BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

22 sierpnia 2026

Od Migoczącej Łapy CD. Lśniącej Gwiazdy

*Wszystko dzieje się chwilę po wybraniu nowego zastępcy, wygnaniu Gąsienicowego Ogryzka i ogłoszeniu nowej pozycji w Klanie Klifu*

Jaśniejące Skrzydła. Te dwa słowa siedziały w głowie Migoczącej Łapy, odkąd Lśniąca Gwiazda wypowiedział je na zebraniu klanu.
Psotny Nietoperz, Postrzępiony Mróz, Wzorzysta Dal, Skrzydlata Pogoń, Różeńcowe Serce. To były koty, które zostały nagrodzone tą nową rangą. To one zostały wyróżnione przez Lśniącą Gwiazdę, pochwalone przed całym klanem i postawione jako wzór do naśladowania dla innych.
Jaśniejące Skrzydła to grupa, do której Migot chciał w przyszłości należeć. Przecież co było ważniejsze od takiej pochwały? Od takiego zaszczytu! Ważniejsze nie było nic. Zwłaszcza dla kogoś, kto marzy o zostaniu najlepszym wojownikiem. A dojście do tego celu było ściśle związane z przynależnością do Jaśniejących Skrzydeł.
Z uniesioną głową stawiał łapy tuż obok Lśniącej Gwiazdy. Starał się wyglądać poważnie, mimo rozsadzających go od środka emocji. Nie mógł przecież skakać i się cieszyć jak małe kocię! Musiał zachowywać się tak, jak na dobrego ucznia przystało. Zwłaszcza przy Lśniącej Gwieździe, na którego opinii bardzo mu zależało. Nie tylko przez fakt jego rangi, choć to był główny powód, ale również fakt, że kocur był jego ojcem i mentorem. Migot zwyczajnie nie mógł nic zawalić przy osobie, która pełniła trzy tak ważne funkcje w jego życiu.
– Myślałem nad tym, jaką umiejętność powinieneś dziś poznać – odezwał się nagle lider. – Rozważałem tropienie, walkę, a nawet kilka rzeczy, których większość mentorów nie pokazuje swoim uczniom aż do późniejszych księżyców – wymieniał, a Migocząca Łapa wpatrywał się w niego, z jeszcze większym podekscytowaniem. – Doszedłem jednak do wniosku, że nie chciałbym podejmować tej decyzji za ciebie – powiedział, a jego wzrok wylądował na uczniu, który był nazbyt przejęty, by przestać wpatrywać się w ojca ze szczerym niedowierzaniem. – Powiedz mi więc... czego sam chciałbyś się nauczyć? Co uważasz za umiejętność, która najbardziej przyda ci się jako przyszłemu wojownikowi? – zapytał ciepło Lśniąca Gwiazda, sprawiając wrażenie zwyczajnie zaciekawionego decyzją ucznia, który to dalej w głowie przetwarzał wszystkie wypowiedziane przez mentora słowa, jakby wcześniej nie zrozumiał ich znaczenia i musiał się na spokojnie upewnić. Ale w rzeczywistości tak nie było. Migot zrozumiał wszystko. Wiedział, co odpowiedzieć. Był tylko w zbyt wielkim szoku, żeby ubrać swoje myśli w słowa. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że Lśniąca Gwiazda będzie chciał usłyszeć, czego on chciałby się nauczyć w pierwszej kolejności. Ba, nigdy nie przyszło mu do głowy, że mentor będzie myśleć o nauczeniu go umiejętności, których uczniom pokazuje się dopiero w późniejszej fazie szkolenia! Uśmiech szybko wtargnął na pysk Migotu. Przecież Lśniąca Gwiazda nie mówił tych rzeczy tak po prostu! One musiały mieć jakieś głębsze znaczenie.
Ta chwila zdumienia dla Migoczącej Łapy trwała wieczność. W rzeczywistości jednak zaledwie kilka uderzeń serca, po których przyszła stanowcza odpowiedź:
– Walka – oznajmił Migot. – Przecież żaden wojownik bez tego sobie nie poradzi. To taka podstawa – dodał jeszcze, ze zniecierpliwością czekając na odpowiedź rudego kocura. Ten posłał mu delikatny uśmiech, a następnie odwrócił głowę w stronę ścieżki.
– Dobrze więc.
Te słowa sprawiły, że w oczach ucznia pojawiły się dwa światełka. Na tle jego niebieskich oczu wyglądały one trochę jak gwiazdy. Dwie, migoczące gwiazdy, dające nadzieję, mimo ich bliskiego końca.
 
***
 
Przez cały ranek Migocząca Łapa aż buzował od kłębiących się w nim emocji. Był podekstytowany treningiem, na którym miał pierwszy raz uczyć się walki. Marzył o tym przeciaż od małego! Teraz mógł to marzenie spełnić, a znając jego umiejętności, nie będzie to dla niego większym problemem. Tak przynajmniej twierdził niebieski. A przekonanie to towarzyszyło mu cały czas. Nawet podczas drogi na trening. Nawet po teorii przekazanej mu przez Lśniącą Gwiazdę. Nawet gdy lider zademonstrował mu kilka początkowych pozycji. Nawet gdy...
– Musisz inaczej ułożyć łapy, tułów trochę wyżej – polecił Lśniąca Gwiazda. Migot przeniósł wzrok na swoje łapy. W którą stronę miał je ustawić?
– Migocząca Łapo spójrz jeszcze raz. Spojrzał. Wszystko wydawało mu się jasne, do póki nie dochodziło do praktyki. Dlaczego nie mógł odpowiednio ułożyć tych łap?
– W ten sposób – powiedział w końcu mentor, lekko przesuwając łapę ucznia, by znalazła się w odpowiednim miejscu. – Ustawienie łap jest ważne. Nie tylko pozwala ci zachować równowagę, ale również umożliwia ci szybką ucieczkę, jeśli wymaga tego sytuacja – wyjaśnił rudy, na co Migot szybko kiwnął głową. Musiał to zapamiętać. Nie mógł przecież popełniać tak banalnych błędów!
Lśniąca Gwiazda tłumaczył dalej, precyzyjnie pokazując wymagane techniki. Migocząca Łapa słuchał wszystkiego, starając się zapamiętać każdy szczegół, jednak przez plątaninę myśli, wydawało mu się to trudniejsze niż zazwyczaj. Nie mógł przecież już tak zawalić na pierwszym treningu z walki! Musiał się skupić. Nie mógł nikogo zawieść.
 
***
 
Wrócił do obozu bardziej przybity, niż z niego wychodził. Całe szczęście, towarzyszące mu o poranku, jakby wyparowało po powrocie z treningu.
Gdy tylko pożegnał się ze swoim mentorem, ruszył w stronę legowiska uczniów. Nie czuł się najlepiej. Czuł się... Słaby? A to wszystko przez ten trening! Pierwszy raz szło mu tak źle. Miał wrażenie, że nie opanował wszystkiego, co powinien po tym szkoleniu. Ale dlaczego? Przecież zawsze wszystko rozumiał! Chłonął wiedzę jak gąbka. Nie było rzeczy, która sprawiała mu większego problemu! Dlatego gdy błędów podczas jednego treningu popełnił tak wiele, coś w nim pękło. Miał być najlepszym wojownikiem. A walka była podstawą dla takich. Dlaczego więc załapanie najprostszych jej podstaw było takim problemem?
Zwinął się w kulkę na swoim posłaniu. Ogon drgał mu nerwowo, jednak nie zwracał na to uwagi. Na nic nie chciał zwracać uwagi. Chciał przestać się przejmować, jednak z jakiegoś powodu jego mózg dalej odgrywał najgorsze scenariusze.
Prychnął cicho i schował głowę między łapy. Następnym razem musiał się bardziej postarać.
– Wszystko dobrze Migocząca Łapo? – usłyszał nagle głos Jajecznej Łapy. Nawet nie słyszał jak do niego podeszła.
Szybko podniósł głowę. Dlaczego ta przybłęda musiała się do wszystkiego przyczepić? Chciała się ponabijać czy jak?
– Co cię to obchodzi? – zapytał ostro Migot, po chwili odwracając się w stronę kotki.
– Wyglądałeś na smutnego...
– Może według ciebie! – przerwał jej. – Nie wsadzaj łap w nie swoje sprawy, co? Nie potrzebuję pomocy, czy porad od jakiejś przybłędy! – syknął, gniewnie machając ogonem. Jak on miał dosyć takich kotów! Niestety co drugi uczeń w Klanie Klifu był cichą myszką bez perspektyw. I oni wszyscy mieli zostać wojownikami... Żarty jakieś! – A teraz zrób mi przysługę i wypad! Nie chcę dzielić przestrzeni z kimś takim jak ty!
– Hej, weź ją zostaw! – usłyszał nagle czyiś głos. Może jednak w Klanie Klifu był ktoś, kto potrafił się odezwać...
– Czyżby przyszła twoja wybawicielka? – zaśmiał się Migot i spojrzał na Kurzą Łapę, która stała w wejściu do legowiska. – Uczę twoją siostrzyczkę, by nie mieszała się w nie swoje sprawy.
– Naukę pozostaw komuś innemu. Widać, że sam jej potrzebujesz! – syknęła Kurza Łapa.
– Ja? Spójrz lepiej na siebie! Od wieków uczennica... Aż żal patrzeć!
– Zobaczymy jak ty skończysz mysi móżdżku. Przecież ledwo wyszedłeś ze żłobka! Naprawdę myślisz, że już zaraz zostaniesz mianowany? – zapytała kotka z nutą ironii w głosie. Niebieski nieco speszony położył po sobie uszy.
– Na pewno szybciej od ciebie! – warknął, chcąc jak najszybciej zamazać przypadkowe okazanie swojej słabości.
– Zobaczymy – odparła z uśmiechem Kurza Łapa, po chwili przenosząc wzrok na swoją siostrę. – Jajeczna Łapo chodź. Lepiej zostaw królewicza w spokoju.
Migocząca Łapa już bez słowa obserwował jak obie kotki opuszczają legowisko, a gdy tylko wyszły, ten rzucił się na swoje posłanie, chcąc tym bardziej zapaść się pod ziemię. Jak on mógł pozwolić sobie na takie traktowanie?
Z dalej kipiącej w nim złości wbił pazury w swoje legowisko. Co za fatalny dzień.
 
***
 
Stawiał łapy tuż za Lśniącą Gwiazdą. Tym razem Migocząca Łapa nie wyglądał na tak entuzjastycznie nastawionego. Wiedział, że żeby opanować nowe umiejętności musiał się skupić - nie tak jak ostatnio. Podczas tego treningu wszystko miało pójść lepiej niż poprzednio.

<Lśniąca Gwiazdo?>
[1226 słów]

Od Wąsatkowego Ruczaju CD. Wilczego Skowytu

— Ach… Wąsatko, może pójdziemy na spacer i coś by ci się przypomniało? Warto chyba spróbować… racja? — zapytał, zmieszany czekając, aż ta mu odpowie.
Wąsatka, pogrążona w myślach, nie zdążyła jeszcze nic odpowiedzieć, więc Wilczy Skowyt lekko znowu ją poklepał po barku.
— Halo! Ziemia do Wąsatkowego Ruczaju! — mruknął głośniej, a kotka ocknęła się z zamyślenia.
To wszystko działo się tak szybko. Ledwo mogła przetrawić to, co wydarzyło się wczoraj! Ciężko jej było uwierzyć w to, że cały czas kleiła się do Pustułkowego Szponu, podczas gdy jej prawdziwy ojciec był tuż obok. Czy reszta Wilczaków o tym wiedziała? Czy przez cały czas mieli świadomość tego, że Wąsatka uważała nie tego kota za ojca? Może nie mówili o tym dla jej własnego dobra? W końcu Wąsatkowy Ruczaj wiedziała, jaką reputację ma w Klanie Wilczy Skowyt. To znaczy… gorszą od Pustułkowego Szponu, który był przecież zastępcą! O Wilczku mówiło się tylko tyle, że często przebywał z Brukselkową Zadrą, która natomiast była uważana za zdrajczynię. Czy więc jeśli Wąsatka zacznie się teraz integrować ze swoim ojcem, nie spadnie jej reputacja?
— No… dzisiaj nie mogę — odparła po chwili, posyłając swojemu ojcu sztuczny uśmiech.
Ten otworzył szerzej oczy, rozdziawiając pysk w zdziwieniu.
— Co? Jak to nie możesz? — zapytał, a jego mina stała się zgorzkniała. — Co takiego ważnego masz do zrobienia, żeby nie móc iść się spotkać z zaginioną rodziną? Mewa i Kobczyk bardzo za tobą tęsknią, Wąsatko… — mruknął, pociągając smutno nosem.
Wojowniczce udzielił się jego humor i od razu poczuła żal w sercu. To prawda… nie widziała swojego brata już od wielu księżyców, a dawniej byli przecież tak blisko! Może naprawdę powinna się przejść z Wilczkiem? Co złego mogłoby się stać?
Nie… nie. Musiała pozostać nieugięta. Nie chciała w końcu, by ktoś oskarżył ją o utrzymywanie kontaktu z kotami, które wierzą w Klan Gwiazdy! Przynajmniej taka plotka chodziła wśród kotów, że Brukselka i jej bliscy praktykują inną wiarę niż większość Wilczaków.
— No… nie mogę — westchnęła, odwracając pysk od czekoladowego wojownika. — Ale… powie mi Pan… czy to prawda, że wierzy Pan w Klan Gwiazdy? — spytała po chwili, wracając wzrokiem do Wilczka.
— Oczywiście? Nie chciałbym wierzyć w Mroczną Puszczę… Tam trafiają koty, które były złe… Nie chciałbym czcić złych kotów. Skąd w ogóle to pytanie? Ktoś ci wmówił, że powinnaś była wierzyć w coś innego? — Wilczy Skowyt machnął nerwowo ogonem, cały czas wpatrując się w swoją córkę.
Wąsatka poczuła zniesmaczenie. Więc jej pobratymcy mieli rację. Czy w takim razie powinna zadawać się ze swoim ojcem? Przecież była wychowana w wierze w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd. Uważała tę wiarę za słuszną. Zawsze jej mówili, że to Klan Gwiazdy jest tym złym, więc czemu miałoby być inaczej?
— Proszę Pana… Nie mogę z Panem rozmawiać. Pustułkowy Szpo- — urwała.
Tak właściwie wierzyła w Mroczną Puszczę tylko dlatego, że jej przybrany ojciec o to dbał. To on wprowadził ją w tę mroczną część Klanu Wilka. Wyjaśniał jej, kogo powinna szanować, a kogo nie. I tak żyła według tych zasad. Może nie powinna była? Może przez ten cały czas Pustułkowy Szpon się mylił? Albo ją okłamywał? Tak, jak okłamywał ją na temat tego, że jest jej ojcem.
— Chociaż… Może nic się nie stanie, jeśli raz mnie zobaczą, jak wychodzę z Panem poza obóz — zaczęła się zastanawiać, przeczesując futerko na brodzie swoimi pazurami.
— Ale… Co z Pustułkowym Szponem? Nie dokończyłaś… Dlaczego powiedziałaś, że nie możesz ze mną rozmawiać? Co ci ten drań nagadał. Och, Wąsatko, tak bardzo chcę iść z tobą do rodziny. Do twojej prawdziwej rodziny, ale wytłumacz mi, proszę, o co chodzi z Pustułkowym Szponem. — Wbił pazury w ziemię.
Czarno-biała pokręciła głową. Słyszała już o tym, co wydarzyło się wcześniej. Podobno Wilczy Skowyt pobił się z Pustułkowym Szponem! Wąsatka nie wiedziała, czemu ta dwójka kocurów tak bardzo skakała sobie do gardeł. Czy to wszystko przez nią?
— O nic. Niech go Pan nie zaczepia, bo narobi Pan sobie problemów… — odparła, nerwowo ugniatając ziemię łapami. — To mój przybrany tata, przecież… Uratował mnie, gdy byłam mała i mnie wychowywał. Ot co! — wyjaśniła po chwili.
Czy Wilczy Skowyt nie powinien się cieszyć i lubić Pustułka? Przecież gdyby nie on, Wąsatka najpewniej utonęłaby już jako kociak.
— Uważam, że powinien być mu Pan wdzięczny. Jeśli naprawdę jest Pan moim ojcem, to powinien Pan się cieszyć, że mimo waszego niedopilnowania udało mi się przeżyć dzięki Pustułkowemu Szponowi — stwierdziła.
— Nie… Nie… To ty za mną poszłaś, nie miałem pojęcia, że nawet za mną idziesz! To nie było niedopilnowanie tylko twoja głupota. Matka ci powtarzała! Opuszczać samej nory ci nie było wolno, a ty zrobiłaś swoje. Nie będę skakać z radości przez… Niego! Nie cierpię go!
Wąsatkowy Ruczaj oburzyła się na słowa czekoladowego kocura.
— To obowiązek rodziców, żeby zajmować się kociakiem! — syknęła, smagając powietrze ogonem. — Nie próbuj zwalać winy na mnie, skoro miałam wtedy jakieś cztery księżyce! To wy byliście nieuważni i się mną nie zajęliście! — złościła się dalej, czując, jak włos jeży jej się na karku. — Trzeba było nie zdradzać klanu, proszę Pana! Jeśli jest Pan moim ojcem, to oznacza, że wbrew kodeksowi spiknął się Pan z samotniczką! Gdyby nie to, że odwiedzał nas Pan raz na jakiś czas, to nie czułabym potrzeby, by dowiedzieć się, dokąd Pan tak znika! W końcu czy rodzina nie jest dla Pana najważniejsza?
— Tak, jest najważniejsza! Oczywiście, ale najwidoczniej dla ciebie jest chyba ważniejsze to, co powie ten święcie mądry zastępca! Jakbym mógł wybrać, to bym nie zdradził klanu, gdybym wiedział, że trafi mi się akurat taka córka jak ty! — syknął i przednimi pazurami podrapał z całej siły ziemię i piach. — I znikałem dla waszego dobra! Gdyby nie ja to nikt z was nie miałby co jeść. Proszę bardzo, idź! Wracaj do swojego tatusia!
Wojowniczka była w szoku. Wilczy Skowyt zachowywał się nie lepiej niż naburmuszony kociak. Może Pustułkowy Szpon miał rację? Może koty, które wierzyły w Klan Gwiazdy, były chore na głowę? Czuła, że powinna go przeprosić za to, jak się zachowywała. Z tą kłótnią zdała sobie sprawę, że nie chciałaby mieć innego ojca niż on. Nawet jeśli ją oszukiwał, to najwyraźniej robił to dla dobra Wąsatki, by nie musiała rozmawiać z tym stukniętym kotem.
— Jest Pan psychiczny! Niech się Pan nawet nie próbuje nazywać moim ojcem, bo to dla mnie obraza! — splunęła, marszcząc nos. — Pustułkowy Szpon jest święcie mądrym zastępcą, a żeby Pan wiedział! Próbował mnie przez ten cały czas uratować przed Panem! Szkoda, że podczas gdy wczoraj się kłóciliście, mój tata nie wyrwał Panu języka, żeby Pan nie wygadywał takich głupot! — rzuciła w emocjach.
— Ale Wąsatko! — Czekoladowy uspokoił się i całe nerwy z niego zeszły, gdy znowu usłyszał głos swojej córki. — Przepraszam, po prostu za dużo się dzieje… Nagle się dowiaduję, że tak naprawdę cały czas razem żyliśmy, a Pustułkowy Szpon powiedział, że jestem okropnym ojcem. Może ma rację? Ale cały ten czas ja i twoja matka… My cię szukaliśmy i… Wpadnij może kiedyś do niej, ucieszy się na twój widok — Uśmiechnął się lekko.
Czarno-biała nie mogła się uspokoić tak szybko, jak cętkowany. Przed chwilą jeszcze ją obrażał, a teraz nagle zmienił taktykę? Był naprawdę dziwnym kotem. Dziwniejszym od samej Wąsatki! Ona na miejscu Pustułka też by go zaatakowała i nawet by się nie wahała.
— Tak mnie Pan szukał, a nawet Pan nie wiedział, że przez cały ten czas żyłam w tym samym klanie! Czy Pan jest głuchy? Przecież Zalotna Gwiazda przeprowadzała ceremonie! Były takie dni, w których to ja byłam w centrum uwagi Wilczaków! I wciąż Pan się nie skapnął, że jestem pańską córką? To naprawdę chore! — krzyczała dalej.
— Wiesz co! Nie masz dzieci! Nie wiesz, jak to jest gdy, nagle z dnia na dzień twoje dziecko znika! Wyrywałem sobie futro, stawałem na pazurach przez tyle księżyców, próbując cię znaleźć, szukałem wszędzie tylko nie w obozie! Myślałem, że to zbyt oczywiste! Odkąd zaginęłaś, omijałem ceremonie uczniów czy inne podobne wydarzenia związane z młodymi kotami tylko po to, aby nie myśleć o tym, że moja córka nie żyje!
Wąsatkowy Ruczaj zdziwiła się słowami ojca. Naprawdę? Specjalnie omijał mianowania, by nie musieć za każdym razem przypominać sobie o tym, co stracił?
Gdy myślała o tym dłużej, w końcu jej oczy zaszły łzami. Szybko podniosła jednak łapę, by je otrzeć.
— To i tak nie jest żadne wytłumaczenie! Przecież spaliśmy w tym samym legowisku! — upierała się, choć tym razem jej głos znacznie bardziej drżał. — Ja chyba… chyba muszę to wszystko przemyśleć… — stwierdziła po chwili, robiąc krok w tył.
Kocur skinął łbem i odszedł.
Tak po prostu odszedł.
Wąsatkowy Ruczaj nie wiedziała, czy powinna się cieszyć z tego, że pozwolił jej to wszystko przemyśleć, czy być oburzona, że tak łatwo się poddał. Naprawdę nie zamierzał jej jeszcze przekonywać? Naprawdę nie próbował nakłonić jej do tego, by poszła wraz z nim odwiedzić Mewę i Kobczyka? Czy w ogóle zależało mu jeszcze na niej?
Wojowniczka zawiesiła głowę i powolnym krokiem ruszyła w stronę swojego legowiska. Zachowanie Wilczego Skowytu było jak cios prosto w serce. Kocur był taki… specyficzny. Najpierw ją obrażał, potem zaś mówił, jak często jej szukał i jak bardzo był zraniony jej zaginięciem. Wąsatka chciałaby po prostu wejść do jego głowy i poznać prawdę, gdyż czuła, że to, co uciekło z pyska czekoladowego, było tylko jej cząstką.
Nim jednak zdążyła przekroczyć próg legowiska wojowników, usłyszała za sobą czyjś głos.
— No… wiesz. Może jednak pójdziesz ze mną i odwiedzisz Mewę i Kobczyk. Możemy równie dobrze iść do nich w ciszy, wcale nie musimy rozmawiać.
Wąsatka obserwowała go przez kilka uderzeń serca. Wilczy Skowyt kolejny raz wykazał się tym, jak bardzo zmienny był. To już powoli zaczynało robić się niepokojące.
— Pójdę, ale kiedy indziej — mruknęła, przenosząc wzrok na ziemię. — Myślałam, że już nie chcesz ze mną rozmawiać, skoro sobie poszedłeś. Czemu wróciłeś? Zapomniałeś, że śpimy w tym samym legowisku?
Wilczy Skowyt uśmiechnął się nerwowo.
— Bo… Pewien kot walnął mnie w łeb i kazał wrócić do ciebie. I pamiętam, że śpimy w jednym legowisku. Ale na razie chyba nie wracam do niego. W sensie wrócę spać, ale no wiesz, o co mi chodzi, co nie?
Wąsatka przewróciła oczami. Rozmawiając z czekoladowym kocurem, czuła się, jakby rozmawiała z o wiele młodszym od niej uczniem. Czyżby cętkowany cofnął się w rozwoju? A może po prostu nigdy nie dorósł? Cóż, Wąsatka musiała to po kimś mieć.
— No, wiem… — odparła. — Ale ja już pójdę się położyć. Ty wróć, kiedy chcesz. Nie musimy teraz rozmawiać, jeśli nie chcesz i jeśli jedyny powód, dla którego to robisz, to reprymenda od innego kota — oznajmiła.
— No nie! To nie jest jedyny powód, jestem przecież twoim ojcem, dlatego chcę z tobą rozmawiać, a nie dlatego, że dostałem po głowie — mruknął starszy.
Wojowniczka pokręciła głową.
— Przykro mi, Wilczy Skowycie. Jedną rozmową nie naprawisz tych trzydziestu straconych księżyców! Zaczęłam układać sobie życie bez ciebie i twojej rodziny w nim i nie wiem, czy tak szybko będę w stanie was dostosować do mojej codzienności — miauknęła, pierwszy raz w życiu traktując jakąś sytuację z dozą powagi.
— To nie jest przecież tylko moja rodzina, to też twoja rodzina. Dlaczego powiedziałaś mojej rodziny? To nie tylko moja rodzina, jesteś jej częścią… — mruknął zawiedziony.
Czarno-biała westchnęła ciężko.
— Mówię, że ciężko mi was traktować jak rodzinę! Nie było was przy mnie przez trzydzieści księżyców, a moje ostatnie wspomnienia z wami pochodzą z czasów, gdy byłam jeszcze małym kociakiem. Ja… ja już nawet nie pamiętam, jak wyglądają mama i brat. Wiem, że łączą nas więzy krwi, ale oni są dla mnie prawie obcymi kotami! — wyjaśniła.
— Nie są obcymi kotami! Nawet tak nie mów. To twoja rodzina. — Wilczy Skowyt westchnął. — Dlatego też chcę cię do nich zabrać, abyś sobie o nich przypomniała.
Wojowniczka czuła się co najmniej tak, jakby rozmawiała ze ścianą legowiska. To nie jej wina, że Wilczy Skowyt był na tyle uprzywilejowany, by nie musieć stracić swojej rodziny w młodym wieku — a przynajmniej tak jej się wydawało. Gdyby był na jej miejscu, na pewno by ją zrozumiał, lecz teraz? Wydawało mu się niepojęte, że nie uważała za rodzinę kotów, z którymi spędziła jedynie cząstkę swojego życia i którzy nie potrafili zadbać o to, by się nie zgubiła.
— Proszę Pana… Wiem, że są moją rodziną. Ale są też dla mnie obcy. Te dwie rzeczy mogą się ze sobą łączyć — stwierdziła. — Nie pamiętam, jak wyglądają, jak się zachowują. Gdybym ich spotkała gdzieś w dziczy, nawet nie wiedziałabym, że to oni. Dlatego tak, są dla mnie obcy. Są dla mnie jak nieznajomi — kontynuowała, po czym postąpiła krok do przodu, zanurzając łeb w półmroku legowiska wojowników. — Może kiedyś zdecyduję się, by ich odwiedzić i naprawić to wszystko, co straciłam… Lecz jeszcze nie teraz.
Wypowiedziawszy te słowa, odeszła od Wilczego Skowytu i ułożyła się w swoim posłaniu, próbując zasnąć.

* * *

Rankiem obudziła ją czyjaś łapa, która trącała ją w bark. Wąsatka otworzyła oczy, zdenerwowana. Kto śmiał wyrywać ją z pięknego snu? Gdy rozejrzała się wokół, dostrzegła przed sobą czekoladowego kocura. Wilczy Skowyt.
— Co Pan robi! — zezłościła się, podnosząc się na wszystkie łapy i jeżąc futro na karku. — Niech mnie Pan zostawi! Rozmawialiśmy wczoraj, nie zdążyłam się jeszcze namyślić! — oburzyła się, lecz ten pokręcił głową.
— To nie o to chodzi! Chodź, Wąsatko. Załatwiłem nam wspólny patrol u Kruczego Pióra. Pójdzie z nami jeszcze Sowi Zmierzch — wyjaśnił, uśmiechając się do kotki.
Wojowniczka otworzyła szerzej oczy ze zdumienia.
— Wypraszam to sobie! Nigdzie nie idę! — zdenerwowała się, strzepując gniewnie ogonem. — Chyba się Panu w głowie poprzewracało, że Pan będzie za mnie wybierał, na jaki patrol idę, a na jaki nie! — złościła się dalej, lecz po chwili Wilczek wyciągnął łapę w jej stronę i położył ją na jej szyi.
— Spokojnie, Wąsatko. To będzie miły, rodzinny spacer. Jak ojciec z córką — wyjaśnił.
— Wypluj to! — warknęła, odsuwając się od wojownika. — Nie nazywaj mnie swoją córką, bo nią nie jestem! — zirytowała się, po czym wyminęła czekoladowego i ruszyła w stronę Sowiego Zmierzchu, który już czekał przy wyjściu z azylu.
Trudno. Już pójdzie z nimi na ten patrol, choć wciąż była sfrustrowana zachowaniem swojego niby-ojca.

<Wilczy Skowycie?>

21 sierpnia 2026

Od Smoka CD. Pierścienia

Przeszłość

Smok stała przed Pierścieniem na ugiętych nogach, przygotowana do walki. Jej ogon smagał trawę pod łapami, prawdopodobnie strasząc całą zwierzynę z okolicy.
— Na co czekasz? — syknął srebrzysty, również opadając niżej na łapach i wbijając pazury w ziemię.
Wreszcie nadszedł dzień, w którym Daglezja i Sajgon zdecydowali się zabrać swoich uczniów na wspólny trening. Czy myśleli, że naprawdę będzie to przyjemne szkolenie dwójki rodzeństwa? Jeśli tak, to byli w błędzie. Smok odczuwała palącą nienawiść do swojego brata, jak i również chęć upokorzenia go na każdym kroku. Odkąd tylko kocur postanowił obrać tę samą ścieżkę co ona, nie chciała mu dać za wygraną. Musiała pokazać, że to ona jest lepszym materiałem na wojownika. Że to ona bardziej zasługuje na ten tytuł. Że to ona wykona większe postępy i będzie mogła mianować się szybciej od Pierścienia.
Jeszcze przez moment wpatrywała się w kocura zmrużonymi ślepiami, aż w końcu napięła mięśnie i w uderzenie serca odbiła się od ziemi, szybując wprost na Pierścienia. Udało jej się powalić go na ziemię, przygważdżając go do gleby. Kocur leżał na plecach, co dało mu oczywistą opcję ucieczki. Już niedługo później szylkretka poczuła ból w brzuchu, gdy została kopnięta przez brata, który chciał się spod niej uwolnić.
Pierścieniowi udało się podnieść, podczas gdy Smok wracała do siebie po zadanym kopniaku. Srebrzysty od razu spróbował zaatakować siostrę, lecz ta cudem zrobiła chwiejny unik, dzięki czemu kocur pudłował.
— Mógłbyś się bardziej postalać! — warknęła, jednocześnie smagając powietrze ogonem. — Atakujesz jak kociak! Nawet dżdżownica dałaby ladę pzed tobą uciec! — zakpiła, co sprawiło, że w srebrzystym się zagotowało.
Kocur podjął kolejną próbę ataku, lecz Smokowi po raz kolejny udało się zrobić unik. W pewnym momencie postanowiła również przejść do ofensywy i złapała zębami za ogon swojego brata. Ten prędko się odwinął, a gdy szylkretka puściła jego ogon, rzucił się na nią i zaczęli przetaczać się po ziemi, wzbijając w powietrze kurz i pył.
W tej plątaninie uczennicy finalnie udało się ponownie zyskać przewagę i przyszpilić swojego brata do podłoża. Podczas walki odruchowo wysunęła pazury, a teraz łapę z nimi wysuniętymi trzymała na pysku Pierścienia.
— Nigdy nie będziesz plawdziwym wojownikiem! Nawet nie potlafisz walczyć! — fuknęła, nim do dwójki rodzeństwa nie podeszli Sajgon i Daglezja.
— To już tyle z walki na dziś — mruknął czarnofutry.
Na dźwięk jego głosu Smok wsunęła z powrotem pazury i puściła swojego brata wolno, ustawiając się obok swojego mentora. Obserwowała Pierścienia z chytrym uśmieszkiem wymalowanym na mordce, jakby chciała mu jednocześnie pokazać, że jej mentor jest lepszy i silniejszy od Daglezji.
W końcu wojowniczka nie wyglądała na groźną, a wręcz przeciwnie. Wyglądała sympatycznie, trochę bezbronnie. Pyszczek miała okrągły, niepozbawiony tłuszczyku. I niby ona miała dobrze wyszkolić Pierścienia? W dodatku, choć wyglądała miło, była istnym utrapieniem dla całego Owocowego Lasu. Często zdarzało jej się krzyczeć i marudzić, co nie było przyjemne dla ucha. Pierścień pewnie musiał sobie futro wyrywać podczas treningów z nią!
Gdy srebrzysty doszedł do siebie, cała czwórka ruszyła w stronę azylu. Sajgon i Daglezja szli przodem, a ich uczniowie podążali za nimi. Smok wpatrywała się w pysk swojego brata, a gdy ten tylko spojrzał na nią przez uderzenie serca, wystawiła mu język.
Uczeń przewrócił oczami, ignorując zaczepki siostry.
— No co jest! Lozumiem, że możesz mi zazdlościć tego, że jestem silniejsza, ale nie musisz mnie ignolować! Jesteś pzecież moim blaciszkiem, a lodzina powinna się kochać! — prychnęła kpiąco, po czym trąciła Pierścienia w bark.
Widać było, że srebrny ledwo już znosił obecność swojej siostry. Gdyby tylko mógł, najpewniej rzuciłby się na nią tu i teraz! Wtedy dostałby burę od Daglezji i Sajgonu, a Smok mogłaby się śmiać, obserwując, jak Pierścień płaszczy się pod spojrzeniem swojej mentorki. Czy nie byłoby to piękne?

* * *

Pech chciał, by Daglezja i Sajgon zdecydowali się wziąć swoich uczniów na kolejny trening. Nie wiadomo czemu. Nie wiadomo po co. Przecież musieli zauważyć to, jak Smok i Pierścień skakali sobie do gardeł na tym poprzednim, więc czemu chcieli to powtarzać? Może uważali, że takie konkurowanie dobrze im robi? Cóż, może mieli rację. Szylkretka czuła przypływ determinacji, gdy tylko myślała o tym, że przed bratem musi pokazywać się jako ta lepsza. Teraz również zamierzała mu dokopać tak mocno, jak tylko będzie umieć. W końcu to ona urodziła się jako pierwsza. Ona była najstarsza! Nie dość, że wybrała jedyną prawidłową ścieżkę szkolenia, to jeszcze szło jej na niej całkiem dobrze. Nie, wyśmienicie!
Gdy rodzeństwo wraz ze swoimi mentorami przemierzało tereny Owocowego Lasu, nie zatrzymywali się przez podejrzanie długi okres czasu. Jeśli znowu Smok i Pierścień mieli ze sobą walczyć, to dlaczego nie mogli wybrać pierwszego lepszego miejsca? Co to za różnica, czy pobiją się tu, czy tam. Tak czy siak, szylkretka zwycięży.
Wkrótce Sajgon i Daglezja zatrzymali się w miejscu, a na ich pyskach widniały uśmiechy.
— Dzisiaj nauczymy was, jak tworzyć legowiska na gałęziach drzew — oznajmił Sajgon, stając pod pniem jednego z drzew.
— Dokładnie! — przytaknęła Daglezja, śmiejąc się cicho pod nosem.
Smok poczuła oburzenie. Jak to? Po co im umiejętność splatania legowisk? Od tego przecież są stróże! Ewentualnie zwiadowcy. Ale na pewno nie wojownicy! Oni mieli umieć walczyć i bronić Owocowego Lasu, a nie robić za służących.
— Po co! — odezwała się w końcu szylkretka, mrużąc oczy. — Nie możemy nakazać stlóżom tego lobić? Pzecież oni i tak siedzą i się obijają — fuknęła, przewracając oczami.
Sajgon pokręcił jednak głową.
— Owocniaki żyją na drzewach. Umiejętność tworzenia legowisk na gałęziach drzew to dla nas podstawa. Czy naprawdę jesteś członkinią naszej społeczności, jeśli tego nie potrafisz? — odezwał się, wlepiając wzrok w swoją uczennicę.
Co za bzdury! Ona wcale nie żyła na żadnym drzewie. Tylko na nim spała. Nie była jednak jakimś brudnym zwiadowcą, żeby tak bardzo interesować się drzewami! Ten trening był urazą jej osoby.
— Oczywiście, że jestem! Co wtedy, jeśli jakiś kot ulodzi się bez pzednich łap i nie będzie potlafił spleść legowiska? Wtedy też będziesz uważać, że nie jest częścią Owocowego Lasu? Czemu dysklyminujesz koty bez pzednich łap? Hm? — zaczęła się wykłócać, na co Pierścień westchnął głośno.
— Daj spokój, Smok — mruknął jej do ucha, nim Sajgon zdążył coś powiedzieć.
— Nie! Moim zdaniem nie powinni nas uczyć takich głupot! Ja mam umieć się bronić i atakować, a nie lobić legowiska! To jakaś palanoja! — złościła się dalej.
— Dosyć tego! — ogłosił w końcu Sajgon, uderzając łapą o ziemię. — Nauczysz się splatać legowiska czy tego chcesz, czy nie. To mój obowiązek, by cię tego nauczyć, więc muszę go spełnić. Nie będę sprzeciwiać się tradycjom, bo jakiś uczeń sobie tego zażyczył — stwierdził twardo, nie pozostawiając szylkretce miejsca na dyskusję.
Gdy Daglezja zaczęła rozmawiać wraz z czarnofutrym na bliżej nieznany uczniom temat, Smok spojrzała na brata.
— Gdyby nie był taki upalty, to pewnie wyglałabym z nim w tej lozmowie! — mruknęła do niego, kręcąc głową ze zrezygnowaniem. — Pzecież też się ze mną zgodzisz, że ta umiejętność jest nam kompletnie niepzydatna! — zaczęła narzekać, lecz nim Pierścień zdążył jej odpowiedzieć, ponownie rozległ się głos Sajgonu:
— Dobra, skończcie już rozmawiać. Musicie wpierw samodzielnie zebrać materiały na legowisko, a potem je spleść — ogłosił, patrząc po uczniach.
Smokowi, jak zwykle, nie spodobał się ten pomysł.
— Skąd mam wiedzieć, co zbielać! — oburzyła się, jeżąc futro.
— Powinnaś wiedzieć, na czym śpisz! Patyki, mech, pióra. Cokolwiek, co uznacie za przydatne — odparł starszy, po czym podniósł łapę i pogonił nią uczniów do pracy. — Nie marnujcie więcej czasu na dyskusje! Nie mamy całego dnia na ten trening.
Szylkretka przewróciła oczami, po czym spojrzała na srebrzystego kocura.
— Kto ostatni zbieze potzebne mateliały, ten zgniłe jajo!

* * *

— Smoku, wystąp.
Nareszcie nadszedł ten moment. Czereśnia ponownie spoglądał na szylkretkę z ogromnej topoli, dokładnie tak samo, jak zrobił to w dniu, w którym kotka została mianowana na uczennicę. Jednak tym razem posuwała się o krok wyżej. Wreszcie miała zostać pełnoprawną wojowniczką! Po tylu księżycach, tylu treningach z Sajgonem, który wiecznie chodził z kijem w tyłku… Wreszcie będzie wolna od tego wszystkiego!
Smok bez wahania wystąpiła poza tłum kotów, wzrok mając wbity w czekoladowego lidera. W jej ślepiach tańczyły iskierki ekscytacji, a ogon poruszał się powoli z radości.
— Najwyższy czas, abyś dołączyła do grona wojowników. Wykazałaś się ogromną determinacją i siłą. Czy przysięgasz pozostać lojalną naszej społeczności i walczyć za jej dobro?
Gdy to pytanie padło z ust Czereśni, szylkretka odpowiedziała niemal od razu:
— Pzysięgam! — ogłosiła najgłośniej i najszczerzej, jak tylko potrafiła. Czuła się naprawdę zaszczycona, że wreszcie awansuje i już nie będzie się musiała dostosowywać do rutyny innego kota.
— A zatem witamy cię jako nową wojowniczkę Owocowego Lasu! — zakończył lider, posyłając szylkretce pokrzepiający uśmiech.
Nim Smok zdążyła się obrócić, z tyłu dobiegły ją krzyki.
— Smok! Smok! Smok! — skandowali zebrani.
Świeżo mianowana wojowniczka spojrzała wreszcie na tłum kotów, który z dumą powtarzał jej imię. Jej klatkę piersiową wypełniło ciepło, a wąsy zadrżały z tych wszystkich emocji. Gdy tak sunęła wzrokiem po znajomych pyskach, w końcu zatrzymała się na Pierścieniu. Ciekawe, czy jej teraz zazdrościł…

<Blacie?>

[1436 słów + tworzenie legowisk na gałęziach drzew]

Od Mordor

Jakiś czas temu

Niebieska kotka przeciągnęła się lekko zaraz po zejściu z kasztanowca.
— Wiem, że już ćwiczyliśmy wspinaczkę, ale nadal musisz trochę się nauczyć. Dobrze by było wkrótce cię mianować. Sama byłaś zdeterminowana, aby jak najszybciej zostać zwiadowczynią… — miauknął Iskrzyk, a karpati zatrzepotała tylko niechętnie uszkiem.
— Teraz już i tak raczej nie zdążę przebić siostry. Głupia wojowniczka. Przecież wiadomo, że to ja jestem lepsza — mruknęła do siebie, liżąc się po piersi.
— Żeby być lepsza, musisz ćwiczyć równie wiele, jak ona. Idziemy — miauknął Iskrzyk, kierując się w stronę wyjścia z obozu.
Minęli kilka drzew, aż w końcu kremowy chrząknął, zatrzymując się nagle.
— Pokaż, na co cię stać — miauknął kocur, siadając obok.
Mordor spojrzała na wskazane przez kocura drzewo. Było znacznie wyższe od tych, na których zazwyczaj pracowała nad umiejętnościami. Musiał być to więc jakiś lepszy, ostateczny test. Iskrzyk spojrzał na Mordor i zmrużył oczy.
— Zwracasz uwagę na drzewo, na które wchodzisz, prawda młoda damo? — zapytał kremowy, kładąc swój ogon przed łapami.
Niebieska przyjrzała się drzewu.
— Brzoza — mruknęła kotka, a Iskrzyk kiwnął głową.
— Co jeszcze? — zapytał, a Mordor zjeżyła lekko futro zdenerwowana.
Nawet jeśli znała już całą teorię, to wciąż nienawidziła wszelkiej wiedzy teoretycznej. Sęk w tym, że to właśnie z niej była przepytywana. Wskoczyła z gracją na brzozę, ale niestety postawiła łapę na czymś kruchym. Spojrzała szybko w dół, widząc pod sobą jeszcze grzyba, a za chwilę spadła na ziemię.
— Na wszystkie jeżyki! — warknęła. — Cholerne grzyby!! — zapiszczała, machając ogonem rozzłoszczona. — Czemu kazałeś mi wleźć na to drzewo?!
— To nie moja wina, że skorzystałaś z niepewnej podstawy dla łap — odparł Iskrzyk, wzdychając. — Jeszcze raz. Tym razem inne drzewo.
Przeszli kilka kroków dalej, tym razem padło na dąb. Mordor przyjrzała się mu dokładnie, a gdy nie zauważyła nic na jego korze czy gałęziach wskoczyła prosto w koronę, usadawiając się tam w bezruchu. Zaczęła spoglądać na liście. Na niektórych z nich był Biały Pył. Mordor skuliła lekko uszy i zaczęła zrywać chore liście. Zeszła z drzewa i spojrzała na Iskrzyka.
— Dobrze — mruknął kocur, kierując się w stronę obozu. — Wkrótce najwyraźniej cię mianujemy panienko.

***

Mordor już chciała wdrapać się na drzewo, jednak przeszkodził jej w tym czyjś głos. Wystraszona spadła na ziemię, tłukąc sobie cztery litery, ale też wyrywając jeden z pazurów.
“Chyba pora odwiedzić Mistral…” pomyślała kotka, kierując się już w stronę wejścia do legowiska medyka, ale usłyszała za sobą chrząknięcie. Obejrzała się za siebie, widząc kremowe futro swojego mentora.
— No co? — zapytała oburzona, starając się nie stać na uszkodzonej łapie.
— Będziesz mianowana — mruknął zwiadowca, a Mordor pomrugala kilkukrotnie oczami.
— Słucham? — zapytała.
— Wierzysz we Wszechmatkę, prawda? — zapytał jeszcze dla pewności, a kotka kiwnęła głową.
Wcześniejsze słowa kocura dotarły do niej dopiero po chwili.
“MIANOWANA? JUŻ? TERAZ?” pomyślała, a w jej głowie zaczął tlić się chaos.
Zaczęła porządkować swoje futro, próbując wyczesać z niego cały mech, a także wymyć je porządnie z resztek piasku. Miała niewiele czasu, Czereśnia czekał mimo to cierpliwie na swojej Mównicy. Wysokie Słońce jednak nadal trwało, więc mieli jeszcze czas. Mordor stawiła się w końcu na swoim miejscu, z całych sił próbując nie skrzywić się z bólu, który powodował wyrwany pazur. Czekoladowy spojrzał na kotkę z najniższej gałęzi topoli i odchrząknął.
“Kolejne słabe mianowanie…” pomyślała Mordor, kładąc uszy po sobie.
— Mordor, wystąp — miauknął w końcu czekot, a tortie wystąpiła z tłumu.
Starała się z całych sił ignorować bicie swojego serduszka. Była chyba bardziej przerażona niż przy mianowaniu na ucznia. Czereśnia spojrzał na nią ponownie, wzdychając cicho. Wyglądał, jakby nie było pewien, czy Iskrzyk wybrał dobrze z mianowaniem młodej kotki w tej chwili. Od mianowania na uczennicę zwiadowcy niewiele się zmieniła, w końcu była tak samo roztrzepana.
— Najwyższy czas, abyś dołączyła do grona zwiadowców. Wykazałaś się świetną zwinnością i dosyć dobrą…inteligencją. Czy przysięgasz pozostać lojalną naszej społeczności i czuwać nad jej bezpieczeństwem? — Czereśnia wymruczało swoją formułkę, cały czas patrząc na przyszłą zwiadowczynię.
— Przysięgam — miauknęła w końcu karpati.
— A zatem witamy cię jako nowego zwiadowcę Owocowego Lasu! — miauknął Czereśnia.
Tortie zawstydzona schowała się w tłumie. Wiwaty były fajne, ale nie lubiła być w centrum uwagi. Gdy miała więc tylko okazję, to zwiała. Przeszła między kotami, trafiając prosto do legowiska medyka.
— Jest tu ktoo? — zapytała tortie, ale nie zauważyła nikogo znajomego.
Nikogo znajomego prócz Modrogończyka. Kotka raczej nie należała do największych fanów młodego uzdrowiciela, nawet jeśli praktycznie go nie znała. Mimo to podeszła do niego pokazując łapę.
— Mógłbyś mi może pomóc? — zapytała cicho, a kocur wstał, przyglądając się jej łapie.
Ruszył w stronę stosu ziół, zabierając z niego odrobinę. Zaraz przygotował z nich okład i nałożył na ranę.
— Nie zapomnij, żeby pojawić się o zmierzchu — mruknął Modrogończyk, a Mordor kiwnęła głową.

***

Niebieska kotka spojrzała na szamankę. Jej ciało przeszły dreszcze, gdy kotka zbliżyła się do niej, aby stworzyć na jej prawym uchu nacięcie. Zaraz po tym wręczyła jej mak. Mordor bez zastanowienia połknęła wręczone jej ziarenka, a już po chwili zasnęła. Mordor ujrzała w nim niezwykle ciemne, pochmurne niebo, a także budzący ją ze snu błysk.
— A więc Mordor? Co widziałaś we śnie? — zapytała starsza kotka, a niebieska musiała chwilę się uspokoić. — Może chcesz napić się wody albo coś? — zapytała troskliwie szamanka, ale młoda zwiadowczyni odmówiła skinięciem ogona.
— Pochmurne niebo. A zaraz za nim, tuż przed tym, jak się obudziłam niezwykle jasny błysk. Coś jakby…burza? — mruknęła kotka, a Purchawka kiwnęła głową, zgadzając się z jej słowami.
— A zatem powinnaś już znać swoje imię — odparła, a zwiadowczyni przechyliła głowę.
— Pochmurne Niebo? — zapytała, a druga kotka westchnęła.
— Witaj Pochmurne Niebo Zwiastujące Burzę. Obyś nie była zwiastunem nieszczęścia — mruknęła Purchawka, a Mordor przełknęła nerwowo ślinę.

[905 słów + wspinaczka na drzewa]

Od Mordor do Nocnego Śpiewaka

Jakiś czas temu

Mordor zeskoczyła z kasztanowca uczniów, rozglądając się dookoła. Korzystając z chwili nieuwagi obozowiczów, wyszła z obozu. Wskoczyła na jedno z okolicznych drzew, aby rozejrzeć się po terenach, a następnie zaczęła przemieszczać się między ich koronami. Nie spotkała po drodze żadnego niebezpieczeństwa, chociaż nie wiadomo czy nie spotkałaby go, gdyby szła po samej ziemi. Spojrzała w dół na rzekę z ostatniego drzewa położonego na północ od Owocowego Lasku i syknęła cicho pod nosem. Skoczyła jak najbliżej brzegu i po chwili przygotowania spróbowała wejść do wody, walcząc z jej nurtem. Fakt, faktem może trochę zachłysnęła się w pewnym momencie wodą, jednak straty nie były ogromne. Szkoda tylko, że woda była lodowata. Otrzepała przemoczone futerko, które doznało nareszcie kąpieli. Szkoda tylko, że woda wymyła część jej dobytku składającego się z liści i odrobiny mchu. Po dokładnym obejrzeniu się odkryła, jednak że w najdłuższym futrze na ogonie zostało jej trochę kości myszy. Obejrzała je dokładnie i odetchnęła. Przynajmniej przetrwała najważniejsza część jej dobytku. Schowała się znowu wśród drzew, doglądając wszystkiego z góry. Nie była już na terenach Owocowego Lasu, co znaczyło, że musiała być bardziej ostrożna. Czego nie robiło się, żeby zdobyć materiał do figureczek! Siedząc tak na jednej gałęzi, usłyszała tupot łap gdzieś w dole. Spojrzała w dół, widząc czarne futro przyozdobione gdzieniegdzie pięknymi piórami i kwiatami. Mordor zaświeciły się oczka z ekscytacji. Gdyby tylko część z dobytku obcego kocura mogła należeć do niej...mogłaby ulepić tyle świetnych figurek! Zeskoczyła z ziemi zaraz obok kocura.
— Jestem Mordor! — miauknęła, oglądając kocura. — A ty...jesteś Wilczakiem. Szukasz czegoś? — zapytała, przechylając łebek zainteresowana.
Kusiło ją, żeby okrążyć kocura w poszukiwaniu czegoś ciekawego, jednak powstrzymywały ją resztki rozsądku. Kocur nie wyglądał na szczególnie przerażonego spotkaniem młódki, nawet jeśli ta spadła z drzewa tuż obok.
— Wyszedłem za daleko za samotnikiem, któremu miałem ... pokazać, że do Klanu Wilka nie przychodzi się w gości niezapowiedzianym — odparł i odetchnął. — A ty? Nie powinnaś być w obozie? Wyglądasz na jeszcze...bardzo młodą? Co, jeśli coś cię zje albo trafisz na kota znacznie mniej przyjaznego niż ja…
Mordor zmrużyła lekko oczy.
— Do żadnego klanu nie przychodzi się zapowiedzianym. Mam całe dziesięć księżyców! Nic mnie nie zje! Już się uczę od... sześciu księżyców! — oburzyła się, machając ogonkiem na boki. — Zanim coś zdąży mnie zjeść, wskoczę na drzewo! Wiele z nich jest iglastych...ale to nie problem dla przyszłej zwiadowczyni — piszczała nadal nerwowo, decydując się na obejrzenie kocura dookoła.
Nocny Śpiewak podążał za kotką wzrokiem.
— Dziesięć księżyców... — zaśmiał się serdecznie. — Młoda krew... — dodał nieco ciszej. — Wiesz, że inne koty, zwłaszcza samotnicy nie mają problemów z wchodzeniem na drzewa? W każdym razie, dziecino... co cię tutaj przywiało?
— Sądziłam, że samotnicy to raczej takie...półgłówki — zamyśliła się, kładąc sobie łapkę na brodzie. — A przywiała mnie ciekawość! Iiii chęć zbioru piórek? Może też kwiatków...zależy co znajdę! — miauknęła, a jej oczka zaświeciły się wraz z myślą o zbiorach.
Spojrzała na kocura i trzepnęła lekko uszkiem. Podeszła odrobinkę bliżej, patrząc na ucho czarnego futrzaka. Wyciągnęła łapkę, wskazując na kość wystającą z ucha kocura.
— Czy to kości? — zapytała, po czym zaczęła przebierać łapką we własnym ogonie. — Też chcę takie coś.
— Rodzice cię za to ukatrupią... Ja nie mam własnych, a i tak wszyscy wokół próbowali — zaśmiał się. — Nie wiem, czy to dobry pomysł. Mój brat, który mi to robił, przynajmniej wiedział, jak to potem wyleczyć, żeby nie wdała się infekcja. Ja jedyne co wiem, to że czerwonych jagód się nie je…
— Mmm wątpię. Chociaż pewnie Gondor będzie zły... — zamyśliła się, ale zaraz pomachała główką. — Proooooszę — zaświeciła ładnie oczkami, mrugając przy tym powiekami. — Nic mi nie będzie, zobaczysz! Będę cała!! — zawyła, chcąc przekonać kocura.
— No... Nie wiem... — odparł Noc, drapiąc się za uchem. — Twoja rodzina będzie kwestionować, kto ci to zrobił, a broń przodkowie usłyszą o tym, że to jakiś wilczak, nie wiadomo skąd i nie wiadomo czym, ci to zrobił. Nie chcę żadnej wojny…
— Po drodze jest rzeka, nie będzie czuć zapachu! Iiii... — wysilała swój móżdżek, jak mogła, wbijając pazurki w ziemię. — I powiem, że sama to zrobiłam! Ładnie proszę! Zrobię wszystko, żeby nie powiązali tego z tobą! — miauknęła, przypatrując się dwóm kościom w uchu kocura. — Bolało?
— Jak diabli... — zaśmiał się pod nosem. — Paliło parę dni, jak rana się goiła.
Kotkę przeszły minimalne dreszcze, ale mimo to nadal wyglądała na nieugiętą.
— Dam radę! Będzie dobrze! — miauknęła z rzadko spotykaną pewnością siebie.
— I co? Nie popłaczesz się i się nie przyznasz, że to ja? Zmyślisz jakiegoś samotnika, bo nie sądzę, że ktokolwiek uwierzy ci, że zrobiłaś to sama... — mruknął. — Poza tym... nie mamy żadnej kości!
— Nie popłaczę się! Obiecuję! Jak na Wilczaka nie wyglądasz, jakbyś zjadał małe kocięta, będzie dobrze! — miauknęła, rzucając dziwny komentarz w stronę czarnego. — Jak to nie!. — Mam pełno kości w ogonie. No i te tereny nie należą do nikogo, również dobrze można na nich znaleźć jakąś mysz... — odparła wesoło.
Czarny kocur odetchnął ciężko.
— Dobra wybierz coś. Musi być większe, żeby się trzymało.
Na pyszczku Mordor zaczął się malować ogromny uśmiech. Zapiszczała radośnie i zaczęła grzebać w swoim ogonie. Wyciągnęła jakieś dwie kości i pokazała Wilczakowi.
— Te się nadają? — przysunęła je bliżej kocura. — Poczekaj! Jak masz na imię? — zapytała, nie będąc nawet pewną czy kocur również się jej przedstawił.
Niebieska myślała, że to trochę głupio nie znać imienia kota, który właśnie chce przekłuć ci ucho.
— Ach no tak... Nocny Śpiewak... Mam na imię Nocny Śpiewak — mruknął w odpowiedzi. — Mogą być... Musimy znaleźć jeszcze odrobinę mchu i jakiś twardy, stabilny kamień.
Karpati pomachała lekko łebkiem na boki podekscytowana.
— No to teraz już nie jesteś obcym — miauknęła.
Kotka zaczęła szperać dookoła za wymienionymi przez Nocnego rzeczami. Kamień znalazła dosyć szybko, chociaż był odrobinę za ciężki, aby go przenieść. Mech miała w futrze... Gdyby tylko nie został zabrany przez nurt rzeki. Byli jednak w lesie, więc mech też nie był trudny do znalezienia. Wybrała najlepszy jej zdaniem mech i spojrzała na Śpiewaka.
— Dobra, ech... Połowa mchu do mnie, połowa na kamień — wziął trochę mchu. — Głowa na kamień tak, żeby ucho było na mchu.
Mordor kiwnęła głową i podała część mchu Nocnemu. Ponownie wybrała lepszy mech pazurami i położyła go na kamień. Gdy była już gotowa, ułożyła głowę i ucho na kamieniu.
— W taki sposób? — zapytała, piszcząc cicho pod nosem z ekscytacji.
Zdawała sobie sprawę z tego, że zaraz prawdopodobnie zawrzeszczy z bólu, ale trudno. Nic nie pokona jej determinacji, żeby wyróżniać się z tłumu.
Noc chwycił kości w pysk i odetchnął.
— Dobra... Policzę do trzech. Będzie bolało... Chcesz jakiegoś patyka w pyszczek? — zaproponował.
Niebieska wiedziała, że w razie czego może pobiec do klanu, aby medyk pomógł jej w naprawieniu rany, ale mimo to była odrobinę wystraszona.
— Poproszę patyk... — miauknęła cicho, nie ruszając się z kamienia.
Noc odłożył na chwilę kości i podał koteczce grubszy patyk zerwany z młodego drzewka obok. Potem podniósł kości i nachylił się nad kotką. Znalazł odpowiednie miejsce na uchu i położył tam łapę, wsuwając kość między palce.
— Policzę do trzech... Dobrze? Na trzy! — nachylił się i zacisnął zęby na kości — Raz...dwa ...trzy! — i wcisnął ją mocno, aby przebić się przez skórę.
Słysząc słowo trzy, kotka prawie skuliła uszy. Zaskomlała, a z jej złotych oczek zaczęły wydobywać się łzy. Zacisnęła jednak ząbki i pokręciła głową, co spotkało się z nasileniem bólu ucha. Zamknęła mocno oczka i nabrała powietrza do płuc. Zaczęła chodzić dookoła w poszukiwaniu jakiejś kałuży z w miarę czystą wodą. Gdy takową znalazła, zauważyła krew, ale też kość ładnie tkwiącą w jej uchu. Uśmiechnęła się krzywo.
— Dzi-dziekuję! — zająknęła się lekko. — Czy mogłabym też dostać jedno z twoich piórek...? Proszę — miauknęła dosyć cicho.
Czuła ból zaćmiewający jej lekko mały móżdżek, ale starała się być silna. Nawet jeśli chwiała się odrobinę na nogach z bólu, to jeszcze nie pobiła kocura.
— Zależy które. Jedno z brązowych i czarnych mogę użyczyć. Moje białe pióra są poza zasięgiem — Noc wskazał kolejne piórka. — Potrzebujesz usiąść na chwilę? Położyć się? Ja potrzebowałem.
— Czarne piórko? — zapytała, a zaraz po następnych słowach kocura położyła się na ziemi. — Myślałam, że będzie boleć trochę mniej... — miauknęła cicho, chcąc skulic uszy, ale zorientowała się od razu, że mogłoby się to wiązać z kolejnym bólem.
Noc odetchnął cichutko. Rozejrzał się dookoła, a jego wzrok padł na dobrze mu znane czerwone kwiaty. Tyle przynajmniej wiedział. Podszedł do nich i na jakiś liść wysypał ziarenka. Niewiele ziarenek, bo wiosna była jeszcze młoda, przyniósł je kotce.
— Jedno zjedz... Powinno pomóc. Tylko nie za dużo, to podobno zabija... — podrapał się po karku.
Niebieska kotka spojrzała na czerwony kwiatek, a następnie na czarne ziarenka. Zamrugała kilkukrotnie.
— Ziarna maku... Kiedyś dostałam je od uzdrowicielki — miauknęła kotka, zjadając jedno z nich.
Po jakimś czasie ból odrobinę przeszedł. Dzięki temu, że zjadła tylko jedno niewielkie ziarenko, nawet nie poczuła się osłabiona. Zadziałało idealnie na tyle, aby ukoić trochę ból. Niebieska uśmiechnęła się lekko.
— Dziękuję Nocny Śpiewaku — miauknęła. — Jesteś wojownikiem, prawda? Skąd wiesz, że to właśnie te ziarenka?
— Ach ... Mój brat jest medykiem naszego klanu, a że... Spędzam z nim wiele czasu więc... Trochę podstaw znam. Ale takich ... Bardzo podstawowych — przyznał Noc.
Niebieskiej koteczce zabłyszczały oczka.
— Ooch! Brat medyk musi być czymś fajnym — miauknęła karpati, rozmyślając nad czymś. — Twój brat jest bury czy liliowy? Chociaż ten liliowy wyglądał chyba na starszego... — mruknęła tortie. — Co jeszcze wiesz o leczeniu? — zapytała podekscytowana.

[1513 słów]

Od Mordor do Psianki

Szum wiatru zbudził niebieską koteczkę śpiącą na uczniowskim kasztanowcu. Wraz z tym szumem usłyszała również głos kremowego kocura dobiegający z dołu. Zeskoczyła z drzewa i otrzepała swoje futerko z resztek wczorajszego błota. Dziś już materiał do figurek był wysuszonym piaskiem. Gdyby tylko znalazła to trwalsze coś...
— Ziemia do Mordor — miauknął Iskrzyk, uśmiechając się lekko.
Kotka zamrugała kilkukrotnie, wracając do rzeczywistości. Spojrzała na stojącą przed nią kotkę. Czarno białe futro. To musiała być Psianka. Niebieska zmrużyła oczka, zastanawiając się nad tym, czy powinna się przywitać. Z tego, co było jej wiadomo, tego wymagało bycie przyjaznym. Rozpoznawała kotkę, w końcu jeszcze nie tak dawno spały na tym samym kasztanowcu. Była o księżyc młodsza od karpati, a już była zwiadowczynią. Wraz z tą świadomością Mordor zalało odrobinę zazdrości. Przełknęła gulę w gardle i uśmiechnęła się lekko.
— Cześć Psianko. Jak...ci idzie bycie zwiadowcą? — miauknęła, nie będąc pewna co powiedzieć.
Nie od dziś było wiadomo, że tortie nie należała do najlepszych, jeśli chodziło o komunikację z innymi…
Poruszyła uszami, słysząc pytanie Mordor, po czym uśmiechnęłam się lekko.
— Całkiem dobrze! — odpowiedziała pogodnie, siadając na chwilę przed nią. — Właściwie dopiero zaczynam się przyzwyczajać, że teraz naprawdę mogę sama wychodzić na zwiady. Nadal czasami łapię się na tym, że odruchowo szukam Rohan wzrokiem, kiedy coś zauważę — zaśmiała się cicho, a jej puszysty ogon owinął się wokół łap.
Niebieska zastrzygła lekko uszkiem, słysząc odpowiedź kotki. Słysząc przyjazny głos kotki, uspokoiła się odrobinę, rozluźniając mięśnie. Mordor spojrzała z boku na Iskrzyka, który tylko kiwnął kotce. Kremowy zdawał sobie sprawę z tego, że tortie było ciężko zawiązywać nowe kontakty, dlatego cieszył się, że nie pospieszał ich, tylko usiadł z boku, w ciszy słuchając innych klanowiczy.
— Naprawdę można wychodzić samemu? — miauknęła koteczka, ugniatając swój ogonek pod łapkami. — Mama na pewno też nie może się jeszcze przyzwyczaić do braku swojej pierwszej uczennicy. Raz, gdy byłam z nią i Iskrzykiem na patrolu chyba nawet chciała cię zawołać i... — kotka zaprzestała mówić, tak jakby gdzieś zapodziała się myśl, która chciała przełożyć na słowa.
Ucichła na moment, postanawiając nie kontynuować tej wypowiedzi.
Psianka zastrzygła uszami, słuchając jej uważnie. Na wzmiankę o Rohan uśmiechnęła się lekko, bo doskonale znała to uczucie, kiedy mentorowi trudno było przyzwyczaić się do tego, że uczeń przestaje potrzebować jego ciągłej obecności.
— Można, chociaż nie zawsze trzeba. — odpowiedziała z lekkim rozbawieniem. — Rohan nadal czasem wypomina mi, żebym nie zapominała o ostrożności. Ale właśnie na tym polega moja praca. Muszę umieć sama odnaleźć drogę i wrócić do obozu.
Czarna kotka zerknęła w stronę kasztanowca, przypominając sobie ich dawne legowisko.
— Pamiętam, że kiedyś spałyśmy tutaj razem. Trochę dziwnie pomyśleć, że teraz obie robimy coś innego. — przekrzywiłam lekko głowę. — A ty? Nadal robisz te swoje figurki?
— To było jeszcze niedawno. Właściwie to dopiero teraz mamy lepszą okazję do rozmowy — miauknęła cicho kotka, czując jak zalewa ją pewne uczucie wstydu. — Robię. Ale ciężko jest znaleźć tą...glinę. Trzeba dużo kopać, dlatego używam błota — mruknęła kotka.
Jak zwykle, gdy ktoś wykazywał zainteresowanie jej zabawnym hobby, czuła ekscytację i radosne mróweczki w łapach.
— Co lubisz robić Psianko...? — zapytała.
Na wspomnienie o figurkach moje oczy od razu rozbłysły ciekawością. Przez chwilę spojrzałam na jej łapy, jakbym próbowała wyobrazić sobie, co właściwie można ulepić z błota.
— To brzmi całkiem fajnie! Mogłabym kiedyś zobaczyć, co robisz? — zapytałam, po czym zastanowiłam się nad jej kolejnym pytaniem. — A ja… chyba najbardziej lubię wspinać się po drzewach. I obserwować wszystko z góry. Czasami potrafię siedzieć na jednej gałęzi naprawdę długo, tylko patrząc na las. No i lubię poznawać nowe miejsca. Zwiadowca chyba trafił mi się idealny. — uśmiechnęłam się szerzej. — Chociaż polowania nadal nie są moją mocną stroną.
Mordor pokiwała ochoczo łebkiem, nie będąc pewną, co powinna dalej mówić.
Widząc błysk w oczach kotki na wspomnienie o jej figurkach, zaczęła nerwowo wbijać pazurki w ziemię. Gdy spojrzała na łapy Mordor, ta niemal natychmiast zaczęła przestępować z łapki na łapkę. Nie były one w końcu najczystsze. Słysząc jednak pytanie kotki, aż podskoczyła radośnie. Pokiwała wielokrotnie główką na tak i zaczęła szperać w jednym z okolicznych krzaczków. Pokazała jej jedną z bardziej udanych figurek.
— Tu jest właśnie trochę gliny. Wszystkie inne szybko się niszczą. Nie przypomina...ale to miał być królik — miauczała kotka. — Chciałabym kiedyś pójść na wysypisko. Na pewno dużo tam ciekawych rzeczy.
Słuchała kotki i kiwnęła głową.
— Rozumiem. Bycie zwiadowcą jest świetne. Tylko...czasem żałuję, że rozdzieliłam się z rodzeństwem — odparła.

<Psianko?>

[716 słów]

Od Mordor CD. Puchacza

Dawniej

Niebieska kotka została obudzona przez łagodne szturchnięcie, chociaż ostatnią jej godzinę snu ciężko było tak nazwać. Co chwilę budziły ją spadające na różowy nosek czy główkę listki. To też, gdy Iskrzyk zaczął próby pobudzenia kotki, ta za wszelką cenę chciała zostać w legowisku. Gdy pacnął w końcu łapą w kasztanowiec, Mordor w obawie o własne życie i zaangażowanie w jej budzenie innych kotów zdecydowała się w końcu wyjść ze swojego legowiska. Gdy już była na ziemi przeciągnęła się, sprawiając przy tym, że futro na jej grzbiecie i ogonek lekko się zjeżyły. Mlasnęła kilka razy i spojrzała na grupę przed sobą.
“Śmieszna ekipa” pomyślała, drapiąc się za uchem.
— Długo jeszcze będziemy na panienkę czekać? — zapytał odrobinę zniecierpliwiony kremus.
Mordor parsknęła, a następnie pokręciła głową na nie.
Szli przez las, a ciszę zakłócały tylko pytania mentorów o wiedzę. Niebieska wiedziała, że to swego rodzaju szybka lekcja, powtórka, ale ilekroć myliła jakiegoś ptaszka czy drobne zwierzątko na ziemi myślała, że pobiegnie przed siebie i wskoczy do okolicznej rzeki. Nagle prowadzący patrol Iskrzyk zatrzymał się. Znalazł coś na ziemi. Ślad. Kremowy powąchał go. Mentor ponownie skierował swój łebek w stronę kotki, a ta już westchnęła zirytowana.
— Zwietrzały — poinformował innych członków patrolu. Po czym zwrócił się do swojej uczennicy:
— Ostatnio mówiłem ci to na treningu. Czyj to ślad?
Figa przybliżyła się do ucha Puchacza i szepnęła:
— Lisa.
Mordor jednak udzieliła innej odpowiedzi.
— …Bolsuka.
Kiedy dowiedziała się, że była to odpowiedź niepoprawna, wydała z siebie dziwny, przerażający dźwięk.
— Co… to było? — zapytał niepewnie kotki.
Mordor zauważyła, że skupiła na sobie całą uwagę czwórki. Zjeżyła lekko futerko i położyła uszy po sobie, śmiejąc się nerwowo.
— W-Wybaczcie — zająknęła się lekko.
Inni, widząc spięcie kotki, postanowili najwyraźniej nie dopytywać o więcej.
Szli więc dalej nadal z kremusem na przodzie. Mordor szła zaraz za nim ze zwieszoną głową. Tym razem, gdy Iskrzyk ustał niebieska wpadka na niego. Zjeżyła futro i spojrzała w miejsce, które wskazywały Iskrzyk.
— To lis? Pachnie tak jak tamten ślad — mruknęła kotka cicho, spodziewając się kolejnego błędu, jednak tym razem się udało.

***

Mordor zaczepiła Puchacza w drodze do wyjścia z obozu.
— Chcesz iść z nami? Poćwiczysz rozpoznawanie chorób drzew… — miauknęła, akcentując ładnie literkę r, którą nauczyła się nareszcie wymawiać.
Puchacz kiwnął lekko głową, zgadzając się.
Niebieska kotka patrzyła na zwiadowcę zaintrygowana. Wydawał się nieco inny niż kilka księżyców temu, gdy to była jeszcze świeżym uczniakiem. Wyszli z obozu wraz z Iskrzykiem, który zabrał ze sobą swoje innych zwiadowców. Gdy tylko wyszli z obozu, zaczęło się przepytywanie.
— Puchaczu mógłbyś na chwilę jej przypilnować? Muszę się za czymś rozejrzeć — mruknął Iskrzyk, idąc kawałek od nich.

<Puchaczu?>

[426 słów + rozpoznawanie tropów lisów]

Od Mordor CD. Borowika

Jakiś czas temu

Mordor patrzyła to ja Borowika, to na Gołąbka. Nie wiedziała czemu, ten wariat chciał zamarznąć. Widząc spojrzenie Gołąbka, westchnęła cierpiętniczo.
— No dobra. Chodź Gołąbek, przecież nie zostawimy go tutaj na pastwę losu — mruknęła, ciągnąć kocura w stronę legowiska uzdrowicieli.

***

Mordor od rana miała dużo obowiązków. Iskrzyk stwierdził, że przejdzie kolejny test na zwiadowcę, tak jakby nie posiadała już każdej możliwej wiedzy na ten temat. A może nie miała racji i było coś jeszcze? Sądząc po gadulstwie kremusa, mogła wiedzieć już nawet, że ziemia jest okrągła. Gdy udało jej się w końcu wyrwać z łap mentora, postanowiła schować się przed nim w legowisku uzdrowiciela, gdzie poprzedniego dnia odprowadziła wraz z Gołąbkiem Borowika. Spojrzała na niego ze zmrużonymi oczyma.
— No i po co ci to było? — mruknęła kotka, przyglądając się mu. — Właściwie czemu jeszcze nie wróciłeś do swoich obowiązków? Chyba już nic ci nie jest? — zapytała, a po chwili z płuc Borowika wyrwało się głośne kasłanie.
Kotka zaczęła się w panice rozglądać za czymś, co mogłoby pomóc, ale wiedziała, że nie powinna robić nic sama. Atak kaszlu jednak zaraz się skończył, a kocur spojrzał na nią rozbawiony.
— Przecież nie umrę — zaśmiał się Borowik, a Mordor machnął obrażona ogonem.
— Przecież wiem ptasi móżdżku! Nie chciałabym być współwinna twojej śmierci — prychnęła.

<Borowiku?>

[207 słów]

Od Porzeczki (Chyżej Łapy) CD. Malinki (Nieboskłonnej Łapy)

Przeszłość

— No, już się tak nie bój — miauknęła Porzeczka, po czym odwróciła się do ściany obok niej. Zanim jednak zaczęła ją drapać, rozejrzała się i nasłuchiwała, czy ktoś może nie idzie. Póki było cicho, zaczęła kopać. Było to cięższe, niż myślała. Ziemia była zbita i twarda, co od razu zniechęciło szylkretkę. Wtedy rozległ się za nią głos Dryfującego Fluorytu:
— A wy co? — W panice Porzeczka uderzyła głową o ścianę, po czym z bólem stanęła na baczność.
— Nic! — stwierdziła natychmiast.
— Porzeczko, nic ci nie jest? — zapytała się Poziomka, a półdługowłosa nagle poczuła, jak coś ciepłego cieknie z jej prawej brwi.
— Mi? Pff, nic mi nie jest — zbyła ją, a siostra trochę zmartwiona się odsunęła. Karmicielka spojrzała się na trójkę kociąt z frustracją.
— Do żłobka, już! Skoro ciągle coś knujecie, macie nie wychodzić z niego do mianowania — stwierdziła, po czym zaprowadziła kotki do jamy, w której mieszkały.
Porzeczka machała ogonem z frustracją. Dryfujący Fluoryt wiecznie wciskała swój nos nie tam, gdzie trzeba. Phi, ona jak zostanie uczennicą, to będzie najlepsza ze wszystkich! Zostanie wojowniczką, potem może nawet przywódcą! To by było cudowne. Ten cały Klan Burzy od razu by się stał lepszy.
Gdy w końcu znalazły się w żłobku, Porzeczka rzuciła się na ich wspólne posłanie i rozłożyła na jego całość. Wtedy Malinka do niej podeszła i się przyjrzała jej pyskowi:
— Coś tu masz.
— Gdzie?
— Tu! — Położyła łapę na jej brwi, a Porzeczka pisnęła z bólu.
— Ej!
— Co?
— To bolało! — Splunęła.
— Co bolało? Ja tylko ci pokazałam!
— Ale bolało!
Malinka westchnęła, po czym powąchała swoją łapę, którą wskazała. Poczuła woń krwi.
— To krew!
— Serio? Nie wiedziałam — prychnęła. — Przecież uderzyłam głową o twardą ziemię.
— Spokojnie, już — miauknęła Poziomka, siadając między siostrami. — Mocno boli? — zwróciła się do najstarszej.
— Szczypie tylko — odparła cicho.

<Malinko?>

Od Bryzki do Skowronka

Słońce zaczęło się zniżać, a niebo przestrzelone było przez ciemne, różowe chmury, mieszające się z błękitem wpadającym w fiolet. Duże, kłębiące się obłoki przykuły uwagę małej koteczki, siedzącej wtulonej w swojego braciszka, Skowronka. Ślepy królik by dostrzegł, jak bardzo się kochali. Nie trwali jednak tak wiecznie. Kocurek, w odróżnieniu od niej, po jakimś czasie skupił się raczej na tym, co robił ojciec, ona zaś na niekończącym się niebie, ciągle zmieniającym swoje oblicze, jednak w bardzo powolny i prosty sposób. Nocny Śpiewak wymieniał właśnie ściółkę w legowisku, szeleszcząc przy tym i wyrywając wyschnięte, twarde oraz całe mokre części, ponieważ tamta porcja nie wytrzymała długo pazurków rozrabiających kociąt. Bryzka ziewnęła, strosząc sierść wzdłuż kręgosłupa w celu ochronienia się przed chłodnymi podmuchami zefirku. W żłobku, poza nimi, przebywały również inne karmicielki – było ich kilka. Ognikowa Słota, mistrzyni. Miodowy Ul, wojowniczka, wraz ze swoją partnerką, Jesionową Szadzią. Oprócz tego… partnerka zastępcy, Kwaśna Kocanka. Szylkreteczka powinna z nimi porozmawiać któregoś razu!
— Gotowe! — miauknął dumny kruczofutry, łapą drapiąc się za uchem, na jego pysku zawitała ulga. Bryzka popędziła w stronę rodzica, układajac się wygodnie na świeżej, czystej, chłodnej ściółce. Nadal kusiło ją, żeby i tym razem ją rozerwać na strzępy – w końcu była to tak świetna zabawa! Jednak postanowiła sobie, że tym razem odpuści. Mogła przecież poczekać do rana. Spojrzała na dymnego kocurka, wpatrzonego w ojca, mrużąc w tej chwili oczka przebiegle.
— Skowronku, kto pierwszy złapie to pióro, ten wygrywa! — krzyknęła do niego i mimo że miała przewagę może sekundy, łapki jej wylądowały szybko na przedmiocie, a ona uśmiechnęła się zwycięsko do dymnego. — Ha! Wygrałam! — powiedziała zadowolona z siebie, gdy jej ogonek wywijał na boki z podekscytowania, a kieł przygryzł wargę i pyszczek wykrzywił się w chytrym uśmieszku. Bursztynooki zmarszczył brwi i rozglądnąwszy się, wpadł na pewien pomysł.
— Może i tym razem wygrałaś, ale… kto pierwszy dobiegnie do Midowego Ula, ten wygrywa! — I rzucił się biegiem ku złotej karmicielce, obecnie rozmawiającej z liliową, ułożone były obok siebie. Gdy kątem oka dostrzegły, że biegiem zmierzają w ich stronę dwa kociaki, zdziwiły się odrobinę, jednak na ich pyszczkach nie pojawiło się niezadowolenie, a wręcz swego rodzaju ciepło. Bryzka była o dwa kroki za bratem, gnając ile sił w łapkach, żeby to ona była tą pierwszą.

<Skowronku, tylko nie wpadnij w nie! Albo wpadnij, żebym ja nie musiała...>