BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

22 maja 2026

Od Rohan CD. Borowika

Uśmiechnęła się szczerze i szeroko do kocurka. 
— Oh, jaki z ciebie miły i słodki dżentelmen, Borowiku — zaśmiała się i poklepała go po policzku swoim ogonem. — Oj, no i się nie martw, że będziesz tęsknić. Obóz nie jest ani wielki, ani pełen zakamarków, w których kot mógłby się całe dnie skrywać, a no na pewno nie byłabym to ja. Ja o wiele bardziej wolę otwartą przestrzeń. Czasami nawet właśnie i samo obozowisko jest zbyt ciasnawe. Rozumiesz, o czym mówię? — zapytała.
— Chyba tak... No tak, tak — wydukał, rozglądając się z gałęzi po znajdującym się pod nim terenie. — Może być nieco... Gwarno i głośno. Czasem i mnie to przytłacza — przyznał. 
— Właśnie dlatego tak fajnie skakać po drzewach, co nie? — Nie czekała na odpowiedź. — Ja to bardzo lubię. To takie wyzwalające! Fajnie jest być zwiadowcą, chociaż jestem nim oficjalnie od kilku krótkich chwil, ale już nie mogę się doczekać, aby wyjść w pojedynkę i poszaleć niczym kociak! No, może wzięłabym Gondora, aby mnie popilnował, bo trochę boję się tych wszystkich lisów czy jadowitych węży. 
— No to też może być kłopot. Zwłaszcza węże, bo ich nie widać i nie czuć. Lisi czuć, no i są wielkie, jak góra — zgodził się młodszy. 
— Kolejny powód, dla którego drzewa są po prostu lepsze i bezpieczniejsze. Nie widziałam na gałęziach jeszcze ani jednego węża! A taka sikoreczka to nic nie zrobić. Co najwyżej możesz się poobijać, kiedy odleci ci sprzed nosa, a ty przekoziołkujesz prosto z gałęzi na ziemię. Ale to każdemu się zdarza, nawet najlepszym.
— No mi na pewno tak... Chociaż Kurka wydaje się być zadowolony… — zamyślił się. Rohan za to usłyszała wołanie białego wojownika z dołu.
"No tak... Mieliśmy wykorzystać fakt, że w końcu mogę opuszczać obóz bez Jeżyny…" — przypomniała sobie.
 
— Oj, przepraszam cię, Borowiku, bardzo cię przepraszam, ale byłam umówiona na spacer, a kompletnie mi to umknęło. Miałam tylko zabrać swój mech, a tak miło się z tobą gawędzi, że no całkowicie straciłam poczucie czasu. No to papa! — wypluła te wszystkie słowa na raz i momentalnie zniknęła z legowiska uczniów, aby dołączyć do Gondora, który potulnie siedział już przy wyjściu.

* * *
Aktualnie

Siedziała właśnie przed żłobkiem łapiąc promienie wieczornego słońca.  Purchawka zabawiała właśnie wszystkie kocięta jakimiś swoimi pouczającymi opowiastkami, co bardzo doceniała srebrna. Niezwykle ją cieszyło, że miała szamankę do towarzystwa, gdyż najpewniej umarłaby z nudów, gdyby musiała przesiadywać tam całkiem sama przez tyle księżyców. Teraz oczywiście nie narzekała na brak zajęć, gdyż maluchy bardzo dbały o to, aby wiecznie miała na głowie masę rzeczy, ale zwyczajnie miło było mieć kogoś do poplotkowania. Purchawka była też po prostu przesympatyczną i ciepłą osobniczką; wszyscy dobrze czuliby się w jej obecności. 
Przyglądała się przez moment Jaśminowiec, która wychodziła właśnie z legowiska uzdrowicieli. Chwile zastanawiała się nad tym, jak czuję się mały, biedny Gołąbek. Wiedziała, że zniknął na kilka nocy, kiedy przyniesiono do obozu zwłoki Poranka, który był jego drogim mentorem. Było jej żal burego ucznia. Miała nadzieję, że nie mają zbyt dużo pracy, zwłaszcza że Wiciokrzew na pewno zmuszony był wykonywać swoje obowiązki znacznie wolniej z powodu brakującej nogi. Nigdy nie zapytała, co mu się stało; to nie byłoby okej, chociaż zjadała ją nieco ciekawość. Wspomniana przed momenty wojowniczka niosła w pyszczku liści maliny. Chociaż królowa potrafiła je rozpoznać, w ogródku jej dwunożnego rosły owe różowiutkie owoce, tak nie miała pojęcia, na co mogły pomagać. Nigdy nie byłaby dobrą uzdrowicielką, była do tego zbyt roztrzepana i energiczna; najpewniej rozniosłaby składzik zanim udałoby się jej cokolwiek znaleźć na ciemnych kupkach. 
Ktoś inny nagle zasłonił srebrną kotkę. Znajome bure futerko lśniło w zachodzących promieniach. Zastanawiała się, czy terminator robił porządne postępy w swoim treningu na zwiadowcę, a więc dziarsko zawołała:
— Hej, Borowiku! — Skrzące ślepka zwróciły się w jej kierunku. — Jak tam twój trening? Czy odnalazłeś już może nadrzewnego węża?

<Borowik?>

Wyleczeni: Jaśminowiec

Od Miodowej Łapy CD. Jesionowej Łapy

Przeszłość

Ula siedziała na kocyku wyłożonym na parapecie, przyglądając się światu zza wielkiej szyby. Tuż obok niej stało parę roślin, jednak to nie one przykuwały jej główną uwagę. Ze względu na to, iż tutaj zazwyczaj najlepiej świeciło słońce, miło było jej wysiadywać to miejsce i grzać swoją skórę, nie martwiąc się tym samym podmuchami wiatru, które często hulały zza wielkiej bariery, oddzielającej ją od dworu. Mroźne pazury przynosiły ze sobą maleńkie kawałki, którymi obijały co jakiś czas o materiał. Momentami sprawnie psuły widoczność, co nie spodobało się mieszkańcom domostwa ogromnie, ale nie mogli poradzić na to zbyt wiele. Szczególnie że pora była już późna i raczej za niedługo mieli szykować się do snu. Drobne, jasne płatki śniegu sypały z nieba, oświetlane jedynie przez pobliską latarnię, która rzucała dość słabe, pomarańczowe promienie na każdą z drobinek i przy okazji skrawek gruntu, ponieważ jeszcze się łapał. Naokoło żarówki latała chmara owadów, które za wszelką cenę próbowały dosięgnąć “słońca”. Złota przyglądała się jednej z gałęzi drzewa tuż obok, które gdyby tylko mogło, to zaczęłoby napierać na jej dom. Liście tańczyły tak, jak im grały podmuchy Pory Nagich Drzew. Pulchna sroka przeskakiwała z jednej gałęzi na drugą, jakby doszukiwała się idealnego miejsca na założenie gniazda albo szukała czegoś konkretnego, czegoś, czego nie mogła dostrzec ani zrozumieć Ula. Kotka zaczęła naśladować charakterystyczny dźwięk, typowo kojarzony ze srokami – co prawda jej nie wychodziło to aż tak dobrze, jak samemu ptakowi, jednak nie zamierzała się poddawać. Łaciata, pierzasta istota odpowiadała jej dość głośno, terkocząc nieprzyjemnie, wręcz wrogo i lustrując ją swoimi małymi, guzikowatymi oczkami. Ciekawe, czy łaciata istota by się nabrała? I czy sama Ula miała ochotę na nią w ogóle zapolować, czy może testowała jedynie swoje do tej pory nabyte umiejętności? Nie była pewna oraz nie miała nawet wystarczająco czasu na to, by dobrze się zastanowić. Ptak zeskoczył z gałęzi, wzbijając się w powietrze i posyłając dookoła mały śnieżny kurz. Gdy odleciała, koteczka odprowadziła ją tęskno wzrokiem. Najprawdopodobniej nie uplecie tu sobie gniazda, właśnie ze względu na nią. Obecność kotki nie gwarantowała sroce żadnego bezpieczeństwa. Westchnęła cichutko pod nosem i odwróciwszy się, od razu spotkała się z ciepłą dłonią swojej właścicielki, która może chciała ją pocieszyć ze względu na nieudane łowy albo próbę komunikacji z drugim gatunkiem. Połasiła się o nią, przytykając łebek tuż pod i już uderzenie serca później poczuła, jak dłoń przejeżdża po jej głowie, a potem ląduje pod jej brodą, drapiąc ją przyjemnie. Gdy tylko Dwunożna musiała na chwilę odejść, żeby coś zrobić, złotofutra zamruczała głośno, domagając się więcej pieszczot. Po paru uderzeniach serca zerknęła na nią wielkimi oczkami, a następnie zeskoczyła ze swojego przytulnego miejsca, obdarzając dwójkę Wyprostowanych zaciekawionym spojrzeniem. Z uwagą układali coś na stole, który był zresztą udekorowany inaczej, niż zwykle. Malowało się na nim naprawdę wiele ozdób, które gdyby tylko zechciała, to by im mogła pozrzucać i miałaby możliwość przy okazji dobrze się przy tym pobawić! Jednak… ona nie była taka jak jej braciszek, Cyprian. Nie czerpała przyjemności ze sprawiania przykrości swoim właścicielom. Wierzyła w to, że jej brat nie robił tego specjalnie, tak naprawdę nie sądziła, że którykolwiek z jego czynów był nacechowany negatywnie, prawdopodobnie zwyczajnie nie wiedział, że niektóre jego decyzje mogły przynosić negatywne skutki, nie winiła go za to, byli wtedy przecież jeszcze kociętami, byli tacy młodzi. Tak naprawdę nie winiła go za nic. Czasami spotykała się z myślami, iż chciałaby się znów zobaczyć ze swoim rodzeństwem, ale wiedziała, że nie było to obecnie możliwe. Zerknęła na drzewko stojące w rogu. Było wyższe nawet od jej Dwunożnych. Sięgało prawie że sufitu, a gdyby je wystawili na zewnątrz, to by pewnie i samego nieba dosięgnęło. Zachwycona licznymi, zielonymi gałązkami, przyglądała mu się jeszcze przez jakiś czas, a końcówka jej ogona podrygiwała z podekscytowania.
Przysiadła tuż obok niego, trącając łapą spokojnie jedną z wielu kolorowych kulek. Przedmiot wydał głuchy, charakterystyczny dźwięk, zwracając na siebie uwagę Dwunogów. Kotka zrobiła to jednak na tyle delikatnie, że nawet nie udało mu się spaść, a zresztą jej celem nie było zrzucenie go, nawet jeśli mogło to wyglądać właśnie w ten sposób. Prawdopodobnie, gdyby szarpnęła mocniej, mogłaby za sobą pociągnąć całe drzewko, co wydawało się dla niej niezwykle strasznym, ewentualnym scenariuszem. Dwunożna podeszła do niej, po czym schyliła się i gdy wzięła ją na ręce, zaczęła palcami u dłoni udawać myszkę, co złota od razu podłapała, próbując dosięgnąć jej ręki łapami ze schowanymi pazurami. Gdy jej się wreszcie udało, polizała ją parokrotnie po skórze, mrucząc głośno.

***

— …No i potem poszłam za tamten róg, o tam — czarnofutra wskazała łapą przestrzeń, której Ula nie miała co prawda okazji zwiedzić, ponieważ nie była kotem wychodzącym, jednak pokiwała zachęcająco głową, żeby towarzyszka kontynuowała niezwykle ciekawą historię. — Nie uwierzysz, co tam znalazłam! — dopowiedziała jeszcze, jakby chciała zbudować między nimi konkretną atmosferę, na co złota przybrała zamyślony wyraz pyszczka. Powinna zacząć zgadywać.
— Pszczołę? Nie… nie… znalazłaś może… hmmm — podparła podbródek łapą i wreszcie zastrzygła wąsami, jakby ją olśniło. — Czy znalazłaś tam zabawkową myszkę? — zapytała, uśmiechając się delikatnie. Poruszyła ogonem spokojnie, czekając na odpowiedź przyjaciółki cierpliwie.
— Nie, ale jesteś blisko! Mianowicie odkryłam, że gnieżdżą się tam myszy. Było ich całe, małe stadko. Jestem zdziwiona, że wybrały sobie tak odkrytą przestrzeń na zakładanie rodziny. Zawołałam moją siostrę i wspólnie wybrałyśmy się w tamto miejsce z powrotem i gdy już miałam pochwalić się jej moim znaleziskiem, okazało się, że gniazdko jest zupełnie puste. A przysięgam, że gdy znalazłam je po raz pierwszy, to było wręcz przepełnione tłustymi myszami! — opowiadała, zawzięcie gestykulując, a Ula słuchała jej z uwagą, co jakiś czas kiwając spokojnie główką, dając jej w ten sposób znać, że ją nadal słucha.
— Bardzo lubisz myszy, prawda?
— Tak, są najlepsze. Momentami odnoszę wrażenie, że nawet lepsze, niż jedzenie od ludzi, które dostaję — odparła, kiwając ochoczo głową. Odruchowo oblizała wargi. Ula zmrużyła ślepia, zastanawiając się, czy bardziej wolała gryzonie, czy może ptactwo. Nie miała zbyt wielu okazji do polowania, więc musiała polegać na tym, co sypnęli jej właśnie Dwunożni. A jeśli już o nich mowa… do jej uszu doleciał charakterystyczny dźwięk obijania się przedmiotów o ceramiczną miskę.
— Muszę już iść, porozmawiamy później lub innym razem — pożegnała się ze swoją koleżanką ruchem ogona, po czym zeskoczyła ze swojego typowego miejsca i wycofała się w celu spożycia posiłku. Gdy tak chrupało jej pomiędzy zębami, myślała sobie, że dobrze było mieć takie życie, jakie miała ona obecnie. Co jakiś czas słyszała od odwiedzających ją kotów jakieś głosy o grupach, które żyły na własną łapę i miały swego rodzaju hierarchię. Uciekli od swoich Dwunożnych w celu założenia własnej, zbitej – lub i nie – społeczności. Ula nie potrafiła sobie tego wyobrazić, w końcu było jej tutaj taaak dobrze.

***

Teraźniejszość

Kwiaty kołysały się na wietrze, podpierane przez wysoko rosnące trawy, które próbowały najprawdopodobniej dosięgnąć samego słońca, oferującego im tak wiele przyjemnego ciepła. Pora Nowych Liści była przepiękna – pełno zieleni wszędzie wokół, śpiew ptaków, który przynosił spokój, przeganiając nierzadko natrętne myśli. Bzyczenie owadów również było trudne do zignorowania. Jak dobrze, że Miodowej Łapie nie przeszkadzały one szczególnie. Pokusiłaby się o stwierdzenie, że niektóre były wręcz słodkie. Przykładowo pszczoły. Czasami odnosiła wrażenie, iż jej futro przypominało trochę takie pszczoły. W końcu była ona pręgowana i złocista, a niektóre owady, jeśli tylko wleciały pod odpowiednim kątem pod promienie słońca, także przybierały taki lekko złoty albo i wręcz rdzawy odcień. Zamruczała na samą myśl. Szła u boku Wilczego Skowytu, który pewnym ruchem odgarniał wysoko rosnącą trawę, próbującą sięgnąć jego pyska i może nawet uderzyć go w niego. Ula czasami wspominała swoją kruczofutrą znajomą. Ciekawe, czy nadal wymykała się ze swojego domostwa tak często? Złotofutra nie mogła tego zrozumieć za dobrze. W końcu było im obydwóm tak dobrze wewnątrz. Może ciekawość pchała ją prosto za drzwi?
— Miodowa Łapo, słuchasz? — zapytał z lekkim zniecierpliwieniem Wilczy Skowyt. Uczennica spojrzała na niego wielkimi oczkami. Ach! Musiała znowu odpłynąć myślami za bardzo.
— T-tak… przepraszam. Czy mógłbyś powtórzyć? — poprosiła, poruszając niespokojnie ogonem. Brązowy kocur westchnął pod nosem jakby ze zmęczenia jej zachowaniem. Położyła po sobie uszka. — Nie chciałam cię zdenerwować.
Wojownik w odpowiedzi machnął łapą, nie chcąc już dłużej tego słuchać.
— Obowiązuje u nas kodeks wojownika. Prawdopodobnie słyszysz o nim pierwszy raz, a ja będę ci o nim jeszcze powtarzał, ponieważ musisz znać go na pamięć. Musisz mieć go w małym paluszku — zaczął, pokazując jej swoją łapę i próbując wysunąć jeden z palców. Speszył się, jednak gdy mu to nie wyszło. — Słuchaj uważnie. Zacznę od najważniejszych, chociaż wszystkie są równie istotne. Pierwsza to… “Broń swego klanu, nawet kosztem własnego życia. Możesz zawierać przyjaźnie poza granicami, ale twoja lojalność musi pozostać w klanie”. Oznacza to, że możesz znać koty z przykładowo Klanu Burzy, nie musisz skakać im do gardła, aczkolwiek nie zaleca się wchodzić z nimi w większe, bardziej istotne relacje. Samo przywitanie się i zapytanie o zdrowie, dajmy na to, na zgromadzeniu wystarczy. Zrozumiano? — upewnił się, dając jej chwilę na przyswojenie nowej wiedzy. Miodowa Łapa pokiwała głową. Wilczy Skowyt zauważywszy to, uśmiechnął się lekko.
— Dobrze. Następną jest “nie poluj na terenie innego klanu, ani na niego nie wkraczaj”. Obowiązują nas wszystkich granice, które patrolujemy każdego dnia i dbamy o to, żeby nikt ich przypadkiem nie przekroczył. Jeśli tylko ktoś się ośmieli, a w dodatku, broń Mroczna Puszczo, zapoluje na naszą zwierzynę, czekają ich konsekwencje. Jeśli chcesz, możesz bez wyrzutów sumienia urwać takiemu kotu uszy. Myślę nawet, że Zalotna Gwiazda by cię za to pochwaliła.
— To… to straszne! A co, jeśli ten kot by głodował? Czy nadal mam być taka okrutna? Czy nie sądzisz, że żyłoby wam się lepiej, gdybyście mieli w sobie mniej nienawiści względem drugiego kota? — zapytała ze zmartwieniem, a jej złote futro zafalowało na wietrze. Wilczy Skowyt uniósł jedną brew podejrzliwie.
— Jeśli chcesz zostać jedną z nas, nie może być u ciebie miejsca na wątpliwości. Musisz słuchać tego, co się do ciebie mówi i nie wolno ci tego podważać. Skoro ja tak mówię, to musisz się tego słuchać, ponieważ to ode mnie w głównej mierze zależy, czy zostaniesz wojowniczką. Na razie jeszcze długa droga przed tobą — odpowiedział jej nerwowo, na co Miodowa Łapa widocznie posmutniała. — Granice są u nas od zawsze i nie możemy tego zmienić tylko dlatego, że tego nie rozumiesz. Żyłaś całe życie jako pieszczoch, dlatego właśnie po to jestem ja – żeby nauczyć cię zwyczajów, które u nas panują od zarania dziejów. Jeśli kot by głodował, musiałby spróbować swojego szczęścia na terenach niczyich, a najlepiej na własnych. Nie możemy każdemu tak rozdawać zwierzyny, bo wtedy to my byśmy głodowali. Nikt by nam nie pomógł.
Miodowa Łapa spojrzała na swoje łapy, trochę zniechęcona. Nie miała na myśli tego, że mają od razu rozrzucać cały swój zapas, jednak czy aż tak wielką różnicę zrobiłaby im jedna nornica, czy dwie? Drugi kot by mógł dzięki temu przeżyć, a oni mieliby powód do dumy z siebie, że mają tak dobre serca. Dwójka zaczęła powoli kierować się z powrotem do azylu, na co Miodek nie zwróciła aż tak szczególnej uwagi, ponieważ pochłonęły ją myśli, jak mogłaby sprawić, żeby nie czuć się źle z decyzjami, jakie będzie musiała kiedyś podjąć, ponieważ Klan Wilka tego od niej oczekiwał.
— Koniec na dziś. Zapamiętaj te dwie zasady, a w razie pytań wiesz, gdzie mnie szukać. Jutro przedstawię ci resztę, więc bądź gotowa. Możesz sobie coś wziąć ze sterty — powiedział jej, zanim nie rozeszli się w obozie. Pożegnała go ruchem ogona, kierując się do sterty zwierzyny. Bardzo burczało jej w brzuchu, a w głowie lekko się kręciło z powodu głodu. Zauważywszy pręgowaną, jasną kotkę, na jej pysk od razu zakradł się szczery uśmiech. Mogła zawsze porozmawiać z Jesionową Łapą, ona ją zrozumie! Kotka wybrała sobie ze sterty królika, a gdy tylko ich spojrzenia się spotkały, na pyszczek zielonookiej wkradło się rozpromienienie.
— Jesionowa Łapo, słoneczko, zjemy razem? — zapytała Miodek, sadowiąc się wygodnie obok uczennicy.
Liliowa pokiwała chętnie głową, przysuwając zdobycz bliżej złotej. Miodowa Łapa wzięła kęs zwierzyny, po czym przysunęła ją z powrotem do Wilczaczki.
— Miodowa Łapo, czego się dzisiaj nauczyłaś na treningu? Wyglądałaś na zmartwioną, gdy wróciłaś z treningu z Wilczym Skowytem. Był dla ciebie niemiły? — zaczęła dopytywać, widocznie martwiąc się o stan koteczki. Miodowa Łapa spuściła wzrok na zwierzynę u swoich łap.
— Wiesz… chyba niezupełnie rozumiem panujące tu zasady — uśmiechnęła się smutno, łapą zataczając kółka w gruncie. — Dowiedziałam się, że jeśli chciałabym pomóc głodującemu kotu, który nie należałby do Klanu Wilka, to bym nie mogła, ponieważ “tak po prostu tu jest i musisz się nas słuchać”. Ciężko mi w to uwierzyć, to… straszne. Nie potrafiłabym chyba zwyczajnie patrzeć na to, jak ktoś głoduje na moich oczach — zwierzyła jej się, a po chwili poczuła puchaty ogon na swoim boku, jakby w formie pocieszenia.

[2065 słów]
<Słoneczko, a co ty myślisz o tym całym kodeksie wojownika?>

Od Łzy do Zewu

Pora Zielonych Liści rozlała się nad lasem miękkim, niemal sennym spokojem, pod którego ciepłem nawet najbardziej poszarpane gałęzie zdawały się oddychać wolniej, jakby sama ziemia po długich księżycach chłodu i wilgoci wreszcie pozwoliła sobie na odpoczynek. Korony drzew były ciężkie od soczystych liści, przez które światło przesączało się cienkimi smugami złota, drgającymi na ziemi przy każdym poruszeniu wiatru. W powietrzu unosił się zapach świeżej zwierzyny, rozgrzanej kory oraz wilgotnego mchu, a cały obóz zdawał się funkcjonować w rytmie leniwego, ciepłego popołudnia, podczas którego nawet rozmowy na polanie brzmiały ciszej niż zwykle.
Żłobek pozostawał jednak światem odrębnym od reszty obozowiska — miejscem cieplejszym, spokojniejszym i odgrodzonym od codziennych trosk miękkim półmrokiem oraz ciężkim zapachem mleka, mchu i futra wielu śpiących obok siebie kotów. Mech rozłożony w legowiskach był miękki i sprężysty od ciągłego ugniatania małych łapek, a przytłumione oddechy królowych oraz kociąt mieszały się z odległym echem obozowego gwaru, tworząc jednostajny, kołyszący rytm, który sprawiał, iż czas zdawał się płynąć tutaj wolniej.
Łza siedziała nieco z boku, obserwując pozostałe kocięta z uwagą, której nie próbowała specjalnie ukrywać, choć jednocześnie nie była ona całkowicie otwarta. Jej spojrzenie przesuwało się po Pierścieniu, Smoku i Mordorze powoli, niemal analitycznie, jakby próbowała ocenić nie tyle ich samych, ile miejsce, jakie zajmowali w tej małej przestrzeni żłobka.
Byli dziwni.
Nie potrafiła jeszcze dokładnie wyjaśnić dlaczego, lecz w jej dziecięcym umyśle różnica pomiędzy nimi a nią samą wydawała się czymś oczywistym, niemal naturalnym. Ich futerka nie były równie piękne, oczy nie błyszczały równie jasno, a ruchy były za to znacznie bardziej… Niezgrabne.
Jej ogon poruszał się wolno po podłożu, odmierzając rytm myśli, które pojawiały się i znikały w jej głowie z tą charakterystyczną dla młodych kotów gwałtownością. Przez chwilę rozważała nawet, czy nie podejść bliżej trójki kociąt, lecz szybko doszła do wniosku, że musiałaby wtedy dostosować się do rozmowy, która już trwała bez niej, a to oznaczałoby konieczność dzielenia się uwagą.
Nie podobała jej się ta perspektywa.
Właśnie wtedy jej wzrok przesunął się dalej i zatrzymał na Purchawce.
Dymna kotka leżała niedaleko wejścia do żłobka, a jej sylwetkę miękko oplatały złote smugi światła wpadającego pomiędzy gałęziami osłaniającymi wejście. Purchawka zajęta była pielęgnacją Zewu, którego futro wygładzała cierpliwymi, spokojnymi ruchami języka. W jej zachowaniu nie było przesadnej czułości ani demonstracyjnej troski — raczej coś naturalnego i stałego, co przypominało rytm codziennych czynności powtarzanych od tak dawna, że stały się niemal odruchem.
I właśnie ten obraz przyciągnął uwagę Łzy mocniej niż cokolwiek innego.
Jej ślepia rozbłysły subtelnie, gdy obserwowała matkę pochyloną nad bratem, a w jej wnętrzu pojawiło się znajome ukłucie niezadowolenia, którego jeszcze nie potrafiła nazwać. Nie chodziło nawet o samą zazdrość — bardziej o nieprzyjemne wrażenie, że przez krótką chwilę centrum uwagi przesunęło się na kogoś innego.
To należało naprawić.
Podniosła się więc z miejsca i ruszyła ku Purchawce lekkim, starannie kontrolowanym krokiem, który w jej własnym odczuciu wyglądał znacznie dostojniej, niż powinien wyglądać chód tak małego kocięcia. Łapki stawiała wyraźnie, lecz nie gwałtownie, jakby chciała zostać zauważona jeszcze zanim wypowie choćby jedno słowo.
— Mamuś… — zaczęła cicho, pozwalając, by jej głos wtopił się w spokojny rytm żłobka niczym delikatne mruczenie.
Purchawka drgnęła jednym uchem, jednak nie odwróciła się od razu, nadal zajęta wygładzaniem futra Zewu.
Łza zatrzymała się bliżej, a jej ogon zakołysał się wolniej.
— Mamuś — powtórzyła nieco wyraźniej, tym razem z odrobiną większego nacisku, choć nadal zachowywała pozory cierpliwości.
— Mh — mruknęła Purchawka, nie przerywając pracy.
Przez moment Łza jedynie się jej przyglądała. Jej spojrzenie przesunęło się po grzbiecie Zewu, po spokojnym wyrazie pyska matki, po ruchach języka wygładzającego futro brata, aż w końcu coś w niej wyraźnie się napięło.
— PURCHAWKO! — wyrwało się z niej nagle, głośniej i ostrzej, niż zamierzała, a mała łapka tupnęła o ziemię z oburzeniem, które w jej własnym odczuciu było całkowicie uzasadnione.
Purchawka wreszcie odwróciła głowę, a w jej spojrzeniu pojawiła się znajoma mieszanina cierpliwości i lekkiego zmęczenia, które zna każda królowa spędzająca całe dnie wśród kociąt.
— Tak, Łzo?
Natychmiast, niemal odruchowo, młoda kotka wyprostowała się odrobinę, jakby sama rozmowa wymagała odpowiedniej postawy i przygotowania.
— A moje futerko też mogłabyś wyczyścić? — zapytała, tym razem ze słodkim niczym cukierek tonem.
Nie było w tym realnej potrzeby. Jej futro wyglądało zupełnie dobrze, a ona sama doskonale o tym wiedziała. Chodziło raczej o sam gest — o uwagę, którą Purchawka poświęcała właśnie komuś innemu
Purchawka spojrzała na nią spokojnie, po czym wróciła do pielęgnacji Zewu.
— W porządku. Tylko skończę pielęgnować twojego brata.
Łza przechyliła głowę, obserwując tę odpowiedź z wyraźnym namysłem, podczas gdy jej ogon lekko uderzył o mech.
— Musisz? — zapytała pozornie niewinnie. — On już wygląda na całkiem… gotowego.
Przerwała na chwilę, po czym uniosła lekko własny ogon.
— A mi chyba coś wplątało się w futerko. Tutaj. Przy końcówce.
Mówiła swobodnie, niemal mimochodem, lecz jej spojrzenie ani przez moment nie skupiło się na ogonie. Cały czas obserwowała Purchawkę, jakby próbowała ocenić, czy matka dostrzeże ukrytą pod słowami prośbę o uwagę.
— Przecież jeszcze niedawno sama biegałaś po całym żłobku bez żadnych problemów — zaczęła spokojnie, lecz urwała, gdy Zew wydał z siebie cichy, niezadowolony dźwięk.
Łza natychmiast to zauważyła.
Jej uszy drgnęły lekko, a spojrzenie przesunęło się ku bratu tylko na ułamek chwili, nim znów wróciło do matki, jakby chciała upewnić się, że uwaga rozmowy nadal pozostaje skupiona na niej.
— To było wcześniej — odpowiedziała szybko, niemal natychmiast znajdując uzasadnienie. — Teraz coś mogło się zaplątać.
Purchawka przyglądała jej się jeszcze przez moment, po czym po raz kolejny przejechała językiem po futrze Zewu.
— Dobrze. Zaraz sprawdzę.
Łza uśmiechnęła się szeroko, wyraźnie usatysfakcjonowana, następnie spojrzała na brata i lekko zmarszczyła nos.
— Zewiee… — przeciągnęła miękko, choć z wyraźnie słyszalnym zniecierpliwieniem. — Możesz się nieco pośpieszyć?

<Zew?>

Od Żmijowcowej Wici CD. Mandarynkowej Gwiazdy

Śledzenie Czyhającej Mureny okazało się… przeokropnie nudne. O ile siedząc na ogonie Tojada miał jeszcze jakiekolwiek możliwości, aby go powkurzać, ponabijać się z niego czy sprawić, aby jego życie było jeszcze cięższe i bardziej uporczywe, tak z księżniczką sytuacja malowała się zupełnie, zupełnie odwrotnie. Murena była cicha, opanowana i bardzo ostrożna we wszystkim, co robiła. Nie wiedział, czy po prostu tak prędko odkryła jego zamiary, czy po prostu zawsze się tak zachowywała; nie mógł tego z niczym porównać, bo zwykle, jeśli wychodził na patrol z czarno-białą, to prędko znajdował sobie inne, poboczne zajęcie, aby nie zasnąć czy umrzeć z nudów. Miał tego zwyczajnie dość. Wpychał się na siłę do grup, w których ona akurat się znajdowała, mówiąc, że nie ma już czego nauczać Lawendową Łapę, więc przynajmniej może przydać się jakoś tam. Nikt nie patrzył na niego dziwnie; wszyscy wiedzieli, że jeśli robił coś niezrozumiałego, to zapewne chciała tego Mandarynkowa Gwiazda, której był podnóżkiem. A to też wiedział już cały Klan Nocy. Ale miał już zwyczajnie dość patroli przepełnionych ciszą i skupieniem, gdzie nikt nie śmiał się głośno i nie obrażał głupio rozczochranych ptaków na gałęziach o poranku. Trzcinowy Szmer, która przez jakiś czas też nie opuszczała go na krok (miał już podejrzenia, że on sam stał się ofiarą, którą kazano obserwować), teraz najwidoczniej wróciła do swojego zwyczajnego rozkładu obowiązków, gdyż coraz rzadziej przydzielano ich wspólnie do grup łowieckich, a jedyne, co pozostało, to wspólne treningi, podczas których uwielbiał przyglądać się walkom przyjaciółki z jej niesamowicie nieumiejętnym i niechętnym do nauki uczniem. 
Wszystko w Klanie Nocy wydawało się powoli wracać do porządku po tym dziwnym okresie, kiedy Mandarynkowa Gwiazda chowała się niemal po kątach. Ba! Nawet jego… brat? Nawet on został w końcu włączony do rodu. Okropnie się czuł, kiedy musiał myśleć o Flamingu w ten sam sposób, w jaki myślał o, powiedzmy, Lulkowym Zielu. Nie chciał widzieć w nim rodziny; nie byli nią. Chociaż nieco się cieszył, że matka odzyskała wigor i dobry humor. Nie mógł znieść jej skwaszonego pyska, kiedy okazało się, że jej najmłodszy jedynak nie zostanie naznaczony lotosem w standardowym czasie. Mimo że nie byli już nawet w połowie tak blisko jak kiedyś, wiedział, że z wybuchowym charakterem Wężyny wszystkim będzie się lepiej żyć, jeśli ona będzie w pozytywnym nastroju. Rogata Łapa też nieco... wydoroślał. Żmijowiec miał jakieś przelotne interakcje z księciem, chociaż na ogół starał się nie pchać w te same miejsca co on. Odwiedzał czasem żłobek, aby zanieść Wężynie coś na ząb, zwykle z rozkazu ojca kociaka. Wtedy kociak był niemożliwy i niezwykle irytujący. I mówił to Żmijowiec, którego sympatia do najmłodszych członków klanu była ogólnie znana i często komentowana. Rozmawiał też o nim z Widlikiem, który, chociaż uważał go za dość znakomitego kota z rodu, nie mógł nie zgodzić się, że charakter na pewno odziedziczył po matce (ale to była cecha wspólna większości jej maluchów, więc nikogo to nie zdziwiło). Teraz, kiedy wpadł pod łapy samej Mandarynkowej Gwiazdy, miał wrażenie, że cały ten wigor został przelany na treningi; i bardzo dobrze. Opóźnione włączenie do rodu najpewniej zabolało jego nabrzmiałe ego, o które matka zadbała już od pierwszych dni. Możliwe, że była to wyłącznie kwestia tego, że wymęczony uczeń to często cichy i spokojny w obozie uczeń, ale wolał nie narzekać. Dopóki wyrośnie na lojalnego księcia, to wszystko będzie okej. Sam Rogata Łapa raczej nie był skory do nazywania ani Żmijowca, ani, powiedzmy, Rosiczki, swoim starszym rodzeństwem. Czasami się nawet zastanawiał, czy był świadom, że są spokrewnieni. Miał wrażenie, że ani jego, ani Flaminga to nie interesowało. I najlepiej, żeby tak zostało. Tak będzie wszystkim łatwiej i oszczędzą sobie wielu niezręcznych chwil i rozmów. 

* * *
Po ataku borsuków

Senna Łza została przeniesiona w ciężkim stanie do legowiska medyków. Nie budziła się, a wokół jej mchu wciąż biegała to Gąbczasta Perła, to Klekoczący Bocian. Nikt nie wiedział, co tak faktycznie powinien zrobić, i nie chodziło tylko o medyków. Cała sytuacja rozdarła Klan Nocy. Kiedy koty, które uczestniczyły w zgromadzeniu, dotarły do obozu i ujrzały to, co się tam wcześniej wydarzyło, oniemieli. Wojownik wiedział, co czuli; on sam dotarł tam, kiedy już potyczka z borsukami wrzała w najlepsze. Pierwszy rozkaz, który wypadł z pyska liderki, dotyczył rannych i, o nieszczęście, zmarłej starszej. Wszyscy uwijali się jak mrówki mimo nieprzespanej nocy i słońca, które leniwie zaczęło wyłaniać się na horyzoncie. Później zajęto się sprawą jego bratanicy, która była samodzielnie odpowiedzialna za to całe nieszczęście. Żmijowiec nie udał się do lecznicy mimo ran na pysku, które uważał jedynie za niewielkie zadrapania, które do tego dodawały mu nieco męskości (słowa Trzcinowego Szmeru). Dużo myślał o tym, co się wydarzyło. To wszystko było jakimś absurdalnym, okrutnym snem. Nie rozumiał niczego. I nie mówił tylko o gadających borsukach, bo tej części nawet nie próbował rozwikłać w jakiś… sensowny i zdroworozsądkowy sposób. Jego osądy ciągle uciekały w kierunku Korzennej Łapy. Jak terminatorka mogła być aż taka nierozważna?! Rozumiał, że jej ojciec nie był najmądrzejszym kotem w klanie i chociaż on sam niekoniecznie wierzył w dyskryminację czekoladowych kotów, tak nie mógł przestać myśleć, że to jej błotniste plamy w końcu dotarły do jej niewielkiego mózgu i zaćmiły go kompletnie. Nie mógł zrozumieć, jakim cudem mieli niby być spokrewnieni. 

Następnego dnia wstał wcześnie, chociaż zmęczenie wciąż ściągało jego powieki w dół. Niemal machinalnie podszedł do legowiska liderki, ale zatrzymał go Błękitna Laguna. 
— W czym mogę ci pomóc, Żmijowcowa Wicio? — zapytał, zastawiając mu drogę. Zielone ślepia zmierzyły księcia od góry do dołu. 
— Chcę porozmawiać z Mandarynkową Gwiazdą. Jest u siebie? — zapytał, wciąż sennie i powoli. 
— Tak, ale nie wiem, czy nie wolałaby odespać wczorajszych wydarzeń — wymruczał zastępca. 
— Nie mów o tym, co wydarzyło się w nocy, bo siedziałeś na Bursztynowej Wyspie. — Był nieco zirytowany; nie wstał o świcie, aby kłócić się z Laguną, kiedy wciąż ma śpiochy w kącikach oczu. Już chciał coś dodać, jeszcze bardziej zdenerwować kocura, ale przerwał mu głos zza cienia, który okrywał legowisko przywódcy. 
— Co to za szarpanina już o poranku — warknęła Mandarynka, wyłaniając się powoli z dziury między korzeniami. Zmierzyła wzrokiem najpierw syna, potem burego wojownika. — Błękitna Laguno, z czym przychodzi Żmijowcowa Wić? 
— Z czymś, co na pewno może poczekać, aż słońce chociaż wzejdzie ponad nadbrzeżne trawy — odpowiedział już znacznie spokojniej. Zielonooki go zignorował. 
— Przychodzę z raportem wczorajszego wydarzenia. — Zrobił krok do przodu, a kotka skinęła łbem i zaprosiła go do środka. Wymijając zastępce, trącił go ogonem w policzek. Nie ukrywał, że było to dziecinne zachowanie. Nie ukrywał też, że poczuł napływ satysfakcji. 
— Mów zatem — powiedziała kotka, kiedy mrok ukrył ich przed rannymi ptaszkami, które już zajmowały się doprowadzaniem obozu do stanu przed napadem borsuczej zgrai. 
— Wiem, że już w nocy dowiedziałaś się, kto i co było powodem pojawienia się drapieżników, więc nie przyszedłem rozmawiać o tym — zaczął.
— Tak. Korzenna Łapa wykazała się nieopisaną głupotą i zostanie odpowiednio ukarana.
— Zgadzam się, tak... Mysi mózg... Nie wierze, że to kotka, z którą dziele krew, chociaż sam Tojadowa Kryza nie należy do najmądrzejszych.
— Nie przyszedłeś tu tylko, aby narzekać na rodzinę, mam nadzieję. — Podniosła brew, nieco zniecierpliwiona. Na pewno też była bardzo zmęczona. 
— Nie, nie... To może zabrzmieć głupio, ale... Te borsuki, one przemawiały. Najpierw mniej zrozumiale, ale z czasem coraz więcej słów miało sens... Jakby nas ostrzegały, Mandarynkowa Gwiazdo — szepnął, jakby chciał mieć pewność, że Błękitna Laguna go nie usłyszy.
— Uderzono tobą o skały, Żmijowcowa Wicio? Borsuki, mówiące kocim językiem? Słyszysz, co mówisz? — zakpiła liderka. Nie dziwił jej się. On sam nigdy by w to nie uwierzył. 
— Wiem, jak to brzmi, Mandarynkowa Gwiazdo, ale musisz uwierzyć, a jak nie, to innym, którzy byli tego świadkami. Kogokolwiek z grupy, która walczyła w obozie. Zapytaj Trzcinowego Szmeru lub Złocistego Widlika, a nawet Niezapominajkowej Nadziei. Oni wszyscy powiedzą to samo, co ja. 
— To był bardzo stresujący moment dla was wszystkich — mruknęła. 
— Wiesz, że do wiary w rzeczy, których pojąć nie umiem, za pomocą zwykłych zmysłów jestem ostatni. — Srebrna zamilkła. — Nie chcę mącić ci w głowie. Wiem, że byliśmy w szoku, a adrenalina mąciła nam w głowie. Ja nie jestem w stanie ci przekazać, co powiedziały; nie pamiętam tego; byłem zbyt wściekły na Korzenną Łapę, ale może Złocisty Widlik lub Wężynowy Splot byli w nieco lepszym stanie emocjonalnym. 
— Dobrze... Dziękuję ci, Żmijowcowa Wicio. Możesz odejść. Ja muszę pomyśleć. — Odwróciła się od niego i ogonem pokazała, że ma opuścić legowisko. Zrobił, jak kazała. 

* * *
Aktualnie

Wracał z patrolu. Humor od samego początku był nieciekawy. Nienawidził chodzić w grupie z Wzlatującą Uszatką. Nigdy nie zrozumie, dlaczego pozwolono jej powrócić, a w dodatku przywlec tego małego smrodka. Nie widział w wojowniczce niczego, co sprawiało, że była warta zatrzymania. Dzisiejsze wyjście tylko umocniło go w tym stwierdzeniu. Mewi Puch odniósł ranną kotkę do medyków. Byli już niemal przy samym obozie, kiedy pomarańczowooka poślizgnęła się i wpadła prosto w byliny z głośnym piskiem. Jej łapa wygięła się nienaturalnie, a końcowo musiała zostać wciągnięta na grzbiet potężnego kocura, który sprawnie przeprowadził ją na drugą stronę. Żmijowiec wszystko to oglądał z podniesioną brwią i skrzywionym pyskiem. Nie życzył jej oczywiście otwarcie źle, ale gdzieś z tyłu głowy miał nadzieję, że cokolwiek sobie zrobiła, będzie na tyle niebezpieczne i poważne, że zamkną ją w lecznicy na długie księżyce. Cokolwiek miało znajdować się w nocnych gwiazdach, już raz uwolniło go od Wzlatującej Uszatki. Była szansa, że nie wykorzystał swoich wszystkich życzeń. 

Wślizgnął się do kociarni, gdzie wrzała rozmowa między Kropiatkową Skórą i Trzcinowym Szmerem. W pysku niósł sporą rybę, którą udało mu się złapać z pomocą Kuniego Strumyczka. Kotki były tak zajęte swoimi własnymi rozmowami, że nie usłyszały wchodzącego wojownika, przynajmniej dopóki nie upuściła morskiego potwora z głośnym uderzeniem. Pomarańczowooka nieco podskoczyła i od razu zwróciła się do dawnego mentora. 
— Oh! Dzień dobry, Żmijowcu — wymruczała, kiedy kocur rozglądał się po dziwnie cichym żłobku. — Maluchy poszły pobrykać ze Zmierzchającą Zatoką, więc jest troszkę spokojniej. 
— Znowu ryba… — burknęła za to szylkretką, wpatrując się w leżące, dalej wilgotne cielsko. — Obiecałam ci ostatnio, że wsadzę ci ości w zad. 
— Ciebie też miło widzieć, Trzcinko — odpowiedział. — I trochę szacunku do tego majestatycznego okonia! Nie widzisz, jaki dorodny? Prawie odgryzł mi głowę, a ty jesteś niewdzięczna niczym małe kocię. Zajadaj i nie marudź; zobaczysz, jak ci od razu zacznie migotać futerko od tych drogocennych tłuszczy rybnych. Ja jem tylko ryby, a przynajmniej staram się i widzisz, jak wyglądam.
— Rybka wygląda faktycznie smakowicie, ale może uszanuj zachcianki matki swoich kociąt, Żmijowcowa Wicio… — Kropiatka próbowała załagodzić udawany, przedramatyzowany konflikt pary. Rdzawawa królowa fuknęła pod nosem. 
— Zaklepałem ją już dla was, kiedy wracaliśmy znad rzeki, więc jak chcecie coś innego, to poproście Zmierzcha. — Udawał obrażonego, ale prędko zwrócił się ponownie do najmłodszej. —  A jak twój katar? Lepiej się czujesz? Nie chcę, żebyś zaraziła Trzcinowy Szmer lub któreś ze swoich maluchów…
— Gąbczasta Perła odjęła go jednym machnięciem łapki. — Uśmiechnęła się delikatnie, a kocur pokiwał głową.
— To dobrze, całe szczęście. — Po tych słowach na moment zamilkł, po czym podszedł bliżej szylkretki, która przeniosła się bliżej wyjścia, aby łapać promienie zachodzącego słońca. Usiadł obok, dotykając udem jej boku. — Powiem Mandarynkowej Gwieździe, że spodziewamy się kociąt. 
— W porządku — mruknęła, kąpiąc pysk w przyjemnym cieple promieni. 
— Potrzebujesz czegoś? — zapytał jeszcze.
— Normalnego jedzenia. Nie mam ochoty na rybę — burknęła. 
— Przyniosę ci potem. Chyba, że jesteś bardzo głodna.
— Umieram normalnie z głodu — prychnęła żartobliwie. — Idź do niej, a zanim wrócisz, to się wyliż, bo capisz jak rzeczny muł. 
— Jaka się Pani zrobiła delikatna… — Przewrócił oczami, ale na pysku wciąż malował mu się łagodny uśmiech. Wstał powoli, a odchodząc, dotknął jeszcze ogonem ucha Trzcinki. 
Nie musiał szukać przywódczyni. Srebrna wróciła niedawno z treningu i teraz zabierała zwierzynę na bok, aby w spokoju się posilić. Przez moment zastanawiał się, czy powinien dać jej moment dla siebie, ale kiedy Mandarynka ujrzała, że ten stoi niczym porzucone kocie na środku obozu i gapi się prosto na nią, machnęła zapraszająco ogonem. Bury pomknął żwawo. 
— Czego chcesz tym razem? — zapytała w pół zirytowana i zmęczona, a w pół zaciekawiona. 
— Chciałem podzielić się nowiną... 
— Złą czy jakimś cudem dobrą? — Podniosła podejrzliwie brew. 
— Mam najszczerze nadzieję, że nie weźmiesz ją za coś negatywnego — mruknął nieco speszony. 
— Do sedna, Żmijowcu — pogoniła go.
— Ja i Trzinowy Szmer będziemy mieć kocięta. — Czekał na reakcję kotki. Nieco niezbyt skromnie zdawał sobie sprawę, że z wszystkich wojowników w Klanie Nocy, to właśnie jego i swoją dawną uczennicę Mandarynkowa Gwiazda trzyma najbliżej, więc od samego początku chciał, aby wiedziała, że to właśnie jej najbardziej zaufana para kotów postanowiła poszerzyć szeregi członków. Wiedział też jednak, że była spora szansa, że zwyczajnie się tego nie spodziewała. 

<Mamdi? będziesz mieć pseudownuki>

Wyleczeni: Kropiatkowa Skórka, Wzlatująca Uszatka

Od Poczciwego Szakłaka CD. Gasnącej Łapy

TW: Koszmar senny, krew

Wielkimi krokami nadchodziła pora zielonych liści, kiedy to temperatury dla większości kotów były mało przyjemne, a nawet niebezpieczne. Zielonooki Burzak najchętniej, by przez cały ten sezon siedział schowany w legowisku wojowników i co najwyżej nocą opuszczać to schronienie, by wykonywać swoje obowiązki. Mimo wszystko nie narzekał, a przynajmniej nie otwarcie, nawet jeśli po każdym patrolu niemal od razu szukał dla siebie zacienionego miejsca w obozie.
W ostatnich dniach pod swoją opiekę otrzymał nowego ucznia, Bursztynową Łapę. Rudy zdecydowanie był przeciwieństwem swojego mentora, który to starał się z nim znaleźć wspólny język, aby ich współpraca na treningach jakoś szła. Już po pierwszym wyjściu z obozu wraz z uczniem, zrozumiał czemu, to on miał go szkolić – Bursztyn był istny ucieleśnieniem chaosu i zagłady, a przynajmniej w oczach wojownika. Ostatni raz, kiedy miał jakąkolwiek styczność z nieposkromionym charakterem u kociaka czy też ucznia, była bodajże Rybkowa Łapa, którą szkoliła Skrzydlata Płomykówka. Chociaż do tego grona mógł też zaliczyć rodzeństwo Tańczącego Pierza z nim włącznie – nie pamiętał, czy był wtedy na zgromadzeniu, czy mimowolnie usłyszał rozmowę innych wojowników w legowisku o zachowaniu ówczesnych kociaków. Jakby wtedy było mało, to jeszcze Rudzikowe Skrzydełko wykazała się jakże ponadprzeciętną dojrzałością. Później, kiedy tylko srebrna odzyskała status wojowniczki, Szakłak czasem lubił jej przypominać dawne błędy – nie robił tego złośliwie, a jedynie w przyjacielskich zaczepkach, co czasem podzielała również Płomykówka, która niedługo później sama podłapał zachowanie kocura.
Zielonooki właśnie wyłaniał się z legowiska wojowników na światło dzienne – na co nieco niezadowolony zmrużył oczy i poruszył końcówką ogona. Jego depresyjny nastrój nadal mu się utrzymywał, szczególnie teraz, kiedy nadchodził sezon, w którym księżyce temu zmarł Poczciwy Dziwaczek. Czarny nadal tęsknił za swoim dawnym mentorem, któremu nawet niedane było ujrzeć niedługo później narodzone potomstwo. Kocur chyba oddałby wszystko, by jeszcze raz móc spędzić czas ze zmarłym.
Ledwo zdążył wykonać parę kroków, gdy niespodziewanie pojawił się Zawodzące Echo, wręcz wyrósł jak spod ziemi. Jednolity zatrzymał się w połowie kroku, nie mając najmniejszych zamiarów wpaść na zastępcę.
— Udasz się z Szarą Skórą i Skrzydlatą Płomykówką na patrol graniczny, oni Ci przekażą więcej szczegółów. — Zielonooki jedynie skinął głową. Nie przeszkadzała mu rzeczowość ze strony dymnego, wręcz lubił to w nim – zero zbędnych słów, ciągnięcia rozmowy.
Szakłak po odprowadzeniu Echa wzrokiem skierował swoje matowe spojrzenie na dwójkę Burzaków, która już czekała przy jednymi z tuneli, stanowiących wyjście z obozu. Czarny powolnym krokiem dołączył do nich i w chwilowej ciszy ruszyli na patrol.
— Pożarowa Łapa nie idzie? — zagaił do Płomykówki, czując jak struny głosowe nieco mu odmawiają posłuszeństwa – zdecydowanie za rzadko ich używał w ostatnim czasie, a nie chciał strzępić sobie języka na treningach z Bursztynową Łapą. Uważał, że rudy ma słuchać na tyle uważnie, by wojownik nie musiał pięć razy powtarzać jednego i tego samego.
— Szakłaczek dzisiaj należy do rozmownych kotów? — sarknęła srebrna, używając zdrobnienia, którym na co dzień posługiwała się jej siostra wobec starszego.
— Już tak nie kąsaj — mruknął.
— Na Przodków, już osiem słów opuściło twój pysk, rozkręcasz się.
— Ha ha, bardzo zabawne — stwierdził, przewracając oczami.
— Wiem, powalam swoim poczuciem humor — zażartowała, nim powaga na nowo pojawiła się na jej pysku. — Zawodzące Echo stwierdził, że powinna zająć się czymś innym w tym czasie. A twój uczeń to gdzie, hm?
— Uczy się pokory pod okiem Rudzikowego Skrzydełka i Tańczącego Pierza. — Po tych słowach Płomykówka wyglądała, jakby miała się zakrztusić, gdyby coś jadła, bądź piła.
— Błagam, powiedz, że nie mówisz poważnie… Nie wiem, czy istnieje gorszy wybór.
— Dzięki za wspieraniem moich decyzji.
— To jest chyba pierwsze decyzja, którą mogę zaliczyć do pokrojów tych od siostry.
— I ty przeciwko mnie? — spytał z udawanym bólem w głosie, na co ruda jedynie wzruszyła ramionami. — Tak właściwie dokąd zmierzamy?
— Do granicy z Klanem Wilka. — Do ich rozmowy wtrącił się Szara Skóra, który szedł nieco z przodu ich niewielkiej grupki.
Czarny skinął głową i do samej granicy milczał. W międzyczasie pogoda diametralnie się zmieniła, a niebo zostało przysłonięte szarymi chmurami, z których później zaczęło nieznacznie kropić. Kiedy tylko pierwsze oznaki deszczu dotknęły rozgrzanej sierści Szakłaka, poczuł się cudownie – właśnie tego było mu potrzeba, by uniknąć przegrzania spowodowanego zbyt długim przebywaniem na słońce. Pogoda ta utrzymywała się w czasie, kiedy łapy ich poniosły do Upadłego Potwora. Nie starali się zachowywać nawet najmniejszej ciszy, nie spodziewając się nikogo, dlatego też, jakie było ich zdziwienie, gdy okazało się, że ktoś usłyszał ich kroki, a następnie wyłonił się spod białego Potwora. Cała trójka od razu się najeżyła w pierwszej chwili, myśląc, że jakiś Wilczak lub samotnik zabłądził.
— Hej, przepraszam! — mruknął kremowy, niezgrabnym krokiem ruszając w ich stronę. — Nie chcę sprawiać problemów, przysięgam… Pragnę jedynie porozmawiać z waszym liderem o pewnej sprawie — wyjaśnił.
W pierwszej chwili zielonooki nie dowierzał w to, co widzi – tuż przed nimi stał Królicza Prawda, Klifiak. Szakłak był pewny, że ten nie zabłądził i doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, iż znajduje się na terenie Klanu Burzy. Podejrzliwie zmierzył go wzrokiem, wychodząc na przód patrolu.
— Dlaczego chcesz porozmawiać z naszym liderem? — zapytał, zachowując się, jakby pręgowany był mu kompletnie obcy. Nim ten odpowiedział, Szakłakowi nie uszło uwadze, że ten wziął parę drżących oddechów, jakby obawiał się czegoś.
— U waszych sojuszników, to znaczy w Klanie Klifu, źle się ostatnio dzieje. Chciałbym mu o tym opowiedzieć i przy okazji poprosić o… przyjęcie mnie do klanu. — Głos Klifiaka był nieśmiały i na tyle cichy, że czarny sam ledwo był zdolny usłyszeć jego słowa.
Wojownik miał mieszane uczucia co do tego wszystkiego, lecz skoro Królik opuścił klan, to może faktycznie coś było na rzeczy? Przełknął ślinę i zwrócił się do dwójki za sobą:
— Pójdziecie po Zawodzące Echo? Myślę, że będzie chciał się dowiedzieć, co ten Klifiak ma mu do przekazania…
Skrzydlata Płomykówka nie była do końca przekonana, jednakże skinęła głową i z Szarą Skórą oddaliła się prosto w stronę obozu. Czarny odprowadził ich wzrokiem do momentu, gdy miał pewność, że nie usłyszą rozmowy między ich dwójką. Zielonooki miał ochotę zrugać kremowego od góry do dołu, jednak zrezygnował z tego pomysłu, zastanawiając się, co ma teraz z tym wszystkim zrobić?
— Dziwna sprawa, co nie? — Na pysku przybysza pojawił się nerwowy uśmiech. — Myślałem, że już do końca życia zostanę w Klanie Klifu, ale to, co się tam ostatnio dzieje, to jakaś tragedia! Mam nadzieję, że ten Zawodzące Echo mnie zrozumie i pozwoli mi u was zostać. Mogę ci już nawet teraz przysiąc, że zrobię wszystko, by się wam przydać! Będę polował dniami i nocami, uzupełniając stos! — próbował jakoś nawiązać rozmowę z Burzakiem, jednak ten jedynie zastrzygł uchem na pierwsze słowa Króliczej Prawdy i skierował na niego swój nieobecny wzrok.
— No… cóż, nie musimy rozmawiać, jeśli nie chcesz. Możemy w ciszy poczekać, aż twoi pobratymcy wrócą, żaden problem — kontynuował, starając się uzyskać jakąś odpowiedź od Szakłaka. — Swoją drogą… jak mają na imię? — zapytał jeszcze, lecz zielonooki nadal milczał i dopiero odrząknięcie wybudziło go z transu.
— Huh? — mruknął, mrugając kilkakrotnie, jakby nie do końca ogarniał, co się dookoła dzieje.
— Jak mają na imię?
— Kto?
— No… ci.
— Szara Skóra i Skrzydlata Płomykówka — odpowiedział po chwili wahania. Na szczęście po tym kremowy już nie drążył dalej, zostawiając Szakłaka w spokoju.

«★»

Nie wiedział, ile tak tkwili w jednym miejscu, lecz w końcu na horyzoncie pojawiły się sylwetki trójki kotów. Zawodzące Echo szedł na czele i kiedy tylko był wystarczająco blisko, od razu nawiązał rozmowę z Klifiakiem, jakby samo przybycie tutaj nadszarpnęło jego cierpliwości i chciał mieć to za sobą. Czarny przysłuchiwał im się przez chwilę, dopóki zastępca nie kazał im odejść. Skrzydlata Płomykówka od razu wykorzystała okazję i zaczęła cicho rozmowę z przyjacielem:
— Ty coś wiesz. — To jedno stwierdzenie wystarczyło, by zielonooki o mało co nie zakrztusił się powietrzem.
— Słucham? — spytał, nie rozumiejąc do końca, o co chodzi rudej, albo po prostu udawał, kto wie.
— Już nie udawaj takiego niewiniątka, jesteś z miotu sojuszniczego, więc zapewne nadwyraz często udajesz się w stronę granicy z Klanem Klifu.
“Skubana, dobra jest.”
— Skąd ty- A nawet jeśli to, co? Nie jest zbrodnią, że chce widywać siostrę częściej niż tylko na zgromadzeniach — wyjaśnił.
— Tylko z siostrą? — dopytywała, nie kryjąc swojego przebiegłego uśmiechu na pysku.
— No no, już se nie dopowiadaj byle czego.

«★»

Końcowo Królicza Prawda został przyjęty do klanu, otrzymując nowe imię. Poczciwy Szakłak z uwagą obserwował, jak kremowy pod opieką Śniącego Obserwatora opuszcza obóz, samemu czekając, by to uczynić, lecz powstrzymywała go jedna rzecz – brak ucznia u boku. Kocur cierpliwie czekał, aż płomienno-rudy młodzik łaskawie zaszczyci go swoją obecnością. Przymykając powieki, skierował pysk w stronę nieba, chłonąc promienie słońca, które padałby na jego czarną szatę. Była to chwila ciszy i spokoju, kiedy mógł wszystko przemyśleć, zwłaszcza ostatnie wydarzenia.
Nigdy nie spodziewał się, że kremowy kocur dołączy do klanu żyjącego na równinie. Wojownik nie był gotowy psychicznie na taki obrót – ciągle miał wrażenie, że to musi być jakiś sen na jawie i kiedy tylko się z niego wybudzi, wróci do ponurej rzeczywistości, gdzie był sam, pomimo tłumu wokół siebie. Może i nie zachował się wzorowo wobec dawnego członka Klanu Klifu, lecz kompletnie nie wiedział, co robić – cudem był wtedy w stanie wykrztusić z siebie jakieś sensowne słowa, nawet jeśli do końca nie było tego po nim widać. W dodatku Płomykówka czytała z niego z niczym otwartej łapy, co zdecydowanie nie napawało go optymizmem.
Kompletnie nie wiedział, co teraz robić. Czuł się niczym zagubiony kociak, który mimo ostrzeżeń rodziców postanowił się samemu oddalić. W dodatku obawiał się tego, co inni mogą pomyśleć, jeśli wyjdzie na światło dzienne fakt, iż zna Gasnącą Łapę i nawet spotykał się z nim na granicy! Nie chciał być postrzegany jako zdrajca, wystarczyło już, że klan miał jakieś nieszczęście, co do kotów spod ciemnej gwiazdy.
Z zamyślenia wyrwał go dźwięk zbliżających się kroków oraz pociągnięcie nosem, wskazujące jasno na obecność Bursztynowej Łapy. Wojownik skierował głowę w dół, w międzyczasie otwierając oczu i utwierdzić się w swoich nieomylnych przypuszczeniach. Rudy uczeń właśnie pokonywał ostatnie dzielące ich długości, by następnie w ciszy wyruszyć na trening. Zielonooki miał nadzieję, że chociaż dzisiaj młodszy będzie dla niego jakkolwiek łaskawy i poświęci trochę uwagi na słuchanie jego tłumaczeń – nadal nie wiedział, co może zainteresować Bursztyna w szkoleniu, by ten zaczął się do tego przykładać. Czuł się kompletnie zielony w kwestii trenowania uczniów, nawet jeśli dawniej już jednego miał pod swoją opieką. Jednak Kołysankowa Łapa nie ukończył szkolenia, gdyż zmarł, nim mu się to udało.

«★»

Poczciwy Szakłak już sam nie wiedział, co robi nie tak. Trening z płomienno-rudy był istną katorgą i nie chciał go nigdy więcej wspominać, traktując te kwestie, jako temat tabu. Zmęczony przystanął niedaleko wyjścia z tunelu, kiedy nagle poczuł muśnięcie, na co mimowolnie się spiął, dopóki nie ujrzał przed sobą kremowego pręgowanego klasycznie futra należącego do Gasnącej Łapy. Miał przyznać, że jego jasna szata wyglądała zachwycająco, kiedy promienie Wysokiego Słońca padały wprost na niego. Często zdarzało mu się porównywać sierść ucznia do piasku na plaży.
Na widok ciepłego uśmiechu w jego stronę, poczuł, jak jego serce na chwilę gubi rytm, nim niespodziewanie przyspieszyło swoją pracę. Nie rozumiał reakcji swojego ciała, więc chcąc to przeczekać, ruszył z dotychczasowego miejsca, lecz wtedy zdał sobie sprawę, że w jego głowie panuje pusta – nie wiedział, gdzie może się udać, ani w co łapy włożyć. Dlatego też zaczął się bezcelowo włóczyć po obozie, co pręgowany wykorzystał i w paru krokach dopadł Burzaka.
— Co u ciebie? — zapytał, lecz nie doczekał się odpowiedzi. — Coś ostatnio nie jesteś sobą… — zauważył, przechylając delikatnie głowę.
Zaklął w myślach, nie spodziewając się, że aż tak widać, że za dużo razy w swoim życiu już miał pod górkę – niemal za każdym razem, kiedy znany mu kot opuszczał świat żywych. Zacisnął szczękę, nie chcąc teraz wracać do tego myślami.
— Wiesz… trochę bolą mnie łapy po dzisiejszym treningu, jeśli można to tak nazwać. Wasze tereny są całkiem spore! — miauknął nagle Gasnąca Łapa, mrużąc pomarańczowe ślepia. — Pójdę się przespać, żeby ci nie przeszkadzać — dodał, po czym, nie czekając na odpowiedź rozmówcy w tym jednostronnym dialogu, udał się do legowiska uczniów.
Ciężko westchnął, zostając samemu w miejscu, gdzie zatrzymał się, kiedy podszedł do niego kremowy. Czuł się kompletnie zagubiony w tym wszystkim, szczególnie gdy pojawiło się nowe, dotąd nieznane mu uczucie, którego się obawiał. Nie wiedział jak sobie z tym poradzić i jedynie pozostawały dwie możliwe opcje, które przychodziły mu do głowy. Wybrał tą, która wydawała się lepsza, bez mocno negatywnych skutków oraz wzbudzającą mniejsze podejrzenia, że coś jest nie tak.
Ruszył w stronę Skruszonego Drzewa z nadzieją, że zastanie zastępcę w legowisku lidera lub gdzieś w pobliżu i na szczęście spotkał dymnego, kiedy ten opuszczał wyższą kondygnację wieży.
— Zawodzące Echo — zaczął, zwracając uwagę rozmówcy.
— O co chodzi. Ten Klifiak już coś zrobił? — spytał, od razu przewidując najgorsze.
— Nie nie, to nie ma z nim nic wspólnego.
“No prawie.”
— A więc słucham.
— Przydzielisz mnie do większej ilości patroli?
— Przecież masz ucznia do wyszkolenia — zauważył niebieskooki. — Pokładam w tobie nadzieję z naprostowaniem Bursztynowej Łapy.
— Skoro o tym mowa, to nie jestem przekonany, bym podołał…
— Poczciwy Szakłaku, zostałeś wybrany jako mentor dla Bursztynu, gdyż uważam, że poradzisz sobie z tym oraz jesteś już gotowy, by wziąć pod swe łapy kolejnego ucznia — wyjaśnił dymny.
— No dobrze… A co do tych patroli, to może chociaż dasz mnie częściej na poranne i wieczorne? — zaproponował, mając nadzieję, że jakoś to ugra na swoją korzyść.
— Wezmę twoją prośbę pod uwagę.

«★»

— Poczciwy Szakłaku, Zawodzące Echo kazał Ci przekazać, że rano będziesz brać udział w patrolu z Cyklonowym Okiem, Złotą Wydmą i Bursztynową Łapą. — Wieści od dymnego przekazała mu Skrzydlata Płomykówka, kiedy tylko wieczorem wróciła do legowiska wojowników. Czarny skinął głową, mając zamiar udać się na zasłużony spoczynek po całym dniu.
“Spokojnie leżał, pogrążony we śnie, dopóki nie poczuł pod swym ciałem czegoś mokrego. Z niezadowolonym mruknięcie przebudził się, czując, jak jego ciała nadal wolałoby odpoczywać. Sennie spojrzał na źródło wilgoci, którym okazała się jakaś kałuża – początkowo uznał to za wodę, lecz zamarł, gdy do jego nozdrzy dotarł metaliczny zapach. Czuł, jak cały zamiera, uświadamiając sobie, że to wcale nie była woda, tylko czyjaś krew. W pierwszej chwili zaczął sprawdzać swoje ciało, czy przypadkiem posoka nie należy do niego, lecz na sobie nie znalazł żadnych obrażeń świadczących o możliwym wykrwawieniu się, patrząc na ilość szkarłatu pod swymi łapami.
Po chwili jego wzrok zaczął badać otoczenie, jakby z nadzieją, że wyjdzie wyjście z tego wszystkiego. Ruch ten jednak był błędem, gdyż wokół niego zaczęło majaczyć pięć sylwetek, których nie był w stanie rozpoznać w pierwszej chwili. Dopiero kiedy te podeszły bliżej mógł przypasować wygląd kotów do ich imion, które tak doskonale znał: bury pręgowany tygrysio kocur o zielonych oczach, srebrno-rudy kocurek z brązowymi ślepiami, kremowy bicolor, niebieska szylkretowa kotka oraz pomarańczowooki kremowy kocur z krótkim ogonem. Oni wszyscy byli doskonale znani kocurowi o oliwkowym spojrzeniu – każdy z nich w jakiś sposób był związany z nim, czy to często obecnością, czy więzami krwi.
Dopiero moment później uświadomił sobie, że spod łap każdego z nich biegnie stróżka krwi, która łączyła się w jedną całość pod nim samym. Jego oczy momentalnie zaszły łzami, nie chcąc przyjmować do wiadomości, że po kolei każde z nich umierało z jego winy. Chciał krzyczeć, wyć wniebogłosy z bólu, jaki rozdzierał jego klatkę piersiową od środka, lecz nim pierwszy dźwięk opuścił jego ciało, podłoże pod jego łapami nagle się zapadło, a on zaczął tonąć. Z niewyobrażalnym wysiłkiem zaczął młócić łapami w cieczy, chcąc wypłynąć na powierzchnię, lecz w zastraszającym tempie zaczął opadać z sił.
Już się godził z własną nieuniknioną śmiercią, kiedy nagle poczuł czyjeś zęby na karku, a w następnej chwili siłę, z jaką był wyławiany z cieszy. Biorąc przemoczonym i z trudem łapiąc oddech, uniósł spojrzenie na swojego wybawcę, a był nim Królicza Prawda. Kocur poruszał wargami, lecz Szakłak nie był w stanie nic usłyszeć, chciał nawet coś powiedzieć, lecz zamiast tego zaczął kaszleć. Lecz nie był to zwykły kaszel, gdyż ten składał się z płatków kwiatów.”

«★»

Po koszmarze, który zgotował mu umysł, nie był w stanie zmrużyć choćby oka na drobną chwilę. Obawiał się, że sen ten może zaliczać się do tych proroczych, czego zdecydowanie wolałby uniknąć. Wolał już nikogo z bliskich nie tracić, szczególnie kiedy koty te były wyjątkowo ważne dla niego i nie wyobrażał sobie dalszej egzystencji bez nich u boku.
Zmęczony, bez spokojnej nocy, opuścił legowisko wojowników wraz z pierwszymi promieniami słońca, które przebijały się przez niewielkie krzewy okrywające norę. Kiedy tylko łuny światła zaczęły muskać jego czarną sierść, przystanął na chwilę, szukając w swym umyśle miejsca, gdzie panował tak upragniony porządek i spokój. Pochłonięty tymi poszukiwaniami nawet nie zauważył, gdy przysiadł pod murem z krzewów pomiędzy jednym z tuneli a legowiskiem, które wcześniej opuścił. Nie zorientował się również, gdy dołączył do niego Gasnąca Łapa.
— Ja wiem, że nie znamy się za dobrze… — zaczął ostrożnie, siadając obok. — Ale nie mogę patrzeć, jak marniejesz w oczach! Nie jesteś już tym samym Poczciwym Szakłakiem, który kilka księżyców temu rzucał dwuznacznymi stwierdzeniami — zachichotał cicho, ale po chwili znów spoważniał i przybrał zatroskany wyraz pyska. — Chcę wiedzieć, co tak bardzo cię męczy. Też jestem kotem i wiem, jak ciężko jest zmagać się z problemami samemu. Niezliczoną ilość razy chciałem, by ktoś okazał mi wsparcie, dlatego teraz sam chcę podarować je tobie. Nawet jeśli nie opowiesz mi od razu wszystkiego ze szczegółami — wyjaśnił. — Jestem pewny, że będzie ci lżej, jeśli wypowiesz na głos to, co leży ci na sercu.
W pierwszej chwili zacisnął szczękę, przypominając sobie koszmar, który zapewne nie da mu spokoju przez kolejne dni, dopiero po chwili, kiedy zrozumiał, że kremowy ma rację, oparł czoło o jego brak z ciężkim westchnieniem. Może faktycznie potrzebował kogoś, kto zmusi go do podzielenia się tym wszystkim – odkąd Poczciwy Dziwaczek odszedł, niemal wszystko dusił w sobie.
— Nie zasługuje na ciebie… — wymruczał. — Czy na pewno jesteś prawdziwy? — zażartował, starając się psychicznie przygotować na to, co powie pręgusowi, choć akurat na to nie można być nigdy przygotowanym. — Odkąd pamiętał, byłem niemal całkowicie sam. Jak za kociaka ma się problemy z nawiązywaniem znajomości, to ciągnie się to za tobą już do końca. Pierwszym, który był mi bardzo bliski, był mój mentor, Poczciwy Dziwaczek. Jednak sezony temu zmarł, nie mogąc nawet zobaczyć swych dzieci, które niedługo później się narodziły. Byłem wtedy już wojownikiem, więc mogłem się spodziewać, że kiedyś dostanę własnego ucznia i tak też się stało, tylko że zmarł, nim ukończył szkolenie. Potem był Słoneczny Fragment, który zainteresował się mną nieco, ale i on podzielił ich los. Czuje się, jakbym to ja był główną przyczyną ich śmierci…

<Gasnąca Łapo, co powiesz na to wyznanie?>

Dla ciekawych znaczenie snu:
Na wstępie powiem, że nie znam się w żadnym stopniu na snach i wszystko to było brane z Internetu!

~ Znaczenie tonięcia~
Odzwierciedla przytłoczenie emocjonalne, stres i utratę kontroli nad własnym życiem lub konkretną sytuacją.
~Znaczenie kaszlu płatkami kwiatów~
Metaforyczny symbol, który zazwyczaj odnosi się do tłumionych emocji, niespełnionej miłości lub problemów z wyrażaniem siebie.

Od Drobnego Ukojenia CD. Białego Strumienia

Tuż po wymknięciu się z obozu

Drobne Ukojenie czuła się paskudnie, nie ma co tego owijać w bawełnę. Nie dość, że złamała rozkaz Judaszowcowej Gwiazdy, to jeszcze zrobiła to na darmo. Nabawiła się jedynie paskudnych ran na swoim grzbiecie, a i tak nie udało jej się spotkać z Białym Strumieniem. Niebieska kotka miała straszne wyrzuty sumienia i mogła mieć jedynie nadzieję, że Burzak nie weźmie tego wszystkiego do siebie za bardzo… choć były to zapewne płonne nadzieje.
Dni spędzała skulona w kącie legowiska medyków, jedynie ruszając się, kiedy trzeba było obejrzeć lub zmienić opatrunek na jej ranach. W dodatku kolejne wydarzenia nie poprawiły jej humoru. Atak na gniazdo mew, który został zorganizowany przez jej współklanowiczów, zakończył się po prawdzie sukcesem, ale czy można go było za takowy uznać, jeśli stracili przez to lidera? Drobna może i nie była największym fanem kocura i… jego decyzje w ostatnich księżycach nie były najlepsze, to jednak nikt nie zasługiwał na taką śmierć. Przynajmniej teraz… było bezpiecznie w klanie?
Kiedy w końcu jej rany się zabliźniły, córka Postrzępionego Mrozu mogła opuścić legowisko, w którym spędzała ostatnie noce, przynajmniej przez to wszystko, co się stało, nie było zbytnio okazji, by bardziej zastanowić się nad jej występkiem, przez co upiekło jej się jedynie z lekkim pacnięciem po łapach. Nie to, żeby jej akcje były jakoś specjalnie poważne… po prostu w głowie Drobnego Ukojenia wszystko wyglądało na gorsze. Pomimo jej nadziei, tragedii w Klanie Klifu nie było jeszcze końca. Pikująca Jaskółka, która objęła panowanie po śmierci czekoladowego kocura, została zaatakowana przez wujka protektorki. Przez co Drobna czuła się jeszcze mniej bezpiecznie, bo… jeśli ktoś z jej rodziny okazał się zdolny do takich czynów… to czy mogła brać cokolwiek za pewne? Gąsienicowy Ogryzek został więźniem, a liderem został Mitrowe Lśnienie, a na zastępcę została wybrana Truskawkowe Pole.

—⊱༒︎ ✦ ༒︎⊰—
Czasy obecne

Drobne Ukojenie była zdecydowanie cichsza niż zwykle. Jej w miarę energiczna osobowość została przytłumiona przez nawracające zmartwienia dotyczące Białego Strumienia. Kotka nie była na ostatnim zgromadzeniu, przez co nie wiedziała kompletnie, co się dzieje i czy on tam był. Nie mogła też zbytnio pytać nikogo o białego kocura… bo kogo? I czemu miałaby, aż tak się o niego martwić. Nie miała też się komu zbytnio o tym wygadać. Przecież powiedzieć, że się spotyka z kocurem z innego klanu na granicy, to prosi się o kłopoty. Dlatego też… odkładała myślenie o tym albo przynajmniej próbowała, bo szło jej to okropnie.
Drobne Ukojenie spędzała czas, leżąc w wiosennym słońcu, choć nie dawało jej to ani komfortu, ani spokoju duszy. Jej myśli dręczyła spirala o Białym Strumieniu, jak w ogóle miała się z nim skontaktować… Nie mogła tak sobie po prostu pójść do Klanu Burzy, a kocur nie wychodził też w dzień, więc nie było szans, żeby znaleźć go podczas zwykłego patrolu. Do leżącej w ciepłych promieniach kotki podeszła Postrzępiony Mróz, która była… widocznie zmartwiona obecnym stanem jednej ze swoich córek. Młodsza Klifiaczka otworzyła niebieskie oczy, spoglądając na swoją rodzicielkę, i uniosła głowę.
— Coś się stało, mamo? — zapytała cicho, po czym ziewnęła z rozleniwienia, starając się ukryć swoje zdenerwowanie.
— Czy coś się musi dziać, abym chciała spędzić czas ze swoją córką? — odmiauknęła w odpowiedzi szylkretka i położyła się obok Drobnej.
— Nie… nie musi, ale… tak, spytałam… — powiedziała, choć głos rwał jej się z niepewności. Świetnie ci idzie, Drobna, skarciła się w myślach, a jej ogon drgnął lekko.
— Chciałam się jedynie spytać, czy wszystko w porządku, ostatnio dużo się działo.
— Ah tak… To… Przepraszam, to wszystko odbiło się to na mnie, wiesz… mewy, śmierć, potem to, co zrobił wujek. Ciężko mi się z tym wszystkim uporać. Ale będzie lepiej… musi być. Więc nie musisz się martwić… — mruknęła Drobne Ukojenie, spoglądając na swoje własne łapy, specjalnie pominęła swoje wyjście w nocy i najbardziej dręczące je zmartwienia. — Mam nadzieję, że już teraz będzie spokój, po prostu.
— Na pewno już będzie lepiej… — westchnęła Postrzępiony Mróz i polizała swoją córkę w czoło, starając jej się dodać trochę otuchy. Wibrysy młodszej drgnęły, a po chwili oparła swoją głowę o szyję wojowniczki, znów czując się jak mały kociak w żłobku, tulący się do matki podczas burzy.
— Dziękuję… — wymruczała jedynie w odpowiedzi.
Spędziły tak w ciszy czas, aż do zachodu słońca, po prostu obok siebie, w ciszy. Trochę to pomogło Drobnej… uspokoiło ją w miarę. Będzie musiała stawić czoła Białemu Strumieniowi i temu wszystkiemu…

—⊱༒︎ ✦ ༒︎⊰—

Ostatnie dni były… stresujące z zupełnie innego powodu niż dotychczas. To wszystko, dlatego że Drobne Ukojenie wymykała się praktycznie, co drugą noc. Odbijało się to, co prawda, na jej zdrowiu, bo była bardzo zmęczona tymi eskapadami i musiała to odsypiać w ciągu dnia. Miała nadzieję… że Biały Strumień się pojawi… może on też próbuje się spotkać i to wszystko wyjaśnić. Choć minęło już tyle czasu, odkąd ostatni raz się widzieli.
Była to już kolejna taka noc… Drobna nie miała większych nadziei, ale nie wolno się poddawać, tak sobie starała się mówić. Była w tym samym miejscu co na ich pierwszym spotkaniu. Siedziała tutaj już od kilku godzin… Księżyc leniwie wspinał się po nieboskłonie, a niebieskooka kotka go obserwowała, starając się nie zasnąć. Kiedy usłyszała cichy szmer po drugiej stronie granicy, zamarła i bardzo po cichu wycofała się bardziej pod gęsty krzak. Próbowała wywęszyć cokolwiek, ale niezbyt jej to szło. W uszach teraz jedynie słyszała swoje przyspieszające serce i szum liści rośliny, pod którą się schowała.
Owe serce z kolei prawie stanęło, kiedy zobaczyła kompletnie białe, długie futro. Przez chwilę zamarła w bezruchu, niepewna, co teraz tak właściwie ma zrobić. Niby sobie myślała, co chce powiedzieć, jak się z nim w końcu spotka, ale teraz miała kompletną pustkę w głowie. Po kilku strasznie długich sekundach zebrała się w sobie i podniosła się, z tego wszystkiego zapominając o krzaku i zaplątując się w gałęzie, przez co musiała się wyszarpnąć. Stanęła jednak przed Białym Strumieniem, już otwierała pyszczek i… nie mogła wydobyć z siebie dźwięku. Patrzyli się tak na siebie przez ciągnący się przez wieczność moment.
— Biały Strumieniu…! — wydobyła w końcu siebie Drobne Ukojenie i jak już powiedziała pierwsze, to jakoś poszła reszta. — Jeju, nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię w końcu widzę. Czekałam tutaj prawie co noc… ma-mając nadzieję, że jakimś cudem się tutaj zjawisz, co może nie było… najmądrzejsze, ale zadziałało, nie? — W emocjach nawet niezbyt dbała o to, że jest to istny słowotok. — Ja tak bardzo cię przepraszam, powinnam się była zjawić wcześniej albo… albo chociaż na zgromadzeniu później, ale tyle się stało i… Potem tak okropnie się czułam. Bałam się tutaj w ogóle przyjść, ale jestem. Nawet nie wiem, od czego zacząć, mówiłam ci już o tych mewach kiedyś… nie wiem, czy byłeś na ostatnim zgromadzeniu. Ale kiedy szłam się z tobą spotkać, zaatakowała mnie jedna z nich i-i dlatego mam teraz takie blizny. Potem wojownicy poszli walczyć i zginął Judaszowcowa Gwiazda… Pikująca Jaskółka się zajmowała klanem, a kiedy poszła… odebrać dziewięć żyć, zaatakował ją mój wujek. I… i… teraz jest więźniem… a przez ten czas, tak bardzo się martwiłam i chciałam cię przeprosić, że n-nie przyszłam… i… teraz tak bardzo mi głupio. — Głos Drobnego Ukojenia coraz bardziej się urywał, jej oddech stał się cięższy, a uszka opadły. Kotka z całych sił powstrzymywała łzy, tyle emocji na raz i jeszcze zobaczenie jej przyjaciela (?), bo Biały był jej przyjacielem… tak?

<Biały Strumieniu? TvT>

Od Borowika do Figi

Nie był to najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Nie, żeby którykolwiek kończył się dla mnie bardziej czy też mniej szczęśliwie. Jest raczej tak samo pechowy, jak zwykle. Zawsze słońce w oczy. Tyle że tym słońcem jestem ja. To powinno być moje motto.
Kulturalnie podreptałem sobie po niezwykle owocnym treningu do sterty zwierzyny, gdyż zamierzałem coś skonsumować. Jednak jedyne co znalazłem, to… wiewióra. Nie cierpię wiewiór. Gdy je jem, ich futerko zawsze wchodzi mi między zęby i utyka w gardle, czasem w nosie. To nie tak, że zawsze mam do wyboru jedynie wiewióry. Są tam też inne zwierzęta, naturalnie, króliki, zające, myszy... Czuję jednak pewnego rodzaju przymus, by je jeść, ciężki do zdefiniowania. Jem je zawsze. Więc nie mogę jeść nic innego. Tak to działa po prostu.
Wziąłem więc wiewiórę i zacząłem powoli ją konsumować, starając się omijać futerko. Gdy jednak udało mi się przetransportować ją całą do mojego żołądka… pojawił się pewien problem. Coś było nie tak. Gdybym miał porównać to uczucie do czegoś materialnego, powiedziałbym, że to było coś, jakby nagle z buzi wyrósł mi ogon. A dokładniej spomiędzy zębów. Dziwne, dziwne…
Chwila.
Potrząsnąłem głową na boki.
Aha. Czyli jednak serio wyrósł mi ogon z zębów.
O Wszechmatko…
Jedząc wiewiórę, musiałem przypadkiem wsadzić sobie jej ogon między zęby i… no teraz tam utknął.
No dobra. Może i celowo. Bo czemu by nie? Zupełnie tego nie przemyślałem. Po prostu to zrobiłem.
No to się dowiedziałem czemu by nie...
Zacząłem nerwowo machać głową na boki. Lewo-prawo-lewo-prawo, potem góra-dół, następnie spróbowałem kręcenia głową w koło. Nic. Ogon majtał się bezwiednie z mojego pyska, ale nijak nie chciał się odczepić.
Położyłem się na ziemi i począłem się turlać. Przeturlałem się tak może cztery długości lisiego ogona i wtedy… w coś wpadłem. W coś? Ugh. Chyba… chyba bardziej w kogoś.
Zatrzymałem się, leżąc na plecach, spojrzałem w górę i zorientowałem się z niemałym przerażeniem, że wturlałem się prosto pod łapy… Figi.
– Uh. Pfepfafam – wycedziłem, z ogonem wiewióry w pysku. – Ja fu fyyko… uh… fo… nif fafiefo. Ffyfko fof foffofom. Fo ja juf… pofulfam fe… ffffam.

<Figo??>
[330 słów]

Od Trzcinowego Szmeru CD. Fląderki

Trzcinowy Szmer z nieukrywanym obrzydzeniem wyjęła ze swojej szylkretowej, krótkiej sierści rzepa i rzuciła nim w kierunku legowiska uczniów. Nie chciała krzyczeć na czekoladowego odrzutka, szczególnie że ciągle czuła rosnące współczucie do kotki. Wzięła głęboki wdech i łapą strzepała resztę rzepów, które uczepiły się futra Fląderki.
— Widzę, że masz talent we wchodzenie mi pod nogi — zaśmiała się i zerknęła na Rezedową Łapę, który właśnie zmierzał w ich kierunku. — Może zechcesz się zabrać z nami znów na trening? Przydadzą się kolejne łapy do polowania. Poniesiesz nam zwierzynę, prawda?
Fląderka zerknęła niepewnie na jej brata, który podejrzliwie mrużył oczy w jej kierunku. Uczeń wyglądał, jakby chciał zagrozić czekoladowej, jednak pod czujnym spojrzeniem Trzcinowego Szmeru, odwrócił wzrok.
— Więc jak? — dopytała.
— Umm… No nie wiem, czy mogę…
— A chcesz? Tylko odpowiedz, tak szczerze.
— Tak, Pani Trzcinowy Szmerze.
To właśnie chciała usłyszeć. Ogonem nakazała młodszym wymarsz z obozu i skierowała się z nimi w kierunku Brzozowego Zagajnika. Musieli przepłynąć rzekę, jednak Fląderka nie umiała pływać. Pomagając kotce i tłumacząc jej podstawy, udało im się dopłynąć na drugi brzeg.
Napięcie między Rezedową Łapą a Fląderką było wyczuwalne w powietrzu, jednak sama nie wiedziała, jak temu zaprzestać. Cieszyła się jedynie, że jej uczeń nie był na tyle głupi, by narzekać na głos i podważać jej decyzje. Nie chciałaby słuchać zbędnego paplania.
Dotarli w końcu do dobrego miejsca na polowanie. Znajdowali się w środku lasku, gdzie Rezedowa Łapa nie mógł łowić ryb. Musiał się wysilić i postarać się złapać jakiegoś gryzonia albo ptaka, na co miała wielką nadzieję.
— Pójdziecie razem w gęstwinę i postaracie się zapolować. Rezedowa Łapo, jeśli uważałeś na ostatnim patrolu łowieckim, to powinieneś wiedzieć, jak się zachować w lesie. Może w końcu upolujesz coś innego oprócz uklejki. Fląderka pomoże ci w szukaniu zwierzyny, a ja będę was śledzić, więc w razie zagrożenia wam pomogę — przedstawiła swój plan działania. Przeniosła wzrok po zmieszanych minach kotów, jednak żadne nie protestowało. — Gotowi?

< Fląderko? Zechcesz zapolować z bratem? 🐟🏫🎓>

Od Króliczej Prawdy (Gasnącej Łapy) CD. Poczciwego Szakłaka

— Nie spodziewałem się ciebie tutaj, Królicza Prawdo — mruknął czarnofutry, lecz po chwili się speszył. — Znaczy… Nie ważne… — dodał, spuszczając wzrok na łapy.
Kremowy zachichotał cicho pod nosem, obserwując zakłopotanie na pysku Burzaka. To takie urocze…
Chwila… nie, nie! Ależ skądże, o czym on w ogóle myślał?
Ach, oni to się dopiero dobrali. Oboje byli tacy niezręczni, ale może to po prostu uroki początków nowych znajomości. Z czasem z całą pewnością rozmowa będzie im przychodzić coraz łatwiej i nie będą się już obrzucać półsłówkami. O ile ich relacja przetrwa, a los pozwoli im spotkać się jeszcze wiele razy w przyszłości. Na to właśnie liczył Królik, bo posiadanie znajomego z Klanu Burzy wydawało mu się całkiem fajne.
— Cóż, ja tak właściwie też… się ciebie tu nie spodziewałem — odparł bursztynowooki, po czym wzdrygnął się z powodu chłodnego wichru, który rozwiał jego szatę. — Choć muszę przyznać, że miałem z tyłu głowy pewnego kota o zielonych oczach, gdy zmierzałem w tę stronę… — kontynuował, nie skupiając się za bardzo na znaczeniu swoich słów. W końcu o to w tym chodziło, nie? Jeśli nie będzie zastanawiał się nad każdą sylabą, rozmowa stanie się znacznie przyjemniejsza.
— Myślałeś o mnie? — zapytał nagle Poczciwy Szakłak, jeszcze bardziej speszony, a może raczej onieśmielony.
— No… wiesz, nie nazwałbym tak tego, jak teraz o tym myślę… — miauknął Królicza Prawda, czując, jak jego serce zaczyna bić szybciej. Co za głupoty uciekały z jego pyska, na litość Klanu Gwiazdy! — Znaczy, rozumiesz… Miałem po prostu na uwadze, że przy granicy mogę spotkać znajomy pysk.
Przez moment między dwójką kocurów zapanowała cisza. Po chwili jednak pręgowany odchrząknął, nie potrafiąc już jej znieść.
— Może zamiast takich bezsensownych pogaduszek porozmawiamy o czymś ciekawszym? Spotykam cię już któryś raz, a wciąż prawie nic o tobie nie wiem! W sensie to w sumie logiczne, bo nie jesteśmy zbyt blisko, ale jeśli tak mamy na siebie wpadać… to wypadałoby wiedzieć o sobie coś więcej niż tylko swoje imiona — zaproponował Królik. Nie wiedział nawet, o czym sam mógłby opowiedzieć Szakłakowi. Przecież nie wyzna mu nagle, że kiedyś był młody, głupi i uciekł do miasta.
— Tak, racja… — zgodził się czarnofutry.
Gdy miał już otworzyć pysk po raz kolejny, powietrze przeszył głos innego kota:
— Królicza Prawdo, skup się na patrolu! — zawołał Bukowa Korona, który dreptał w stronę granicy. — Zwierzyna sama się nie upoluje, a ty sobie urządzasz jakieś pogawędki z Burzakami! — kontynuował, zbliżając się do kocurów.
Kremowy położył po sobie uszy i wyszeptał:
— Przepraszam… Muszę już iść, ale zakładam, że prędzej czy później nasze ścieżki znowu się przetną!

* * *

Teraźniejszość

W Klanie Burzy otrzymał nowe imię. Tym razem zwał się Gasnącą Łapą i już po raz trzeci nosił rangę ucznia. Chyba pobił jakiś rekord! Czy istniał inny kot, który tak wiele razy tracił rolę wojownika? Ciężko było mu się przyzwyczaić do tych wszystkich zmian, ale robił wszystko, by zaaklimatyzować się jak najszybciej. Zadawał swojemu nowemu mentorowi — Śniącemu Obserwatorowi — wiele pytań na temat burzackiej społeczności. Dowiedział się już, że istnieją u nich kronikarze, a także przewodnicy, do których należał srebrny.
Zwiedzał wraz z nim tereny, ale granic unikał jak ognia. Śniący Obserwator nie zawsze był zadowolony z faktu, że tak stary kot, jak Królik, zachowywał się czasem jak uparty kociak, ale co mógł poradzić? Gdyby kremowego zobaczył jakiś Klifiak, przy granicy mogłaby rozpętać się kłótnia albo, nie daj Klanie Gwiazdy, nawet walka! O ile ktoś w Klanie Klifu w ogóle przejął się zniknięciem jednego z wojowników. Królik raczej nie cieszył się dobrą opinią wśród dawnych pobratymców — w końcu uciekł kiedyś z klanu na kilka księżyców, a do tego był synem Pikującej Jaskółki.
Tym razem udali się w pobliże białej konstrukcji, przy której Królicza Prawda — a raczej Gasnąca Łapa — natknął się wcześniej na patrol Burzaków.
— Jak się nazywa to miejsce? — zapytał niemal od razu, odwracając wzrok w stronę srebrzystego kocura, który wyglądał na dosyć zmęczonego. Gasnąca Łapa zauważył jednak, że to była dla niego codzienność. Nawet jego imię zdawało się o tym świadczyć.
— Upadły Potwór… — mruknął krótko, raczej niezbyt chętny do dłuższej rozmowy.
— Ach! Wiedziałem, że ma to jakiś związek z tymi biegającymi stworzeniami Dwunożnych — odparł Gasnąca Łapa, tym razem wlepiając spojrzenie przed siebie. Skoro Śniący Obserwator nie był chętny do pogaduszek o pogodzie, nie zamierzał go do nich zmuszać. Nie chciał się narzucać, bo wtedy wyszedłby na niewychowanego i niegrzecznego, a raczej nie chciał już na samym początku budzić w Burzakach negatywnych odczuć. Wolał, by wszyscy uważali go za porządnego i godnego przyszłego członka klanu.
Gdy byli już blisko Upadłego Potwora, do nozdrzy ucznia dotarł zapach królika. W Klanie Klifu starał się raczej unikać polowania na uszaki ze względu na swoje imię i przywiązanie do niego, ale teraz… najważniejsze było pokazanie się z najlepszej strony — jako ktoś przydatny. Obiecał przecież, że od świtu do zmierzchu będzie polował i wykonywał obowiązki, jeśli tylko Zawodzące Echo i Królicza Gwiazda pozwolą mu tu zostać.
— Spróbuję go upolować, dobrze? — zwrócił się do mentora, który na to wzruszył ramionami.
— Ja ci nie bronię — odrzekł niewzruszony, wciąż nawet nie próbując zabrzmieć choć odrobinę energiczniej.
Choć ta powolność Śniącego Obserwatora mogłaby innych denerwować, Królik uważał, że właśnie ona czyniła srebrzystego rozpoznawalnym i intrygującym. Miał specyficzny sposób mówienia, chodzenia i wyrażania emocji. To podobało się kremowemu. Zapadało w pamięć; on sam też chciałby być w jakimś stopniu ciekawy. Na tyle, by koty, z którymi rozmawiał, od razu go zapamiętywały.
Postanowił jednak nie skupiać się na przewodniku, lecz na swojej ofierze. Wziął kilka głębokich oddechów i ruszył tropem królika. W końcu, pośród wysokiej trawy, dostrzegł parę wystających uszu, obracających się czujnie za każdym szmerem. Kremowy uśmiechnął się, po czym przypadł brzuchem do ziemi, nie spuszczając uszaka z oczu. Bezszelestnie zaczął zbliżać się w jego stronę. Był niezwykle ostrożny i precyzyjny, bo wiedział, że słuch tych stworzeń to nie przelewki.
Gdy znalazł się wystarczająco blisko, napiął mięśnie i wyskoczył w powietrze. Nim długonogi futrzak zdążył zareagować, kremowy już zaciskał zęby na jego karku. Wbił je głębiej, aż po podniebieniu rozlał mu się metaliczny posmak krwi. Zwierzę zaczęło się szamotać, lecz uczniowi szybko udało się je dobić. Nie był zachwycony tym, że musiał zabić swojego dawnego imiennika, ale nie miał wyboru. Burzacy na pewno ucieszą się z kolejnego królika na stosie.

* * *

Wraz ze Śniącym Obserwatorem powrócił do azylu, niosąc w pysku martwą piszczkę. Jej zapach był tak kuszący, że aż ciekła mu ślinka. Wiedział jednak, że nie będzie mógł jej zjeść, bo nie miałoby to sensu. Chciał, by jego zdobycz trafiła do kogoś, kto naprawdę jej potrzebował — do karmicielek, starszych czy kociąt, o ile w Klanie Burzy były już takie, które przyjmowały stały pokarm. Może kiedyś zajrzy do żłobka? Taka królowa pewnie ucieszyłaby się ze świeżo upolowanego kąska. Poza tym mógłby spróbować pobawić się z kociętami kulką mchu czy czymś podobnym, żeby choć trochę odciążyć ich matkę.
Gdy szedł w stronę stosu, przypadkiem musnął bokiem Poczciwego Szakłaka. Ich futra na moment splotły się ze sobą — kremowe i czarne, niczym lśniące gwiazdy i nocne niebo. Uczeń uśmiechnął się, patrząc na znajomego z ciepłem w oczach.
Szybko odłożył królika, po czym podszedł do czarnofutrego wojownika, który szwendał się bez celu po obozie.
— Co u ciebie? — zapytał, jednak zielonooki wyglądał na wyraźnie przybitego. Królik nie miał pojęcia o tym, co ostatnio wydarzyło się w Klanie Burzy, toteż nie wiedział, co było przyczyną takiego stanu Poczciwego Szakłaka. — Coś ostatnio nie jesteś sobą… — zauważył, przechylając delikatnie głowę.
Spostrzegł, że wojownik zacisnął szczękę, jakby z trudem powstrzymywał się przed wybuchem. Tylko czym? Gniewem, a może łzami?
— Wiesz… trochę bolą mnie łapy po dzisiejszym treningu, jeśli można to tak nazwać. Wasze tereny są całkiem spore! — miauknął nagle Gasnąca Łapa, mrużąc pomarańczowe ślepia. — Pójdę się przespać, żeby ci nie przeszkadzać — dodał, po czym, nie czekając na odpowiedź czarnofutrego, czmychnął w stronę legowiska uczniów.
Nim jednak zanurzył się w jego półmroku, objął wzrokiem kamienną wieżę, w której znajdowało się legowisko lidera. Wyglądała tak pięknie i majestatycznie. Nie wiedział, że inne klany mają takie cacka w swoich azylach! Wciąż był przyzwyczajony do skalnych półek i twardego, zimnego podłoża. Cieszył się, że teraz nie musiał opuszczać obozu, by zaczerpnąć trochę słońca.

* * *

Gdy wczesnym rankiem opuścił legowisko uczniów, od razu rzuciła mu się w oczy zgarbiona sylwetka czarnofutrego kota. Przez moment stał jak wryty, obserwując sierść Poczciwego Szakłaka skąpaną w porannym słońcu. Wyglądała tak niezwykle… mieniła się tymi samymi kolorami, które właśnie zdobiły niebo. Żółcią, różem i błękitem.
Po chwili bursztynowooki zamrugał kilkakrotnie i żwawym krokiem ruszył w stronę wojownika. Wcześniej dawał mu fory, pozwalał kisić w sobie emocje i zmartwienia, ale teraz postanowił, że nie odpuści, póki nie dowie się, co faktycznie go trapi.
— Ja wiem, że nie znamy się za dobrze… — zaczął ostrożnie, siadając obok wojownika. — Ale nie mogę patrzeć, jak marniejesz w oczach! Nie jesteś już tym samym Poczciwym Szakłakiem, który kilka księżyców temu rzucał dwuznacznymi stwierdzeniami — zachichotał cicho, ale po chwili znów spoważniał i przybrał zatroskany wyraz pyska. — Chcę wiedzieć, co tak bardzo cię męczy. Też jestem kotem i wiem, jak ciężko jest zmagać się z problemami samemu. Niezliczoną ilość razy chciałem, by ktoś okazał mi wsparcie, dlatego teraz sam chcę podarować je tobie. Nawet jeśli nie opowiesz mi od razu wszystkiego ze szczegółami — wyjaśnił, czując, jak w brzuchu pojawia mu się dziwne uczucie. Może ze stresu? Niewykluczone... — Jestem pewny, że będzie ci lżej, jeśli wypowiesz na głos to, co leży ci na sercu.

<Poczciwy Szakłaku?>

21 maja 2026

Od Miodowej Łapy do Księżycowej Łapy

Miodowa Łapa przeciągnęła się, mrugając parokrotnie oczkami. Nadeszła Pora Nowych Liści, jak to mówili Wilczacy… nadal trudno było jej spamiętać wszystkie te nazwy i niejednokrotnie myliła je wszystkie, jednak była na dobrej drodze do zapamiętania przynajmniej części z nich! Dobrze, że potrafiła znaleźć jakiś pozytyw w praktycznie każdej rzeczy czy sytuacji. Wiatr przyjemnie poruszał futrami kotów w obozie, radosny ptasi trel niósł się echem z pobliskich gałęzi, a korony drzew szumiały spokojnie na wietrze, wszystkie razem tworzyły niezwykle kojącą melodię, do której Miodowa Łapa również próbowała się przyzwyczaić. Las od tej strony nie wydawał się straszny, przynajmniej od tej! Na samą myśl o ogromnych, głośnych potworach dwunożnych otworzyła oczka szerzej, a mięśnie jakby same jej się napięły, co na szczęście prędko zauważyła, ponieważ rozluźniła je w mgnieniu oka. Wyrósł przed nią śnieżnobiały kocurek, który wpatrywał się w nią z lekkim zmartwieniem.
— Proszę pani? Wszystko w porządku? — zapytał z troską w głosie i machnąwszy ogonem, zaczął ją oglądać, zupełnie tak, jakby mógł w ten sposób odnaleźć na jej ciele wszelkiego rodzaju rany, ubytki czy przykrości najróżniejszego sortu. Złota koteczka spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem.
— Ach…! Nic mi nie jest, nie martw się — zamruczała z pocieszającym błyskiem w oku. To miłe, że ktoś się o nią martwił. Jednak czy aby na pewno chciała, żeby ktoś to robił? Czy nie sprawiała w ten sposób większej ilości kłopotu Wilczakom? Nie, przecież oni byli tacy mili, przyjęli ją bez większych kłopotów, a w dodatku dostała mentora, który dbał o jej szkolenie…
— Ale na pewno? Bo wyglądała pani tak bardzo smutno, że już się zacząłem martwić! Próbowałem przywrócić panią do teraźniejszości, ale udało mi się dopiero po chwili — odmruknął i przysiadłszy, polizał swoją łapę parokrotnie, czyszcząc sobie śnieżnobiałe ucho. — Dzielimy legowisko, prawda? Nazywam się Księżycowa Łapa, a pani? — dopytywał, mrugając oczkami co jakiś czas. Miodowa Łapa usiadła tuż obok niego, posyłając mu kolejny sympatyczny uśmiech, chociaż parę uderzeń serca się wstrzymała z odpowiedzią, jakby musiała się dobrze zastanowić. Poprawiła parę kosmyków w swoim puchatym ogonie, chociaż nie było to wcale konieczne, przyszło jej to dość naturalnie.
— Tak, nazywam się Miodowa Łapa, chociaż jeszcze do niedawna mówili do mnie Ula — przedstawiła się. — Miło mi cię poznać, Księżycowa Łapo — dodała jeszcze, owijając ogon starannie wokół swoich łap. Skoro dzielili legowisko i raczej powinna go kojarzyć, to może wypadałoby za niedługo poznać jeszcze paru Wilczaków? Z pewnością źle jej to nie zrobi, a wręcz przeciwnie. — Twoim mentorem jest Kocimiętkowy Wir, prawda? To bardzo miła kotka — uśmiech nie schodził jej z pyszczka. Ruda była w końcu jedną z kotek, która znalazła ją tamtego dnia, kiedy biedna szwendała się po lesie, szukając dla siebie jakiegokolwiek schronu, była wtedy śmiertelnie przerażona!
Uczniak, usłyszawszy jej słowa, uśmiechnął się szeroko.
— Tak, tak! Jest wspaniałą mentorką, świetnie mnie uczy i jest taka życzliwa i cierpliwa — zaszczebiotał radośnie, a jego długie pędzelki na uszach poruszały się na wietrze, targane wiecznie przez podmuchy i jego ruchliwość.
— Mnie szkoli Wilczy Skowyt i też sądzę, że jest dobrym mentorem. Zresztą nie znam tutaj zbyt wielu kotów, ale jestem tak wdzięczna, bo dostałam kogoś bardzo miłego, tak samo, jak ty, Księżycowa Łapo — rozgadała się, jednak i przed tym musiała sobie parę uderzeń serca odczekać. Zamruczała pod nosem.
— Podoba się pani u nas? Pięknie tu mamy, prawda? — zagadnął jeszcze, obserwując jej reakcje, aczkolwiek nie kryły się za tym gestem żadne nieszczere czy nieprzyjemne intencje.
— Bardzo różni się to od miejsca, w którym dorastałam i do którego zdążyłam przywyknąć, ale tak, nie mogę powiedzieć, że mi się tu nie podoba. Muszę się przyzwyczaić, jednak potrafię docenić miłe aspekty obozu, a nawet samego lasu — odpowiedziała mu szczerze. Prawdopodobnie z każdym dniem coraz bardziej zacznie jej tu odpowiadać, w końcu nie zapowiadało się na to, aby mogła powrócić do swoich Dwunożnych… chociaż czy naprawdę tego pragnęła? Czy powinna była ich poszukać dłużej? Może by ich wtedy znalazła? Ale czy byłoby nadal co szukać? W jej głowie panował mętlik, który musiała na spokojnie sobie poukładać i nie chciała nikogo tym obarczać.

<Księżycowa Łapo, a może mnie oprowadzisz po obozie i opowiesz o swoich historiach z życia?>
[657 słów]