BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 lutego, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

21 stycznia 2026

Od Kuniego Strumyczka CD. Szałwiowego Serca

Kuni Strumyczek słuchała w milczeniu, pozwalając, by jego słowa opadły między nich niczym ciężkie liście, niesione nocnym wiatrem. Nie przerwała mu ani razu, choć każde kolejne zdanie zdawało się wbijać w jej serce drobną, uporczywą drzazgę. Widziała, jak się garbi, jak jego ogon instynktownie owija się wokół ciała, jakby próbował ochronić się przed światem — i przed nią. A jednak stał tu, nie uciekł, nie zamknął się w całkowitym milczeniu. To już samo w sobie znaczyło więcej, niż był skłonny przyznać.
Przez krótką chwilę nie odezwała się wcale. Spojrzała ponad jego pochyloną głową.
— To nie jest litość — odezwała się w końcu cicho, jej głos był spokojny, lecz stanowczy, niczym nurt strumienia, od którego wzięła imię. — Gdyby tak było, nie stałabym tu teraz. Litość jest łatwa. Współczucie… też bywa puste. Ale przyjaźń? — zawahała się na moment, po czym potrząsnęła lekko głową. — Przyjaźń nie znika tylko dlatego, że ktoś się potknął. Nawet jeśli upadł bardzo nisko. 
Zrobiła krok bliżej, choć nie na tyle, by naruszyć jego przestrzeń. Nie chciała go osaczać; chciała, by sam zdecydował, czy jeszcze potrafi stać obok innych.
— Mówisz, że rozumiesz gniew klanu. Że akceptujesz karę. — Jej spojrzenie spoczęło na jego łapach, wciąż wbitych w ziemię. — Oczywiście. Rozumiesz, że musisz ponieść konsekwencje. I nikt temu nie zaprzecza. Ale nie myl odpowiedzialności z przekonaniem, że przestałeś być wart czegokolwiek.
Jej ogon poruszył się niespokojnie, muskając kamienie pod łapami.
— Wiesz, co najbardziej mnie boli, gdy na ciebie patrzę? — zapytała ciszej. — Nie to, co zrobiłeś. Tylko to, że zachowujesz się tak, jakbyś już sam wydał na siebie wyrok. Jakby Mandarynkowa Gwiazda była tylko formalnością, a prawdziwy sąd odbywał się tutaj — dotknęła delikatnie łapą własnej piersi. — I trwał bez końca.
Zamilkła na moment, pozwalając, by cisza znów zapadła między nimi, lecz tym razem nie była ona ciężka — raczej pełna napiętego oczekiwania.
— Mówisz, że są nocniacy, którzy bardziej zasługują na miano przyjaciela. — Uniosła lekko kąciki pyska, w smutnym, krótkim uśmiechu. — Być może. Ale to nie ty decydujesz, kogo ja nim nazywam. I nie odbiorę sobie tego prawa tylko dlatego, że ty w tej chwili nie potrafisz spojrzeć na siebie łagodniej.
Jej głos stwardniał nieznacznie, choć wciąż był ciepły.
— Możesz „jakoś to przetrwać”, jeśli tego chcesz. Możesz zamknąć się w tym bólu i czekać, aż miną kolejne księżyce. Ale nie mów mi, że nie potrzebujesz nikogo obok.
Kuni Strumyczek spojrzała na niego uważnie, po raz pierwszy od początku rozmowy nie odwracając wzroku.
— Nie przyszłam tu, żeby cię ratować, Szałwiowe Serce — dodała łagodnie. — Przyszłam, bo wciąż jesteś częścią mojego świata. I jeśli naprawdę chcesz wszystko dźwigać sam… to przynajmniej pozwól innym iść obok ciebie, nawet jeśli tylko przez kawałek drogi.


<No, Szałwik! Weź się w garść, dobra?>

Kalinka została adoptowana!

 

Kalinka

Od Niebiańskiej Poświaty do Zwiewnego Maku

Chmury przelatywały leniwie po rozległym niebie, sunąc niczym blade, rozciągnięte pióra nad linią horyzontu, gdzie morze spotykało się ze światłem gasnącego dnia. Słona bryza muskająca futro niosła ze sobą chłód oraz jednostajny szum fal, które z niezmienną cierpliwością rozbijały się o brzeg. Niebiańska Poświata siedziała nieruchomo na wilgotnym piasku, wpatrując się w taflę wody, która mieniła się barwami bursztynu i purpury, jakby sam Klan Gwiazdy rozlał po niej resztki dnia.
Już od dłuższego czasu na swoim karku nosiła nie tylko nowe imię, lecz także ciężar odpowiedzialności — obowiązki, zadania oraz przywileje, które przyszły wraz z nim i których nie sposób było zignorować. A jednak… cieszyło ją to. Cieszyło ją to, że jest już wojowniczką, a jeszcze bardziej cieszyła ją świadomość, że w tej jednej, cichej chwili może odejść od obozowiska, pozostawić za sobą szepty i spojrzenia, by usiąść na plaży, wziąć głęboki oddech i pozwolić, by zachód słońca ukoił myśli.
Każdy taki widok był dla niej jak obietnica — moment, w którym nie musiała już unosić głowy wysoko, by utwierdzać wszystkich w swojej wyższości czy nieomylności. Mogła pozwolić sobie na słabość, na ciszę i samotność, na bycie jedynie kotką zapatrzoną w świat. Choć… cisza ta byłaby pełniejsza, gdyby Kołysankowa Łapa siedział obok niej. Gdyby mogła obserwować, jak jego rude futro płonie ciepłym blaskiem zachodzącego słońca, jakby sam był częścią tego krajobrazu, czymś oczywistym i niezbywalnym.
Odkąd poruszyła temat bengala podczas zgromadzenia, wszystko uległo zmianie. Jej świat zawirował, jakby grunt pod łapami stał się nagle niepewny, a ona sama poczuła się nieważka, unoszona kapryśnym wiatrem losu. Kochała go — miłością cichą, lecz intensywną, w której mieściło się uwielbienie dla jego cudownego, zdobionego pręgami futra, dla jego dobroci, lojalności i gotowości do poświęceń. A jednak księżyce mijały nieubłaganie, a ona wciąż go nie widziała. Z każdym dniem nadzieja na ponowne spotkanie kruszyła się niczym wyschnięta muszla pod naciskiem łapy, choć wbrew rozsądkowi wciąż się łudziła i wciąż przywoływała w myślach jego sylwetkę. Być może tak właśnie działała tęsknota — trzymała serce w ciągłym napięciu, napełniając je jednocześnie smutkiem i marzeniami, których nie sposób było się wyrzec.
Z jej pyska wyrwało się ciche westchnienie, przepełnione rezygnacją, gdy dotarła do niej myśl, że być może będzie musiała pogodzić się z tym, iż nigdy więcej go nie ujrzy. Że tak jak na poprzednim zgromadzeniu, rozpłynie się w tłumie obcych zapachów i sylwetek, aż w końcu stanie się jedynie wspomnieniem. Futro na jej karku nastroszyło się na samą myśl o tym, że kot, którego sekretnie adorowała, mógłby po prostu zniknąć, pochłonięty przez mgłę czasu i granic.
Strzepnęła ogonem, czując, jak w piersi rodzi się bunt, po czym syknęła cicho pod nosem, jakby sama do siebie. Nie. Nie dziś. Nie jutro. Nigdy. Nie będzie dłużej karmić się smutkiem ani biernie czekać, aż los zdecyduje za nią. Złapie go na granicy — tak jak zrobiła to ostatnim razem. I choćby miała czekać dniami i nocami, nie ustąpi, dopóki ponownie go nie ujrzy.
Wypełniona nagłym przypływem energii poderwała się na łapy, strząsając z futra drobne okruszki piasku, które przyczepiły się do niej niczym resztki wahania. Ruszyła w stronę granicy z Klanem Burzy krokiem pewnym, twardym i zdecydowanym, a w jej uszach buzowała cicha radość — myśl o tym, że znów może go spotkać, że choćby na krótką chwilę świat zacznie wirować tylko wokół niej.
Choć jej węch był dużo słabszy niż u większości wojowników, nauczyła się już rozpoznawać, gdzie mniej więcej przebiega niewidzialna bariera oddzielająca jej klan od Klanu Burzy. Ziemia zdawała się tam inna, zapachy bardziej ostre i wyraźne, a cisza — czujna. Była przekonana, że nic nie zdoła jej zaskoczyć, lecz myliła się. Jej mięśnie napięły się instynktownie, gdy zza jednego z gęstych krzewów wyłoniła się smukła koteczka o futrze ciemnym niczym bezgwiezdna noc, splamiona jedynie odłamkami bieli. Ta sama, która wtrąciła się w jej rozmowę podczas jednego ze zgromadzeń, pozostawiając po sobie nieprzyjemne wrażenie.
— O. To ty… Makowa Szkapa… znaczy się Łapa — odezwała się Niebiańska Poświata, a w jej głosie pobrzmiewała chłodna rezerwa, podszyta czujnością, która w jednej chwili przyćmiła wszystkie wcześniejsze marzenia.

<Zwiewny Maku?>

Od Gąski

Przeszłość, opowiadanie powiązane z wcześniejszymi Gąskowymi oneshotami

Niebieski kocur rozpłaszczył się na ziemi, oznajmiając, że się poddaje. Gąska, mimo swoich maleńkich rozmiarów, pokonała starszego i większego kocura, a w dodatku nawet nie musiała użyć siły. Wystarczyło uczepić się jego grzbietu, jego długiej sierści i za nic w świecie nie puszczać. Pręgus spoglądał przed siebie, aż w końcu uniósł spojrzenie na Gąskę, która wciąż utrzymywała się na jego plecach.
– Proszę, pozwól mi odejść...
Gąska przyglądała się samotnikowi, będącemu wspólnikiem kocicy, która ją oszukała. W porównaniu do czarnej koteczki niebieski nie emanował pewnością siebie. Położył po sobie uszy, ewidentnie żałując, że Rosa obłowiła się w tłuściutkie pyszczki, kosztem nieszczęścia Gąski. Bura kotka zniżyła pyszczek na wysokość głowy kocura. Instynktownie zmrużył oczy, napinając przy tym mieście, najprawdopodobniej przygotowując się na atak.
– Ty! Mysi! Móżdżku! – wykrzyknęła do ucha kocura, sprawiając, że prawdopodobnie chwilowo ogłuchł. Kocur poderwał się na równe łapy, zataczając się. Gąska zdążyła zeskoczyć z jego grzbietu, lądując tuż obok niego na trawie.
Nie współczuła mu ani trochę. Razem z siostrą zabawił się jej kosztem, decydując się na kłamstwo, gdy ona próbowała ochronić swoich bliskich. Swoją rodzinę. Cieszyła się, że jednak to ona padła ofiarą ich oszustwa, a nie jakiś inny kot. Gdyby wpadli na Jeżogłówkę lub na jej uczennicę, Kasztankę, nie wybaczyłaby im tego.
– Powinnam poinformować wojowników i zwiadowców na temat waszej obecności na naszych terenach! Nie skończyłoby się na kilku siniakach i dzwonieniu w uszach... – prychnęła. – Odejdźcie stąd i już nigdy nie wracajcie, słyszysz? Jeśli jeszcze kiedykolwiek zobaczę wasze zakłamane pyski, gorzko tego pożałujecie.
Nie była dobra w te klocki. Nie umiała grozić. Na dobrą sprawę potrafiła gdzieś w głębi serca im chyba jednak współczuć i rozumieć, dlaczego zdecydowali się na kłamstwa w zamian za otrzymywanie jedzenia. Z tego, co zrozumiała, podróżowali tylko we dwójkę. Byli zdani tylko na siebie i to nie wiadomo od ilu księżyców. Być może już jako małe, kilkuksiężycowe kocięta musieli radzić sobie sami w dziczy.
"Czy gdybym nie trafiła do Owocowego Lasu, również starałabym się wykorzystać naiwność innych kotów, aby przetrwać?"
– Deszcz! – Czarno-biała kotka podbiegła do swojego brata. – Coś ty mu zrobiła... – Wysyczała, obnażając kły i robiąc krok w przód w kierunku stróżki.
– Nic. Jedynie krzyknęłam mu do ucha. Poza chwilowym bólem uszu nic mu nie dolega... – Gąska przybrała koślawą pozycję obronną, gotowa na atak ze strony kocicy. – Zadrwiłaś sobie ze mnie. Ty i on... Naraziliście moich bliskich...
– Żalem byłoby nie wykorzystać naiwnej gąski, która sama wlazła mi pod łapy. – Schowała pazury. Pogardliwie spojrzenie, którym obdarowywała Gąskę, ustąpiło łagodnym, czułym spojrzeniu, gdy wlepiła wzrok w swojego brata. Otarła się o jego lewą stronę pyska, by ponownie łypać na burą szylkretkę.
Wyszeptała coś do brata, by po dłuższej chwili oboje zaczęli kierować się w kierunku terenów niczyich. Odchodzili. Zrezygnowali z walki, zarówno słownej, jak i fizycznej. Gąska przez długi czas obserwowała samotnicze rodzeństwo, a jej ogon raz za razem przecinał powietrze. Była zestresowana, ale również zła. I to chyba po raz pierwszy w życiu! Nawet takich emocji nie odczuwała, gdy dowiedziała się, że Orzeszek oraz Kajzerka nie są jej prawdziwymi rodzicami.
Gdy adrenalina opadła, a po rodzeństwie nie było już żadnego śladu, prócz ich zapachu, ogon Gąski powoli opadł na trawę, a ona sama przygryzła policzek i wlepiła spojrzenie w kałuże u swych łapach. Spoglądała w swoje odbicie ze smutnym wyrazem pyska.
– Naiwna Gąska... – wymamrotała, rozważając w głowie scenariusz, w którym mieszka w jednym z klanów i otrzymuje takie, a nie inne wojownicze miano.
Otrzepała się, decydując się przylizać jeden z odstających na piersi włosków, po czym ruszyła wolnym krokiem z powrotem do obozu. Poinformowała liderkę i zastępców o tym, że udało jej się przepędzić z terenów dwójkę samotników.


Brzoza urodziła!

 Brzoza urodziła trójkę radosnych kociąt!








20 stycznia 2026

Od Strzępka Do Rozkwitającego Astra

Sezon nagich drzew zawitał także i w obozie Klanu Klifu, gdyż pomimo osłony wodnej w postaci wodospadu to nadal morska bryza wkradała się do jaskini w klifie. Nie było najgorzej, lecz wojownicy mogli w jakimś stopniu odczuwać zmiany temperatury, czym nie miał się przejmować taki kociak jak Strzępek. Kocurek całe dnie mógł spędzać w miarę ciepłym legowisku u boku siostry, bądź matki — nawet jeśli ta bywała nieobecna, jej spojrzenie w ich kierunku było przepełnione bólem lub opuszczał rodzeństwo, pozostawiając z nimi Króliczą Prawdę.
Point początkowo nie był przekonany do swojego przybranego ojca, lecz powoli, z czasem stał się dla niego czymś normalnym, częścią rutyny, a nawet jego małego świata, który jak na razie ograniczał się do ścian kociarni. Podobnie było z innymi kotami, które chętnie przychodziły do żłobka, by spróbować się z nimi pobawić lub porozmawiać, co było niepewną kwestią w przypadku Strzępka — ten dość zmienne dni, gdzie o jednej porze lubił przysłuchiwać się opowieścią wojowników, a w inne obracał się do nich plecami, ignorując, jakby byli zwykłym powietrzem.
Kocurek nieco zyskał na swojej pewności co do prostolinijnego i często boleśnie szczerego traktowania innych, kiedy to kociarnię opuściła Postrzępiony Mróz oraz Naparstnica, choć teraz już Naparstnicowa Łapa. Point nie krył swojego zdziwienia i zainteresowania, jakim cudem tak nieskoordynowany ruchowo arlekin został mianowany na ucznia. Wiedza morskookiego ograniczała się jedynie do tego, że w klanie mógł podążyć ścieżką wojownika lub medyka — nic nie wiedział o protektorach, jakby nieświadomie wypierając ich istnienie ze swojej młodej główki. Może raz lub dwa słyszał określenie protektor, lecz ten nie zapamiętał go z jakiegoś powodu.
Młodzik właśnie był pochłonięty turlanie kulki mchu, gdy ta nagle się potoczyła pod łapy szylkretki przez zbyt dużą siłę, jaką włożył w to Strzępek. Kocurek zmrużył swoje ślepia, oceniając wzrokiem kotkę w wejściu do żłobka. Pierwsze, co się rzucało w oczy to to, że miała w bure futro wpleciony kwiaty astry oraz zioła. Napotykając spojrzenie kociaka, posłała mu ciepły uśmiech.

<No Aster, pierwsze koty za płoty>

Od Konwaliowej Mielizny CD. Kasztanka

To już się chyba stało tradycją, że zawsze zaraz po porannym lub popołudniowym patrolu, liliowy brał ze stosu coś dla Nenufarowego Kielichu oraz Złocistego Widlika, ewentualnie dla siebie, lecz przy obecnej porze nagich drzew każda zdobycz się liczyła — dlatego też niektórzy odmawiali w jakiś dzień swojej racji, by wystarczyło dla wszystkich.
Dzisiaj pogoda niezbyt dopisywała, gdyż nisko nad ziemią wisiała gęsta mgła, przez co każdy wojownik musiał uważać, gdzie stawia swoje kroki. Przy trójce kociąt w żłobku łatwo było o wypadek, szczególnie że zawsze się zdarzy jakiś mały uciekinier, którego można zadeptać, a tego raczej nikt nie chciał. Dlatego też Konwalia wolał trzymać się bliżej linii legowisk i trzcinowych murów. Choć w takich warunkach to najchętniej, by siedział w suchym i ciepłym legowisku. Nie był suchą łapą, lecz po prostu wszechobecny chłód jeszcze szybciej przenikał przez jego szatę, kiedy ta była mokra i przylegała do ciała.
Pierwszy patrol składał się z Lśniącej Ikry, Kijankowych Moczarów i Siwej Czapli, nie wliczając do tego młodego wojownika. Ich grupa to były wyłącznie kocury, lecz raczej nikt się tym nie dziwił szczególnie po niedawnym ataku wydry na Nocniaków. Stworzenie te mogło nadal gdzieś przebywać w okolicy i zagrażać pozostałym — już jeden uczeń zginął, więcej nie było trzeba. We czwórkę skierowali się do tunelu w murze, by następnie po paru krokach wejść do wody. Nie było innej drogi na drugą stronę brzegu, nad czym ubolewał liliowy, czując, jak chłód już zakleszcza na nim swoje szpony. Ledwo wyszedł z wody, a momentalnie zaczął niekontrolowanie dygotać — jeszcze nie miał okazji pływać w takich warunkach, a już w szczególności udać się na patrol.

***

Wkraczając do obozu, czuł, jak każda jego kość w ciele dygocze od przenikliwego chłodu, na które był wystawiony jeszcze przez chwilę, nim pospiesznie nie udało się do legowiska wojowników. Dopiero tam rozluźnił szczękę, która dotychczas była napięta, by nie zacząć szczękać zębami — miał wtedy wrażenie, że słyszy go każdy na terenie Klanu Nocy.
Nie zwlekając ani uderzenie serca dłużej, zabrał się za dokładną pielęgnację liliowej sierści, starając się, jak najszybciej pozbyć wody z jej pasem. Dopiero po kilkudziesięciu pociągnięciach językiem chłód zaczął opuszczać jego młode ciało, ustępując ciepłu legowiska, nawet jeśli te było początkowo dość znikome. Po jakimś czasie przeszedł do kolejnego etapu, jakim było ułożenie długiej szaty, by godnie się prezentować. W końcu nauki Borówkowej Słodyczy nie mogą pójść w las.
Kiedy był pewny, że jest gotowy na ponowne opuszczenie legowiska, podniósł się z posłania, by następnie wziąć dwie ukleje i najpierw wstąpić do Nenufarowego Kielichu. Starsza z uśmiechem przywitała młodego wojownika, lecz było widać w tym ciepłym geście ból oraz samotność. Kotka była obecnie jedyną personą, która przebywała w legowisku dla starszyzny. Dlatego też Konwaliowa Mielizna odwiedzał ją tak często, jak mógł — nie wiedział, jak inni członkowie klanu opiekują się żółtooką, lecz uważał, że nie miało to znaczenia, dopóki on często dotrzymywał towarzystwa Nenufarze.
Po długiej rozmowie o błahostkach wojownik podniósł się z ziemi, by z bólem opuścić starszą. Nie chciał jej samej zostawiać, lecz czekał na niego jeszcze jeden kot, ale tym razem w kociarni. Złocisty Widlik także przywitał go z uśmiechem, by następnie przyjąć od niego rybę i w czasie ich wspólnej rozmowy ją spożywać. Ich rozmowa nie skupiała się na jednym temacie, płynęła naturalnie niczym spokojny nurt rzeki. Kiedy to niebieskooki wojownik zauważył, że pewna mała kulka się do nich zbliżyła. Konwalia niemal od razu rozpoznał Kasztanka, który wraz z bratem nieco wyróżniał się, patrząc na to, że ich siostra, Werwa, z wyglądu była niemal małą kopią swojej matki. Kocurek jako jedyny był dymny ze średnią ilością bieli, gdyż ten najwięcej miał Narcyz.
— Przepraszam, czy moglibyście opowiedzieć mi bajkę na dobranoc? Jestem zmęczony, ale nie mogę zasnąć, a nie chcę męczyć mojej mamy, ona pewnie jest bardziej zmęczona ode mnie… Może opowiedzielibyście też i jej? — W końcu niepewny zadał pytanie, kierując je zapewne do Konwalii, gdyż to właśnie na nim przez parę uderzeń serca spoczywały z obawą brązowe ślepia kocurka.
Nieco zdziwiony tą prośbą, spojrzał na przyjaciela, który z ciepłym uśmiechem próbował go przekonać do podjęcia się tego. Lekko zmrużył oczy, mówiąc jasno Widlikowi, że jak coś to on ponosi konsekwencje reakcji młodzika — oczywiście, jeśli ta będzie jedynie negatywna, bo przecież liliowy nie da mu przypisać swoich zasług. Co to, to nie!
— Ależ oczywiście Kasztanku. Powiedz jeno, czego chcesz posłuchać? Mogę coś Ci niestandardowego opowiedzieć bądź legendę o tym, jak powstały koty lub o paziu królowej. Wybierz to, co chcesz usłyszeć z mojego pyska, a tak też się stanie — wymruczał Konwalia, odsuwając, podarowany przez piastuna kawałek uklei, który wrócił ponownie w okolice jego łap. Był wdzięczny, że starszy chce się podzielić rybą, lecz ta była w całości przeznaczona dla niego.

<Kasztanku? Co chce usłyszeć twa dusza?>

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Makowej Łapy

Teraźniejszość

Przez dłuższy czas Kocimiętkowy Wir nie dzieliła się ze swoją siostrą tym, co przeżyła na jednym ze zgromadzeń. Wciąż pamiętała to kłujące poczucie zdrady, jakiego doznała, gdy dostrzegła Króliczą Ułudę z tą obcą kotką, która była jednocześnie tak bardzo podobna do Dyniowej Skórki i tak bardzo się od niej różniła. Nie pamiętała dokładnych rysów jej twarzy – wiedziała jednak, że kotka była na pewno nieco starsza od Królika i w dodatku miała rude futerko, zupełnie jak Dynia. Czy było możliwe, że kremowy kocur specjalnie przylgnął do tej Klifiaczki ze względu na jej podobieństwo do Wilczaczki? Może jednak Królik wciąż za nimi tęsknił i związał się z tą kotką w akcie czystej desperacji? Cóż, nawet jeśli, Kocimiętkowy Wir uważała, że było to bardzo nie w porządku, by tak szybko znajdywać sobie drugą połówkę. Kocimiętka zawsze myślała, że bratnia dusza ma być z tobą na całe życie, ale najwyraźniej się myliła i ten temat był bardziej skomplikowany, niż mogłoby się wydawać. Sama też zastanawiała się, kiedy jej samej uda się znaleźć partnera czy… może i partnerkę. Czy będzie czuła to… coś… od samego początku, czy może rozwinie się to z czasem? Jak ma poznać, czy dany kot jest dla niej odpowiedni i będzie tą bratnią duszą, która zostanie przy niej na zawsze, a nie odejdzie i znajdzie sobie kogoś innego – jak Królicza Ułuda?
Tego dnia Kocimiętkowy Wir postanowiła podejść do swojej siostry. Niedawno udało im się szczerze porozmawiać; wspomnienie tamtego momentu wciąż sprawiało, że rudej na sercu robiło się jakoś cieplej. Cieszyła się, że zawsze miała na kogo liczyć. I tak czasem, ale tylko czasem, myślała nawet, że może bratnia dusza niekoniecznie musi być kimś, kogo kochasz romantycznie. Może Makowa Łapa była jej bratnią duszą, ale tylko platonicznie?
— Cześć, siostro! — przywitała się zielonooka, ocierając się łebkiem o policzek uczennicy. — Jak trening? Lepiej się pospiesz, bo Zalotna Gwiazda nie wygląda na taką, co daje fory! — szepnęła do niej, mrużąc delikatnie oczy. Nowa przywódczyni faktycznie wyglądała na dosyć surową i właściwie przemowa, jaką ich obdarzyła, także nie brzmiała zbyt kolorowo dla kotów takich jak Makowa Łapa. Takich, które w oczach Zalotnej Gwiazdy mogłyby przeszkodzić Klanowi Wilka w osiągnięciu “bezwzględnej siły”. Kocimiętkowy Wir nie chciała nawet o tym myśleć, ale bardzo martwił ją fakt, że ruda kocica wciąż jeszcze nie wygrała żadnej walki, a czas jej uciekał.
— Nie martw się, Kocimiętko. Myślę, że jestem już bliżej niż dalej — zapewniła ją siostra, choć zielonooka wciąż nie była przekonana. — Wilgowa Gorycz uczy mnie nowych rzeczy, więc postępy idą mi bardzo szybko — dodała jeszcze, uśmiechając się subtelnie.
— No dobrze! Powiedzmy, że ci wierzę. Ale w takim razie myślisz, że z kim będziesz walczyć? — zapytała, przekręcając delikatnie główkę. — Może z Cienistą Łapą! Jest w naszym wieku, co nie? Ale to syn samej przywódczyni, na pewno jest całkiem silny… — mruknęła Kocimiętka, trochę się pesząc. Nie chciała, by jej siostra traciła nadzieję na wygraną, ale jednocześnie chciała myśleć realistycznie. — Ale jeśli nie on, to może Cykoriowa Łapa? Wiesz, koleguję się z Ognikową Słotą i słyszałam, że Cykoria jest całkiem krnąbrna, nie przepada za walką i nie uważa na treningach. Pokonanie jej będzie dla ciebie jak upolowanie ślepego wróbla! — roześmiała się, a jej krótki ogonek zadrżał.
Makowa Łapa odwróciła od niej wzrok, nieśmiało się uśmiechając.
— Może. Ale ja sama też nie przepadam za walką… Nie wiem, czy Cykoriowa Łapa naprawdę będzie aż tak słabym przeciwnikiem. Na pewno wyniosła cokolwiek z lekcji Ognikowej Słoty, a ona… wiesz, też jest córką Zalotnej Gwiazdy — wymamrotała, zmiatając kurz z ziemi ogonem.
— Oj, nie marudź! Z kimś w końcu musisz wygrać, ja to wiem! Nigdy nie pozwolę ci stąd odejść, a przynajmniej nie samotnie. Jeśli Zalotna Gwiazda będzie śmiała cię wyrzucić, to tego dnia straci też jednego z wojowników – mnie! Zapewne nasza mama też bez wahania z nami pójdzie — wygłosiła pewnie, nadymając lekko policzki.
Makowa Łapa zachichotała.
— Wiesz, nawet mnie nie dziwi twoja decyzja — mruknęła rudofutra. — Ja na twoim miejscu pewnie zrobiłabym to samo. Już raz straciłyśmy członków rodziny, a ja nie chcę tracić ich więcej… — westchnęła Makowa Łapa, na co Kocimiętka zamarła. Jej serce zabiło szybciej, a przez ciało przeszedł dreszcz.
Na moment w jej uszach zaczął dzwonić głos Króliczej Ułudy, a w umyśle poczęły lśnić kobaltowe oczy tamtej kocicy. Na tamtym zgromadzeniu poczuła się tak, jakby straciła ojca nie po raz pierwszy, lecz już po raz drugi.
— Kocimiętko, wszystko dobrze?
Pręgowana wyrwała się z zamyślenia, podnosząc wzrok na siostrę.
— Tak… tak. Tylko tak sobie przypomniałam, że miałam z tobą porozmawiać na temat pewnej rzeczy i… mogłybyśmy przejść się teraz na spacer — zaproponowała, próbując wyrazem swojego pyska nie zdradzić tego, że wiadomość, jaką przekaże siostrze, wcale nie będzie pozytywna.
— Z tobą zawsze — odparła prędko bursztynowooka, jednak w jej głosie przyczaiła się nutka wątpliwości.
Kocimiętkowy Wir jednak nie zamierzała zwracać na to uwagi. Skinęła głową w stronę wyjścia z obozu i podążyła w tamtą stronę, nie obracając się za siebie. Już rozmyślała nad tym, jak powinna powiedzieć siostrze o tym, co spotkało ją na zgromadzeniu. Powinna być bezpośrednia, czy może owinąć wszystko w bawełnę? Zastanawiała się, jak Makowa Łapa zareaguje na te wieści – i czy tak właściwie nie byłoby lepiej, gdyby nigdy nie poznała… prawdy. Jednak czy nie byłoby to wobec niej niewłaściwe? Mak zasługiwała na to, by wiedzieć, co dzieje się z jej ojcem. Może też, tak jak kiedyś Kocimiętka, myślała, że ich ojciec za nimi tęskni, że je opłakuje i bardzo chciałby je znów zobaczyć? Może ona też wciąż łudziła się, że gdyby spotkali się na nowo, mogliby być szczęśliwą rodzinką. Co, jeśli miała za złe Dyniowej Skórce, że odeszła z nimi do Klanu Wilka, podczas gdy tak naprawdę ruda kocica zrobiła to dla ich dobra?

* * *

Kotkom udało się dotrzeć w okolice Czarnych Gniazd; przez niemal całą drogę szły przyciśnięte do siebie, ogrzewając się nawzajem. Panował mróz i zapewne niewiele brakowało, by tereny klanowe zostały zasypane ciężkim, puszystym śniegiem. To tylko kwestia czasu, aż wszystkie wilczackie łąki i lasy pokryją się gęstą warstwą białego puchu. Zapowiadała się ciężka pora, nadzwyczaj uboga w zwierzynę. Kocimiętka miała tylko nadzieję, że medycy zebrali wszystkie potrzebne zioła jeszcze przed momentem, w którym cała roślinność zamarzła. Byłoby naprawdę słabo, gdyby w Klanie Wilka koty zaczęły masowo chorować.
Kocimiętka przysiadła przy czarnym okręgu. Słyszała, że dawniej te tereny należały do Klanu Klifu, jednak gdy rozpętała się wojna, Wilczakom udało się zagarnąć ten skrawek terytorium od Klifiaków. Ciekawe, jak wtedy wyglądała relacja Dyniowej Skórki i Króliczej Ułudy. Mama nie była zbyt chętna do dzielenia się swoją przeszłością i zarodkiem jej relacji z tatą, więc Kocimiętka mogła się tylko domyślać. Z całą pewnością było to dla nich bardzo trudne. Pewnie mieli tyle ze sobą wspólnego, lecz żyli w klanach, które z jakiegoś powodu się poróżniły.
— Więc o czym chciałaś porozmawiać? — spytała nagle Makowa Łapa, strzygąc ze zniecierpliwieniem uchem. — Chyba zaraz odmarznie mi tu zadek! — jęknęła żartobliwie, przycupnąwszy obok Kocimiętki.
Wyraz pyska zielonookiej był wręcz grobowy. Wpatrywała się ona w głąb klifiackich terenów, jakby z bólem.
— Na jednym ze zgromadzeń… — zaczęła smętnie, pociągając nosem — …spotkałam naszego tatę.
— Nie gadaj! — wtrąciła się Makowa Łapa, aż podnosząc się na równe łapy. — Widziałaś Królika? Na zgromadzeniu? Nie wierzę…! Naprawdę, tę Króliczą Ułudę? — dodała jeszcze, po czym polizała się kilka razy po futerku na klatce piersiowej, próbując się uspokoić.
— No mówię! Też się tego nie spodziewałam. Myślałam, że został razem z Trójokim Zającem w siedlisku! A teraz się okazuje, że jednak żyją sobie w Klanie Klifu i grzeją tyłki… A ponadto… zakładają już nowe rodziny — stęknęła, zwieszając ponuro głowę.
— Jak to zakładają nowe rodziny? Co masz na myśli? — zapytała z niepokojem Makowa Łapa. Kocimiętka czuła, jak ogon jej siostry przecina nerwowo powietrze.
— Nasz tata siedział na zgromadzeniu z jakąś obcą kotką. Był szczęśliwy, śmiał się… — wymamrotała, mrużąc oczy, do których poczęły napływać łzy. Przetarła je łapą.
— Jesteś pewna, że to jego nowa partnerka? A co, jeśli to tylko znajo-
— Nie! Makowa Łapo, ty nie rozumiesz… Ja widziałam jego wzrok. Tego nie da się pomylić! Był jak zakochany kundel! — fuknęła, również wstając z miejsca. Spod zaszklonych oczu spojrzała na siostrę, marszcząc brwi. — Im szybciej pogodzisz się z tym, że on już nie wróci, tym lepiej. Ja z początku bardzo za nim tęskniłam. Moje serce bolało na myśl, że mógł tak potwornie nas zdradzić, ale teraz? Teraz już mnie to nie obchodzi. Zrozumiałam, że niektórym zależy na tym, by jak najszybciej zapomnieć o błędach przeszłości.

<Makowa Łapo?>

Od Konwaliowej Mielizny CD. Klekoczącej Łapy

Przeszłość, niedługo po mianowaniu kocura na wojownika

— Algowa Struga dużo mnie chwali, ale nie wiem, czy nie robi tego, abym poczuł się pewniej. Mógłbym zapytać mojej mamy, wiesz, ją też uczyła. Na pewno umiem już dłużej pozostawać pod wodą i łapie lepsze ryby. Ostatnio złowiłem taką, której łuski mieniły się jak tęcza. Była bardzo ładna... Chciałbym zobaczyć wszystkie ryby na świecie, albo żaby i węże… — przyznał van, a na pysku wojownika pojawił się niewielki uśmiech.
— Ciekawe marzenie Klekocząca Łapo oraz pełne odwagi. Ja będąc niewiele młodszym od ciebie, żem chciał zostać ogrodnikiem w klanie, lecz Mandarynkowa Gwiazda zdecydowała inaczej. Początkowo było mi to w niesmak, gdyż w jednej chwili cała nadzieja została zgaszona, jednakowoż teraz jestem dumny z tego, kim jestem — mruknął Konwalia. — Choć może to dzięki Zmierzchającej Fali. Algowa Struga zapewne też jest wspaniała jako mentorka, dlatego też, jeśli się zastanawiasz czy te pochwały są jedynie, byś poczuł się lepiej, to zapytaj ją. Na pewno udzieli Ci odpowiedzi.

Teraźniejszość

Od patrolu w towarzystwie Algowej Strugi, Klekoczącej Łapy i Zmierzchającej Fali minęło parę księżyców, a w tym czasie nieco się pozmieniało w Klanie Nocy. Odejście dwójki starszych, przybycie samotniczki w ciąży, narodziny trójki kociąt oraz mianowanie nowych uczniów, a także śmierć jednego z nich.
Konwaliowa Mielizna w zamyśleniu obserwował kołysane na wietrze pędy, które w porze nagich drzew nie miały na sobie fioletowych kwiatostanów. Kocur miał wrażenie, że cała przyroda przybrała szare i ponure szaty, próbując także zarazić koty dołującym nastrojem — w przypadku liliowego było to zauważalne, choć ukrywał to pod niechęcią do wychodzenia z obozu oraz zanurzania się w lodowatej wodzie. W taką pogodę o wiele łatwiej się przeziębić przez mokre futro oraz przemarznąć do szpiku kości.
Wraz z kolejnym powiewem wiatru, poczuł, jak zimne powietrze szczypie go w nos — był to minus posłania zaraz przy wyjściu, lecz wojownik nie miał zbytnio, co narzekać. Lubował się w większy odosobnieniu niż inni, dlatego też był gotów ponieść skutki tego, włącznie z warunkami pogodowymi, które częściej go dotykały.
Wtem na widok znajomego vana, podniósł głowę z gęstego ogona, w którym przed chwilą schował swój nos.
— Klekocząca Łapo! — zawołał, czując nagła potrzebne ucięcia krótkiej rozmowy z uczniem. Był ciekaw jak sobie radzi w nowej roli oraz czy młodszy tego chciał, czy może była to decyzja Mandarynkowej Gwiazdy — w końcu tylko koty z rodu mogły zostać medykami, więc każdy potomek był wręcz na wagę złota.

<Klekocząca Łapo?>

Od Konwaliowej Łapy (Konwaliowej Mielizny) CD. Złocistego Widlika

Przeszłość

Po usłyszeniu chęci wspólnego posiłku uśmiech na jego białym pysku nieznacznie się ukazał, lecz po chwili wrócił jego poważny wyraz, jakby ta krótka zmiana nigdy nie miała miejsca. Liliowy z boku wyglądał na przykład kota o stoickim charakterze, lecz on po prostu dusił w środku wszystkie emocje. Nie wiedział czemu, ale jakoś czuł, że wtedy wszystko jest łatwiejsze — w umyśle odgrodził się od innych grubymi murami, które jedynie opuszczał, gdy miał trening ze Zmierzchającą Falą. Przy dymnym czuł, że może być sobą, nie będzie przez to w żaden sposób oceniany.
— Powiedz mi jak tam twój trening? Podoba ci się? — spytał kremowy, gdy przełknął wzięty do pyska kęs. Wcześniej odkładając obie ryby przed piastunem, dając mu wybór, co do zwierzyny, a sam przycupnął obok niego.
— Nie jest to, o czym za młodziaka marzył, jednakże powoli się w tym odnajduje — przyznał, przysuwając do siebie drugą rybę. Przypatrywał się jej łuską, aż w końcu schylił głowę i wziął pierwsze ugryzienie.
— Dogadujesz się z innymi uczniami? — dopowiedział starszy, by po chwili odgryźć kolejny kawałek ryby.
Na to pytanie uczeń jedynie spojrzał na niego przez uderzenie serca, by powrócić do zwierzyny, która nagle się stała bardziej interesująca.
— Konwaliowa Łapo? — Usłyszał po dłuższej chwili, kiedy Złocisty Widlik nie doczekał się odpowiedzi z jego strony.
— Nie zaprzątam sobie głowy tym… — mruknął, spoglądając na ścianę żłobka. Wołał zachować dla siebie to, że po prostu nie czuł się na miejscu, niczym intruz, a jedynym ukojeniem był widok na zasadzoną lawendę przy źródełku, na które miał idealny widok z posłania, zajmowanego w legowisku uczniów.
— Konwalio!
— No co? Mam ciebie, Zmierzchającą Falę i… rodzinę. Nic więcej nie potrzebował — stwierdził, karcąc się w myślach za to krótkie zawahania, nim wymienił czwórkę bliskich kotów. Nie wiedział, czy Widlik widział lub wie o niezbyt przyjemnej rozmowie po mianowaniu go na ucznia, lecz wolał to zachować dla siebie.

Teraźniejszość

Kolejny sezon i kolejne niespodziewane wydarzenia w klanie. Tu nigdy nie było spokojnie, nawet na dłuższą chwilę, a jak już to następowało, to liliowy wojownik czuł pod skórą, że lada wschód słońca to mini. W ostatnich księżycach Konwaliowa Mielizna doznał straty dwójki bliskich kotów, lecz nie pod względem pokrewieństwa — Biedronkowa Polana i Krabowe Paluszki odeszli. W starszyźnie pozostała jedynie Nenufarowy Kielich, więc niebieskooki starał się ją często odwiedzać, by ta nie czuła się aż tak samotna. W dodatku ten równie często zaglądał do żłobka, by porozmawiać z piastunem i przy okazji mieć nieco oko na nową królową — Niedźwiedziówkę. Coś w tej kotce mu nie pasowało, lecz nie wiedział co. Mimo tego do jej kociąt nie miał żadnych uprzedzeń, przecież czemu miałby je mieć?
Właśnie wkroczył do ciepłego legowiska, nie kryjąc bezgłośnego odetchnięcia z ulgą, gdy schował się przed chłodnym powietrzem, panującym w obozie i nie tylko. Akurat pod tym względem to Złocisty Widlik miał się najlepiej, nic tylko grzał swoje cztery litery.
— Witaj Złocisty Widliku — przywitał się, kiedy rozejrzał się i stwierdził, że starsza od nich kotka jest w żłobku. Długo nie zwlekał, nie czekając nawet na pozwolenie, bądź zaproszenie, przysiadł obok piastuna, który właśnie obserwował bawiące się kocięta. Te o mało co nie wpadły na łapy wojownika w drodze do starszego, lecz ten ich sprawnie uniknął.
— Rosną z dnia na dzień — wymruczał, samemu skupiając wzrok na najmłodszych.

<Złocisty Widliku? Jakieś ploteczki może?>