Był ciepły wieczór w Porze Zielonych Liści. Brukselkowa Zadra wraz ze swoją najdroższą przyjaciółką — Wrotyczową Szramą — siedziała właśnie nad brzegiem jeziora. Znajdowały się mniej więcej w tym samym miejscu, w którym pręgowana kocica przed wieloma księżycami wyłowiła z wody czekoladowego kociaka. Zdążył już dorosnąć i otrzymać wojownicze imię, a mimo to Brukselce wydawało się, jakby wydarzyło się to zaledwie wczoraj.
Patrząc na wartki nurt rzeki, zastanawiała się nad przebiegiem swojego życia. Czas płynął równie szybko, jak woda, a może nawet szybciej. Mogłaby przysiąc, że jeszcze kilka dni temu bawiła się w żłobku z Brokułem, by zaraz potem patrzeć, jak porywa go sowa. Kilka dni później otrzymała sen od Klanu Gwiazdy, a chwilę później walczyła już na śmierć i życie z Jadowitą Żmiją. Jak to się stało? Miała na karku już tyle księżyców, a mimo to czuła, jakby przyszła na świat zaledwie przed chwilą. Jakby wszystkie przeżyte dni wciąż mogła policzyć na palcach.
— Wrotyczowa Szramo? — zagadnęła, opierając głowę na barku przyjaciółki.
Dymna spojrzała na nią swoimi pięknymi, brązowymi oczami. Wyraz jej pyska pozostawał spokojny i pełen mądrości.
— Czy ty też czasem masz wrażenie, że twoje życie trwało ledwie kilka uderzeń serca? — spytała Brukselka. — Wiesz, nie zdarza mi się często nad tym rozmyślać. Wolę chwytać dzień i żyć chwilą, ale czasami nie potrafię powstrzymać się od zatrzymania na moment i pomyślenia o tym wszystkim, co już przeżyłam.
Wrotyczowa Szrama zamyśliła się przez chwilę, po czym powoli przeniosła spojrzenie na przyjaciółkę.
— Tak, Brukselko… Miewam wrażenie, jakby to wszystko wydarzyło się zaledwie wczoraj. Choć cieszę się z upływu czasu. Nie chciałabym już nigdy wrócić do dni, kiedy nosiłam miano Głupiej Łapy i byłam pośmiewiskiem całego klanu — stwierdziła z cichym westchnieniem. — Na szczęście to już przeszłość. Teraz mam nowe imię, ciebie oraz nasze przybrane kocięta, które kocham z całego serca — zamruczała, ugniatając ziemię łapami.
Przez dłuższą chwilę siedziały w komfortowej ciszy, wsłuchując się w szum płynącej rzeki i śpiew ptaków.
— Powiedzieć ci ciekawostkę? — odezwała się nagle Brukselka, uśmiechając się pod nosem.
Wrotyczowa Szrama skinęła głową, od razu skupiając całą uwagę na towarzyszce.
— Rodzice opowiedzieli mi kiedyś, że chcieli nadać mi imię Seradelka. Właściwie to mój ojciec chciał, ale Kwitnący Kalafior mu na to nie pozwoliła. Uznała, że Brukselka będzie do mnie bardziej pasować. Chyba miała rację, co? — zaśmiała się ciepło, mrużąc ślepia. — Nie wyobrażam sobie, że mogłabym nazywać się Seradela. Uważam, że Brukselkowa Zadra naprawdę do mnie pasuje. Nie mówię, że Seradelka to brzydkie imię, ale cieszę się, że ostatecznie to moja matka mnie nazwała.
Było to zgodne z prawdą. Białofutra kotka od zawsze pozostawała największym autorytetem Brukselki.
— Seradelka? — powtórzyła dymna. — Nawet ładne. Może jeśli kiedyś znajdziemy kolejne porzucone kocięta, jedno z nich nazwiemy właśnie tak? — zaproponowała.
Pręgowana wyprostowała się i spojrzała na swoje łapy.
— W sumie… czemu nie? — miauknęła. — Chciałabym, żebyśmy jeszcze kiedyś natknęły się na taką gromadkę porzuconych maluchów. Czuję, że dobrze wychowałyśmy Sna, Horyzont i Gwiazdnicę. Myślisz, że chcieliby mieć rodzeństwo? — zamyśliła się.
Mimo wszystko ani Brukselka, ani Wrotyczowa Szrama nie planowały biologicznego potomstwa. Przynajmniej nie z kotami z klanu. Obie wolały kotki, dlatego romantyczna relacja z kocurem w ogóle nie wchodziła w grę. A nawet gdyby, sama myśl o posiadaniu kociąt z kimś innym budziła w Brukselce dziwny dyskomfort. Nie nazwałaby tego zdradą, lecz w jej odczuciu było to czymś bardzo podobnym.
* * *
Zalotna Gwiazda zwołała wszystkie koty, by zebrały się w kręgu na terenie azylu. Brukselkowa Zadra w kościach czuła, co to oznaczało. Zwęglona Łapa wydawała się już na tyle doświadczoną uczennicą, by móc w końcu awansować i przyjąć miano wojowniczki. Czyżby nadszedł właśnie jej wielki dzień? Jeśli tak, będzie o krok bliżej od poznania całej prawdy na temat Klanu Wilka, gdyż Brukselka zamierzała opowiedzieć swoim córkom o kulcie dopiero wtedy, gdy obie zostaną wojowniczkami — czyli już niebawem. Wreszcie poczuje, że nie zawiodła Klanu Gwiazdy. Wreszcie będzie miała pewność, że nie porzuciła swojej misji i wciąż drzemie w niej determinacja z młodzieńczych lat.
— Zwęglona Łapo, twój mentor uważa, że jesteś gotowa, by zostać wojownikiem Klanu Wilka. By sprawdzić słuszność jego słów, odbędziesz walkę ze Sowim Zmierzchem. — Chłodny głos Zalotnej Gwiazdy rozległ się po całym azylu. — Jeśli wygrasz, otrzymasz nowe imię i zostaniesz pełnoprawnym wojownikiem, jednak jeśli przegrasz, będziesz kontynuować naukę jako uczeń.
Brukselkowa Zadra spięła mięśnie, czując, jak pod futrem momentalnie robi jej się gorąco. Czy szylkretowej kotce uda się zwyciężyć w walce ze swoim mentorem? Czy liliowy nie okaże się bardziej doświadczony i silniejszy? W końcu miał na karku o wiele więcej księżyców, przeżył już sytuacje, o których Zwęglona Łapa nawet nie śniła. Z pewnością znał więcej chwytów i sztuczek... Ta myśl sprawiła, że Brukselka poczuła mocniejsze bicie serca. Zazwyczaj starała się zachowywać zimną krew, lecz w takich chwilach nie potrafiła ukryć emocji.
Wkrótce okazało się jednak, że nie miała powodów do zmartwień. Jej córka okazała się gotowa do awansu. Bez większego trudu pokonała liliowego kocura dzięki swojemu sprytowi. Była naprawdę inteligentna i doskonale wiedziała, jak zwyciężyć nad przeciwnikiem, który przewyższał ją siłą i masą.
Gdy Zalotna Gwiazda wypowiedziała formułkę mianowania, Brukselkowa Zadra natychmiast zaczęła skandować nowe imię swojej przybranej córki. Nawet nie zdążyła się nad nim dłużej zastanowić ani ocenić, jak bardzo pasuje do szylkretki. To nie miało teraz znaczenia. Liczyło się tylko to, by wykrzyczeć je jak najgłośniej, aby Węgielka wiedziała, że jej matka jest z niej dumna.
Dopiero gdy okrzyki zaczęły cichnąć, a pozostali Wilczacy rozeszli się do swoich obowiązków, Brukselkowa Zadra wraz z Kryształową Łapą i Gwiazdnicowym Blaskiem podeszły do świeżo mianowanej wojowniczki.
— Zwęglona Kukułka, no proszę! — odezwała się liliowa, podchodząc bliżej szylkretowej. — Gratuluję ci zostania wojowniczką. Wiedziałam, że nie będziesz marnować czasu, jeśli o to chodzi! — dodała, poruszając końcówką ogona z ekscytacją. — Podoba ci się twoje nowe miano? W końcu najważniejsze jest to, żebyś dobrze się z nim czuła. A jeśli jednak ci nie odpowiada... nie martw się. Najwyżej zrobimy to, co konieczne — oznajmiła z chytrym uśmiechem, zerkając na Kryształkę i Gwiazdnicę, które zgodnie przytaknęły.
* * *
W końcu nadszedł też czas mianowania Kryształowej Łapy, która zwlekała z nim nieco dłużej niż jej siostra. Nie oznaczało to jednak, że Brukselka kochała ją mniej albo była nią zawiedziona. Nic z tych rzeczy. Wspierała obie swoje przybrane córki jednakowo, starając się, by żadnej nie faworyzować ani nie odpychać. Za wszelką cenę chciała uniknąć błędów, które popełniła, wychowując Sna, Horyzont i Gwiazdnicę. Choć nie uważała, że źle traktowała swoje wcześniejsze przybrane kocięta, czuła, że wiele mogła zrobić lepiej. Może gdyby była bardziej opiekuńcza i częściej okazywała im wsparcie, Mglisty Sen i Zaćmiony Horyzont nadal trwaliby u jej boku, zamiast opuszczać Klan Wilka?
Teraz bardzo żałowała swojej decyzji. Gdy wybuchł konflikt pomiędzy Wrotyczową Szramą a czarnofutrym kocurem, bez wahania stanęła po stronie przyjaciółki, przez co jej relacja z synem wyraźnie się pogorszyła. Gdyby tylko wiedziała, że kilka księżyców później dymna kotka zdradzi ją, wybierając służbę u boku Zalotnej Gwiazdy, już wtedy kazałaby jej nigdy więcej się do nich nie odzywać. Być może nawet zgodziłaby się uciec wraz ze Snem i resztą grupy, by rozpocząć życie jako samotnik.
Wtedy jednak nie miałaby okazji poprosić Przodków o reinkarnację swojej matki. Nie byłoby Kryształki ani Węgielki. Wszystko miało więc swoje dobre i złe strony. Może właśnie tak powinna patrzeć na własne decyzje — nie rozpamiętywać ich bez końca, lecz cieszyć się tym, co udało jej się osiągnąć. Wreszcie czuła się naprawdę szczęśliwa. Miała u boku trzy wspaniałe córki oraz Wilczego Skowyta.
Kryształowa Łapa pokonała w walce swojego mentora — Cienistą Zjawę. Gdy cały klan zaczął skandować jej nowe imię, Brukselkowa Zadra nachyliła się do stojącej obok Gwiazdnicowego Blasku i szepnęła:
— Myślisz, że są już gotowe, by poznać prawdę? — spytała. Szylkretka przerwała wykrzykiwanie imienia swojej siostry i odwróciła głowę w stronę starszej kotki. — Chciałam poczekać, aż obie zostaną wojowniczkami. No i są.
Gwiazdnicowy Blask skinęła powoli głową.
— Tak. Myślę, że są już gotowe — odparła cicho, po czym ponownie dołączyła do skandowania nowego imienia swojej siostry.
* * *
Teraźniejszość
Brukselkowa Zadra długo zbierała się do tego, by w końcu zabrać swoje córki poza obóz, by opowiedzieć im o kulcie. Nawet nie wiedziała, dlaczego tak było. Czy się stresowała? Czy bała się, że nałoży na nich zbyt dużą presję całą tą wiedzą? Być może. Wiedziała, że posiadanie takich informacji było nielegalne dla niewtajemniczonych kotów. Gdyby ktokolwiek dowiedział się o tym, że Brukselka i bliskie jej koty wiedzą o Klanie Wilka znacznie więcej niż przeciętny Wilczak, mogłoby się to skończyć nieprzyjemnie. Najpewniej śmiercią co najmniej jednego kota. Choć Zalotna Gwiazda była na tyle paranoiczna, że najchętniej pozbyłaby się wtedy każdego kota, który kiedykolwiek musnął futrem Brukselkę i koty z jej najbliższego otoczenia!
Liliowa siedziała właśnie przed legowiskiem wojowników, zastanawiając się nad tym, czy na pewno chce do niego wejść, by zawołać do siebie swoich bliskich. W końcu westchnęła jednak ciężko, myśląc o tym, że nie może tak odwlekać tej ważnej chwili. Inaczej może ona nigdy nie nadejść, co tylko sprawi, że Gwiezdni Przodkowie będą zawiedzeni liliową — a tego obawiała się najbardziej. Tym bardziej po tym, jak postanowili wysłuchać jej prośby i dać Kwitnącemu Kalafiorowi drugą szansę na ziemi.
— Wilczy Skowycie! — mruknęła wpierw, łapiąc kocura przed wejściem do legowiska wojowników.
Gdy czekoladowy podniósł uszy do góry, podeszła do niego i po upewnieniu się, że nikt jej nie podsłuchiwał, szepnęła mu do ucha:
— Pójdziesz jako ostatni. Pilnuj tyłów.
Krótko i zwięźle.
Wilczy Skowyt skinął głową na jej polecenie, udając się gdzieś w kąt obozu, by zacząć niepozornie czyścić swoje futro.
Brukselkowa Zadra zanurzyła się natomiast w półmroku legowiska z szerokim uśmiechem wymalowanym na pysku.
— Gwiazdnico, Kryształko, Kukułko! — przywitała się z nimi. — Co powiecie na rodzinny spacer? Dawno nie miałyśmy okazji wspólnie porozmawiać — oznajmiła, nie tracąc iskry w oczach. Jeśli miała udawać, musiała to przynajmniej robić wiarygodnie.
Wszystkie trzy kotki zgodziły się, by wyjść z nią poza obóz, toteż wkrótce to uczyniły. Brukselka zaczęła prowadzić je w stronę Opuszczonego Obozowiska, chcąc jak najbardziej oddalić się od gniazda Wilczaków. Jednocześnie co chwilę oglądała się za siebie, by upewnić się, że nikt ich nie śledzi, a także czy Wilczy Skowyt już za nimi podąża. W drodze nie wydarzyło się jednak nic niepokojącego i już wkrótce bezpiecznie dotarły do celu.
— Trochę długi ten spacer — zauważyła Kryształka, siadając ciężko.
Pozostałe kotki także usiadły, znajdując się teraz w kręgu.
— Bo to nie zwykły spacer. Zebrałam was tu w ważnym celu, lecz wpierw musimy poczekać na Wilczy Skowyt — mruknęła, przybierając poważny wyraz pyska.
Na zmianę jej tonu Kryształka aż drgnęła, zdziwiona.
W końcu zza krzewów wyłonił się znajomy, czekoladowy pysk, który dosiadł się do zgromadzonych kotek.
— Jest bezpiecznie. Nikt za wami nie szedł, za mną też nie. Żaden z Wilczaków nie powinien nas podsłuchiwać — zeznał, prostując się dumnie.
Cętkowana podziękowała mu skinieniem głowy za troskę i zaangażowanie, po czym spojrzała na swoje najmłodsze córki, które wpatrywały się w nią zmieszane i skonfundowane. Jeszcze nie wiedziały, co takiego się święci…
— Więc, jak już mówiłam, to nie tylko zwykły spacer. Zebrałam was tutaj, by powiedzieć wam całą prawdę na temat Klanu Wilka — odchrząknęła, owijając ogonem łapy. — Mogłyście już zauważyć, że zwyczaje w tej przynależności są dziwne, czasem nawet niepokojące. Tylko głupki porzucają sześcioksiężycowe kocięta samotnie w lesie i tylko głupki każą młodym kotom bić się o awans. My mierzymy jednak wyżej. MY mamy misję do wykonania.
Umilkła na moment, by przypomnieć swoim córkom o powadze tej sytuacji. Po chwili zmrużyła oczy.
— Wiele księżyców temu Klan Gwiazdy przemówił do mnie w śnie. Powiedział, że Klan Wilka zmierza ku samozagładzie, że muszę powstrzymać wiarę w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, nim będzie już za późno. Dowiedziałam się też wtedy, że w tej przynależności stacjonuje ohydny kult, który czci morderców i koty wyjęte spod kodeksu, a ponadto nie ma żadnych oporów przed zabiciem drugiego kota. Co kilka nocy spotykają się, by pozbawić życia napotkanych przez nich samotników, a potem jak zwierzęta smarują się ich krwią — wyznała z odrazą w głosie. — To nie jest normalne zachowanie. Nie chcę, byście kiedykolwiek pomyślały, że to, co robią te lisie serca, jest słuszne. Ich czyny można określić jedynie obleśnymi i niemoralnymi! Nie powinny mieć miejsca, a w naszym interesie leży, by tego dopilnować. Musimy jednak pamiętać o tym, że chęć naprawienia Klanu Wilka wiąże się ze sporym ryzykiem. Większość Wilczaków ma na tyle wyprany mózg, że ślepo bronią swoich wartości, nawet jeśli są kompletnie niesłuszne i durne. Jeśli kiedykolwiek dowiedzą się, że przeciwko nim spiskujemy, nie będą mieli litości. Jeśli nie pozostaniemy wystarczająco ostrożni, skończymy jako ich następne ofiary.
<Córeczko?>