BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

18 października 2026

Od Gąbczastej Perły

Zgromadzenie medyków

Tej nocy Gąbczasta Perła wraz z Klekoczącym Bocianem u boku wyruszyła w stronę Księżycowej Sadzawki. Miała wziąć udział w kolejnym już zgromadzeniu medyków, a jednak wcale się z tego nie cieszyła. Czy powinna? W końcu było to naprawdę piękne wydarzenie, podczas którego mogła na moment poczuć się blisko Gwiezdnych Przodków, których przecież darzyła ogromnym szacunkiem. Wszystko byłoby idealne, gdyby nie fakt, że zazwyczaj sny, które otrzymywała od Klanu Gwiazdy, wcale nie były takie kolorowe. Zazwyczaj niosły za sobą jakąś przestrogę — ostrzeżenie, że w ciągu następnych księżyców będzie tylko gorzej. Tym razem zapewne nie będzie inaczej, tym bardziej że wszystko zapowiadało, że na drodze Klanu Nocy wkrótce pojawi się kolejna przeszkoda. W końcu atak wyder i “odwiedziny” Baśniowej Stokrotki i Dryfującej Bulwy nie mogły być końcem tego wszystkiego, prawda? Z całą pewnością Klan Nocy czekało jeszcze wiele tragedii, mimo iż Gąbczasta Perła wolałaby wierzyć, że Przodkowie pozwolą im odetchnąć chociaż na chwilę.
Oprócz tego, że medyczka martwiła się o przyszłość swojej przynależności, męczyły ją także plotki na jej temat, które ostatnio rozeszły się po azylu. Kto śmiał rozpowiadać na jej temat takie głupoty? Może i psychicznie nie czuła się najlepiej i co do tego kot, który odważył się puścić takie pogłoski w świat, miał rację, ale nigdy w życiu nie powiedziała, że zamierza odejść do starszyzny. Na pewno nie teraz, gdy sytuacja w rodzie królewskim nie była najlepsza, a Klekoczący Bocian nie wydawał się odpowiednim zastępstwem. Dymna po prostu nie byłaby w stanie zostawić go samego na tej posadzie. Co, gdyby kocur w końcu strzelił focha na to, że został przymuszony do pełnienia funkcji medyka, i uciekł z klanu? Albo, gdyby odmówił wyszkolenia nowego ucznia, gdyby urodził się jakiś nowy książę bądź księżniczka w Klanie Nocy? Wtedy Nocniaki mogłyby zacząć trząść się z obawy przed tym, że już niedługo przyjdzie im pozdychać z powodu chorób lub urazów.
Gąbka przez całą drogę na przemian stresowała się i frustrowała, aż w końcu udało jej się dotrzeć do celu. Wraz ze swoim asystentem przecisnęła się przez tunele prowadzące do sadzawki i wylądowała w głównym pomieszczeniu, w którym medycy ze wszystkich klanów zapadali w sen i otrzymywali wizje od Gwiezdnych Przodków. Nim rozsiadła się przy sadzawce, przywitała się skinieniem głowy z resztą medyków.
Gdy już przycupnęła niedaleko wody, zaczęła zastanawiać się nad tym, jaki sen otrzyma od Klanu Gwiazdy. Choć w głębi serca miała nadzieję, że będzie pozytywny, rozum podpowiadał jej, że nie ma na co liczyć. Biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia w Klanie Nocy, mogła spodziewać się jedynie przepowiedni zwiastujących kolejne katastrofy, które czaiły się na Nocniaków.
Nim jednak zdążyła całkowicie pogrążyć się w myślach, podeszła do niej jakaś kotka. Gąbczasta Perła podniosła na nią wzrok i wciągnęła powietrze do płuc. Bez wątpienia należała ona do Klanu Klifu.
— Witaj, jak się miewasz? — zapytała, siadając obok medyczki.
— Dobry wieczór — przywitała się dymna, skinąwszy głową. — Właściwie to nie mam na co narzekać. Zastanawiam się jedynie, co tym razem przygotowali dla nas Gwiezdni Przodkowie — dodała, uśmiechając się słabo.
— Ja również. Spotkania medyków to najwidoczniej bardzo ekscytujące wydarzenia, które nie tylko dostarczają nam radości ze spotkania pobratymców, ale też dają nam obawy odnośnie możliwych przepowiedni — odparła Klifiaczka, owijając swój ogon wokół łap i odsyłając równie słaby uśmiech.
Ich rozmowa nie zdążyła jednak rozwinąć się bardziej, gdyż jedna z medyczek zaczęła przemawiać. Odbyło się kilka mianowań, na których Gąbczasta Perła nie skupiała się jednak zbyt bardzo. Zamiast tego wpatrywała się w taflę wody, czując nieprzyjemne kłucie w żołądku. Właściwie obawiała się zapadnięcia w sen. Chyba wolała żyć w błogiej nieświadomości, niż po raz kolejny doświadczyć złego omenu zesłanego jej przez Klan Gwiazdy.
Gdy ceremonie dobiegły końca, dymna medyczka dotknęła nosem tafli wody. Chłód przeszedł przez całe jej ciało, a powieki momentalnie stały się ociężałe. Jeszcze przez moment poczuła, jak jej serce przyspiesza z nerwów, lecz już po chwili całkowicie zmrużyła ślepia, pogrążając się we śnie.

* * *

Sen

Tej nocy wizja była krótka, gwałtownie urwana niczym sieć pajęcza, która jednym ruchem gałęzi została zerwana ze swego domu. Medykom ukazał się kwiat lilii wodnej w pełnym rozkwicie, spokojnie unoszący się na powierzchni jeziora, a jednocześnie bardzo bezpośredni. Blask księżyca oświetlał jego białe płatki rozchylające się coraz pewniej, by zdobyć jak najwięcej jego promieni. Oglądając tę scenę, można było praktycznie usnąć ze spokoju, jaki roztaczał wokół siebie... Jednak wizje zesłane przez Przodków nigdy takie nie są. Kwiat został gwałtownie złapany przez szponiaste, wystrzelone z głębin, kolczaste kończyny, które schwytały kwiat w swoje pazury i zatopiły się w nim łapczywie. Kwiat zachował się jak organ, bijące serce, a szkarłatna posoka prysnęła z niego jak z tętnicy, jeszcze zanim został wciągnięty w wodne odmęty.

* * *

Gąbczasta Perła zbudziła się gwałtownie, z poczuciem, jakby to wokół niej przed chwilą zacisnęły się kolczaste pazury. Jej oddech był zdecydowanie zbyt szybki i niespokojny. Dymna rozejrzała się wokół, aż jej wzrok spoczął na Klekoczącym Bocianie, który wyglądał na niewzruszonego zaistniałą sytuacją. Czy śnili o tym samym? To niemożliwe, by kocur był taki spokojny mimo snu, który dostali. To było oczywiste, że świadczył on o czymś złym. Tylko Gąbka nie wiedziała jeszcze, o czym i na razie nie zamierzała się nad tym zastanawiać ani chwili. O wiele bardziej interesowała ją reakcja swojego byłego ucznia. Czy Klekot naprawdę aż tak głęboko w poważaniu miał swoją posadę? Czy plotki na jego temat tak naprawdę wcale nie były przesadzone, jak zakładała Gąbka? Do tej pory wydawało jej się, że kocur przyzwyczaił się do swoich obowiązków i wykonuje je bez żadnych większych uczuć, a nie z niechęcią. Jednak skoro wciąż nienawidził rangi medyka, to Klan Nocy mógł znajdować się w gorszej sytuacji, niż dymna zakładała. To potwornie ją martwiło i może właśnie o tym chciał ostrzec ją Klan Gwiazdy? Przed tym, że już wkrótce Klan Nocy upadnie, bo ród królewski nie będzie miał nowych członków, którzy mogliby pełnić ważne funkcje w klanie?
Oprócz niej i Klekoczącego Bociana zaczęli wybudzać się również inni medycy. Szmer, jaki roznosił się po grocie, gdy wykonywali kolejne ruchy, skutecznie rozproszył myśli Gąbczastej Perły. Kotka potrząsnęła głową, starając się wrócić do rzeczywistości. Na razie musiała skupić się na tym, by bezpiecznie wrócić do azylu, a później będzie martwić się znaczeniem snu i przyszłością Klanu Nocy. W końcu, gdyby podczas drogi powrotnej zaatakowało ją i zabiło jakieś dzikie zwierzę, nie miałaby już nad czym rozmyślać na Srebrnej Skórce.

* * *

Gąbce zdawało się, że jej pobratymcy jak na złość nie chcieli pozwolić jej usiąść w ciszy i pogdybać. Przychodzili do lecznicy jeden po drugim, narzekając na dokuczające im objawy. Medyczka zdążyła już zająć się Żabim Okiem, lecz właśnie w tej chwili w wejściu do lecznicy pojawił się znajomy jej kot. Jego głupi, zdradliwy, bury pysk Gąbka rozpoznałaby wszędzie. Na jego widok aż sierść zjeżyła jej się na karku, a pazury wysunęły. Morszczynowy Wąs wlepił spojrzenie w jej szpony, a na jego pysku pojawiło się zakłopotanie. Wykonał krok do tyłu, smagając powietrze ogonem, lecz wtedy dymna prychnęła pod nosem.
— A ty dokąd? Wydaje mi się, że mamy kilka spraw do obgadania, a także oko do wyleczenia — mruknęła, nawiązując do tego, że jedno ze ślepi Morszczyna widocznie wymagało interwencji medyczki. Było brzydkie i zaropiałe. Swoim wyglądem straszyło jedynie innych Nocniaków.
— A mi się wydaje, że po obgadaniu tych spraw wyjdę stąd bez obu oczu… — odparł szorstko wojownik. Panowała między nimi taka atmosfera, że można było tylko zgadywać, który z nich pierwszy rzuci się drugiemu do gardła.
— Co do tego, to muszę przyznać ci rację — burknęła, uśmiechając się złośliwie do kocura. — Choć może ci się to należy. Przynajmniej nie mógłbyś patrzeć na Żółwika i Jemiołka, tak samo, jak nie rzuciłeś nawet okiem na Fiołka i Jasność — miauknęła do niego z wyrzutem, na co Morszczynowy Wąs przewrócił oczami.
— Ile razy mam ci powtarzać, że to nie są moje córki? Nie mam z nimi nic wspólnego, a Żółwik i Jemiołek to moje jedyne biologiczne potomstwo — upierał się dalej, co jeszcze bardziej denerwowało Gąbczastą Perłę. Dlaczego bury tak bardzo wstydził się przyznać do Fiołka i Jasności? W czym były one gorsze od kociąt Czosnkowej Krewetki?
— Jesteś żałosny! — prychnęła sfrustrowana. — Po tylu księżycach wciąż wypierasz się swoich córek? Zamiast się na nich skupić i być dla nich dobrym ojcem, wolałeś sprawić sobie kolejne kocięta! Nimi pewnie też się nawet nie opiekujesz, co? To cud, że w ogóle przyznajesz się do tego, że jesteś z nimi spokrewniony. Choć kto wie, może co do tego również kłamiesz. W końcu te latorośle nie wyglądają jak ty pod żadnym względem! — fuknęła, zadzierając brodę. Żółwik posiadał rude futerko, a Jemiołek kremowe. Morszczyn był natomiast ciemnobrązowy, więc Gąbce ciężko było uwierzyć w to, że naprawdę był ojcem dwójki kocurków.
— A Fiołkowa Łapa i Jasna Łapa niby mnie przypominają? Z której strony? — zakpił.
Medyczka poczuła się oburzona.
— Słucham? Na pewno przypominają cię bardziej niż Żółwik i Jemiołek! Fiołek i Jasność wyglądają jak połączenie Sennej Łzy i ciebie. Musisz być ślepy, by tego nie zauważyć! Albo przynajmniej bardzo głupi, w co jestem skłonna uwierzyć! — oznajmiła.
W tej chwili Morszczynowy Wąs musiał zrozumieć, że dyskusja z księżniczką nie ma sensu. Westchnął ciężko, przybierając zmęczony wyraz pyska.
— Dobrze, wierz sobie w cokolwiek chcesz. Ja chcę tylko, byś wyleczyła moje oko — mruknął zrezygnowany.
Gąbczasta Perła zmierzyła go morderczym wzrokiem, po czym odwróciła się w stronę składziku i uśmiechnęła szeroko pod nosem. Czuła się tak, jakby zwyciężyła w tej walce. Od zawsze wiedziała, że co do Morszczyna miała rację, a jego słowa tylko to potwierdziły.
Czarnofutra wzięła do pyska jaskółcze ziele i zaczęła przeżuwać je na papkę. Po chwili podeszła do burego wojownika i nałożyła rozmemłaną roślinę na jego powiekę, by następnie owinąć to wszystko pajęczyną. Teraz czuła się dodatkowo usatysfakcjonowana, gdyż miała wrażenie, jakby w pewnym sensie opluła pysk Morszczynowego Wąsa. Choć on nie musiał wiedzieć, że kotka tak to postrzegała.
— Okład już gotowy, a teraz lepiej odejdź stąd i nie pokazuj mi się więcej na oczy, chyba że znowu zaczniesz straszyć Nocniaki jakąś infekcją oka czy innym świństwem — odrzekła, wyganiając kocura ruchem łapy.
Po jego odejściu lecznicę odwiedziła również Jasna Łapa, o której wcześniej była mowa. Gąbka przywitała się czule ze swoją nieoficjalną wnuczką i zajęła się zbiciem jej gorączki. Choć nie łączyły ich więzy krwi, a większość Nocniaków nie uważała ich nawet za rodzinę, czarnofutra i tak bardzo mocno kochała Jasność i chciała dla niej jak najlepiej. Miała nadzieję, że już niedługo młódka zostanie mianowana na wojowniczkę i otrzyma jakieś piękne, pasujące do niej imię!
Również Mandarynkowa Gwiazda zawitała tego dnia w legowisku medyków. Gąbczasta Perła zastanawiała się nad tym, czy powiedzieć jej o śnie, który otrzymała, lecz ostatecznie się powstrzymała. Nie chciała niepokoić liderki, tym bardziej że tego dnia wyznała, iż dokuczają jej migreny. Medyczka obawiała się, że mogłyby się one tylko pogorszyć, gdyby opowiedziała przywódczyni o swoich obawach związanych z przyszłością królewskiego rodu i Klanu Nocy. Dlatego po prostu podała jej odpowiednie zioła i kazała odpocząć w zaciszu i mroku jej legowiska.

Wyleczeni: Żabie Oko, Morszczynowy Wąs, Jasna Łapa, Mandarynkowa Gwiazda

Od Słonkowej Łapy CD. Mysikróliczej Łapy (Brykającego Mysikrólika)

Słonka pojawiła się przy swojej siostrze, która na jej widok zadarła łeb.
— Czemu mu cały czas dokuczasz? Ostatnio ta kulka mchu, a dzisiaj przesuwanie legowiska. Co ci to daje? — zapytała, a jej wibrysy zafalowały. Liliowa odpowiedziała wręcz od razu:
— Zawsze sobie dokuczaliśmy, nie pamiętasz? — miauknęła ze skonfundowaniem, wpatrując się w łaciaty pyszczek siostry. Szarawa pokręciła głową.
— Nie. To ty mu zawsze dokuczałaś, on jedynie próbował jakoś ci się odpłacić, ale nie robiłaś sobie z tego za wiele — uświadomiła jej, parokrotnie przejeżdżając językiem po piersi z zażenowania. — Nie widzisz, że mu się to nie podoba?
Jasna szylkretka zmarszczyła brwi, łapą grzebiąc coś teraz w legowisku.
— Do tej pory nie narzekał, skąd miałam wiedzieć? — zapytała z wyrzutem. — Zresztą ty i tak rzadko kiedy się z nami bawiłaś — westchnęła.
Słonkowa Łapa nie rozumiała, dlaczego Mysikrólik postanowiła o tym napomknąć.
— Co to ma do rzeczy? — zapytała, brzmiąc o wiele bardziej szorstko, niż zamierzała. — Po prostu nie chciałam brać udziału w waszych przepychankach. Dla mnie to głupie… — odparła, po czym westchnęła ciężko.
Właściwie nie do końca była to prawda. Nawet gdy ich zabawy wyglądały całkiem normalnie i polegały na rzucaniu mchem czy zabawie w berka, Słonka i tak raczej od nich stroniła. Po prostu nie lubiła wykonywać gwałtownych ruchów przy innych, obawiając się, że przypadkiem przesadzi i ktoś uzna ją za dziwną. Pewnie nie miało to większego sensu, bo przecież kto przejmowałby się tym, jak bardzo jakieś kocię bryka? Mimo to takie myśli towarzyszyły Słonce, gdy jeszcze przebywała w żłobku wraz z rodzeństwem.
— A dla mnie nie — odrzekła liliowa, ponownie się prostując.
Starsza spojrzała na nią ze zrezygnowaniem.
— No dobrze, ale nie każdy lubi, gdy się mu dokucza. Nawet jeśli nie robisz tego ze złymi zamiarami — stwierdziła Słonkowa Łapa. — Dlatego proszę cię, byś wreszcie oszczędziła naszego brata. Wystarczy, że stracił już łapę. Nie musisz sprawiać mu jeszcze większej przykrości — kontynuowała, obserwując, jak mina Mysikróliczej Łapy się zmienia.
Czy była zbyt ostra wobec siostry? Przecież szylkretka na pewno nie chciała wyrządzić Firletce żadnej krzywdy. Może nie powinna tak bardzo na nią naskakiwać? Niebieska nieznacznie cofnęła uszy, choć starała się nie wyglądać na niepewną.
— Może przestałabyś się w końcu zachowywać, jakby Firletka był teraz zupełnie innym kotem? Co z tego, że stracił łapę?! To nie znaczy, że mam go teraz traktować jak kruchego liścia! — upierała się liliowa.
Słonka uniosła jedną brew, a po chwili poczuła ucisk w sercu. Czyżby Mysikrólik swoim zachowaniem starała się sprawić, by niebieski poczuł się tak jak przed wypadkiem? Tak właściwie… na swój sposób było to całkiem urocze. Żółtooka przełknęła ślinę, wlepiając spojrzenie w łapy. Może Migoczący Nieboskłon miał rację, mówiąc, że nadawała się na protektora? Analizowanie zachowań innych przychodziło jej niekiedy z łatwością.
— No dobrze… W takim razie rób, co chcesz.

* * *

Po mianowaniu Mysikrólik

Słonkowa Łapa kroczyła u boku Jenociej Kufy, czując bijące od mentorki rozczarowanie i przygnębienie. Podczas mianowania Mysikróliczej Łapy, a teraz już Brykającego Mysikrólika, niebieska szylkretka stała bardzo blisko wojowniczki i uważnie obserwowała wyraz jej pyska, który zmieniał się z każdym kolejnym słowem wypowiedzianym przez Lśniącą Gwiazdę. Niewykluczone, że Jenot była nieco zirytowana na swoją uczennicę, ponieważ ta nie mianowała się wcześniej i pozwoliła siostrze wyprzedzić się w zdobyciu nowego tytułu.
Słonka zaś, odkąd tylko ceremonia dobiegła końca, zadręczała się myślą, że wciąż nie była odpowiednio wykwalifikowana, by wspiąć się szczebel wyżej w hierarchii. Jej mentorka tyle poświęcała, by dobrze ją wyszkolić, a ona… wciąż była niewystarczająca. Tylko dlaczego? Co powstrzymywało ją przed osiągnięciem odpowiedniego poziomu? Przecież nie była leniwa ani nie obijała się na treningach. Skupiała się na tym, co mówiła Jenocia Kufa, i starała się powtarzać każdy jej ruch z idealną precyzją. Może Lśniąca Gwiazda celowo nie dopuszczał do jej mianowania, by zrobić jej na złość? Nie… Nie mogła tak myśleć. Przecież cały świat nie był przeciwko niej, prawda? Skoro wciąż nie została wojowniczką, to najpewniej nie zasłużyła na tę rangę.
W pewnym momencie do nozdrzy Słonki dotarł zapach zwierzyny. Od razu uznała to za szansę, by pokazać mentorce, że całkiem dobrze radzi sobie z polowaniem. Postawiła uszy do góry i zerknęła na starszą kotkę.
— Też to czujesz? — zapytała cicho, jakby bała się, że Jenot zaraz na nią nakrzyczy. Może Słonka nie zrobiła jeszcze nic złego, ale mentorka roztaczała wokół siebie taką aurę, jaką chyba mogłaby roztaczać jedynie dusza przybyła prosto z Mrocznej Puszczy.
— Tak. Możesz zapolować — odparła beznamiętnie, na co szylkretka skinęła głową i zwolniła kroku, by rozejrzeć się wokół i odnaleźć źródło zapachu.
Wśród śniegu dostrzegła zarys sylwetki ptaka. Od razu zamarła w bezruchu, a serce niemal podeszło jej do gardła. Przecież… nie wolno jej było polować na ptaki! Trójoki Zając i Kukułczy Wdzięk stanowczo zabronili jej kiedykolwiek skrzywdzić którekolwiek z tych skrzydlatych stworzeń. A jednak Słonka czuła, że nie mogła teraz zawieść swojej mentorki. Przecież nie mogła wrócić do niej z pustymi łapami i powiedzieć, że zwierzyna jej uciekła albo co gorsza, przyznać się, że nie upolowała jej tylko dlatego, że rodzice coś jej wmówili. Tym bardziej że panowała obecnie Pora Nagich Drzew i każdy kęs był na wagę życia. Słonka nie potrafiła sobie wyobrazić, że któryś z Klifiaków miałby głodować tylko dlatego, że bała się skrzywdzić ptaka.
Właśnie dlatego przełknęła ślinę i postąpiła krok w stronę zwierzyny. Jej łapy drżały, a po grzbiecie przebiegł dreszcz. Co, jeśli jej rodzice dowiedzą się, że zabiła to święte zwierzę? Czy nakrzyczą na nią? A może każą jej już nigdy więcej nie pokazywać im się na oczy, skoro tak bardzo zlekceważyła ich słowa? Mimo tych wątpliwości uczennica kontynuowała skradanie się w stronę ptaka.
Gdy znalazła się wystarczająco blisko, napięła mięśnie łap. Nawet nie starała się zachować całkowitej ciszy, ponieważ po cichu liczyła na to, że ptak zauważy jej obecność i odleci, zanim zdąży go złapać. Tak się jednak nie stało. Słonce udało się odbić od podłoża i poszybować w stronę zwierzyny, którą następnie przygniotła łapą do śniegu. Ptak zaczął się szamotać, trzepocząc szaleńczo skrzydłami. Słonka na moment rozluźniła uścisk, wciąż mocno się wahając.
Co, jeśli jej ojciec lub matka byli właśnie na patrolu? Co, jeśli patrol zmierzał prosto w jej stronę i zaraz ktoś miałby nakryć ją na tym, jak krzywdzi to piękne stworzenie?
— Na co czekasz, Słonkowa Łapo?! — wydarła się z oddali Jenocia Kufa, która musiała się zatrzymać i zauważyć, jak jej uczennica wpatruje się w ptaka, zamiast go dobić.
Słysząc słowa mentorki, szylkretka niemal podskoczyła, a po chwili jakby odruchowo pochyliła się nad ptakiem i szybko wgryzła mu się w szyję. Jego skrzydła przestały dudnić o jej łapy, a głowa opadła bezwładnie na ziemię. Kotka szybko uniosła łapę, odsuwając się od martwego ciała. Otworzyła szeroko oczy, a jej źrenice zwęziły się do szerokości igieł.
“Nie… Nie… Co ja zrobiłam?” — pomyślała, kładąc po sobie uszy. Poczucie winy niemal natychmiast ją przygniotło, biorąc w swoje szpony. Patrząc na martwe ciało ptaka, Słonce zrobiło się niedobrze.
— Pospiesz się! Musimy odbyć trening, jeśli chcesz w ogóle kiedykolwiek dorównać swojej siostrze — rzuciła Jenocia Kufa, ruszając w stronę uczennicy. — Nie mogę uwierzyć, że nie zostałaś mianowana jako pierwsza! — dodała, najwyraźniej nie mogąc już dłużej tłumić swojej frustracji. — Tyle poświęciłam, by cię wyszkolić, a ty wciąż nie nadajesz się na wojowniczkę! To doprawdy… upokarzające — ciągnęła, jeszcze bardziej dobijając szylkretkę.
W końcu w oczach szarawej kotki pojawiły się łzy. Nie potrafiła znieść ani obaw, które zaprzątały jej umysł, ani narzekań swojej mentorki. Mogła przecież nie zabijać tego ptaka. Wtedy miałaby na głowie tylko jeden problem. Dlaczego w ogóle to zrobiła? Czy Trójoki Zając i Kukułczy Wdzięk zbyt mało razy powtarzali jej, by traktowała ptaki z należytym szacunkiem? Dlaczego w ogóle ich nie posłuchała? Przecież nigdy nie chciała robić niczego wbrew ich woli! To był… wypadek!
Słonkowa Łapa nie potrafiła już dłużej powstrzymywać łez, które zaczęły spływać jej po policzkach. Co ona sobie myślała… To nie był żaden wypadek! Zabiła tego ptaka z premedytacją. Była okropną córką. Nie potrafiła uszanować wierzeń panujących w jej rodzinie. Zawiodła swoich rodziców. Zawiodła także rodzeństwo, które z całą pewnością nigdy nawet nie tknęło ptaka w taki sposób, by go skrzywdzić. Nie wiedziała tylko, co zrobić z poczuciem winy. Czy powinna przyznać się rodzicom? Czy powinna poprosić ich, by wymierzyli jej odpowiednią karę? A może powinna zachować ten sekret dla siebie i żyć z wyrzutami sumienia przez kolejne księżyce?
— Słonkowa Łapo? — odezwała się nagle wojowniczka, dostrzegając stan swojej uczennicy. — Dlaczego ty znowu płaczesz? To ja tu powinnam płakać! To ja muszę szkolić uczennicę, która nie jest w stanie dorównać mi umiejętnościami — burknęła pod nosem. — Nawet nie wiesz, jak mnie to denerwuje! Naprawdę nie wiem, co jeszcze mam zrobić, byś przestała przynosić mi wstyd i wreszcie zachowywała się tak, jakbyś była moją uczennicą — kontynuowała, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że Słonka przechodziła właśnie przez załamanie nerwowe.
— M-masz rację… — wydukała szylkretka, podnosząc łapę i wycierając nią załzawione oczy. — Nic mi nie jest. Mogę kontynuować trening, tylko… proszę, Jenocia Kufo, czy mogłabyś za mnie zanieść tego ptaka do obozu? — spytała cicho.
Bała się, że gdyby to ona weszła do azylu z piszczką w zębach, zobaczyliby ją rodzice lub rodzeństwo i od razu dowiedzieli się, że to ona upolowała to skrzydlate stworzenie. Gdyby jednak niosła go Jenot, Słonka mogłaby powiedzieć im, że to wojowniczka pozbawiła ptaka życia.
— Dlaczego? — zaczęła drążyć starsza, unosząc jedną brew. — Ty z nim wejdź, to może Lśniąca Gwiazda cię zauważy i wreszcie stwierdzi, że nadajesz się na zostanie wojowniczką — prychnęła, na co Słonka pokręciła głową.
— Nie wniosę go! Nie mogę! — uparła się szylkretka. — Po prostu… naprawdę zależy mi na tym, bym to nie ja go wniosła. Proszę, Jenocia Kufo… Inaczej ten ptak tylko się zmarnuje — błagała dalej, mając nadzieję, że swoimi słowami nie rozjuszy jeszcze bardziej wojowniczki.
— Jesteś dziwna — burknęła starsza. — Ale niech ci będzie, bo widzę, że i tak nie uda mi się ciebie do tego zmusić — dodała zrezygnowana.
— Dziękuję… — miauknęła Słonkowa Łapa, skłaniając głowę z wdzięczności.
Jej mentorka wciąż nie wyglądała na przekonaną, a raczej na zakłopotaną. Młódka nigdy nie opowiadała jej o tradycjach, jakie panowały w jej rodzinie. I raczej nie zamierzała tego robić już nigdy.
— Nieważne. Lepiej wróćmy do treningu, a tego ptaka weźmiemy w drodze powrotnej — zażądała w końcu Jenocia Kufa i zaczęła zmierzać przed siebie.
Żółtooka skinęła głową i zaczęła podążać za mentorką. Zastanawiało ją to, co tym razem będą trenować. Najpewniej nie będzie to nic nowego. Słonka umiała już wszystko, co powinien umieć przykładny Klifiak. Jednak najwidoczniej wciąż nie potrafiła robić tego na odpowiednim poziomie.

* * *

Odkąd Słonkowa Łapa wróciła z treningu do azylu, chodziła przygnębiona. Głowę miała zwieszoną, uszy położone po sobie, a wąsy zwisające niczym gałęzie wierzby płaczącej. Nie mogła sobie wybaczyć tego, że krew świętego stworzenia zbrukała jej kły. Przez cały ten czas czuła się brudna. Jakby ktoś wepchnął jej do ust błoto, a ona nie potrafiła się go pozbyć. Choć w tym przypadku to raczej ona sama zbrudziła swój pysk. Nikt nie zmuszał jej do zabicia ptaka. To była tylko i wyłącznie jej głupia, nieprzemyślana decyzja, za którą nie mogła winić nikogo poza samą sobą. I właśnie to bolało ją w tym najbardziej, choć nigdy nie była zwolenniczką zwalania winy na kogoś innego. Po prostu ciężko żyło jej się z myślą, że w głębi serca była tak naprawdę złą córką. Zawsze starała się pilnować swojego zachowania, by nikogo nie zawieść i się nie upokorzyć, a jednak dopuściła do czegoś tak potwornego, jak znieważenie najważniejszej zasady, o jakiej mówili jej rodzice.
Uczennica westchnęła ciężko, siadając naprzeciwko stosu ze zwierzyną. Na jego szczycie spoczywał ptak, który jeszcze chwilę temu był żywy. Na jego widok Słonka skrzywiła się, po czym spojrzała na swoje łapy, jakby samo patrzenie na truchło skrzydlatej istoty sprawiało jej wstyd. Miała ochotę wypluć ślinę, mając wrażenie, jakby smakowała krwią, lecz ostatecznie ją przełknęła. Dziwnie by było, gdyby splunęła na ziemię, a ona nie chciała być dziwna. No, a przynajmniej nie jeszcze bardziej niż była dotąd.
Gdy tak siedziała, w myślach rozpaczając nad swoim niedorzecznym czynem, usłyszała zbliżające się w jej stronę kroki. Jej ucho drgnęło, lecz nie podniosła głowy, nie mając na to siły. Jeśli kot, który właśnie do niej zmierzał, należał do jej rodziny, to i tak nie będzie w stanie spojrzeć mu w oczy.
— Słonko! — odezwała się Mysikrólik. — Wyglądasz, jakby coś wyssało z ciebie całą radość — fuknęła, stając obok.
Niebieska pociągnęła nosem, a jej krótki ogon zadrżał z nerwów.
— Bo może to prawda… — odparła smętnie, językiem przejeżdżając po zębach w próbie pozbycia się uczucia, że osiada na nich brud. — Wiesz, po prostu… jest mi smutno, gdy patrzę na martwe ptaki na stosie. Chciałam coś zjeść, ale gdy tylko je dostrzegłam… jakoś straciłam apetyt — wyznała.

<Mysikróliku?>

[2054 słów]

17 października 2026

Od Mysikróliczej Łapy (Brykającego Mysikrólika)

Śnieg chrupał pod łapami Mysikróliczej Łapy, która dumnie stąpała po zmrożonym puchu. Powoli zaczynała się przyzwyczajać do tego, że traciła czucie w poduszeczkach. Odnosiła nawet wrażenie, że im dłużej przebywała na mrozie, tym bardziej odporna na niego się robiła. Łapy piekły ją mniej, szybciej nachodziło ją mrowienie, a futro było dobrze przystosowane do Pory Nagich Drzew. Może poduszki stały się najzwyczajniej w świecie twardsze? Rozglądała się dookoła i zauważywszy mgłę, poczuła niezadowolenie głęboko w serduszku. Odczuwała potrzebę rozglądania się po terenach Klanu Klifu, jakby w ten sposób mogła nadzorować czy żaden z nieproszonych gości przypadkiem nie dostał się na ich tereny. Oczywiście dużo lepszym sposobem było patrolowanie i oznaczanie granic, ale dzisiejsza lekcja nie miała polegać na tym, a na czymś innym, tak zgadywała. Bo do jej nosa nie docierały coraz to wyraźniejsze oznaczenia graniczne. Panujące dookoła warunki, zmusiły ją do skupienia się na tym, co miało miejsce przed nią, czyli ogromna, szara chmura, a także masa przyćmionych zapachów. Woń leśna, woń mokrych, gnijących z powodu nadmiaru wody roślin, wiele z nich zmrożona i zatrzymana w czasie. Uczennica rozprostowała łapy, wyginając grzbiet w łuk, a potem ziewając potężnie. Standardowo, napuszyła się w celu ochronienia przed nieprzyjemnymi podmuchami wiatru, a następnie zastrzygła wąsami, strzepując z nich nieproszone kropelki wody. Spojrzała na Bukową Koronę. Kocur podążał o pustych łapach, to samo zresztą ona. Liczyła na owocne łowy. Tak, jak ostatnio. W końcu tymi dwoma krabami nakarmiły się do syta aż dwa koty, co było ogromnym sukcesem! Nie miała jednak pojęcia, że tak srogą porą było to wręcz niemożliwe i poszczęściło jej się tak bardzo, że było to aż nietypowe.
— Może pójdziemy znowu na plażę? Ostatnio przecież złapałam tam dwa kraby, pewnie coś jeszcze będzie w tych szczelinach — przypomniała mu, gdy truchtali przez wrzosowiska. Nie widziała przed sobą za wiele, jednak szum morza z każdym kolejnym krokiem stawał się niestety coraz cichszy, a działał na nią kojąco. Musieli zatem oddalać się od plaży, ku jej niezadowoleniu. Ciekawe, czy srebrny wiedział, gdzie podążali? W końcu nie miał jednego oka… to prawie tak, jak Słoneczne Oko. Tamten wredny kocur, w którego wpadła. Jak bardzo utrudniała im życie ta dolegliwość?
Czekoladowy w odpowiedzi prychnął nerwowo.
— To ja ciebie prowadzę. Jeśli wyłowisz wszystko z plaży, to nic nie zostanie, gdy się ociepli. Musimy mądrze wybierać miejsca polowania. Dzisiaj spróbujesz złowić jakiegoś gryzonia, ale najpierw musimy dotrzeć do zalesionego skrawka naszego terytorium. — Trzepnął ogonem, kończąc w ten sposób swoją wypowiedź. Uczennica zmarszczyła brwi, ale tym razem darowała sobie komentarze. Jeszcze nie miała okazji mu nawrzucać tych igieł, bo ich nie nazbierała. Zamierzała to jednak zmienić niebawem, jeśli jej znowu zacznie działać na nerwy. Czasami zapominała, jak denerwującego mentora dostała.
Z drugiej strony, może nie będzie aż tak źle, w końcu skoro ostatnio jej tak bezbłędnie poszło, to tym razem też nie powinien nikt mieć do niej najmniejszych zastrzeżeń. Co prawda sposoby polowania na gryzonie i na kraby się różniły, ale w jej głowie było to dziecinnie proste, że nawet nie musiałaby dużo kiwać pazurem. Ciepła chmurka wydobywała się z pyszczka szylkretowej koteczki, która wędrowała z głową uniesioną wysoko. Resztę drogi przemilczeli, o dziwo.
Wreszcie, ciemny kształt zaczął piąć się wysoko ku niebu nieopodal nich. Mysikrólicza Łapa również po zduszonym zapachu igieł wywnioskowała, że znaleźli się blisko wcześniej wspomnianych Czarnych Gniazd, ale po własnej stronie granicy. Usłyszała w przeszłości, że za czasów panowania innego przywódcy te tereny należały do Klanu Klifu, ale zostały odbite przez Klan Wilka. Czasami zastanawiała się, czy nie opłacało im się ich odzyskiwać i dlatego pozostały częścią przejętą przez Wilczaków. Może zapyta o to któregoś ze starszych, gdy wróci z treningu. Bukowa Korona zanurkował w leśnym podszyciu, węsząc za jakimkolwiek tropem zwierzyny futerkowej. Koteczka przystawiła nos do podłoża, również smakując powietrza, aczkolwiek nic nie wykryła.
Po jakimś dłuższym czasie kocur wynurzył się, nie znajdując nic. Ona zaś przeczesywała wszystkie krzewy, a nawet niektóre korony drzew, aczkolwiek pomimo zmęczenia, wróciła o pustych łapach. Było to gorzkie, nieprzyjemne uczucie, które kłuło ją w serce. Pochwyciła parę kawałków zmoczonego mchu w pysk i wróciła z nim do obozu. W przeciwnym razie, gdyby nie przyniosła absolutnie nic, uznałaby dzisiaj za całkowicie stracony dzień, a to było gorsze niż przyniesienie może i czegoś, czego mieli dużo, ale co zawsze się przydawało.

***

Mysikrólicza Łapa poruszyła uszami, gdy dotarło do niej donośne wołanie Lśniącej Gwiazdy. Wzdłuż kręgosłupa przebiegł jej przyjemny dreszcz. Była ciekawa, czy dzisiaj zostanie wojowniczką. Może któreś z jej rodzeństwa doczeka się wojowniczego imienia, a może to ona zostanie dzisiaj tym szczęśliwcem?
— Mysikrólicza Łapo, wystąp — polecił jej, prezentując się niezwykle dumnie na wysokiej półce skalnej. Jego wibrysy zafalowały na mroźnym wietrze Pory Nagich Drzew. Koteczka czuła przyjemne ciarki. Z pozytywną minką wyszła przed szereg, wlepiając spojrzenie w kocura.
— Ja, Lśniąca Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam naszych wojowniczych przodków, by spojrzeli na tę uczennicę. Ciężko pracowała, by zrozumieć wasz szlachetny kodeks, więc polecam ją wam jako wojownika. Mysikrólicza Łapo, czy obiecujesz przestrzegać kodeksu wojownika, chronić i bronić go nawet za cenę życia?
Koteczka poruszyła z rozemocjonowaniem wąsami, wpatrując się w głowę klanu. Czuła na sobie spojrzenia wielu kotów, w tym swoich dumnych rodziców. Miała ochotę podskoczyć wysoko ze szczęścia. Wybić się tak, jak robiły to zające hasające po łąkach, ogromnie zadowolone.
— Obiecuję! — zawołała głośno, aż jej się futerko nastroszyło na karku delikatnie. Żółtooki nie poruszył się, nawet chyba nie mrugnął, zamiast tego machnął spokojnie rudą kitą.
— A zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Mysikrólicza Łapo, od dziś będziesz znana jako Brykający Mysikrólik. Klan Gwiazdy honoruje twój zapał i siłę, a my witamy cię jako pełnoprawnego wojownika Klanu Klifu.
Koteczka wspięła się na skalną półkę i pochyliwszy się przed przywódcą z szacunkiem, polizała go po piersi, jak nakazywała tradycja. Po paru uderzeniach serca zeskoczyła do reszty pobratymców, patrząc na nich z ogromną dumą wymalowaną na pyszczku. Sterczące kosmyki na głowie zagięły się do środka lekko.
— Brykający Mysikrólik, Brykający Mysikrólik! — niosło się donośnym echem po jaskini, odbijając wręcz od ścian. Koteczka, gdyby tylko miała dłuższy ogon, najprawdopodobniej podrygiwałaby nim z rozemocjonowania. Wytarła łezkę szczęścia, lusterkami szukając znajomych futer. Wreszcie, mignęło jej pręgowane kremowe oraz podobne do jej. Podchodząc do Kukułczego Wdzięku i Trójokiego Zająca, pisnęła ze szczerej radości. Kremus od razu zaczął wylizywać jej odstające kępki futra na głowie, mrucząc głośno.
— Jesteśmy z ciebie tacy dumni, córeczko. Długo pracowałaś na to imię, należy ci się. Brykający Mysikrólik! — powiedział, samemu teraz powstrzymując się od łez szczęścia. — Aż mi się przypomina, kiedy to nas mianowano na wojowników. — Spojrzał na partnerkę z uśmiechem, na co ona pokręciła głową, również rozweselona.
— To było tak dawno temu. Brykający Mysikróliku, chodź tu do mnie.
Liliowa szylkretka wysunęła w stronę młódki łapę, następnie przysunęła córkę do siebie i przytuliła ją, co nie trwało długo. Najprawdopodobniej przytłoczyła się lekko nadmiarem emocji. Młoda wojowniczka miała szczerą nadzieję, że jedynie pozytywnych. Zaczęła głośno mruczeć, czubkiem głowy ocierając się o matkę.
— Dziękuję wam tak bardzo, dziękuję — mówiła, zastanawiając się, czy jej rodzeństwo również ją obserwowało. Z pewnością. Później sobie porozmawia z Firletkową Łapą i Słonkową Łapą. Z Ciemką zamierzała pomówić już za parę uderzeń serca.

[1163 słowa]

Od Agrestu (Słonecznej Łapy)

Obudziło go w nocy szturchnięcie, nagłe, którego się nie spodziewał podczas snu. Gdy zobaczył nad sobą wojownika, od razu przypomniał sobie powód jego pobudki. Przyszedł czas na jego noc w lesie. Poprzednio przeszły ją dzieci Kwaśnej Kocanki, w tym Noc, która teraz została Księżycową Łapą. Ciekawe, jakie on dostanie imię… Zatracił się w myślach, nie zauważając nawet, że dotarł na miejsce w lesie razem z wojownikiem, którego… Nigdzie nagle nie było. Rozejrzał się gwałtownie. Na pewno to tu miał zostać? Cóż, nie miał wyboru, teraz to już musiał siedzieć na miejscu. Usłyszał wcześniej ukradkiem, że Noc powędrowała dość daleko i to dlatego wojownicy nie mogli jej znaleźć, aby przyprowadzić ją na mianowanie. Las był ciemny, a wokół można nawet było stwierdzić, że roznosi się mgła. Nie był chyba na to gotowy, ale zdawał sobie sprawę z tego, że nie jest już kociakiem. Ma zostać wojownikiem, ma być silny i nie bać się niczego. Bronić swoich pobratymców, młodsze i starsze koty, jego przyszłą partnerkę… Tak! Musi się wziąć w garść. Usiadł, ogonem zarzucając to w jedną to w drugą stronę. Dobrze, że faktycznie uciął sobie drzemkę wcześniej podczas dnia, przynajmniej teraz czuł się trochę mniej zmęczony, jednak noc sama działała na niego nużąco, otulając go poczuciem zbliżającego się słodkiego snu. Spojrzał na księżyc, który świecił mocno tej nocy. Zbliżała się pełnia, co zauważył po jego kształcie. Zastanawiał się teraz, ile będzie musiał tak czekać. Kiedy wyjdzie słońce? Czas dla kociaka wydawał się być bardzo długi. Westchnął, układając się w bochenek, patrząc na gwiazdy. Ciekawe, czy byłby w stanie je wszystkie policzyć…

⊹₊˚‧︵‿₊⊱·𖤓·⊰₊‿︵‧˚₊⊹

— Sto… dwadzieścia..? Czterysta… Mysie łajno, chyba nie umiem liczyć. — Ostatnie zdanie wypowiedział pod nosem, jakby jego mama miała go usłyszeć. Strzepnął ogonem, patrząc po chwili w niebo. Zaczynało się rozjaśniać, więc zapewne za chwilę wyjdzie słońce. Wstał, otrzepując się. Drżał lekko z zimna, przez otaczający go śnieg. Wcześniej jednak zdążył sobie zrobić miejsce na kamieniu, aby wygodnie usiąść i mieć choć trochę więcej ciepła. Nagle usłyszał szelest w krzakach, przez który od razu wstał, pusząc się. Czy to zwierzyna? Może drapieżnik? Nie bał się jakoś bardzo, ale chciał być gotowy na ewentualny atak. Z buszu wyłonił się jednak Krucze Pióro i Kalinkowy Powiew. Jego futro tym razem nie napuszyło się, a stanęło dęba ze zdziwienia. Jak to, sam zastępca był jednym z wojowników, którzy mieli go przyprowadzić do obozu?! W dodatku to ojciec kociąt Kwaśnej Kocanki, czyli też…
— Nie mamy całego dnia, ruszajmy do obozu. — Dymny nawet nie poświęcił mu jakiejś większej uwagi, od razu odwracając się po tych słowach. Kocurek zdziwiony zamrugał oczami, a po chwili od razu ruszył za nim. Kalinkowy Powiew szła za nim, słyszał dobrze jej kroki. Chciał choćby porozmawiać z którymś z wojowników, ale nie miał na to siły. Czuł się znużony…

⊹₊˚‧︵‿₊⊱·𖤓·⊰₊‿︵‧˚₊⊹

Dotarł do obozu jako jeden z pierwszych ze swojego rodzeństwa. A dokładniej to drugi, tuż po swojej siostrze.
Gdy dotarła reszta jego rodzeństwa, zasiedli przed mównicą, czekając na swoje mianowanie.
— Klanie Wilka! Po raz kolejny w krótkim odstępie czasu mamy okazję mianować nowych uczniów, którzy zasilą szeregi naszego klanu. Wodnik, wystąp ,proszę. — Na prośbę liderki jego siostra wyszła na środek. — Wodniczko, ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Wodnikowa Łapa. Twoim mentorem będzie Blednacy Szalej. Mam nadzieję, że przekaże ci on całą swoją wiedzę. — Kocur dotknął nosem czoła kotki, po czym liderka zawołała jego brata.
— Smukliku, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Smuklikowa Łapa. Twoim mentorem będzie Kalinowy Powiew. Mam nadzieję, że przekaże ci ona całą swoją wiedzę. — Kalinowy Powiew podeszła do swojego ucznia, wykonując ten sam gest, co Blednący Szalej.
— Aronio, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Aroniowa Łapa. Twoim mentorem będzie Wąsatkowy Ruczaj. Mam nadzieję, że przekaże ci ona całą swoją wiedzę. — Agrest po mianowaniu całego jego rodzeństwa dumnie wypiął pierś do przodu. Miał nadzieję, że dostanie dobrego mentora. Lub… Mentorkę. W sumie to, kto wie. Poczekał, aż liderka przywoła go na środek.
— Agreście, wystąp. — Zrobił, jak kazała. — Ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Słoneczna Łapa. Twoim mentorem będzie Zwęglona Kukułka. Mam nadzieję, że przekaże ci ona całą swoją wiedzę. — Zwęglona Kukułka wystąpiła, stając naprzeciwko niego. Schylił głowę, a ta dotknęła nosem jego czoła. Gdy liderka zakończyła mianowanie, wzniosły się wiwaty otaczających ich pobratymców. Wielu z nich gratulowało im, chwaląc ich imiona, a szczególnie chyba jego własne! Sam nie spodziewał się takiej zmiany. Miodowy Ul i Jesionowa Szadź podeszły do swoich pociech z uśmiechem.
— Gratulujemy! Macie piękne imiona i wspaniałych mentorów, jesteśmy z was strasznie dumne… — Miodowy Ul polizała każde z nich między uszami, a Jesionowa Szadź skinęła czule głową. Słoneczna Łapa jednak spojrzał ukradkiem na Księżycową Łapę, która dyskutowała teraz namiętnie ze swoim bratem, Ślepowronową Łapą. Ten w końcu przewrócił oczami, strzepnął ogonem i z tego, co zrozumiał Agrest, zdecydował się sam podejść do nowo mianowanych. Podszedł jednak wpierw do właśnie Słonecznej Łapy, trącając go łokciem.
— No, brawo! Dali ci świetne imię. Słoneczna Łapa ci pasuje, patrząc na twoje futro! — Wskazał ogonem na złociste futro kocura, na co ten uśmiechnął się.
— Dziękuję, też mi się podoba. Może uda się nam kiedyś razem wyjść na jakiś patrol, co? — zapytał zaczepnie kocura.
— Oby! Albo na jakiś trening walki, chętnie zobaczę, jak ci pójdzie, skoro jesteś tak dobrze umięśniony.
— Technika też się liczy. — odpowiedział kocurowi. Życzył mu jak najlepszego treningu, jeśli miał być szczery. Wierzył, że łapa nie powstrzyma go przed zostaniem silnym wojownikiem, miał nadzieję, że zdawał sobie z tego sprawę.
— Cóż, muszę lecieć na swoje szkolenie. Ty chyba też. — Wskazał na stojącą za nim mentorkę, do której Słoneczna Łapa teraz uśmiechnął się trochę speszony. Ślepowronowa Łapa pożegnał się i odszedł, a złoty odwrócił się do kotki.
— Mam nadzieję, że jesteś gotów na trening? Wyjdziemy dzisiaj obejrzeć terytoria z Nocnym Śpiewakiem i Niedźwiedzią Łapą. — Kotka stanęła przed nim, czekając na jego odpowiedź.
— Jasne, możemy ruszać od razu. — Jak powiedział, tak zrobili, bo dość szybko zebrali się wraz z wymienionymi przez mentorkę kotami. Ruszyli wzdłuż terytorium Klanu Klifu. Niedźwiedzia Łapa szedł obok Czarnych Gniazd z podniesionym ogonem.
— Mój tata opowiadał mi, jak wywalczyli to terytorium z Klanem Klifu! Rzucił się na chyba trzech wojowników! — szepnął do Słonecznej Łapy, który spojrzał na niego zdziwiony.
— Naprawdę? — zapytał kocura zafascynowany.
— Tak! Moja mama też tam walczyła. — Z dumą wyszczerzył się, na co Słoneczna Łapa zrobił przeciągłe “wooow…”. Nie zdążył jednak nic więcej powiedzieć, bo dotarli do Potwornej Przełęczy.
— Jesteśmy teraz w miejscu, w którym spoczywa skrzydło latającego potwora. Trzeba być tu ostrożnym, bo zdarzało się, rzadko, ale jednak, że jakiś kawałek spadał na ziemię. Starajcie się na swoich patrolach uważać. — powiedział Nocny Śpiewak, na co oboje skinęli i ruszyli dalej. — Po stronie terytorium Klanu Burzy jest druga jego część. — wskazał ogonem.
— Jest strasznie duży… — stwierdził Niedźwiedzia Łapa. Słoneczna Łapa zerknął między drzewami, samemu stwierdzając po cichu to samo. Po chwili wznowionego marszu dotarli do Opuszczonego Obozowiska.
— Nie jesteśmy pewni, czy dwunożni kiedykolwiek tu wrócą, ale najlepiej nie przychodzić tu samemu. — powiedział znów kocur. Słoneczna Łapa zauważył wiele przedmiotów, które mogli zostawić. Ciekawiło go to, musiał przyznać. Musieli jednak wracać, gdyż powoli zaczynało się ściemniać. Do obozu dotarli dość szybko, a gdy w końcu wszedł po zjedzeniu przepysznej wiewiórki ze stosu zwierzyny do legowiska uczniów, zdziwił się ilością legowisk. Można rzec, że ledwo się mieścili! Ułożył się na jednym z pustych legowisk, na którym nie poczuł niczyjego zapachu. Położył się, a po chwili zdał sobie sprawę z tego, że jego legowisko wydaje się być dość blisko tego Księżycowej Łapy i Ślepowronowej Łapy. Uśmiechnął się lekko, bo miał nadzieję, że kotka być może jednak zmieni zdanie na jego temat… Zwinął się w kulkę, po czym zasnął spokojnie.

[1307 słów]

Od Mysikróliczej Łapy do Firletkowej Łapy

Jakiś czas później, gdy stan łapy się polepszył

Mysikrólicza Łapa szła łapa w łapę obok Bukowej Korony, rozglądając się po rozłożystych terenach Klanu Klifu. Niebo przestrzelone było przez gołębie chmury, a sam nieboskłon przyozdobiono w czysto błękitną barwę. Pogorzeliska majaczyły gdzieś w oddali, tym razem bliżej niż ostatnio. Ogromne drzewo sięgało niemal tych obłoków swoimi rozłożystymi gałęziami. Od ostatniego czasu nie przybyło tam żadnego nowego kota, zatem nie stworzono kolejnego miejsca, w którym ktoś mógłby spoczywać, całe szczęście. Chociaż Mysikrólik podejrzewała, że za niedługo położy się tam Jagnięcy Ukłon, a wraz z nią może ktoś ze starszyzny – Mysi Postrach lub Wieczne Zaćmienie. Srebrna była już w podeszłym wieku była chyba najstarszym kotem w całym Klanie Klifu… żaden z kotów nie miał więcej siwych włosków niż medyczka.
Zranienie, jakie pojawiło się na łapie liliowej szylkretki, zdążyło już się polepszyć, dlatego też mogła normalnie stawiać poduszeczki, chociaż nadal musiała się jako tako oszczędzać, żeby nie pogorszyć na nowo. Miała zakaz biegania na środku obozu. Niekoniecznie ją to cieszyło, ale również nie złościło szczególnie. Dzięki temu zderzeniu mogła sobie jeden dzień z treningów odpuścić.
Koteczka znowu zaczęła się zastanawiać – jacy byli jej dziadkowie? Czy gdyby nadal żyli, miałaby z nimi dobrą relację? Ciekawe, czy byli pochowani pod tym drzewem i czy jej rodzice ich odwiedzali? Nie przypominała sobie nigdy, żeby to robili, ale może nie zwróciła na to uwagi? Może ich odwiedzali, zostawiali prezenty? Pod łapami chrupał jej śnieg, a na wąsach osadzały się malutkie płatki. Może dzisiaj nauczy się czegoś bardziej ekscytującego! Oczywiście, tunele nie były aż takie złe, ale aż tęskniła za morzem. Za donośnym, niosącym się echem klangorem mew zamieszkujących plaże. Za szumem fal obijających się o brzeg, a w szczególności teraz, skoro spadł śnieg. Gdy wreszcie w oddali dostrzegła turkusowe barwy wymieszane z bielą, puściła się biegiem tuż przed mentorem, który jej nie gonił. Jego sylwetka stawała się coraz mniejsza w oddali, a liliowa kotka z napuszoną sierścią podskakiwała po piachu wymieszanym ze śniegiem z ogromną radością. Cała połać pokryła się śnieżnobiałym puchem, który obecnie uginał się pod jej ciężarem, a łapki zapadały delikatnie. Zbite, ciemne bryły rozłożone były po całej plaży, zgarniając ochoczo zaciekawienie Klifiaczki. Nie widziała nigdzie mew ani żadna nie krążyła jej wysoko nad czołem. Srebrny kocur zbliżał się coraz sprawniej, aż finalnie także dotarł. Żółtooka zaczęła grzebać w jednej ze zbitych gór lodu, zastanawiając się, co dzisiaj będą robić. Fale morza obijały się o brzeg mocno, a z każdym najmniejszym poruszeniem sopelki zmrożonej wody migotały, niczym wiele brokatowych drobinek. Mysikrólik poczuła chęć złowienia jednej z nich, aczkolwiek wiedziała, że jeśli tylko spróbuje, to albo mentor sam ją wepchnie do lodowatego morza, albo załamie się pod nią grunt i wpadnie do lodowatej wody, a wtedy z pewnością nabawi się choróbska, którego tak bardzo starała się unikać od początku nieprzychylnej pory.
— Dzisiaj nauczysz się otwierania krabów. Czy już słyszałaś może, jak to robią Klifiacy? — zapytał mentor, gdy ustawił się przed terminatorką i usiadł wygodnie, łapy nakładając na puchaty, czekoladowy ogon. Liliowa pokiwała głową.
— Niektórzy próbują zębami wygryzać skorupę, ale to godne mysiego móżdżka. W ten sposób sobie je tylko połamią. Ja myślę, że najlepiej jest wyrwać im szczypce, żeby nie mogły cię zranić, a potem przygniecenie ich czymś, żeby dostać się do mięsa. Ale mięso sobie będą grzebać głodni, a ja tylko upoluję.
Końcówka ogona wojownika zaczęła podrygiwać to do góry, to do dołu. Kiwnął łbem.
— Kraby teraz są w stanie czegoś w rodzaju hibernacji. Twoim zadaniem jest znalezienie przynajmniej jednego i rozłupanie go, jakkolwiek postanowisz. Musi być większy niż na jednego gryza. Do roboty.
Uczennica zastrzygła wąsami, a potem w paru susach dotarła do miejsca, w którym jeszcze do niedawna widziała odkryte, ciemne skały, wiecznie obmywane przez morze. Zawsze było na nich ślisko i niebezpiecznie. Obecnie kiedy całe pokryły się śniegiem, nie mogła liczyć na lepsze warunki. Starła łapą puch z jednego z nich, wzrokiem szukając jakiegokolwiek zagłębienia. Znalazłszy potencjalną szansę, pazurem spróbowała wygrzebać sobie miejsce. Łapa zaczęła ją boleć z powodu kontaktu z puchem z nieba, aczkolwiek nie przejmowała się teraz tym szczególnie. Stało się to uciążliwe w momencie, w którym czucie w łapach nie chciało jej wracać tak energicznie, jak wcześniej wracało. Dlatego też przystawiła poduszeczki do pyska i zaczęła na nie dmuchać, chcąc, chociaż odrobinę ogrzać zziębnięte palce. Nie była pewna, ile dokładnie czasu jej przydzielono na całe to zadanie, jednak przyjęła z góry, że do wysokiego słońca.
Przez chwilę siedziała w bezruchu, obserwując skały w poszukiwaniu jakiegokolwiek poruszenia. Jedyne, co spotkała, to obmytą powierzchnię przez słoną wodę. Pokręciła łbem, zaglądając do szczelin. Jej ślepka zabłysły, gdy udało jej się dostrzec odstające odnóże. Właśnie o to jej chodziło! Krabia łapka. Wysunęła pazury, a potem wsunęła, ile się dało, paluchy do środka szczeliny i próbowała wygrzebać zdobycz.
Najpierw szło jej mozolnie, a efektów nie było widać. Krab siedział zakotwiczony wewnątrz skały. Ani mu się śniło opuszczać swojego ciepłego domku. Kocica warknęła, marszcząc nos. Musiała nie dość, że go wyskrobać, to w dodatku rozłupać, nie mógł być nawet zbyt mały! Jej szanse na powodzenie nie były szczególnie duże, ale małe również nie. Przecież to był już któryś z kolei trening. Czuła nawet po sobie, że rozumiała coraz to więcej. Nawet pamiętała zasady kodeksu wojownika, z którym od początku miała trudności! Zacisnęła kły i czując piekący ból w łapie, wyrzuciła zimnego kraba ponad swoją głowę. Zwierzątko poruszało się niezwykle powolnie, próbując zakleszczyć szczypce na skórze Klifiaczki. Mysikrólicza Łapa pochwyciła nieopodal leżący kamień i uniósłszy go, rzuciła nim w kraba mocno. Początkowo skorupie nic się nie stało, a zdobycz zdawała się w takim samym stanie osłupienia. Liliowa podniosła kawałek jeszcze parę razy, a potem ciskała nim z całej siły w stronę kraba. Wiele razy chybiła, lecz nie zamierzała się absolutnie poddawać! Wreszcie, ze zirytowaniem pochyliła się nad nim i ujęła w szczeki szczypce, po czym pociągnęła. Poczuła, jak kawałek odchodzi z oporem, a gdy już go wyrwała i wypluła przed siebie, spojrzała raz jeszcze na ciemno zabarwioną skorupkę. Finalnie, usłyszała pęknięcie. Szczękami rozwarła pancerz od góry, ujawniając tym samym różowe mięso. Na pierwszy rzut oka wyglądało na wystarczającą porcję. Rozejrzała się za Bukową Koroną. Nie mogła nigdzie go dostrzec. Zmarszczyła nos, nastawiając czujnie uszu. Próbowała go usłyszeć, jednak ryk morza doskonale zagłuszał mu jakiekolwiek inne dźwięki. Postanowiła więc rozejrzeć się za kolejnym smaczkiem. Może jeśli złapie więcej, to kocur jej uzna trening! W szczelinie zdawało się, nie było więcej pożywienia. Koteczka mimo wszystko wsunęła do środka łapę, czując, jak mokre ścianki pocierały o jej mięśnie, mierzwiąc wielokolorowe futro. Pazurami natrafiła na pewien otwór. Otworzyła szerzej oczy, z zaciekawieniem dłubiąc jeszcze przez chwilę. Wreszcie, postanowiła poszukać patyka i nim wydobyć to, cokolwiek siedziało wewnątrz.
Zeskoczyła z podwyższenia i przybliżyła się do wydm. Wspięła po nich sprawnie, zsuwając kawałki gruntu spod siebie na dół, ale nie robiąc sobie z tego jakoś wiele. Parę uderzeń serca później schyliła łeb, a następnie ujęła w szczękach długi, ale chudy patyk. Wyglądał tak, jakby mniejszy podmuch wiatru mógł go złamać w paru miejscach. Mimo wszystko skoro takiego znalazła, takiego więc zamierzała użyć. Wróciła do swojego miejsca i z westchnieniem ulgi spostrzegła, iż nic nie ukradło jej zdobyczy, co było niesamowitą okazją i niezbyt mądrym ruchem z jej strony. Wetknęła do środka patyk, wypychając zawartość. Kolejny krab pojawił się ponad malutką jamą, a Mysikrólicza Łapa z uradowaniem postanowiła ponowić proces otworzenia go.
Finalnie, wypatrzyła kocura. Siedział pośród śnieżnych zasp, perfekcyjnie kryjąc się za jedną z wysoko pnących się brył lodu. Wcześniej, gdy spoglądała w tym kierunku, mogłaby przysiąc, że go nie było. Całe szczęście jednak odnalazła kocura i zamierzała mu pokazać, że ukończyła przydzielone jej przez niego zadanie. Dlatego też cały zbiór ułożyła w pysku, próbując go nie zaślinić. Radosnym chodem zbliżyła się z powrotem do Klifiaka, patrząc na niego z niecierpliwością.
— Wracamy do obozu — odparł jedynie, a liliowa przechyliła łeb na bok ze swego rodzaju rozczarowaniem. Naprawdę tylko tyle zdołał z siebie wykrzesać, podczas gdy ona tak wiele dzisiaj zrobiła? Czasami żałowała, że nie poprosiła Lśniącej Gwiazdy lub kogokolwiek o zmianę mentora. Obecnie jednak była już w takim wieku, że jej się to najzwyczajniej w świecie nie opłacało. Nie było sensu już zmieniać mentorów, skoro przyzwyczaiła się do sposobu nauczania Bukowej Korony, a w dodatku sporą część wiedzy zdążyła już dawno nabyć, teraz jedynie utrwalając ją sobie na stałe.

***

Mysikrólicza Łapa zauważyła wśród grupy kotów Ćmią Łapę. Niosła w pysku mały pakunek zrobiony z liści, wewnątrz którego najprawdopodobniej miała zioła. Szylkretka oddzieliła się od mentora, zanosząc swoje podzielone na części zdobycze na stertę. Jak na Porę Nagich Drzew, niezwykle jej się poszczęściło. Gdy spojrzała w kierunku, w którym ostatnim razem widziała siostrzyczkę, szybko uświadomiła sobie, że uczennica zdołała już jej gdzieś zniknąć. Do którego legowiska mogła się kierować? Może do legowiska wojowników, hmm…
Ruszyła zatem w stronę wspomnianej jamy, a gdy wetknęła łeb do środka, spotkała się jedynie z pyskami, których nie szukała. Jej ojciec był na patrolu, a matka odpoczywała, dlatego nie chciała jej zawracać ogona. Może pochwali jej się później, jak najpierw zamieni słowo z siostrzyczką.
Wreszcie, kremowe futerko mignęło jej ponownie. Mysikrólik rzuciła się biegiem w stronę żółtookiej siostrzyczki, ocierając się o nią z zadowoleniem.
— Ćmo! Wszędzie cię szukałam! Nie uciekaj mi tak więcej. — Szturchnęła ją w bark przyjacielsko, posyłając chytry uśmieszek. — Co dzisiaj robiłaś? Bo ja otwierałam kraby! Upolowałam aż dwa. Jeśli jesteś głodna, to sobie weź ze sterty któregoś. Pewnie jeszcze nic dzisiaj nie jadłaś — miauknęła, parokrotnie przejeżdżając językiem po poduszeczce, nie pozwalając pręgusce dojść do słowa.
Ćmia Łapa pokręciła głową.
— Nie, jadłam już dzisiaj! Ale to ekstra, że udało ci się tak wiele załatwić! Jak się ma twoja łapa? Ostatnio chodziłaś jeszcze w pajęczynach — zapytała, patrząc na pyszczek liliowej. Rozmówczyni poruszyła wąsami z zadowoleniem.
— Już mnie nie boli aż tak! Mogę biegać, mimo dyskomfortu. Wiem, że miałam się oszczędzać, ale nie wolno mi pozwolić sobie na to, żeby Bukowa Korona uznał mnie za leniwą teraz — mówiąc to, brew podopiecznej Jagnięcego Ukłonu poszybowała ku górze.
— Mysikróliku! Chcesz, żebym cię siłą posadziła w naszym legowisku? Jeśli nie będziesz słuchała się zaleceń, to nigdy nie wyzdrowiejesz, a przecież nie mamy nieskończonych ilości ziół. Chodź, posmaruję ci łapę, ale już dzisiaj nigdzie nie wychodź. Idź tylko do legowiska uczniów i nigdzie więcej, zrozumiano? — powiedziała stanowczo, a szylkretka pokiwała łbem, nie robiąc sobie z tego za wiele. Poszła jednak za koteczką, pozwalając się opatrzyć. Lubiła być w centrum uwagi rodziny. Zawsze było jakoś tak raźniej, milej.
Po skończonej wizycie pożegnała się z kremową i powędrowała do legowiska uczniów. Słonkowa Łapa odpoczywała na swoim miejscu, a Firletkowa Łapa czyścił sobie futerko na piersi. Uśmiechnęła się przebiegle, już wiedząc, co następnie zrobi. Podeszła szybciutko do kocura, zanim ktokolwiek zdążyłby zareagować i wycelowała kuksańca. Miał trafić prosto w jego ramię, a zamiast tego uderzyła w grunt. Z płuc uleciało jej powietrze z bólu. Łapą zaczęła machać na boki, marszcząc brwi i wykrzywiając pysk w dyskomforcie.
— Czemu to zrobiłeś! Teraz mnie boli, aaach! — obwiniła go, kładąc uszy płasko przy głowie. Niebieski zmarszczył brwi, kręcąc głową.
— To ty mnie chciałaś uderzyć.
— Bo wyglądałeś na smutnego! Co miałam zrobić? Poklepać cię po głowie? — zmarszczyła nos, a jej kikut podrygiwał z podenerwowania. Nie rozumiała, dlaczego brat zachowywał się w ten sposób. Chciała mu sprzedać na pocieszenie szturchnięcie, a zamiast tego ponownie spotkał ją promieniujący ból w okolicach kończyny. Tym razem tej zdrowej. Miała tylko nadzieję, że było to mniej poważne niż jej ostatni wybryk. Wystawiła język do kocura, mrużąc oczy, po czym odwróciła się na pięcie, a potem ruszyła w stronę swojego legowiska. On w ogóle nie rozumiał! Firletka miał puch, zamiast mózgu, odkąd spotkał go wypadek.

[1900 słów + otwieranie krabów]

Od Mysikróliczej Łapy do Słonkowej Łapy

— Mamo, upolujesz dla mnie jakąś mysz, jeśli ci się uda? — zapytała liliowej, patrząc na nią dużymi oczkami. Umaszczeniem była jej kopią, jednak charakterami nie mogły się bardziej różnić. Nawet rozłożenie kremowego je różniło, ale uczennica nie robiła sobie z tego wiele. Cieszyła się również, że mogła wreszcie porozmawiać z Kukułczym Wdziękiem. Nadal odczuwała gorycz związaną z wypadkiem Firletkowej Łapy, aczkolwiek potrafiła to przełknąć na rzecz sielankowej rozmowy z rodzicielką.
Wojowniczka poruszyła nieznacznie ogonem.
— Porą Nagich Drzew często jest tak, że wracamy o pustych łapach. Będziesz musiała sama sobie upolować, Mysikrólicza Łapo. Chyba że któraś z karmicielek ci odda swoją porcję, ale ja na twoim miejscu bym im zostawiła — mruknęła matka, spoglądając na córkę, lekko poirytowana. — Gdzie się tak ubrudziłaś? Jesteś cała w pyle — dorzuciła, a jej wąsy zastrzygły. Mysikrólicza Łapa obejrzała swój bok i uniosła tylną łapę ku górze, razem z przednią, żeby obejrzeć również kawałek tyłu. Nie rozumiała za dobrze, dlaczego to był problem. Czy jej nie było do twarzy w pyle? — Doprowadź futro do porządku. Ja już muszę iść, do zobaczenia, Mysikrólicza Łapo. — Przejechała językiem parokrotnie po łebku córki, a potem gdy w paru susach dotarła do reszty patrolu, pomachała jej na pożegnanie kitą. Młodsza przysiadła na moment, rozglądając się po pobratymcach. Powinna zapytać kogoś jeszcze o opinię. Oczywiście ceniła zdanie matki, aczkolwiek na jej jaśniutkim futrze pewnie nawet nie było tego aż tak dobrze widać, dlaczego więc miałoby to robić komukolwiek różnicę? Była zdziwiona, że Klifiaczka w ogóle dostrzegła taką odmianę w jej codziennym wyglądzie. W jej brzuchu zaczęło cicho burczeć, a sama kotka nagle nabrała dużej ochoty na przekąszenie czegoś. Podeszła więc do sterty i wybrała sobie z niej zwierzynę. Zamierzała się nią cieszyć jak najdłużej, dlatego też pozwoliła sobie zjeść ją w spokoju. Dzisiaj wstała dużo wcześniej, specjalnie, żeby mieć więcej czasu przed treningiem z Bukową Koroną. W końcu kocur lubił zaczynać wraz ze wschodem słońca, ganiając ją do roboty, gdy ośmieliła się, chociaż na chwilę odpuścić sobie obowiązek lub nie miała na niego ochoty. Musiała jednak zacisnąć szczękę i uczyć się dalej, materiału przekazywanego przez kocura. Im więcej przyswoi, pokaże mu, że jest gotowa zostać wojowniczką, tym może szybciej doczeka się własnego mianowania. Ciekawe, jakie imię będzie nosić? Podrapała się za uchem, gdy zaczęło ją nagle swędzieć. Mała chmurka pyłu poniosła się na jej bok, obrzucając jednego z przechodzących obok. Tym nieszczęśnikiem była jedna z wojowniczek, Jajeczna Skorupa. Żółtooka zakasłała z niezadowoleniem, marszcząc brwi i zamykając oczy.
— Mysikrólicza Łapo-... — zrobiła chwilę przerwy, zanosząc się ostatnią dawką kaszlu. — Co to za chmura pyłu? Tarzałaś się w piachu? — zapytała, kładąc po sobie lekko uszy. Mysikrólicza Łapa pokiwała głową.
— Widać po mnie? Skąd wiedziałaś, Jajeczna Skorupo? Ładnie mi w pyle? — zapytała, poprawiając sobie łapą odstające futro na policzkach. Wysunęła kły z zadowoleniem. W końcu ktoś ją skomplementował! W takim razie nie było potrzeby znowu się myć, tak jak kazała mama. Ruda koteczka uśmiechnęła się lekko.
— Tak, świetnie wyglądasz! Ale powinnaś dawkować pył. Było go tak dużo, że aż zrobiła się chmurka, gdy się drapałaś. Bardzo mnie zapiekły płuca, jednak nic nie szkodzi! Po prostu następnym razem pilnuj, ile go zabierasz ze sobą do jamy.
Żółtooka pokiwała łebkiem. Zaraz wszystkiego zapomni.
— Dobrze! Będę pamiętać, dziękuję — zamruczała, a potem po paru uderzeniach serca odwróciła się na pięcie i ruszyła w swoją stronę. Nie chciała zagadywać cętkowanej Klifiaczki nazbyt długo, zresztą nie znały się aż tak dobrze, jedynie z widzenia. Liliowa już powoli zapominała, o czym w ogóle rozmawiały chwilę temu. Wszystko spowodowane było tym, iż jej uwagę przykuł mały kamyczek na środku obozu. Podeszła do niego z zaciekawieniem, a potem kopnęła go łapą i zaczęła gonić.
Wrzosowiska, gęsto porośnięte trawą, teraz nakryły się bielutkim dywanem, zabierając na jakiś czas życie z ostatnich, próbujących jakoś przetrwać ziół, z których mogli skorzystać medycy, ale nie zdążyli. Na nieboskłonie od czasu do czasu przelatywała cała grupa ptaków, wydająca charakterystyczny dźwięk, przykuwający uwagę kotów podróżujących pod nimi. Ciekawe co sobie przekazywały? Może kierunek, w którym powinny się następnie udać? Czy wrócą do nich, jak się ociepli, żeby żerować na owadach, a może i nawet żabach? Będą gubić piórka, żeby zrobić miejsce na nowe, dzięki czemu Klifiacy będą mogli je pozyskać i wyłożyć nimi legowiska.
Mysikrólicza Łapa gnała ile sił w kończynach, czując, jak wiatr przyjemnie muska jej futro, a bijący ziąb z wychłodzonej posadzki sprawnie odbiera jej poduszeczkom ciepło. Zdążyła zgubić kamyczek, musiał poturlać się do jednej z wielu małych szczelin w grocie. Wodospad nadal trwał w bezruchu, przepuszczając bardzo dobrze promienie słoneczne, wpuszczając je do środka groty z samego ranka. W ciągu dnia ten błysk przerzedzał się tylko po to, żeby finalnie zniknąć i oświetlać resztę terenów od innej strony. Mroźna pora wcale nie przeszkodziła jej w tym, żeby dobrze się dzisiaj bawić, mimo że nie była już wielkości kocięcia! Lawirowała pomiędzy łapami starszych kotów, śmiejąc się głośno, jakby właśnie wyrwała się z bezpiecznych ram żłobka niepostrzeżona. Humor jej niezwykle dopisywał, odkąd udało jej się zjeść jakąś jedną z chudszych nornic ze stosu. Nawet nie była ciepła, mogła zatem narzekać! Tym razem o dziwo nie zamierzała, nie chciała sobie psuć humoru, dopóki nie była do tego zmuszona. Napuszyła sierść i wyglądała teraz niczym zjeżony jeżyk z odstającymi dwoma rogami na łebku. Przylizała łapę i próbowała je poprawić, ale ilekroć to robiła, tym bardziej zakręcone i stojące powracały. Westchnęła więc ze zrezygnowaniem, a potem ponownie rzuciła się biegiem. Mimo krótkiego ogona, jej równowaga była nienaganna.
Nagle, przed jej oczami wyrósł Klifiak. Kocur odskoczył, patrząc na nią, a liliowa uderzyła z całej siły w kamienną ścianę. Wpadła na nią pyskiem, aczkolwiek najbardziej ucierpiała jej przednia łapa. Zawrzeszczała, czując, jak oblewa ją zimny pot, a serce nagle się zapada.
— Mysikrólicza Łapo? Co ci jest? — zapytał, a gdy został zignorowany, prychnął pod nosem, kręcąc głową, a potem odszedł w swoją stronę. Uczennica nie miała teraz nawet głowy do tego, żeby odpowiadać na pytania. Jej umysł krążył wokół zranienia, które było przecież nie do zignorowania. Zastrzygła wąsami.
Spojrzała na kończynę z paniką wymalowaną w oczach, już była pewna, że ją złamała lub przynajmniej wybiła i że przez to jej mianowanie z pewnością zostanie przesunięte, a nie chciała zostać mianowana wojowniczką jako ostatnia! W jej sercu zagościła gorycz, a oczy zmrużyła z bólu. Przyglądając jej się jednak łapa wyglądała… normalnie? Poruszała nią w różne kierunki, nie czując jakiejś szczególnej różnicy, poza pulsującym dyskomfortem związanym z nagłym zderzeniem, ale i to musiało się nagromadzić z czasem. Prawdziwy problem pojawił się w momencie, w którym postawiła ją na gruncie. Z jej gardła wydobyło się syknięcie, a ze zranionej łapy wysunęły się samoistnie pazury. Porysowała nimi delikatnie posadzkę, wreszcie unosząc ją ku górze, a potem kierując się do legowiska medyczki, kuśtykając. Może i nie szło jej to idealnie, ale na szczęście na nikogo nie wpadła. Do tej pory miała cztery łapy sprawne, nie musiała mierzyć się z takim problemem. Ćmia Łapa z pewnością jej pomoże! Znała się na ziołach, w końcu tak długo się ich już uczyła. Musiała coś jej zaradzić na ból.
Wetknęła łeb do wgłębienia, rozglądając się za kremowymi uszami. Do jej nozdrzy dotarł intensywny zapach ziół, który aż jej zakręcił w tym nosie. Kichnęła głośno, a echo poniosło się po ogromnej jaskini. Spotkała tylko Księżycową Aldrowandę, teraz zaalarmowaną nagłym hałasem i zawieruchą, jaką wraz ze sobą przywlokła koteczka. Jej siostra pewnie poszła na trening z Jagnięcym Ukłonem… kobaltowooka miała już swoje księżyce. Pysk aż jej lśnił od siwych włosków. Zastanawiała się, czy mądrym było pozwolenie jej wyjść poza obóz, gdy możliwe, iż była u schyłku swojego życia. Wyglądała, jakby Klan Gwiazdy mógł ją niebawem zawołać po to, żeby ją objąć w ramionach i powitać w swoich szeregach.
— Cześć, Księżycowa Aldrowando. Ćmia Łapa jest poza obozem, prawda? — zapytała, a potem rozejrzała się pospiesznie po norce i przysiadła na jednym z legowisk z szelestem, nie pytając się uprzednio o pozwolenie. Bursztynooka przyglądała jej się, wyglądała na niewyspaną. Może taki dzień dzisiaj.
— Tak, powinna za niedługo wrócić. Co ci się stało, Mysikrólicza Łapo? Słyszałam wrzask, chodzi o twoją łapę? — mruknęła, gdy spostrzegła, że nawet teraz liliowa miała ją nieco uniesioną, zamiast całkowicie postawioną na gruncie. Żółtooka pokiwała głową. Naprawdę aż tak głośne to było? Czemu w takim razie nikt jej nie wybiegł na pomoc? Naprawdę każdy był tak zajęty sobą?
— Wpadłam w ścianę i bardzo mnie boli łapa, gdy ją stawiam. Masz coś na to? — zaczęła delikatnie wylizywać wspomniane zranione miejsce, jakby miało to w czymś pomóc. W rzeczywistości próbowała jedynie pozbyć się bólu, który teraz stawał się powoli nieznośny, jakoś go rozmasować. Westchnęła, podnosząc ją w kierunku niebieskiej szylkretki. Asystentka pochyliła się nad nią i ujęła kończynę delikatnie w łapy. Chwilę ją obserwowała, parę razy próbowała zgiąć i wyprostować, a potem również nacisnęła na palce, żeby wysunąć wszystkie pazury. Mysikrólicza Łapa stękała, gdy tak się działo.
— Boli mnie, gdy tak robisz — poinformowała ją jeszcze, jakby nie dawała wystarczająco oznak dyskomfortu. Szarawa kiwnęła głową.
— Następnym razem nie wbiegaj rozpędzona w ściany, bo to niebezpieczne. Mogłaś ją sobie nawet połamać — poinstruowała ją surowym tonem, a potem wycofała się do składzika z medykamentami i parę wybrała, w tym pajęczynę, żeby najprawdopodobniej usztywnić kończynę. Było aż tak poważnie? Nie, to jeszcze nie było złamanie, ale byle co to też nie było. Czy Mysikrólik się tym przejęła na dłużej? Niekoniecznie. Ona rzadko kiedy uczyła się na błędach, więc pewnie czekał ją niebawem kolejny bliski kontakt ze ścianą jaskini.
— Będę mogła ćwiczyć? Bukowa Korona musi w końcu zauważyć, jak bardzo się staram! Jeśli dobrze pójdzie, to może zostanę wojowniczką jako pierwsza z całego mojego rodzeństwa — uśmiechnęła się od ucha do ucha, gdy asystentka nakładała chłodną maź na jej łapę, a potem wmasowywała ją porządnie. Zimno przyniosło jej ulge, od razu się rozluźniła, bo do tej pory siedziała z napiętymi mięśniami.
— Teraz to musisz się oszczędzać. Dopóki cię będzie boleć, masz uważać na łapę. Jeśli nie, będziesz zmuszona przenieść się do naszego legowiska, aż nie wyzdrowiejesz. — Pokręciła głową. — Radziłabym ci się mnie słuchać. Ziół nie mamy nieskończoność, a nadchodząca Pora Nagich Drzew nam nie ułatwia zbiorów. To wszystko, Mysikrólicza Łapo. Możesz iść odpocząć w legowisku uczniów. Ja porozmawiam z Bukową Koroną — posłała jej lekki uśmiech, jakby chcąc pocieszyć. Szylkretka pokiwała głową na znak, że przyjęła. Słuchała jej, ale to czy będzie się rzeczywiście do jej słów stosować… to już zależało wszystko od tego, co będzie liliowej bardziej pasowało w danej chwili. Kuśtykając, uważając, żeby nie zerwać opatrunku, wycofała się do centrum Klanu Klifu. Dzisiaj zdążyła już coś przekąsić, dlatego nie była głodna. Może ktoś inny skorzysta. Dlatego też spróbowała truchtem w paru susach dotrzeć do nory uczniów. Może nawet Firletkowa Łapa wrócił!
Nagle poczuła, jak znowu w coś wpada. Tym razem na szczęście nie była to ściana, a twarde ciało. Wpadła na któregoś z wojowników.
Przed jej oczami wyrosła sylwetka Słonecznego Oka. Masywny, spory kocur zmarszczył brwi, patrząc w dół w poszukiwaniu tego, kto mu zakłócił spokój. Dzięki długiej sierści optycznie wydawał się nawet większym, niż był, a nie był też przecież malutki. Liliowy, pręgowany klasycznie z bielą, ale minimalną. Jedno ślepie miał zamglone, a drugie niebieskie. Uszy wywinięte. Karcąco spojrzał na Mysikróliczą Łapę.
— Oj! Uważaj, jak biegniesz, na Klan Gwiazdy! Wpadłaś w kota spokrewnionego z przywódcą — warknął, poruszając ogonem na znak, że mu się to wcale nie spodobało. Szylkretka zmarszczyła nos, gdy podnosiła się właśnie z ziemi. Upadła na zadek, ale i tak ją bolało. Co za różnica z kim był spokrewniony?
— To ty uważaj, jak łazisz! Dopiero co wyszłam od medyczki — syknęła, poruszając delikatnie zabandażowaną kończyną. Powinien patrzeć, gdzie łazi! Co z tego, że to ona na niego wpadła? — Powinni ci dać coś na ślepotę!
— Klanie Gwiazdy, miej tę uczennicę w opiece, bo mi nerwów braknie… — Jego bok zafalował. — Nie widzę tylko na jedno oko. Rozumiem, że jestem niezwykły, ale żeby mnie od razu popychać? — szepnął, a potem westchnął i pokręcił głową. Koteczka przez cały ten czas patrzyła na niego wrogo. Jak on w ogóle śmiał! Nerwów to jej zaraz zabraknie, jeśli jej nie przeprosi za ten haniebny czyn. Słoneczne Oko spojrzał na nią ostatni raz sprawnym okiem, a potem wycofał się i ruszył w kierunku sterty zwierzyny. Mysikrólicza Łapa zadarła nos do góry, mrużąc ślepia.
— Hmpf, chyba śnisz! Nawet mnie nie przeprosisz! — krzyknęła za nim, ale pręgus jej już nie odpowiedział. Zazwyczaj widziała go jako radosnego, dlaczego więc zachowywał się w ten sposób? To było godne mysiego móżdżka. Koteczka dostrzegała w całej tej sytuacji również głównie własną winę, ale nie zamierzała się do tego przed nikim przyznawać. Scenkę trzeba było zrobić, żeby koty miały o czym gadać… Nie. Przecież ona taka nie była. Po prostu na niego wpadła, ale była zbyt dumna, żeby go za to przepraszać, więc próbowała wymusić przeprosiny dla siebie, co jej nie wyszło, więc spotkało się z niezadowoleniem z jej strony. Weszła wreszcie do legowiska uczniów, teraz już wolniej. Ciepły, przyjemny podmuch owiał ją wraz z zapachem skonsumowanego już obiadu, ktoś sobie dobrze pojadł. Wewnątrz odpoczywała Słonkowa Łapa, obecnie najprawdopodobniej śpiąca. Nieopodal leżało posłanie należące do Firletkowej Łapy, ale puste. Złamana Łapa, który przebywał przy jednej ze ścian, również łeb miał położony na przednich łapach, a tylne rozsunięte po całym swoim legowisku. Jego dymny bok unosił się, a potem opadał spokojnie. Dymówkowa Łapa rozmawiała cicho z Cisową Łapą, coś o treningu, czego liliowa nie mogła dosłyszeć dobrze. Jedną z nich uczyła przecież protektorka… ach, zagada do nich innym razem.
Zaczęła się skradać w granicach swoich możliwości w stronę legowiska. Niebieskiej sprawi psikusa innym razem. Teraz… wyciągnęła łapę w stronę łoża, a potem przesunęła je dość sprawnie w inne miejsce. Zadowolona ze swojego czynu, uśmiechnęła się od ucha do ucha i nawet nie zwróciła wielkiej uwagi innych uczniów na siebie, sukces!
Wycofała się do swojego miejsca, kręcąc w nim parokrotnie i z zadowoleniem wreszcie klapnęła sobie, pomrukując pod nosem. Była niezmiernie ciekawa reakcji Firletkowej Łapy. Ostatnio zostawiła mu przecież mech, dlatego o tym również mogliby dzisiaj porozmawiać. Podłożyła sobie łapę pod podbródek i z zadowoleniem zaczęła go wylizywać, czyszcząc sobie różową poduszeczkę.
Nagle w wejściu zamajaczyło dwukolorowe futerko. Firletkowa Łapa wrócił z treningu! Mysikrólicza Łapa trwała w wybranym przez siebie kąciku, obserwując z zaciekawieniem reakcję brata. Początkowo podszedł do miejsca, w którym ostatnim razem spał, przecież jeszcze tej nocy! Potem zaczął się rozglądać i węszyć. Wreszcie, zmarszczył brwi i ze zmęczeniem spostrzegł swoją zgubę. Chwycił w zęby ściółkę, a następnie przesunął ją z powrotem we właściwe wgłębienie. Żółtooka z podekscytowaniem czekała, aż ją skonfrontuje, ale kocur jedynie odwrócił się do niej tyłem i nakrył łapkami. Bok szylkretki poruszył się nieznacznie. Chciała od niego jakiejś lepszej reakcji, w końcu zawsze się tak zabawnie wykłócali. Tym razem tego niestety nie dostała. Zamierzała poczekać, aż się przebudzi, nie robiąc sobie wiele z tego, że mu dokuczała w ten sposób. Desperacko usiłowała uzyskać od niego reakcję jak za starych czasów. Zamiast tego spotykała się z ciszą, co jej bardzo nie pasowało.
Zamiast brata, pojawiła się przed nią Słonka. Mysikrólik czuła się przy niej mała, siostra w końcu była największa z rodzeństwa. Mimo tego uczucia zadarła łeb wysoko, nie rozumiejąc, czego mogła chcieć od niej niebieska. Czyli jednak nie spała. Może tylko udawała?
— Czemu mu cały czas dokuczasz? Ostatnio ta kulka mchu, a dzisiaj przesuwanie legowiska. Co ci to daje? — zapytała, a jej wibrysy zafalowały. Liliowa odpowiedziała wręcz od razu;
— Zawsze sobie dokuczaliśmy, nie pamiętasz? — miauknęła ze skonfundowaniem, wpatrując się w łaciaty pyszczek siostry. Szarawa pokręciła głową.
— Nie. To ty mu zawsze dokuczałaś, on jedynie próbował jakoś ci się odpłacić, ale nie robiłaś sobie z tego za wiele — uświadomiła jej, parokrotnie przejeżdżając językiem po piersi z zażenowania. — Nie widzisz, że mu się to nie podoba?
Jasna szylkretka zmarszczyła brwi, łapą grzebiąc coś teraz w legowisku.
— Do tej pory nie narzekał, skąd miałam wiedzieć? — zapytała z wyrzutem, chociaż mogła się domyślić, że przecież niebieskiemu to nie służyło. Jednak była w stanie zrobić wiele, żeby tylko jej Firletkowa Łapa wrócił. Tęskniła za bratem. — Zresztą ty i tak rzadko kiedy się z nami bawiłaś — westchnęła.

[2626 słów]

15 października 2026

Od Mysikróliczej Łapy

Mysikrólicza Łapa odbijała w przednich łapach świeżutką, miękką kulkę z mchu, ciesząc się ciepłem panującym w legowisku uczniów. Co jakiś czas posyłała ją w powietrze coraz wyżej, sprawdzając jak wysoko była w stanie ją podrzucić i kiedy ktokolwiek zwróci na to uwagę. Wreszcie, gdy wylądowała tuż przed nią, szylkretka przygwoździła ją do ziemi i wysunęła pazury, odrywając malutkie zielone kawałki aksamitnie. Wylądowały głucho obok jej posłania, a ruch wprawił ściółkę pod nią w szelest. Miała wiele energii, którą zamierzała dzisiaj wykorzystać podczas jej treningu z Bukową Koroną. Nie przepadała za srebrnym, w rzeczywistości nawet go nie lubiła, aczkolwiek wiedziała, że został jej przydzielony przez Lśniącą Gwiazdę nie bez powodu. Był po to, żeby ją uczyć, a nie po to, żeby wymieniać się z nią ploteczkami. Spojrzała w stronę łoża niebieskiego kocurka, jakby miał się w nim magicznie zmaterializować na zawołanie.
Brakowało jej Firletkowej Łapy, tutaj, mimo że nigdy nie przyznałaby się do tego nikomu, nawet własnym rodzicom. Chciała zgrywać dorosłą i samodzielną. Taką, co nie przejmowała się wszelkiego rodzaju tragediami, jakie spotykały jej rodzinę. Dzisiaj łapała się na tym, iż rozglądała się po kotach w swoim wieku w poszukiwaniu arlekina, mimo że doskonale wiedziała, iż niedawno wypuszczono go z legowiska medyczek, a obecnie trwała jego rehabilitacja. Formalnie powrócił do legowiska uczniów i miał się chyba dobrze, ale ona unikała go od jakiegoś czasu. Wydawało jej się, jakby stał się zupełnie innym kotem, którego nie znała. To nie był jej Firletkowa Łapa. Zachowywał się inaczej, wyglądał inaczej.
Poderwała się na łapy, a następnie otrzepała z futra wszelkiego rodzaju drobinki i zamachnąwszy się, posłała kulkę w stronę jego legowiska. Może w ten sposób będzie im łatwiej znaleźć wspólny temat do rozpoczęcia konwersacji. Mieli sobie naprawdę wiele do powiedzenia. To mogło zadziałać tylko, jeśli oczywiście zauważy pewną zmianę. Niech ma, powinien być wdzięczny, że mu oddała dobrowolnie własną zabawkę! Bo równie dobrze mogła ją sobie zachować i by jej nawet nie zobaczył! Zerknęła na własne łapki ze zmieszaniem. W głowie pojawił jej się obraz braciszka. Liliowa kocica zmarszczyła nos na samą myśl. Dlaczego Trójoki Zając nie zrobił więcej? Czemu Kukułczy Wdzięk nie odsunęła jej brata od klifu, skoro było ryzyko, że spadnie? Miała rodzicom za złe tamten pamiętny dzień, nawet jeśli nie było jej przy tym. Nie mogła wiedzieć, czy dało się temu zapobiec. Jej umysłu kurczowo trzymały się słowa, że tak. Gdyby nie nieuwaga, to niebieski nadal miałby cztery sprawne łapy i nienaganną pamięć. Nadal byłby sztywniakiem, który nie potrafił się dobrze bawić. Teraz był cichym cieniem samego siebie, z którym nawet nie mogła pożartować jak za starych czasów. Nie mogła mu dokuczać, bo w kącikach oczu zbierały jej się łzy. Nie potrafiła zrozumieć, czemu ktokolwiek pozwolił na taką sytuację. Chciała wtulić się w liliowe futro matki i usłyszeć, że wszystko będzie dobrze, po staremu. Zepsułaby Firletce stojak i by się wspólnie o niego kłócili aż po wieczór, potem by zasnęli wtuleni w siebie do wielu historii o ptasich przewodnikach i następnego dnia mogłaby mu dorzucić kolejnego psikusa. Na pewno coś by wymyśliła. Może Ćma także by się przyłączyła i bawiliby się we trójkę, a Słonka czuwałaby nad nimi, odciążając lekko matkę.
Koteczka potrząsnęła łbem, a uszy położyła po sobie. Jeśli będzie tu siedzieć cały dzień, to nie dość, że Bukowa Korona się na nią zdenerwuje, to w dodatku zmarnuje niepotrzebnie czas, który mogłaby równie dobrze przeznaczyć na naukę i mieć to z głowy. Nie było sensu w rozmyślaniu nad czymś, na co nie miała żadnego wpływu. Wykrzywiła pysk w niezadowolonym wyrazie. Mimo tych myśli, równie dobrze w idealnym świecie mogłaby na czas trwania treningu wpatrywać się w zamarznięte fale morskie, obijające się lodowymi sopelkami o piaszczysty brzeg wymieszany ze śniegiem, tworzący wielkie, zbite, twarde bryły i by poszła stamtąd spokojniejsza, niżeli gdyby słuchała gadania jednookiego. W rzeczywistości jednak zmuszona była słuchać kocura. Uniosła dumnie głowę i wyszła z legowiska wreszcie.
W centrum był niemały ruch. Wielu wojowników wybierało się właśnie na poranny patrol. W jednym z nich mignęło jej kremowe futro ojca. Ostatnio mało z nim rozmawiała. Panujący chłód w jamie momentalnie uderzył w nią, a mroźne pazury Pory Nagich Drzew wprawiły jej łapy w lekkie drżenie. Poduszeczki łap stały się zimne, a ona sama napuszyła sierść, żeby nie tracić ciepła tak szybciutko. Wodospad był zamarznięty i czuła się aż dziwnie, nie słysząc nieustannego ryku, do którego zdążyła się przyzwyczaić odkąd przyszła tutaj na świat. Czekoladowy kocur już na nią czekał. Ogon miał owinięty wokół łap, jedna z brwi uniosła się ku górze.
— Dłużej się nie dało? Później będzie zimniej i będziesz narzekać — prychnął, a koteczka poruszyła nieznacznie kikutem ogona.
— Nie będę! Od tego mam futro, żeby mnie grzało — patrzyła na niego, czekając, aż wreszcie wyruszą. Bursztynooki podniósł się wreszcie i skierował w stronę wyjścia z obozu.
— Uważaj, żebyś się po drodze nie potknęła z powodu swojego jakże bujnego futra.
Młódka poczuła, jak wzdłuż kręgosłupa jej kłosy się podnoszą. Miała ochotę mu wygarnąć, jednak wiedziała, że nie zaprowadziłoby jej to donikąd. Musiała sobie tym razem odpuścić, mimo że wewnątrz niej aż zawrzało. Kocur był niezwykle zapatrzony w siebie i nawet prawdopodobnie nie zrobiłby sobie za wiele z jej wywodu, a może i dostałoby jej się po głowie za wszczynanie kłótni na środku obozu, gdzie każdy mógł ich usłyszeć, obserwować. Dlatego też przewróciła oczami, już powoli rozmyślając nad tym, jakiego psikusa mogła podarować swojemu mentorowi. Igły z drzewa wydawały się w porządku rozwiązaniem. Kłułyby go w zad i może byłby mniej wredny!
Patrol zdążył wyruszyć, w sercu Klanu Klifu zrobił się dużo mniejszy tłok. Lśniąca Gwiazda ostatnio do nich powrócił, jednak Mysikrólicza Łapa nie przykładała temu szczególnej wagi, mimo że to wcale nie było byle co. Klan Klifu wręcz wrzał od nowości. Koteczka jakoś nigdy nie interesowała się takimi ogłoszeniami, ponieważ nie miała na to przestrzeni w głowie. Była zdania, że ktoś o wyższej randze się tym z pewnością zajmie. Musiała uczyć się podczas treningów, zapamiętywać, a w dodatku myśleć również o tym, co spotykało jej rodzinę. Nie miała czasu na zastanawianie się, co działo się z ich przywódcą, od tego były inne koty. Całe szczęście, wypadki nie były szczególnie częste, więc mogła być przynajmniej o tyle spokojniejsza. Nadal myliły jej się niektóre punkty kodeksu wojownika, jednak pracowała nad tym. Jeszcze się wyuczy.
Znalazłszy się wraz z mentorem poza ogromną jaskinią, dopiero teraz poczuła prawdziwy ziąb. Poduszeczki łap piekły ją z powodu mrozu, a w uszach powolutku traciła czucie. Starała się oszczędzać energię na cokolwiek, co wymyślił dla niej dzisiaj kocur. Dlatego też nie odzywała się do niego za bardzo, ale i on sam nie mówił nic, przynajmniej dopóki nie dotarli do jednego ze wgłębień. Koteczka zamrugała ze zdziwieniem, wpatrując się w przestrzeń przed sobą. Tunel był przysłonięty oprószonymi śniegiem krzaczkami. W oddali majaczyło Pogorzelisko, czyli kawał martwej ziemi, teraz gęsto posypanej puchem. Były to pozostałości po pożarze, o który liliowa nigdy nie dopytywała szczególnie wiele, chociaż może powinna. Był to cmentarz, najprawdopodobniej tam spoczywali jej przodkowie. Koteczka została oprowadzona po terenach, już kojarzyła, gdzie co się znajdowało, aczkolwiek nigdy nie puściła się po nich sama, a może powinna. Niezwykle bardzo słuchała się mentora jak na nią. Płacząca wierzba poruszała nagimi gałęziami na wietrze, zrzucając z siebie kawałek daru Pory Nagich Drzew. Miała nadzieję, że kiedyś zostanie tam pochowana cała jej rodzina, w chwale. Nie zastanawiała się jeszcze, z czym sama by chciała zostać pochowana. Była młoda i całe życie było dopiero przed nią…
Spojrzała na tunel ponownie. Bukowa Korona poruszał końcówką ogona z podenerwowaniem.
— Zapamiętaj tę ścieżkę, bo będziesz musiała nią wrócić, ale bez mojej pomocy. Jeśli się zgubisz, będziesz musiała jakoś odnaleźć wyjście, a jeśli będzie dużo dalej od tego miejsca, wrócisz tutaj i mnie znajdziesz — polecił jej, a potem ruchem gęstej kity nakazał podążać za sobą. Wydawało jej się to bardzo proste – wystarczyło w końcu porobić parę kroków i się wrócić, prawda? W końcu skoro miał czekać tutaj, a ona wchodziła jednym wejściem, to nie mogło być to aż takie trudne. Jak daleko mogły wić się wszystkie te korytarze?
Do jej nosa uderzył ziemisty, trochę przytłoczony mrozem zapach. Koteczka początkowo czuła się ściśnięta, ponieważ jej ciało stykało się z wąskimi korytarzami. Szła tuż za mentorem, węsząc w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby ją nakierować, gdy już przyjdzie czas, aby wyłoniła się sama. Tlenu było tutaj odczuwalnie mniej, również odniosła wrażenie, iż było tutaj cieplej, mimo srogiej, nieprzychylnej pory. Nawet jeśli próbowała się rozglądać, to przed jej oczami nie majaczyło nic poza kamieniami oraz ciemnością, dlatego też im głębiej się zanurzała, tym mniej widziała. W pewnym momencie, gdyby nie szuranie łap o podłoże, nie miałaby pewności czy kocur szedł nadal przed nią, czy może zdążył odejść do jednej z wielu odnóg. Wilgotna ściana posklejała jej końcówki futerka, plącząc je na boku. Klifiaczka zmarszczyła nos, nadal depcząc wręcz po piętach wojownikowi. Zastanawiała się, jak on dawał radę się przecisnąć przez te szpary, skoro był od niej większy.
Wreszcie dwójka dotarła do większej jaskini, do której może i nie docierało światło, jednak dało się wyczuć trzy różne odnogi. Liliowa zastanowiła się przez parę uderzeń serca, czekając na słowa srebrnego. Będzie musiała wybrać jeden i nim wrócić żywa. Ze szczelin nie wydobywał się żaden zapach, nie było widać również światła, dlatego musiała chwycić się innej strategii.
— Wszystkie te trzy korytarze różnią się szerokością. Musisz wybrać jeden i nim wyjść na powierzchnię, a potem jakoś dotrzeć do miejsca startowego.
Powiedziawszy to, wycofał się do tunelu i po chwili kroki ucichły. Musiał zatem wrócić albo chciał, żeby tak myślała. Przysiadła, odsuwając się trochę od wejścia jakby w obawie, że zostanie dostrzeżona przez Bukową Koronę. Ryzyko było duże, a na nagrodę się nie zapowiadało. Kto o zdrowych zmysłach by ryzykował własnym życiem? Zamierzała tutaj odczekać wystarczająco długo i potem wrócić po śladach wojownika. Skoro sobie poszedł, nie mógł przecież wiedzieć, czy faktycznie postąpiła tak, jak jej rozkazał, tak? Najwyżej mu powie, że wynurzyła się po drugiej stronie i wróciła podziemiami. Wróciła do celu? Jeszcze nie, ale wróci.
Dlatego też z zadowoleniem wycofała się, gdy wydawało jej się, iż siedziała tutaj już całą wieczność. Znajome rozwidlenie musnęła łapami, trzymając się jednej ze ścian. Prosta droga, w paru miejscach musiała skręcić, jednak sam tunel do tego zachęcał, oferując tylko taką drogę. Wystający korzeń ze ściany musnął jej futro wzdłuż kręgosłupa, co wywołało u niej skonfundowanie. Gdy tędy szła, nie było żadnej gałęzi. Może tamtego razu udało jej się ją ominąć? Może miała ugięte łapy i dlatego jej nie dotknęło? Mniej więcej w tej chwili podłoże powinno opadać, a zamiast tego wznosiło się aksamitnie ku górze. Zawęszyła, gdy do jej głowy zaczęły napływać myśli, że z pewnością się zgubiła. Nie, to niemożliwe, przecież… szła tędy wcześniej. Tędy szedł Bukowa Korona, gdy ją prowadził, tak? Uchyliła pysk, by jakakolwiek woń wraz z ziemistym zapachem doleciała do jej pyszczka. Posmakowała zefirku, z zaskoczeniem dochodząc do wniosku, że wcale nie podążała tropem srebrnego. ,,Co jest? Dlaczego ta droga tak bardzo się różni?”, zadawała sobie wewnętrznie pytanie.
Wreszcie, natrafiła na ślepy zaułek. Jej pyszczek zetknął się ze ścianą, a futro napuszyło. Nie rozumiała tej sytuacji. W którym momencie dokładnie popełniła błąd? Oczy miała otwarte, jednak nie widziała zupełnie nic. Poduszeczką musnęła ścianę raz jeszcze, jakby potrzebowała w tej chwili zapewnienia, że jej się nie wydawało. Los jej płatał konkretne figle.
— Świetnie, właśnie tego mi było teraz potrzeba! Dzięki ci ktokolwiek to wykopał! — krzyknęła, jednak nieważne jak głośno by się nie wyrażała, dźwięk ginął w głuchej ciszy, rozchodząc się po krętych korytarzach. Łapą uderzyła w ścianę tylko po to, żeby nią po chwili pomachać z bólu. Była twarda i zimna, to wywołało w niej tylko większą frustrację. Nie powinna tutaj siedzieć, nie tak chciała spożytkować nadpłatę energii.
Odwróciła się na pięcie i ruszyła tam, skąd przyszła, ale znacznie wolniej. Robiła co w jej mocy, żeby tylko nie panikować. Tutaj ilość tlenu była odmierzona i każdy ruch godny mysiego móżdżka mógł ją wiele kosztować. Również kończyny nie miały przecież nieskończonych zasobów siły, więc wymagało to od niej ruszenia głową. Wróciła do miejsca, w którym rozstała się z mentorem. Jego zapach był teraz zwietrzały, jednak nadal wyczuwalny. Mieszał się z tym należącym do niej.
Koteczka zaczęła węszyć i po zbadaniu przestrzeni, miała ochotę uderzyć się w głowę. Ruszyła zupełnie nie tym tunelem, którym powinna była. Szybko odszukała ten, którym – miała nadzieję – rzeczywiście tutaj przybyła. Dobrze, że nikogo nie było obok, bo z pewnością zostałaby wyśmiana.
Ocierała się o ścianę, czując powoli narastające zmęczenie w jej łapach. Im dłużej tu była, tym coraz konkretniej dygotały jej łapy na zimnie. Prawdopodobnie, gdyby tylko padało tu nawet choćby blade światło, z pyszczka udałoby jej się dostrzec ciepłą chmurkę, szybciutko rozwiewaną przez lżejszy wiatr. Była niezwykle wdzięczna Klanowi Gwiazdy za to, że jej nie wiało po kostkach. Wtedy zagrożenie życia byłoby konkretniejsze i możliwe, że nie pozwoliłoby jej na skupieniu się nad czymkolwiek. Chciała stąd wyjść.
Tym razem nie napotkała żadnych korzeni, gałęzi, czy czegokolwiek innego. Z każdym kolejnym krokiem jej źrenice zwężały się, a w oddali dostrzegła malutką plamkę światła. Miała ochotę rzucić się w jej kierunku niczym do łap matki w celu przytulenia się do nich, aczkolwiek przestrzeń sprawnie ograniczała jej ruch. Gdy tylko poszerzyła się na tyle, żeby mogła poprawnie rozprostować łapy, rzuciła się pędem, a od wyskoczenia na powierzchnię dzieliła ją coraz mniejsza odległość.
Wyskoczyła wręcz stamtąd, dysząc ze zmęczenia. W płuca nabierała mroźne powietrze, jej bok unosił się prędko i opadał równie szybciutko. Bukowa Korona siedział nieopodal, wpatrując się w swoją uczennicę. Trzepnął kitą, gdy do niego podeszła, gotowa, żeby wrócić wreszcie do azylu. Już jej nawet nie robiło teraz różnicy to, że nic nie upolowała i jeszcze nie zdążyła zjeść choćby połowy piszczki. Miała już na dzisiaj dość.
— Myślisz, że nie wiem, że nie spróbowałaś nawet jednego tunelu? Masz mnie za ptasi móżdżek? — zapytał, strzygąc wąsami. — Nie zaliczam ci dzisiejszego treningu. Odpracujesz go jutro. Dzisiaj już wracamy, bo się ściemnia, a nocą temperatura spada nawet konkretniej i przebywanie poza obozem byłoby po prostu nierozsądne. Chodź.
Mysikrólicza Łapa napięła mięśnie. Na początku ją zamurowało. Przecież ruszyła jednym z nich! Okazał się kozim rogiem!
— Przecież poszłam jednym z nich! Zaprowadził mnie donikąd, dlatego zrobiłam co w mojej mocy, żeby się wydostać na powierzchnię-... — miauknęła gniewnie i gdy już miała dodać więcej, wyrażając otwarcie swój sprzeciw, wojownik przerwał jej w połowie zdania, marszcząc brwi.
— Wy, kotki, myślicie, że jesteście takie sprytne! Powiem ci coś; beze mnie byś dzisiaj nawet nie nauczyła się, że na terenach Klanu Klifu są tunele. Nie dyskutuj, wracamy.
I po tych słowach Mysikrólicza Łapa rzeczywiście się uciszyła. Początkowo myślała, że o wszystkim powie swoim rodzicom. Potem jednak przypomniała sobie, że przecież od teraz była uczennicą i musiała się słuchać własnego mentora, ponieważ to od niego zależało czy zostanie wojowniczką, czy nie.
,,Jeszcze mu pokażę, temu zarozumiałemu kocurowi! Jeszcze zobaczy, do czego jestem zdolna!”, myślała sobie, spoglądając w jego kierunku z ogromnym niezadowoleniem. Jak on w ogóle mógł! Zachował się tak, jakby dzisiaj nie zrobiła absolutnie nic i tylko zbijała bąki, a to była czysta nieprawda! Nawet jeśli właśnie taki miała zamiar, to w rzeczywistości faktycznie skorzystała z chociaż jednej z odnóg. To było takie niesprawiedliwe! W dodatku nadal bolała ją trochę łapa. Ale co się nauczyła, to jej. Przynajmniej wiedziała już który tunel gdzie prowadził, mniej więcej. Pozostały jeszcze dwa inne, których może nie będzie potrzebowała. Zamierzała wyrobić sobie sposób, który umożliwiłby jej wyjście z każdego z tuneli, jeśli tylko przyszłoby jej kiedyś znowu się tutaj zapuścić, co było tak naprawdę bardzo możliwe, skoro Klan Klifu miał dostęp do podziemnych korytarzy. Miała cichą nadzieję na to, że może jutrzejszego dnia Bukowa Korona zmieni zdanie i zabierze ją na plażę, a tam potrenują coś nowego, ciekawszego.

[2581 słów + nawigacja w tunelach]

[52% + 5%]

14 października 2026

Od Mordor do Wrotycz

Mordor, gdy tylko dostała informację, że jej oko jest już zdrowe i zaraz ściągną jej okład zjeżyła futro, łapą ściągnęła glistnik jaskółcze ziele z oka i wybiegła z obozu, wskakując na drzewo.
— Nie możesz iść sama! — zawołała Rohan, wskakując na drzewo za córką. — Słyszałaś tą młodą uczennicę. Na naszych terenach pojawiają się lisy — dorzuciła.
Mordor zmarszczyła pyszczek. Niezbyt ją to interesowało. Tyle razy była na zewnątrz sama, skacząc po drzewach i jeszcze nigdy nie zaatakował jej żaden głupi lis. Czemu miałaby interesować się tym teraz, gdy jakaś głupia uczennica wojownika rozgaduje, że może grozić im niebezpieczeństwo. Poruszała się bezszelestnie między drzewami, czując, jak coś idzie tuż za nią po ziemi. Zamarła nagle, nieomal, spadając z drzewa. Wślizgnęła się z powrotem na gałąź, spoglądając w dół, gdzie zamiast lisiego ogona napotkała wzrok pomarańczowych oczu byłej samotniczki. Zjeżyła lekko futro zestresowana i schowała się bardziej za gałęzią. Czuła jak chłód przeszywa jej kości, ale nie chciała rozmawiać z kotką. Ponoć trochę brakowało jej piątej klepki. Tak jak Mordor zresztą, ale to nie była istotna w tej chwili informacja. Wrotycz, gdyż tak nazywała się uczennica będąca w tej chwili przy drzewie miała srebrne szylkretowe futro, bardzo podobne do tego Mordor. Zwiadowczy i jednak nie posiadała futrzanej srebrzystości, a jej biel rozkładała się tworząc niby odwróconego pointa. Karpati uznała, że wyglądały nawet trochę jak siostry, chociaż drugiej kotce brakowało kilku jej cech. Czując na sobie ponownie wzrok z powrotem schowała się za drzewo, nerwowo się trzęsąc. Zastanawiała się, czy kotka się odezwie.
— Chyba nie możemy sami wychodzić z obozu. Rohan mi każą… — miauknęła kotka.
— Nie obchodzi mnie co kazała ci moja matka! — pisnęła nerwowo, zeskakując z drzewa. — Przyganiał wróbel bocianowi — warknęła cicho pod nosem.
Były jeszcze wyjątkowo blisko obozu, więc tu nie groziło im raczej żadne niebezpieczeństwo, choć Mordor nie zamierzała uświadamiać o, tym kotki.
— Czemu? — zamrugała.
Karpati zaczęła się zastanawiać, o co chodziło z tą kotką. Nie potrafi zrozumieć z tonu jej niechęci? A może zupełnie to ignoruje?
— Bo tak? Wychodzę zawsze sama. Nigdy nie straciłam ogona… ani niczego takiego. Mam nadzieję, że ten udział przypadnie tobie — mruknęła niewyraźnie, zaraz, kręcąc główką. — No idź stąd.

<Wrotycz?>

Wyleczeni: Mordor

Od Kaczorka

Kaczorek nie potrzebował wiele do szczęścia. Wspomnienia zanikały w jego głowie bez problemu, pozostawiając go zadowolonego z tego, co ma, a nie rozpaczającego nad tym, co być mogło. Lubił otwierać swoje oczyska i wpatrywać się w ciepły żłobek, pachnący mlekiem. Co prawda nie znał nazwy miejsca, w którym przebywał, ale co chwila przelewały się dookoła niego koty, przez co czuł, że to jego kąt. Przynajmniej w jakimś stopniu… gdyż dalej nie rozumiał, gdzie zniknęła woń, która wcześniej otaczała go cały czas. Chyba jednak nie było to takie znaczące, skoro miał tutaj całą opiekę, jakiej mógłby tylko potrzebować. Życie traktowało go łagodnie.
Przyniesienie do obozu pamiętał niewyraźnie. Czasem tak jest, sami rozumiecie. Wspomnienia zlewają się w jedną całość bez szansy na dokładniejsze ich pojęcie. Potrafił przywołać obraz koteczki, która obecnie otulała go ogonem. Tamtego dnia wydała mu się nieznajoma, ale szybko zwątpił w coś takiego. W końcu to ona podarowała mu bezpieczeństwo, jakiego potrzebował. Według niego zasłużyła sobie na przychylne miano. Otóż tamtego popołudnia, długo po górowaniu słońca, przywitała go po raz pierwszy. Nie pamiętał, kiedy znalazł się przy jej boku, ani czy kiedykolwiek go opuścił. Pamiętał wyłącznie pierwsze usłyszane od niej słowa.
— Cześć, maluszki… od dziś się wami zaopiekuję, dobrze? — wydała z siebie pomruk, oczywiście bez oczekiwania odpowiedzi. Jednocześnie przysunęła wszystkie trzy malutkie ciałka do siebie poprzez zagarnięcie łapami. Zachowała oczywiście wszelkie sposoby ostrożności i delikatność prawdziwej matki.
Jej długie futerko było idealne do wtulania się. Różnice w kolorze nie miały najmniejszego znaczenia, jeśli mógł przyciskać pyszczek do ciepła innego kota. W zimnym otoczeniu pozwalało mu to na utrzymanie przyjemnej temperatury ciała. Z natury nie był on nazbyt głośny, więc trzymał się blisko oferowanego kawałka spokoju. Wtem poczuł liźnięcie lądujące na jego główce i przechylił się na plecy, aby pokazać mamie brzuszek – mamie w teorii. Kiedy jest się kociakiem, każda opieka tego typu może być uznana za mamę, dlatego też on odebrał to w taki sposób i po prostu chciał więcej atencji. Nie myślał na temat prawdziwości stwierdzenia o więzach rodzinnych.
Miło było czuć ciepły język na swoim ciele. Niektóre kociaki mogłyby marudzić, lecz on cieszył się z darowanej miłości i mruczał cichuteńko. W sumie zapach nie różnił się tak mocno od pierwotnego opiekuna. Prędko wypadnie mu z pamięci, jak to kiedyś dookoła panował zapach drewna, a nie wody. Bez dwóch zdań zapomni jeszcze więcej, może nawet o pierwszej usłyszanej wypowiedzi padającej z ust Morświnowej Płetwy. Na razie było to bez znaczenia. Ważna była pielęgnacja futerka, a potem zmiana do jednego z rodzeństwa malca. Następnie możliwość przesunięcia do boku siostry i wtulenie się w kolejny znajomy aromat. A nie możesz żałować czegoś, czego nie pamiętasz.