BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

28 września 2026

Od Poziomkowej Łapy

Po mianowaniu Kostki, przed zasypaniem żywcem

— Poziomkowa Łapo, nie możesz się bać używać swoich łap i pazurów. Walki uczniów to wyjątek, owszem, jednak przy nich również musisz się przyłożyć. Nie możesz wiecznie dawać się pokonywać, bo w razie wojny każde łapy będą potrzebne do pomocy — wybrzmiały słowa starszego, niczym grom niosący się po zachmurzonym, ciemnym niebie, a szylkretka kiwała główką z położonymi uszami po sobie, jakby zgarniała ochrzan od matki za najgorsze przewinienie. Nie chciała wracać do tamtego dnia, ponieważ to nie było nic przyjemnego. Sam fakt, że musiała pobić się z własną siostrą i to w dodatku tak mocno… poruszyła niespokojnie ogonem, patrząc na kocura. Chciała udawać, że tamten pojedynek nigdy nie miał miejsca. Nie miała tego za złe Porzeczce, raczej sobie, że była taka… bezużyteczna. Czy przewodnik miał pomysł na dzisiejsze szkolenie? Skoro rozmawiali o walkach uczniów, koteczka bała się, że mogła się domyślać, na co wpadł. Kocur zamyślił się jeszcze na chwilkę, jakby potrzebował posmakować własnego pomysłu przed podzieleniem się nim.
Wreszcie skinął głową.
— Zawalczysz z Jabłkową Łapą. Może problem tkwi w pokrewieństwie, a nie sposobie walki.
Niebieskooka westchnęła z ulgą. Nie chciała znowu walczyć ze swoimi bliskimi, to było dla niej niezwykle trudne. Nie tylko fizycznie, ale i też psychicznie. Oczywiście, przepychanki rodzeństwa rozumiała, jednak to było o stopień wyżej, co jej się wcale nie podobało. Jabłkowej Łapy nie znała dobrze, jedynie z widzenia, ponieważ dzieliły legowisko. Sama nie była pewna, co spowodowało jej ostatnią porażkę. To nie było tak, że się z niej cieszyła. Wręcz przeciwnie.
— Dziękuję, Śniący Obserwatorze — miauknęła ze szczerą wdzięcznością. Przewodnik podniósł się i otrzepał długie kłosy z paprochów, a następnie ruszył eleganckim krokiem w stronę Gadożerowego Pyska, już czekającego na nich, nieco na uboczu centrum. Zdziwiła się, że byli już ugadani – tak szybko? Czyli wystarczyło jedynie przekazanie jej informacji. Jednak, nie przedłużając nadto, również podniosła zadek z posadzki i zrównała z nimi kroku, czując, jak serce podchodzi jej delikatnie do gardła. Musiała tym razem wygrać. Jeśli wygra, może nie będzie musiała więcej z nikim walczyć, przynajmniej na jakiś czas.
Patrzyła dużymi oczkami na Jabłkową Łapę, starszą od siebie uczennicę. Kocur o wydłużonym, klinowym pysku również nic nie mówił, wywijając aksamitnie ogonem. Cała czwórka szła w milczeniu, co przyprawiało uczennicę o lekki dreszcz. Przywykła do tego, że podczas większych, zebranych grupek ktoś zawsze o czymś zawzięcie opowiadał albo chociażby charkał sobie na boki, a tutaj jedyną, która to robiła, była ona. Odchrząknęła w grobowej wręcz ciszy, czując, że zbiera jej się chrypka w gardle. Brązowooka spojrzała na nią, uśmiechając się delikatnie, a Poziomka wbiła wzrok w łapy ze skonfundowaniem, szybciutko tego żałując, bo gdy chciała również odwzajemnić rozpromienienie, arlekinka już na nią nie patrzyła.
Dotarli do jednej z wielu odnóg. Dwójka najstarszych usiadła nieopodal siebie, a uczennice czekały na polecenia mentorów. Szanse na zagadanie do niej właśnie przepadły, już nie było na to czasu.
— Stańcie przed sobą w równej odległości.
Obydwie wykonały polecenie. Poziomka była delikatnie niższa od Jabłkowej Łapy, jednak, całe szczęście, nie aż tak wiele, dlatego też poczuła, że może miała z nią szansę. Nie chciała z nikim walczyć, to nie wpływało na nią dobrze. Jej pierwsza i najnowsza walka uświadomiły jej, jak słaba była. Znajomy i przyjemny, ziemisty zapach wydobywał się ze ścian rozgałęzienia, przynosząc Poziomce swego rodzaju komfort. Może i nie był on ogromny, jednak doceniała go niezwykle. Końcówka ogromnego, trójkolorowego ogona wywijała na boki z nerwów, a Jabłkowa Łapa miała zawieszony wzrok na niej, mięśnie napięte. Była gotowa. Niebieskooka zaś w ogóle. Mimo to nigdy nie będzie czuć się gotowsza niż dzisiaj. Chciała to mieć już za sobą.
— Walczcie! — wybrzmiał niski głos jednego z dwójki kotów. Poziomkowa Łapa położyła uszy przy głowie i rzuciła się biegiem w stronę Jabłkowej Łapy. Znalazłszy się wystarczająco blisko, gdy liliowa miała już uskakiwać w bok w ostatniej chwili, potknęła się i przewróciła, przez co czarna wbiegła w nią z impetem. Arlekinka upadła na bok głucho, wznosząc w powietrze chmurkę kurzu, a szylkretka ułożyła się tuż obok niej. Kotki wspólnie zaczęły kaszleć, jednak nie powstrzymało to młodszej przed postawieniem swojej łapy na piersi drugiej i przyciśnięciem jej mocno do ziemi. Brązowooka szarpnęła się i spróbowała ją ugryźć w jedną z kończyn, przez co nacisk Poziomki zelżał i arlekinka prędko to wykorzystała, bowiem zamachnęła się tuż przed jej pyskiem, krzywiąc się, gdy poruszała choćby palcem. Gdyby tylko miała wysunięte pazury, z pewnością polałaby się krew. Z tą myślą zatem instynktownie, uczennica przewodnika chrząknęła i pochwyciła zranioną łapę przeciwniczki, naciskając na nią. Jabłkowa Łapa wrzasnęła, co wystraszyło długofutrą.
— Tylko bez pazurów! Nie ma się polać choćby kropla krwi — przypomniał im Gadożerowy Pysk.
— Poddaję się! — zawołała liliowa, a rudaska zrobiła duże oczka, odwracając łeb i spoglądając teraz na swojego mentora.
— Poziomkowa Łapa wygrywa! — powiedział, przymykając na chwilę oczy. Koteczka poczuła, jak serce przyspiesza jej bicia. Naprawdę udało jej się wygrać? Śnieżnobiały pomógł swojej podopiecznej wstać, arlekinka kulała. Niebieskooka zerknęła na nią ze zmartwieniem.
— Możesz stanąć na łapie? — zapytał mentor, a Burzaczka, gdy tylko zetknęła się poduszkami z gruntem, syknęła z bólu.
— Chyba ją zwichnęłam. Możemy pójść do Wdzięcznej Firletki? — zapytała, przechodząc obok Poziomki i spoglądając na nią chłodnym wzrokiem. Koteczka poczuła nieprzyjemne ukłucie w sercu. Była na nią zła? Na pewno zrobiła jej krzywdę… Poczuła, jak w kącikach oczu zaczyna ją piec ze wstydu i wyrzutów sumienia.
— Nie chciałam ci zrobić krzywdy, ja… — mruknęła w jej stronę, ale spotkała się z ciszą. Śniący Obserwator ruszył u jej boku, patrząc przed siebie.
— Przejdzie jej, to na pewno nic takiego — próbował ją pocieszyć Gadożerowy Pysk. — Mamy świetną medyczkę, pomoże jej.
Czarnofutra otarła łezki, kiwając głową. Miała nadzieję, że właśnie tak będzie. Przecież nigdy nikomu nie zrobiłaby celowo krzywdy! Nie skrzywdziła w całym swoim życiu nawet muchy. Będzie musiała przeprosić koleżankę z legowiska jak najszybciej. Zrobi to wtedy, kiedy Jabłuszko ochłonie po ich walce.

[950 słów, walka w tunelach]

Od Mandarynkowej Gwiazdy CD. Trzcinowego Szmeru

Uśmiechnęła się.
– Nie ma za co. Na pewno zostanie dobrą i szanowaną wojowniczką godną miana namiestniczki – zapewniła.

***

Teraźniejszość

Dzisiaj nakazała Błękitnej Lagunie przywołać do jej legowiska parę najstarszych namiestników pod pretekstem omówienia postępów w treningu Centuriowej Łapy i Orzechówkowej Łapy. Kiedy Żmijowcowa Wić i Trzcinowy Szmer wkroczyli do jej legowiska i zajęli swoje miejsca naprzeciwko niej, przeszła do rzeczy.
– Na pewno pamiętacie niedawny atak wydr i samotników na nasz obóz – zaczęła. – Tak się składa, że podczas przesłuchania Dryfująca Bulwa udzielił mi kilku interesujących informacji, w zamian za co został puszczony wolno i mógł odejść z terenów Klanu Nocy.
Oba koty zastrzygły uszami z zainteresowaniem na tę informację.
– Powiedział mi, że jakiś czas temu zobaczył jakiegoś kota w towarzystwie wydr. Te go nie atakowały, a więc jest szansa, że samotnicy oprócz ptaków trenują również wydry przeciwko nam – tu zrobiła pauzę. – Chciałabym, żebyście zbadali tę sprawę. To znaczy, wytropili wydry i sprawdzili ich powiązania z samotnikami, a następnie przekazali mi wyniki waszego dochodzenia.
Para skinęła głowami.
– Niestety nie wiadomo dokładnie, gdzie wydry zostały zaobserwowane w towarzystwie kota, więc o tym wszystkim musicie dowiedzieć się sami. Liczę na was.
Przesunęła po nich wzrokiem. Nie chciała narażać ich na niebezpieczeństwo, aczkolwiek była pewna, że poradziliby sobie z tym. Poza tym nie miała tak naprawdę innego wyboru, o ile nie zamierzała puścić tego wszystkiego mimo uszu.

<Trzcina? Dostajecie zadanie bojowe>

Od Łabędziego Tanu CD. Milczka (Milczącej Łapy)

Popatrzyła na kociaka, potem na rysunek, a potem jeszcze raz (tym razem z oburzeniem) na kociaka. Przyciągnęła jedną łapę do swojej piersi i otworzyła pysk, ale odebrało jej mowę. Czy on uważał, że była gruba?! Co za niewychowany bachor! Trudno się dziwić skoro to dziecko czekotki. Zgromiła go surowym wzrokiem, podniosła się i poszła sobie gdzieś indziej, zostawiając zdezorientowanego kociaka samego.

***

Właśnie poprawiała swoje futro po powrocie z treningu z Jasną Łapą, kiedy podszedł do niej inny uczeń. Milcząca Łapa – ten dziwak od czekoladowej samotniczki, który przy ich ostatnim spotkaniu bardzo ją zdenerwował. Usiadł naprzeciwko niej i wlepił w nią swoje ciemnoniebieskie patrzałki. Uszy opadły jej lekko z niezadowolenia, zanim nie przyjęła ponownie swojej zwyczajowej postawy.
– O co chodzi, Milcząca Łapo? – zapytała spokojnie, jednak w jej głosie można było dość łatwo wyczuć nutę niechęci. Nie patrzyła na niego, zamiast tego uniosła jedną ze swoich łap i zaczęła oceniać stan swoich pazurów. Ten zaczął coś mamrotać i bełkotać niezrozumiale. Kiedy nadal na niego nie patrzyła, wstał i przesunął się, by ponownie znaleźć się w jej linii wzroku. Był widocznie zirytowany. Zaczął wymachiwać łapami, wskazywać na nią, na niego, a potem jeszcze gdzieś indziej. W końcu opuściła swoją łapę i westchnęła.
– Przykro mi, ale nie rozumiem cię – miauknęła z udawanym smutkiem. To najwyraźniej spotęgowało frustrację kremowego, bo ku jej zaskoczeniu i oburzeniu złapał ją za łapę i pociągnął. Zabrała łapę i prawie krzyknęła:
– Co ty wyprawiasz?!

<Milczek?>

Od Księżycowej Aldrowandy

— Aldrowando, wszystko w porządku? — spytała Ćmia Łapa, patrząc z lekkim zmartwieniem na starszą koleżankę.
Księżycowa Aldrowanda zakasłała ponownie. Nie miała siły się odezwać, więc tylko skinęła głową z niemrawą miną. Gardło drapało ją niemiłosiernie od samego ranka. Najpewniej nabawiła się jakiejś choroby na sam początek Pory Opadających Liści. Pytanie teraz pozostaje, skąd się ona wzięła? Winowajców mogła wskazać kilku. Mogła zarazić się od Rybitwy, kiedy była dwa dni temu w żłobku. Mogła załapać coś podczas spożywania wraz ze swoim bratem tej samej zdobyczy dzień wcześniej. Albo zwyczajnie ją przewiało, kiedy wyszła w nocy z obozu za potrzebą.
Nieważny był teraz powód, a to, co zamierzała z tym zrobić. Medyczka podeszła do półki z ziołami i po szybkim przeglądzie wymruczała kilka mniej ładnych wyrażeń pod adresem matki natury, która nie raczyła jej dać więcej wrotyczu, czy też miodu. Jak nie to, to czym mogła jeszcze leczyć swoją infekcję gardła? Aksamitką lub tatarakiem. A że tatarak był bliżej kotki, to po niego akurat sięgnęła. Aldrowanda położyła korzeń tej rośliny wodnej na ziemi, po czym zmiażdżyła jego fragment. Zielonkawy sok wypłynął z korzenia, a ona zaczęła go od razu zlizywać. Był paskudny w smaku, ale zdążyła się już przyzwyczaić do faktu, iż zioła prawie nigdy nie smakowały. Wyjątkiem były miód, mak, kocimiętka oraz czyściec wełnisty. Chociaż co do tego ostatniego, to nie każdy by się z nią zgodził. No cóż, opinia jest jak zad — każdy ma swój.
Resztki korzenia, który na nic się już nie przyda, zutylizowała do małego dołka wykopanego w rogu zielarni. To był jej osobisty wynalazek, z którego była niezwykle dumna. Do dołka wrzuca się zużyte zioła i przykrywa je korą z brzozy. Kiedy dołek się wypełni, resztki pakuje się do liści, a następnie całą taką partię wyrzuca poza obóz. W ten sposób nie trzeba tyle chodzić. Jagna nie musiała tyle chodzić. Bo szczerze mówiąc, to Aldrowanda wymyśliła to głównie dlatego, żeby oszczędzać stawy starej medyczki. Z biegiem czasu obserwowała, jak jej mama zaczynała mieć nieco większe problemy z chodzeniem. Starość powoli dawała jej się we znaki, chociaż Jagna się do tego nie przyznawała.
— Czujesz się już lepiej? — spytała kremowa uczennica, wyrywając nagle szylkretkę z toku myśli.
— Trochę tak. Ale i tak muszę dać sobie czas na wydobrzenie — odparła, uśmiechając się delikatnie, po czym wróciła do młodszej kotki.

Wyleczona: Księżycowa Aldrowanda

Od Ślepowrona CD. Zwęglonej Kulułki

Kocurek obserwował, jak wojowniczka podreptała do stosu zwierzyny, po czym ruszyła w jego stronę. Gdy przy nim stanęła, poczuł się mniejszy niż zazwyczaj, chociaż szylkretka wcale nie należała do wysokich bądź barczystych kotów. Kukułka odłożyła na ziemię przed nim świeżą zdobycz.
— Witaj, Ślepowronie. Czemu siedzisz tu samotnie? Pora Opadających Liści robi się coraz chłodniejsza, lepiej byś nie zachorował — miauknęła łagodnie.
Ślepowron dobrze wiedział, o czym mówiła. Pomimo swego dłuższego futerka, chłód zaczął się do niego powoli dobierać. Chociaż najzimniejsze dni jeszcze daleko przed nim, to już teraz tęsknił on za wygrzewaniem się na słońcu przed żłobkiem. Nie pamiętał zbyt wiele z tamtego okresu, był na to zbyt młody, ale pamiętał tamto ciepło. Kiedy więc wojowniczka zaproponowała, aby wrócić do środka, nie wykłócał się. Chociaż chętnie podreptałby sobie teraz wokół wejścia, to jeszcze chętniej zaznałby trochę ciepła.
Wraz ze Zwęgloną Kukułką wszedł więc do środka, przesuwając się pomiędzy gałęziami krzewu, który robił za żłobek klanu. W jego wnętrzu było zdecydowanie przyjemniej niż na zewnątrz, przynajmniej jeśli rozmawialiśmy o kwestii temperatury. Kocurek spojrzał na szylkretkę, która niosła na powrót w pysku zwierzynę. Obdarowała nią karmicielki, a także zostawiła jedną dla Kwaśnej Kocanki, która akurat wyszła na chwilę ze żłobka kwadrans wcześniej, ale finalnie została jej o jedna za dużo.
— Ach, źle wyliczyłam — mruknęła cicho, strofując się sama.
Ślepowron przypatrzył się myszy, która leżała teraz u stóp Kukułki. Mała, futrzasta kulka leżała bezwiednie, nie mając już nic do piśnięcia. Kociak przypomniał sobie, że w zasadzie nigdy nie próbował jeszcze pokarmu stałego, chociaż zdaniem Ognikowej Słoty był już na to zapewne gotowy. Jakże więc smakowała mysz? Wszyscy jego starsi pobratymcy zajadali się nimi z uciechą. Musiała więc być smaczna. I aromatyczna. Miodowy Ul wspominała raz o tym, jak bardzo tęskniła już za zapachem świeżej zwierzyny, która wkrótce miała stać się jej łupem na polowaniu. Ach, jak bardzo chcę już spróbować jakiejś małej myszy!
Kocurek spojrzał na szylkretkę, przekrzywiając nieco swój łebek w bok.
— Zwęglona Kukułko, czy ja też mógłbym dostać mysz na śniadanie? — spytał.
To nagłe i niespodziewane pytanie zaskoczyło wojowniczkę. Zamrugała kilka razy, przetwarzając w mózgu tę prośbę.
— No nie wiem, Ślepowronie… Pytałeś się Kwaśnej Kocanki, czy już możesz jeść myszy? — spytała niepewnie.
— No… no nie… — odparł kociak, kładąc delikatnie uszy. — Ale Ognikowa Słota powiedziała, że już mogę zaczynać! Mam ponad dwa księżyce!
Zwęglona Kukułka zmarszczyła brwi. Nadal nie była pewna co do dawania tak młodemu kociakowi myszy do jedzenia.
— Kukułko, proszę! — miauknął przeciągle i cicho, stosując technikę swojego brata, Niedźwiedzia, który w ten sposób parę razy dostał to, czego chciał. — No chociaż jeden mały kęs!

<Zwęglona Kukułko?>

Od Wzorzystej Dali CD. Rozżarzonej Pieśni

Uśmiechnęła się na słowa Rozżarzonej Pieśni.
– Dziękuję – miauknęła, po czym popatrzyła gdzieś indziej. Nie chciała pokazywać po sobie, jak bardzo nowa rola ją stresowała. Dlatego postanowiła poddać się z podtrzymywaniem rozmowy. Mogłaby przez przypadek narobić sobie jakichś nieprzyjemności. Teraz tylko wystarczyło wytrzymać tę niezręczną ciszę, dopóki nie wrócą do obozu.

***

Od czasu mianowania dzieci Rozżarzonej Pieśni, spędzała więcej czasu sam na sam ze Skrzydlatą Pogonią. Głównie dlatego, że Różeńcowe Serce dostało własną uczennicę i nie miało już tak dużej ilości czasu, żeby spędzać go z nimi. Okazjonalnie zdarzało się jednak tak, że cała trójka jaśniejących skrzydeł prowadziła treningi dla Zanurzonej Łapy. Wzorzysta Dal uważała to za dużo trudniejsze zadanie niż szkolenie Jajecznej Łapy – teraz Jajecznej Skorupki. Uczennica miała po prostu inny charakter. Była dużo energiczniejsza i głośniejsza. Momentami jej to przeszkadzało, ale ogólnie nie żywiła negatywnych uczuć wobec młodszej. W końcu tak już było u uczniów. Przynajmniej miała wpojone ideały lojalności wobec klanu. Dzięki temu mogła daleko zajść. Aczkolwiek… nie życzyła jej tego. Żadnemu kotu nie życzyła zostania jaśniejącym skrzydłem i konieczności robienia tego, czego ona i jej przyjaciele się dopuścili. Siedziała właśnie na uboczu obozu, spożywając posiłek wspólnie ze Skrzydlatą Pogonią, kiedy zobaczyła awanturę. Przy wejściu do jaskini Klifiaków Focza Fala krzyczała na swoją uczennicę. Współczuła Krabowej Łapie mentorki. Niebieska nie zmieniła się od czasów uczniowskich, a na pewno nie na lepsze. Nadal była furiatką i awanturniczką. Zobaczyła, jak była Wilczaczka podchodzi do córki i próbuje odciągnąć ją od napastniczki. Nie pomogło to zbytnio, ponieważ młoda nie chciała dać za wygraną i zaczęła sama wykłócać się z mentorką, więc ruda po prostu stała tam, zbierając obelgi. W końcu Wzorek nie mogła już dłużej siedzieć bezczynnie.
– Zaraz wracam – rzuciła do przyjaciela, wstała i przeszła przez obóz aż do kłócących się kotek.
– Ty durna kocico! Jak mogłaś namawiać mojego partnera do zdrady?!
– Odczep się od mojej mamy, ty nadęta starucho! – odparowała czekoladowa. Rozżarzona Pieśń patrzyła na swoje dziecko ponaglająco, jakby chciała jak najszybciej się stamtąd ulotnić. Kiedy szylkretka do nich podeszła, oczy Foczej Fali od razu się na nią przeniosły.
– Kolejna! Nie myśl, że Bukowa Korona nie mówił mi o tym, co działo się na zgromadzeniu!
Świetnie. Naprawdę doskonale się dobrali. Jedna głupsza od drugiego.
– Focza Falo, przestań wykrzykiwać bzdury i idź już do tego swojego, łajno wartego, partnera! – miauknęła zirytowana. – Chyba że mam powiedzieć Lśniącej Gwieździe, że nie jesteś w stanie zachować się porządnie w obozie.
– Desperatka i lizuska – prychnęła z pogardą odchodząca niebieska. “Furiatka i awanturniczka” pomyślała sobie arlekinka, ale ugryzła się w język przed wypowiedzeniem tych słów. Popatrzyła tylko na Krabową Łapę i jej matkę z niemym pytaniem, czy wszystko w porządku.

<Żar?>

Od Wrony CD. Puchacza

Przeszłość

Wrona wybiegła, aby zapytać, jakie imię duszy otrzymał jej brat. Został mianowany!
O mało nie wpadła na brata, który właśnie zszedł z drzewa.
– Cześć, Puchaczu! Jak po mianowaniu? Otrzymałeś już imię duszy?
Czekoladowy nastawił uszy.
– Wrono, nie mam żadnego…
– Jeszcze nie dostałeś?
– Nie… nie chce go mieć… nie wierzę we Wszechmatkę.
Dymna była w szoku. Nie wiedziała, że brat był niewierzący. Również było jej przez to wstyd, że o tym nie wiedziała.
– Oł, rozumiem… pamiętaj, wspieram cię, nieważne co, okej?
– Okej. – Puchacz wymusił na sobie uśmiech.

Teraźniejszość

Wrona właśnie wróciła z przyjacielskiego polowania, na którym była ona, Iskrzyk, Borowik i Śnienie.
– Super nam poszło i tym razem nic się nie zdarzyło! – zaśmiała się kłapoucha, która często była świadkiem różnych niecodziennych zdarzeń. Lubiła to, dzięki nim życie było jeszcze ciekawsze.
– No dobra, dajmy to wszystko na stertę zwierzyny! – mruknął Śnienie, który niechcący upuścił mysz, która zaczepiła się na jego brodzie.
– Śnienie, masz nowego entuzjastę swojej brody! – zaśmiała się.
– Haha, bardzo śmieszne! – powiedział z udawanym oburzeniem czarny.
– A… a… A PSIK! – kichnęła.
– Oho, może pójdziesz do uzdrowiciela? – zaproponował bury.
– Dobry pomysł, Borowiku. Później się spotkamy. Pa! – pożegnała się i poszła do nory uzdrowicieli.
– Witaj, Gołąbku i Modrogończyku! Mój nos jest strasznie zapchany, macie coś na to?
– Witaj, Wrono – kiwnął głową bury medyk. – Wydmuchaj nos w tego liścia, a potem dam ci zioła.

***

Wrona nareszcie mogła normalnie oddychać. Pora Nagich Drzew zbliżała się wielkimi krokami, a ona nie chciała, aby jej katar zaostrzył się w coś poważniejszego. Przed nią siedział Puchacz, patrzący na niebo. Dawno nie spędzała z nim czasu…
– Hej, Puchaczu! Co u ciebie? – miauknęła kotka i usiadła obok niego.

Wyleczeni: Wrona

<Puchaczu?>

Od Skrzydlatej Płomykówki CD. Kurzej Łapy (Połyskliwego Koguta)

»» ———— ⚜ ———— ««
Przeszłość,
w nowym obozie,
pora nagich drzew
»» ———— ⚜ ———— ««

— Kurza Łapo, wiem, że może być Ci ciężko, jednak... Jednak to nadal twoja matka, a moja siostra. Jeśli myślisz, że jesteś z tymi uczuciami sam, to się mylisz. Ciągle zastanawiam się, czy podjęłam wtedy właściwą decyzję, wypowiadając się o jej losie w ten sposób, skazując na pracę w tunelach. — A mogła jednak nie wspominać o Rudzikowym Skrzydełku, teraz miała na głowie poddenerwowanego młodzika, który uważa, że jego matka powinna zginąć wraz z dwójką skazańców. — Czasem najlepszą karą jest pozostawienie przy życiu, z narastającym poczuciem winy, żalem — dodała, wracając do swojego opanowania. Nie może dać się ponieść emocją, musi pokazać, że potrafi być oparcie dla Kurzej Łapy i jego siostry.
Początkowo kobaltowe spojrzenie zmiękło, lecz z kolejnymi słowami reakcja ucznia się zmieniał, by finalnie zastępczyni mogła usłyszeć prychnięcie z tego strony.
— Zabili ci partnera, twoją matkę i matkę twojej pół siostry — mówił powoli bez krzty emocji, spoglądając w sufit — A zachowujesz się, jakby Tańcującego Pierza i Nieustraszonego Chomika nigdy tu nie było. Jakby Gradobijący Cierń nie powiedział, że ciała naszych poległych wojowników zostały wrzucone do wody i mogą w każdej chwili się wynurzyć. I z jakim spokojem żeście przyjęli tę śmierci. — Zmarszczył brwi. — ... Czy Zawodzące Echo... nie, Zawodząca Gwiazda to zaplanował? Wiedział, że nie ma morderczyni i potencjalnego truciciela w obozie, i kazał własnemu ojcu włóczyć się na samym końcu orszaku... jakby świadomie skazywał go tym na niechybną śmierć. — Obrócił głowę w jej kierunku. — I czemu Rudzik dostała najłagodniejszą karę ze wszystkich? Przyznała się do zabicia Ognistej Piękności. Przyznała się do złamania jej kości i wrzucenia do paszczy ognia. Każdy z nich zabił. Czemu dajemy im żyć? Czemu dajemy żyć Gradobijącemu Cierniowi, wiedząc, że zabił dwa koty, w tym przywódcę i najbliższą osobę dla Echa? I czemu emanujecie takim spokojem!? — Uniósł się i wstał gwałtownie, mierząc ją wzrokiem. — Wasza cała święta... nie wiem, szóstka? Śniący Obserwator, Wdzięczna Firletka, Lotosowy Pąk, Cyklonowe Oko, Zawodząca Gwiazda... i ty — mówił, podejrzliwie mrużąc oczy. — I cała ta zgraja kotów pragnących krwi! Mówiono mi o egzekucji ojca Ciernia i Berberysa! Czemu... czy to jest jakiś spisek!? — cofnął się do kamiennej ściany.
— Kurza Łapo! — syknęła, kiedy uczeń nie chciał przestać mówić i sam się jedynie nakręcał bardziej. — Zrozum, że o wielu sprawach jeszcze nie masz pojęcia. Śmierć każdego z nas czeka, czy to naturalna w sędziwym wieku, czy z łap bliskich, jak ostatnio. To, że wraz ze Śniącym Obserwatorem, Wdzięczną Firletką, Lotosowym Pąkiem, Cyklonowym Okiem, Zawodzącą Gwiazdą i pewnie innymi Burzakami zachowujemy spokój, nie znaczy, że ta sprawa w żadnym stopniu na nas nie wpłynęła. Po śmierci matki, informacji o zdradzie Rudzikowego Skrzydełka zostałam cholerną zastępczynią klanu! To ja z Zawodzącą Gwiazdą i Wdzięczną Firletką dźwigamy na barkach cały klan. Musimy myśleć o ogóle, a nie pojedynczych jednostkach. Jeśli chcesz być przewodnikiem, nie możesz mieć tak egoistycznego podejścia — wyjaśniła, pod koniec opanowując emocje. Jeszcze tego brakuje, by inni to widzieli, słyszeli, czy jakkolwiek się dowiedzieli. Nie mogła sobie na to pozwolić, nie kiedy klan potrzebował silnego oparcia w liderze i zastępcy. — Jeśli chcesz jeszcze pomówić, poszukać wsparcia to jestem, ale nie myśl, że będę bezczynnie obserwować, jak podążasz obecną drogą. Jeśli będzie trzeba, to wykonam obowiązek twojej matki i wychowam ciebie i Perłówkową Łapę na dumnych Burzaków, którzy będą w stanie obiektywnie patrzeć na sprawy klanu.
Po tych słowach oddaliła się, pozostawiając ucznia samego sobie, by miał czas się uspokoić i przemyśleć jej słowa. Może i zareagowała dość ostro, a okazanie zrozumienia Kurzej Łapie niezbyt jej wyszło, lecz jeśli jest mądry, to szybko zrozumie, czemu cętkowana tak postąpiła. Musiała teraz myśleć o przyszłości klanu, tej Zawodzącącej Gwiazdy oraz własnej. Nie wiadomo, czy za parę księżyców nie pojawią się kolejni zdrajcy, którym nie spodobają się rządy dymnego. Musiała być na to gotowa. Gotowa na poświęcenie życia lub zajęcie miejsca kocura.

»» ———— ⚜ ———— ««
Obecnie, po śmierci
Rudzikowego
Skrzydełka, czuwanie
»» ———— ⚜ ———— ««

Kiedy po obozie rozeszła się wieść o śmierci Rudzikowego Skrzydełka, srebrna czuła, jak łapy się pod nią uginają, a świat przed oczami wiruje. Gdyby nie Oskrzydlony Ognik u boku, ta zapewne by upadła głucho na kamienną posadzkę obozu. Zimny dreszcz rozszedł się po jej ciele, pozostawiając po sobie uczucie zimna, a niebieskie ślepia, teraz jakby puste, nie były w stanie skupić się w jednym miejscu. Gardło ścisnął jej głęboki żal i smutek, powodując nawet trudności ze złapaniem głębszego oddechu. Miała ochotę krzyczeć, wręcz drzeć się na całe gardło, by każdy wiedział, że Skrzydlata Płomykówka jest w stanie, które nigdy nie doświadczyła, nawet po śmierci Sójczego Błękitu. Wtedy nie mogła pozwolić sobie na rozpacz, gdyż klan jej potrzebował, jednak teraz? Teraz powoli podnosili się z kolan, a ona mogła zająć się również prywatnymi sprawami.
Teraz już wiedziała, co Poczciwy Szakłak musiał czuć przy śmierci Poczciwego Dziwaczka oraz Kołysankowej Łapy i zaczęła być pełna podziwu dla niego. Sama czuła, jak jej dusza jest rozrywana na kawałki z każdym uderzeniem serca, sprawiając wrażenie już nie do odratowania.
Długo nie minęło, gdy Zawodząca Gwiazda natknął się na nią w jednym z tuneli, sprawiając wrażenie, jakby właśnie jej szukał. Jego ruszy były sztywne, jakby chwilę wcześniej był świadkiem czegoś, co już na stałe utknie w jego pamięci. Ruda nawet nie zdążyła otworzyć pysk, by nieco ochrypłym głosem zadać pytanie dymnemu, kiedy ten przeszedł do rzeczy. Miała mu pomóc wyciągnąć ciało siostry. Nie rozumiała czemu, jednak nie miała siły pytać o to — skinęła głową, a następnie ruszyła za starszym.
Przy wejściu do legowiska więźniów, skinęła głową Cyklonowemu Oku, który stał na straży. Srebrno rude pręgowane klasycznie ciało jej siostry wyglądało wyjątkowo marnie, zupełnie inaczej niż ją zapamiętała z czasów, kiedy to Rudzik była entuzjastyczną kotką, która jako pierwsza starała się wyciągnąć Szakłaka z emocjonalnego dołka. Jej białe łapy niemal ponownie się pod nią ugięły. Szybko jednak się opanowała, kiedy tylko wyciągną zmarłą, to pozostanie przy niej, mając zamiar odbyć czuwanie, nawet jeśli oznaczałoby to zarażenie się czarnym kaszlem, który był rzekomym powodem jej śmierci.
Widok papki blisko pyska Rudzikowego Skrzydełka jednak skutecznie rozwiał podejrzenia o czarny kaszel. Może i łączyła poszlaki zbyt pochopnie, lecz miała wrażenie, że nie było przypadkiem, iż to właśnie syn zmarłej poinformował lidera o odejściu jednego z więźniów. Pamiętała słowa młodego kocura, kiedy ten jeszcze był uczniem — już wtedy Kogut nie rozumiał decyzji o pozostawieniu Rudzikowego Skrzydełka przy życiu.

»» ———— ⚜ ———— ««
Ogłoszenie losów
Łzawej Łapy oraz
Połyskliwego Koguta
»» ———— ⚜ ———— ««

— Zawodząca Gwiazdo, czy mogłabym jeszcze zabrać głos w tej sprawie? — spytała, kiedy tylko sytuacja z Poziomkową Łapą została opanowana, a koty ponownie zebrały się w Grocie Pamięci. Początkowo dymny nie był przekonany, jakby z obawy, że oddanie głosu bliskiemu zmarłej może okazać się złym pomysłem. Po dłuższej chwili jednak skinął głową, a srebrna przeniosła wzrok z niego na dwójkę oskarżonych. — Połyskliwy Kogucie — zaczęła od swojego bratanka. — Klan pokładał w tobie nadzieję, w tym ja, że wyrośniesz na wspaniałego przewodnika, który pomimo matki zdrajczyni będziesz w stanie odnaleźć się wśród nas. Starałam się ciebie wspierać pomimo wielu obowiązku zaraz po pożarze, zapewne nie tylko ja się starałam, lecz jak widać, dla ciebie to było za mało. Uznałeś, że dobrym pomysłem będzie wraz z Łzawą Łapą morderstwo więźnia, ale jednocześnie własnej matki. Nie obchodzi mnie to, że może na to zasługiwała, czy może nawet prosiła. Nie masz poszanowania dla czyjegoś życia! Powinieneś zostać wygnany jak Dziki Berberys lub nawet poddany egzekucji, niczym Nieustraszony Chomik i Tańcujące Pierze, skoro nie żałujesz swych czynów! — Z każdym zdaniem jej chłodne opanowanie przeradzało się w zburzenie, by ostatnie słowa wręcz wykrzyczeć, co raczej nie było przyjemnym doświadczeniem dla pobliskich kotów. Nim ktokolwiek zdążył jej przerwać, kontynuowała: — A ty Łzawa Łapo. — Skierowała swoje spojrzenie na uczennicę. — Zawiodłaś o wiele więcej kotów. Nie tylko ojca, matkę czy rodzeństwo, ale oba klanu! Jako uczennicy Wdzięcznej Firletki każdy Ci ufał i postanowiłaś tak to wykorzystać. Powinnaś również być wygnana, nawet jeśli pochodzisz z miotu, który symbolizuje sojusz pomiędzy Klanem Burzy a Owocowym Lasem. Swym występkiem splamiłaś ten sojusz! Nie jesteś godna tego zaszczytu!
Kiedy tylko zakończyła swój monolog, jeszcze przez chwilę po jaskini rozchodziło się echo jej wyroku na dwójce morderców. Miała gdzieś to, że okazała słabość w postaci braku zapanowania nad sobą. Każdy szanujący się wojownik, który nie chce, by młode pokolenie wyrosło na zdrajców i morderców, powinien podzielać jej zdanie. Ona nie bała się nim podzielić, wręcz przeciwnie — niech każdy wie, jakie ma podejście do tej sprawy. Może i zrobiła z siebie okrutną, bezwzględną zastępczynię lidera, jednak czasem ktoś musiał być tym złym, gdyż Echo bardzo dyplomatycznie podchodził do wszystkiego, co często się przydawało. Jednak pobratymcy czasem muszą widzieć, że lider to też kot, który ma własne myśli, odczucia, emocje i nie jest idealny, choć znajdą się Ci, go będą tak kreować.
— Na koniec chciałabym wyznaczyć koty, które odprowadzą tę dwójkę do ich nowego legowiska. Cyklonowe Oko i Lodówkowy Ciosie? — Z pytaniem na pysku spojrzała na dwójkę wymienionych wojowników, którzy jednocześnie skinęli głową, a następnie ruszyli w stronę Łzawej Łapy i Połyskującego Koguta, których dotychczas pilnowała Śpiewający Raniuszek w towarzystwie Wdzięcznej Firletki, która nieopodal siedziała z ciasno owiniętym ogonem wokół łap.

<Zawiodłam się na tobie, bratanku>

Od Łabędziej Łapy (Łabędziego Tanu) CD. Fiołka (Fiołkowej Łapy)

Przed mianowaniem

Przeciągnęła jeszcze kilka razy językiem po futrze na piersi, po czym spojrzała na Fiołek z lekkim znudzeniem w oczach, które szybko zastąpił teatralny uśmiech kotki.
– Dzień dobry, Fiołku, ja nazywam się Łabędzia Łapa i jestem namiestniczką – przedstawiła się. – Ale to już chyba wszyscy wiedzą… – dodała, wskazując łapą na swoje oznaczenia na pysku. Kiedy zobaczyła zapalające się iskierki w oczach szylkretki, wibrysy zadrgały jej lekko z rozbawienia. Młodsza chyba chciała coś jeszcze powiedzieć, ale wtedy podszedł do nich zastępca. Arlekinka ukłoniła się elegancko.
– Łabędzia Łapo, idziemy teraz na patrol graniczny.
Na tę informację wstała i nie oglądając się na córkę Sennej Łzy, poszła w kierunku wyjścia z obozu. Mimo niezadowolenia spowodowanego dodatkową pracą i tak pilnowała każdego kroku.

***

Teraźniejszość

Dostała uczennicę. Śnieżna Mordka postanowiła zrobić sobie urlop macierzyński, a ktoś przecież musiał zająć się treningiem Jasnej Łapy. Od razu mogła stwierdzić, że nie podobało jej się to. Część niej wolałaby, żeby to brat dostał nowy obowiązek, ale z drugiej strony szkolenie ucznia podnosiło status kota, więc nie zamierzała się go zrzekać. Irytowało ją jednak to, jak mało dotychczasowa mentorka nauczyła kotkę. Znała tylko tereny klanu i potrafiła rozróżnić łatwe do wyczucia zapachy na zwierzynę, roślinę, wodę i niebezpieczeństwo. Jednak problemy z polowaniem były dość spore. Codziennie starała się nauczyć czarną przysiadu łowieckiego, ale ta po prostu nie była w stanie utrzymać tej pozycji na dłużej niż parę uderzeń serca, nie mówiąc już o rzeczywistym skradaniu. Dlatego, kiedy Ćmie Mżenie podeszła do niej w obozie i zaproponowała wspólne nauczanie ich uczennic w zakresie pływania, przystała na jej propozycję. Jakaś odmiana na pewno jej nie zaszkodzi. No i im prędzej umówi się na wspólny trening z jakimś kotem, tym mniejsza szansa, że zapyta ją o to któreś z jej rodziców. Tego ranka cała czwórka kotek wyruszyła z obozu. Postanowiły ćwiczyć w jednym z węższych i spokojniejszych strumyków otaczających wyspy w okolicach obozu. Szły w ciszy. Ona na przedzie wraz z Ćmim Mżeniem, a uczennice za nimi.

<Fiołek?>

Od Odety

———
Dziewięć księżyców temu
———

“Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa,
Nic nie będą robiły, tylko ciebie bawiły.”
Piosenka rozgrzewała pokój pomimo szarówki sprawiającej, że w pokoju panował półmrok. Powietrze, delikatnie chłodne, wypełniało przestrzeń zmieszane z zapachem ciepłego mleka. Nie było wtedy żadnych niepokoi wypełniających głowy domowników. Zamiast tego były piski i zirytowane, jednak rozczulone, wzdychanie. Najprawdziwszy wieczór rodziny, taki zwyczajny… jednocześnie to jedna z chwil wartych zapamiętania, nawet jeśli niezdolnych do uchwycenia. Może zdjęcie byłoby w stanie złapać obraz, ale nigdy tę atmosferę. Może zapamiętanie tej minuty nie było niemożliwym, lecz nie było też wystarczające.
Rozgardiasz ogarnął każdy kąt mieszkania, aczkolwiek tym hałasie był to najmniejszy problem. Kto spodziewałby się, że ledwo dwójka malców była takim wyzwaniem? Jeśli jeden nie płakał, to robił to drugi; jeśli jeden spał, to drugi jak na złość nie chciał! Istna katorga. Gdyby Ofelia miała siłę, narzekałaby i gadałaby o tym, jak najęta, jednak z drzemiącym partnerem u boku wiedziała, iż nie pozostało jej nic innego niż przetrwać te trudne momenty. Patrzyła na swoje córki wzajemnie nakręcające się swoim łkaniem i tylko jedna rzecz była w stanie je uciszyć, chociaż na moment – piosenka.
W kółko śpiewała fragment kołysanki, który mogła spamiętać przez mgłę zmęczonego brakiem snu umysłu. “Kotki dwa” były wspomnieniem wziętym dosłownie znikąd, niemniej czy liczyło się to, jeśli działało jak marzenie? Bez przerwy na wzięcie głębszego wdechu ciągle koiła swoim tonem. Gdy jej głos załamał się i musiała na moment przystanąć, aby odchrząknąć, przed chwilą uspokojone kocięta znów wydały z siebie ryk istnego terroru. Matka wręcz podskoczyła na ten straszliwy dźwięk spowodowany tylko i wyłącznie brakiem melodii. Zastanawiała się, jak długo jest tak źle. W końcu kiedyś sytuacja musiała nabrać trochę więcej pozytywów, racja? Chociaż z każdym dniem wydawało się to odleglejsze.
“Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa.
Jak się kotki rozigrały, to dziecinę kołysały.”

Stały rytm utworu napełniał jej głowę pulsującym bólem, biegnącym daleko w głąb jej mózgu. Piętnaście minut, czterdzieści minut, godzina – ciągle to samo. Niektóre dni były lepsze, albowiem maluchy cichły albo bawiły się razem, ale ten nie był jednym z nich. Co gorsza, to one same wybierały, kiedy te “lepsze dni” miały miejsce. Potrafiły parę dni z rzędu być w pełni szczęśliwe, a czwartego coś im odbijało i kotka nie była na to przygotowana. Zapominała, że warto się wyspać, dopóki już nie miała na to szansy. Mówiąc prościej, życie z młodymi nie było łatwe. Miała wiele szczęścia, iż życie z Wyprostowanymi dawało jej komfort opieki.
Brak polowania, bezpieczeństwo; dla kotki wychowanej na ulicy miało to duże znaczenie. Pomimo trudów, była dumna z zapewnienia swoim pociechom stabilnego domu, zamiast ulicy gotowej na atak niezależnie od czasu czy twojej bezbronności. Dodatkowo towarzyszył jej Lucjan szczerze ją kochający. Chociaż obecnie oddał się zmęczeniu, zazwyczaj znosił cierpienia z nią, a to była zasłużona drzemka. Gdyby nie on i ich właścicielka nie wiedziałaby, jak przetrwać. Teoretycznie życie pieszczocha miało być tak haniebnym, wszelako dla niej było inaczej. To była jej cała nadzieja.
“Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa.
Jeden szary, drugi bury, a ten trzeci –
Myk! Do dziury.”

Tak, nieprzespane noce były nużące. Wszakże to było naturalne. To miejsce pozostawało jej domem niezależnie od nieudogodnień tego poziomu. Póki aż mogła żyć w bliskości, była na szczycie świata.

———
Teraźniejszość
———

Pierwsza przyśpiewka, jaką słyszała, została z nią po dziś dzień. Ofelia widziała Odetę podczas nucenia krótkiej melodyjki i czuła, jak jej serce rozpływało się. Patrzyła na swojego kociaka, który tak samo, jak ona kiedyś, próbował uspokoić siebie znanymi nutami. Chciała wychować ją w cieple czterech ścian, a okazuje się, że było to już poza kartą możliwości. Nie ważne co mówiła i okazywała na zewnątrz, pozostanie tutaj, byłoby wyrokiem śmierci głodowej. Miała jednak dwa maleństwa wychowane tylko w komforcie. Migrena usilnego myślenia ciążyła jej na głowie razem ze zdenerwowaniem, którego nawet nie mogła okazać z dziećmi zaraz obok.
Odchodziła, lecz nigdy nie na tyle daleko, aby naprawdę dać upust tym wszystkim emocjom, które wypełniały ją do cna. Przełykała niepokój. On stale powracał z natężoną siłą, bo czas leciał w przód i się nie zatrzymywał. Im dalej w przód, tym warunki stawały się gorsze: braki w jedzeniu, zmęczenie planowaniem.
Odeta nie była świadoma jak jej mama czuła się naprawdę, jednocześnie domykała się. Nie chciała pytać, aczkolwiek obserwowała i starała się przejść na bok, żeby nie być w niczym przeszkodą. Każdego dnia samoistnie podejmowała działania na rzecz poprawienia sytuacji rodzinnej, mimo wiedzy o ich marnym znaczeniu w większym pojmowaniu. Mogła nie mieć wyszkolenia do tego typu zadań, jednakże do prób nie potrzeba umiejętności. Trzeba tylko chcieć czegoś szczerze. Ona chciała widzieć błysk w oczach swojej rodziny. Dla niego zdecydowała się na zrobienie wszystko.
No… prawie wszystkiego. Słysząc rozważania o jedzeniu chwytanej zwierzyny, nie dopuściła do siebie choćby myśli o przełknięciu kęsa żyjącej przed uderzeniami serca istoty. To mimowolny odruch wymiotny w jej opinii. Wciąż dla wygody swojej rodziny zaprzestała lamentowi po jednym dniu i nie wchodziła do pokoju właścicielki. Często pomagała w uspokajaniu jeszcze wrażliwszej Klementyny, która zdawała się rozproszona jedynie, kiedy zagrzmiała paplać na najbardziej nieznaczący temat. Właściwie to obrała sobie jako zadanie, zajmowanie innych rzeczami prawdopodobnie rozweselającymi resztę choć odrobinę.
Chciałaby znać zioło działające na ten nastrój roztaczający bolesne odczucia dookoła, bo kocimiętka nie miała tutaj racji pomocy. Zwiędła czy nie. Trzeba było szukać innych rozwiązań. Na razie na nic nie wpadła, ale obiecała sobie, że nie podda się bez walki. Na razie pozostało jej śpiewanie piosenki pod nosem cichuteńko.
“Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa.
Nic nie będą robiły, tylko ciebie bawiły.
Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa.
Jak się kotki rozigrały, to dziecinę kołysały.
Aaa, kotki dwa, szarobure obydwa.
Jeden szary, drugi bury, a ten trzeci…
Myk! Do dziury.”