⚜⚜⚜⚜┄┄Kilka zachodów słońca po powrocie Lśniącej Gwiazdy┄┄ ⚜⚜⚜⚜
— Firmamentowa Łapo, spróbuj trochę podnieść ogon wyżej, tak żeby nie szurał po ziemi. W ten sposób nie odstraszysz zwierzyny i nie zauważy cię tak łatwo. — Ileż to razy słyszał już tę śpiewkę? Wzburzony Kormoran miał cierpliwość mnicha, ale trafił się mu kiepski uczeń, jak widać na załączonym obrazku. Firmamentowa Łapa nienawidził polowań. O wiele bardziej, jeśli już miał wybierać, wolał patrole, bo mógł spokojnie bez pośpiechu oglądać naturę wokół siebie. Może i brzmiało to głupio, ale przysłuchiwanie się śpiewowi ptaków i oglądanie najróżniejszych roślin dawało mu spokój ducha. Przez chwilę zamknął oczy, wyobrażając sobie najpiękniejszą łąkę z kwiatami, z kłosami…— Hej, Firmamentowa Łapo, słuchasz mnie? Proszę, skup się na treningu… Za chwilę kończymy, obiecuję. — Wzburzony Kormoran może jednak tracił cierpliwość. Cóż, a co mu się dziwić, skoro jego uczeń kompletnie nie dawał sobie rady, a zamiast chłonąć wiedzę, wchłaniał otoczenie.
— Tak, słucham. Przepraszam, rozkojarzyłem się. — Kocur przyjął znowu pozycję łowiecką. Już miał wyskoczyć na ofiarę, którą uformowali z kawałku mchu dla ćwiczeń, co zazwyczaj robiło się tylko dla nowych uczniów, gdy nagle usłyszał szelest w krzaku naprzeciwko niego. Z niego wyłoniła się Ćmia Łapa wraz z Jagnięcym Ukłonem. Mysz z mchu, na którą to polował kocur, strącono na bok. Firmamentowa Łapa od razu podniósł się na łapy, patrząc na obie medyczki.
— Och, przepraszam, nie chciałam… — Ćmia Łapa spojrzała na kocura, z położonymi po sobie uszami.
— Nic nie szkodzi. Na szczęście nie była żywa, więc nie tracimy pokarmu. — Uśmiechnął się lekko. Wzburzony Kormoran podszedł bliżej, patrząc na kotki.
— Nie chcę przerywać, ale mamy akurat trening. — Zastrzygł uchem, nadal patrząc na obie.
— Tak, już się zbieramy. Przepraszamy za najście. — Jagnięcy Ukłon skinęła w stronę obozu do Ćmiej Łapy, która od razu ruszyła w tę stronę. Jagnięcy Ukłon podniosła z ziemi zioła, które wcześniej na niej zostawiła, po czym podążyła za kotką. Firmamentowa Łapa patrzył na nich trochę smutno. Chciałby jak one chodzić i szukać ziół… Wzburzony Kormoran usiadł obok niego, po czym trącnął w ramię.
— To co, wracamy do treningu?
— Tak, chyba tak… — Spojrzał na kawałek mchu, już trochę rozwalony przez medyczki. — Wzburzony Kormoranie… Czy podjąłeś kiedyś w życiu jakiś zły wybór?
— To znaczy? — Kocur spojrzał na niego zdziwiony. Firmamentowa Łapa usiadł, patrząc nadal na mysz stworzoną przez siebie. Miała skończyć w żłobku, ale chyba już się do niczego nie nadaje…
— Że niekoniecznie jesteś zadowolony z tego, co zrobiłeś, albo wybrałeś. Że czujesz się tak, jakby przez ten wybór twój los został już przypieczętowany, jakby całe twoje życie już miało ścieżkę, którą przez ten wybór musisz już kroczyć do jego marnego końca. — Wbił pazury w ziemię nieświadomie, czekając na odpowiedź. Jego mentor przyglądał mu się chwilę, aż po chwili westchnął.
— Cóż, nie zawsze mamy kontrolę na tym, co wybieramy, lub co stanie się potem. Nie zawsze też domyślimy się konsekwencji tych wyborów. — Point zerknął w bok. — Jeśli… Uważasz, że nie nadajesz się na wojownika…
— Tego nie powiedziałem. — odpowiedział, patrząc teraz na wojownika. — Uważasz, że się nie nadaję? — Spojrzał wyzywająco na Wzburzonego Kormorana.
— Nie, po prostu czasami widzę po tobie, że nie wierzysz w siebie. Choć powinieneś. Może w tym tkwi problem? — Kocur nie miał na myśli nic złego, jednak Firmamentowa Łapa odbierał to inaczej. Z dumą napiął się, podnosząc swój ogon do góry.
— Udowodnię, że tak wcale nie jest. — odpowiedział spokojnie, po czym ruszył w stronę obozu. Mentor nawet nie próbował go powstrzymać.
»»————- ⚜ ————-««
Dotarł do obozu sfrustrowany, bijąc ogonem po ziemi. Firmament usiadł, patrząc na swoje łapy. Zastanawiał się, co ma ze sobą zrobić..? Spojrzał na wyjście z obozu i w końcu podjął decyzję. Wyszedł z uniesionym do góry ogonem. Udowodni, że… Że potrafi być wojownikiem. Choć niekoniecznie chce nim być. Szedł przez rozległe łąki, które były charakterystyczne dla Klanu Klifu. Jedynie Klan Wilka miał duże, zakrywające ich terytorium drzewa. Po części trochę im tego zazdrościł, choć mieli trochę tego terytorium. To miejsce musiało wyglądać bajecznie z rana… W końcu dotarł do Kaczego Bajorka, gdzie z daleka już widział kaczki, które kąpały się w wodzie. Z determinacją podszedł w ich stronę, po czym przyjął pozycję łowiecką. Jedna z nich wyleciała właśnie z jeziora. Zaczął skradać się do zdobyczy, czekając na odpowiedni moment. Gdy już jednak wyskoczył, przez adrenalinę i natłok emocji kompletnie źle wymierzył swój skok, lądując na kufrze zwierzęcia. Kaczka zaczęła się szamotać, próbując wyrwać się drapieżnikowi, przy czym mocno okładała go skrzydłami. Firmament syknął, gdy ta pazurami zadrapała jego nogę. Nie na tyle mocno, aby go oszpecić, jednak na tyle mocno, aby go zranić. Już tracił nadzieję na wygraną ze zwierzęciem, gdy to nagle od boku wybiegł szybko kot, który rzucił się na zdobycz. Zaczął się z nią siłować, a do niego dołączył kolejny wojownik. Firmament nawet nie zauważył polujących, gdyż wylądował na boku, czując, jak w jego głowie lekko wiruje, a gdy było po wszystkim, zdał sobie sprawę z tego, że był to Migoczący Nieboskłon i Morświnowa Płetwa. Byli częścią patrolu łowieckiego.
— Firmamentowa Łapo? Wszystko okej? — Jego brat podszedł do niego zdziwiony, oglądając jego nogę. — Co tu robisz? Przyszedłeś tu sam?
— Nie jestem kociakiem. — odpowiedział oburzony bratu, odsuwając się od niego, siadając z dumą, na co ten lekko się speszył.
— Tak, wiem to, ja po prostu… Nie ważne. Nic ci nie jest? Chciałeś sam zapolować na tę kaczkę? Ja sam ledwo sobie z nią poradziłem, ostatnio są jakieś rozwścieczone… — Usiadł przed bratem.
— Ja… Chciałem spróbować. — Wzruszył ramionami.
— Cóż… Uważaj, dobra? Nie każdą zdobycz da się złapać samemu. Dobrze jest mieć parę łap do pomocy. Chcesz, żeby ktoś zaprowadził cię do medyka..?
— Nie, nic mi nie jest. Nie potrzebuję pomocy. — Firmament wstał, jednak po chwili zachwiał się lekko. Nie chciał tego przyznać, jednak był trochę skołowany i zmęczony po walce.
— Może jednak przyda ci się… — chciał dokończyć, jednak Firmament już nie usłyszał go, gdyż w momencie, w którym chciał odejść i pożegnać się upadł na ziemię, mdlejąc.
»»————- ⚜ ————-««
Obudził się w legowisku medyków, gdzie powitał go pyszczek Ćmiej Łapy. Kotka sprawdziła jego nogę, po czym odeszła, jedynie skinając mu głową na szybkie powitanie. Najwyraźniej na więcej nie miała czasu, gdyż do środka wszedł jego ojciec. Usiadł przed nim, patrząc na niego niepewnie.
— Migoczący Nieboskłon powiedział mi, że próbowałeś zapolować sam na kaczkę. Wiem, że nie zrobiłbyś tego celowo. Jesteś mądry, wiesz, że kaczki są silne i potrzeba więcej niż jednego wojownika do zabicia ich. Więc mógłbyś mi powiedzieć, co się stało, że podjąłeś decyzję, aby na nią zapolować?
— Nie wiem. — skłamał od razu kocur. — Ostatnio nie czuję się najlepiej, nie powinienem był tego robić. Przepraszam. — Lśniąca Gwiazda chwilę przyglądał się mu, po czym westchnął.
— Cieszę się, że nic ci się nie stało, ale prosiłbym, żebyś następnym razem bardziej uważał. Z tego, co wiem, jesteś w stabilnej kondycji, więc jutro będziesz mógł wrócić do szkolenia. Proszę, skup się na nim. — Nie dał mu czasu na odpowiedź, wychodząc z legowiska medyków. Firmament westchnął, po czym zwinął się w kulkę. Nie miał i tak siły na dyskusje.
»»————- ⚜ ————-««
Następnego dnia faktycznie wrócił do szkolenia, jednak jego mentor był bardzo cichy. Atmosferę można by ciąć pazurami, a przynajmniej tak czuł się uczeń. Zatrzymali się przy stawie, o ironio, gdzie mentor jedynie spojrzał na niego.
— Firmamentowa Łapo… Nie uważam cię za złego wojownika. Każdy uczy się inaczej. Ale jak sam powiedziałeś, czasami podejmujemy… Złe wybory. — Przeniósł on wzrok na jezioro. — Ale nie zawsze nasza przyszłość jest nie do zmiany. Masz szansę zadecydować, kim chcesz być. Ale lepiej, żebyś zrobił to szybko, a nie zwlekał z wyborem, tylko i wyłącznie przez strach przed tym, co powiedzą na to inni. — Młodszy czuł się tak, jakby mentor czytał mu w myślach. Po chwili siedzenia w ciszy wstał, odwracając się od kocura. — Wracam do obozu. Przemyśl to, co powiedziałem. Jeśli jednak nie zmienisz zdania i nadal będziesz chciał być wojownikiem, chętnie dokończę twoje szkolenie. Choć chyba oboje wiemy, że nie tego chcesz.
Firmament nie odwrócił wzroku od ziemi, jedynie słyszał oddalające się kroki wojownika. Podszedł do stawu, patrząc teraz w taflę wody. Czuł się tak, jakby nie mógł rozpoznać samego siebie. Jakby… Nie pasował do otoczenia, w którym jest. Może mentor miał rację? Może nie jest jeszcze za późno..?
»»————- ⚜ ————-««
Wrócił do obozu, patrząc po legowiskach wokół. Jego wzrok końcowo powędrował do tego medyków. Westchnął, czując, jak jego sumienie zżera go od środka. Spojrzał na swojego ojca, który dzielił się językami z Postrzępionym Mrozem i Skrzydlatą Pogonią. Nadal nie potrafił zaakceptować tego, jak wygląda relacja tej pierwszej z jego ojcem. Wydawało się to dla niego dziwne. Z jego perspektywy spędzali ze sobą coraz więcej czasu. Choć może to sobie wmawiał. Czuł się w tym momencie tak, jakby jego łapy wrosły w ziemię, a on miał się w niej zatopić. Zebrał w sobie jednak odwagę i podszedł do ojca. W sumie to łapy same poniosły go w jego stronę, jakby jednak już wiedział, czego chce. Ten spojrzał na niego pytająco, gdy tylko go zauważył.
— Możemy porozmawiać, Lśniąca Gwiazdo..? — zapytał niepewnie, jednak ojciec od razu zgodził się. Wstał i ruszył w stronę swojego legowiska razem z nim. Firmament poczuł, jak jego futro pali się ze stresu. Czy to na pewno dobra decyzja..? Jego ojciec usiadł na końcu legowiska, a on sam usiadł bliżej wejścia. Zaczął kreślić pazurem kółka po ziemi.
— Coś się stało? — zapytał z początku zmartwiony, na co jego syn westchnął.
— Tato, ja… Ja nie chcę być wojownikiem. Nie nadaję się na niego. — Spojrzał załamany na ojca. Wstydził się takiego okazania słabości. W końcu nie chciał przecież go zawieść. Lider spojrzał na niego poważnie.
— Jak to nie nadajesz? Każdy ma swoje gorsze i lepsze dni. — Chciał w ten sposób pocieszyć syna, ale nie zadziałało.
— Ale ja… Nie potrafię polować, walczyć, patrolować… Rozkojarzam się.
— Wszystkiego da się nauczyć z czasem.
— Tylko że… Ja nie chcę się tego nauczyć. Nie chcę być wojownikiem. — Spojrzał na bok.
— W takim razie kim chciałbyś zostać?
— Medykiem. Rola protektora wydaje się być ciekawa, ale to nie dla mnie. Jako wojownik sobie nie radzę. A do ziół ciągnie mnie, odkąd byłem kociakiem. To… Coś, co chciałem robić od początku, ale próbowałem sobie wmówić, że jest inaczej… Zmarnowałem księżyce na treningu, który nic mi nie dał. A mogłem już uczyć się o tym, co kocham. O ziołach. Przepraszam, że nie potrafiłem ci tego od razu powiedzieć… Bałem się, że nie pozwolisz mi zostać medykiem… — Przez chwilę nadal patrzył na bok, jednak po chwili przeniósł wzrok na ojca. — Czy… Czy jest szansa, żebym zmienił ścieżkę..? — zapytał ojca niepewnie. Ten uśmiechnął się lekko.
— Niczego nie zmarnowałeś. Ta wiedza na pewno w pewien sposób z tobą zostanie. Natomiast co do zmiany ścieżki… Muszę porozmawiać z Jagnięcym Ukłonem. Już ma ona ucznia, więc zapewne będzie musiała przemyśleć tą zmianę. Mam jednak nadzieję synu, że będzie to dla ciebie nauczką, żeby podążać za swoim sercem. Nie za tym, czego myślisz, że oczekuje od ciebie reszta. Będę z ciebie dumny nieważne czy zostaniesz medykiem, czy wojownikiem. — Podszedł do kocura i polizał go między uszami, na co ten uśmiechnął się. — Dam ci znać, gdy tylko Jagnięcy Ukłon da mi decyzję co do twojego mianowania.
— Dziękuję tato… — odpowiedział mu cicho. Zazwyczaj nie chciał się rozklejać, oprócz dnia śmierci jednej z karmicielek, ale teraz nareszcie poczuł nadzieję na to, że zacznie robić to, czego tak bardzo pragnął. Jedna mała łza opuściła jego oko, co od razu skrył przed starszym. — Nie zawiodę cię.
— W to nie wątpię. — odpowiedział mu ojciec. Firmamentowa Łapa skinął mu głową i wyszedł z jego legowiska.
»»————- ⚜ ————-««
Następnego dnia Wzburzony Kormoran czekał przed legowiskiem uczniów na Firmamenta, który wygrzebał się z niego niedługo po tym, jak ten przyszedł. Spojrzał na wojownika, czując się trochę źle z tym, że musiał on opuścić wojownika. Nie był złym mentorem, po prostu nie tego chciał Firmament. Jednak starszy wydawał się być trochę szczęśliwy. Gdy uczeń wyłonił się, zamiast ruszyć w stronę wyjścia z obozu, ruszył do legowiska lidera. Zdziwiony uczeń podążył za nim, a gdy wszedł za kocurem do środka, zauważył, że czeka tam na nich Lśniąca Gwiazda, oraz dwie najstarsze medyczki. Patrzył po nich trochę niepewnie, jakby nadal nie rozumiejąc, co się dzieje.
— Firmamentowa Łapo, po długiej dyskusji ze Wzburzonym Kormoranem, Jagnięcym Ukłonem i Księżycową Aldrowandą doszliśmy do decyzji. Od dziś będziesz szkolony pod okiem Księżycowej Aldrowandy na medyka Klanu Klifu. Mam nadzieję, że przekaże ci ona całą swoją wiedzę i stworzy z ciebie wspaniałego uzdrowiciela. — Kotka podeszła do Firmamenta, a ten nadal w szoku dopiero po chwili ocknął się, wstając z ziemi. Medyczka przyłożyła nos do jego czoła, po czym odsunęła się do tyłu. Kocur skinął głową z uśmiechem.
— Dziękuję. Będę dawał z siebie wszystko, choćby nie wiem co. — odpowiedział, na co lider skinął głową. Razem z medyczkami i wojownikiem wyszedł z jego legowiska, lecz na chwilę jeszcze odwrócił się do byłego mentora. — Dziękuję. — powiedział do niego cicho, po czym podążył za czekającą na niego nową mentorką do lecznicy. Wzburzony Kormoran uśmiechnął się lekko, a po chwili odszedł w stronę legowiska wojowników.
Gdy tylko wszedł do legowiska medyków, poczuł ekscytację, jednak nie ukazywał jej, gdyż nie chciał się zachowywać jak kociak. Usiadł przed kotką, która uśmiechnęła się miło w jego stronę.
— Cieszę się, że mamy dodatkową parę łap do pomocy. Nigdy ich za wiele. Mam nadzieję, że jesteś gotowy na zaczęcie dziś szkolenia? — zapytała go szylkretka.
— Jak najbardziej. — Skinął głową, przyglądając się półce z ziołami, na którą to teraz wskazała.
— Kojarzysz może którekolwiek z tych ziół, nawet z widzenia?
— Wydaje mi się, że nawet kilka. Na pewno kojarzę te liście. — Wskazał łapą jajowate liście, zmieszane z białymi kwiatami.
— To mewi kwiat, inaczej mewianka. Działa uspokajająco i zjada się go. — wytłumaczyła mu kotka, teraz wskazując na mech, który leżał obok. — Mech na pewno kojarzysz, jednak u medyków ma trochę inne zastosowanie, niż tylko robienie z nich miękkich legowisk. Jak myślisz, jakie?
— Hmm… Na pewno można podawać nim wodę kotom. — odpowiedział kotce.
— Tak, w dodatku można nim zetrzeć krew i przemyć rany. Rany opatrujemy pajęczyną, a najpierw używamy na nich ziół, takich jak żywokost czy żarnowiec. Bardzo pomagają w gojeniu ich. — Wskazała kolejno na oba zioła. Firmamentowa Łapa pomimo wielu informacji starał się zapamiętać jak najwięcej. Nie miał zamiaru spoczywać na laurach, chciał uczyć się intensywnie, bo wiedział, że mogą od niego wymagać więcej. Szkolić też nie może się wieki, a swoje księżyce ma. Po jeszcze kilku wymienionych ziołach i zadaniu paru pytań Księżycowa Aldrowanda zaproponowała wyjście na wyprawę medyka reszcie, na co wszyscy się zgodzili. Szedł u boku mentorki, tuż za Ćmią Łapą i Jagnięcym Ukłonem. Uczennica szła z podniesionym ogonem. Od momentu, gdy tylko wszedł do legowiska medyków, kompletnie zmieniła nastawienie do niego. Jakby miała do niego jakąś urazę. Nie miał pojęcia, o co może jej chodzić, jednak zignorował to, ciesząc się wyjściem z obozu. Księżycowa Aldrowanda zbierając zioła, tłumaczyła mu, które służy do czego. Pakował kolejne kwiatki do liścia, w którym było o wiele łatwiej nieść zapasy. Gdy kotka pokazała mu ten trik, z początku był przekonany, że będzie mu on zbędny, jednak gdy chwytał liście do pyska, aby włożyć je do pakunku, czuł ich gorzki smak i od razu zdawał sobie sprawę z tego, czemu takie rozwiązanie jest wygodniejsze. Sama wyprawa nie zajęła im dużo czasu, wrócili dość szybko. Zebrał przy okazji mech, którym mógł ułożyć sobie swoje legowisko. Położył je obok legowiska Ćmiej Łapy, choć gdy ta zobaczyła to, to położyła się odwrócona tyłem do niego. Nie za bardzo go to przejęło, gdyż nie rozumiał nadal jej uprzedzenia. Położył się, patrząc jeszcze chwilę na medyczki, które kończyły układać swoje zapasy, bo wcześniej pomagały w tym swoim uczniom. Czuł, że Księżycowa Aldrowanda mogła się lekko stresować posiadaniem ucznia i tym, że nie nauczy go wszystkiego, jednak on widział w niej wspaniałą nauczycielkę. Miał nadzieję, że to wie… Zamknął oczy, odpływając powoli do krainy snów…
[2580 słów, szkolenie medyka]