BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy i Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 3 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

04 maja 2026

Kropiatkowa Skórka urodziła!

Kropiatkowa Skórka urodziła trójkę skocznych maluchów!



Ropuszka

Od Czereśni

Owocowy Las był słaby. Był mały, skrzywdzony przez los, nieszczęścia, a może i nawet Wszechmatkę, której dobroczynność została wyczerpana. Ale szczerze nie interesowało go to, skąd owe fatum się wzięło, nawet jeśli było natury nieco… nadnaturalnej; wierzył, że swoimi decyzjami może wszystko odmienić, a to było jedyną rzeczą, która aktualnie się liczyła. Nawet jeśli to oznaczało, że będzie się musiał nieco ukorzyć, nieco spłaszczyć, a tym samym, sam wyciągnąć łapę proszącą o pomoc. Był w stanie to zrobić. Był w stanie poświęcić kawałek swojej dumy, aby Owocowy Las odbudował swoją siłę, rozkwitł niczym jabłonie po Porze Nagich Drzew i stał się tym, czym zawsze miał szansę być. Musiał tylko mądrze to przemyśleć. A co najważniejsze: znaleźć kogoś, kto zrozumie jego plany wśród towarzyszy, ale także wśród tych, których miał zamiar prosić o wsparcie, o współpracę. Nie chciał darowizn, nie chciał, aby ktoś się nad nim litował i z żałością spoglądał z góry. Chciał być na równi. Wiedział, że teraz mogło być to niemożliwe; stracili wielu, a chociaż kotki decydowały się na kocięta, jeszcze dużo czasu minie, zanim uda im się powrócić do stanu sprzed tych wszystkich okropnych zdarzeń. Nie mówił tylko o zatrutej wodzie i całej bobrzej sytuacji, chociaż ona najpewniej pozostanie w pamięci Owocniaków na jeszcze wiele księżyców. Wiele innych rzeczy nagromadziło się w tak stosunkowo krótkim czasie. Wszystko zaczęło się od utonięcia jednego z dzieci Pieczarki, a potem było tylko gorzej. Nie było go w obozie, kiedy jeden z uczniów przypadkowo przyprowadził za sobą lisa, który z taką łatwością zamordował Pume i Muchę, a także doprowadził samego winowajcę do stanu tak poważnego, że już nigdy nie będzie w stanie zakończyć szkolenia, nawet na stróża. Potem pojawiły się bobry, a w międzyczasie na jaw wyszły zbrodnie Ziemniaka i okrutne manipulacje Rokitnika, które doprowadziły do morderstwa biednego Osetka. Parszywa zaraza rozsiewała się nie tylko po ciałach kotów, z którymi jeszcze do niedawna dzielił legowisko i obowiązki, ale również po ich podatnych na nikczemność i bezmyślność umysłach. Nie wiedział, co było gorsze. Wodne bestie odebrały mu syna, który, mimo słabości ciała, które walczyło długo z zarazą, nie pozwolił, aby ominęły go bitwa i zemsta. Chociaż wiedział, że gdyby zabronił Czerwcowi udziału w potyczce, ten zapewne dalej by z nimi był, w końcu udało mu się przeżyć najgorsze etapy zatrucia. Był z niego dumny; umarł z godnością, broniąc swojej społeczności. Nawet Ziemniakowi udało się nieco oczyścić swoje imię. Część Czereśni była zadowolona z faktu, że Pieczarka została tak poważnie ranna; zasłużyła na emeryturę, zwłaszcza że jej rządy nie należały do zbyt udanych. Był pewien, że on poradzi sobie lepiej, a potem godnie zastąpi go Kolendra lub Figa. Nie miał wśród nich faworyta; to nie on miał zamiar wybierać. Był świadomy, że nie był dużo młodszy od białej starszej, która powoli dochodziła do siebie pod okiem szamanki i uzdrowiciela, więc jego władza była ograniczona czasowo; to tylko budziło w nim jeszcze większą determinację do działania. Chciał coś zmienić i nie miał czasu, aby się nad tym niepotrzebnie rozwodzić. Musiał być liderem czynu, a nie rzuconych na wiatr obietnic i zapewnień. 

* * *

Jego legowisko było skryte w cieniu. Mrok powoli otulał nawet te odkryte miejsca w obozie, a noc coraz ciężej wisiała nad kocimi głowami. Większość Owocniaków już powróciła z patroli, łowów czy treningów, a kojący i przyjemny gwar szeptów za jakiś czas miał przemienić się w miarowe pochrapywania. Czereśnia nie miał jednak czasu na dzielenie języków z Jeżyną czy nawet wspólny posiłek ze swoim obecnie jedynym synem. Od kiedy władza spadła na jego barki, niekoniecznie przejmował się rodziną, zwłaszcza że ta od razu przekazała, iż zrozumie jego początkowy dystans; w końcu Owocowy Las zawsze powinien być priorytetem lidera. Kiedy wszyscy opowiadali o swoich dniach, śmiali się lub zwyczajnie odpoczywali, on zawołał do siebie Purchawkę. Na ten moment tylko Purchawkę. To on i szamanka dzierżyli realną władzę, a chociaż szanował Kolendre i Fige, to wiedział, że ich obecność mogła jedynie pokomplikować rozmowę, która w jego głowie miała przebiec sprawnie i bez większych konfliktów, w których jeden z jego zastępców niezwykle się lubował. 
— Dobry wieczór, Czereśnio. O czym chciałeś porozmawiać? Coś cię trapi? — Ciemne futro kotki było niemal niemożliwe do zauważenia. Jedynie jej żółte ślepia skrzyły się w cieniu. Wraz z szamanką do legowiska wpadł ten charakterystyczny, nieco wilgotny zapach, który wiecznie osiadał na jej futrze. Nie był nieprzyjemny, chociaż może nieco zbyt podobny do grzybni. 
— Czy trapi? Niekoniecznie, ale na pewno  jest to rzecz, w której potrzebuję twojego wsparcia. Twojego i drogiej Wszechmatki — odpowiedział lider, owijając ogon wokół łap.
— W takim razie służe ci wszystkim, co mam — mruknęła radośnie, podchodząc jeszcze bliżej i usadawiając się u jego boku. — Czy w takim razie czekamy na twoich zastępców?
— Nie tym razem. Chciałbym to ustalić jedynie z tobą. Niech Figa i Kolendra zajmą się swoimi obowiązkami. Jest ich wystarczająco — rzekł, nieco zniżając głos. Chociaż on sam wiele razy pomagał Pieczarce w podjęciu ważnych decyzji, to nie uważał, że było to spowodowane tym, że było to jego realne zadanie jako zastępcy… To po prostu przywódczyni nie należała do kotów wystarczająco konsekwentnych. Szamanka za to posiadała kontakt z czymś, co dla niego było nieosiągalne. Ona była ważna. — Potrzebujemy pomocy. My, znaczy się Owocowy Las. 
— Czy uważasz, że coś jeszcze niedobrego nas czeka? — Zamrugała zmartwiona.
— Niekoniecznie, ale nawet bez kolejnych nieszczęść nie wiem, czy sensownym nie byłoby wyciągnąć łapy do kogoś, kto mnie przyjmie. Los nas nie oszczędzał. Nie kuśmy go i nie zdawajmy się jedynie na niepewną wizję przyszłego szczęścia. Nie mamy podstaw, aby wierzyć, że do nas nadejdzie.
— Myślisz więc o sojuszu?
— W rzeczy samej.
— Sojusz jest zawsze sensowny, a współpraca zawsze niesie więcej korzyści niż niemożliwa do doścignięcia wolność — szepnęła szamanka. — Niezależność jest piękna jedynie wtedy, gdy nie masz zobowiązań, a egoizm płynie ci we krwi. 
— Nieco przesadzasz, Purchawko, ale w jednym się zgadzam; nie wierzę, abyśmy mieli coś do stracenia. Nikt nie pała do nas nienawiścią. Jedyne, co może nam przeszkodzić, to fakt, że Pieczarka sprawiła, że nasza społeczność jest warta mniej niż inne klany… 
— Oceniasz nas niezwykle nisko, mój drogi… Czy nie mamy sojuszników zaraz pod naszym nosem? 
— Klan Burzy? Niby tak... Ale kiedy ostatni raz Królicza Gwiazda chociaż odwrócił się do kogokolwiek z nas na zgromadzeniu? To nie jest sojusz, to jego resztki, cień i zwykłe rzucone na wiatr słowa. Nic niemal nie znaczy...
— Spraw więc, aby to się zmieniło — zaczęła szamanka, próbując nieco go rozchmurzyć. — Chociaż może i wielu, którzy urodzili się niedawno, nie wiedzą o tej przyjaźni, to jaki sens szukać nowej, jeśli ten stary druch jest na wyciągnięcie łapy i nigdy nie zagroził nam? 
— Masz rację. W Klanie Wilka nie ma co szukać przyjaciół — dodał jeszcze. — Nie ufam im. 
— Tak, lepiej zostać przy zaufanym dębie niż pchać się na nieznaną jodłę… Nawet jeśli wydaje się ona znacznie wyższa i lepiej skryje nas w Pore Nagich Drzew — wymruczała nieco zamyślona. — Co masz zamiar im zaproponować? 
— Tego nie wiem. Niewiele mamy do zaoferowania, zwłaszcza tak świeżo po chłodzie i tych ulewach. Istnieje oczywiście najłatwiejsza opcja, którą jest miot sojuszniczy, lecz nie mogę nic im obiecać, jeśli nie znajdę kotów chętnych, aby spłodzić żywą więź między naszymi grupami — pomyślał na głos. Wiedział, że to najsensowniejsza rzecz, którą może zrobić. Którą zrobić mogą dwa klany, które chciały dać sobie nawzajem pewność, że ich współpraca nie jest jedynie zwykłą mżonką. 
— Myślę, że nie powinieneś się tym martwić. Owocowy Las ma wiele kotów, jak i kotek, które chętnie zapieczętują bezpieczeństwo swoje, swoich rodzin, przyjaciół, a również i możliwych kociąt. Ktoś na pewno z dumą wypełni tę misję. — Purchawka położyła ogon na dolnej części grzbietu lidera. Czereśnia poczuł się nieco pewniej. Szamanka miała rację; nie było sensu martwić się na zapas. Nie miało nawet sensu, aby myśleć o tym, kto miałby się tego podjąć. Najpierw muszą udać się tam w odwiedzinach; najlepiej jak najprędzej. 
— Zgadzam się. Będziesz mi jutro towarzyszyć w delegacji. Ty, ja i dwójka innych kotów. Bez większych ceremonii i wielkich grup. Sajgon i Smuga będą dobrym wyborem. Nie mają uczniów, nie powinni być problematyczni. Czy powiadomisz ich dla mnie? — zapytał, odwracając się na tylnych łapach. 
— Oczywiście, mój drogi. Hm... Będę musiała odwołać moje jutrzejsze spotkanie w Owocowym Lasku albo poproszę kogoś o zastępstwo… — mruczała bardziej do siebie niż do kocura. 
— Nie ważne, co zrobisz ze swoją grupką, ale ważne, żebyś była gotowa o poranku. Oni również. — Zostawił kotkę w swoim legowisku, a on sam wybył, aby zjeść coś jeszcze przed snem. Rano nie będzie miał apetytu. 

* * *

Droga do obozu Klanu Burzy nie była ani długa, ani specjalnie skomplikowana. Najtrudniejszą częścią była oczywiście przeprawa przez drogę dwunożnych, ale najpewniej przez bardzo wczesną porę dnia nie natknęli się na żadnego Wyprostowanego ani potwora. Dotarli jeszcze przed południem, a na ostatnim odcinku dołączył do nich poranny patrol Burzaków, który wyczuł ich zapach. Początkowo nieco zdziwieni szybko wygładzili karki, widząc, że grupie przewodzi sam Czereśnia, a za nim stoi szamanka i tylko dwójka innych kotów. To nie był atak, a gdyby był, to Owocniacy nie mieliby najmniejszych szans. Żółtooka od razu wdała się w rozmowę z jedną z wojowniczek o jakichś codziennych głupotkach. Przywódca jednak zachował dystans i spokój. Nie chciał się rozpraszać przed spotkaniem z Króliczą Gwiazdą. 
Kiedy stanął w końcu naprzeciwko dwóch kocurów, od razu zauważył, że w Klanie Burzy sytuacja przywódcza musiała być podobna, a może nawet nieco gorsza od tej, która jeszcze niedawno panowała u nich. Chociaż zielonooki starszy wyszedł im na spotkanie jako pierwszy, kiedy tylko dołączył do niego Zawodzące Echo, zastępca momentalnie zdominował rozmowę. Czereśnie niekoniecznie się tym przejmował; głównie dlatego, że sam Królicza Gwiazda nie okazywał żadnego zirytowania tym, co się dzieje. Po szybkim przywitaniu, a także nieco… wymuszonych życzliwościach w postaci zaproszenia na poczęstowanie się jedną z piszczek, kocury prędko przeszły do sedna. 
— A więc przychodzicie tutaj, aby przypomnieć i sobie, i nam o tym, że łączy nas sojusz, tak? — zapytał Królik, robiąc jeden krok do przodu, gdyż przez dłuższą chwilę siedział za Echem. 
— Owocowy Las zawsze pamiętał, że łączy go z Burzakami przyjaźń, ale ja osobiście wierzę, że racjonalnym byłoby owe więzy na nowo zacisnąć — odrzekł Czereśnia. 
— Proponujęcie nam więc sojusznicze potomstwo, jeśli poprawnie czytam między twoimi słowami, tak? — wtrącił się dymny zastępca. — Chyba że macie do zaoferowania coś innego, co byłoby korzystne dla Klanu Burzy.
— Twój pierwszy traf był prawidłowy, Zawodzące Echo. 
— Czy w takim razie każecie jednej z naszych kotek nosić kocięta? Tak to wygląda, patrząc na to, że towarzyszy ci dwójka kocurów. No... Oprócz twojej szamanki.
— Niekoniecznie planowaliśmy już dzisiaj dokonywać tak szczegółowych wyborów. To, kto mi towarzyszy, nie jest żadnym naciskiem na wasze prędkołape, wojowniczki — zapewnił czekoladowy. — Nie jesteśmy pełni desperacji. Ani nie będziemy nikogo zmuszać; ani w naszej społeczności, ani tutaj. Powinniśmy dojść do sensownego konsensusu. Jeśli rozumiecie, o co mi chodzi, panowie.
— Oczywiście, Czereśnio, nie odbierzemy ci tego, że na pewno należysz do kotów ostrożnych i racjonalnych — rzekł Zawodzące Echo, po czym zastanowił się w milczeniu nad czymś bardzo głęboko. Na widok tego skupionego pyska nikt nie chciał przerywać ciszy. W końcu sam Królicza Gwiazda odchrząknął. 
— Myślę, że jeśli dzisiejszego dnia zakończymy na tym, że i Klan Burzu, i Owocowy Las są chętne do podtrzymania współpracy, będzie to sukcesem samym w sobie, a do tematu miotu możemy powrócić później... Kiedy już znajdziemy koty chętne do wychowania potomstwa w duchu obu stron — wydukał znacznie niepewniej i ciszej niż jego zastępca. 
— Nie. Zwłoka nie będzie potrzebna — odezwał się w końcu niebieskooki. — Jeśli Czereśnia nie ma żadnych preferencji co do tego, który rodzic będzie pochodził z jego społeczności, to ja zgłaszam się jako ich ojciec — ogłosił, a cisza powróciła. Czereśnia zaczął słyszeć ukradkowe szepty dookoła. To spotkanie było jawne, a cała grupa pozostała pod wysokim legowiskiem lidera, niekoniecznie mogła ukryć się przed wścibskimi gapiami. 
— W takim razie powrócimy do was jak najszybciej, wraz z kotką, która owe maluchy spłodzi — powiedział równie uroczyście czekoladowy. Już zniżał łeb, aby pożegnać się z parą kocurów, ale przerwał mu głos szamanki. 
— To też nie będzie konieczne, mój drogi Czereśnio — wymruczała do niego, dotykając ogonem brązowego boku i robiąc krok do przodu. Zwróciła się do Zawodzącego Echa z delikatnym, sympatycznym uśmiechem. — Jeśli pozwolisz, to załatwimy to od razu. Jeśli tym sposobem będę mogła stworzyć między nami nie tylko namacalny dowód, ale i aurę przyjaźni, bardzo chętnie będę tą, która zrodzi te maleńkie kawałeczki nadziei — ogłosiła Purchawka. 

Rudzikowe Skrzydełko urodziła!

 Rudzikowe Skrzydełko urodziła dwójkę rudych brzdąców!



nuggets




Wiosenne dolegliwości!

Nadeszła Pora Zielonych Liści, a z nią nowe dolegliwości!

POGODA

(wkrótce zostanie uzupełniona)

Dolegliwości odczuwają wymienione niżej koty z:

Klanu Burzy:

Biały Strumień - katar
Skrzypiący Skrzyp - ból stawu
Burzowe Chmury - kolec w łapie
Gadożerowa Łapa - biały kaszel
Lodówkowa Łapa - infekcja ucha

Klanu Klifu:
 
Lśniąca Gwiazda - infekcja oka
Postrzępiony Mróz - swędząca infekcja
Świetlista Walka - ból głowy
Jajko - wymioty
Wieczne Zaćmienie - bezsenność

Klanu Nocy:

Czyhająca Murena - szkło w łapie
Wzlatująca Uszatka - zwichnięcie przedniej łapy
Kropiatkowa Skórka - katar
Narcyzowa Łapa - infekcja gardła
Rogata Łapa - przewianie

Klanu Wilka:
 
Podstępna Kłamczucha - biały kaszel
Kwaśna Kocanka - ugryzienie przez szczura
Aksamitkowy Nos - katar
Księżycowa Łapa - zwichnięcie biodra
Blade Lico - gorączka

Owocowego Lasu:
 
Figa - infekcja ucha
Jaśminowiec - ból głowy
Gondor - gorączka
Kropla - swędząca infekcja
Wrona - katar

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Ostowa Łapa - ugryzienie przez szczura
Dryfująca Bulwa - infekcja oka
Rysi Trop - bezsenność

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w kolejne stadium. Dotyczy to kotów z:

Klanu Burzy:

Wełnista Mszyca - katar > kłopoty z oddychaniem
Dryfujący Fluoryt - wymioty > odwodnienie
Złota Wydma - kolec w łapie > infekcja
Nieustraszony Chomik - przemarznięcie
Aminkowa Łapa - biały kaszel > zielony kaszel

Klanu Klifu:
 
Pchełkowy Skok - infekcja gardła > chrypa
Niebiańska Poświata - ból głowy > osłabienie
Majacząca Łapa - niemożność stawania na łapę > gnicie kończyny
Rozkwitający Aster - ugryzienie przez szczura

Klanu Nocy:

Szepcząca Hipnoza - infekcja ucha > tymczasowa głuchota na ucho
Ćmie Mżenie - bezsenność > halucynacje > poważne problemy psychiczne
Senna Łza - katar > kłopoty z oddychaniem
Słodka Łapa - swędząca infekcja > podrażniona skóra
Dryfująca Gałęzatka - ból głowy

Klanu Wilka:
 
Garbatek - wymioty > odwodnienie
Jesionowa Łapa - bezsenność > halucynacje

Owocowego Lasu:

Wszyscy wyleczeni!

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Skrzelowy Szept - katar > kłopoty z oddychaniem
Poziomkowa Polana - wybicie barku > sztywność kończyny
Przebiśnieg - zranienie ogona > infekcja

Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka wiosną.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu wiosny - mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!

03 maja 2026

Od Rudzikowego Skrzydełka do Nieustraszonego Chomika

Rudzikowe Skrzydełko akurat zajadała się królikiem, gdy podeszła do niej Nieustraszony Chomik. Uniosła brwi i przerwała jedzenie, wycierając pyszczek łapą. Widząc, jak szylkretka usiadła obok, dała kotce kawałek zwierzyny i uśmiechnęła się szeroko.
— Witaj Rudzikowe Skrzydełko! Jak tam się czujesz jako pogromca lisa? — zapytała.
— Dzień dobry Chomik! — miauknęła radośnie, patrząc z tęsknotą na mięso zwierzątka leżące przed nią.
Potrząsnęła głową i zachichotała.
— Pogromca lisa? — zmrużyła oczy. — Razem go pokonałyśmy! Jesteśmy pogromczyniami lisów! — zaśmiała się, a następnie przełknęła ślinę, odrobinę nerwowo drapiąc pazurem ziemię. — Czy...coś się stało? — miauknęła z łagodnym, lecz odrobinę nerwowym uśmiechem.
— W sumie nie, przyszłam po prostu pogadać. Choć co do klanu to przyznaję, że śmierć Strzępotkowego Kokonu była niespodziewana — odparła. — Oby nic okropnego więcej już się nie zdarzyło. Wcześniej prawie cała moja rodzina została zamordowana przez mojego brata. To była tragedia, która nie powinna się zdarzyć. Już nasz klan tyle ucierpiał, a nadal widmo morderstw nas nie opuszcza.
— Śmierć Strzępotkowego Kokonu... Hmm — mruknęła, jakby szukała czegoś w pamięci. — Oh już pamiętam. Myślę, że to mógł być Pierzasta Łapa, ale za słabo znam Gadożera i Pierzastego więc nie mogę nikogo obwiniać — mruknęła, wzruszając ramionami.
Wysłuchała słów kotki i przełknęła ślinę.
— Klan Burzy staje się...żałosny — mruknęła słabo Rudzik. — Z dnia na dzień tylko zauważam, jak ogromną rację miał mój ojciec czy brat, gdy byliśmy uczniami — skomentowała, po chwili kręcąc głową. — Ale to chyba nie moja sprawa.
— Owszem to nie twoja sprawa, tylko nasza — mruknęła, brzmiąc tak, jakby starała się przekonać Skrzydełko. — Nasz Klan słabnie, Królicza Gwiazda już dawno by poszedł na emeryturę, ale chyba nie chce, a im dłużej jest u władzy, tym bardziej nasz klan odczuwa tego skutki — uśmiechnęła się do Rudzik.
Uniosła brwi, słysząc słowa Chomik.
— Masz rację... — mruknęła kotka, zwieszając głowę. — Długo próbowałam nie przyjmować do siebie myśli o tym, jak bardzo jesteśmy słabi... O tym, że mój ojciec Płomienny Ryk miał rację... Ale to chyba błąd — zaczęła, po raz chyba pierwszy w życiu przybierając nieco skwaszoną minę.
Widząc uśmiech kotki, również szybko się uśmiechnęła, poprawiając się lekko.
— Myślę, że gdyby Zawodzące Echo był przywódcą i miał wybrać zastępcę, to powinien wybrać cię. Pokonałaś lisa i dodatkowo nie da się ciebie nie lubić. Na pewno większość klanu tak o tobie myśli, a kot, który ma zaufanie większości, jest idealny do kierowania klanem.
Słysząc następne słowa kotki, Rudzik co najmniej zagięło. Zmrużyła oczy, a następnie zaczęła nerwowo kręcić główką.
— Zaufanie mogą mieć. Lisa pokonałyśmy wspólnie. I nie mówię, że nie podoba mi się to, co mówisz — miauknęła, odrobinę rozmarzona. — Ale czy przywódca nie powinien być ktoś nieco...mądrzejszy? — mruknęła, choć w rzeczywistości po jej głowie chodził nie kto inny jak jej brat Ognik. Z drugiej jednak strony, gdy kotka rozmyślała o jego podejściu, również się jej to nie podobało.
— To Echo będzie wybierać swojego zastępcę — uśmiechnęła się tylko po krótkim namyśle. — Ale jeśli chodzi o Króliczą Gwiazdę, zdecydowanie trzeba coś zrobić — dodała nieco ciszej.
— Nie możesz tak o sobie mówić! Nie wszyscy jesteśmy mądrzy, każdy ma swoje wady! I wiem, że Echo wybiera zastępcę, bo będzie przywódcą po swoim ojcu, ale jakoś wydajesz mi się dobrym zastępcą, bo słuchasz innych, a to też dobra cecha. — dodała.
— Może pójdziemy dalej pogadać poza obóz? Może pogoda jest brzydka, ale siedzenie długo w obozie też nie jest lepsze.
Rudzik nerwowo drapała pazurem ziemię przed sobą, siedząc w ciszy.
— Dziękuję. Jesteś bardzo miła Chomik — miauknęła, uśmiechając się nieco szerzej.
Chciała jeszcze dodać coś na temat Echa, ale słysząc słowa kotki, kiwnęła głową.
— Jasne — miauknęła, podnosząc się już nieco rozweselona ze swojego miejsca. — Myślę, że możemy przy okazji zapolować. Chyba że chcesz ze mną o czymś dalej porozmawiać? — mruknęła kotka, rzucając Chomik zainteresowane spojrzenie.
Sama chętnie rozwinęłaby swoją opinię na temat przywództwa w Klanie Burzy, ale gdyby miała się za to faktycznie wziąć prawdopodobnie zabrakłoby jej odpowiednich słów. W końcu nigdy ich jakoś bardzo nie nienawidziła. To był raczej wpływ jej koszmarów, przekonań ojca, a także niedawnych wydarzeń.
— Zobaczysz, jak wyjdziemy — rzuciła zaciekawionej kotce, po czym obie zniknęły w wyjściu z obozu.

***

Skierowały się w stronę wrzosowisk, gdzie obie zaczęły rozglądać się za zwierzyną.
— Chciałam ci powiedzieć, że nie jesteś sama z myśleniem, że Klan Burzy staje się gorszy. Oprócz mnie też tak myślą moi bratankowie i pewien kontrowersyjny uczeń... ten Pierzasta Łapa. Więc gdybyś chciała kiedyś na ten temat ze mną porozmawiać na osobności lub w gronie kotów, które myślą tak jak my, to tylko kiwnij ogonem.
Wysłuchała słów kotki, nerwowo grzebiąc w ziemi.
— A myślisz, że mogę kiwnąć w tej chwili? — zaśmiała się cicho. — Pierzasta Łapa... Interesujący wybór. Mam tylko nadzieję, że to nie on zostanie naszym następnym przywódcą — prychnęła. — Nie mam nic do niego, ale chyba muszę stwierdzić, że tylko wygląda na mądrzejszego niż ja — stwierdziła jeszcze ciszej. — Mam nadzieję, że w tej naszej grupie będzie ktoś, kto posiada móżdżek — dodała z łagodnym uśmiechem na pyszczku.

<Chomik?>

Od Roztargnionego Koperku

Roztargniony Koperek jak prawie każdego dnia wstało już przed świtem. Przeciągnęło się lekko i rozpoczęło poranną higienę. Spojrzało na Cisowe Tchnienie i Chudy Grzbiet, mrucząc cicho, a następnie przeniosło swój wzrok na stos zwierzyny. Prędko stwierdziło, że brakuje im pewnych ziół, w tym kocimiętki. Długo się nie zastanawiając, postanowiło przygotować się do podróży w stronę legowisk dwunożnych. Uznało, że przy okazji może także odwiedzić swojego brata.
“Brokuł z pewnością ucieszy się na te odwiedziny. Dawno tam nie byłom” pomyślało z lekkim uśmiechem na pyszczku i po krótkich przygotowaniach wyszło z obozu.

***

Rozglądało się już przez pewien czas dookoła miejsca, w którym ostatnim razem widziało się z radioaktywnym kocurem, ale nadal nigdzie nie zauważało charakterystycznego futra. W końcu zostało zaczepione przez kotkę z sąsiedztwa. Zmarszczyło lekko brwi, odsuwając się kilka kroków od nieznajomej. Miała dziwny zapach. Definitywnie była kotką, ale pachniała dwunożnymi i ich żarciem. Do tego nie wyglądała na zbyt inteligentną, choć na pewno była ciekawska. Pobiegła do swojego domu i rzuciła Koprowi dziwny, piszczący obiekt pod łapy. Liliowy wzdrygnął się lekko i westchnął.
— Hm… Czy znasz może takiego…trawiastego kocura? Gdzieś tu mieszka. Chyba — zaczęło nieco nerwowo.
Jeszcze nigdy nie zdarzyło się jeno rozmawiać z zupełnie obcym kotem, którego pierwszy raz widzi na oczy.
— Mówisz o Żabce? — zapytała z zainteresowaniem kotka. — Jesteś bezdomny? Cuchniesz jakimś dziwnym zielskiem — stwierdziła, liżąc się po łapce.
— Jaka Żabka? — zmarszczyło brwi.
— Brokuł. Mój przyjaciel — odparła po chwili i pokręciło głową. — Na pytanie mi odpowiedz!
— Zgadza się. Jestem medykiem. Jeśli chcesz, kiedyś o tym opowiem. Wiesz może, gdzie on jest? — zapytało, już odrobinę zirytowane.
— Zabrali go właściciele, ale niedługo pewnie wróci — mruknęła, bawiąc się swoją zabawką. — I nie trzeba. Nie muszę wiedzieć nic o bezdomnych kotach — uśmiechnęła się, zapewne sugerując, że po prostu ją to nie obchodzi.
Koper wzruszyło tylko ramionami i odeszło nieco dalej na tyle, aby więcej nie rzucać się w oczy. Słysząc dźwięk potwora, a następnie głosy dwunożnych, schowało się w okoliczne krzaki, licząc na zobaczenie swojego brata. Przyszedł dopiero po jakimś czasie, jednak wyglądał na nieco wyczerpanego i zdenerwowanego. Do tego na jego łapie był bandaż.
— Brokuł! — miauknęło, witając się z bratem.
— Koperek! Dawno cię nie widziałem. Co u ciebie? — zapytał już znacznie bardziej rozpogodzony.
— Właściwie… Nic ciekawego? Przyszłom po kocimiętkę i przy okazji wpadłom w odwiedziny. A co z tobą? Wyglądasz na zdenerwowanego. I co masz na łapie? Wygląda jak…czy to coś jak pajęczyna? — zapytało, wąchając z zainteresowaniem łapę białego.
— To tylko rana. Nic wielkiego. Pajęczyna? Nie wydaje mi się. To akurat jak dobrze pamiętam, nazywamy bandażem — uśmiechnął się lekko. — Byłem u Obcinacza. Tym razem jednak skończyło się na samym badaniu i wyleczeniu. Spotkałem za to ciekawą towarzyszkę. Wydaje mi się…że mogła być kiedyś też z klanu, ale mogę się mylić. Miała zabawną rybkę na czole. Nazywała się Oświeconą. Nieco dziwna kotka… Brzmiała, jakby miała coś z głową. I podobno widziała jeszcze w do niedawna rzeczy, które nie istnieją…uwierzyłobyś? Jakieś zmutowane króliki — wyjaśnił, a Koper uniosło ogon zaintrygowane.
— Musiała mieć halucynacje. Oby ci…dwunożni dobrze się nią zajmowali — stwierdziło, a następnie przejrzało się dookoła. — Chyba muszę się już zbierać. Do zobaczenia Brokule! — zawołało, zabierając jeszcze ze sobą kocimiętkę.
Zjeżyło się lekko. Rozmowa zdecydowanie zajęła mi za długo i teraz zapewne będzie musiało wracać już po zachodzie słońca. Wzruszyło tylko ramionami i prędkim krokiem ruszyli w stronę terenów Klanu Wilka.

Wyleczeni: Rybkowa Łapa (Oświecona)

Od Poczciwego Szakłaka

TW: depresyjne myśli

Ponure, mroźne dni szybko przeminęły na terenie Klanu Burzy, jednak chłód nadal utrzymywał się w sercu jednego z wojowników. Dotychczas tyle razy powstałe z popiołów zamieniło się w czysty lód, którego zdawało się, że nic nie roztopi. Wiatr wył, niczym z rozpaczy na otwartym terenie Burzaków, nie napotykając większych przeszkód aż do granicy z którymś klanem. Czarny kocur ciężko przemierzał tak dobrze znane tereny, na których już nie raz miał przyjemność polować samemu, czy też w towarzystwie już poległych pobratymców. Na każdym kroku otaczała go śmierć, nieważne z kim nawiązywał bliższą relację — ten kot kończył martwy. Poczciwy Dziwaczek? Nie żyje. Kołysankowa Łapa? Nie żyje. Słoneczny Fragment? Zapewne podzielił ich losy. Każdego dookoła niego spotkał jeden i ten sam koniec — śmierć. Był niczym żniwiarz stąpający pośród żywych, wysłannik wysyłający dusze na Srebrną Skórę.
Zdawać, by się mogło, że wszystko dookoła przemija, dni, pogoda, księżyce, przyjaciele, a on? Nadal jest taki sam, jak dawniej, stojąc w tym samym miejscu, jakby tego łapy niczym korzenie drzew były głęboko osadzone pomiędzy warstwami ziemi. Jedyne, co mógł robić to obserwować, jak wszystko się toczy dalej, ale bez niego, pozostawiając go daleko za sobą, w miejscu, gdzie nikt już nigdy nie wróci, nikt nie spojrzy, chociażby tęsknym wzrokiem. Może i było mu to pisane od początku i powinien się z tym już dawno pogodzić, jednak zawsze jakoś znajdował się cień nadziei, że coś w końcu może ulegnie zmianom — jednak te momenty szybko były obracane w proch, kiedy to kolejne bliskie mu koty opuszczały szarą rzeczywistość, w której on miał tkwić już wiecznie.
Sam nie wiedział, czemu pozwala sobie na ten malutki promyczek obietnicy na lepsze jutro. Czyżby nie zdążył się nauczyć już za pierwszym razem, kiedy to opuścił Poczciwego Dziwaczka, by jako pierwszy wrócić do obozu? Czemu tak bardzo trzymał się tego, co już na samym początku było jedynie nieosiągalnym marzeniem, które nigdy nie zostanie zrealizowane? Czy naprawdę liczył na to, że uda mu się przezwyciężyć fatum i dawno zaplanowany swój los przez Przodków? Dlaczego z tym walczy, zamiast się poddać i w ciszy niczym wieczny obserwator, przyglądać się, jak Gwiezdni kierują jego życiem? Czy marnowanie energii na jakikolwiek bunt było czymś opłacalnym? Przecież już trzy razy się przekonał, że wysiłki te spełzną na niczym.
Ciężko odetchnął, zatrzymując się nagle. Chłodny wiatr targał jego futro, niosąc zapach świadczący o jego obecności w stronę granicy z Klanem Klifu — w tamtym kierunku też po chwili skierował swój wzrok. Miejsce, do którego dotychczas tak często chodził, stało się teraz czymś, co wolał omijać szerokim łukiem, gdyż tak było łatwiej. Nie musiał ukrywać przed siostrą, że coś jest nie tak, nie musiał jej martwić swoim stanem — miała swoje życie w Klanie Klifu, a on swoje w Klanie Burzy. Może i dobrze, by było powiedzieć szylkretce o Słonecznym Fragmencie, lecz co konkretnego miałby powiedzieć? “Hej, Słoneczny Fragment zaginął i zapewne nie żyje”? Na samą myśl, że słowa te miałby opuścić jego pysk, pokręcił ciężko głową.
— Jakie to wszystko… męczące — mruknął pod nosem. Jego głos był zmęczony, niemal wyprany z jakichkolwiek emocji i zachrypnięty, jakby od paru dni nie wypowiedział ani słowa. Czy tak już zawsze to wszystko będzie wyglądać? Już nigdy nie poczuje tego dreszczu radości na myśl o spotkaniu Pchełkowego Skoku lub Króliczej Prawdy? Będzie po prostu egzystował w Klanie Burzy, trzymając się niezmiennej rutyny? Niepotrzebnie snuł chęci i marzenia o zaznaniu partnerskiej miłości i ciepła? Miał już na zawsze zostać marionetką w łapach Gwiezdnych i nieść ze sobą jedynie śmierć, zniszczenie i zagładę dla kocich istnień? Jednak, w takim razie, dlaczego nadal pozostawał w Klanie Burzy? Z ostatnim pytaniem w głowie chciał ruszyć dalej niczym ponury żniwiarz na swe plony, lecz zamarł w połowie kroku. Jego poświadomość przywołała w jego umyśle Barszczową Łodygę i dawną rozmowę z Zawodzącym Echem.
— Ach… Czyli dlatego… — stwierdził na głos, wznawiając swą wędrówkę. Tym razem, zamiast kierować się dalej przez równiny w stronę lasu Klanu Wilka, wykonał spory łuk, by zawrócić i ruszyć w stronę obozu Klanu Burzy. Po drodze upolował jakiegoś niewielkiego szaraka, który kompletnie wyczerpał w nim pokłady jakiejkolwiek energii i z jedną zdobyczą w pysku wkroczył do drugiego tunelu, znajdującego się w pobliżu Skruszonego Drzewa. Półmrok z otwartymi ramionami powitał kocura w swych objęciach, w których ten odetchnął, jakby z ulgą, mimo to nie zatrzymywał się i parł dalej do przodu, aż nie wyłonił się w obozie. Raptem wykonał parę kroków, a na swej drodze spotkał dymnego zastępcę, któremu skinął głową. Niewiele starszy od niego kocur wykonał podobny gest, nie zatrzymując się w drodze do legowiska Króliczej Gwiazdy.
“Zapewne będą omawiać kwestię nowych uczniów” — mruknął w myślach, przywołując w głowie obraz dwóch rudych kulek, które pomimo chłodu krzątały się czasem po obozie, korzystając z tego, iż ich matka, Pożarowa Łapa, nie poświęciła wystarczająco uwagi, by przypilnować swoje dzieci. Szakłak był niczym cień, przemykając pomiędzy kotami, więc nikt nie zwracał na niego większej uwagi i mógł w spokoju przyglądać się temu, co często działo się w sercu bezdrzewnej równiny, którą otaczał mur ostrych krzewów, uszczelniony patykami lub głazami.
Docierając do dwóch kamieni na środku obozu, dorzucił upolowanego szaraka do stosu, znajdującego się pod chłodnym przykryciem. Przy okazji wybrał sobie coś mniejszego na swój posiłek i z nową piszczką w pysku skierował się pod mur między żłobkiem a głównym tunelem, gdzie przestrzeń nie była niczym zagospodarowana, dzięki czemu miał niemal idealny widok na obóz oraz legowiska, które opuszczali wojownicy, uczniowie czy chorzy. Obóz tętnił życiem, jakby każdy wyczuwał w powietrzu nadchodzącą porę nowych liście, podczas gdy zielonooki wojownik o szacie czarnej niczym najgłębiej skrywany mrok w lisim sercu, obserwował to wszystko z kamiennym wyrazem pyska, którego nic nie mogło ruszyć. Cisza z jego strony była przerywana jedynie trzaskiem kości, dźwiękiem rozrywanych mięśni i ścięgien, kiedy to decydował się na zatopienie zębów w wybranej wcześniej piszczce. Zwierzę to już było dawno zimne i martwe, a życie na stałe opuściło ciało, które teraz służyło za pokarm Burzaka.

Od Wiciokrzewu CD. Mistral

— Wiciokrzewie, gdzie byłeś? — spytała, kiedy tylko starszy znalazł się na tyle blisko, by nie musiała krzyczeć na cały obóz.
— J-ja? Nigdzie… — odparł, wyraźnie zbity z tropu pytaniem Mistral.
Białofutra zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem, ale niczego nie powiedziała.

* * *

Po śmierci Poranka

Wszystko wskazywało na to, że rudofutry uzdrowiciel sam odebrał sobie życie. Jego zakrwawiona łapa, resztki trujących ziół. Tylko dlaczego to zrobił? Wiciokrzew nie był z nim na tyle blisko, by rozumieć i znać wszystkie jego rozterki, ale raczej nie spodziewał się, że starszy w końcu nie wytrzyma i odejdzie z tego świata. Teraz przynajmniej był w czułych objęciach Wszechmatki i nie musiał już odczuwać tego paraliżującego bólu istnienia… Może liliowy sam powinien już dawno postąpić tak samo, jak jego wspólnik? Przecież już nieraz próbował, a jednak za każdym razem mu się nie udawało. Dlaczego to on miał takie “szczęście”? Dlaczego Wszechmatka pozwoliła Porankowi odejść, a jego samego trzymała w cierpieniu na ziemi? Może on też chciał już wreszcie odpocząć od tego wszystkiego, co dzieje się wokół? Tak bardzo nie chciał zmagać się z myślami o Osetku, Ziemniaku, Rokitniku… To było za dużo jak na jego głowę. Nie mógł pojąć, dlaczego z winy swojego byłego mentora musiał umrzeć jego przybrany syn, którego tak bardzo kochał. Frustrował go też fakt, że z winy Rokitnika aż dwójka kotów umarła — w końcu Ziemniak udał się na walkę z bobrami, w pewnym sensie za karę i przypłacił życiem za swoje czyny, do których został zmuszony przez starszego kocura. To wszystko wydawało się takie… niesprawiedliwe w oczach Wiciokrzewu, choć większość raczej uważała, że czekoladowemu należał się los, który go spotkał.
Na domiar złego teraz spadł na jego barki trening Gołąbka. Zielonooki w jednej chwili musiał zajmować się aż dwoma uczniami, mimo że nie potrafił zająć się nawet samym sobą. Na szczęście Mistral teraz więcej czasu spędzała z Purchawką, ale mimo wszystko Wiciokrzew wciąż był jej mentorem i dobrze by było, gdyby chociaż czasem spróbował przekazać jej cząstkę swojej wiedzy. Choć może lepiej byłoby, gdyby zostawił białofutrą w spokoju? Miał takie dziwne przeczucie, że córka nie za bardzo za nim przepada… Sam nawet nie wiedział czemu, ale nawet nie był tym specjalnie zdziwiony. Sam nie uważał się za kota nadzwyczaj lubianego. Wydawało mu się, że w oczach innych był raczej niezwykle irytujący. Wiecznie się jąkał, niczego nie był pewien i ogólnie był strasznie słaby. I fizycznie, i zresztą psychicznie. Bardziej się nadawał do izolatki niż na uzdrowiciela!
Na zewnątrz zachodziło już słońce, robiło się coraz później. Wiciokrzew leżał teraz na swoim posłaniu, zastanawiając się nad wydarzeniami sprzed ostatnich kilku dni. Przynajmniej do tego czasu — teraz westchnął przeciągle i przymrużył oczy, chcąc już wreszcie zasnąć. Myślenie często męczyło go nawet bardziej niż długie spacery! Oczywiście nie chodziło o samo myślenie, lecz raczej analizowanie wszystkich złych rzeczy, jakie przytrafiły mu się w przeszłości. Dlaczego potrafił myśleć o nich tak często, a mimo wszystko nie wyciągać z nich wniosków? Gdyby uczenie się na błędach działało, Wiciokrzew byłby teraz zdecydowanie nieomylny, a jednak… do tego było mu daleko. Co takiego robił źle, by wciąż żyć w takim smutku? No, teraz to i tak już nieważne, bo liliowy właśnie usypiał, a myśli w jego głowie stopniowo się wyciszały.

ᶻ 𝗓 𐰁

Nim otworzył oczy, do jego nozdrzy falą dotarł gryzący zapach krwi. Wiciokrzewowi aż zakręciło się od niego w głowie, lecz mimo wszystko nie otworzył ślepi. Jego powieki były ciężkie niczym kamienie, więc ciężko było cokolwiek z nimi zrobić.
Po chwili słuch liliowego zaczął się jakby rozbudzać. W głowie uzdrowiciela nagle rozbrzmiały liczne krzyki i wrzaski, przez które włos jeżył się na karku. Z tego gwaru wybił się jednak jeden, konkretny głos. Znajomy.
— Wiciokrzewie! — wrzasnął Ziemniak.
Uzdrowiciel otworzył gwałtownie oczy, a wtedy przed sobą ujrzał potworną rzeź. Wszędzie latały krople krwi i strzępki futer. Owocniacy walczyli z bobrami, a w powietrzu unosił się kurz. Zielonooki rozejrzał się wokół, aż nagle jego uwagę przykuła wyprostowana, siedząca postać z wypiętą piersią i złośliwym uśmiechem. Czekoladowy wojownik znajdował się na środku całej tej bitwy, a mimo wszystko wszystkie kły i pazury omijały go, jakby sama Wszechmatka broniła go własnym ciałem.
Po chwili Ziemniak podniósł się z miejsca i zaczął powolnym krokiem iść w stronę uzdrowiciela. Wszyscy pochłonięci walką odsuwali się na jego widok, pozwalając mu bezpiecznie przejść do starszego. Kocur spiął się cały i zrobił chwiejny krok w tył, panicznie chcąc wydostać się z pola bitwy i uciec od Ziemniaka, którego zachowanie wprawiało go w dyskomfort.
Wiciokrzew zamknął na moment ślepia, a gdy je otworzył, znajdował się w zupełnie innym miejscu. Stał właśnie na Drodze Grzmotu, a po walce ani Ziemniaku nie było śladu. Do czasu…
— Teraz jesteśmy kwita, prawda? — odezwał się nagle czekoladowy.
Uzdrowiciel odwrócił się, by ujrzeć przed sobą wojownika. Co oni tu robili? Co się właśnie działo? To wszystko działo się naprawdę, a może było tylko snem?
To musiał być sen. Musiał. Ale… co, jeśli nim nie był?
— C-co? — odezwał się liliowy, zdumiony i niezwykle zakłopotany.
— Ja zabiłem ci syna, a ty… zabiłeś mnie. Więc rachunki zostały wyrównane, tak? — wyjaśnił wojownik, wciąż uśmiechając się niepokojąco w stronę zielonookiego.
— N-nie… Nie za-zabiłem cię! — odparł, choć jego głos załamał się z niepewności. Czy naprawdę nie przyczynił się do śmierci Ziemniaka? Teraz sam już nie był pewien…
— Och, czyżby? W takim razie, dlaczego już nie widujesz mnie w obozie? — syknął czekoladowy, zadzierając brodę.
— To b-bobry cię za-zabiły! — mruknął liliowy, marszcząc nos. — Nie zwa-zwalaj tego na mnie!
W uszach uzdrowiciela nagle poniósł się śmiech wojownika.
— Bobry, tak? To dziwne, że nazywasz się bobrem. Nie pamiętasz już, jak twoje kły rozdzierały moją delikatną skórę? Nie pamiętasz, jak szkarłat plamił twoje futro? Doprawdy zabawne — mówił żółtooki, smagając powietrze ogonem.
Wiciokrzew na moment wstrzymał oddech. Nie pamiętał niczego z tego, co mówił Ziemniak, ale co, jeśli kocur miał rację… Co, jeśli liliowy naprawdę pozbawił go życia?


ᶻ 𝗓 𐰁

Gdy się obudził, po Ziemniaku nie było już śladu. W głowie uzdrowiciela zostały tylko jego słowa, a poza nimi dziwny ścisk w klatce piersiowej.
— To ty-tylko głupi s-sen — wymamrotał pod nosem, biorąc w płuca głęboki wdech.
Po chwili rozejrzał się wokół i dostrzegł Purchawkę, która wmasowywała ziołową papkę w skórę Kasztanki. Był dopiero wczesny ranek, a lecznica już pękała w szwach!
Gdy tylko młodsza, rudofutra kotka opuściła legowisko, szamanka zwróciła głowę w stronę Wiciokrzewu.
— Mówiłeś coś? — zapytała, na co uzdrowiciel pokręcił głową. — To chyba coś mi się przesłyszało. Ale, hej! Skoro już wstałeś, to przejdziesz się może do legowiska starszyzny? Słyszałam, że Lis od samego świtu wymiotuje… — dodała, wzdychając ciężko.
Zielonooki skinął głową, nie zastanawiając się dwa razy. Tak bardzo nie chciało mu się dziś wstawać, ale nie miał innej opcji… Wywlókł się ze swojego posłania i chwycił ze składziku kilka ziół przeciwwymiotnych. Potem zrobił krok w tył, lecz wtedy zamarł, jakby nagle coś zupełnie pochłonęło jego myśli. Stał w bezruchu przez jakiś czas, dopóki do lecznicy nie zawitał jakiś kot.
Wtedy dopiero drgnął i spojrzał w jego kierunku.
W progu stała Mistral, obserwując swojego ojca. Wiciokrzew zastanawiał się, czy powinien się z nią przywitać, lecz z ziołami w pysku raczej ciężko było coś powiedzieć. Mruknął jedynie coś niezrozumiałego pod nosem i wyminął córkę, kierując się w stronę legowiska starszych.
Gdy szedł, poniosły się za nim kroki. Czyżby niebieskooka podążała za nim? Mimo to nie odwrócił głowy i spokojnie zawitał u starszych. Jego wzrok od razu skupił się na rudym kocurze, który chwiejnie siedział na swoim posłaniu, nie wyglądając najlepiej. Wydawał się taki blady, a jego oczy były nieobecne.
Wiciokrzew szybko do niego podszedł, na co Lis z trudem zwrócił pysk w jego kierunku.
Liliowy podał mu zioła przeciwwymiotne i szybko wycofał się z legowiska starszych, chcąc wrócić na swoje posłanie i znowu pogrążyć się w myślach. Jak się jednak okazało, Wszechmatka miała wobec niego inne plany, gdyż zamiast wrócić do lecznicy, Wiciokrzew przypadkowo wpadł na swoją córkę. Ciekawe, czy tym razem też kręciła się wokół niego tylko po to, by go skrytykować...

<Mistral?>

[1280 słów]

Wyleczeni: Kasztanka, Lis

Od Urodziwej Łapy CD. Przypalonej Łapy

Szafirka przeniosła wzrok na kocura i wyszczerzyła uroczo kiełki.
— Dziękuję, chociaż przyznaję, że oryginalny Kasztanek jest najlepszy — wymruczała ciepło. Będąc zupełnie szczerą, nie wyobrażała sobie spędzać tak wiele czasu z kimś innym niż właśnie z Przypaloną Łapą. W jakiś sposób kocur przykuwał jej uwagę bardziej niż ktokolwiek inny. Być może po prostu czuła się dobrze w towarzystwie kogoś, kto tak jak ona nie gardził innymi. Kochała swojego ojca i brata, ale tak naprawdę mieli sprzeczne zdania. Często zdarzało jej się pokłócić, z którymś z nich tylko dlatego, że stawała w obronie kotów o czekoladowym kolorze futra. Dla niej wszystkie koty zasługiwały na równe traktowanie, chyba że były mordercami i innymi szkodzącymi reszcie jednostkami. Wtedy sytuacja była zupełnie odmienna.
— To co? Spróbujesz narysować? Jestem pewna, że wyjdzie ci wspaniale — wymruczała zachęcająco. Jej łapa wciąż znajdowała się na tej należącej do kocura. Nie przeszkadzała jej ta bliskość, a wręcz przeciwnie. Czerpała z tego przyjemność. Zawsze lubiła czułości, może nawet bardziej niż słowa, bo w gestach dało się wyrazić więcej niż w mowie. Przynajmniej tak sądziła Urodziwa Łapa. Przeniosła niebieskie spojrzenie na podłoże pod nimi. Obserwowała w ciszy, jak Kasztanek zaczął kreślić kształty pazurkiem. Szylkretka uśmiechała się, widząc, jak bardzo kocur się skupiał na pracy. Jego ruchy były wyważone i przemyślane. Krótko potem obok namalowanego wizerunku Przypalonej Łapy, pojawił się kształt Szafirki.
— Pięknie ci wyszło. Widzisz? Mówiłam, że sobie świetnie poradzisz — wymruczała dumna z kocura. Po czym dorysowała serduszko z podpisem mówiącym o ich przyjaźni.
— Teraz wygląda perfekcyjnie, nie sądzisz? — miauknęła zadowolona.
— Tak — odparł Kasztanek. Niebieska musnęła jego bok ogonem.

***

Urodziwa Łapa niedawno wróciła z treningu. Od razu odszukała wzrokiem Przypaloną Łapę. Porwała ze stosu dwa stworzonka w pyszczek i pognała do starszego ucznia.
— Cześć, Kasztanku! — wymruczała, zatrzymując się idealnie przy nim. Wyszczerzyła kiełki. Położyła małe istotki przy swoich łapkach.
— Jadłeś już? — spytała z cichą nadzieją w głosie. Liczyła, że ciemny kocur nadal był przed posiłkiem.
— Hej, Szafirko. N..nie jadłem — odpowiedział cicho. Szylkretka uśmiechnęła się szerzej.
— W takim razie chętnie zjem z tobą — podsunęła kocurowi jedno ze stworzonek.
— Wybacz, że to nie jest ryba, ale bałam się, że przez przypadek ugryzę i nabawię się problemów — wymruczała ze spokojem w głosie. Jej uczulenie było utrapieniem. Szczególnie w miejscu, gdzie ryby były podstawą żywienia. Jednak nic nie moła na to poradzić. Tak miała i już. Usiadła obok kocurka, ocierając się o niego bokiem. Bezwiednie otuliła go ogonem.
— Smacznego Kasztanku — wymruczała łagodnie. Schyliła łebek i ugryzła kęs zwierzyny.
— To jak tam u ciebie dzisiaj? Miałeś trening czy przebywałeś w obozie i tutaj coś robiłeś? A może zdarzyło się coś ciekawego? Och, a chciałbyś się kiedyś udać na krótki spacer? Taki wiesz tylko we dwójkę. Ach, ale to może jak zostaniemy wojownikami. No wiesz, mielibyśmy więcej swobody i w ogóle — miauknęła ożywiona, ale zaraz odkaszlnęła.
— Wybacz, dzisiaj jestem jakaś taka pobudzona — zaśmiała się i odgryzła kolejny kęs, chwilowo się uciszając w ten sposób.

<Przypalona Łapo? Piszesz się na wspólny spacer?>

[476 słów]

Od Jagnięcego Ukłonu

Jagnięcy Ukłon przebywała w legowisku medyka, gdzie segregowała zioła. Liczyła ile, czego miała i wbrew pozorom nie było z zapasami, aż tak tragicznie, jak mogło się wydawać nieco wcześniej.
— Jagnięcy Ukłonie, jesteś tu? — rozległ się głos Foczej Fali. Rudofutra kotka podniosła się z miejsca i odwróciła w stronę karmicielki.
— Tak — miauknęła i podeszła do niebieskiej kocicy. Wystarczyła tylko chwila, by zrozumiała, z czym młodsza do niej przyszła. Ogonem wskazała jedno z posłań. Kiedy kocica ruszyła na wskazane miejsce, Jagienka skierowała się po zioła. Wzięła floks wiechowaty, lubczyk i kocimiętkę. Wróciła do kotki, gdzie dobrała idealne proporcje.
— Zjedz to, pomoże ci — rzekła łagodnie. Odsunęła się lekko, a następnie przeniosła wzrok na wejście, przez które przechodziła właśnie Rozkwitający Aster. Kiedy protektorka zauważyła jej spojrzenie, skierowała się w stronę rudzinki.
— Hej Jagnięcy Ukłonie, możesz mi pomóc? — zwróciła się do niebieskookiej. Medyczka skinęła leciutko łebkiem.
— Oczywiście, usiądź tam. Zaraz podejdę — wskazała ogonem wolne posłanie. Po czym skoncentrowała się na Foczej Fali. Odetchnęła z ulgą, kiedy przyszykowane medykamenty zniknęły w pyszczku kocicy. Wydała młodszej instrukcję, a następnie posprzątała po działaniach. Podeszła do Rozkwitającej, a po chwilowej rozmowie wiedziała już, o co chodziło.
— Dobrze, zaraz zażegnamy ten problem — wymruczała ze spokojem. Skierowała się do miejsca z ziołami i wzięła korzeń łopianu, który wcześniej odpowiednio przygotowała. Podeszła do kotki, a następnie przeżuła medykament i nałożyła na ugryzienie. Zabezpieczyła to pajęczyną.
— To pomoże, niedługo w ogóle zapomnisz, że szczur cię ugryzł — wymruczała ciepło.
— Dziękuję Jagnięcy Ukłonie — miauknęła Rozkwitający Aster. Jagienka pożegnała się z kotką, a następnie posprzątała i zajęła się swoimi sprawami.

Wyleczeni: Focza Fala, Rozkwitający Aster