BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

17 lipca 2026

Od Nocnego Śpiewaka CD. Kamiennego Pióra

Nocny Śpiewak odetchnął cichutko. Jego oddech uniósł się na wietrze mgiełką pary. Kocur nie wątpił w swoje możliwości praktycznie nigdy. Wiedział, że był dobrym łowcą, dobrym rozmówcą i dobrym wojownikiem, jednak to w co wątpił to populacja zwierzyny tego lasu. Węszył i węszył, a po jedzeniu ani śladu. Patrol zataczał szerokie koła i wkraczał coraz to dalej za obóz, co z aktualną pogodą mogło też doprowadzić do tragedii. Zamiecie, śnieżyce, burze i załamujący się lód to nie był żaden żart.
W końcu Nocny śpiewak przymknął oczy na chwilę. Gdzie mogłyby się schować jakieś kąski? Ostatnio ledwo co znalazł to marną wronę, którą zaniósł do żłobka, a resztki do starszyzny. Ciężko szło mu się z myślą, że jak nic nie upoluje, to też nic nie zje, jednak był na to gotowy. On miał jeszcze arę kilogramów na sobie, które mógł zrzucić z głodu. Jego rezerwy były większe od mniejszych lub słabszych kotów, a klan musiał jakoś funkcjonować.
Z jego myśli i kroków wyrwał go cichy chrobot śniegu. Wojownik spojrzał w tamtym kierunku, napotykając jedynie sylwetkę swojego towarzysza. Kamienne Pióro podszedł do niego z zawiedzeniem wymalowanym na pysku.
– Znalazłeś coś? – zapytał. Noc mógł tylko pokręcić głową, zanim cokolwiek powiedział.
– Niestety nie. A ty? – mruknął cicho. Odpowiedź była negatywna. Zapadła chwila milczenia przerywana jedynie przez wiatr i cichutki szum piór w sierści Nocnego Śpiewaka. Czasami działały na jego korzyść, kiedy co głupszy ptak myślał, że to jego przyjaciel lub odrobinę wegetacji do zjedzenia i trafiał pod jego szpony, a czasami przeganiały myszy do ich norek.
– Wiesz…– Czekoladowy przerwał ciszę. – Chyba nigdy nie rozmawialiśmy za dużo, może chciałbyś ze mną zapolować? – zapytał. Było to bardzo miłe z jego strony.
– Jasne, możemy. – odparł prawie od razu i ruszyli spokojnym i cichym krokiem dalej w las. Drzewa uginały się pod warstwami śniegu, zaspy przesypywały się gdzieś z boku jedna w drugą, a słońce ledwo co wyglądało zza chmur. Nie była to idealna pogoda, ale przynajmniej nie wiało mocno. Chociaż według Nocy w łapy mogłoby być nieco cieplej…
– Tak sobie myślałem… Że w sumie to fajne te nowe odznaczenia. Wiesz które, Powiernik Cienia i inne… Chciałbym któryś z nich dostać. Raczej nie Opiekun Tchnienia, bo żaden ze mnie medyk, ale Strażnic Tajemnic, to jest coś. Albo Powiernik Cienia. Chciałbym umrzeć w obronie Klanu Wilka. Wtedy tuż przed śmiercią miałbym taką świadomość, że faktycznie się do czegoś przyczyniłem. Ale… Wątpię, żeby to się udało. Zawsze miałem marzenia, żeby być jak najlepszym wojownikiem, takim, który zapisze się w historii naszego klanu, ale… Jak widzisz, coś nie wyszło. Marny ze mnie bohater. Nie nadaję się na żadne z tych odznaczeń. – kot rozgadał się chwilę. Noc słuchał, jak mówi i wsiąkał wszystkie jego słowa. Aż mu się wierzyć nie chciało, że tak utalentowany wojownik tak słabo wierzy w swoje umiejętności. — Ale się rozgadałem — dodał z lekkim śmiechem. Dla Nocy brzmiał trochę nerwowo. Może mu się wydawało — A ty…? Też byś czegoś chciał albo… chciałeś i już ci się to udało?
Noc zamilkł na chwilę i wziął głęboki oddech. Wydał z siebie dźwięk, który wyraźnie oznaczał usilne myślenie. Nie myślał długo nad swoimi odpowiedziami, w końcu zawsze mówił od serca do serca.
– Wiesz Kamienne Pióro, że byłeś jednym z pierwszych wojowników, które imię poznałem i zapamiętałem. – a zaczął od małego wspomnienia. – Pamiętam bowiem taką trochę głupotę, jak pomogłeś kotu w obozie. Nie wiem, ile ja mogłem mieć… parę księżyców, mniej niż mam palców na łapach. I... Nie sądzę, że nie zasługujesz… czekaj. To podwójne zaprzeczenie, nie… Uważam, że jesteś w stanie osiągnąć, któryś z tytułów. Do strażnika Cienia w końcu nie trzeba tracić życia, tak jak Trzcinniczkowa Dziupla, który go otrzymał. I masz rację. Jest w tym tytule coś pięknego. Kiedy stanie się w końcu na skraju śmierci to przynajmniej twoje imię idzie dalej i dalej, nie popada w niepamięć tak od razu, jak kamień w wodę. I… jeśli mam być szczery to chyba ani ja, ani ty nie dostaniemy tego tytułu w najbliższym czasie, haha. Ale… wiesz… ty jesteś takim pomocnym kotem. Przyjaznym, do serca przyłóż. Nie wiem, czy właśnie Opiekun Tchnienia nie pasowałby do ciebie najbardziej. Ten komfort przyjaźni i otwartej łapy, który tak ze sobą niesiesz wszędzie. To też coś znaczy dla wielu kotów, dla których życie jest ciężkie. Nie trzeba być medykiem, aby troszczyć się o innych. Ja osobiście podziwiam tych, którzy tak otwarcie niosą pomoc innym. Ja jestem w tym bardzo niezgrabny i zawsze powiem coś nie tak. Taki już mój urok. I wiesz… mówisz, że zawsze miałeś marzenia, ale coś ci nie wyszło. Ja nie wiem, czy tak bym to określił. Ja się na ciebie patrzy, to nie widać tego marnego bohatera. W końcu największy heroizm leży w tych, którzy stoją murem za klanem, są dla niego wsparciem i ochroną w ciężkich momentach, nie tych, którzy na wiatr z obietnicami, skaczą do bezsensownej walki. I może Ci się wydawać, że nie będziesz już najlepszym wojownikiem, ale czym jest dokładnie dla ciebie najlepszy wojownik? Bo jeśli posługujesz się standardami innych, to nigdy tego marzenia nie osiągniesz. Dla mnie na przykład najlepszy wojownik jest jak Słota. Jest cierpliwa, wyrozumiała, ale stanowcza. Nie skacze do walki od razu, tylko układa plan działania. Słucha wszystkich wokół, bo liczy się z życiem drugiego kota. To jest wojownik doskonały… w moich oczach. W oczach innych może to być kot, który rzuca się pod kły lisa, aby ocalić kolegę. Kot, który zabije samotnika, który wtargnął na nasze tereny. Kot taki, kot smaki. Powiedz mi Kamienne Pióro, kim dla ciebie jest najlepszy wojownik? – Noc zakończył swój wywód, wpatrując się swojego towarzysza z uśmiechem. – I dlaczego miałbyś tego nie osiągnąć? – to było szczere pytanie, prosto z serca Śpiewaka. Kot martwił się o tych, którzy tak mniemali o swojej sile czy moralności. W końcu każdy może osiągnąć to, czego pragnie. Noc tyle ćwiczył, pracował na wszystko, co chciał ciężko i regularnie a część rzeczy przychodziła mu z łatwością. Relacja ze Słotą, tytuł wojownika, dwóch wspaniałych, nieco dziwacznych braci, znajomości kotów w klanie i kolekcja piórek pod jego legowiskiem. To wszystko było mieszanką tego, co przyszło i tego, co zarobił. Nie poddał się ani razu, ale wiedział też, że inne koty czasem potrzebują… przyjaznej łapy, aby iść przed siebie.
– Mam nadzieję, że mój wywód cię nie przestraszył. Tym razem ja się rozgadałem, oops! – podrapał się po pysku, kiedy Kamienne Pióro myślał nad odpowiedzią.


<Kamienne Pióro?>

Od Kazarka CD. Monarcha

Spojrzał na wielkiego niebieskiego samotnika, jego sposób mówienia wskazywał na to, że był dość pewnym siebie kotem. Chciał akurat znowu przejść na drugą stronę, by upolować coś na terenie Klanu Wilka, ale nie spodziewał się, że jakiś kocur go zaczepi.
— J-jestem Kazarek i ja tu mieszkam — starał się jakoś zakomunikować, że to jego teren, ale przecież straszny nie był, ledwo co umiał nawet przestraszyć własny cień. — W tym sezonie chyba najbardziej koty się przemieszczają, bo wiadomo jest zimno i nieznośnie — próbował jakkolwiek ratować swoje życie, żeby samotnik na niego krzywo nie spojrzał i nie chciał go skrzywdzić.
— Ach, twój teren? Doprawdy? Gdzie masz jakiś kamień z napisem, że tu mieszka Kazarek? — odparł Monarch, nie krył rozbawienia, tym jak Kazarek próbował stwarzać pozory odważnego i władczego. W międzyczasie uznał, że zacznie posiłek. Zdjął białą łapę ze stworzenia, pochylił łeb i odgryzł kawałek zwierzyny. — Uwierz mi, młodzieńcze, że nie tylko o tej porze. To naturalny rytm życia. Nie można być w jednym miejscu, jeśli jesteś samotnikiem — odparł niebieski, gdy przełknął kęs. Co, jeśli Monarch ukradnie jego tereny i już nie będą jego? Gdzie niby wtedy się podzieje?
— Nie mam żadnego kamienia, oznaczenie zapachowe zwykle wystarcza. Przy okazji bycie w jednym miejscu jest bardziej bezpieczne niż przemieszczanie się, nigdy nie wiesz, co czyha na innych terenach — nie wierzył, że z takim spokojem ktoś mógłby opuścić swoje bezpieczne miejsce, żeby pójść na skrawek terenu, którego nawet nie znał. Gdyby chciał się zapuścić przypadkowo jeszcze głębiej w tereny Klanu Wilka, to byłby już martwy. Nie rozumiał, zatem po co tak łatwo ryzykować swoje życie.

<Monarchu Pierwszy?>

Psotny Nietoperz urodziła!


Od Nocnego Śpiewaka do Koszmaru

Noc spojrzał na swoje łapy i wysunął pazury. Jego sierść wybijała się mocno na tle białego śniegu. Zagubione śnieżynki uczepiały się jego kłaków jak koła ratunkowego tylko po to, żeby się zaraz roztopić. Wojownik obiecał sobie, że znajdzie coś jadalnego dla swojego klanu jednak jak na razie do jego nosa docierał tylko zapach zimna i wilgoci. Było to powszechne o tej porze roku. Miało jednak parę zalet. Tak jak w porze nowych czy rosnących liści wszystko pachniało nowym życiem i pyłkami, zakrywając zapach zwierzyny, tak ponad smród wilgoci wybijało się wszystko. Pomimo tego las wydawał się całkowicie pusty. Jakby z winy działań dwunożnych w śniegu przestały żyć jakiekolwiek stworzenia. Nocny Śpiewak nie chciał wracać do patrolu z pustym pyskiem. Żal mu było tych królowych, które czekały na posiłek. Zwłaszcza Słoty. Wiedział, że kotka jest silniejsza od niego i pewnie doświadczyła więcej zimna i głodu, ale teraz karmiła kocięta. Nie mógł pozwolić na to, aby chodziła głodna. Najlepiej jakby w ogóle nikt nie chodził głodny, jednak to czasem było niemożliwe.
– No dawaj, lesie. Nie zwódź mnie dzisiaj. Cokolwiek. Mysz, wiewiórka, może być nawet jakiś marny pta… ptak. – oczy nocy rozszerzyły się w zadowoleniu, kiedy całkiem nieduża wrona przysiadła sobie niedaleko. Nocny Śpiewak przywarł do śniegu i z największą finezją oraz ostrożnością zakradł się do ptaka. Ten wygrzebywał coś zaciekle spod śniegu, zupełnie nieświadomy zagrożenia, jakie na niego właśnie czyhało. Kiedy Nocny śpiewak był odpowiednio blisko, podniósł się na łapach, odbił porządnie i pochwycił ofiarę w zęby. Mało się nie wywalił na śliskim śniegu i nie stracił swojej szansy. Na szczęście zwalił tylko lądowanie. Z głową pełną śniegu odwrócił się na pięcie. Był prawie spóźniony na powrót do obozu. Miał jeszcze tego dnia uczestniczyć w patrolu na granicach.
Do obozu wpadł odrobinę za późno. Jego patrol znalazł już zamiennika na jego miejsce. Tygrysia Noc, który go prowadził, machnął tylko łapą jak Noc zaczął go przepraszać.
– Przynajmniej coś złapałeś. Idź, zanieś to do żłobka.
– Dobrze! – Noc pokiwał łbem i zaraz był przy wejściu do żłobka. Bez problemu wślizgnął się do środka. Dawno tu nie był. Wiele się nie zmieniło. Nadal wisiał tu w powietrzu zapach kociąt i mleka. Było tu też znacznie cieplej niż na zewnątrz. Ognikowa Słota leżała w pięknie wyglądającym posłaniu. Na pewno było miękkie i najświeższe jak tylko się dało. Nocny Śpiewak uśmiechnął się szeroko do kotki, która odwzajemniła gest. Wojownik podszedł bliżej i podał jej tego ptaszka.
– Smacznego, Ognikowa Słoto. – mruknął, na co kotka mu podziękowała. Kiedy ona jadła, Noc mógł przyjrzeć się jej nowym pociechom. Nie widział ich od razu po porodzie. Chciał zostawić trochę miejsca starszej wojowniczce, kiedy się nimi zajmowała. Według Nocy to były pierwsze i najważniejsze momenty w całej relacji. Dwa z trzech kociaków drzemały sobie cichutko. Tylko jeden wbijał w niego swoje zmrużone oczy.
– Hej maluchu.
– Czemu się na mnie gapisz? Co? – napuszył się nieco.
– Bo jesteś mniejszy, więc muszę się lepiej przyglądać, żeby cię widzieć. – oświadczył Noc z szerokim uśmiechem. – Chcesz się trochę pobawić?

<Koszmarku?>

Od Pszczelego Lilaku CD. Kurzej Łapy

Słońce wyłoniło się nad świat już jakiś czas temu. Śnieg, który zebrał się z wczorajszej nocy, lśnił obecnie w świetle niczym te przezroczyste śmieci dwunożnych, które znaleźć można było niekiedy obok Drogi Grzmotu. Patrol łowiecki Klanu Klifu przemierzał tereny niedaleko Klanu Wilka, próbując przy tym nie zatopić się w śniegu. Patrol ten składał się z Cichej Łapy, Mysiego Postrachu, Przepiórczej Wichury oraz jej uczennicy, a raczej byłej uczennicy, Pszczelego Lilaku. Mimo składania się w prawie że w pełni z wyszkolonych wojowników, koty w dużej mierze wątpiły, że coś znajdą, jednak warto spróbować, wypełnić swój obowiązek a przede wszystkim zrobić to, co im kazano. Zimny wiatr rozwiewał będącym na patrolu kotom futra, a jednak mróz niezbyt ruszał najmniejszą z nich wszystkich. Pszczeli Lilak, miała bowiem strasznie grube, gęste i długie futro. Pora Nagich Drzew była jedynym czasem, gdy się z tego cieszyła. Kotka obecnie bardzo uważała gdzie szła, nie chciała się bowiem zatopić się w jakiejś zaspie. Byłoby jej głupio przed innymi, gdyby tak się stało. W końcu, przewodząca patrolem cynamonowa szylkretka Przepiórcza Wichura stwierdziła głośno, do reszty zatrzymując się tuż obok samotnego drzewa niedaleko lasu graniczącego z Klanem Burzy:
— No to możemy się rozejść, w razie czego spotkamy się przy tym drzewie! — stwierdziła kotka.
— Dobrze — odrzekł Mysi Postrach, zaczynając iść w las. — Cicha Łapo, chodź ze mną.
Cicha Łapa nic nie powiedział, Pszczelego Lilaku to nie zdziwiło. Jej brat już taki był. Kocur po prostu bez słowa zaczął iść.
— Do widzenia, pani mentorko! Do zobaczenia, jak coś złapie! — rzekła Pszczeli Lilak, zwracając się do byłej mentorki żartobliwym tytułem. Mimo tego, co powiedziała, naprawdę wątpiła, że złapie cokolwiek.
Kotka zaczęła już iść, gdy starsza kocica rzekła:
— Wiesz, że możesz mi mówić Przepiórcza Wichura, Pszczeli Lilaku? — rzekła, odchodząc powoli w inną stronę.
— Tak, pani mentorko — rzekła liliowa z uśmiechem, idąc nadal przed siebie. W każdym razie nie zamierzała przestać jej tak nazywać.
Gdy przestała słyszeć chrupot śniegu pod nogami starszej kotki przyspieszyła nieco kroku, szła jednak nadal uważnie. Kotka szybko oddaliła się od miejsca, w którym miała się spotkać z resztą i las był za nią, już po dłuższej chwili. Szybko też minęła sekretny tunel. Jej nos ruszał się delikatnie, gdy wąchała nim zimne powietrze. Gdy ujrzała trochę zaczepionego futra na krzaku, uśmiechnęła się z nadzieją. A gdy w końcu poczuła coś, w okolicy musiał kręcić się zając. Kotka natychmiast ucieszyła się bardzo. Klan Klifu zazwyczaj na nie nie polował, rzadko bywały na terenie, ale chyba powinna sobie z nim poradzić... Prawda? Co prawda miała problem z walką przez swój mały rozmiar, ale polowanie szło jej dobrze. Zaczęła się więc skradać. Miała tylko nadzieje, że zając nie uciekł na teren Klanu Burzy, który był już niedaleko. Szła kolejną dłuższą chwilę. Gdy dotarła tuż pod granice z Klanem Burzy, westchnęła z niezadowoleniem, trop prowadził przez granice. Kotka nie zamierzała tamtędy iść. Zmęczona chodzeniem stała tam patrząc z niezadowoleniem za granice. Nie minęło jednak zbyt wiele czasu, gdy odwróciła się, chcąc już iść. Zatrzymała się jednak gdy usłyszała jakiś dźwięk. Gdy odwróciła swój łeb, w swojej własnej, rudej osobie stał przed nią Kurza Łapa. Znowu? Fakt była nieco ciekawa jego marnej osobistości, a raczej tego, co głupiego jeszcze zrobi (przynajmniej tak sobie wmawiała) jak doszła po ostatnim spotkaniu nawet mimo tego, że srebrzysty kocur wydawał się, tonąc, w morzu głupoty i łatwo się denerwował. Kurza Łapa (kotka dopiero teraz zrealizowała sobie jaki dziwny zbieg okoliczności, że w klanie też miała Kurzą Łapę) stał tam w śniegu jakoś długość mniejszą niż lisi ogon albo chociaż jak się Pszczelemu Lilakowi wydawało, że tak było, bo nigdy nie widziała jeszcze lisa. Jego przystojny pysk miał kamienny wyraz. Kocur zastrzygł wywiniętymi do tyłu uszami. Nie poruszył się ani trochę, nie odrywał też od niej wzroku, jakby badał nowe stworzenie. Trwali w tym bezruchu przez pewną chwilę, w której liliowa zaczynała czuć się nieco niekomfortowo od spojrzenia ciemnoniebieskich ślepi. Trwaliby i tak dłużej, gdyby nie to, że kocur spojrzał na tereny Klanu Klifu.
— Uciekła mi przed chwilą świeża zdobycz na twój teren, Pszczeli Lilaku — zaczął z chłodną kalkulacją. Srebrzysty kocur szybko wrócił bystrymi, granatowymi oczami na kocicę. — Twoja również — mówił ostrożnie, uważnie przyglądając się jej kufie. — Proponuję współpracę. Ja złapię dla ciebie tę zwierzynę, a ty moją. Umowa stoi?
— Ja... — Pszczeli Lilak była zdziwiona. Nie spodziewała się zobaczyć go tak szybko a tym bardziej robić z nim interesy… W każdym razie kotka od ostatniego spotkania uważała go za swego rodzaju nie do końca zdrowego na umyśle idiotę, trochę wątpiła, że mógłby złapać zwierzynę... No cóż, czemu by nie? Wskazał w końcu jej trop i w razie czego miałaby co przynieść na stos! Rzekła więc chłodno: — Zgoda, Kurza Łapo!
Nie czekała na jego reakcje, zakładając, że zrozumiał, kotka szybko odeszła szukając tego, co mu uciekło.

***

Pszczelemu Lilakowi nie udało się złapać, tego, jak się okazało, zająca. Zwierzę było od niej wyraźnie szybsze. Może gdyby nie była taką marną niską mróweczką i jak to mówił Migocząca Łapa, kupą futra może udałoby się jej… Kotka westchnęła głośno na tę myśl. W każdym razie nie zamierzała jednak szukać i łapać rudemu kocurowi czegoś innego. Jedyne co miała przy sobie to tylko nadzieję, że Kurza Łapa wywiąże się z umowy i uda mu się go jakoś oszukać. Minęło już przecież trochę czasu i byłoby głupio zawieść resztę patrolu łowieckiego brakiem zwierzyny. Siedziała w miejscu, czekając na powrót kocura. Usiadła więc na lśniącym śniegu i zaczęła czekać. Kurza Łapa przyszedł szybko, bez większych emocji na pysku usiadł na śniegu i obejrzał się swymi pięknymi kobaltowymi oczami dookoła. Rzekł po chwili:
— Wiedziałem, że nie przyniesiesz. Mimo to zawiodłaś mnie, sojuszniczko — kocur zamrugał, gdy silny podmuch wiatru poderwał jego piękne czerwono srebrne futro do góry. Spojrzał w górę na szaro burzowe chmury i spiął się widocznie, ale kotka nie zwróciła na to większej uwagi. Pszczeli Lilak po prostu ucichła na chwile… Po czym zrealizowała sobie, że Kurza łapa też nie miał zwierzyny! Dziwne, że obojgu z nich się nie udało, no, chyba że to, co mówił, na serio było, prawdą. Pszczeli Lilak, musiała też przyznać przed sobą, że kocur wyglądał dosyć majestatycznie z futrem rozwianym przez wiatr. Po raz kolejny znajdowała się w sytuacji (zupełnie jak przy ich ostatnim spotkaniu), że stwierdziła, że szkoda, że był głupi i z innego klanu... Oczywiście dlatego, że Klanowi Klifu przydałoby się jeszcze więcej młodych kotów! Nawet mało inteligentnych! Westchnęła głośno i powiedziała:
— No to oboje mamy problem Kurza Łapo, ty też mnie zawiodłeś! Gdzie twoja zwierzyna, sojuszniku? — mruknęła, patrząc, prosto w jego kobaltowe oczy, a przynajmniej próbując to robić, gdyż te były wpatrzone wysoko w niebo. Kurza Łapa zmrużył oczy, nie odrywając wzroku od nieba.
— Moja zwierzyna? Leży na mojej stercie zwierzyny. Odkąd przebiegła przez moje terytorium, należała do mojego klanu. Nie muszę się dzielić z poczochranymi, małymi kociakami z Klanu Klifu. Zwłaszcza że ta kocica przede mną nie umie sprostać jednemu zadaniu. Nie jestem tak głupi, jak ty, Pszczeli Lilaku — jego głos był pozbawiony emocji.
— O Klanie Gwiazdy gdzie ja trafiłam... — mruknęła cicho Pszczeli Lilak niezbyt zadowolona, nie wiedziała jak odpowiedzieć. Czuła się dziwnie z wiedzą, że koty z innych klanów mogą uważać ją za poczochrane kocie… Czuła się też głupio, trudno było jej też przyznać przed samą sobą, że kot z innego klanu mimo bycia chamskim ma od czasu do czasu mądrzejsze pomysły w swoim morzu głupoty. Czuła się zażenowana samą sobą... Faktycznie była głupia, że pokazała kotu Klanu Burzy, że jest bezużyteczna... Nie miała ochoty by, reputacja Klanu Klifu została zszargana przez nią, zapytała więc, dodając coś jeszcze, gdyż zaciekawiło ją gapienie się kocura w niebo. — A może jej nie złapałeś, Kurza Łapo, i po prostu się chwalisz? I co tak w niebo się gapisz?
— Błagam Klan Gwiazdy, aby mi pokazał wreszcie Klifiaka z intelektem — wymamrotał kocur na tyle głośno, by Pszczeli Lilak usłyszała.
— A ja błagam Klan Gwiazdy, żeby twoja słodziutka łepetynka zastanowiła się, co mówi — rzekła Pszczeli Lilak, starając się brzmieć jak najbardziej zirytowanie, jak tylko umiała. Chciała pokazać mu, że ją wnerwiał (pomijając to, że była nieco ciekawa jego osobistości).
— Hmpf! — burknął kocurek, najwyraźniej strzelając focha. Uniósł podbródek do góry, jak by chcąc się wywyższyć. Majestatyczny srebrzysto rudy kocur zatrzepotał wachlarzem rzęs, po czym się odsunął. Mimo to nie ruszył w stronę domu. Stał przed nią. Słońce poranne rzeźbiło na nim figlarne ciernie.
— Strzelasz focha? — Pszczeli Lilak, wymusiła u siebie śmiech. To chyba powinno być dla niej śmieszne... Prawda? W końcu kot w takim wieku, który tak się zachowywał… W rzeczywistości, w swoim mózgu jednak czuła zmieszanie. Kocur zachowywał się w jej oczach dziwnie, chamsko... A jednak młoda wojowniczka była dosyć ciekawa, co zrobi następnie. Fakt, możliwe, że już powinna sobie pójść, ale co zaszkodzi zostać chwilkę, aby oglądać tego wadliwego idiotę? Zdążyła też zapomnieć o potencjalnie czekających na nią pobratymcach.
Kurza Łapa nie odezwał się, uważnie się jej przyglądając w ciszy.
— Powiesz coś? — spytała, spoglądając z dala od kocura, było w nim, coś, co sprawiało, że trudno było przypisywać mu inne złe cechy mimo jego zachowania... Głupie, w końcu jest spoza Klanu Klifu, nie ma przecież normalnych kotów poza Klanem Klifu... Prawda?
W każdym razie on dalej nie odpowiadał.
— W takim razie idę sobie! — wysyczała nagle i wstała mimo swej ciekawości.
Kurza Łapa patrzył na nią z kamiennym wyrazem pyszczka, ale nie odezwał się.
— Nie, do widzenia! Lepiej, żebym cię już tu nie zobaczyła — odrzekła Lilak w reakcji na to i zaczęła iść, z jakiegoś powodu dosyć powolnym krokiem
Kocur odprowadzał ją kobaltowym okiem. Kotka czuła się dziwnie z jego wzrokiem na plecach.
— Uhh... O co ci chodzi? — rzekła głośno Pszczeli Lilak.
Cisza…
— Czy ty czegoś nie rozumiesz? — syknęła.
Kurza Łapka głośno przełknął ślinę.
— Zwierzyna jest po mojej stronie granicy. Jeśli przyniesiesz mi zwierzynę, która uciekła w stronę Klanu Klifu, oddam ci tego zająca — miauknął.
— Nie ma mowy! Nikt nie będzie tak zajmował mojego czasu! — odmówiła dumnie kotka, unosząc głowę do góry. Nie ma opcji, żeby tak się nią bawił.
— To sobie idź! — powiedział zirytowany.
— To sobie idę! — rzeka głośno i przyśpieszyła kroku.
— To sobie idź! — powtórzył głośniej, Kurza łapa.
Liliowa nadal czuła jego wzrok na swoich plecach, kotka nic nie odpowiedziała, tylko sobie poszła. Szła dosyć szybko, mając nadzieję, że gdy wróci w ustalone z resztą patrolu miejsce, nikt na nią się nie wnerwi za marnowanie czasu… Ostatnio coś zbyt często zawodziła Przepiórczą Wichurę. W jej głowie odbywała się więc cicha modlitwa przez całą drogę. W razie czego wymyśliła też sobie wymówkę, czemu tak długo jej to zajęło, nie chciała się chwalić zostaniem oszukanym przez kota Klanu Burzy.

<hej, kurza Łapo? Odpisz temu lokalnemu kupsku futra czy innej kelpi(i zrób fikołka/ref)>

autorstwa suzyy_0311 (discord)

16 lipca 2026

Od Łzawej Łapy do Kurzej Łapy

Jeszcze przed pożarem... 

— Łzawa Łapo, czy mogłabyś posprzątać legowisko uczniów? — odezwała się Wdzięczna Firletka, odrywając wzrok od pęku świeżo przyniesionych ziół. — Byłabym ci naprawdę wdzięczna.
Słowa medyczki sprawiły, że uszy Łzawej Łapy drgnęły z niedowierzaniem, a na jej pysku niemal natychmiast pojawił się wyraźny grymas niezadowolenia. Przewróciła oczami i cicho chrząknęła, nie próbując nawet ukrywać, jak bardzo nie podobała jej się ta prośba.
Nie miała najmniejszej ochoty zaglądać do legowiska uczniów — istniała spora szansa, że natknęłaby się tam na Milknącą Łapę, a sama myśl o tym wywoływała w niej nieprzyjemne ukłucie irytacji. Gdyby brat zobaczył ją pochyloną nad starymi, przesiąkniętymi zapachem posłaniami, z pewnością nie przepuściłby okazji, by później jej to wypomnieć, a ona za nic nie zamierzała dostarczać mu takiej satysfakcji.
Poza tym nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że podobne obowiązki zwyczajnie do niej nie pasowały. Przecież obrała ścieżkę medyka właśnie dlatego, że była inna od pozostałych uczniów, a skoro miała poświęcić swoje życie leczeniu i poznawaniu woli Klanu Gwiazdy, to znacznie rozsądniejsze wydawało się spędzanie czasu na nauce ziół niż na wymienianiu cuchnącego mchu.
— Ale dlaczeeego ja? — zaprotestowała, a jej ogon z wyraźnym zniecierpliwieniem uderzył o kamienną posadzkę. — Przecież w klanie jest tylu uczniów. Nie można poprosić któregoś z nich? Mogłabyś zamiast tego opowiedzieć mi coś o chorobach albo pokazać, gdzie rosną poszczególne zioła. Wydaje mi się, że byłoby to dla mnie o wiele bardziej przydatne.
Wdzięczna Firletka przez chwilę milczała, jak gdyby zastanawiała się, w jaki sposób odpowiedzieć, aby jej uczennica naprawdę zrozumiała sens tych słów. Kiedy w końcu uniosła głowę, w jej zielonych oczach nie było ani cienia złości, a jedynie spokojna cierpliwość, która zdawała się nie opuszczać jej niemal nigdy.
— Łzo, do nauki zawsze możemy wrócić później — odparła łagodnie. — To, że wybrałaś ścieżkę medyka, nie oznacza jeszcze, że przestałaś być uczennicą. Dopóki się szkolisz, obowiązują cię te same zadania, które wykonują pozostali.
Łzawa Łapa skrzywiła pysk i odwróciła wzrok — z każdą chwilą coraz trudniej było jej powstrzymać narastające rozdrażnienie. Im dłużej rozmyślała nad słowami mentorki, tym mocniej utwierdzała się w przekonaniu, że marnowanie czasu na takie zajęcia było zwyczajnie bezsensowne, skoro mogła w tym samym czasie nauczyć się czegoś, czego nie potrafił niemal nikt w całym Klanie Burzy.
Opuściła lecznicę w milczeniu, a gdy chłodniejsze powietrze owiało jej pysk, zatrzymała się pośrodku obozowiska i zaczęła powoli obracać głową, zastanawiając się, co właściwie powinna teraz zrobić. Choć najchętniej od razu zapomniałaby o poleceniu Firletki, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że mentorka mogła w każdej chwili wyjść z legowiska, a wtedy bez trudu zauważyłaby, iż jej uczennica zamiast pracować zwyczajnie włóczy się po polanie.
Opuszczenie obozu również nie wydawało się rozsądnym pomysłem, ponieważ uczniom nie wolno było samodzielnie przekraczać granicy, a każdy wojownik z pewnością zwróciłby uwagę na małą kotkę kręcącą się samotnie przy wyjściu. Nie potrzebowała kolejnych pytań ani pouczeń, zwłaszcza że i tak miała już dość słuchania o obowiązkach.
Jej spojrzenie przesunęło się po kolejnych legowiskach. Mogła zajrzeć do starszyzny. Mogła odwiedzić żłobek. Mogła nawet usiąść gdzieś z boku i udawać, że na kogoś czeka. Żadna z tych możliwości nie wydawała się jednak szczególnie kusząca, ponieważ w jej głowie coraz wyraźniej kiełkował zupełnie inny pomysł.
A gdyby tak po prostu wejść do legowiska uczniów?
Jeśli Milknąca Łapa nadal tam siedział, mogłaby jeszcze trochę się z nim podroczyć, a sama myśl o jego obrażonej minie wystarczyła, by na jej pysku pojawił się szeroki uśmiech.
To zdecydowanie brzmiało ciekawiej niż sprzątanie.
Z tą myślą skierowała się ku norze ukrytej pod gęstym krzewem, po czym wsunęła się do środka i pozwoliła, by jej wzrok powoli przesunął się po zgromadzonych tam uczniach.
Uśmiech niemal natychmiast przygasł.
Milknącej Łapy nigdzie nie było.
Przez krótką chwilę miała ochotę odwrócić się na pięcie i wyjść, lecz szybko uświadomiła sobie, że nie miała ku temu żadnego sensownego powodu. Skoro brat zniknął, pozostawało jej zrobić to, o co poprosiła Firletka, a przynajmniej sprawić wrażenie, że naprawdę się stara.
Z ciężkim westchnieniem podeszła do jednego z posłań i ostrożnie pochyliła nad nim głowę. Dwoma palcami łapy chwyciła wilgotny mech, starając się dotykać go jak najmniej, ponieważ sam zapach wystarczał, by z obrzydzeniem zmarszczyć nos.
Klan Gwiazdy jeden raczył wiedzieć, który z tych przepoconych uczniów spał na tym posłaniu.
Ledwie zdążyła odłożyć zużytą ściółkę na bok, gdy poczuła na sobie czyjeś spojrzenie, dlatego uniosła głowę i rozejrzała się po legowisku.
Kurza Łapa.
Rozpoznała go niemal od razu, choć do tej pory zamienili ze sobą najwyżej kilka przypadkowych spojrzeń. Wystarczyło to jednak, by przypomniała sobie własny plan, ponieważ między innymi jego miała zamiar wtajemniczyć w zachowanie Milknącej Łapy sprzed ceremonii.
Uśmiech natychmiast wrócił na jej pysk.
Porzuciła posłanie, po czym lekkim krokiem podeszła bliżej srebrzystorudego ucznia i przysiadła obok niego z tak naturalną swobodą, jakby rozmawiali ze sobą od wielu księżyców.
— Ty musisz być Kurzą Łapą, prawda? — zagadnęła miękkim, pogodnym tonem. — Ja jestem Łzawa Łapa. Widziałam twoje mianowanie… i przy okazji mianowanie twojej siostry. Nie ma jej z tobą?
Kocur przez moment uważnie lustrował ją wzrokiem, jakby próbował przypomnieć sobie, skąd zna jej pysk, po czym lekko poruszył uszami.
— Jeszcze jest na szkoleniu. Ja wróciłem trochę wcześniej.
— Ach… Czyli w takim razie nie chodzicie na wspólne treningi?
— Wiesz, różnie bywa — odparł Kurza Łapa, lekko wzruszając barkami. — A ty... przyszłaś tutaj posprzątać legowiska, prawda?
Łzawa Łapa cicho parsknęła, po czym machnęła lekceważąco ogonem, jak gdyby samo pytanie wydało jej się odrobinę zabawne.
— Hah... właściwie to przyszłam odwiedzić brata, ale kiedy zobaczyłam, że go nie ma, uznałam, iż zawsze mogę przy okazji trochę przysłużyć się klanowi — odparła z łagodnym uśmiechem, który sprawiał wrażenie całkowicie szczerego. Następnie zerknęła z wyraźnym niesmakiem na stertę zużytego mchu leżącą obok posłania i lekko zmarszczyła nos. — Nie spodziewałam się tylko, że będzie to aż tak... obleśne.
Przez krótką chwilę wpatrywała się w brudną ściółkę, jakby sam jej widok odbierał jej ochotę do dalszej pracy, po czym ponownie zwróciła pysk ku Kurzej Łapie.
— Ale skoro już tu jesteśmy... — zaczęła niby od niechcenia, a jej głos stał się odrobinę cichszy. — Co właściwie o nim sądzisz? O Milknącej Łapie.
Na jej pysku wciąż gościł uprzejmy uśmiech, choć w błękitnych oczach pojawiło się coś znacznie bardziej uważnego. Nie zadawała tego pytania przypadkiem. Chciała wybadać grunt. Sprawdzić, czy brat zdążył już zrobić na kimkolwiek dobre wrażenie.
— Według mnie bywa strasznie irytujący — westchnęła teatralnie, po czym lekko przewróciła oczami. — Wiem, wiem... to mój brat i pewnie nie powinnam tak mówić, ale chwilami naprawdę nie da się z nim wytrzymać. Wszystkim się przejmuje, ciągle się waha, a kiedy tylko pojawia się coś nowego, od razu wygląda tak, jakby miał zaraz uciec.
Urwała na moment, pozwalając, by pomiędzy nimi zapadła krótka cisza.
— Taki już jest... trochę tchórzliwy.
Słowa opuściły jej pysk miękko, niemal ze współczuciem, jakby nie próbowała go oczerniać, lecz jedynie podzielić się czymś, co od dawna ją martwiło.
Spojrzała przelotnie w stronę wejścia do legowiska, a kiedy ponownie odwróciła się ku rozmówcy, na jej pysku pojawił się cień złośliwego rozbawienia.
— Czasami odnoszę wrażenie, że wciąż zachowuje się jak kociak, chociaż wszyscy mówią do niego "uczniu". Naprawdę zastanawiam się, czy był gotowy na mianowanie.
Po chwili jednak wzruszyła lekko barkami, jakby właśnie powiedziała coś zupełnie nieistotnego.
— Ty natomiast wydajesz się zupełnie inny. Ledwie zamieniliśmy kilka zdań, a już sprawiasz wrażenie znacznie pewniejszego siebie i... szczerze mówiąc... o wiele lepiej wychowanego!
Uśmiechnęła się do niego ciepło, pozostawiając komplement zawieszony pomiędzy nimi, ponieważ doskonale wiedziała, że kilka życzliwych słów często otwierało więcej drzwi niż najbardziej wymyślna manipulacja.

<Kurza Łapo? Co o nim myślisz?>

[1222 słów]

Od Gadożerowego Pyska

Dotychczasowe białe futro Gadożerowego Pyska było pokryte w większości pyłem oraz ziemią po skończonej pracy w tunelu, barwiąc śnieżnobiałe futro na liliowo-brązowy. Gdzieniegdzie do złudzenia brud tworzył na sierści kocura również rude plamy będące zasługą bliskiego kontaktu z gliną.
Mimo że wyglądał jak siedem nieszczęść, nie zdecydował się przerwać pracy. Wręcz przeciwnie. Dzięki temu, że jego sierść była już wystarczająco wybrudzona pracował na zwiększonych obrotach, transportując średniej wielkości kamienie na budowę ściany w legowisku medyków. Miał zamiar zrobić jeszcze parę rund, nim zdecyduje udać się na spoczynek, a jeszcze przed tym zażyć kąpieli.
— Jabłuszko! Kołysanku! — Tuż obok Gadożerowego Pyska przemknęła dwójka kociąt, które przygarnęła Zwiewny Mak. Tuż za nimi pędziła Dryfujący Fluoryt, nawołując kocięta do powrotu do żłobka. Gadożerowy Pysk pokiwał głową, odprowadzając ich spojrzeniem.
"Byleby nie rozniosły obozu, bo nie będziemy mieli się gdzie podziać."
Powrócił do toczenia kamienia, wprowadzające go do legowiska medyków.

~~~

Z pomocą Śpiewającego Raniuszka udało mu się doprowadzić swoją sierść do porządku. No prawie. Brud zdążył wręcz weżreć się w białą sierść kocura, utrudniając przywrócenie śnieżnobiałej barwy. Kocica skarciła kocura, prosząc go, aby następnym razem przy pomocy w odbudowie obozu zgłosił się do innego zadania, takiego, w którym się nie ubrudzi. Lecz ty takiego zadanie było? Może mógł pozbierać pajęczyny i zanieść je medykom albo spróbować stworzyć legowisko dla jakiegoś wojownika, który wciąż drzemał na zimnym kamieniu?
— O czym myślisz? — zamruczała szylkretowa kocica, strzepując z łapy grudkę zaschniętej gliny, która jeszcze chwilę temu była uczepiona futra Gadożera.
— O niczym ważnym — odparł, posyłając jej uśmiech. Co jak co, ale nauczył się już trzymać język za zębami. I akurat nie czuł potrzeby dzielenia się kocicą z myślami, które jak grzyb potrafiły się rozrosnąć w zaledwie chwilę w umyśle kota. Nie chciał jej niepokoić. — Po prostu... jestem pod wrażeniem posłań, które uwiła dla nas Krokusowa Kruchość... — Mówiąc to, docisnął łapę do legowiska. Co prawda tęsknił za swoim starym posłaniem, które było wymoszczone skórą zajęczaka, lecz aktualnie nie mógł sobie pozwolić na takie luksusy. A nawet jeśli udałoby mu się pozyskać skórę szaraka, pierwszym kotem, którego posłanie by nim wymościł, byłaby Dryfujący Fluoryt lub Czuwająca Salamandra. — Śpiewający Raniuszku. Co powiesz na to, abyśmy jutrzejszego dnia z samego rana wybrali się przeszukać stary obóz? — zaproponował. — Jestem pewien, że wspólnie uda nam się znaleźć przydatne rzeczy lub czyjeś skarby.

Event w Klanie Burzy:
Zebranie kamieni oraz gliny na budowę ścianek w przyszłym legowisku medyka oraz żłobku

Od Mistral CD. Wiciokrzewu

Po błędzie Wiciokrzewu była zmuszona przejąć szkolenie Gołąbka, gdyż tak naprawdę jako jedyna wśród mieszkańców dziupli uzdrowicieli go nie miała. Purchawka szkoliła Modrogończyka na przyszłego szamana, na co biała niezbyt przychylnie spoglądała. Obecnie bardziej im się przydadzą uzdrowiciele niż kolejny szaman, w dodatku wolała nie dopuszczać do siebie myśli, że jej dawna mentorka niedługo odejdzie do starszyzny na emeryturę. Nie chciała, by ta opuszczała ich legowisko — wystarczyło, że liliowy to uczynił.
Dawniej może i przeszkadzała jej obecność Wiciokrzewu, szczególnie na początku, kiedy to nadal żyła śmiercią swojej matki, jednak teraz wszystko wyglądało inaczej. Zielonooki był dla niej nieco, jak zastępczy ojciec, gdyż biologicznego nigdy nie poznała, a rodzicielka raczej mało co o nim mówiła. Po tylko księżycach Mistral też już powoli zaczynała zapominać momenty jako kociak, które spędzała u boku białej samotniczki.
Miała wrażenie, że odkąd pręgowanego kocura nie ma blisko, wszystko jakoś powoli się wali na jej oczach. Poczucie przytłoczenia coraz częściej jej towarzyszyło, aż w końcu przerodziło się w bezsenność, którą bagatelizowała. Nawet jeśli doskonale znała skutki swych działań, to uważała, że czas, który dotychczas poświęcała na sen, mogła wykorzystać na plan dotarcia do Wiciokrzewu, by ten w końcu otworzył się na nią.

«★»

Jasne spojrzenie powoli sunęło po każdym kocie w obozie, kiedy to zielarka wychyliła nos poza dziuplę. W pysku trzymała zawiniątko ziół, które w jej mniemaniu powinny pomóc emerytowanemu uzdrowicielowi — co dzień próbowała jakoś do niego dotrzeć. Jej wizyty w legowisku starszyzny stały się tak częste, że już pozostali Owocniacy nie spoglądali w stronę wejścia, kiedy tylko do ich uszu docierał dźwięk stawianych kroków. Może i zachowanie kotki było nieco egoistyczne, lecz pozostali mieli opiekę uczniów oraz stróżów, Wiciokrzew natomiast był tylko w jej łapach. Nie miała zamiaru komukolwiek pozwolić zniszczyć to, co skrupulatnie w ostatnich księżycach budowała.
Ledwo zdążyła wykonać pierwsze kroki w stronę ośnieżonego centrum obozu, kiedy przed nią pojawił się liliowy zwiadowca. Nieco tym zirytowana, trzepnęła końcówką ogona, choć na jej pysku widniał lekki uśmiech.
— Co Cię sprowadza Kurko? — spytała, kiedy tylko odłożyła trzymane zioła na ziemię przed swoimi łapami.
— Moja córka choruje i obawiamy się w żłobku, że to kocięcy kaszel.
— Przyprowadź ją — oznajmiła, na co starszy skinął głową i ulotnił się do żłóbka. W tym czasie biała westchnęła, obracając się na pięcie, by przygotować zioła dla Alki. Że też akurat teraz ktoś musiał jej ogon zawracać, szybko się z tym uwinie i pójdzie do Wiciokrzewu.
Długo nie musiała czekać na zmartwionego rodzica ze swoją pociechą. Do teraz Mistral myślała, że wyleczenie koteczki pójdzie szybko i sprawnie, lecz bardzo się myliła. Czekoladowa na każdą próbę podania ziół kręciła nosem, non stop oznajmiając, co jej się w nich nie podoba. Zielarka początkowo myślała, że wyjdzie z siebie w takim tempie i miała ochotę wręcz siłą wepchnąć lekarstwa w ten pyskaty pyszczek. Dopiero z późniejszą pomocą Gołąbka udało się namówić czekoladową.
— Nigdy więcej… — mruknęła, kładąc się na swoim posłaniu w głębi dziupli.
— Fakt, to był oporny przypadek — przyznał jej rację młodszy.
— Miałam iść do Wiciokrzewu, lecz Kurka z Alką mi plany pokrzyżowali… — poskarżyła się, mając dość tego wszystkiego. Odkąd pręgowany otruł Smugę i trafił do starszyzny, każda para łap się liczyła przy leczeniu Owocniaków. Na szczęście niewielką pomoc stanowił Modrogończyk, który postanowił iść w ślady matki.
— Teraz idź, ja na razie nigdzie się nie wybieram.
— Dzięki Ci Gołąbku, wiszę Ci największą piszczkę, kiedy tylko pora nagich drzew minie.
Nie czekając dłużej, podniosła się z dotychczasowego miejsca i niemal jak poparzona opuściła dziuplę, wcześniej zgarniając pakunek ziół, który przygotowała z myślą o starszym.

«★»

— Wiciokrzewie — zaczęła, podchodząc do zielonookiego. — Jak się dzisiaj czujesz? — spytała, ostrożnie kładąc zioła na ziemi, by następnie usiąść przed dawnym uzdrowicielem. Liczyła, że może dziś jej się uda z nim porozmawiać, że w końcu nadszedł dzień, kiedy to kocur, choć minimalnie się bardziej na nią otworzy.

<Wiciokrzewie?>

Wyleczeni:
Alka

Od Chudego Grzbietu

Końcówka Pory Opadających Liści

Chudemu z pomocą Grubej Ryby udało się wyjąć większość mięsa ze środka wielkiej sowy. Medyk, ignorując ciekawskie spojrzenia, wyrzucił cielsko na zewnątrz, żeby przeschło. Pora Opadających Liści nie była tak ciepła, jak Pora Zielonych Liści, jednak wciąż można było liczyć na słoneczne dni. Chudy trzymał kciuki, że się ładnie osuszy.
Po dwóch dniach doglądania nie było jakoś super dobrze. Bury macał zwłoki z każdej strony, ale niestety wciąż były wilgotne. Czy powinien na nie podmuchać? Może je powachlować? Pokiwał głową, myśląc. Po sekundzie dosłownie uznał, że co mu szkodzi i zaczął dmuchać na zwłoki. Nieopodal zauważył go Gruba Ryba i zaproponował swoją pomoc.
Długo, długo później oba kocury padły zmęczone, Gruby na trawę, a Chudy na Grubego.
— Myślę, że wystarczy — oznajmił bury, sapiąc i dysząc.
Rudy brat ponownie mu pomógł, tym razem zawlec sowę na posłanie asystenta medyka. Chudy wślizgnął się pod nie i wyglądał przekomicznie.
— Dziwne uczucie — burknął, kiedy Gruby wyszedł. — Niby ciepło, ale zimno.
Ściemniło się, a gdy reszta medyków wróciła, darowała sobie jakiekolwiek uwagi na ten temat, chyba zwyczajnie nie mając siły na bezsensowne gadanie do wychudzonego medyka. Po co będą marnować ślinę na tłumaczenie mu, że to nie jest dobry sposób na ogrzanie się Porą Nagich Drzew? Przecież on i tak nie posłucha.
Wieczory były coraz zimniejsze, a koty wyglądały pierwszego śniegu. Chudy spał pod martwą sową, która zaczęła bardzo mocno śmierdzieć. Bury medyk zmartwiony obejrzał ją z każdej strony, by dojść do wniosku, iż gniła od środka. Nie miał pojęcia, którymi ziołami mógł zatrzymać ten proces, więc po chwilowej załamce, po prostu pogodził się z porażką. Może następnym razem będzie miał więcej szczęścia? Trafi mniejszą sowę, świeższą?
Tylko teraz pozostawał kolejny problem… co z nią zrobić? Pomijając już, że całe ciało Chudego śmierdziało tymi smrodkami, więc wziął nieco lawendy i powtykał sobie w przerzedzoną, półdługą sierść. Mało kto by uwierzył, kiedy by powiedział, że kuracja dziwnymi ziołami działała. Codziennie jadł liście pokrzywy, których zapas niestety mu się kończył, a i czasami miał bóle brzucha od tejże kuracji. Mimo to zaczął zauważać efekty! Chociaż powolne, to jednak. Nie zamierzał spoczywać na laurach, planując na Porę Nowych Liści kolejne mieszanki, może stworzenie maści, zamiast jedzenia. O ile ususzone liście łatwiej przechować, tak maść mógł zrobić w każdej chwili, żując rośliny, dodając wodę i mieszając.
Wracając jednak Chudy Grzbiet wpadł na pomysł, by chociaż oskubać tego ptaszora. Niechże ma jakikolwiek pożytek z tego wszystkiego! Wkurzony zaczął skubać skrzydła sowy, a potem odłożył je na bok. Gdy miał pokaźną górkę, poprosił Nocnego Śpiewaka, by pomógł mu pozbyć się tego zgniłego truchlaka. Następnie, już wieczorem, bo tak długo to wszystko trwało, powtykał pióra w swoje mchowe legowisko, żeby chociaż trochę bardziej je ogrzać.

~*~

Następnego dnia obudził się z kaszlem, myśląc, że zaraz wypluje płuca.
Odezwało się, spanie pod trupem, pomyślał. Gdyby lepiej go wysuszył, może by uniknął choróbska!
Kaszląc wniebogłosy i budząc tym każdego dookoła, zrobił sam sobie przegląd, ale Roztargniony Koperek wkurzony postanowił wstać i mu pomóc. Niedawno liliowy go adoptowało, więc pewnie poczuwało się do dbania o przybranego, brzydkiego syna. Chudy pomruczał nieco, kiedy Koper zaoferowało pomoc, a to go zgromiło spojrzeniem, a potem dało reprymendę za te wszystkie głupie rzeczy, które robił ostatnimi dniami. No bo kto to słyszał trupa znosić do legowiska!
Diagnoza była prosta: biały kaszel. Raz-dwa liliowy medyk zabrał się za tworzenie mieszanki ziół, a potem wepchnęło ją buremu do gardła.
Chudy Grzbiet padł wycieńczony na swoje posłanie, zwinął się w kłębek i żałował, że nie ma grubego futra jak inni. Chciałby mieć taką izolację, nie chorować, nie musieć wymyślać tych wszystkich innowacji, za które pewnie niektórzy by go nabili na patyk.
Westchnął cicho, zakrywając łapami pysk, po chwili odpływając do krainy snów.
Wyleczony: Chudy Grzbiet

Od Lisiego Ostu CD. Czajki

Dawno, dawno temu

Wciąż nie dowierzał, że niedawno spotkał w lesie swojego dawnego pobratymca — Czajkę. Jakie były na to szanse? Jakim cudem niebiesko-biały przechadzał się tak blisko niego? I co on tak właściwie robił jako samotnik? Czyżby uciekł z Owocowego Lasu, a może został z niego wyrzucony? Co, jeśli po zaginięciu Osetka Ziemniak postanowił wyżywać się na kimś innym i padło akurat na zwiadowcę? Te pytania nie dawały zielonookiemu wytchnienia. Tak bardzo chciał poznać na nie odpowiedzi! Tylko niestety, gdy Czajka zaczął uciekać, nie miał wystarczająco silnej woli, by ruszyć za nim. Stał w miejscu. Jak jakiś mysi móżdżek. Pozwolił, by jego dawny znajomy zniknął mu z pola widzenia. Pozwolił mu odejść. Co, jeśli był to ostatni raz, gdy się widzieli? Przecież szansa na to, że spotkają się ponownie, musiała być potwornie niska! Las między terenami Owocowego Lasu a Klanu Nocy był dosyć spory. Na tyle, że przez dobre kilka następnych sezonów mógł przypadkiem nie natknąć się na zwiadowcę ani razu. Miał nadzieję, że jednak los okaże mu się w tym przypadku przychylny i splecie ścieżki ich dwójki. Lisi Oset desperacko potrzebował tej interakcji. Potrzebował wrócić wspomnieniami do przeszłości, która była znacznie radośniejsza od teraźniejszości.
Przynajmniej teraz, gdy zadręczał się pytaniami na temat Czajki, nie myślał już o tym, jak sprawnie odejść z tego świata. Za każdym razem, gdy przechadzał się lasem, skupiał się na tym, gdzie mógłby być Czajka, a nie na tym, która roślina najskuteczniej go otruje. W końcu, jeśli uda mu się na nowo nawiązać z nim więź, być może zyska powód, dla którego miałby żyć. Być może udałoby im się zamieszkać wspólnie w jakiejś norze i razem zmagać się z trudami samotniczego życia. Czy nie brzmiałoby to wspaniale? Przecież na tym najbardziej mu zależało. By w końcu mieć jakiegoś kompana. Kogoś, kto nie zniknie z jego życia po kilku księżycach tak jak wcześniej jego cała rodzina, Wiciokrzew, a na końcu Mglisty Sen. To było już za dużo strat jak na jedno życie.
Choć nie mógł ukryć, że wszystkie wynikały tylko i wyłącznie z jego głupoty. Mógł nie panikować. Mógł wtedy zostać ze swoim rodzeństwem i słuchać rodziców, zamiast uciekać przed siebie na nieznane tereny. Strata przybranego ojca też była jego winą. Nie musiał wcale zostawać w Świetlikach. Mógł wrócić do Owocowego Lasu, mógł powiedzieć wszystkim, jakim tak naprawdę kotem jest Ziemniak. Przecież by mu uwierzyli. Czekoladowy dostałby to, na co zasłużył. Oprócz tego mógł wszystko naprawić, gdyby wraz ze swoim mentorem — Mglistym Snem — opuścił Świetliki. Nie musiałby tracić z nim kontaktu, a poza tym mógłby ponownie spotkać się z Wiciokrzewem. Postanowił jednak dalej prowadzić życie jako samotnik… tylko dlaczego?
Zatrzymał się pośrodku lasu, zmęczony poszukiwaniami i intensywnymi przemyśleniami. Z chwilą, w której wlepił wzrok w swoje łapy, przygniotły go wszystkie smutki. Nie będzie przecież wiecznie szukał Czajki! Jeśli mu się to nie uda, to… właściwie nawet sam nie wiedział, co powinien zrobić ze swoim życiem. Wiedział po prostu, że nie chciał żyć tak, jak dotychczas. Nie chciał być sam. Nie chciał spotykać się z kimś raz na księżyc — w tym przypadku z Senną Łzą. Był w niej zauroczony, nawet nie próbował tego przed sobą ukrywać. Patrzenie w jej oczy sprawiało, że serce zaczynało bić mu szybciej. Nie sądził jednak, że kiedykolwiek nadarzy się okazja, by wyznać jej miłość. Była przecież z Klanu Nocy, nie mogła zostać partnerką jakiegoś zapchlonego samotnika! Gdyby jej pobratymcy się o tym dowiedzieli, na pewno nie byłoby zbyt kolorowo. Osetek nie chciał nawet zgadywać, co mogłoby się stać, gdyby któryś Nocniak odkrył, że Senna Łza spotyka się z bezklanowcem. Czy postanowiliby ją wyrzucić? Może nadaliby jej jakieś karne imię? Nieważne. Chodziło mu o to, że nie chciał, by tak pięknej i łagodnej kotce stało się coś złego z powodu tego, kto się w niej zakochał.
Lisi Oset pociągnął smutno nosem, aż wtem zamarł. W jego nozdrza uderzyła znajoma woń. Nie musiał długo zastanawiać się, do kogo należała. Wiedział dobrze, kogo ujrzy, jeśli podniesie wzrok. Właśnie dlatego zrobił to bez chwili wahania. Tak jak zakładał, stał przed nim Czajka. Wpatrywał się w niego intensywnie, choć uparcie milczał. Wydawał się taki… delikatny. Jak duch. Osetkowi wydawało się, że gdyby wykonał jeden niewłaściwy ruch, zwiadowca rozpłynąłby się w powietrzu.
— Czajko… — mruknął w końcu zielonooki. W jego oczach pojawiły się iskierki ekscytacji, których nie był w stanie ukryć.
Niebiesko-biały w pierwszej chwili cofnął się o krok, a następnie strzepnął nerwowo ogonem, jakby wciąż nie wiedział, czy chciał rozmawiać w cztery oczy z drugim samotnikiem.
— Proszę, nie uciekaj tym razem! — wyrwało się Osetkowi, gdy spostrzegł, jak kocur napina mięśnie w łapach. — Nawet nie wiesz, jaką ulgę poczułem, gdy cię wtedy zobaczyłem… — kontynuował. Na język cisnęło mu się tyle słów, że ciężko było mu ułożyć je w sensowną wypowiedź. Nie wiedział, o czym wspomnieć najpierw ani o co zapytać. — Myślałem, że już nigdy nie spotkam kogoś, kogo znałem z Owocowego Lasu. Myślałem, że… resztę swojego życia spędzę w samotności. A to, jak się domyślasz, bardzo smutna myśl. Nie chciałbym, żeby stała się prawdziwa — mruknął, kładąc po sobie uszy.
Niebieski kocur przez dłuższą chwilę stał w bezruchu, co Osetek uznał za sygnał, że może mówić dalej.
— Przede wszystkim… chciałbym cię przeprosić. Byłem taki głupi! Nie wiem, czemu postanowiłem kontynuować swoje życie jako samotnik, podczas gdy Owocowy Las przywitałby mnie z otwartymi łapami. Może gdybym tylko nie był takim tchórzem… — zaczął, pełen żalu do samego siebie. — Nie byliśmy nazbyt blisko, ale wiem, że swoim zniknięciem mogłem cię skrzywdzić. Ciebie, jak i resztę kotów, które kochałem… Nie powinienem był tego robić. Teraz już to wiem i bardzo żałuję. Czuję jednak, że wlazłem już zbyt głęboko w to całe bagno — żalił się dalej, sam nie wiedząc już, czy bardziej zależy mu na tym, by wytłumaczyć się przed Czajką, czy przed samym sobą.
W końcu brązowooki westchnął ciężko, rozluźniając się nieznacznie.
— To… ja przepraszam — odezwał się w końcu, na co Lisi Oset zastrzygł uchem.
Czajka wyglądał, jakby chciał coś jeszcze dodać, lecz głos ugrzązł mu w gardle.
— Nie musisz… — odparł zielonooki. — Ty akurat nie masz za co.

* * *

Teraźniejszość

Nadeszła Pora Nagich Drzew. Najgorsza z nich wszystkich. Czasem zabójcza nawet dla klanowych kotów, a co dopiero samotników! Ponadto tego roku była wyjątkowo mroźna. Osetek mógłby się nawet pokusić o stwierdzenie, że to najzimniejsza Pora Nagich Drzew od bardzo długiego czasu. Znalezienie zwierzyny, gdy cała gleba pokryta była grubą warstwą białego puchu, a wiatr rozwiewał każdy trop, graniczyło z cudem. Lisi Oset nierzadko wręcz głodował, jeśli nie udało mu się upolować dwóch piszczek. Jeśli natomiast znalazł choć jedną, oddawał ją zazwyczaj swojemu współlokatorowi — Czajce. W końcu niebiesko-biały musiał teraz oszczędzać siły. Zielonooki zdążył już zauważyć, że jego skóra jest podrażniona, co musiało sprawiać mu spory dyskomfort. Problem polegał na tym, że w takiej pogodzie nie było szans na znalezienie ziół. Wszystkie dawno zwiędły, a do tego spoczywały głęboko pod śniegiem. Lisi Oset miał tylko nadzieję, że Czajka wytrzyma do momentu, w którym zacznie się ocieplać, a rośliny ponownie zakwitną. W razie czego… czarnofutry byłby w stanie się poświęcić. Mógłby pójść prosić o zioła do Klanu Nocy, a nawet do Owocowego Lasu, byle tylko wyleczyć swojego przyjaciela.
Teraz wspólnie siedzieli pod pniem drzewa, dzieląc się językami. Byli do siebie przyciśnięci ciałami, próbując ogrzać się nawzajem. Nie odzywali się do siebie, lecz nie musieli. Cisza, która ich otaczała, była komfortowa i nie było potrzeby jej przerywać. Lisi Oset chciał jednak zapytać, czy nie powinni poszukać jakiejś nory, w której mogliby zamieszkać. Dotychczas nie mieli stałego schronienia, a zamiast tego sypiali na drzewach, zupełnie jak kiedyś w Owocowym Lesie. Teraz jednak, gdy korony pozbawione były liści, spanie w nich stało się wyjątkowo niewygodne. Nie chroniły ani przed śniegiem, ani przed wiatrem. To prawie tak, jakby spali pod gołym niebem. Czarnofutry marzył o znalezieniu miejsca, które odgrodziłoby ich od wszechobecnego chłodu. W przeciwnym razie prędzej czy później zachorują na zielony kaszel, a wtedy już na pewno będą musieli szukać pomocy u klanowych kotów. O ile oczywiście wcześniej nie zostaną przez nich przepędzeni lub zabici — z tego, co pamiętał, klany nie przepadały za samotnikami zapuszczającymi się na ich tereny.
Mimo wszystko Lisi Oset cieszył się chwilą, którą mógł spędzić u boku swojego przyjaciela. W pewnym momencie do jego uszu dobiegły jednak czyjeś spanikowane kroki, szybko zbliżające się w ich stronę. Spojrzał na Czajkę, lecz ten nawet nie drgnął. Czyżby niczego nie słyszał? Nim jednak zdążył go o to zapytać, zza drzew wybiegła bardzo znajoma mu postać. Gdy spojrzał w jej żółte oczy, nie musiał dłużej zastanawiać się, kim była.
Stanęła przed nim Senna Łza. Tylko co robiła tak daleko od terenów Klanu Nocy?
Cała trójka wpatrywała się w siebie przez kilka uderzeń serca, aż w końcu Lisi Oset odchrząknął nerwowo, odsunął się od Czajki, po czym podniósł się z miejsca i podszedł do szylkretowej kotki. Przywitał się z nią czule, stykając się z nią nosem i mrucząc cicho. Przez krótką chwilę czuł się szczęśliwy i spokojny, lecz zaraz potem Senna Łza postąpiła krok do tyłu, a na jej pysku pojawił się smutny grymas.
— Och, Łezko… Co ty tutaj robisz? — spytał w końcu zielonooki, kładąc po sobie uszy. Wiedział, że jej obecność tutaj nie wróżyła niczego dobrego. — Czy twoi pobratymcy nakryli cię na spotkaniu ze mną? Czy wyrzucili cię z klanu? Nie… Nie pozwolę na to! Warunki są zbyt surowe, byś żyła z nami na wolności. Jeśli naprawdę cię wygnali, zaraz do nich pójdę i wyjaśnię, że nie łączy nas nic więcej niż przyjaźń! — ogłosił, prostując się nieznacznie.
Szylkretka spuściła jednak wzrok, nerwowo poruszając ogonem.
— To nie o to chodzi, Osetku… — szepnęła, po czym podeszła bliżej i wtuliła pysk w futro na jego piersi.
Przez dłuższą chwilę stali w bezruchu, podczas gdy Senna Łza wypłakiwała się w sierść samotnika. Dopiero po pewnym czasie odsunęła się od niego, pociągnęła nosem i wzięła głęboki oddech, jakby zbierała się na odwagę.
— Osetku, ty… — zaczęła, lecz kolejne słowa przez długi czas nie chciały przejść jej przez gardło. — Ty… zostałeś ojcem… — wydukała w końcu.
Lisi Oset otworzył szerzej oczy, lecz nim zdążył cokolwiek powiedzieć, kotka odezwała się ponownie.
— Ostatnio bardzo źle się czułam. Poszłam z tym do medyka. On… powiedział mi, że spodziewam się kociąt. Od razu wybiegłam z obozu, żeby cię odnaleźć. Nie spotykałam się z nikim innym. Nie ma innej możliwości… To ty jesteś ich drugim rodzicem.
Ledwie skończyła mówić, a już odwróciła się na pięcie i rzuciła do ucieczki.
Tym razem Lisi Oset nie mógł pozwolić sobie na bezczynność. Nie zamierzał po raz kolejny stać w miejscu i patrzeć, jak ktoś bliski znika mu z pola widzenia. Ruszył za Senną Łzą, przedzierając się przez śnieżne zaspy, byle tylko ją dogonić. Wojowniczka była jednak szybsza.
Przebiegła przez zamarzniętą rzekę i wkroczyła na tereny Klanu Nocy, kierując się prosto w stronę obozu. Tam czarnofutry zatrzymał się gwałtownie. Wiedział, że nie wolno mu przekroczyć granicy.
— Łezko! — zawołał jeszcze za nią, lecz kotka nie odwróciła się nawet.
Lisi Oset jeszcze przez dłuższą chwilę wpatrywał się w miejsce, w którym zniknęła, jakby liczył, że za moment wróci. Dopiero gdy zrozumiał, że został sam, spuścił wzrok.
Przynajmniej miał pewność, że jego kocięta trafią pod dobrą opiekę. Jeśli Klan Nocy nigdy nie dowie się, kto naprawdę jest ich ojcem, będą dorastać jak każde inne kocięta. Dostaną pożywienie, bezpieczeństwo i szkolenie. Być może wyrosną nawet na wspaniałych wojowników. Pozostawało mu tylko mieć nadzieję, że któregoś dnia los pozwoli mu je choć raz zobaczyć.

* * *

Odkąd dowiedział się o ciąży Sennej Łzy, chodził cały znerwicowany i zestresowany. Na tyle, że znacznie częściej zdarzało mu się przypadkiem wypuszczać piszczki wolno, mimo że każda z nich była na wagę życia. Martwił się tym, czy Łezka nie będzie miała żadnych komplikacji przy porodzie i czy maluchy urodzą się zdrowe. Miał też nadzieję, że będą przypominały jakiegoś kocura w podobnym wieku do szylkretki, by mogła wmówić wszystkim, że to właśnie on jest ich ojcem, zamiast przyznawać, że ich drugim rodzicem jest samotnik.
Czajka musiał zauważyć, że jego przyjaciel zachowuje się inaczej, dlatego pewnego dnia przysiadł obok niego i mruknął:
— Wszystko w porządku?
Tylko tyle. Nic więcej. A jednak te krótkie pytanie wystarczyło, by Lisi Oset zalał się łzami. Opuścił głowę, kładąc po sobie uszy.
— Czajko… powiedz mi, co ja narobiłem… — zaszlochał, nagle podnosząc wzrok ku niebu. — Pewnie nawet nie zobaczę tych kociąt! Pewnie nawet nie będą wiedziały, kim jest ich ojciec! Powinienem… powinienem być tam, obok Sennej Łzy. Powinienem opiekować się nią, kiedy nosi pod sercem moje kocięta! To ja powinienem rzucać im kulkę mchu, uczyć je skradać się i polować… To ja powinienem patrzeć, jak dorastają! A zamiast mnie… zrobi to jakiś inny kocur? — urwał, wbijając pazury w śnieg. — Nie chcę nawet o tym myśleć, Czajko… Zawiodłem wszystkich. Zawiodłem Łezkę. Zawiodłem własne kocięta... — wymamrotał, załamując się jeszcze bardziej.

<Czajko? Pociesz mnie, proszę>