BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

24 czerwca 2026

Od Lśniącej Gwiazdy

Jakiś czas po ogłoszeniu śmierci Tawuły i ucieczce Promiennego Słońca…

Lśniąca Gwiazda siedział wysoko na mównicy, podczas gdy wiatr poruszał delikatnie jego futrem. Przez dłuższą chwilę nie odzywał się ani słowem, pozwalając, by cisza osiadła pomiędzy kotami i zaczęła ciążyć im na barkach niczym niewidzialny ciężar. Jego spojrzenie przesuwało się spokojnie po zebranych kotach, jakby chciał podzielić z nimi własny smutek.
— Nigdy nie spodziewałbym się, że Tawułowa Bryza dopuściłby się takiej zbrodni — zaczął w końcu cicho, a w jego głosie pobrzmiewało zmęczenie, które wydawało się znacznie głębsze niż zwykłe wyczerpanie. — W moich oczach był kotem o dobrych intencjach i szczerym sercu. Nawet wtedy, gdy się ze mną nie zgadzał, widziałem w nim wojownika, któremu zależało na przyszłości naszego klanu. Różnica poglądów nigdy nie zaślepiłaby mnie na podobną prawdę.
Opuścił na chwilę wzrok, jakby samo wypowiedzenie tych słów sprawiało mu trudność.
— Właśnie dlatego to boli tak bardzo. Ponieważ najgroźniejsze zagrożenia rzadko przychodzą do nas z odsłoniętymi pazurami. Najczęściej noszą twarz przyjaciela. Najczęściej mówią głosem, który dobrze znamy. Najczęściej patrzą na nas oczami, którym nauczyliśmy się ufać.
Po klanowej polanie subtelnie, lecz odczuwalną, niemal nachalną elegancją przebiegł nieco zimniejszy, chłodnawy podmuch wiatru. Wyglądało to niemal tak, jak gdyby natura odczuwała potrzebę podkreślenia pozornego ciężaru tego momentu. Nawet, jeśli w rzeczywistości dla samego przywódcy chwila ta była jedynie pustymi słowami.
— Chciałbym wam powiedzieć, że dostrzegłem wszystko odpowiednio wcześnie. Chciałbym wam powiedzieć, że od początku wiedziałem, co planował. Chciałbym wam powiedzieć, że byłem wystarczająco mądry, aby temu zapobiec. Ale nie mogę. Ponieważ ja również zostałem oszukany.
Przerwał na moment, pozwalając, by słowa echem rozniosły się po skalnych ścianach i zakorzeniły się w uszach kotów.
— Kiedy Tawułowa Bryza próbował odebrać mi życie, nie zaatakował wyłącznie mnie. Nie zaatakował tylko przywódcy. Nie zaatakował tylko kota siedzącego na tej mównicy. Za jego pazurami kryło się zagrożenie dla całego Klanu Klifu. Dla każdego wojownika, który codziennie ryzykuje zdrowie na patrolach. Dla każdego ucznia uczącego się Kodeksu Wojownika. Dla każdego kocięcia śpiącego bezpiecznie w żłobku, nieświadomego tego, jak kruche potrafi być bezpieczeństwo.
Jego głos pozostał spokojny, lecz w tej spokojności pojawiło się coś cięższego.
— Nie chciałem go krzywdzić. Nie chciałem patrzeć, jak przede mną ginie wojownik mojego własnego klanu. Czuję się źle z tym, co się stało. Czuję się tak, jakbym zawiódł sam siebie. Jakbym złamał coś świętego. Jakbym zdradził nie tylko kodeks, lecz także tych, którzy obserwują nas z Klanu Gwiazdy.
W powolnym ruchu uniósł głowę swoją głowę ku górze, aż jego oczy nie patrzyły dłużej na zebrane przy nim koty, a spoczywały na kamiennym suficie. Przez kilka uderzeń serca trwał w kompletnym bezruchu — jedynie kosmyki jego futra, szarpane przez wiatr nadawały jego sylwetce jakiekolwiek życie — po czym ponownie skierował wzrok na polanę.
— Lecz nie miałem wyboru.
Słowa te wypowiedział przyciszonym głosem, niemal przypominającym szept, który zdawał się nie tyle tracić na sile, co zmieniać swoją naturę, stając się skierowany nie do tłumu, lecz do każdego kota z osobna, jakby Lśniąca Gwiazda zwracał się w tej chwili bezpośrednio do pojedynczych serc, a nie do zbiorowości. W rzeczywistości jednak jego głos został starannie wyważony, tak by mimo tej pozornej delikatności nadal docierał do najdalszych końców polany, niosąc się po niej w sposób kontrolowany, niemal celowy.
— Jeśli pozwoliłbym mu żyć, pozwoliłbym również, by zagrożenie rosło dalej. Pozwoliłbym, by nieufność zatruwała nasze legowiska. Pozwoliłbym, by strach wkradł się pomiędzy przyjaciół. Pozwoliłbym, by cierpiały wasze rodziny. Wasze dzieci. Wasi uczniowie. Wasi mentorzy. Wasi przyjaciele. Wasi partnerzy.
Jego głos pozostał łagodny, niemal ciepły, jakby każde wypowiadane słowo było starannie wygładzone jeszcze przed opuszczeniem pyska, pozbawione ostrych krawędzi, które mogłyby wzbudzić niepokój lub sprzeciw. Nie było w nim śladu rozkazu ani groźby, choć siedział przecież wysoko ponad całym klanem, przemawiając z miejsca należącego wyłącznie do przywódcy. Przeciwnie, mówił tak, jak gdyby zwracał się nie do podwładnych, lecz do bliskich towarzyszy, których zdanie naprawdę miało dla niego znaczenie, a których dobro leżało mu głęboko na sercu.
— Dlatego proszę was dziś tylko o jedno. Nie pozwólcie, by ta tragedia nauczyła was nienawiści, by nauczyła was podejrzliwości wobec wszystkich wokół. Pozwólcie natomiast, by przypomniała wam, jak ważna jest lojalność, szczerość. Jak ważne jest to, abyśmy pozostali zjednoczeni.
Kąciki jego pyska uniosły się ledwie odrobinę, podczas gdy w oczach wciąż pozostawała zaduma, przez co wyglądał niemal jak wojownik wspominający dawnego przyjaciela, którego nie zdołał ocalić przed własnymi błędami. W połączeniu z łagodnym tonem głosu oraz spokojną postawą tworzyło to obraz przywódcy przeżywającego stratę, a nie kota przemawiającego po zwycięstwie.
— Ponieważ jeśli jest coś, czego nauczyła mnie śmierć Tawułowej Bryzy, to fakt, że klan nie rozpada się od zewnętrznych zagrożeń. Klan rozpada się wtedy, gdy koty przestają ufać swoim wartościom.
Przy ostatnich słowach jego głos stwardniał ledwie zauważalnie.
— Klan Klifu zawsze był miejscem lojalności, obowiązku i wzajemnego zaufania. Chcę jednak mieć pewność, że tak pozostanie. Chcę mieć pewność, że żaden wojownik nie będzie musiał samotnie dźwigać swoich obaw. Że jeśli w naszym klanie pojawi się coś, co mogłoby zagrozić jego jedności, dowiemy się o tym, zanim będzie za późno.
Na moment zamilkł, pozwalając, by wypowiedziane przed chwilą słowa wybrzmiały wśród zgromadzonych kotów i osiadły pomiędzy nimi niczym pył niesiony przez wiatr. W tym krótkim zawieszeniu nie było jednak niezręczności ani wahania. Cisza zdawała się równie starannie przemyślana jak sama przemowa.
Jego spojrzenie przesuwało się powoli po zgromadzonych wojownikach, uczniach, starszych i królowych, zatrzymując się na poszczególnych pyskach tylko na moment, lecz wystarczająco długo, by każdy mógł odnieść wrażenie, że został zauważony. Nie patrzył na tłum. Patrzył na konkretne koty. Na ich reakcje. Na poruszenie uszu, napięcie barków, wymieniane ukradkiem spojrzenia i drgnięcia ogonów.
— Dlatego od dziś niektóre koty otrzymają możliwość bliższej współpracy ze mną. Będę częściej prosił je o rady. Będę pytał je o nastroje panujące w klanie. Będę słuchał ich opinii i obserwacji. Nie dlatego, że są lepsze od innych, lecz dlatego, że ufam ich osądowi.
Spojrzał na wojowników, a jego wzrok nie przesunął się po nich przypadkowo, lecz zatrzymał się na tej części zgromadzenia z wyraźnie większą uwagą, jakby właśnie w nich skupiał się ciężar całej przemowy i jakby to od nich w największym stopniu zależała przyszłość, o której mówił. Przez moment jego spojrzenie zdawało się bardziej przenikliwe, choć wciąż zachowywało pozory spokoju.
— Jeśli kiedykolwiek zauważycie coś, co mogłoby zaszkodzić naszemu klanowi, możecie przyjść do mnie. Jeśli usłyszycie słowa podważające Kodeks Wojownika, szerzące niepotrzebne podziały lub zachęcające do konfliktów, możecie przyjść do mnie. Jeśli martwicie się o przyszłość naszego domu, możecie przyjść do mnie.
Jego ogon poruszył się powoli, z niemal niedostrzegalną precyzją, jakby każdy jego ruch był nie tyle odruchem, co świadomie kontrolowanym sygnałem, który miał wprowadzić dodatkowy porządek w to, co już zostało powiedziane.
— Niektórzy z was być może otrzymają ode mnie więcej pytań niż inni. Niektórzy być może częściej będą proszeni o opinię. Traktujcie to jako dowód mojego zaufania. Jako dowód tego, że należycie do Skrytych Serc.
Na moment zamilkł, pozwalając, by ostatnie słowa rozpłynęły się po polanie, po czym westchnął cicho, a dźwięk ten zabrzmiał niemal jak oznaka zmęczenia, którego nie sposób było ukryć pod maską przywódcy. W jego oczach pojawiło się coś nowego, głęboko schowanego pod warstwami opanowania i uprzejmości — ledwie dostrzegalna frustracja, która nie przypominała gniewu, lecz raczej rozczarowanie kogoś, kto od dłuższego czasu obserwuje ten sam problem i za każdym razem dochodzi do tych samych wniosków.
— Jeśli chodzi o ciągłe ucieczki... — zaczął w końcu, podczas gdy jego ogon drgnął lekko za plecami. — To choć nie mogę nikogo zatrzymywać w naszym klanie, ani zmuszać kogokolwiek do pozostania w miejscu, którego nie chce nazywać domem, skłaniam was, abyście porozmawiali z naszymi protektorami, jeśli odczuwacie podobne potrzeby. Klan Klifu jest miejscem, w którym każdy powinien czuć się bezpiecznie. Powinien czuć się wysłuchany. Powinien mieć możliwość znalezienia pomocy, zanim podejmie decyzję, której być może nie będzie w stanie cofnąć.
Przerwał na chwilę.
— Nie ma nic złego w zwątpieniu. Nie ma nic złego w zmęczeniu. Nie ma nic złego w tym, że czasami ciężar obowiązków wydaje się większy, niż jesteśmy w stanie unieść. Każdy wojownik przechodzi przez podobne chwile. Każdy. Jednak istnieje ogromna różnica pomiędzy szukaniem pomocy a odwróceniem się od tych, którzy przez całe życie stali obok nas.
Jego oczy ponownie przejechały po zebranych kotach.
— Klan jest rodziną i żaden prawdziwy wojownik nie powinien porzucać swoich bliskich.
Ponownie westchnął, tym razem nieco głębiej.
— Kiedy odchodzi jeden kot, nie odchodzi sam. Pozostawia za sobą przyjaciół. Pozostawia uczniów. Pozostawia opiekunów i rodziców, którzy pamiętają jego pierwsze chwile w klanie. Pozostawia tych, którzy martwią się o jego los i zadają sobie pytania, na które często nigdy nie otrzymują odpowiedzi.
Przechylił głowę.
— Być może niektórzy postrzegają odejście jako drogę do wolności. Być może wierzą, że poza granicami klanu odnajdą coś, czego nie mogli znaleźć tutaj. Nie zamierzam nikogo osądzać za podobne myśli. Chciałbym jednak, aby każdy kot zastanowił się nad tym, co pozostawia za sobą. Nad tym, kto będzie cierpiał z powodu jego decyzji. Nad tym, kto będzie czekał na jego powrót, nawet wtedy, gdy ten powrót nigdy nie nadejdzie.
Przez krótką chwilę jego spojrzenie straciło część swojej zwyczajowej stanowczości, a w oczach pojawiła się zaduma sprawiająca wrażenie szczerej. Wyglądał niemal tak, jakby myślał o wszystkich kotach, które odeszły z klanu przez minione księżyce, o pustych miejscach w legowiskach, o niedokończonych rozmowach i o tych, którzy pewnego dnia po prostu zniknęli za granicą terytorium, nie pozostawiając po sobie niczego poza wspomnieniami.
W połączeniu z jego wcześniejszymi słowami ten drobny wyraz pyska nadawał całej przemowie bardziej osobisty charakter — zamiast przywódcy wygłaszającego polecenia widzieli przed sobą kota, który zdawał się autentycznie przeżywać każdą stratę. Trudno było nie odnieść wrażenia, że mówił nie z pozycji władzy, lecz z pozycji kogoś, kto wielokrotnie patrzył, jak bliskie mu koty odchodzą w nieznane.
To właśnie dlatego uśmiech ten był tak przekonujący. Nie był szeroki. Nie był teatralny. Nie próbował zwracać na siebie uwagi. Sprawiał raczej wrażenie emocji, która wymknęła się spod kontroli i na krótką chwilę przedostała na powierzchnię, zanim Lśniąca Gwiazda zdążył ponownie ukryć ją pod swoją zwyczajową maską opanowania.
Dzięki temu wielu kotom łatwiej byłoby uwierzyć, że za słowami o lojalności, rodzinie i pozostawaniu w klanie nie kryje się pragnienie kontroli, lecz zwykły lęk przed kolejną stratą.
— Ponieważ Klan Klifu nie jest tylko terytorium. Nie jest tylko obozowiskiem ani grupą wojowników. Jest domem. A domów nie porzuca się bez walki o to, by znów poczuć się w nich jak u siebie.

Od Neriny (Puszystej Łapy) CD. Psotnego Nietoperza

Czas w siedlisku dwunożnych leciał, a Nerina zaczął powoli zapominać, kim był. Nabrała więcej masy niż dotychczas, jednak nadal nie była jak te wielgaśne, pulchne koty przekarmiane przez swoich właścicieli. Mimo to pani Szafirek była jedną z lepszych dwunożnych, na jakich mogło trafić. Miał pewne pretensje co do kociaka, z którym mieszkał, jednak ostatecznie i z nim udawało mu się dogadywać. Pewnego razu, gdy Frezja wrócił do domu po ucieczce cały wyziębiony, Nerina postanowił pomóc wymyć mu futerko. Szafirek robiła z tego najwyraźniej wielkie święto, gdy wyciągnęła nawet śmieszne świecące pudełko, które z reguły zajmowało jej dużo czasu. Czasu, który mogłaby poświęcić własnym, znudzonym kotom.
— Nerino? — mruknął kremowy kocur. — Czy pamiętasz jeszcze o klanach? Nie mówiłeś, że kiedyś…tam wrócisz? — zapytał, jakby trochę niepewnie.
— Tam… Klany… — mruknął, wylizując swoją łapkę.
Ułożyła się wygodniej w fotelu, pokazując wrażliwy brzuszek. Następnie, co prawda do góry nogami, spojrzała na miskę z karmą, swojego towarzysza i spokojną przestrzeń.
— Wiesz, nie wydaje mi się. Raczej odpadam — burknęło w końcu, mrucząc cicho pod nosem.
— Nie tęsknisz za swoimi? Nie miałeś tam nikogo Ner… Dryfująca Gałęzatko? Z pewnością ktoś nadal na ciebie czeka. Nie żal ci go? — kontynuował swoją wywód zielonooki.
— Za kim mam tęsknić? — warknęło nagle zirytowane. — Nikt się mną nie interesował. Zresztą czemu nagle zaczęło to interesować cię? — odparło, kładąc się z powrotem na brzuchu.
Głowa niebieskiego powoli opadła na łapy. Zapiszała cicho, wkładając pysk między przednie kończyny.
— Widlik. Morszczyn… — miauknął cicho. — Jestem pewien, że moi bracia za mną tęsknią. Jednak obiecałem sobie, że już nigdy więcej nie wrócę do klanów. Miałam zostać samotnikiem, ale może to porwanie wyszło mi na dobre? — zasugerowała, spoglądając na Frezję.
Nastała krótka cisza, wypełniona jedynie dźwiękami tworzonymi przez sprzątającą dwunożną.
— Był ktoś jeszcze. Ktoś, kogo nie mogłabym opisać słowami. Kotka z innego klanu, o dobrym sercu i pięknym czarnym futrze przyozdobionym w niebieskie kwiaty. Jeśli tęsknię… to za nią, za swoją przyjaciółką. Psotnym Nietoperzem z Klanu Klifu — odparła. — Są tu jakieś złote pola? Lub chociaż rzeka — zapytał, zwracając się do Frezji.
— Złote pola? Tak mi się wydaje. Nieopodal za rzeką. Tak przynajmniej słyszałem. Jak uda ci się wyjść na skraju miasta to zapewne będziesz mógł już ujrzeć rzekę w oddali. Ty chyba nie wybierasz się tam na s… — odparł, ale widząc zdeterminowany wzrok drugiego kota, przerwał swoją wypowiedź.
— Zawijam się stąd. Teraz — miauknęła cicho niebieska.
Nerina wstało gwałtownie i zeskoczyło z fotela. Podbiegło do pani Szafirek, krótko tuląc na pożegnanie jej nogę, a następnie, zanim kobieta zdążyła się zorientować, o co mogło jeno chodzić, czmychnęło przez uchylone drzwi. Otwarte drzwi, które miały siedlisku dwunożnym przynieść ochłodę, okazały się najlepszą opcją ucieczki Neriny.

***

Niebieski kocur zdołał w końcu trafić w znajome miejsce. Przed nim rozciągały się ogromne ilości o też porze roku złocących się kłosów. Pamiętała opowieści Psotnego Nietoperza. Zdarzało się, że opowiadała o tym miejscu podczas ich rozmów. Nerina poczuła ciepło na serduchu, jednak obawiało się iść dalej. Zamiast tego schowało się, dopóki nie zobaczyło poruszających się przed nim kłosów.
— A mówiłam ci Morświn, że poznałam kiedyś bardzo miłego kota? Szkoda, że kontakt nam się urwał tak nagle — mruknęła smutno jedna z kotek.
— Nie martw się, na pewno się spotkacie — odparła pocieszająco druga.
Nerina uniósł lekko swoje uszy, słysząc głosy dwóch kotek. Jeden brzmiał nawet bardzo znajomo. Niebieska od razu skojarzyła, do kogo mógł należeć ten głos. Miało tylko nadzieję, że się nie pomyliło. Dwa głosy jednak sprawiły, że przez moment się zawahał. Nie był pewny czy chce rozmawiać z przyjaciółką w obecności innego kota. Brzmiała jednak na pozytywnie nastawioną, więc powoli, lecz na tyle, aby być zauważonym, zaczął zbliżać się do kotek.
— O wilku moowaa — zachichotała cicho, pokazując się klifiaczkom. — Trochę przybrałem na wadze, ale ciężko było uciec zbyt przyjaznej pani Szafirek — uśmiechnęła się, choć po jej postawie było widać lekki dyskomfort przez nowe towarzystwo.
Psotka przeniosła wzrok na przybysza, a jej błękitne oczy zalśniły. Zanim zdążyła pomyśleć, wyskoczyła i wpadła na kocura.
— Gdzieś ty był? Nawet nie wiesz, jak tęskniłam! — miauknęła i lekko pacnęła go łapą w głowę. Tajemnicza kotka, znajoma Nietoperza podeszła bliżej.
— Czy to o niego chodziło Psotko? — spytała ją siostra. Czarna wojowniczka kiwnęła lekko łebkiem.
— Tak. Dryfująca Gałęzatko to moja siostra Morświnowa Płetwa. Morświnowa Płetwo to jest Dryfująca Gałęzatka — odparła, nie znając jego nowego imienia.
Widząc kotkę, niebieski uśmiechnął się ciepło. Gdy pacnęła go w głowę, zmrużył oczy rozbawiony.
— Nie złość się, złość piękności szkodzi — miauknął. — Hmm... Wiesz, tak się składa, że mnie porwali — odparł, nieco ironicznym głosem. — Serio. Byłam pieszczochem — parsknęła.
Spojrzało na towarzystwo.
"Siostra, hm?" pomyślał i uśmiechnął się w stronę kotki.
— Miło mi poznać! — odparł, przez moment zastanawiając się nad tym, co powinien powiedzieć. — Właściwe to teraz nazywam się Nerina. Zachowałem imię, które dała mi była właścicielka — dodał w końcu, liżąc się nerwowo po piersi.
— Czy... Znaczy. Co u ciebie? Jak klany? Iii... Chyba musimy porozmawiać droga Psotko — wyszeptało nerwowo. — Za dużo mówię?
Wojowniczka zastrzygła uszkiem. Obwąchała kocura i upewniła się, że nic mu nie było.
— Nie skrzywdzono cię prawda? — wyszeptała z troską. Uśmiechnęła się łagodnie.
— Nerina? Bardzo ładne imię. Podoba mi się — wymruczała Psotka. Słysząc, że musieli pogadać, Nietoperek kiwnęła lekko łebkiem.
— Tak, masz rację — wymruczała.
— A co do klanów to trochę się pozmieniało, ale jak na razie nie doszło do gorszych sytuacji — dodała.
— Przeszkadzam wam? Mogę pójść i zapolować, a wy sobie pogadacie. Co wy na to? — zasugerowała Morświn.
Pokręciło głową na nie.
— W żadnym przypadku. Miałem nawet miłe towarzystwo. Właściwie to prawie zapomniałem o istnieniu klanów. Jestem tu dzięki tobie. A raczej o tym, że pamiętałam o tobie — uśmiechnął się leciutko.
— Cieszy mnie to. Trochę się bałem, że podczas mojej nieobecności może dojść do jakiej walki między klanami — skomentował.
Słysząc słowa Morświn, zastrzygł lekko uchem i jakby zesztywniał. Nie do końca wiedział, jak powinien odpowiedzieć. Co, jeśli kotka poczuje się obrażona? Spojrzał na niebieskooką proszącym o pomoc wzrokiem.
Psotny Nietoperz przeniosła wzrok na siostrę. Podeszła do niej i otarła się o nią.
— Dobrze, ale nie odchodź daleko — wymruczała. Morświn skinęła łebkiem.
— Dobrze, bawcie się dobrze — wymruczała, puszczając oczko i odeszła nieco.
— Kocham ją — wymruczała Psotka. Zaraz jednak skupiła się na kocurze.
— Cieszę się, że jesteś i bardzo miło mi słyszeć, że dzięki mnie nie zapomniałeś o klanach. Ja o tobie również nie. Przychodziłam na plażę, mając nadzieję, że będziesz. Na zgromadzeniu cię szukałam, ale tam też ciebie nie było — odparła i cicho westchnęła. Zaraz jednak się uśmiechnęła.
Czując dotyk kotki, zamruczała cicho, a podczas tej chwili nieco bardziej wtuliła się w jej futerko. Odetchnął z ulgą, gdy Morświn od nich odeszła, chociaż coś mu mówiło, że nadal może ich słyszeć. Poczuł się jednak wyraźnie bardziej komfortowo.
— Wybacz. Planowałem zostać samotnikiem i kręcić się gdzieś w pobliżu twojego klanu. W rzeczywistości uciekłem, chociaż oficjalna wersja jest taka, że zostałem porwany podczas spaceru. Naprawdę nie chciałom cię opuszczać — wyszeptała, wycierając łapką nieco zaszklone żółte oczka.
— M-Myślisz, że mógłbym tu zostać? — wypalił nagle.
Pozwoliła kocurowi się wtulić. Sama była zaskoczona tym, jak miłe to było uczucie.
— Och, rozumiem. Cieszę się, że nic ci się nie stało — wymruczała. Na jego slowa, zamyśliła się na moment. Raczej z przywódcą nie miała złego kontaktu.
— Mogę pogadać z Lśniącą Gwiazdą. Możemy pójść do obozu od razu, jak moja siostra zapoluje. Wstawię się za tobą przed nim — wymruczała.
Niebieskiej zaświeciły się oczy.
— Jasne. Dziękuję — miauknął i liznął kotkę w polik, odrobinkę się przy tym rumieniąc.
Przyjaciele w końcu też okazują sobie takie gesty, prawda?
Psotka zarumieniła się, ale odwzajemniła liźnięcie. Podniosła się i zawołała siostrę. Cała trójka skierowała się w stronę obozu.

***

Nietoperz zaprowadziła kocura prosto do przywódcy. Nerina przełknął ślinę zdenerwowany i uśmiechnął się słabo, widząc rude futro i dumną postawę drugiego kota.
— Witaj Lśniąca Gwiazdo — miauknął powoli i ukłonił się lekko. — Jestem Nerina. Dawniej Dryfująca Gałęzatka były wojownik Klanu Nocy. Czy znalazłoby się dla mnie miejsce w Klanie Klifu? Obiecuję być lojalna nowej przynależności i wykonywać swoje obowiązki — dodał, unosząc łebek.
Próbowało ukryć w sobie cały strach związany z rozmową.
— Witaj Nerino — odparł rudzielec, przyglądając się uważnie samotnikowi. — Może najpierw opowiedz mi swoją historię? — zapytał kocur.
Nerina bardzo szybko uznała, że musiało chodzić i sprawdzenie, czy był niebezpieczny. Otworzył nieco szerzej oczy.
— A-Ah wybacz! W Klanie Nocy byłom bardzo samotne. Wieczorem wyszedłem poza tereny Klanu Nocy, a gdy zacząłem wahać się nad swoją decyzją, porwali mnie dwunożni. Już nic nie trzyma mnie przy nocniakach, bycia pieszczochem także się wyrzekłem. Przyszedłam tutaj…ponieważ tu jest bliska mojego serca — dodała nieco ciszej.
Lśniący wyglądał, jakby nad czymś rozważał.
— W takim razie zostaniesz uczniem. Wykaż się, a może już wkrótce staniesz się pełnoprawnym wojownikiem Klanu Klifu — mruknął, kiwając głową z delikatnym uśmiechem na pyszczku.
Cętkowany przeszedł obok samotnika i skierował się w stronę mównicy. Nerina prędko zrozumiał, o co chodziło, więc zafundował sobie szybkie odświeżenie futra.
— Nerino nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia — przerwał i spojrzał na pulchnego kocura. — …protektora będziesz się nazywać Puszysta Łapa. Twoim mentorem będzie Serdeczna Naparstnica. Mam nadzieję, że Serdeczna Naparstnica przekaże ci całą swoją wiedzę — spojrzał na niebieskiego z łagodnie uniesionymi kącikami ust.
Spuścił wzrok z niebieskiego i spojrzał na protektora.
— Serdeczna Naparstnico, jesteś gotowy do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałeś od swojego mentora, Rozkwitającego Astru doskonałe szkolenie i pokazałeś swoją błyskotliwość i wyrozumiałość. Będziesz mentorem Puszystej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzę — cętkowany zakończył swoją przemowę, a gdy ceremonia dobiegła końca, kiwnął głową obu kotom na znak niemego pożegnania i odszedł do swojego legowiska.
Nerina, gdy tylko zniknął łebek przywódcy, zaczął rozglądać się za Psotką.
— Udało się! — miauknęło radośnie.

<Psoteczko?>

Od Lisiego Ostu CD. Konwaliowej Mielizny

— Wraz z rodziną zostałem niesłusznie oskarżony o zdradę — przyznał wprost, co zszokowało Lisiego Osta.
— Oskarżony? O zdradę? — dopytywał zielonooki, ponieważ było mu ciężko w to uwierzyć.
— Jednego dnia spokojnie wypełniałem swoje obowiązki, by następnego zostać uwięziony na jednej z wysp blisko obozu bez żadnych wyjaśnień. Potraktowano nas jak najgorszych przestępców. Wydzielano niewielką ilość jedzenia, taką byśmy przeżyli, zero kontaktu z innymi, a jeśli już, to potem podobny dany kot był podejrzewany o współudział. To jest chore, co się tam dzieje! — mówił bez zastanowienia.
Czarnofutry otworzył szerzej oczy, wpatrując się w swojego znajomego pełen zdumienia. To brzmiało jak koszmar! Jak liderka Klanu Nocy mogła traktować tak członków swojej przynależności?
— Jak to jest być samotnikiem? — spytał nagle, zmieniając temat.
To pytanie zbiło z tropu Osetka.
— Jeszcze nie skończyliśmy rozmawiać o tamtej sytuacji! — oburzył się czarnofutry, wciąż zdziwiony. — Przecież to jakiś żart, to musi być żart! Dlaczego Mandarynkowa Gwiazda skazała was na takie tortury? Przecież musiała mieć jakiś powód, choćby głupi? — zapytał, patrząc na Konwaliową Mieliznę z politowaniem.
— Owszem, miała. Powód był wprawdzie niedorzeczny, lecz w jej mniemaniu najwyraźniej wystarczający. Mandarynkowa Gwiazda jest kotką niezwykle podejrzliwą. Uważa mnie i moich krewnych za potencjalnych zdrajców wyłącznie dlatego, że jesteśmy potomkami Baśniowej Stokrotki, która niegdyś zaszła jej za skórę — narzekał, nie kryjąc rozgoryczenia. — Szczerze mówiąc, nie sądzę, by ktoś kierujący się podobnymi uprzedzeniami powinien sprawować władzę nad całym klanem. Znacznie bardziej pasowałaby do starszyzny niż na stanowisko liderki. Obawiam się, że pewnego dnia może odkryć, iż nie ma już komu wydawać rozkazów. Pod jej przywództwem coraz trudniej jest swobodnie funkcjonować, a z czasem coraz więcej kotów zacznie to dostrzegać. Wówczas nawet najlojalniejsi mogą przestać uważać odejście za coś niewyobrażalnego — kontynuował, aż jego futro na całej długości grzbietu zjeżyło się ze zirytowania. Bądź co bądź, miał do tego powód. Miał prawo być sfrustrowany przez to, co przydarzyło mu się w klanie, który miał być dla niego domem.
— To okropne, Konwalio… Strasznie ci współczuję. Ja wiem, jak to jest czuć się zagrożonym we własnej przynależności. Nie życzyłbym tego nawet swojemu największemu wrogowi — przyznał Osetek, poruszając smutno wibrysami. — Pytałeś o to, jak to jest być samotnikiem, prawda? Cóż, czasem nie jest łatwo, ale mimo wszystko cieszę się, że mogę być wolny i nic mi nie zagraża. Poza tym znam się trochę na ziołach, ponieważ uczyłem się o nich w Owocowym Lesie. Jeśli ty i twoi bliscy zechcą odejść z Klanu Nocy, chętnie wam pomogę. Moglibyście dołączyć do grupy, w której jestem. Nazywamy się Świetlikami, choć ostatnio brakuje nam członków — przyznał. Gdyby przyprowadził do Mglistego Snu kilka kotów, ten na pewno by się ucieszył!
— Obawiam się, że byłaby to jedynie zamiana jednego problemu na drugi — odparł liliowy, niezbyt przekonany propozycją dołączenia do nowej grupy. — Każda grupa potrzebuje przywódcy, a każdy przywódca może pewnego dnia dojść do wniosku, że jego osąd jest ważniejszy od dobra innych. Wiem o tym aż za dobrze.
— Nie, nie! Mglisty Sen jest moim mentorem. Jest naprawdę dobrym kotem. On nigdy nie skazałby kogoś tylko ze względu na więzy rodzinne. Nie mielibyście o co się bać! — przekonywał go.
W końcu wojownik Klanu Nocy westchnął, odwracając wzrok od samotnika.
— Sądzę jednak, że powinienem już wracać. Nie chciałbym, aby ktoś dostrzegł naszą rozmowę i wysnuł z niej zbyt śmiałe wnioski. W obecnych czasach nawet zwykła wymiana zdań może zostać uznana za spisek przeciwko Mandarynkowej Gwieździe — stwierdził, po czym pożegnał się skinieniem głowy i wyruszył w głąb terenów swojej przynależności.

* * *

Teraźniejszość

Przez swoją nieuwagę, gdy przechadzał się przy Drodze Grzmotu, nadepnął na odłamek szkła, który wbił mu się w poduszkę łapy. Ból przeszedł przez całe jego ciało, aż musiał zatrzymać się i prychnąć pod nosem, by jakoś go znieść. Może i nie była to wielka, krwawiąca rana, lecz takie nagłe ukłucie zabolało go bardziej, niż powinno.
— Głupi Dwunożni! Nie potrafią nie ingerować w naturę — stwierdził oburzony, musząc na coś przelać frustrację związaną z bólem łapy. Teraz będzie musiał znaleźć jakieś zioło, by to opatrzyć. Nie chciał przecież nabawić się infekcji.
Wracając do Czajki, cały czas kuśtykał. Gdy już w końcu znalazł się w pobliżu ich niewielkiego obozu, natychmiast zwrócił uwagę niebieskofutrego swoim nietypowym chodem.
— Co ci się stało? — zapytał od razu Czajka, podchodząc do niego i oglądając jego łapę.
— Nic wielkiego, tylko przypadkiem wdepnąłem w kawałek szkła… Nałożę trochę trybuli czy skrzypu i będzie po sprawie — oznajmił, uśmiechając się do przyjaciela.
Ten przytaknął głową, a wyraz jego pyska widocznie się rozpogodził.
Lisi Oset nie mógłby być szczęśliwszy, odkąd spotkał niebieskofutrego. Żyli sobie wspólnie, pomagając sobie nawzajem. Jak przyjaciele. Zielonooki wreszcie czuł, że ma dla kogo żyć, i nie śmiał już myśleć o odejściu z tego świata. Cieszył się, że nie zdecydował się wtedy na wzięcie tych jagód. Inaczej wiele by stracił.
— Tak przy okazji, to przejdę się nad granicę z Klanem Nocy. Opowiadałem ci już o Sennej Łzie? Chyba nie, ale w każdym razie... umówiliśmy się tam na spotkanie — mruknął, przenosząc zawstydzony wzrok na łapy.
Na wzmiankę o szylkretowej kotce jego serce zabiło szybciej. Chyba naprawdę się w niej zauroczył...
Czajka nie odpowiedział, a po chwili Osetek podniósł głowę i ruszył w stronę rzeki, która oddzielała tereny samotnicze od terenów Klanu Nocy.
— Do zobaczenia, Czajko! Wrócę jeszcze przed zachodem! — pożegnał się z przyjacielem i przyspieszył kroku.
Już nie mógł się doczekać, by ujrzeć te piękne, żółte ślepia Nocniaczki.
Gdy dotarł na miejsce, Senna Łza już tam na niego czekała. Była wręcz idealnym materiałem na partnerkę! Nie spóźniała się, była obowiązkowa. Była wszystkim, czego Lisi Oset oczekiwał od partnerki. Miał tylko nadzieję, że ona czuje wobec niego to samo i że gdy wreszcie zbierze się na odwagę, by wyznać jej miłość, ta nie odrzuci go, lecz zgodzi się spędzić z nim resztę życia.
— Dzień dobry, Łezko! — przywitał się z nią, zatrzymując się przy brzegu rzeki.
— Hej, Osetku! A co ci się stało w łapę? — odparła, przekręcając głowę.
Czarnofutry kompletnie o tym zapomniał, mimo że przez całą drogę kuśtykał. Tak bardzo był zajęty rozmyślaniem o szylkretce, że przestał zwracać uwagę na ból. Uśmiechnął się i prędko wyciągnął z poduszki szkło, po czym wrzucił je do rzeki. Opatrunek ziołowy nałoży sobie, gdy już wróci ze spotkania z Senną Łzą.
— Och, Osetku! — zaśmiała się szylkretka, po czym rozejrzała się wokół i przepłynęła rzekę na drugą stronę, by spotkać się z czarnofutrym w cztery oczy. — Jeszcze kiedyś nauczę cię pływać. To kocury powinny się wysilać, a kotki tylko ładnie pachnieć i wyglądać — stwierdziła, pocierając swoim mokrym pyskiem o jego policzek.
Lisi Oset zamruczał na ten gest, mimo iż chłód, który poczuł po zetknięciu się z przemoczoną Łezką, nie był zbyt przyjemny.
— Jak dużo czasu masz, nim ktokolwiek zacznie się martwić? — spytał w końcu, gdy szylkretka skończyła się już z nim witać. — Chciałbym pójść z tobą na wspólny spacer — dodał, uśmiechając się ciepło do kotki.
— Chyba całkiem sporo. Moja matka jest dziś zajęta, więc nie powinna niepokoić się moją nieobecnością. Możesz mnie zabrać, gdzie tylko chcesz! — zachichotała, poruszając wibrysami z radości.
— W takim razie ruszajmy!
Lisi Oset tak bardzo wciągnął się w spacer z Senną Łzą, że chodził z nią aż do zachodu słońca. A gdy nastała noc, znaleźli w lesie polankę i położyli się na niej, obserwując gwiazdy.
— Te kropki na niebie... są takie piękne! Przypominają mi te plamki, które masz na łapach i boku — przyznał, po czym spojrzał na szylkretkę.
— Nie sądziłam, że jesteś taki uważny! — odparła, a jej ślepia zalśniły z ekscytacji. — Teraz mi jeszcze powiedz, że pamiętasz każdą moją pręgę!
Lisi Oset przewrócił oczami.
— Ależ oczywiście, że pamiętam! Przypominają mi czasem pajęczyny...
Na te słowa Senna Łza dała mu kuksańca.
— Przestań się wygłupiać! — mruknęła żartobliwie.
Przez chwilę leżeli w ciszy. Aż do momentu, w którym czarnofutry nagle zbladł.
— Wszystko w porządku? — spytała szylkretka, dostrzegając zmianę w jego mimice.
— Ja... będę się już musiał zbierać. Obiecałem znajomemu, z którym obecnie mieszkam, że wrócę do niego przed zachodem słońca, a już dawno zapadła noc! Ach, teraz mi głupio... — westchnął, podnosząc się na cztery łapy.
Senna Łza nie wyglądała na zadowoloną.
— Przecież to tylko znajomy, czyż nie? Nie kontroluje twojego dnia. Nic się nie stanie, jeśli jeszcze chwilę tu sobie poleżymy... — zauważyła.
— W sumie... masz rację. Nic się nie stanie.
W końcu przypadkiem zasnął obok Sennej Łzy, lecz gdy się obudził, nie było jej przy nim. Musiała już wrócić do Klanu Nocy, co było całkiem zrozumiałe. Przecież miała swoje wojownicze obowiązki.
Lisi Oset przeciągnął się, po czym zabrał się za poszukiwania trybuli i pajęczyny, by w końcu sporządzić opatrunek.
Po jakimś czasie udało mu się zabandażować zranioną poduszkę, a przy okazji znaleźć się ponownie blisko granicy z Klanem Nocy. Jednak tym razem, zamiast Sennej Łzy, ujrzał po drugiej stronie Konwaliową Mieliznę.

<Konwaliowa Mielizno?>

Wyleczeni: Lisi Oset

Od Króliczej Prawdy (Gasnącej Łapy) CD. Oszronionego Kła

— Dzień dobry, Oszroniony Kle, nie idziesz na patrol? — mruknął do swojej córki, która pogrążona była w myślach. Na tyle, że wcześniej jeszcze nie wiedziała, iż zbliża się do niej kremowy. Trzymał on w pysku całkiem sporą mysz — dziwnie sporą, jak na fakt, że była Pora Nagich Drzew.
— Nie — rzuciła twardo, nie siląc się na wyjaśnienia.
— Czy w takim razie zjesz ze mną? — zapytał, wskazując łapą na gryzonia. Kotka skinęła głową, lecz jej pysk pozostawał wygięty w grymasie. — Wyglądasz na zdenerwowaną — rzucił w końcu, nie chcąc ignorować irytacji wymalowanej na mordce pointki.
— Bo jesztem... — wyburczała, schylając się po pierwszy kęs.
— Młodość powinnaś spędzić na czymś innym niż przejmowaniem się każdą sprawą w klanie — poradził z dobroci serca.
— Nie wydaję mi szię... Gdyby wszyszcy chociaż trochę ruszali głowami od maleńkoszci, nie muszielibyszmy wiecznie zmagać szie z takimi problemami — rzuciła, wpatrując się w powoli pustoszejący, poranny obóz.
— Nie powiedziałem, że masz działać bez pomyślunku. Na to jesteś za mądra — stwierdził, biorąc kilka kęsów zwierzyny.
— Tak, jesztem. Ja nigdy nie dałabym jakiejsz przybłędy na sztanowiszko zasztępcy. Tak szamo nie zrobiłaby tego babka. Nawet ja jesztem w Klanie Klifu dłużej niż Truszkawkowe Pole, a jesztem niemal trzykrotnie młodsza. To niepoważne. To podejrzane. To wszystko, nie tylko szprawa zasztępcy. Nie podoba mi szię to, wszysztko mi szię nie podoba. Jeszcze nasz wszystkich zanieszie na dno — wywarczała pod nosem.
Królicza Prawda nie mógł ukryć, że zgadza się ze słowami córki. Nie podobał mu się ten cały Lśniąca Gwiazda i nie podobało mu się to, jak głęboko w poważaniu miał decyzję swojej poprzedniczki — Pikującej Jaskółki. To Mysi Postrach powinien był dostąpić zaszczytu zostania liderem, a zamiast tego został strącony na samo dno hierarchii. Został wojownikiem. Dobrze, że chociaż nie więźniem! Ciekawe, co on sam o tym wszystkim myślał. Dlaczego nie walczył o swoją posadę? Dlaczego nie było słychać w obozie jego sprzeciwów? Czyżby cieszył się, że nie musiał teraz nosić na barkach obowiązków lidera? A może rudofutry kocur zagroził mu, że jeśli spróbuje podskakiwać, to zostanie zabity? Wygnany? Nazwany zdrajcą, zagrożeniem?
— Rozumiem, że cię to frustruje, ale Lśniąca Gwiazda zapewne będzie jeszcze rządził przez długie księżyce. Póki cię lubi, a zakładam, że tak jest, skoro jesteś jego siostrzenicą, to nie próbuj tego zmienić. Nawet jeśli Klan Klifu zacznie się walić, to przynajmniej będziesz pierwsza do uratowania — stwierdził, smutnym wzrokiem patrząc na pointkę. On, mimo że w klanie uchodził za partnera Źródlanej Łuny, nie miał takich przywilejów. Lśniąca Gwiazda patrzył na niego raczej jak na syna Pikującej Jaskółki, przez co kremowy nie czuł się tu do końca bezpiecznie. Już nie. — Nie wydaje mi się, by Klifiacy szykowali przeciwko niemu jakiś bunt. Tak już jest. Niektórzy wolą być ślepymi owcami i podążać za tłumem, zamiast połączyć siły i wspólnie walczyć przeciwko wrogowi — dodał, przenosząc wzrok na nadgryzioną piszczkę. Stracił już apetyt. — Nie mówię, że ja jestem lepszy. Także nie staram się, by coś zmienić. Nie chcę skończyć z poderżniętym gardłem, choć wiem, że póki nikt nie umrze, każdy będzie sobie wmawiał, że jeszcze nie jest tak źle. Że zagrożenie nie istnieje, że nie może im się przytrafić coś złego — zakończył, po czym umilkł, nie chcąc już więcej niczego dodawać. Mimo wszystko istniała szansa, że ktoś może podsłuchać ich rozmowę.
— No wlasznie… — fuknęła pointka. — W końcu ktosz umrze! Co, jeszli będzie to twój brat? Albo ten Bukowa Korona? — odparła, specjalnie wymieniając koty, które Królicza Prawda lubił i na których mu zależało.
To sprawiło, że kremowego zatkało. No właśnie, co jeśli?
— W takim razie im też powiem, by mieli się na baczności. Przecież Lśniąca Gwiazda nie będzie mógł im zrobić krzywdy na oczach całego klanu, prawda? — zastanowił się, choć jego słowa brzmiały dosyć niepewnie.
— Nie byłabym tego taka pewna. Niektórym to i mógłby wcisznąć liszie bobki poszypane płatkami kwiatów, a i tak by za nie podziękowali! — stwierdziła oburzona, uderzając ogonem o podłoże.
Może i było w tym trochę racji. Lśniąca Gwiazda z całą pewnością miał koty, które popierały jego przywództwo.
— Dobra, koniec już tego. Nie będę pozwalał na to, by jakiś futrzak zepsuł nam wspólny, rodzinny posiłek — mruknął, choć wiedział już dobrze, że nie miał nawet ochoty kończyć tej myszy. Więc z posiłku nici.
Oszroniony Kieł przewróciła oczami, zirytowana.

* * *

Po straceniu życia przez Króliczą Gwiazdę

Nastroje w Klanie Burzy były… różne. Królicza Gwiazda prawie nie wychodził ze swojego legowiska, a zamiast tego wszystkim zajmował się Zawodzące Echo. Dymny kocur zresztą przez ostatnie dni też nie wyglądał najlepiej. Coś widocznie go uwierało, stresowało. Czyżby szykowało się coś niedobrego? Może jakaś wojna z Klanem Klifu…? Kremowy wolałby, by sprawa jego zmiany przynależności nie poskutkowała konfliktem tych dwóch klanów. Tym bardziej że przecież miały ze sobą sojusz, którego dowodem była dwójka dorosłych już kociąt — Poczciwy Szakłak i Pchełkowy Skok.
Z tym pierwszym kocurem pręgowany nawiązał tu bliższą relację. To właściwie jeden z niewielu Burzaków, z którym miał okazję porozmawiać jeszcze przed zmianą klanu. Wcześniej, gdy spotykali się na granicy, Poczciwy Szakłak wydawał mu się zupełnie inny. Gdy jednak rozmawiali częściej, okazało się, że czarnofutry był wrażliwym, smutnym kocurem, któremu los cały czas rzucał kłody pod łapy. Gasnąca Łapa starał się mu pomagać, jak mógł, lecz nie wiedział, na ile mu to wychodziło. Jak na razie czarnofutry zdawał się go lubić i szanować jego obecność, toteż wysnuł z tego wniosek, że całkiem dobrze szło mu to pocieszanie.
Szkoda tylko, że tak późno nauczył się być dobrym kotem. Może gdyby już wcześniej potrafił pomagać i wspierać, to Dyniowa Skórka by od niego nie odeszła? Może wcale nie musiałby uciekać do Klanu Burzy i wciąż żyłby z nią w mieście? Nie musiałby stać się utrapieniem dla Oszronionego Kła i Wzburzonego Kormorana, a także nie musiałby sprawiać bólu Źródlanej Łunie, która przecież kochała innego kocura.
Przy okazji mógłby uczestniczyć w życiu Kocimiętki i Mak, które teraz zapewne nienawidziły go i myślały, że zdradził Dynię. To nie była prawda. Wciąż ją kochał, lecz wiedział, że ich drogi rozeszły się na dobre. Nie zamierzał szwendać się po granicach ani chodzić na żadne zgromadzenia. Wiedział, że już nigdy nie ujrzy jej pięknych zielonych oczu ani nie usłyszy jej głosu, który był dla niego niczym miód.
Nie chciał więcej o tym myśleć. Postanowił podnieść się ze swojego posłania w legowisku uczniów i przejść się po azylu, by zaczerpnąć trochę świeżego powietrza i odciągnąć się od nieprzyjemnych wspomnień. Gdy wyszedł, zaczął zastanawiać się nad tym, kiedy w końcu go mianują. Słyszał, że nowi wojownicy odciskali swoje łapy na jakiejś ścianie, lecz czy jemu też przyjdzie zrobić coś takiego?
W końcu nie był rodowitym Burzakiem, a jedynie jakąś przybłędą, która o mało nie zniszczyła sojuszu trwającego już od wielu księżyców, a może nawet sezonów. Chyba nie zasługiwał na to, by na stałe zapisać się w historii Klanu Burzy, choć wolał tę decyzję pozostawić Króliczej Gwieździe.
W końcu zatrzymał się na środku obozu, a jego wzrok mimowolnie powędrował do rozmawiających ze sobą Zawodzącego Echa i Wdzięcznej Firletki. O czym oni mogli tak dyskutować? Ich zachowanie jeszcze bardziej zaniepokoiło kremowego.
Dyskretnie zrobił krok w ich stronę, by może co nieco podsłuchać, lecz wtem przestali rozmawiać. Dymny kocur pożegnał się z medyczką i odszedł od niej, po czym minął się z pręgowanym. Przechodząc obok, spojrzał na niego wzrokiem trudnym do odgadnięcia i poszedł dalej, niczego nie mówiąc.

Koniec sesji

Od Gąbczastej Perły CD. Trzcinowego Szmeru

— Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o kociętach, Zmierzchającej Fali oraz partnerstwie?
— Owszem. Mówiłaś, że jednak nie jesteście razem. Czy coś się zmieniło? Odbiłaś go Kropiatkowej Skórce, skoro o tym mówisz? Nie mów, że to zrobiłaś!
— Oczywiście, że nie! Kropiatkowa Skórka to moja przyjaciółka, nie mogłabym tego zrobić! Tym bardziej że są ze sobą szczęśliwi oraz mają swoje małe urwisy.
— Okej… To do czego bijesz w takim razie?
— Do tego, że znalazłam kandydata na ojca dla moich przyszłych kociąt!
— Na Klan Gwiazdy! — Gąbczasta Perła wytrzeszczyła oczy. — Kto to?
— Żmijowcowa Wić.
Po pysku medyczki przeszło wiele różnych emocji. Od zdziwienia po ekscytację. Kotka poprawiła się na posłaniu, zapominając, że miała co jakiś czas jeść jej okonia.
— I jak? Już się staraliście o kocięta? Były jakieś komplikacje, czy potrzebujesz w tym medycznej pomocy? — zalała ją morzem pytań. — No, chyba że chcesz mi wszystko opowiedzieć dokładnie, ale to już na uszko — spojrzała na nią sugestywnie.
— A tego to już nie musisz wiedzieć! — prychnęła speszona, odwracając wzrok. — Możesz być pewna, że plan wejdzie w życie, a ja potrzebuję coś wykombinować z Rezedową Łapą, który nadal nie jest choćby o wąs od mianowania! Musisz go trochę postraszyć. Może członkini rodu królewskiego się posłucha w końcu!
Gąbczasta Perła przewróciła oczami na wzmiankę o rudym uczniu.
— To nie do mnie takie prośby! Powinnaś już dawno pójść do Mandarynkowej Gwiazdy i powiedzieć jej, żeby wyrzuciła z klanu tego darmozjada. Nie zapowiada się, żeby wyrosło z niego coś porządnego — mruknęła, machając zbywająco łapą. — Powinien się cieszyć, że dostał tak świetną mentorkę, a zamiast tego woli się lenić. To już naprawdę ciężki przypadek!
Dymna tak bardzo się rozgadała, że aż zapomniała o tym, co wcześniej powiedziała jej Trzcinka. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że rozmawiały o partnerstwie, zakładaniu rodziny i o Żmijowcowej Wici.
— No dobra, ale co nam tam będzie humor psuł jakiś niesforny młodziak. Lepiej mi opowiadaj... czemu akurat Żmijowiec? Nie mówię, że nie jest niczego sobie, ale wiesz. Nie spodziewałabym się, że skończysz właśnie z nim! — przyznała, uśmiechając się zadziornie do towarzyszki. — W sumie jest z niego całkiem dobry wojownik. Jestem pewna, że wasze dzieci będą silne i piękne, tak jak ich mamusia! — dodała.
Trzcinowy Szmer odwróciła wzrok, lekko zawstydzona.
— Och, daruj sobie te komplementy! — miauknęła, śmiejąc się pod nosem.
— Daj spokój, w tych czasach nie zawsze jest kogo chwalić! Spójrz na przykład na Klekoczącego Bociana. Jeśli mam być szczera, to medyk z niego dosyć marny! — przyznała szeptem, jakby bała się, że młodszy ją usłyszy. — Ale oczywiście bez urazy. I nie mów mu nawet o tym, że tak go tutaj obgaduję! Bo znienawidzi mnie jeszcze bardziej... o ile to w ogóle możliwe.

* * *

Klekoczący Bocian przez ostatnie dni wydawał się wyjątkowo bezużyteczny. Nawet bardziej niż zwykle! Dymna zastanawiała się, co jest powodem tej zmiany, lecz nie na tyle ją to ciekawiło, by chciało jej się spytać o to osobiście. Może to przez te upały, które utrzymywały się nawet dłużej, niż powinny? Nieważne. W każdym razie liczyła na to, że szybko się ocknie i wróci do aktywnego wykonywania swoich obowiązków, bo jak nie, to będzie musiała go przywrócić do zmysłów siłą! Poza tym ostatnio zaczęła się trochę obawiać o następstwo czarno-białego kocura. Jak na razie ona sama nie wybierała się na emeryturę, a Klekotek także był młody, lecz co potem? Nie było zbyt wiele kotów z młodego pokolenia, które należałyby do rodu. Jedynym z nich był Rogaty Flaming, w którym tkwiła cała nadzieja na sprowadzenie na ten świat przyszłego medyka.
Całe te gdybania na temat potomstwa sprawiły, że pomyślała o Trzcinowym Szmerze. Dawno jej nie odwiedziła! Była u niej tylko wtedy, gdy kocięta rodziły się i gdy były bardzo małe. Potem jej wizyty w żłobku ograniczyły się, choć teraz zapragnęła odwiedzić swoją znajomą i spytać, czy wszystko dalej jest w porządku. Choć prawda była taka, że od narodzin kociąt minęło już całkiem sporo księżyców, toteż Trzcinka powinna już w większości dojść do siebie. Zresztą, kto jak nie ona! Była porządną wojowniczką w Klanie Nocy, jedną z najlepszych. Szkoliła ją w końcu sama Mandarynkowa Gwiazda! To zaszczyt być szkolonym przez członkinię rodu, gdy samemu się do niego nie przynależy. Ostatnio dostąpiła go też Rzekotka, która za nauczyciela dostała wspomnianego wcześniej Rogatego Flaminga. Ciekawe tylko, dlaczego ona? Czy wyróżniała się czymś spośród kociąt? Ciężko było stwierdzić, gdyż Gąbczasta Perła nie interesowała się tak bardzo losami potomstwa Kropiatkowej Skórki i Zmierzającej Fali — choć może powinna? W końcu Kropiatka była dawniej głównym tematem jej plotek, oskarżona o bycie szpiegiem. Teraz miała już trochę spokoju, lecz Gąbka wciąż posiadała wobec niej pewne uprzedzenia. Niej, jak i Szepczącej Hipnozy.
Finalnie dymna zdecydowała się wyjść z lecznicy. Wpierw ruszyła w stronę stosu ze zwierzyną, by wybrać z niego dwa soczyste kąski. Dla niej i dla Trzcinowego Szmeru, którą zamierzała odwiedzić. Jej kocięta zapewne przyjmowały już stały pokarm, lecz tym razem będą musiały jedynie patrzeć na to, jak ich matka zajada się piszczką, ponieważ dymna nie miała tyle miejsca w pysku, by zabrać ze sobą więcej zwierzyny.
W końcu ruszyła do kociarni. Weszła do niej, jak prawdziwa księżniczka, i od razu zwróciła na siebie wzrok szylkretowej wojowniczki, która ogonem otulała dwójkę swoich pociech. Na szczęście właśnie drzemały, więc przynajmniej nie będą wiedziały, co ich omija.
Gąbka podeszła do swojej znajomej z szerokim uśmiechem wymalowanym na pysku i położyła przed nią jedną z ryb, które zabrała uprzednio ze stosu.
— Jak tam u ciebie, Trzcinko? — spytała, poruszając radośnie wibrysami. — Mam nadzieję, że maluchy nie wymęczają cię zbyt bardzo. Nur i Łabądek, mam rację? — dodała, przenosząc wzrok na puchate kuleczki futra. Gdy nie piszczały ani biegały po żłobku, były naprawdę urocze. Przypominały jej trochę Łezkę i Stroczka, gdy byli młodsi. I choć wciąż kochała znalezione wtedy kocięta, tak myśl o Szczawiowym Sercu, nieznacznie ją obrzydziła. Jak ona mogła zakochać się w kocie o brzydkim, czekoladowym futrze? Wstyd jej się było do tego przyznawać. Nawet przed kimś takim jak Trzcinowy Szmer.
— No, a poza tym chciałam jeszcze spytać, jak Żmijowcowa Wić spisuje się jako ojciec! Odwiedza cię czasem, opiekuje się kociętami? Jeśli się leni, to ja chętnie mu przypomnę, gdzie leży jego partnerka i kocięta! — zaśmiała się, lecz pod płaszczem tego rozbawienia kryła się też śmiertelna powaga.

<Trzcinowy Szmerze?>

Od Szaleju

Szalej zauważył, że w jego legowisko zostały starannie wplecione białe kosmyki futra, które nawet nie należały do niego. W końcu gdzieś musiały trafić te wszystkie pozostałości po ich ostatniej “walce”, jednak nie sądził, żeby wykorzystanie ich w ten sposób było korzystne czy mądre… Nie chciał na nie patrzeć. Z jakiegoś powodu, nie powinno robić mu to różnicy, jednakże w tym przypadku robiło. Jakąś, nie kolosalną, ale jakąś. Wzrokiem pobłądził po kociarni. Słońce już dawno zaszło, wysoko na niebie wisiał księżyc, rzucając bladą poświatę na las iglasty, a wiatr wdzierał się pomiędzy gęsto porośnięte legowisko krzewem, próbując dosięgnąć kociąt, aczkolwiek nie wychodziło mu to wcale, na szczęście. Pomarańczowe ślepia przystanęły wreszcie na Tęczy, który leżał tak, jakby złamano mu kręgosłup. Był wygięty w nienaturalny sposób i niemożliwe było, żeby komukolwiek wygodnie się spało w takiej pozycji. Kocurek podszedł do niego, przyglądając się mu dokładnie. Do jego uszu docierało cichutkie pochrapywanie, dwukolorowy bok unosił się, a potem opadał spokojnie. Jasne łapy wierzgały w powietrzu delikatnie, musiało mu się zatem coś śnić. Nagle przewrócił się na drugi bok, mierzwiąc sobie i tak rozczochrane już futro, jednak oprócz tego, wysuszone paprocie wsunęły mu się pod kłosy, z pewnością dźgając go w skórę. Srebrny wycofał się do swojego posłania, skubiąc z niego starannie wplecione kłaki. Nie dodawały leżu jakiejś szczególnej wygody, a na myśl przynosiły jedynie nieciekawe wspomnienia.
Gdy wreszcie uporał się z tym, chwycił w pysk włoski. Kuły go w język. Zamierzał pójść ku śmietnisku, żeby się ich pozbyć, jednak w wejściu zatrzymała go Ognikowa Słota, która najwidoczniej albo nie spała, albo zbudziło ją chwilowe poruszenie w żłobku, nad którym czuwała.
— Gdzie się wybierasz, tak późno, Szaleju? — zapytała neutralnie, patrząc na młodziaka. Usiadła wygodnie obok niego i otuliła własne łapy ogonem, mrużąc delikatnie oczy, choć nie zamykała ich całkowicie. Kocurek skinął głową posłusznie.
— Zamierzam pójść do śmietniska w celu wyrzucenia tych kłaków — wyjaśnił, upuszczając przed swoje łapy zawartość łoża. Jego wytłumaczenie było w pełni zgodne z prawdą i nie miał nawet krzty powodów ku temu, żeby kłamać. O każdym jego wyjściu mistrzyni wiedziała, chociaż rozumiał jej zmartwienie, o ile można było w ogóle ująć to w te słowa.
— Przeszkadzają ci? — zagadnęła, a końcówka wielokolorowej kity zaczęła podrygiwać, niczym żmija.
— Bez różnicy.
— Robi ci to różnicę, skoro chcesz się ich pozbyć. Zostań do rana. Jak wzejdzie słońce, to podrzucisz je starszyźnie. Trzcinniczkowa Dziupla z pewnością się ucieszy z takiego daru. Jak podrośniesz, to może nawet i dane ci będzie zmienić mu łoże, chociaż nie wyczekiwałabym tego momentu — parsknęła, śmiejąc się przez parę uderzeń serca. Szalej zmarszczył brwi, po raz pierwszy pozwalając sobie na bardziej ekspresyjną mimikę przy jakimkolwiek Wilczaku. Tak, fakt, miało to dla niego znaczenie, jednak czy mistrzyni mogła się mu dziwić? Kto by chciał futro kogoś, kto niemal cię zabił? W dodatku nie pokonał jej samemu, więc nie zaliczało się to nawet jako trofeum, trzymanie tego było bezsensowne. — Poinformuj mnie, jak będziesz chciał wyjść, to pójdę z tobą lub wyślę kogoś, żeby ci towarzyszył. A teraz wracaj do spania, bo nie urośniesz. Na pewno chcesz zostać uczniem niedługo, czyż nie? — przywróciła go jeszcze do rzeczywistości, ogonem teraz pchając lekko ku posłaniu, samemu także uważając między łapami, żeby nie nadepnąć na niczyj ogon, chociaż na taki Bielinki to by może nie było szkoda. No, pewnie oprócz uszu obecnie śpiących, bo z pewnością obwieściłaby to całemu Klanowi Wilka, nie szanując pory nocnej.

Od Szaleju

— Ty kupo lisiego łajna, ty mysi móżdżku, wiewiórczy bobku! Jak śmiesz włazić mi pod łapy, przebrzydła, brudna kreaturo?! — posypały się niezbyt przychylne słowa w stronę nieszczęśnika, który chciał jedynie pozwiedzać żłobek w celu znalezienia dla siebie zajęcia, gdy Ognikowa Słota musiała wyjść na jakąś chwilę. Nauczył się już, że starsi wiedzieli dużo, dużo więcej. Będzie musiał w takim razie złożyć im kolejną wizytę, może dowie się czegoś więcej o Błękitnej Gwieździe, czy masie innych, wspaniałych głów Klanu Wilka, którzy czuwali nad nimi z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. Bielinka bardzo sprawnie wykorzystała nadaną jej okazję do poznęcania się nad młodziakiem, bo już uderzenie serca później skoczyła na niego, przygwożdżając go do ziemi. Mały Szalej poczuł, jak jego głowa obija się głucho o grunt, chociaż w uszach mu zadzwoniło, a przed ślepiami po raz pierwszy w krótkim życiu pojawiły się mroczki. Instynkt nakazywał mu walczyć albo umrzeć. Zaczął więc kopać jej brzuch z całej siły, jego chude niczym igiełki pazury wyrywały małe kępki gęstego futra, aczkolwiek kocica była od niego starsza i większa, a przede wszystkim – silniejsza, więc jego los był od początku przesądzony, nawet jeśli nie chciał sobie dać tego wmówić od razu. Długa grzywka ciemnookiej muskała go po pysku, gdy już chyliła się ku temu, żeby zatopić kły w jego gardle.
Młodziak zaczął wić się pod nią niczym wąż, gdy nagle w kocicę wbiegł malutki Tęcza, wprawiając ją w lekkie zachwianie, tak potrzebne dla niego rozproszenie. Obróciła łeb ku drugiemu kocięciu, kłapiąc szczęką w jego kierunku. Niemal sięgnęła jego policzka, jednak on szybko uniknął jej ciosu. Srebrny sprawnie to wykorzystał, wyślizgując się spod jej wielkich, niezdarnych łap. Gdyby Mroczna Puszcza chciała go dzisiaj wpuścić we własne szeregi, szczęki kocicy zacisnęłyby się już. Biegiem rzucił się ku jednej z gałęzi, jej liście okryły go, zapewniając schronienie choć niepełne, a w dodatku jakże kruche… łamało się pod naciskiem.
— Wracaj tu, ptasia strawo! Myślisz, że mi uciekniesz na tych swoich malutkich, nieumiejących niczego łapkach?! Zgniotę cię jak robaka, ty nic nieznaczący szczeniaku! — wrzeszczała łaciata, w paru zwinnych susach doskakując do maluchów i patrząc nieprzychylnym spojrzeniem teraz ku dwójce. Zaczęła warczeć niczym pies, a w oczach jarzyły jej się iskry tak jaskrawe, że można było porównywać je do płomieni. Z pyska buchał jej ciepły oddech, futro na grzbiecie nastroszyło się niczym u jeża.
Nagle w progu pojawiła się Ognikowa Słota, a Bielinka, zauważywszy to, napięła mięśnie, po czym wycofała się odrobinę, nie spuszczając kocicy z oczu. Szylkretka dotarła do nich bardzo sprawnie, ogonem wywijając na boki niczym wirujący poza zbiornikiem wodnym węgorz.
— Nudzi ci się, Bielinko, jak widzę. W takim razie ja ci już znajdę zajęcie. Przydasz się na coś wreszcie — powiedziała poważnie, mierząc ją morderczym wręcz wzrokiem, choć pysk rozświetlał chytry uśmiech. Futro na pysku brązowookiej powiewało w rytm wpadającego do legowiska zefirku Pory Opadających Liści, łaskocząc także spanikowaną dwójkę.
Chwyciła Bielinkę za kark okrutnie, niedbale, po paru uderzeniach serca wychodząc z nią z kociarni. Łaciata wierzgała łapami, jednak bez skutku, a pysk wykrzywił się w grymasie, jakby sprawiało jej to dyskomfort.
— Puszczaj mnie, głupia kocurzyco! — poniosło się jeszcze donośnym echem za nimi, gdy mistrzyni wyprowadziła niesforne kocie w wieku uczniowskim. Szalej, dysząc, spojrzał na Tęcze, który również nie wyglądał obecnie na wypoczętego. Jego serce pędziło galopem, niczym koń puszczony wolno na łące. Był gotów przysiąc, iż Wilczak obok słyszał jego bicie. Mógł dzisiaj zginąć, a gdyby nie ten denerwujący kremowy kocur, najprawdopodobniej nie udałoby mu się wyswobodzić na czas, nie wyszedłby z tego cało. Nacisk szerokich łap był na tyle mocny, a jego chwyty bitewne tak wątłe, iż nie dało się z tego wyjść inaczej, cało.
— Co to było…? — powiedział między sapnięciami kremus, wzrokiem wracając jeszcze do wyjścia, jakby z obawą, że Bielinka lada chwila wróci.

Od Szaleju

— Przenieś te liście i połóż je o tam, zbierz je w jedną staranną kupkę — dostał polecenie od Ognikowej Słoty, która najwidoczniej postanowiła, że musiał zapracować na jej historyjkę. Szalej kiwnął jednokrotnie głową, nie miał i tak nic lepszego do roboty. Chwycił więc liście delikatnie w pysk, dużymi oczami lustrując przestrzeń przed sobą. Przyspieszył lekko kroku, chcąc mieć to zadanie już za sobą, pragnął posłuchać więcej o ich mrocznych przodkach. Znalazłszy się blisko, do jego główki napłynęła płonna (wtedy tego jeszcze nie wiedział) nadzieja, szybko jednak los zażyczył mu, żeby się przekonał.
— Hej, ty! — do jego uszu dotarły słowa, które normalnie by zignorował, gdyby nie fakt, iż drogę zagrodził mu kremowy kocurek. — Nazywam się Tęcza, a ty? Może chcesz posłuchać o tym, czego się ostatnio dowiedziałem? Otóż… — zmrużył na moment oczy, co Szalej prędko wykorzystał. Wyminął go zwinnym ruchem, kierując się ku małej kupce liści, gotów by wykonać powierzone mu zadanie. Niebieskooki, zauważywszy szybko, iż jego kompana wcięło, poruszył nerwowo ogonem i podskoczył do niego z powrotem. — Ej, no, nie bądź taki! To naprawdę interesujące. Prooszę! — kontynuował, a rudy srebrny nie zmieniał mimiki swojego pyska. Spojrzał na kremowego chłodno, bez większego zainteresowania.
— Ognikowa Słota kazała mi ułożyć te liście w stertę, przeszkadzasz mi — odparł monotonnym tonem.
— Ach! W takim razie ci pomogę, chodź, ułożymy je razem. Ale posłuchasz mnie, jak skończymy?
Szalej miał zamiar protestować dalej, jednak skoro nie usłyszał ani słówka sprzeciwu ze strony czarnej szylkretki, nie zamierzał nie skorzystać z takiej okazji… Denerwował go ten nadmiernie rozmowny kocurek, aczkolwiek jeśli dzięki niemu szybciej ukończy zadanie i wróci do słuchania opowieści Ognikowej Słoty, to warto było to znieść… chociaż nie wiedział, czy takie towarzystwo w pełni mu odpowiadało. Nie znał tu zbyt wielu kotów, oprócz oczywiście medyków i paru wojowników z widzenia, a także, oczywiście, przywódczyni – Zalotnej Gwiazdy. Tęcza nie robił na nim wrażenia jak reszta starszych.
— Opowiesz mi coś o sobie? Może o swojej rodzinie? — próbował nawiązać dalszy kontakt z rudzielcem, a w jego oczkach nadal kręciła się iskra swego rodzaju nadziei, że może tym razem uda mu się dotrzeć do kolegi z legowiska. Mówił niezwykle szybko, dość chaotycznie.
— Nie — nie zamierzał mu przedstawiać o sobie czegokolwiek, nie musiał nic wiedzieć. Nie było sensu, żeby wiedział, iż Szalej pochodzi z rodziny samotników, którzy go porzucili. Nieudany związek, który zaowocował w niepotrzebne nikomu kocię.
— Słuchaj, bo właśnie o tym chciałem ci powiedzieć, bo to jest naprawdę ciekawe i nie wiem, czy wiesz, ale jak są szyszki pod drzewem... Jak zauważysz je, zazwyczaj oznacza to, iż na jednej z gałęzi zasiaduje dzięcioł, ponieważ one wyjadają z nich nasionka i rozrzucają je dookoła, nie myśląc za wiele nad tym, że kogokolwiek mogłoby to obchodzić. Je interesuje jedynie to, by napchać czymś żołądki, a dla nas jest to znak, że w pobliżu może czyhać zwierzyna. Wspaniałe, nie? — powiedział, szturchając srebrnego lekko w bark, a wzrok Szaleju przetoczył się na kocurka raz jeszcze. Musiał to zasłyszeć od któregoś z Wilczaków, to była w zasadzie przydatna, ale i logiczna informacja. Jasne łapy przebierały, układając liście w stosik, a te ciemniejsze pomagały, żeby stosik nie upadł na dół, niczym mokre kamienie nałożone na sobie.

Od Trzcinowego Szmeru CD. Mandarynkowej Gwiazdy

— Trzcinowy Szmerze, chciałabym powierzyć ci zadanie… obserwacji… Żmijowcowej Wici — powiedziała przyciszonym głosem liderka.
Trzcinowy Szmer zdusiła w środku siebie zaskoczenie i posłusznie skinęła głową. Rozkaz przywódczyni był czymś świętym i zamierzała najlepiej się spisać, jak tylko mogła.
— Tak jest, Mandarynkowa Gwiazdo — powiedziała posłusznie.

***

Czas mijał, a ona uważnie obserwowała Żmijowcową Wić i regularnie zdawała raporty Mandarynkowej Gwieździe, które raczej nie były ciekawe, gdyż przyjaciel, którego tak strasznie musiała pilnować, był wyjątkowo ciężko pracującym kotem. Widziała, jak strasznie starał się zostać zauważonym przez samą liderkę, więc w sumie stwierdziła, że będzie mu pomagać. Nie musiała też jakoś bardzo się wysilać, żeby podbić pijar Żmijowcowej Wici, skoro tak dobrze się spisywał. Widziała za każdym razem, jak pomarańczowe oczy przywódczyni dziwnie się iskrzyły, kiedy tylko przedstawiała jej, co porabiał bury wojownik.

***

Od momentu, kiedy była przy Nadziei, widziała, jak Mandarynkowa Gwiazda patrzyła na nią oraz Żmijowcową Wić z nieukrywaną ciekawością. Może i stara kocica starała się to zamaskować, jednak nie zawsze jej to wychodziło, a w szczególności, kiedy pierwszy raz przyszła do żłobka.
Trzcinowy szmer leżała na posłaniu, czuła bardzo dobrze, że tego samego dnia będzie poród. Ostrzegała ją przed tym sama Gąbczasta Perła oraz Różana Woń, która mimo tego, że była na emeryturze i już nie zajmowała się leczeniem pobratymców, to czasami ewidentnie chciała się jeszcze poczuć potrzebna.
Jej brzuch był wielki i ciężki. Bolał przy każdej próbie wstania i pójścia na śmietnisko lub dokładniejszego umycia futerka.
Do środka weszła nagle Mandarynkowa Gwiazda, na ten widok Złocisty Widlik wraz z dwoma czekoladowymi kotkami podniósł się z posłań i przywitał srebrną kocicę skinieniem głowy. Zmierzchająca Fala wraz z Kropiatkową Skórką z ciekawością popatrzyli na liderkę, gdyż nie był to codzienny widok, żeby kocica odwiedzała żłobek. Trzcinowy Szmer również była zdziwiona, jednak nie miała tyle siły, by wstać, a Żmijowcowa Wić usiadł wyprostowany, jak struna, jednak nie opuszczał jej boku.
— Dzień dobry, Mandarynkowa Gwiazdo. Przyszłaś nas odwiedzić? Trzcinowy Szmer ma się dobrze — zapewnił kocur.
Zastrzygła uchem zirytowana komentarzem kocura. Nie było jej wcale tak dobrze. Było jej niewygodnie, kocięta kopały oraz bolał ją brzuch. Nie było wcale dobrze. Nawet, już nie wspominając o porodzie. Chciałaby go przeżyć, to po pierwsze, a po drugie wiedziała, że ból i męczarnia dopiero się zaczną, kiedy przyjdą pierwsze skurcze.
Przywódczyni jakby czytając jej w myślach, tylko prychnęła i strzepnęła ogonem.
— Czekanie na poród oraz samo wypchnięcie kociąt na ten świat nie jest czymś łatwym ani przyjemnym, Żmijowcowa Wici. Nie jest jej dobrze, wiem, co mówię — Mandarynkowa Gwiazda nawet nie raczyła usiąść. — Nie przyszłam na długo, chciałam tylko zobaczyć, jak się ma Trzcinowy Szmer przed porodem.
— Nie jest najlepiej ani najgorzej — zauważyła, starając się poprawić na posłaniu.
— Mandarynkowa Gwiazdo, czy przyjdziesz do nas, kiedy Trzcinowy Szmer urodzi?
Mandarynkowa Gwiazda zamyśliła się na chwilę. Skinęła w końcu głową.
— Owszem. Chcę wiedzieć, jak wyglądają nowi członkowie Klanu Nocy.
Każdy inny przyjazny kot powiedziałby to w pełnym ciepła miauknięciu, jednak była to Mandarynkowa Gwiazda, która zawsze pokazywała swoją władczość oraz pozycje. Jednak Trzcinowy Szmer znała swoją byłą mentorkę i widziała w szczegółach jej mimiki oraz zachowaniu, że jest ciekawa i zadowolona z nowych kociąt. Srebrna odwróciła się na pięcie i wyszła ze żłobka, pozostawiając ich wszystkich w zaciszu, gdzie bawiły się kruszynki Zmierzchającej Fali oraz Kropiatkowej Skórki.

***

Gąbczasta Perła wraz z Klekoczącym Bocianem przyjęli jej poród. Trwało to dość długo, jednak wszystko poszło zgodnie z planem i żadne kocie nie było przeklęte jakimiś wadami. Dwie małe kuleczki leżały przy jej brzuszku i ssały mleko. Kocurek i kotka. Nur i Łabądek.
Ze zmęczenia czuła, jak zamykają się jej oczy, jednak przed zaśnięciem poczuła dwa znane jej bardzo zapachy. Żmijowcowej Wici, który czuwał przy niej i oglądał swoje maleństwa oraz Mandarynkowej Gwiazdy. Liderka rozmawiała z wojownikiem, jednak Trzcinowy Szmer już nie usłyszała dokładnie słów, gdyż odleciała w krainę snów.

***

Kocięta stawały się coraz większe, a zainteresowanie Mandarynkowej Gwiazdy na ich punkcie było coraz większe. Trzcinowy Szmer cieszyła się z tego powodu, bo może w przyszłości te kocięta będą miały lepiej niż pozostała część Nocniaków.
Trzcinowy Szmer tak samo zdążyła odbyć rozmowę wraz ze Żmijowcową Wicią na temat ślubu. Kochali się przecież platonicznie, mieli dwójkę dzieci, o które strasznie chcieli dbać. Kocur na początku nie był pewien tego wszystkiego, jednak po namyśle zgodził się na jej propozycje. Przecież Łabądek i Nur nie mogli mieć rodziców, których nic nie wiązało. Zraniłoby to ich małe serduszka. Nie chciała, żeby kocięta były tylko owocem ich umowy. Znaczyły przecież bardzo wiele dla nich. Były ich całym światem.
Swoje pociechy zostawiła pod czujnym okiem Złocistego Widlika i oboje poszli do legowiska przywódczyni. Weszli między korzenie sumaka i usiedli przed obliczem Mandarynkowej Gwiazdy.
— Co was tutaj sprowadza? Coś się stało z kociętami?
— Nie, Mandarynkowa Gwiazdo. Kocięta mają się dobrze. Chcieliśmy tylko prosić o udzielenia nam ceremonii ślubnej.
Żmijowcowa Wić skinął głową.

< Mandarynkowa Gwiazdo? >
🎍

Od Trzcinowego Szmeru CD. Niezapominajkowej Nadziei

Akcja dzieje się kilka dni po porodzie

— Jak tam twoje kocięta? Żmijowcowa Wić wydaje się dość dumny z siebie, z tego, co zauważyłam.
Popatrzyła się na Niezapominajkową Nadzieję. Widziała w jej oczach ból i nawet zazdrość. Były zżyte nawet bardzo, do pewnego czasu nawet sądziła, że zostaną partnerkami, jednak młodsza wojowniczka bardzo długo nie wykazywała niczego więcej od siebie. Trzcinowy Szmer nie usłyszała od księżyców dwóch słów, które powinny paść z pyska Niezapominajkowej Nadziei. Wtedy wszystko inaczej mogło się potoczyć.
Trzcinowy Szmer jednak nie żałowała swoich decyzji. Inaczej przecież nie miałaby przy swoim brzuszku dwóch malutkich kuleczek, które były z jej krwi oraz Żmijowcowej Wici. Łabądek oraz Nur byli teraz dla niej całym jej światem, a nie wyznanie uczuć od kotki, która po prostu egzystowała w obozie.
— Nur oraz Łabądek są naprawdę cudnymi kociętami, Niezapominajkowa Nadziejo. Jeszcze nie są na tyle duże, żeby brykać, jednak uwierz mi na słowo, że zostaną wspaniałymi wojownikami. Widać po Nurze, że ma sylwetkę po swoim dziadku, czyli Dryfującej Bulwie, a Łabądek to czysty Żmijowcowa Wić — delikatnie polizała swoje pociechy językiem, a te cichutko zakwiliły.
Niezapominajkowa Nadzieja lekko się skrzywiła, jednak postanowiła obwąchać maluchy. Trzcinowy Szmer jednak szybko zakryła je swoim ogonem. Dymna wyprostowała się gwałtownie i rzuciła jej pełne urazy spojrzenie.
— Wiesz, że mogły być to nasze kocięta? Mogłyśmy być to my i byłabyś bardziej kochana, niż ci się wydaje… — wyszeptała z pełnym bólem Niezapominajkowa Nadzieja, mając zamiar już wyjść ze żłobka.
— W takim razie miej pretensje do siebie, Niezapominajkowa Nadziejo — powiedziała twardo, jednak było słychać w tym nutkę żalu. — Mogłaś powiedzieć te słowa o wiele wcześniej. Miałam dość czekania. Chciałam kociąt, więc je dostałam. Mogłaś zadbać o to, żeby zostać ze mną. Jednak wybrałaś milczenie i trzymanie mnie na słodkie słówka oraz codzienne rozczesywanie sierści, to jednak jest za mało. Chciałabym ci powiedzieć, że to są nasze kocięta i że jesteś mile widziana, jednak musisz pamiętać, że to jak potoczyło się twoje życie, jest tylko i wyłącznie zależne od ciebie. Czasami stanie i czekanie jest najgorszą opcją, bo ja nie czekam. Ja walczę. A teraz możesz stąd wyjść. Jak będziesz chciała, to odwiedzisz mnie jutro.
Niezapominajkowa Nadzieja wpatrywała się w nią przez jeszcze kilka uderzeń serca, jednak dla Trzcinowego Szmeru wydawało się, że była to wieczność. Bez słowa wojowniczka opuściła żłobek, a w przejściu wyminęła się ze Żmijowcową Wicią, który właśnie niósł dla niej okonia. Trzcinowy Szmer szybko się rozchmurzyła i przyjęła z chęcią rybę oraz wojownika, który został na całą noc, pilnując jej oraz swoich kociąt.

< Niezapominajkowa Nadziejo? >
🎍