BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 1 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

07 marca 2026

Od Wzorzystej Łapy (Wzorzystej Dali) CD. Płomiennego Serca

Dawno

Szczęki wojowniczki nie mogły wytrzymać dłużej. Wzorek nie była już małym kociakiem, tylko dziewięcoksiężycową uczennicą. W końcu Płomienne Serce nie miała innego wyboru jak ją puścić. Wzorek potargana i zalana łzami wygięła grzbiet w łuk i nastroszyła futro.
— To wszystko przez ciebie! Czemu mnie nienawidzisz?! — krzyknęła i odbiegła, żeby schować się gdzieś. Jak najdalej od wszystkich.

***

Teraz

Od tamtej pory praktycznie nie rozmawiała z Płomiennym Sercem. Ruda próbowała się do niej czasem dosiadać podczas posiłków, ale Wzorek po prostu zmieniała miejsce. Nie potrzebowała kolejnych zarzutów zachowywania się jak kociak. Mimo wszystko ruda wojowniczka nadal była dla niej ważna. Była dla niej jak starsza siostra. Chciałaby znowu z nią porozmawiać tylko po prostu czuła, że nie może się jej pokazać na oczy. W sumie to nie miała do kogo otworzyć pyska, więc coraz częściej wychodziła z obozu sama. Podczas jednego z takich spacerów, kiedy tropiła zdobycz, zauważyła kota. Bukową Koronę. Przez chwilę stała w bezruchu. Co miała zrobić? Chciała się przywitać. To mogła być jej szansa. Niepewnie podeszła do kocura. Myśli kłębiły jej się w głowie. Jak zacząć? Co zrobić? Zanim zorientowała się, co robi, z jej pyska uciekło jedno słowo.
— Hej…
Było za późno, żeby się wycofać. Spanikowała. Nie mogła uciec! Na to był czas, zanim się zbliżyła. Uśmiechnęła się lekko i uciekła wzrokiem w bok. Bukowa Korona spojrzał na nią.
— Co tu robisz?
No i miała problem. Bo co miała powiedzieć? „A tak sobie przechodziłam i zobaczyłam, że tu stoisz i wiem, że masz partnerkę, ale…”? Klanie Gwiazdy, była okropnym kotem.
— Spaceruję — odpowiedziała, ale tak jakby sama nie była do końca pewna swoich słów. Czekoladowy zmrużył oczy, po czym skinął głową.
— Mhm... — odparł, kołysząc ogonem. — Masz do mnie jakąś sprawę? W końcu zaczęłaś rozmowę.
W trakcie wypowiedzi kocura próbowała oddychać głęboko i wsuwała co chwilę swoje pazury w ziemię. Mimo wszystko jakimś cudem jej to pomogło. Może była w stanie dokończyć tę rozmowę bez ataku paniki.
— Po prostu chcę pogadać.
Buk wykonał kilka kroków w przód, milcząc. Dopiero po chwili zwrócił głowę w jej stronę i mruknął:
— Idziesz?
Stała chwilę, czekając, aż pojawi się w niej to przyjemne uczucie, jak za każdym razem, kiedy rówieśniczki zapraszały ją na spacer, ale nie doczekała się. Nic ciekawego się nie stało. Wzruszyła ramionami lekko zawiedziona.
— W sumie mogę.
Szli przez chwilę w ciszy, ale nie minęło dużo czasu, nim Bukowa Korona zaczął użalać się nad swoimi ranami:
— Parszywe mewy... — fuknął, nie kryjąc irytacji. — Jeszcze przed ich atakiem byłem taki piękny, potężny... — mówił dalej z żalem. Nie wiedziała co powiedzieć. „Przepraszam? Nie… Przykro mi? Nie…” W końcu poddała się. Kiedyś myślała, że Bukowa Korona nadal czuł się świetnie nawet z wszystkimi bliznami, ale teraz poczuła się, jakby została oszukana. Do tego, o czym on gadał? O pięknie i potędze? Czy widział w ogóle kogokolwiek poza czubkiem własnego nosa? Nic dziwnego, że znalazł sobie tylko Foczą Falę. Ta dosłownie pchała mu się pod łapy! Pewnie dlatego nie widział, ile innych jest pięknych kotek w Klanie Klifu. Czy Buk naprawdę był kotem dla niej? Takie zachowanie wręcz ją odpychało!
— Mhm… — mruknęła tylko. Kocur kontynuował, nie zważając na nią.
— Powinniśmy coś z nimi zrobić, zamiast pozwalać się tak upokarzać — mruknął twardo. — Ile kotów już przypłaciło albo prawie przypłaciło życiem przez mewy? A ile kotów zebrało się, by przemyśleć sprawę pozbycia się ich?
Miała mu przerwać i podzielić się swoimi przemyśleniami? Nie… To nigdy nie kończyło się dobrze. Postawiła więc na klasyczną taktykę, której często używała podczas rozmów z Truskawkową Łapą — przytakiwanie. Skinęła głową.
— Zgadzam się.
Buk prychnął pod nosem.
— Ciekawe, kiedy w końcu Judaszowcowa Gwiazda skończy pięć lisich ogonów pod ziemią — zastanowił się na głos. — Mam nadzieję, że jego następca wreszcie pozbędzie się tych mew!
Zaczęło się robić nieciekawie. Wolała nie mieszać się w sprawy rozmów o przywódcach. Bardzo cicho wsunęła się pomiędzy drzewa, opuszczając kocura. Kiedy wracała do obozu, myślała o tym wszystkim. Buk jednak nie był taki, jak myślała. Teraz czuła się nim obrzydzona. Do tego, nawet zanim dowiedziała się, jaki jest, nic nie zaiskrzyło. Czyli po prostu sobie to wmawiała? Czy ona kiedykolwiek znajdzie miłość? Nie miała gdzie. Nie było wśród Klifiaków żadnych innych kocurów w jej wieku. Nie mogła też szukać poza granicami. Stres przygniótłby ją. Pogrążona w smutku z powłóczącymi łapami nagle wpadła na grupę kotek. Psotny Nietoperz, Rozkwitający Aster, Pchełkowy Skok, Drobne Ukojenie i Niebiańska Poświata wychodziły z obozu. Rozmawiały w najlepsze, śmiejąc się i plotkując.
— Hej Wzorek! Idziemy na spacer, chcesz dołączyć? — zaproponowała Psotka. Szylkretka od razu się rozchmurzyła. Uśmiechnęła się i skinęła głową.

***

Po powrocie ze spaceru była w siódmym niebie. Tym razem została zaakceptowana przez grupę chyba na stałe! Już nie miała być pośmiewiskiem, tylko jedną z tych fajnych! Powoli przełykała kęsy wiewiórki, kiedy nagle zobaczyła Bukową Koronę. No tak. Wszystkie kotki pewnie miały wielu adoratorów poza granicami klanu, a może nawet wewnątrz (jak wcześniej w przypadku Morświnowej Płetwy). Ona, nawet gdyby takowych miała, nie czuła tego czegoś. Przesuwała wzrokiem po kotach w obozie. Skrzydlata Pogoń wypadał okropnie nudno przy takiej na przykład Niebiańskiej Poświacie. Czy tak miał działać świat? Czy była skazana na samotność albo związek z kocurem, który jest brzydki tylko dlatego, że była kotką? Poczuła, że ktoś siada obok niej. Popatrzyła w bok i zobaczyła Płomienne Serce.
— Co cię tak trapi Wzorek?
Normalnie w takiej sytuacji odeszłaby bez słowa, ale teraz naprawdę potrzebowała kogoś, komu mogła się wyżalić.
— Chodzi o to, że… Ja nigdy nie znajdę sobie partnera.
Zdezorientowana ruda od razu zaczęła ją pocieszać.
— Bzdura! Przecież jesteś ładna. Czemu nikt miałby cię nie polubić?
Westchnęła ciężko.
— Nie o to chodzi. Ja po prostu nie widzę w kocurach nic ciekawego. Są nudni. A kiedy idę na spacer z taką Psotny Nietoperz, to czuję się wyjątkowo… Co jest ze mną nie tak?
— Wiesz Wzorek, nie każdemu podobają się kocury.
Zastrzygła uszami. Wiedziała, że istnieją związki dwóch kotek. Ale co to miało do niej?
— Co?

<Płomyk? Chodź tłumaczyć Wzorek, że jest lesbijką>

Od Trzcinowego Szmeru

Do uszu Trzcinowego Szmeru doszły plotki, które rozprzestrzeniały się po Klanie Nocy, niczym burza. Dotyczyły one tym razem nie jej, ale kota, którego trenowała, czyli Rezedową Łapę. Koty miauczały, że to przez czekoladowe koty na klan spadła wielka fala nieszczęść oraz morderstw. Miała być to sprawka Fląderki oraz Korzennej Łapy, która zresztą jest również rodziną dla Trzcinowego Szmeru.Wężynowy Kieł oraz Gąbczasta Perła ciągle tylko o tym miauczały, że następnym kotem, który trafi do Klanu Gwiazdy, będzie jej własny uczeń, ze względu na pokrewieństwo z Fląderką oraz już zmarłą Centuriową Łapą.
Trzcinowy Szmer widziała, jak ostatnio jej uczeń zmarkotniał, akurat, kiedy na światło dzienne wyszły nowe plotki. Pewnie musiał usłyszeć, jak inni przepowiadają mu koniec.
“Czemu te wszystkie plotki oraz nieszczęścia dotyczą kotów, z którymi się zadaję oraz są mi bliscy?” — zastanawiała się.
Nie mogła ulec swojemu strachu lub smutkowi, który tylko się nasilał od ostatniego czasu. Musiała być silna dla Rezedowej Łapy. Była jego ostoją oraz kotem, na którego powinien liczyć.
Właśnie jej uczeń wyskoczył z wody niczym syrena, a w pysku trzymał upolowanego okonia. Jego oczy nadal błyszczały smutkiem, jednak wyszkoliła go na skutecznego myśliwego.
— Dobra zdobycz, jeszcze kilka księżyców, a niedługo powiem Mandarynkowej Gwieździe, że jesteś gotów na mianowanie — pochwaliła go, jednak wyraz pyska kocura złagodniał na krótką chwilę tylko po to, by zaraz znów być markotnym. — Nie przejmuj się plotkami. Nad kotami mojej krwi ostatnio wisi jakaś klątwa… Pewnie udziela się to na kotach, które się ze mną zadają…
To, co mówiła, wydawało się czymś głupim, jednak mówiła to z powagą. Po ostatnich wydarzeniach naprawdę zaczęła wierzyć, że Baśniowa Stokrotka ich przeklęła albo rzeczywiście to wina czekoladowego kota. Jednak, czy Korzenna Łapa miała tyle złej energii w sobie, żeby przekląć jej rodzinę?
— Jak mam nie przejmować się plotkami, jak one dotyczą mnie? — Wypluł pełen żalu okonia, który rzucał się po trawie. — Nie chcę umierać! To… to wszystko wina mojej siostry! Fląderka sprowadziła gniew przodków na nasz klan! Ona zabiła naszą matkę oraz Centuriową Łapę! Jej sprawką musiała być zdrada wojowników! To wszystko jej wina, a Wężynowy Kieł i Gąbczasta Perła mają rację!
Mina Trzcinowego Szmeru spoważniała, stała się chłodna i niewzruszona. Łapą z wysuniętymi pazurami złapała kocura za jego krótką sierść z jednej strony pyska i szarpnęła, tak by ten przestał jazgotać i się na niej skupił.
— Straciłam wszystkie siostry oraz brata, który został stracony przez Szałwiowe Serce, który też został okrzyknięty zdrajcą. Moi rodzice uciekli i również są okrzyknięci kotami, których jakbym teraz zobaczyła na horyzoncie, musiałabym zabić własnymi pazurami, by udowodnić lojalność Klanu Nocy oraz Mandarynkowej Gwieździe. Umiałbyś zabić kota z własnej rodziny? Wątpię.
Na pysku Rezedowej Łapy pojawiło się przerażenie, jednak nadal się nie odezwał. Wpatrywał się w nią swoimi oczami wypełnionymi strachem.
— Ja również nie miałam łatwo, nie mam i wątpię, by Klan Gwiazdy się nade mną zlitował w przyszłości. Przeciwności losu i trudne czasy, tworzą silnych wojowników, których Klan Nocy doceni. — Puściła swojego ucznia, który zaczął masować łapką swój pyszczek. — Jeśli będziesz szedł wytrwale drogą, którą naszykował ci Klan Gwiazdy, to staniesz się wielkim wojownikiem. Bądź silny.
Rezedowa Łapa pokiwał jej głową zamyślony, jakby głębiej rozpatrywał jej krótką przemowę.
— A teraz wracaj do polowania. Klan Nocy nie wykarmi się sam!

***

Kolejny dzień i kolejne przykrości, które dopadły koty spokrewnione z Trzcinowym Szmerem. Rysi Bór, Rozpromieniony Skowronek, Borówkowa Słodycz i Konwaliowa Mielizna zostali uznani za zdrajców i uwięzieni na jednej z wysepek niedaleko obozu. Wszystkie te koty miały w sobie krew Baśniowej Stokrotki oraz Dryfującej Bulwy. Wiedziała, że nie był to przypadek. Wszystko sprowadzało się do jednego wniosku, że Mandarynkowa Gwiazda chciała wyeliminować koty, które mogły być potencjalnym zagrożeniem. Przerwanie treningu Słodkiej Łapy oraz Korzennej Łapy i sprowadzając ich do rangi kociąt, żeby zajmowały się drobnymi niewolniczymi robótkami, takimi, jakie wykonuje Fląderka, też o czymś świadczyło. Trzcinowy Szmer czuła, że kotki zostały zdegradowane do tej roli, by były pod stałą obserwacją i w zależności od ich zachowania lub koloru sierści, później mogą znów wrócić do obowiązków uczniów. Korzenna Łapa mogła zostać w roli kociaka, ze względu na to, że była czekoladowym szylkretem.
Siedziała na polanie i wylizywała swoją sierść. Już dawno odcięła się od rodziny, chociaż każdy cios w te koty, ciągle odbijały się na niej. Czuła, że konsekwencje czynów jej rodziców nie dopadły jej osobiście z powodu dobrych kontaktów z Mandarynkową Gwiazdą. Wiele razy udowodniła swoją lojalność dla rodu i Klanu Nocy. Liderka po prostu jej ufała, a ona nie zamierzała tego nadwyrężyć. Skoro srebrna przywódczyni uważała, że jej rodzina była w większości zdrajcami, tak musiało być. Nikt normalny nie postanowiłby bronić kota, takiego jak Pluskający Potok. Morderca męża oraz własnego dziecka.
Jej gorzkie przemyślenia przerwał ruch w legowisku przywódczyni. Właśnie na polanę wychodził jej przyjaciel, Żmijowcowa Wić.
“No proszę proszę… Ktoś z powrotem wkupił się w łaski Mandarynkowej Gwiazdy.”
Oblizała swoje wąsy, uważnie obserwując kocura.

Od Szkwała Do Złocistego Widlika

Przeszłość

Szkwałkowi się nudziło, jego siostry spały, ale nie on. Podczas drzemki zawsze spał ostatni, po prostu miał tyle energii, że nie wiedział, po jakie licho mu to jest. Twierdził, że nawet gdyby nie spał cały dzień, to by miał tyle samo energii. Widział, że Złoty Wildik teraz zajmował się nauczaniem Werwy, Narcyza i tego Kasztana co był wiecznie skulony, było od razu widać, że trójka kociąt była rodzeństwem. Byli tak samo ciemni a Werwa wraz z Kasztanem mieli dziwne spojrzenia, aż niebieski kocur miał wrażenie, że za chwilę im te oczy wypadną. Podszedł do Wildika, padając go łapą.
— Opowiesz mi coś? Nuuuuudzi mi sieeeee. — Przeciągał kocurek dramatycznie dwa słowa, by podkreślić, jak bardzo był znudzony, nie zwracając uwagi na resztę kociaków.
Złocisty Widlik spojrzał na syna z pogodnym uśmiechem.
— Chciałbyś usłyszeć historię, skąd wzięły się kolory naszej sierści? Czy o historii z grozą zwaną wydrą? A może jeszcze coś innego zaprząta twoją śliczną główkę? — zapytał, otulając go ogonem.
—Hmmmm..... — zastanawiał się nagłos, co by było lepszą opcją. Opowieść o kolorach sierści może byłaby ciekawa, ale i nudna, za to historia o zgrozie mu już bardziej pasowała.
— Chcę tą o zgrozie! — Głośno wykrzyknął, chciał już, żeby ojciec mu opowiadał o tej zgrozie. Nie mógł się doczekać tego, liczył, że opowieść będzie bardzo ciekawa dla niego. W końcu nie chce słuchać czegoś nudnego, jeszcze by zasnął jak Szafirek i Lawenda, a tego nie chciał.
— Dobrze to połóż się wygodnie na swoim posłaniu, a ja ci opowiem historię o Zgrozie.— Wildik dał znać ogonem kociakom Niedźwiedziówki, by zajęły się sobą, a Szkwał pospiesznie wpadł z impetem do legowiska, gdzie spało jego rodzeństwo. Piastunek położył się na posłaniu obok niebieskiego kocura i reszty swoich pociech, zaczynając opowiadać.
— Był sobie pewien wojownik, Pchli Nos, był bardzo ceniony, zwłaszcza przez rodzinę królewską. Pewnego dnia, gdy się przechadzał blisko rzeki, to zauważyła go rodzina wyder, te patrzyły na niego z zazdrością, zapewne zastanawiasz czemu? Pchli Nos miał nieskazitelne białe futerko, za to wydry miały, czekoladowo–błotnistą barwę, kolor zdradziecki. Dlatego pojmały Pchli Nos w celu oszpecenia jego futra, na szczęście ten się obronił i przeżył. Lecz niestety został oszpecony, bliznami na ciele po tym spotkaniu z nimi... Chcę, żebyś pamiętał, że wszystko, co czekoladowo–futre jest nielojalne, to też dotyczy się kotów. — Kociak zrobił wielkie oczy, starał się ukryć przerażenie, choć mu to nie wychodziło, nie mógł uwierzyć, że rodzina wyder zaatakowała bezbronnego kota, bo zazdrościły mu futra.
— To niesprawiedliwe! Pchli Nos nie zasłużył na to, te wydry były okropne. Koty o czekoladowym futrze też są takie? — zapytał ojca.
— Oczywiście, dlatego nie bez powodu im się nie ufa, są od urodzenia skażone złem i nic na to nie poradzimy. Dlatego nie warto bratać się z nimi, bo przynoszą tylko pecha. — Naprawdę? To okropne, kocur więc postanowił od tej pory, jak mu powiedział ojciec, że nie będzie miał za przyjaciela czekoladowego kota, skoro były takie okropne, to zasługiwały tylko na potępienie.
— Dobrze tato, nie będę, to dobranoc. — Kocurek ziewnął, po czym ułożył się w kulkę i zasnął w objęciach, złotego futra swego taty.

***

Po ogłoszeniu Mandarynkowej Gwiazdy

W Klanie Nocy zastał jakiś chaos, cztery koty okazały być się zdrajcami stanu! Dodatkowo jakichś dwóch uczniów zawieszono, kocurek nie wiedział, co to znaczyło, więc podbiegł do taty.
— Tato! Dlaczego ci wojownicy są zdrajcami? I czemu ogóle dopuszczono czekoladowego szylkreta do bycia uczniem przez chwilę skoro i tak ją zawieszono za to, że pewnie była zdradziecka. Przecież wiadomo, że czekoladowe koty są wstrętne, nie tylko z wyglądu! — Młodziak szybko połknął nienawiść do czekoladowych, jednak wracając, Szkwał chciał wiedzieć co ci nikczemni zdrajcy, nabroili przeciwko klanowi i kodeksowi.

<Tato?>

Od Kalinowej Łapy

Kalinowa Łapa przeciągnęła się w legowisku po dość udanej drzemce. Nadal pobolewały ją lekko mięśnie po treningu, jednakże było lepiej. Ostatnio ćwiczyła nową technikę, o której wspominał jej Krucze Pióro. Czuła się w niej coraz pewniej i prawdopodobnie, gdyby dzisiaj kazał jej z kimś zawalczyć, udałoby jej się to zrobić. Mimo swojej filigranowości miała w łapkach wiele siły. Była w stanie już pokonać drugiego kota, wszystko dzięki szkoleniom dymnego. Więc jednak były z tego jakieś plusy, nawet jeśli zastępca zachowywał się dość nietypowo. Słońce zaświeciło jej ostro w oczy, zmuszając je do zmrużenia. Podeszła do sterty zwierzyny, zastanawiając się, co powinna dzisiaj przekąsić. Może nornicę? Chwyciła zwierzątko w zęby, oddalając się na obrzeża, żeby nikomu nie przeszkadzać. Gdy ułożyła się wygodnie w cieniu, zauważyła, że z jej nornicą jest coś nie tak. Przyjrzała jej się dokładnie – była wysuszona, a także miała dziwny kolor. Z obrzydzeniem wzięła ją ponownie, po czym przeszła przez obóz, uważając na resztę, chociaż wcale tak tłoczno nie było. Skierowała się do śmietniska, wyrzucając tam zepsute śniadanie. Nie lubiła marnować zwierzyny, ta jednak całkowicie nie nadawała się do spożycia. Dzisiaj Krucze Pióro był zbyt zajęty, dlatego vanka mogła sobie odpocząć. Postanowiła zajrzeć do żłobka – ostatnio znalazły się tam dwie kulki futra, których nie zdążyła poznać.
Weszła do kociarni, przyzwyczajając się prędko do półmroku. Skinęła głową w kierunku kotki, która obecnie ich pilnowała.
— Mogę wejść? — zapytała się jej, licząc na twierdzącą odpowiedź.
Jaskółcze Ziele potrzebowała chwili na zastanowienie się, nie trwało to jednak długo. Zmarszczyła brwi, po paru uderzeniach serca wreszcie kiwając głową.
— Jasne. Wchodź.
Vanka posłała jej wdzięczny uśmiech, idąc spokojnym krokiem w stronę dwóch kociąt. Wyglądało na to, że zajęte były obecnie sobą. Rozmawiały po cichutku, robiąc duże oczka, przepełnione czystą, kocięcą radością. Żółtooka poczuła ciepłe uczucie rozpływające się po jej piersi. Jeszcze niedawno ona też właśnie tak wyglądała. Gdy Kryształka zerknęła w jej kierunku, szarawa pomachała jej przyjaźnie łapką na powitanie. Po paru uderzeniach serca znalazła się tuż obok nich, jednak starała się zrobić to tak, żeby ich nie wystraszyć.
— Cześć, jestem Kalinowa Łapa, a wy? Jak się nazywacie? — miauknęła przyjaźnie, poruszając spokojnie ogonkiem. Mocno pachniała świeżo skoszoną trawą, jakby wytarzała się w wielu jej źdźbłach. Mała Węgielek zmarszczyła nosek, jakby było to dla niej w danym momencie zbyt wiele.
— Ja jestem Kryształka, a to moja siostra, Węgielek! — powiedziała piskliwym głosikiem jedna z nich, wskazując łapką to na siebie, to na swoją bliską tuż przed sobą. Kryształka była drobna, jej futerko przypominało bardziej piórko, musiało być niesamowicie mięciutkie, aksamitne wręcz. Była drobniutka oraz chuda. Węgielek zaś posiadała na sobie mocno przebijające się kolory – od pręgowanej czerni, po jasny rudawy, a może kremowy. Obydwie wydawały się tak spokojne, że ciężko było uwierzyć, iż były dalej kociętami. Ciekawe co mogło na to wpłynąć? A może od początku po prostu takie były? Każdy miał inny charakter, inne cechy, nie dało się spotkać kota, który byłby dokładnie taki sam, jak drugi pod każdym względem.
— Słyszałyście już o takiej zabawie? Policzę do dziesięciu i nie będę patrzeć, a wy musicie ukryć się jak najszybciej. I moim zadaniem będzie znalezienie was, a waszym ukrycie się jak najlepiej, żebym was jak najdłużej nie mogła znaleźć. Co wy na to? — zapytała z uśmieszkiem.
Kryształka otworzyła szerzej oczka, patrząc po chwili na swoją siostrę, Węgielek. Szylkretka zamyśliła się na jakiś czas, wreszcie kiwając twierdząco głową. — Możemy się pobawić.
— Wspaniale! Zatem zaczynam! — oznajmiła vanka, odwracając się do nich tyłem, w stronę ściany kociarni. Zamknęła oczy. — Raz, dwa, trzy, cztery — do jej uszu doleciało chaotyczne szurnięcie i po tym nic. — Pięć, sześć, siedem, osiem — nasłuchiwała dalej, jednak od teraz nie słyszała już więcej dźwięków łapek. Szybkie były! — Dziewięć… dziesięć! Szukam — miauknęła głośno, odwracając się do zaciekawionej ciemnej karmicielki. Kalinowa Łapa posłała jej rozpromienienie, rozglądając się za dwójką kociąt. Najpierw zaczęła sprawdzać każdy kąt kociarni – było ich sporo, jednak w żadnym z nich nie mogła dojrzeć rodzeństwa. Każdy był pusty, oprócz tego, że w niektórych przesiadywały jakieś nieznane jej muchy czy owady wszelkiego rodzaju. Później zaczęła sprawdzać legowiska – i zanim się obejrzała, znalazła obydwie koteczki.

[688 słów]

Od Ognikowej Słoty CD. Kalinowej Łapy

Wojowniczka zamiotła ogonem podłoże, wsłuchując się w słowa młodszej pobratymczyni. Ciekawe co mogło popchnąć ją w tym kierunku? Chyba nigdy wcześniej nie interesowała się takimi rzeczami. Może chciała poznać lepiej Cykoriową Łapę? W końcu obydwie dzieliły to samo legowisko. Nie byłoby to głupie. Pokręciła głową. Nie, żeby miało to jakieś większe znaczenie. Wokół dwóch kotek zaczęły tańczyć co jakiś czas przeróżne owady. Wiele z nich próbowało swoich najlepszych sił w dostaniu się do ich uszu, jednak brązowooka prędko im to uniemożliwiała. Sprawnym ruchem łapy trzepnęła jedną z much, posyłając ją na ziemię. Zgniotła ją poduszką, czując mokrą, lepką substancję pod swoją łapą.
Ognikowa Słota ostatnio doczekała się ogromnego zaszczytu – mianowicie sama Zalotna Gwiazda zrobiła z niej mistrza. Mistrzami razem z nią została także jej kochana siostrzyczka, Nadciągający Pomrok, a także Kocimiętkowy Wir, jej przyjaciółka. Zerknęła na vankę przed sobą. Szara koteczka ułożyła się wygodnie na podłożu, obserwując małe stado mrówek drpeczące tuż przed ich nosami. Ciekawe czy i z niej coś kiedyś będzie? Bardzo dużo czasu spędzała na treningach. Była dalej obiecująca. Tak naprawdę bywała na nich tyle, że szylkretce rzadko kiedy przychodziło rozmawiać z Kalinką, co nie było dobre. Chciała wierzyć, że Krucze Pióro wpaja jej właściwe wartości do głowy, nawet jeśli sama nie miała z nim aż tak wiele do czynienia. Skoro Zalotna Gwiazda wybrała jego i jego brata na zastępców, to nie mogli być tacy tragiczni, prawda? Jej matka nigdy się nie myliła.
— Oczywiście — pokiwała głową, przywracając jej uwagę z powrotem na siebie. Po chwili jej źrenice zwęziły się, a pysk przyozdobił chytry uśmiech. Końcówką ogona uderzała lekko o podłoże, podwijając ją do góry. — Już wiesz o nich bardzo dużo. Może tym razem to ty mi o nich opowiesz? Sprawdzimy, ile pamiętasz. Jak ci się uda, to ci przedstawię więcej — zamruczała, także rozkładając się wygodnie. Zajęła sporą część miejsca, końcówka jej kity wystawała poza przyjemny cień rzucany przez gęsto pokryte igłami gałęzie drzewa.
Kalinowa Łapa zamrugała parę razy, jednak prędko zgodziła się na ofertę, co bardzo ucieszyło brązowooką. Szkoda, gdyby nie pamiętała każdego tego ich spotkania, w końcu Ognikowa Słota poświęciła na nie naprawdę wiele czasu. Zależało jej na tym, żeby Kalinka wiedziała najważniejsze rzeczy. Bo w końcu była nadzieją Klanu Wilka. Jeśli nowe pokolenie nie będzie miało pojęcia o tym, co było właściwe, to co byli z nich za Wilczaki? Nie mogli przynosić wstydu swoim pobratymcom na zgromadzeniach czy ogólnie na interakcjach z innymi kotami spoza i wśród Klanu Wilka.
— Mroczni przodkowie czuwają nad nami cały czas. Nie możemy ich zobaczyć tak typowo, jak całą resztę kotów. Są oni może czymś w rodzaju duchów – nikt nie wie, gdzie dokładnie który przebywa, ja sama też nie znam ich tożsamości, aczkolwiek każdemu towarzyszy myśl i przekonanie, że oni są. Są wśród nas, obserwują każdy nasz ruch z dumą lub zawodem w zależności od tego, co robimy i jakie decyzje podejmujemy. Nie można też prosić ich o zbyt wiele, ponieważ ich cierpliwość wobec nas może kiedyś się skończyć, jeśli będziemy zbyt chciwi… — powiedziała z nutą niepewności, rozmyślając nad kontynuacją.
Ognikowa Słota uniosła jedną z brwi. — Nie brzmisz na przekonaną, Kalinowa Łapo. Dlaczego? Skąd u ciebie bierze się to zwątpienie? Nie wierzysz w to, co mówisz? A może boisz się, że błędnie pamiętasz? — zapytała, zauważając na mordce uczennicy delikatne zaniepokojenie, które próbowała maskować.
Rudaska podniosła przednią łapę, palcem nakazując ciszę, gdy szara chciała już odpowiedzieć na to wszystko. — Mroczni przodkowie chcą, żebyśmy byli najlepszą wersją siebie. Możemy od nich chcieć tyle, ile potrzebujemy. Nie będą oceniać nas negatywnie, jak te śmieszne koty z parszywego Klanu Gwiazdy. One by ci próbowały wetknąć samolubność. A bycie egoistą nie jest wcale złe. To jedyne, co pozwala ci przeżyć w takich, a nie innych warunkach. One potrafią jedynie potępiać potencjał, krytykować każdego, tylko nie siebie. Nie patrzą na nic więcej, niż na swój czubek nosa. Lisie łajna! — warknęła, uderzając łapą o podłoże raz jeszcze, ukazując kły. Nie była zła na vankę, raczej na to, że niektórzy wierzyli dalej w tych durnych gwiezdnych przodków. To były bajeczki dla kociąt! Takie, które miały je ogłupiać. Bo kto przy zdrowych zmysłach wpajałby im takie bujdy? To szkodliwe dla tak młodych, plastycznych umysłów. — Oczywiście nie wiadomo, kiedy otrzymasz to, o co prosisz i czy dostaniesz to w ogóle. Wszystko zależy od twoich decyzji. Czy dążysz do tego, żeby to otrzymać. Czy tylko na tym ci zależy? Czy trzymasz się tego kurczowo, żeby przypadkiem nic innego ci w tym nie przeszkodziło? Spójrz na Krucze Pióro czy Pustułkowy Szpon. Jestem pewna, że marzyła im się taka posada. W końcu zostać zastępcą… to zaszczyt tak ogromny, że wielu im zazdrości. Sama Zalotna Gwiazda ich wybrała! Nie wybrała byle kogo — powiedziała Słota, spoglądając na kufę młodszej. — Możesz być dumna, że masz Krucze Pióro jako mentora. Może i zachowuje się momentami nietypowo, jednak nie bez powodu taki jest. Zależy mu na twoim wyszkoleniu, dzięki niemu oraz mnie osiągniesz najlepszą wersję siebie. Musisz być silna i się nas słuchać. Nie pozwól, żeby ci ktoś wrzucał do głowy nieprawdę.
Kalinowa Łapa pokiwała głową. Ognikowa Słota strzepnęła uchem, gdy kolejny owad próbował się do niej dostać.
— Każdy z Wilczaków powinien żyć tak, żeby być dumnym ze swojego życia i żeby przynosić dumę naszym mrocznym przodkom. Jeśli umrzesz niespełniona, jeśli całe życie będziesz sobie odmawiać czegoś, co mogłoby doprowadzić do twojego polepszenia się pod każdym względem, jeśli będziesz zawodzić swoich pobratymców oraz tych, którzy nad nami czuwają, spotka cię kara i potępienie. Najszybszą drogą do tego jest wiara w Klan Gwiazdy — dopowiedziała jeszcze, drapiąc się za uchem, gdy dopadło ją niespodziewane swędzenie. To prawdopodobnie z powodu pogody. A może jakiś niechciany owad dopadł się do jej krwi?
Na niebie zaczęły zbierać się gęste, ciemne chmury, niezwiastujące niczego dobrego. Powietrze stało się jakby cięższe, bardziej gęste, duszące wręcz. Wszelkie ptaki stały się niespokojne, podrywając się przy najmniejszym ruchu. Sielankowy śpiew ucichł, a słońce zostało przykryte przez łapy prawie kruczych obłoków. Ognikowa Słota poczuła, jak nagły, chłodniejszy podmuch wiatru przeczesuje jej grzbiet nieprzyjemnie, posyłając ciarki wzdłuż kręgosłupa. Nieopodal łap dwóch kotek zaczęły skapywać pierwsze krople deszczu.

<Kalinowa Łapo, masz mi do powiedzenia coś jeszcze?>

Od Kalinowej Łapy do Ognikowej Słoty

Kalinowa Łapa szła u boku Kruczego Pióra, który dzisiaj pokazał jej nowe chwyty bitewne. Będzie musiała je w ciągu następnych dni udoskonalić i to najlepiej jak najszybciej, by sprawić, żeby dymny był z niej dumny. Może wtedy będzie chciał od niej mniej albo będzie miało to zupełnie odwrotny efekt od zamierzonego. Może zacznie chcieć od niej więcej i więcej skoro zauważy, że sobie nawet radzi. Przyda jej się to także dlatego, że nie miała pojęcia czy przykładowo jutro zastępca nie zażyczy sobie walki uczniów. I co zrobi, jeśli przydzielą jej kogoś dużo silniejszego? Tylko kto z obecnych uczniów mógłby być od niej lepszy… może Nocna Łapa? Chociaż nie wiedziała dokładnie, jakie postępy robił w nauce. Odkąd została uczennicą, największy kontakt miała z Chudą Łapą, który robił zawsze co w jego mocy, żeby podnieść jej ciśnienie. Na samą myśl zmarszczyła nos i machnąwszy ogonem gniewnie, westchnęła cicho pod nosem, wypuszczając z siebie całe to niepotrzebne poddenerwowanie. W końcu nadal była na treningu, musiała się skupić. Gdzieś daleko za nią rozległo się głośne pohukiwanie. Księżyc wisiał na niebie, rzucając zimną poświatę na ciemnozieloną trawę oraz złowrogo pnące się ku niebu drzewa. Vanka przełknęła nerwowo ślinę, czując przez parę uderzeń serca niepokój. Mięśnie bolały ją po dzisiejszej nauce, coś podpowiadało jej jednak, że nie był to jeszcze koniec. Jeszcze będzie musiała odczekać z marzeniem o odpoczynku w swoim już lekko zaniedbanym posłaniu. To kolejna rzecz do zrobienia, którą odkładała z powodu zmęczenia. Zajmie się tym jak najszybciej, ale teraz…
Do jej uszu dobiegł cichutki szelest. Postawiła je czujnie, odwracając łeb w kierunku poruszenia. Przypadła do ziemi, brzuchem, prawie że szorując po posadzce. Uważała na wszelkiego rodzaju gałązki oraz kamyczki, skradając się niczym prawdziwy łowca. Ogon miała nisko, a sama, gdyby mogła, to by chyba pełzła po tym gruncie. Wreszcie, znalazłszy się w odpowiedniej odległości, wybiła się w powietrze. Łapami przygniotła pulchnego grzywacza. Ptaszysko stawiało długo opór, trzepocząc grubymi, sporych rozmiarów skrzydłami. Parę razy uderzył kotkę po głowie z głuchym trzaskiem. Kalinowa Łapa nie dawała za wygraną, nie rezygnując z uścisku oraz wagi, jaką nagle nałożyła na jego kruche kości. Nawet jeśli sama była filigranowa, nie oznaczało to, że nie miała siły. Wgryzła się w szyję ptaszyska, próbując dogryźć do krtani, żeby przestał stawiać opór. Na jej podniebieniu rozpłynął się metaliczny posmak krwi. Zwierzyna w pewnym momencie opadła bezsilnie, godząc się ze swoim losem. Szara koteczka podniosła ją, odwracając się na pięcie, kierując z powrotem do kocura. Pokazała mu swój łup z dumą na mordce, on jednak westchnął jedynie pod nosem.
— Ja łapałem podczas jednego treningu trzy takie, gdy byłem w twoim wieku. Jeśli chcesz, żeby Zalotna Gwiazda mianowała cię niedługo, będziesz musiała bardziej się postarać. Jeden grzywacz to za mało, żeby wykarmić cały klan — podjął stanowczo, wznawiając ustalone tempo powrotu. — Wracamy — dorzucił jeszcze na koniec, na jego kufie nie było nawet cienia zmęczenia. Ciekawe czy rzeczywiście go to nie męczyło, czy tak dobrze to maskował? W sercu uczennicy narodziła się frustracja, rozprzestrzeniająca się niczym zaraza, teraz jedynie w formie podobnej do mrowienia.
Vanka przewróciła oczami wtedy, kiedy miała pewność, że dymny na nią już nie spogląda. Dlaczego Krucze Pióro nie mógł jej nigdy po prostu pochwalić? Dlaczego zawsze jej robił pod górkę w każdej możliwej sytuacji? Machnęła puszystą kitą, nie chcąc tak wcześnie się poddawać. Truchtem dogoniła mentora, nadal wysoko trzymając swoją zwierzynę. Może podzieli się nią z jednym z uczniów, żeby mieć jakieś pojęcie o ich postępach w nauce?
W ciszy dotarli do obozu Klanu Wilka. Kalinowa Łapa oddaliła się od zastępcy w momencie, w którym tamten skierował się do legowiska wojowników. Zawędrowała do nory starszych, z uśmieszkiem wpatrując się na śpiącego już wujka. Po cichutku podeszła do niego, układając się tuż obok. Ze smutkiem zauważyła, iż nie mieści mu się w łapach. Bardzo szybko rosła i ta zmiana była dla niej niezwykle dotkliwa. Położyła przed nim świeżo upolowanego grzywacza. Trzcinniczkowa Dziupla spał w najlepsze, może nie był obecnie głodny, dlatego też nowy zapach nie obudził go. Vanka zamknęła oczy, wtulając się w futro starszego. Jej bok zaczął powoli unosić się, a potem opadać, gdy oddała się w objęcia snu. Miała nadzieję, że przyśni jej się coś miłego. Może coś, dzięki czemu łatwiej byłoby jej nie zastanawiać się nad dziwnym zachowaniem swojego mentora.

***

Następnego dnia

Na grzbiet Kalinowej Łapy padły pierwsze ciepłe promyczki słońca. Uniosła łeb ku górze, z zadowoleniem spostrzegając, iż niebo czyste jest od wszelkiego rodzaju skaz w formie gołębich chmur. Uśmiechnęła się delikatnie, mrużąc oczy. Burze ostatnimi czasy bywały dość dotkliwe, deszcze tworzyły ogromne kałuże, przez które ciężko było przejść. Ziemia pochłaniała je niezwykle szybko, tym samym dostęp do wody był ograniczony. Lekkie podmuchy wiatru mierzwiły jej futro. W pewnym momencie ktoś stanął przed nią, zasłaniając cały ten przyjemny blask. Gdy wstała jakiś czas temu, przeprowadziła rozmowę z Trzcinniczkową Dziuplą, który ucieszył się, że ją widzi. Ona sama także była bardzo zadowolona z tego powodu. Wujek podziękował jej za śniadanie. Kalinka odnowiła też swoje posłanie – teraz wplotła w nie parę płatków kwiatów. Co prawda były delikatnie wysuszone ze względu na pogodę. Słońce prażyło dość intensywnie, niezwykle mocno dotykało to zarówno roślinność, jak i nawet zwierzynę. W ciągu dnia nie było co wychodzić, dopiero pod osłoną nocy i wieczora można było podziałać więcej, ponieważ zapadał zmrok i cienia było wszędzie. Temperatura spadała trochę, chociaż nadal noce nie należały do najzimniejszych. Nie powstrzymywało jej to jednak przed zapewnieniem sobie jak najlepszych warunków, żeby mogła się przynajmniej wyspać i dobrze najeść.
Otworzyła oczy z niezadowoleniem, już mając w zamiarze wytknąć temu, który przeszkadza, że nie podoba jej się to. Prędko jednak jej spojrzenie złagodniało, gdy spostrzegła, że przeszkadzaczem był nikt inny jak Ognikowa Słota. Uniosła jedną brew do góry ze skonfundowaniem. Ciekawe czego mogła chcieć od niej wojowniczka? Odkąd została uczennicą, nie rozmawiała już codziennie z szylkretką. Ich interakcje były teraz zazwyczaj krótsze i rzadsze, nie powinno być to niczym dziwnym, w końcu żółtooka miała teraz mentora i to dość surowego, który wymagał od niej wręcz ponad maksimum jej możliwości oraz zajmował większość jej dnia, jak i również część nocy, którą mogłaby poświęcić na odpoczynek. Uczył ją wiele, wymagał od niej nawet więcej.
— Chodźmy w cień, jest tak gorąco, że możesz nabawić się bólu głowy, jeśli będziesz się tak wygrzewać, szczególnie w godzinach szczytu. A nie chcesz raczej przeleżeć tak ładnej pogody u medyka — miauknęła Ognikowa Słota, ogonem wskazując młodszej jedno z drzew, które oferowało dość sporą ilość cienia. Pod nim nie odpoczywał także żaden z kotów, więc mogły porozmawiać tak naprawdę na każdy temat. Dwie kotki skierowały się pod nie wspólnie. — Za niedługo zostaniesz wojowniczką. Chcę, żebyś nawet wtedy dalej się starała. Udoskonalaj swoje umiejętności tak długo, jak tylko możesz, żeby nigdy nie zesztywnieć jak starsi — miauknęła brązowooka, patrząc na pyszczek szarej.
Kalinowa Łapa pokiwała głową.
— Wiem. Ognikowa Słoto, masz uczennicę, prawda? — zagadnęła Kalinka, chociaż dobrze wiedziała o Cykoriowej Łapie. Ciekawe, jak uczyła ją Słota? — Jak ją uczysz? Czy jesteś bardzo surowa? Czy Cykoriowa Łapa dobrze się uczy?
Ognikowa Słota strzepnęła nerwowo ogonem, marszcząc nos.
— Cykoriowa Łapa to najbardziej leniwa uczennica, jaką mogłam szkolić. Nawet jeśli próbuję przekazać jej jakieś wartości, to ona mnie zwyczajnie nie słucha. Robię co tylko w mojej mocy, jednak ona tego nie docenia. Zawsze staram się działać tak, żeby jej nie było źle i żeby cokolwiek trafiło do jej głowy. Pewnie gdyby szkoliła ją sama Zalotna Gwiazda, to nie byłoby lepiej, jest po prostu niewdzięczna. A czemu, Kalinowa Łapo? Skąd takie pytanie? — zapytała szylkretka, spozierając na młodszą. Między nimi wytworzyła się swego rodzaju chwilowa napięta atmosfera. Czy brązowa pręguska naprawdę była taka tragiczna? Była uczennicą już dłużej niż ona, tak naprawdę to Kalinowa Łapa nigdy nie przykładała większej uwagi, jak chodziło o koleżankę z legowiska. Dopiero ostatnio uświadomiła sobie, że Ognikowa Słota ma uczennicę.
— Po prostu jestem ciekawa, jak są szkoleni inni uczniowie. Ja mam Krucze Pióro za mentora — wyjaśniła, nie chcąc wspominać nic, co by mogło działać na szkodę starszego kocura. Tak naprawdę to chyba niepotrzebnie zaczęła w ogóle ten temat. Wzruszyła ramionami. — Opowiedziałabyś mi o przodkach? — prędko podjęła próbę zmienienia go, gdy zaczął być coraz bardziej niewygodny. Przecież nie powie jej, że ma wymagającego mentora. Każdy by się raczej z tego powodu cieszył – w końcu, gdyby miała takiego, co by jej niczego nie uczył, to też nie czułaby się dobrze.

<Ognikowa Słoto?>

[1365 słów]

Od Księżycowego Odłamka

 Dopadł do niej. Mógł rozpoznać jej kroki i zapach, więc na powrót i zmianę myśli było już za późno.
,,Chłopie, co ty robisz?"
 Chociaż? Może dałoby się jeszcze przemyśleć wszystko od nowa, nie dać się ponieść emocjom, jednak cel z jakim tu przyszedł był dość... potężny. I co z tego, że Wróżka była teraz medyczką? Co z tego? Miał to w głębokim poważaniu i gdyby usłyszał to losowy kot w klanie, nie ważne, czy bardziej konserwatywny czy nie, pewnie chciałby go teraz naprostowywać, bowiem jedyny kodeks jaki Księżyc przestrzegał był tym związanym z mówieniem tylko prawdy jako kronikarz, oraz własna moralność. Całą resztę traktował... bardzo luźno, giętko. Znów - nie mógł powiedzieć tego na głos, jeśli nie chciał spotkać się z publicznym linczem. I zanim się spostrzegł zaproponował pomoc w wykopywaniu korzonków, ładując swój czas w zajęcie, które do niego nie należało, jednak skutecznie odwlekało sprawę, z jaką przyszedł.
,,Nie, poważnie, co ty odstawiasz."
Było to w jakiś sposób bolesne, to posiadanie przysłowiowego "crusha" na kimś, kogo nie można było otoczyć otwarcie uczuciem jakim by się chciało. Często rozpływał się nie wiedząc czemu, a gdy zrozumiał, że to z powodu jednej, konkretnej kotki, do ciepłej ekscytacji doszedł jakiś zawód i rozczarowanie. Kto wie, być może sami gwiezdni sprowadzili na niego również strach, w końcu co by powiedziała, jeśli się dowie? Jeśli zabrnie za daleko, czy nie zrobi się niezręcznie, czy nie zepsuje? Chociaż nie, nazywanie tego zwykłym zauroczeniem nie było odpowiednie, gdy jego uczucia sięgały głębiej, niż mógł to opisać. Było to jakiegoś rodzaju czyste ciepło, zaufanie, adoracja energii jaką wytwarzała, a z którą czuł połączenie. Zwykłe i najprostsze docenianie drugiej osoby za istnienie, bez żadnego dodatkowego, zbędnego uczucia. Niby proste i; zdawałoby się, że banalne, a jednak była to najmocniejsza i najszczersza podstawa dla jakichkolwiek uczuć. 
Później zgodził się przenieść korzenie do skrytki pod trawą by poszukać ich większej ilości, a końcowo, znów, zanim namyślił dostatecznie, jego pysk wypowiadał słowa nim zdołał się zorientować. 
– Wróżka, słuchaj... – zaczął, nie wiedząc, czy zacząć się histerycznie śmiać, czy uciec. Chciał uciec. Naprawdę chciał uciec, ale im dłużej siedział w tej niepewności i braku klarownej odpowiedzi, tym bardziej miał wrażenie, że się dusił. Długi już czas nie wiedział co zrobić z uczuciami i spodziewał się, że nic z tego nie będzie, a wypowiedzenie słów które miał w głowie było bardzo ryzykowne, dlatego nic nie mówił. Zwyczajnie się bał, a potem utknął w depresyjnym dole, próbując wykończyć swój organizm. Teraz... teraz było odrobinę lepiej i jakaś jego część uznała, że niech się dzieje wola nieba. Może to głupi impuls, może jego własny umysł miał dość użalania się nad sobą, jednak oto on, stojący obok swojej najbliższej przyjaciółki, czuł się, jakby miał zaraz przyznać się do popełnienia zbrodni, za którą skrócą go o głowę. 
– Ja... nie. Um... czy ty mnie kochasz? – od razu poczuł, że była to zła linia dialogowa, jednocześnie będąc jedną z bezpieczniejszych. Mimo wszystko zaczął panikować. 
,,Na osty i ciernie, nie to! Źle to zrozumie, ty mysi bobku!"
Oczywiście, miał rację. 
– Oczywiście, że tak! 
– Nie, czekaj, to nie...
– ...Jesteś moim przyjacielem, to oczywiste, że cię kocham. Nawet więcej, pokochałam cię od pierwszej chwili, gdy tylko cię zobaczyłam, gdy przyszłam obejrzeć nowe kocięta w żłobku. Od razu wiedziałam, że potrzebuję się tobą zaopiekować, jesteś dla mnie tak samo ważny jak reszta moich braci. A czemu pytasz? Coś się stało? Ktoś ci coś powiedział, że się o to martwisz? Możesz mi powiedzieć. 
Nie, żeby nie spodziewał się takiej odpowiedzi, jednak mimo wszystko usłyszenie swoich myśli na głos, z ust tego, od kogo owe słowa miały wyjść, to zupełnie inna sprawa. Nie bardzo wiedział, co czuje. Ulgę, że jednak to już koniec dźwigania tego ze sobą, czy może chwilowy szok, lub zwyczajne odrzucenie? Zagryzł zęby, czując, że coś w nim rośnie i czego za wszelką cenę nie mógł teraz z siebie wypuścić. 
– Nie, nie, nic mi nikt nie powiedział, spokojnie, to nie to. Po prostu byłem ciekawy, to wszystko – spróbował uspokoić kotkę, chociaż słowa jakoś tak ciężko opuszczały jego pysk, brzmiąc przy tym nienaturalnie głucho jak na jego gust. Brzmiał chyba odrobinę na zbyt przygaszonego, jak na kogoś, kto właśnie otrzymał w swoją stronę słowa potwierdzenia miłości. Szkoda tylko, że nie takiej, jakiej by sobie życzył. Może powinien zmienić ton przy następnej wypowiedzi... żeby się nie zorientowała, skoro już odczytała jego pytanie na swój własny sposób. Powiedzieć, że nie o taką miłość mu chodziło? Nie, to już byłoby dziwne, nie dałby rady. Już i tak całą energię i adrenalinę zużył na to jedno pytanie, które końcowo i tak spieprzył, jak to on. Starał się postawić w jej sytuacji i teoretycznie rozumiał. Praktycznie... ehhh, praktycznie chciał zapaść się pod ziemię i pozwolić, by ta go zjadła. Nie dlatego, że był tak zawstydzony, po prostu był teraz niezwykle zmęczony i spokojny. 
Tylko co teraz? Co powiedzieć? Nie mógł tego tak zostawić, w końcu nie dość, że brzmiał dziwnie, to jeszcze takie pytania... jeśli by się domyśliła w tym momencie, jak bardzo niezręcznie by było? Jak bardzo zepsułoby to ich relację? Co powinien.... ,,Też cię kocham"? 
– Też... – przerwał, zdając sobie sprawę, że mimo wszystko nie może teraz przepuścić tych słów przez gardło. To nie było to. Nie w ten sposób. – Też chciałem się upewnić, że to nie jest jednostronne. Więc cieszę się... wybacz, głupie pytanie zadałem.– Kłamstwo. Kłamstwa, stek kłamstw z odrobiną prawdy robiącej jako wisienka na torcie. Ale przynajmniej nie zabrzmiał przy tym sztucznie, miał nadzieję. Cenił sobie ich relację bardziej, niż cokolwiek innego, a wizja tego, że mógł to zepsuć przez swoje samolubstwo była druzgocąca. Czy jeśli by powiedział, jeśli by nie zawalił pytania, to czy zrobiłoby się między nimi dziwnie? Czy jego zepsucie wyznania uratowało jakieś resztki relacji, które mógł mieć? 
– Wiesz, jeśli chcesz mi coś powiedzieć, to zawsze jestem obok, prawda? I nie mów tak, nie ma nic głupiego w twoim pytaniu – nie brzmiała już na tak zmartwioną, więc mógł odetchnąć z ulgą, przynajmniej tymczasowo. Czy myślała, że to przez ostatnie wydarzenia jest tak niepewny w relacjach i uczuciach? Eh... Tak... tak jest dobrze. Niczego nie zepsuł, wciąż mógł mieć ją przy sobie, nawet, jeśli będzie to czysto platoniczne. Resztę jakoś zdusi, przecież nie jest to niemożliwe. 
– Tak czy inaczej, w razie czego możesz na mnie liczyć. Szybko się ode mnie też nie uwolnisz, więc możesz się szykować na długie treningi do chóru. Przyszykuj się na zdarcie sobie gardła – zatrajkotała rozsiewając pozytywność, przy szturchnięciu Księżyca w bok.

┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦----

,,Gwiezdni, jakie to było żałosne."
,,Jestem żałosny" 
,,Mam nadzieję, że na to nie patrzyliście" 

Siedział jakiś czas później w grocie, z czołem przyciśniętym ciasno do ściany. 
Myślał. 
Albo raczej przetwarzał wszystko w głowie to, co zdarzyło się do tej pory. Rozeszli się z Wróżką w swoje strony, ona do obozu zanieść zioła, on postanowił jeszcze odwiedzić grotę. Potrzebował samotności. Gdzieś przy wchodzeniu słyszał delikatne, ledwo słyszalne kroki Czuwającej Salamandry, która, dostrzegając Księżyca dała o sobie znać głośniejszym chodem. Albo mu się zdawało? Zmiana była niemal niewyczuwalna, a Czuwająca nie miała powodów, by mu pomagać się zlokalizować. Wciąż przychodziła do groty, spędzając tu całe dnie, chociaż oficjalnie jej stanowisko zostało oddane młodszemu pokoleniu. Teraz natomiast był sam. Kotka dawno opuściła grotę, w której jeszcze unosił się delikatny zapach świadczący o obecności Lotosowego Pąku, jednak oświecony kocur również nie przebywał tu długo. Może to i lepiej, rozmowa z nim, czy chociaż przebywanie w jednym pomieszczeniu byłoby niezręczne w tej chwili. 
– Hmmm.... hm hm hmm.... hmm.... hmmmHHHHFF – nucenie tym razem nie pomogło na długo. Czasami przez to wyglądał jak nawiedzony, a teraz? Teraz zastanawiał się, jak wygląda. Czasami się kiwając, z głową przyłożoną do ściany przodków, nucąc w środku nocy i odlatując w przestrzeń. Zazwyczaj mógł wisieć w stanie zawieszenia przez długi czas, jednak teraz po kilku uderzeniach serca wracał do rzeczywistości, z głośnym i wyraźnym skrętem, nie ciała, a duszy, który niestety oddziaływało też na warstwę fizyczną. Był zaskakująco podobny do uczucia nagłego ataku żenady, gdy przypominasz sobie, co zrobiłeś czy powiedziałeś kilka lat wcześniej. W skrócie: powodował chęć zdarcia sobie skóry z twarzy i uderzenia w czoło w tą paskudną ścianę jeszcze czternaście razy aż zostanie ślad albo na skale, albo na czole, chociaż na pewno nie do tego służyła ta część ściany. Przyłożył łapy do obu stron swojej głowy, energicznie mierzwiąc sobie futro, jakby chciał wytrzepać z siebie wszystkie zmartwienia w postaci pcheł. 
– AAAGHHH, ty pusty łbie, szczurze, lisia srako... czego się spodziewałeś? Oszalałeś? Przecież wiedziałeś! ,,Gratulacje Księżyc, czy to szczyt twoich możliwości? Ale spektakularnie zawaliłeś sprawę, gratulacje, musisz być z siebie dumny, braawooo.... Teraz co, będziesz się modlić, żeby przypadkiem nie ogarnęła? W sumie, co innego możesz, co? Wynieść się do innego klanu? Tak, uciekanie, rób co robisz najlepiej, nie? Ignoruj wszystkie problemy, jak będziesz je ignorować wystarczająco długo, to same znikną!" – przekoloryzowany i przesiąknięty ironią monolog rozbrzmiał echem w grocie. Teraz jego jedynym zmartwieniem było, żeby Wróżka nigdy nie zrozumiała o co właściwie pytał. Chociaż, hej, to w końcu Wróżka, prawda? Nie ma się o co martwić, z resztą, utwierdził ją w jej przekonaniu, więc pewnie przesadza i za bardzo nad tym rozmyśla, z resztą, jak zwykle. 
– Co to, moje przeznaczenie? Wieczna samotność, brzmi wspaniale. 
– To jakiś nowy sposób składania modłów do Gwiezdnych? Nigdy o nim nie słyszałem, jakaś nowość? – Kocur drgnął na pierwszy już dźwięk czyjegoś głosu, z mini zawałem, gwałtownie odrywając czoło od ściany. Od razu poczuł, jak owiewa go zimno na karku chwilę przed atakiem gorąca. Co za wstyd... 
– Ech... Za... Zawodzące Echo... potrzebujesz czegoś? 
– Koty zazwyczaj proszą o wieczne towarzystwo, nie samotność. Trochę nietypowo – zauważył czarny, siadając obok, nie odpowiadając na zadane mu pytanie. Kronikarz rejestrował nieco sparaliżowanymi ze wstydu uszami ruchy nowego towarzysza, który zdawał się poruszać głową. Być może uniósł ją, by spojrzeć na ścianę z odbiciami łap kotów, która jeszcze chwilę temu służyła jako podpórka do obijania sobie głowy. Przez głowę Księżyca przeszła myśl, że gdyby nie futro na kotach, ciężko by mu było stwierdzić, czy jakiś się rusza czy nie. Już przy krótkowłosych miał problem, a gdyby trafił na całkowicie łysego, nie mógł powiedzieć, czy byłby w stanie tak dobrze go odczytać jak resztę kotów, o ile w ogóle. 
– To... to nie była prośba, to bardziej przewidywanie. – wyjawił niezręcznie, chcąc naprostować sytuację. Nie widziało mu się jednak mówienie zastępcy wszystkiego. 
– A mi to bardziej wyglądało na wylewanie żali w stronę przodków. Skoro jednak twierdzisz inaczej – nie wiercił tematu i młodszy był mu za to wdzięczny, oddychając z wyraźną ulgą. – Nie byłaby to jednak dziwna prośba, w sumie, to całkiem zrozumiała. – dodał z czymś na wzór pozytywnego zrozumienia – Wiesz... – odezwał się znów po chwili – Jeśli każdy odbijałby łapę przy swojej rodzinie już wiele sezonów wcześniej, mielibyśmy idealny obraz na to, kto najdłużej przetrwał w klanie i ile pokoleń oraz kotów należy do jednej linii krwi, pochodzącej z jednego kota. Zgaduję, że moja linia byłaby całkiem długa. Na pewno byłoby jeszcze kilka innych wielkich rodzin. Ciekawe, ile z nich wymarło w trakcie istnienia klanu, chociaż niegdyś królowały. – nastała kolejna chwila ciszy, zanim kontynuował – Obserwująca Gwiazda kiedyś próbowała coś takiego zrobić, gdzieś tam powinna być jej próba... chociaż pewnie to wiesz. – szybkie podniesienie jednej łapy i późniejsze niezręczne położenie jej z powrotem na ziemię świadczyło, że zastępca zapomniał o ślepocie Księżyca, próbując mu wskazać dokładnie kierunek. Co prawda nie musiał, rzeczywiście, ponieważ kronikarz wiedział, że coś takiego się znajduje. Nie zapowiadało się jednak, żeby jej linia krwi przetrwała dalej, chociaż nie uważał tego za nic straconego. W końcu należeli do tej samej rodziny co Różana Przełęcz, a to też ciągnęło się całkiem daleko. Miał jednak trudności z zapamiętaniem innych kotów, chociaż rodziny liderów były raczej kojarzone. Przynajmniej wśród kronikarzy. 
– Moja pewnie nie byłaby zbyt gęsta – zauważył, przypominając sobie, że prababcia była spoza klanu, dziadek nie mówił podobno kto jest babcią a mama w to nie brnęła. Co prawda w młodszych pokoleniach było nieco gęściej, ale nie chciał myśleć o byciu spokrewnionym z... Pierzem. Uh. 
– M. – krótki dźwięk zgody, nakładający się z kiwnięciem głową. Tyle uzyskał, przed nastaniem długiej ciszy, która trwała tak długo, aż obaj się rozeszli. Chociaż, konkretniej mówiąc, to Księżyc wyszedł pierwszy, zostawiając Zawodzące Echo w samotności wpatrującego się w odbicia na ścianie. Nie mógł odgadnąć, co siedzi w głowie zastępcy, chociaż zdawało się, że akurat w jego przypadku samotność była czymś, co go otaczało a czego nigdy bardzo nie pragnął. Zawodzące Echo był w wieku jego mamy, jednak nie miał pojęcia o relacji ich łączącej. W sumie to mało wiedział o relacjach mamy, mało go wtedy obchodziły, o ile w ogóle. Teraz trochę tego żałował, może jego losy potoczyłyby się wtedy odrobinę inaczej. 

06 marca 2026

Od Pożarowej Łapy CD. Dzwonkowego Świstu

Co w nią wstąpiło? Czemu to powiedziała? Czemu tak się zachowywała? Przecież zazwyczaj tego nie robiła. Ale kiedy rozmawiała z kocurem, życie wydawało się jednak trochę piękniejsze. Czemu tak było? Nie mogła tego wytłumaczyć. Chyba po prostu czuła się tak jak kiedyś, kiedy wychodziła na spacery na granicę z Owocowym Lasem. Tak, przy Dzwonku czuła się tak, jak kiedyś przy Topoli. Tylko tym razem nie musiała się z tym kryć. W końcu należeli do tego samego klanu… no i Dzwonek był rudy, więc ojciec raczej nie nawiedzałby jej po nocach zza grobu. Tylko co jeżeli wojownik nie czuł tego samego? Nie mogła sobie pozwolić na stratę tej znajomości.
– Nic. Nie mogę po prostu się z kimś przyjaźnić? – zapytała tylko. Jej entuzjazm wyraźnie opadł. Zaskoczony zielonooki spróbował się wycofać:
– Nie no, w porządku… – urwał, bo chyba sam nie wiedział, co powiedzieć.
***
Nadal rozmawiała z Dzwonkiem tak często, jak wcześniej. Nadal czuła do niego to uczucie. Miłość? Nie. W końcu ona nigdy nie potrafiła kochać. To tylko zauroczenie. Nic poważnego. Tylko czy mogła w to wierzyć? W końcu miała prawie osiemdziesiąt księżyców, nie trzydzieści. Próbowała udawać, jakby tamten moment nigdy się nie wydarzył. Jakby byli tylko przyjaciółmi. Jakby nie miała nadziei na nic więcej. Jakby nic się nie zmieniło. A przecież zmieniło się wszystko. Próbowała nie dopuścić do siebie myśli, że kocur prawdopodobnie nie zdąży się dowiedzieć. Przecież mogła zginąć w walce z lisami, na którą wysyłał ją Królicza Gwiazda. Próbowała grać. Wyszli na spacer. Tym razem nie biegli. Byli zbyt pogrążeni w myślach. Nagle zauważyła, że Dzwonek przystanął. Popatrzyła na niego pytająco.
– Co się dzieje?
Kocur westchnął.
– Pożar… Ja muszę ci coś powiedzieć. – Ruda chciała o coś zapytać, ale nie zdążyła. – Proszę, wysłuchaj mnie. Boję się, co się stanie potem… ale musisz wiedzieć. Pożar… jesteś chyba najfajniejszą kotką, jaką spotkałem. Bardzo lubię nasze przyjacielskie rozmowy i spacery, ale… ja czuję coś więcej. I chciałbym, żebyśmy byli czymś więcej. Pożar… kocham cię.
Na chwilę świat jakby przystanął. Wokół było tyle dźwięków, szum wrzosów, odgłosy owadów, śpiew ptaków. Ona słyszała tylko jego słowa. “kocham cię”. Serce zabiło jej szybciej. Czy ona też go kochała? Czy to odpowiednie słowa? Nie chciała się nad tym zastanawiać. Nie teraz, kiedy wreszcie miała szansę. Rzuciła się na kocura, przytulając go.
– Ja też cię kocham.
***
Nie wiedziała co teraz. Nie byli oficjalnie parą, nie poprosili się nigdy o związek. Pożar nie do końca wiedziała nawet, czy tego chciała. Wszystko wydarzyło się tak nagle. Może to był błąd? Może powinna o tym zapomnieć. Nie mogła. Nie mogła się oszukiwać. Czuła coś do bicolora i żadna mantra, którą by sobie powtarzała, nie była w stanie tego zmienić. Ona chyba nie chciała oficjalnego związku. Wolała, gdy nikt nie wiedział. Wolała, żeby to był ich sekret. Niestety, kiedy pojawiły jej się nudności, zaczęła przeczuwać najgorsze. Błagała w myślach, żeby to było tylko zatrucie pokarmowe. Jednak kiedy poszła do medyków, wszystkie wątpliwości zostały rozwiane. Miała zostać matką. Nie wiedziała, czy była gotowa. Ale czasu nie dało się cofnąć. Wprowadziła się do żłobka i oficjalnie weszła w związek z cętkowanym. Przynajmniej nie będzie musiała w najbliższym czasie martwić się o śmierć ze strony lisów.
<Dzwonek?>

Od Smugi CD. Wiciokrzewu

Przeszłość, przełom pory nagich drzew i zielonych liści

Czekoladowy, jak co rano opuścił obóz wraz z Żagnicą, kiedy tylko pierwszy patrol zwiadowców powrócił do obozu. Wschód słońca temu van zapowiedział, iż dziś ucznia będzie czekać ciężki trening fizyczny, by później nie narzekał, kiedy tylko ten zacznie protestować przed dalszym ćwiczeniem. W takich momentach najlepszą motywacją były beztroskie słowa wojownika, który stwierdzał, że w takim tempie to Pieczarka będzie musiała go przydzielić do jakiegoś zwiadowcy, by to on wyszkolił Smugę. Młodszy od razu zaciskał zęby, przełykając kolejne słowa, cisnące się na język, by wrócić do wykonywania poleceń mentora.

«★»

Do obozu wrócili jakoś w okolicy Wysokiego Słońca, jednakże obecna pora dnia nie miała znaczenie dla wycieńczonego ucznia. Kocur bez słowa niemal od razu skierował się na kasztanowiec, gdzie czekało na niego ukochane legowisko. Ciężko opadł na mech i nim zdołał zauważyć, jego powieki same się zamknęły, a oddech zwolnił do bardziej miarowego.
Obudził się, dopiero kiedy jego brzuch stwierdził, że to w końcu najwyższy czas coś zjeść. Nieco ospały opuścił posłanie, a następnie drzewo, aby ruszyć w stronę stosu ze zwierzyną. Akurat się złożyło, że po chwili dołączył do niego Wiciokrzew, gdy czekoladowy nadal zastanawiał się nad wyborem.
— Chcesz zno-znowu coś zje-zjeść razem? — Słysząc pytanie, oderwał skupiony wzrok od piszczek, by przenieść je na liliowy pysk uzdrowiciela. Lekki uśmiech pojawił się u Smugi.
— Pewnie, tylko coś w końcu wybiorę, bo ciężko idzie — przyznał, po chwili pochylając się i biorąc chudą wiewiórkę. Te były niemal rarytasami, patrząc na to, jak były szybkie i zwinne na drzewach — zapewne nie jeden zwiadowca mógł mieć problem upolować rude stworzenie.
W tym czasie zielonooki skinął głową i sam wybrał coś dla siebie. Kiedy oboje mieli w pyskach po piszczce, skierowali swoje kroki w bardziej ustronne miejsce w obozie, aby nikomu nie przeszkadzać.
— To jak tam ci dzień mija? — zagaił młodszy, nim wziął pierwszy kęs. — Ja muszę przyznać, że u mnie było zgrzytanie zębami na treningu. Żagnica nie zna litości, szczególnie jeśli chodzi o treningi, mające poprawić moją siłę — dodał po przełknięciu. Uzdrowiciel w ciszy wysłuchiwał krótkiego monologu, aż ten w końcu powiedział ostatnie słowo i spojrzał na Wiciokrzewa nieco ponaglającym wzrokiem. Chciał go w ten sposób zachęcić do rozmowy, nawet jeśli jego odpowiedź zajmie dłużej z powodu jąkania.

<Wiciokrzew? Słucham uważnie>

Od Księżycowego Odłamka CD. Chomiczej Łapy

Krążył po obozie, nie bardzo wiedząc co ze sobą począć, nie licząc wiecznego unikania Zawilcowej Korony. Słyszał jego kroki aż zbyt wyraźnie, bardzo możliwe, że przez nadmierne wyczulenie. A towarzystwa... czy potrzebował towarzystwa? A jeśli tak, to czyjego? Ilekroć szukał odpowiedniej osoby w głowie, natykał się na jakąś dziwną pustkę, której zdecydowanie nie oczekiwał tam znaleźć. Co więc w tym wypadku miał zrobić? Podejść do Chomik? Wyczuł jej obecność jakiś czas temu, nie tylko przez kroki, ale również, zwyczajnie, przez zapach. No i rozmawiała z kimś chwilę temu, więc mógł po prostu usłyszeć gdzie jest. Starsza kotka nie była kimś, kogo mógł uznać za przyjaciółkę ani za mentorkę, ani nawet za podrzędne zauroczenie. Czym więc była? Na pewno kimś, kogo działań nie mógł zrozumieć i uważał sposób myślenia za wadliwy. Ale co więcej? Na pewno złapał z nią nić porozumienia przez krąg śmierci toczący się po klanie i była ona na tyle specyficzna, że postanowił zostać nieco dłużej. Nie umiał jednak nazwać tego w żaden sposób. 
— Hej — przysiadł się nieco niezręcznie obok Chomik — Wypuścili cię — zauważył ze szczerym wydźwiękiem w głosie, jakby rzeczywiście był zdziwiony tym faktem, chociaż niezbyt robiło to na nim wrażenie. Może dlatego, że niezbyt przejmował się klanowym społeczeństwem i wydarzeniami. Trochę jak wchodzenie na serwer gry tylko po to, by zobaczyć jaki jest event i odebrać rekompensatę za lagi i błędy których nawet nie doświadczyłeś. 
— Hmm? Niestety nie, byłam tylko chwilę, jak byłam w żłobku, a teraz to wróciłam do starych obowiązków. Trochę tęsknie za bycie karmicielką, bo mogłam więcej jeść, ale to tak, to na razie muszę się pogodzić z moim losem, który moja pewna część mojej rodziny mi zgotowała. 
— Hmmm...~ A to nie tak, że sama się w to wpakowałaś? — spytał lekko, kiwając się nieznacznie do rytmu grającego mu w głowie — Z resztą, nie jest przecież tak źle, zawsze mogli cię wygonić z klanu, a tak to wciąż w razie czego masz jedzenie i dostęp do medyka — zauważył, wyciągając pozytywy.
— Teoretycznie to prawda, ale w praktyce byłoby lepiej, gdyby Przeplatka nie wezwała swojej "wielkiej czwórki". Wiesz nie tylko chce mieć dostęp do medyka i jeść, chciałabym być znowu wolna, sama sobie spacerować po terenach i na coś zapolować. Chcę poczuć się wolna, a w dole mam tylko poczucie ciasnoty i pogardy ze strony innych kotów, które i tak mało mnie obchodzą. Chciałabym po prostu odzyskać swoje dawne przywileje, których już nie mam.
— Przynajmniej Ruda Lisówka jest po twojej stronie — zauważył, gryząc się w język by nie dodać ,,zdaje się". Wszystko o czym mówiła Chomik, było czymś, co sobie sama zgotowała. Czemu miała teraz pretensje? Nie bardzo rozumiał, dlaczego niektórzy nie potrafią poddać samego siebie jakiejkolwiek krytyce i; co prawda, nie mógł powiedzieć tego na głos, ale gdyby był liderem, najpewniej by Chomik wygonił z klanu, przynajmniej teraz, po śmierci Szanty i Kołysanka. Miał dużo czasu do namysłu i chociaż nie lubił myśleć o Wielenim Szlaku, tak po analizie jej czynów doszedł do wniosku, że nie różniła się tak bardzo od Chomik, jak innym mogłoby się zdawać. Obie popełniły, lub próbowały popełnić zbrodnie, nie widząc przy tym nic złego. Przy czym Chomik wykazywała myślenie na zasadzie ,,potknęłam się i obiłam sobie pysk, ale to twoja wina, mimo, że stoisz jakieś dwie długości lisa dalej", albo ,,to twoja wina, że upadłeś na moje wyciągnięte pazury". Mimo wszystko, kontynuował swoje głośne, bezstronne szukanie pozytywów. — Nie pomaga ci to jakoś? Rudy jest fajny, mówi mi o grzybach i kamieniach i o wewnętrznej energii — pochwalił się, nieco rozmarzony — No i masz kociaki... z tego co słyszałem.
— No niby tak, ale to nie sprawi, że nagle wylecę z tej zapchlonej nory. Owszem, posiadanie drugiej połówki jest wspaniałym uczuciem, lecz będąc w dziurze i tak rzadko ją widzisz — prychnęła — A co do kociaków moich, to teraz są uczniami. Moja Śpiewająca Łapa jest taka wybitna! Gdybyś ją tylko poznał... każdego przeciętnego kociaka prześmiguje inteligencją i charyzmą, to wszystko po mnie, a Cicha Łapa, jest po prostu taki cichy i.... małomówny — uroniła aż łezkę, której kocur nie miał jak zobaczyć. Cichą Łapę kojarzył, przychodził czasami do groty i pewnie nie wiedziałby jak ma na imię, gdyby pewnego razu Lotosowy Pąk nie zauważył jego obecności głośno, zwracając przy tym uwagę, że energia ucznia jest tego dnia ciekawie ukształtowana. Natomiast co do córki Chomik... na pewno rozpoznawał jej kroki. Były ciche, ale biły pewnością siebie i kocur nie był pewien, czy chciał ją poznawać. Było w nich coś... dziwnego. Jak wielka, czerwona, ukryta flaga. 
— No to nie pozostaje ci nic innego, jak próbować z tej dziury wyjść? Nie wiem, co Królicza Gwiazda ci mówił, nie pamiętam, ale przecież nie będziesz tam siedzieć na wieki, w końcu sobie wypracujesz wyjście i zaufanie czy coś. Myślę, że po prostu chciał żebyś sobie uświadomiła... hm, swój błąd? — spróbował wyjaśnić, wyciągając łapy przed siebie, by się nimi zacząć bawić — No i masz dla kogo... twoja rodzina się rozrasta pomimo straty — jego natomiast się kurczyła. Został bez mamy, bez brata i pozostała mu tak naprawdę tylko jedna osoba, Śniątko. Co prawda była jeszcze wspaniała trójca, ale nie było to to samo i z każdym kolejnym dniem coś się w jego duszy kruszyło.
— Nie oto chodzi młody, ja już dawno wiele razy miałam czas pomyśleć o tym błędzie. Warunek jest taki, że jeśli chcę wyjść z dziury to muszę się poświęcić lub zrobić coś wielkiego. Tylko na razie ani nic się nie pali, ani nikt nas nie napadł. To sobie poczekam na swój chwalebny moment. 
— A rodzina? Ci zdrajcy... Nie przypominaj mi o tych kanaliach.
— Zdrajcy...? Ale ja mówię o Rudym i kociakach, to jest ta część co się rozrosła... rozumiesz.... ktoś jeszcze się rozrósł? — przerwa — Znaczy, Świerszczowy Skok chyba miał kociaki ale... nie rozmawiałem. — przyznał nieco zmieszany i zagubiony w własnym toku myśli — A co do ważnego czynu, może jeszcze będzie okazja, wiesz, nie było ostatnio szczególnie spokojnie — mruknął niezbyt energicznie.
— A o tym! To tak, co do mojej rodziny to rzeczywiście urośliśmy. Mam nadzieję że tak zostanie na długo, dodatkowych pociech już nie mamy w planach, dwójka to zdecydowanie dużo. No i rzeczywiście, może jak pokonam te lisy to może dostanę moje przywileje w prezencie?
Wzdrygnął się na zmiankę o lisach, mimowolnie spinając i czując, jak sierść na grzbiecie staje mu dęba. 
— Albo twoim prezentem będzie chłodny grób i modły — burknął zimno, zaprzestając swojego kiwania. Wiedział, że przegonienie lisów z terenów było ważne, mogło zapobiec śmierci czy zranieniu kolejnych niewinnych kotów, jednak sposób w jaki Chomik podchodziła do sprawy, był daleki od poszanowania swojego życia. Nie chciał się bawić z bohatera narzucającego swoją moralność, kiedy doskonale wiedział, jak w drugą stronę umoralnianie by go irytowało, a mimo to sytuacja w jakiej się znajdował, śmierć Kołysanka i jakaś wewnętrzna uraza nie pozwalały, by tak po prostu to odpuścił. Był zły... naprawdę zirytowany lekkością, z jaką do sprawy podchodziła kocica. 
— Przynajmniej lepsze to niż umrzeć w dziurze. Przecież już lepiej brzmi gdy się opowiada jak ktoś umarł walcząc z lisami by chronić klan, niż to że ktoś umarł w dziurze jako więzień a powodem była starość. Dlatego wolę umrzeć w ten sposób. 
Źle te słowa odebrał. I miał wrażenie, że nie chodzi tylko o Kołysanka a też o coś, co zapuściło korzenie dawno temu i nie sposób było tego wyrwać. Czemu koty tak lekko podchodziły do zagrożenia? Czemu nie potrafiły pomyśleć? Tak bardzo niektórym brakowało adrenaliny?
— Więc wolisz zginąć przez rozszarpanie? — spytał niedowierzająco, głuchym tonem — Wolałabyś teraz zostawić swoje kocięta i partnera bo wolisz zginąć przez lisy, niż dać im możliwość przejścia swojego życia ze świadomością, że mają kochającą matkę?
— Nie miałam tego na myśli — podeszła do kocura, kładąc jej łapę na jego łapie. Nie cofnął się od razu, chociaż odruch, który Chomik poczuła, drgnięcie, jakie stworzył, mocno sugerowało, że raczej nie chciał być dotykany i dopiero kiedy ta zmniejszyła nacisk na jego łapę, szybko przysunął ją bliżej ciała. 
— Przykro mi z powodu Kołysankowej Łapy, wierzę że srebrna skóra jest dla niego nowym miejscem, gdzie nie będzie samotny. 
— O tak, na pewno nie jest — mruknął sceptycznie pod nosem, myśląc o swojej mamie. Z resztą określenie ,,lepsze miejsce" wprawiało go w złość, która jedynie powodowała uderzenie gorąca w okolicach uszu. Znowu te bzdety? ,,Jest tu wciąż z nami, na pewno im lepiej, nie chciałaby, żebyś się tak czuł". Myślał, że akurat od Chomik tego nie usłyszy, jednak ugryzł się w język, żadnej z tych myśli nie mówiąc na głos. Wdech i wydech, głęboko i spokojnie, zanim ogarnęła go panika. Czyżby przesadził? W końcu już miał wystarczająco dużo czasu, by zrozumieć, że Chomik nie jest najlepszym przykładem myślenia nad tym, co mówi. ... Nie, nie przesadził. Miał prawo być zły i doskonale o tym wiedział, jednak nie chciał mieć teraz dramy.
— Hmmm, chyba trochę przesadziłem z reakcją, co? — spytał więc zaraz luźno, melodyjnie, jakby się zamyślał — Przepraszam za to~ Ale naprawdę nie powinnaś mówić takich rzeczy na przykład przy młodszych członkach klanu dobra? — i przy nim najlepiej też nie, jeśli nie chciała, by kolejny kot przestał się do niej odzywać, tym razem uważając możliwą konwersację za wyczerpującą psychicznie. 

<Chomik?>