozie, odetchnął z ulgą, idąc do miejsca na zwierzynę, na spokojnie wśród innych małych zwierzątek wcisnął swoją ryjówkę. Chciał porozmawiać z kimś z rodziny, jednak nie było wszystkich mistrzyń ani Cienistej Zjawy w obozie. Spojrzał na legowisko przywódcy, tylko czy babcia będzie miała dla niego czas? Wsunął nos niepewnie do nory lidera. Nastawił tylko głowę, chcąc widzieć czy jest tam więcej kotów.
— Babciu, mogę wejść? — przywódczyni obróciła się, nagle jej kamienny wyraz twarzy rozpromienił się, wyglądała na taką przyjazną.
— Oczywiście, wejdź, mój wnuku. Chętnie usłyszę o tym, jak się trzymasz — Cętkowana Łapa wszedł całkowicie do legowiska czarnej szylkretki.
— Dzisiaj wspiąłem się na wysoką sosnę, wręcz na sam jej czubek, a potem upolowałem ryjówkę i zaniosłem ją na stos — miał okazję nawet, żeby przynieść dwie zwierzyny, ale Tropiąca Łaska zjadła jego kosa, stos na szczęście nie był pusty, więc jego ryjówka może komuś posłużyć jako podwieczorek.
— Cieszę się, że jesteś pilny, Tropiąca Łaska musi być z ciebie zadowolona — oczywiście, aż się na niego rzucała, przyprawiając go o zawał.
— Tak, też tak myślę. Babciu, bo słyszałem o tych dwunożnych, co wycinają nam las, dlaczego oni nam to robią? — przypomniał sobie obraz walących się drzew i zwierzyny, która uciekała z tego miejsca, gdzie indziej. Pysk Zalotnej Gwiazdy spoważniał.
— Nie wiem, Cętkowana Łapo, ale wiem za to, że trzeba ich się jak najszybciej pozbyć. Zanim narobią więcej szkód — sam szczerze, gdyby miał się spotkać z takim problemem jako przywódca, chciałby zapewne z nimi walczyć. Tylko czy mogliby z nimi wygrać?
— Czyli co, zaatakujemy ich? — nigdy nie walczył z potworami, ale może to będzie jego pierwszy raz? Nie widział innego racjonalnego rozwiązania, jak sprawić by ten problem zniknął. Nie robienie nic przecież nie byłoby jakimś sposobem na ich problemy. Borsucza Puszcza została porwana, a wcześniej Barczatkowy Świt zginęła. Jakiś samotnik dodatkowo panoszył się po ich terenie, co będzie dalej? Ten przybłęda zaprosi swoich kolegów albo sam będzie dalej wykorzystywał słabość ich klanu i jak nic będzie łaził po ich terenach? Następne koty umrą z jego klanu? Oby nie.
<Zalotna Gwiazdo?>
[1371 słów + Wspinaczka na drzewa]

