BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

07 października 2026

Od Promiennego Słońca CD. Serdecznej Naparstnicy

Promienne Słońce zmarszczyła nos niezadowolona. Siedziała właśnie obok Ogryzka i spoglądała na niego ze zirytowaniem. Kot obudził się jakiś czas temu i nadal pożerał mysz, którą mu tak łaskawie przyniosła. Nie powiedział jej za wiele, odkąd go przytargała do tego miejsca na własnych plecach. O własnych siłach i do tego ze swoją uczennicą u boku.
– Nie masz zamiaru nic powiedzieć? – warknęła do niego, kiedy przełknął kolejny kęs.
– Co mam ci niby powiedzieć? Że wygnali mnie z klanu i że potraktowali mnie tak brutalnie?
– Nie, żebyś sobie nie zasłużył, ale nawet zwykłego dziękuję za uratowanie mi dupy, nie burknałęś. – Promyk machnęła uszami zdenerwowana. Resztka jej ogona zadrżała pod wpływem emocji.
– Ach... No tak. Przepraszam. Dziękuję Promienne Słońce. – odparł nieco spokojniej. – Za ocalenie mi życia. Myślisz, że… odzyskam kiedyś wzrok.
– Nie sądzę. – Krokus mruknęła ze swojego kąta. – Twój pysk w tym miejscu jest naprawdę uszkodzony…
Zapadła chwila ciszy, która przeciągała się coraz bardziej i bardziej. I bardziej… I bardziej. W końcu ciche westchnienie pełne bólu uciekło z pyska Gąsieniczka.
– No cóż… Dostałem to, na co zasłużyłem. – przetarł pysk łapą.
– Zasłużyłeś co? – Promyk zamyśliła się – Wiesz co... tak. Zasłużyłeś. Przegnanie Jaskółki było największym błędem, jaki mogłeś popełnić. – wstała i zaczęła kręcić się po przytułku. – Mirtowe Lśnienie na tronie dostał mysiego mózgu.
– Dostał… – Gąsieniczek opuścił po sobie uszy. Znowu zapadła cisza. Tym razem jednak miała ona w sobie pewien posmak, który Promyk już znała. Jakiś sekret wił się w ciemnościach, tak blisko światła.
– Powiedz mi Gąsieniczku… Co ci wtedy wpadło do głowy, żeby to zrobić. – Promyk mruknęła zrezygnowana. Stanęła przed kotem i przejechała łapą po jego bandażach. – Żeby skończyć w tak parszywy sposób. Tak zależny od kogoś innego.
– To … nie była moja decyzja. – Gąsieniczek zjeżył się nieco, uciekając od jej dotyku.
– Nie Twoja co? A jednak to ciebie o to wszystko osądzili!
– Widziałem znak… Niebezpieczny. – zaczął się tłumaczyć. Wojownik machnął ogonem w zamyślaniu. – Jaskółcze pióro pokryte krwią…
– Och? – Promień uniosła brew i skrzywiła się – Ot co zwykły wojownik znalazł pozostałość po polowaniu sowy, co?
– Nie! To był znak. Ja… byłem przekonany, że to znak, a Mirtowe Lśnienie… – kot zawahał się.
– Tak?
– On. On… Rozmawiałem z nim o tym… Teraz jak o tym myślę to… Do tej pory pamiętam jego słowa. “Czy sprawiedliwość zawsze oznacza bierność?”
– Czekaj… Mirtowe Lśnienie… Wiedział o tym znaku? Rozmawiał z Tobą o tym?!
– Tak… Ja… Ja wiem, że to moja decyzja, że to ja ją podjąłem i ja zdecydowałem się wykonać mój plan. Jednak… Lśnienie miał… też w tym swoją rolę. Nie wiem, czy podjąłbym się takiego czynu, gdyby nie ta rozmowa nim. – Gąsieniczek przykrył pysk swoją łapą. Jego głos załamał się pod naciskiem tych wszystkich emocji. – Jednak… nie żałuję.
– Powinieneś. – Promyk przerwała jego wypowiedź. – Jaskółka może nie była najsilniejsza, ale nie była maniakiem i kłamcą jak Mirtowe Lśnienie. Mój brat… – wojowniczka zjeżyła się – żyłby teraz dalej szczęśliwie. Ty miałbyś dalej wzrok. Może ten cały znak... spełnił się. Patrz na siebie. Tyle krwi przelałeś nad jej imieniem i co? Po co? Co ci to dało? Tyrana na tronie?
– Przepraszam… – mruknął cichutko pomiędzy łzami.
– Twoje przepraszam, mało mnie obchodzi… – odparła. – Masz więcej szczęścia niż rozumu.
Zakończyła tę rozmowę i wyszła. Nie mogła już tego słuchać. Jej łapy poprowadziły ją w dobrze znane jej miejsca. W kierunku złotych kłosów. Czasami siadała niedaleko rzeki i spoglądała w kierunku swojego dawnego domu. A teraz miała wiele do przemyślenia.
Usiadła sobie na brzegu drogi grzmotu i odetchnął. Za tą cienką granicą, niebezpieczną, ale na wyciągnięcie wąsa, znajdował się jej klan. Były klan. Koty z tego klan zdradziły ją w najgorszy możliwy sposób. Wracała tutaj wiele razy, odkąd Gąsieniczek zdradził jej tę ciekawostkę. Lśnienie wiedział o jego planie. Wiedział i Promyk miała przypuszczenie, że wykorzystał tę sytuację i Gąsienica do osiągnięcia swoich własnych celów. A potem zabił jej brata…
Promyk upewniła się, że gdy tylko Gąsieniczek był w stanie chodzić, zaprowadziła go na swój dach. Od tamtej pory przynosiła mu jedzenie i powoli przyzwyczajała go do nowego sposobu funkcjonowania. Kot musiał nauczyć się wszystkiego prawie od początku. Miasto w kocu nie wybacza nikomu. Nie przewidywało udogodnień dla ślepych, kulawych czy umierających.
– Słońce… Ile bym dała, żeby cię teraz przeprosić… – odetchnęła w ciche powietrze. Odkąd tyle tutaj wracała znowu, zebrała się w niej nostalgia i wina. Wina przyciskająca jej serce do ziemi. Może dlatego była tak litościwa dla Gąsieniczka? W końcu to jego winą była ta cała sytuacja. Odejście jej brata, jej wybuch. I ta wina. Bez decyzji tego głupiutkiego wojownika nigdy by jej w sobie nie miała.
– P… Promienne Słońce? – Promyk nastawiła ucho do góry i od razu najeżyła się w geście ostrzegawczym. Po drugiej stronie drogi grzmotu stał znajomy jej kot. Kotka od razu poderwała się na łapy i odskoczyła w trawy. Nie spieszyła się, jednak nie chciała zostawać przy granicy już dłużej. – Czekaj!
Jednak nie czekała. Nie miała ochoty procesować swojej wściekłości, jaka na nowo się w niej zapaliła na widok kota z tego przeklętego klanu. – Proszę. Zaczekaj!
– Czego ty chcesz? – odwróciła się do kota i dopiero teraz przyjrzała się, kto tak uporczywie za nią podążył. – Nie za daleko od komfortu swojego kochanego klanu?
Serdeczna Naparstnica opuścił uszy po sobie i zmarszczył nos. Chyba nie spodziewał się jej wybuchu. Promyk ponownie poczuła uderzenie winy. Nie ich winą w końcu było, że Lśnienie był wariatem. Tyranem
– Przepraszam. – Odetchnęła po sekundzie milczenia. – co nie zmienia faktu, że nie wiem, co mógłbyś ode mnie chcieć.
– Po prostu… Jestem zaskoczony, że byłaś tak blisko granicy. – odparł kot. – Zwłaszcza teraz.
– Co masz na myśli? – Promyk przechyliła głowę z ciekawością.
– Wiele się zmieniło w klanie, odkąd uciekłaś. Powstały Jaśniejące Skrzydła...
– Kto?
– Lśniąca Gwiazda wybrał parę kotów, którym bardzo ufał na swoje potrzeby. Ten klan zmienił się nie do poznania… Przynajmniej twój brat będzie szczęśliwy, że masz się dobrze.
– Nie wiem, czy będzie taki szczęśliwy, po tym, co mu zrobiłam…– przyznała Promyk, przymykając oczy. Pamiętała, jak jej pazury zatopiły się w jego pysku.
– To ty mu… zapewniłaś te blizny na pysku?
– Niestety. – przyznała. W końcu powiedziała to na głos. Przyznała się. Wina zjadała ją od środka już od dawna. – Pochopna decyzja… której żałuję.
– Rozumiem. I tak sądzę, że będzie szczęśliwy. Przyjąłby cię z otwartymi łapami z powrotem…
– No tak. Zawsze był takich kochanym kotem. A jednak uważał, że Tawuła próbował zabić Mirtowe Lśnienie. Nie pojmuję, jak tak wiele mogło się zmienić pod rządem tego… lisa.
– Wiele się zmieniło… Lśniąca Gwiazda on… aktualnie gdzieś zniknął.
– Zniknął? – Promień uniosła ponownie ucho zaskoczona. – Jak to zniknął?
– Jego trop się urwał i nikt nie wie gdzie się podział. Dlatego byłem zaskoczony, że jesteś tak blisko granicy. Patrole ciągle go szukają.
– Zgaduję, więc że miałam po prostu szczęście w ich unikaniu. – Promyk musiała zapamiętać, żeby być ostrożniejszą. – Ciekawe co mu w głowie tym razem się pojawiło
– Tym razem? – tym razem to Naparstnica przekrzywił łeb na bok.
– No tak… – Promyk przetarła pysk łapą. Nie znała dobrze tego kota, ale z jakiegoś powodu dobrze było go zobaczyć. Jednak trochę tęskniła za swoim dawnym życiem. Chociaż aktualne też nie było złe. – Znalazłam Gąsieniczka po jego wygnaniu. – oznajmiła.
Zapadła chwila ciszy. Promyk nie mogła odczytać, jak pod tym względem czuł się kot naprzeciwko niej.
– Wiem, co możesz sobie myśleć. Przygarnęłam pod swoje łapy zdrajcę klanu, jednak… nie mogłam pozwolić mu umrzeć. Ktoś go nieźle urządził. Wydłubał oczy, poharatał pysk. On już prawdopodobnie nigdy nie zobaczy światła dnia i stwierdziłam, że… nie jestem potworem. Nie zostawię go po prostu na śmierć.
– Och… Czyli ktoś go skrzywdził… – stwierdził protektor, jeśli Promyk dobrze pamiętała.
– Tak. Z jego zeznań wynika, że to koty, które go wprowadziły za granicę, mu to zrobiły. – odparła. Nie była świadoma, jaka to była implikacja. – Nie chciał mi powiedzieć dokładnie kto, więc nie naciskałam. On się nadal przyzwyczaja do faktu, że teraz operuje bez wzroku, a miasto mu w tym nie pomaga.
– Rozumiem… – Namiestnik pokiwał łbem. – Dobrze wiedzieć, że nawet w mieście, jeśli trzeba, znajdzie się dobra dusza.
– Tak… W ogóle… – Promyk spoważniała nieco. – Ja wiem, że to trochę nie po kolei, trochę nie na temat, ale… Gąsieniczek powiedział mi coś jeszcze… I pomyślałam, że … możecie chcieć o tym wiedzieć.
– Tak?
– Kiedy go spotkałam i trochę się już ogarnął u mojej znajomej zielarki, to przeprowadziłam z nim ciekawą rozmowę. Właściwie obwiniałam go o całe to zajście, że Mirtowe Lśnienie wylądował jako przywódca, bo Ogryzek przegonił Jaskółkę. Okazuje się, że… Lśnienie wiedział, o jego planie. Wiedział i nawet zdaje się, że zachęcił Ogryzka do akcji po tym, jak ten dureń zobaczył zakrwawione pióro jaskółki i uznał to za znak od przodków… Mirtowe Lśnienie… wiedział o planach Ogryzka…
Jej słowa zawisły w powietrzu niczym gilotyna. Promyk jednak nie czekała aż ostrze opadnie.
– A teraz cię przepraszam. Słyszę mysz niedaleko, a teraz mam pysk do nakarmienia, bo Ogryzek jeszcze sam ledwo odnajduje się w swoim nowym domu, a co dopiero mówiąc o polowaniu. Dzięki za rozmowę i... jakbyś mógł przekazać mojemu bratu, że… go przepraszam. I tacie też… że… że się nie pożegnałam…
– Pewnie…
I na tym się skończyło. Promyk chwyciła mysz i wróciła do miasta. Znała te alejki i żyjące w nich koty na pamięć. Przemieszczała się po nich jak po swoim. I potem wskoczyła na schody pożarowe jednego z budynków. Potem na balkon. Potem na kolejny i kolejny. Pamiętała jaką udręką było wtarganie Gąsienicza w to miejsce. Jednak nie miała żadnego innego. To był jej dach i już nie raz udowodniła to innym kotom. To było jej małe terytorium. Więc tylko tam mogła Gąsieiczka zostawić bez większej opieki i być pewna, że wróci do niego jeszcze żywego.
Rzuciła mysz przed śpiącym kotem i położyła się na brzegu płaskiego dachu tego bloku pełnego gniazd dwunogów. Odetchnęła ciężko, słysząc tylko za sobą, jak jej podopieczny zjada przyniesioną zdobycz. Co będzie dalej? Czego może oczekiwać od życia? Nie była pewna, jednak jedno wiedziała. Jej łapy nie zbliżają się na razie do granic jej dawnego klanu. Napastnik był dla niej szczęśliwym trafem. Gdyby trafiła na te całe … Lśniące Skrzydła czy cokolwiek to było, pewnie nie miałaby tyle szczęścia.
– Muszę pójść po twoje leki jutro. Nie spadnij z dachu. – oznajmiła stanowczo jakby do powietrza. Nawet się nie obejrzała.
– Dobrze… – a Gąsieniczek słuchał się jej zaskakująco potulnie.

<Serdeczna Naparstnico?>

Od Gronostaja CD. Wrotycz

Zamrugałem, marszcząć gęste brwi i patrząc na uczennicę z wyraźną irytacją. Co ona sobie myśli? To mój mech! Postawiłem go tam, więc tam ma leżeć! Jakbym chciał, żeby tam nie leżał, to bym go tam chyba nie postawił, nie? USZ!
Moja irytacja szybko jednak wymieszała się ze zdziwieniem, a na końcu przeszła w zrozumienie. Nie miałem w zwyczaju spotykać kotów, na które nie mogę nakrzyczeć. A ona wyraźnie należała do tej niezwyczajnej grupy.
Przełknąłem więc ciężko gotującą się we mnie złość, próbując się opanować.
Wziąłem głęboki oddech.
Przechyliłem głowę, wlepiając w nią moje duże ślepia.
– Aha. No, ja też w sensie nie wiem. Z reguły to idę sobie lasem i on się pojawia nagle i… i go biorę, no! To nie jest… jakoś trudne, wiesz – stwierdziłem, nie do końca pewny obranego sposobu wyjaśnienia sytuacji, jednocześnie przyglądając się badawczo jej reakcji.
– Ah… No tak… – mruknęła kotka, spoglądając w bok. – Nie brzmi… trudno.
Niebieska miała wzrok przyklejony do ziemi. Kupka mchu wciąż smętnie spoczywała u jej łap.
Zapadła dość niezręczna cisza.
O NIE! Ja bojkotuję taką ciszę! Nie ze mną te numery!
– Usz! Dobra! Koniec tego! – stanąłem na równe łapki, a Wrotycz wzdrygnęła się lekko na dźwięk mojego niespodziewanie głośnego tonu. – Idziemy do lasu po mech! Chodź! Jaaa już ci pokażę! Znaczy… NO! Jak się zbiera mech! Co nie?
Ruszyłem pewnie w stronę wyjścia.
– A co z tym…? – Wrotycz wskazała głową na przyniesioną przeze mnie wcześniej stertę.
Wytrzeszczyłem oczka, zezując na kupkę mchu, jakby nie do końca pewny, co zrobić w tej niespodziewanej sytuacji.
– No, jak to “co”? Niech tu leży! – potrząsnąłem głową na boki, próbując odzyskać ostrość widzenia. – To dobry mech! Po prostu… PO PROSTU więcej go przyniesiemy, no! Choć już! - dodałem, tupiąc łapką, po czym odwróciłem się i popędziłem w stronę wyjścia z obozu, robiąc duże susy.
Wrotycz najwidoczniej chwilę jeszcze musiała rozmyślać nad losem porzuconego w legowisku mchu, gdyż jej kroki za sobą usłyszałem dopiero, gdy znalazłem się poza obozem.
Wyhamowałem gwałtownie i obróciłem się w stronę niebieskiej, która rozglądała się na boki, pewnie już skupiona na naszej misji. Tak! Właśnie takiej postawy nam trzeba!
– I co…? Teraz po prostu… szukamy mchu? – zagadnęła, nieco pewniej.
– Ano! – przytaknąłem. – Duże płaty. Na drzewach. Otrzepujemy z ziemi. I zanosimy do legowiska starszych – wyrecytowałem. – Nic trudnego!
Nie miałem wcześniej zbyt wielu okazji, by z Wrotycz porozmawiać. Na tym etapie jednak mogę śmiało stwierdzić, że stanowi adekwatną kompanię dla mojej skromnej osoby.

***

Do obozu wróciliśmy niczym dwójka zdobywców, z pokaźną ilością średniej jakości mchu. Szedłem przodem, z dumnie wypiętą piersią, demonstrując moją “zdobycz”, mimo, że nie było żadnych kotów w polu mojego widzenia. Ostatnimi czasy, gdy moje wojownicze umiejętności z nowych sztuczek zaczęły przeradzać się w klarowną, pewną całość, polubiłem popisywanie się…
Wrotycz podążała za mną, co prawda mniej defiladowym krokiem, ale za to z – USZ! - nieco większą garścią niż ta moja. Weszliśmy razem do legowiska starszych i wyplułem mech na ziemię, obracając się do Wrotycz.
– Dobra! Mamy to! To teraz tak… ten… emmm… – zmarszczyłem brwi, rozglądając się dookoła po legowisku. – A gdzie jest…?
Moja kupka z mchem.
Nie ma. Zniknęła.
Poczułem nagłe gorąco zalewające mnie od czubeczka głowy aż po czubek ogonka.
Wytrzeszczyłem szeroko oczka, cofnąłem gwałtownie głowę do tyłu. Zaplątały mi się łapki i upadłem na plecki.

<Wrotycz???>
[558 słów]

Od Lśniącej Gwiazdy

Ostry granat oraz elegancka czerń nocy okrywały niebo niczym gęsty, ciężki koc, którego ciemna powierzchnia zdawała się pochłaniać nawet najdrobniejsze ślady światła, pozostawiając jedynie chłodne punkciki gwiazd, rozsiane wysoko nad nagimi koronami drzew. Ich blask, choć odległy i nikły, wystarczał, by srebrzystą poświatą zaznaczyć krawędzie śnieżnych zasp oraz cienkie, poskręcane gałęzie, które kołysały się leniwie pod naporem zimowego wiatru.
Lśniąca Gwiazda przechadzał się po obozowisku w niemal całkowitym milczeniu, stawiając łapy z ostrożnością, która nie wynikała z obawy przed obudzeniem wojowników, lecz raczej z przyzwyczajenia do obserwowania świata bez zdradzania mu własnej obecności. Co jakiś czas zatrzymywał się przy którymś z legowisk, pozwalając spojrzeniu przesunąć się po śpiących sylwetkach, po pyskach częściowo ukrytych pod ogonami i łapami oraz po bokach unoszących się spokojnie wraz z oddechem.
Na pierwszy rzut oka trudno byłoby dostrzec w jego postawie cokolwiek niepokojącego — nawet samotność nie potrafiła odebrać mu tej charakterystycznej, niemal nienaturalnej łagodności, którą tak często obdarzał innych; jego pysk pozostawał spokojny, kroki były miarowe, a spojrzenie nie zdradzało gwałtownych emocji, jak gdyby wszystko, co działo się wokół niego, znajdowało się dokładnie tam, gdzie powinno, i nie istniał żaden powód, aby zakłócać ten porządek niepotrzebnym niepokojem.
Mimo to jego myśli nie pozostawały równie spokojne, choć nawet sam Lśniąca Gwiazda nie nazwałby tego, co czuł, niepokojem. Nie lubił słów sugerujących bezsilność, utratę kontroli lub zależność od wydarzeń, których nie potrafił przewidzieć. Znacznie chętniej określiłby to mianem ciekawości, być może nawet troski o sprawę, która wymagała wyjaśnienia, lecz pod tą łagodną nazwą kryło się coś znacznie chłodniejszego — potrzeba upewnienia się, że żadna zmienna nie wymknęła się spod jego kontroli.
Wciąż powracał myślami do rozmowy ze Wzorzystą Dalią — los Gąsienicowego Ogryzkowa od pewnego czasu powracał w jego myślach niczym uporczywy cień.
Zastanawiał się, czy ten kot wciąż żyje i czy nadal przemierza gdzieś tam gęste, przepełnione gwarem ulice Betonowego Światu czy może dawno temu zniknął pod kołami jednego z metalowych potworów, z łap zamieszkujących tam samotników czy też po prostu z braku jakiegokolwiek pożywienia, gdyż bez wzroku z całą pewnością polować by nie mógł.
Jeżeli jednak Ogryzek nadal żył, jego obecność mogła oznaczać, że pewne sprawy wciąż pozostawały niedomknięte. Co, jeśli ktoś, kto popierał Jaskółkę by go znalazł? Mogłoby to skończyć się dla lidera nieszczególnie ciekawie.
Zanim opuścił obozowisko, poprosił Łunę, aby na nocną wartę wybrała któreś z Jaśniejących Skrzydeł, a kiedy okazało się, że przypadnie ona Skrzydlatej Pogoni, przyjął tę wiadomość z ledwie zauważalnym zadowoleniem. Właśnie temu kotu ufał najbardziej. Skrzydlata Pogoń był przewidywalny, posłuszny i wystarczająco oddany przywódcy, aby nie komplikować prostych poleceń zbędnymi pytaniami. A przewidywalność miała znacznie większą wartość niż uczucia, ponieważ kota, którego można było przewidzieć, można było również odpowiednio pokierować.
Kiedy więc zbliżył się do wyznaczonego wojownika, zwolnił kroku, po czym przez chwilę spojrzał ponad jego ramieniem na pogrążone w śnie obozowisko.
— Gdyby ktoś jeszcze chciał dzisiaj wyjść z obozowiska, będziesz musiał mu tego zakazać, dobrze? — miauknął spokojnie, spoglądając na Skrzydlatą Pogoń z łagodnym, niemal przyjaznym wyrazem pyska, który mógłby sprawić, że polecenie zabrzmiałoby raczej jak uprzejma prośba niż bezdyskusyjny rozkaz.
Wojownik skinął głową bez najmniejszego śladu sprzeciwu, a Lśniąca Gwiazda odpowiedział mu lekkim uśmiechem, który wyglądał niemal szczerze, choć pod jego powierzchnią kryła się satysfakcja wynikająca z prostego faktu, że wszystko układało się zgodnie z przewidywaniami.
— I proszę, zachowaj to, że mnie puściłeś dla siebie — dodał łagodnie, po czym pozostawił łaciatego na warcie i ruszył w stronę wyjścia, nie oglądając się już za siebie.
Gdy przekroczył granicę obozowiska, zimne powietrze natychmiast uderzyło w jego futro, wciskając się pomiędzy włosy i przeszywając skórę ostrym chłodem, który po kilku chwilach zaczął przypominać tysiące drobnych igieł przesuwających się po całym ciele. Śnieg uginał się pod jego łapami, pozostawiając za nim regularny szereg śladów, które przez pewien czas odcinały się wyraźnie od białej powierzchni.
Lśniąca Gwiazda nie spieszył się. Nie miał powodu, aby to robić. Jego spokojny krok pozostawał niemal niezmienny pomimo narastającego chłodu. Wokół panowała cisza, lecz nie była to cisza prawdziwa. Pod jej powierzchnią nieustannie coś się poruszało; gdzieś daleko trzaskała gałąź, śnieg osuwał się z ciężarem z jednej z koron, nocny ptak odezwał się pojedynczym, urwanym głosem, a jeszcze dalej, poza granicą lasu, narastał niski pomruk Drogi Grzmotu. Wszystkie te dźwięki nakładały się na siebie w osobliwą melodię, która sprawiała, że Lśniąca Gwiazda czuł się tak, jakby przemierzał miejsce, w którym każda rzecz posiadała własną świadomość i cierpliwie obserwowała jego ruchy.
Wkrótce pierwsze płatki śniegu zaczęły osiadać na jego pysku, wąsach oraz grzbiecie, a z każdą chwilą przybywało ich coraz więcej, aż powietrze przed nim wypełniło się białymi drobinami wirującymi w podmuchach wiatru. Świat stawał się przez to coraz mniej wyraźny, drzewa rozmywały się w oddali, ślady na śniegu zacierały, a granica pomiędzy ziemią i niebem powoli znikała, pozostawiając jedynie bladą, ruchomą przestrzeń, przez którą Lśniąca Gwiazda poruszał się niczym samotna sylwetka zagubiona pomiędzy snem a jawą.
Kiedy wreszcie zbliżył się do Drogi Grzmotu, usłyszał jej pomruk, który z każdą chwilą stawał się głośniejszy, cięższy i bardziej złowieszczy, aż ziemia pod jego łapami zaczęła drżeć niemal niedostrzegalnie. Metalowy potwór pojawił się na niej nagle, wyrastając z ciemności wraz z oślepiającym blaskiem świateł, po czym zniknął równie szybko, pozostawiając po sobie jedynie dudnienie, zapach spalin oraz wir śniegu unoszący się przez kilka chwil nad czarną powierzchnią drogi.
Lśniąca Gwiazda zatrzymał się przy krawędzi drogi, obserwując pustą jezdnię, na której nie było teraz niczego poza odbijającym gwiazdy mokrym asfaltem oraz cienką warstwą śniegu. Przez moment jego spojrzenie przesunęło się wzdłuż drogi, a potem wróciło ku ciemnemu krajobrazowi Betonowego Światu, który majaczył gdzieś dalej, ukryty za śniegiem i nocą.
Wiedział, że właśnie tam powinien szukać odpowiedzi, których nie potrafił odnaleźć w obozowisku.
Wiedział również, że im dalej będzie się posuwał, tym więcej rzeczy może zobaczyć, a być może także takich, których nie powinien zobaczyć nikt poza nim.
Mimo to na jego pysku nie pojawiło się nic poza spokojem. Lśniąca Gwiazda nigdy nie pozwalał, aby strach decydował za niego, a jeśli noc rzeczywiście skrywała coś, co mogło zagrozić jego pozycji, zamierzał odnaleźć to, zanim zdążyło wyłonić się z ciemności.
Uniósł wzrok ku gwiazdom, które mimo śnieżycy wciąż prześwitywały wysoko pomiędzy chmurami, i przez dłuższą chwilę patrzył na nie z wyrazem niemal nabożnego skupienia, jak gdyby rzeczywiście szukał w ich zimnym blasku odpowiedzi, a nie jedynie potwierdzenia dla decyzji, którą podjął już wcześniej.
Śnieg zaczął padać coraz gęściej, powoli zasypując jego ślady. Rudy kocur zniknął pomiędzy białymi płatkami, pozostawiając za sobą obóz, którego mieszkańcy spali spokojnie, nieświadomi, że ich przywódca znajdował się tak daleko od nich.

***

Był już wyraźnie zmęczony, kiedy wreszcie dotarł do miasta, a jego ciało, które przez całą drogę zmuszał do posłuszeństwa, zaczynało powoli upominać się o odpoczynek, jak gdyby każda kolejna stawiana łapa wymagała od niego coraz większego wysiłku. Księżyce, które nosił już na swoim karku, w połączeniu z przejmującym mrozem, bezlitośnie wciskającym się pomiędzy warstwy futra, napięte mięśnie oraz zmarznięte opuszki łap, sprawiały, że nawet zwyczajny marsz stawał się uciążliwą wędrówką, której kresu nie potrafił już dostrzec.
Miasto, które z daleka mogło wydawać się jedynie skupiskiem niewyraźnych, ciemnych kształtów, teraz otaczało go ze wszystkich stron, wyrastając ponad jego sylwetką potężnymi ścianami, oknami oraz wysokimi konstrukcjami, których przeznaczenia nie potrafił odgadnąć. Betonowe budynki ciągnęły się wzdłuż ulic niczym ogromne, martwe drzewa, pozbawione gałęzi i liści, lecz mimo swojej pozornej nieruchomości miasto wcale nie sprawiało wrażenia martwego. Z każdego jego zakamarka dobiegały obce odgłosy — metaliczne trzaski, szuranie, stukanie oraz przeciągłe pomruki maszyn, które sprawiały, że Lśniąca Gwiazda miał wrażenie, iż znalazł się we wnętrzu ogromnego stworzenia, którego serce nieustannie biło gdzieś pod warstwą betonu.
W powietrzu mieszały się zapachy, których nie potrafił już rozdzielić. Woń spalin przeplatała się z aromatem wilgotnego kamienia, śmieci, rdzy, starego jedzenia oraz niezliczonych obcych istot, które pozostawiły po sobie ślady na każdym skrawku tego miejsca. Dla klanowego kota były to zapachy niemal przytłaczające, pozbawione tej przejrzystości, do której przywykł w lesie, gdzie można było wyczuć nadchodzący deszcz, zwierzynę przemieszczającą się wśród paproci czy innego kota przechodzącego przez granicę. Tutaj każda woń nakładała się na następną, tworząc ciężką, duszną mieszaninę, która utrudniała orientację i sprawiała, że nawet własny zapach wydawał mu się niemal obcy.
Dopiero w tamtym momencie zrozumiał, jak bardzo był zmęczony, nie przygotowany do tej wyprawy.
A jednak nie mógł zawrócić.
Sama myśl o ponownym przebyciu Drogi Grzmotu wywoływała w nim nie tyle strach, ile chłodną niechęć wynikającą ze świadomości, jak wiele sił musiałby jeszcze poświęcić, aby móc postawić łapę na terenach swojego klanu. Śnieg przybrał na sile, widoczność była coraz gorsza, a metalowe potwory przemykały po drodze z szybkością, której jego instynkt nie potrafił w pełni zaakceptować, dlatego perspektywa ponownego stawania pomiędzy ich pędzącymi ciałami, kiedy łapy odmawiały mu już niemal posłuszeństwa, wydawała się zwyczajnie nierozsądna.
Zatrzymał się pod osłoną jednego z budynków, gdzie wystający fragment dachu chronił go przynajmniej częściowo przed śniegiem, po czym przysiadł na zimnym podłożu i powoli owinął ogon wokół łap. Czuł, jak mięśnie drżą pod futrem, choć starał się nie zwracać na to uwagi, a oddech stawał się cięższy niż zwykle; przez chwilę przymknął oczy, próbując zebrać myśli, jednak zamiast upragnionego spokoju jego umysł wypełniło nagłe, nieprzyjemne poczucie niepewności.
Rzeczywistość postawiła go przed wyborem, którego nie mógł tak łatwo obejść, ponieważ powrót oznaczałby ryzyko związane z Drogą Grzmotu, natomiast pozostanie w mieście wiązało się z koniecznością znalezienia miejsca, w którym mógłby przetrwać noc. Z pozoru była to niewielka niedogodność, jeden z tych problemów, które następnego dnia można byłoby wspominać z lekkim rozbawieniem, lecz Lśniąca Gwiazda doskonale wiedział, że dla przywódcy klanu nawet najdrobniejszy błąd może nabrać zupełnie innego znaczenia, jeśli tylko odpowiednia liczba kotów zacznie o nim mówić.
Co pomyślą współklanowicze o jego nieobecności?
Pytanie pojawiło się w jego głowie niemal niepostrzeżenie, lecz nie chciało zniknąć, ponieważ natychmiast zaczęło rozgałęziać się na kolejne możliwości. Czy Skrzydlata Pogoń wspomni komuś, że opuścił obóz? Czy Łuna zacznie zastanawiać się, dlaczego Lśniąca Gwiazda uznał nocną wyprawę za ważniejszą od własnego bezpieczeństwa? Czy któryś z wojowników zauważy brak jego śladów o poranku i zacznie zadawać pytania, których nie powinien zadawać?
A przede wszystkim — jak wiele trzeba było powiedzieć, aby ich ciekawość zaspokoić, nie ujawniając przy tym prawdziwego celu jego wyprawy?
Lśniąca Gwiazda spojrzał przed siebie, obserwując, jak płatki śniegu tańczą w żółtawym świetle jednej z miejskich lamp. Zwykle podobne pytania nie wywoływałyby w nim żadnych większych emocji. Nauczył się tak prowadzić rozmowy, aby większość kotów sama dochodziła do wniosków, które były mu wygodne. Jednak obecna sytuacja różniła się od tych, nad którymi miał pełną kontrolę. Nie wiedział, kto pierwszy zauważy jego nieobecność, nie wiedział, jakie domysły mogą narodzić się wśród wojowników i — co najważniejsze — nie mógł przewidzieć, czy ktoś nie postanowi sprawdzić, gdzie właściwie spędził noc.
To właśnie ta niewiadoma zaczynała drażnić go najbardziej.
Nie obawiał się potępienia.
Nie obawiał się nawet gniewu.
Obawiał się utraty kontroli nad opowieścią, która miała zostać przedstawiona jego klanowi.
Przytulił się mocniej do ściany, pozwalając, aby ogon osłonił zmarznięte łapy, i spojrzał w górę, gdzie pomiędzy wysokimi budynkami ledwie widoczne były pojedyncze gwiazdy. Ich światło ginęło niemal całkowicie pośród miejskiej poświaty, a jednak Lśniąca Gwiazda wpatrywał się w nie, jak gdyby to w ich świetle znaleźć mógł jakąkolwiek podpowiedź, pomoc, która pozwoliłaby mu zrozumieć, w jakim kierunku poprowadzi swój los.
W końcu jego powieki zaczęły opadać, a ciężar zmęczenia stopniowo zwyciężał nad czujnością, lecz nawet wtedy w jego umyśle pozostała jedna myśl, której nie potrafił od siebie odsunąć: kiedy wróci do obozu, ponownie przybierze na pysk łagodny uśmiech i spojrzy swoim wojownikom w oczy tak, jak gdyby tej nocy nie wydarzyło się nic, co mogłoby zachwiać porządkiem.

***

Poranek nadszedł ciężko i bezlitośnie, pozbawiony jakiegokolwiek uroku, który mógłby choć częściowo wynagrodzić Lśniącej Gwieździe niewygodną noc spędzoną w obcym, zimnym miejscu. Zamiast łagodnego światła przesączającego się przez korony drzew pojawiła się szarawa poświata, odbijająca się od betonowych ścian i mokrych powierzchni ulic, przez co całe miasto zdawało się jeszcze bardziej wyblakłe oraz martwe niż poprzedniego wieczoru. Śnieg, który przez noc przykrył niemal wszystko cienką warstwą bieli, nie zdołał jednak nadać Betonowemu Światu żadnego piękna, ponieważ pod jego powierzchnią wciąż prześwitywały brudne plamy, ślady opon, ciemne kałuże oraz porozrzucane przedmioty, których przeznaczenia Lśniąca Gwiazda nie potrafił odgadnąć.
Obudził się z uczuciem ciężkości rozlanym po całym ciele, a kiedy spróbował się podnieść, ból mięśni przypomniał mu o nocnej wędrówce znacznie skuteczniej, niż zrobiłby to jakikolwiek dźwięk. Łapy wydawały się sztywne, barki bolały przy każdym ruchu, a kark, na którym przez noc osiadła wilgoć, był nieprzyjemnie spięty. Lider na dłuższą chwilę pozostał pod osłoną betonowego fragmentu, powoli rozprostowując kończyny i próbując przywrócić im dawną sprawność. Nie pozwolił sobie jednak na zbyt długi odpoczynek. Wraz z odzyskiwaniem świadomości powracała do niego świadomość obowiązków, które czekały na niego zarówno tutaj, jak i daleko stąd, w obozowisku.
Najdotkliwszym przypomnieniem o własnej słabości okazał się jednak głód.
Pustka w brzuchu była nieprzyjemna, głęboka i coraz trudniejsza do ignorowania, szczególnie że od poprzedniego dnia nie miał w pysku niczego, co mogłoby dostarczyć mu choć odrobiny energii potrzebnej do dalszej wędrówki. Przez chwilę próbował przekonać samego siebie, że może jeszcze wytrzymać, że pożywienie nie jest przecież najważniejszą rzeczą, skoro znalazł się w Betonowym Świecie z określonym celem, lecz organizm szybko przypomniał mu, że nawet najbardziej rozsądny plan może rozpaść się pod ciężarem zwyczajnego zmęczenia i głodu.
Musiał coś zjeść.
Musiał również znaleźć Ogryzka.
Te dwie potrzeby, choć pozornie zupełnie od siebie niezależne, łączyła jedna rzecz — obie wymagały od niego pozostania w mieście znacznie dłużej, niż początkowo planował.
Przez moment poczuł ukłucie niechęci na samą myśl o tej perspektywie, ponieważ jego część pragnęła już wrócić do obozowiska, wejść pomiędzy znajome drzewa, poczuć pod łapami miękką ziemię zamiast zimnego betonu i zobaczyć twarze kotów, które znał od wielu księżyców. Chciał znaleźć się z powrotem w miejscu, gdzie nie musiał nieustannie analizować każdego obcego zapachu, gdzie mógł poruszać się bez obawy, że kolejny huk maszyny zmusi go do gwałtownego odskoku.
Nie mógł jednak wrócić.
Nie teraz.
Skoro już tutaj przyszedł, nie mógł pozwolić sobie na tak łatwe wycofanie się, szczególnie że oznaczałoby ono powrót z pustymi łapami, bez żadnej wiedzy o Gąsienicowym Ogryzku i bez odpowiedzi na pytania, które doprowadziły go aż tutaj.
Podniósł się więc powoli i przeciągnął, czując, jak napięte mięśnie reagują bólem na każdy większy ruch, po czym ostrożnie postawił łapy na wilgotnym podłożu. Przez chwilę obserwował własny oddech, który w chłodnym powietrzu tworzył przed jego pyskiem niewielkie obłoki, a następnie uniósł głowę i zaczął nasłuchiwać.
Miasto budziło się.
Gdzieś wysoko trzasnęło okno, chwilę później odezwał się silnik, a po drugiej stronie ulicy dwunożni krzyczeli coś do siebie w trudnym do odczytania tonie.
Lśniąca Gwiazda zmrużył oczy.
Musiał przywyknąć do tego hałasu.
Przynajmniej na jakiś czas.
Najpierw pożywienie.
Dopiero potem Ogryzek.
Nie zamierzał szukać go z pustym żołądkiem. Głód mógł osłabić jego czujność, a w obcym miejscu każda nieuwaga mogła skończyć się źle. Ruszył więc przed siebie, kierując się w stronę wąskiej uliczki, z której poprzedniej nocy dochodziły zapachy odpadków i jedzenia. Nie była to szczególnie przyjemna woń, lecz po kilku godzinach głodu przestało mieć dla niego znaczenie, czy pożywienie będzie świeże, czy też będzie musiał zadowolić się czymś, czego normalnie nawet by nie powąchał.
Im dalej szedł, tym bardziej miasto odsłaniało przed nim swoje poranne oblicze.
Wzdłuż ścian ciągnęły się rzędy pojemników, wokół których zalegały porozrzucane resztki, opakowania oraz kawałki jedzenia, których zapach przyciągał ptaki i inne miejskie zwierzęta. Lśniąca Gwiazda zatrzymał się przy jednym z większych pudeł i uniósł głowę, starając się wyłapać spośród wszystkich woni tę, która mogłaby oznaczać coś jadalnego. Przez chwilę wyczuwał wyłącznie plastik i nieokreśloną, kwaśną woń, jednak po kilku oddechach jego nos wychwycił coś bardziej znajomego.
Mięso.
Nie było świeże, lecz nadal nadawało się do jedzenia.
Kocur wsunął łapę pomiędzy wystające przedmioty, ostrożnie odsunął jeden z nich i po chwili wydobył niewielki, częściowo wyschnięty kawałek mięsa. Przez moment przyglądał mu się z wyraźną niechęcią — jego zapach daleki był od tego, do czego przywykł, lecz głód okazał się silniejszy niż obrzydzenie.
Zjadł.
Powoli, niechętnie, uważając na każdy kęs, ponieważ jego żołądek był zbyt pusty, aby pozwolić sobie na łapczywość.
Kiedy skończył, oblizał pysk i przez chwilę siedział w bezruchu, pozwalając, aby ciepło niewielkiego posiłku rozeszło się po organizmie.
Dopiero wtedy mógł zająć się tym, po co naprawdę przybył.
Ogryzkiem.
Przez dłuższą chwilę błądził po uliczkach Betonowego Światu, pozwalając, aby kolejne zaułki, bramy i wąskie przejścia pomiędzy wysokimi budynkami prowadziły go coraz dalej od miejsca, w którym spędził noc, choć początkowo sam nie był pewien, czy rzeczywiście porusza się w odpowiednim kierunku. Miasto miało bowiem własną, trudną do zrozumienia logikę, której nie sposób było porównać do leśnych ścieżek, granic terytoriów czy wydeptanych przez zwierzynę traktów.
Przez ten czas próbował rozmawiać z każdym kotem, którego napotkał, choć z każdą kolejną nieudaną próbą coraz wyraźniej rozumiał, że jego dotychczasowe sposoby postępowania nie przynosiły tutaj najmniejszego skutku. Pierwsza samotniczka, którą dostrzegł pod jednym z betonowych schodów, uciekła natychmiast, gdy tylko Lśniąca Gwiazda zbliżył się na kilka długości ogona, a następny, wychudzony kocur o poszarpanym uchu, odpowiedział na jego uprzejme powitanie krótkim, nieprzyjemnym warknięciem, po czym odwrócił się i zniknął pomiędzy stertą desek a ścianą budynku.
Lśniąca Gwiazda próbował więc inaczej.
Zmniejszał dystans, mówił spokojniej, przybierał na pysk wyraz łagodnego zainteresowania, który przez tak wiele księżyców przynosił mu niemal niezawodne rezultaty w rozmowach z członkami własnego klanu. Nie naciskał, nie podnosił głosu, nie próbował wymuszać odpowiedzi, ponieważ doskonale wiedział, że kot znacznie chętniej mówi wtedy, kiedy wierzy, że sam zdecydował się mówić, a nie wtedy, gdy został do tego zmuszony.
Tutaj jednak nawet ta metoda zawodziła.
Koty Betonowego Światu zdawały się nie ufać samemu faktowi, że ktoś chce z nimi rozmawiać.
Ich oczy pozostawały czujne, ciała napięte, a uszy niemal nieustannie kontrolowały otoczenie, jak gdyby każde spotkanie mogło w ciągu kilku uderzeń serca przemienić się w walkę o życie. Nie interesowały ich jego spokojne słowa, łagodny ton ani cierpliwość, którą zwykle uznawano za jedną z jego największych zalet; przeciwnie, wszystko to zdawało się czynić go jeszcze bardziej podejrzanym. W świecie, w którym przeżycie zależało od tego, czy potrafiło się dostrzec niebezpieczeństwo, zanim ono samo zdążyło się ujawnić, przesadna uprzejmość mogła równie dobrze oznaczać ukrytą pułapkę.
Powoli zaczynał rozumieć, że znalazł się w miejscu, gdzie jego reputacja nie miała żadnej wartości.
Nikt tutaj nie wiedział, kim był.
Nikt nie znał jego imienia.
Nikt nie słyszał jego przemówień o Kodeksie Wojownika, o przodkach ani o świętym obowiązku każdego kota wobec własnego klanu, a słowa, które w obozowisku potrafiły nadać mu niemal królewskiego autorytetu, tutaj były jedynie dźwiękami wydobywającymi się z pyska obcego kota.
Ta świadomość zaczynała drażnić go bardziej, niż chciał przed sobą przyznać.
Nie okazywał tego jednak.
Jego krok pozostawał spokojny, spojrzenie łagodne, a głos, kiedy próbował jeszcze raz zagadnąć któregoś z przechodzących samotników, zachowywał tę samą miękką barwę, którą tak często posługiwał się w rozmowach z własnymi wojownikami. Tyle że pod powierzchnią tego opanowania pojawiało się coś chłodniejszego. Lśniąca Gwiazda zaczynał stopniowo dochodzić do wniosku, że jeżeli nie potrafi zdobyć informacji za pomocą uprzejmości, będzie musiał znaleźć inny sposób.
Nie lubił, kiedy ktoś odbierał mu możliwość wyboru.
Po pewnym czasie nawet jego cierpliwość zaczęła jednak słabnąć, choć nie objawiło się to ani gniewem, ani gwałtownością, lecz jedynie coraz bardziej wyraźnym poczuciem bezcelowości. Każda kolejna próba kończyła się tak samo, a pytanie o białego kota z niebieskimi, nakrapianymi plamami nie przynosiło niczego poza nieufnymi spojrzeniami, burczeniem pod nosem lub natychmiastową ucieczką.
Zaczynał się poddawać.
Nie dlatego, że przestało mu zależeć na odnalezieniu Ogryzka, lecz dlatego, że rozsądek podpowiadał mu, iż dalsze krążenie po mieście bez żadnego punktu zaczepienia może jedynie zwiększyć prawdopodobieństwo, że ktoś zacznie zwracać na niego zbyt dużą uwagę. Był zmęczony, jego łapy nadal bolały po nocnej wędrówce, a zdobyte rano pożywienie zaspokoiło jedynie najgorszy głód, nie przywracając mu jednak pełni sił.
Być może powinien wrócić.
Ta myśl pojawiła się niechętnie, lecz z każdą chwilą nabierała coraz większej wyrazistości.
Skoro nie znalazł żadnego śladu Ogryzka, dalsze poszukiwania mogły być pozbawione sensu.
Skoro miasto nie chciało zdradzić mu swoich sekretów, być może należało zaakceptować porażkę i spróbować ponownie innym razem.
Po raz ostatni zbliżył się do kota siedzącego przy wejściu do wąskiej alejki, postanawiając zadać jeszcze jedno, ostatnie pytanie.
— Wybacz, że przeszkadzam — odezwał się łagodnie, zatrzymując się w bezpiecznej odległości. — Szukam pewnego kota, który niegdyś przebywał w tych okolicach. Jestem przekonany, że ktoś taki jak ty mógłby—
Nie dokończył.
Kot poderwał się gwałtownie, syknął i przemknął obok niego, znikając za rogiem tak szybko, że Lśniąca Gwiazda nawet nie zdążył odpowiednio zareagować. Przez chwilę patrzył za nim w milczeniu, a potem wypuścił powoli powietrze przez nos, próbując zachować spokój.
Wyglądało na to, że naprawdę powinien wracać.
Odwrócił się więc w stronę wyjścia z alejki, lecz zaledwie zrobił kilka kroków, kiedy zauważył, że droga przed nim nie jest już wolna.
Z przeciwległego końca przejścia wyszły trzy koty.
Jeden był masywnym, ciemnym kocurem o szerokich barkach, którego spojrzenie natychmiast zatrzymało się na Lśniącej Gwieździe z mieszaniną rozbawienia i podejrzliwości. Towarzyszyły mu dwa młodsze osobniki, znacznie drobniejsze, lecz poruszające się w sposób sugerujący, że nie były tutaj przypadkiem. Rozeszły się lekko na boki, zajmując większą część alejki, przez co nawet gdyby Lśniąca Gwiazda chciał ich ominąć, musiałby przejść bardzo blisko któregoś z nich.
Rudzielec zatrzymał się spokojnie.
Nie cofnął się.
Nie nastroszył futra.
Nie wysunął pazurów.
Jedynie uniósł głowę, obserwując ich z tym samym opanowaniem, które mogło sprawiać wrażenie niemal uprzejmego zaciekawienia.
— Co to za dziwadło? — mruknął jeden z młodszych, zbliżając się o kilka kroków.
Lśniąca Gwiazda nie odpowiedział natychmiast. Bardziej niż sama obelga interesowało go zachowanie kotów. Byli ostrożni, ale nie przestraszeni; obserwowali go uważnie, a ich ciała pozostawały napięte, jak gdyby czekali tylko na jeden niewłaściwy ruch, który usprawiedliwiłby użycie pazurów.
— Dzień dobry — odezwał się w końcu spokojnie, jak gdyby znalazł się w zupełnie zwyczajnej rozmowie. — Szukam informacji o pewnym kocie, który może być wam znany.
Największy z nich prychnął, a jego spojrzenie przesunęło się po Lśniącej Gwieździe od uszu aż po łapy.
— Taki grzeczny — mruknął z ironią. — A czego właściwie szukasz?
Lśniąca Gwiazda przez chwilę przyglądał mu się w milczeniu, po czym odpowiedział:
— Białego kota z niebieskimi, nakrapianymi plamami. Jest ślepy i ma blizny na oczach.
Tym razem żaden z nich nie roześmiał się od razu.
Na kilka uderzeń serca pomiędzy kotami zapadła cisza, która była znacznie bardziej wymowna niż wszystkie dotychczasowe odpowiedzi, jakie otrzymał tego dnia.
Nie otrzymał odpowiedzi.
Zamiast tego jeden z młodszych kotów przechylił głowę, przyglądając mu się z rosnącym zainteresowaniem.
— A ty co? Zgubiłeś obróżkę, pieszczoszku? — zapytał w końcu, a w jego głosie pojawiła się kpina. — Nie powinieneś szwendać się po takich miejscach.
Drugi kot parsknął śmiechem, a po chwili dołączył do niego również trzeci.
Lśniąca Gwiazda pozwolił im się śmiać.
Nie widział powodu, aby przerywać.
Każda chwila, w której oni byli przekonani, że mają nad nim przewagę, była chwilą, w której mogli powiedzieć coś więcej, niż powiedzieliby kotu, którego uznaliby za zagrożenie.
— Pieszczoch? — powtórzył jeden z nich, mrużąc oczy. — I taki zaniedbany?
Przysunął pysk nieco bliżej, wciągając powietrze.
— Choć faktycznie, nie pachnie typowym samotnikiem.
Tym razem Lśniąca Gwiazda zrozumiał, że rozmowa przybrała nieco inny obrót.
Nie chodziło już wyłącznie o wyśmiewanie jego wyglądu.
Próbowali ustalić, kim był.
Skąd przybył.
Dlaczego jego zapach różnił się od ich własnego.
Lśniąca Gwiazda pozwolił sobie na delikatny uśmiech.
— To bardzo trafna obserwacja — odpowiedział spokojnie, nie zdradzając najmniejszego śladu urazy. — Rzeczywiście nie jestem samotnikiem.
— Więc kim jesteś? — zapytał największy z kotów, tym razem znacznie poważniej.
Lśniąca Gwiazda przez moment milczał, ponieważ właśnie tutaj pojawiła się możliwość, na którą czekał.
Mógł skłamać.
Mógł powiedzieć, że jest samotnikiem, który przypadkiem zabłądził.
Mógł przedstawić się jako zwykły włóczęga poszukujący dawnego znajomego.
Mógł również powiedzieć prawdę.
Tyle że prawda, odpowiednio podana, nie zawsze była tym samym co szczerość.
— Jestem kotem, który przybył z daleka — odpowiedział w końcu, dobierając słowa z ostrożnością, jak gdyby każde z nich było kamieniem, który należało położyć we właściwym miejscu, aby nie zachwiać całej konstrukcji rozmowy. — Szukam kogoś, komu jestem winien pewne wyjaśnienie, a ponieważ słyszałem, że może tu przebywać, pomyślałem, że warto zapytać tych, którzy znają tutejsze ulice lepiej ode mnie.
Największy z kocurów zmrużył oczy. Przez kilka uderzeń serca trwał w milczeniu, jak gdyby próbował znaleźć w słowach Lśniącej Gwiazdy coś, co pozwoliłoby mu zrozumieć, z jakiego rodzaju kotem właściwie miał do czynienia, po czym poruszył lekko wąsem.
— Ładnie gadasz.
Lśniąca Gwiazda odpowiedział mu łagodnym uśmiechem, choć pod jego spokojnym wyrazem pyska zaczynała kiełkować coraz bardziej nieprzyjemna świadomość, że rozmowa wymyka się spod kontroli.
— Staram się być uprzejmy.
Najmniejszy z trójki, który dotychczas pozostawał nieco z tyłu, nagle roześmiał się głośno, a jego śmiech odbił się od betonowych ścian alejki i powrócił do nich przytłumionym echem. Kocur był młodszy od pozostałych, miał chude ciało, po którym przechodziło kilka blizn i nieproporcjonalnie długie łapy, przez co sprawiał wrażenie niemal niezdarnego, lecz w jego spojrzeniu nie było niczego, co można byłoby uznać za niewinne.
— Podoba mi się — parsknął. — Mógłbym go trzymać na sznurku i kazać mu trajkotać, kiedy będzie mi się nudzić.
Dwaj pozostali roześmiali się pod nosem.
Lśniąca Gwiazda jedynie westchnął.
Nie był to teatralny gest mający wzbudzić współczucie ani demonstracyjne okazanie irytacji, lecz ciche wypuszczenie powietrza przez nos, któremu towarzyszyło krótkie przymknięcie oczu. Przez moment pozwolił sobie nawet na opuszczenie głowy, jak gdyby słowa kocura rzeczywiście go znużyły, choć w rzeczywistości jego umysł pracował znacznie szybciej niż mogłoby się wydawać.
Był osaczony.
Dopiero teraz, kiedy rozmowa zaczęła przechodzić w coś znacznie bardziej niebezpiecznego, pozwolił sobie dokładniej ocenić otoczenie, które wcześniej traktował jedynie jako kolejną z miejskich uliczek. Po jednej stronie wznosiła się wysoka, niemal pozbawiona okien ściana, zimna i wilgotna od nocnego śniegu, po drugiej natomiast znajdowały się drewniane skrzynie, kilka połamanych desek oraz stos zniszczonych przedmiotów, którymi można było łatwo zahaczyć łapą podczas próby ucieczki. Alejka była wąska, zdecydowanie zbyt wąska, aby mógł swobodnie ominąć całą trójkę, a wyjście, przez które przed chwilą chciał opuścić to miejsce, znajdowało się dokładnie za ich plecami.
Co gorsza, doskonale wiedział, że w bezpośrednim starciu nie miałby większych szans.
Przewaga trzech kotów nad jednym była czymś, czego nie dało się zignorować nawet przy najlepszych umiejętnościach. Jeden przeciwnik mógł zostać zaskoczony, drugi mógł zostać powstrzymany, lecz trzeci zawsze znalazłby moment, w którym mógłby zaatakować od boku, a walka w tak ciasnym przejściu pozbawiłaby go możliwości wykorzystania przestrzeni.
— Czy macie jakieś informacje na temat kota, którego wam wcześniej opisałem? — zapytał spokojnie, unosząc ponownie głowę.
Największy kocur prychnął, a jego ogon przesunął się leniwie po ziemi.
— A co? Tak bardzo chcesz wiedzieć?
— Chciałbym.
— Może mamy.
Kocur zrobił krótką pauzę, obserwując jego reakcję.
— Może nie.
Lśniąca Gwiazda skinął powoli głową, jak gdyby przyjmował tę odpowiedź bez najmniejszego rozczarowania, choć wewnętrznie zaczął już rozważać kolejne możliwości. Mogli jedynie udawać… choć równie dobrze mogli wiedzieć dokładnie, kogo szukał i celowo przeciągać rozmowę, aby sprawdzić, jak długo uda im się utrzymać nad nim przewagę.
Każda z tych możliwości prowadziła jednak do tego samego wniosku.
Musiał zachować spokój.
— Rozumiem — odpowiedział miękko. — Czy skoro nie zamierzacie mi w żaden sposób pomóc, moglibyście pozwolić mi odejść? Mam problemy, które wymagają rozwiązania, a sądzę, że wszyscy skorzystamy na tym, jeśli każdy z nas będzie mógł wrócić do własnych spraw.
Przez chwilę panowała cisza.
Najmniejszy z kotów przechylił głowę, a potem parsknął śmiechem.
— Oo.
Jego oczy rozbłysły rozbawieniem.
— I teraz tchórzy.
Największy kocur uśmiechnął się szeroko, odsłaniając fragment pożółkłych zębów.
— Dobre.
— Dawajcie — rzucił najmniejszy, a jego głos zabrzmiał znacznie ostrzej niż wcześniej. — Pokażmy temu mięczakowi, że tak szybko nie pozwolimy mu odejść.
Lśniąca Gwiazda poczuł, jak coś zimnego przesuwa się wzdłuż jego kręgosłupa.
Nie strach.
Jeszcze nie.
Była to raczej ta szczególna chwila, w której umysł przestaje traktować sytuację jako rozmowę, a zaczyna postrzegać ją jako zagrożenie wymagające natychmiastowego rozwiązania.
Trójka kotów ruszyła w jego stronę.
Powoli.
Bez pośpiechu.
Ich łapy cicho przesuwały się po wilgotnym podłożu, a pazury największego z nich wysunęły się nieznacznie, zgrzytając o beton przy każdym kolejnym kroku. Średni kocur szedł nieco bardziej z boku, jak gdyby już teraz próbował odciąć Lśniącej Gwieździe możliwość przemknięcia obok, podczas gdy trzeci pozostał kilka długości ogona za nimi, obserwując całą sytuację z tym samym niezdrowym zainteresowaniem, które wcześniej towarzyszyło jego śmiechowi.
Lśniąca Gwiazda cofnął się o krok.
Potem o następny.
Nie spuszczał z nich wzroku, a jego ogon pozostał nisko opuszczony, choć mięśnie pod futrem napięły się niemal niezauważalnie.
Jego spojrzenie przesunęło się jeszcze raz po alejce, tym razem znacznie dokładniej, aż zatrzymało się na niewielkiej szczelinie pomiędzy dwoma budynkami, częściowo zasłoniętej przez przewróconą skrzynię. Nie była szeroka, lecz być może wystarczająco szeroka, aby przecisnął się przez nią kot jego rozmiarów.
Problem polegał na tym, że znajdowała się za dwoma napastnikami.
Pozostawała mu więc wyłącznie przestrzeń, odpowiedni moment i cierpliwość.
Ta ostatnia była czymś, czego nigdy mu nie brakowało.
Największy kocur zatrzymał się kilka kroków przed nim.
— No i co teraz, pieszczoszku?
Lśniąca Gwiazda spojrzał mu prosto w oczy.
W jego pysku wciąż nie było gniewu, choć pod spokojnym spojrzeniem kryło się coś znacznie chłodniejszego niż zwykłe zdenerwowanie. Przez krótką chwilę wyglądał niemal tak, jakby rzeczywiście był przestraszonym, zmęczonym kotem, który popełnił błąd, zapuszczając się samotnie w obcą część miasta.
To wrażenie było mu nawet na łapę.
— Sądzę — odpowiedział cicho — że wciąż możemy zakończyć tę rozmowę bez niepotrzebnej przemocy.
Najmniejszy prychnął.
— Hej, a może sprawdźmy, jak długo będzie taki uprzejmy, kiedy przestanie mieć powód?
Lśniąca Gwiazda nie odpowiedział.
Zamiast tego jeszcze raz spojrzał na ich łapy, odległości między nimi oraz wszystkie przeszkody znajdujące się w alejce. Wiedział już, że pierwsze uderzenie nie będzie miało znaczenia dla samego wyniku walki; znaczenie będzie miał moment, w którym przeciwnicy uwierzą, że mają go dokładnie tam, gdzie chcieli.
I właśnie dlatego nie zamierzał pozwolić, aby strach przejął kontrolę nad jego ciałem.
Przeciwnie.
Im bardziej tamci byli pewni swojej przewagi, tym większą przewagę zyskiwał on.
Bo choć oni widzieli przed sobą jednego zmęczonego, samotnego kota, który najwyraźniej żałował swojej wyprawy, Lśniąca Gwiazda widział trzy różne problemy, trzy różne temperamenty i trzy różne sposoby, na jakie każdy z nich mógł zostać wykorzystany.
Największy z kocurów zrobił jeszcze jeden krok, a jego pazury wysunęły się nieznacznie, zgrzytając o wilgotny beton.
Lśniąca Gwiazda trwał w bezruchu, nie spuszczając wzroku z największego kocura, choć kątem oka obserwował jego dwóch towarzyszów, starając się zapamiętać ich położenie oraz sposób, w jaki się poruszali. Najmniejszy był wyraźnie podekscytowany możliwością bójki, drugi pozostawał bardziej powściągliwy, natomiast przywódca całej trójki sprawiał wrażenie zbyt pewnego siebie, jak gdyby już dawno uznał, że jego przeciwnik nie ma żadnej drogi ucieczki.
To właśnie tę pewność Lśniąca Gwiazda postanowił wykorzystać.
— Nie chciałbym sprawić wam kłopotu — powiedział spokojnie, a jego głos był tak łagodny, że niemal ginął pośród odległego warkotu pojazdów. — Jeżeli jednak rzeczywiście nie zamierzacie pozwolić mi odejść, obawiam się, że będę zmuszony się bronić, czego chciałbym uniknąć.
Najmniejszy roześmiał się tylko pod nosem.
Nie mógł ich pokonać.
Nie tutaj.
Nie w ten sposób.
— Naprawdę nie ma potrzeby tego robić — powiedział jeszcze raz, cofając się o krok. — Mogę po prostu odejść i więcej nie będziemy sobie przeszkadzać.
Największy kocur prychnął i ruszył gwałtownie w jego stronę.
Lśniąca Gwiazda odczekał niemal do ostatniej chwili.
Dopiero kiedy pazury przecięły powietrze tuż przed jego pyskiem, uskoczył w bok, pozwalając, aby przeciwnik stracił równowagę na wilgotnym podłożu. Nie próbował go zaatakować, ponieważ jego celem od początku nie była walka, lecz wyrwanie się z pułapki, a każda chwila spędzona na wymianie ciosów działała na jego niekorzyść.
Najmniejszy kot rzucił się w jego stronę, próbując odciąć mu drogę, jednak Lśniąca Gwiazda obrócił ciało i przemknął pod wyciągniętą łapą, czując, jak pazury zahaczają o futro na jego barku. Poczuł krótkie, ostre pieczenie, lecz nie zatrzymał się ani na moment, wykorzystując chwilowe zamieszanie, aby przedostać się za ich plecy.
Usłyszał za sobą wściekłe syczenie.
Nie obejrzał się.
Wybiegł z alejki, skręcił za najbliższy budynek. Serce biło mu mocno, oddech stał się cięższy, a mięśnie, już wcześniej zmęczone nocną wędrówką, drżały pod wpływem wysiłku, lecz poza płytkim zadrapaniem na barku nic poważniejszego mu się nie stało.
Być może trójka kotów zamierzała go ścigać.
Nie zwalniał więc, pomimo narastającego bólu.
Nie miał pojęcia, dokąd właściwie zmierzał, i właśnie to było w całej sytuacji najbardziej niepokojące. Uciekał przed czymś, czego nawet nie potrafił zobaczyć, jednocześnie zagłębiając się coraz dalej w miejsce, którego nie znał. Co pewien czas oglądał się przez ramię, próbując dostrzec znajome sylwetki pomiędzy budynkami, lecz zamiast nich widział jedynie kolejne ulice, przechodzących Dwunogów i śnieg osiadający na wszystkim, czego dotknął.
Jego myśli zaczynały się plątać.
Nie wiedział już, gdzie nawet był.

cdn.

Od Źródlanej Łuny

⇸ ◦☽✴︎☾◦ ⇷
Paręnaście księżycy temu…

Szepty współklanowiczów wtórowały szmerowi wodospadu. Zajęła miejsce wśród innych, wpatrując się w górującą nad nimi sylwetkę Lśniącej Gwiazdy.
Wiedziała, co jej brat planuje ogłosić. Skoro do jej obowiązków należało dyrygowanie wojownikami i uczniami, jak i rozdzielanie im zadań, to wręcz trudno było nie zauważyć, gdy kogoś przy tym rozdziale brakowało.
Zniknięcie Truskawkowego Pola wręcz rzucało się w oczy.
Przygryzła policzek, wpatrując się w pysk Blasku. Jego partnerka opuściła obóz tuż przed mianowaniem jej kociąt. Ich kociąt. Na język cisnął jej się śmiech, ale powstrzymała się, jedynie owijając ogon ciaśniej wokół łap. Czy stwierdzenie, że w końcu przejrzała na oczy, byłoby zbyt obraźliwe w stosunku do jej brata?
— Trudno jest mi pogodzić się z tym, jak wiele kotów ucieka z naszego klanu w ostatnich czasach — rozpoczął przywódca. Tłum ucichł. — Nigdy nie sądziłem, że przyjdzie dzień, w którym będę musiał patrzeć, jak ci, których uważałem za rodzinę, odwracają się od domu, który wspólnie budowaliśmy.
Nie mogła jednak odrzucić myśli, że przywódca przyjął ją jako swoją prawą łapę tylko dlatego, iż była łatwa do zmanipulowania i łatwa do odsunięcia na bok – przecież jeżeli kochała go, to posłuchałaby, prawda?
— Straciłem nie tylko wspaniałą zastępczynię. Straciłem przyjaciółkę. Partnerkę. Matkę moich kociąt. Kota, któremu ufałem bardziej niż komukolwiek innemu — kontynuował, zaprzeczając jej przypuszczeniom.
Ile jednak w tych słowach było prawdy? Czy Blask rzeczywiście był szczerym kotem, który przedstawiał swój ból przed całym klanem? Czy kiedykolwiek nim był?
Nie powiedziałaby, że kiedykolwiek złapała go na kłamstwie. Jednak jego słowa rzadko spotykały się z tymi, których oczekiwała. Brzmiały naturalnie, temu zaprzeczyć nie mogła, lecz… Gryzły się z tym wizerunkiem, który malował się przed jej okiem od pierwszych księżycy.
— Każdego dnia przypominam sobie rozmowy, które prowadziliśmy, wspólne decyzje i marzenia o przyszłości Klanu Klifu.
Kolejne słowa przywódcy umknęły jej mimo uszu. Zastanawiała się, czy dla Truskawki ich relacja również była swego rodzaju transakcją. Możliwością zdobycia przewagi wśród tych, którzy nie darzyli jej pozytywnym uczuciem. Czy liczyła na władzę? Czy odsunięcie na bok, gdy tylko jej brzuch spęczniał nowym życiem, było wystarczającym zawodem?
Po grymasie, który widniał na jej pysku podczas pobytu w żłobku, czy zimnym posłaniu, które tam pozostało, można było to łatwo wywnioskować.
— Nie możemy pozwolić, by smutek odebrał nam nadzieję. Ci, którzy zostali, są dowodem na to, że Klan Klifu wciąż ma przed sobą przyszłość. Nie będziemy żyli przeszłością. Będziemy budować jutro. A skoro przed nami kolejne dni i kolejne wyzwania... Klan potrzebuje zastępcy.
Czy ona też mogła wybrać tak łatwą drogę? Drgnęła i przesunęła końcówką ogona po skale. Drogę poza klan? Wiedziała, że gdyby pozostawiła Kormorana i Szron samych, gdy byli jeszcze mali, i nie pokazała więcej nosa w Klanie Klifu, to zapewniona by im została dobra opieka. Lepsza, niż ta, którą otrzymali od niej. Mogła zaoszczędzić im wszystkim bólu, gdyby tylko wybrała łatwiejszą opcję.
Mimo wszystko, jej przywiązanie do klanu było silniejsze od żalu, który wzbudzał w niej widok syna czy córki. To było miejsce, w którym się wychowała, w którym wracała do pełnej sprawności, w którym wyobrażała sobie niemożliwą przyszłość z Szałwiowym Sercem.
— Jest kotka, której lojalność, rozwaga i oddanie niejednokrotnie miały okazję się wykazać — miauknął Lśniąca Gwiazda, lustrując wzrokiem tłum i końcowo lądując na niej. — Kotka, której ufam i o której wiem, że będzie wspierać ten klan nie tylko siłą własnych łap, lecz także mądrością swoich decyzji. Wierzę, że Klan Gwiazdy poprowadzi ją właściwą ścieżką i że nie zawiedzie zaufania, którym ją obdarzam.
Nieznacznie się wyprostowała. Jej oko napotkało te brata – błyszczące z uznaniem w delikatnym uśmiechu, pasujące do miękkiego tonu jego głosu. Nie mogła zbyć myśli mówiącej o tym, że brzmi jak aż nazbyt przyjazny. Przesłodzony.
— Rolę mojego zastępcy obejmie Źródlana Łuna.
Wokół niej rozległy się szepty. Jej serce drgnęło; nie była jednak pewna, czy w przyjemnie rozpływającym się zaskoczeniu, czy raczej kłującym dyskomforcie. Ile taki zaszczyt rzeczywiście znaczył, gdy podany był jej pod pysk z łapy krewnego? Z łapy kogoś, kogo intencji nie była pewna?
— Gratuluję Ci, Źródlana Łuno — dodał przywódca, uciszając tłum z nieznikającym z pyska uśmiechem. — Wierzę, że wspólnie poprowadzimy Klan Klifu ku lepszym czasom.

Od Trójokiego Zająca CD. Ćmiej Łapy

Przed znalezieniem ciała Dyniowej Skórki

Trójoki Zając zamruczał cicho. Był niezwykle wdzięczny, iż jego relacja z dziećmi była tak dobra. Czasami łapał się na myśli, czy gdyby on również poznał swojego ojca, to czy czułby się przy nim bezpieczny? Tak, jak – miał nadzieję – czuły się jego kocięta w jego obecności? Chciał wierzyć, że właśnie tak było. Nawet jeśli on nigdy nie poznał własnego, drugiego rodzica, nie oznaczało to, że zaoferowałby mniej miłości pociechom. Gdziekolwiek był, kremowy życzył mu dobrze. Może, gdyby los sprzyjał, kiedyś udałoby im się spotkać i zamienić parę słów. Niestety, były to płonne nadzieje. Zielonooki, nawet jeśli by go spotkał, pewnie nie miałby pojęcia, że to jego ojciec. Zastrzygł nieznacznie wąsami, spoglądając na kremową koteczkę.
— Wielu pacjentów dziś miałaś? Wyglądasz na zmęczoną. Może porozmawiam z Jagnięcym Ukłonem, żeby pozwoliła ci już dzisiaj odpocząć? — zagadnął, chcąc również zapytać i o jej dzień. Odnosił wrażenie, że od wypadku pytał głównie o Firletkową Łapę. Ciężko było mu się dziwić, aczkolwiek nie chciał dopuścić do sytuacji, w której którekolwiek z jego kociąt czułoby się źle, jakby faworyzował kogoś. Absolutnie tego nie chciał. Kochał całą czwórkę jednakowo i robił co w jego mocy, żeby żadne z nich nie czuło się pokrzywdzone.
Uczennica medyczki pokiwała głową.
— Tak… jestem od samego rana na łapach, ale to nic takiego. Najpierw opowiedziałam Firletce parę historii. Bardzo podobne do tych, które opowiadała nam mama w żłobku. O ptakach i naszych ptasich przewodnikach. Bardzo mu się spodobały — zaczęła, gestykulując łapkami. Mimo aksamitnego zmęczenia wyglądała na naprawdę zaangażowaną w rozmowę. Był to niezwykle miły widok. — Później Jagnięcy Ukłon zabrała mnie na zbieranie ziół, w końcu każde się obecnie liczy. Szczególnie teraz, kiedy chorych wiecznie przybywa. Mam czasami wrażenie, że ich nie ubywa — zaśmiała się cicho, a wojownik pokiwał głową i posłał jej uśmiech, nie przerywając potoku słów. — Odwiedziła nas Niebiańska Poświata i pomogłam jej z infekcją.
Niebiańska Poświata… znali się jedynie z widzenia. Kotka była młodsza od niego i nie mieli nawet okazji nigdy wcześniej zamienić choćby słowa. Nie czuł się jednak tak, jakby na tym wiele stracił. To nie było nic nowego, że spora część Klifiaków pozostawała mu w pewnym sensie obca. Niestety albo stety, od zawsze był na uboczu. Z wiekiem jednak nauczył się bardziej doceniać relacje, które nabył podczas całego swojego życia, pielęgnując je i to głównie w nie się angażował najbardziej.
— Na pewno świetnie sobie poradziłaś, jesteś niezwykle zdolna. Klan Klifu może być wdzięczny za tak wspaniałe medyczki — zamruczał, tarmosząc jej lekko futerko na głowie. Ćmia Łapa zachichotała i teatralnie przewróciła oczami.
— Ale to jeszcze nie koniec! Słuchaj tego, tato. Zaraz za nią wszedł Wędrujący Wibrys. Brat Truskawkowego Pola — zaczęła, a zielonooki słuchał. Pamiętał o zastępczyni, której nagle, z dnia na dzień zabrakło. Gdyby pewnego razu obudził się bez Kukułczego Wdzięku obok, byłby zdewastowany. Nie potrafił sobie wyobrazić choćby dnia bez ukochanej. — Chyba będę musiała znowu pójść i nazbierać trybuli. Bo wiesz, co jemu dolegało?
— Co takiego? — zapytał, uśmiechając się. Może gdyby znał się jakkolwiek na ziołach, to by zgadł.
— Infekcja! Mam wrażenie, że jest jej jakiś wysyp. Wiecznie ktoś chodzi z infekcją. Przyszła też twoja była uczennica, Oszroniony Kieł. Doskwierała jej chrypka i brzmiała też inaczej. Będzie musiała do nas przychodzić jeszcze przez trzy wschody słońca.
Pointka była jego pierwszą uczennicą kiedykolwiek. Bardzo miło wspominał ich wszystkie, liczne treningi. W końcu była jego bratanicą. Jednym z ostatnich kotów, które kojarzyły mu się z jego braciszkiem, Króliczkiem. Na samą myśl uderzyło w niego uczucie nostalgii. Gdyby tylko mógł z nim porozmawiać, choćby raz jeszcze…
Wrócił do rzeczywistości. W końcu Ciemka czekała na odpowiedź. Nie mógł jej ignorować, to byłoby bardzo niemiłe z jego strony.
— Mam nadzieję, że jej się polepszy. Widzisz, jaka jesteś uzdolniona? Pomogłaś tylu kotom, zupełnie sama! Jagnięcy Ukłon i Księżycowa Aldrowanda dobrze cię wyszkoliły — odparł, czując rozpierającą go dumę. Jego córeczka wiedziała już tak wiele… Mógłby przysiąc, że jeszcze wczoraj przebywała w żłobku i miała zamknięte oczka. Jak one szybko rosły…
Żółtooka pokiwała główką.
— Mimo że wiem tak dużo, to i tak czasem znajdzie się coś, czego jeszcze nie wiem.
— Ścieżka medyka to nieustanne odkrywanie nowości. Twój trening trwa nieco dłużej, niż ten na wojownika, ponieważ musisz przyswoić dużo więcej informacji. Mam nadzieję, że dbasz o siebie i odpoczywasz. W końcu przemęczony mózg nie marzy o niczym innym, jak o odpoczynku — miauknął z nutą zmartwienia w głosie. Kremuska jednak szybko rozwiała jego obawy.
— Nie martw się, tato. Wysypiam się, w miarę…-
W kącie oka dostrzegł Mysikróliczą Łapę, która niemal wbiegła w Ćmią Łapę. Trójoki Zając spojrzał na córeczkę ze zdziwieniem. Była cała oblepiona błotem i wyglądała tak, jakby przebiegła właśnie gonitwę swojego życia, ponieważ sapała głośno, a jej kufę rozświetlał szeroki uśmiech. Nabrała parę łapczywych oddechów.
— Już wróciłaś z treningu z Bukową Koroną? Szybko cię dzisiaj puścił — zagadnęła uczennica medyczki, równie zdziwiona, ale i zadowolona z obecności liliowej szylkretki. Po uderzeniu serca pręgowana klasycznie zauważyła pewną niezwykle ważną kwestię;
— Wyglądasz, jakby cię wypluto z paszczy borsuka! Co robiłaś? — Kremowa dotknęła łapą boku siostrzyczki. Mysikrólik kłapnęła pyskiem przy jej palcach żartobliwie, naśladując wściekłego psa. Jej oddech uspokoił się trochę.
— Może to ja jestem tym borsukiem! — wysapała jeszcze, a Ćma odsunęła kończynę.
Po chwili wtuliła się w bok ojca w celu przywitania się, a później zawiesiła łapy na barkach siostry, jakby chcąc się z nią pobawić.
— Ćmia Łapo! Wiesz, ile się dzisiaj nauczyłam? Mam wrażenie, że Bukowa Korona, gdyby mógł, to by mnie przetargał po całych naszych terenach… ale dobrze, przynajmniej nauczę się robić różne, śmieszne dźwięki! Już potrafię gwizdać, o, posłuchajcie.
Zwinęła wargi tak, żeby utworzyć z nich dzióbek. Po chwili zaczęła dmuchać, jednak żaden gwizd nie ulotnił się z jej pyszczka. Trochę sfrustowana, przysiadła i poruszyła nieznacznie uchem. — Nooo, przecież jeszcze wczoraj mi wychodziło! Ale ja nie kłamię, zobaczycie. Wyjdzie mi jeszcze. Może po prostu nie dzisiaj.
— Taa, jasne! — zaczęła się z nią droczyć żółtooka. Trójoki Zając obserwował ich interakcję, nic nie mówiąc do tej pory. Z jakiegoś powodu zamyślił się na ten czas, mimo że dolatywały do niego słowa.
Mysikrólicza Łapa przewróciła oczami, uśmiechając się.
— Tato, przepytasz mnie z kodeksu wojownika? Już znam wszystkie punkty, po kolei!
Trójoki Zając kiwnął głową, wyrwany z obłoków.
— Dobrze. Kto najpierw powinien jeść zwierzynę ze sterty?
Ćmia Łapa wyglądała tak, jakby miała ochotę odpowiedzieć na to pytanie, mimo że wiedziała, że to jej siostra była obecnie pytana. Mysikrólik widocznie zamyśliła się, jej wzrok stał się na chwilę utkwiony gdzieś w oddali. Gdy pręgowana klasycznie już miała odpowiedzieć za nią, otwierając pyszczek, koteczka wykrzyczała wręcz;
— Najpierw uczniowie, którzy sobie na to zasłużyli! — powiedziała dumnie, bardzo pewna własnej odpowiedzi.
Trójoki Zając pokręcił głową.
— Niestety nie. Najpierw muszą zjeść starsi i kocięta, a dopiero potem uczniowie i wojownicy.
— Aaah! No przecież — liliowa zabrzmiała tak, jakby ją olśniło. Ćmia Łapa pokręciła głową.
— Mysikróliku, a czy przed zjedzeniem zwierzyny dziękujesz za nią Klanowi Gwiazdy?
Żółtooka zerknęła na siostrzyczkę i po uderzeniu serca pokiwała głową.
— Tak — rzekła krótko, parokrotnie przejeżdżając językiem po piersi. Trójoki Zając zamruczał.
— Jak wiecie, kodeks wojownika to coś, co rozróżnia nas od samotników i włóczęgów. To koty, które żyją na własnych zasadach, a nie na tych klanowych. Nierzadko są nieszczęśliwe z tego powodu, ponieważ muszą polegać tylko na sobie, lub na grupie, która dba głównie o siebie, aniżeli o wszystkich i w szczególności tych najsłabszych. To niezwykle ważne, żeby przestrzegać wszystkich szesnastu zasad, jednakowo. Wtedy żyje się wszystkim dobrze — dokończył więc kocur, mimo wszystko dumny z wiedzy swoich córeczek. Potknięcie Mysikrólika nie było przecież tragedią. Z pewnością szybko oraz sprawnie uzupełni braki, o ile takowe występowały.
— Dobrze. Tę część pamiętam, o której mówisz — zerknęła na ojca. — Słuchajcie teraz. Teraz wam wymienię wszystkie punkty. — Nabrała do płuc dużo powietrza, aż jej napęczniały policzki. — ,,Broń swego klanu, nawet kosztem własnego życia. Nie jest zabronione zawierać przyjaźni poza granicami, jednak twoja lojalność musi pozostać w klanie. Nie poluj na terenie obcego klanu, a także nie wkraczaj tam. Zwierzynę najpierw muszą spożyć kocięta oraz starsi, a dopiero później uczniowie, a także wojownicy” — zrobiła chwilę przerwy na nabranie oddechu. Do tej pory wszystko się zgadzało. — ,,Zwierzynę zabijamy jedynie w celu pożywienia się, a nie bawienia nią. Trzeba dziękować Klanowi Gwiazdy za jej życie. W wieku sześciu księżyców kocię zostaje mianowane uczniem. Nowo mianowani wojownicy zmuszeni są odbyć ciche czuwanie przez jedną, całą noc tuż po własnej ceremonii”.
Trójoki Zając poruszył nieznacznie uchem.
— Za niedługo ciebie to czeka, Mysikróliku.
Koteczka pokręciła głową, łapę opierając na ojcu, ale po chwilę ją położyła z powrotem na gruncie.
— Wiem, tato. Wybiłeś mnie z rytmu! — udała wielce obrażoną. Kocur posmutniał trochę. — Żartuję. Wiem, tak, wiem… tak naprawdę, to nie mogę się już tego doczekać. Aż Bukowa Korona uzna, że jestem gotowa i Lśniąca Gwiazda mnie wyróżni z całego tłumu naszych pobratymców! — zaświergotała pogodnie, a Trójoki Zając poczuł, jak robi mu się cieplej na sercu. Pamiętał własną ceremonię i ogromną dumę, jaka towarzyszyła mu tamtego dnia. Wiedział, że to była jedynie kwestia czasu aż jego kocięta staną się pełnoprawnymi wojownikami, a jedno z nich; medyczką. Wierzył, że nawet i Firletkowa Łapa doczeka się swojego nowego, wspaniałego imienia. Nie mogło być przecież inaczej, zasługiwał na to tak samo, jak reszta jego rodzeństwa, mimo wypadku. Na myśl o synu spojrzał na odpoczywającego, niebieskiego vana w łożu. Pogrążony w głębokim śnie, prawdopodobnie nie słyszał ich aż tak dobrze. Trójoki Zając był z nich wszystkich tak bardzo, bardzo dumny. Miał szczerą nadzieję, iż Firletka prędko wróci do zdrowia. Nie mógł patrzeć na niego w takim stanie, serce mu pękało. Gdyby tylko tamtego dnia przewidział, że mógł się ześlizgnąć... gdyby tylko mógł, to by ochronił wszystkie swoje kocięta przed każdą przykrością tego świata. Wiedział jednak, że nie było to w żaden sposób możliwe.

<Ciemko, a ty pamiętasz zasady obowiązujące każdego medyka?>

06 października 2026

Mysikrólicza Łapa została adoptowana!

nowy właściciel: baroksi [Discord]

Od Poziomkowej Łapy CD. Chyżej Łapy

Po zasypaniu, w legowisku medyka

Poziomkowa Łapa poczuła, jak ktoś ją mocno zaczął szarpać, a do uszu docierał jakiś niezrozumiały bełkot. Gdy zauważyła przed sobą majaczący pysk siostry, wysunęła do niej słabo przednią łapę, myśląc, że może jej się wydawało, niemal stykając się z tą Porzeczki. Po chwili jednak doskoczyła do niej ruda plama, która odsunęła od Poziomki siostrzyczkę.
— Porzeczko? — mogłaby przysiąc, że wypowiedziała to na głos. A jednak z jej pyszczka w rzeczywistości wydobyło się jedynie charknięcie. Chciała, żeby ktoś ją teraz przytulił. Jej oczy ponownie zaszły mgłą, a sama leżała wysunięta z legowiska bezwładnie, niczym rozciągnięta kuna.

***

Teraźniejszość

Poziomkowa Łapa stała przed jedną z wielu odnóg, zaglądając w głąb ciemnego tunelu. Poczuła nieprzyjemne ukłucie w sercu na samą wizję wyjścia z obozu. Nie wychodziła z niego tak długo, że zdążyła się odzwyczaić od widoku nieskończenie ciągnących się wrzosowisk. Bała się, że znowu spotka ją przykry wypadek, a absolutnie tego nie chciała. Obawiała się również tego, co ostatnio powiedział jej Dzielna Łapa. Kolega w końcu nie chciałby nigdy jej okłamać, szczególnie w tak ważnym temacie, prawda? Tamtego razu jej się poszczęściło. Bo kto wie, może nikt nie usłyszałby zawalenia się odcinka tunelu? Może nikt by nie przyszedł jej na pomoc wystarczająco szybko albo zasypałoby ją na tyle głęboko, że nie udałoby się jej pobratymcom jej odkopać na czas i udusiłaby się, przygnieciona gruzem? Wzdrygnęła się, spoglądając na mentora. Przewodnik domyślił się, mimo wszystko nie zamierzał pozwolić na to, żeby kolejny dzień się zmarnował. Bardzo zależało mu na tym, aby przekazać kotce wszystkie najpotrzebniejsze umiejętności. Już wiele się nauczyła pod jego czujnym okiem, aczkolwiek nadal miała sporo miejsc, które dało się zapełnić wiedzą oraz doświadczeniem. W przyszłości od jej decyzji mogły zależeć życia Burzaków, dlatego niezwykle istotne było, żeby zadbać o bardzo dokładne wyszkolenie jej. Nawet najmniejszych szczegółów, które na pierwszy rzut oka mogły wydawać się niepotrzebne.
— Jeśli nie jesteś pewna, to zawsze trzymaj się jednej ze ścian. Tak, jak trenowaliśmy. Już wiele razy przechodziłaś tym tunelem, więc sobie poradzisz — powiedział do niej, a czarna szylkretka poruszyła uchem nieznacznie. Nie spodziewała się, że kocur jakkolwiek spróbuje ją, chociażby pocieszyć czy wesprzeć na duchu, dlatego też było to dla niej wystarczająco zaskakujące. Kiwnęła zatem głową. Może jeśli zamknie oczy i uda, że jest tak naprawdę gdzieś indziej, przykładowo w cieplutkim legowisku obok siostrzyczek, to będzie jej łatwiej? Owszem, przechodziła tędy już tak wiele razy. Znała ten tunel, wiedziała, dokąd prowadził. Było to jedno z wyjść, całe szczęście tuż obok żłobka, a nie Kamiennych Strażników. Serce zabiło jej szybciej, a przez klatkę piersiową przeleciało nieprzyjemne uczucie. Łapy stały jej się słabsze. Nie mogła się teraz poddać.
Odetchnęła z ulgą, gdy mroźny, świeży zapach dotarł do jej nozdrzy. Nim się obejrzy, zdążą już opuścić azyl. Wzięła głębszy oddech i kiwnąwszy głową, ruszyła tuż przed kocurem. Wyobraziła sobie, że przewodnik był tuż przed nią i prowadził ją przez prosty, krótki odcinek ze spokojem i gracją, a ona, szła jego śladami z głową uniesioną wysoko. Tak, jak do tej pory. Ta wizja napawała ją swego rodzaju nadzieją. Może wyrobiła sobie właśnie sposób, jak radzić sobie z lękiem? Odczuwała lekką niechęć względem zanurzania się ponownie do tuneli, ale bez tego nie mogła przecież żyć. Kto by polował? W dodatku była uczennicą przewodnika, a na otwartych przestrzeniach czuła również dyskomfort. Czasami miała wrażenie, że ciężko było jej dogodzić, że może wymagała zbyt wiele od każdego dookoła. Nie chciała rezygnować ze swojej wymarzonej roli z powodu jednego wypadku. Musiała być silna. Nawet jeśli kosztowało ją to wiele i było niezwykle, niezwykle trudne.
— Dasz sobie radę, Poziomko — szepnęła do siebie, końcówką ogona muskając ścianę po swojej prawej stronie. Czuła pod poduszkami twardy grunt. Nieco chropowata, sucha ziemia przylepiała się maleńkimi drobinkami do jej wielokolorowego ogona, jednak nie przeszkadzało jej to szczególnie. Zdążyła się do tego już przyzwyczaić.
Zanim się obejrzała, zdążyli wyjść z azylu. Był to pierwszy raz, kiedy wyruszyła tak daleko, odkąd została zasypana. Możliwość rozprostowania łap tak, jak dawniej, również działała na nią w pewien sposób terapeutycznie. Dawało jej to nadzieję, że jednak wypadek nie przekreślił całej jej przyszłości.
Dwójka wyszła w ciszy na pokryte śnieżnym puchem połacie. Poziomkowa Łapa zrobiła wielkie oczka. Rzeczywiście, Dzielna Łapa miał rację. Śniegu było tak dużo, że aż pobolewały ją ślepia, podatne na tak jaskrawe zmiany. Łapy zaczęły ją piec, a uszy powoli rezygnowały z oferowanego jej do tej pory czucia. Wzdrygnęła się. Z jej pyszczka zaczęła wydobywać się ciepła para, zamieniająca się prędko w chmurkę. Śniący Obserwator również został dotknięty srogością Pory Nagich Drzew, jednak dużo sprawniej ukrywał to w sobie.
— Pójdziemy do starego obozu, może uda się nam coś jeszcze znaleźć.
Poziomka kiwnęła głową. Cieszyła się, że mogła jakoś czymś zająć nieustanną gonitwę myśli w jej głowie. Szła tuż obok kocura, który przyspieszył nieco tempa. Mieli określony czas, jaki mogli spędzić poza obozowiskiem. W końcu nie mogli przebywać tu zbyt długo, skoro widmo hipotermii zbliżało się coraz bardziej dotkliwie. Zostawiali za sobą ślady, łapy uczennicy tonęły delikatnie w gęsto nasypanym, acz kruchym puchu. Niektóre miejsca były głębsze, inne płytsze, a mimo wszystko i tak paraliżujący chłód wprawiał ją w dyskomfort, mimo że był tak przepiękny.
Wysoko pnąca się wieża zamajaczyła przed dwójką. Wreszcie, znalazłszy się w znajomym miejscu dla starszego, szylkretka udała się do legowiska medyka. Do tej pory nie wiedziała za bardzo, gdzie udało jej się zawędrować. Tym razem mentor zaczął szukać razem z nią, odkopując zniszczoną norę. Niebieskooka łapami brodziła w zwęglonych płatach, węsząc jednocześnie, ale z góry, nie chyląc nosa do ziemi. Wreszcie, po paru uderzeniach serca udało jej się coś znaleźć – pod kamiennymi schodami coś przykuło jej uwagę. Podeszła bliżej, ujmując w łapy dobrze zachowany pęczek trybuli. W jej oczkach pojawiły się iskierki podekscytowania. Odwróciła łeb do Śniącego Obserwatora.
— Udało mi się coś znaleźć! Pachnie ziołami. Przyda się? — zapytała go, poruszając nieznacznie ogonem. Kocur kiwnął głową.
— Wdzięczna Firletka zidentyfikuje, co to. Zaniesiemy jej to, ale rozejrzyjmy się jeszcze za czymś.
Machnąwszy ogonem, odwrócił się i zaczął przekopywać skrawek, jeszcze niedotknięty przez ich łapy dzisiaj. Koteczka przyjęła jego słowa do informacji, odkładając delikatnie zawiniątko. Przecież nie mogła pozwolić na to, żeby się uszkodziło. Było zdecydowanie zbyt cenne!

***

Niestety, po poszukiwaniach, które kosztowało ich czucie w łapach, wrócili jedynie z pęczkiem. Mimo wszystko liliowa zielarka przyjęła go ze swego rodzaju nadzieją, ciesząc się z takiego skarbu. Uczennica była z siebie niesamowicie dumna. W końcu nie zawsze udawało się znaleźć coś, co było rzeczywiście przydatne! W ruinach wiele z niegdyś w perfekcyjnym stanie, rzeczy pozostał jedynie popiół, dawno zdmuchnięty i poniesiony daleko przez wiatr. Ogon młódki zafalował z podekscytowania, a sama miała wrażenie, że rozpierała ją energia mimo podróży.
Wyszła z nory, żegnając się uprzednio z medyczką. Śniący Obserwator pozwolił jej odpocząć, dlatego też cieszyła się z tego powodu niezmiernie. Mogła wreszcie porozmawiać więcej z siostrzyczkami! Najszczególniej zależało jej na tym, żeby odnaleźć Porzeczkę. Chciała z nią pilnie zamienić słówko. Pamiętała o ich nauce przemów, zależało jej, żeby stać się idealną w tej dziedzinie. Szylkretka tego od niej potrzebowała, więc mogła dla niej zrobić chociaż tyle. W tłumie kotów odnalazła szybko ciemne, nakrapiane futerko kotki. Podeszła do niej pospiesznym krokiem, tym samym zwracając na sobie jej uwagę.

<Porzeczko, może znowu zapozuję? Żebyś nie była na mnie zła? Jesteś na mnie zła?>
[Event w Klanie Burzy: Przeszukiwanie obozu; znalezienie w legowisku medyka pęczka trybuli]

Od Chyżej Łapy CD. Poziomkowej Łapy

— Tak dobrze? Dobrze pozuję, Porzeczko?
Uczennica obeszła siostrę, analizując dokładnie jej postawę, gdzieniegdzie poprawiając ją nieco, po czym stanęła przed nią i się zastanowiła.
— Wyglądasz na zbyt sztywną. Rozluźnij się tak, jakbyś po prostu była szczęśliwa, że możesz mnie wspierać. Pomyśl, że dzięki swojej postawie i grze aktorskiej ja będę mogła osiągnąć wszystko! — podniosła ją na duchu. — Dasz radę, a ja dam radę, siostrzyczko — dodała z entuzjazmem. — Pokaż mi ten uśmiech bombelka.
Poziomka ponownie podeszła do próby, tym razem wyglądając niemal idealnie naturalnie, z pociesznym uśmiechem.
— Cudownie! — poczochrała szylkretkę po głowie. — Następnym razem poćwiczymy ponownie twoją przemowę.

Dzień, w którym Poziomkowa Łapa została zasypana

Gęste, bure chmury kłębiły się nad wrzosowiskami, odcinając słońcu dostęp do ziemi niemal całkowicie. Chyża Łapa właśnie siedziała przy wyjściu z tuneli, czekając na swoją mentorkę. Chciała dziś się wykazać przed nią, by wreszcie zyskać wojownicze imię. Wiatr tarmosił jej sierścią i wzburzał zielone kłosy traw w falujący ruch, dając widowiskowy efekt. Z wielkim spokojem oczekiwała wynurzenia się z tunelu Małej Bazi, po czym mogła wyruszyć w poszukiwanie najznakomitszego kąska.
W międzyczasie zastanawiała się nad swoimi nielicznymi osiągnięciami: zabiła kunę, ratując życie Dzielnej Łapy oraz nigdy nie wracała z polowania z pustymi łapami i na razie to było tyle. Za mało, by zyskać aprobatę klanu, za mało, by ktokolwiek ją zauważał. Chciała być w centrum uwagi, czy to tak wiele? Co jeszcze może zrobić, by zaskarbić sobie serca pobratymców? Obalenie władzy to jedynie jakieś głupie marzenie kocięcia z problemami społecznymi, musiała jakoś pogłówkować. Założyła łapę na pysk, wściekając się na siebie za brak kreatywności, po czym zaczęła rozdrapywać strupka, uwalniając szkarłatną ciecz. Wtedy z tunelu wyłoniła się Mała Bazia, spokojnie oglądając otoczenie. Dopiero po chwili dojrzała swoją uczennicę.
— Chyba będzie padać — stwierdziła, spoglądając na niebo.
— W takim razie chyba musimy się pośpieszyć, co? — burknęła uczennica, marszcząc nos.
— W takim razie, gotowa? — spytała.
— Jak nigdy — skwitowała z dziarskim uśmiechem, po czym ruszyła biegiem przed siebie, zostawiając szylkretkę w tyle.
Kocica zawędrowała do miejsca pełnego króliczych nor. Przypadła do ziemi i powoli skradając się, zaczęła poszukiwać wzrokiem potencjalnych zdobyczy, jednocześnie węsząc. Dojrzała jedną parę zwierząt. Zmarszczyła brwi i powoli zaczęła sunąć w ich stronę z chytrym uśmiechem.
Jeden z królików był wyjątkowo pulchny, zwłaszcza jak na aktualnie chłodną porę i to na nim zakleszczyła swoją uwagę. Zajęczaki żerowały sobie, nie zważając na czyhające na nie niebezpieczeństwo. Chyża Łapa, póki co zmierzała w ich stronę pod wiatr, będąc pewna, że pozostanie niewykryta. Wtem jednak wiatr zwolnił, a zaraz potem zmienił bieg i teraz wiało na prawo od Porzeczki. Zwierzyna nagle podniosła łby i się rozejrzała niespokojnie, a uczennica za wszelką cenę starała się przykleić do ziemi na tyle, by uniknąć wykrycia. Na jej nieszczęście, króliki w sekundę poderwały się do biegu. Kotka nie zamierzała jednak odpuścić. Niemal natychmiast ruszyła pędem za nimi. Przykleiła uszy do tyłu głowy i wykorzystała swoje sprężyste cielsko, by jak najszybciej dogonić zwierzynę. Wyciągała łapy tak daleko, jak mogła, póki nie nadążyła za swoim celem. Pulchny królik był dość powolny w porównaniu z tym drugim, który pędził znacznie szybciej. Porzeczce było to oczywiście na korzyść. Wbiegli nagle na spaloną część terytorium, więc trawa teraz nie obijała się o łapy, znacznie zwiększając komfort gonitwy. Gdy zdobycz była już w zasięgu łap, kotka wybiła się nagle i wylądowała na zwierzęciu. Usłyszawszy paniczny pisk, przeturlała się kawałek razem ze zwierzęciem w kuli łap i sierści. Gdy się zatrzymali, Porzeczka przyszpiliła króliczkę za klatkę piersiową i zacisnęła zęby na tchawicy, dopóki zwierzę nie ucichło. Gdy tylko cielsko zwiotczało, puściła je i obejrzała starannie. Była to porządna sztuka. Uśmiechnęła się pod nosem, a chwilę potem nadążyła za nią truchtem Mała Bazia. Nim cokolwiek zrobiła, z ciężkich chmur zaczęły się sypać krople deszczu, a jego szum przykrył odgłosy łąk.
— No dobra, wracajmy! — powiedziała mentorka, podnosząc głos. Porzeczka chwyciła swoje trofeum i ruszyła przodem w stronę najbliższego tunelu.
Wąsy kotki uginały się pod ciężarem kropel, a sierść wyglądała, jakby się wylewała z jej cielska. Kotki minęły spalone tereny, po czym niedługo później znalazły się przy wejściu do tuneli. Gdy weszły, otrzepały się szybko i truchtem przemierzyły ciemne korytarze.
Chwila tylko im zajęła, by dostać się do obozu, w którym trwało dziwne zamieszanie. Zmarszczyła brwi, odkładając gdzieś upolowanego królika w pierwsze lepsze łapy, po czym zmierzyła w stronę największego zbioru kotów. Wszyscy wyglądali na przestraszonych, zdziwionych, zakłopotanych, a niektórzy panikowali. W tym całym popłochu Porzeczka przepchnęła się do burej siostry, nie mogąc znaleźć nigdzie tej rudej.
— Malinko, gdzie Poziomka? — spytała, zirytowana całą sytuacją. Jej siostra wyglądała na przerażoną, a w jej oczach błysnęła łza.
— Z-zasypało ją!
Porzeczce serce się zapadło. Otworzyła pysk w zdziwieniu.
— Co… GDZIE ONA JEST? — wrzasnęła przeraźliwie na młodą kronikarkę.
— U Wdzięcznej Firletki! Nora medyka! — odparła głośno, próbując przebić swój głos przez zamęt wokół.
Kocica natychmiast się rzuciła w kierunku wskazanym przez burą. Z wściekłością przepchnęła siedzącego przed wejściem do legowiska niczym stróż Dzielną Łapę, dorywając siostrę, która jeszcze była półprzytomna, ledwo kontaktująca.
— JAK ŚMIESZ PRAWIE GINĄĆ! — ryknęła, mijając medyczkę. Kucnęła przy siostrze i łapą z wyciągniętymi pazurami próbowała obudzić uczennicę. W amoku nie słyszała nic i nikogo, aż nie dopadł do niej Dzielna Łapa, przytrzymując ją z dala od Poziomki. Porzeczka wrzasnęła wściekle i splunęła na niego, lecz ten chwycił ją za kark, a Mała Bazia pomogła mu wyciągnąć ją z legowiska medyka.
— Opanuj się, dzikusie! — starała się upomnieć swoją uczennicę, którą właśnie taszczyła przez korytarz razem z rudym uczniem.
Chyża Łapa została umieszczona w legowisku uczniów i zostali tam, by ją uspokoić i przywołać z powrotem do zmysłów. Opanowała się dopiero po długiej rozmowie.
Porzeczka nie rozpoznawała samej siebie. Co w nią wstąpiło?

<Poziomko? Zdrowiej, bo dostanę na łeb>

Od Koszmarnej Łapy CD. Iglastej Łapy

Przeszłość

Kocur popatrzył się na brata. Mają się w coś bawić po tym, jak matka ich ochrzaniła? Z drugiej strony, co mają robić? Tak po prostu siedzieć? Pomyślał chwilę. Może popatrzą na losowe koty?
– Chodź, pochowajmy się w krzakach i podglądajmy koty!
– Cóż, mogę spróbować! – pomyślał dymny i razem z burym weszli do najbliższych zarośli.

Zgromadzenie

Kocur wszedł na Bursztynową Wyspę. Jego drugie zgromadzenie! Ostatnim razem rozmawiał z kotem z Klanu Nocy, Milczącą Łapą, który bardzo śmiesznie mówił. Trochę nie miał piątej klepki, ale bardzo mądrze powiedział o słabości Klanu Burzy. Dobry z niego był kolega. Ciekawe, jak lubi zabijać ofiary… a może ma różne sposoby?
Popatrzył się dookoła. Znalazł dogodne miejsce i siadł wygodnie. Obok niego siedziała szylkretowa kotka. Pachniała trawą i królikami. Ych, Klan Burzy. Dobrze, że przynajmniej nie Klifiaczka. Odwrócił się od niej ostentacyjnie. Nie chciał na nią patrzeć. Nagle mignęło mu czarne futro, które – jak później się okazało – należało do jego brata, Iglastej Łapy. Kłócił się z jakąś kotką, która wyglądała, jakby za chwilę miała wybuchnąć. Był dumny z brata. Trzeba pokazywać innym, kto tu rządzi! Jego radość zamieniła się w strach. O zgrozo! Ona szła razem z Klanem Nocy! Sojuszniczka! Podbiegł do Iglaka.
– Iglak! To nasza sojuszniczka! Nie można rzucać kamieniami w innych… chodź, znajdziemy jakiegoś Klifiaka czy Burzaka.
Brat fuknął i przekręcił oczami, ale odwrócił się od kotki.
– Przepraszam za mojego brata! Niech sojuszniczka nie ma nam tego za złe!
– Nie podlizuj się! – fuknęła w odpowiedzi. Co za tupet.
– E, patrz, Burzaczka. Podobno oni udają delfiny! – pokazał pazurem na nową ofiarę latającego kamyka.
– Myślisz, że jesteś taki śmieszny, co? Żaden z ciebie żartowniś tylko kupa ścierwa! – wypaliła ruda kotka.
Kocur uśmiechnął się szyderczo.
– Owszem, jestem śmieszniutki i wesolutki, jak Burzaki potykające się o kłosy trawki. A słyszałaś kiedyś o rosnących piórach na języku? Nie? Rosną kotom, które klną zbyt często. Mamusia cię nie nauczyła? – posłał kotce złośliwy uśmiech i zerknął na brata. Liczył na jego poparcie.
Bury odwzajemnił jego wzrok.
– Mamusia Cię nie nauczyła, żeby szanować innych, jeśli nie chcesz skończyć z rozoraną buźką?! – ruda kotka wyglądała, jakby za chwile miała wylecieć do gwiazd ze złości.
Iglak udał przerażenie.
– O nieee, Burzaki atakują. Co ja biedny zrobię? – po chwili się zaśmiał i pazurkiem pogrzebał w nosie. – Jest rozejm. Nie masz psychy, no, chyba że Burzaki muszą ciągle łamać zasady, jak te granice.
Potem wyjął gila z nosa i pstryknął nim, gdzieś do przodu w tłum kotów.
– Iglak, fu! – miauknął, gdy brat rzucił swojego smarka w tłum.
– Oj, nie bądź taki delikates, bo cię z kotką pomylą! Chodź, wkurzymy innych.– fuknął brązowooki.
– Ej ej, nie obrażaj naszych matek! Po drugie, mało masz kamyczków na ziemi? I co jeżeli ktoś nas zdemaskuje?
– To wtedy będzie wina tej krzyczącej Burzaczki. Wiesz, może jej w tej furii smarki wyleciały, czy coś takiego. Nigdy nie wiesz. Może uwierzą – wzruszył ramionami.
Brat go przekonał.
– Dobra, sprowokujmy ich.
Iglak kiwnął głową i kontynuował obrażanie rudej kocicy.
Po chwili szylkretka też Burzaczka, z westchnieniem ruszyła w kierunku starszej wojowniczki i dwójki chichoczących uczniów.
– Ostatni Pożarze! – zawołała z niesmakiem, zbliżając się do kocicy. – Przestań pastwić się nad młodymi. Bo Zawodząca Gwiazda znowu zapewni Ci pobyt w dole.
Ostatni Pożar, gdy podeszła do niej wojowniczka z jej klanu spojrzała na nią nienawistnie, a następnie na skałę liderów. Po chwili cała zjeżona odeszła z miejsca zdarzenia wykrzykując wiązanki przekleństw pod adresem dosłownie każdego zamieszanego.
– Iglak, piona! – Koszmar wystawił łapę w stronę brata.
Iglasta Łapa przybił piątkę i wylizał sobie pierś.

<Iglasta Łapo?>
[577 słów]

Od Ślepowrona

Popołudnie było chłodne, temperatura powietrza kłuła kocurka w nos. Kwaśna Kocanka nie byłaby zadowolona, gdyby wiedziała, że przebywał teraz na zewnątrz, ale była zbyt zajęta rozmową z Jesionową Szadzią, by zauważyć brak jednej z pociech. A pociecha z tego korzystała.
Ślepowron spojrzał na swoją lewą przednią łapę. Była inna niż jego prawa, inna niż każda lewa łapa jakiegokolwiek kotu z jego klanu. Nie rozumiał, czemu tak jest. Nie rozumiał, czemu on musiał być inny. Inność sama w sobie może i nie była taka zła, ale w jego przypadku była jak kolec w łapie, którego nie mógł wyjąć, nieważne jak bardzo by tego chciał i się o to złościł. Był synem Kruczego Pióra, poważanego i szanowanego zastępcy Zalotnej Gwiazdy. Zanim jeszcze przybył na świat, oczekiwania wobec niego już były ustawione wysoko, wyżej niż dla jakiegokolwiek innego kocięcia Wilczaków. Musiał być wszystkim, czego oczekuje się od wojownika idealnego, gdy był jeszcze tylko dzieckiem. Nie mówił, że przygniata go presja, bo wcale tak nie było. Z dumą nosił swoje imię, z dumą przedstawiał historię swego rodu, a przynajmniej to, co sam zdążył już poznać. Ale z dumą w sercu nie nosił go jego ojciec. Krucze Pióro był wojownikiem idealnym, toteż pragnął posiadać potomka idealnego na jego wzór. A według wysokich standardów zastępcy, Ślepowron im nie sprostał. Jedynym i głównym mankamentem była jego deformacja. Fakt ten doprowadzał młodego kota do stanu złości i głęboko skrywanego żalu. Miał przecież tyle świetnych cech! Ale to wszystko ostatecznie nie miało dla Kruczego żadnego znaczenia. To sprawiało, że dymny czuł się żałośnie. A tego uczucia nienawidził jak nic innego we wszechświecie. Ubliżało mu ono, on sam jako potomek zastępcy nie powinien czuć się żałośnie. A jednak tak było.
Kocurek prychnął, czując rosnącą w nim frustracje. Nie mógł sobie pozwolić na to, aby jego rzekoma słabość stała się jego rzeczywistą przeszkodą w drodze do osiągnięcia świetności. Napiął on więc mięśnie tylnych nóg i wyskoczył. Wylądował parę długości myszy dalej na kulce mchu, lądowanie było jednak niezbyt zgrabne.
Fuknął zdenerwowany. Jeszcze raz. Cofnął się i napiął mięśnie. Jego lewe ramię napięło się mocniej, jednak mocniej o ziemię opierał łapę prawą. Pozwoliło mu to na zrównoważenie sił, gdy na jedną z łap ciężej było mu normalnie stawać.
Wyskoczył.
I wylądował raz jeszcze, teraz bez zachwiania się.
Oczy Ślepowrona zabłysły. Czy on właśnie…? Tak, tak! Zrobił to! W końcu zrozumiał, w jaki sposób musi skakać, aby lądować bez zachwiania się czy upadku! Z jego gardła wydobył się cichy, mimowolny pisk dumy z samego siebie. Ale nie zamierzał teraz spoczywać na laurach, co to nie. Wrócił się więc raz jeszcze parę kroków i ponownie napiął mięśnie w ten sam sposób co poprzednio. Ten wyskok oraz lądowanie również mu się udały. I kolejnym razem też. I następnym również. Dymny nie ukrywał radości. Zamknął na chwilę oczy, po czym otwarł je i spojrzał po raz drugi na swoją zniekształconą kończynę. Może patrzył na to wszystko ze złej strony? Może to nie miała być kara od przodków, ale test? Od urodzenia miał trudniej niż cała reszta, ale może był ku temu powód? Może miał się nauczyć jak sobie w ten sposób radzić i to miało go końcowo uczynić silniejszym? Może Mroczna Puszcza chciała dać mu wykazać się w sposób zupełnie inny niż sobie, dotąd wyobrażał? Wtedy całe te żale jego ojca stawały się bez sensu, wszak on nie potrafił zrozumieć woli zmarłych wojowników. Miał na to zbyt zamknięty umysł. Ale Ślepowron już wiedział, już przejrzał wolę przodków. I nie zamierzał się teraz tym bardziej poddawać. Nie teraz, nie nigdy.
– Ślepowronie? Ślepowronie! Na miłość przodków, co ty tu robisz? Wracaj do środka, ale już. – Kocurek usłyszał nagle głos swojej mamy, który dobiegał z wejścia do żłobka.
– Przepraszam mamo – miauknął w odpowiedzi, po czym od razu podreptał do niej.
Było mu nieco żal, że nie zdąży już dziś więcej poćwiczyć. Ale cieszył się z tego, co odkrył i był z siebie dumny jak nigdy dotąd.