BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Owocowym Lesie!
(Brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 3 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

19 kwietnia 2026

Od Postrzępionego Mrozu CD. Naparstnicowej Łapy

Na pytanie syna poczuła, jak jej sierść staje dęba a uszy kładą się po głowie. Odwróciła od niego głowę. Nie mogła spojrzeć mu w oczy, nie kiedy znała prawdę jako jedna z jedynych. Tylko ona i jej brat wiedzieli o tym, kto jest ojcem Naparstnicowej Łapy i jego sióstr.
— To skomplikowane… Nie mogę ci powiedzieć, przepraszam…
— Możesz, ale tego nie zrobisz. — odpowiedział jej syn, patrząc na nią przenikliwie. — Nie jest z Klanu Klifu, prawda?
— Naparstnicowa Łapo, nie zrozumiesz… Nie mogę, naprawdę nie mogę… — Naparstnicowa Łapa patrzył na nią przez chwilę, po czym usiadł na ziemi. Teraz przeniósł wzrok na swoje łapy, a jego matka nie mogła znieść widoku syna, który zapewne kwestionował własne istnienie.
— Czy on… W ogóle wie o naszym istnieniu? O moich siostrach? O mnie..? — zapytał w końcu, czekając na to aż matka da mu odpowiedź. Cokolwiek, co choć trochę uspokoi jego myśli. Jednak czy mogła mu dać cokolwiek takiego?
— On… Wie o twoich siostrach. Natomiast… Nie wie o tobie. — Słowa ledwo przechodziły jej przez gardło. Czuła się tak, jakby cały Klan Gwiazdy teraz patrzył na nią z pogardą, wiedząc, że skrzywdziła swoje własne dzieci. Jak ona mogła to zrobić..?
— Czy nadal jest żywy? Czy poznam go kiedykolwiek? — Tyle pytań, a mogła mu udzielić tak mało odpowiedzi…
— Nie wiem, naprawdę, Naparstnicowa Łapo…
— Moje siostry… One nie wiedzą, prawda? Czyli je też oszukiwałaś, a raczej nadal oszukujesz? Jak możesz nam to robić? Mamy prawo wiedzieć, kim jest. Muszą cierpieć prawdopodobnie przez niego, w końcu każda z nich jest chora! Moi bracia musieli przez niego umrzeć! — wstał, teraz idąc w stronę kotki. — Nie masz pojęcia, jak to jest stracić kogoś, kogo ledwo się znało. Czuję tą pustkę po nich, czuję, że powinni tu być, a ty po prostu spisałaś ich na straty przez zejście się z jakimś… Przypadkowym kocurem! W dodatku dwukrotnie! Jesteś okrutna i przez ciebie cierpimy!
— Naparstnicowa Łapo, on nie był przypadkowy… Naprawdę go kochałam, a on kochał i was…
— Więc czemu go tu z nami teraz nie ma? — zapytał, a na to pytanie nie potrafiła odpowiedzieć. Kocur uciekł z grupą kotów, które zbuntowały się przeciwko Klanu Wilka, a ona sama nie wiedziała dlaczego. Jeśli Judaszowcowa Gwiazda dowiedziałby się o tym, kim jest ojciec jej kociąt, zapewne wydaliłby ją z klanu. Nie miałaby gdzie się podziać.
— Naparstnicowa Łapo, przepraszam cię… Ale musisz mi coś obiecać. Nie mów nikomu o tym, że podejrzewasz, że wasz ojciec nie jest z naszego klanu, albo że w ogóle żyje. Proszę, musisz to dla mnie zrobić. — skuliła się, patrząc na syna z nadzieją w oczach. Bo tylko to jej zostało. Nadzieja, że syn nie wyda jej przed jej klanem.

<Synu..?>

Od Pierzastej Łapy (Tańcującego Pierza) do Ciernistej Łapy

Po rozmowie z Nieustraszonym Chomikiem

Błękit przegonił szarość z nieboskłonu, oczyszczając się ze skazy. Burza umilkła, przynajmniej na jakiś czas. Może to była tylko cisza przed nią? Spokój na chwilę, aby potem mogła przejąć stery znienacka i z podwójną siłą?
Rozmowa z Nieustraszonym Chomikiem była… odświeżająca dla jego umysłu. Wreszcie miał cel. Poparcie. Coś, czego wcześniej nie miał. Udawanie głupiego, nieogarniętego dzieciora opłacało mu się. Czyżby Chomik serio sądziła, że Pierzasta Łapa wciąż był takim głupim i energicznym smarkaczem? Może przesadził z emocjami?
Położył dwie myszy na dole stosu. Polowanie akurat się udało i to bez zakłóceń. Ciekawe, co robiły te kotki na straży, że śpią jak zabite. Serio powinien przemyśleć pójście z tym do zastępcy. Może zyska jakąś przychylność.
Kocur przemknął przez obóz niczym cień, zakradając się do legowiska uczniów. Skoro nikt go nie przyłapał i klan spał jak zabity, nie powinien dłużej zwlekać. Nie chciał opóźnić jeszcze bardziej swojego mianowania, choć gdzieś z tyłu głowy dobrze wiedział, że do zostania wojownikiem bardzo mało mu brakowało. W przeciwieństwie do dzieci mordercy — Świerszczowego Skoku, on urodził się jako syn Kminkowego Szumu, który zlikwidował zagrożenie. Nie wiedział czy Ciernista Łapa, Zwiewny Mak i Dziki Berberys mają mu to za złe, ale na nic takiego się nie zapowiadało. Bardziej zdołowała ich informacja o ojcu i bracie, którego Świerszcz zabił przez swoje szaleństwo. Ale czy Pierzasta Łapa im współczuł? Cóż, nie mnie o to pytać. Rudy uczeń obecnie martwił się swoim zadkiem niż jakimś cwaniaczkiem spod ciemnej gwiazdy.
Ach, a jeśli mówimy o nim… Kocur wchodząc do legowiska uczniów, natknął się niespodziewanie na Ciernistą Łapę. Muskularne kocury przez chwilę walczyły na wzrok, gdy w końcu Pierzasta Łapa westchnął ciężko i się cofnął. Kocur wyglądał dla Pierza… dziko. Egzotycznie; jakby był skunksem z odwróconymi kolorami.
— Czego chcesz? — zapytał Cierń oschle.
Rudy odchrząknął i podjął:
— Chciałbym porozmawiać o… twoim postrzeganiu naszego klanu i obecnego stanu. Możemy wyjść na zewnątrz, jeśli nie chcesz o tym rozmawiać przy innych.
Ciernista Łapa nerwowo skakał po nim wzrokiem. Zmarszczył brwi, analizując słowa Pierzastej Łapy. W końcu skinął głową i obaj wyszli w ciszy. Przemknęli przy nieogarniętej, śpiącej straży za obóz. Przeszli pewien kawałek, po czym rudy uczeń stanął i odchrząknął, stojąc do Ciernistej Łapy tyłem.
— Zatem… co myślisz o naszym przywódcy? O zastępcy? O tym wszystkim, co tu się stało?
Ciernista Łapa zesztywniał. Zmarszczył brwi.
— Nie wiem. Wszystko dzieje się ostatnio bardzo szybko, aż trudno to zarejestrować. Królicza Gwiazda nie nadaje się na lidera. Dopuścił to zbyt wielu śmierci… Gdybym mógł, zdarłbym mu ten zdradziecki uśmieszek z pyska. — syknął kocur, strosząc futro.
— Ach, tak? — miauknął, nadal stojąc do niego tyłem. Szeroki uśmiech zagościł na jego pysku. Odwrócił się, patrząc Ciernistej Łapie w oczy. 
— Czy to tylko tyle, Ciernista Łapo? A może to tylko ten skrawek twojego gniewu? Ognia pragnącego... zemsty? — zapytał spokojnie, z przyjaznym uśmiechem.
— Zemsty? Może nie koniecznie zemsty, nie… Nie chcę dopuścić drugi raz do takiej sytuacji. Gdybym przewodził klanem moi pobratymcy nigdy nie zrobiliby czegoś takiego. Jestem pewien, że to jego wina. Spójrz wokół, nikt nie jest zadowolony z jego przywództwa, jestem tego prawie pewien. Przez niego zaczynają się buntować. Chcą zmiany…
— Chcą się zemścić, Ciernista Łapo. Dlatego chcą zmiany. W końcu dostrzegają pęknięcia w Klanie Burzy. Nareszcie. Niektórzy wcześniej... tak jak ja, Nieustraszony Chomik... oraz ty, ale bez poparcia nic byś nie zrobił. Te króliki boją się wszystkiego, co nowe, dlatego teraz cierpią. My jesteśmy zającami. My wiemy, co robić. Nie boimy się nowości, bo zmiana jest dobra. Jesteśmy od nich lepsi.
— Myślisz, że jest szansa pozbyć się go? Przejąć władze? Ty i ja… Z pomocą reszty na pewno udałoby się coś zrobić. Wystarczyłby tylko dobry plan…
— Ależ oczywiście. Dlatego to ciebie poleciła mi Nieustraszony Chomik — miauknął, a wtedy przybrał nieco smutną minę. — Twój ojciec... czy myślisz, że wszystkiemu dałoby się zapobiec, gdyby Królicza Gwiazda wziął się w garść?
— Kto wie, być może… A może od dawna był po prostu zepsuty. Nie jestem w stanie tego stwierdzić na sto procent, widocznie nie znałem go na tyle dobrze. Wiem za to jedno, Królicza Gwiazda jest u schyłku życia. Kto wie kogo wybierze Zawodzące Echo na nowego zastępcę. Skoro Królicza Gwiazda wybrał go, to może miał w tym interes. Co jeśli będzie on taki sam?
— No właśnie. Cóż... Mimo wszystko coś do ciebie mają, sam to przecież wiesz. Myślisz, że czemu opóźniają twoje mianowanie? Przecież już wszystko umiesz, Ciernista Łapo. Twoje rodzeństwo już dawno wkroczyło w ich szeregi.
— Z tym muszę się zgodzić. Od dawna czekam na nie, a nawet Berberys został mianowany przede mną! Może widzi we mnie zagrożenie. Kto wie, może i nawet w tobie, Pierzasta Łapo? Dlatego nie chce nas jeszcze mianować…
— Oni coś knują, Ciernista Łapo. Być może myślą, że stanowimy zagrożenie; nic bardziej mylnego. My chcemy dobrze. Jak najlepiej dla nas, dla naszych pobratymców, braci i sióstr — mówił. — Zawodzące Echo czeka, aż ten stary dziad zdechnie i wtedy położy łapska na jego, śmierdzącym od chorób, lenistwa i starości, tronie. Oni chcą sprowadzić na Klan Burzy klęskę, ale ja na to nie pozwolę. Ani ty, jeśli się do nas przyłączysz, Ciernista Łapo. Wiem, że chcesz się zemścić... — szepnął ostatnie zdanie, a wtedy przybliżył się do ucznia. Nie dzieliło ich więcej niż krótki wąs. Pewny siebie uśmiech Pierzastej Łapy mógł nieco onieśmielać Ciernia, który właśnie mieszał swoje ciepłe powietrze z oddechem rudego ucznia. — Pragniesz tego. A ja? Ja ci mogę to zapewnić. Po prostu mi pomóż... a ja pomogę tobie~ — wydał z siebie niski, acz melodyjny, hipnotyzujący szept.
— … Zgoda. Pomogę, ale czy będę z tego miał coś więcej? Nie oczekuję wiele, samo pozbycie się go jest dla mnie nagrodą, ale wiesz…
Pierzasta Łapa nie cofnął się.
— Aaaaale?
— Przydałoby się mieć coś więcej z tak ryzykownej akcji…
— Co proponujesz? — wymruczał. — Nie mogę ci niczego zagwarantować prócz zemsty, Ciernista Łapo. Posady ci również nie zapewnię, jeśli nie uda nam się wyeliminować Echa. Póki co... musimy skupić się na rozsianiu ziaren buntu, chęci zmiany i zemsty wśród Burzaków. Proszę, porozmawiaj z Dzikim Berberysem. Dodaj, aby porozmawiał jeszcze ze Zwiewnym Makiem. Resztą zajmę się sam, wraz z oszacowaniem twojej... nagrody.

•.¸¸.•*`*•.•ஜீ☼۞☼ஜீ•.•*`*•.¸¸.•

Wrócili szybciej, niż Pierzasta Łapa przewidywał. Akurat na czas; Cyklonowe Oko już się rozciągał w legowisku wojownika. Zanim przyszedł po ucznia, rudy uroczo udawał głęboki sen. Kremowy wojownik zbudził go kilkoma nawoływaniami. W ciszy wyszli z obozu, ale wzięli ze sobą Bąbelkową Łapę. Zazwyczaj tak ich treningi się zaczynały i kończyły. W środku Pierzasta Łapa komentował futro mentora, a Cyklon zdawał się na to przymykać oko. Chyba kocurek będzie musiał sam się za to zabrać.
Kremowy wojownik nagle stanął i obrócił się w ich stronę.
— Waszym zadaniem będzie współpracować w parze, aby upolować zająca. Macie czas dopóki słońce nie znajdzie się na samej górze.
Uczniowie spojrzeli w niebo. Kula światła ledwo, co się wychyliła. Mieli spoooro czasu. Pierzasta Łapa odetchnął z ulgą; umiał polować na króliki, a Bąbel był w tym mistrzem. Poradzą sobie; na pewno!

•.¸¸.•*`*•.•ஜீ☼۞☼ஜீ•.•*`*•.¸¸.•

Wrócili z małym, wychudzonym zającem. Pora Nagich Drzew zaczęła sięgać i po zwierzynę. Odłożyli go na stertę. Chwilę później usłyszał nawoływanie Zawodzącego Echa. Na górze wieży stał jego kochany, sędziwy przywódca. Królicza Gwiazda.
Nie spodziewał się mianowania… nie w tej chwili. Jednakże, co miał on do gadania? Szczęście mu ostatnio nieźle dopisywało. A ta Skrzecząca Pokraka może się udławić…
Szedł z Króliczą Gwiazdą, Zawodzącym Echem, Cyklonowym Okiem, Rudą Lisówką i Bąbelkową Łapą u boku. Mieli ledwo jedenaście księżyców na karku, a już się mianowali! I pomyśleć, że jeszcze niedawno co Królik chciał go sprzedać Wilczakom.
Dotarli do Kamiennych Strażników, gdy słońce znalazło się na górze. Królicza Gwiazda ich spowalniał; bez niego już by wracał z groty.
— Myślisz, że jakie imię dostaniesz? — z zamyśleń wyrwał go szept braciszka. Spojrzał w jego stronę. Jaki chuderlak… Pierze najwyraźniej był jedynym z braci, który tu dbał o formę i mięśnie.
— Hmm… pewnie jakieś… nudne. Pierzasty Ogon, Pierzasta Grzywa…
— Ja bym chciał się nazywać Bąbelkowy Plusk — odparł czekoladowy.
— Aha… no to… super… — wymamrotał niechętnie. Miał nadzieję, że jego wianek wciąż się trzyma… i że Lodówkowa Łapa nigdzie nie zapodziała swojego.
Przecisnęli się jakoś przez tunel, po czym skierowali się do rdzawej ściany. Królicza Gwiazda stanął przed Pierzastą Łapą.
— Ja, Królicza Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego… ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. Pierzasta Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— … Przysięgam.
— … A więc, mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika… — zakaszlał. — … Pierzasta Łapo, od tej pory będziesz znany jako… ekh… Tańcujące Pierze. Klan Gwiazdy ceni twoją pracowitość oraz ambicję, oraz… ekh, ekh… wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy, ekh.
Zapadła między nimi wymowna cisza. Tańcujące Pierze patrzył to na ścianę, to na przywódcę.
— … I co teraz?
Echo wkroczył do akcji. Czyżby nie było już farby? Nieee, na pewno nie o to im chodziło. Tańcujące Pierze pochylił się na bok, próbując zobaczyć, co ten zastępca szponcił. W tym czasie Królicza Gwiazda ochrzcił kolejnego nowego wojownika, nazywając go Bąbelkowym Pluskiem. Na nieszczęście Króliczego Bobka, tego dnia dwojga synów uciekinierów umoczyli łapy w wręcz krwistej barze, wyróżniając się na większości pomarańczowym tle. Co ciekawe, Księżycowego Odłamka nie było; jego ulubionego kronikarza. Zastanawiał się czy był to zbieg okoliczności i zwykły przypadek, czy może siła wyższa za tym stała. No bo… on? Nieobecny? Na JEGO ceremonii? Musiał mieć coś bardzo ważnego, że przepuścił taką piękną uroczystość.
Wracając do obozu, wziął stare posłanie Śpiewki i położył gdzieś w legowisku wojowników. Wyróżniało się ono kwiatami, które wplótł obecny właściciel. Miał tylko nadzieję, że nie spał przy Skrzeczącej Pokrace… nie chciałby znowu zostać opluty przez tą niewychowaną sukę.
Era małego ognia się skończyła…
… aby zrobić miejsce następnej erze wielkiego pożaru.
Pożar, który spali wszystko, co niegodne tego świata. Pożar, który oczyści grzeszników z win i kary, niczym ojciec przebaczający swojemu marnotrawnemu synowi.
A Tańcujące Pierze to zapewni.


<Ciernista Łapo, może to tylko ciebie nie lubią głowy Klanu Burzy?>

Od Pierzastej Łapy CD. Nieustraszonego Chomika

— Witaj Pierze, ponoć z tego co słyszałam, wrabiają cię! – Pierzu chyba nie było do śmiechu, no cóż, nie jej problem.
— Czego chcesz, starucho!? – pisnął jej w pysk.
— Pogadać, bo raczej nie możesz mi tego zabronić, zwłaszcza z tego co wiem, to musisz czuć się osamotniony bez rodziców.
Pierzasta Łapa cofnął się i odwrócił.
— Gówno cię to obchodzi! Lepiej patrz czy twój niewychowany bachor nie zakopie się pod ziemią! — warknął, odchodząc w nerwach. Chciała go osłabić? Ha! No to się jej udało…
Kotka nie odstąpiła; podążała za nim wszędzie. Kocurek zrobił nawet dwa kółka wokół obozu, a ta wciąż pytała o to samo.
— J… ja już o tym wiedziałem! Oooood s…sa…sameeeego p…p…początku! — jąkał się, w końcu wyjawiając prawdę. — Brzoza się mnie pytała jak byłem jeszcze mały… czy… chciałbym z nią iść. Wtedy byłem zbyt głupi i się n…nie zgodziiiiłem, ale gdybym miał się cofnąć w czasie to bym już wtedy od was uciekł…
Po czym odbiegł przez natłok emocji i ponurych myśli. Zapewne trening z Cyklonowym Okiem źle się skończy, a kocur znów będzie trenować zamiast w dzień to pod osłoną nocy. Przy okazji zobaczy jak zachowują się te białe koty, które nie mogą wychodzić na słońce. Ciekawe, czy znaleźliby wspólny język.

***
Teraźniejszość

Warta składała się z nieporządnych kotów, które zasnęły w połowie pilnowania Burzaków. Mianowicie była to Pozłacana Pszenica i Dryfujący Fluoryt. Pierzasta Łapa siedział przed wyjściem z obozu, korzystając z nieuwagi wojowniczek. Będzie musiał to zgłosić zastępcy; w końcu jakoś trzeba było odbudować reputację. Nawet jeśli chodziło się po trupach własnych pobratymców.
Na niebie szarości ze sobą igrały, tworząc białe zygzaki na ich ziemi. Powietrze było ciężkie; niektórym mogłoby się zdawać, że taka gęsta, nieprzyjemna atmosfera stworzona została przez ostatnie tragedie, które dotknęły obecnych królikożerców. Nie każdy jednak miał na tyle odwagi w sobie, aby pomyśleć: “A co, jeśli Klan Burzy… się kończy?”. Większość chciała być samolubna i wierzyć w swoje słodkie kłamstwa, wiedząc jakie paskudztwo się z nich zaraz wylęgnie. To tylko kwestia czasu, aż wszystko legnie w gruzach. Paskudek o tym pamięta. Paskudek będzie pielęgnował to wspomnienie, tą złotą myśl, która zakiełkowała w umyśle młodego ucznia zwanego… Pierzastą Łapą.
— Stary, ale wiesz, że oni nas zostawili na zbity pysk? — usłyszał rudy osobnik głos braciszka za sobą. Nie drgnął, choć wiatr nakazywał jego sierści tańczyć, skakać i biegać. Nie. Nad futrem może i nie miał kontroli… ale nad sobą już tak. Wiedział, do czego jego ciało i umysł są zdolne. Och, jak bardzo to wiedział… Paskudek byłby z niego taaaki dumny. Taki…
… rozczarowany zarazem, wiedząc, że uczeń nie raduje się śmiercią niewinnej istoty. Ten kot nie pragnął akurat tego. Akurat nie ten ból Pierze chciał zadać, ale przecież… Pierze to Pierze. Paskudek… to Paskudek. A… a Pierzasta Łapa? Ich wynikiem. Skutkiem. Konsekwencją. Czymś, co nie miało prawa bytu, przynajmniej dla jego imiennika, który wysławiał i cenił tą niepokojącą myśl ponad wszystko. Nie oszukujmy się, Pierze był niechciany od początku. Zwykłą pomyłką, ot co. Nie łudźmy się więc, że zostanie kimś… większym niż pomyłką, jaką się urodził. Czarna owca, która jako jedyna spośród wszystkich białych, czystych… ale ofiarnych baranków, zyskała umysł, świadomość. Myśl. Nie każdy ma ten dar, co te odrzutki. Dar do burzenia tradycji. Norm społecznych. Wszystkiego, czego tylko dotknie i co tylko tej czarnej owcy się nie spodoba. Lecz… ofiarne baranki tego nie zrozumieją. Ich celem jest poświęcenie. Są tylko ciałami, obiektami, które może i w środku mają dużo mięska… ale na zewnątrz? To zwykłe baranki. Czyste. Zadbane. Poukładane. Ofiarują się każdym wilkom, każdym osobom, które nie mają złych intencji. A czarna, mała owieczka? Ona… ona chce być tylko zaakceptowana, a więc… co jeszcze chce ta czarna, mała owieczka? Chce być zrozumiana. Ona chce czuć, że jest zrozumiana. Wiedzieć, że jest akceptowana, a jej słowa — niepodważalne, niczym królewicza z władzą absolutną. Ta chora potrzeba zrozumienia zamienia się w coś, czym na początku czarna, mała owieczka się brzydziła. Na końcu zostaje potworem. Potworem dla białych, czystych i ofiarnych baranków. A dla wilków? Cóż, istotą mądrą, sprytną. Mającą umysł i własne myśli, upodobania i decyzje. Ona nie chciała źle dla reszty. Ta czarna, mała owieczka po prostu zabłądziła na ciemnej dróżce. Dróżce, która doprowadzi ją w końcu do obłędu, a wtedy ofiarne baranki zrozumieją wilka, który z jakiegoś powodu przypominał im szalonego, czarnego odrzutka stada. A zanim dojdą do tej myśli, zostaną pożarte.
Owieczka czarna szukała tylko miłości, akceptacji i wyrozumiałości. To nie jej wina, że urodziła się pod ciemną gwiazdą, z rodziny owianej złą sławą. Ale czy jej winą jest mordowanie niewinnych baranków, które nie umiały myśleć za siebie? Które z niej szydziły, które zamiast podać pomocne kopytko odwracało wzrok i przyspieszało kroku, niczym dziecko szlachcica na widok bezdomnego. Czy zachowanie czarnej owieczki zostałoby usprawiedliwione, jeśli system nie dzieliłby baranki na czarne lub białe? Jeśli między tym, a tym, leżała dziwna, niezbadana szarość, która tkwiłaby w konflikcie głowy, a sercem? Gdyby to “pomiędzy” rozumiało czarną owieczkę, ale jednocześnie miałoby problem z jej usprawiedliwieniem w świecie winy i kary — i na odwrót, białego, ofiarnego baranka, który został tak zaprogramowany; który miał być “perfekcją”, ale w rzeczywistości był tylko zwykłą ofiarą kontroli wyższych sfer? Czy…!
— Szkoda, że z nimi nie poszliśmy — dodał głos, który wybił rudego osobnika z myśli. — Byliśmy zbyt mali, zbyt głupi, aby zrozumieć to, co się do nas mówi…! — westchnął. Usiadł przy Pierzastej Łapie i się o niego oparł. Rudy osobnik milczał, spoglądając w dal na wschodzące słońce. Usłyszał kolejne westchnięcie.
— Myślisz, że… że oni za nami tęsknią?
Pierzasta Łapa spojrzał na Aminkową Łapę.
— Nie.
Kremowy kocurek prychnął. Rudy przewrócił oczyma i je przymknął. Za każdym razem, gdy je zamykał, widział cały przebieg przesłuchania. Szkarłatny pysk Strzępotka. Wymiociny; ślady prowadzące do legowiska medyka. To spojrzenie Gadożerowej Łapy… nie… przerażenie pobratymców, głos Zawodzącego Echa, który zawodził i się powtarzał niczym echo. A jednak nie chciał ich otwierać. Czuł się winny. Czuł, że na to zasługiwał, ale… gdzieś w jego głowie wciąż panoszył się Paskudek. Kocurek, który pomoże mu zaraz czuć nicość. Musiał tylko poczekać. Paskudek przecież nie zapomina, a Pierzasta Łapa… też nie zapomni, ale nie z powodu zemsty; z powodu sumienia, dziwnego. Kiedy był na skale i wyzywał przywódców, czuł niby przypływ adrenaliny, pozytywny strach, który go napędzał do działań. Powinien czuć się szczęśliwy. Czuć się szczęściarzem, wybrańcem losu.
— … O czym tak myślisz?
Otworzył szmaragdowe oczy.
— Ja… — zaczął, choć nie wiedział nawet od czego. Wziął głęboki wdech i wydech. Kilkoma ruchami języka poprawił swoją lśniącą, gładką, gęstą, bujną, olśniewającą, śliską, miękką, szlachecką, lwią grzywę. Przymiotników padłoby więcej, gdyby Pierzasta Łapa zajrzał do kociej encyklopedii miauczenia. — Cóż… — zmarszczył brwi, wbijając wzrok prosto w połówkę słońca wychylającego się do góry. Burza obyła się bez obfitego deszczu, najwyraźniej psikusik ze strony Klanu Gwiazdy lub innych sił nadprzyrodzonych. Mówiąc szczerze, wiara Pierzastej Łapy ograniczyła się do wysokiego poziomu pewności siebie i w swoje działania. Czasem aby przeżyć, trzeba stać się egoistą, mówił w myślach za każdym razem, gdy paplał tylko o swojej osobie Lodówkowej Łapie czy innym uczniom. — Myślałem nad tym wszystkim. Myślałem… wiesz nad czym.
Aminkowa Łapa przytaknął akurat wtedy, gdy Pierzasta Łapa na niego spojrzał. Drugi odetchnął z ulgą. Aminek wpadł na pomysł i postanowił się podzielić z braciszkiem:
— Wniosek taki, że…
— … trzeba ich wyeliminować — dokończył za niego Pierze. Spojrzeli oboje na siebie i nastała cisza. Wiedzieli, co drugi chciał, a co pierwszy. Znali się. Czuli to samo. To tak, jakby byli ze sobą spleceni w jedno. Nie musieli sobie przekazywać informacji ustnie; oboje dobrze wiedzieli, co się dzieje w głowie drugiego i na odwrót. Szkoda, że więź z Bąbelkową Łapą nie jest tak silna jak jego z Aminkową Łapą.
Wyprostował się, ugniatając przednimi łapkami ziemię. Ziewnął przeciągle i się rozciągnął. Kiedy wszystko w jego ciele strzeliło, usiadł porządnie i spojrzał w burzowy nieboskłon.
— Potrzebujemy sojuszników — miauknął. — Bez nich gówno zdziałamy, Smrodzie.
Smrodek pociągnął dramatycznie nosem, niby się wzruszając. Na pysku Paskudka pojawił się łagodny uśmiech i o mało, co nie wybuchł śmiechem.
— Słuchałem Barszczowej Łodygi — zaczął Aminkowa Łapa. — Wujek powiedział, co takiego zrobiła ta ohydna Chomik. Ona… ona też została skrzywdzona przez Króliczego Bobka. Może zacznij od niej.
Pierzasta Łapa zmarszczył brwi.
— A czemu ja? Może sam byś ruszył dupę? — prychnął z nerwowym uśmieszkiem.
— To ty chcesz… — ziewnął — Pooooozbyyyć się Królika. Ja chciałem tylko pospać, a ty mnie obudziłeś, bo miałeś jakiś mokry sen z Śpiewającym Raniu…
Pierzasta Łapa bez żadnego ostrzeżenia zdzielił go w policzek. Po pysku Aminka zaczął spływać strumieniami szkarłat. Obie klatki piersiowe oddychały płytko. Pierzasta Łapa patrzył na niego zimno. Nie, nie patrzył na kremowego kocurka jak na braciszka ukochanego; teraz stał się obiektem. Pionkiem, który popełnił straszliwy błąd.
— Co ty, do kur…— próbował szepnąć drżącym głosem Aminek.
— Nie wypowiadaj imienia tej suki przy mojej osobie, Aminkowa Łapo — zaczął bez emocji, patrząc na niego z góry. Lustrował go szmaragdowymi, martwymi ślepiami. — Rozczarowujesz mnie. Popraw się — mówił twardo. Aminek, niegdyś tak samo zaciekły i groźny, przed Pierzastą Łapą kulił się jak zwykła mysz. — Idź do albinoski, nie powinna jeszcze się kłaść do spania. Powiedz, że to przez ciernie, o które się otarłeś w legowisku.
I Aminkowa Łapa czmychnął, zostawiając Pierzastą Łapę w samotności. Spojrzał na swoje szkarłatne pazury. Nie było nigdzie wody, więc postanowił je wyczyścić za pomocą trawy, a następnie kilkoma ruchami zakopać ślady przemocy za pomocą czarnej ziemi.
Bał się jak nigdy dotąd. Łapy przy każdym ruchu drżały, jakby były z galarety. Nie mógł złapać oddechu. Miał wrażenie, że zaraz zemdleje; obraz przed nim się co chwila rozmazywał i wyostrzał, doprowadzając kocurka do mdłości. Szedł w stronę legowiska uczniów tak, jakby ledwo co żył; był blady, miał tak szeroko otwarte oczy jakby zobaczył coś okropnego, a na dodatek po śmierci Strzępotka nieco schudł.
Drogę zagrodziła mu była więźniarka. Pierzasta Łapa westchnął i usiadł, dając łapom odpocząć. Spojrzał na Nieustraszonego Chomika i rzekł:
— Musimy pomówić. W cztery oczy. Za obozem — szepnął. — Warta nie wartuje, przejdziemy bez problemów i z niego wrócimy. Wyjaśnimy, że zabrałaś mnie na dodatkowy trening — szeptał jej do ucha. Wyglądał na nieźle wystraszonego, zdenerwowanego i zestresowanego.

<Chomik, proszę… nie zwlekajmy!>

Od Chomiczej Łapy (Nieustraszonego Chomika) do Paskudka (Pierzastej Łapy)

Nie ukrywała, że sama nabijała się z tego, że kociaki Kminkowego Szumu dostały srogą karę. Nawet ona za próbę morderstwa dostała lżejszą karę niż te bachory i Rudzikowe Skrzydełko, Chomik nie miała karnego obrzydliwego imienia jak te koty. Chyba naprawdę go wkurzyli na tym zgromadzeniu, przynajmniej dobrze, że to nie ona wkurzyła przywódcę. Podczas sprzątania obozu, poczuła piekielny smród żółci. Pochyliła się, a obok jej łapy akurat pojawił się jeden ze smrodów Kminka i to dosłownie, bo nie można by było wytrzymać.
– Ej ty! Jesteś Paskudek i Smrodek? Wszystko mi jedno, mógłbyś zwiększyć swój dystans? Jesteś tak wyczuwalny, że liście, które sprzątam, więdną od razu. Klanie Gwiazdy, za co karzesz tym smrodem? Jak on sam nie odsunie się od niej o parę kroków, to ona sama go wywali z obozu.
— Coooo!? A ty się lepiej nie odzywaj, stara prukwo! — krzyknął rozjuszony kociak. — Rybkowa Łapa mnie umyła! To pewnie smród Aminka! — wytłumaczył zdenerwowany. — Nie wiesz nawet, co mówisz! — Dodał, a na jego pysk wkroczył nikczemny, chytry uśmieszek. 
Dmuchnął w swoją grzywkę.
— Może dlatego jesteś tym więźniem… — Pysk Chomik zrobił się czerwony, jak ten bachor śmiał? Już mu pokaże!
– Ja dam ci za chwilę tak starą prukwę ptasi móżdżku, że będziesz Furgał po całym obozie! – Syknęła w stronę kocura, a jej ogon się ruszał dość dynamicznie.
– Oczywiście nie ja ci go dam… – Powiedziała ze złowieszczym uśmiechem. Niech się tylko Brzoza dowie, a życie nie będzie już mu miłe, wiedziała, że Brzoza miała twardą łapę do swoich pociech, więc to ona załatwi mu lanie.
– W końcu rodzice sami wiedzą, jak doprowadzić swoje pociechy do pionu, nie sądzisz? – Dzieciak nie będzie nią terroryzował, mały szczyl ujrzy swobodę jak świnia niebo, już ona o to zadba.
— Ej, Ej! — pisnął przerażony kociak. Najwyraźniej trafiła w sedno.
— Ty… ty lepiej pilnuj swoich dzieci! — burknął rudy.
— Bo… bo jednego już tu nie ma…! — dodał ciszej. Nie uśmiechał się. Cofnął się o kilkanaście kroków, obawiając się, że kotce może odbić. Popatrzyła na niego prosto, nie miał prawa używać Ciszy tylko po to, by ją osłabić.
– Nie muszę nikogo pilnować, umarł, bo tunele go zakopały. Ale życie wojowników to nie tylko droga usłana tęczą i ładnymi porankami, dlatego uczniowie są uczeni, by przetrwać najtrudniejsze warunki. Skoro więc nie umiał przetrwać tunelu, to oblał tę próbę. – Popatrzyła na niego ostrym wzrokiem. Cisza i tak był nikim dla niej porażką, spodziewała się, że nie przetrwa. Był niemy, a to była słabość, której nie można było usunąć z życia.
– Nic nie wiesz o mnie, zapchlony inspekcie, widać, do czego prowadzi bezstresowe wychowanie - właśnie dla takich wybryków natury. Które jedynie co robią, to kłapią dziobami, jakby myślały, że mają jakiekolwiek prawa.

***

Tragedia działa się za tragedią, ale to chyba był już dla niej dzień jak co dzień. Ponoć Gadożerowa Łapa otruł Strzępotkowy Kokon, za to białas twierdził, że to był Pierzasta Łapa. Szczerze nikomu nie wierzyła, akurat widziała jej ulubionego rudzielca, na którego widok już rzyga ekscytacją, oczywiście mowa tu o słynnym Pierzu. Postanowiła ona zaczepić kocura.
– Witaj Pierze, ponoć z tego, co słyszałam, wrabiają cię! – Pierzu chyba nie było do śmiechu, no cóż, nie jej problem.
– Czego chcesz starucho! – Parsknął jej w pysk, chciała już mu coś powiedzieć, ale przypomniała sobie, że musi bardziej uważać, bo dopiero co odzyskała rangę.
– Pogadać, bo raczej nie możesz mi tego zabronić, zwłaszcza z tego, co wiem, to musisz czuć się osamotniony bez rodziców. – Słyszała o mniemanej ucieczce Kminkowego Szumu z jego samotniczką. Ich ucieczka była korzystna dla niej tylko dlatego, że wzięli tego przeklętego Zawilca, ciekawe czy Pierze też za nim tęsknił?

<Pierzasta Łapo?>

18 kwietnia 2026

Od Mirtowego Lśnienia (Lśniącej Gwiazdy)

Jego bursztynowe oczy, połyskujące niepokojącym blaskiem odbitego światła gwiazd, wędrowały niespokojnie po terytoriach Klanu Klifu — po ciągnących się bez końca polach, które noc przemieniała w falujące morze cieni, oraz po splamionych mrokiem koronach drzew. Powietrze było chłodne, przesycone zapachem wilgoci i starej ziemi, a każdy podmuch wiatru zdawał się nieść ze sobą echo dawnych wydarzeń, których ciężar nie opuścił jeszcze tego miejsca.
Czuł się dziwnie błogo — i to właśnie to uczucie było najbardziej niepokojące. Gdy jego spojrzenie, niemal mimowolnie, powędrowało ku miejscu, w którym doszło do śmierci Jaskółki. Cały ten wyścig szczurów, całe to zmęczenie, stres i niedowierzanie, które przez tak długi czas towarzyszyły mu niczym cień, w końcu rozwiały się jak mgła pod wpływem porannego słońca. Wygrał. Dopiął swego. Był liderem. Spełnił swoją misję, dopełnił przeznaczenia. A jednak nie mógł powstrzymać poczucia, że przed nim rysuje się nowe zadanie, nawet, jeśli nie mógł do końca określić, na czym będzie ono dokładnie polegać.
— Jak myślisz, kto da ci życia? — Ciszę rozdarł nagle melodyjny, a zarazem niepokojąco delikatny głos Jagnięcego Ukłonu.
Mirtowe Lśnienie drgnął niemal niezauważalnie, jakby wyrwany z transu, po czym uniósł głowę ku niebu, gdzie tysiące gwiazd lśniły chłodnym, odległym blaskiem.
— Wiesz… — zaczął powoli, a jego głos, choć spokojny, zdradzał cień napięcia, które pulsowało gdzieś pod powierzchnią — jeśli mam być szczery, to mam pewne domysły, lecz Klan Gwiazdy z pewnością ujawni przede mną właściwe koty. — Na jego pysku pojawił się lekki uśmiech. — Mam nadzieję, że będę równie wspaniałym przywódcą, co Liściasta oraz Judaszowcowa Gwiazda.
“Będę. Na pewno będę. Będę lepszy, przerosnę każdego z nich, nie tylko tych, którzy odeszli, ale też tych, którzy wciąż tu stoją” — przez jego głowę przeszła złowieszcza, aczkolwiek dziwnie wyrazista myśl.
Jasnoruda kotka odwzajemniła jego uśmiech.
— Z pewnością będziesz, Mirtowe Lśnienie — odparła miękko.
Zatrzymali się jednocześnie, jakby niewidzialna siła nakazała im stanąć, gdy przed nimi wyłoniło się wejście do tunelu — czarna szczelina w ziemi, ziejąca chłodem i ciszą tak głęboką, że aż nienaturalną. Z jej wnętrza wydobywał się ciężki zapach wilgoci oraz starej, przesiąkniętej czasem ziemi, który wbijał się w nozdrza i osiadał gdzieś głęboko w płucach, wywołując nieprzyjemne, duszące uczucie.
Mirtowe Lśnienie bez chwili zawahania wkroczył do tunelu.
Jagnięcy Ukłon wyprzedziła go niemal natychmiast, poruszając się pewnie w półmroku, który z każdą chwilą zdawał się gęstnieć.
— Postaraj się iść blisko mnie, dobrze?
Mirtowe Lśnienie skinął krótko głową, a gest ten, choć prosty, był precyzyjny i opanowany, jak wszystko, co robił.
— Oczywiście — odpowiedział łagodnie, pozwalając, by jego ton był ciepły, niemal uspokajający, jakby to on był tym, który prowadzi przez mrok, a nie jedynie podąża cudzym śladem.
Tunel zdawał się wydłużać, jakby igrał z ich percepcją, a powietrze stawało się coraz cięższe, przesycone zapachem wilgoci, starej ziemi i czegoś jeszcze — czegoś trudnego do uchwycenia, co przypominało odległe echo dawnych obecności, które nigdy nie opuściły tego miejsca.
W końcu jednak przestrzeń przed nimi otworzyła się, ustępując miejsca komorze, w której znajdowała się sadzawka.
Mirtowe Lśnienie podszedł powoli, wyprostowany. Z jego oczu bił chłód, zmieszany z wyraźnym zaintrygowaniem, które nie wynikało z czci, lecz z potrzeby zrozumienia mechanizmu tego miejsca, tej ceremonii, tej siły.
Pochylił się i napił świętej wody, której lodowaty smak przeszył go na wskroś, jakby nie była ona zwykłą wodą, lecz czymś, co przenika ciało i umysł jednocześnie, otwierając drzwi, które powinny pozostać zamknięte.
Następnie ułożył się na ziemi, spokojnie, bez zbędnego ruchu, jak ktoś, kto oddaje się snu nie z konieczności, lecz z pełną świadomością jego konsekwencji.
I zasnął.
Ciemność, która go otoczyła, nie była pustką, lecz gęstą, niemal lepką obecnością, w której czas zdawał się tracić znaczenie, aż w końcu zaczęła się rozrzedzać, ustępując miejsca bladym kształtom, które powoli nabierały formy.
Pierwszy duch wyłonił się bezszelestnie: Półślepy Świstak.
Rozpoznał ją natychmiast, choć jej sylwetka była jednocześnie znajoma i odległa, jak wspomnienie, które zostało zbyt wiele razy przywołane, by pozostać nienaruszone.
— Z tym życiem daję ci dobroć — przemówiła, a jej głos nie tyle zabrzmiał, co przeniknął jego świadomość, osiadając w niej niczym echo. — Pamiętaj, by okazywać wsparcie tym, którzy cię potrzebują, opiekować się tymi, którzy dawniej się tobą opiekowali oraz dbać o tych, którym na tobie zależy.
Słuchał uważnie, jego spojrzenie było skupione, niemal miękkie, a postawa pełna szacunku — dokładnie taka, jakiej oczekiwałaby od niego.
Gdy dotknęła jego czoła, impuls przeszył jego ciało, gwałtowny i palący, lecz on przyjął go bez sprzeciwu, bez drgnięcia, jakby ból był jedynie kolejnym elementem, który należało zaakceptować.
Kolejne duchy pojawiały się jeden po drugim, a każde z nich przynosiło nowe życie, nowe słowa, nowe zasady, które wypowiadane były z powagą i wiarą, podczas gdy on słuchał, przyjmując je wszystkie z tą samą spokojną uwagą, nie odrzucając żadnego, lecz jednocześnie nie pozwalając, by któreś z nich naprawdę do niego dotarło.
Odwaga. Lojalność. Wytrwałość. Każde z nich miało swoje miejsce. Każde mogło zostać użyte.
W końcu pojawił się ostatni duch.
Judaszowcowa Gwiazda.
Jego obecność była silniejsza, bardziej stabilna, jakby sama przestrzeń podporządkowywała się jego woli.
— Witam cię twoim nowym imieniem, Lśniąca Gwiazdo — przemówił, a jego głos wypełnił przestrzeń, nie pozostawiając miejsca na wątpliwości. — Twoje dawne życie jest już nieistotne.
Mirtowe Lśnienie — nie, Lśniąca Gwiazda — uniósł lekko głowę, a jego oczy, choć spokojne, były uważne, chłodne, analizujące.
Nieistotne.
Słowo to nie zraniło go.
Wręcz przeciwnie — uporządkowało wszystko. Jego przeszłość, to, w jaki sposób pozyskał władzę, to wszystko co poświęcił i zrobił, więzy, jakie zerwał, życie, jakie odebrał — to nie miało już znaczenia. Przeszłość nie miała już znaczenia. Liczyło się tylko to, co nadejdzie.
— Otrzymałeś dziewięć żyć lidera, a Klan Gwiazdy oddaje ci w opiekę Klan Klifu. Broń go dobrze; opiekuj się starszymi i kociętami; szanuj swych przodków i tradycję kodeksu wojownika; żyj każdym życiem z dumą i godnością!
Skinął głową, powoli, z należytą powagą, a jego odpowiedź była spokojna, wyważona i — na pierwszy rzut oka — całkowicie szczera.
— Uczynię wszystko, co w mojej mocy.
I była to prawda.
Ponieważ jego „wszystko” nie miało granic wyznaczonych przez moralność, której inni kurczowo się trzymali…
Gdy wizja zaczęła się rozpadać, a światło gasło, poczuł, jak coś przyciąga go z powrotem, ku ciężarowi ciała i chłodowi kamienia, aż w końcu otworzył oczy.
Strząsnął z siebie resztki snu jednym, niemal niedostrzegalnym ruchem, po czym skierował ku niej spojrzenie — ciepłe, spokojne, niosące w sobie wdzięczność, której nauczył się używać z taką łatwością.
— Wracajmy — odezwał się łagodnie, a jego głos był stabilny, pozbawiony śladu zmęczenia czy wahania. — Pora wyznaczyć mojego zastępcę.

W obozowisku…

Zapachy kotów mieszały się ze sobą, a powietrze drgało od szeptów, napięcia i oczekiwania, które narastało z każdą chwilą. Wieść o jego powrocie rozeszła się szybko, jak ogień po suchym poszyciu, przyciągając spojrzenia wszystkich — młodych, starych, wojowników i uczniów — które teraz spoczywały na nim z mieszaniną nadziei, ciekawości i bezgranicznego zaufania.
Zaufania, które było tak łatwe do ukształtowania.
Spojrzał na zgromadzonych. Na ich twarze, ich oczy. Każdy z nich był inny. Lecz nie każdy z nich był użyteczny.
— Klanie Klifu — zaczął, a jego głos, choć nie podniesiony, niósł się wyraźnie, docierając do każdego zakątka obozu, oplatając słuchaczy spokojem i pewnością, której tak bardzo potrzebowali. — Nasza przyszłość nie jest czymś, co po prostu nadejdzie. To coś, co musimy zbudować… wspólnie.
Zrobił krótką pauzę, pozwalając, by jego słowa osiadły w ich umysłach.
— Klan Klifu powinien rozrastać się, piąć się ku górze, aż w końcu dosięgnie gwiazd — kontynuował, a w jego tonie pojawiła się nuta wizji, która łatwo mogła porwać tych, którzy jej pragnęli. — Jednak by tak się stało, potrzebuję kogoś, kto mnie wesprze… kogoś, kto nie tylko rozumie tę drogę, ale jest gotów nią podążać bez wahania.
Jego spojrzenie przesunęło się powoli po zgromadzonych, zatrzymując się na wybranej sylwetce, choć dla większości wyglądało to jak naturalny, niemal przypadkowy gest.
W rzeczywistości nie było w nim nic przypadkowego.
— I tym kimś będzie Truskawkowe Pole.
W obozie zapadła cisza, krótką szybko przecięły jednak reakcje — krzyk, radość, cokolwiek to było, właściwie nie miało dla niego większego znaczenia. Truskawka była idealną zastępczynią, nawet lepszą, niż Pchełka — bo nie tylko była w niego wpatrzona jak w obrazek, ale też zdawała się dużo twardsza, w odróżnieniu od szylkretowej ciamajdy.

Od Oszronionego Kła Do Aldrowandowej Łapy

Niedawno po zakończeniu mewiego terroru, przed morderstwem Jaskółki

Jej dziadek zginął. O dziwo, nie jak tchórz, skulony i słaby w ciemnym, chłodnym legowisku, ale jako bohater, który poprowadził swój klan przeciwko ptaszyskom, które nawiedzały ich od wielu, wielu księżyców. Ten konflikt ciągnął się znacznie dłużej niż życie Szronki, co tylko wzmacniało pewien rodzaj… szacunku do Judaszowca, którego nigdy wcześniej aż tak głęboko nie czuła. Nie można się było dziwić, że wcześniej nie miała co do niego zbyt wielkiej sympatii; kiedy urodziła się, był już stary, nieco niedołężny, a na pewno nie emanowała od niego taka aura władzy, jaką można sobie wyobrażać po wielkim, szanowanym, a co niby najważniejsze, zesłanym przez sam Klan Gwiazdy liderze. Dlatego też od maleńkości o wiele bardziej wpatrzona była w postać babki, która zasiadała u boku (a raczej pod mównicą) posiwałego Judaszowca. Była elegancka, stoicka, a jednocześnie sprawcza i faktycznie zajmowała się klanem; nie tylko wypełzała z legowiska, kiedy trzeba było odprawić jakiegoś kota ze żłobka do grupy uczniów lub ogłosić, że ktoś ukończył trening i od teraz będzie pełnoprawnym wojownikiem. To ona żyła wśród Klifiaków, to ona wybierała koty, które miały patrolować granice, zapewne ona podsuwała Judaszowcowi koty, które powinny zostać mentorami. Przed bitwą z ptakami nie miała najmniejszego powodu, aby faktycznie szanować pomarańczowookiego; zwłaszcza że nie czuła szczególnie silnych zobowiązań, które nosiłyby ze sobą więzy krwi (lol ciekawe dlaczego). No, ale teraz w końcu mogła uśmiechnąć się nieco w myślach, kiedy myślała, że ten martwy już kocur jest jej dziadkiem. Czuła nawet niewielkie pokłady dumy z tego. Zwłaszcza że jej wzór do naśladowania akurat przebywał w lecznicy i za wszelką cenę próbował się z niej wyrwać, kiedy tylko medyczka lub jej uczennica nie patrzyły. Albo i nawet na to nie czekała; do żadnej z kotek nie miała ani jednej kropelki szacunku. A to sprawiło, że podobnie czuła jej wnuczka. 
Może nie pałała do nich tak… prymitywną i widoczną formą niechęci i wrogości, co kremowa, ale sposób, w jaki zdawała się odzywać do Jagnięcego Kroku, był przepełniony poczuciem wyższości i ignorancji. Dla Szron jedyne, w czym starsza była dobra, to wyciąganie kleszczy i przeżuwanie ziół. A o Aldrowandowej Łapie nie mogła powiedzieć nawet tego. Początkowo starała się udawać, że szylkretka nie istnieje, że nie jest dla niej bardziej ważna niż kawałek mchu, który nieca ci zawadza w legowisku medyka, kiedy zostałeś zmuszony do zażycia gorzkiego kwiatu. Nie przesuwała się, kiedy ich drogi się spotykały przy wejściu do obozu. Nie przepraszała, kiedy wchodziła jej w zdanie, czy musiała porozmawiać z kimś, z kim akurat przebywała ta przybłęda. Nie zmuszała się do miłego tonu, do sympatycznych uśmiechów i uprzejmych zwrotów, kiedy musiała już wymienić z nią kilka słów. No i w końcu została ukarana za to… nieprzyjemne zachowanie. 
Słyszała, że uczennica medyczki, ta niewdzięczna przybłęda, wygaduje głupoty za jej plecami. Najpierw były same pogłoski. Ktoś, nie pamięta już kto, powiedział jej, że słyszał, jak owa kotka rozmawia z jakimś innym terminatorem właśnie o niej, a potem to samo miało dziać się w jaskini obozowej. I o ile Oszroniony Kieł zazwyczaj puszczała takie rzeczy koło ogona; niekoniecznie interesowało ją, co inni myślą o niej, zwłaszcza że była niezwykle dumna ze wszystkiego, do czego udało jej się dojść w tak młodym wieku, ale nie kiedy owe słowa wypełzały z pyska tak… niskiej w jej oczach istoty. 
Postanowiła się z tym rozprawić; od razu, bez skrupułów czy owijania w czyściec. Wykorzysta fakt, że jej język był niemal tak samo ostry jak jej obnażone kły. W lecznicy nie było nikogo, kto ją zainteresował, więc postanowiła poszukać terminatorki gdzieś w innych zakątkach obozu. Nie było to trudne, gdyż od razu ujrzała jej zdradziecki, parzywy pyszczek, który otwierał się i zamykał, wypuszczając te śliskie słowa, które płynęły w stronę Tygrysiej Łapy. Podeszła do nich, ogon miała wysoko uniesiony, pierś wypiętą, a oczy tak lodowate, że kocurek niemal nie nastroszył się, kiedy ją ujrzał.
— Tygryszia Łapo, idź zajmij szie czymsz innym — poleciła, a ucho szylkreta nieco zadrgało. 
— Kto dał ci prawo do rozkazywania mojemu bratu? Nie słyszała, aby Pikująca Jaskółka zamieniła Mysi Postrach na ciebie w roli zastępcy — obroniła go siostra. Pointka podniosła brew. Czyżby faktycznie jej odpyskowała. 
— Jeśli chcecie porozmawiać, to ja mogę sobie pójść, nie mam z tym problemu — powiedział Tygrysek, nie biorąc do siebie ani krzty urazy. 
— Tak, idź — powtórzyła Szron. Aldrowanda już chciała coś powiedzieć, ale jej brat od razu gdzieś zniknął. Najpewniej w okolice stosu ze zwierzyną. Przez moment kotki wpatrywały się w siebie. Chociaż miały niemal tyle samo księżyców; mieszkały wspólnie w żłobku przez jakiś czas, tak niebieskooka starała się z całych sił postawić siebie na piedestale, na znacznie wyższej pozycji. Wyprostowała się jeszcze bardziej.
— Czego chcesz? — Głos przyszłej medyczki przerwał ciszę.
— Jeszli masz mi cosz do powiedzenia, to może powiesz mi to proszto w pyszk, co? Nie uważasz, że to lepsza opcja niż strzępić język na lewo i prawo i rozpowiadanie niesztworzonych historyjek? Zuchwałe zachowanie jak na kogosz, kogo przynieszono do obozu z jakiejsz gnijącej dziury. 

<Aldro?>


Od Chudej Łapy CD. Bielinki

Jeszcze za jesieni

Liście przyklapły na ziemi, zamieniając się z kolorowego dywanu w jedną wielką mokrą papkę. Padał deszcz, robił z tego błoto i tak o to właśnie, koty łaziły brudne. Chudy nie narzekał, bo z błotka robił sobie skorupę ochronną. Jak prawdziwy okład nawilżający! Na te kilka wschodów słońca jego skóra nieco się poprawiła, ale kiedy błoto zaschło, a zrobiła się skorupa, niestety wróciła do stanu poprzedniego. Chudy nacieszył się, ile mógł, później, niestety, wracając do szarej rzeczywistości.
Gdy tak stał w obozie i ubolewał nad swoim losem, garbiąc się przy tym niesamowicie, obecnością zaszczyciła go jakaś gówniara.
Bielinka podeszła i bez zastanowienia palnęła:
— Masz szczęście, że nie jestem przywódczynią, bo Twoim wojowniczym imieniem byłoby Wystające Żebro, ty wronia karmo! Hahahhaha!
Po czym to małe gówno ugryzło go w nogę! Chuda Łapa pisnął, jeżąc się od koniuszka ogona aż po same uszy. Dziecior uciekł aż się kurzyło.
— Ty małpo! Wracaj tutaj, walcz jak mężczyzna! Wylecisz z tego obozu na kopach, niech no, tylko Cię dopadnę! — wrzasnął za nią, ale nie wiedział, czy usłyszała.
Nawet jeśli, pewnie by go zignorowała. Mały kleszcz… będzie musiał coś wymyślić na tego zgredka kiedy odwiedzi żłobek.

Następnego dnia

Nie mógł spać w nocy. Skóra go piekła, chyba na deszcz, dodatkowo czuł się przemęczony od kilku dni sprzątając legowiska wojowników i uczniów. Śmierdziele! Czemu nikt koło swojego tyłka porządku nie miał? Tylko on musiał teraz o to dbać, za karę?
Siedział naburmuszony obok medykowej jamy, przekładając nerwowo zioła. Układał je, by ukoić nerwy. Przy okazji dzielił na ładne sterty, żeby później było łatwiej je odnaleźć. Nagle, niestety, przylazła ta mała wredna z wczoraj. Chudy nawet nie drgnął, kiedy kotka zaczęła z niego szydzić.
— Jesteś medykiem! Wybrałeś tę ścieżkę, bo pewnie boisz się wysunąć pazury i nie umiesz walczyć, co nie? — wyśmiewała go Bielinka.
Chudy odchrząknął i splunął obok siebie. Uderzył rozdrażniony ogonem o trawnik. Nagle na jego pysk wypełzł bardzo brzydki uśmiech.
— Ta, jestem medykiem! Jak będziesz dalej taka wredna, ty mały wypłoszu, to postaram się dla Ciebie o sraczkę życia! Nie wyjdziesz z krzaków przez dwa dni! Będziesz tonąć we własnych fekaliach, o ile wiesz co to jest, kleszczu! — odparł, zniżając łeb do jej poziomu. Przeszył małego kociaka wzrokiem, nagle wstając i podchodząc.
Jego kościste ciało było wyższe od kluskowego kociaka, to też zawisł nad nią i użył swojej przerażającej aparycji. Wyszczerzył kły.
— Tak Cię ziołami urządzę, że Cię matka nie pozna! — dodał. — Złapie Cię za tę Twoją małą rozkoszną mordkę i ścisnę i wepchnę do gardła najobrzydliwsze zioła, jakie znam! Zrobię na Tobie eksperymenty i będę patrzeć, jak cierpisz! Ty wypierdku!

<Bielinka?>

[Liczba słów: 428, medyczny trening Chudej Łapy]

Od Mirtowego Lśnienia

TW: Krew, śmierć, brutalność

Bezpośrednio po wydarzeniach z ostatniego opowiadania…

Obserwował, jak słońce, niczym nieśmiały świadek nadchodzącego dnia, powoli wynurza się zza poszarpanej linii horyzontu, rozlewając po ziemi blade, niemal chorobliwie zimne światło, które z każdą chwilą stawało się coraz bardziej natarczywe, jakby usiłowało przepędzić wszelkie ślady nocy. Jego futro, jeszcze przed chwilą zesztywniałe od nocnego chłodu, zaczynało powoli odzyskiwać ciepło, lecz nie przynosiło mu to ulgi — przeciwnie, w jego wnętrzu wciąż panowało dziwne, niepokojące drżenie, jakby coś niewidzialnego przesuwało się tuż pod powierzchnią jego świadomości.
W jego oczach odbijało się zmęczenie tak głębokie, że zdawało się niemal materialne — ciężkie, przytłaczające, oblepiające myśli niczym gęsta mgła unosząca się nad bagnem. Nocny wysiłek oraz brak snu nie były jednak jedynym źródłem tego wyczerpania; gdzieś pod nimi czaiło się coś jeszcze, coś trudniejszego do nazwania, a jednocześnie bardziej… niepokojącego.
Ziewnięcie wyrwało się z jego pyska mimowolnie, przeciągłe i szorstkie, jakby nawet ono nie należało w pełni do niego.
Jego wzrok, choć ciężki i przytłumiony, pozostawał utkwiony w Gąsienicowym Ogryzku, który spał niewzruszenie, jakby odcięty od świata — od narastającego gwaru, od rozmów połączonych z coraz to głośniejszymi krokami, od szumu wiatru, a przede wszystkim od tego światła, które z każdą chwilą błyszczało coraz jaśniej.
Rudy wojownik przeciągnął się powoli, czując, jak jego mięśnie protestują przy każdym ruchu, a następnie westchnął cicho — dźwięk ten niemal natychmiast zginął w porannym zgiełku, jakby sam obóz nie chciał go usłyszeć. Oddalił się od miejsca, przy którym czuwał przez resztę nocy.
Przez krótką chwilę zatrzymał się oraz stanął w bezruchu, pozwalając, by jego spojrzenie błądziło po obozie — po znajomych sylwetkach, które teraz wydawały się dziwnie obce, po cieniach, które mimo rosnącego światła wciąż zdawały się zbyt długie, zbyt ostre, zbyt żywe. Dopiero po chwili ruszył ku stercie zwierzyny.
Jego szczęki zacisnęły się na pulchnej nornicy, a ciepły zapach mięsa uderzył w jego nozdrza, lecz nawet on nie był w stanie zagłuszyć tego dziwnego uczucia, które powoli rozlewało się w jego wnętrzu, jak cień rozrastający się wbrew logice światła. Usiadł na skraju obozowiska, gdzie ziemia była chłodniejsza, a powietrze zdawało się cięższe, jakby coś niewidzialnego zalegało tuż nad powierzchnią.
Odgryzł niewielki kęs, lecz smak wydał mu się przytłumiony, niemal obcy, jakby jego zmysły odmawiały współpracy, skupione na czymś znacznie bardziej istotnym — na czymś, co wciąż pozostawało poza jego zasięgiem.
— Hej, Mirtowe Lśnienie — odezwał się znajomy głos, przecinając ciszę niczym nagły podmuch zimnego wiatru. — Co u ciebie? Wyglądasz na zmęczonego.
Rudy zamrugał kilkakrotnie, jakby wybudzony z półsnu, po czym powoli uniósł wzrok na swojego rozmówcę. Gąsienicowy Ogryzek. Sylwetka wojownika wydawała się nakreślona jasnym światłem, uderzającym w niego od strony horyzontu.
— Ach, to pewnie dlatego, że zostałem wyznaczony na nocną wartę — odpowiedział, starając się, by jego głos zabrzmiał lekko, niemal obojętnie, choć gdzieś pod tą warstwą czaiło się napięcie, którego nie potrafił w pełni ukryć. — Nie spałem praktycznie całą noc.
— Och… — Niebieski zawahał się, a to krótkie zawieszenie głosu było bardziej wymowne niż jakiekolwiek słowa. — Wiesz, bo chciałem o czymś z tobą porozmawiać. Wydaje mi się, że jest to dość ważne.
Mirtowe Lśnienie zastrygł lekko uszami.
— Jak to zobaczyłem — kontynuował tamten, a jego głos stał się cichszy, bardziej napięty — to niemal natychmiast pomyślałem o tym wszystkim, co wcześniej mi powiedziałeś. Wiesz… to o Jaskółce i władzy… Może lepiej nie rozmawiajmy tutaj. Masz coś przeciwko temu, byśmy wyszli na zewnątrz?
— Jeśli chcesz o tym porozmawiać na zewnątrz, to niech tak się stanie — miauknął krótko, po czym ruszył ku wyjściu z obozowiska, idąc niedaleko za Ogryzkiem.
Kąciki ust rudego wojownika uniosły się ledwie dostrzegalnie, jakby sam gest uśmiechu był czymś, na co nie mógł sobie w pełni pozwolić — cieniem emocji, który przemknął po jego pysku i zgasł szybciej, niż nocny podmuch wiatru potrafi poruszyć trawą.
— Brzmi ciekawie. Więc, co tak siedzi ci w głowie? — miauknął, gdy znaleźli się już na zewnątrz, a jego głos, choć pozornie obojętny, zdawał się przecinać ciszę z niepokojącą precyzją.
Ogryzek poruszył się niespokojnie, jego ogon zadrżał lekko, nim owinął się wokół łap. Rozejrzał się wokół, powoli, uważnie, jakby ktoś miałby zaraz podsłuchać jego słowa.
— Zobaczyłem znak… — zaczął cicho, a jego głos był niższy niż zwykle, niemal przytłumiony ciężarem własnych myśli. — To było pióro. Pióro jaskółki, dokładniej mówiąc.
Na moment urwał, jakby samo przywołanie tego obrazu wystarczyło, by chłód przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa.
— Było splamione krwią… — dodał.
Mirtowe Lśnienie poczuł, jak coś ściska się w jego wnętrzu — nie tyle strach, co raczej poczucie… zwycięstwa. Wiedział, że musi się teraz skupić, że musi zignorować całe to zmęczenie, jakie zdawało się nim nieustannie szargać aż od momentu, w którym ujrzał światło wschodzącego słońca.
— Nie wiem, co mam o tym myśleć — kontynuował Ogryzek, jego głos drżał teraz ledwie zauważalnie, choć próbował to ukryć. — Ale Klan Gwiazdy z całą pewnością chciał mi coś tym przekazać. I na pewno ma to związek z Pikującą Jaskółką.
Rudy wojownik uniósł łeb delikatnie ku górze, jak gdyby szukał odpowiedzi na słowa Ogryzka. W rzeczywistości jednak już dawno wiedział, co mu powie, teraz zastanawiał się jedynie, jak mógłby ubrać to w ładne słowa.
— Jaskółcze pióro splamione krwią… — powtórzył wolno, jakby smakował każde słowo, badając jego ciężar i znaczenie. — Skłaniam się ku temu, że chodzi o coś, co dopiero ją spotka — podjął ciszej, lecz z większą pewnością. — Jej życie zostanie splamione krwią… i zakończy się w niej. Śmierć już sunie jej śladem. Tylko dlaczego to właśnie ty miałeś ujrzeć ten znak?
— Może… — zawahał się niebieski, spuszczając na moment wzrok — ma to związek z tym, o czym wcześniej mówiłem. No wiesz, że Jaskółka nie będzie dobrą przywódczynią. Mam wrażenie, że inne koty pozostają na to ślepe… jakby nie chciały dostrzec oczywistości. Być może właśnie dlatego znak został ukazany mnie?
— Być może — odparł powoli, a w jego głosie zabrzmiała nuta chłodnej rozwagi. — Jesteś na właściwym tropie. A gdybyśmy spróbowali spojrzeć głębiej… sięgnąć poza to, co oczywiste?
Nachylił się nieco, a jego spojrzenie nabrało ostrości.
— Może ten znak nie został ci dany jedynie po to, byś zrozumiał… lecz byś podjął działanie. Może to nie ostrzeżenie, a zapowiedź. Powiedz mi… — zawiesił głos na krótką, napiętą chwilę — czy nie jest możliwe, że to właśnie ty staniesz się tym, który splami jej życie krwią?
— Ja…? — zaczął Ogryzek, lecz jego głos załamał się, nim zdążył nabrać kształtu. Przełknął ślinę, unosząc lekko głowę, lecz jego spojrzenie nie było już pewne. — Nie mógłbym. To nie… to nie jest droga wojownika.
Mirtowe Lśnienie nie poruszył się.
— Oczywiście — odparł cicho, niemal natychmiast, jakby odpowiedź Ogryzka była czymś całkowicie naturalnym, spodziewanym. — Wiem, że tak myślisz. I właśnie dlatego — dodał po chwili, tonem miękkim, niemal ciepłym — Klan Gwiazdy mógł wybrać właśnie ciebie.
Ogryzek drgnął lekko.
— Bo nie jesteś kimś, kto działa pochopnie. Nie jesteś kimś, kto sięga po przemoc bez powodu — kontynuował Mirtowe Lśnienie, powoli zataczając wokół niego niewielki półkrąg, jego kroki były ciche, niemal niesłyszalne na wilgotnej ziemi. — Jesteś… ostrożny. Sprawiedliwy. Taki, który rozumie ciężar decyzji.
Zatrzymał się znów, tym razem nieco bliżej.
— Ale powiedz mi… — głos rudzielca przycichł, nabierając głębi, która zdawała się wnikać pod skórę — czy sprawiedliwość zawsze oznacza bierność?
Pytanie zawisło w powietrzu, jak cienka nić napięta pomiędzy nimi.
— Jeśli widzisz przyszłość, w której ktoś prowadzi klan ku zgubie… — mówił dalej, powoli, starannie dobierając słowa, jakby każde z nich było częścią większej konstrukcji — jeśli wiesz, że inni tego nie dostrzegają… czy naprawdę nic nie zrobić oznacza postąpić właściwie?
Ogryzek cofnął się o pół kroku.
Jego ogon poruszył się niespokojnie, a uszy przywarły lekko do głowy, zdradzając narastające rozdarcie. W jego oczach pojawiło się coś nowego — nie tylko strach, lecz także cień wątpliwości, który wcześniej tam nie istniał.
— Ja… nie wiem — przyznał w końcu, a jego głos był cichy, niemal przytłumiony ciężarem własnych myśli. — To nie jest takie proste.
— Nie — zgodził się Mirtowe Lśnienie natychmiast, kiwając głową z pełnym zrozumieniem. — To nigdy nie jest proste. Śmierć zawsze jest… ostatecznością — dodał ciszej, a w jego głosie zabrzmiała nuta czegoś, co mogło uchodzić za smutek. — I nikt, kto naprawdę rozumie jej ciężar, nie powinien jej wybierać lekko.
— Ale czasem — podjął po chwili, ponownie spoglądając na Ogryzka — największym okrucieństwem nie jest działanie… lecz jego brak.
Te słowa, wypowiedziane spokojnie, niemal łagodnie, zdawały się uderzyć mocniej niż jakikolwiek krzyk.
Ogryzek zamarł, po czym powoli podniósł wzrok.
W jego spojrzeniu wciąż tlił się opór — lecz teraz był on już inny, nadgryziony, osłabiony, przesiąknięty wątpliwością, która powoli, lecz nieubłaganie zaczynała zapuszczać korzenie.
— A jeśli się mylisz? — zapytał nagle, niemal desperacko. — Jeśli to wszystko… to tylko błędna interpretacja?
Mirtowe Lśnienie uśmiechnął się lekko. Był to uśmiech ciepły. Spokojny. Niemal pokrzepiający. I całkowicie pusty.
— Wiesz, nie wykluczam takiej opcji. Po prostu takie mam przypuszczenia — miauknął. — Ech… Takie tematy zawsze są stresujące, ale cieszę się, że chciałeś ze mną o tym porozmawiać. Wybrałeś właściwą ścieżkę.
— Próbuję robić to, co jest właściwe, ale… Może lepiej będzie, jeśli najpierw to sobie jakoś poukładam? Może spróbuję znaleźć jakieś inne znaczenie w tym znaku czy coś.
— Dobrze. Myślę, że najlepiej będzie, jeśli ty sam spróbujesz odszukać znaczenia tego znaku. Wracajmy.

Dzień później…

— Mirtowe Lśnienie. Słuchaj, ja myślałem nad tym i… Ja jestem w stanie to zrobić. Znaczy, nie zabiję jej. Po prostu dopilnuję, żeby nigdy nie wróciła na terytoria Klanu Klifu.
Mirtowe Lśnienie nie odpowiedział od razu.
Na moment jego złociste ślepia lustrowały dokładnie niebieskiego wojownika, jak gdyby miał zaraz spojrzeniem przeciąć go na wylot i dostrzec każdą myśl, jaka przez niego przechodzi. Czy on naprawdę był gotów cokolwiek zrobić? Może nieco zbyt nachalnie podsunął mu ten plan z morderstwem? Może dlatego się obawia? Ale wciąż, pewnie uważa, że są to jedynie przypuszczenia. Nie ma powodów, by cokolwiek zakładać. Dalej sądzi, że to, co zobaczył, jest omenem od Przodków.
— Tak. Myślę, że to dobra decyzja — odpowiedział w końcu, jego głos był spokojny, wyważony, pozbawiony jakiegokolwiek śladu nacisku. — W końcu Klan Gwiazdy nigdy nie chciałby patrzeć na czyjeś morderstwo.
Słowa te wypowiedział z taką naturalnością, że nawet on sam mógłby niemal uwierzyć w ich szczerość.
— Musiałem źle zinterpretować ten znak — dodał, lekko spuszczając wzrok, jakby przyznanie się do błędu było czymś, co kosztuje go więcej, niż chciałby okazać. — Krew nie zawsze musi oznaczać śmierć.
Przez krótką chwilę między nimi panowała cisza, lecz tym razem nie była ona napięta — była… uspokajająca. Jakby coś zostało rozwiązane. Jakby ciężar, który wcześniej wisiał nad Ogryzkiem, nieco zelżał.
I właśnie dlatego był teraz jeszcze bardziej podatny.
— Skoro już mamy to za sobą — kontynuował Mirtowe Lśnienie, unosząc lekko głowę i pozwalając, by jego ton nabrał lżejszej, bardziej codziennej barwy — to może najlepiej będzie nieco ochłonąć. Jutro jeszcze o tym porozmawiamy. Nie chcę, aby to cię przejadło.
Ogryzek skinął głową, tym razem wyraźniej, jakby wdzięczny za tę zmianę tonu, za możliwość odłożenia ciężaru decyzji choćby na kilka godzin.
— Dobrze… — odparł cicho. — Dobrze, to ma sens.
Jeszcze przez moment stał w miejscu, jakby chciał coś dodać, lecz ostatecznie odwrócił się i odszedł powoli, jego kroki były cięższe niż zwykle, jakby każdy z nich wymagał od niego świadomego wysiłku.
Mirtowe Lśnienie odprowadził go powoli wzrokiem.
“Niech będzie, Ogryzku. Właściwie, to podoba mi się ta opcja…”

Teraźniejszość…

— Klanie Klifu, planuję dziś wybrać się po moje życia. Jestem już w pełni sprawna oraz nie widzę sensu, by dłużej przeciągać tę ceremonię — ogłosiła Pikująca Jaskółka tonem tak krystalicznie czystym, iż brzmiał niemal jak echo czegoś świętego… lub przeciwnie — czegoś, co jedynie udaje świętość.
Mirtowe Lśnienie uniósł lekko głowę, a jego spojrzenie — łagodne, uważne, niemal troskliwe — spoczęło na kremowej kotce z cichą, nienaganną uprzejmością, jakiej każdy w klanie zdążył się po nim spodziewać. W jego postawie nie było ani śladu sprzeciwu, ani niepokoju; przeciwnie — zdawał się przyjmować jej słowa z pełnym zrozumieniem.
A jednak pod tą starannie utkanym spokojem, gdzieś głęboko, myśli układały się w chłodne, precyzyjne wzory.
Coś w jej głosie było nie tak.
Nie chodziło o same słowa — te były poprawne, logiczne, wręcz zbyt logiczne. Chodziło o ton. O ledwie uchwytną nutę, która nie pasowała do reszty, niczym fałszywy dźwięk w harmonii. Drwina. Być może subtelna, być może niezamierzona… a być może skierowana dokładnie tam, gdzie powinna.
Ku niemu.
Czy była to prowokacja? Albo pokazania dominacji? Ogłoszenia zwycięstwa?
Wziął głęboki oddech, jak gdyby potrzebował zdystansować się od własnych myśli. Cokolwiek próbowała mu przekazać, niezależnie od tego, czy była to kpina, ostrzeżenie czy gra pozorów, nie wpływało to na wynik, a skoro nie wpływało — nie zasługiwało na uwagę większą, niż ta absolutnie konieczna, no nie?
Przełknął ślinę, pozwalając, by gest ten wyglądał na mimowolny, po czym wypuścił z płuc krótkie, przytłumione westchnięcie, które w naturalny sposób mogło zostać uznane za oznakę zmęczenia lub ulotnego zamyślenia. Wszystko miał już uzgodnione z Ogryzkiem. Każdy drobiazg był już dopracowany. Chwila, na którą tak długo czekał zdawała się zbliżać w jego stronę coraz to większymi krokami.
Jego spojrzenie, pozornie błądzące i niezaangażowane, przesunęło się ku wyjściu z obozu. Chciał już działać, chciał już ruszać. Chciał już być kimś więcej, niż dotychczas.

A jednak pozostawał nieruchomy, ponieważ rozumiał, że pośpiech — choć kuszący i pozornie uzasadniony — potrafi zniszczyć nawet najlepiej skonstruowany plan, podczas gdy cierpliwość, odpowiednio dawkowana, staje się narzędziem o znacznie większej wartości.
Zgromadzenie przeciągało się, a czas zdawał się gęstnieć i rozciągać, jakby każda chwila była celowo wydłużana, by wystawić jego opanowanie na próbę. Kiedy wreszcie padły słowa kończące zgromadzenie, napięcie nie zniknęło — zmieniło jedynie formę. Obozowisko niemal natychmiast pogrążyło się w kontrolowanym chaosie, w którym koty zaczęły przemieszczać się w różnych kierunkach, wymieniać uwagi, przeciskać się między sobą i rozpraszać, tworząc ruch tak intensywny, iż skutecznie odciągał uwagę od pojedynczych jednostek.
I właśnie w tej chwili, w tej krótkiej luce pomiędzy porządkiem a całkowitym rozproszeniem, Mirtowe Lśnienie podniósł się płynnie, wchodząc w ten ruch z taką naturalnością, jakby zawsze był jego częścią. Nie było w nim ani pośpiechu, ani zawahania — jedynie precyzyjnie dobrany rytm kroków i kierunek, który nie zdradzał niczego poza pozorną przypadkowością.
Przez krótką chwilę obserwował blade, przytłumione słońce, które z trudem przebijało się przez warstwę ciężkich chmur, oraz falującą trawę, szumiącą cicho pod naporem wiatru, jak gdyby w tych prostych, niemal banalnych widokach można było odnaleźć coś na kształt ukojenia — iluzję spokoju, która nie wymagała ani wysiłku, ani zaangażowania. Pozwalał, by jego spojrzenie spoczywało na tym krajobrazie odrobinę dłużej, niż było to konieczne, jakby sam akt patrzenia stanowił wystarczające uzasadnienie dla chwilowej bezczynności, która w innych okolicznościach byłaby dla niego nie do przyjęcia.
Było w tym wszystkim coś osobliwie pocieszającego, coś, co nie wynikało z piękna otoczenia, lecz z myśli, która powoli i z zadziwiającą łatwością rozprzestrzeniała się w jego umyśle — myśli, że zawsze mógł się wycofać, że mógłby odwrócić się i odejść, pozostawiając wszystko w stanie niedokończonym, nie ponosząc przy tym żadnych rzeczywistych konsekwencji. Ta możliwość, choć nigdy niewypowiedziana na głos, była jak ukryte wyjście z labiryntu, które znał tylko on — ciche zapewnienie, że każda sytuacja, nawet najbardziej napięta, pozostaje pod jego kontrolą.
Bo przecież jedynym kotem, który mógłby ucierpieć, gdyby coś poszło nie tak, był Gąsienicowy Ogryzek — figura ustawiona dokładnie tam, gdzie powinna, gotowa przyjąć na siebie ciężar niepowodzenia, winy i konsekwencje, których Mirtowe Lśnienie nigdy nie zamierzał dźwigać. To on poniesie jego decyzje, jego błędy i jego kłamstwa. I jeśli zajdzie taka potrzeba, to właśnie on zabierze je ze sobą dalej, być może aż do samego Klanu Gwiazdy, gdzie nikt nie będzie już zadawał pytań.
Powoli zbliżał się do wejścia do tunelu prowadzącego ku Sadzawce Klanu Gwiazdy, a każdy jego krok był cichy, wyważony i pozbawiony zbędnego pośpiechu, jakby sama droga była jedynie formalnością, etapem, który należało przejść, by dotrzeć do właściwego momentu. Nie zamierzał jednak czaić się w jednym z krętych, wilgotnych korytarzy, które rozciągały się pod ziemią niczym splątane żyły czegoś starego i niepokojącego — zamiast tego wybrał miejsce tuż przy wejściu.
Nachylił się pod gęstwiną krzewów, których gałęzie, ciężkie od wilgoci, splatały się nad nim w ciasną, niemal duszną osłonę, odcinając go od świata zewnętrznego i jednocześnie pozwalając mu pozostać niewidocznym. Ułożył się wygodnie, starannie dopasowując pozycję ciała tak, by mógł pozostawać w bezruchu przez dłuższy czas, nie zdradzając swojej obecności nawet najmniejszym ruchem.
Teraz pozostawało już tylko czekać.
Na krótką chwilę pozwolił swoim myślom odpłynąć, zanurzając się w rozważaniach, które — choć pozornie chaotyczne — układały się w ciąg logicznych analiz. Zastanawiał się, czy Pikująca Jaskółka rzeczywiście się pojawi, czy może coś — instynkt, przypadek, a może coś więcej — powstrzyma ją przed przybyciem w to miejsce. Rozważał możliwość, że mogła przewidzieć zamach, że mogła dostrzec wzór tam, gdzie inni widzieli jedynie zbieg okoliczności, i że celowo wypowiedziała swoje słowa w taki sposób, by sprowokować reakcję.
Być może nawet jego reakcję.
Co jeśli chciała zobaczyć, jak wychodzi na zewnątrz? Co wtedy? Co powie jej, gdy usłyszy zarzut? Nie. Ona nie potrafiła planować, nie potrafiła kontrolować i nie potrafiłaby tego przewidzieć. Gdyby już miała zobaczyć, jak wychodzi, to pomyślałaby że po prostu idzie na polowanie. Było przecież jeszcze jasno, a przywódcy zwykle wychodzą po życia o zmierzchu. Nawet, jeśli faktycznie go zauważyła, to z pewnością myślała, że to tylko zwykły spacer, łapanie dodatkowych piszczek, by wspomóc innym kotom.
Mirtowe Lśnienie pozostawał nieruchomy pod osłoną krzewów, podczas gdy czas zdawał się gęstnieć wokół niego, oplatając każdą chwilę powolnym, niemal duszącym napięciem. Szum traw, który jeszcze niedawno wydawał się jednostajny i kojący, teraz przybierał inną formę — stawał się nierówny, poszarpany, jakby wiatr niósł ze sobą coś więcej niż tylko chłód. Coś, co trudno było nazwać, lecz jeszcze trudniej zignorować.
Jego uszy poruszyły się nieznacznie, wyłapując każdy dźwięk, nawet ten najcichszy — drobne trzaski gałązek, przesunięcia ziemi, odległe echo kroków, które mogły równie dobrze należeć do wiatru, jak i do kogoś, kto zbliżał się powoli, ostrożnie, z zamiarem ukrycia swojej obecności.
Nie poruszył się.
Nie było w nim napięcia, które zdradzałoby oczekiwanie — jedynie skupienie, głębokie i absolutne, jakby cała jego istota została sprowadzona do jednego celu: obserwacji. Czas zdawał się płynąć. Słońce powoli zachodziło, aż w końcu ustąpiło kompletnie gwiazdom. Powietrze stało się bardziej ostre oraz chłodne, a szum wiatru wydawał się głośniejszy, niż wcześniej
W końcu cisza pękła.
Najpierw niemal niezauważalnie — lekkim drgnięciem traw, które ugięły się w jednym, konkretnym kierunku, niepodporządkowanym rytmowi wiatru. Potem pojawił się cień, przesuwający się pomiędzy skałami z ostrożnością, która była zbyt świadoma, by uznać ją za przypadkową.
Pikująca Jaskółka.
Jej sylwetka wyłoniła się powoli, jakby sama przestrzeń niechętnie ją wypuszczała, zatrzymując ją na granicy widzialności przez ułamek sekundy dłużej, niż powinna. Poruszała się pewnie, lecz nie bezmyślnie — każdy jej krok był cichy, miękki, a jednak nie na tyle, by całkowicie zatrzeć swoją obecność.
Wargi Mirtowego Lśnienia nie drgnęły, lecz gdzieś głęboko, pod warstwą idealnie kontrolowanego spokoju, pojawiło się coś na kształt satysfakcji — chłodnej, wyważonej, pozbawionej triumfu, a jednak wyraźnej w swojej obecności.
Jego spojrzenie śledziło każdy jej ruch, analizując najmniejsze detale: napięcie mięśni, ułożenie ogona, sposób, w jaki jej głowa poruszała się minimalnie przy każdym kroku, jakby nasłuchiwała, choć nie do końca wiedziała czego.
Czy była świadoma? Czy podejrzewała?
Właściwie, to bez różnicy. To nie miało znaczenia.
Jeśli wiedziała — było już za późno.
Jeśli nie wiedziała — tym lepiej.
Mirtowe Lśnienie poruszył się niemal niezauważalnie, jego ciało przesunęło się w cieniu krzewów o zaledwie kilka cali, lecz ten drobny ruch wystarczył, by zmienić układ sił — nie bezpośrednio, nie w sposób, który można by jednoznacznie dostrzec, lecz wystarczająco, by wpłynąć na przebieg starcia.
Gałązka, dotąd napięta pod jego ciężarem, puściła z cichym trzaskiem.
Dźwięk był krótki, lecz w tej napiętej ciszy — wyraźny.
Pikująca Jaskółka zareagowała odruchowo.
Jej głowa drgnęła, spojrzenie oderwało się od wejścia do sadzawki na niemal ułamek sekundy, instynkt nakazał jej sprawdzić źródło dźwięku.
Ułamek sekundy.
Wystarczyło.
Gąsienicowy Ogryzek wykorzystał ten moment nie dlatego, że był wyjątkowo bystry — lecz dlatego, że jego ciało, napędzane adrenaliną i desperacją, zareagowało szybciej niż myśl. Szarpnął się gwałtownie, wyrywając spod jej nacisku, a następnie skręcił ciało, wbijając bark w jej bok z siłą, która całkowicie zaburzyła jej równowagę.
Pikująca Jaskółka zachwiała się.
Ogryzek nie zawahał się ani na moment — tym razem jego ruchy nie były już chaotyczne, lecz ciężkie, nieustępliwe, jakby sama walka odebrała mu zdolność do wahania. Uderzył raz, potem drugi, jego łapy spadały na nią z brutalną konsekwencją, nie dając jej przestrzeni na odzyskanie kontroli.
Kremowa kotka próbowała się cofnąć, próbowała odzyskać dystans, lecz teren, który jeszcze przed chwilą działał na jej korzyść, teraz stał się pułapką — jej tylna łapa ześlizgnęła się na wilgotnej ziemi przy wejściu do tunelu, a ciało straciło stabilność na tyle, by wystawić ją na kolejny atak.
Ogryzek uderzył ponownie.
Tym razem celnie.
Jego ciężar przygwoździł ją do ziemi, a pazury, pozbawione już wcześniejszego wahania, zacisnęły się mocno, zbyt mocno, jakby próbował nie tylko ją powstrzymać, lecz całkowicie unieruchomić.
— To koniec! — wyrwało się z jego gardła, głos miał ochrypły, nierówny, lecz przesycony czymś, co przypominało desperacką pewność.
Pikująca Jaskółka poruszyła się jeszcze, jej ciało napięło się, łapy drgnęły, jakby chciała się wyrwać.
— Masz zniknąć z terenów Klanu Klifu i nigdy więcej się nie pokazywać. Uciekaj. Uciekaj, ty pusta kupo futra! Rozumiesz? Bo… nie zawaham się, jeśli tu wrócisz!
Słowa Gąsienicowego Ogryzka rozdarły powietrze. Było w nich coś surowego, niemal rozpaczliwego — coś, co nie pasowało do chłodnej, czystej przemocy, jaka przed chwilą rozegrała się na ich oczach.
Pikująca Jaskółka nie odpowiedziała.
Podniosła się chwiejnie, jakby samo uniesienie ciała wymagało od niej więcej siły, niż była w stanie z siebie wydobyć, a jej ruchy, dotąd precyzyjne i kontrolowane, teraz nosiły znamiona czegoś znacznie bardziej kruchego — walki nie o zwycięstwo, lecz o przetrwanie. Jej łapy ugięły się na moment pod własnym ciężarem, lecz instynkt, głęboki i pierwotny, pchnął ją naprzód.
Ruszyła.
Nie obejrzała się ani razu.
Jej bieg był nierówny, poszarpany, jakby każdy krok był decyzją podejmowaną na nowo, a nie naturalną kontynuacją poprzedniego. Z ucha, karku oraz łapy spływała krew, ciemna i gęsta, znacząc ziemię śladami, które nie znikały, lecz układały się w wyraźną, niemal zbyt łatwą do odczytania ścieżkę. Jedna z jej tylnych nóg była poturbowana do tego stopnia, iż nie była w stanie unosić jej w pełni — ciągnęła ją za sobą, pozostawiając nieregularny, przerywany ślad, który zdradzał każdy jej krok.
Jej źrenice, rozszerzone i drżące, wypełniała czysta panika — nie ta chwilowa, która pojawia się i znika wraz z zagrożeniem, lecz głęboka, dławiąca, osiadająca w ciele jak zimno, którego nie da się już pozbyć.
Nie była szybka.
I ona o tym wiedziała.
Każdy jej ruch był desperacką próbą oddalenia się choćby o kilka kroków więcej, choćby o jeden oddech dalej od miejsca, w którym straciła niemal wszystko.
Mirtowe Lśnienie przyglądał się jej przez krótką chwilę, jego spojrzenie pozostawało spokojne, niemal obojętne, jakby obserwował nie ranną kotkę, lecz zjawisko, które należało zrozumieć i ocenić. Rejestrował każdy szczegół — sposób, w jaki jej ciało traciło równowagę przy każdym kolejnym kroku, tempo, w jakim słabła, kierunek, który obrała, jakby instynktownie szukała drogi ucieczki, choć żadna z nich nie prowadziła do bezpieczeństwa.
Dopiero po chwili odwrócił głowę, kierując spojrzenie ku Gąsienicowemu Ogryzkowi, który wciąż pozostawał na miejscu walki, jego oddech ciężki i urywany, a futro posklejane krwią — własną i cudzą. Choć jego rany były wyraźne, nie nosiły w sobie tej samej grozy, co obrażenia Jaskółki; były powierzchowne, chaotyczne, lecz nie zagrażały jego zdolności do dalszego funkcjonowania.
Niebieski wojownik mówił coś gorączkowo do medyczki, która wcześniej towarzyszyła Jaskółce — jego słowa zdawały się potykać o siebie, jakby próbował jednocześnie wyjaśnić, usprawiedliwić i zrozumieć to, co właśnie zrobił. W jego głosie pobrzmiewało napięcie, którego nie potrafił ukryć, nawet jeśli bardzo się starał.
Mirtowe Lśnienie nie słuchał.
To, co mówili, nie miało dla niego znaczenia — nie teraz, nie w tej chwili, gdy wynik był już znany, a jedyne, co pozostawało, to doprowadzenie sprawy do końca.
Odwrócił się.
Ruszył.
Z początku jego krok był ostrożny, niemal leniwy, jakby nie spieszył się wcale, jakby jego ruch był jedynie przypadkową decyzją, pozbawioną głębszego celu. Jednak z każdą kolejną chwilą tempo rosło — niezauważalnie dla oka, lecz wyraźnie dla kogoś, kto potrafiłby dostrzec zmianę w napięciu mięśni, w długości kroków, w sposobie, w jaki jego ciało zaczynało pochylać się lekko do przodu.
Jakby coś go przyciągało.
Albo jakby obawiał się, że coś może mu umknąć.
Ślady krwi prowadziły go bezbłędnie, wijąc się pomiędzy trawami, które poruszały się niespokojnie, jakby reagowały na obecność czegoś, co nie powinno było się wydarzyć. Powietrze wydawało się cięższe, nasycone zapachem żelaza i wilgoci, który osiadał na języku, pozostawiając po sobie gorzki, trudny do zignorowania posmak.
Gdy w końcu ją dostrzegł, wyłonił się z okrywających go wcześniej zarośli bez pośpiechu, jakby sama chwila była już wcześniej zaplanowana i jedynie dopełniała starannie ułożonego porządku zdarzeń.
Liście zaszeleściły cicho pod jego ciężarem, a wilgotne gałązki ugięły się niechętnie, odsłaniając sylwetkę Mirtowego Lśnienia, który przez ułamek sekundy wyglądał niemal łagodnie — jak cień troski, który przypadkiem przybrał kształt kota.
W zielonych oczach Pikującej Jaskółki zabłysła nadzieja, gwałtowna i niemal bolesna w swojej intensywności, tak prawdziwa oraz pewna, jak gdyby w jednej chwili uwierzyła, że los jednak odwrócił się od niej o pół obrotu i pozostawił jej jeszcze możliwość ratunku. Jej oddech drżał, ciało chwiało się niepewnie, a mimo to spojrzenie miało w sobie desperacką jasność kogoś, kto nie zdążył jeszcze pogodzić się z końcem.
— Błagam… Zabierz mnie do obozu… Ten drań… On… Ja… Proszę — słowa rwały się na jej wargach, rozpadając się na pół zdania i urwane myśli, jakby panika rozrywała je od środka, zanim zdążyły przybrać pełny kształt. — Zostaniesz moim zastępcą… Tylko pozwól mi… Zabierz mnie do obozu…
Próbowała jeszcze coś dodać, lecz jej głos załamał się w połowie, uwięziony między bólem a niedowierzaniem, między pragnieniem życia a świadomością, że życie to właśnie wymyka się jej z łap.
Mirtowe Lśnienie patrzył na nią w milczeniu przez krótką chwilę, a potem — wbrew wszystkiemu, co mógłby uznać za stosowne w tej roli — uśmiechnął się, tak subtelnie, że uśmiech ten wyglądał na dziwnie słodki, aż za lekki jak na ciężar całej tej chwili.
Jego plan nie był idealny. Dobrze o tym wiedział.
Zbyt wiele zmiennych mogło się wymknąć spod kontroli, zbyt wiele elementów mogło zawieść, rozpaść się, przesunąć się w niewłaściwym kierunku. A jednak mimo to stał tutaj — dokładnie tam, gdzie powinien, w chwili, która miała nadejść, nawet jeśli jej kształt uległ drobnej korekcie.
— Nie, Jaskółko — powiedział spokojnie, a jego głos był miękki, niemal uprzejmy, pozbawiony gniewu czy napięcia, jakby odmawiał komuś przysługi, a nie odbierał ostatnią nadzieję. — Tu kończy się twoja droga.
Zrobił krok bliżej, powoli, tak by każdy jego ruch był czytelny, zrozumiały, niepozostawiający miejsca na złudzenia. W jego spojrzeniu nie było już udawanej troski, nie było maski, która wcześniej tak łatwo osiadała na jego pysku — była jedynie chłodna klarowność, pozbawiona emocjonalnych zakłóceń.
— Wiesz, pewnie trudno ci w to uwierzyć — kontynuował — ale w zasadzie nigdy nie chodziło o ciebie.
Przechylił lekko głowę.
— Zabawne, prawda? — dodał cicho. — Nawet kot, który jest ostatnią rzeczą, jaką zobaczysz, nigdy nie patrzył na to, jaka jesteś. Tylko na to, co możesz mu dać.
Podszedł bliżej, a następnie wziął zamach, przedzierając gardło kotki. Z jej pyska wydobył się krzyk, lecz prędko ucichł. Wojowniczka, bo teraz właściwie była wyłącznie tym, wiła się na ziemi, nie odrywając wzroku od swojego oprawcy.
Mirtowe Lśnienie po prostu ją obserwował. Nie ruszył się. Nie zrobił niczego. Nie zadał ostatecznego ciosu. Nie chciał skracać jej cierpienia, nie zasługiwała na to. Niech umiera jak szczur, jakim przez całe życie była.

Od Mrocznej Wizji CD. Kocimiętkowego Wiru

Mroczna Wizja podniosła głowę znad posłania i obdarzyła kotkę ciepłym spojrzeniem. Przeciągnęła się w swoim legowisku, po czym usiadła. Przez chwilę milczała, analizując słowa Kocimiętkowego Wiru.
– Przyniosłaś mi pytanie i jedzenie w jednym – miauknęła cicho, przysuwając piszczkę bliżej siebie. – To uczciwa wymiana.
Oderwała niewielki kęs, oblizała pysk i dopiero wtedy ponownie spojrzała na Kocimiętkę.
– Mówisz, że chcesz zahartować kota, który czuje zbyt dużo – zaczęła spokojnie. – Żeby to zrobić, musisz najpierw zrozumieć emocje. Kiedyś o nich rozmawiałyśmy… Pamiętasz?
Czarna kotka zastrzygła uszami. Mistrzyni skinęła głową.
– Pamiętam. Byłam wtedy uczennicą.
– Właśnie. Mówiłam ci wtedy, że emocje nie są słabością, lecz narzędziem. Problem zaczyna się wtedy, gdy to one kontrolują twojego ucznia, a nie odwrotnie – odparła Mroczna Wizja.
Na moment zamilkła, pozwalając rudej kotce przetrawić te słowa.
– Emocji nie wolno dusić. Jeśli będziesz to robić, twój podopieczny prędzej czy później pęknie. A po takim wybuchu mogą go spotkać poważne konsekwencje – Jej wibrysy lekko zadrżały. – Była kiedyś w Klanie Wilka taka kotka…
Na jej pysku przemknął cień pogardliwego uśmiechu na wspomnienie Nocnego Kwiatu.
– Dlatego moja rada brzmi tak: wystawiaj go na sytuacje, które go poruszają, ale nie zostawiaj go z tym samego. Musisz być jego ostoją – kimś, kto w razie potrzeby go powstrzyma. Dawaj mu wskazówki, kiedy lepiej milczeć, a kiedy działać. Niech nauczy się, że może czuć… i mimo to robić to, co należy.
Jej spojrzenie stwardniało odrobinę.
– Pod żadnym pozorem go nie rozpieszczaj. Świat tego nie zrobi. Ty też nie powinnaś.
Podniosła wzrok na Kocimiętkę, czekając na jej reakcję.
– A… a co, jeśli mi się nie uda? Jeżeli zawiodę wszystkich? – zapytała niepewnie.
– Pracuj nie dla innych, lecz dla Klanu Wilka. Niby to samo, ale twoje nastawienie się zmieni. Zamiast naprawiać porywczego ucznia, pomyśl, że kształtujesz przyszłego wojownika, który będzie bronił godności klanu.
Kocimiętkowy Wir pokiwała niepewnie głową.
– Mroczna Wizjo… Wcześniej wspomniałaś o pewnej kotce. Co się z nią stało?
Starsza przeciągnęła się z zadowoleniem. Zapowiadało się na długą opowieść.

<Kocimiętkowy Wirze?>

16 kwietnia 2026

Od Szczawiowego Serca

Śmierć Jarzębinowego Żaru przygniotła go całkowicie. Przez całe obrzędy jej pogrzebania nie potrafił się skupić. Jego wzrok był pusty, nie chciał się rozkleić przed resztą. Potrafił jedynie patrzeć na ciało, które dawno zrobiło się zimne. Cały czas w głowie miał tylko jedno pytanie… Gdzie podział się Klan Gwiazdy, który przecież miał ich tu przyprowadzić...? Odnosząc ciało, czuł, jakby jego własne robiło się zimne z każdą następną sekundą. Słyszał, jak jego krew jest tłoczona przez jego uszy, jej szum tylko jeszcze bardziej przygniatał wojownika. Gdy zakopali kotkę, usiadł nad jej grobem, patrząc tępo. Kosaćcowa Grzywa w końcu zdecydował się odezwać.— To była moja siostra… Może nie dogadywaliśmy się zbytnio wcześniej, ale… Nie wiem, nie spodziewałem się, że wydarzy się coś… Takiego. W dodatku tak nagle. — zaczął cicho kocur, również patrząc na mokrą ziemię, od której odeszli już dawno ich pobratymcy.
— Była dla mnie jak matka. — odpowiedział cicho Szczawiowe Serce — Klan Gwiazdy odebrał mi ją…
Kosaćcowa Grzywa spiął się i po chwili spojrzał w niebo.
— Przykro mi, Szczawiowe Serce…
— Możesz mnie na chwilę zostawić samego...? — zapytał czekoladowy, na co srebrny po chwili skinął. Podniósł się, spoglądając tylko chwilę na grób, po czym ruszył w stronę obozu Świetlików. Szczawiowe Serce położył się, kładąc nos na mokrej, zimnej ziemi, która przykrywała ciało kotki.
— Najpierw odebrano mi Gąbczastą Łapę i córkę, a teraz Jarzębinowy Żar… Czy… Ja jestem przeklęty...? — spojrzał w niebo, spoglądając na ledwo świecące gwiazdy. — Klanie Gwiazdy, proszę… Pozwól mi znaleźć jeszcze iskierkę szczęścia, oprócz ostatniej, którą mam...