BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Klifu!
(Dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Burzy!
(Dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 3 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

20 kwietnia 2026

Od Gołąbka CD. Poranku

Gołąbek nerwowo dreptał przed żłobkiem, czekając, aż jego mentor poprosi go do środka. Pozwolono mu asystować przy porodzie Figi, która po wielu dniach oczekiwania w końcu zaczęła rodzić kocięta. Uczeń w pyszczku trzymał patyk, który później miał podać kocicy, by ta lepiej zniosła ból. Mentor nauczył Gołąbka, że trzymany w pysku patyk pozwala lepiej kontrolować skurcze. Za każdym razem, gdy kocica czuła ból, mogła wgryźć się w drewno i tym sposobem skupić umysł na czymś innym.
Uczeń nerwowo odetchnął, na chwilę się zatrzymując. Każda sekunda czekania wydawała się być wiecznością. Kocurek jeszcze nigdy nie był aż tak zdenerwowany. Kiedy w końcu został zawołany przez mentora, ostrożnie wsunął się do legowiska, podając patyk Fidze. Jego łapki trzęsły się lekko, lecz starał się tego nie okazywać. Medyk nie może być przecież taki roztrzęsiony! Gołąbek usadowił się obok Poranku, czekając na jego kolejne polecenia.
– Gołąbku, podaj trubule – polecił nagle mentor.
Gołąbek obrócił głowę w stronę ziół, szukając wśród nich trubuli. Był prawie pewien, że wie, która to roślina, ale na wszelki wypadek szybko powąchał i obejrzał wszystkie z nich. Złapał trubulę w zęby i ostrożnie podał ją mentorowi.
– Czy tyle wystarczy? – zapytał.
Poranek kiwnął głową i od razu podał ją Fidze. Powiedział pokrótce, co kotka ma robić, i znów umilkł, czekając na potrzebę interwencji. W końcu w lecznicy rozległ się pisk jednego z kociąt. Poranek od razu go przejął i podał swojemu uczniowi.
– Musisz zacząć go wylizywać – polecił szybko i wrócił do kotki.
Gdy uczeń zobaczył nowonarodzonego kociaka, jego spojrzenie zmiękło. Do tej pory sądził, że to jego brat Borowik jest najsłodszą rzeczą na świecie, ale teraz zupełnie zmienił zdanie. To nowonarodzone kociaki były najsłodsze. Zaczął wylizywać kociaka z wielką starannością, starając się, by nie ominąć żadnego skrawka jego futerka. Chwilę potem na świat przyszło drugie kocię, równie urocze co pierwsze. Uczeń nie przestał jednak lizać by na nie lepiej spojrzeć, woląc nie narażać się mentorowi.Poranek zajął się drugim z kociąt. Gdy wszystko było w normie, powoli i ostrożnie położył kociaka obok brzucha jego matki i nakazał swojemu uczniowi zrobić to samo.
– Musimy tu posprzątać – polecił.
Gołąbek posłusznie zaczął sprzątać legowisko. Po kolei zaniósł resztki ziół do składzika, pilnując, by zbytnio się nie pomieszały. Gdy skończył, zabrał za umycie podłoża żłobka namoczonym wodą mchem. Kiedy wszystko było już czyste, uczeń odetchnął z ulgą. Czuł zarówno ulgę, jak i radość. Wszystko poszło gładko, a on po raz pierwszy doświadczył cudu narodzin. Rozglądając się po żłobku, jego wzrok padł na małą górkę z ziemi usypaną na rogu legowiska. Jego dawna tajna skrytka! Przez uczniowskie zajęcia i ekscytację spowodowaną obraniem nowej ścieżki Gołąbek zupełnie o niej zapomniał. Nie pamiętał już nawet, co w niej dokładnie było. Postanowił, że kiedy już Figa poczuje się lepiej, a kociaki nieco wyrosną, sprawdzi, jakie skarby zasypał w dziurze w kocięcych księżycach.

* * *

Od porodu Figi minęło już dwadzieścia wschodów słońca. Gołąbek uznał, że najwyższy czas sprawdzić dziurę. Podreptał do żłobka, sprawdzając, czy kocięta nie śpią. Te były jednak rozbudzone, ubijając łapkami brzuch matki.
– Ja tylko na chwilę! Muszę zabrać coś, co tu kiedyś zostawiłem!
Figa kiwnęła głową, pozwalając uczniowi wejść do środka. Bury podszedł do skrytki i rozkopał ją łapami. Niestety, mało co w niej zostało. Większość miejsca w dziurze zajmowały ususzone kwiaty, teraz już całkiem pokruszone. Było tam też kilka brudnych kamyków. Wcześniej kocurek byłby nimi zachwycony, jednak teraz, gdy był już większy, wydawały mu się zupełnie zwyczajne. Pod tym wszystkim była jednak jeszcze jedna rzecz. Mały, wyglądający jak listek błyszczący kamień. Gołąbek przypomniał sobie, że przyniosła mu go jego mamusia, znalazłszy go podczas polowania. Gdy był mniejszy, zawsze prosił ją, by przynosiła mu piękne rzeczy spoza obozu. Uczeń zamruczał na to wspomnienie. Błyszczący kamyczek dostał od mamy w dniu, gdy było mu bardzo smutno. Listek bardzo poprawił mu wtedy humor. Był najpiękniejszą rzeczą, jaką Bury kiedykolwiek dostał. Może… może mógłby go podarować Porankowi? Może poczuje się trochę lepiej, gdy dostanie coś pięknego? Co prawda Chwast był już dorosły, ale na Lisa przyniesienie mu ładnych rzeczy podziałało. Może przy odrobinie szczęścia podziała także na mentora? Uczeń nie spodziewał się, że kamyczek pokona wszystkie troski uzdrowiciela. Jednak miał nadzieję, że pocieszy go chociaż troszeczkę. Nawet, jeśli był za młody by zrozumieć co działo się z mentorem.

* * *

Z wręczeniem prezentu Gołąbek postanowił poczekać na idealną okazję. Uznał, że najlepiej będzie poczekać, aż Chwast wyjdzie z legowiska i wtedy podłożyć błyszczący listek. Gdy wreszcie nadarzyła się okazja, Gołąbek wsunął się do dziupli i położył kamyczek na posłanku mentora, mając nadzieję, że ten go zauważy, gdy wróci z powrotem.

[739 słów, asystowanie przy porodzie]

<Poranku?>

[15% + 5%]

Od Kwaśnej Kocanki Do Kruczego Pióra

Przemierzając gęsty, ciężki od wilgoci las, Kwaśna Kocanka szła powoli, niemal bezszelestnie, jakby obawiała się zakłócić coś, czego jeszcze nie potrafiła nazwać. Powietrze było nieruchome, duszne, przesycone zapachem mokrej ziemi i gnijących liści. Każdy krok zdawał się odbijać echem w jej głowie, choć wokół panowała nienaturalna cisza. Nie potrafiła przestać myśleć o Kruczym Piórze. Odkąd został zastępcą, coś się zmieniło nie tylko w jego zachowaniu, ale i w nim samym. Każda jego decyzja była ryzykiem, każde wyjście z obozu mogło być tym ostatnim. Nadstawiał karku z tą samą niefrasobliwą pewnością siebie, którą kiedyś podziwiała… a teraz się jej bała. Z coraz większą łatwością wyobrażała sobie najgorsze scenariusze: jego ciało nieruchome, jego obecność na zawsze jej odebrana. Te myśli wracały jak natrętne cienie, nie pozwalając jej zaznać spokoju. Potrząsnęła lekko głową, jakby chciała je odpędzić, ale to nic nie dało. Wtedy zobaczyła coś między drzewami. Najpierw była to jedynie plamka rozmytego koloru, coś nienaturalnego, coś, co nie pasowało do zieleni i brązów lasu. Potem kształt zaczął się wyostrzać. I nagle zrozumiała. Zamarła. Pod rozłożystym krzewem jeżyny leżała Pajęczynka. A raczej jej ciało. Wojowniczka Klanu Wilka poczuła, jak grunt usuwa się spod jej łap. Świat zwęził się do jednego obrazu, rozciągniętej na ziemi sylwetki dawno zmarłej siostry. Futro Pajęczynki było przesiąknięte krwią, sklejone i poszarpane, jakby ktoś brutalnie wyrwał z niego życie. Głębokie rany przecinały jej ciało, odsłaniając to, co nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego. Kałuża posoki była ogromna. Zbyt ogromna. Gęsta, ciemna, niemal czarna w cieniu, wsiąkała w ziemię i oplatała korzenie, jakby sama ziemia próbowała ją pochłonąć. Najstraszniejsze były jednak oczy. Małe, błękitne, szeroko otwarte. Wpatrywały się gdzieś przed siebie, nie w nią, nie w las, lecz w coś, czego nie mogła dostrzec. Było w nich coś rozdzierającego, ta surowa rozpacz, niemal pytanie. Jakby Pajęczynka do ostatniej chwili czekała. Na pomoc. Na ratunek. Na kogoś, kto nigdy nie przyszedł. Na pobratymców, którzy ją porzucili i nie przyszli jej uratować. Na siostrę, która z wypiętą piersią mówiła, że zawsze ją obroni. Rzuciła się do przodu, łapy ślizgały się na wilgotnej ziemi, serce waliło jak oszalałe. To nie mogło być prawdziwe. To nie mogło się wydarzyć. Nie mogła pozwolić na śmierć siostry znowu! Jeśli tylko zdąży! Jeśli tylko będzie wystarczająco szybka... Nim dobiegła, ciało zniknęło. Po prostu. Jakby rozpłynęło się w powietrzu i jakby nigdy go tam nie było. Zatrzymała się gwałtownie, niemal tracąc równowagę. Wpatrywała się w puste miejsce pod jeżyną, próbując zrozumieć, co właśnie zobaczyła. Nie było krwi. Nie było ciała. Tylko ziemia i cienie. Zwidy. Musiały to być zwidy. Ale jej serce wciąż bolało tak, jakby to było prawdziwe, jakby utraciła krewniaka znowu. Zanim zdążyła zebrać myśli, coś mignęło jej w polu widzenia. Dymna, długa kita. Znajoma. Zbyt znajoma. 
"Krucze Pióro!" —  wyszeptała, a w jej głosie zabrzmiała nagła ulga, niemal desperacka nadzieja. Tym razem nie czekała. Pobiegła. Las zdawał się rozstępować przed nią, choć gałęzie smagały jej bok, a ciernie zahaczały o futro. Widziała go tylko przez ułamki sekund, sylwetkę przemykającą między drzewami, cień, który znikał, gdy tylko próbowała się skupić. I wtedy usłyszała jego śmiech. Cichy i gardłowy, lekki jak ocieranie się ich futer, gdy się mijali, zawadiacki, czyli taki, jaki był wiele księżyców temu. Dokładnie taki, jaki pamiętała i chciała zapamiętać na zawsze. Serce ścisnęło jej się z ulgi. Przyspieszyła, niemal zapominając o wszystkim innym, o strachu, o wizji Pajęczynki, o dziwności tego znajomego i nieznajomego zarazem miejsca. Liczył się tylko on, zawsze liczył się tylko on. 
"Poczekaj!” — zawołała, choć głos ugrzązł jej w gardle. I nagle zniknął. Tak po prostu. Jakby nigdy go tam nie było.Kwaśna Kocanka zatrzymała się gwałtownie. Cisza, która ją otoczyła, była ogłuszająca. Nie było śmiechu. Nie było kroków. Nawet liście przestały szeleścić. Nieubłagana cisza zalewała jej umysł, jak wielka ulewa mogła zalewać rzeki. Coś było nie tak. Bardzo nie tak. Stała przez chwilę, nasłuchując, czując, jak chłód wpełza jej pod skórę. Powoli zaczęła się rozglądać, każdy ruch ostrożny, napięty. I wtedy go zobaczyła. Stał niedaleko. Nieruchomy. Przez moment jej umysł odmówił przyjęcia tego, co widzi. Sylwetka była zniekształcona, nienaturalna. W pierwszej chwili pomyślała, że to lis, coś obcego, groźnego, gotowego do ataku. Ale to był on. Krucze Pióro. A raczej… coś, co go przypominało. Zrobiła niepewny krok do przodu. 
"Krucze Pióro…?" —  jej głos zadrżał. Nie odpowiedział. Jego zielone oczy… nie były już zielone. Zalała je krew, gęsta, ciemna, sącząca się z oczodołów i spływająca po pysku. Nie mrugał. Nie poruszał się. Las zdawał się wstrzymać oddech razem z nią. Nagle z jego gardła wydobył się dźwięk, cichy, urwany, zupełnie agonalny. Jak ostatni oddech kogoś, kto już dawno powinien być martwy. Ten dźwięk przeciął ciszę jak ostrze. Pręguska zamarła. A potem zobaczyła wszystko wyraźnie. Jego głowa była zmiażdżona, zdeformowana w sposób, który nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Kości musiały zostać roztrzaskane, futro sklejone krwią, a mięśnie rozszarpane. Obok jego ciała rozlewała się gęsta, ciemnoczerwona ciecz, tworząc nieregularne plamy na ziemi. Jego szyja była wykrzywiona pod nienaturalnym kątem jak złamana gałąź po potężnej wichurze, bez życia, bez szansy na powrót do dawnej formy. Stał, a jednocześnie wyglądał, jakby już dawno upadł. Jakby śmierć nie zdążyła jeszcze zabrać jego ciała. Srebrzysta kotka nie była w stanie się poruszyć. Nie była w stanie oddychać. Patrzyła tylko, wpatrzona w poszarpane zwłoki, które jeszcze przed chwilą się poruszały, śmiały, uciekały przed nią. I w tej ciszy zrozumiała jedno. To nie był las, który znała. To nie mogła być prawda! Pręguska stała nieruchomo, jakby jej łapy wrosły w ziemię. Obraz przed nią był zbyt okrutny, zbyt nielogiczny, a jednak nie potrafiła odwrócić wzroku. Coś w tym wszystkim było nie tylko przerażające… ale i znajome. Z początku była to ledwie uchwytna myśl, cień na skraju świadomości. Delikatne ukłucie, które trudno nazwać. Jej oddech był płytki, nierówny, a serce biło zbyt szybko. Już to widziała. Zmarszczyła lekko powieki, jakby próbowała skupić wzrok nie na ciele Kruczego Pióra, lecz na samej pamięci. Na tym uczuciu. Coś się nie zgadzało. Ten las… ta cisza… ta krew, która wydawała się zbyt ciemna, zbyt gęsta, niemal nierzeczywista. I nagle obraz Pajęczynki wrócił. Leżąca pod jeżyną. Te same oczy. To samo spojrzenie, które nie należało już do żywej istoty. I to samo uczucie, paraliżującego strachu pomieszanego z czymś głębszym. Z bezsilnością. Kwaśna Kocanka drgnęła. Te wszystkie wydarzenia miały już miejsce. Nie dziś. Nie w tym lesie. W jej głowie zaczęły pojawiać się urywki, rozmyte, niepełne, jak wspomnienia, które próbują się przebić przez mgłę. Biegła. Zawsze biegła. Zawsze ktoś znikał. Zawsze znajdowała ich zbyt późno. Zawsze było za późno. Zrobiła krok w tył. A potem kolejny. Jej spojrzenie znów padło na Krucze Pióro, na jego nienaturalnie wykrzywione ciało, na krew, która nie przestawała płynąć, choć przecież powinna już dawno zaschnąć. Na oczy, które… nie patrzyły. Nigdy naprawdę nie patrzyły. Coś w niej pękło. To nie było wspomnienie. Nie mogła pamiętać zwłok Pajęczynki. Zmarła zbyt wiele sezonów temu. Jej oddech przyspieszył gwałtownie, a źrenice rozszerzyły się. Potrząsnęła głową, cofając się jeszcze bardziej. Las zdawał się falować. Drzewa nie były już stałe, ich kształty drgały, jak odbicie w poruszonej wodzie. Cienie wydłużały się i skracały w sposób, który nie miał sensu. Cisza była zbyt absolutna. Zbyt nienaturalna. Kwaśna Kocanka zacisnęła powieki, próbując się skupić. To nie dzieje się naprawdę. Powtarzała to w myślach, coraz szybciej, coraz bardziej rozpaczliwie. To nie dzieje się naprawdę. Zaczęła sobie przypominać. Noce, w których budziła się gwałtownie, z sercem bijącym jak oszalałe. Obrazy, które nie chciały zniknąć nawet po otwarciu oczu. Ekspresje, nie, pyski — tych, których traciła. Za każdym razem inne szczegóły, ale ten sam rdzeń. Śmierć. Spóźnienie. Bezsilność. To nie pierwszy raz. To kolejny sen! Jej ciało zaczęło drżeć, nie ze strachu, lecz z nagłego, przytłaczającego zrozumienia. 
"Śnię…" — wyszeptała, a to słowo zabrzmiało obco, jakby dawno go nie używała. W tej samej chwili ciało Kruczego Pióra drgnęło. Wojowniczka poderwała głowę. Nie, to nie było prawdziwe poruszenie. To był błąd. Jakby obraz się rozpadł na ułamek sekundy. Jakby coś nie nadążyło za własną iluzją. Krew przestała płynąć, a potem całkowicie cofnęła się, jakby ktoś pokazywał jej śmierć Kruczego Pióra od końca do początku. Las zadrżał. Dźwięk, niski, głuchy, przeszedł przez przestrzeń, choć nie było źródła, z którego mógłby pochodzić. Wszystko zaczęło się rozmywać. Kolory blakły, kształty traciły ostrość. Niebieskooka cofnęła się jeszcze o krok, choć nie czuła już ziemi pod łapami. 
"Obudź się…" — wyszeptała do siebie, coraz bardziej świadoma. To zawsze kończyło się tak samo. Zacisnęła oczy. "Obudź się!" Cisza roztrzaskała się.

Kwaśna Kocanka wyrwała się ze snu gwałtownie, jakby coś brutalnie wyrzuciło ją z głębin, w których tonęła. Jej ciało spięło się natychmiast, mięśnie napięły się boleśnie, a pazury wbiły się w ziemię tak mocno, że poczuła wilgoć chłodnego mchu między opuszkami. Wciągnęła powietrze z ostrym, urwanym świstem, jakby zapomniała, jak się oddycha. Przez ułamek sekundy wciąż była tam, widziała tę krew, cisza dudniła jej w uszach i ciążyła na czaszce, ciężar przygniatał ją od środka i miażdżył nadzieję na lepsze jutro. Dopiero po chwili coś zaczęło się zmieniać, czuła zapach, ciepło i tą znajomą i wszechobecną bliskość. Zamrugała gwałtownie, jakby próbowała przebić się przez resztki snu. Obraz przed jej oczami rozpadł się powoli, ustępując znajomym kształtom obozu, miękkim oddechom śpiących kotów, ciepłu wspólnego gniazda. I wtedy to poczuła. Jego obecność. Odwróciła głowę gwałtownie. Krucze Pióro już nie spał. Leżał jeszcze przez moment, ale jego głowa była uniesiona, a oczy, choć przydymione snem, błyszczały, a jego postawione na sztorc uszy wskazywały stan najwyższej gotowości i czujności. Jego uszy były skierowane w jej stronę, a futro na karku lekko nastroszone, jak u kogoś, kto nie do końca wie, co się stało, ale jest gotów zareagować.
— Kocanko…? — odezwał się cicho, nisko, jego głos był jeszcze chropowaty, ale wyraźnie napięty — Co się stało? — Nie odpowiedziała od razu. Wpatrywała się w niego odrobinę za długo. Jej spojrzenie było niespokojne, przesuwające się po nim, jakby próbowała upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu. Zatrzymywało się na jego łapach, na barkach, na pysku, jakby szukała śladów, które mogły dowieść, że okrutny sen miał, chociaż najmniejsze pokrycie z rzeczywistością. Nie było tej deformacji, tego przerażającego obrazu ze snu. Był cały, oddychał i żył. Wojowniczka przełknęła ślinę i powoli usiadła, jakby każdy ruch wymagał od niej wysiłku. Owinęła ogon wokół łap, przyciskając go mocno, jakby próbowała się w ten sposób uziemić. Krucze Pióro podniósł się i bez słowa przesunął bliżej. Na tyle, że ich boki niemal się stykały. Czuła ciepło jego ciała, równy rytm oddechu. Tak jak miał w zwyczaju, nie naciskał, nie pytał ponownie, a jedynie był przy niej, kiedy najbardziej tego potrzebowała. Cisza między nimi była ciężka, ale nie bez znaczenia, raczej wypełniona tym, czego żadne z nich jeszcze nie wypowiedziało. Srebrna kotka zamknęła na moment oczy. I wtedy wspomnienie przyszło samo, bardziej barwne niż kiedykolwiek wcześniej, nie jak sen, jak coś ostrego, prawdziwego. Las, ale nie ten martwy i cichy. Ten żywy, rozszalały, pełen wrzasków, zapachu krwi i rozrywanej ziemi. Bitwa z Klanem Klifu znów rozgrywała się w jej głowie z brutalną wyrazistością. Znowu widziała Krucze Pióro, rannego i upartego. Szukającego medyka, choć sam ledwo trzymał się na łapach. Widziała siebie, biegnącą do niego bez wahania, z sercem bijącym zbyt szybko, z czymś, czego wtedy nie chciała nazwać. Strachem. Jej łapy drgnęły lekko, jakby znów stała na tamtym polu walki. 
"Powinniśmy wrócić…" — usłyszała w myślach własny głos, napięty, zbyt stanowczy: "Klan nas potrzebował". 
A potem jego odpowiedź. Jak stanął jej na drodze. Jak nie pozwolił jej przejść. Jak patrzył na nią, nie jak na uczennicę, nie jak na kogoś słabszego. Jak na kogoś… kogo nie chciał stracić. Pręguska otworzyła oczy. Powoli odwróciła głowę w jego stronę.
— Wtedy… — zaczęła cicho, jej głos był jeszcze lekko chropowaty — podczas bitwy… — zawahała się na moment, jakby dobierała słowa. — Myślałam, że zwariowałeś. — Ucho Kruczego Pióra drgnęło od niechcenia, ale nic nie powiedział. — Stałeś ledwo żywy, a próbowałeś mnie zatrzymać… — Jej spojrzenie przesunęło się na jego łapę, jakby znów widziała tamte rany — Myślałam, że to głupie. — Zamilkła — Teraz wiem, że nie było. — Cisza znów na moment ich otoczyła. Jej myśli jednak nie zatrzymały się na nim. Myślała dalej, o tej pustce, która wtedy była aż nazbyt uwidoczniona. Srebrzysta Łuna. Jej matki tam nie było. Podczas gdy inni walczyli, krwawili, ginęli, jej miejsce było puste. Nikt nie stał tam, gdzie powinien. Nikt nie zasłaniał jej pleców. Kwaśna Kocanka spuściła lekko głowę, jej wąsy zadrżały.
— Byliśmy tam sami — powiedziała ciszej — bardziej niż powinniśmy. — Jej ogon przesunął się niespokojnie po ziemi. — A ty… — Uniosła wzrok — i tak próbowałeś mnie zatrzymać. — Ich spojrzenia się spotkały. I tym razem nie uciekła. Coś w niej pękło w niecodzienny sposób, uwrażliwiona przez wizję ze snu i rozpamiętując bitwę, podczas której mogła zginąć, potrzebowała jego obecności. Zrobiła pół kroku bliżej. Ich futra zetknęły się wyraźniej.
— Pajęczynka nie żyje — powiedziała spokojnie, ale jej głos miał w sobie ciężar czegoś ostatecznego — nie wróci. — Odetchnęła głęboko — Moja matka… nie była tam, kiedy powinna. Nie potrafiła służyć na wyższą chwałę Klanu. — Jej spojrzenie przygasło na moment. — A mój brat… — zawahała się, jakby to słowo smakowało gorzko — nigdy nie będzie kimś, na kim można się oprzeć. — Zamilkła na sekundę. A potem spojrzała na niego. — Zostałeś tylko ty. Ty żyjesz. Walczysz. Masz znaczenie. — Powoli wyciągnęła ogon i owinęła go wokół jego grzbietu, tym razem pewniej. — I nie odszedłeś. — Jej spojrzenie stało się intensywne, niemal palące. — Nie zostawiłeś mnie wtedy. I nie chcę, żebyś kiedykolwiek to zrobił. —Przysunęła się jeszcze odrobinę, aż ich barki zetknęły się wyraźnie. — Krucze Pióro… — Jej głos zadrżał minimalnie, ale nie cofnęła się — zostań przy mnie tak, jak wtedy. Nie odchodź. Trwaj przy mnie… jakkolwiek to nazwiesz. Ale bądź. — Nie odwróciła wzroku. Jakby to było jedyne, co trzymało ją teraz w rzeczywistości. Krucze Pióro przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Jego spojrzenie było trudne do odczytania, nie tak chłodne, jak zwykle, ale też nie całkiem miękkie. Nie było to też spojrzenie zarezerwowane dla innych pobratymców, bo jasne było, że Kocanka, Kocankowa Łapa i Kwaśna Kocanka nie były dla niego jak reszta. Jego ogon drgnął lekko pod dotykiem jej ogona, lecz nie odsunął się. Kotka też nie mówiła. Cisza, która zapadła, rozciągała się w nieskończoność. Powoli opuściła wzrok, ale nie odsunęła się ani o krok.
— Wiesz… — zaczęła cicho, niemal ostrożnie, jakby każde słowo było czymś, co łatwo mogło zaprzepaścić ich relację — kiedy jestem sama, wszystko wydaje się… głośniejsze. Myśli. Wspomnienia. To, czego już nie ma… i to, czego nigdy nie było. — Trąciła jego bark nosem — Ale kiedy jesteś obok… — zawahała się na moment, jakby nie była pewna, czy powinna to powiedzieć — to wszystko cichnie. — Uniosła głowę, spoglądając gdzieś przed siebie, nie do końca na niego. — Nie znika. — dodała ciszej — Ale przestaje mieć nade mną władzę. — To dziwne — mruknęła pod nosem, z cieniem gorzkiego rozbawienia — bo nigdy nie potrzebowałam nikogo w ten sposób. — A jednak… — Jej głos zmiękł, niemal niezauważalnie — przy tobie nie czuję, że muszę zasłaniać się i stosować wymówki. Jestem niezaprzeczalnie sobą, jestem silniejsza i nie muszę cię za to przepraszać — Jej spojrzenie było spokojniejsze niż wcześniej, ale głębsze. Bardziej odsłonięte. — I chyba… — urwała, jakby słowa utknęły jej w gardle, ale zmusiła się, by je wypowiedzieć — nie chcę, żeby to się zmieniło. Delikatnie musnęła jego bark swoim, bardziej świadomie niż wcześniej. — Więc jeśli masz gdzieś być… — dodała cicho — to właśnie tutaj. — Jej głos niemal zniknął przy ostatnich słowach.— W Klanie Wilka, ze mną.
Kocur patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem pyska. Być może było to zamyślenie, a może coś innego? Kotka czasami sama nie wiedziała, co siedzi dymnemu w głowie. On jednak po chwili ciszy schylił się w jej stronę i delikatnie polizał jej ucho. Nie spodziewała się chyba tego ruchu z jego strony. Ten gest był tak niewinny, lekki, delikatny jak trzepot skrzydeł motyla, a pochodził od kota, który nigdy nie okazywał żadnych emocji. Srebrna wtuliła się w niego, a Krucze Pióro po chwili owinął ogon wokół niej, kontynuując wylizywanie teraz już jej karku.
— Nie zostawię cię, obiecuję, Kwaśna Kocanko. Zawsze będziesz u mojego boku. Obiecuję.
Delikatnie przymknęła oczy, wsłuchując się w rytm jego oddechu. Powoli dopasowała się do niego, aż ich oddechy zaczęły się wyrównywać, spokojne, miarowe, wspólne. Jej ciało w końcu przestało drżeć. Koszmar oddalał się, zostawało jedynie ciepło i on. Lekko poruszyła głową, opierając ją wygodniej o jego bark, pozwalając sobie na coś, na co rzadko sobie pozwalała, na spokój. Las poza obozem szumiał cicho, noc wracała do swojego naturalnego rytmu, jakby nic się nie wydarzyło. A jednak dla niej wszystko było inne. Tym razem już nie walczyła ze snem. Wtulona w jego ciepło, wsłuchana w jego oddech, zasnęła, spokojniej niż od wielu nocy. A Krucze Pióro, choć jeszcze przez chwilę czuwał, nie odsunął się ani na moment. W końcu i on przymknął oczy. I tak, spleceni ze sobą cicho i nieruchomo, zasnęli obok siebie, jakby noc nie miała już nad nimi żadnej władzy.

<Krucze Pióro?>

Od Gołąbka

Noce Pory Nagich Drzew były niezmiernie zimne. Mimo to Gołąbek nadal decydował się na spanie na zewnątrz. Z legowiska uzdrowicieli zabrał swoje posłanie z mchu, którym przykrywał się podczas snu, przez co było mu nieco ciepło. Wiedział, że gdy spadnie śnieg, będzie musiał przenieść się z powrotem do gniazda. Jednak teraz, gdy ziemia była sucha, chciał spać pod gwiazdami gdzie czuł obecność Wszechmatki. Nigdy jeszcze nie widział śniegu, ale słyszał, że jest zimny i mokry. I podobno można było z niego robić kulki do zabawy! Uczeń ułożył się na ziemi, odkrywając się mchem. Jego życie było takie piękne! Nie dość, że żył w łasce Wszechmatki, to jeszcze spełnił swoje marzenie o zostaniu uzdrowicielem. Gołąbek zamruczał i zamknął oczy, pozwalając, by ogarnął go sen.

* * *

Bury obudził się w środku nocy. Z początku zupełnie nie wiedział, gdzie się znajduje. Było mokro, a na jego grzbiecie leżało coś bardzo ciężkiego. Gdy uczeń zupełnie się już rozbudził, spostrzegł, że cały obóz (w tym on sam) pokryty jest grubą warstwą śniegu. Gołąbek stłumił pisk ekscytacji. To był jego pierwszy śnieg! Mimo że księżyc nadal wisiał na niebie, w obozie było jaśniej niż podczas zwyczajnej nocy. Czy to właśnie przez śnieg? W obozie było teraz tak pięknie! A do tego śnieg był niezmiernie czysty, a nie brudny i ciemny, jak wcześniej go sobie wyobrażał. Gołąbek nie chciał już spać. Chciał wykorzystać ten moment, zanim inne koty zdepczą warstwę białego puchu. Uznał, że na początku spróbuje ulepić z niego kulkę. Zaczął zbierać puch na kupkę, a potem zgniótł go łapami. Nie przypomniało to w żaden sposób kulki, jednak był tu już jakiś początek. A co jeśli spróbowałby lekko poturlać stosik? Może wtedy nabierze on lepszego kształtu? Starając się być najciszej, jak to tylko możliwe, Gołąbek zaczął pchać stosik nosem. I rzeczywiście, jego kształt zaczynał się wyrównywać. Był tylko jeden mały problem. Zgnieciony śnieg zaczął też przybierać na rozmiarze i wadze. Kiedy już nabrał podobnego do kulki kształtu, był tak ogromny, że nawet najsilniejszy kot w klanie nie byłby w stanie nim rzucić. No trudno. Może uda się z tego wymyślić jakąś inną zabawę. Może będą razem z Borowikiem nadal powiększać kulę, aż będzie większa od nich? Gdy brat się obudzi, na pewno zapyta go, czy chce się tak pobawić!
Co jeszcze można było zrobić ze śniegiem? Może Gołąbek spróbowałby ulepić coś jeszcze? Może podobiznę kota lub jakiegoś ptaka? Uznał, że najlepiej byłoby zacząć właśnie od ptaka. Będzie go łatwiej ulepić, szczególnie, że mógł posłużyć się rzeczami ze śmietniska. Duszę zwierząt na pewno się nie obrazi, że użyje ich szczątków do budowy podobizn, prawda? Może nawet będą z tego bardziej zadowolone niż z leżenia na stercie śmieci? Uczeń przekradł się w stronę śmietnika. Zapach był obrzydliwy, ale mimo wszystko zdecydował się wyjąć z niego kilka rzeczy. Jego uwagę przyciągnęła sterta gołębich piór. Mimo że większość kotów nie jadła ptaków, te, które nie wierzyły we Wszechmatkę, nadal się nimi posilały. Uczeń wygrzebał ze sterty wszystkie pióra i zaniósł je na miejsce zabawy. Ze śniegu uformował kolejną kulkę, lecz tym razem zgniótł ją w taki sposób, by śnieg szedł do góry. Po obu stronach kupki wbił po trzy pióra, mające imitować skrzydła. Oczy wyżłobił pazurem, a jako dziób użył znalezionego pod śniegiem kamyka. Budowla nie przypominała żadnego prawdziwego ptaka, ale i tak wyszła dość nieźle. Patrząc na pióra, dało się odgadnąć, co przedstawiają. Uczeń zdecydował, że spróbuje raz jeszcze. Kolejny ptak na pewno wyjdzie lepiej!

* * *

Śnieg znów zaczął padać. Bury przestał budować i przysiadł z zachwytu, patrząc na tańczące na niebie płatki. Wcześniej myślał, że śnieg pada tak samo jak deszcz. W ogóle nie spodziewał się tego, że może spadać z nieba tak wolno. Gołąbek wystawił łapę, łapiąc na nią jeden z płatków. Drobinka była przepiękna. Wyglądała jak malutka, biała gwiazdka. Wszechmatka była tak wspaniałą artystką! Ciekawe, czy śnieg smakuje tak samo dobrze jak wygląda? Bury nabrał do pyszczka trochę śniegu. Smakował tak samo jak woda, ale za to przyjemnie chrupał. Gdy uczeń przełknął, zauważył, jak bardzo jest mu zimno. Nie chciał wracać do legowiska, by nie narażać się Mistral i nie budzić Poranku. Do rozgrzania się musiał postawić na ruch. Do głowy Gołąbka wpadł kolejny pomysł na zabawę. Sprawdzi, ile odcisków łap uda mu się zostawić na śniegu do nastania świtu. Zaczął chodzić po całym obozie, starannie zostawiając za sobą odciski. Może uda mu się pokryć nimi cały obóz? To na pewno wyglądałoby bardzo fajnie!

* * *

Gdy nastał świt, cały obóz pokryty był odciskami łap Gołąbka. Kocurek był bardzo dumny ze swojego dzieła. Ciekawe, jak zareagują na nie inne koty? Na pewno będzie im się podobać!

[756 słów]

[15%]

Od Błyskotliwej Łapy

— Błyskotliwa Łapa! Błyskotliwa Łapa!
Nowa uczennica dumnie siedziała obok swojej mentorki, Drobnego Ukojenia. Jej oczy błyszczały ze szczęścia. Właśnie została ogłoszona uczennicą protektorko- i wszystkie koty skandowały jej nowe uczniowskie imię.
Błyskotliwa Łapa podniosła się i spytała:
— Drobne Ukojenie, co dziś zrobimy? Pokażesz mi terytorium? Nauczysz ruchu bitewnego? Czy może wytłumaczysz działanie jakiegoś zioła?
Drobne Ukojenie zamruczała.
— Dzisiaj pokażę ci teren i jeśli wyrobimy się na czas, pokażę ci, jak polować.
Uczennica kiwnęła głową i podążyła za mentorką, wcześniej machając ogonem do brata, który także stał się uczniem tego dnia.

* * * 
Trochę pózniej

Słońce stało prawie całkiem wysoko, lecz zaczęło powolnie się zniżać. Błyskotliwa Łapa jadła właśnie posiłek, dzieląc zdobycz z bratem. Jej mentorką podeszła do młodych kotów, gdy rodzeństwo właśnie kończyło jedzenie.
— Błyskotliwa Łapo, chodź, idziemy na trening polowania… może pokażę ci także, jak otwierać kraby.
Uczennica poderwała się na równe łapy.
— Kraby? Ale fajnie! Zawsze chciałam się tego nauczyć. Do zobaczenia, Agatówkowa Łapo! — pożegnała się z bratem kotka i pognała za Drobnym Ukojeniem.
Na miejscu mentorką zaprezentowała swojej uczennicy pozycję łowiecką, a Błyskotliwa Łapa spróbowała także ukucnąć w ten sam sposób.
— Hmm, powinnaś przechylić się lekko bardziej w prawo… o tak, dokładnie. Teraz jest idealnie. Spróbuj iść do przodu.
Błyskotliwa Łapa zaczęła skradać się najciszej, jak mogła. Potem zrobiła to jeszcze wiele razy, aż uznała, że jest dobrze.
— Tak, tak, jest świetnie! Chyba jeszcze nigdy nie widziałam tak pojętnej uczennicy — powiedziała półżartem. Drobne Ukojenie — Zaraz możemy sprawdzić, czy gdzieś tam nie kryją się tłuste myszy. Ale najpierw mam dla ciebie zadanie. Widzisz ten duży liść na ziemi? Spróbuj zakradnąć się do niego tak cicho, że nic nie będzie słychać.
Błyskotliwa Łapa zauważyła gigantycznego, czerwonego liścia na ziemi i zaczęła skradać się w jego stronę, jednak po drodze nadepnęła na małą gałązkę. Gałązka pękła.
Drobne Ukojenie zamruczała na pociechę.
— Nie martw się, to twój pierwszy dzień jako uczennica i masz jeszcze wiele księżyców, aby nauczyć się skradać. Teraz poszukajmy myszy!
Chwilę później Błyskotliwa Łapa usłyszała szelest w liściach. Od razu kucnęła tak, jak nauczyła ją mentorką, i powoli, uważając, aby nie nadepnąć na żadną gałązkę, zaczęła się skradać. Gdy uznała, że nadszedł czas, wyskoczyła, używając swych mocnych tylnych łap, i wylądowała tuż obok myszy. Małe stworzonko rzuciło się do ucieczki, lecz uczennicą była szybsza i dogoniła mysz, zabijając ją jednym, szybkim ciosem.
Drobne Ukojenie stała jak wryta z wytrzeszczonymi oczami.
— Ty…pierwszego dnia jako uczennica złapałaś mysz! — wykrzyknęła dumna mentorka.
Błyskotliwa Łapa zamruczała i z podniesionym ogonem poszła za mentorką do obozu. Będzie miała czym się chwalić przed bratem!

* * *
Następnego dnia

Błyskotliwa Łapa przyglądała się mentorce, gdy ta otwierała dużego kraba.
Uczennica starała się wychwycić każdy szczegół. W końcu zaraz miała spróbować tego sama.
Drobne Ukojenie przysunęła jej innego kraba i rzekła, że uczennicą powinna teraz spróbować sama.
Błyskotliwa Łapa zabrała się do roboty, jednak nie umiała otworzyć stworzenia.
Mentorką szybko ustawiła jej łapy tak, jak trzeba, jednak Błyskotliwa Łapa dalej trudziła się z krabem. Drobne Ukojenie odebrała jej kraba i sama szybko go obrała.
— Nie martw się. Nie spodziewałam się, że uda ci się już za pierwszym razem. Nie jest to tak łatwe, jak się wydaje. Teraz chodźmy, poćwiczymy jeszcze skradanie!

[522 słów, trening na wojownika: polowanie, otwieranie krabów.]

[10% + 5%]

19 kwietnia 2026

Od Postrzępionego Mrozu CD. Naparstnicowej Łapy

Na pytanie syna poczuła, jak jej sierść staje dęba a uszy kładą się po głowie. Odwróciła od niego głowę. Nie mogła spojrzeć mu w oczy, nie kiedy znała prawdę jako jedna z jedynych. Tylko ona i jej brat wiedzieli o tym, kto jest ojcem Naparstnicowej Łapy i jego sióstr.
— To skomplikowane… Nie mogę ci powiedzieć, przepraszam…
— Możesz, ale tego nie zrobisz. — odpowiedział jej syn, patrząc na nią przenikliwie. — Nie jest z Klanu Klifu, prawda?
— Naparstnicowa Łapo, nie zrozumiesz… Nie mogę, naprawdę nie mogę… — Naparstnicowa Łapa patrzył na nią przez chwilę, po czym usiadł na ziemi. Teraz przeniósł wzrok na swoje łapy, a jego matka nie mogła znieść widoku syna, który zapewne kwestionował własne istnienie.
— Czy on… W ogóle wie o naszym istnieniu? O moich siostrach? O mnie..? — zapytał w końcu, czekając na to aż matka da mu odpowiedź. Cokolwiek, co choć trochę uspokoi jego myśli. Jednak czy mogła mu dać cokolwiek takiego?
— On… Wie o twoich siostrach. Natomiast… Nie wie o tobie. — Słowa ledwo przechodziły jej przez gardło. Czuła się tak, jakby cały Klan Gwiazdy teraz patrzył na nią z pogardą, wiedząc, że skrzywdziła swoje własne dzieci. Jak ona mogła to zrobić..?
— Czy nadal jest żywy? Czy poznam go kiedykolwiek? — Tyle pytań, a mogła mu udzielić tak mało odpowiedzi…
— Nie wiem, naprawdę, Naparstnicowa Łapo…
— Moje siostry… One nie wiedzą, prawda? Czyli je też oszukiwałaś, a raczej nadal oszukujesz? Jak możesz nam to robić? Mamy prawo wiedzieć, kim jest. Muszą cierpieć prawdopodobnie przez niego, w końcu każda z nich jest chora! Moi bracia musieli przez niego umrzeć! — wstał, teraz idąc w stronę kotki. — Nie masz pojęcia, jak to jest stracić kogoś, kogo ledwo się znało. Czuję tą pustkę po nich, czuję, że powinni tu być, a ty po prostu spisałaś ich na straty przez zejście się z jakimś… Przypadkowym kocurem! W dodatku dwukrotnie! Jesteś okrutna i przez ciebie cierpimy!
— Naparstnicowa Łapo, on nie był przypadkowy… Naprawdę go kochałam, a on kochał i was…
— Więc czemu go tu z nami teraz nie ma? — zapytał, a na to pytanie nie potrafiła odpowiedzieć. Kocur uciekł z grupą kotów, które zbuntowały się przeciwko Klanu Wilka, a ona sama nie wiedziała dlaczego. Jeśli Judaszowcowa Gwiazda dowiedziałby się o tym, kim jest ojciec jej kociąt, zapewne wydaliłby ją z klanu. Nie miałaby gdzie się podziać.
— Naparstnicowa Łapo, przepraszam cię… Ale musisz mi coś obiecać. Nie mów nikomu o tym, że podejrzewasz, że wasz ojciec nie jest z naszego klanu, albo że w ogóle żyje. Proszę, musisz to dla mnie zrobić. — skuliła się, patrząc na syna z nadzieją w oczach. Bo tylko to jej zostało. Nadzieja, że syn nie wyda jej przed jej klanem.

<Synu..?>

Od Pierzastej Łapy (Tańcującego Pierza) do Ciernistej Łapy

Po rozmowie z Nieustraszonym Chomikiem

Błękit przegonił szarość z nieboskłonu, oczyszczając się ze skazy. Burza umilkła, przynajmniej na jakiś czas. Może to była tylko cisza przed nią? Spokój na chwilę, aby potem mogła przejąć stery znienacka i z podwójną siłą?
Rozmowa z Nieustraszonym Chomikiem była… odświeżająca dla jego umysłu. Wreszcie miał cel. Poparcie. Coś, czego wcześniej nie miał. Udawanie głupiego, nieogarniętego dzieciora opłacało mu się. Czyżby Chomik serio sądziła, że Pierzasta Łapa wciąż był takim głupim i energicznym smarkaczem? Może przesadził z emocjami?
Położył dwie myszy na dole stosu. Polowanie akurat się udało i to bez zakłóceń. Ciekawe, co robiły te kotki na straży, że śpią jak zabite. Serio powinien przemyśleć pójście z tym do zastępcy. Może zyska jakąś przychylność.
Kocur przemknął przez obóz niczym cień, zakradając się do legowiska uczniów. Skoro nikt go nie przyłapał i klan spał jak zabity, nie powinien dłużej zwlekać. Nie chciał opóźnić jeszcze bardziej swojego mianowania, choć gdzieś z tyłu głowy dobrze wiedział, że do zostania wojownikiem bardzo mało mu brakowało. W przeciwieństwie do dzieci mordercy — Świerszczowego Skoku, on urodził się jako syn Kminkowego Szumu, który zlikwidował zagrożenie. Nie wiedział czy Ciernista Łapa, Zwiewny Mak i Dziki Berberys mają mu to za złe, ale na nic takiego się nie zapowiadało. Bardziej zdołowała ich informacja o ojcu i bracie, którego Świerszcz zabił przez swoje szaleństwo. Ale czy Pierzasta Łapa im współczuł? Cóż, nie mnie o to pytać. Rudy uczeń obecnie martwił się swoim zadkiem niż jakimś cwaniaczkiem spod ciemnej gwiazdy.
Ach, a jeśli mówimy o nim… Kocur wchodząc do legowiska uczniów, natknął się niespodziewanie na Ciernistą Łapę. Muskularne kocury przez chwilę walczyły na wzrok, gdy w końcu Pierzasta Łapa westchnął ciężko i się cofnął. Kocur wyglądał dla Pierza… dziko. Egzotycznie; jakby był skunksem z odwróconymi kolorami.
— Czego chcesz? — zapytał Cierń oschle.
Rudy odchrząknął i podjął:
— Chciałbym porozmawiać o… twoim postrzeganiu naszego klanu i obecnego stanu. Możemy wyjść na zewnątrz, jeśli nie chcesz o tym rozmawiać przy innych.
Ciernista Łapa nerwowo skakał po nim wzrokiem. Zmarszczył brwi, analizując słowa Pierzastej Łapy. W końcu skinął głową i obaj wyszli w ciszy. Przemknęli przy nieogarniętej, śpiącej straży za obóz. Przeszli pewien kawałek, po czym rudy uczeń stanął i odchrząknął, stojąc do Ciernistej Łapy tyłem.
— Zatem… co myślisz o naszym przywódcy? O zastępcy? O tym wszystkim, co tu się stało?
Ciernista Łapa zesztywniał. Zmarszczył brwi.
— Nie wiem. Wszystko dzieje się ostatnio bardzo szybko, aż trudno to zarejestrować. Królicza Gwiazda nie nadaje się na lidera. Dopuścił to zbyt wielu śmierci… Gdybym mógł, zdarłbym mu ten zdradziecki uśmieszek z pyska. — syknął kocur, strosząc futro.
— Ach, tak? — miauknął, nadal stojąc do niego tyłem. Szeroki uśmiech zagościł na jego pysku. Odwrócił się, patrząc Ciernistej Łapie w oczy. 
— Czy to tylko tyle, Ciernista Łapo? A może to tylko ten skrawek twojego gniewu? Ognia pragnącego... zemsty? — zapytał spokojnie, z przyjaznym uśmiechem.
— Zemsty? Może nie koniecznie zemsty, nie… Nie chcę dopuścić drugi raz do takiej sytuacji. Gdybym przewodził klanem moi pobratymcy nigdy nie zrobiliby czegoś takiego. Jestem pewien, że to jego wina. Spójrz wokół, nikt nie jest zadowolony z jego przywództwa, jestem tego prawie pewien. Przez niego zaczynają się buntować. Chcą zmiany…
— Chcą się zemścić, Ciernista Łapo. Dlatego chcą zmiany. W końcu dostrzegają pęknięcia w Klanie Burzy. Nareszcie. Niektórzy wcześniej... tak jak ja, Nieustraszony Chomik... oraz ty, ale bez poparcia nic byś nie zrobił. Te króliki boją się wszystkiego, co nowe, dlatego teraz cierpią. My jesteśmy zającami. My wiemy, co robić. Nie boimy się nowości, bo zmiana jest dobra. Jesteśmy od nich lepsi.
— Myślisz, że jest szansa pozbyć się go? Przejąć władze? Ty i ja… Z pomocą reszty na pewno udałoby się coś zrobić. Wystarczyłby tylko dobry plan…
— Ależ oczywiście. Dlatego to ciebie poleciła mi Nieustraszony Chomik — miauknął, a wtedy przybrał nieco smutną minę. — Twój ojciec... czy myślisz, że wszystkiemu dałoby się zapobiec, gdyby Królicza Gwiazda wziął się w garść?
— Kto wie, być może… A może od dawna był po prostu zepsuty. Nie jestem w stanie tego stwierdzić na sto procent, widocznie nie znałem go na tyle dobrze. Wiem za to jedno, Królicza Gwiazda jest u schyłku życia. Kto wie kogo wybierze Zawodzące Echo na nowego zastępcę. Skoro Królicza Gwiazda wybrał go, to może miał w tym interes. Co jeśli będzie on taki sam?
— No właśnie. Cóż... Mimo wszystko coś do ciebie mają, sam to przecież wiesz. Myślisz, że czemu opóźniają twoje mianowanie? Przecież już wszystko umiesz, Ciernista Łapo. Twoje rodzeństwo już dawno wkroczyło w ich szeregi.
— Z tym muszę się zgodzić. Od dawna czekam na nie, a nawet Berberys został mianowany przede mną! Może widzi we mnie zagrożenie. Kto wie, może i nawet w tobie, Pierzasta Łapo? Dlatego nie chce nas jeszcze mianować…
— Oni coś knują, Ciernista Łapo. Być może myślą, że stanowimy zagrożenie; nic bardziej mylnego. My chcemy dobrze. Jak najlepiej dla nas, dla naszych pobratymców, braci i sióstr — mówił. — Zawodzące Echo czeka, aż ten stary dziad zdechnie i wtedy położy łapska na jego, śmierdzącym od chorób, lenistwa i starości, tronie. Oni chcą sprowadzić na Klan Burzy klęskę, ale ja na to nie pozwolę. Ani ty, jeśli się do nas przyłączysz, Ciernista Łapo. Wiem, że chcesz się zemścić... — szepnął ostatnie zdanie, a wtedy przybliżył się do ucznia. Nie dzieliło ich więcej niż krótki wąs. Pewny siebie uśmiech Pierzastej Łapy mógł nieco onieśmielać Ciernia, który właśnie mieszał swoje ciepłe powietrze z oddechem rudego ucznia. — Pragniesz tego. A ja? Ja ci mogę to zapewnić. Po prostu mi pomóż... a ja pomogę tobie~ — wydał z siebie niski, acz melodyjny, hipnotyzujący szept.
— … Zgoda. Pomogę, ale czy będę z tego miał coś więcej? Nie oczekuję wiele, samo pozbycie się go jest dla mnie nagrodą, ale wiesz…
Pierzasta Łapa nie cofnął się.
— Aaaaale?
— Przydałoby się mieć coś więcej z tak ryzykownej akcji…
— Co proponujesz? — wymruczał. — Nie mogę ci niczego zagwarantować prócz zemsty, Ciernista Łapo. Posady ci również nie zapewnię, jeśli nie uda nam się wyeliminować Echa. Póki co... musimy skupić się na rozsianiu ziaren buntu, chęci zmiany i zemsty wśród Burzaków. Proszę, porozmawiaj z Dzikim Berberysem. Dodaj, aby porozmawiał jeszcze ze Zwiewnym Makiem. Resztą zajmę się sam, wraz z oszacowaniem twojej... nagrody.

•.¸¸.•*`*•.•ஜீ☼۞☼ஜீ•.•*`*•.¸¸.•

Wrócili szybciej, niż Pierzasta Łapa przewidywał. Akurat na czas; Cyklonowe Oko już się rozciągał w legowisku wojownika. Zanim przyszedł po ucznia, rudy uroczo udawał głęboki sen. Kremowy wojownik zbudził go kilkoma nawoływaniami. W ciszy wyszli z obozu, ale wzięli ze sobą Bąbelkową Łapę. Zazwyczaj tak ich treningi się zaczynały i kończyły. W środku Pierzasta Łapa komentował futro mentora, a Cyklon zdawał się na to przymykać oko. Chyba kocurek będzie musiał sam się za to zabrać.
Kremowy wojownik nagle stanął i obrócił się w ich stronę.
— Waszym zadaniem będzie współpracować w parze, aby upolować zająca. Macie czas dopóki słońce nie znajdzie się na samej górze.
Uczniowie spojrzeli w niebo. Kula światła ledwo, co się wychyliła. Mieli spoooro czasu. Pierzasta Łapa odetchnął z ulgą; umiał polować na króliki, a Bąbel był w tym mistrzem. Poradzą sobie; na pewno!

•.¸¸.•*`*•.•ஜீ☼۞☼ஜீ•.•*`*•.¸¸.•

Wrócili z małym, wychudzonym zającem. Pora Nagich Drzew zaczęła sięgać i po zwierzynę. Odłożyli go na stertę. Chwilę później usłyszał nawoływanie Zawodzącego Echa. Na górze wieży stał jego kochany, sędziwy przywódca. Królicza Gwiazda.
Nie spodziewał się mianowania… nie w tej chwili. Jednakże, co miał on do gadania? Szczęście mu ostatnio nieźle dopisywało. A ta Skrzecząca Pokraka może się udławić…
Szedł z Króliczą Gwiazdą, Zawodzącym Echem, Cyklonowym Okiem, Rudą Lisówką i Bąbelkową Łapą u boku. Mieli ledwo jedenaście księżyców na karku, a już się mianowali! I pomyśleć, że jeszcze niedawno co Królik chciał go sprzedać Wilczakom.
Dotarli do Kamiennych Strażników, gdy słońce znalazło się na górze. Królicza Gwiazda ich spowalniał; bez niego już by wracał z groty.
— Myślisz, że jakie imię dostaniesz? — z zamyśleń wyrwał go szept braciszka. Spojrzał w jego stronę. Jaki chuderlak… Pierze najwyraźniej był jedynym z braci, który tu dbał o formę i mięśnie.
— Hmm… pewnie jakieś… nudne. Pierzasty Ogon, Pierzasta Grzywa…
— Ja bym chciał się nazywać Bąbelkowy Plusk — odparł czekoladowy.
— Aha… no to… super… — wymamrotał niechętnie. Miał nadzieję, że jego wianek wciąż się trzyma… i że Lodówkowa Łapa nigdzie nie zapodziała swojego.
Przecisnęli się jakoś przez tunel, po czym skierowali się do rdzawej ściany. Królicza Gwiazda stanął przed Pierzastą Łapą.
— Ja, Królicza Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego… ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. Pierzasta Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— … Przysięgam.
— … A więc, mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika… — zakaszlał. — … Pierzasta Łapo, od tej pory będziesz znany jako… ekh… Tańcujące Pierze. Klan Gwiazdy ceni twoją pracowitość oraz ambicję, oraz… ekh, ekh… wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy, ekh.
Zapadła między nimi wymowna cisza. Tańcujące Pierze patrzył to na ścianę, to na przywódcę.
— … I co teraz?
Echo wkroczył do akcji. Czyżby nie było już farby? Nieee, na pewno nie o to im chodziło. Tańcujące Pierze pochylił się na bok, próbując zobaczyć, co ten zastępca szponcił. W tym czasie Królicza Gwiazda ochrzcił kolejnego nowego wojownika, nazywając go Bąbelkowym Pluskiem. Na nieszczęście Króliczego Bobka, tego dnia dwojga synów uciekinierów umoczyli łapy w wręcz krwistej barze, wyróżniając się na większości pomarańczowym tle. Co ciekawe, Księżycowego Odłamka nie było; jego ulubionego kronikarza. Zastanawiał się czy był to zbieg okoliczności i zwykły przypadek, czy może siła wyższa za tym stała. No bo… on? Nieobecny? Na JEGO ceremonii? Musiał mieć coś bardzo ważnego, że przepuścił taką piękną uroczystość.
Wracając do obozu, wziął stare posłanie Śpiewki i położył gdzieś w legowisku wojowników. Wyróżniało się ono kwiatami, które wplótł obecny właściciel. Miał tylko nadzieję, że nie spał przy Skrzeczącej Pokrace… nie chciałby znowu zostać opluty przez tą niewychowaną sukę.
Era małego ognia się skończyła…
… aby zrobić miejsce następnej erze wielkiego pożaru.
Pożar, który spali wszystko, co niegodne tego świata. Pożar, który oczyści grzeszników z win i kary, niczym ojciec przebaczający swojemu marnotrawnemu synowi.
A Tańcujące Pierze to zapewni.


<Ciernista Łapo, może to tylko ciebie nie lubią głowy Klanu Burzy?>

Od Pierzastej Łapy CD. Nieustraszonego Chomika

— Witaj Pierze, ponoć z tego co słyszałam, wrabiają cię! – Pierzu chyba nie było do śmiechu, no cóż, nie jej problem.
— Czego chcesz, starucho!? – pisnął jej w pysk.
— Pogadać, bo raczej nie możesz mi tego zabronić, zwłaszcza z tego co wiem, to musisz czuć się osamotniony bez rodziców.
Pierzasta Łapa cofnął się i odwrócił.
— Gówno cię to obchodzi! Lepiej patrz czy twój niewychowany bachor nie zakopie się pod ziemią! — warknął, odchodząc w nerwach. Chciała go osłabić? Ha! No to się jej udało…
Kotka nie odstąpiła; podążała za nim wszędzie. Kocurek zrobił nawet dwa kółka wokół obozu, a ta wciąż pytała o to samo.
— J… ja już o tym wiedziałem! Oooood s…sa…sameeeego p…p…początku! — jąkał się, w końcu wyjawiając prawdę. — Brzoza się mnie pytała jak byłem jeszcze mały… czy… chciałbym z nią iść. Wtedy byłem zbyt głupi i się n…nie zgodziiiiłem, ale gdybym miał się cofnąć w czasie to bym już wtedy od was uciekł…
Po czym odbiegł przez natłok emocji i ponurych myśli. Zapewne trening z Cyklonowym Okiem źle się skończy, a kocur znów będzie trenować zamiast w dzień to pod osłoną nocy. Przy okazji zobaczy jak zachowują się te białe koty, które nie mogą wychodzić na słońce. Ciekawe, czy znaleźliby wspólny język.

***
Teraźniejszość

Warta składała się z nieporządnych kotów, które zasnęły w połowie pilnowania Burzaków. Mianowicie była to Pozłacana Pszenica i Dryfujący Fluoryt. Pierzasta Łapa siedział przed wyjściem z obozu, korzystając z nieuwagi wojowniczek. Będzie musiał to zgłosić zastępcy; w końcu jakoś trzeba było odbudować reputację. Nawet jeśli chodziło się po trupach własnych pobratymców.
Na niebie szarości ze sobą igrały, tworząc białe zygzaki na ich ziemi. Powietrze było ciężkie; niektórym mogłoby się zdawać, że taka gęsta, nieprzyjemna atmosfera stworzona została przez ostatnie tragedie, które dotknęły obecnych królikożerców. Nie każdy jednak miał na tyle odwagi w sobie, aby pomyśleć: “A co, jeśli Klan Burzy… się kończy?”. Większość chciała być samolubna i wierzyć w swoje słodkie kłamstwa, wiedząc jakie paskudztwo się z nich zaraz wylęgnie. To tylko kwestia czasu, aż wszystko legnie w gruzach. Paskudek o tym pamięta. Paskudek będzie pielęgnował to wspomnienie, tą złotą myśl, która zakiełkowała w umyśle młodego ucznia zwanego… Pierzastą Łapą.
— Stary, ale wiesz, że oni nas zostawili na zbity pysk? — usłyszał rudy osobnik głos braciszka za sobą. Nie drgnął, choć wiatr nakazywał jego sierści tańczyć, skakać i biegać. Nie. Nad futrem może i nie miał kontroli… ale nad sobą już tak. Wiedział, do czego jego ciało i umysł są zdolne. Och, jak bardzo to wiedział… Paskudek byłby z niego taaaki dumny. Taki…
… rozczarowany zarazem, wiedząc, że uczeń nie raduje się śmiercią niewinnej istoty. Ten kot nie pragnął akurat tego. Akurat nie ten ból Pierze chciał zadać, ale przecież… Pierze to Pierze. Paskudek… to Paskudek. A… a Pierzasta Łapa? Ich wynikiem. Skutkiem. Konsekwencją. Czymś, co nie miało prawa bytu, przynajmniej dla jego imiennika, który wysławiał i cenił tą niepokojącą myśl ponad wszystko. Nie oszukujmy się, Pierze był niechciany od początku. Zwykłą pomyłką, ot co. Nie łudźmy się więc, że zostanie kimś… większym niż pomyłką, jaką się urodził. Czarna owca, która jako jedyna spośród wszystkich białych, czystych… ale ofiarnych baranków, zyskała umysł, świadomość. Myśl. Nie każdy ma ten dar, co te odrzutki. Dar do burzenia tradycji. Norm społecznych. Wszystkiego, czego tylko dotknie i co tylko tej czarnej owcy się nie spodoba. Lecz… ofiarne baranki tego nie zrozumieją. Ich celem jest poświęcenie. Są tylko ciałami, obiektami, które może i w środku mają dużo mięska… ale na zewnątrz? To zwykłe baranki. Czyste. Zadbane. Poukładane. Ofiarują się każdym wilkom, każdym osobom, które nie mają złych intencji. A czarna, mała owieczka? Ona… ona chce być tylko zaakceptowana, a więc… co jeszcze chce ta czarna, mała owieczka? Chce być zrozumiana. Ona chce czuć, że jest zrozumiana. Wiedzieć, że jest akceptowana, a jej słowa — niepodważalne, niczym królewicza z władzą absolutną. Ta chora potrzeba zrozumienia zamienia się w coś, czym na początku czarna, mała owieczka się brzydziła. Na końcu zostaje potworem. Potworem dla białych, czystych i ofiarnych baranków. A dla wilków? Cóż, istotą mądrą, sprytną. Mającą umysł i własne myśli, upodobania i decyzje. Ona nie chciała źle dla reszty. Ta czarna, mała owieczka po prostu zabłądziła na ciemnej dróżce. Dróżce, która doprowadzi ją w końcu do obłędu, a wtedy ofiarne baranki zrozumieją wilka, który z jakiegoś powodu przypominał im szalonego, czarnego odrzutka stada. A zanim dojdą do tej myśli, zostaną pożarte.
Owieczka czarna szukała tylko miłości, akceptacji i wyrozumiałości. To nie jej wina, że urodziła się pod ciemną gwiazdą, z rodziny owianej złą sławą. Ale czy jej winą jest mordowanie niewinnych baranków, które nie umiały myśleć za siebie? Które z niej szydziły, które zamiast podać pomocne kopytko odwracało wzrok i przyspieszało kroku, niczym dziecko szlachcica na widok bezdomnego. Czy zachowanie czarnej owieczki zostałoby usprawiedliwione, jeśli system nie dzieliłby baranki na czarne lub białe? Jeśli między tym, a tym, leżała dziwna, niezbadana szarość, która tkwiłaby w konflikcie głowy, a sercem? Gdyby to “pomiędzy” rozumiało czarną owieczkę, ale jednocześnie miałoby problem z jej usprawiedliwieniem w świecie winy i kary — i na odwrót, białego, ofiarnego baranka, który został tak zaprogramowany; który miał być “perfekcją”, ale w rzeczywistości był tylko zwykłą ofiarą kontroli wyższych sfer? Czy…!
— Szkoda, że z nimi nie poszliśmy — dodał głos, który wybił rudego osobnika z myśli. — Byliśmy zbyt mali, zbyt głupi, aby zrozumieć to, co się do nas mówi…! — westchnął. Usiadł przy Pierzastej Łapie i się o niego oparł. Rudy osobnik milczał, spoglądając w dal na wschodzące słońce. Usłyszał kolejne westchnięcie.
— Myślisz, że… że oni za nami tęsknią?
Pierzasta Łapa spojrzał na Aminkową Łapę.
— Nie.
Kremowy kocurek prychnął. Rudy przewrócił oczyma i je przymknął. Za każdym razem, gdy je zamykał, widział cały przebieg przesłuchania. Szkarłatny pysk Strzępotka. Wymiociny; ślady prowadzące do legowiska medyka. To spojrzenie Gadożerowej Łapy… nie… przerażenie pobratymców, głos Zawodzącego Echa, który zawodził i się powtarzał niczym echo. A jednak nie chciał ich otwierać. Czuł się winny. Czuł, że na to zasługiwał, ale… gdzieś w jego głowie wciąż panoszył się Paskudek. Kocurek, który pomoże mu zaraz czuć nicość. Musiał tylko poczekać. Paskudek przecież nie zapomina, a Pierzasta Łapa… też nie zapomni, ale nie z powodu zemsty; z powodu sumienia, dziwnego. Kiedy był na skale i wyzywał przywódców, czuł niby przypływ adrenaliny, pozytywny strach, który go napędzał do działań. Powinien czuć się szczęśliwy. Czuć się szczęściarzem, wybrańcem losu.
— … O czym tak myślisz?
Otworzył szmaragdowe oczy.
— Ja… — zaczął, choć nie wiedział nawet od czego. Wziął głęboki wdech i wydech. Kilkoma ruchami języka poprawił swoją lśniącą, gładką, gęstą, bujną, olśniewającą, śliską, miękką, szlachecką, lwią grzywę. Przymiotników padłoby więcej, gdyby Pierzasta Łapa zajrzał do kociej encyklopedii miauczenia. — Cóż… — zmarszczył brwi, wbijając wzrok prosto w połówkę słońca wychylającego się do góry. Burza obyła się bez obfitego deszczu, najwyraźniej psikusik ze strony Klanu Gwiazdy lub innych sił nadprzyrodzonych. Mówiąc szczerze, wiara Pierzastej Łapy ograniczyła się do wysokiego poziomu pewności siebie i w swoje działania. Czasem aby przeżyć, trzeba stać się egoistą, mówił w myślach za każdym razem, gdy paplał tylko o swojej osobie Lodówkowej Łapie czy innym uczniom. — Myślałem nad tym wszystkim. Myślałem… wiesz nad czym.
Aminkowa Łapa przytaknął akurat wtedy, gdy Pierzasta Łapa na niego spojrzał. Drugi odetchnął z ulgą. Aminek wpadł na pomysł i postanowił się podzielić z braciszkiem:
— Wniosek taki, że…
— … trzeba ich wyeliminować — dokończył za niego Pierze. Spojrzeli oboje na siebie i nastała cisza. Wiedzieli, co drugi chciał, a co pierwszy. Znali się. Czuli to samo. To tak, jakby byli ze sobą spleceni w jedno. Nie musieli sobie przekazywać informacji ustnie; oboje dobrze wiedzieli, co się dzieje w głowie drugiego i na odwrót. Szkoda, że więź z Bąbelkową Łapą nie jest tak silna jak jego z Aminkową Łapą.
Wyprostował się, ugniatając przednimi łapkami ziemię. Ziewnął przeciągle i się rozciągnął. Kiedy wszystko w jego ciele strzeliło, usiadł porządnie i spojrzał w burzowy nieboskłon.
— Potrzebujemy sojuszników — miauknął. — Bez nich gówno zdziałamy, Smrodzie.
Smrodek pociągnął dramatycznie nosem, niby się wzruszając. Na pysku Paskudka pojawił się łagodny uśmiech i o mało, co nie wybuchł śmiechem.
— Słuchałem Barszczowej Łodygi — zaczął Aminkowa Łapa. — Wujek powiedział, co takiego zrobiła ta ohydna Chomik. Ona… ona też została skrzywdzona przez Króliczego Bobka. Może zacznij od niej.
Pierzasta Łapa zmarszczył brwi.
— A czemu ja? Może sam byś ruszył dupę? — prychnął z nerwowym uśmieszkiem.
— To ty chcesz… — ziewnął — Pooooozbyyyć się Królika. Ja chciałem tylko pospać, a ty mnie obudziłeś, bo miałeś jakiś mokry sen z Śpiewającym Raniu…
Pierzasta Łapa bez żadnego ostrzeżenia zdzielił go w policzek. Po pysku Aminka zaczął spływać strumieniami szkarłat. Obie klatki piersiowe oddychały płytko. Pierzasta Łapa patrzył na niego zimno. Nie, nie patrzył na kremowego kocurka jak na braciszka ukochanego; teraz stał się obiektem. Pionkiem, który popełnił straszliwy błąd.
— Co ty, do kur…— próbował szepnąć drżącym głosem Aminek.
— Nie wypowiadaj imienia tej suki przy mojej osobie, Aminkowa Łapo — zaczął bez emocji, patrząc na niego z góry. Lustrował go szmaragdowymi, martwymi ślepiami. — Rozczarowujesz mnie. Popraw się — mówił twardo. Aminek, niegdyś tak samo zaciekły i groźny, przed Pierzastą Łapą kulił się jak zwykła mysz. — Idź do albinoski, nie powinna jeszcze się kłaść do spania. Powiedz, że to przez ciernie, o które się otarłeś w legowisku.
I Aminkowa Łapa czmychnął, zostawiając Pierzastą Łapę w samotności. Spojrzał na swoje szkarłatne pazury. Nie było nigdzie wody, więc postanowił je wyczyścić za pomocą trawy, a następnie kilkoma ruchami zakopać ślady przemocy za pomocą czarnej ziemi.
Bał się jak nigdy dotąd. Łapy przy każdym ruchu drżały, jakby były z galarety. Nie mógł złapać oddechu. Miał wrażenie, że zaraz zemdleje; obraz przed nim się co chwila rozmazywał i wyostrzał, doprowadzając kocurka do mdłości. Szedł w stronę legowiska uczniów tak, jakby ledwo co żył; był blady, miał tak szeroko otwarte oczy jakby zobaczył coś okropnego, a na dodatek po śmierci Strzępotka nieco schudł.
Drogę zagrodziła mu była więźniarka. Pierzasta Łapa westchnął i usiadł, dając łapom odpocząć. Spojrzał na Nieustraszonego Chomika i rzekł:
— Musimy pomówić. W cztery oczy. Za obozem — szepnął. — Warta nie wartuje, przejdziemy bez problemów i z niego wrócimy. Wyjaśnimy, że zabrałaś mnie na dodatkowy trening — szeptał jej do ucha. Wyglądał na nieźle wystraszonego, zdenerwowanego i zestresowanego.

<Chomik, proszę… nie zwlekajmy!>

Od Chomiczej Łapy (Nieustraszonego Chomika) do Paskudka (Pierzastej Łapy)

Nie ukrywała, że sama nabijała się z tego, że kociaki Kminkowego Szumu dostały srogą karę. Nawet ona za próbę morderstwa dostała lżejszą karę niż te bachory i Rudzikowe Skrzydełko, Chomik nie miała karnego obrzydliwego imienia jak te koty. Chyba naprawdę go wkurzyli na tym zgromadzeniu, przynajmniej dobrze, że to nie ona wkurzyła przywódcę. Podczas sprzątania obozu, poczuła piekielny smród żółci. Pochyliła się, a obok jej łapy akurat pojawił się jeden ze smrodów Kminka i to dosłownie, bo nie można by było wytrzymać.
– Ej ty! Jesteś Paskudek i Smrodek? Wszystko mi jedno, mógłbyś zwiększyć swój dystans? Jesteś tak wyczuwalny, że liście, które sprzątam, więdną od razu. Klanie Gwiazdy, za co karzesz tym smrodem? Jak on sam nie odsunie się od niej o parę kroków, to ona sama go wywali z obozu.
— Coooo!? A ty się lepiej nie odzywaj, stara prukwo! — krzyknął rozjuszony kociak. — Rybkowa Łapa mnie umyła! To pewnie smród Aminka! — wytłumaczył zdenerwowany. — Nie wiesz nawet, co mówisz! — Dodał, a na jego pysk wkroczył nikczemny, chytry uśmieszek. 
Dmuchnął w swoją grzywkę.
— Może dlatego jesteś tym więźniem… — Pysk Chomik zrobił się czerwony, jak ten bachor śmiał? Już mu pokaże!
– Ja dam ci za chwilę tak starą prukwę ptasi móżdżku, że będziesz Furgał po całym obozie! – Syknęła w stronę kocura, a jej ogon się ruszał dość dynamicznie.
– Oczywiście nie ja ci go dam… – Powiedziała ze złowieszczym uśmiechem. Niech się tylko Brzoza dowie, a życie nie będzie już mu miłe, wiedziała, że Brzoza miała twardą łapę do swoich pociech, więc to ona załatwi mu lanie.
– W końcu rodzice sami wiedzą, jak doprowadzić swoje pociechy do pionu, nie sądzisz? – Dzieciak nie będzie nią terroryzował, mały szczyl ujrzy swobodę jak świnia niebo, już ona o to zadba.
— Ej, Ej! — pisnął przerażony kociak. Najwyraźniej trafiła w sedno.
— Ty… ty lepiej pilnuj swoich dzieci! — burknął rudy.
— Bo… bo jednego już tu nie ma…! — dodał ciszej. Nie uśmiechał się. Cofnął się o kilkanaście kroków, obawiając się, że kotce może odbić. Popatrzyła na niego prosto, nie miał prawa używać Ciszy tylko po to, by ją osłabić.
– Nie muszę nikogo pilnować, umarł, bo tunele go zakopały. Ale życie wojowników to nie tylko droga usłana tęczą i ładnymi porankami, dlatego uczniowie są uczeni, by przetrwać najtrudniejsze warunki. Skoro więc nie umiał przetrwać tunelu, to oblał tę próbę. – Popatrzyła na niego ostrym wzrokiem. Cisza i tak był nikim dla niej porażką, spodziewała się, że nie przetrwa. Był niemy, a to była słabość, której nie można było usunąć z życia.
– Nic nie wiesz o mnie, zapchlony inspekcie, widać, do czego prowadzi bezstresowe wychowanie - właśnie dla takich wybryków natury. Które jedynie co robią, to kłapią dziobami, jakby myślały, że mają jakiekolwiek prawa.

***

Tragedia działa się za tragedią, ale to chyba był już dla niej dzień jak co dzień. Ponoć Gadożerowa Łapa otruł Strzępotkowy Kokon, za to białas twierdził, że to był Pierzasta Łapa. Szczerze nikomu nie wierzyła, akurat widziała jej ulubionego rudzielca, na którego widok już rzyga ekscytacją, oczywiście mowa tu o słynnym Pierzu. Postanowiła ona zaczepić kocura.
– Witaj Pierze, ponoć z tego, co słyszałam, wrabiają cię! – Pierzu chyba nie było do śmiechu, no cóż, nie jej problem.
– Czego chcesz starucho! – Parsknął jej w pysk, chciała już mu coś powiedzieć, ale przypomniała sobie, że musi bardziej uważać, bo dopiero co odzyskała rangę.
– Pogadać, bo raczej nie możesz mi tego zabronić, zwłaszcza z tego, co wiem, to musisz czuć się osamotniony bez rodziców. – Słyszała o mniemanej ucieczce Kminkowego Szumu z jego samotniczką. Ich ucieczka była korzystna dla niej tylko dlatego, że wzięli tego przeklętego Zawilca, ciekawe czy Pierze też za nim tęsknił?

<Pierzasta Łapo?>

18 kwietnia 2026

Od Mirtowego Lśnienia (Lśniącej Gwiazdy)

Jego bursztynowe oczy, połyskujące niepokojącym blaskiem odbitego światła gwiazd, wędrowały niespokojnie po terytoriach Klanu Klifu — po ciągnących się bez końca polach, które noc przemieniała w falujące morze cieni, oraz po splamionych mrokiem koronach drzew. Powietrze było chłodne, przesycone zapachem wilgoci i starej ziemi, a każdy podmuch wiatru zdawał się nieść ze sobą echo dawnych wydarzeń, których ciężar nie opuścił jeszcze tego miejsca.
Czuł się dziwnie błogo — i to właśnie to uczucie było najbardziej niepokojące. Gdy jego spojrzenie, niemal mimowolnie, powędrowało ku miejscu, w którym doszło do śmierci Jaskółki. Cały ten wyścig szczurów, całe to zmęczenie, stres i niedowierzanie, które przez tak długi czas towarzyszyły mu niczym cień, w końcu rozwiały się jak mgła pod wpływem porannego słońca. Wygrał. Dopiął swego. Był liderem. Spełnił swoją misję, dopełnił przeznaczenia. A jednak nie mógł powstrzymać poczucia, że przed nim rysuje się nowe zadanie, nawet, jeśli nie mógł do końca określić, na czym będzie ono dokładnie polegać.
— Jak myślisz, kto da ci życia? — Ciszę rozdarł nagle melodyjny, a zarazem niepokojąco delikatny głos Jagnięcego Ukłonu.
Mirtowe Lśnienie drgnął niemal niezauważalnie, jakby wyrwany z transu, po czym uniósł głowę ku niebu, gdzie tysiące gwiazd lśniły chłodnym, odległym blaskiem.
— Wiesz… — zaczął powoli, a jego głos, choć spokojny, zdradzał cień napięcia, które pulsowało gdzieś pod powierzchnią — jeśli mam być szczery, to mam pewne domysły, lecz Klan Gwiazdy z pewnością ujawni przede mną właściwe koty. — Na jego pysku pojawił się lekki uśmiech. — Mam nadzieję, że będę równie wspaniałym przywódcą, co Liściasta oraz Judaszowcowa Gwiazda.
“Będę. Na pewno będę. Będę lepszy, przerosnę każdego z nich, nie tylko tych, którzy odeszli, ale też tych, którzy wciąż tu stoją” — przez jego głowę przeszła złowieszcza, aczkolwiek dziwnie wyrazista myśl.
Jasnoruda kotka odwzajemniła jego uśmiech.
— Z pewnością będziesz, Mirtowe Lśnienie — odparła miękko.
Zatrzymali się jednocześnie, jakby niewidzialna siła nakazała im stanąć, gdy przed nimi wyłoniło się wejście do tunelu — czarna szczelina w ziemi, ziejąca chłodem i ciszą tak głęboką, że aż nienaturalną. Z jej wnętrza wydobywał się ciężki zapach wilgoci oraz starej, przesiąkniętej czasem ziemi, który wbijał się w nozdrza i osiadał gdzieś głęboko w płucach, wywołując nieprzyjemne, duszące uczucie.
Mirtowe Lśnienie bez chwili zawahania wkroczył do tunelu.
Jagnięcy Ukłon wyprzedziła go niemal natychmiast, poruszając się pewnie w półmroku, który z każdą chwilą zdawał się gęstnieć.
— Postaraj się iść blisko mnie, dobrze?
Mirtowe Lśnienie skinął krótko głową, a gest ten, choć prosty, był precyzyjny i opanowany, jak wszystko, co robił.
— Oczywiście — odpowiedział łagodnie, pozwalając, by jego ton był ciepły, niemal uspokajający, jakby to on był tym, który prowadzi przez mrok, a nie jedynie podąża cudzym śladem.
Tunel zdawał się wydłużać, jakby igrał z ich percepcją, a powietrze stawało się coraz cięższe, przesycone zapachem wilgoci, starej ziemi i czegoś jeszcze — czegoś trudnego do uchwycenia, co przypominało odległe echo dawnych obecności, które nigdy nie opuściły tego miejsca.
W końcu jednak przestrzeń przed nimi otworzyła się, ustępując miejsca komorze, w której znajdowała się sadzawka.
Mirtowe Lśnienie podszedł powoli, wyprostowany. Z jego oczu bił chłód, zmieszany z wyraźnym zaintrygowaniem, które nie wynikało z czci, lecz z potrzeby zrozumienia mechanizmu tego miejsca, tej ceremonii, tej siły.
Pochylił się i napił świętej wody, której lodowaty smak przeszył go na wskroś, jakby nie była ona zwykłą wodą, lecz czymś, co przenika ciało i umysł jednocześnie, otwierając drzwi, które powinny pozostać zamknięte.
Następnie ułożył się na ziemi, spokojnie, bez zbędnego ruchu, jak ktoś, kto oddaje się snu nie z konieczności, lecz z pełną świadomością jego konsekwencji.
I zasnął.
Ciemność, która go otoczyła, nie była pustką, lecz gęstą, niemal lepką obecnością, w której czas zdawał się tracić znaczenie, aż w końcu zaczęła się rozrzedzać, ustępując miejsca bladym kształtom, które powoli nabierały formy.
Pierwszy duch wyłonił się bezszelestnie: Półślepy Świstak.
Rozpoznał ją natychmiast, choć jej sylwetka była jednocześnie znajoma i odległa, jak wspomnienie, które zostało zbyt wiele razy przywołane, by pozostać nienaruszone.
— Z tym życiem daję ci dobroć — przemówiła, a jej głos nie tyle zabrzmiał, co przeniknął jego świadomość, osiadając w niej niczym echo. — Pamiętaj, by okazywać wsparcie tym, którzy cię potrzebują, opiekować się tymi, którzy dawniej się tobą opiekowali oraz dbać o tych, którym na tobie zależy.
Słuchał uważnie, jego spojrzenie było skupione, niemal miękkie, a postawa pełna szacunku — dokładnie taka, jakiej oczekiwałaby od niego.
Gdy dotknęła jego czoła, impuls przeszył jego ciało, gwałtowny i palący, lecz on przyjął go bez sprzeciwu, bez drgnięcia, jakby ból był jedynie kolejnym elementem, który należało zaakceptować.
Kolejne duchy pojawiały się jeden po drugim, a każde z nich przynosiło nowe życie, nowe słowa, nowe zasady, które wypowiadane były z powagą i wiarą, podczas gdy on słuchał, przyjmując je wszystkie z tą samą spokojną uwagą, nie odrzucając żadnego, lecz jednocześnie nie pozwalając, by któreś z nich naprawdę do niego dotarło.
Odwaga. Lojalność. Wytrwałość. Każde z nich miało swoje miejsce. Każde mogło zostać użyte.
W końcu pojawił się ostatni duch.
Judaszowcowa Gwiazda.
Jego obecność była silniejsza, bardziej stabilna, jakby sama przestrzeń podporządkowywała się jego woli.
— Witam cię twoim nowym imieniem, Lśniąca Gwiazdo — przemówił, a jego głos wypełnił przestrzeń, nie pozostawiając miejsca na wątpliwości. — Twoje dawne życie jest już nieistotne.
Mirtowe Lśnienie — nie, Lśniąca Gwiazda — uniósł lekko głowę, a jego oczy, choć spokojne, były uważne, chłodne, analizujące.
Nieistotne.
Słowo to nie zraniło go.
Wręcz przeciwnie — uporządkowało wszystko. Jego przeszłość, to, w jaki sposób pozyskał władzę, to wszystko co poświęcił i zrobił, więzy, jakie zerwał, życie, jakie odebrał — to nie miało już znaczenia. Przeszłość nie miała już znaczenia. Liczyło się tylko to, co nadejdzie.
— Otrzymałeś dziewięć żyć lidera, a Klan Gwiazdy oddaje ci w opiekę Klan Klifu. Broń go dobrze; opiekuj się starszymi i kociętami; szanuj swych przodków i tradycję kodeksu wojownika; żyj każdym życiem z dumą i godnością!
Skinął głową, powoli, z należytą powagą, a jego odpowiedź była spokojna, wyważona i — na pierwszy rzut oka — całkowicie szczera.
— Uczynię wszystko, co w mojej mocy.
I była to prawda.
Ponieważ jego „wszystko” nie miało granic wyznaczonych przez moralność, której inni kurczowo się trzymali…
Gdy wizja zaczęła się rozpadać, a światło gasło, poczuł, jak coś przyciąga go z powrotem, ku ciężarowi ciała i chłodowi kamienia, aż w końcu otworzył oczy.
Strząsnął z siebie resztki snu jednym, niemal niedostrzegalnym ruchem, po czym skierował ku niej spojrzenie — ciepłe, spokojne, niosące w sobie wdzięczność, której nauczył się używać z taką łatwością.
— Wracajmy — odezwał się łagodnie, a jego głos był stabilny, pozbawiony śladu zmęczenia czy wahania. — Pora wyznaczyć mojego zastępcę.

W obozowisku…

Zapachy kotów mieszały się ze sobą, a powietrze drgało od szeptów, napięcia i oczekiwania, które narastało z każdą chwilą. Wieść o jego powrocie rozeszła się szybko, jak ogień po suchym poszyciu, przyciągając spojrzenia wszystkich — młodych, starych, wojowników i uczniów — które teraz spoczywały na nim z mieszaniną nadziei, ciekawości i bezgranicznego zaufania.
Zaufania, które było tak łatwe do ukształtowania.
Spojrzał na zgromadzonych. Na ich twarze, ich oczy. Każdy z nich był inny. Lecz nie każdy z nich był użyteczny.
— Klanie Klifu — zaczął, a jego głos, choć nie podniesiony, niósł się wyraźnie, docierając do każdego zakątka obozu, oplatając słuchaczy spokojem i pewnością, której tak bardzo potrzebowali. — Nasza przyszłość nie jest czymś, co po prostu nadejdzie. To coś, co musimy zbudować… wspólnie.
Zrobił krótką pauzę, pozwalając, by jego słowa osiadły w ich umysłach.
— Klan Klifu powinien rozrastać się, piąć się ku górze, aż w końcu dosięgnie gwiazd — kontynuował, a w jego tonie pojawiła się nuta wizji, która łatwo mogła porwać tych, którzy jej pragnęli. — Jednak by tak się stało, potrzebuję kogoś, kto mnie wesprze… kogoś, kto nie tylko rozumie tę drogę, ale jest gotów nią podążać bez wahania.
Jego spojrzenie przesunęło się powoli po zgromadzonych, zatrzymując się na wybranej sylwetce, choć dla większości wyglądało to jak naturalny, niemal przypadkowy gest.
W rzeczywistości nie było w nim nic przypadkowego.
— I tym kimś będzie Truskawkowe Pole.
W obozie zapadła cisza, krótką szybko przecięły jednak reakcje — krzyk, radość, cokolwiek to było, właściwie nie miało dla niego większego znaczenia. Truskawka była idealną zastępczynią, nawet lepszą, niż Pchełka — bo nie tylko była w niego wpatrzona jak w obrazek, ale też zdawała się dużo twardsza, w odróżnieniu od szylkretowej ciamajdy.

Od Oszronionego Kła Do Aldrowandowej Łapy

Niedawno po zakończeniu mewiego terroru, przed morderstwem Jaskółki

Jej dziadek zginął. O dziwo, nie jak tchórz, skulony i słaby w ciemnym, chłodnym legowisku, ale jako bohater, który poprowadził swój klan przeciwko ptaszyskom, które nawiedzały ich od wielu, wielu księżyców. Ten konflikt ciągnął się znacznie dłużej niż życie Szronki, co tylko wzmacniało pewien rodzaj… szacunku do Judaszowca, którego nigdy wcześniej aż tak głęboko nie czuła. Nie można się było dziwić, że wcześniej nie miała co do niego zbyt wielkiej sympatii; kiedy urodziła się, był już stary, nieco niedołężny, a na pewno nie emanowała od niego taka aura władzy, jaką można sobie wyobrażać po wielkim, szanowanym, a co niby najważniejsze, zesłanym przez sam Klan Gwiazdy liderze. Dlatego też od maleńkości o wiele bardziej wpatrzona była w postać babki, która zasiadała u boku (a raczej pod mównicą) posiwałego Judaszowca. Była elegancka, stoicka, a jednocześnie sprawcza i faktycznie zajmowała się klanem; nie tylko wypełzała z legowiska, kiedy trzeba było odprawić jakiegoś kota ze żłobka do grupy uczniów lub ogłosić, że ktoś ukończył trening i od teraz będzie pełnoprawnym wojownikiem. To ona żyła wśród Klifiaków, to ona wybierała koty, które miały patrolować granice, zapewne ona podsuwała Judaszowcowi koty, które powinny zostać mentorami. Przed bitwą z ptakami nie miała najmniejszego powodu, aby faktycznie szanować pomarańczowookiego; zwłaszcza że nie czuła szczególnie silnych zobowiązań, które nosiłyby ze sobą więzy krwi (lol ciekawe dlaczego). No, ale teraz w końcu mogła uśmiechnąć się nieco w myślach, kiedy myślała, że ten martwy już kocur jest jej dziadkiem. Czuła nawet niewielkie pokłady dumy z tego. Zwłaszcza że jej wzór do naśladowania akurat przebywał w lecznicy i za wszelką cenę próbował się z niej wyrwać, kiedy tylko medyczka lub jej uczennica nie patrzyły. Albo i nawet na to nie czekała; do żadnej z kotek nie miała ani jednej kropelki szacunku. A to sprawiło, że podobnie czuła jej wnuczka. 
Może nie pałała do nich tak… prymitywną i widoczną formą niechęci i wrogości, co kremowa, ale sposób, w jaki zdawała się odzywać do Jagnięcego Kroku, był przepełniony poczuciem wyższości i ignorancji. Dla Szron jedyne, w czym starsza była dobra, to wyciąganie kleszczy i przeżuwanie ziół. A o Aldrowandowej Łapie nie mogła powiedzieć nawet tego. Początkowo starała się udawać, że szylkretka nie istnieje, że nie jest dla niej bardziej ważna niż kawałek mchu, który nieca ci zawadza w legowisku medyka, kiedy zostałeś zmuszony do zażycia gorzkiego kwiatu. Nie przesuwała się, kiedy ich drogi się spotykały przy wejściu do obozu. Nie przepraszała, kiedy wchodziła jej w zdanie, czy musiała porozmawiać z kimś, z kim akurat przebywała ta przybłęda. Nie zmuszała się do miłego tonu, do sympatycznych uśmiechów i uprzejmych zwrotów, kiedy musiała już wymienić z nią kilka słów. No i w końcu została ukarana za to… nieprzyjemne zachowanie. 
Słyszała, że uczennica medyczki, ta niewdzięczna przybłęda, wygaduje głupoty za jej plecami. Najpierw były same pogłoski. Ktoś, nie pamięta już kto, powiedział jej, że słyszał, jak owa kotka rozmawia z jakimś innym terminatorem właśnie o niej, a potem to samo miało dziać się w jaskini obozowej. I o ile Oszroniony Kieł zazwyczaj puszczała takie rzeczy koło ogona; niekoniecznie interesowało ją, co inni myślą o niej, zwłaszcza że była niezwykle dumna ze wszystkiego, do czego udało jej się dojść w tak młodym wieku, ale nie kiedy owe słowa wypełzały z pyska tak… niskiej w jej oczach istoty. 
Postanowiła się z tym rozprawić; od razu, bez skrupułów czy owijania w czyściec. Wykorzysta fakt, że jej język był niemal tak samo ostry jak jej obnażone kły. W lecznicy nie było nikogo, kto ją zainteresował, więc postanowiła poszukać terminatorki gdzieś w innych zakątkach obozu. Nie było to trudne, gdyż od razu ujrzała jej zdradziecki, parzywy pyszczek, który otwierał się i zamykał, wypuszczając te śliskie słowa, które płynęły w stronę Tygrysiej Łapy. Podeszła do nich, ogon miała wysoko uniesiony, pierś wypiętą, a oczy tak lodowate, że kocurek niemal nie nastroszył się, kiedy ją ujrzał.
— Tygryszia Łapo, idź zajmij szie czymsz innym — poleciła, a ucho szylkreta nieco zadrgało. 
— Kto dał ci prawo do rozkazywania mojemu bratu? Nie słyszała, aby Pikująca Jaskółka zamieniła Mysi Postrach na ciebie w roli zastępcy — obroniła go siostra. Pointka podniosła brew. Czyżby faktycznie jej odpyskowała. 
— Jeśli chcecie porozmawiać, to ja mogę sobie pójść, nie mam z tym problemu — powiedział Tygrysek, nie biorąc do siebie ani krzty urazy. 
— Tak, idź — powtórzyła Szron. Aldrowanda już chciała coś powiedzieć, ale jej brat od razu gdzieś zniknął. Najpewniej w okolice stosu ze zwierzyną. Przez moment kotki wpatrywały się w siebie. Chociaż miały niemal tyle samo księżyców; mieszkały wspólnie w żłobku przez jakiś czas, tak niebieskooka starała się z całych sił postawić siebie na piedestale, na znacznie wyższej pozycji. Wyprostowała się jeszcze bardziej.
— Czego chcesz? — Głos przyszłej medyczki przerwał ciszę.
— Jeszli masz mi cosz do powiedzenia, to może powiesz mi to proszto w pyszk, co? Nie uważasz, że to lepsza opcja niż strzępić język na lewo i prawo i rozpowiadanie niesztworzonych historyjek? Zuchwałe zachowanie jak na kogosz, kogo przynieszono do obozu z jakiejsz gnijącej dziury. 

<Aldro?>