Pierwsze dni w roli wojowniczki ku jej zaskoczeniu upłynęły wyjątkowo spokojnie. Po nocnym czuwaniu, które przyszło jej odbyć podczas siarczystego mrozu, postanowiła przy organizowaniu posłania w nowym legowisku, znaleźć sobie miejsce bliżej wyjścia. Nie miała najmniejszej ochoty gnieździć się wśród tłumu pozostałych wojowników. Przy wyborze uwzględniła również odległość od kotów, których obecność była jej choć trochę miła.
Przez cały ten czas w jej głowie uporczywie powracała jedna myśl. W końcu będzie mogła wybrać się na dawno obiecany ojcu wspólny spacer i polowanie. Z uwagi na jej długo trwający trening, ta chwila zdawała się móc nigdy nie nadejść. Teraz, gdy wreszcie zaczęła wychodzić z emocjonalnego dołka, a codzienność powoli odzyskiwała pozory normalności, mogła w końcu spełnić swoje słowa. Sama myśl o spędzeniu czasu z ojcem, bez obowiązków i niepotrzebnych zmartwień, wywoływała w niej przyjemne ciepło, którego tak bardzo brakowało jej w ostatnich księżycach.
***
Po porannym patrolu, podczas którego ku jej uldze przypadło jej między innymi towarzystwo Małej Bazi, wróciła do obozu w wyjątkowo dobrym humorze. Wciąż nie potrafiła przejść obojętnie obok granic i niekiedy odruchowo kierowała tam wzrok, jakby spodziewała się dostrzec znajome rude futro i gibający się z nosa jego właściciela glut.
Dzwonkowego Śwista zaczepiła w porze posiłku, gdy kocur kończył właśnie jeść niewielką nornicę. Pora Nagich Drzew powoli dobiegała końca, a topniejący śnieg odsłaniał coraz więcej ziemi, dzięki czemu polowania stawały się mniej uciążliwe. Wojownicy nie musieli już tak często znosić szczypiącego mrozu, który wdzierał się między palce łap, a zdobycz zaczynała być łatwiejsza do wypatrzenia. Żywica nie zamierzała jednak poświęcać się rozważaniom o pogodzie. Miała do załatwienia znacznie ważniejszą sprawę.
Nie obchodziło jej, czy ktoś uzna ją za zbyt przywiązaną, rozpieszczoną córeczkę, która mimo osiągnięcia dorosłości wciąż nie potrafi odciąć się od rodzica. Nie widziała w tym niczego wstydliwego. Miała kochającego ojca, który przez całe jej życie był dla niej wsparciem, więc zamierzała korzystać z każdej chwili, jaką mogła z nim spędzić. Zwłaszcza, że coraz częściej docierało do niej, iż Dzwonkowy Świst nie będzie przy niej wiecznie.
— Pamiętasz, jak obiecałeś mi wspólne polowanie, gdy już zostanę wojowniczką? — zagadnęła bez ogródek, zatrzymując się przed rudym kocurem. Byli podobnego wzrostu, co zresztą nie stanowiło żadnego zaskoczenia. Ani ojciec, ani matka nie mogli pochwalić się szczególnym wzrostem, więc Żywica nie miała co liczyć na to, że odziedziczy po nich imponującą posturę. — Chciałabym spełnić tę obietnicę dzisiaj. To znaczy... właściwie teraz.
Dzwonkowy Świst uniósł wzrok i przez chwilę przyglądał jej się z namysłem. W końcu skinął głową, a w jego oczach zamigotało rozbawienie.
— Och, czyli chcesz wyciągnąć swojego biednego staruszka na zewnątrz w taki mróz? — zapytał, choć jego ton zdradzał, że wcale nie miał jej tego za złe.
Żywica zmrużyła oczy, udając oburzenie.
— Mój staruszek ma się lepiej niż niejeden młodzieniec w tym klanie i z pewnością nie chciałby złamać obietnicy złożonej bezbronnemu kocięciu.
— Wtedy bezbronnemu, ale teraz jaka pamiętliwa wojowniczka z tego wyrosła! — parsknął, przegryzając ostatni kawałek swojego śniadania. — No dobrze, daj mi tylko chwilę, żeby wszystko mi się ułożyło w brzuchu, i możemy ruszać.
Oczy Żywicy rozbłysły radością. Była ona zaskakująco wielka, znacznie większa nawet od tej, którą poczuła podczas ceremonii mianowania. Przez tak długi czas wyobrażała sobie chwilę, w której wreszcie zostanie wojowniczką, że sądziła, iż nic nie będzie w stanie przebić satysfakcji towarzyszącej temu wydarzeniu.
***
Wraz z upływem kolejnych dni Pora Nagich Drzew coraz wyraźniej ustępowała miejsca nadchodzącym, ciepłym porankom. Gdy tylko opuścili obóz, a Żywica nie musiała już zaprzątać sobie głowy patrolowymi obowiązkami, od razu zaczęła rozglądać się po okolicy. Nawet cienka warstwa śniegu nie była w stanie odebrać jej przyjemności z przebywania na otwartej przestrzeni. Co jakiś czas pochylała łeb, próbując wypatrzyć pierwsze rośliny przebijające się przez wilgotną ziemię i z zainteresowaniem przyglądała się niewielkim zmianom zachodzącym w otoczeniu.
Początkowo rozmawiali o rzeczach zupełnie błahych. Dzwonkowy Świst chętnie wracał wspomnieniami do własnej młodości, opowiadał o rodzeństwie, z którego w klanie ostała się już tylko Wdzięczna Firletka, oraz wspominał dawnych znajomych. Żywica nie miała okazji poznać większości z nich, ponieważ odeszli, zanim w ogóle przyszła na świat, jednak mimo to słuchała z zainteresowaniem. Lubiła, kiedy ojciec opowiadał o przeszłości. Mogła poznać go od innej strony i wyobrazić sobie, jaki był, gdy był w jej wieku.
— Powiedz mi, masz ty tam jakieś koleżanki? — zagadnął w pewnym momencie. — Coraz trudniej zapamiętać mi imiona tej młodej krwi...
Żywica odruchowo mruknęła z niezadowoleniem. Nie musiała nawet długo zastanawiać się nad tym, dokąd zmierza rozmowa. Podejrzewała, że ojciec chciał się upewnić, czy po odejściu Bursztyna zdołała nawiązać bliższe relacje z innymi kotami, czy może wciąż zamykała się w sobie i unikała towarzystwa. Nie potrafiła mieć mu tego za złe, ale sama myśl, że nadal mógł martwić się o jej samotność, budziła w niej pewien opór. Nie chciała, żeby traktował ją jak kogoś, kto nie potrafi poradzić sobie bez brata.
— Lubię Śpiewający Raniuszek — wypaliła, wybierając pierwsze imię, które przyszło jej do głowy.
Poznała kotkę jeszcze jako kocię i już wtedy imponowała jej pewnością siebie. Była rozsądna i zdawało się, że nie podłamała się nawet wtedy, gdy jej matka okazała się morderczynią.
— Spędzam też wolny czas z Małą Bazią i Srebrzystą Równocą… — dodała po chwili.
Nie była to do końca prawda, przynajmniej nie w takim znaczeniu, jakie ojciec mógł sobie wyobrażać. Owszem, od czasu do czasu zagadywała wymienione kotki, witała się z nimi i zamieniała kilka słów, ale na tym przeważnie kończyły się ich spotkania. Nie uważała jednak, by musiała zdawać szczegółową relację z każdej znajomości.
— Nie martw się, nie czuję się samotna bez Bursztyna — westchnęła, uznając, że lepiej od razu rozwiać jego ewentualne wątpliwości.
Dzwonkowy Świst zmieszał się lekko i odwrócił wzrok.
— Nie o to mi chodziło... — wymamrotał z zakłopotaniem.
Żywica ledwie powstrzymała się przed przewróceniem oczami. Właśnie tego się spodziewała. Ojciec nie musiał nawet przyznawać się do swoich intencji, skoro samym zachowaniem zdradził, że trafiła w sedno.
— Nie przejmuj się. Pogodziłam się już z tym, że go nie ma — mruknęła.
Słowa z łatwością opuściły jej pysk, ale ich posmak pozostał na jej języku znacznie dłużej. W dodatku, kiedy podniosła wzrok i rozejrzała się po okolicy, dotarło do niej, że podczas rozmowy nieświadomie skierowała ich w stronę miejsca, w którym po raz ostatni widziała Bursztyna. Znowu robiła coś, czego sama przed sobą się wypierała. Mogła zapewniać ojca, że ruszyła dalej, lecz jakaś część niej wciąż wracała do tamtej chwili.
Postanowiła więc jak najszybciej zmienić temat.
— Lepiej opowiedz mi, z kim ty sobie gawędzisz. Chyba nie ma już w klanie wielu twoich rówieśników — rzuciła z lekką uszczypliwością, próbując obrócić rozmowę w żart.
Dzwonkowy Świst zaśmiał się na jej uwagę i bez większego trudu podjął nowy temat. Przez chwilę Żywica zdołała nawet zapomnieć o tym, dokąd zmierzali. Rozmowa toczyła się swobodnie, a jej własne odpowiedzi stawały się coraz żywsze, dopóki nie uświadomiła sobie, jak dobrze zna mijany teren.
Tutaj jej brat pożegnał się z nią na dobre, by potem odejść w stronę obcych kotów, które najwyraźniej okazały mu się bardziej interesujące niż własna rodzina.
Świadomość, że podjął decyzję, w której dla niej nie znalazło się już miejsca, nadal kuło ją w pierś.
Wtedy najwyraźniej okazała się dla niego niewystarczająca.
Zamilkła i skupiła się na węszeniu. Odpowiadała ojcu coraz krócej, a jej słowa nie zawsze miały wiele wspólnego z tym, o co ją pytał. Co jakiś czas pochylała łeb, próbując wyłowić z otoczenia znajomą woń, choć doskonale wiedziała, że po tak długim czasie zapach Bursztyna już dawno zniknął. Chociaż... Co jeśli wracał w te rejony? Co, jeśli chciał się z nią spotkać, ale nie chciał przekraczać granicy?
— Widzę, że czegoś szukasz — odezwał się w końcu Dzwonkowy Świst. W jego głosie pobrzmiewało rozczarowanie, a gdy Żywica obejrzała się przez ramię, dostrzegła, że uważnie śledzi jej ruchy. — Żywico, jesteśmy tu sami. Nikt nie usłyszy tej rozmowy. Jeśli rzeczywiście wiesz, co dokładnie stało się z Bursztynem, możesz mi powiedzieć — zapewnił ją spokojnie. — Też się o niego martwię, ale wierzę, że nawet przy swojej... niezbyt rozwiniętej inteligencji, potrafi wykazać się podstawowymi instynktami, żeby przetrwać, gdziekolwiek teraz jest.
Żywica zastygła na chwilę, niepewna, co powinna zrobić. Mogła dalej udawać, że niczego nie wie, i pozwolić ojcu żyć w niepewności, która zapewne z każdym kolejnym księżycem stawała się coraz trudniejsza do zniesienia. Mogła również wyznać mu prawdę, choć bała się, że ta wiedza jedynie przysporzy mu cierpienia.
Kochała Dzwonkowego Śwista i ufała mu bardziej niż komukolwiek innemu. Nie chciała go okłamywać, a jednocześnie nie potrafiła znieść myśli, że mogłaby złamać mu serce. Wmawiała sobie, że milczeniem oszczędza mu bólu, choć gdzieś w głębi duszy zdawała sobie sprawę, że niewiedza, w jakiej go pozostawiła, mogła ranić go jeszcze bardziej.
Poczuła, jak narastająca w niej gorycz zaciska się wokół serca. Przez chwilę nie była w stanie wydobyć z siebie ani słowa. Opuściła wzrok na ziemię, wpatrując się w resztki śniegu zalegające między kępkami trawy.
— On... po prostu się ze mną pożegnał i odszedł — wymamrotała w końcu. — Powiedział, że mogę iść z nim. Że możemy zabrać też ciebie, ale ja... ja nie chciałam. Wolałam zostać tutaj. — Urwała, czując, jak trudno przechodzą jej przez gardło kolejne słowa. Wspomnienie tamtej nocy wciąż budziło w niej złość, żal i poczucie winy, których nie potrafiła od siebie oddzielić. Wiedziała, że Klan Burzy nie był idealnym miejscem, zwłaszcza po wszystkich nieszczęściach, jakie na niego spadły, ale mimo to nie umiała porzucić wszystkiego, co znała, i wyruszyć w nieznane. — Tylko nikomu o tym nie mów — dodała ciszej. — On poznał kogoś na granicy. Inne koty. Chciał zaznać bardziej... wyzwolonego życia czy czegoś w tym rodzaju. Nie wiem, co mu strzeliło do łba.
W jej głosie pojawiła się gorycz. Nadal trudno było jej uwierzyć, że Bursztyn rzeczywiście zdecydował się odejść, choć minęło już tyle czasu.
— Nie potrafiłam go zatrzymać. Uparł się i podjął decyzję, której nie dało się już cofnąć. Nie byłam w stanie nic zrobić. On...
Nie chciała wypowiadać na głos tego, co od dawna tkwiło w jej głowie. Nie chciała po raz kolejny przyznawać sama przed sobą, że czuła się tak, jakby brat ją wymienił. Jakby wszystko, co ich łączyło, nagle przestało mieć znaczenie, gdy tylko na jego drodze pojawił się koś ciekawszy.
Dzwonkowy Świst podszedł bliżej i otulił ją ogonem. To sprawiło, że napięcie, które dotąd trzymało ją na łapach, w końcu ustąpiło. Żywica pociągnęła głośno nosem, po czym ciężko opadła na ziemię, nie próbując już ukrywać, jak bardzo ją to wszystko nadal dobijało.
— Oj, Żywiczko... On na pewno nie chciał cię zranić — zaczął łagodnie. — Ani ciebie, ani mnie, a może nawet waszej matki. Gdziekolwiek teraz jest, na pewno za tobą tęskni. W końcu to twój brat i jak nikt inny wiesz, że zawsze ciągnęło go do przygód i poznawania świata. Może odszedł ze świadomością, że jeśli zostawi cię tutaj, będziesz bezpieczniejsza niż w zupełnie obcym miejscu.
Na ostatnich słowach jego głos nieznacznie się załamał. Żywica zaśmiała się gorzko w duchu. Bezpieczeństwo w Klanie Burzy było przecież pojęciem względnym. Sama zdążyła się przekonać, że nawet wśród własnych pobratymców nie można było mieć pewności, iż kolejny dzień nie przyniesie czegoś strasznego. Nie miała jednak siły podważać słów ojca. Nie teraz, gdy próbował ją pocieszyć, choć sam również musiał zmagać się z niepewnością dotyczącą losu syna.
— Bursztyna zawsze interesowało wszystko, czasami nawet za bardzo. Już wcześniej przeczuwałem, że któregoś dnia wyruszy na jakąś wielką wyprawę — ciągnął spokojniej. — Mimo wszystko jestem pewien, że jeszcze do nas wróci.
Pozwolił jej na chwilę ciszy, nie próbując na siłę wypełniać jej kolejnymi słowami. Żywica pragnęła wierzyć ojcu. Naprawdę chciała przyjąć jego zapewnienia za pewnik i przestać zamartwiać się tym, co mogło spotkać jej brata. Tyle że nadzieja, którą niegdyś pielęgnowała, z każdym kolejnym księżycem zdawała się porastać chwastami.
— Powiedział, że wróci. Obiecał mi to, ale gdyby naprawdę tak myślał, czy nie zrobiłby tego już dawno? — zapytała, a jej głos zabrzmiał krucho i niepewnie. — Minęło tyle czasu. Mógł mnie uprzedzić, porozmawiać ze mną wcześniej, a zamiast tego odszedł w środku nocy. Gdybym się nie obudziła, nawet nie wiedziałabym, że zrobił to z własnej woli.
Dzwonkowy Świst przymknął oczy i powoli skinął głową. Nie próbował zaprzeczać temu, co mówiła, ani przekonywać jej, że brat postąpił właściwie. Najwyraźniej sam nie potrafił znaleźć odpowiedzi.
— Nie jesteśmy w stanie odgadnąć, co dokładnie działo się w jego głowie — przyznał po chwili. — Ja również mogę mieć do siebie żal, że najwyraźniej nie ufał mi na tyle, by powiedzieć mi o swoich planach. Nie zmienia to jednak faktu, że na pewno o nas pamięta i za nami tęskni. Taki już był. Nie dało się powstrzymać jego porywczości.
Żywica strzepnęła uchem. Rozmowa nie prowadziła donikąd. Wyjawiła ojcu prawdę, a mimo to nie poczuła upragnionej ulgi. Nie zniknął żal, nie zmniejszyła się tęsknota, za to niepewność pozostała. Mogła jedynie cieszyć się z tego, że przynajmniej w tej kwestii nie musiała już niczego przed nim ukrywać. Po raz pierwszy od odejścia Bursztyna pozwoliła sobie powiedzieć wszystko, co pamiętała.
Nie oznaczało to jednak, że się z tym pogodziła.
***
Od spaceru z ojcem minęło kilka dłużących się Żywicy wschodów słońca. Oczywiście zdążyła już zaplanować kolejne wyprawy i nie zamierzała poprzestać na jednym wspólnym wyjściu. Odkąd klan przeniósł swoje życie pod ziemię, każda możliwość spędzenia czasu na otwartej przestrzeni wydawała jej się szczególnie kusząca. Nie chciała przyzwyczajać się do zamkniętych korytarzy i ograniczonego widoku, skoro pokryte roślinnością tereny wciąż rozciągały się nad jej głową, pełen zapachów, dźwięków i kwiatów, których nie zdążyła jeszcze obwąchać.
Jej uwagę na moment przyciągnął Zawodząca Gwiazda. Żywica zaczęła przyglądać się obecnym uczniom, zastanawiając się, który z nich miał szansę wkrótce zostać wojownikiem. Myśl o kolejnych mianowaniach szybko jednak ustąpiła miejsca znacznie bardziej niepokojącej refleksji. W klanie wciąż dochodziło do nieszczęść, a ona nie potrafiła wykluczyć, że ktoś ponownie został zamordowany, skazany na egzekucję albo spotkało go coś jeszcze gorszego. Nie potrafiła nawet wymyślić, co mogłoby być gorsze od dwóch pierwszych możliwości, ale po wszystkim, czego była świadkiem, nie zdziwiłaby się, gdyby rzeczywistość znowu ją zaskoczyła.
Wtedy dostrzegła ojca.
Początkowo nie zwróciła większej uwagi na jego obecność, lecz chwilę później dotarło do niej, co właściwie się wydarzyło. Dzwonkowy Świst przechodził do starszyzny.
Żywica zamarła.
Wiek ojca od czasu do czasu stawał się tematem żartów, do których sama chętnie się przyłączała. Niejednokrotnie dogryzała mu z powodu siwiejącego futra, a on odpowiadał jej podobnymi uwagami, udając urażonego. W takich chwilach starość wydawała się czymś odległym, niemal abstrakcyjnym, a perspektywa utraty ojca nie wychodziła poza granice nieprzyjemnej myśli, którą można było łatwo od siebie odsunąć.
Teraz jednak żarty nagle straciły znaczenie. Dzwonkowy Świst naprawdę się starzał. Każdy kolejny księżyc przybliżał ją do chwili, w której mogłaby go stracić, a przecież wciąż nie czuła, by spędziła z nim wystarczająco dużo czasu. Dopiero niedawno spełnili obietnicę wspólnego polowania, na którą czekała tak długo. Jak miała pogodzić się z tym, że podobnych chwil mogło pozostać im znacznie mniej, niż sobie wyobrażała?
Nie zareagowała nawet na zaczepiającą ją Bazię. Całą uwagę skupiła na tym, by jak najszybciej dotrzeć do rudego kocura. Przecież ledwie zdążyli wybrać się razem na jeden spacer! Jak miała teraz namówić go na kolejne wyprawy, jeśli sam postanowił wycofać się z obowiązków wojownika? Czy to oznaczało, że nie czuł się już na siłach, by uczestniczyć w polowaniach i patrolach? Że nawet zwykłe przechadzki poza obóz zaczynały przekraczać jego możliwości?
Na samą myśl przeszedł ją dreszcz.
Drżąc lekko, przeprosiła kuzynkę i powoli skierowała się w stronę legowiska starszyzny. Każdy krok zdawał się coraz bardziej chwiejny, a im bliżej znajdowała się celu, tym trudniej było jej uspokoić gonitwę myśli. Próbowała znaleźć jakieś rozsądne wyjaśnienie, coś, co pozwoliłoby jej uwierzyć, że nie ma powodów do obaw, ale żadne argumenty nie wydawały się wystarczająco przekonujące.
Dzwonkowy Świst zauważył ją i posłał jej ciepły uśmiech. Ten widok tylko pogorszył sprawę. Żywica poczuła ukłucie żalu, gdy dotarło do niej, jak wiele czasu zmarnowała, zakładając, że zawsze będzie mogła nadrobić zaległości. Przecież ojciec nie był już młody. Wiedziała o tym od dawna.
Odwiedziła ojca, gdy ten zdążył już przenieść swoje rzeczy do nowego legowiska. Przywitał ją serdecznie, jak zawsze, lecz jej mina daleka była od podobnego entuzjazmu. Rozglądała się po wnętrzu, próbując przyzwyczaić się do myśli, że od tej chwili właśnie tutaj miał spędzać większość czasu.
— Naprawdę już nadszedł czas na starszyznę? — zapytała w końcu niepewnie. — Przecież jesteś jeszcze młody...
— Oj, chyba tylko we własnych snach — zaśmiał się Dzwonkowy Świst. — Jestem najstarszym kotem w klanie i choć nieskromnie uważam, że przegoniłbym niejednego młodzieńca, nadszedł już czas, żebym trochę odpoczął. A jeśli się rozejrzysz, zauważysz, że mam tutaj całkiem sporo miejsca. Możliwość posiadania całego legowiska na własność zamiast gnieżdżenia się wśród wojowników wydaje mi się całkiem rozsądnym wyborem.
Żywica skrzywiła się odruchowo. Kocur od razu to zauważył, lecz zamiast zmienić temat, przyglądał jej się z łagodnym rozbawieniem.
— Rozumiem, Żywico, że chciałabyś, żebym żył wiecznie, ale musisz powoli przyjąć do wiadomości, że mój czas dobiega końca…
— Nie mów w ten sposób! — przerwała mu ostro. Jej uszy przylgnęły do głowy, a ogon nerwowo drgnął za jej grzbietem. Nie chciała słyszeć podobnych słów, nawet jeśli wypowiadał je w żartobliwym tonie. Sama świadomość, że ojciec potrafił mówić o własnej śmierci tak swobodnie, napawała ją przerażeniem. — Czeka cię jeszcze wiele księżyców życia! Ja... nie pozwalam ci tak mówić. Jeszcze wykraczesz sobie jakieś nieszczęście — dodała, próbując nadać głosowi stanowczość, choć w głębi duszy czuła, jak narasta w niej panika. — Będę polować z samego rana i przynosić ci najlepsze piszczki ze stosu. Obiecuję!
Dzwonkowy Świst przekrzywił głowę.
— To chyba zadanie dla uczniów...
— Nie w tym przypadku — odparła butnie.
Nie mogła przecież dopuścić do sytuacji, w której młode pokolenie, zajęte własnymi sprawami, miałoby decydować o tym, czym będzie żywił się jej ojciec. Po tym wszystkim, co działo się ostatnio w klanie, wolała nie pozostawiać jego zdrowia i bezpieczeństwa w cudzych łapach. Sama zadba o to, by miał pełny brzuch, ciepłe legowisko i wszystko, czego będzie potrzebował. Jeśli dzięki temu mogłaby choć odrobinę odsunąć od niego starość, zamierzała zrobić wszystko, co tylko leżało w jej mocy.
Wciąż zdarzały się chwile, gdy odruchowo rozglądała się za bratem albo chciała opowiedzieć mu o czymś, co wydarzyło się w klanie, zanim przypominała sobie, że nie ma go już w pobliżu. Jak miała poradzić sobie z kolejną stratą, gdyby pewnego dnia zabrakło również Dzwonkowego Śwista?
Tym razem nie byłoby obietnicy powrotu ani nadziei, że po kilku księżycach znów zobaczy go na środku obozu. Nie mogłaby wypatrywać jego sylwetki na granicy ani zastanawiać się, czy pewnego dnia postanowi wrócić do domu. Śmierć nie pozostawiałaby miejsca na podobne złudzenia. Zabrałaby go na zawsze, bezpowrotnie, prosto na Srebrną Skórę.
A Żywiczna Kropla nadal miała mu tyle do powiedzenia i tak wiele chwil do nadrobienia. Nie była gotowa, by pozwolić mu odejść.