BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Miot w Owocowym Lesie!
(Brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 12 kwietnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

09 kwietnia 2026

Od Wełnistej Mszycy CD. Kocimiętkowego Wiru

Wełnista Mszyca zaniemówiła. Nie spodziewała się, że kiedykolwiek zostanie posądzona o łamanie kodeksu, tym bardziej z kotem, którego prawdopodobnie ani razu na oczy nie widziała, a tym bardziej nigdy z nim nie rozmawiała. Ciężko było z kimś takim budować jakąkolwiek relację, a ty bardziej romantyczną. Nerwowo poruszyła uszami, nie chcąc, aby rudaska wykrzykiwała na całe gardło nieprawdę.
– Naprawdę nie wiem, kim jest Wilczy Skowyt... – miauknęła łagodnie, nie chcąc, aby ich rozmowa eskalowała w jakąś kłótnie czy większą aferę. – Jedyne koty, jakie znam z waszego klanu to lider, zastępca oraz medycy... Wybacz, ale zostałaś najprawdopodobniej przez niego okłamana.
Nie wiedziała, dlaczego kocur powiedział, że jest w związku z kotką z innego klanu, w dodatku z medyczką. Czyżby chciał zadrwić z rudej kotki w związku z tym, że wsadzała swój nosek w jego romantyczne życie? Czy z tego całego Wilczego Skowytu był zgrywus?
– O-ostatnio na zgromadzeniu rozmawiałam tylko z Wilgową Goryczą, jeśli chodzi o wojowników z innych klanów – wyznała, zastanawiając się, czy teraz kotka nagle nie stwierdzi, że jednak romansuje z burym, a nie czekoladowym. – Poza tym, kodeks wojownika nie zabrania związku z kotem z innego klanu... – zauważyła. Za późno jednak ugryzła się w język. Kotka, która stała przed nią, musiała na swój sposób interpretować kodeks i uważać, że koty należące do różnych klanów i wchodzące ze sobą w związek są zdrajcami.
Pysk kotki opuścił kolejny potok słów. Rudaska nie zgadzała się ze słowami Wełnistej Mszycy, starając się przekonać ją do swoich racji. Mimo że rozmowa z kotką mająca inne zdanie była wyczerpująca, Wełnista Mszyca uciszyła się, że mogła poznać tak barwną postać, jaką była Kocimiętkowy Wir. Z nią na pewno wilczacy się nie nudzili w klanie.
W końcu ścieżki kotek się rozeszły. Zarówno Wełnie nie udało się przekonać Kocimiętki do swoich przekonań i wyjaśnień, jak i Kocimiętce Wełny do swoich. Zielonooka, prychając pod nosem, odwróciła się na pięcie i powróciła na swoje tereny, znikając pomiędzy drzewami. Wełnista Mszyca natomiast powoli zaczęła kierować się z powrotem do obozu, zbierając po drodze kilka ziół łagodzących bóle głowy i zmęczenie.

Dalej przeszłość, ale skip

Z legowiska po prawej stronie, od tego, które zajmowała Wełnista Mszyca, dochodziło cichutkie pochrapywanie Wdzięcznej Firletki. Liliowa szylkretka, zwinięta w kłębek, miała wtulony pysk w swój ogon, którym szczelnie się opatuliła. Albinoska przez chwilę skupiała spojrzenie na kotce, by w końcu przenieść je na śpiącego kremowego kocura. Jego grzbiet powoli unosił się i opadał. Podczas snu wyglądał o wiele przyjaźniej niż za dnia podczas pracy. Wełnista Mszyca uśmiechnęła się pod nosem, po czym po cichu podniosła się ze swojego legowiska i po przejściu paru kroków przycupnęła w wejściu do lecznicy. Oparła łebek o kamienny próg, wlepiając spojrzenie w gwieździste niebo.
Zastanawiała się, czy gwiezdni przodkowie mieliby jej za złe, gdyby zrezygnowała z funkcji medyka, tylko dlatego, że kwadrę temu Księżycowy Odłamek wyznał jej miłość. Zdała sobie sprawę, że zraniła kocura, nawet jeśli odpowiedziała mu zgodnie z prawdą, że go kocha. Był to jednak inny rodzaj miłości niż ta, którą darzył ją niebieski. Zrozumiała to jednak zbyt późno.
Ale może w przyszłości udałoby jej się odwzajemnić jego uczucia? Gdyby się choć trochę wysiliła i spróbowała spojrzeć na Księżycowy Odłamek inaczej niż dotychczas to może...
Nie wiedziała tego, nie umiała sobie nawet wyobrazić siebie i kronikarza tworzących parę, po tym, gdyby wróciła na ścieżkę wojownika.
O ile mogłaby wrócić.
Nie chciała jednak porzucać ścieżki medyka. Uwielbiała pomagać rannym kotom i podnosić ich na duchu. Z przyjemnością wykorzystała zdobytą wiedzę i doskonaliła swoje medyczne umiejętności. Odkąd została uczennicą Wdzięcznej Firletki, naprawdę zaczęła czuć, że żyje, nawet jeśli ścieżka, którą obrała, była tym, czego oczekiwał od niej ojciec. A fakt, że nigdy nie będzie mogła posiadać partnera, a tym bardziej kociąt, jakoś nieszczególnie jej przeszkadzał. No, może czasami łapała się na myśli o tym, czy jej kocięta lub jej braci urodziłyby się normalne, czy ich ciałka byłyby pokryte białym futrem. Szara Skóra na pewno byłby wniebowzięty, widząc, że jego wnuczęta również są wyjątkowymi kociętami, o śnieżnobiałym futrze i fioletowych lub czerwonych oczach, jednak Wełnista Mszyca, gdyby miała taką możliwość, zapragnęłaby odebrać ten dar będący przekleństwem każdemu z ich potomków.
Westchnęła, przygnębiona, że zraniła nieumyślnie kolejnego z bliskich jej kotów. Czy właśnie przed tym przestrzegał ją biały kociak ze snu?

<Kocimiętko? myślę, że wstrzymanie sesji, z możliwym wznowieniem w przyszłości jest jakby okey na ten moment >

Nowa członkini Klanu Wilka!

Od Wilczego Skowytu

Zalotna Gwiazda, po usłyszeniu od Kocimiętkowego Wiru i Księżycowej Łapy o zagrożeniu ze strony Dwunożnych, postanowiła zorganizować patrol, który miał dokładniej zbadać tamto miejsce. Kocimiętka została wyznaczona na jego prowadzącą, a razem z nią mieli wyruszyć Pustułkowy Szpon, Wilczy Skowyt i Tygrysia Noc. Czekoladowy nie był zadowolony z faktu, że będzie na patrolu z tą wredną kocicą! Ale jak trzeba, to trzeba. Kocimiętkowy Wir czekała już przed wyjściem z obozu, aż reszta wyznaczonych wojowników zbierze się przy niej. Obok niej stał Pustułkowy Szpon i widać było, że nie do końca rozumiał, dlaczego Zalotna Gwiazda wybrała akurat Kocimiętkowy Wir na prowadzącą.
Do dwójki doszedł już Tygrysia Noc i skinął im głową na przywitanie, tuż za nim dołączył Wilczy Skowyt i wykonał ten sam gest co Tygrysia Noc. Gdy wszyscy już byli zebrani, Pustułkowy Szpon skinął w stronę dwóch kocurów, nie siląc się już na słowne przywitania.
Kocimiętkowy Wir wyglądała na lekko zestresowaną. Przełknęła jednak ślinę, próbować zachować powagę.
— Skoro już wszyscy są, to możemy iść — oznajmiła, jako pierwsza wybywając z obozu. Kiedy tylko mistrzyni wydała rozkaz, Pustułkowy Szpon poczekał chwilę, by znaleźć się na końcu ich niewielkiej grupy. Tygrysia Noc dreptał za Kocimiętka, a czekoladowy wojownik szedł powoli za Kocimiętka i Tygrysem. Nigdy nie spotkał Potwora ani Dwunożnego, kto wie, czy dzisiaj się to zmieni. Wilczek machnął ogonem i podszedł bliżej rudej „rywalki”.
Grupa powoli zaczęła zbliżać się do Opuszczonego Obozowiska. Z każdym ich kolejnym krokiem hałas dobiegający zza rzeki robił się coraz głośniejszy. Ruda kotka widocznie bała się, że gdy znowu przejdzie przez rzekę, spotka coś równie okropnego. Jak wtedy, gdy wraz z Księżycem odnalazła martwe ciało Barczatki.
— Może… powinniśmy zrobić chwilę przerwy, zanim tam pójdziemy? — zaproponowała. — Będziemy musieli przepłynąć przez rzekę. Czy każdy z was potrafi jakkolwiek pływać? — mruknęła spokojnie, jednak jej ogon drżał nerwowo. Chwilę po tym zastępca przywódczyni się odezwał:
— Możemy zrobić przerwę, a rzeka nie powinna być problemem. Z tego, co mi wiadomo, to nawet twój uczeń dał radę — mruknął, podchodząc do wody.
Tygrysia Noc przytaknął na słowa zastępcy.
— Tak, powinnyśmy sobie z nią poradzić — mruknął, po czym spojrzał na czekoladowego wojownika. — A Ty? Też dasz radę? — zapytał.
Wilczy Skowyt na chwilę odcięty od rzeczywistości odpowiedział mu po czasie:
— Hm? Ach, raczej tak, chociaż moje jedyne przeżycie z rzeką to, to jak się prawie w niej utopiłem jako kociak — mruknął.
Cała czwórka już miała pakować się do wody, gdy nagle do ich uszu dotarły odgłosy czyichś kroków. Były zbyt lekkie na Dwunożnego i zbyt ciężkie na zwierzynę. Ruda kotka zamarła w bezruchu, skupiając się na dźwięku kroków.
— Też to słyszeliście, prawda? — wyszeptała, przenosząc wzrok na resztę patrolu.
— Tylko głuchy by nie usłyszał — prychnął Pustułek. — Radzę się ruszyć i przepłynąć lub zniknąć z pola widzenia — dodał.
Futro na karku Tygrysiej Nocy się zjeżyło, a końcówka ogona zaczęła drżeć nerwowo.
— To jakiś lis? A może kot? — zastanawiał się, rozglądając się wokół. Wśród krzewów nie widział nic podejrzanego, ale coś niewątpliwie zbliżało się w ich stronę.
— Lisa to ty masz w głowie. Żadne zwierzę nie wydawałoby takich głośnych dźwięków! — burknął Wilczek, a potem otworzył pysk, aby może lepiej wyczuć jakiś zapach.
— Masz jakiś problem ze słuchem? — fuknęła nagle Kocimiętka, lecz zaraz potem wzięła głęboki wdech. Nie chciała dać się wyprowadzić z równowagi przez jakiegoś mysiego móżdżka. — Przecież słychać czyjeś kroki! To musi być jakieś zwierzę!
Na twarzy Pustułkowego Szponu było wręcz napisane: „No nie wytrzymam, serio”.
— Mysie móżdżki, ruszyć się! Żadne zwierzę nie stawia tak ciężkich kroków, a ja nie mam zamiaru zginać przez waszą głupotę — fuknął, jeżąc sierść wzdłuż kręgosłupa. Na to Tygrysia noc mu zaprotestował:
— A właśnie, że stawia! — miauknął oburzony.
Wilczy Skowyt mający już dosyć kłótni postanowił przerwać bełkot Tygrysiej Nocy.
— Pustułkowy Szpon ma rację, powinnyśmy ruszać dalej.
Na ruszenie dalej było już za późno. Nagle z krzewów wypadła puchata, złocista kula, która wleciała wprost w Tygrysią Noc. W biegu wyglądała niemal jak słońce sunące po niebie, lecz gdy patrol przyjrzał się jej bliżej, okazało się, że to… kot! Kocimiętkowy Wir skrzywiła się, po czym zawyła:
— Ach, to pieszczoch! To pieszczoch! — Zrobiła krok w tył. — Co ona tu robi! — Odsunęła się jeszcze bardziej, a zastępca Zalotnej Gwiazdy długo nie czekał i kiedy ruda mistrzyni wyła o pochodzeniu pieszczoszki, on od razu ruszył do Tygrysiej Nocy, by ściągnąć z niego obcą. Tygrysia Noc w jednej chwili stał, kłócąc się z resztą patrolu, a w następnej koziołkował już po ziemi. Gdy Pustułkowy Szpon ściągnął z niego nieznajomą kotkę, Tygrys wypluł z pyska kosmyk jej futra i złapał się za głowę.
— Umarłem już…? — mruknął.
Wilczy Skowyt mu odpowiedział:
— Nie umarłeś jeszcze. Ale co ten pieszczoszek w ogóle tu robi! — Zjeżyło mu się futro na karku. Kocur stanął w pozycji gotowej do walki. „Co ten pieszczoch w ogóle sobie myśli!” — pomyślał.
Kotka wydała z siebie ciche syknięcie, lecz pozwoliła się odciągnąć od rudofutrego. Dopiero po chwili, gdy została puszczona, podniosła się na cztery łapy.
— Ja… — wydukała zakłopotana — Tam… Tam jest strasznie! — mruknęła, wskazując łapa w stronę wyciętego lasu, po którym chodziły Potwory Dwunożnych.
— Byłaś tam? Coś ci się stało? — zapytała Kocimiętka. — Skąd się tam w ogóle wzięłaś? — kontynuowała przesłuchiwanie kotki.
Pustułkowy Szpon słowem się nie odezwał, dając młodszym działać, by samemu jedynie się temu wszystkiemu przysłuchiwać. Tygrysia Noc postanowił siedzieć cicho i nie męczyć pieszczoszki kolejnymi pytaniami. Kocimiętkowy Wir zalała ją ich wystarczającą ilością. Wilczy Skowyt podobnie jak Tygrysia Noc usiadł cicho z boku, zastanawiając się nad tym, skąd ta pieszczoszka się tu wzięła. Nadal mimo wszystko był ciekaw wszystkiego, co ona powie.
Nieznajoma rozejrzała się po milczących kotach, a następnie wróciła wzrokiem do rudofutrej, która zadała jej pytania.
— No, byłam... — mruknęła, spuszczając wzrok. — Jest tak głośno! Czy mówiłam już, że jest też strasznie? — kontynuowała, płaszcząc po sobie uszy. — Nie wiem, jak to się stało, ale wystraszyłam się tego hałasu, zaczęłam biec i... trafiłam tutaj!
Pieszczoszka była na tyle wystraszona, że nie mówiła zbytnio nic przydatnego.
— No dobrze, ale co tam dokładnie się stało? — spytał Pustułek, próbując uzyskać jakąkolwiek odpowiedź, która nie będzie zawierać tego, jak tam jest głośno i strasznie. Tygrysek spojrzał to na Pustułka, to na obcą.
— Może zabierzemy ją do obozu? — zaproponował, lecz już czuł na swojej skórze gniewne spojrzenia reszty. — W sensie... patrzcie, jaka jest przestraszona! W takim stanie nie powie nam nic przydatnego... A tak mogłaby ją przesłuchać Zalotna Gwiazda i wyciągnąć z niej coś więcej — wytłumaczył, uśmiechając się nerwowo.
— Jeśli Zalotna Gwiazda ją przesłucha, wyjdzie z wypadającym futrem od strachu — mruknął do siebie pod nosem Wilczek. — Nie wydaje mi się, żeby ona w ogóle chciała gdziekolwiek z nami pójść — skrzywił się lekko.
Pieszczoszka przełknęła ślinę.
— Dlaczego miałabym się bać tej... Zalotnej Gwiazdy? — odparła, marszcząc lekko brwi. — Na pewno nie może być taka zła i straszna, jak ludzie!
Kocimiętka parsknęła śmiechem, a zastępca na słowa Wilczego Skowytu, od razu spiorunował go wzrokiem.
— Może na razie skupimy się na naszym celu? — mruknął w stronę reszty patrolu. — A ty — zaczął chłodno. — Łaskawie odpowiedz na moje pytanie.
Widać było, że cierpliwość powoli mu się kończyła. Wilczy Skowyt przewrócił oczami. Za żarty przecież nikogo nie zabili. Najwidoczniej do dzisiaj.
Kotka przeniosła spojrzenie na czekoladowego kocura o jednym oku.
— No... Odpoczywałam sobie spokojnie, aż tu nagle rozległ się łomot! Poczułam, jak mi zaczął świdrować w głowie i... instynkt kazał mi uciekać, więc pobiegłam ile sił w łapach. To tyle, co wiem! Nic więcej nie mogę ci powiedzieć — mruknęła smutno, podnosząc błagalnie spojrzenie na nieznajomego. — Już od kilku dni musiałam się wsłuchiwać w te ryki! Wiesz, jak mnie od tego boli głowa?
— No dobrze, akurat przybyliśmy w podobnej sprawie. Może się przedstawisz i spróbujemy sobie nawzajem pomóc? — Pustułek nieco zszedł z tonu, kiedy w końcu dowiedział się, czego chciał. Wilczy Skowyt pozwolił sobie się wtrącić do rozmowy:
— No to... może my się przedstawimy pierwsi? Ja jestem Wilczy Skowyt, a ten dupek z jednym okiem to Pustułkowy Szpon. Ruda kotka to Kocimiętkowy Wir a ten tu obok to Tygrysia Noc.
Złocista kotka zamrugała kilkakrotnie.
— Macie bardzo ładne imiona! Takie... długie! Na mnie ludzie wołają Ula... Jest trochę nudne, nie? — westchnęła.
— Mi się podoba! — oznajmiła Kocimiętka, po czym spojrzała na Pustułka.
— Twoje imię też jest ładne, przynajmniej nie musisz marnować czas na wymowę — zażartował zastępca z lekkim uśmiechem. Rudofutry odchrząknął, też chcąc pochwalić imię pieszczoszki.
— Zgadzam się z resztą! Jest bardzo praktyczne — mruknął z uśmiechem na pysku. Wilczy Skowyt skinął głową.
— Ula? Ładnie! Wiesz może, co powodowało te ryki? Widziałaś to coś?
Na słowa Wilczego Skowytu Ula aż się zjeżyła, a jej źrenice zwęziły się do szerokości sosnowych igieł.
— Widziałam! — oznajmiła drżącym głosem. — To takie ogromne, metalowe puszki! Są gigantyczne i obalają drzewa z łatwością! Przyglądałam się im, gdy siedziałam zamknięta w puszce mojego człowieka...
Mistrzyni westchnęła zdumiona.
— Muszą być bardzo niebezpieczne! Skoro tak łatwo pokonują drzewa, to co zrobiłyby z nami? — przeraziła się.
— Zapewne to, co z Barczatkowy Świtem. Musimy się dowiedzieć, jak mamy im stawić czoła. Ten las należy do Klanu Wilka i żadni Dwunożni nas stąd nie przepędzą. — dodał Pustułek. Tygrysia Noc pokiwał głową z determinacją.
— Koniecznie! Nie będą się nam tu panoszyć jakieś łyse stworzenia! — fuknął. Wilczy Skowyt wzdrygnął się na samą myśl! Będzie musiał ostrzec partnerkę i córkę, aby nie odchodziły nigdzie daleko i nie zapędzały się w te tereny!
— Taaak… myślę, że nie damy rady Dwunożnym i ich gigantycznym puszkom skoro potrafi to powalić całe drzewo za jednym razem, to nas wciągnie w sekundę. Głupcy.
Złotofutra przybrała zmartwioną minę.
— Nie ma co się zniechęcać! Wierzę, że sobie poradzicie z tymi metalowymi puszkami i... tymi, no, Dwunożnymi! To wszystko, co niszczą, należy do natury. Należy do nas, a nie do nich! — burknęła, pusząc się ze złości. Kocimiętka też była oburzona zaistniałą sytuacją, ale nie mogli tu tak stać i rzucać słowa na wiatr.
— Dobra, wystarczy. Myślę, że powinniśmy już zawracać, bo dźwięki tych Potworów coraz bardziej mnie męczą!
— Prawda, musimy omówić to z Zalotną Gwiazdą. Ulu, czy zechcesz iść z nami? Nie masz się co się obawiać Zalotnej Gwiazdy, mogę nawet obiecać, że będę tuż obok w czasie tej rozmowy — zapewnił ją brązowy zastępca.
Rudy uśmiechnął się przyjaźnie do pieszczoszki.
— Tak! Uważam, że powinnaś z nami pójść. Bez urazy, ale w dzikim lesie Klanu Wilka raczej nie przeżyjesz zbyt długo... — miauknął żartobliwie Tygrysia Noc. Wilczek zachichotał.
— To prawda, ciężko by było…
Pieszczoszka odwróciła wzrok zawstydzona.
— Och, skoro tak nalegacie... — mruknęła. — Chyba nie mam innego wyjścia! Chętnie z wami pójdę — dodała, kompletnie ufając obcym i ich planom.
— To świetnie! Możemy już ruszać w drogę powrotną — oznajmiła Kocimiętka. Wojownicy wraz z Ulą ruszyli ponownie w podróż, tylko tym razem w przeciwną stronę. Wilczy Skowyt jednak trochę martwił się o to, czy Zalotna Gwiazda łagodnie potraktuje pieszczoszkę w ich obozie. No cóż…
— Pośpieszmy się, a zdążymy przyjść na porę posiłku! — mruknął Wilczy Skowyt do reszty Wilczaków.

08 kwietnia 2026

Od Poranku

*TW: atak paniki, samookaleczenie*

Nie był w stanie zwierzyć się Derwiszowi ze wszystkiego. Nie był w stanie zwierzyć się nikomu, a zwłaszcza temu starszemu kocurowi, którego ledwo znał. I chociaż widział w samotniku coś na wzór małego podziwu, nie wierzył w jego słowa. Jego zaufanie w inne koty ewidentnie dalej było kruche, choć bez dokładniej przyczyny. Może to wszystko było przez biologiczną matkę Poranku? W końcu od niej zaczęła się nieufność i samotność młodego kocura. Jednak teraz nie miało to już znaczenia.
Biegł przed siebie, ile sił w łapach. Płuca piekły go od wysiłku, jednak głowa nie pozwalała przestać. Musiał biec. Znów musiał uciekać, chociaż już zaczynało się robić normalniej. Lecz iluzja tej zmiany pękła w jednej chwili, gdy rudy dowiedział się, że zostanie mentorem. Wtedy poczuł, jakby cała ziemia spod jego łap zaczęła uciekać, a on sam zaczął wpadać w wielką, ciemną otchłań. Był przerażony tym faktem. Nie chciał ucznia, doskonale wiedział, że nie był gotowy. Bał się, że skrzywdzi młodego Gołąbka swoimi problemami, które z dnia na dzień coraz bardziej zżerały go od środka. I chociaż powód paniki Poranku mógł okazać się błahy, dla kogoś, kto trzymał w sobie wszystko, było to jak wybuch, zakłócający mu ówczesny porządek. A to była jedyna rzecz, której rudy mógł się trzymać. Miał wrażenie, że wali mu się cały świat.
Zatrzymał się wreszcie na polanie, dysząc ciężko ze zmęczenia. Spuścił głowę, starając się powstrzymać łzy, cisnące mu się do oczu. Serce biło mu jak oszalałe, jakby również rwało się do ucieczki, byle jak najdalej od rzeczywistości. Byle jak najdalej od Chwastu.
Wtedy usłyszał złowieszcze krakanie wron, brzmiące prawie jak śmiech. Mroczne ptaki latały nad nim, jakby obserwując jego marny los. Śmiejąc się z jego istnienia, dokładnie jak szepty w jego snach.
– Zamknijcie się! – krzyknął łamiącym się głosem. – Co ja wam zrobiłem?! – warknął, spoglądając w górę, na wrony na tle zachmurzonego nieba. I chociaż tak strasznie pragnął usłyszeć ich odpowiedź, w zamian uzyskał tylko ciszę, pozostawiającą go w niewiedzy. Znów został sam. – Co jest ze mną nie tak, na Wszechmatkę! – łzy zaczęły spływać mu po policzkach, serce dudniło w uszach, a oddech, zamiast się uspokajać, tylko przyspieszał. Rudy otworzył szerzej oczy z przerażenia. Wiedział już, co to oznacza, ale nie wiedział, jak uciec.
– Poranku? – znajomy głos rozniósł się po polanie, nie przywracając jednak uzdrowiciela do rzeczywistości, jak zazwyczaj. Derwisz, wraz z Jaskier i Jeżogłówką, stali nieopodal Chwastu, wszyscy wyglądali na zdziwionych. – Poranku, wszystko dobrze? – zapytał od razu Derwisz, zostawiając swoich towarzyszy z tyłu. Rudy zjeżył sierść na karku, na widok starszego samotnika. Wzrok miał wbity w ziemię, nie był w stanie spojrzeć na Derwisza, zwłaszcza w takim stanie. Ten jednak wydawał się nie zwracać na to większej uwagi. Powoli podchodził do uzdrowiciela, analizując jego stan.
– O-Odsuń się – powiedział przez łzy Poranek.
– Poranku nic ci nie zrobię – zapewniał Derwisz, nie słuchając próśb rudego. – Jestem tu by ci pomóc.
– K-Kłamiesz! – warknął Chwast, czując jak jego oddech tylko przyspiesza ze stresu. To było już za dużo. Potrzebował spokoju. Potrzebował samotności. Potrzebował zniknąć.
– Spokojnie... – mruknął samotnik i wtedy złapał Owocniaka.
– Zostaw mnie! – syknął przerażony Chwast. Od razu zaczął się miotać, byleby starszy kocur go puścił. Ten jednak nie ustępował, dalej starając się przytrzymać rudego.
– Poranku spokojnie, nie chce zrobić ci krzywdy!
Chwast dalej się miotał. W końcu wyciągnął pazury i zamknął oczy, a ostatnie co pamiętał z tamtej chwili, to krzyk kogoś w oddali. Gdy otworzył oczy Derwisz leżał obok na ziemi. Wpatrywał się w rudego z czymś nieodgadnionym w oczach.
– Co ty wyrabiasz?! – krzyk Jaskiera odbił się echem w jego uszach. Młodszy kocur szybko stanął między dwójką starszych. Dopiero po chwili doszła do nich Jeżogłówka, która od razu przycupła przy Derwiszu. – On chciał ci przecież pomóc! – syknął Jaskier. Poranek dalej stał w tym samym miejscu. Z oczu dalej leciały mu łzy, tym razem jednak patrzył prosto na Derwisza. Poczuł jak coś ostrego łapie go za gardło. Niczym szpony, pozbawiające go możliwości prawidłowego oddychania. Szybko zaczął dyszeć, przyciągając tym samym uwagę Jeżogłówki. Jednak on sam się tym nie przejmował. Jedne o czym myślał to leżący na ziemi Derwisz, którego zranił.
– J-Ja przepraszam... – wydukał po chwili. – To nie tak miało wyglądać. To... Ja... – wyszeptał, próbując kurczowo złapać oddech pomiędzy każdym słowem. W końcu odwrócił głowę i szybko pobiegł na oślep przed siebie, chcąc tylko zniknąć samotnikom z oczu. Płuca piekły go z wysiłku. Mimo to biegł dalej, nie odwracając się za siebie. Czuł się strasznie, a każda myśl upewniała go w fakcie, że wszystko zepsuł. Fala negatywów zalewała go z każdym uderzeniem serca, a on sam czuł się jak pod wodą. Dokładnie jakby tonął i nie miał kontroli nad tym, co się dzieje. W końcu się zatrzymał. Dysząc ciężko usiadł na ziemi. Potrzebował czegoś by się uspokoić. Czegokolwiek...
 
***
*TW: dalej samookaleczenie*
 
Włóczył się po terenach Owocowego Lasu. Ból promieniował z jego łapy, jednak ten się tym nie przejmował. To ten ból jakkolwiek go uspokoił. Mimo to Poranek nie czuł się na siłach by wrócić do "domu". Nie chciał by ktokolwiek widział go w tym stanie. Zwłaszcza jego siostry czy ktokolwiek z legowiska uzdrowicieli.
Słońce powoli znikało za drzewami, tworząc na niebie ładną, pomarańczową poświatę. Zimny wiatr mierzwił futro na grzbiecie Chwastu, gdy ten przedzierał się przez krzaki do swojego drzewa. W końcu jego oczom ukazała się wielka roślina, którą odwiedzał zdecydowanie za często. Powoli podszedł do pnia i wtedy zauważył Derwisza. Kocur siedział z zamkniętymi oczami. Pysk miał zwrócony ku górze, jakby rozkoszował się lekkim jesiennym wiatrem. Otworzył oczy i spojrzał spokojnie na Chwasta, który stał w bezruchu, z przerażeniem wypisanym na twarzy.
– Możemy porozmawiać? – zapytał tylko, dalej z tym samym spokojem.
– Nie chce rozmawiać – powiedział Chwast, drżącym głosem.
– Proszę Poranku. To ważne. Widzę w jakim jesteś stanie. Wiele kotów się o ciebie martwi, w tym ja – odparł Derwisz. Coś w jego głosie przekonywało rudego. Może cały ten spokój? A może po prostu fakt, że Derwisz był spoza Owocowego Lasu. Niezależnie od przyczyny, skutek był jeden - Poranek się zgodził i usiadł obok samotnika.
– O czym chcesz rozmawiać?
– O tym czego byłem świadkiem – oznajmił starszy kocur, wzdychając ciężko. – Widzę, że się bardzo męczysz. I choć wiedziałem o tym już wcześniej, nie sądziłem, że wygląda to aż tak – mruknął.
– Skąd wiedziałeś? – zapytał Chwast, prawie że od razu.
– Od twoich sióstr – przyznał Derwisz. Nastała chwila przeszywającej ciszy. Poranek nie wiedział, co powiedzieć. Jego myśl znów przyspieszyły, a każda sytuacja w końcu zaczęła składać się w pełną całość.
– To przez nie tak się przejmujesz – wywnioskował rudy. – To one przekonały cię do pomocy mi. Nawet jeśli jej nie potrzebuje. A ja wierzyłem w te kłamstwa.
– To nie tak Poranku – zaczął Derwisz.
– To jak? Nagle zacząłeś się przejmować i pojawiać się w moim miejscu. I mówisz, że na pewno nie pokryło się to ze zmartwieniami moich sióstr?
– Wtedy gdy twoje siostry cię szukały, opowiedziały mi o tym co się stało. Jednak na tym skończyła się nasza rozmowa. Znalazłem cię przypadkiem, a już wcześniej widziałem, że nie jesteś w najlepszym stanie. Poranku nie mam celu w oszukiwaniu ciebie. Po prostu chciałem ci pomóc. Nie mogę patrzeć jak ktoś cierpi, nikt na to nie zasługuje. W tym ty – wyjaśnił Derwisz. – Twoje siostry nie mają w tym nic wspólnego. Nigdy nie miały – zapewniał. Poranek spuścił lekko głowę. Samotnik nie miał żadnego celu w oszukiwaniu go. Nawet jak rudy próbował się go doszukać, nie miał jak. Ledwo się znali, Derwisz i tak nie mieszkał w Owocowym Lesie, nie miał jak wykorzystać jego słabości. – Co stało ci się w łapę? – z zamyślenia wyrwał go głos kocura. Chwast nie odpowiedział i tylko schował łapę z dala od wzroku Derwisza. – Ty to zrobiłeś?
– To nie tak miało wyglądać – wydukał rudy. – To nic takiego.
– Poranku, to nie jest nawet opatrzone – zauważył samotnik. – To przez tę sytuację? Nie zraniłeś mnie Poranku. Naprawdę. Tylko mnie odepchnąłeś – powiedział przejęty Derwisz. Po chwili wstał i stanął przed Porankiem, by pokazać mu, że nie zranił go w żaden sposób. – Proszę nie rób tak więcej. To nie jest dobre – powiedział. Rudy za to się nie odezwał. Nie chciał rozmawiać z Derwiszem. Musiał już wracać do obozu i obydwoje doskonale o tym wiedzieli. – Daj mi ją opatrzeć – poprosił.
– Sam to zrobię jak wrócę – oznajmił cicho Chwast.
– A wrócisz?
– Tak – stwierdził uzdrowiciel po chwili. – Teraz mam ucznia. Muszę wrócić.
– Możemy się jeszcze spotkać i porozmawiać na spokojnie? – zapytał na koniec Derwisz. – Chociaż raz.
 
***
 
Spotkał się później z Derwiszem. Opowiedział mu o tym, jak się czuje. O tym, dlaczego to wszystko miało miejsce. Co siedzi w jego głowie. Pierwszy raz w ciągu całego swojego życia był tak szczery. Pierwszy raz poczuł, jak bardzo potrzebuje takich rozmów. Nie mógł już dłużej trzymać tego w sobie.

Od Klekoczącej Łapy (Klekoczącego Bociana) CD. Konwaliowej Mielizny

Dzień uwięzienia rodziny stokrotkowej

Wpatrywał się w grupę kotów, która nagle została wywołana i okrzyknięta zdrajcami. Klekotek znał te koty, z niektórymi nawet dzielił legowisko jeszcze za czasów, kiedy trenował pod okiem Algowej Strugi. Nigdy nie wydawali mu się niebezpieczni czy podejrzani, zwłaszcza taki Konwaliowa Mielizna, który emanował wręcz tym dojrzałym spokojem i wojowniczą siłą ducha. Rozmawiali nieco, niedużo, ale wystarczająco, aby książę mógł nakreślić sobie swoją własną opinię na temat liliowego. W tej opinii słowo "zdrajca" raczej nie występowało. Nawet jeden raz. O ile o Rozpromienionym Skowronku nie wiedział prawie nic, tak Borówkową Słodycz znał przecież od maleńkości i chociaż nigdy za nią szczególnie nie przepadał, to kotka nie zdawała się być niebezpieczna czy szkodliwa, podobnie jej pociechy. Ale Klekocząca Łapa wiedział, że to nie jego zdanie na ten temat ma znaczenie i niekoniecznie zależało mu na tym, aby bronić sprawiedliwości. Nawet jeśli zdziwiła go ta nagła decyzja, to zwyczajnie miał to wszystko gdzieś. To nic nie zmieniało w jego życiu, w żaden sposób w nie nie ingerowało, a jeśli uwięzienie tych kotów miało sprawić, że babka i reszta rodu, czy nawet całego klanu, poczują się lepiej i bezpieczniej za ścianami obozu, niech więc tak będzie, niech siedzą zamknięci na wyspię. Chciał już odejść i zająć się czymś pożytecznym lub przynajmniej udawać, że się tym zajmuję. Przez moment złapał jednak kontakt wzrokowy z Konwaliową Mielizną. Ten nadwyraz stoicki i opanowany kocur był teraz szczerze zadziwiony i zaszokowany. Biały nie uciekł spojrzeniem na bok, nie pokazał też otwarcie jakiejkolwiek skruchy, przeprosin względem swojej rodziny. Niebieskie ślepia szukały odpowiedzi w pysku księcia, ale ten nie był w stanie mu żadnej dać; nie wiedział więcej niż skazaniec. 
"A jeśli faktycznie są zdrajcami, to może to właśnie oni mają większe pojęcie…" — pomyślał i przeniósł oczy na swoje łapy. Nie miał już ochoty tutaj siedzieć. Nie miał ochoty rozwodzić się na tym, czy decyzja jego babki była dobra, zła, pochopna czy przemyślana. Liczyło się tylko to, że była to decyzja lidera, a z nią nie ma sensu dyskutować, nawet jeśli nie robi się tego wyłącznie dla własnego spokoju i ignorancji. 
"To nie moja sprawa. To nie ja zostałem wysłany na wyspę. To nie ja jestem więźniem skazanym na potępienie przez swoją rodzinę" — tłumaczył sobie. To, co Klekotek wiedział od najwcześniejszych momentów swojego życia, to to, że rodzina, w której się urodzisz, kształtuje twoją przyszłość w sposób, który niekoniecznie będzie ci się podobać. Jako książę nie mógł decydować o swoim życiu do takiego stopnia, jak chciał. On płacił cenę. Oni też muszą. To ta sama sytuacja, tylko wyegzekwowana w nieco inny sposób. 
Ostatecznie po prostu wstał, otrzepał ogon i bez słowa wrócił do lecznicy, gdzie po chwili pojawiły się też Różana Woń i Gąbczasta Perła. Kotki bardziej przejęły się ową sytuacją i dyskutowały zażarcie o tym, czy wcześniej zauważyły coś podejrzanego w zachowaniu kotów, które od teraz miały zamieszkiwać wiezienną wyspę. Klekocząca Łapa nie brała udziału w tej rozmowie; nie miała nic do dodania. Usiadł jedynie w kątku i wrócił do swojego poprzednio przerwanego zajęcia. 

Koniec sesji

Od Chudej Łapy CD. Nocnej Łapy

Chuda Łapa miał mnóstwo pracy. Dużo kotów zaczęło się ziębić albo ranić o gołe gałęzie drzew czy krzewów, a ich zapasy szybko topniały. Któregoś południa Roztargniony Koperek wysłał go, by poszedł sam nazbierać ziół. Umiał wystarczająco dużo, tak jak mawiał medyk, oraz był odpowiednio duży, by nie potrzebować asysty. Chuda Łapa cieszył się w duchu z tego zaufania, jakie zdobył.
Idąc przez obóz, dostrzegł swojego brata. Nocna Łapa wyglądał, jakby wracał z treningu, ale wciąż miał nieco energii. Chudzielec podszedł więc do niego.
— Braciszku. — zaczął. — Masz jeszcze trochę siły i czasu? Może chcesz pomóc mi nazbierać duuużo ziół do naszych zapasów?
— To bardzo dobry pomysł. Idźcie. — Tropiąca Łaska odpowiedziała za czarnego kocurka, jako że jeszcze była w zasięgu ich słuchu. — Może w końcu coś zmęczy cię wystarczająco, abyś przespał poranny patrol. — Odetchnęła zirytowana i odeszła od nich.
— Pójdę. Jak słyszałeś, nawet moja mentorka nalega! — odparł tym razem już sam.
Chudy posłał mu uśmiech ulgi, że nie będzie musiał sam wszystkiego dźwigać.
— No to chodźmy! Znam niezłą miejscówkę, gdzie powinniśmy znaleźć większość tego, co trzeba. — oznajmił, kierując się do wyjścia. Dał bratu ogonem znak, by za nim podążył. — Uff, jak dobrze, że Cię spotkałem! Nie będę musiał sam tego nosić, a uwierz mi, że to całkiem trudne pomieścić wszystko w pyszczku. Co dzisiaj robiłeś na treningu? Ty to się świetnie nadajesz na wojownika, widzę, że dla Ciebie to pikuś te treningi. Ja na każdym o mało nie umarłem.
— Dla mnie te treningi to nawet trochę za mało. Co rano jeszcze sobie biegam wokół obozu, tak dla zdrowia! — pochwalił się Noc.
— My chyba jesteśmy z innych ojców — rzucił żartem bury, słysząc o wyczerpujących treningach brata.
— Ale tak! Łatwo mi się ćwiczy na wojownika. Dzisiaj powaliłem Tropiącą Łaskę w boju trzy razy z trzech prób! A Ty... dobrze Ci jako medykowi? Wyglądasz na szczęśliwego jako medyk... — Nocna Łapa szedł grzecznie w tempie brata, zerkając na niego ciekawskimi oczkami.
Bury po chwili po otrzymaniu komplementu od braciszka, aż wyprostował swoją kościstą klatę. Postawił uszy z przekłutą kością, a szczurowaty ogon powędrował dziarsko w górę.
— Ha ha! — Miauknął. — Roztargniony Koperek coraz mniej błędów mi wytyka, a dzisiaj pierwszy raz wysłał mnie samego po zioła! Nocna Łapo, czuję, że jestem blisko mianowania, mówię Ci! Robię coraz mniej błędów, znam praktycznie wszystkie zioła! Nawet Cis czasem spojrzy na mnie przychylniej niż zwykle.
Docierali powoli na miejsce, więc Chuda Łapa zaczął rozglądać się za potrzebnymi ziołami. Dostrzegł niemal od razu krzew jeżyny krzewiastej, więc zboczył z trasy.
— O! Weźmy od razu trochę tych liści, przydadzą się. — miauknął, biorąc się do roboty. — Papka z tego krzewu łagodzi użądlenia pszczół, a wiem, że jeszcze latają, więc mogą być przydatne.
Noc zastrzygł uszami, wsłuchując się w wywód brata.
— Daj. Ja ponoszę. Możemy część z nich wsunąć mi w futro, to potem więcej zmieści się w pyskach. A te liście wydają się wystarczająco duże, żeby się trzymały w tym gąszczu! — Zaproponował Nocna Łapa, wystawiając po nie łapkę. Chuda Łapa oddał więc zebrane liście bratu, pomógł mu je też wetknąć w futro. Musiał przyznać, że to był genialny pomysł. Jeśli kiedykolwiek Chudy zapuści takie kudły, to też będzie tak robić!
— Może skoro tu jesteśmy, to chodźmy tą drogą. — Zaproponował.
Zaczął przeciskać się przez krzewy jeżyn, by wejść pod kolejne, zwyczajne.
— Słyszałeś ostatnie, głupie plotki? O tym, że mi Kalinowy Powiew serce złamała? — zapytał z wyrzutem. — Te Wilczaki to nie mają o czym gadać! Takie bzdury wymyślają. W głowie się nie mieści! Ja nie mam serca, więc nie ma co łamać, pff!
Wyszli z krzaków i dotarli do głębszej części lasu, gdzie wpadało więcej jesiennego słońca. Chudy otrzepał się z gałązek i prychnął ponownie.
— Niech się zajmą swoimi życiami! — Trzepnął ogonem gniewnie. Spojrzał na brata. — Kalinowy Powiew to kot, którego chyba najbardziej, zaraz po Ognistej Słocie i Zalotnej Gwieździe nie mogę znieść! A wiesz co je łączy? Są samicami! Takie zarozumiałe i wszystko wiedzą, pff.
— Słyszałem te plotki i nawet śmiać mi się chciało, jak to usłyszałem. — przyznał Noc. — W końcu mój najlepszy i najukochańszy brat raczej by mi powiedział, że się w kimś zabujał! — Pokiwał łebkiem, idąc zaraz obok brata, jak tylko zrobiło się więcej miejsca. — Ale tak w ogóle... to Ty samic nie lubisz. A samce? — zagadał Noc, zerkając na niego ciekawskim okiem.
Chudy poczuł się trochę... jakby skrępowany i zaskoczony tym pytaniem. Nie sądził, że Nocna Łapa skieruje rozmowę na te tory, a może powinien się tego spodziewać? W końcu są już całkiem dojrzali, niedługo przejdą mianowanie... więc chyba powinni myśleć o takich rzeczach? Chociaż Chudy umiał rozmyślać tylko o ziołach... Zerknął na brata spłoszonym wzrokiem, kiedy ten przypytał go o jego preferencje.
— No ten uhhhhhhhhh — miauknął przeciągle. — To nie tak, że ich nie lubię, ale samice są nieznośne, ale z drugiej strony niektóre są całkiem względne... znaczy! Nie zrozum mnie źle, pewnie nigdy żadna na mnie nie spojrzy przychylnie... w końcu, kiedy mam takiego przystojnego brata.
Zaśmiał się niezręcznie, dostrzegając nieopodal kocimiętkę. Normalnie jakby wygrał życie w tej chwili! Na trzeźwo nie mógł prowadzić tej rozmowy dalej.
Podbiegł do krzewu i przeżuł kilka liści, których wcześniej miał okazję jedynie spróbować. Teraz po prostu zeżarł tyle, ile złapał.
— No bo ja nie sądzę, bym lubił kocury — miauknął niezręcznie, odwracając się do brata. — Chcesz? — rzucił mimochodem, dając mu kilka liści.
Chudy poczuł się momentalnie odprężony. Wytarzał się w trawie rosnącej pod krzewem i otrzepał, przy czym się zatoczył. Przy jego masie ta porcja, którą zjadł, wzięła go dużo szybciej, niż mógłby przypuszczać.
— No bwo wjeszzzzz — burknął. — Jjja tjo chyba — czknął — mimo wsystko wolleeee koteczkiiii.
Noc wziął od brata zaproponowane liście i upchnął w gębę.
— Wolisz kotki! I też dobrze. Jestem pewny, że jakaś spojrzy na Ciebie przychylnie, nie wydziwiaj. Ja wiem, że jestem piękny i w ogóle, ale są kotki, które wolą być... tą silniejszą w związku i nosić Cię na plecach! — oświadczył, tarzając się tam, gdzie robił to przed chwilą brat, ale zamiast kładąc się obok niego, pozostał leżący w kocimiętce. — Ja osobiście nie wybrzydzam. — Uśmiechnął się do brata.
— Hehehe... — zaśmiał się. — A wjenc ljubiss wszystio.
Zaśmiał się znowu, chociaż nie powiedział nic zabawnego.
— Ale dość o miłości... co to jest, w czym się tak... tarzam. — Noc zamruczał.
Błogo im się robiło. Chudy czknął ponownie, a potem zaczął trochę kasłać. Chwiejnie wstał z ziemi i polazł do brata. Słuchał go, ale nie mógł nic poradzić na to, że część słów gdzieś mu umykała. No sama to robiła! Nie jego wina!
— To? A tooooo — zamruczał. — Kocimieeeentka. Ona, hehehehe, rozwesela. Hehehe~, ale nje wjem co zjobi pszy takeeej ilosci! A powieccc mi braciszkuuu~
Zaczął go szturchać w ramiona. — Njoo jaaakkk ty to rjobisz, że cje wsisci lubio?
Po czym padł obok niego i leżeli w liściach kocimiętki.
— Jak... jak... — Noc chyba miał problem zebrać myśli w konkretną wypowiedź. — Nie wiem. Nie wiem, czy... wszyscy mnie ... lubią, wiesz? — odparł — Wszyscy tak... pobieżnie, mnie... lubią. Bo się dużo umśecham. — Przekształcił ostatnie słowo pogrążony w błogim stanie. Nawet sam się zaśmiał trochę, chwytając brata i przysuwając go bliżej do siebie, żeby sięgnąć językiem jego rozczochranej czupryny. — Ciebje... tesz dużo lubią.
Chudy zamruczał, kiedy Noc go polizał po głowie. Ahhh kocimiętka. Wspaniała rzecz... ciekawe co by było, gdyby zjadł jeszcze listek? W końcu powinien wiedzieć jako medyk, co nie? Robić takie... eksperymenty. W imię nauki!
— Mnjeee to njeee — miauknął przeciągle i niedokładnie. — Njee lubio. Z K... Kalinką ciooogle sje kłóciiimyyy. Hihi. A ostaaatnio spotkałem na zgjomadzeniu kota i nazwałem go brzydalem, haha! Hehehe... I rzuciłem pjaskiem w niego! Haha!
Sięgnął łapką po dodatkowy listek, który zjadł w kilku kęsach.
— Ah nie patrz taaak — mruknął. — Tjo dla nauuukiiii~
— Dla... nauki? Cze... czkeja... jak to rzuciłeś piaskiem... haha. To musiało być prześniesze, haha! Daj jednego. — Wystawił łapę do brata, oczekując liścia. W końcu to dla nauki! Też może się do tego przyczynić!
— Ale Kalinka... to się nie zna! Z Cie... Ciebie to... kawał dobrego chłopa. Może ona... po prostu zakochana... tak mocno! haha... że aż sfrustrowana, bo ty... taki piękny!
— Nooo weeeeeź nie mów mi takkk blacisku — wybełkotał. — A tam dobry chłop! Ale status medka to daje nieszle! I my sobie hihi medkujemy hihihi.
Chudy zachichotał niewyraźnie. Zaczęli wspólnie dopychać się resztkami liści, które nie zdążyły uschnąć przed zimą. Ahh było tak błogo i miło! Umysł się oczyszczał w dziwny sposób, nie myślał o głupotach czy zmartwieniach.
Pacnął brata w bark.
— HAHAHA KA...KALINA WE MNIE? Dobry żarcik braciszku! — zaśmiał się, przy czym zachrumkał zabawnie. — Dobre! Dobre! Zapiszmy co by nam nje uciekjoo!
Po chwili poczuł, jak jego brzuch opanowują konwulsje. Podniósł się w mgnieniu oka i zwymiotował część zjedzonych liści.
Padł plackiem ponownie, a przed oczami zaczynały latać mu dziwne białe paproszki. Pomachał łapą niesformie, by je odgonić.
— Ty mass wienksze szanse — miauknął słabo. — Nasza mamuśka to musjała być dopiero koteczka!
— Koteczka... — Przeżuwał powoli liścia, krzywiąc się na widok wymiotującego brata. — Musiała być, tak. Albo nasz tatko. Gruby hahaha! W końcu gruby tez ha... nie taki zły z pyska, nawet jak płaski. — Noc zaśmiał się w głos. — Podwójne galeszje! Ale śmiesznie się patrzy. — Wepchnął w gębę jeszcze jednego liścia.
— Cooo jakie gałęzie.... — zapytał niewyraźnie, szukając ich wzrokiem.
Jego oczy były pełne łez po wymiotowaniu, gardło suche o niesmacznym posmaku. Skrzywił się, zmrużył oczy, ale nie dostrzegł tych patyków.
— Znajdziemy ci kogoś brachu! Obiecuję! — oświadczył Nocna Łapa, siadając w końcu i zataczając się przy tym.
— Ja njeee potsebuuuje — miauknął. Powoli tracił kontakt z rzeczywistością i czuł, jakby spływał w senną otchłań. — Ja... Ja mam zioła! Nie potsebuje baby! Ale tyyyyy jak bendzieees miał, to mi weź przeedstaw...
Dotknął brata łapą albo tak myślał, bo się sklonowali. Machnął łapką w powietrzu, jednak nie sięgając czarnego kocurka. Skrzywił się ponownie. Jego wzrok się pogarszał?
— Grubyyy to jedsst Gruuubyy — miauknął, już ledwo kontaktując.
— HAHA Gruby jest gruby — zaśpiewał Noc, kładąc się z powrotem. Aż ziewnął, otwierając pysk szeroko. — Tobi... tesz... tak... śpiąco? Ale... bym sie zdremno — miauknąl do brata, patrząc sie na niebo nad nimi.
Chudy zacharczał jakoś dziwnie, czując pieczenie w gardle. Jego głowa stała się ciężka, nie miał ochoty nawet przekręcić jej, by spojrzeć na brata, a nagle słowa gubiły się bardziej, niż wcześniej.
— A noooo — mruknął. — Ale by może tak...na sekundkę....sekundeczkę. bo my musimy wjaaacac do kopeeerka. Hehe. Koperek. Jeccc koperek beeendziesz zdroowwwy...
A po chwili już go nie było, bo mu się urwała świadomość, mózg wyłączył, a oczy zamknęły. Nie był pewien czy zemdlał, czy zasnął. Noc wcale nie był lepszy, niedługo później samemu tracąc przytomność.
<Nocna Łapo? :D >



[Liczba słów: 1721, trening medyczny Chudej Łapy, eksperymenty z ziołami]

07 kwietnia 2026

Od Nocnej Łapy do Bielinki

Nocna Łapa skoczył przed siebie, omijając samotny kamyk na swojej drodze. W pysku trzymał świeżą wiewiórkę. Młody uczeń korzystał ze wszystkich możliwości polowania, jakie były pod łapą, ze względu na zbliżającą się zimę. Drzewa już były bliskie stracenia wszystkich swoich liści, a zimny wiatr szalał między ich pniakami. Noc już zaczynał czuć chłód na swojej sierści.
Zima będzie jego najmniej ulubioną porą roku. Nie dość, że wszędzie będzie zimno, mokro to do tego wszystkiego jego piękna sierść przestanie się tak dobrze maskować wśród cieni drzew. W końcu tych cieni będzie coraz mniej, a na tle jasnego śniegu jego czarne loki będą bardzo kontrastowały, nawet nocą. Nie wspominając już o zamieciach śnieżnych!
– Dobra robota. – Tropiąca Łaska rzuciła na niego okiem. – Ja nic nie znalazłam. – Noc tylko kiwnął jej głową i położył swoją wiewiórkę na łapach, aby się nie pobrudziła.
– To weź tą. Ja jeszcze pójdę… na spacer. Może coś jeszcze znajdę! – oświadczył Noc, uśmiechając się szeroko.
– Nie. Wracamy do obozu. – oświadczyła jego mentorka. – Na dzisiaj już starczy.
– Ale… – Noc opuścił uszy po sobie. – Niedługo przyjdzie pora nagich liści i… zwierzyny będzie coraz mniej. Lepiej najeść się teraz!
– Tak, ale byłeś na wczorajszym wieczornym patrolu i potem dzisiaj porannym patrolu, teraz na treningu i dodatkowo na polowaniu. Idziesz do obozu i zażywasz drzemki! – Tropiąca Łaska pomachała na niego łapą z wyraźną dezaprobatą jego stylu życia.
– No dobrze. – A Noc nie był kotem, który by się z nią bardzo kłócił.
– Zresztą. Niedługo nie będzie tak częstych treningów. – dodała kotka, kiedy już szli w kierunku obozu. Noc otworzył szeroko oczy.
– Jak to? – spytał się nieco niewyraźnie z winy zdobyczy między zębami.
– Myślę, że jeszcze chwila, a będziesz gotowy na egzamin. – kiwnęła mu głową i zapadła cisza. Nocna Łapa szedł całkowicie pogrążony w myślach. W obozie kot odłożył wiewiórkę na kupkę ze zwierzyną i przysiadł sobie gdzieś z boku obozu. Usytuował się całkiem niedaleko żłobka, bo tam resztki słońca sięgały najmocniej o tej porze dnia.
Siedział chwilę jeszcze zanim się położył. W swojej głowie powtarzał słowa swojej mentorki o egzaminie. Niedługo będzie gotowy! Jakież to ekscytujące! Tylko… z kim będzie walczył? Gruba Łapa zalegał w treningach. Chuda Łapa był teraz uczniem medyka! Księżycowa Łapa była chyba najbliżej jego wieku, jednak nadal była od niego dużo mniejsza i młodsza. To samo z siostrami, Zwęgloną Łapą oraz Kryształową Łapą. Obie mogłyby z nim walczyć, w końcu ćwiczyły dobrze, ale miałby nad nimi niesprawiedliwą przewagę wieku i wielkości! Czyli… być może zostanie wyznaczony mu wojownik lub… jego mentorka! Miałby walczyć z Tropiącą Łaską? Och…
Nocna Łapa był tak głęboko pogrążony we własnych myślach, że kompletnie nie zauważył kulki jasnej sierści niedaleko jego ogona. Na kociaka zwrócił uwagę, dopiero kiedy ten ugryzł go we wspomnianą część ciała. Noc nastroszył się jak sowa i odwrócił głowę zaskoczony.
– Auć! – poskarżył się nieco. Kocięce ząbki nie były bardzo przerażające czy bolesne, ale nadal nieprzyjemne. Kocię puściło jego ogon i syknęło w jego stronę. Cóż za… charakterek. – Odważnie jak na kogoś twoich gabarytów, mała. – Noc zaśmiał się w jej kierunku. Kociak zamilkł na chwilę i zaraz patrzył się na Noc, jakby chciał go zabić wzrokiem.
– Przepraszam? – noc uniósł brew. Nie bardzo wiedział za co przeprasza, ale najwidoczniej obraził tego kociaka czymś. – Jak się nazywasz?

<Bielinko?>
[531 słów]

[11%]

Nowi Członkowie Pustki!


BUKSZPAN
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zatrucie, odwodnienie

Odszedł do Pustki!

AMBROWIEC
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zatrucie, odwodnienie

Odeszła do Pustki!

Od Ulewnego Szkwału

Był już wojownikiem, a reszta jego przyjaciół uczniami, korzystając więc ze swoich przywilejów, poszedł na samotny patrol wzdłuż dolnych terenów Klanu Nocy. Planował on iść do Opuszczonego Cmentarzyska, by zobaczyć na własne oczy trupy dwunożnych i ich kości, ciekawe co musiało ukrywać w środku takie monstrum, skoro chodziło na dwóch łapach? Chociaż nie chciało mu się jednak aż tak grzebać w zwłokach, wolał po prostu popatrzeć na to miejsce by je znać orientacyjnie, w końcu to też była jakaś część terenów Klanu Nocy i byłby to wstyd nie znać całego terenu. Aktualnie zmagał się ze Zrujnowanym Mostem, gdzie wszędzie drobinki drzew były porozrzucane, skakanie z jednego na drugiego było dość trudne, nie mówiąc, że niektóre części miały spiczaste krawędzie, na których nadzianie się nie byłoby przyjemnym doświadczeniem. Czemu skakał w sumie jak głupek po tym? Tylko się męczył, dodatkowo nie było dla niego wygodne dotykanie drewna, sama ta czynność przyprawiało go o dyskomfort. Wskoczył do wody, płynąc w stronę cmentarzyska, by przyjrzeć się terenom, które były bardziej zalesione i mniej piaszczyste.

***

Będąc w głębi lasu, słyszał za sobą szum rzeki, którą już przepłynął, ten szum, Szumek. Tylko co ma związanego z tym Szumek? W sumie to lubił go jako kolegę, a za niecały jeden księżyc miał być uczniem. Zastanawiał się, czy też samemu go nie wyprostować, mógłby go nauczyć wiele rzeczy, które sam poznał podczas treningu, łowienia ryb, walki i wiele innych rzeczy! Był dosyć młody, ale czuł, że dla Klanu Nocy mógłby to zrobić! Zwłaszcza obawiając się, że ktoś nieodpowiedni mógłby go szkolić i powiedzieć mu choćby, że czekoladowe koty nie są złe, co jest kłamstwem. Dlatego jako przykładny wojownik nie mógłby sobie na to pozwolić, tylko czym Mandarynkowa Gwiazda dałaby mu ucznia? Skoro średnio przepadała za Mewim Puchem? Wątpił w to.

***

W końcu! Zobaczył na własne oczy Opuszczone Cmentarzysko, które… Nie zrobiło na nim wrażenia, były to tylko płaskie kamienie ustawione pionowo z dziwnymi szlaczkami, których kocur nie rozumiał. Był tym zawiedziony, już Kolorowa Łąka była ciekawszym miejscem niż te, hieroglify dwunożnych. Jak dobrze, że chociaż rzeka była blisko, to mógłby coś złapać i zjeść, a potem ponownie coś złapać i wrócić z tym do obozu. Przecież też potrzebował sił, by wrócić do domu, a jak zje małą rybkę, a większą da innym, to wtedy nie będzie to grzechem. Spokojnym spacerkiem tupał w stronę rzeki, mijając kilka drzew, teren nie był zbyt zarośnięty nimi, więc było więcej widać, akurat też w okolicy była jedyna brzoza, jaką widział. Drzewo z białą korą rzucało się łatwo w oczy. Patrzył przez chwilę, na to nieregularne drzewo zastanawiając się niby, czemu jako jedyne ma biały pień i co sprawia, że jest taki biały, choć widział, że z daleka miało jakieś czekoladowe plamy, które nawet się ruszały. Chociaż… przecież plamy się nie ruszają na drzewie, dodatkowo z tego, co wiedział, to brzoza nie miała czekoladowych plam, to co on niby tam widzi, co mu wzrok robi za figle? Podszedł bliżej i wytężyłwzrok, by zauważyć przy drzewie, jak jakiś czekoladowy kot zbierał zioła, ukrył się szybko w krzaku, aż zaczęło się w nim gotować. Co on niby robił na Klan Gwiazdy tutaj?! To nie jego teren, oczywiście, żeby nie było tego mało, zza ogona kocura wyłoniła się ryba, wstrętny czekokot.
„Już dam taki wycisk temu błotnistemu ścierwu, że będzie własną matkę wołać!” Klnął w myślach, tego kota. Bez żadnego planu wojownik wylazł z krzaków i szybko podbiegł do czekoladowego, oczywiście ten nie zareagował zbyt szybko, więc Szkwał trzasnął jego łbem o pień drzewa, że aż samotnikowi poleciała krew z nosa, która zaczęła spływać na liście o ciepłych barwach.
— Jak śmiesz kraść czekoladowa przybłędo! — Przytrzymał go, już przekładając łapę na jego kark. Przerażony starszy samotnik patrzył na niego swoimi pomarańczowymi oczami, nie wiedząc, co się dzieje.
— Przep-przepraszam! Nie chciałem niczego kraść! Ja tylko chciałem wziąć tego trochę. — Kocur nie dokończył, bo Ulewny Szkwał bardziej przycisnął łapę do jego gardła, co uniemożliwiło samotnikowi prawidłowe oddychanie.
— Mówisz trochę? A rybką też się raczyłeś poczęstować, i to jeszcze z naszej rzeki! Zapchlony kłamczuch, ja już znam te wasze numery! — Czekoladowe kłamczuchy, już było widać z długości lisiego ogona, że coś śmierdzi, a po tym szczególnie w odległości biciu serca. Niebieski kocur tylko rozluźnił ucisk, to czekoladowy van wyślizgnął się, biegnąc w stronę rzeki, Ulewny Szkwał już miał iskry w oczach.
— Wracaj tu! — Młody wojownik gonił starszego, kocura przez gęstwinę drzew, deptał mu po łapach, tak był blisko! Tylko jakoś nie umiał go zatrzymać. Czekoladowy samotnik biegł w stronę rzeki, Szkwał domyślił się, że mógł biec w stronę ziem niczyich. Jeśli go szybko nie złapie, to nieznanemu kotu się upiecze. Przy granicy rzeki Ulewny Szkwał skoczył na samotnika, żeby ten czasem nie wskoczył do wody i nie odpłynął. Tak przeturlali się do wody, a wojownik przygniótł starszego w wodzie, topiąc go. Czekokot rozpaczliwie machał łapami, drażniło to bardzo Szkwała, bo co chwilę jakąś łapą dostawał po policzku, więc postanowił mu jedną ugryźć, następnie można było usłyszeć trzask, a samotnik w wodzie bardziej otworzył pysk, z którego wypłynęło dużo bąbelków. Widział już, że ten się nie obroni, więc chwycił za jego złamaną łapę i zaciągnął go na brzeg, rzucając nim na ziemię.
— Myślałeś, że mi uciekniesz cwaniaczku! Ale nie, jako wojownik nie pozwolę ci tak łatwo uciec za kradzież naszych dóbr. — Samotnik zdawał się go nie słuchać, tylko wił się z bólu, sycząc, nie był w stanie już się oddalić od niego, jedna z jego łap została złamana, a kulejąc, daleko nie dojdzie. Ulewnego Szkwała oczywiście irytowało, że te coś tak ryczało, jakby miało umierać.
— Przymknij się, bo dam ci powód do płaczu! — Walnął go mocno w bok, a następnie podniósł wysoko łapę z wysuniętymi pazurami.
— AAAA!! Oszczędź mnie! Nie chcę umierać! Obiecuję, że już tu nie przyjdę, al–ale pozwól mi odjeść, p-proszę... — mówił rozpaczliwie, a łzy się zbierały w oczach. Zapewne złamana kończyna musiała go strasznie boleć, spojrzał wokół siebie, nikogo nie widział. Co teraz zrobić z nim? Zbyt niehumanitarnie byłoby go zostawiać na środku jakiegoś terenu, sądził, że to Mandarynkowa Gwiazda musi zadecydować co z nim zrobić, samotnik zasłużył na karę za kradzież zwierzyny i ziół, które nie należały do niego.
— Idziesz ze mną, nie pozwolę, byś bezkarnie tu leżał. — Podszedł blisko do starszego, ten ze strachu bardziej się zwinął w kulkę, na szczęście jego kark był widoczny, więc chwycił go zębami i ciągnął go tak do Klanu Nocy. Zapowiadała się dosyć długa przechadzka z powrotem.

***

Targanie starucha przez długi czas było bardzo ciężką robotą, już go plecy bolały, a nie miał nawet stówki! Ciągnięcie go przez rzekę kilka razy było najgorsze! Musiał nieść go na plecach, by upewnić się, czy się nie wyślizgnie mu się, kocur nie wydawał się mieć w sobie jakiegoś życia, był sparaliżowany strachem, może myślał, że on go zabije? Nie mógł mu powiedzieć, co czeka tego błotniaka, trzymał jego kark za zęby, więc nie mógł za bardzo gadać. Na szczęście przepłynął jeszcze kilka wysepek prowadzących do obozu i czuł się jakby, był w domu! Bo w sumie był w domu, ale teraz przynajmniej był bardziej rozluźniony, wszedł do obozu, od razu koty zaczęły patrzeć, jak ciągnie za sobą intruza, niektórzy byli obrzydzeni, a jeszcze inni zaskoczeni. Ulewny Szkwał jednak zignorował spojrzenia współklanowiczów, docierając do legowiska przywódczyni. Wszedł on dosyć nieproszenie do jej pnia, gdy był już w środku, to zauważył, że Mandarynkowa Gwiazda leżała w swoim posłaniu, Ulewny Szkwał tylko opuścił ciało a Mandarynka, obróciła się w jego stronę z zaskoczeniem w oczach.
— Co to ma być w moim legowisku? Dlaczego mi przyniosłeś tego kota i kim on jest, na Klan Gwiazdy! — To pytanie brzmiało jak obelga w stronę Szkwała, wskazała ona na leżącego czekoladowego kota, który wyglądał, jakby duża mu odleciała.
— Ja wszystko wyjaśnię, wasza wysokość! — Ukłonił się do niej, bo zapomniał i zaczął szybko gadać. — Byłem na samotnym patrolu i akurat patrolowałem Opuszczone Cmentarzysko, zrobiłem w tym miejscu przystanek, bo chciałem coś upolować. Po rybie chciałem patrolować dalej, ale nawet do rzeki nie dotarłem i przy brzozie zobaczyłem tego szkodnika! Widziałem, jak zbierał zioła, ale nie tylko to! Złowił rybę z naszej rzeki na naszych terenach! Ani trochę wstydu na jego pysku, robił to, co chciał! Nie byłem temu obojętny i przygwoździłem go do drzewa, ale ten oczywiście mi uciekł, ale szybko go obezwładniłem, łamiąc mu łapę, też dałem mu porządny wycisk nie tylko tym. Jednak stwierdziłem, że nie może uniknąć kary, więc przyszedłem z nim do ciebie Mandarynkowo Gwiazdo! — Nie starał się kłamać, bo wtedy czekoladowy mógłby jego zarzuty próbować obalić, a nie chciał już dodatkowo słuchać zawodzącego czekoladowego kota. Sądził, że przywódczyni go pochwali, ale srebrna kocica patrzyła na jego zdobycz z niesmakiem.
— Dobrze, tylko po jakiego grzyba on jest aż tak poturbowany? Czy ty nie zdajesz sobie sprawy, ile ziół nasi medycy muszą zmarnować na tę przyssawkę! — Przywódczyni tylko westchnęła zawiedziona, przecież on nie chciał jej zawieść! Była dla niego autorytetem.
— Przepraszam, Mandarynkowo Gwiazdo. Nie chciałem urazić ciebie. — Wojownikowi wydawało się, że przywódczyni go słucha, ale tak naprawdę Mandarynce zwiewały jego przeprosiny.
— Zanieś go do Różanej Woni, przekaż jej, że ma użyć jak najmniej ziół na niego, gdy będzie w miarę sprawny, to zostanie naszym więźniem. Jeśli to tyle to wyjdź z nim. — Wojownik skinął tylko głową do przywódczyni.
— Postaram się, by Błoto nie robił problemu, chodź Błoto, idziemy do medyka. — Wyciągnął znowu go za kark, a następnie szybko się wyniósł z legowiska Mandarynkowej Gwiazdy. Nie wiedział, w sumie jak ten samotnik miał na imię, jednak nie chciał go nazywać go na “Ty”, bo było już dla niego lekko irytujące, a o jego imię nie zamierzał się pytać. Okrążył znowu źródełko, żeby dotrzeć do legowiska medyka, zaś musiał spotkać się z tymi samymi spojrzeniami. Miał nadzieję, że koty były z niego dumne, w końcu zło trzeba bić na kwaśne jabłko! Gdyby nie on to Błoto by wykradł ich wszystkie zioła. Nie mieliby wtedy czym w ogóle leczyć, będąc już przy wejściu lecznicy, spotkał się z Różaną Wonią, która posłała mu krzywe spojrzenie.
— Czemu przyprowadzasz mi obcego kota do lecznicy? — Kolejne pytanie i zaś kolejne tłumaczenie, czy mogliby po prostu przejść rzeczy? Na serio już kark go bolał. Opuścił ciało Błota.
— Ten samotnik kradł nasze zioła i zwierzynę, poszedłem z nim do Mandarynkowej Gwiazdy. Dostałem instrukcję, żeby z nim przyjść do lecznicy, też miałem przekazać, żeby zużyć na niego jak najmniej ziół. Jeśli będzie sprawny, to Mandarynkowa zdecydowała, że zostanie więźniem, z tego, co mi powiedziała. — To chyba wszystko, niczego nie przeoczył, choć nadal nie mógł zapomnieć, jak jego ulubiona przywódczyni go opierniczyła. Z niechęcią starsza medyczka przyglądała się mu.
— Daj mi go na pierwsze lepsze posłanie. — Ulewny Szkwał znowu wziął ciało starszego i poszedł za starszą medyczką. Księżniczka pokazała mu niezbyt dobrze zadbane posłanie, było widać, że trzeba było je wymienić, zwłaszcza mech, ale to był czekoladowy kot, więc nie będzie walczył o prawa dla zła wcielonego. Rzucił go i skinął głową Różanej Woli i reszcie medyków, Gąbczastej Perły i Klekoczącego Bociana.
Nie zwrócił jednak uwagi na ich reakcje, bo delikatnie Różana mu zasygnalizowała ogonem, że już nie jest potrzebny w lecznicy, więc wyszedł. Wychodząc z lecznicy, już chciał odpocząć, jego bolący kark tego potrzebował, ku jego zdziwieniu koty zaś stały się żywsze, tym razem nie on przykuł uwagę, tylko zobaczył jakiegoś rudzielca, który jest otoczony przez resztę kotów. Był on dymnym vanem z zielonymi oczami i długimi futrem.
”Następny samotnik się tu dostał? Jak on do licha się tu dostał?! Jak dobrze, że to nie problem, który będzie na mojej głowie!”, pomyślał, pewnie jakiś uczeń, który był nieostrożny, przyprowadził kolejny problem do ich klanu. Chociaż… czekaj… zaczął się gorączkowo obmacywać po swojej lewej stronie ucha, czuł, że mu kwiat ubył, chciał się upewnić czy to prawda, sprawdzając go. Wziął go do łapy, ale miał tylko przy sobie jeden płatek, zostały mu tylko dwa kwiaty, co się stało niby z trzecim? Pewnie go zostawił przy rzece, gdy bił się z Błotem. Zestresowany spojrzał na rudzielca przy wejściu z obozu, może to on go zwabił do obozu, a czekoladowy miał jeszcze przy sobie wspólnika, to pewnie jakiś zbieg okoliczności. Odszedł od miejsca zdarzenia, starając się znaleźć miejsce do wyciszenia się, bo teraz był przebodźcowany stresem i wstydem, który go zjadał.

Od Mandarynkowej Gwiazdy

Początkowo myślała, że kłótnia z Wężyną bardziej odbije się na jej rzeczywistości. Jednak minęło parę księżyców i nic szczególnego się nie działo. Oczywiście nie rozmawiała już z byłą przyjaciółką, ale po tym wszystkim i tak nie miała na to ochoty. O ile początkowo czuła się zdradzona i rozgoryczona, teraz udawało jej się po prostu wyprzeć egzystencję szylkretki ze swoich myśli. I mimo że nadal każda wzmianka o Wężynowym Kle powodowała u niej ból, to nadal nie było tak źle, jak myślała, że będzie. Powoli zaczęła wracać do rutyny. Wstawanie o świcie, układanie sobie futra, raport od Błękitnej Laguny (z którym nadal niezbyt naprawiła relacje), rozmowy z różnymi kotami, ewentualne zebrania klanu i od nowa. Większość kotów może byłaby takim życiem znużona, ale w tej chwili to było to, czego Mandarynka potrzebowała. Po księżycach ciągłych zmian i próby utrzymania wewnętrznej równowagi, balansując pomiędzy odpowiedzialnością za klan i własnym dobrobytem, wreszcie miała chwilę wytchnienia. Niestety nawet mimo tego dawna Mandarynka nie mogła przejąć sterów. Przywódczyni spychała swoje prawdziwe “ja” na dalszy plan. Tylko w ten sposób mogła kierować klanem. Siedziała w swoim legowisku wewnątrz pnia sumaka, delektując się błogim spokojem. Nie mogła za bardzo liczyć na cieplutkie promienie słońca i ćwierkanie ptaków ze względu na obecną porę opadających liści, ale sama świadomość, że miała spokojny kącik osłaniający ją od chłodu, budził w niej małą iskierkę radości. Wtem usłyszała chrząknięcie, które zakłóciło jej sielankę.
— Wejdź Błękitna Laguno — powiedziała, powstrzymując się od zaciśnięcia zębów. Od czasu pominięcia ceremonii Flaminga i nieuczynienia go częścią rodu królewskiego zastępca wydawał się dużo bardziej spięty, szczególnie podczas rozmów z nią. Ona też już mu nie ufała. Ich silna więź matki z synem, na której podstawie uczyniła go zastępcą, już w sumie nie istniała. Zaufanie, którym obdarzyła go na przykład podczas zlecenia zabójstwa Baśniowej Stokrotki, wyparowało. Ale kto mógł ją winić? Laguna za każdym razem schrzaniał wszystko, co mu powierzyła lub wychodził z inicjatywą, która miała zły rezultat dla niej. Powoli zaczęła zastanawiać się nad zmianą zastępcy. W końcu, jaki miało sens trzymania tak niekompetentnego kota na tym stanowisku? Jaki miało sens trzymanie kota, który być może planował zamach na jej życie, na stanowisku doradcy? Na razie jednak wstrzymywała się od tych decyzji. Musiała je jeszcze dużo bardziej przemyśleć. W końcu kandydatów nie było za dużo. Siostry nie zamierzała prosić. Tak, byłaby świetna jako zastępczyni, ale czuła, że Alga nie powinna się już zamęczać większą ilością obowiązków. To ona jako młodsza kotka wybrała władzę ponad wszystko i teraz musiała żyć z konsekwencjami tych decyzji. Nie chciała, żeby siostra musiała się przepracowywać ze względu na jej kaprys. Szałwiowe Serce też odpadał. Pomimo tego, że miała do niego kilkukrotnie większe zaufanie niż do czarno-białego syna, Klan Nocy nadal nie był w stanie mu zaufać po jego zdradzie. Próbowała to naprawić, ale jak zwykle powierzyła zadanie Lagunie i nic z tego nie wyszło. Dodatkowo nie wiedziała, czy point sam chce wyjść na prostą. W końcu ona nic nie wskóra, o ile wojownik sam nie będzie próbował. Została Czyhająca Murena. Niby bezpieczny wybór, brała ją pod uwagę podczas pierwotnego wyboru zastępcy. Była szanowana i miała syna. Nadal jednak nie wiedziała, czy może jej ufać po wyborach na przywódcę i jej pierwotnym głosie na Algę.
— Czyhająca Murena przyszła na rozmowę. — Niebieskooki od razu przeszedł do sedna. Najwyraźniej wolał, żeby ta interakcja była jak najkrótsza. Srebrna podzielała to zdanie.
— Niech wejdzie.
Kocur skinął głową i wyszedł, a po chwili na jego miejscu pojawiła się jej pomarańczowooka córka.
— Witaj Czyhająca Mureno.
Wojowniczka skinęła głową na powitanie.
— Witaj, masz może czas na spacer? Chciałabym porozmawiać o czymś na osobności.
Nie było w tym nic dziwnego. Dawno nie rozmawiały, więc to logiczne, że Murena mogłaby chcieć coś omówić. Ona jednak nie miała zbytnio ochoty na wyjście z legowiska o tak wczesnej porze. Wolała mieć teraz czas w samotności na przemyślenia. Nie mogła też raczej wyjść z nią wieczorem ani w środku dnia, bo wojowniczka pewnie byłaby na patrolu. Lepiej było przesunąć to na następny dzień i poinformować Lagunę o tym, żeby nie wysłał czarno-białej na patrol w czasie ich spotkania. No i żeby patrole omijały miejsce, gdzie będą. W końcu miała to być rozmowa prywatna.
— Dzisiaj jestem zajęta. Proponuję jutro przed wyruszeniem porannych patroli w okolice Zrujnowanego Mostu. Od strony Brzozowego Zagajnika.
Kącik ust wojowniczki uniósł się lekko.
— Powiadomię Błękitną Lagunę. — Przywódczyni odprawiła kotkę, a ta wyszła.

***

Następnego dnia tuż po porannej toalecie ruszyła na umówione miejsce spotkania. Chłodne powietrze w połączeniu z mokrym futrem po wypłynięciu z obozu powodowało ciarki przechodzące z jednej części ciała na inną. Atmosfera była… na pograniczu niepokoju i kojącego spokoju. Było cicho. Z kluczami ptaków już dawno poza terenami klanu jedyne odgłosy, jakie Mandarynka mogła w tej chwili słyszeć to dźwięk własnych kroków i szum płynącej rzeki. Z jednej strony relaksujące, z drugiej przerażające. Ona należała do grupy kotów, które wstawały rano, więc odbierała to raczej w ten pierwszy sposób. Kiedy dotarła na miejsce, zauważyła, że była pierwsza. No nic. Musiała poczekać na Czyhającą Murenę. Na pewno przyjdzie na czas. Usiadła na brzegu rzeki idealnie pomiędzy dwoma pierwszymi słupami Zrujnowanego Mostu. Wszystko było otulone mgłą, unoszącą się nisko nad wodą. Nic dziwnego. W końcu był bardzo wczesny ranek. Owinęła ogon wokół łap, starając się wygładzić swoje zmierzwione ze względu na chłód futro. Kiedy skończyła, pochyliła się nad taflą wody, próbując się przejrzeć. Widoczność blokowała jej jednak warstwa mgły. Pochyliła się, więc bardziej, prawie dotykając nosem wody. Wtedy usłyszała ciche kroki. Planowała odsunąć pysk od tafli i obrócić się, żeby przywitać Czyhającą Murenę, ale to wydarzyło się za szybko. Nagle zobaczyła w odbiciu białą łapę, zanim zdążyła zareagować, poczuła nacisk na tył swojej głowy, a po chwili wilgoć i chłód otaczający całą jej głowę. Udało jej się zauważyć bąbelki powietrza, które zaczęły uciekać z jej ust i pyska. Miała wrażenie, że zobaczyła też szczupaka płynącego w jej kierunku. Zdążyła tylko zacząć się wyrywać, zanim… Ciemność.

***

Zaczęła odzyskiwać przytomność. Zamrugała kilka razy, zanim była w stanie przyzwyczaić się do światła. Poczuła trawę pokrytą rosą pod łapami i wszechobecny chłód. Rozejrzała się. Wiedziała, gdzie jest. Ten widok napełnił ją lekką ulgą, która po chwili zniknęła zastąpiona przez przerażenie. Była w Klanie Gwiazdy. Na widok kręgu kotów o gwieździstych sylwetkach, który powoli zaczął formować się wokół niej, zjeżyła się ze strachu, a łzy zabłyszczały w jej oczach. Nie żyła. Jej pysk znajdował się pod wodą, nie miała jak uciec! To koniec! Straci wszystkie swoje życia! Zacisnęła mocno oczy, nie chcąc się rozpłakać. Nie udało jej się. Łza pociekła po jej policzku. Zwiesiła głowę, chcąc ją otrzeć i wtedy to zauważyła… Jej łapy nie były pokryte gwiazdami. Nadal żyła! Uniosła łeb. Poczuła iskierkę nadziei, chociaż nadal była kompletnie zagubiona. Pierwszym kotem, który wystąpił z kręgu dusz była… Wirująca Lotka. Kotka miała na pysku wyraz pełny smutku.
— Mandarynko, córeczko…
Srebrna zwiesiła głowę. Wiedziała, jak się potoczy ta rozmowa. Już ją raz przeżyła. W tym momencie nie przypominała wielkiej przywódczyni Klanu Nocy. Była tylko zagubionym kociakiem.
— Popatrz na mnie… — poprosiła jej matka, ocierając łapą kolejną łzę spływającą po jej policzku. Mandarynka uniosła lekko łeb, nadal patrząc na Wir tylko kątem oka. Nie była w stanie zrobić nic więcej. Tak bardzo się wstydziła. Zmarła karmicielka westchnęła.
— Proszę, pomyśl, co robisz. Nie wierzę w to, co się z tobą stało… — Po tych słowach wycofała się i ponownie wmieszała się w tłum zmarłych kotów, tak że Mandarynka nie mogła już jej dostrzec. Z tłumu wyszła inna postać, dobrze jej znana. Srocza Gwiazda.
— Mandarynkowa Gwiazdo, niedługo się obudzisz z jednym żywotem mniej. Bądź czujna, żeby taka sytuacja się nie powtórzyła. — Kocica odwróciła się od niej, żeby wrócić do kręgu kotów.
— Nie zostawiaj mnie tak! Powiedz mi, co się stało! Jak? Czemu? — krzyknęła w akcie desperacji. Sroka przystanęła i odwróciła pysk w jej stronę. W tym momencie jej wizja Klanu Gwiazdy zaczęła się zacierać. Wracała do żywych. Ostatnie co usłyszała to:
— Musisz sama do tego dojść Mandarynkowa Gwiazdo. Zastanów się, komu możesz ufać.

***

Zaczęła kaszleć. Woda powoli opuszczała jej płuca. Otworzyła oczy, wstała i odwróciła się od rzeki. Myślała, że zobaczy tam Czyhającą Murenę i będzie musiała się zastanowić, czy zamierza z nią walczyć, czy pobiegnie do obozu, gdzie ogłosi wieści o wygnaniu. Jednak sprawa nie była taka oczywista. Zamiast zobaczyć winowajcę czarno na białym, jej oczy ujrzały dwójkę kotów. Czyhająca Murena rzeczywiście stała tam, jednak pod jej łapami wiła się… Wężynowy Kieł. Co miała zrobić? Nie widziała pyska kota, który wepchnął ją pod wodę. Przetrzepała swoją pamięć w poszukiwaniu jakichś wskazówek. Przypomniała sobie o białej łapie. To niestety nic nie zmieniło, ponieważ łapy obu kotek były w tym kolorze.
— Mandarynkowa Gwiazdo! Pomóż mi! Zobaczyłam, jak Czyhająca Murena cię topi i przybiegłam ci pomóc! — miauczała Wężynowy Kieł. Księżniczka u góry najeżyła się. Zanim jednak dostała możliwość zabrania głosu, Mandarynka powiedziała:
— Zejdź z niej. Wracamy do obozu.
Pomimo zdezorientowania, obie kotki posłuchały rozkazów. W tym czasie przywódczyni toczyła w głowie bój. Nie mogła pozwolić, żeby klan się dowiedział. Nie teraz. Musiała posłuchać rady Sroczej Gwiazdy. Trzeba było zastanowić się, komu mogła ufać. Stąpała po niepewnym gruncie. Z jednej strony myślała, że to musiała być sprawka Wężyny. W końcu to z nią się ostatnio pokłóciła. Z drugiej strony nie wiedziała o spotkaniu, więc jakim cudem miałaby przyjść pierwsza? Inną jeszcze sprawą był fakt, że akurat zauważyła całe zdarzenie, mimo że jej pysk nie powinien być widoczny przez mgłę. No i co robiła karmicielka tak wcześnie tak daleko od obozu? Ale nie mogła jej wyrzucić z klanu tylko ze względu na przeczucie. Miała młodego syna i była blisko z Błękitną Laguną. Jeżeli chodzi o Murenę, co prawda wiedziała o czasie miejscu spotkania, ale Mandarynka uważała, że Wężyna nie dałaby rady jej zepchnąć i jeszcze do tego wywlec jej ciało na brzeg. Tylko Murena miała tyle siły. No i nie była pewna czy zjeżone futro wojowniczki świadczyło o wściekłości na kłamczynię, czy strachu, że jej zbrodnia się wyda. Jej też nie mogła wygnać. W końcu była szansa, że była ostatnim kotem, któremu mogła ufać. Musiała się skupić. Musiała znaleźć odpowiedź na pytanie. Kto ją zabił?

(jak coś to wizja szczupaka jest wynikiem niejasnej pamięci Mandarynki, bo całe wydarzenie działo się bardzo szybko + jest to metafora śmierci)