BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Owocowym Lesie!
(Brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 12 kwietnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

14 kwietnia 2026

Od Liliowej Łapy Do Urodziwej Łapy

Liliowa Łapa wstała i rozprostowała łapy. Z dnia na dzień było coraz zimniej. Urodziwa Łapa spała obok niej, zwinięta w kłębek. Popatrzyła na przyjaciółkę ze szczęściem, by po chwili popatrzeć się w drugi kąt legowiska, gdzie było puste posłanie, które niegdyś należało do Szkwalnej Łapy. Dzień wcześniej został mianowany na wojownika i teraz był Ulewnym Szkwałem. Gratulowała mu i była naprawdę z niego dumna, ale będzie jej go brakować. Bardzo brakować. No cóż, przynajmniej Morszczyn też zostawił legowisko uczniów i nie będzie przegrzebywać jej rzeczy. Wyszła na zewnątrz na ostatnie promienie słońca i podeszła do sadzawki na środku obozu. Wychleptała trochę wody i czekała na mentorkę. Nie minęło dużo czasu, gdy spomiędzy gałęzi wysunął się biało-kremowy łepek Czosnkowej Krewetki.
— Cześć, Czosnkowa Krewetko! — miauknęła do mentorki i poleciała do niej.
— Witaj, Liliowa Łapo! Widzę, że jesteś w dobrym nastroju.
— Tak! Nie mogę się doczekać treningu, cokolwiek to będzie!
— Dzisiaj potrenujemy walkę i poćwiczymy wspinanie na drzewa, żebyś pamiętała, że nie jesteś ptakiem i nie odlecisz z niego — zaśmiała się i ruszyła do wyjścia.
Pogoda była bardzo ładna jak na Porę Opadających Liści. Wszędzie było czerwono lub żółto, nawet w rzece, a drzewa dokładały nowe liście na ziemię. Zanim się obejrzała, znalazła się na małej polance niedaleko rzeki, gdzie Czosnkowa Krewetka się zatrzymała.
— Dzisiaj będziemy trenować tutaj. Liliowa Łapo, pokaż mi, jak u ciebie wygląda atak z naskoku.
Uczennica kiwnęła głową i przeszła do pozycji. Zawiesiła wzrok w przestrzeni, by nie dać znaku mentorce, gdzie będzie celować. Obie ruszyły w tym samym czasie, szarżując na siebie nawzajem. W odpowiednim momencie Lilijka wyskoczyła w górę, celując w kark, ewentualnie w zad wojowniczki. Czosnkowa Krewetka nie zdążyła w porę zahamować i przejść do obrony, dzięki czemu idealnie wylądowała przy udzie, lekko wbijając pazury i gryząc ogon. Jednak mentorce udało się strząsnąć uczennicę, która się potoczyła, a następnie, wstając, uniknęła, posuwając się w bok, naskoku szylkretki. Wykorzystując czas, który dostała dzięki szybkiej reakcji, zatopiła kły na karku kotki. Niestety, mentorka spychnęła ją łapą na bok, dosięgając jej brzucha, ale w porę ugryzła ją w ucho i odsuwając się od niej.
— Bardzo dobrze! — miauknęła Czosnkowa Krewetka, owijając łapy ogonem. Spróbujmy jeszcze najgorszą wersję przygniecenia.
Liliowa Łapa położyła się na plecach, a mentorka z całej siły położyła łapę na krtani. Lilijka z całych sił walnęła w brzuch tylnymi łapami, a gdy "przeciwnik" chciał ją stłumić pazurami, wyrwała się, atakując w bark.
— No dobrze, widać, że umiesz wszystkie dotąd ważniejsze techniki walki.
Liliowa Łapa popatrzyła na nią z zakłopotaniem. To nie było wszystko, ale myślała, że mentorka nie potrzebuje innych sprawdzać, bo tak świetnie jej szło... albo znowu zapomniała. Nie chciała jednak upominać mentorki, więc tylko wzruszyła ramionami.
— Czas na wspinaczkę. Wtedy dość dobrze ci poszło, ale pokażę ci, jak to się robi prawidłowo. — Czosnkowa Krewetka popatrzyła na pień i naskoczyła na niego, zatapiając z chrzęstem pazury w korę dębu.
— Przy wspinaczce musisz umieścić ciężar ciała na udach i wyskoczyć, o tak. — Mentorka skoczyła wyżej, będąc blisko pierwszej gałęzi — a kiedy chcesz zejść, musisz delikatnie spuszczać się w dół, w taki sposób — rzekła, delikatnie zsuwając się z drzewa — Albo po prostu zeskoczyć. Wtedy musisz się obrócić w locie i gotowe! Cała filozofia. Twoja kolej!
Lilijka podeszła do dębu, podskoczyła i sprawnie wspięła się do góry.
— A teraz zejdź! — krzyknęła szylkretka. Liliowa kotka kawałek się zsunęła, przebierając gdzie niegdzie łapami, a następnie delikatnie zeskoczyła na ziemię. — No cóż, to chyba wszystko na dziś! Szybko robisz postępy, dlatego teraz możemy iść na polowanie.
Ach, nareszcie. Po pływaniu to było jej ulubione zajęcie. Podekscytowanie było też takie duże ze względu na fakt postanowienia złapania szczupaka. Chciała też pokazać samodzielność mentorce, więc się zapytała, czy może zapolować po drugiej stronie rzeki.
— Oczywiście, ale nie wyczyniaj nic głupiego, zrozumiano?
— Dobrze, Czosnkowa Krewetko, będę ostrożna i dziękuję!
Bez zastanowienia wskoczyła do rzeki i przepłynęła na drugi brzeg. Woda łaskotała ją w wąsy i mierzwiła futro.
"Jak przyjemnie! Szkoda, że nie jest tak zawsze" — pomyślała, patrząc na toń otaczającej ją chłodnej cieczy. Kiedy wyszła na suchy ląd, od razu przystąpiła do łowienia, myśląc przy okazji nad rozwinięciem swojego wynalazku. Po krótkiej chwili z jej pyska wisiał całkiem dorodny pstrąg. Już miała łowić następną rybę, gdy nagle nieregularny cień pojawił się na tafli. Lilia spojrzała w górę — to był sokół! A może jastrząb? Orzeł? Cokolwiek to było, było duże, bardzo duże jak na ptaka. Do tej pory polowała na mniejsze ptaki, wróble, wrony, sójki, a więc perspektywa złapania ptaka większego od trzech kociaków była dla niej obiecująca. Liliowa Łapa schowała się pod najbliższą paprocią, patrząc przez liście na polujące zwierze. Po czasie, który dla Lilijki był wiecznością, ptak zaczął pikować w dół. Przez chwilę myślała, że to na nią i miała już uciekać, ale ptak wylądował kawałek dalej, zatapiając swe szpony w biednym gołębiu, i, jak to się mówi, gdzie lisy się biją, tam borsuk korzysta, więc gdy sokół był zajęty gołębiem, kotka skoczyła na grzbiet i mocno wbiła pazury w pióra. Ptak zaskrzeczał, strząsając kotkę i wyciągając szpony w jej stronę. Zrobiła unik i zaatakowała oczy sokoła, ten przeraźliwie zaskrzeczał, uderzając skrzydłem o uczennicę i wyciągając do niej swe szpony, przerysował jej bark. Uderzenie było bolesne. Sokół chciał ugryźć, by oszołomić kota. Szybko wykorzystała sytuację i walnęła go tylnymi łapami.
"Dzięki ci, Klanie Gwiazdy i Czosnkowa Krewetko!" — pomyślała, przytrzymując ptaka do ziemi. Ale to nie wystarczyło, ptak był za silny. Sprawnie zrzucił ją, złapał ją szponami i podniósł do góry. Lila próbowała się wywiercić. To koniec! Zostanie zabita przez wielkiego ptaka bo zachciało jej się na niego zapolować, nigdy nie zostanie wojowniczką i nawet nie będzie czuwania nad jej ciałem ponieważ będzie rozszarpana na kawałki. I nagle, zza zarośli wyskoczył ciemnoczekoladowy kształt, wzbił się w górę i zaatakował nogę sokoła. Ten zaskrzeczał, puszczając lilijkę, która dzięki wysokości kilku długości lisów spadła zgrabnie na cztery łapy. Gdy się otrząsneła z zaskoczenia, zauważyła, że jej wybawicielem jest... Mrok!
Kotka była szczęśliwa, jak i zła, że tu przybył. Co on robił tak daleko od granicy? Ale nie było na to czasu. Trzeba było mu pomóc. Obecnie jej brat schował się za jeżynami, wymachując ostrzegawczo łapą na próbującego się przedrzeć ptaka. Kotka zaskoczyła go od tyłu, wbijając pazury w pióra, ptak się odwrócił w jej stronę, dzięki czemu kocur mógł uciec, a atakując w udo zmylił ptaka. Przez następną chwilę walki kołowali napastnika, raz gryząc, raz drapiąc. Sokół postanowił dać sobie spokój i odlecieć, lecz obaj złapali kłami szybko ptaka za nogi. Liliowa Łapa z przerażeniem oglądała, jak szpon ptaka próbował dosięgnąć nosa uczennicy. Pod ciężarem sokół zaczął opadać. Mrok dosięgnął spodu skrzydła i próbował zadać ptakowi jak najwięcej obrażeń. Zmęczony ptak w końcu zleciał na ziemię, rozpościerając skrzydła w ataku. Jednak Lilia postanowiła je zaatakować — ptak nie odleci z naderwanym skrzydłem, więc gdy Mrok odciągał uwagę, liliowa kotka ugryzła skrzydło. Skrzeczący z bólu sokół został przewalony przez jej czekoladowego brata, który rzucił się na niego. Drapieżnik dyszał ciężko, zmęczony atakowaniem na zmianę dwóch napastników. Kocur wbił pazury w ciało, a Liliowa Łapa nadal trzymała skrzydło. Po kilku atakach wielkie zwierzę poddało się, przestało się ruszać i powoli przestało oddychać. Liliowa uczennica złapała oddech i zeszła ze zdobyczy. Popatrzyła na Mroka i spytała:
— Co tutaj robisz tak z dala od granicy? — Kocur popatrzył na nią z zażenowaniem
— Dzięki temu, że tu byłem, żyjesz.
— Tak, dziękuję, że mnie uratowałeś — powiedziała, patrząc na niego z wdzięcznością. — Ale to i tak nie odpowiada na to, co tutaj robiłeś w głąb naszego terytorium.
— No cóż… — mruknął ciemnoczekoladowy — Tak sobie myślałem o naszym ostatnim spotkaniu i tak naprawdę nic o sobie nie wiemy i szukałem cię, bo… Chcę cię bliżej poznać.
Liliowej zrobiło się żal brata. W sumie też chciała się więcej o nim dowiedzieć.
— Rozumiem, ale proszę, jeżeli chcesz ze mną rozmawiać, nie naruszaj granicy ani nie poluj na naszym terytorium, bo jak się dowiem, że ciemnoczekoladowy kocur o błękitnych oczach był tu gdzieś widziany, to poobrywam ci uszy!
Brat się lekko zaśmiał
— Dobrze, dobrze, a gdzie będzie miejsce spotkań?
— Nie daleko Brzozowego Zagajnika, za granicą?
— Może być. Codziennie?
— Nie, raz na ćwierć księżyca — mruknęła. Nie chciała zdradzać klanu, to był jej dom, lecz bardzo chciała poznać coś więcej o samotniczej historii jej rodziny.
— Rozumiem, pewnie masz treningi?
— Tak, czuję, że niedużo zostało do mianowania, ale żeby tak było, muszę ćwiczyć! — Wtedy w jej głowie narodziło się pytanie — A kto cię szkolił? We dwoje pokonaliśmy tego ptaka, lecz chyba i tak z łudem szczęścia.
— No wiesz, jak jedynym kotem, jakiego znasz, jest twój ojciec, każdego dnia szukasz swojego miejsca w świecie, goniły cię psy, wypędzali cię dwunożni, to nabierasz formy, nie?
— Kosztem wielu urazów. — Pokazał na udo Mroka, na którym była głęboka blizna, której raczej się nie zdobywa w tak młodym wieku — Twoje ucho! Jest rozdarte! A grzbiet? — spytała zaniepokojona, oglądając obrażenia, jednocześnie przeliczając swój bark.
— E tam, pajęczyny i się zagoi.
— Cóż, w sumie dzięki tobie mamy tę zdobycz, więc chcesz kawałek?
Popatrzyła nie tylko na sokoła, ale też na gołębia, który, oddychając ciężko, leżał na ziemi. Nie miał poważnych ran, raczej wynikało to z wstrząsu jakiego doznał. Już miała go zabić, gdy coś ją tknęło. To nie byłaby dobra upolowana zwierzyna, nie ona ją uziemiła, lecz ten ptaszor, można powiedzieć, że go uratowała, więc postanowiła zostawić go w spokoju.
— Nie, dzięki, wezmę sobie tego. — Podszedł do gołębia i bez większych trudności złamał mu kark, zanim liliowa kotka zdążyła coś powiedzieć.
— Nie dobija się leżącego! — warknęła ze złością na brata.
— Hm? Że niby tego gołębia? I tak by nie przeżył, więc w sumie zrobiłem mu przysługę, że szybko zakończyłem jego żywot bez zbędnych cierpień, a na pewno będzie smakowity!
— Jesteś bez serca — miauknęła Liliowa Łapa.
— Nie powiedziałbym. Albo może jednak? I tak to mnie mało co obchodzi. -— Nagle nadstawił uszu. Kotka też słyszała szelest liści.
— To ja będę już leciał. Do następnego! — pożegnał się, łapiąc za gołębia i znikając w szuwary. Zza drzew wyłoniła się Czosnkowa Krewetka.
— Liliowa Łapo, co ty... Na Klan Gwiazdy! Na spokojnie najedzą się nim trzy koty! Jak ty niby złapała tak niebezpiecznego ptaka?
— Emm... Był już dość poharatany — odpowiedziała mentor, przecież nie mogła powiedzieć, że pomógł jej samotnik, i to jeszcze czekoladowy!
— No dobrze, zanieśmy te dobrodziejstwa do obozu — odpowiedziała starsza kotka, łapiąc za sokoła, a Liliowa Łapa za ryby i myszy upolowane przez szylkretkę

Liliowa Łapa siedziała na kamieniu, łapiąc ostatnie promienie słońca. Zrobiła głęboki wdech, patrząc na Siwą. Czaple. Trzeba było wreszcie się go zapytać, co się stało z jej matką. Wreszcie wstała i nieco przerażonym krokiem podeszła do wojownika, który odwrócił się i popatrzył na nią przyjaźnie.
— Witaj, Liliowa Łapo, o co chodzi?
— Siwa Czaplo, c-czy wiesz, co się stało… z moją mamą?
Pręgowana kotka zobaczyła w jego oczach błysk smutku.
— Chodźmy gdzieś na bok. Obok legowiska starszych.
Nie wiedziała, o co chodzi szaremu z vanem wojownikowi, ale poszła za nim. Kiedy już przysiedli, kocur zaczął:
— Liliowa Łapo, nie wiem, czy pamiętasz swoje przybycie do klanu, ale czy kojarzysz, jak znaleźliśmy coś niedaleko w trawie?
Uczennica pamiętała to wydarzenie jak przez mgłę, ale przypomniała sobie ten czas w swoim życiu i wojowników obserwujących coś niedaleko jej.
— A więc — głos wojownika stanął w gardle — To było ciało twojej mamy… Nie żyje.
Lilie przeszył szok i ból, dlaczego!
— A... A wiadomo, jak zginęła?
— Prawdopodobnie zabił ją lis.
Kotka położyła uszy. Czyli zginęła, broniąc jej.
— Liliowa Łapo, tak mi przykro. Gdybyśmy mogli coś wtedy zrobić, pomoglibyśmy jej.
— Wiem, to nie wasza wina, tylko tego lisiego łajna miauknęła z szczerością.
Siwa Czapla liznął ją w ucho na pocieszenie.
— Muszę się przespać. Dziękuję, Siwa Czaplo. — Musnęła go w bark i ruszyła w stronę legowiska.

Kotka leżała na posłaniu, myśląc o dzisiejszym dniu. Czuła, że pęka jej serce. A co jeśli Klan Gwiazdy zrobił to wszystko specjalnie? Nie, na pewno nie. To nie ich wina.
Gdyby nie patrol być może dołączyła by już dawno dołączyła by do gwiezdnych przodków. W rozmyślaniu przerwała jej Urodziwą Łapa, która weszła do legowiska z myszą w pysku.
— Hej, Liliowa Łapo. Czy coś się stało? Jesteś głodna? Mam też coś dla ciebie.
Lilijka kiwnęła głową i przyjaciółka siadła obok niej.
— Cóż, dowiedziałam się, że moja matka nie żyje i byłam nieświadomie świadkiem jej śmierci.
Miała nadzieję, że przyjaciółka da jej pomocną łapę i pomoże jej się otrząsnąć.

<Urodziwa Łapo?>
[2021 słów]

Od Aldrowandowej Łapy

Mak… Mak… Gdzie leżał mak? Aldrowandowa Łapa powoli zaczynała już tracić przy tym rozum. Jedną rzeczą było pamiętanie, do czego używa się danego zioła, a zupełnie inną było to, gdzie to konkretne zioło znajduje się w zielniku. Kotka westchnęła głęboko, wręcz teatralnie.
— Ach do końskiego łajna z tym wszystkim! — fuknęła głośno, machając ogonem ze zdenerwowania. — Idę się przejść…
Jak koteczka postanowiła, tak też zrobiła. Żwawym krokiem opuściła legowisko medyka. Usiadła przed nim, rozglądając się po obozie. Kogo mogłaby tu zaczepić, żeby o czymś pogadać i odwrócić swoje myśli od tego trapiącego ją już od dłuższego czasu problemu? Wzburzony Kormoran? Nie… Postanowiła go zagadać kilka wschodów słońca temu i skończyło się to zwyzywaniem sobie nawzajem rodziny do kilku pokoleń wstecz. No i sprawiło to również, że kotka po raz pierwszy tak naprawdę zaczęła się zastanawiać, dlaczego jej rodzice oddali ją pod opiekę kotów z Klanu Klifu, nie próbując nawet ich wychować samodzielnie. Może Jenocia Kufa w takim razie? Nie, też nie — niecały księżyc temu nasłuchała się jej wywodu o „doskonałym przywódcy”, kiedy temat zszedł na Pikującą Jaskółkę. I podziękuję za drugą rundę tego nonsensu.
— Aldrowandowa Łapo! — Z rozmyślań kotkę wyrwał znany jej już dobrze głos Drzemiącego Słońca.
— Witaj, Drzemiące Słońce — Kotka skinęła głową, witając byłego mentora, gdy ten do niej podszedł.
— Jak ci idzie nauka pod okiem Jagnięcego Ukłonu? — spytał rudy kocur.
Uczennica westchnęła i wywróciła oczami.
— Nawet nie zaczynam… Tyle ziół do zapamiętania… — jęknęła, ale szybko się opamiętała. Niemądre byłoby teraz mówić o minusach, kiedy zmiana ścieżki treningu była jej własnym, nieprzymuszonym wyborem. Szczególnie nie wypadałoby tego mówić jej byłemu mentorowi... Tak więc wyprostowała się i narzuciła lżejszy ton następnym wypowiedzianym słowom. — Ale jakoś sobie radzę. Dam radę. Bo jak nie ja, to kto, hm?
Wojownik uśmiechnął się.
— Oczywiście, że dasz radę — miauknął zachęcająco kocur.
Dobrze wiedział, że pomimo całego swojego charakterku, Aldrowandowa Łapa była całkiem zdolna i szczerze wierzył, że sobie poradzi. Skłamałby, gdyby powiedział, że nie żałuje, iż niedane mu było być jej jedynym mentorem do samego końca. Ale mimo to cieszył się, że szylkretka znalazła nowe powołanie i że w przyszłości stanie się wspaniałym medykiem, który na czele, wraz z przywódcą i zastępcą, będzie pomagał prowadzić klan w mroczniejszych czasach.
Aldrowanda rozejrzała się ponownie po obozie. Pod wejściem do legowiska uczniów siedział Agatówkowa Łapa, rozmawiając właśnie z Tygrysią Łapą. Chociaż kotka rozmową by tego raczej nie nazwała — młodszy kocurek był dosyć głośny i nieco przekrzykiwał swojego rozmówcę. Szylkretka zmarszczyła brwi.
— Gratuluję potomstwa, swoją drogą, na pewno cieszysz się, że możesz być ojcem — miauknęła nagle kotka. Wojownik był już rodzicem od paru księżyców, ale dotąd jeszcze jakoś mu nie zdążyła pogratulować.
— Bardzo… Chociaż z początku się tego wszystkiego trochę obawiałem — przyznał, śmiejąc się cicho.
— Tak… Rozmawiałam z Agatówkową Łapą ostatnio… To dosyć ciekawy kocurek — mruknęła Aldrowanda, nie chcąc tak po prostu palnąć wprost, co myśli o tym mysim móżdżku przy jego własnym ojcu.
— Ach, Agatówkowa Łapa… Szczerze mówiąc, nie załapaliśmy jeszcze do końca wspólnego języka. Ale to chyba normalne, prawda? — Kocur spojrzał na uczennicę z nutką obawy. Widoczne było to, jak bardzo chciał on być dobrym ojcem.
— Z pewnością. Chociaż tak, nie do końca macie chyba o czym na razie rozmawiać. Bardziej podobna jest do ciebie Błyszcząca Łapa, moim zdaniem.
— Tak myślisz? Mnie się właśnie wydaje, że chyba bardziej jest jednak podobna do swojej mamy — Drzemiące Słońce zamyślił się nieco.
— Możliwe. — Przyszła medyczka machnęła ogonem. — Czasem tak jest, że kocięta nie mają za dużo podobieństw z ojcem. Ja na przykład jestem kopią mojej mamy.
Kotka nie zamierzała tego mówić wprost, ale definitywnie nie widziała w tych kociętach Drzemiącego Słońca. A już na pewno nie w tym małym, rozpuszczonym wodoroście, jakim jest Agatówkowa Łapa. Gdyby miała być szczera i nie znała lepiej Morświnowej Płetwy, to stwierdziłaby, że ojcem kociąt jest ktoś inny, że wojowniczka na boku spotykała się z kimś innym. Chociaż nie, nie zna za bardzo liliowej-białej wojowniczki. No, ale nie wygląda raczej na taką, co by mogła zdradzić. Wręcz przeciwnie, wygląda na bardzo lojalną i kochającą partnerkę. Chociaż kto ich tam wie? Różne rzeczy się w tych kocich klanach dzieją. Gdyby się okazało, że jakaś kotka miałaby kocięta z ojcem nie z jej klanu, to by się nawet nie zdziwiła. Ale nie, może lepiej nie zakładać takich rzeczy, bo takimi słowami mogłaby urazić Drzemiące Słońce — jednego z niewielu kotów, które szczerze jakkolwiek polubiła w Klanie Klifu.
— Pewnie masz rację. Wybacz, nadal się trochę tym wszystkim stresuję — zaśmiał się wojownik nieco nerwowo.
— A za co ty w ogóle przepraszasz? Za to, że chcesz być dobrym rodzicem? Nie denerwuj mnie nawet — prychnęła kotka, rzucając mu znaczące spojrzenie.
Dwójka kotów rozmawiała jeszcze dobre parę chwil, nim do obozu weszła z ziołami Jagnięcy Ukłon, która przywołała do siebie swoją uczennicę, po czym weszła do swojej małej „komnaty”.
— Wybacz, Drzemiące Słońce, ale najwidoczniej jestem teraz potrzebna — przeprosiła młodsza, wstając z zimnego kamienia.
— Oczywiście. Powodzenia życzę. — Skinął głową kocur.
— Dziękuję. I pilnuj tych swoich małych glonów — odparła kotka, a następnie lekkim krokiem ruszyła do legowiska medyka za swoją mentorką.

[827 słów]

Od Aldrowandowej Łapy

— Agatówko, na miłość Klanu Gwiazdy! Daj mi chwilę! — miauknęła Aldrowandowa Łapa, odwracając się do burej kulki futra, która co sekundę pytała ją, czy znalazła już zioła dla niego.
— „Na miłość Klanu Gwiazdy”… Mówisz tak, a podobno w Klan Gwiazdy nawet nie wierzysz! — zarzucił Agatówka.
Uczennica wywróciła swoimi pomarańczowymi oczami. Zazwyczaj lubiła kocięta. Ale ten mały futrzak był akurat wyjątkiem. A co do samego powiedzenia, na które zwrócił on uwagę, podłapała je od kotów z klanu. Od żadnych konkretnych, po prostu słyszała, jak niektórzy czasem wypowiadają te słowa i, jej zdaniem, ładnie to powiedzenie brzmi. Niekoniecznie znaczy to, że zaczęła wierzyć w tych całych przodków.
— Nie zmieniaj tematu, futrzaku — upomniała go kotka.
Agatówka tupnął łapką.
— Dobra, ale weź już mi daj te zioła! Głowa mnie boli!
— Wiem, wspomniałeś już o tym więcej razy, niż Judaszowcowa Gwiazda miał przeżytych księżycy — westchnęła szylkretka. — Nadal uczę się ułożenia ziół. Potrzebuję chwili na znalezienie, gdzie co leży.
Koteczka wzrokiem szukała poznanego już wrotyczu. Pamiętała również, że na ból głowy są też stosowane liście malin, lecz za żadne skarby nie mogła sobie przypomnieć, jak wspomniane właśnie liście malin wyglądają. Będzie się potem musiała Jagny o to dopytać.
Aldrowanda w końcu znalazła poszukiwane przez nią zioło. Chwyciła je do pyszczka i zaniosła młodemu kocurkowi. Wydzieliła niewielką porcję i podsunęła ją Agatówce.
— Proszę, zjedz to, to powinno ci pomóc — poleciła uczennica, jeszcze siląc się na w miarę uprzejmy ton.
— Tak mało? Mówiłem ci już, że głowa boli mnie bardzo mocno, taka mała porcja mi nie pomoże! — miauknął przeciągle bury kociak.
Była samotniczka, czuła, jak powieka jej skacze. Dobrze wiedziała, że sama czasem potrafi być trochę denerwująca, ale ten kociak był upierdliwy na zupełnie innym poziomie. Jakim cudem to jest syn Drzemiącego Słońca?
— W takim razie dobrze, dam ci więcej, skoro tak dobrze się na tym wszystkim znasz. Tylko jak cię przez to zacznie boleć brzuch, będziesz mieć mdłości i biegunkę, to mnie o pomoc nie proś, bo ja ci jej nie udzielę. Pasuje ci tak? — wypaliła w końcu dosyć sarkastycznie kotka.
Mina kocurka nieco zrzedła na jej słowa. Opuścił delikatnie uszy.
— Dobrze już, zjem mniej… — wydukał niezadowolony z takiego obrotu spraw.
Przyszła medyczka patrzyła, jak Agatówka nachyla się i zjada przeznaczone mu zioła, krzywiąc si przy tym. Zioła medyków nigdy jeszcze chyba nikomu zasmakowały. Gdy kocurek przełknął ostatni kęs wrotyczu, Aldrowandowa Łapa wstała i machnęła swoim puchatym ogonem.
— Wspaniale. A teraz sio do żłobka — rozkazała kotka.
— A nie odprowadzisz mnie? — zapytał burasek.
— Jak cię odprowadzę, to przy okazji opowiem twojej mamie, jak się ładnie u medyka zachowujesz. Chcesz? — Pomarańczowo oka uniosła brew.
Agatówka wywrócił tylko oczami, po czym bez słowa wyszedł z legowiska medyka przez wąski, kamienny tunel. 
„Nareszcie, w końcu spokój!” — pomyślała Aldrowanda, wzdychając.

[447 słów]

Wyleczeni: Agatówka

Od Iskrzącej Nadziei Do Kocięcego Rozumku (Rudzikowego Skrzydełka)

Ostatnie zgromadzenie, na którym była Iskrząca Nadzieja (czyli to z akcją z Rudzik Pierze i Aminkiem) (TV coś w stylu myśli samobójczych)
✩ ★ ✩ ★ ✩

Kolejne zgromadzenie. Po co ja w ogóle na nie przychodziłam? Usiadłam byle gdzie, nie do końca zważając na otoczenie. Byłam jakby w bańce. Każdy Wilczak to widział. I każdy wiedział, dlaczego. Mimo to jednak czułam na sobie palące spojrzenia pobratymców. Słyszałam. Słyszałam to wszystko. Słyszałam te wszystkie szepty. Te wszystkie domysły. Oskarżenia. Nawet Zalotna Gwiazda — kotka, z którą rozmawiałam kilka razy. Którą uznawałam za oparcie. Która dawała mi to oparcie, kiedy go potrzebowałam. Ta sama kotka, która zapewniała mnie o tym, że będę dobrą matką. Nawet ona patrzyła na mnie krzywo. Jakby wierzyła w to, że to wszystko jest moją winą. A przecież nie było. Prawda?.... Sama nie wiedziałam. Powoli, z każdym dniem, każdym uderzeniem serca, przestawałam wierzyć samej sobie. Swoim przekonaniom. Swoim zmysłom. Jakbym zaczęła wariować. Nieobecnym wzrokiem błądziłam gdzieś w oddali, całkowicie wyłączona z rzeczywistości. Z każdym kolejnym tchnieniem moja zazwyczaj tak jasna iskra gasła, a każdy taki właśnie oddech, był jak cios w płuca, serce... We wszystko naraz. Po prostu we mnie. Na zimną niczym lód skałę wprost pod moimi łapami spadło kilka słono-gorzkich łez. Spuściłam wzrok, wraz z całą głową na Bursztynową Wyspę, na której właśnie siedziałam, a moje myśli pędziły niczym stado wygłodniałych, krwiożerczych psów, próbujących dopaść biednego, bezbronnego króliczka… Biednego, bezbronnego kicusia, który nie robił nikomu krzywdy.
”To wszystko jest do bani… Jaki jest w ogóle cel mojego istnienia. Po co to wszystko. Jaki jest cel mojego żałosnego użalania się nad samą sobą, nie robiąc nic dobrego ani dla ogólnikowego Klanu Wilka, ani dla nikogo pojedynczego, ani w ogóle dla kogokolwiek, włącznie ze mną samą? Lepiej by było, gdybym nigdy się nie urodziła… Makowy Nów, moje siostry, rodzicielka… Moje dzieci… Mój były partner… W ogóle cały Klan Wilka. Nikt nie musiałby się za mnie wstydzić. Jestem po prostu żałosnym rozczarowaniem… Klanie Gwiazdy, po co wysłałeś mnie na ten świat? Za co… Co ten świat zrobił, żeby aż tak go kazać?...”
Pociągnęłam nosem, strzygąc jednym uchem. Zatopiona we własnych przemyśleniach, nie zwracałam uwagi na otaczające mnie koty, będąc w swoim świecie, kiedy jakaś kotka niosąca ze sobą aromat Klanu Burzy, jakby wyrosła z ziemi (a raczej skały) tuż przede mną.
— Cześć… Wszystko dobrze? — spytała Burzaczka, strzepując swoim puchatym, idealnie ułożonym ogonem.
— J-ja, yyuhhh… — wyjąkałam, łapą wycierając łzę, spływającą po moim policzku.
Kocica przekręciła lekko głowę, ze smutnym uśmiechem na pyszczku.
— Ta-tak… Jest okej. Al-ale dziękuję, że, no… Pytasz.
Również słabo się uśmiechnęłam, nie chcąc wyjść na niemiłą lub słabą w oczach kogoś z innego klanu. Przecież sama Makowy Nów by mi tego nie wybaczyła!
— Widzę w twoich ślepiach ból… Ból utraty… Nie wiem, kogo straciłaś, ale bardzo Ci współczuję…
Przez kilka uderzeń serca między mną a srebrną nawiązała się taka cisza, którą ciężko opisać. Niby taka normalna jakby przyjemna, niby nie do końca… Ciężko było ją jakkolwiek nazwać.
— Ja… Dziękuję… To wiele dla mnie znaczy…
— Cóż, Klan Gwiazdy ostatnimi czasy nie był dla mnie łaskawy. Straciłam kotkę, która była dla mnie niczym matka, partnera, syna, siostrzeńca, przyjaciółkę, byłego ucznia… A-ale jest już lepiej… Wiesz… Dziękuję, że do mnie podeszłaś i… I no…
Na pysku pręguski znów pojawił się słaby uśmiech.
— Nie ma sprawy… Wnioskując po zapachu, jesteś z Klanu Wilka?
— Tak… A Ty z Klanu Burzy?
Obydwie zachichotałyśmy, a w tym samym czasie coś na skale, z której przemawiali przywódcy, zaczęło się dziać. W pewnym momencie zastępca Buraków przywołał moją rozmówczynię ruchem ogona.
— Przepraszam, muszę już iść, miło było cię poznać! — mruknęła, po czym popędziła do kocura.
Również zerwałam się z pozycji siedzącej, strzygąc czekoladowo-białym, puchatym ogonem.
— J-ja nawet nie znam Twojego imienia! — krzyknęłam za srebrzystą, jednak nie dostałam odpowiedzi, bo zapewne mnie nie usłyszała.
— O-oh… — szepnęłam w sumie sama do siebie, siadając tam, gdzie wcześniej.
W sumie to przez resztę zgromadzenia siedziałam tam, nie zwracając uwagi na to, co się dzieje, próbując wyszukać gdzieś w odmętach pamięci, czy mogłam kiedyś usłyszeć imię znajomej-nieznajomej kocicy.
„Była… Bardzo miła! Mam nadzieję, że za niedługo los połączy siły z Klanem Gwiazdy i znów przetnie nasze losy kolejnym spotkaniem. Kto wie, może nadejdzie ono szybciej, niż któraś z nas mogłaby przypuszczać?”

Następnego dnia po patrolu z Księżycową Łapą (tw opis krwi)
✩ ★ ✩ ★ ✩

Zielone Liście powoli zmieniały swoje kolory, przybierając barwy bursztynu, słońca górującego nad moją głową, oraz popołudniowego nieba, wraz z tą właśnie ognistą gwiazdą, znikającą gdzieś w oddali na horyzoncie, aby oddać podniebną scenę wprost dla tańcujących na nim gwiazdach, oraz lśniącemu księżycowi. Zawsze, kiedy patrzyłam w niebo, niezależnie od pory dnia czy nocy, myślałam o przeszłości. O moim słońcu, które zaszło za horyzontem, zostawiając w mnie w ogniu rozpaczy. Ostatnio jednak zaczęłam tłumaczyć to sobie w ten sposób, że Klan Gwiazdy to wszystko zaplanował. Może to był rodzaj jakiejś próby? Jakiegoś testu? Może to było wypisane w gwiazdach już od dawien dawna, a może tak po prostu musiało być, a ja i tak nie mam do wyboru nic innego, prócz zostawienia tego wszystkiego za sobą i pójścia dalej. Ta myśl w pewnym sensie dodawała mi otuchy. Podniosłam wzrok, aby ujrzeć nieboskłon, na którym pojedyncze, niewielkie chmury sunęły w swoim własnym tempie, jakby nie przejmowały się niczym innym.
— Niebo jest dziś niemal czyste, nie zapowiada się na deszcz — szepnęłam sama do siebie.
— Okej, z tego, co mi wiadomo, nie polowaliśmy na tej części naszych terenów od jakiegoś czasu, więc mam nadzieję, że kiedy słońce będzie górować, każda para pokaże mi się z pyskami pełnymi zwierzyny — powiedziała moja siostra, Jaskółcze Ziele, która akurat prowadziła nasz patrol.
Zatrzymaliśmy się gdzieś między Czarnymi Gniazdami a Potworną Przełęczą, kiedy Jaskółka kontynuowała.
— Podział jest dość oczywisty. Tropiąca Łasko, pójdź proszę razem z Nocną Łapą w okolice granicy z Klanem Klifu. Cienista Zjawo, Kryształowa Łapo, możecie spróbować pójść głębiej w las, jakbyście mieli iść wprost do Spalonej Zatoczki. Ja i Iskrząca Nadzieja przejdziemy się w okolicach granicy z Klanem Burzy. Tak jak wcześniej mówiłam, spotykamy się tu, kiedy słońce będzie górować. Powodzenia!
Dwójka wojowników oraz dwójka uczniów pokiwała przez chwilę głowami, po czym każda para rozeszła się w swoje wyznaczone strony.
Futra moje i siostry lekko stykały się ze sobą, kiedy szłyśmy krok w krok tym samym tempem.
— Myślisz, że upolujemy jakiegoś dorodnego zająca? — zagadała swobodnie czarno-biała, a w tym samym czasie w powietrzu dało się wyczuwać coraz mocniejszy aromat łąk oraz wcześniej wspomnianych zająców, ale nie tylko ich.
Było tego tak dużo, że w zasadzie ciężko było wyłapać pojedyncze zapachy. Mimo takiej różnorodności ta mieszanina była zdecydowanie przyjemna.
— Mam taką nadzieję! W sumie, jakby się tak zastanowić, to chyba nigdy nie jadłam ani żadnego królika, ani żadnego zająca… A Ty?
Ziele zmrużyła swoje żółte oczy, przez chwilę się namyślając. Często słyszałam, że oczy są zwierciadłem duszy danego zwierzęcia. Sama też tak po części uważałam. Nie chodziło mi jednak o ich kolor, kształt czy skośność. Moim zdaniem, oczy ukazywały emocje, które aktualnie grały w środku. I choćby cała postawa, włącznie z pyskiem, była niewzruszona… Wręcz można by rzec… Kamienna… Tak ślepia, powiedzą ci wszystko. Czy tego chcesz, czy nie.
— Ja chyba jadłam. Raz. Kiedy byłam świeżo mianowaną wojowniczką. Nie pamiętam już nawet, jak smakował!
Uśmiechnęłam się na wpół do samej siebie, na wpół do niej.
— Wiesz co? Wczoraj prowadziłam patrol łowiecki, na którym był Twój syn, Księżycowa Łapa. Powiedział, że mam śliczne oczy! To było takie miłe… Dobrze go wychowujesz, Jaskółcze Ziele. Tak swoją drogą, wiesz, co raz słyszałam? Gdyby nie to, że mamy niemal takie same oczy to nikt nigdy by nie powiedział, że jesteśmy siostrami! Czy ja wiem, może jest w tym trochę prawdy?
Rozmawiałam tak z siostrą jeszcze przez krótką chwilę, dopóki obydwie nie wyczułyśmy woni jakichś zdobyczy. Wojowniczka wybrała się nieco w las w poszukiwaniach szpaka, podczas gdy ja postanowiłam zostać niedaleko granicy z Klanem Burzy, gdzie upolowałam już nornice, sikorkę oraz dwie myszy.
Przyjęłam pozycję łowiecką, chcąc jednak zapolować inaczej, niż zwykłe. Zamiast chować się wśród gąszczu, próbując wtopić się w las, postawiłam na szybkość. Osłona lasu była dla mnie okej, jednak przyjemniej było mi na otwartym terenie, takim jak różne pola, czy łąki pełne pięknych kwiatów. Nie byłam jakoś bardzo umięśniona, wręcz… Szeroka w barkach czy ogólnie większej masy tak, jak większość Wilczaków, ale za to atletyczna i zwinna. Szybkość zdecydowanie się ze mną lubiła. Zauważałam pewien schemat dotyczący zarówno walki, jak i polowań. Koty, wśród których żyłam, najczęściej wykorzystywały swoją przewagę masową bądź liczebną (jeśli takowe opcje były dostępne). Ja wolałam polegać na planie i strategii. Rzadko kiedy podejmowałam działania bez strategii czy planu, nawet w rzeczach najbardziej codziennych. Teraz na przykład też miałam plan. Widziałam swoją ofiarę. Zając był dorodny i utuczony. Wyglądał, jakby na chwilę stracił czujność, ponieważ nie rozglądał się dookoła, tylko zajadał ze smakiem upatrzone mlecze. Zrobiłam kilka kroków w jego stronę, upewniając się, że idę pod wiatr. W końcu, kiedy uznałam, że jestem wystarczająco blisko, zaczęłam biec w jego stronę nie zważając na to, czy robię przy tym szelest, bądź jakikolwiek inny typ hałasu. Istota, zaalarmowana przez mnie samą moją obecnością, zaczęła w popłochu uciekać przed siebie. Uśmiechnęłam się pod nosem, lekko skręcając, aby puszek przypadkiem nie wybiegł za granicę z Klanem Burzy. Tym samym wpędziłam go w miejsce, w którym połowa (jeśli nie więcej) podłoża, była obłożona jeżynami i lśniącymi kamieniami, co utrudniało ucieczkę. W końcu wykonałam finalny skok, sprawnie kończąc cierpienie stworzenia.
— Dziękuję Ci Klanie Gwiazdy, za ofiarowanie mi tej zwierzyny, niech Wasze łowy będą udane tak, jak dziś moje — szepnęłam, zamykając na chwilę ślepia w kolorze łagodnych promieni płonącego słońca, które właśnie mieniło się na otwartym nieboskłonie.
— Nieźle to wymyśliłaś.
Głos za mną odezwał się tak nagle, że lekko podskoczyłam. Lądując, poczułam ból przeszywający poduszeczkę mojej tylnej łapy.
— Au- — wyrwało mi się, jednak szybko zasłoniam pyszczek swoim puchatym, czekoladowo-białym ogonem.
Po mniej niż uderzeniu serca odwróciłam się do — jak się okazało — ostatnio poznanej na zgromadzeniu kotki, której imienia nie dane było mi poznać.
— O-oh, to Ty! — miauknęłam, rozjaśniając się.
— Tak, to ja, we własnej osobie — zachichotała kocica, siadając tuż przy naszej wspólnej granicy.
— Miło Cię znów widzieć! A i no, dziękuję… Zawsze obmyślam plan. Wiesz… Ostatnio nawet się sobie nie przedstawiłyśmy! Ja jestem Iskrząca Nadzieja, wojowniczka Klanu Wilka.
Przedstawiając się, lekko się ukłoniłam, mając jednak podniesioną przednią łapę do góry.
Srebrna znów zachichotała, ale tym razem szybko przestała.
— Coś stało Ci się w łapę, wszystko w porządku? — spytała z troską, przerzucając swoje błękitne spojrzenie między kończyną a moimi złotymi ślepiami.
— To nic takiego! Chyba po prostu wbił mi się jakiś kolec… Jak wrócę z patrolu, to zajdę do znajomego medyka, Roztargnionego Koperka, gdyby było gorzej… Nie masz się co martwić, ale… No, wiesz… Dzięki za troskę.
— Nie ma za co — odparła, poprawiając lokowaną grzywkę łapą.
Pręguska wyglądała, jakby przez chwilę coś rozważała. Po mniej niż dwóch uderzeniach serca również delikatnie się ukłoniła, nakładając na srebrzysty pyszczek szarmancki uśmiech.
— Wypadałoby, abym też się przedstawiła! Jestem Sójczy Błękit, wojowniczka Klanu Burzy, bardzo miło mi Cię poznać, Iskrząca Nadziejo! Bardzo podoba mi się twoje imię, jest takie radosne i dodające otuchy!
Lekko się zarumieniłam, odpowiadając wojowniczce.
— Cóż, mi także jest bardzo miło i też lubię Twoje imię. Brzmi tak dostojnie i elegancko… Sójki to moje ulubione zwierzęta, czasami przechadzam się po lesie, aby pozbierać ich pióra, ale to już pewnie zauważyłaś!... Jeśli kogoś bardzo lubię, daję mu jedno ze swoich piór, aby pokazać, że jest mi bliski! Wiesz, osobiście bardzo lubię koty z Klanu Burzy… Dałam jedno ze swoich piór Rudej Lisówce oraz mam zamiar dać je jednej mojej znajomej, która też jest Burzaczką!
Srebrzysta uśmiechnęła się, strzepując uszami.
— W takim wypadku, może polubisz moją córkę, właśnie jest ze mną na patrolu, więc powinna tu zaraz przyjść! — mruknęła wesoło, a ja na samą myśl zaczęłam się ekscytować.
W pewnym momencie usłyszałam za kocicą dość znajomy głos.
— Mamo? Z kim tam rozmawiasz?
Kiedy Sójka odsunęła się z widoku, zobaczyłam… Kota, którego znam
Za rudą stała — także ruda — Rudzik. Konkretnie Rudzikowe Skrzydełko.
Z lekkim zdezorientowaniem przeskakiwałam wzrokiem między jedną a drugą, nie do końca wiedząc co zrobić.
— Rudzikowe Skrzydełko?...
Starsza patrzyła to na mnie, to na — jak się okazało — swoją córkę z już nie tak wyraźnym uśmiechem.
— Iskrząca Nadzieja? A co ty tu robisz?
Błękit też wydawała się zdezorientowana.
— Czekaj, czekaj chwilę. To wy się znacie?
— Umm, chyba na to wychodzi! — mruknęła koteczka z wywiniętymi uszami i lekkim uśmiechem na pyszczku.
— Cóż za zbieg okoliczności! — zaśmiała się Burzaczka w ramach odpowiedzi skierowanej do jej córki.
Przez jakiś czas rozmawiałyśmy tak we trójkę, kiedy jakiś inny kot mnie zawołał. Po głosie rozpoznałam, że była to moja siostra.
— Wybaczcie, ale muszę już iść, moja siostra mnie woła. Miło było mi was spotkać, miłego spaceru i miejmy nadzieję, że do zobaczenia niebawem!
Wojowniczki również się ze mną pożegnały, najwyraźniej postanawiając kontynuować wspólny spacer po swoich terenach, a ja pokuśtykałam do Ziela.
— Cześć Iskierko, nie wiem jak u ciebie, ale moje łowy nie były zbytnio uda- Ojeju, co ci się stało w łapę? — zaczęła mówić zatroskanym tonem czarna.
— Aj tam, to nic takiego, po prostu coś wbiło mi się w łapę, nie przejmuj się mną, Jaskółko! — miauknęłam z uśmiechem, mimo iż łapa, a raczej jej poduszka, zaczynała piec i boleśnie pulsować.
— To nie wygląda za dobrze… — odparła wojowniczka, jednocześnie podchodząc bliżej.
Podniosłam łapę i ujrzałam kawałek szkła, wbity głęboko w moją poduszeczkę.
— O-oh… Rzeczywiście… Cóż, jak już wrócimy, to przejdę się do Roztargnionego Koperka, ono na pewno mi pomoże!... Ale cóż, skoro twoje łowy nie były idealne, mogłabyś pomóc mi w przeniesieniu mojej zwierzyny? Jak coś, to część była upolowana przez ciebie!
Moja siostra delikatnie się uśmiechnęła.
— Jasne Iskierko, ale teraz przede wszystkim chodźmy, zanim wda ci się tam jakieś zakażenie czy inne świństwo — mruknęła, po czym obydwie poszłyśmy w miejsce, w którym miałyśmy spotkać się z resztą kotów.

✩ ★ ✩ ★ ✩

Po przyjściu do obozu moja siostra od razu zaprowadziła mnie do miejsca, w którym przebywali medycy, a tam zajęła się mną Cisowe Tchnienie. Na szczęście szkło nie wbiło się aż tak głęboko, abym musiała odpuszczać sobie wszelkie aktywności na więcej niż dzień. Aby upewnić się, że nie wda się żadne zakażenie, a rana będzie się dobrze goiła, następnego dnia przyszłam, aby któryś z medyków rzucił na to okiem. Był to akurat Chuda Łapa, którego bardzo polubiłam. Teraz byłam na samotnym spacerze wśród wysokich wilczakowych drzew. To były te same okolice, w których ostatnio spotkałam dwie przemiłe srebrzysto-rude kocice. Za każdym razem, kiedy zatapiałam się w myślach, w ogóle nie patrząc na to, gdzie łapy mnie niosą, znajdowałam się niedaleko tej granicy. Cóż, najwyraźniej coś przyciągało mnie do Burzaków! Do mojego nosa dostał się przyjemny aromat rozległych łąk i zająców, kiedy nagle kątem oka wyłapałam rudą plamę. Odwróciłam się w tamtą stronę i ujrzałam niewielki patrol graniczny, składający się z trzech rudych futer. Jednym z nich był mój stary znajomy, Ruda Lisówka, drugiego kojarzyłam jedynie ze zgromadzeń, a jej imię kojarzyło mi się z członem Śnieżyca, natomiast trzecim była Rudzikowe Skrzydełko.
Podeszłam trochę bliżej granicy, oczywiście jej nie przekraczając i przyjaźnie pomachałam do pręgusów.
— Cześć Ruda Lisówko, cześć Rudzikowe Skrzydełko, miło mi was znowu widzieć!
Cała trójka skierowała na mnie swoje uważne spojrzenia. Na początku na pysku Lisówki tkwił wyraz dość ciężki do odgadnięcia, jednak chyba wtedy mnie rozpoznał, ponieważ cały się rozpromienił.
— Hej, Iskrząca Nadziejo, szmat czasu Cię nie widziałem! Nie mam rudego pojęcia, skąd znasz Rudzik, ale to jest Śnieżycowa Chmura. Czy coś cię sprowadza na naszą granicę?
Uśmiechnęłam się, siadając z lekko podniesioną łapą.
— Nie, po prostu chodziłam przy granicach, ciesząc się naturą na spacerze!
Rudzielec podszedł nieco bliżej granicy, a ja po uderzeniu serca dodałam.
— Jejku, jesteście kolejnymi rudymi burzakami, jakie poznaję! To jakaś norma i cały klan jest rudy? — zagadałam, przeskakując spojrzeniem złotych ślepi między trzema pręgusami.

< KFC? Odpowiesz koleżance mamy (i swojej w sumie też)? >


Wyleczeni: Iskrząca Nadzieja

Od Szkwalnej Łapy (Ulewnego Szkwału) CD. Liliowej Łapy

Przeszłość

Wrócił on po kolejnym treningu na Kolorowej Łące z Mewim Puchem, przyniósł mysz. Polowanie na gryzonie nawet nie było złe, bo był dość szybki, ale preferował łowienie ryb. Czuł po prostu się związany z wodą, która była wszędzie, w samym obozie po cały teren Klanu Nocy, nie mówiąc często, że miejsca z wodą były dla niego piękne i miały swój urok. Te plaże z morską wodą, czy lasy ze strumieniami! Tego widoku nie zastąpi mu zwykła łąka lub las drzew, woda dawała terenom swój urok i życie. Uczeń dał gryzonia na stertę zwierzyny, by ktoś inny go zjadł, akurat odkładając zdobycz, podbiegła do niego Liliowa Łapa, witając się z nim, uczeń odwzajemnił powitanie.
— Cześć — odpowiedział niebieski uczeń liliowej kotce.
— O co chodzi? — spytał ją po tym, jak długo nie odpowiadała, bo myślała nad czymś.
— Chciałabym ci coś powiedzieć. — miauknęła kotka, wskazując ogonem na pobocze obozu. Kiedy tam usiedli, Liliowa Łapa z niepokojem oczach powiedziała:
— Spotkałam mojego czekoladowego ojca! — To Lilia miała ojca?!!? Chociaż nie głowił się nad tym, myślał szczerze, że jej koleżanka wzięła się z krzaków, bo znaleziono ją bez rodziców. Trochę to nietypowe, lecz nie chciał tego oceniać, bo on wziął się ze Złocistego Wildika jak reszta jego rodzeństwa.
— Kiedy go niby spotkałaś? — spytał.
— Szłam z Senną Łapą i Czosnkową Krewetką na patrol, pierwsze patrolowaliśmy granicę z Klanem Burzy i Klanem Klifu, a potem zeszliśmy niżej tam, gdzie są te kamienie od dwunożnych. Akurat się rozdzieliliśmy, chciałam sprawdzić południową część lasu i nagle coś usłyszałam, poszłam za źródłem dźwięku i spotkałam pierwsze przez przypadek mego brata. — Jej brata? Nie sądził nigdy, że Lilia ma rodzeństwo; zawsze mu wyglądała na jedynaczkę.
— A co było potem?
— Potem porozmawiał chwilę z nim, oczywiście, gdyby nie mój ojciec, który wołał gdzieś z tyłu jego imię, to bym się nie domyśliła, że to on. Nie spodziewałam się, jednak że przyjdzie do nas tak prędko, więc wspięłam się na drzewo, mówił same niemiłe rzeczy o naszym klanie, a potem chciał się wspiąć na te drzewo, na którym siedziałam. Dobrze, że Senna Łapa ich przegoniła, bo bym miała przerąbane od niego. — Ten ojciec naprawdę był jakiś okropny, skoro Lilia się go bała, chociaż wspominała mu pierwsze po przewianiu, że był czekoladowy.
— Chciał cię aż tak skrzywdzić?
— Znaczy, mój ojciec Sosna, zawsze był jakoś w stosunku chłodny do mnie, choć nie pamiętam tego dokładnie. Moja mama opowiadała mi, że jest dość nieprzewidywalny, że pewnej nocy porwał mojego brata i nie wrócił nigdy. Moja mama zawsze była smutna gdy wspominała o tym co się stało wtedy, jak tak o niej myślę to tęsknie za nią, jak tak myślę, to była jedynym kotem, którym miałam przez ten okres. — Można było wyczuć smutek wydobywający się z słów uczennicy, Szkwałowi zrobiło się bardziej żal kotki, a jakaś niewspomniana nienawiść narodziła się do jej ojca, choć nie znał go osobiście.
— Lilio, jeśli twój ojciec będzie ci zagrażał, to Klan Nocy nie będzie obojętny na twoje cierpienie. Czekoladowe koty zawsze są takie od urodzenia, szemrane i niemoralne, dlatego nasz klan wystrzega się ich jak ognia, bowiem oprócz tego przynoszą nieszczęście. Nie dziwię ci się, że tyle nieszczęścia cię spotkało, gdyby nie twój ojciec to byłoby inaczej i może twoja matka by żyła. Nie tylko klan cię więc obroni przed tym, gdy tylko poczujesz się niekomfortowo z jego powodu, to zawsze możesz mi powiedzieć, nie pozwolę by, coś ci zrobił! — Ten natrętny futrzak nie miał prawa tak traktować Lilii, kogokolwiek, skoro był w stanie obrazić ich klan, to mógł zaatakować kogoś lub porwać. Dlatego będzie stał na straży granic, jak będzie wojownikiem i będzie je częściej sprawdzać, nie tylko z powodu Sosny.
— Dziękuję, Szkwalna Łapo, za twoje wsparcie. — Liliowa Łapa otarła łzy, które z niej wypływały, chyba naprawdę temat jej rodziny był dla niej trudny. Nie chciał chyba poruszać tego tematu dla jej dobra, ale z drugiej strony musiał przynajmniej dokładnie wiedzieć, jak wygląda Sosna, gdyby chciał go rozszarpać.
— Widzę, że temat twojej rodziny jest trudny, ale czy mógłbym spytać, jak wyglądają twój brat i ojciec, gdybym ich kiedyś spotkał? Wtedy bym cię poinformował, gdyby byli gdzieś w pobliżu. — Kocica patrzyła na niego dość niepewnie, ale po dłuższym zamyśleniu kiwnęła głową i zaczęła mówić.
— Mój tata ma tygrysie pręgi i zielone oczy, natomiast mój brat Mrok też jest czekoladowy, tylko że ciemniejszy i ma te same pręgi co ja i jest w tym samym wieku. — Kotka już skończyła opis, brzmiąc już spokojniej i pewniej.
— Obiecuję, że nie będziesz dłużej się nim już martwił, Liliowa Łapo. — Kotka mogła to zinterpretować na różne sposoby, ale on tylko myślał o tym, by jak najdalej przegonić to zło, wcielone z ich terenu, żeby pecha Lilli i innym nie przynosił.

* * *
Teraźniejszość

Od kiedy Błoto i ten jakiś rudzielec zostali na czas nieokreślony, takimi jakby więźniami, to czuł ciężkie spojrzenie, właściwie to Mandarynkowej Gwiazdy, gdy tylko miał okazję ją minąć, to myślał, że go zje oczami! Chyba naprawdę nie podobało jej się to, że sprowadził tu czekoladowego samotnika, przecież jednak gdyby go zostawił zranionego, to stałby się gorszym kotem od Błota, wojownicy nie zabijają innych z błahych powodów. Jedyne słuszne powody, dla których mógłby zabić to gdyby Mandarynkowa Gwiazda mu kazała lub gdyby powód był naprawdę ekstremalny, choćby samo obrona lub gdyby taki kot naprawdę by był potworem. Szkwał starał się przysłowiowo chodzić na palcach, żeby już bardziej nie zdenerwować jej, nawet złym oddychaniem czy chodzeniem. Brzmiało to głupio, ale naprawdę niewiele brakowało, żeby go wysłała na osobną wyspę, albo zrobiłaby z niego odrzutka jak Fląderkę.
Modlił się, tylko żeby jej nie spotkać, tego wschodu słońca, w sumie to każdego się modlił, bo nie chciał dostać zawału. Akurat wrócił z patrolu łowieckiego gdzie byli Śnieżna Mordka, Morszczynowy Wąs i Wlatująca Uszatka, deszczu było dużo i czasem podczas łowieniu ryb był kłopotliwy, ale złapali kilka sztuk ryb, akurat odkładał swojego brzana na stos. Zobaczył jednak, że pewna osobowość zbliżała się w jego stronę, to był Mewi Puch.
— Mój były uczniu, Mandarynkowa Gwiazda chce z tobą rozmawiać. — Niebieski kocur mrugnął dwa razy, zdziwiony, czy miał naprawdę przerąbane? Przełknął z trudem ślinę.
— A jaki będzie temat tej rozmowy? — spytał, jak głupi chcąc być na serio pewny czy jego dni zbliżają się ku końcowi gdy spojrzy Mandarynkowej Gwieździe w oczy.
— Chciała z tobą porozmawiać o twoim poprzednim przewinieniu, chciałom złagodzić to, wiem, że zrobiłeś to, by chronić klan. Życzę tylko tego, żeby twoja kara nie była wielka, jesteś dobrym kotem. Teraz idź, przywódczyni nie może długo czekać. — Poklepał ogonem po barku młodego wojownika, po czym poszedł. Mandarynkowa Gwiazda na serio, go chciała w swoim legowisku. Szedł w stronę pnia, który był dosyć blisko sterty zwierzyny, trzęsącymi się łapami. Gdy tylko już był w środku, to przywódczyni na niego spojrzała oceniająco, od góry do dołu.
— Nie ukrywam, Ulewny Szkwale, że bardzo mnie zdenerwowałeś, przynosząc ze sobą te dwie przybłędy. Trudno mi cokolwiek z nimi zrobić. — Ulewny Szkwału spadły uszy z automatu w dół, niezadowolenie rodziny królewskiej, zwłaszcza przywódczyni zawsze raniło jego serce. Mandaryna tylko machała lekko ogonem z gracją.
— Wasza wysokość, naprawdę nie chciałem tym działać, przeciwko Klanu Nocy. — Czarna srebrna kocica jednak bez żadnej szczególnego wyrazu pyska, patrzyła na niego.
— Gdy kazałam Mewiemu Puchu cię tu przynieść, ten zawodził oczywiście, że mam ci dać jak najmniejszą karę, że mam cię oszczędzić jako jego ucznia, aż mi uszy puchły! Oczywiście nie mogę stwierdzić, że ta gadanina była, zbędna, bo wymyśliłam dla ciebie pokutę. Będziesz dla mnie obserwował Rosiczkową Krople, każde jej zachowanie w ciągu kilku wschodów słońca. Wymaga to takiej uwagi, że śpiąc, nie możesz spać, a gdy jesz, to nie możesz jeść, rozumiesz? Każda najmniejsza czynność może cię rozproszyć, a ja szukam kota uważnego, zwłaszcza że liczba zdradzieckich pysków się powiększyła. Jeśli jednak się nie spełnisz w tym, to będziesz musiał pilnować więźniów na wyspie, zwłaszcza tych, których zaciągnąłeś, masz wybór. — Czy ona go właśnie pytała, czy chce być szpiegiem lub pilnować tych więźniów? Śledzenie kogoś brzmiało lepiej, niż użeranie się z nowym czekoladowym samotnikiem, którego przytargał do obozu,
— Jestem w stanie przyjąć pierwszą opcję na siebie, Mandarynkowo Gwiazdo! Nie spuszczę choćby oka z Rosiczki.
— To świetnie, a teraz odmaszeruj. Tylko nie ciesz się za bardzo, bo będziesz za bardzo ściągać uwagę innych, a nie chcę, by jakieś wścibskie koty coś podejrzewały. — Szkwał posłusznie wyszedł z jej legowiska bez żadnych emocji. Klanowicze, jak zwykle, byli zajęci rutyną obowiązków, a on musiał się w nią wtopić jak zwykle i jednocześnie śledzić Rosiczkową Kroplę.

* * *

Od kilka wschodów słońca obserwował Rosiczkę, jedynie co zauważał to, że gadała ze swoim rodzeństwem, a najwięcej z Tojadową Kryzą, oglądała często ptaki na niebie i jadła często gady, najczęstszej żaby. Tylko tyle na razie wychwycił, już miał nadzieję, że coś odwali szybko, a on z tym pójdzie do Mandarynkowej Gwiazdy. Zastanawiał się, czy, skoro Mandarynka mówiła mu niedawno, że jest dużo kotów, które nie działają na korzyść Klanu Nocy, to może by się przydały dodatkowe łapy do pomocy? Mógłby pójść z tym do Lawendowej Łapy, ale nie wiedział, czy jego starsza siostra się zgodzi na taki numer, może kiedyś się jej spyta. Oprócz niej darzył zaufaniem Kasztana i Urodziwą, ale nie wiedział, czy im też to z mostu mówić, Narcyz wydawał się nadawać do tej fuchy też od kiedy zbił wilczaka na zgromadzeniu, ale za mało się znaliby stwierdzić, czy mu mówić. Szumek był za młody, by go narażać na takie rzeczy. Została więc mu tylko Liliowa Łapa, ona raczej by się bardziej zgodziła prawie na wszystko, nie patrząc na jego występki. Akurat Liliowa Łapa i Szumiąca Łapa, wracały z treningu razem z Czosnkową Krewetką i Latającą Rybą, nieśli oni ryby z rzeki. Uczniowie odkładali swoje zdobycze na stos, Szkwał postanowił zagadać do nich.
— Cześć Lilio i Szumku, jak łowienie ryb? Widzę, że coś daliście na stos! — Pokazał na stos ogonem.
— Nawet dobrze. To moje pierwsze łowy! Choć Latająca Ryba nie była chyba zainteresowana moją rybą, może następnym razem, jak złowię większą, to pochwali mnie — mruknął Szumiąca Łapa. Szkwał patrzył na jego rybę, jego ostrosz nie był jakiś duży, ale też nie był malutki. Może Latająca Ryba po prostu spodziewała się po nim czegoś więcej?
— Na pewno złowisz lepszy okaz, mamy w końcu to we krwi! — Ulewny Szkwał poczochrał po głowie młodego kolegę. Choć skupił się na chwilę na Szumku, to teraz jednak musiał poświęcić chwilę dla Liliowej Łapy, miał niezłe informacje dla niej.
— Liliowo Łapo, chcesz się przejść? — Ulewny Szkwał spytał przyjaciółkę.
— Oczywiście! Szumku, też idziesz? — Liliowa kotka spytała małego ucznia. Szczerze, Szkwał nie chciał wtajemniczać Szumka w tak ważną rozmowę. Chciał iść z Lilią na osobności.
— Nie dziękuję, właśnie miałem iść do Flaminga. Za to życzę wam miłej przechadzki. — Szumiąca Łapa opuścił ich, idąc do żłobka. Ulewny Szkwał poczuł lekką ulgę i zagadał do Lilli.
— To możemy iść, nie będzie to daleko. — Ulewny Szkwał planował zabrać ją do lasu, blisko obozu z tym charakterystycznym kamieniem.

* * *

Otaczał ich aktualnie tylko las i drzewa, a blisko była ta sama rzeka, co płynęła. Na chwilę przystali, a nad nimi były ciemne chmury.
— Nie zgadniesz, Lilio, jakie zadanie specjalne mi dała Mandarynkowa Gwiazda! — Liliowa Łapa słuchała go uważnie.
— Zadanie specjalne? Mów mi jakie. — Mierzyła go zaciekawionym wzrokiem, jakby naprawdę interesowało ją to zadanie specjalne.
— Mam śledzić Rosiczkową Kroplę, właściwie robię to już od kilku wschodów słońca dla Mandarynkowej Gwiazdy. Na razie jednak nie widzę, żeby robiła coś podejrzanego, jednak nie stracę czujności! Może po prostu na serio się ukrywa. — Oby tak było, bo nie chcę wracać z informacją w tak krótkim czasie, że Rosiczkowa Kropla nie jest podejrzana. Musiał ją jeszcze pośledzić, tak dla pewności, czy na pewno czegoś nie ukrywa.
— Brzmi to super, bycie szpiegiem dla przywódcy to chyba naprawdę coś fajnego! Chyba ci ją dała, dlatego że złapałeś tego samotnika na kradzieży. Chyba ciebie ceni w jakimś stopniu. — To był miód dla jego uszu słyszeć od innego kota, że przywódczyni go ceni, może tak było? Choć nie widział tego na twarzy u Mandarynki.
— Może masz rację, choć przywódczyni mi mówiła, że tych kotów jest więcej, które mogą być podejrzane, więc się zastanawiałem, czy szpiegów nie powinno być więcej? Zastanawiałem się więc komu to powiedzieć, wypadło na ciebie, bo szczerze gdybym podszedł do Urodziwej Łapy, to by mnie zagryzła, za to, że Błotowi przez przypadek łapę złamałem. — Kotka nieco się zdziwiła.
— Czy ty chcesz, żebym była szpiegiem? Sama nie wiem, czy się nadaje, klan potrzebuje kogoś, kto stawi się za nim, a ja gdy mój ojciec przyszedł to, zamiast jemu się postawić, uciekłam na drzewo — Powiedziała kotka lekko zawstydzona.
— Gdybyś się nie nadawała, to bym nie przyszedł do ciebie! Jesteś najbardziej lojalną kotką w klanie, jaką znam, oprócz mego rodzeństwa! Teraz nadeszły czasy gdzie potrzebujemy wierne koty, które pomogą zwalczyć klanowi te chytre lisy, które się maskują. Nie wyobrażam sobie kogoś innego, kto by razem ze mną szpiegował innych, którzy nam zagrażają. — Pomimo jednorazowego tchórzostwa Lilli to ona nadawała się na szpiega, była bardzo energiczna, nawet twierdził, że mogłaby cały dzień, szpiegować kogoś nie śpiąc.
— Skoro tak mówisz, to pójdę do niej zapytać, czy mogę być szpiegiem i pomóc klanowi — Koteczka wydawała się być podniesiona na duchu, dwa koty szły spokojnie wzdłuż rzeki, póki nie nastało naderwanie chmury, a tak padało, że nawet w rzece było widać jak mocno, spadała woda z nieba. Obaj czuli, że ich futro szybko mokło.
— Wracamy! Kto pierwszy, ten jest mokrą rybą! — Kocur szybko biegł do obozu, by uratować swoje futro od deszczu a Liliowa Łapa biegła za nim, wyprzedzając go, ta pokazała mu język w udawanej irytacji, a on się zaśmiał, biegnąc za nią.

<Liliowa Łapo?>

Od Mandarynkowego Pióra (Mandarynkowej Gwiazdy) CD. Trzcinowego Szmeru

Skip do teraz bo tak

Jej życie powoli wracało do normalności. O ile to było w ogóle możliwe. Nadal dużo myślała nad swoimi wyborami i przede wszystkim nad wydarzeniami pewnego feralnego poranka. Jednak udawało jej się zachowywać pozory normalności. Wychodziła porozmawiać z różnymi kotami oraz okazjonalnie na spacery. Nie oznaczało to oczywiście, że nie zamierzała nadal zbierać informacji, posługując się innymi. Udało jej się już dać Żmijowcowej Wici kolejny cel. Problem z tym był jeden. Buras był synem Wężynowego Kła. Równie dobrze mógł być kolejnym ze zdrajców. Potrzebowała zebrać więcej informacji na jego temat. Czas było zwerbować kolejnego szpiega.
– Trzcinowy Szmerze, możemy porozmawiać? – zadała pytanie, po czym zmieniła ton na twardy i stanowczy. – Teraz. Poza obozem.
Wojowniczka, która przed chwilą skończyła posiłek, skinęła łbem. Obie wyszły bez słowa z obozu. Odezwały się dopiero wtedy, gdy były z dala od jakichkolwiek ciekawskich spojrzeń. Konkretnie zrobiła to Trzcina.
– O co chodzi, Mandarynkowa Gwiazdo?
Przywódczyni usiadła naprzeciwko szylkretki, owijając swój ogon wokół łap. Można by pomyśleć, że wyjście sam na sam z innym kotem, będąc w obecnej sytuacji Mandarynki, nie było dobrym pomysłem. Jednak o brązowooką się nie martwiła. Była z rodziny zdrajców i brakowało jej jednego potknięcia do tego, by trafić na wyspę razem z resztą krewnych. Do tego Mandarynka dobrze znała swoją rozmówczynię. Wiedziała, jaki jest jej charakter i słabe strony w wypadku ewentualnej walki. W końcu była kiedyś jej mentorką.
– Spędzasz dużo czasu ze Żmijowcową Wicią, nieprawdaż? – zadała pytanie. Wojowniczka zmarszczyła brwi, lecz zanim miała szansę cokolwiek powiedzieć, srebrna kontynuowała:
– Trzcinowy Szmerze, chciałabym powierzyć ci zadanie… obserwacji… Żmijowcowej Wici.

<Trzcina? Będziesz szpiegować swojego bestie>

Od Złamanka Do Błyskotki (Błyskotliwej Łapy)

Ciemny kocur postanowił przejść się po obozie, Focza Fala nie miała nic przeciwko temu najwidoczniej.
— Nie wychodź, proszę, poza obóz Złamanku! — mruknęła szara kocica, gdy łapa Złamanka już opuściła żłobek. Spojrzał na swoją matkę i powoli skinął jej głową. Powoli zaczął przechadzać się po obozowisku, słyszał gdzieś w oddali latające ptaki i na tym się skupił. Nagle do jego boku dobiła rudo czarna kotka z białymi łapami. Czarny kocur się zachwiał i cicho syknął. Spojrzał do góry i zobaczył Błyskotkę. Starszą kotkę z legowiska bo jeszcze nie skończyła 6 księżycy i musiała siedzieć z nim w jednym żłobku. Zlamanek spojrzał na nią z ukosa, lekko zdenerwowany. Westchnął i zimno powiedział
— Patrz, jak chodzisz — mruknął. Błyskotka się spłoszyła, położyła uszy na swoim łbie
— Ja… Przepraszam! Nic. Co się nie stało? — miauknęła spłoszona szylkretka. Czarny kocurek nic nie odpowiedział, po prostu odszedł powoli w swoją stronę
— Poczekaj! Nic ci nie jest na pewno…? — zawołała za Złamankiem. Ten, już czując, jak mu się gotuje, odwrócił się do niej.
— Przyjaźnimy się? O co Ci chodzi? Nie chcę z tobą rozmawiać — fuknął zdenerwowany. Czy ten mysi bobek nie mógł mu dać spokoju? Gdyby mógł, to by jej czymś zatkał ten gadatliwy pysk!
— Jesteś synem Foczej Fali, prawda?
— Co cię to obchodzi? — mruknął oburzony. Błyskotka cofnęła się o krok, jakby te słowa uderzyły ją mocniej niż powinny. Przez chwilę tylko patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, jakby szukała odpowiedzi, której nie dostała.
— Po prostu… — zaczęła ciszej, nerwowo owijając ogon wokół łap — Słyszałam, że jesteś nowy i…
Złamanek prychnął pod nosem, odwracając wzrok gdzieś w bok, w stronę wyjścia z obozu.
— I co z tego? — przerwał jej chłodno. — To nie znaczy, że chcę mieć ogon przyklejony do boku.
Na moment zapadła cisza. Gdzieś w oddali zaszeleściły liście, a wiatr poruszył ściółką. Błyskotka spuściła głowę, drapiąc ziemię pazurem.
— Nie musisz być niemiły… — mruknęła cicho.
Złamanek drgnął lekko, ale szybko to ukrył. Zamiast odpowiedzieć, ruszył dalej, tym razem szybciej, jakby chciał zostawić ją daleko za sobą.
— Hej! — zawołała jeszcze za nim, ale już nie podbiegła. — Ja tylko chciałam pomóc!
Kocur nawet się nie odwrócił. Jego ogon sztywno unosił się w powietrzu, a uszy miał lekko położone do tyłu.
Dopiero gdy oddalił się na tyle, że nie słyszał jej kroków, zwolnił. Zatrzymał się przy krawędzi obozu i spojrzał w stronę lasu.
Przez krótką chwilę zawahał się. Potem jednak prychnął cicho, jakby sam na siebie, i usiadł, wpatrując się w drzewa.

<Czego dalej ode mnie chcesz Błyskotko.>

Od Bielinki Do Chudej Łapy

Bielinka spacerowała przez obóz z podniesionym ogonkiem. Jej pazurki były wysunięte — musiała być przecież gotowa, gdyby inny klan ich nagle zaatakował! Koteczka usiadła na chwilę, aby wylizać się do czysta. Gdy jej łapa dosięgnęła blizny, Bielinka poczuła ukłucie dumy. Była młoda, i już dostała pierwszą prawdziwą bliznę! Potem spróbowała łapką wyrównać jeden zakręcony wąs. Wszystkie jej wąsiki były proste, oprócz jednego, który postanowił być inny. Duża koteczka wstała i zaczęła dalej maszerować. Wnet jej oczom ukazał się bardzo chudy, ponury kocur. Bielinka podeszła do dziwacznego kota i bez zastanowienia palnęła:
— Masz szczęście, że nie jestem przywódczynią, bo twoim wojowniczym imieniem byłoby Wystające Żebro, ty wronia karmo! Hahahhaha! — zaczęła się śmiać koteczka i dla zabawy podgryzła nogę chudego, po czym odbiegła, nie czekając na jakąkolwiek reakcję od ucznia.

* * *
Następnego dnia

Nastał świt. Na niebie powoli zaczęło ukazywać się słońce. Bielinka wyszła z posłania i się rozciągnęła. Nadszedł czas na kolejne eksplorowanie obozu! Może znów uda jej się zrobić coś śmiesznego jakiemuś kotu? Od razu po wyjściu zauważyła chuderlasa z wczoraj. Kot siedział przy legowisku medyka i robił coś z ziołami. Bielinka dobiegła do niego i zaczęła znów szydzić:
— Jesteś medykiem! Wybrałeś tę ścieżkę, bo pewnie boisz się wysunąć pazury i nie umiesz walczyć, co nie? — wyśmiewała go Bielinka.

<Chudasku? A może Wystające Żebro;)?>

Od Kalinowego Powiewu CD. Chudej Łapy

Przeszłość

Kalinowy Powiew odczuwała lekki dyskomfort. Podczas każdego bardziej wymagającego ruchu głębsze ranki otwierały się, a piekący ból powracał, dokuczając wojowniczce, dopóki uszkodzenie nie zagoiło się ponownie. Związane było to z walką, jaką odbyła ostatnio z psiskiem dwunożnych. Na samą myśl skrzywiła nos, oglądając swoje futro, czy jej rany przypadkiem się nie brudzą. Unikała błota i wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń na tyle, na ile było to możliwe – w końcu szkoda, gdyby miało wdać się jej w nie jakieś zakażenie. Jeszcze, gdyby tego było mało, to samo tarzanie się w błocie nie było wcale eleganckie. Odkąd pierwszy raz usłyszała o możliwości infekcji, martwiła się lekko, że to mogłoby dotknąć niebawem i jej, jeśli tylko nie zajmowałaby się własnym futrem i skórą odpowiednio. Dlatego poświęcała toalecie więcej czasu niż zwykle. Można było powiedzieć, że myła się nawet za wiele i zbyt długo, poświęcając sporą część swojego wolnego czasu na właśnie to.
Odkąd została mianowana na wojowniczkę, jej dni wyglądały dość spokojnie oraz identycznie, co z jednej strony ją cieszyło – w końcu zyskała uznanie ze strony Kruczego Pióra, nie musiała już spełniać nierealistycznych wymagań mentora. Udało jej się wreszcie pokazać, że jest gotowa na tę rolę. Gruba Łapa, Nocna Łapa nadal byli uczniami, chociaż podejrzewała, że to kwestia czasu aż sami staną się wojownikami. Chuda Łapa zaś obrał ścieżkę medyka pod czujnym okiem Roztargnionego Koperku. Czuła się odrobinę wybita z rytmu. Przez to, iż wstawała zawsze tak wcześnie na treningi, których teraz już nie było, nie potrafiła się przestawić. Wstawała zawsze o tej samej porze, niekiedy z lekkim stresem, czy przypadkiem nie zaspała na szkolenie. A potem w oczy rzucały jej się powolnie podnoszące się i opadające boki reszty Wilczaków, którzy nawet nie zdążyli się przebudzić, a już z pewnością nie dali rady ustawić się w celu wyruszenia na patrole łowieckie czy patrole graniczne. Westchnęła cicho pod nosem. Pora Opadających Liści była przepiękna, wielokolorowe liście sypały się z niektórych drzew, chociaż na terenach Klanu Wilka było ich wyjątkowo mało. A to wszystko przez to, że u nich górowały drzewa iglaste, które jedyne co, to mogły zrzucić masę szyszek lub niekiedy igieł. Wspinanie się po nich absolutnie nie należało do najmilszych rzeczy! Wszystkie te kolce, które obrastały grubą korę, wbijały się bez większych trudów w łapy niedoświadczonych uczniów. Poduszki wojowników zdążyły stwardnieć na tyle, żeby ten problem nie dotyczył ich tak często, chociaż i takie przypadki się zdarzały.
Pokręciła głową. Nie było sensu zastanawiać się nad takimi rzeczami teraz. Przecież ani nie spała, ani nie szykowała się do wspinaczki na drzewa…
Dojrzała swojego pobratymcę, Chudą Łapę, który niósł zioła w pysku. Parę uderzeń serca temu odszedł od niego liliowy, prawdopodobnie czegoś zapomniało i musiało się wrócić. Kalinowy Powiew nie przykładała temu jakiejś wielkiej uwagi. Zabrała się za czyszczenie swojego długiego, niebieskiego ogona, wyzbywając się z niego wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń. Może powinna się wybrać dzisiaj na jeden z patroli? Dobrze byłoby zająć czymś łapy.
Przez zamyślenie, które znów zawładnęło jej umysłem, nie zorientowała się nawet, że uczeń podszedł do niej. Z jakiegoś powodu nie rozważyła nawet tej opcji, z góry zakładając, iż bury raczej nie będzie chciał z nią rozmawiać. Szczególnie że jakiś czas temu się pokłócili i doprowadziło to do niemałego zdziwienia wśród Wilczaków. Kocur upuścił zioła przed swoimi łapkami.
Jego oddechy były jakieś takie bardziej charczące, głośniejsze niż zwykle. Zmarszczyła nieco brwi, zastanawiając się, czy on zawsze brzmiał w ten sposób. Nie mogła sobie przypomnieć za dobrze, aczkolwiek coś podpowiadało jej, że to nie było tak, jak powinno być. Nie pasowało jej to, był zbyt głośno.
— Jak Twoje rany się goją? — zapytał bez większych emocji, a jego głos brzmiał inaczej, niż zwykle, głównie przez suchość gardła i problemy w łapaniu wdechów. Może mu obecna pora nie służyła? Nie byłoby to czymś dziwnym.
— Chuda Łapo, powinieneś raczej przyjrzeć się sobie. Nie wiem, na co zachorowałeś, ale brzmisz inaczej niż zwykle — miauknęła, nie będąc pewna, jak powinna poczuć się z jego pytaniem. Z jednej strony było to nawet miłe, ponieważ nikt inny oprócz Trzcinniczkowej Dziupli jej o to nie pytał, a z drugiej… z Chudą Łapą nie łączyła ją znajomość ani nawet przyjaźń, raczej zawsze się kłócili o wszystko. Zawsze znajdował się jakiś powód do sprzeczek między nimi. Nie mogła za bardzo zrozumieć, jaki miał cel w pytaniu o takie rzeczy. Może dzięki temu nie czułby wyrzutów sumienia, jeśli tylko jakiekolwiek siedziały mu w głowie? Albo szukał jakiegoś tematu, dzięki któremu by mógł jakoś ją zasmucić? Wykorzystać tę informację przeciwko niej? Przyuważyła też nowy obiekt, który zdobił jego ucho. Zmrużyła nieco ślepia. Czy Nocna Łapa też nie miał takiego przypadkiem?
Wąsy Chudemu opadły po uwadze kotki.
Wziął płytki, zmęczony wdech. Towarzyszył mu specyficzny świst, zaraz zaczął kasłać. Odwrócił głowę, próbując się nie udusić.
— To ja tu próbuję dbać o współklanowiczów, a ty taka wredna jesteś — burknął, gdy się uspokoił. — Słyszałaś krążące plotki? Dumna jesteś? Myślą, że mi złamałaś serce!
Jego ogon drgnął nerwowo. Spojrzał na nią przelotnie, na jej rany, których nie było praktycznie widać, co uspokoiło młodego kocurka.
Kalinowy Powiew przewróciła oczami, a następnie machnęła ogonem, usłyszawszy słowa o plotkach i próbie dbania o innych. Zwykle nie zwracała uwagi na plotki, ponieważ nie miała wcześniej czasu ani głowy na to. Koty zawsze musiały mieć jakiś temat do rozmów, więc nic dziwnego, że wyłapali wśród codziennego zgiełku ich kłótnię. Westchnęła, kręcąc głową. Ktokolwiek rozpowiedział coś podobnego, musiał się niezwykle nudzić i mieć bardzo bujną wyobraźnię. Nie skomentowała tego dalej, wsłuchując się w następne słowa pobratymcy.
— Brzmię inaczej? — powtórzył. — Huh. Co masz na myśli?
— Nie masz większych kłopotów w nabieraniu oddechu niż ostatnio? Mam wrażenie, że sapiesz głośniej niż wcześniej — powiedziała, wsłuchując się w dalsze świsty wydobywające się z jego nosa, jakby miał go zatkanego. Gdyby była noc, to mogłaby przysiąc, że chrapał, a nawet nie spał. — Nie masz wrażenia, jakbyś miał zatkany albo przytkany nos? Jakbyś miał suche gardło? Pijesz wodę?
Otworzył szerzej oczy na nagłą niby troskę kotki, po czym szybko odwrócił głowę, zadzierając krótki pysk i kładąc po sobie uszy. Zamknął oczy na chwilę. Spojrzał na kotkę z małym wyrzutem oraz grymasem na mordce. Niebieska przyglądała się jego reakcji, nie myśląc o tym jakoś szczególnie wiele.
— Czy ja naprawdę wyglądam na kogoś, kto pije wodę? — zapytał.
Przewrócił po chwili oczami, jakby naśladując jej ruch sprzed chwili. Uniosła brew, nadal nie komentując jego zachowania. Czy całe to przedstawienie miało coś na celu? Machnął ogonem, wzniecając nieco kurzu. Kalinowy Powiew teraz spojrzała na niego wymownie.
— Pff, mając tyle schorzeń, co ja nawet nie wiem, kiedy coś mi dolega innego — rzucił gorzkim tonem. Takim, który mówił, że było mu smutno z powodu swojej odmienności, ale się z nią pogodził, bo nie miał zwyczajnie wyjścia.
Wstał i trzepnął uchem z przekłutą kością. Patrzył na wojowniczkę. Mierzył ją wzrokiem dłuższe uderzenie serca. Zmarszczył pysk, przymrużył oczy, po czym się odezwał.
— Ładna jesteś. Szkoda, że masz taki paskudny charakter.
Kalinowy Powiew patrzyła na niego przez chwilę, jakby musiała przetrawić to, co właśnie do niej powiedziano. Nikt jej wcześniej nie powiedział czegoś identycznego w taki sposób, nie wiedziała, jak przyjmowało się takie… komplementy? Czy był to komplement, a może tylko chłodne stwierdzenie nienacechowane szczególniejszymi emocjami? Chciał ją obrazić czy pochwalić? Pokręciła wreszcie głową ze zrezygnowaniem, odwróciła się na pięcie i odeszła, zostawiając burego kocura w tyle. Chuda Łapa zachowywał się dziwnie, aczkolwiek nie ona była medykiem. Skoro Roztargniony Koperek uznało, że jego podopieczny nie wymaga leczenia ani dokładniejszego przyjrzenia się mu, to nie zamierzała go zmuszać do tego ani mu mówić, co powinno robić, ani i jemu – że miał poprosić starszego kota o pomoc. Czasami trzeba było wiedzieć, kiedy należy się wycofać i sobie odpuścić.

<Chuda Łapo?>

13 kwietnia 2026

Od Flaminga do Fląderki

Przed Porą Nagich Drzew

Mały Flaming czuł się tak, jakby miał żłobek na wyłączność, jakby tylko on tutaj mógł przebywać, ponieważ zasługiwał na to. Zasługiwał na swoje własne, wielkie legowisko, przez sam fakt bycia wnukiem liderki, nawet jeśli nie zamienił z nią jeszcze ani słowa i tak naprawdę nie pamiętał za dobrze, jak dokładnie wygląda. Chłodne podmuchy wiatru docierały do kociarni, owiewając policzki jasnego kocięcia. Mokra woń poniosła się po jego nozdrzach, wypełniając je także przyjemnym, rybim zapachem. Przyglądał się pyszczkowi swojej mamy, która czuwała nad nim i obserwowała każdy jego ruch z uwagą, jakby miała cały czas na świecie tylko dla niego, jakby nic innego się nie liczyło. Zdążyła do tej pory opowiedzieć mu tak wiele… najważniejszą i przede wszystkim najnowszą historią było powstanie wszystkich kotów, w tym, dlaczego Klan Nocy był tak mocno przekonany, że koty czekoladowe są zdradliwe i po prostu brudne, niegodne. Mimo że był malutki i ledwo co zaczął formować własne myśli, przekonania te przeszły i na niego, ponieważ nie miał nikogo, kto by mu powiedział, że takie myśli są złe. Wręcz przeciwnie. Był chwalony za nie. Za to, że się tak szybko i sprawnie uczył. Jak dobrze, że umaszczeniem przypominał inne, normalne koty! W końcu nie był czekoladowy, tak jak ta pokraka, która siedziała nieopodal niego, w żłobku. Ta cała… Rybia strawa. Żabi móżdżek. Nie, ona chyba miała inaczej na imię. Ach, to nieistotne! I tak była tylko podkotem. Nie pozwoli jej na to, by go ciągnęła za sobą w dół i pogrążała się nawet bardziej. Gdyby on był czekoladowy, to by mu nie było tak dobrze w tym miejscu. W końcu według opowieści powstał z czarnego nieba, a na nim skrzyło się codziennie tak wiele zjawiskowych, przepięknych gwiazd. Jaka szkoda, że nie mógł takiej sprowadzić sobie tutaj, na ziemię i mieć ją na wyłączność. Już próbował, ale to na nic. Wpatrywałby się w nią jak w najpiękniejszą taflę wody, odbijającą jaskrawy blask księżyca na granatowym nieboskłonie. Skoro miał na sobie biel, musiało to oznaczać, że był także połączeniem okruchów Srebrnej Skórki. To czyniło go wyjątkowym, ponieważ nie każdy mógł sobie pozwolić na te dwie rzeczy i to w dodatku razem! Jako, iż łączył te dwie niezwykłe cechy, był prawdziwym przykładem i dowodem harmonii. Oznaczało to również, że był na samym szczycie hierarchii i to według wielu, w tym i według jego samego. Należały mu się same najlepsze rzeczy.
Spojrzał na łaciatego kocura, który ostatnio działał mu na nerwy. Dlaczego się tak w niego wgapiał? Zazdrościł mu pięknego futra? Może tego, że jego mamą była Wężynowy Kieł? Wcale się nie dziwił. Kto by nie chciał być synem samego zastępcy i kotki tak wspaniałej, jak jego mamusia? Jego mama dzisiaj wyglądała na dość poddenerwowaną, co nie umknęło pointowi. Ciekawe co mogło spowodować taki rozwój spraw? Przekrzywił główkę z lekkim zmartwieniem, jednak prędko, acz niezgrabnie polizał się po piersi, aby nie prezentować się nagannie. Może powodem był brak krwistego lotosu na jego czole, który powinien mieć, ale jednak go nie otrzymał? Słyszał już wielokrotnie, że kiedyś jego czoło naznaczy lotos taki, jak na głowie jego taty, Błękitnej Laguny. Tak naprawdę to czekał na ten moment. Chciał być chwalony, chciał, żeby wszyscy na niego patrzyli z dumą i nadzieją. Może ojciec by go wtedy dużo częściej odwiedzał i opowiadał o jego rodzinie, pochwalił porządnie, tak, jak Flaming sobie zapracował. Żeby z niego brali przykład. Kocię postawiło uszka, gdy dotarł do nich pewny oraz stanowczy głos rodzicielki. Najwidoczniej Mandarynkowa Gwiazda musiała się zastanowić. Może zbierali dla niego prezenty i to same najlepszej jakości, dlatego się to tak opóźniło. Oczywiście wolałby już, żeby każdy wiedział, z kim ma do czynienia – Nocniacy traktowaliby go nawet lepiej, gdyby już teraz nosił na sobie znak rozpoznawczy, w końcu był wnukiem samej przywódczyni!
— Flamingu, mój synku, wiesz, że jesteś prapraprawnukiem samej Sroczej Gwiazdy? To ona zapoczątkowała ród. To dzięki niej Klan Nocy wie, co jest właściwe, to ona im otworzyła oczy na prawdę, z której nie zdawali sobie sprawy. Jesteś niezwykle wyjątkowy i z pewnością zdajesz sobie z tego sprawę — miauknęła nisko, poprawiając mu zmierzwione futerko na czubku głowy. — Twoim zadaniem jest kontynuowanie tego, co zapoczątkowała twoja prapraprababka. Pokaż tym głupcom, co oznacza być prawdziwym, przykładnym Nocniakiem. Jeśli będziesz mnie słuchać, zajdziesz daleko — przedstawiła mu jeszcze bez ani krzty zawahania czy zająknięcia się. Kocię poczuło miłe, ciepłe uczucie rozpływające się po jego piersi. Uwielbiał, gdy mama opowiadała mu o takich rzeczach. Dzięki temu miał nawet więcej powodów do chwalenia się! Do czucia się lepszym niż ci wszyscy niegodziwi głupcy.
— Nie martw się, mamusiu. Nie zawiodę cię. Jeszcze będziesz ze mnie dumna — zamruczał, wtulając się w jej puchate futro na piersi. Po chwili odsunął się odrobinę, wpatrując z zadowoleniem na jej kufę. Matka zamruczała, poruszając kitą.
Flaming po jakimś czasie poczuł znowu, jakby mu ktoś wywiercał futro wzrokiem. Sierść na karku podniosła się odrobinę. Odwrócił łeb w stronę nieopodal siedzącego piastuna, który najwidoczniej nie miał nic lepszego do roboty niż podsłuchiwanie go. Fuknął z niezadowoleniem, wytrzymując kontakt wzrokowy. Zmarszczył brew. Kocur spozierał na niego jeszcze przez parę uderzeń serca, po czym odwrócił wzrok. On już zobaczy! Jeszcze się ukłoni przed wielkim Flamingiem, synem Błękitnej Laguny, wnukiem Mandarynkowej Gwiazdy i prapraprawnukiem wielkiej, mądrej Sroczej Gwiazdy! Kocię machnęło ogonem, podnosząc brodę ku górze, a oczy mrużąc, jakby się obraził. Wężynowy Kieł odchrząknęła nagle.
— Złocisty Widliku, pokaż mojemu synowi jak pływać. To niezbędna wiedza każdego Nocniaka, a już w szczególności rodziny królewskiej — zagadnęła, poruszając puchatą, ciemną kitą, przypominając mu, że nie miał do czynienia z byle kim. Odpowiadał za sporą część wiedzy wszystkich Nocniaków, jako iż opiekował się przyszłymi pokoleniami, odkąd został mianowany na piastuna klanu.
Rudy zamrugał parokrotnie, aczkolwiek po paru uderzeniach serca pokiwał głową. Flaming zadarł łeb, przyglądając się teraz nieznanemu mu dotąd starszemu. To on mu miał przekazywać wszystkie ważne informacje, oczywiście zaraz po jego kochanej mamusi. Pointowi nie podobało się to za bardzo, aczkolwiek nie zamierzał narzekać. Nie mógł zawieść Wężynowego Kła. Musiał się uczyć ile tylko był w stanie.
— Tak… oczywiście — powiedział, po czym zachęcił młodziaka do podejścia do jednego z pobliskich zbiorników. Skoro jego mama mówiła o tym z takim przekonaniem, każdy Nocniak musiał kiedyś odbyć taki minitrening, nie śniło mu się nawet postępować inaczej. Nie protestował nadto, był raczej ciekaw, jak mu pójdzie. Czy Wężynowy Kieł będzie z niego dumna? Może go pochwali? Zawoła Błękitną Lagunę, by obserwował, jak wspaniale radzi sobie jego kocię? Spojrzał na swoje odbicie w mieniącym się płytkim zbiorniku wody. Uśmiechnął się pociesznie, zauważywszy swoją mordkę. Był taki piękny!
Najpierw zanurzył prawą łapę, a potem lewą, wchodząc wreszcie cały do mokrego wgłębienia. Spojrzał się na kocura stojącego nad nim oraz matkę, która pilnowała każdego jego ruchu i tego, żeby mu Widlik przypadkiem nie zrobił krzywdy. Niech tylko spróbuje! Flaming uniósł brodę wyżej, ponad wodę, odruchowo machając łapkami, chociaż wcale nie panicznie. Wiedział, że gdyby mu się miała stać krzywda, jego rodzicielka zainterweniowałaby i mu pomogła. Oczywiście miał momenty, w których lekko opadał, bo źle machnął kończyną i woda dostawała mu się do pyska, ale nie było w tym miejscu wcale głęboko.
Piastun, zauważywszy to, zamruczał z zadowoleniem. Na mordce burej pojawił się usatysfakcjonowany uśmiech, a serduszko małego pointa zaczęło bić szybciej. Byli z niego dumni? A raczej… czy mama była zadowolona z jego postępów? Cieszyła się, że ma tak utalentowanego synka?
— Doskonale! Nawet nie musiałem ci tłumaczyć, że musisz trzymać brodę ponad taflą i nie machać panicznie łapami na losowe strony. Szybko się uczysz — pochwalił go rudy, na co zielonooka spiorunowała go wzrokiem.
— Oczywiście, że jest mądry. Jest bardzo mądry. W końcu jest członkiem rodu, a w dodatku moim synem, to chyba oczywiste — rzuciła ostro, machając kitą z poirytowaniem. — Nie trać czasu na oczywistości — ucięła wreszcie, uderzając łapą jednokrotnie o grunt głucho. Po paru uderzeniach serca jej wyraz pyska zmienił się na łagodniejszy, gdy przypatrywała się swojemu synkowi. Złocisty Widlik pochylił przed nią łeb w formie przeprosin, co wymiotło z niebieskookiego całą złość, jaka się w nim kumulowała z powodu braku szacunku względem jego matki.
Flaming zapomniał prędko o złości i zaczął pływać w kółko – oczywiście na tyle, na ile pozwalało mu na to miejsce oraz siła, jaka mu pozostała w łapkach. Miał wrażenie, że takie przebieranie nimi w wodzie było dużo przyjemniejsze, niż bieganie po lądzie. Tutaj czuł się bardzo lekki i nie musiał nawet nadto starać.

***

Otrzepał się z nadmiaru wody, czując zamaszyste pociągnięcia szorstkiego języka karmicielki wzdłuż kręgosłupa. Zaczął mruczeć głośno, mrużąc oczka po dość męczącej nauce pływania. Był z siebie niezwykle zadowolony. Niektóre rzeczy trzeba było mu wytłumaczyć, aczkolwiek nie trzeba było wcale nadto się rozgadywać, ponieważ szybko łapał to, co miał na myśli piastun. Spróbował nawet zanurkować, chociaż wyszło mu to dość zabawnie przez to, że zbiornik nie był wcale taki głęboki. Może spróbuje kiedyś, jak urośnie i znajdzie się w wodzie z większą ilością miejsca, może by w ten sposób złowił te całe ryby, o których tak wiele słyszał, a ponadto miał nawet okazję jednej skosztować. Stwierdził prędko, że są pyszne. Nawet nie wadziło jemu to, że trzeba było je skubać z łusek. Oskubano ją dla niego, nie musiał wcale się starać nad tym posiłkiem.
Gdy wreszcie był idealnie suchy i najedzony, o lśniącym, aksamitnym w dotyku futerku, oddalił się odrobinę od matki, nadal trzymając się ram żłobka. Spojrzał z widoczną pogardą i grymasem wyrzeźbionym na mordce na wyższą od siebie kotkę. Jego drobny ogonek falował na boki, jakby go ktoś raził prądem.
— Czekoladowa pokrako! Tak, do ciebie mówię — zasyczał, zyskując wreszcie uwagę Fląderki. Brązowooka spojrzała na niego niepewnie, kładąc po sobie jedno ucho. Wyglądała paskudnie! Nic dziwnego, w końcu była czekoladowa. Oni właśnie tacy byli i nie zasługiwali na współczucie, nieważne jak wielkich oczu by nie zrobili. Fląderka ukłoniła się przed nim na powitanie. To przyniosło na jego mordkę chytry uśmieszek. Nauczyli jej chociaż tego.
— Książę Flamingu, czy mogę coś dla ciebie zrobić? — miauknęła wyczekująco, chociaż zawahała się przez chwilę, zanim to powiedziała, jakby nie była pewna jak się do niego właściwie zwrócić. W jej oczach zatańczyła niepewność, która tylko karmiła jego ciekawość. Mógł zażyczyć sobie wszystkiego?
— Oczywiście. Nie gadałbym z tobą, gdybym nic od ciebie nie chciał — miauknął z udawaną rezygnacją, kręcąc przy tym teatralnie łbem. Sprawdzał, na ile mógł sobie pozwolić. — Widziałaś gwiazdy na niebie? Chciałbym taką tylko dla siebie jak najszybciej. Przynieś mi jedną. Dzisiaj — rozkazał stanowczo, pusząc na razie krótkie futerko na piersi. Nie sądził, żeby jej się to udało, aczkolwiek skoro nie określiła się, czy był jakiś limit względem jego życzeń, zamierzał wykorzystać daną mu okazję tak bardzo, jak było to możliwe. — Jeśli ci się nie uda, to spotka cię kara! Możesz mi jednak to zadośćuczynić, zostając moim prywatnym sługą — powiedział pewnie, oblizując policzki, jakby był świeżo po posiłku. W pewnym sensie był. Niedawno zjadł małą rybkę, nie znał jej nazwy, ale to nie było dla niego jakoś bardzo istotne.
Oczy szylkretki zogromniały, a na jej mordce wymalował się swego rodzaju sprzeciw. Może tylko sobie go wmówił?
— Obawiam się, że nie dam rady przynieść ci gwiazdy. Są niezwykle daleko i nie ma obecnie żadnego sposobu, żeby ich dosięgnąć łapą. Jedyne, co nam pozostaje, to możliwość spoglądania na nie co noc — wyjaśniła mu niepewnie, zawijając ogon ciasno wokół łap.
Na pysku kociaka zaistniała powaga wraz ze wzrokiem takim, jakby mógł nim mordować i to z zimną krwią. Jego ogon opadł, a wąsiki przestały się poruszać. Czy ona mu właśnie… odmówiła?
— Jak śmiesz! Czy ty masz w ogóle, rybi odpadzie, świadomość z kim rozmawiasz? — powiedział, co prezentowało się dość… zabawnie ze względu na jego dziecięcy, piskliwy głosik, aczkolwiek był całkowicie poważny. — W takim razie, skoro mi odmówiłaś, musisz spełniać moje zachcianki. Jeśli i w tym nie podołasz… — zakończył, posyłając jej wymowne spojrzenie. Niech wie, że z nim nie ma co zadzierać. Nie miała z nim najmniejszych szans! Obrócił główkę w stronę matki, która zajęta była w tej chwili czyszczeniem poduszki łapy, chociaż zdawało się, że patrzy na nich spod przymrużonych powiek. Powrócił ślepiami do Fląderki siedzącej przed nim, posyłając jej kolejny, bardzo dumny z siebie uśmiech. Wiedział, że nie mogła mu odmówić.

<Fląderko, może gdybyś wplotła w swoje futro gwiazdy i przybrała ich kolor, wyglądałoby to zupełnie inaczej>