Karuzela wybiegł z domu dwunożnych rozweselony, kierując się w stronę lasu, a zaraz za nim jego siostra Piecuszka. Ganiali za sobą między drzewami i krzewami, obserwując różne robaczki ściółki leśnej, gdy nagle zorientowali się, że są zupełnie daleko od domu dwunożnych. Żeby tego było mało, już dawno przestali słyszeć jakiekolwiek hałasy potworów dookoła. Zdolni byli słyszeć tylko odgłosy lasu. Szeleszczące liście, a nieco dalej szum wody oraz ćwierkające ptaki. Złoty kocur zakręcił się nerwowo wokół własnej osi i nagle zaczął panikować.
— M-Mazurku? Mleczko? — zawołało rozpaczliwie, przez płacz.
Trzęsło się niemiłosiernie, szukając wzrokiem siostry, mając nadzieję, że ta go uspokoi.
— No i gdzie my jesteśmy? — załkał, chodząc dookoła i usiłując wąchać powietrze.
Na co jednak mu się zda jego niewyćwiczony węch? Usiadł nieporadnie i po prostu zaczął płakać. Od razu, gdy tylko usiadł, znalazł się także drugi problem-strasznie zaczął go boleć brzuch. Kociak zaczął czuć głód i zmęczenie po ganianiu się z siostrą. Gdzie znajdzie teraz miskę z jedzeniem od dwunożnych? Gdzie znajdzie ciepło swojego legowiska? Gdzie znajdzie swoich ojców, którzy zawsze wspierali go, gdy coś się stało?
“Jak tu ładnie! O wiele lepiej niż w tym nuuudnym gnieździe dwunożnym!” pomyślała szylkretowa. Kotka nawet nie zauważyła, kiedy byli już daleko od domu...
— No i gdzie my jesteśmy? — zapytała Piecuszka i przełknęła nerwowo ślinę, słysząc łkanie swojego brata. Kotka czuła niepokój, ale nie chciała tego po sobie pokazywać. Zaczęła rozglądać się i rozmyślać, z której strony przyszli do lasu. Wszystko było takie same! Tylko drzewa i drzewa. Widziała, że Karuzela próbował zwęszyć jakikolwiek ślad ich domu.
— I co beczysz? — warknęła, nie okazując ani krztyny wsparcia bratu. — To wszystko przez ciebie! Mogliśmy tutaj nie iść! Pchli móżdżek — starając się zagłuszyć własny strach i narastającą panikę kotka warczała z wściekłością na swojego brata. Liliowa kotka desperacko jeszcze raz rozejrzała się po okolicy.
— Bo nie wiem, gdzie jest tata Mazurek i Mleczko! Nie wiem gdzie droga do domu! Nie wiem, gdzie jestem! — zawołał zrozpaczony, patrząc na siostrę. — Poza tym to nie moja wina!!! Ja nic nie zrobiłem, odczep się mysi móżdżku! Ja tylko chciałem się pobawić, trzeba było za mną nie ganiać! — warknął nerwowo na siostrę, nie chcąc zaraz rzucać się na nią z łapami.
— Chodź... O tam. Tak, chyba tam szliśmy. No rusz się! — Piecuszka starając się wyglądać na pewną siebie, ruszyła w tak naprawdę pierwszym lepszym kierunku, jaki przyszedł jej do głowy.
Cóż, skąd mogła wiedzieć, że ścieżka ta wiedzie tak bardzo, bardzo daleko od domu… Karuzela za to siedział nieporadnie przy jednym drzewie, patrząc zdruzgotany na siostrę.
Po chwili ruszył za siostrą, oglądając się dookoła zmartwiony.
“Co jeśli coś nas zaatakuje? Czy uda nam się wrócić do rodziców? Co z resztą naszego rodzeństwa?” zastanawiał się złoty kocurek.
Oba kociaki zaczęły niepewnie iść w niewiadomym kierunku. Czuli niepewność i strach-słońce wszak już zachodziło, a cienie drzew i wszechobecne zarośla zaczęły przybierać coraz to bardziej złowrogi kształt. W pewnym momencie z krzewów zaczęły dochodzić szelesty i dźwięki kroków.
— J-Jest tam kto? — krzyknęła Piecuszka, cofając się do brata. Z krzaków powoli wyszedł kot o czekoladowym futrze usianym białymi plamkami. Z zaciekawieniem przechyliło puchaty pyszczek. Jasnozielone oczy o kolorze liści zalśniły ciekawością.
— Cześć! — głos czekoladowego kota był żywy i przyjazny. Piecuszka przez cały ten czas stała jak wryta w ziemię, absolutnie przerażona. Przecież tyle słyszeli strasznych opowieści o samotnikach.
— Uciekajj!! — zapiszczała do Karuzeli i zaczęła rozglądać się w pobliżu drogi ucieczki. W końcu wybrała niewysokie drzewo, na które jakimś cudem udało się jej wspiąć. Z rozszerzonymi ze strachu oczami obserwowała z góry brata i kota.
— Karuzelo, co ty robisz, uciekaj!!! — nieustający wrzask Piecuszki zagłuszał wszystko.
— Ciszej, przecież ci go nie zjem! — parsknęło kocisko o zielonych oczach. Spojrzało z powrotem na kocurka i przemówiło łagodnie.
— A ty Karuzelo, mógłbyś powiedzieć, co dwa kociaki robią w środku lasu? — zapytała czekoladowa.
— A kim ty jesteś? — zapytał, mrużąc oczy niezadowolony. — Nie mogę ci powiedzieć. Jesteś obca — mruknął.
— Jestem Euri. Widzisz? Teraz już nie jestem obce. Musicie być głodni. Mogę dla was zapolować — uśmiechnęło się ciepło, a Kopciuszkowi zaburzało w brzuchu.
— Piecuszko zejdź, bo zaraz spadniesz! — zawołał złoty, patrząc na siostrę.
Gdy tylko wypowiedział te słowa, Piecuszce nagle osunęła się noga z gałęzi. Trzymała się na niej jeszcze przez chwilę i spadła na ziemię nim Euri zdążyło jej pomóc. Karuzela zawył żałośnie, biegnąc najszybciej, jak potrafił w stronę siostry. Widząc, w jakim była stanie krzyknął wniebogłosy, a jego małe serduszko niemal zamarło. Nie dogadywał się z siostrą, ale z pewnością nigdy nie chciał jej śmierci.
— To moja wina! Gdybym nie pozwoliła jej tam wejść, nic by się nie stało! — miauknęło, a z jego oczu popłynęły jeszcze bardziej obfite łzy. Czekoladowa stała obok niego, przyglądając się dwójce z żalem.
— T-To nie twoja wina Karuzelo… — mruknęła niewyraźnie Piecuszka, a jej oczy zaszły się mgłą. — Jak widać nie zawsze koty, spadają na cztery łapy… — szepnęła. — Z-Z-Znajdź swoje miejsce. I dbaj o siebie — miauknęła i zamknęła w końcu swoje piękne oczęta.
To był właśnie moment, z którym Karuzela zamarła. Spojrzała błagalnie na Euri.
— Zrób coś! Błagam, uratuj ją! — podeszła do kotki, szarpiąc jej łapy. — Proszę… — miauknęła, kładąc się na ziemi.
Położyła łapy na głowie i chlipała tak długo, aż nie poczuła czyjegoś dotyku na boku. Zapach, który poczuł, był wyjątkowy. Zupełnie inny niż karma dwunożnych. Wytarł pyszczek i spojrzała pełnym bólu wzrokiem na Euri.
— Dzi-Dziękuję — miauknęła, powoli zjadając przyniesioną mu mysz.
Mimo ogromnego głodu była jednak w stanie zjeść tylko połowę z niej.
— Powinieneś wracać do domu — mruknęło cicho. — Rodzice na ciebie czekają.
— Nie chcę — miauknęła, wiedząc, że dom będzie przypominał jej zawsze ciało martwej siostry.
— W takim razie… Mogę zaprowadzić cię do Klanu Klifu. Opowiem ci wszystko po drodze — mruknęło, wzdychając cicho.
***
Po jakimś czasie byli już na miejscu. Przed nimi widoczne były pola uprawne, przeznaczone pod złote rośliny.
— Idź na wprost, tak długo aż nie spotkasz jakiegoś kota — miauknęło, a następnie podeszło jeszcze do zmarkotniałego kociaka, przytulając go.
Karuzela ponownie się rozpłakała, wtulając się w futro kotki.
— Odwiedzę cię jeszcze. Obiecuję — miauknął, a następnie otarł łzy łapą.
Nabrał powietrza w płuca i przybrał zdeterminowaną minę. Szedł przed siebie, tak długo aż nie spotkał przed sobą białego kocura. Zaczął coś mamrotać, a przed oczami pojawiły się mu mroczki. Zanim zdążył się zorientować, leżał już na ziemi. Zemdlała.
***
Ze snu wybudziły go zmartwione szepty. Przez moment miał nadzieję, że znajdzie się w swoim legowisku w domu, ale zamiast tego stały przed nim dwie kotki. Chciał wstać, ale niestety już ten minimalny wysiłek zwalił go z nóg.
— Musisz odpocząć. Poza tym jesteś odwodniony — miauknęła ruda kotka, stojąca obok. — Jak się nazywasz mały?
— K-Karuzela — wyszeptała słabo, a przed oczami znowu zaczęły mi się pojawiać mroczki.
— Nietypowe imię. Może lepiej…Kopciuszek? — stwierdziła kotka.
— M-Może być — miauknął.
Dostała trochę wody na mchu, którą szybko wypiła, a następnie bez problemu ponownie zasnęła.
