BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy i Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

11 maja 2026

Od Księżycowej Łapy CD. Roztargnionego Koperka

Księżycowa Łapa od kilku dni wydawał się trochę nieswój. Człapał powoli, jakby ciągniecie za sobą tylnych łap, było dużym problemem. Tak było również i dzisiaj, gdy próbował wspinaczki drzewa. I gdy tylko wspinał się wyżej i wyżej, czuł coraz to większy ból w jednym z bioder. Ciężko było mu chodzić, nie wspominając już o wspinaniu się. Padł wyczerpany koło korzeni i zawył żałośnie. Spojrzał na Kocimiętkowy Wir.
— Mam dość! Nie. Idę do medyka — miauknął zdenerwowany, nie szczędząc sobie tony pełnego złości i bólu.
Poczłapał do obozu, a konkretniej do legowiska medyka, trafiając w łapy dziwnego kota, u którego, jak dobrze pamiętał, był jako kociak z Jaskółczym Zielem. Spojrzał tęsknie w stronę młodszego asystenta medyka, który właśnie zajmował się leczeniem Podstępnej Kłamczuchy.
“Chciałbym być na jego miejscu. Mama go…jeno? Nie lubiła. Tego dziwnego Kopra. Czy ja też powinienem?” pomyślał, bawiąc się łapka z piasku, gdy tamten już kręcił się w poszukiwaniu ziół.
— Chyba wolałbym życie tutaj. Czemu właściwie nie zostałem medykiem? — mruknął cicho sam do siebie, a Koper wzruszyło tylko ramionami.
— Najwyraźniej tak miało być. Może twoje życie obierze inną ścieżkę Księżycowa Łapo — miauknęło, przygotowując okład z korzenia żywokostu.
Gdy już było po wszystkim, biały kocur westchnął zmartwiony.
— Czy Chudy Grzbiet ma się dobrze? Praca tutaj jest ciężka? — zapytał, kierując swój pysk w stronę liliowego, który akurat nie był niczym zajęty.
— Czy ja wiem. Myślę, że dobrze sobie radzi. Na początku to ciebie chciałom wziąć pod medyczne skrzydła, jednak nie pozwoliła mi na to twoja matka. Jaskółcze Ziele nie chciała, abyś był słaby. A Badyl jest zaangażowany w swoje zajęcia, bo inaczej byłby zmuszony dalej być na treningach wojownika — westchnęło, przyglądając się, jak Cisowe Tchnienie wchodzi do środka z różnymi ziołami w pysku.
— Też mi ciężko asystencie Koprze… — miauknął, kładąc głowę na łapach. — Nie nadaję się do bycia wojownikiem. Chyba wolałbym już do końca życia być pieszczoszkiem dwunożnych i jeść dziwne jedzenie. Do tego pani Kocimiętka… czy ona kiedykolwiek da mi wytchnąć? — wielkooki nie zorientował się, nawet kiedy zaczął się zwierzać asystentowi medyka.
— To odpoczywaj teraz. Wybacz, ale zajrzę do ciebie później, jasne? — miauknęło, a biały zaczął ryczeć, gdy tamten zdążył tylko się odwrócić.

<Asystencie Koprze?>

[353 słowa + wspinaczka na drzewa]

Wyleczeni: Podstępna Kłamczucha, Księżycowa Łapa

Od Mglistego Snu

Zapomniana Koniczyna zdecydował nad losem Świetlików. Czy jego decyzja była dobra? Sam Mglisty Sen nie był pewien. Już raz zdołali "przegonić” z ich terenów wrogo nastawionych wojowników z Owocowego Lasu. Jednak to było zeszłą Porą Nagich Drzew, kiedy panowały ogromne mrozy i jeszcze mieli szansę przeżyć, gdyż Jarzębinowy Żar wraz z Stroczkową Nadzieją leczyli ich, a pomoc medyka była jedną z najcenniejszych rzeczy, od której zależało przeżycie poza klanem.
Teraz, pomimo łagodnej Pory Nagich Drzew i raczej dobrze się zapowiadającej Pory Nowych Liści, nie powodziło im się najlepiej. Byli głodni. Tak strasznie głodni, że Rysi Trop dla większości przestała być morderczynią, tylko jadłem na czarną godzinę.
Sam Mglisty Sen łapał się nad tym, jak jego umysł został zaćmiony mgłą naturalnych potrzeb i chęci przeżycia, a moralność i szczytne cele gdzieś zniknęły, niczym widmo.
Zabrano ich na tereny Owocowego Lasu, wrzucono do izolatki, której strzeżono lepiej, niż oni strzegli Rysiego Tropu. Oprócz tego wszystkie Świetliki zostały wrzucone wraz z ową morderczynią do jednego miejsca. Z kotką, która była przez tak długi okres czasu więźniarką. Nie potrafił w to uwierzyć, dlatego za wszelką cenę wraz z Zapomnianą Koniczyną i Poziomkową Polaną starali się siedzieć jak najdalej od niebieskiej szylkretki. Ich posłania były po drugiej stronie izolatki, a oni, leżąc koło siebie, dzielili się własnym ciepłem.
Ciekawscy stróże oraz wojownicy zaglądali do środka izolatki. Czasami coś mruczeli w ich kierunku, jednak żadne słowa nie docierały do uszu Mglistego Sna. Był śpiący oraz głodny i czuł jak bardzo niewygodnie jest mu pod własną skórą.
Spojrzał nieobecnym wzrokiem na Zapomnianą Koniczynę, który położył swój pysk na łapach i również był gotów do zaśnięcia.
— Przepraszam was, że musiało się to wszystko tak właśnie potoczyć. Słusznie miałeś wątpliwości co do planu Jarzębinowego Żaru. Nie powinniśmy uciekać z Klanu Wilka… Nikt by wtedy nie umarł — powiedział smutno do swoich pobratymców. Zwinął się powoli w kłębek, nie dbając o to, czy łapą przyciął swoją czarną brodę. — Zapomniana Koniczyno, naprawdę dobrze postąpiłeś… Jeszcze będę musiał przekazać w wolnej chwili Czereśni o tym, czego dopuściła się Rysi Trop… — Popatrzył podejrzliwie na byłą kultystkę, która była wycieńczona głodem oraz podróżą na nowe terytorium.
Orientalowi zaświeciły się oczy, kiedy tylko się do niego odezwał. Wiedział, że mało rozmawiali, a przyjacielowi nadal mu na nim zależało. Widział to w jego zachowaniu. Kocur chciał, żeby każdy z nich przeżył.
— Nie musisz za nic przepraszać. Życie w Klanie Wilka nie było najprzyjemniejsze. Dołączymy do Owocowego Lasu i jakoś to będzie.
Właśnie. Musieli zostać zaakceptowani przez Czereśnie i resztę kotów. Znaczyło to, że musieli przyjąć nowe jednoczłonowe imiona, co nie do końca podobało się Mglistemu Snu, gdyż jego imię świadczyło o wysiłku, jaki włożył, żeby zostać wojownikiem Klanu Wilka. Chociaż lepiej mieć jednoczłonowe imię, niż umierać z głodu i choroby gdzieś daleko w lesie. Tutaj mieli szansę na drugie, lepsze życie w społeczności, czego tak bardzo pragnął.

* * *

Po odpoczynku i posiłku, odzyskał trochę sił. Chociaż nadal był słaby, tak jego głos i umysł pracowała ostro. Poprosił jednego kota, który ich pilnował, żeby poszedł po Czereśnie. Oczywiście na początku mu odmówiono, jednak po ostrzeżeniu, że to sprawa, od której zależy bezpieczeństwo Owocowego Lasu, posłuchano go i po chwili do środka izolatki wszedł czekoladowy kocur, z którym tak bardzo chciał rozmawiać.
— Czereśnio. — Skłonił z szacunkiem głową, na co kocur odwzajemnił gest.
— Co jest takiego ważnego, że żądasz widzenia ze mną?
— Chciałem zobaczyć się z tobą w twoim legowisku, żeby porozmawiać na osobności, jednak mi nie pozwolono.
— Jesteś jeszcze więźniem i lepiej żebyś nie chodził beztrosko po obozie oraz chodził po legowiskach. — Przywódca zwrócił mu uwagę.
Skinął krótko głową.
— Chodzi o Rysi Trop.
— Co z nią? — zaciekawił Czereśnie.
— Nie bez powodu była pod stałą opieką w tamtym obozowisku, w którym nas zastaliście. Ona była więźniarką. — Zgarbił się, patrząc śmiertelnie poważnie na pysk rozmówcy. — Zamordowała jakiegoś samotnika, wytrzewiła i rozniosła jego organy po naszym obozie.
Zapadła grobowa cisza w izolatce, przerywana jedynie szumem liści. Czereśnia przyjrzał się śpiącej niebieskiej szylkretce i poruszył zakłopotany wąsami.
— Groziła nam śmiercią. Od początku była kultystką i jest nieprzewidywalna. Jej słowa raczej nie są rzucane na wiatr… Nie wiem, czy powinna dostawać od was szansę na-
Nie zdołał nawet dokończyć zdania, gdy mu przerwano.
— Możliwe, że uda nam się ją zresocjalizować. Przy pomocy ziół oraz odpowiednich kotów, może uda nam się jej pomóc.
Mgkisty Sen zamilkł. Nie było sensu się kłócić z kocurem. Skoro nie widział zagrożenia albo całkowicie ufał swoim medykom, to niech tak zostanie. Nie zamierzał wyprówać z siebie siły, żeby go przekonać. Skinął mu głową.
— A co stało się z resztą Świetlików? Jest was bardzo mało. Gdzie jest Jarzębinowy Żar? Okłamaliście nas, mówiąc, że jest was tylko troje na tamtych terenach. — Ton Czereśni stał się twardy, a jego spojrzenie podejrzliwe i chłodne.
— Przyznam, że was okłamałem, jednak zrobiłem to w dobrej wierze. Chciałem ochronić Świetliki. Nie mogliśmy ufać społecznościom, nie wiem, co mówił o nas Nikła Gwiazda, jednak wiem jedno, że nam nikt by nie uwierzył. Natomiast Jarzębinowy Żar nie żyje. Reszta się rozpierzchła. Nie miałem nad nimi władzy, w końcu zdziczeliśmy. Każdy polował dla siebie i jedynie pilnowaliśmy Rysiego Tropu, by nikomu więcej nie stała się krzywda.
— Rozumiem. Czy to wszystko?
— Tak.
Czereśnia wstał i bez słowa wyszedł z izolatki, a strażnicy zasłonili szybko wyjście oraz większość promieni słonecznych, które wpadały do środka. Mglisty Sen natomiast położył się z powrotem na swoim posłaniu, czekając na to, co miało nadejść w następnych dniach.
“Klanie Gwiazdy, jeśli nadal tam gdzieś jesteście… Dziękuję, że daliście nam szansę. Owocowy Las zostanie naszym nowym domem.”

🍎✨️

Od Trzcinowego Szmeru CD. Latającej Ryby

Trzcinowy Szmer zamrugała na wypowiedź Latającej Ryby. Czy naprawdę tamta chciała się od niej uczyć? Przecież wojowniczka, która ją teraz zaczepiła, była o wiele od niej starsza i raczej nie chciała poszerzać swoje horyzonty w polowaniu na nią. Dobrze znała ten wzrok. To podejrzliwe spojrzenie, którym obdarowywały ją koty po dowiedzeniu się o zdradzie jej rodziców.
“Niech tylko Baśniowa Stokrotka oraz Dryfująca Bulwa pokażą mi się na oczy. Przecież ich uduszę własnymi łapami! Przez nich muszę się użerać z każdym Nocniakiem!”
— No dobrze — odpowiedziała, nie ukrywając podejrzliwości, co do intencji Latającej Ryby. — Ruszajmy więc.
Obie kotki wyszły z obozu i skierowały się w stronę Zrujnowanego Mostu. Przepływały z wysepki na wysepkę, aż dotarły do lasku. Przez cały ten czas czuła nieprzyjemny wzrok Latającej Ryby na swoich plecach. Nie rozmawiały wcale, a napięcie między nimi rosło.
Kiedy dotarły na miejsce, rozdzieliły się na chwilkę, więc mogła złapać parę oddechów. Wolna od Latającej Ryby, skupiła się na łowieniu ryb. Jej koleżanka po chwili wróciła do niej z myszą w pyszczku i usiadła w odległości dwóch lisów od brzegu rzeki.
Czyżby ktoś nie chciał moczyć sobie łapek? Było to bardzo możliwe, znała Nocniaków, którzy niechętnie pływali mimo tego, że woda była żywiołem, z którym co chwilę mieli styczność. Pewnie Latająca Ryba była jednym z nich.
Pazurami chlasnęła nagle w wodę, wyrzucając na brzeg smakowitą płotkę, która rzucała się we wszystkie strony. Latająca Ryba popatrzyła na śliską zdobycz z obrzydzeniem, jednak pod jej pytającym spojrzeniem, szybko zmieniła minę na obojętną i oczami spojrzała w dal.
— Skoro już obie coś upolowałyśmy, to możemy wracać do obozowiska — zauważyła Latająca Ryba, chyba rozumiejąc, że nie ma czego donieść na Trzcinowy Szmer.
Skinęła jej głową i ruszyły z powrotem do domu. Czuła rozczarowanie oraz niezadowolenie, jakie biło od czarno białej. Nie musiała słyszeć przekleństw, żeby wiedzieć, że Latająca Ryba najchętniej by ją podłożyła do Błękitnej Laguny lub Mandarynkowej Gwiazdy. Jednak kotka nie miała o czym im zdradzić. Trzcinowy Szmer nie miała sekretów i nie zamierzała pomagać kotom z jej rodziny. Nie czuła się spokrewniona z dziećmi Porywistego Sztormu, która i tak zmarła. Tamte koty były dla niej daleką odnogą krwi Baśniowej Stokrotki i Dryfującej Bulwy. Poza tym Borówkowa Słodycz wraz z Rozpromienionym Skowronkiem i Rysim Borem sprzeciwiali się kary śmierci dla Pluskającego Potoku, a dzieci kotki przyprowadziły do obozu Niedźwiedziówkę, której Trzcinowy Szmer nadal nie ufała. Jak można było tak bardzo pod sobą dołki kopać? Miała ich bronić przed podejrzliwością Mandarynkowej Gwiazdy? Pfff dobre sobie.
W końcu dotarły do obozu. Otrzymały się z wody i weszły na polanę główną, gdzie od razu odłożyły swoje łupy do dziupli w pniaku. Futro Latającej Ryby nadal było mokre i skołtunione, natomiast jej futerko było już całkiem suchutkie i nie miało za bardzo, jak się skołtunić, skoro było króciutkie.
— Szybko się z tobą polowało, Latająca Rybo. Następnym razem powinnyśmy wziąć ze sobą więcej kotów, wtedy przyniesiemy do obozu więcej zwierzyny — zauważyła zadowolona tym, że wojowniczka nie zdołała nic na nią znaleźć. Czuła, że Latająca Ryba była kotem pokroju Wężynowego Splotu, czy Wężynowego Kła, za którymi osobiście nie przepadała.
— Oh oczywiście. Wszystko w swoim czasie. Liczy się produktywność, jednak, jak na taką pogodę oraz patrząc na to, że byliśmy tylko we dwie, to polowanie było całkiem obiecujące — odpowiedziała jej nawet nie zaszczycając ją swoim spojrzeniem. Wyjęła z obrzydzeniem glona ze swojego przemoczonego futra i rzuciła nim, gdzieś w trzciny. — Do zobaczenia na następnym patrolu.
— Oczywiście, do zobaczenia — mruknęła z ulgą.
Był to jeden z najbardziej męczących polowań, jakie kiedykolwiek przeżyła. Nie chodziło tutaj o siłę fizyczną, czy przebyty dystans. Tylko o sam fakt, jak bardzo Latająca Ryba patrzyła jej się na łapy.

* * *
Pora Zielonych Liści

Słońce przyjemnie grzało plecy Trzcinowego Szmeru. Kotka leżała rozciągnięta przy źródełku w obozie. Miała już wolne, gdyż trening Rezedowej Łapy skończył się na dzisiaj i grzecznie czekała, aż nadejdzie pora na popołudniowy patrol graniczny.
Zmieniło się wiele od ostatniego polowania z Latającą Rybą. Jej pobratymcy wrócili z wyspy, na której byli więźniami, Rozpromieniony Skowronek zmarł przez atak borsuka, a Korzenna Łapa pokazała, jak okropnym mysim móżdżkiem się stała.
Czyli nadal patrzono na jej krewnych nieprzychylnie. Ona natomiast nie zamierzała zwalczać plotek, czy poprawiać opinii o tych kotach. Jedynie pracowała na swoje dobre imię, a Nocniaki zaczęły dostrzegać jej lojalność.

< Latająca Rybo? Może pogadamy sobie na patrolu granicznym? 🐟🪽 >

Od Trzcinowego Szmeru CD. Wzorzystej Dali

Trzcinowy Szmer właśnie patrolowała z własnym uczniem tereny przy granicy z Klanem Klifu. Lubiła czas spędzać na plaży, nie ważne jaka by pogoda panowała, piasek pod łapkami oraz szum fal oczyszczały jej myśli.
Właśnie zleciła Rezedowej Łapie, by ten poszedł w głąb lądu i postarał się zapolować na ptaki, z którymi miał problem. Kremowy kocur bez zająknięcia się, ruszył i schował się w zielonej gęstwinie, a ona została sama na plaży.
Po dłuższym czasie zaczęła się nudzić, więc złapała za niewielki kamień, który musiał rzucić na ich stronę plaży jakiś Klifiak i sama rzuciła nim w morskie fale. Woda plusnęła, a kamień zniknął w morskich odmętach. Było to w jakimś stopniu przyjemne zajęcie.
“Nurkowanie po kamienie, też powinno być całkiem ciekawe. W takich falach pewnie i wymagające… Może to jest jakiś plan, na trening dla Rezedowej Łapy?” — zafascynowana swoim nowym pomysłem, nie odrywała wzroku od morskich fal.
Będąc skupiona na swoich myślach, całkowicie nie usłyszała, jak ktoś zbliżył się do niej na granicy.
— Cześć, Trzcinowy Szmerze! — Usłyszała całkiem znajome miauknięcie.
Odwróciła głowę w stronę szylkretowej klifiaczki, którą miała okazję bliżej poznać na jednym z ostatnich zgromadzeń. Pomachała jej ogonem na przywitanie i podeszła bliżej granicy, oczywiście jej nie przekraczając.
— Ooo! Dzień Dobry, Wzorzysta Dalio! — zamruczała do Klifiaczki. — Nie spodziewałam się, że zobaczę cię tutaj samą. Zazwyczaj krzątasz się na patrolach wraz ze swoimi pobratymcami — zauważyła.
Ostatnio, kiedy widziała szylkretkę, ta była bardzo nieśmiała, cicha i nawet momentami wydawała się przytłoczona tym wszystkim, co dzieje się w klanach. Może dlatego, że jeszcze pamiętała swoje życie pieszczoszka? Trzcinowy Szmer pamiętała, jak tamta tłumaczyła jej, czym jest dalia, gdyż nigdy nie widziała owego kwiatu. Pewnie musiała być dla niej to ogromna zmiana. Jednakże teraz Wzorzysta Dalia wyglądała całkiem inaczej. Czuła, jak od kotki bije większa pewność siebie. Może przez ten czas zdobyła więcej koleżanek w swoim klanie?
— Wiesz, polubiłam moich pobratymców, nadal z nimi poluję i mam swoje koleżanki, jednak czasami polowanie samemu też przynosi wiele frajdy.
— A upolowałaś coś?
Wzorzysta Dalia poruszyła lekko speszona wąsami. Nie musiała jej odpowiadać, bo Trzcinowy Szmer widziała, że tamta nie trzymała nic w pysku, ani nie miała śladu krwi zwierzyny na swoich wibrysach.
Poruszyły się jej wąsy z rozbawienia i machnęła ogonem w stronę terytorium Klanu Klifu. Wzorzysta Dalia odwróciła swój wzrok, a daleko za nią widniały kocie sylwetki, które zmierzały w ich kierunku.
— Pewnie twoi pobratymcy wyszli na patrol graniczny. Lepiej będzie, jak do nich dołączysz, skoro gorzej idzie ci z polowaniem. Za to ja będę się umywać po mojego ucznia, bo coś długo poluje… Wartałoby sprawdzić, czy jeszcze żyje. — Miała już odejść od wojowniczek, jednak tamta wyglądała troszkę niepocieszona z krótką pogawędką. — Może uda nam się jeszcze raz porozmawiać na zgromadzeniu. Na tą chwilę Klan Gwiazdy, nie chce byśmy się rozpraszały. Ważniejszy jest dobro klanu, a nie plotkowanie na granicy. Do zobaczenia, Wzorzysta Dalio!
Szylkretka po drugiej stronie granicy westchnęła niepocieszona i odmachała jej na pożegnanie swoim ogonem.
— Do Widzenia, Trzcinowy Szmerze!

* * *
Teraźniejszość

Magia Pory Zielonych Liści powróciła na terytoria Klanów, na co bardzo się cieszyły koty. Słońce przyjemnie grzało futro, a ona postanowiła się przejść samotnie po plaży. Plany związane z posiadaniem kociąt, wprawiały ją w znakomity humor. Coraz częściej koty mogły zauważyć ją zadowoloną.
Dawno nie widziała jednak swojej koleżanki z Klanu Klifu. Czy coś ciekawego u niej się wydarzyło? Nie wiedziała, co ostatnio się działo na zgromadzeniu, bo w obozie Klanu Nocy doszło do ataków borsuków. Ona natomiast była jednym z wojowników, którzy pilnowali bezpieczeństwa starszyzny i kociaków.
Przysiadła przy granicy z Klanem Klifu i złapała jeden płaski kamień, żeby puścić kilka kaczek, tak jak nauczył ją tego Dryfująca Bulwa. Musiała jakoś zabić czas i cierpliwie czekać na Wzorzystą Dalię. Przy odrobinie szczęścia będzie mogła w końcu z nią porozmawiać.

<Wzorzysta Dalio? Może w końcu porozmawiamy dłużej? 🌸💬>

Od Borowika Do Wrony

Był wczesny ranek. Nie spałem już od dłuższego czasu, mentalnie przygotowując się na wyzwania nowego dnia i kolejne próby unicestwienia mnie przez wszechświat. W końcu, gdy się trochę rozjaśniło, zlazłem z drzewa dość zwinnie. Nabrałem już w tym wprawy i robiłem to niemalże odruchowo. Jestem prawie że usatysfakcjonowany.
Faktycznie, było już jasno, ale wciąż za wcześnie na śniadanko. Niefajnie. Bo głodno mi troszkę. Nie pozostało mi więc nic innego jak tylko usiąść na środku obozu i…czekać. Na odpowiednią porę. Na śniadanko.
Usiadłem więc. Skupiłem wzrok na drzewach w oddali. Wziąłem głęboki oddech. I zamarłem. Od dawna próbowałem opanować sztukę siedzenia nieruchomo jak głaz. Bez oddychania jak najdłużej. Też coraz lepiej mi wychodzi.
Jednak mój spokojny poranek zakończył się tak szybko, jak się zaczął. To znaczy…dość szybko.
Zacząłem słyszeć…dziwne dźwięki, które najprawdopodobniej powinny mnie zaniepokoić albo co najmniej wzbudzić czujność.
Tupot małych łapek rozlegał się od jednego końca obozu do drugiego, tuż za moimi plecami. Od czasu do czasu przerywany był cichymi i pełnymi autentycznego terroru piskami. Zmarszczyłem brwi. Moja pierwsza myśl była, że mam halucynacje. Moją drugą myślą było burczenie w brzuchu. Ale mój brzuch, z tego co wiem, nie posiadł jeszcze zaawansowanych umiejętności komunikacji i nie potrafi krzyczeć „Ratunku!”. Co było kolejnym dźwiękiem, który dotarł do moich uszu.
— Hm… — Strzepnąłem główką, słysząc kolejny pisk.
Z formy kamienia powróciłem do formy kociej i w końcu odwróciłem się.
Po obozie w tę i we w tę biegał mały, czarny kociak. Wrona. Widziałem ją już wielokrotnie. Ale jeszcze nigdy nie widziałem jej, żeby biegała w tę i we w tę po obozie.
Przypadłem do ziemi i zacząłem czołgać się w jej kierunku. Najwyraźniej przeciwnik jest niewidzialny, a Wrona musi mieć najwyraźniej jakąś specjalną magiczną moc wykrywania go… Zawsze wiedziałem, że niewidzialne koty istnieją, ale nikt mi nie wierzył.
Kiedy przebiegła obok mnie, zapytałem.
— Uh. Wrono. Co robisz? Walczysz z… niewidzialnym kotem z klanu niewidzialnych kotów…?
—Aaaa! Gigantyczny żuk mnie goniiii! — zapiszczała i pobiegła dalej.
Ugh. Czyli jednak nadal nie mam dowodów na istnienie niewidzialnych kotów…
Przypatrzyłem się uważniej i przycisnąłem uszy płasko do główki. Faktycznie. W jej kierunku w przestrzeni powietrznej dolnego obozu przemieszczał się średnich rozmiarów granatowy żuk, którego pancerzyk połyskiwał w słońcu.
— O nie. Nie martw się, Wrono. Uratuję cię — oznajmiłem spokojnie.
Poczekałem na odpowiednią okazję, w końcu spiąłem się i… skoczyłem na przeciwnika.
Na ziemi wylądowałem robiąc dodatkowy przewrót w przód.
Wrona wyhamowała na piaszczystej ziemi i obróciła się do mnie z otwartymi oczkami.
— Z… zniknął…? — spytała, podchodząc niepewnie bliżej, próbując odzyskać spokojny wyraz pyska.
Spojrzałem na nią. Przełknąłem. Oblizałem pysk.
— No. Na to… wygląda — skrzywiłem się lekko. Żuczki nie są smaczne. Na pewno nie na pusty żołądek.

<Wrono??>
[442 słowa]

[9%]

Od Wrony CD. Figi

Mała, dymna koteczka siedziała obok swej mamy, otoczona jej wielkim, puchatym ogonem. Ciepło, jakie dawała, sprawiło, że mruczała głośno, przebierając łapkami.
— Tak! Chętnie zjem królika… A co to królik?
Figa się zaśmiała, końcówką ogona dotykając łebka córki.
— To takie szare zwierzę z długimi uszami. Poczekaj, pobaw się chwilę z tatą i Puchaczem, a ja ci go upoluję.
Wrona podskoczyła, musnęła mamę pyskiem w bark i w podskokach pobiegła do reszty rodziny.
— Tato? Pobawimy się w lisaaa? — spytała, słodko mrugając pomarańczowymi oczkami.
— No dobrze — odpowiedział Topola i zaczął się skradać — Grrr, jestem paskudnym lisem!
— Puchacz! Puchacz? Puuuchaaacz! — zawołała brata, który patrzył się na coś w ziemi. Czekoladowy podniósł łebek.
— Puchacz! Chodź! Mamy lisa do pokonania!
Brat przekręcił głowę, ale potem zrozumiał, o co jej chodziło. Podbiegł do niej i machnął łapą w ucho Topoli.
— Nie damy ci wygrać, przebrzydły lisie! — rzekł Puchacz, obnażając kły.
— Właśnie! Uciekaj, ty paskudo!
Kociaki przez długi czas biegały w kółko i wskakiwały na tato-lisa, któremu nie przeszkadzały gryzienie czy skakanie po nich. Z wiru zabawy wyrwała ich Figa, która wróciła z pięknym, dużym i szarym stworzeniem w pysku. Maluchy, słysząc kroki, obróciły głowę i na widok mamy zeszły z Topoli i usiadły koło niej.
— To dla was. Długo szukałam tego odpowiedniego. Smacznego!
Figa położyła królika na ziemi. Wrona, wpatrując się w niego, pacnęła go łapką (bo co, jak tylko udaje?) i wzięła kęs.
— Hmmm! Bardzo smaczny! Ale nic nie przebije gołębia!
Zwisłoucha zaśmiała się i otoczyła ogonem dymną.

<Figa?>

Od Puchacza CD. Rohan

Otworzył pyszczek ze zdumienia. Ta kotka chodziła po drzewach na patrolach? Słyszał o wojownikach, zwiadowcach i stróżach, ale nigdy nie pytał nikogo, kto co robi. Czyli nie musiałby ciągle bić się z siostrą na treningach? Nie, żeby nie potrafił jej pokonać… po prostu tak się o nią martwił, że nie potrafił nie dawać jej forów i to dlatego zawsze wygrywała… A tak mógłby biegać po drzewach! Szybki jak cień… cichy jak noc… to brzmiało bardzo fajnie! Od razu zapomniał o swoim planie ucieczki. Teraz miał inne pragnienie.
— Naucz mnie! Naucz mnie! — zaczął piszczeć i puszyć się z ekscytacji. Kotka zachichotała. Niestety, zanim miała szansę nauczyć go tej jakże odpowiedniej dla kilkuksiężycowego kociaka sztuki, do dwójki podszedł zaalarmowany tym hałasem Topola.
— Rohan… ja naprawdę przepraszam za niego… oh… Puchaczu, chodź… — Po wymamrotaniu przeprosin złapał wyrywającego się kociaka za kark, żeby za chwilę odstawić go na ziemię po drugiej stronie żłobka. Przez cały czas teraz zjeżony kocurek wykrzykiwał rzeczy typu:
— Tato! Tato, puść mnie! Ta pani chce mnie nauczyć biegać po drzewach! Będę jak mama!

* * *

Po tamtej sytuacji dostał zakaz wchodzenia pani Rohan na grzbiet. Budzenia jej z drzemek też. I najlepiej, żeby do niej w ogóle nie podchodził, nawet na długość zająca. Ale teraz, kiedy Topola był zajęty pilnowaniem jego siostry na dworze, Puchacz, jak bardzo wychowany dżentelmen (którym w swoim mniemaniu oczywiście był), uprzejmie czekał, aż pani Rohan (Robal) zje swój posiłek, żeby nauczyła go bycia najlepszym zwiadowcą Owocowego Lasu. Oczywiście, z dobrego wychowania starał się w nią nie wbiec ani nie wturlać, kiedy to rozładowywał swoją energię. Właśnie miał się do niej podkraść, żeby pokazać swoje obecne umiejętności, kiedy usłyszał, jak kotka wydaje z siebie dziwne parsknięcie. Zjeżył się (bardziej niż zwykle) i podskoczył z zaskoczenia, po chwili komicznie upadając na ziemię.

<Rohan?>

Od Puchacza CD. Wrony

Siostra nie zdawała się rozumieć jego genialnego pomysłu. Eh… widać, kto był najmądrzejszy w rodzinie. Puchacz jednak nie tracił entuzjazmu. Teraz już praktycznie podskakiwał ze szczęścia.
— Będziemy tacy super! Będziemy mogli wykonywać moje plany razem i świetnie się bawić! W końcu, to mój pomysł, więc chyba ja mogę być naszym przywódcą? Nie obrazisz się, prawda? — zrobił pauzę, jednak zdecydowanie zbyt krótką, żeby kotka, chociażby pojęła znaczenie jego słów. — No to świetnie, ustalone!
Posiedzieli dosłownie sekundę w ciszy, kiedy to dwie komórki mózgowe Puchacza intensywnie pracowały nad kolejnym super planem na przygodę. Pomysłów dostarczyło mu nagłe burknięcie brzucha. Rzeczywiście przydałaby się przekąska… Gwałtownie skoczył na kotkę i przeturlał się z nią po trawie. Siostra, piszcząc z zaskoczenia i rozbawienia, niestety szybko go z siebie zrzuciła. Zawsze był od niej słabszy, ale wolał się do tego nie przyznawać. Fuknął cicho i strzepnął uchem, udając, że wcale przed chwilą nie przegrał. No trudno. Czas zaprezentować plan.
— Chcesz się pobawić w gang już teraz? Zanim inne kociaki się wprowadzą? Bo ja mam taki plan. Możemy zakraść się do stosu zwierzyny, wziąć coś dobrego, a potem powiedzieć tacie, że sami upolowaliśmy! Mielibyśmy jedzenie i wyglądalibyśmy lepiej od wszystkich innych! Bo kto jako kociak umie polować na zwierzynę?

<Wrona?>

Od Gołąbka Do Wiciokrzewu

Ciąg dalszy ucieczki

Wnętrze Szopy Strachu nie było aż tak straszne jak opisywały je inne koty. Co prawda było tam wiele dziwacznych sprzętów, ale nic poza tym. Nie było w niej nic tak przerażającego jak śmierć Poranku. Na chwiejących się łapach Gołąbek podszedł do jednej z maszyn i skulił się pod nią, zaciskając powieki. Poczucie winy nadal go przygniatało, wciąż wydawało mu się, że gdyby bardziej się postarał, jego mentor nie podjąłby decyzji o śmierci. Uczeń nie chciał wracać do obozu. Nie chciał nowego mentora. Nie wiedział, czy w ogóle chciał się jeszcze czegokolwiek uczyć. Jak mógłby przebywać w legowisku, które ciągle przypominałoby mu o mentorze? Jego wcześniejsze marzenie o zostaniu uzdrowicielem wydawało się w tej chwili najgorszym przekleństwem. Może zostanie w szopie już na zawsze?

* * *

Rankiem Gołąbek obudził się z niespokojnego snu, słysząc dźwięk drapania pazurami o coś twardego. Dźwięk ten nie przypominał kocich pazurów. Wydawało go coś znacznie większego. Pomimo bólu uczeń zmusił się, żeby wstać z ziemi i zawęszył. Czy to… Nie, to nie mógł być…
Kocur cofnął się w głąb szopy. Teraz, gdy bardziej się już rozbudził, wyraźnie czuł ostry zapach psa. Jak to możliwe, że wcześniej go nie wyczuł? Czemu nie sprawdził szopy wcześniej? Uczeń starał się być tak cicho, jak to tylko możliwe. Co miał teraz zrobić? Nie umiał biegać tak samo szybko jak wojownicy. Nie miałby szans na ucieczkę przed psem. Może gdyby spróbował powoli podkraść się do wyjścia, zdołałby uciec z szopy niezauważony? Ostrożnie stawiając łapy na brudnym podłożu, uczeń skierował się w stronę wyjścia. Gdy był już w połowie drogi, zebrał się na odwagę, by spojrzeć na bestię. Na jej szyi wisiała linka, taka, za jaką trzymali swoich pupili dwunożni. Czemu jakiś dwunożny zostawił swojego psa w lesie? Samica panicznie drapała w kwadratowy, drewniany obiekt, tak, jakby chciał dostać się do środka. Ku zaskoczeniu Gołąbka w oczach zwierzęcia widniał strach. Taki sam, jaki odczuwał uczeń. Co ten pies próbuje zrobić? Gołąbek zawęszył ponownie. Zaraz… czy był tu jeszcze drugi pies? W powietrzu, poza zapachem psa, czuć było jeszcze inny, słaby, mleczny zapach. Nie był to zapach przyjemny, ale w pewnym stopniu przypominał zapach kocięcia. Z wnętrza kwadratowego przedmiotu wydobyło się piskliwe szczeknięcie. Był tam szczeniak! Serce ucznia przejęło współczucie. Ta biedna psia mama zgubiła swoje dziecko w tym dziwnym pudle! Uczeń powoli podszedł do samicy psa, modląc się, by ta nie zaatakowała. Bestia odwróciła głowę w jego stronę, kwiląc. Gołąbek podszedł do pudła i wspiął się na nie. Na górze obiektu była dziura. Szczeniak prawdopodobnie wpadł właśnie przez nią. Chociaż suczka wkładała do niej pysk, jej dziecko leżało zbyt głęboko. Za bardzo się bało, aby podejść bliżej otworu. Dziura była zbyt mała, by zmieścił się w niej dorosły pies. Miała ona jednak idealny rozmiar dla kota. Może mógłby spróbować pomóc suczce wyciągnąć jej szczeniaka? Gdyby udało mu się popchnąć szczeniaka, jego matka najprawdopodobniej dałaby radę wsadzić pysk do dziury i po niego sięgnąć. Nie namyślając się dłużej, kocur wskoczył do dziury i skierował się w stronę szczeniaka. Podszedł do niego od tyłu i zaczął pchać. O dziwo, mały posłusznie poszedł do przodu, cicho skamląc. Gdy był już bliżej otworu, samica psa sięgnęła raz jeszcze. Udało się jej chwycić małego za luźną skórę na karku. Po chwili wyjęła go z pudła, radośnie machając ogonem. Zaraz za szczeniakiem wyszedł Gołąbek. Powitało go liźnięcie w głowę, od którego aż się zachwiał i prawie wpadł z powrotem do dziury. Czy ta wielka suczka właśnie go liznęła? Nie wiedział, że psy mogą być takie przyjazne! Uczeń zeskoczył z pudła. Prawie natychmiast przypomniał sobie o mentorze. Ból, który chwilowo zniknął przez strach, teraz znów powrócił.
— Idźcie już — wyszeptał w stronę psów — zostawcie mnie.
Psy nie wyglądały, jakby miały zamiar iść. Wręcz przeciwnie. Szczeniak zaczął niezdarnie biegać wokół Gołąbka. Wyglądał zupełnie jak kociak zapraszający do zabawy. Tyle że większy.
—  Nie chcę się bawić. Idź sobie! —  Uczeń skierował swoje kroki z powrotem do swojej kryjówki. Chociaż fascynowało go dziwne zachowanie psów, chciał znów ukryć się i być sam.

* * *

Gołąbek spędził w Szopie Strachu kilka następnych dni. Psy pojawiały się i znikały, jednak na noc zawsze wracały do szopy. Czasami przyniosły jakiś mały kąsek, głównie resztki pozostawione przez dwunożnych. Tak było też dzisiaj. Zapach resztek przypomniał Gołąbkowi o tym, jak dawno nie jadł. W brzuchu zaczęło mu burczeć. Może gdyby podażył za zapachem psów, udałoby mu się znaleźć miejsce z resztkami? Nie umiał polować, więc było to jedyne możliwe źródło pożywienia. Bury wyszedł ze stodoły. Powitało go wczesne, wiosenne słońce i pierwsze śpiewy ptaków. Brakowało mu tych śpiewów. Chociaż wstyd było mu się do tego przyznać, żałoba lekko ustąpiła. Ból nie zniknął, ale był mniej intensywny niż wcześniej. Może jego mentor zaczynał teraz nowe życie jako jeden z tych ptaków? Gołąbek miał nadzieję, że tak właśnie było. Tak obiecała Wszechmatka, więc starał się w to wierzyć. Podążył za zapachem psów. Chociaż nigdy wcześniej nie uczył się tropienia, zapach był wystarczająco ostry, by wiedzieć, którędy szły psy. Po krótkim marszu doszedł na skraj owocowego lasku. Pod jednym z drzew stała skóra dwunożnych, taka, w jakiej ci czasami mieszkali. Rzadko widywało się je o tej porze roku, ale najwidoczniej jakiś dwunożny postanowił w niej zamieszkać już teraz. Na kawałku drewna przy skórze leżało kilka patyków z powbijanymi kawałkami zwierzyny. Uczeń powoli podkradł się do nich. Już miał sięgnąć po zwierzynę, gdy nagle ze skóry wyłoniła się głowa jakiejś kotki. Pachniała dwunożnymi, musiała więc być pieszczochem.
— A ty to kto, zacofany kocie z lasu? Kradniesz zwierzynę mojej dwunożnej? —  Kotka powitała go właśnie tymi słowami, rzucając mu złowieszcze spojrzenie.
Zaskoczony i zakłopotany, Gołąbek zupełnie nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Po chwili jednak uznał, że lepiej będzie wyznać prawdę. Może ta dziwna pieszczoszka postanowi się podzielić.
— Ja… nie uczyłem się polowania, a jestem bardzo głodny! Proszę, czy podzielisz się ze mną jedzeniem? — poprosił najgrzeczniej, jak umiał.
— No dobra — zgodziła się Pieszczoszka — ale pod jednym warunkiem. Jeśli spotkasz kogoś z Klanu Burzy, powiesz im, że Oświecona, czyli ja, zakłada nową religię, i jeśli ktoś jest chętny, to może do niej dołączyć. Może ci zapchleńcy jeszcze zmienią zdanie. Kiedyś poznają prawdę, mówię ci!
Gołąbek był bardzo zdezorientowany, ale mimo wszystko przytaknął. Poczęstował się zwierzyną. Gdy już miał odejść, Oświecona znowu się odezwała.
— A może ty chcesz dołączyć i otworzyć się na prawdę? — zapytała.
— J-jaką prawdę? — spytał Gołąbek.
— Taką, że dwunożni to istoty nadprzyrodzone, a Klan Gwiazdy to bzdury.
— Ja też nie wierzę w Klan Gwiazdy. Nie wyznaję też dwunożnych, ale twoja wiara brzmi bardzo ciekawie. — Uczeń starał się podejść do sprawy z jak największym respektem. Choć on sam wierzył we Wszechmatkę, miał szacunek do innych wyznań, nawet tych najdziwniejszych.
— Zawsze możesz się nawrócić. Brak wiary w Klan Gwiazdy to już pierwszy krok. Jeśli do nas dołączysz, nie będziesz żałować. Czy wiesz, że dwunożni potrafią władać psami? Moja dwunożna ma już jednego, i podobno zamierza wziąć kolejnego! — zamruczała Oświecona
— Dziękuję za propozycję, ale jednak odmówię — odpowiedział. — Zaraz, czy powiedziałaś, że chce wziąć kolejnego? — Gdyby psy, które znalazł uczeń, zostały na terenie Owocowego Lasu, najprawdopodobniej zostałyby wygnane przez jakiś patrol. Suczka i jej szczeniak byłyby bezpieczniejsze z dwunożną.
— Wrócę jutro. Przyprowadzę psy. — Nie czekając na odpowiedź, Gołąbek ze zwierzyną w pysku pobiegł z powrotem do szopy, pilnując, by nie zauważył go żaden patrol.

* * *

Następnego dnia Gołąbek zaprowadził psy do miejsca ze skórą dwunożnych. Zanim to jednak uczynił, zgodził się na zabawę ze szczeniakiem. Przez ostatnie dni mały codziennie o to prosił, jednak Gołąbek go ignorował. Mały piesek bawił się prawie tak samo, jak bawiły się kocięta, co bardzo zaskoczyło ucznia. Nie widział, że psy tak potrafiły! Do skóry dwunożnych kocur zaprowadził suczkę, ciągnąc ją za linkę. Jej szczeniak posłusznie dreptał za nią. Specjalnie wybrał porę, w której większość kotów była w obozie. Nikt go raczej nie zauważy. Tym razem właścicielka skóry wraz z Pieszczoszką siedziała na zewnątrz. Gdy dwunożna zobaczyła psy, z jej gardła wydobył się podekscytowany pisk. Pobiegła do zwierząt, rozkładając swoje wielkie łapska. Gołąbek odskoczył szybko ze strachem, jednak oba psy wydawały się być bardzo zadowolone. Zaczęły lizać dwunożną po łapach, dając się jej głaskać i przytulać. Ku swojemu zdziwieniu, widok psów i dwunożnej uszczęśliwił go. Szczęście pokryte było warstwą cierpienia, ale czuł je nadal. Może powinien był już wrócić do obozu? Inni napewno się o niego martwili. Choć jego umysł nadal nakazywał mu się ukrywać, serce mówiło mu, że czas wracać.

 * * *

W połowie drogi do obozu Gołąbek się zatrzymał. Było mu wstyd, że nie był na pogrzebie mentora. Uznał więc, że uhonoruje go w swój własny sposób. Namaluje na ziemi wzory, takie, jakich nauczył go Borowik. Uczeń złapał leżący nieopodal patyk i zaczął wyżłobiać nim linie. Nie zdążył jednak namalować ich wiele. Zza pobliskiego drzewa wyłonił się Wiciokrzew.
— Gołąbku? — zawołał w stronę kocurka.

[1429 słów]
<Wiciokrzewie?>

[29%]

Od Zapomnianej Koniczyny (Koniczyny)

TW: Myśli o kanibalizmie

Pora Nowych Liści. Świat ponownie ożył po białych trudnościach, rozkwitając w okazały owoc. Piękno tej pory było czarujące i korzystne dla kotów. Zwierzyna zaczęła się budzić i wychodzić na zewnątrz w poszukiwaniu jakiejś zieleniny. Ptaki przylatywały za pewne z tęsknoty za tym, co zostawiły wcześniej. Teraz mokre, złamane patyki, niegdyś piękne gniazdo dla swoich upragnionych dzieci. Wspomnienia i marzenia piękne, lecz problem…
Problem w tym, że ich nie ma.
Zapomniana Koniczyna szedł chwiejnym krokiem. Szylkretowy kot niepewnie spojrzał na wychudzonego wojownika. Wystające żebra można było ujrzeć z daleka. Kocur z wielkim trudem podszedł do Koniczyna, dzieląc się swoim ciepłem.
— H-hej… — zaczął cicho, spontanicznie zaczynając rozmowę z mordercą swojej siostry. Widząc, że oriental zwrócił na niego uwagę, odetchnął z ulgą. Przynajmniej dawał jakieś oznaki życia. — J-jak… jak ci mija życie, Zapomnia…
— Wyśmienicie, Po-po-po-p-p-oziom-m-mecz-cz-cz-k-ku! — odparł z zaskakującą charyzmą w głosie. Poziomkowa Polana postanowił przemilczeć przedrzeźnianie i się uśmiechnął.
— Naprawdę tak sądzisz? — zapytał Poziomek. — Przynajmniej ty widzisz jakieś światełko w tym tunelu…
“Jak naiwnie z jego strony” — powiedział do siebie zażenowany oriental. Westchnął ciężko i pokręcił głową.
— Jesteś idiotą. Jesteś najbardziej idiotycznym kocurem, jakiego miałem nieszczęście poznać — szeptał, patrząc na drogę. — Czy ty serio myślisz, że jest tu jakieś światełko w tunelu? — mówił, a z każdym słowem jego głos przybierał na sile. — A jak tak, to nie światełko nadziei, tylko, do jasnej cholery, ŚWIATŁO POTWORA! — krzyknął, obracając głowę ku Poziomkowej Polanie.
Szylkret zesztywniał. Strach miał wielkie oczy, a ta deskrypcja świetnie pasowała do emocji zewnętrznych starszego kota.
Zapomniana Koniczyna fuknął i wyprostował się. Ciszę przerywały ptaki, które wzlatywały z drzew i uciekały gdzie pieprz rośnie. Wojownik ponownie zabrał głos:
— Poziomkowa Polano… straciliśmy wszystko. Rodzinę, przyjaciół… przynależność. Nie ma z nami Jarzębinowego Żaru i jej białej towarzyszki. Nie ma z nami Czereśni i Gałązki. Nie ma tu z nami Miodowej Kory i jego syna. Na domiar złego, musimy pilnować jego stukniętej siostry. A Kosaćcowa Grzywa? W dupie nas ma i tylko dla siebie poluje! A we trójkę zdziałamy tyle, co nic, dobrze o tym wiesz…
— W-więc… co proponu…jesz? — zapytał ciszej Poziomek.
Koniczyn wzruszył barkami.
— Może lepiej byłoby zdechnąć.
Poziomkowa Polana zmarszczył brwi, nie dowierzając jego słowom. Uciekł niepewnie wzrokiem.
— No… dobra… ej! — Nagle pokazał mu skinieniem głowy na tereny Owocowego Lasu. Koniczyn spojrzał na niego, nie wiedząc, o co mogło mu chodzić. — Nie widzisz? Tam jest kot. Może…
— Jaki kot? — wtrącił się mu oriental.
— No, czarny kot.
— Aha… ale… droga grzmotu… — wymamrotał niepewnie chudy wojownik. Spojrzeli na siebie nerwowo, a potem na drogę. Czyżby musieli pokonać własne lęki? Zwłaszcza że Poziomek wyraźnie miał coś z łapą. — To może być dla ciebie niebezpieczne… może ja pójdę i wrócę…
— Dobra… wracaj, prędko!
Popchnął go w kierunku betonowej drogi. Kocur na chwilę się zawahał. Rozejrzał się kilka razy na prawą i na lewą stronę, chcąc mieć pewność, iż żaden potwór go nie rozjedzie. Wziął głęboki wdech i wydech, cofnął się kilka kroków, po czym ruszył. Asfalt był twardy, co widocznie orientala zaskoczyło. Jego poduszki przywykły do naturalnej kory oraz miękkiej ściółki, nie do śmigania po czymś tak… dwunożnym.
Biegł, jakby za nim biegł wściekły Krucze Pióro, który chciał go ochrzanić za kolejne nieposłuszeństwo ucznia. Ach, ależ piękne czasy… wtedy jego relacja z Mglistym Snem nie zbiegła na zły tor, nikogo nie zabijał, a mama go kochała. Tak, wtedy było idealnie. Doprawdy… rewelacyjnie. I choć Krucze Pióro należał do jednych z, cóż, nieprzyjemnych kotów i zabił jego Biedronka to… teraz Niezapomniana Koniczyna byłby w stanie mu wybaczyć. Chciał, aby zmężniał; aby stał się wielkim kotem. Może poświęcenie Biedronka dobrze mu na to wyszło. I tej parszywej Niezapominajki.
Kiedy wrócił do rzeczywistości, jego łapy już spoczywały na zielonej trawie. Zmrużył oczy, zbliżając się do kupy odpadów, które zostawili dwunożni. Czujnie nasłuchiwał dźwięków dochodzących z tego miejsca, aczkolwiek węch miał prawdopodobnie stępiony przez zaniedbanie polowań. Nie mógł niczego wyczuć poza smrodem, od którego zaczęła go boleć głowa. Postanowił ominąć wysypisko śmierci, szerokim łukiem obchodząc metalowe odpady.
Owocowy Las był dla niego intrygującym miejscem. Różnorodny teren… Ciekawe, z czym się mierzą te koty. Czy są takie jak inne klany? A może różnią się nie tylko wiarą, ale też stylem życia? Dietą? Może jedzą owoce lub jagody. Albo siedzą na drzewach, niby owoce! Zapomniana Koniczyna czuł wstyd, że wcześniej nie przykładał uwagi do tej interesującej krainy. Ciekawe, jak długie było ich terytorium, pomyślał. Może Wszechmatka obdarowała ich spokojem, a Klan Gwiazdy odciął ich od spraw klanowiczów. Też chciałby tak żyć.
— Hej! — Usłyszał głos w oddali. Zaskoczony podskoczył i się zjeżył. Obrócił ciało jak poparzony w kierunku czarnej kotki, która zbliżała się w zastraszającym tempie. Chciał uciec, ale łapy puściły, niby korzenie w ziemi. Sparaliżowany tylko patrzył, jak ta bestia biegła, aby go…
— Hej, co tu robisz? — zapytała kotka, upuszczając przed sobą zioła.
Samotnik cofnął się. Próbował uciec wzrokiem.
— Ja… potrzebuję medyka. Mój przyjaciel… on ma bardzo sztywny bark? Chyba. Proszę… to są jakieś zioła? — zapytał, zdesperowany widocznie.
Kotka, widząc to, uśmiechnęła się promiennie i zaświergotała:
— Oczywiście! Akurat mam przy sobie korzeń żywokostu… Powiedz mi, gdzie jest twój przyjaciel?
Koniczyn uśmiechnął się słabo i zaczął ją prowadzić w stronę drogi grzmotu, przy okazji wdając się w krótką rozmowę z samotniczką. Faktycznie, świat flory był przecudowny! Szkoda, że nie został medykiem.

* * *

Poziomkowa Polana z niecierpliwością czekał na Zapomnianą Koniczynę. Niby zaskoczony, ale to on pierwszy dojrzał ją za drogą grzmotu, obecnością samicy. Nieco nieśmiali mniej się udzielali i pozwolili w spokoju uzdrowicielce zrobić swoje “czary”, jak to określał sam Koniczyn. Kotka ostrzegła Poziomka, aby się nie przemęczał, po czym zniknęła za śmietniskiem Owocowego Lasu. Nie pytali się o imię i miejsce zamieszkania; wystarczyły tylko zdolności lecznicze.
Wrócili w ciszy, wyraźnie zmęczeni tą interakcją. Jak dawno Koniczyn nie widział samicy… oprócz Rysiego Tropu, oczywiście, ale ona to inny przypadek był.
— Ej, Poziomeczku-ziomeczku, chodź ty no tu! — krzyknął puszysty, najstarszy zaraz po Rysim Tropie wojownik.
Oboje odwrócili się w kierunku uśmiechniętego Kosaćcowej Grzywy. Koniczyn skrzywił się. Co ten idiota znowu wymyślił?
— Co tam, Kosaćcu? — zapytał Poziomkowa Polana, kuśtykając do byłego mentora z dziecięcym uśmiechem. Zapomniana Koniczyna widział, że szylkret szuka aprobaty Kosaćca. Niby ojciec i syn. Jak uroczo.
— A, no… znalazłem taką fajną przyczepę i chciałem ci pokazać. Chcesz ze mną iść?
Oriental wszedł pomiędzy nimi, psując rodzinną atmosferę.
— Nie może. On musi teraz odpoczywać…
Poziomkowa Polana niepewnie przeskakiwał pomiędzy nimi spojrzeniem. Skinął wręcz niezauważalnie chudemu wojownikowi. Kosaćcowa Grzywa prychnął, jednakże uśmiech nie zszedł z jego pyska.
— Jak sobie chcecie, maminsynki… pff… — wymamrotał, odwracając się w kierunku wyjścia. Po chwili zniknął w czeluściach lasu.
Mglisty Sen siedział na warcie, co jakiś czas ziewając. Głód też mu doskwierał. Poziomkowa Polana poszedł się przespać, ponieważ według kotki nie powinien się przemęczać. Mniej łap do pracy…
Spojrzał w dziurę na bursztynowe oczy morderczyni. Jej spojrzenie było nieprzyjemne, a na samą myśl o zbliżeniu się do tej kocicy chciał wymiotować.
Była głodna.
Wszyscy byli głodni.
Czy… czy nie mogli po prostu ubić Rysiego Tropu i użyć jako przynętę… lub… może jest…
… nie, Koniczyn, nie. To jest niemoralne, skarcił się, wiedząc dokąd zmierzały jego myśli. To byłoby okropne. Nigdy nie zjadłby swojego! Przenigdy! Na Klan Gwiazdy przeklął się. Był zaskoczony własnym umysłem. Czy gdyby w Klanie Wilka został, nie musiałby walczyć ze sobą? Może wciąż miałby nadzieję na lepsze jutro i zapach Mglistego Snu w posłaniu? Obaj od śmierci Jarzębinowego Żaru przestali ze sobą rozmawiać. Jedynie zmieniali się na warcie, w ciszy, w pokoju. Ich czwórka nie miała prawa przetrwać, dobrze o tym wiedział. Tylko jak? Klan Gwiazd się na nich wypiął. To miała być ich ziemia, ziemia obiecana… i co? I gówno! Odwrócili się od nich. Przecież chcieli dobrze. ROBILI dobrze. Nigdy im się nie sprzeciwili! Pamiętali o modlitwach, o słowach gwiezdnych… Czyżby o nich zapomnieli? Wystawili ich… Dlaczego? Dlaczego ich? Czemu nie Klan Wilka?
Co robili nie tak?
Zapomniana Koniczyna zauważył, że jak tak stał na polanie, zaczynało się ściemniać. Czyżby znowu się zamyślił? Kosaćcowa Grzywa jeszcze nie wrócił. Mglisty Sen zaczął chrapać, Rysi Trop… wolał nie wiedzieć, a Poziomek odpoczywał.
Był sam, a mimo to… coś słyszał. Szelest, złamana gałązka, jakieś szepty. Cóż to mogło być? Koniczyn odwrócił się w stronę drugiego wyjścia. Zmrużył oczy. Nie wiedział, co się działo. Był wciąż rozkojarzony. Mógł tylko się cofnąć, zanim te stworzenia dotarły.
To były koty. Różnorodne, szylkretowe, czarne, czekoladowe, białe. Od wyboru do koloru. Skulił się pod ich władczym wzrokiem. Spojrzał w oczy kocurowi, który zabrał głos:
— Nazywam się Czereśnia — zaczął — Jestem przywódcą Owocowego Lasu — dodał, zamiatając wzrokiem ledwo kontaktujące Świetliki. — … Nie spodziewałem się, że przeżyjecie jeszcze tyle księżyców… — wymamrotał. Wbił wzrok w orientala i się skrzywił. — I też niekoniecznie dobrze wyglądacie.
Zapadła niezręczna cisza. Wojownicy Owocowego Lasu wydawali się być wrogo nastawieni, a Koniczyn nie miał zamiaru trafić na przekąskę lisów, które tam trzymali. Akurat w samą porę wyszedł z nory Poziomkowa Polana. Mimo sztywnego barku, wciąż mógł chodzić. Czereśnia zmarszczył brwi, obserwując nieporadnego wojownika. Wymamrotał Owocniak do siebie jakieś słowa, jednakże Koniczyn nie był w stanie ich zidentyfikować. Jedna z kotek nerwowo machała na boki ogonem. Miał nadzieję, że nie chciała mu zrobić krzywdy.
Jeden z jego pobratymców się wzdrygnął. Podszedł do przywódcy.
— Czereśnio… straciliśmy dużo kotów, przydałaby się świeża krew — szepnął parę kluczowych słów, które wyraźnie zmieniły spojrzenie kocura na tę sprawę.
Czereśnia odchrząknął i zwrócił się do nich:
— Chociaż wielu najpewniej pohańbiłaby mnie za ową propozycję, niektórzy z nich sa nawet obecni u mojego boku... Ale mam dla was propozycję — powiedział uroczyście. — Owocowy Las może stać się dla was przystanią, azylem, w którym odnajdziecie pomoc, również medyczną, której niektórzy z was wydają się potrzebować. — Zmierzył wzrokiem płowego, który skrzywił się delikatnie z każdym ruchem. — Nie będę jednak ukrywał, że owe zaproszenie okryte jest pewnymi… wymogami, do których każdy z was będzie musiał się całkowicie dostosować.
Zapomniana Koniczyna przełknął głośno ślinę. Czy to teraz od niego zależały losy Świetlików? I co z Kosaćcem?
Westchnął ciężko i się wyprostował. Koniczyn właśnie objął stery Świetlików.
— Dokładnie jakie warunki, Czereśnio? — zapytał.
— Chociaż nigdy nie byliście dla nas zagrożeniem, nie mogę mieć pewności co do tego, kiedy wpuszczę was do mojego obozu. Pierwsze księżyce spędzicie pod bacznym okiem strażników. Od was będzie zależeć to, ile księżyców tam spędzicie — zaczął i bez większego namysłu kontynuował. — Wasze imiona również odejdą w zapomnienie, a przynajmniej ich część. W Owocowym Lesie niewielu dożyło tego, że zostali wyróżnieni dwuczłonowym imieniem. Dopóki więc będziecie przywiązani do swoich starych mian, będziecie grzać mchy w więzieniu. — Oczy miał utkwione w orientalnym pysku Koniczyny. — Nie wymusimy na was ani wiary we Wszechmatkę, ani nie narzucimy nowych tożsamości. Nie stworzymy z was nowych kotów, ale nie pozwolimy, aby poprzeć wyciągnięcie do was pomocnej łapy ucierpiał komfort kogokolwiek z naszej społeczności.
Zapomniana Koniczyna zwiesił głowę, uznając wyższość słów Czereśni. Zostali pokonani.
— R-rozumiemy... zgadzamy się na te w-warunki... — wymamrotał szybko.
Czereśnia skinął mu łbem, po czym wszyscy się zebrali.
Bez Kosaćca, oczywiście.