BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Klifu!
(Dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Burzy!
(Dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(Dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 3 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

21 kwietnia 2026

Nowy Członek Klanu Gwiazdy!

Powód odejścia: Decyzja właściciela
Powód śmierci: Zamordowanie przez Cienistą Zjawę

Odszedł do Klanu Gwiazdy!


Od Słonecznego Fragmentu CD. Latającej Ryby

Klan Gwiazdy po raz kolejny skrzyżował jego ścieżkę z mieszkanką Klanu Nocy. Tym razem kotka nie należała do tego całego rodu, z którego słynął sąsiedni klan, ponieważ czarno-biała, lub też biało-czarna, nie posiadała charakterystycznego krwistego odcisku łapy na czole. Była zwyczajnym kotem, tak jak i on. Być może dlatego z łatwością przyszło mu podjęcie z nią rozmowy. Chociaż... przy Mątwie również zachowywał się tak, jakby rozmawiał ze zwyczajną kotką, a nie z księżniczką, w dodatku zapominając o czymś takim, jak przestrzeń osobista i szacunek do kultury drugiego klanu. Cóż , wtedy był uczniem i miał mleko pod nosem. Tym razem nie miał zamiaru popełnić gafy.
Na próżno.
W pewnym momencie parsknął, chcąc stłumić chęć roześmiania się. Czy wszyscy nocniacy, z którymi miał przyjemność rozmawiać pochodzili od tej samej matki? Dostrzegł, jak kocica zmarszczyła pysk, mrużąc oczy.
– Wybacz, nie zamierzałem z ciebie zakpić... A tym bardziej z tobą zadrzeć. – miaknął, tłumacząc się. – Chyba kojarzę cię z ostatniego zgromadzenia... – podjął, chociaż nie mógł być pewien. W końcu większość mieszkańców Klanu Nocy posiadała czarno-białe umaszczenie. Jedna plamka w tą lub w tamtą stronę, i bum, miał przed sobą całkowicie innego kota. Tak samo mogłoby być teraz, gdyby nie charakterystyczny kolor oczu kocicy. To była pierwsza rzecz, na którą zwrócił uwagę i która sprawiła, że poczuł ucisk w sercu. – Nazywam się Słoneczny Fragment. A ty? – Nie uzyskał odpowiedzi. Spojrzenie kocicy jasno mówiło, aby dał sobie siana i spadał.
Zrobił minę zbitego psa, dając za wygraną. Opuścił jako pierwszy granicę, nie chcąc naprzykrzać się nocniaczce, która nie była skora do zaprzyjaźnienia się z burzakiem. Przynajmniej tak sądził.

~~~

Od pierwszego spotkania, które zakończyło się uległą postawą kocura, jeszcze kilkukrotnie przed porą nagich drzew miał przyjemność spotkać Latającą Rybę na granicy. I udało mu się poznać jej imię! Co prawda nie od niej samej, a od niebieskiego kocura, który upomniał ją żartobliwym tonem, aby nie romansowała na granicy z burzakiem. Od tamtej pory dość przypadkowo, czy też nie, wpadali na siebie podczas wykonywania swoich obowiązków względem klanów. Czasami wpatrywali się jedynie w siebie, innym razem zdecydowali się podjąć krótka rozmowę.
– Pamiętasz, jak powiedziałem, że masz dobry wzrok? – zagadnął, podczas jednego z kolejnych ich spotkań. – A jak z twoją pamięcią i węchem?
– W porządku. Do czego zmierzasz?
– Cóż... Nie widziałaś może jakiś czas temu charakterystycznie wyglądającej samotniczki na waszych terenach? Burej z całym białym pyskiem... – zaczął, próbując, jak najlepiej opisać wygląd buraski, jak i jej zapach. Latająca Ryba wydawała się być bardziej rozgarniętą kotką od ostatnio spotkanej nocniaczki przez niego i Burzowe Chmury. Może coś widziała lub wiedziała? Jeśli tak, może by pomogła mu się dowiedzieć dokąd udała się Pacynka i czy była sama lub też w towarzystwie młodych?

*skip do teraźniejszości*
*tw: śmierć*

Z kremowego pyska wydobywał się bliżej nieokreślony charkot, a przekrwione błękitne oczy wpatrywały się w pysk burego kocura. Wilczak cofnął się na lisią długość, panicznie rozglądając się dookoła, za późno pojmując cóż takiego uczynił.
– Wstań... No wstawaj! – krzyknął bury, nachylając się do przewodnika, wpatrując się w niego wyczekująco ogromnymi pomarańczowymi oczami. Jednak kremowy nie ruszył się nawet o centymetr. Przez cały czas tkwił na boku, leżąc w nienaturalnie wygiętej pozycji. Bura łapa szturchnęła przewodnika po grzbiecie. – Cholera... Cholerny Klan Burzy!
Łapy odmawiały posłuszeństwa kocurowi, a obraz przed oczami tracił na ostrości. Zmrużył oczy, biorąc jeden z ostatnich wdechów.
Przybrany syn liderki wilczaków złapał burzaka za fałdę skóry, starając się czym prędzej ukryć go, czy właściwie jego ciało w zaroślach nim do granicy zbliżyłby się patrol graniczny lub łowiecki, zarówno klanu wilka, jak i klanu burzy. Musiał również zamaskować swój zapach, jak i ślady krwi.
Nim Słoneczny Fragment stracił przytomność, wykrzywił zakrwawiony pysk w grymasie.
"Wilczaki mają naprawdę kruche ego."

Zaginęła!

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna zaginięcia: Porwanie przez Dwunożnych

Zaginęła!

Od Nocnego Śpiewaka

Nocny Śpiewak wstał o świcie i zatrzymał się wpół kroku. Jego oczy rozszerzyły się i sierść zjeżyła. Szybko jednak opadła, gdyż Noc przypomniał sobie, że przecież śpi z wojownikami. Cóż to był za mały zawał serca. Kocur wymknął się z legowiska, aby już na zewnątrz rozciągnąć zaspane kości.
Pierwszym zadaniem na jego liście obowiązków był krótki bieg wokół klanu. Zaraz potem porwał mysz z kupki, pożarł ją w paru kęsach i dołączył się do porannego patrolu.
A zaraz po patrolu zajął się poprawieniem własnego futra. Zajęło mu to parę uderzeń serca, więc kiedy skoczył, ruszył do reszty swoich obowiązków.
Zbieranie mchu zajęło mu trochę czasu ze względu na uporczywe deszcze. Odnalezienie suchego kawałka graniczyło z cudem, a jednak jakoś się udało. Był schowany głęboko pomiędzy drzewami, wilgotny, nie suchy, ale też niemokry. Idealny jak na tę porę roku. Niczego lepszego w tej pogodzie nie będzie.
Nocny Śpiewak chwycił tego mchu tyle ile, był w stanie zarzucić na plecy i zanieść w pysku i ruszył do obozu. Tam porzucił trochę mchu u medyka, a resztę zaniósł do legowiska starszyzny.
– Dzień dobry Blade Lico. – przywitał się z kotem, dla którego uzbierał podłoża, gdyż jego obecne już kończyło swój żywot.
– Dzień dobry, Nocny Śpiewaku. – starszy kot podniósł się z legowiska. Noc szybko i sprawnie wymienił jego łóżko na świeże, aby jego stare kości mogły spokojnie odpoczywać. Wyniósł ten stary, śmierdzący mech z legowiska i wyrzucił go w odpowiednim miejscu.
Wracając do legowiska starszyzny, spotkał swojego brata.
– Jak mija dzień?
– Parszywie – padła krótka odpowiedź. Chuda Łapa był wyraźnie niezadowolony. No cóż. Tak to z nim czasem bywa. Nocny Śpiewak zdążył przywyknąć.
W legowisku starszyzny, Chuda Łapa położył niesionego przez siebie ptaka przed Srebrzystą Łuną, z widoczną niechęcią. Noc tylko przewrócił na niego oczami z uśmiechem, drocząc się z nim nieco.
– Nocny Śpiewaku… – zanim Chuda Łapa szczeknął jakiś komentarz w kierunku brata, odezwała się Borsucza Puszcza. – Chciałabym rozprostować kości. – mruknęła.
– Rozumiem. Pozwolisz, że pójdziemy z Tobą? – Borsucza Puszcza łypnęła na niego okiem. Noc nie był w stanie, wyczytać jak się czuła i co chciała mu tym przekazać.
– Możecie. – odpowiedziała spokojnie, po czym ruszyła powolnym krokiem w kierunku wyjścia.
Ten dzień był wilgotny, ale nie deszczowy. Ptaki, które jeszcze nie wyleciały, towarzyszyły ich krokom. Nie szli szybko, ale szli w ciszy. Borsucza Puszcza prowadziła ich mały pochód, zawsze trzy kroki przed młodym wojownikiem i uczniem. Chuda Łapa szedł, powłócząc łapami i ze zmarszczonym nosem. Nocny Śpiewak za to nadstawiał uszu. Las może nie dudnił niebezpieczeństwem, ale nie był też ostoją spokoju. Należało być czujnym.

Ich spacer zaprowadził ich w las. A im dalej w las szli, tym bardziej, gdzieś w oddali coś dudniło.
– Może lepiej nie zbliżać się dalej. – Nocny Śpiewak zawahał się nieco.
– Tak uważasz? – Borsucza Puszcza łypnęła na niego.
– Tak. Słyszałem, że w tamtą stronę dwunożni wycinają las. Myślę, że rozprostowanie kości nie powinno się wiązać z ryzykowaniem zdrowia lub życia.
– No dobrze. Wracajmy więc. – starsza kotka machnęła ogonem. Czy się uśmiechała, czy nie, nie miało to znaczenia. Ich spokój przerwały kroki i nagłe głośne krzyki. Nocny Śpiewak poczuł obce ręce na swoim ciele, zanim zdążył pisnąć. Obce stworzenie podniosło go z runa leśnego, warcząc coś niewyraźnego. Nocny Śpiewak nastroszył się jak sowa.
– Dwunożni! – Borsucza Puszcza prychnęła głośno i Noc mało się nie zakrztusił powietrzem. To był dwunóg?! O nie! I go trzymał?! Tak być nie może.
Noc wygiął się, wysuwając pazury. Zamachnął się w kierunku tego potwora, nie trafiając za pierwszym razem. Ale zaraz potem uderzył drugi raz, w te…dziwne łapy, które go trzymały. Dwunóg wydał z siebie przedziwny dźwięk i poluzował uścisk. Nocny Śpiewak wbił swoje kły w oprawcę i zaraz wylądował w runie, rzucając się na drzewo. W dwóch susach znalazł się poza zasięgiem tego stwora. Wtedy też mógł przyjrzeć się poprawnie sytuacji. Dwunożnych było dwóch. Chudej Łapy nie dało się dostrzec. On sam stał na drzewie, bezpieczny. Borsucza Puszcza jednak wiła się w uścisku dwunożnego.
– Nie… Borsucza Puszczo! – Noc naprężył mięśnie.
– Ani się waż Nocny Śpiewaku! – warknęła stara kotka. – Jeszcze by brakowało, żeby stracić młodego wojownika! – I to go zatrzymało. Pomimo że nie chciał tego przyznać. Wiedział, że miała rację. Nie miał możliwości ani sił wygrać z dwoma znacznie większymi od siebie przeciwnikami.
– Chuda Łapo? – Nocny Śpiewak patrzył, jak te dwa potwory zabierają starszą kotkę w las. – Gdzie jesteś?! – wydarł się, zeskakując z drzewa i biegnąc po jego tropie. Z dala od niebezpieczeństwa. W swojego brata wpadł wcale nie tak długo potem.
– Chuda Łapo! Wszystko okej?! – dopadł do niego.
– Tak. Tak...wszy…wszystko okej. Gdzie… gdzie jest Borsucza Puszcza? – Zapytał przyszły medyk, robiąc wielkie oczy.
– Zabrali ją. Na mroczną Puszczę! ZABRALI JĄ! – miauknął Nocny Śpiewak. – Biegniemy… do obozu. Teraz, jazda! Może jeszcze ją odzyskamy, ale potrzebujemy posiłków! – Wilczak zostawił brata za sobą, aby go dogonił i rozpędził się jak mała burza w kierunku obozu.
Do obozu wpadł tak szybko, że przewrócił swoją byłą mentorkę. Ta nastroszyła się jak wściekły pies i już miała na niego krzyczeć, ale Nocny Śpiewak ją wyprzedził.
– Dwunożni zabrali Borsuczą Puszczę! – i jego słowa od razu uspokoiły wściekłą kotkę.
– Co?! – czyjś głos przebił sekundową ciszę.
– DWUNOŻNI… ZABRALI BORSUCZĄ PUSZCZĘ! – Noc wydarł się jeszcze raz coraz bardziej wściekły.
– Jak to zabrali? – ze swojej jamy wyłoniła się Zalotna Gwiazda. Przeskoczyła obóz w paru susach, aby dotrzeć do zmachanego Nocnego Śpiewaka i Chudej Łapy, który właśnie wpadł do obozu. – Kiedy?
– Przed chwilą! Poszliśmy rozprostować łapy, złapali nas z zaskoczenia. Było ich dwóch. Najpierw chwycili mnie, więc nie mogłem jej pomóc. Ja się uwolniłem, ale… Borsucza Puszcza! Jeszcze może jest czas! – Nocny Śpiewak mówił szybko i z zadyszką. Jego łapy się trzęsły, a futro nadal miało wklęśnięcie z jednej strony, gdzie wielkie łapy dwunożnego podchwyciły jego ciało. Zalotna Gwiazda wbiła w niego wielkie oczy. I zapadła cisza…

20 kwietnia 2026

Zakończenie eventu wielkanocnego!

Nadszedł czas na ujawnienie prezentów przyniesionych w tym roku przez zajączka wielkanocnego!

❀❀❀

Dla Aweepoppy:


Dla Vezuvio:


Dla Happy_lunacy:


Dla Parisalovesflowers:
Dla Przebiśnieg

Mimo chłodnej pory roku, jak i później pory nocnej, 
Księżyc świeci jasno w górze, wyzbywając się wszelkiego mroku. 
Wszystko puchem oprószone, gdzieś w oddali huka sowa, 
Dziwna aura się unosi, pozytywna jest jednak jej strona. 
Niebo błyszczy pełne gwiazd, gwiazd duszami wypełnionych,
Jedna z gwiazd wskazuje drogę, 
Drogę, lecz dla przeznaczonych. 
Kto wie kim jest przeznaczony? Pewnie on tego nie wie! 
Coś Wam jednak dzisiaj powiem, 
Bowiem dziś jest ten dzień właśnie, 
W którym poznamy pewną kotkę, a na chwilkę wszystko inne zgaśnie. 

Gdzieś wśród scenerii coś przemknęło, dzięki białej okrywie niemal całkowicie ukryte, 
Księżyc lecz na inny plan natchnęło, ponieważ rzucił swój promień na zwierzę wśród śniegu skryte.
Ślepia zielone niczym pierwsze liście wiosenne, zalśniły wśród mroku jakby zaklęte, 
Podczas gdy ogon czarny niczym smoła, przeciął powietrze wywołując szelest wszędzie dookoła. 

Czy był to ten kot, ten przeznaczony? 
Ten co wybrany miał zostać podobno wśród innych wielu? 
Nikt tego nie wie, lecz to wiem na pewno — ten kot coś zmieni, 
Ten kot ma okazję. 
A czas nam pokaże, czy wykorzysta ją niczym najlepszą fantazję...

Dla Xivitre:


Dla Owhitewhaleo:


Dla Imbirowykotek__:



Dla Weeezeerrr:


Dla _delta__:


Dla Kylove0804:


Dla Red.artem:


Dla leafy.girl0767@gmail.com:


Dla Suzyy_0311:


Dla Shabowi_:

Rzeka wolno płynie
W długiej dolinie
Obok krzaczek mały
A tam korpus cały
Wystaje zielony
Jak łodyga mniszka
A co to? Modliszka!
Wysłannicy tych gwiazd
Licznych, jak oni
Patrzą do różnych gniazd
A czas ich nie goni
Pełno ich wszędzie tam,
Gdzie bardzo dużo dram
Służbę ważną mają:
Informować przodków
Złapać się nie dają
I chop do zakątków
A gdy ktoś go złapie
I mu głowę capnie
Idzie na swe łono
Gwiezdne, leży ono
Więc pamiętać trzeba
że modliszki ważne
Są, to szpiedzy nieba
Oraz też odważne

Dla _venusix_:


❀❀❀

Dziękujemy wszystkim za udział w evencie!

Od Bursztynu

 
Kocurek został wraz z siostrą zaprowadzony do groty pamięci, gdzie kronikarze szybko przekonali się, że kocię to największa możliwa zmora, jaka mogła ich spotkać. Rudy demon bawił się wszystkim, tylko nie tym, co było dla niego przeznaczone. Nie, żeby nie lubił żuć wszystkich zabawek jakie podtykano mu pod nos, szyszek, kości, piór... ale szybko mu się znudziły, w końcu miał to wszystko w żłobku. Dłużej jego uwagę przykuło mini błotko-bajorko do odbijania łapek (gdzie oprócz odbicia łapek, oczywiście się wytarzał), ale i to przestało być zabawne. Jakiś dziwny biały dziwak zaczął coś mówić o jakichś przodkach, ale po co miałby słuchać o jakichś trupach, których nawet nie znał? Oczywiście wyraził swoją opinię na głos, ale chyba niezbyt się ona spodobała kronikarzowi, który zmierzył młodszego oceniającym, pobłażliwym wzrokiem, a zanim Bursztyn zdołał spytać, czy tamten chce się bić, Lotos dawno zniknął, z ukrycia obserwując poczynania malców, kontrolując ich ruchy. Pewnie nie  byłby tak czujny, gdyby nie rudy potwór, ponieważ Żywica... Żywica była bardzo grzecznym, spokojnym dzieckiem, który spokojnie sobie mył i układał kamienie. Tymczasem Bursztyn... 
- Nie, tam nie wolno - coś złapało go za kark akurat wtedy, gdy próbował dostać się do pawich piór. Rozejrzał się zmieszany, szukając wzrokiem winowajcy, który nie pozwalał mu rozwinąć skrzydeł (przeżuć skarbu narodowego). Lotos, który dobrze spełniał swoje zadanie obserwatora, teraz stał nad kocurkiem z anielską aurą, która szczerze raniła młodszego w oczy. Co to było? Huh? Atak na wzrok, by nie mógł atakować? 
- A czemu? 
- To pióra należące do ptaka zesłanego przez Klan Gwiazdy, a chociaż sam jest już martwy, jego pióra wciąż nasycone są energią gwiezdnych. Ich aura wciąż jest silna i wcale nie słabnie, a BLA BLa Bla bla... - Bursztyn zdążył odlecieć. Jakieś aury, energie, czary mary. O Gwiezdnych no coś tam słyszał, ale co miał do tego jakiś indyk? No, pióra to rzeczywiście miał ładne i chętnie by je przeżuł, ale to tyle. Przetarł ostentacyjnie nos, rozcierając gluta na łapie, patrząc przez cały czas w oczy Lotosu, z miną nie zdradzającą ani jednej oryginalnej myśli. Kronikarz nie był szczęśliwy. A może nawet chciał zwymiotować? Kto wie? Na pewno nie Bursztyn! 
- Postaraj się ich po prostu nie dotykać. Twoja aura... twoja aura niezbyt dobrze współpracuje z pawiem... - rzekł melancholijnie po otrząśnięciu się z paskudnego widoku, na co rudy pokiwał głową. 
- Dobra! - i tyle go widziano. Uciekł od upierdliwego kocura, postanawiając, że jak tamten nie będzie patrzeć, to on sobie to pióro jedno weźmie... W końcu jest ich wystarczająco dużo, nic się nie stanie, jak sobie jedno weźmie. Potem zajął się czymś innym dla niepoznaki. Pomęczył trochę siostrę, próbując nakłonić ją do zabawy w barbarzyńców, strącił kilka szyszek i rozwalił królestwo mchu, ale i to przestało mu wystarczać. I wtedy... ściana. Jego gadzie oczy padły na wielką ścianę, wznoszącą się kilka długości lisich od niego. Potężna, gładka, tak ważna dla społeczności, na której widniały odbite ślady łap przodków. Czemu nie mógł więc odbić swojej już teraz? Dlaczego? W końcu był już wielkim wojownikiem i chciał mieć już swój ślad na ścianie. Szczęście, że nad tym małym demonem czuwała jeszcze jedna osoba, która widząc, jak kocurek wgapia się w ścianę, odgadła jego myśli (lub też bardziej impuls, pomysł, bo myśli to w tym mózgu na darmo szukać) i postanowiła zapobiec katastrofie małym trikiem. Coś jasnego mignęło przed oczami rudasa, kupując go niemal od razu. Pognał za plamką światła wzrokiem, głową, a gdy ta się poruszyła znowu, był całkiem już pochłonięty. Iskierka znów się ruszyła, raz w jedną, raz w drugą, zadrżała i zatańczyła, wodząc za sobą Bursztyna jak małą kukiełkę, która skakała za nią jak opętana. Tylko dlaczego nie dało się złapać? 
,,Ty parszywy demonie, próbujesz mnie przechytrzyć!" wymruczał w myślach, gdy po kolejnym skoku, zamiast złapać światełko, to pojawiło się na jego łapach, zamiast być pod, jak każda inna ofiara. W dodatku znów się ruszyła! Zakręcił się w koło i zmarszczył pysk, gdy w jego oczy uderzyła taka jaskrawość, że musiał aż je przymknąć. Co to? Teraz znów mu wzrok atakuje, ta jaskinia diabelska? Zamrugał, chcąc pozbyć się dziwnych czarnych kropek w oczach, przecierając ślepia, a gdy uniósł wzrok i zamrugał znów razy kilka, dostrzegł jakąś ciemną postać, patrzącą na niego z zaciekawieniem i może rozbawieniem. Nie jednak ona sama była najważniejsza, a przedmiot, który trzymała. W rudej łapie znajdował się dziwny odłamek, który widocznie mógł pochłaniać światło. Młodziak nie mógł tego odpuścić, tak ciekawego zjawiska, więc po chwili wgapiania się w nie tak całkiem obcą osobę, przydreptał doń z podniesionym wysoko ogonem, już po chwili stając przed Pogłosem Klanu Burzy, zerkając mu w pysk. Wiedział, że miał się z tą częścią nie zadawać, ale.... ale! 
- Co robisz? Co to? - spytał, wskazując na dziwny odłamek.
- Sprawdzam jego właściwości. Działa trochę jak wodna tafla, ale jest stabilne i da się trzymać w łapie. Fascynujące, prawda? Ale nie mamy pojęcia, co to może być.... dlatego właśnie, próbuję to zrozumieć - odezwał się starszy kocur, zerkając na malca z rozbawieniem, ukrywając fakt, że zwyczajnie bawił się w wybawiciela świętej ściany przed aktem wandalizmu.
- Oooo! - stanął na dwóch łapkach, by przednimi oprzeć się o tą, która trzymała kawałek lusterka, by zerknąć na dziwną taflę, później kierując wzrok na promienie słońca padające przez mini, niby-świetlik w grocie. - Umie połykać i rzygać światłem! - zauważył - A wiesz, ja też umiem rzygać. Nawet na zawołanie, chcesz zobaczyć? 
- Może innym razem, w końcu nie chcemy, żeby kronikarze albo twoi rodzice mieli czyjeś wymiociny do sprzątania... ale wierzę ci na słowo - wymruczał Ognik - Ale oprócz tego, wiesz, co inne koty mówią? 
Bursztyn pokręcił przecząco głową. 
- Mawiają, że to małe zwierciadło potrafi połykać kocią duszę.
Tajemniczy szept przemknął przez grzbiet kocura, sprawiając, że sierść lekko stanęła mu dęba, a on sam odskoczył w tył z cichym sykiem. Nie da się! Jak to duszę? Coś o tym słyszał i chyba nie chciał być zjedzony, połknięty, przeżuty ani nic z tych rzeczy. Poklepał się łapami po ciele, sprawdzając czy wszystko jest w porządku, zanim na pysk wpełzł mu zadowolony uśmiech. 
- Ha! Nic mi nie jest, ale lipa! 
- Wiesz, w końcu to tylko plotka - zamruczał Ognik z lekkim uśmiechem - Wiele razy patrzyłem na tą dziwną taflę i mogę z całą pewnością stwierdzić, że wciąż - 
- Bursztyn! Nie dotykaj tego, to jest brudne - zirytowana Pożarowa Łapa wyrosła jak cień zza pleców kociaka, obrzucając Oskrzydlonego Ognika pogardliwym spojrzeniem, a Bursztyn mógł poczuć, jak zostaje chwycony za kark i już po chwili dyndał z pyska matki. Co, co? Skąd ona tu? Nie miała mieć chwili przerwy? No, najwyraźniej przerwa się już skończyła, ale no kurcze, już znalazł coś interesującego! Mama zawsze psuła zabawę... niemniej. 
- Haha! Brudas! - zawołał wesoło, wskazując łapą na niewzruszonego Ognika, podczas, gdy Pożar starała się odejść jak najszybciej i jak najdalej. 
- Powinniśmy w końcu zakopać tą jednostronną niezgodę, Pożarowa Łapo! Mam nadzieję pewnego dnia usiąść przy przyjemnej rozmowie - zawołał za nimi pogłos z przyjaznym uśmiechem na pysku, niestety nie sprawiając, by matka Bursztyna zmieniła zdanie ani nawet się odwróciła w stronę swojego brata, wypuszczając z siebie tylko zirytowane prychnięcie. Ciekawe, czy będzie miał teraz z tego powodu wykład... 

Od Kamiennego Pióra CD. Kocimiętkowego Wiru

Wracał z patrolu granicznego, jego łapy nieśpiesznie stąpały po trawiastym podłożu obozu Klanu Wilka. Na granicy z Klanem Burzy spokój. Znaczniki sąsiedniego klanu świeże, lecz nie natarczywe i widać było, że wojownicy trzymali się swojego terytorium. No i dobrze, po co mieliby przekraczać granice.
Czuł obok siebie obecność byłego mentora i cieszył się z tego. Lubił z nim przebywać, chociaż miał świadomość, że nie każdy za nim przepada. Nie zamierzał jednak z tego powodu obcinać więzi z kocurem, któremu tak wiele zawdzięczał. Jednym z kotów, które najwyraźniej nie lubiły Wilczego Skowytu była na przykład… Kocimiętkowy Wir.
To szkoda, bo Kamienne Pióro lubił kotkę. Co prawda, kiedy był jeszcze uczniem i przegrał bitwę z nią, czuł do wojowniczki jedynie czystą niechęć. To było jednak głupie i teraz ani najmniejsza cząstka tego uczucia nie została w nim. Przecież Kocimiętkowy Wir też chciała wygrać, tak jak on i miała do tego prawo. Nic złego mu nie zrobiła. Poza tym była dla niego miła i przyjemnie się z nią rozmawiało. Próbowała mu pomóc po jego przegranej. Pamiętał, jak skandowała jego imię, kiedy w końcu wygrał. Jej głos wyraźnie przebijał się przez tłum.
Kiedy tylko jej imię przemknęło wojownikowi przez głowę, jego spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem kotki. Wyczuł jednak w jej oczach coś nieprzyjemnego, chłodnego, jakby niechęć lub złość.
Sierść na jego karku delikatnie się podniosła z niepokoju, lecz zaraz opanował emocje. Starał się myśleć szybko, jednak nie miał pojęcia, czemu Kocimiętkowy Wir mogła być na niego zła. Przecież nic takiego nie zrobił, a przynajmniej tak mu się wydawało.
Kamienne Pióro skierował swoje kroki w jej stronę.
— Pójdę do legowiska — usłyszał głos Wilczego Skowytu.
Pręgowany klasycznie, nie odrywając wzroku od kotki, kiwnął głową na znak, że usłyszał i że zaraz do niego dołączy.
— Um… Cześć — miauknął niepewnie, siadając naprzeciwko kotki. — Coś się stało? Jesteś na mnie zła? Coś zrobiłem?
Po chwili zorientował się, że może za bardzo się rozpędził i że Kocimiętkowy Wir mogła nie zrozumieć.
— No bo wiesz… Tak się na mnie patrzyłaś. Tak, jakbyś była zła. Chociaż nie, pewnie nie. Pewnie tylko mi się wydawało, wybacz.
Uśmiechnął się zawstydzony, mając nadzieję, że nie pogorszył sytuacji.

<Kocimiętko?>

Od Kamiennego Pióra CD. Korowego Szeptu

Poczuł, jak na jego pysk wkrada się coraz szerszy uśmiech, w końcu stał się on tak szeroki, że mięśnie policzków wojownika zaczęły lekko boleć. Nie potrafił się jednak przestać uśmiechać.
Korowy Szept, kotka, przy której jego serce biło szybciej, którą bardzo mocno kochał, powiedziała… Że czuję do niego to samo. To było coś, czego się nie spodziewał. Planował jej to powiedzieć już od dawna, jednak był przygotowany na odmowę, na to, że szylkretka nie będzie chciała zostać jego partnerką, na to, że ich przyjaźń ulotni się szybciej niż Kamienne Pióro zdołałby mrugnąć.
A stało się coś zupełnie innego. Stał przez bardzo długą chwilę, z szeroko otwartymi pyskiem i oczami, mrugając ze zdezorientowaniem. Dopiero po tym czasie dotarły do niego słowa Korowego Szeptu, zrozumiał, że to się naprawdę dzieje i uwierzył w tę piękną chwilę.
— Ojej, naprawdę? — sapnął głosem młodego ucznia, który właśnie wyszedł z obozu i widzi, jak wielkie jest terytorium jego klanu.
— Tak — szepnęła wojowniczka cicho, jej oczy błyszczały ze szczęścia.
Mruczenie kotki wciąż docierało do jego uszu. Był to bardzo przyjemny dźwięk, niski i wibrujący. A Kamienne Pióro najbardziej lubił go za to, że świadczył o zadowoleniu najważniejszego mu kota na świecie. I kiedy go słyszał, nie potrafił powstrzymać własnego mruczenia, tak więc niski, gardłowy dźwięk wydobył się z jego klatki piersiowej i zmieszał z mruczeniem Korowego Szeptu.
Kamienne Pióro poczuł, że coś w jego sercu się zmieniło. Teraz jakoś inaczej patrzył na otaczający go świat. Tak, jakby nic się nie liczyło. Nie dbał już o ojca i brata ani o wszystkie problemy, z którymi się kłopotał Klan Wilka, ani o to, że pewnie już nigdy nie zostanie mistrzem, chociaż kiedyś bardzo tego chciał.
Teraz to wszystko było już nieważne, bo miał Korę i kochał ją, a ona go.

* * *

Wychylił głowę z legowiska wojowników i gdy stwierdził, że deszcz ustał, przeciągnął się i skierował swoje kroki w kierunku stosu zdobyczy. Zanim zdążył przejść choćby długość ogona, skapnęła na niego kropelka wody z gałęzi drzewa nad jego głową. Skrzywił się i otrząsnął futro, mocząc i tak już mokre krzaki obok.
Z niezbyt obfitego stosu wybrał chuderlawą wiewiórkę i uznał, że gdy ją zje, to pójdzie na polowanie. Ze zdobyczą w pysku wszedł z powrotem do legowiska wojowników. Jego oczy szybko przyzwyczaiły się do półmroku. Na niektórych posłaniach koty leżały, odpoczywając, większość jednak była pusta, wiele wojowników poszło na patrole.
Położył się obok Korowego Szeptu, podciągnął łapy pod brzuch i owinął ciało ogonem, kładąc wiewiórkę między nimi.
— Zjemy?
— Tak, bardzo chętnie. Dzięki — odpowiedziała szybko.
Kiedy się posilili, Kamienne Pióro oblizał pyszczek, a jego żółte oczy napotkały się ze spojrzeniem kotki.
— Ciekawe, co będzie dalej z tą pieszczoszką — ściszył głos, aby inni wojownicy nie słyszeli ich rozmów. — Myślisz, że zostanie wojowniczką? Pewnie nie umie walczyć ani polować, więc zakładam, że dostanie jakiegoś mentora. O ile w ogóle zostanie w naszym klanie.

<Korowy Szepcie?>

Od Gołąbka CD. Poranku

Gołąbek nerwowo dreptał przed żłobkiem, czekając, aż jego mentor poprosi go do środka. Pozwolono mu asystować przy porodzie Figi, która po wielu dniach oczekiwania w końcu zaczęła rodzić kocięta. Uczeń w pyszczku trzymał patyk, który później miał podać kocicy, by ta lepiej zniosła ból. Mentor nauczył Gołąbka, że trzymany w pysku patyk pozwala lepiej kontrolować skurcze. Za każdym razem, gdy kocica czuła ból, mogła wgryźć się w drewno i tym sposobem skupić umysł na czymś innym.
Uczeń nerwowo odetchnął, na chwilę się zatrzymując. Każda sekunda czekania wydawała się być wiecznością. Kocurek jeszcze nigdy nie był aż tak zdenerwowany. Kiedy w końcu został zawołany przez mentora, ostrożnie wsunął się do legowiska, podając patyk Fidze. Jego łapki trzęsły się lekko, lecz starał się tego nie okazywać. Medyk nie może być przecież taki roztrzęsiony! Gołąbek usadowił się obok Poranku, czekając na jego kolejne polecenia.
– Gołąbku, podaj trubule – polecił nagle mentor.
Gołąbek obrócił głowę w stronę ziół, szukając wśród nich trubuli. Był prawie pewien, że wie, która to roślina, ale na wszelki wypadek szybko powąchał i obejrzał wszystkie z nich. Złapał trubulę w zęby i ostrożnie podał ją mentorowi.
– Czy tyle wystarczy? – zapytał.
Poranek kiwnął głową i od razu podał ją Fidze. Powiedział pokrótce, co kotka ma robić, i znów umilkł, czekając na potrzebę interwencji. W końcu w lecznicy rozległ się pisk jednego z kociąt. Poranek od razu go przejął i podał swojemu uczniowi.
– Musisz zacząć go wylizywać – polecił szybko i wrócił do kotki.
Gdy uczeń zobaczył nowonarodzonego kociaka, jego spojrzenie zmiękło. Do tej pory sądził, że to jego brat Borowik jest najsłodszą rzeczą na świecie, ale teraz zupełnie zmienił zdanie. To nowonarodzone kociaki były najsłodsze. Zaczął wylizywać kociaka z wielką starannością, starając się, by nie ominąć żadnego skrawka jego futerka. Chwilę potem na świat przyszło drugie kocię, równie urocze co pierwsze. Uczeń nie przestał jednak lizać by na nie lepiej spojrzeć, woląc nie narażać się mentorowi.Poranek zajął się drugim z kociąt. Gdy wszystko było w normie, powoli i ostrożnie położył kociaka obok brzucha jego matki i nakazał swojemu uczniowi zrobić to samo.
– Musimy tu posprzątać – polecił.
Gołąbek posłusznie zaczął sprzątać legowisko. Po kolei zaniósł resztki ziół do składzika, pilnując, by zbytnio się nie pomieszały. Gdy skończył, zabrał za umycie podłoża żłobka namoczonym wodą mchem. Kiedy wszystko było już czyste, uczeń odetchnął z ulgą. Czuł zarówno ulgę, jak i radość. Wszystko poszło gładko, a on po raz pierwszy doświadczył cudu narodzin. Rozglądając się po żłobku, jego wzrok padł na małą górkę z ziemi usypaną na rogu legowiska. Jego dawna tajna skrytka! Przez uczniowskie zajęcia i ekscytację spowodowaną obraniem nowej ścieżki Gołąbek zupełnie o niej zapomniał. Nie pamiętał już nawet, co w niej dokładnie było. Postanowił, że kiedy już Figa poczuje się lepiej, a kociaki nieco wyrosną, sprawdzi, jakie skarby zasypał w dziurze w kocięcych księżycach.

* * *

Od porodu Figi minęło już dwadzieścia wschodów słońca. Gołąbek uznał, że najwyższy czas sprawdzić dziurę. Podreptał do żłobka, sprawdzając, czy kocięta nie śpią. Te były jednak rozbudzone, ubijając łapkami brzuch matki.
– Ja tylko na chwilę! Muszę zabrać coś, co tu kiedyś zostawiłem!
Figa kiwnęła głową, pozwalając uczniowi wejść do środka. Bury podszedł do skrytki i rozkopał ją łapami. Niestety, mało co w niej zostało. Większość miejsca w dziurze zajmowały ususzone kwiaty, teraz już całkiem pokruszone. Było tam też kilka brudnych kamyków. Wcześniej kocurek byłby nimi zachwycony, jednak teraz, gdy był już większy, wydawały mu się zupełnie zwyczajne. Pod tym wszystkim była jednak jeszcze jedna rzecz. Mały, wyglądający jak listek błyszczący kamień. Gołąbek przypomniał sobie, że przyniosła mu go jego mamusia, znalazłszy go podczas polowania. Gdy był mniejszy, zawsze prosił ją, by przynosiła mu piękne rzeczy spoza obozu. Uczeń zamruczał na to wspomnienie. Błyszczący kamyczek dostał od mamy w dniu, gdy było mu bardzo smutno. Listek bardzo poprawił mu wtedy humor. Był najpiękniejszą rzeczą, jaką Bury kiedykolwiek dostał. Może… może mógłby go podarować Porankowi? Może poczuje się trochę lepiej, gdy dostanie coś pięknego? Co prawda Chwast był już dorosły, ale na Lisa przyniesienie mu ładnych rzeczy podziałało. Może przy odrobinie szczęścia podziała także na mentora? Uczeń nie spodziewał się, że kamyczek pokona wszystkie troski uzdrowiciela. Jednak miał nadzieję, że pocieszy go chociaż troszeczkę. Nawet, jeśli był za młody by zrozumieć co działo się z mentorem.

* * *

Z wręczeniem prezentu Gołąbek postanowił poczekać na idealną okazję. Uznał, że najlepiej będzie poczekać, aż Chwast wyjdzie z legowiska i wtedy podłożyć błyszczący listek. Gdy wreszcie nadarzyła się okazja, Gołąbek wsunął się do dziupli i położył kamyczek na posłanku mentora, mając nadzieję, że ten go zauważy, gdy wróci z powrotem.

[739 słów, asystowanie przy porodzie]

<Poranku?>

[15% + 5%]

Od Kwaśnej Kocanki Do Kruczego Pióra

Przemierzając gęsty, ciężki od wilgoci las, Kwaśna Kocanka szła powoli, niemal bezszelestnie, jakby obawiała się zakłócić coś, czego jeszcze nie potrafiła nazwać. Powietrze było nieruchome, duszne, przesycone zapachem mokrej ziemi i gnijących liści. Każdy krok zdawał się odbijać echem w jej głowie, choć wokół panowała nienaturalna cisza. Nie potrafiła przestać myśleć o Kruczym Piórze. Odkąd został zastępcą, coś się zmieniło nie tylko w jego zachowaniu, ale i w nim samym. Każda jego decyzja była ryzykiem, każde wyjście z obozu mogło być tym ostatnim. Nadstawiał karku z tą samą niefrasobliwą pewnością siebie, którą kiedyś podziwiała… a teraz się jej bała. Z coraz większą łatwością wyobrażała sobie najgorsze scenariusze: jego ciało nieruchome, jego obecność na zawsze jej odebrana. Te myśli wracały jak natrętne cienie, nie pozwalając jej zaznać spokoju. Potrząsnęła lekko głową, jakby chciała je odpędzić, ale to nic nie dało. Wtedy zobaczyła coś między drzewami. Najpierw była to jedynie plamka rozmytego koloru, coś nienaturalnego, coś, co nie pasowało do zieleni i brązów lasu. Potem kształt zaczął się wyostrzać. I nagle zrozumiała. Zamarła. Pod rozłożystym krzewem jeżyny leżała Pajęczynka. A raczej jej ciało. Wojowniczka Klanu Wilka poczuła, jak grunt usuwa się spod jej łap. Świat zwęził się do jednego obrazu, rozciągniętej na ziemi sylwetki dawno zmarłej siostry. Futro Pajęczynki było przesiąknięte krwią, sklejone i poszarpane, jakby ktoś brutalnie wyrwał z niego życie. Głębokie rany przecinały jej ciało, odsłaniając to, co nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego. Kałuża posoki była ogromna. Zbyt ogromna. Gęsta, ciemna, niemal czarna w cieniu, wsiąkała w ziemię i oplatała korzenie, jakby sama ziemia próbowała ją pochłonąć. Najstraszniejsze były jednak oczy. Małe, błękitne, szeroko otwarte. Wpatrywały się gdzieś przed siebie, nie w nią, nie w las, lecz w coś, czego nie mogła dostrzec. Było w nich coś rozdzierającego, ta surowa rozpacz, niemal pytanie. Jakby Pajęczynka do ostatniej chwili czekała. Na pomoc. Na ratunek. Na kogoś, kto nigdy nie przyszedł. Na pobratymców, którzy ją porzucili i nie przyszli jej uratować. Na siostrę, która z wypiętą piersią mówiła, że zawsze ją obroni. Rzuciła się do przodu, łapy ślizgały się na wilgotnej ziemi, serce waliło jak oszalałe. To nie mogło być prawdziwe. To nie mogło się wydarzyć. Nie mogła pozwolić na śmierć siostry znowu! Jeśli tylko zdąży! Jeśli tylko będzie wystarczająco szybka... Nim dobiegła, ciało zniknęło. Po prostu. Jakby rozpłynęło się w powietrzu i jakby nigdy go tam nie było. Zatrzymała się gwałtownie, niemal tracąc równowagę. Wpatrywała się w puste miejsce pod jeżyną, próbując zrozumieć, co właśnie zobaczyła. Nie było krwi. Nie było ciała. Tylko ziemia i cienie. Zwidy. Musiały to być zwidy. Ale jej serce wciąż bolało tak, jakby to było prawdziwe, jakby utraciła krewniaka znowu. Zanim zdążyła zebrać myśli, coś mignęło jej w polu widzenia. Dymna, długa kita. Znajoma. Zbyt znajoma. 
"Krucze Pióro!" —  wyszeptała, a w jej głosie zabrzmiała nagła ulga, niemal desperacka nadzieja. Tym razem nie czekała. Pobiegła. Las zdawał się rozstępować przed nią, choć gałęzie smagały jej bok, a ciernie zahaczały o futro. Widziała go tylko przez ułamki sekund, sylwetkę przemykającą między drzewami, cień, który znikał, gdy tylko próbowała się skupić. I wtedy usłyszała jego śmiech. Cichy i gardłowy, lekki jak ocieranie się ich futer, gdy się mijali, zawadiacki, czyli taki, jaki był wiele księżyców temu. Dokładnie taki, jaki pamiętała i chciała zapamiętać na zawsze. Serce ścisnęło jej się z ulgi. Przyspieszyła, niemal zapominając o wszystkim innym, o strachu, o wizji Pajęczynki, o dziwności tego znajomego i nieznajomego zarazem miejsca. Liczył się tylko on, zawsze liczył się tylko on. 
"Poczekaj!” — zawołała, choć głos ugrzązł jej w gardle. I nagle zniknął. Tak po prostu. Jakby nigdy go tam nie było.Kwaśna Kocanka zatrzymała się gwałtownie. Cisza, która ją otoczyła, była ogłuszająca. Nie było śmiechu. Nie było kroków. Nawet liście przestały szeleścić. Nieubłagana cisza zalewała jej umysł, jak wielka ulewa mogła zalewać rzeki. Coś było nie tak. Bardzo nie tak. Stała przez chwilę, nasłuchując, czując, jak chłód wpełza jej pod skórę. Powoli zaczęła się rozglądać, każdy ruch ostrożny, napięty. I wtedy go zobaczyła. Stał niedaleko. Nieruchomy. Przez moment jej umysł odmówił przyjęcia tego, co widzi. Sylwetka była zniekształcona, nienaturalna. W pierwszej chwili pomyślała, że to lis, coś obcego, groźnego, gotowego do ataku. Ale to był on. Krucze Pióro. A raczej… coś, co go przypominało. Zrobiła niepewny krok do przodu. 
"Krucze Pióro…?" —  jej głos zadrżał. Nie odpowiedział. Jego zielone oczy… nie były już zielone. Zalała je krew, gęsta, ciemna, sącząca się z oczodołów i spływająca po pysku. Nie mrugał. Nie poruszał się. Las zdawał się wstrzymać oddech razem z nią. Nagle z jego gardła wydobył się dźwięk, cichy, urwany, zupełnie agonalny. Jak ostatni oddech kogoś, kto już dawno powinien być martwy. Ten dźwięk przeciął ciszę jak ostrze. Pręguska zamarła. A potem zobaczyła wszystko wyraźnie. Jego głowa była zmiażdżona, zdeformowana w sposób, który nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Kości musiały zostać roztrzaskane, futro sklejone krwią, a mięśnie rozszarpane. Obok jego ciała rozlewała się gęsta, ciemnoczerwona ciecz, tworząc nieregularne plamy na ziemi. Jego szyja była wykrzywiona pod nienaturalnym kątem jak złamana gałąź po potężnej wichurze, bez życia, bez szansy na powrót do dawnej formy. Stał, a jednocześnie wyglądał, jakby już dawno upadł. Jakby śmierć nie zdążyła jeszcze zabrać jego ciała. Srebrzysta kotka nie była w stanie się poruszyć. Nie była w stanie oddychać. Patrzyła tylko, wpatrzona w poszarpane zwłoki, które jeszcze przed chwilą się poruszały, śmiały, uciekały przed nią. I w tej ciszy zrozumiała jedno. To nie był las, który znała. To nie mogła być prawda! Pręguska stała nieruchomo, jakby jej łapy wrosły w ziemię. Obraz przed nią był zbyt okrutny, zbyt nielogiczny, a jednak nie potrafiła odwrócić wzroku. Coś w tym wszystkim było nie tylko przerażające… ale i znajome. Z początku była to ledwie uchwytna myśl, cień na skraju świadomości. Delikatne ukłucie, które trudno nazwać. Jej oddech był płytki, nierówny, a serce biło zbyt szybko. Już to widziała. Zmarszczyła lekko powieki, jakby próbowała skupić wzrok nie na ciele Kruczego Pióra, lecz na samej pamięci. Na tym uczuciu. Coś się nie zgadzało. Ten las… ta cisza… ta krew, która wydawała się zbyt ciemna, zbyt gęsta, niemal nierzeczywista. I nagle obraz Pajęczynki wrócił. Leżąca pod jeżyną. Te same oczy. To samo spojrzenie, które nie należało już do żywej istoty. I to samo uczucie, paraliżującego strachu pomieszanego z czymś głębszym. Z bezsilnością. Kwaśna Kocanka drgnęła. Te wszystkie wydarzenia miały już miejsce. Nie dziś. Nie w tym lesie. W jej głowie zaczęły pojawiać się urywki, rozmyte, niepełne, jak wspomnienia, które próbują się przebić przez mgłę. Biegła. Zawsze biegła. Zawsze ktoś znikał. Zawsze znajdowała ich zbyt późno. Zawsze było za późno. Zrobiła krok w tył. A potem kolejny. Jej spojrzenie znów padło na Krucze Pióro, na jego nienaturalnie wykrzywione ciało, na krew, która nie przestawała płynąć, choć przecież powinna już dawno zaschnąć. Na oczy, które… nie patrzyły. Nigdy naprawdę nie patrzyły. Coś w niej pękło. To nie było wspomnienie. Nie mogła pamiętać zwłok Pajęczynki. Zmarła zbyt wiele sezonów temu. Jej oddech przyspieszył gwałtownie, a źrenice rozszerzyły się. Potrząsnęła głową, cofając się jeszcze bardziej. Las zdawał się falować. Drzewa nie były już stałe, ich kształty drgały, jak odbicie w poruszonej wodzie. Cienie wydłużały się i skracały w sposób, który nie miał sensu. Cisza była zbyt absolutna. Zbyt nienaturalna. Kwaśna Kocanka zacisnęła powieki, próbując się skupić. To nie dzieje się naprawdę. Powtarzała to w myślach, coraz szybciej, coraz bardziej rozpaczliwie. To nie dzieje się naprawdę. Zaczęła sobie przypominać. Noce, w których budziła się gwałtownie, z sercem bijącym jak oszalałe. Obrazy, które nie chciały zniknąć nawet po otwarciu oczu. Ekspresje, nie, pyski — tych, których traciła. Za każdym razem inne szczegóły, ale ten sam rdzeń. Śmierć. Spóźnienie. Bezsilność. To nie pierwszy raz. To kolejny sen! Jej ciało zaczęło drżeć, nie ze strachu, lecz z nagłego, przytłaczającego zrozumienia. 
"Śnię…" — wyszeptała, a to słowo zabrzmiało obco, jakby dawno go nie używała. W tej samej chwili ciało Kruczego Pióra drgnęło. Wojowniczka poderwała głowę. Nie, to nie było prawdziwe poruszenie. To był błąd. Jakby obraz się rozpadł na ułamek sekundy. Jakby coś nie nadążyło za własną iluzją. Krew przestała płynąć, a potem całkowicie cofnęła się, jakby ktoś pokazywał jej śmierć Kruczego Pióra od końca do początku. Las zadrżał. Dźwięk, niski, głuchy, przeszedł przez przestrzeń, choć nie było źródła, z którego mógłby pochodzić. Wszystko zaczęło się rozmywać. Kolory blakły, kształty traciły ostrość. Niebieskooka cofnęła się jeszcze o krok, choć nie czuła już ziemi pod łapami. 
"Obudź się…" — wyszeptała do siebie, coraz bardziej świadoma. To zawsze kończyło się tak samo. Zacisnęła oczy. "Obudź się!" Cisza roztrzaskała się.

Kwaśna Kocanka wyrwała się ze snu gwałtownie, jakby coś brutalnie wyrzuciło ją z głębin, w których tonęła. Jej ciało spięło się natychmiast, mięśnie napięły się boleśnie, a pazury wbiły się w ziemię tak mocno, że poczuła wilgoć chłodnego mchu między opuszkami. Wciągnęła powietrze z ostrym, urwanym świstem, jakby zapomniała, jak się oddycha. Przez ułamek sekundy wciąż była tam, widziała tę krew, cisza dudniła jej w uszach i ciążyła na czaszce, ciężar przygniatał ją od środka i miażdżył nadzieję na lepsze jutro. Dopiero po chwili coś zaczęło się zmieniać, czuła zapach, ciepło i tą znajomą i wszechobecną bliskość. Zamrugała gwałtownie, jakby próbowała przebić się przez resztki snu. Obraz przed jej oczami rozpadł się powoli, ustępując znajomym kształtom obozu, miękkim oddechom śpiących kotów, ciepłu wspólnego gniazda. I wtedy to poczuła. Jego obecność. Odwróciła głowę gwałtownie. Krucze Pióro już nie spał. Leżał jeszcze przez moment, ale jego głowa była uniesiona, a oczy, choć przydymione snem, błyszczały, a jego postawione na sztorc uszy wskazywały stan najwyższej gotowości i czujności. Jego uszy były skierowane w jej stronę, a futro na karku lekko nastroszone, jak u kogoś, kto nie do końca wie, co się stało, ale jest gotów zareagować.
— Kocanko…? — odezwał się cicho, nisko, jego głos był jeszcze chropowaty, ale wyraźnie napięty — Co się stało? — Nie odpowiedziała od razu. Wpatrywała się w niego odrobinę za długo. Jej spojrzenie było niespokojne, przesuwające się po nim, jakby próbowała upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu. Zatrzymywało się na jego łapach, na barkach, na pysku, jakby szukała śladów, które mogły dowieść, że okrutny sen miał, chociaż najmniejsze pokrycie z rzeczywistością. Nie było tej deformacji, tego przerażającego obrazu ze snu. Był cały, oddychał i żył. Wojowniczka przełknęła ślinę i powoli usiadła, jakby każdy ruch wymagał od niej wysiłku. Owinęła ogon wokół łap, przyciskając go mocno, jakby próbowała się w ten sposób uziemić. Krucze Pióro podniósł się i bez słowa przesunął bliżej. Na tyle, że ich boki niemal się stykały. Czuła ciepło jego ciała, równy rytm oddechu. Tak jak miał w zwyczaju, nie naciskał, nie pytał ponownie, a jedynie był przy niej, kiedy najbardziej tego potrzebowała. Cisza między nimi była ciężka, ale nie bez znaczenia, raczej wypełniona tym, czego żadne z nich jeszcze nie wypowiedziało. Srebrna kotka zamknęła na moment oczy. I wtedy wspomnienie przyszło samo, bardziej barwne niż kiedykolwiek wcześniej, nie jak sen, jak coś ostrego, prawdziwego. Las, ale nie ten martwy i cichy. Ten żywy, rozszalały, pełen wrzasków, zapachu krwi i rozrywanej ziemi. Bitwa z Klanem Klifu znów rozgrywała się w jej głowie z brutalną wyrazistością. Znowu widziała Krucze Pióro, rannego i upartego. Szukającego medyka, choć sam ledwo trzymał się na łapach. Widziała siebie, biegnącą do niego bez wahania, z sercem bijącym zbyt szybko, z czymś, czego wtedy nie chciała nazwać. Strachem. Jej łapy drgnęły lekko, jakby znów stała na tamtym polu walki. 
"Powinniśmy wrócić…" — usłyszała w myślach własny głos, napięty, zbyt stanowczy: "Klan nas potrzebował". 
A potem jego odpowiedź. Jak stanął jej na drodze. Jak nie pozwolił jej przejść. Jak patrzył na nią, nie jak na uczennicę, nie jak na kogoś słabszego. Jak na kogoś… kogo nie chciał stracić. Pręguska otworzyła oczy. Powoli odwróciła głowę w jego stronę.
— Wtedy… — zaczęła cicho, jej głos był jeszcze lekko chropowaty — podczas bitwy… — zawahała się na moment, jakby dobierała słowa. — Myślałam, że zwariowałeś. — Ucho Kruczego Pióra drgnęło od niechcenia, ale nic nie powiedział. — Stałeś ledwo żywy, a próbowałeś mnie zatrzymać… — Jej spojrzenie przesunęło się na jego łapę, jakby znów widziała tamte rany — Myślałam, że to głupie. — Zamilkła — Teraz wiem, że nie było. — Cisza znów na moment ich otoczyła. Jej myśli jednak nie zatrzymały się na nim. Myślała dalej, o tej pustce, która wtedy była aż nazbyt uwidoczniona. Srebrzysta Łuna. Jej matki tam nie było. Podczas gdy inni walczyli, krwawili, ginęli, jej miejsce było puste. Nikt nie stał tam, gdzie powinien. Nikt nie zasłaniał jej pleców. Kwaśna Kocanka spuściła lekko głowę, jej wąsy zadrżały.
— Byliśmy tam sami — powiedziała ciszej — bardziej niż powinniśmy. — Jej ogon przesunął się niespokojnie po ziemi. — A ty… — Uniosła wzrok — i tak próbowałeś mnie zatrzymać. — Ich spojrzenia się spotkały. I tym razem nie uciekła. Coś w niej pękło w niecodzienny sposób, uwrażliwiona przez wizję ze snu i rozpamiętując bitwę, podczas której mogła zginąć, potrzebowała jego obecności. Zrobiła pół kroku bliżej. Ich futra zetknęły się wyraźniej.
— Pajęczynka nie żyje — powiedziała spokojnie, ale jej głos miał w sobie ciężar czegoś ostatecznego — nie wróci. — Odetchnęła głęboko — Moja matka… nie była tam, kiedy powinna. Nie potrafiła służyć na wyższą chwałę Klanu. — Jej spojrzenie przygasło na moment. — A mój brat… — zawahała się, jakby to słowo smakowało gorzko — nigdy nie będzie kimś, na kim można się oprzeć. — Zamilkła na sekundę. A potem spojrzała na niego. — Zostałeś tylko ty. Ty żyjesz. Walczysz. Masz znaczenie. — Powoli wyciągnęła ogon i owinęła go wokół jego grzbietu, tym razem pewniej. — I nie odszedłeś. — Jej spojrzenie stało się intensywne, niemal palące. — Nie zostawiłeś mnie wtedy. I nie chcę, żebyś kiedykolwiek to zrobił. —Przysunęła się jeszcze odrobinę, aż ich barki zetknęły się wyraźnie. — Krucze Pióro… — Jej głos zadrżał minimalnie, ale nie cofnęła się — zostań przy mnie tak, jak wtedy. Nie odchodź. Trwaj przy mnie… jakkolwiek to nazwiesz. Ale bądź. — Nie odwróciła wzroku. Jakby to było jedyne, co trzymało ją teraz w rzeczywistości. Krucze Pióro przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Jego spojrzenie było trudne do odczytania, nie tak chłodne, jak zwykle, ale też nie całkiem miękkie. Nie było to też spojrzenie zarezerwowane dla innych pobratymców, bo jasne było, że Kocanka, Kocankowa Łapa i Kwaśna Kocanka nie były dla niego jak reszta. Jego ogon drgnął lekko pod dotykiem jej ogona, lecz nie odsunął się. Kotka też nie mówiła. Cisza, która zapadła, rozciągała się w nieskończoność. Powoli opuściła wzrok, ale nie odsunęła się ani o krok.
— Wiesz… — zaczęła cicho, niemal ostrożnie, jakby każde słowo było czymś, co łatwo mogło zaprzepaścić ich relację — kiedy jestem sama, wszystko wydaje się… głośniejsze. Myśli. Wspomnienia. To, czego już nie ma… i to, czego nigdy nie było. — Trąciła jego bark nosem — Ale kiedy jesteś obok… — zawahała się na moment, jakby nie była pewna, czy powinna to powiedzieć — to wszystko cichnie. — Uniosła głowę, spoglądając gdzieś przed siebie, nie do końca na niego. — Nie znika. — dodała ciszej — Ale przestaje mieć nade mną władzę. — To dziwne — mruknęła pod nosem, z cieniem gorzkiego rozbawienia — bo nigdy nie potrzebowałam nikogo w ten sposób. — A jednak… — Jej głos zmiękł, niemal niezauważalnie — przy tobie nie czuję, że muszę zasłaniać się i stosować wymówki. Jestem niezaprzeczalnie sobą, jestem silniejsza i nie muszę cię za to przepraszać — Jej spojrzenie było spokojniejsze niż wcześniej, ale głębsze. Bardziej odsłonięte. — I chyba… — urwała, jakby słowa utknęły jej w gardle, ale zmusiła się, by je wypowiedzieć — nie chcę, żeby to się zmieniło. Delikatnie musnęła jego bark swoim, bardziej świadomie niż wcześniej. — Więc jeśli masz gdzieś być… — dodała cicho — to właśnie tutaj. — Jej głos niemal zniknął przy ostatnich słowach.— W Klanie Wilka, ze mną.
Kocur patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem pyska. Być może było to zamyślenie, a może coś innego? Kotka czasami sama nie wiedziała, co siedzi dymnemu w głowie. On jednak po chwili ciszy schylił się w jej stronę i delikatnie polizał jej ucho. Nie spodziewała się chyba tego ruchu z jego strony. Ten gest był tak niewinny, lekki, delikatny jak trzepot skrzydeł motyla, a pochodził od kota, który nigdy nie okazywał żadnych emocji. Srebrna wtuliła się w niego, a Krucze Pióro po chwili owinął ogon wokół niej, kontynuując wylizywanie teraz już jej karku.
— Nie zostawię cię, obiecuję, Kwaśna Kocanko. Zawsze będziesz u mojego boku. Obiecuję.
Delikatnie przymknęła oczy, wsłuchując się w rytm jego oddechu. Powoli dopasowała się do niego, aż ich oddechy zaczęły się wyrównywać, spokojne, miarowe, wspólne. Jej ciało w końcu przestało drżeć. Koszmar oddalał się, zostawało jedynie ciepło i on. Lekko poruszyła głową, opierając ją wygodniej o jego bark, pozwalając sobie na coś, na co rzadko sobie pozwalała, na spokój. Las poza obozem szumiał cicho, noc wracała do swojego naturalnego rytmu, jakby nic się nie wydarzyło. A jednak dla niej wszystko było inne. Tym razem już nie walczyła ze snem. Wtulona w jego ciepło, wsłuchana w jego oddech, zasnęła, spokojniej niż od wielu nocy. A Krucze Pióro, choć jeszcze przez chwilę czuwał, nie odsunął się ani na moment. W końcu i on przymknął oczy. I tak, spleceni ze sobą cicho i nieruchomo, zasnęli obok siebie, jakby noc nie miała już nad nimi żadnej władzy.

<Krucze Pióro?>