BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 3 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

30 kwietnia 2026

Od Grubej Łapy

Śnieg trzeszczał pod łapami Grubej Łapy, gdy te zapadały się kilka milimetrów w dół, krusząc delikatną, lodową pokrywę. Bardzo nie lubił tego zjawiska. Normalny, puszysty, świeży śnieg przynajmniej zapewniał mu nieco ciche kroki, a tak, jego nadejście było jeszcze bardziej oczywiste niż zazwyczaj. Nie ważne, jaka pora roku - i tak wszyscy wiedzieli, gdy i gdzie dokładnie się wybiera. A przede wszystkim wiedział to jego mentor, który strzelił go w bok puszystym ogonem.
— Przecież wiem, mam uszy! — syknął Gruby, by zaraz skulić uszy, widząc chłodne spojrzenie niebieskich ślepi Pszczelego Roju. — Przepraszam. 
— No, nie będziesz pyskował na moich zajęciach — mruknął szylkretowy. — Jak oczekujesz, że złapiesz cokolwiek, jeśli przodkowie mogą usłyszeć Twoje kroki? 
— To nie moja wina, że...
— Twoja, bo nie umiesz stawiać porządnie łap — Pszczeli Rój zmrużył oczy. — Widzę, że się nie starasz.
— I co z tego? Nawet jak będę się poruszał cicho, to zdobycz czy przeciwnik mnie i tak zauważy przez to jaskrawe futro. Nie widzę się, a wiem, że palę oczy na tle tej cholernej bieli — Gruba Łapa kopnął kupkę śniegu przed nim. Do niczego to skradanie. Każde polowanie i tak kończyło się tym, że albo wracał z niczym, albo oprócz zwierzyny miał jeszcze ziemię w pysku, bo nie zdążył wyhamować po rzuceniu się na zwierzynę. Tak, jak ciężko było mu się rozpędzić, tak ciężko było też wyhamować. Jedyne, co dobrze mu wychodziło to walka - a mianowicie przygniatanie przeciwników do ziemi. Chociaż tutaj mógł wykorzystać swoje atuty. Szybko się również kończyła, co było mu na łapę. Dłuższy wysiłek fizyczny nadal sprawiał mu problemy, mimo regularnych treningów. Z zastanowienia dosłownie wytrącił go mentor, gdy wepchnął go prosto w zaspę. Płatki śniegu ciasno oblepiły Grubą Łapę, gdy ten, najeżony, wydostał łeb z górki. Posłał mentorowi tylko zirytowane spojrzenie. 
— I nic nie zmienisz z takim nastawieniem. Jak nie będziesz się starał, to nic nie zmienisz. Miejsce, gdzie Brak Gwiazd nie patrzy łaskawie na nieroby, więc albo weźmiesz się w garść, albo przodkowie dopomóżcie, bo ja nie zamierzam niańczyć ucznia-niedojdy — westchnął Pszczeli Rój. — A teraz wstawaj i jeszcze raz, od nowa. 

[338 słów] 

Od Dzwonkowego Świstu

Nie mógł nacieszyć się swoimi dziećmi. Choć córka nie sprawiała zbyt wiele problemów, syn to była inna bajka. Dzwonkowy Świst był oczywiście dumny z bycia ojcem dwójki kociaków, nawet jeśli były one nieplanowane. Nie mógł jednak zawczasu przewidzieć, że zachowanie Bursztyna będzie stawało się coraz to gorsze. Kocurek był niesforny na najgorszy możliwy sposób, a przy tym wszędzie było go pełno. Wręcz za pełno. Gdzie coś dało się zniszczyć, on to zazwyczaj, zapewne niecelowo, ale jednak, niszczył. Jego ciekawość świata nie znała żadnych granic. Żywica przy tym stanowiła jego zupełny kontrast - była delikatna, spokojna i uważna. Patrzyła na to wszystko z lekkim zdziwieniem, jakby nie do końca rozumiała, skąd u jej brata tyle energii. Często siadała obok ojca i marudziła mu nieco na rudego kocurka. Wywoływało to lekki uśmiech na pyszczku Dzwonka.
Słuchał jej cierpliwie, czasem kiwając głową, a innym razem zapewniając jej, że Bursztynowi przejdzie wraz z upływem księżyców. A przynajmniej miał taką nadzieję.
— Wiesz dobrze, że twój brat jest dosyć… — Zawahał się, szukając odpowiedniego słowa — porywisty. Z wiekiem powinno mu to przejść, albo chociaż nieco się uspokoi. — Zapewniał swoją córkę, lecz sam w to do końca nie wierzył. W końcu w nim samym została ta młodzieńcza iskra, która mimo sędziwego wieku, nie zniknęła i ciągle gdzieś się w nim tliła. Mimo że jego ciało nie mogło w pełni cieszyć się biegiem, to miał w głowie tą samą lekkość, co kiedyś. Patrzył na Bursztyna, który w tej chwili próbował złapać jednego z liści z kolekcji Żywicy. Dzwonek westchnął cicho, ale w jego spojrzeniu kryło się coś więcej niż zmęczenie. Zrozumienie, a nawet odrobina dumy.
— On po prostu jeszcze nie wie, gdzie są granice — mruknął bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Ruda przekrzywiła głowę, przyglądając się bratu z mieszaniną ciekawości i przerażenia.
— Niszczy mi kolekcje — odparła smętnie.
— O to się nie martw. Jestem pewny, że gdy zostaniesz uczennicą, to będziesz miała całe legowisko wypełnione przeróżnymi skarbami. — Na te słowa poczuł ukłucie smutku. Owszem, dożyje tego momentu, ale co dalej? Nie łudził się, że zobaczy swoje wnuki, nawet nie wiedział, czy powstaną. Nie zobaczy nawet swoich dzieci, pełnego obrazu tego, jak dorastają i jak dumnie służą klanu jako dzielni wojownicy. A może wybraliby różne drogi? Dopóki żyliby sami ze sobą w zgodzie i szczęśliwie, czułby spokój. To było dla niego najważniejsze.

Od Kopciuszka (Majaczącej Łapy) do Pajęczej Nici

W dniu mianowania

Po prawie dwóch księżycach w żłobku dziś był jego wielki dzień. Stąpał tylną łapą jak najdelikatniej po ziemi, udając, że jego chód jest jak najbardziej normalny. Prawda była natomiast taka, że jakiś czas temu, gdy to spacerował wieczorem po obozie, zranił się w łapę o ostrzejszą skałę. Rana wydawała się niewielka, ale wystarczająca, aby już wkrótce wdały się w nią zarazki. Poza tym nie była bezpośrednio na opuszku łapy, tylko na jej boku. Co znaczy, że zadrapanie pojawiło się już po wypadku, gdy chwiejnie próbował wstać z ziemi. Uważał, że to nic. Wyzdrowieje, przecież nie był słaby. Nie był psia mać kotką. Dlatego właśnie, ilekroć z kimś rozmawiał, chował zainfekowaną łapę, czy nawet zakrywał ją liściem, udając, że kawałek rośliny jest swego rodzaju ozdobą lub pamiątką. Co oczywiście było kłamstwem, bo ozdób nie lubił, a pamiątek nie posiadał. Rozciągnął się przy ziemi, wbijając pazury w ziemię z cichym mruknięciem. Wyszedł z legowiska, przenosząc wzrok z jednego kota na następnego. Dziś był jego dzień, ale on tego nie odczuwał. Najchętniej zostałby w domu dwunożnych, nawet jeśli sucha karma, którą dawali mu właściciele, była paskudna. Tam było mu przynajmniej wygodnie. Żył jak książę, a Mazurek i Mleczko byli królami. Do tego Piecuszka… Kopciuszek był przekonany, że jej śmierć była z jej winy. Była głupia. Nie doszłoby do tego jednak, gdyby nie zgubili się tamtego dnia. Nie byłby tutaj. Już po jakimś księżycu zaczął dostrzegać swego rodzaju niedogodności. Tu nie mógł go nikt głaskać. Tu nie był traktowany jak istota wyższa, nawet jeśli tam pokarm był obrzydliwy. Mimo to, gdy szedł przed obóz to z uniesioną głową. Nie powinien pozwolić sobie na opuszczenie gardy. Te wszystkie obce koty…obrzydzały go. Nie widział w nich nic poza pasożytami. Już nawet nie wspominając o ilości kotek, będących w obozie. Piecuszkę, swoją siostrę mógł jakoś znieść. Choć czasem było rzeczywiście ciężko. Dlatego szkoda mu było jej śmierci, choć tylko na początku. Wkrótce zaczął mówić sobie, że najwyraźniej była ona tak słaba, jak ich matka. Wzruszył ramionami, powoli myjąc swoje futerko. Była jeszcze jedna rzecz. Te koty są…brudne. Widząc wszystkie te zakurzone futra, miał ochotę wepchnąć je do wody. Oczywiście najlepiej z klifu. Wtedy może przy okazji sami by się wyeliminowali. Z tymi właśnie myślami mył dokładnie jedną ze swoich łap. Wysunął pazury, przyglądając się im uważnie. Zdawało się mu, że od pobytu tutaj coś w nim skamieniało. Był niemalże beztroskim kociakiem, a teraz wydawał się jakiś nieobecny, a nawet arogancki. Chociaż nie, być może był już taki wcześniej. Zdecydowanie preferował jednak dom z Mleczkiem, Mazurkiem, Raniuszkiem, Białozorem, Karliczką i…Piecuszką. Kocur, ilekroć o niej myślał, musiał koniecznie w coś uderzyć. Umarła, bo była głupia. Tylko dlaczego jej w takim razie nie ochronił? Może to on był w rzeczywistości tym słabym? W końcu powinno się chronić tych słabszych. Głupszych. Jak zwał, tak zwał. Widząc nadchodzącą Pikującą Jaskółkę, uniósł zainteresowany ogonek. Dokładnie wczoraj, gdy to wyszedł z obozu jakoś przy zachodzie słońca, przyszedł do kotki z zapytaniem. Chodziło mianowicie o jej dziwne imię. Nie wydawało się mu, żeby mogła sobie ot, tak dawać imiona i rangi uczniom, jeśli nie jest jeszcze tą…Gwiazdą. Nie wyglądała na zbyt zadowoloną z tego niewinnego pytanka, a teraz również na jej pysku gościł naburmuszony wyraz. Zmarszczył brwi, zastanawiając się, o co też może chodzić kotce.
“Krzywi pysk jakby właśnie doświadczyła zepsutej zwierzyny” zachichotał w myślach kociak.
Kotka zwołała w końcu klan, czemu nadal przyglądał się zaciekawiony kocurek. Spojrzał, jak ponownie otworzyła pyszczek i westchnął cicho.
— Kopciuszku, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać... — przerwała, spoglądając na kociaka z nieco pogardliwym wyrazem pyska. — Majacząca Łapa — mruknęła w końcu, co spotkało się ze zdziwionymi sapnięciami ze strony niektórych klanowiczów. Sam świeży uczeń położył uszy po sobie nagle przerażony.
“Majacząca Łapa? Jak ja do jasnej zdobyczy mam mieć w tym klanie jakąś reputację! Pogrzało ich?” pomyślał oburzony, jeżąc lekko swoje futro.
— Twoim mentorem będzie Pajęcza Nić. Mam nadzieję, że Pajęcza Nić przekaże ci całą swoją wiedzę — miauknęła kotka, patrząc na wojowniczkę.
Kocur zaczął się rozglądać dookoła za swoim nowym mentorem i zjeżył futro, gdy już się zorientował. Jego mentorem…była kotka. Miała szylkretowe futro i pół pyska oznaczonego bielą. Wyglądała, jakby podczas ceremonii była obecna tylko ciałem. Kotka. Oczywiście. Złoty już wiedział, że ją znienawidzi.
“Jasny gwint, przecież ona niczego mnie nie nauczy" pomyślał i już miał ochotę rzucić się z klifu, ale postura kotki wydawała się mu też w jakiś sposób ciekawa. Postanowił, więc jak na razie zostać. Jeśli coś się stanie, zawsze będzie mógł zacząć szydzić z kotki. Chyba że to ona będzie szybsza, ale już jego w tym głowa, aby nigdy do tego nie dopuścić.
— Pajęcza Nicio, jesteś gotowa do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałaś od swojej mentorki Postrzępionego Mrozu doskonałe szkolenie i pokazałeś swoją szybkość i dumę. Będziesz mentorem Majaczącej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzą — miauknęła, rzucając jeszcze wzrokiem na oboje.
“Co za okropna ceremonia. Odnoszę wrażenie, że pani Jaskółeczka mnie nie lubi” prychnął w myślach, liżąc się krótko po łapie. Zetknął się nosem z wojowniczką i przeszyło go nieco dziwne uczucie. Obrzydzenie zmieszane z nienaturalnym dla niego strachem. Odsunął się szybko i wytrzepał futro. Kiwnął głową w stronę kotki, ale nadal z tym samym wykrzywionym grymasem niezadowolenia. Usłyszał jeszcze klan wołający jego imię i nabył ogromnej ochoty zawyć żałośnie. Zamiast tego tylko przeklął pod nosem i ruszył w stronę wyjścia z obozu. Czekał na mentorkę tylko kilka odbić serca, jednak było to wystarczające, aby go zirytować.
— Oprowadź mnie — mruknął tylko, kopiąc kamyk, przez co odrobinę stracił równowagę i przez przypadek ustał na tę łapę, na którą nie powinien.
Zassał nerwowo powietrze.
— Klanie Gwiazdy! — zawył zdenerwowany. — Psia mać łapa! — dodał, zupełnie nie zwracając uwagi na swoją mentorkę stojącą zaraz obok.
Gdy już się uspokoił, spojrzał na szylkretkę z przymrużonymi powiekami.
— No co? — zapytał. — Chodź, nauczysz mnie czegoś. O ile coś potrafisz — dodał zmęczonym głosem.

<Pajęcza Nicio?>

[975 słów]

Od Poranku CD. Gołąbka

*Wszystko dzieje się przed walką z bobrami*

– Rozmawiałem z siostrami – wyznał Poranek, wpatrując się gdzieś w dal. Na pysku siedzącego obok Derwisza pojawił się mały uśmiech.
– To wspaniale Poranku! – powiedział zadowolony samotnik, spoglądając co jakiś czas na rudego. – Jak się z tym czujesz? – zapytał.
– Dobrze – stwierdził Poranek, spuszczając głowę. – Brakowało mi tego. Trochę żałuję, że przez tyle czasu od nich uciekałem – mruknął cicho, jakby wstydził się własnych słów.
– Najważniejsze, że teraz już się nie boisz! Założę się, że one też za tobą tęskniły. W twoim zachowaniu widać głębokie przywiązanie do nich. Jednak pozwól, że zapytam... Rozmawiałeś z nimi o tym? – Derwisz wskazał jego łapę. Rudy zamilkł na chwilę. Po co miał z nimi o tym rozmawiać? Już wystarczyło, że co jakiś czas gdy uciekał z obozu, trafiał tu na starszego samotnika, tak jak było i tym razem. I chociaż Poranek doceniał chęć pomocy uzdrowiciela, czasem część niego wciąż chciała się buntować, mimo wiedzy na temat oddziaływań rozmów z Derwiszem na jego własne życie. W końcu nie tylko on zwrócił uwagę, że nie jest tak wycofany jak był jeszcze parę księżycy temu. – Rozumiem to za zaprzeczenie? – głos Derwisza przywrócił go do rzeczywistości.
– Nie rozmawiałem – wyznał w końcu Chwast. – Nie rozumiem, w czym to ma pomóc – stwierdził i spojrzał na siedzącego obok samotnika, wbijając w niego swoje spojrzenie.
– Rozumiem, że chcesz chronić swoje siostry, jednak nie mówiąc im całej prawdy, zawsze możesz je stresować. One naprawdę się o ciebie martwią Poranku i chcą ci pomóc, jak tylko mogą. Myślę, że jeśli powiesz im, jak się czujesz i wyjaśnisz sytuację, która była źródłem twoich konfliktów z nimi, pomoże to i tobie i im – wyjaśnił samotnik. Ciepły uśmiech pojawił się na jego pysku, jakby chciał przekonać Chwasta do swoich słów. Ten za to tylko kiwnął głową.
 
***
 
Myślał jeszcze nad słowami Derwisza, wchodząc do obozu. Może miał rację? Może Chwast powinien porozmawiać z siostrami i wyjaśnić im całą sytuację? Przecież zasługują na prawdę, chociaż była ona straszna. Zanim jednak podjął decyzję, jego uwagę przykuł kamyczek, leżący na jego posłaniu. Po dłuższej chwili rudy mógł nawet powiedzieć, że wygląda on jak listek. Mały, błyszczący, kamienny listek. Poranek podszedł trochę bliżej, nachylając się nad znaleziskiem. Nie było ono tak piękne jak chwasty, jednak i tak było dość ładne. I na pewno wyjątkowe, w końcu nie często udaje się znaleźć taki kamień. Kogokolwiek było, na pewno nie należało do Poranku, który to zbierał tylko chwasty, a na pewno musiało do kogoś należeć, ponieważ tak samo z siebie nie mogło pojawić się akurat na posłaniu rudego uzdrowiciela. Z tego też powodu kocur zrobił w swojej głowie małą listę, a dokładniej listę kotów, które mógłby zostawić taki kamyczek, akurat w tym miejscu. Policzył każdego z uzdrowicieli, ale również swoje siostry. Przecież mógł to być swego rodzaju prezent od nich, jednak wątpił w to. Pszczółka zazwyczaj nie robiła prezentów, a Mgiełka przyszłaby osobiście. Mimo to postanowił sprawdzić każdą możliwość. Nikt nie chciałby zgubić takiego ładnego kamiennego listka.
 
***
 
Cierpliwie czekał na Gołąbka, z małym kamiennym listkiem położonym dokładnie przed nim. Jego małe grono "oskarżonych" powoli się zmniejszyło, dlatego przyszła pora o spytanie młodego Gołąbka, który, patrząc na pozostałych podejrzanych, miał z nim największy kontakt. Dlatego, gdy tylko uczeń przekroczył próg lecznicy, spotkał się z przeszywającym wzrokiem swojego mentora, wyglądającego trochę jak sędzia, mający skazać podejrzanego za zgubę kamiennego listka.
– Czy to ty położyłeś to na moim legowisku? – zapytał, dokładnie obserwując Gołąbka.

<Młody Gołąbku?>
[552 słów]

Od Zwęglonej Łapy (Zwęglonej Kukułki) Do Brukselkowej Zadry

Pora nagich drzew powoli dobiegała końca, jednak mroźne powietrze z rana nadal było obecne, szczypiąc w uszy i nos Wilczaków, które postanowiły tak wcześnie opuścić w miarę ciepłe legowiska. Do tych kotów należała między innymi Zwęglona Łapa wraz ze swoim mentorem Swoim Zmierzchem. Poranne wyjścia wraz ze wschodem słońca stały się nieodłączną częścią dnia ich dwójki, była to ich rutyna, niezmienna, nawet kiedy warunki atmosferyczne nie były najlepsze i każdy wolałby pozostać w obozie, by mieć blisko bezpiecznych legowisk. Jednak ta opcja nie wchodziła w grę u tych Wilczaków, szczególnie u dymnej młódki, dla której te wyjścia były czymś, co pozwalało jej przygotować się psychicznie na kolejny dzień w klanie — tylko wtedy umysł uczennicy był spokojny niczym niezmącona tafla wody na jeziorze. Wtedy miała wrażenie, że wszelkie troski ciążące na barkach jej nie dotyczą i są czymś odległym, zbyt nie namacalnym, by mogła je odczuć. Spokojny wojownik również zdawał się czerpać pełną garścią z tych wspólnych wyjść. Może i panowała między nimi cisza, dla niektórych zbyt ciężka, by dłużej ją wytrzymać, lecz ich dwójce to nie przeszkadzało.
— Zwęglona Łapo. — Niski i opanowany głos Sowiego Zmierzchu rozbrzmiał między cichym świstem wiatru a dźwiękiem ich łap uderzających o ściółkę leśną. — Uważam, że nadszedł czas, byś mogła się ubiegać o rangę wojownika — kontynuował ze spokojem, czego nie można było powiedzieć o rozszalałym sercu szylkretki, które zdawało się zaraz wyskoczyć z jej piersi.
— J-ja… — mruknęła, a jej głos zaczął się łamać. — Ja sama nie wiem, czy jestem gotowa… — wyjaśniła, spuszczając wzrok na własne łapy. Nie chodziło jej o to, że nie wierzyła w zdolności liliowego do przekazywania wiedzy, lecz żółtooka nie była pewna tych swoich. Jej pewność siebie nadal nie była wystarczająca, by uwierzyć, że podoła walce.
— Jesteś, musisz tylko w siebie uwierzyć. Gdybyś nie była gotowa, to by Ci tego teraz nie mówił — odparł starszy, spoglądając na uczennice z lekkim uśmiechem na pysku.

«★»

Kiedy tylko wrócili do obozu, wojownik udał się do legowiska Zalotnej Gwiazdy, zapewne, by przekazać, iż Zwęglona Łapa jest gotowa do pojedynku przed całym klanem, by udowodnić, że zasługuje na nową rangę. Sama świadomość tego, że miałoby się odbyć przed wszystkimi Wilczakami, sprawiała, że młódkę ogarniał paraliżujący strach. Z tego też powodu stała niemal na środku obozu niczym posąg, mając wzrok utkwiony w wejściu do legowiska liderki, gdzie chwilę wcześniej zniknął jej mentor.
— Zwęglona Łapo? — Nieco zmartwiony głos rozbrzmiał tuż obok. — Coś się stało?
Szylkretka dopiero po chwili skierowała swoje przerażona spojrzenie na przybraną matkę. Brukselkowa Zadra zawsze ją wspierała, uspokajała, kiedy do głosu dochodziły jej absurdalne obawy. Kotka była tuż obok, gdy Węgiel potrzebowała jej najbardziej, niczym prawdziwa rodzicielka.
— Sowi Zmierzch powiedział, że jestem gotowa, by zawalczyć o rangę wojownika… — przyznała młódka, czując, jak puszysty ogon wojowniczki muska ją po szylkretowym boku.
— Nie masz się czym martwić kochanie. Będę tuż obok — wymruczała starsza, na co dymna przylgnęła do niej.

«★»

Głos Zalotnej Gwiazdy niósł się przez cały obóz, a każdy wojownik przebywający w nim, przerwał dotychczasowe czynności i chwilę później porzucić je na rzecz powstającego zbiorowiska przed ściętym pniem, będącym miejsce przemówień liderów. Najdłużej zbierała się do tego żółtooka znajdka, która ruszyła dopiero z miejsca, kiedy natknęła się na zielone ślepia Sowiego Zmierzchu. Wojownik zatrzymał się, w oczekiwaniu aż jego podopieczna dołączy do niego i razem udadzą się do zgromadzenia przy pniu, na którym czekała liderka. Dymna przełknęła głośno ślinę wraz z gulą, która zdążyła powstawać w jej gardle, by wykonać parę kroków w stronę pręgowanego i wraz z nim skierować się do zbiorowiska Wilczaków.
— Zwęglona Łapo, Twój mentor uważa, że jesteś gotowa, by zostać wojownikiem Klanu Wilka. By sprawdzić słuszność jego słów, odbędziesz walkę ze Sowim Zmierzchem. — Głos Zalotnej Gwiazdy był chłodny w odczuciu młódki, lecz starała się nie okazywać tego, jak bardzo zestresowały ją słowa starszej. — Jeśli wygrasz, otrzymasz nowe imię i zostaniesz pełnoprawnym wojownikiem, jednak jeśli przegrasz, będziesz kontynuować naukę jako uczeń.
Uczennica jedynie skinęła głową i po chwili stanęła naprzeciwko swojego mentora, z którym miała zawalczyć o awans w klanowej hierarchii. Nie raz miała możliwość stanąć przeciwko pręgowanemu, lecz co innego były treningi, na których dopiero się wszystkiego uczyła lub szlifowała zdobyte umiejętności, a co innego stanięcie z nim do pojedynku, mający się rozegrać na oczach całego klanu. Nie chciała zostać pośmiewiskiem Wilczaków, którzy będą się na niej wyładowywać z powodu gorszego dnia lub niepowodzenia. Determinacja powoli zaczynała dominować nad strachem i obawami — nie zamierzała zawieść Brukselkowej Zadry, Kryształowej Łapy, siebie i Sowiego Zmierzchu. Miała zamiar udowodnić każdemu, że ów wojownik był najlepszym nauczycielem, jaki mógł zostać jej przydzielony.
Walka nie trwała długo o dziwo, a każdy ruch młódki był dokładnie przemyślany wraz z uwzględnieniem marginesu błędu i możliwymi scenariuszami, jak każdy atak lub obrona mogły się zakończyć. Z racji różnicy w rozmiarach, miała niewielką przewagę nad liliowym ze względu na swoją jeszcze drobną budowę, przez co walka z jej strony opierała się głównie na unikach i silnych, jednorazowych atak w odpowiednim momencie. Dzięki treningom z kocurem nabrała tężyzny, przez którą była porównywana do rudej siostry Gwiazdnicowego Blasku. Węgiel niedane było nigdy poznać Zaćmiony Horyzont, lecz cętkowana kotka lubiła opowiadać o swoim rodzeństwie swoim przybranym siostrom.
Kiedy tylko walka dobiegła końca, głos zabrała Zalotna Gwiazda:
— Ja, Zalotna Gwiazda, przywódca Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. Zwęglona Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam.
— Mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Zwęglona Łapo, od tej pory będziesz znana jako Zwęglona Kukułka. Klan ceni twoje oddanie i siłę, oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Wilka.
Po chwili rozległy się gromkie okrzyki Wilczaków, które powtarzały ciągle nowe imię dymnej. W końcu jednak koty zaczęły się rozchodzić, kiedy ekscytacja walki nowo mianowanej minęła, by wrócić do wcześniejszych czynności, które zostały przerwane przez głos liderki. Jedynymi kotami, które pozostały były Brukselkowa Zadra, Gwiazdnicowy Blask i Kryształowa Łapa.

<Mamo, jesteś ze mnie dumna?>
[985 słów]

29 kwietnia 2026

Od Zwęglonej Łapy CD. Nocnej Łapy (Nocnego Śpiewaka)

Koniec poprzedniego sezonu, pory opadających liści

Los chyba lubił jej się śmiać prosto w pysk, biorąc pod uwagę, jakie miała szczęście, co do ilości spotkać z Nocną Łapą w ciągu jednego dnia. Niby to nic wielkiego, w końcu są w jednym klanie, więc prędzej czy później i tak, by na siebie wpadli, jednak jakie jest prawdopodobieństwo, aby później mieli wspólny patrol? Przez pewien czas myśli te zaprzątały głowę szylkretki w czasie ich wspólnego wyjścia. W końcu jednak dała sobie z tym spokój, nie chcąc się doszukiwać czegoś więcej w zwykłym przypadkowym wpadnięciu na siebie w obozie.
Większość drogi spokojnie kroczyła z ciemnym kocurem za dwójką mentorów, którzy rozmawiali nieco przyciszonymi głosami, jakby treść ich konwersacji nie była przeznaczona dla uszu młodszych. Zwęglona Łapa nie próbowała nawet wytężać słuchu, by z ciekawości podsłuchać fragment wymiany zdań pomiędzy wojownikami — cieszyła się z panującej względnej ciszy pomiędzy ich czwórką. Jedyne, co docierało do jej uszu to dźwięki, które wydawał otaczających ich las, jakby oddychał w swoim własnym, spokojnym rytmie. Był on niezwykle kojący i wyciszający czasem za bardzo rozpędzone myśli młódki, choć zdarzało się, że to ona je napędzała jeszcze bardziej przez swoją nieufność wobec innych, obawy i podejrzenia co do zamiarów pobratymców. Zawsze doszukiwała się drugiego dna w słowach, tonie, barwie głosu, mimice czy mowie innych części ciała u Wilczaków — wyglądało to nieco na paranoję, a w zasadzie zaczynało się to nią stawać, czego nie była w stanie dostrzec. Dlatego też zawsze, gdy opuszczała raczej tłoczny obóz, czuła, jak jej ciało od razu się rozluźnia, pozwalając, by przemawiał przez nią oddech otaczającego lasu.
Błogi spokój został jednak w pewnym momencie przerwany przez nieco przeszywający wzrok Nocnej Łapy, który kroczył tuż obok. Wcześniejszy spokój ustąpił ponownemu napięciu i obawom — czyżby chciał ją za coś skrytykować, a może doszukiwał się jakichś słabości w niej, by później to wykorzystać na swoją korzyść? Z każdym kolejnym pytanie, wyrażającym obawę, jej serce przyspieszało, zaczynając nieprzyjemnie obijać się o żebra, budujące jej klatkę piersiową. W duchu modliła się do Gwiezdnych, by zabrali ją z zasięgu wzrok starszego, aby pomarańczowe ślepia kocura już nie były skupione w pełni na niej.
Po paru krokach uciążliwe uczucie bycia obserwowaną zniknęło, więc modły do Przodków musiały zadziałać. Szylkretka mimowolnie odetchnęła z ulgą, nie przejmując się zbytnio tym, że Nocna Łapa mógłby to zauważyć — dopóki nie przyglądał się jej tak intensywnie, jak chwilę temu, to będzie wszystko dobrze. Na szczęście dalsza część patrolu przebiegała spokojnie i nad wyraz długo, gdyż do obozu wrócili, dopiero kiedy słońce zdążyło już się schować za linią horyzontu tworzoną przez wierzchołki drzew. Uczennica nawet nie wiedziała jakim cudem nadal brnie do przodu, choć jej łapy zdawały się jasno wysyłać sygnały, że wystarczy wędrówek na najbliższe dni. Mimo to nic oprócz wolniejszego tempa marszu nie wskazywało na to, by dymna skarżyła się na jakiekolwiek dolegliwości — była typem kota, który swój ból nosi głęboko w sobie i przeżywa go w samotności, jakby jakakolwiek oznaka okazania go publicznie była czymś niewybaczalnym, czy śmiertelnym zagrożeniem.
Tuż przed legowiskiem uczniów, Tropiąca Łaska udzieliła drobnej przypominającej reprymendy, której świadkami była Zwęglona Łapa ze swoim mentorem. Niewielki i chwilowy uśmiech wkradł się na jej biały pysk, kiedy słuchała krótkiej wymiany zdań pomiędzy wojowniczką i jej uczniem. Może źle wcześniej oceniła Nocną Łapę i kocur wcale nie jest zagrożenie, za jakie go bierze?
— Zwęglona Łapo — zaczął liliowy, na co młódka od razu skierowała na niego spojrzenie. — Wraz z Tropiącą Łaską ustaliłem, że jutro odbędziecie wspólny trening. Obojgu wam wyjdzie to na dobre, szczególnie tobie — wyjaśnił starszy, a następnie nie czekając na odpowiedź młodszej, oddalił się za czekoladową, życząc przy tym dobrej nocy.
— Dobrze… — mruknęła cicho, choć wojownik i tak nie mógł jej usłyszeć. — Nie idziesz spać? — spytała nieco głośniej, kierując te słowa do Nocnej Łapy, który usiadł w miejscu, gdzie dotychczas stał, zamiast skierować się do legowiska uczniów na odpoczynek po całym dniu.
— Jeszcze nie… jeszcze chwila — odpowiedział, na co skierowała wzrok na nocny firmament nad ich głowami, będący obecnie pod obserwacją kocura.
— No dobra… — odparła, wzruszając ramionami i z cichym ziewnięciem skierowała się do legowiska, w którym po chwili zniknęła.
Przez to wszystko, co dziś się wydarzyło, kompletnie zapomniała o siostrze. Z drobną obawą od razu skierował swój wzrok w jej kierunku, a kiedy upewniła się, że na jej jasnej sierści czy też ciele nie ma żadnych niepokojących oznak, odetchnęła z ulgą. Może i była nieco nazbyt przewrażliwiona na punkcie ochrony swojej siostry, jednak Węgiel nie chciała, by ta zbyt szybko straciła swoje pokłady optymizmu i energii, które kontrastowały w obecności cichszej siostry. Były niczym dzień i noc, słońce i księżyc, dźwięk i cisza — dwa przeciwieństwa, które bez siebie nie miały prawa bytu na tym świecie. Z ciężkim westchnięcie, będące oznaką zmęczenia po całym dniu, pełnym wrażeń, ułożyła się na swoim posłaniu, które wyjątkowo blisko było tego należącego do Kryształowej Łapy. Żółtookiej nigdy to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, dźwięk powolnego oddechu niebieskiej i ciepła bijącego od niej było czymś, co Węgiel potrzebowała do zaśnięcia — a bardziej świadomość, że kolejny dzień minął, a jej siostra jest cała i zdrowa.
Szylkretka nie należała do grona kotów, które lubują się w długim spaniu, także już wraz z pierwszymi nieśmiałymi promieniami słońca, przebijającymi się przez barierę liści nad głowami uczniów, zaczęła się przebudzać. Jej poranna rutyna raczej nie była jedną z tych dłuższych, ot co sprawdzenie, czy Kryształowa Łapa nadal śpi, względne ułożenie zmierzwionego futra po przespanej nocy i drobne rozciąganie, by rozruszać ciało. Tym razem czynności te zostały zaburzone przez obecność dwóch czarnych piór przy posłaniu uczennicy, która była pewna, że tych nie było, gdy wróciła o późnej porze i kiedy odbywała w błogi sen.
Zaskoczona znaleziskami, zamrugała kilka razy, jakby sprawdzając, czy z kolejnym ruchem powiek pióra niespodziewanie znikną, utwierdzając ją w podejrzeniach, że to oczy z umysłem płatają jej jakiegoś nieśmiesznego figla z rana. Jednak ku zdziwieniu uczennicy pióra nadal leżały w dotychczasowym miejscu, na co ta zmrużyła nieco oczy, próbując odgadnąć, kto jej tu zostawił. Dopiero po chwili ją olśniło, że takie pióra przecież widziała wczoraj u Nocnej Łapy — jednak czemu teraz znajdowały się przy jej legowisku, a nie wplecione w futro starszego? Nie chcąc, by doszło do jakiegoś nieporozumienia, delikatnie chwyciła je w zęby, a następnie bezszelestnie przemknęła między śpiącymi uczniami, by dotrzeć do tego jednego i odłożyć jego własność przy posłaniu, na którym obecnie spokojnie spał.
Po tym kotka opuściła legowisko, by przywitać się ze Swoim Zmierzchem, który już na nią czekał. Ich poranne wyjścia z obozu stały się ich wspólną rutyną, którą wytworzyli w ciągu ostatnich księżyców, kiedy to liliowy szkolił Zwęgloną Łapę na przyszłą wojowniczkę Klanu Wilka. Choć przed nią samą jeszcze trochę daleka droga nim będzie mogła stanąć do walki o nowy tytuł.

<Nocna Łapo? Chyba nie do końca ktoś zrozumiał przekaz tych piór>
[1103 słowa]

Od Tańcującego Pierza CD. Pożarowej Łapy

Kocur kątem oka nerwowo spoglądał na zdziczałą kreaturę, która nazywała się Pożarowa Łapa. Przełknął głośno ślinę, a przed oczami przypomniała mu się ostatnia interakcja z jej pięknym synkiem. Kocica wydarła mu się do ucha, a on... on przez chwilę tak siedział zdołowany i zgarbiony. Chwila ciszy, zanim Tańcujące Pierze napiął mięśnie, wstał i odwdzięczył się nagłym sykiem przed pyskiem uczennicy.
— Jestem Tańcujące Pierze! — oświadczył z dumą, choć to imię niezbyt mu się podobało. Brzmiało... zabawnie. Czyżby Królicza Gwiazda z niego drwił? — Może trochę kultury nie zaszkodzi, co!? Może zawołam Ognika, aby przywrócił taką pewną rudą uczennicę do porządku!? - krzyczał, widocznie rozdrażniony. — Bo najwyraźniej Pożarowa Łapa nie radzi sobie ani w treningu, ani w macierzyństwie, żeby upilnować TYLKO DWA bachory!?
— Za to zastraszanie kociaków jest szczytem kultury, co, Pióreczko?! — splunęła. — I dla ciebie Pożar, sowia wypluwko! A jak jeszcze raz powiesz coś takiego o mnie albo tkniesz moją rodzinę… — Chwyciła kocura za futro na szyi i szarpnęła do siebie.
— Nikogo nie zastraszam! — odpowiedział sfrustrowany Tańcujące Pierze. — I... i przestań mnie tak nazywać, ty podła su...! — Zanim zdołał wypowiedzieć do końca to brzydkie słowo, został przyciągnięty do Pożarowej Łapy. Zaskoczony nie zdołał złapać równowagi, przez co poleciał na kotkę, a ona na ziemię. Tańcujące Pierze był... spory, bynajmniej przez masę mięśniową, jak i przez cudowne geny wysokich rodziców. Kocur leżał na kotce, nie wiedząc co dalej zrobić. Uśmiechnął się i zażartował:
— Mówiłaś coś? — sapnął złoty rycerz, leżąc plackiem na dzikusce. — Bo ja myślę, że przydałby ci się odpowiedni wycisk na treningach. Pewnie zapomniałaś, czym jest dyscyplina... biedulka…
Przez chwilę pomyślała, czy się nie wydrzeć na cały obóz i nie wzniecić chaosu, ale po chwili uznała, że nie wyszłoby jej to na dobre. Zamiast tego postanowiła użyć tego jako groźby.
— Masz dwa uderzenia serca, żeby ze mnie, zejść albo zacznę krzyczeć. Mój partner przybiegnie tu od razu, a Zawodzące Echo raczej nie ucieszy się, że zaatakowałeś karmicielkę — warknęła.
— A co, jeśli mam świadków? — miauknął z głupim uśmiechem. — Powiedzą, że dzikuska, inaczej Pożarowa Łapa, nie dość, że uciekła od obowiązków ciążą, to jeszcze ma czelność nie zajmować się własnymi kociętami. Wiesz, ile szkód one narobiły!? I ile by nie powstało, gdyby tej matce się chciało dupę ruszyć i temu zapobiec!? Nawet ja w ich wieku nie demolowałem groty czy Łapkowa!
A wtedy ognista kreatura wydarła się na wszystkie pięć przynależności, jakby ją torturowano. Zaskoczony odskoczył, a wtedy… zaczęły się jak zwykle problemy.

•.¸¸.•*'*•.•ஜீ☼۞☼ஜீ•.•*'*•.¸¸.•

Rozczarowany Cyklonowe Oko swoim byłym uczniem pokręcił ciężką od kremowych wodospadów głową, gdy Bąbelkowy Plusk wkroczył i rozdzielił rude dzikusy na czas. Tańcujące Pierze spojrzał na brata spod byka, po czym na Pożarową Łapę. I to ja jestem najgorszy, co, Skrzecząca Pokrako!? — przemknęło mu przez myśl, aż się zagotował. Już sobie na nią zaczął ostrzyć pazury, jednakże z tyłu głowy miał świadomość o dalszych konsekwencjach i się uspokoił, co jakiś czas tylko nerwowo spoglądając na towarzyszące im koty. Kierowali się w stronę wieży.
— Ach, ależ się stęskniłem za tobą, Echo — wymamrotał gorzko, zwieszając głowę. Uśmiechnął się. — Pewnie ty też… — dodał ciszej, wchodząc do prestiżowej komnaty syna Króliczego Bobka. Tylko pomarzyć można sobie o takich luksusach. Rudy wojownik zmarszczył brwi. Czy Zawodzące Echo miał bliskich krewniaków? A może chciałby rozpocząć ród króliczych idiotów tak jak w Klanie Nocy? Bardzo przerażała go myśl, do czego mógłby się dopuścić przyszły przywódca.
Dlatego musiał go wyeliminować. Jak najszybciej.
Widząc czarnego zastępcę w pełnej okazałości, z szacunku do niego skinął mu głową i wyszeptał słodkie pozdrowienia. Usiadł przed nim. Ugh, ale zimno na tych kamieniach… może to nie są aż takie luksusy. Kocica bez słowa skinęła krótko głową Echu na przywitanie, po czym prychnęła, widząc, co robił drugi.
Spojrzał wymownie na dwójkę kotów.
— No, proszę mi wytłumaczyć, o co poszło — miauknął, gdy żadne z nich nie zabrało głosu.
Najpierw spojrzał za siebie, na wyjście z wieży, ale nie widząc Cyklona ani Bąbla, Tańcujące Pierze wzruszył ramionami. Westchnął ciężko i się wyprostował. Młody rycerz patrzył z powagą zastępcy w oczy, gdy mówił z wybitnym spokojem:
— ... Sam nie wiem, Zawodzące Echo. Pożar się na mnie wydarła na cały obóz, pewnie słyszałeś, i nas zabrali do ciebie. Chyba stali się przewrażliwieni przez ostatnie dni. Ach, ci wojownicy, nic nie umieją rozstrzygnąć bez mózgu operacji takiego jak ty. Ciekawe, czy daliby sobie radę bez ciebie…
Nagle Pożarowa Łapa zjeżyła się.
— Podeszłam do ciebie wyjaśnić sprawę, a ty mnie przewróciłeś! — syknęła. — Zawodzące Echo, ten tutaj groził mojemu synowi, a potem rzucił się na mnie z obelgami i mnie zaatakował!
Echo wyglądał, jakby wcale nie miał ochoty ich słuchać.
— Tańcujące Pierze? Miłe słówka nie odciągną mojej uwagi od faktu, że zaatakowałeś Pożarową Łapę.
Tańcujące Pierze wbił zaskoczone spojrzenie w aktorzynę i się skrzywił. Ugh, co za dramatyczna kocica! Nic jej nie zrobił! Musiał więc powiedzieć prawdę. Westchnął i wstał, gotów przeciwstawić się kłamstwom Pożarowej Łapy.
— Zawodzące Echo, proszę, nie wierz w jej słowa. To obłuda — miauknął, kręcąc głową bezsilnie. — Najwyraźniej to ja będę musiał ci wyjaśnić i pokazać prawdę... — wymamrotał i spojrzał na niego. — Widzisz, tak, Pożarowa Łapa przyszła do mnie wyjaśnić sprawę, ale z bardzo agresywnym tonem. Nie zastraszałem jej dzieci, ba, to ja musiałem jedno z nich niańczyć, bo ona nie potrafiła ich pilnować. Rozwalają grotę, Łapkowo i cały obóz... wstyd, Pożarowa Łapo, że nie umiesz ich upilnować. Nawet ja i Aminkowa Łapa nie byliśmy wandalami... — mówił. — Ale, wracając: odpowiedziałem jej grzecznie, iż nikogo nie zastraszam i poprawiłem ją z imieniem, gdyż nie jestem już Pierzastą Łapą, a ona, cytując jej wypowiedź, zagroziła mi słowami: "A jak jeszcze raz powiesz coś takiego o mnie albo tkniesz moją rodzinę…", po czym chwyciła mnie za futro na szyi i pociągnęła w swoją stronę, zaskoczony upadłem na nią. Ona... — zatrzymał się, kątem oka spoglądając zaniepokojony na Pożarową Łapą. Przełknął głośno ślinę.
— Pożarowa Łapa mnie przewróciła, a teraz zmieniła wersję zdarzeń, tylko aby wyglądać na idealną kocicę, ale my, oddani i lojalni wojownicy Klanu Burzy, powinniśmy wiedzieć, co się kryje za tą jej grą: kłamstwo, Zawodzące Echo — odpowiedział i wbił szmaragdowe ślepia w Pożar. — ... I zanim znów zaczniesz mnie atakować słowami, zastanów się, Pożarowa Łapo, nad własnym zachowaniem. Nie dość, że uciekłaś od obowiązków ciążą, to zaniedbujesz własne dzieci i myślisz, że tak ugrasz? Przepraszam, że się tak wyrażę przed tobą, zastępco, ale... to, co ona sobą reprezentuje... nie jest godne przyszłym wojownikom Klanowi Burzy.
Po momencie ciszy zwrócił się spokojnie do zastępcy.
— Czy ty naprawdę nie umiesz dostrzec jej aktorstwa? — dodał końcowo, unosząc brew. — Tego fałszu emocji, tej... nadmiernej gestykulacji, próby przeciągnięcia cię na stronę jej kłamstw. Nie chcę podburzyć twojej... słuszności w podejmowaniu decyzji, jednakże zastanów się, Zawodzące Echo. Komu możesz tak naprawdę ufać w tych czasach? — mówił coraz pewniej, aż w końcu się zatrzymał. Wziął głęboki wdech i wydech, po czym usiadł na miejscu w oczekiwaniu na werdykt Zawodzącego Echa.
Krewna Echa najeżyła się jeszcze bardziej, już rzeczywiście wkurzona.
— Czy ty słyszysz, co on wygaduje?! Atakuje mnie! Mnie, karmicielkę! A potem ma czelność wygadywać takie rzeczy na mój temat! Nie mogę już nawet założyć rodziny w tym klanie, bo wszyscy mają mnie za zdrajczynie, nieważne, co zrobię! Wszyscy mnie tylko poniżają, atakują i zrzucają na mnie winę, a potem ja muszę za to cierpieć! — Ze złości wysunęła pazury i podrapała nimi lekko cegłę, z której wykonana była podłoga w legowisku. — Zawodzące Echo, kuzynie, jeżeli mnie osądzisz nie ze względu na moje pokrewieństwo z Płomiennym Rykiem, to powód podaj mi szczerze. I mam nadzieję, że słowa te przejdą ci przez gardło.
Oczy zastępcy trochę szerzej otworzyły mu się na ostre słowa Pożar.
— Proszę, Pożarowa Łapo, nie zamierzam cię za nic karać — mruknął po chwili, gdy w legowisku zapadła cisza. — Tańcujące Pierze... Wydaje mi się jednak, że tobie i twojemu bratu niebycie wandalami reputacji za bardzo nie podnosi. — Spojrzał na kocura wymownie. — Może i ciąża Pożarowej Łapy stała się padła ofiarą krytyki klanu, jednak to nie jest odpowiedni moment, abym rozwodził się nad moimi myślami na ten temat. A twoje podkoloryzowane słówka o zaufaniu wobec klanu nie robią na mnie wrażenia, jeżeli nie jesteś kotem, którego to ja darzę zaufaniem.
Spojrzał na Pierze, później na Pożar, po czym wstał i odwrócił się.
— Niech tylko ta sytuacja się nie powtórzy — zakończył stanowczym, wyższym o parę tonów głosem. Machnął krótkim ogonkiem w kierunku wyjścia. — Skończyłem z wami rozmawiać. A ty, Tańcujące Pierze, trzymaj swoje wybryki w ryzach, gdyż za atak na królową powinieneś oberwać o wiele gorzej. Niedługo pożałuję tego, że pozwoliłem Króliczej Gwieździe mianować cię tak wcześnie.

<O, ty gnido… pożałujesz tego, Pożarowa Łapo…!>

Od Pierzastej Łapy (Tańcującego Pierza) do Bursztynu

Jeszcze przed mianowaniem…

W końcu Bursztyn przez własne roztrzepanie wpadł pod łapy rudego, przystojnego rycerzyka, zwanego Pierzastą Łapą. Zanim młody mógł cokolwiek zrobić, uczeń usiadł przed nim i dmuchnął w swoją kremowo-czarną grzywkę. Szmaragdowe oczy zalśniły, a na jego pyszczku pojawił się ciepły i pewny siebie uśmiech, choć spoglądał na malca z góry. Być może była to ogromna, ale to bardzo ogromna różnica wzrostu. Z rudego, rozbrykanego szczura przemienił się w pięknego, rudego kocura z szerokimi barami i mięśniami, których można było tylko pozazdrościć.
— Wow, zapomniałem, jak to jest być takim malcem jak ty... — wymamrotał do siebie, po czym pokręcił głową i w końcu położył się na ziemi, będąc na tym samym poziomie, co dziecko Pożar. Wciąż miał w głowie jej jęki z nocy, w której rodziła. Obrzydlistwo... nie chciałby tego słyszeć ponownie. Oparł brodę dwoma wielkimi łapskami.
— No, no, no... a kogo my tu mamy~? — zaczął melodyjnie niczym jego odwieczna nemezis, Śpiewający Raniuszek. Miał nadzieję, że ta pokraka już nie sprała mu mózgu. — Nazywam się Pierzasta Łapa, Bursztynie. Miło mi cię poznać z bliska! — dodał czarujący młodzieniec i zmrużył lisie oczy, szczerząc śnieżnobiałe kły w lekkim uśmiechu. — ...Jaki jest twój ulubiony kolor, Bursztynie? Może... bursztynowy? — zażartował, puszczając mu żartobliwie oczko.
— A może i tak, i co wtedy? Chcesz się bić, ha? — spytał, napinając się i pusząc, chociaż do poziomu Pierzastego niedane mu będzie raczej nigdy sięgnąć. Cóż poradzić, złe geny. Niestety Pierzasta Łapa był wielki i muskularny, więc z automatu stanowił cel dla Bursztynu, który kierował się logiką "w pierwszy dzień musisz pobić i zdominować największego i najsilniejszego w więzieniu".
— O, ho ho! Z tobą? — Pierzasta Łapa zachichotał. — Co za energiczna dusza! Jak ja uwielbiam takie wybryki natury! — powiedział entuzjastycznie, po czym przechylił głowę z ciekawości. — Jeśli wygrasz, powiem ci coś bardzo ważnego. Jeśli nie, to jesteś beksą. Co ty na to?
Kocur zawahał się na moment, zatrzymał i zaczął główkować. Oj doprawdy, cóż za ciekawy był to widok, gdy zamknął oczy, potem otwarł, skrzywił pyszczek i przystawił łapę do brody.
— Dobra — zgodził się w końcu, pocierając brodę i przeciągając wyżej ostatnią literę. — Ale i tak nie jestem beksą.
Młodziak przybrał postawę szarżującego dzika, tylnymi łapami młócąc w ziemi, aż w końcu rozpędził się i zamienił w latającą wiewiórkę, wszystkimi łapami obejmując szyję Pierzastej Łapy, wdrapując się jak jakiś alien w górę, w stronę karku, by się go uczepić i nie puszczać.
Pierzasta Łapa stał jak słup, pozwalając kociakowi się wdrapać. Ukrywał zaskoczenie. Jak taki mały szczur zdołał doskoczyć na jego puchatą grzywę? Miał tylko nadzieję, że nie wysunie pazurów. Jego futro było na tyle śliskie, że kociak mógłby po prostu doskoczyć, złapać się bezradnie łapkami i powoli spadać, nie mając czego się uczepić. No, chyba że faktycznie użyje tych pazurów... a wtedy Pierzasta Łapa nie będzie się ograniczał do stania.
— No dawaj, młody! — zachęcał go. Bursztyn mógł czuć wibracje dochodzące z gardła ucznia, który szeroko uśmiechał się do swojego przeciwnika.
Bursztyn może silny nie był, ale za to posiadał umiejętność bycia bardzo... lepkim. A że o zasadach zabraniających na użycie pazurów nie wiedział, to oczywiście, że próbował użyć ich do podtrzymania swojego ciała.
— Zobaczysz zaraz, jak cię sklepię! — zapowiedział bojowo, łapą próbując dosięgnąć do ucha Pierza, by je rzeczywiście sklepać kilka razy łapą.
Kiedy poczuł przeszywający ból, Pierzasta Łapa wydał z siebie gwałtowny jęk. Wstrzymał powietrze. Kątem oka patrzył na Bursztyna, a wtedy spojrzał na jego odsłonięte gardło. Bez wahania ujął go delikatnie zębami za szyję i odczepił od siebie. Chcąc go wystraszyć, mocniej naparł szczękami na nim. Zaczął nim trząsać jak dziecko szmacianą laleczką. Ten mały szczyl sobie na to zasłużył.
— Oszukujesz! — wrzasnął, rzeczywiście w głębi przestraszony, próbując znów oblepić łapami pysk starszego kocura i go trochę poharatać. Gdyby mógł, pewnie wsadziłby mu patyk w nos... ale nie mógł. I nie miał patyka. Miał tylko nadzieję, że nikt tego nie widzi, bo nie dość, że dostałby opieprz, to jeszcze starszy kolega dostałby po głowie, za beznadziejne obchodzenie się z dziećmi. Na pewno dostałby potem podręcznik "jak nie bawić się z kociakami, poradnik dla opornych początkujących".
Kocur, nie wiedząc do dalej z malcem zrobić, postanowił zamachnąć się i wypuścić Bursztyna na czarną ziemię w obozie. Kocurek mógł się pobrudzić, ale nie powinien sobie niczego zrobić.
Pierzasta Łapa wyszczerzył zęby w triumfalnym uśmiechu złotego zwycięzcy. Rycerz podszedł do pazia, który wydawał się zbyt przytłoczony porażką, aby go zauważyć. Delikatnie go podniósł swoją wielką łapą i usiadł.
— Przegrałeś, Bekso — miauknął ze współczuciem. — Ale to nie powód do płaczu. Dam ci drugą szansę... w tym czasie nabierz sił, a wtedy znów się spotkamy... Bekso.
Po czym wstał, odwrócił się do niego tyłem. Spojrzał na niego raz jeszcze przez ramię, z tym ciepłym, podnoszącym na duchu uśmiechem, po czym odszedł w kierunku wyjścia z obozu.

<Bursztynowa Bekso? Nabrałeś trochę tych mięśni?>

Od Tawułowej Bryzy

Jakoś zaraz po walce z agresywnymi mewami

Tawułowa Bryza nie opuszczała boku swego ojca, odkąd ten po walce z mewami trafił do legowiska medyków. Noce spędzała wtulona w bok kocura, informując medyków o każdym najmniejszym odstępstwie od normy sugerującym, że być może stan kocura się pogarsza.
— Nie możesz odejść do Klanu Gwiazdy, słyszysz? Jeszcze nie teraz... – syknęła cicho, obserwując, jak grzbiet kocura unosi się i opada. — Nie przed Jastrzębim Zewem...
Przeniosła spojrzenie na Jagnięcy Ukłon oraz jej uczennicę, Aldrowandową Łapę, które zajmowały się pozostałymi rannymi kotami w walce. Nie czuła żadnej wrogości względem starszej i młodszej medyczki, jednak brakowało jej obecności Ćmiego Księżyca. Śmierć niebieskiej była tak nagła. Tak niespodziewana.
Podobnie jak śmierć ciotki Pietruszkowej Błyskawicy oraz jej brata, jak i ojca Tawuły, Mroźnego Wichru. Dodatkowo na domiar złego podczas walki zginął Judaszowcowa Gwiazda, ku uciesze Pikującej Jaskółki, która wraz z jego śmiercią jako jego następczyni została liderką. I jeszcze śmierć babci Tawuły, Bożodrzewnego Kaprysu.
Za dużo śmierci. Za dużo.
Nikt w klanie nie stracił tylu bliskich co Tawułowa Bryza i jej rodzeństwo, Promienna Łapa i Słoneczne Oko. Jednak zamiast czuć smutek, biała kotka czuła złość na kilka kotów, jak i byt, jakim był Klan Gwiazdy. Nie potrafiła pojąć, dlaczego ten pozwolił zranić jej ojca oraz dopuścił do śmierci Judaszowcowej Gwiazdy w tamtej chwili. Brat babci był stary, jednak trzymał się na łapach! Krzywo, ale jednak miał siły, aby obserwować walkę z mewami! I miał przecież te życia... Dziewięć żyć?
Tawuła starała się na spokojnie przeanalizować przebieg bitwy. Byli na wygranej pozycji, jednak w pewnym momencie kilka ptaków odłączyło się od głównej grupy i zaatakowało stojących od wojowników kilka lisich długości dwoje kocurów, lidera i ojca Tawuły.
Ich zachowanie było dziwne. Wręcz nienaturalne zdaniem Tawuły, co poskutkowało tym, że śmierć Judaszowcowej Gwiazdy, jak i atak na ojca zaczęła spostrzegać jako formę ostatecznej kary zesłaną na jej bliskich przez Klan Gwiazdy. Nie, nie tyle, ile na jej bliskich. Na cały klan.
Poruszyła nerwowo uchem, starając się zasnąć. Jak tylko ojciec poczuje się lepiej, miała zamiar dowiedzieć się, czym naprawdę Klan Klifu naraził się Klanu Gwiazdy.

~~~

Po walce z mewami zrezygnowała całkowicie z polowania na nie. Zresztą, nie przepadała za ich mięsem, a teraz uważała je za wronią strawę. Często marszczyła pysk, gdy widziała, jak współklanowicze pożywiali się nimi. Tak było również dzisiaj, gdy zauważyła, jak nowa liderka zajadała się mewą. Starała się za dużo nad tym nie myśleć, dlatego też pochwyciła niedużego kraba i skierowała się do kociarni, do której jak prędko weszła, tak również prędko z niej wyszła. Z krabem w pysku. Prychnęła i skierowała się do lecznicy. Rozświetlona Skóra z dnia na dzień lepiej się czuł, jednak rany po ostrych dziobach mew będą jeszcze długo widoczne na białym futrze wojownika.
— Tawuło... zamiast się mną zajmować, powinnaś spędzać czas ze swoim rodzeństwem. Wiesz, że jestem w dobrych łapach, prorektorzy dbają o mnie, przynoszą mi jedzenie, a nasza nowa medyczka sprawnie przemywa mi rany.
— Mhm... — mruknęła, strosząc sierść niezadowolona, że ojciec chciał ją zbyć. — Przyniosłam ci kolację... Miała być dla Jastrząb, ale zapomniałam, że nie lubi krabów... — Rozświetlona Skóra westchnął. — Więc przyniosłam go tobie, tato. Smacznego.
Zajęła miejsce obok biało futrego, zastanawiając się, jak ojciec zareaguję na informacje, że stracił częściowo jedną ze swoich córkę, ale za to częściowo zyskał kolejnego syna.

~~~

Tawułowa Bryza mimo niechęci do rozmów z kotami próbował zorientować się, od kiedy zaczęła się ta cała dziwna sytuacja z mewami. Coś, a może i ktoś musiał być tym zapalnikiem, który pociągnął za sobą śmierć tylu członków rodziny Tawuły. Tylko co lub kto? Biały kot usiadł nieopodal Źródlanej Łuny, Rozkwitającego Astra i Pomocnego Wróbelka, próbując nieudolnie wkręcić się w rozmowę. Na szczęście na pomoc Tawule przyszła Promienna Łapa, pomagając wycofanemu wojownikowi zacząć rozmowę na temat, który go nurtował. Nie zdecydował się przedstawić jednak od razu swoich rozmyślań sugerujących, że ostatnie wydarzenia były karą od Gwiezdnych, które musiało spowodować jakieś wydarzenie lub jakiś kot. Chciał dowiedzieć się co myślą na ten temat inne koty, skoro Judaszowcowa Gwiazda był jakby nie patrzeć ukochany przez Srebrzystą Skórę.
— Był członkiem mojej rodziny, przez co mogę nie brzmieć obiektywnie, ale uważam, że to właśnie za czasów jego panowania Klan Klifu był w czasach swojej świetności... — Przeniósł spojrzenie na adoptowaną córkę zmarłego lidera. Być może przybrana ciotka myślała podobnie? Na pewno!
— Myślę, że ostatnia walka, jak i wydarzenia przed nią były ostrzeżeniem, które zebrało ogromne żniwo. I na pewno ma to związek z Klanem Gwiazdy. — Mówiąc to, ukradkiem spojrzał w kierunku legowiska lidera. Czy według nich rządy kremowej, które nastały były tym, czego klan potrzebował w tym momencie? — Musieliśmy ich czymś rozgniewać, za co przyszło nam zapłacić najwyższą cenę.
Nerwowo się poruszył. Nie lubił mówić, przemawiać, ale czasami trzeba było wyjść ze swojej strefy komfortu.

Od Niebiańskiej Poświaty CD. Wzorzystej Dali

Niebiańska Poświata nie była w stanie powstrzymać tego mdłego, nieprzyjemnego uczucia, które wbiło się w jej serce z taką siłą, jakby ktoś nagle rozdarł ciszę jej wnętrza ostrym pazurem, w chwili, gdy jej spojrzenie padło na stojącej naprzeciw niej Wzorzystą Dal. Choć na pysku brązowookiej wojowniczki widniał uśmiech, to był on tak blady, tak kruchy i nienaturalnie napięty, że wystarczył zaledwie jeden, krótkotrwały rzut oka, by dostrzec jego sztuczność — by zrozumieć, że nie niesie ze sobą żadnego ciepła, a tym bardziej szczerości.
Stała nieruchomo, jakby jej łapy nagle wrosły w ziemię, która pod wpływem chłodu stwardniała i przyjęła ją w swoje objęcia niczym milczący świadek tej chwili. Nie wiedziała, co właściwie tu robiła — dlaczego los postawił ją właśnie tutaj, właśnie teraz, przed kimś zupełnie innym, niż jeszcze kilkanaście księżyców temu by sobie wyobrażała.
Wszystko w jej wnętrzu sprzeciwiało się tej chwili.
Każdy instynkt, każda cząstka jej świadomości powtarzała jej uparcie, niemal desperacko, że nie była gotowa. A jednak stała tutaj, uwięziona pomiędzy impulsem ucieczki a paraliżującą niemożnością poruszenia się, jakby sama decyzja o odejściu była czymś równie trudnym, co pozostanie.
Nie chciała ruszyć naprzód.
Nie chciała słuchać.
Jej myśli splątały się w chaotyczny, niespokojny wir, w którym każde zdanie, które próbowała ułożyć, rozpadało się, zanim zdążyło przybrać pełną formę, jakby coś w niej samej tłumiło wszelką próbę wypowiedzenia czegokolwiek. Słowa, które kiedyś przychodziły jej z łatwością, teraz zdawały się być odległe, obce, ukryte gdzieś głęboko pod warstwą narastającej paniki.
Jej oddech stał się płytszy, mniej regularny, a serce biło szybciej, uderzając o żebra z niepokojącą siłą, która zdawała się rozbrzmiewać w jej uszach niczym echo. Strach nie był gwałtowny — nie był krzykiem ani nagłym impulsem — lecz czymś znacznie gorszym, ponieważ rozlewał się powoli, cicho, wypełniając każdą wolną przestrzeń w jej wnętrzu, aż nie pozostawało nic, co mogłoby go powstrzymać.
Patrzyła na Wzorzystą Dal, a jednak miała wrażenie, że widzi coś więcej — coś, co kryło się pod powierzchnią tej chwili, coś, czego nie potrafiła nazwać, lecz co sprawiało, że jej łapy pozostawały ciężkie, a głos uwięziony w gardle.
Chciała coś powiedzieć.
Cokolwiek.
Jedno słowo, które przerwałoby tę ciszę, która zaczynała ciążyć nad nią niczym nadciągająca burza.
Przełknęła ślinę, czując, jak ten drobny gest zdaje się rozbrzmiewać w jej ciele z nieproporcjonalną siłą, po czym wzięła głęboki, nieco zbyt gwałtowny oddech, jakby próbowała w ten sposób uporządkować chaos, który rozlewał się w jej wnętrzu i nie pozwalał jej zebrać myśli w coś choć odrobinę spójnego.
Wzorzysta Dal wyglądała na jeszcze bardziej zdezorientowaną niż ona sama, co w jakiś sposób jednocześnie ją uspokajało i pogłębiało jej dyskomfort, ponieważ jej niepewność odbijała się w niej jak w krzywym zwierciadle.
— Hej. Uh… — zaczęła, a jej głos, choć cichy, zabrzmiał w tej ciszy zaskakująco wyraźnie, przez co niemal natychmiast pożałowała, że w ogóle się odezwała. Jej spojrzenie, zamiast pozostać na niej, uciekło gdzieś na bok, zatrzymując się na czymś zupełnie przypadkowym, byle tylko nie musieć mierzyć się z jego oczami. — Fajne kwiatki. To rumianki?


<Wzorzysta Dal?>