Jakiś czas po ogłoszeniu śmierci Tawuły i ucieczce Promiennego Słońca…
— Nigdy nie spodziewałbym się, że Tawułowa Bryza dopuściłby się takiej zbrodni — zaczął w końcu cicho, a w jego głosie pobrzmiewało zmęczenie, które wydawało się znacznie głębsze niż zwykłe wyczerpanie. — W moich oczach był kotem o dobrych intencjach i szczerym sercu. Nawet wtedy, gdy się ze mną nie zgadzał, widziałem w nim wojownika, któremu zależało na przyszłości naszego klanu. Różnica poglądów nigdy nie zaślepiłaby mnie na podobną prawdę.
Opuścił na chwilę wzrok, jakby samo wypowiedzenie tych słów sprawiało mu trudność.
— Właśnie dlatego to boli tak bardzo. Ponieważ najgroźniejsze zagrożenia rzadko przychodzą do nas z odsłoniętymi pazurami. Najczęściej noszą twarz przyjaciela. Najczęściej mówią głosem, który dobrze znamy. Najczęściej patrzą na nas oczami, którym nauczyliśmy się ufać.
Po klanowej polanie subtelnie, lecz odczuwalną, niemal nachalną elegancją przebiegł nieco zimniejszy, chłodnawy podmuch wiatru. Wyglądało to niemal tak, jak gdyby natura odczuwała potrzebę podkreślenia pozornego ciężaru tego momentu. Nawet, jeśli w rzeczywistości dla samego przywódcy chwila ta była jedynie pustymi słowami.
— Chciałbym wam powiedzieć, że dostrzegłem wszystko odpowiednio wcześnie. Chciałbym wam powiedzieć, że od początku wiedziałem, co planował. Chciałbym wam powiedzieć, że byłem wystarczająco mądry, aby temu zapobiec. Ale nie mogę. Ponieważ ja również zostałem oszukany.
Przerwał na moment, pozwalając, by słowa echem rozniosły się po skalnych ścianach i zakorzeniły się w uszach kotów.
— Kiedy Tawułowa Bryza próbował odebrać mi życie, nie zaatakował wyłącznie mnie. Nie zaatakował tylko przywódcy. Nie zaatakował tylko kota siedzącego na tej mównicy. Za jego pazurami kryło się zagrożenie dla całego Klanu Klifu. Dla każdego wojownika, który codziennie ryzykuje zdrowie na patrolach. Dla każdego ucznia uczącego się Kodeksu Wojownika. Dla każdego kocięcia śpiącego bezpiecznie w żłobku, nieświadomego tego, jak kruche potrafi być bezpieczeństwo.
Jego głos pozostał spokojny, lecz w tej spokojności pojawiło się coś cięższego.
— Nie chciałem go krzywdzić. Nie chciałem patrzeć, jak przede mną ginie wojownik mojego własnego klanu. Czuję się źle z tym, co się stało. Czuję się tak, jakbym zawiódł sam siebie. Jakbym złamał coś świętego. Jakbym zdradził nie tylko kodeks, lecz także tych, którzy obserwują nas z Klanu Gwiazdy.
W powolnym ruchu uniósł głowę swoją głowę ku górze, aż jego oczy nie patrzyły dłużej na zebrane przy nim koty, a spoczywały na kamiennym suficie. Przez kilka uderzeń serca trwał w kompletnym bezruchu — jedynie kosmyki jego futra, szarpane przez wiatr nadawały jego sylwetce jakiekolwiek życie — po czym ponownie skierował wzrok na polanę.
— Lecz nie miałem wyboru.
Słowa te wypowiedział przyciszonym głosem, niemal przypominającym szept, który zdawał się nie tyle tracić na sile, co zmieniać swoją naturę, stając się skierowany nie do tłumu, lecz do każdego kota z osobna, jakby Lśniąca Gwiazda zwracał się w tej chwili bezpośrednio do pojedynczych serc, a nie do zbiorowości. W rzeczywistości jednak jego głos został starannie wyważony, tak by mimo tej pozornej delikatności nadal docierał do najdalszych końców polany, niosąc się po niej w sposób kontrolowany, niemal celowy.
— Jeśli pozwoliłbym mu żyć, pozwoliłbym również, by zagrożenie rosło dalej. Pozwoliłbym, by nieufność zatruwała nasze legowiska. Pozwoliłbym, by strach wkradł się pomiędzy przyjaciół. Pozwoliłbym, by cierpiały wasze rodziny. Wasze dzieci. Wasi uczniowie. Wasi mentorzy. Wasi przyjaciele. Wasi partnerzy.
Jego głos pozostał łagodny, niemal ciepły, jakby każde wypowiadane słowo było starannie wygładzone jeszcze przed opuszczeniem pyska, pozbawione ostrych krawędzi, które mogłyby wzbudzić niepokój lub sprzeciw. Nie było w nim śladu rozkazu ani groźby, choć siedział przecież wysoko ponad całym klanem, przemawiając z miejsca należącego wyłącznie do przywódcy. Przeciwnie, mówił tak, jak gdyby zwracał się nie do podwładnych, lecz do bliskich towarzyszy, których zdanie naprawdę miało dla niego znaczenie, a których dobro leżało mu głęboko na sercu.
— Dlatego proszę was dziś tylko o jedno. Nie pozwólcie, by ta tragedia nauczyła was nienawiści, by nauczyła was podejrzliwości wobec wszystkich wokół. Pozwólcie natomiast, by przypomniała wam, jak ważna jest lojalność, szczerość. Jak ważne jest to, abyśmy pozostali zjednoczeni.
Kąciki jego pyska uniosły się ledwie odrobinę, podczas gdy w oczach wciąż pozostawała zaduma, przez co wyglądał niemal jak wojownik wspominający dawnego przyjaciela, którego nie zdołał ocalić przed własnymi błędami. W połączeniu z łagodnym tonem głosu oraz spokojną postawą tworzyło to obraz przywódcy przeżywającego stratę, a nie kota przemawiającego po zwycięstwie.
— Ponieważ jeśli jest coś, czego nauczyła mnie śmierć Tawułowej Bryzy, to fakt, że klan nie rozpada się od zewnętrznych zagrożeń. Klan rozpada się wtedy, gdy koty przestają ufać swoim wartościom.
Przy ostatnich słowach jego głos stwardniał ledwie zauważalnie.
— Klan Klifu zawsze był miejscem lojalności, obowiązku i wzajemnego zaufania. Chcę jednak mieć pewność, że tak pozostanie. Chcę mieć pewność, że żaden wojownik nie będzie musiał samotnie dźwigać swoich obaw. Że jeśli w naszym klanie pojawi się coś, co mogłoby zagrozić jego jedności, dowiemy się o tym, zanim będzie za późno.
Na moment zamilkł, pozwalając, by wypowiedziane przed chwilą słowa wybrzmiały wśród zgromadzonych kotów i osiadły pomiędzy nimi niczym pył niesiony przez wiatr. W tym krótkim zawieszeniu nie było jednak niezręczności ani wahania. Cisza zdawała się równie starannie przemyślana jak sama przemowa.
Jego spojrzenie przesuwało się powoli po zgromadzonych wojownikach, uczniach, starszych i królowych, zatrzymując się na poszczególnych pyskach tylko na moment, lecz wystarczająco długo, by każdy mógł odnieść wrażenie, że został zauważony. Nie patrzył na tłum. Patrzył na konkretne koty. Na ich reakcje. Na poruszenie uszu, napięcie barków, wymieniane ukradkiem spojrzenia i drgnięcia ogonów.
— Dlatego od dziś niektóre koty otrzymają możliwość bliższej współpracy ze mną. Będę częściej prosił je o rady. Będę pytał je o nastroje panujące w klanie. Będę słuchał ich opinii i obserwacji. Nie dlatego, że są lepsze od innych, lecz dlatego, że ufam ich osądowi.
Spojrzał na wojowników, a jego wzrok nie przesunął się po nich przypadkowo, lecz zatrzymał się na tej części zgromadzenia z wyraźnie większą uwagą, jakby właśnie w nich skupiał się ciężar całej przemowy i jakby to od nich w największym stopniu zależała przyszłość, o której mówił. Przez moment jego spojrzenie zdawało się bardziej przenikliwe, choć wciąż zachowywało pozory spokoju.
— Jeśli kiedykolwiek zauważycie coś, co mogłoby zaszkodzić naszemu klanowi, możecie przyjść do mnie. Jeśli usłyszycie słowa podważające Kodeks Wojownika, szerzące niepotrzebne podziały lub zachęcające do konfliktów, możecie przyjść do mnie. Jeśli martwicie się o przyszłość naszego domu, możecie przyjść do mnie.
Jego ogon poruszył się powoli, z niemal niedostrzegalną precyzją, jakby każdy jego ruch był nie tyle odruchem, co świadomie kontrolowanym sygnałem, który miał wprowadzić dodatkowy porządek w to, co już zostało powiedziane.
— Niektórzy z was być może otrzymają ode mnie więcej pytań niż inni. Niektórzy być może częściej będą proszeni o opinię. Traktujcie to jako dowód mojego zaufania. Jako dowód tego, że należycie do Skrytych Serc.
Na moment zamilkł, pozwalając, by ostatnie słowa rozpłynęły się po polanie, po czym westchnął cicho, a dźwięk ten zabrzmiał niemal jak oznaka zmęczenia, którego nie sposób było ukryć pod maską przywódcy. W jego oczach pojawiło się coś nowego, głęboko schowanego pod warstwami opanowania i uprzejmości — ledwie dostrzegalna frustracja, która nie przypominała gniewu, lecz raczej rozczarowanie kogoś, kto od dłuższego czasu obserwuje ten sam problem i za każdym razem dochodzi do tych samych wniosków.
— Jeśli chodzi o ciągłe ucieczki... — zaczął w końcu, podczas gdy jego ogon drgnął lekko za plecami. — To choć nie mogę nikogo zatrzymywać w naszym klanie, ani zmuszać kogokolwiek do pozostania w miejscu, którego nie chce nazywać domem, skłaniam was, abyście porozmawiali z naszymi protektorami, jeśli odczuwacie podobne potrzeby. Klan Klifu jest miejscem, w którym każdy powinien czuć się bezpiecznie. Powinien czuć się wysłuchany. Powinien mieć możliwość znalezienia pomocy, zanim podejmie decyzję, której być może nie będzie w stanie cofnąć.
Przerwał na chwilę.
— Nie ma nic złego w zwątpieniu. Nie ma nic złego w zmęczeniu. Nie ma nic złego w tym, że czasami ciężar obowiązków wydaje się większy, niż jesteśmy w stanie unieść. Każdy wojownik przechodzi przez podobne chwile. Każdy. Jednak istnieje ogromna różnica pomiędzy szukaniem pomocy a odwróceniem się od tych, którzy przez całe życie stali obok nas.
Jego oczy ponownie przejechały po zebranych kotach.
— Klan jest rodziną i żaden prawdziwy wojownik nie powinien porzucać swoich bliskich.
Ponownie westchnął, tym razem nieco głębiej.
— Kiedy odchodzi jeden kot, nie odchodzi sam. Pozostawia za sobą przyjaciół. Pozostawia uczniów. Pozostawia opiekunów i rodziców, którzy pamiętają jego pierwsze chwile w klanie. Pozostawia tych, którzy martwią się o jego los i zadają sobie pytania, na które często nigdy nie otrzymują odpowiedzi.
Przechylił głowę.
— Być może niektórzy postrzegają odejście jako drogę do wolności. Być może wierzą, że poza granicami klanu odnajdą coś, czego nie mogli znaleźć tutaj. Nie zamierzam nikogo osądzać za podobne myśli. Chciałbym jednak, aby każdy kot zastanowił się nad tym, co pozostawia za sobą. Nad tym, kto będzie cierpiał z powodu jego decyzji. Nad tym, kto będzie czekał na jego powrót, nawet wtedy, gdy ten powrót nigdy nie nadejdzie.
Przez krótką chwilę jego spojrzenie straciło część swojej zwyczajowej stanowczości, a w oczach pojawiła się zaduma sprawiająca wrażenie szczerej. Wyglądał niemal tak, jakby myślał o wszystkich kotach, które odeszły z klanu przez minione księżyce, o pustych miejscach w legowiskach, o niedokończonych rozmowach i o tych, którzy pewnego dnia po prostu zniknęli za granicą terytorium, nie pozostawiając po sobie niczego poza wspomnieniami.
W połączeniu z jego wcześniejszymi słowami ten drobny wyraz pyska nadawał całej przemowie bardziej osobisty charakter — zamiast przywódcy wygłaszającego polecenia widzieli przed sobą kota, który zdawał się autentycznie przeżywać każdą stratę. Trudno było nie odnieść wrażenia, że mówił nie z pozycji władzy, lecz z pozycji kogoś, kto wielokrotnie patrzył, jak bliskie mu koty odchodzą w nieznane.
To właśnie dlatego uśmiech ten był tak przekonujący. Nie był szeroki. Nie był teatralny. Nie próbował zwracać na siebie uwagi. Sprawiał raczej wrażenie emocji, która wymknęła się spod kontroli i na krótką chwilę przedostała na powierzchnię, zanim Lśniąca Gwiazda zdążył ponownie ukryć ją pod swoją zwyczajową maską opanowania.
Dzięki temu wielu kotom łatwiej byłoby uwierzyć, że za słowami o lojalności, rodzinie i pozostawaniu w klanie nie kryje się pragnienie kontroli, lecz zwykły lęk przed kolejną stratą.
— Ponieważ Klan Klifu nie jest tylko terytorium. Nie jest tylko obozowiskiem ani grupą wojowników. Jest domem. A domów nie porzuca się bez walki o to, by znów poczuć się w nich jak u siebie.