BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

28 lipca 2026

Od Łabądka (Łabędziej Łapy) CD. Żabiej Łapy (Żabiego Oka)

Przed zostaniem uczennicą

Ten komplement bardzo ją ucieszył. W ogóle lubiła komplementy, ale szczególnie te dotyczące jej wysokiego statusu (był wysoki przynajmniej w jej mniemaniu). W ogóle mianowanie na namiestniczkę było dla niej bardzo miłą niespodzianką. Co z tego, że w praktyce do mianowania na wojowniczkę nie dawało jej to niczego oprócz znaczków na pysku? Może Żabia Łapa nie była wcale taka zła? Powstrzymała się od skakania jak jakiś głupi kociak pokroju… Wesołej Łapy… Wyprostowała się tylko jeszcze bardziej i zademonstrowała swój elegancki krok. Uczennicy wąsy zadrżały z rozbawienia. Oburzona Łabądek już miała zrobić scenę, ale wtedy usłyszała głos matki.
– Dzieci, wracajcie do środka, bo jeszcze się przeziębicie!
Posłała tylko pomarańczowookiej wymowne spojrzenie i podreptała do Trzcinowego Szmeru.

***

Na dzisiejszym treningu było okropnie wietrznie. Okropnie w znaczeniu “bardzo” i “tragicznie” jednocześnie. No bo jak miała się skupić na łowieniu ryb, jeżeli grzywka co chwilę zwisała jej przed oczami? Tkwiła w pozycji nad brzegiem jakiegoś strumyka. Obok niej siedział Błękitna Laguna. Kazał jej czekać, a gdy tylko zobaczy cień ryby, zanurzyć łapę w wodzie i bardzo szybko ją wyciągnąć. Niestety wiatr targający jej futrem, oprócz bycia bardzo nieprzyjemnym, okazał się dużą przeszkodą. Przy jednym z mocniejszych podmuchów, grzywka przestała trzymać się w jednym miejscu i opadła jej na oko. Pod wpływem ruchu, sięgnęła łapą do wody. Niestety nic nie wyczuła.
– To nie była ryba – poinformował ją mentor. Miała ochotę prychnąć albo fuknąć, ale na księcia zastępcę nie wypadało. Zaczęła bardziej skupiać się na wodzie, zapamiętując, aby tym razem szukać kształtu ryby, a nie samego ruchu. Niestety to również było utrudnione przez wicher. Przez niego, grzywka raz zasłaniała jej lewe oko, a raz prawe. Nic dobrze nie widziała. Tak się na to zirytowała, że nie zauważyła, kiedy ryba przepłynęła tuż przed jej nosem. Zarejestrowała to dopiero w ostatniej chwili, ale nie była w stanie wyrzucić ryby na brzeg. Zahaczyła ją tylko pazurami, przez co ta zaczęła się miotać pod wodą, barwiąc ją na czerwono swoją krwią. Łabędzia Łapa z piskiem odskoczyła z obrzydzenia. Zastępca schylił się do wody, złapał ranne zwierzę w szczęki, wyrzucił je na brzeg i dobił.
– Poćwiczymy to jeszcze kiedyś – mruknął, podnosząc piszczkę.

***

Kiedy dotarli do obozu, praktycznie od razu pobiegła na brzeg wyspy, żeby przejrzeć się w wodzie i poprawić futro. Wtedy okazało się, że wyglądała tragicznie. Grzywka była potargana, z kryzą to samo, futro szło w kilka różnych stron, a jedna z jej łap nadal była troszkę różowawa od krwi ryby. W tym momencie miała ochotę się rozpłakać. To był najgorszy dzień! Nie dość, że wygłupiła się przed Błękitną Laguną, trening jej się nie udał, to jeszcze wyglądała, jakby ją pies przeżuł i wypluł! Jednak przyszłej namiestniczce nie wypadało płakać. Zamiast tego od razu wzięła się do roboty. Opłukała łapę z krwi, przemyła futro, wygładziła kryzę i naprawiła grzywkę. Zajęło to dużo dłużej, niż według większości kotów układanie futra zajmować powinno. Mimo naprawienia swojego wizerunku nadal była na skraju płaczu. Pewnie pomogłoby jej patrzenie na swoją kolekcję pięknych skarbów… Nie. To by tylko pogorszyło sprawę. Chciałaby wtedy włożyć sobie jakieś piórko w futro, ale wiatr wyrwałby je i poniósł gdzieś daleko tak, żeby przepadło na zawsze. Z tego powodu zdecydowała się po prostu na zjedzenie czegoś. Dzisiaj nawet nie chciała już patrzeć na ryby, dlatego wzięła ze sterty jakąś sierpówkę. Usiadła tuż przy źródełku i rozpoczęła posiłek. Na chwilę jej to pomogło, lecz uderzenie serca później znowu jej humor się zepsuł. Mianowicie do obozu weszła Żabie Oko z Liliową Łapą. Naprawdę ten głupi rybi móżdżek nie mógł wrócić z treningu trochę później?! Musiał akurat wtedy, kiedy próbowała się uspokoić?! Odepchnęła ptaka trochę na bok, wbiła pazury w ziemię i nienawistne spojrzenie w tę dwójkę.

<Żabo?>

[604 słów + łowienie ryb]

Od Liliowej Pieśni do Łabędziej Łapy

Był to dzień po ślubie. Liliowa Pieśń z głową skierowaną w dół wykonywała swoje obowiązki. Słowa przywódczyni nadal odbijały jej się w głowie donośnym echem, ale przywódczyni miała rację, nie miała jednoznacznych dowodów. Była pewna, że dostało jej się, gdy była w towarzystwie Urodziwego Szafirka. Ach, Szafir, coś ty narobiła? Teraz każdy jej sukces czy porażka przez Mandarynkową Gwiazdę będzie rozpatrzony przez pryzmat gatki Flaminga. Cóż, musiała z nim pogadać, ale to później. Dzisiaj przypadał dzień spotkania z bratem. Bardzo by chciała, by mogła z nim legalnie rozmawiać, ale było to niemożliwe ze względu na kolor jego futra. Dla niej kolor był tylko kolorem, choć dla niej coś mogło w tym być, że czekoladowe koty były bardziej nieprzewidywalne i zadziorne, lecz nie wszystkie. Wyszła z obozu i zaczęła płynąć w kierunku Brzozowego Zagajnika. Wyszła z rzeki, otrzepała się i podreptała do białych brzózek. Widziała w gęstwinie czekoladowe futro brata. Pobiegła do niego cicho i naskoczyła na niego.
– Lilio! Weź mnie nie strasz, bo bym ci kości połamał!
Kotka się zaśmiała i usiadła przed nim.
– Co u mojego braciszka?
– Otóż myślałem o niedawnym spotkaniu z Ulewnym Szkwałem, nie przepada za mym kolorem futra, ale spoko gość. Kiedy kocięta? Poznają wujka?
– Mroku! – zganiła go. – Jeszcze ślubu nie było!
– A po co ślub? Inne koty jakoś bez tego żyją.
Kotka westchnęła z uśmiechem.
– Taka jest tradycja w Klanie Nocy.
– A no właśnie, siostrzyczko, co tam w klanie? Nie pytam o sekrety, gdyż wiem, że nie chcesz ich zdradzać, ale co u ciebie?
– Och, Mroku, ostatnio niezbyt dobrze…
– Zdradził cię? Zawiódł? Kiedy będzie na patrolu?
– Nie, nie! Nie chodzi o Ulewnego Szkwała, jeśli już to ja go zawiodłam… ale chodzi o to, że moja najlepsza przyjaciółka, Szafir, obraziła księcia, Rogatego Flaminga. Stałam obok niej, potem on nagadał na mnie przywódczyni i teraz nie dość, że przywódczyni mi nie ufa, to nie dostanę ucznia, jak już dostanę, to czekoladowego i inni zauważą, że to oznacza, że przywódczyni mi nie ufa! I wtedy wszyscy inni będą na mnie patrzeć okoniem! Mroku to straszne…
– Hej, będzie dobrze. Zawsze mogę go zatłuc.
– Och, ty zawsze wybierasz język przemocy! – zaśmiała się.
– Bo jest najskuteczniejszy? Robisz bach, bach i po sprawie.
– Ech, ty mały barbarzyńco – zaśmiała się.
– W ogóle, jak ta cała Mandi Bandi ci nie wierzy a jemu tak, to widać wiek pada jej na mózg…
– Na Klan Gwiazdy, Mroku! To przywódczyni i księżniczka!
– Przywódczyni sryni, ona, jak i reszta są siebie warci, nieważne, że ktoś cierpi, najważniejsze jest to, że mają lśniące pazurki i gładki nosek…
Kotka trzepnęła brata po uchu.
– Bracie, wcale tak nie jest. Wiem, że się o mnie martwisz i w ogóle, ale to, o czym mówisz, jest okropną obelgą dla rodu, najważniejszej rodziny w klanie, a więc i obelgą dla mnie.
Mrok przekręcił oczami, lecz liliowa mogła w jego oczach zobaczyć żal.
– No dobrze, ale jeśli znowu ten cały Rogacz… znaczy, książę Rogaty Flaming przyczepi się do ciebie, jak kleszcz do zadu i nie będziesz się czuła dobrze w klanie, pamiętaj, że tu jestem.
Lilia się wzruszyła.
– Dziękuję, Mroku! Jesteś najlepszym bratem na świecie! – kotka się do niego przytuliła.
Kocur nie wiedział co zrobić, od dwudziestu czterech księżyców nikt go nie przytulał, to było takie dziwne, niecodzienne.
– No, dobrze. Może trochę się rozerwiemy? Znam nieopodal piękne miejsce, z małym strumyczkiem i dziwnym łukiem zbudowanym przez Bezfutrzastych, czyli jak się mówi u was, Dwunożnych. Możemy tam popolować i chwilę odpocząć.
Liliowa Pieśń kiwnęła głową i ruszyła za bratem.

***

Bawili się przednie, żartowali, ochlapywali się, kąpali, polowali. Przy bracie czuła się nie jak Liliowa Pieśń, wojowniczka Klanu Nocy, lojalna, choć niektórzy w to wątpili, tylko jak Lilia – samotniczka urodzona przy rzece.
Słońce już powoli zachodziło. Brat odprowadzał wojowniczkę z powrotem na tereny klanu. Nagle usłyszeli niespodziewany głos:
– Mroku? Mroku, gdzie ty!
Kocur popatrzył się z przerażeniem. Gdy widział lub słyszał ojca, tylko wtedy się bał, jakby ciągle był niewystarczający.
Popatrzył na kotkę, z miną mówiącą “przepraszam”.
– Grr… odejdź stąd! Nikt nam nie zabierze terytorium!
– No, no, no, kolejna wojowniczka “Klanu Nocy”? – zaśmiał się Sosna. – Jeśli myślisz, że ty i twoi kumple nas stąd wygonią, to się mylisz. Już raz to zrobiliście, drugiego nie będzie.
Kotka oniemiała. Czy on mówił prawdę, czy kolejny raz manipulował synem?
– Idź stąd, kupo futra, albo będę musiał użyć siły!
Kotka nie miała odwagi ani siły, by coś odpowiedzieć, Sosna ją przerażał. Nie jako samotnik, ale jako nieodpowiedzialny ojciec i partner, który nie kochał partnerki, nie kochał syna, kochał władzę, sługę i kogoś, kto mu tę sługę dawał. Obróciła się, spojrzała przez ramię i pobiegła w kierunku obozu. Kotka miała już dość tego wszystkiego. Tej zależności, tej fałszywości, tego strachu, tego, że trzeba było kłamać, by przetrwać. Jakby tego wszystkiego było mało, spotkała przy rzece Błękitną Lagunę oraz Łabędzią Łapę.
– Witaj, drogi zastępco, Błękitna Laguno, witaj, droga mała namiestniczko, Łabędzia Łapo.
Biało-czarna kotka zmrużyła oczy w szparki i poprawiła grzywkę.
– Co robiłaś tak długo poza obozem, Liliowa Pieśni?
Kotka pomyślała przez chwilę.
– Patrolowałam granicę przy Brzozowym Zagajniku, pomyślałam, że skoro samotnicy tak nas zaatakowali, to popatrzenie na granicę, czy nie mają jakichś szpiegów, będzie przydatne, przy okazji coś złowić dla klanu i cieszyć się początkiem Pory Nowych Liści.

<Łabędzia Łapo, co odpowiesz?>

Od Ostatniego Pożaru CD. Monarcha Pierwszego

Pora Opadających Liści

– Wiem, że pada – prychnęła. – Dlatego tu jestem – burknęła, otrzepując się z wody. Przez przypadek ochlapała przy tym kocura. Ten cofnął się od niej o kolejny krok z sykiem.
– Uważaj trochę!
– Jak ci się nie podoba, możesz wyjść – rzuciła. Nie chciało jej się teraz wyganiać stąd samotnika. Było zimno i mokro, a jej długie, przesiąknięte deszczem futro okropnie jej ciążyło. Do tego, żeby upewnić się, że kocur opuści tereny jej klanu, musiałaby znowu wyjść na zewnątrz w trakcie ulewy. Na jej komentarz niebieski zmarszczył nos, ale już się nie odezwał. Ona za to przeciągnęła się jeszcze, wskoczyła na jedno z miękkich siedzeń, znajdujących się w środku i wpatrzyła się w zmętniałą szybę upadłego potwora.

***

Przez to, że Wydma dostała ucznia, nie mogły już tak często chodzić na wspólne spacery. Dlatego najczęściej wychodziła sama. Zawsze miała w sobie duszę samotnika. Lubiła tę wolność… to bieganie pośród wrzosowisk wśród świeżego powietrza. Chociaż w tym momencie wrzosowisko było raczej niezbyt pięknym widokiem. Nadal jak wracała do obozu, musiała dokładnie myć łapy, bo były one prawie czarne od resztek spalonej trawy. Nie zrażało jej to. Teraz właśnie biegła za zającem. Nie stresowała się zupełnie. Wiedziała, że szarak nie miał szans. I dobrze myślała. Kilka chwil później i ofiara już bezwładnie zwisała z jej szczęk. Wtedy zauważyła znajomego samotnika przy granicy z Owocowym Lasem. Odłożyła zwierzynę na ziemię.
– Widzę, że ktoś tutaj bardzo lubi pakować się w kłopoty – zażartowała.

<Monarchu?>

Od Cisowego Tchnienia CD. Iskrzącej Nadziei

Nie chciała rozmawiać z Iskrzącą Nadzieją. Nie chciała rozmawiać z nikim. Myśl o tym, że ktoś mógłby się czegoś dowiedzieć przez rozmowę z nią, nie dawała jej spokoju. Miała dość tego całego teatrzyku, tej presji. Starała się nie wychylać, zostać w cieniu legowiska medyków, sprawiając pozory normalnego kota. Bała się, że jeden ruch może zadecydować o jej śmierci. Dodatkowo z Iskrzącą Nadzieją po prostu nie miała dobrych relacji. Nie, od kiedy Miodowa Kora okazał się zdrajcą. Była kompletnie przekonana, że była to wina jego partnerki. Według niej zasługiwała z tego powodu na śmierć. Pewnie sama wymierzyłaby jej sprawiedliwość, gdyby nie to, że jedno morderstwo już było wystarczająco niebezpieczne. Stały tak w ciszy przez chwilę, dopóki do lecznicy nie wkroczyła Tropiąca Łaska.
– Zrób miejsce – Cisowe Tchnienie miauknęła do Iskry, a ta odsunęła się pod ścianę. Jej miejsce zajęła nowa pacjentka.
– Czuję straszne gorąco w głowie… – zaczęła. Medyczka szybko poszła do składziku ziół i wzięła dla niej trochę wrotyczu, który wojowniczka zażyła. Kiedy ta wyszła, oczy niebieskiej powędrowały w stronę bicolorki, która nie ruszyła się ze swojego miejsca przez całą wizytę Tropiącej Łaski. Uszy tortie obróciły się do tyłu. Obserwowała ją? Wiedziała coś?
– Czemu nadal tu jesteś? – zapytała, powstrzymując syk. Pytana widocznie się zestresowała. Czyli była winna! Musiała, się dowiedzieć, co wiedziała… i pozbyć się zagrożenia…
Wyleczeni: Tropiąca Łaska

<Iskro?>

Od Mandarynkowej Gwiazdy CD. Liliowej Pieśni

Niby Liliowa Pieśń była już wojowniczką, ale ona widziała w niej tylko małego kociaka. Nie brała udziału w żadnej bitwie i nie widziała jak jej rodzina i przyjaciele jeden po drugim odlatują w objęcia Klanu Gwiazdy. Nie miała pojęcia o świecie. Te słowa, które wypowiadała, były puste, bo nie mogła mieć pojęcia, co to znaczy. Skinęła tylko głową i odeszła.

***

Ślub Szafirki i Kasztana, po ceremonii

Siedziała nieopodal ołtarza zatopiona w myślach. Nadal nie znalazła żadnego rozwiązania sprawy Wężynowego Kła i Czyhającej Mureny. Dodatkowo słyszała też domysły na temat zniknięcia Mewiego Puchu. Ona traktowała to jak kolejną ucieczkę. Ostatnio Żmijowcowa Wić przyszedł do niej, mówiąc, że to niemożliwe, bo wojownik nie zostawił żadnych śladów. No i jeszcze ta sprawa z samotnikami i ptakami… Nagle usłyszała, że ktoś coś do niej mówił.
– Witaj, Mandarynkowa Gwiazdo. Słyszałam, że doszło do nieporozumienia i chciałam się z niego przed monarchinią wytłumaczyć. Otóż za kociaka zrobiłam głupią rzecz, robiąc sobie znak lotosu z jagody, czego teraz żałuję. Jednak wydoroślałam i nawet przez głowę mi nie przeszłoby obrazić rodzinę królewską! Proszę, powiedz, Władczyni, czy kiedykolwiek była Pani świadkiem, bym kogoś ze szlacheckiej rodziny obraziła? A co do czekoladowych kotów, to nie jestem do nich dobrze nastawiona. Jednak proszę, zrozum, droga monarchini, kodeks wojownika każe nam pomóc każdemu kotu w potrzebie, jak ja, szara wojowniczka, mogłabym sprzeciwiać się woli przodków?
Zamrugała kilka razy zaskoczona takim długim wywodem, którego około połowy nie przetrawiła.
– Słucham?
– Otóż doszły do mnie słuchy o tym, że nie szanuje rodziny królewskiej i lubię czekoladowe koty.... – zaczęła powtarzać wolniej. Przywódczyni popatrzyła na kotkę ze zdziwieniem. Ale żeby tak otwarcie o tym mówić?
– Wiem o tym – odpowiedziała kompletnie szczerze. Słyszała już kilka wywodów Flaminga na ten temat. Nie interesowało jej to jakoś bardzo, ale dobrze było wiedzieć, kto nie powinien dostawać uczniów.
– Wiem, że przywódczyni wie, dlatego do Pani poszłam. Pomyślałam, że to może skutkować wykluczeniem dostania ucznia. Dlatego do monarchini przyszłam, by wytłumaczyć, że to tylko plotki.
Pomasowała sobie przez chwilę czoło i westchnęła poirytowana. Zupełnie jak ta sytuacja z Wężyną. Nie miała powodów, żeby jej nie wierzyć, ale nie miała też powodów, by to robić.
– Jaki masz dowód? – zapytała, dobrze wiedząc, że dowodu na to nie dało się znaleźć. Liliowa pomyślała przez chwilę.
– Gdy była sytuacja z borsukami, głośno nienawidziłam Mysiomózgiej Łapy. Było to widać w ruchu ciała, wymowie, mimice, nawet w oczach. Co do rodu, czy kiedykolwiek Pani Mandarynkowa Gwiazda słyszała obelgi? Nigdy nie zrobiłabym coś tak okropnego, jak nie szanowanie rodu oraz jego członków.
– Każdy nienawidziłby kota, który wprowadził do obozu borsuka. – Zauważyła. – Obelg nie słyszałam, bo ostatnio nie mam czasu na rozmowy z innymi członkami klanu.
– Nie rozmawiałam z Fląderką w żłobku ani nigdzie, monarchini. Każdy uczciwy kot może potwierdzić, że nigdy, przenigdy nie przeklęłabym rodziny królewskiej! Proszę, Mandarynkowa Gwiazdo, ja naprawdę nie kłamię!
– Tracisz mój cenny czas, Liliowa Pieśni. Na przyszłość radzę ci się bardziej pilnować, jeśli nie chcesz mieć więcej kłopotów.
I na tym według niej rozmowa powinna się zakończyć. Niestety tak się nie stało.
– Och, Mandarynkowa Gwiazdo, błagam! Ja naprawdę nic nie zrobiłam! Jak mogę, monarchini, to udowodnić?
– Nie możesz. – Wzruszyła ramionami. – Na tym właśnie polega problem – dodała zamyślona, wracając na chwilę myślami do sprawy swojego zabójstwa. Niestety zielonooka nie chciała dać za wygraną.
– Jeżeli to prawda, monarchini, to jak mogłabym być z Ulewnym Szkwałem? Oddanym wojownikiem Klanu Nocy?
Według niej nie było między tymi rzeczami większego połączenia. Potrzebowała zebrać myśli, co było już wystarczająco trudne na wyspie pełnej gadatliwych kotów. Tu jakieś gratulacje dla pary młodej, tam romanse młodych kotów, a tu męcząca desperatka. Zirytowała się.
– Nie obchodzi mnie twój status związkowy, Liliowa Pieśni. Mogłabyś nawet uganiać się za Rogatym Flamingiem, ale to nie moja sprawa i mam dużo ważniejsze sprawy na głowie.

<Lilia? Tak wiem, że leniwe>

Od Psianki do Gronostaja

Pora Nagich Drzew

Świeży śnieg skrzypiał pod moimi łapami, kiedy powoli przemierzałam obóz. Mróz szczypał w nos, a z każdym oddechem przed pyskiem pojawiała się niewielka chmurka pary. Pora Nagich Drzew nie należała do najłatwiejszych, ale miała w sobie coś wyjątkowego. Wszystko wydawało się spokojniejsze. Nawet codzienny gwar Owocowego Lasu był przytłumiony przez grubą warstwę śniegu, która pokrywała korzenie, gałęzie i legowiska. Koty poruszały się ostrożniej, częściej chroniąc się przed zimnem w swoich kryjówkach, a patrole wracały do obozu z białym puchem przyczepionym do futer.
Dopiero co wróciłam z treningu z Rohan. Mentorka poświęciła dzisiejszy dzień na ćwiczenie poruszania się po ośnieżonych gałęziach i wyszukiwanie śladów zwierzyny, które częściowo przykrył świeży opad. Nie było łatwo. Śnieg potrafił ukryć nawet wyraźne tropy, a oblodzona kora zmuszała mnie do stawiania każdego kroku z ogromną ostrożnością. Mimo zmęczenia czułam jednak satysfakcję. Każdy taki trening przybliżał mnie do dnia, w którym sama zostanę pełnoprawną zwiadowczynią.
Otrzepałam łapy ze śniegu i przez chwilę bez celu rozglądałam się po obozie. Wtedy mój wzrok zatrzymał się na znajomej sylwetce. Czarny kocur z charakterystycznymi białymi “skarpetkami” na przednich łapach wyróżniał się nawet pośród krajobrazu Pory Nagich Drzew. Gronostaj nie był już kociakiem. Niedawno został mianowany uczniem wojownika i od tamtej pory coraz częściej widywałam go u boku Jaśminowca.
Uśmiechnęłam się lekko pod nosem. Pamiętałam go jeszcze ze żłobka. Już wtedy potrafił godzinami zajmować się jedną rzeczą albo opowiadać o czymś z takim zaangażowaniem, że trudno było mu przerwać. Wydawał się trochę inny od większości kociaków, ale nigdy nie uważałam tego za coś złego. Wręcz przeciwnie. Lubiłam słuchać kotów, które patrzyły na świat na swój własny sposób.
Byłam też zwyczajnie ciekawa, jak radzi sobie podczas pierwszych dni szkolenia. Sama doskonale pamiętałam emocje, które towarzyszyły mi po mianowaniu. Zachwyt mieszał się wtedy z niepewnością, a każdy dzień przynosił tyle nowych informacji, że wieczorem zasypiałam niemal natychmiast. Zastanawiałam się, czy Gronostaj przeżywał to podobnie, czy może od pierwszego dnia wszystko układał sobie w głowie według jakiegoś własnego planu.
Ruszyłam spokojnym krokiem w jego stronę, nie chcąc go wystraszyć ani przeszkodzić mu, jeśli właśnie nad czymś intensywnie się zastanawiał. Dopiero gdy znalazłam się kilka lisich długości od niego, zatrzymałam się i uśmiechnęłam ciepło.
— Cześć, Gronostaju.
Przez krótką chwilę przyglądałam mu się z zaciekawieniem. Miałam wrażenie, że od czasu ceremonii urósł jeszcze bardziej. Nadal był puchaty, przez co wydawał się większy, niż był w rzeczywistości, ale w jego postawie pojawiło się coś nowego. Może odrobina pewności siebie. A może po prostu duma z tego, że wreszcie rozpoczął wymarzone szkolenie.
— Gratuluję mianowania. Jeszcze nie miałam okazji ci tego powiedzieć.
Usiadłam na śniegu, owijając ogon wokół łap. Zimno powoli przenikało przez futro, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Po całym dniu biegania po lesie chwila spokojnej rozmowy wydawała się wyjątkowo przyjemna.
— Jak ci idzie trening z Jaśminowcem? — przechyliłam lekko głowę, wyraźnie zaciekawiona odpowiedzią.
— Sama pamiętam swój pierwszy tydzień z Rohan. Wszystko wydawało mi się wtedy nowe. Każdego dnia wracałam do obozu z głową pełną informacji. Czasami miałam wrażenie, że nigdy nie nauczę się tego wszystkiego. Potem okazywało się, że następnego dnia coś, co wcześniej wydawało się trudne, przychodziło już trochę łatwiej.
Na wspomnienie dzisiejszego treningu cicho się zaśmiałam.
— Dzisiaj przez dobre pół dnia ćwiczyłam poruszanie się po ośnieżonych gałęziach. Wydawało mi się, że skoro umiem się wspinać, to śnieg nie zrobi większej różnicy… myliłam się. Kilka razy łapy prawie uciekły mi spod siebie, a Rohan tylko spokojnie powtarzała, żebym nie walczyła z drzewem i zaufała własnej równowadze. Dopiero pod koniec treningu zaczęłam czuć, że naprawdę mam nad tym kontrolę.
Spojrzałam gdzieś ponad jego barkiem, jakby na moment wracając myślami do wysokich gałęzi, po których jeszcze niedawno się wspinałam. Mimo zmęczenia czułam ogromną satysfakcję. Każda nowa umiejętność sprawiała, że coraz bardziej rozumiałam las i coraz pewniej się w nim poruszałam. Po chwili znów przeniosłam wzrok na Gronostaja.
— A u was? Co robiliście na pierwszych treningach? Bardziej ćwiczycie walkę, czy najpierw uczycie się podstaw? Zawsze zastanawiało mnie, jak wygląda szkolenie wojowników od środka. Każda ścieżka w klanie jest przecież trochę inna, a rzadko mamy okazję o tym porozmawiać.
Na moim pysku ponownie pojawił się łagodny uśmiech. Naprawdę chciałam go wysłuchać. Lubiłam poznawać doświadczenia innych uczniów, bo choć wszyscy służyliśmy temu samemu klanowi, każdy uczył się zupełnie czegoś innego.
Może właśnie dlatego rozmowy z innymi zawsze wydawały mi się tak ciekawe. Każdy z nas patrzył na świat z innej perspektywy. Wojownik zwracał uwagę na rzeczy, których zwiadowca mógł nawet nie zauważyć, a szaman dostrzegał znaczenie wydarzeń, nad którymi pozostali przechodzili do porządku dziennego. Dzięki takim rozmowom miałam wrażenie, że sama uczę się czegoś nowego, nawet jeśli tego dnia nie opuszczałam już obozu.
Zastanawiałam się też, jak Gronostaj odnajdywał się wśród nowych obowiązków. Czy trening odpowiadał jego uporządkowanemu sposobowi myślenia? Czy Jaśminowiec pozwalała mu analizować wszystko we własnym tempie? Miałam nadzieję, że tak. Każdy mentor uczył inaczej, ale wierzyłam, że potrafiła dostrzec mocne strony swojego ucznia i odpowiednio je wykorzystać.
Przekrzywiłam lekko uszy, cierpliwie czekając na jego odpowiedź. Nie spieszyło mi się nigdzie. Śnieg nadal powoli opadał z gałęzi, wiatr cicho poruszał koronami drzew, a Owocowy Las żył swoim spokojnym, rytmem Pory Nagich Drzew. Przez chwilę mogłam po prostu usiąść i posłuchać, jak wygląda świat oczami świeżo mianowanego ucznia wojownika.

<Gronostaju?>

[858 słów]

Od Rozżarzonej Pieśni CD. Wędrującego Wibrysa

Przeszłość

Została wyznaczona do dość licznego, jak na dotychczasowe wyprawy, patrolu, który składał się z niej, Kukułczego Wdzięku, Drzemiącego Słońca, Świetlistej Walki i Wędrującego Wibrysa. Z tego, co kojarzyła, to z ich piątki ona jedyna z pointem nie urodziła się w tych stronach, więc można powiedzieć, że mieli coś wspólnego ze sobą. A przynajmniej na tyle, ile mogli mieć bez wchodzenia w jakieś bardziej złożone konwersacje. Cętkowana dotychczasowe próby rozmowy z płowym kocurem zbywała, będąc skupiona na polowaniu niż wymianie zdań — czasem nadal miała wrażenie, że wciąż musi innym Klifiakom udowadniać swoją lojalność oraz to, że jest pożytecznym członkiem klanu.
Pomimo wcześniejszego dystansu, jaki tworzyła kotka w rozmowie z Wędrującym Wibrysem, ten nadal nie opuszczał, starając się ją nakłonić do pogawędki. Ta starała się ignorować większość jego słów, gdyż nadal znajdowali się w trakcie polowania, a mewy mogły zaatakować w najmniej spodziewanym momencie. Te przebrzydłe ptaszyska były niczym rzep na końcu ogona, który nadal tkwił zaplątany w sierść pomimo usilnych starań pozbycia się go. Choć ruda podobnie tym mianem mogła określić dawnego Owocniaka, który postanowił poruszyć nieco drażliwy temat dla niej:
— Dziwię się, że mewy w ogóle odważyły się zapuścić w te rejony — mruknął w jej stronę. — Jeśli wszyscy tutaj są tak zawzięci nawet przy zwykłym polowaniu, to nie mają czego tu szukać. — Zamilkł na moment, po czym kontynuował z lekkim rozbawieniem. — Może macie to we krwi. W takim razie nie mam co liczyć, że kiedykolwiek wam dorównam — parsknął cicho. — Chociaż słyszałem, że wielu wcale się tu nie urodziło. To jak to właściwie jest? Z twojej perspektywy naprawdę ciężko jest tolerować przybysza z oddali? — dopytał.
— Słyszałeś, że wielu stąd nie pochodzi, a mimo to nie wiesz kto dokładnie, dobre sobie — sarknęła pod nosem. — I z mojej perspektywy? Czy ja wyglądam na kogoś, kto z byle powodu nie toleruje innych kotów? Sama stąd nie jestem i wiem, jak to jest, gdy inni patrzą przez pryzmat twojego dawnego pochodzenia — wyjaśniła i nim Wędrujący Wibrys zdążył cokolwiek odpowiedzieć, cętkowana przyspieszyła kroku, uważając tę rozmowę za zakończoną.

✦ .  ⁺   . ✦ .  ⁺   . ✦

Obecnie

Żółtooka z większością Klifiaków nie rozmawiała, posiadając bardzo wąskie grono znajomych, z którymi najczęściej przebywała — oczywiście nie wliczała do tego czasu, kiedy to była wysyłana przez Lśniącą Gwiazdę lub Źródlaną Łunę na patrole. Odkąd żyła w Klanie Klifu, władza w tym miejscu zdążyła się drastycznie pozmieniać. Nadal pamiętała, jak księżyce temu Judaszowcowa Gwiazda zgodził się ją przyjąć do klanu, późniejszą obawę krótkimi rządami Pikującej Jaskółki, a teraz również tymi, które obecnie sprawował rudy kocur wraz ze swoją siostrą. Nie obawiała się zbytnio zastępczyni, gdyż miała wrażenie, że dawniej złapała z nią w jakimś stopniu wspólny język, czego nie mogła powiedzieć o kocurze. Szczególnie po wprowadzeniu przez niego jakichś tytułów — w oczach Żar była to kolejna okazja dla innych Klifiaków, aby pozbyć się jedynego Wilczaka z ich terenu. Powoli Klan Klifu przestawał być w jej oczach domem, który księżyce temu odnalazła, teraz zdawało jej się, że wszystkie odczucia, które pozostawiła za sobą w Klanie Wilka, wracają.
Większość ostatnich dni spędzała w niemal ciągłym napięciu i rozproszeniu. Czuła, jak większość kotów spogląda na nią podejrzliwie i ukradkiem coś szepta między sobą. Zaczynała coraz bardziej obco czuć w klanie, dlatego, kiedy mogła, to opuszczała jaskinię. Tym razem nawet nie zdążyła przekroczyć jej progu, gdy przez swoją nieuwagę wpadła na innego kota.
— Przepraszam — mruknęła, nim podniosła spojrzenie na morskookiego Wibrysa. — Och, witaj Wędrujący Wibrysie. Nie chciałam na ciebie wpaść — dodała z lekko zakłopotanym uśmiechem. — Może… masz ochotę się przejść lub zapolować? Trochę marnie wygląda stos po porze nagich drzew.

<Wibrys?>

Od Psianki do Orchidei

Mróz szczypał mnie w nos, kiedy ostrożnie wyciągnęłam ze stosu świeżej zdobyczy dorodną mysz. Śnieg skrzypiał cicho pod łapami, a chłodne powietrze niosło ze sobą dobrze znane zapachy obozu. Rozejrzałam się przez chwilę, szukając znajomej, liliowej sylwetki. Ktoś wspomniał wcześniej, że Orchidea odpoczywa niedaleko legowiska starszych, więc ruszyłam właśnie w tamtym kierunku.
Odkąd zostałam uczennicą, coraz częściej starałam się pomagać innym nie tylko podczas obowiązków. Przyniesienie komuś posiłku wydawało się drobiazgiem, ale wierzyłam, że nawet takie małe gesty potrafią poprawić komuś dzień. Poza tym od dawna chciałam lepiej poznać Orchideę. Wydawała mi się niezwykle spokojna i łagodna, choć jednocześnie sprawiała wrażenie kotki, która nosiła w sobie wiele wspomnień.
Dostrzegłam ją po chwili. Podeszłam wolnym krokiem, żeby jej nie przestraszyć, po czym położyłam mysz przed jej łapami. Na moim pysku od razu pojawił się ciepły uśmiech.
— Cześć, Orchideo. Pomyślałam, że może jesteś głodna, więc przyniosłam ci coś do jedzenia.
Usiadłam obok, owijając ogon wokół łap. Nie chciałam narzucać się starszej kotce, ale jednocześnie miałam nadzieję, że nie będzie miała nic przeciwko krótkiej rozmowie. Przez chwilę wpatrywałam się w biały krajobraz za wejściem do obozu, zanim ponownie przeniosłam wzrok na Orchideę.
— Jeśli nie przeszkadzam… mogę chwilę z tobą posiedzieć?
Ostatnie dni były bardzo intensywne. Treningi z Rohan zajmowały większość mojego czasu, ale mimo zmęczenia czułam ogromną satysfakcję. Każdy dzień przynosił coś nowego, a ja chłonęłam wiedzę z prawdziwym entuzjazmem. Na samą myśl o dzisiejszych ćwiczeniach aż lekko poruszyłam uszami.
— Dzisiaj uczyłam się z Rohan wspinaczki po drzewach podczas Pory Nagich Drzew. Myślałam, że będzie podobnie jak wcześniej, ale śnieg i lód wszystko utrudniają. Kilka razy prawie się poślizgnęłam, ale na szczęście udało mi się utrzymać równowagę. — Parsknęłam cichym śmiechem na wspomnienie jednej z prób. — Mentorka pokazała mi, jak szukać miejsc, gdzie kora nie jest aż tak śliska, i jak mocniej wbijać pazury. Pod koniec powiedziała nawet, że robię postępy. Bardzo się z tego ucieszyłam. — Na chwilę zamilkłam, spoglądając ku koronom drzew kołyszącym się delikatnie na wietrze Pory Nagich Drzew. — Im więcej uczę się jako zwiadowczyni, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że wybrałam odpowiednią drogę. Las ciągle mnie zaskakuje. Nawet Porą Nagich Drzew jest pełen śladów i rzeczy, których wcześniej w ogóle nie zauważałam.
Przez moment obracałam łapą w niewielkiej kupce śniegu, która leżała na ziemi obok mnie.
— A jak u ciebie? Jak ci minął dzień?

<Orchideo?>

[384 słowa]

[8%]

Od Psianki do Puchacza

Mróz szczypał mnie w nos od samego rana, a każdy oddech zamieniał się w niewielkiego obłoczka pary. Pora Nagich Drzew potrafiła być piękna, choć zdecydowanie nie należała do najłatwiejszych. Śnieg skrzypiał pod łapami, gałęzie uginały się pod białym puchem, a las wydawał się cichszy niż zwykle. Nawet ptaki odzywały się rzadziej, jakby same próbowały oszczędzać siły. Mimo chłodu lubiłam wychodzić z obozu o tej porze roku. Każdy ślad odciśnięty na śniegu był wyraźniejszy niż zwykle, a Rohan powtarzała, że właśnie zimą zwiadowca uczy się najwięcej.
Dzisiejszy trening skończył się wcześniej niż zazwyczaj. Przećwiczyliśmy rozpoznawanie tropów i poruszanie się po oblodzonych gałęziach, po czym mentorka uznała, że dalsze ćwiczenia nie mają sensu, skoro wiatr z każdą chwilą robił się coraz silniejszy. Wróciłam więc do obozu z przyjemnym zmęczeniem, czując, jak zimne powietrze szczypie mnie w policzki. Otrzepałam łapy z przyklejonego śniegu i przez chwilę rozejrzałam się po znajomych legowiskach. Każdy zdawał się czymś zajęty. Jedni wzmacniali legowiska przed kolejnymi opadami, inni rozmawiali przy stosie ze zdobyczą albo wracali z patroli. Wtedy mój wzrok zatrzymał się na Puchaczu.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Kojarzyłam go jeszcze z czasów, kiedy oboje byliśmy kociakami, choć wtedy bardziej widywałam go pędzącego przez obóz niż stojącego w miejscu. Odkąd został uczniem zwiadowcy, nie mieliśmy zbyt wielu okazji do rozmowy. Każde z nas pochłonęły własne treningi. Ja spędzałam większość dni z Rohan w lesie, ucząc się tropów, wspinaczki i orientacji w terenie, a on uczył się wszystkich zwiadowczych obowiązków pod okiem Figi. Mimo że szkoliliśmy się na tę samą rangę, każdy mentor miał własny sposób nauczania. Byłam zwyczajnie ciekawa, jak wyglądały jego treningi.
Nie zastanawiając się dłużej, ruszyłam w jego stronę. Śnieg cicho skrzypiał pod moimi łapami, a ogon poruszał się spokojnie za moimi plecami. Gdy znalazłam się bliżej, zatrzymałam się z ciepłym uśmiechem.
— Cześć, Puchaczu.
Przez chwilę przyglądałam mu się z rozbawieniem. Wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętałam. Może odrobinę większy, może trochę poważniejszy… ale tylko odrobinę. W jego pomarańczowych oczach nadal dało się dostrzec ten charakterystyczny błysk, który zwykle zwiastował kolejny szalony pomysł. Zastanawiałam się, czy trening zwiadowcy choć trochę go uspokoił, czy wręcz przeciwnie.
— Jak ci idzie szkolenie? — Usiadłam wygodniej na ubitym śniegu, owijając ogon wokół łap. — Pomyślałam sobie, że chociaż oboje uczymy się na zwiadowców, pewnie nasze treningi i tak trochę się różnią. Ja praktycznie cały czas biegam z Rohan po lesie, uczę się tropów albo wspinam po drzewach. Czasem wracam tak zmęczona, że mam wrażenie, iż zasnę jeszcze zanim dotrę do legowiska. Jestem ciekawa, jak wyglądają twoje dni. — Zaśmiałam się cicho, przypominając sobie swoje pierwsze próby wspinaczki. — Ostatnio przez pół dnia próbowałam nauczyć się odpowiednio rozkładać ciężar na gałęziach. Na początku kilka razy prawie z nich zleciałam. Rohan tylko cierpliwie powtarzała, żebym zaufała własnym łapom i przestała się spieszyć. Dopiero pod koniec treningu zaczęło mi to naprawdę wychodzić. Nadal mam jeszcze mnóstwo do nauczenia, ale chyba właśnie to najbardziej lubię. Każdy dzień przynosi coś nowego.
Spojrzałam na niego z zaciekawieniem.
— A jak jest u ciebie? Co było najtrudniejsze od czasu mianowania? Nauczyłeś się już czegoś, co szczególnie ci się spodobało?
Przekrzywiłam lekko głowę, z wyraźnym zainteresowaniem czekając na odpowiedź. Nie pytałam z grzeczności. Naprawdę chciałam wiedzieć. Każdy mentor uczył trochę inaczej, a każdy uczeń wynosił z treningów coś innego. Lubiłam słuchać o rzeczach, których sama jeszcze nie doświadczyłam, dlatego byłam ciekawa, co Puchacz powiedziałby o swoich pierwszych księżycach nauki.
Na moment mój wzrok uciekł gdzieś poza sylwetkę Puchacza. Zastanowiłam się, jak radził sobie Zew. Odkąd razem z Łzą przenieśli się do Klanu Burzy, nie miałam okazji ich zobaczyć. Czasami łapałam się na tym, że mimowolnie wypatrywałam w obozie znajomego, dymnego futra, zanim przypominałam sobie, że już go tutaj nie było. Nadal trudno było przyzwyczaić się do tej myśli. Przez tyle księżyców byliśmy nierozłączni, a teraz każde z nas szło własną ścieżką.
Miałam nadzieję, że dobrze odnalazł się w nowym miejscu. Zew zawsze był ciekawy świata i potrafił odnaleźć radość nawet w drobnych rzeczach, ale mimo wszystko zmiana klanu musiała być dla niego ogromnym przeżyciem. Zastanawiałam się, czy zdążył już poznać nowych przyjaciół, czy jego mentor był cierpliwy i czy trening sprawiał mu tyle samo frajdy, ile sprawiałby tutaj. Byłam niemal pewna, że nadal zdarzało mu się zamyślać podczas spacerów i wpadać na inne koty, tak jak robił to od najmłodszych księżyców. Ta myśl wywołała cichy uśmiech na moim pysku.
Pomyślałam też o Łzie. Zawsze wydawała się od nas odrobinę poważniejsza i bardziej opanowana, dlatego wierzyłam, że również dobrze radzi sobie w Klanie Burzy. Mimo to tęskniłam za nimi obojgiem. Czasem wyobrażałam sobie, że kiedyś jeszcze spotkamy się gdzieś na granicy podczas wspólnego patrolu albo zgromadzenia i będziemy mogli usiąść razem, choć na chwilę, opowiadając sobie o wszystkim, czego nauczyliśmy się od czasu rozłąki. Byłam ciekawa ich historii tak samo, jak teraz chciałam poznać opowieści Puchacza o życiu przyszłego wojownika.

<Puchaczu?>

[796 słów]

[16%]

Od Ulewnego Szkwału do Mandarynkowej Gwiazdy

Wschód słońca po wydarzeniu z borsukiem

Spał wtulony w Liliową Pieśń całą noc, nie mogąc zapomnieć jakiej masakry był świadkiem. Dosłownie widział jak czekoladowa samotniczka, zabijała swoje dzieci, to był szczyt barbarzyństwa! Było to tak makabryczne, że może gdyby Urodziwy Szafirek to zobaczyła, to może by się nawróciła, a nawet by go przepraszała za swoją ślepotę i brak szacunku do słów rodu. Ulewny Szkwał wiedział jednak, że jego siostra była zbyt uparta, by przyznać mu rację w tej kwestii. To było tak żmudne, że przypominało to próbę nauczenia ryby chodzić, czyli dosłownie nie dało się tego zrobić z nią. Siostrą jednak nie będzie sobie zawracał głowy, skoro wolała żyć w swoim zakłamaniu, miał właściwie teraz na celu udać się do Mandarynkowej Gwiazdy, by złożyć jej raport odnośnie do Rosiczkowej Kropli i tego, że problem z ptakami szybko się nie skończy. Ibis była nowym zagrożeniem, o którym powinna wiedzieć nie tylko srebrna kotka, ale i też może cały klan. Widział, jak Błękitna Laguna wychodzi z legowiska Mandarynkowej Gwiazdy, fińczyk ukłonił się przed nim w geście szacunku i uwielbienia dla rodu. Zastępca lekko się uśmiechnął, odchodząc, a Szkwał udał się w stronę legowiska Mandarynkowej Gwiazdy.
— Witam, wasza wysokość, mam kilka ważnych rzeczy do przywódczyni — Mandarynkowa Gwiazda spojrzała niego spojrzeniem pełnego wdzięku i tajemniczości, jak to bywało u królewskich kotów.
— Akurat, skoro tu jesteś, to teraz ja mam coś ważnego do powiedzenia do ciebie — jej ton był bardzo osłchy i pretensjonalny, Ulewnemu Szkwałowi aż zadrżały łapy.
— Wytłumacz mi, z łaski swojej, jak to możliwe, że zignorowałeś mój rozkaz, żeby pilnować Pierzastej Kołysanki, czy ja nie mówiłam, że masz z nią zostać w tej jaskini? Zamiast tego poszedłeś z nią do wodospadu, z ogrodniczką, która nie ma wiedzy jak walczyć, upiekło ci się, że nic jej nie zaatakowało, choć i tak wymagam od ciebie sensownego wyjaśnienia — rzeczywiście wychodząc z Pierzastą Kołysanką, zignorował rozkaz przywódczyni, by jej pilnować, ale wtedy sprzeciwienie się księżniczce nie byłoby pozytywnie odebrane przez ród. Kazała mu wtedy iść, inni wojownicy też zrobili to samo, on po prostu nie umiał się sprzeciwić komuś wyżej ustawionemu społecznie.
— Przepraszam, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, mogę jedynie liczyć, że jeśli może zdradzę coś, na temat czegoś nowego, związanego z tymi ptakami co nas atakowały, to może uzyskam twoje wybaczenie — przywódczyni miała nadal niezadowolony wyraz pyska, ale potem przez chwilę się zastanowiła niczym dama.
— Nie nazwę tego wybaczeniem, ale mów — kocur zaczął układać sobie to, czego się dowiedział ostatnio.
— Ta czekoladowa, która rodziła, to ja ją przyprowadziłem. Gdy wszyscy byli pobliżu wodospadu i byli skupieni na ptakach, to ja zauważyłem tą czekoladową kotkę na drzewie. Mówiła, że kot o imieniu Ibis tresuje ptaki, oczywiście mnie zauważyła i zaczęła wiać. Rzuciłem się do gonitwy za nią, wiedziałem, że nie zrobię tego sam, więc zawołałem Siwą Czaplę. Razem goniliśmy ją przez długi czas, aż w końcu Siwa Czapla ją obezwładnił i wspólnie ją przytargaliśmy w miejsce, gdzie była większość. Myślałem, że jak ją przyprowadzę, to dowiemy się więcej o tym, ale zaczęła rodzić niespodziewanie i wszystko się skończyło, jak się skończyło — dzięki czemu inne informacje, które mogłyby być ważne przepadły, tak po prostu. Nie gadał o latających borsukach, tylko czy przywódczyni uwierzyłaby mu? Że jakiś kot mógł dawać ptakom rozkazy.
— Kot, który tresuje ptaki? — Mandarynkowa Gwiazda zadała pytanie retoryczne, raczej na nie nie można było odpowiadać.
— Myślę, że nie kłamała, jeśli to prawda to nawet nie możemy już ufać niebu — nie mógł raczej spojrzeć w górę, bo był w norze przywódcy, ale gdy tylko myślał o ptakach, dostawał większej paranoi. Nawet teraz rozmawianie prywatnie poza obozem, było ryzykowne, bo ptak mógł coś wyłapać i szybko wyćwierkać wrogowi ich skryte słabości.

<Mandarynkowa Gwiazdo?>