BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

25 sierpnia 2026

Od Gasnącej Łapy (Gasnącej Prawdy) CD. Poczciwego Szakłaka

Jakiś czas temu


— Gasnąca Łapo! — Radosne wołanie rozległo się echem, kiedy to wojownik zbliżał się do bursztynowookiego ucznia. — Co powiesz na wspólne polowanie?
— A ty przypadkiem nie masz własnego ucznia do wyszkolenia? — spytał kremus, unosząc jedną brew. — Nie chcę, byś spędzając czas ze mną, zaniedbał swoje obowiązki.
— Jak raz lub dwa odpuszczę mu trening to nic się nie stanie.
— Poczciwy Szakłaku.
— Dobra no… Ale obiecaj, że bliżej zmierzchu będziesz wolny — wymruczał i nie czekając na odpowiedź starszego, musnął ogonem jego bok i po chwili oddalił się w poszukiwaniu Bursztynowej Łapy.
Gasnąca Łapa przez moment wpatrywał się w czarnofutrego kocura, lecz finalnie zaśmiał się tylko pod nosem. Naprawdę doceniał jego obecność, mimo że na razie nie mógł mu dać tego, czego kocur pragnął. Kremowy wciąż miał mieszane odczucia co do miłosnego wyznania Poczciwego Szakłaka. Z jednej strony tak bardzo mu na nim zależało, lecz z drugiej… nie był pewien, czy kiedykolwiek będzie w stanie odpuścić sobie Dyniową Skórkę. Chyba nie, póki nie pokazałby jej, że zmienił się na lepsze i teraz mógłby być lepszym partnerem. To się jednak raczej nie wydarzy. Rudofutra zapewne nienawidziła go z całego serca, tym bardziej po tej sytuacji ze zgromadzenia. Kocimiętka na pewno powiedziała swojej matce o tym, że Królik rzekomo ją zdradzał.
Czy teraz żałował tego, że nie próbował się wybronić? Może. Lecz miał też świadomość, że tamtego wydarzenia już nie cofnie, a zamiast tego może spróbować je naprostować. Musiałby tylko spotkać swoją córkę na granicy i spokojnie z nią porozmawiać… Choć na to też szanse były marne. Królik raczej trzymał się z dala od innych klanów, by przypadkiem nie narobić sobie problemów. Poza tym teraz nosił miano ucznia, więc nawet nie mógł samotnie opuszczać azylu. Nawet mu to nie przeszkadzało. Sam chętnie unikałby nawet zgromadzeń, byle tylko nie ryzykować tego, że natknie się na kogoś, kto dawniej był mu bliski.
W końcu postanowił wrócić do swojego legowiska, by zaczekać tam aż do momentu, w którym Poczciwy Szakłak wróci z treningu z Bursztynową Łapą. I tak nie miał do roboty nic lepszego ani pożyteczniejszego. Śniący Obserwator opowiedział mu dzisiaj już o wszystkim, co planował, więc teraz Królik miał czas dla siebie. Bardzo dużo czasu dla siebie. A to oznaczało również mnóstwo czasu na przemyślenia. Choć nienawidził tego, jak często pochłaniały go myśli i jak często przygniatał go ciężar dawnych wydarzeń, wiedział, że czasem rozpamiętywanie ich było konieczne. Nie chciał przecież teraz popełniać tych samych błędów. Starał się być lepszym kotem, niż był w Klanie Klifu czy jako samotnik. W końcu uciekł tutaj dokładnie po to, by zacząć wszystko na nowo. Choć i tak jego plan zawiódł już w momencie, w którym Lśniąca Gwiazda dowiedział się o tym, że kremowy znalazł się w Klanie Burzy. Królik zdecydowanie wolałby, żeby jego obecność w tej przynależności pozostała tajemnicą, ale teraz nie mógł już na to wpłynąć. Mógł po prostu cieszyć się tym, że udało mu się tu zostać i nie został zmuszony do powrotu do tego przedsionka Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. Chyba nie wytrzymałby w Klanie Klifu ani dnia dłużej! Już wolałby podzielić los Pikującej Jaskółki, niż musieć obserwować ten zdradziecki pysk klifiackiego lidera.

* * *

Teraźniejszość

Od momentu, w którym do obozu Klanu Burzy został przyniesiony Patyczak, Gasnąca Prawda zaglądał do lecznicy tak często, jak tylko mógł. Zawsze rano, w ciągu dnia i pod wieczór, by upewnić się, że stan liliowego kocurka jest stabilny. Oprócz tego często zaciągał ze sobą Poczciwego Szakłaka, niemal jakby miał na tym punkcie obsesję. Dla kotów z zewnątrz, które nie znały kremowego, mogło się wydawać wręcz zabawne, że tak szybko przywiązał się do pierwszego lepszego znalezionego kociaka. Prawda była jednak nieco inna. Nie przywiązał się do niego przecież kompletnie bez powodu. Miał ku temu powód — i wcale nie było nim to, że Patyczak został odnaleziony i uratowany podczas spaceru Królika z Szakłakiem. Chodziło o coś zupełnie innego.
Gdy wojownik przebywał w otoczeniu młodego kocurka, przypominał sobie o Kocimiętce, Mak, Szronce i Kormoranie — a także o tym, jak okropnym był dla nich ojcem. Dwóm rudym kotkom w ogóle nie poświęcał uwagi. Zachowywał się w ich stosunku jak skończony idiota. Wolał szwendać się po mieście, unikając ojcowskich obowiązków. Wtedy nie był jeszcze gotowy na to, by zostać ojcem, i nie potrafił zapewnić swoim biologicznym córkom tego, czego potrzebowały. Nie powinien był w ogóle przekonywać Dyni do ucieczki. Czuł, że rudofutrej i jej córkom żyłoby się znacznie lepiej, gdyby od razu urodziły się w Klanie Wilka. W końcu Kocimiętka i Mak, jako córki zdrajczyni, pewnie nie miały zbyt łatwo — choć były to tylko jego domysły. Być może Dyniowej Skórce udało się uniknąć poważnych konsekwencji za ucieczkę z klanu i nie musiała tak jak Królik odbywać żadnej kary.
Jeśli zaś chodzi o Szron i Kormorana, kremowy musiał przyznać, że dla nich starał się być nieco lepszym ojcem, lecz czuł, że to wciąż nie było to. Być może nie potrafił pokochać ich tak szczerze, jak tego od niego wymagali. Trochę dziwnie było mu udawać szczęśliwą rodzinkę ze Źródlaną Łuną, w której dawniej był zauroczony, wiedząc, że kotka najpewniej zdradziła klan i zmusiła się do interakcji z kremowym tylko po to, by poprosić go o przysługę. Prawda była taka, że wykorzystała dawne uczucia Królika, by uratować własny tyłek. Mimo wszystko bursztynowooki nie miał jej tego za złe, a przynajmniej już nie teraz. Źródlana Łuna była dla niego przeszłością. Dowiedział się, że została zastępczynią w Klanie Klifu i cieszył się z jej szczęścia. Nie życzył jej źle, mimo iż niejednokrotnie odczuwał przez nią ból w sercu.
Biorąc pod uwagę jego wcześniejsze niepowodzenia w wychowywaniu kociąt, teraz czuł, że ma okazję, by się poprawić. Patyczak spadł mu jak gwiazdka z nieba! Dokładnie tak, jakby los chciał mu przekazać, że wręcza mu kolejną szansę. Tym razem Królik nie zamierzał jej zaprzepaścić. Planował zrobić wszystko, co w jego mocy, by zapewnić liliowemu wsparcie i ochronę. Nie mógł pozwolić na to, by Patyczak również go znienawidził albo zaczął go unikać. Kremowy musiał obdarować tego kociaka idealnym połączeniem opiekuńczości i swobody. Nie chciał, by Patyczak myślał, że Królik się o niego nie troszczy, tak jak było to w przypadku Kocimiętki i Mak, lecz jednocześnie nie chciał go przytłaczać, tak jak stało się to w przypadku Szronki i Kormorana.
Obecnie zapadł już wieczór, a wojownik odpoczywał na swoim posłaniu po powrocie z patrolu. Udało mu się na nim upolować mysz i ryjówkę. Odłożył je od razu na stos, wiedząc, że przynajmniej będzie miał z czego wybierać, gdy pójdzie jak zwykle odwiedzić Patyczaka. Teraz leżał z pyskiem opartym na łapach i wyczekiwał odpowiedniego momentu, by zebrać się i pójść do lecznicy. Nie starał się nad niczym rozmyślać, a jedynie rozluźnić. W końcu dla tego kocurka chciał pozostawać spokojny, zamiast stresować się przeszłością. Patyczak przeżył wiele w tak młodym wieku, więc należała mu się odpowiednia opieka. Kociak stracił brata w tak brutalny sposób, a ponadto sam został nieźle poraniony. To cud, że w ogóle przeżył! Przynajmniej tak powiedziała Wdzięczna Firletka podczas jednej z wizyt Gasnącej Prawdy w lecznicy.
Po jakimś czasie wojownik w końcu wstał z posłania, otrzepał się z mchu i piórek, które przyczepiły się do jego futra, i ruszył prosto do stosu ze zwierzyną. Wybrał z niego tłustą mysz, zastanawiając się nad tym, czy była to ta, którą sam upolował, czy może jakaś inna. Szybko jednak skupił się na Patyczaku, gdy tylko wsadził głowę do lecznicy. Wdzięczna Firletka od razu zwróciła wzrok w jego stronę i przywitała go skinieniem głowy. Pewnie była już przyzwyczajona do obecności kremowego, który stał się częstym gościem w tym pomieszczeniu. Królik odwzajemnił jej gest i podszedł do posłania, na którym leżał liliowy. Biedaczek. Cały był owinięty pajęczynami i prawie nie mógł się poruszać. Ziołowa papka oblepiała większość jego futra, zabezpieczając rany po ataku kuny przed infekcją.
Bursztynowooki położył przed łapami mysz i przysiadł. Po chwili zaczął rozrywać piszczkę na kawałki, by młody nie musiał się z tym męczyć. W końcu ledwo potrafił manewrować łapami! To byłyby tortury, gdyby Królik kazał mu samemu zjeść całą mysz. Gdy już podzielił zwierzynę na kawałki wielkości kęsa, delikatnie trącił nosem śpiącego Patyczaka.
Ten zbudził się niemal od razu, a gdy tylko zatrzymał wzrok na kremowym kocurze, jego oczy zalśniły.
— Gasnąca Prawda! — krzyknął młodzik, uśmiechając się słabo. Po chwili spojrzał na rozczłonkowaną mysz pod łapami starszego. — To dla mnie? — zapytał, przekręcając głowę.
Wojownik zaśmiał się cicho pod nosem i chwycił jeden z kawałków, kładąc go bliżej liliowego. Ten od razu wziął go do pyszczka i zaczął jeść. Kilka uderzeń serca później z myszy nic już nie zostało, a Patyczak leżał na swoim posłaniu, najedzony i zadowolony.
— Więc… o czym chciałbyś dziś posłuchać? — mruknął Gasnąca Prawda, obserwując powoli unoszący się i opadający bok kociaka.
Patyczak ziewnął przeciągle i zaczął ugniatać ściany posłania swoimi łapkami.
— Wymyśl coś! — odparł w końcu, układając się w wygodnej pozycji i wlepiając spojrzenie w starszego. — Walczyłeś kiedyś z lisem? — spytał po chwili, poruszając wibrysami. — Chciałbym posłuchać o walce z lisem!
Liliowy był naprawdę zadziwiający. Królik zastanawiał się, skąd młodzik brał tyle energii do życia. Mimo że zmarł mu brat, zgubił się od rodziców, a w dodatku musiał żyć w ciągłym bólu z powodu głębokich ran, i tak zachowywał się, jak zwyczajny, ciekawski kociak.
— Tak, Patyczaku. Walczyłem kiedyś z lisem — oznajmił, wypinając dumnie pierś. Po chwili uniósł łapę i wskazał nią na jedną ze swoich blizn. — Widzisz tę szramę? Właśnie ją zdobyłem podczas walki z tą rudą bestią! — dodał, uśmiechając się zadziornie. — Natknąłem się na nią wiele księżyców temu, gdy jeszcze nie mieszkałem w Klanie Burzy. Bo wiesz, dawniej byłem najprawdziwszym podróżnikiem! Szwendałem się tu i ówdzie, zwiedzając wszystkie zakamarki świata — zaczął rozmarzonym głosem. Może i trochę zmyślał, lecz uważał to za konieczne. W końcu Patyczaka z całą pewnością bardziej zainteresują barwne opisy niż smutna prawda.
— Naprawdę? — wtrącił się liliowy. — A z borsukiem kiedyś walczyłeś?
Kremowy pokręcił głową.
— Z borsukiem? Nie, nigdy. Ale walczyłem z czymś równie groźnym! — odparł, po czym wskazał na kolejną bliznę. — Tę szramę mam po walce z gangiem! Gdy byłem podróżnikiem, zabłąkałem się w Betonowym Świecie, a to wcale nie jest miejsce dla słodkich kotków! Tam natknąłem się na grupę samotników, liczącą dziesięciu, a może nawet więcej członków! — opowiadał dalej. — Nie spodobało im się to, jaki jestem fajny! Zaczęli mnie ścigać, chcąc mnie dopaść! Lecz na szczęście rozprawiłem się z nimi wszystkimi! Jednego złapałem za ogon i rzuciłem nim tak wysoko, że musiał zamieszkać na jednej z gwiazd! Drugiego natomiast złapałem za ucho i dorzuciłem nim aż do obozu Klanu Wilka, gdzie podobno wpadł na jednego z wojowników! — mówił, z trudem powstrzymując się od śmiechu.
Patyczak zachichotał głośno, a po chwili znowu rozwarł pyszczek, by ziewnąć. Z trudem utrzymywał już oczy otwarte. Królik polizał go kilka razy po główce, a następnie wpatrywał się w niego, aż w końcu kociak usnął. Dopiero wtedy podniósł się z miejsca i ruszył w stronę wyjścia z lecznicy. Nim jednak zdążył postawić łapę poza nią, stanął przed nim znajomy, czarnofutry kocur.

<Poczciwy Szakłaku?>

24 sierpnia 2026

Od Ognikowej Słoty CD. Nadciągającego Pomroku

Przeszłość

Lekkie promienie słońca Pory Nowych Liści przebijały się przez gęstą koronę drzew, malując delikatne plamki światła na bokach obydwóch kocic. Niebo przestrzelone było przez nierówne, jasne obłoki, przykrywające co jakiś czas kawałek ogromnej jasnej kuli, wysoko. Nie zapowiadało się dzisiaj na nieprzyjemne deszcze.
Ognikowa Słota nie potrzebowała długo się namyślać, żeby dojść do jedynego słusznego wniosku. Zastrzygła wąsami, zakładając łapę na łapę i patrząc na szylkretkę wymownie. Nawet jeśli w przeszłości występowało pomiędzy nimi wiele rywalizacji, z czego wiele z nich miało miejsce nawet w obecnych czasach, mistrzyni nie zamierzała dopuścić do tego, żeby byle kot i to w dodatku słaby, tak mocno wpływał na sposób myślenia jej siostrzyczki. Długo pracowały nad tym, żeby zmieniła się chociaż odrobinę. Prychnęła, czując, jak narasta w niej gniew. Dlaczego musiała się nawet nad tym zastanawiać?
— Oczywiście, że jego. Mógł się przykładać bardziej, wtedy jego słabe ciało może przyzwyczaiłoby się do tej zmiany i nie chrupałyby mu kości przy pierwszej lepszej okazji. Nie zasługiwał na tak wspaniałą mentorkę, jak ty — powiedziała pewnie, a Nadciągający Pomrok słuchała dalej. — Nasza matka zna nas jak nikt inny. Dostrzegła w nas ogromny potencjał, przez wszystkie te księżyce, dlatego też to my zostaliśmy wyróżnieni. Powierzyła nam niezwykle istotną rolę, o której wielu marzyło od zawsze, ale byli niewystarczający. Gdyby narodził się w naszych szeregach porządny kociak… z pewnością to ty byś go szkoliła. Myślę, że pobratymcy powinni cię szanować niezależnie od tego, ile uczniów wyszkoliłaś, a za to, ile robisz dla klanu każdego dnia. Nikt nie zasługuje na te rangi bardziej niż my.
Kremuska spuściła wzrok na uderzenie serca, poruszając nieznacznie ogonem. Wiatr zaczął lekko targać jej futrem, ale nie wyglądała na szczególnie tkniętą tym faktem.
— Może masz rację.
Oczywiście, że ją miała. Nigdy się nie myliła. Tak, jak Zalotna Gwiazda.

***

Słońce pięło się w górę, a obóz tętnił życiem. Poranna rosa osadziła się na wysoko pnącej się trawie, korzystającej z ciepłych promieni słonecznych. Spieszących się do wykonania swoich obowiązków wojowników było wiele, a jeszcze więcej było takich, którzy niedawno się przebudzili i nie zdążyli uzyskać nic do roboty od żadnego z zastępców. Ognikowa Słota pilnowała dwójki kociąt, które zostały im podarowane przez Klan Nocy, w ramach wzmocnienia sojuszu między nimi. Mistrzyni wiedziała, że ta dwójka będzie musiała spędzić w żłobku więcej czasu, niż kocięta, które przyszły na świat w Klanie Wilka. Były one zbyt długo wśród Nocniaków, a kto wie? Może rybojady wpłynęli na to, w co maluchy mogły obecnie wierzyć? Musiała dokładnie im się przyjrzeć, a gdy przyjdzie czas… złożyć raport swojej siostrzyczce, czy się nadawali. Patrząc po ich obecnych budowach i słodkich charakterkach, nie widziała w tym wielkiej nadziei, przynajmniej do tej pory. Może chociaż wyrosną na lojalnych wojowników, byle żeby nie szerzyli herezji wśród przyszłego pokolenia.
Poczuła, jak ktoś ciągnie ją lekko za futro na ogonie, którym do tej pory obijała o podłoże w zamyśleniu. Uniosła go ku górze w momencie, gdy mała Bryzka puściła się dwukolorowej kity i uskoczyła w bok, kiedy o mało co nie dostała puchatą końcówką w głowę. Mistrzyni obróciła łeb, uśmiechając się do niebieskiej przebiegle. Kremuska, zauważywszy to, z radosnym okrzykiem rzuciła się w ucieczkę, próbując jak najszybciej dotrzeć do ściany legowiska. Zabawna była. Zawsze spędzała bardzo dużo czasu na przyglądaniu się temu, co robili pobratymcy dookoła. Jeszcze więcej czasu poświęcała na trajkotanie z resztą kociaków.
Zalotna Gwiazda wskoczyła na pień, z którego wygłaszała przemowy i przeprowadzała mianowania. Kawałek drzewa pokryte było niezliczonymi śladami pazurów poprzednich przywódców, którzy, tak jak ona, z tego właśnie miejsca przemawiali do kotów. Tego dnia nie było inaczej – jej donośny głos poniósł się po azylu i już parę uderzeń serca później przed nią zebrali się wszyscy Wilczacy. Ognikowa Słota wyłoniła się ze żłobka, a następnie usadowiła się wygodnie na przodzie, spoglądając na trójkę swoich kociąt. Futra mieli nieco potargane, aczkolwiek oprócz tego nie stało się im nic złego, tak naprawdę. Co do jednego przeżyli test w lesie. Mistrzyni poruszyła ogonem, gdy nieopodal dostrzegła Nadciągający Pomrok. Rudaska pamiętała chwilowy kryzys kremuski, kiedy to zwierzyła jej się, że jej jedyny uczeń był słaby i przeszedł na jedyną właściwą dla niego ścieżkę – medyka, ponieważ szkolenie wojownika było dla niego zbyt wielkim obciążeniem. Ognikowa Słota od początku wiedziała, że koty jego pokroju nigdy nie będą w stanie przykładać się klanowi tak porządnie, jak powinni. Cudem został w ich szeregach, razem z Grubą Rybą, który nawet doczekał się swojego mianowania na wojownika. Oby tylko wiedział, co robi z tymi ziołami. Wróciła myślami na właściwy tor, czyli mianowanie jej dzieci.
Ceremonia przebiegła bardzo sprawnie, a skandowanie nowych imion jej potomstwa niosło się donośnym echem po obozie. Mistrzyni również wołała ich imiona z nadzieją, że nie zawiodą swojej rodziny, nigdy.
Gdy Nadciągający Pomrok odeszła na bok ze swoim nowym uczniem, Koszmarną Łapą, Ognikowa Słota uśmiechnęła się delikatnie. Oprócz tego Zamroczka szkoliła się od dzisiaj pod okiem Cętkowanego Tęgosza, a Iglak pod okiem jej ukochanej, Kocimiętkowego Wiru. Ruda wetknęła łeb do żłobka z powrotem, Pyza wraz z Bzyczkiem bawili się w najlepsze, okładając siebie lekko łapkami i udając wielkich wojowników. Końcówka jej ogona zniknęła w wejściu. Musiała zadbać o to, żeby do snu tuliły ich odpowiednie historie, a umysły śniły jedynie o właściwej ścieżce.

***

Teraźniejszość

Cykoriowy Cykor uciekła z klanu, razem z tym zdrajcą, Wilgową Goryczą. Słota wiedziała, że od zawsze było z nim coś nie tak, matka miała rację, dbając o to, żeby mistrzyni nie trzymała się blisko ich rodziny… rodzina zdrajców. Został wysłany za nimi patrol, aczkolwiek niczego nie znaleźli, a ostatnim, kto rozmawiał z czekoladową, była Wąsatkowy Ruczaj. Ognikowa Słota uważała tę zmianę za korzystną; Klan Wilka nie potrzebował słabych ogniw w swoich szeregach, były to aż dwa bezużyteczne pyski mniej do wykarmienia. Na ich miejsce pojawiły się zaś dwoje kociąt, z których starsza była niezwykle zadowolona, mianowicie Bryzka i Skowronek. Nocny Śpiewak musiał potraktować ich rozmowę tyle księżyców temu na poważnie, ponieważ przekonał Pszczeli Rój do urodzenia jego kociąt. Ruda wiedziała, że wychowa je odpowiednio z jej pomocą. Podobało jej się, gdy koty brały sobie jej słowa do serca. To ją utwierdziło jedynie w przekonaniu, że przynajmniej on, z całego jego miotu, był najrozsądniejszy i najlepszy. Chudy Grzbiet został asystentem medyka, każdego dnia dziwiąc ją, że nadal żył i nie padł z głodu. Żebra wystawały mu tak bardzo, że dało się policzyć każdą kość. Potrząsnęła głową. Nie było sensu zaprzątać sobie tym głowy. Najważniejsze, że Klan Wilka rósł w siłę.
Zauważywszy ruch w wejściu do obozu, pręguska zbliżyła się nieco i gdy dostrzegła, że właśnie jej siostra wróciła z treningu z Koszmarną Łapą, postanowiła z nią porozmawiać. W końcu pogoda im sprzyjała, a w dodatku nie sądziła, by kotka jej odmówiła. Dlatego też pewnym krokiem i z ogonem uniesionym wysoko zaczepiła ją w centrum. Chciała przejść się z nią na spacer – miała świadomość o grasujących psach oraz zwiększonej ilości Dwunożnych na ich terenach, dlatego musiały uważać. A rozprostowanie łap, po sześciu księżycach przesiadywania w kociarni dobrze jej zrobi.
Gdy znalazły się poza obozem, leśna ściółka uginała się pod łapami dwójki i szeleściła cicho, przeganiając owady spod ich poduszek. Niebo zabarwione było przez dwa kolory, różowy wymieszany z czystym błękitem, a wraz z nim masa ciemniejszych chmur. Jerzyki wzbijały się w powietrze, trzepocząc skrzydłami pospiesznie nad ogołoconym z drzew terenem. Spojrzała nieznacznie na kremuskę, gdy zatrzymały się wreszcie i usadowiły wygodnie. Wilczaczka miała pewność, że nikogo nie było nieopodal. Niczego nie czuła, a w dodatku w tym miejscu ciężko byłoby się komuś skryć tak, żeby go nie widziały. Przed ich oczami malowało się ogromne skrzydło Dwunożnych, w tym miejscu Ognikowa Słota lubiła polować na króliki i okazyjnie zające, jeśli wybierała się w grupce wystarczająco dużej. Poruszyła ogonem, który opadł uderzenie serca później.
— Jak radzi sobie Koszmarna Łapa? — zapytała, chcąc od czegoś rozpocząć ich konwersacje. Może Nadciągającemu Pomrokowi wreszcie przydzielono kota, który rzeczywiście chciał się uczyć? Może siostra już nie będzie czuła się pokrzywdzona, a spełniona.

<Czy kogoś ci polecić, siostrzyczko?>

Nowy członek Klanu Burzy!

Patyczak
4 księżyce

Od Poczciwego Szakłaka

Kocur w ostatnich dniach był w wyjątkowo dobrym humorze, co nie umknęło uwadze niektórym, szczególnie Skrzydlatej Płomykówce, która za każdym razem nieco mrużyła swe jasne ślepia, gdy starszy znajdował się w pobliżu. Kocica miała wrażenie, że od zielonookiego w niektórych momentach aż wręcz bije radosna aura, której u niego nie widziała od… w sumie nigdy. Nie kojarzyła zbytnio, by wojownik kiedykolwiek aż tak tryskał radością. Szakłak oczywiście czuł na sobie jej spojrzenie oraz zadawane przy tym nieme pytanie, co się wydarzyło w jego życiu, że zachowuje się, jak nie on. Mimo to ich dwójka nie miała zbytnio, kiedy o tym porozmawiać, gdyż czarnofutry brał Bursztynową Łapę na trening, uczestniczył w patrolach lub też przesiadywał z Gasnącą Prawdą, jakby ich dawny chłód w stosunku do siebie nawzajem, przeminął, niczym zalegający śnieg po porze nagich drzew.
Zielone spojrzenie właśnie uważnie śledziło pewnego kremowego wojownika, który rozmawiał z Lodówkowym Ciosem i Skrzydlatą Płomykówką, zapewne ustalając skład na patrol. Czarna kita za nim nieco sunęła po kamiennej posadzce jakby w oczekiwaniu na koniec tego długiego rozwodzenia się nad wybraniem raptem paru kotów na łowy lub sprawdzenie granic. Nieco zmrużył ślepia, kiedy to cętkowana nawiązała z nim krótki kontakt wzrokowy. Szakłak miał wrażenie, że właśnie w tym momencie na pysku młodszej pojawia się cień uśmiechu, ale i ukrytego w nim podstępu. Dosłownie uderzenia serca później, wróciła swymi niebieskimi oczami na rozmówców, którzy w ciszy słuchali jej dalszych słów.
— Co ty kombinujesz Skrzydlata? — mruknął pod nosem, w momencie, gdy czekoladowa oraz kremowy skinęli głową, a zastępczyni odeszła. Pomiędzy wojownikami wywiązała się jeszcze krótka wymiana zdań, jakby chcieli się upewnić co do ustaleń z cętkowaną. Dopiero po tym Gasnąca Prawda skierował się w stronę niewiele młodszego od siebie wojownika.
— Skrzydlata Płomykówka uznała, że powinniśmy razem przeszukać stary obóz.
— A Lodówkowy Cios? Widziałem, że z wami rozmawiała — mruknął zielonooki.
— Została poproszona o zmianę warty z Rudą Lisówką przy pilnowaniu więźniów. — Na te słowa młodszy skinął głową i podniósł się z dotychczas zajmowanego miejsca, z którego miał idealny punkt obserwacyjny na wcześniejszą rozmowę trójki Burzaków.
— W takim razie chodźmy, mówiła może o jakimś konkretnym miejscu?
Dawny członek Klanu Klifu pokręcił przecząco głową.
— Mamy spory wybór, gdyż podobno jedynie legowisko wojowników i starszyzny zostało na razie dokładnie przeszukane.
— Czyli pozostają pozostałe legowiska oraz dwa wyjścia z obozu.

✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩

Pomiędzy ich dwójką toczyła się rozmowa, dopóki nie wyszli na pogorzelisko. Szakłak niemal od małego się w nim wychowywał i za każdym razem widok stanu, w jakim się znajdował, sprawiał, że jego chęci do życia nieco gasły. Gdyby nie jakiś Burzak, zapewne podzieliłby los zmarłych, wciąż pamiętał szok i rozkojarzenie, kiedy nagle został wyrwany ze snu, wszędzie był dym, a on mógł jedynie podążać u kogoś boku w nadziei, że będzie jednym z ocalałych.
Czując lekkie muśnięcie w bark, kątem oka spojrzał na pręgowanego, który nieco przysunął się do jednolitego, jakby chcąc mu dać znać, że nie jest tu sam i obok siebie ma kogoś, na kogo może liczyć. Na ten gest Szakłak minimalnie skinął głową i biorąc głębszy wdech, a następnie wydech, ruszył przed siebie, a dokładniej ku tylnemu wyjściu z obozu. Pomiędzy ich dwójką panowała cisza, lecz żaden z nich nie kwapił się do tego, by ten stan rzeczy zmieniać, a gdy tylko wkroczyli do podziemnego tunelu na prawo od Skruszonego Drzewa, przystąpili do poszukiwań. Szukali wszystkiego, co mogło się nadać — w pośpiechu porzucone zioła, osobiste znaleziska pobratymców czy cokolwiek innego, świadczącego o tym, jak koty w panice i strachu opuszczały dawny dom. Podłoże w tunelu w niektórych miejscach stanowiła mieszanka ziemi z drobnymi kamieniami, między którymi mogli na coś trafić. Nie spieszyli się, dając sobie tyle czasu, ile potrzebowali na dokładne zbadanie każdego zakamarka.
Na początku tunelu nic nie znaleźli, a zielonooki miał wrażenie, że oprócz wciąż obecnej woni dymu, czuje także już wietrzejący zapach strachu i paniki. Wojownik czuł, jak jego mięśnie same się napinają, jakby nad nim wciąż istniało widmo nagłej ucieczki przed ognistymi jęzorami. W pewnym momencie uniósł nieco spojrzenie na Gasnącą Prawdę, który był przed nim na jakąś długość królika. Kocur badał bardziej lewą stronę tunelu, podczas gdy prawą zajmował się młodszy. Widok kremowego, nieco uspokoił galopujące myśli Szakłaka, pozwalając mu się na nowo skupić w poszukiwania.
Zbliżając się do połowy tunelu, czarnofutry natknął się na skrzydło motyla, które jakimś cudem ocalało. Jego barwa była jaskrawo pomarańczowa z czarnymi żyłkami i krańcami, będące oprószone białymi kropkami.
— Gasnąca Prawdo, mam coś — oznajmił, a wymieniony przerwał swoje poszukiwania, by podejść do zielonookiego.
— Czuję głównie zapach dymu — stwierdził, gdy próbował dowiedzieć się, do kogo mogło należeć. — Jednak jest też coś jeszcze.
Poczciwy Szakłak sam spróbował określić przykrytą dymem woń.
— To chyba Małej Bazi — mruknął po dłuższej chwili. Nie czekał na nic więcej i po prostu delikatnie pochwycił znalezisko, mając zamiar od razu je zanieść właścicielce.

✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩

Kiedy tylko zwrócił kotce skrzydło motyla, uznał, że skoro Gasnąca Prawda ma chwilę, a i on sam już miał za sobą trening z Bursztynową Łapą, to udadzą się razem na patrol w stronę granicy z Klanem Wilka. Do dziś wojownik pamiętał dzień, w którym właśnie w tych okolicach wraz ze Skrzydlatą Płomykówką i Szarą Skórą, którego obecnie już nie było w klanie. Nie dlatego, że odszedł z własnej woli, lecz zginął w pożarze.
Po drodze udało im się złapać jakieś nornice, choć im bliżej byli granicy, tym trudniej było poczuć coś innego niż woń lasu iglastego, który w całości należał do Wilczaków. W międzyczasie pręgowany wyczuł trop zwierzyny i postanowił na nią samemu zapolować, na co zielonooki przystał, w końcu nikt raczej im się do gardeł nie rzuci, dopóki pozostaną na własnym terenie.
Mając po swojej prawej las, a po lewej Martwy Szlak w pewnym momencie do jego uszy dobiegł cichy przerażony pisk. Instynktownie przystanął, wyciągając szyję, by lepiej usłyszeć obcy dźwięk, który tak nie pasował do cichej i spokojnej pieśni równin. Kiedy w końcu te na nowo rozbrzmiały i nim zdołał się zastanowić, ruszył nagłym biegiem w stronę granicy za obumarłymi krzewami. Przeraźliwe kwilenie wskazywało na porzucone kocięta na ich terenie, a według kodeksu nie mógł opuścić małych istotek w niebezpieczeństwie.
Kierowany pradawnymi zasadami i instynktem po krótkim czasie dotarł do miejsca, skąd niosły się popiskiwania kociąt. Zielonooki ujrzał pod jednym z krzewów kunę, która upatrzyła sobie czyjeś dzieci na obiad. Czarna sierść od razu się nastroszyła, a pazury wysunęły, by dosięgnąć drapieżnika. Nawet się nie zastanawiał, gdy skoczył uratować obce kocięta. Zwierzę, gdy poczuło na swym długim cele obce zęby i pazury, wypuściło z pyska pręgowanego klasycznie kociaka, którego ciało bezwiednie padło na ziemię. Kocur jednak nie miał czasu się zastanawiać, czy maluch żyje, gdyż kuna nadal stanowiła zagrożenie, więc pierwszym co musiał zrobić to ją przegonić. Ta na szczęście musiała być młodym osobnikiem, gdyż kiedy tylko wojownik przeorał pazurami po jej grzbiecie, to ta uciekła — oczywiście nie pozostawiła zielonookiego bez odzewu ze swojej strony, gdyż Burzak oberwał w pysk, idealnie od lewej brwi aż do niemal prawego policzka. Rana była skośna przechodząca pomiędzy oczami.
Po odprowadzeniu wzrokiem uciekającego drapieżnika skierował swoje ślepia na dwie biedne kulki. Niestety jedna z nich nie poruszała się czy też nie wydawała z siebie żadnych dźwięków, nie to co druga, która nadal przerażona kuliła się blisko ziemi. Szakłak ciężko opadł na ziemię, by żyjącego kociaka otulić ogonem — pozostał, tak aż ten się nie uspokoił. Dopiero kiedy popiskiwanie ucichło, kocur wziął delikatnie nieżyjącego malucha i położył ostrożnie na grzbiecie, by następnie jego brata ostrożnie załapać za skórę na karku. W ten sposób udał się w drogę powrotną do obozu, choć po drodze dołączył do niego kremus, która wziął od niego martwe ciało kociaka i w ten sposób wrócili.
Żyjąca znajdka od razu została zaniesiona do medyków, a kociak, którego nie udało się uratować, został pochowany. Dopiero kiedy maluch całkowicie się uspokoił po traumatycznym przeżyciu, wyznał, że jego brat zwał się Kleszcz, a on Patyczak.

Event Klanu Burzy:
Poszukiwania - próba nieudana, osobisty skarb współklanowicza

Od Fiołka CD. Milczka

Podkradła się do Milczka, swojego przybranego brata, żeby zabrać mu mysz. Przez dużą ilość energii, która w niej buzowała, lubiła płatać innym kotom, zwłaszcza tym w swoim wieku, psikusy. Kremowemu udało się zatrzymać zdobycz, a kiedy spróbowała ponownie, ten zaatakował jej łapkę, którą wyciągnęła w stronę zwierzęcia.
Drgnęła ze zdziwienia, nie spodziewała się tego. Długie futro nieco uchroniło ją przed zadrapaniem, więc chociaż poczuła lekki ból, nie leciała jej krew.
Jej zielone oczka zamigotały z zadowolenia, a końcówka ogona zaczęła drgać. Milczek dołączył do zabawy! W tej całej swojej gonitwie myśli, która zawsze plątała jej się po głowie, nie zauważyła nawet, że kociak wyciągnął pazury.
— Jej! Zabawa! — miauknęła wesoło, podbiegając jeszcze raz do kremowego i szczypiąc go w ogon.
Ten obnażył zęby mocniej, a jego białe kły zalśniły w blasku słońca Pory Zielonych Liści. Fiołek zamruczała zadowolona i uszczypnęła go jeszcze raz, odskakując na tyle szybko, by kremowy nie zdążył nawet zareagować.
— Presań! — wycharczał kocurek, a szylkretka po chwili namysłu zorientowała się, o co mu chodzi.
Nie miała jednak najmniejszego zamiaru kończyć dokuczania przybranemu braciszkowi, przecież świetnie się bawiła. Poza tym uznała, że Milczek tylko wcielał się w swoją rolę i tak naprawdę podobała mu się zabawa.
Uszczypnęła jeszcze raz, jednak tym razem nie zdążyła odskoczyć wystarczająco szybko. Biała łapa z wysuniętymi pazurami przeorała kończynę Fiołki, która pisnęła z zaskoczenia i cofnęła się.
— Presań! — powtórzył gniewnie kremowy, a wtedy szylkretka zorientowała się, że ten mówił na poważnie. I tak samo na poważnie chciał ją zaatakować.
Poczuła, jak gniew w niej wzbierał i wysunęła pazury, gotowa się bronić. Zjeżyła się i przypadła do ziemi, a jej ogon gwałtownie poruszał się na boki.
Chciała się tylko pobawić, zwrócić na siebie uwagę przybranego braciszka, po prostu strasznie jej się nudziło, nikt na nią nie patrzył i nie wiedziała, co ze sobą zrobić… A ten lisi bobek ją zaatakował. Jak on śmiał?! Nie zasługiwał na to, aby być przybranym synem Sennej Łzy, powinni go razem z rodzeństwem wysłać do Klanu Wilka!
— Ty… Ty mysia strawo, ja tylko się chciałam pobawić! A ty mnie atakujesz!? Co z ciebie za kot! — prychnęła z oburzeniem. — Zachowujesz się jak lis z cierniem w łapie, co cię gryzie?!
Ledwo powstrzymywała się przed zaatakowaniem Milczka. Chciała się bowiem najpierw dowiedzieć, jaki był jego problem.
Jej gniewne okrzyki szybko sprawiły, że Senna Łza podeszła do dwójki kociąt i spojrzała na Fiołka ze zmartwieniem w oczach.
— Co się dzieje?
— On mnie podrapał! Z wysuniętymi pazurkami! — poskarżyła się mamie, decydując się na nową strategię i przybierając jak najbardziej zraniony wyraz pyska. — Krew mi leci, chciał mnie zabić! Gdybym nie była taką świetną wojowniczką, już bym się witała z Klanem Gwiazdy!
Miała nadzieję, że Senna Łza srogo ukarze tego zapchlonego kociaka i pokaże mu, kto tu był lepszy!

<Milczku?>

Od Milczka

W dniu narodzin

Słaba kulka próbowała się wydostać z brzuszka matki. Była jednak niepewna, czy właśnie tego chciała. Mawiają, że maleństwa czują emocję swoich rodzicielek już, będąc w ich łonie. Ich uczucia mają także często wpływ na samo potomstwo. Najgorszym, jednak było to, że mokry od wód płodowych malec nie powinien był być gotowy przyjść na świat. Miał słabe, wiotkie ciałko. Tam samo zresztą jak pozostała trójka rodzeństwa, która była już na zewnątrz. Kocię musiało jednak się wydostać, pomimo złości, którą odczuwał od swojej matki. Wiedział, że działo się źle, jednak po chwili był już na zewnątrz. Miał bardzo płytkie oddechy, a powietrze zdawało się nawet nie docierać do słabych płucek drobinki. Czuł chłód, ale tylko przez chwilę, gdyż krótko po tym, jak wylądował na ziemi, na nim wylądowały dwa inne kocięta. Schował się pod nimi, tak jakby maluch miał nadzieję, że nikt go tam nie znajdzie. Mokre futerka kociąt, które przeżyły smagał wiatr. Maleństwo czuło jak coś lub ktoś się do nich zbliża. Zaraz potem zaczął czuć krótkie, lecz delikatne i powtarzające się tknięcia, tak jakby któreś z kociąt leżących na nim było tykanie czyjąś łapą. Maluch nie wiedział, co się dzieje, nie, żeby jego świadomość jako kocięcia była jakoś szczególnie wielka.
— Czekajcie… Jeszcze trzeci! — rozbrzmiał czymś głos i wtem młodziak został odkryty spod swojego rodzeństwa.
Ktoś zaczął wylizywać również i jego futerko. Chciał piszczeć tak jak jego czekoladowe rodzeństwo, ale jego struny głosowe nie pozwalały na wydanie z siebie żadnego dźwięku.
— Żyje? — ktoś zapytał.
Płucka kremowego unosiły się, choć nierównomiernie. Wydał z siebie kilka cichych i niewyraźnych pisków, na tyle, ile pozwalała mu matka natura.
— Żyje. Ale… coś z nim nie tak — mruknął ktoś z boku. — Przynajmniej jest kremowy, a nie… jak jego niedorobione rodzeństwo — prychnął.

Od Zwiastunka CD. Nieboskłonnej Łapy

— Chcesz popatrzeć, jak ja, wybranek samego wielkiego Klanu Gwiazdy, odbieram od nich prywatne wiadomości moimi jakże idealnymi pędzelkami? — Zwiastunek patrzył z wyczekiwaniem na szylkretową kotkę, oczekując aprobaty i kontynuowania rozmowy. W końcu kto by nie chciał z nim rozmawiać?
— Nie, raczej niekoniecznie…
Na słowa kotki położył uszy zdziwiony. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi! W końcu ona nie miała pędzelków, więc nie odbierze od nich wiadomości, a on jej to przecież zaproponował!
— Jak to? Um… Dlaczego? Oferuję ci coś, a ty odmawiasz? — powiedział, podchodząc do niej pomimo dystansu. — Widzę już. Masz raz, dwa, trzy… białe łapy! To wiele tłumaczy, to bardzo zły omen.
Nie zważając na reakcję kotki, usiadł obok niej. Trzeba było jakoś naprawić jej trzy białe skarpetki. On miał cztery i to znak normy, więc dlaczego ona tylu nie miała? Ani pędzelków, do tego niepełna kolorystycznie. Uznał, że kotka była jakaś wybrakowana.
— Zły omen? O czym ty mówisz? — powiedziała, odsuwając się od niego i bacznie go obserwując.
— Normalnie! Trzy to liczba zła, smutku, bólu. Przykro mi z powodu twoich trzech łap. Może jak będziesz je nacierać… um… — zamilkł na chwilę, próbując wymyślić, co powiedzieć; nie poznał do tej pory wielu klanowych kotów, więc chciał brzmieć poważnie. — …Rosą poranną, to może wyrośnie ci białe futro na czwartej. Inaczej niech Klan Gwiazdy cię strzeże. Gdybyś tylko chciała mnie słuchać, powiedziałbym ci więcej. Jednak twój wybór.
Owinął ogon wokół swoich łap, patrząc na ścianę. Nie wiedział do końca, co mówić, jednak brzmiało to tak, jakby przemawiał dorosły kot. A to uważał za najważniejsze. W końcu jego los był przesądzony!
— A kim ty jesteś? Czemu mówisz mi o omenach?
Czarny wyprostował się dumnie, milcząc jeszcze chwilę i zbierając słowa.
— Zwiastunek! Dziwi mnie, że jeszcze nie wiesz. Polecam zapamiętać, bo moje pędzelki pozwalają na kontakt z Klanem Gwiazdy. A ty ich też nie masz? Ile smutku w jednym kocie… — Zignorował pytanie o omeny; w jego głowie każdy chciał wiedzieć, co on myślał. — A ty? Kim jesteś?

<Nieboskłonna Łapo? Powodzenia>

Od Bryzki

— Jak ci mija dzień, Bryzko? — zapytała starsza koteczka, posyłając szarej uśmiech. Bursztynooka podniosła się, gdy do jej uszu dotarł przyjazny ton wąsatej, a następnie otrzepała własną szatę z paprochów, które przywarły do jej skóry, chciała prezentować się dobrze! Najwięcej, zdawało się, uczepiło się miejsca nad jej nosem. Poruszyła lekko uszami, rozbawiona tym faktem. Jej futro było jakimś przyciągaczem niedoskonałości na zewnątrz.
— Czy masz jakiś interes w pytaniu mnie o to, Pyzo? — mruknęła podejrzliwie, spozierając na koteczkę spod byka i garbiąc się, jakby miała zaraz zjeżyć futro wzdłuż kręgosłupa. Po chwili uśmiechnęła się od ucha do ucha i szturchnęła większą w bok przyjacielsko. — Żartuję. Dobrze, dziękuję. — I po tym powróciła do swojej uprzednio obranej zabawy, mianowicie podrzucaniem kulką mchu do góry i próbowaniem wymierzyć, z jaką siłą powinna to wykonać, żeby przedmiot zderzył się z sufitem i upadł obok jej głowy, a nie na jej pyszczku jak do tej pory. Mogłoby się zdawać, że był to koniec ich konwersacji, jako iż kremuska nie odbiła piłeczki. Jednak znajdka o okrągłej budowie nie zamierzała tego kończyć na tym etapie. Czekoladowa uśmiechnęła się z nutką podstępu.
— Mam pomysł na zabawę dla nas! — Tymi słowami zwracając uwagę niebieskiej na siebie raz jeszcze. Ciekawe co wpadło jej do głowy? — Uznajmy, że jestem groźnym wojownikiem Klanu Klifu, który zabrał ci zwierzynę, nieuczciwie przekraczając granicę naszego klanu. Musisz się na mnie jakoś zemścić!
Bryzka otworzyła oczka z podekscytowaniem. Jej ogon wymachiwał delikatnie na boki. Podobało jej się. Pyza, zauważywszy zapał i radość malutkiej, zamruczała.
— Dobrze. W takim razie, co najpierw zrobisz?
— Wyrwę ci łapy, żebyś już nigdy nie mogła mi nic ukraść! — odparła żwawo, następnie naskakując na ciemne kończyny Wilczaczki. Pyza wydała z siebie okrzyk zaskoczenia, udając, że bardzo ją to zabolało. Bryzka zaczęła się śmiać i gdy wczepiła się w koleżankę z legowiska, tylnymi łapkami zaczęła kopać ją w bok, próbując jakoś dać jej popalić. Nie mogła w końcu pozwolić temu przebrzydłemu Klifiakowi na to, żeby tak bezkarnie kradł im cenną zwierzynę z terenów, skoro mieli swoje! — Wynocha, wynocha! — krzyczała pomiędzy donośnym śmiechem, łapiąc przy okazji powietrze, gdy jej go nieco zabrakło z powodu wszystkich tych radości. Pyza próbowała się bronić, jednak Bryzka bardzo zwinnie wykorzystywała swoją smukłą budowę i większości z tych ataków sprawnie unikała, jednak wielu z nich jej się nie udało. Nie było to jednak problemem, ponieważ nie walczyły nawet z wysuniętymi pazurami, dlatego nie zrobiły sobie żadnej krzywdy. Gdy Pyza położyła się wreszcie na boku, pokonana, Bryzka uniosła kitę triumfalnie.
— Skowronku, zobacz! Wygrałam! Zabrałam temu przebrzydłemu Klifiakowi naszą własność — pochwaliła się dymnemu, który wpatrzony był przez ten czas w Nocnego Śpiewaka. Pokiwał głową, a następnie przewrócił oczami, zwracając uwagę ponownie na ojca. Bryzka miała ochotę mu przetrzepać ten łeb za takie wieczne zgarnianie uwagi, jednak… w tym momencie zajęta była zabawą. Pyza podniosła się nagle z warkotem, niczym u borsuka i przewróciła małą, już taką przekonaną o własnej wygranej. Tego dnia Bryzka nauczyła się, żeby sprawdzać, czy przeciwnik na milion procent był wykończony, czy jedynie udawał.

23 sierpnia 2026

Od Żabiego Oka CD. Nurowej Łapy

Żabka przycisnęła Liliową łapę do ziemi. Kot stępnął, ale poddał się pod jej naciskiem. Zaraz potem opuściła łapy i zeszła z niego. Stanęła obok i zamyśliła się. Kociak uczył się dobrze, ale jak walczył z nią to napotykała parę problemów. Jej własna kontrola nie stanowiła tutaj żadnej przeszkody. To dzieciak bardzo powoli się uczył akurat tej umiejętności. Powoli i nieco niechętnie.
– Jeszcze raz. – odetchnęła Żabie Oko. Odeszła na parę kroków od ucznia i odwróciła się przodem do niego. Liliowa łapa pozbierał się z ziemi i gotów do dalszej nauki ustawił się w pozycji. – Pamiętaj. Próbuj nowych rzeczy. Nauczyłam cię podstaw, ale to ty musisz znaleźć swój rytm. Ja tego za ciebie nie zrobię. Każdy walczy bowiem inaczej. – powtórzyła już poprzednie lekcje.
– Rozumiem. – Liliowa Łapa pokiwał głową. – Twój styl walki jest oparty na sile i skoku. Jesteś też uważna. – mruknął. – Ja… z kolei jestem szybki i także skoczny.
– Yhymm… Okiełznaj to. Skoki i uniki są dobrą rzeczą w walce. Jeśli przeciwnik nie może cię trafić wystarczająco długo, zmęczy się albo wścieknie.
– A emocje prowadzą do błędów!
– Bardzo dobrze. Jeszcze raz. Zaczynamy. – mruknęła Żabie Oko i skoczyła w kierunku swojego ucznia.
Żabie Oko w końcu wróciła do obozu. Była nieco zmęczona, ale miała jeszcze trochę siły. Zbliżyła się do kupki z jedzeniem i chwyciła jakąś rybę. Udała się w odrobinę cienia i przysiadła sobie. Wgryzła się w zdobycz i przymknęła oczy. Ten dzień był bardzo przyjemny. Pogoda sprzyjała. Śnieg siedział jeszcze gdzieś głęboko w lasach ukryty w cieniach drzew, ale rzeka już wesoło szumiała i wypełniała obóz swoim wdziękiem. Żabka wsłuchiwała się w tą nutę natury. Ogarnął ją względny spokój. Względny, bo zaraz został przerwany. Żabie Oko uchyliła swoje pomarańczowe oko, kiedy podszedł do niej Nur.
– Rzeka jest już odmrożona! – oświadczył podekscytowany. Przeskakiwał z łapki na łapkę.
– Tak. To świetnie, prawda? – uśmiechnęła się do niego. Ten dzieciak był tak energiczny.
– Tak! Mogę już pływać! I możesz mnie nauczyć polować na ryby! – oświadczył uczeń. Żabka zamrugała i zmarszczyła nos. Lubiła trenować z Nurową Łapą, ale ilość tych treningów ją martwiła. Martwiła ją też reakcja Szałwiowego Serca na te ich wszystkie wypady. W końcu to był książę, a jego uczeń był bardziej zainteresowany treningiem z kimś takim małym i nie nieznaczącym jak Żabka. Jednak nie umiała mu odmówić. Zawsze może się wymigać faktem, że to młody Namiestnik i nie wypada mu odmawiać. Jeśli Szałwiowe Serce wyrazi taką chęć to zaprzestanie. W końcu tylko jego słowo jest ważniejsze od słowa Nura. Tak… to dobra wymówka.
– Więc wyjdziemy dziś? Zapolujemy jeszcze? Ja jestem gotowy! – Żabka spojrzała na niebo. Popołudnie całkowicie już otuliło całe niebo.
– Nie chcesz odpocząć? – zmartwiła się, spoglądają na niego. Widziała w jego mięśniach ten znajomy jej ruch zmęczenia.
– Nie! Chodźmy, proszę! – miauknął do niej i skręcił w kierunku wyjścia. Żabie Oko podniosła się ze swojego miejsca i odetchnęła. Jeszcze chwila, a dzieciak wpadnie na pomysł pójścia samemu. A to byłoby zarówno głupie jak i nieodpowiedzialne.
– No… dobrze. – westchnęła. Nie miała co się spierać z tą mocą perswazji zawartej w tym wibrującym z ekscytacji kocie. Nur jest ambitny, ale i uparty.
– Jej! Chcę łowić ryby!– uczeń wypadł w kierunku rzeki. Żabka szybko go dogoniła wykorzystując swój starszy wiek i większą masę i zagrodziła mu drogę.
– Spokojnie. Parę zasad. – mruknęła. Nur spojrzał na nią z uwagą wypisaną na pysku. – Nie biegniesz przede mną. Słuchaj się mnie uważnie, woda to kot. Woda jest niebezpieczna, a nurt rzeki potrafi zabić kota nawet najbardziej perfekcyjnego. Matka natura nie zlituje się nad tobą, bo dopiero się uczysz, nie zlituje się nad tobą jak już wszystko umiesz. Szanuj ją, szanuj rzekę i jej siłę. Jasne? – rzekła całkowicie poważnie.
– Jasne. Rozumiem. – Nur pokiwał łebkiem.
– Uczyłeś się pływać jako kociak, ale pływanie w rzece, zwłaszcza tak długo żeby upolować rybę nie jest proste. – odparła. – Jest męczące i wymagające. Wymaga skupienia. Wymaga siły.
– Rozumiem!
– I najważniejsze Nur. I to musisz wbić sobie do głowy na pamięć, bo to idzie wbrew wszystkim zmysłom i instynktom jakie masz. – spoważniała jeszcze bardziej. Mina Nura nieco zrzedła na jej słowa. – W żadnym wypadku, jeśli zachłyśniesz się wodą… masz nie wierzgać. NIE. WIERZGAĆ. Masz zastygnąć. Wstrzymać oddech nie ważne jak bardzo palą cię płuca. Ja cię obserwuję. Ja mam na ciebie oko. Ja wyjmuję cię z wody jeśli zajdzie taka potrzeba. – oświadczyła.
– Ale nie zajdzie! – Nur tupnął nogą. – Dam sobie rady.
– Wiem… Wiem Nurowa Łapo, wiem. Jesteś utalentowany, ale nawet utalentowanym i idealnym kotom matka natura nie daje forów. – mruknęła. – Nieważne ile masz lat, nieważne ile kotów zabiłeś czy ocaliłeś. Rzeka zabierze cię w sekundę nieuwagi. Karmi nas, ale ma swoje zasady i swoje koszty. I musimy o tym pamiętać. – Nurowa Łapa kiwnął głową z powagą na pyszczku.
– Będzie okej. Dam sobie radę. – mruknął zaraz potem.
– Ja wiem… ale zasady muszę ci przedstawić. Przecież teoria to podstawa praktyki! – uśmiechnęła się do dzieciaka. Atmosfera nieco się rozluźniła.
Koty szybko przepłynęły na drugi brzeg rzeki.
– Gdzie właściwie idziemy? – zapytał Nur.
– Tam gdzie się uczyłam ja. Tam jest płycej i ryby trzymają się bliżej tafli. Tam nurt jest też znacznie łagodniejszy i lepszy do nauki. – odpowiedziała.
– Nie możemy po prostu w rzece obok obozu? – zapytał równając krok z nią.
– Moglibyśmy, ale tyle pływa tam kotów codziennie, że ryby unikają tego miejsca. Nurt jest te bardziej nieprzewidywalny i jest bardziej idealny do nauki pływania. A ty chciałeś łowić ryby co? – zagadnęła.
– Tak! Chciałbym łowić ryby! – potwierdził Nur.
– Więc idziemy w idealne do tego miejsce. Odrobinę cierpliwości. W międzyczasie możesz posłuchać ptaków i powiedzieć mi co to za gatunki.
Ich zabawa w zgadywanie śpiewu ptaków trwała aż do momentu dotarcia na miejsce. Żabie Oko spojrzała w piękną wodę i zmarszczyła nos. Nurt nie wydawał się być dzisiaj jakoś rwący.
– Dobra. Daj mi chwilę. – zanurzyła się w wodzie, bardzo powoli i spokojnym ruchem podpłynęła na środek. Zanurzyła pyszczek pod wodę i uchyliła oczy. Obraz był rozmazany, ale wystarczający aby dostrzec parę ryb pływających niedaleko przy dnie. Żabka wyjęła głowę spod wody. Nie odpłynęła za daleko. To dało jej całą wiedzę jaką musiała posiadać.
– Dobra. Nurt nie jest szalony dzisiaj. Ryb jest pełno. Mamy dwie opcje nauki. Naukę łowienia z nurkowaniem i naukę z cierpliwym czekaniem na rybę.
– Nurkowanie!
– Dobrze. To teoria. – Żabka rozgadała się trochę na ten temat. Nur uważnie słuchał każdego jej słowa. W tym czasie też trochę odpoczął, co nieco uspokoiło żabkę. Potem oboje trochę popływali i poćwiczyli samo nurkowanie. Nurowa Łapa bardzo dobrze się sprawiał.
Aż nie nadszedł moment próby polowania. Nur przyglądał się temu z uchylonymi pod wodą oczami. Był gotowy. Żabie Oko rzuciła rybę na brzeg rzeki i usiedli na chwilę.

– Kiedy mogę? Kiedy? – Nur przeszedł z łapy na łapę.
– Jak muł usytuowi się odrobinę na dnie i ryby przestają czuć się zagrożone. Daj im parę uderzeń serca. Woda porusza się bardzo powoli. – wytłumaczyła. Koty odczekały jeszcze chwilę i Żabka dała Nurowi zielone światło na kolejne próby. Kot radził sobie bardzo dobrze, chociaż upolował tylko jedną rybę. Do czasu… Żabie Oko nie wiedziała co poszło nie tak. Nie widziała tego momentu. Zdarzył się pod taflą wody. Wszystko co widziała było jak głowa Nura wychyliła się nad wodę i wniknęła zaraz pod nią, z nagłym ruchem jego ciała. Wojowniczka naprężyła się i wbiła uważny wzrok w miejsce gdzie zniknął dzieciak. Zanurzyła łeb pod wodę i zaraz wyjęła go z powrotem. Skoczyła w kierunku Nura i nurkowała w kierunku młodzika. Chwyciła przerażonego ucznia za szyję, zanim w ogóle zanurzył się za głęboko i wyjęła go nad taflę. Nur zakaszlała dwa razy, trzy, cztery aż wziął porządny oddech. Pierwsze jego oddechy były krótkie i nieco przerażone, aż nie znaleźli się na brzegu. Żabka polizała Nura między uszami.
– Ale żeś mnie przestraszył. – zaśmiała się. – Zupełnie jak ja moją mentorkę, jak się uczyłam, haha! – polizała go ponownie dla ukojenia jego nerwów. Praktycznie każdy kto był niedoświadczony w nurkowaniu na początku złapał trochę wody w płuca. Od tego byli mentorzy i inni wojownicy aby mieć takich na oku.

<Nur?>

Od Żabiego Oka CD. Łabędziej Łapy (Łabędziego Tanu)

Żabia Łapa, teraz już Żabie Oko nie mogła być z siebie bardziej dumna. Ledwie parę dni po własnym mianowaniu Liliowa łapa otrzymał swoje nowe imię i został przydzielony jej jako uczeń. Kociak był zdolny, odważny i przede wszystkim pracowity. Żabie Oko na początku nie była pewna czy poradzi sobie z uczeniem kogokolwiek tak szybko, ale okazało się, że Liliowa Łapa był w pewnych aspektach bardzo podobny do Nura. Oboje słuchali się jej bardzo uważnie i bardzo dobrze rozumieli jej instrukcje. Treningi stały się jedną wielką przyjemnością, a obawy młodej wojowniczki roztopiły się razem ze śniegiem.
– Nie wierć się tak, twój cień widać na wodzie. – poinstruowała Lilię. Właśnie siedzieli nad wodą i wbijali w nią swoje uważne ślepia. Żabka nauczyła go już jak polować pod wodą, ale polowanie nad nią było równie ważne, w końcu było jeszcze chłodno. – Tylko cierpliwość i koncentracja pomogą ci w tym rodzaju polowania.
– I jak zobaczę coś to mam… machnąć łapą? – zapytał kot u jej boku. Jego uszy były uważnie nastawione. Skupiał się na szumiącej przed nimi wodzie.
– W pewnym sensie. – odparła. – Musisz złapać tę rybę. Mówiłam ci już, że jak coś się zbliży, to ci zademonstruję jak. Tylko...coś musi podpłynąć. – odparła. Jeszcze chwilę tak siedzieli, aż Żaba nie spostrzegła cienia pod wodą. Zanurzyła czubek pazura i postukała w taflę wody, a cień się zbliżył. Ciekawość i głód po zimie sprawiła, że ryba znalazła się w zasięgu młodej wojowniczki. Ta trzepnęła swojego ucznia ogonem, żeby złapać jego uwagę, po czym rozłożyła wszystkie pazury. Jednym zwinnym i silnym ruchem zanurzyła się aż po łopatkę i wbiła pazury w zdobycz. Napięła mięśnie i idąc z momentem, wydobyła łapę po łuku do góry. Ryba zatrzepotała, próbując się wyrwać, ale siła pociągnęła ją nad wodę i w trawę. Liliowa Łapa skoczył do niej i zaraz ją dobił, a Żabka nawet nie musiała się ruszać w jej kierunku.
– Musisz włożyć w to trochę siły, żeby ruch łapy wyjął też tę rybę z wody. – odparła.
– Chyba wolę polować w wodzie… – odparł kociak, przenosząc rybę na małą kupkę zdobyczy, jaką upolowali.
– Rozumiem cię doskonale, jednak nauczyć musisz się wszystkiego, nawet jak nie będziesz w tym idealny. Każdy ma swoje słabe i mocne strony, w tym ja.
– A co jest twoją słabą stroną? – zagadnął Liliowa Łapa, nastawiając uszy z ciekawością.
– Ciekawy, co? – Żabie Oko uśmiechnęła się szeroko i zamilkła na chwilę. Widziała, jak Liliowa Łapa peszy się trochę. – No już, już. Moją słabością jest wspinaczka na drzewa. Od samego początku nie byłam w tym najlepsza. I jakoś daję radę, ale ty z pewnością już w tym momencie jesteś w tym ode mnie lepszy.
– Chwila… ale przecież… ty wspinasz się bardzo dobrze! – Liliowy kot zerknął na nią nieco niezadowolony.
– Nie wspinam się dobrze. Moja technika jest… kwestionowana. Całą teorię znam, pamiętam, w końcu niedawno sama byłam uczniem, ale… żeby z niej skorzystać to inna kwestia.
– Nie rozumiem… Skoro ja uczę się od ciebie czy to by nie znaczyło, że ja też źle się spinam? W sensie mam złą technikę?
– Tak i nie. Z jakiegoś powodu bardzo dobrze uczysz się z samej teorii. Bystry jesteś. Dobra… Bierz zdobycze i idziemy do obozu. Starczy na dzisiaj.
– No dobrze. Dziękuję Żabie Oko, za trening.

Żabie Oko rozciągnęła się i odłożyła ryby na kupę zdobyczy. Liliowa Łapa uśmiechnął się szeroko do swojej mamy, która zerkała na nich z daleka i zaraz uciekł do rozmowy z nią. Żabie Oko uśmiechnęła się szeroko, po czym rozejrzała po obozie. Jej wzrok napotkał inny, znacznie bardziej wściekły i nieprzyjemne, a jednak znajomy. Łabędzia Łapa gapiła się na nią ze zmarszczonym pyszczkiem i wzrokiem, który mógłby zabić. Wojowniczka tylko zaśmiała się pod nosem i przypomniała sobie o czymś. Spojrzała na jedną z ryb, którą upolowała. Ta miała piękne, czarne łuski, które w słońcu błyszczały się przepięknym różem i żółcią, niczym horyzont o wschodzie słońca. Chwyciła ją w pysk i ruszyła w kierunku młodej uczennicy. Rzuciła swoje jedzenie obok niej na ziemię i rozszerzyła uśmiech, o ile to w ogóle było możliwie.
– Cześć. – przywitała się.
– Czego chcesz? – prychnęła Łabędzia Łapa. Ewidentnie miała marny humor.
– Ktoś tu miał dzisiaj zły dzień, co? – Żabie Oko machnęła łapą. – Nic się nie martw. Mam coś dla ciebie! – przesunęła rybę bliżej kotki.
– Mam już swoje jedzenie. Nie mam ochoty na rybę. – kotka nastroszyła się dość mocno.
– Nie, nie. Spokojnie. To nie dla ciebie do jedzenia, to mój obiad.
– To po co mi to dajesz?! – uczennica skrzywiła się nieco.
– Przyjrzyj się jej. Ma bardzo ładne łuski, błyszczą się jak poranne niebo, jak postawisz je do słońca. – mruknęła wojowniczka. – Ja wiem, że lubisz takie błyskotki, pomyślałam, że skoro i tak większość łusek z niej zdejmę, to może chcesz jakąś większą do swojej kolekcji. – wzruszyła ramionami. – A skoro nie lubisz, jak ktoś dotyka twoich dobroci, to chciałam, żebyś wybrała ją sama.

<Łabędzia Łapo?>