BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 3 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

24 kwietnia 2026

Od Naparstnicowej Łapy (Serdecznej Naparstnicy) CD. Postrzępionego Mrozu

— Naparstnicowa Łapo, przepraszam cię… Ale musisz mi coś obiecać. Nie mów nikomu o tym, że podejrzewasz, że wasz ojciec nie jest z naszego klanu, albo że w ogóle żyje. Proszę, musisz to dla mnie zrobić. — Postrzępiony Mróz skuliła się, patrząc na syna z nadzieją w oczach.
Biało-niebieski zacisnął szczęki tak mocno, że po chwili zaczęły mu drżeć. Jak ona śmiała go o to prosić? Zdradziła kodeks, oszukiwała swoich pobratymców, skrzywdziła swoje dzieci, a teraz jeszcze chciała, by to wszystko uszło jej na sucho?
— Jesteś egoistką! — warknął, a jego mięśnie mimowolnie się spięły. Gdyby mógł, najchętniej rzuciłby się na nią i potrząsnął tym jej głupiutkim łbem. — Przez ciebie ledwo potrafię chodzić! Wszyscy patrzą się na mnie jak na dziwaka! Nie potrafię polować, nie potrafię walczyć, nie potrafię nawet biegać bez poczucia, że zaraz wyzionę ducha! — mówił dalej, a jego ogon nerwowo smagał powietrze. W oczach zbierały się gorzkie łzy, ale kontynuował:
— Skrzywdziłaś mnie! Mnie, moje siostry i moich braci! Przez ciebie nie potrafię funkcjonować jak normalny kot! W porównaniu do tego, co ja muszę przeżywać przez ciebie i tego zapchlonego idiotę, z którym się związałaś, twoje wygnanie z klanu byłoby niczym! Rozumiesz? Niczym! — krzyczał dalej, chodząc w kółko przy Postrzępionym Mrozie. — Pewnie ci się wydaje, że twoją karą jest fakt, że twoje dzieci urodziły się… takie. Ale to nie twoja kara. To nasza kara. Ty jeszcze swojej nie odbyłaś — burknął pod nosem, kładąc po sobie uszy.
Zatrzymał się w końcu, oddychając ciężko.
— Na twoim miejscu dałbym się nawet zabić, byle tylko naprawić swoje błędy — dodał ciszej, choć w jego głosie wciąż pobrzmiewała złość. — A ty jak tchórz uciekasz od konsekwencji swoich działań.
Postrzępiony Mróz westchnęła ciężko, jakby każdy ruch kosztował ją o wiele więcej energii, niż miała.
— Naparstnicowa Łapo… W momencie, gdy straciłam kocura, którego tak bardzo kochałam, swoją rodzinę oraz skrzywdziłam własne dzieci, jak myślisz, co jest dla mnie większą karą? Dalsze życie w cierpieniu, patrząc na to, jak bardzo zepsułam wasze… czy śmierć?
Każde kolejne słowo wojowniczki jeszcze bardziej frustrowało młodszego kocura.
— Nie mówię, że masz umierać — burknął, strzepując ogonem. — Mówię, że to żałosne prosić owoc własnej głupoty o to, by jeszcze cię krył przed pobratymcami! — wygarnął jej.
— Rozumiem, że jesteś na mnie zły. Ty i twoje rodzeństwo macie prawo być źli. Wycierpiałam bardzo wiele, ale poświęciłabym jeszcze więcej, żebyście byli szczęśliwi.
Szylkretka usiadła, przez chwilę wpatrując się w swoje łapy, po czym uniosła wzrok ku niebu.
— To zabrzmi głupio, ale… podjęłam wiele złych wyborów, gdy byłam młodsza. Mogłam urodzić zdrowe kocięta, mieć kocura mieszkającego w moim klanie… Czasem czuję się winna jego śmierci… — dodała cicho, jakby bardziej do siebie niż do niego.
— Twoje słowa nic dla mnie nie znaczą — odparł Naparstnica, odwracając wzrok od matki. — Gdyby naprawdę zależało ci na naszym szczęściu, w ogóle nie sprowadzałabyś nas na ten świat. W ogóle nie sprowadzałabyś mnie na ten świat. Jak mogłaś uznać, że po urodzeniu trójki niepełnosprawnych kociąt zrobienie kolejnego miotu to dobry pomysł? — denerwował się dalej, kompletnie nie potrafiąc pojąć toku rozumowania szylkretki. — Nie rób teraz z siebie ofiary. Cierpiałaś wyłącznie przez własną głupotę.

* * *

Zgromadzenie

Dużo się ostatnio działo w Klanie Klifu, ale nawet nie chciał sobie tym zaprzątać głowy. Dwójka liderów umarła w tak krótkim czasie, a na posadę przywódcy wepchnął się Mirt, a teraz już Lśniąca Gwiazda. Dlaczego to zrobił? Jakim prawem? Czy to nie Mysi Postrach powinien objąć przywództwo? To wszystko nie miało dla Naparstnicy sensu, ale… sensu nie miało też rozmyślanie nad tym. Był w końcu tylko głupim uczniem protektora, nic nie znaczył na tle całego klanu. Jeśli jego pobratymcy zgadzali się z postępowaniem rudego kocura, nie zamierzał się niepotrzebnie buntować.
Gdy w końcu dotarli na wyspę, Naparstnica jak zwykle zaczął szukać jakiegoś ustronnego miejsca. Po co miałby się pchać między inne koty, skoro mógł usiąść na uboczu i przeczekać zgromadzenie? Jednak tam, dokąd się udał, zobaczył kota. Wyglądał bardzo znajomo. Przez chwilę wpatrywał się w niego, dopóki coś w jego głowie nie zaskoczyło.
— To ty… — mruknął cicho, powoli przekręcając głowę. Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz głos ugrzązł mu w gardle.
Obcy zaskoczony podskoczył, gromiąc starszego jednym widocznym okiem, jakby właśnie wymyślał mu tortury w myślach. W końcu uspokoił się, choć zmrużył szmaragdowe ślepia w wąskie szparki. Dmuchnął w swoją grzywkę, a potem zatrzepotał białymi rzęsami i podszedł do niego. Widocznie nad nim przeważał wzrostem i szerokością.
— Jaki “ty”? — zaczął, zaciekawiony. — Nonsens. Nie znam cię — pokręcił lekko głową.
Po czym pochylił się ze złośliwym, szerokim uśmiechem i szepnął mu do ucha:
— Jesteś pewien, że nie uciekłeś ze żłobka, bachorze
Naparstnica zmarszczył brwi, wyraźnie niezadowolony z reakcji Burzaka.
— Ach, wiesz… Chyba się przeoczyłem — mruknął, po czym uśmiechnął się z politowaniem. — Przez chwilę wydawało mi się, że jesteś tym bezmózgim bachorem, który wepchnął się na kamień, z którego przemawiają przywódcy i zaczął pleść jakieś głupoty — kontynuował, nie zwracając uwagi na wyzwisko ze strony rudo-białego. — Jak on się tam kazał nazywać? Pierzasty Móżdżek?
Burzak zaśmiał się z jego żarciku.
— Serio? — zapytał, przechylając głowę do boku. Nadal był pochylony, a ich ciepłe oddechy zaczęły się łączyć. Uśmiech nie zszedł rudemu z twarzy. — Pierzasty Móżdżek? Miał pewnie przesrane w obozie. Stary, najwyraźniej ten jego przywódca musiał mieć tupet, aby go nazwać wojowniczym imieniem i to tak krzywdzącym! — mówił z emocjami i współczuciem. — Mam nadzieję, że już się poprawił...
— Oj, nie sądzę, że jego zachowanie uległo zmianie! — mruknął Naparstnica, po czym machnął łapą. — Jestem pewny, że dalej jest wredną kupą futra. Takie koty nie zmieniają się za szybko. Idiotyzm mają we krwi! — mówił dalej, uśmiechając się coraz szerzej. — No, ale skoro jesteś z Klanu Burzy, to pewnie go znasz. Jak tam u niego? Ile kleszczy powyciągał już z futra starszych?
— Cóż, nie za bardzo przejmuję się tym szczylem. Sądzę, że pewnie już ze sto przejdzie — odparł. — Ale... bardziej mnie interesuje twój wzrost. Czyżby Klan Klifu zagładzał niepotrzebne kocięta? — zapytał.
— Nie, nie… W Klanie Klifu kocięta mają się dobrze, wiesz? Przynajmniej są odpowiednio wychowywane — odparł, wzruszając ramionami. — Tak się składa, że jeszcze nie widziałem żadnego kociaka z Klanu Klifu, który byłby na tyle głupi, by zwyzywać własnego lidera. Nawet najmłodsi wiedzą, że trzeba być ptasim móżdżkiem, żeby obrażać kogoś dziesięć razy mądrzejszego!
Rudo-biały skrzywił się i odsunął pysk.
— Cóż... — zaczął i odchrząknął, patrząc w dół na Naparstnicę. — Widać, że masz obsesję na punkcie takich kotów jak ja. Czy to twój sposób na zaproszenie mnie na jakieś randewu, czy co? — rzekł z pewnym siebie uśmiechem i charyzmą, zadzierając brodę do góry. — Wiesz... nie zdziwiłbym się. Nie każdy może się oprzeć własnym zachciankom, drogi... kolego.
— Takich jak ty? — odparł nagle, po czym na moment zamilkł, jakby się nad czymś zastanawiał. — To znaczy jakich? Takich bezmyślnych, aroganckich, z wybujałym ego? — prychnął, strzepując ogonem. — Tylko takie ewenementy mogłyby sobie wmówić, że zupełnie obcy kot byłby w stanie pokochać ich durne pyski i żałosne teksty.
Burzak prychnął na jego słowa i niebezpiecznie się zbliżył.
— Och, ależ założę się, że to nieprawda, drogi — wymruczał z łagodnym, ciepłym uśmiechem. — Przyznaj się. Nie możesz dusić własnych uczuć, bo wtedy eksplodujesz... na kimś zupełnie innym — rzekł. — Twój gniew najprawdopodobniej wyraża skrytą miłość. Może lubisz wyzywać swoich najbliższych? Albo być wyzywanym i się bronić?
Naparstnica warknął, odsuwając się gwałtownie od tego ciołka z Klanu Burzy.
— Przestań mnie napastować, oblechu! — wyrzucił z odrazą, a futro na jego karku się zjeżyło. Słów mu brakowało. Jak ten ścierwojad śmiał się tak zachowywać? — Nie próbuj mnie nawet dotykać! W głowie ci się przewróciło, ty dziwaku! — syknął, robiąc kolejny krok w tył.
— Ło, ło, ło! Patrzcie na tego porządnego, potrzebnego ucznia Klanu Klifu! — miauknął z uśmiechem, odsuwając się od razu. Na jego pysku ukazał się satysfakcjonujący uśmiech. — Taki odważny ze słowami, a teraz!? Co z ciebie za kot? Nie, nie kot. Jesteś tchórzem. Zwykłym, kłamliwym tchórzem. Myślisz, że jak będziesz poniżał kogoś, to będziesz lepszy!? — mówił, najwyraźniej eksplodując własnymi emocjami. — Nie, niestety będziesz ode mnie gorszy. Zawsze gorszy. Jesteś ścierwem. Nieudacznikiem, próbującym złapać ostatnią garść swojej pewności siebie, ale uświadomię cię; nie masz nawet za grosz współczucia w swojej krwi! — krzyczał.
Naparstnicowa Łapa spojrzał na Burzaka ze skonfundowaniem.
— Mogłeś mówić od razu, że jesteś zakompleksiony — wyrzucił, po czym polizał się kilka razy po futerku na piersi, próbując wyrównać oddech. Nie, nie mógł pozwolić na to, by ten łajnojad po raz kolejny wyprowadził go z równowagi. — Musisz poniżać innych, by poczuć się lepiej? W takim razie bardzo ci współczuję. To już chyba nie pierwszy raz, gdy tak robisz, mam rację? — zaczął mówić do rudego spokojnym głosem. — Nie martw się, szkolę się na protektora. Moim zadaniem jest dbać o to, by każdy wokół czuł się dobrze. Jeśli masz jakieś problemy ze sobą, możesz mi o nich powiedzieć.
— Czy ty sam siebie słyszysz? — miauknął spokojnie. — Chcesz pomagać innym? Najpierw pomóż sobie, koleżko, bo najwyraźniej masz nierówno w głowie poukładane. Skoro tak bardzo chcesz pomagać innym, powinieneś mieć więcej mózgu niż śliny w gębie... tak przypuszczam, ale może Klan Klifu o to nie dba. Może brakuje im kotów, a akurat ty znalazłeś się pod łapą i to w dodatku jakiś niepełnosprawny, więc nie mogłeś pełnić funkcji wojownika. A teraz spadaj i lecz innych, skoro to dodaje ci wartości.
Po czym obrócił się do niego tyłem i zaczął odchodzić.
Naparstnica odetchnął z ulgą. Jak dobrze, że udało mu się spławić tego ohydnego Burzaka. Najwyraźniej ta zapchlona kupa futra nie miała żadnego pojęcia o tym, kiedy powinna przestać. Może wynikało to z jakichś problemów z jego głową? Może to jakaś dziwna choroba, która sprawia, że nie ma się hamulców? No, w każdym razie to nie jego sprawa, a raczej medyka w Klanie Burzy. Oby kiedyś odkrył, co takiego podziało się w główce rudego, by móc go jakoś naprawić…

* * *

Naparstnicowa Łapa wyszedł właśnie od medyczki, czując się już o niebo lepiej — przynajmniej fizycznie. Psychicznie wciąż był wykończony. Mimo wszystko udało mu się wyleczyć z gorączki, przez którą od jakiegoś czasu chodził osłabiony.
Akurat gdy zjawił się na środku obozu, na mównicy dostrzegł ruch. Rudofutry lider ustawił się właśnie na podwyższeniu.
— Niech wszystkie koty zdolne do samodzielnego polowania zbiorą się w obozie! — wygłosił, omiatając wzrokiem polanę.
Biało-niebieski cofnął się o kilka kroków, włączając się w okrąg utworzony z kotów. Po chwili Lśniąca Gwiazda zaczął coś mówić, ale Naparstnica nie skupiał się na pojedynczych słowach. Ocknął się dopiero wtedy, gdy usłyszał:
— Naparstnicowa Łapo, wystąp.
Uczeń niemal automatycznie postąpił krok do przodu, zanim w ogóle zdążył się nad tym zastanowić. Zaraz potem podszedł jeszcze bliżej skalnej półki, spoglądając z dołu na przywódcę.
— Ja, Lśniąca Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego protektora. Naparstnicowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Niebieskooki przymknął ślepia, biorąc głęboki wdech.
— Przysięgam — mruknął.
— Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię protektora. Naparstnicowa Łapo, od tej pory będziesz znany jako Serdeczna Naparstnica. Klan Gwiazdy ceni twoje zaangażowanie i empatię oraz wita cię jako nowego protektora Klanu Klifu — dokończył.
Naparstnica chciał już wycofać się w cień, lecz nagle lider zszedł ze skały i stanął tuż przed nim, pyskiem dotykając czoła świeżo mianowanego protektora. Młodszy niezręcznie położył mordkę na barku Lśniącej Gwiazdy, modląc się, by ta ceremonia jak najszybciej się zakończyła.
— Serdeczna Naparstnica! Serdeczna Naparstnica! — rozległo się wiwatowanie pobratymców.
Wtedy też rudofutry wreszcie się odsunął, dzięki czemu Naparstnica mógł uciec z centrum uwagi.
Gdy wracał do legowiska, natknął się jednak na szylkretową kocicę — swoją matkę. Chciał ją wyminąć, lecz wojowniczka zagrodziła mu drogę, być może nawet nieświadomie. Protektor zmarszczył nos i cicho fuknął.

<Postrzępiony Mrozie?>

Wyleczeni: Naparstnicowa Łapa

Od Klekoczącego Bociana CD. Mandarynkowej Gwiazdy

Nieco wcześniej

Zmierzył wzrokiem srebrzystą wojowniczkę, która wyrosła niespodziewanie przed jego pyskiem. Kocur miał w planach spokojnie przebrnąć przez ten męczący dzień. Znaczy... Nie żeby robił coś faktycznie wyciskającego siódme poty, ale znów musiał słuchać groteskowych teorii Gąbczastej Perły i udawać, że cokolwiek rozumie z mamrotania Różanej Woni, która była całkowicie pewna, że Klan Gwiazdy znów zesłał jej przepowiednie, które oczywiście sprytnie mogła odczytać tylko ona, no i tylko ze swojej magicznej perełki. Po tych wszystkich głupotach ostatnie, czego potrzebował, to obecność głośnej, irytującej Śnieżnej Mordki. 
— Boli mnie... — wymamrotała. Ciężko było ją jakkolwiek zrozumieć. Jęzor kotki latał po całym pysku, który przez większość czasu i tak trzymała zamknięty. Książę zmarszczył brwi, widocznie zdegustowany. 
— Słucham? — burknął zirytowany. — Nie zrozumiem cię, jeśli nie otworzysz pyska, kiedy do mnie mówisz.
— Ząb... Ząb mnie boli — wydukała, w końcu zmuszając się do ruszenia żuchwy. Od razu się skrzywiła. Asystent westchnął dramatycznie; zdecydowanie za głośno. Ociężale wstał na równe łapy i obrócił się w kierunku lecznicy. Słyszał, jak niebieskooka robi krok za nim, więc powsytrzymał ją ruchem ogona, a następnie rzucił:
— Nie musisz wchodzić. Zostań. — Z tymi słowami zniknął w składziku, gdzie prędko odnalazł kawałek olszej kory i zawiniątko z kilkoma ziarenkami maku. 
"Niech mnie zostawi i nie wraca w ciągu nocy..." — wyburczał do siebie, kiedy wyślizgiwał się elegancko do głównej części legowiska medyka. Nikogo w nim akurat nie było. Nie wiedział, gdzie podziały się jego towarzyszki niedoli, ale niekoniecznie się tym przejmował. Dla niego mogły w najbliższym czasie nie wracać. Poradziłby sobie z chorymi, poradziłby sobie nawet ze stękającymi staruchami czy wrzeszczącymi kociakami; byle by potem nagrodzono go ciszą i spokojem. A najlepiej to spacerem po lesie. 
Obraz wojowniczki przywrócił go do rzeczywistości. Czekała grzecznie, teraz już siedząc, przy wejściu i grzebała sobie w pysku, to językiem, to pazurem. 
— Przestań... Jeszcze pogorszysz sytuację — zganił ją Klekoczący Bocian, rzucając kawałek kory pod jasne łapki. — Pożuj to, a następnie, kiedy już będziesz szła spać, zjedz nasiona maku. Jutro powinno być lepiej... 

* * *
Rozmowa z Mandi

Przez moment wpatrywał się w liderkę w milczeniu. 
"Co niby miał jej powiedzieć? Nie znała go? Pomyliła go ze swoim drugim wnukiem, który wiecznie lata po obozie i mieli jęzorem bez oporu?" — Skrzywił się na samą myśl o Flamingu, który wraz z Wężynowym Kłem był aktualnie najpewniej obrażony na cały nocniakowy świat. Cisza gęstniała z każdą chwilą, a przerywało ją jedynie miarowe uderzenia białego, chudego ogona medyka. Kocur nie odrywał oczu od pyska babci. W końcu parsknął pod nosem. 
— Po co mam się odzywać, jeśli nigdy nie miałem prawdziwego prawa do głosu — burknął sarkastycznie. Wiedział, że nigdy nie pozbędzie się tej goryczy, która napłynęła mu do gardła po tym, jak przerwano jego trening na wojownika. Nic nie sprawi, że kiedykolwiek wybaczy to innym, a nawet sobie; w końcu zawsze mógł walczyć bardziej stanowczo i uparcie. — Nie wiem, co chcesz wiedzieć o mojej matce, Mandarynkowa Gwiazdo, ale uwierz, że więcej informacji o niej jest w stanie ci udzielić twój zastępca lub twoja siostra albo nawet Szałwiowe Serce. 
— Ale pytam ciebie: jej syna — wtrąciła się liderka. 
— Syn nie jest już kociakiem i nie potrzebuje obecności matki. Ona sama też nie odwiedza go często; najwidoczniej ma inne zmartwienia. Podobnie jak on — wytłumaczył twardo. Przez moment znów nic nie mówił, ale ostatecznie dodał jeszcze: — Babko, nie zrozum mnie źle, ale wiem, że chodzisz po obozie niczym po kolcach jeża i choć nie wiem, do czego miała ta rozmowa być wykorzystana, nie musisz martwić się o mnie. Nie mam nawet najmniejszej ochoty pchać się ani pod twoje łapy, ani się tymi łapami na ciebie rzucać. Nie potrzebuję, aby moje życie było jeszcze bardziej nieznośne. 

<Mandarynka?>

Wyleczeni: Śnieżna Mordka

23 kwietnia 2026

Nowi Członkowie Pustki!


ZIEMNIAK
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zagryzienie przez bobry

Odszedł do Pustki!

CZERWIEC
Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: Rany odniesione w bitwie

Odszedł do Pustki!

Od Smugi

W ostatnim czasie Owocowy Las tętnił życiem, ale i różnymi dramatami, którymi był dotykany. Jednym z głównych problemów w ostatnim czasie były bobry oraz tajemnicze zachorowania starszyzny — jak się okazało, sprawy te były ze sobą dość ściśle połączone. Czekoladowy wojownik podniósł wzrok na zimowe niebo, które swoją szarością utrzymywało w kocurze uczucie apatii, jakie osiadło ciężko na nim po niedawnej wyprawie na wodne ssaki, które wybudowały tamę. Jeden z patroli wcześniej doniósł, że wybudowana konstrukcja zatrzymywała nie tylko ruczaj w jakiś stopniu, co także rozkładające się truchło jelenie. Szczątki te zatruwały wodę, która dotychczas była zdatna do picia — mech, który był przynoszony dla starszyzny, miał w sobie wodę z owej rzeki.
Po śmierci Czerwca żółtooki nie był do końca sobą, zamknięty na większość Owocniaków, sprawiał wrażenie jeszcze bardziej oderwanego od rzeczywistości, niż jak to bywało wcześniej. Jednym słowem bicolor nie był gotowy na tak nagłą śmierć swego ojca. Może i nie zginął on na polu walki, lecz świadomość tego, że starszy skonał dopiero później przez odniesione rany, była jeszcze gorsza. Choć nie tylko Smugę dotknęła ta strata, gdyż także Miodunka zdawała się nie być do końca sobą od niedawnej tragedii.
Docierając nad brzeg ruczaju, poczuł, jak głębokie i nadal świeże rany na jego ciele dają o sobie znać w postaci nieprzyjemnego odczucia, jakby wręcz paliły żywym ogniem. Zaciskając szczękę, stłumił w sobie jęk bólu. Wystarczył moment, jedno spojrzenie w swoje odbicie w płynącej wodzie, by niedawne wspomnienia zaciętej walki na nowo odżyły.

Dzień walki z bobrami

Po tym, jak grupa kotów wróciła z patrolu, niosąc ze sobą ważne wieści o sytuacji nad rzeką, Pieczarka wraz z Czereśnią nie zwlekali i po wstępnym omówieniu problemu z bobrami, ogłosili wyprawę na owe ssaki. Od razu zgłosiło się sporo kotów z różnych profesji — z wojowników chęci udziału wyraziła Orchidea, Pszczółka, Topola, Kolendra, Sajgon i sam Smuga. W skład zwiadowców, którzy mieli ruszyć pod dowodzenie liderki i zastępcy byli to Czerwiec, Hiacynt, Kurka i Guziczek. Oprócz tego wraz z nimi ruszyło paru uczniów: Gondor, Całunka i Iskrzyk, a jako pomoc medyczną stanowił Wiciokrzew z Drobinką. Łącznie ich szło osiemnaścioro, jednak w trakcie walk nie obyło się bez strat — Ziemniak, do niedawna więzień Owocowego Lasu, kiedy tylko wyszła na jak sytuacja z dawnym nagłym zniknięciem Osetka i ich społeczności.
Kiedy tylko strategia została omówiona, nikt nie czekał ani jednego uderzenia serca dłużej. Opuszczenie obozu przez ich dość liczną grupę wywołało niemałe poruszenie wśród pozostałych — część jeszcze szybko żegnała się z najbliższymi, szeptając między sobą słowa, które mogły nieść niespełnioną obietnicę. Bicolor widział aż zbyt dobrze, jak Miodunce jest ciężko pogodzić się z decyzją, jaką podjął jej partner oraz syn. Stróżka ostatni raz dotknęła się nosem z Czerwcem oraz przejechała ogonem po boku Smugi, by ich dwójka dołączyła do pozostałych wyruszających Owocniaków.
Każdy stresował się na swój własny sposób, nawet jeśli po niektórych nie było tego widać. Młody wojownik czuł jednocześnie nutę podekscytowania, ale i niepewności, strachu czy obaw — głównie obawy te były związane z jego umiejętnościami. Nie chciał zawieść Żagnicy, który starał mu się przekazać całą swoją wiedzę, nieco zmieniając i dostosowując ją do budowy czekoladowego. Z każdym krokiem jednak wszelkie negatywne myśli mijały, ustępując determinacji i gotowości do działania. Pewnym krokiem podążał z innymi, a tuż obok niego kroczył Czerwiec, który co jakiś czas posyłał synowi słabe uśmiechy w czasie ich rozmowy. Widać było po nim, że myślami nadal jest przy partnerce, która pozostała w obozie.

«★»

Tw: śmierć, krew, walka

Krew. To jedyne, co widział i miał przed oczami. Nie wiedział, nawet kiedy to wszystko tak szybko się potoczył, że znaczna część z nich miała na swym ciele rany, u niektórych nawet dość poważne. Liliowy uzdrowiciel wraz z białą kotką byli niedaleko, w pobliżu, by udzielić pierwszej pomocy najbardziej potrzebującym. W powietrzu latały kępki sierści kotów, ale i bobrów, a pole walki było wypełnione rozjuszonymi wrzaskami Owocniaków, czy też ich przeciwników. Ziemię w niektórych miejscach już była przyozdobiona szkarłatną posoką obu z walczących stron, mieszając się w jedno, by dopełnić obraz, który przywodził na myśl tylko jedno słowo: rzeź.
Tego nie dało się inaczej opisać, a przynajmniej tak uważał Smuga, który właśnie stał w kałuży czyjejś krwi. Jego dotychczas białe łapy teraz miały na sobie ślady, świadczące jasno, że odebrały one komuś życie. Czy taki właśnie los dla nich przygotowała Wszechmatka? Nie wiedział, lecz miał nadzieję, iż ta nad nimi czuwa i ma w swej opiece.
Gdzieś z boku usłyszał dźwięk powalanego ciała na ziemię, a kiedy tylko skierował swój wzrok w tamtą stronę, ujrzał Pieczarkę. Liderka była ciężko ranna, a tuż nad nią stał dorosły osobnik, mający zamiar zakończyć żywot swojej przeciwniczki. Smuga doskonale wiedział, że musi jakoś pomóc starszej, inaczej polegnie, lecz kiedy jego umysł krzyczał, by ruszył się z miejsca, jego ciała ani drgnęło. Stał skamieniały, obserwując, jak Kolendra ratuje zielonooką przed spotkaniem ze Wszechmatką. Nieco dalej od nich rozgrywała się kolejna walka — Kurka wraz z Guziczkiem toczyli bój ramię w ramię przeciwko kolejnemu dorosłemu osobnikowi. Bóbr zapewne był od nich silniejszych, lecz współpraca dwójki kocurów zdecydowanie przechylała szalę na ich stronę — nawet jeśli liliowy poruszał się raczej na trzech łapach, gdyż jedną z nich miał wybitą.
Po jego drugiej stronie trwały kolejne starcia. Jeśli dobrze widział, to chyba każdy już nosił na swym ciele widoczne ślady walk — mniejsze czy też większe. Jednak jego obserwacje zostały szybko przerwane, gdyż niespodziewanie został powalony na ziemię, a nad nim stał bóbr. Miał wrażenie, jakby całe dotychczasowe życie przemknęło mu przed oczami, kiedy to z opresji wybawiło go pojawienie się Czerwca z Całunką. Starszy z impetem uderzył w bok gryzonia, skupiając jego uwagę na sobie — w tym czasie czekoladowa szylkretka dołączyła do zwiadowcy. Smudze trochę zajęło pozbieranie się, lecz w końcu stanął na łapy i dołączył do walczącej dwójki. Jego wyczucie chwili było idealne, gdyż jego ojciec ledwo trzymał się w pionie, nie mówiąc o dalszej walce.

«★»

Nie wiedział, ile to wszystko trwało, lecz w końcu zaczęli mieć coraz większą przewagę, nawet jeśli na polu walki nie było Pieczarki, Czerwca, Orchidei, Kurki czy żyjącego Ziemniaka. Ten ostatni zginął w trakcie potyczki i jak na razie był jednym trupem z ich grupy. Pierwsza czwórka wymienionych odniosła na tyle poważne rany, że obecnie znajdowała się pod opieką Wiciokrzewu i Drobinki, a pozostali starali się, jak mogli, by zakończyć już tę bitwę. Na ich czele stał Czereśnia, niewzruszony swymi ranami i faktem, że jego krew powoli sunie po jego łapach, by zakończyć swą drogę na nieco zmrożonej ziemi.
Kolejne wymiany ciosów trwały, a bobrów ubywało. W końcu bitewny kurz opadł, ukazując przed nimi widok pełny poległych przeciwników. Nikt nie spodziewał się, że bobry będą aż tak liczne, lecz fakt ten nie powstrzymał Owocniaków przed zwycięstwem tego dnia. Po kolei zaczęli oceniać poniesione straty i rany na swych ciałach — Pieczarka straciła przednią łapę w starciu, Kurka miał wybity bark, Czerwiec głębokie rany, z których nadal sączyła się krew, barwiąc pajęczyny na intensywny czerwony odcień. Pozostali mieli jakieś drobniejsze rany lub pourywane, naderwane uszy, jak Guziczek. Pewne było, iż większość z nich będzie nosić na swym ciele blizny po dzisiejszej walce.

Od Wzorzystej Dali CD. Truskawkowego Pola

Zamarła na chwilę. Miała obgadywać Pchełkowy Skok? Nie… Nie mogła tego zrobić. Mniejsza, że nie miała żadnych rzetelnych informacji, Pchełkowy Skok była jej koleżanką, chodziły razem na spacery. To nie w porządku…
– Wiesz, to byłoby plotkowanie… – odparła zmieszana. Od razu przerzuciła swoją uwagę na kwiaty.
– Myślisz, że te astry by mi pasowały? – zapytała, próbując zmienić temat. Ruda nawet na nie nie spojrzała.
– Tak, tak mogą być. Naprawdę nic o Pchełce nie słyszałaś? Te twoje koleżanki nic ci nie mówią?
Zmarszczyła brwi i napięła się. Koleżanki mówiły jej dużo! Nie ukrywały nic przed nią! Przecież się lubiły! Uspokoiła się jednak. Truskawka na pewno nie miała nic złego na myśli. Po prostu jest bardzo ciekawa. W sumie… mogłaby jej powiedzieć… To nic złego… W końcu z Truskawką była dużo bliżej… Pchełka na pewno by zrozumiała… albo i nie, w końcu nie musiała wiedzieć.
– To ty nie wiesz, że jej się podoba Mirtowe Lśnienie? Wszyscy o tym mówią!

* * *

Nie wiedziała, jak się z tym wszystkim czuć. Wcześniej nie zwracała uwagi na sprawy polityczne. W końcu Jaskółka miała być pierwszym nowym przywódcą, odkąd ją tu przywiało. Jednak druga zmiana w tak krótkim czasie była dziwna. Starała się tym nie przejmować. W końcu wszystko było dobrze. Była jeszcze inna sprawa, przez którą czuła się nieswojo. Zawsze trzymała się jak najdalej od władzy i związanych z nią kotów. W ten sposób czuła się komfortowo i bezpiecznie. Wolała myśleć o plotkach i o tym, jakich kwiatów będzie szukać na następnym spacerze, a nie o władzy i strategiach dyplomacyjnych. Zawsze myślała też, że władzę będą miały koty dużo starsze od niej, z którymi i tak nie zamierzała rozmawiać. A tu niespodzianka. Truskawkowe Pole została zastępczynią. Teraz nie wiedziała, co robić. Stresowała się. Czy nadal będą mogły się przyjaźnić, czy koleżanka będzie miała już ważniejsze sprawy na głowie? A jeżeli nadal będą utrzymywały kontakt, to jak bardzo ich relacja się zmieni? Dla świętego spokoju wolałaby już się do niej nie odzywać. Ale z drugiej strony na samą taką myśl było jej smutno. No i nie zamierzała sobie robić wroga z zastępczyni. Truskawka też mogłaby poczuć się urażona. Siedziała w obozie, starając się nie patrzeć w miejsca, gdzie mogła przebywać kotka. Kontakt wzrokowy w tym momencie byłby zbyt wymagający. Nagle tuż zza swoich pleców usłyszała:
– Wzorzysta Dali!
Krew zmroziła jej się w żyłach. Co robić? Mówić jak do przełożonej czy jak do koleżanki? Jej ciało postanowiło w tym momencie kliknąć wszystkie guziki naraz. Jednocześnie uśmiechnęła się (być może za szeroko), obróciła się do zastępczyni i powiedziała (zdecydowanie zbyt szybko):
— Tak jest, Truskawkowe Pole?

<Truskawa?>

Od Pożarowej Łapy Do Tańcującego Pierza

Wreszcie chociaż chwila spokoju. Ognista Piękność wreszcie postanowiła zabrać jej kochane dzieci gdzieś dalej od niej. Dzięki temu przynajmniej nie musiała męczyć się z Bursztynem memlącym wszystko, co jest w zasięgu jego pyska (i jakimś cudem rzeczy poza zasięgiem też). Dzięki temu nie musiała się też kisić w kociarni z Kocięcym Rozumkiem. Tak, Pożar była świadoma zmiany imienia drugiej karmicielki, ale definitywnie preferowała używać tego. Wybrała wyjście ze żłobka w celu przewietrzenia się, spożycia posiłku i ucieczki od marnej podróbki czystorudego kota. Zdążyła już zjeść pliszkę i wydłubać wszystkie zawieruszone pióra spomiędzy zębów. Położyła się obok wejścia do żłobka, opierając swoje łapy na jednym z korzeni pnia, po czym ułożyła na nich głowę. Obserwowała klan. Widziała wygrzewających się starszych, koty wchodzące i wychodzące z lecznicy i okropnie głośnych uczniów. Przez dłuższą chwilę jej wzrok zawisł na siedzącym gdzieś na uboczu biało-rudym kocurze z pędzelkami na uszach i kwiatami w futrze. Słyszała czasem, jak wołali na niego Pierzasta Łapa. Był to rzekomy oprawca jej jakże niewinnego synka. Na oko miał z kilkanaście księżyców. Zazwyczaj uczniowie w tym wieku nie kłócą się już z kociakami. Może ten był opóźniony w rozwoju. Było w tym klanie kilku takich. Przez chwilę myślała, żeby nie skonfrontować się z nim. W końcu musi dbać o bezpieczeństwo swojego idealnego synusia. Szybko porzuciła ten pomysł. W końcu teraz miała czas dla siebie, a nie na wydzieranie się na jakiegoś szczyla. No i Bursztyn musiał się wreszcie nauczyć nie drażnić borsuka. Przestała patrzeć na kocura i skierowała wzrok pusto przed siebie, akurat na drugi tunel wejściowy do obozu. Zobaczyła tam paniusię “lepszą od jej matki” wraz z “przyjaciółką” Pożar. Instynktownie wbiła pazury w korzeń i odwróciła wzrok. Furia gotowała się w niej, nie mogąc się uspokoić. Odczepiła łapy od drewna i skierowała się w stronę kota, który według niej był Pierzastą Łapą. Aktualnie był to cel do wyładowania złości. Kiedy była blisko, krzyknęła
– Pierzasta Łapa tak?! Ty tak często lubisz grozić kociakom?!

<Pierze? Masz wkurzoną matkę do ogarnięcia>

Od Mandarynkowej Gwiazdy CD. Klekoczącego Bociana

Kiedy kocur wyszedł, medyczka kontynuowała szeptem.
– Podobno widziano ją w towarzystwie Wężynowego Kła. To dziwne, nie kojarzę, żeby się lubiły.
Srebrna otworzyła szerzej oczy z zaskoczenia. To rzeczywiście mogło mieć związek z tą sprawą. Chyba sytuacja była bardziej zawiła, niż myślała…

* * *

Róża opowiadała jej jeszcze inne rzeczy, ale każde kolejne zdanie brzmiało jak coraz to większa bzdura. Bardzo lubiła kuzynkę i była jej wdzięczna za wiele rzeczy, ale czasami kwestionowała, czy ma równo pod sufitem. Nie zamierzała już słuchać więcej, o tym, jak błysk jej łososiowej perły mógł przepowiadać przyszłość Klanu Nocy.
– Pójdę już.
– Ale pamiętaj, to wszystko może być spiskiem mew! – wyszeptała na pożegnanie medyczka. Pomarańczowooka westchnęła i wyszła. Na głównej polanie obozu znowu wpadła na Klekoczącego Bociana. To już zaczęło robić się podejrzane. Miała uwierzyć, że po raz kolejny znalazł się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie? Aż musiała to sprawdzić. Tu i teraz.
– Klekoczący Bocianie, możemy na słówko? – zapytała, tonem głosu dając jednak do zrozumienia, że to był bardziej rozkaz, niż pytanie. Młody asystent medyczki niepewnie skinął głową. Oboje skierowali się do wnętrza pnia wielkiego sumaka. Był to idealny moment, bo Błękitna Laguna przynajmniej na chwilę przestał się wokół niego kręcić. W środku Mandarynka bardzo szybko zaczęła rozmowę.
– Jak tam u matki? – rzuciła niby od niechcenia jak zwykłą formalność. W rzeczywistości w świetle ostatnich wydarzeń był to dość strategiczny ruch. Klekoczący Bocian wzruszył ramionami.
– Dobrze. – postanowił odpowiedzieć równie dyplomatycznie. Przywódczyni wypuściła powietrze nosem, nieusatysfakcjonowana tą zdawkową odpowiedzią. “Do brzegu” słyszała w głowie. “Nie, trzeba subtelnie” pouczyła się w myślach. Jednak ktokolwiek zna Mandarynkę, wie, że jest ona wieloma rzeczami, jednak definitywnie nie jest subtelna.
– Zawsze jesteś taki cichy? – zapytała, brzmiąc trochę pretensjonalnie.

<Klekot?>

Od Kurki CD. Borowika

Następnego dnia Kurka zabrał Borowika z powrotem pod drzewa. Mniejsze tym razem, pomimo dezaprobaty ucznia.
– To nie to samo drzewo! – odparł Borowik, zapierając się łapkami.
– Nie to samo, to prawda. Jednak wspinaczkę zaczyna się od niższych konarów, w razie upadków. Tamto drzewo jeszcze zobaczysz, nie raz. Będziesz miał go jeszcze dość! A teraz popatrz. To jest olcha. – Kurka wskazał na drzewo. – Przyjrzyj się jej, powąchaj. Ma specyficzny zapach i własny, wyjątkowy kształt liści, które niestety pokażą się dopiero za sezon.
– Ale po co mam to pamiętać? – Borowik zajrzał na drzewo. – Mieliśmy się wspinać!
– Wiedza o drzewach to jedna z wielu umiejętności, jakie zwiadowca musi opanować. Dobrze jest wiedzieć, na co się wspinasz, gdyż każde drzewo ma swoje własne zalety i wyzwania. Ta Olcha jest młoda, więc ma jeszcze miękką korę i niskie gałęzie. Potem, to drzewo rośnie prosto i wysoko, przez co staje się wyzwaniem do wspinaczki. Jeśli tego nie wiesz, łatwo z niej spadniesz. Ale dobra… Tyle o drzewie! Teraz! Wspinaczka na nie! – Kurka oświadczył.
Dłuższą chwilę zajęła mu demonstracja poprawnej techniki. Jeszcze dłuższą dokładne pokierowanie kociaka, aby sam poprawnie stosował technikę i posiadał właściwą pozycję.
– Ćwiczenie czyni mistrza. – oświadczył kociakowi, kiedy nie udało mu się po raz kolejny. – Ja sam na drzewo nauczyłem się wchodzić szybko… ale schodzić nauczyłem się dopiero po moim 10 księżycu. – poklepał go po głowie. – Jeszcze raz!
I w końcu udało mu się wejść na najniższą gałąź.

Kurka raczej nie bał się wyzwań. Nie bał się wielu rzeczy, przynajmniej do czasu. Jego życie z Guziczkiem było niczym innym jak przyjemnością. Spokojne noce, długie spacery. Teraz jednak doszły do tego jeszcze treningi pewnego upartego kotka.
Borowik, imiennik jego zmarłego brata, był… specyficzny. Kurka już zdążył się zorientować, że działa bardzo mocno na rutynie i obietnicach. Dlatego też młody zwiadowca nie mógł sobie pozwolić, na zbyt długie spanie w sierści swojego ukochanego, gdyż kociak jadł śniadanie o regularnych porach i zaraz był gotowy do treningu. I Kurka musiał być gotowy razem z nim.
Dlatego też o tak wczesnej porze był już na nogach. Osobiście, tego dnia nie chciało mu się nic. Najchętniej spędziłby ten czas ze swoim ukochanym, ale obowiązki wzywały.
– Dzień dobry Borowiku. Widzę, że już gotowy do treningu. – Przywitał się Kurka z kociakiem. Ten spojrzał na niego i kiwnął łebkiem.
– Co ja ci wczoraj obiecałem? – Kruka podrapał się za uchem. Dzisiaj naprawdę miał marny dzień.
– Że będziemy się więcej wspinać. – odparł kociak.
– No tak. Wspinaczka. Dobrze. – Kurka pokiwał łebkiem. – Najważniejsza umiejętność zwiadowcy. Chociaż robiliśmy to też wczoraj. – przyznał Kurka.
– Obiecałeś. – Borowik zmrużył oczy.
– Wiem. I obietnicy dotrzymam. Dzisiaj znajdziemy brzozę, co byś miał jakieś wyzwanie! Jutro. Nauka polowania! Nie… jutro patrol wieczorem, przepraszam. Prawie o nim zapomniałem. Patrolować też musisz się nauczyć, a Pieczarka się zgodziła, żebyśmy wzięli cię ze sobą. Trzeba to wykorzystać! Za dwa dni powtórka z polowania! – miauknął zwiadowca. – A teraz ruszamy! Brzozy nas wzywają!

<Borowiku?>
[trening Borowika]

[474 słów]

[5%]

Od Nocnej Łapy (Nocnego Śpiewaka) CD. Chudej Łapy

Za czasów ucznia

Noc zakręcił się w miejscu wkurzony. Dzisiaj było wyjątkowo ciepło jak na jesień z zimą zaraz za pasem, dodatkowo, niewyobrażalnie sucho. Jego sierść nastroszyła się, jakby ją ktoś potraktował piorunem i nie chciała współpracować. Zwłaszcza grzywka, która uporczywie opadała mu na oczy, przeszkadzając w porannym patrolu i później treningu. Dlatego teraz poirytowany wchodził do obozu. Widząc brata wybierającego w stosie zwierzyny, skierował się właśnie tam. Może ktoś go w końcu wysłucha, bo Tropiąca łaska chyba miała dość jego złego humoru na dzisiaj. W pysku niósł wiewiórkę, która jakimś cudem zaplątała mu się pod zęby, bo w końcu dzisiaj mało co widział! Noc podszedł bliżej i pacnął zajętego brata łapą w bok. Chudy przerzucał piszczkę za piszczką, wyraźnie wybrzydzając. Kiedy Noc go pacnął, dostał w zamian szybkie, wściekłe spojrzenie, które zaraz potem się rozmyło.
— Co tam masz? — Spytał się Nocy.
Noc odłożył wiewiórkę na kamień, aby móc się porządnie wypowiedzieć.
— Wiewiórkę. Pomyślałem, że może chcesz chudzielcu. — Noc uśmiechnął się do brata. Ach. Ten to jednak poprawia mu trochę humor w takie trudne dni. — Trochę chuda co prawda i chyba ślepa, bo wlazła mi prosto pod łapy, ale jest. Może głupia, a nie ślepa. W każdym razie. Jedz, bo zaraz cię wiatr zdmuchnie!
Chuda Łapa zgarnął zwierzę z uśmiechem.
— Ty to jesteś uzdolniony! Nie jak pozostali, pożal się Mroczn... Przodkowie, wojownicy! — Odparł. — To, to dopiero jest okaz! Zaczął powoli ją oskubywać z sierści. — Nie zdmuchnie, nie bój się! Trudniej się mnie pozbyć, niż niektórzy myślą!
— Ktoś chce się ciebie pozbyć? Nuh-uh ! Nie pozwalam. — zaśmiał się Nocna Łapa i sam sięgnął po piszczkę. Schylił głowę, a jego grzywka znowu wepchnęła mu się w oczy. — UGH! Pożalę ci się. Mam dzisiaj taką ochotę znaleźć jakiś ostry kamień i obciąć moje włosy! Wpadają mi do oczu tak uporczywie! A o włosach na ogonie i plecach już nie wspomnę. Chodzę jak nastroszony jak jeż! No ja nie mogę!
Chudy zmrużył oczy i patrzył na brata bez słowa.
— Ty to masz problemy. Gdybyś miał sierść tak, jak tamten ptak na stosie to by kłopot był z bańki.
— Dudek? — Noc przekręcił głowę, przerzucając swoje kudły łapą na bok i zerkając, na co wskazywał brat. Zamrugał dwa razy i zamilkł w zastanowieniu. — Wiesz co? A może powinienem właśnie! — oświadczył. — Może powinienem się tak zrobić. Z tymi kośćmi w uchu i takimi włosami... myślisz, że wyglądałbym dobrze? — Noc wziął swoje kłaki w obie łapy i spróbował podnieść w naśladownictwie nieszczęsnego ptaka na stosie. Z marnym skutkiem niestety. Chudy obserwował chwilę brata w milczeniu, a Noc dalej próbował. Jego sierść uciekała mu spod łap, opadając na pysk.
— Nie lepiej na żywicę spróbować? — Zapytał Chuda Łapa, grzebiąc pazurem w zębach.
— Na żywicę? — Noc zerknął na brata. — Całkiem, całkiem niezły pomysł! — oświadczył i cmoknął. Porwał jedną piszczkę, pożerając ją w paru kęsach, oblizał usta i spojrzał na brata.
— Nie masz zakazu wychodzenia z obozu nie? — uśmiechnął się szeroko. — Nie chcesz pomóc bratu... nastawić włosów na szpic?
— Pytasz dzika czy sra w lesie, braciszku! — Noc uśmiechnął się na reakcję brata, który właśnie wstał, aby się podrapać. — Ja z moim bratem mamy tylko genialne pomysły!
— No... szkoda, że na pomysłach się kończy. — Noc machnął ogonem niezadowolony. Ten jego brat to mu pomógł tak wiele, jak nic. — Jak nie masz żywicy, to wypadałoby znaleźć trochę nie? Nie oberwało ci się zakazem wychodzenia za ten nasz odpał?
Chudy uśmiechnął się.
— Koper o mało mnie nie zabił! Ale zakazu nie dostałem. — Chudy wyszczerzył kły do Nocy. — Tylko oeeesu tak mnie łeb po tym bolał, jak nigdy dotąd! Wtedy naprawdę myślałem, że umieram! Ale warto było! Kocimiętka jest genialna, ale teraz Koper trzyma łapę na zapasach... ehh. Ale myślę, że chyba nie będę chciał tego prędko powtórzyć. A Tobie ta twoja mentorka od siedmiu boleści dała jakąś karę?
— Tak. Wylądowałem ze starszyzną głównie. No i jakieś roboty wokół klanu i... co najdziwniejsze... zakaz treningów? Chyba nie chce mnie w ogóle widzieć już, hah! — Noc podrapał się po tyle głowy. — Ale jest okej. Ja lubię pomagać starszyźnie, a wokół klanu i tak pracowałem nawet jak nikt nie dawał mi kary, więc... no. Najdziwniejszy jest brak treningów, ale starszyzna trzyma mnie w napięciu! — zaśmiał się.
— Ja nie lubię. Raz jak jeszcze uczyłem się na Wojownika to zaniosłem im jedzenie, ale były tylko myszy na stosie. A ja nienawidzę myszy! — Miauknął z wyrzutem. — No i musiałem się zmusić, więc chciałem to zrobić jak najszybciej i tak jakoś wyszło, że jedną rzuciłem w tego ślepego. Okazało się potem, że to wujek Kaliowego Powiewu... Ależ ona mnie wtedy skrzyczała... jak to jest, że cokolwiek robię to ona się na mnie złości? Chyba choleryczka jakaś, ja to nie wiem! W końcu próbuję tylko przetrwać z dnia na dzień, pff.
— Rzuciłeś w starszego?! — Noc się najeżył. — To się nie dziwie Kalinie, że cię okrzyczała. Też bym to wtedy zrobił! — Noc przyznał. — Nawet jak jesteś moim kochanym bratem. Ale! Każdy popełnia błędy... nawet ja! — miauknął. — W każdym razie. Może zejdźmy z tematu błędów? I wróćmy do problemów z dzisiaj? Żywica! Wiesz mój najlepszy przyszły medyku, gdzie to znaleźć?
Chudy wyprostował się, nagle znacznie weselszy.
— Ajaaaaak! — Miauknął. — Najwięcej jej będzie przy świeżo złamanych gałęziach! Musimy iść do lasu poszukać. Najwyżej urwiemy gałązkę i poczekamy, aż wypłynie. Zaczął iść w kierunku wyjścia z obozu. — Będę najlepszym medykiem w całym lesie!
Noc jednak wiedział jak urobić swojego brat pod swoje potrzeby. Chudy rozpływał się pod komplementami. I dobrze. Czasem każdy musi usłyszeć coś miłego o sobie! — To ruszajmy. Przy okazji nazbieram trochę mchu dla starszyzny! I tak... będziesz najlepszym medykiem! — oświadczył Nocna Łapa uśmiechając się szeroko do brata.
Ruszyli razem do lasu. Całe szczęście, że Klan Wilka ma wszędzie dookoła różnego rodzaju drzewa, to też nie musieli daleko szukać. Były iglaste, liściaste, do wyboru do koloru.
— Daj no te kudły, zobaczymy czy tyle wystarczy. — Oznajmił Chudy, biorąc w szczupłe łapki tę odrobinę żywicy, którą znaleźli.
— Okej... — Noc nachylił się pod łapy brata, który zaczął wcierać w jego kłaki żywicę. Było to dziwne uczucie, ale jego włosy stały tam gdzie poukładał je chudy. Noc zaraz sam dołączył do stawiania swoich kłaków. I wyszło nawet śmiesznie, bo teraz był cały zaczesany do tyłu i do góry... jak dudek ! HAHA!
— Ja chyba potrzebuję kałuży! Chcę się zobaczyć!
— Poszukajmy jakiejś! — Oznajmił Chuda Łapa. — Przyda mi się też, bo mam posklejane łapki od tej żywicy. Powinny być jakieś, bo przecież padało niedawno.
Szybko oboje odnaleźli kałużę i to całkiem niemałą! Noc przez chwilę podziwiał się w wodzie, dopóki Chuda Łapa nie wsadził tam swoich łap. — Muszę przyznać, że mi do twarzy mi z takimi kłakami! Muszę częściej się tak nosić! — oświadczył przesuwając łapą po sztywnych kłakach. Chudy zachichotał pod nosem, czego Noc nie skomentował.
— No, no! Tylko poderwij jakiegoś porządnego kota, a nie pierwszego lepszego. — Oznajmił Chudy, kończąc myć łapy.
Zapadła chwilę ciszy.
— Nocna Łapo, dlaczego tak zmieniasz swój wygląd? Nie jesteś odpowiednio przystojny już teraz?
— Oczywiście, że poderwę kogoś porządnego! — Noc zerknął na brata z szerokim uśmiechem. — A zmieniam swój wygląd, bo... nie wiem. Wiem, że jestem przystojny i w ogóle, ale ja raczej nie robię tego dla innych, wiesz? Czuję się dobrze jak coś w sobie zmieniam i się upiękniam... ale nie wiem, czy inni się dobrze z tym czują i jeśli mam być szczery... powiewa mi to! — oświadczył głośno. Czuł się dumny ze swojego wyglądu i nie czuł się ani trochę źle zmieniając go ciągle i nieustannie!
— Oh... to dobrze. — padła odpowiedź. — Ja to chyba... Nie chcę aż tyle zmieniać. Dobrze mi tak jak jest. Chociaż... sierści mógłbym mieć trochę więcej! Ale jak już zostanę najlepszym medykiem to stworzę maść na porost sierści. Wtedy będę taki przystojny jak ty i Gruby! Bo wy obaj macie takie bujne grzywy.
— Bujna grzywa nie czyni cię od razu pięknym. Moim zdaniem, może nie masz dużo sierści, ale ma bardzo ładny kolor! Bardzo ładne pręgowanie! W ogóle, Chudy! Przecież ty masz takie śliczne oczka. Myślę, że twoja przyszła ukochana będzie w nie patrzeć godzinami! — noc pacnął łapą w plecy delikatnie. — Ale to prawda... więcej sierści by ci się przydało... albo nawet jeśli tylko żeby nie wypadała... dla twojego zdrowia, nie tylko dla piękności. — Noc otrzepał łapę gdzie zostało parę kłaczków Chudego. Chudy rzucił mu krzywe spojrzenie, zmarszczył brwi i spojrzał w kałużę. Zapadła chwila ciszy. Nad nimi tylko jesienne liście kołysały się na wietrze, a ptaki śpiewały w oddali. Ich odbicia w tej kałuży były trochę różne, ale Noc kochał swojego brata ponad wszystko inne. Jego bliskość jest komfortowa i uspokajająca.
— Słyszałeś, że oczy są zwierciadłem duszy? — Chudy zapytał nagle. Niewiele brakowało, a Nocy niewiele brakowało, żeby się cały najeżył.— Może kiedyś wyhoduję taką grzywę jak Ty. Wtedy to mi będziemy ją kleić na żywicę. — Dorzucił, uśmiechając się krzywo.
Noc zajrzał na brata wpatrzonego w kałużę. — Wiem... a twoje są zawsze takie... hymm... zdeterminowane? — Noc musiał znaleźć odpowiednie słowo. — Moim zdaniem to właśnie w nich jest piękne. I ktoś to w końcu doceni. — oparł się o bok brata. — Wiesz... w sumie masz nie dużo tych włosów... ale! — Nocna Łapa wygrzebał trochę żywicy na łapy ze swoich kłaków i przejechał łapami po czubku głowy brata nastawiając jego sierść do góry na irokeza. — Myślę, że ilość nie przeszkadza w dobrej zabawie — oświadczył noc próbując nie zaśmiać się z wyglądu brata
Chudy pozwolił, aby łapa Nocy przejechała po jego głowie z resztą żywicy. Te 3 włoski, które tam miał, stanęły dęba pod wpływem substancji. Wyglądał jak przylizany dudek z rzadkim irokezem na głowie. Miał swoją zwyczajową, zmęczoną minę.
— Masz rację. — Przyznał cicho Chudy — Chyba jestem zbyt zgorzkniały! Zabawmy się jutro... wrzućmy komuś pająka do legowiska!
— Dobra! A teraz łap trochę mchu. Na pewno się wam przyda a ja potrzebuję go dla starszyzny — oświadczył Noc od razu chwytając jakiś bardziej suchy mech. I po chwili już tuptali do obozu.

<Chuda Łapo?>

Od Nocnej Łapy (Nocnego Śpiewaka) CD. Bielinki

Noc odetchnął cichutko pod nosem. Było dzisiaj tak spokojnie. Takie dni zawsze były dla niego piękne i pełne wartości. Względna cisza pozwalała, aby otaczający ich las śpiewał się wesoło, nawet w tak gołej porze. Noc przechadzał się po obozie. Właśnie wrócił z patrolu i chciał sobie coś zjeść, jednak drogę zagrodził mu pewien kociak. Noc spojrzał na Bielinkę. Jeszcze niedawno pogryzła jego ogon, a teraz szła w jego stronę.
– Hej ty! Jak na ciebie mówią? – krzyczała. Chyba do niego. Noc nie był do końca pewien. Rzucił na nią okiem, a koteczka podeszła bliżej. Tak. Mówiła do niego, okej!
– Och. E… Nocny Śpiewak. – odparł. Jak ją ostatnio spotkał, to jeszcze miał na imię Nocna Łapa. Ach… jak dobrze jest być wolnym od obowiązków ucznia oraz irytacji Tropiącej Łaski! Kotka przestąpiła z łapy na łapę, jakby szykowała się do uderzenia w niego. No… odważna jest z pewnością. Noc zawahał się. Właściwie to współczuł komukolwiek, kto dostanie tego małego potwora jako ucznia. Ta znajdźka była naprawdę problematyczna, kto wie, czy nie niebezpieczna. Noc przekrzywił głowę.
– Co robisz poza żłobkiem w taką zimną porę, Bielinko? – w końcu się jej spytał. Kotka najeżyła się jak jeż na to pytanie. Powiedział coś nie tak? Czyżby kociak zaraz miał się na nią rzucić? Marna była szansa, że z nim wygra, ale próbować zawsze mogła. Naprawdę… ktokolwiek dostanie to stworzenie jako ucznia, skończy marnie. Siwy ze stresu. Jak dobrze, że ja jestem jeszcze za młody na ucznia. Ta myśl go pocieszała. Spojrzał znowu na kotkę przed sobą. Ta miała wściekłe oczka. Ile agresji może być w tak małym ciele? Jak to się tam mieści!? Tyle pytań, tak niewiele odpowiedzi…

<Bielinko?>