BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Owocowym Lesie!
(Brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 12 kwietnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

13 kwietnia 2026

Od Flaminga do Fląderki

Przed Porą Nagich Drzew

Mały Flaming czuł się tak, jakby miał żłobek na wyłączność, jakby tylko on tutaj mógł przebywać, ponieważ zasługiwał na to. Zasługiwał na swoje własne, wielkie legowisko, przez sam fakt bycia wnukiem liderki, nawet jeśli nie zamienił z nią jeszcze ani słowa i tak naprawdę nie pamiętał za dobrze, jak dokładnie wygląda. Chłodne podmuchy wiatru docierały do kociarni, owiewając policzki jasnego kocięcia. Mokra woń poniosła się po jego nozdrzach, wypełniając je także przyjemnym, rybim zapachem. Przyglądał się pyszczkowi swojej mamy, która czuwała nad nim i obserwowała każdy jego ruch z uwagą, jakby miała cały czas na świecie tylko dla niego, jakby nic innego się nie liczyło. Zdążyła do tej pory opowiedzieć mu tak wiele… najważniejszą i przede wszystkim najnowszą historią było powstanie wszystkich kotów, w tym, dlaczego Klan Nocy był tak mocno przekonany, że koty czekoladowe są zdradliwe i po prostu brudne, niegodne. Mimo że był malutki i ledwo co zaczął formować własne myśli, przekonania te przeszły i na niego, ponieważ nie miał nikogo, kto by mu powiedział, że takie myśli są złe. Wręcz przeciwnie. Był chwalony za nie. Za to, że się tak szybko i sprawnie uczył. Jak dobrze, że umaszczeniem przypominał inne, normalne koty! W końcu nie był czekoladowy, tak jak ta pokraka, która siedziała nieopodal niego, w żłobku. Ta cała… Rybia strawa. Żabi móżdżek. Nie, ona chyba miała inaczej na imię. Ach, to nieistotne! I tak była tylko podkotem. Nie pozwoli jej na to, by go ciągnęła za sobą w dół i pogrążała się nawet bardziej. Gdyby on był czekoladowy, to by mu nie było tak dobrze w tym miejscu. W końcu według opowieści powstał z czarnego nieba, a na nim skrzyło się codziennie tak wiele zjawiskowych, przepięknych gwiazd. Jaka szkoda, że nie mógł takiej sprowadzić sobie tutaj, na ziemię i mieć ją na wyłączność. Już próbował, ale to na nic. Wpatrywałby się w nią jak w najpiękniejszą taflę wody, odbijającą jaskrawy blask księżyca na granatowym nieboskłonie. Skoro miał na sobie biel, musiało to oznaczać, że był także połączeniem okruchów Srebrnej Skórki. To czyniło go wyjątkowym, ponieważ nie każdy mógł sobie pozwolić na te dwie rzeczy i to w dodatku razem! Jako, iż łączył te dwie niezwykłe cechy, był prawdziwym przykładem i dowodem harmonii. Oznaczało to również, że był na samym szczycie hierarchii i to według wielu, w tym i według jego samego. Należały mu się same najlepsze rzeczy.
Spojrzał na łaciatego kocura, który ostatnio działał mu na nerwy. Dlaczego się tak w niego wgapiał? Zazdrościł mu pięknego futra? Może tego, że jego mamą była Wężynowy Kieł? Wcale się nie dziwił. Kto by nie chciał być synem samego zastępcy i kotki tak wspaniałej, jak jego mamusia? Jego mama dzisiaj wyglądała na dość poddenerwowaną, co nie umknęło pointowi. Ciekawe co mogło spowodować taki rozwój spraw? Przekrzywił główkę z lekkim zmartwieniem, jednak prędko, acz niezgrabnie polizał się po piersi, aby nie prezentować się nagannie. Może powodem był brak krwistego lotosu na jego czole, który powinien mieć, ale jednak go nie otrzymał? Słyszał już wielokrotnie, że kiedyś jego czoło naznaczy lotos taki, jak na głowie jego taty, Błękitnej Laguny. Tak naprawdę to czekał na ten moment. Chciał być chwalony, chciał, żeby wszyscy na niego patrzyli z dumą i nadzieją. Może ojciec by go wtedy dużo częściej odwiedzał i opowiadał o jego rodzinie, pochwalił porządnie, tak, jak Flaming sobie zapracował. Żeby z niego brali przykład. Kocię postawiło uszka, gdy dotarł do nich pewny oraz stanowczy głos rodzicielki. Najwidoczniej Mandarynkowa Gwiazda musiała się zastanowić. Może zbierali dla niego prezenty i to same najlepszej jakości, dlatego się to tak opóźniło. Oczywiście wolałby już, żeby każdy wiedział, z kim ma do czynienia – Nocniacy traktowaliby go nawet lepiej, gdyby już teraz nosił na sobie znak rozpoznawczy, w końcu był wnukiem samej przywódczyni!
— Flamingu, mój synku, wiesz, że jesteś prapraprawnukiem samej Sroczej Gwiazdy? To ona zapoczątkowała ród. To dzięki niej Klan Nocy wie, co jest właściwe, to ona im otworzyła oczy na prawdę, z której nie zdawali sobie sprawy. Jesteś niezwykle wyjątkowy i z pewnością zdajesz sobie z tego sprawę — miauknęła nisko, poprawiając mu zmierzwione futerko na czubku głowy. — Twoim zadaniem jest kontynuowanie tego, co zapoczątkowała twoja prapraprababka. Pokaż tym głupcom, co oznacza być prawdziwym, przykładnym Nocniakiem. Jeśli będziesz mnie słuchać, zajdziesz daleko — przedstawiła mu jeszcze bez ani krzty zawahania czy zająknięcia się. Kocię poczuło miłe, ciepłe uczucie rozpływające się po jego piersi. Uwielbiał, gdy mama opowiadała mu o takich rzeczach. Dzięki temu miał nawet więcej powodów do chwalenia się! Do czucia się lepszym niż ci wszyscy niegodziwi głupcy.
— Nie martw się, mamusiu. Nie zawiodę cię. Jeszcze będziesz ze mnie dumna — zamruczał, wtulając się w jej puchate futro na piersi. Po chwili odsunął się odrobinę, wpatrując z zadowoleniem na jej kufę. Matka zamruczała, poruszając kitą.
Flaming po jakimś czasie poczuł znowu, jakby mu ktoś wywiercał futro wzrokiem. Sierść na karku podniosła się odrobinę. Odwrócił łeb w stronę nieopodal siedzącego piastuna, który najwidoczniej nie miał nic lepszego do roboty niż podsłuchiwanie go. Fuknął z niezadowoleniem, wytrzymując kontakt wzrokowy. Zmarszczył brew. Kocur spozierał na niego jeszcze przez parę uderzeń serca, po czym odwrócił wzrok. On już zobaczy! Jeszcze się ukłoni przed wielkim Flamingiem, synem Błękitnej Laguny, wnukiem Mandarynkowej Gwiazdy i prapraprawnukiem wielkiej, mądrej Sroczej Gwiazdy! Kocię machnęło ogonem, podnosząc brodę ku górze, a oczy mrużąc, jakby się obraził. Wężynowy Kieł odchrząknęła nagle.
— Złocisty Widliku, pokaż mojemu synowi jak pływać. To niezbędna wiedza każdego Nocniaka, a już w szczególności rodziny królewskiej — zagadnęła, poruszając puchatą, ciemną kitą, przypominając mu, że nie miał do czynienia z byle kim. Odpowiadał za sporą część wiedzy wszystkich Nocniaków, jako iż opiekował się przyszłymi pokoleniami, odkąd został mianowany na piastuna klanu.
Rudy zamrugał parokrotnie, aczkolwiek po paru uderzeniach serca pokiwał głową. Flaming zadarł łeb, przyglądając się teraz nieznanemu mu dotąd starszemu. To on mu miał przekazywać wszystkie ważne informacje, oczywiście zaraz po jego kochanej mamusi. Pointowi nie podobało się to za bardzo, aczkolwiek nie zamierzał narzekać. Nie mógł zawieść Wężynowego Kła. Musiał się uczyć ile tylko był w stanie.
— Tak… oczywiście — powiedział, po czym zachęcił młodziaka do podejścia do jednego z pobliskich zbiorników. Skoro jego mama mówiła o tym z takim przekonaniem, każdy Nocniak musiał kiedyś odbyć taki minitrening, nie śniło mu się nawet postępować inaczej. Nie protestował nadto, był raczej ciekaw, jak mu pójdzie. Czy Wężynowy Kieł będzie z niego dumna? Może go pochwali? Zawoła Błękitną Lagunę, by obserwował, jak wspaniale radzi sobie jego kocię? Spojrzał na swoje odbicie w mieniącym się płytkim zbiorniku wody. Uśmiechnął się pociesznie, zauważywszy swoją mordkę. Był taki piękny!
Najpierw zanurzył prawą łapę, a potem lewą, wchodząc wreszcie cały do mokrego wgłębienia. Spojrzał się na kocura stojącego nad nim oraz matkę, która pilnowała każdego jego ruchu i tego, żeby mu Widlik przypadkiem nie zrobił krzywdy. Niech tylko spróbuje! Flaming uniósł brodę wyżej, ponad wodę, odruchowo machając łapkami, chociaż wcale nie panicznie. Wiedział, że gdyby mu się miała stać krzywda, jego rodzicielka zainterweniowałaby i mu pomogła. Oczywiście miał momenty, w których lekko opadał, bo źle machnął kończyną i woda dostawała mu się do pyska, ale nie było w tym miejscu wcale głęboko.
Piastun, zauważywszy to, zamruczał z zadowoleniem. Na mordce burej pojawił się usatysfakcjonowany uśmiech, a serduszko małego pointa zaczęło bić szybciej. Byli z niego dumni? A raczej… czy mama była zadowolona z jego postępów? Cieszyła się, że ma tak utalentowanego synka?
— Doskonale! Nawet nie musiałem ci tłumaczyć, że musisz trzymać brodę ponad taflą i nie machać panicznie łapami na losowe strony. Szybko się uczysz — pochwalił go rudy, na co zielonooka spiorunowała go wzrokiem.
— Oczywiście, że jest mądry. Jest bardzo mądry. W końcu jest członkiem rodu, a w dodatku moim synem, to chyba oczywiste — rzuciła ostro, machając kitą z poirytowaniem. — Nie trać czasu na oczywistości — ucięła wreszcie, uderzając łapą jednokrotnie o grunt głucho. Po paru uderzeniach serca jej wyraz pyska zmienił się na łagodniejszy, gdy przypatrywała się swojemu synkowi. Złocisty Widlik pochylił przed nią łeb w formie przeprosin, co wymiotło z niebieskookiego całą złość, jaka się w nim kumulowała z powodu braku szacunku względem jego matki.
Flaming zapomniał prędko o złości i zaczął pływać w kółko – oczywiście na tyle, na ile pozwalało mu na to miejsce oraz siła, jaka mu pozostała w łapkach. Miał wrażenie, że takie przebieranie nimi w wodzie było dużo przyjemniejsze, niż bieganie po lądzie. Tutaj czuł się bardzo lekki i nie musiał nawet nadto starać.

***

Otrzepał się z nadmiaru wody, czując zamaszyste pociągnięcia szorstkiego języka karmicielki wzdłuż kręgosłupa. Zaczął mruczeć głośno, mrużąc oczka po dość męczącej nauce pływania. Był z siebie niezwykle zadowolony. Niektóre rzeczy trzeba było mu wytłumaczyć, aczkolwiek nie trzeba było wcale nadto się rozgadywać, ponieważ szybko łapał to, co miał na myśli piastun. Spróbował nawet zanurkować, chociaż wyszło mu to dość zabawnie przez to, że zbiornik nie był wcale taki głęboki. Może spróbuje kiedyś, jak urośnie i znajdzie się w wodzie z większą ilością miejsca, może by w ten sposób złowił te całe ryby, o których tak wiele słyszał, a ponadto miał nawet okazję jednej skosztować. Stwierdził prędko, że są pyszne. Nawet nie wadziło jemu to, że trzeba było je skubać z łusek. Oskubano ją dla niego, nie musiał wcale się starać nad tym posiłkiem.
Gdy wreszcie był idealnie suchy i najedzony, o lśniącym, aksamitnym w dotyku futerku, oddalił się odrobinę od matki, nadal trzymając się ram żłobka. Spojrzał z widoczną pogardą i grymasem wyrzeźbionym na mordce na wyższą od siebie kotkę. Jego drobny ogonek falował na boki, jakby go ktoś raził prądem.
— Czekoladowa pokrako! Tak, do ciebie mówię — zasyczał, zyskując wreszcie uwagę Fląderki. Brązowooka spojrzała na niego niepewnie, kładąc po sobie jedno ucho. Wyglądała paskudnie! Nic dziwnego, w końcu była czekoladowa. Oni właśnie tacy byli i nie zasługiwali na współczucie, nieważne jak wielkich oczu by nie zrobili. Fląderka ukłoniła się przed nim na powitanie. To przyniosło na jego mordkę chytry uśmieszek. Nauczyli jej chociaż tego.
— Książę Flamingu, czy mogę coś dla ciebie zrobić? — miauknęła wyczekująco, chociaż zawahała się przez chwilę, zanim to powiedziała, jakby nie była pewna jak się do niego właściwie zwrócić. W jej oczach zatańczyła niepewność, która tylko karmiła jego ciekawość. Mógł zażyczyć sobie wszystkiego?
— Oczywiście. Nie gadałbym z tobą, gdybym nic od ciebie nie chciał — miauknął z udawaną rezygnacją, kręcąc przy tym teatralnie łbem. Sprawdzał, na ile mógł sobie pozwolić. — Widziałaś gwiazdy na niebie? Chciałbym taką tylko dla siebie jak najszybciej. Przynieś mi jedną. Dzisiaj — rozkazał stanowczo, pusząc na razie krótkie futerko na piersi. Nie sądził, żeby jej się to udało, aczkolwiek skoro nie określiła się, czy był jakiś limit względem jego życzeń, zamierzał wykorzystać daną mu okazję tak bardzo, jak było to możliwe. — Jeśli ci się nie uda, to spotka cię kara! Możesz mi jednak to zadośćuczynić, zostając moim prywatnym sługą — powiedział pewnie, oblizując policzki, jakby był świeżo po posiłku. W pewnym sensie był. Niedawno zjadł małą rybkę, nie znał jej nazwy, ale to nie było dla niego jakoś bardzo istotne.
Oczy szylkretki zogromniały, a na jej mordce wymalował się swego rodzaju sprzeciw. Może tylko sobie go wmówił?
— Obawiam się, że nie dam rady przynieść ci gwiazdy. Są niezwykle daleko i nie ma obecnie żadnego sposobu, żeby ich dosięgnąć łapą. Jedyne, co nam pozostaje, to możliwość spoglądania na nie co noc — wyjaśniła mu niepewnie, zawijając ogon ciasno wokół łap.
Na pysku kociaka zaistniała powaga wraz ze wzrokiem takim, jakby mógł nim mordować i to z zimną krwią. Jego ogon opadł, a wąsiki przestały się poruszać. Czy ona mu właśnie… odmówiła?
— Jak śmiesz! Czy ty masz w ogóle, rybi odpadzie, świadomość z kim rozmawiasz? — powiedział, co prezentowało się dość… zabawnie ze względu na jego dziecięcy, piskliwy głosik, aczkolwiek był całkowicie poważny. — W takim razie, skoro mi odmówiłaś, musisz spełniać moje zachcianki. Jeśli i w tym nie podołasz… — zakończył, posyłając jej wymowne spojrzenie. Niech wie, że z nim nie ma co zadzierać. Nie miała z nim najmniejszych szans! Obrócił główkę w stronę matki, która zajęta była w tej chwili czyszczeniem poduszki łapy, chociaż zdawało się, że patrzy na nich spod przymrużonych powiek. Powrócił ślepiami do Fląderki siedzącej przed nim, posyłając jej kolejny, bardzo dumny z siebie uśmiech. Wiedział, że nie mogła mu odmówić.

<Fląderko, może gdybyś wplotła w swoje futro gwiazdy i przybrała ich kolor, wyglądałoby to zupełnie inaczej>

12 kwietnia 2026

Od Chudej Łapy CD. Roztargnionego Koperka

Jakiś czas temu
Chudy się skrzywił.
— Nie za dużo ode mnie wymagasz? — miauknął.
Mimo początkowej niepewności bury uczeń wysunął tezę, co mogło dolegać kotce. Podparta została powtórzeniem stwierdzenia medyka o tym, iż kotka nie miała złamania czy ran. Roztargniony Koperek po wysłuchaniu ucznia przedstawił mu poprawną odpowiedź, a następnie wspólnie ustalili metodę leczenia.

Teraźniejszość, po kocimiętkowej eskapadzie

Chudą Łapę bolała głowa, ale to tak, jakby miał zaraz wykorkować. Tym razem naprawdę czuł się bliski śmierci, chociaż doznania przed nią były przyjemne. Obrócił się na bok, by dostrzec swojego brata. Byli gdzieś… na pewno nie tam, gdzie zemdleli. Dookoła nie dostrzegł lasu, a doskonale znajome legowisko. A co za tym szło…
Zerknął spod uchylonych powiek w bok na tyle, ile mógł. Dostrzegł nieopodal Roztargniony Koperek, który rozmawiał o czymś z mentorką Nocnej Łapy. Bury nie miał czasu wsłuchać się w temat rozmowy, bo ponownie jego oczyska się zamknęły, ale tym razem do snu.
Kiedy ponownie się obudził, nie było już obok niego Nocnej Łapy. Został jednak gorzki posmak wymiocin na języku, szum w uszach, ciężka głowa i dziury w pamięci. O czym oni tam gadali w tym lesie…?
Podniósł się chwiejnie, zataczając co chwila. Dopadł do mchu nasączonego wodą i wziął kilka łyków tak łapczywych, aż się zakrztusił.
— Gszee ja jeszem? — mruknął. Po chwili dotarło do niego, iż nie zmienił swojego położenia i wciąż znajdował się w medykowym legowisku.
Machnął niedbale ogonem, ale kiedy się obrócił, stanął pyskiem w pysk ze swoim mentorem. Dreszcz przerażenia przebiegł po grzbiecie medyka, który stukał pazurem w podłoże. Chyba… czekał na wyjaśnienia.
— Tło buło uhhh — Chudy próbował skleić zdanie. — Dja nauki… Dla nauki, tak! Haha… — zaśmiał się niezręcznie, uciekając wzrokiem w bok. — W kooońcu jako medyk muszę wiedzieć jakie efekty przyniesie za sobą spożycie uhhh nadmiaru kocimiętki… Nie? No i już wiem…
Wyszczerzył ząbki w krzywym uśmiechu. Koper obserwowało swojego ucznia z niedowierzaniem. Roztargniony Koperek pokręciło nerwowo głową ze swego rodzaju zawodem na pysku.
— Ależ oczywiście, że dla nauki — mruknęło, wzdychając ciężko. — Co ja się z tobą mam... — dodało, już raczej szeptem.
Obserwowało tylko zachowanie ucznia z niezadowolonym, a może nawet obrzydzonym wyrazem pyszczka.
— Myślę, że to nie o takie eksperymenty z ziołami chodziło — miauknęło. — Ale z drugiej strony to też coś... — mruknęło znacznie ciszej, patrząc gdzieś w bok.
Po chwili pokręciło głową, pozbywając się dziwnej myśli.
— No wybacz no! — miauknął. — Tak się zachowujesz, jakbyś nigdy nie próbowało takich rzeczy…
— Chyba pogadamy, jak już wydobrzejesz — warknęło niezadowolone. — Coś cię boli? Potrzebujesz maku?
Chudy nieco się zachwiał. Zmrużył oczy, bo wciąż niewyraźnie widział, jednak po kilku uderzeniach serca obraz się wyostrzył. Dostrzegł nerwową minę mentora i trochę zrobiło mu się głupio. Ciekawe czy napędził jenu stracha...
— Boli mnie egzystencja — odparł po chwili. Natychmiast niemal się jednak zreflektował. — Żartuję! ŻARTUJĘ… daj tego maku trochę.
Rzucił mu błagalne spojrzenie.
Roztargniony Koperek zmarszczyło nos w niezadowoleniu. Pokręciło pobłażliwie głową na jego pierwsze słowa, ale słysząc kolejne, poczuło się, jakby coś go trafiło.
— Nie gadaj takich głupot Chuda Łapo — ostrzegło ucznia, próbując się uspokoić. — Tak jak z resztą każdego medyka w tym... psim klanie — warknęło pod nosem, poprawiając futro na piersi. — Dam ci tylko odrobinę — miauknęło, dając mu jedno z mniejszych ziarnek maku.
Chudy przyjął lekarstwo na wszelkie problemy z wdzięcznością. Po zjedzeniu spojrzał na Roztargniony Koperek.
— Psim... Klanie? — Zapytał ciszej. — Nie czujesz się tutaj za bardzo dobrze, co?
Liliowy widząc spadający ze składziku listek ziół, podniósł go i odłożył na miejsce. Uniosło uszy, słysząc pytanie ucznia.
— Miałeś tego raczej nie usłyszeć — mruknęło z odrobinę wyczuwalnym sykiem w głosie. — Psy pochodzą od wilków — wytłumaczyli tylko prędko, a po chwili pokręciło głową zdenerwowane. — A kim ty jesteś, abym ci się wyżalało? — mruknęło nieco obojętnie, ale i tak postanowiło powiedzieć swoje. — Niezbyt. Moja matka nie żyje, ojciec był zdrajcą. Nikogo tu nie mam. Chociaż może to i lepiej — dodało. — Trzyma mnie tu miłość do ziół i moja pozycja, więc jestem, ale to wszystko — rzuciło, ściszając jeszcze bardziej swój głos.
Chudy zmarszczył brwi i przymrużył oczy. Wysłuchał, co Koper ma do powiedzenia, a potem machnął ogonem delikatnie, jego końcówka drgała.
— Nie widziałem nigdy psa. — Zaczął bury. — Co nie znaczy, że bym chciał! I co dobrze ci tu samemu? Zapytał, chociaż trochę go zabolał fakt, iż po tylu księżycach wspólnej nauki, Koper nie uznawał go za "swojego". Chyba Chuda Łapa pospieszył się ze stwierdzeniem, że są kolegami. Widocznie byli dla siebie tylko kotami o tym samym powołaniu, przynajmniej w oczach Koperka.
— Ja też nie mam matki ani ojca! Ale mam braci. Gdyby nie oni to też byłbym tu sam. Nikt nie chce ze mną gadać — podrapał się po brodzie. — No, może tamta ładna samotniczka. Jak ona... Jesionowa Łapa chyba teraz się nazywa. Ciekawe kim była moja matka? Orientujesz się w ogóle, jak ja się tu znalazłem w tym Klanie? Bo mnie też nikt nie pytał, pff. Może gdybym był większy i silniejszy, to mógłbym decydować o tym, gdzie mieszkam, ale nie jestem, więc tu zostaję. Nie spieszy mi się do grobu, a Zalotna Gwiazda pewnie by mnie ukatrupiła za próbę ucieczki. Posłał medykowi niezręczne spojrzenie. Tak jak Kopra trzymały tu zioła, tak Chudego bracia i niemoc do zmiany czegokolwiek. Nie, żeby w innych klanach miałby czuć się lepiej. Skoro tutaj wytykają go pazurami, to w innych byłoby tak samo.
Pręgus zaśmiał się na słowa Chudego.
— Z pewnością byś nie chciał. Wilka też nie — miauknęło, kiwając głową, tak jakby potwierdzając jego stwierdzenie. — A co to wyścigi kto ma mniej? — prychnęło, przerywając uczniowi. — A właściwie to, co mnie to obchodzi? — zapytało, unosząc brew.
Potrząsnęło futrem, aby pozbyć się liści ze swojego futra i wbiło nagle wzrok w młodego. — Twoja matka? Hmm... Wydaje mi się, że była samotniczką. Chociaż nie mogę być pewne — odparło krótko. — Ja chciałom uciec, ale wkrótce potem znalazłom Aksamitkę i Cykorię. Zmieniłom zdanie, ale nadal nie chcę tu być — miauknęło, kładąc się na ziemi, drapiąc piach pazurem, tak jakby nagle straciło całą werwę. — Ta szczera rozmówka jest nietypowa. Z Cisowym Tchnieniem miało taką po jakoś 40 księżycach życia w jednym legowisku — zaśmiało się, co brzmiało co najmniej nienaturalnie. — Zwierzanki, zwierzeniami, ale masz problem kolego — miauknęło, nagle unosząc pysk. — Księżyc roboty. Ogarniasz legowiska, a także starszych i chorych. Czasem wyślę Cię też do żłobka. I nie obchodzi mnie, że boli. Nie ma aż tak lekko — mruknęło chłodno.
Wysłuchał historii Kopra ponownie. Też mu było dziwnie od takich zwierzeń, chociaż Chudy dużo częściej otwierał się przed innymi kotami. Narzekał sporo, ale wiele z jego "rozmówców" jednym uchem wpuszczała, a drugim wypuszczała. Zapewne połowa z nich nawet nie notowała w głowie tego, co mówił, a zawsze mówił prawdę w tym marudzeniu. Gdyby ktoś go tak słuchał uważnie, to miałby całe jego życie, zmartwienia, problemy, jak na tacy.
Jednak Koper zaczął temat, którego bury się obawiał. Kara. Sprzątanie! Robota! Ciężka, katorżnicza! I to w legowisku starszych...
Chudy stęknął, przewrócił oczami. Jęknął baaardzo niezadowolonym tonem jak kociak, któremu odmawiasz wyjścia na spacer.
— No nie no! Do tych staruchów?! — Miauknął niezadowolony. — I do bachorów też? Miejże litość! Dlaczego tak długo?! Jak ja mam się uczyć medykowania w tym czasie!
Wysłuchało tylko słów kocura i prychnęło.
— Szacunku trochę, bo będę kazało ci doły kopać za karę. I będziesz miał je kopać bez celu. I to jeszcze z twoim radosnym uśmiechem na twarzy — miauknęło, będąc poważnym. — A to mnie już nie obchodzi. Oprócz tego możesz tu spać i uczyć się z obserwacji. Trzeba było zapytać o tę kocimiętkę! I o przebite ucho również! — Syknęło zdenerwowane. — Przecież bym się zgodziło — dodało już nieco łagodniej. — Bierz się do roboty. Jak będziesz dobrze się sprawował, to skrócę ci tę katorżniczą pracę. I to o połowę. Tylko mam nie słyszeć na Ciebie żadnych skarg — kiwnęło głową z krótkim westchnięciem.
Chudy machnął rozdrażniony ogonem. Dostał ochrzan! Najprawdziwszy ochrzan! To chyba pierwszy w jego życiu...
— A co Ty, mój Ojciec jesteś, żebym Cię pytał o zgodę?! — Miauknął rozdrażniony, ale zaczął człapać smętnie w stronę wyjścia. Mamrotał pod nosem jeszcze różne pierdoły.
— Chodziło o zgodę. O zioła bezmózgu! — Wykrzyczało jeszcze uczniowi na odchodne.
Chuda Łapa był więcej niż oburzony. Wręcz zaczął żałować tej kocimiętkowej eskapady! Chociaż nie… cofa to. Było wspaniałym, braterskim doświadczeniem.
Dotarł wreszcie do legowiska starszych. Zapach, jaki się tam unosił, wysuszał mu nozdrza od razu. Taki stęchły, może wilgotny poniekąd. W końcu zbliżała się zima, a w powietrzu unosiła się wilgoć od częstych deszczy. Mało tego, kiedy Chuda Łapa dotarł, zorientował się o obecności pewnego kota, z którym nie miał najmilszych doświadczeń… Trzcinniczkowej Dziupli. Chudy skrzywił pysk spanikowany. Co on teraz pocznie? Jak ma wykonywać tę karę bez żadnych skarg, kiedy już zdążył sobie nagrabić u niewidomego kocura?
Przełknął nerwowo ślinę, kiedy ktoś go zaczepił.
— Oh, kogo nam tu przywiało! — Radosne miauknięcie rozległo się za wychudzonymi plecami ucznia. Odwrócił się i wzrokiem błagał o niewypowiadanie jego imienia… ale Srebrzysta Łuna miała to w nosie. — Czy to nie Chuda Łapa?!
I bury był spalony. Widział, jak Trzcinniczkowa Dziupla rusza się w swoim legowisku. Chudy nie wiedział, co ma robić, więc spanikował i dał dyla. Normalnie wziął nogi za pas. Przyjdzie jutro!
W ten pozostały do zmierzchu czas zakręcił się przy legowiskach wojowników. Musiał je wymienić i posprzątać czy chciał, czy nie, więc spróbował zrobić to szybko. Problem w tym, że… szybkość i Chudy raczej się nie łączyły.
Brał mech, targał go pod krzewy, a potem wywlekał ten zużyty, uklepany. Padał na ryj, a był dopiero w połowie. Wziął głęboki wdech, podchodząc do kolejnego legowiska. Jego łapy same się chwiały. Ziarno maku przestawało działać, a on poczuł zawroty głowy. Uh… powinien pewnie nieco przytyć, by następnym razem (o ile takowy będzie) lepiej to znieść. Nocna Łapa się pewnie pozbierał w ciągu poranka. Ciekawe czy jeszcze żył, czy może mentorka go ukatrupiła gdzie w krzakach.
Zatoczył się na czyjeś posłanie. Usiadł na nim i wziął kilka wdechów, by nieco się zregenerować. Nie jadł nic dzisiaj jeszcze, tak więc naprawdę był, jak dętka. A to posłanie pachniało tak ładnie… świeżo skoszoną trawą.
Dał sobie chwilę na odpoczynek. Ta woń pomogła mu się zrelaksować i nabrać sił, by sprzątać dalej.
Pod wieczór nareszcie skończył. Starszych, żłobek i legowiska uczniów ogarnie jutro lub pojutrze, a teraz pora się położyć. Wyszedł z wojowniczych legowisk, łapy kierując ku jamie medyków. Wszedł do niej powoli, a jego kończyny drgały. Podreptał cicho do swojego kącika gdzieś pod ścianą. Padł plackiem, zasypiając niemal od razu.

<Koper? >

[liczba słów: 1780, medyczny trening Chudej Łapy]

Od Modliszkowej Ciszy CD. Dzikiego Berberysa


Po ukończonym patrolu Modliszkowa Cisza wylegiwał się na polanie, chwytając szybko uciekające promienie słońca. Gdy nagle usłyszał głos znajomego mu kota.– Dzień dobry, Modliszkowa Ciszo, chociaż powinienem powiedzieć dobry wieczór. Dawno nie rozmawialiśmy, a mi udało się zostać wojownikiem szybciej niż Ciernistej Łapie. Można do ciebie się dosiąść?
Modliszka uniósł swój kremowy łeb, by spojrzeć, kto taki zażyczył sobie porozmawiać z nim. Jego zielonym oczom ukazał się łaciaty, młody wojownik, Dziki Berberys. Zielonooki łebkiem wskazał puste miejsce obok siebie.
– Gratuluję. Czy to oznacza, że w końcu „zmieszałeś go z błotem”?
Na jego słowa, młodszy widocznie się wzdrygnął, krótkim wzrokiem omiótł resztę polany, po czym rozsiadł się obok rozmówcy, zakładając łapę na łapę.
– Być może... Już nie może i tak być z nim gorzej, niż jest teraz. Z każdym dniem udowadnia, jak wiele mu brakuje do zostania wojownikiem. Moja ciocia, Motylkowa Łączka jeszcze starała się mi to wytłumaczyć, że każdy potrzebuje dla siebie czasu, jednak nie powiem, żeby była to prawda... Widzę, jak mój brat się nie stara. Przez cały ten czas dostawał wszystko pod łapy i nadal tkwi w tym samym miejscu. — odpowiedział Berberys.
Kremowy podniósł się, zwijając swoje łapy pod siebie.
– Skoro się nie stara, to nie ma co się dziwić, że wciąż tkwi w roli ucznia. – mruknął kocur, zażenowany lenistwem młodego burzaka. W końcu wojownik o takim nastawieniu raczej się nie przyda.
– Jak się czujesz jako wojownik? – zapytał, delikatnie zmieniając temat.
– Całkiem dobrze, to jest, to czego chciałem. Mój ojciec już inaczej się na mnie patrzy i nie czuję się jako nieudacznik naszej rodziny. Wydaje mi się, że Śnieżycowa Chmura specjalnie przedłużała moje szkolenie, bo po prostu za mną nie przepadała. Królicza Gwiazda powinien lepiej dopasowywać mentorów do uczniów, a moja mentorka nie pasowała do mnie – polizał się kilka razy po piersi, żeby wygładzić odstające kłosy. – Już ja lepiej bym zarządzał tym Klanem... – burknął.
Kocur spojrzał zaciekawiony na rozmówcę, rozmyślając nad czasem, gdy był uczniem, pod opieką Gradowego Sztormu.
– Masz rację. Na szczęście rządy Króliczej Gwiazdy powoli dobiegają końca. Pytanie pozostaje czy Zawodzące Echo będzie lepszym liderem. – odpowiedział, wbijając swoje przeszywające spojrzenie w Dzikiego Berberysa. – Co sądzisz?
– Wątpię, by się sprawdził dobrze na miejscu lidera. Nawet jako zastępca ledwo daje sobie radę.
– A kogo ty byś wybrał na lidera?
Van chwilowo się zamyślił.
– Na pewno nikogo, kto popiera rządy Króliczej Gwiazdy lub jest z nim spokrewniony. Wolałbym nie ryzykować ponownymi rządami kota, który zagrzał sobie tę posadę przez znajomości lub więzy krwi.
Modliszkowa Cisza skinął głową, po czym wstał, otrzepując delikatnie swe kremowe futro z piasku.
– Zgadzam się. Dziękuję za rozmowę Dziki Berberysie. Niestety będę już udawał się do legowiska. – powiedział, po czym pomaszerował w stronę legowiska wojowników.

Po tragedii rodziny Świerszczowego Skoku

Modliszkowa Cisza nasłuchiwał rozmów przerażonych pobratymców. W Klanie Burzy ponownie doszło do mordu pobratymców. Tym razem mordercą był Świerszczowy Skok, do którego kremowy od dłuższego czasu był sceptycznie nastawiony.
Kątem oka zauważył rudo-białą kitę, od razu rozpoznał, do kogo ona należała.
– Witaj Dziki Berberysie. Czy… trzymasz się jakoś? – zapytał, ostrożnie podchodząc do wojownika, w końcu informacja, że jego ojciec zamordował jego matkę, musiała być dewastująca.
Młodszy z widocznie wymieszanym wstydem, strachem i smutkiem, popatrzył się na niego.
– Ciężko... Nie mogę uwierzyć, że tak się wydarzyło... To straszne... Nie rozumiem, czemu akurat padło to wszystko na Klan Gwiazdy na niewinną Jagodowe Marzenie... – mruknął z wysiłkiem. – Nie rozumiem... Czemu nikt tego wcześniej nie zauważył, żeby zapobiec tej tragedii?
Kremowy lekko zestresowany, nie wiedząc jak się zachować w takiej sytuacji, odpowiedział.
– Jagodowe Marzenie nie zasłużyła na taki los. Nikt nie zasłużył. W ostatnich księżycach zbyt wiele naszych pobratymców musiało zapłacić życiem, za brak kompetencji Króliczej Gwiazdy. – jego ton nabrał szorstkiej barwy, po czym wziął głęboki oddech, a głos powrócił do zwyczajnego, chłodnego oddźwięku.
– Nie obwiniaj się o to, co się wydarzyło. Nikt nie mógł tego przewidzieć.
Wojownik spojrzał na ziemię, jakby szukał tam winy, która rzeczywiście leżała po stronie lidera i zastępcy.
– Ciągle wszystko przez tego Króliczą Gwiazdę! Niedługo wszyscy zostaniemy zabici, przez jego niekompetencje! – warknął cicho, by nikt z Burzaków nie dołączył się do rozmowy. Kocur trząsł się cały z emocji.
Kremowy spojrzał na rozemocjonowanego kocura.
– Niestety taka może być prawda. Teraz lepiej odpocznij. W takich emocjach nic nie zdziałasz.

<Dziki Berberysie?>

Od Księżycowego Odłamka

Sporej wielkości maszyna raz po raz podrygiwała przy zetknięciu z nierównościami drogi, dość głośno domagając się wymiany amortyzatorów. Zakręty również sprawiały jej kłopot, bo gdy kierownica skręcała w którymś kierunku, to chociaż auto trzymało się wszystkimi oponami czarnej powierzchni, to wszystkie przedmioty we wnętrzu jego brzucha, które nie miały szczęścia i nie zostały pobłogosławione przez bozię (czy inną siłę wyższą) nogami czy rękami którymi mogłyby się przytrzymać; frunęły w kierunku, w którym akurat popchnęła je niewidzialna siła. Jedynym, co chroniło od tego nieprzyjemnego losu Księżycowego Odłamka było dziwne, plastikowe pudło z, jak się okazało, nieprzegryzalną, twardą, plastikową siatką, przez którą mógł patrzeć na zewnątrz. Albo przynajmniej mógłby. Nigdy tak bardzo nie pragnął by coś móc zobaczyć, jak teraz. Nie mógł wyjść, obijał się o coś, co nie było ani drewnem, ani kamieniem, ani niczym, co znał. Gdy nawoływał, nie dostawał żadnej odpowiedzi i końcowo zamilkł, bojąc się odezwać i jedynie nasłuchując otoczenia, mając nadzieję na jakieś wskazówki odnośnie swojego miejsca położenia. Był świadom, że się przemieszcza, tyle wiedział, natomiast z zapachu nic wywnioskować nie mógł. Obca, słodkawa, syntetyczna woń gilgotała go po nosie, a nowe ilości unoszącego się kurzu skutecznie przeszkadzały mu w dalszym obeznaniu terenu, końcowo niemal całkiem zabierając mu możliwości czucia. To w czym był, nie miało możliwości wyjścia, a na domiar złego, dźwięki rozbrzmiewające w aucie też nie były pomocne, mieszając ze sobą wycie z radia oraz rozmowę dwóch dwunożnych, którzy byli odpowiedzialni za jego obecny stan i drgawki, o których uświadomił sobie jakoś w połowie drogi. Z początku było mu gorąco ze stresu i adrenaliny, jednak teraz czuł jedynie nieprzyjemny ucisk w głowie, w żołądku i przejmujący chłód który zagnieździł mu się w kościach. 
,,Chcę stąd wyjść. Chcę wyjść, chcę wyjść, chcę wyjść, chcę wyjść" 
Nie miał jak. Jeśli wrócimy kilkanaście minut w tył by prześledzić, jak znaleźliśmy się w tej sytuacji, moglibyśmy oczami przeciętnego klanowego kota zobaczyć tą samą dwójkę ludzi, która teraz siedziała na przednich siedzeniach gderając ze sobą z przejęciem, trzymających jedzenie czy inne smaczki kocie, dzięki którym mieli złapać kilka osobników, chociaż, szczęście w nieszczęściu, skończyło się na jednym. Jednym klanowym i jednym, którego zgarnęli gdzieś po drodze, jednak srebrny szybko zrozumiał, że nawiązanie jakiejkolwiek konwersacji z drugim porwanym było niemożliwe, a Księżyc nie mógł stwierdzić, czy to dlatego, że jest niemy, czy po prostu tak samo sparaliżowany jak on sam. Nadal czuł silne łapy, które chwyciły go za boki i pomogły we włożeniu go do obecnego więzienia, podczas, gdy dziwna linka owinęła mu się wokół gardła. Przejechał powoli łapą po krtani, przełykając ciężko ślinę, znów wracając myślami w przeszłość. Dryfujący Fluoryt powinna już zawiadomić cały klan o zajściu i Księżyc nieco obawiał się o los towarzyszki. To ona była z nim na spacerze, najpierw próbując walczyć, kończąc z przymusem ucieczki, jeśli sama chciała uniknąć olbrzymich łap owitych w coś, przez co ciężko się było dostać do prawdziwej skóry dwunożnego. Jeszcze z początku myślał, że może to wina Rybiej Łapy, że może coś nagadała dwunożnemu, jednak szybko się opamiętał gdy pojął, że nie jest to możliwe... raczej. W końcu dwunożni nie rozumieli jego słów, więc jak mogliby zrozumieć jej? Zwinął się mozolnie w kłębek, wciskając jak najgłębiej w róg pudła by schować się pod swoimi uszami, nerwowo wygryzając sobie sierść na łapach, witając się z przyjemną pustką w głowie. 

┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦----

Nigdy nie był świadom jak bardzo nienawidzi dotyku, aż do teraz. Z początku sparaliżowany strachem, stał skamieniały na czymś zimnym i gładkim, pozwalając, żeby łapy stworów go badały, jednak szybko osiągnął swoje limity wytrzymałości, co doprowadziło do jego próby ucieczki. W ten sposób skończył w jakiejś naprawdę paskudnej i mocnej pajęczynie, która za żadne skarby nie chciała dać się przegryźć ani przerwać. Nie pamiętał szczegółów tego paskudnego zdarzenia, gdy odstawiono go z powrotem do znanego już pudła, jednak niekomfortowe uczucie w oczach nie dało o sobie zapomnieć. Coś mu wkropili i teraz miał wrażenie, jakby został mu wtarty w nie jakiś intruz, nawet nie rejestrując faktu, że teraz są całkiem dobrze nawilżone. Bardziej przerażający i za razem interesujący był fakt, że otoczenie dookoła niego było tak nasączone smrodem należącym do zwierząt różnego rodzaju, mieszając się z czymś dziwnym, obcym i syntetycznym, że nie wiedział, czy marszczyć nos, czy wymiotować. Jak bardzo obszczane przez psy było to miejsce? Rzucą go im do rozszarpania? Dla zabawy? Może jako pożywienie? Zadrżał mimowolnie, znów odczuwając nieprzyjemne ciarki na plecach. Czy teraz  maltretowali tego drugiego kota? 
- Hej! Hej ty! - ktoś zawołał. Do niego? - Hej, ty! Głuchy jesteś? Coś taki niemrawy, jaja ci odcięli? - zarechotał znów głos, który wyraźnie należał do jakiegoś starszego kocura... chociaż, czy starszego...? Po głosie może odrobinę, ale kto wie, jak było naprawdę. 
- Te, może rzeczywiście niemowa. Albo głuchy. Ajajaj, słuchaj, co ty, pierwszy raz tu jesteś? Jak ci jeszcze nic nie zabrali, to masz jeszcze czas, żeby się pomodlić! Może wtedy chociaż połowę zostawią - znów zarechotał i Księżyc nabrał przekonania, że rozmawia z kimś niezwykle... osobliwym. Chociaż rozmowa to za wiele powiedziane, patrząc na to, że nie wydobył ze swojej strony ani słowa, a gdy otworzył pysk, z zaskoczeniem zauważył, że struny z nim nie współpracują, wydobywając z siebie coś na przełomie powietrza i cichego załamania. Odchrząknął. 
- Do mnie... mówisz? 
- Jednak gada, patrzcie no. A widzisz tu gdzieś innego kota? W kącie jakiś przerośnięty szczur siedzi, dziwny, tłusty, bez ogona... ale co mam do niego, zakwiczeć? 
- Nie.. to... przepraszam. Właśnie nie do końca-
- Tak, tak, każdy się może trochę przestraszyć pierwszej wizyty, ale mógłbyś chociaż gębę otworzyć. No, powiedzmy, że wybaczone. Ciastek na mnie wołają moi dwunożni, ale matula mnie moja ochrzciła Ogonem, więc i tak się możesz do mnie zwracać, co? No, a na ciebie to jak trzeba, jaką łatkę dostałeś, co? Dziwne, że cię jeszcze nie wykastrowali, chociaż jak się tak przyjrzę jednym okiem, to... no, wyjdźże z tej ciemności, bo nie widzę, co ty... dobra, nie ważne. Może i mają powody. Moje też są na swoim miejscu, ale u biednego Chochlika... eh, szkoda strzępić wąsów - przerwano mu, nie mógł wyjaśnić, dlaczego nie odpowiadał i przede wszystkim, do reszty zagadano. 
,,Niekomfortowy" przeszło mu przez myśl. 
- No, to jak cię tam zwali?
- Księżycowy Odł...amek. - wypowiedział niespójnie, w połowie zastanawiając się, czy wymawiać pełne imię, które dla większości pewnie byłoby śmiesznie brzmiące i jak się okazało, wcale się nie mylił. 
- Pffft, a kto cię to tak skrzywdził, nie mogła się mateczka zdecydować? Czy łysi ci tak dali. 
- Łysi? Nie, to imię rodzinne. - próbował wyjaśnić tak, by dotarło do łebka rozmówcy. W końcu mógł się dopytać o to, co tu robi, co to za miejsce, czemu mieliby mu coś obcinać i czy w takim razie nie zostaną pożarci, ale ciężko było mu się jakkolwiek przebić z tym tematem! Co prawda na jedno już mógł sobie odpowiedzieć, w końcu gdyby mieli być zjedzeni, to Ogon nie byłby tak luźny i rozgadany, ani nie mówiłby o pierwszej wizycie. 
- No, prości, różowi, ludzie - wymieniał - No ci twoi. Chyba, że ci oni twoi nie są. 
- ... Nie? - srebrny był coraz bardziej zmieszany. Wiedział już, że chodzi o dwunożnych, ale co miał na myśli, że ,,twoi". Czyżby był jak Alba? Kotem, żyjącym z .... 
,,Aleś ty głupi, to pieszczoch"
Zaskakujące było dla niego, jak długo zajęło mu przeanalizowanie w logiczny sposób sytuacji. Skoro był tu pieszczoch, to raczej nic mu nie groziło, a to oznaczało, że większość jego zmartwień, teorii i planów można było wyrzucić do kosza. Zostaje jeden, najważniejszy. Jak stąd wyjść i wrócić do domu. 
- Hej, słuchaj, wiesz, jak stąd się wydostać? Muszę wrócić do siebie, nie mogę tu być. - spytał szybko, chcąc w końcu przebić się przez możliwy słowotok nieznajomego, nim ten zdążył otworzyć swój pysk. 
- Wydostać? A po 'kie licho? Boś ty dziki? Słuchaj, ja to tam wiem jak działa życie poza domostwem i oj, brachu, wierz mi na słowo, z tymi tu nie zginiesz. Dają ci jeść i jeszcze nic w zamian nie wymagają! O, twoi wychodzą. - rzeczywiście, odgłosy się wzmogły wraz z otwarciem drzwi i już po chwili jego tymczasowe więzienie zachwiało się i wzniosło w górę, sprawiając, że Księżyc na moment stracił równowagę. 
- Powodzenia, świeżaku. Może kiedy nam się przyjdzie spotkać! - usłyszał jeszcze, zanim uderzyła w niego woń opadłych liści i powiew zewnętrznego powietrza. Krótko się jednak nimi nacieszył, zanim znów wylądował w brzuchu potwora. 

Zimowe dolegliwości!

Nadeszła Pora Nagich Drzew, a z nią nowe dolegliwości!

POGODA

Po łagodnej jesieni przyszła równie łagodna zima. Łatwiej o ulewny deszcz niż śnieżycę. Więcej jest kałuż niż śniegu; gdy takowy spadnie, zazwyczaj znika w przeciągu kilku dni. Jest szaro, buro i nieprzyjemnie. Mocniejsze przymrozki zaczną pojawiać się głównie w połowie pory roku. Wiosna dość szybko zacznie wypierać zimę; w tym roku przyroda odżyje wyjątkowo wcześnie, zastępując burość Pory Nagich Drzew pięknymi kolorami.

Dolegliwości odczuwają wymienione niżej koty z:

Klanu Burzy:

Wełnista Mszyca - katar
Dryfujący Fluoryt - wymioty
Złota Wydma - kolec w łapie
Nieustraszony Chomik - przemarznięcie
Aminkowa Łapa - biały kaszel

Klanu Klifu:
 
Pchełkowy Skok - infekcja gardła
Niebiańska Poświata - ból głowy
Focza Fala - biały kaszel
Majacząca Łapa - niemożność stawania na łapę
Rozkwitający Aster - ugryzienie przez szczura

Klanu Nocy:

Konwaliowa Mielizna - gorączka
Senna Łza - katar
Śnieżna Mordka - ból zęba
Słodka Łapa - swędząca infekcja
Dryfująca Gałęzatka - ból głowy

Klanu Wilka:
 
Kwaśna Kocanka - infekcja ucha
Pustułkowy Szpon - szkło w łapie
Roztargniony Koperek - kłopoty z oddychaniem
Garbatek - wymioty
Jesionowa Łapa - bezsenność

Owocowego Lasu:
 
Czereśnia - kolec w łapie
Guziczek - infekcja oka
Kasztanka - swędząca infekcja
Lis - wymioty
Szafran - biały kaszel

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Skrzelowy Szept - katar
Poziomkowa Polana - wybicie barku
Przebiśnieg - zranienie ogona

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w kolejne stadium. Dotyczy to kotów z:

Klanu Burzy:

Rybkowa Łapa - bezsenność > halucynacje > poważne problemy psychiczne
Wścibska Łapa - kolec w łapie > infekcja łapy

Klanu Klifu:
 
Naparstnicowa Łapa - gorączka > osłabienie

Klanu Nocy:

Szepcząca Hipnoza - infekcja ucha > tymczasowa głuchota na ucho
Ćmie Mżenie - bezsenność > halucynacje
Szkwał - wymioty > odwodnienie

Klanu Wilka:
 
Iskrząca Nadzieja - szkło w łapie > infekcja łapy
Chuda Łapa - kłopoty z oddychaniem > duszności

Owocowego Lasu:

Wszyscy wyleczeni!

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Wszyscy wyleczeni!

Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka zimą.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu zimy - mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!

Od Ostowej Łapy (Lisiego Ostu) CD. Konwaliowej Mielizny

W Świetlikach ostatnio źle się działo. O ile tę nieliczną grupę wciąż można było jeszcze jakoś nazywać. Jarzębinowy Żar umarła, Szczawiowe Serce i Stroczkowa Nadzieja gdzieś zniknęli. Nie było już czego zbierać, co bardzo Osetka smuciło. Dołączył tu, poniekąd licząc na to, że znajdzie nowy dom, nowych przyjaciół. Liczył na to, że Świetliki przetrwają odrobinę dłużej, a jednak skończyło się tak, jak się skończyło…
Od kilku dni czuł okropny ból w uchu. Na szczęście zapamiętał co nieco z lekcji Wiciokrzewu i za pomocą kilku ziół udało mu się wyleczyć infekcję. Gdyby nie jego przybrany ojciec, pewnie miałby duży problem! Świetliki zostały pozbawione medyków, więc nie miałby kto mu pomóc. Ciekawe, czy reszcie też coś dolega. Mógłby im pomóc, choć zbliżała się już Pora Nagich Drzew, a składzik wiał pustkami odkąd Jarzębina i Stroczek zniknęli. Krótko mówiąc, wszyscy, którzy się ostali, byli w głębokiej…
Osetek westchnął ciężko. Leżał na swoim posłaniu, a w jego klatce piersiowej narastało poczucie zmęczenia i samotności. Wszystko wydawało się teraz takie żmudne. Świetliki niby wciąż żyły razem, polując, by nie umrzeć z głodu, ale większość traktowała się nawzajem jak nieznajomych. Nie można już było mówić o żadnej grupie — byli tylko zwykłymi samotnikami, którym przyszło się dzielić skrawkiem terenu. Lisi Oset nie miał nawet znajomych. Jedynym, z kim jeszcze rozmawiał, był Mglisty Sen, ale poza nim… nikomu tak bardzo nie ufał.
Postanowił więc przejść się nad granicę z Klanem Nocy. Dawno nie widział tej pięknej szylkretki ani liliowego kocura. Może rozmowa z nimi pomogłaby mu się trochę rozluźnić i poukładać myśli? Może sam mógłby… dołączyć do ich przynależności? Teraz już nie czułby poczucia winy z powodu odejścia ze Świetlików, bo Świetlików już nie było. Musiał znaleźć jakiś sposób na to, by przetrwać mrozy, a przyczepienie się do Nocniaków wydawało się najrozsądniejszą opcją… W końcu do Owocowego Lasu nie wróci. Chyba spaliłby się ze wstydu. Jak mógł zniknąć na tak wiele księżyców? Dlaczego po prostu nie wrócił do obozu, tylko został samotnikiem? Był złym Owocniakiem. Nie nadawał się tam.
Przechadzając się wzdłuż rzeki, usłyszał nagle czyjś głos. Nie zrozumiał słów, bo skupiał się na czymś innym, lecz zaraz podniósł głowę.
Na drugim brzegu dostrzegł Konwaliową Mieliznę. Jego serce na moment zabiło szybciej, a źrenice zwęziły się do szerokości igieł. To niemożliwe, że akurat trafił na liliowego kocura! Już kilka razy tędy przechodził przez ostatnie dni i nie było po nim nawet śladu!
— Nie wierzę, to ty! — odparł, podchodząc bliżej koryta wody. — Długo cię nie widziałem. Zastanawiałem się, czemu już tu nie przychodzisz, wiesz? — mówił dalej, poruszając wąsami z rozbawienia. Może i nie przyjaźnili się jakoś bardzo, ale dla Osetka każda interakcja, nawet ta najmniejsza, była teraz na wagę złota. Czuł się samotny, a zobaczenie znajomego pyska było dla niego największą nagrodą. — Coś ci się stało przez te księżyce? Złamałeś łapę, czy coś? — zażartował, przechylając głowę.

<Konwaliowa Mielizno?>

Wyleczeni: Lisi Oset (Ostowa Łapa)

Od Wiciokrzewu CD. Smugi

W tym czasie zielonooki skinął głową i sam wybrał coś dla siebie. Kiedy oboje mieli w pyskach po piszczce, skierowali swoje kroki w bardziej ustronne miejsce w obozie, aby nikomu nie przeszkadzać.
— To jak tam ci dzień mija? — zagaił młodszy, nim wziął pierwszy kęs. — Ja muszę przyznać, że u mnie było zgrzytanie zębami na treningu. Żagnica nie zna litości, szczególnie jeśli chodzi o treningi, mające poprawić moją siłę — dodał po przełknięciu. Uzdrowiciel w ciszy wysłuchiwał krótkiego monologu, aż ten w końcu powiedział ostatnie słowo i spojrzał na Wiciokrzewa nieco ponaglającym wzrokiem.
— Och, t-tak… Tre-treningi brzmią s-strasznie — odparł, po czym skrzywił pysk zakłopotany. — Znaczy… Zna-znam Żagnicę. Cierń go lu-lubi, chyba… Faktycznie jest trochę be-bezlitosny — zaśmiał się niezręcznie, po czym nachylił się, by ugryźć piszczkę — i przy okazji nie patrzeć w oczy Smugi. Rokitnik i Żagnica przyjaźnili się, nawet chyba odkąd pamiętał, i oboje mieli dosyć… ciężkie charaktery. Burego co prawda nie lubił bardziej, a z tym drugim nie miał tak dużo do czynienia, ale wciąż bał się ich obu.
— Och, a… je-jeśli chodzi o mój dz-dzień… to minął dosyć spo-spokojnie — odparł po chwili, przypominając sobie o poprzednim pytaniu młodszego. Wiciokrzew nie zrobił dziś nic nadzwyczajnego. Wykonywał tylko swoje uzdrowicielskie obowiązki, nie wychylając się za bardzo.

* * *

Epidemia niemal się już skończyła, lecz niestety nie w taki sposób, jaki wszyscy by chcieli. Choróbsko nie oszczędziło zarażonych starszych, zmuszając ich do wydania ostatniego tchu. Bukszpan, Ambrowiec, Żagnica, Żmija i… Rokitnik. Wszyscy oni umarli, choć nawet bez niektórych z nich w Owocowym Lesie żyło się lepiej. Bury naprawdę zmuszał Ziemniaka do tego, by dokuczał liliowemu i Osetkowi — było to okrutne i karygodne. Oby Wszechmatka zamieniła go w jakiegoś wróbla czy innego małego ptaka, by i on kiedyś poczuł się słabszy i bezbronny.
Nawet jeśli uzdrowiciel poniekąd cieszył się z odejścia Rokitnika, to i tak śmierć ta wpłynęła na jego samopoczucie. Od kilku dni nie potrafił się na niczym skupić, a dawki i zastosowania ziół wciąż uciekały mu z głowy. Często, gdy rozmawiał, zacinał się i zapominał, co chciał powiedzieć — choć to akurat nie było dla niego niczym nowym. Większość raczej nie zauważyła zmiany w zachowaniu Wiciokrzewa, bo przecież miał problemy z prowadzeniem normalnej rozmowy już od maleńkości.
Gdyby tylko zdali sobie sprawę z tego, że tym razem jest gorzej… że tym razem czuł, iż jedyna rzecz, w której jest dobry, zaraz stanie się dla niego nieosiągalna. Jeśli przez jego głupi błąd jakiemuś kotu stanie się krzywda, chyba nigdy sobie nie wybaczy…
Jednocześnie nie chciał stanowić zagrożenia dla innych, a z drugiej strony nie chciał odchodzić do starszyzny. Gdyby miał całymi dniami leżeć w bezruchu i nic nie robić, chyba popadłby w obłęd. Już lepiej być martwym niż niepotrzebnym — to była jedna z myśli, które wpoił mu Rokitnik.

* * *

Właśnie pomógł Purchawce opatrzyć jej zwichniętą łapę, a potem nałożył jaskółcze ziele na oczy Purpury. Wysmarował też skórę Jeżyny ziołową papką, a teraz miał dla siebie trochę czasu wolnego i zamierzał wykorzystać go na zjedzenie jakiejś piszczki. Od rana chodził o pustym brzuchu i czuł, jak z każdym uderzeniem serca burczy mu coraz głośniej.
Podszedł do sterty, analizując ją wzrokiem. Po chwili wyciągnął z niej niedużą mysz i zaczął się wycofywać, by zjeść ją w spokoju. Przysiadł niedaleko lecznicy, a po chwili przed jego oczami pojawiła się czyjaś sylwetka. Nim zdążył zareagować, Smuga dosiadł się do niego, jak gdyby nigdy nic.
— Całkiem sporo się ostatnio dzieje w Owocowym Lesie, co nie? — zagaił, wpatrując się w przestrzeń przed sobą.
Liliowy przełknął kęs i spojrzał na młodszego.
— To p-prawda… — mruknął, czując, jak na jego żołądku zaciska się supeł. — Może nie po-powinienem wtedy ro-rozmawiać z Rokitnikiem… Ty-tyle się po-porobiło… — mówił drżącym głosem. Gdyby nie ta sytuacja, Czajka nie musiałby walczyć z Ziemniakiem i uciekać… Z drugiej strony byłoby niedobrze, gdyby Owocniaki musiały na co dzień żyć z mordercą, nieświadome jego winy.

<Smugo?>

Wyleczeni: Purpura, Purchawka, Jeżyna

Od Klekoczącego Bociana CD. Mandarynkowej Gwiazdy

Usłyszał jedynie imię swojej matki. Niemal odruchowo wytężył po nim słuch, ale prędko rozmowa między dwoma kotkami całkowicie zamilkła. Nie przejął się tym. Wiedział, a przynajmniej słyszał, że doszło do jakiegoś... incydentu, w którym jego matka grała główną rolę. Ona i Wężynowy Kieł. No i oczywiście jego babka. Nie chciał się w to mieszać. Nie miał powodu, nie miał potrzeby, a co najważniejsze, nie miał zwyczajnie na to najmniejszej ochoty. Liderka i medyczka mogły sobie w spokoju plotkować, on miał to w głębokim poważaniu.
Strzepnął ogonem i poruszył nieco wąsami. Mocny zapach ziół drapał go w nos. Po chwili, którą spędził stojąc nieco złowrogo w wejściu, jak gdyby nigdy nic, ruszył do środka. Minął starsze kotki, nieco schylając głowę w kierunku Mandarynkowej Gwiazdy, która nie spuszczała wzroku z jego osoby. Przez ten cały czas nawet się nie odezwał. Cisza wisiała niezręcznie i gęsto między trójką obecnych kotów. On nie śpieszył się; nie widział powodu. Nie robił nic złego. Tak naprawdę to po prostu wykonywał swoje obowiązki, a to konkretne zadanie zostało mu powierzone przez księżniczkę, która teraz wodziła za nim oczyma, jakby wręcz wymagała od niego ponownego zniknięcia. W końcu Klekoczący Bocian położył zawiniątko na boku i po raz pierwszy od dłuższej chwili nawiązał z czarną kontakt wzrokowy. Zwrócił się też do niej bezpośrednio. 
— To zioła na twój katar. Nazbierałem więcej rumianku; obrodził niedaleko obozu — oznajmił zwięźle, przeskakując na moment na pysk babki, która wpatrywała się w niego z tą kapką... nieufności. To była nowość. Starał się nie wychylać i nie obijać na tyle, aby ktokolwiek mógł być względem niego nastawiony otwarcie wrogo czy nieprzystępnie. A na pewno nie liderka, której zwyczajnie nie chciał pchać się pod łapy. 
— Dobrze, dziękuję, Klekoczący Bocianie. Możesz wyjść — powiedziała prędko Róża. Przez moment kocur stał nieruchomo. Raczej nie spodziewał się, że zostanie tak... otwarcie wyrzucony z legowiska, w którym mieszkał. Nie wiedział, co ze sobą począć. W planach miał zaszyć się w swoim kącie i zwyczajnie przeczekać ten kolejny, nudny i paskudny dzień, ale… teraz wszystko się zepsuło. W końcu zielonooka chyba zrozumiała, że nie tego spodziewał się jej asystent i wymyśliła coś na szybko. — A czy chciałbyś przejść się do Nenufarowego Kielicha? Narzekała ostatnio na bóle stawów i pleców, a w dodatku na pewno będzie jej miło, że zwyczajnie też do niej wpadniesz.
Kocur skinął łbem i równie nieśpiesznie wyszedł z legowiska. Przez moment miał nawet ochotę, aby zaczaić się gdzieś przy wejściu i nasłuchiwać rozmów dwóch starszych Nocniaczek, ale prędko doszedł do wniosku, że nic dobrego by z tego nie wyszło. Nie był też aż tak wścibski czy zwyczajnie przejęty ową sytuacją, aby pchać się pod pazury i kły losu, który i tak najpewniej by go pokarał, jak robił to od wielu księżyców. 
Jego wizyta u samotnej starszej przebiegła nawet miło. Klekotek lubił ją. Była przyjemna w obyciu i spokojna, a w dodatku nie sprawiała zbyt wielu problemów medycznych, zwłaszcza jak na kota w jej wieku. Porozmawiali przez moment o tym, co mogło dziać się w Klanie Nocy pod nosami wszystkich kotów, ale nie zagłębiali się w żadne przedziwne teorie spiskowe, których młody medyk miał już i tak po dziurki w nosie, nawet bez interesowania się nimi. Kiedy wyślizgnął się z powrotem na otwarty obóz, z legowiska obok właśnie wychodziła Mandarynkowa Gwiazda. Za nią widać było jeszcze przez moment mordkę Różanej Woni, która szeptała do niej ostatnie słówka. 

<Mandaryna?>

Wyleczeni: Różana Woń

Od Wąsatkowego Ruczaju CD. Zwęglonej Łapy

Wąsatkowy Ruczaj włóczyła się po lesie. Jak tak teraz o tym myślała, to wcale nie był to zbyt dobry pomysł przez jej problemy ze wzrokiem. Tata na pewno nie byłby zadowolony, gdyby się dowiedział, że szlaja się samotnie z dala od obozu. W razie jakiegoś zagrożenia pewnie nawet by go nie zauważyła! Węchu też nie miała zbyt dobrego, więc musiała polegać głównie na słuchu. Dobrze, że przynajmniej w walce była całkiem dobra i mogłaby się wybronić! Wtedy udało jej się pokonać psa Dwunożnych, więc czemu miałaby nie potrafić zawalczyć z czymś innym? Tamten przeciwnik co prawda nie grzeszył siłą ani wielkością, a taki lis czy borsuk z całą pewnością byłby twardszym orzechem do zgryzienia, ale kto by się tym przejmował…
Wracała już do obozu, gdy nagle przez jej stopę przeszedł kłujący ból. Zatrzymała się gwałtownie, podnosząc łapę do góry, ale ból wciąż pulsował jej w poduszce.
— Co to?! — prychnęła, oglądając swoją kończynę. Gdy w końcu zbliżyła ją wystarczająco do swoich oczu, dostrzegła, że wdepnęła w cierń. Co za pech! Będzie musiała udać się do medyczki, by jej to wyciągnęła i odpowiednio opatrzyła, bo inaczej jeszcze wedrze się tam jakaś infekcja! Tego Wąsatka bardzo by nie chciała, bo utrudniałoby to jej funkcjonowanie jako pełnoprawna wojowniczka Klanu Wilka. Jakby ten zez nie był wystarczającym problemem…
Gdy weszła do obozu, nie dostała nawet chwili wytchnienia. Uderzenie serca później wpadł na nią jakiś Wilczak, niemal ją przewracając. Była zmuszona postawić łapę z cierniem na podłożu, co wywołało kolejną falę bólu.
— Ach! — fuknęła pod nosem Wąsatkowy Ruczaj, po czym spojrzała na ucznia, mierząc go morderczym wzrokiem. Choć z jednym uciekającym okiem mogło to wyglądać dosyć… śmiesznie.
— Przepraszam… — wydukał, spuszczając wzrok na swoje łapy.
— Uważaj, jak chodzisz! — burknęła, unosząc zranioną łapę. — Nie widzisz, że jestem ciężko ranna? Cierń wbił mi się w łapę, a ty sprawiłeś, że musiałam ją postawić na ziemi i wbił się jeszcze głębiej! — kontynuowała, kręcąc głową z rezygnacją.
— Nie chciał-
— Nieważne! Pójdziesz ze mną teraz do medyki i będziesz patrzył, jak mnie opatrują. Co ty na to? — mruknęła, po czym uśmiechnęła się do szylkretowego ucznia, jakby ten już się zgodził. — To świetnie, że się zgadzasz! W takim razie chodźmy.
Bez przedłużania obróciła się i zaczęła zmierzać w stronę lecznicy, utykając na jedną z łap.
Gdy weszła do środka, okazało się, że była w nim już Zalotna Gwiazda. Nie wyglądała najlepiej — może się przeziębiła? W każdym razie Cisowe Tchnienie podała jej kilka ziół, mruknęła coś pod nosem i liderka wyszła z legowiska. “Oby poczuła się lepiej. Klanem trzeba rządzić będąc zdrowym!” — pomyślała Wąsatka, patrząc za odchodzącą liderką.
Nagle Cis odchrząknęła, przypominając wojowniczce o celu wizyty.
— Co ci dolega? — spytała, na co Wąsatka zwróciła wzrok w jej stronę.
— Cóż, gdy byłam poza obozem, cierń wbił mi się w łapę — wyjaśniła, wyciągając kończynę w stronę szylkretki.
Kotka sprawnym ruchem wyciągnęła ciało obce z poduszki Wąsatkowego Ruczaju, a następnie sięgnęła po jakieś zioło. Przeżuła je na papkę, nałożyła na niewielką ranę, z której sączyła się krew, i owinęła pajęczyną.
— Dziękuję! — mruknęła wojowniczka, po czym podeszła do Zwęglonej Łapy, która czekała na nią przy wyjściu z lecznicy. — No, więc gdzie się tak śpieszyłeś, że musiałeś we mnie wlecieć? — zagaiła, wychodząc wraz z uczniem z lecznicy.

<Zwęglona Łapo?>

Wyleczeni: Zalotna Gwiazda

Od Klekoczącego Bociana CD. Fląderki

— Klekoczący Bocianie! — zawołała do niego Różana Woń. Czuł, jak złość się w nim gotuje, a zdenerwowanie rozpływa się po całym ciele. Jakby tego było mało, dodała: — Zostaw te zioła i czym prędzej tu do mnie chodź!
Był przecież zajęty; czy nie umiała tego dostrzec? Czy nawet w momencie, w którym wykonywał swoje obowiązki (może nie priorytetowe, ale na pewno należące do medyka) nie mógł mieć chwili spokoju i wolności od jednej lub drugiej kotki? Co było aż tak ważne, aż tak niecierpiące zwłoki, że miał rzucić wszystko, czym się wcześniej zajmował, i paść na kolana przed starszą, aby podarować jej siłę obu swoich łap, klarowność całego swojego umysłu i całe zaangażowanie, na które jest w stanie się zmusić mimo parszywego humoru? Aby się dowiedzieć, musiał wynurzyć się zza zakrętu. Lubił siedzieć w ukrytym kącie, gdzie często umykał czujnemu wzroku pozostałych mieszkanek legowiska nawet na całe poranki czy popołudnia. Lubił tę chwilę spokoju, gdzie mógł mątać łapami między ziołami, które w końcu przestały być dla niego takie uporczywe i gryzące w nos. Tylko wtedy nie miał ochoty wiecznie przewracać oczami i uderzać ogonem w posadzkę. Tym razem odchylił się do tyłu i zadarł łeb, a przed oczami ukazała mu się ta mała, wiecznie zasmarkana Fląderka, która niedawno obmazała mu całą pierś w zielonkawych, ciągnących się glutach. Wąsy mu zadrgały na to obleśne wspomnienie. 
— No ile można cię prosić! — pogoniła go ponownie, ignorując głośne westchnięcie, które wydarło mu się z pyska. Na pewno nie przypadkowo. — I jak już masz się tak ślimaczyć, to weź gwiazdnice i nieco wrotyczu. Ale ruszaj tymi patykowatymi łapami!
Zrobił, co mu kazano. Postarał się nawet faktycznie nieco pośpieszyć. Nie z jakiejś ogromnej troski do czekoladowego odrzutka, ale raczej dla swojego świętego spokoju, który od jakiegoś czasu bardziej był narażony na zakłócenia. A o tym, co będzie w Porze Nagich Drzew, nie chciał nawet myśleć. Złapał do pyska długą łodygę z białymi kwiatkami, a następnie sięgnął po tę upstroszoną żółtymi, bardziej okrągłymi. Z nimi wyskoczył do głównej części, gdzie Fląderka zanosiła się kaszlem, a Róża wyglądała na faktycznie przejętą. 
— No nareszcie! Jednopłetwej szprotki byś nie złapał przy takim tempie! I pomyśleć, żeś się na wojownika szkolił, ty guzdrało. — Zmusił się do zachowania kamiennego wyrazu pyska. Zielonooka nie bywała często aż tak drażliwa i uszczypliwa, chociaż wielu uważało ją ogólnie za mniej przyjemną w obyciu z dwóch kotek, które zamieszkiwały lecznice. Klekoczący Bocian ogólnie za nią bardziej przepadał, ale to głównie ze swojej ogromnej niechęci do Gąbczastej Perły, nie do sympatii skierowanego szczególnie do Różanej Woni. Ona zwyczajnie wyrządziła mu mniejszą krzywdę. Przynajmniej w oczach księcia. 
— Potrzebujesz jeszcze czegoś? — zapytał, aby ukryć drgające z zdenerwowania wąsy. Unikał kierowania wzroku na czekoladową mordkę. 
— Już mi chcesz uciekać? Nie ma opcji. Chodź tu — poleciła ponownie. Biały ulegle usiadł obok. Ciemna łapa trzymała zasmarkany pyszczek nieco w górze. — Fląderko, otwórz jeszcze raz.
Ciałko szylkretki drgało, kiedy z całej siły próbowała powstrzymać się przed kasłaniem, kiedy dwójka medyków siedziała zaraz przed nią. W końcu rozwarła szczęki i ponownie pokazała widocznie podrażnione i przebarwione gardło. 
— Przyjrzyj się — zwróciła się do asystenta. Klekotek nachylił się bliżej i zajrzał głęboko do pyska czekotki. Swoją jasną łapą nieco podniósł jej głowę i przytrzymał dolną żuchwę, nakazując, aby rozwarła ją jeszcze nieco bardziej. Błotne ciałko trzęsło się; niewiadomo, czy ze strachu, upokorzenia czy zwyczajnie jako objaw poważnej choroby. — Widzisz, ile plam? Choroba już dawno się rozpoczęła. Co to za kaszel?
— Zielony... Ale jeśli przyszłaby nieco wcześniej, pewnie jeszcze byłby mniej doskwierający — mruknął, puszczając pysk Fląderki. Od razu odwróciła ją od medyków, aby zakaszleć paskudnie. 
— Tak. A co gorsza, jeśli spojrzymy w drugą stronę, to gdyby nie przyszła jeszcze przez kilka wschodów słońca, wynosilibyśmy to małe błotne ciałko z obozu, aby wróciło tam, skąd przyszło — pogroziła Róża, próbując złapać kontakt wzrokowy z przestraszoną koteczką. — Ale na szczęście przyszła. A teraz ty podaj jej zioła. Ja pójdę przejść się po obozie, aby dowiedzieć się, czy ktoś inny jeszcze nie ma problemu z kaszlem. 
Medyczka pozostawiła go samego z chorą. Klekoczący Bocian wgapił się w kępki ziół, które położył na ziemi. Przysunął je łapą bliżej i czekał na jakąś reakcję ze strony szylkretki. Kiedy nie nadeszła ona przez dłuższą chwilę, odchrząknął. W końcu odezwał się.
— Zjedz te kwiaty, przeżuj mocno i połknij wszystko — polecił, przysuwając je wspólnie z wrotyczą. Wstał i już chciał odejść, aby przywlec jakiś mniejszy kawałek mchu. Zioła były paskudne. Wiedział o tym i nawet Fląderce nie życzyłby, aby nie mogła ich nieco popić. 
— A-a... te żółte kwiaty też? — zapytała, a jej głos był szorstki od chrypy i ataków kaszlu.
— Tak — rzucił krótko. 
— Wszystkie..? — dopytała, a wąsy zadrgały mu z irytacji. 
— Jeśli chcesz wrócić do miejsca, o którym mówiła Różana Woń, to tak. Jeśli chcesz zostać w Klanie Nocy, zjedz dwa kwiaty — powiedział, patrząc na nią z góry. Chociaż wrotycz nie była aż tak szkodliwa, najpewniej dla kota tak osłabionego chorobą mogła być nawet zabójcza. Fląderka skuliła się, ale wykonała polecenia. W tym czasie Klekoczący Bocian przyciągnął w jej kierunku mokry mech, który wcześniej przyniosła do legowiska Słodka Łapa. Usiadł nieco dalej, bliżej wejścia, gdzie mógł obserwować, co się dzieje w obozie. Co jakiś czas widział zielonooką medyczkę, która wypytuje wszystkich o ich samopoczucie. W końcu on też zwrócił się do chorej, aby poruszyć ten temat.
— Zaraziłaś kogoś? — Ton był niemal oskarżający.
— N-nie... Nie wydaje mi się... Starałam się unikać innych — wydukała.
— Przynajmniej tyle — burknął i na moment odwrócił się znów w stronę spokojnego, otulonego słońcem obozu. Co jakiś czas za nim rozbrzmiewało pokasływanie. Ignorował je przez dłuższy czas, ale w końcu dodał jeszcze: — Wiesz, że jeśli przyjdziesz tu wcześniej, to zmarnujemy na ciebie mniej ziół? Ledwo co wylazłaś po ataku wydr, a teraz znów spędzisz tu kilkanaście wschodów słońca… — rzucił, nie odwracając się do niej pyskiem. 

<Flądera?>