BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 14 czerwca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

14 czerwca 2026

Nowy członek Pustki!

Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: Otrucie przez Wiciokrzewa nasionami naparstnicy

Odszedł do Pustki!

Od Wiciokrzewu CD. Smugi

— Wiciokrzewie, masz chwilę? — spytał Smuga na wstępie i dopiero po chwili przywitał się skinieniem głowy z dwójką uczniów. Liliowy miał teraz na głowie szkolenie ich obu, gdyż Purchawka przez jakiś czas miała jeszcze przebywać w żłobku ze swoimi nowo narodzonymi dziećmi.
Czuł, że ostatnio obowiązki coraz bardziej go przygniatają. Zdawało mu się też, że czasem myli zioła albo zapomina o ich zastosowaniu. Tłumaczył to sobie zmęczeniem i szedł dalej, ale z tyłu głowy obawiał się, że kiedyś przez swój stan popełni błąd, przez który komuś stanie się krzywda. Mimo że te obawy nieustannie mu towarzyszyły, w ogóle nie miał odwagi podzielić się nimi z kimkolwiek innym. Bał się stracić posadę uzdrowiciela. Bał się, że jeśli powiedziałby komuś o swoim samopoczuciu, uznaliby go za niezdatnego do pełnienia swojej funkcji i zdegradowali do starszyzny. Nie chciał takiego losu — nie po tym, jak bardzo się natrudził, by znaleźć się w tym miejscu. Zbyt wiele stracił, by tak wcześnie odchodzić na emeryturę.
Po chwili zdał sobie sprawę, że nie odpowiedział Smudze. Zamrugał kilka razy, a potem posłał kocurowi słaby, przepraszający uśmiech.
— O-oczywiście, że mam — odparł, poruszając delikatnie wibrysami.
Czekoladowy wszedł głębiej do lecznicy, po czym przysiadł przed Wiciokrzewem.
— To świetnie, bo akurat chciałem poprosić o coś na ból głowy — mruknął, spoglądając na uzdrowiciela proszącym wzrokiem.
Wiciokrzew od razu skinął głową i sięgnął do składzika po liście malin, które następnie podał Smudze. Czekoladowy wojownik podziękował mu za pomoc i opuścił lecznicę.

* * *

Teraźniejszość

TW: Śmierć

Purchawka wciąż jeszcze zajmowała się swoimi pociechami w żłobku. Liliowy miał nawet okazję odwiedzić je i się im przyjrzeć. Znał ich imiona — Łza, Modrogończyk, Psianka i Zew. Wiedział także, że dwójka z nich już niedługo zostanie oddana do Klanu Burzy i zastanawiał się nad tym, czy ta sytuacja wpłynie jakkolwiek na Purchawkę. Kotka z całą pewnością kochała swoje potomstwo równie mocno, więc na pewno będzie jej smutno z powodu rozstania. Wiciokrzew miał nadzieję, że czarnofutra nie załamie się jednak i wciąż będzie w stanie pełnić funkcję szamanki. Pręgowany tylko odliczał dni do tego, aż Purchawka w końcu powróci do lecznicy i będzie pomagać kotom u jego boku. Miał też nadzieję, że może szamanka pomoże mu z treningiem Gołąbka, bo powoli szkolenie młodziaka zaczynało się dla niego robić męczące i zbyt ciężkie do udźwignięcia. Nie, żeby miał jakieś zażalenia wobec burego; po prostu nie był obecnie w najlepszym momencie swojego życia i wolałby nie mieć treningów na głowie.
Układał właśnie zioła w składziku, gdy jego uwagę zwróciły odgłosy kroków. Odwrócił głowę w tył, a jego oczom ukazała się szylkretowa kotka — Dereńka. Kuśtykała nieznacznie, a w jej oczach iskrzył niepokój, choć starała się go zamaskować uśmiechem.
— Cześć, Wiciokrzewie… — przywitała się z liliowym, widząc, że na nią spogląda. — Pewnie już zauważyłeś, że zrobiłam sobie coś z barkiem. Mam nadzieję, że to nic poważnego… — dodała, przechylając delikatnie głowę.
Pręgowany podszedł do Dereńki, a następnie dokładnie ją obejrzał. Gdy doszedł do wniosku, że bark kotki jest wybity, nastawił go, a następnie wziął ze składziku liście wierzby i dał je Dereńce na uśmierzenie bólu.
— Dziękuję ci — mruknęła szylkretka, jedną łapą będąc już poza lecznicą. — Poza tym słyszałam, że Lis skarżył się na ból brzucha. Chyba powinieneś pójść to sprawdzić… — doradziła mu, po czym zniknęła w promieniach słońca.
Faktycznie, dawno nie odwiedzał legowiska starszyzny, a niektórzy z nich nie byli w stanie tak sprawnie dojść do lecznicy. Nie wiedział, czemu tak odwlekał wizytę tam, choć… chyba miał pewne podejrzenia. Odkąd odbył tam rozmowę z Rokitnikiem i dowiedział się o losie Osetka, unikał legowiska starszyzny jak ognia. Sam nawet nie wiedział dlaczego, skoro nie było już w nim nikogo, kogo Wiciokrzew by się obawiał.
Uzdrowiciel zabrał ze składziku kilka ziół, które uważał, że mogą się przydać przy objawach Lisa, i prędko wybył z lecznicy, kierując się w stronę legowiska starszyzny. Nim jednak do niego wszedł, zatrzymał się w progu, czując, jak jego żołądek wywija fikołka. Momentalnie zrobiło mu się niedobrze, a przed oczami pojawiły się mroczki. Mimo to zmusił się do wejścia do środka i cichego przywitania się ze starszymi.
Skierował się w stronę rudej sylwetki, która kiwała się na boki.
— Sły-słyszałem, że bo-boli… cię… — wydukał, po czym zacisnął szczęki, starając się uspokoić.
Widział, że Lis zaczął coś do niego mówić, ale słowa wlatywały mu do głowy jednym uchem, a wylatywały drugim. W końcu Wiciokrzew uśmiechnął się tylko i podał rudemu trybulę, gdyż z tego, co zrozumiał, cierpiał on na niestrawność. Po tym zabrał swoje zapasy i wrócił do legowiska medyków.
Odłożył wszystko na miejsce i już chciał się kłaść, ponieważ jego zawroty głowy wciąż nie ustały, lecz do lecznicy wszedł kolejny kot. Tym razem była to bura zwiadowczyni — Jeżyna. Wyglądała na trochę zmęczoną, jej oczy były poniekąd nieobecne, a oddechy ciężkie.
— Wiciokrzewie… strasznie pali mnie w gardle — wyznała, siadając w końcu niedaleko wyjścia z lecznicy, jakby nie miała już więcej siły, by ustać. — Nie piłam nic od dłuższego czasu, a teraz jest tak ciepło, że chyba nie dam rady sama dojść do wodopoju… — dodała, kładąc po sobie uszy.
Liliowy zwrócił wzrok w stronę Mistral i Gołąbka, którzy odpoczywali na swoich posłaniach.
— H-hej… — mruknął do nich, zwracając na siebie ich uwagę. — Za-zaprowadzicie Jeżynę do rze-rzeki? Jest od-odwodniona, tak będzie naj-najszybciej — polecił.
Białofutra zielarka wraz z burym uczniem od razu zerwali się z posłań i wyprowadzili zwiadowczynię z lecznicy, udając się do wyjścia z azylu. Wiciokrzew odetchnął z ulgą, myśląc, że tym razem już uda mu się położyć i zasnąć, by odzyskać siły.
Jednak, och, jak bardzo się mylił…
Los bardzo chciał powstrzymać go od zaśnięcia, dlatego też zesłał mu do lecznicy Smugę. Liliowy czuł się już strasznie przytłoczony wszystkim, co wydarzyło się w przeciągu ostatnich minut, i najchętniej wygoniłby czekoladowego, ale na uzdrowiciela tak nie przystało, dlatego też wziął głęboki wdech i podszedł do kocura.
— Co takiego spro-sprowadza cię dziś do le-lecznicy? — zapytał, czując, jak piecze go pod skórą. Nie wiedział, czemu jego samopoczucie tak bardzo się pogorszyło przez tę chwilę, ale nie miał czasu na przemyślenia.
— Od kilku nocy cierpię na bezsenność, więc przyszedłem poprosić o kilka nasion maku — wyznał od razu.
Zielonooki nie miał nawet siły zastanawiać się nad tym, czy Smuga mówił prawdę, czy może kłamał. Zresztą, czemu miałby kłamać? Poza tym nasiona maku jeszcze nikomu nie zaszkodziły. Przynajmniej w zdrowych ilościach.
Właśnie dlatego uzdrowiciel sięgnął szybko po kilka czarnych nasion ze składziku i prędko wręczył je czekoladowemu, nie zerkając na nie nawet porządnie. Wojownik uśmiechnął się i od razu wziął do pyska przyniesione przez liliowego zioło.
Dużo… zioła.
Po chwili Smuga podziękował, odwrócił się i opuścił lecznicę.
Gdy znikał w wyjściu, obraz przed oczami Wiciokrzewa zawirował, a serce zaczęło mu bić na tyle mocno, że myślał, iż zaraz roztrzaska mu żebra i wyrwie się na zewnątrz. Zielonooki przeniósł wzrok na ziemię.
Czarne nasiona. Podobne do maku. Bardzo… podobne. Ale czy na pewno nim były? Kilka z nich wciąż leżało na podłodze lecznicy, sprawiając, że liliowy zaczął odczuwać silny niepokój.
Nie wiedział nawet, ile tak stał, wpatrując się tępo w nasiona. Z tego transu wyrwały go jednak wrzaski dobiegające z zewnątrz. Były pełne przerażenia i szoku. Wstrząsnęły ciałem uzdrowiciela, który wyrwał się z lecznicy, dokładnie tak, jakby ktoś przyłożył mu do skóry rozżarzony kamień. Wybiegając na środek azylu, zaczął rozglądać się dookoła, a wtedy dostrzegł Purpurę, który ciągnął ciało Smugi za skórę na karku.
Uzdrowiciel skupił wzrok na czekoladowym. Dostrzegł jego zabrudzony od wymiocin pysk, a także nieobecne spojrzenie uciekające gdzieś w dal. Wyglądał słabo, naprawdę słabo. Jakby od śmierci dzieliło go zaledwie kilka uderzeń serca.
— Wiciokrzewie, szybko, zrób coś! — krzyknął któryś z kotów.
Pręgowany chciał się poruszyć, ale nie był w stanie. Wciąż miał wzrok utkwiony w pysku Smugi, podczas gdy trybiki w jego głowie zaczynały powoli pracować.
Wkrótce do azylu wtargnęli Mistral i Gołąbek, zaalarmowani wrzaskami swoich pobratymców. Podbiegli do uzdrowiciela, zapewne wypytując go o całe zdarzenie. Liliowy wciąż jednak stał zagubiony i skonfundowany. W końcu białofutra zielarka syknęła coś sfrustrowana i pobiegła do lecznicy. Bury uczeń natomiast odprowadził Wiciokrzewa na ubocze azylu, widząc, że próby komunikacji z nim szły na marne.
W międzyczasie ciało Smugi zostało otoczone przez tłum przerażonych kotów.

* * *

Uzdrowiciel leżał na swoim posłaniu, zwinięty w ciasny kłębek. Czuł, że miał tyle spraw do przemyślenia, a mimo wszystko w jego głowie panowała kompletna pustka. Jakby była zasnuta mgłą. Jednocześnie miał wrażenie, że w lecznicy z jakiegoś powodu panuje napięta atmosfera. Znajdowali się w niej Mistral, a także Gołąbek i, o dziwo, Purchawka. Nad czymś się zastanawiali, lecz po jakimś czasie ich głosy ucichły, a zamiast tego do uszu liliowego doszły dźwięki zbliżających się kroków.
— Wiciokrzewie… — odezwała się Mistral.
Pręgowany drgnął nieznacznie i ociężale podniósł głowę.
— Co się stało wczoraj, w obozie? Dlaczego stałeś w bezruchu? Czy wiesz, że Smuga zmarł? — zaczęła go wypytywać ze zmarszczonymi brwiami. — Wciąż nie jesteśmy pewni, co takiego spowodowało jego nagłą śmierć, ale myślimy, że mógł się czymś zatruć. Jesteś uzdrowicielem; wiesz dobrze, że w takich przypadkach liczy się czas reakcji — dodała, próbując ukryć swój oskarżycielski ton, lecz z marnym skutkiem.
Uzdrowiciel zmrużył ślepia i położył uszy po sobie.
— W-wiem… — wydukał, po czym zwiesił głowę. — To… j-ja go… o-otrułem… — dodał, a mięśnie w jego ciele spięły się z nerwów.
— Co? Co… co ty wygadujesz? — oburzyła się Mistral. — Otrułeś go? Niby jak? Czym? Dlaczego? — drążyła, wyraźnie wstrząśnięta.
— P-przypadkiem… Ja… nie c-chciałem… — Jego głos łamał się co drugie słowo, a każde zdanie z coraz większym trudem opuszczało pysk. — Mia-miałem mu po-podać nasiona… m-maku…

Przepraszam, Smugo…

Wyleczeni: Dereńka, Lis, Jeżyna

Od Bursztynowej Łapy

 Gnał zadowolony przed siebie, zostawiając swoją siostrę gdzieś w tyle. Z początku co prawda to ona była szybsza na wspólnych treningach, pewnie z powodu większego wyćwiczenia mięśni, jednak szybko ją nadgonił. Aż dziw, ile wytrzymałości i uporu znajdowało się w tym małym ciele. Zerknął okiem w tył by zobaczyć, jak daleko się znajduje a gdy dostrzegł postacie trójki kotów biegnące bliżej niż by się spodziewał, przyspieszył krzycząc przy tym jak pomyleniec, na pewno płosząc jednocześnie zwierzynę. Ale cóż mógł na to poradzić, to był krzyk bojowy który na pewno miał znaczenie w nabieraniu prędkości! Szkoda tylko, że nie mógł zobaczyć jak psyki dwóch dreptających za nim mentorów rzedną. 
- Nie oddalaj się! - głos Poczciwego Szakłaka gdzieś rozległ się w tyle jego uszu, chociaż został zignorowany, ku niezadowoleniu starszego. W końcu kto by młodego powstrzymał! Jakiś mentor? Ha! Nie ma szans. W odpowiedzi zaryczał jeszcze głośniej, gardząc niemal powietrzem i potrzebną inhalacją, oczywiście wciąż przyspieszając, wyglądając przy tym jak mały pierd, albo inna nadzwyczaj irytująca mucha. Po dłuższej chwili jeśli tylko po drugiej stronie drogi grzmotu znajdował się jakiś owocowy kolega, mógłby dostrzec skołtunioną rudą kulkę.. lub też ją usłyszeć, gdy ta z poślizgiem zatrzymała się po drugiej stronie czarnej trasy. 
- Wygrałem! Ha, wy leszcze! - skoczył zadowolony, przypominając sobie nagle o oddychaniu i dusząc się przez chwilę, walcząc ze swoim największym wrogiem - własnym organizmem. Głupie płuca, gdyby były bardziej pojemne i tak nie piekły, to życie stałoby się piękniejsze i o wiele łatwiejsze. W końcu po co im tlen? Gdyby były silne, to nie potrzebowałyby tlenu, a to czyniłoby też Bursztyna silniejszym. Oczywiście, nie, żeby był słaby... ale już wiedział, że na ten moment nie przezwycięży konieczności oddychania. Rozumie się, dowiedział się z autopsji. I pewnie dalej by się dusił i walił łapą w płuco by przestało dramatyzować, gdyby nie jakiś obcy kształt majaczący przy drodze. I to nie byle jaki! Miał cztery łapy, ogon, uszy... i na pewno nie należał do Klanu Burzy. Może do Owocowego Lasu? Bo na pewno nie był po swojej stronie granicy! I się gapił! 
- Jo, czego strzępisz gały, co?! - zawołał mały wojownik w stronę obcego, wypinając dumnie swoją lichą pierś. - Kota nigdy nie widziałeś, dziwaku? Co? Skaczesz? No dawaj, dawaj na solo smrodzie! - bury pręgus zerknął na ucznia z zainteresowaniem, a gdy zaczął się zbliżać, coś się zakołysało i zabrzęczało. Dopiero wtedy do Bursztynowej Łapy dotarło, że obcy obwieszony był śmiesznymi rzeczami, których nigdy wcześniej na oczy nie widział. I najwidoczniej nie dane mu było się im bliżej tego dnia przyjrzeć, bo tamten po chwili zatrzymał się i drgnął, stawiając uszy na alarm, już po chwili odwracając się i gnając na drugą stronę rzeki po dziwnej kładce, znikając całkiem. 
- Ha! Tchórz! - zawołał za nim mały smród, oglądając się w tym momencie na Żywiczną Łapę, która dobiegła cała zziajana i stanęła obok. - Widziałaś Żywica, jak go przegoniłem? Tak gnał, że aż mu z łap dymiło! Widocznie przestraszył się tych MięśNi~
Kotka jedynie kiwnęła głową. 
- Obawiam się, że w tym wypadku był bardziej przerażony wizją dwóch dorosłych kocurów zmierzających w jego stronę - westchnął Oskrzydlony Ognik, rozwiewając dziecinną i nawiną wizję swojego siostrzeńca. 
- Zrobił ci coś? Rozmawiałeś z nim? - Poczciwy Szakłak zbliżył się o krok, próbując ocenić stan swojego niesfornego podopiecznego, który pokręcił głową. 
- Nuh-uh, no przecież uciekł to jak miałem rozmawiać nie? Z resztą ja bym się nie dał! By dostał w pysk, z wyskoku, rozbiegu i półobrotu! Ha! Tak o, po pysku pazurami! - zademonstrował swój zamach, w oczach dorosłych wyglądający niemal tak groźnie jak wyskakująca z futra randomowo w ciągu dnia pchła.
- Skoro nic ci nie jest, ze słuchem też w porządku, jak widać - zaczął spokojnie Poczciwy Szakłak, chociaż nie brzmiał na szczęśliwego. - To nie oddalaj się tak, szczególnie przy granicach! - westchnął, drgając ogonem. Z początku Bursztyn się skurczył i nic nie powiedział, ale gdy tylko mentor go minął i zaczęli wraz z drugim starszym iść przed siebie już nieco wolniej, ten zaraz się wyprostował i prychnął lekceważąco, zerkając na Żywicę. 
- Też mi coś, jakby mi się miało co stać. 
- Wiesz, myślę, że Poczciwy Szakłak ma rację, przecież ostatnio się tyle nieprzyjemnych rzeczy działo, że nawet dorośli boją się sami chodzić... 
- Ta? Ale ja się nie boję - burknął naburmuszony, nie rozumiejąc podejścia siostry i mentora. Zwyczajnie się nie znali. 

◂𓂃٭⋆☼⋆٭𓂃▹

- Ej, Szara Skóro! Ej, Szarak, ej... - dopadł do wojownika, gdy ten akurat drzemał sobie spokojnie, korzystając z marnych promieni słonecznych, próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Tylko nie w zwykły sposób, a za pomocą kijka, dźgając włochaty zad raz za razem, zastanawiając się, czy ten rozleniwiony bydlak wyglądający jakby wyjadł w nocy całą lodówkę jeszcze żyje. Ciężko go było w jakikolwiek sposób porównać do gwiezdnych dzieci jakie podobno spłodził (z każdym dniem Bursztyn coraz bardziej w to wątpił), które wyglądały jak magiczne kotki zesłane z samego nieba. A on... on śmierdział. I rudy nie chciał się niczym od niego zarazić. 
Od strony dźganej dupy doszło zirytowane i zmęczone westchnięcie. Widocznie udawanie śpiącego nie podziałało i rzeczywiście trzeba się było zintegrować z tym rudym paskudztwem. 
- Czego-... ekhm, potrzebujesz czegoś, Bursztynowa Łapo? - spytał Szara Skóra, unosząc się ospale i ciężko, zerkając nań spod ospałych powiek. - Dla ciebie Alba.
- Tak, panie starszy, słuchaj - w tłe dało się słyszeć markotne powtórzenie swojego starego imienia, z którym najwyraźniej nie mógł się rozstać - bo ty byłeś wśród tych tych, śmierdzących pieszczochów nie? Wśród włóczęgów? Tych co kradną? 
- Tak, przez jakiś czas żyłem wśród ludzi.. ale na pewno nie wśród samotników, których tak opisujesz - odpowiedział starszy z niezadowoleniem poruszając uszami. 
- No, więc wiesz pewnie, jak sobie z takimi poradzić, co? Może mają jakieś ukryte ruchy bitewne, albo super umiejętności, które wytworzone zostały w tym całym, jak mu tam, czarnym... szarym? Jakimśtam świecie! - Szary przez chwilę patrzył na młodzika oceniająco, zanim zabrał głos. Widocznie nie wiedział, czy strzępić sobie język czy wymyśleć jakąś szybką wymówkę, chociaż wyraźnie akurat to nie było dobrym pomysłem. Bursztyn bywał niezwykle dociekliwy i nie przyjmował byle jakiej za coś, co by go zaspokoiło. 
- O niczym takim nie wiem, z resztą, jak już wspomniałem, ja wiodłem życie wygodne wśród dwunożnych - i chyba już od dawna żałował, że tamtą miejscówkę opuścił. - To takie same koty, więc jedyne co mogły wykształcić, to pewnie mocniejsze opuszki, by łazić po tym paskudnym betonie na zewnątrz. 
- Aha, beton! Dobra, dzięki Szary Stary - podziękował oczywiście ładnie jak go uczono, zanim pomknął w stronę Żywicznej Łapy szykującej się do snu, by podzielić się nowiną o możliwie twardych opuszkach złych samotników. Nie wiedział jeszcze do czego mu będzie ta informacja potrzebna, ale na pewno będzie chciał wydoić z Alby tyle informacji, ile tylko się da. A wcześniej oczywiście, przygotuje się na starcie z jakimś paskudnym samotnikiem... taki był plan. 

<1102 słów>
[biegi długodystansowe]

Od Wdzięcznej Firletki do Lśniącej Gwiazdy

Dzień przed zgromadzeniem…

Wytarła łapy o wilgotny mech. Ostatnie promienie słońca ledwo przebijały się przez mrok panujący wewnątrz wieży; ostre krańce kamiennych cegieł spowite miękkimi cieniami.
Odłożyła zaschnięte makówki na ich miejsce. Kątem oka zerknęła na leżącą na jednym z posłań Śpiewający Raniuszek, upewniając się, że zimny kompres z jej czoła nie obsuwa się. Nie była pewna, czy bezzsenność kotki związana była z wysokimi temperaturami w nocy, czy stresem, ale… Lepiej być przezornym.
Od śpiącej pacjentki jej uwagę odciągnął odgłos kroków, przenoszący się z wyższego piętra Kamiennej Wieży na dół, do lecznicy. Uniosła głowę, kątem oka łapiąc spojrzenie Zawodzącego Echa.
Wraz z pojawieniem się zastępcy atmosfera w legowisku zgęstniała. Była wręcz w stanie zobaczyć zmartwienia czepiające się futra kocura.
— Zawodzące Echo?
Ślipia zastępcy zastrzymały się na chwilę na śpiącej sylwetce w rogu lecznicy, zanim ten potrząsnął głową i z westchnieniem zsunął się ze schodków.
— Martwię się.
Uniosła brew.
— Martwię się o to, co powiedział mi Gasnąca Łapa — doprecyzował z grymasem na pysku.
Ah. Przywołała w myślach obraz świeżo-przyjętego ucznia. Rzeczywiście, i Echo, i Wędrujące Niebo, wspominali coś wcześniej o monologu, który kocur wygłosił zastępcy na granicy.
— Nie ufasz mu — podsunęła, przekrzywiając głowę nieco w bok.
— Nie wiem.
Odwróciła się, zbierając z posadzki kłębek mchu. Przesunęła się zgrabnie w mroku i odłożyła go na miejsce, pośród innych, obok wydrążonego kawałka kory z resztką wody. Zmarszczyła brwi. Będzie musiała wysłać któregoś z uczniów po więcej.
— Planujecie mówić coś na zgromadzeniu? — zapytała. Pomimo zapachu mokrej sierści, od kocura nieomylnie unosiła się również woń Klifiaka. Nie było trudno połączyć fakty i dojść do wniosku, że Gasnąca Łapa jest zbiegiem z sąsiedniego klanu.
— A powinniśmy?
Cmoknęła z niezadowoleniem.
— Nie… Jeżeli przwódca Klanu Klifu niczego nie ogłosi, to lepiej, abyśmy zostawili tę informację dla siebie — miauknął po chwili zmęczonym głosem. — Wątpię, aby mój ojciec tak czy siak chciał poruszać temat.

Na zgromadzeniu…

Przez cały wieczór obserwowała, jak Zawodzące Echo czeka na moment, w którym atmosfera stanie się nieprzyjemna. Ze swojego miejsca pośród innych medyków nie zawsze była w stanie dojrzeć jego pysk, ale nerwowo drgające uszy i ogon mówiły wystarczająco.
— Niestety, wydarzyło się również coś, co dla każdego przywódcy jest wyjątkowo bolesne.
Uniosła wzrok, przerywając dyskusję z Wełnistą Mszycą na temat leczenia Dzikiego Berberysu. Lider Klanu Klifu podniósł ton głosu i wysunął się na przód skały.
— Jeden z naszych wojowników, Królicza Prawda, opuścił obozowisko i zbiegł na nieznane tereny — kontynuował, wodząc spojrzeniem zarówno po zebranych wojownikach, jak i przywódcach wokół niego. — Sądzę, że kot ten może być niezrównoważony psychicznie, a jego zachowanie staje się coraz bardziej niebezpieczne. Wszystko wskazuje na to, że po krótkotrwałym objęciu przywództwa przez Pikującą Jaskółkę zaczął kierować się chorobliwą żądzą władzy, w jej przywództwie dostrzegając własne korzyści. Po jej zniknięciu zaczął zachowywać się dość... Niestosownie.
Wziął głęboki oddech, a futro na grzbiecie Firletki nastroszyło się nieznacznie.
— Zwracam się więc do wszystkich klanów – jeśli spotkacie Króliczą Prawdę, zachowajcie ostrożność. Obawiam się, że jest gotów zrobić wszystko, by osiągnąć swoje cele. Jeśli będzie taka możliwość, zatrzymajcie go i sprowadźcie z powrotem do Klanu Klifu, zanim dojdzie do tragedii.
Widziała, jak Królicza Gwiazda zastyga w szoku, a jego syn strzyże uszyma i otwiera usta.
— ...Czy uważasz, że jest niebezpieczny? — słowa Echa wybrzmiały głucho pośród szeptów zebranych kotów.
Wąsy Lśniącej Gwiazdy drgnęły, a w jego oczach pojawił się chłodny błysk zainteresowania.
— W innym wypadku nie apelowałbym do wszystkich tu zebranych.
Na moment zawiesił spojrzenie na rozmówcach, jakby próbował ocenić, ile rzeczywiście byli gotowi mu powiedzieć.
— Jeśli ty lub Królicza Gwiazda wiecie coś o nim, proszę, powiedzcie mi o tym — dodał już nieco ciszej; musiała wytężyć słuch i skupić się na ruchach ich warg, aby zrozumiec część słów. — Nie musi być to koniecznie teraz. Szczerze mówiąc, wolałbym porozmawiać po zakończeniu zgromadzenia, jeśli jest to możliwe, oczywiście.
Zawodzace Echo skinął głową. Po paru uderzeniach serca spojrzał z wyczekiwaniem na ojca, aż ten odpowie liderowi sąsiednego klanu; ten jednak zachowywał się, jak gdyby zabrakło mu języka w pysku.
Drgnęła, gdy zastępca podniósł się z ziemi i zgrabnym susem wskoczył na skałę liderów, stając obok Króliczej Gwiazdy.
Pochylił głowę, skupiając wzrok na Lśniącej Gwieździe. Słowa, które dwójka kocurów wymieniła między sobą były już na tyle dyskretne, że słyszały je zapewne jedynie koty na skale liderów.

Jakiś czas później…
Tw: śmierć

Kręciła się pomiędzy dwoma legowiskami, raz kładąc zimne okłady na przegrzane czoło Cyklonowego Oka, raz pomagając Lotosowemu Pąkowi otrzeć cieknący nos i pilnując, aby ten zjadł podane mu zioła.
Głowa powoli zaczynała ją boleć. Szepty Wełnistej Mszycy, skierowane do brata, odbijały się od ścian legowiska, a suche, gorące powietrze wypełniało każdy jego zakamarek. Gwar na obozowej polanie nie pomagał. Zmrużyła ślipia i odwróciła się do prowizorycznej misy z wodą, mocząc w niej kolejną kulkę mchu. Musi wysłać kolejnych uczniów nad rzekę po kolejną porcję.
Letnie dni nie odznaczały się niczym. Może to nieustający gorąc sprzyjał takiej monotonii, ale łatwo było zatracić się w prostej, powtarzalnej pracy. Pochyliła głowę, mocząc okład, uniosła ją, wyciągając go z wody. Zwróciła się do jednego z posłań. Kropelki wody moczyły futro na jej piersi, ściekąc strużkami na posadzkę-
— Firletko?
O niemal nie upuściła ociekającego mchu. Podniosła spojrzenie, wbijając je w drżącą sylwetkę Zawodzącego Echa.
Zastępca przebierał łapami na kamiennych schodkach, wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczyma. Poczuła, jak futro na jej karku staje dęba. Szybkim ruchem odłożyła okład na bok, w paru susach dopadając do Echa.
— Coś się stało?
Kocur bez słowa odwrócił się i zniknął na górnym piętrze Kamiennej Wieży. Zacisnęła zęby i podążyła za nim. Wyminęła Echo, wpatrując się w jedynego innego kota, leżącego na posłaniu. Królicza Gwiazda.
Nieruchome ciało, rozciągnięte na miękkim posłaniu. Jej łapy zaczęły nieprzyjemnie mrowić. Okryta popielatym futrem klatka piersiowa lidera nie unosiła się rytmicznie, góra i dół, a jedynie zastygła przy wydechu. Ciemne, zielone oczy Króliczej Gwiazdy wpatrywały się w nicość.
Jednak, nim jej gardło zdążyło się zacisnąć, nim zdołała ruszyć do przodu… Ciałem lidera wstrząsnął ostry kaszel. Charczące, ale silne oddechy ponownie wypełniły legowisko.
Jego ślipia ponownie zabłysły; iskierką ducha, lub łzami.

W przeciągu kolejnych paru dni…

Z obozu wyszli wczesnym rankiem. Pierwsze promienie słońca lewo co zaczęły lizać nieboskłon, a chłód pozostały po nocy muskał ich futra.
Siedziała po lewej od Zawodzącego Echa; obok niej Cyklonowe Oko, a po drugiej stronie Ruda Lisówka. Czekali już na granicy z Klanem Klifu. Widziała, jak zastępca stara się ukoić nerwy i powtrzymać drżenie łap.

— Zabierasz go ze sobą?
Skinęła ruchem głowy w stronę siedzącego na uboczu Gasnącej Łapy- Króliczej Prawdy.
— Nie — odparł po chwili zastępca, krzywiąc się nieznacznie. — Nie wiem, czego mam się spodziewać. Czy będą oczekiwać, abyśmy przyprowadzili go spowrotem?


Gdy tylko na horyzoncie zamajaczyła sylwetka Lśniącej Gwiazdy, jak i te towarzyszącego mu patrolu, Zawodzące Echo podniósł się z ziemi, schylając nieco głowę w geście szacunku. Ona zrobiła podobnie, a za nią pozostała dwójka wojowników.
— Witaj, Lśniąca Gwiazdo — zamiauczał. — Dziękuję za szansę na wyjaśnienie tej… Sytuacji.
— Witajcie — wymruczała podobne, ciche pozdrowienie.
Zastępca wziął głęboki oddech i wygladził futro na grzbiecie.
— Proszę wybaczyć nieobecność Króliczej Gwiazdy — dodał po chwili; w jego głosie nuta zmartwienia. — Jego samopoczucie… Nie- Nie czuł się na siłach, aby dzisiaj nam towarzyszyć. Mam nadzieję, że to nie problem.
Końcowka jej ogona zadrżała, a wąsy opadły nieznacznie. Nie była pewna, czy wieść o utracie życia przez lidera rozniosła się wśrod kotów Klanu Burzy.

— Co się mogło stać? — głos Echa przepełniony był emocjami, które bez skutku próbował ukryć.
Delikatnym ruchem położyła ogon na jego barku.
— Wycieńczenie, przegrzanie… Może odwodnienie. Przy jego wieku nie trudno o to, aby ciało przy takiej pogodzie się poddało.


Miała nadzieję, że nieobecność Króliczej Gwiazdy na takim spotkaniu nie spotka się z zaintrygowaniem klanu; zarówno ich własnego, jak i Klanu Klifu.
Lider sąsiedniego Klanu zastrzygł lekko uszami, po czym westchnął cicho.
— W porządku. Nic nie szkodzi — miauknął spokojnie, lecz w jego głosie słychać było nutę napięcia.
Obserwowała, jak lustruje wzrokiem członków ich patrolu.
— A więc? — odezwał się ciszej. — Co wiecie o tym wojowniku?
Zawodzące Echo zastygł w miejscu na uderzenie serca. Zerknęła w bok, na jego pysk, modląc się w duchu, aby zabrzmiał przekonująco.
— Moi wojownicy natknęli się na Króliczą Prawdę na południowej części naszych terytoriów — rozpoczął po chwili ciszy. — Wyraził chęć dołączenia do Klanu Burzy. Podczas rozmowy z nim, oprócz... Swoich myśli na temat ustroju w Twoim klanie — zerknął w oczy lidera, jak gdyby chcąc ocenić jego reakcję na te słowa — przedstawił mi się imieniem Gasnącej Prawdy.
Widziała, jak napięcie ucieka z jego barków, gdy Lśniąca Gwiazda.
— Nie mieliśmy powodów, aby nie przyjąć go w szeregi Klanu Burzy — kontynuował. — Nie jesteśmy kotami, które odmówiłyby komukolwiek schronienia. Oczywiście, zachowaliśmy ostrożność... Po konsultacji z Króliczą Gwiazdą oraz resztą władzy klanu nie byliśmy pewni, czy powinniśmy ufać jego słowom. Nadal nie jesteśmy.
Zawahał się na moment. Widziała niepewność w jego oczach; podejmować decyzje w obrębie klanu to jedno, a negocjowanie z liderem sąsiedniego klanu to drugie. Wierzyła jednak w to, że ma już tyle doświadczenia, że wrócą do obozu z dowodem pozytywnych relacji z Klanem Klifu, a nie jednym sojusznikiem mniej.
— Nie chciałbym patrzeć na Twój klan tylko przez pryzmat tego, co mówi o nim wojownik, którego uważasz za niebiezbiecznego... Ale nie chciałbym również podważać jego woli i zmuszać go do opuszczenia Klanu Burzy, jeśli nie jest to konieczne.

<Lśniąca Gwiazdo?>

wyleczeni: Śpiewający Raniuszek, Dziki Berberys, Cyklonowe Oko, Lotosowy Pąk

Od Ognikowej Słoty CD. Kocimiętkowego Wiru

Mistrzynie prędko znalazły się nieopodal Potwornej Przełęczy, sylwetka dwóch nadgryzionych przez czas ogromnych przedmiotów Dwunożnych majaczyła gdzieś w oddali. Słońce nie docierało, całe szczęście, do kocic, aczkolwiek w tych okolicach była to jedynie kwestia czasu. Owady przelatywały im raz po raz przed nosem, chociaż starały robić się to dość dyskretnie. Wychodziło im to niestety marnie, wiele razy obijały się przypadkowo o ich boki czy nawet i pyski, niemal wlatując do oczu. Na szczęście nie było ich wcale tak wiele, jak mogłoby się wydawać, a każdy, który tylko miał czelność zabłądzić, szybko kończył w żołądku ciekawskich ptaków, śledzących dwójkę. Przepiękna pieśń kosa, skrytego gdzieś między gałęziami czy leśnym runem niosła się kojącym echem, gdy wyśpiewywał coraz to nowsze, a jednak powtarzające się dźwięki, chcąc zagłuszyć rywala, który również prezentował swoje umiejętności gdzieś blisko. Wszystkie te melodie niestety przycichły, gdy tylko zarówno rudaska, jak i szylkretka znalazły się na otwartej przestrzeni, wypełnionej niczym więcej jak paroma wzniesieniami, wysuszoną, pożółkłą miejscami trawą, a także wszechobecnym pyłem, który wzbijał się w powietrze niczym ptak, uprzednio szykujący się do tego konkretnego lotu całe swoje życie, odkąd tylko udało mu się wylecieć z gniazda po raz pierwszy. Duchota przeszkadzała każdemu kotu, a jednak Ognikowa Słota nie mogła wcale na nią narzekać, a na pewno nie chciała w obecności kotki bliskiej jej serca, nie mogła zepsuć tak wspaniałej, sielankowej atmosfery, która się między nimi wytworzyła… Zanim zdążyła coś powiedzieć, zielonooka ją wyprzedziła.
— Więc... co takiego masz mi do powiedzenia? Oby to było coś ważnego! — zaśmiała się, wpatrując się zielonymi ślepiami w przyjaciółkę.
Oczywiście, wszystko, co mówiła Ognikowa Słota, było ważne. Zresztą, nawet gdyby nie było, to miała pełne prawo chcieć spędzić czas jedynie ze swoją przyjaciółką, bez towarzystwa skrzywdzonego przez los Garbatą Łapę. Niebo było tak intensywnie błękitne, a także tak czyste i pozbawione wszelkiego rodzaju skaz w postaci chmur, że można było odnieść wrażenie, iż zostało wymalowane albo, że było to idealne odbicie wody bez wzburzeń, które występowały rzadziej, niż ich masa, obijająca się delikatnie, albo i konkretniej, niekiedy, o mulisty brzeg, odwiedzany każdego dnia przez tak wiele istot, marzących jedynie o tym, by ukoić swoje narastające pragnienie. Podczas takich upałów każdy powinien pić więcej, ponadto apetyt bardzo sprawnie zmniejszał się, mało komu chciało się podczas takiego skwaru mielić pokarm, który zresztą często miał w sobie dość mało wody, ponieważ nie odżywiali się rybami… Dzisiaj, całe szczęście, nie zapowiadało się na burzę, więc wybrały sobie idealną pogodę na przechadzkę. Po ostatnich wyładowaniach atmosferycznych dało się wypatrzeć w gęstym lesie iglastym parę ubytków, które leżały teraz, powalone przez siły wyższe i czekały na moment, aż całkowicie zjednają się z ziemią i zaczną służyć za swego rodzaju kompost dla tych, którzy przeżyli całe to zamieszanie.
Brązowooka spojrzała na Kocimiętkowy Wir. Przez parę uderzeń serca śledziła futro na jej pysku, które, owiewane przez lekkie, ciepłe podmuchy wiatru poruszało się na wietrze, uginając delikatnie niczym wysoko sięgające trzciny albo nawet i drzewa iglaste, jej źrenice zwiększyły się.
— Podobasz mi się, Kocimiętko. Czy chciałabyś zostać moją partnerką? — zapytała, można by powiedzieć, dość wprost, posyłając jej uśmiech. Przyszło jej to zadziwiająco łatwo, zupełnie inaczej wyglądała sytuacja z Tygrysią Nocą, a raczej wtedy jeszcze Tygrysią Łapą, który niestety nie odwzajemniał jej uczuć, co mocno wpłynęło na pogorszenie ich relacji. Szczenięce zauroczenie. Łaciata nadal odczuwała gorzki posmak gdzieś na końcu języka, gdy myślała o rudym kocurze. Powiedział, że są wspaniałymi przyjaciółmi, a ona nie chciała go za przyjaciela, a za kogoś dużo bliższemu jej sercu, czego on jednak nie był w stanie wyłapać. Porywisty Dąb okazał się zdrajcą, wraz z jego rodziną, która opuściła Klan Wilka wiele księżyców temu. Jedynym, który pozostał w ich szeregach, był Kamienne Pióro, z którym Słota również miała parę interakcji, aczkolwiek prędko uświadomiła sobie, iż nie wolno było jej się z nim zadawać, mimo dobrych chęci. Zalotna Gwiazda bardzo sprawnie dobierała jej towarzystwo, za co była dozgonnie wdzięczna. Wiedziała, że matka dba o nią starannie i nie bez powodu fatygowała się tak bardzo, by jej potomstwo wyrosło na porządnych wojowników. Zresztą szkoliła właśnie ją, więc, co za tym idzie, musiała być porządna. Musiała zachowywać się w określony sposób, tak, żeby nie przynosić ani sobie, ani tym bardziej rodzinie, wstydu. Jedyne, co im ofiarowała, to powód do dumy, a także do podziwiania jej. Była prawdziwym wzorem do naśladowania!
Obecnie była w zupełnie innym miejscu w życiu. Już nie uganiała się za kocurami, którzy nie potrafili dostrzec jej wspaniałości. Tygrysia Noc, Porywisty Dąb… to była już przeszłość, do której nie wolno było jej powracać, nawet jeśli przyłapywała się wcześniej na myślach, że może byłaby wtedy na zupełnie innym miejscu w życiu. Na samą myśl o przeszłości poczuła swego rodzaju ukłucie w sercu, które prędko zamaskowała, poruszając spokojnie końcówką ogona. Wszystkie te momenty z Porywistym Dębem, bez niego w obozie nastała cisza tak wielka, tak dobijająca. Taka, jakby srebrny umarł, a nie odszedł z klanu. Chociaż nie miało to większego znaczenia, bo równie dobrze dla Wilczaków mógł być już dawno parę lisich ogonów w piachu i nie zrobiłoby im to różnicy, oczywiście sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby tylko nie postanowił ich wszystkich zdradzić, po tym, jak go wyszkolili, a także karmili tak długo, wychowywali w trosce i pokładali nadzieję, że stanie się kiedyś dumą klanu. Kocimiętkowy Wir spojrzała na nią z lekkim zdziwieniem. Trwały tak w napięciu jeszcze przez określony czas, a rudaska wyglądała tak, jakby próbowała coś zrozumieć, jakby się nad czymś bardzo dokładnie zastanawiała. Z tego też powodu wysunęła mimowolnie język z pyszczka i nim się obejrzała, cały ten element wysechł. Jej oczy zamigotały nieznacznie, nagle, zaczęły w nich jarzyć się iskierki wielu, wielu emocji. Mimo to już po zaledwie chwili, zbliżyła się do Ognikowej Słoty i zetknęła z nią nosami z delikatnym jakby zawstydzeniem. Mistrzyni poczuła aksamitnie mokry nos, stykający się z tym jej, a serce zaczęło bić jej tak szybko, że miała wrażenie, iż zaraz samo dostanie nóg i zwyczajnie od niej ucieknie.
— Och… to dlatego tak często z tobą lubię wychodzić? — powiedziała do siebie, a jej wzrok stał się wreszcie obecny. Szylkretka zastrzygła wąsami, obserwując reakcje zielonookiej. — Tak, Słoto. Ja… też to czuję — zamruczała. Gdyby tylko miała dłuższy ogon, najprawdopodobniej splotłyby je ze sobą. Dwie kotki patrzyły sobie w oczy jeszcze przez jakiś czas. Szylkretka położyła łapę na tą należącą do Kocimiętki. Ruda przysunęła się bliżej, opierając głowę o jej ramię, tym samym oferując swojemu kręgosłupowi możliwość odpoczynku na barkach wyższej kocicy. Ognikowa Słota poczuła miękkie futerko mistrzyni i nie myśląc długo, otuliła towarzyszkę ogonem, mrucząc z zadowolenia. Nim się zorientowały, słońce wspięło się po niebie, a przed nimi zaczął malować się przepiękny, wielokolorowy krajobraz, przepełniony od intensywnej żółci, a także oślepiającej kuli w roli głównej, po rozchodzący się nieśmiało róż, wymieszany wraz z czerwienią, jak i również pomarańczowym, tak wyraźnym, jak u kwitnących, w pełni rozwiniętych i otworzonych kwiatów. Śpiew ptaków poniósł się ponownie donośnym echem, a na nieboskłon nie ośmieliła się wkroczyć, chociażby jedna chmurka. Klan Wilka czekały wspaniałe czasy.
W Ognikowej Słocie uprzednio narastała irytacja, iż Kocimiętkowy Wir chciała marnować czas na kogoś takiego, jak Garbata Łapa. W dodatku czuła się tak, jakby zabierał cenny czas mistrzyni, który mogła równie dobrze poświęcić na spotkania właśnie z nią, dlatego teraz Kocimiętka powinna wreszcie przestać poświęcać tyle uwagi Garbatej Łapie. Odczuła wyraźną ulgę, gdy wreszcie nadarzyła się okazja do tego, żeby wyszły same, bez obecności skrzywionego kocura. A teraz mogły cieszyć się swoim towarzystwem, już na zawsze. Zielonooka była od dzisiaj jej partnerką. Sama myśl o tym wywoływała przyjemne ciepło w jej piersi, które promieniowało, niczym słońce. Gdyby tylko miało możliwość, może również rzuciłoby przyjemne, ciepłe promienie na każdego, kto nie siedział schowany w norze czy skrywał się pod gęstymi koronami drzew. Nagle przyszło jej do głowy, że odtąd będą mogły wychodzić razem znacznie częściej i, co najlepsze, nikt nie powinien im w tym przeszkadzać. Nikomu nie było wolno, chyba że jej rodzinie. Bliscy byli wyjątkiem. Z zamyślenia wyrwał ją nagle przyjemny głos kotki.
— Wiesz co, Słoto? — mruknęła spokojnie Wilczaczka, oblizując parokrotnie policzki, chcąc nawilżyć wysuszony język.
— Co takiego? — zapytała z zaciekawieniem, kątem oka spoglądając na jaskrawy, pręgowany łepek siedzącej tuż przy niej kocicy.
— Mam ochotę się pościgać. Berek! — zawołała, po chwili trącając lekko łapą Słotę jednokrotnie, po czym odwróciła się na pięcie i pędem rzuciła w losowym kierunku. Mistrzyni poderwała się na łapy prędko i ruszyła tuż za nią, lekko zdziwiona takim pomysłem, chociaż wcale nie powinna. Takie zachowanie nie powinno jej dziwić. Kocimiętka często wpadała na coś nagle i równie nagle wprowadzała to w życie, zresztą sama Słota też nie lubiła czekać nadto z wprowadzaniem żadnych zmian, jeśli miały przysłużyć się w przyszłości czemuś wielkiemu, jeśli miały komuś pomóc, a zawsze to robiły. Szylkretka gnała za starszą ile sił w łapach, wreszcie wysuwając jedną z nich w kierunku celu. Nagle jej kończyna zetknęła się z łapą zielonookiej i nim się obejrzała, ich boki ponownie zetknęły się, aczkolwiek jedynie na uderzenie serca. Obydwie wpadły na siebie i zaczęły turlać się po wyschniętej trawie, skrzypiącej pod każdym ich następnym najmniejszym poruszeniem się, wzniosły przy okazji chmurę dymu tak wielką, że można byłoby przyznać jej nagrodę za pobicie rekordu, chociaż trzask wcale nie nastąpił, a dym ulotnił się dość sprawnie, całe szczęście. Chichot rudej był na tyle zaraźliwy, że pysk łaciatej także rozświetliła radość, a sama kocica poczuła się niezwykle lekko. Zupełnie tak, jakby dostała skrzydeł. Wreszcie zostały zatrzymane dość delikatnie i ułożyły się obok siebie, stykając łapami.
— Pamiętasz, jak ostatnio mówiłaś, że chciałabyś dostać skrzydeł i polecieć? — zagadnęła Słota, patrząc czule na leżącą obok niej kotkę, która śmiała się jeszcze przez jakiś czas. Wreszcie otarła jedną z łez szczęścia spływającej z jej policzka i pokiwała głową po dłuższej chwili, pociągając nosem jednokrotnie.
— Tak… a co, wynalazłaś sposób na to? — zapytała, na moment odpływając z powrotem myślami, wzrokiem błądząc gdzieś po wielokolorowym nieboskłonie. Prawdopodobnie śledziła parkę ptaków, skrzeczących donośnie nad ich głową, gdy przelatywały daleko, przybyły z bardzo, bardzo daleka.
— Myślę, że tak. Czuję się przy tobie tak, jakby mi ktoś doczepił skrzydła — wyznała, szczerze wierząc w dobry wpływ rudej na nią.
Jasnooka zamrugała zaskoczona jakby przywrócona znówże do teraźniejszości. Przez krótką chwilę wyglądała tak, jakby szukała w najdalszych odmętach umysłu stosownej odpowiedzi, chociaż wcale nie musiała, bo tym razem Słota od niej takowej nie oczekiwała. Zaraz jednak pyszczek rudej rozjaśnił się ciepłym uśmiechem, popartym przez wysunięty język.
— Cieszę się — wymruczała, przesuwając łapą po łapie Ognikowej Słoty. Szylkretka pozwoliła jej na to, nie myśląc nad tym jakoś szczególnie długo. Ich boki stykały się, gdy leżały tak obok siebie. — Może ja też zostałam ptakiem. Przy tobie czuję się tak, jakbym miała za sobą już dawno swój pierwszy lot. Wylot z gniazda — zachichotała, mrużąc oczy, gdy słońce zaświeciło prosto w nie. Mistrzyni zamruczała, a jej serce wywinęło raz jeszcze fikołka. Kocimiętkowy Wir była taka piękna i wspaniała. Momentami roztrzepana i owszem, podejmowała niekiedy złe decyzje, aczkolwiek po to była Słota, żeby wspierać swój promyczek w chwilach, kiedy tego potrzebowała, kiedy było to wymagane i konieczne.

<Kocimiętko, moja piękna partnerko? 💕💕>

Od Borowika CD. Psianki

Rzuciłem drobnej koteczce krótkie spojrzenie. Naprawdę była malutka, co sprawiało, że jej złoto-pomarańczowe oczka stawały się niemal nieproporcjonalnie duże. Przestałem drapać ziemię.
– Uh… Ja też lubię rozumieć… rzeczy różne. Bardzo nawet. Hm – mruknąłem, obserwując ją kątem oka.
Wnioskując po słowach Psianki oraz jej otwartego stosunku do mnie wysnuć można wniosek, że się dogadamy. Że jest miła. Dociekliwa. Normalnie to nie wysilałbym się na tłumaczenie. Nie lubię się tłumaczyć. Ale dla małych kociaczków zawsze robię wyjątki. Bo kocham kociaczki.
– Wiesz… um… czynność kopania faktycznie może doprowadzić do powstania dołu. Jednak nie to jest moim celem. Ja kopię dla samego kopania. Lepiej mi się… lepiej mi się egzystuje po tym, jak coś wykopię, wiesz? – wyjaśniłem cicho, wodząc łapą wokół krawędzi dołu. Dwa koła w lewo. Jedno w prawo.
Czarna koteczka uniosła głowę do góry, nie odrywając wzroku od wgłębienia pod jej łapkami.
– Aaa… Już chyba rozumiem, Borowiku! – Psianka pokiwała energicznie głową. Jej ogonek zadrżał lekko. – Mi chyba kopanie dołów nie pomaga w niczym. Ale właściwie nigdy nie próbowałam…
– Uh. Nie… nie próbuj. Nie, nie. Przynajmniej nie tu. Bo… nie potrzebujemy dziury na środku obozu. Jeszcze ktoś w nią wlezie i się połamie i umrze – jednym ruchem łapy zgarnąłem całą ziemię z kupki obok i zasypałem wgłębienie, rozglądając się dookoła.
Faktycznie trochę nie przemyślałem możliwych konsekwencji moich działań. Tak bardzo pochłonęło mnie kopanie, zawsze robię to raczej odruchowo niż świadomie.
– Hm. Uważać trzeba zawsze – dodałem.
Oczy Psianki otworzyły się szeroko i poderwała się na równe łapki.
– Ja uważam! Uważam zawsze, Borowiku. Na wszystkich. Naprawdę! Nie pozwoliłabym, żeby komuś się coś stało!
Uśmiechnąłem się lekko. Nie uśmiecham się często. I z reguły jest to właśnie w otoczeniu kociaczków.
– Hmm… Jesteś pewna? – uniosłem lekko brew, spoglądając na nią.
– Tak! – przytaknęła z entuzjazmem kotka.
– No dobrze… A jak byś zareagowała… – zamyśliłem się. – …Gdybyś zobaczyła kota, który szedłby, nie patrząc na drogę, prosto w stronę obślizgłego ślimaka, na którym mógłby nieźle wywinąć orła, połamać się i umrzeć?

<Psianko???>

Od Aldrowandowej Łapy

Ostatnimi czasy Aldrowandowa Łapa miała całkiem sporo na głowie. Częstsze wyprawy po szukanie ziół w tą raczej suchą Porę Zielonych Liści oraz stałe treningi medyczne zdawały się nie dawać jej ani chwili wytchnienia. Kotka nie miała nawet czasu na dokładną pielęgnację futra. Wieczorami jedynie kilka razy liznęła bardziej niesforne kosmyki futra, zanim padała zmęczona na legowisko i od razu zasypiała. A wszystko to było spowodowane docinkami ciemno-burego kocurka. „Nie idzie ci za bardzo z tym medykowaniem!” — Agatówkowa Łapa parsknął te słowa mimochodem, gdy kotka szukała ziół na jakieś jego kolejne bóle. Zdanie to zdenerwowało uczennicę. Nie jej wina, że czasem opornie idzie jej nauka, medycyna to ciężka sprawa! Ale po dłuższej chwili namysłu doszła do wniosku, że żaden niewychowany futrzak nie będzie jej takich rzeczy wytykał. Postanowiła więc jeszcze bardziej przyłożyć się do treningów.
Więc od dwóch księżyców skupiała się na nauce jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Zaczęła nawet stosować inne metody zapamiętywania. Efekty? Pomimo całego tego zmęczenia – szylkretka faktycznie pamiętała coraz więcej i z większą łatwością dobierała potrzebne zioła.

***

— A to kwiat jakiej rośliny? — Jagnięcy ukłon wskazała na żółty, dosyć charakterystyczny kwiat.
— Podbiał pospolity. Używa się go na przykład do leczenia kocięcego kaszlu — uczennica odparła bez wahania.
— Owszem. A jeśli go przeżujesz, na co się przyda? — medyczka zadała kolejne pytanie.
Aldrowanda zamyśliła się na chwilę. Jej nową metodą zapamiętywania było tworzenie w głowie mini mapy myśli, gdzie segregowała wszystkie zioła na konkretne podsekcje i metodą eliminacji starała się sobie przypomnieć, co do czego służyło.
— Na obolałe poduszki, jeśli dobrze pamiętam — miauknęła po krótkiej chwili.
Jagna skinęła łbem na znak potwierdzenia. Następnie podsunęła bliżej kotki wspomniane zioło.
— Wydaję mi się, że może Ci się teraz przydać — ruda kotka uśmiechnęła się do swej uczennicy łagodnie.
Aldrowandowa Łapa zamrugała kilka razy, po czym spojrzała na swoje poduszki łap. Faktycznie, były nieco spękane. Przez te całe zarobienie, kotka nawet tego nie zauważyła. Podziękowała szybko swej mentorce, po czym zabrała się za przeżuwanie rośliny. Gdy uzyskała odpowiednią papkę, ostrożnie i dokładnie nałożyła ją na obolałe miejsca.
— A teraz odpocznij i pozwól ziołu zadziałać — poleciła kocica.
Młodsza kotka posłuchała się słów starszej i ułożyła się na legowisko obok. Łebek położyła na miękkim mchu, oczy zamknęła. Skoro i tak musi poczekać, aż papka się wchłonie, to czemu by się chwilę nie zdrzemnąć? Myśl ta szybko wygrała i już chwilę potem Aldrowanda smacznie spała.

[387 słów]

Od Psianki

Nos piekł mnie już od samego rana. Najpierw próbowałam udawać, że wszystko jest w porządku. Bawiłam się z rodzeństwem, słuchałam opowieści mamy i próbowałam nie zwracać uwagi na nieprzyjemne łaskotanie w nosie. Niestety ono nie miało zamiaru mnie słuchać.
— Apsik! — kichnęłam tak mocno, że aż zachwiałam się na łapach. Łza spojrzała na mnie zdziwiona, a ja tylko potarłam nos. — Nic mi nie jest — zapewniłam ją, a po chwili kichnęłam znowu: — Apsik!
Dobrze. Może jednak coś mi było. Przez resztę dnia nie było lepiej. Nos miałam zatkany, oczy lekko łzawiły, a w gardle pojawiło się nieprzyjemne drapanie. W końcu przypomniałam sobie wszystko, czego mama uczyła mnie o uzdrowicielach.
Jeśli jesteś chory, idź po pomoc. To wydawało się rozsądne. Dlatego bez słowa wymknęłam się ze żłobka i ruszyłam w stronę starej topoli, w której znajdowało się legowisko uzdrowiciela.
Droga nie była długa, ale dla mnie wydawała się prawdziwą wyprawą. Co kilka kroków musiałam zatrzymywać się przez kolejne kichnięcia.
— Apsik! Apsik!
W końcu wspięłam się po usypanym podejściu prowadzącym do dziupli. Zapach ziół uderzył mnie natychmiast. Mięta. Rumianek. Mokre liście. Coś gorzkiego i coś słodkiego jednocześnie.
Przez chwilę tylko stałam przy wejściu, rozglądając się dookoła. Wnętrze było pełne różnych roślin, suszonych pęków i zapasów starannie poukładanych przy ścianach.
Wiciokrzew szybko zauważył moje przybycie. Nie trzeba było długo tłumaczyć, co mi dolega. Kiedy kichnęłam prosto przed jego nosem, chyba wszystko stało się jasne. Uzdrowiciel obejrzał mnie dokładnie. Sprawdził oczy, nos i oddech, a potem pokiwał głową.
Katar. Na szczęście nic groźnego. Poczułam ogromną ulgę. Wiciokrzew przyniósł kilka ziół i zaczął tłumaczyć, które pomogą mi łatwiej oddychać. Nie wszystkie pachniały przyjemnie. Jedno z nich było tak gorzkie, że niemal natychmiast skrzywiłam pyszczek.
— Fuj — mruknęłam. Niestety nie miałam wyboru.
Posłusznie przeżułam podane liście, choć każdy kolejny kęs wydawał się gorszy od poprzedniego. Potem dostałam jeszcze mieszankę, która miała pomóc na zatkany nos. To było jeszcze gorsze.
Przez chwilę byłam przekonana, że umrę właśnie od smaku lekarstwa. Ale Wiciokrzew wyglądał na zadowolonego, więc chyba wszystko przebiegało prawidłowo.
Po zakończonym badaniu pozwolił mi odpocząć przez jakiś czas w ciepłym kącie legowiska. Leżałam tam zwinięta w kłębek, słuchając szelestu ziół poruszanych przez wiatr wpadający do dziupli. Oddychało mi się już trochę łatwiej.
Nos nadal był zatkany, ale nie tak bardzo, jak wcześniej. Kiedy uzdrowiciel uznał, że mogę wrócić do żłobka, podniosłam się niechętnie z posłania. Nie dlatego, że chciałam zostać chorą. Po prostu w jego legowisku było bardzo przytulnie.
Zeskoczyłam ostrożnie na ziemię i ruszyłam z powrotem przez obóz. Wieczorne światło przebijało się przez korony drzew, malując złote plamy na ściółce. Gdzieś wysoko śpiewały jaskółki, a wiatr poruszał liśćmi topoli.
Kiedy dotarłam do żłobka, większość kociąt już odpoczywała. Wsunęłam się na swoje miejsce obok rodzeństwa i natychmiast poczułam znajome ciepło. Łza spała przy moim boku, Modrogończyk był zwinięty w ciasny kłębek, a Zew przez sen machał łapą, jakby polował na coś we śnie.
Uśmiechnęłam się pod nosem i wtuliłam pyszczek w futro mamy. Nos nadal trochę mnie swędział.
— Apsik — kichnęłam cicho.
Ale tym razem nie martwiłam się już ani trochę. Wiciokrzew powiedział, że wyzdrowieję. A skoro powiedział to uzdrowiciel, to na pewno miał rację. Z tą myślą zamknęłam oczy i zasnęłam, słuchając spokojnego bicia serca Purchawki.

Wyleczeni: Psianka

Od Perłówki

Perłówka leżała przy korzeniach żłobka – starego pnia, który zarósł już pożółkłymi krzewami tak gęsto, że zaczął tworzyć coś na wzór kopca – i próbowała znaleźć chwilę ulgi w temperaturze, która zdawała się rosnąć z każdą chwilą.
Norka w korzeniach pnia była trochę chłodniejsza. Spała tam Rudzikowe Skrzydełko wraz z Kurczątkiem. Mama przytuliła ich obu do swojego boku i mruczała tak głośno, że zdawało się, aż ziemia wibruje. Była ciepłem w przenośnym i obecnie mniej przyjemnym sensie tego słowa, więc w którymś momencie Perłówka po cichu wyślizgnęła się na zewnątrz, żeby odetchnąć.
Teraz będąc na świeżym, choć może trafniejszym określeniem byłoby gęstym, gorącym powietrzu, zastanawiała się, czy to na pewno był dobry pomysł.
Życie w klanie o tej porze dnia zamarło. Stara, ceglana wieża górująca nad obozem stała w pełnym słońcu i promieniowała ciepłem jak rozgrzany kamień w ognisku. Przy legowisku uczniów siedziały dwie sylwetki zanurzone w cieniu, ale poza pojedynczym przemykającym kotem nie było widać żadnego innego ruchu. Wokół panowała cisza przerywana tylko rytmicznym cykaniem świerszczy. Zapach stosu ze zwierzyną unosił się trochę intensywniej niż zwykle, a kamienie, którymi był przykryty, nagrzały się do tego stopnia, że można było widzieć drżące nad nimi powietrze. Suchość w gardle odebrała jej resztki apetytu.
Perłówka westchnęła, oparła brodę na przednich łapach i zapatrzyła się w górę. Słońce bezlitośnie rozjaśniało niebieskie niebo nieprzykryte ani jedną chmurą. Ktokolwiek wybierał miejsce na obóz, ewidentnie nie miał komfortu klimatycznego wysoko na liście priorytetów, choć winę ponosiła tu zapewne natura otwartych terenów klanu. Samo miejsce było przynajmniej dla zasady otoczone gęstszą roślinnością, nawet jeśli wysokością nie mogło się pochwalić.
Za jej plecami coś zaszeleściło i po chwili usiadł koło niej rozczochrany Kurczątko. Zmrużył oczy nieprzyzwyczajony do jasności panującej poza żłobkiem i zwrócił się do niej.
— Mama pyta, gdzie jesteś.
— Jak widać — ziewnęła kotka, wyciągając łapy jak najdalej do przodu.
Podnosząc się, jednak zatrzymała się na chwilę. Na moment świat zawirował podobnie do gorącego powietrza, które dopiero co obserwowała, a jej ciało zakołysało się bardziej niż była na to przygotowana. Kurczątko obserwując ją, niepewnie przechylił łeb w bok.
— Nic mi nie jest — odpowiedziała Perłówka na pytanie, które nie padło i się wyprostowała.
Teraz gdy została wyrwana z zamyślenia, zauważyła coś jeszcze. To, co przypisała zmęczeniu gorącem, przejawiało się również słabym, tępym bólem głowy. Znów znieruchomiała na chwilę, decydując, czy to coś, co powinna odespać.
Usłyszała kroki, zanim zobaczyła, do kogo należą. Oskrzydlony Ognik szedł przez obóz spokojnym krokiem, jakby upał w ogóle nie był jego problemem. Jego wzrok musiał paść na nią dłuższą chwilę temu. Przechodząc, zwolnił na moment, nie zatrzymując się całkowicie.
— Nie wyglądasz najlepiej — stwierdził łagodnie z lekkim skinieniem głowy w stronę wieży. — Lepiej zajrzyj do medyka.
Nie czekał na odpowiedź. Dalej spokojnym, ale pewnym chodem zniknął w tunelu.
Perłówka otworzyła pyszczek. Wujek był już za daleko. Zamknęła go z powrotem.
Medyk to trochę przesada, długie futro po prostu nie sprzyjało takiej pogodzie, ale nie ma już z kim się nie zgodzić. Kurczątko dalej siedział obok niej w milczeniu.
— Idę się przejść — stwierdziła na tyle nonszalancko, na ile mogła i wstała, tym razem ostrożniej.
Przy wejściu do wieży było chłodniej. Grube, stare mury trzymały w środku resztkę nocnego zimna, które jeszcze nie zdążyło w pełni uciec. Jej nos uderzył ziemisty, lekko gorzki zapach suszonych ziół. Perłówka stanęła w wejściu i rozejrzała się jak ktoś, kto tylko zagląda przypadkowo i nie jest tu w żadnej konkretnej sprawie.
Wnętrze było inne niż obóz. Ciemniejsze i spokojniejsze, nawet jeśli trudno było namacalnie stwierdzić to drugie w obecnym bezruchu na zewnątrz. Pęczki ziół zwisały wzdłuż ściany, obok nich stało kilka płaskich kamieni z rozłożonymi na nich roślinami w różnych etapach suszenia. Kotka siedząca nad jednym z nich uniosła głowę.
— Coś się stało? — zapytała cicho, ostrożnie odkładając to, czym się zajmowała.
— Nie — odpowiedziała odruchowo. Zrobiła krótką pauzę. — Może.
Wdzięczna Firletka kiwnęła głową i podeszła bliżej przyglądając się jej.
— Zawroty głowy?
— Przy wstawaniu — przyznała Perłówka.
— Boli cię głowa?
Chwilę się zawahała.
— Trochę.
Firletka sprawdziła jej dziąsła i powieki bez zbędnych komentarzy. Perłówka siedziała nieruchomo i starała się wyglądać na kogoś, kto poddaje się badaniu z grzeczności, nie z konieczności.
— Odwodnienie — stwierdziła medyczka po krótkim namyśle. — Przy tej pogodzie to nic dziwnego. Napij się i posiedź chwilę w cieniu.
Perłówka podziękowała ze skinieniem głowy i oddaliła się w stronę najbliższego źródła wody. Z możliwych dolegliwości ta była chyba jedną z najprostszych do zapobieżenia i najłatwiejszych do pozbycia się. Woda. Przecież dopiero co ją piła. Chyba. Chociaż musiała przyznać, że właśnie smakowała wyjątkowo orzeźwiająco na języku.

Wyleczeni: Perłówka

Nowy Członek Pustki!


Powód odejścia: decyzja administracji
Przyczyna śmierci: czarny kaszel

Odszedł do Pustki!