BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

30 lipca 2026

Od Puszystej Łapy (Puszystej Neriny)

— Dobra. Słyszysz, jak pociąga co chwilę nosem? Ma katar. Co robisz w tym przypadku? — zapytał Serdeczna Naparstnica.
Liliowy zmarszczył lekko nos. Zapewne zastanawiał się czy musiał być wykorzystywany do lekcji.
— Ale przecież to łatwe. Serio? — mruknęła cicho niebieska.
“Że niby to ma być ten sprawdzian z leczenia?” pomyślało i zaczęło szukać mchu.
Podał go Słonecznemu Oku.
— No co? — zapytała, marszcząc brwi. — Wydmuchujesz nos w mech. Tak długo aż pozbędziesz się wydzieliny — dorzucił dla jasności, a kocur kiwnął w końcu głową ze zrozumieniem.
— Jak możesz pomóc koty, który nie może spać? — miauknął cicho Naparstnica.
— Trochę ziaren maku, ale niezbyt wiele — odparła krótko, a drugi skinął głową.
— Myślę, że…mogę iść odwiedzić Lśniącą Gwiazdę — mruknął, a Nerina uśmiechnęło się lekko.
— Czy ja… — zaczął.
— Tak, zostaniesz protektorem. Ciekawe jaki człon wybierze ci przywódca… — westchnął cicho.

***

Puszek zastrzygł uchem, słysząc głos zwołujący klan. Wyszedł ze żłobka, przerywając chwilowo rozmowę z Psotką.
— Jak wszyscy wiemy, kilka księżyców temu przyjąłem do naszego klanu byłego pieszczocha. A także zgubę Klanu Nocy — miauknął Lśniący, a Nerina przełknęła nerwowo ślinę. — Sprawował się bardzo dobrze. Nie sprawiał problemów, dobrze wykonywał obowiązki ucznia prorektora, a nawet…pomógł w rozrośnięciu się naszego klanu — uśmiechnął się lekko. — Sądzę, że zasługuje na zostanie protektorem — dodał i chrząknął cicho.
— Ja, Lśniąca Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego protektora — przerwał, wpatrując się w niebieskie futro. — Puszysta Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu i dbać o swój klan nawet za cenę życia? —
— Przysięgam — odparł, unosząc suknie łebek.
— A więc mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię protektora. Puszysta Łapo, od tej pory będziesz znany jako… Puszysta Nerina. Klan Gwiazdy ceni twoją siłę i empatię oraz wita cię jako nowego protektora Klanu Klifu — miauknął.
— Nerina? — zapytała cicho, a cętkowany kiwnął głową z uśmiechem.
Rozpoczęły się wiwaty. Tym razem Nerina nawet się nie denerwował. No i cieszył się, że mógł zachować to imię.

Wyleczeni: Słoneczne Oko

[320 słów + leczenie NPC]

29 lipca 2026

Senna Łza urodziła!

 Senna Łza urodziła dwie pełne życia córeczki!

Fiołek

Jasność

Fląderka urodziła!

 Fląderka urodziła czwórkę pechowych kociąt!

Wełnianka

Centuria

Lipieniek

Komar

Od Wędrującego Wibrysa

Przez pierwsze dni nieobecność siostry nie była dla niego wcale aż tak odczuwalna. Przywykł do stanu, w którym sporadycznie wymieniali ze sobą kilka zdań, po czym każde wracało do własnych obowiązków. Odkąd Truskawkowe Pole została zastępczynią, a później dorobiła się kociąt, ich kontakt stał się jeszcze bardziej urwany. Rzadko mieli okazję porozmawiać dłużej, a jeśli już, zazwyczaj kończyło się na krótkiej wymianie zdań. Czy w obliczu jej odejścia czuł żal, że nie poświęcał jej więcej czasu? Nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie. Tak bardzo, jak za nią tęsknił, tak samo pamiętał wszystkie chwile, w których potrafiła doprowadzić go do szału. Każdy moment, kiedy pakowała ich oboje w kłopoty tylko dlatego, że coś wydało jej się zabawne albo warte sprawdzenia. Była nieprzewidywalna, męcząca i hałaśliwa, a mimo to jej brak pozostawił w codzienności pustkę, której wcześniej wcale się nie spodziewał. Obozowisko wydawało się dziwnie spokojne, jakby ktoś nagle uciszył irytujący i notoryczny dźwięk, do którego przez całe życie zdążył się przyzwyczaić. Wędrujący Wibrys nigdy nie należał do kotów otaczających się tłumem znajomych. Zresztą, jeszcze w Owocowym Lesie nie był duszą towarzystwa. Nie potrzebował nieustannego gwaru wokół siebie, lecz kiedy jednak przychodził czas patrolu, potrafił zmienić się w prawdziwą gadułę. Nawet jeśli ktoś wyraźnie nie przepadał za jego obecnością, płowy z uporem ciągnął monolog, by później z pełnym przekonaniem nazwać go rozmową.
Czasem trafiał jednak na kota, który rzeczywiście chciał rozmawiać. Wtedy droga mijała znacznie szybciej. Nie musiały to być wielkie czy ważne tematy. Wręcz przeciwnie, najbardziej lubił zwykłe rozmowy o polowaniach, pogodzie czy codziennych drobiazgach. Dopóki temat nie schodził na żadne intrygi albo niekończące się opowieści o miłosnych podbojach, jak to miała w zwyczaju Miłostka, potrafił słuchać ich z prawdziwą przyjemnością.

***

Polowanie tego dnia poszło zaskakująco sprawnie. Pomimo silnych wiatrów, zapach zwierzyny był wyczuwalny. Wędrujący Wibrys odłożył swoją zdobycz na stos i przeciągnął się leniwie, czując przyjemne zmęczenie w łapach. Brzuch zaczynał dopominać się o swoje, więc bez większego namysłu skierował się w stronę świeżej zdobyczy, wypatrując czegoś niewielkiego. Ostatecznie wybrał dorodną mysz i już miał odwrócić się w stronę legowiska wojowników, gdy jego wzrok zatrzymał się na cynamonowej sylwetce kotki siedzącej nieco na uboczu. 
Zmrużył lekko oczy. Było w tym widoku coś nietypowego. Zazwyczaj trudno było spotkać Przepiórczą Wichurę samą. Z jego obserwacji wynikało, że przeważnie albo z kimś rozmawiała, albo za kimś ganiała. Jej głos zwykle niósł się po całym obozie, a ogon niemal bez przerwy poruszał się w żywym rytmie. Teraz jednak siedziała sama, z niewielką nornicą między łapami, wpatrzona gdzieś przed siebie. Nie wyglądała na smutną. Raczej sprawiała wrażenie zamyślonej i spokojnej, jakby na moment całkowicie pochłonęły ją własne myśli.
Płowy zawahał się na dłuższą chwilę. Zazwyczaj nie przepadał za dosiadaniem się do innych kotów, szczególnie kotek. Prędzej czy później kończyło się to kolejną teorią Miłostki, według której najwyraźniej próbował na starość zaznać szczęścia w miłości. 
Sprawa wyglądała jednakże tak, że Truskawkowego Pola już tu nie było. Nie kręciła się nigdzie po obozie, ani gdziekolwiek po terenach klanu. Po prostu zniknęła, a wraz z nią zniknęły także te wszystkie drobne przyzwyczajenia, do których przez tyle księżyców zdążył się przywiązać.
Strzepnął lekko ogonem, jakby próbował odgonić od siebie tę myśl. Pora było przywyknąć do nowej rzeczywistości.
Wziął głębszy oddech i zmobilizował się, by podejść kilka kroków bliżej cynamonowej szylkretki.
— Mogę? — zapytał serdecznie, wskazując ogonem miejsce obok niej. — Obiecuję, że nie będę za dużo biadolił. — Uniósł lekko kącik pyska.
Przepiórczą Wichurę głównie znał z patrolów, na których akurat bardzo cenił jej towarzystwo. Większość kotów męczyła się jego gadaniem, odpowiadając na wszelkie jego próby podjęcia rozmowy pojedynczymi słowami, bądź w ogóle nie zaszczycając go nawet spojrzeniem. Z cynamonową było odwrotnie. Wystarczyło rzucić jedno zdanie, a rozmowa toczyła się już sama. Czasem zupełnie bez większego sensu, o rzeczach tak błahych, że po chwili żadne z nich nie pamiętało, od czego właściwie się zaczęło. Nie oczekiwała od niego wielkich przemyśleń ani błyskotliwych odpowiedzi. Po prostu słuchała. A później potrafiła mówić jeszcze więcej.
Usiadł obok niej dopiero wtedy, gdy skinęła głową. Kamienna posadzka jaskini była przyjemnie chłodna po całym dniu spędzonym na patrolach, chociaż silniejszy podmuch wiatru dał mu w kość. Odgryzł niewielki kawałek myszy i przez chwilę jadł w milczeniu, pozwalając sobie po prostu odetchnąć. Nie po to jednak znalazł sobie towarzysza, by obdarować go teraz ciszą. 
— Wiesz... — zaczął po chwili, próbując znaleźć w myślach niegroźny i przyjemny temat do dyskusji. — Mam chyba szczęście do patroli z tobą. Ostatnio zauważyłem, że jakoś często trafiamy do jednej grupy. — Przerwał na moment, przełknął kęs i poruszył końcówką ogona. Właściwie wcale mu to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Patrole z nią mijały szybciej niż większość pozostałych. Może przydzielano ich do jednego zespołu w celu uzyskania spokoju od potencjalnej wymiany zdań, na którą najwyraźniej inni uczestnicy mogliby nie mieć ochoty. 
Przepiórcza Wichura uniosła łeb i zamrugała, jakby dopiero teraz zauważyła, że ktoś do niej mówi. Przez krótką chwilę wyglądała, jakby jej myśli znajdowały się zupełnie gdzie indziej, po prosu z pewnością nie w jej głowie. Zaraz potem jednak na jej pysku pojawił się szeroki uśmiech, a zielone oczy rozbłysły znajomym entuzjazmem. Nawet uszy uniosły się wyżej, a ogon drgnął z zadowoleniem.
— To dobrze! — oznajmiła z przejęciem. — Bo ja też lubię z tobą chodzić. Nigdy się nie nudzę.
Nie brzmiała, jakby próbowała być uprzejma. W jej głosie nie było ani grama wymuszenia czy zwykłej grzeczności. A przynajmniej tak wolał sobie wmawiać point. 
Mimowolnie poczuł, jak kąciki pyska same unoszą mu się odrobinę wyżej. Nieczęsto słyszał podobne słowa. Większość kotów po prostu tolerowała jego towarzystwo. Nie był pewny, czy kwestią niechęci do niego było samo jego pozaklanowe pochodzenie, czy to, czego dopuściła się jego siostra i jak jej renoma mogła wpłynąć na odbiór jego obecności przez innych Klifiaków.  
Przepiórka przechyliła lekko głowę, przyglądając mu się z zaciekawieniem. Przez chwilę wydawało się, że próbuje skupić oba zezujące ślepia na jego pysku jednocześnie, choć efekt był co najmniej osobliwy. Wibrys już dawno przestał zwracać na to większą uwagę. Przyzwyczaił się do jej charakterystycznego spojrzenia tak samo, jak do piór wystających z jej futra. 
— Z innymi jest różnie. Jedni tylko idą i idą. A jak się do nich odezwiesz, to mrukną "mhm" albo "uważaj pod łapy". Jakby rozmowa przeszkadzała im w oddychaniu — dodała po dłuższej chwili. 
Płowy parsknął cicho, opuszczając wzrok na swoją zdobycz. Pazurem odsunął mysi ogon, który uparcie zawijał mu się pod łapę. Trudno było mu zaprzeczyć. Sam nie uważał się za szczególnie gadatliwego, choć prawdopodobnie większość klanu miałaby w tej kwestii inne zdanie. Wystarczyło dać mu jednak odpowiedniego rozmówcę, a potrafił mówić długo.
— Może po prostu nie wiedzą, co odpowiedzieć — zasugerował.
Przepiórcza natychmiast spojrzała na niego z miną pełną powagi. Jej uszy drgnęły. 
— To mogliby coś wymyślić. — Wzruszyła ramionami z pełnym przekonaniem. — Ty zawsze coś wymyślasz.
Wibrys uniósł brew i cicho prychnął pod nosem.
— Nie wiem, czy to komplement.
— Jest! — Jej odpowiedź padła tak szybko, że nawet nie zdążyła się zastanowić. — Chyba.
Wibrys mógł tylko pokręcić głową z lekkim rozbawieniem. W przypadku Przepiórczej nigdy nie miał pewności, czy właśnie otrzymał pochwałę, czy przypadkowe stwierdzenie, które tylko brzmiało podobnie.
Przez chwilę jedli w ciszy. Nie była ona jednak niezręczna. Raczej należała do tych spokojnych momentów, kiedy żadne z nich nie czuło potrzeby, by na siłę wypełniać każde uderzenie serca kolejnymi słowami. Point doceniał takie chwile bardziej, niż wcześniej przypuszczał. W ostatnich księżycach wokół niego wydarzyło się wiele rzeczy, które wymagały ciągłego myślenia, analizowania i zastanawiania się, co właściwie powinien zrobić. Tutaj nie musiał tego robić. Mógł po prostu siedzieć i jeść.
To oczywiście nie trwało długo.
— A wiesz, co ostatnio znalazłam? — wypaliła nagle Przepiórcza, odrywając niewielki kawałek nornicy.
Pytanie padło tak niespodziewanie, że Wibrys nawet nie zdążył przełknąć kolejnego kęsa. Zerknął na nią kątem oka, próbując po samej mimice kotki odgadnąć, co mogło siedzieć w jej głowie. 
— Boję się odpowiedzi — westchnął.
Kotka zamachała lekko ogonem, najwyraźniej uznając jego reakcję za zachętę.
— Pióro.
Wibrys uniósł brew i pokręcił głową z rozbawieniem.
— Tego akurat się spodziewałem.
Przepiórcza wyprostowała się odrobinę, z dozą dumy w postawie. Zielone ślepia aż błyszczały z ekscytacji, a piórka tkwiące w jej futrze poruszyły się delikatnie, gdy energicznie machnęła łbem.
— Ale wyjątkowe! Takie wielkie. — Rozłożyła łapy, pokazując długość znacznie przesadzoną. — Myślę, że należało do mewy... albo do czapli... albo do jakiegoś bardzo dużego wróbla.
Kocur przez moment naprawdę próbował wyobrazić sobie wróbla takich rozmiarów. Obraz, który pojawił się w jego głowie był na tyle absurdalny, że niemal parsknął śmiechem.
— Bardzo dużego wróbla? — Zastrzygł uchem w zadumie, kwestionując, czy się nie przesłyszał.
— No...
— Przepiórcza Wichuro...
Kotka spojrzała na niego z miną niewinnego kocięcia.
— No co? Nie widziałam go. Widziałam tylko pióro.
Zaśmiał się pod nosem, kręcąc głową. Musiał przyznać, że rzeczywiście lubił z nią rozmawiać. Nie próbowała na siłę udowodnić swojej racji. Nie obrażała się, kiedy ktoś podważał jej teorię. Po prostu uznawała ją za całkowicie logiczną i przechodziła dalej.
Odgryzł kolejny kawałek myszy, po czym oblizał pysk.
— I co z nim zrobiłaś? — postanowił drążyć temat.
Przepiórcza odpowiedziała natychmiast, jakby było to najbardziej oczywiste pytanie świata.
— Schowałam.
— Gdzie? — spytał, choć spekulował, że mogłaby nie być chętna dzielić się z nim położeniem swojego nowiutkiego skarbu. To, że pozwoliła mu dotrzymać jej towarzystwa w trakcie posiłku, nie świadczyło o żadnej większej przyjaźni i zaufaniu do dzielenia się takimi sekretami. 
Cynamonowa nagle zamilkła. Zmarszczyła nos. Jej uszy poruszyły się niespokojnie, a wzrok zaczął błądzić po sklepieniu jaskini, stosie świeżej zdobyczy i kamiennych ścianach za wodospadem. Nawet odsunęła lekko nornicę, najwyraźniej całkowicie pochłonięta próbą przypomnienia sobie miejsca swojej kryjówki.
Po kilku uderzeniach serca opuściła łeb.
— Nie pamiętam — przyznała z niezręcznym uśmiechem.
Wibrys musiał mocno zacisnąć pysk, żeby zachować chociaż pozorną powagę na pysku. 
— To świetna kryjówka — stwierdził.
Kotka natychmiast nastroszyła lekko futro.
— Właśnie nie. Dlatego teraz go szukam.
— Będę wypatrywał. Gdyby jakiś ogromny wróbel zgubił kolejne, dam ci znać — odparł jedynie. 
Przepiórcza aż klasnęła ogonem o kamienne podłoże.
— Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć! — mruknęła. — Może to i błahe, ale w jakiś sposób istotne dla mnie — dopowiedziała, wracając do swojego jedzenia. 
Wibrys uśmiechnął się pod nosem. Zastanawiał się czasem, jak to możliwe, że potrafiła cieszyć się z tak drobnych rzeczy z takim samym entuzjazmem, z jakim inni świętowali największe sukcesy.
Przez krótką chwilę obserwował sterczące z jej karku piórka. Było ich naprawdę sporo. Jedne białe, inne brązowe, kilka nakrapianych. Niektóre wyglądały świeżo, inne były już wyraźnie sfatygowane.
— Tak właściwie... Skąd w ogóle tyle tych piór u ciebie? Co chwilę masz nowe.
Przepiórcza odruchowo obejrzała własne futro, jakby dopiero teraz przypomniała sobie o swojej kolekcji.
— Same się znajdują — oznajmiła z pełnym przekonaniem.
Wibrys uniósł brew.
— Same?
— No! Leżą. Albo wiatr je przyniesie. — Zawahała się na moment. — Czasem ptak je zgubi. To szkoda zostawiać.
Mówiła o tym z taką czułością, że przez moment miał wrażenie, iż opowiada o czymś znacznie cenniejszym niż zwykłe pióra. Dla niej najwyraźniej właśnie takie były.
— Zbierasz je od dawna?
— Odkąd pamiętam — przyznała. — Przeważnie tylko te należące do przepiórek, ale jak znajdzie się inne, które zwróci moją uwagę, to też je przygarnę — dodała.  
Na moment przycichła. Ostrożnie poprawiła jedno z piórek tkwiących przy barku, jakby bała się, że zaraz wypadnie. Wibrys obracał przez chwilę w łapach cienki mysi ogon. 
— Rozumiem — wypalił tylko, by nie wyjść na ignoranta. 
Przepiórcza spojrzała na niego z pewną podejrzliwością.
— A co, zbierałeś też kiedyś pióra? — spytała. 
Przez moment się zawahał. Nie był pewien, czy powinien przyznawać się do tego, co swego czasu go fascynowało. Minęło już wiele księżyców, odkąd był kociakiem, ale wspomnienie tamtej kolekcji wróciło do niego z zadziwiającą łatwością.
— Nie do końca — westchnął, rozważając, czy na pewno powinien powiedzieć to, co miał w głowie. — Ja kiedyś zbierałem... — uciął, odchrząkując. — Robaki.
Przepiórcza zamrugała kilka razy. Wyglądała, jakby właśnie usiłowała ustalić, czy Wibrys mówi poważnie.
— Żywe?
— Czasami.
Kotka otworzyła szerzej oczy.
— Po co?
Wibrys wzruszył lekko ramionami.
— Sam już nie wiem.
Przez chwilę naprawdę próbował sobie przypomnieć. Wtedy wydawało mu się to niezwykle interesujące. Dziś sam nie potrafił wyjaśnić, co właściwie widział w dżdżownicach i chrząszczach.
Przepiórcza nie dawała jednak za wygraną.
— A gdzie je trzymałeś? — drążyła. 
Na samą myśl przypomniało mu się zamieszanie, jakie wywołał, gdy część jego "zbiorów" wydostała się z kryjówki.
— Lepiej nie pytaj — odparł ze śmiertelną powagą w głosie. 
Kotka, ku przeciwności losu, wybuchnęła śmiechem tak głośnym, że kilka siedzących nieopodal wojowników odwróciło głowy. Echo poniosło jej śmiech po całej jaskini, mieszając go z jednostajnym szumem wodospadu.
— Wiedziałam! — pisnęła. — Wiedziałam, że jesteś dziwny!
Wibrys zastrzygł uchem. Może za taką szczerość nie powinien jej cenić. 
— Dziękuję — westchnął teatralnie.
— To był komplement — dopowiedziała natychmiastowo, jakby domyślając się jego pierwotnej interpretacji.
— Tego właśnie się obawiałem — mruknął tylko, ale w jego głosie nie było za grosz urazy. Raczej było to na swój sposób miłe i zabawne.
Mimo to płowy nie mógł powstrzymać lekkiego uśmiechu. 

NOWA CZŁONKINI KLANU GWIAZDY!

KUNI STRUMYCZEK
Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: Nieudana próba wyłowienia starego buta; zaklinowanie się głowy i utonięcie

Odeszła do Klanu Gwiazdy!

Od Koszmaru do Kalinowego Powiewu

Koszmar leżał przed żłobkiem znudzony. Nie było nic ciekawego do roboty. Nie było kogo podglądać, nie było komu zrobić lobotomii.
W skrócie nuda. Z bratem też nie chciał się bawić, a Zamroczka spała w najlepsze. Postanowił pokręcić się po obozie, i tak większość wojowników poszła na patrole. Zajrzał do legowiska uczniów, do starszych, a nawet do legowiska medyka. Na końcu wszedł do legowiska wojowników, znajdującego się w jednym z krzaków. Było tu bardzo przestronnie, nawet ładnie. Postanowił wejść głębiej, ale wtedy usłyszał jakiś głos za plecami:
– Witaj Koszmarze, co tu robisz?
Kociak odwrócił się na pięcie i odpowiedział:
– Nic.
– Chcesz zwiedzić legowisko wojowników? – spytała spokojnie.
– Tak.
– W takim razie zapraszam! – rzekła szaro-biała kotka i poprowadziła kocurka.
– Tutaj posłanie mam ja, tu Wilczy Skowyt, a tam Iskrząca Nadzieja.
Koszmaru nie interesowało jakie posłanie do kogo należało, ale to, co na nich było. Jedne miały pióra, drugie sam mech, a pod jednym były nawet kamienie. Hm, nie wiedział, czy ktoś by się na nie połaszczył, ale na pewno nie chciał na nich spać.
– Eee… Jak się wojowniczka nazywa?
– Kalinowy Powiew.
– To Kalinowy Powiewie, dlaczego twoje uszy tak zwisają? To jakaś choroba?
Kotka się zaśmiała.
– Nie, to inny rodzaj uszu. Mam tak od urodzenia.
– A dlaczego masz takie kropki na sierści?

<Kalinowy Powiewie?>

Od Koszmaru do Iglaka

Pora Zielonych Liści zaczęła się ukazywać w przyrodzie. Nareszcie. Śnieg powoli topniał, więcej padało, a wiatr nieco urywał głowy. Koszmar bawił się swoimi kosteczkami, udając, że robi zwierzęciu operację wyjęcia serca z liści.
– Czas na główną operację – mówił do siebie. – Twe serce będzie prezentem dla mamy!
Wziął ostrą kość, wbił w liście i wyciągnął.
– Twoje serce teraz należy do mnie! Muhahaha!
– Co robisz, Koszmarze? – spytał jego dymny brat, Iglak.
– Wyrywam serce ofierze – odpowiedział z uśmiechem.
Choć kocurek tego nie widział, Ognikowa Słota zrobiła dziwną minę. Przecież mały jeszcze nie wiedział o kulcie!
– Chcesz zostać medykiem i robić eksperymenty z Chudym? – zaśmiał się braciszek.
– Co? Nie! Będę wojownikiem, a potem mistrzem, jak mama i… mama!
– Hm, zobaczymy – zaśmiał się znowu Iglak.
– A co? Myślisz, że ty nim zostaniesz?
– Nie wiem, być może, na pewno nie robię sobie zwodniczej nadziei.
– Cóż, na pewno nie jestem najsłabszy z was dwóch… – uśmiechnął się kocurek.
– Tak? Jesteś pewien? To chodź, przekonajmy się!
Iglak skoczył na brata, a on odepchnął go łapami. Udało mu się złapać równowagę w locie, dzięki czemu szybko zaatakował ucho kociaka. Koszmarowi nie udało się zrobić uniku, więc nie zdążył zrobić kontrataku. Dymny go naskakiwał z różnych stron i szybciutko uciekał. Cętkowany z tego wszystkiego przestał bronić brzucha. Iglak zauważył odsłonięte słabe miejsce. Jednak nie wiedział, że to była pułapka. Brązowooki tylko smyrgnął pazurami po brzuchu, nie zadając żadnych obrażeń, a w tym czasie Koszmar przyszpilił brata do ziemi.
– I co, braciszku? Mam cię! – powiedział z triumfem w głosie, nie chcąc przyznać, jak dobre były uniki kocurka.

<Iglak i Iglak? :3>

Od Borowika

Pora Nowych Liści zawitała do Owocowego Lasu pełną parą. Biały puch, dotychczas pokrywający drzewa, został zastąpiony przez róż pąków i zieleń młodych liści. Odgłosy skrzypienia śniegu i gałęzi zmieniły się w szum na nowo budzącego się do życia lasu i ćwierkanie ptaków.
Jak ja nie cierpię Pory Nagich Drzew… Nie cierpię zimna. Ughhh… Jak dobrze, że już koniec…
Dzisiaj była moja kolej, by iść na patrol, w tych warunkach było to nawet do zniesienia, a wręcz cieszyłem się, że będę miał okazję zobaczyć Owocowy Lasek w nowej odsłonie. Wieczorem więc stawiłem się przy wyjściu z obozu, czekając na pozostałą dwójkę zwiadowców, z którymi miałem wyruszyć. Usiadłem miękko na ziemi, otulając moje łapy ogonem. Słońce zaczęło powoli chylić się ku zachodowi, zalewając obóz miękkim, różowo-pomarańczowym światłem, prześwitującym przez liście na drzewach.
Kichnąłem.
A… No i jest jeszcze jeden minus. Duszący zapach kwiatów zawsze przyprawia mnie o katar.
Po chwili pojawił się drugi zwiadowca, Świergotek. Wyglądał, jakby jeszcze nie do końca przestawił się na nową porę. Na pysku miał lekki grymas niezadowolenia i znudzenia. Rudy usiadł obok, nie obdarzając mnie jednak spojrzeniem.
– Hej, Borowiku – westchnął od niechcenia.
Zamrugałem, również nie patrząc.
– Uh. Witam – mruknąłem niepewnie,
I to było a tyle.
Następne kilka chwil spędziliśmy, siedząc w niezręcznej ciszy…
To już kolejna rzecz, której nie cierpię, a która spotyka mnie niestety aż nader często. Z reguły taka krótka wymiana zdań była dla mnie nie lada sukcesem i wystarczała. Jednak jako, że ostatnimi czasy staram się jak najintensywniej rozwijać moje umiejętności społeczne, zdecydowałem się nie dać za wygraną i… prowadzić… rozmowę… nie nastawiając się oczywiście na żaden konkretny wynik. Już się nauczyłem, że najczęściej zupełnie nic z tego nie wynika ani też nie wychodzi. Ale im więcej będę próbował, to może kiedyś…
– A. Um. Świergotku…? – zagadnąłem.
Ten zerknął na mnie bez większego zainteresowania.
– Co tam?
– A bo ty to jesteś tym… zwiadowcą. Co… co nie…?
Oh, Wszechmatko... Ja nie chciałem.
Świergotek uniósł lekko jedną brew.
– Jestem, jak widać – odparł. – A co…?
W jego oczach dostrzegłem drobną iskierkę zainteresowania.
Huh. No… nie tego się spodziewałem.
Dobra. Dobra. Nie zepsuj tego. Powiedz cokolwiek.
– Yyy… Czy… czy wiedziałeś, że powiedzenie “rosnąć jak grzyby po deszczu” w rzeczywistości ma odbicie tylko w bardzo wąskim zakresie sytuacji…?
Cokolwiek. Ale nie to…
Rudy kocur przechylił lekko głowę na bok, marszcząc brwi, ale ja nie dałem sobie przerwać. Czułem, że jeśli teraz przestanę mówić, to utonę w niezręczności na następne trzy do czterech księżyców…
– I… I to dlatego, że nie chodzi o sam deszcz, ale o to, jak bardzo wilgotna jest… jest gleba. Czyli dużo deszczu musi być. I stabilne warunki. Bo jak się nagle zrobi… upał albo burza to… to wszystkie te grzyby umrą… Wiedziałeś…?
Rzuciłem mu krótkie spojrzenie.
Świergotek zawahał się.
– Uh… Nie, nie wiedziałem. To brzmi dosyć… ciekawie…? – na jego pysku pojawił się nieco niezgrabny, ale na czterdzieści trzy procent autentyczny uśmiech. Po znudzeniu nie było już śladu.
– Ah. Okej, to… to już wiesz… – kiwnąłem głową.
Na szczęście nie musiałem zastanawiać się nad tym, co dalej powiedzieć, bo właśnie zza zakrętu wyłonił się niemal bezszelestnie Hiacynt i do nas dołączył. We trójkę ruszyliśmy w kierunku Owocowego Lasku.
Czułem się dosyć… niezręcznie. Niby zawsze się tak czuję, ale tym razem to zupełnie nowy poziom. W dodatku zupełnie nie spodziewałem się, że z moich prób nawiązania rozmowy faktycznie kiedykolwiek wyniknie coś poza trwałym zakłopotaniem obu stron. Dziwne rzeczy, dziwne…
Chyba… uh… chyba muszę coś zrobić… z tym…

28 lipca 2026

Od Łabądka (Łabędziej Łapy) CD. Żabiej Łapy (Żabiego Oka)

Przed zostaniem uczennicą

Ten komplement bardzo ją ucieszył. W ogóle lubiła komplementy, ale szczególnie te dotyczące jej wysokiego statusu (był wysoki przynajmniej w jej mniemaniu). W ogóle mianowanie na namiestniczkę było dla niej bardzo miłą niespodzianką. Co z tego, że w praktyce do mianowania na wojowniczkę nie dawało jej to niczego oprócz znaczków na pysku? Może Żabia Łapa nie była wcale taka zła? Powstrzymała się od skakania jak jakiś głupi kociak pokroju… Wesołej Łapy… Wyprostowała się tylko jeszcze bardziej i zademonstrowała swój elegancki krok. Uczennicy wąsy zadrżały z rozbawienia. Oburzona Łabądek już miała zrobić scenę, ale wtedy usłyszała głos matki.
– Dzieci, wracajcie do środka, bo jeszcze się przeziębicie!
Posłała tylko pomarańczowookiej wymowne spojrzenie i podreptała do Trzcinowego Szmeru.

***

Na dzisiejszym treningu było okropnie wietrznie. Okropnie w znaczeniu “bardzo” i “tragicznie” jednocześnie. No bo jak miała się skupić na łowieniu ryb, jeżeli grzywka co chwilę zwisała jej przed oczami? Tkwiła w pozycji nad brzegiem jakiegoś strumyka. Obok niej siedział Błękitna Laguna. Kazał jej czekać, a gdy tylko zobaczy cień ryby, zanurzyć łapę w wodzie i bardzo szybko ją wyciągnąć. Niestety wiatr targający jej futrem, oprócz bycia bardzo nieprzyjemnym, okazał się dużą przeszkodą. Przy jednym z mocniejszych podmuchów, grzywka przestała trzymać się w jednym miejscu i opadła jej na oko. Pod wpływem ruchu, sięgnęła łapą do wody. Niestety nic nie wyczuła.
– To nie była ryba – poinformował ją mentor. Miała ochotę prychnąć albo fuknąć, ale na księcia zastępcę nie wypadało. Zaczęła bardziej skupiać się na wodzie, zapamiętując, aby tym razem szukać kształtu ryby, a nie samego ruchu. Niestety to również było utrudnione przez wicher. Przez niego, grzywka raz zasłaniała jej lewe oko, a raz prawe. Nic dobrze nie widziała. Tak się na to zirytowała, że nie zauważyła, kiedy ryba przepłynęła tuż przed jej nosem. Zarejestrowała to dopiero w ostatniej chwili, ale nie była w stanie wyrzucić ryby na brzeg. Zahaczyła ją tylko pazurami, przez co ta zaczęła się miotać pod wodą, barwiąc ją na czerwono swoją krwią. Łabędzia Łapa z piskiem odskoczyła z obrzydzenia. Zastępca schylił się do wody, złapał ranne zwierzę w szczęki, wyrzucił je na brzeg i dobił.
– Poćwiczymy to jeszcze kiedyś – mruknął, podnosząc piszczkę.

***

Kiedy dotarli do obozu, praktycznie od razu pobiegła na brzeg wyspy, żeby przejrzeć się w wodzie i poprawić futro. Wtedy okazało się, że wyglądała tragicznie. Grzywka była potargana, z kryzą to samo, futro szło w kilka różnych stron, a jedna z jej łap nadal była troszkę różowawa od krwi ryby. W tym momencie miała ochotę się rozpłakać. To był najgorszy dzień! Nie dość, że wygłupiła się przed Błękitną Laguną, trening jej się nie udał, to jeszcze wyglądała, jakby ją pies przeżuł i wypluł! Jednak przyszłej namiestniczce nie wypadało płakać. Zamiast tego od razu wzięła się do roboty. Opłukała łapę z krwi, przemyła futro, wygładziła kryzę i naprawiła grzywkę. Zajęło to dużo dłużej, niż według większości kotów układanie futra zajmować powinno. Mimo naprawienia swojego wizerunku nadal była na skraju płaczu. Pewnie pomogłoby jej patrzenie na swoją kolekcję pięknych skarbów… Nie. To by tylko pogorszyło sprawę. Chciałaby wtedy włożyć sobie jakieś piórko w futro, ale wiatr wyrwałby je i poniósł gdzieś daleko tak, żeby przepadło na zawsze. Z tego powodu zdecydowała się po prostu na zjedzenie czegoś. Dzisiaj nawet nie chciała już patrzeć na ryby, dlatego wzięła ze sterty jakąś sierpówkę. Usiadła tuż przy źródełku i rozpoczęła posiłek. Na chwilę jej to pomogło, lecz uderzenie serca później znowu jej humor się zepsuł. Mianowicie do obozu weszła Żabie Oko z Liliową Łapą. Naprawdę ten głupi rybi móżdżek nie mógł wrócić z treningu trochę później?! Musiał akurat wtedy, kiedy próbowała się uspokoić?! Odepchnęła ptaka trochę na bok, wbiła pazury w ziemię i nienawistne spojrzenie w tę dwójkę.

<Żabo?>

[604 słów + łowienie ryb]

Od Liliowej Pieśni do Łabędziej Łapy

Był to dzień po ślubie. Liliowa Pieśń z głową skierowaną w dół wykonywała swoje obowiązki. Słowa przywódczyni nadal odbijały jej się w głowie donośnym echem, ale przywódczyni miała rację, nie miała jednoznacznych dowodów. Była pewna, że dostało jej się, gdy była w towarzystwie Urodziwego Szafirka. Ach, Szafir, coś ty narobiła? Teraz każdy jej sukces czy porażka przez Mandarynkową Gwiazdę będzie rozpatrzony przez pryzmat gatki Flaminga. Cóż, musiała z nim pogadać, ale to później. Dzisiaj przypadał dzień spotkania z bratem. Bardzo by chciała, by mogła z nim legalnie rozmawiać, ale było to niemożliwe ze względu na kolor jego futra. Dla niej kolor był tylko kolorem, choć dla niej coś mogło w tym być, że czekoladowe koty były bardziej nieprzewidywalne i zadziorne, lecz nie wszystkie. Wyszła z obozu i zaczęła płynąć w kierunku Brzozowego Zagajnika. Wyszła z rzeki, otrzepała się i podreptała do białych brzózek. Widziała w gęstwinie czekoladowe futro brata. Pobiegła do niego cicho i naskoczyła na niego.
– Lilio! Weź mnie nie strasz, bo bym ci kości połamał!
Kotka się zaśmiała i usiadła przed nim.
– Co u mojego braciszka?
– Otóż myślałem o niedawnym spotkaniu z Ulewnym Szkwałem, nie przepada za mym kolorem futra, ale spoko gość. Kiedy kocięta? Poznają wujka?
– Mroku! – zganiła go. – Jeszcze ślubu nie było!
– A po co ślub? Inne koty jakoś bez tego żyją.
Kotka westchnęła z uśmiechem.
– Taka jest tradycja w Klanie Nocy.
– A no właśnie, siostrzyczko, co tam w klanie? Nie pytam o sekrety, gdyż wiem, że nie chcesz ich zdradzać, ale co u ciebie?
– Och, Mroku, ostatnio niezbyt dobrze…
– Zdradził cię? Zawiódł? Kiedy będzie na patrolu?
– Nie, nie! Nie chodzi o Ulewnego Szkwała, jeśli już to ja go zawiodłam… ale chodzi o to, że moja najlepsza przyjaciółka, Szafir, obraziła księcia, Rogatego Flaminga. Stałam obok niej, potem on nagadał na mnie przywódczyni i teraz nie dość, że przywódczyni mi nie ufa, to nie dostanę ucznia, jak już dostanę, to czekoladowego i inni zauważą, że to oznacza, że przywódczyni mi nie ufa! I wtedy wszyscy inni będą na mnie patrzeć okoniem! Mroku to straszne…
– Hej, będzie dobrze. Zawsze mogę go zatłuc.
– Och, ty zawsze wybierasz język przemocy! – zaśmiała się.
– Bo jest najskuteczniejszy? Robisz bach, bach i po sprawie.
– Ech, ty mały barbarzyńco – zaśmiała się.
– W ogóle, jak ta cała Mandi Bandi ci nie wierzy a jemu tak, to widać wiek pada jej na mózg…
– Na Klan Gwiazdy, Mroku! To przywódczyni i księżniczka!
– Przywódczyni sryni, ona, jak i reszta są siebie warci, nieważne, że ktoś cierpi, najważniejsze jest to, że mają lśniące pazurki i gładki nosek…
Kotka trzepnęła brata po uchu.
– Bracie, wcale tak nie jest. Wiem, że się o mnie martwisz i w ogóle, ale to, o czym mówisz, jest okropną obelgą dla rodu, najważniejszej rodziny w klanie, a więc i obelgą dla mnie.
Mrok przekręcił oczami, lecz liliowa mogła w jego oczach zobaczyć żal.
– No dobrze, ale jeśli znowu ten cały Rogacz… znaczy, książę Rogaty Flaming przyczepi się do ciebie, jak kleszcz do zadu i nie będziesz się czuła dobrze w klanie, pamiętaj, że tu jestem.
Lilia się wzruszyła.
– Dziękuję, Mroku! Jesteś najlepszym bratem na świecie! – kotka się do niego przytuliła.
Kocur nie wiedział co zrobić, od dwudziestu czterech księżyców nikt go nie przytulał, to było takie dziwne, niecodzienne.
– No, dobrze. Może trochę się rozerwiemy? Znam nieopodal piękne miejsce, z małym strumyczkiem i dziwnym łukiem zbudowanym przez Bezfutrzastych, czyli jak się mówi u was, Dwunożnych. Możemy tam popolować i chwilę odpocząć.
Liliowa Pieśń kiwnęła głową i ruszyła za bratem.

***

Bawili się przednie, żartowali, ochlapywali się, kąpali, polowali. Przy bracie czuła się nie jak Liliowa Pieśń, wojowniczka Klanu Nocy, lojalna, choć niektórzy w to wątpili, tylko jak Lilia – samotniczka urodzona przy rzece.
Słońce już powoli zachodziło. Brat odprowadzał wojowniczkę z powrotem na tereny klanu. Nagle usłyszeli niespodziewany głos:
– Mroku? Mroku, gdzie ty!
Kocur popatrzył się z przerażeniem. Gdy widział lub słyszał ojca, tylko wtedy się bał, jakby ciągle był niewystarczający.
Popatrzył na kotkę, z miną mówiącą “przepraszam”.
– Grr… odejdź stąd! Nikt nam nie zabierze terytorium!
– No, no, no, kolejna wojowniczka “Klanu Nocy”? – zaśmiał się Sosna. – Jeśli myślisz, że ty i twoi kumple nas stąd wygonią, to się mylisz. Już raz to zrobiliście, drugiego nie będzie.
Kotka oniemiała. Czy on mówił prawdę, czy kolejny raz manipulował synem?
– Idź stąd, kupo futra, albo będę musiał użyć siły!
Kotka nie miała odwagi ani siły, by coś odpowiedzieć, Sosna ją przerażał. Nie jako samotnik, ale jako nieodpowiedzialny ojciec i partner, który nie kochał partnerki, nie kochał syna, kochał władzę, sługę i kogoś, kto mu tę sługę dawał. Obróciła się, spojrzała przez ramię i pobiegła w kierunku obozu. Kotka miała już dość tego wszystkiego. Tej zależności, tej fałszywości, tego strachu, tego, że trzeba było kłamać, by przetrwać. Jakby tego wszystkiego było mało, spotkała przy rzece Błękitną Lagunę oraz Łabędzią Łapę.
– Witaj, drogi zastępco, Błękitna Laguno, witaj, droga mała namiestniczko, Łabędzia Łapo.
Biało-czarna kotka zmrużyła oczy w szparki i poprawiła grzywkę.
– Co robiłaś tak długo poza obozem, Liliowa Pieśni?
Kotka pomyślała przez chwilę.
– Patrolowałam granicę przy Brzozowym Zagajniku, pomyślałam, że skoro samotnicy tak nas zaatakowali, to popatrzenie na granicę, czy nie mają jakichś szpiegów, będzie przydatne, przy okazji coś złowić dla klanu i cieszyć się początkiem Pory Nowych Liści.

<Łabędzia Łapo, co odpowiesz?>