Uczennica przetarła oczy i ziewnęła sennie, po czym wyciągnęła łapy przed siebie, by się przeciągnąć. Wzięła głęboki wdech, po czym wstała i wyszła przed wejście do legowiska uczniów. Tam zaczęła poranne mycie się z nadzieją, że się jakoś rozbudzi. W tym czasie powietrze zaczęło nabierać jeszcze resztek ciepła pozostałego po Porze Zielonych Liści. Drzewa już dawno zaczęły gubić złoto-czerwone liście, odsłaniając lekko zachmurzone niebo, na którym widać było cudowną kompozycję porannych barw.
Dziś miała za zadanie zająć się starszyzną. Dokładniej miała ich nakarmić, wyścielić im legowiska na nowo i obejrzeć się za kleszczami w ich sierści.
Jesionowa Łapa przeciągała językiem po swoim długim futrze, oczyszczając je z resztek mchu oraz drobinek kurzu. Tak samo zadbała o łabędzie pióro, nadając mu świeży błysk. Wylizała dokładnie swoje poduszki łap, podczas gdy reszta obozu budziła się do życia. Dojrzała jak wychodzi poranny patrol, a inny, prawdopodobnie łowiecki, już się powoli szykował. Poprawiła jeszcze sierść na plecach, a ze żłobka już było widać pierwsze spacerki kociąt.
Gdy była samotniczka skończyła pracę nad swoim wyglądem, zdecydowała, że czas, chociażby zajrzeć do starszyzny. Podeszła pod wejście do ich legowiska i stwierdziła, że teraz jest odpowiednia pora na znalezienie surowca do ich posłań. Pręguska zaszła do miejsca, które wskazał jej poprzedniego dnia Tygrysia Noc za najlepsze do pobierania mchu. Zerwała z drzew wielkie płaty i rozdzieliła na pięć równych porcji, na tyle dużych, by zmieścić kota jej rozmiarów. Następnie uformowała je mniej więcej na kształt posłań, usztywniając ich krawędzie gałązkami i zaczęła je nosić kolejno jedno po drugim. Starała się utrzymywać kupy mchu w jednym kawałku, chociaż niewielkie części poodpadały po drodze. Liliowa doniosła je do legowiska, a starsi się powoli ulokowali w swoich nowych łożach. Od razu też zajęła się przynoszeniem im jedzenia, po czym wyniosła stary mech. Można by rzec, że uczennica za bardzo się postarała przy konstrukcji posłań, ale ona za bardzo się tym nie przejmowała. Gdyby mogła, to wsadziłaby jeszcze do nich parę kwiatów lawendy czy rumianku, ale słyszała, że niektóre koty nie lubią ich zapachu, więc wolała nie ryzykować.
Gdy wracała z wynoszenia mchu, wpadła na Tygrysią Noc.
— Jak tam, wyrobiłaś się? — zapytał z uśmiechem.
— Prawie. Zostało mi pozbycie się kleszczy ze skóry starszyzny — odpowiedziała kotka.
— Akurat chciałem ci przedstawić jak to ogarnąć. Chodź, trzeba wziąć mech — skinął ogonem w stronę wyjścia, gdzie zaraz oboje się udali.
Wrócili w miejsce, gdzie Jesionowa Łapa wyrzuciła mech i wzięli w zęby kilka kępek. Po drodze z powrotem dojrzała gdzieś rozmawiającą z kimś Ognikową Słotę, z którą na niedługą chwilę nawiązała kontakt wzrokowy. Nie wiadomo czemu uczennica poczuła się nieswojo. Wciąż się nie zaaklimatyzowała w klanie, a wzrok niektórych kotów wciąż przyprawiał ją o ciarki.
Tygrysia Noc przedstawił jej, jak pobierać mysią żółć. Podczas tej czynności kotka niemal nie skisła przez ohydną woń, drażniącą jej nos przyzwyczajony do świeżych zapachów kwiatów. Na tym etapie pożegnał ją mentor, który musiał zmykać na patrol łowiecki.
Gdy skończyła, skierowała się do legowiska starszyzny, gdzie zajęła się swoim ostatnim obowiązkiem. Na miejscu najpierw zapytała, czy ktoś z obecnych borykał się z nieznośnymi pasożytami. Usłyszała skargi od trzech kotów i natychmiast zabrała się do roboty. Nie trwało to zbyt długo, zgrabnie uporała się z kleszczami, a starsi serdecznie podziękowali.
Kocica wyszła i skierowała się do najbliższego zbiornika wodnego, by zmyć z siebie i swoich łap obrzydliwą woń pozostawioną przez mysią żółć. Gdy skończyła mycie, wylizała swoje futro, by przyspieszyć jego suszenie się. Usiadła na moment na brzegu jeziora, na chwilę skupiając się tylko na sobie, póki była sama. Odetchnęła z wielką satysfakcją zakończonych obowiązków. Gdy wróci, na pewno jeszcze coś znajdzie dla siebie do roboty. Gdy skończyła swoje delektowanie się spokojem i ciszą, wróciła do obozu.
Jesionowa Łapa rozejrzała się po polanie zaraz po zajściu z powrotem. Stwierdziła, że zmiecie opadłe z drzew liście, żeby nie siedzieć całkowicie bezczynnie. Nie miała serca zjeść czegokolwiek, póki nie zrobi więcej roboty. I tak już cały księżyc jadła bez wyściubiania nosa z nory niczym pasożyt, więc mimo głodu zajęła się sprzątaniem. Nie lubiła nieporządku, w końcu matka zawsze pilnowała, by ich jaskinia była w stanie idealnym bezustannie.
Liliowa zaczęła zamiatać liście na jeden stos na poboczu obozu, by nikomu nie przeszkadzał. Gdy skończyła połowę roboty, Tygrysia Noc podszedł do niej z pulchnym drozdem w pysku. Upuścił go przed jej łapami.
— Jadłaś coś dzisiaj? — zapytał z troską w głosie.
— Umm… — zastanowiła się. — Nie, nie jadłam nic — na tą odpowiedź rudzielec skulił uszy.
— W takim razie jedz. Nie chcemy, byś nam tu padła — usiadł, otulając łapy ogonem. — I nie zamęczaj się za bardzo. Też zasługujesz na odpoczynek — wymruczał z uśmiechem.
Kotka spojrzała na ptaka i westchnęła, dając sobie spokój. Najwyżej po posiłku dokończy zamiatanie.
Przykucnęła i zajęła się jedzeniem drozda, czując, jak soczysty smak mięsa rozpływa jej się w pysku.
— Widziałem, jak zajęłaś się starszymi. Oby tak dalej, a za niedługo już zaczniemy treningi dotyczące walki — jego wąsy zadrżały z ekscytacji. — Chciałbym już zobaczyć, jak walczysz.
— Uwierz mi, jak na byłego samotnika jestem dość dobra w walce — Jesionowa Łapa znalazła okazję do przechwalania się. Kocur się zaśmiał i wstał.
— To się okaże, a teraz ja się zmywam. Może jeszcze się miniemy dziś — odparł i odwrócił się. — Do zobaczenia, Jesionowa Łapo — i odszedł do swoich obowiązków, machając ogonem na pożegnanie, podczas gdy kotka kończyła jeść.
Gdy już miała wstać, nagle wyrosła przed nią szylkretowa mistrzyni.
<Ognikowa Słoto?>
