BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

29 października 2026

Od Połyskliwego Koguta

Odkąd Łzawa Łapa zniknęła z dołka, wszystko zaczęło nabierać coraz to ponurych barw. Dnie i noce spędzał często w jednej pozycji, robiąc przerwy jedynie na własne sprawy pod okiem strażników. Trzymał się ściany najdalej od zdrajców. Nie rozmawiał z nimi; a przynajmniej nie chciał, lecz Gradobijący Cierń potrafił do niego przyjść i mówić mu o Tańcującym Pierzu. O jego czynach. Sposobie mowy.
Podobieństwach, o których raczył wspomnieć przy podsumowaniu.
Kogut zaobserwował, jak to Bąbelkowy Plusk spogląda na zawieszonego przewodnika. Zawsze, gdy Lodówkowy Cios przynosiła jedzenie, starszy kocur kątem oka na niego niepewnie zerkał. Ten wzrok pełen obawy, wręcz przerażenia drażnił młodzieńca. Te koty doprowadzały go do szału.
Dnie zaczęły się zlewać. Miał wrażenie, jakby leżał w tej dziurze bite dwieście księżyców. Pomimo niechęci do jakichkolwiek aktywności fizycznych, starał się dbać o siebie. Nie mógł otwarcie pokazać, co mu zrobili.
I jak bardzo nie chciał tego przyznać, to zwyczajnie w świecie się tu nudził.
Znajome pyski. Podobne dania.
Kocur zwinął się w ciasny kłębek na swoim posłaniu.
Może i go siostra rozgrzeszyła. Być może powinien być szczęśliwy, że większość kotów wątpi w jego chęci zamordowania własnej matki. Nawet już nie chodziło o rangę, którą z pewnością utraci.
Łzawej Łapy już mu nie zwrócą.
Tamtej nocy słyszał szelest. Zmianę wartowników. Głos Perłówki, gdy po dawnej uczennicy Firletki śladu nie było.
Zapytany o jej zniknięcie nie chciał udzielać odpowiedzi. Zresztą, i tak nie mieli czego szukać. Tej kotki już nie było.
Co on też na wyczyniał?
Popsuł ją. Zniszczył wszystko, na co tak długo pracowała, przez własną pychę. Nie myśleli wtedy nad konsekwencjami. Nie sądzili, że Klan Burzy wsadziłby ich do tego samego wora, co zdrajców narodowych.
Przyjaźń nie zakończyła się głośnym wybuchem, lecz niepokojącą ciszą. Rozłąka nastąpiła prędko, szybciej niż Kogut mógł to wszystko przetrawić. W jeden dzień stracił nie tylko przyjaciółkę, ale jedyną kotkę, która w pełni się na niego otworzyła. Polubił ją. Uwielbiał jej chichot, ten knujący, figlarny uśmiech. Oczy Łzawej Łapy sprawiały, że serce rudzielca pomijało uderzenie serca. Nie wiedział, czy ją kochał, czy może podziwiał. Przyjaciele wspierali się nawzajem. Najwidoczniej ta pomoc z ucieczką miała być ostatnim sprawdzianem trwałości ich przyjaźni. Oboje oblali test.
A teraz… został on sam.
Nie.
Perłówka wciąż tu była. Poziomka, która została teraz przewodniczką. Miał niezdecydowanego mentora, którego szanował mimo wszystko. A Kogut przecież przed tym całym chaosem pomógł wiele razy w poszukiwaniach lub oczyszczaniu korytarzy, zbieraniu ziół. Może jeszcze znalazł jakąś nadzieję na lepsze jutro.
Może za niedługo go wypuszczą.
Mało kotów było do polowania. Uczniów przybywa. Dorosły, kompetentny kot byłby dobrym narybkiem.
Ach, byłoby jeszcze lepiej, jeżeli nie odbiorą mu rangi przewodnika.
Wtedy nagle do dołka wkroczyła niepewnie Dryfujący Fluoryt. Rozejrzała się po więźniach i przełknęła ślinę. Pewnie chciała im przynieść jedzenie.
Wtedy też Kogut przypomniał sobie o kamykach owej wiecznej królowej. Poderwał się i wystąpił, chcąc jej oświadczyć, iż znalazł jej zguby. Kotka przestraszona nagłym ruchem cofnęła się w stronę wyjścia, więc Połyskliwy Kogut zatrzymał się na bezpieczną odległość.
— Dryfujący Fluorycie. Pod moim dawnym posłaniem, jeszcze należącym do legowiska uczniów… jeżeli go nikt nie zdemolował, powinny się znajdować właśnie pod nim twoje kamyczki. Szare z białym, poziomym pasem na środku, jeśli się nie mylę.
Kotka odwróciła wzrok, chwilę się wahając, po czym kiwnęła głową. Natychmiast wybiegła z legowiska więźniów, zapewne szukać teraz swoich skarbów. Niedługo po tym wróciła i podziękowała zawieszonemu przewodnikowi, wdzięczna za zwrócenie swoich przedmiotów. Miauknęła na pożegnanie, pewnie dla otuchy, że klan mu być może wybaczy i postanowi na przywrócenie go do roli przewodnika.
Chciałby w to wierzyć.

[Event w Klanie Burzy; zwrot przedmiotów z poszukiwań do ich właścicieli.]

Od Odety Do Zwinka


Dalej czuła zdziwienie tym, jak lasy mogą się różnić. Tutejsze owocowe drzewka niczym nie przypominały konarów wyginających się w przerażające kształty, jakich doświadczyła jako pierwszych. Przypominała sobie o tym, zadzierając głowę podczas przebywania na ziemi, a także obserwując ze swojego łoża resztę miejsc przeznaczonych do odpoczynku. Przyzwyczaiła się już do takiego okrycia, chociaż czasem brakowało jej kwiatków spotykanych w ogrodach, tutaj zastępowanych przez liczne owoce drzew, niestety niemożliwe do ujrzenia o tej porze roku. Może ułatwiłby przestawienie się, gdyby tylko były widoczne. Wychodząc na zewnątrz zazwyczaj zaznaczała to w głowie, jednak czas pokazał, iż życie Klanowe nie pozostawia ją z tak dużą energią.
Wychodząc o świcie i wracając późnym popołudniem, rytm snu naturalnie wrócił u niej do normy. Nie było dłużej bezsennego wpatrywania się w gałęzie, bo zwyczajnie zasypiała wymęczona po całym dniu hasania. Czasem okazywali się nawet, że nie ma siły iść na późniejszy trening - preferowała te wczesne. Zaraz po przebudzeniu czuła najwięcej siły, a kiedy jej mentorka wyznaczała późniejszą godzinę, czuła się już powoli zaspana oraz zdecydowanie mniej chętna. Wraz z mijającym czasem, czar tego całego uczenia się, zaczął pryskać. Nie doszła jeszcze do nauki walki, lecz przyszedł czas na polowanie… tego nie lubiła! Nie wie, czy polubi bardziej liczne ruchy bitewne, lecz maltretowanie małych żyjątek nieco ją martwiło. Jedynie po licznych przekonywaniach o słuszności rzeczy, zaczęła naprawdę próbować poświęcić się akcji.
Wpłynęły na to głównie słowa kotki próbującej przekazać swoją wiedzę uczennicy. Rzekła ona: taki jest cykl życia, a wszechmatce możesz podziękować za ten dar. Takie zdanie utkwiło jej w głowie na dłużej głównie przez wspomnienie wszechmatki, nie samego cyklu, którego przerwanie znała na własnej skórze jako pieszczoszka. Miesiące biegły nieubłaganie i systematycznie odzwyczajała się od wygód, niemniej dalej gdzieś miała ich pełną świadomość. Tak więc zatrzymanie się na komentarzu dotyczącym bogini, w którą wierzyło większość Owocniaków, stało się lepszym rozwiązaniem. Poza tym zrobiła to mimowolnie; natura takiej wiary bardzo ją nurtowała. Sama nigdy w nic nie wierzyła.

_________

Odgłos łap miarowo uderzających o ziemię wypełniał zakamarek na tyle, ile pozwalało na to ogrodzenie złożone z krzewów. To Całunka i Odeta szły ścieżką, nieco zbyt głośno. Chyba chodziło tu o porę nie sprzyjającą skupieniu, dopóki to brunetka nie strzepnęła ogonem na podopieczną, tym samym uciszając jej ruchy. Wyznaczyły sobie w końcu za cel polowanie, cisza była wymagana. Mimo wszystkiego, młodsza cały czas znajdowała siebie mrucząc coś pod nosem, czy to do towarzyszki, czy też do samej siebie. Jakoś tak nie mogła się uciszyć, idąc tak z myślą o niedawnym stwierdzeniu.
— Cichutko! — rzuciła w jej stronę wojowniczka, ostrzegającym tonem. Wtem, jak to ona, bez ostrzeżenia przypadła do ziemi gładkim ruchem. Liliowa, chociaż mniej zgrabnie, podążyła jej śladami i razem zaczęły pełzać przed siebie ślimaczym tempem. Miała delikatne wrażenie, że coś rozsądzi ją od środka. Zachowała ten komentarz dla siebie, dla własnego bezpieczeństwa.
— Dzisiaj ty coś czujesz, ty polujesz. Ja nie będę ci pomagać. — po chwili powiedziała półszeptem nauczycielka, żeby tylko dać jej więcej szans na udane łowy. Natomiast Odeta nie mogła się powstrzymać.
— Ja jeszcze nigdy nie próbowałam tak sama! Zawsze ty wyczuwasz i ja poluje albo ja wyczuwam i ty polujesz, albo ty pokazujesz! — wyskrzeczała znacznie głośniej, niż powinna. Na jej obronę - powstrzymywała się tak czy inaczej. Niemniej to nie wystarczyło Całunce, która zatrzymała się tak gwałtownie, aż to uczennica weszła prosto w nią. Cicho syknęła, odskakując w tył i stając na cztery wyprostowane łapy. Spojrzenia obydwu kocić spotkały się, jedno przerażone z drugim spokojnym.
— Robiłaś to tyle razy. Gdzie entuzjazm? Próbujemy nowych rzeczy! — starała się udobruchać jednolita, ale nawet nie poświęciła temu dłuższej chwili, już kiwając głową w stronę dalszej drogi, żeby pospieszyć podopieczną do działania. Tamta zaprotestowawszy burczeniem pod nosem, nawet jeśli zaraz wróciła do skradania się i wyprzedziła szereg. Z poleceniami się nie kłócisz - chyba że widzisz zabawę w oczach rozmówcy.
Skup się Odeta… łapa za łapą… powoli… nos w górę i czuję. Zwierzyna w lesie nie chowała się tak usilnie w zimne pory, jak na odkrytych terenach. Cieszyła się niezmiernie z tego powodu, ponieważ wystarczyło parę minut na wyczucie czegokolwiek. Malujący się przed nią ptak - drozd - nie był szczytem marzeń, lecz ujrzenie jakiejkolwiek istoty napełniło ją szczęściem ze znalezienia. Teraz tylko przemóc się i schwytać. Czy to powinna być ta gorsza część, jak w głowie koteczki?
Coś jak gdyby usłyszało jej rozmyślania, ukazując to ptakiem podrywającym się z gruntu i siadającym na gałęzi pobliskiej jabłoni. Liliowa spojrzała bezradnie na swoją nauczycielkę. Tamta bez słowa podeszła do drzewa i wskoczyła na jego konar, ruszając się jednak w spowolnionym tempie. Chciała pokazać, jak się to robi. Młodsza nie była tak pozytywnie nastawiony ani pewna swoich ruchów jak wprawiona. Podchodząc do drzewa czuła dygotanie łap, pomimo dalszego stania na twardym gruncie. To było za dużo na jej nerwy… cała drżała, jak wysoka trawa podrygująca przez wiatr. Nie było nawet możliwości wycofania się, nie bez smutku. Ona szczerze chciała zrobić coś, co zaskoczy brązową.
Byle by to zrobić; takie hasło zajaśniało w perspektywie sytuacji. Nie musiało być idealnie, ale samo wejście na górę będzie sukcesem. Jej mentora będzie miała czym pochwalić się przed pobratymcami. Wystarczy jedno, staranne podbicie. Wykonała takie, któremu trochę brak gracji, jednak wystarczyło do uczepienia się drewnianej powierzchni. Najgorszą robotą okazało się to dziwne pełzanie po pnącej się wysoko płaszczyźnie. Okazało się jednak, że jeśli trzyma się kurczowo materiału, finalnie da radę wejść na sam szczyt. Kogo obchodzi słaba taktyka! Udało jej się dostać na gałąź!
Całunka z boku wydała cichutki odgłos aprobaty, pomimo rozbawionego uśmiechu rozciągającego się na pysku. Motywacja uczennicy wzrastała z każdą sekundą. Nie czekając już na żadną komendę, wybrała się w drogę pomiędzy gałęziami, byle jak najciszej. Nie była panią głuszy, jednak dni spędzone w bezglosie nauczyły ją, jak żyć z nim w harmonii. Szelest liści mógł zostać pominięty, aczkolwiek skrzyp konaru nie. Tym sposobem kierowała się, aż woń ptaka stała się znów wyczuwalna. W momencie zorientowała się, iż jest idealnie nad nią. Decyzja mogła być lekkomyślna, ale skoczyła naprzód w pełnej euforii dotarcia do celu mimo przeszkód.
Skończyło się na tym, że matka miała w pysku, ale spadła na sam pień drzewa. Przed bolesnym spotkaniem z podłożem, zapewne niebezpiecznym, uratowało ją zaczepienie się pazurami. Ledwie uratowała swoją skórę! Cała nastroszona, została na tym przerwie dopóty, dopóki wojowniczka nie ściągnęła jej stamtąd siłą. Najadła się niemałego stresu… została też wyśmiana. Jednak zdobycz się zgadzała: cały dorodny drozd.

_________

Po powrocie do obozu zdecydowała się na oddanie swojej dumy królowym. Jakoś tak pasowało jej to najbardziej. Może przez skojarzenie z ukochaną matką, może przez komentarz nauczycielki, aby dobrze wykorzystać ptaka… ale padło na żłobek. Wkraczając do przestrzeni, która w przeciwieństwie do wielu pobratymców, nie była miejscem jej dzieciństwa, rozejrzała się. Jej mina od razu rozpogodziła się an widok młodziutki mordek oglądających się w jej stronę. Mimochodem, płomienno-rudy pręgusek rzucił jej się w oczy jako pierwszy, przez jego jaskrawość. Skierowała się więc do niego bezzwłocznie, a on zastygł w miejscu, obserwując jej poczynania. Może był delikatnie onieśmielony? To dosyć głupkowate, więc Odeta nie zdecydowała się na dłuższe myślenie o tym.
Takie wybieranie z gromady nie było w jej typie. Zrobiła to wyłącznie wiedziona przymusem i w sumie to Zwinek znajdował się najbliżej. Wytłumaczyła to sobie w ten sposób, równocześnie z niemymi przeprosinami względem innych kociaków. Nie trwało to długo, albowiem cała buzowała przez wypełnienie radością. Udane łowy to może jednak dobre uczucie! Chociaż powątpiewa czy byłaby w stanie zjeść ptaka… raczej wybrałaby coś, co nie patrzy jej prosto w oczy…
— Hej! Mam dla ciebie małe co-nieco. — wesołym tonem zwróciła się do niego. Musiała przyznać, że trochę nietypowym dostawać takie długie spojrzenie od młodszego. Inni uczniowie pomijali ją wzrok nazbyt często! Starała się jednak zachować miło i entuzjastycznie, jak to miała w swojej najlepszej części. Przy tym położyła opierzonego u łap kocurka. Podarek wywalczony uporem na jabłonce nieopodal.


<No co? Podoba ci się, rudzielcu?>
[1224 słowa/polowanie i wspinaczka na drzewa]

Od Zwinka Do Purpury


Piękny dzień na piękne psoty! A przynajmniej tak się zapowiadało. Dzieci Poinsencji rosły jak na drożdżach, jednak niestety żadne z nich nie polubiło za bardzo Zwinka. Rudy kocurek musiał się więc pogodzić z tym, że jest skazany na towarzystwo swojego rodzeństwa. Cóż, na szczęście miał ich trójkę. Chociaż nie zawsze chcieli się z nim bawić lub zbierać kwiaty. Paprotek to w ogóle wydawał się odklejony, a Kraska tak nosa zadzierała, iż Zwinek czekał, aż wywinie orła do tyłu. Byli już duzi i niedługo mogli spodziewać się mianowania, a Zwinek nadal nie wiedział, co chciałby robić. Najchętniej zbierał kwiaty, ale w Owocowym Lesie nie ma profesji dla kwiatoluba.Któregoś dnia zadrapał sobie łapę o wystający kawałek powalonego pnia, po którym skakał. Chciał zerwać roślinę, która na nim rosła, ale nie było mu to dane. Z płaczem poszedł do Uzdrowicieli, a tam Pan Goniec oraz Pani Purchawka zerknęli na biedną łapkę malucha. Chyba starsza Szamanka zauważyła stres u syna Purpury, gdyż zaczęła do niego mówić. Jej ozdoby w futrze jednocześnie zachwycały, jak i przerażały małego rudzielca.
— Zobacz słoneczko — zaczęła. — Teraz zrobię Ci opatrunek z pajęczej sieci. Ale najpierw położę trochę mazi, która odkazi to miejsce. Widzisz, bąbelku?
Zwinek pociągnął nosem i spojrzał na swoją łapę. Nie miał pojęcia, czym była ta papka, jednak schłodziła nieco miejsce uderzenia. Następnie patrzył, jak dymna owija łapę pajęczyną. Zwinnie, fachowo, nucąc pod noskiem.
— To niesamowite co Pani robi — miauknął nieśmiało. — Kim Pani jest? Szamianką?
— Szamanką słoneczko — poprawiła go.
— Szamanką? A odprawia Pani czary? — Zapytał. — Czy to prawda, że Wszechmatka zamienia zmarłe koty w ptaki?
— Mhm! Tak, tak. Jeszcze nie miałeś mianowania, więc nie otrzymałeś Imienia Duszy — wyszeptała określenie na specjalne imię nadawane w Owocowym Lesie, by zrobić klimacik.
Zwinek wydał z siebie podekscytowane “uuuuu!”. Jego oczy rozbłysły. Purpura opowiadał mu o tym co nie co, jednak usłyszenie tego od Szamanki nadawało całej informacji masę magii
— A powiedz mi Zwinku, słoneczko — zaczęła, klepiąc jego łapkę, by przyklepać pajęczynę. — Myślałeś już o swojej ścieżce szkolenia?
Rudy zamyślił się.
— Nie!
— A co lubisz robić w wolnym czasie? Walczyć? Może skradać się?
— Lubię zbierać kwiaty — przyznał nieśmiało, ponieważ nie było to istnie męskie zajęcie.
— Jak uroczo! A co myślisz, by zamiast kwiatów spróbować zbierać zioła? — Zapytała wesoło.
— Zioła? — Powtórzył zszokowany. Pogłaskał swoją łapę z opatrunkiem.
— Mhm! Mógłbyś pomagać w ten sposób innym kotom i robić to, co kochasz! — Wytłumaczyła. — To odpowiedzialna profesja, jednak obserwuję cię od narodzin słoneczko i myślę, że podołasz. — Poklepała go po głowie.
Zwinek uśmiechnął się delikatnie.
— Naprawdę?
— Taaak! Możesz przyjść do mnie i Gońca, na pewno Mistral też chętnie opowie Ci więcej, jeśli masz wątpliwości — miauknęła. — Ale przydałaby nam się para łapek do pomocy.
— Super! Przyjdę jutro! Iiii i pojutrze! I co jest pojutrze? Po pojutrze! — Wstał na równe łapki. Przytulił Purchawkę, ocierając się o jej puchate futro.
Gdy wychodził, odwrócił się jeszcze. — Ma Pani świetne ozdoby!

Przez następne dni rudy kociak zaglądał do Gońca, do Mistral i oczywiście Purchawki, by z nimi przesiadywać. Podarował kwiaty Mistral oraz Purchawce, starannie wyselekcjonowane z tych, które znalazł na spacerach z Kasztanką. Od rozmowy z Purchawką wydawał się być wręcz natchniony. Nadal mylił imiona kociąt w żłobku oraz pozostałych wojowników, jednak nazwy kwiatów doskonale znał. Był bardziej nieznośny niż zwykle. Było go wszędzie pełno, aż Kasztanka chyba miała dosyć swojego potomka. Zwinek jak zwykle próbował kręcić się koło matki i zadawać jej masę pytań. Kotka widocznie podirytowana odesłała go do ojca, który wrócił z patrolu, więc był na miejscu. Zwinek nie do końca rozumiał, dlaczego i czym mógłby wkurzyć mamusię, więc postanowił wykorzystać okazję i o to zapytać.
Podbiegł do Purpury i zatrzymał się na jego łapach.
— Tatooo — zaczął. — Mama kazała mi tu przyjść i zobaczyć, czy mnie tu nie ma. Co miała na myśli? Chyba się na mnie wkurzyła, ale nie wiem czemu. Od rana jest jakaś drażliwa. Może źle spała? Chociaż wiesz co, myślę, że to Paprotek ją wkurzył, a na mnie się wyżyła po prostu!
— Synu, czy mógłbyś zacząć wcześniej hamować, a nie na moich łapach? Ty już taki mały nie jesteś — mruknął wojownik. — A mama pewnie stresuje się Waszą ceremonią mianowania już za klika dni, bądź dla niej wyrozumiały, co?
Zwinkowi opadły nieco wąsy, gdy ojciec go zganił. Po chwili jednak ponownie je podniósł. Ah, tak, mianowanie!
— Masz rację!! Jeju jesteś taki mądry! — miauknął. — Rozmawiałem z Panią Purchawką ostatnio, kiedy zrobiłem sobie kuku w łapę. I ona mi opowiadała trochę o tym, co robi i brzmi to naprawdę ciekawie. Pytała mnie, czy nie chciałbym się szkolić pod jej okiem lub Pana Gońca! — Miauknął szczerze poruszony. — To brzmi tak niesamowicie, że nie mogę w to uwierzyć i aż mnie nosi!
— Naprawdę chciałbyś zostać Uzdrowicielem? Nie chcesz pójść w ślady swego staruszka?
Zwinek zasmucił się na dźwięk głosu Purpury. Czy naprawdę robił coś złego? Zawiódłby go, gdyby obrał inną profesję?
— Tato... — Mruknął, kopiąc łapką w ziemi. — Wiesz, że Cię kocham... ale ja to się chyba nie nadaję na wojownika…
— No dobrze, tylko słuchaj uważnie swego mentora, gdyż rola uzdrowiciela to bardzo odpowiedzialna rola i jeśli raz popełnisz błąd, i to śmiertelny, to nie będziesz mógł dalej kontynuować tej drogi.
Zwinek poczuł, jak przebiega mu dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Pytanie, czy była to ekscytacja, czy może stres? Oh, nie wiedział!
— Tato zaczynam się bać, haha — miauknął nerwowo, a jego sierść na karku się podniosła, więc łapą spróbował ją przyklepać. — M-Może nie zawalę... chociaż czasem jestem zapominalski... a-ale tylko do imion! Zioła będę tak długo powtarzać, aż przez sen zacznę je mówić!
— Trzymam Cię za słowo, Zwinku. Chyba nie chcesz w przyszłości otruć mnie, mamę lub rodzeństwo, co?
Zwinek poczuł przebiegający wzdłuż kręgosłupa dreszcz strachu. Od razu miał w głowie różne scenariusze. Będzie dobrze... będzie dobrze. Pani Purchawka nauczy go wszystkiego tak, jak trzeba i nie zdoła nikogo przypadkiem otruć. Tak, tak!
— Nie chcę! — Miauknął z przejęciem, przytulając się do Purpury. — Pójdziemy się pobawić?

<Tato? Zaszczepiasz traumy od małego xD >

Od Zanurzonej Łapy Do Rozżarzonej Pieśni

Zgromadzenie z dnia 24.10.2026

Wyszli z obozu na zgromadzenie, na początku szła z Różeńcowym Sercem, ale gdy tylko dotarli do bursztynowej wyspy do podeszła do Świetlikowej Łapy. Wymieniała się z bratem doświadczeniem z treningów, mieli je razem często, bo Różeńcowe Serce i Czujny Pasterz byli rodzeństwem, tak samo, jak ich uczniowie. Nie było więc trudno, by nie zahaczali na siebie co chwilę.
— Tylko grzecznie, dobrze? Zróbcie to dla mamy i bądźcie przykładnymi Klifiakami. Szczególnie ty Krabik — powiedziała, oczywiście matka musiała ich upomnieć, pomimo że nawet niczego nie zaczęli. Po czym odeszła do jakiejś grupy innych kotów.
— Tak mamo. — Dość marudnym tonem głosu powiedziała to, następnie z bratem oddalili się od Rozżarzonej Pieśni. Czemu ona ich traktowała jak małe kociaki, jeszcze im niby mówiła, że jak coś zrobią źle, to ktoś to wykorzysta. Niby kto za przeproszeniem? Każdy w klanie miał swoje życie i raczej nikt nie miał go na tyle nudnego, żeby obserwować uczniów w tajemnicy, chyba że ktoś był zboczeńcem, to wtedy mogło się obawiać o taką rzecz.
— Denerwuje mnie to, że mama nas traktuje, jakbyśmy mieli kilka księżyców. — Popatrzyła na brata, który jej towarzyszył. Rudzielec tylko z zakłopotaniem nachylił główkę.
— Sam nie wiem, ale cieszę się, że jesteśmy tu już drugi raz, fajnie jest raz na jakiś czas zobaczyć z bliska inne koty niż z klanu klifu. — Uśmiechnęła się do niego, zgadzała się z nim, tylko nie miała kogo w sumie poznać z bliska aktualnie. Wcześniej na potkała na Porzeczkową Łapę, która była dosyć nieprzyjemna w rozmowie, oby tym razem był to ktoś, godny jej uwagi. Nikogo jednak nie znalazła dla siebie do rozmowy, tylko usłyszała coś głośnego, mocne kichnięcie dotarło do jej uszu, zobaczyła, że jakaś czarna kotka szybko obróciła głowę, czyżby patrzyła na nich? Czekoladowa szylkretka oddaliła się od brata, idąc w stronę nieznajomej. Przeciskała się przez różne koty, ale nikogo nie znalazła, przejęła się niby kichnięciem i jaja sobie robiła. Postanowiła się jeszcze pokręcić, skoro i tak oddaliła się od brata, próbując poszukać znowu kogoś do zagadania. Tym razem już gładko poruszała się między nieznajomymi, że oddaliła się daleko od rodzeństwa.
— Ja... Przepraszam! — Usłyszała łamiący się głos matki, instynktownie chciała się znaleźć najbliżej niej, by wiedzieć, co się dzieje, była tak tym zaniepokojona, że tylko swoje serce słyszała. W końcu zobaczyła jak reszta kotów, patrzy, jak jej matka wypłakiwała się w futro czarnego kocura z długą brodą, żółtymi ślepiami i krótkim ogonem. Też przez chwilę na to patrzyła, nie wiedząc, jak zareagować, podejść, zostać a może w ogóle to zignorować? Zanurzona Łapa powoli się wycofywała, żeby nie zostać zauważoną przez matkę, musiała o tym powiedzieć Świetlikowej Łapie i Krabowej Łapie.

***
Kilka wschodów słońca po zgromadzeniu

Zwierzyła się rodzeństwu z tego, co widziała, Świetlikowa Łapa przemilczał to, nie wiedząc, jak na to odpowiedzieć, już Krabowa Łapa dała jej ciekawszą sugestię. Srebrna siostra twierdziła, że od tej paranoicznej nieufności do innych kotów w końcu nie wytrzymała i zapłakała się do losowego kota na zgromadzeniu. Niby wierzyła, że matka czasem nie czuła się najlepiej, ale nie sądziła, że mogła się wypłakać losowemu kotu na klatę. Mama akurat spożywała kraba w spokoju, czekoladowa kotka usiadła obok rudej kotki.
— Cześć mamo, chcesz się przejść? Chciałabym spędzić z tobą czas. — Matka potrzebowała tego, skoro mogła być smutna i nikomu o tym nie mówiła. Też chciała, żeby nie poczuła się opuszczona.
— A nie masz czasem treningu? Żeby nie było, że się wymigujesz. — Popatrzyła na córkę, zagryzając kraba. Wymiguje się? Czy ona wyglądała, jakby się leniła? Może nie była jeszcze gotowa w oczach Różeńcowego Serca do zostania wojowniczką, ale bez przesady.
— Dzisiaj z Różeńcowym Sercem wspinałam się po drzewach i patrolowałam kawałek terenu, więc jestem już wolna. — Szło jej to akurat gładko, choć było jej na początku ciężko utrzymać się na drzewie, bo nie miała jakiejś siły, by zwisać na drzewie cały wschód słońca.
— To cieszę się, że mnie zapraszasz na spacer. — Czekoladowa kotka cieszyła się, gdy mama dała się namówić na spacer, choć ją zastanawiało czy wszystkie matki tak miały, że cokolwiek nie robiłeś, to się o to przyczepiałeś? Jak jadłeś to źle, jak nie jadłeś to źle, jak spałeś to źle, a jak nie spałeś to też źle. Ciekawe, jakie zmiany zachodziły, gdy się zostawało matką, że można było być tam sprzecznym w różnych sytuacjach codziennych, o ile los sprawi, że będzie matką.

***

Udały się do kaczego bajorka, gdzie woda była spowita wilgotną mgłą, nie było tu nawet jeszcze kaczek, które się tu pojawiały co sezon. Mimo tego nie przeszkadzało im to, mieli przecież swoje towarzystwo bez nikogo proszonego.
— Mamo, skoro już tak siedzimy sobie, to chciałam cię o coś spytać. Podczas ostatniego zgromadzenia widziałam, jak płaczesz czarnemu kotu w futro, czy on był lub jest kimś dla ciebie ważnym? — Patrzyła na matkę, która chwilę zaniemówiła, pewnie była zaskoczona, że akurat ona wiedziała. Lecz inne koty też to mogły widzieć, więc nie była to tajemnica klanowa.

<Mamo, kim był ten kot?>
[796 słów + wspinaczka na drzewa]

Od Rybitwy(Zanurzonej Łapy) CD. Migoczącej Łapy(Migoczącego Nieboskłonu)

Co ten kot był taki nerwowy? Tylko wpadła na niego, nic więcej, popatrzyła na wysokiego pointa.
— Zachowujesz się jak lis z cierniem w łapie. — Popatrzyła jeszcze na jego futro, nie widziała jakiegoś maźnięcia na nim, ani kropel wody.
— Nie wiedziałam, że łatwo możesz wybuchać od kępki mokrego futra, chyba że twoje "delikatne" futro ci odpada od jednej kropelk,i to wtedy już to twój problem. — Koteczka szybko szukała rodzeństwa, zobaczyła Świetlika, który był równie przemoczony. Biegała jak dzika w jego stronę aż nieudolnie wpadła na niego.
— Czemu tak biegniesz? Staranowałaś mnie — rudzielec wstanął, otrzepując futro z błota.
— Nie mam teraz czasu ci wyjaśniać, wiejemy! — Czekoladowa ominęła brata, oglądając się za siebie czy ten marudny uczeń jej nie gonił. Point nawet się nią nie zainteresował, a brat zdążył ją dogonić i mogli znowu się bawić.

***

Po rozejściu się plotki, że Żołądź, Kaczorek i Komosa to kociaki Lśniącej Gwiazdy
Spacerowała z bratem po plaży, oczywiście nie byli w tym sami, bo przed nimi byli ich mentorzy, którzy pilnowali z dystansu swych uczniów.
— Słyszałeś o tym, że te kociaki co przyniósł Lśniąca Gwiazda do obozu, są jego? Wszyscy szeptają o tym cały czas. — Rudy pręgowany kocur zwykle dowiadywał się o jakiś plotkach ostatni, było to nie więcej jak sieć pokarmowa, na której akurat Świetlikowa Łapa zawsze jakimś cudem trafiał na końcu.
— No słyszałam to, pewnie miał jakiś romans z samotniczką i ukrywa to. Niby inni mówią, że ich matką jest jakaś Truskawkowe Pole? Nie kojarzę jej, ale jak dla mnie zbytnio naciągane - ciekawe, że przywódcy się upiekło, że miał romans z samotniczką, a kodeks tego zabraniał.
— Jak dla mnie pewnie je adoptował i tyle, nie ma co wymyślać, że zdradzał wartości klanowe. Koty czasem umieją być bardzo złośliwe, przecież już można łatwo to wytłumaczyć, bo słyszałem, że samotnicy często porzucają swoje kociaki a najczęściej właśnie w porze nagich drzew. Bo w pojedynkę nie mają jak zapewnić przeżycie swoim kociakom, my jesteśmy większą grupą, to mamy szczęście. — Fale zaczęły przylegać bardziej do brzegu. Uczniowie szukali wzrokiem krabów, na które mieli zacząć polować, obaj i tak nie chcieli już rozwijać tematu o tych kociakach, bo ile można? Kilka czerwonych kształtów wygrzebało się z piasku, Rybitwa szybko podbiegła do jednego i przygniotła go łapami. Krab oczywiście bronił się, próbując uszczypnąć jedną z jej łap szczypcami. Skorupiak miał bardzo twardą skorupę, której nie umiała podziurawić pazurami, nieważne jak mocno naciskała, już ją bardziej łapy bolały, a krab nadal był żywy.
— Przytrzymaj go! Ty Świetlikowa Łapo idź po jakiś kamień. — Różeńcowe Serce podbiegł do niej, przyglądając się, jak trzyma Kraba. Kotka naprawdę próbowała, ale ten krab jakoś się wiercił i nie chciał z nią współpracować. Zimny wiatr w jej stronę, mimo długiego futra łapy jej się zatrzęsły przez chwilę i krab chwyciła szczypcami jej łapę.
— Ugryzł mnie!!!! — Histerycznie krzyczała, machając łapą, żeby ten szkodnik ją puścił. Czuła jak szczypce wbijają jej się w skórę, nie chcąc puścić, czy musiała się wykrwawić, żeby ktoś zdążył ją uratować? Raz a mocno machnęła łapą, krab tak poleciał, że wylądował odwrócony, do góry mi nogami.
— Zajmę się tym! — Świetlikowa Łapa biegł z kamieniem w stronę skorupiaka, czerwony krab zdarzył się ę obrócić, a rudzielec już był obok niego, upuszczając kamień z pyska. Następnie wziął go do łapy i zaczął nim mocno trzaskać o jego skorupę, po dwóch mocnych uderzeniach krab był martwy. Zanurzona Łapa podeszła, widząc robotę brata.
— Dobrze ci poszło, nie to, co mi — odparła, patrząc na zwierzynę. Chciała być tą, która upoluje kraba, żeby pokazać Różeńcowi, jaką jest dobra, nici z tego.
— Tobie też poszło dobrze, tylko musisz pamiętać, że polujemy na kraby w inny sposób niż na inną zwierzynę. Do ich upolowania potrzebujemy ostrego narzędzia, jakim jest kamień, skorupa kraba jest zbyt twarda, by otwierać ją pazurami czy zębami. Też sądzisz Czujny Pasterzu, że dobrze się spisali? — Czekoladowy srebrny kocur spojrzał na swojego kremowego brata z uśmiechem.
— Oprócz tego, że twojego ucznia zagryzł krab, to złapanie i otworzenie pierwszego kraba możemy uznać za udane, a teraz złapmy jeszcze kilka dla ćwiczeń i wykarmienia klanu. — Pierwszą część powiedział dość żartobliwie, kotka nie chciała być obiektem do śmiechu. Uczniowie zakopali kraba w piachu, następnie poszli za swoimi mentorami złapać następne.

***

Po szarpaniu się z krabami leżała na plecach w obozie, złapała kilka krabów, ale jakim kosztem? Czujny Pasterz zaś się nabijał z niej, że co chwilę kraby ją gryzą, dobrze, że przynajmniej teraz nic ją nie pogryzie. Przyglądała się do różnym kotom i zauważyła Migoczący Nieboskłon, który swoją marudną miną patrzył na żłobek, czy on kiedykolwiek nie był taki? Za kociaka jak pamiętała, był jakiś nerwowy. Ciekawe co sądził o tej plotce z Lśniącą Gwiazdą? Był jego synem, więc mogła go zaczepić. Zeszła ostrożnie z kamiennej półki i podeszła do pointa.
— Planujecie zrobić jakąś dynastię w klanie klifu? Jakoś was tak sporo teraz, od kiedy mówią, że Lśniąca Gwiazda jest ojcem tych kociaków. — ciekawe czy niebieski point znowu się wkurzy, czy będzie chciał jej odpowiedzieć. Bo serio interesowało ją, czy może rudy przywódca chciał poszerzyć swoje wpływy o następne potomstwo, przecież miał już jednego syna medyka, to resztę potomstwa obsadzi na inne stanowiska i całkowicie będzie rządził tym klanem.

<Migot, planujesz z rodzeństwem robić dynastie?>
[834 słów + otwieranie krabów]

Od Wrotyczu CD. Mordor


Wrotycz patrzyła na kotkę, nie do końca rozumiejąc jej zachowania. Trybiki pracowały w jej głowie, próbując zrozumieć, dlaczego zwiadowczyni jest na nią taka zła i… zniechęcona? Dobrze wiedziała, że odstawała, ale czy aż tak by zasłużyć na taką niechęć? Zadrżała mimowolnie. Nie chciała mieć wrogów. Bała się samej myśli, że ktoś może życzyć jej źle… bo przecież od myśli do czynów nie było aż tak daleko?
— Przepraszam… — miauknęła cicho.
Lęk przed nienawiścią kotki, jak i jej licznej rodziny, sprawiał, że nie zamierzała się jej dalej narażać. Musiała załagodzić tę sytuację, zanim będzie za późno.
Odeszła z ciągnącym się po ziemi ogonem, wzrokiem błądząc raczej po ściółce. Nie wiedziała zbyt wiele o Mordor. Była nieznanym jej kotem co żył w tym samym obozowisku co ona. Poinsecja kazała jej nie zadawać z innymi - nie spoufalać z tymi pełnymi zła kotami. Lecz Wrotycz, w przerażeniu do czego może posunąć zwiadowczyni w swej niechęci do niej, musiała jakoś zapobiec narastaniu w niej wrogości do niej.
Nie zauważyła nawet, gdy przed nią znalazła się sylwetka matki kotki. Od razu spochmurniała. Nie spełniła rozkazu starszej od niej zwiadowczyni. Teraz dopiero mogły zacząć się jej kłopoty. Zacisnęła ślepia w oczekiwaniu na karę od srebrnej, lecz zamiast tego poczuła delikatne muśnięcie ogonem o swój grzbiet.
— Nie przejmuj się Mordor, ona… ma dość ciężki charakter.
Wrotycz niepewnie otworzyła ślepia i zerknęła na kotkę. Nie była zła?
— Ale przy bliższym poznaniu okazuje się fascynującym kotem. Naprawdę.
Wrotycz siedziała nieco sztywno, słuchając, jak kotka dalej opowiada jej o swojej córce. Nie wiedziała, do czego dążyła ta interakcja, oraz jakie motywy miała zwiadowczyni. By nie zaszkodzić sobie bardziej po niedopełnieniu rozkazu kotki, po prostu tam siedziała.
— To co, Wrotycz? — Wyrwana z lekkiego zamyślenia spojrzała niepewnie na starszą. — Może spróbujesz zaprzyjaźnić się z Mordor? Obie jesteście takie samotne, a nie ma nic gorszego niż samotność.
Uczennica ze zdziwionym spojrzeniem analizowała słowa zwiadowczyni. Nie brzmiało to jak rozkaz, lecz we Wrotycz było poczucie, że musi wynagrodzić Rohan wcześniejszy zawód, może teraz i uniknęła kary, lecz nie chciała ryzykować. Zawsze było lepiej nie ryzykować.
— Postaram się — miauknęła cicho.
Widząc na pysku zwiadowczyni lekki uśmiech, poczuła, że wybrała prawidłową opcję.
Teraz musiała jedynie martwić realizacją tej misji.

* * *

Może nie było widać tego po Wrotycz, lecz kotka nie posiadała zbyt rozległej wiedzy o przyjaźni i jak to dokładnie działało. Znała oczywiście ten termin, jednakże wychowana w “specyficznej” społeczności nie miała zbyt wielu okazji obserwować tego zjawiska. Dopiero życie w Owocowym Lesie sprawiło, że mogła zacząć badać ten termin. Teraz los wymagał od niej podjęcia tego typu aktywności. Spoglądała na bawiące się ze sobą kocięta, myśląc jakie dalsze kroki będą odpowiednie.
Obserwowała też dużo Mordor. Jej rutynę dnia. Posiłki. Jak układa się futro na jej ogonie. Zdarzało się jej podążać za kotką, póki nie została pogoniona przez niezbyt przyjazne słowa.
Musiała podjąć inne kroki, jeśli nie chciała skazać się na gniew Rohan. Koty podarowały sobie prezenty. Widziała to kątem oka nie raz. Były to różne przedmioty, lecz każdy miał w sobie to coś. Coś, co sprawiało, że był wyjątkowy.
Wrotycz muskała poduszkami łap gładki ciemny kamień. Był w niej pewien lęk przed kolejnym odrzuceniem. Tym razem większy niż kiedykolwiek. Długo szukała przedmiotu, który posiadałby w sobie to “coś”. Coś, co mogło sprawić, że i Mordor doceniła ten przedmiot.
Wstała i rozpoczęła poszukiwanie charakterystycznego futra kotki. Nie było to łatwe. Nie przybywała w miejscach, gdzie większość kotów spędzała czas w obozowisku. Nieco zrezygnowana po dłuższym czasie wypatrywania zwiadowczyni zerknęła na drzewo z legowiska mi zwiadowców. Może włożenie podarunku tam będzie lepsze? Nie ryzykowała bezpośrednią interakcją z kotką. Z bezpośrednim możliwym odrzuceniem. Zaczęła zmierzać ku celowi.
Moment, w którym stanęła pysk w pysk z Mordor, sprawił, że wstrzymała oddech. Plan rozpadł się na strzępy. Nie była przygotowana na to teraz.
— Znowu ty. — Usłyszała pomruk kotki.
Wrotycz w panice szukała w głowie jakiegoś schematu odpowiedniego na to. Im dłużej to robiła, tym bardziej czuła, że nie wiedziała co robić. Musiała odważyć się, chociaż na jeden ruch.
— Dla ciebie. — Coś pomiędzy piskiem a szeptem wydobyło się z niej.
Gładki kamień wylądował pomiędzy łapami Mordor.


<Mordor?>
[671 słów]

Od Kaczorka

Przed usłyszeniem plotki o swoim pochodzeniu.
_________

Chmury mnożyły się i troiły, a nawet zamieniały się powoli w te ciężkie, czarne, gotowe na deszcz. Natomiast grzmotów nie można było jeszcze usłyszeć, chociaż zapewne była to tylko kwestia czasu, aż nadejdą. Najgorsze było to, iż to nie niebo tego dnia zasnuwały te elementy pogody, a przytłaczały one głowę Kaczorka. Dosłownie porównanie można odebrać jako zbieranie się do płaczu kociaka, które następowało w stopniowych oraz równomiernych fazach coraz bliżej bezpiecznej granicy. Jego oczy były już świecące… już zaszklone… jego mordka już drżała w napięciu… wtem do żłobka wróciła jego rodzicielka, niosąc obiecany przed wyjściem posiłek w pyszczku. Jego rodzeństwo śmiało się gdzieś w oddali, ale ona zauważyła go jako pierwszego. Zastanawiał się, czy doceniać to, czy nie.
Zacznijmy jednak od wytłumaczenia kontekstu przedstawionej sytuacji. Dlaczego maluch siedział sam, w ciemności jamy, praktycznie roniąc łzy? Otóż wszystko było w należytym porządku jeszcze niedawno. Postać rzeczy zmieniła się wraz ze zbyt długim przebywaniem samemu ze sobą. Preferował własne towarzystwo nad każdym innym, przynajmniej zazwyczaj, ale dziś wyjątkowo dotknął go stres, jaki odczuwał od czasu do czasu z powodu swoich słabych umiejętności socjalizowania. Nie chciał tam siedzieć bezczynnie; czuł potrzebę jakiegoś ruchu. A nadal tkwił przy rozklejaniu się, bo emocje były zbyt wielkie do zniesienia dla jego malutkiego ciałka. Chciał pomocy, o które nie potrafił poprosić i tak miało miejsce błędne koło.
Nie wiedział, kiedy przyszła. Jej obecność przypominała obecność niematerialnych istot - ducha, może zjawy. Początek jej towarzystwa obok był nie do określenia. Taką właśnie była jego mama; Morświnowa Płetwa miała w sobie tę czułość i nieśmiałe usposobienie, pozwalające na zaskakiwanie. Niemniej uśmiechem rozjaśniała całą przestrzeń, w której się znalazła. A kiedy nie szczerzyła zębów, oferowała bijące od siebie ciepło matczynej miłości. Kocurek nie mógł powstrzymać się od wtulenia w bok wojowniczki, siadającej zaraz obok. Już usadzona, schyliła się, aby móc rozmawiać z nim na poziomie. To doskonale ilustruje empatyczność, z jaką się obchodzi.
— Co cię trapi? — zapytała ciepło, głos może o oktawę za piskliwy dla uszu młodziaka. Zostało to po prostu wybaczone od razu, ze względu na potrzebę odezwania się na bardziej istotny temat.
— Nikt mnie tu nie lubi… — załkał, wbrew chęci zduszenia tego okropnego odgłosu. Łzy zaczęły powoli znajdować drogę w dół po jego policzkach. Zatrzymywały się na jego brodzie, następnie skapywały na gniazdo i znikały pod spodem gałęzi połączonych razem z mchem. Niby nie pozostawiały wiele śladu oraz nie były wielce ważne, aczkolwiek on dalej odczuwał ich skutki.
Na szczęście, miał obok rodzicielkę. Przyłożyła ona swój nosek do jego zmoczonego boku głowy, nie zważając na mokre ślady. — Ja cię lubię! — mruknęła pogodnie, prosto w jego futerko. Kaczorek jednak zapłakał tylko ponownie, nie odczuwając żadnej ulgi. Czuł wręcz wstyd za to, iż mama powtarza mu takie słowa.
— Nie płaczemy… — Przycisnęła się do niego mocniej. Owinęła go swoim ciałem, wykorzystując dobrze stary znany sposób na zaradzenie smutkowi. Mam przez to na myśli, że poderwała go z ziemi i zaczęła kręcić się z nim łagodnie, żeby wywołać chichot. On zawsze nadchodził w takiej zabawie. Tutaj także nadszedł. Po osiągnięciu sukcesu złożyła go z powrotem w legowisku. Spojrzawszy mu głęboko w oczy, dopiero zaczęła mówić: — Ja też nie jestem duszą towarzystwa lubianą przez każdego. Mamy wady. Trzeba znaleźć sposób na rozładowanie złych uczuć i ruszyć naprzód — wytłumaczyła. Wówczas odchyliła się od niego w celu rozejrzenia się po żłobku, widocznie czegoś szukając.
Kociak w konsternacji przyglądał się zabieganym oczom, dokąd zlokalizowała potrzebny przedmiot. Zdziwił się niemiłosiernie, bowiem okazał się nim wyjęty z utkanego posłania patyk. Wygramolił się z niego, coby podążyć za wędrującą kawałek dalej łaciatą. Zatrzymała się na kawałku większego odstępu między miejscami do snu. Wtedy ponownie skłoniła głowę, tym razem, aby zacząć ryć elementem trzymanym w pysku w ziemi. Minuta za minutą mijały, aż finalnie pokazała dzieło, nad którym pracowała w milczeniu, pod uważnym wzrokiem syna. Okazało się to być piękną myszką wyrytą w gruncie. Ponadto rzeczywiście przypominała myszkę, nie tylko starała się nią nieudolnie imitować!
— Jeju… ty potrafisz rysować! — wyraził zdumienie rudawy. Spotkał się z reakcją tego dużego uśmiechu.
— To jest mój sposób na relaks. Długo nad tym pracowałam. — wyjaśniła, pół-szeptem, niby tajemnica. W rzeczywistości chciała udobruchać malca jakimś przesunięciem uwagi. Skończyła motywując go i robiąc coś, co nie zdarzyło jej się od dawna. Sama spojrzała na pracę z sentymentem przebijającym się na zewnątrz, prosto spomiędzy chroniących go żeber. — Przynajmniej dawniej nim był. 
Młody pręgusek zabrał się do rysowania samodzielnie. Poprosił o narzędzie mamy i zaczął dorabiać zwierzakowi scenerię. Nie był dobrym twórcom artystycznym, ale wystarczyła mu zabawa z tworzenia. Kiedyś odnajdzie w czymś szczęście, natomiast na dzisiaj miał mamę oraz rodzeństwo, które dołączyło do zabawy za moment.
Śmiechy i chichy nie miały końca! W takim czasie rozumiał ciągłe wspominanie matki o Klanie, miłości do niego, oddaniu… taka społeczność była warta nawet śmierci, jeśli dzięki temu inni mogliby przeżyć podobne opowieści w rodzinnym gronie pobratymców. Samotność musi być czymś strasznym. Cieszył się, iż nigdy nie musi jej doświadczać, gdyż miał tutejsze koty.

Od Borowika CD. Psianki


Zauważyłem, że tego wieczoru Psianka położyła się wcześniej, niż zwykle - by być gotową przed naszą wielką wyprawą. Ja zasnąłem mniej więcej w tym samym czasie co kotka - z tą różnicą, że ja o tej porze zasypiam codziennie. Na co mam do późna siedzieć?

***

Rano obudził mnie naglący szept.
— Borowiku! — usłyszałem głos Psianki, trącającej mnie pyskiem. — Poranny patrol wychodzi! — ostrzegła mnie, po czym, przemykając między posłaniami, dotarła do miejsca, gdzie gałęzie spoza obozu stykały się z gałęziami naszego legowiska. Odwróciła się, aby sprawdzić, czy podążam za nią.
Leżałem chwilę w bezruchu, dryfując gdzieś między jawą a snem, wpatrując się w nią zmrużonymi oczkami… aż nagle dotarł do mnie sens jej słów. Stanąłem na równe nogi, zdezorientowany. Zjeżyło mi się futerko. Ugh…
— A... Racja... Tajny plan… hmmm… — mruknąłem, otrzepując się.
Podążyłem za nią, wlokąc ciężkimi łapkami po ziemi i zerkając smętnie w stronę mojego jeszcze ciepłego legowiska.

***

— Uh. A zrobimy tam przerwę na spanie? Bo ja to bym pospał jeszcze...
Wskoczyła na niższą gałąź, przemieszczając się zgrabnie z jednej na drugą, trzymając się w bezpiecznej odległości od potencjalnego miejsca pobytu patrolu.
— Jeśli nam się uda w miarę szybko przekroczyć granicę z Klanem Burzy, to zrobimy krótką przerwę — odparła, nie obracając się do mnie, skupiona na zadaniu. Jeśli wydamy podejrzany dźwięk, to koty z naszej społeczności mogą nas zauważyć, a tłumaczenie się z naszego wymknięcia może być dla nas obojga niekorzystne.

***

Podążałem za Psianką, zwinnie przeskakując z drzewa na drzewo, niemal bezszelestnie. Księżyce treningu się opłaciły.
Dotarliśmy w końcu do miejsca, gdzie kończyło się pasmo drzew - przy rzece. Za nią rozciągał się fioletowy pas wrzosów i droga grzmotu - faktyczna granica naszego terytorium.
— Hm. Ładnie, ładnie. Muszę tu wrócić — mruknąłem, już układając plan mojej samotnej, następnej wyprawy… Może nawet w towarzystwie Świergotka? — Znaczy, że... uh. Ty... umiesz pływać? — spytałem, marszcząc brwi i zerkając z nieufnością w stronę wodnej tafli.
— Szczerze? Tak średnio. Ale ponoć jest w tym miejscu dość płytko — mruknęła, z wyraźnie podobnym stosunkiem do tej przeprawy co ja. Nie lubiła pływać, to wiem, a bycie mokrym w porę nagich liści groziło poważną chorobą... Ale jeśli szybko zdołamy się ogrzać, nie powinno być większego problemu…
— Jeśli nie chcesz ze mną iść, to… to ostatnia chwila, aby się wycofać. — Odwróciła się do mnie z powagą.
— Hmm... — mruknąłem i kiwnąłem głową na znak, że rozumiałem powagę sytuacji. To znaczy, nie, żebym rozumiał w stu procentach, w stu procentach za to starałem się zrozumieć i ufałem ocenie Psianki.
Zeskoczyłem z drzewa w ślad za kotką i razem weszliśmy do rzeki. Faktycznie, woda w tym miejscu była płytka, aczkolwiek odruchowo skrzywiłem się, gdy znalazłem się niemal po barki w chłodnej, ciemnej cieczy. Bezpiecznie dotarliśmy na drugą stronę, na Wrzosową Polanę. Fioletowe kwiatki z łatwością przylepiały się do mokrego futerka.
— Dziwne, dziwne... — rozejrzałem się dookoła ze zmarszczonymi brwiami. — Nigdy nie byłem tutaj. Mimo że ja to już zwiadowcą jestem długo... Ale no, z reguły chodzę w te same miejsca. Hm. Ale… ty to wiesz jak iść, co nie...? Bo ja to nie, nie.
— W teorii… rozrysowałam kiedyś z Rohan mapę terytorium. Jeśli dobrze pamiętam, to gdy zobaczymy upadłą gwiazdę drugi raz, oznaczać to będzie, że idziemy w dobrą stronę — mruknęła, gdy już przedarliśmy się na drugi brzeg rzeki. Otrzepała się z wody, po czym energicznymi ruchami języka próbowała wysuszyć futro. Ja pozostałem przy strząśnięciu wody. I tak przy tej temperaturze nie pomogłoby to za bardzo… Wciąż było nam strasznie zimno, ale przynajmniej nie było śniegu na ziemi. Ruszyliśmy przed siebie, a pyszczek Psianki przepełniony był powagą i lekkim niepokojem. Musieliśmy się skupić na drodze, inaczej się zgubimy i nie będzie dobrze… Nie chcielibyśmy się zgubić, oj nie…
— Borowiku, jak ci idzie na… drodze miłosnej? — zapytała z uśmiechem na pysku, starając się jakoś zacząć rozmowę.
Przechyliłem lekko głowę na bok, ostrożnie stawiając kroki między niskimi roślinami.
— Uh. Na drodze... jakiej? — spytałem, próbując zrozumieć sens użycia tego konkretnego słowa w tym konkretnym kontekście. — Ah. W sensie... no wiesz, to tak, jakby się szło po drodze dość... wyboistej, w dodatku po ciemku i... i po wytarzaniu się w mule, przez co nie czuć też niczego nosem, ale... hm. No, w sumie nie ma "ale". Dokładnie tak jest i tyle — mruknąłem, marszcząc brwi, zerkając na kotkę kątem oka - widziałem, że słuchała mnie uważnie. — Mimo to... myślę, że będzie dobrze. Potrzeba tylko... czasu. Zawsze potrzeba czasu i co by drugi kot nie poddał się pierwszy. Wiesz, Psianko? Tak sobie myślę... mhm...
Wtem naszym oczom ukazała się druga część upadłej gwiazdy, tuż za drogą grzmotu, do której się zbliżaliśmy.
— Rozumiem cię Borowiku, taka droga często bywa kręta i wyboista, często też jest ciężka do przejścia. Jednak gdy znajdziesz jej koniec, może okazać się, że warto było się trudzić — uśmiechnęła się do mnie, spoglądając jednocześnie na drogę. — Przyznam ci, że kiedyś myślałam, że moja droga prowadziła do ciebie.
Oh.
— Po krótkim czasie uświadomiłam sobie, że to mózg płata mi figle, Wszechmatka nie pisała nam życia razem, Gończyk mi o tym powiedział. — Przycupnęła przed drogą grzmotu, uważając czy nie jedzie żaden potwór. Usadowiłem się na ziemi tuż przy niej, próbując jednocześnie przetrawić jej wyznanie. Kiedy ryk bestii rozległ się z naszej lewej strony, odskoczyła do tyłu i spojrzała na mnie. — Jak powiem trzy, to biegnij, ile sił w łapach! — krzyknęła, aby przekrzyczeć ryk potwora. — Raz, dwa, TRZY! — rzuciła się na drugą stronę drogi, przebiegając ją najszybciej, jak potrafiła.
Nieco się zagapiłem, ale szybko udało mi się dogonić Psiankę, tym samym bezpiecznie przekraczając Drogę Grzmotu. Zobaczyłem, jak wzdryga się i próbuje złapać oddech. Potrzebowaliśmy chwilki, by nieco się uspokoić. Potem - ruszyliśmy dalej.
— Oh. To... to ciekawe, co mówisz... hm... Uh. - rozejrzałem się niepewnie na boki, wracając do tematu. — No... no, dobra... Ale... jak już poznasz tego, kogo wyznaczyła ci Wszechmatka, to na pewno będzie ktoś... hm, akceptowalny, chyba... Ale jakbyś... wiesz, potrzebowała kiedyś, to ja mogę zawsze temu komuś wyjaśnić parę rzeczy, w razie, gdyby... coś nie tego...
Byliśmy coraz bliżej granicy z klanem wilka, mogłem już niemal wyczuć, jak dwa obce zapachy mieszają się ze sobą.
— Dziękuję ci Borowiku, naprawdę to doceniam — odparła z uśmiechem. — Teraz musimy iść na granicę z Klanem Wilka, myślisz że złapie nas ich patrol? Chociaż… może lepiej nie… — odrzuciła od siebie tą myśl. Dokładnie zacierała nasze ślady i wybierała drogę, która wyglądała na nieuczęszczaną. Oprócz tego śnieg maskował lekko nasze zapachy. Minęliśmy więc upadłego potwora i zmierzaliśmy w stronę iglastego lasu. Jedyne, co mogłem zrobić, to za nią podążać i w razie zagrożenia wykorzystać moje zwiadowcze umiejętności.
Bezpiecznie przekroczyliśmy pierwszą, jak i drugą granicę, przemierzając iglasty las, niczym cienie skacząc po gałęziach. Nawet gdyby ktoś wyczuł nasz zapach, nie byłby w stanie zlokalizować jego źródła z takiej wysokości. Bez większych przeszkód po drodze, zbliżaliśmy do ostatnich dwóch przeszkód na naszej trasie - rzeki i drogi grzmotu tuż za nią.

***

— Ojoj... — mruknąłem, patrząc w niebo. — Późno się zrobiło. O jakiej porze właściwie zamierzamy... wrócić...? I... uh... chwila... Rozejrzałem się niepewnie, gdy stanęliśmy na granicy linii drzew. Nigdzie nie było widać rzeki.
Psianka również stanęła obok mnie. Tak się zagadaliśmy, że nie zauważyliśmy aż do tego momentu, że mogliśmy po drodze zboczyć z kursu…
— Oh… — rozejrzała się dookoła, po czym zaczęła wspinać się wyżej po gałęziach. Zdaje się, że ostrzegła coś w oddali, ale wnioskując po wyrazie jej pyska, nie była w stanie zidentyfikować czy to to, czego szukamy.
— Chodź Borowiku! Coś znalazłam!
Tak, to była rzeka. Dostrzegłem ją wyraźnie, ale musieliśmy się nieco cofnąć, by to się stało. Nie zgubiliśmy się aż tak, jedynie nieco rozjechaliśmy się z obranym kierunkiem. Błąd prosty do naprawienia.

***

— Hm. Trochę taka... szeroka ta rzeka — mruknąłem, szacując nasze szanse na przetrwanie tej przeprawy, biorąc pod uwagę moje umiejętności pływackie. — No dobra... — zanurzyłem ostrożnie jedną łapę w wodzie i poczułem, jak prąd wody ciągnie mnie w przeciwną stronę. Tak mnie to zaskoczyło, że straciłem równowagę i wleciałem do rzeki. Po kilku uderzeniach ptasich skrzydeł, podczas których zdążyłem odtworzyć w pamięci najważniejsze wspomnienia mojego życia i pożegnać się ze światem, bliskimi i moim już pewnie zimnym legowiskiem, znalazłem się bezpiecznie po drugiej stronie.
— Choć, Psianko. Albo... albo lepiej… płyń — powiedziałem, trzęsąc się z zimna, próbując wysuszyć moje biedne futerko, zamoczone po raz drugi tego dnia i zapewne nie ostatni…
Psianka przekroczyła wodną toń z wyraźnie większą gracją (a przynajmniej bez wyraźniej konieczności żegnania się z życiem), ale też nie wyglądała na bardzo szczęśliwą z zaistniałej konieczności. Wyczyściła swoje futro do sucha, lecz, mimo tego, dalej dygotała. Podeszła niepewnie do drogi grzmotu, która była tuż przed nami.
— Damy radę, jak przejdziemy przez nią, będzie już z górki! — uśmiechnęła się do mnie pogodnie, jednak jej oczy wyjawiały, że jest trochę zestresowana… Siedlisko dwunożnych było pełne… dwunożnych, którzy mogli być niebezpieczni...

***

— Chodź! — zawołała, po czym bezpiecznie przebiegła na drugą stronę. Jej ogon drżał z widocznych emocji, niecierpliwości, strachu i podniecenia jednocześnie. Wiedziałem, jak ważne jest dla niej marzenie o spotkaniu dwunożnych i, choć nie podzielałem jej ekscytacji, miałem nadzieję, że nie pożałuje i że sprawi jej to radość.
— Jeśli coś się stanie… przekaz Gończykowi i matce, że ich kocham, dobrze? — mruknęła cicho, patrząc w oczy buremu, z pełną powagą.
Wzdrygnąłem się na nagłą zmianę emocji w jej tonie.
— Oh, Wszechmatko... Chwila. Jak to..? Co ma się stać..? Znaczy... okej... — zacząłem, nieco zdezorientowany. — Kiedy miałbym wiedzieć, że coś się stało..? Jak... uh... jak to stwierdzić..? — zmarszczyłem brwi, próbując odzyskać choć część mojej logiki. — Poza tym... raczej... chyba wrócisz... najpewniej, więc ja tu sobie zaczekam po prostu... hm.
Podrapałem nerwowo ziemię łapką.
Nie odrywała wzroku ode mnie, mogłem zobaczyć, że nad ekscytacją nieco wziął górę strach. Ale skoro już byliśmy tak blisko… to już się chyba nie wycofa.
— Uh… no nie wiem Borowiku… Będę krzyczeć. Jeśli chcesz to… możesz mnie obserwować z tego drzewa — wskazała ogonem, po czym zbliżyła się do kocura. — Dziękuję Ci, że przyszedłeś ze mną aż tutaj. To wiele dla mnie znaczy. — Przycisnęła pysk do boku mojej szyi w przyjacielskim geście, a następnie odwróciła się i stanęła przed ścianą gniazda dwunożnych. Była zbudowana z dziwnie prostych drzew, które wyglądały na bardzo cienkie. Aż zmarszczyłem brwi. Dziwne istoty… Na co im płaskie drzewa? Ani na nie nie wejdą, ani w nich wiewiórki nie zamieszkają… Wycofałem się nieco i wspiąłem się na najbliższe drzewo, uważnie obserwując kotkę. Znowu złapałem się na tym, że zastanawiam się, jak ona szybko dorosła…
Powoli wdrapała się na szczyt ściany, obserwując jedno z gniazd, znajdujących się naprzeciwko. Z otworu w gnieździe wydobywało się brzydkie światło, drażniące oczy, a w środku, ledwo dostrzec można było… dwunożnego. Gdzieś w oddali ujadało psisko. Wzdrygnąłem się na ten dźwięk, a moje futerko się napuszyło. Ona za to zafascynowana wpatrywała się w ten otwór. Obejrzała się po raz ostatni w moją stronę, po czym zeskoczyła na trawę po drugiej stronie. I właśnie wtedy, gdy już zdążyłem przekonać się, że może ta wyprawa skończy się obiektywnie pozytywnie… zjawił się on. Dwunożny złapał kotkę swymi łapskami po bokach jej ciała, a zaraz po tym unieruchomił ją, chwytając ją za kark. Ja siedziałem na gałęzi w bezruchu, obserwując w panice otoczenie, próbując znaleźć jakieś inne wejście do gniazda, jakiś słaby punkt, coś, co można by wykorzystać, by oswobodzić Psiankę…
— Borowiku! Borowiku pomocy! — zawyła, próbując się wyszarpać, jednak wyglądało na to… że to na nic. Przemieszczała się razem z bestią, wrzeszcząc i plując, starając się wykorzystać jakiekolwiek techniki bitewne, których nauczyła ją Rohan, nic jednak to nie dało. Psianka zniknęła razem z dwunożnym wewnątrz gniazda, którego wejście zostało od razu zabarykadowane.
Nie byłem w stanie się ruszyć. Nawet oddychać.

<Psianko?>

Od Pszczelego Lilaku CD. Migoczącej Łapie (Migoczącemu Nieboskłonowi)

Dawno, dawno temu (gdy Migoczący Nieboskłon był uczniem)

— Niczym pisklę do rozbicia swojej skorupki! — wymruczała z wymuszonym uśmiechem.
Kotka nie chciała tego robić, wiedziała jednak, że nie wypada odmawiać koledze.
Kocur nic nie odpowiedział, po prostu wszedł w krzaki. Kotka stała tam jeszcze parę bić serca, po czym poszła w przeciwną stronę. Obiecując sobie przy tym, że postara się przegrać, nie chciała go denerwować… W końcu kto chciałby pokazać kogoś, kto robi mu taką łaskę? Nikt.

***

Minął dłuższy czas, a słońce już powoli tonęło za horyzontem. Kotka siedziała w miejscu, posłusznie czekając na Migoczącą Łapę. Szczerze? Zaczęła się trochę nudzić. Gdy ten wyłonił się z krzaków, natychmiast wstała i uśmiechnęła się szeroko od ucha do ucha. Kocur w pysku niósł aż dwa wróble! Kocur odłożył je na ziemię, po czym powiedział:
— Wygrałem kupo futra, wygrałem! — W jego głosie było coś w rodzaju małej satysfakcji.
— A ja przegrałam… W każdym razie dobra robota! — rzekła, dodając po chwili — Wracajmy Migocząca Łapo… Zaraz noc.
Kocur nic nie odpowiedział, tylko poszedł przed siebie. Pszczeli Lilak, znudzona po prostu poszła za nim, biorąc wcześniej zwierzynę w pysk. Dwójka szybko dotarła bez obozu bez żadnych rozmów.

***
Przed śmiercią Przepiórczej Wichury

Słońce było wysoko zawieszone nad terenami Klanu Klifu, a nawet chylące się już delikatnie ku dalekiemu horyzontowi. Nie zakrywała go ani jedna chmura. Niebo było krystalicznie czyste i przypominające wodę w pobliskim wodospadzie. Powietrze i rośliny były dosyć suche, a temperatura dosyć ciepła. Cisza była tylko od czasu do czasu przerywana śpiewem ptaków czy szumem drzew tańczących wręcz na wietrze. Tańczyło tak i liliowe futro Pszczelego Lilaku. Kotka siedziała niedaleko wejścia do obozu, widocznie czekając na kogoś. Choć dzień był spokojny, było to w jej oczach jak cisza po burzy. Serce biło pod jej kupą futra, pod jej piersią dosyć intensywnie. Kotka czuła się nieco jakby świat był drzewem, któremu zamiast gałązek zaczęły rosnąć korzenie, a zamiast korzeni gałązki. Czuła się nieco wystraszona, zdziwiona oraz wręcz zagubiona. A to wszystko wina plotki, w którą uwierzyła. Kotka początkowo myślała, że to tylko plotka jak każda inna, w końcu Lśniąca Gwiazda zdradzający swój klan, ze samotniczką? I to była zastępczyni, która tak zraniła jego synów? Niemożliwe! Prawda..? Jednak gdy kotka tylko spojrzała na Kaczorka i Żołędzia, to definitywnie się zmieniło. Rude plamy Kaczorka były podobne do rudego futra Lśniącej Gwiazdy, Żołądź, który definitywnie miał jego oczy tylko innego koloru… Jej zdanie definitywnie się zmieniło. Pszczeli Lilak, miała pojęcia, jak tego wcześniej nie zauważyła. Fakt jedno z kociąt, Komosa, był niepodobny, ale czy to skreśliło inne dowody? Nie! Pszczeli Lilak, czuła się głupio, jak lider Klanu Klifu, ich własny lider, zrobiłby im coś takiego? Nie wiedziała co robić, wiedziała tylko, że jak najszybciej musi przekazać te wieści Migoczącemu Nieboskłonowi! Czuła się odpowiedzialna za przekazanie mu tych złych wieści. Dodatkowo była ciekawa jego reakcji. No cóż, kto inny chciałby to zrobić jak nie ona? Liliowa czekała na niego zniecierpliwiona jak pies na swojego dwunożnego. W końcu po dłuższej chwili doczekała się go. Point wracał z myszą w pysku, a za nim, niemalże w szeregu Cicha Łapa, Krabowa Łapa i Focza Fala. Wstała i jak najszybciej skierowała się w jego stronę. Nie Zważając na innych wracających z patrolu rzekła:
— Witam Migoczący Nieboskłonie! Wiedziałeś, co zrobił na drogie gwiazdy twój ojciec? Zdradził nasz przepiękny niczym nocne niebo klan! Te kocięta, które przyniósł to podobno twoje rodzeństwo! I to nawet nie przyrodnie! Nie wątpię w to, są zbyt podobni do niego! Żołądź definitywnie ma po nim ślepia! — rzekła szybko, po czym dodała, nie czekając na jego reakcje — Straszne to czasy Migoczący Nieboskłonie… Biedni ty i twoje rodzeństwo, zwłaszcza te najmłodsze… Maluchy mają samotniczką krew po tej głupiej kotce! Mam nadzieje, że gdy ty zostaniesz zastępcą i w końcu przywódcą nie będzie w tym klanie takiego bałaganu! Prawda? Możesz mi to obiecać?

<Migotku? Twój ojciec to zdrajca>

Od Ulewnego Szkwała Do Kokoszki

Przeszłość, wspomnienia z ataku wydr z 12.09.2026r.

Ulewny Szkwał śnił, jak jego córki zostają namiestnikami, a Kokoszka krzyczy.
— Tato! Tato! — Szkwał płakał z radości, chcąc powiedzieć, "tak córeczko, widzę cię", ale nagle wołanie zaczęło brzmieć tak rzeczywiście, że Szkwała wybudziło. Ten krzyk był intensywny, może za bardzo przeżywał ten sen? Że wydawało mu się to realne? Niebieski fińczyk wyszedł z legowiska wojowników, widząc Kokoszkę, od razu dobiegł do niej.
— Córeczko, czemu nie jesteś u boku swojej matki, Świteziankowego Jeziora? Coś się stało? — spytał liliową córeczkę.
Malutka koteczka podbiegła i przytuliła jego wielką łapę. Po chwili jednak oderwała się, uszy jej się ruszyły, następnie odsunęła się i wskazała fińczykowi źródło szelestu.
—Tam ktoś był — miauknęła.
— Obserwowali nas! — dodała liliowa kotka — Myślałam, że to ty... — mruknęła ciszej do niego.
Zaraz po tym obróciła się w kierunku wyjścia. Coś ją zaniepokoiło i szybko zbliżyła się do niego bardziej niż przedtem.
— Nie martw się kochanie, ja to ogarnę, a ty wracaj do żłobka — spuścił chwilę z niej wzrok i zauważył cztery pary łap.
— Niezwłocznie — powiedział już stanowczo, jeżąc się w stronę czegoś nieznanego.
Coś, co chodziło na czterech łapach, ruszyło w ich stronę, trudno było na początku stwierdzić co to, bo był sam środek nocy, gdzie ciemność ogarniała cały obóz i ledwo co było widoczne. Następnie zrobił się w kilka bić serc chaos, bo okazało się, że to była jedna wydra i jeszcze jakimś cudem słyszał z tyłu, że doszła druga a może i trzecia?
Kocur był zdezorientowany, było zbyt dużo drapieżników, dwaj weszły do żłobka, a jeden był na środku obozu. Kokoszka gryzła wydrę, która popchnęła Lulkowe Ziele, był wkurzony tym, jak jego córka jest lekko myślna i wgryzł się w wydrę. Chciał, tylko żeby jego córka puściła te zwierze i zwiewało do żłobka. Większa wydra wrzasnęła z bólem, czując zęby niebieskiego kocura na sobie, drapieżnik, otrząsając się chwilowo, spostrzegł kocie, które chwilę wcześniej próbowało ją zaatakować. Ryknęła, chwytając za delikatne ciałko. Przy pierwszym pociągnięciu rozbrzmiał dźwięk pękających tkanek. Podrzucona kotka uderzyła w ziemię, a wydra ponownie chwyciła ja w swoje kły, tym razem za ogon. Niestety, chwyt był za mocny. Kość pękła, a maluch sturlał się w głąb żłobka. Mniejsza wydra wykorzystała, że Szkwał był skupiony na większej wydrze, to skaleczyła jego bark.
Atakował osobnika mimo tego, chciał, żeby Kokoszka to wykorzystała, żeby uciec. Niestety nie zrobiła tego i był świadkiem, jak jego mała córeczka zostaje kaleką, Szkwał doznał szoku dlaczego? Próbował mniejszą wydrę, która siedziała na jego braku tak skrzywdzić, że więcej świata nie ujrzy. Syczał gniewnie, a jego instynkt rodzicielski przejął nad nim panowanie.

***
Przyszłość, po ataku wydr

Sytuacja się uspokoiła, choć tego dnia stracili Kijankowe Moczary, dodatkowo jeszcze jakaś banda samotników wdarła im się do obozu. Jeden nazywający się Dryfująca Bulwa, po złożeniu zeznań, odszedł z ich terenu, a ten kremowy umarł, odbierając przy tym jedno życie Mandarynkowej Gwieździe. Chciał się udać do żłobka, bo już Kokoszka wróciła z lecznicy, miała na sobie pełno opatrunków, najwięcej na ogonie i w miejscu, gdzie nie miała jednej łapy. Stąpał niepewnie w jej kierunku, lecz chwilę się zatrzymał, przypominając sobie, jak wydra z łatwością wyrwała jej kluczowe kończyny do funkcjonowania, a krew z tych miejsc sączyła się jak szalona. Niby miał nadzieję, że gdy zabierze kociaki od Liliowej Pieśni, zaznają lepszego życia z innymi kotami, że zdobędą nowe znajomości wśród nieczekoladowych kociąt, sam nie umiał poprzedniego dnia tego zrealizować do końca, gdyby Liliowa Pieśń wyszła z wyspy więźniów i to zobaczyła, udusiłaby go na środku obozu. Otrząsnął się z tego i wszedł do żłobka, większość kociaków bawiła się ze sobą, a Liliowe ciałko leżało skulone przy Świteziankowym Jeziorze.
— Czy Kokoszka śpi? — spytał, podchodząc do królowej, Świtezianka spoglądała na kocię, nie utrzymując z nim kontaktu wzrokowego.
— Nie śpi, tylko jest wstrząśnięta po poprzedniej nocy — królowa polizała kocięce plecy i zabrała ogon od Kokoszki, którym wcześniej ją okrywała, by ojciec kocięcia widział ją lepiej. Ulewny Szkwał przełknął ślinę i zrobił parę kroków do kociaka, pochylając głowę, by lepiej widzieć jej opatrunki.
— Jak się czujesz córeczko? — szepnął do liliowej koteczki, która była obrócona w stronę brzucha Świteziankowego Jeziora.

[Kokoszko, jak się czujesz po stracie kończyn?]