Kremowy nie spodziewał się nagłego zagajenia ze strony czarnofutrego, lecz nie mógł powiedzieć, że takie sytuacje zdarzały się rzadko. Wojownik najwyraźniej polubił towarzystwo dawnego Klifiaka, gdyż często do niego zagadywał. Nie było też niczym dziwnym zobaczyć ich wspólnie jedzących posiłek czy dzielących się językami — przynajmniej dopóki cała sytuacja ze zdrajcami nie wstrząsnęła Klanem Burzy. Teraz każdy kot zdolny do pracy musiał ją wykonywać, a czasu na pieszczoty czy odpoczynek było znacznie mniej. Królik wierzył jednak, że gdy tylko uda im się wykończyć nowy obóz i przeszukać stary, wszystko wróci do normy. No, może prócz tego, że będą dostawać mniej słońca, przesiadując głównie w tunelach. Czy mu się to podobało? Niezbyt. Wolał żyć na otwartej przestrzeni niż pod ziemią, lecz kim był, by na to narzekać? Nawet w Klanie Klifu nie mieszkał przecież pod gołym niebem, skoro ich azyl znajdował się w jaskini.
Jego rozmyślania przerwało nerwowe drgnięcie ucha Poczciwego Szakłaka. Kocur wyglądał na zniecierpliwionego. Jakby wahał się przed czymś i błagał los, by to już minęło. Tylko czym było to... coś?
— Czy mam chwilę? — powtórzył Gasnąca Łapa, próbując kupić sobie trochę czasu na powrót do rzeczywistości. — Cóż, dla ciebie zawsze, Szakłaku — odparł w końcu, rozluźniając mięśnie. Musiał bardziej skupiać się na teraźniejszości, zamiast bez przerwy bujać w obłokach. Nie było to jednak łatwe, zważywszy na to, że w jego głowie niemal bez przerwy kłębiły się rozmaite myśli. Powoli zaczynało go to wykańczać, zwłaszcza że nie zawsze były one pozytywne czy choćby neutralne. Często zmagał się z poczuciem winy i nieustanną krytyką wobec samego siebie. Teraz tym bardziej, po tym, jak przyczynił się do egzekucji Tańcującego Pierza i Nieustraszonego Chomika.
— Chciałbym ci coś powiedzieć — mruknął w końcu czarnofutry, unikając wzroku kremusa, który akurat wpatrywał się w jego pysk.
Tym razem Gasnąca Łapa poruszył swoim krótkim ogonkiem, jakby próbował odgonić od siebie wszystkie rozterki, po czym uśmiechnął się ciepło do przyjaciela.
— Mi możesz powiedzieć wszystko, dobrze o tym wiesz — miauknął, widząc, jak nieśmiały wydaje się Poczciwy Szakłak. — W końcu od tego są przyjaciele, prawda? By się nawzajem słuchać. Wiesz... to ty pomogłeś mi to zrozumieć.
Dopiero po chwili zauważył, że jego słowa, zamiast dodać wojownikowi otuchy, tylko jeszcze bardziej go peszyły.
Królik odwrócił od niego wzrok i szepnął:
— Nie chcesz słuchać mojego wywodu? No cóż... nie winię cię za to — zaśmiał się cicho, po czym potrząsnął głową. — Chcesz mi to powiedzieć tutaj, czy wolisz przejść się na zewnątrz? Co prawda pewnie strasznie wieje i zapewne odmarzną nam łapy, ale jeśli to sprawa wymagająca prywatności, to chyba jakoś wspólnie to przetrwamy.
Poczciwy Szakłak skinął głową i ruszył w stronę wyjścia z podziemnego azylu Klanu Burzy, by po chwili wydostać się na świat pochłonięty śnieżną zawieją. W powietrzu wirowały niezliczone płatki śniegu, a ziemię pokrywała coraz grubsza warstwa białego puchu, mieniącego się bladymi barwami. Gasnąca Łapa miał ochotę jakoś to skomentować, lecz ostatecznie ugryzł się w język, nie chcąc już męczyć biednego Szakłaka swoim gadulstwem. Mieli teraz okazję po prostu pobyć w ciszy. W końcu nawet ona, przy odpowiednim kocie, potrafiła być komfortowa i kojąca.
Wkrótce czarnofutry zatrzymał się w miejscu. Jego długie futro powiewało na wietrze, a sam mrużył nieznacznie zielone ślepia, chroniąc je przed ostrym wichrem. Królik uważał takie drobne gesty za urocze. Sam nie wiedział dlaczego, ale świadomość, że inne koty mają własne nawyki i przyzwyczajenia, zawsze napawała go zachwytem i zaciekawieniem.
Poczciwy Szakłak otworzył pysk, najpewniej, by coś kremowemu przekazać, jednak wtem ten dostrzegł, że z futra na jego policzku zwisał drobny kawałek gałązki. Wcześniej znosił gałęzie do wzmocnienia azylu, więc nie było w tym nic dziwnego. Bursztynowooki przysunął się bliżej wojownika, po czym delikatnie chwycił zębami utknięty patyczek i ściągnął go z jego mordki. Wypluł go na śnieg i uśmiechnął się ciepło.
— No, to śmiało. Możesz mówić. Słucham cię uważnie.
Zielonooki spuścił wzrok. Przez krótką chwilę wyglądał tak, jakby walczył sam ze sobą. Potem wziął głęboki oddech, a kiedy ponownie uniósł spojrzenie, w jego ślepiach zaiskrzyła pewność siebie.
— Wiem, że znamy się raczej stosunkowo krótko i początkowo spotykaliśmy się na granicy dość sporadycznie, jednak... Po ostatnich wydarzenia w klanie coś do mnie dotarło — zaczął cicho, po czym zawiesił głos i spojrzał prosto w pomarańczowe oczy Gasnącej Łapy. — Jesteś dla mnie kimś więcej niż tylko przyjacielem, jesteś kotem, którego samo towarzystwo sprawia, że czuję spokój. Kiedy tylko widzę twoje jasne futro, przypominające złocisty piasek na plaży, czuję, jak uśmiech sam pojawia się na moim pysku, a twoje pomarańczowe oczy są niczym zachodzące słońce na tafli morza, w których wręcz tonę. Nigdy nie miałem okazji zaznać miłości ze strony kogoś spoza rodziny, jednak wiem, że to, co czuję wobec ciebie, jest właśnie tym uczuciem. Jednocześnie tak obcym i znajomym. Dlatego... Dlatego czy zechcesz spędzić resztę czasu w klanie u mego boku jako partner? — zakończył, a na jego pysku rozkwitł delikatny, pełen nadziei uśmiech.
Wyglądał na szczęśliwego. Spełnionego. Jakby właśnie zrobił pierwszy krok ku temu, czego od dawna pragnął. W zielonych ślepiach iskrzyła ekscytacja, ale i zniecierpliwienie. Zdawało się, że czeka już tylko na jedno słowo Gasnącej Łapy, by móc zbliżyć się do niego i dotknąć jego pyska własnym.
Kremowy nie czuł jednak tego samego.
Wyznanie Poczciwego Szakłaka było piękne. Jeszcze przez chwilę dudniło mu w uszach, lecz zamiast ciepła pozostawiło jedynie ciężar w klatce piersiowej i paraliżujący strach.
W końcu bursztynowooki zaśmiał się nerwowo, lecz po chwili jego śmiech urwał się gwałtownie, gdy dotarło do niego, że to nie był żart, a Poczciwy Szakłak mówił szczerze. Od serca. Naprawdę chciał, by Gasnąca Łapa został jego partnerem.
Tylko dlaczego? Co takiego w nim widział? Dawny Klifiak nie był nikim innym jak zwykłym mysim móżdżkiem. W życiu popełnił tyle błędów, że nie sądził, by ktokolwiek był jeszcze w stanie go pokochać.
Poza tym... czy gdyby zgodził się zostać partnerem Poczciwego Szakłaka, nie oznaczałoby to, że naprawdę przestał kochać Dyniową Skórkę? Że słowa Kocimiętki w końcu stałyby się prawdą? Zdradziłby piękną kotkę o ognistym futrze. Oddałby swoje serce komuś innemu, jakby wszystko, co czuł do Dyni, nigdy nie miało znaczenia.
Nie wiedział nawet, czy w ogóle podobają mu się kocury. Nigdy się nad tym nie zastanawiał. Nigdy nie musiał. Od zawsze kochał Dyniową Skórkę, a przynajmniej tak mu się wydawało. Ale... czy naprawdę wciąż czuł wobec niej to samo, co wtedy, gdy był młodym wojownikiem? A może od dawna kurczowo trzymał się jedynie wspomnienia o niej? Może bał się przyznać przed samym sobą, że Dynia już nie wróci? Że naprawdę go porzuciła?
Czy tym kimś, kto miałby ją zastąpić... miałby zostać Poczciwy Szakłak?
— Ja... — odezwał się w końcu Gasnąca Łapa, odruchowo cofając się o krok. — Ja...
To było wszystko, na co było go stać.
Spojrzał na pysk Szakłaka i dostrzegł, że ciepło powoli znikało z jego spojrzenia. Jego delikatny uśmiech zgasł, ustępując miejsca niepewności.
— Jeśli nie chcesz, to... ja... nie będę naciskał — wymamrotał czarnofutry, spuszczając wzrok na łapy.
— To... to nie tak, że... — Kremowy próbował się odezwać, lecz słowa ugrzęzły mu w gardle. Im bardziej chciał coś powiedzieć, tym mocniejszy był supeł na jego gardle. Stał tylko bezwładnie, wpatrzony w kota, którego właśnie zranił.
Dlaczego znowu do tego dopuścił? Dlaczego za każdym razem, gdy ktoś potrzebował od niego odpowiedzi, zamierał? Przecież już raz to zrobił. Na zgromadzeniu, gdy Kocimiętka oskarżyła go o zdradę. Wtedy również nie próbował się bronić. Nie powiedział ani słowa. Pozwolił, by uwierzyła we wszystko, co sobie o nim nawymyślała. Milczał wtedy, dobrze wiedząc, jak bardzo ją tym skrzywdził, a teraz robił dokładnie to samo Poczciwemu Szakłakowi.
Starał się udawać, że odkąd Poczciwy Szakłak wyznał mu miłość, nic się nie zmieniło, lecz naprawdę ciężko było mu oszukiwać samego siebie. Gołym okiem dało się dostrzec, że ich relacja nie wyglądała już tak samo. Nie rozmawiali tak często. Nie dzielili się językami. Nie jedli wspólnie posiłków. Zamiast tego Gasnąca Łapa pogrążył się w swoich obowiązkach, próbując ciężką pracą zagłuszyć myśli o miłości.
Przeszedł już tyle zmian imion, a przynależności zmieniał niemal jak opatrunki. A jednak wciąż pozostawał tym samym, głupim Króliczą Ułudą, za którym nieszczęście ciągnęło się niczym fatum. Tylko dlaczego potrafił dostrzec, że postępuje źle, a mimo to nie umiał nic z tym zrobić? Czy naprawdę tak trudno było po prostu usiąść, wlepić wzrok w jeden punkt i pozwolić, by wszystkie zmartwienia wreszcie go dopadły? Przecież wiedział, że dalsze uciekanie od własnych uczuć niczego nie rozwiąże.
Miał nawet w planach tak zrobić, lecz wtedy przemknął obok niego Poczciwy Szakłak. W obecności Królika jego ruchy stały się szybkie, nerwowe, jakby za wszelką cenę chciał spędzać przy nim jak najmniej czasu.
— Szakłaku, zaczekaj! — wyrwało się z pyska ucznia, zanim zdążył się nad tym zastanowić.
Wcale tego nie planował. Wcale nie chciał go zatrzymywać. A jednak było już za późno. Imię wojownika poniosło się echem po podziemnych tunelach i zatrzymało czarnofutrego w miejscu.
Gasnąca Łapa ruszył ku niemu niepewnym krokiem. W głowie miał pustkę. Zupełnie nie wiedział, co chciał powiedzieć. Gdy w końcu stanęli pyskiem w pysk, z jego gardła wydostało się pierwsze słowo, jakie przyszło mu na myśl:
— Przepraszam...
Poczciwy Szakłak zamrugał kilka razy, lecz nie odpowiedział ani słowem.
— Przepraszam, Szakłaku... — powtórzył bursztynowooki. Zmrużył ślepia, a w ich kącikach zaczęły zbierać się łzy. Prędko otarł je jednak łapą. Nie chciał wyjść na słabeusza. — Nie chciałem cię odrzucić, naprawdę. Jesteś mi najdroższy... Gdybym miał cię stracić przez własną głupotę, chyba nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Ja po prostu... nie wiem, co się ze mną dzieje... — urwał, spuszczając wzrok. — Nie wiem, co wobec ciebie czuję. Nie wiem, czy zależy mi na tobie jak na przyjacielu, czy jak na partnerze… Chciałbym, byś dał mi więcej czasu na to, by to przemyśleć. By zrozumieć, czego tak naprawdę chce moje serce…
Jego rozmyślania przerwało nerwowe drgnięcie ucha Poczciwego Szakłaka. Kocur wyglądał na zniecierpliwionego. Jakby wahał się przed czymś i błagał los, by to już minęło. Tylko czym było to... coś?
— Czy mam chwilę? — powtórzył Gasnąca Łapa, próbując kupić sobie trochę czasu na powrót do rzeczywistości. — Cóż, dla ciebie zawsze, Szakłaku — odparł w końcu, rozluźniając mięśnie. Musiał bardziej skupiać się na teraźniejszości, zamiast bez przerwy bujać w obłokach. Nie było to jednak łatwe, zważywszy na to, że w jego głowie niemal bez przerwy kłębiły się rozmaite myśli. Powoli zaczynało go to wykańczać, zwłaszcza że nie zawsze były one pozytywne czy choćby neutralne. Często zmagał się z poczuciem winy i nieustanną krytyką wobec samego siebie. Teraz tym bardziej, po tym, jak przyczynił się do egzekucji Tańcującego Pierza i Nieustraszonego Chomika.
— Chciałbym ci coś powiedzieć — mruknął w końcu czarnofutry, unikając wzroku kremusa, który akurat wpatrywał się w jego pysk.
Tym razem Gasnąca Łapa poruszył swoim krótkim ogonkiem, jakby próbował odgonić od siebie wszystkie rozterki, po czym uśmiechnął się ciepło do przyjaciela.
— Mi możesz powiedzieć wszystko, dobrze o tym wiesz — miauknął, widząc, jak nieśmiały wydaje się Poczciwy Szakłak. — W końcu od tego są przyjaciele, prawda? By się nawzajem słuchać. Wiesz... to ty pomogłeś mi to zrozumieć.
Dopiero po chwili zauważył, że jego słowa, zamiast dodać wojownikowi otuchy, tylko jeszcze bardziej go peszyły.
Królik odwrócił od niego wzrok i szepnął:
— Nie chcesz słuchać mojego wywodu? No cóż... nie winię cię za to — zaśmiał się cicho, po czym potrząsnął głową. — Chcesz mi to powiedzieć tutaj, czy wolisz przejść się na zewnątrz? Co prawda pewnie strasznie wieje i zapewne odmarzną nam łapy, ale jeśli to sprawa wymagająca prywatności, to chyba jakoś wspólnie to przetrwamy.
Poczciwy Szakłak skinął głową i ruszył w stronę wyjścia z podziemnego azylu Klanu Burzy, by po chwili wydostać się na świat pochłonięty śnieżną zawieją. W powietrzu wirowały niezliczone płatki śniegu, a ziemię pokrywała coraz grubsza warstwa białego puchu, mieniącego się bladymi barwami. Gasnąca Łapa miał ochotę jakoś to skomentować, lecz ostatecznie ugryzł się w język, nie chcąc już męczyć biednego Szakłaka swoim gadulstwem. Mieli teraz okazję po prostu pobyć w ciszy. W końcu nawet ona, przy odpowiednim kocie, potrafiła być komfortowa i kojąca.
Wkrótce czarnofutry zatrzymał się w miejscu. Jego długie futro powiewało na wietrze, a sam mrużył nieznacznie zielone ślepia, chroniąc je przed ostrym wichrem. Królik uważał takie drobne gesty za urocze. Sam nie wiedział dlaczego, ale świadomość, że inne koty mają własne nawyki i przyzwyczajenia, zawsze napawała go zachwytem i zaciekawieniem.
Poczciwy Szakłak otworzył pysk, najpewniej, by coś kremowemu przekazać, jednak wtem ten dostrzegł, że z futra na jego policzku zwisał drobny kawałek gałązki. Wcześniej znosił gałęzie do wzmocnienia azylu, więc nie było w tym nic dziwnego. Bursztynowooki przysunął się bliżej wojownika, po czym delikatnie chwycił zębami utknięty patyczek i ściągnął go z jego mordki. Wypluł go na śnieg i uśmiechnął się ciepło.
— No, to śmiało. Możesz mówić. Słucham cię uważnie.
Zielonooki spuścił wzrok. Przez krótką chwilę wyglądał tak, jakby walczył sam ze sobą. Potem wziął głęboki oddech, a kiedy ponownie uniósł spojrzenie, w jego ślepiach zaiskrzyła pewność siebie.
— Wiem, że znamy się raczej stosunkowo krótko i początkowo spotykaliśmy się na granicy dość sporadycznie, jednak... Po ostatnich wydarzenia w klanie coś do mnie dotarło — zaczął cicho, po czym zawiesił głos i spojrzał prosto w pomarańczowe oczy Gasnącej Łapy. — Jesteś dla mnie kimś więcej niż tylko przyjacielem, jesteś kotem, którego samo towarzystwo sprawia, że czuję spokój. Kiedy tylko widzę twoje jasne futro, przypominające złocisty piasek na plaży, czuję, jak uśmiech sam pojawia się na moim pysku, a twoje pomarańczowe oczy są niczym zachodzące słońce na tafli morza, w których wręcz tonę. Nigdy nie miałem okazji zaznać miłości ze strony kogoś spoza rodziny, jednak wiem, że to, co czuję wobec ciebie, jest właśnie tym uczuciem. Jednocześnie tak obcym i znajomym. Dlatego... Dlatego czy zechcesz spędzić resztę czasu w klanie u mego boku jako partner? — zakończył, a na jego pysku rozkwitł delikatny, pełen nadziei uśmiech.
Wyglądał na szczęśliwego. Spełnionego. Jakby właśnie zrobił pierwszy krok ku temu, czego od dawna pragnął. W zielonych ślepiach iskrzyła ekscytacja, ale i zniecierpliwienie. Zdawało się, że czeka już tylko na jedno słowo Gasnącej Łapy, by móc zbliżyć się do niego i dotknąć jego pyska własnym.
Kremowy nie czuł jednak tego samego.
Wyznanie Poczciwego Szakłaka było piękne. Jeszcze przez chwilę dudniło mu w uszach, lecz zamiast ciepła pozostawiło jedynie ciężar w klatce piersiowej i paraliżujący strach.
W końcu bursztynowooki zaśmiał się nerwowo, lecz po chwili jego śmiech urwał się gwałtownie, gdy dotarło do niego, że to nie był żart, a Poczciwy Szakłak mówił szczerze. Od serca. Naprawdę chciał, by Gasnąca Łapa został jego partnerem.
Tylko dlaczego? Co takiego w nim widział? Dawny Klifiak nie był nikim innym jak zwykłym mysim móżdżkiem. W życiu popełnił tyle błędów, że nie sądził, by ktokolwiek był jeszcze w stanie go pokochać.
Poza tym... czy gdyby zgodził się zostać partnerem Poczciwego Szakłaka, nie oznaczałoby to, że naprawdę przestał kochać Dyniową Skórkę? Że słowa Kocimiętki w końcu stałyby się prawdą? Zdradziłby piękną kotkę o ognistym futrze. Oddałby swoje serce komuś innemu, jakby wszystko, co czuł do Dyni, nigdy nie miało znaczenia.
Nie wiedział nawet, czy w ogóle podobają mu się kocury. Nigdy się nad tym nie zastanawiał. Nigdy nie musiał. Od zawsze kochał Dyniową Skórkę, a przynajmniej tak mu się wydawało. Ale... czy naprawdę wciąż czuł wobec niej to samo, co wtedy, gdy był młodym wojownikiem? A może od dawna kurczowo trzymał się jedynie wspomnienia o niej? Może bał się przyznać przed samym sobą, że Dynia już nie wróci? Że naprawdę go porzuciła?
Czy tym kimś, kto miałby ją zastąpić... miałby zostać Poczciwy Szakłak?
— Ja... — odezwał się w końcu Gasnąca Łapa, odruchowo cofając się o krok. — Ja...
To było wszystko, na co było go stać.
Spojrzał na pysk Szakłaka i dostrzegł, że ciepło powoli znikało z jego spojrzenia. Jego delikatny uśmiech zgasł, ustępując miejsca niepewności.
— Jeśli nie chcesz, to... ja... nie będę naciskał — wymamrotał czarnofutry, spuszczając wzrok na łapy.
— To... to nie tak, że... — Kremowy próbował się odezwać, lecz słowa ugrzęzły mu w gardle. Im bardziej chciał coś powiedzieć, tym mocniejszy był supeł na jego gardle. Stał tylko bezwładnie, wpatrzony w kota, którego właśnie zranił.
Dlaczego znowu do tego dopuścił? Dlaczego za każdym razem, gdy ktoś potrzebował od niego odpowiedzi, zamierał? Przecież już raz to zrobił. Na zgromadzeniu, gdy Kocimiętka oskarżyła go o zdradę. Wtedy również nie próbował się bronić. Nie powiedział ani słowa. Pozwolił, by uwierzyła we wszystko, co sobie o nim nawymyślała. Milczał wtedy, dobrze wiedząc, jak bardzo ją tym skrzywdził, a teraz robił dokładnie to samo Poczciwemu Szakłakowi.
* * *
Przeszedł już tyle zmian imion, a przynależności zmieniał niemal jak opatrunki. A jednak wciąż pozostawał tym samym, głupim Króliczą Ułudą, za którym nieszczęście ciągnęło się niczym fatum. Tylko dlaczego potrafił dostrzec, że postępuje źle, a mimo to nie umiał nic z tym zrobić? Czy naprawdę tak trudno było po prostu usiąść, wlepić wzrok w jeden punkt i pozwolić, by wszystkie zmartwienia wreszcie go dopadły? Przecież wiedział, że dalsze uciekanie od własnych uczuć niczego nie rozwiąże.
Miał nawet w planach tak zrobić, lecz wtedy przemknął obok niego Poczciwy Szakłak. W obecności Królika jego ruchy stały się szybkie, nerwowe, jakby za wszelką cenę chciał spędzać przy nim jak najmniej czasu.
— Szakłaku, zaczekaj! — wyrwało się z pyska ucznia, zanim zdążył się nad tym zastanowić.
Wcale tego nie planował. Wcale nie chciał go zatrzymywać. A jednak było już za późno. Imię wojownika poniosło się echem po podziemnych tunelach i zatrzymało czarnofutrego w miejscu.
Gasnąca Łapa ruszył ku niemu niepewnym krokiem. W głowie miał pustkę. Zupełnie nie wiedział, co chciał powiedzieć. Gdy w końcu stanęli pyskiem w pysk, z jego gardła wydostało się pierwsze słowo, jakie przyszło mu na myśl:
— Przepraszam...
Poczciwy Szakłak zamrugał kilka razy, lecz nie odpowiedział ani słowem.
— Przepraszam, Szakłaku... — powtórzył bursztynowooki. Zmrużył ślepia, a w ich kącikach zaczęły zbierać się łzy. Prędko otarł je jednak łapą. Nie chciał wyjść na słabeusza. — Nie chciałem cię odrzucić, naprawdę. Jesteś mi najdroższy... Gdybym miał cię stracić przez własną głupotę, chyba nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Ja po prostu... nie wiem, co się ze mną dzieje... — urwał, spuszczając wzrok. — Nie wiem, co wobec ciebie czuję. Nie wiem, czy zależy mi na tobie jak na przyjacielu, czy jak na partnerze… Chciałbym, byś dał mi więcej czasu na to, by to przemyśleć. By zrozumieć, czego tak naprawdę chce moje serce…
<Poczciwy Szakłaku?>

