Owocowy Las był słaby. Był mały, skrzywdzony przez los, nieszczęścia, a może i nawet Wszechmatkę, której dobroczynność została wyczerpana. Ale szczerze nie interesowało go to, skąd owe fatum się wzięło, nawet jeśli było natury nieco… nadnaturalnej; wierzył, że swoimi decyzjami może wszystko odmienić, a to było jedyną rzeczą, która aktualnie się liczyła. Nawet jeśli to oznaczało, że będzie się musiał nieco ukorzyć, nieco spłaszczyć, a tym samym, sam wyciągnąć łapę proszącą o pomoc. Był w stanie to zrobić. Był w stanie poświęcić kawałek swojej dumy, aby Owocowy Las odbudował swoją siłę, rozkwitł niczym jabłonie po Porze Nagich Drzew i stał się tym, czym zawsze miał szansę być. Musiał tylko mądrze to przemyśleć. A co najważniejsze: znaleźć kogoś, kto zrozumie jego plany wśród towarzyszy, ale także wśród tych, których miał zamiar prosić o wsparcie, o współpracę. Nie chciał darowizn, nie chciał, aby ktoś się nad nim litował i z żałością spoglądał z góry. Chciał być na równi. Wiedział, że teraz mogło być to niemożliwe; stracili wielu, a chociaż kotki decydowały się na kocięta, jeszcze dużo czasu minie, zanim uda im się powrócić do stanu sprzed tych wszystkich okropnych zdarzeń. Nie mówił tylko o zatrutej wodzie i całej bobrzej sytuacji, chociaż ona najpewniej pozostanie w pamięci Owocniaków na jeszcze wiele księżyców. Wiele innych rzeczy nagromadziło się w tak stosunkowo krótkim czasie. Wszystko zaczęło się od utonięcia jednego z dzieci Pieczarki, a potem było tylko gorzej. Nie było go w obozie, kiedy jeden z uczniów przypadkowo przyprowadził za sobą lisa, który z taką łatwością zamordował Pume i Muchę, a także doprowadził samego winowajcę do stanu tak poważnego, że już nigdy nie będzie w stanie zakończyć szkolenia, nawet na stróża. Potem pojawiły się bobry, a w międzyczasie na jaw wyszły zbrodnie Ziemniaka i okrutne manipulacje Rokitnika, które doprowadziły do morderstwa biednego Osetka. Parszywa zaraza rozsiewała się nie tylko po ciałach kotów, z którymi jeszcze do niedawna dzielił legowisko i obowiązki, ale również po ich podatnych na nikczemność i bezmyślność umysłach. Nie wiedział, co było gorsze. Wodne bestie odebrały mu syna, który, mimo słabości ciała, które walczyło długo z zarazą, nie pozwolił, aby ominęły go bitwa i zemsta. Chociaż wiedział, że gdyby zabronił Czerwcowi udziału w potyczce, ten zapewne dalej by z nimi był, w końcu udało mu się przeżyć najgorsze etapy zatrucia. Był z niego dumny; umarł z godnością, broniąc swojej społeczności. Nawet Ziemniakowi udało się nieco oczyścić swoje imię. Część Czereśni była zadowolona z faktu, że Pieczarka została tak poważnie ranna; zasłużyła na emeryturę, zwłaszcza że jej rządy nie należały do zbyt udanych. Był pewien, że on poradzi sobie lepiej, a potem godnie zastąpi go Kolendra lub Figa. Nie miał wśród nich faworyta; to nie on miał zamiar wybierać. Był świadomy, że nie był dużo młodszy od białej starszej, która powoli dochodziła do siebie pod okiem szamanki i uzdrowiciela, więc jego władza była ograniczona czasowo; to tylko budziło w nim jeszcze większą determinację do działania. Chciał coś zmienić i nie miał czasu, aby się nad tym niepotrzebnie rozwodzić. Musiał być liderem czynu, a nie rzuconych na wiatr obietnic i zapewnień.
* * *
Jego legowisko było skryte w cieniu. Mrok powoli otulał nawet te odkryte miejsca w obozie, a noc coraz ciężej wisiała nad kocimi głowami. Większość Owocniaków już powróciła z patroli, łowów czy treningów, a kojący i przyjemny gwar szeptów za jakiś czas miał przemienić się w miarowe pochrapywania. Czereśnia nie miał jednak czasu na dzielenie języków z Jeżyną czy nawet wspólny posiłek ze swoim obecnie jedynym synem. Od kiedy władza spadła na jego barki, niekoniecznie przejmował się rodziną, zwłaszcza że ta od razu przekazała, iż zrozumie jego początkowy dystans; w końcu Owocowy Las zawsze powinien być priorytetem lidera. Kiedy wszyscy opowiadali o swoich dniach, śmiali się lub zwyczajnie odpoczywali, on zawołał do siebie Purchawkę. Na ten moment tylko Purchawkę. To on i szamanka dzierżyli realną władzę, a chociaż szanował Kolendre i Fige, to wiedział, że ich obecność mogła jedynie pokomplikować rozmowę, która w jego głowie miała przebiec sprawnie i bez większych konfliktów, w których jeden z jego zastępców niezwykle się lubował.
— Dobry wieczór, Czereśnio. O czym chciałeś porozmawiać? Coś cię trapi? — Ciemne futro kotki było niemal niemożliwe do zauważenia. Jedynie jej żółte ślepia skrzyły się w cieniu. Wraz z szamanką do legowiska wpadł ten charakterystyczny, nieco wilgotny zapach, który wiecznie osiadał na jej futrze. Nie był nieprzyjemny, chociaż może nieco zbyt podobny do grzybni.
— Czy trapi? Niekoniecznie, ale na pewno jest to rzecz, w której potrzebuję twojego wsparcia. Twojego i drogiej Wszechmatki — odpowiedział lider, owijając ogon wokół łap.
— W takim razie służe ci wszystkim, co mam — mruknęła radośnie, podchodząc jeszcze bliżej i usadawiając się u jego boku. — Czy w takim razie czekamy na twoich zastępców?
— Nie tym razem. Chciałbym to ustalić jedynie z tobą. Niech Figa i Kolendra zajmą się swoimi obowiązkami. Jest ich wystarczająco — rzekł, nieco zniżając głos. Chociaż on sam wiele razy pomagał Pieczarce w podjęciu ważnych decyzji, to nie uważał, że było to spowodowane tym, że było to jego realne zadanie jako zastępcy… To po prostu przywódczyni nie należała do kotów wystarczająco konsekwentnych. Szamanka za to posiadała kontakt z czymś, co dla niego było nieosiągalne. Ona była ważna. — Potrzebujemy pomocy. My, znaczy się Owocowy Las.
— Czy uważasz, że coś jeszcze niedobrego nas czeka? — Zamrugała zmartwiona.
— Niekoniecznie, ale nawet bez kolejnych nieszczęść nie wiem, czy sensownym nie byłoby wyciągnąć łapy do kogoś, kto mnie przyjmie. Los nas nie oszczędzał. Nie kuśmy go i nie zdawajmy się jedynie na niepewną wizję przyszłego szczęścia. Nie mamy podstaw, aby wierzyć, że do nas nadejdzie.
— Myślisz więc o sojuszu?
— W rzeczy samej.
— Sojusz jest zawsze sensowny, a współpraca zawsze niesie więcej korzyści niż niemożliwa do doścignięcia wolność — szepnęła szamanka. — Niezależność jest piękna jedynie wtedy, gdy nie masz zobowiązań, a egoizm płynie ci we krwi.
— Nieco przesadzasz, Purchawko, ale w jednym się zgadzam; nie wierzę, abyśmy mieli coś do stracenia. Nikt nie pała do nas nienawiścią. Jedyne, co może nam przeszkodzić, to fakt, że Pieczarka sprawiła, że nasza społeczność jest warta mniej niż inne klany…
— Oceniasz nas niezwykle nisko, mój drogi… Czy nie mamy sojuszników zaraz pod naszym nosem?
— Klan Burzy? Niby tak... Ale kiedy ostatni raz Królicza Gwiazda chociaż odwrócił się do kogokolwiek z nas na zgromadzeniu? To nie jest sojusz, to jego resztki, cień i zwykłe rzucone na wiatr słowa. Nic niemal nie znaczy...
— Spraw więc, aby to się zmieniło — zaczęła szamanka, próbując nieco go rozchmurzyć. — Chociaż może i wielu, którzy urodzili się niedawno, nie wiedzą o tej przyjaźni, to jaki sens szukać nowej, jeśli ten stary druch jest na wyciągnięcie łapy i nigdy nie zagroził nam?
— Masz rację. W Klanie Wilka nie ma co szukać przyjaciół — dodał jeszcze. — Nie ufam im.
— Tak, lepiej zostać przy zaufanym dębie niż pchać się na nieznaną jodłę… Nawet jeśli wydaje się ona znacznie wyższa i lepiej skryje nas w Pore Nagich Drzew — wymruczała nieco zamyślona. — Co masz zamiar im zaproponować?
— Tego nie wiem. Niewiele mamy do zaoferowania, zwłaszcza tak świeżo po chłodzie i tych ulewach. Istnieje oczywiście najłatwiejsza opcja, którą jest miot sojuszniczy, lecz nie mogę nic im obiecać, jeśli nie znajdę kotów chętnych, aby spłodzić żywą więź między naszymi grupami — pomyślał na głos. Wiedział, że to najsensowniejsza rzecz, którą może zrobić. Którą zrobić mogą dwa klany, które chciały dać sobie nawzajem pewność, że ich współpraca nie jest jedynie zwykłą mżonką.
— Myślę, że nie powinieneś się tym martwić. Owocowy Las ma wiele kotów, jak i kotek, które chętnie zapieczętują bezpieczeństwo swoje, swoich rodzin, przyjaciół, a również i możliwych kociąt. Ktoś na pewno z dumą wypełni tę misję. — Purchawka położyła ogon na dolnej części grzbietu lidera. Czereśnia poczuł się nieco pewniej. Szamanka miała rację; nie było sensu martwić się na zapas. Nie miało nawet sensu, aby myśleć o tym, kto miałby się tego podjąć. Najpierw muszą udać się tam w odwiedzinach; najlepiej jak najprędzej.
— Zgadzam się. Będziesz mi jutro towarzyszyć w delegacji. Ty, ja i dwójka innych kotów. Bez większych ceremonii i wielkich grup. Sajgon i Smuga będą dobrym wyborem. Nie mają uczniów, nie powinni być problematyczni. Czy powiadomisz ich dla mnie? — zapytał, odwracając się na tylnych łapach.
— Oczywiście, mój drogi. Hm... Będę musiała odwołać moje jutrzejsze spotkanie w Owocowym Lasku albo poproszę kogoś o zastępstwo… — mruczała bardziej do siebie niż do kocura.
— Nie ważne, co zrobisz ze swoją grupką, ale ważne, żebyś była gotowa o poranku. Oni również. — Zostawił kotkę w swoim legowisku, a on sam wybył, aby zjeść coś jeszcze przed snem. Rano nie będzie miał apetytu.
Droga do obozu Klanu Burzy nie była ani długa, ani specjalnie skomplikowana. Najtrudniejszą częścią była oczywiście przeprawa przez drogę dwunożnych, ale najpewniej przez bardzo wczesną porę dnia nie natknęli się na żadnego Wyprostowanego ani potwora. Dotarli jeszcze przed południem, a na ostatnim odcinku dołączył do nich poranny patrol Burzaków, który wyczuł ich zapach. Początkowo nieco zdziwieni szybko wygładzili karki, widząc, że grupie przewodzi sam Czereśnia, a za nim stoi szamanka i tylko dwójka innych kotów. To nie był atak, a gdyby był, to Owocniacy nie mieliby najmniejszych szans. Żółtooka od razu wdała się w rozmowę z jedną z wojowniczek o jakichś codziennych głupotkach. Przywódca jednak zachował dystans i spokój. Nie chciał się rozpraszać przed spotkaniem z Króliczą Gwiazdą.
Kiedy stanął w końcu naprzeciwko dwóch kocurów, od razu zauważył, że w Klanie Burzy sytuacja przywódcza musiała być podobna, a może nawet nieco gorsza od tej, która jeszcze niedawno panowała u nich. Chociaż zielonooki starszy wyszedł im na spotkanie jako pierwszy, kiedy tylko dołączył do niego Zawodzące Echo, zastępca momentalnie zdominował rozmowę. Czereśnie niekoniecznie się tym przejmował; głównie dlatego, że sam Królicza Gwiazda nie okazywał żadnego zirytowania tym, co się dzieje. Po szybkim przywitaniu, a także nieco… wymuszonych życzliwościach w postaci zaproszenia na poczęstowanie się jedną z piszczek, kocury prędko przeszły do sedna.
— A więc przychodzicie tutaj, aby przypomnieć i sobie, i nam o tym, że łączy nas sojusz, tak? — zapytał Królik, robiąc jeden krok do przodu, gdyż przez dłuższą chwilę siedział za Echem.
— Owocowy Las zawsze pamiętał, że łączy go z Burzakami przyjaźń, ale ja osobiście wierzę, że racjonalnym byłoby owe więzy na nowo zacisnąć — odrzekł Czereśnia.
— Proponujęcie nam więc sojusznicze potomstwo, jeśli poprawnie czytam między twoimi słowami, tak? — wtrącił się dymny zastępca. — Chyba że macie do zaoferowania coś innego, co byłoby korzystne dla Klanu Burzy.
— Twój pierwszy traf był prawidłowy, Zawodzące Echo.
— Czy w takim razie każecie jednej z naszych kotek nosić kocięta? Tak to wygląda, patrząc na to, że towarzyszy ci dwójka kocurów. No... Oprócz twojej szamanki.
— Niekoniecznie planowaliśmy już dzisiaj dokonywać tak szczegółowych wyborów. To, kto mi towarzyszy, nie jest żadnym naciskiem na wasze prędkołape, wojowniczki — zapewnił czekoladowy. — Nie jesteśmy pełni desperacji. Ani nie będziemy nikogo zmuszać; ani w naszej społeczności, ani tutaj. Powinniśmy dojść do sensownego konsensusu. Jeśli rozumiecie, o co mi chodzi, panowie.
— Oczywiście, Czereśnio, nie odbierzemy ci tego, że na pewno należysz do kotów ostrożnych i racjonalnych — rzekł Zawodzące Echo, po czym zastanowił się w milczeniu nad czymś bardzo głęboko. Na widok tego skupionego pyska nikt nie chciał przerywać ciszy. W końcu sam Królicza Gwiazda odchrząknął.
— Myślę, że jeśli dzisiejszego dnia zakończymy na tym, że i Klan Burzu, i Owocowy Las są chętne do podtrzymania współpracy, będzie to sukcesem samym w sobie, a do tematu miotu możemy powrócić później... Kiedy już znajdziemy koty chętne do wychowania potomstwa w duchu obu stron — wydukał znacznie niepewniej i ciszej niż jego zastępca.
— Nie. Zwłoka nie będzie potrzebna — odezwał się w końcu niebieskooki. — Jeśli Czereśnia nie ma żadnych preferencji co do tego, który rodzic będzie pochodził z jego społeczności, to ja zgłaszam się jako ich ojciec — ogłosił, a cisza powróciła. Czereśnia zaczął słyszeć ukradkowe szepty dookoła. To spotkanie było jawne, a cała grupa pozostała pod wysokim legowiskiem lidera, niekoniecznie mogła ukryć się przed wścibskimi gapiami.
— W takim razie powrócimy do was jak najszybciej, wraz z kotką, która owe maluchy spłodzi — powiedział równie uroczyście czekoladowy. Już zniżał łeb, aby pożegnać się z parą kocurów, ale przerwał mu głos szamanki.
— To też nie będzie konieczne, mój drogi Czereśnio — wymruczała do niego, dotykając ogonem brązowego boku i robiąc krok do przodu. Zwróciła się do Zawodzącego Echa z delikatnym, sympatycznym uśmiechem. — Jeśli pozwolisz, to załatwimy to od razu. Jeśli tym sposobem będę mogła stworzyć między nami nie tylko namacalny dowód, ale i aurę przyjaźni, bardzo chętnie będę tą, która zrodzi te maleńkie kawałeczki nadziei — ogłosiła Purchawka.