Rogatemu Flamingowi nie umknęło dziwne zachowanie babki przez ostatni księżyc. Nie było to związane z ulatującą powoli Porą Nagich Drzew, nie wyglądała na chorą ani nie pachniała inaczej. Również poprowadziła ich nawet na zgromadzenie, na którym już wtedy coś było nie tak. Zdawało się, jakby była chodzącym duchem, a nie dumną przywódczynią Klanu Nocy, która zawsze wiedziała co powiedzieć i jak należało się zachować. Jego wzór do naśladowania, mentorka. Z jakiegoś powodu umysł podpowiadał mu, iż jej czas powoli dobiegał końca, ilekroć na nią spoglądał. Na jej pysku i pośród czarnych kłosów widniało wiele siwych włosków, wskazujących na jej podeszły wiek. Widząc ją w takim stanie, czuł rozpacz. Tak samo, ilekroć odwiedzał matkę w legowisku starszyzny, nie potrafił otrząsnąć się z wrażenia, że za niedługo będzie musiał pochować dwa najważniejsze koty w całym jego życiu. Nawet jeśli rozmawiał z nią teraz mniej, nadal czuł swego rodzaju sentyment. W końcu mamę miało się jedną, tak samo zresztą ojca. Zawsze chciał, żeby byli z niego dumni i go dostrzegli, pochwalili jego osiągnięcia.
Śnieg zachlupał mu pod łapami, gdy oglądał kołyszące, wysoko się pnące trzciny, które okalały obóz masowo. Z powodu niesprzyjającej pory były lekko wyschnięte, a także pokryte puchem. Kawałek z uzbieranej masy osunął się na grunt głucho, robiąc w większej warstwie ubytek. Najprawdopodobniej za niedługo przyjdzie odwilż, a poziomy wody się podniosą. Nie zapowiadało to nic dobrego, szczególnie jeśli mogły wystąpić podtopienia. Miał nadzieję, że woda się uspokoi i wszystko wróci do normy, sprzed dotkliwych mrozów. Do wód powróci masa ryb, a Nocniacy będą najedzeni tak bardzo, jak nigdy wcześniej. Z obrzydzeniem strzepnął nadmiar śniegu ze swojej łapy, marszcząc nos. Jasna końcówka jego ogona podrygiwała nieznacznie, gdy wszedł do środka legowiska medyków. Jego nozdrza zaatakowały liczne, intensywne zapachy ziół, a on sam walczył ze sobą, żeby nie kichnąć. Postawiono przed nim zioła na drogę, tak samo zresztą dla jego ojca i towarzyszącego im kota. Po podniebieniu pointa rozpłynął się gorzki, nieprzyjemny posmak. Mogliby dorzucić mu trochę miodu, w końcu zasługiwał na to!
Normalnie dla zabicia nudy lub odstresowania kazałby Fląderce coś dla siebie przynieść, ale jako iż przebywała na wyspie, a jemu nie widziało się teraz tam płynąć, to niestety nie mógł nikomu innemu kazać. Może poza Komarzą Łapą, ale i on był obecnie na treningu. W dodatku Flaming jeszcze o nic go nie poprosił. Terminator był synem czekoladowej, samemu nosząc wspomniany kolor na sobie, chociaż nie pełnie, to jednak występował, dlatego też to była pewnie kwestia czasu.
Wojownik spodziewałby się wszystkiego, ale nie tego. Jednego dnia zniknęło aż trzech członków rodu, w tym głowa klanu. Jako iż tak nakazywała tradycja, Błękitna Laguna wybrał wojowników, którzy będą mu towarzyszyć w drodze do Sadzawki Klanu Gwiazdy, w celu odebrania dziewięciu żywotów. Klan nie mógł zostać bez tego, kto by go prowadził. Cała czwórka najadła się tego dnia porządnie, czekała ich podróż. Mało kto wiedział, którędy należało pójść, żeby dotrzeć do wspomnianego miejsca. Gąbczasta Perła miała łapy pełne roboty, chorych było wielu. Dlatego też to właśnie łaciaty wyruszył z nimi.
***
Daleko rozciągające się tereny Klanu Nocy pokryte były nierównomiernie śniegiem, zmuszając koty do mrożenia sobie poduszeczek. Książę trwał w zamyśleniu, czując zadowolenie z faktu, iż został wybrany do tej misji. Wystające kłosy trawy uginały się pod łapami czwórki, która szła teraz w milczeniu. Wreszcie, nie musząc długo wędrować, dotarli nad wodę. Znaleźli się poza bezpiecznymi ramionami azylu.
Kocur wskoczył do cieczy i zanurzył się, a jego futro walczyło przez chwilę z wilgocią.
Po jego ciele rozeszły się mroźne pazury chłodnej pory. Woda była tak lodowata, że przez uderzenie serca zastanawiał się, czy zdąży się wynurzyć, czy jego kończynom zabraknie czucia. Całe futro powoli ustępowało mokremu naciskowi, a jemu samemu pozostawało jedynie machać kończynami, jak został nauczony przez babcię i piastuna wraz z matką.
Zaczął młócić łapami za księciem z determinacją. Powietrze dookoła zgęstniało, nawet świerszcze przestały grać swoją melodię, po którą sięgały każdej nocy i tuliły koty do snu, wraz z szumem obijających się fal o brzeg.
Czwórka sprawnie wynurzyła się z wody po drugiej stronie. Otrzepali się z nadmiaru cieczy, chlapiąc siebie nawzajem przez przypadek. Point poruszył gniewnie ogonem, wylizując sobie pierś, żeby ją ułożyć. Musiał się prezentować jak najlepiej! Miał nadzieję, że jego kłosy szybko wyprą wilgoć i wyschną tak, że nawet nie odczuje tego zanurzenia. Do jego nosa dotarł intensywny smród oznaczeń zapachowych na granicy z Klanem Klifu. Na samą myśl się skrzywił, przypomniawszy sobie zgromadzenie, które miało miejsce ostatnio. Klifiacy wcale nie wykazali się mądrością ani tym bardziej kulturą osobistą. Mimo iż trwał rozejm, kto wie, co mogło im uderzyć do głowy? Nie należeli przecież do najmądrzejszych.
Rozejrzał się po ciągnących się połaciach, jednak jego ślepia nie wychwyciły, chociażby plamy innego koloru, niż zielony wymieszany z barwą nieba. Odetchnął więc, ruszając za resztą. Wiatr swoją siłą smagał ich ciała, posyłając w dal ostatnie kropelki, przynosząc ze sobą mokrą woń oraz orzeźwiającą bryzę wiejącą znad morza, znajdującego się kawałek stąd. Klangor mew niósł się spokojnym echem, gdy stawiali kolejne kroki niestrudzenie. Korony drzew kołysały się delikatnie w oddali, malując swój szczyt na sklepieniu. Rogaty Flaming czuł ziąb, jaki przejmował powoli kontrolę nad jego ciałem. Całe szczęście zdawało się, że byli niedaleko. Jego oczy dostrzegły wysoko się pnący głaz, na który nigdy wcześniej nie zwrócił uwagi. Klekoczący Bocian miał uszy położone po sobie. Wojownik postanowił się tym nie przejmować w tej chwili.
— Zaczekajcie tutaj i pilnujcie, żeby nic nie przeszkodziło w moim spotkaniu — rozległ się głos Błękitnej Laguny. Kocur kiwnął posłusznie głową i przysiadł u wejścia, wpatrując się w nieboskłon rozciągający się nad sobą, a do uszu dotarł mu dźwięk stawianych kroków po lekko wysuszonej ziemi. Niedługo później końcówki ogonów dwójki zniknęły w mroku, a dźwięk stawał się coraz cichszy.
***
Rogaty Flaming czuł zniecierpliwienie. Nie wiedział, ile powinno trwać takie spotkanie, aczkolwiek im dłużej tutaj siedział i miał czasu na rozmyślanie, bez możliwości zajęcia czymkolwiek łap lub porozmawiania z kimś innym niż wojownik, który nie zrobił mu nic złego, to zaczynał dochodzić do wniosku, że nie potrafił się nudzić. Najchętniej wydałby rozkaz Fląderce i zdenerwował się, gdyby nie przyniosła mu tego, co od niej chciał. Nie było to jednak w tej chwili możliwe.
Nagle, coś przykuło jego uwagę.
Z wewnątrz tuneli dobiegł ich głośny wrzask, który przeciął spokojną ciszę. Rogaty Flaming postawił czujnie uszy, zaglądając w głąb tunelowisk, jednak nie dostrzegł nic poza mrokiem. Krzyk był również dużo cichszy, co wskazywało na to, iż nie znajdowali się wcale tak blisko. Machnął ogonem, a tuż za nim ustawił się Żmijowcowa Wić. Zanurkował do środka, ocierając się o jedną ze ścian, tym samym brudząc sobie bok i na tyle, na ile był w stanie, zaczął pędzić w nieznanym mu kierunku. Nie było to w tej chwili istotne, że szorował futrem o ziemię. Wrzask należał do Błękitnej Laguny, a potem został wsparty przez wyraźniejszy już warkot wydobywający się z pyska jakiejś nieznanej mu istoty. Im bliżej się znajdował, tym głośniejszy stawał się dźwięk, a umysł wypełniały przeróżne możliwości, co zastaną, gdy tylko tam dotrą.
Nie potrzebował długo, żeby do nosa dopłynął mu smród lisa, a potem w kącikach oczu dostrzegł rdzawą, najeżoną plamę. Zmarszczył nos, a potem spostrzegł ojca leżącego na boku. Klekoczący Bocian wymachiwał łapą w kierunku bestii, sycząc wściekle i zginając grzbiet w łuk. Przestrzeń, w której się znaleźli, nie sprzyjała w ogóle unikom. Było ciasno, a ilość tlenu została im ograniczona do minimum, jakie panowało pod ziemią. Point sprawnym ruchem łapy zaczepił się pazurami o pysk zwierza, ciągnąc w swoją stronę. Szkarłatna pręga zabarwiła rude czoło, a posoka prysnęła na zebraną czwórkę. Lis zawył, wywijając kitą na boki, a echo przyprawiło koty o ból uszu i chwilowy stan ogromnego dyskomfortu. Point zjeżył sierść wzdłuż kręgosłupa, obnażając kły wrogo, chcąc go odgonić od rannego ojca. Czy daliby radę we trójkę, a właściwie we dwóch pokonać napastnika? Oczywiście, Flaming nigdy nie wątpił w swoje umiejętności, aczkolwiek w tych okolicznościach los był raczej przeciwko nim, niż im sprzyjał. Niebieskooki nie miał nawet czasu dobrze się przyjrzeć starszemu, ponieważ ryzyko uszkodzenia było zbyt duże. Wierzył, że asystentowi medyka uda się opatrzyć zastępcę, mimo że nie miał przy sobie wiele, poza kępką pajęczyn. Lis zaszczekał, a potem kłapnął pyskiem i rzucił się w stronę Żmijowcowej Wici. Szarpnął potężnie, gdy zatopił szczęki w jego ramieniu. Zielonooki wydał z siebie okrzyk bólu, próbując wymierzyć cios w jego pysk, jednak nie mógł go dosięgnąć. Rogaty Flaming uczepił się karku atakującego, łapami otulił jego szyję, ściskając ją, chcąc w ten sposób go zmusić do puszczenia wojownika. Gdyby warunki sprzyjały, prawdopodobnie zakotwiczyłby się w jego plecach i zaczął je drapać, tym razem jednak nie było to możliwe. Po jego podniebieniu rozpłynął się metaliczny posmak, a bury został puszczony i wylądował na ziemi ze stukotem. Przeciwnik wykręcił łeb i spróbował dosięgnąć Rogatego Flaminga, w międzyczasie Żmijowcowa Wić zanurkował pod łapami lisa i zaczął go drapać w brzuch, wyrywając kępki futra i rozcinając miękką skórę. Lis pochwycił parę kosmyków księcia, jednak nie udało mu się zrobić większych szkód na jego ciele. Poczuł ból, gdy wyrywano mu długą sierść i ciągnięto za skórę. Bury wynurzył się spod niego, próbując jeszcze zbić go z łap, jednak ilekroć uderzał potężnie w ciemne kończyny, lis nadal trzymał się stabilnie gruntu, a książę był zmuszony odejść na bok, ponieważ szczęki pojawiły się niebezpiecznie blisko jego głowy. Zatopił kły w tylnej łapie, pazurami drapiąc jego tył, a lis w odpowiedzi zawył głośno, chcąc pochwycić teraz Flaminga. Ten w odpowiedzi odsunął się, chociaż jego ramię na tym ucierpiało, a przeszywający ból rozniósł się sprawnie po ciele kocura, krzywiąc mu pysk.
Lis zaczął ujadać wściekle, gdy dwójka stanęła przy sobie i wygięli grzbiety w łuk, próbując go przepędzić, ale jednocześnie sapali z powodu wysiłku. Bestia jeszcze przez parę uderzeń serca patrzyła na nich guzikowymi oczami, aż wreszcie z podkulonym ogonem ruszyła tunelem w stronę wyjścia, zostawiając za sobą strużki krwi. Wojownik odwrócił wzrok w stronę Błękitnej Laguny, nadal nasłuchując za lisem, którego dudniące kroki oddalały się teraz od nich, wprawiając tunel w lekkie drżenie i zsypywanie małych kamyczków nieopodal.
Bok zastępcy unosił się i opadał, chociaż z ogromnym trudem. Wyglądał teraz niczym kępka zmierzwionego, dwukolorowego futra, rozłożona na gruncie bezsilnie, oblepiona posoką. Pochylił się nad nim wraz z Żmijowcową Wicią, jednak nie mieli nic, co mogło pomóc kocurowi, nieważne ile by nie trzymali jego rozerwanych kłosów. Klekoczący Bocian wydawał im polecenia, aczkolwiek Błękitna Laguna nie wyglądał tak, jakby cokolwiek to zmieniało.
Point położył łapę ostrożnie na policzku ojca, jakby chciał go obudzić, chociaż nawet nim nie szturchał. Asystent medyka robił co w jego mocy, żeby zatamować krwawienie, jednak pajęczyny nasiąkały szkarłatem, a sam zastępca wyglądał na bardzo słabego. Oczy ledwo co trzymał otwarte.
— Rogaty F-flamingu…? — szepnął ledwie słyszalnie. Flaming nie spuszczał z niego wzroku, a Klekoczący Bocian tylko dokładał pajęczyn. — Chcę… ż-żeb-yś został… p-rzywódcą Klanu… N-ocy — powiedział, a końcówkę wręcz wykaszlał.
Jego oczy zaszły mgłą, teraz nieobecne i wlepione w dal, zamiast w pysk syna, a sam widok stał się niezwykle ciężki dla Flaminga. Point patrzył na ojca jeszcze przez jakiś czas, jakby nie do końca rozumiał to, co się przed nim stało. Łapą pogładził jego policzek delikatnie, nadal otępiały, jakby chciał mu ułożyć na nim futro. Odsunął ją nagle, a wzrok przeniósł na asystenta medyka u swojego boku, który właśnie sprawdzał puls. Następnie pokręcił głową, a poduszkami zamknął niebieskie ślepia księcia. Rogaty Flaming poczuł, że był ojcu dłużny. Musiał spełnić jego przedśmiertne życzenie. Zastrzygł wąsami i wlepił wzrok w Klekoczącego Bociana.
— Książę Błękitna Laguno? — wymruczał bury, również nie mogąc za bardzo w to uwierzyć.
Umysł kocura pędził, a on sam czuł się zmęczony tym starciem. Nie mógł jednak teraz wrócić do obozu. Zagrożenie mogło czyhać na nich u wejścia, a on sam miał świadomość, że jeśli nie spełni tego życzenia teraz, w przyszłości mógł nie otrzymać podobnej szansy. Klekoczący Bocian zrobił, co mógł, tak samo zresztą oni. Miał nadzieję, że lis nie postanowi wrócić tutaj prędko.
***
Przejście pochłonęło łaciate futro Rogatego Flaminga. Było tutaj mokro oraz zimno, dużo łatwiej dało się odczuć wilgoć, niż u wejścia. Ściany obrastał gęsto porozrzucany mech, a z sufitu opadały wydłużone kamienie. Nie był pewien, jak długo należało iść, aczkolwiek musiał polegać na własnym przeczuciu. Klekoczący Bocian i namiestnik zostali z zastępcą. Pilnowali, żeby nikt nie przerwał ceremonii. Jego uszy wychwytywały najcichszy szmer. Gdy przypadkowo musnął ogonem ścianę, zorientował się, że przed nim zaczynało się rozjaśniać. Nie wiele, ale jednak. Blady, jaśniejący punkt podpowiadał mu, że był już blisko celu.
Wreszcie, znalazł się w większym pomieszczeniu. Masa malunków przykuła jego uwagę, a dźwięk skapującej kropli wody do sadzawki od razu postawił mu uszy na sztorc. Było tu tak dużo miejsca, sufitu nie mógł nawet dojrzeć z dołu. Kocur poczuł ogarniającą go dumę. Z pewnością przodkowie spoglądali na niego teraz. Przyszła pora na to, żeby kontynuował to, co do niego należało, jako książę i najmłodszy z rodu. Podszedł do sadzawki i przyjrzał się swojemu odbiciu w wodzie. Jego futro było potargane z powodu walki, absolutnie nie mógł nazwać siebie czystym i gdyby nie naglący czas, prawdopodobnie zadbałby o swoje kłosy w tym momencie. Ale nie było czasu. Kucnął na brzegu i nabrał paru łyków wody. Była orzeźwiająca i świeża, chyba nigdy nie pił tak smacznej wody… Wpatrywał się jeszcze w swój pyszczek przez jakiś czas, aż wreszcie oddał się chłodnym objęciom snu. Jego umysł, mimo iż do tej pory zmartwiony wieloma rzeczami, teraz doznał wyjątkowej ciszy, a mięśnie rozluźniły się.
— Rogaty Flamingu — usłyszał czyjś głos, gdy znalazł się nagle w zupełnie innym miejscu. Otworzył ślepia, rozglądając się po przestrzeni, nad którą wysoko, przecięta przez liczne drzewa, wisiała połyskująca Srebrna Skóra. Wyglądała tak, jakby mógł jej sięgnąć, gdyby tylko zechciał. Jego futro było mierzwione przez podmuchy wiatru, a na trawie osadzała się wilgotna rosa, wraz z nocnymi zapachami roślinności. Niebo nad nim było niezwykle czyste, patrząc w nie, czuł swego rodzaju spokój, jakby wtulony w matczyne ramiona.
Zamrugał parokrotnie, próbując przyzwyczaić się do rozgrywającego się przed nim obrazu. Gwiazdy, do tej pory spokojne, teraz zdawało się, wirowały i spadały raz po raz na sam dół, jaskrawe. Serce pointa przyspieszyło, gdy przyglądał się tej wizji. Poruszył nieznacznie uszami.
W tej chwili o dziwo nie przeszkadzało mu, że ktoś zwrócił się do niego w ten sposób. Nie znał tego głosu, choć wydawał się tak znajomy. Z gwiazd zaczęły wyłaniać się dostojne koty Klanu Gwiazdy. Upstrzone masą punkcików, ich futra migotały na ciemnym tle, przyciągając jego uwagę sprawnie. Ich łapy przyzdobione były szronem, a oczy się jarzyły, gdy spoczywały na nim. Miał ochotę już na zawsze pozostać w tym świecie i podziwiać ich wspaniałe futra, nieskończenie długo czerpiąc radość z tej chwili. Właśnie takie gwiazdy chciał od Fląderki. Właśnie takie.
Wreszcie, wszystkie koty zeszły na ziemię, a niebieskie ślepia pointa chłonęły jasność ich ciał. Zmrużył je, czując, że nie powinien się tak w nich wpatrywać. Porównywalne było to do wpatrywania się prosto w słońce zbyt długo.
Jedną z nich rozpoznał bardzo szybko. Spoglądając na pyski przodków, odnosił wrażenie, że byli dla niego znajomi. Różana Woń siedziała przed nim. Wyglądała na młodą i zdrową. Zupełnie tak, jakby ktoś odjął jej cały ząb czasu, który ją nadgryzł i tlił w nią nowe życie. Miał wrażenie, jakby ktoś przeciął jego serce radością, niczym cierniem. Zamrugał parokrotnie do niej, ciesząc się, że znał stąd chociaż jednego kota, przynajmniej z widzenia.
— Witaj, Rogaty Flamingu. Czy jesteś gotowy przyjąć dziewięć żywotów?
— Różana Woni? — wymruczał, jakby nie do końca rozumiał. — Klan Nocy za tobą tęskni — dodał, poruszając lekko wąsami. Łaciata kotka pokręciła głową.
— Moje miejsce jest tutaj, Rogaty Flamingu.
Spojrzał na nią raz jeszcze, kiwając głową. Rogaty Flaming nie spodziewał się, że spotka tutaj Różaną Woń, medyczkę klanu która odeszła z powodu starości, ale służyła swoim aż do śmierci.
— Jestem gotów od urodzenia. Zacznijmy — powiedział z dziwnym strachem w głosie, jakby sylwetki wszystkich przodków go przytłoczyły.
Otaczająca ich dookoła ciemność przybrała formę czegoś w rodzaju łąki, chociaż nie była aż tak kolorowa i jasna, jak mógłby oczekiwać point. Rozejrzał się po wysoko pnących się kłosach, szeleszczących i uginających się delikatnie pod wiatrem. Mógłby przysiąc, że czuł na boku aksamitny powiew, napierający na jego wibrysy. Jego bok unosił się i opadał spokojnie, a sam czuł się tak, jakby siedział we własnym legowisku, a nie w nieznanym mu miejscu.
Tym, który się przed nim pojawił jako pierwszy, była to Srocza Gwiazda. Rogaty Flaming urodził się dużo później, łaciata wtedy już dawno zasiadywała na swoim miejscu na Srebrnej Skórze, chociaż słyszał o niej ogromną ilość opowieści. Od zawsze chciał być taki jak ona. Chciał, żeby była z niego dumna. Czerpał dumę z pokrewieństwa z zielonooką, mimo że nigdy nie poznał jej osobiście. Chciał, żeby była z niego zadowolona i go dostrzegła. Teraz gdy stała przed nim, czuł się tak, jakby spotkał legendę i musiał jej się pokłonić, chociaż nie mógł się ruszyć.
— Rogaty Flamingu, nazywam się Srocza Gwiazda — przedstawiła się, a potem nosem dotknęła jego czoła. Ogarnęło go ciepło Pory Zielonych Liści, jak podczas najgorętszego dnia, w którym nie miał możliwości zanurzyć się w chłodnej wodzie. Kocur posłusznie trwał w swoim miejscu, przymykając oczy, ponieważ tylko tyle mu pozostało. — Z tym życiem daje ci siłę do czynienia tego, co słuszne. W ciężkich chwilach jeszcze wiele razy zwątpisz w swój osąd, pamiętaj jednak, że nie jesteś z tym wszystkim sam. Korzystaj z niej dobrze, osądzając czyny innych.
Futro na plecach kocura podniosło się, gdy dawka dyskomfortu przeszła przez całe jego ciało, niczym dreszcz. Czuł się tak, jakby było mu odbierane życie, a nie wręczane. Nie rozumiał źródła cierpienia, a przynajmniej nie od razu. Zacisnął szczęki i syknął, ponieważ dyskomfort nie chciał ustąpić tak łatwo, chociaż zaczynał rozumieć, że było to konieczne. Gdyby tak nie postąpił, prawdopodobnie jęknąłby z bólu. Skoro miał przewodzić klanowi, musiał to znieść, jakikolwiek by nie był. Pazurami wbił się w grunt pod sobą, chociaż nawet nie był już pewien, na czym dokładnie stał. Przymrużył oczy, myśląc, że z drugim życiem, może jeśli nie będzie spoglądał na przodka, to będzie mu łatwiej wytrzymać.
Nie mógł jednak pozostać w takim stanie. Światło zaczęło go tak bardzo razić, że aż niewłaściwym wydawało się zasłanianie sobie wizji powiekami. Podniósł łeb na tyle, na ile był w stanie. Łaciata siedziała na przydzielonym sobie miejscu.
Rogaty Flaming otworzył szerzej ślepia, nagle szukając w szeregach własnego ojca. W końcu musiał tu trafić, prawda? Jego teza się potwierdzała, co prawda nie ta, ale inna – oto dowód przed nim, Srocza Gwiazda, która spoglądała na niego ciepło, jakby z dumą, a może właśnie taki obraz chciał widzieć; może nie dopuszczał do siebie innej opcji, zawsze najlepszy i najambitniejszy z Nocniaków. Potwierdziło się to, że przodkowie nad nim czuwali. Nie mógł jednak nigdzie znaleźć Błękitnej Laguny.
Łabądka przybliżyła się do niego i zadarła głowę do góry, a potem nosem dotknęła czubka głowy kocura. Jej dotyk był dużo zimniejszy, niż śnieg, po którym stąpał, zanim tu dotarł. Gdyby był fizycznie w stanie się poruszyć, najprawdopodobniej odsunąłby się.
— Z tym życiem daję ci honor. Przestrzeganie zasad przekazywanych z pokolenia na pokolenie, jest szczególnie ważne. Jeszcze ważniejsze jest życie w zgodzie ze sobą i własnymi zasadami. Używaj go dobrze — rozległo się kocięce miauknięcie, a jej pyszczek rozświetlił szeroki uśmiech.
Kocur poczuł ukłucie. Tak, jakby ktoś wetknął mu palec pomiędzy żebra z wysuniętym pazurem. Zamruczał do koteczki. W uszach Nocniaka zjawił się ogłuszający pisk, a futro wzdłuż kręgosłupa napuszyło się niczym u jeża. Jego umysł, przestrzelony teraz przez masę strasznych wizji wojen i wszelkiego rodzaju bitew, zmuszał myśli do nieskończonego wirowania wokół nich wszystkich, gdy jego oczy pociemniały.
Nagle jego ciałem wstrząsnął dreszcz, który przywrócił go do teraźniejszości. Czuł się słabszy niż kiedykolwiek wcześniej. Niczym kocię, które domagało się mleka, a nie mogło go otrzymać przez to, że matka głodowała. Blednąca ciemność otaczała go z powrotem, przerywana przez jasne sylwetki przodków.
Kocię wycofało się i usiadło w półmroku, w kręgu zebranych kotów. Point nie mógł się skupić na niej wystarczająco długo, żeby zapamiętać gdzie dokładnie przysiadła. Miał ochotę wyciągnąć w jej stronę łapę, ale nie był w stanie. Wszystko go bolało, czuł się zagubiony.
Przed nim z powrotem pojawiła się smukła, wysoka czarno-biała kocica o zielonych oczach. Miał wrażenie, że pewna część niej przypominała mu Sroczą Gwiazdę. Medyczka podeszła do niego i dotknęła nosem jego czoła. Kocur nie był pewien, czy w ogóle musnęła jego futro, ponieważ zrobiła to tak delikatnie.
— Z tym życiem daję ci mądrość. Korzystaj z niej dobrze, dzieląc się z klanem w razie potrzeby — wymruczała, a kocur skulił się, próbując przygotować w ten sposób na to, co miało go spotkać razem z następnym życiem. Powieki zaczęły mu drgać, a wąsy zastrzygły, gdy skończyła mówić. Spazm bólu zgiął jego grzbiet, point zaczął prostować łapy i wysuwać pazury, próbując czegokolwiek się uchwycić, żeby dać umysłowi poczucie racjonalnego wytłumaczenia tego uczucia. Zamiast tego, jego głowa wypełniła się, przytłaczającą wręcz wiedzą, jednocześnie stając się ciężka niczym największy głaz, jaki kocur mógł kiedykolwiek znaleźć. Miał wrażenie, jakby wiele kotów obserwowało go w tym momencie, licząc na to, iż podzieli się nabytą do tej pory wiedzą. Łaknęli jej niczym wygłodzony kot najchudszej zwierzyny, jaka stąpała po ziemiach klanów. Zamrugał, uchylając ślepia raz jeszcze. Wyczerpanie, które do tej pory sprawnie zaczęło władać jego umysłem, nagle uleciało, gdy przed nim pojawiła się postawna, liliowa kocica z wyraźnymi ciemniejszymi pręgami po bokach, a także białymi pasmami przecinającymi je. Jej ślepia były zielone, a na pyszczku nie dało się doszukać niczego innego, jak pogodności. Futro otulało szyję Spienionej Gwiazdy niczym szal. Podeszła do kocura i przysunęła nos do jego czoła.
— Z tym życiem daję ci miłość — powiedziała aksamitnie. — Korzystaj z niej dobrze wobec swojego klanu i tych, na których ci zależy.
Rogaty Flaming poruszył nieznacznie uszami, zdziwiony, iż to życie nie przyniosło mu nawet odrobiny bólu. Poczuł się tak, jakby wraz z tymi słowami otuliło go ciepło, a wraz z nim ogromna wygoda. Czuł się tak, jakby zjadł najlepszą zdobycz ze sterty i siedział teraz, najedzony i wygrzewał się w promieniach Pory Zielonych Liści. Zaczął cicho mruczeć, poczuł się teraz tak, jakby drzemał u boku Wężynowego Kła, nieprzejęty żadną troską na świecie, nawet nie atakiem borsuków na obóz Klanu Nocy.
Kotka spojrzała na niego raz jeszcze, a potem wycofała się do tłumu, tam, gdzie siedziała cała reszta przodków. Rogaty Flaming czuł ogromną ulgę. Dzięki temu życiu przekonał się, że nie wszystkie były tak bardzo bolesne. Odprowadził ją wzrokiem, gdy pojawiła się przed nim kolejna sylwetka.
Smukła, czarno-biała sylwetka z długimi łapami zjawiła się przed nim. Kotewkowy Powiew o jasnych, zielonych oczach patrzyła na niego teraz z nieodgadnionym wyrazem. Point nigdy nie zdołał jej poznać, również nie słyszał o niej zbyt wiele poza tym, że pełniła funkcję piastunki przed Złocistym Widlikiem. Patrząc na to, jak rudy wychowywał kocięta, musiała być dobrą mentorką. Podeszła do niego eleganckim krokiem, jej uszy były wywinięte do środka, przypominając swego rodzaju fryzurę. Przybliżyła nos do jego czoła, stykając się z nim.
— Z tym życiem daję ci cierpliwość. Używaj jej dobrze w pomaganiu tym w potrzebie, również wobec siebie w chwilach, gdy czujesz, że zaczyna ci jej brakować. — Kocur poczuł, jak jego łapy stają się nagle dziwnie lekkie, a sam odniósł wrażenie, że płynął teraz nieskończonymi wodami, tak spokojnymi, jak jego umysł w tej chwili, wiedząc, w którą stronę zmierzać, gdziekolwiek chciał dotrzeć. Podczas każdej z rozmów, jakie na niego czekały, wykazywał się ogromną wiedzą oraz elokwencją, jednocześnie wykazując zachowanie eleganckie i godne podziwu. Point od zawsze był niezwykle niecierpliwy i potrafił wybuchnąć przez dla wielu, najmniejszą rzecz. Łaciata księżniczka wycofała się do zebranych kotów, zajmując swoje miejsce z zadowoleniem.
Z szeregu wysunęła się Wirująca Lotka. Jarzące się, pomarańczowe oczy spoczęły na nim, gdy zaczęła się elegancko zbliżać, stawiając łapy z największą gracją i ogonem uniesionym wysoko, wraz z podbródkiem. Jej jaśniejsza pierś odznaczała się na łaciatym, czarno-białym ciele. Podeszła do pointa, a potem schyliwszy się, przycisnęła nos do jego czoła. Choć niższa od wielu z zebranych, to uzupełniała to ogromną pewnością siebie.
— Z tym życiem daję ci wytrzymałość. Idź z głową uniesioną wysoko, nieważne, co ci się przytrafi — powiedziała do niego, sprawnie się odsuwając po chwili i powracając na przeznaczone dla siebie miejsce wśród reszty.
Kocur zdążył przyzwyczaić się do nie najgorszego uczucia, jakie towarzyszyło mu wraz z otrzymaniem dwóch poprzednich żyć. Dlatego też aż zachłysnął się z bólu, gdy został nim zaatakowany, niczym przez wściekłego psa wielkimi szczękami. Czuł się tak, jakby miotano nim niczym żałośnie wątłym ciałem, które nie miało nawet siły się obronić przed ciosami. Przyjmował je na siebie, czując paraliżujący ból. Nagle w jego sercu pojawił się ognik, który rozprowadzał się od koniuszków uszu, po same palce, przybierając na sile i zamieniając się w pożar. Czuł wewnętrzny obowiązek bronienia się do ostatniej kropli krwi, siebie i tych, którzy w niego wierzyli, liczyli na niego oraz głosili jego słowa.
Gdy kotka zajęła swoje miejsce, wymieniając się z następnym kotem, Rogaty Flaming poruszył nieznacznie wąsami. Liliowa kocica opatuliła go spojrzeniem pomarańczowych oczu. Charakterystyczna, biała plama na jednym z oczu, a także biel rozlewająca się po brzuchu, łapach, pysku i uszach od razu wryły mu się w pamięć, gdy w paru skokach udało jej się do niego dotrzeć i zetknąć nosem z jego czołem.
— Z tym życiem daję ci przebaczenie. Używaj go dobrze i oferuj każdemu, bez względu na to, jak wiele potrafią, jak silni czy słabi są — miauknęła Zimorodkowe Życzenie pogodnie, a point miał wrażenie, jakby został zanurzony głęboko pod wodą. Tkwił w ciemności, młócąc bezradnie łapami. Płuca zaczęły płonąć mu żywym ogniem, gdy walczył o każdy najmniejszy oddech, wyciągał łapę w stronę głębin, próbując wydostać się ze zdradliwej wody. Zaczął kaszleć intensywnie, gdy liliowa, pręgowana kocica zasiadła u boku reszty, spoglądając na niego. Serce przyśpieszyło mu bicia, a on sam położył po sobie uszy. Kiedy jego cierpienie dobiegnie końca? Czy tak czuła się jego babcia, gdy odbierała życia? Czy przez to samo przechodziła Srocza Gwiazda? Wzdrygnął się, łapczywie nabierając powietrza. Zaczął sapać niczym po najdłuższym biegu jego całego życia. Ogon leżał bezwładnie, a on sam czuł grunt pod sobą, rozłożony niczym żaba na liściu. Przed nim wymalowała się sylwetka kota o zgrabnym ciele oraz łagodnych rysach pyska. Na jego zmęczonym pysku spoczęły pomarańczowe ślepia przodka, który schylił się i dotknął nosem jego czoła, a Rogaty Flaming z trudem łapał następne wdechy.
— Z tym życiem daję ci zaufanie — do jego uszu doleciały słowa Sterletowej Łuski. — Używaj go dobrze i używaj wobec tych, którzy na nie zasługują, a przede wszystkim wsłuchaj się w siebie i to, kim jesteś i zamierzasz się stać.
Niebieskooki, nawet jeśli próbował się przygotować, każde następne cierpienie było dla niego niczym kolejna niespodzianka, która zbijała go z łap z łatwością, z jaką kocięta podrzucały kulkę mchu w żłobku podczas zabaw. Z chciwością przyjmował życie wraz z wrażliwością, umiejętnością dostosowania się do oczekiwań pobratymców, a także rozpaczą, która była głęboko zakorzeniona w sercu przodka. Jego futro migotało wieloma gwiazdami, a oczy świeciły ciepłem. Książę już się oddalał, a tuż za nim zjawił się następny ten, o życzliwym sercu. Futro na jego czole było mocno zmierzwione, a mimo to nie przeszkadzało Rozpędzonej Ważce. Jej szylkretowe kłosy poruszyły się nieznacznie, a zielone oczy rozświetliły mrok, w jakim znalazł się point, gdy jej nos wszedł w kontakt z czołem łaciatego.
— Z tym życiem daję ci wiarę. Używaj jej dobrze, żeby prowadzić klan w chwilach zwątpienia i zagubienia.
Jej ciepłe słowa uśpiły czujność przemęczonego już kocura. Czuł się tak, jakby znalazł się na łące przepełnionej kwiatami z masą pszczół, przelatujących z jednego, na drugi, bzycząc szczęśliwie w rytm pieśni granej przez ptaki siedzące niedaleko na jednej z wielu gałęzi, sięgających prawie że nieba przestrzelonego wieloma jasnymi, spokojnie sunącymi się po nieboskłonie chmurami. Spotkało go cierpienie tak dotkliwe, iż był przekonany, że w jego futrze pojawiły się błyskające gwiazdy, jarzące się iskrami na każdą ze stron i skapujące na grunt głucho, na wzór kropli zsuwających się z licznych liści wysoko pnących się drzew. Przez jego ciało przeszedł strach tak wielki, że przez parę uderzeń serca nie potrafił stwierdzić, czy tylko mu się to śniło, czy przytrafiło rzeczywiście. Jego futro ponownie stanęło dęba, a on sam czuł, że nie pociągnie tak długo. Miał ochotę wrzeszczeć i się szarpać, gdy ostatni raz oddychał powietrzem, które teraz gryzło go w płuca, jak gdyby było trujące, zatrute wieloma duszącymi jagodami cisu. Nagle, ból zaczął stopniowo opuszczać jego ciało, powoli uspokajając się, wraz z jego umysłem i obolałym ciałem. Kocur czuł nowy rodzaj dumy, który przechodził przez każdą jego kończynę, sięgając nawet końcówek uszu czy najdalej położonych palców u łap.
Wśród zgromadzonych poniósł się chwilowy wiwat, który sprawił, że Rogaty Flaming powstał wreszcie z ziemi, zdziwiony ilością siły, jaka w nim zakwitła nagle, niczym roślina, o którą dbano od wielu księżyców. Nadmiar energii, który motywował go do ruchu, sprawiał, że point czuł, jakby zaraz miał pożałować takich pokładów tego cennego składnika. Bał się najmniejszego, złego ruchu, jakby miał wszystko to stracić przez swoją niecelową nieuwagę. Jednocześnie, jego ciało było tak zmęczone, że niebieskooki miał wrażenie, jakby przebiegł najdłuższą trasę swojego życia, nie robiąc sobie nawet chwili na złapanie oddechu. Jakby walczył w bitwie tak zaciętej, że jego kończyny z przemęczenia zaczęły odmawiać mu posłuszeństwa, zostawiając go samemu sobie, jemu i jego umysłowi. Mimo to, jego duch, zdawało się, zawisł wysoko, wspierany siłą dziewięciu żywotów, jakie zostały mu podarowane tej nocy. Wypiął pierś do przodu dumnie, a łeb uniósł wysoko.
— Witam cię imieniem Rogatej Gwiazdy — miauknięcie Sroczej Gwiazdy poniosło się po przestrzeni, dudniąc w jego uszach i przynosząc mu ogromną dumę. — Twoje stare życie dobiegło końca. W tej chwili otrzymałeś dziewięć żywotów przywódcy, a Klan Gwiazdy powierza ci przewodzenie Klanem Nocy. Broń go całymi swoimi siłami, nie zaniedbuj starszych, kociąt i lojalnych pobratymców w potrzebie. Czcij przodków i przekazuj dalej tradycję kodeksu wojownika. Przeżyj każde z podarowanych tobie żyć z głową uniesioną wysoko i godnością, nieś przykład każdemu członkowi.
— Rogata Gwiazda! Rogata Gwiazda! — wiwat, powitanie przez przodków zamieszkujących Srebrną Skórkę, rozległo się dźwięcznym, donośnym echem. — Rogata Gwiazda! Rogata Gwiazda! — wybrzmiewało jeszcze, aż nagle wszystko ucichło. Każdy z nich stał się głuchy, a Rogata Gwiazda zbudził się ze snu.
Leżał w grocie, a przed jego nosem woda obmywała brzeg spokojnie, tafla zdążyła dotrzeć do jego łap, mocząc mu podbródek. Przebudzenie przyniosło mu ulgę, ale i swego rodzaju tęsknotę za możliwością porozmawiania i przede wszystkim ujrzenia przodków, kontaktem z nimi. Nagle głowa zaczęła go boleć tak mocno, że odruchowo skulił się, jednak szybko się poprawił, przypomniawszy sobie, że tuż obok niego czuwał Klekoczący Bocian. To nie był koniec. Musiał jakoś wrócić do obozu i pokazać Nocniakom, że ich przyszłość była w dobrych łapach. Jego ciało zadygotało, gdy dźwignął się na łapy z pomocą łaciatego. Owszem, dźgnęło to jego dumę, jednak w tej chwili miał inne priorytety. Będzie mógł strzelać fochy w momencie, w którym spełni przedśmiertne życzenie swojego ojca. Sprawi, że przodkowie będą z niego dumni, a Klan Nocy będzie czuł spokój, spoglądając w stronę nowego lidera.
Klekoczący Bocian podparł go, pomagając przedostać się przez tunel, przynajmniej do momentu, w którym doszli do ciała Błękitnej Laguny. Żmijowcowa Wić, jakby wyrwany z transu, spojrzał w ich kierunku. Rogata Gwiazda ruchem ogona zachęcił go do tego, żeby się na moment zatrzymał.
Zbliżywszy się do łaciatego, chwycił go za kark i wciągnął na plecy namiestnika. Gdy niemal jego ojciec zsunął mu się z barków, udało mu się w ostatniej chwili podeprzeć go, mimo iż łapy bolały go jak nigdy wcześniej. Wspólnie wyszli z tunelu. Podążając zapachem oraz kierując się za łaciatym ogonem asystenta medyka, udało im się sprawnie wyjść z tuneli. Wiedział, że musiał zachować milczenie, dopóki nie opuścili krętych odnóg. Nadal nie potrafił zrozumieć, dlaczego w szeregach kotów Klanu Gwiazdy nigdzie nie mógł dostrzec ojca. Nie było go tam, czy może nie miał ochoty z nim rozmawiać?
W miarę oddalania się od tunelu lider czuł pod łapami chłód topiącego się śniegu, pozostałości po Porze Nagich Drzew. Czuł, że siły powoli mu wracały, jednak dodatkowy ciężar w postaci ciała ojca potęgowały jego zmęczenie. Musiał oszczędzać wigoru na przepłynięcie przez rzekę. Spojrzał na Żmijowcową Wić, a potem na Klekoczącego Bociana. Chciał przekazać medykowi to, co widział podczas snu, jednak czuł, że to nie był odpowiedni moment. Żmijowcowa Wić przekonał go do tego, żeby oddać mu jego część ciała księcia, tak też więc uczynił.
— Czy Klan Gwiazdy dał ci aprobatę? — zapytał łaciaty, prawdopodobnie zwracając uwagę na jego zmęczony wyraz pyska. Rogata Gwiazda pokiwał głową, mrużąc oczy. Miał ochotę paść na trawę i obudzić się dopiero jutro, jednak wiedział, że nie mógł jeszcze odpocząć. Wszedł do wody i zaczął młócić słabo. Jego ogon utrzymywał się ponad taflą, chociaż sam Nocniak, zdawało się, zaczął krztusić się wodą, która sprawnie wpłynęła mu do pyska. Żmijowcowa Wić ciągnął Błękitną Lagunę za kark, a Klekoczący Bocian pozwolił pointowi na to, żeby się go złapał podczas przeprawy. Kocur zaczął trząść się z zimna, ilekroć jego łapy ugniatały lodowatą wodę. Gdy wynurzyli się i stanęli we trójkę na brzegu, Nocniak poczuł ogromną ulgę, widząc znajome tereny. Również krew zmyła się z nich, chociaż swąd lisa pozostał. Kocur kroczył u boku wojownika, medyka oraz namiestnika, będąc zbyt zmęczonym, żeby myśleć teraz o czymkolwiek innym niż dokończeniem tego, co zaczął, a także zasłużonym odpoczynku.
W oddali zaczął majaczyć kształt przypominający bezpieczne ramy azylu Klanu Nocy. Trzciny, wysoko się pnące i kołyszące na lekkim wietrze, teraz stały w bezruchu. Mokre kępki trawy uginały się pod łapami kotów. Rogata Gwiazda, gdy tylko przekroczyli we czwórkę wejście do obozu i spotkali się z małym ruchem w środku zamszonej przestrzeni, odetchnął z lekką ulgą. Zdawało się, że nikt nie zauważył poruszenia, może poza strażnikiem i tymi, którzy wyszli akurat do śmietniska. Point przeszedł przez centrum, a następnie wspiął się resztkami sił na jedną z najbliższych gałęzi drzewa, na którym tak wiele razy siedziała Mandarynkowa Gwiazda, jego babcia. Parę kotów z zaciekawieniem wyjrzało z legowisk, wlepiając spojrzenie w pointa, a potem w Błękitną Lagunę. Ich pyski szybko przybierały zaniepokojony wyraz, gdy coraz więcej kotów wynurzało się ze wgłębień.
— Niech wszystkie koty, które umieją polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się na zebranie klanu! — zawołał głośno, a jego pędzelki uszu zafalowały na powoli wzbierającym na sile wietrze.
Niemal cały Klan Nocy wyszedł ze swoich legowisk, siadając teraz przed mównicą. Żmijowcowa Wić oblepiony był teraz papką, a także hojną ilością pajęczyn. Najprawdopodobniej głosy rozniosły się już po obozie, zanim niebieskooki zdążył wrócić. Rogata Gwiazda nie zwlekał ani chwili dłużej.
— Dzisiejszej nocy straciliśmy Błękitną Lagunę, mojego ojca, w wyniku ataku lisa. Wraz z patrolem, udało się nam go pokonać, jednak żadna ilość pajęczyn nie uratowała mojego ojca przed dołączeniem w szeregi Klanu Gwiazdy — zrobił chwilę przerwy, chyląc głowy, żeby oddać cześć poległemu. Spojrzał po tym na zebranych. — Przedśmiertnym życzeniem mojego ojca było przekazanie władzy mnie. Klanie Nocy, podzieliłem sny z Klanem Gwiazdy i otrzymałem ich aprobatę, wraz z dziewięcioma żywotami. Dzisiaj odbędzie się czuwanie, podczas którego pochowamy Błękitną Lagunę z należytym szacunkiem.
Zrobił chwilę przerwy. Koty milczały, wpatrując się w pointa. Podniósł głowę dumnie.
— Zgodnie z tradycją, te słowa wypowiadam w obecności Klanu Gwiazdy, by duchy naszych przodków wysłuchały mojej decyzji i zatwierdziły ją. Moim nowym zastępcą będzie Czyhająca Murena.
Na parę uderzeń serca zawitała cisza, przerywana jedynie przez szelest wysoko się pnących trzcin. Po jakimś czasie jednak, koty z zadowoleniem zaczęły skandować imię nowej zastępczyni, była ona blisko wieku, w którym przechodziło się do legowiska starszyzny, dziękując jej za całe życie poświęcone służbie klanowi, jednak była to wyjątkowa sytuacja. Chłodne powiewy wiatru mierzwiły futro na gęstej, okalającej szyję pointa kryzie. Zszedł z mównicy, prawie że z niej spadając. Gdy skandowanie ucichło, podszedł do ciała ojca i przysiadł przy nim, garbiąc się lekko. Przymknął oczy, próbując sobie przypomnieć, czy może nie przegapił jego łaciatego futra na Srebrnej Skórce. W końcu widział tej nocy wiele kotów, dlatego też możliwe było, że najzwyczajniej w świecie go przeoczył. Chociaż czy było to możliwe, w jakikolwiek sposób? Był zmęczony, co za tym idzie, nie brzmiało to wcale na tak wyssane z palca, jak mogłoby się wydawać. Wiele kotów opłakiwało śmierć Błękitnej Laguny, chociaż spora część Nocniaków nie uroniła choćby łzy. Członkowie starszyzny przygotowali jego ciało do czuwania podczas przemowy, wyglądał teraz na niezwykle spokojnego. Dużo bardziej niż wtedy, kiedy po raz ostatni nabierał ostatniego oddechu i patrzył na swojego jedynego syna, gdy jego wizja zachodziła mgłą.
Do rzeczywistości przywróciło go mruknięcie jednego z kotów. Odwrócił się i ujrzał swoją matkę, Wężynowy Kieł. Członkowie starszyzny powoli przygotowywali się do wyniesienia ciała na zewnątrz, żeby pochować je w przeznaczonym do tego miejscu. Point podniósł wzrok na burą, zauważył większą ilość siwych włosków na jej policzkach, przez co spochmurniał znowu, chociaż próbował nie dać po sobie tego poznać.
— Chodź, synku. Powinieneś odpocząć, wyglądasz, jakby ciebie przeciągnięto po całych terenach Klanu Nocy — mruknęła, po czym paroma liźnięciami języka ułożyła mu futro na pysku, a potem pomogła wstać. — Zawołam do ciebie któregoś z medyków, niech się zajmą twoją raną na ramieniu.
Niebieskooki nie chciał opierać się na matce, ponieważ ryzykował w ten sposób przewróceniem jej, w końcu była już w podeszłym wieku… Sam się dziwił, jak bardzo myślał teraz o innych kotach. Czy było to spowodowane jego spotkaniem z Klanem Gwiazdy? — Świetnie się spisałeś. Jestem z ciebie bardzo dumna. — Oparł się o matkę i pozwolił odprowadzić do swojego nowego legowiska. W jego sercu zakwitła radość tak ogromna, że aż czuł żal, że nie mógł tego teraz uczcić i łapy odmawiały mu posłuszeństwa przez zmęczenie.
Klanie Nocy, powitajcie Rogatą Gwiazdę.