BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

03 listopada 2026

Od Kokoszkowej Łapy do Alkowej Łapy

Kokoszka przytaknęła Mandarynkowej, uważnie jej słuchając. Ach, no tak... przecież ich tatuś mógłby je po prostu uczyć.
— No, możemy później... — odparła nieco zamyślona. — Ale, co wtedy z Alką? — zapytała wielce zmartwiona drugą siostrzyczką. — Ona też musi z nami zrealizować ten plan…
— No, możemy jej powiedzieć o tym, ale wiesz, może ty jej to powiedz — odparła niebieska kotka.
— Dobra — odparła niezbyt oficjalnym tonem siostra. — Trzeba tylko zobaczyć czy by się nadawała na partnerkę namiestnika... lub księcia! Ale ja bym wolała dla siebie księcia... — mruknęła pod nosem ostatnie zdanie, oddalając się od niebieskiej córki Szkwału.
— No, to ten, pa! — zawołała na koniec, przeskakując na wcześniejszą wysepkę.
Musiała tylko znaleźć czas na Alkową Łapę… może poprosiłaby Wzlatującą Uszatkę o wspólny trening?

⊹₊˚‧︵‿₊୨*ੈ✩‧₊˚༺☆༻*ੈ✩‧₊˚୧₊‿︵‧˚₊⊹
Dzień później…
⊹₊˚‧︵‿₊୨*ੈ✩‧₊˚༺☆༻*ੈ✩‧₊˚୧₊‿︵‧˚₊⊹

Ciche marzenie uczennicy spełniło się następnego ranka, gdy syn Niezapominajkowego Życzenia i niekompetentna Wzlatująca Uszatka oznajmili, że siostry będą miały wspólny trening. Kokoszka ucieszyła się na tę wieść i pognała za Wodną Lilią. Wyszli prędko z obozu, chwilę później znaleźli się na południowych terenach Klanu Nocy. Mentorzy polecili im porównanie swoich technik łowieckich, ewentualną pomoc Alki Kokoszce przy równowadze. Następnie ogłosili sparing. Pierwsza kotka leżąca na trawie była tą przegraną.
Obie koteczki były liliowe. Jedyne, co je rozróżniało, to wielkość i nietypowo zbudowany pysk pierworodnej córki Ulewnego Szkwału. Koty często zerkały na dzieci wojownika dosyć niepewnie, lecz siostry nigdy się tym nie przejmowały. Fakt, może nie przypominały za bardzo swojej mamusi, ale to nie był powód, aby je tak srogo sądzić.
Kokoszkowa Łapa na głos Wzlatującej Uszatki wzbiła się wysoko, aby następnie zaskoczyć nieco rozkojarzoną Alkę. Koteczka zamachnęła się prawą łapą, chcąc uderzyć siostrę, ale chybiła. Wyższa uczennica cofała się, zabierając córkę Szkwału w głąb lasu dzięki nieuwadze mentorów.
Znikając z pola widzenia Uszatce i Lilii, kotka stanęła przed siostrzyczką.
— Ej, Alka, muszę ci coś powiedzieć — miauknęła Kokoszka, dysząc z wysiłku. — Tylko musisz obiecać, że to będzie tylko między mną, tobą i Mandą, ‘kej? — dodała pospiesznie.

<To co, Alka? Chcesz posłuchać, co mam do powiedzenia?>
[316 słów]

Od Zwinka CD. Kostki

Minęło trochę czasu od jego ostatniej, jednostronnej rozmowy z córką Poinsecji. Rudzielec podrósł, być może trochę zmądrzał, ale co ważniejsze - poszedł po porady! I to do specjalistów.
— Ciociu Figo — miauknął przeciągle, przyklejając się do niej, a ona aktualnie leżała obok wujka Topoli przy legowisku starszych.
— Zwinku! Jak dobrze Cię widzieć — miauknął czarno-biały starszy.
— OOoo wujaszek Topola! — krzyknął rozradowany, dostrzegając kocura spoza gęstej sierści zastępczyni. — Cześć!
Poszedł się do niego przytulić.
— Mam do Was takie pytanko… — zaczął nieśmiało. — Bo Pani Poinsecja urodziła kociaki jakiś czas temu… No i ja chciałem się z nimi zaprzyjaźnić, ale oni tak jakby mnie nie chcą. Jedna z nich to w ogóle zaczęła się trząść, kiedy do niej podszedłem i coś powiedziałem — miauknął przygnębiony, wyglądając jak zbity pies. — Nie wiem co robić! Ona się mnie boi!
Pociągnął nosem i pozwolił, by Topola zgarnął go w swoje objęcia. Figa machnęła końcówką ogona jakby podirytowana. Odwróciła głowę i spojrzała w stronę żłobka, a jej oczy miały wyraz oceniających, może poniekąd uprzedzonych. Zwinek mógł wywnioskować, że kotka nie przepadała za Poinsecją, skoro tak zareagowała na wspomnienie o niej.
— Wiesz — zaczęła niskim tonem, po chwili wzdychając. — Może ona jest po prostu nieśmiała? Wujek Topola też taki był, kiedy próbował mnie poznać.
Sprzedała partnerowi kuksańca w bok, a Topola się zaśmiał.
— Z kolei ciocia Figa była zarozumiałą zołzą! — odgryzł się, jednak jego ton przepełniony był sympatią. Figa wypięła do niego język.
— Co to zołza? — zapytał skołowany Zwinek.
— Taki wredny kot — wyjaśniła Figa, jakby z dumą. — Która tam koteczka się Ciebie boi?
— Ja to nie wiem, jak to jest w ogóle możliwe, przecież Zwinek to najsłodszy okruszek na świecie! — odparł Topola, zadziwiając się opowieści kociaka.
— Kostka! — odparł z wyrzutem. — Nie wiem, o co jej chodzi!
— Ciekawe imię — mruknęła Figa, która chyba nie znała latorośli koleżanki z Owocowego Lasu. — A co zrobiłeś podczas rozmowy z nią?
— Eeeh? Skomplementowałem jej futro i uszy! — odpowiedział.
— Hmm, to dziwne w takim razie — mruknął Topola. — Koteczki lubią komplementy.
— No ja też tak myślałem!
— Być może ona jest… troszkę inna — wtrąciła Figa.
— Następnym razem spróbuj ją zapytać, czy się z Tobą pobawi albo co lubi zjeść, dobra? Może wtedy się otworzy — dokończył Topola, jakby czytając z myśli Fidze.
Zwinek podziękował im obojgu za pomoc, kiwając głową na porady od wujka. Przytulił oboje i podreptał z powrotem do żłobka.

Następnego dnia

Rudzielec przeciągnął się po porannej drzemce, tej po śniadaniu. Nie ma to, jak zasnąć z pełnym brzuszkiem, świetne uczucie!
Zerknął na drugą stronę żłobka, pod krzewy kaliny. Kostka była przyklejona do Poinsecji, wręcz ukryta. Zwinek by jej nie zauważył, gdyby nie wystające uszy kociaka zza puchatego ogona matki. Syn Purpury próbował do niej podejść, jednak rodzicielka Kostki go powstrzymała.
— Dokąd to? — zapytała niskim głosem.
— D-do Twojej córki — odparł beztrosko, jednak z odrobiną strachu.
— Czego od niej chcesz? — warknęła tak, jak gdyby Zwinek był potencjalnym zagrożeniem ze swoim wątłym ciałkiem.
— No poznać się, no!
— Nie ma takiej potrzeby, możesz już iść.
— Jak nie ma, jak jest! — Rudzielec się wkurzył. — Nic tylko w kółko ich kontrolujesz i wszystkich odganiasz! Tak nie wolno! Jesteś zołzą!
I tutaj Zwinek popełnił błąd. Bardzo, bardzo poważny błąd.
Poinsecja podniosła się ze swojego miejsca, a z jej oczu buchał żar złości. Zwinek momentalnie skulił się w sobie i przykleił w strachu do podłogi. Gdyby nie interwencja Kasztanki, zapewne niewiele by z niego zostało.
Kiedy ruda rodzicielka wkroczyła, broniąc swojego dziecka własnym ciałem, Zwinek czmychnął spod jej łap. Nie chciał, by go zdeptała, a nie chciał też sprawdzać, jak mocne Poinsecja miała szczęki. Kiedy obie matki dyskutowały i się wykłócały, rudzielec podszedł do Kostki. Kotka wyglądała jak malutka puchata kuleczka, przerażona całym światem.
— Hej — zaczął delikatnie, zachodząc ją od strony, z której miała pyszczek. — Przepraszam za ostatni raz. Zachowałem się nieładnie. Chciałbym spróbować jeszcze raz Cię poznać, jeśli mi na to pozwolisz. W porządku?

<Kosteczko? :3 >

Od Truskawki

– A to, do czego służy? – spytała Śnieżne Futro, wskazując łapą uschnięty listek. Kobczyk wzniosła oczy ku niebu, jak gdyby biała powinna już znać na to odpowiedź.
– Krwawnik – mruknęła w końcu, zrezygnowana.
– Kobczyku, nigdy mi tego wcześniej nie pokazywałaś – przypomniała delikatnie kotka. Niestety jej mentorka nie była zaangażowana w jej szkolenie tak bardzo, jak Promyk. Choć Śnieżne Futro poprosiła starszą o szkolenie medyczne już jakiś czas temu, podczas tych kilku księżyców odbyły ze sobą tylko trzy sesje. Biała wmawiała sobie, że miały jeszcze czas, ale tak naprawdę nigdy nie było wiadomo, co tym samotnikom siedziało w głowach. Równie dobrze Kobczyk mogła stwierdzić, że zawędruje gdzieś dalej, już przecież zdarzało się, że Śnieżne Futro nie mogła jej znaleźć przez kilkanaście wschodów słońca. Bardzo już chciała posiąść wiedzę o ziołach, więc wychodziła na samotne spacery w poszukiwaniu roślin, jednak nie była w stanie określić, czy znoszone przez nią pędy miały jakiekolwiek właściwości lecznicze, czy były jedynie chwastami.
– W każdym razie, do czego on służy? – podjęła rozmowę biała. – Nieprzyjemnie pachnie.
– Możesz spróbować, aby się przekonać. – Kobczyk parsknęła z rozbawieniem. – Ej, tylko żartowałam – dodała, widząc, że biała zamierzała spełnić polecenie. – Wywołuje wymioty więc lepiej, abyś tego nie jadła, o ile wcześniej się czymś nie zatrułaś. Chyba, że chcesz mi zapewnić przedstawienie w postaci zwracania pokarmu. Czasem jedynym sposobem, aby pozbyć się toksyn z organizmu, jest właśnie zażycie tej rośliny – kontynuowała, a biała kiwała tylko głową, od czasu do czasu wtrącając coś lub o coś dopytując. Starała się jak najwięcej zapamiętywać. Na razie jej wiedza o medycynie ograniczała się do absolutnego minimum; zamierzała jednak przycisnąć swoją mentorkę, aby ta zabierała ją częściej na treningi. Kto wie, może w przyszłości będzie tak utalentowaną uzdrowicielką, że chore koty z okolicy będą do niej przychodzić z prośbą o pomoc? Wyobrażała sobie, że to musiałaby być miła alternatywa traumatycznych wizyt u obcinacza.

[302 słowa]

Od Skowronkowej Łapy (Skowronkowej Rozkoszy) CD. Dymówkowej Łapy

Przeszłość

Skowronkowa Łapa z zaciekawieniem przyglądał się Dymówce, słuchając jej opowieści o rodzinnych ozdobach. Szczególnie spodobało mu się to, że niebieskie pióra i kwiaty miały dla niej tak duże znaczenie. Sam również przywiązywał się do swoich znalezisk, choć zazwyczaj wystarczył mu ich ciekawy kształt lub kolor, żeby uznał je za warte zachowania.
— Myślę, że niebieski zdecydowanie do ciebie pasuje! Ale może dodałbym też coś zielonego. Taki mały listek albo pędy, które będą wyglądały, jakby wyrastały spomiędzy piórek! — odpowiedział z entuzjazmem, przekrzywiając łeb. — A moim ulubionym kolorem jest chyba zielony. Tylko nie taki zwyczajny, bardziej ten głęboki, jak mech po deszczu albo liście w środku lasu!
Zerknął na własne ozdoby, jakby właśnie wpadł na kolejny pomysł. Rozmowa z Dymówką sprawiała mu coraz więcej przyjemności. Nie musiał tłumaczyć, dlaczego tak bardzo lubił zbierać drobiazgi ani przekonywać jej, że nawet zwykłe piórko mogło być czymś wyjątkowym. Ona po prostu rozumiała jego pasję, a on z przyjemnością poznawał jej własną.
Z czasem jednak musieli się rozstać. Skowronek niechętnie spojrzał w stronę terenów Klanu Wilka, wiedząc, że powinien już wracać. Nie chciał kończyć rozmowy, która sprawiła mu tyle przyjemności. Dymówka naprawdę przypadła mu do gustu – nie tylko ze względu na wspólną pasję do ozdób, ale również przez jej spokojne usposobienie i sposób, w jaki go słuchała. Czuł, że chciałby poznać ją lepiej, dowiedzieć się o niej więcej i ponownie spędzić z nią czas. Nieczęsto spotykał koty, przy których tak szybko czuł się swobodnie.
— Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, Dymówko! I następnym razem pokażę ci więcej moich ozdób. Może nawet uda mi się zrobić coś specjalnie dla ciebie! — miauknął z szerokim uśmiechem.
Pomachał jej ogonem na pożegnanie, po czym ruszył w stronę obozu. Jeszcze przez dłuższą chwilę zerkał za siebie, a w jego głowie już układały się pomysły na kolejne spotkanie. Nie wiedział, kiedy znów będzie miał okazję porozmawiać z nową znajomą, ale był pewien, że bardzo chciał ją jeszcze zobaczyć.

Zgromadzenie

Los sprawił, że kolejne spotkanie nastąpiło podczas zgromadzenia. Skowronek odnalazł Dymówkę wśród zebranych kotów i szybko przypomniał sobie ich wcześniejszą rozmowę. Tym razem nie ograniczyli się jednak do wymiany uprzejmości. Rozmawiali o swoich zainteresowaniach, ozdobach i o tym, jak wiele radości mogło przynieść wspólne poszukiwanie ciekawych skarbów. Dymówka przyznała mu nawet, że go polubiła, ponieważ nie oceniał jej ani nie wywierał na niej presji. Te słowa zostały z nim na dłużej, niż sam początkowo przypuszczał. Ucieszyło go, że ich sympatia była obustronna. Sam naprawdę ją polubił i nie chciał, żeby ich znajomość skończyła się na przypadkowych spotkaniach podczas zgromadzeń.
Właśnie wtedy pojawił się pomysł konkursu. Mieli kiedyś spotkać się przy granicy i poszukać wyjątkowych piór, liści, kamieni czy gałązek. Postanowili, że przygotują własne ozdoby, a zwycięzca otrzyma specjalny podarunek wykonany przez przegranego. Nie chodziło im o to, żeby udowodnić, kto był lepszy. Najważniejsza miała być zabawa i możliwość stworzenia czegoś, co będzie przypominało im o wspólnie spędzonym czasie. Zdecydowali również, że odnalezione przedmioty mogą stać się inspiracją do krótkich historii, które być może kiedyś przekażą dalej.
Skowronek wrócił ze zgromadzenia z głową pełną pomysłów. Przez kolejne dni zastanawiał się, jaką ozdobę przygotuje na konkurs. Nie chciał przynosić Dymówce czegoś przypadkowego. Skoro miała być to specjalna nagroda, musiała mieć w sobie coś wyjątkowego. W końcu zdecydował, że wykorzysta pióra dymówki i połączy je z najpiękniejszym kwiatem, jaki uda mu się znaleźć. W ten sposób ozdoba będzie jednocześnie jego własnym dziełem i nawiązaniem do ich wcześniejszych rozmów.

Niedługo przed ceremonią na wojownika

W umówionym dniu Skowronkowa Łapa wyruszył w stronę granicy z Klanem Klifu. Szedł nieco szybciej niż zwykle, a jego ogon podrygiwał z podekscytowania. Kilkukrotnie sprawdzał, czy przygotowane materiały wciąż znajdowały się na swoim miejscu. Pióra dymówki były dla niego szczególnie ważne, dlatego uważał, żeby nie zgubić ich po drodze. Nie chciał nawet myśleć o tym, jak głupio byłoby pojawić się na spotkaniu bez najważniejszej części planowanej ozdoby.
Zanim dotarł do granicy, zatrzymał się na chwilę przy niewielkim skupisku roślin. Przez dłuższy czas przeglądał kwiaty, szukając takiego, który naprawdę przykułby jego uwagę. Nie zamierzał zadowalać się pierwszym lepszym napotkanym okazem. Jeden był zbyt mały, drugi miał nadłamane płatki, a kolejny nie pasował mu do odcienia piór. W końcu jednak dostrzegł kwiat, który wydał mu się niemal idealny. Ostrożnie zerwał go, starając się nie uszkodzić delikatnych płatków, po czym z zadowoleniem obejrzał swoje znalezisko.
— No, teraz to już wygląda jak coś! — mruknął do siebie z dumą.
Usiadł na chwilę, żeby połączyć kwiat z piórami. Nie miał przy sobie zbyt wielu materiałów, więc musiał wykazać się pomysłowością. Wykorzystał cienkie źdźbła trawy i delikatne włókna roślin, by wszystko utrzymać razem. Kilka razy poprawiał ułożenie piór, zanim w końcu uznał, że efekt był wystarczająco dobry. Ozdoba nie była idealnie symetryczna, ale właśnie to podobało mu się w niej najbardziej. Miała swój charakter, a każdy jej element przypominał mu o czymś innym.
Przez chwilę przyglądał się swojemu dziełu, po czym ostrożnie odłożył je obok siebie. Był ciekaw, co przygotuje Dymówka i czy jej ozdoba okaże się równie pomysłowa. Nie zamierzał jednak przejmować się wynikiem. Nawet jeśli przegra, będzie miał okazję zobaczyć coś stworzonego przez przyjaciółkę, a to samo w sobie było wystarczającą nagrodą.
Podniósł wzrok na drugą stronę granicy. Dymówki jeszcze nie było, więc ułożył się wygodniej na ziemi, owijając łapy ogonem. Co jakiś czas zerkał w stronę, z której mogła nadejść, a jego uszy poruszały się przy każdym szmerze dobiegającym z pobliskich zarośli. Miał nadzieję, że nie pomylił miejsca ani pory spotkania.
Poprawił jeszcze raz piórka w swojej ozdobie i spojrzał na nie z zadowoleniem. Tym razem nie zamierzał się nigdzie spieszyć. Miał przed sobą całe spotkanie, konkurs i mnóstwo pomysłów do podzielenia się z Dymówką. A przede wszystkim cieszył się, że znów będą mogli spędzić trochę czasu razem.
— Ciekawe, czy jej też udało się znaleźć coś ładnego… — mruknął pod nosem, po czym uniósł głowę i ponownie wypatrywał znajomej sylwetki po drugiej stronie granicy.

<Dymówkowa Łapo?>

Od Koszmarnej Łapy

Zgromadzenie 05.09.2026

Jego pierwsze zgromadzenie. Miał nadzieję, że Zalotna Gwiazda wspomni jego imię przed innymi klanami, że był już uczniem. Szturchnął Zamroczoną Łapę i ruszyli razem do wyjścia.

***

Ach, nareszcie na miejscu. Rozciągnął się i wszedł w głąb wyspy. Nie był zazwyczaj zbyt rozmowny, ale teraz nabrał chęci na wymianę zdań z jakimś kotem. Zauważył rudo białego kocurka, który pachniał rybami. To musiał być ktoś z Klanu Nocy. Podszedł do niego i popatrzył się na jego pysk lodowatymi oczami.
– Hej, mogę się przysiąść?
Kremowy przechylił głowę, spoglądając na leśnego towarzysza. W odpowiedzi tylko przełknął ślinę i kiwnął lekko głową.
– Dzięki. Jestem Koszmarna Łapa, a ty?
Drugi przykrył pysk łapą, nic nie mówiąc. Może liczył na to, że drugi uczeń cokolwiek zrozumie.
– Musisz wytrzeć nos? W ogon lepiej niż w łapę – poradził mu.
Milczek przybił sobie piątkę z czołem.
– Ghupkhu – miauknął odrobinę zły, ale też rozbawiony. – Mhilczhek – przedstawił się.
Kocur przekręcił głowę. Tym razem zrozumiał, chociaż trochę go to kosztowało. Rudy mówił niewyraźnie.
– Aaaa, Milczek! Chyba masz niezłą chrypkę. Czyli nie chciałeś wytrzeć nosa... No cóż, mów, a raczej pokazuj, co u was.
Niemowa uniósł brwi
– Dhobrzhe. A u whas? – zapytał, kładąc ogon przed łapy.
– Też dobrze. Jak się cieszę, że nasze klany mają sojusz. Jesteśmy najbardziej ogarniętymi klanami!
Drugi uczeń zmrużył oczy.
– Thyklho nhje mhamy ghranihc – mruknął, drapiąc się za uchem.
– Ale wiesz, zawsze możemy wziąć Klifiaków w kleszcze... – uśmiechnął się szyderczo. Ten Milczek mógł trochę pomyśleć!
– Oni thesz mhają sojuhszhe – odparł.
Kocur wzruszył ramionami.
– Jeden. Bardzo boje się Klanu Burzy – zakpił. Niby co oni mają im zrobić? Zaczną rzucać kamieniami w nich?
– Shą shłabi. Masz rhacjhę – odparł, kiwając lekko głową.
No, nareszcie zmądrzał!
– Mamy jakiś punkt zaczepienia – uśmiechnął się.
Arlekin podrapał się za uchem i ziewnął przeciągle.
– Zhnahsz jakhieghoś mhądrhego Bhurzhaka? – zapytał z głupim uśmieszkiem. – Oni whszychy shą ghłuphi – miauknął Milczek, rozbawiony.
– Haha, to prawda, podobno wcześniejszy lider był strasznie tępy! – zaśmiał się. Ah, zapowiadało się na dobrego kumpla.
– Noo... — mruknął cicho. – Tehn thesz jesht shłabhy — wycharczał.
– No cóż, chyba już nic ich nie uratuje – zaśmiał się.

Teraźniejszość

Koszmarna Łapa razem ze swoją mentorką poszedł ćwiczyć wspinaczkę na drzewach, gdyż miał z nią lekkie problemy. Kocurek nie należał do tych, co dobrze utrzymywali równowagę.
– Tyłek do góry! O tak! A teraz… Nie! Obróć lekko ciało w lewo… O tak! Brawo! Teraz się zaczep i podciągnij.
Koszmarna Łapa wykonał polecenie mentorki. W kilku chwilach znalazł się na konarze. Może jednak wspinaczka na drzewa nie jest taka zła.
– A teraz WYCOFAJ powoli, obróć się w powietrzu i zeskocz.
Kocurek wstrzymał powietrze, obrócił się przez lewe ramię i elegancko wylądował na ziemi.
– No, bardzo dobrze! Widzę, że się nauczyłeś. Ruszajmy do obozu, robi się coraz ciemniej.

[442 słowa + wspinaczka na drzewa]

Od Koszmarnej Łapy do Nadciągającego Pomroku

Koszmarna Łapa szedł przez las, który zaczął być niezwykle szary. Buremu się to podobało. Lubił wyblakłe i chłodne kolory.
Przed nim dreptała jego ciocia i mentorka, Nadciągający Pomrok. Dzisiaj miał się nauczyć czegoś nowego. Weszli na malutką polankę, na której była nora. Ciągnęła się w głąb ziemi, strasząc swym tajemniczym mrokiem.
– Dziś nauczysz się nawigacji w tunelach. Nie jest to łatwe zadanie, gdyż łatwo jest się w nich zgubić. Chodź, ja pójdę pierwsza, a ty idziesz za mną, jasne?
– Jasne – odmruknął oschle kocurek. Nie lubił, jak ktoś do niego mówił jak do kociaka. Przecież wiedział, że tunele nie są szerokie i jasne.
Gdy szylkretka weszła, bury poszedł za nią. W środku było dość wilgotno. Ziemia była mocno ubita, a zapach stęchlizny wlatywał do jego nozdrzy.
– Gdy jesteś w tunelach, kieruj się zapachem i dotykiem. Gdy nie wiesz gdzie iść, a są rozwidlenia, zawsze wybieraj tę samą stronę, to ci później pomoże wrócić – rozniósł się głos Nadciągającego Pomroku.
– Dobrze – odparł tylko Koszmar.
Nagle poczuł, że coś uwierało mu w łapę. Schylił się lekko i wyjął paprochy spomiędzy palców. Gdy był gotowy do drogi, po Nadciągającym Pomroku został tylko zapach. Nie zamierzał krzyczeć i wołać mentorki, przecież to by oznaczało, że był słaby! A na to nie mógł sobie pozwolić. Zaczął iść do przodu, próbując złapać zapach szylkretki, który został stłumiony przez woń mokrej ziemi. Miał nadzieję, że niedługo ją znajdzie. Niestety po chwili pokazało mu się rozwidlenie. Musiał wybrać lub wrócić. Wybrał lewą stronę i ruszył do przodu. Korytarz się dłużył w przestrzeni niezmierzonego czasu. Koszmarna Łapa się zastanawiał, czy szedł w dół, czy w górę. W końcu jego oczy dostrzegły blask słońca, wlewającego się przez dziurę. Znalazł wyjście. Podreptał do źródła światła i zmrużył oczy, gdyż było dla niego za jasno. Rozejrzał się dookoła, nie znał tego terytorium. Wokół niego rosła wysoka trawa, a zapach królików uderzył w jego nozdrza. Wtedy do niego dotarło. Znajdował się na terenach Klanu Burzy.
Zauważył jakiegoś szylkretowego kota, który skradał się w trawie, zapewne polując. Nie chciał mieć żadnych problemów z potencjalnym patrolem, więc wrócił do tunelu, wrócił do skrzyżowania i wybrał drugą ścieżkę. Na końcu jej stała Nadciągający Pomrok. Jej końcówka ogona drgała, a jej zmrużone oczy patrzyły się prosto na niego.
– Gdzie się zapodziałeś? Miałeś być ZARAZ za mną! Zgubiłeś się?
– Eee, coś mi się przyczepiło i…
– Ygh, nieważne. Widzę, że oswoiłeś sztukę nawigowania w tunelach. Gratulacje. Tylko więcej mi tak nie rób, dobra?
– Dobrze – mruknął kocurek.
Resztę treningu polowali. Bury upolował dwie myszy i jednego drozda.
Gdy wrócili do obozu, słońce już dotykało horyzontu. Pierwszą rzeczą, na jaką zwrócił uwagę, było to, że jego matka rozmawiała z tym brzydalem, Garbatą Łapą. Czemu taka wspaniała kotka, mistrzyni, rozmawiała z takim fajtłapą? Nienawidził go. Jego siostra wyrosła na kogoś, została nagrodzona nawet przez samą Zalotną Gwiazdę, a on? On nawet nie był wojownikiem. Był słaby. A słabi nie mieli miejsca w Klanie Wilka. Kocurek zauważył, że Nadciągający Pomrok już odłożyła swoje zdobycze i gdzieś się wybierała.
Kocurek postanowił ją złapać i zapytać, czy mógł z nią iść.
– Nadciągający Pomroku, gdzie idziesz? Zapewne załatwić jakieś mistrzowskie sprawy. Czy mógłbym zobaczyć, co mistrz robi? Nigdy nie widziałem tego na własne oczy.

<Mentorko?>
[526 słów + nawigacja w tunelach]

Od Kokoszkowej Łapy CD. Ulewnego Szkwału

Ulewny Szkwał wkroczył do żłobka.
— Czy Kokoszka śpi? — rozległy się słowa niebieskiego wojownika.
Świtezianka nie utrzymywała z nim kontaktu wzrokowego. Patrzyła zmartwiona na kocię chowające się w jej futrze.
— Nie, nie śpi. Jest tylko wstrząśnięta po poprzedniej nocy. — Królowa polizała kocięce plecy i zabrała ogon od Kokoszki, którym wcześniej ją okrywała, by ojciec kocięcia widział ją lepiej. Maluch się nie poruszył.
— Jak się czujesz, córeczko? — szepnął do liliowej koteczki, która była obrócona w stronę brzucha Świteziankowego Jeziora.
Córka nie odpowiedziała. Unikała spojrzenia ojca. Skuliła się w ciasny kłębek, do końca pobytu Szkwału nie wymawiając ani jednego słowa.
Była wściekła na cały świat. Na wszystko, co wcześniej kochała. Teraz w jej oczach to “wszystko” runęło. Wspaniała przyszłość u boku księcia została skreślona. No bo przecież, kto by pokochał taką kalekę jak ona?
Przede wszystkim była zła na siebie, na swoją głupotę, która później doprowadziła do przykrego obrotu spraw. Zamiast bawić się z rówieśnikami, musiała odwiedzać tych dziwnych medyków, którzy nie wydawali się zadowoleni kolejnym pacjentem. Wmawiała sobie, że nie była specjalnie traktowana. W końcu, gdyby tak było, może by ją przyjęli do rodu po tych długich, choć zimnych pogawędkach z Klekoczącym Bocianem lub starszą medyczką Gąbczastą Perłą… czy jak tam się zwała. Kokoszkę przestało już to wszystko obchodzić.
Pragnęła, tylko aby wreszcie wszystko wróciło do normy.

⊹₊˚‧︵‿₊୨*ੈ✩‧₊˚༺☆༻*ੈ✩‧₊˚୧₊‿︵‧˚₊⊹
Przed śmiercią Mandarynkowej Gwiazdy…
⊹₊˚‧︵‿₊୨*ੈ✩‧₊˚༺☆༻*ੈ✩‧₊˚୧₊‿︵‧˚₊⊹
 
Kokoszkowa Łapa nudziła się na wykładach Wzlatującej Uszatki. Wiedziała, że to był widoczny brak szacunku dla mentorki, ale kotka nie mogła w niej ujrzeć prawdziwej wojowniczki. Za każdym razem patrząc na tę kocicę, widziała tylko niepewny wzrok, sędziwy pysk i kruche ciało. Liliowej uczennicy zbierało się na wymioty, gdy musiała spoglądać w jej stronę.
Dzisiaj miała popracować z nią nad łowieniem ryb. Po nauczeniu się mniej więcej teorii, przeszli do jakże nudnej praktyki zwanej polowaniem. Bez nogi i ogona, co miała właściwie upolować? "Prędzej kolejna wydra mnie skonsumuje na śniadanie lub podwieczorek", pomyślała gorzko, idąc posłusznie za mentorką.
Kotki zatrzymały się nad rzeką. Kokoszkowa Łapa stanęła przed wodą z kamiennym wyrazem pyska. Spięła mięśnie, przypominając sobie, co również w tych odmętach mogło się kryć. Rozluźniła się na wołania mentorki, która poleciła jej spróbować złapać mniejszą rybkę przy brzegu. Zadanie wydawało się proste. Uczennica usiadła na piachu i czekała. Nie widziała ani jednej płotki w zasięgu wzroku, a ruch mógłby spłoszyć potencjalny obiad. Czekanie zaczęło irytować kotkę, a porady Wzlatującej Uszatki przy uchu wcale nie pomagały.
Zniecierpliwiona Kokoszka fuknęła i łapą walnęła w wodę. Wstała i spojrzała na zdziwioną mentorkę.
— Niczego mnie nie nauczysz! — warknęła zirytowana uczennica.
— Kokoszkowa Łapo… — zaczęła zaskoczona wojowniczka.
— Nie, nie będę cię słuchać! — krzyknęła Kokoszka, zmarszczyła brwi i obróciła się do niej tyłem, aby pobiec przed siebie. — Jesteś głupia! GŁUPIA! — dodała na koniec w emocjach.
Za sobą jeszcze słyszała żałosne nawoływania mentorki i próbę przywołania uczennicy do porządku, lecz przyszła wojowniczka nie słuchała.
Kokoszkowa Łapa pędziła przed siebie, wielce rozgoryczona. Bardzo była rozczarowana niekompetencją Uszatki. Dlaczego Mandarynkowa Gwiazda jej przydzieliła taką niemądrą kocicę?
Nagle przed sobą ujrzała znajome, niebieskie futro. Nie była to Manda, lecz ich ojciec! Ulewny Szkwał zapewne wracał z patrolu granicznego. Kokoszka uznała, iż była to idealna okazja do nauki z wojownikiem.
Podbiegła do fińczyka od tyłu i zawołała:
— Tato! Tato!
Kiedy zaskoczony ojciec się odwrócił, mógł ujrzeć szeroki, uroczy uśmiech swojej pierworodnej córeczki.
— Czy możemy porozmawiać? — miauknęła miękko.

[550 słów, łowienie ryb]
<Tatusiu? Bo ta sędziwa kotka jest głupia!>

Od Kostki CD. Zwinka

Od rana czuła się jakoś nieswojo. Odejście gdzieś jej mamy bardzo ją zaniepokoiło i, mimo że została ostrzeżona, wciąż było jej źle. Tarcza w postaci matki zniknęła, teraz była odsłonięta i każdy mógł ją, o zgrozo, zaczepić i zagadać.
Wcisnęła się gdzieś w kąt kociarni, tyłem do świata. Upewniła się, że była zasłonięta liśćmi i wreszcie mogła się rozluźnić.
Nie na długo, bo ktoś już zdążył ją dojrzeć i, co najgorsze, podejść. Wstrzymała oddech, jakby to miało jej jakoś pomóc w jej sytuacji. To ten Jaszczurek, czy może jakoś inaczej się nazywał? Nie obchodziło ją to.
Gdy tylko coś mówił, nawet nie wysilała się odpowiedzieć. Mruknęła raz czy dwa i tyle. Następne wypowiedzi kocurka ukłuły ją w serce. Na słowa o jej wyglądzie spięła się i bardziej się wcisnęła w kąt, jakby ktoś jej podrapał swędzący punkt w zły sposób. Od każdego słyszała to samo (a słyszała bardzo dużo) - jej wygląd był taki wyjątkowy! Taka była piękna! Bluźnierstwo, ich kinole są piękne, nie ona. Jak to jest, że w takim młodym ciałku jest tyle nienawiści do samej siebie?
Skryła pyszczek za swoimi uszami jeszcze bardziej, wyraźnie dając znać, że nie obchodzą ją takie rzeczy jak komplementy. Burknęła jeszcze coś na pół zła, na pół przygnębiona. Zwinek nie miał co tu szukać, póki co, może następnym razem?

***

Po powrocie Poinsecji Kostka się do niej przykleiła jak rzep, wielkimi i zmartwionymi oczyma lustrując okolicę. Po przeciwnej stronie żłobka był Zwinek z jego rodzinką. Koteczka ich nie widziała przez zaporę z mamy, ale wiedziała, że tam są. Miała wrażenie, jakby rudzielec o niej myślał, albo to może przez to, że ona o nim myślała, miała takie uczucie. Gniewała się na siebie za swoją reakcję. Była niestosowna i nie powinna tak zrobić, ale źle się czuła z samym zabraniem głosu.

<Zwinku?>

02 listopada 2026

Od Krokusowej Kruchości CD. Dzikiego Mrozu

Łapy same zaprowadziły ją na granicę z Klanem Wilka. Po raz kolejny bez celu włóczyła się wzdłuż pasu drzew, rozmyślając o wydarzeniach mających miejsce w ostatnim czasie w klanie. Wiedziała, że mama będzie na nią zła, gdy się dowie, że wcale nie udała się na patrol przy Drodze Grzmotu razem ze Srebrzystą Równonocą i jej koleżankami. Jednak odkąd zmarła Rudzikowe Skrzydełko, a w jej śmierć były zamieszane koty z rodziny zmarłej, Krokus dusiła się w obozie znajdującym się pod ziemią, obawiając się o swoje bezpieczeństwo, jak i swoich bliskich. Również widok rodzeństwa Dzikiego Berberysu nie polepszał jej nastroju.
Klan Burzy zmienił się diametralnie odkąd była małym kocięciem. Chociaż czy faktycznie tak było? Na pewno zmienił się pod względem wizualnym, ale nastroje kotów nie ulegały, z taką łatwością zmianie, nawet pomimo upływu księżyców. Nawet, gdy była młodsza zdarzyły się niewyjaśnione zaginięcia kotów, które pewnego dnia opuszczały obóz i słuch po nich zaginął, jak to miało miejsce w przypadku jej ojczyma, Burzowych Chmur czy przyszywanego wujka Słonecznego Fragmentu. Dochodziło również do morderstw, jak i egzekucji, o czym na prawie każdej lekcji historii w Grocie Pamięci przypominali kronikarze.
Czy w innych klanach również dochodziło do takich sytuacji, jednak liderzy nie dzielili się tymi informacjami na zgromadzeniach? Aby przypadkiem nie okazać się słabszymi w oczach potencjalnych wrogów? Jednak czy bycie słabym naprawdę było czymś złym? Z tym myśleniem na pewno nie nadawałaby się na liderkę, nie żeby kiedykolwiek miała ambicję nią zostać.
Zatrzymała spojrzenie na biało-rudym kocurze, którego dostrzegła pomiędzy zaroślami. Kierowana doświadczeniem, jak i wieloma pomyłkami mającymi miejsce, gdy wzięła nieznajomego rdzawego kocura za Dzikiego Berberysa, starała się stłumić tlącą się iskrę radości. Umysł kolejny raz płatał jej figlę. Jednak czy, aby na pewno? Kocur w porównaniu do poprzednich samotników, którzy nie zważali na klanowe granicę przypominał obraz Dzikiego Berberysa wyryty w pamięci kocicy.
Barczysta budowa. Charakterystycznie rozłożone łaty, które kocica pomimo upływu księżyców była w stanie zobaczyć, nawet mając zamknięte oczy. Uszy zakończone pędzelkami. Czy gdyby zbliżyła się do niego, błękit oczu kocura przeszłyby ją dogłębnie? A na jego pysku rozpoznałby znajome blizny?
— Dziki Berberysie! Czy to ty?
Nim się zorientowała, jej słowa poszybowały w eter. Pokonała dzielącą ich odległość, przedzierając się przez trawę. Ich spojrzenia się spotkały. Krokusowa Kruchość miała pewność. To był jej ukochany.
— Wiedziałam, że żyjesz!
Krokusowa Kruchość bez chwili zawahania wtuliła się w kryzę Dzikiego Berberysa, chowając w niej swój pysk. Kocur otulił Burzaczkę ogonem, zamykając ją w szczelnym uścisku. Futro kocura była przesiąknięte zapachem iglaków, a sama ta woń łaskotała Krokus w nos. Przez długi czas trwała przy kocurze, w obawie, że być może to tylko sen, zbyt piękny realny sen, aby móc być prawdziwym. Jednak, gdy ponownie otworzyła oczy, otrzymała zapewnienie. Dziki Berberys był przy niej, cały i zdrów.
Ciężko było stwierdzić, kiedy ich czułe powitanie zamieniło się w rozmowę o wszystkim i niczym. Para zdecydowała się zmienić miejsce, decydując się na skrycie w jednej z opuszczonych borsuczych nór, w której mogliby na spokojnie ze sobą porozmawiać po księżycach rozłąki bez obawy, że patrol graniczny mógłby im przeszkodzić. Wtulona w bok kocura, dopytywała o jego losy na wygnaniu, jak i próby uzyskania informacji, jak doszło do tego, że został członkiem Klanu Wilka.
– Wiem, że nie popierałeś rządów Króliczej Gwiazdy, ale żeby dołączyć do klanu wroga... och, Dziki Mrozie – Ponownie zatopiła pysk w kryzie kocura, z żalem wymawiając jego nowe imię. Przynajmniej jeden z członków wilczacy postanowili mu zachować, a nie oba człony. Mimo wszystko kocur do końca jej życia będzie jej Dzikim Berberysem, i nic tego nie zmieni. – Przy tobie naprawdę można zwariować.
Rudy polizał czule kocicę po łebku, wzdychając z rozbawieniem, by następnie odpowiedzieć szylkretce na wszelakie nurtujące ją pytania o jego nowym miejscu zamieszkana. Może i udało mu się zostać wojownikiem, ale w oczach większości społeczności wilczaków, wciąż będzie byłym Burzakiem. Obcym.
Krokusowa Kruchość również podzieliła się informacjami z Dzikim Berberysem na temat zmian, które miały miejsce w Klanie Burzy. Wspomniała o degradacji córki Zawodzącej Gwiazdy z roli uczennicy medyka, która w jakiś sposób była zamieszana w śmierć Rudzikowego Skrzydełka. Podzieliła się także swoimi obawami dotyczącymi przyszłości Klanu Burzy.
– Zastanawiałam się nad odejściem z klanu... z mamą i Srebrzystą Równonocą, chociaż wiem, że będzie je do tego pomysłu ciężko przekonać. Nie chciałabym, się obudzić i któregoś dnia zobaczyć, że zostały ofiarami w porachunkach kotów z rodziny Zawodzącej Gwiazdy... Te wszystkie śmierci, spiski... to za dużo na moje słabe serce... Klan Burzy zmienił się, tak bardzo, ze nie jesteś w stanie tego pojąć. Wiem, że wszystkim jego członkom, którzy nie pragną przelewać zależy na tym, aby nastały lepsze dni, ale raz za razem jesteśmy wystawiani na próbę, jakbyśmy wpadli w łapy Mrocznej Puszczy... Dziki Mrozie... może mogłabym dołączyć do Klanu Wilka? Czy to naprawdę takie złe miejsce, jak głoszą bajki do straszenia kociąt?
Kocur w milczeniu przysłuchiwał się rozterką kocicy, pocieszając ją, jednak gdy wspomniała o chęci dołączenia do Klanu Wilka poczuła, jak całego jego ciało się napięło, a pysk zmarszczył.
– Nie... nie możesz dołączyć do Klanu Wilka. Absolutnie nie zgadzam się na ten pomysł!
– D-dlaczego...? – Odsunęła się od kocura, spoglądając na niego ze smutkiem w oczach. – Przecież w Klanie Wilka moglibyśmy być razem...
– Bajki głoszone przez matki, piastunki i kronikarzy mają w sobie ziarnio prawy. Nie mógłbym pozwolić, aby mój cenny kwiat był na wyciągnięcie łapsk i wystawiony na spojrzenia tych ... – Urwał, nie decydując się przeklinać przy Krokusowej Kruchości. – Ja również chciałbym, abyśmy mogli żyć w jednym klanie, lecz to niemożliwe. – Przysunął pysk do lica kocicy i delikatnie musnął go czubkiem nosa. – Przykro, mi Krokusowa Kruchości.
Krokusowa Kruchość nie była pocieszona faktem spotykania się w tajemnicy przed bliskimi ze swoim ukochanym, który zasilił szeregi wrogiego klanu. Chciała z nim stworzyć szczęśliwą rodzinę, wspólnie udawać się na polowanie, a później spać wtulona w jego futro w nowym legowisku wojowników znajdujących się pod ziemią.
– To nie twoja wina, Dziki Mrozie – ostrożnie zetknęła się z kocurem nosem.

~~~

Księżyce mijały, a Krokusowa Kruchość, gdy tylko mogła, udawała się na granicę, aby spotkać się ze swoim partnerem, który nie był mile widziany na terenach Klanu Burzy. Jej samotnicze wyjścia najprawdopodobniej zostały zauważone, jednak do tej pory nikt nie zdecydował się jej śledzić, gdyż z każdej wyprawy kocica powracała z królikiem w pysku.
"Udałam się na polowanie". "Poszłam na spacer". "Musiałam się przewietrzyć". "Oglądałam gwiazdy na wzgórzu, nieopodal starego obozu".
Tymi i innymi wymówkami karmiła matkę i siostrę, jak i inne koty, które z troski chciały jakoś wesprzeć szylkretkę w trudnych chwilach, w szczególności, gdy zrozumiały, jak najprawdopodobniej kolejny spisek będący zamieszaniem Łzawej Łapy w śmierć Rudzikowego Skrzydełka wpłynął na samą Krokusową Kruchość.
Niebo mieniło się gwieździstym blaskiem, tak jakby sama Srebrzysta Skóra dawała przyzwolenie na potajemne spotkania pary ukochany. A skutki ich dzisiejszego spotkania miały ukazać się na przestrzeni księżyców, rozwijając się pod słabym sercem szylkretki.

~~~

Krokusowa Kruchość wraz ze Srebrzystą Równonocą udała się do legowiska medyków. Tym razem to siostra Krokus, a nie ona sama potrzebowała opieki medycznej, nawet jeśli od jakiegoś czasu czuła się bardziej niż dotychczas ociężała, najprawdopodobniej w wyniku przejedzenia. Natomiast niebieska szylkretka od kilku wschodów słońca cierpiała na bezsenność, która najprawdopodobniej musiała być spowodowana zmianą pory roku. Innego wytłumaczenia wojowniczka nie potrafiła znaleźć, ale Wdzięczna Firletka na pewno widziała, jak zaradzić na dolegliwość srebrzystej kocicy.
Krokusowa Kruchość zajęła wolne miejsce nieopodal posłania, które zajęła Srebrzysta Równonoc. A przynajmniej zamierzała zająć, gdyż w połowie drogi lekko się zachwiała, a przed jej oczami pojawiły się mroczki. Gdyby nie Wdzięczna Firletka, która w porę użyczyła kocicy swojego ramienia, szylkretka najprawdopodobniej zaliczyłaby nie groźny upadek.
– P-przepraszam... Nagle zakręciło mi się w głowie...
– Usiądź. Zaraz się tobą zajmę, tylko podam Srebrzystej Równonocy zioła na sen.
Ku zdziwieniu Krokusowej Kruchości, Wdzięczna Firletka oprócz zadania pytań na temat jej dotychczasowego samopoczucia, tego czy, aby na pewno się nie przemęcza, jak i ostatnich bólów w klatce piersiowej, kilkukrotnie uścisnęła lekko jej brzuch. Buraska nie zdołała dostrzec zmiany wyrazu pyska medyczki, nim ta zniknęła w składziku, by zaledwie chwilę później powrócić z pęczkiem ziół. Wśród nich znajdował się krwiściąg mniejszy oraz ogórecznik. Krokus bez zawahania zaczęła spożywać zioła.
– Krokusowa Kruchości... zdajesz sobie sprawę z tego, że spodziewasz się kociąt? – Wdzięczna Firletka siliła się na szept, aby nie wybudzić Srebrzystej Równonocy i móc na spokojnie porozmawiać z drugą pacjentką.

<Berberysie aka Dziki Mrozie?>



wyleczeni: Srebrzysta Równonoc - bezsenność

Od Źródlanej Łuny

⇸ ◦☽✴︎☾◦ ⇷
Paręnaście wschodów słońca temu…

Zimna bryza wdzierała się pomiędzy kosmyki jej futra. Mgła unosiła się gęsto ponad plażą, kryjąc za białą ścianą wszystko, co znajdowało się parę skoków od kocich oczu.
Łapy Łuny zapadały się w mule. Nawet, gdyby tak nie było, całe jej ciało zdawało się trzymać ją w miejscu dziwnym ciężarem. Chrzęst kroków na piachu i cięte uwagi patrolu uchodziły jej mimo uszu, zagłuszone szumem fal, szumem- Szumem krwi w uszach. Futro na jej karku stanęło dęba. Uchyliła pysk, z zaciśniętym gardłem smakując powietrza.
Wilgoć i zapach soli mieszały się z wonią Klanu Nocy. Z jej pyska cichy, zdezorientowany odgłos wypadł sam. Woń Klanu Nocy, znajoma, ciepła. Wątła, ledwo wyczuwalna, lecz ta, którą otulona, zamiast mchem własnego posłania, zasypiała jeszcze- Jeszcze nie tak dawno.
Dawno. Może to ona po prostu na starość traciła rachubę czasu.
Zapiekło ją gardło. Zapiekło ją też oko i nos. Parsknęła z gorzkim śmiechem; zaledwie jedna nuta znajomego futra skłoniła jej ciało do reakcji, budząc wszystkie zmysły ze snu. Zapach znajomego uścisku, znajomego pocałunku, znajomej, nocnej rutyny.
Ledwo była świadoma własnego ogona, przecinającego za nią ostro powietrze, i serca rzucającego się w klatce piersiowej jak do biegu. Dlaczego? Dlaczego tutaj przyszedł? Dlaczego spotkała tu tylko zapach Szałwiowego Serca, a nie jego samego?
Może nos ją zwodził. Może z wiekiem stopniowo traciła węch. Otrząsnęła się i podniosła wzrok na morskie fale. Może jej zapędziła swój umysł tak daleko w tęsknotę, wydeptała w nim myślami za głębokie szlaki, że miała już jakieś urojenia. Zwidy. Zwęchy?
Z odrętwienia wyrwał ją głos Świergoczącego Potoku.
— Klan Nocy? Aż tutaj?
Czyli jednak jej się nie zdawało. Albo, zdawało jej się, tyle, że wmawiała sobie, że zapach nie należał jedynie do jakiegoś przypadkowego Nocniaka.
Zlustrowała wzrokiem połacie piachu przed nią. Żadnych śladów łap, których nie pozostawił jej patrol. Żadnego skrawka futra, żadnej kociej osoby, na której mogłaby zawiesić spojrzenie. W której ramiona mogła by wpaść, po tych wszystkich księżycach, jak gdyby nic się nigdy nie stało.
Dlaczego tam wrócił? Dlaczego wrócił wtedy, gdy jej tam nie było? Dlaczego na nią nie poczekał?
Czy nie chciał już na nią czekać?
Chłód ogarnął jej ciało. Czy wiara w to, że jego dni oplatała taka sama tęsknota, jak te jej, była jedynie złudną myślą? Czy uśmiech na jego pysku pojawiał się częściej, niż na jej? Czy chciał wyprzeć z siebie wspomnienia? Zacisnęła zęby. Czy udało mu się to?
Czy po tak długiej rozłące górę nadal brało uczucie, czy kodeksy wiszące im pętlą wokół karków? Czy głoszona od zawsze wola Klanu Gwiazdy zacierała myśli o tym, kogo pozostawiło się za drugą stroną granicy?

Jasne futro połaskotało ją w nos. Głos Szałwiowego Serca czuła pod własnym policzkiem; rozchodził się po jej ciele z ciepłym pomrukiem.
— Widzę nas w tych gwiazdach.
Zamrugała, wpatrując się w dwa niepozorne punkty na niebie.
— Może Klan Gwiazdy wspiera nas w ciszy — wyszeptał. Ciemny nieboskłon nie zaoferował żadnej aprobaty. — Może nie chce tego przyznać, lecz spogląda na nas z góry i to bez nienawiści.


Może słowa wojowników były pustą groźbą, ściekającą jadem z języka każdego pokolenia. Może Klan Gwiazdy miał większe problemy na głowie niż dwójka kotów, których serca ciągnęły do siebie zbyt mocno, by wybrać lubego pośród własnych współklanowiczy.
Poruszyła zdrętwiałymi łapami. Wbrew woli Gwiezdnych czy nie, wierzyła, dziecinnie, że nadal chodziła w kółko po głowie oblubieńca. Dniami i nocami. I stojąc tak, z uchylonymi wargami i opadającym smętnie ogonem, czując podświadomie nutę żałości i bólu w jego zapachu, była pewna, że już nigdy go nie zobaczy.