BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

29 października 2026

Od Mariposy

Z drzemki Mariposę wybudzić mogło pacnięcie w ucho, po czym usłyszała cichy szept.
— Psst! Mama, śpisz? — czarny dymny niemal wetknął swoją łapę w oko szylkretki.
— Halo? — kocica uchyliła najpierw jedno oko, a dopiero potem drugie.
— Karliku, kochanie jest noc, czemu nie śpisz? — wymamrotała, ziewając. Odsunął się od matki, do której pyska przed chwilą był zdecydowanie zbyt blisko.
— Migot leży na mojej zabawce — odparł smutno.
— A do tego stamtąd — wskazał na okno.
— Słychać jakieś ćwierkanie czegoś. — mówił o cykających świerszczach. Patrzył się na mamę maślanymi oczami i z przykrym grymasem, jakby nocny koncert owadów mu wielce przeszkadzał. Podniosła się ospale do pozycji siedzącej. Nie spodziewała się, że będzie musiała rozwiązywać sprawy dzieci nocą, chociaż to było do przewidzenia. Tak czy inaczej, skoro już się obudziła, to wypadałoby pomóc synowi.
— Chodź, uratujemy twoją zabawkę, ale postarajmy się nie obudzić Migota — zaczęła i się przeciągnęła. Po czym ruszyła w stronę drugiego syna. Pochyliła się i delikatnie zaczęła wyciągać zabawkę. Kiedy czekoladowy się poruszył, zatrzymała się na moment.
— Cii Migotku, śpij skarbie... — wymruczała bardzo cicho, liżąc ostrożnie syna po łebku. W Klanie Nocy nie miałby życia, ale tu przynajmniej nie musiał czuć się gorszy, bo wcale nie był. Żaden czekoladowy kot nie był potworem. Żaden. Odetchnęła cicho z ulgą, kiedy Migot się nie obudził, a jej udało się wyciągnąć zabawkę. Podsunęła ją delikatnie Karlikowi.
— Proszę płomyczku — miauknęła, liżąc go między uszami, a następnie polizała również Sadzawkę i Milo, chociaż ten zawsze będzie dla niej Kasztankiem. Gdy wełniana myszka Karlika wróciła w jego łapy, utulił ją i uradowany podziękował mamie.
— Chodźmy nieco dalej, by ich nie obudzić — zasugerowała. Złapała ostrożnie syna za kark i wskoczyła z nim na parapet. Usadziła go obok siebie i owinęła ogonem.
— Pytałeś o hałasy, to są takie robaczki, które żyją głównie w nocy. Często je słyszeliśmy w dawnym domu, albo raczej miejscu, który powinien nim być, ale nie był — miauknęła z lekkim smutkiem.
— A dlaczego nie był domem? — zapytał, zaintrygowany.
— Oprócz tego, że jest tam pewnie bardzo zimno, wieje a do tego trzeba jeść obrzydlistwa! Fujka — zmarszczył nos. Mariposa się zaśmiała i otuliła go jeszcze bardziej ogonem. Nadal miała wplecione szafirki w sierść. Dwunożni dbali, by zawsze je miała. Raz je zgubiła, to zrobiła taką awanturę, że teraz bardzo tego pilnują.
— Jedzenie nie było najgorsze, chociaż nigdy bym już do tego nie wróciła. Tu jest mi dobrze i Kasztankowi chyba też. Chodzimy najedzeni, wygrzani i otoczeni opieką, a do tego mamy teraz trzy takie małe bezcenne skarby — wymruczała. Spojrzała na rozgwieżdżone niebo.
— Twój brat nie miałby życia tam, gdzie mieszkaliśmy. Nie dlatego, że jest zły, ale dlatego, że ma czekoladową sierść. Tam dyskryminowali takie koty. Nigdy się z tym nie zgadzałam, więc poniekąd byłam na celowniku tamtych kotów. Szczególnie tych z egiem większym od twojej zabawki — zaczęła.
— Cooo? Jak to? Dlaczego mieliby nie lubić Migota? Przez futerko? Bez sensu — prychnął, spoglądając w dal za okno.
— Migot jest super, nawet jeśli czasem śpi na mojej zabawce — dodał ze smutkiem w głosie.
— A co ze mną? Albo Sadzawką? Dla nas byliby źli też? — miauknął. To pytanie uderzyło w Szafirkę mocniej, niż chciałaby przyznać. Położyła uszy po sobie i milczała przez chwilę.
— Sadzawka…ona również, by nie miała szczęścia w Klanie Nocy. Ma czekoladowe futro tak, jak Migot… — zaczęła z bolesnym ukłuciem w sercu. Mocniej zacisnęła ogon wokół Karlika, ale uważała, by go nie zranić.
— Tylko ty byś miał szansę na lepsze życie, ponieważ twoje futerko jest czarne… — dodała, jeszcze bardziej się garbiąc. Świadomość, że gdyby tylko zostali z Milo z Nocniakami, ich dzieci w większości nie mieliby życia, było strasznie bolesne. Byliby nazwani odrzutkami albo jeszcze gorzej. Po policzkach spłynęły jej łzy.
— Wiesz…mój…ojciec też nie lubi czekoladowych kotów. Tak został nauczony przez innych i teraz sam szerzy tę krzywdzącą propagandę… — miauknęła cicho, a przez jej ciało przeszedł dreszcz. Karlik patrzył się mamie prosto w oczy. Widać w nich było smutek. Maluch przytulił się do niej, obejmując ją łapkami.
— Nie chciałem, byś płakała — mruknął smutno. Szylkretka musiała się uspokoić, wiedziała to doskonale. Nie chciała, by jej synek musiał się temu przyglądać. Miała być oparciem dla kociąt, ale nie mogła nic poradzić na to, że sama myśl o tym, co mogło ich spotkać w tym przebrzydłym klanie była bolesna i raniąca. Kochała swoje dzieci najbardziej na świecie. Tak samo Kasztanka. Czując, jak Karlik przytula się do jej boku, a jego oddech był kojący. Pochyliła się i wtuliła pysk w jego łebek.
— Dziękuję Karliku... — wyszeptała. Chwilę później podniosła łebek. Jej niebieskie oczy wpatrzyły się w dymnego.
— Zrobię im tak — udawał, że jego zabawka to inny kot. Obgryzał, pacał i na końcu ją podrzucił, po czym niechcący spadła na podłogę. Widząc, jak ten walczył z zabawką, zaśmiała się cicho. Widok Karlika tak małego, a walczącego z taką mocą, jakiej mogliby się powstydzić nawet najbardziej zaprawieni w bojach wojownicy, był wspaniały.
— Widzisz! Tak będą wyglądać te głuptasy co myślą, że są lepsze! Obronię cię. — twierdził z przekonaniem.
— Mój mały wojownik... — wymruczała ciepło. Uspokajała się coraz bardziej.
— Co ja bym bez ciebie zrobiła, co serduszko? — spytała, liżąc synka w czoło. Zamruczał szczęśliwie.
— Beze mnie? Pewnie dużo, ale wiem, że ze mną jest wesoło! I z Migotem! Z Sadzawką też! — zachichotał.
— A dlaczego tato tak mniej z nami rozmawia niż ty? Nieśmiały jest? — zapytał, spoglądając na śpiącego dymnego, którego bok powoli i spokojnie na przemian się podnosił i opadał. Mariposa uśmiechnęła się czule, gdy przeniosła wzrok na męża.
— Tak, Kasztanek jest mniej śmiały ode mnie, ale tak jak ja kocha was całym sercem. Właściwie to głównie dzięki niemu podjęliśmy decyzję o ucieczce. Planowaliśmy to od jakiegoś czasu, ale w tamtej chwili usłyszał coś, co tylko przyspieszyło ten proces. Szczerze mówiąc, to była najlepsza decyzja w życiu. Nie licząc oczywiście ślubu i was serduszka — miauknęła z uśmiechem.
— Ale to temat na kiedy indziej. Pora się położyć — wymruczała, szturchając lekko syna w bok. Postawił uszka i słuchał, cały czas patrząc na tatę. Gdy kotka go szturchnęła, spojrzał się na nią.
— No dobrze — wymruczał cicho, wtulając głowę w pierś mamy. Szafirek kiwnęła łebkiem. Ostrożnie chwyciła syna za kark i powróciła do reszty rodziny. Położyła kocurka między sobą a Milo. Ułożyła pysk na legowisku blisko pyszczka syna i przymknęła oczy.
— Dobranocka — ziewnął, po czym zamknął oczy.
— Dobranoc promyczku — wymruczała, zasypiając.

Od Umykającej Łapy Do Zanurzonej Łapy

Przed śmiercią Mandarynkowej Gwiazdy

Umykająca Łapa coraz częściej odnosił wrażenie, że jego mentor wysyła go na samotne polowania nie po to, by nauczył się samodzielności, lecz żeby choć przez kilka godzin odpocząć od jego niekończących się pytań. Bury uczeń nie potrafił jednak uznać tego za szczególnie niesprawiedliwe. Gdyby sam miał pod opieką kogoś takiego jak on, prawdopodobnie również szukałby sposobu, by choć na chwilę zaznać spokoju.
Nie zamierzał jednak przyznawać tego na głos. Jeszcze tego brakowało, żeby jego mentor uznał, że wreszcie zrozumiał, dlaczego czasami warto po prostu zamknąć pysk i wykonać polecenie.
Tego ranka zadanie było wyjątkowo proste. Miał udać się w okolice granicy, znaleźć kilka sztuk zdobyczy i wrócić przed południem. Żadnego patrolowania w towarzystwie innych uczniów, żadnych ćwiczeń walki ani kolejnych wykładów o tym, jak powinien zachowywać się przyszły wojownik. Tylko polowanie, od którego przecież nie próbował się wymigiwać. Właściwie całkiem lubił tropienie zwierzyny. Wymagało skupienia, cierpliwości i spostrzegawczości, a przede wszystkim pozwalało mu spędzić trochę czasu z dala od kotów, które uważały, że każde jego pytanie jest kolejnym dowodem na niedojrzałość.
Problem polegał na tym, że nawet podczas polowania nie potrafił przestać myśleć. "Może gdybym mniej gadał, już dawno byłbym wojownikiem." — Ta myśl pojawiła się w jego głowie po raz kolejny, gdy przywarł brzuchem do ziemi i obserwował niewielką mysz, która kręciła się między korzeniami. Przez kilka uderzeń serca próbował skupić się wyłącznie na zdobyczy. Następnie przypomniał sobie uwagę mentora sprzed paru dni, później spojrzenie jednego ze starszych wojowników, a na końcu własną odpowiedź, której nie powinien był udzielać. Mysz zniknęła w szczelinie między korzeniami, zanim Umykająca Łapa zdążył nawet przygotować się do skoku. Kocur uniósł łeb i westchnął ciężko.
— No pięknie. Jeszcze chwila i zacznę przegrywać nawet z robakami — mruknął do siebie, otrzepując przednie łapy z wilgotnej ziemi.
Nie było sensu rozpamiętywać nieudanego polowania. Przynajmniej tak powiedziałby mu mentor, gdyby stał teraz obok niego. Umykająca Łapa doskonale znałby jego odpowiedź, łącznie z tym charakterystycznym tonem, który sugerował, że uczeń właśnie zmarnował kolejną okazję do nauczenia się czegoś pożytecznego. Zamiast więc wracać do obozu z pustymi łapami, ruszył dalej, uważnie węsząc przy ziemi i wypatrując śladów drobnych zwierząt.
Z czasem las zaczął się przerzedzać. Między pniami pojawiało się coraz więcej światła, a podłoże stawało się wilgotniejsze. W powietrzu czuć było wodę, rośliny i znajomą woń jego klanu, pozostawioną przez koty regularnie patrolujące okolicę. Umykająca Łapa znał te zapachy na tyle dobrze, by odróżnić świeże ślady od tych, które zdążyły już wsiąknąć w ziemię. Wiedział też, gdzie powinien się zatrzymać, żeby nie zbliżyć się niepotrzebnie do granicy.
Nie miał ochoty wdawać się w żadne sprzeczki z sąsiadami. Wystarczająco dużo kłopotów sprawiał we własnym klanie.
A jednak właśnie przy granicy czuł się ostatnio dziwnie spokojny. Nie dlatego, że zapominał o obowiązkach, lecz dlatego, że tamtejszy krajobraz przypominał mu, jak wielki był świat poza terenami Klanu Nocy. Po drugiej stronie wody istniały inne lasy, inne obozy i inne koty, które prawdopodobnie miały własne problemy, własne zwyczaje oraz własne powody do niezadowolenia. Być może niektóre z nich również musiały codziennie udowadniać, że zasługują na miejsce wśród swoich.
Ta myśl nie dawała mu spokoju. Czy naprawdę wszędzie musi być tak samo? Przystanął przy niskich krzewach, a jego bursztynowe oczy powędrowały ku powierzchni wody. W oddali coś poruszyło się wśród trzcin, ale tym razem nie rzucił się od razu w tamtą stronę. Wciągnął powietrze, sprawdzając zapachy, po czym ostrożnie obszedł niewielką kępę roślin. Znalazł kilka śladów gryzoni, lecz żaden nie prowadził do miejsca, w którym mógłby urządzić sobie udane polowanie.
Nie przeszkadzało mu to tak bardzo, jak powinno. Od pewnego czasu jego myśli nieustannie wracały do matki. Fląderka. Samo wspomnienie jej imienia sprawiało, że w jego piersi pojawiało się nieprzyjemne uczucie, którego nie potrafił nazwać. Kochał ją. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Była jego matką, rodziną i jedną z niewielu osób, przy których nie musiał zastanawiać się nad każdym wypowiedzianym słowem. Mógł przy niej być sobą, nawet jeśli czasami oznaczało to zadawanie pytań w najmniej odpowiednich momentach lub wpadanie na pomysły, które kończyły się kolejnymi kłopotami. Nie rozumiał jednak, dlaczego inni nie potrafili spojrzeć na nią w podobny sposób.
Fląderka miała czekoladowe futro. Brakowało jej także jednego ucha, co dla niektórych stanowiło kolejny powód do szeptów i nieprzyjemnych uwag. Umykająca Łapa nigdy nie widział w tym niczego, co czyniłoby ją gorszą. Jej wygląd był po prostu jej wyglądem. Tak samo, jak jego własne bure futro nie mówiło nic o tym, czy potrafiłby kiedyś zostać dobrym wojownikiem. Mimo to w Klanie Nocy istniały koty, które zdawały się uważać coś zupełnie przeciwnego.
Wystarczyło, że Fląderka pojawiała się w pobliżu, a niektóre spojrzenia stawały się chłodniejsze. Czasami ktoś milkł w połowie rozmowy, czasami inny kot odwracał głowę, jakby samo przebywanie obok niej było czymś nieprzyjemnym. Zdarzały się również komentarze wypowiadane na tyle cicho, by można było udawać, że nikt niczego nie powiedział, ale wystarczająco głośno, by dotarły do uszu zainteresowanych.
Umykająca Łapa nie znosił tego najbardziej. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego niektórzy woleli szeptać za plecami, zamiast powiedzieć wprost, co im przeszkadzało. A kiedy już zdobywali się na odwagę, by wypowiedzieć swoje przekonania na głos, zwykle powoływali się na historię, którą słyszeli od starszych, albo na tradycję, której rzekomo nie wolno było podważać.
Według opowieści powtarzanych w Klanie Nocy czekoladowe futro miało pochodzić z brudnego błota i zdradliwego mułu. W przeciwieństwie do kotów o innych umaszczeniach czekoladowe miały być nieczyste, słabe i niegodne zaufania. Umykająca Łapa słyszał tę historię tyle razy, że potrafił niemal odtworzyć każde zdanie. Im częściej jednak ją słyszał, tym mniej sensu w niej dostrzegał.
Przecież błoto nie mogło zdecydować o czyimś charakterze. Kolor sierści nie zmieniał tego, jak kot traktował innych, czy był lojalny, czy potrafił pomóc potrzebującemu ani, czy miał odwagę stanąć w obronie słabszych. Jeśli opowieść miała wyjaśniać pochodzenie kolorów, dlaczego niektóre koty traktowały ją jak dowód, że mogą pogardzać innymi?
Najgorsze było to, że nie dotyczyło to wyłącznie jego matki.
On sam i jego brat również musieli mierzyć się z konsekwencjami uprzedzeń, których nie wybrali. Zamiast być traktowani jak zwyczajni członkowie klanu, czasami czuli się tak, jakby sam fakt ich narodzin stanowił coś, za co powinni przepraszać. Jakby należeli do rodziny, której inni nie życzyli sobie widzieć wśród siebie. Jego brat oraz matka na wyspie, która miała być ich domem, potrafili czuć się jak wyrzutki.
Umykająca Łapa zatrzymał się gwałtownie, a jego pazury wysunęły się z łap, wbijając w miękką ziemię. Zorientował się, że zaciska szczęki tak mocno, iż zaczynają boleć go mięśnie pyska. Rozluźnił je powoli, po czym odwrócił głowę w stronę wody. Nie chciał nienawidzić własnego klanu. To było chyba najgorsze ze wszystkiego.
Kochał swoje terytorium, znał jego ścieżki i zakamarki, pamiętał zapachy, które towarzyszyły mu od kocięcych dni. Miał tutaj rodzinę, znajome koty i miejsca, do których wracał, gdy chciał odpocząć. Nie potrafił po prostu odwrócić się i uznać, że wszystko, co znał, jest bezwartościowe. Jednocześnie coraz trudniej przychodziło mu ignorowanie tego, co działo się wokół niego.
Czy lojalność wobec klanu oznaczała, że powinien zgadzać się ze wszystkim, co robili jego współplemieńcy? Czy miał przymykać oczy na krzywdę matki tylko dlatego, że tak było wygodniej? A może właśnie prawdziwa lojalność wymagała sprzeciwu, nawet jeśli oznaczało to narażenie się innym? Nie znał odpowiedzi. I to doprowadzało go do szału.
— Przecież to nie ma żadnego sensu… — wymamrotał, spuszczając wzrok na własne łapy. — Jak można mówić o honorze i jednocześnie traktować własną klanowiczkę jak śmiecia tylko dlatego, że ma inny kolor futra?
Jego głos był cichy, ale w otaczającej go ciszy zabrzmiał wyraźniej, niż się spodziewał. Umykająca Łapa rozejrzał się odruchowo, lecz nikogo nie dostrzegł. W pobliżu nie było widać żadnego patrolu, a zapachy unoszące się w powietrzu nie wskazywały na obecność któregoś z jego współplemieńców. Przynajmniej tak mu się wydawało.
Przysiadł na ziemi, podwijając ogon wokół łap. Powinien wrócić do polowania. Zostało mu jeszcze trochę czasu, a mentor z pewnością nie ucieszyłby się, gdyby uczeń wrócił do obozu z jedną myszą i głową pełną ponurych rozmyślań. Mimo to nie potrafił się ruszyć. Wszystko, co od dawna próbował trzymać w sobie, zaczynało wydostawać się na powierzchnię.
— I co ja mam niby zrobić? — zapytał sam siebie, wpatrując się w ziemię. — Mam udawać, że niczego nie widzę? Że nie słyszę, jak o niej mówią? Że moje rodzeństwo i ja powinniśmy być wdzięczni za samo to, że pozwalają nam tutaj mieszkać?
Na ostatnich słowach głos lekko mu zadrżał. Umykająca Łapa natychmiast zacisnął pysk, zirytowany własną słabością. Nie chciał brzmieć jak ktoś, kto użala się nad sobą. Wiedział, że nie miał najgorzej na świecie, i nie zamierzał udawać, że jego problemy były ważniejsze od problemów innych kotów. Nie potrafił jednak zrozumieć, dlaczego tak trudno było po prostu pozwolić jego matce żyć w spokoju.
Nie prosiła przecież o szczególne traktowanie. Nie chciała, żeby wszyscy ją podziwiali ani żeby ktokolwiek stawiał ją ponad innymi. Chciała tylko mieć miejsce w klanie, który nazywała domem. Czy naprawdę było to aż tak wiele?
Bury kocur uniósł łeb i spojrzał w stronę lasu. Wiatr poruszył liśćmi, przynosząc ze sobą nowe zapachy. Jeden z nich był obcy. Umykająca Łapa poczuł, jak jego ciało automatycznie się napina, a uszy kierują w stronę granicy.
Nieznajomy zapach należał do kota z Klanu Klifu. Uczeń przez chwilę wpatrywał się w krzewy, próbując ustalić, czy rzeczywiście ktoś znajdował się w pobliżu. Nie chciał robić zamieszania, ale nie mógł też zignorować obecności obcego na granicy. Ostrożnie podniósł się z ziemi, starając się zachować naturalną postawę. Jeśli ktoś go obserwował, nie zamierzał od razu pokazywać, że właśnie został przyłapany na narzekaniu.
Dopiero wtedy dostrzegł sylwetkę kotki. Stała niedaleko, po drugiej stronie granicy, a jej długie, rudo-czekoladowe futro wyróżniało się na tle roślinności. Była smukła, z wydłużonym pyskiem i krótkim ogonem. Jej pomarańczowe oczy zwrócone były w jego stronę, a postawa sugerowała, że nie znalazła się tutaj przypadkiem. Umykająca Łapa nie znał jej osobiście, ale zapach nie pozostawiał wątpliwości co do jej przynależności. Klifiaczka.
Przez pierwszą chwilę skupił się na jej wyglądzie, próbując przypomnieć sobie, czy widział ją wcześniej na którymś ze zgromadzeń. Dopiero po chwili dotarło do niego, że kotka mogła słyszeć jego słowa. Nie miał pojęcia, jak długo stała w pobliżu ani w którym momencie pojawiła się na granicy, ale jeśli dotarła tutaj wcześniej, niż ją zauważył, mogła usłyszeć znacznie więcej, niż chciałby przyznać. Jego żołądek ścisnął się nieprzyjemnie.
Wspaniale. Właśnie tego potrzebował. Obca kotka, która mogła wrócić do swojego klanu i opowiedzieć wszystkim, że uczeń Klanu Nocy narzeka na własnych współplemieńców.
Nie, nie tak. To nie było zwykłe narzekanie. Nie zamierzał wycofywać swoich słów, tylko dlatego, że ktoś mógł je usłyszeć. Miał prawo uważać, że dyskryminowanie jego matki jest niesprawiedliwe. Miał prawo nie zgadzać się z opowieściami, które wykorzystywano do usprawiedliwiania uprzedzeń. Nie powinien wstydzić się tego, że chciał, by jego rodzina była traktowana jak każda inna.
Mimo to perspektywa, że jego myśli stały się przedmiotem zainteresowania obcej kotki, sprawiała, że czuł się wyjątkowo niekomfortowo. Umykająca Łapa odchrząknął, próbując zebrać się w sobie. Przez moment miał ochotę po prostu odejść, udając, że niczego nie zauważył. Mógł wrócić do polowania, znaleźć jeszcze jedną mysz i zapomnieć o całym spotkaniu. To byłoby najprostsze rozwiązanie.
Niestety, ciekawość okazała się silniejsza.
— Długo tu jesteś? — zapytał w końcu, starając się, by jego głos zabrzmiał zwyczajnie. Nerwowe poruszenie końcówki ogona zdradzało jednak, że wcale nie czuł się tak pewnie, jak chciałby wyglądać. Przez chwilę milczał, nie odrywając wzroku od kotki. Dopiero po chwili dodał, nieco ciszej:
— I… ile słyszałaś?
Nie wiedział, czego bardziej się obawiał: że Klifiaczka słyszała wszystko czy że nie słyszała niczego i będzie musiał sam wyjaśnić, dlaczego zachowywał się tak, jakby właśnie przyłapano go na czymś zakazanym. Jedno było pewne — nie chciał, żeby ktokolwiek uznał, że wstydzi się swojej matki. Bo nie wstydził się jej ani trochę. Wstydził się jedynie tego, jak traktowali ją inni.

[1941 słów]

Od Psianki

Wszystko wydarzyło się zdecydowanie zbyt szybko. Jeszcze przed chwilą stałam na trawie, próbując przyjrzeć się dziwacznemu gniazdu Dwunożnych, a zaraz potem poczułam, jak coś ogromnego zaciska się wokół mojego ciała i unosi mnie nad ziemię. Szarpnęłam się, wydając z siebie przestraszony pisk, lecz uścisk nie zelżał. Próbowałam dosięgnąć napastnika pazurami, ale moje łapy trafiały jedynie w powietrze. Serce waliło mi tak mocno, że przez moment nie potrafiłam zebrać myśli. Przecież nie zrobiłam niczego złego! Chciałam tylko zobaczyć, jak żyją Dwunożni. Czy naprawdę aż tak bardzo nie lubili, kiedy ktoś zaglądał do ich gniazd?
— Proszę, puść mnie! — miauknęłam rozpaczliwie, próbując spojrzeć Dwunożnemu w twarz. — Nie chciałam niczego ukraść! Obiecuję, że już sobie pójdę!
Odpowiedział mi niezrozumiałymi dźwiękami, a następnie przeniósł mnie do dziwnego, plastikowego pudła. Kiedy tylko postawił mnie w środku, natychmiast zawróciłam w stronę otworu, ale drzwiczki zatrzasnęły się tuż przed moim nosem. Uderzyłam w nie łapami, a potem przycisnęłam pysk do kratek, próbując znaleźć choćby najmniejszą szczelinę. Wszystko na próżno. Transporter był ciasny, nieprzyjemnie pachniał obcymi zwierzętami, a jego ścianki nie dawały się ani przesunąć, ani podrapać na tyle, by zrobić w nich dziurę. Mimo strachu nie zamierzałam jednak przestać próbować.
— Borowik! — zawołałam, choć wiedziałam, że mój przyjaciel najpewniej nie mógł mnie usłyszeć. — Jeśli mnie słyszysz, nie podchodź do tych potworów! Uciekaj do lasu!
Na samą myśl o Borowiku ścisnęło mnie w gardle. Zostawiłam go samego, zapewniając, że zaraz wrócę. Co teraz sobie pomyśli? Czy odważy się mnie szukać? A może już ruszył w stronę Owocowego Lasu, przekonany, że postanowiłam wrócić inną drogą? Bardzo chciałam wierzyć, że nic mu się nie stało. Miałam nadzieję, że znajdzie bezpieczne schronienie i przekaże mamie oraz Gończykowi, że ich kocham, jeśli rzeczywiście nie uda mi się wrócić. Nie chciałam, żeby ktokolwiek przeze mnie cierpiał. Przecież ta wyprawa miała być przygodą, a nie powodem do zmartwień całego klanu.
Wkrótce transporter został uniesiony, a ja zachwiałam się na jego dnie. Usłyszałam otwierane drzwi, potem kilka kroków i nagle znalazłam się w brzuchu potwora. Tak przynajmniej wyglądało to z mojej perspektywy. Wokół mnie rozciągała się zamknięta przestrzeń o dziwnym zapachu, a przez okna przemykały obrazy, które zmieniały się tak szybko, że nie potrafiłam ich rozpoznać. Gdy potwór zaryczał, a całe jego ciało zadrżało, przywarłam do podłogi transportera i wbiłam pazury w plastik. Ruszyliśmy z miejsca, a ja poczułam, że żołądek podchodzi mi do gardła. Nigdy wcześniej nie podróżowałam w czymś podobnym. Nawet Grzmiąca Ścieżka nie wydawała mi się równie przerażająca, choć jej huk nieraz sprawiał, że kuliłam uszy.
Przez całą drogę próbowałam zachować spokój, powtarzając sobie, że każda sytuacja ma jakieś rozwiązanie. Może Dwunożni chcieli tylko mnie obejrzeć i wypuścić? Może uznali mnie za zagubionego kociaka i zamierzali pomóc mi znaleźć drogę do domu? Nie chciałam od razu zakładać najgorszego. W końcu nie znałam ich zwyczajów, a skoro sami potrafili budować tak ogromne gniazda, być może mieli również swoje powody, by postępować w niezrozumiały dla mnie sposób. Mimo to nie mogłam przestać myśleć o Borowiku i o tym, jak daleko oddalałam się od znajomych terenów.
Podróż zakończyła się przed dziwnym budynkiem, którego wnętrze przesiąknięte było zapachami, jakich nie spotkałam nawet na najbardziej odległych skrajach lasu. Dwunożny ponownie wyjął transporter i zaniósł mnie do środka. Wokół rozlegały się obce dźwięki, a gdzieś niedaleko odzywały się inne zwierzęta. Niektóre brzmiały na zdenerwowane, inne na przestraszone. Próbowałam wypatrzeć je przez kratki, ale zanim zdążyłam przyjrzeć się otoczeniu, ktoś postawił transporter na blacie i otworzył drzwiczki.
Wycofałam się natychmiast, gdy obca dłoń zbliżyła się do mnie. Nie chciałam nikogo drapać, jeśli nie musiałam, ale nie zamierzałam również pozwolić, by znów mnie pochwycono. Niestety, Dwunożny okazał się znacznie większy i silniejszy ode mnie. Wyciągnął mnie z transportera, a potem przytrzymał, kiedy próbowałam odsunąć się od jego rąk. Najpierw obejrzał moje oczy, uszy i pysk, później przesunął dłońmi po grzbiecie i bokach, jakby szukał czegoś ukrytego pod futrem. Przyłożył też do mojego ciała zimny przedmiot, przez co odruchowo napięłam mięśnie. Nie rozumiałam, co właściwie robi, ale starałam się nie wpadać w panikę. Może to tylko badanie? W klanie również sprawdzaliśmy, czy ranne koty nie potrzebują pomocy, choć nie przypominałam sobie, by ktokolwiek musiał w tym celu zamykać je w plastikowym pudle.
— Czy mógłbyś przynajmniej powiedzieć mi, co robisz? — zapytałam cicho, przyglądając mu się niepewnie. — Nie rozumiem cię, ale naprawdę chciałabym już wrócić do domu.
Oczywiście nie otrzymałam odpowiedzi, którą mogłabym zrozumieć. Zamiast tego Dwunożny przygotował niewielki przedmiot, a chwilę później poczułam ostre ukłucie. Poderwałam się gwałtownie i miauknęłam z zaskoczenia, próbując odwrócić głowę, lecz byłam zbyt mocno przytrzymywana. Zabolało tylko przez moment, ale sam fakt, że ktoś zrobił mi coś takiego bez ostrzeżenia, wzbudził we mnie ogromny sprzeciw. Kiedy w końcu mnie puszczono, natychmiast odsunęłam się na bezpieczną odległość i obejrzałam miejsce ukłucia, jakby miało się tam zaraz pojawić coś strasznego.
Na tym jednak się nie skończyło. Podano mi jeszcze coś do połknięcia, czego smak był tak okropny, że skrzywiłam pysk i próbowałam wypluć preparat. Dwunożny dopilnował jednak, żebym go przyjęła. Czułam się coraz bardziej zmęczona i zagubiona, a mimo to starałam się zapamiętać jak najwięcej szczegółów otoczenia. Jeśli miałam znaleźć drogę do domu, musiałam wiedzieć, dokąd mnie zabrano. Zapamiętałam zapachy, układ pomieszczenia i dźwięki dochodzące zza drzwi. Nie wiedziałam jeszcze, do czego przydadzą mi się te informacje, ale jako zwiadowczyni powinnam umieć wykorzystać nawet najmniejszą wskazówkę.
Wreszcie ponownie umieszczono mnie w transporterze. Tym razem nie rzucałam się już na drzwiczki, choć nadal miałam ochotę wydostać się z tej pułapki. Byłam zmęczona, a moje łapy drżały po wszystkich nieprzyjemnych przeżyciach. Ułożyłam się w kącie i oparłam pysk na przednich łapach. Przez chwilę pozwoliłam sobie na smutek. Tęskniłam za zapachem mchu, za szelestem liści i za ciepłem znajomego legowiska. Przede wszystkim jednak tęskniłam za mamą i Gończykiem. Zastanawiałam się, czy martwią się już moim zniknięciem, i obiecałam sobie, że gdy tylko wrócę, będę im opowiadać o tej wyprawie tak długo, aż sami poproszą mnie o ciszę. O ile, oczywiście, w ogóle uda mi się wrócić.
Po kolejnej podróży brzuch potwora zatrzymał się, a Dwunożny zabrał transporter do miejsca, które pachniało inaczej niż poprzednie. Kiedy otworzył drzwiczki, ostrożnie wysunęłam głowę. Nie widziałam już obcych zwierząt ani dziwnych przedmiotów, które służyły do badania. Znajdowałam się w przestronnym pomieszczeniu, gdzie stały wysokie przedmioty, a podłoga była twarda i gładka. Wokół unosił się zapach jedzenia, materiałów i czegoś, co przypominało czyste legowisko. Nie był to las, ale przynajmniej nie słyszałam już przerażających odgłosów z poprzedniego miejsca.
Wysunęłam się z transportera powoli, stawiając łapę za łapą. Dwunożny odszedł, zostawiając mnie samą, a ja natychmiast zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu. Nie zamierzałam od razu uznawać, że jestem tu bezpieczna, ale nie chciałam też bezmyślnie rzucać się na każdą napotkaną rzecz. Najpierw należało znaleźć wyjście. Obwąchałam krawędzie mebli, zajrzałam za zasłonę i spróbowałam dosięgnąć łapą szczeliny pod drzwiami. Niestety, żadna z tych prób nie przyniosła oczekiwanego rezultatu. Okna znajdowały się wysoko, a droga do nich prowadziła przez przedmioty, których stabilności nie byłam pewna.
— No dobrze, Psianko, spokojnie — mruknęłam sama do siebie, próbując dodać sobie otuchy. — To tylko legowisko. Legowisko z bardzo dziwnymi zwyczajami i okropnymi Dwunożnymi, ale nadal legowisko. Musi być jakieś wyjście.
Nie chciałam pozwolić, żeby strach przejął nade mną kontrolę. Zawsze uważałam, że ciekawość jest jedną z najważniejszych cech zwiadowcy, a teraz miałam okazję wykorzystać ją w praktyce. Zaczęłam więc badać kolejne kąty, uważając, by nie przewrócić niczego, co mogłoby zwrócić uwagę Dwunożnych. W pewnej chwili dotarłam do pomieszczenia, w którym stał duży mebel przypominający skalną półkę, a nad nim wznosiła się konstrukcja z kamienia. Zanim zdążyłam dokładniej jej się przyjrzeć, poczułam zapach innego kota.
Zatrzymałam się gwałtownie. Moje uszy obróciły się w stronę dochodzącego szelestu, a serce ponownie przyspieszyło. Nie wiedziałam, czy spotkam tu sprzymierzeńca, czy kolejnego wroga, ale samotność i strach sprawiły, że odruchowo przyjęłam obronną postawę. Zza mebla wyłonił się wysoki, smukły kocur o półdługim futrze w czekoladowych i przydymionych odcieniach. Jego szyję otaczała puszysta kryza, a zielone oczy spoglądały na mnie z zaciekawieniem. Na szyi miał obrożę, do której przyczepiono niewielką zawieszkę w kształcie korony.
To właśnie ona sprawiła, że przestałam myśleć rozsądnie. Uznałam, że musi być związany z Dwunożnymi, może nawet pomaga im pilnować schwytanych zwierząt. Nie miałam żadnego dowodu na to, że rzeczywiście jest moim wrogiem, lecz w tamtej chwili strach i gniew okazały się silniejsze od ostrożności. Zanim kocur zdążył się odezwać, nastroszyłam futro, położyłam uszy i rzuciłam się w jego stronę.
— Co ty tutaj robisz?! — syknęłam, próbując powalić go na podłogę. — Gdzie jest wyjście? I dlaczego pozwalasz Dwunożnym więzić koty w ich własnym domu?!
Walka była krótka, ale gwałtowna. Nie chciałam go skrzywdzić bardziej, niż uważałam za konieczne, jednak próbowałam zmusić go, by przestał się opierać. Kocur nie zamierzał jednak bezczynnie znosić mojego ataku. W pewnym momencie poczułam ostre muśnięcie pazurów pod okiem. Syknęłam z bólu i odskoczyłam, a po policzku spłynęła cienka strużka krwi. Zabolało, lecz dopiero po chwili dotarło do mnie, że ten ślad może pozostać ze mną na długo. Mimo to udało mi się ponownie rzucić na przeciwnika i przycisnąć go do podłogi.
Przez moment patrzyliśmy na siebie w napięciu. Dopiero wtedy zauważyłam, że kocur wcale nie wyglądał na kogoś, kto pragnie mnie skrzywdzić. W jego oczach dostrzegłam przede wszystkim zaskoczenie i strach. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Byłam pewna, że postąpiłam słusznie, a jednak coś w jego zachowaniu sprawiło, że poczułam nieprzyjemne ukłucie w sercu. Nie chciałam być kotem, który atakuje innych bez powodu. Zawsze wolałam rozmawiać, szukać wyjaśnień i unikać walki, jeśli tylko istniała inna możliwość. Tyle że w obcym domu trudno było mi odróżnić zagrożenie od zwykłego nieporozumienia.
Nie zdążyłam jednak powiedzieć ani słowa, ponieważ kocur wyrwał się spod moich łap i błyskawicznie wskoczył na kominek. Znalazł się wysoko nade mną, poza moim zasięgiem, a ja odruchowo cofnęłam się o krok. Sama myśl o wspinaniu się na tę dziwną konstrukcję sprawiła, że ścisnęło mnie w żołądku. Nie ufałam jej występom, a gładkie powierzchnie nie przypominały kory drzew, po których zwykle poruszałam się bez większych problemów. Spojrzałam na kocura, potem na kominek, i uznałam, że nie zamierzam ryzykować upadku tylko po to, by kontynuować kłótnię.
— Nie uciekaj! — zawołałam, choć sama nie byłam pewna, czy bardziej chciałam go zatrzymać, czy po prostu uzyskać odpowiedzi. — Nie zamierzam cię znowu atakować, dopóki nie spróbujesz mnie skrzywdzić!
Przez dłuższą chwilę mierzyłam kocura wzrokiem, niepewna, czy powinnam ponownie się odezwać. Siedział na kominku, poza zasięgiem moich łap, i z tej perspektywy wyglądał zdecydowanie pewniej niż przed momentem, kiedy powaliłam go na podłogę. Jego puszysta kryza była nieco potargana po naszej szarpaninie, a ja dopiero teraz dostrzegłam, że pod okiem zaczyna piec mnie miejsce, w którym dosięgnęły mnie jego pazury. Skrzywiłam się lekko, lecz zaraz potem odwróciłam wzrok. Nie chciałam, żeby pomyślał, że zamierzam wykorzystać ranę przeciwko niemu. W końcu sama sprowokowałam całe zajście.
— Posłuchaj… przepraszam — odezwałam się w końcu ciszej, spoglądając na niego z dołu. — Nie powinnam była rzucać się na ciebie bez pytania. Jestem przestraszona i nie wiem, gdzie mnie przywieźli ani co zamierzają ze mną zrobić. Myślałam, że skoro nosisz obrożę, to jesteś po ich stronie. To nie było sprawiedliwe z mojej strony.
Amant przez moment milczał, przyglądając mi się uważnie. Przesunął ogonem po kamiennej powierzchni, po czym odetchnął i nieco rozluźnił napięte wcześniej barki.
— Cóż, Monsieur Amant przyznaje, że nie spodziewał się takiego powitania — odpowiedział z wyraźną nutą zakłopotania, choć w jego głosie nie było złości. — Zazwyczaj moi goście nie próbują mnie powalić, zanim zdążę się przedstawić. Niemniej doceniam przeprosiny, mademoiselle. I, jeśli mogę coś zasugerować, następnym razem warto najpierw zapytać o imię, a dopiero potem wymierzać sprawiedliwość.
Jego słowa sprawiły, że moje uszy nieco opadły. Nie chciałam przyznać tego na głos, ale miał rację. Zachowałam się pochopnie i nie miałam żadnego dobrego usprawiedliwienia poza strachem. Przesunęłam ciężar ciała z jednej łapy na drugą, po czym spróbowałam uśmiechnąć się przepraszająco, choć ból pod okiem skutecznie utrudniał mi zachowanie swobodnej miny.
— Jestem Psianka. Pochodzę z Owocowego Lasu, gdzie mieszkam razem z rodziną i całym klanem. Dzisiaj wyruszyłam z przyjacielem, Borowikiem, żeby zobaczyć siedlisko Dwunożnych. Nie chciałam nikomu przeszkadzać, naprawdę! Po prostu byłam ciekawa, jak wygląda wasz świat. A potem jeden z nich mnie złapał, zamknął w transporterze i zabrał do tego dziwnego miejsca, gdzie mnie badali. Nawet nie wiem, po co zrobili mi to okropne ukłucie.
Amant przechylił głowę, a jego zielone oczy rozszerzyły się z zainteresowania. Przez moment wyglądał, jakby chciał zadać kilka pytań naraz, jednak ostatecznie wybrał jedno.
— Psianka… jakie urocze imię! — miauknął uprzejmie. — A to ukłucie? Przypuszczam, że byłaś u weterynarza. Dwunożni zabierają tam koty na badania i szczepienia, a czasem podają im również środki przeciwko pasożytom. To nie musi oznaczać, że chcieli zrobić ci krzywdę, chociaż rozumiem, że z twojej perspektywy musiało to być okropne przeżycie. — Zawahał się na chwilę. — Ale chwileczkę… powiedziałaś, że przybyłaś tutaj z przyjacielem. Gdzie on teraz jest?
Na wspomnienie Borowika mój entuzjazm przygasł. Spojrzałam w stronę okna, za którym rozciągał się zupełnie obcy mi świat. Nie miałam pojęcia, czy mój towarzysz zdążył już wrócić do lasu, czy nadal czekał na mnie w pobliżu siedliska. Sama myśl, że mógł zostać na zewnątrz zupełnie sam, wywołała we mnie nieprzyjemny ucisk w piersi.
— Nie wiem — przyznałam cicho. — Zostawiłam go na zewnątrz, zanim weszłam tutaj. Miał poczekać na drzewie, a jeśli coś by mi się stało, powiedzieć mojej mamie i Gończykowi, że ich kocham. Nie sądziłam, że naprawdę będę potrzebowała, żeby to zrobił…
Opuściłam wzrok. Nie chciałam się rozpłakać, zwłaszcza przy kocurze, którego jeszcze przed chwilą uważałam za wroga, ale tęsknota za domem nagle stała się znacznie dotkliwsza. W Owocowym Lesie wiedziałam, gdzie mogę się schronić, komu zaufać i dokąd pójść, kiedy coś mnie niepokoiło. Tutaj wszystko było obce, a ja nie potrafiłam nawet znaleźć wyjścia. Amant musiał zauważyć zmianę mojego nastroju, bo jego spojrzenie złagodniało.
— Przykro mi, że spotkało cię coś takiego — powiedział spokojniej. — Nie potrafię obiecać, że będę w stanie ci pomóc wrócić do lasu, ale mogę przynajmniej wyjaśnić ci kilka rzeczy dotyczących tego domu. I zapewnić, że nie mam zamiaru cię tutaj pilnować. Nie jestem strażnikiem Dwunożnych, zapewniam cię.
Uniósł jedną z przednich łap, jakby chciał podkreślić swoją niewinność, a potem usiadł wygodniej na kominku. Jego zachowanie sprawiło, że poczułam się odrobinę pewniej. Nadal nie wiedziałam, czy mogę mu w pełni zaufać, ale przynajmniej nie wyglądał na kogoś, kto zamierza wykorzystać moje zagubienie. W końcu to ja zaatakowałam pierwsza, a mimo to nie próbował się na mnie mścić.
— Dziękuję — mruknęłam, po czym podniosłam na niego wzrok. — Tylko… właściwie dlaczego mieszkasz z Dwunożnymi? Nie przeszkadza ci, że nie możesz chodzić, gdzie chcesz?
Pytanie wyrwało mi się, zanim zdążyłam zastanowić się, czy nie jest zbyt osobiste. Od razu poczułam lekkie zakłopotanie, lecz Amant nie wyglądał na urażonego. Przeciwnie, jego pysk przybrał wyraz kogoś, kto otrzymał interesujące pytanie.
— Ach, życie pod dachem ma swoje zalety, droga Psianko. Mam wygodne posłanie, regularne posiłki i Dwunożnego, który bardzo o mnie dba. Jestem do tego przyzwyczajony, a mój opiekun jest dla mnie kimś naprawdę ważnym — wyjaśnił, poprawiając zawieszkę przy obroży. — Nie oznacza to jednak, że nigdy nie zastanawiałem się nad tym, co znajduje się poza ogrodem. Świat jest przecież ogromny, a ja znam zaledwie jego niewielki fragment. Wolę jednak poznawać go ostrożnie, zamiast rzucać się w nieznane bez przygotowania.
Zamyśliłam się nad jego słowami. Nie potrafiłam wyobrazić sobie, bym mogła dobrowolnie zamienić wolność lasu na wygodne posłanie i pełną miskę, ale nie chciałam oceniać go wyłącznie przez pryzmat własnych przyzwyczajeń. Każdy kot miał przecież inną historię, a ja nie znałam jego. Być może dla niego dom Dwunożnych był prawdziwym domem, podczas gdy dla mnie stał się więzieniem. Ta myśl pomogła mi nieco lepiej zrozumieć, dlaczego tak trudno było nam spojrzeć na siebie bez uprzedzeń.
— W Owocowym Lesie każdy ma swoje miejsce — zaczęłam, a mój głos stopniowo nabierał pewności. — Są wojownicy, którzy chronią klan, zwiadowcy tacy jak ja, którzy poznają teren i sprawdzają, co dzieje się poza naszymi granicami, oraz medycy pomagający rannym i chorym. Mamy własne legowiska, polujemy na pożywienie i uczymy młodszych, jak przetrwać. Nie potrzebujemy Dwunożnych, żeby sobie radzić.
Amant wyprostował się na kominku, a jego ogon uniósł się z wyraźnego zaciekawienia.
— Zaraz, zaraz! — przerwał mi z przejęciem. — Powiedziałaś „zwiadowcy”? Czyli ty jesteś jednym z nich? Co dokładnie robicie? Wyruszacie daleko od domu? A te wasze klany… to coś w rodzaju rodzin, czy raczej całych społeczności? Przepraszam, mam mnóstwo pytań, ale nigdy nie słyszałem o czymś takim!
Zamrugałam zaskoczona jego nagłym ożywieniem, po czym nie potrafiłam powstrzymać rozbawionego uśmiechu. Jeszcze przed chwilą siedziałam na podłodze, przerażona i zagubiona, a teraz miałam przed sobą kocura, który wyglądał, jakby właśnie odkrył najciekawszą opowieść swojego życia. Poczułam znajomą radość, tę samą, która zawsze towarzyszyła mi, kiedy mogłam opowiadać komuś o lesie.
— Tak, jestem zwiadowczynią! — odpowiedziałam z dumą. — Poznajemy okolice, obserwujemy granice i zwracamy uwagę na wszystko, co może być ważne dla klanu. Czasem trzeba wyruszyć naprawdę daleko, a czasem wystarczy zapamiętać jakiś nowy zapach albo zauważyć ślady obcego kota. Dzięki temu możemy ostrzec innych przed niebezpieczeństwem. A klan to coś więcej niż rodzina. Oczywiście mamy rodziców i rodzeństwo, ale żyjemy razem z wieloma innymi kotami, pomagamy sobie i wspólnie dbamy o nasze terytorium.
— Niezwykłe! — westchnął Amant, a w jego głosie zabrzmiał szczery podziw. — Czyli każdy ma określone zadanie? A co z kotami, które nie potrafią polować albo nie nadają się do walki? Czy również mogą znaleźć dla siebie miejsce? I jak właściwie zdobywacie pożywienie, kiedy pogoda jest wyjątkowo niesprzyjająca?
Zasypał mnie kolejnymi pytaniami, a ja odpowiadałam na nie najlepiej, jak potrafiłam. Opowiadałam o polowaniach, o nauce młodych kotów, o wspólnych obowiązkach i o tym, że nie każdy musi być silnym wojownikiem, by okazać się przydatnym. Wspomniałam o rzece, polanach, gęstych zaroślach i drzewach, na które można wspinać się godzinami. Mówiłam o zmieniających się porach roku, zapachach wilgotnej ziemi po deszczu i o tym, jak wiele można odkryć podczas zwykłej wyprawy przez las. Im dłużej opowiadałam, tym mniej myślałam o własnym strachu. Na chwilę znów poczułam się tak, jakbym siedziała we własnym legowisku i dzieliła się przygodami z kimś, kto naprawdę chciał mnie słuchać.
— A czy wszystkie koty w waszym klanie urodziły się w lesie? — zapytał Amant, gdy zrobiłam krótką przerwę. — Czy zdarzają się przybysze z zewnątrz? Tacy, którzy wcześniej mieszkali gdzie indziej, ale postanowili zmienić swoje życie?
Przekrzywiłam głowę, zastanawiając się nad odpowiedzią. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że dla niego nasz świat naprawdę jest czymś niezwykłym. Nigdy nie patrzyłam na Owocowy Las z perspektywy kogoś, kto zna wyłącznie dom Dwunożnych. Nagle nawet zwyczajne rzeczy, takie jak spanie pod gałęziami czy wspólne wyprawy na polowanie, nabrały w moich oczach szczególnego znaczenia.
— Nie wszystkie koty muszą urodzić się w klanie, żeby stać się jego częścią — wyjaśniłam. — Najważniejsze jest to, czy chcą z nami żyć i przestrzegać naszych zasad. Oczywiście nie ja podejmuję takie decyzje, więc nie mogę obiecać, że każdy zostałby przyjęty. To zależy od naszego przywódcy i od tego, czy uzna, że dany kot będzie pasował do klanu.
Amant zamilkł, a jego wcześniejszy entuzjazm ustąpił miejsca zamyśleniu. Spojrzał na swoje przednie łapy, potem na obrożę, której zawieszka połyskiwała delikatnie w świetle wpadającym przez okno. Przez chwilę wyglądał, jakby ważył w myślach coś bardzo ważnego.
— A gdyby kot, który nie urodził się w klanie, chciał do niego dołączyć, przyjęlibyście go? — zapytał w końcu, tym razem znacznie ciszej.
Zamilkłam, przyglądając mu się uważniej. W jego głosie usłyszałam coś więcej niż zwykłą ciekawość. Nie chciałam jednak wyciągać pochopnych wniosków, zwłaszcza po tym, jak sama przed chwilą popełniłam taki błąd. Nie mogłam obiecać mu czegoś, o czym nie decydowałam. Przyjęcie nowego kota zależało od wielu rzeczy, a przede wszystkim od woli przywódcy i tego, czy przybysz rzeczywiście chciałby żyć według naszych zasad.
— Myślę, że to możliwe, ale nie mogę ci tego obiecać. Musiałbyś porozmawiać z naszym przywódcą i pokazać, że naprawdę chcesz być częścią klanu. Nie każdy musi urodzić się w lesie, żeby nauczyć się w nim żyć — odpowiedziałam łagodnie, po czym uśmiechnęłam się do niego nieśmiało. — A dlaczego pytasz, Amancie? Chciałbyś kiedyś zobaczyć Owocowy Las?
Amant spojrzał na mnie z taką intensywnością, że przez moment zapomniałam o piekącej ranie pod okiem. Jego uszy drgnęły, a ogon powoli przesunął się po kamieniu.
— Nie wiem, czy odważyłbym się od razu porzucić wszystko, co znam — przyznał szczerze. — Mój opiekun jest dla mnie bardzo ważny, a ja nigdy nie musiałem sam zdobywać pożywienia ani szukać schronienia przed deszczem. Nie chciałbym udawać, że potrafię coś, czego jeszcze się nie nauczyłem. Ale… chciałbym zobaczyć ten las. Chciałbym zrozumieć, jak to jest żyć w miejscu, w którym każdy dzień przynosi coś nowego. I zastanawiam się, czy kot taki jak ja w ogóle miałby szansę się tam odnaleźć.
W jego słowach nie usłyszałam kaprysu ani nagłego zachwytu, który zniknąłby po chwili. Brzmiał, jakby naprawdę próbował wyobrazić sobie życie zupełnie inne od tego, które znał. Nie potrafiłam powiedzieć, czy byłby gotów na taką zmianę, ale podobało mi się, że nie udawał odważniejszego, niż był w rzeczywistości. Sama przecież również nie wiedziałam wszystkiego o świecie poza granicami klanu, choć zwykle nie pozwalałam, by powstrzymywało mnie to przed zadawaniem pytań.
— Nie musisz od razu podejmować żadnych wielkich decyzji — zapewniłam go. — Najpierw mógłbyś po prostu zobaczyć las. A jeśli kiedyś naprawdę chciałbyś do nas dołączyć, wtedy zastanowilibyśmy się, co dalej. Nie każdy musi umieć wszystko od pierwszego dnia. Ja też nie urodziłam się zwiadowczynią, musiałam się uczyć.
Dopiero po wypowiedzeniu tych słów uświadomiłam sobie, jak dziwna była nasza sytuacja. Jeszcze kilka chwil wcześniej uważałam go za wroga i próbowałam powalić na ziemię, a teraz rozmawialiśmy o moim domu, jakbyśmy znali się od dawna. Nie wiedziałam, co przyniosą kolejne dni ani czy uda mi się odzyskać wolność, ale po raz pierwszy od chwili porwania poczułam, że może nie jestem w tym obcym miejscu zupełnie sama. Nadal tęskniłam za rodziną i pragnęłam wrócić do lasu, jednak zaczynałam rozumieć, że nawet w tak nieprzyjemnych okolicznościach można spotkać kogoś, kto nie zamierza być twoim wrogiem.
— A teraz, jeśli Monsieur Amant pozwoli sobie na jeszcze jedno pytanie… — odezwał się kocur, a w jego głosie ponownie pojawiła się łagodna nuta rozbawienia. — Czy mogłabyś opowiedzieć mi więcej o swoim klanie? Chciałbym wiedzieć, jak wygląda wasz zwyczajny dzień. Od samego rana aż do chwili, kiedy kładziecie się spać.
Zaśmiałam się cicho, pierwszy raz od dłuższego czasu czując, że napięcie powoli opuszcza moje ciało.
— Oczywiście! Tylko ostrzegam, Amancie, że mogę opowiadać naprawdę długo — uprzedziłam go z szerokim uśmiechem. — Ale pod jednym warunkiem: ty też opowiesz mi o swoim życiu. Chcę wiedzieć, jak wygląda dzień kota, który ma własne posłanie, miskę i koronę na szyi.
Zerknęłam na jego zawieszkę, tym razem bez podejrzliwości, a potem znów spojrzałam mu w oczy. Nie zapomniałam o Borowiku ani o rodzinie, do której musiałam wrócić, ale postanowiłam wykorzystać ten moment, by dowiedzieć się czegoś o nowym miejscu. Być może właśnie od tej rozmowy miała rozpocząć się znajomość, której żadne z nas nie przewidziało.

Od Rybitwy (Zanurzonej Łapy)

Gdy Rybitwa miała 5 księżyców (przeszłość)

Z każdym wschodem słońca Rybitwa zaczęła rosnąć, już wtedy nie przypominała z rodzeństwem małych kulek futra. Wyglądali prawie na uczniów klanu klifu, ale jeszcze to nie był ten moment. Kotka zdarzyła już się przyzwyczaić, że bawić się w żłobku, mogła tylko z rodzeństwem, bo nie było nowych kociąt w ich wieku, z którymi mogli się bawić. Żłobek pozostawał pusty do ich dyspozycji, jakby to miało być prywatne legowisko, tylko ich, miało to swoje plusy, bo kotka mogła spać codziennie w innym posłaniu, które nie było zajmowane przez karmicielki, bo nie było takich.
— Uważaj Świetlik, bo lecę! — Rybitwa skoczyła na brata, rudzielec został wtedy od razu przygnieciony, ale odepchnął prędko siostrę tylną łapą. Obaj bardzo lubili robić sparing w żłobku, ćwiczyć siłę, której zbytnio nie mieli, byli bardziej kotami, które szybko biegały, a nie siłaczami. Żłobka jednak nie mogli jeszcze opuścić, więc musiało im to wystarczyć. Ich matka Rozżarzona Pieśń, patrzyła na nich, co chwilę machając ogonem, jakoś czasem zdawała się, że patrzyła na nich z jakimś zaniepokojeniem, Rybitwa złapała z nią na chwilę kontakt wzrokowy, widząc, że coś jest nie tak, oczywiście brat ją przygniótł, więc nie zdążyła czegokolwiek powiedzieć do matki.
— Tak szybko rośnięcie, za niedługo już będziecie uczniami i może poznacie nowe koty, gdy ja miałam mianowanie na ucznia, też się cieszyłam — na chwilę wszystkie kociaki zwróciły uwagę na słowa matki.
— Czyli już nie będziemy tu przebywać? — Zapytał Świetlik swojej matki.
— Owszem, ja i wy już będziemy mieć posłania gdzie indziej. Wy będziecie wtedy dzielić posłania w legowisku uczniów z innymi terminatorami, a ja wrócę do swoim wojowniczych obowiązków — Rybitwa podeszła bliżej matki, kładąc się na brzuch.
— A niedługo, kiedy nadejdzie? Może dzisiaj? Bo dzisiaj jestem gotowa! — Czekoladowa szylkretka uśmiechnęła się, już widząc siebie z nowym imieniem uczniowskim.
— Dzisiaj nie, dopiero za księżyc będziecie gotowi — Rozżarzona Pieśń zaczęła się rozglądać wokół żłobka, a następnie spojrzała na jego wyjście, przecież i tak nikogo nie było tutaj zwykle, więc to było dosyć dziwne zachowanie. Ruda karmicielka po objadaniu terenów spojrzała na swoje kociaki.
— Gdy tylko staniecie się uczniami, to uważać co mówicie i co robicie, istnieją tu koty, które mogą w najmniejszej czynności doszukać się czegoś. Następnie postawią wam łapę tylko po to, by patrzeć, jak upadacie na samo dno — Krabik, która leżała akurat najbliżej matki kiwnęła głową i znowu położyła głowę na swoich łapach, akurat Rybitwa popatrzyła na Świetlika, nie do końca rozumiała słów matki.
— Dobrze mamo — odpowiedziała jej, by nie było, że nie zrozumiała. Czekoladowa kotka nie chciała zbytnio nad tym myśleć, brzmiało to dla niej zbyt skomplikowanie, więc ugryzła Świetlika w ogon, by go sprowokować do dalszej zabawy.

***
Mianowanie na uczniów

Rozżarzona Pieśń prowadziła ich w stronę wyjścia ze żłobka, specjalnie byli na tą okazję wyczyszczeni tak skazitelnie, że nawet kurz, się nie lepił do nich.
— Macie się dobrze prezentować, żeby potem nikt nie miał do was problemu — jej matce zależało, aby zachowywali się wzorowo, ale Rybitwa już to wiedziała, nie potrzebowała wiecznego przypominania tego. Lśniąca Gwiazda wszedł na mównicę, a słońce dokładnie oświetlało jego osobę, zwołał zebranie, gdzie większość kotów równie się zebrała.
— Rybitwo, Krabiku i Świetliku, ukończyliście sześć księżyców i nadszedł czas, abyście zostali uczniami. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziecie się nazywać Zanurzoną Łapą, Krabową Łapą i Świetlikową Łapą. Waszymi mentorami kolejno będą Różeńcowe Serce, Focza Fala i Czujny Pasterz. Mam nadzieję, że Różeńcowe Serce, Focza Fala i Czujny Pasterz przekażą wam całą swoją wiedzę. — dostała Jaśniejące Skrzydło jako mentora? Ale super! Czuła taką ekscytację, już chciała nawet do niego podbiec, matka im jednak powiedziała, że mają dobrze się zachowywać, że ktoś niby przez ich błędy będzie im łapy podstawiał. Czekała, aż jak Lśniąca Gwiazda skończy zebranie.
— Różeńcowe Serce, jesteś gotowy do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałeś od swojego mentorki, Pietruszkowej Błyskawice doskonałe szkolenie i pokazałeś swoją lojalność i odpowiedzialność sprawowania roli Jaśniejącego Skrzydła. Będziesz mentorem Zanurzonej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz jej całą swoją wiedzę. — czekoladowy srebrny kocur, podszedł do swojej uczennicy, dotykając jej nosa. Koty zaczęły skandować jej imię, słyszała nawoływania, które były dosyć życzliwe, nie widziała w nich nic złego.
— Focza Falo, jesteś gotowa do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałaś od swojego mentorki, Kukułczego Wdzięku doskonałe szkolenie i pokazałaś swoją wytrwałość i dobroć. Będziesz mentorem Krabowej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz jej całą swoją wiedzę. — Focza Fala niepewnie podeszła do Krabowej Łapy, jej siostra równie nie była zadowolona z tego wyboru. Dlaczego niby Lśniąca Gwiazda wybrał kotkę, która ich nie lubiła, bo byli kociakami Bukowej Korony? Nie było to zbytnio przemyślane, może z czasem Krabowa Łapa sama poprosi o zmianę mentora.
— Czujny Pasterzu, jesteś gotowy do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałeś od swojego mentora, Króliczej Prawdy doskonałe szkolenie i pokazałeś swoją zwinność i spryt. Będziesz mentorem Świetlikowej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzę — kremowy kocur był ostatnim kotem, który dotknął nosem jej brata. Rudy wojownik dał znać, że zebranie jest zakończone i tłum zaczął skandować ich nowe imiona. Zanurzona Łapa zobaczyła, jak matka do nich podchodzi.
— Jestem szczęśliwa, że zostaliście uczniami, życzę wam, żebyście stali się dobrymi wojownikami Klanu Klifu.

***
Zgromadzenie (27.09.2026) tego samego wschodu słońca

Biegła ze swoim bratem do bursztynowej wyspy, wchodząc pod łapy innym kotom. Rybitwa jednak nie zdawała się przejmować innymi kotami, chciała tylko zobaczyć na własne oczy miejsce spotkań wszystkich klanów, o którym inne koty rozmawiały między sobą. Świetlik i Rybitwa biegli jak szaleni, tylko Krabik zdawała się bardziej opanowana i mniej nadaktywna z tego powodu. Kociaki Rozżarzonej Pieśni ujrzały na własną oczy wyspę, klifiacy zajęli miejsce, wśród tej kamiennej wysepce a Lśniąca Gwiazda usiadł na jakimś wysokim kamieniu z innymi kotami. Koteczka rozglądała się, czuła się trochę nerwowa, a ją nos swędział od tych wszystkich nowych zapachów.

***

Patrzyła jak wiele kotów, rozmawiało ze sobą, może ona też powinna? Przynajmniej by się pochwaliła tym Różeńcowemu Sercu, nie znała go jeszcze dobrze, a musiała mieć jakieś dobre tematy, by mu zaimponować, był w końcu Jaśniejącym Skrzydłem. Kotka mijała przeróżne koty, żaden jednak nie wpadał jej do gustu jako idealny rozmówca na ten wieczór. Rybitwa przewróciła oczami, czy nie było nikogo ciekawego? Szukała dalej i natknęła się na trzy czarne szylkretki, wyglądały jak siostry, może nimi były? Wyglądały nawet jak uczennice, a jej chyba było najlepiej zacząć z kotami w jej wieku. Podeszła do jednej z czarnych szylkretek.
— Cześć, jestem Zanurzona Łapa z klanu klifu, jesteś może uczennicą? — Brzmiało to może głupio, lecz nie wiedziała, jak zacząć.
Czarna szylkretka zwróciła po jakimś czasie na nią uwagę, odchrząkując.
— Tak, jestem, ale nie na długo. — miauknęła z przymrużonymi, połyskującymi oczyma i poprawiła łapą grzywę, ulizując ją w tył.
— Rozumiem... — chciała coś jeszcze dodać, ale widziała, że nieznajoma zmrużyła oczy, jakby powiedziała coś nie tak. Nie chciała wyjść na niegrzeczną, Spojrzała na blizny od nieznajomej, wyglądały nieźle, jeszcze te kły wbite w jedno ucho.
— Skąd masz te blizny i te kły za uchem? Wygląda to fajnie — spojrzała jeszcze na jej umięśnioną sylwetkę. Westchnęła pod nosem, szkoda, że oprócz rodzeństwa nie miała kotów w jej wieku, z którymi mogłaby pogadać, a tak kotka pewnie była już prawie dorosła? Trochę głupio by było mieć nadzieję, że tak krótką i błahą znajomość między taką kotką mogłaby utrzymać na dłużej, skoro sama nic nie miała do zaoferowania.
Nieznajoma spojrzała z szerzej otwartymi oczami na swój prawy bark, uśmiechnęła się i potrząsnęła głową, by kły zabrzdękały o siebie nawzajem.
— Zdobyłam je w potyczce z kuną, ratując życie innemu, głupiemu kotu. — pochwaliła się, wypinając pierś.
— A czy ty masz jakieś osiągnięcia na swoich barkach? — Miauknęła z krztyną złośliwości w głosie, pochylając trochę głowę w jej stronę.
Nie wiedziała, czym jest kuna, ale chyba może to była jakaś niebezpieczna zwierzyna, choć musiała po zgromadzeniu spytać o to Różeńcowe Serce. Ratowanie drugiego kota, brzmiała jak dobra zasługa, która by sprawiła, że będzie widziana jako lepszy kot, ale na razie niestety nie zdarzyła się taka sytuacja, oby kiedyś tak było. Uczucie bycia czyimś bohaterem było bardzo satysfakcjonujące. Starsza kotka spytała, czy ona nie miała jakichś osiągnięć, ale tylko młodej zrobiło się przykro i przemilczała ten fakt, chcąc zmienić temat.
— Pewnie musisz przez to być doceniania w swoim klanie, a skoro już wspomniałam o tym, to, z jakiego jesteś? — Była ciekawa, jakie klany jeszcze istnieją i ile ich było. Nieznajoma tylko podniosła brew na jej słowa.
— Nie powiedziałabym, że jestem doceniana. Mam nadzieję, że jednak szybko mnie wszyscy po doceniają, a więcej kotów się o mnie dowie. — spojrzała na nią z góry.
— Jestem z Klanu Burzy, coś tam słyszałam, że między naszymi klanami jest sojusz, mam nadzieję, że będzie jak najtrwalszy. — dodała, po czym burzaczka polizała się po grzbiecie i znów zaczęła rozdrapywać strupka na brwi, z którego zaraz zaczęła się sączyć krew.
— Jak długo jesteś uczennicą? — Podpytała burzaczka.
— wyglądasz, jakbyś dopiero niedawno zaczęła rosnąć. — nieznajoma zauważyła, a jej wąsy się poruszyły.
Czekoladowa spojrzała zdziwiona na czarną szylkretkę.
— Dość dziwna ta mentalność w waszym klanie, skoro nie doceniają twojego czynu. Uratowanie drugiego kota to coś wielkiego! U mnie, gdyby ktoś pokonał taką kunę, natychmiast by został Jaśniejącym Skrzydłem — tak na serio nie wiedziała, jak się nim zostaje, ale intuicja jej odpowiadała, że za takie uczynki, przywódca nie przechodził obojętnie wobec kogoś takiego. Na wspomnienie o sojuszu, o którym nie wiedziała, uśmiechnęła się, po czym szybko odpowiedziała na następne pytanie.
— W sumie od tego wschodu słońca, cieszę się, że po mianowaniu z rana, Lśniąca Gwiazda wybrał mnie i moje rodzeństwo na zgromadzenie. — wróciła chwilowo pamięcią do swojego mianowania.
— Co nie? Te staruchy młode koty mają głęboko zadkach. Wydaje mi się albo cenią jedynie zdanie i osiągnięcia innych staruchów. — prychnęła burzaczka.
— Ciągle szukam okazji na wykazanie się, ale na razie ten klan nudzi jak flaki z zająca. — nieznajoma ponarzekała wystarczająco wiele, następnie wyprostowała się z tym swoim dziarskim uśmieszkiem.
— To w takim razie z ciebie jest młodzik — stwierdziła — w twoim wieku to ja już na króliki polowałam, a nie na zgromadzenia łaziłam. — parsknęła złośliwie czarna szylkretka.
— Ilu jest was w tym twoim rodzeństwie? I czym są te jaśniejące skrzydła, o których wcześniej paplałaś? — Odparła jeszcze.
— jest nas w sumie trzech, licząc i mnie, nawet są tutaj razem ze mną! — była dumna, że mogła się pochwalić rodzeństwem, fajni byli na swój sposób.
— Jaśniejące Skrzydła to takie koty, które są wysoko postawione nad wojownikami, są blisko przywódcy i mogą prawie robić wszystko, co zechcą. Zostają nimi najlepsi i najbardziej lojalne koty, chciałabym być kiedyś jedną z nich i wspomagać swój klan — zaczęła marzyć jawnie.
— Trzech, powiadasz? — Burzaczka się zastanowiła.
— Wiesz, warto, jest, mieć rodzeństwo, któremu możesz ufać i które możesz wykorzy- ekhem, to znaczy, które może ci pomóc w celach różnego typu. — przestrzegła ją.
— No dobra, czyli stworzyli bezsensowną rolę, która ma tylko być tytułem, taką ozdóbką do postaci kota. — burzaczka zastanowiła się, pocierając łapą brodę. Trochę to niespodobało się Zanurzonej Łapie, jak nieznajoma myślała o tej prestiżowej roli.
— Nie powiedziałabym tak — Większość dostała ten tytuł za to, że przegonili niebezpiecznego zdrajcę z naszego terenu, który zabił jednego z członków klanu klifu. Był bardzo agresywny i niezrównoważony — wspominała oczywiście o Gasięnicowym Ogryzku, słyszała jako kociak, że zabił przyszłą przywódczynię klanu klifu, Pikującą Jaskółkę i właśnie przez to Lśniąca Gwiazda jest przywódcą.
— A czy te koty dostają jakieś pozytywne dodatki niż tylko bycie wyróżnionym? Na przykład jedzą prędzej od wojowników? Nie sądzę. Albo może robią inne rzeczy od wojowników? Też wątpię. Według mnie to tylko takie bezsensowne odznaczenie, które tylko ma na celu pokazać, że ktoś jest lepszy od kogoś. — parsknęła czarna szylkretka, jakby do niej nadal nie docierało.
— Jaśniejące Skrzydła o tyle mają fajnie, że są wysyłane na misje poza terenami klanów do ziem niczyich i no...— jedzą pierwsi przed wojownikami, jak to mówiłaś — pierwsze co przytoczyła o tych misjach było kłamstwem, lecz byłoby źle gdyby pokazała klan w złym świetle.
— Skoro tak twierdzisz. — burzaczka przewróciła oczami.
— Możesz już się ode mnie odkleić, i tak zaraz zgromadzenie się kończy. — fuknęła niemiło i odwróciła plecami.
— Żegnam.
Odkleić? Brzmiało to, jakby się przyczepiła do niej, fakt może pierwsza zaczęła tą dyskusję, ale jakoś buraczka nie fascynowała ją na tyle, by się do niej przylepić. Odeszła od niej nawet się nie żegnając, przecież chciała tylko z kimś pogadać, może innym razem znajdzie rozmówcę, który bardziej ją zadowoli.

***
Po ucieczce Lśniącej Gwiazdy (Przeszłość)

Dreptała w śniegu, zostawiając na nich ślady łap, Różeńcowe Serce przyglądał się swojej nowej uczennicy. Zanurzona Łapa tak sobie rozmyślała, co mogło się stać z Lśniącą Gwiazdą, przecież niedawno ją mianował, a teraz nagle nie było go, przez kilka wschodów słońca. Niby Jaśniejące Skrzydła uspakajały innych, że nie ma czym się martwić, że może wróci, tylko rudy jakoś nie wracał.
— Różeńcowe Serce, czy Lśniąca Gwiazda opuścił nas na dobre? — Spojrzała na mentora, który był Jaśniejącym Sercem i może wiedział, co naprawdę się z nim stało.
— Oczywiście, że nie, pewnie ten sezon uniemożliwił mu wrócenie do domu na czas, patrole właśnie pracują nad tym, by wrócił cały. Nie musisz się obawiać, nie zrobił tego specjalnie, pewnie przodkowie czuwają na nim — raczej ta odpowiedź nie zaspokoiła jej ciekawości, jednak mieli iść na polowanie, więc nie chciała nic mówić więcej.

[2145 słów]

Od Połyskliwego Koguta

Odkąd Łzawa Łapa zniknęła z dołka, wszystko zaczęło nabierać coraz to ponurych barw. Dnie i noce spędzał często w jednej pozycji, robiąc przerwy jedynie na własne sprawy pod okiem strażników. Trzymał się ściany najdalej od zdrajców. Nie rozmawiał z nimi; a przynajmniej nie chciał, lecz Gradobijący Cierń potrafił do niego przyjść i mówić mu o Tańcującym Pierzu. O jego czynach. Sposobie mowy.
Podobieństwach, o których raczył wspomnieć przy podsumowaniu.
Kogut zaobserwował, jak to Bąbelkowy Plusk spogląda na zawieszonego przewodnika. Zawsze, gdy Lodówkowy Cios przynosiła jedzenie, starszy kocur kątem oka na niego niepewnie zerkał. Ten wzrok pełen obawy, wręcz przerażenia drażnił młodzieńca. Te koty doprowadzały go do szału.
Dnie zaczęły się zlewać. Miał wrażenie, jakby leżał w tej dziurze bite dwieście księżyców. Pomimo niechęci do jakichkolwiek aktywności fizycznych, starał się dbać o siebie. Nie mógł otwarcie pokazać, co mu zrobili.
I jak bardzo nie chciał tego przyznać, to zwyczajnie w świecie się tu nudził.
Znajome pyski. Podobne dania.
Kocur zwinął się w ciasny kłębek na swoim posłaniu.
Może i go siostra rozgrzeszyła. Być może powinien być szczęśliwy, że większość kotów wątpi w jego chęci zamordowania własnej matki. Nawet już nie chodziło o rangę, którą z pewnością utraci.
Łzawej Łapy już mu nie zwrócą.
Tamtej nocy słyszał szelest. Zmianę wartowników. Głos Perłówki, gdy po dawnej uczennicy Firletki śladu nie było.
Zapytany o jej zniknięcie nie chciał udzielać odpowiedzi. Zresztą, i tak nie mieli czego szukać. Tej kotki już nie było.
Co on też na wyczyniał?
Popsuł ją. Zniszczył wszystko, na co tak długo pracowała, przez własną pychę. Nie myśleli wtedy nad konsekwencjami. Nie sądzili, że Klan Burzy wsadziłby ich do tego samego wora, co zdrajców narodowych.
Przyjaźń nie zakończyła się głośnym wybuchem, lecz niepokojącą ciszą. Rozłąka nastąpiła prędko, szybciej niż Kogut mógł to wszystko przetrawić. W jeden dzień stracił nie tylko przyjaciółkę, ale jedyną kotkę, która w pełni się na niego otworzyła. Polubił ją. Uwielbiał jej chichot, ten knujący, figlarny uśmiech. Oczy Łzawej Łapy sprawiały, że serce rudzielca pomijało uderzenie serca. Nie wiedział, czy ją kochał, czy może podziwiał. Przyjaciele wspierali się nawzajem. Najwidoczniej ta pomoc z ucieczką miała być ostatnim sprawdzianem trwałości ich przyjaźni. Oboje oblali test.
A teraz… został on sam.
Nie.
Perłówka wciąż tu była. Poziomka, która została teraz przewodniczką. Miał niezdecydowanego mentora, którego szanował mimo wszystko. A Kogut przecież przed tym całym chaosem pomógł wiele razy w poszukiwaniach lub oczyszczaniu korytarzy, zbieraniu ziół. Może jeszcze znalazł jakąś nadzieję na lepsze jutro.
Może za niedługo go wypuszczą.
Mało kotów było do polowania. Uczniów przybywa. Dorosły, kompetentny kot byłby dobrym narybkiem.
Ach, byłoby jeszcze lepiej, jeżeli nie odbiorą mu rangi przewodnika.
Wtedy nagle do dołka wkroczyła niepewnie Dryfujący Fluoryt. Rozejrzała się po więźniach i przełknęła ślinę. Pewnie chciała im przynieść jedzenie.
Wtedy też Kogut przypomniał sobie o kamykach owej wiecznej królowej. Poderwał się i wystąpił, chcąc jej oświadczyć, iż znalazł jej zguby. Kotka przestraszona nagłym ruchem cofnęła się w stronę wyjścia, więc Połyskliwy Kogut zatrzymał się na bezpieczną odległość.
— Dryfujący Fluorycie. Pod moim dawnym posłaniem, jeszcze należącym do legowiska uczniów… jeżeli go nikt nie zdemolował, powinny się znajdować właśnie pod nim twoje kamyczki. Szare z białym, poziomym pasem na środku, jeśli się nie mylę.
Kotka odwróciła wzrok, chwilę się wahając, po czym kiwnęła głową. Natychmiast wybiegła z legowiska więźniów, zapewne szukać teraz swoich skarbów. Niedługo po tym wróciła i podziękowała zawieszonemu przewodnikowi, wdzięczna za zwrócenie swoich przedmiotów. Miauknęła na pożegnanie, pewnie dla otuchy, że klan mu być może wybaczy i postanowi na przywrócenie go do roli przewodnika.
Chciałby w to wierzyć.

[Event w Klanie Burzy; zwrot przedmiotów z poszukiwań do ich właścicieli.]

Od Odety Do Zwinka


Dalej czuła zdziwienie tym, jak lasy mogą się różnić. Tutejsze owocowe drzewka niczym nie przypominały konarów wyginających się w przerażające kształty, jakich doświadczyła jako pierwszych. Przypominała sobie o tym, zadzierając głowę podczas przebywania na ziemi, a także obserwując ze swojego łoża resztę miejsc przeznaczonych do odpoczynku. Przyzwyczaiła się już do takiego okrycia, chociaż czasem brakowało jej kwiatków spotykanych w ogrodach, tutaj zastępowanych przez liczne owoce drzew, niestety niemożliwe do ujrzenia o tej porze roku. Może ułatwiłby przestawienie się, gdyby tylko były widoczne. Wychodząc na zewnątrz zazwyczaj zaznaczała to w głowie, jednak czas pokazał, iż życie Klanowe nie pozostawia ją z tak dużą energią.
Wychodząc o świcie i wracając późnym popołudniem, rytm snu naturalnie wrócił u niej do normy. Nie było dłużej bezsennego wpatrywania się w gałęzie, bo zwyczajnie zasypiała wymęczona po całym dniu hasania. Czasem okazywali się nawet, że nie ma siły iść na późniejszy trening - preferowała te wczesne. Zaraz po przebudzeniu czuła najwięcej siły, a kiedy jej mentorka wyznaczała późniejszą godzinę, czuła się już powoli zaspana oraz zdecydowanie mniej chętna. Wraz z mijającym czasem, czar tego całego uczenia się, zaczął pryskać. Nie doszła jeszcze do nauki walki, lecz przyszedł czas na polowanie… tego nie lubiła! Nie wie, czy polubi bardziej liczne ruchy bitewne, lecz maltretowanie małych żyjątek nieco ją martwiło. Jedynie po licznych przekonywaniach o słuszności rzeczy, zaczęła naprawdę próbować poświęcić się akcji.
Wpłynęły na to głównie słowa kotki próbującej przekazać swoją wiedzę uczennicy. Rzekła ona: taki jest cykl życia, a wszechmatce możesz podziękować za ten dar. Takie zdanie utkwiło jej w głowie na dłużej głównie przez wspomnienie wszechmatki, nie samego cyklu, którego przerwanie znała na własnej skórze jako pieszczoszka. Miesiące biegły nieubłaganie i systematycznie odzwyczajała się od wygód, niemniej dalej gdzieś miała ich pełną świadomość. Tak więc zatrzymanie się na komentarzu dotyczącym bogini, w którą wierzyło większość Owocniaków, stało się lepszym rozwiązaniem. Poza tym zrobiła to mimowolnie; natura takiej wiary bardzo ją nurtowała. Sama nigdy w nic nie wierzyła.

_________

Odgłos łap miarowo uderzających o ziemię wypełniał zakamarek na tyle, ile pozwalało na to ogrodzenie złożone z krzewów. To Całunka i Odeta szły ścieżką, nieco zbyt głośno. Chyba chodziło tu o porę nie sprzyjającą skupieniu, dopóki to brunetka nie strzepnęła ogonem na podopieczną, tym samym uciszając jej ruchy. Wyznaczyły sobie w końcu za cel polowanie, cisza była wymagana. Mimo wszystkiego, młodsza cały czas znajdowała siebie mrucząc coś pod nosem, czy to do towarzyszki, czy też do samej siebie. Jakoś tak nie mogła się uciszyć, idąc tak z myślą o niedawnym stwierdzeniu.
— Cichutko! — rzuciła w jej stronę wojowniczka, ostrzegającym tonem. Wtem, jak to ona, bez ostrzeżenia przypadła do ziemi gładkim ruchem. Liliowa, chociaż mniej zgrabnie, podążyła jej śladami i razem zaczęły pełzać przed siebie ślimaczym tempem. Miała delikatne wrażenie, że coś rozsądzi ją od środka. Zachowała ten komentarz dla siebie, dla własnego bezpieczeństwa.
— Dzisiaj ty coś czujesz, ty polujesz. Ja nie będę ci pomagać. — po chwili powiedziała półszeptem nauczycielka, żeby tylko dać jej więcej szans na udane łowy. Natomiast Odeta nie mogła się powstrzymać.
— Ja jeszcze nigdy nie próbowałam tak sama! Zawsze ty wyczuwasz i ja poluje albo ja wyczuwam i ty polujesz, albo ty pokazujesz! — wyskrzeczała znacznie głośniej, niż powinna. Na jej obronę - powstrzymywała się tak czy inaczej. Niemniej to nie wystarczyło Całunce, która zatrzymała się tak gwałtownie, aż to uczennica weszła prosto w nią. Cicho syknęła, odskakując w tył i stając na cztery wyprostowane łapy. Spojrzenia obydwu kocić spotkały się, jedno przerażone z drugim spokojnym.
— Robiłaś to tyle razy. Gdzie entuzjazm? Próbujemy nowych rzeczy! — starała się udobruchać jednolita, ale nawet nie poświęciła temu dłuższej chwili, już kiwając głową w stronę dalszej drogi, żeby pospieszyć podopieczną do działania. Tamta zaprotestowawszy burczeniem pod nosem, nawet jeśli zaraz wróciła do skradania się i wyprzedziła szereg. Z poleceniami się nie kłócisz - chyba że widzisz zabawę w oczach rozmówcy.
Skup się Odeta… łapa za łapą… powoli… nos w górę i czuję. Zwierzyna w lesie nie chowała się tak usilnie w zimne pory, jak na odkrytych terenach. Cieszyła się niezmiernie z tego powodu, ponieważ wystarczyło parę minut na wyczucie czegokolwiek. Malujący się przed nią ptak - drozd - nie był szczytem marzeń, lecz ujrzenie jakiejkolwiek istoty napełniło ją szczęściem ze znalezienia. Teraz tylko przemóc się i schwytać. Czy to powinna być ta gorsza część, jak w głowie koteczki?
Coś jak gdyby usłyszało jej rozmyślania, ukazując to ptakiem podrywającym się z gruntu i siadającym na gałęzi pobliskiej jabłoni. Liliowa spojrzała bezradnie na swoją nauczycielkę. Tamta bez słowa podeszła do drzewa i wskoczyła na jego konar, ruszając się jednak w spowolnionym tempie. Chciała pokazać, jak się to robi. Młodsza nie była tak pozytywnie nastawiony ani pewna swoich ruchów jak wprawiona. Podchodząc do drzewa czuła dygotanie łap, pomimo dalszego stania na twardym gruncie. To było za dużo na jej nerwy… cała drżała, jak wysoka trawa podrygująca przez wiatr. Nie było nawet możliwości wycofania się, nie bez smutku. Ona szczerze chciała zrobić coś, co zaskoczy brązową.
Byle by to zrobić; takie hasło zajaśniało w perspektywie sytuacji. Nie musiało być idealnie, ale samo wejście na górę będzie sukcesem. Jej mentora będzie miała czym pochwalić się przed pobratymcami. Wystarczy jedno, staranne podbicie. Wykonała takie, któremu trochę brak gracji, jednak wystarczyło do uczepienia się drewnianej powierzchni. Najgorszą robotą okazało się to dziwne pełzanie po pnącej się wysoko płaszczyźnie. Okazało się jednak, że jeśli trzyma się kurczowo materiału, finalnie da radę wejść na sam szczyt. Kogo obchodzi słaba taktyka! Udało jej się dostać na gałąź!
Całunka z boku wydała cichutki odgłos aprobaty, pomimo rozbawionego uśmiechu rozciągającego się na pysku. Motywacja uczennicy wzrastała z każdą sekundą. Nie czekając już na żadną komendę, wybrała się w drogę pomiędzy gałęziami, byle jak najciszej. Nie była panią głuszy, jednak dni spędzone w bezglosie nauczyły ją, jak żyć z nim w harmonii. Szelest liści mógł zostać pominięty, aczkolwiek skrzyp konaru nie. Tym sposobem kierowała się, aż woń ptaka stała się znów wyczuwalna. W momencie zorientowała się, iż jest idealnie nad nią. Decyzja mogła być lekkomyślna, ale skoczyła naprzód w pełnej euforii dotarcia do celu mimo przeszkód.
Skończyło się na tym, że matka miała w pysku, ale spadła na sam pień drzewa. Przed bolesnym spotkaniem z podłożem, zapewne niebezpiecznym, uratowało ją zaczepienie się pazurami. Ledwie uratowała swoją skórę! Cała nastroszona, została na tym przerwie dopóty, dopóki wojowniczka nie ściągnęła jej stamtąd siłą. Najadła się niemałego stresu… została też wyśmiana. Jednak zdobycz się zgadzała: cały dorodny drozd.

_________

Po powrocie do obozu zdecydowała się na oddanie swojej dumy królowym. Jakoś tak pasowało jej to najbardziej. Może przez skojarzenie z ukochaną matką, może przez komentarz nauczycielki, aby dobrze wykorzystać ptaka… ale padło na żłobek. Wkraczając do przestrzeni, która w przeciwieństwie do wielu pobratymców, nie była miejscem jej dzieciństwa, rozejrzała się. Jej mina od razu rozpogodziła się an widok młodziutki mordek oglądających się w jej stronę. Mimochodem, płomienno-rudy pręgusek rzucił jej się w oczy jako pierwszy, przez jego jaskrawość. Skierowała się więc do niego bezzwłocznie, a on zastygł w miejscu, obserwując jej poczynania. Może był delikatnie onieśmielony? To dosyć głupkowate, więc Odeta nie zdecydowała się na dłuższe myślenie o tym.
Takie wybieranie z gromady nie było w jej typie. Zrobiła to wyłącznie wiedziona przymusem i w sumie to Zwinek znajdował się najbliżej. Wytłumaczyła to sobie w ten sposób, równocześnie z niemymi przeprosinami względem innych kociaków. Nie trwało to długo, albowiem cała buzowała przez wypełnienie radością. Udane łowy to może jednak dobre uczucie! Chociaż powątpiewa czy byłaby w stanie zjeść ptaka… raczej wybrałaby coś, co nie patrzy jej prosto w oczy…
— Hej! Mam dla ciebie małe co-nieco. — wesołym tonem zwróciła się do niego. Musiała przyznać, że trochę nietypowym dostawać takie długie spojrzenie od młodszego. Inni uczniowie pomijali ją wzrok nazbyt często! Starała się jednak zachować miło i entuzjastycznie, jak to miała w swojej najlepszej części. Przy tym położyła opierzonego u łap kocurka. Podarek wywalczony uporem na jabłonce nieopodal.


<No co? Podoba ci się, rudzielcu?>
[1224 słowa/polowanie i wspinaczka na drzewa]

Od Zwinka Do Purpury


Piękny dzień na piękne psoty! A przynajmniej tak się zapowiadało. Dzieci Poinsencji rosły jak na drożdżach, jednak niestety żadne z nich nie polubiło za bardzo Zwinka. Rudy kocurek musiał się więc pogodzić z tym, że jest skazany na towarzystwo swojego rodzeństwa. Cóż, na szczęście miał ich trójkę. Chociaż nie zawsze chcieli się z nim bawić lub zbierać kwiaty. Paprotek to w ogóle wydawał się odklejony, a Kraska tak nosa zadzierała, iż Zwinek czekał, aż wywinie orła do tyłu. Byli już duzi i niedługo mogli spodziewać się mianowania, a Zwinek nadal nie wiedział, co chciałby robić. Najchętniej zbierał kwiaty, ale w Owocowym Lesie nie ma profesji dla kwiatoluba.Któregoś dnia zadrapał sobie łapę o wystający kawałek powalonego pnia, po którym skakał. Chciał zerwać roślinę, która na nim rosła, ale nie było mu to dane. Z płaczem poszedł do Uzdrowicieli, a tam Pan Goniec oraz Pani Purchawka zerknęli na biedną łapkę malucha. Chyba starsza Szamanka zauważyła stres u syna Purpury, gdyż zaczęła do niego mówić. Jej ozdoby w futrze jednocześnie zachwycały, jak i przerażały małego rudzielca.
— Zobacz słoneczko — zaczęła. — Teraz zrobię Ci opatrunek z pajęczej sieci. Ale najpierw położę trochę mazi, która odkazi to miejsce. Widzisz, bąbelku?
Zwinek pociągnął nosem i spojrzał na swoją łapę. Nie miał pojęcia, czym była ta papka, jednak schłodziła nieco miejsce uderzenia. Następnie patrzył, jak dymna owija łapę pajęczyną. Zwinnie, fachowo, nucąc pod noskiem.
— To niesamowite co Pani robi — miauknął nieśmiało. — Kim Pani jest? Szamianką?
— Szamanką słoneczko — poprawiła go.
— Szamanką? A odprawia Pani czary? — Zapytał. — Czy to prawda, że Wszechmatka zamienia zmarłe koty w ptaki?
— Mhm! Tak, tak. Jeszcze nie miałeś mianowania, więc nie otrzymałeś Imienia Duszy — wyszeptała określenie na specjalne imię nadawane w Owocowym Lesie, by zrobić klimacik.
Zwinek wydał z siebie podekscytowane “uuuuu!”. Jego oczy rozbłysły. Purpura opowiadał mu o tym co nie co, jednak usłyszenie tego od Szamanki nadawało całej informacji masę magii
— A powiedz mi Zwinku, słoneczko — zaczęła, klepiąc jego łapkę, by przyklepać pajęczynę. — Myślałeś już o swojej ścieżce szkolenia?
Rudy zamyślił się.
— Nie!
— A co lubisz robić w wolnym czasie? Walczyć? Może skradać się?
— Lubię zbierać kwiaty — przyznał nieśmiało, ponieważ nie było to istnie męskie zajęcie.
— Jak uroczo! A co myślisz, by zamiast kwiatów spróbować zbierać zioła? — Zapytała wesoło.
— Zioła? — Powtórzył zszokowany. Pogłaskał swoją łapę z opatrunkiem.
— Mhm! Mógłbyś pomagać w ten sposób innym kotom i robić to, co kochasz! — Wytłumaczyła. — To odpowiedzialna profesja, jednak obserwuję cię od narodzin słoneczko i myślę, że podołasz. — Poklepała go po głowie.
Zwinek uśmiechnął się delikatnie.
— Naprawdę?
— Taaak! Możesz przyjść do mnie i Gońca, na pewno Mistral też chętnie opowie Ci więcej, jeśli masz wątpliwości — miauknęła. — Ale przydałaby nam się para łapek do pomocy.
— Super! Przyjdę jutro! Iiii i pojutrze! I co jest pojutrze? Po pojutrze! — Wstał na równe łapki. Przytulił Purchawkę, ocierając się o jej puchate futro.
Gdy wychodził, odwrócił się jeszcze. — Ma Pani świetne ozdoby!

Przez następne dni rudy kociak zaglądał do Gońca, do Mistral i oczywiście Purchawki, by z nimi przesiadywać. Podarował kwiaty Mistral oraz Purchawce, starannie wyselekcjonowane z tych, które znalazł na spacerach z Kasztanką. Od rozmowy z Purchawką wydawał się być wręcz natchniony. Nadal mylił imiona kociąt w żłobku oraz pozostałych wojowników, jednak nazwy kwiatów doskonale znał. Był bardziej nieznośny niż zwykle. Było go wszędzie pełno, aż Kasztanka chyba miała dosyć swojego potomka. Zwinek jak zwykle próbował kręcić się koło matki i zadawać jej masę pytań. Kotka widocznie podirytowana odesłała go do ojca, który wrócił z patrolu, więc był na miejscu. Zwinek nie do końca rozumiał, dlaczego i czym mógłby wkurzyć mamusię, więc postanowił wykorzystać okazję i o to zapytać.
Podbiegł do Purpury i zatrzymał się na jego łapach.
— Tatooo — zaczął. — Mama kazała mi tu przyjść i zobaczyć, czy mnie tu nie ma. Co miała na myśli? Chyba się na mnie wkurzyła, ale nie wiem czemu. Od rana jest jakaś drażliwa. Może źle spała? Chociaż wiesz co, myślę, że to Paprotek ją wkurzył, a na mnie się wyżyła po prostu!
— Synu, czy mógłbyś zacząć wcześniej hamować, a nie na moich łapach? Ty już taki mały nie jesteś — mruknął wojownik. — A mama pewnie stresuje się Waszą ceremonią mianowania już za klika dni, bądź dla niej wyrozumiały, co?
Zwinkowi opadły nieco wąsy, gdy ojciec go zganił. Po chwili jednak ponownie je podniósł. Ah, tak, mianowanie!
— Masz rację!! Jeju jesteś taki mądry! — miauknął. — Rozmawiałem z Panią Purchawką ostatnio, kiedy zrobiłem sobie kuku w łapę. I ona mi opowiadała trochę o tym, co robi i brzmi to naprawdę ciekawie. Pytała mnie, czy nie chciałbym się szkolić pod jej okiem lub Pana Gońca! — Miauknął szczerze poruszony. — To brzmi tak niesamowicie, że nie mogę w to uwierzyć i aż mnie nosi!
— Naprawdę chciałbyś zostać Uzdrowicielem? Nie chcesz pójść w ślady swego staruszka?
Zwinek zasmucił się na dźwięk głosu Purpury. Czy naprawdę robił coś złego? Zawiódłby go, gdyby obrał inną profesję?
— Tato... — Mruknął, kopiąc łapką w ziemi. — Wiesz, że Cię kocham... ale ja to się chyba nie nadaję na wojownika…
— No dobrze, tylko słuchaj uważnie swego mentora, gdyż rola uzdrowiciela to bardzo odpowiedzialna rola i jeśli raz popełnisz błąd, i to śmiertelny, to nie będziesz mógł dalej kontynuować tej drogi.
Zwinek poczuł, jak przebiega mu dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Pytanie, czy była to ekscytacja, czy może stres? Oh, nie wiedział!
— Tato zaczynam się bać, haha — miauknął nerwowo, a jego sierść na karku się podniosła, więc łapą spróbował ją przyklepać. — M-Może nie zawalę... chociaż czasem jestem zapominalski... a-ale tylko do imion! Zioła będę tak długo powtarzać, aż przez sen zacznę je mówić!
— Trzymam Cię za słowo, Zwinku. Chyba nie chcesz w przyszłości otruć mnie, mamę lub rodzeństwo, co?
Zwinek poczuł przebiegający wzdłuż kręgosłupa dreszcz strachu. Od razu miał w głowie różne scenariusze. Będzie dobrze... będzie dobrze. Pani Purchawka nauczy go wszystkiego tak, jak trzeba i nie zdoła nikogo przypadkiem otruć. Tak, tak!
— Nie chcę! — Miauknął z przejęciem, przytulając się do Purpury. — Pójdziemy się pobawić?

<Tato? Zaszczepiasz traumy od małego xD >

Od Zanurzonej Łapy Do Rozżarzonej Pieśni

Zgromadzenie z dnia 24.10.2026

Wyszli z obozu na zgromadzenie, na początku szła z Różeńcowym Sercem, ale gdy tylko dotarli do bursztynowej wyspy do podeszła do Świetlikowej Łapy. Wymieniała się z bratem doświadczeniem z treningów, mieli je razem często, bo Różeńcowe Serce i Czujny Pasterz byli rodzeństwem, tak samo, jak ich uczniowie. Nie było więc trudno, by nie zahaczali na siebie co chwilę.
— Tylko grzecznie, dobrze? Zróbcie to dla mamy i bądźcie przykładnymi Klifiakami. Szczególnie ty Krabik — powiedziała, oczywiście matka musiała ich upomnieć, pomimo że nawet niczego nie zaczęli. Po czym odeszła do jakiejś grupy innych kotów.
— Tak mamo. — Dość marudnym tonem głosu powiedziała to, następnie z bratem oddalili się od Rozżarzonej Pieśni. Czemu ona ich traktowała jak małe kociaki, jeszcze im niby mówiła, że jak coś zrobią źle, to ktoś to wykorzysta. Niby kto za przeproszeniem? Każdy w klanie miał swoje życie i raczej nikt nie miał go na tyle nudnego, żeby obserwować uczniów w tajemnicy, chyba że ktoś był zboczeńcem, to wtedy mogło się obawiać o taką rzecz.
— Denerwuje mnie to, że mama nas traktuje, jakbyśmy mieli kilka księżyców. — Popatrzyła na brata, który jej towarzyszył. Rudzielec tylko z zakłopotaniem nachylił główkę.
— Sam nie wiem, ale cieszę się, że jesteśmy tu już drugi raz, fajnie jest raz na jakiś czas zobaczyć z bliska inne koty niż z klanu klifu. — Uśmiechnęła się do niego, zgadzała się z nim, tylko nie miała kogo w sumie poznać z bliska aktualnie. Wcześniej na potkała na Porzeczkową Łapę, która była dosyć nieprzyjemna w rozmowie, oby tym razem był to ktoś, godny jej uwagi. Nikogo jednak nie znalazła dla siebie do rozmowy, tylko usłyszała coś głośnego, mocne kichnięcie dotarło do jej uszu, zobaczyła, że jakaś czarna kotka szybko obróciła głowę, czyżby patrzyła na nich? Czekoladowa szylkretka oddaliła się od brata, idąc w stronę nieznajomej. Przeciskała się przez różne koty, ale nikogo nie znalazła, przejęła się niby kichnięciem i jaja sobie robiła. Postanowiła się jeszcze pokręcić, skoro i tak oddaliła się od brata, próbując poszukać znowu kogoś do zagadania. Tym razem już gładko poruszała się między nieznajomymi, że oddaliła się daleko od rodzeństwa.
— Ja... Przepraszam! — Usłyszała łamiący się głos matki, instynktownie chciała się znaleźć najbliżej niej, by wiedzieć, co się dzieje, była tak tym zaniepokojona, że tylko swoje serce słyszała. W końcu zobaczyła jak reszta kotów, patrzy, jak jej matka wypłakiwała się w futro czarnego kocura z długą brodą, żółtymi ślepiami i krótkim ogonem. Też przez chwilę na to patrzyła, nie wiedząc, jak zareagować, podejść, zostać a może w ogóle to zignorować? Zanurzona Łapa powoli się wycofywała, żeby nie zostać zauważoną przez matkę, musiała o tym powiedzieć Świetlikowej Łapie i Krabowej Łapie.

***
Kilka wschodów słońca po zgromadzeniu

Zwierzyła się rodzeństwu z tego, co widziała, Świetlikowa Łapa przemilczał to, nie wiedząc, jak na to odpowiedzieć, już Krabowa Łapa dała jej ciekawszą sugestię. Srebrna siostra twierdziła, że od tej paranoicznej nieufności do innych kotów w końcu nie wytrzymała i zapłakała się do losowego kota na zgromadzeniu. Niby wierzyła, że matka czasem nie czuła się najlepiej, ale nie sądziła, że mogła się wypłakać losowemu kotu na klatę. Mama akurat spożywała kraba w spokoju, czekoladowa kotka usiadła obok rudej kotki.
— Cześć mamo, chcesz się przejść? Chciałabym spędzić z tobą czas. — Matka potrzebowała tego, skoro mogła być smutna i nikomu o tym nie mówiła. Też chciała, żeby nie poczuła się opuszczona.
— A nie masz czasem treningu? Żeby nie było, że się wymigujesz. — Popatrzyła na córkę, zagryzając kraba. Wymiguje się? Czy ona wyglądała, jakby się leniła? Może nie była jeszcze gotowa w oczach Różeńcowego Serca do zostania wojowniczką, ale bez przesady.
— Dzisiaj z Różeńcowym Sercem wspinałam się po drzewach i patrolowałam kawałek terenu, więc jestem już wolna. — Szło jej to akurat gładko, choć było jej na początku ciężko utrzymać się na drzewie, bo nie miała jakiejś siły, by zwisać na drzewie cały wschód słońca.
— To cieszę się, że mnie zapraszasz na spacer. — Czekoladowa kotka cieszyła się, gdy mama dała się namówić na spacer, choć ją zastanawiało czy wszystkie matki tak miały, że cokolwiek nie robiłeś, to się o to przyczepiałeś? Jak jadłeś to źle, jak nie jadłeś to źle, jak spałeś to źle, a jak nie spałeś to też źle. Ciekawe, jakie zmiany zachodziły, gdy się zostawało matką, że można było być tam sprzecznym w różnych sytuacjach codziennych, o ile los sprawi, że będzie matką.

***

Udały się do kaczego bajorka, gdzie woda była spowita wilgotną mgłą, nie było tu nawet jeszcze kaczek, które się tu pojawiały co sezon. Mimo tego nie przeszkadzało im to, mieli przecież swoje towarzystwo bez nikogo proszonego.
— Mamo, skoro już tak siedzimy sobie, to chciałam cię o coś spytać. Podczas ostatniego zgromadzenia widziałam, jak płaczesz czarnemu kotu w futro, czy on był lub jest kimś dla ciebie ważnym? — Patrzyła na matkę, która chwilę zaniemówiła, pewnie była zaskoczona, że akurat ona wiedziała. Lecz inne koty też to mogły widzieć, więc nie była to tajemnica klanowa.

<Mamo, kim był ten kot?>
[796 słów + wspinaczka na drzewa]

Od Rybitwy(Zanurzonej Łapy) CD. Migoczącej Łapy(Migoczącego Nieboskłonu)

Co ten kot był taki nerwowy? Tylko wpadła na niego, nic więcej, popatrzyła na wysokiego pointa.
— Zachowujesz się jak lis z cierniem w łapie. — Popatrzyła jeszcze na jego futro, nie widziała jakiegoś maźnięcia na nim, ani kropel wody.
— Nie wiedziałam, że łatwo możesz wybuchać od kępki mokrego futra, chyba że twoje "delikatne" futro ci odpada od jednej kropelk,i to wtedy już to twój problem. — Koteczka szybko szukała rodzeństwa, zobaczyła Świetlika, który był równie przemoczony. Biegała jak dzika w jego stronę aż nieudolnie wpadła na niego.
— Czemu tak biegniesz? Staranowałaś mnie — rudzielec wstanął, otrzepując futro z błota.
— Nie mam teraz czasu ci wyjaśniać, wiejemy! — Czekoladowa ominęła brata, oglądając się za siebie czy ten marudny uczeń jej nie gonił. Point nawet się nią nie zainteresował, a brat zdążył ją dogonić i mogli znowu się bawić.

***

Po rozejściu się plotki, że Żołądź, Kaczorek i Komosa to kociaki Lśniącej Gwiazdy
Spacerowała z bratem po plaży, oczywiście nie byli w tym sami, bo przed nimi byli ich mentorzy, którzy pilnowali z dystansu swych uczniów.
— Słyszałeś o tym, że te kociaki co przyniósł Lśniąca Gwiazda do obozu, są jego? Wszyscy szeptają o tym cały czas. — Rudy pręgowany kocur zwykle dowiadywał się o jakiś plotkach ostatni, było to nie więcej jak sieć pokarmowa, na której akurat Świetlikowa Łapa zawsze jakimś cudem trafiał na końcu.
— No słyszałam to, pewnie miał jakiś romans z samotniczką i ukrywa to. Niby inni mówią, że ich matką jest jakaś Truskawkowe Pole? Nie kojarzę jej, ale jak dla mnie zbytnio naciągane - ciekawe, że przywódcy się upiekło, że miał romans z samotniczką, a kodeks tego zabraniał.
— Jak dla mnie pewnie je adoptował i tyle, nie ma co wymyślać, że zdradzał wartości klanowe. Koty czasem umieją być bardzo złośliwe, przecież już można łatwo to wytłumaczyć, bo słyszałem, że samotnicy często porzucają swoje kociaki a najczęściej właśnie w porze nagich drzew. Bo w pojedynkę nie mają jak zapewnić przeżycie swoim kociakom, my jesteśmy większą grupą, to mamy szczęście. — Fale zaczęły przylegać bardziej do brzegu. Uczniowie szukali wzrokiem krabów, na które mieli zacząć polować, obaj i tak nie chcieli już rozwijać tematu o tych kociakach, bo ile można? Kilka czerwonych kształtów wygrzebało się z piasku, Rybitwa szybko podbiegła do jednego i przygniotła go łapami. Krab oczywiście bronił się, próbując uszczypnąć jedną z jej łap szczypcami. Skorupiak miał bardzo twardą skorupę, której nie umiała podziurawić pazurami, nieważne jak mocno naciskała, już ją bardziej łapy bolały, a krab nadal był żywy.
— Przytrzymaj go! Ty Świetlikowa Łapo idź po jakiś kamień. — Różeńcowe Serce podbiegł do niej, przyglądając się, jak trzyma Kraba. Kotka naprawdę próbowała, ale ten krab jakoś się wiercił i nie chciał z nią współpracować. Zimny wiatr w jej stronę, mimo długiego futra łapy jej się zatrzęsły przez chwilę i krab chwyciła szczypcami jej łapę.
— Ugryzł mnie!!!! — Histerycznie krzyczała, machając łapą, żeby ten szkodnik ją puścił. Czuła jak szczypce wbijają jej się w skórę, nie chcąc puścić, czy musiała się wykrwawić, żeby ktoś zdążył ją uratować? Raz a mocno machnęła łapą, krab tak poleciał, że wylądował odwrócony, do góry mi nogami.
— Zajmę się tym! — Świetlikowa Łapa biegł z kamieniem w stronę skorupiaka, czerwony krab zdarzył się ę obrócić, a rudzielec już był obok niego, upuszczając kamień z pyska. Następnie wziął go do łapy i zaczął nim mocno trzaskać o jego skorupę, po dwóch mocnych uderzeniach krab był martwy. Zanurzona Łapa podeszła, widząc robotę brata.
— Dobrze ci poszło, nie to, co mi — odparła, patrząc na zwierzynę. Chciała być tą, która upoluje kraba, żeby pokazać Różeńcowi, jaką jest dobra, nici z tego.
— Tobie też poszło dobrze, tylko musisz pamiętać, że polujemy na kraby w inny sposób niż na inną zwierzynę. Do ich upolowania potrzebujemy ostrego narzędzia, jakim jest kamień, skorupa kraba jest zbyt twarda, by otwierać ją pazurami czy zębami. Też sądzisz Czujny Pasterzu, że dobrze się spisali? — Czekoladowy srebrny kocur spojrzał na swojego kremowego brata z uśmiechem.
— Oprócz tego, że twojego ucznia zagryzł krab, to złapanie i otworzenie pierwszego kraba możemy uznać za udane, a teraz złapmy jeszcze kilka dla ćwiczeń i wykarmienia klanu. — Pierwszą część powiedział dość żartobliwie, kotka nie chciała być obiektem do śmiechu. Uczniowie zakopali kraba w piachu, następnie poszli za swoimi mentorami złapać następne.

***

Po szarpaniu się z krabami leżała na plecach w obozie, złapała kilka krabów, ale jakim kosztem? Czujny Pasterz zaś się nabijał z niej, że co chwilę kraby ją gryzą, dobrze, że przynajmniej teraz nic ją nie pogryzie. Przyglądała się do różnym kotom i zauważyła Migoczący Nieboskłon, który swoją marudną miną patrzył na żłobek, czy on kiedykolwiek nie był taki? Za kociaka jak pamiętała, był jakiś nerwowy. Ciekawe co sądził o tej plotce z Lśniącą Gwiazdą? Był jego synem, więc mogła go zaczepić. Zeszła ostrożnie z kamiennej półki i podeszła do pointa.
— Planujecie zrobić jakąś dynastię w klanie klifu? Jakoś was tak sporo teraz, od kiedy mówią, że Lśniąca Gwiazda jest ojcem tych kociaków. — ciekawe czy niebieski point znowu się wkurzy, czy będzie chciał jej odpowiedzieć. Bo serio interesowało ją, czy może rudy przywódca chciał poszerzyć swoje wpływy o następne potomstwo, przecież miał już jednego syna medyka, to resztę potomstwa obsadzi na inne stanowiska i całkowicie będzie rządził tym klanem.

<Migot, planujesz z rodzeństwem robić dynastie?>
[834 słów + otwieranie krabów]