BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy i Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

16 maja 2026

Nowa członkini Klanu Gwiazdy!

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Starość

Podsumowanie!

Kwiecień mamy już od dłuższego czasu za sobą! Patrząc po liczbie opowiadań, był to miesiąc całkiem ciężki. Jak widać, nawet najwytrwalsi członkowie bloga muszą czasem odpocząć od pisania. Miejmy nadzieję, że w maju opowiadania zaczną wpadać na stronę ze zdwojoną siłą!

OPOWIADANIA
W kwietniu na blogu pojawiło się aż 187 postów, z czego 169 z nich stanowiły Wasze opowiadania! A oto wyniki dla poszczególnych klanów: 

Klan Wilka - 38
Owocowy Las - 35
Klan Burzy - 31
Klan Klifu - 29
Klan Nocy - 27
Samotnicy - 7
Pieszczochy - 2
POPULACJA
W tym miesiącu do bloga dołączyło 7 kotów:
4 przez narodziny w klanie/grupie 
3 przez dołączenie z "zewnątrz"

Za to pożegnaliśmy 16 kotów:
12 przez śmierć
4 przez zaginięcie
WYRÓŻNIENIA
W wyniku głosowania na postać miesiąca, w kwietniu wygrał Chudy Grzbiet z Klanu Wilka!  
Za to wśród każdego z klanu/ugrupowania, wyróżniono po najaktywniejszym członku/członkach:

W Klanie Burzy: Tańcujące Pierze [5 opowiadań]
W Klanie Nocy: Mandarynkowa Gwiazda [5 opowiadań]
W Klanie Wilka: Nocny Śpiewak [7 opowiadań]
W Klanie Klifu: Lśniąca Gwiazda [5 opowiadań]
W Owocowym Lesie: Borowik i Gołąbek [6 opowiadań]
Pośród Samotników: Dryfująca Bulwa i Kobczyk [2 opowiadania]
Pośród Pieszczochów: Leon i Księżycowy Odłamek [1 opowiadanie]

Z tych wszystkich postaci, najaktywniejszym w kwietniu okazał się Nocny Śpiewak z liczbą 7 opowiadań!
SPRAWY TECHNICZNE
SPRAWY FABULARNE

W Klanie Burzy ciężar ostatnich wydarzeń okazał się zbyt wielki dla niektórych członków klanu; w szczególności tych, którzy mieli powiązania ze Świerszczowym Skokiem. Rankiem, parę wschodów słońca po tragedii, obóz opuścili Zawilcowa Korona, Brzoza oraz Kminkowy Szum. Wtedy nikt nie zwrócił na to większej uwagi, ale gdy wieczorem okazało się, że nikt ich od tamtego momentu nie widział, koty zaczęły się martwić. Patrol poszukiwawczy doniósł, że ślady urywają się przy Drodze Grzmotu – nie podejrzewają żadnej walki, a smród asfaltu uniemożliwia ustalenie, czy trójka napotkała jakichkolwiek samotników.
Niedługo później jeden z uczniów, Gadożerowa Łapa, przyniósł do obozu zatrutą piszczkę – nim ktokolwiek zdążył się zorientować, Strzępotkowy Kokon już zdążył się nią posilić. Wojownika nie udało się uratować.
Zawodzące Echo zawiesił trening Gadożera; uczeń pomagać ma w obozie oraz wykonywać brudną robotę w legowisku medyków. Pierzasta Łapa, mimo tego, że nie ma na niego konkretnych dowodów, jest pod stałym nadzorem. Mentorzy proszeni są o pilnowanie swoich podopiecznych oraz sprawdzanie upolowanej przez nich zwierzyny, aby zapobiec podobnym sytuacjom w przyszłości.
Gdyby Burzakom nie wystarczyły poprzednie przykrości Słoneczny Fragment, według zeznań Lotosowego Pąku, tuż przed zachodem słońca opuścił jaskinię w drodze do obozu, jednak, jak mówią koty stojące na warcie, nigdy się w nim nie pojawił… Patrol poszukiwawczy, złożony z Sójczego Błękitu, Złotej Wydmy oraz Skrzypiącego Skrzypu nie odnalazł ani kocura, ani jakichkolwiek śladów; zapachy, jak i odciski łap zdawały się rozpływać w wszechobecnej wilgoci.
Czy Słońce opuścił Klan Burzy z własnej woli? Czy może przyłożyła się jednak do tego cudza łapa?
Zaginięcie Słonecznego Fragmentu zdawało się pociągnąć za sobą los kolejnego kota, który również zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. Przyjaciel zmarłego przewodnika, Burzowe Chmury, wyszedł przed szczytowaniem słońca na samotne polowanie, jednak… Wieczorem do obozu nie wrócił. Jak przyznaje Opadający Rumianek, ostatnio kocura widziano nieopodal Kamiennych Strażników, jednak jakichkolwiek jego śladów pozbyła się nagła ulewa. Patrole nie znalazły ani żywego Burzy, ani trupa.
Czy zniknięcie Słonecznego Fragmentu skłoniło wojownika do odejścia, lub gorzej, odebrania sobie życia? Czy może granicę z Klanem Nocy obserwował od jakiegoś czasu z zupełnie innych powodów?
Opowiadania fabularne: 1 2 3 4

 W Klanie Klifu zebranie zwołał ktoś inny, niż zwykle... Syn poprzedniego lidera, Mirtowe Lśnienie, ogłosił wszystkim, iż Pikująca Jaskółka nie wróciła z wyprawy po życia. Wyjaśnił, iż z zeznań towarzyszącej Jaskółce medyczki wynika, że Gąsienicowy Ogryzek w szale napadł na przyszłą liderkę, niemal odbierając jej życie - finalnie pozwolił jej jednak uciec.
Nikt nie wie, gdzie obecnie znajduje się kremowa kotka - niektórzy zakładają, że umarła, wykrwawiając się ze względu na otrzymane rany, inni myślą, że uszła z życiem, lecz postanowiła odsunąć się od klanowych terenów, by nacieszyć się nim nieco dłużej.
Jeśli chodzi o losy oprawcy Jaskółki, to obecnie znajduje się on w więzieniu, oczekując na dalszy wyrok. Mirtowe Lśnienie, dla bezpieczeństwa Klanu Klifu, zakazuje zbliżania się do Ogryzka, mówiąc, że jest on nieobliczalny, szalony oraz ogółem groźny. 
Rudy wojownik obwieścił również, że pragnie uhonorować Judaszowcową Gwiazdę, przejmując tytuł nowego przywódcy (i przy okazji pozbawiając go Mysiego Postrachu) oraz, że już niedługo uda się z Jagnięcym Ukłonem po życia. Jeśli chodzi o najbliższe plany nowego przywódcy, to obiecał on sprowadzić ciało Ćmiego Księżyca do domu, a także doprowadzić, by Klan Klifu stał się lepszym, nowym miejscem, w którym nie ma miejsca na strach czy niesprawiedliwość.
Mirtowe Lśnienie przyjął też imię przywódcy – Lśniąca Gwiazda. Ku zaskoczeniu wielu jako swoją zastępczynię wyznaczył Truskawkowe Pole!
Opowiadania fabularne: 1 2

W Klanie Nocy Mandarynkowa Gwiazda straciła jedno życie poprzez utonięcie. Jednakże nie był to żaden nieszczęśliwy wypadek, a zamach na nią samą. Po odzyskaniu świadomości na miejscu zbrodni była Wężynowy Kieł i Czyhająca Murena, z którą Mandarynkowa Gwiazda była umówiona na spotkanie. Która z nich dopuściła się okrutnego czynu na swojej przywódczyni? Dodatkowo można wyczuć napiętą relację między Mandarynkową Gwiazdą a Błękitną Laguną. Czyżby odmówienie ceremonii Flaminga na członka rodu było główną przyczyną? Czy czarno-biały kocur nadal będzie piastować zajmowane dotąd stanowisko? Czy jednak przywódczyni wprowadzi kolejne zmiany w klanie?
Sama liderka z nikim nie podzieliła się wieścią, a jedynie poranny powrót do obozu trójki kotów wywołał szepty i domysły wśród Nocniaków.
Gdyby tego było mało, to Ulewny Szkwał przytargał ze sobą czekoladowego samotnika, który odważył się zapolować i zbierać zioła na terenie Klanu Nocy. Młody wojownik brutalnie potraktował intruza, łamiąc ma łapę, co stało się kłopotliwe, gdy Mandarynkowa Gwiazda zadecydowała, że obcy po minimalnym wyleczeniu zostanie ich więźniem. Dodatkowo lidera zdawała się mało zadowolona czynem młodszego, który dodatkowo przyprowadził za sobą kolejnego samotnika.
Czyżby Klan Noc nigdy się nie uwolni od zdradzieckich czekoladowych kotów, które same pchają się im pod łapy? Co będzie dalej z Błotem i samotnikiem, który przybył po śladach Ulewnego Szkwału?
Kilka dni później do obozu Nocniaków zawitało więcej kotów! Chociaż nie da się ich określić jako nowe twarze. Pewnego pięknego dnia więźniowie z wyspy zostali przywleczeni do obozu. Jednak ku zdziwieniu niektórych nie była to ich egzekucja. Mandarynkowa Gwiazda ogłosiła iż jeden z wojowników – Szałwiowe Serce znalazł dowody na niewinność rzekomych zdrajców, więc cała czwórka została przywrócona na rangę wojownika. Jednocześnie Słodka Łapa i Korzenna Łapa dostały pozwolenie na wznowienie treningu pod okiem kolejno Ulewnego Szkwału i nowego wybawiciela klanu.
Opowiadania fabularne: 1 2

W Klanie Wilka nikt nawet nie zauważył momentu, w którym Barczatkowy Świt opuściła obóz. W końcu, jako pełnoprawna wojowniczka Klanu Wilka, miała prawo do samodzielnego wędrowania po wilczackich terenach. Nikt nie przejął się też tym, że czas mijał, a szylkretka wciąż nie wracała ze swojego spaceru.
Tego samego dnia Kocimiętkowy Wir i Księżycowa Łapa wyszli na trening, podczas którego zawędrowali aż w okolice Opuszczonego Obozowiska. Tam do ich uszu dotarły niepokojące dźwięki dobiegające zza rzeki, więc postanowili to sprawdzić. Na miejscu okazało się, że Dwunożni wraz ze swoimi Potworami ogołocili spory kawałek lasu z drzew!
Jakby tego było mało, Kocimiętka i Księżyc odkryli też coś, co zmroziło im krew w żyłach. Spostrzegli, że spod jednego z powalonych pni wystaje czyjeś szylkretowe futro. Jak się okazało, należało ono do Barczatkowego Świtu…
Jakiś czas później Zalotna Gwiazda wyznaczyła patrol składający się z Kocimiętkowego Wiru, Pustułkowego Szponu, Wilczego Skowytu i Tygrysiej Nocy, by zbadali tereny okupowane przez Dwunożnych. Jak się okazało, czwórka nie zdążyła tam dotrzeć, nim natknęła się na pieszczoszkę. Kotka przedstawiła się jako Ula i opisała patrolowi, jak wygląda sytuacja w wycinanym lesie. Wilczaki zdecydowały się zabrać ją do obozu i przedstawić liderce.
Zalotna Gwiazda postanowiła przyjąć pieszczoszkę do klanu.
Kilka księżyców później do obozu wpadli zdumieni i skonfundowani Nocny Śpiewak oraz Chuda Łapa. Czarnofutry krzyczał, że Borsucza Puszcza została porwana, a Zalotna Gwiazda zaczęła go przesłuchiwać na środku obozu. Z jego zeznań wynikało, że starsza chciała rozprostować łapy, a dwójka braci zaproponowała jej swoje towarzystwo. Podczas spaceru trójka nieszczęśliwie natknęła się na parę Dwunożnych, którzy zabrali ze sobą burą kocicę.
Zalotna Gwiazda nie zorganizowała patrolu poszukiwawczego od razu, tłumacząc, że to za duże ryzyko. Nakazała jedynie zachować czujność przy wychodzeniu z obozu i odradziła samotne wędrówki w pobliże wycinanego lasu. Zapewniła też, że jeszcze znajdą sposób na pokonanie wyprostowanych bestii i odzyskają Borsuczą Puszczę, ale jak będzie naprawdę… tego nie wie nikt.
Opowiadania fabularne: 1 2 3

Owocowym Lesie ciało jednego ze starszych zostało wywleczone na sam środek obozu przez Wiciokrzewa. Wszyscy jedynie czekali na śmierć Rokitnika, ale nikt nie spodziewał się wyznania, które je poprzedzało. 
Nie licząc się z obecnością innych chorych w odizolowanym legowisku, kocur wyznał, że to on stał za zniknięciem jednego z uczniów, którego zaginięcie dla wielu odeszło już dawno w zapomnienie. Według Rokitnika Osetek, o którym mowa, miał zostać zamordowany przez Ziemniaka za jego osobistą namową. Po wypowiedzeniu tych okropnych słów zwyczajnie padł na ziemię martwy i zimny.
Informacja o tym, czego dopuścić miał się Ziemniak, szybko rozeszła się po obozie. Jeden z kotów nie miał zamiaru zbyt długo zastanawiać się nad tym, jaka kara powinna dosięgnąć kocura, i wziął w swoje łapy to, aby dosięgnęła go sprawiedliwość. Czajka na środku obozu rzucił się na wojownika i gdyby nie prędka reakcja zastępcy, najpewniej nieźle poturbowałby Ziemniaka. Zwiadowca był gotowy na ukaranie, ale wszystko skończyło się uwięzieniem obarczonego mianem mordercy czekoladowego kocura. Mimo dobrego zakończenia zwiadowca nagle… przepadł niczym kamień rzucony w wzburzoną rzekę. Jego trop urwał się za Drogą Grzmotu.
Jeśli chodzi o dobre wieści, to q końcu rozwiązała się zagadka, która od wielu wschodów słońca zdzierała sen z powiek wszystkim Owocniakom, a zwłaszcza szamance i uzdrowicielom. 
O poranku wyruszyła grupa, która za zadanie miała jedynie uzupełnić pustki w składziku, który nieprzerwanie ogołacany był przez wymiotujących starszych. W jego skład wchodzili Purchawka, Topola, Gondor i Rohan. Niedaleko obozu, nad rzeką odkrył on truchło wielkiego rogacza, który musiał gnić niezauważony już od jakiegoś czasu. Przez bobrze tamy, które wyrastały od jakiegoś czasu na terenach Owocowego Lasu niczym grzyby po deszczu, woda w tamtym fragmencie rzeki zamiast płynąć wartko stała w miejscu, przez co stała się niezwykle niebezpieczna do spożycia. 
Od razu po odkryciu martwego jelenia cała grupa powróciła do obozu, gdzie zdali raport Czereśni. Zastępca od razu wysłał tam większy patrol oraz oficjalnie zakazał noszenia wody z okolicy. Stan chorych nie poprawia się zbyt prędko i wciąż nie jest pewne, czy uda się ich uratować.
W końcu jednak nadszedł czas, aby pozbyć się bobrów, które zatruwały nie tylko życie Owocniaków, ale i ich rzekę. Z obozu wybyła niezwykle liczna grupa kotów pod przywództwem Pieczarki i Czereśni. 
Starcie było zaciekłe, a żadna ze stron nie miała zamiaru się poddawać. Wielu wojowników, zwiadowców i uczniów zostało poważnie rannych, wielu odniosło rany, które do końca życia pozostaną pamiątką po tej walce, dwójka niestety przypłaciła je życiem… Pierwszym kotem, który został znaleziony martwy, był więzień Ziemniak, który niemal siłą został przekonany przez Czereśnie, że powinien do nich dołączyć i oczyścić swoje imię po incydencie z Osetkiem. Drugi odszedł po tym, jak wszelkie kępki sierści przestały wirować w powietrzu, a adrenalina opadła… W tym instynkt przetrwania. Czerwiec nie dotarł do obozu; zginął po drodze... Mimo że nie była ona długa. 
Poważnie ranna została Pieczarka. Podstarzała liderka, przemawiając z legowiska uzdrowiciela, nie z mównicy, przekazała władzę swojemu zastępcy, a sama postanowiła dołączyć do Przypływ w legowisku starszyzny (oczywiście, kiedy już wyjdzie z lecznicy). 
Czereśnia nie miał zamiaru czekać; swoich zastępców wybrał od razu, bez cienia zawahania, jakby już od dawna wyczekiwał tego dnia. Obowiązkami podzielą się Kolendra, który bardzo dobrze spisał się na polu bitwy, oraz Figa, którą czekoladowy sam przygotował do roli zwiadowczyni.
Opowiadania fabularne: 1 2 3 4

Samotników nie spotkało nic nowego.
 Opowiadania fabularne: Brak

Dziękujemy za aktywny miesiąc i życzymy weny na kolejny!

Od Smoka do Mordoru

Jej rodzeństwo także otworzyło już oczy, a odkąd Smok wypowiedziała swoje pierwsze słowo, zaczęła przyswajać ich coraz więcej. Nareszcie potrafiła komunikować, co takiego nie pasuje jej w otoczeniu, a także knuć niecne plany wraz z Mordorem i Pierścieniem. Choć musiała przyznać, że to głównie ona planowała, a jej bezużyteczne rodzeństwo jedynie czasem przytakiwało… albo i nie. W każdym razie nawet ich pozbawione entuzjazmu reakcje jej nie zniechęcały. Tak bardzo zależało jej na opuszczeniu żłobka w niedalekiej przyszłości, że nic nie było w stanie jej powstrzymać.
Podczas gdy jej siostrzyczka i braciszek robili jakieś nudne rzeczy, Smok obserwowała każdą wnękę i szczelinę w ścianach kociarni. Tego dnia jej rodzeństwo leżało wraz z Rohan na posłaniu, a ona krążyła po żłobku, aż w końcu napięła mięśnie i rzuciła się do niezgrabnego biegu w stronę wolności. W jej uszach rozległ się krzyk matki, ale szylkretka się nie zatrzymywała. Jednak gdy miała już wydostać się na zewnątrz, na jej drodze stanął tata. Uderzyła z impetem w jego łapę i przewróciła się z głośnym wrzaskiem.
Po chwili poczuła, jak czyjeś szczęki zaciskają się na skórze jej karku. Zaraz potem straciła grunt pod łapami i została przeniesiona z powrotem w miejsce, gdzie drzemali Mordor i Pierścień.
— Musisz poczekać jeszcze cztery księżyce, żeby stąd wyjść. To wcale nie tak długo! — mruknęła Rohan, trochę rozbawiona, a trochę może roztrzęsiona, jakby właśnie całe życie przemknęło jej przed oczami.
— Przynajmniej mamy pewność, że podczas treningów nie będzie się lenić — odparł Gondor.
Smok przenosiła wzrok z mamy na tatę, rozumiejąc z ich wypowiedzi może co drugie słowo. Gdy w końcu znudziły jej się próby odszyfrowania dialogu rodziców, odwróciła pysk w stronę Mordoru.
— Nuty! — rzuciła krótko, sepleniąc. — Hce jus wyś! — kontynuowała, marszcząc nos i brwi ze zdenerwowania.
Mordor raczej nie wyglądała na zachwyconą faktem, że Smok znowu chce narzekać na to, że rodzice trzymają ich zamkniętych w kociarni.
— Ne muf, ze ty ne hces — dodała Smok, gdy niebieska szylkretka dalej ją ignorowała.
Najwidoczniej jednak miarka się przebrała. Mordor fuknęła gniewnie i zamachnęła się krótką łapką, uderzając Smoka w pysk.
Na to czarnofutra oburzyła się jeszcze bardziej i od razu oddała siostrze pacnięciem. Co to za zniewaga jej osoby?! Jak Mordor śmiała ją uderzyć!

<Siostro?>

Od Smoka do Rohan

Jakiś czas po porodzie

Kociczka jako pierwsza z rodzeństwa otworzyła oczy, co nie zdziwiło ani Rohan, ani Gondora. Już od chwili narodzin była bardzo ruchliwym i głośnym maluchem, który nie bał się oznajmiać światu, gdy coś mu nie pasowało. Gdy tylko mama oddalała się za bardzo albo Smok nie czuła na głowie jej szorstkiego języka — a wydawało jej się, że liże akurat kogoś obok — od razu wydawała z siebie rozgniewane piski. Jak można się domyślić, była dzieckiem niezwykle męczącym. Często budziła się też w środku nocy, choć sama nawet nie wiedziała jeszcze, czym jest noc, i krzyczała wniebogłosy, spędzając rodzicom sen z powiek.
Gdy jej żółte ślepka zaczęły analizować ściany żłobka, po uszach Smoka rozniosły się szmery dobiegające z pysków Rohan i Gondora. Nie do końca rozumiała jeszcze, co oznaczają, i nawet nie próbowała się na nich skupiać. Bardziej interesował ją otaczający świat, dlatego szybko, choć niezdarnie, odwróciła się plecami do rodziców i zaczęła pełznąć w stronę światła, czyli wyjścia ze żłobka.
Nim jednak udało jej się osiągnąć cel, na jej drodze stanęła duża, biała łapa i pchnęła ją z powrotem w objęcia matki. Szylkretka natychmiast zaprotestowała, wydając z siebie kilka przeciągłych, zirytowanych wrzasków. Krzyczałaby pewnie jeszcze przez kilka uderzeń małego serduszka, ale ciepły język Rohan zaczął powoli przesuwać się po czubku jej głowy, skutecznie ją uspokajając. Wkrótce młódka ziewnęła, zmrużyła niedawno otwarte oczy i zaczęła powoli zasypiać.

* * *

Następnego ranka Smok obudziła się jako pierwsza z rodzeństwa. Mama również już nie spała, więc szylkretka niestety nie mogła nawet spróbować ponownie wymknąć się ze żłobka. Gdy tylko się poruszyła, Rohan od razu przytrzymała ją łapą, jakby obawiała się, że młódka znów będzie próbowała wypełznąć na zewnątrz. Potem powiedziała coś niezrozumiałego, przez co Smok odwróciła główkę i spojrzała na matkę z zaciekawieniem.
— Powiedz “mama” — usłyszała.
Szylkretka przekręciła łebek zdumiona, po czym kilka razy otworzyła pyszczek, próbując naśladować ruchy mamy. Srebrna powtórzyła słowo jeszcze kilka razy, a wtedy Smok w końcu wydała z siebie niewyraźne:
— Ma-ma!

<Mamo?>

15 maja 2026

14 maja 2026

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Księżycowej Łapy

— Gdzie ty… — zaczęła kotka, ale widząc wystraszony pysk ucznia, zmarszczyła brwi.
— A… Aa… Pani Wirek… — zaczął drżącym głosem. — Tam… — szepnął, wskazując na przygniecione ciało. — Tam jest… kotka. Pani mentorko, tam chyba jest Barczatkowy Świt! Ona… chyba nie żyje! — zawył żałośnie, a ruda kotka ruszyła we wskazaną przez ucznia stronę.
Przyjrzała się ciału, stwierdzając, że kotka faktycznie była martwa.
— Masz rację. Musimy zgłosić to Zalotnej Gwieździe — mruknęła kotka, wzdychając przeciągle.
Nie znała zbyt dobrze Barczatki, właściwie nie znała jej prawie wcale. Nie były blisko i odkąd tylko Kocimiętka dołączyła do Klanu Wilka, rozmawiała z nią nie więcej niż pięć razy. Mimo wszystko widok ciała pozbawionego życia wciąż nie był niczym przyjemnym i ścisnął zielonooką za serce.
Barczatkowy Świt nie zasługiwała na taki los. Nie zasługiwała na to, by zostać przygniecioną przez Dwunożnych, którzy panoszyli się na terenie nienależącym do nich! Powinni stąd zniknąć jak najszybciej, zanim ich poczynania pociągną za sobą więcej śmierci wśród Wilczaków. Kocimiętka nie wyobrażała sobie, co by było, gdyby to Dyniowa Skórka, Makowa Iluzja czy Ognikowa Słota miały zostać przygniecione przez pień, który został na nie zrzucony przez te wyprostowane bestie!
Poza tym Barczatka miała w Klanie Wilka rodzinę. Miała partnera, dwójkę dzieci. Jak Tropiąca Łaska i Tygrysia Noc zareagują na śmierć swojej matki? To na pewno będzie dla nich chociaż trochę wstrząsające — w końcu nikt nie chciał tracić swoich rodziców. Kocimiętka dobrze wiedziała, jak to jest żyć tylko z jednym rodzicem i jak to jest odczuwać tęsknotę za kimś, kto już nie istnieje… Może i jej ojciec nie umarł, ale na pewno nie był już tą wersją siebie, jaką ceniła rudofutra. Był kimś innym, kimś obcym. Gdyby naprawdę był sobą i kochał mamę, nigdy nie znalazłby sobie jakiejś innej partnerki!
Mistrzyni jeszcze raz obejrzała ciało Barczatkowego Świtu, po czym mruknęła:
— Nie wyciągniemy jej stamtąd. To takie przykre, że jej rodzina nawet nie będzie mogła odbyć czuwania przy jej ciele… — przerwała, by spojrzeć w stronę swojego ucznia. — Jeśli zauważysz kiedyś Dwunożnego, to uciekaj od niego jak najdalej! Nie ma po co ryzykować. No, a ponadto nie zbliżaj się do żadnych ich wynalazków, bo widzisz, jak to się kończy! — prychnęła, po czym jej wzrok posmutniał. — Biedna Barczatkowy Świt… Może wystraszyła się tego hałasu i wspięła się na to drzewo, które akurat było przewracane przez te potwory? — zaczęła zastanawiać się na głos, lecz już po chwili głową wskazała Księżycowej Łapie, by się stąd zbierał.
Razem zaczęli zmierzać w stronę obozu, a Kocimiętkowy Wir już zastanawiała się nad tym, co powie Zalotnej Gwieździe. Na pewno nie będzie zadowolona z faktu, że Dwunożni stanowią teraz zagrożenie dla jej klanu — ale na pewno coś wykombinuje, by się ich pozbyć! Rudofutra ufała liderce i była pewna, że uda jej się wymyślić jakiś plan, dzięki któremu przegoni tę zarazę.

* * *

Teraźniejszość

Przez Dwunożnych zniknął kolejny kot — Borsucza Puszcza. Zalotna Gwiazda wciąż nie wymyśliła żadnego planu, a przynajmniej nie podzieliła się nim ze swoimi pobratymcami. Obiecała jednak, że w końcu zajmie się tą sprawą i Dwunożni jeszcze pożałują, że tak zaczęli się tu panoszyć, a Kocimiętka nie miała powodów, by jej nie ufać. Pozostało tylko czekać i modlić się do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd o to, by nikt z jej bliskich nie ucierpiał w międzyczasie.
Jeśli chodzi o bliskich, rudofutra zauważyła ostatnio, że Nadciągający Pomrok straciła czubek lewego ucha. Chciała zapytać, skąd wzięła się ta rana, ale jakoś nie miała do tego głowy. Dostrzegła jednak, że Ognikowa Słota, Zalotna Gwiazda i kilka innych kotów także miało identyczne oznaczenia na uchu. Czy wynikało to z jakiejś wilczackiej tradycji, z którą Kocimiętka była niezaznajomiona, czy może był to zwykły przypadek? Może po terenach Klanu Wilka grasowały jakieś kuny, które miały wyjątkową chrapkę na lewe uszy kotów. Ciekawe, kiedy przyjdzie czas na Kocimiętkę i jej jakieś dzikie zwierzę zeżre kawałek ucha…
No, ale po co gdybać, skoro można było od razu zapytać któregoś z gagatków bez ucha, co mu się właściwie przytrafiło. Ofiarą padła Jaskółcze Ziele, która akurat przechodziła obok rudofutrej.
— Hej, hej, Jaskółko, Jaskółeczko! — mruknęła Kocimiętka, podnosząc się z miejsca.
Starsza zatrzymała się, wyraźnie zdziwiona tym, że prawie obca wojowniczka chciała z nią tak pilnie porozmawiać.
— Nie martw się, rozmowa nie potrwa długo! Chciałam cię tylko o coś spytać — oznajmiła, podchodząc do czarnofutrej. Gdy była już wystarczająco blisko, wpierw wlepiła wzrok w jej postrzępione ucho, a dopiero potem spojrzała jej prosto w oczy. — Chodzi o to, że dużo Wilczaków ma takie nacięcia! Ostatnio identyczne pojawiło się u Nadciągającego Pomroku i zaczęło mnie to zastanawiać — zaczęła, na co Jaskółka wyraźnie zbladła. — Skąd je macie?
Wojowniczka przełknęła ślinę, uśmiechnęła się niezręcznie i zrobiła krok w tył.
— To nic. P-przypadek — odparła. Kocimiętka spostrzegła, że starsza napięła mięśnie, jakby była gotowa do ucieczki.
— Ja ci nie wierzę! — uparła się rudofutra, marszcząc brwi. — No proszę, powiedz mi, czemu macie te na-
— Dobra, dobra! Wyjdźmy poza obóz, tylko nie krzycz więcej — burknęła w końcu wojowniczka, strzepując gniewnie ogonem.
Kocimiętkowy Wir uśmiechnęła się szeroko, a w jej oczach błysnęły triumfalne iskierki.
— Świetnie! W takim razie chodźmy — poleciła, żwawym krokiem kierując się w stronę wyjścia.
Jaskółka, nieco mniej chętnie, podążyła za pręgowaną kotką, widocznie w złym humorze.

* * *

Starsza wojowniczka szła w milczeniu, wpatrując się w swoje łapy, jakby właśnie kwestionowała wszystkie życiowe decyzje, które zaprowadziły ją w to miejsce.
Zielonooka widziała zmianę nastroju u Jaskółczego Ziela, ale nawet nie przywiązała do tego większej uwagi. Zresztą raczej nie miała zwyczaju zaprzątać sobie głowy takimi szczegółami, więc gorzka mina wojowniczki jej nie zniechęciła.
— Więc? Co masz mi do powiedzenia? Czy po terenach Klanu Wilka grasują jakieś dzikie zwierzęta, które polują na wasze uszy? — zaczęła się zastanawiać, na co Jaskółka podniosła głowę w zdziwieniu. W jej żółtych oczach błysnęło coś na kształt nadziei. — Powinnam się jakoś przed nimi chronić? Ja nie chcę stracić ucha!
Starsza zachichotała cicho, po czym odparła:
— Nie grożą ci. Ale faktycznie istnieją. Wychodzą tylko nocą, są zwinne i w mroku niemal niewidoczne! Jedyne, co dostrzeżesz, to ich błyszczące oczy i pyski umazane w krwawych śladach.
Po grzbiecie Kocimiętkowego Wiru przeszedł dreszcz.
— Rany! Brzmią groźnie… ale dlaczego mówisz, że mi nie zagrażają? — mruknęła, unosząc brew.
— No, bo… nie urodziłaś się w Klanie Wilka. Ani ty, ani twoja matka. One polują tylko na czystokrwistych Wilczaków — stwierdziła, kiwając z przekonaniem głową.
— Uff! A czy tylko polują na uszy, czy mogą też odebrać komuś życie? Teraz to się martwię o Nadciągający Pomrok i Ognikową Słotę… Czy im coś grozi? — zaczęła dopytywać, a jej serce przez moment zabiło szybciej. Bardzo nie chciała żyć ze świadomością, że na jej koleżanki polują jakieś dzikie bestie!
— Cóż, nie mogę cię okłamywać… mogą. Ale tylko wtedy, jeśli twoja dusza jest nieczysta, skażona przez Klan Gwiazdy — oznajmiła Jaskółcze Ziele, wpatrując się przed siebie z poważnym wyrazem pyska.
— Ach, w takim razie nic im nie grozi! Dobrze wiedzieć. Dziękuję, Jaskółko — miauknęła rudofutra, lekko trącając starszą wojowniczkę w przyjacielskim geście. — Gdyby nie ty, dalej zastanawiałabym się nad pochodzeniem tych nacięć! Teraz na szczęście wszystko już jest jasne, więc możemy wracać do obozu.
Czarnofutra odetchnęła z ulgą.
— Tak, wracajmy już.

* * *

Na szczęście jej uczeń robił postępy. Może nie jakieś ogromne, ale jednak! Przynajmniej nie był nadzwyczaj uparty ani krnąbrny jak na przykład Cykoriowy Cykor. Z tego, co słyszała od Ognikowej Słoty, ta kotka to prawdziwy koszmar! W ogóle się nie słucha, nie chce się uczyć… ale teraz przynajmniej awansowała i nie musi być już niczyim problemem. No, może poza Garbatą Łapą. Kocur musiał szkolić się pod okiem tak paskudnej wojowniczki! Kocimiętce aż zrobiło się żal młodszego, ale zaraz przypomniała sobie, że on też jest raczej słaby i pewnie nic porządnego i tak by z niego nie wyrosło, nawet gdyby sama Zalotna Gwiazda została jego mentorką. Liderka miała rację — Cykoria i Garbatek pasowali do siebie jak ulał.
Rudofutra przeciągnęła się na swoim legowisku. Leżała i myślała już wystarczająco długo — w końcu nadszedł czas na prawdziwą pobudkę i zajęcie się codziennymi obowiązkami. Nie było ich może dużo, ale nie mogła z nimi zwlekać! Księżycowa Łapa sam się przecież nie wyszkoli a stos zwierzyny nie napełni.
Spokojnym krokiem wyszła z legowiska i skierowała się do tego, w którym drzemali uczniowie Klanu Wilka. Przyszłość klanu leżała właśnie w ich łapach! Jednak gdy wsunęła głowę do środka, dostrzegła jedynie Księżycową Łapę i Garbatą Łapę. Czy to możliwe, że Kocimiętka przyszła po swojego ucznia jako ostatnia? W sumie nic dziwnego — często zdarzało jej się wstawać dosyć późno. Chociaż słońce wciąż nie było jeszcze wysoko.
— Księżycowa Łapo, idziemy na trening! — zawołała, zwracając uwagę białofutrego. Nie spał już, więc przynajmniej nie musiała go budzić.
Gdy uczeń podszedł do niej, a ona miała już wychodzić, nagle zamarła. Jej serce znów ścisnął żal. Biedny Garbata Łapa… taki samotny i smutny leżał w kącie legowiska. Może jednak warto byłoby dać mu szansę? Może jeszcze dałoby się wyprostować jego grzbiet i wyszkolić go na kota godnego miana Wilczaka? Inaczej pozostanie tylko bezużytecznym pasożytem podjadającym im zwierzynę.
Zielonooka nachyliła się do Księżycowej Łapy i szepnęła:
— Może weźmiemy go ze sobą? No popatrz tylko, jaki jest przygnębiony… Cykoriowy Cykor pewnie ani razu nie zabrała go poza obóz!
Białofutry nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Pręgowana, nie czekając na jego reakcję, podeszła do czekoladowego ucznia.
— Hej, Garbata Łapo! Może pójdziesz z nami na trening? — zapytała, uśmiechając się do kocura. — Mój uczeń musi z kimś poćwiczyć walkę, więc może się przydasz.
Początkowo młodszy spiął mięśnie i jeszcze mocniej skulił się w kłębek, ale po chwili uniósł uszy, a w jego oczach pojawiła się iskra determinacji.
— Ja? Z wami? Na trening? — zapytał, jakby nie dowierzał własnym zmysłom.
— No pewnie! — odparła Kocimiętkowy Wir.
W końcu cała trójka wyruszyła poza azyl.

* * *

Kocimiętka zaprowadziła dwóch młodych uczniów do Potwornej Przełęczy. Na miejscu zatrzymała się, pozwalając, by wiatr rozwiał jej futro, a potem zaciągnęła się świeżym powietrzem. Pora Nowych Liści zawitała na wilczackie tereny, barwiąc korony drzew na zielono. Rośliny powoli odżywały, a zwierzyny było coraz więcej.
— Uwielbiam tu polować na króliki razem z Ognikową Słotą! Kiedyś ci pokażę, jak to się robi, Księżycowa Łapo. Tobie może też, Garbata Łapo… ale to zależy od tego, jak będziesz się zachowywał na tym treningu! Muszę widzieć, że się starasz, a nie że jesteś niepotrzebnym balastem dla klanu! — fuknęła, na co czekoladowy skinął głową. — Dobrze, to może zaczniemy od sparingu? Księżycku, wykaż się swoimi dotychczas nabytymi umiejętnościami! — poleciła, spoglądając raz po raz na dwójkę uczniów.
Po chwili odsunęła się od nich i kontynuowała:
— Ustawcie się naprzeciwko siebie! Jak dam znak, rzucicie się na siebie i spróbujecie zawalczyć. Tylko bez pazurów! Wygrywa ten, któremu pierwszemu uda się przygwoździć przeciwnika do ziemi na dłużej niż pięć uderzeń serca!
W duchu modliła się, by biały kocur poradził sobie z przeciwnikiem. Przecież był starszy, bardziej doświadczony i miał prosty kręgosłup. Musiał wygrać!

<Księżycowa Łapo?>

[1760 słów]

Od Kruczego Pióra CD. Kwaśnej Kocanki

Gdy przybył po polowaniu do legowiska Kwaśna Kocanka leżała już, powoli zasypiając. Rozejrzał się po pobratymcach, po chwili decydując się na położenie się obok. Ostatnimi czasy coraz częściej myślał o ich relacji, o wszystkim, co miało dotąd miejsce… Ciekawe, czy cokolwiek dla niej znaczył. Jednak czy ona cokolwiek dla niego znaczyła? Nie był w stanie tego stwierdzić. Nigdy nie potrafił wyrażać uczuć, ani ich określać. Tak więc czy w ogóle mógł określić to, co czuje do niej? Potrząsnął łbem i zdecydował się na nie rozmyślanie tego. Podszedł bliżej, kładąc się niedaleko niej. Ta oddychała już równomiernie, jednak zauważył, że drga delikatnie, jakby trzęsła się. Zdecydował się zbliżyć się do niej lekko, ale nadal utrzymać dystans, w razie gdyby nie czuła się z tym komfortowo. Położył łeb na posłaniu, zamykając oczy.
W jego snach od dawna nawiedzała go wizja potęgi, władzy… To, czego tak naprawdę pragnął. Jednak pośród rozlanej podczas drogi do niej krwi, wokół zimnych, już bezdusznych ciał, widział kwiat. Żółty, wokół otoczony zmechaconą jakby trawą. Nie był pokryty krwią. Nawet nie był tknięty. Jakby zamarł w czasie tego okropnego koszmaru dla jego klanowiczów. Jakby tam czuwał. Czekał, nie wiadomo mu jednak na co. Prawdopodobnie nikomu. Kocur zdecydował się w końcu ruszyć w jego stronę. A może zrobił to mimowolnie? Gdy już dotarł po miękkiej, aczkolwiek szkarłatnej trawie, schylił się, po czym dotknął kwiatu nosem. Pojawiła się przed nim, jego Kwaśna Kocanka. Kotka patrzyła na niego swoim chłodnym, aczkolwiek i zarazem w tym momencie ciepłym wzrokiem. Patrzył na nią jakby zahipnotyzowany. Gdy już miał się do niej zbliżyć…
Ze snu wyrwała go ta sama kotka, która się w nim pojawiła. Spojrzał na nią czujnie, podczas gdy ta oddychała głęboko, przerażona. Czy wszystko z nią dobrze?
— Kocanko…? — odezwał się cicho, nisko, jego głos był jeszcze chropowaty, ale wyraźnie napięty — Co się stało? — Nie odpowiedziała od razu. Wpatrywała się w niego odrobinę za długo. Jej spojrzenie było niespokojne, przesuwające się po nim, jakby próbowała upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu. Zatrzymywało się na jego łapach, na barkach, na pysku, jakby szukała śladów, które mogły dowieść, że okrutny sen miał, chociaż najmniejsze pokrycie z rzeczywistością. Owinęła ogon wokół łap, przyciskając go mocno. Kocur podniósł się i bez słowa przesunął bliżej. Na tyle, że ich boki niemal się stykały. Krucze Pióro
— Wtedy… — zaczęła cicho, jej głos był jeszcze lekko chropowaty — podczas bitwy… — zawahała się na moment, jakby dobierała słowa. — Myślałam, że zwariowałeś. — Ucho Kruczego Pióra drgnęło od niechcenia, ale nic nie powiedział. — Stałeś ledwo żywy, a próbowałeś mnie zatrzymać… — Jej spojrzenie przesunęło się na jego łapę, co nie umknęło kocurowi — Myślałam, że to głupie. — Zamilkła — Teraz wiem, że nie było. — Cisza znów na moment ich otoczyła. Kocur wpatrywał się nią, czekając, aż ta powie coś więcej. Nie mógł jednak kłamać, że zdziwiła go nagła wylewność kotki, jednak na nią nie narzekał. Kwaśna Kocanka spuściła lekko głowę, jej wąsy zadrżały.
— Byliśmy tam sami — powiedziała ciszej — bardziej niż powinniśmy. — Jej ogon przesunął się niespokojnie po ziemi. — A ty… — Uniosła wzrok — i tak próbowałeś mnie zatrzymać. — Ich spojrzenia się spotkały. Krucze Pióro wpatrywał się na nią jakby cieplejszym wzrokiem. Kotka zrobiła pół kroku bliżej, na co nie odsunął się, nawet nie drgnął. Być może nawet chciał mieć ją teraz obok. Ich futra zetknęły się wyraźniej.
— Pajęczynka nie żyje — powiedziała spokojnie, ale jej głos miał w sobie ciężar czegoś ostatecznego — nie wróci. — Odetchnęła głęboko — Moja matka… nie była tam, kiedy powinna. Nie potrafiła służyć na wyższą chwałę Klanu. — Jej spojrzenie przygasło na moment. — A mój brat… — zawahała się, jakby to słowo smakowało gorzko — nigdy nie będzie kimś, na kim można się oprzeć. — Zamilkła na sekundę. A potem spojrzała na niego. — Zostałeś tylko ty. Ty żyjesz. Walczysz. Masz znaczenie. — Powoli wyciągnęła ogon i owinęła go wokół jego grzbietu, tym razem pewniej. Na ten gest kocur jedynie bardziej czule spojrzał na kotkę. — I nie odszedłeś. — Jej spojrzenie stało się intensywne, niemal palące. Jego futro zrobiło się gorące. — Nie zostawiłeś mnie wtedy. I nie chcę, żebyś kiedykolwiek to zrobił. —Przysunęła się jeszcze odrobinę, aż ich barki zetknęły się wyraźnie. — Krucze Pióro… — Jej głos zadrżał minimalnie, ale nie cofnęła się — zostań przy mnie tak, jak wtedy. Nie odchodź. Trwaj przy mnie… jakkolwiek to nazwiesz. Ale bądź. — Nie odwróciła wzroku. Jakby to było jedyne, co trzymało ją teraz w rzeczywistości. Kocur przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Myślał intensywnie nad odpowiedzią. Nie miał zamiaru jej opuszczać… Jednak słowa ugrzęzły mu po raz pierwszy w gardle.
— Wiesz… — zaczęła cicho, niemal ostrożnie, jakby każde słowo było czymś, co łatwo mogło zaprzepaścić ich relację, co zauważył kocur. Jednak nie było to prawdą, nic co powiedziałaby nie zniechęciłoby go do niej. — kiedy jestem sama, wszystko wydaje się… głośniejsze. Myśli. Wspomnienia. To, czego już nie ma… i to, czego nigdy nie było. — Trąciła jego bark nosem — Ale kiedy jesteś obok… — zawahała się na moment, jakby nie była pewna, czy powinna to powiedzieć — to wszystko cichnie. — Uniosła głowę, spoglądając gdzieś przed siebie, nie do końca na niego. — Nie znika. — dodała ciszej — Ale przestaje mieć nade mną władzę. — To dziwne — mruknęła pod nosem, z cieniem gorzkiego rozbawienia — bo nigdy nie potrzebowałam nikogo w ten sposób. — A jednak… — Jej głos zmiękł, niemal niezauważalnie — przy tobie nie czuję, że muszę zasłaniać się i stosować wymówki. Jestem niezaprzeczalnie sobą, jestem silniejsza i nie muszę cię za to przepraszać. I chyba… Nie chcę, żeby to się zmieniło.
Delikatnie musnęła jego bark swoim, bardziej świadomie niż wcześniej. Kocur spojrzał na nią. — Więc jeśli masz gdzieś być… To właśnie tutaj. W Klanie Wilka, ze mną.
Kocur patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem pyska. Po tym wszystkim co razem przeszli, od momentu, gdy była tylko interesującym go kociakiem, gdyż przypominała jego samego, po walkę z Klanem Klifu, gdzie po raz pierwszy chyba poczuł zmartwienie, być może był w stanie sobie pozwolić na cień uczuć. Może nie musiał dusić ich w sobie… Po chwili ciszy schylił się w jej stronę i delikatnie polizał jej ucho. Nie spodziewała się chyba tego ruchu z jego strony. Ten gest był tak niewinny, lekki, delikatny jak trzepot skrzydeł motyla, a pochodził od kota, który nigdy nie okazywał żadnych emocji. Srebrna wtuliła się w niego, a Krucze Pióro po chwili owinął ogon wokół niej, kontynuując wylizywanie teraz już jej karku. Powoli i czule pociągał po nim swoim językiem, mając nadzieję, że ta poczuje się choć trochę lepiej.
— Nie zostawię cię, obiecuję, Kwaśna Kocanko. Zawsze będziesz u mojego boku. Obiecuję.
Ta w końcu się odprężyła i po chwili położyła głowę obok niego. Jej oddech zaczął się znów jak jeszcze przed przebudzeniem wyrównywać. A on pozostał, czuwając nad swoim kwiatem. Nad swoją  Kocanką…

***

Obudził się, widząc, że kotka nadal jeszcze spała. Nie chciał jej budzić, jednak wiedział, że musi przydzielić patrole. Tak, mógł to zostawić swojemu bratu, jednak wiedział, że pobratymcy będą oceniali przyszłego lidera. A on nie chciał dopuścić, aby to jego brat nim został. Wstał, z żalem odplątując swój ogon od jej własnego, po czym wyszedł z legowiska. Zwrócił się na środek polany, gdzie już czekało kilka kotów. Jego brat gdzieś niedaleko sprawdzał, czy zwierzyna jest świeża, wybierając z niej te starsze sztuki, aby zostały zjedzone jeszcze dziś. Krucze Pióro parsknął pod nosem. Wybrał sobie zadanie uczniowskie, ale cóż, nie jego sprawa. Usiadł przed zebranymi, przypisując patrole. Przy okazji zaczął się zastanawiać, kogo wybrałby na swojego zastępcę? To nie tak, że Kocanka by się nie nadawała, jednak nie chciał jej narażać. Tak czy siak będzie jego prawą łapą. Czuł czasem smak władzy, gdy tylko Zalotna Gwiazda choć lekko się zachwiała przez swój wiek. Tak, nie była skrajnie stara, jednak trzeba było przyznać, miała swoje księżyce… Jednak pomimo chęci zasięgnięcia władzy musiał przyznać, że była dobrą liderką. Wiele się od niej uczył, oraz czasem przychodził do niej jako doradca, dyskutując na temat przyszłości Klanu Wilka. Nie ukrywał, uważał to również za zaszczyt, że wybrała ona jego na zastępcę. Tak, wybrała też jego brata, ale mogła wybrać kogokolwiek innego. Ciekawe co Kwaśna Kocanka myślała o nim, gdy zobaczyła go przy nowej liderce, tuż po jej morderstwie. Czy widziała w nim wielkiego przyszłego przywódcę? A może nie? Z zamyśleń wyrwała go wspomniana srebrna, która pojawiła się nagle u jego boku.
— Już się martwiłam, że cię coś zjadło. — powiedziała, patrząc na kocura lekko oburzona, że miał czelność opuścić bez niej legowisko. Kocur parsknął lekko rozbawiony.
— Może prawie by zjadło, tego nie wiesz. — odpowiedział, po czym spojrzał na niebo. Pogoda wydawała się być nie najgorsza. Skinął w stronę wyjścia z obozu. — Masz ochotę na spacer? Już przypisałem wszystkie patrole, więc mam trochę czasu wolnego.
Kotka spojrzała na niego, po chwili strzepując ogonem.
— Dobrze, w sumie czemu nie. — po jej słowach kocur zwrócił się ku wyjściu z obozu, a ta podążyła za nim. Kroczyli razem przez gęsty las, który otaczał ich. Krucze Pióro czuł się czasem tak, jakby chciał ją obronić w razie każdego niebezpieczeństwa, pomimo tego, że nic się nie działo. Zawsze chodził obok niej bardziej spokojny, ale czujny. Zatrzymali się niedaleko jeziora, na którym znajdowała się Spalona Zatoczka. Gdy zatrzymali się, spojrzał w jej oczy. Wyglądały jak te jezioro, nie jak ten lód, który zawsze w nich widział. Jakby cały chłód zniknął, a zastąpiło go dziwne uczucie. Ciepło, które czuł gdzieś w klatce piersiowej, było dla niego bardzo niespotykane. Może powinien częściej wychodzić z obozu, być może złapał jakieś choróbsko, albo zarazę. A co jak ma zielony kaszel? Zarazi Kwaśną Kocankę? Ocknął się, gdy kotka chciała się o niego oprzeć, na co ten lekko się odsunął, przez myśli o byciu potencjalnie chorym. Ta spojrzała na niego lekko zmieszana. Kocur przełknął ślinę i zamknął oczy. Delikatnie mówiąc, trochę to spierdolił. Odchrząknął i znowu spojrzał na kotkę.
— Przepraszam, po prostu… Czuję się trochę chory, a nie chciałbym cię zarazić. — Po chwili zdał sobie sprawę z tego, że brzmi to jak wymówka. Zdecydował się po chwili gdy zauważył, że kotka tylko uśmiechnęła się słabo i odwróciła wzrok zbliżyć swój ogon do jej własnego. Schylił się i polizał jej ucho, na co ta zwróciła znów wzrok na niego. — Ale jeśli bardzo chcesz, to najwyżej odwiedzisz medyka.
— Medyka? Ty i ich aprobowanie? Tego bym się po tobie nie spodziewała. — odpowiedziała, na co ten przewrócił oczami i lekko szturchnął ją łapą w bark. Ta na ten gest lekko zachwiała się, po czym popchnęła go w odwecie. Na tym nie poprzestanęło, bo rozpoczęła się seria przepychanek, która finalnie skończyła się tym, że gdy popchnął ją, przewróciła się na trawie. Jednak nie przewidział, że futro kotki zaplącze się w jego pazurach, przez co poleci w długą tuż za nią, zamykając oczy. Wylądował prawie na niej, jednak zdążył się podeprzeć drugą łapą.
— Nic ci nie jest? — zapytał od razu, po czym otworzył oczy. Spotkał się jednak nie z jej złym, czy też oburzonym wzrokiem. Wręcz przeciwnie. Była jakby zahipnotyzowana, co chyba udzieliło się i kocurowi. Pomimo cienia, jaki padał od kocura, jej oczy mieniły się od słońca, wyglądały znów jak to jezioro… Jak błękitne niebo, jak rzeka, która biegnie wzdłuż ich terytorium… Jego pazury nadal były wplątane w jego futro, a więc po chwili delikatnie, powoli odplątał je. Było takie miękkie, puszyste… Kocur nie wiedząc czemu zniżył trochę łeb, po czym dotknął swoim nosem jej własnego. Przez chwilę tak został, po prostu czując jej wydech na swoim pyszczku. Swój własny praktycznie wstrzymał, sam nie wiedział czemu. Chciałby ten moment zatrzymać na zawsze. Tak po prostu zostać z nią, nie przejmując się niczym wokół… Czy ona też chciałaby tego samego, co on..?

<Kwaśna Kocanko?>

13 maja 2026

Od Dryfującej Gałęzatki (Neriny) CD. Złocistego Widlika

Wieczór

Dryfująca Gałęzatka musiał w końcu przyznać, że jego życie w Klanie Nocy nie było zbyt bogate w przeżycia. Ani w przyjaciół. Miała paru znajomych, ale nie dogadywała się z nimi zbyt dobrze. Jedynym kto był mu rzeczywiście bliski w tym klanie, był jego brat Widlik. No i może minimalnie brat Morszczyn. Nic go tu nie trzymało, a nawet gorzej. W rzeczywistości nienawidziła całej tej hierarchii w klanie, szczególnie istnienia głupiego rodu królewskiego i nienawiści w stronę kotów czekoladowych. Do tego sposób, w jaki niektórzy wydawali się go traktować. I do tego samo w ogóle ich istnienie. Gałęzatka zdecydowanie wolałby spędzić resztę życia sam niż przy tych rybojadach. Z tą właśnie myślą dojadł zwierzynę i skierował się w stronę żłobka.
— Widliku. Musimy porozmawiać — miauknęła, podchodząc do kocura. — Tylko raczej...sami — dodało z lekko skwaszoną miną.
Kremowy kocur przeniósł wzrok na Dryfującą Gałęzatkę.
— Spokojnie, to tylko kociak — mruknął spokojnie, spoglądając na Rzekotkę. Jej matki akurat nie było w pobliżu.
— Kociak... Córka Kropiatki, prawda? — mruknął tylko, ale za chwilę pokręciło głową. — Nie nadaję się tu. Wiesz, do Klanu Nocy. Jaa myślę, że... wkrótce stąd zniknę. Wolałam, żebyś wiedział. Jeśli będą o mnie pytać, możesz powiedzieć, co wiesz. Odchodzę prawdopodobnie dziś w nocy — mruknęło, usiłując robić wszystko, aby z jego oczu nie wydostały się łezki. — Będę tęsknić.
— Tak, córka Kropiatkowej Skórki — mruknął w odpowiedzi. Przeniósł wzrok na kociaka. Milczał, gdy jego rodzeństwo mówiło.
— Co? Odchodzisz? — spytał, przenosząc na niego wzrok. Położył po sobie uszka. Łapką przetarł zielone oczy, pozbywając się łez.
— A masz gdzie się podziać? Znasz kogoś, kto w razie czego będzie mógł ci pomóc? — spytał cicho. Zdecydowanie był smutny i zrozpaczony z myśli o utracie kolejnego mu bliskiego kota. Gałęzatka kiwnął głową w odpowiedzi, a widząc szklane oczy Widlika, sam zaczął ryczeć.
— Dam sobie radę. Naprawdę — miauknęła po chwili. — Nie chcę tu być. I-I-I nie wrócę — szepnął. — Będę na terenach niczyich, niedaleko Klanu Klifu. A przynajmniej przez pewien czas. Będzie dobrze — mruknęła cicho przez łzy.
Złocisty Widlik wbił pazury w posłanie.
— Czyli...nigdy się już nie zobaczymy? — spytał cicho. Odkąd został piastunem, wyszedł poza obóz tylko raz. W pamiętną noc, kiedy to zmarła Kotewkowy Powiew.
— Niewykluczone — odparło. — Ale możliwe też, że odwiedzę was kiedyś po cichu na jakimś zgromadzeniu. Z-Znajdę cię wtedy, obiecuję — dodał.
Widlik drgnął. Skulił się na posłaniu.
— Wątpię, by była okazja. Odkąd jestem piastunem, poza obozem byłem tylko raz — przyznał cicho i załkał.
Gałęzatka wyraźnie posmutniał, ale nabrał powietrza w pierś i przybrał zdeterminowany wyraz twarzy.
— W każdym razie... Będę o tobie pamiętać. Trzymaj się. I dbaj o kocięta Klanu Nocy, jesteś w tym świetny — kiwnął głową. — P-Przepraszam — mruknął jeszcze, przytulając lekko brata, aby następnie odsunąć się kawałek dalej.
— Ja o tobie też — wyszeptał cicho zielonooki piastun. Po raz kolejny tracił ważnego dla niego kota. Pokręcił lekko łebkiem. Wymusił na sobie uśmiech. Gałęzatka mogłaby stwierdzić, że rozumiał sytuację brata, ale to nie byłoby prawdą. Wszyscy zdawali się szeptać coś za jeno ogonem.
— Uważaj na siebie. Zawsze będziesz w moim sercu — wyszeptał.
Gałęzatka kiwnęła głową.
— Ty na siebie też. Jesteś wspaniałym bratem — miauknął jeszcze i wyszedł ze żłobka.

Aktualnie

Klan Nocy nareszcie spowiła tak upragniona przez Gałęzatkę cisza. Wciągnęła powietrze w płuca i powoli je wypuściła, ostatni raz rozważając swoją decyzję odejścia z terenów klanu. Takie życie nigdy nie było dla niej. Jeśli to jeno rodzice mu to zrobili, to zdecydowanie miało im to za złe. Nie myśląc zbyt wiele, podniosła się z legowiska i jak najcichszym krokiem opuściła legowisko wojowników. Gdy tylko jego łapy przekroczyły progi obozu, wiatr, który dmuchnął mu w pysk, był co najmniej orzeźwiający. W tamtej chwili czuł, że była to jedna z jej lepszych decyzji życiowych. Przepłynął fragment zbiornika wodnego i trafił do lasu obok Zrujnowanego Mostu, przez który później przeszedł. Oddalony już wystarczająco od obozu zaczęło biec, co oczywiście powodowało u niego duże zmęczenie i brak tchu, ale wiedział przynajmniej, że teraz był wolny. W ten właśnie sposób opuścił ostatecznie tereny byłego klanu. Przeszła przez las, a następnie trafiła na Drogę Grzmotu. Usiadło przy niej, żeby odpocząć, czując, jak lekko burczy jeno w brzuchu. Po chwili zobaczyła Potwora jadącego wprost na nią. Zjeżyło futro i odskoczyła przerażona.
— Wybacz. Nie chciałam cię wystraszyć — miauknęła dwunożna, a Gałęzatka gwałtownie cofnął się, jeżąc futro.
— Zostaw mnie! Po co mówisz, jak i tak nic nie rozumiem! — zawył, sycząc zaciekle.
Gdy tylko kobieta wyszła do tej przerażającej puszki, chciało wziąć łapy za pas i więcej się tu nie pokazywać, jednak zapach, który poczuł był wyjątkowo przyjemny.
“Jedzonko!” pomyślał, widząc, jak dwunożna stawia to między nimi, następnie się oddalając.
— Tak po prostu mi to dajesz? — zapytała dla pewności, przechylając głowę.
Ostrożnie zrobiło kilka kroczków do przodu i zaczęło pałaszować jedzenie. Szkoda, że nie smakowało jak zwierzyna. Następnie poczuła rękę na swoim grzbiecie. Pierwszą reakcją było ponowne zjeżenie futra, jednak po chwili uznała…że to nie było aż takie złe. Ostatecznie kobieta wciągnęła go do paszczy Potwora, ale Gałęzatka nie miał już ochoty walczyć.

***

Nie zorientowało się, kiedy zasnęło, lecz obudziło jeno głosy. Głosy zwierząt. Leżał w małym ciasnym pudełku. Nagle zaczęła panikować, w końcu nigdy nie lubiła zamkniętych przestrzeni. Wręcz się ich bała. Zaczęła miauczeć, a widząc przed sobą zza kratek twarz dwunożnej, chciał wyciągnąć łapę, aby dać jej w twarz. Niestety to się nie udało. Kobieta mówiła spokojnym głosem. Zbyt spokojnym. Gałęzatka zwinął się w ciasną kulkę, jak najbliżej kąta i zaczął cicho chlipać. Poczuł, jak coś to podnosi, a następnie wylądował w tym surowym, dziwnym pomieszczeniu.
“Czy to właśnie są legowiska dwunożnych?” pomyślała.
Znowu przekonana smaczkiem pozwoliła na to, aby dziwny, obcy dwunożny zrobił jej wszystkie potrzebne badania. Oprócz tego podał jej również coś dzięki czemu ustał ból głowy niebieskiego.

***

Wylądował na podłodze. Przestronny pokój. Dwunożna otworzyła drzwiczki od transportera i odsunęła się na bezpieczną odległość, aby pozwolić wyjść kocurowi. Przeszkodził jej w tym jednak tupot czterech łapek. Sądząc po odgłosach, musiał być to mały kot. Może kociak? Dryfująca Gałęzatka mogła zaraz ujrzeć jego pyszczek wyglądający zza jednej ze ścian strasznego pudła. Kociak był puchaty, zielone oczy i kremowo-białe futerko. Z zainteresowaniem przyglądał się nowemu towarzyszowi.
— Kim jesteś? — miauknął, podchodząc nieco bliżej.
Gałęzatka, widząc tego malucha, odrobinę się rozluźnił.
— Dryfująca Gałęzatka. Dawny wojownik Klanu Nocy — odparła, ostrożnie wychodząc z malutkiego pomieszczenia.
Rozejrzało się dookoła, ostatecznie wracając wzrokiem na kremowego.
— Czyli dzikus! — miauknął, śmiejąc się cicho.
— Zgadza się. Jak masz na imię pieszczoszku? — zapytała, liżąc się po łapce.
— Frezja. Trochę jak dla kotki, ale jest git. Ty jesteś Nerina. Trafiłeś nawet gorzej, ale sądząc po twojej minie, podoba ci się. Jesteś inny? Pani nazywa się Ewa, ale możesz mówić jej Szafirek. Wyrabiasz? — mruknął, wskazując kolejno na siebie, niebieskiego i dwunożną.
— Ledwo, ale za dużo gadasz. Ucisz się. Frezja. Nerina. Ewa, czy raczej Szafirek. Dobra — miauknął, kodując wszystko w głowie. — Długo tu nie zabawię, więc nie przyzwyczajaj się do mnie. Muszę…kogoś odwiedzać — miauknął.
“Nawet jeśli życie pieszczocha jest znacznie łatwiejsze” pomyślała nieco zdenerwowana.

Koniec/wstrzymanie sesji

Wyleczeni: Dryfująca Gałęzatka (Nerina)

Od Rohan CD. Puchacza

Nornica, którą przyniósł jej Gondor była bardzo smaczna, a przynajmniej taka wydawała się przez pierwsze kilka gryzów. Z każdym dniem wszystko, co robiła, stawało się cięższe i wymagające od niej większego nakładu sił, nie tylko tej fizycznej. Nie miała ochoty spać, ale nie miała też chęci do spacerowania czy nawet wstawania z legowiska. Przynajmniej miała Topole i jego maluchy, które nieco rozpromieniały jej czas, kiedy ukochany bieluszek przebywał na polowaniach i patrolach. Pogoda robiła się milsza i przyjemniejsza, więc często wszyscy przenosili się bliżej wejścia, aby patrzeć na tętniący życiem obóz. Sama Rohan bardzo polubiła przypatrywanie się nowym… nabytkom? Jeśli mogła w ten sposób nazwać czwórkę nieznanych jej kotów, które od niedawna zamieszkały w więźniarskim legowisku. Zastanawiała się, o co mogło chodzić; w końcu ani ona, ani Gondor nie trafili tam, kiedy ich przyprowadzono. Nie chciała jednak pytać; wolała sama rozwikłać tę zagadkę, ale nie miała za bardzo ochoty na nawet najmniejsze przechadzki po obozie. Purchawka za to jeszcze ją miała i bardzo często tam bywała. Coś musiało być na rzeczy, bo bura dawno nie widziała szamanki tak… zaangażowanej w coś, co dla niej samej było okryte tajemnicą. 
Gryzoń stracił miły smak, a kotka, zmieszana, wydała z siebie charakterystyczny, nieco nienaturalny prych. Zdziwiła się, kiedy odpowiedziało jej ciche piśnięcie i pusty dźwięk upadku. Odwróciła się w stronę siedzącego Puchacza. Wiedziała, że maluch coś od niej chciał, a Topola dał mu zakaz męczenia jej do odwołania. Próbowała przekonać wojownika, że to naprawdę żaden problem, że co jakiś czas kociak wskoczył na nią lub próbował zmusić ją do jakiejś morderczej zabawy, ale pomarańczowooki pozostawał przy swojej decyzji. Rozumiała to; jeśli zgodziłby się i pękł, to najpewniej straciłby te mikroskopijne resztki szacunku, które dzieciaki miały do jego zakazów i nakazów. O ile słowo Figi faktycznie miało dla nich jakieś znaczenie, tak biedny tato był zwyczajnie… delikatną przeszkodą na drodze do destrukcji, często również i samodestrukcji.
— Co to było?! — wykrzyczał kocurek. 
— Słucham? — zaśmiała się karpatka wciąż mając przed oczami jego upadające bez życia ciałko. 
— Czemu to zrobiłaś? Jak to zrobiłaś? — Podbiegł do niej, nie martwiąc się tym, że Topola mógł ujrzeć go z zewnątrz. 
— Prychnęłam sobie, a co? — zapytała, układając się wygodniej. — Czy tatuś też wam tego zabrania, że aż padłeś na ziemię? — zażartowała, kiedy maluch podparł się przednimi łapkami o jej bark. 
— Nie! Nie, ale to dlatego, że nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak robił! To strasznie dziwne — przyznał, patrząc jej prosto w ślepia. — To Łysi tak robią? Pani jest od tych Łysych.
— Niee. Oni nie prychają, a co najwyżej kichają baaardzo głośno — odpowiedziała, przysuwając się bliżej. — Tego to już na pewno byś się przestraszył, uwierz! Czasami, jak spałam sobie spokojnie, a mój właściciel nagle kichał, to myślałam, że normalnie podskoczę pod same chmury! Tylko że no... Nie faktyczne chmury, bo byłam zamknięta w pomieszczeniu, ale rozumiesz. 
— Dlatego umiesz tak skakać po drzewach? — zapytał dociekliwie.
— Może... Aha! Ale! Co do prychania, to ci powiem, bo to chyba mój najulubieńszy temat na całym świecie! — pisnęła niczym kocię. — Wiesz co prycha? 
— Ty?
— No, ale ja prycham, bo jest coś, co również prycha!
— Aha? A co to jest? — Kociak zaczął być równie podekscytowany. 
— Koń! — krzyknęła, jakby odkryła coś niesamowitego. Niebieska ślepka lśniły ze szczęścia, a Puchacz jedynie przekręcił łebek, nieco zmieszany.
— He? Ale ja nawet nie wiem, co to znaczy… 
— To takie wielkie zwierzęta z grzywą i z kopytami. I są takie piękne i pełne majestatu, i ja nigdy nie widziałam na żywo takiego, ale dwunożni mają taki magiczny kamień, który pokazuje ruchome obrazki, których tak naprawdę nie ma, ale je widać, i oglądałam bardzo dużo koni na nich. No i one właśnie prychają i tak śmiesznie podskakują i uszkami ruszają, kiedy są niezadowolone. Ah! Tęsknię za nimi… — Odchyliła głowę nieco dramatycznie do tyłu i westchnęła. — Gdybym miała jak, to na pewno bym ci je pokazała, Puchaczu… 

<Puchacz... Koniara overloud>

Od Wrony CD. Borowika

Wrona popatrzyła na ucznia z promyczkiem szczęścia w pomarańczowym oku.
– Naprawdę tak uważasz? – spytała.
– Oczywiście, że tak. Jesteś zwinna, silna i energiczna – odpowiedział koteczce Borowik.
– Za niedługo i ja zostanę uczniem! Ciekawe, jakiego mentora mi wybiorą! Podziwiam Pieczarkę, ale po tym, jak wzmocnili sojusz z Klanem Burzy i jak dowiedziałam się, że trenowała moją super mamę, to chyba ją jeszcze bardziej podziwiam! – miauknęła dymna, podskakując, jakby nie mogła ustać w miejscu.
– Mam nadzieję, że więzy międzyklanowe przetrwają wiele księżyców. Też nie mogę się doczekać zobaczenia słodziaków Purchawki! Rohan również! – odmruknął jej.
– Borowiku, czy mógłbyś ze mną pobawić się kulką mchu? Puchacz poszedł po zawał dla Topoli.
Uczeń popatrzył się na nią z pytaniem w oczach. W sumie koteczka się nie dziwiła, że on tak zareagował. Pamiętała, jakby to było wczoraj, gdy on udawał potwora dwunożnych, wydając ich dźwięki i przewracając się o cudze ogony. Chociaż czasami jego pomysły wydawały się irracjonalne, to nie wyobrażała sobie bez niego życia (nawet jak torturował jej ogonek).
– W sumie, czemu nie. Jeszcze nie mam treningu – odszedł kilka kroków, podszedł do głazu porośniętego mchem, zdjął go z niego i uformował w zieloną kulkę. – Do ciebie! – mruknął i poturlał lekko piłkę.
Dymna koteczka naskoczyła na kłębek, przytrzymała go i odepchnęła go.

<Borowiku?>