BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 22 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

23 marca 2026

Nowi członkowie Klanu Gwiazdy!

JUDASZOWCOWA GWIAZDA
Przyczyna odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna odejścia: Rozszarpanie przez mewy

Odszedł do Klanu Gwiazdy!
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Nowotwór

Odeszła do Klanu Gwiazdy!

Od Pchełkowego Skoku

Ostatnie wydarzenia odcisnęły bardzo duże piętno na mieszkańcach Klanu Klifu. Przywleczone, martwe ciało Mroźnego Wichru jedynie dolewało oliwy do ognia. Wzburzony Kormoran był cały roztrzęsiony, kiedy opowiadał, co się stało, a serca wszystkich objęła żałoba za kocura. Partner zmarłego, Rozświetlona Skóra ogłosił, że nie będzie dłużej biernie stać i się przyglądać. Pchełka, stojąc w tłumie kotów, słyszała doskonale, kiedy Jaskółka wyraziła swoje poparcie słów kocura. Z jej oczu błyszczał złowieszczy mrok, jednak wojowniczka tego nie skomentowała. Przełknęła nerwowo ślinę, wzrokiem szukając Mirtowego Lśnienia, którego niestety nie znalazła. Okrzyki tłumu, wzburzone koty zmusiły ich starego lidera, Judaszowcową Gwiazdę do podjęcia drastycznych, acz koniecznych kroków. Chcieli przepędzić mewy z ich terenów, a najlepiej zabić, by raz na zawsze pozbyć się problemu.
Pchełkowy Skok przeskakiwała z łapy na łapę, a jej wzrok biegał od kota do kota. Jeden ochotnik, za nim drugi, trzeci… a ona?
Złożyła przysięgę Poczciwemu Szakłakowi, swojemu najdroższemu bratu, że nie weźmie w tym precedensie udziału. Teraz jednak w jej serce wstąpiło zwątpienie. Czy powinna pozostać bierna? Podkulić ogon, tak jak wtedy, gdy Klan Klifu szedł na wojnę z Klanem Wilka? Zostać w bezpiecznym obozie i czekać na wyniki wielkiej bitwy?
Jej serce waliło mocno, szybko, a krew szumiała w uszach. Nie powinna tego robić. Chciała. Każdy jej mięsień podpowiadał, by unikać bólu zadanego ranami. Umysł jednak już dawno nakazywał działanie, tak jak wtedy, gdy zaczęła knuć z Mirtowym Lśnieniem. Kiedyś nigdy by czegoś takiego nie zaczęła, a teraz? Z ubłaganiem wręcz wyczekiwała śmierci aktualnego lidera.
Gdy minęło trochę czasu, a tłum się rozszedł, ona zdecydowała. Stojąc tu teraz, słysząc szum wodospadu, i czując płynącą w niej krew Jastrzębiego Zewu, niedoszłej Zastępczyni Klanu, nie mogła odwrócić wzroku od potrzebujących jej kotów. Mogła nie być przebojowa, silna, piękna tak jak inne wojowniczki, ale była lojalna. Lojalna wobec tych, których kochała; Mirtowego Lśnienia, Tawułowej Bryzy, Psotnego Nietoperza. Decydując się na złamanie danego słowa bratu, głęboko wierzyła, że zostanie jej to wybaczone. Jeśli nie, gotowa była żyć z tym brzemieniem do końca swoich dni.
Z takim podejściem zgłosiła się do grupy ochotników.

~*~

Kilka wschodów słońca później ogłoszona została grupa idących na bitwę. Należeli do niej Płomienne Serce, Rozświetlona Skóra, Gołębi Puch, Jenocia Kufa, Skrzydlata Pogoń, Gąsienicowy Ogryzek, Mysi Postrach, Pchełkowy Skok, Psotny Nietoperz, Trójoki Zając, Truskawkowe Pole oraz Promienna Łapa i Rozżarzona Pieśń, wraz z Tawułową Bryzą oraz Mniszkowym Nektarem. Obecność wujka Pchełki troszkę ją stresowała. Powinna się wykazać chociaż odrobinę…
Gdy ustalona została grupa, koty zebrały się, by omówić plan. Judaszowcowa Gwiazda wraz z Pikującą Jaskółką oznajmili wszystkim, gdzie powinno znajdować się gniazdo. Następnie ustalili, iż Judaszowcowa Gwiazda będzie szedł z tyłu, u boku Rozświetlonej Skóry, a reszta kotów stanowić będzie główne siły bojowe. Gdy każdy znał swoje zadanie, grupa kotów wyruszyła w podróż. Ich wyjściu towarzyszyły zagrzewające ich okrzyki tak, jakby byli już wygranymi. Pchełka położyła po sobie uszy nieco przytłoczona, szukając wzrokiem znajomego pyszczka. Zaraz podeszła do niej Psotny Nietoperz, ocierając się o bok przyjaciółki. Pchełka westchnęła, pozwalając, by uleciało z niej trochę napięcia. Nie ma to jak znajome futro obok siebie.

~*~

Według informacji zebranych od kotów gniazdo znajdowało się za lasem na klifie. Żeby tam dojść, będą musieli minąć studzienkę, która z każdym krokiem nieubłaganie się zbliżała. Pchełka czuła narastające napięcie, rozmowy pomiędzy kotami stopniowo przycichły. Z czasem zapadła kompletna cisza. Każdy nasłuchiwał odgłosów mew, a im dalej zapuszczali się w las, tym lepiej słyszalne były uderzenia ich wielkich skrzydeł. Pchełkowy Skok przełknęła nerwowo ślinę, gdy dostrzegła spinającą się Jaskółkę. Wyglądała jakby czekała, a gdy szylkretka przeniosła wzrok na resztę kotów, każdy próbował walczyć z własnym lękiem. Te mewy… to nie przelewki. Zabiły już tyle kotów, a oni szli całą grupą, pewnie pomyślą sobie, że kolacja sama je znalazła.
Pchełka, tak jak reszta, miała nadzieję, że zakończą to tu i teraz. Raz na zawsze.
Słońce przebiło się przez ostatnią warstwę lasu. Jaskółka zatrzymała grupę ruchem ogona. Rozświetlona Skóra otoczył Judasza swoim ciałem, jakby zakazując mu pójścia dalej. Pchełka napięła wszystkie mięśnie.
— Zaatakujemy w dwóch grupach — oznajmiła zastępczyni. — Jest tam parę dorosłych i jaja w gnieździe. Zabijemy ich, a gniazdo zrzucimy z klifu.
Wszyscy w ciszy przyjęli plan działania. Pchełka mogła dostrzec spomiędzy krzewów białe pióra, złote, ostre jak brzytwa dzioby i czarne oczyska. Samiec przyniósł coś do gniazda, jakiś…kawałek jedzenia. Nie wiedzieli, czy była to część kota, czy zwykły śmieć.
Rozdzielili się; Judasz poszedł z Rozświetloną Skórą na bok, by obserwować wszystko z tyłu. Jaskółka zebrała koty w dwie grupy, Pchełka trafiła do drużyny między innymi z Tawułą. Ich oczy się spotkały, kiedy zakradły się w wysokiej trawie niemal aż po sam brzeg Klifu. Pchełkowy Skok słyszała bicie własnego serca.
Nagle mewy podniosły okrzyk. Bardzo głośny, wiercący dziury w uszach, aż Pchełka musiała odwrócić głowę.
Wszystko działo się szybko; ich wrogowie nie czekali na nic — żaden sygnał do ataku czy przemyślenie planu działania. Koty się rozbiegły niemal natychmiast, gdy wielkie mewy dziarsko, egoistycznie wręcz wleciały pomiędzy nie. Zarzucały skrzydłami, kłapały dziobami, mając nadzieję kogoś trafić.
Pierwsza oberwała czarno biała piękność, a Pchełka widząc, jak pyszczek kotki rozdziera ból, wrzasnęła:
— Psotny Nietoperzu!
Jej krew zawrzała, a ciało natychmiast spięło. Widziała, jak Mniszkowy Nektar rzucił się na pomoc młodej wojowniczce. Płomiennemu Sercu udało się złapać za nogę mewy i ściągnąć go na ziemię, jednak dostał z liścia skrzydłem, co skutecznie go odstraszyło. Więcej nie trzeba było; Pchełka wraz z Tawułą rzuciły się na ptaszora i zaczęły gryźć. Pchełka za skrzydło, a Tawuła dopadła do szyi. Za chwilę dołączył do nich Mniszek, łapiąc z drugiej strony skrzydło ptaka.
Szamotali się tak przez dłuższą, chaotyczną chwilę, podczas której poleciało mnóstwo piór i kłębów sierści. Mewa zrzuciła z siebie koty, krwawiąc z szyi.
Pchełka upadła na ziemię ze stęknięciem, wstając zaraz i otrzepując futro. Dostrzegła czujnym okiem walczącą Jaskółkę, Rozżarzoną Pieśń oraz Trójokiego Zająca. Truskawkowe Pole również pomagała, kiedy koty na zmianę atakowały samicę.
Mewa wróciła jak bumerang, rzucając się z pazurami na Psotkę, raniąc ją, a gdy Promienna Łapa dopadła do nich, ptak złapał ją za ciało swoim wielkim dziobem i rzucił nią o ziemię. Pchełce zabrakło tchu, by krzyczeć. Zamiast tego użyła wszystkich swoich mięśni, by wybić się z tylnych łap i skoczyć na samca i zrzucić go z Psotki.
Koty walczyły zażarcie, niestety ich wrogowie również. Krwi było coraz więcej, a pióra tworzyły na ziemi mozaikę usłaną sierścią. Słychać było krzyki mew, syczenie, warczenie i płacz.
Pchełka w pewnym momencie została przygnieciona przez ptaka, który zostawił jej dużą ranę na plecach, a ona syknęła głośno z bólu.
W końcu udało się Promiennej Łapie, która podniosła się po upadku dopaść do ptaka i zerwać wielki kawał skóry z jej szyi. Dostała w zamian cios w bark i odskoczyła, dysząc ciężko. To był ten moment. Wraz z lejącą się krwią, koty ruszyły do akcji.
Pchełka doskoczyła do mewy, z którą oni walczyli i wspólnie wszystkim udało się ją powalić. Tawuła wraz z Promienną Łapą trzymały skrzydła za cenę życia, Psotka razem z Pchełką przygniatały ją do ziemi, podczas gdy Mniszkowy Nektar rozgryzał jej grubą szyję.
Pchełkowy Skok nigdy, nigdy nie słyszała tak przeraźliwego wrzasku, jak w tejże chwili.
— POMOCY! — Gdzieś w tle rozniósł się straszny krzyk, który nie dotarł do uszu walczących.
Rozświetlona Skóra w pewnym momencie wskoczył w ferwor walki, cały poraniony z cieknącą krwią z chyba każdego miejsca w swoim ciele.
— POMÓŻCIE!
Pchełkowy Skok podniosła wzrok i zdążyła tylko przenieść go we wskazanym kierunku. Ptak dopadł ich lidera, nie patyczkując się. Szylkretka przesunęła wzrok po polu bitwy, dostrzegając Jaskółkę stojącą z boku z nieodgadnionym wyrazem pyska. Gdy mewa miała Judaszowcową Gwiazdę w szponach, kremowa zastępczyni ruszyła do akcji, jakby… czekając na ten moment? Dlaczego ona stała i patrzyła, zamiast od razu ruszyć na pomoc? Czy ktoś to widział poza Pchełkowym Skokiem?
Pozostałe koty się podniosły i wspólnie dokończyli to, co zaczęli. Wkrótce obie mewy były martwe, a wojownicy podnieśli słaby okrzyk zwycięstwa.
— Wygraliśmy… — szepnęła Psotny Nietoperz.
— J… Judaszowcowa… — usłyszeli nagle.
Wszyscy skierowali wzrok w stronę Rozświetlonej Skóry, który… stał nad ciałem martwego lidera.
Jego rozszarpane wnętrzności leżały dookoła, brudząc trawę oraz zabitych obok przeciwników. Jaskółka, brodząc w tej krwi, podniosła wzrok. Milczała, a wszyscy natychmiast wiedzieli, co to oznaczało.
Pchełkowy Skok zmarszczyła brwi, patrząc nienawistnym wzrokiem na zastępczynię, wysunęła pazury. Czy mogłaby? Dałaby radę teraz…?
Nie, nie. Nie mogła być pochopna. Tylko przecież… widziała to! Jaskółka pozwoliła mewie wykończyć Judaszowcową Gwiazdę! Ale…
Rozejrzała się po kotach. Nikt, absolutnie żaden ze zgromadzonych kotów nie patrzył tak jak ona, wprost na Pikującą Jaskółkę. Wszyscy opłakiwali lidera bądź pomagali sobie nawzajem. Wrzaski rozpaczy Rozświetlonej Skóry przecinały powietrze ostrzej niż dzioby mew. Pchełkę zmroziło.
Może… Może jej się przywidziało? Może nie wyglądało to tak, jak myślała? Jaskółka mogła przecież być zestresowana albo ranna, dlatego z opóźnieniem pobiegła ratować starszego kocura… prawda?
Pytanie tylko, czy Pchełkowy Skok lub ktokolwiek byłby w stanie w to uwierzyć.
Szylkretka dołączyła do ocalonych, a Pikująca Jaskółka zaczęła jakąś przemowę. Jej treść nie była istotna, przynajmniej nie dla Pchełkowego Skoku. Zielonooka, słysząc szumiącą własną krew w uszach, mogła myśleć teraz tylko o jednym. O morderstwie.
Dalszą część ich misji wojowniczka pamięta jak przez mgłę, zaślepiona swoimi domysłami. Widziała, jak koty zrzucają gniazdo wraz z jajami w środku. Zerknęła nawet, stając na brzegu klifu, którego wysokość i rozmiar wzbudzał respekt. Słyszała szum wody oraz plusk, kiedy niewyklute jeszcze jaja zderzyły się z taflą wody. Popłynęły pchane prądem morskim w tylko jemu znanym kierunku.

Od Tawułowej Łapy (Tawułowej Bryzy) CD. Bukowej Korony

Bukowa Korona w zaledwie kilka uderzeń serca zasypał Tawułową Łapę potokiem słów. Z charakteru przypominał jej Promienną Łapę; obojga ich rozpierała energia i nic dziwnego, że szylkretka zdążyła już wcześniej złapać kontakt ze starszym kocurem. Gdy Promyk zdobywała grono przyjaciół, Tawuła powiększała swoją kolekcję kamyków.
Zielone oczka wpatrywały się w uśmiechnięte lico kocura, który traktował niczym najprawdziwsza katarynka. Jego wibrysy raz za razem podskakiwały na wietrze, jak i podczas mowy.
– Promienna Łapa to moja siostra – potwierdziła pokrewieństwo z zielonooką szylkretką, która na dobrą sprawę, jakby się uprzeć, wyglądała jak Tawuła, tyle że w kolorach. I była bardziej kontaktowa w przeciwieństwie do białofutrej. – I nie, niestety nie opowiadała mi o twoim polowaniu... – mruknęła. Niestety musiała rozczarować kocura. – Ale z chęcią o nim posłucham – dodała.
Sama nie miała okazji jeszcze polować na ptactwo, zazwyczaj z łatwością przychodziło jej upolowanie gryziona, jak myszy czy nornicy niedaleko Złotych Kłosów. Może Buk poza streszczeniem przebiegu polowania, udzieli jej również cennych rad?
Bukowa Korona odchrząknął, zaczynając swoją opowieść. Zielonooki raz za razem zmieniał ton swego głosu, bawiąc się słowami, gdy opisywał Tawule polowanie na kaczkę.
Tawuła co prawda słuchała słów, które opuszczały pysk srebrzystego, jednak w jej umyśle zaczęły się kłębić przeróżne myśli.
Dlaczego Bukowa Korona, Promienna Łapa i wiele innych kotów z taką łatwością potrafiło podejść do obcego kota i zacząć z nim rozmowę, a ja mam z tym problem?
Co prawda z Trzmielą Łapą udało jej się zaprzyjaźnić, jednak sama do końca nie widziała, jak do tego doszło. Ot co, spotkali się na granicy i z grzeczności się do siebie odezwali. W końcu ich klany miały sojusz, więc nie wypadało zignorować sojusznika. Może również charakter kremowego, tak podobny do charakteru Tawułowej Łapy pomógł im zacisnąć więzy?
Sama Tawuła nie wiedziała, kiedy się wyłączyła i przestała słuchać kocura, który ani na moment nie przerwał swego monologu, jednak powróciła do rzeczywistości, gdy ich grupa szła wzdłuż klifu i zostało jej zaproponowane wspólne polowanie.
– Eee... Dobrze – miauknęła, nie do końca będąc pewna, na co się tak właściwie zgadza. Wibrysy kocura drgnęły; obdarował Tawułę szerokim uśmiechem, by chwilę później znaleźć się u boku Drzemiącego Słońca, z zamiarem odbierania królik. Ku zaskoczeniu czekoladowego, kocur nie był chętny na oddanie zwierzyny i między kocurami doszło do przyjacielskiej przepychanki, która zakończyła się zwycięsko dla Buka tuż przed wejściem do obozu.
Tawuła przyglądała się kocurom, zazdroszcząc im tej śmiałości i pewności siebie. Ona musiała jeszcze nad tym popracować, ale widziała doskonale, kto jej w tym pomoże.

~~~

teraźniejszość

Wojownicze imię, które otrzymała od Judaszowcowej Gwiazdy, przypadło jej do gustu. Współgrało z jej imieniem, które otrzymała od ojców; a właściwe od Jastrząb, bo to właśnie ona kocurom je zaproponowała, tuż po narodzinach białej koteczki. Jednak czy na pewno na nie zasłużyła? Nie była do końca przekonana, jednak nie zamierzała kwestionować decyzji swojej siostry, która uznała, że Tawuła jest gotowa, jak i samego lidera.
Powróciwszy z polowania, trzymając w pysku tłustą kaczkę, skierowała się do żłobka, w którym zastała Morświnową Płetwę, a u jej boku Drzemiące Słońce. Kocur leżał przy swojej partnerce i cicho mruczał do brzucha kocicy, zwracając się do swoich kociąt.
Tawuła natomiast zwróciła się do Morświnowej Płetwy, podsuwając jej pod pysk upolowaną zdobycz i gratulując parze powiększenia ich rodziny. Kocica zamruczała z wdzięcznością za przyniesiony posiłek, po czym całą swoją uwagę skupiła na rudym kocurze i nienarodzonych kociętach.
Tawuła, czując się, jak i właściwie będąc, jak piąte koło u wozu, pospiesznie opuściła kociarnie, nie decydując się podejść do leżącej w głębi żłobka matki. Nie chciała z nią rozmawiać. Nie po tym, gdy uznała, że lepiej by było, gdyby szylkretowa kocica odeszła. Tak samo, jak Pikująca Jaskółka.
Gdyby te dwie skłócone kocice odeszły, w Klanie Klifu na pewno byłoby lepiej.
Spojrzenie Tawułowej Bryzy przeniosło się i zatrzymało się na legowisku starszyzny, a dokładniej w jego wejściu, w którym stała jej babcia, Bożodrzewny Kaprys. Widok babci, która najprawdopodobniej postanowiła rozprostować starsze kości, nie byłby dla niej niczym niezwykłym, gdyby nie fakt, że kocica nie była chętna na opuszczanie legowiska, jak i na interakcje z pozostałymi członkami klanu. Podobno ten stan utrzymywał się od czasu, gdy pewna kotka, bliska sercu Bożodrzewnego Kaprysu opuściła klan.
Bożodrzewny Kaprys wpatrywała się przed siebie, ignorując znajdujące się dookoła niej koty. Starszy pysk przez dłuższy czas nie wyrażał żadnych emocji, by w końcu kąciki emerytowanej wojowniczki uniosły się w delikatnym uśmiechu.
Tawuła spojrzała się w kierunku, w który spoglądała jej babcia, nie bardzo rozumiejąc czemu, a może komu się tak przygląda. Judaszowcowa Gwiazda znajdował się w swoim legowisku, a wejście do obozu, na którym starsza skupiała swoją uwagę pozostawało puste; nikt nie wchodził, ani nie wychodził.
Z pyska Tawuły wyrwało się nerwowe sapnięcie, gdy starsza osunęła się, robiąc krok naprzód na rampie prowadzącej do legowiska starszych. Na szczęście przed upadkiem w ostatniej chwili została uratowana przez Bukową Koronę, który niczym błyskawica dopadł do jej boku i pozwolił starszej oprzeć się o jego grzbiet. Tawuła czym prędzej pokonała dzieląca ją od kotów odległość, aby się upewnić, czy staruszka nie nadwyrężyła żadnego z mięśni lub nie skręciła łapy podczas upadku.
– B-babciu... wszystko w porządku? – spytała zmartwiona, dostrzegając, że starsza przymknęła powieki i wypuściła głośno powietrze. Nerwowo przeniosła spojrzenie na Buka, który w zaledwie uderzenie serca rozładował napiętą atmosferę.

<Buk? Walnij suchara>

Od Mandarynkowej Gwiazdy

Kociak się urodził. Nie było już czasu na odkładanie tego w strefę “mam czas”, bo tego czasu nie miała. Dziecko Wężynowego Kła i Błękitnej Laguny już żyło i oddychało. Tego ranka miało nastąpić bardzo ważne dla niego wydarzenie, którego jednak nie będzie pamiętać. Ceremonia naznaczenia czoła kociaka znakiem lotosu. Jednak czas upływał, a Mandarynka nadal siedziała w swoim legowisku, nie zwołując zebrania klanu. Można by pomyśleć, że jest to wina jej stanu psychicznego w ostatnim czasie. Łatwo byłoby sobie wyobrazić spanikowaną liderkę skuloną w pniu sumaka i drżącą z przerażenia. To jednak nie był obecny stan rzeczy. Srebrna siedziała w legowisku zupełnie odprężona. Zdążyła dokładnie wymyć swoje futro, ułożyć je oraz zakręcić loczki. Zjadła śniadanie przed tym, jak inne koty zdążyły się obudzić. Nic jej nie przeszkadzało. W takim razie, dlaczego ceremonia nie miała miejsca? Otóż Mandarynkowa Gwiazda nie zamierzała naznaczać znakiem lotosu kota, co do którego nie była pewna, czy chciała być z nim spokrewniona. Nie było żadnego innego sposobu. Dlaczego, więc jeszcze nikt nie przyszedł do niej spytać się, co się dzieje? Błękitna Laguna prawdopodobnie nadal czekał na ceremonię. Zwykli członkowie klanu byli pewnie zdezorientowani i nie chcieli możliwie denerwować przywódczyni. W końcu nadal wisiała nad nimi groźba podzielenia losu więźniów z wyspy. Ostatnim kotem, który został, była Wężyna. I tutaj Mandarynka nie musiała snuć domysłów. Szylkretka nigdy nie przychodziła do jej legowiska, gdzie musiała rozmawiać bardziej formalnie. Spotykały się zawsze na spacery. Było to nieuniknione szczególnie dzisiaj ze względu na zaistniałą sytuację. Przywódczyni przypuszczała, że zielone oczy karmicielki czujnie obserwują wejście do jej legowiska, żeby wiedzieć dokładnie, kiedy zostawić na chwilkę kociaka i zdążyć przeprowadzić rozmowę, zanim ten znowu będzie potrzebował mleka. Z jednej strony chciała już wyjść i mieć to za sobą. Z drugiej jednak… naprawdę nie czuła chęci do tej rozmowy. I tak prędzej czy później będzie musiała to zrobić. Westchnęła ciężko i wyszła z pnia sumaka, kierując się w stronę jakiegoś ustronnego miejsca w obozie, co nie było trudne, patrząc na to, że o tej porze większość kotów była na patrolu lub na treningu z uczniami. Zgodnie z jej przewidywaniami Wężynowy Kieł we własnej osobie pojawiła się obok niej praktycznie od razu. Usiadła w cichszym kącie obozu, a szylkretka zrobiła to samo naprzeciwko niej. Tamta nie czekała. Miała mało czasu, a dużo do zrobienia. Od razu przybrała minę zatroskanej koleżanki.
— Och, Mandarynko! Dobrze, że jesteś! Wiem, że ostatnio nie masz się najlepiej, dlatego zupełnie to rozumiem… ale chyba o czymś zapomniałaś.
Mandarynka nie odpowiedziała nic. Dlatego zielonooka kontynuowała.
— Wiesz, dzisiaj jest wielki dzień… — wymruczała. — To dzień wstąpienia Flaminga do rodu królewskiego… — spróbowała ją naprowadzić. Srebrna milczała, wiedziała, o co jej chodziło. Tyle czasu poświęciła na zastanowienie się nad całą tą sytuacją, że wreszcie przejrzała na oczy. Zrozumiała, że Wężynie nie zależało na przyjaźni, tylko na własnym zysku. Ale nie chciała już się uginać. Czas, żeby to ona dyktowała warunki.
— Wczesny poranek już minął — zauważyła. — Skoro ceremonia miała się wtedy odbyć, to już się nie wydarzy.
Wężynowy Kieł zmarszczyła brwi. Jej ogon drgnął.
— Przecież to twój wnuk. Takie są tradycje w rodzie królewskim.
— Wiem, jakie są tradycje w mojej rodzinie — powiedziała twardo. — Wiesz… przez ostatnie księżyce mocno sugerowałam się twoimi opiniami podczas kierowania klanem… i doszłam do wniosku, że już nie chcę tego robić. Pozwoliłaś mi zrozumieć, że to ja jestem przywódczynią Klanu Nocy i nie potrzebuję już twojej pomocy w wykonywaniu moich obowiązków. Dziękuję — powiedziała i wróciła do swojego legowiska, pozostawiając Wężynę samej sobie.

Od Poczciwego Szakłaka CD. Berberysowej Łapy (Dzikiego Berberysu)

Przeszłość

Przez śmierć Kołysankowej Łapy przestał być jakkolwiek na bieżąco z wydarzeniami, które miały miejsca w Klanie Burzy. Dlatego też nie rozumiał zamieszania na polanie w obozie, kiedy tylko wrócić z tuneli — od jakiegoś czasu czuł, że wszystko idzie mu pod górkę, a on sam jest jedynie przeszkodą dla innych. Jak to było w przypadku przerwania treningu Berberysowej Łapie i Śnieżycowej Chmurze. W tamtym momencie chciałby się zapaść jeszcze bardziej pod ziemię.
Zmoczony machnął ogonem, widząc zgromadzenie wojowników wokół Ciernistej Łapy. Nie wiedział, o co tyle szumu, lecz w żadnym stopniu mu się to nie podobało, dlatego też miał zamiar po cichu wślizgnąć się do suchego legowiska, lecz jego uwagę przykuł ruch ze strony Berberysowej Łapy. Nie zagłębiał się w relacje rodzinne innych, jednakże z daleka można było wyczuć pewnego rodzaju napięcie między dwójką braci.
Woląc nie mieć na sumieniu kolejnego ucznia, ruszył za rudym kocurkiem, który szybkim tempem kierował się w stronę granicy z Klanem Wilka. Zdawało się, że próbuje od czegoś uciec, co znajduje się w obozie klanu. W końcu uczeń przystanął, co spowodowało także zwolnienie tempa przez czarnego wojownika, by finalnie spokojnym krokiem wyłonił się pośród traw i przysiadł obok młodszego, zachowując pewną odległość, by Szakłak nie wyszedł na nachalnego.
— Czy ty też zamierzasz zachwycać się wyczynem patrolu, na którym był Ciernista Łapa? — spytał starszego dość ostrym tonem, który według czarnego nie pasował zbytnio do Berberysa. Jeszcze nie zdarzyło mu się usłyszeć takiego tonu ze strony ucznia, który przecierał oczy łapą. Wojownik nie wnikał z jakiego powodu.
— A czy zrobił coś niezwykłego? Nie wiem jak ty, ale uważam, że nie ma co robić takiego zamieszania z powodu jakiegoś wyczynu patrolu. W końcu zapewne to, co zrobili, wpisuje się w nasze obowiązki — wyjaśnił. — Chociaż od śmierci Kołysankowej Łapy przestałem się interesować większością zbiegowisk na polanie i w sumie zacząłem się odsuwać od klanowego życia… — przyznał ciszej, spoglądając w burzowe niebo. Nie przejmował się ciężkimi kroplami, które rozbijają się o jego czarny pysk. — Podobno wielcy wojownicy powstają w cieniu, ciszy — dodał, kątem oka spoglądając na młodszego. — A bycie w centrum uwagi nie zawsze jest tak przyjemne, jak się zdaje.

«★»

Obecnie

Pora opadających liście w końcu nastała, lecz pogoda nadal była dość ciepła, co wywoływało lekkim grymas na pysku czarnego wojownika, kiedy tylko opuszczał legowisko, a słońce od razu zaczynało nie przyjemnie grzać jego ciemny grzbiet. Ciężko westchnął, mrużąc oczy przez zbyt jasne otoczenie, które było mocnym kontrastem dla legowiska wojowników, które mieściło się pod ziemią i światło tam docierało raczej umiarkowanie — a do posłania Szakłaka niemal wcale.
Machnął gęstym ogonem, by ruszyć w stronę Zawodzącego Echa, który rozmawiał z jakimś wojownikiem. Szakłak skinął mu głową, by następnie dopytać o przydział patrolu.
— Dziki Berberys i Przeplatkowy Wianek udadzą się z tobą na patrol granicy z Klanem Klifu.
Po tym zastępca wrócił do przerwanej rozmowy, a zielonooki oddalił się w poszukiwaniu dwójki kotów, które zostały przydzielone do patrolu. Niebieska szylkretka akurat kręciła się niedaleko, więc Poczciwy Szakłak od razu podszedł do niej, by przekazać przydział od Zawodzącego Echa. Gorzej było ze znalezieniem Dzikiego Berberysu, który nie był w polu widzenia czarnego kocura. W dodatku jego myśli kłębiły się wokół pytania, kiedy nastąpiło mianowanie Berberysowej Łapy. Czyżby aż tak odsunął się od klanowego życia, że już nawet przestał być na bieżąco z jakimikolwiek ceremoniami.

<Dziki Berberysie, kiedyś ty się mianował?>

Od Wścibskiej Łapy (Oświeconej)

Dziś miała się odbyć ceremonia dorosłości Wścibskiej Łapy. Uczennica była zaskoczona tym, że lider tak szybko zniósł jej karę na wychodzenie z obozu. Co prawda nadal nosiła karne imię, ale od księżyca jej treningi były wznowione. Przedwczoraj razem ze Skrzydlatą Płomykówką polowała na króliki, a wczoraj odbyła się jej ocena, którą zdała całkiem nieźle. Mimo tego nie zamierzała stawać się wojowniczką. Miała już ułożony plan. Nie mogła dłużej czekać na dołączenie do dwunożnych. To musiało się stać jak najszybciej. Musiała już teraz dzielić życie z istotami wyższymi. Jeśli będzie zwlekać, kto wie czy liderowi i medykowi nie uda się zatruć jej umysłu?

***

– Ja, Królicza Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejną wojowniczkę. Wścibska Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia? – zaczął przywódca.
– Przysięgam – Skłamała Wścibska Łapa, starając się brzmieć i wyglądać poważnie. Jeszcze tylko chwila, a będzie mogła zrealizować swój plan.
– Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika – kontynuował przywódca. – Wścibska Łapo, od tej pory będziesz znana jako Rybkowy Strumień. Klan Gwiazdy ceni twój spryt i zwinność, oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy.
Rybkowy Strumień zanurzyła łapę w gliniastej substancji, odciskając ją na kamiennej ścianie groty pamięci. Ku zaskoczeniu innych kotów zaczęła rozmazywać znaczenie zaraz po tym jak je pozostawiła.
– W zad sobie wsadź to mianowanie! Nie przyjmuję tego imienia, i nie zamierzam walczyć za ten klan! – krzyknęła w stronę Króliczej Gwiazdy. Zarówno jego jak i resztę kotów zupełnie zamurowało. – Od teraz nie jestem już członkinią Klanu Burzy ani żadnego innego klanu. Odchodzę i będę mieszkać z dwunożnymi! A moje nowe imię to Oświecona! – Z tymi słowami Rybkowy Strumień odbiegła w stronę wyjścia z groty. 
Przecisnęła się przez tunel prowadzący do obozu. Na szczęście nikt jej nie gonił. Wszyscy byli w tak wielkim szoku, że nie zdołali ruszyć się z miejsc. Ruszyła do głównego tunelu, ignorując wydobywające się z groty krzyki matki, rodzeństwa i Zwiewnego Maku. Niech zostaną w tym zatęchłym klanie. Gdy kotka była już poza obozem, sprintem pobiegła w stronę drogi grzmotu. Może przy odrobinie szczęścia jakiś dwunożny ją stamtąd zabierze?

***

Rybkowy Strumień, a raczej Oświecona, już od kilku godzin czekała przy drodze grzmotu. Żaden potwór się przy niej nie zatrzymał. Gdy już miała odejść by znaleźć sobie miejsce na posłanie, zauważyła, jak jeden ze stworów zbacza z drogi i wjeżdża na polanę. Chwila, czy ona już go kiedyś nie widziała? Monstrum miało intensywnie różowy kolor, taki sam jak potwór który kiedyś chciał ją porwać. Czy to możliwe że ta dwunożna wróciła? Potwór zatrzymał się już zupełnie, a z jego wnętrza wyłoniła się samica dwunożnych. Kotka poznała jej kolorową sierść na głowie. To musiała być ta sama! Oświecona przypomniała sobie, że podobno pieszczochy ocierają się o nogi dwunożnych. Podeszła do dwunożnej i zaczęła się do niej łasić. Ta wydawała się być zachwycona. Podniosła kotkę, tuląc ją do siebie.
– Przepraszam, że cię wtedy ugryzłam – mruknęła Oświecona. – Obiecuję, że już nie będę! 
Biała kotka dała się wnieść do potwora. Z początku trochę się bała, ale strach szybko minął. Pomimo smrodu wnętrze monstrum było przyjemne i miękkie, prawie jak zbity mech. Już nie mogła się doczekać, kiedy trafi do gniazda dwunożnej. W końcu jej przeznaczenie się wypełni!

Od Fląderki CD. Klekoczącego Bociana

Za kaszel, jak i cieknący nos na pewno były odpowiedzialne kwiaty i trawy rosnące gęsto na Kolorowej Łące. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyła Fląderka, od momentu, gdy do jej nosa podczas powrotu do obozu wpadł pyłek. Rosiczkowa Kropla w obawie o swoje zdrowie odsunęła się od odrzutka, a gdy w końcu Fląderka przestała kichać zaproponowała jej odwiedzenie medyków. W odpowiedzi jednak szylkretowa koteczka powiedziała starszej, że to tylko alergia, może na pyłki traw, drzew lub jakieś grzyby, które zaczęły się rozwijać pomiędzy zbutwiałymi liśćmi, które sprzątała. Nastanie kolejna pora i wszelkie objawy omyłkowo brane przez koty za początek choroby na pewno miną!Nic bardziej mylnego.
Alergia z dnia na dzień była coraz bardziej uciążliwa, uniemożliwiając koteczce wykonywanie poprawnie swoich obowiązków. A tu przerwała pociągnięciem nosa podczas przemowy, by chwilę później wpadać na różne koty przez niewyspanie się z powodu tłumienia kaszlu przez sen. Jednym z nich był Klekoczący Bocian. Jego pytanie sprawiło, że koteczka zachłysnęła się powietrzem. Zakasłała.
— Nie, nie... — wydukała, zasłaniając łapką pyszczek. Zew wojownika? Nigdy w życiu! A jeśli nawet faktycznie by się obudził, zamierzałaby go czym prędzej uśpić. Bo co jeśli ten zew wojownika obudziłby uśpioną klątwę. — To znaczy, to prawda. Spotkałam się ostatnio z księżniczką Algową Strugą, gdy udałam się wykonać zadanie powierzone przez księcia Błękitną Lagunę. Miałam uprzątnąć liście i patyki, aby teren mógł cieszyć oko reszty kotów, które chciałyby spędzić czas ze swoją rodziną przy Kolorowej Łące. Później dołączyłam do patrolu i poinformowałam Rosiczkową Kroplę o samotniku, którego spotkałam... N-nie śmiałabym...
Nie była w stanie powstrzymać kaszlu. Schyliła głowę, nie chcąc przypadkiem opluć kocura lub innego kota, który mógłby znaleźć się w jej zasięgu.
Po kolejnym ataku, który trudniej było ukryć Fląderce, kocur zmarszczył brwi. Zawstydzona, nie była w stanie spojrzeć na młodego asystenta medyka. Wyglądała żałośnie, a w dodatku musiało to wyglądać, jakby liczyła na jego współczucie i uwagę.
— To alergia — skłamała. — J-jestem pewna, że porą opadających liści minie... W-wiem, że miód wystarczy, aby złagodzić podrażnienie gardła...
Nie powinna tego mówić. Odwróciła spojrzenie. Jeszcze nie daj Klanie Gwiazdy, Klekoczący Bocian naprawdę uznałby, że coś knuje. Jednak przez swój długi pobyt w lecznicy chcąc nie chcąc dowiedziała się kilku przydatnych rzeczy na temat medycyny. Widziała, że jeśli bolałby ją brzuszek to, zamiast udawać się do medyków i zabierać cenne lekarstwa, mogłaby zjeść po prostu liść mięty wodnej, której przy rzece i innych zbiornikach wodnych było bardzo dużo. O ile dobrze zapamiętała, wystarczyło je przeżuć i dopiero później zjeść.
"Proszę, idź sobie. Zakończ rozmowę i wejdź do lecznicy."
Czuła się głupio, prosząc w myślach, aby książę po prostu ją zostawił w spokoju. Klan Gwiazdy nie chciał spełnić jej prośby, kocur wyglądał na zdeterminowanego, aby dowiedzieć się, co tak naprawdę dolega Fląderce. Już miał się odezwać, być może chciał ją zganić i siłą zaciągnąć do lecznicy, aby nie rozsiewała po obozie zarazków, gdy wtem rozległ się głos Błękitnej Laguny.
— Miód wystarczy, aby złagodzić podrażnienie gardła... — miauknął, wpatrując się chłodno w odrzutka. Fląderka wystraszyła się nie na żarty. Ile słyszał z ich rozmowy? Nie mówiła nic złego na temat zastępcy, mimo to czuła niepokój. Bez słowa momentalnie wlepiła spojrzenie w ziemię i pochyliła głowę. — Klekoczący Bocianie, chyba nie chcesz mi powiedzieć, że dzieliłeś się tajnikami medycyny z odrzutkiem. Znasz zasady.
— Skąd ten pomysł wuju — miauknął asystent, zerkając ukradkiem na szylkretkę. — Znam zasady. Tylko koty z rodu Sroczej Gwiazdy mają prawo zgłębiać dziedzinę medycyny w Klanie Nocy. Prawdopodobnie musiała podsłuchać mnie, Gąbczastą Perłę lub Różaną Woń, gdy zajmowaliśmy się jakimś pacjentem, któremu podaliśmy miód na ból gardła.
Błękitna Laguna zmarszczył pysk. Odpowiedź asystenta wydawała mu się sensowna, w końcu Fląderka po ataku wydry spędziła kilka wschodów słońca w lecznicy. Widziała, jak medycy zajmowali się chorymi.
— Mimo że nie posiada jednego ucha, jest w stanie wychwycić z rozmowy informację, które nie są przeznaczone dla jej uszu. Uczul Różaną Woń oraz Gąbczastą Perłę, aby uważały na to, co mówią w jej obecności. Ty również, Klekoczący Bocianie. W szczególności, gdy rozmawiacie na temat ziół, których jedynym zastosowaniem nie jest przyniesienie ukojenia choremu — zauważył. — Jak się miewa mój syn? I Wężynowy Kieł? — zmienił temat. Zdając sobie sprawę, że szylkretowa kocica wciąż stała nieopodal nich, machnął w jej stronę łapą, mówiąc: — Fląderko. Możesz odejść. Jeśli nie masz już żadnych zadań do wykonania, pomóż Słodkiej Łapie i Korzennej Łapie w wymianie mchu w legowiskach starszych i wojowników.

~~~

To nie była alergia. Łagodny kaszel, który omyłkowo wzięła za reakcję alergiczną, przybrał na sile, a ból gardła uniemożliwił jej swobodne przełykanie pokarmu. W dodatku miała wrażenie, że jej czółko ostatnio jest jakieś cieplejsze w dotyku. Teraz tym bardziej nie mogła udać się do medyków, a tym bardziej spojrzeć w pysk Klekoczącemu Bocianowi.
Fląderka wyślizgnęła się z kociarni, udając się wraz ze Zmierzchającą Falą, Kropiatkową Skórą, Korzenną Łapą i Słodką Łapą poza obóz. Ile mogła, na tyle tłumiła kaszel, mówiąc, że to tylko alergia i wystarczy, aby znalazła kawałek miodu i go polizała.
Szła na tyle, obawiając się, że mogłaby zarazić swoim kaszlem towarzyszy, z którymi spędzała czas. Skoro to nie była alergia to, co... może po powrocie do obozu uda się do medyków? Musiała tylko upewnić się, że w lecznicy będzie znajdowała się tylko starsza medyczka. Z tymi myślami kroczyła naprzód, nie patrząc, gdzie stawia kroki, aż uderzyła pyskiem w pieniek. Szczęście w nieszczęściu, bo dzięki temu uderzeniu, będącemu jak zimny kubeł wody, zdała sobie sprawę, że w związku z zignorowaniem objawy choroby, mogła zaszkodzić niedawno narodzonemu księciu oraz jego matce. Musiała czym prędzej poinformować medyków o tym, aby zbadali królową oraz księcia! Istniała szansa, że mogła ich czymś zarazić. I tym razem naprawdę!
Ignorując fakt, że razem z pozostałymi kotami udała się w teren, samotnie, bez uprzedzenia ich o powrocie, ile sił w łapkach pędziła do obozu. Myśl, że mały Flaming mógłby również tak okropnie zacząć kaszleć, sprawiła, że z jej oczu zaczęły spływać łzy.
Potykając się o wystający korzeń, przeturlała się po leśnej ściółce i wylądowała na brzuchu tuż przed łapami medyczki o kręcącej się sierści. Gąbczasta Perła przestąpiła do tyłu, nie chcąc, aby jej futro na łapach było dotykane przez nos odrzutka.
Z pyska Fląderki wypłynął bełkot, dotyczący tego, aby czym prędzej starsza udała się do kociarni i upewniła się, że z jego mieszkańcami jest wszystko dobrze. W pierwszej kolejności najważniejsze było zdrowie królewskiego potomka, później jego matki, ale pozostawał przecież jeszcze Złocisty Widlik i inne koty, które do niej wchodziły. Cały klan mógł być na dobrą sprawę zagrożony epidemią kaszlu, który ona przyniosła i rozniosła!
— Powoli... Nie rozumiem, co mówisz — miauknęła Gąbka, z trudem wyłapując informacje, z którymi dzieliła się z nią kotka, gdy nagle jej spojrzenie się zmieniło. Musiała coś pojąć. Ignorując fakt, że pysk Fląderki był obsmarkany i mokry od łez, złapała ją i uniosła do góry. Nakazała jej otworzyć szeroko pyszczek, a gdy Fląderka to uczyniła, medyczka zamarła.
Na całym gardełku szylkretki znajdowały się rozsiane białe plamki. To właśnie dzięki nim, Gąbczasta Perła w zaledwie chwilę była w stanie postawić trafną diagnozę.
— Klekoczący Bocianie! — zawołała medyczka. Na dźwięk imienia kocura Fląderka skuliła uszko. — Zostaw te zioła i czym prędzej tu do mnie chodź!

Wyleczeni: Fląderka (chyba że dopiero w odpisie kolejnym zostanie wyleczona, o ile zostałaby wyleczona)

<Klekot? Aby zapobiec epidemii dżumy lub też apokalipsie zombie, trzeba się pozbyć pacjenta 0>

🐟🐟🐟

Od Słonecznego Fragmentu

Marzenie Ognistej Piękności spełniło się. Została babcią, w dodatku nie jednego, a dwójki kociąt: Żywicy oraz Bursztynu. I śmiało mógł stwierdzić, że Żywica była córeczką tatusia, w którego wdała się w każdym calu, natomiast jej brat był wykapaną Pożarową Łapą. No prawie. Słoneczny Fragment nie przypominał sobie, aby z nosa "kuzynki" kiedykolwiek zwisał glut. Tym bardziej takich rozmiarów.Aparycja przewodnika, co prawda mogła przerażać kocięta, jednak młody kocurek, zamiast skupiać się na szpecących pysk kocura śladów po pazurach, skupiał się na jego bibelocie zwisającym z szyi. Małe łapki Bursztynu szturchały wisior. W międzyczasie rudzielec pociągnął nosem, wciągając z powrotem to, co zwisało z jego końca. Zadowolony wyszczerzył się do kremowego, po czym ruszył naprzód, gotów badać dalsze zakątki obozu, a być może nawet tereny poza nim.
"Uroczy malec..."
Słoneczny Fragment ostrożnie pochwycił syna "kuzynki" za kark, zamierzając odnieść go z powrotem do żłobka. Ignorując fakt, że malec wydzierał się wniebogłosy i obsmarkał mu sierść, odstawił go przy brzuchu Pożarowej Łapy. Przeniósł spojrzenie na pysk królowej, wpatrując się w jej pomarańczowe ślipia. Nie wygoniła go, może dlatego, że przyniósł jej syna i uchronił przed nieszczęściem, jednak prawdopodobnie nie był mile widziany przez nią w kociarni. Może i należał do rodziny, ale tak naprawdę był obcy. Nie powinno go tu być.
— Żywe srebro — skomentował zachowanie kociaka, który rozpędził się na krótkim dystansie i pognał w kierunku swojej siostry oraz ojca.
Przewodnik przeniósł spojrzenie na Żywicę, która jak zaklęta przysłuchiwała się opowieści swojego ojca. Do czasu, aż nie wpadł na nią kocurek o ognistej sierści.
— Jestem pewna, że Żywica w przyszłości wyrośnie na najpiękniejszą kotkę, jaką świat widział w ciągu ostatnich pór. A z Bursztyna będzie mężny wojownik i prawdziwy dżentelmen, broniący dobrego imienia naszej rodziny i Klanu Burzy! – trajkotała Ognista Piękność, podchodząc do Pożarowej Łapy oraz Słonecznego Fragmentu. Odkąd na świecie pojawiły się kociaki, niemal non stop przesiadywała w kociarni, doglądając wyczekanych potomków.
Słoneczny Fragment przewrócił oczami. Gdyby starsza kocica spojrzała się w tejże chwili na swoje wnuczęta, nie byłaby tego aż taka pewna, co przyniesie im przyszłość. Żywica być może faktycznie wzrośnie na ładną kotkę, lecz jej brat, aby zostać w przyszłości dżentelmenem, musiał się jeszcze wiele nauczyć.
— Bursztynie! — miauknęła starsza, gdy spostrzegła, że jej wnuk próbuje wytrzeć swoje gluty w długie pasma sierści Żywicy.
Słoneczny Fragment po tych słowach pośpiesznie ulotnił się z kociarni, wracając do wcześniejszego zadania, nim został rozproszony przez Bursztyna. Musiał się upewnić, że tunele były bezpieczne. Nim opuścił obóz, zagadał do swojego byłego ucznia, Śniącego Obserwatora, aby kocur mu towarzyszył podczas pracy pod ziemią. Kocur nie wydawał się pałać chęcią do pracy, jednak koniec końców podniósł się z trawy i razem ze starszym przewodnikiem udał się na zwiad do tuneli.

🌞🌞🌞

Od Berberysowej Łapy (Dzikiego Berberysu) do Krokusowej Kruchości

— Ja, Królicza Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika — głos dymnego kocura rozniósł się po obozie. — Berberysowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Berberysowa Łapo, od tej pory będziesz znany jako Dziki Berberys. Klan Gwiazdy ceni twoją pracowitość i zawziętość oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy.
Dziki Berberys zanurzył łapę w rdzawym barwniku, który był przygotowany specjalnie dla kotów, które pełniły funkcję wojowników, kronikarzy oraz przewodników. Odcisnął ją na skalnej ścianie, na której znajdowały się dziesiątki odbić łap kotów, które przez sezony były mianowane. W końcu on również stał się historią Klanu Burzy.
Lider dotknął pyszczkiem jego głowy, a on dotknął swoim nosem barku Króliczej Gwiazdy. Koty zaczęły wiwatować i skandować jego imię. Zadowolony wypiął pierś i wyprostował się, przewyższając tym samym wzrostem przywódcę.
Czekał bardzo długo na tą chwilę i w końcu mu się udało. Przeszedł wszystkie wymagane przez Śnieżycową Chmurę zadania i udowodnił, że nadaje się na wojownika. Teraz nie potrzebował rudej wojowniczki do niczego! Był nawet od niej lepszy i bardziej efektywny. Posłał uśmiech Ciernistej Łapie, który siedział niedaleko Jagodowego Marzenia, Trzmielego Pyłku i Zwiewnego Maku. Nieważne, jak okrutnie by to nie brzmiało, ale cieszył się, że kocur został uczniem jako ostatni. Natomiast on udowodnił, że nie był najgorszy z miotu!
— Gratulacje Dziki Berberysie! — zamruczała do niego Jagodowe Marzenie, która podeszła do niego wraz z rodzeństwem.
Zamruczał uradowany taką ilością atencji, a w szczególności na widok futra jego ojca w tłumie kotów chcących mu pogratulować. Tak długo ubiegał się o jego uwagę, a teraz Świerszczowy Skok sam z siebie zamierzał powiedzieć mu parę słów.
Kiedy podszedł do niego ów kocur, jego serce zabiło mocniej. Oto chwila chwały i słowa, które miały dla niego ogromne znaczenie!
— Dobrze cię widzieć, jako dorosłego i doświadczonego wojownika, synu. Gratuluje postępów — zamruczał Świerszczowy Skok.
— Dziękuję ojcze, całe życie będę się starał, żebyś był ze mnie dumny. Chcę przynieść naszej rodzinie jak najwięcej chwały.
— Klan Burzy będzie z ciebie dumny, jeszcze nie raz z takim podejściem — pogładził go ogonem po barkach, przez co Dziki Berberys omal nie wyskoczył z futra ze szczęścia.
Musiał pokładać wiele energii, by nie zachować się jak kociak i nie zbłaźnić się przed wszystkimi. Była to jego wielka chwila!
Natomiast ojciec, skinął mu ostatni raz głową i odszedł, dając miejsce innym kotom, które miały w planach mu pogratulować.
To koniec? Tyle zdołałem porozmawiać z tobą, Świerszczowy Skoku?” — nie dowierzał, że zdobył atencje ojca na kilka uderzeń serca. Co jeszcze musiałby zrobić, żeby ten z nim dłużej porozmawiał?

***

Noc była bezchmurna, a czas płynął naprawdę wolno. Dziki Berberys czuł, jak jego powieki stają się naprawdę ciężkie i najprawdopodobniej opadłyby już dawno, gdyby nie zimniejsze powiewy wiatru, które co jakiś czas budziły go.
Podczas jego ziewania, nagle poruszyło się coś w rogu jego pola widzenia. Obrócił głowę w kierunku najprawdopodobniej ucznia, który zapomniał, że dzisiaj odbywa się jego czuwanie.
Na samą myśl, że mogła być to Śpiewająca Łapa, jego futro jeżyło się z irytacji. Jednakże zamiast wrednej szylkretki, ujrzał równie młodą, Krokusową Kruchość, która nieśmiało przywitała się z nim skinieniem głowy.
Nie wiedząc, czy powinien się odzywać podczas czuwania, machnął do niej ogonem, by ta do niego podeszła. Kotka niepewnie przystanęła przy nim, widział w jej oczach lekki niepokój.
Była podobna do niego, jak był jeszcze kociakiem. Sam pamiętał, jak ojciec oraz Cierń wypowiadali się negatywnie nad jego wrażliwością, oraz nieśmiałością. Wiedział teraz, że kocury nie powinny być takie, jednak dla kotek było to całkiem urocze.
— Spokojnie, nie zamierzam nikomu powiedzieć, że szwendasz się po polanie w nocy. Trochę mi się nudzi i nie obraziłbym się, jeśli ktoś by mi towarzyszył — wyszeptał jej na ucho.
Krokusowa Kruchość rozluźniła się nieco i przytaknęła mu głową.
Jeśli miał milczeć przez całe czuwanie, to już złamał zasady, jednak nikt nie musiał o tym wiedzieć, oprócz niego oraz jego towarzyszki.
— Czemu nie śpisz? Miałaś koszmary?
Pokręciła przecząco głową i pyskiem wskazała niebo, na którym błyszczeli Gwiezdni. Srebrna Skóra tej nocy była naprawdę piękna.
— Ach rozumiem… — powiedział bezgłośnie, na co Krokusowa Kruchość zamruczała cicho.

***

Oboje spędzili razem noc, jednak kotka uciekła nad ranem, zanim Burzacy zaczęli się przebudzać. Wraz z piękną towarzyszką, czas minął dość szybko i sam nie spodziewał się, że kotka z nim zostanie przez większość czuwania. Wcześniej z nią nawet nie rozmawiał, wiedział jednak, że była młodsza od niego.
Jakim cudem została tak szybko wojowniczką? Tego jeszcze nie rozumiał, jednak z chęcią się zamierzał dowiedzieć.
Słońce zawitało do obozu, a zapach porannej rosy wypełnił nozdrza Dzikiego Berberysu. Całe jego ciało było sztywne i obolałe po nocy, a jego powieki znów były ciężkie od niewyspania się.
— Dzień dobry, Dziki Berberysie, witamy cię jako wojownika Klanu Burzy — zamruczał rozbawiony na jego widok Zawodzące Echo, który wyszedł właśnie z legowiska wojowników. — Twoje czuwanie dobiegło końca. Możesz wziąć swoje posłanie z legowiska uczniów i przeprowadzić się do legowiska wojowników. Miejsca jest dużo, więc możesz wybrać, gdzie chcesz się ulokować. Dzisiaj odsypiasz czuwanie, a obowiązki przejmiesz jutro.
Zastępca poklepał go łapą po barku, na co ten zmęczony, ale i dumnie, wypiął pierś.
— Chętnie się wyśpię — przyznał, przeciągając się i ruszył po swoje posłanie.
Wszedł szybko do legowiska uczniów, złapał swoje leże, przy okazji nadepnął na ogon Śpiewającej Łapy, która od razu podskoczyła i syknęła z bólu.
Ups! Kogoś obudziłem” — zaśmiał się w myślach.
Wyszedł z legowiska uczniów, słysząc za sobą przekleństwa w jego kierunku, które były dla niego niczym miód na uszy, po czym wszedł do legowiska wojowników, gdzie rzeczywiście miał wiele miejsca, gdzie mógłby położyć swoje posłanie.
Jego uwagę przykuły dwa miejsca. Jedno było obok jego ojca, a drugie obok wojowniczki, z którą spędził czuwanie. Był to trudny wybór, jednak lepiej mieć koleżankę, niż ojca, który i tak nie spędzał z nim dużo czasu.
Wybrał Krokusową Kruchość, która zwinięta w ciasny kłębek pochrapywała cichutko. Jej spokój na pysku powodował, że serce kocura szybciej zabiło. Może nie powinien jej zapraszać do wspólnego czuwania? Teraz przez niego była wykończona.
Może nie będzie na mnie zła, jak się przebudzi?
Położył swoje posłanie obok wojowniczki i również ułożył się wygodnie w króliczych futerkach, zwijając się w ciasny kłębek. Uważał, by nie stykać się futrem z kotką.

***

Otworzył leniwie oczy. W końcu się wyspał! Przesunął wzrokiem po opustoszałym legowisku. Było jeszcze jasno, może się załapie na jakieś polowanie lub patrol łowiecki? Chociaż dzisiejszy dzień miał wolny, mógłby to inaczej wykorzystać.
Wyszedł żwawym krokiem na polanę, gdzie koty dzieliły się językami i wspólnie jadły posiłki. W rogu obozu zauważył siedzącą w samotności Krokusową Kruchość, która nie starała się dokończyć swojego królika.
— Witam cię Krokusowa Kruchości, mogę się dosiąść? — zaproponował. — Chętnie pomogę ci dokończyć twojego królika.
Kotka przytaknęła mu głową, nie racząc nawet mu odpowiedzieć. Dziki Berberys grzecznie się dosiadł i zwinął się w pozycję na chlebek. Wziął gryza mięsa i zamruczał, kiedy poczuł, jak aromat rozlewa się po jego kubkach smakowych.
— Czy lubisz oglądać Srebrną Skórę? Trochę się zdziwiłem wczoraj, że nie spałaś o tak późnej porze — zagadał.

< Krokusowa Kruchości? Czy chcesz się zakolegować z Berberyskiem? >

Od Klekoczącej Łapy (Klekoczącego Bociana) CD. Mandarynkowej Gwiazdy

Podjął decyzję. Wraz z ogłoszeniem ciąży Wężynowego Kła podjął on decyzję. Ta decyzja miała przypieczętować jego żałośny, nieszczęsny i niesatysfakcjonujący los. W głowie jednak wciąż dudniła mu rozmowa, którą przeprowadził z babką. O ile na samym początku napełniła go ona jakąś złudną nadzieją. Sądził nawet, że kotka jest po jego stronie i wesprze go podczas tej trudnej rozmowy z Gąbczastą Perłą, którą musiałby przeprowadzić, aby odmienić swoje życie i przywrócić je do normalności. Ale skok podekscytowania i szczęścia prędko opadł z powrotem na ziemię. Przemyślał wszystko, odegrał całą rozmowę, każde skrzywienie pyska. I doszedł do wniosku, że liderki nie interesowało to, że był nieszcześliwy; powiedziała mu po prostu to, co on sam chciał usłyszeć. Decyzja dalej była jego. Można by było powiedzieć, że los spoczywał w jego łapach, ale dla członka rodu to nigdy nie była prawda. Ścieżka medyka nigdy nie była dla niego. Gdyby byli w innym klanie... Wtedy nie miałby tych problemów. Niestety jest księciem w Klanie Nocy. 
Złapał pożądnego okonia i jednym ruchem wyciągnął go spomiędzy reszty zwierzyny. Słońce wciąż nie zdążyło całkowicie wzejść; obóz malował się pomarańczową poświatą. Bez słowa rzucił zdobycz pod niebieskie łapy babki. Widział, jak kotka drży, kiedy podnosiła głowę, aby spotkać jego wzrok. 
— Podjąłem decyzję — rzucił od razu. Liderka przez moment wpatrywała się w niego nieco niewidząco. 
"Co się z nią dzieje, na latające szczupaki!" — przeklnął w myślach. To on powinien się tak zachowywać. To on powinien być nieobecny i zdruzgotany od kilku miesięcy, nie ona. Nie wielka liderka, która za niedługo będzie mogła spokojnie spać bez obawy o przyszłość swojego klanu. 
— Mandarynkowa Gwiazdo. — Próbował przywlec ją z powrotem na ziemię. 
— H-huh. Słucham? — rzuciła, wciąż nieco nieobecna. Klekocząca Łapa położył po sobie uszy i zmarszczył pyszczek. Wąsy mu zadrgały. Zauważył, że niebieska najwidoczniej coś sobie przypomniała z ich poprzedniej, nie tak odległej rozmowy, bo dodała: — Czy rozmawiałeś z Gąbczastą Perłą? 
— Nie, bo rozmawiam z tobą. O tym. O tym właśnie chce porozmawiać — mruknął. 
— Władza lidera nie sięga legowiska medyka, to twoje zadanie, aby poinformować mentorkę o tym, co zadecydowałeś — wytłumaczyła, ale on o tym już wiedział. Gdyby ktokolwiek inny mógł go uratować spod łap Gąbki, poprosiłby wuja. 
— Wiem to, ale to nie ma znaczenia — burknął, uderzając ogonem o ziemię. — Zostanę. To moja dorosła decyzja. — Słowa ciężko przepłynęły mu przez gardło. Nastała cisza. Mandarynkowa Gwiazda zdawała się wypuścić powietrze z czymś, co Klekotek odebrał jako ulgę. Kiwnęła głową. Słyszał, jak coraz więcej kotów się budzi i wychodzi na otwarty obóz. 
— Cieszy mnie to. Wykazałeś się dużą dojrzałością — powiedziała w końcu. Wstał. Skłonił głowę i zostawił ją; miał swoje głupie, bezsensowne obowiązki, które niestety nie mogły już czekać. 
"I głupotą..." 
— dodał w głowie.

* * *
Dzień narodzin Flaminga

Poród był szybki i bezproblemowy. Czego innego można było spodziewać się po wojowniczce, która wydała już na świat czwórkę kociąt? Zwłaszcza kiedy tym razem ma tylko jedno. 
To kocurek. Gibki i duży. Na pewno wyrośnie na dobrego członka rodu. 
Klekoczący Bocian siedział przed żłobkiem. Oczywiście był obecny przy narodzinach; cała trójka była. Ta sprawa to nie były przelewki; wszyscy mieli nadzieję, że maluch spełni ich głupie oczekiwania, nieważne, jakie by one nie były dokładnie. Różana Woń i Gąbczasta Perła wciąż przebywały w kociarni i rozmawiały z karmicielką, w której dużych łapach spoczywał nowowtpluty synek. Powietrze przepełnione było słodkocierpkim zapachem krwi i łożyska; Klekotek był bliski wymiotów. Przyciskał czoło do wilgotnej, chropowatej kłody. Zaciskał powieki. Miał wrażenie, że jest bliski płaczu. Świat po raz kolejny przypieczętował jego żałosny los. Drżenie podłoża przyprowadziło go z powrotem na ziemię. Otworzył ślepia; przed nim, jeszcze w bezpiecznej odległości, stała Mandarynkowa Gwiazda. 
"No tak... Na pewno chce zobaczyć wnuka… następce…" — mruknął wrogo w głowie. "Dziwne, że nie była obecna na porodzie. Czym niby mogłaby być zajęta; siedzi w obozie większość dnia"
— Jest zdrowy — rzucił spod nosa. Wrócił do chłodzenia czoła o powierzchnie drewna. Ciepło Pory Zielonych Liści nie pomagało z tym skręcającym kiszki smrodem. — To kocur...

<Mandarynka?>