BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

12 września 2026

Od Nurowej Łapy

Nur pokaszliwał od czasu do czasu od momentu podtopienia. Najpierw się o to martwił, ale potem wyjaśniono mu, że jest to normalne i płuca potrzebują kilku dni. On chyba po prostu czasem i tak łykał trochę wody na lekcjach pływania. Nigdy więcej już się nie podtopił tak jak tamtego dnia przy Żabim Oku, ale nurt czasem był zbyt mocny, a Nurowa Łapa zbyt uparty. Chociaż miał nakaz odpoczynku i nauczył się słuchać własnego ciała, to cały czas miał wobec siebie wymagania. Minęło zaledwie kilka księżyców, od kiedy został uczniem – jednak wtedy był przekonany, że uczniem będzie tylko na chwilę, dopóki nie uda się przegadać Mandarynkowej Gwiazdy, aby pozwoliła mu być już wojownikiem. A teraz jego siostra była już wojowniczką, a on sam jeszcze nosił uczniowskie imię! Jego duma kuła za każdym razem, gdy przechodził obok Łabądki, szukając Żabiego Oka. Czarno-biała patrzyła na niego z góry, dumna z tej wygranej. Rudy oczywiście, jak o większości, o kotce myślał jako o złej i niewartej wojowniczce – nie uważał, że potrafi dużo więcej od niego. Po prostu był zazdrosny, że ta już nosi wojownicze imię! Uważał jednak, że gdy nauczy się wszystkiego, jako uczeń to przynajmniej będzie lepszym wojownikiem… Ale nie chciał, aby ktokolwiek sądził, że nie nadaje się na wojownika. A to, że czasem kaszlał, przecież było niczym – a przynajmniej tak sobie powtarzał. Większość czasu ten kaszel i tak wcale mu nie przeszkadzał.Gdy tylko zaczęła się Pora Opadających Liści, kaszel się wzmocnił. Nur chcąc wykorzystać czas, w którym rzeka nie jest zamarznięta, prosił Szałwiowe Serce, albo Żabie Oko o dodatkowe lekcje nurkowania. Nie łykał już nawet wody! Więc nagły, mocny kaszel był dość dziwny, ale nie na tyle martwiący, aby Nur zwrócił na to uwagę. Zaczął trochę przeszkadzać, gdy drapanie w gardle pojawiało się podczas wysiłku – Nur biegł za zwierzyną i nagle zaczął pokasływać. Czasem wręcz musiał się zatrzymać, aby odkaszlnąć! Irytujące. Tylko że coś takiego nie zatrzyma silnego wojownika – powtarzał sobie. Żabie Oko i Szałwiowe Serce na szczęście nie widzieli go w najgorszych momentach i w drugim tygodniu Pory Opadających Liści wrócili do intensywnych treningów. Treningów, za którymi w pewien sposób tęsknił, ale w inny… strasznie go męczyły. Takie rzeczy jednak nie były ważne, liczyło się tylko to, że przyspieszy to jego zostanie wojownikiem!
Szałwiowe Serce wziął Nura na patrol łowiecki, żeby sobie to jeszcze przećwiczył, a przy okazji, żeby zaczęli robić zapasy na zimę. Nurowa Łapa czuł, że będzie to udane polowanie. Czuł w swoich łapach dużą siłę, a zwierzyna również przygotowywała swoje zapasy, więc była łatwym celem.
– Pamiętaj. Nie liczy się szybkość, tylko spryt. – szepnął mentor.
Uczeń kiwnął głową i przykucnął. Wsłuchał się w wiatr, zagłuszający szmery zwierząt. Zerknął w jedną stronę, aby zaraz wyczuć świeżą wiewiórkę. Nastawił się i kiwnął głowę w stronę zdobyczy. Mentor puścił go samego. Nur ruszył ostrożnie. Zwierzę się przestraszyło, więc uciekło. Uczeń ruszył za wiewiórką, najpierw powoli, ale zaraz przyspieszył. Trop był wyraźny. Łapy praktycznie niosły go same! Przez krótki moment nie przejmował się Łabądką ani swoim wojowniczym imieniem, ani tym, że jest jeszcze uczniem. Przez moment był po prostu idealny. Bo musiał… Przyspieszył. Zwolnił, gdy znalazł zwierzynę. Padł na ziemię, gotowy do skoku, aż… Poczuł znajome drapanie. Zignorował je. Przygotował się do rzucenia się na wiewiórkę. Drapanie w gardle się wzmocniło. Nie teraz – praktycznie błagał samego siebie. A gdy wyskoczył, zaraz padł na ziemię i zaniósł się kaszlem. Ledwo co podniósł się na nogi.
– Co się stało? – Szałwiowe Serce. Kiedy go dogonił…?
Nur natychmiast się wyprostował i spojrzał na mentora.
– Wszystko w porządku.
– Kaszlałeś.
– Zrobiło się chłodniej. To pewnie przez to… – westchnął, uciekając gdzieś wzrokiem. – Wypocznę dziś. Jutro będzie lepiej. – zapewnił.
Książę przez moment wpatrywał się w rudego z nieufnością. Obydwoje wiedzieli, jak bardzo Nur nie dba o siebie. Ostatecznie jednak westchnął i kiwnął głową.
– Dobrze, ale wracajmy.
Namiestnik przez moment chciał się jeszcze sprzeczać, ale ostatecznie tylko spuścił łeb i ruszył za kocurem. Tylko szli jakoś trochę wolniej…
Wieczorem wrócił ten mocny kaszel. Nur leżał zwinięty na swoim posłaniu, zwinięty w kłębek i próbował zasnąć. Uczniowie wokół niego szeptali jeszcze o tym, jak minął im dzień i jak przebiegają treningi. Rudy ani się tym nie interesował, ani nie uważał, że inni uczniowie są warci jego uwagi. Próbował się rozluźnić, ale zakaszlał. Zacisnął szczękę, kuląc się bardziej i po chwili zakaszlał mocniej. Poczuł nieprzyjemne pieczenie w gardle, więc przewrócił się na drugi bok i przełknął ślinę. Spróbował wziąć głębszy oddech, ale zaniósł się kaszlem.
– Nur? – Liliowa Łapa podszedł do niego.
Z wszystkich uczniów akurat on! To nie tak, że miał najniższy poziom, ale po pierwsze zajmował czas Żabiemu Oku i ta nie mogła teraz uczyć tylko Nura, a po drugie Trzcinowy Szmer z jakiegoś powodu traktowała go jak swojego drugiego syna, mimo że ten pochodził tak naprawdę od Niezapominajkowej Nadziei…
– Co? – praktycznie syknął.
– Przyszedłem się zapytać, czy jest okej…?
– Tylko mnie przewiało. To nic takiego.
– Nie chcesz do medyków.
– Nie. Wszystko w porządku.
Nur tak często powtarzał te słowa, że czasem brzmiały dla niego, jak kłamstwo. Tylko że co to niby miałoby nie być w porządku? Tylko kaszlał! Kaszel miałby zatrzymać jego treningi? Wtedy byłby naprawdę słabym wojownikiem…
– Nur…
– Wracaj spać.
Liliowy spuścił głowę, ale faktycznie wrócił na swoje posłanie. Nur przewrócił się na inną pozycję i spojrzał w niebo. To przecież tylko kaszel…
Następnego dnia obudził się dziwnie zmęczony. Nie bardzo, ale bardziej niż zwykle. Jak na to, że zawsze się rwał, żeby tylko wyjść ze swojego posłania i w ogóle odejść od legowiska uczniów to… Nie chciało mu się. Nawet nie tyle, ile mu się nie chciało, co bardziej… Nie miał siły. Jego łapy wydawały się dziwnie ciężkie. Wstał dopiero po chwili. A wtedy zakaszlał. Raz, drugi, trzeci. A potem przez moment nie umiał przestać. Zjeżył się, bo to faktycznie nie było normalne. Tylko co sobie pomyślą o namiestniku przychodzącym do medyków przez zwykły kaszel… Więc ruszył na poranny trening z Żabim Okiem i Liliową Łapa.
Przez długi czas szło mu naprawdę dobrze – wspinali się z Liliową na coraz wyższe drzewa i kto wszedł i zszedł najszybciej, wygrywał pochwałę. Więc Nur oczywiście robił to tak szybko, jak bardzo pozwalało dbanie o własne bezpieczeństwo. Był skupiony. Miał cel. Oczywiste więc, że ignorował, jak ciężko mu się oddycha po każdym zeskoczeniu z drzewa. Odpoczywał, gdy czekał, aż Lilia też zejdzie – uważał, że tyle mu wystarczy. Nie wystarczyło.
Ostatnie drzewo, najwyższe. Żabka dała im znać, że mogą zacząć i Nur już wbił pazury w korę. Muszę być lepszy niż Łabądka. Muszę być lepszy niż oni wszyscy. Muszę być najlepszym wojownikiem. Najlepszym namiestnikiem. Najlepszym kotem. – powtarzał sobie w głowie, z każdą gałęzią, która przybliżała go do korony drzewa. Spojrzał w dół. Lilia dopiero wchodził na jedną z niższych gałęzi… Nur nie musiał się tak spieszyć. Dlatego usiadł. Położył się, a potem… Gdy otworzył oczy, był obolały i na ziemi.
– Wreszcie! Już miałam cię wynosić w pysku! – Żabie Oko i jej ten zmartwiony ton głosu.
Nur zamrugał kilka razy i rozejrzał się, niepewien co się stało. Spróbował wstać, padł na ziemię i zakaszlał.
– Co się… Co się stało? – zapytał po chwili.
– Zsunąłeś się na niższą gałąź, a potem już ściągnęła cię Żabie Oko. – liliowy wyjaśnił całą sytuację szeptem.
Nurowa Łapa pokręcił głową, nie wierząc w coś takiego. Zasnąłby na gałęzi? Niemożliwe. Zresztą, raczej pamiętałby moment zaśnięcia…
– Idziemy do medyka. – stwierdziła wojowniczka.
To od razu postawiła ucznia na nogi.
– Jest dobrze. Widzisz?!
– Nurze zemdlałeś!
– To nic.
Wojowniczka spojrzała na niego poważnym wzrokiem, ale gdy ten się nie ugiął, wzięła go po prostu w zęby. Chciał się wyrwać, ale nie miał na to siły… Żabka odłożyła go przed wejściem do obozu, za co Nur był jej wdzięczny. Przynajmniej nikt nie będzie go wyśmiewał!
– Będę musiał odpoczywać. – jęknął niezadowolony, gdy Żabka prowadziła go do medyka.
Chciałby powiedzieć, że nie rozumiał, dlaczego kotka go odprowadzała. Ale rozumiał to doskonale. Gdyby nie eskorta to pewnie olałby wizytę u medyków. Kotka też to wiedziała.
– Musisz.
– Odpoczywałem już ostatnio! Jestem przez to w tyle. – prychnął oburzony.
– Nie jesteś w tyle. Mówiłam już ostatnio. Odpoczynek to też ważna część treningu.
Nur kłóciłby się z nią, gdyby tylko miał siłę. I gdyby właśnie nie został przekazany w łapy Gąbczastej Perły. Weszli razem do legowiska medyka. Zapach ziół zemdlił ucznia.
– Co się dzieje? – zapytała księżniczka.
– Nic.
Kotka westchnęła i kazała mu się położyć. Rudy chciał się przeciwstawić, ale co by pomyśleli jego rodzice, gdyby usłyszeli, że kłócił się z księżniczką! Ułożył się więc na jednym z posłań i zerknął na resztę chorych z widocznym obrzydzeniem. Choroba. Coś tak głupiego i przeszkadzającego. Czemu zwracali na to uwagę? Dopóki nie męczyła ich tak bardzo, że nie mieli na nic siły, powinni ją ignorować! Tak jak on sam to robił.
– Kaszlesz?
– Trochę.
– Jesteś zmęczony.
– Przez treningi.
– Rozumiem…
Medyczka przez moment zastanawiała się nad czymś, po czym odeszła. Nur już miał wstawać, aż Klekoczący Bocian nie pojawił się obok.
– Gdzie się wybierasz? Dostałeś już leki?
Nur kiwnął głową, ale nie zdążył zrobić nawet jednego kroku, nim zaniósł się kaszlem.
– Nawet jeśli to i tak odpoczywasz.
Uczeń prychnął, ale ułożył się tylko wygodniej. Asystent medyka chodził do innych chorych. Zajmował się nimi lub sprzątał, ale cały czas miał oko na Nura, więc ten musiał grzecznie czekać. Wreszcie wróciła Gąbczasta Perła.
– Domyślam się, że jest to biały kaszel. – powiedziała, podając mu jakieś zioło. – Zjedz to, proszę.
Nur połknął lek i od razu się skrzywił. Po chwili zakaszlał kilka razy i spojrzał na medyczkę. Przeszedł tu, leżał nie wiadomo jak długo, wziął leki, a kaszel nie przeszedł! Niby dlaczego?!
– Będziesz to brał przez kilka dni. I musisz odpoczywać. – powiedziała kotka, jakby czytając mu w myślach. – Może gdybyś przyszedł od razu…
– To tylko kaszel. – przerwał jej.
– Niebezpieczny. Zresztą, jak wszystko, co nie jest dla nas normą.
– Zostaniesz tu pod moją opieką. – wtrącił się asystent. – Jak będziesz grzeczny to maksymalnie trzy dni.
Nur prychnął, odwracając się do książąt tyłem. Chciał wstać, wyjść i wrócić na treningi, ale doskonale wiedział, że książę go nie spuści z oka, a ucieczka mogłaby zepsuć jego reputację. Namiestnik kłócący się z rodem królewskim? To nie mogło zadziałać.
Te trzy dni strasznie mu się dłużyły. Próbował spać, aby czas minął jak najszybciej, ale nie potrafił. Najgorszy był pierwszy dzień, bo Klekoczący Bocian nie pozwolił mu wstawać praktycznie wcale – jedyną dobrą wymówką było skorzystanie z toalety, bo jedzenie dostawał pod buzie. Drugiego dnia na szczęście mógł już trochę więcej chodzić, ale nadal musiał spędzać czas w legowisku medyków. Trzeciego dnia poczuł, jak wracają mu siły. Oczywiście pod okiem medyków wyszedł na krótki spacer zaczerpnąć świeżego powietrza. Po raz pierwszy od dawna mógł odetchnąć bez drapania w gardle – to było dość przyjemne uczucie. Czwartego dnia dostał z rana tylko to samo zioło co ostatnio i wreszcie go wypuścili.
– Jeszcze chwilę będziesz brał leki! – krzyknęła księżniczka, gdy ten już odbiegał do legowiska wojowników.
Czuł się dużo silniejszy niż wcześniej. Właściwie chyba dużo silniejszy niż kiedykolwiek! Miał siłę w łapach, umiał oddychać pełną piersią. Zrozumiał też, że musi dbać o siebie, bo bez tego nie będzie idealnym wojownikiem. A jeśli o wojowniku mowa… Był pewien, że już jest gotowy nim zostać.

[1827 słów]

Wyleczeni: Nurowa Łapa

Od Cętkowanego Tęgosza CD. Rozbitego Księżyca

— Hmmm, tak Księżycu? — przeżuwał w tym czasie spokojnie swoją żywność.
Księżyc usiadł obok Tęgosza, przyglądając się mu. Bieluch, zamrugał kilkukrotnie w jego stronę.
— Jak się czujesz? — zapytał w końcu cicho Rozbity Księżyc, nie zdarzyło mu się by w końcu ktoś go o to zapytał. Raczej wszyscy patrzyli na niego jak na jakiegoś odludka, choć Tęgosz sam sobie to zrobił.
— Tak sobie, mój ojciec został zabrany przez jakiś głupich samotników — wbił pazury w ziemię, nie wiedząc, co z nimi zrobić ze złości. — Chciałem, tylko żeby był ze mnie dumny, ale nie zdążyłem tego usłyszeć z jego pyska — chwilę zmarszczył pysk w gniewie, mówiąc coś tak ciężkiego.
— Został zabrany? — zapytał Księżyc.
— Zalotna Gwiazda mówiła, że nie żyje — mruknął cicho jego towarzysz, niepewnie liżąc się po piersi.
— Tęgosz... — westchnął cicho białas, dodatkowo zasmucony stanem przyjaciela. Cętkowany Tęgosz westchnął na słowa niby kolegi, czy kim on dla niego był.
— W sensie zabrany do mrocznej puszczy, no czasem się tak mówi, na przykład, że "śmierć kogoś zabrała", nie miałem na myśli, że żyje. Gdyby tak było, to by dawno wrócił — przecież gdyby był porwany, to by szybko z tego wyszedł. Cienista Zjawa nie był byle kim, był jednym z lepszych wojowników w tym klanie.
— Teraz będę musiał żyć, z tym że nigdy nie mogłem być dość idealny dla niego, póki żył — zwiesił głowę na swoje łapy.
— Hmm... Rozumiem — miauknął Księżyc, przysuwając się lekko do towarzysza.
Słuchał jego słów i westchnął cicho.
— Myślisz, że gdyby żył powiedziałby ci to? — czuł się przez chwilę niepewnie, przez to zdanie, które padło, najgorsze było to, że Cętkowany Tęgosz nigdy nie miał ostatecznej pewności czy Cienista Zjawa powiedziałby "Jestem z ciebie dumny", czy może "Jestem tobą zawiedziony",. To wątpliwość, z którą będzie się mierzył do końca swego życia. Brzmiało to, jak koszmar, który by się objawiał każdej nocy, a może i dnia.
— Może powiedziałby mi to, gdyby ci samotnicy go nie zabili — nawet nie miał pewności czy to prawda, ale nie chciał już się załamywać przy Księżycu. Musiał pokazać, że jest silny, a nie jakąś beksą.
— Nigdy nie myślałem nad tym, że będę sierotą, nawet nie przychodziło mi to, do głowy. To dziwne uczucie — spoglądał na Księżyca, który przesuwał się do niego, ale nawet nie próbował go odganiać, co było cudem. Syn Jaskółczego Ziela spojrzał gdzieś w bok.
— Oczywiście — mruknął cicho, a w jego tonie można było wyczuć niewielką nutę sarkazmu.
Wysłuchał go i westchnął, marszcząc przy tym brwi.
— Niestety — mruknął cicho. — Mogę ci oddać Jaskółcze Ziele — zażartował po chwili, nerwowo poruszając jednym z uszu.
— Twoją matkę? A weź mi, idź z nią! Ona jest tak stara, że mogłaby być moją babcią — zaśmiał się przez chwilę, następnie spojrzał na wyjście z obozu. Nie wyobrażał sobie nigdy, żeby tak stara kotka mogła być jego matką, nie chciał tego przyznać, ale coś tak głupiego poprawiło mu humor na resztę wschodu słońca.
— Może chodźmy stąd? Poszedłbym wkurzyć sąsiadów lub pogonić króliki, które następnie złapiemy, to gadanie o śmierci i sieroctwie mi się przejadło — odparł syn Cienistej Zjawy, który już nie potrzebował na ten moment mówić o ojcu.
Biały wojownik, słysząc jego odpowiedź, parsknął śmiechem.
— Na Mroczną Puszczę... — mruknął cicho, uśmiechając się.
— Być może to fakt. — zatrzepotał uszkiem, uderzając dla żartu rudzielca pędzelkiem, co sprawiło, że się skwasił.
— Jak wkurzyć sąsiadów to tylko samotników... — miauknął wesoło.
— Ewentualnie Klan Klifu — dodał Rozbity Księżyc nieco ciszej i zachichotał, rudzielec zrobił to samo, następnie wyszli z obozu.

***
Przynosił posiłek tym starszym, którzy raczej nie mogli już wstać, by sobie go przynieść, lub tym, co nie ruszyli sami z siebie tyłka z lenistwa.
Przynosząc Jaskółczemu Zielu ryjówkę, musiał się spotkać ze spojrzeniem Gąsiorkowego Trzepotu. Starsza była, jak jakiś wrzód na tyłku, który nie przestawał spuszczać z niego oka. Położył zwierzynę pod nosem czarnej jednolitej, następnie jeszcze przyniósł zwierzynę Podstępnej Kłamczuszce. Żaden ze starszych już nie wydawał się głodny, także wyszedł z ich legowiska. Rozbity Księżyc patrzył na żłobek, obiło mu się o uszy, że znalazł czarnego kociaka, jeszcze po tym narodziły się kociaki Kruczego Echa i Kwaśnej Kocanki. Na pewno jeden z lepszych miotów, kociaki mogły nawet dorównywać jego rodzinie w przyszłości. Podszedł do "przyjaciela" lub w tym sensie, kimkolwiek był dla niego Księżyc.
— Cześć Księżycu! Po zadbaniu o starszych chciałem chwilę odpocząć. Jak nazwałeś tego kociaka? — nie odwiedzał żłobka, przecież i tak, by się nie zmieścił przy tak dużej ilości kociąt w żłobku.
Księżyc strzepnął uchem, słysząc rudzielca podchodzącego do niego akurat z boku. Ożywił się lekko i przyozdobił pyszczek dosyć wymuszonym uśmiechem.
— A-Ach. N-N-Nazywa się Nicość. Jest...s-specyficzny — przymknął oczy, chyba białemu coś wpadło do oka, pewnie jakieś pyłki ze sosny. Podczas pory zielonych liści to było częste.
— Właściwie czemu nosisz zwierzynę starszyźnie? Robisz jakąś przysługę uczniom czy jak? — zapytał nagle jego niby kolega, wpatrując się w cętkowanego dosyć pustym wzrokiem.
— Moja babcia mi kazała, od kiedy Trzcinniczkowa Dziupla ot, tak zmarł. Oczywiście tylko na dwa księżyce będę musiał ich co chwilę sprawdzać, czy z nimi wszystko dobrze, a potem wszystko wróci do normy — pół prawdą, pół kłamstwem gadał, bo nie chciało mu się teraz wyjaśniać tego przy przyjacielu, jak Trzcinnice otruł.
— Czekaj, dzieciak się nazywa Nicość? Brzmi jakby, matka go nie kochała albo jakby ją zawiódł, gdybym ja miałbym nazywać kiedyś swoich potomków, to na pewno nie w taki sposób — Nicość brzmiało, jakby dany kot od początku miał być porażką. Choć czy tak naprawdę było?
— Od tak zmarł? Ja słyszałem, że na coś chorował — biały mruknął cicho, drapiąc się za uchem. Następnie rudzielec mógł zauważyć, że biały wojownik się zjeżył od jego słów. — Wcześniej nazywał się Nów — odparł nagle Rozbity Księżyc, znacznie chłodniej niż dotychczas. Sprawiając, że ten radosny Księżyc, którego znał, zniknął na chwilę.
— Nie wiem, co z nim będzie, ale jak na razie...chyba uważa mnie za swojego opiekuna — dodał smutno wojownik, bawiąc się pazurem w ziemi.
— To chyba dobrze, przynajmniej dzieciak ma jakiegoś rodzica i taki klan. Ma szczęście, że do nas trafił, ma teraz rówieśników i dobre nauczanie o Mrocznej Puszczy i życiu w społeczeństwie — widział z wyjścia od żłobka wystający ogon Ognikowej Sloty, jako jedyna mistrzyni, często spędzała czas z kociakami. Było to dla niego dziwne. Była mistrzynią i powinna bardziej się zajmować szkoleniem wojowników niż niańczeniem kociaków. Karmicielki były od tego, także to było takie podejrzane lekko.
— Nów... ładne imię — chwilę milczał, bo dość niezręcznie się zrobiło dla niego, nie wiedział, co powiedzieć — Pewnie chorował i ostatecznie się na nim to odbiło, niestety ktoś inny twierdzi inaczej bez powodu — miał na myśli tutaj, Gąsiorkowy Trzepot.
— Nie nazwałbym się jego rodzicem. On mnie...raczej nienawidzi — parsknął cicho, a z jego oka poleciała drobna łezka, którą od razu wytarł z białego policzka. Cętkowanemu Tęgoszowi to nie umknęło, ale może pogadają o tym kiedy indziej.
— Ktoś zrobił mu krzywdę? — biały powiedział to ze zdziwieniem kociaka.
— Gąsiorkowy Trzepot ma jakąś, teorię spiskową, ale wiesz, to stare gadanie jak na starą babę przystało, nic szczególnie ciekawego — nie chciał, by przyjaciel wiedział o tym, już jego rodzina to wiedziała i jeden kot, który nie powinien, Tropiąca Łaska.
— Nienawidzi cię? To dziwne, przecież tylko go zaniosłeś do obozu — dzieci… zawsze były jakieś specyficzne przypadki, dobrze, że za młodu Tęgosz nie był taki.

<Rozbity Księżycu?>

Od Truskawki (Śnieżnego Futra)

Dni upływały szybko, jakby czas potknął się na jednym z tych szarych śliskich kamieni i wpadł do rzeki, gdzie rwący nurt wody zwiększył prędkość jego wędrówki. Wszystkie wschody słońca były do siebie podobne, niemal identyczne i choć Truskawka nadal nie mogła się nadziwić ich pięknem, to jednak zlewały się one ze sobą i wraz z ich upływem, biała przestała je rozróżniać. Potrafiła liczyć jedynie weekendy. Dzięki tym dwóm dniom udało jej się nie stracić kompletnie rachuby.
Czekała właśnie na Promienne Słońce, swoją mentorkę. Szylkretka nie ukrywała tego, że szkolenie jej podopiecznej dobiega końca. Niedługo Truskawka posiądzie całą możliwą do zdobycia wiedzę. Choć cieszyła ją perspektywa bycia “niepokonaną”, bycia tak utalentowana, jak koty z klanów, to wiedziała, że będzie tęsknić za Promiennym Słońcem i wspólnymi treningami. W końcu jej nauczycielka była włóczęgą; może będzie przez jakiś czas w okolicy, a może i nie. Taka była kolej rzeczy, a Truskawce nie pozostawało nic innego, jak to zaakceptować.
Po chwili do jej nozdrzy dotarł tak znajomy białej zapach. Zastrzygła uszami, kiedy dojrzała w oddali szylkretowe futro, zmierzające do jej gniazda. Truskawka napięła mięśnie, szykując się do skoku. Mocno odbiła się tylnymi łapami, a przednie wyciągnęła przed siebie, w locie wysuwając pazury. Z gracją wylądowała na drewnianym płocie otaczającym jej domostwo.
Po chwili dołączyła do niej Promienne Słońce. Kotki zetknęły się nosami, a Truskawka cicho zamruczała.
– Jak się czujesz? – zapytała ciepło mentorkę. Szylkretka zastrzygła wąsami, najwyraźniej zdziwiona tym pytaniem.
– W porządku – odparła – Gotowa na jeden z twoich ostatnich treningów?
Biała położyła po sobie uszy.
– Pewnie – miauknęła, ale bez towarzyszącego jej zazwyczaj entuzjazmu. Kotki zeskoczyły z ogrodzenia i ruszyły przed siebie chodnikami betonowego świata.
– Hej – odezwała się Promienne Słońce – wiesz, że gdy nasze drogi się rozejdą, będziesz musiała trenować sama, nawet jeśli nie będziesz już miała czego się uczyć? Każda umiejętność zanika niepraktykowana przez dłuższy czas, dlatego bardzo istotne jest, abyś ćwiczyła nawet po zakończeniu szkolenia. Inaczej wszystkie te treningi pójdą na marne – ostrzegła.
Truskawka zatrzymała się gwałtownie.
– Możemy nie rozmawiać o tym, co będzie potem? – poprosiła ze smutkiem.
Promienne Słońce również przestała iść i spojrzała na swoją uczennicę z niezrozumieniem wymalowanym na pysku.
– Dlaczego nie? Przecież twoje szkolenie nie będzie trwało wiecznie, a więc musisz dowiedzieć się, jakie są sposoby samodzielnego doskonalenia umiejętności. Nie chcemy przecież, aby cały twój wysiłek poszedł na marne, prawda? Zatem musiałam ci powiedzieć, że nie możesz tylko lenić się całe dnie w gnieździe dwunożnych, jeśli chcesz cały czas sprawnie polować, ale przecież ty to doskonale wiesz, przepraszam – powiedziała szybko zaskoczona szylkretka.
Truskawka zjeżyła się.
– Ty nic nie rozumiesz, prawda?! – warknęła ze złością. Nie wiedziała, dlaczego to zrobiła. Wcale nie chciała być niemiła dla kotki, której tyle zawdzięczała. Okrutne słowa przepełnione nienawiścią jednak nadal chciały opuścić jej pysk, były jak jadowite węże, z sykiem pełznące do szylkretki, gotowe wbić kły w jej serce, gdyby tylko biała im na to pozwoliła. Ta jednak zaciskała mocno szczęki, zdeterminowana, aby nie powiedzieć niczego, czego później by żałowała.
– Co się dzieje, Truskawko? – zapytała szylkretka, teraz już naprawdę zmartwiona – Chodź ze mną – poleciła.
Biała pozwoliła starszej kotce położyć kikut ogona na jej barkach i przykleiła się do boku Promiennego Słońca. Ta zaprowadziła ją za krzaki, w ustronne miejsce. Patrzyła tylko na swoją uczennicę, oczekując wyjaśnień.
Słowa tym razem nie chciały opuścić jej pyska. Schowały się głęboko w jej gardle, utrudniając tym sposobem przepływ powietrza.
– Ja… ja – biała walczyła ze łzami napływającymi jej do oczu – ja… Nie chcę, aby szkolenie się skończyło, okej?! Mam dosyć poznawania nowych kotów, a później już nigdy ich nie spotkania! Każdy, kogo spotkałam, bez wyjątku, prędzej czy później mnie zostawił! Moja mama nie mogła się doczekać, aż ukończę dwa księżyce, żeby się mnie pozbyć. Kobczyk i Monarch nigdy nie przyszli do mnie drugi raz, a Iskra… Zostawiła mnie na jednym z dachów i nie wiadomo, jakby się to wszystko skończyło, gdyby nie ty – przerwała, aby zaczerpnąć oddech. Tym razem jednak Promienne Słońce nie przerywała jej, z otwartymi oczami słuchając tego, co biała ma do powiedzenia. Truskawka uspokoiła się trochę, a następnie kontynuowała:
– Nawet z moją siostrą nie widuję się częściej niż raz w księżycu, mimo że mieszkamy tuż obok siebie – zachlipała – nie chcę kończyć szkolenia, nie chcę już nigdy cię nie zobaczyć, nie chcę spędzać poranków w inny sposób, niż czekając na twoje przyjście! Słyszałam, co mówiłaś Krokus. To ja trzymam cię w miejscu. Gdy moje treningi przestaną być twoim obowiązkiem, po prostu sobie pójdziesz, a ja zostanę sama, rozumiesz?! SAMA!!!
Czuła zaskoczenie bijące od starszej kotki. Szylkretka owinęła się wokół drżącego ciałka białej, jakby była jej małym kociątkiem, które dopiero co się urodziło. Przez jakiś czas mentorka nie odzywała się. Powolnymi ruchami języka zlizywała łzy z pyszczka angory, mrucząc uspokajająco. Po chwili biała przestała płakać. Ciepłe objęcia starszej i rytmiczne bicie jej serca działało na Truskawkę uspokajająco.
– Nie zostawię cię – miauknęła cicho Promienne Słońce – Skąd taki pomysł? Przecież nigdzie się nie wybieram. Mam tu Krokus i… Łapkę. To mój dom, będę tu albo i gdzieś indziej, ale zawsze w okolicy, przecież będziemy mogły się odwiedzać i koniec szkolenia nie oznacza końca naszej znajomości. Przecież ktoś musi pilnować, abyś nie wpadała w tarapaty, prawda?
Biała pokiwała głową, zaczerwieniona od czubka nosa do pędzelków na jej uszach. Poczuła się bardzo głupio z powodu swojej przesadnej reakcji.
– Przepraszam – wymiauczała – Ja po prostu… Bardzo się bałam.
Szylkretka pokiwała głową.
– Strach jest jednym z najpotężniejszych uczuć i jest on ważny, gdyż to dzięki niemu jesteśmy ostrożni i unikamy niebezpieczeństw – zaczęła – Ważne jest jednak to, aby nie pozwalać mu nad nami panować. Lęk nie może wziąć nad nami góry, bo to ty jesteś silniejsza, rozumiesz?
Biała niepewnie potaknęła na znak zgody.
– Zatem, kiedy nasze treningi się skończą? – zapytała, starając się nie zapaść się pod ziemię.
– Kiedy tylko chcesz, prawdę mówiąc – Promienne Słońce wzruszyła barkami – Nie pozostało mi już nic, czego mogłabym cię nauczyć. Gdybyś była w klanie, zostałabyś teraz poproszona przed tłum i tam otrzymałabyś nowe wojownicze imię oraz zostałabyś uroczyście mianowana. Tu chyba jednak musimy poradzić sobie jakoś inaczej.
Szylkretka przez chwilę myślała, a po jakimś czasie wspięła się na pobliski głaz i poleciła swojej uczennicy przy nim przykucnąć.
– Ja, Promienne Słońce, byłam mentorką Truskawki. Proszę walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Uczyła się ona pilnie i dawała z siebie wszystko. Przedstawiam ją wam jako kotkę, która opanowała zarówno sztukę walki, jak i techniki polowania oraz tropienia do perfekcji. Będę zawsze cenić w niej empatię i niewinność. Truskawko, powstań. Od tej chwili będziesz nazywała się Śnieżne Futro. Zasłużyłaś na imię wojowniczki. Niech gwiazdy oświetlają drogę przed twoimi łapami, gdziekolwiek się nie udasz – wygłosiła donośnie szylkretka.
Po chwili zeskoczyła z głazu i zetknęła się nosem ze swoją uczennicą. Truskawkę zalała fala ciepła. Ukończyła szkolenie! Dostała nawet nowe, wojownicze imię, o wiele lepsze od kocięcego “Malutka” czy nadanego przez dwunożnych “Truskawka”. Czuła, że to imię do niej pasuje i zostanie z nią najdłużej. Wcale nie było aż tak źle, jak sobie wyobrażała…

[1137 słów]

Od Łzawej Łapy

Kurza Łapa zastrzygł uszami, wyraźnie niecierpliwiąc się w oczekiwaniu na odpowiedź Łzawej Łapy.
— Tjaa... Mój brat to okropny mięczak, więc w sumie mogłabym się tego po nim spodziewać — mruknęła, przejeżdżając leniwie językiem po zmierzwionym futrze na łapie. — A tak w ogóle, to jak myślisz: jak będzie brzmiało twoje imię po mianowaniu?
Kurza Łapa przechylił lekko głowę. Przez chwilę nic nie mówił, jakby dopiero teraz dotarło do niego, że właściwie nigdy nie zastanawiał się nad tą kwestią. Łzawa Łapa przyglądała mu się z lekkim rozbawieniem, czekając, aż w końcu podzieli się swoją wizją przyszłości.
— Właściwie... nigdy nie myślałem, jak będzie brzmiało moje imię przewodnika — przyznał w końcu. — Może Zawodząca Gwiazda będzie chciał pójść w tradycję mojej rodziny i nazwać mnie jakoś dziwacznie.
Kurza Łapa zmarszczył nos, najwyraźniej zaczynając brać pod uwagę najgorsze możliwości.
— Na przykład Kurzy Pazur albo Uskrzydlona Kura...
Łzawa Łapa przez moment próbowała zachować powagę.
Kurzy Pazur jeszcze jakoś brzmiał. Nie było to może najbardziej imponujące imię, jakie słyszała, ale z pewnością dało się z nim żyć. Uskrzydlona Kura była jednak czymś zupełnie innym. Sama myśl o tym, że podczas ceremonii miałaby usłyszeć właśnie takie imię, sprawiła, że poczuła, jak kąciki jej pyska zaczynają drgać.
Kurza Łapa skrzywił się, najwyraźniej również dostrzegając absurdalność własnego pomysłu.
— Ugh. Mam takie niedorzeczne imię!
Łzawa Łapa parsknęła cicho pod nosem. Nie chciała się z niego śmiać, naprawdę, ale w tym przypadku trudno było jej się powstrzymać. Kurza Łapa sam podsuwał jej kolejne powody, żeby się uśmiechała.
— Przynajmniej nie jest nudne — mruknęła, próbując zabrzmieć poważnie.
Nie była jednak pewna, czy jej się udało.
Prawdę mówiąc, jego imię rzeczywiście nie należało do najbardziej dostojnych. Gdyby ktoś poprosił ją o wymienienie kilku wojowniczych imion, które budziły respekt, żadne z członem “kurzy” prawdopodobnie nie znalazłoby się wysoko na tej liście. Mimo wszystko było w nim coś swojskiego, a może nawet zabawnego.
I chyba właśnie dlatego tak dobrze do niego pasowało.
Łzawa Łapa zerknęła na kocura. Wyobraziła go sobie podczas ceremonii, stojącego przed całym klanem i próbującego zachować powagę, gdy Zawodząca Gwiazda wypowiadałaby jego nowe imię. Miała dziwne przeczucie, że niezależnie od tego, jakie by ono było, Kurza Łapa i tak znalazłby powód, żeby na nie narzekać.
— Wiesz, nie sądzę, żeby było z tobą aż tak źle — powiedziała, gdy jej rozbawienie trochę opadło.
Kocur najwyraźniej nie podzielał jej opinii. Dostrzegłszy leżący obok kamyk, kopnął go ze złością. Mały odłamek skały potoczył się po ziemi, odbijając się kilka razy od nierówności podłoża, zanim zatrzymał się dopiero kilka długości ogona dalej.
— W dodatku ta brudna zdrajczyni, ta Rudzikowe Skrzydełko... — wycedził przez zaciśnięte szczęki.
Łzawa Łapa natychmiast przestała się uśmiechać.
Jedno imię wystarczyło, żeby cała wcześniejsza lekkość rozmowy gdzieś zniknęła. Nie musiał nawet kończyć zdania. Samo wspomnienie Rudzikowego Skrzydełka sprawiło, że coś nieprzyjemnego ścisnęło ją w żołądku, a po jej grzbiecie przebiegł krótki dreszcz. Poczuła, jak napięcie wraca do barków, podczas gdy pazury same wysuwają się lekko z opuszek.
Nie cierpiała tej kotki.
Właściwie trudno było jej powiedzieć, czy bardziej nienawidziła Rudzikowego Skrzydełka, czy wszystkich tych, którzy razem z nią posłuchali Tańcującego Pierza. Za każdym razem, gdy o nich słyszała, wracało do niej to samo pytanie: dlaczego?
Przecież mieli wybór.
Mogli się wycofać. Mogli ostrzec jej tatka i powiedzieć mu o spisku, zanim ktokolwiek zdążyłby zrobić coś naprawdę strasznego. Mogli przyznać, że nie chcą mieć z tym nic wspólnego. Mogli pomyśleć o tym, co ich działania oznaczały dla pozostałych kotów.
Ale tego nie zrobili.
Wybrali Tańcujące Pierze.
I właśnie dlatego Łzawa Łapa nie potrafiła patrzeć na nich jak na zwykłe ofiary cudzych decyzji. Każdy z nich miał własne łapy i własny rozum. Każdy mógł powiedzieć „nie”.
A jednak pozwolili, by Królicza Gwiazda cierpiał.
Co gorsza, przez ich decyzje ucierpiało znacznie więcej kotów.
— Ostatnim razem jak pilnowałem z Białym Strumieniem roboty minarów, to ciągle do mnie mówiła: „Kurczątko! Kurczątko!” — ciągnął tymczasem Kurza Łapa, najwyraźniej wciąż rozpamiętując tamtą sytuację. — Mam już tego po dziurki w nosie...
Łzawa Łapa zamrugała i wróciła myślami do rozmowy.
Kocur wyraźnie się zgarbił. Cała jego wcześniejsza irytacja jakby z niego uszła, pozostawiając po sobie głównie zmęczenie. Nagle nie wyglądał już jak kot gotowy kłócić się z całym światem, tylko jak ktoś, kto od dłuższego czasu miał zwyczajnie dość.
— Nie jestem już kociakiem — mruknął. — Ona jest taka irytująca...
Łzawa Łapa przyjrzała mu się przez chwilę.
Właściwie rozumiała jego złość. Sama nie znosiła, kiedy ktoś traktował ją tak, jakby była mniej dojrzała, niż była w rzeczywistości. Oczywiście, nie miała takiego problemu z przezwiskami jak Kurza Łapa, ale dobrze znała to uczucie, kiedy inni uparcie widzieli w tobie kogoś, kim już dawno przestałeś być.
Może właśnie dlatego nie chciała zbywać jego narzekania.
— Może powinieneś po prostu dostać imię, które zamknie im wszystkim pyski — mruknęła po chwili.
Zastanowiła się przez moment, próbując wymyślić coś, co rzeczywiście mogłoby pasować do Kurzej Łapy.
— Wiesz, coś mniej o kurczakach i bardziej o fajnych rzeczach. Jak na przykład... hm...
Przekrzywiła głowę, marszcząc lekko nos.
W jej głowie pojawiło się kilka pomysłów, ale żaden nie wydawał się wystarczająco dobry. Nie chciała przecież zaproponować mu czegoś, co brzmiałoby równie zabawnie jak jego obecne imię.
— Na razie nic nie przychodzi mi do głowy — przyznała w końcu.
Zamilkli na moment.
Z jakiegoś powodu myśli o Rudzikowym Skrzydełku cały czas brzęczały w jej głowie, jak gdyby ta nienawiść, którą czuła w stosunku do kotki próbowała wydostać się na światło dnia, ciągle o sobie przypominając.
— Myślisz, że… Komukolwiek byłoby smutno, gdyby ta zdrajczyni… No wiesz.
W całym Klanie były koty, które straciły rodziców, rodzeństwo, partnerów czy przyjaciół. Każdy miał własny powód, żeby ich nienawidzić. Czy takie złe byłoby więc wyzwolenie tych wszystkich cierpiących kotów od chociaż jednego członka tej bandy brutali?
— Myślisz, że to dobry pomysł? — spytał cicho Kurza Łapa.
A czy mogli po prostu ich tolerować? Po tym wszystkim?
Ci zdrajcy zasługiwali na ten sam ból, który wcześniej zadali. Skoro Zawodząca Gwiazda nie chciał tego zrobić, to ona zrobi to sama. Sprawiedliwość to wartość, która czasem przewyższa łaskę.
— Myślę, że tego właśnie chciałby od nas Klan Gwiazdy, Kurza Łapo — miauknęła do rudego ucznia, unosząc lekko podbrudek.
— Tak, chyba masz rację — mruknął uczeń, wbijając w nią parę swoich zaokrąglonych oczu. — Tylko jak tego w ogóle dokonamy?
— Jakoś do tego dojdziemy, no nie? Mam już nawet pewien plan. Przyjdź do mojego legowiska jutro rano. Firletka będzie szła wtedy po świeże zioła.

***

Z jej pyska wydobyło się długie, przeciągłe ziewnięcie, gdy tylko pierwsze smugi porannego światła zaczęły wkradać się pod jej powieki. Przez chwilę nie miała nawet ochoty ich otwierać. Ciepło mchu przyjemnie otulało jej ciało, a sen wciąż ciążył na kończynach, jakby próbował przekonać ją, że zdecydowanie za wcześnie było na rozpoczynanie kolejnego dnia.
W końcu przeciągnęła się leniwie, wyciągając przed siebie łapy, po czym uniosła łeb i rozejrzała się po legowisku. W środku panowała niemal zupełna cisza. Nie była jeszcze świadoma, która dokładnie była pora, ale widok jej mentorki siedzącej przy składziku ziół podpowiadał jej, że dzień dopiero się rozpoczynał.
Firletkowy Wdzięk najwyraźniej już od jakiegoś czasu przeglądała zapasy. Przesuwała poszczególne stosiki, zaglądała pod liście i co jakiś czas marszczyła nos, najwyraźniej próbując przypomnieć sobie, których ziół powinno być więcej.
Łzawa Łapa przeciągnęła się jeszcze raz, po czym podeszła bliżej.
— I? — mruknęła sennie. — Jak wiele ziół brakuje?
Jej mentorka uniosła wzrok. Uszy liliowej kotki drgnęły lekko, a spojrzenie powędrowało jeszcze raz po poszczególnych kupkach. Przez moment Łzawa Łapa spodziewała się długiej odpowiedzi o tym, jak tragicznie wygląda ich składzik i ile pracy będzie wymagało jego uzupełnienie.
Zamiast tego Firletkowy Wdzięk uśmiechnęła się pogodnie.
— Nie mamy aż tak dużych braków. Myślę, że nie potrwa to dłużej niż zwykle — odpowiedziała, po czym spojrzała na swoją uczennicę. — Pamiętaj, pod moją nieobecność to ty zajmujesz się chorymi.
Łzawa Łapa przewróciła oczami.
Oczywiście, że pamiętała.
Mentorka przypominała jej o tym przy każdej możliwej okazji, jakby pewnego dnia miała nagle zapomnieć, na czym polegała jej rola. Przecież nie była już początkującym kociakiem, który nie wiedział, gdzie leżą najprostsze zioła. Potrafiła rozpoznać większość chorób, znała zastosowanie najważniejszych roślin i — co najważniejsze — wiedziała, kiedy potrzebowała pomocy.
Mimo wszystko skinęła krótko głową.
— Wiem.
Firletkowy Wdzięk nie skomentowała jej tonu. Zabrała tylko kilka rzeczy potrzebnych do wyprawy, po czym skierowała się ku wyjściu. Łzawa Łapa odprowadziła ją wzrokiem, dopóki sylwetka szylkretowej kotki nie zniknęła za wejściem do legowiska.
Dopiero wtedy pozwoliła sobie na ciche westchnienie.
Skoro miała jeszcze chwilę spokoju, zamierzała z niej skorzystać.
Poczłapała z powrotem do swojego posłania i opadła na ciepły mech. Niemal natychmiast poczuła, jak senność ponownie oplata jej ciało. Przymknęła oczy, poprawiła przednie łapy, przekręciła się na bok, po czym po chwili uznała, że tak jednak nie będzie wygodnie. Przez krótką chwilę wierciła się więc, aż w końcu poczuła komfort.
Zastanawiała się, ile uderzeń serca będzie mogła tak po prostu leżeć i delektować się spokojem poranka, zanim jakiś starszy wojownik wparuje do środka z kolejną raną i zacznie narzekać, że medycy powinni być zawsze gotowi do pracy.
Właściwie nie przeszkadzała jej praca. Ba! Właściwie, to szkoliła się w tej roli głównie ze względu na świadomość, że będzie wszystkim potrzebna. Istniały jednak takie dziwne, niemal nadzwyczajne dla niej chwile, kiedy po prostu nie chciała zwracać na siebie uwagi.
Poranki i wieczory należały właśnie do nich.
Wtedy bardziej od spojrzeń, rozmów i uśmiechów liczyło się dla niej ciepło mchu oraz możliwość spędzenia kilku spokojnych chwil w samotności, w której będzie mogła zaczerpnąć sił.
Niestety, tak jak się spodziewała, jej spokój nie trwał długo.
— Jest może medyk?
Łzawa Łapa niemal natychmiast podniosła łeb.
W wejściu stała Złota Wydma. Uczennica zmrużyła oczy, obdarzając ją zmęczonym spojrzeniem, po czym niechętnie podniosła się z posłania.
— Mhm — mruknęła, podchodząc do kotki. — Co się stało? Z chęcią pomogę.
Złota Wydma weszła głębiej do legowiska i zatrzymała się na jego środku. Przez dłuższą chwilę nie odpowiadała. Wpatrywała się w swoje łapy, nerwowo poruszając palcami.
Łzawa Łapa od razu zauważyła jej zachowanie.
Większość kotów, które trafiały do legowiska medyka, nie wyglądała na szczególnie zachwyconą swoją wizytą. Niektórzy bali się diagnozy, inni zwyczajnie nie lubili przyznawać, że coś im dolega. Złota Wydma wydawała się jednak bardziej skrępowana niż przestraszona.
Łzawa Łapa usiadła naprzeciwko niej i cierpliwie czekała.
— Ostatnio boli mnie głowa i... tak strasznie chce mi się pić — zaczęła w końcu. — Mam wrażenie, że w gardle mam jedną wielką pustynię. A na dodatek mięśnie strasznie mnie bolą.
Uczennica medyczki zamrugała kilka razy.
To wszystko rzeczywiście brzmiało dość charakterystycznie. Spragnienie, ból głowy, osłabienie i obolałe mięśnie... Nie musiała nawet długo się zastanawiać.
— Powinnaś pójść do jakiegoś strumienia i się napić — powiedziała spokojnie. — To, co mi opisujesz, wygląda mi na odwodnienie.
Złota Wydma uniosła na nią wzrok.
— Odwodnienie?
Łzawa Łapa skinęła głową.
— Tak. Podam ci kilka ziół, które mogą ci pomóc, ale najpierw musisz uzupełnić wodę. Samo ich przyjęcie niewiele da, jeśli twój organizm nadal będzie jej potrzebował.
Złota Wydma westchnęła głęboko, po czym pokiwała krótko głową. Przez moment wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, lecz ostatecznie zachowała milczenie.
Łzawa Łapa przyjrzała jej się uważniej.
— Najlepiej pójdź z kimś bliskim — dodała. — Nie powinnaś znikać z obozu sama w takim stanie. Jeśli rzeczywiście jesteś odwodniona, możesz poczuć się słabiej po drodze.
Zawahała się, po czym spojrzała w stronę wyjścia z legowiska.
— Ja niestety nie mogę z tobą pójść. Muszę zostać tutaj, gdyby ktoś jeszcze potrzebował pomocy.
Po tych słowach odwróciła się w stronę składziku, zaczynając przeglądać zapasy.
— Kiedy wrócisz, zajmę się resztą. I postaraj się nie czekać z tym zbyt długo. Jeśli naprawdę czujesz się tak, jak opisujesz, lepiej jak najszybciej się napij.
Złota Wydma skinęła krótko głową i opuściła legowisko medyka, pozostawiając Łzawą Łapę w niemal całkowitej ciszy.
Uczennica przez chwilę stała bez ruchu, nasłuchując. Z głębi podziemnego obozu dobiegały przytłumione głosy kotów, szelest łap przesuwających się po ziemi oraz pojedyncze miauknięcia, które w wąskich korytarzach zdawały się odbijać od ścian. Tutaj jednak panował spokój. Jedynie zapach ziół, wilgotnej ziemi i chłodnych skał wypełniał legowisko.
Łzawa Łapa wróciła do składziku. Przez moment bezmyślnie przesuwała pojedyncze zioła, poprawiając ich ułożenie, choć wszystko znajdowało się już na swoim miejscu. Lubiła tę ciszę. Zwłaszcza o tej porze, kiedy większość klanu dopiero zaczynała swoje codzienne obowiązki.
Nie zauważyła nawet, kiedy ktoś wszedł do legowiska.
Kurza Łapa stał niedaleko wejścia i wpatrywał się w nią swoimi szeroko otwartymi oczami. Łzawa Łapa zmarszczyła lekko brwi. Nie potrafiła stwierdzić, czy w jego spojrzeniu kryło się podekscytowanie, czy raczej przerażenie. Jedno było jednak pewne — skoro zdecydował się tutaj przyjść, to musiał wiedzieć, że naprawdę tego chce.
— Chodź, podejdź do składziku — mruknęła, ruchem ogona wskazując mu miejsce obok siebie. — Jakby miał ktoś tutaj wejść, udamy, że się rozchorowałeś, a ja szukam lekarstwa.
Zbliżyła się do sterty ziół i zaczęła przesuwać kilka liści, robiąc mu nieco miejsca.
— Tylko postaraj się wyglądać przekonująco — dodała, rzucając mu krótkie spojrzenie. — Bo z takimi wybałuszonymi oczami prędzej pomyślą, że zobaczyłeś ducha, niż że coś ci dolega.
— Co planujemy zrobić? — miauknął szeptem. — Myślałaś nad tym?
Łzawa Łapa przełknęła ślinę, czując, jak jej futro zaczyna się lekko podnosić. Dopiero teraz docierała do niej powaga sytuacji oraz ciężar tego, co właściwie planowali. Do tej pory wszystko wydawało się jedynie odległym pomysłem, czymś, o czym można było rozmawiać bez konieczności podejmowania decyzji. Teraz jednak Kurza Łapa stał tuż obok niej, a sprawa nabierała zupełnie innego znaczenia.
Nie odpowiedziała od razu. Zamiast tego przesunęła łapą po zgromadzonych ziołach, udając, że czegoś szuka. Jej palce natrafiły na kilka liści malin, które ostrożnie przysunęła w stronę Kurzej Łapy. Zaraz potem sięgnęła po jagody cisu.
Jej łapa zacisnęła się na czerwonych owocach.
Wtedy usłyszała czyjeś kroki.
Łzawa Łapa zesztywniała, lecz nie wypuściła jagód. Ktoś właśnie wchodził do legowiska. Poczuła, jak serce przyspiesza jej w piersi, a futro ponownie lekko się unosi. Nie miała czasu na zastanawianie się, co zrobić. Musiała po prostu zachowywać się tak, jakby nic się nie wydarzyło.
Kątem oka zerknęła na Kurzą Łapę.
Na szczęście uczeń zachowywał się dokładnie tak, jak go wcześniej poprosiła. Pojękiwał cicho i burczał pod nosem, narzekając na zioła i wyraźnie dając do zrozumienia, że wcale nie zamierza ich przyjmować.
Łzawa Łapa odetchnęła w duchu.
Do środka wszedł Wędrujące Niebo. Point przez chwilę przyglądał się dwójce kotów, lecz nie wyglądał na szczególnie podejrzliwego. Najwyraźniej ich małe przedstawienie działało.
Łzawa Łapa powoli odsunęła łapę od jagód i posłała kocurowi krótki uśmiech.
— Och, cześć! W czym mogę pomóc? — miauknęła.
— Zdaje się, że szczur mnie ugryzł — odparł spokojnie kocur. — Ale spokojnie, mogę poczekać, aż pomożesz Kurzej Łapie.
— Nie ma takiej potrzeby — odpowiedziała szybko. — Wydaje mi się, że łatwiej będzie mi zająć się tobą.
Przeniosła wzrok na Kurzą Łapę i dyskretnie posłała mu oczko.
— Nie chce przyjąć ziół.
Uszy Wędrującego Nieba drgnęły lekko. Kocur przez dłuższą chwilę milczał, jakby próbował ocenić sytuację, lecz ostatecznie usiadł i odsłonił ugryzioną łapę.
Łzawa Łapa dopiero wtedy pozwoliła sobie na ciche westchnienie ulgi.
— Pokaż — mruknęła, pochylając się nad raną. — Zobaczymy, co ten szczur ci zrobił.
Gdy tylko zajęła się Wędrującym, a ten ulotnił się z legowiska, spojrzała na Kurzą Łapę.
— Trochę już tu siedzimy, co nie? Firletka może lada moment wrócić — wzięła w łapę kilka jagód, po czym owinęła je liśćmi malin. Na koniec wzięła kosmyk trawy, który oplotła wokół paczki, by ta się nie rozpadła.
Przez moment zastanawiała się, co powiedzieć.
— Trzymaj ją pod posłaniem. Gdyby ktoś ciebie o to pytał, odpowiedź, że musisz je brać z powodu nawracającego bólu głowy albo coś w tym stylu. Kiedy przyjdzie odpowiedni moment, otwórz paczkę, weź jagody i… Wiesz, co robić.

<Kurczak?>

[2663 słowa + wyleczenie postaci npc]

Wyleczeni: Złota Wydma, Wędrujące Niebo

11 września 2026

Od Nadciągającego Pomroku CD. Rozbitego Księżyca

Rzuciła ostatnie spojrzenie na zioła i pochylonego nad nimi Księżyca; zgarbionego, o drżącym ogonie i białym futrze zbrukanym krwią. Przełknęła ślinę, nie pozwalając żółci cofnąć się do gardła.
— Nie wspominaj nikomu o tym, jakiego zaszczytu dane Ci będzie dostąpić.
Z tymi słowy pochyliła łeb i odwróciła się, po parunastu uderzeniach serca znikając pomiędzy drzewami.
Mimo wszystkich tych księżycy, które spędziła w otoczeniu przemocy i śmierci, i mimo licznych wschodów słońca, które zaczynała z cudzą krwią na łapach, nadal nie zdołała pozbyć się przechodzących po grzbiecie dreszczy. Ani chorobliwie słodkiego smaku na języku, jak gdyby życie, które zabierała, już od dawna gniło.
Okrążyła polanę i usadowiła się na gałęzi jednego z drzew, chcąc mieć oko na wojownika, gdy pod wpływem ziół objęcia tego świata go wypuszczą z ramion… Tylko na chwilę, oczywiście; nie miała okazji poczuć ich działania na własnej skórze, ale wiedziała wystarczająco od Cisowego Tchnienia. Nie chciałaby, aby na nieprzytomnego natknął się jakiś drapieżnik.

↝❇⌑❂⌑❇↜

Wiatr szarpał gałęziami, zagłuszając ich kroki. Ziemia pod jej łapami była wilgotna i zimna, a nocne niebo rozświetlało zaledwie parę jasnych punktów.
Zwróciła wzrok na wojownika u jej boku.
— Wiesz, co masz robić.
Księżyc wyprostował się i skinął głową. Napięcie odbiło się w jego oczach czerwonym blaskiem źrenicy; machnęła ogonem, chcąc dojrzeć w nich chociażby ślad snu, który zapewniły mu zioła. Łapy ją świerzbiły, aby dowiedzieć się, jakie wizje pojawiły się za jego powiekami. Co zobaczył? Na jakie przeżycia skazywała koty, zanim mogła przedstawić im szeregi kultu?
Ruchem brody wskazała mu ścieżkę między drzewami. Kolczase gałęzie, dekorujące jej barki, niewygodnie wbijały się w jej skórę.
— Do roboty.
Z każdym krokiem wstępowali głębiej w szum lasu, brzęczenie owadów i trzepot skrzydeł, przecinających co jakiś czas powietrze nad ich głowami. Podążała najpierw długość ogona za Księżycem, później dwie, i jeszcze parę… Aż zawinęła za jednym z drzew, nurkując w krzewach, i pozostawiając wojownika na pozór samego.


<Księżycu?>

Nowy członek Klanu Burzy!


 Kostka

7 księżyców

Od Poziomkowej Łapy CD. Chyżej Łapy

Pora Opadających Liści nadeszła, jej ostatnie zgadywanie co miało mieć miejsce za jakiś czas, nie było wcale błędne. Była to nieodłączna część życia każdego z kotów, zamieszkujących tereny wrzosowisk, a najprawdopodobniej nawet i lasów, które graniczyły z terenami Klanu Burzy. Zmiany pór roku. Poziomkowa Łapa, mimo chłodu w wietrze pod wieczór, a także z rana, w ciągu dnia nie odczuwała tej zmiany jakoś szczególnie dotkliwie. Było to nie tylko dzięki gęstej, nieprzepuszczającej chłód szacie. Jedyne, na co mogła ponarzekać, to na zimne poduszki łap, a także końcówki uszu i wydzielinę wydobywającą się z jej nosa. Pora, która nadeszła, nie uderzyła z przytupem, jak myślała szylkretka. Najprawdopodobniej wszystko stanie się bardzo stopniowo. Łagodne promienie słońca padały na wejście do tunelów, obecnego obozu Klanu Burzy. Ziemia na górze nagrzewała się, aczkolwiek nie do takiego stopnia, żeby komuś to doskwierało. Puchata uczennica wychyliła łebek z legowiska uczniów, rozglądając się po obozie. Wszystkie koty wydawały się spieszyć na poranne obowiązki, a sama młódka wiedziała po zgiełku, że wstała zbyt wcześnie. Zamrugała parokrotnie oczami, ziewając i wyginając grzbiet w łuk, tylną łapkę wystawiając za siebie i trzepiąc nią. Wreszcie wyprostowała się i strąciła z siebie paprochy, uśmiechając aksamitnie. W tłumie dostrzegła Śnieżycową Chmurę, jedną ze starszych wojowniczek. Nie słyszała o niej tak naprawdę nic, do tej pory. Coś jednak w rudej kotce przykuło jej uwagę na tyle, że aż jej zatańczyły iskierki podekscytowania w ślepkach, ale i lekkie poddenerwowanie. Nie miała w zwyczaju zaczepiać innych kotów, też w głównej mierze dlatego, że nie chciała, żeby jej siostrzyczka się na nią gniewała lub myślała, że były dla niej niewystarczające. Kochała swoje rodzeństwo nad życie i były zawsze u niej na pierwszym miejscu. Spochmurniała, a cętkowana za ten czas zdążyła się do niej zbliżyć. Zamruczała.
— Nie smuć się, młoda! Szukasz Śniącego Obserwatora? — zapytała, posyłając jej delikatne rozpromienienie. Poziomkowa Łapa pokręciła głową, onieśmielona.
— Nie… wiem, że teraz pewnie jeszcze śpi, dlatego mam dla siebie jeszcze trochę czasu — miauknęła do niej, patrząc w intensywnie zielone oczka Burzaczki. Była średniego wzrostu, a jednak nadal łapy miała dłuższe niż niebieskooka, choć patykowate. Dało dostrzec się między nimi różnicę wzrostów. Ognista barwa futra stonowała się przez ciemność panującą w tunelach. Wojowniczka zamyśliła się na moment, kiwając wreszcie głową. Wyglądała tak, jakby bardzo pilnie musiała coś powiedzieć.
— Ty jesteś tą koteczką, co znaleźli ostatnio! Masz dwie siostry. Czy słyszałaś może o tym, że wiele księżyców temu Złota Wydma wróciła do obozu wtulona w Ostatni Pożar? Kto by się spodziewał… teraz chyba się pomiędzy nimi trochę pozmieniało, bo nie widzę ich już aż tak często, ale może nie wyłapałam ich wzrokiem. Złota Wydma kiedyś rozmawiała najwięcej z Sójczym Błękitem… — Spochmurniała na wzmiankę o kocicy. Poziomkowa Łapa przechyliła odrobinę łebek na bok. Nie wiedziała, o kim mówiła starsza. Kocica wróciła do niej spojrzeniem. — Byłaś kiedyś na patrolu lub na polowaniu? Chyba jeszcze nie, co? — zagadnęła, po chwili ciszy między nimi, przerywanej rozmowami pobratymców nieopodal. Poziomka skupiła się na niej raz jeszcze. W rzeczywistości nie miała okazji, a przynajmniej nie przypominała sobie żadnej z tych sytuacji. Może poza ostatnim wyjściem poza obóz, aczkolwiek wtedy jedynie badali stary azyl, ciężko było to nazwać oznaczaniem granic.
— Jeszcze nigdy. — Poruszyła nieznacznie ogonem, karcąc się w myślach za to, że nie była zbyt gadatliwa. Obejrzała się za siebie i zauważywszy kroczącą w jej stronę Chyżą Łapę, skinęła ognistofutrej głową na pożegnanie. Nie mogła już z nią rozmawiać, musiała skupić się na siostrze. Już uderzenie serca później Porzeczka przystanęła tuż obok siostry i spojrzała na nią wymownie, a do uszu Śnieżycowej Chmury dotarło wołanie. Zbierała się na poranny wypad.
— To do zobaczenia. Może niedługo ci się uda! — Pomachała jej ogonem na pożegnanie, a Poziomka poczuła ukłucie, wymieszane z ulgą. Z jednej strony nie musiała już się martwić tym, że wypadła niezręcznie, a z drugiej pojawiła się następna istotna sprawa; musiała coś powiedzieć siostrze, bo z pewnością oczekiwała jakichś wyjaśnień. Zerknęła na nią, poruszając końcówką ogona, a siostra posłała jej aksamitny uśmiech.
— Znacie się? — zapytała, odprowadzając zielonooką wzrokiem. — Poziomko, pamiętasz naszą ostatnią rozmowę, prawda? Martwię się. — W jej oczach pojawił się czysty smutek, który momentalnie wywołał w Poziomkowej Łapie ogromny stres, smutek wręcz równie wielki. Spojrzała na swoje łapy.
— N-nie… sama do mnie zagadała. Wiem tylko, że to jedna z naszych wojowniczek — powiedziała jej, wtulając się w bok siostry, szukając komfortu. Chyża Łapa pozwoliła jej na to, chociaż Poziomka nie czuła się tak, jakby rozwiało to wątpliwości siostrzyczki.

***

Kocica szła u boku jednego z wojowników, Rudej Lisówki, a przed nimi szło jeszcze dwóch – Śnieżycowa Chmura, a także Cyklonowe Oko, pochłonięci rozmową, był to jej pierwszy patrol w życiu. Udało jej się wyprosić mentora, żeby dzisiaj, po udanym treningu, pozwolił jej pójść na taki, a dzięki również zastępczyni wszystko się udało. Zawdzięczając wszystko zbiegowi okoliczności, przydzielono ją akurat do grupki, w której była ta ognistofutra Burzaczka. Poziomkowa Łapa ze świecącymi z zachwytu oczkami obserwowała teren dookoła, ciesząc się wiatrem rozwiewającym futro na jej kryzie. Gdy zorientowała się, że zwęglonych połaci było coraz mniej, zastępowane przez odrastającą powoli, zieloną, bujną i wysoką trawę, w jej sercu zakwitło ciepło takie, którym mogłaby co najmniej kogoś ogrzać w potrzebie. Zamruczała pod nosem, idąc dalej i obserwując wszystko z zachwytem. W pewnym momencie do jej nosa dotarł intensywny, nowy zapach, który od razu postawił jej uszy do góry, a serce zabiło szybciej. Zerknęła na kremowego kocura, zaalarmowana tą nowością. Ruda Lisówka przystanął sztywno. Był on chyba najwyższy z całej ich grupki, chociaż nie potrafiła stwierdzić czy Cyklonowe Oko go przypadkiem nie prześcignął wzrostem. W każdym razie wyraźnie odznaczające się żebra na płomiennorudym futrze i kości policzkowe, których również nie dało się zignorować, wywołały w głowie koteczki masę pytań, na które nie mogła znaleźć odpowiedzi, ponieważ nie miała nawet na to obecnie czasu.
— Co to za zapach? — zapytała niepewnie, rozglądając się za źródłem, chociaż jej oczy nie wykryły absolutnie niczego, a na pewno nie od razu. Ruda Lisówka uśmiechnął się lekko.
— To na pewno nie ja. Myłem się dzisiaj. — Cyklonowe Oko przewrócił oczami, cętkowana wojowniczka zaś pokręciła głową, łapiąc się palcami za nos. Poziomkowa Łapa uśmiechnęła się szeroko, panika zelżała w jej sercu odrobinę. Była mu za to wdzięczna. Kremus następnie podążył za jej wzrokiem, nie zwlekając dłużej z odpowiedzią, jednocześnie ignorując żart kocura;
— To zapach samotnika. Musimy dokładnie przejrzeć te tereny, znaleźć go i przegonić — powiedział bez wahania, węsząc intensywnie. Śnieżycowa Chmura pokiwała głową, wypatrując ich celu, o dziwo teraz siedząc w ciszy, a Ruda Lisówka polizał się parokrotnie po piersi, spoglądając po chwili na Poziomkową Łapę. Koteczka uśmiechnęła się do niego, a kocur nie skomentował tego dalej i zaczął również szukać zagrożenia. Może Śnieżycowa Chmura znajdzie w tym jakiś temat do następnej plotki, która rozniesie się po pobratymcach. Niezwykle gęste, kremowe futro poruszało się spokojnie na wietrze, plącząc się. Poziomkowa Łapa zawsze zastanawiała się jakim cudem kocur nie potykał się o te wszystkie kłosy. Sama również nie była lepsza, jej futro zawsze wchodziło jej w drogę, aczkolwiek miała o tyle łatwiej, że nie sięgało samego podłoża i zawijało się w wielu miejscach, chociaż najbardziej widoczne było to po przebudzeniu się koteczki, w ciągu dnia loki się prostowały.
Wreszcie, całej czwórce rzuciło się w oczy intensywnie rude, pręgowane gęste futro, długością podobne do tego Poziomki. Nie było na tyle długie, jak kremowego Burzaka, ale do krótkich również absolutnie się nie zaliczało. Kotka ruszyła pędem w stronę nieznajomego, u boku Śnieżycowej Chmurki i reszty. Na jej mordce wymalowana była determinacja. Chciała się na coś przydać, mimo że po paru susach łapy zaczęły ją piec, a ogon wywijał na boki niczym małe śmigło. Niczego nieświadomy obcy zaczął nawoływać kogoś, chociaż przez wiatr w uszach kotka nie mogła zrozumieć, kogo. Nie patrzył w ich stronę, zamiast tego stał do nich tyłem, co było jego błędem. Im bliżej niego się znajdowała, tym wyraźniej zaczynała dostrzegać, że nie był wcale dorosły, a tak naprawdę młody. Koteczka zatrzymała się nieopodal, nabierając intensywnych oddechów z powodu konkretnej zadyszki. Płuca ją paliły, a mięśnie napinały się delikatnie z powodu wysiłku, jednak była z siebie zadowolona. Tym razem wytrzymała dłużej niż ostatnim razem. Może spowodowane było to ekscytacją albo adrenaliną, w końcu, poza rodzicami, nie widziała nigdy innego bezklanowca. Kocurek okazał się wzrostem większy od niej, ale byli w podobnym wieku. Spojrzała na niego nieśmiało, choć z zaciekawieniem, wpatrując się w jego brązowe oczy. Rudy skulił się, trochę przytłoczony tak nagłą ilością obcych kotów dookoła.
— Zgubiłeś się, młody? Nie wiesz, jakie niebezpieczeństwa czyhają na wrzosowiskach? — Ruda Lisówka jako pierwszy zabrał głos, przypatrując się kocurkowi. Żaden z nich nie miał wysuniętych pazurów. Rudas po paru uderzeniach serca pokiwał nieznacznie głową.
— Chyba tak… chyba się zgubiłem… szukam mojego brata, Klocka. Przechodził tędy razem ze swoją partnerką, Różą, ale nigdzie nie mogę go znaleźć. Czy widzieliście tutaj może kota podobnego do mnie, ale wyższego i chudszego, z białymi policzkami? Ma trochę jaśniejsze futro i zielone oczy — podał im opis, wyraźnie martwiąc się o swojego członka rodziny. Poziomka zaczęła od razu mu współczuć, mimo że się zupełnie nie znali. Wiedziała, jak ciężkim było kogoś stracić, szczególnie że wyglądało na to, iż musieli być blisko, skoro rudy go szukał. Cyklonowe Oko pokręcił głową, razem ze Śnieżycową Chmurką.
— Nie. Nie czuliśmy też żadnego zapachu samotników nieopodal. Jesteś pewien, że szedł tędy? W końcu wrzosowiska są bardzo rozległe, może pomyliłeś wzniesienia? — powiedziała do niego, poruszając odrobinę ogonem. — Jak cię zwą? — dopytała jeszcze, tym samym nie dopuszczając kremowego do głosu. Długofutry skarcił ją wzrokiem, lecz nie skomentował tego. Poziomka zastrzygła wąsami, zestresowana. Nie chciała, żeby wojownicy się przy niej kłócili.
— Mam na imię Kostka. — Zrobił chwilę przerwy, jakby intensywnie się nad czymś zastanawiał. Cętkowana kocica zerknęła na Rudą Lisówkę.
— Powinniśmy odesłać go do domu. Widać, że się zgubił, jest młody, na pewno zapamięta, jak mu pokażemy, że nie powinien wracać na nasze tereny — powiedział Cyklonowe Oko, marszcząc brwi w zamyśleniu. Poziomkowa Łapa zrobiła krok do przodu, przyglądając się Kostce. Widziała w nim siebie, kiedyś, ona również była samotniczką, aczkolwiek została porzucona przez matkę. Kostka jednak miał rodzinę, a przynajmniej tak jej się wydawało, przecież nie szukałby i nie narażałby się, gdyby kot, o którym wspominał, nigdy nie istniał, prawda?
— Kostko? — miauknęła, a rudy przeniósł spojrzenie ciemnych ślepi na nią. Przełknęła ślinę i spojrzała na wojowników. Sama nie była pewna, czego od niego chciała, jednak nie mogła znieść myśli, że mógłby nie znaleźć swojego brata. Chciała mu jakoś pomóc, ale nie miała pojęcia jak. Pokręciła główką. Wyciągnęła nos do przodu i pozwoliła mu się obwąchać, samemu również zapamiętując jego zapach. Pachniał w inny sposób niż dotychczasowe koty. Przypominał jej ten zapach domu, chociaż niezupełnie. Była w nim nuta czegoś nowego, ale przyjemnego, jakby woń kwitnących, słodkich kwiatów i rześkości.
— Cyklonowe Oko, ale potrzebujemy nowych wojowników. Po ostatnim pożarze, po tylu stratach… może nam się przydać. Sam na niego spójrz. Jest wysoki, młody, z pewnością będzie mu lepiej u nas, niżeli jako samotnik. Tyle kotów ginie w szczękach lisów, borsuków, nawet przez nieuważnych Dwunożnych — powiedziała stanowczo, nie robiąc sobie za wiele z faktu, że rudy nawet nie wyraził swojej opinii, czy w ogóle chciałby zamieszkać w nowym miejscu, zacząć żyć w zupełnie nowej, odmiennej społeczności… Kostka nie odpowiadał aż do tej pory, chociaż ślepia błądziły mu po kotach.
— Co macie na myśli przez “wojowników”? — zapytał, poruszając uszami nieznacznie.
— Wojownicy to koty, które dbają o zdrowie i dobro kotów, w postaci zapewniania im pożywienia, patrolowania granic, wielu wojowników walczy do ostatniej kropli krwi za swój dom i pobratymców. Jesteśmy członkami Klanu Burzy, jednego z czterech klanów zamieszkujących te tereny — wyjaśniła mu kocica, a Ruda Lisówka wraz z Cyklonowym Okiem zaczęli o czymś rozmawiać trochę ciszej, jakby potrzebowali się naradzić czy był to dobry pomysł. Poziomkowa Łapa kiwnęła główką.
— Gdybyś się do nas przyłączył, może mógłbyś znaleźć swojego brata. Klan oferuje schron, jednak nie jest to miejsce, z którego jedynie się bierze, a także się daje. Jesteśmy zżytą społecznością. Czy chciałbyś dołączyć do Klanu Burzy? — mruknęła, patrząc na niego z zaciekawieniem.
Kocur zastanawiał się jeszcze przez jakiś czas, łapką grzebiąc w jednym z kłosów traw w zamyśleniu, jakby czegoś szukał, chociaż nawet niczego tam nie było. Spojrzał na czwórkę przed nimi.
— Jeśli zdecydujesz się do nas dołączyć, będziesz musiał przyzwyczaić się do zwyczajów panujących w naszym klanie. Jeśli to zrobisz, nie będziesz mógł się już wycofać, musisz to dobrze przemyśleć — poinformował go Ruda Lisówka, a kremus pokiwał głową. Poziomka poczuła powiew wiatru na wąsach, który działał na nią kojąco, chociaż zaczynała czuć dyskomfort związany z przebywaniem na otwartej przestrzeni tak długo.
— Klan wymaga głębokiej lojalności i ciężkiej pracy od każdego. Nie jest to życie, które odpowiada każdemu kotu, wielu samotników nigdy nie zdecydowałoby się na taką opcję ze względu na przyzwyczajenie albo wiele własnych powodów. Jednak korzyści jest wiele. — Długie pędzelki na jego uszach powiewały na wietrze, wręcz mieniąc się śnieżnobiałą barwą w promieniach słońca. Kostka wreszcie kiwnął głową, a Śnieżycowa Chmura poruszyła ogonem z zadowoleniem.
— Wspaniały wybór. Zatem zaprowadzimy cię teraz do obozu, do naszego przywódcy, żeby mógł zdecydować, co się z tobą stanie — wyjaśniła mu, a brązowooki pokiwał głową ponownie. Ustawił się obok Rudej Lisówki, a czwórka dość sprawnie przygotowała się do ruszenia z powrotem do obozu. Poziomkowa Łapa zerknęła na kocura raz jeszcze i zrównała z nim kroku. Pochyliła się delikatnie przed nim jakby w geście szacunku.
— Nazywam się Poziomkowa Łapa — przedstawiła się, myśląc, co mogłaby dodać do tej wypowiedzi. Nie chciała, żeby pomyślał, że była nudna lub nachalna. Poruszyła nieznacznie uszami, a następnie dyskretnie zbliżyła się do niego i szepnęła do ucha;
— Ale jeśli wolisz, możesz mówić mi Poziomka. Klanowe imiona są długie i mogą plątać język. — Pomyślała o siostrzyczce, Porzeczce, która również preferowała swoje kocięce imię, niżeli uczniowskie, czyli Chyża Łapa. Miała świadomość, że koty mogły różnie na to zareagować, dlatego też zdecydowała się na taki zabieg. Dwójka musnęła się futrami na policzkach, co ją onieśmieliło. Tak blisko była jedynie z siostrami, ale może myślała o tym zbyt dużo i była to zwykła interakcja. Kostka zamruczał na znak, iż przyjął to do informacji. Odetchnęła z ulgą, uśmiechając się pogodnie.

***

Wieczorne powietrze było chłodniejsze niż za dnia, a słońce schowało się za pokaźnymi i przyjemnymi dla oka chmurami, rozciągającymi się daleko po błękitno granatowym niebie, wpadającym u nasady w barwę czystego pomarańczowego. Wrzosowiska wraz z zachodzącą kulą pogrążały się w półmroku, a świerszcze zaczęły cykać swoje najlepsze pieśni, zachęcając zmęczone koty po całym dniu do odpoczynku. Promienie światła rzucały jeszcze ostatnie promyczki na wysoko pnącą się trawę, nie docierając już jednak zbyt dobrze do tuneli. Poziomkowa Łapa odetchnęła, gdy do nosa dotarł jej przyjemny, ziemisty zapach, wymieszany z wonią jej sióstr. Kostka został członkiem ich klanu, a jutro miała odbyć się ceremonia przydzielenia mu mentora. Poziomkowa Łapa była szczerze ciekawa, jakie imię zostanie mu nadane. Czy przyzwyczai się szybko do klanowych zwyczajów? Czy może również będzie preferował skróconą wersję imienia? Jej wzrok, do tej pory nieobecny, zabłądził i zatrzymał się na Chyżej Łapie, której wąska kita powiewała na boki.

<Porzeczko? Jesteś na mnie zła, siostrzyczko?>
[2455 słów]

Od Mandarynkowej Gwiazdy

Jej myśli od dawna zaprzątała jedna ważna sprawa, mianowicie ta Błękitnej Laguny. Jej syn i zastępca, a jednocześnie kot, któremu nie potrafiła ponownie zaufać. Ile razy myślała, kto mógłby wejść na jego pozycję… Najchętniej wybrałaby pewnie Żmijowcową Wić. Niestety nie był on członkiem rodu królewskiego, więc z szacunku do Sroczej Gwiazdy nie mogła tego zrobić. Z książąt i księżniczek z kolei też nie miała dużego wyboru. Zostawały tylko jej dzieci, które… jakby to powiedzieć… nie byłyby zbyt lepsze od aktualnego zastępcy. Chociaż od stosunkowo niedawna miała też inny pomysł. Mogłaby obsadzić na tym miejscu Rogatego Flaminga. Kocur był młodym, zdolnym wojownikiem i jej wnukiem. Ufała mu, bo była pewna, że poprowadziłby klan tak jak ona. Problem był taki, że point nie wyszkolił jeszcze ucznia. Wesoła Łapa nadal nie ukończyła swojego treningu. Teoretycznie i tak mogła postawić go na tym stanowisku, bo nie wybierała się jeszcze tak szybko na tamten świat. Niestety i tak było to ryzykowne. No i właśnie, musiała podjąć decyzję teraz. Nie robiła się coraz młodsza i dostrzegała już trochę siwych włosów na swoim pysku. Powoli zaczynało do niej docierać, że nie zostanie tu na zawsze. Przesunęła łapą po swoim pysku w zamyśleniu, po czym ułożyła się w pozycji bochenka. Czas na ostateczny wybór nadszedł. Zmiana zdania w ostatniej chwili tylko przysporzyłaby wszystkim kłopotów. Westchnęła ciężko. Musiała porozmawiać z Rogatym Flamingiem. Podniosła się na łapy i postawiła krok poza swoje legowisko. Przerzuciła wzrokiem po obozie. Szybko zauważyła wnuka. Wojownik patrzył się na kogoś oceniającym wzrokiem, po czym prychnął i zaczął poprawiać kwiaty w ogonie. Jej łapa przygotowana do postawienia kolejnego kroku zawisła w powietrzu. Zamarła. Nie, nie mogła tego zrobić. Kochała Flaminga jako członka rodziny i właśnie dlatego nie mogła mu tego zrobić. Nie chciała sprawiać, że musiałby dźwigać odpowiedzialność, na którą żaden kot nie mógł być gotowy. Wcześniej myślała o nim jak o dobrym kandydacie, bo… ją jej przypominał. Ale nie zepsuje mu życia. Nie tak jak ktoś kiedyś zepsuł jej. Może i Błękitna Laguna nie poprowadzi klanu tak, jak ona by chciała… ale przynajmniej Rogaty Flaming, Żmijowcowa Wić, Trzcinowy Szmer, Łabędzi Tan, Nurowa Łapa i reszta rodu będzie bezpieczna. Jeżeli to jest cena, jaką musi za to zapłacić… to pozwoli obecnemu zastępcy zostać u władzy. I ta myśl, choć była trudna do zaakceptowania, spowodowała, że kąciki jej pyska uniosły się lekko.

Od Guziczka CD. Gronostaja

Dawno temu

– USZ! Mafakwa, fafo! – odpowiedział kocurek, z pełnym pyszczkiem… – Nif tyfko… umf… mufe biefaf f bfofie i… umf…
Guziczek zaśmiał się cicho, patrząc na syna. Oh, jaki był szczęśliwy ze swoich pociech!
– Spokojnie, Gronostaju, powoli. Nie mów z pełnym pyskiem, bo się zadławisz. I i tak nic nie zrozumiałem.
– TATOOO! Muszę teraz powtarzać wszystkooo! WUSZ! – Gronostaj oburzył się, na co Guziczek posłał mu przepraszający uśmiech. – Mówię, że… że MASAKRA! Jaśminowiec każe mi walczyć w błocie bez przerwy. Atakuje mnie znienacka. I twierdzi, że jestem NIEZDYSCYPLINOWANY! Możesz w to uwierzyć? JA, niezdyscyplinowany! Przecież… przecież ja mam tutaj ze WSZYSTKICH kotów najbardziej poukładany tryb życia i… i ZAWSZE trzymam się swoich zasad! I mam najsilniejszy wewnętrzny kodeks! TAK! Dociera to do ciebie, tato? DO NIEJ NIE!
Guziczek skądś to znał… Sam był uważany raczej za rozrabiakę. Nie mógł się z tym nie zgodzić, oczywiście! Był raczej dość okropnym kociakiem. W pewien sposób cieszył się, że jego maluchy były dużo grzeczniejsze, niż on sam… Zerknął w stronę, gdzie chowano zmarłych. Ciekawe, jak poradziłaby sobie z Gronostajem Kajzerka? Zawsze była przy swoich dzieciach, nieważne jak ciężko jej nie było. To była świetna mama… Marzeniem zwiadowcy było być tak dobrym rodzicem, jak ona…
Pokręcił więc głową na słowa syna, wpatrując się w niego z ciepłym uśmiechem.
– To brzmi naprawdę okropnie, synu… – odparł rozbawiony. Chociaż naprawdę starał się być poważny! Po prostu wiedział, że jednak… Nie dało się takich rozrabiaków jak on, czy Gronostaj załatwić inaczej, niż ich własną bronią.
– MHM!
Guziczek zastanowił się przez moment. Nie sądził, żeby jego syn właściwie był rozrabiaką. Bardziej był uparty, co też oczywiście miał po swoim tatusiu. Był też raczej dość pesymistyczny… Dlatego kocur po chwili zapytał:
– A… działo się może ostatnio coś, co nie było masakrą…?
– Hm. Hm. Coś niemasakrycznego…? Ojjj, ciężko będzie, tatusiu. Ale… O! WIEM! Na przykład… wczoraj, na treningu, nauczyłem się rozpoznawać tropy lisa! – Machnął ogonem, wpatrując się w Guziczka. – Zaraz ci powiem jak!
Więc zwiadowca rozsiadł się wygodnie i słuchał, jak jego syn uczył się rozpoznawać ślady lisów. Sam próbował sobie przypomnieć, gdy to on to robił… Ale chyba nie przejmował się wtedy tym aż tak, aby to pamiętać.
– I co myślisz, tato? Co myślisz? Jestem PRZEGENIALNY, prawda? POWIEDZ, TATO! – Przyczołgał się bliżej. – Powiedz! Powiedz! Powiedz!
– Jesteś, jesteś. Mój geniusz. – Guziczek uśmiechnął się i polizał Gronostaja po główce.

Po zostaniu zastępcą

Guziczek… Wcale się tego nie spodziewał. Gdy tamtego dnia zostało ogłoszone zebranie, poszedł na nie wraz z rodziną, nie spodziewając się, że tuż po nim stanie na mównicy obok Czereśni jako zastępca. Został zastępcą! To jeszcze nie był lider wszystkich kotów, ale… Zawsze krok do przodu! Oczywiście, że był szczęśliwy, ale… Trochę się też zmieniło. Musiał bardziej zaangażować się w życie Owocniaków. Chciał być dobry. Chciał być kotem, o którego nikt nie będzie się zastanawiać, czy mógł zostać na pozycji, na jakiej był. Ba! Chciał być kotem, na którego inni mogli liczyć i którego wszyscy będą ciągle wybierać. Niestety zaczęło zjadać mu to bardzo dużo czasu… A jego dzieciaki przestały być już tak małe i ciągle go potrzebować. To było trochę smutne. Znalazł więc pewnego wieczoru wolną chwilę i podszedł do legowiska, w którym leżał Gronostaj.
– Cześć.
– Cześć, tato!
– Jak tam treningi? – zapytał.
Nie chciał wyjść na natarczywego! Chociaż trochę się niecierpliwił… Chciał, żeby jego dzieciaki szybko zostały tym, kim sobie wymarzyły. On przecież został mianowany w wieku dziesięciu księżyców! A nawet nie miał wtedy mentorki…
– Kiedy zostaniesz mianowany? – zapytał jeszcze.

<Gronostaju?>
[564 słowa - trening Gronostaja]

Od Trzcinowego Szmeru CD. Fląderki

W końcu udało jej się zasnąć. Maluchy dokuczały bardzo, jednak były na tyle małymi kuleczkami, że jeszcze nie rozumiały, co się do nich mówiło. Natomiast wszystkie ważne koty, w tym Mandarynkowa Gwiazda, odwiedzały ją w żłobku. Już po pierwszej wizycie samej przywódczyni, czuła się zmęczona. Kocięta na całe szczęście również spały. Trzcinowy Szmer, jednak czuła ssanie w żołądku. Problem był w tym, że nie miała na tyle sił, by wstać i przynieść coś dla siebie, a Żmijowcowa Wić dosłownie wyszedł na chwilę z obozu, by zapolować.
Szelest przy wejściu do żłobka zbudził zmęczoną karmicielkę. Przed jej oczyma pojawiła się czekoladowa szylkretka, która niosła w pyszczku okonia.
— Przepraszam, że przeszkadzam, Pani Trzcinowy Szmerze... Przyniosłam dla Pani i Pani kociąt posiłek. Wymarzona Słodycz złowiła ją chwilę temu. Złocisty Widlik powiedział, że ta ryba jest najbardziej odpowiednia dla karmiących królowych. M-mam nadzieję, że będzie smakować. Nigdy jej nie jadłam, więc nie wiem, czy jest dobra… i niestety nie pamiętam, jak ona się nazywa. — Położyła po sobie jedno jedyne uszko, jakie posiadała.
Niemrawo poprawiła się na posłaniu i zębami wzięła podarek od Fląderki. Była bardzo głodna, a okoń był naprawdę smaczny.
— Dziękuję ci, Fląderko — wymruczała między kęsami, a brązowe oczy odrzutka aż zabłyszczały ze szczęścia. — Bardzo dobra, cieszę się, że ty również o mnie myślisz. Jeszcze raz bardzo ci dziękuję.
— N-nie ma, za co, Pani Trzcinowy Szmerze. To dla mnie przyjemność pomagać w żłobku. Szczególnie dla pani. — Zerknęła na dwójkę kociąt, które jak zabite spały blisko brzucha karmicielki. — Chciałam jeszcze powiedzieć, że pani ma naprawdę piękne i zdrowo wyglądające kocięta.
— Zgodnie z kanonem piękna Klanu Nocy — wymruczała. — Są moim jedynym oczkiem w głowie. Sama Mandarynkowa Gwiazda lubi zaglądać do nas. Jestem pod wrażeniem, z jakim zainteresowaniem się cieszą wśród rodu królewskiego.
— Wyglądają, jakby w ich żyłach płynęła krew królewska.
— Doprawdy?
— M-może właśnie pani Mandarynkowa Gwiazda doszukiwała się lotosu na ich czole — gdybała nieśmiało Fląderka.

***

Wygnanie Rezedowej Łapy

Jej były uczeń nie został mianowany na wojownika. Kocur nigdy nie przejawiał nawet większej chęci, by czegoś więcej się nauczyć. Nie miał tej żyłki wojownika, co reszta Klanu Nocy. Rezedowa Łapa w wieku trzydziestu księżyców został wygnany z obozu. Nie był już mile widziany przez Nocniaków.
W tym wieku od kota oczekiwało się odpowiedzialności, profesjonalizmu, a niektórzy doczekują się kociąt. Tymczasem rudzielec jedynie żył na ciężko upolowanych zdobyczach wojowników i terroryzował uczniów.
Mandarynkowa Gwiazda, skończywszy zebranie klanu, zeskoczyła z gałęzi sumaka, a wybrani wojownicy stanęli przy Rezedowej Łapie, by wyprowadzić go z terenów Klanu Nocy. Srebrny rudzielec był roztrzęsiony i wodził wzrokiem po kotach. Nawet zatrzymał swoje spojrzenie na niej. Było to bardzo nieprzyjemne uczucie, które niczym robale oblazły plecy szylkretowej namiestniczki. Obrzydzenie. To właśnie to uczucie kłębiło się w jej gardle i drażniło ją niczym żółć. Jak mogła nawet trenować takiego kota? Ona?
Kiedy wyprowadzono kocura, a koty rozeszły się, wracając do własnych zajęć, Trzcinowy Szmer zauważyła, że na polanie głównej została Fląderka. Załamany odrzutek wpatrywał się w wyjście z obozu, gdzie zniknął właśnie ostatni członek jej rodziny. Chcąc pocieszyć kotkę, dosiadła się do niej i położyła jej ogon na barku. Nie odezwała się choćby słowem, tylko siedziała tak, aż brązowa szylkretka postanowiła wrócić wraz z nią do żłobka.

***

Po porodzie Fląderki

Ona niedawno opuściła żłobek i wróciła do swoich wojowniczych obowiązków, a jej dzieci również zaczęły uczyć się na wojowników. Natomiast Fląderka została karmicielką i doczekała się kociąt. Lubiła bardzo kotkę, jednak miała bardzo mieszane uczucia do jej potomstwa. Czy kocica nie wykazała się głupstwem? Przecież jej młode mogły mieć okropne życie przez reputację Fląderki. Czy Klan Nocy musiał mieć kolejnych odrzutków?
Chcąc odwiedzić kotkę, weszła do żłobka, gdzie nowo upieczona karmicielka wylizywała swoje maluchy, które wiły się przy brzuszku swojej matki.
— Dzień dobry, Fląderko. Jak się czujesz po porodzie? Widzę, że przyniosłaś Klanowi Nocy dużo przyszłych wojowników — zamruczała cicho, gdyż widziała po brązowych oczach kotki, że była zmęczona. Przyjrzała się kociętom i zastrzygła uchem. Było całkiem nieźle. Tylko jeden kociak był srebrnym czekotem, a reszcie kociąt się upiekło. — Jak je nazwałaś?
— Wełnianka, Centuria, Lipieniek i Komar. — Pokazała po kolei swoje pociechy, każdego dotykając wilgotnym noskiem.
— Piękne imiona — przyznała. — Nie obawiasz się, że mogą one podzielić twój los? — dodała w końcu, na co czekoladowa szylkretka lekko się wzdrygnęła. Może powiedziała to zbyt chłodno, jednak tak powinna odbyć się ta rozmowa.
— S-słucham?
— Nie obawiasz się, że przez twoją “wpadkę”, te kocięta będą mieć podobny żywot do twojego? Wiemy wszyscy, że nie zostałaś wojowniczką ze względu na swój kolor futra. Chcesz mi powiedzieć, że nie myślałaś nad tym, czy te kocięta nie zostaną wojownikami, tylko dlatego, że są one twoimi kociętami? — głos miała chłodny, nieczuły. Jednak to była poważna rozmowa, którą musiała odbyć z odrzutkiem. Nie wiedziała, czy Złocisty Widlik z nią rozmawiał na ten temat. Miała nadzieję, że to zrobił. — Nawet nie muszę ci wspominać o tym, że nie wiadomo, kim jest ojciec tych kociąt. Czy to jest ktoś z Klanu Nocy?

< Fląderko? Czas na przesłuchanie. >
🎍