BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

10 października 2026

Od Jagnięcego Ukłonu CD. Rozkwitającego Astra

Przeszłość

Spojrzała na Rozkwitkę i kiwnęła łebkiem.
— Tak, możesz — miauknęła łagodnie medyczka. Rozmowa jeszcze przez jakiś czas się toczyła, aż nastał koniec zgromadzenia. Obie kotki ruszyły z resztą klanu do domu.

Aktualnie

Poza legowiskiem medyka było zimno i śnieżnie, a Jagnięcy Ukłon musiała uważać na siebie bardziej niż wcześniej, wszak jej wiek był już dosyć sędziwy i łatwiej było o choroby. Leżała skulona na swoim posłaniu, bo nie czuła się dzisiaj najlepiej. Poprosiła Ćmę i Aldrowandę, by na ten dzień zajęły się wszystkimi potrzebnymi sprawami. Obiecała im, że jak poczuje się lepiej, to do nich dołączy. Właśnie miała przysnąć, kiedy usłyszała szelest przy wejściu. Podniosła łeb z przednich łap i wpatrzyła się w Rozkwitkę.
— Och! Asterko, jak dawno cię nie widziałam. Zaraz usiądę — zaczęła, ale ciemna podeszła do niej z piszczką w pyszczku. Ogon protektorki spoczął na jej boku.
— Nie musisz wstawać — miauknęła młodsza kotka. Jagnięcy Ukłon przyjęła te słowa z ulgą.
— Dziękuję — wymruczała ciepło. Rzeczywiście nie miała dzisiaj sił, by wykonywać jakieś większe ruchy. Chwilę później przed jej pyszczkiem pojawiło się stworzonko. Rozkwitka podsunęła piszczkę bliżej niej.
— A ty? Jadłaś już? — mruknęła medyczka, szykując się do rozdzielenia stworzonka na pół, gdyby młodsza nie jadła. Ruda zawsze myślała najpierw o innych, a potem dopiero o sobie. Taka się urodziła, tak żyła i taka umrze. Przerażało ją, jak często myślała o swojej śmierci, ale wiek i bóle stawów oraz słabsze i powolniejsze ruchy dobitnie jej to przypominały.
— Jak się czujesz Rozkwitko? — dopytała, nim umilkła. Czekała na reakcję na oba pytania, ciaśniej otulając się ogonem.

<Rozkwitko? Jak tam u ciebie?>

Od Jagnięcego Ukłonu CD. Ćmiej Łapy

Przeszłość

Jagnięcy Ukłon była dumna ze swojej uczennicy, jak dobrze sobie poradziła przy porodzie. Teraz każde inne przyjście na świat kociąt nie powinno już być takie straszne jak za pierwszym razem. Oczywiście, jeśli wszystko pójdzie po myśli, czego życzyła każdej przyszłej matce. Posprzątały po sobie i opuściły żłobek, by matki mogły odpocząć.

Aktualnie

Srebrna medyczka coraz częściej pozwalała młodszym kotkom przejąć większość obowiązków. W końcu jedną łapą była już po drugiej stronie. Nie była nawet pewna, ile jeszcze miała przed sobą życia. Zakładała, że niewiele jej zostało i być może powinna pomyśleć o emeryturze, ale nie mogłaby sobie na to pozwolić. Miałaby potworne poczucie winy, gdyby nagle przestała pomagać. W końcu Klan Klifu dał jej schronienie, wyżywienie i zaufał jej w kwestii leczenia innych. Początki może i nie były za piękne, ale teraz zdawało jej się, że była szanowana. Przynajmniej przez jakąś część kotów. Powierzono jej dwie uczennice. Najpierw była Aldrowanda, a teraz Ćma zbliżała się do mianowania. Jagienka pokręciła lekko łebkiem, uśmiechając się do siebie.
— Jagnięcy Ukłonie? — rozległ się głos za jej plecami. Ruda od razu rozpoznała, kto przyszedł. Była to Ćmia Łapa.
— Och, dzień dobry Ćmia Łapo — przywitała się, przenosząc wzrok na młodszą kotkę. Po czym wróciła do ziół i sięgnęła odpowiednią ilość medykamentów, które natychmiast znalazły zastosowanie. Zjadła zioła, by zwalczyć ból głowy.
— Wiesz Ćmo? Jestem z ciebie naprawdę dumna. Wiem, że będziesz świetną medyczką. Klan Klifu mając ciebie i Księżycową Aldrowandę za medyczki, będzie bezpieczny i zdrowy. Cieszy mnie to niezmiernie, bo ten klan zasługuje na wszystko, co najlepsze. Mimo burzliwych początków kocham Klifiaków, jak własną rodzinę — zaczęła, uśmiechając się łagodnie i czule. Miała tu przyjaciół, nawet jeśli w małej ilości. Czuła się potrzebna i użyteczna, a to dla niej znaczyło naprawdę wiele. Zastanawiała się, czy Ćmi Księżyc jest z niej dumna.
— Proszę, gdy odejdę…utrzymajcie ten sam porządek w składziku ziół. To było dla Ćmiego Księżyca i mnie bardzo ważne. Wiem, że co inny medyk, to odmienne predyspozycje, ale proszę...chociaż przez kilka księżyców po moim odejściu — miauknęła, a jej kobaltowe oczy zalśniły błagalnie. To było dla niej naprawdę ważne. To była pamięć o Ćmie, bo już nawet nie chodziło o nią. Chodziło jej o zmarłą medyczkę.

<Ćmia Łapo? Proszę, to moja ostatnia prośba>
[368 słów]
Wyleczeni: Jagnięcy Ukłon

Od Agrestu

Patrzył, jak Kwaśna Kocanka pielęgnuje swoje kocięta przed ich nocą w lesie. Ślepowron narzekał trochę pod nosem gdy matka wylizywała jego futro, Niedźwiedź już siłował się z bratem Agresta, rujnując ułożone już futro, a Noc siedziała przy wyjściu z legowiska, oparta o jego bok. Przełknął ślinę, decydując się na podejście do niej. Emanowała od niej dziwna aura, która sprawiała, że jego futro stawało dęba. Nie koniecznie się jej bał, po prostu nie wiedział, jak z nią rozmawiać. W dodatku ostatnio było między nimi… Słabo. Kotka chyba nadal mu nie wybaczyła… Usiadł obok, rozglądając się trochę, aż zdecydował się odezwać.
— Stresujesz się? — zapytał ją, przeszywając ją lekko wzrokiem. Ta jednak ani drgnęła.
— Nie, jakoś nie bardzo. Ojciec dużo mi opowiadał o tym, jak przebiegnie noc. — odpowiedziała kocurowi.
— A drapieżniki..? — Kocurek zaczął lekko kreślić łapą w ziemi. — Co jak jakiś cię zaatakuje.
— Ucieknę, nie do obozu oczywiście, ale na pewno znajdę jakąś opuszczoną norę, w której mogę się schować. — Jej spokój imponował Agrestowi.
— Przemyślałaś wszysko, prawda? — zaśmiał się lekko.
— Może. Lepiej być gotowym na wszystko. Tak czy siak wolę umrzeć niż wrócić do obozu z podkulonym ogonem. Krucze Pióro by mi tego nie wybaczył. — Agrest na jej słowa patrzył na nią w szoku, wręcz go wryło. Sam nie wiedział, co może jej na to odpowiedzieć.
— Oh. — Zdobył się jedynie na to, jak mysi móżdżek. — Cóż… Mam nadzieję, że wszystko się dobrze skończy, no i że będziesz bezpieczna. — Zdał sobie sprawę z tego co powiedział i speszył się lekko. — Znaczy, po prostu wiesz, nie chciałbym, żeby ktokolwiek miłą nie wrócić, no i ten, tego…
— Tak, rozumiem, nie musisz się tłumaczyć. — odpowiedziała mu kotka, liżąc się teraz po łapie. — Pójdę się zdrzemnąć, dobrze byłoby być wypoczętym przed tą nocą. Tobie radzę jutro zrobić to samo.
— Tak, tak… Dziękuję za radę. — Skinął, nadal zawstydzony, a kotka odeszła do legowiska. Westchnął, opierając się w miejscu, gdzie chwilę temu opierała się ona. Nadal czuł tam jej zapach…

Od Agrestu

Od ich ostatniej interakcji Agrest i Noc można by rzec, że nie byli na najlepszych stosunkach. Kocur żałował jednak, więc miał nadzieję, że uda mu się ją przeprosić. Tak więc gdy ta spała, wyszedł ze żłobka na obóz, szukając jakichkolwiek kwiatów, które mogły się ostać pod śniegiem. Kopał swoimi małymi łapkami, gdy nagle podeszła do niego jego matka, Miodowy Ul.
— Czego szukasz, Agreście? — zapytała kocurka.
— Kwiatka… Myślisz, że są tu jeszcze jakieś? — zapytał z nadzieją matkę.
— Wątpię… Po co ci kwiatek?
— Muszę przeprosić Noc… — Na jego słowa kotka lekko się uśmiechnęła.
— Za cóż to musisz ją przepraszać, że aż potrzebujesz bukietu? — zaśmiała się, na co kocurek speszył się.
— Bo… Wrzuciłem ją do śniegu, a ona się na mnie obraziła. — odpowiedział niechętnie.
— Cóż, możesz jej dać coś innego, niż kwiatek. — Odsunęła na bok trochę śniegu, pochylając się nad ziemią, po czym podniosła mały, biały kamyczek. — Jak myślisz, nada się?
— Hmm… — Przyjrzał się kamieniowi z precyzją jubilera, wybierającego najlepszy diament na pierścionek zaręczynowy. — Jest piękny! Dziękuję mamo! — Zabrał szybko kamień, pędząc do żłobka, na co jego matka się zaśmiała. Zastał tam Noc, która wylizywała swoją sierść. Przełknął ślinę, po czym podszedł do niej.
— Hej, Noc… — Kotka odwróciła się, gdy tylko ten zbliżył się do niej. — Ja przepraszam, za to, że wrzuciłem cię do śniegu. Mam dla ciebie prezent przeprosinowy! — powiedział, stawiając przed nią kamyczek. Ta zerknęła na niego, po czym odwróciła wzrok.
— Będziesz się musiał bardziej postarać na moje wybaczenie. — powiedziała, po czym odeszła w drugą stronę. Kocur usiadł ze zwieszoną głową, a od tyłu podeszła do niego Miodowy Ul, która obserwowała ich interakcję. Schyliła się do kocurka.
— Nie przejmuj się, przejdzie jej. Kotki już takie są. W dodatku to córka Kruczego Pióra i Kwaśnej Kocanki, a wiesz jacy oni są. Uszy do góry. — Trącnęła go ogonem, na co ten uśmiechnął się. Może i matka ma rację..? Zostawił kamyk na ziemi, odchodzą do swojego rodzeństwa, aby się z nimi pobawić.

Od Agrestu

Wstał rano, decydując się na wyjście na zewnątrz. Było zimno, to fakt, ale lubił oglądać obóz pokryty śniegiem, choć o wiele lepiej wspominał liście, które nie tak dawno tak przyjemnie chrupały mu pod łapami. Gdy wyszedł ze żłobka zauważył, że Noc siedzi już na kamieniu, który odkryła ze śniegu. Podszedł do niej, a ona że usłyszała go o wiele wcześniej odwróciła głowę w jego stronę.
— Och, witaj Agreście. Widzę, że nie tylko ja wstaję tak wcześnie. — odezwała się do niego srebrna.
— Tak, najwidoczniej. Lubię patrzeć na śnieg z rana, słońce tak pięknie na niego świeci… Choć jeszcze lepiej wygląda pod światłem księżyca w nocy.
— Ja o wiele bardziej lubię go w słońcu. — Wzruszyła ramionami, spoglądając chwilę na kocura. Ten odwrócił łeb w drugą stronę.
— Nie dziwię się. Słońce tak pięknie czasami wpada do obozu spomiędzy liści… — Nagle poczuł, jak coś uderza w jego głowę. Było to coś zimnego, przez co syknął, a jego futro stanęło dęba. Rozejrzał się, próbując ustalić, skąd śnieg mógł na niego spaść. Gdy zwrócił jednak wzrok na kotkę, zobaczył jak ta podśmiechuje się pod nosem, z ubrudzoną śniegiem łapą. Agrest oburzył się delikatnie.
— Hej, za co to było? — Wstał z miejsca.
— A musiało być za coś? Muszę przyznać, że śmiesznie wyglądałeś rozglądając się za źródłem ataku. Musisz nad tym popracować, bo słaby z ciebie będzie wojownik. — Wystawiła mu język, na co ten napuszył się.
— Też mi coś! — odburknął. Po chwili jednak zauważył, że kotka nie zwracała na niego chwilę większej uwagi, nadal śmiejąc się, więc wyskoczył na nią, przez co wylądowali w śniegu, Ta od razu syknęła, otrzepując się. Kocur zaśmiał się, jednak po chwili zauważył, że nie jest jej do śmiechu. Trzęsła się z zimna, a Agrest w tym momencie uświadomił sobie, jak krótkie jest jej futro. Od razu zszedł z niej, a ta otrzepała się, co niewiele pomogło.
— Pogięło cię? — zapytała go zdenerwowana.
— Przecież cię nie utopiłem w tym śniegu! — Próbował się obronić, jednak ta spojrzała na niego gniewnie, po czym wymierzyła mu cios łapą w pysk. Może i nie użyła pazurów, jednak syknął z bólu, patrząc na nią zdziwiony. Przez chwilę patrzyła na niego, a on nie potrafił odczytać jej wyrazu pyska, po czym odeszła do żłobka. Kocur usiadł, masując się po piekącym miejscu.

Od Mandarynkowej Gwiazdy

*noc walki z wydrami*

Serce biło jej szybko, a krew szumiała w uszach. Słyszała odgłosy walki jej pobratymców z krwiożerczymi napastnikami. Nie mogła się na nich oglądać. Nie miała na to czasu. W walce nie było chwili na odpoczynek. Tylko szybkie wymiany ciosów miały szansę trafić. Kiedy Baśniowa Stokrotka zamachnęła się na nią łapą, nie zwlekała i od razu ugryzła ją w wyciągniętą kończynę. Przeciwniczka cofnęła się z bólu i zaskoczenia, jednak, zamiast odczekać chwilę, zrobiła coś nieprzewidywalnego. Przywódczyni zdążyła tylko zobaczyć lecącą w stronę jej pyska tylną nogę kotki, zanim nie walnęła mocno łbem o ziemię.

***

Otworzyła oczy i poczuła chłodny powiew wiatru na skórze. Zamrugała kilka razy, próbując przyzwyczaić się do światła. Tym razem dość szybko połączyła fakty. Straciła kolejne życie. Rozejrzała się. Nigdzie nie widziała żadnych gwieździstych kotów. Zamiast tego wokół niej utworzyło się jezioro sięgające jej do kolan. Trochę dalej od niej znajdował się kwiat – lilia wodna. Ostrożnie podeszła o kilka kroków bliżej do niego. Zanim jednak była w stanie bardzo się zbliżyć, poczuła metaliczny zapach. Roślina zdawała się teraz jakby poszarpana, a z każdego przerwania wypływała szkarłatna ciecz, barwiąc wodę dookoła. Spanikowana rzuciła się biegiem w jego kierunku, ale kiedy dobiegła do celu, kwiat zdążył już zatonąć w kałuży posoki.

***

*teraz*

Od otrzymania tamtej wizji liderka chodziła dosyć zamyślona. Nie była w stanie jej rozszyfrować. Jedyne czego była pewna to fakt, że był to zły omen. Prawdopodobnie ostrzeżenie. Ale przed czym? Wiedziała, że powinna porozmawiać o tym z medykami, lecz nie chciała ich martwić. Klan Gwiazdy przekazał tę informację jej i to ona powinna rozwikłać tę zagadkę. W tym celu często chodziła na wysepkę rodu. Pomimo obfitych opadów groby jej rodziny nie były zaśnieżone. Codziennie przychodziła tam, by je odśnieżyć i porozmyślać w samotności. Nie przynosiło to niestety większych skutków. Dzisiaj postanowiła wybrać się tam, nosząc na sobie królewskie kwiaty i pióra. Trzymała się myśli, że to miało jakoś pomóc. Siedziała tam długo. Nic. Zrezygnowana i osowiała odwróciła się od królewskiej wierzby, by powrócić do obozu. W tafli lodu jej oczy natrafiły na własne oblicze i… na znak lotosu wymalowany na jej czole. Oczywiście! Doznała olśnienia. Kwiat symbolizował jej ród! Co oznaczało… że był zagrożony. Co robić? Jak miała odeprzeć zagrożenie, jeżeli nie wiedziała, z której strony miało nadejść? Odwróciła się jeszcze raz do mogił kotów, które nazywała rodziną. Jej wzrok spoczął na tej należącej do jej siostry – Zimorodkowego Życzenia. Wspomnienia zaczęły przypływać do jej głowy. Pamiętała, jak roztrzęsiona była po jej porwaniu, jak na którymś z patroli zobaczyła namalowany na kamieniu, przekreślony znak lotosu. Samotnicy… ta banda barbarzyńców… To jasne, że znowu uderzą. Ale teraz, kiedy wiedziała o tym i o ich ptasich szpiegach… mogła ich uprzedzić.

Od Kropli CD. Psianki


— Bardzo. — kotka odpowiedziała od razu, na co Kropla się uśmiechnęła.Uważała, że to akurat bardzo ważne, żeby lubić to, co się robi. Słyszała czasem, jak chorzy narzekają na swoją rolę w ich społeczności. Domyślała się, że to nie miało większej głębi, ale czasem przykro się tego słuchało. Nawet jeśli następnego dnia widziała ich śmiejących się razem przy stosie i opowiadających kolejną historię z jakiegoś zwiadu…
— Chyba nawet bardziej, niż na początku sądziłam. — kontynuowała Psianka — Kiedy dostałam Rohan za mentorkę, byłam po prostu szczęśliwa, że w końcu mogę wychodzić poza obóz i poznawać las. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, ile rzeczy tak naprawdę można było przeoczyć. Teraz czasami łapię się na tym, że nawet kiedy nigdzie się nie spieszę, i tak zaczynam rozglądać się za śladami. — Kropla również przymknęła oczy, próbując to sobie wyobrazić.
Jednak zamiast przyjemnego widoku kotka przypomniała sobie straszne treningi. Wspinanie się na drzewa, szukanie tropów… To nie było dla niej! Jej dobrze było układać legowiska i szukać ziół. Pomagać chorym i młodszym. A najlepiej to czuła się, gdy już nikt niczego od niej nie potrzebował i mogła się schować w cieniu…
— Widzę złamaną gałązkę i zastanawiam się, czy przechodząc tędy, zrobił to kot, czy może jakieś zwierzę. Czuję obcy zapach i od razu próbuję sobie przypomnieć, skąd go znam. Nawet zwykłe wyjście po coś do jedzenia potrafi zamienić się w zgadywanie, kto przeszedł daną ścieżką.— kotka zaśmiała się cicho, na co Kropla też się uśmiechnęła. — Rohan pewnie byłaby ze mnie dumna, gdyby wiedziała, ile czasu potrafię spędzić na patrzeniu pod łapy. Ale najbardziej podoba mi się to, że cały czas mogę się czegoś uczyć. Wcześniej myślałam, że kiedyś po prostu będę umiała wszystko. Teraz wiem, że chyba nigdy nie będę umiała wszystkiego. I… w sumie bardzo mi się to podoba.
Psianka spojrzała na czekoladową, a ta oczywiście speszona odwróciła wzrok. Nadal chyba nie przyzwyczaiła się do tego, że ta kotka tak bardzo zwraca na nią uwagę.
— Oczywiście czasami jest trudno. Bywają patrole, po których mam ochotę położyć się i już nigdy nie wstawać. Albo takie, podczas których zadaje sobie pytanie, a potem patrzę przed siebie jak kompletnie zdezorientowany kociak. Ale wtedy przypominam sobie, że jeszcze niedawno nie potrafiłam odróżnić tropu lisa od tropu zwykłego kota. Więc tak. Jestem naprawdę szczęśliwa, że zostałam zwiadowczynią. Czuję, że to właśnie moje miejsce.
Kropla kiwnęła głową, zadowolona z odpowiedzi. Czarno-biała zawsze mówiła tak dużo o swoich przygodach… Stróż lubił tego słuchać. Las wtedy nie wydawał się taki straszny. Ba! Brzmiał wręcz ciekawie! Oczywiście nie na tyle, aby kotka chciała tam wyjść, ale brzmiał ciekawiej, niż go zapamięta.
— Ale… dlaczego pytasz?
Kotka już otwierała usta, aby odpowiedzieć. Bo odpowiedź była prosta. Wygrała ciekawość i przywiązanie. W tym momencie Psianka była jedynym kotem, z którym Kropla miała jakąkolwiek relację.
— Właściwie… możesz mi odpowiedzieć później — dodała jednak kotka, więc Kropla zamknęła usta. — Najpierw powinnaś odpocząć. Gołąbek powiedział, że masz odpoczywać, a ja nie zamierzam pozwolić ci udawać, że wcale tego nie słyszałaś.
Kropla zaśmiała się cicho. Odpoczywała naprawdę dużo przez rolę, jaką miała… Chwila rozmowy z dawną podopieczną nie robiła dla niej różnicy. Psianka przybliżyła się do kotki z ciepłym uśmiechem, co znów ją speszyło. Te gesty były miłe, oczywiście, jednak stróż nie był do nich przyzwyczajony.
— Chociaż jeśli już pytasz o moje miejsce w klanie… to ja też jestem ciekawa twojego. — zwiadowczyni ewidentnie zawahała się, nim zadała kolejne pytanie. — Lubisz być stróżem, Kroplo?
A Kropla nie odpowiedziała od razu tak jak Psianka. Potrzebowała chwili, aby się nad tym zastanowić. To nie tak, że lubiła bycie stróżem — uważała, że wcale nie robi wiele, mogłaby robić więcej. Była praktycznie niepotrzebna… Do tego sama z siebie często brała się za zadania na ostatnią chwilę, tym bardziej, gdy te wymagały rozmów z innymi kotami. Ale to też nie tak, że nie lubiła bycia stróżem — bo zaczynała się zżywać z kotami z Owocowego Lasu. Lubiła słuchać historii starszych, gdy ich pielęgnowała. Lubiła wymyślać nowe zabawy dla zbyt energicznych kociaków. Lubiła widzieć spokój w oczach chorych, gdy wraz z uzdrowicielami podawała im zioła i się nimi opiekowała. Lubiła tę wdzięczność w oczach innych, nawet jeśli uważała, że na nią nie zasługuję.
— Myślę, że zdążyłam się przyzwyczaić do bycia stróżem. — odpowiedziała wreszcie kotka. — Lubię rzeczy, które się dzieją przez to, że jestem stróżem. — odwróciła wzrok na bok. — Chociaż czasem zastanawiam się, ile rzeczy mogłoby mi się przydarzyć, gdybym była kimś innym…
Dopiero po chwili zrozumiała, że powiedziała te myśli na głos. Spojrzała więc na Pisankę i uśmiechnęła się przepraszająco.
— Wybacz. To nie sprawy dla ciebie. — machnęła łapą. — Krótko mówiąc, tak. Lubię bycie stróżem. — uśmiechnęła się.
Właściwie po tej rozmowie chyba trochę bardziej zaczęła zwracać uwagę na swoją pracę. Na uśmiechy matek, na chichoty dzieci, na ulgę chorych i starszych. Kropla była tam, aby pomóc innym. Nie potrzebowała chwały, czy dodatkowej porcji jedzenia. Uśmiech kotów jej wystarczał. Zaczęła myśleć, że może jednak Czerwiec byłby z niej dumny. Może nie była zwiadowcą jak on i poszła w drogę, którą poszła Miodunka… Wiedziała, że ojciec i tak szanował jej decyzję, po prostu ona sama… Nie czuła się z tym dobrze. Teraz była jednak już trochę starsza i… Wierzyła w to, że gdyby kocur zauważył, ile kotów się przez nią uśmiecha, to byłby tak samo dumny, jakby była znaną wojowniczką, czy zwiadowczynią.
Następnym razem złapała Psiankę przy legowiskach. Coś jej się rozwaliło, więc Kropla od razu pomogła to naprawić.
— Dziękuję, Kroplo.
— To moja praca. — speszyła się kotka.
Zerknęła na wyjście z obozu. Gdy jeszcze żył jej ojciec, czasem brał ją i jej rodzeństwo do Dębowej Ostoi. Pokazywał jedno miejsce, mówiąc, że jest ono dla niego szczególnie ważne. Mówił, że jest tam drzewo – nazwane Nadzieja. Kropla była mała i nie rozumiała nawet, o co chodzi. Wcale nie było tam drzewa! Właściwie to nie było tam nic. Ale od kiedy Czerwiec umarł, kotka tam nie była. Nie lubiła wychodzić poza obóz… Teraz jednak chyba chciała iść znów odwiedzić to miejsce. Zobaczyć coś tak ważnego dla jej ojca i samej sprawić, aby dalej było to ważne.
— Psianko, może to głupie… — stróż spojrzał gdzieś w bok. — Ale pójdziemy razem do Dębowej Ostoi?

<Proszę, Psianko?>

Od Pszczelego Lilaku

Parę dni przed zaginięciem Lśniącej Gwiazdy.

Mróz pory nagich liści kłuł liliową kocicę w poduszki jej łap, mimo posiadania długiego futra niska marzła niemiłosiernie. Nie zwracała jednak zbytnio na to uwagi, była po prostu zbyt zamyślona. Jej myśli wirujące w jej głowie jak w tej chwili płatki śniegu w wietrze. Wyraz jej pyska był nieco zmartwiony, jednak inni członkowie patrolu byli zbyt zmęczeni i zajęci myślami o cieple własnych legowisk, by zauważyć. W pysku trzymała jedną chudą mysz, ale to nie było czymś, o co teraz dbała. Nie, w jej myślach krążyła inna rzecz — zostanie wojownikiem. Nie chodziło o nią, już dawno nosiła to miano. Chodziło bardziej o jej własnego brata. Cicha Łapa był uczniem zdecydowanie zbyt długo. Śnieg chrupał pod jej łapami z każdym krokiem, jednak nawet to nie mogło wyrwać ją z jej myśli. Około dwudziestu księżyców... A on nadal dzieli legowisko z uczniami. Zdecydowanie zbyt długo. Ona sama jakimś cudem została mianowana dosyć wcześnie, nawet jeśli była bezużyteczna (trochę zastanawiała się, czy po prostu nie chcieli męczyć jej byłej mentorki treningami z taką mróweczką jak ona).... A jej dużo użyteczniejszy, przynajmniej w jej mniemaniu brat nadal był jakimś cudem uczniem. Nie rozumiała tego. Modliła się do Klanu Gwiazdy od dzieciństwa o wiele rzeczy, nawet jeśli nadal nie umiała do końca uwierzyć. Jej brat zazwyczaj nie był jedną z nich, był zbyt perfekcyjny, żeby potrzebował jakoś dużo pomocy. Jednak ostatnio, o dziwo główną z rzeczy przebijających się w jej modlitwach było mianowanie brata. Nie mogła go stracić, słyszała, że kiedyś były przypadki wygnania kota z powodu braku chęci nauki. Co prawda tego nie doświadczyła, nigdy kogoś takiego nie znała, ale sama myśl o tym, że mogą wygnać jej brata, sprawiała, że chciała krzyczeć, płakać i rosła jej gula w gardle. Nie chciała zostawiać brata, ale nie mogłaby porzucić Klanu Klifu i zostać zdrajczynią. Nie było jeszcze powodu, w końcu byli uczniowie nieco starsi od niego, ale nadal bała się o niego... Odetchnęła głośniej, jednak szum wiatru zagłuszył to dla innych. Próbowała więc o tym nie myśleć, jej myśli skoczyły więc na inne zmartwienie. Miała wrażenie, że Kurza Skorupa od dłuższego czasu znalazła sobie nowe towarzystwo, kiedy ostatnio rozmawiały? Czy nadal są przyjaciółkami? Co prawda nigdy głośno sobie tego nie powiedziały, ale tak było co nie..? Nie była tego do końca pewna. Czy powinna też znaleźć sobie kogoś nowego do lubienia..? Pszczeli Lilak, widziała ją jako kogoś mądrego, czyżby poznała się na niej? Czy to była kara od losu, za to, że nadal tęskni za matką? Westchnęła ponownie. Kotka zbyt pochłonięta myślami nie szła zbyt uważnie, nie zauważyła odrobinki lodu znajdującego się pod śniegiem. Liliowa co prawda nie upadła, ale jej noga przesunęła się do przodu, w dosyć nieprzyjemny sposób. Zastygła w miejscu, a reszta patrolu stanęła, po paru biciach serca nie słysząc jej kroków za nimi. Do okrągłych uszów kocicy przedostał się ledwo słyszalny głos:
— Pszczeli Lilaku? — Zapytała o dziwo... Kwiecista Werbena.
Reszta patrolu nie powiedziała nic, tylko odwrócili swoje łby, zapewnię zaciekawieni, co się dzieje. Pszczeli Lilak, nie wiedziała, czy to dlatego, że byli zbyt zmęczeni czy raczej stwierdzili, że Kwiecista Werbena cokolwiek się stało, załatwi to. Myśl o tym, że może nie obchodził ich los takiej małej mróweczki, jak ona sama przeszła po głowie Lilak. W każdym razie orientując się, że nadal stoi z wyciągniętą łapą ostrożnie ruszyła ją w swą stronę i uśmiechnęła się sztucznie do dymnej szylkretki. Odłożyła na chwile chudą mysz i odpowiedziała:
— Przepraszam, po prostu się poślizgnęłam — Odpowiedziała Liliowa.
— Nic ci nie jest? — Dopytała.
— Tak, możemy iść — Odrzekła Pszczeli Lilak, biorąc mysz z powrotem do pyska.
Patrol zaczął iść dalej w stronę obozu. Jednak Kwiecista Werbana tym razem szła bardziej z tyłu, niemal na równi z Pszczelim Lilakiem. Nieco dziwiło to liliową, nie rozumiała tego zachowania. Od czasu do czasu jej wzrok spuszczał się na wyższą, lecz nadal drobną kotkę. Nie martwiła się, że to zauważy, po tej stronie nie było zielonego oka (przypominającego jej strasznie kolorem świeże liście na drzewach) kotki. Była za to ogromna blizna, zdecydowanie pamiątka czegoś nieprzyjemnego. Nie wiedziała do końca skąd, Kwiecista Werbana ją miała. Okej, nie wiedziała tego zupełnie. Ciekawiło ją pochodzenie blizn szylkretki, jednak nie zamierzała o to pytać. To mogłoby być niemiłe. Zdecydowanie wiedziała jednak jedno — Kwiecista Werbana musi być na pewno bardzo silna. Silna i wytrzymała. Musiała przeżyć coś strasznego, a jednak wyszła z tego i nadal służy Klanowi Klifu... To jest coś, co się podziwia. Odetchnęła cicho. Ciekawe, jakim kotem jest Kwiecista Werbana. To była dziwna myśl, nigdy nie zwracała na nią uwagi. Czy był to znak, by spróbować z nią kiedyś porozmawiać? Kto wie, może się dogadają? Miała nadzieje, tylko jak do niej podejść? Kotka szybko pogrążyła się w rozmyślaniach na temat drugiej kotki, odrywając się na chwilę od zmartwień. W każdym razie po dłuższym czasie grupa kotów w końcu wróciła do obozu, a liliowa nadal była pogrążona w myślach. Chociaż rodziło się w niej też inne uczucie, ciekawość. Kotka była ciekawa Kwiecistej Werbany, nigdy wcześniej nie miała z nią zbytnio żadnych interakcji i chciała to zmienić.

Od Gradobijącego Ciernia

Przemierzanie obozu chyba coraz bardziej sprawiało mu ból zamiast satysfakcji. We wszystkich tych miejscach widział sekundy przed tragedią, ogniem i śmiercią tak wielu niewinnych kotów… Był okrutnym mordercą, czyż nie..? A jednak szczerze żałował swojego występku… Ciche szepty cały czas nękały go. Łapy ciążyły mu, jakby dusze kotów trzymały go, chcąc go ściągnąć w dół, do mrocznej puszczy, gdzie zapewne trafi po śmierci. Ruszył w stronę legowiska starszyzny, aby wyciągnąć z niego spalone posłania. Wojownicy patrzyli z pogardą jak wchodzi do środka. W końcu razem z resztą zabił wielu z tych starszych, którzy teraz patrzyli na niego z Klanu Gwiazdy ze wstrętem. Zaczął przesuwać na bok posłania, aż nagle zobaczył coś pomiędzy zasmolonym mchem w jednym z nich. Przyjrzał się bliżej znalezisku, zauważając, że jest to… Zasuszona ważka. Zbliżył do niej pysk, aby ją powąchać, a jego futro stanęło dęba, gdy wyczuł słaby zapach Czuwającej Salamandry. Tak, spodziewał się zapachu jednego z nieżywych kotów, jednak nadal palił on jego nozdrza nieprzyjemnie. Rozejrzał się, a widząc, że nikt nie zauważył tego, co znalazł, wpakował ważkę między swoje futro na klatce piersiowej.

✦•┈๑⋅⋯ ⋯⋅๑┈·✦

Gdy wrócili do więzienia schował w małej, kamiennej wnęce za kupką mchu swoje znalezisko. Patrzył na nie przez dłuższą chwilę, niczego nie czując. Po chwili jednak uśmiechnął się, zakrywając zdobycz. Ułożył się w swoim legowisku, cicho nucąc coś pod nosem, ignorując krzyki, które teraz wyły w jego głowie przez zapach kotki, tak mocnym jakby teraz stała obok i miała rozłupać jego głowę na pół.

Event Klanu Burzy:
Poszukiwania - ususzona ważka Czuwającej Salamandry z legowiska starszyzny

Od Niezapominajkowej Nadziei

𓆝 𓆟 𓆞 𓆝 𓆟 Księżyce temu, atak wydr na Klan Nocy 𓆝 𓆟 𓆞 𓆝 𓆟

Wybiegła z legowiska wojowników, słysząc wrzaski. Rozejrzała się, a widząc zamieszanie, nie wiedziała, na czym się skupić. Gdy już miała ruszyć do przodu, zobaczyła swojego ojca, przy którym był Lśniąca Ikra.— Nie… Nie!! — kotka podbiegła w tę stronę, przerażona. Poczuła zapach krwi, a gdy zobaczyła jego ranę… Nie mogła sama wziąć oddechu.
Kocur chyba poczuł, że ktoś się do niego zbliżył. Kilkukrotnie poruszył nosem, a kąciki jego pyska mimowolnie zadrżały. Być może była to jego ostatnia świadoma myśl, a być może instynkt, ostatni ojcowski instynkt chęci pożegnania jedynej córki. Jego druga, wolna łapa musnęła paliczki Niezapominajkowej Nadziei, podczas gdy druga wciąż spoczywała na łapie brata.
Kocur wyciągnął się, tak jak zawsze wyciągał się, gdy na jego czarną sierść padały ciepłe promienie słońca w Porze Zielonych Liści, po czym zastygł. Uderzenie serca. Dwa. Trzy. Nie poruszył się już. Jego łapy nie otuliły już nikogo, a oczy powoli zasnuły się mgłą. Kotka patrzyła w szoku na ciało ojca. Poczuła na sobie jego łapę, a po chwili… Zobaczyła, jak jego oczy zalewają się mgłą. Nikt oprócz niej i Kijankowych Moczarów nie wiedział, co ich łączyło tak naprawdę. Kotka po chwili, gdy zdała sobie sprawę z tego, co się właśnie stało, wydała z siebie okrutny wrzask, pełen bólu… wtuliła swój pysk w jego futro, błagając Klan Gwiazdy o to, aby obudził się, jednak… Nie było na to szans. Niestety, ale kocur zasnął, na wieki… Lulkowe Ziele przełknęło cicho ślinę i łapą zamknęło oczy Kijankowych Moczarów. Tak wyglądał... spokojniej. Jakby spał, gdyby z obrazka wyłączyć potworną ranę na gardle i krew, która obryzgała wszystko dookoła. Lśniąca Ikra ocknął się, gdy ujrzał, jak drugi kot sięga ubłoconą łapą ku oczom jego brata, a następnie je zamyka. Pacnął go.
— Lulkowe Ziele, co ty robisz! Zostaw go, czemu zamykasz mu oczy? Co z ciebie za ogrodnik, za medyk!
Lulkowe Ziele wzdrygnęło się na to pacnięcie. Spojrzał na Lśniąco Ikrę szeroko otwartymi oczami, mrugając.
— Słucham? To normalne... Na pewno by nie chciał was widzieć w takim stanie... — miauknęło. Spojrzała na kota z nastroszonym futrem i łzami w oczach.
— Czemu go nie uratowałoś?! Pozwoliłoś mu umrzeć! — syknęła, nadal wtulona w ciało ojca. Lulkowe Ziele chwilę patrzyło na kotkę, jednak po chwili odeszło z opuszczonym ogonem. Patrzyła, jak kocur odchodzi bez słowa. Raz jeszcze zerknęła na ciało swojego ojca. Gdyby tylko przybyła wcześniej na miejsce… Może by zdołała go uratować… Nie wybaczy sobie tego. Ani Lulkowemu Zielu, które nie uratowało kocura… Przecież na pewno byłby w stanie to zrobić… Rozejrzała się, patrząc, jak kilka kotów walczy z wydrą, ale zauważyła też walkę pomiędzy Mandarynkową Gwiazdą a kremową kotką. Czy to ona jest winna tej śmierci..? Zaczęła oddychać ciężko, zdruzgotana. Była wściekła. Spojrzała na jedną z wyder, która atakowała koty. Z nastroszonym futrem, pełna furii i gniewu rzuciła się z wrzaskiem w jej stronę. Kotka wbiła się pazurami a jej bok w skoku, a ta pisnęła zaskoczona. Przeturlały się przez obóz, a gdy skołowane zwierzę skończyło pod jej łapami, wgryzła się z całej siły w jej gardło. Krew wytrysnęła z wydry, która wzięła ostatni, charczący oddech. Niezapominajkowa Nadzieja trzęsła się, patrząc ze łzami w oczach na zwierzę, gdy już zdołała je zabić. Machała ogonem pełna gniewu. Splunęła krwią na ziemię, patrząc jeszcze chwilę na wydrę. Spojrzała na ziemię, widząc, że leżał na niej jeden z zębów wydry, który musiał jej wypaść przez uderzenie pyskiem w ziemię. Kotka podniosła go, jako swoje trofeum pomszczenia swojego ojca. Zwierzę zapłaciło jej za morderstwo. Miała tylko nadzieję, że Kijankowe Moczary widział jej odwagę oraz że trafi spokojnie do Klanu Gwiazdy… Wzięła ząb i rozejrzała się po obozie. Zdecydowała się na zaniesienie go do swojego legowiska, aby mieć go ze swoimi skarbami. Gdy już odłożyła go pomiędzy mchem i wyszła z legowiska, zaczęła się zastanawiać, gdzie może być teraz Trzcina, lub chociażby Liliowa Łapa. Cóż, nie musiała długo szukać, bo kocurek sam pojawił się w zasięgu jej wzroku. Patrzył na nią z wejścia do legowiska uczniów, więc zdecydowała się pójść w jego stronę, aby go uspokoić.
— Spokojnie, Liliowa Łapo. Już wszystko dobrze… Nic ci nie jest. — Kątem oka dojrzała, jak ostatnia wydra zostaje zabita, przez co kocurek lekko się rozluźnił. Nadal jednak pozostał wtulony w jej bok, więc odwzajemniła gest, otulając go ogonem.

𓆝 𓆟 𓆞 𓆝 𓆟

Nie potrafiła zasnąć tej nocy. Patrzyła z łzami w oczach na swojego ojca, czuwając u jego boku. Gdy z rana ciało zostało wyniesione poza obóz, patrzyła tęskno w jego stronę. Nie potrafiła się pogodzić ze stratą. Jej współklanowicze, choć skołowani i ranni kontynuowali życie obozowe, jak gdyby nic się nie stało, a ona sama czuła się tak, jakby nadal mogła odnaleźć między nimi ojca i porozmawiać z nim o tragicznym przeżyciu. Jednak nie była już w stanie tego zrobić. Tuż po czuwaniu ruszyła w stronę legowiska wojowników. Gdy położyła się w nim, tęskno spojrzała w stronę tego Trzcinowego Szmeru. Kotka nie wiedziała o tym, że Kijankowe Moczary to jej ojciec. Nikt nie wiedział. Nikt nie był w stanie jej teraz wesprzeć…