BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Wojna z Klanem Wilka i samotniczkami zakończyła się upokarzającą porażką. Klan Klifu stracił wielu wojowników – Miedziany Kieł, Jerzykową Werwę, Złotą Drogę oraz przywódczynię, Liściastą Gwiazdę. Nie obyło się również bez poważnych ran bitewnych, które odnieśli Źródlana Łuna, Promieniste Słońce i Jastrzębi Zew. Klan Wilka zajął teren Czarnych Gniazd i otaczającego je lasku, dołączając go do swojego terytorium. Klan Klifu z podkulonym ogonem wrócił do obozu, by pochować zmarłych, opatrzeć swoje rany i pogodzić się z gorzką świadomością zdrady – zarówno tej ze strony samotniczek, które obiecywały im sojusz, jak i członkini własnego Klanu, zabójczyni Zagubionego Obuwika i Melodyjnego Trelu, Zielonego Wzgórza. Klifiakom pozostaje czekać na decyzje ich nowego przywódcy, Judaszowcowej Gwiazdy. Kogo kocur mianuje swoim zastępcą? Co postanowi zrobić z Jagienką i Zielonym Wzgórzem, której bezpieczeństwa bez przerwy pilnuje Bożodrzewny Kaprys, gotowa rzucić się na każdego, kto podejdzie zbyt blisko?

W Klanie Nocy

Ostatni czas nie okazał się zbyt łaskawy dla Nocniaków. Poza nowo odkrytymi terenami, którym wielu pozwoliły zapomnieć nieco o krwawej wojnie z samotnikami, przodkowie nie pobłogosławili ich niemalże niczym więcej. Niedługo bowiem po zakończeniu eksploracji tajemniczego obszaru, doszło do tragedii — Mątwia Łapa, jedna z księżniczek, padła ofiarą morderstwa, którego sprawcy jak na razie nie odkryto. Pośmiertnie została odznaczona za swoje zasługi, otrzymując miano Mątwiego Marzenia. Nie złagodziło to jednak bólu jej bliskich po stracie młodej kotki. Nie mieli zresztą czasu uporać się z żałobą, bo zaledwie kilka wschodów słońca po tym przykrym wydarzeniu, doszło do prawdziwej katastrofy — powodzi. Dotąd zaufany żywioł odwrócił się przeciw Klanowi Nocy, porywając ze sobą życie i zdrowie niejednego kota, jakby odbierając zapłatę za księżyce swej dobroci, którą się z nimi dzielił. Po poległych pozostały jedynie szczątki i pojedyncze pamiątki, których nie zdołały porwać fale przed obniżeniem się poziomu wód, w konsekwencji czego następnego ranka udało się trafić na wiele przykrych znalezisk. Pomimo ciężkiej, ponurej atmosfery żałoby, wpływającej na niemalże wszystkich Nocniaków, normalne życie musiało dalej toczyć się swoim naturalnym rytmem.
Przeniesiono się więc do tymczasowego schronienia w lesie, gdzie uzupełniono zniszczone przez potop zapasy ziół oraz zwierzyny i zregenerowano siły. Następnie rozpoczęła się odbudowa poprzedniego obozu, która poszła dość sprawnie, dzięki ogromnemu zaangażowaniu i samozaparciu członków klanu — w pracach renowacyjnych pomagał bowiem niemalże każdy, od małego kocięcia aż po członków starszyzny. W konsekwencji tego, miejsce to podniosło się z ruin i wróciło do swojej dawnej świetności. Wciąż jednak pewne pozostałości katastrofy przypominają o niej Nocniakom, naruszając ich poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza z krążącymi wśród kotów pogłoskami o tym, że powódź, która ich nawiedziła, nie była czymś przypadkowym — a zemstą rozchwianego żywiołu, mszczącego się na nich za śmierć członkini rodu. W obozie więc wciąż panuje niepokój, a nawet najmniejszy szmer sprawia, że każdy z wojowników machinalnie stroszy futro i wzmaga skupienie, obawiając się kolejnego zagrożenia.

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Miot u samotników?!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 7 grudnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

04 stycznia 2026

Od Strzępka Do Płomiennego Serca

Dni powoli mijały, a kocurek czuł się nieco przytłoczony tym wszystkim. Miał wrażenie, że gdzie się nie obróci, to słyszy szepty za swoimi plecami lub czuje na swoim jasnym ciele wzrok. Czyżby każde przybycie na świat kociaków wzbudzało takie sensacje? Może powinien korzystać i się cieszyć z takiej atencji ze strony starszych pobratymców? Nikogo o to nie pytał, chcąc samemu dojść do rozwiązania tej zagwozdki — a przynajmniej tak tłumaczył swoją niepewność, by zapytać o to inne karmicielki lub koty odwiedzające żłobek. Oprócz Króliczej Prawdy było jeszcze parę innych rudawych lub kremowych kotów, która czasem zawędrowała do kociarni, by zabawić się z przebywającymi tam kociętami lub porozmawiać z kotkami sprawującymi opiekę nad najmłodszymi.
Strzępek czasem był skory do zabawy, a w innych momentach miał gdzieś cały otaczający go świat. Jego zmienność można było porównać do wzburzonych fal na morzu, przy którym mieszkali. Akurat dzisiaj miał dzień na "mam wszystko gdzieś", dlatego też nie zareagował, kiedy do legowiska wkroczyła radosna ruda wojowniczka. Ta po przywitaniu się z resztą, skierowała swoją uwagę na jasnego kocurka, który siedział pod ścianą i bawił się gałązkami wystającymi z ptasiego gniazda, które służyło jako jedno z legowisk znajdujących się w żłobku.
— Cześć szkrabie — przywitała się z uśmiechem na białym pyszczku. Strzępek jedynie przelotnie na nią spojrzał i wrócił do jednej z gałązek, którą zaczepiał łapą bez większego zainteresowania, jakby z nudy, nie mając nic lepszego do zajęcia czasu. Ruda jednak tak łatwo się nie poddała i kontynuowała jednostronną rozmowę, lecz point jej nie słuchał, rozmyślając nad własną egzystencją, a dokładniej to kiedy opuści kociarnię.

<Płomienne Serce? Trudne dziecko Ci się trafiło>

Od Bruka Do Orchidei

Bruk podczas chlebkowania obok Drobinki, która gada jakieś dziwne rzeczy w nieznanym mu języku, pomyślał sobie: "Może by tak przełamać strach przed rybami? Nieee, no nie ma sensu". Odrzucił tę myśl i poszedł się dalej bawić z Drobinką, która wyglądała z uderzenia na uderzenie serca coraz dziwniej, brzmiała i wyglądała, a dokładniej jej pyszczek zaczynał przypominać karasia? Bruk zaczął się bać (nasz kochany budulec wielu polskich chodników boi się ryb). Jak chciał się zapytać jego siostry, czy wszystko w porządku, lecz jedyne co usłyszał to ciche „bul bul”.
W tamtym momencie wpadł w szał — biegał, krzyczał, machał łapami na wszystkie strony, bał się do takiego stopnia, że aż wskoczył do pobliskiej kałuży i zaczął jeszcze bardziej panikować, aż w końcu przyszła Orchidea i uspokoiła go, uświadomiła, że jego siostra dalej jest kotem, nie rybą. Stwierdziła również, że Bruk powinien iść spać. Posłuchał się, lecz nie mógł spać, co jest dla niego bardzo dziwne, nietypowe, ponieważ przeważnie zasypia nawet, jak bawi się z siostrą, a teraz nic — cały czas przejmował się tym, co zobaczył tego dnia i nie potrafi od widzieć ryby w swojej siostrze.
W końcu udało się, poszedł spać i przyśniło mu się coś bardzo dziwnego.
Kociak pojawił się nad rzeką, wzdłuż której prowadził chodnik z kostki brukowej. Bruk więc szedł po twardym, zimnym podłożu, które nie było dla niego przyjemne, lecz nagle usłyszał głos zza pleców, który mówił: „Cześć Bruk, tutaj obróć się”. Po tym, jak Bruk spojrzał za siebie, zobaczył gigantyczny chodzący chodnik, który mówił dziwnym języku, który brzmiał dokładnie, jak przerzucamy gruz. Jedyne co zrozumiał to: „Smacznej rybki”. Kocur na samo słowo ryba już był wystraszony, ale na szczęście zapomniał o tym chwilę po rozstaniu z chodnikiem. Bardziej przejmował się wtedy pięknym motylem, który wleciał do wody, a więc Bruk wskoczył za nim, aby się mu dokładniej przyjrzeć, lecz jak się można domyślić, pod wodą nie było żadnego motyla, ale było co innego — ryba. Pod wodą była ryba, więc nasz niezbyt inteligentny przyjaciel znowu zaczął panikować, przez co znaczą się topić, ale wyciągnęła go ciemna postać — coś, co wyglądało jak zdechłe ryby ściśnięte w dużego kota. Bruk powoli zaczynał łapać, co się dzieje oraz wiedział, że to musi być sen, a więc odezwał się do postaci, która była zbudowana z padliny i w tamtym momencie się obudził.
Chwilę po przebudzeniu się wstał i przeciągnął w legowisku. Nudziło mu się niemiłosiernie, więc stwierdził, że pobawi się z Drobinką, dlatego też poszedł w te pędy zacząć zabawę poprzez na skoczenie na swoją siostrę i taktyczne uderzanie jej łapami. Ta również miała ochotę na zabawę i tak tłukli się aż do zachodu słońca.

[][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][]

Przez panikę, która go okiełznana, czuł się, jakby był ofiarą transu. Czuł się jak w gęstej mgle. Zagubiony, przerażony... Jedyne co słyszał to krew dudniącą w jego liliowo białych uszach, przyozdobionych uroczymi pędzelkami. Nagle wśród tego całego chaosu wyłoniła się tego mama — Orchidea. Wyraz jej pyszczka był zatroskany, a w głosie czaiła się nuta rozbawienia, zmartwienia, ale i czułości. Jej miękki głos był dla niego ukojeniem.
— Co się stało kochanie? — spytała, łagodnie przyciągając syna do siebie.
— Mame, Drobinka strasznie wygląda, bardzo się jej boję... O-ona... Ona wygląda jak ryba, a-a jak chciałem się do niej odezwać, to nie usłyszałem, jak zwykle słodkiego i cichego głosu, a straszne i przerażające "bul bul"... Mame zrób coś, ja się boję ryb! Nie słyszałaś o Padlinie? Nie chce skończyć tak jak on! — odpowiedział
Liliowa kocica z czułością jak to na matkę przystało, zaczęła gładzić nastroszoną sierść kocięcia swoim długim, aksamitnym ogonem. Na jej pyszczku pojawił się smutny, niewielki uśmiech.
— Znałam go. Nie jakoś bardzo... Ale dobrze. Był mentorem twojego wujka i mojego brata, czyli wujka Pumy. Był dość... Specyficzny. Za młodu trochę się go bałam, ale po czasie dało się jakoś przyzwyczaić do jego sposobu bycia. Tylko zastanawia mnie jedno... Kto ci o nim naopowiadał? Jesteś jeszcze maluchem, nie musisz zaprzątać tym swojej małej główki... No, ale nie ważne, a przynajmniej na teraz. Jesteś ze mną bezpieczny, nie bój się maleństwo...
Ruchy matki były kojące i można by w tej sytuacji porównać je do wichury, która powoli zwalnia, zmieniając się w wiatr, a później — w delikatny, uspokajający świst. Jej ślepia tliły się milionem barw, pod wpływem promieni słonecznych, które na nie padały. Iskrzyła w nich matczyna troska, której nie można było pomylić z niczym innym.
Kociak bardzo uspokoił się pod wpływem dotyku matki, a jego sierść z najeżonej przeszła do młodego, pięknego i gładkiego futerka. Tak jak na kociaka przystało.
— Dziękuję mamusiu... — Bruk podziękował Orchidei, mrucząc to w jej ciepłe i pachnące futerko na klatce piersiowej. Ta woń była tak kojąca... Mleko, łąka, kwiaty, beztroska...
— Nikt nie potrafi pomóc drugiemu kotu tak jak ty, wiesz?
Kocica łagodnie się uśmiechnęła.
— Dziękuję kwiatuszku... — mruknęła w odpowiedzi niemal szeptem, a jej postawa stała się niemal promienna.
— To tylko dzięki tobie, twojej siostrzyczce i mamusi, wiesz? Wy dajecie mi siłę, by iść dalej przez mgłę w głąb lasu... Idę w nieznane, mając was w serduszku. Ono bije dla was...
Kotka przyłożyła swój pyszczek do głowy synka, wsuwając swój nos w jego futro na główce. Jej pomarańczowe oczy powoli się zamknęły, a gdzieś z głębi wychodziło ciche mruczenie.
— Kocham was najbardziej na świecie... Przypominacie mi takie trzy słoneczka górujące na niebie, oświetlając cały mój świat...
Orchidea zobaczyła, jak jej syn przeciągle ziewa w jej uścisku. Raz po raz zaczęła ciągnąć językiem po jego główce, synchronizując te ruchy z biciem swojego serca, w które on z zafascynowaniem się wsłuchiwał.
— Nigdy nie byłam szczęśliwsza... Mam ciebie, Drobinkę i Pieczarkę... Niczego więcej mi nie trzeba…
Kiedy kocię usłyszało słowa mamy, główka sama zaczęła mu opadać pod wpływem jej języka, robiąc się wyjątkowo ciężka. Nawet nie zorientował się, a w pewnym momencie oczka Kostki Brukowej same się zamknęły. Kociak zasnął w ciepłych i przytulnych objęciach swojej kochanej mamy, wciąż wsłuchując się w ten rytm. Odpłynął w swojej ulubionej, ukochanej pozycji. Na chlebek. Chwilę później Orchidea również zapadła w głęboki sen, nie opuszczając swojego Bruko-chlebko syna ani o wąs.

[][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][]

Słońce już prawie zaszło za korony drzew Owocowego Lasu, zostawiając po sobie taki pomarańczowo-fioletowy rozmazany ślad na niebie, jakby ktoś machnął pędzlem i stwierdził: „Eh, będzie, jakoś to wyglądać”. W trawie chrupały jakieś owady, a powietrze pachniało tym typowym, wieczornym chilloutem, który aż prosi się o jakieś głupoty — i oczywiście Bruk to wyczuł pierwszy.
Wyskoczył zza kamienia tak nagle, że sam się prawie potknął o własne łapy, bo przecenił swoje możliwości. Futro miał nastroszone w każdym możliwym kierunku, wyglądał jak kot, który właśnie porwał prąd, ale jeszcze nie zdecydował, czy mu się to podoba, czy nie.
— Drobinka! — ryknął, tak głośnym, że ptaki w pobliskich krzakach podskoczyły. — Podbijaj tu no!
Drobinka podniosła głowę z miną „Serio…?”, bo właśnie bawiła się listkiem i to była najlepsza rzecz na świecie w tamtym momencie. Jej ogonek poruszył się powoli jak wskaźnik, który mówi: "Lepiej, żeby to było warte mojej uwagi".
— Co tym razem? — zapytała tonem, który brzmiał jak pół westchnienie, pół groźba. — Bo jak to znowu jakieś twoje „super odkrycie”, które później trzeba gonić po całej polanie…
Bruk dumnie wyciągnął coś spod siebie.
— Patrz. — I prezentuje kulkę z trawy.
Normalną. Taką, jaką robi każdy kociak, który z nudów zaczyna turlać byle co.
Drobinka zmrużyła oczy tak mocno, że wyglądała, jakby próbowała przeskanować obiekt wzrokiem rentgenowskim.
— Ty tak serio…?
— Halo, nie śmiej się! — Bruk już oburzony. — To nie byle jaka kulka! Ona jest… wyjątkowa.
— Aha. Wyjątkowa jak twoje „zaufaj mi, wiem co robię”? — mruknęła.
Bruk pchnął kulkę łapą w jej stronę.
— No, zagraj ze mną, nie bądź taka.
Drobinka chciała tylko trącić delikatnie, ot tak, żeby mieć to z głowy, ale oczywiście los chciał inaczej. Kulka wystrzeliła jak pocisk, odbiła się od jednego kamyczka, potem od drugiego, zrobiła absurdalną pętlę w powietrzu i walnęła Bruka prosto w nos.
— AU! — wrzasnął tak, że aż motyl odleciał. — WIDZISZ?! Ona ma swoje zdanie!
— Ona ma twoje krzywe kopnięcie — poprawiła go Drobinka, ale w jej głosie czaił się taki cichy, ledwo zauważalny śmiech. Nie przyznałaby się do tego, ale to nawet było trochę zabawne.
Zanim zdążyli się dalej kłócić o fizykę kulki trawiastej, usłyszeli znajomy dźwięk.
Ten dźwięk, który potrafił zmrozić krew, ustawić łapy w szeregu i sprawić, że każdy psotny kociak zaczyna w myślach robić listę grzechów.
Ich mama.
— Bruk! Drobinka! — zawołała z tej swojej klasycznej pozycji „już wiem, że narozrabialiście, pytanie tylko jak bardzo”.
Bruk spojrzał na Drobinkę jak na kota, który go właśnie zdradził.
— No pięknie. Teraz będzie na mnie.
— Bo to jest twoja wina — odpowiedziała spokojnie, poprawiając futerko jak dama szykująca się na przesłuchanie.
— Ej! Ty też się bawiłaś!
— A ty zacząłeś.
Bruk zaczął warczeć pod nosem coś niezrozumiałego, ale wyglądał przy tym bardziej jak kot z załamaniem nerwowym niż jak groźne stworzenie z lasu.
Drobinka ruszyła pierwsza, idąc z dumą, jakby nic nie mogło jej zachwiać. Bruk człapał za nią, próbując wyglądać niewinnie, choć w jego przypadku niewinność kończyła się gdzieś po pierwszych trzech sekundach życia.
Zatrzymali się tuż przed mamą.

<Mame?>
[1480 słów]

Od Szakłakowej Barwy (Poczciwego Szakłaka) CD. Rudzikowego Skrzydełka

Przeszłość, koniec poprzedniej pory opadających liści

Po wyjściu z obozu poprowadził ich trzyosobowy patrol w stronę Drogi Grzmotu, by przy okazji sprawdzić “naturalną” granicę z Owocowym Lasem. Nawet jeśli nie mieli żadnych problemów z tamtejszymi kotami, to nadal problemem mogli być samotnicy kręcący się w tych okolicach — choć znalezienie ich zapachu było trudne pośród panującego smrodu potworów. Spokojnie szedł, nie spiesząc się zbytnio, lecz w myślach musiał powstrzymywać swoje łapy przed szybszym tempie, by wcześniej ukończyć patrol ze srebrnymi siostrami. Nie to, że ich towarzystwo było dla nich uciążliwe, jednak z każdym krokiem niepewność co do podjętej decyzji wzrastała.
— Szakłaczku! Chcesz zobaczyć moją kolekcję martwych motyli? — Na dźwięk swojego imienia, skierował wzrok na Rudzikowe Skrzydełko.
— Szakłakowa Barwa nie jest tak rozmowny. To normalne. Niektóre koty wolą mówić mniej — odparła jej siostra, posyłając mu łagodny uśmiech w przepraszającym geście. Na to czarny lekko skinął głową z powolnym przymknięciem powiek. Nie miał za złe Rudzik, że próbuje zacząć z nim rozmowę.
— No ale skoro nie mówi… To jak zdobywa przyjaciół? — mruknęła, jakby do Płomykówki, lecz po nie otrzymaniu odpowiedzi, skierowała swój wzrok na starszego. — Masz przyjaciół, prawda? Jeśli nie… To ja! Ja mogę być Twoją przyjaciółką! — dodała, a on momentalnie przystanął, jakby jego łapy niespodziewanie wrosły głęboko w ziemię. Czuł, jak jego serce przyspiesza, a w oczach pojawia się lekka panika. Nie wiedział co zrobić. Pierwszy raz ktoś mu coś takiego powiedział. Przecież… kto chciałby być jego przyjacielem? W Klanie Burzy jest znacznie więcej bardziej towarzyskich kotów od niego, więc dlaczego Rudzikowe Skrzydełko chce nawiązać z nim tak bliską relację? Czemu widzi w nim odpowiedniego kandydata na swojego przyjaciela? Robi to z litości? A może chce go jakoś wykorzystać?
Na ostatnią myśl potrząsnął głową. Nie nie, srebrna taka nie jest, nie zachowuje się i nie wygląda na kogoś, kto wykorzystuje innych.
— Szakłakowa Barwo? — mruknęła Skrzydlata Płomykówka, lecz dopiero po którymś razie jej słowa dotarły do kocura. — Wszystko w porządku? — spytała, kiedy ten zamrugał parę razy, wpatrując się w jej pysk.
— Tak… Po prostu… — zaczął, ruszając z miejsca. — Nie ważne… — dokończył, rezygnując z pierwotnej myśli.
— Szakłaczku? — Usłyszał obok siebie głos Rudzik, która zaryzykowała dalszą rozmową po chwilowym dziwnym zachowaniu kocura. Ten jedynie spojrzał na nią, dając znać, by mówiła dalej. — To… Chcesz, bym była Twoją przyjaciółką? — spytała z minimalną nutą niepewności, jakby z obawy, że ten zareaguje ponownym odrealnieniem.
Po pytaniu odwrócił wzrok, chcąc się namyślić nad odpowiedzią. W głębi duszy chciał mieć kogoś bliskiego oprócz Poczciwego Dziwaczka i Barszczowej Łodygi, lecz… Co, jeśli coś źle zrobi i Rudzik szybko stwierdzi, że nie nadaje się do takiej relacji z nią? Jednak jeśli nie spróbuję, to nigdy się nie przekona, jak to mieć nieco większe grono bliższych kotów.
— Jeśli Ty tego chcesz, to tak — odpowiedział po dłuższej chwili z lekkim uśmiechem na pysku. Nagła radość kotki zaskoczyła kocura, że ten zaskoczony zatrzymał się, wpatrując w Rudzik, która wręcz skakała z ekscytacji.
— Spokojnie, ona tak zawsze — oznajmiła Płomykówka, pojawiająca się obok niego. Ona również patrzyła na rozradowaną siostrę.
— Chyba jednak zaczynam mieć wątpliwości… — mruknął, ruszając powoli.
— Przywykniesz, ale teraz to będziesz mieć dwójkę kotek na głowie znacznie częściej. — Na to stwierdzenie, Szakłak spojrzał na nią zdziwiony, nie rozumiejąc do końca jej słów. — Rudzik często mnie gdzieś ciąga ze sobą jak dzisiaj.
— Im więcej, tym lepiej, prawda? A przynajmniej tak mówią… — rzucił, kierując się wzdłuż szerokiego koryta rzeki, gdzie ten naturalny twór kończył ich tereny w tym kierunku.
— Rudzikowe Skrzydełko, no już, bo zaraz wpadniesz do wody, a raczej nikt nie chce do niej wchodzić, by Cię ratować — oznajmiła Płomykówka, na której słowa jej siostra nieco się opanowała.

<Rudzikowe Skrzydełko?>

Od Niezapominajkowej Łapy (Niezapominajkowej Nadziei) CD. Trzcinowego Szmeru

Gdy wróciła z polowania zdecydowała się odwiedzić Trzcinowy Szmer. Kotka leżała w lecznicy, nadal dochodziła do siebie po walce z wydrą przy swoim mianowaniu. Niezapominajkowa Łapa nie przyznałaby tego na głos, jednak siła kotki jej bardzo imponowała. Gdy ta pomagała w odnowie obozu, czasem wręcz rumieniła się, chowając pyszczek w futrze. Gdy kotka zadała pytanie, uśmiechnęła się do niej.
— Chyba nawet dobrze. Szkolenie idzie mi nawet zaskakująco dobrze ostatnio. — Spojrzała na rany starszej. — Nieźle musiałaś się z nią poszarpać. W sensie tą wydrą.
— Tak, trochę. Ale nie dałam jej za wygraną. — odpowiedziała, spoglądając na ranę.
— Temu nie przeczę. Każdy inny kot pewnie wróciłby nieźle poturbowany. Ty wyszłaś jedynie z jedną większą raną. Dobrze ci poszło.
— Dzięki. — Trzcinowy Szmer zaczęła wylizywać swój bark. Niezapominajkowa Łapa odwróciła wzrok na chwilę, zawstydzając się przez ciszę, jaka nastała.
— Muszę już lecieć, niestety… Ale odwiedzę cię jeszcze, obiecuję. Odpoczywaj dobrze. — Wstała, otrzepując się lekko.
— Zapraszam, nie mam tu zbytnio nic do roboty póki rana się goi.

***

Niezapominajkowa Nadzieja widziała od dawna, że stan Trzcinowego Szmeru pogarsza z dnia na dzień. Coraz mniej jadła, wyglądała okropnie słabo. Inaczej niż księżyce temu, gdy była przecież tak silna… W dodatku kręcił się przy niej Zmierzchająca Fala. Dymna nie przepadała za nim. Jedyne, z czego się cieszyła, to że był wsparciem dla szylkretki, jednak na gust Niezapominajkowej Nadziei zbliżał się do niej za bardzo. Gdy jednak złapała ją samą, podeszła do niej z delikatnym uśmiechem na pyszczku, mając nadzieję, że uda jej się lekko poprawić jej humor. Jej futro było zmatowione, nie wylizane. Dawno się nim nie zajmowała, jednak to w żadnym stopniu nie odejmowało jej urody. Była tylko przygaśnięta, ale nadal była tą samą kotką, która sprawiała, że serce Niezapominajki biło szybciej.
— Hej, Trzcinowy Szmerze. Może masz ochotę na zjedzenie razem? Słyszałam, że patrol łowiecki złowił kilka okoni. Mogłybyśmy potem przejść się na spacer, co ty na to..? — zapytała delikatnie.

<Trzcinowy Szmerze?>

03 stycznia 2026

Od Strzępka Do Króliczej Prawdy

Źródlana Łuna spodziewała się kociąt i się ich doczekała, lecz widok dwójki rodzeństwa jeszcze bardziej złamał jej serce. Oba maluchy były jasne z ledwo ciemniejszymi widocznymi oznaczeniami, które wskazywały na to, że kocięta są pointami, niczym ich biologiczny ojciec, Szałwiowe Serce, książę Klanu Nocy. Kotka dostała imię Szron, a jej brat Strzępek z uwagi na jego potargane, wręcz postrzępione futerko.
Rodzeństwo już od samego momentu narodzin dostawało mało uwagi, a jeśli już to karmicielka z bólem i smutkiem patrzyła na swoje potomstwo tak podobne do partnera. Czyżby to była kara od Klanu Gwiazdy? Kto wie, lecz Strzępek dotkliwie odczuwał brak atencji ze strony rodzicielki, czując się niechcianym przez nią. Nie rozumiał, czemu tak jest, jednak nie próbował tego zmieniać, mając na uwadze, to jak Łuna patrzyła na niego lub siostrę. Szron też raczej nie ubiegała się o dodatkową uwagę ze strony matki, jakby podzielając zdanie brata.
Kocurek mógł jedynie liczyć na rozmowy z Naparstnicą, który również przebywał w kociarni, choć oprócz niego były jeszcze Jastrzębi Zew oraz Postrzępiony Mróz, lecz point czuł jakąś wewnętrzną niechęć do rozmów z nimi, jak gdyby jego instynkt samozachowawczy wyczuwał zagrożenie z ich strony. Coś może w tym było, ponieważ mało kto, a może nawet nikt, nie wierzył słowom Źródlanej Łuny, że ojcem kociąt jest Królicza Prawda. Wojownik co jakiś czas zjawiał się w żłobku, często w tym czasie karmicielka opuszczała legowisko, pozostawiając kocięta pod jego opieką oraz dwóch innych kotek.
— Królicza Prawdo — zagaił któregoś dnia Strzępek. Na dźwięk swojego imienia, kremowy jedynie skierował na niego swój wzrok, oznajmiając w ten sposób, że słucha malucha. — Czy jesteś naszym ojcem? — spytał bez owijania w bawełnę. Jako kociak nie rozumiał czegoś takiego jak skrępowanie lub niewygodne pytania.

<Królicza Prawdo?>

Od Rozżarzonej Pieśni Do Jagnięcej Łapy

Pora opadających liści dotarła także nad tereny Klanu Klifu, co wiązało się z bardziej wietrznymi dniami z racji bryzy nadciągającej od strony wielkiej wody. Miała to być pierwsza pora, którą Rozżarzona Pieśń przeżyje poza leśnymi terenami Klanu Wilka. Bywały momenty, gdy jakaś cząstka niej tęskniła za zapachem żywicy, szumem liści na wietrze, lecz mimo tych krótkich i cichych momentów czuła, że to właśnie Klan Klifu jest jej prawowitym domem, nawet jeśli znaczna większość kotów stąd patrzyła na nią przez pryzmat wychowania się w Klanie Wilka. Mimo to ten fakt nie przeszkadzał jej zbytnio, a przynajmniej dopóki nie musiał lub nie czuła potrzeby zamienienia paru słów z drugim kotem. Kiedy miała przymus rozmowy z kimś, to musiała się liczyć z mniej przychylnymi spojrzeniami lub oschłym, opryskliwym nawet tonem rozmowy. Po tego typu konwersacjach co wieczór się zastanawia, co mogłaby jeszcze zrobić, by każdy tutaj uwierzył w jej lojalność Klanowi Klifu, a nie Wilczakom. Przecież starała się, jak mogła, wypełniając sumiennie wszystkie obowiązki, czasem nawet dając więcej od siebie, niż powinna. Każde jej działanie często było oparte na udowodnieniu tego, że jest Klifiakiem, jednym z nich, a nie szpiegiem lub kimś innym w ich szeregach. Nawet nie zbliżała się do granicy z Klanem Wilka, choć czasem nawiedzała ją myśl, że gdyby się tam udała to może natrafi na Brukselkową Zadrę, Wrotyczową Szramę lub któreś z rodzeństwa, by choćby zamienić dwa słowa.
Rozłąka z rodziną początkowo była trudna, lecz tęsknota za nimi nie była na tyle silna, by wygrać nad lojalnością Klanu Klifu oraz uczuciu bycia kontrolowaną na każdym kroku przez Wilczaków. Tutaj też w jakiś sposób inni wojownicy kontrolowali jej poczynania, lecz to nie było tak negatywne odczucie, jak w Klanie Wilka.
Jej poranne rozmyślanie przerwało poruszanie przy legowisku medyków. Mając posłanie na jednej z dalszych półek, miała możliwość obserwacji pracy medyczek. Sama była szkolona do tego, lecz mało kto o tym wiedział, plus kto by jej tutaj pozwolił na dostęp do medykamentów i decydowaniu o zdrowiu wojowników, jeśli była wychowana przez Wilczaków. Fakt ten czasem godził ją w serce, że sam ten fakt wystarczył, by została ograniczona do roli wojownika. W sumie Judaszowcowa Gwiazda nie pytał jej zbytnio o nic związanego bezpośrednio z nią.
Widząc, jak Jagnięca Łapa kieruje się w stronę wyjścia, postanowiła do niej zagadać i zaoferować pomoc przy zbieraniu ziół. Na patrolach często się rozglądała za nimi, by wiedzieć później, gdzie ich szukać, gdyby przyszło jej pomóc którejś medyczce ze zbieraniem ich.
— Hej, Jagnięca Łapa, tak? Wybacz, że Cię zatrzymuje, ale czy może nie idziesz zbierać ziół? Chętnie pomogę — oznajmił, podchodząc do srebrnej, która na dźwięk jej głosu niepewnie się zatrzymała.

<Jagnięca Łapo? Jakiś wojownik u boku do obrony się zawsze przyda oraz dodatkowa para łap>

Osetek został adoptowany!

Od Złocistego Widlika CD. Konwaliowej Łapy (Konwaliowej Mielizny)

Przeszłość

Zerknął na przyniesioną przez ucznia rybę. Właściwie nie jadł zbyt wiele odkąd Kotewkowy Powiew odeszła do Klanu Gwiazdy. Rana po jej stracie wciąż była świeża. Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że kiedyś miało to nadejść. Jednak liczył gdzieś w głębi serca, że jeszcze trochę minie do tego momentu. Nie zdążył się nawet pożegnać, bo akurat był na zgromadzeniu. Nie żałował tego, bo poznał wspaniałego kocura, ale i tak czuł się dosyć nieprzyjemnie z tą myślą. Kotewka była dla niego niczym matka, a on nawet nie towarzyszył jej w ostatnich chwilach. Jedyną ulgą był fakt, że zasnęła wśród dwóch innych kotek. Wszystkie trzy mogły w końcu zaznać spokoju i odpoczynku. Widlik wierzył, że spotka się kiedyś z Kotewką. Miał tylko nadzieję, że ta o nim nie zapomni przez ten czas. Nie był pewien, jakby to przeżył. Pewnie źle. Potok myśli został przerwany delikatnym szturchnięciem w bok.
— Och, wybacz — zwrócił się, spoglądając zielonym spojrzeniem na Konwalię. Nie chciał być nieuprzejmy, ale czasem myśli same go nawiedzały w najmniej spodziewanych momentach. Pokręcił lekko łebkiem, pozbywając się ich resztek. Potem pomyśli, bo teraz miał gościa i ku swojemu zaskoczeniu naprawdę chciał z nim pobyć. Pamiętał, że ich ostatnia rozmowa skończyła się niezbyt przyjemnie. Jednak teraz było inaczej. Obaj byli starsi, więc i więcej mieli do opowiadania.
— Ach! Nie, nie mam. Chętnie się z tobą posilę — odparł i uśmiechnął się do liliowego. Po czym przysunął sobie jedną z ryb. Zapach zwierzyny niemal od razu dotarł do jego noska, a brzuszek zdawał się dopominać posiłku.
— W takim razie smacznego — wymruczał do młodszego i ugryzł pierwszy kęs zwierzyny.
— Powiedz mi jak tam twój trening? Podoba ci się? — spytał kremowy, gdy przełknął wzięty do pyska kęs. Był ciekawy tego, ponieważ trening na wojownika różnił się nieco od jego własnego. Owszem uczył się łowić ryby, wspinać na drzewa czy walczyć, jeśli potrzebna by była obrona kociąt, ale poza tym jego nauka szła innym promieniem słońca niż większości.
— Dogadujesz się z innymi uczniami? — dopowiedział, by po chwili odgryźć kolejny kawałek ryby. Miał nadzieję, że tak właśnie było.

<Konwaliowa Łapo? Jak Ci się wiedzie?>

Od Pustułkowego Szponu CD. Wąsatki

Kocur jakoś pozbierał się po śmierci jednej z matek, choć gdzieś w środku fakt ten go bolał i nieprzyjemnie kuł w serce, lecz był przyćmiony żarem gniewu oraz chęci zemsty, które pojawiły się stosunkowo niedawno. Wojownikowi trochę zajęło otrząśnięcie się z melancholii, która już drugi raz w jego życiu przejęła kontrolę, doprowadzając go istnego wraku samego siebie. Powrót do dawnej formy sprzed momentu utonięcia Makowego Nowiu zajęła nieco kocurowi, tak naprawdę trwając dotąd. Mimo to nikt nie narzekał na nic, nawet on. Większość kotów raczej nie poruszała w jego obecności tematu odejścia zastępczyni oraz ucieczki sporej części klanu niedługo później. Często samo zasugerowanie w rozmowie postaci Makowego Nowiu lub Poziomkowej Polany powodowało, że rozmawiający napotykali mrożące krew w żyłach spojrzenie syna kultystek.
Powoli wracał do swoich obowiązków, którymi były patrole łowieckie i graniczne. Pomimo pory opadających liści, żółte korony drzew w większości chroniły mieszkańców lasu przed mniej sprzyjającymi warunkami atmosferycznymi. Jedynym nieuniknionym było wszechobecne błoto, kałuże oraz bardziej wezbrana woda w rzecze, która nie tak dawno temu porwała ciało jego matki. Od tamtego czasu często można było zobaczyć, jak samotnie opuszcza obóz, by w pojedynkę odbyć patrol. Dziś było podobnie, choć pierwszy raz od pamiętnego dnia zbliżał się bliżej jakiejkolwiek wody biegnącej przez tereny klanu. Plan był prosty, udać się wzdłuż którejś z granicy, a następnie zapolować w głąb lasu. Nie wiedział dokładnie gdzie będzie zmierzać, kolejny raz stwierdził, że pójdzie tam, gdzie go łapy poniosą.
Wychodząc z obozu, skinął swojej drugiej matce, która rozmawiała z Jaskółczym Zielem o czymś, lecz czekoladowy nie zawracał sobie tym głowy. Spokojnym krokiem zgrabnie przeszedł przez tunel w krzewiastym murze, by udać się w stronę granicy z Klanem Burzy, którzy w taką pogodę mogli jedynie zazdrościć posiadanych drzew na terenie Klanu Wilka. Ich równiny raczej nigdy nie były korzystnym terenem, niezależnie od panującej pory.

***

Wszystko przebiegało po jego myśli, dopóki nie dotarł nad wodę. W jego głowie od razu pojawiły się obrazy tego, jak wzburzone fale pochłaniają jego matkę pod powierzchnię, odcinając ją od dostępu do tlenu. Potrząsnął lekko głową, jakby chcąc się w ten sposób na zawsze pozbyć tych wspomnień, gdy nagle usłyszał czyjeś rozpaczliwe wołanie o pomoc. Głos był słaby i brzmiący na kociaka, miał jeszcze w sercu choć trochę empatii, by nieco pospiesznie przemierzać brzeg w poszukiwaniu tonącego. Wtem ujrzał małe czarno białe ciało kocięcia i zbyt dużo nie myśląc, próbował je złapać.
Na szczęście udało mu się to i po chwili przemoczona kulka zwisała w jego pysku trzymana za skórę na karku. Ostrożnie odłożył znajdę na ziemi w lisiej długości od wody, jakby z obawą, że przestraszony kociak może ponownie do niej wpaść. Całe ciało kociaka się trzęsło, a zęby szczękały o siebie, lecz maluch miał zamknięte oczy. W czułym geście nieco nieudolnie przejechał językiem po jej czole, na co przemoczona kulka wydała cichy pisk i po chwili zawiesiła oczy na jego sylwetce.
— T-tata? — wydukała, niemal podskakując. Od razu przywarła do jego łapy, wciskając nos w futro. — Tato! Wiedziałam, że przyjdziesz mnie uratować! — wypiszczała, a wojownik zdezorientowany przyglądał się temu. Zamrugał parę razy, jakby chcąc się upewnić, że to wszystko nie jest jakimiś halucynacjami, które wykreował jego umysł. Mimo to mała koteczka nadal przylegała do jego łapy, jakby ta zaraz miała zniknąć. Przymknął swe zielone ślepie, zastanawiając się co dalej, lecz poprawna odpowiedź była jedna: powrót do obozu z przemoczonym kociakiem.

***

Nikła Gwiazda nic nie miał przeciwko znajdzie, szczególnie że teraz każdy młody kot był na wagę złota przez bandę zdrajców. Po werdykcie lidera podrzucił małą do żłobka z nadzieją, że ta grzecznie tam pozostanie, lecz jego spokój nie trwał długo. Po dowiedzeniu się jakie imię nosi kotka i dojściu do siebie, Wąsatka często opuszczała bezpieczną kociarnię, by potem kręcić się przy jego łapach, nazywając go tatą. Nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi, lecz możliwe było, że ten kotce przypomina swojego prawdziwego rodziciela. W końcu pogodził się z tym stanem rzeczy, lecz nie oznaczało to, że teraz ciągle będzie siedzieć przy przybranej córce, w końcu jako wojownik nadal miał swoje obowiązki. W dodatku musiał przyznać, że Wąsatka była na tyle energiczna, że ten czasem po prostu nie miał siły na jej towarzystwo.
Właśnie rozmawiał ze swoją dawną uczennicą, Tropiącą Łaską, przy stosie, chcąc wiedzieć jak sobie radzi jako wojownik, gdy niespodziewanie usłyszał czyjś niezdarny bieg, a już po chwili do jego łapy przylgnęła Wąsatka, tradycyjnie krzycząc, jakby chcąc mieć pewność, że jej przybrany ojciec usłyszy także słowo.
— Tato!!! Zabierzesz mnie dziś na spacer? A może się ze mną pobawisz? — Ciężko na to westchnął, przepraszając szylkretową kotkę. Ta jedynie skinęła głową i zabierając coś ze stosu, oddaliła się od tego nieco głośnego towarzystwa.
— Wąsatko, co mówiłem o opuszczaniu żłobka? — spytał z opanowaniem, by po chwili wziąć dla siebie drozda ze stosu. Pochylając się, szturchnął kotkę, by ta puściła jego łapę i ruszyła w stronę żłobka.
— Ale tato… — zaczęła, idąc niechętnie w stronę legowiska, z którego przed chwilą czmychnęła. Wszedł do środka, gdzie Gąsiorkowy Trzepot odgrywała rolę matki zastępczej dla trójki kociąt, by następnie tuż obok wyjścia położyć się i zająć posiłkiem.
— Nie ma żadnego “ale”. Mogę Cię zabrać na spacer, jeśli tak bardzo tego pragniesz, lecz w zamian oczekuje bycia grzecznym i nieopuszczania żłobka bez zgody Gąsiorkowego Trzepotu lub mojej. Wyrażam się jasno? — powiedział, mogąc brzmieć oschle, lecz robił to z troski o kotkę. W oczekiwaniu na odpowiedź kotki skubnął kawałek drozda, wcześniej pozbywając się paru piór, które teraz leżały obok jego łap. On sam miał utkwiony wzrok na postaci swojej przybranej córki, jakby w obawie, że ta nagle ponownie opuści biegiem kociarnię.

<Wąsatko?>

Od Grubego do Chudego

Jakiś czas temu Gąsiorkowy Trzepot zaczęła im podrzucać pod nos niewielkie piszczki do spróbowania. Pilnowała, czy Kalinka dobrze się rozwija i czy rzeczywiście próbuje stałych pokarmów, odpowiednich do jej wieku. Gruby, Chudy i Noc przy okazji też uczyli się jeść coś innego, niż mleko Gąsiorek. Dzisiaj pod ich łapkami leżały niewielki piszczki, świeżo upolowane przez Sowi Szpon. Nim wyszedł, zdążył wymienić kilka słów z karmicielką i przyjrzeć się kociętom. Uciekł jednak stosunkowo szybko, nie wdając się w dyskusję z żadnym z dzieciaków.
Dla Grubego spróbowanie nowego pokarmu nie było problemem. Krótkie mysie futerko było całkiem śmiesznym doświadczeniem na jego języku, a mięso z dnia na dzień coraz bardziej mu smakowało. Noc również nie narzekał, z chęcią pałaszując zdobycz. Niestety nie można było tego samego powiedzieć o Chudym. Bury powąchał mysz trzy razy, po czym trącił ją niechętnie pazurem, krzywiąc się strasznie.
— Śmierdzi — bąknął, odsuwając piszczkę od siebie. — I jest jakaś taka krzywa. Nie będę jadł krzywej myszy.
— Moja nie jest krzywa — stwierdził Gruby, przeżuwając głośno. — No spróbuj chociaż kawałek, pani Gąsiorkowy Trzepot znowu będzie marudzić, że zabieramy mleko Kalince.
— Yhhhh... — z gardła Chudego wydobył się przedłużony, ciężki pomruk. — No pokaż.
Gruby zamienił dwie myszki miejscami. Chudy powtórzył procedurę oceny krzywości myszy. Cały czas gderając pod nosem, wziął maciupeńki gryzek samymi zębami, jakby obawiał się, że jak język dotknie mięsa to mu odpadnie, po czym po długiej walce przełknął. Gruby tylko przewrócił oczami z niewielkim rozbawieniem na pyszczku, gdy Chudy się wzdrygnął.
— I co? Aż takie złe? — przez ramię Grubego zajrzał Noc, posyłając Chudemu zaciekawione spojrzenie. Dzieciak prychnął tylko, strzepując ogonem, po czym spojrzał na resztę myszy.
— Ten kawałek mi się już nie podoba. Widzisz? Wygląda na obślizgły i ma taki brzydki kolor. Fuj — wytknął w zniesmaczeniu język. Gruby absolutnie nie potrafił zobaczyć, gdzie niby Chudy widzi obślizgłość. Gryz jak gryz przecież. Pochylił się i wygryzł kawałek, który pokazywał mu brat.
— Patrz, już nie ma — mruknął Gruby. Nie chciał, żeby brat mu umarł z głodu. Już i tak wyglądał jak patyk co ma się obrócić w proch, a skoro mleko go nie podtuczyło to musieli znaleźć coś innego.
— Obśliniłeś mi teraz wszystko...
Noc wydał z siebie zmęczone jęknięcie. Najwidoczniej też powoli puszczały mu nerwy.
— Wiesz co, może to przez Twoje marudzenie wszystkie liście w żłobku więdną... — rzucił przekornie Gruby, na co nim się obejrzał dostał w mordkę nadgryzioną myszą. — Ej!
Chudy szybko ukrył złośliwy uśmieszek na pysku i w uderzenie serca, bez słowa pokazał palcem na Noc, który zrobił oburzoną minę na fałszywe oskarżenia, po czym rzucił swoim kawałkiem piszczki prosto w Chudego.

<Chudy?>