BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

21 sierpnia 2026

Od Bryzki do Skowronka

Słońce zaczęło się zniżać, a niebo przestrzelone było przez ciemne, różowe chmury, mieszające się z błękitem wpadającym w fiolet. Duże, kłębiące się obłoki przykuły uwagę małej koteczki, siedzącej wtulonej w swojego braciszka, Skowronka. Ślepy królik by dostrzegł, jak bardzo się kochali. Nie trwali jednak tak wiecznie. Kocurek, w odróżnieniu od niej, po jakimś czasie skupił się raczej na tym, co robił ojciec, ona zaś na niekończącym się niebie, ciągle zmieniającym swoje oblicze, jednak w bardzo powolny i prosty sposób. Nocny Śpiewak wymieniał właśnie ściółkę w legowisku, szeleszcząc przy tym i wyrywając wyschnięte, twarde oraz całe mokre części, ponieważ tamta porcja nie wytrzymała długo pazurków rozrabiających kociąt. Bryzka ziewnęła, strosząc sierść wzdłuż kręgosłupa w celu ochronienia się przed chłodnymi podmuchami zefirku. W żłobku, poza nimi, przebywały również inne karmicielki – było ich kilka. Ognikowa Słota, mistrzyni. Miodowy Ul, wojowniczka, wraz ze swoją partnerką, Jesionową Szadzią. Oprócz tego… partnerka zastępcy, Kwaśna Kocanka. Szylkreteczka powinna z nimi porozmawiać któregoś razu!
— Gotowe! — miauknął dumny kruczofutry, łapą drapiąc się za uchem, na jego pysku zawitała ulga. Bryzka popędziła w stronę rodzica, układajac się wygodnie na świeżej, czystej, chłodnej ściółce. Nadal kusiło ją, żeby i tym razem ją rozerwać na strzępy – w końcu była to tak świetna zabawa! Jednak postanowiła sobie, że tym razem odpuści. Mogła przecież poczekać do rana. Spojrzała na dymnego kocurka, wpatrzonego w ojca, mrużąc w tej chwili oczka przebiegle.
— Skowronku, kto pierwszy złapie to pióro, ten wygrywa! — krzyknęła do niego i mimo że miała przewagę może sekundy, łapki jej wylądowały szybko na przedmiocie, a ona uśmiechnęła się zwycięsko do dymnego. — Ha! Wygrałam! — powiedziała zadowolona z siebie, gdy jej ogonek wywijał na boki z podekscytowania, a kieł przygryzł wargę i pyszczek wykrzywił się w chytrym uśmieszku. Bursztynooki zmarszczył brwi i rozglądnąwszy się, wpadł na pewien pomysł.
— Może i tym razem wygrałaś, ale… kto pierwszy dobiegnie do Midowego Ula, ten wygrywa! — I rzucił się biegiem ku złotej karmicielce, obecnie rozmawiającej z liliową, ułożone były obok siebie. Gdy kątem oka dostrzegły, że biegiem zmierzają w ich stronę dwa kociaki, zdziwiły się odrobinę, jednak na ich pyszczkach nie pojawiło się niezadowolenie, a wręcz swego rodzaju ciepło. Bryzka była o dwa kroki za bratem, gnając ile sił w łapkach, żeby to ona była tą pierwszą.

<Skowronku, tylko nie wpadnij w nie! Albo wpadnij, żebym ja nie musiała...>

Od Smoka CD. Modrogończyka

— Dzień dobry, Smoku! — miauknął Modrogończyk, tym samym sprawiając, że kocica spojrzała w jego stronę. Neutralny wyraz jej pyska zamienił się w nienaturalny grymas. — Zaraz się tobą zajmę, tylko skończę nakładać papkę na poduszki Pierścienia.
Tyle że szylkretka nie potrzebowała, by ktoś się nią zajął. Była zdrowa jak ryba w wodzie! Przyszła tu jedynie dlatego, że miała nadzieję na rozmowę z Purchawką. Ta głupia szamanka! Powiedziała jej o jakimś kocie, który nazywał się Wilczomlecz, ale takiego wcale nie było w Owocowym Lesie! Smok pytała już innych Owocniaków i każdy z nich tylko wzruszał ramionami, przyznając, że nie ma pojęcia o istnieniu żadnego Wilczomlecza. Wychodziło na to, że Purchawka musiała ją po prostu perfidnie okłamać! W żywe oczy! Jak ona w ogóle śmiała przekazać szylkretowej uczennicy fałszywe informacje! Mogła się chociaż przyznać, że nie potrafi lisiej mowy i nie wie, czy ktokolwiek inny ją zna, zamiast opowiadać kotce o nieistniejącym kocie i niepotrzebnie robić jej nadzieję!
W dodatku samopoczuciu Smoka nie pomagał fakt, że w lecznicy przebywał jej nieznośny brat — Pierścień. Nie mogła nawet na niego patrzeć, tym bardziej teraz, gdy była sfrustrowana na Purchawkę i w ogóle cały świat wokół. Widząc jego głupiutki pyszczek, miała ochotę wysunąć pazury i przejechać nimi po tej jego mordce! Wiedziała, że musi się jednak powstrzymać. Nie mogła przecież zaatakować Pierścienia na oczach Modrogończyka i szamanki, bo tylko przyniosłaby sobie wstyd i problemy. A tego nie chciała, bo mogłoby to wydłużyć jej czas trwania treningu. Czereśnia pewnie za karę kazałby jej znacznie dłużej kisić się na posadzie ucznia, co byłoby dla niej istnym koszmarem. W końcu co, gdyby w międzyczasie Mordor lub Pierścień zdążyli się mianować? Nie mogła do tego za żadne skarby dopuścić!
— Hej, już zająłem się twoim bratem — odezwał się nagle czekoladowy uczeń, wyrywając tym samym szylkretkę z zamyślenia. — Mów śmiało, co ci dolega. Wiem już całkiem sporo o chorobach i ziołach, więc jestem pewny, że będę w stanie ci pomóc — dodał jeszcze, uśmiechając się ciepło do swojej starszej koleżanki.
Ta jednak go zignorowała. Skoro już została wyrwana z zamyślenia, odnalazła wzrokiem Purchawkę i szybko do niej podeszła, zostawiając Gończyka bez odpowiedzi. Może i było to niemiłe z jej strony, ale czy można ją za to winić, gdy jest w tak złym humorze? Uczeń szamana powinien użyć swojego szóstego zmysłu i wykryć, że Smok nie ma ochoty na rozmowę z nim.
— Pulchawko! — burknęła szylkretka, gdy w końcu znalazła się przed szamanką.
Ta spojrzała na nią ze zdziwieniem, po czym przeniosła wzrok na Modrogończyka. Nie obserwowała go jednak zbyt długo i po chwili znów wlepiła spojrzenie w Smoka.
— Tak? Coś ci dolega? Jeśli tak, Modrogończyk może się tobą zająć. Zapewniam cię, że wie, co robi — oznajmiła.
W uczennicy krew zagotowała się jeszcze bardziej. Czemu wszyscy w tym Owocowym Lesie byli takimi idiotami! Zapchlone mysie papki! Głupie lisie bobki! Smok czuła się tak, jakby powoli traciła już poczytalność, gdy miała rozmawiać z tymi kotami, które chyba zamieniły się z gołębiami rozumem.
— Nic mi nie dolega! — warknęła przez zęby, jeżąc sierść na karku z poirytowania.
Purchawka zdziwiła się zirytowanym tonem uczennicy.
— Jesteś pewna? Wydajesz się całkiem spięta, słoneczko. Może źle spałaś? Mogę podać ci nasiona maku — zaproponowała szamanka, wyglądając na szczerze przejętą.
Smok rozluźniła się nieco, po czym przewróciła oczami.
— Nie chcę żadnych ziół! — stwierdziła i odwróciwszy się tyłem do Purchawki, strzepnęła ogonem. — Chodź za mną — poleciła, nawet nie siląc się na grzeczny ton. Miała już dość tych wszystkich głupków w Owocowym Lesie!
Szamanka, wciąż nieco zdziwiona, podążyła za uczennicą na środek azylu. Na jej pysku widniało zdumienie, a także może sfrustrowanie tym, jak niemiła była dziś Smok.
— O czym chciałaś mi powiedzieć, słoneczko? — zapytała dymna, wyginając swój pysk w wymuszonym uśmiechu.
Wtem uczennica zmierzyła morderczym wzrokiem starszą szamankę.
— Co chciałam powiedzieć? — powtórzyła, patrząc na Purchawkę tak, jakby chciała ją unicestwić samym spojrzeniem. — To, że mnie okłamałaś, ty oszukistko! — prychnęła, jeżąc sierść na karku. — W Owocowym Lesie nie ma żadnego Wilczomlecza! Wymyśliłaś go, kłamco! — dodała, marszcząc nos.
Dymna zamrugała kilka razy ze zdumienia.
— Jak to nie ma? — wydukała, po czym przekręciła głowę. — Przecież nie słyszałam, by umarł. Jestem pewna, że gdyby coś mu się stało, to wiedziałabym o tym jako jedna z pierwszych! — uparła się, mierząc Smoka podejrzliwym wzrokiem.
— Nie obchodzi mnie to! Przeszukałam cały obóz i spytałam każdego kota o jakiegoś Wilczomlecza, ale nikt nie wiedział, o kogo chodzi! — fuknęła, strzepując ogonem ze złości.
To, co wyprawiała Purchawka, było po prostu żałosne. Wymyślała sobie jakiegoś nieistniejącego kota, a potem próbowała wkręcić biedną uczennicę w to, że jednak istnieje. A teraz, zamiast przyznać się do bycia okrutnikiem, brnęła w to kłamstwo dalej! To było naprawdę nie do pomyślenia. Tak nie powinna się zachowywać kotka, która miała w Owocowym Lesie tak dużo władzy! Smok lepiej by się spisała na jej miejscu. Albo nawet i ten głupi Modrogończyk.
— Mam nadzieję, że twój synalek szybko zajmie twoje miejsce — wymamrotała pod nosem, na co Purchawka wyciągnęła w jej stronę szyję.
— Co mówiłaś? — spytała, lecz szylkretka jedynie przewróciła oczami. — No, nieważne… Ale wracając do Wilczomlecza, to jestem pewna, że żyje! Nie wiem, czy ma się dobrze, biorąc pod uwagę jego stan psychiczny… ale na pewno żyje! — zapewniła uczennicę.
Smok wciąż jednak nie była przekonana. Przecież to niemożliwe, by nikt poza Purchawką nigdy nie słyszał o żadnym Wilczomleczu. Spytała tyle kotów — starszych i młodszych — i żaden nie wiedział, o kogo mogło jej chodzić. Sama też nie wiedziała, jak powinna opisać kota, którego szuka. Nawet jeśli Purchawka kiedyś jej go opisywała, to już tego nie pamiętała. Jedyne, co miała, to tę imię, którego nikt nigdy nie zdawał się słyszeć.
— Skoro jesteś taka pewna, że ten cały Wilczomlecz istnieje, to mnie do niego zaprowadź — zażądała, strosząc futro na karku. Tak będzie najłatwiej zagiąć Purchawkę i wywlec jej kłamstwo na światło dzienne.
— Teraz? — zapytała szamanka, oglądając się w stronę lecznicy.
— No laczej, że telaz.
Nie zamierzała ani chwili dłużej robić z siebie głupka i pytać kotów o kota, który był tylko wytworem bujnej wyobraźni szamanki. Smok nie mogła przecież przynosić sobie wstydu! Ona była wszechwiedząca i nieomylna, a takim pytaniem o nieistniejącego Wilczomlecza pewnie sprawiła, że koty patrzyły teraz na nią jak na obłąkaną. Miała tylko nadzieję, że szybko zapomną o tym incydencie.
W końcu starsza skinęła głową, przerywając spiralę myśli uczennicy.
— Dobrze. Powinien przebywać w legowisku starszych — oznajmiła, od razu zmierzając w tamtą stronę.
Szylkretka zdziwiła się, że szamanka wyglądała na taką pewną istnienia Wilczomlecza. Czyżby jej już do reszty odbiło? Smok przecież weszła do legowiska starszych i wprost spytała, czy przebywał tam ktoś o takim imieniu. Większość zgodnie odpowiedziała, że nie zna nikogo, kto zwałby się Wilczomlecz!
Mimo to szylkretowa przeraziła się trochę, że mogłaby być w błędzie. Purchawka wyglądała na naprawdę przekonaną o swojej racji. Tak bardzo, że kotka z największym ego w Owocowym Lesie zaczęła się obawiać.
— Byłam w legowisku stalszych i pytałam ich o Wilczomlecza! Nikt kogoś takiego nigdy nie widział — zaczęła się tłumaczyć, podążając za dymną kotką. — Więc jeśli ktoś taki naplawdę istnieje, to chyba musisz potlafić czalować! — kontynuowała, wpatrując się w niewzruszony wyraz pyska Purchawki.
Wkrótce kotki wkroczyły do legowiska starszych, a szamanka od razu się zatrzymała, wlepiając spojrzenie w liliowego, zgarbionego kocura. Ten uniósł swoje zielone ślepia na przybyłe, drżąc pod ich spojrzeniem. Dziwak.
— Wilczomleczu! — zawołała dymna kotka, podchodząc do pręgowanego. — Ta oto młódka, Smok, chciałaby z tobą porozmawiać — oznajmiła, po czym odwróciła głowę, by spiorunować szylkretkę wzrokiem.
Ta jednak zmarszczyła brwi.
— Halo, to nie żaden Wilczomlecz! — wrzasnęła, przeciskając się przez leżące na ziemi posłania do tego, które należało do liliowego. — Przecież on się nazywa Wiciokzew! Tak mi powiedziała leszta stalszych! — oburzyła się, jeżąc sierść na karku.
Szamanka spojrzała na nią zdziwiona, lecz nim cokolwiek powiedziała, przerwał im starszy:
— T-tak… — mruknął, zwracając na siebie uwagę dwóch kotek. — Nazywam się W-Wiciokrzew, lecz Pu-Purchawka od dawna myli moje i-imię — oznajmił, wlepiając wzrok w ziemię.
Szamanka i uczennica spojrzały po sobie. Czyli żadna z nich się nie myliła? To wszystko było tylko jednym, wielkim nieporozumieniem?
Smok prychnęła coś pod nosem.
— Świetnie! Tyle zachodu, żeby się dowiedzieć, że pzez cały czas szukałam nie tego kota! — bąknęła niezadowolona. — No ale pzynajmniej telaz już go znalazłam, więc możesz już zostawić nas samych — zwróciła się do szamanki, po czym strzepnęła ogonem.
Purchawka skinęła głową.
— Dobrze, słoneczko. Życzę ci, byś dowiedziała się od Wilcz- Wiciokrzewa tego, czego pragniesz — mruknęła na pożegnanie i wybyła z legowiska starszych.
Smok spojrzała na raczej mizernego, pokiereszowanego i naznaczonego zębem czasu kocura. Wyglądał, jakby przejechał go Potwór Dwunożnych! No i w dodatku szylkretka zdążyła już dostrzec, że nie miał jednej łapy. I niby od niego miała się uczyć lisiej mowy?
— No, eee… Ogólnie to chciałam z tobą polozmawiać, bo zaintelesowała mnie lisia mowa! Podobno ją potlafisz, co nie? — zaczęła trochę niezręcznie. Starszy emanował dziwną energią, a może raczej jej brakiem. Wyglądał trochę jak skorupa bez duszy, a nie jak kot.
— Owszem… p-potrafię — odparł.
Ach. W dodatku strasznie się jąkał! Przynajmniej Smok mogła czuć się raźniej, gdyż także nie mówiła w taki sam sposób jak większość Owocniaków. Tak samo, jak jej siostra. Co za pech!
— Świetnie. W takim lazie mnie jej nauczysz — ogłosiła, przybierając zadowolony wyraz pyska. Nie pozostawiła kocurowi miejsca na sprzeciw. — Pzyjdę do ciebie za niedługo i mnie nauczysz! Telaz muszę już iść, pa! — pożegnała się z nim i czmychnęła szybko poza legowisko starszych.
Może nie była to najdłuższa interakcja i może nie zrobiła na Wiciokrzewie dobrego pierwszego wrażenia, lecz wcale nie była przygotowana na tę rozmowę. Myślała, że Purchawka naprawdę wymyśliła sobie tego kota! Zdziwiło ją to ogromnie, gdy okazało się, że przez cały ten czas po prostu myliła jego imię.

* * *

Teraźniejszość

Te “niedługo” potrwało jednak… całkiem długo. Tak długo, że do Owocowego Lasu zdążyła dołączyć jakaś dziwna kotka, która przedstawiła się jako Wróżka. Miała białe futro i różowe ślepia. Wyglądała przez to bardzo niecodziennie. Niemal jak gwiazdka na niebie! W dodatku Śnienie, od którego Smok czerpała wiedzę na temat Klanu Gwiazdy, zdawał się ją lubić. Nawet bardzo. Tak bardzo, jak lubił ten swój Klan Gwiazdy! Czy oznaczało to, że Wróżka naprawdę mogła być jakimś posłańcem Gwiezdnych Przodków? W przeciwnym razie — dlaczego posiadała tak dziwne oczy? Może widziała nimi zmarłych? Może dzięki nim mogła porozumiewać się z gwiazdami? Jeśli tak, to relacja z nią byłaby bardzo korzystna. W końcu szylkretka chciała być jak najbliżej Klanu Gwiazdy, a także wiedzieć o nim jak najwięcej, by potem zaginać w dyskusjach te matołki, które wciąż wierzyły we Wszechmatkę, na której istnienie nie było żadnych dowodów. Klan Gwiazdy przynajmniej dostarczał znaki, które jasno świadczyły o tym, że istniał! Przywódcy mający dziewięć żyć nie byli żadną iluzją, lecz prawdą w czystej postaci!
Gdy tak nad tym myślała, wreszcie przypomniała sobie także o lisiej mowie. A wtedy od razu połączyła kropki i doszła do wniosku, że… mogłaby również nawracać lisy! Jeśli poznałaby wystarczająco dużo słów w języku lisów, mogłaby opowiadać im o Gwiezdnych Przodkach! Czy to nie byłoby wspaniałe? Czy za ten czyn Śnienie nie zacząłby jej chwalić i dziękować? No i ponadto pewnie zyskałaby również aprobatę lisów, gdyby te zaczęły wierzyć w to, co im przekazuje! A to oczywiste, że zaczęłyby wierzyć. W końcu powiedziałaby im o tych dziewięciu żywotach, o snach, o… wszystkim!
Nie mogąc powstrzymać uśmiechu, który malował się na jej pyszczku, zeszła z drzewa, na którym znajdowało się legowisko uczniów, i pognała odwiedzić Wiciokrzewa. Wreszcie. Po tylu księżycach! Wreszcie uda jej się wymusić naukę lisiej mowy i osiągnie to, czego pragnęła już od dłuższego czasu! Była zdeterminowana jak nigdy dotąd. Tym razem nie mogła zapomnieć o tych naukach, musiała się na nich skupić! Jej trening i tak dobiegał już końca, a przynajmniej tak czuła w kościach, więc teraz powinna mieć więcej czasu na inne sprawy.
Wsadziła łeb do środka pomieszczenia, wypatrując wzrokiem liliowego kocura. W końcu wlepiła w niego spojrzenie. Zdawał się spać. A może tylko miał zamknięte oczy?
— Wiciokzewie! — zawołała, tym samym sprawiając, że zielonooki wręcz zerwał się na równe łapy.
— Smok…? — wyszeptał cicho, wyciągając szyję w jej stronę. — Co ty tu ro-robisz? Chcesz wreszcie… na-nauczyć się…
— Lisiej mowy! Tak! — przerwała mu szylkretka, stawiając uszy na sztorc. — Chcę się nauczyć lisiej mowy! Telaz! — zażądała, po czym, nie czekając na odpowiedź starszego, wybiegła z legowiska i ustawiła się przy wyjściu z azylu. Gdyby została tam dłużej, ten mógłby zacząć się upierać, teraz natomiast nie mógł jej tak wystawić. Prawda?
Czekała tak przez dłuższą chwilę, aż w końcu przed jej oczami wyłonił się Wiciokrzew. No wreszcie! Ile można było na niego czekać? Raczej nie wyglądał tak, jakby specjalnie szykował się do tego spaceru — więc co zajęło mu aż tyle czasu? Futro wciąż miał rozczochrane i dosyć brudne, a minę senną i równie smętną.
— Naleszcie! Wleczesz się jak mucha w miodzie. Myślałam, że będę tu musiała czekać aż do zachodu! — zażartowała i od razu wybyła z obozu, zmierzając w stronę pól, na których rosły wrzosy. Tam podobno patrol znalazł Wróżkę, a także lisa! Na tym drugim Smokowi zależało najbardziej, choć nie pogardziłaby też kolejnym białofutrym kotem o śmiesznych oczach. Chciałaby takiego przyprowadzić do Owocowego Lasu… Czy Śnienie też by go wtedy polubił? I czy przez to zacząłby bardziej szanować Smoka?
Gdy dotarli w okolice granicy z Klanem Burzy, Wiciokrzew stanął jak wryty.
— Lis… musiał tu n-niedawno przechodzić — oznajmił, patrząc na szylkretkę.
— No co ty nie powiesz, geniuszu! To chyba oczywiste, że jakieś się tu błąkają. Pzecież patlol ostatnio widział tu jedną z tych ludych bestii! — stwierdziła, rozglądając się wokół i wciągając drażniącą woń do płuc. A więc tak pachniały lisy? Interesujące. Ale też przydatne! Skoro chciała z nimi kiedyś konwersować, musiała wiedzieć, jak je znaleźć. — Wiesz, w któlą stlonę poszedł? Moglibyśmy go znaleźć i z nim polozmawiać! — wypaliła nagle, stawiając ogon do góry.
Starszy pokręcił stanowczo głową.
— N-nie… Nie możemy. To n-niebezpieczne — mruknął, wlepiając wzrok w łapy.
— No ploszę cię! Co złego może się stać? Pzecież umiesz się komunikować z lisami! Powiesz mu, że pzychodzimy w pokoju i nas nie zaatakuje — burknęła, jakby to było oczywiste. — Chyba że tak naplawdę nie potlafisz lozmawiać z lisami i tylko mnie wlabiasz! — zastanowiła się, mrużąc podejrzliwie oczy.
— Umiem, umiem… — odparł Wiciokrzew, kładąc po sobie uszy. — Ale nie ro-robię tego, kiedy nie jest to ko-konieczne. Nie chcę cię na-narażać, gdybyśmy… tra-trafili na jakiegoś a-agresywnego osobnika — wyjaśnił spokojnie.
— Bzdula! Lisy nie mogą być aż tak stlaszne. Poza tym jestem baldzo szybka i silna! Dam ladę go pokonać! Albo chociaż od niego uciec! Czy lisy potlafią wspinać się na dzewa? Chyba nie. No właśnie! A ja umiem! — próbowała go namówić.
— Ty może i bie-biegasz szybko, ale ja… n-nie — westchnął pręgowany, zawracając w stronę obozu. — Wracajmy już. Mistral bę-będzie się o mnie ma-martwić…
Szylkretka przewróciła oczami.
— Głupia Mistlal! Co ona jest, jakimś twoim władcą? Pzecież nie może ci lozkazać siedzieć w legowisku! Poza tym nie nauczyłeś mnie ani jednego słowa po lisiemu! — oburzyła się, marszcząc brwi. Tak długo walczyła, by wywlec go poza obóz, a on już chciał wracać!
Ona, utrapienie… — Wiciokrzew powiedział coś w języku niezrozumiałym dla Smoka.
— Co? — spytała, zdumiona bełkotem liliowego. — Co ty powiedziałeś? To było… to było po lisiemu? — zaczęła dopytywać, zaciekawiona.
Starszy westchnął ciężko.
— W li-lisim języku raczej n-nie składa się ca-całych zdań od nowa, lecz łą-łączy kilka słów, by nadać im no-nowego znaczenia czy sensu. To podstawa — oznajmił. — Przez to z-zdania mogą brzmieć tro-trochę nienaturalnie, ale tak już je-jest. Z biegiem cza-czasu większość słów przepadła w za-zapomnienie… Nie wiem, czy ktoś po-poza mną i Ose- — urwał, po czym odchrząknął. — Nie wiem, czy k-ktoś jeszcze potrafi tak do-dobrze mówić w języku lisów, jak j-ja — przyznał.
Smok uniosła jedną brew do góry.
— Ose? Ose… Osesek… Oset… Hm, więcej słów nie znam. O kogo ci chodzi? — zaczęła się zastanawiać. Czyżby mógł istnieć ktoś, kto jeszcze potrafił komunikować się z lisami? Tylko dlaczego Wiciokrzew ukrywał go przed nią?
— Nie, ni-nikt… Ten kot już n-nie żyje — miauknął, uśmiechając się smutno.
— Aha. Szkoda. W takim lazie muszę polegać tylko na tobie — rzuciła jakby trochę zawiedziona. To pewnie nie był odpowiedni moment na takie żarty, szczególnie że liliowy powiedział jej właśnie o jakimś zmarłym bliskim. Przynajmniej zakładała, że ten kot był mu bliski. Czy w przeciwnym razie wyglądałby aż tak smutno? Tak, jakby za kimś tęsknił?
— No wi-widzisz… — odrzekł pręgowany. — Słuchaj… wzię-wzięłaś mnie dziś z za-zaskoczenia. Może ju-jutro mogłabyś przyjść i na-nauczyłbym cię kilku po-podstawowych zwrotów, co? — zaproponował zielonooki, chyba już trochę zmęczony. O rany! Byli tu przecież tylko przez krótką chwilkę.
— Ech, niech ci będzie. Widzę, że wolisz zablać seklet lisiej mowy ze sobą do Klanu Gwiazdy, co? — zażartowała, na co Wiciokrzew pokręcił głową.
— Nie… nie idę d-do Klanu Gwiazdy — wyjaśnił spokojnie. — Wierzę we Wszechmatkę.
Smok otworzyła szerzej oczy, jakby starszy właśnie obraził całą jej rodzinę i wszystkie pokolenia wstecz. Katastrofa! Jak on w ogóle śmiał wierzyć w tę durną Wszechmatkę, a nie w Gwiezdnych Przodków? Od małego musieli mu prać mózg, by wierzył w tę bujdę.
— Nie maltw się! Pzed nami jeszcze kilka spotkań. Na pewno pzekonam cię do właściwej wialy — oznajmiła, a w jej oczach zaiskrzyła determinacja.
Wiciokrzew westchnął zrezygnowany, rozumiejąc, że nie przemówi szylkretce do rozsądku.
Nim Smok kontynuowała swoją tyradę, były uzdrowiciel odwrócił się i zaczął zmierzać w stronę obozu. Jak on w ogóle śmiał tak ją lekceważyć? Na zbyt dużo sobie pozwalał!
Podróż minęła im w ciszy, choć uczennica cały czas miała ochotę zapytać o coś Wiciokrzewa. Właściwie, miała do niego mnóstwo pytań, lecz dla dobra jego zdrowia psychicznego postanowiła zachować milczenie. Jeszcze by się ten staruszek obraził i postanowił jej nie szkolić! Tego by nie zniosła. Zbyt bardzo się namęczyła, by finalnie nie poznać ani jednego słówka w języku lisów.
Gdy wrócili do azylu, Wiciokrzew od razu zaszył się w swoim legowisku. Smok już zmierzała w stronę swojego, aż tu nagle drogę zagrodziła jej białofutra zielarka — Mistral. Nie wyglądała na zadowoloną. Właściwie to była całkiem wkurzona.
— Co tam, lizodupko? — zakpiła Smok, nawiązując do jej relacji z Wiciokrzewem. Wszyscy w obozie wiedzieli, że Mistral kleiła się do niego jak oset do futra!
— Lizodupko? — powtórzyła zielarka ze zdumieniem. Zaraz potem zmarszczyła brwi, frustrując się jeszcze bardziej. — To ty zabierasz Wiciokrzewa poza obóz bez niczyjej wiedzy! Po jakiego kija to zrobiłaś? — warknęła rozgniewana.
— Nie intelesuj się, bo mysiej mordki dostaniesz! — rzekła Smok, po czym wyminęła Mistral i zaczęła zmierzać w stronę swojego legowiska. Nim jednak to zrobiła, poczuła, jak czyjeś zęby zaciskają się na jej ogonie.
— Ała! Puść mnie, waliatko! — krzyknęła, odwracając się i widząc kły Mistral, które przytrzymywały jej piękny, biały ogon. — Jesteś psychiczna! Tak samo, jak ten Wiciokzew!
Zielarka w końcu ją puściła, po czym wypluła na ziemię strzępek jej futra.
— Ja jestem psychiczna? — zapytała starsza. Już miała otwierać pysk, by coś dodać, gdy przerwała jej uczennica:
— Tak, ty! Słyszałam, że podajesz mu jakieś dziwne zioła! Ogalnij się, zamiast się bawić w wielkiego uzdlowiciela! — wytknęła jej. — A telaz bądź mi łaskaw i odczep się ode mnie! — syknęła.
— Nie, póki się nie dowiem, po co zabrałaś Wiciokrzewa poza obóz! — Mistral nie zamierzała odpuścić.
— W takim lazie będziesz dziś spać na moim ogonie, bo w życiu ci nie powiem! — oburzyła się, na co w końcu białofutra prychnęła. Po chwili starsza odwróciła się i zaczęła iść w stronę legowiska starszyzny. Trudno. Niech sobie porozmawia ze swoim poddanym.

* * *

Od kilku dni starała się uczyć zwrotów w lisim języku, lecz jak na razie wciąż niewiele potrafiła. Trochę ją to irytowało. Dlaczego we wszystkim nie mogła być od razu najlepsza? Wiciokrzew zapewniał ją jednak, że wkrótce będzie umieć biegle komunikować się z tymi rudymi stworzeniami, co trochę ją pocieszało. W końcu bardzo tego chciała! Dzięki temu będzie lepsza od całej społeczności Owocowego Lasu! Będzie lepsza od Modrogończyka, Pierścienia, Mordoru, Mistral… Każdego! Już zacierała łapki, myśląc o tym, jak wielka sława i uznanie czekają ją w przyszłości. Jeśli oczywiście najpierw się mianuje, bo jak na razie mogła jedynie obserwować inne ceremonie z zazdrością. Może się trochę rozleniwiła? Widząc swoje rodzeństwo, które nie kwapiło się do treningów, czuła się spokojniej. Dawało jej to więcej czasu, gdyż wiedziała, że nie jest z ich strony zagrożona. Dzięki Gwiezdnym Przodkom!
Szylkretka zauważyła jednak, że ostatnimi czasy jej oko wydaje się zaropiałe. Nie wiedziała czemu i powoli zaczynało ją to denerwować. Ponadto to oko strasznie ją piekło, a gdy przez nie patrzyła, obraz wydawał się rozmazany. Wolała unikać wizyt u uzdrowicieli, gdyż twierdziła, że są dla słabeuszów, lecz nie chciała straszyć nikogo swoim chorym okiem. Gdyby zobaczył ją jakiś wróg, najpewniej by ją za to wyśmiał, a tego nie chciała! Właśnie dlatego przemogła się i weszła do lecznicy. Miała nadzieję, że Modrogończyka nie będzie w środku i będzie mógł zająć się nią Gołąbek, lecz na jej nieszczęście podszedł do niej właśnie czekoladowy kocur.
— Cześć, Smok! Co u ciebie? — zapytał, zaraz analizując ciało uczennicy w poszukiwaniu jakiegoś urazu. W końcu zatrzymał wzrok na jej pysku i skrzywił się trochę. — Oj, widzę, że masz infekcję oka. Nie martw się! Zaraz coś na to zaradzę — oznajmił i zanurkował pyskiem w składziku. Po chwili wrócił, żując w pysku jakąś roślinę. Gdy podszedł do niej i chciał nałożyć papkę na jej oko, ta w pierwszym odruchu odsunęła się, jeżąc futro na karku.
— Ty! Uważaj sobie z tą papką! Nie chcę mieć na pysku niczego, co było w twojej gębie! — zezłościła się, smagając powietrze ogonem.
— Przykro mi, ale musisz. W przeciwnym razie oko pozostanie zaropiałe i załzawione — wyjaśnił jej, na co szylkretka trochę się uspokoiła.
Brzydziła ją wizja okładu ze śliny i jakiegoś zioła, lecz nie chciała, by jej oko dalej wyglądało tak tragicznie. Pozwoliła na to, by Modrogończyk nałożył papkę na jej powiekę i owinął to wszystko pajęczyną.
— To już wszystko! — oznajmił.
— Mhm… — mruknęła żółtooka, jakby nad czymś myślała. — Wiesz, Gończyku… — dodała, przenosząc wzrok na białofutrą kocicę, która obecnie drzemała w lecznicy. — Tak sobie myślałam, czy ta kotka, aby nie jest żywym dowodem na istnienie Klanu Gwiazdy. Wygląda pzecież jak gwiazdka z nieba! No i w dodatku wiesz, że lidezy otzymują od Gwiezdnych Pzodków dziewięć żywotów — kontynuowała. — A ty niby co masz od Wszechmatki? No właśnie, nic! Jak ty możesz w nią w ogóle wiezyć, Gończyku? Czy pająki zasnuły ci mózg swoją pajęczyną? Nie ma żadnych dowodów na to, że ta wasza Wszechmatka istnieje. Lozmawiałeś kiedyś z jezykiem albo jaskółką i wiedziałeś, że to któlyś z twoich dawnych poblatymców? Dla mnie to zwykła bzdula! Tylko dulnie wieżą w jakąś Wszechsratkę! — zakpiła.

<Gończyku?>

[3646 słów + rozpoznawanie tropów lisów]

Wyleczeni: Smok

20 sierpnia 2026

Od Bryzki do Nocnego Śpiewaka

Młódka wysunęła pazurki i wbiła je w miękkie podłoże pod sobą. Potoczyła wzrokiem po ścianach żłobka i wszystkim dookoła, co tylko jej się pojawiło. Spojrzała na Nocnego Śpiewaka, który siedział tuż obok nich i rozmawiał o czymś zawzięcie ze Skowronkiem. Szylkretka jakiś czas temu otworzyła po raz pierwszy oczy, pamiętała, jak wszystko zdało jej się niezwykle ciekawe i kolorowe. Nie sądziła, że świat otaczający ją wyglądał właśnie w ten sposób… a teraz, im więcej próbowała podróżować, tym silniejsze stawały się jej łapki i nie była zmuszona do “pełzania”, czyli ciągnięcia siebie przednimi, a tylnymi odpychania lekko od gruntu. Dzięki umiejętności chodzenia mogła podziwiać zupełnie nowe rzeczy, każda cieszyła jej oczka – jedna mniej, druga bardziej. Teraz jednak pojawiła się pewna różnica, której nie dało się przegapić – była w stanie ustać na łapkach dużo dłużej, niż wcześniej.
— Tato, pobawisz się z nami? — zapytała wysokim głosikiem, wlepiając duże patrzałki w wojownika. Kocur zamyślił się i szybko kiwnął głową. Dymny kocurek zdawało się, był delikatnie niepocieszony. Najprawdopodobniej dlatego, że skończył rozmowę z Nocnym Śpiewakiem. Niebieska dostrzegła, że odkąd tylko zyskali chociaż trochę świadomości, jej braciszek bardzo ubiegał się o uwagę rodzica, co wywoływało w niej również lekkie ukłucie, chociaż nie była jeszcze pewna czego dokładnie. Przewidziała pytanie, jakie miało paść za moment z pyska bursztynookiego. Strzepnęła małym uchem. — Pobawmy się w wyznawcę Klanu Gwiazdy i wojowników Klanu Wilka! — poprosiła, a wręcz zażądała, tym samym nie pozwalając Skowronkowi na wybór ich aktywności. Kocurek jednak, zauważywszy, że ojciec nie zaprotestował, a wręcz ucieszył się delikatnie na te słowa, wyglądał na spokojniejszego. Bryzka nie wiedziała jeszcze, o co chodziło z wyznawcami, była zbyt mała, żeby to rozumieć, dlatego dla niej była to jedynie zabawa, którą akurat tak nazwano. Dorosły odchrząknął.
— Nie przejdziecie ani skrawka dalej! Przegonię was z naszych terenów, innowiercy! — kruczofutry nastroszył sierść wzdłuż kręgosłupa, wyginając grzbiet w łuk i strzygąc wąsami, gdy jego ogon wywijał na boki niczym bicz. Bryzka spojrzała na Skowronka, a po chwili kiwnęli głowami w tym samym czasie. Rzuciła się w stronę ojca, wczepiając się w jego łapy. Braciszek zaś pochwycił futro na jego brzuchu i podciągając się ku górze, wbił małe pazurki w bark kocura, próbującego strząsnąć z siebie kociaki, oczywiście tak, żeby nie stała im się krzywda. Gdy Bryzka była już pewna swojej wygranej, siłując się z kończyną ojca od paru uderzeń serca, wyobrażając sobie siebie jako wspaniałą wojowniczkę, obsypywaną pochwałami z każdej strony, rodzic nagle zawarczał donośnie, po czym odepchnął ją lekko, przez co upadła na grzbiet, pokonana. Dymnego jednak spotkało coś dużo gorszego, ponieważ Nocny Śpiewak odwrócił łeb w jego kierunku i jednym zwinnym ruchem zdjął z siebie kociaka, jako iż był drobnej budowy, za skórę na karku. Młodziak zawisł z jego pyska, ogon podkulił domyślnie pod brzuch, a łapki miał uniesione ku górze. Zaczął nerwowo wywijać kończynami, dopóki nie położono go na gruncie. Gdy nawiązali kontakt wzrokowy z siostrzyczką raz jeszcze, rzucili się w stronę Nocy, nie dając za wygraną, mimo widocznej różnicy w sile i wzroście. Mała Bryzka sapała ze zmęczenia, jej organizm nagrzewał się, ale bawiła się na tyle dobrze, że nie mogła teraz odpuścić! Po kociarni poniósł się donośny, radosny pisk maluchów.
— Pokonamy cię, wyznawco Klanu Gwiazdy! — powiedział z determinacją Skowronek, a Bryzka uśmiechnęła się lekko, w paru susach doskakując do kruczofutrego raz jeszcze. Tym razem we dwójkę zaczęli okładać łapy starszego z wysuniętymi pazurkami, nie robiąc mu jednak nic więcej poza paroma wyrwanymi włoskami. Nocny Śpiewak miał bardzo dużo futra, dlatego na pewno nie zrobiło mu różnicy o trzy mikroskopijne czarne paseczki mniej.
— Aaah! Blerghhh… — wrzasnął nagle, z gardła wydobywał mu się dźwięk bulgotania, gdy szybko runął dramatycznie na ziemię obok nich. — Co… wy… pokonaliście… mnie…
Bryzka wydała z siebie okrzyk zwycięstwa, po czym szturchnęła brata obok, jakby chciała mu powiedzieć “patrz, wygraliśmy”! Poczłapała szybko do głowy ojca, wspinając się na nią, gryząc go i ciągnąc za uszy, czując dumę z sukcesu.

<Tatuś?>

Od Malinki (Nieboskłonnej Łapy) do Kurzej Łapy

Przeszłość…

‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁

Malinka spojrzała za siebie na niebo, a tak w zasadzie to na słońce powoli chylące się ku zachodowi. Ciągnęło ono za sobą wiele barw, które i tak końcowo przybierały jednolity odcień. Było dość pochmurno, a z owych mięciusich (zdaniem szylkretki) chmurek powoli leciały różnorodne śnieżynki.
— Mleeem! — Buraska wystawiła swój niewielki języczek i trzymała go tak, dopóki jedna z wcześniej wspomnianych śnieżynek nie ułożyła się wprost na nim. Nim jednak Zawijas, jej matka, zdążyła ją pospieszyć, ona już podbiegła do sióstr i starszej szylkretki. W tym czasie księżyc zdążył wyjrzeć zza horyzontu, zachwycając ją swoją delikatną aurą. W pewnym momencie jedna z jej siostrzyczek odezwała się cichym głosikiem:
— Łapy mnie troszkę, trochę bolą… — jęknęła Poziomka, na co ich mama na chwilkę stanęła, oglądając się na nie ze zmęczeniem, ale i swego rodzaju utrapieniem. Porzeczka stała u jej boku i przekręciła oczami tak bardzo, że nawet ona dała radę zobaczyć, choć stała dalej.
— Nie dasz rady? — westchnęła Zawijas, na co tamta pokręciła przecząco głową.
— Nie wiem… bo mnie raczej nie poniesiesz, prawda? — Koteczka zrobiła wielkie oczy, jakby próbowała ją jakoś przekonać.
— No, nie poniosę — odparła starsza.
— Ale ja mogę cię ponieść! — stwierdziła Malinka, człapiąc do siostrzyczki po to, aby następnie przycupnąć, choć nie było to jakoś bardzo potrzebne ze względu na to, że była tego samego wzrostu co Poziomka.
Chwilę wcześniej wspomniana koteczka zaraz się wdrapała na jej grzbiet i rozłożyła jak na kamieniu, na co bura szylkretka stęknęła, żółwim tempem idąc do przodu. Porzeczka szła w jej tempie zaraz koło nich, jakby je eskortowała. Ich matka jedynie przewróciła oczami i po prostu ruszyła dalej w swoim tempie, jakby nie czekając na córki, które nie były w stanie dorównać jej szybkości.
Po paru długościach kociego ogona Malinka nagle runęła na śnieg i choć można było dostrzec, że bardzo próbowała nie płakać, tak nie mogła powstrzymać gorzkich łezek, spływających po jej pyszczku. Samotniczka odwróciła się, a w jej oczach było widać zmartwienie połączone ze znużeniem.
— No już… — mruknęła, liżąc koteczkę, która pociągała nosem. — Nie płacz, bo borsuki przyjdą — ostrzegła, rozglądając się na boki, co od razu zaalarmowało Malinkę.
— Prze-przepraszam! B-bardzo, bardzo przepraszam! — Pociągnęła noskiem i próbowała powstrzymać płacz. — Ł-łapki bolą… chcę, chcę spać… — wydukała, wycierając łapką oczka i nos. Poziomka od razu przytuliła siostrzyczkę i przyciągnęła do nich Porzeczkę, która była trochę zirytowana marudzącym rodzeństwem.
— No dobra, chodźmy gdzieś się położyć i już nie marudź — miauknęła matka, na co burej zrobiło się trochę lżej.
Kiedy tylko napotkały krzaki, wykopały tam dół, w którym mogły schronić się przed pogodą, jak i niebezpieczeństwem. Malinka się ułożyła na Poziomce, a Porzeczka była schowana gdzieś między nimi, by zapewnić sobie jak najwięcej ciepła. Zanim siostry bądź matka błękitnookiej się zorientowały, buraska zdążyła już zasnąć, podczas gdy jej języczek delikatnie wystawał z jej niewielkiego pyszczka.

‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁

Tej nocy niebo było piękne, przybrało kolor głębokiej wody, która wydawała się nie mieć dna. Można było porównać je z płótnem, na którym tańcowały miliony gwiazd, ciągnących się po bezkresie drogi mlecznej, jaką była Srebrna Skóra. Malinka mogłaby wpatrywać się w ten krajobraz przez całą wieczność, najlepiej mając u boku swoje kochane siostrzyczki i mamusie. Tylko tego trzeba jej było do życia. Jak się jednak okazało, ich matka miała inne plany. Być może szylkretka była jeszcze zbyt malutka, aby zrozumieć, że ich matka zrobiła to, co zrobiła, z jakiegoś powodu, ale… Czy to było w ogóle ważne? Porzuciła je! Ją i jej siostrzyczki! Nie kochała ich? A może Malinka zrobiła coś nie tak? Może to przez to, że tak często narzekała? Te myśli cały czas dręczyły jej niewielką główkę, kiedy wpatrywała się w te malutkie, świecące punkciki gdzieś tam daleko nad swoją głową. W tym samym czasie jej siostry smacznie spały sobie w dziurze, jeszcze niczego nieświadome. Wtulone w siebie nawzajem, z lekko wystawionymi języczkami i pomrukiwaniami, chrapiące tam w tej błogiej nieświadomości, której Malinka już była świadoma. Ich matka je porzuciła. Pozostawiła tak o, znikając, kiedy one spały. I choć szylkretka chciała oglądać nocny nieboskłon, tak czuła, że musiała być blisko swoich sióstr. Szczególnie że teraz nikt ich nie chronił. Choć nie tylko z poczucia obowiązku, ale też dlatego, że bez nich… Bez nich czuła się jak motyl bez skrzydeł, jak ptak, który nie mógł ćwierkać nad ranem, jak księżyc, który nie mógł pokazać się na owym nieboskłonie, jak ryba, która nie mogła pływać… Po prostu bez nich nie mogła być… sobą.
Niebieskooka obejrzała się za siebie, aby spojrzeć na jej własne dwie gwiazdki, które jakby spadły prosto z nieba. Kochała je najbardziej na caluśkim świecie i NIC nie mogło tego zmienić. Buraska położyła swoje wychudzone ciałko, kładąc pysk na łapach, powstrzymując się od cichego, żałosnego skomlenia i choć bardzo nie chciała, w końcu ponownie usnęła, a ostatnim co widziała, zanim pozwoliła swym powiekom opaść, był bezkres nieba pełnego błyszczących konstelacji, podczas gdy pierwsze promienie słońca powoli sięgały śniegu, który już zdążył opaść na stwardniałą ziemię.

***

Aktualnie

‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁

Nie lubiła tego miejsca. Po prostu go nie lubiła. Momentami wręcz się go bała. Było małe, ciasne… Takie… Już sama nie wiedziała jakie. Gdyby znała to określenie, nazywałaby je pewnie klaustrofobicznym. Wszędzie było brudno od ziemi, a w powietrzu mieszało się zbyt wiele zapachów. Tęskniła za możliwością poczucia wiatru w futerku. Za zapachem łąki, lasu, rzeki… Za dźwiękiem strumienia płynącego w korycie, które samo wyryło. Za wonią deszczu, który wsiąkając w glebę, podbijał kurz. Za dotykiem promieni na swojej okrywie. Za ciepłym językiem jej mamusi, delikatnie przesuwającym się po główce. Choć to była już nieco inna kwestia. Malinka musiała sobie ją w końcu wybić z głowy. Ona ich nie chciała. Ona ich nie kochała. Gdyby to robiła, nie porzuciłaby ich… prawda...?
Szylkretka pokręciła głową, chcąc wyrzucić ten monolog o rodzicielce z głowy. To, co wcześniej przewijało się w jej myślach, było prawdą, jednak za każdym razem ten wywód prowadził do tego, że najbardziej tęskniła za nocnym nieboskłonem. Tak, była wdzięczna Burzakom za to, że wzięli ją i jej siostry pod swoje skrzydła, jednak nie mogła wyobrazić sobie, dlaczego trzymali je w tej stęchłej, podłużnej dziurze. Na samą myśl o tym, jak długie te całe tunele mogły być, przechodziły ją ciarki. Nie wiedzieć czemu, nie cierpiała zamkniętych przestrzeni, takich jak właśnie to miejsce. No a tak poza tym, przecież czaiło się w takim miejscu tyle niebezpieczeństw! No bo na przykład co jeśli nagle sufit zawali się na głowy wszystkich kotów, które tam przebywały? W najlepszym wypadku nikt by nie skonał, ale w najgorszym, wszyscy co do jednej duszy zginęliby w przeokropnej agonii, nie mogąc nabrać, chociaż i pół oddechu, będąc co do jednego przygniecionym przez nie wiadomo jak ciężką zbitkę ziemi, korzeni i wielu innych rzeczy. Szylkretka westchnęła, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Był poranek, a obóz dopiero powoli budził się do życia. Wtem jakby na zawołanie, Malinka usłyszała wezwanie Zawodzącej Gwiazdy.
— Niech wszystkie koty zbiorą się na zebranie klanu!
Jego głos odbijał się od wydrążonych ścian obozu, kiedy opiekująca się nami kocica spojrzała na mnie i moje budzące się siostry.
— Chodźcie, musicie jakoś wyglądać!
— A co się dzieje, Dryfujący Fluorycie…? — spytała zaspana Poziomka, na co wieczna królowa się uśmiechnęła.
— Jestem prawie pewna, że będziecie mianowane na uczennice! — pisnęła tak, jakby bardziej się tym ekscytowała niż same siostry, których to wydarzenie dotyczyło.
Po szybkim przygotowaniu szylkretek do ich ceremonii, kotki we czwórkę wybrały się na zebranie, gdzie zebrał się już prawie cały Klan Burzy. W końcu dymny ponownie się odezwał.
— Skoro już wszyscy tutaj jesteśmy, możemy przystąpić do celu tego zebrania. Poziomko, Porzeczko, Malinko. Wystąpcie.
Poziomka poderwała się z miejsca, a na jej pyszczku widniał szeroki uśmiech, przyozdobiony nutką stresu. Porzeczka natomiast z charyzmą godną wojownika podniosła się chwilę później, podczas gdy Malinka jako ostatnia z wywołanych, starając się zachować spokój, powoli podeszła do sióstr.
— Każda z was ukończyła dziś sześć księżyców, co oznacza, że od dzisiaj zaczniecie swoje treningi. Poziomko, Twoim mentorem zostanie Śniący Obserwator, ucząc się na przewodniczkę, a od dziś będziesz nosić imię Poziomkowa Łapa.
Przez kilka uderzeń serca lider zamilkł, a jego chłodne spojrzenie przeskoczyło z mojej siostry na mnie.
— Malinko, ty pójdziesz drogą kronikarki, szkoląc się pod czujnym okiem Lotosowego Pąku. Od dziś będziesz znana jako Nieboskłonna Łapa.
Malinka, a teraz już Nieboskłonna Łapa, poczuła przyjemne ciepło, rozpływające się gdzieś w środku, a na jej pyszczku zawitał łagodny uśmiech. W końcu będzie mogła wyjść na zewnątrz! Do tego dostała nawet niezłe imię i została jej przydzielona wymarzona droga!
— Porzeczko, ty natomiast zostaniesz uczennicą Małej Bazi, przyjmując jej wiedzę, aby w przyszłości wstąpić do szeregów wojowników Klanu Burzy, natomiast Twoje imię to od teraz Chyża Łapa!
— Mam nadzieję, że wasi mentorzy przekażą wam swoją wiedzę i doświadczenie — dodał po chwili lider, gdy mentorzy stykali się nosami ze swoimi uczennicami, a już po chwili po całych tunelach roznosiły się trzy imiona, wołane donośnymi tonami przez resztę Burzaków.

Południe tego samego dnia

‎ ‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁

Lotosowy Pąk już chwilę po ceremonii oznajmił świeżo mianowanej uczennicy, że zaczną trening od razu. Dlatego więc kazał jej zjeść, aby nie ślęczała mu podczas treningu. Teraz Nieboskłonna Łapa siedziała przy myszy, przerzucając ją między łapami. Nie była głodna, ale wiedziała, że jeśli nie zje, choć tej jednej zwierzyny, to nigdzie dziś nie pójdzie. W pewnym momencie jakiś kocur starszy od niej zaczął zajadać królika, raz po raz oblizując pysk.
— Uczysz się na przewodnika, prawda? — powiedziała, nie wiedząc, jak miała zacząć rozmowę. — Jestem Nieboskłonna Łapa. Jak Cię zwą? — dodała po chwili, a jej jasne ślepia uważnie obserwowały jego mimikę, próbując określić, czy kocur był zagrożeniem dla którejś z jej siostrzyczek.

< Kurak? Mam na Ciebie oko… >
[1555 słów, trening kronikarza]

Od Śnienia CD. Smoka

Akcja dzieje się przed mianowaniem Śnienia na wojownika

— Ten cały Klan Gwiazdy ma dużo więcej sensu niż jakaś głupia Wszechmatka! — oburzyła się Smok, przewracając oczami. — Nie maltw się, postalam się wbić tym głupkom lozum do głowy! — zadeklarowała, wypinając dumnie pierś.
Śnienie przeczesał pazurami swoją brodę. Czy powinien powiedzieć kotce, żeby tego nie robiła? Nie zamierzał jej zamykać opcji przejścia na słuszną drogę, jednak na siłę przekonywanie innych do Klanu Gwiazdy też nie było w teorii rozwiązaniem. Kocur wybrał więc nie wypowiadać się na ten temat. Najwyżej Smok narobi sobie kłopotów. Oczywiście Śnienie stanąłby po jej stronie, chcąc dla kotki łagodniejszej kary, o ile ta rzeczywiście wpadłaby w kłopoty.
Wstał i przeciągnął się leniwie. Po ostatnim treningu z Kolendrą strasznie bolały go mięśnie.
— Będę uciekał do legowiska uczniów, Smoku. Jeśli będziesz chciała coś jeszcze wiedzieć o wierzeniach lub o klanach z chęcią mogę ci o tym poopowiadać. Chociaż dawno nie byłem na zgromadzeniach, tak czuję w kościach, że za niedługo będę miał okazję zobaczyć swoją rodzinę i koty, za którymi tak strasznie tęsknię. Będę mógł ci ich przedstawić.
Nie czekając na jej odpowiedź, posłał szylkretce uśmiech i odszedł w stronę legowiska uczniów. Jego zakwasy nie dawały mu żyć, a dostał tylko jeden dzień wolnego. Zamierzał go w pełni wykorzystać.

< Smoku? Jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć, pamiętaj, że zawsze służę ci opowiastką >
🌙

Od Gronostaja CD. Guziczka

Przechyliłem głowę, zerkając na tłustą zwierzynę przede mną i wgryzłem się w nią od razu.
– USZ! Mafakwa, fafo! – mruknąłem, z pełnym pyskiem, część jedzenia wypadła mi z pyszczka. – Nif tyfko… umf… mufe biefaf f bfofie i… umf…
Guziczek zaśmiał się cicho, wąsy zadrżały mu z rozbawienia.
– Spokojnie, Gronostaju, powoli. Nie mów z pełnym pyskiem, bo się zadławisz – mruknął, a po chwili dodał: – I i tak nic nie zrozumiałem.
Przełknąłem gniewnie.
– TATOOO! Muszę teraz powtarzać wszystkooo! WUSZ! – warknąłem z irytacją, kręcąc głową na boki i oblizując ząbki po posiłku. – Mówię, że… że MASAKRA! Jaśminowiec każe mi walczyć w błocie bez przerwy. Atakuje mnie znienacka. I twierdzi, że jestem NIEZDYSCYPLINOWANY! Możesz w to uwierzyć? JA, niezdyscyplinowany! Przecież… przecież ja mam tutaj ze WSZYSTKICH kotów najbardziej poukładany tryb życia i… i ZAWSZE trzymam się swoich zasad! I mam najsilniejszy wewnętrzny kodeks! TAK! Dociera to do ciebie, tato? DO NIEJ NIE!
Guziczek tylko pokręcił głową z niedowierzaniem, patrząc na mnie z tym specyficznym rodzajem ciepła, co zawsze. Nie podobało mi się to. Powinien podzielić moją irytację i złość na wadliwy system… ale w sumie, to też nie takie złe…
– To brzmi naprawdę okropnie, synu… – odparł, starając się brzmieć poważnie, ale ja widziałem, że najwyraźniej coś go tu niezmiernie BAWIŁO!
– MHM! – przytaknąłem.
Tata zamyślił się. Przez chwilę tylko na mnie patrzył, a potem spytał:
– A… działo się może ostatnio coś, co nie było masakrą…?
Zmarszczyłem brwi i się zastanowiłem.
Dziwne, dziwne… Z reguły nie zastanawiam się nad dobrymi rzeczami, które dzieją się wokół mnie. Skupiam się głównie na tych najbardziej emocjonujących i wytrącających mnie z równowagi. Ale na pewno coś się znajdzie…
– Hm. Hm. Coś niemasakrycznego…? Ojjj, ciężko będzie, tatusiu. Ale… O! WIEM! Na przykład… wczoraj, na treningu, nauczyłem się rozpoznawać tropy lisa! – machnąłem ogonem, przyglądając się uważnie reakcji ojca. – Zaraz ci powiem jak…

***

Poprzedniego dnia…

– Skup się, Gronostaju – miauknęła Jaśminowiec. – Powiem to jeszcze raz - ślad lisa wygląda jak jego głowa, tak jak mówi rymowanka: “pionowe dwa uszka, duże dwa oczka, na dole pyszczek tuż obok noska”...
– AAAAAGH! Ale to jest GŁUPIE! – warknąłem, zakrywając uszy łapami. – PRZESTAŃ TO POWTARZAĆ! Bo mi głowa eksplodujeee!
Nie cierpiałem tej rymowanki, a mimo to kotka bez przerwy ją powtarzała.
Z drugiej strony… no, nie potrafię i tak tych śladów rozpoznać, więc teoretycznie powtarzanie rymującego się zdania w kółko i w kółko powinno pomóc, zapaść w pamięć…
…Teoretycznie.
W praktyce czułem, jak gotuje mi się mózg, a wrzątek wypływa mi przez uszy.
Mentorka przekrzywiła głowę na bok.
– Nie nauczysz się, jeśli tego nie zapamiętasz. Rymowanka ma ci ułatwić wizualizację lisiego tropu. No, dalej. Powtórz za mną: “pionowe dwa uszka…”-
– Nie.
Uderzyłem głową w ziemię.
Trach.
– Powiem.
Trach.
– TEGO!
Trach. Trach. Trach.
Kotka przewróciła oczami.
– Nie histeryzuj, słonko. Pokaż mi, że to umiesz, Gronostaju, to przestanę! Dalej. Chodź za mną.
Z głośnym jękiem podniosłem się z ziemi i podążyłem za mentorką w głąb lasku.
Temat tropów zwierząt pojawiał się na naszych ostatnich treningach częściej nawet niż tarzanie się w błocie. I to nie przez brak błota… Jaśminowiec twierdzi, że skoro już opanowałem podstawy, pora przejść do uszczegóławiania mojej wiedzy i umiejętności o takie rzeczy, jak właśnie rozpoznawanie tropów czy gatunków drzew…
Z tymi drzewami to dopiero będzie jatka…
Po kilku długościach lisiego ogona się zatrzymaliśmy.
Czekoladowa usiadła na ziemi, owijając ogon wokół przednich łap. Wskazała pyskiem na ślady przed nią.
– To ślad lisa. Teraz powiedz mi dlaczego. Znajdź pyszczek i uszka. To proste, dasz radę.
Skrzywiłem się i zacząłem analizować jego kształt.
Poduszka łapy była jakby… trzema złączonymi owalami. Wyżej, po bokach, były dwa większe, pod kątem, a na samej górze dwa największe, pionowe.
Jak to było…? “Cośtam-cośtam… na dole pyszczek”... Gdzie tu niby jest pyszczek? Zupełnie nie jestem w stanie sobie tego zwizualizować, ja widzę po prostu pięć owali pod różnym kątem… A NIE JAKIŚ ZAPCHLONY PYSZCZEK! TO NIE MA SENSU!
– UGGHH! Nie widzę tego, Jaśminowcu! Gdzie ty tu niby jakieś uszka masz? Przecież to są takie… takie rozciągnięte kule po prostu! No patrz! Tu… TU! NA GÓRZE! – Uderzyłem łapką w ślad na ziemi, rozmazując go gniewnie. – Masz takie dwa bardziej podłużne i wąskie, owalnie zakończone elementy, symetrycznie ukierunkowane w sposób tworzący górę rombu. NA DOLE. – Uderzyłem ponownie. – Masz dwa mniejsze elementy ukierunkowane w tym samym rombowym trendzie, a ich brak w długości uzupełnia ta KULA, która jest wierzchołkiem rombu! TO JEST ROMB! A NIE JAKIEŚ… JAKIEŚ USZKA! – Do reszty zamazałem lisi trop, po czym zamarłem. – Oh…
Zmarszczyłem brwi. Chwila moment.
Moja mentorka przechyliła nieco głowę na bok, uśmiechając się z wyraźną satysfakcją.
– Już rozumiesz, Gronostaju?
Rozumiałem. To jest… romb. Inne tropy nie mają kształtu rombu, przynajmniej nie o takich samych kątach czy proporcjach…
To wszystko jest do policzenia.
Skrzywiłem się, odwracając głowę w bok.
– Nooo… Powiedzmy, że… że zrozumiałem… – mruknąłem.

***

– I co myślisz, tato??? Co myślisz? Jestem PRZEGENIALNY, prawda? POWIEDZ, TATO! – przyczołgałem się bliżej Guziczka, licząc na jego aprobatę. – Powiedz! Powiedz! Powiedz! – Pacnąłem go trzykrotnie łapką.
Miło, że tata pyta mnie też o dobre rzeczy, które się stały. Chociaż on. Muszę częściej z nim rozmawiać…

<Guziczku, powiedz>

[824 słowa + rozpoznawanie tropów lisów]

Od Bagna

Liliowa kotka leżała na mchu w ciemnej dziurze, przykrytej wielką kłodą, w miejscu nazywanym Wyspą Więźniów. Była całkiem sama. Muszla i Błoto dzień wcześniej opuścili wyspę, wojownicy przenieśli ich na mniejszą. Chociaż nie zamieniła z nimi ani słowa od początku swojego pobytu, kocury dodawały jej otuchy. Ach, po co ona przyprowadzała Mroka?
Nagle kłoda lekko się poruszyła, a do środka wszedł niebieski fińczyk.
– Ulewny Szkwale! – Kotka podbiegła szybko do partnera i wsunęła pysk w jego futro. – Tak się cieszę, że tu jesteś! Jak ci się udało dostać pozwolenie na spotkanie ze mną?
– Długa historia… – odmruknął kocur. – Cieszę się, że jesteś cała i zdrowa. Posłuchaj, wiem, jak możemy cię stąd wyciągnąć.
Kotka zastrzygła uszami:
– Jak?
– Otóż, kochana, może dajmy Klanowi Nocy nową krew? Nasze kociaki nie tylko byłyby naszym węzłem miłości, ale również byłyby najbardziej oddanymi wojownikami, jakich pobratymcy kiedykolwiek widzieli. Ofiarując nasze kocięta klanowi, pokażemy, że jesteśmy oddanymi kotami. Czy chciałabyś mieć potomstwo?
Bagno przez chwilę się zamyśliła. To było jej spełnienie marzeń!
– Tak, z tobą chętnie, to moje marzenie. Nasze kocięta będą śliczne! I ich babcia, gdziekolwiek teraz jest, będzie patrzyła na nie z rozkoszą i szczęściem, że nie przytrafił im się taki sam los jak jej potomstwu. Och, Ulewny Szkwale, jestem taka szczęśliwa!
Kotka zawiesiła się na szyi partnera, wdychając jego upajający zapach.
Nie wiedziała jednak, że kocur chciał ją wykorzystać jako szybką ścieżkę do odzyskania szacunku wśród innych kotów…

Od Firmamentowej Łapy

— Było blisko, spróbuj jeszcze raz! — Wzburzony Kormoran dopingował kocura, podczas gdy ten już po raz kolejny nie dał sobie rady ze złapaniem mewy. Firmament westchnął ciężko, znów przyjmując pozycję łowiecką, podczas gdy jedna ta sama mewa nadal śmiała się mu w pyszczek. Mogłoby się wydawać, że nareszcie uda się mu upolować zwierzynę, jednak ptak znów odleciał, sprawiając, że Firmamentowa Łapa wylądował na pysku. Otrząsnął się, wylizując od razu swoje zmierzwione futerko oburzony. Dlaczego nie może po prostu sobie radzić? Westchnął, kierując się głębiej w stronę lasu, nawet nie patrząc na swojego mentora. Nie zachowałby się tak normalnie, jednak w tej sytuacji musiał pobyć samemu, co tn chyba zrozumiał, bo nie usłyszał za sobą kroków wojownika. Point usiadł, patrząc na kałużę, która powstała po ostatniej ulewie. Wpatrywał się tak w swoje odbicie, przez chwilę jakby widząc w niej również odbicie Truskawkowego Pola. Od razu podniósł łapę, uderzając nią w taflę wody. Jego uwagę po chwili przykuła mała kulka mchu, która leżała obok. Podszedł do niej, wpatrując się w nią. Rozejrzał się, jakby czegoś szukając. Podniósł dwa małe listki i dwa małe kamyczki, oraz dłuższego kwiatka. Zaczął pracować sumiennie i dokładnie, tworząc po chwili… Małą myszkę z mchu. Uśmiechnął się delikatnie, patrząc na swój twór. Po chwili zdecydował, że zaniesie go do żłobka. Może to znak od Jastrzębiego Zewiu, że może przecież nie być kojarzony z matką, tak jak powiedział mu jego mentor. Nie jest jej nic winien. Dała mu życie z własnej woli, a on może z nim zrobić co tylko zechce. Wrócił do Wzburzonego Kormorana, który teraz patrzył na niego zdumiony.
— Co tam masz? — zapytał ucznia.
— Zabawkę dla kociąt. Może im się spodoba. — odpowiedział mu młodszy. Mentor nie pytał nawet o to, czemu kocur odszedł. Był mu za to w pewien sposób wdzięczny. Ruszyli w stronę obozu, a gdy dotarli, point od razu ruszył do kociąt. Wszedł do żłobka, nadal czując zapach jego dawnej karmicielki… Potrząsnął jednak głową, zwracając się do małych kulek biegnących w jego stronę.
— Fiment! Przyszedł Fiment! — Kocięta przez trudności w wymawianiu jego imienia już księżyc temu okrzyknęły go Fimentem, jednak ten nie narzekał. Uśmiechnął się, spokojnie siadając przed kociakami. Zerknął również na chwilę w stronę tych młodszych, które nadal jeszcze tuliły się do brzucha matki. Po chwili jednak z myśli wyrwały go starsze kociaki, skaczące po nim jak szalone.
— No już maluchy, już. Przyniosłem wam coś fajnego. — Schylił się i położył na ziemi zabawkę. Kocięta zaczęły ochoczo ją obwąchiwać, a po chwili nawet bawić się nią.
— Ale ładne! Wygląda jak mysz! — wykrzyknęła radośnie Dymówka, na co kocur skinął.
— Tak, zrobiłem ją specjalnie dla was. — pochwalił się młodszym, na co kocięta ruszyły w jego stronę, tuląc się do jego łapy.
— Dziękujemy Fiment! — Ciska schowała pyszczek w jego futrze, na co ten lekko zaśmiał się.
— Nie macie za co dziękować. Muszę lecieć, niestety. Ale odwiedzę was jeszcze, obiecuję. — Kocięta niechętnie puściły jego łapę, machając mu na pożegnanie. Gdy wyszedł, odwrócił się jeszcze na chwilę w ich stronę, patrząc jak bawią się przyniesioną im zabawką. Uśmiechnął się lekko, spoglądając na legowisko medyków, gdzie Jagnięcy Ukłon właśnie szkoliła Ćmią Łapę. Zwiesił łeb, po czym westchnął, odchodząc w stronę legowiska uczniów.

[520 słów]

Od Słonkowej Łapy do Dymówki

Czasy kocięce minęły jej w mgnieniu oka. Może to dlatego, że znaczną ich część spędziła, wijąc się jak malutka dżdżownica? Przez pierwsze księżyce niewiele potrafiła. Musiała się czołgać, nawigować za pomocą węchu, a także bić się z rodzeństwem o pokarm, by w końcu zmienić się w pięknego motyla — choć to ostatnie nie było zbyt ciężkie. Przynajmniej nie dla niej. Los sprawił, że urodziła się jako pierwsza, a także najsilniejsza ze swojego rodzeństwa — tak właśnie mówili jej rodzice. Ona sama nie pamiętała tego wcale. Cóż, nie mogła pamiętać. Żyjąc jednak ze świadomością, że często zapewne odpychała swoje siostry i brata od matki, by pozyskać od niej życiodajny płyn, czuła się niezwykle źle. Było to co prawda dawno. Firletka, Mysikrólik i Ćma nic z tego nie pamiętali. Lecz ona nie mogła znieść myśli o tym, że jako mały, nowonarodzony kociak potrafiła przepychać się przez najbliższe jej koty i zwracać na siebie tym uwagę. Teraz wcale nie chciała tej uwagi. Wolała siedzieć gdzieś na uboczu, w kompletnej ciszy. Naprawdę nie rozumiała, czemu jej malutka wersja była taką rozbójniczką. Chciałaby cofnąć się w czasie i z obecną świadomością znaleźć się w ciele młodego kocięcia. Wtedy na pewno zadbałaby o to, by jej rodzeństwo dostawało równą ilość mleka, a ona nie zgarniałaby dla siebie większej jego ilości.
Cóż, mimo wszystko nie potrafiła władać czasem. To, co już się stało, nigdy się nie odstanie. Czas mijał, serce uderzało za uderzeniem, a ona mogła jedynie starać się o to, by nigdy nie być już tą pierwszą. Choć wciąż, czy tego chciała, czy nie, była pierworodną. To wręcz ironiczne, że los postanowił wypchnąć ją na świat jako pierwszą, wiedząc, że w przyszłości wyrośnie na kogoś, kto zrobi wszystko, by nigdy nie być na przedzie. Może zrobił to w formie nieśmiesznego żartu, chcąc uprzykrzać życie Słonce już od najmłodszych jej dni.
A czemu akurat los? A no temu, że szylkretka tak na dobrą sprawę nie wierzyła w to, że to Klan Gwiazdy mógł jakoś maczać w tym paluchy. Wierzyła w ich istnienie, co prawda, lecz nie sądziła, by mogli zbyt dużo zdziałać w świecie żywych. Wiedziała jedynie, że liderzy otrzymują dziewięć żyć, a medycy sny od Gwiezdnych Przodków, a to były niepodważalne dowody na ich istnienie. Słonka miała tylko nadzieję, że te umarlaki pozostają jedynie w swojej gwiezdnej krainie i nie mogą zstępować na ziemię. No bo w końcu, gdyby mogli, na terenach klanów nigdy nie działyby się rzeczy złe — a jednak się działy.
Uczennica słyszała już opowieści o legendarnej wojnie z Klanem Wilka. Słyszała o śmierciach, urazach, chorobach. Wierzyła też, że Klan Gwiazdy musi być dobry, skoro wszyscy tak dobrze o nim wspominają. Dlatego doszła do wniosku, że skoro był dobry, to chciałby dobrze dla wierzących. Nie chciałby żadnych wojen, żadnego bólu i cierpienia. A jeśli naprawdę mógł ingerować w życie żywych, i mimo wszystko nie powstrzymywał ich od mordowania siebie nawzajem, to czy naprawdę był taki miłosierny? Taki dobry? Pokojowy?
W końcu Słonkowa Łapa potrząsnęła głową, czując, że zaczyna ją boleć. Czy myślała zbyt dużo? W tym wieku powinna zająć się treningami, a zamiast tego wolała rozmyślać o wierze. Tak już miała. Od samych narodzin, wręcz. Zupełnie tak, jakby urodziła się do tego, by zostać myślicielką. Na co im jednak w klanie myśliciele, skoro piszczki same się nie upolują? Żółtooka powinna wreszcie zejść na ziemię i zająć się tym, co w życiu ważne. Powinna… w ogóle cała się zmienić. Choć była wciąż młoda, już nie podobało jej się to, w jaką stronę zmierza.
Była introwertyczką. Była niezwykle nieśmiała, a rozmowa z kotami, nawet tymi, które były jej bliskie, przychodziła jej z ogromnym trudem. Czuła się niezrozumiana za każdym razem, gdy wypowiadała jakiekolwiek zdanie. Miała wrażenie, że każdy patrzy na nią jak na dziwaka, mimo że zawsze starała się brzmieć jak najzwyczajniej. Nie miała przez to przyjaciół, a rodzeństwa także unikała. Choć, och… jak bardzo chciałaby mieć kogoś, kto by ją zrozumiał. Tak bardzo, jak chciałaby mieć świetną grupkę przyjaciół, którzy nawzajem by się wspierali! Wiedziała jednak, że nigdy do tego nie dojdzie. Nie była stworzona do tego, by mieć znajomych, a co dopiero przyjaciół.
Czy był więc sens w tym, by spróbować być bardziej rozgadaną? Bardziej entuzjastyczną? Miała wrażenie, że, tak czy siak, wszyscy będą na nią dziwnie patrzeć. Prawie tak, jakby ciążyła na niej jakaś klątwa, którą widzieli wszyscy poza nią samą. W końcu co sprawiało, że za każdym razem, gdy się odzywała, koty reagowały tak nietypowo? Czy miało to jakiś związek z jej tonem głosu? Z mimiką jej pyska? Z mową jej ciała?
— Słonkowa Łapo! — rozległ się nagle głos Jenociej Kufy, wyrywając szylkretkę z zamyślenia.
Uczennica szybko się ocknęła, po czym spojrzała w stronę mentorki, która stała tuż obok niej. W myślach podziękowała jej za interwencję i przerwanie spirali myśli, po czym szybko podniosła się na wszystkie cztery łapy.
— Tak, mentorko? — zapytała, przybierając nieco zmartwiony wyraz pyska. Czy Jenot zamierzała zabrać ją na trening? No, pewnie tak. Przecież to był jej obowiązek! Słonka nie przepadała jednak za wojowniczką. Widząc nastawienie Lśniącej Gwiazdy do rodziny Trójokiego Zająca, zaczęła przypuszczać, że lider specjalnie przydzielił jej tak specyficzną nauczycielkę. Nie była przecież na tyle głupia, by żyć w błogiej nieświadomości. Miała złe przeczucia co do przywódcy, lecz nie mogła wyrazić ich na głos. Nikomu nie ufała na tyle, by się z tym podzielić.
— Zbieraj się! Jeśli chcesz choć trochę mi dorównać, musisz się postarać! — oznajmiła, mrużąc ślepia. — Nie oczekuję od ciebie, że przewyższysz mnie umiejętnościami, gdyż to niemożliwe. Nie chcę jednak, byś wyglądała jak pokraka na tle swojego rodzeństwa. Choć… to akurat żaden wyczyn. Nie wyglądają oni zbyt obiecująco — fuknęła, przewracając oczami.
Słowa Jenociej Kufy raniły Słonkową Łapę prosto w serce. Nie mogła znieść tego, że mentorka obrażała jej rodzeństwo. Mimo wszystko nie chciała wywoływać żadnego konfliktu, więc siedziała cicho i niechętnie znosiła kolejne uwagi, którymi starsza plamiła honor jej rodziny. Wolała to niż konieczność radzenia sobie z napiętą atmosferą podczas każdego treningu.
Posłusznie skinęła głową, po czym wyszła z azylu zaraz za wojowniczką. Ciekawe, co tym razem wymyśliła. W końcu obeszły już wszystkie granice Klanu Klifu, odwiedziły wszystkie lokacje, a Jenocia Kufa zdążyła również opowiedzieć Słonce o Kodeksie Wojownika. Rozpoczęły także naukę walki, która dla Słonki była istnym utrapieniem. Nie chodziło nawet o to, że szylkretka jakoś szczególnie brzydziła się przemocą. Owszem — wolałaby jej unikać — lecz podczas sparingów z Jenocią Kufą nie miała problemu z tym, by czasem jej przyłożyć. Problem polegał jednak na tym, że w trakcie walki czuła się niezwykle niezręcznie. Nigdy nie wiedziała, kiedy nadejdzie odpowiedni moment na wykonanie ruchu, choć przecież w walce żadna kolejność nie istniała. I właśnie w tym tkwił problem. Słonkowa Łapa nie potrafiła wyczuć chwili, w której powinna zamachnąć się łapą czy obnażyć kły. Potrafiła jedynie w nieskończoność wykonywać uniki, co coraz bardziej irytowało jej mentorkę, która chciała wycisnąć z tych treningów coś więcej.
— Dzisiaj znowu spróbujemy walki — ogłosiła starsza.
Prawie tak, jakby czytała jej w myślach i robiła wszystko, by spełnić najgorsze koszmary Słonkowej Łapy. Może jeśli Słonka przestanie myśleć o tym, co ją martwi, Jenocia Kufa przestanie magicznie wykorzystywać jej obawy przeciwko niej?
— Dobrze… — odparła Słonka, wlepiając wzrok w łapy.
Rozmowy z nią były ciężkie. Uczennica zawsze jedynie odpowiadała, nigdy sama nie próbując kontynuować konwersacji. Zresztą, nawet nie widziała w tym większego sensu. Czuła się lepiej, gdy ograniczała się do półsłówek, bo dzięki temu miała mniej rzeczy, których później mogłaby żałować.
— Co ty taka spięta? — fuknęła wojowniczka, po raz kolejny sprawiając wrażenie, jakby potrafiła zajrzeć do głowy swojej uczennicy. — Nie lubisz mnie? — rzuciła żartobliwie, uśmiechając się zadziornie.
Słonka prawie zakrztusiła się własną śliną.
— Co? C-co? Nie… — odparła, czując, jak serce zaczyna jej przyspieszać. — Nic takiego nie mówiłam! — dodała, starając się zadrzeć brodę, by wyglądać nieco pewniej. Nie potrafiła jednak ukryć, że jej krok stał się chwiejny i nierówny, gdy z nerwów zaczęły drżeć jej łapy.
— No przecież cię nie obedrę ze skóry, jak się do tego przyznasz! Co najwyżej zrzucę cię z klifu — kontynuowała mentorka, drocząc się z młodszą.
Co za tragedia. Prawdziwy koszmar!
— Ja… nie… — wydukała żółtooka, zaraz krzywiąc się z powodu własnych słów. Czemu nie potrafiła sklecić niczego sensownego? Przecież po coś miała język! — Nie mam problemu… do ciebie, w sensie… — zaczęła tłumaczyć, czując, jak wręcz usycha jej w gardle.
“Losie! Czemu musiałeś uczynić ze mnie taką ciamajdę? Jenocia Kufa się załamie moim zachowaniem! I moją koszmarną dykcją! Czy to wina genów, że taka jestem? Jeśli tak, to nie mogłeś wybrać dla mnie nieco lepszych? Jeśli to zaś wina wychowania, to nie mogłeś sprawić, żebym urodziła się w innej rodzinie? Lub… nie urodziła się wcale?” — wysłała cichą modlitwę do losu, po czym przełknęła głośno ślinę.
— Meh, nieważne. Lepiej nie próbuj się tłumaczyć, bo twoje jąkanie się to udręka dla moich uszu! — oznajmiła bez skrupułów wojowniczka. Zupełnie jakby w ogóle nie brała pod uwagę tego, że jej słowa mogą zranić Słonkę.
— Mhm… — mruknęła Słonka pod nosem, nie chcąc męczyć starszej swoim głosem.
Wkrótce dotarły do lasu nad klifem, gdzie Jenocia Kufa zatrzymała się, postanawiając rozpocząć właściwą część treningu i przejść do walki. Jak zwykle kotki ustawiły się naprzeciwko siebie, po czym starsza od razu przeszła do ofensywy, atakując Słonkę łapami bez wysuniętych pazurów. Szylkretka, choć w uszach wciąż dudniły jej słowa mentorki o tym, że musi zacząć ją atakować, nadal ograniczała się jedynie do wykonywania uników. W taki sposób minął im kolejny, niezbyt udany trening, aż w końcu Jenot zmęczyła się ćwiczeniem z uczennicą, która zachowywała się jak pień, i postanowiła wrócić wraz ze Słonką do obozu.
Uczennica wkroczyła do azylu, z trudem powstrzymując się od płaczu. Dlaczego ta nieszczęsna walka szła jej tak opornie? Już chciała udać się na swoje posłanie, by zwinąć się w kulkę i skryć przed resztą świata, gdy Jenot się odezwała:
— I zanieś karmicielkom coś do jedzenia! A oprócz tego weź też coś dla najstarszych kociąt, gdyż powinny one już przyjmować stały pokarm.
Słonka pociągnęła nosem, zatrzymując się w bezruchu. Przez moment obserwowała starszą kotkę, która kierowała się do swojego legowiska, a gdy ta zniknęła jej z oczu, podeszła do stosu ze zwierzyną.
Wybrała z niego kilka piszczek. Takich, które nie były ptakami. Nie chciała w końcu mieć styczności z martwymi skrzydlatymi stworzonkami, do których szacunku od narodzin uczyli ją Kukułczy Wdzięk i Trójoki Zając.
Powoli zaczęła zanosić pokarm do kociarni, robiąc to w kilku turach. Nie byłaby przecież w stanie unieść śniadania dla tylu kotów za jednym razem. Pod koniec wzięła niewielką mysz, a także ryjówkę, i ruszyła do żłobka po raz ostatni, by wręczyć je Cisce i Dymówce.
Ryjówkę podrzuciła burej koteczce, natomiast z myszką podeszła do niebieskiej młódki, która siedziała nieco oddalona od swojej matki. Położyła przed nią piszczkę.
— Hej… Co porabiasz? — zapytała nieśmiało, przekręcając głowę. Liczyła na to, że rozmowa z kotką młodszą od niej o pięć księżyców przyniesie jej choć odrobinę pocieszenia po tym, jak bardzo zepsuła swój trening.

<Dymówko?>

[1783 słowa]

Od Firmamentowej Łapy

Przeciągnął się na posłaniu. Wyszedł z legowiska uczniów, tęskno patrząc na żłobek. Dlaczego Jastrzębi Zew musiała tak prędko odejść z tego świata… Przecież kocurek tak strasznie za nią przepadał, a ona… Już tu nie jest. Zwrócił się w stronę wyjścia z obozu, czekając na resztę porannego patrolu, który pojawił się dość późno. Wzburzony Kormoran spojrzał lekko zmartwiony na zaspanego Firmamenta, jednak nie odezwał się. Chyba po prostu chciał mu dać trochę przestrzeni na przetrawienie całego zdarzenia. Wyruszyli w stronę terytorium Klanu Wilka, chcąc sprawdzić, czy rywale nie próbują przesunąć granic. Nigdy nie wiadomo… Point szedł, patrząc na otaczającą go naturę. Wszystko przemijało z czasem. Kwiaty więdły, kałuże wysychały… Wszystko jednak było takie spokojne. Tak samo jak grób Jastrzębiego Zewiu… Gdy zatrzymali się, mentor kazał mu zawęszyć. Podniósł łeb do góry z nadzieją, że wyczuje jakiś zapach.
— Patrol Klanu Wilka przechodził tędy nie tak dawno. Po swojej stronie. — Na jego odpowiedź mentor skinął głową, ruszając dalej. Dwójka wojowników, którzy wyruszyli na patrol z nimi rozdzieliła się, chcąc sprawdzić większy obszar. Kocurek spojrzał na Wzburzonego Kormorana, który szedł powoli.
— Wiem, że ciężko ci z jej odejściem, Firmamentowa Łapo. — Starszy odezwał się w końcu, zatrzymując się. — Ale musisz wiedzieć, że jesteś bardzo silny jak na tak młodego kota. Przyjąłeś tą informację bardzo… Dojrzale. Jednak pamiętaj, że gdybyś potrzebował rozmowy, lub chciał wsparcia, masz mnie, swojego ojca, brata, oraz wielu gotowych do pomocy protektorów. Więc nie wahaj się poprosić o pomoc, jeśli jej potrzebujesz.
— Tęsknię za nią. — odpowiedział po chwili uczeń. Patrzył teraz na swoje łapy, myśląc o kotce. — Była dla mnie jak matka, której nie dano mi mieć.
— Wiem o tym. Wielu wojowników od dawna spekulowało, że Truskawkowe Pole nie zechce zostać w Klanie Klifu.
— Myślisz, że mnie też widzą jako potencjalnego zdrajcę..? — spojrzał w oczy wojownika, który delikatnie się uśmiechnął.
— To, że jesteś jej synem, nie znaczy, że jesteś taki jak ona. To twoje życie, nie jej. Ja widzę cię jako wiernego przyszłego wojownika Klanu Klifu. — Na jego słowa Firmament lekko się uśmiechnął, choć w głębi duszy wiedział, że to nie tego chce od życia…

[343 słowa]