BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 22 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

19 marca 2026

Od Poranku CD. Orchidei

— Halo, jest tu kto? — Nagle usłyszał znajomy głos, wyrywający go z zamyślenia i pracy. W jednej chwili cały się spiął i odwrócił głowę w stronę wejścia do legowiska, gdzie stała jego dawna znajoma — Orchidea, dawniej zwana Chmurką czy Przepiórką. Poranek nie widział jej wieki i choć nie poznał się z kotką za dobrze, miał wrażenie, że tylko ona nie oceniała go po powrocie do Owocowego Lasu. Wydawała się... Wyrozumiała. W przeciwieństwie do większości Owocowego Lasu, który chyba najchętniej już pozbył się rudego uzdrowiciela i jego sióstr za ich głupotę. Zwłaszcza ze względu na śmierć Mroza, która, według niektórych a w szczególności starszych członków społeczności, była jego winą. A on się z nimi zgadzał, nosząc ten ciężar sam i cicho, często nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Wolał trzymać swoje myśli z dala od wspomnień o ukochanym członku rodziny, którego miał chronić, a poległ, płacąc za to jego życiem. Wiedział z resztą, że gdyby myślał o tym częściej, już dawno skończyłby dużo gorzej niż teraz, a to teraz też nie było dobre.
Pokręcił szybko głową, chcąc wrócić do rzeczywistości. Dopiero wtedy przypomniał sobie o obecności Przypływ oraz dopiero co przybyłej Orchidei. Powinien przecież coś powiedzieć... To była jego znajoma.
— Ja jestem… — odezwał się w końcu cicho, zaczynając przebierać łapami ze zdenerwowania. — O-och, hej Prze… To zna-aczy Orchideo — miauknął, gdy zauważył, że wzrok kotki zatrzymuje się na nim.
— Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? Widzę, że macie dużo na głowie jako uzdrowiciele… — szepnęła Orchidea, kiwając głową do znajomego.
— Akurat skończyłem… zajmować się Przypływ. Zostań tutaj na kilka dni, aby wydobrzeć — zwrócił się do Przypływ.
— Dobrze, bardzo dziękuję Poranku, od razu mi lepiej — odparła kocica, wygodniej układając się na swoim nowym tymczasowym posłaniu.
— Co u ciebie? Wiesz… Bardzo za wami wszystkimi tęskniłam i… chciałabym odnowić naszą relację… – nagle odezwała się Orchidea, delikatnie się uśmiechając. Chwast spuścił wzrok, nie wiedząc, co tak właściwie powiedzieć. No bo co miał? Nie potrafił w takie rzeczy. Nie umiał integrować się z innymi. Zwłaszcza po tym wszystkim, co ich spotkało. Niby nie było to dużo, ale sprawiło, że rudy uzdrowiciel nie potrafił funkcjonować w otoczeniu tylu kotów. Wzrok każdego z nich ciągnął się za nim, głupie szepty i głosy były obecne wszędzie, gdzie się pojawił, a wyrzuty sumienia i wspomnienia nawiedzały go w snach, często zakłócając jego spokój. Bał się innych kotów. Bał się własnego cienia.
Oddech nagle mu przyspieszył, co zwróciło uwagę obu kotek. Rudy otworzył nieco szerzej oczy, modląc się do Wszechmatki by to wszystko dobiegło końca. Dlaczego nie potrafił zrozumieć tego wszystkiego?
– Chwaście? – usłyszał głos Orchidei, na co szybko podniósł głowę.
– Ja... Tak, m-możemy odnowić naszą.... Relacje – wydukał szybko, mieszając się powoli we własnych słowach. – Tyle że... Nie teraz... Ja... Ja muszę iść – powiedział szybko i bez czekania na odpowiedź wybiegł z legowiska prosto na śnieg. Musiał uciec. Musiał biec do swojego drzewa by uciec od tego wszystkiego.
 
***
*TW: Coś na wzór myśli samobójczych*
 
Unikał sióstr, unikał Orchidei, unikał Derwisza, chociaż z tym ostatnim był mały problem, bo kocur zawsze pojawiał się w niekorzystnych dla Poranku sytuacjach. Starszy uzdrowiciel prawił Chwastowi jakieś lekcje, pomagał, chociaż rudy chciał od tego uciec. Jednak nie potrafił, ponieważ nie potrafił się odezwać. Za każdym razem było tylko gorzej. Chwast miał wrażenie, że powoli popada w obłęd.
Siedział przy swoim drzewie, chowając pysk między łapami. Chciał zniknąć. Droga Wszechmatko jak dobrze byłoby zniknąć! Bez żadnego słowa, bez pożegnania. Po prostu. Zniknąć. Lekko wzdrygął się na tę myśl. Niby pojawia się ona w jego głowie już nie pierwszy raz, ale sam do końca nie wiedział, co miał na myśli mówiąc "zniknąć". Chciał uciec? Z jednej strony tak. Dokładnie tak samo jak po powrocie do Owocowego Lasu, chciał po prostu wrócić do bycia samotnikiem. Jednak teraz? Pojęcie to mogło obrać różne kierunki. A on chyba po prostu miał już dosyć.
– Czyli to tu znikasz, gdy nie ma cię nigdzie w obozie – usłyszał nagle czyiś głos, na co od razu się podniósł. Starszy kocur powoli podszedł do Poranku, siadając obok. Jego zatroskany wzrok spoczął na towarzyszu, dokładnie się mu przyglądając, co tylko jeszcze bardziej zestresowało rudego. Co Derwisz tak właściwie od niego chciał? Czasem Chwast chciał by starszy uzdrowiciel patrzył na niego jak reszta starszyzny chwilę po powrocie do domu. Z odrazą. Przynajmniej nie musiałby się zastanawiać co siedzi w głowie przybysza z odległych krain. – Wszystko dobrze Poranku? Znów wyglądasz na zasmuconego – zauważył Derwisz, odwracając wzrok od młodszego. Ten podniósł się trochę i wbił wzrok w ziemię. Dlaczego Derwisz o wszystko dopytuje? Dokładnie jak jego siostry, których unikanie jednak wychodziło mu dużo lepiej.
– Żyje – odparł krótko Chwast. Derwisz westchnął cicho, jednak na twarzy dalej miał uśmiech.
– Jest to twoje stałe powiedzenie? Doprawdy zabawne Poranku! Czasem się zastanawiam czy ktokolwiek jest w stanie wyciągnąć z ciebie coś więcej niż informacja, że żyjesz – zaśmiał się starszy, jednak na widok dalej niewzruszonej twarzy rudego, szybko zamilkł. – Twoje siostry cię szukały – poinformował Derwisz. Chwast cały zesztywniał.
– Co im powiedziałeś?
– Że nie wiem. Widzę, że nie chcesz z nimi rozmawiać Poranku. Widzę też, że nie dzieje się z tobą za dobrze – mruknął starszy i odwrócił się w stronę kocura.
– Dlaczego się przejmujesz? – zapytał cicho rudy, spoglądając co jakiś czas na Derwisza.
– Ponieważ nikt nie zasługuje na cierpienie. W tym ty – powiedział Derwisz, uśmiechając się.
– Tyle że ja nie cierpię.
– Jednak nie ja chowam się tu praktycznie codziennie, z dala od pobratymców.
Poranek zamilkł. Wiedział, że Derwisz ma rację. Wiedział też, że kocur ma dobre serce i chciałby mu pomóc. Nawet jeśli on tego nie chce. Nawet jeśli młodszy on dałby oderwać sobie łapę zamiast poprosić o pomoc.
 
***
*Teraźniejszość*
 
Derwisz przychodził co jakiś czas z nim rozmawiać. Nie naciskał na wyjaśnienie czegokolwiek, co dręczyło rudego, za co ten był po cichu wdzięczny. Zamiast tego po prostu rozmawiali. Tak właściwie to Derwisz rozmawiał, a Poranek co jakiś czas wypowiedział kilka słów. Jednak póki starszy uzdrowiciel nie narzekał, Chwast był w stanie z nim siedzieć. Dawało mu to alibi gdyby uciekał od rozmowy z siostrami, ale też dawało mu to poczucie jakiejkolwiek przynależności.
Pora zielonych liści przynosiła ze sobą sporo upałów, które zdecydowanie nie sprzyjały rozwojowi ziół, potrzebnych uzdrowicielom. Nie licząc tego poza legowiskiem była masa słońca, za którym rudy nie przepadał, więc jego wypady poza legowisko były jeszcze rzadsze niż zazwyczaj. Jednak podczas nieobecności reszty uzdrowicieli ktoś musiał zająć się uzupełnieniem zapasów ziół, które skończyły się po wizycie Przypływ i Kolendry. I tym kimś niestety był Poranek.
Wziął głębszy oddech, spoglądając to na swoje łapy, to na polanę pełną słońca i pobratymców. Bał się. I choć trudno było mu to przyznać, czuł jak stres chwyta go za żołądek, wywołując nieprzyjemny ból. Najchętniej zapadłby się pod ziemię. Jednak musiał wykonywać swoje obowiązki. Nie mógł tak po prostu zaszyć się w legowisku na wieki. Powoli więc wyszedł z lecznicy i trzymając się każdej pobliskiej plamy cienia, przemieszczał się w stronę wyjścia z obozu. I cały jego plan poszedłby dobrze gdyby nie... Orchidea, która przyglądała mu się z daleka, nieświadomie wywołując u niego jeszcze większy stres.

Wyleczeni: Przypływ, Kolendra

<Dawna znajomo?>

Od Promiennej Łapy

Promyk wstawała codziennie rano dzielnie, aby uczyć się nowych rzeczy. Jednak istnienie mew utrudniało jej wymykanie się z obozu, tak jak niegdyś to robiła. Teraz mogła tylko trzymać się ogona swojej mentorki albo patrolu, który niechętnie brał ją ze sobą.

Promyk starała się zawsze robić wszystko, najlepiej jak tylko mogła, a że niewiele teraz mogła to osobna kwestia. Codzienne treningi były odrobinę za mało na jej ilość energii, a patrole nie zawsze chciały ją ze sobą.

Siedzenie w obozie ją nudziło. Roznosiło ją to od środka. Dlatego na treningach zawsze wybiegała w przód, pierwsza, najlepsza!

A jednak jej trening trwał. Promyk mogła tylko spojrzeć na swoje łapy zawiedziona.

22 księżyce. Tyle miała już na swoim karku i nadal była uczniem. Jak dla niej to było znacznie za długo, a jednak. Jej brat i siostra mianowali się już jakiś czas temu, a ona utknęła w tym miejscu i nie ruszyła przez długi czas.

Chwilę była chora, chwilę nie miała mentora, potem Psotka ją przejęła i jej trening czasem trwa czasem nie.


22 księżyce. Tyle jej to zajmowało. Dzień był słoneczny i jasny, kiedy Psotny Nietoperz zabrała ją w kierunku drzew. Tam Promyk grzecznie wykazała się swoimi miernymi umiejętnościami wspinaczki po drzewach. Nie była w tym najlepsza, najszybsza czy najstaranniejsza, ale wkładała w to wiele siły. Jakoś jej to też szło, chociaż przy jej kompletnym braku elegancji, którą powinien mieć kot, wyglądała jakby, co chwilę miała spaść z tych gałęzi.

Ale trening za treningiem i nie spadała. Nauczyła się.

Podobnie było z tunelami, chociaż tam czuła się lepiej, niż ponad ziemią. Naturalnie przyszło jej bieganie po ciemnych korytarzach. Z łatwością szła jej nawigacja w ciemnościach. Wilgoć nie przeszkadzała jej nic a nic. Psotka była z niej bardzo zadowolona. To właściwie było jedyne, co Promyk załapała od razu i tylko parę treningów potem była w tym płynna.

Promyk mogła o sobie teraz już powiedzieć, że mogłaby zostać wojownikiem, jednak coś ja powstrzymywało. Spoglądała na własne łapy i wątpiła, czy sobie poradzi.

– Możesz próbować, najwyżej ci się nie uda! – Słońce, jej brat, tak jej mówił co jakiś czas. Ale on nie wiedział. Nie widział jak, Promyk próbuje porozmawiać z kimkolwiek, ale te rozmowy są tylko powierzchowne. Jak próbuje się zintegrować w życie klanu, ale jakoś nie może znaleźć sobie miejsca. Jakby ten klan przytłaczał ją coraz bardziej każdego dnia. Jakby płynęła rzeką, pod prąd, i do tego zachłysnęła się wodą.


Promyk odetchnęła ciężko. To był kolejny dzień, w którym była zamknięta w ścianach obozu, jakby była trochę niechciana. Miała koty, które lubiła, ale one miały swoje własne życie i nie mogły poświęcić jej tyle uwagi, ile potrzebowała. A to nie w jej charakterze było, aby się im o to upominać.

Zostawiła te koty za sobą, obok siebie, słówko po słówku wycofała się do swojego własnego małego kąta, w którym stres i strach nie miały do niej dostępu. Leżała teraz właśnie w swoim kącie i spoglądała na własne łapy. Wysuwała i chowała swoje piękne pazurki i kwestionowała swoje życiowe wybory.

A jednym z tych wyborów było wyjście z obozu, kiedy nikt nie patrzył. Nie poszła daleko, to mogłoby się skończyć dla niej źle i jeszcze gorzej. Potrzebowała po prostu zażyć słońca, zamiast siedzieć tylko w cieniach obozu. Siedziała niedaleko wejścia, grzejąc swoje futro, dopóki w oddali nie poruszyły się drzewa. Jakiś patrol był pewnie niedaleko. Promyk wstała i ostatni raz rzuciła okiem na niebo. Tam, w oddali, w kierunku morza na niebie poruszyły się mewy. Te przeklęte stwierdzenia, które powodowały jej cierpienia w zamknięciu.

Złość wzburzyła się w niej jak ogień w ognisku. Palił się najpierw powoli, a potem jak las, który przypadkiem zajął się od niewygaszonego popiołu. To była nienawiść. Nienawiść do swojego losu, do swojej sytuacji i braku swojego własnego imienia. I to wszystko kumulowało się w niej i buchało w jej sercu. A mewy? One były idealne, aby zrzucić na nie całą winę za jej nieudane życie.

Promyk zniknęła w obozie. Zmyła się z tłumem. Zjadła kolację i położyła się spać.
I śniła. Śniła o polowaniach i spaniu pod gołym niebem. Gwiazdy, których tak dawno nie widziała, lśniły nad jej głową i układały się w słodkie konstelacje. Wiatr pędził między koronami drzew, jak szepty które ją wołały. Ale jednak jej łapy nadal stały na znanym jej kamieniu, zapach kotów z Klanu Klifu blisko. Niepokojąco blisko. Był to zapach kojący jej emocje i jednocześnie wzbudzający z nią gorzką złość.

I kiedy się obudziła, o samym poranku, mogła tylko odetchnąć ciężko i machnąć ogonem. Mogła być zła! To były jej emocje, jej własność! Jej prawo! Ale czuła się źle. To nie była wina klanu, że nie mogła znaleźć sobie miejsca. Nie ich winą było, że jeszcze nie awansowała się na wojownika. To Promyk powinna się starać bardziej, mocniej, więcej! Ale nie miała teraz jak. Leżała zamknięta z własnymi myślami gdzieś na boku pamięci wszystkich. I nikogo nie powinna za to winić. Nikogo tylko siebie. No i te mewy! Te przeklęte mewy.


– Psotny Nietoperzu? – Promyk zaczepiła swoją mentorkę.

– Co tam? – Psotka oderwała się od tego, co robiła aktualnie.

– Możemy wyjść na trening?

– Nie dzisiaj. Mam parę spraw do załatwienia i trochę rzeczy do zrobienia. Może jakiś patrol cię ze sobą weźmie!

Ale żaden patrol nie chciał jej w swojej grupie. “Nie dzisiaj” – dostała odpowiedź. No dobrze. To wcale nie budowało w niej napięcia i goryczy. Czy ona w ogóle mogła się gdziekolwiek wykazać? Czy to fakt, że nadal była uczniem, czy może jako wojownik też będzie tak ograniczona i odłożona na bok?


[907 słów]
[nawigacja w tunelach]

Od Klekoczącej Łapy (Klekoczącego Bociana) CD. Fląderki

Time skip do teraźniejszości, bo tak...

Kocur przedzierał się między kotami, które z jakiegoś tajemniczego powodu postanowiły zebrać się w środku obozu pod koniec dnia. Z kwaśną miną obijał się o wojowników, którym nie posyłał nawet przepraszających spojrzeń. Parł do przodu niczym taran. Szkoda tylko, że przez swoją dość wiotką posturę często zataczał się nieco po uderzeniu w jakiegoś masywniejszego kota. Nie robił sobie jednak z tego nic. Od razu stawał na równe łapy i wracał na swój poprzedni, naruszony szlak. Chociać głowę nosił wysoko, a pierś dumnie wypinał, wzrok miał niewidzący, przepełniony złością i frustracją; znów on musiał biegać do Wężynowego Kła. 
Jego kuzynostwo się narodziło, a dokładnie mówiąc, jego kuzyn. Flaming był jeszcze mały i obślizgły, kiedy ujrzał go po raz pierwszy poprzedniego dnia. Ciężko było powiedzieć, jakiej jest maści, bo pokryte śluzem futerko wydawało się przerażająco brązowe; wszyscy jednak wiedzieli, że to tylko kwestia osuszenia i kilku pociągnięć językiem. Może i wszyscy o tym wiedzieli, ale Klekoczący Bocian do końca miał nadzieję, że paskudek okaże się być całkowicie pokryty czekoladową sierścią; wtedy wszystko znów wróciłoby do porządku dziennego. Wtedy mógłby odwołać tę całą farsę; w końcu według kodeksu nie jest jeszcze oficjalnie naznaczony znakiem Przodków, nawet jeśli w Klanie Nocy wszyscy zaczęli używać jego nowego imienia. Błękitna Laguna pewnie szukałaby wtedy pocieszenia w swojej prawdziwej rodzinie, a syn Mureny wróciłby do jego łaski. To, co stałoby się z Wężyną w ogóle go nie interesowało, gdyż księżyce, które musiał spędzić na macaniu jej bebecha, uważał za kompletnie zmarnowane i przepełnione całkowitą odrazą. Na każde wspomnienie tego ciepłego, pokrytego delikatnym, przeżedzonym futrem brzucha, miał ochotę wymiotować, zwłaszcza w momencie, kiedy faktycznie mógł wyczuć kociaka, który w nim pływał. 
Nagle poczuł, jak coś uderza go sam środek piersi. Nie było to szturchnięcie, a całkowite wpadnięcie mu pod łapy. Zajrzał na dół, a stamtąd wgapiały się w niego dwa ciemne kamyczki. Podniósł nieco brew. 
— A-a... Książe Klekoczący Bocianie, tak bardzo cię przepraszam, nie chciałam ci się kręcić pod nogami, p-po prostu… — mamrotała Fląderka, kłaniając mu się niemal tak mocno, że zaczęła lizać ziemię pod swoimi łapami. 
— Po prostu to trochę uważaj, bo większy kot całkowicie cię zdepcze i staranuję — mruknął i od razu chciał ją wyminąć, ale zauważył kawałek gluta na swoim białym futerku, a następnie usłyszał ciche pokasływanie; dokładnie takie, jakby ktoś chciał je ukryć. — Nie wyglądasz… zdrowo. Czujesz się źle? — Zapytał, kładąc uszy. Nie wierzył, że to pytanie uciekło z jego pyska. Obiecał sobie, że nie będzie nigdy suszyć łba innym kotom o ich stanie zdrowotnym; pomoże im tylko, jeśli ci przyjdą do niego na własnych łapach i z własnej oceny sytuacji. 
— Nie, nie... Czuje się dobrze — powiedziała pośpiesznie, uciekając wzrokiem, dodała też prędko: — Ale dziękuję za… troskę… To bardzo szlachetne ze strony księcia…
— Skoro tak uważasz. — Wzruszył ramionami i strzepnął ogonem. Nie zauważył, ale był już pod samą lecznicą. 
W środku słyszał pałętanie się Gąbczastej Perły. 
"Na pewno zapyta mnie o dokładny stan robaka, który wił się u boku Wężyny." — pomyślał i na samą myśl skrzywił się niesamowicie. Odwrócił się. Za nim wciąż stała Fląderka. Najpewniej czekała, aż ten wejdzie do środka, aby mogła się ulotnić bez uszczerbiania jego dumy. Jakby już i tak nie została ona całkowicie pogryziona przez korniki. 
— A ty? — odezwał się nagle, odwracając się. Czekoladowa niemal nie skoczyła. — Podobno ostatnio włóczysz się sama? Rozmawiałem z Algową Strugą o tym, że cię spotkała. Knujesz coś czy obudził się w tobie jakiś uśpiony zew wojownika? — zapytał, marszcząc brwi. 

<Flądra?>

Od Kurki CD. Guziczka

W życiu Kurki wszystko zmieniało się ciągle i nieustannie. W końcu takie jest życie! Jednak Kurka nie bardzo lubił zmiany. Denerwowały go i stresowały. A stres źle wpływał na jego apetyt.

Borowik, jego kochany brat, któremu niezdrowo odbiło na punkcie Czajki, utonął. Kurka przyjął to dość ciężko, aczkolwiek w pewnym sensie się tego spodziewał. Jego brak był … delikatnym tłukiem. Szkło się spodziewać, że odwali coś takiego! Gonić za swoim przyjacielem jak za myszą!

Kurka najpierw był częścią planu odwiedzenia nieznanych gościu po drugiej stronie drogi.

Potem trwała chwila spokoju, zanim pojawiły się bobry.

Kurka mógł odetchnąć, przytulić się do rodziców, czy do Guziczka, z którym spędzał większość swojego wolnego czasu. Wszystko było dobrze, dopóki do obozu nie wpadł młody Lis, a niedługo po nim prawdziwy rudy lis. Ten potwór wpadł do obozu i upewnił się, że młody Lis popamięta siłę zwierzęcia, po którym został nazwany. Kurki nie było w tym czasie w obozie. Zajmował się wtedy patrolem granic oraz przyniesieniem odrobiny więcej zwierzyny do obozu. Więc kiedy wszedł do obozu i zastał tam chaos i zaschłą krew niedaleko wejścia, aż się zjeżył. Ciarki przeszły po jego plecach na sam widok. Kurka prawie od razu porzucił zdobycz tam, gdzie miała leżeć i odnalazł Czereśnię

– Co tu się stało? – Młody zwiadowca zjeżył się na dźwięk własnego głosu.

– Lis wpadł do obozu. – Czereśnia zmierzył go smutnym wzrokiem. – Dobrze, że wróciłeś… – oświadczył po sekundzie milczenia. – Chodź ze mną.

Kurka posłusznie poszedł za zastępcą. A ten zaprowadził go prosto do ciała jego ojca. Jego kochanego taty, nad którym pochylał się już Czernidłak.

Kurka poczuł tylko, jak jego nogi zaczynają się trząść, ale podszedł do swojego taty. Jego oczy zaszły łzami, których nie był w stanie zatrzymać. Przywarł bokiem do Czernidłaka, pochylając się nad martwym ciałem Pumy.


Dla Kurki to była tragedia. Jeden ukochany członek rodziny za drugim. Zwiadowca zaczął unikać innych kotów, włączając w to Guziczka. Z jakiegoś powodu czuł, że potrzebuje czasu, który mógłby spędzić samemu. Udawał się częściej na patrole, na polowania, na spacery. W obozie rzadko dało się go dostrzec. Przychodził, wtedy kiedy musiał porzucić zwierzynę czy odpocząć w bezpiecznym miejscu.

Na szczęście takie izolowanie się nie trwało bardzo długo. Chłodne noce szybko zaczęły mu doskwierać i tęsknił za dobrze mu znanym futrem przyjaciela. Więc wrócił do spania w obozie, do rozmów z Guziczkiem, chociaż chodził trochę podbity.

Niedługo potem umarł Orzeszek, poturbowany przez bobry. Kurka nie martwił się o te stworzenia do tej pory. Zdawały się przynosić wiele pozytywów. Rzeka uspokoiła się, po tym, jak powstały ich tamy. Jednak fakt, że zaatakowały kota, był dość… negatywnym skutkiem ich obecności. Chociaż to tylko jedna cegiełka dodana do listy zagrożeń, jakie czyhały na wszystkich w lesie. Dlatego też Kurka nie rozumiał za bardzo głosów kotów, które tak zażarcie chciały się pozbyć ich nowych gości. Oczywiste było, że wystarczyło się nauczyć żyć z nimi w zgodzie i będzie się kotom żyć jak wcześniej. A nie topienie się w rzece po każdym deszczu było przyjemną myślą.

Ale Kurka nie miał ani ochoty, ani siły wypowiadać się na ten temat. Nie był zbyt rozmowny. I Guziczek też jakoś tak ucichł. Chociaż wieczory nadal spędzali na spokojnych spacerach, a noce przyciśnięci do siebie.


Na jednym ze spacerów Kurka usiadł na zagubionym kamyku, jeszcze ciepłym od słońca, chociaż to już zachodziło. Spojrzał w niebo i zamilkł na chwilę. Guziczek przysiadł się do niego, oboje trochę smętni i cisi.

– Cieszysz się, że dostałeś ucznia? – Kurka w końcu znalazł temat, który mógł poruszyć, a który nie wzbudzał niepotrzebnych wspomnień.

– Tak. Oczywiście, że tak. Świergotek będzie świetnym uczniem! – Guziczek wypiął odrobinę pierś.

– Na pewno nauczysz go lepiej niż ciebie Miłostka. – Kurka zaśmiał się pod nosem. Ach… czasy, kiedy byli uczniami! Miłe wspomnienia, chociaż kurka nie wróciłby do tamtych czasów.

– No to na pewno!

I zapadło milczenie. Komfortowe, nieco mniej smutne. Kurka znowu się zamyślił na chwilę.

– Wiesz … mam już 33 księżyce i nadal nie wiem, czy czuję się dobrze z życiem, które mam.

– Co masz na myśli? – Guziczek zajrzał na niego podejrzliwie.

– Patrole, polowanie, spacer, sen. Codziennie to samo, chociaż spacery z Tobą to najprzyjemniejsza część dnia. Chyba jako jedyna. Ta rutyna sprawia, że zaczynam kwestionować czy robię wszystko dobrze z moim życiem. – przyznał Kurka. – Jestem trochę nudny…

– Nie jesteś nudny! Jesteś najlepszy pod słońcem, a już niedługo będziesz rządził ze mną całym owocowym lasem, mówię Ci! – Guziczek napuszył się dumnie. Ach... Te plany władzy nad wszystkimi wokół, ambitne, lecz dla Kurki prawie nieosiągalne.

– Mam nadzieję. Pieczarka jest… trochę…– Kurka zaciął się w swojej wypowiedzi. Tak rzadko wypowiadał się o kimkolwiek u władzy. – Miękka? Byłbyś lepszym liderem!

– A dziękuję!

– A niedługo będziesz mógł się przetestować w kierowaniu Świergotkiem! – Kurka położył swoją łapę na łapce przyjaciela. Jak dobrze było mieć takiego Guziczka u swojego boku!


<Guziczku?>

18 marca 2026

Od Krokusowej Kruchości

*przeszłość, niedługo po mianowaniu na wojownika*

Krokusowa Kruchość została wytypowana przez Zawodzące Echo do patrolu łowieckiego razem z Burzowymi Chmurami, Strzępotkowym Kokonem, Modliszkową Ciszą oraz Rudą Lisówką. Buraska zajęła miejsce pomiędzy wujkiem i partnerem Chomik (Chomiczej Łapy).
– Jeśli będziemy musieli się rozdzielić na łące, trzymaj się mnie, dobrze? – miauknął Strzępotek, posyłając uśmiech siostrzenicy. Krokus w odpowiedzi jedynie skinęła łebkiem i przyspieszyła kroku, aby nadążyć za resztą wojowników.
Nim opuściła obóz, spojrzenie zatrzymała na swoich siostrach, Rybeczce i Równonocy. Kocice właśnie powróciły z treningu, na który jeszcze uczęszczały, jednak zielonooka wiedziała doskonale, że lada moment one również zostaną wojowniczkami.

"Przynajmniej zasłużą na miano wojownika, a nie zostaną mianowane z litości, jak ja."

Wiedziała, dlaczego Królicza Gwiazda zdecydował się ją mianować już teraz i dlaczego Zawodzące Echo również przystał na jej ceremonię dorosłości. Nie była stanie dać z siebie więcej tak jak jej siostry. Dalszy trening był bez sensu, w szczególności treningi skupiające się na biegach, po których zawsze lądowała i medyków z napadami kaszlu i bólem w klatce piersiowej.
Mimo wszystko cieszyła się, że lider i zastępca dali jej szansę. Może faktycznie nie dorównywała umiejętnością swoim siostrą, jak i pozostałym wojownikom, ale to właśnie tę, a nie inną ścieżką chciała podążać. Tak jak mama i tata chciała być wojowniczką.
Strzępotkowy Kokon miał rację. Gdy dotarli pod Drogę Grzmotu, mieli się podzielić na dwie mniejsze podgrupy, aby upolować więcej zwierzyny. Gdy miała oddalić się wraz z Strzępotkowym Kokonem oraz Rudą Lisówką w kierunku granicy z Klanem Wilka, została zawołana przez Burzowe Chmury.

"Tata. Nie. Ojciec. Ojczym. Kocur będący ojcem moich sióstr..."

Kotka nie bardzo widziała, jak powinna się zwracać do dymnego kocura. Wiedziała o umowie, której zawarła jej mama i tata z niebieskim od starzyzny, która nie potrafiła trzymać języka za zębami. Może czułaby się pewniej przy kocurze, gdyby była do niego podobna, jak Rybeczka i Równonoc? Obie miały brązowe oczy, a poza tym ich futerko było w kolorze niebieskim. Dlatego, gdy już coś od niego potrzebowała, a potrzebowała rzadko, zwracała się do niego po prostu Burzowe Chmury.
– Krokusowa Kruchość. Będziesz polować razem ze mną i Modliszkową Ciszą.
– D-dobrze... – wydukała, obawiając się, że jedynie się ośmieszy przed kocurem. Kotka zerknęła przez ramię na wujka, który posłał jej dodające otuchy spojrzenie, nim zniknął razem z drugim wojownikiem.
Polowanie można udać za udane. Oba kocury z jej grupy upolowały po króliku na głowę, natomiast ona sama wytropiła małą mysz.
– Dobra robota – miauknął Burzowe Chmury, co prawda niewyraźnie z powodu trzymanego w pysku królika, jednak Krokus była w stanie zrozumieć sens jego słów. – Zanieś ją Słodkiej Dziewannie.
– A-ale... – Odłożyła mysz na trawę. – najpierw powinnam nakarmić królowe oraz starszych.
Kocur zatrzymał się i również odłożył zdobycz na trawę.
– Spokojnie, zostaną nakarmione. O ile już nie zostały. – Uśmiechnął się. – Nikt nie powinien mieć za złe, że postanowiłaś zanieść zdobycz swojej matce. A jeśli ktoś będzie miał, to będzie miał do czynienia ze mną.
Krokusowa Kruchość nic nie odpowiedziała. Nigdy nie była z kocurem jakoś blisko, między nimi była niewidzialna ściana, którą ciężko było zbić. Nie była jego córką, widziała to, również on o tym musiał wiedzieć. Była zbyt chorowita i za bardzo podobna do Poczciwego Dziwaczka, o którym opowiadała jej i jej siostrom Słodka Dziewanna. Czasami miała wrażenie, że jej istnienie denerwowało niebieskiego i prawdopodobnie miała rację. Wiedziała, że kocur darzył kiedyś uczuciem jej mamę, dlatego zdecydował się pomóc parze w założeniu rodziny i rozumiała, że mógł być zły, zdając sobie sprawę, że jedno z jego kociąt wcale nie było podobne do niego, a do kogoś kogo Słodka Dziewanna pokochała.
Jednak jakoś jej się zrobiło cieplej na sercu, gdy Burza oznajmił, że stanie w jej obronie, gdyby ktoś miał do niej problem.


Krokusowa Kruchość została adoptowana!

Od Ćmiego Mżenia

Było południe. Reszta kotów wygrzewała się w słońcu, podczas gdy Ćmie Mżenie chodziła po krzakach w poszukiwaniu nowych znalezisk. Niedawno zaczęła składować modliszki i niektóre liście gdzieś na granicy obozu. Nadal pamiętała o “L.I.Ś.C.I.E.”, mimo że już od dawna nie widziała Śniącej Łapy. Robiła też z jagód znaki gwiazd na kłodzie postawionej jako tło składowiska. W skrócie głównie chodziło o to, żeby zakłopotać kogokolwiek, kto kiedyś znajdzie to coś. Właśnie znalazła kolejną modliszkę, tym razem z odciętą głową. Wzięła ją w pysk i położyła obok drugiej, bezgłowej modliszki na kawałku drewna. Spojrzała na całą konstrukcję.
— Hm… czegoś tu brakuje… — w końcu stwierdziła po długim wpatrywaniu się. Udała się więc w stronę rzeki po kamień. Już dobrze wiedziała jaki. Szukała kamienia o niebieskawym zabarwieniu. Podeszła do szklistej wody, przeszukując dno. Były tam głównie szare otoczaki, większość ładnych kamieni już wybrała. Gdy grzebała tak w kamieniach, ktoś do niej podszedł.
— Hejka! — to był Szepcząca Hipnoza. — Co robisz?
— Och, hejka, Szept! Szukam kamienia…
Po chwili ciszy kocur postanowił dopytać:
— … Jakiego kamienia? Może pomogę ci szukać — po czym nachylił się nad taflą wody, obok wojowniczki.
— Szukam ciemno-niebiesko-zielonego kamienia, musi być konkretnie taki kolor. Chodzi o taki kolor zglonionego dna wody, wiesz, o co mi chodzi?
Ogrodnik w odpowiedzi kiwnął głową.
— Nie widzę tutaj żadnego — wyprostował się i dodał. — Nie masz przypadkiem takiego w legowisku?
Szept dosyć dokładnie znał kolekcję Ćmy, ponieważ z każdym nowym zbiorem kotka się mu chwaliła całą kolekcją.
— Masz rację, pójdziesz ze mną do legowiska po niego? — wyjęła łapy z wody i je otrzepała.
— Pewnie.
Poszli do obozu, a tam do legowiska wojowników. W nim wylegiwał się Rozpromieniony Skowronek. Widząc Ćmę wchodzącą do legowiska razem z Szeptem, od razu zapytał:
— Och, przyszłaś donieść swoje graty ze swoim chłoptasiem?
Szept przesunął łapą po ziemi, jakby nieswój, a Ćma odpowiedziała:
— To nie mój chłopak. Poza tym to nie są graty, tylko moja prywatna kolekcja owadów i ładnych kamieni.
— Kiedykolwiek się ci się przydały?
— Ha! Akurat przyszliśmy po kamień, który jest mi bardzo potrzebny.
— Tak, tak… — stwierdził nieprzekonany. Tak naprawdę po prostu nie znał prawdziwej wartości znalezionego na ziemi robaka, który był zdeptany osiem razy czy brudnego kamienia wykopanego z miękkiego brzegu rzeki.
Wyszli z legowiska. Na zewnątrz Ćma zwróciła uwagę na kociaki w żłobku.
— Hej, może potem zajrzymy do kociaków? — zapytała.
— Jasne, ale najpierw donieśmy ten kamień — odparł Szept.
Dotarli do tej… bardzo kwestionowanej konstrukcji. Malunki, modliszki, modliszki bez głowy, leżące trzmiele…
— Ciemko…? Co to jest? — zapytał się, poważnie zastanawiając się, jakie decyzje doprowadziły do powstania tego.
— To jest… składowisko modliszek i innych...
— Czemu tu są jakieś malunki?
— Spójrz — wskazała na kawałek drewna, na którym były największe malunki. — To jest gwiazda, a to — wskazała niżej. — Oko. Czemu oko? Ponieważ Gwiezdni nas cały czas bacznie obserwują.
— Co…
— Modliszki są wysłannikami Gwiezdnych, Szept. Pamiętaj. Pomyśl o tym, modliszki zawsze znajdujesz w jakichś dziwnych miejscach, obserwujących Cię.
— Obserwujących mnie miejscach czy modliszek…?
— Oba.
— To… ciekawe pojęcie, Ćmo — Szepcząca Hipnoza odparł zakłopotany, ale mimo wszystko zaintrygowany.
— Nie uważasz, że byłoby to ciekawe jakby rzeczywiście tak było? — polizała swoją pierś. — Ej…
— Hm?
— A co gdybyśmy to opowiadali kociakom? Wiesz jak te historie ze żłobka o ptakach i umaszczeniach…
— Jakich…?
No tak, Szept nie wychowywał się w klanie, mógł nie znać tej opowieści.
— Chodzi o historię o pochodzeniu umaszczeń. Na przykład białe koty były skrawkami nieba, a liliowe pochodziły od pąków rozkwitających roślin.
— Och, rozumiem.
— Chodźmy naopowiadać dziwnych historii kociakom.
— Nie wiem, czy to dobry… — nie dokończył, bo Ćmie Mżenie już zaczęła iść w stronę obozu szybkim tempem.
Weszli do żłobka. Były tam trojaczki – Szkwał, Szafirek i Lawenda, oraz jedynaczka – Lilia. Wyglądało na to, że kociaki się dogadywały.
— Widlik! — zawołała Lawenda. — Nudzi mi się… — Złocisty Widlik spojrzał na Szepta i Ćmę, mając nadzieję, że tym razem będzie mógł zrzucić na nich zabawianie kociaków.
— Spójrz — wskazał na przybyszy. — Na pewno Ćmie Mżenie coś ci ciekawego opowie!
— Z wielką chęcią — odparła wojowniczka. — Chodźcie tutaj…
Kociaki podeszły do niej, a ona zaczęła coś rysować w ziemi.
— Powiedzcie mi, kociaki, znacie opowieść o maściach kotów?
— Nie, nie znamy! — odpowiedziały chórem.
— … Och, naprawdę? Nic się nie stało, z chęcią wam opowiem. Wiedzieliście o tym, że umaszczenie kota ukazuje, skąd pochodzi? Na początku wszystkiego, kiedy nawet kamieni nie było, panowała jedynie ciemność. Dopiero chęć istnienia Pierwotnych sprawiła, że niebo zaczęło migać, a potem się kruszyć. Z ciemnego nieba powstały czarne koty, a z najjaśniejszych gwiazd białe. Z księżyca i reszty gwiazd powstały srebrne koty…
— Och, a moja? — spytała Lawenda.
— I moja! — dodała Lilia.
— Nasze umaszczenie powstało z pąków kwiatów! Poza tym, wiecie, jak możemy nazwać szylkretowe koty?
— Szylkretki? — zapytała Szafirek.
— Dokładnie, a liliowe?
— … Chyba nie ma na to słowa… — stwierdził Szkwał.
— Otóż jest, lilijki!
— Och… — odpowiedziały kocięta, jakby zrozumiały tajemnice Gwiezdnych.
— A moje umaszczenie? — spytała Szafirek.
— Powstałyśmy w wyniku wymieszania innych umaszczeń, a rudy kolor pochodzi od promieni słonecznych.
Szkwał i Lawenda spojrzeli zakłopotani na swoją siostrę.
— Chwila… dlaczego my nie jesteśmy szylkretowi w takim razie?
— Nie pochodzicie bezpośrednio od kwiatów, wody, czy promieni słonecznych, głuptasy! Każdego kota przynosi inny gatunek ptaka, podobny do kocięcia.
— Wody…? — zapytało któreś kocię.
— Nie wspomniałam, że niebieskie koty pochodzą z wód…? — spojrzała zakłopotana na Szepta, na co ten pokiwał głową. — Och... to wybaczcie, ale tak, niebieski kolor pochodzi od wód takich, jak morze, czy jezioro.
Ćma zaczęła coś rysować w ziemi.
— Widzieliście kiedyś modliszkę? — spytała w końcu.
Kociaki pokiwały głową.
— Prawda, że zawsze was obserwowały tym przenikliwym wzrokiem?
— Wyglądają, jakby chciały mi zabrać moją kolekcję łusek… — przyznał w końcu Szkwał.
— Wiedzieliście o tym, że modliszki są wysłannikami Gwiezdnych? Mają długie kończyny, które mogą podnosić w górę, w stronę Gwiezdnych, aby im złożyć sprawozdanie z tego, jak się mamy i ewentualnie czego potrzebujemy.
Wszystkie kociaki pokiwały głowami z uznaniem. Widlik zamiast tego patrzył na Ćmę, jakby była nawiedzona.
— Dobrze… chcecie porysować? — spytała kotka, tym samym kończąc swoje “nauki”... przynajmniej na razie.
Narysowała modliszkę a nad nią oko i gwiazdy. Pod nimi zaś ćmę, wir, widlika, lawendę, lilię, szafirek i wiatr.
— Co to? — zapytała Szafirek, skrobiąc obok swoje malunki.
— To my, ale w bardziej symbolicznej formie, bo nie umiem rysować kotów…
— Mogę ja narysować koty! — zawołała Szafirek.

W nocy

Ćma rozmyślała nad tym, czy wszystko, co robi, zostało zaplanowane przez Gwiezdnych. Czy to wszystko miało głębszy sens? Nic nie dzieje się bez powodu — pomyślała. Wszyscy powinniśmy dziękować Gwiezdnym za każdy dzień…
Zastanawiała się też, dlaczego właściwie tak bardzo się przejmuje opinią Szepta. W końcu nie miała czegoś takiego w stosunku do innych kotów… Zauważyła też, że Szept ostatnio robił się trochę nieswój, na niektóre słowa. Na przykład jak wspominała o nim, że “on zrobił coś”... może wolał, żeby referować do niego tylko imieniem? Dlaczego cały czas myślała o Szepcie… na pewno się nie zakochała, oj nie. Jest certyfikowaną lesbijką…
Rano, kolejnego popołudnia podeszła do Szepta który akurat wybierał coś ze stosu zwierzyny.
— Hejka, Szept…
— Co tam? — spytał.
— Mam pomysł! Zróbmy sobie pasujące do siebie malunki na futrze i w końcu ustalmy jakie kwiatki chcemy mieć wplecione w futro!
— Czy malunków nie ma tylko rodzina królewska…?
— Zrobimy niebieskie malunki!
— … Z czego niby?
— Coś się wymyśli… najwyżej zrobimy fioletowe…

Od Psotnego Nietoperza CD. Wzorzystej Łapy (Wzorzystej Dali)

Przeszłość

Podniosła się zgrabnie na łapki. Spojrzała najpierw na kotkę, a następnie na niebo. Robiło się powoli późno, więc był to znak do powrotu.
— Robi się późno chodźmy. Jutro też możemy razem zapolować i jestem pewna, że tym razem nic ci nie umknie — wymruczała pogodnie. Uśmiechnęła się łagodnie do towarzyszki. Zaczekała, aż kotka weźmie piszczkę do pyszczka i do niej dołączy.
— Och? Wiem. Pochwalę cię przed twoją mentorką, że świetnie ci idzie. Rośnie nam zdolna łowczyni — wymruczała i lekko szturchnęła ogonem bok koteczki.
— Ścigamy się? — spytała i podskoczyła lekko gotowa do akcji. Bardzo lubiła się ścigać z innymi. No może nie przepadała za wyścigami z Foczą Łapą, bo było więcej przechwalanek ze strony niebieskiej niż skupienia na biegu.
— Dobrze — mruknęła Wzorek, ale chyba nie była zbyt przekonana. W każdym razie Psotka przyjęła jej zgodę. Zatrzymała się, a gdy młodsza zrobiła to samo, Nietoperz zaczęła odliczać. Kiedy doszła do zero, obie kotki ruszyły biegiem. Ciemna wojowniczka biegła nieco wolniej, ale nie tak by się zdradzić. Jako pierwsza do obozu dotarła Wzorek. Psotka była jedno uderzenie serca później.
— Moje gratulacje Wzorek — wymruczała i wręczyła jej niebieski kwiatek jako nagrodę.
— Dziękuję za dziś, było super i liczę na kolejne spotkanie. Dobranoc — wymruczała i odeszła w swoją stronę.

Obecnie

Psotny Nietoperz niedawno wróciła do obozu z patrolu. Odniosła swoje zdobycze do miejsca, gdzie trzymano zwierzynę. Wzięła dla siebie stworzonko, a także kraba. Miała zamiar odnaleźć Wzorzystą Łapę, a właściwie to już Wzorzystą Dal i trochę z nią pobyć. Tęskniła za towarzystwem młodszej. Odwróciła się i wróciła do centrum obozu. Jej niebieskie spojrzenie omiotło wszystkie koty, które były w zasięgu. Mruknęła coś pod nosem wyraźnie niezadowolona z braku znanego futra pośród nich.
— Nie poddam się, ona musi gdzieś tu być. Poczekam, gdy będę musiała i z posiłkiem i w obozie — mruknęła do siebie. Usiadła gdzieś na boku i położyła dwa stworzonka koło łapek. Nie wiedziała ile tak siedziała, ale w końcu dostrzegła te charakterystyczne ładne oczka i jaśniutkie futerko młodszej wojowniczki. Uśmiechnęła się. Wzięła stworki do pyszczka i miękko na łapkach podeszła do Wzorek.
— Jak się masz wspaniała wojowniczko? — zagadała, chociaż przez trzymanie zwierzyny w pyszczku nie brzmiało to, aż tak wyraźnie. Psotka zaprosiła Wzorek na bok. Dopiero wtedy położyła stworzonka na podłoże. Podsunęła młodszej kraba, a sobie zostawiła jakiegoś ptaka.
— Pamiętam, że lubisz kraby, więc o to jest. Zjemy razem? Jestem głodna, a czekałam na ciebie — wymruczała ciepło i uroczo się uśmiechnęła. Jej białe wystające kiełki lekko zabłysły. Miała nadzieję, że koteczka zgodzi się z nią zjeść i pogadać. Na spacer było trochę za późno, ale gdyby Wzorek chciała pójść, Psotka nie widziałaby żadnego problemu.

<Wzorek? Zjemy razem?>

Od Jagnięcego Ukłonu CD. Aldrowandowej Łapy

Przeszłość

Rudzinka zatrzymała się, słysząc głos jednej z uczennic. Przeniosła na nią wzrok i uśmiechnęła się słabo. W jej kobaltowych oczach lśnił smutek i rozpacz. Ostatnimi czasy straciła Pietruszkową Błyskawicę, a teraz Ćmi Księżyc. Medyczka nie miała zbyt wielu przyjaciół, a teraz obie bliskie jej dusze odeszły. W obu przypadkach cierpienie było takie same, bo obie kotki były dla niej bardzo ważne.
— Witaj Aldrowandowa Łapo — przywitała się cichym, łagodnym głosem. Pamiętała szylkretkę, bo była u nich nie tak dawno temu. Ćmi Księżyc pomogła jej z kolcem w łapie. Na wspomnienie o byłej mentorce ledwie powstrzymała łzy.
— Pomocy? — spytała, przechylając leciutko łebek. Zastanowiła się na moment. Wiedziała, że gdyby poszła sama myślałaby zbyt wiele na temat bladookiej przyjaciółki.
— Tak, właściwie to tak. Chodźmy, ale trzymaj się blisko mnie — przestrzegła młodszą. Ruszyły razem do wyjścia.
— Jak ci się podoba życie uczennicy? — spytała Jagnięcy Ukłon. Próbowała odwrócić swoją uwagę od przykrych myśli. Rozmowa z szylkretką trwała dość długo podczas zbierania ziół, ale nie była to strata czasu. Wróciły do obozu z potrzebnymi ziołami, które medyczka zabrała do zbyt cichego legowiska medyka.

Obecnie

Jagnięcy Ukłon obudziła się dość wcześnie. Usiadła na posłaniu i zaczęła układać sierść. Jej niebieskie oczy powędrowały w stronę drugiego posłania, a będąc bardziej precyzyjnym skupiła się na śpiącej Aldrowandowej Łapie. Młodsza niedawno wprowadziła się do tego legowiska tym samym zostając uczennicą rudaski. Jagienka miała przyjemność już przebywać z szylkretką. Ulżyło jej, że koteczka była do niej pozytywnie nastawiona. Treningi w przyjaznej atmosferze szły lepiej. Potwierdzeniem tej tezy było jej własne szkolenie pod łapkami jej drogiej mentorki Ćmiego Księżyca. Podniosła się łagodnie na łapy. Przeszła miękko po podłożu i liznęła lekko uczennicę w łebek.
— Pobudka moja droga — wymruczała. Odsunęła się lekko, kiedy młodsza się obudziła.
— Uszykuj się, a gdy będziesz gotowa podejdź do mnie — poleciła łagodnie. Odwróciła się i zbliżyła się do miejsca gdzie były ułożone zioła. Każde z nich było położone dokładnie tam, gdzie odkładała je Ćmi Księżyc. Jagnięcy Ukłon do dziś pamiętała słowa, jakie wtedy usłyszała od mentorki. Nigdy o nich nie zapomniała i pielęgnowała ułożenie tak jakby srebrna kotka miała do nich wrócić i ponownie komuś pomoc.
— Jagnięcy Ukłonie? Jestem gotowa — rudaska usłyszała mruczenie nieco za sobą. Odwróciła łebek i uśmiechnęła się ciepło do Aldrowandy.
— Dobrze, usiądź proszę — zaczęła, a kiedy kotka usiadła obok niej Jagienka odetchnęła cicho.
— Aldrowandowa Łapo chciałabym byś zapoznała się z ułożeniem naszych ziół. Nie jest ono przypadkowe. Ćmi Księżyc zawsze je miała tak ułożone, ja miałam je zawsze tak ułożone i oczywiście, kiedy mnie zabraknie będziesz mogła układać jak chcesz. Jednak póki jestem zależy mi na tym, by były one tak ułożone. Chciałabym, by chociaż cząstka mojej przyjaciółki pozostała w tym legowisku. Mam nadzieję, że to rozumiesz — wymruczała cicho. Jej oczka lśniły iskierką nadziei.
— Dzisiaj pokażę ci kilka ziół i wytłumaczę na co są i jak je używać. Będę dozować ci wiedzę z tych ziół. Gdybyś miała poznać wszystkie od razu z pewnością, by ci się pomyliły, a nie mogą. Zioło źle stosowane może poważnie zaszkodzić naszym pobratymcom, a przecież tego nie chcemy prawda? — miauknęła. Spojrzała na uczennicę czekając na jej reakcję.

<Aldrowandowa Łapo? Rozumiesz prawda?>

[506 słów trening Aldrowandowej Łapy]

Od Chudej Łapy Do Roztargnionego Koperku

Kolejny dzień i kolejne męczarnie. Chuda Łapa został przydzielony do karmienia starszyzny, a zanim w ogóle udał się w stronę stosu ze zwierzyną, nawywracał oczami. O mało mu nie wypadły z tego wszystkiego. Kiedy już się namarudził, polazł po te piszczki, wybrał cokolwiek i zawlókł je do starszych. Zwierzyna była pulchna, toteż Chudy musiał ciągnąć te gołębie czy myszy pojedynczo do legowisk starszych. Pierwsza jeść dostała Borsucza Puszcza. Chudego bawiło jej zachowanie, więc to kotce przyniósł pierwszego ptaszora. Podsłuchał trochę rozmów, ploteczek i nie wiadomo czego jeszcze, prawdopodobnie czegoś, co młode uszy słyszeć nie powinny. Ale kogo to obchodziło? Ploteczki były najważniejsze.
Następny był Trzcinniczkowa Dziupla. Niewidomy kocur o bardzo trudnym do wymówienia imieniu. Bury uczeń wziął dla niego mysz, której sam dotyk przyprawiał ucznia o wymioty. Nienawidził myszy, były ohydne, a ich ogony takie… obślizgłe. Bruh. Rzucił więc tą piszczką niczym kamieniem, jak się domyślał, nie trafiając przed łapy starszego, a w niego. Zaowocowało to przerażonym piskiem, skuleniem się i dygotaniem.
— No weź, martwa jest, to może Cię nie pogryzie — rzucił kąśliwie. — Własnego cienia też się boisz? A nie czekaj, ty nie widzisz.
— Idź mi stąd! — przegonił go starszy, łapiąc mysz w pazury.
Chudy uciekł z ogonem pod tyłkiem i wywrócił oczami. Została mu jeszcze jedna, Srebrzysta Łuna. Kotka, która pomimo wieku wciąż wyglądała olśniewająco pięknie, ale charakter pozostawiał wiele do życzenia. Chudy kilka razy próbował wyciągnąć od niej jakieś ciekawe ploteczki, jednak szylkretka szybko obracała kota ogonem i rozmowa zaczynała kręcić się wokół niej. Uczeń uznał, że nie będzie dobrym źródłem informacji, więc zaprzestał prób.
Srebrzysta otrzymała od niego dorodną sikorę. W czasie, gdy Chudy ją targał od stosu do legowiska, usłyszeć mógł jej śpiew. Melodyjny, choć w głosie słychać było wiek kotki. Mimo tego bardzo ładnie nuciła jakąś zasłyszaną gdzieś melodię. Może był to śpiew ptaków, być może coś z czasów, gdy kotka należała do dwunożnych? Chudy nie wiedział i pewnie nigdy się nie dowie. Ale z kolei… zauważył, iż śpiew bardzo mu pasuje. Jego na co dzień zszargane krzykiem, kąśliwymi uwagami i gadaniem Pomrok uszy odnajdywały chwilę spokoju podczas małego koncertu Srebrzystej Łuny. Gdy kotka dostała posiłek, zaczęła skubać łapami pióra, wciąż pomrukując pod nosem melodie. Chudy usiadł z drugiej strony krzaka, pod którym ona była, żeby choćby jeszcze moment posłuchać.
Później tego dnia miał do zrobienia tylko wymianę mchu w legowiskach uczniów. Nie, żeby to było “tylko”, bo dla kogoś o jego gabarytach, proste zajęcie okazywało się mordęgą. Bury cały naburmuszony polazł po mech, a w drodze do legowisk zauważył ogniste futro brata.
— Gruby! — miauknął niemal błagalnie. Biegnąc koślawo w stronę ucznia, zauważył, że kocur jakoś dziwnie chodzi. Zmartwiło go to niezmiernie, zwłaszcza że nabył ostatnio trochę medycznej wiedzy i czuł w kościach, iż coś jest nie tak.
Podszedł do brata, który powitał go pełnym sadła tłuszczu przytulasem. O mało nie połamał mu kości, ale to szczegół.
— Bracie, co jest? — zapytał. Rudy podążył za wzrokiem burego i schował łapę w gęstą sierść.
— Trochę boli — przyznał.
— To chodźmy do medyków! Nie chcę, żeby odpadła Ci łapa! — powiedział szczerze, a następnie złapał za fałdkę skóry kocura i zaczął go ciągnąć ku legowiskom uzdrowicieli.
Gdy udało mu się wciągnąć brata do środka, o mało nie wypluł płuc ze zmęczenia. Był tak wkurzony stanem rzeczy, że zaraz mógłby wybuchnąć. Miał dosyć harowania jak wół pod łapskiem Pomrok. Dość wymieniania mchu śmierdzącym uczniom (nie chodziło mu tu o jego wspaniale pachnących braci), zanoszenia jedzenia, wysługiwania się nim.
Gdy tylko podszedł Roztargniony Koperek, by zająć się Grubym, Chudy nie wytrzymał i krzyknął skrzekliwym głosem prosto w twarz kota;
— CHCĘ ZOSTAĆ UCZNIEM MEDYKA! Zrób go ze mnie byle szybko!

<Koperek?>

[597 słów]
Wyleczeni: Gruba Łapa