Przeszłość
— Babciu, bo słyszałem o tych Dwunożnych, co wycinają nam las, dlaczego oni nam to robią? — zapytał rudofutry, na co Zalotna Gwiazda spoważniała.
— Nie wiem, Cętkowana Łapo, ale wiem za to, że trzeba ich się jak najszybciej pozbyć. Zanim narobią więcej szkód — odparła, wzdychając ciężko.
— Czyli co, zaatakujemy ich? — zapytał.
Szylkretka nie znała odpowiedzi na to pytanie. Wiedziała, że jeśli chciałaby zebrać grupę i pójść z nimi na walkę z tymi wyprostowanymi stworzeniami, najpewniej skończyłoby się to bardzo niedobrze. Mimo że wierzyła w siłę swoich pobratymców, wiedziała, że nie mają szans przeciwko ogromnym łapom Dwunożnych, ich Potworom i wszystkiemu, czego używają na co dzień. Mieli przedmioty ostrzejsze o stokroć od kocich pazurów, a także rzeczy twardsze i cięższe od jakiegokolwiek kamienia. Ponadto byli tak dużych rozmiarów, że zadrapania ani ugryzienia nie robiły na nich większego wrażenia. Zalotna Gwiazda nie musiała widzieć tego na żywo, by wiedzieć, że Dwunożni są wręcz niezniszczalni. Czasem koty ledwo radziły sobie z większymi psami, a co dopiero z jeszcze silniejszym wrogiem! By przegonić te łyse istoty, wszystkie koty znad morza musiałyby na moment zapomnieć o tym, co je dzieli, i wszystkie ruszyć do walki. To nie było jednak możliwe.
— Nie mogę ci niczego obiecać — mruknęła w końcu posępnie.
Cętkowana Łapa spochmurniał nieco, nieznacznie kładąc po sobie uszy.
— Na razie zajmij się swoim treningiem, Tęgoszu. Całkiem możliwe, że w niedalekiej przyszłości będziemy potrzebować naprawdę dobrze wyszkolonych i silnych wojowników, by odeprzeć atak Dwunożnych — dodała, uśmiechając się do niego pokrzepiająco. — Cieszę się, że zaszczyciłeś mnie wizytą, lecz prosiłabym cię już o opuszczenie legowiska. Wiesz, jako lider mam wiele rzeczy do przemyślenia, a najlepiej myśli się w ciszy. Ach, i nie żałuj sobie piszczek. Mój wnuk musi być zdrowy i dobrze najedzony — miauknęła, wciąż tym samym, ciepłym tonem, który nieczęsto barwił jej głos.
Uczeń skinął jej głową na pożegnanie.
— Do zobaczenia, babciu! — krzyknął, znikając w wyjściu z jej legowiska.
Po tym, jak Tęgosz sobie poszedł, Zalotna Gwiazda jeszcze przez moment w ciszy wpatrywała się w to miejsce, chcąc nacieszyć się tą krótką chwilą, nim do jej głowy powrócą wszystkie wątpliwości dotyczące przyszłości Klanu Wilka. Musiała być dobrą liderką. Nie mogła pozwolić na to, by jakiś jej bliski kot ucierpiał. Jednocześnie… nie mogła przecież pozbyć się Dwunożnych samą siłą woli. To nie wystarczyło.
Może powinna poczekać, aż w końcu te bestie same odejdą z Wilczakich terenów, o ile kiedykolwiek to zrobią. Na razie najlepiej było zapewniać pobratymców, że wciąż nad tym myśli. Że ma jakiś plan, że widzi jakieś światełko nadziei. Nie mogła im przecież powiedzieć, że najprawdopodobniej nigdy nie będą na tyle silni, by własnołapnie pozbyć się Dwunożnych. To zbyt bardzo by ich przygnębiło, a ona nie potrzebowała takich poddanych.
* * *
Teraźniejszość
Odkąd Dwunożni odważyli się tknąć jej wnuka, Zalotna Gwiazda znacznie częściej wybywała z obozu. Nie na tyle, by ktokolwiek uznał to za podejrzane, lecz z całą pewnością częściej niż wcześniej. Często chodziła w miejsce, w którym Dwunożni wycinali drzewa, by zobaczyć, czy jeszcze tam są. Siadała i obserwowała ich z oddali, próbując wymyślić jakiś sposób na to, jak się ich pozbyć. Gdy jednak wpatrywała się w ich łyse, pomarszczone pyski, jedyne, co czuła, to przepełniająca ją bezsilność i gniew. Najchętniej rozszarpałaby im te paskudne buźki tu i teraz! Ale nie mogła. Ognikowa Słota niedawno urodziła kocięta, a klan był w żałobie po śmierci Cienistej Zjawy. Nie mogła go zostawić w takim stanie. Miała jeszcze kilka spraw do zamknięcia i księżyców przed sobą.
Właśnie dlatego westchnęła ciężko. Tym razem Dwunożnych i ich Potworów było już znacznie mniej, a ci Wyprostowani, którzy wciąż kręcili się po wykarczowanych terenach, wydawali się znużeni. Wkrótce i oni wsiedli do swoich Potworów i zniknęli przywódczyni z pola widzenia, pozostawiając te tereny opustoszałe. Szylkretka w szoku się temu przypatrywała, zastanawiając się nad tym, czy opuścili to miejsce na stałe, czy może tylko na chwilę?
Jeszcze przez moment siedziała w bezruchu, zastanawiając się, czy Dwunożni za kilka uderzeń serca tu powrócą. Dopiero po jakimś czasie powoli podniosła się z miejsca, postanawiając wrócić do obozu. Zastanawiała się, czy powinna przekazać tę wieść reszcie Wilczaków, czy może zachować ją w tajemnicy, by upewnić się, że Dwunożni na pewno już tu nie wrócą. Gdy jednak zmierzała w stronę obozu, naszła ją pewna myśl. Uśmiechnęła się pod nosem, czując, jak misterny plan zaczyna sam układać się w jej głowie.
* * *
Wkroczyła do azylu, wyglądając pewniej i dumniej niż zazwyczaj. Nie tak jak wtedy, gdy musiała ogłosić przed resztą klanu śmierć Cienistej Zjawy. Wtedy łeb miała zwieszony, a pysk wygięty w smutku i rozpaczy. Teraz po jej postawie można było się domyślić, że ma Wilczakom jakieś dobre wieści do przekazania. Choć może uważniejsze oko spostrzegłoby, że w brązowych oczach liderki niekoniecznie czai się radość. Zamiast niej tańcowały w nich ledwo zauważalne iskierki ekscytacji, ale i determinacji. To były te same emocje, które gościły w oczach przywódców prowadzących swój klan na wojnę, której byli pewni, że wygrają.
Zalotna Gwiazda wskoczyła na pień, z którego do swoich pobratymców przemawiała już niejednokrotnie. Nim zdążyła odezwać się choćby słowem, już kilka ciekawskich kotów zwróciło wzrok w jej stronę i zrobiło kilka niepewnych kroków bliżej miejsca przemówień. Szylkretka machnęła ogonem, po czym mruknęła:
— Niech wszystkie Wilczaki zbiorą się pod pniem! To dla nas wszystkich dobry dzień. Dzień zmian! — ogłosiła, zadzierając brodę i dumnie wypinając pierś. Gdyby na nią spojrzeć, trudno byłoby porównać ją do tej kotki, która jeszcze kilka księżyców temu opłakiwała swojego zmarłego syna.
Po chwili azyl wypełnił się gwarem rozmów. Koty spoglądały po sobie w ekscytacji, ale i zaciekawieniu, czekając, aż liderka kontynuuje swoją przemowę. Nie musiały czekać zbyt długo, bo Zalotka nie zamierzała się cackać. Miała im ważne wieści do przekazania i nie będzie z nimi zwlekać, gdyż robiła to już wystarczająco długo.
— Pewnie zastanawiacie się, co takiego ważnego mam wam do przekazania… Tym razem Mroczni Przodkowie mają nas w opiece i nie pozwolili na to, by któryś z naszych towarzyszy został nam odebrany tak okrutnie.
Mówiąc to, uśmiechnęła się do zgromadzonych kotów.
— Jak już wszyscy, a przynajmniej większość z nas wie, po naszych terenach od kilku księżyców bezkarnie grasują Dwunożni. Wszyscy widzieliśmy, co robią z naszym lasem. Wszyscy wiemy, jak wiele mogą nam odebrać, jeśli pozwolimy im działać bez przeszkód — mruknęła, szybko przybierając poważniejszy wyraz pyska. — Przez cały ten czas wydawało mi się, że w obliczu tak potężnego zagrożenia jesteśmy bezbronni. W końcu Dwunożni to nie żadne lisy czy psy, na które moglibyśmy wysłać patrol i wrócić jako zwycięzcy. Dwunożni to ogromne, wyprostowane bestie o łapach silniejszych niż jakikolwiek leśny drapieżnik! Gdyby tego było mało, otaczają się swoimi ogromnymi Potworami, a także innymi metalowymi puszkami i narzędziami, które sami tworzą, a które użyte przeciwko kotom gwarantują nieuniknioną śmierć.
Poczuła, jak na myśl o Dwunożnych sierść zjeżyła jej się na karku.
— Obiecałam wam jednak, że w końcu pozbędziemy się tych łysych, okrutnych stworzeń z naszych terenów, a dziś nadszedł dzień, w którym ta obietnica w końcu się spełni! Znalazłam sposób na to, jak raz na zawsze pozbyć się tej zarazy, jaką są Dwunożni, z terenów należących do Klanu Wilka. Nie pozwolimy im dłużej bezkarnie niszczyć naszego domu i odbierać nam poczucia bezpieczeństwa! — mówiła dalej, obserwując uważnie reakcje tłumu.
Niektóre koty wydawały się szczęśliwe, niektóre zaciekawione, a jeszcze inne przerażone. Wiele z nich pewnie kwestionowało słowa Zalotnej Gwiazdy, zastanawiając się nad tym, czy mówiła prawdę i czy na pewno dzięki swojemu planowi uda jej się przegonić Dwunożnych. Ona jednak wiedziała, że teraz nie mogła pozwolić, by wątpliwości odebrały Wilczakom nadzieję. Musiała sprawić, by uwierzyli, że naprawdę mają szansę.
— Nie byłabym jednak w stanie dokonać tego samotnie, dlatego też na tę ciężką misję zabiorę ze sobą najbardziej zaufane mi koty — oznajmiła, mrużąc nieznacznie ślepia. — Krucze Pióro, Kocimiętkowy Wirze, Nadciągający Pomroku i Seradelowy Nektarze! Udacie się wraz ze mną poza obóz, by pomóc mi w pozbyciu się Dwunożnych z naszych terenów. Wierzę, że razem zdołamy doprowadzić ten plan do końca. Wspólnie sprawimy, że Klan Wilka na nowo zacznie rządzić swoimi terytoriami!
Nim jednak zeskoczyła z pnia i zgarnęła wyznaczone koty, miała jeszcze do ogłoszenia jedną rzecz.
— Obozem na czas naszej nieobecności zajmie się Pustułkowy Szpon. Macie absolutny zakaz wychodzenia z obozu i tyczy się to każdego, aż do samego ranka. Jeśli uda nam się załatwić sprawę z Dwunożnymi pomyślnie i szybko, wrócimy wcześniej — oznajmiła stanowczo. — Do tego czasu zachowajcie spokój i zaufajcie mi. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by Klan Wilka był znów bezpieczny.
Zaraz po tych słowach w końcu zeskoczyła na ziemię i ustawiła się przed wyjściem z obozu, czekając, aż zbiorą się przy niej znajome pyski. Jednocześnie z dumą nasłuchiwała słów otuchy, jakie wypowiadali wojownicy, którzy nie zostali wybrani do misji.
* * *
Zbliżając się do terenów, na których Dwunożni wycinali drzewa, nie można było już usłyszeć ryku ich maszyn. Zalotna Gwiazda uśmiechała się pod nosem, spoglądając na pyski kotów wybranych na misję. Widziała w ich oczach zdziwienie i bawiło ją, że żadne z nich nie odważyło się ubrać go w słowa. To w końcu dobrze. Znaczyło, że nie mieli odwagi podważyć jej decyzji ani oskarżyć jej o cokolwiek. Dreptali za nią jak grzeczne owieczki.
Jasne, lubiła koty niezależne i takie, które nie bały się wyrażać swoich myśli. Lubiła je jednak tylko wtedy, gdy swojego głosu używały do szerzenia wiary w Miejsce, Gdzie Brak, przekonywania innych o świetności Klanu Wilka czy wychwalania samej Zalotnej Gwiazdy. Natomiast takie koty, które odważyłyby się użyć swojego głosu przeciwko niej, uznawała za głupie i niebezpieczne.
Gdy znaleźli się wystarczająco blisko miejsca, w którym odbywały się wycinki, wciąż można było wyczuć smród Dwunożnych i ich Potworów. A jednak w lesie panowała kompletna cisza. Zupełnie tak, jakby nigdy ich tam nie było. Zalotna Gwiazda szła pewnie przed siebie, nawet na moment nie zatrzymując się ani nie komentując faktu, że zza już tylko kilku drzew, które dzieliły ich od terenów wycinki, powinno być widać choćby zarysy morderczych maszyn.
W końcu wojownicy przeprawili się przez rzekę, docierając do bezkresnych połaci wykarczowanego terenu. Cała czwórka kotów rozglądała się ze zdziwieniem, aż w końcu ich spojrzenia spoczęły na liderce.
— Zalotna Gwiazdo… Gdzie są Dwunożni? — zapytała nagle Kocimiętkowy Wir, nieznacznie kładąc po sobie uszy.
Szylkretka zachichotała złowieszczo pod nosem, po czym zmrużyła ślepia.
— Jak to gdzie, Kocimiętkowy Wirze? Pokonaliśmy ich — odparła, wciąż się uśmiechając. — Czyżbyś już nie pamiętała, jak zacięcie z nimi walczyliśmy? Jak chytrzy byliśmy? Jak działaliśmy jako jedność? — kontynuowała, po czym strzepnęła ogonem i odwróciła się tyłem do reszty grupy, powoli idąc naprzód.
Czwórka wybranych kotów powoli podążyła za nią, a dźwięk ich kroków rozbrzmiewał w uszach liderki.
— Wrócimy do obozu za jakiś czas. Wrócimy do nich i powiemy, że zwyciężyliśmy. Wygnaliśmy Dwunożnych z naszych terenów na dobre! — stwierdziła po chwili. — Może wam się wydawać, że to niesprawiedliwe. Cóż… może dla niektórych. Dla mnie jest to jednak przede wszystkim okazja. Szansa na to, by wzmocnić swój wpływ w Klanie Wilka, a wraz z nim również wasz. W zamian za pozostanie cicho i trzymanie się swojej roli oferuję wam tytuł Powiernika Cienia. Oprócz tego zostaniecie zalani sławą i uznaniem. Czy właśnie tego nie chcecie? — kontynuowała, spoglądając na nich przez ramię.
W końcu zatrzymała się i wskoczyła na jeden z wyciętych pni.
— Nie każda droga na szczyt jest prosta i czysta. Czasem, by zostać kimś więcej, trzeba nagiąć trochę zasad. My, Wilczacy, wiemy o tym aż za dobrze. Jako jedyni sprzeciwiliśmy się idiotycznym zasadom ustalonym przez Klan Gwiazdy i teraz żyjemy jak prawdziwi władcy! — oznajmiła, zadzierając dumnie brodę. — Mroczna Puszcza jest naszym prawdziwym domem, a koty, które ją zamieszkują, są naszymi pobratymcami. Oni nigdy nie zrzuciliby na nas klątwy, tak jak Gwiezdni Przodkowie robili to już nieraz!
Na moment zamilkła, pozwalając, by jej słowa wybrzmiały wśród pustego, wykarczowanego terenu.
— Właśnie dlatego chcę wam przypomnieć, że nie zawsze to, co większość uznaje za słuszne i sprawiedliwe, jest tym, co najlepsze dla nas wszystkich. Czasem trzeba mieć odwagę spojrzeć szerzej i zrobić to, czego inni nie odważyliby się zrobić. — Uśmiechnęła się lekko. — Nie chcę więc, żebyście myśleli o tym jak o zdradzie. Zdrada byłaby wtedy, gdybyśmy działali przeciwko własnemu klanowi. A przecież robimy coś zupełnie innego. Robimy to właśnie dla niego. Dzięki temu możemy zyskać więcej niż tylko spokój. Możemy zyskać wpływy, uznanie i pozycję, o jakiej inni Wilczacy mogą tylko pomarzyć. Wystarczy, że każdy z was zrobi to, co do niego należy. Zachowa milczenie, odegra swoją rolę i pozwoli mi poprowadzić nas dalej.
* * *
Gdy księżyc wzbił się na niebo, Zalotna Gwiazda zadarła brodę i rozejrzała się po swoich towarzyszach.
— Czas na nas. Pamiętajcie tylko, by nie zdradzać nikomu szczegółów tej akcji. Za każdym razem odpowiadajcie, że jej przebieg to tajemnica. Nie zdradzajcie prawdy nawet tym, którzy stoją po naszej stronie — oznajmiła.
Ostatnie zdanie wypowiedziała z myślą o swoim wnuku — Cętkowanym Tęgoszu. Chciała, by rudofutry kocurek uwierzył, że jego babci naprawdę udało się własnymi łapami wygonić przebrzydłych Dwunożnych. Zależało jej na tym, by jeszcze mocniej utrwalić w nim właściwe myślenie, tak aby nigdy nie przyszło mu do głowy zdradzać rodziny i bliskich, tak jak niegdyś zrobili to Jarzębinowy Żar i Kosaćcowa Grzywa.
Tamtą dwójkę kociąt wciąż uważała za swoją życiową porażkę. Nie przyznawała się nawet do tego, że miały jej krew. Choć trochę żałowała, że nie powstrzymała siłą swojego syna przed ucieczką. Może wciąż była dla niego jakaś szansa? Przede wszystkim zależało jej jednak na tym, by w Klanie Wilka pozostała jej krew, ponieważ na ten moment nie było w nim żadnego z jej biologicznych potomków. Trochę ją to bolało. Nie chciała, by jej dynastia kończyła się na zdrajcach, którzy wybrali bajeczki o Gwiezdnych Przodkach zamiast własnej matki.
Gdy skończyła już wspominać dawne czasy, pewnym krokiem ruszyła w stronę azylu Klanu Wilka. Wiedziała, że większość Wilczaków zapewne będzie już spała, lecz wiedziała również, że nie będą narzekać, jeśli obudzi ich, by przekazać im dobre wieści.
* * *
Grupa wkroczyła do obozu, gdy księżyc był już wysoko na niebie. Ich futra były zmierzwione, trochę skołtunione i wciąż wilgotne po tym, jak musieli przeprawić się przez rzekę. Nie wyglądali, jakby walczyli z Dwunożnymi na śmierć i życie, ale nie sprawiali też wrażenia, jakby na swojej drodze nie napotkali przeszkód. Zalotna Gwiazda zadbała o to, by wyglądali na trochę poobijanych i zmęczonych. W końcu gdyby wrócili do obozu nieskazitelnie czyści, ktoś mógłby wysnuć wniosek, że nawet nie tknęli Dwunożnych.
Przywódczyni natychmiast wskoczyła na mównicę, obserwując czwórkę kotów, która zebrała się pod nią. Ich oczy lśniły w mroku, zdradzając zniecierpliwienie.
— Klanie Wilka! — krzyknęła Zalotna Gwiazda, co wystarczyło, by koty w legowiskach zaczęły się wybudzać. Nawet jeśli ktoś nie otworzył oczu po słowach liderki, chwilę później został obudzony przez jednego ze swoich pobratymców.
Gdy wszyscy wojownicy i uczniowie zgromadzili się przed pniem, z którego przemawiała teraz Zalotna Gwiazda, kotka kontynuowała:
— Wygraliśmy! — zaczęła, po czym zamilkła, pozwalając, by zdumione westchnienia rozeszły się po zgromadzonych kotach. — Pozbyliśmy się Dwunożnych z naszych terenów! Przestali być już dla nas zagrożeniem i już nigdy nie porwą ani nie skrzywdzą żadnego z członków Klanu Wilka! Teraz wiedzą, gdzie jest ich miejsce, a jeśli kiedykolwiek spróbują ponownie z nami zadrzeć, będziemy już wiedzieć, że przeciwko nam nie mają żadnych szans! — mówiła dalej, dumnie wypinając pierś.
Na moment zamilkła, przesuwając wzrokiem po Wilczakach, a następnie zwróciła go w stronę czwórki wybrańców.
— Chciałabym tej nocy odznaczyć koty, bez których pomocy wciąż żylibyśmy w strachu, że pewnego dnia Dwunożni napadną na nasz obóz i wyrządzą nam krzywdę. Krucze Pióro, Kocimiętkowy Wirze, Nadciągający Pomroku i Seradelowy Nektarze — swoją odwagą i determinacją zasłużyliście dziś na to, by otrzymać tytuł Powiernika Cienia! Podczas konfrontacji z Dwunożnymi wykonywaliście moje rozkazy bez sprzeciwu, a gdy zostaliście wybrani na tę misję, nie wiedząc nawet, czy z niej wrócicie, nie zawahaliście się ani na moment. Właśnie takiego zachowania oczekuję od reszty Wilczaków, którzy również pragną otrzymać tytuł Powiernika Cienia i uzyskać związane z nim przywileje! — ogłosiła. — Niech wasze nowe odznaczenia służą wam dzielnie i przypominają o tym, co udało wam się osiągnąć w tym pamiętnym dniu!
Gdy skończyła przemowę, odczekała kilka uderzeń serca, nim zaczęła skandować:
— Krucze Pióro! Kocimiętkowy Wir! Nadciągający Pomrok! Seradelowy Nektar!
* * *
Rankiem obudziła się szczęśliwa. Na jej pysku widniał pogodny uśmiech i po raz pierwszy od wielu księżyców nie wyglądała na groźną, gburowatą liderkę. Dzień rozpoczęła od wyczyszczenia swojego futra z drobinek kurzu i brudu, który zaczepił się o nie podczas “walki” z Dwunożnymi. Potem porządnie się przeciągnęła i wychyliła głowę ze swojego legowiska, chcąc zabrać ze stosu jakiś smaczny kąsek. Nim jednak postawiła łapę w azylu, widok na stos zasłonił jej znajomy, rudofutry kocur. Zalotka od razu postawiła uszy do góry, ignorując fakt, że była trochę głodna.
— Cętkowany Tęgoszu! — zawołała poważnym tonem.
Zielonooki natychmiast zwrócił łeb w jej stronę. Nim Zalotna Gwiazda zdążyła zażądać od niego, by do niej podszedł, ten już to zrobił.
— Tak, babciu? — zapytał, po czym zamrugał kilka razy i przechylił głowę. — Czy coś się stało? — mruknął jeszcze, na co starsza pokręciła głową.
— Nie, Tęgoszu. Nic się nie stało — odparła, po czym odwróciła się i ruszyła w głąb swojego legowiska. — Wejdź, proszę — zawołała, gdy usiadła na swoim posłaniu i zrozumiała, że jej wnuk nie wszedł za nią do środka.
Gdy Cętkowany Tęgosz rozsiadł się przed nią, najpierw wpatrywała się w jego pysk przez dobre kilka uderzeń serca, próbując coś z niego wyczytać.
— Więc… — zaczęła w końcu, odwracając wzrok od rudego. — Chciałam cię spytać, jak radzisz sobie ze śmiercią twojego taty. Wiem, że to dla ciebie ciężkie. Sama przecież wraz z jego odejściem straciłam syna i wiem, jak bolesne jest stracenie kogoś, kto był ci bliski. Tym bardziej że Cienista Zjawa był naprawdę szanowanym wojownikiem, który miał przed sobą jeszcze całe życie… — westchnęła, spuszczając wzrok na łapy.
Przez moment siedziała w ciszy, dając swojemu wnukowi czas na przemyślenie jej słów.
— Tęgoszu… twój ojciec nie chciałby, by żałoba po nim wpływała na twoje życie. Słyszałam, że od śmierci Cienistej Zjawy zamknąłeś się w sobie. Widziałam, że często wychodzisz samotnie na spacery, zamiast wybierać się ze swoimi rówieśnikami na patrole. Mam nadzieję, że nie odsuwasz się od społeczności Klanu Wilka. Naprawdę martwi mnie twój stan, Tęgoszu. Nie chcę, żebyś pozwolił, by smutek odebrał ci to, co w tobie najlepsze.
Zawahała się, jakby dobierała odpowiednie słowa.
— Żałoba potrafi sprawić, że kot zaczyna patrzeć na wszystko inaczej. Na siebie, na swoich bliskich, nawet na to, w co dotychczas wierzył. A ja nie chcę, żebyś przez cierpienie zaczął wątpić w rzeczy, które jeszcze niedawno były dla ciebie ważne. W Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, w Klan Wilka, w swoją rodzinę… — urwała, przenosząc na niego wzrok.
<Tęgoszu?>
