Młoda szylkretowa kocica szkoląca się jednak na wojowniczkę, a nie na zwiadowczynię, jak początkowo Modrogończyk myślał, była istnym huraganem. Kapryśna, drwiąca, przechwalająca się, a na domiar tego wszystkiego mówiła w taki dziwny sposób, że ciężko było brać ją na poważnie. W szczególności, gdy te parę księżyców temu oznajmiła młodemu szamanowi, że zostanie najlepszym wojownikiem w Owocowym Lesie. Było to wspaniałe, acz nieco nierealne marzenie, które czas zweryfikuje. Nie, żeby Modrogończyk życzył jej źle, jednak wiedział, że samym gadaniem i przechwalaniem zbyt wiele się nie zadziała. Mógł tylko mieć nadzieję, że jego owocowa koleżanka z łatwością rozwinie skrzydła i zostanie najlepszą wersją siebie.
— Ja nic nie słyszałem... — Zmarszczył mordkę, po czym wziął głęboki wdech i rozluźnił pysk. — Raju, Smok! Ty masz naprawdę dobry słuch! — powiedział z entuzjazmem, przyglądając się kotce, a dokładniej jej wąsom, które wraz z jej charakterystycznym ubarwieniem sprawiały, że ciężko było obok niej przejść obojętnie bez zagadania do niej, chociażby o pogodę. Tak to chyba już jest, gdy jest się kotem o dziwnie brzmiącym imieniu oraz nietypowym wyglądzie. — Ty nie będziesz najlepszym wojownikiem w Owocowym Lesie. Ty będziesz najlepszym wojownikiem we wszystkich okolicznych społecznościach! — ogłosił.
Był świecie przekonany o tym, że miał dobry słuch oraz węch, co miało być według niego zadośćuczynieniem za nieco słabszym wzrok, który najprawdopodobniej odziedziczył po matce. Jednak Smok to była całkowicie inna liga. Czy gdyby nie szkolił się na szamana, a wojownika, jego umiejętność słuchu byłaby na tym samym poziomie co Smoka?
Spostrzegł ten charakterystyczny błysk w oczach kocicy, po czym jej pysk opuściło parsknięcie.
— No już, wystalczy, nie musisz się aż tak podlizywać... — Mówiła jedno, a jej wyraz mordki jasno mówił, że była łakoma pochlebstw. — Czy to jakaś psychologiczna szamańska zaglywka? — spytała, unosząc brew, tłumiąc parsknięcie.
Co było śmiesznego w tym, że chciał pochwalić rozwinięty zmysł słuchu kocicy? Czyżby wyglądał na zdesperowanego kocurka? Smok chichotała, a Gończyk westchnął, czując, że lada chwilę jego społeczna bateria się wyczerpie.
— Może... po prostu z twoim wrodzonym talentem, predyspozycjami, odpowiednią budową ciała, dobrze rozwiniętymi zmysłami i treningiem pod okiem Sajgona wiem, że zajdziesz daleko. Szamańska intuicja. — Mówiąc to, dotknął czoła łapą, dokładnie w miejscu, w którym posiadał białe znamię. Po chwili jednak nieco ją obniżył, starając się odwzorować gest, którego nauczyła go matka. Z jego pyszczka wydobył się nie do końca naturalny w kocim języku dźwięk. "Przyjaciel". Jedyne słowo, które Purchawka znała w lisiej mowie i którego nauczyła Modrogończyka. — Następnym razem, gdy spotkacie na treningu lisa, powiedz mu to, a istnieje cień szansy, że was nie zaatakuje. W końcu nie na darmo jedno z kocich wyzwisk nawiązuje do lisa... Udanego treningu, Smoku!
Pożegnał się z kocicą, decydując się podobnie jak i ona przyszykować do dzisiejszego treningu. Wchodząc do lecznicy, pozbył się cienkiej warstwy śniegu, który oprószył jego brązowe futerko. Purchawka krzątała się od samego rana pomiędzy składzikiem a chorymi przewlekle pacjentami. Gołąbek przeciągał się na swoim posłaniu, a Mistral z tego, co udało mu się wydedukować, najprawdopodobniej udała się z wizytą do legowiska starszych.
— Dzień dobry, Gołąbku — zwrócił się do młodego uzdrowiciela, gotów pomoc buremu w jego obowiązkach. — Widzę, że miałeś dobry sen. To dobrze. Koty powinny śnić same piękne, kolorowe sny.
~~~
Przed Modrogończykiem siedział bardzo dobrze mu znany z widzenia starszy o księżyc młody uczeń wojownika, z którym przez trzy księżyce mieszkał wspólnie w żłobku. Brązowy kocurek dziwił się, że nie udało mu się przez ten czas zbliżyć do brata Smoka, jednak Pierścień był jakby to powiedzieć, nieco specyficzny. Bardziej niż jego siostra. Zamiast na kociaka czy młodego ucznia wyglądał na małego staruszka. Może chodziło o sposób, w jaki siedział, a może wyraz na jego mordce? Albo o te wszystkie rzeczy, które razem sprawiały, że nie różnił się za wiele od starszej Orchidei czy Pieczarki.
Modrogończyk zachęcająco uśmiechnął się do niebieskiego, wskazując łapą na wolne legowisko, na którym miał spocząć pacjent, po czym przystąpił do oględzin łap starszego.
— Odmrożone poduszki... — zamruczał Modrogończyk, dodając w myślach "lepiej poduszki niż ogon lub zadek."
Swoim ogonem przyciągnął korę w kształcie podłużnej misy, w której znajdował się podbiał pospolity, a właściwe gotowa papka z niego. Pierścień nie był dzisiaj jedynym kotem z tą dolegliwością, dlatego szaman nie musiał specjalnie przeżuwać liści. Pełny skupienia zaczął nakładać papkę na poranione łapy kocura, gdy wtem do lecznicy zajrzał kolejny kot, najprawdopodobniej pacjent.
Smok nie przywitała się z ani ze swoim bratem, ani z Modrogończykiem. Stojąc niedaleko wejścia, rozglądała się po pomieszczeniu, najprawdopodobniej kogoś lub czegoś szukając. Minęło parę uderzeń serca, nim Modrogończyk zdał sobie sprawę z jej obecności, kątem oko spostrzegając ruch w tamtym miejscu.
— Dzień dobry, Smoku! — miauknął, tym samym sprawiając, że kocica spojrzała w jego stronę. Neutralny wyraz jej pyska zamienił się w nienaturalny grymas. Czyżby jej coś dolegało? Zatruła się? — Zaraz się tobą zajmę, tylko skończę nakładać papkę na poduszki Pierścienia.
<🐉?>
[trening szamana – 782 słowa]
[16%]
Wyleczeni: Pierścień