Kotka przeciągnęła się leniwie tuż przed wyjściem z obozu, prostując grzbiet i z satysfakcją wystawiając bok do promieni. Gdyby mogła wybierać, zostałaby właśnie tutaj jeszcze przez kilka dobrych chwil. Patrol jednak pozostawał patrolem, a obowiązki wojownika nie znikały tylko dlatego, że pogoda wyjątkowo dopisywała. Poza tym, musiała dbać o swoją reputację. Wylegiwanie się pozostawało zajęciem dla pasożytów, a nie dla ambitnej i pracowitej wojowniczki, którą przecież była.
Spod przymrużonych oczu przyglądała się zbierającym się kotom. W zwyczaju miała ignorowanie tego, kto napatoczył jej się do grupy, jednak dostrzegając wielobarwne futro, które dobrze kojarzyła, zmrużyła oczy jeszcze bardziej. Ostatnim razem nie ugrała nic swoim spontanicznym polowaniem w towarzystwie Trzcinowego Szmeru. Jedyne, co wyniosła z tamtego dnia, to niepotrzebnie mokre futro. Przeszła porażka jednak nie była jednoznaczna z tym, że i dzisiaj nie odniesie sukcesu.
W zwartej, małej grupie opuścili obóz. Ostatnimi czasy wydarzyło się tyle, że niejeden kot miałby czym zaprzątać sobie głowę do końca życia. Obóz zdążył odetchnąć po napięciach, jedni odeszli do Klanu Gwiazd, inni wrócili do codziennych obowiązków, a jeszcze inni najwyraźniej odzyskali dawny spokój. Trzcinowy Szmer wyglądała właśnie na jedną z takich. Szła pewnym krokiem, bez oglądania się przez bark, bez nerwowego nastawiania uszu. Latająca Ryba nie potrafiła zdecydować, czy bardziej ją to irytowało, czy zwyczajnie zastanawiało. Sama chyba nie umiałaby tak szybko wrócić do codzienności, gdyby wokół jej bliskich wydarzyło się tyle zamieszania.
Chociaż w jej przypadku trudno było w ogóle mówić o kimkolwiek bliskim. Nigdy nie czuła potrzeby, by uzależniać swoje samopoczucie od obecności innych kotów. Nie potrzebowała partnera ani grona przyjaciół, żeby wiedzieć, kim jest i czego chce. W zupełności wystarczała samej sobie. To własnym umiejętnościom ufała najbardziej, na własnym rozsądku polegała od zawsze i tylko sobie zawdzięczała wszystko, co osiągnęła. Była przekonana, że właśnie dzięki temu nic nie mogło jej naprawdę złamać. Im mniej kotów dopuszczało się do własnego życia, tym mniej było rzeczy, które mogły później boleć.
Milczenie ciągnęło się między nimi zaskakująco długo. Przerywał je jedynie szelest wysokich traw i plusk wody obijającej się o kamienie. Ryba od czasu do czasu schylała się, by udać, że próbuje coś wywęszyć lub uważniej przyjrzeć się śladom pozostawionym przy granicy, jednak myślami coraz częściej wracała do kotki idącej obok. Nie wyglądała na spiętą. Po prostu wykonywała swoją pracę, a to było niewygodne. Znacznie łatwiej było wyrobić sobie o kimś opinię, kiedy sam dawał ku temu powody.
— Widzę, że Rezedowa Łapa nie daje ci zbyt mocno w kość — odezwała się w końcu, zerkając na nią przelotnie. — Albo po prostu masz więcej cierpliwości, niż sądziłam. Uczniowie potrafią skutecznie wystawić nerwy na próbę. Zwłaszcza kiedy uważają, że wszystko wiedzą najlepiej.
W jej głosie nie było złośliwości. Przynajmniej nie takiej oczywistej. Raczej zwykła ciekawość, pod którą, jak zawsze, kryło się coś więcej. Latająca Ryba lubiła słuchać. Im więcej ktoś mówił, tym łatwiej było wychwycić drobne zawahania, niepotrzebne szczegóły albo słowa wypowiedziane zbyt szybko. Nie musiała zadawać trudnych pytań. Czasami wystarczały te najprostsze.
— Ma swoje własne tempo treningów, ale staramy się nadrabiać wszelkie zaległości — odparła od niechcenia Trzcina. — Jeszcze będzie z niego wojownik.
Przez kolejne lisie długości szły już spokojniej. Nagle z pobliskich krzaków dobiegł głośniejszy szelest. Latająca Ryba odruchowo wzdrygnęła się i natychmiast skierowała spojrzenie w stronę granicy, a sierść na karku nastroszyła jej się niemal niezauważalnie. Nawet po tylu księżycach nie potrafiła przywyknąć do obecności tych przeklętych Burzaków. Co prawda od pewnego czasu nie widywała ich już tak często, lecz w pamięci wciąż miała okres, gdy pojawiali się niemal na każdym jej patrolu, wyrastając zza krzaków niczym grzyby po deszczu.
— Dziwnie cicho zrobiło się ostatnio w obozie — mruknęła bardziej do siebie niż do Trzciny. — Jeszcze niedawno miałam wrażenie, że codziennie coś się działo. Teraz każdy wrócił do swoich zajęć, jakby nic się wcześniej nie wydarzyło.
Wojowniczka odpowiedziała jedynie cichym pomrukiem, ani na moment nie zwalniając kroku.
Latająca Ryba nie należała do kotów, które łatwo odpuszczały, jednak z każdą kolejną wymianą zdań coraz wyraźniej dochodziła do wniosku, że i tym razem nie usłyszy niczego, co mogłoby okazać się choć odrobinę przydatne. Trzcinowy Szmer odpowiadała spokojnie, ważąc słowa i nie pozostawiając miejsca na potknięcia. Rybę irytowało to bardziej, niż chciała przed sobą przyznać. Nie potrafiła znaleźć choćby najmniejszej rysy, w którą mogłaby wsunąć pazur. Wszystko wskazywało na to, że ten patrol zakończy się równie bezowocnie, jak ich poprzednie spotkanie.
***
Przede wszystkim w końcu dobiegł końca trening Szumiącej Łapy, teraz już Szumiącej Wyspy. Musiała przyznać, że mentorowanie nigdy nie należało do zajęć, które darzyłaby szczególną sympatią. Z jednej strony było to niewątpliwe wyróżnienie, bowiem ktoś dostrzegł jej doświadczenie, umiejętności i uznał, że nadaje się do wychowania kolejnego wojownika. Trudno było nie czuć z tego powodu pewnej satysfakcji. Z drugiej jednak strony młodzi byli nieznośnie nieporadni. Wszystko trzeba było im tłumaczyć, pokazywać, poprawiać. Rzadko kiedy wykazywali własną inicjatywę. Ona sama nie przypominała sobie, by podczas szkolenia aż tak polegała na swojej mentorce. Nie czekała, aż ktoś poda jej rozwiązanie pod nos. Obserwowała starszych wojowników, wyciągała wnioski, ćwiczyła do zachodu słońca i uczyła się na własnych błędach. Tak właśnie hartował się charakter. Dzisiejszej młodzieży brakowało tej zawziętości. Chcieli pochwał, zanim jeszcze zdążyli sobie na nie zapracować. Prawdziwi wojownicy starej daty byli zrobieni z zupełnie innej gliny.
Jeszcze większe niezadowolenie wywoływały w niej coraz dziwniejsze zmiany zachodzące w klanie. Mimowolnie kładła uszy po sobie, ilekroć docierały do niej kolejne informacje o nowych pomysłach Mandarynkowej Gwiazdy. Bo co to właściwie miało znaczyć, że nagle pojawili się jacyś "namiestnicy"? Dotychczas klan doskonale funkcjonował bez podobnych wynalazków. Nie rozumiała, po co tworzyć kolejne stanowiska, skoro każdy wojownik powinien po prostu wykonywać swoje obowiązki najlepiej, jak potrafił. Jeszcze bardziej zastanawiał ją sam wybór. Trzcinowy Szmer, Źmijowcowa Wić i ich dzieci. Przez chwilę próbowała doszukać się w tym jakiegoś głębszego sensu, ale szybko zrezygnowała. Nie śledziła klanowych układów ani rodzinnych powiązań. Wolała wiedzieć, kto dobrze poluje i walczy, niż kto z kim dzieli legowisko. Mimo wszystko trudno było jej nie unieść brwi z lekkim niedowierzaniem. Skąd oni właściwie się urwali? Czy naprawdę w całym klanie nie było nikogo bardziej odpowiedniego?
Jakby tego było mało, z obozu ponownie zniknęło kilka kotów. Z każdym kolejnym odejściem coraz mocniej utwierdzała się w przekonaniu, że współczesnym wojownikom dramatycznie brakowało kręgosłupa. Tchórze. Składali przysięgę, obiecywali lojalność, zapewniali, że dobro klanu będzie dla nich najważniejsze, a kiedy nadchodził pierwszy poważniejszy kryzys, kulili ogony i znikali bez oglądania się za siebie.
Szczególnie nie potrafiła zrozumieć postawy Borówkowej Słodyczy. Niegdyś kotka naprawdę wydawała się pracowita, rozsądna i konkretna. Sprawiała wrażenie jednej z tych wojowniczek, które kiedyś będą stanowiły o sile klanu. A teraz? Sama przekreśliła wszystko, na co wcześniej pracowała. Upadła tak nisko, że Ryba aż odwracała wzrok z niesmakiem, gdy przypominała sobie jej dawny obraz. Być może właśnie tak kończyły kotki, które pozwalały, by życie zaczęło kręcić się wokół partnera zamiast wokół obowiązków.
Zmrużyła oczy, gdy gdzieś po drugiej stronie obozu dostrzegła Trzcinowy Szmer. Szylkretka rozmawiała z kimś spokojnie, a promienie słońca odbijały się od jej krótkiego futra. Ryba przyglądała się jej przez moment w milczeniu, jakby próbowała coś ocenić. Minęło już sporo czasu od ich wspólnego polowania, lecz pierwsze wrażenie nie zatarło się ani trochę. Kotka pracowała sumiennie, nikt nie mógł jej tego odmówić, jednak gdzieś z tyłu głowy Latającej Ryby wciąż tliła się uporczywa myśl, że wystarczy chwila nieuwagi. Jeden zły krok. Jedna decyzja. Krew pozostawała krwią, nawet jeśli przez długi czas zdawała się milczeć. Prędzej czy później mogła się odezwać. A wtedy historia Borówkowej Słodyczy mogłaby powtórzyć się po raz kolejny.
Ona sama nigdy nie dopuściłaby do podobnej słabości. Sam pomysł wiązania się z kimkolwiek wydawał jej się zwyczajnie niedorzeczny. Strata czasu, energii i zdrowego rozsądku. Obserwując współklanowiczki, dochodziła wręcz do wniosku, że większość z nich z chwilą znalezienia partnera dziwnie miękła. Nagle przestawały myśleć o treningach, patrolach czy własnym rozwoju, a zaczynały przejmować się cudzym humorem, wspólnym legowiskiem albo tym, czy kocur przypadkiem nie spojrzał na inną kotkę o sekundę za długo. Żałosne. Nie zamierzała nigdy obniżać własnych standardów tylko po to, by mieć kogoś u boku. Zresztą nie było w klanie nikogo, kto dorównywałby jej charakterem, pracowitością i ambicją. Gdyby taki kot naprawdę istniał, z pewnością już dawno zwróciłby jej uwagę. A skoro do tej pory żaden tego nie zrobił, to odpowiedź nasuwała się sama.
Latająca Ryba jeszcze przez chwilę obserwowała Trzcinowy Szmer z drugiego końca obozu. Początkowo zamierzała po prostu minąć ją bez słowa, jak robiła to zazwyczaj. Nie należała do kotów, które odczuwały potrzebę prowadzenia bezcelowych rozmów. Większość z nich uważała za stratę czasu, który można było poświęcić na trening, patrol albo cokolwiek pożyteczniejszego. Mimo to tym razem zatrzymała się w pół kroku. Być może kierowała nią zwykła nuda, być może ciekawość, a może zwyczajna chęć przekonania się, jak wygląda życie kotki, która w ostatnim czasie zdawała się mieć wszystko, czego sama nigdy nie pragnęła. Ruszyła więc spokojnym krokiem w jej stronę, jakby cała sytuacja była zupełnie naturalna.
— Trzcinowy Szmer — odezwała się chłodno, choć bez typowej dla siebie uszczypliwości. — Mam wrażenie, że coraz trudniej cię spotkać. Jeszcze chwila i żeby zamienić z tobą dwa słowa, będzie trzeba ustawiać się w kolejce. — Usiadła obok, starannie owijając ogon wokół łap i przez moment przyglądała się rozmówczyni z nieodgadnionym wyrazem pyska. — Obowiązki namiestnika aż tak cię pochłaniają? Muszę przyznać, że nie spodziewałam się takiego rozwiązania ze strony Mandarynkowej Gwiazdy. Najwyraźniej naprawdę ci zaufała. To chyba całkiem przyjemne uczucie, być aż tak wyróżnionym.
— Jest to odpowiedzialne zadanie, ale daję sobie radę — odparła krótko.
Ryba fuknęła w myślach. Nie tak łatwo było sprowokować wojowniczkę. Mimowolnie przełknęła ślinę czując, że zaraz zhańbi swój honor, ale tylko na to była obecnie w stanie się poświęcić.
— Właściwie... — zaczęła po chwili, jakby dopiero teraz coś przyszło jej do głowy. Przechyliła lekko łeb, uważnie przyglądając się Trzcinowemu Szmerowi. — Jak to w ogóle działa?
Pytanie zawisło między nimi na krótką chwilę. Szylkretka posłała jej zdezorientowane spojrzenie.
— No to całe dobieranie się w pary. — Ryba wzruszyła ramionami z pozorną obojętnością. — Nigdy mnie to specjalnie nie interesowało. Zawsze wydawało mi się dosyć niepraktyczne. Poświęca się tyle czasu jednemu kotu, jakby w klanie nie było nic pożyteczniejszego do roboty. Ale skoro tyle kotów to robi, to chyba coś w tym musi być. — Usiadła wygodniej, starając się wyglądać na szczerze zaciekawioną. — To przychodzi nagle? Budzisz się któregoś dnia i stwierdzasz, że akurat z tym jednym chcesz dzielić legowisko? Czy trzeba się do tego przyzwyczaić? Bo szczerze mówiąc, sama myśl o tym, żeby ktoś bez przerwy kręcił mi się pod łapami, wydaje mi się dość męcząca.
Zadając te pytania, miała wrażenie, że z każdym kolejnym słowem stacza się coraz niżej. Gdyby ktoś usłyszał tę rozmowę z boku, mógłby odnieść wrażenie, że szuka u młodszej od siebie kotki porad sercowych. Sama myśl o czymś takim była dla niej uwłaczająca, lecz na ten moment tylko w ten sposób potrafiła podtrzymać rozmowę. Głupim tematem. W środku aż ją skręcało na myśl, że poświęca temu choć odrobinę uwagi, ale jeśli miała wyciągnąć z Trzcinowego Szmeru cokolwiek więcej niż zdawkowe odpowiedzi, musiała choć przez chwilę udawać zainteresowanie czymś, co sama uważała za kompletną stratę czasu.
<Trzcino? 🌿>


