Przeszłość
— Pamiętasz, jak ostatnio mówiłaś, że chciałabyś dostać skrzydeł i polecieć? — zagadnęła Słota, patrząc czule na leżącą obok niej kotkę, która śmiała się jeszcze przez jakiś czas. Kocimiętka wreszcie otarła jedną z łez szczęścia spływającej z jej policzka i pokiwała głową po dłuższej chwili, pociągając nosem jednokrotnie.
— Tak… a co, wynalazłaś sposób na to? — zapytała, na moment odpływając z powrotem myślami, wzrokiem błądząc gdzieś po wielokolorowym nieboskłonie.
— Myślę, że tak. Czuję się przy tobie tak, jakby mi ktoś doczepił skrzydła — wyznała.
Jasnooka zamrugała zaskoczona jakby przywrócona znów do teraźniejszości. Przez krótką chwilę wyglądała tak, jakby szukała w najdalszych odmętach umysłu stosownej odpowiedzi. Zaraz jednak jej pyszczek rozjaśnił się ciepłym uśmiechem, popartym przez wysunięty język.
— Cieszę się — wymruczała, przesuwając łapą po łapie Ognikowej Słoty. Ich boki stykały się, gdy leżały tak obok siebie. — Może ja też zostałam ptakiem. Przy tobie czuję się tak, jakbym miała za sobą już dawno swój pierwszy lot. Wylot z gniazda — zachichotała, mrużąc oczy, gdy słońce zaświeciło prosto w nie.
Ognikowa Słota zamruczała na jej słowa, co sprawiło, że po klatce piersiowej Kocimiętki rozlało się ciepłe uczucie. Miała wrażenie, jakby każdy skrawek jej ciała był przepełniony miłością w najczystszej i najpiękniejszej postaci. W tej chwili nie widziała świata poza swoją partnerką i marzyła jedynie o tym, by taki stan rzeczy utrzymywał się już do końca jej dni — a może i jeszcze dłużej. Czuła się niezwykle spełniona, przekonana, że nawet góry byłaby w stanie przenosić u boku drugiej mistrzyni. W końcu miała już wszystko, o czym tylko mogła zamarzyć. Cieszyła się dobrą reputacją, wysoką pozycją w klanie, a także obecnością drugiej połówki, której nie zamieniłaby na nic innego.
— Słoto…? — mruknęła po chwili rudofutra, poruszając nieznacznie wibrysami. Jej wzrok leniwie przesunął się po źdźbłach trawy, by następnie powędrować ku pyskowi szylkretowej kotki.
— Tak? Czy coś się stało? — odparła mistrzyni, subtelnie przekręcając głowę.
Kocimiętkowy Wir zachichotała cicho pod nosem, nim zdążyła cokolwiek powiedzieć. Przez moment zastanawiała się, jak ubrać swoje uczucia w słowa, lecz ostatecznie postanowiła po prostu powiedzieć to, co akurat przyjdzie jej na język. W końcu zawsze tak postępowała, a właśnie taką wersję jej pokochała Ognikowa Słota.
— Wiesz, zastanawiałam się, czy już na zawsze będzie nam dane być razem… — miauknęła, wyglądając na zamyśloną. — Tak dobrze mi się przebywa w twoim towarzystwie, że nie wyobrażam sobie, by kiedykolwiek miało być inaczej! — dodała, uśmiechając się ciepło do partnerki.
Słota skinęła głową, a końcówka jej ogona drgnęła.
— Nie masz się o co martwić, Kocimiętko — odparła spokojnie, na co rudofutra zamruczała cicho.
— No tak, masz rację… Jestem pewna, że Mroczni Przodkowie będą nad nami czuwać, a dzięki temu nasze uczucie przetrwa całą wieczność! — zaśmiała się, mimo że była całkowicie przekonana o prawdziwości swoich słów i wypowiadała je z powagą. W końcu były parą idealną — obie silnie związane z Miejscem, Gdzie Brak Gwiazd, musiały przecież cieszyć się jego opatrznością.
Kocimiętkowy Wir już nie mogła doczekać się chwili, w której doczekają się gromadki słodkich kociąt, wychowywanych na przyszłych kultystów. Widziała ich wspólną przyszłość oczyma wyobraźni i była pewna, że czekają je obie czasy pełne szczęścia i dumy.
* * *
Teraźniejszość
Mistrzyni nie przepadała za przebywaniem w obozie, a składało się na to wiele czynników. Jednym z nich był chociażby fakt, że nie znosiła spoglądać na pyski tych okrutnych morderców. Nienawidziła budzić się rano, ponieważ wtedy musiała otworzyć oczy i dostrzec leżących na posłaniach kultystów, którzy podczas snu wyglądali niemal tak niewinnie, że aż trudno było uwierzyć, iż jeszcze kilka nocy temu stali z zakrwawionymi łapami nad ciałami samotników. Nie potrafiła nawet rozmawiać z większością Wilczaków, przez co dnie spędzała poza obozem lub ukryta na obrzeżach azylu. Mimo wszystko trochę tęskniła za kontaktem z innymi kotami i czuła, że może powinna częściej kręcić się w pobliżu granic. Nie miałaby problemu z rozmową z jakimś Klifiakiem czy Burzakiem. Przynajmniej wiedziałaby, że kot, z którym rozmawia, nie może pochwalić się odebraniem komuś życia. Właśnie dlatego postanowiła w końcu wybrać się na spacer. Zamiast jednak od razu ruszyć w stronę granicy z którymś z klanów, zaczęła iść wzdłuż rzeki.
Nie wiedziała, dlaczego obrała właśnie tę drogę. Może podświadomie liczyła na to, że uda jej się spotkać tamtą samotniczkę, która kilka dni temu jej uciekła? Cóż, nawet jeśli tak było, nie rozumiała, dlaczego tak bardzo ciągnęło ją do tej kotki. Przecież była tylko samotniczką — dlaczego więc Kocimiętka nie potrafiła przestać myśleć o tym, że gdyby tylko miały okazję przeprowadzić nieco dłuższą rozmowę, mogłyby się dogadać?
Tak bardzo pogrążyła się we własnych myślach, że niemal wpadła do rzeki. Zatrzymała się tuż przed brzegiem, gwałtownie wracając do rzeczywistości. Jej wzrok spoczął na płynącej wodzie, a po grzbiecie przebiegł dreszcz. Mało brakowało, a wpadłaby do środka i popłynęła wraz z nurtem! Dobrze, że w porę się opamiętała. Zanim jednak zdążyła zawrócić i ponownie pogrążyć się w rozmyślaniach, do jej nozdrzy dotarł zapach obcego kota — samotnika. Przez moment w jej sercu pojawiła się iskierka nadziei, lecz Kocimiętka szybko zdała sobie sprawę, że woń intruza znacząco różniła się od zapachu kotki, o której jeszcze przed chwilą myślała. Z frustracją strzepnęła ogonem, po czym przypomniała sobie, że wciąż znajdowała się na terenach Klanu Wilka, a to oznaczało, że musiała zlokalizować samotnika i go przegonić. Na szczęście nie było to trudne, ponieważ znajdowała się na otwartej przestrzeni. Rozejrzała się wokół i szybko dostrzegła majaczącą na tle śniegu sylwetkę. Kot najwyraźniej na coś polował. Choć rozumiała, że musiał czymś się pożywić, nie mogła pozwolić mu na kradzież zwierzyny z terenów Klanu Wilka. Nawet jeśli uważała, że Wilczaki nie zasługiwały na tę piszczkę. Nie mogła przecież być od nich gorsza i robić im na złość, prawda?
Postanowiła podejść do intruza, który był zbyt zajęty skradaniem się do jakiegoś ptaka, by ją zauważyć. Gdy znalazła się wystarczająco blisko, zatrzymała się i zmrużyła ślepia. Samotnik wciąż nie wyczuł jej obecności, więc rudofutra postanowiła odchrząknąć. Wtedy kot wyprostował się, napinając mięśnie. Mistrzyni zauważyła, że futro na jego karku nieznacznie się nastroszyło.
— Czyżbyś nie posiadał zmysłu węchu? — mruknęła, unosząc jedną brew.
Samotnik odwrócił się w jej stronę. Jedno spojrzenie wystarczyło, by to Kocimiętka zamarła w bezruchu. Serce podeszło jej do gardła, a myśli na moment zupełnie się ulotniły. Dopiero po chwili zamrugała kilkakrotnie, próbując pozbyć się dziwnego uczucia, które ścisnęło ją w klatce piersiowej.
W końcu… to pewnie tylko przypadek, że kocur stojący przed nią wyglądał podejrzanie podobnie do samotnika, którego zabiła kilka księżyców temu. On również miał czekoladowe futro i niemal identyczne bursztynowe oczy. Sierść Daniela była jednak poprzecinana tygrysimi pręgami, podczas gdy kot, który stał teraz przed nią, był cętkowany.
— Przepraszam? — odezwał się samotnik.
— To teren należący do Klanu Wilka. Nie wolno ci tu przebywać — oznajmiła Kocimiętkowy Wir, wciąż intensywnie się w niego wpatrując. Nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Dlaczego był tak podobny do Daniela?
— Ach, przepraszam! — odparł kocur. — Tak mocno wieje, że chyba wasz zapach musiał się rozwiać. Nie wiedziałem, że nie mogę tu polować… — zaczął się tłumaczyć. — Nie potrafiłem niczego znaleźć na terenach samotników… Czy na pewno nie mógłbym spróbować tutaj zapolować? Padam z głodu! — westchnął ciężko.
Rudofutra nieznacznie położyła po sobie uszy. Powinna go stąd przegonić, ale… nie potrafiła. Ach, dlaczego ostatnio cały czas miała taką słabość do samotników? Czuła, że jest coś winna temu kocurowi… W końcu, jeśli naprawdę był bratem Daniela, musiał teraz żyć w samotności, ponieważ jego brat został mu odebrany właśnie… przez nią.
— Nie… nie powinieneś — odezwała się w końcu, odwracając wzrok. — Jeśli moi pobratymcy zobaczą cię tutaj podczas polowania, nie wyjdziesz z tych terenów w jednym kawałku! — ostrzegła go.
Czekoladowy zmrużył oczy, jakby nagle coś przyszło mu do głowy. Przez moment wpatrywał się w mistrzynię, aż w końcu mruknął:
— Czy to już kiedyś się… zdarzyło? — Uniósł brew. — To znaczy, czy musieliście już kogoś tak… przeganiać? — dodał, na co mina zielonookiej spoważniała. Dlaczego o to pytał?
— No raczej. W przeciwnym razie bym cię nie ostrzegała — zauważyła, próbując zignorować dziwne uczucie, które nie dawało jej spokoju.
— Ach, w takim razie dziękuję ci. Muszę mieć sporo szczęścia, że trafiłem akurat na ciebie. Zakładam, że nie do każdego los się uśmiechnął… — miauknął, uśmiechając się do mistrzyni w dość dziwny sposób.
Kocimiętka nie potrafiła znieść jego zachowania. Czuła, że podobieństwo intruza do Daniela nie było przypadkowe, podobnie jak słowa, które wypowiadał. Miała wrażenie, że czekoladowy celowo dobierał je tak, by wywołać w niej jakąś reakcję.
— W takim razie, Łośku, czy pozwolisz, że odprowadzę cię do granicy? — zaproponowała, choć jej ton jasno wskazywał, że odmowa nie wchodziła w grę.
Kocur uśmiechnął się jeszcze szerzej.
— Pozwolę, jeśli powiesz mi, skąd znasz moje imię — odezwał się, na co Kocimiętka zamrugała kilkakrotnie.
Była pewna, że już jej się przedstawił… Przełknęła ślinę i odwzajemniła uśmiech kocura.
— Jesteś bratem Daniela, prawda? — zapytała, śmiejąc się nerwowo pod nosem. — Tak się składa, że miałam okazję go poznać — dodała, a przed jej oczami pojawiło się wspomnienie tamtej nocy. — On… nie żyje. Przykro mi. Właściwie to… próbowałam mu pomóc. Chciałam go uratować, lecz moi pobratymcy byli szybsi. Przepraszam, Łośku… — mruknęła, kłamiąc mu prosto w oczy.
Wyraz pyska czekoladowego natychmiast spochmurniał.
— No tak, mogłem się tego spodziewać. Przecież nie uciekłby ode mnie zupełnie bez powodu — westchnął cicho. — Mimo wszystko dziękuję ci za to, że próbowałaś mu pomóc. Jestem ci za to dozgonnie wdzięczny, a także za dzisiaj. Możesz być z siebie dumna, że przynajmniej ja nie podzielę losu swojego brata.
Kocimiętkowy Wir skinęła głową. Była okropnym kotem. Dlaczego kłamała? Dlaczego zrzuciła całą winę na innych Wilczaków, całkowicie wybielając samą siebie? Przecież to ona zamordowała Daniela. Zabiła go z zimną krwią, odbierając go jego bratu. Doskonale wiedziała, że pozbawiając go życia, pozostawiała Łośka samego sobie. Dlaczego wtedy nie pomyślała o tym, jak okrutny był jej czyn? Czy naprawdę była aż tak zaślepiona propagandą, którą wpajał jej kult?
— Wiesz… twój brat był dobrym kotem. Przyjemnie mi się z nim rozmawiało, choć nie mogę powiedzieć, że przed jego śmiercią nawiązaliśmy jakąś szczególnie bliską relację. Opowiadał mi nawet o tobie i… po jego śmierci zastanawiałam się, jak sobie radzisz — wyznała, mimo iż jej słowa kompletnie mijały się z prawdą. Dlaczego nie potrafiła przestać kłamać przed Łośkiem?
— Cóż mogę powiedzieć… Nie jest najgorzej, choć brakuje mi jego obecności. Byliśmy ze sobą bardzo zżyci, no i… we dwójkę łatwiej się poluje. Ta zima jest niezwykle brutalna i zastanawiam się, czy w ogóle będę w stanie ją przeżyć w pojedynkę… — wyznał, kładąc po sobie uszy.
Rudofutra poczuła ukłucie w sercu na jego słowa. Dlaczego posunęła się do tak okropnych rzeczy, byle tylko zadowolić kult? Jak mogła odebrać kotu jego własnego brata tylko i wyłącznie po to, by zyskać w oczach innych? Nie wyobrażała sobie teraz zrobić tego samego, mimo że od zamordowania Daniela nie minęło wcale tak dużo czasu. Śmierć Dyniowej Skórki naprawdę otworzyła jej oczy na wszelkie krzywdy, jakie wyrządzał światu kult. Szkoda tylko, że wojowniczka musiała poświęcić swoje życie, by Kocimiętka wreszcie zrozumiała, że to, co robiła, było chore.
— Nie martw się, Łośku. Tym razem nie pozwolę na to, by kolejny samotnik umarł. Więc… jeśli będziesz miał z czymś problem, to śmiało mi o tym opowiedz. Choć nie wiem, jakie są szanse na to, że spotkamy się ponownie — miauknęła.
— Chyba nie musimy czekać na to, aż los znowu przetnie nasze ścieżki, czyż nie? Jeśli byś chciała, moglibyśmy się kiedyś umówić. Tylko jeśli dobrze zrozumiałem, twoi bliscy nie przepadają za samotnikami, prawda? Czy to nie będzie problem, jeśli będziemy się czasem widywać? — zaczął dopytywać.
Kocimiętkę zdziwiła jego bezpośredniość, lecz nie mogła ukryć, że kocur wydawał się całkiem interesujący. Poza tym miał podobną urodę co Daniel, którego wbrew sobie uważała za całkiem niczego sobie. Choć to nie tak, że szukała nowej miłości… Wciąż przecież oficjalnie była w związku partnerskim z Ognikową Słotą i nie byłaby w stanie zakochać się w innym kocie. Raczej…
— Skoro nalegasz… — mruknęła, uśmiechając się zadziornie. — Jeśli będziemy wystarczająco ostrożni, to nikt nie powinien nas zobaczyć, gdy będziemy rozmawiać. A jeśli nikt nas nie zobaczy, to nikt nie będzie miał problemu. Proste? Proste — rzuciła żartobliwie. — No, a teraz lepiej już się stąd zmywaj, zanim znajdzie cię jakiś patrol — dodała i odwróciła się w stronę granicy z terenami samotników.
Łosiek skinął łbem i podszedł do niej. We dwójkę zaczęli zmierzać w stronę rzeki.
— Tak w ogóle, to mam na imię Kocimiętkowy Wir, choć możesz mi mówić Kocimiętka — przedstawiła się w końcu.
— Kocimiętka… To ładne imię — przyznał Łosiek.
Rudofutra zwróciła spojrzenie w jego stronę, o mało nie rozdziawiając pyska ze zdziwienia.
— Twój brat… powiedział to samo — miauknęła. — Naprawdę jesteście niemal identyczni!
* * *
W międzyczasie spotkała się jeszcze kilka razy z Łośkiem na granicy. Zazwyczaj starała się trzymać od niego z daleka, by przypadkiem nie osiadł na niej jego zapach, lecz dziś trochę się zagalopowała. Oparła przypadkiem pysk na jego barku, a wracając do obozu zapomniała zmyć z siebie zapach kocura.
Weszła do azylu zupełnie nieświadoma i już miała kierować się w stronę legowiska wojowników, gdy spostrzegła przed sobą Ognikową Słotę. Kocimiętka miała dziś wyjątkowo dobry humor po spotkaniu z Łośkiem, toteż podeszła do szylkretowej mistrzyni i bez większego namysłu wyciągnęła szyję, by dotknąć nosem jej policzka. Nim jednak zdążyła musnąć choćby włosek na pysku swojej partnerki, odsunęła się od niej jak poparzona, czując, że na żołądku zaciska jej się supeł. Co jej w ogóle przyszło do głowy? Wbiła wzrok w ziemię i poruszyła nerwowo krótkim ogonem. Nie wiedziała nawet, co powiedzieć. Może powinna odejść? Przez tyle czasu starała się unikać kotki, gdyż nie potrafiła już patrzeć na nią tak samo, a teraz zrobiła coś takiego… Ach!
<Ognikowa Słoto?>

