Pora Opadających Liści zagościła na terenach, a wraz z nią parę nieuniknionych zmian. Drzewa Klanu Wilka pokryły się odmiennym kolorem, niczym rdzą, która wpadała w oko młodemu kocurowi. Przyglądał się schnącym gałęziom, które jeszcze przecież nie tak dawno temu musiały znosić suszę oraz ukropy tak intensywne, że zrzucały igły, a także schnące liście masowo, wyganiając nawet owady ze swoich skromnych progów, zmuszając je do szukania pożywienia oraz schronu gdzieś indziej. Źródełka wody wysychały, nie pojąc roślin korzystających z ich łaski przez całe swoje życie, koty musiały zapuszczać się dalej na swoich terenach w celu namoczenia kulek mchu wodą, żeby ukoić drażniące pragnienie, przychodzące nadzwyczaj szybko, szczególnie przy takich temperaturach. Nudności i osłabienie dotykało najczęściej starszyznę oraz kocięta, nie radzili sobie w tak trudnych warunkach. Nawet jeśli nie nastąpiły od razu zmiany pogodowe, kocurek wiedział, że atmosfera dookoła się zmienia, temperatura także zapowiadała wreszcie upragnione chłody. Dzisiejszego dnia niebo zasiane było gęstymi gołębimi chmurami, rozciągniętymi po nieboskłonie niczym kocie łapy po przebudzeniu się. Chłodne powietrze zapowiadało nieuchronną ulewę, która nieco martwiła małego kocurka. Wiedział, że dzisiaj nadszedł niezwykle ważny dla niego dzień, nawet jeśli nikt nie mówił o tym szczególnie głośno. W końcu nie był nikim ważnym, tak naprawdę przybłędą, który nadal nie wiedział, do kogo należało się zbliżyć w celu zapewnienia sobie pocieszenia, o ile w ogóle go chciał. Mała część niego pragnęła, żeby komukolwiek robiło różnicę, czy był jeszcze w tym obozie, czy się najadł, wyspał, wystarczająco dużo napił… a druga część podszeptywała mu, że to i tak nie miało najmniejszego znaczenia, dopóki mógł tutaj siedzieć, nawet jako kot, który unikał czułości czy rozbudowanych konwersacji, udzielając zazwyczaj zdawkowych, chłodnych odpowiedzi. Ostatni patrol zawitał do obozu, niosąc w pyskach królika, dwa drozdy, mysz oraz, o dziwo, wiewiórkę. Szalej nie był pewien, czy miał ulubioną zwierzynę. On, jeśli tylko by mógł, wepchnąłby sobie kamienie lub trawę do żołądka, tylko po to, żeby uciszyć czymś głód i się zapchać. Wiedział jednak, że te dwie rzeczy oraz wiele innych były najzwyczajniej w świecie niejadalne, dlatego taki pomysł był wart mysiego móżdżka. Nie mógł wybrzydzać.
Siedział w kociarni, wyglądając kotów odkładających zwierzynę na stertę, a potem kierujących się ku legowiskom lub swoim towarzyszom, w celu zamiany paru słówek. Nagle ktoś trącił go łapką. Szalej odwrócił łeb w stronę Tęczy, na mordce niebieskookiego wymalowana była senność. Nie rozumiał, dlaczego pomarańczowooki siedział teraz u wyjścia, zamiast leżeć nieopodal w swoim legowisku, skulony wygodnie.
— Nie możesz zasnąć? Chyba byłoby lepiej, gdybyś poszedł spać. To byś siły nabrał na jutro! — powiedział, przecierając łapką przymrużone oko.
Kocurek pokręcił głową.
— Spanie w takim zgiełku nie jest wcale proste — odparł oschle, chociaż było to dalekie od prawdy. Nic mu nie przeszkadzało w zaśnięciu, może poza rozmyślaniem, jakie szanse miał na przeżycie w gęstym, iglastym lesie, w którym aż roiło się od drapieżników, one by z miłą chęcią wykorzystały taką okazję, zjedzenie samotnego kocurka. Tęcza pokręcił głową.
— Na pewno nie chcesz się przespać? — upewnił się, przybierając nieco zmartwiony wyraz pyszczka. — Jeśli ci to pomoże, to możesz spać dzisiaj u mnie!
— To bez znaczenia.
— Na pewno? — upewniał się, nadal próbując go przekonać, jednak bezskutecznie. — No… dobrze, ale masz mi opowiedzieć, jak było, jak tylko wrócisz! — zaszczebiotał jeszcze, machając ogonkiem na boki. Szalej westchnął. Kremowy był przepełniony optymizmem, którego źródła ciężko było szukać gdziekolwiek. Przecież nikt go nawet nie odwiedzał tak często, no może poza Wąsatkowym Ruczajem i Pustułkowym Szponem, ale czy naprawdę tyle mu wystarczyło do takiej radości? Ognikowa Słota była teraz tutaj praktycznie cały czas, nie żeby wcześniej była rzadko, ale… Szalej przeczuwał, że tym razem nie było to bez powodu i czekały ich nowości, nad którymi jeszcze nie miał wystarczająco czasu, żeby porozmyślać i pozgadywać, o co mogło chodzić. Standardowo opowiadała im o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd i pozwalała pytać, co tylko chcieli wiedzieć. Szalej jednak czuł, że było to niewystarczające, chciał wiedzieć więcej, a ciągle słyszał opowieści o tych samych kotach, z pewnymi wyjątkami, jeśli tylko zapytał w odpowiedni sposób. Ku kociarni przybliżyła się czekoladowa szylkretka, która patrzyła na niego z niecierpliwością. Nie kojarzył jej nawet z widzenia, ale po zapachu stwierdził, iż nic mu nie groziło. Szczególnie że niedaleko wypoczywała mistrzyni, a ona w szczególności nie pozwoliłaby, żeby cokolwiek złego im się stało. Gdyby urodzili się niedoskonali, wtedy mógłby się obawiać. Jedyną wadą dwójki było pochodzenie samotnicze, ale spora część Wilczaków miała przynajmniej jakąś część samotniczą w swojej krwi, z tego, co doszły go słuchy. Zielonooka spojrzała na niego z góry.
— Chodź, idziemy.
Kocurek kiwnął głową jednokrotnie, czując, jak futerko na karku mu się odrobinę podnosi. Tęcza z pewnością go obserwował, do jego uszu nie dolatywało głośne chrapanie, więc jeszcze nie zdążył zasnąć.
Mały Szalej szedł dzielnie przez obóz Klanu Wilka, u boku jednej z wojowniczek – Tropiącej Łaski. Kocica stawiała łapy z gracją, prawdopodobnie zastanawiając się, czy aby na pewno rudy da radę pójść sam. On jednak nie chciał pomocy, a przynajmniej nie od razu. Chciał pokazać, że jest silny i poradzi sobie samemu, bez niczyjej pomocy. Może w ten sposób spoglądaliby na niego inaczej? Nie, żeby miał już teraz źle, ale… czuł niedosyt, patrząc na niektórych innych wojowników, z głową uniesioną ku górze, piersiami wypiętymi do przodu i ślepiami zmrużonymi z radości.
Księżyc zawisł wysoko na niebie, rzucając na serce Klanu Wilka bladą poświatę. Srebrny przecisnął się przez tunel, drepcząc tuż obok wojowniczki, której, zdawało się, nie robiło różnicy to, czy go niosła, czy szedł o własnych łapkach. Kociak pamiętał, jak został tutaj przyniesiony przez Roztargnionego Koperka, razem z Cisowym Tchnieniem – wtedy postąpił dość podobnie, też nie chciał, żeby go nieśli, a potem… rozbolały go łapy, więc musiał porzucić swoją dumę, przynajmniej dopóki nie zadomowił się w żłobku. Teraz jednak szedł dzielnie, miał wrażenie, jakby łapy nieco mu urosły, a on sam stał się większy, niż był wtedy. Ten fakt niezwykle go pocieszał. Im większy będzie, tym bardziej samodzielny się stanie, a to były same dobre rzeczy. Nie chciał polegać na nikim, było to żałosne uczucie, które go męczyło, ile tylko było w stanie. Leśne poszycie szeleściło mu pod łapami, gdy brodził tak przez nie dzielnie, spoglądając co jakiś czas na Wilczaczkę obok. Jego tempo zaczęło lekko zwalniać, co od razu spotkało się z niezadowoleniem ze strony starszej. Irytacja w niej tylko rosła, gdy krok po kroku Szalej stawał się coraz wolniejszy. Walczył z pochwycającym go zmęczeniem, był jednak nadal młody i nie było to wcale takie proste, jak mógłby chcieć. Samo “nie mrugaj za dużo” nie było wystarczające, tak samo, jak “wdepnij w coś ostrego, ale się nie skalecz” także działało może na parę uderzeń serca, jednak zawrotów głowy nie usuwało, a przed oczami malcowi tańcowała cała plejada nocnych barw. Tropiąca Łaska chwyciła go za skórę na karku, pozwalając łapom pomarańczowookiego na odpoczynek. Kocurek nadal próbował przepędzić niedobór snu, ale mimo jego szczerych chęci… powieki mu zaczynały powoli opadać, gdy mijali kolejne to z rzędu, takie samo drzewo iglaste, pnące się ku mrocznym niebu. Jego oczy znalazły wreszcie upragnioną przerwę, a ciało zwiotczało, pochłonięte przez sen.
Dawny samotnik zamrugał parokrotnie, gdy przed jego ślepiami rozciągało się wysokie, mroczne i ciemne drzewo, ku niebu. Zakrywało lwią część śnieżnych punktów na niebie, spoglądających na niego z nadzieją. Rudy poczuł gulę w gardle, mimo iż słyszał o tym miejscu przecież już tak wiele opowieści. Jednak znalezienie się przed samym obliczem Ciernistego Drzewa, a słuchanie o nim wielu, wielu historii, to były dwie zupełnie odmienne rzeczy. Szponiaste drzewo wiło się złowrogo, Szalej czuł się tutaj, z jakiegoś powodu, obserwowany, mimo iż jego wyczulony w tym momencie słuch nie wykrył nawet najmniejszego szmeru, a ślepia, błądzące z gałęzi na gałąź, ze źdźbła na źdźbło, również niestety go zawiodły. Zagwieżdżone niebo dawało mu swego rodzaju nadzieję, że jednak wszystko pójdzie tak, jak powinno pójść. Nawet jeśli wcześniej zapowiadało się na ulewę, nie przyszła ona, sprawnie zwiększając jego szanse na przeżycie. Gdyby zmókł, był przesiąknięty aż do szpiku kości, a potem całą noc dmuchałby w niego okrutny, mroźny wiatr, mógłby wtedy pożegnać się ze wszystkim, co do tej pory poznał, co było mu znane. Teraz jednak ułożył się wygodnie wśród kłosów wysokiej trawy, licząc, że nic go tutaj nie znajdzie. Ciemność dookoła wprawiała jego serce w szybsze bicie, chociaż im dłużej o tym myślał, im więcej skojarzeń tworzył z kotem, o którym tak wiele słyszał… tym spokojniejszy się stawał, a jego ciało powoli rozluźniało się na nowo, pozwalając zmęczeniu wkraść się do jego umysłu raz jeszcze. Nie chcieli dla niego źle, byli wspaniałymi kotami. Kociak zbliżył się do jednego z ciernistych krzewów i wysunąwszy pazury, próbował się z nim siłować, unikając ostrego punktu u krańca, aczkolwiek to wszystko na marne. Na szczęście, uniknął wszelkich większych zranień – zapach krwi mógłby zachęcić kogoś do odwiedzenia go, a w tym momencie było to coś, czego najmniej potrzebował. Wiedział, że to właśnie tutaj grzebano zmarłych. Nie znał tych kotów, nie znał nikogo, kto leżał tutaj, głęboko pod ziemią, zasypany i prawdopodobnie, zapomniany. Jednak czuł, że nie było to najzwyczajniejsze miejsce, miał wrażenie, że ilekroć zbliżał się coraz bardziej do poskręcanego drzewa, wokół zaczynała unosić się nietypowa, nieprzyjemna wręcz aura, jakby nie był tutaj chciany. Skulił się lekko. Umysł podpowiadał mu, że nie powinno go tu być, jakby samą swoją obecnością łamał jakąś zasadę, o której nigdy wcześniej nic nie słyszał. Mimo to, parł naprzód, nie mógł sobie pozwolić na zwątpienie, nie w takiej chwili. Skoro miejsce to było tak wspaniałe i skoro leżało tu tak wiele wielkich kotów, musiał zrobić cokolwiek, żeby go dostrzegli. Podobno, krew, która skapywała ze zwierząt, próbujących przedostać się do Ciernistego Drzewa, zasilała jego korzenie i odżywiała wiekową roślinę, a mimo to, nigdy nie rosły na niej liście. Szalej usadowił się z powrotem w trawie, patrząc na grube gałęzie. Zaczerpnął powietrza, przełykając ślinę.
— Mroczna Gwiazdo, czy mnie słyszysz? Czy naprawdę istniałeś? — mruknął, a cisza wokół była tak ogłuszająca i wręcz dobijająca, że aż zaczęły boleć go uszy. — Czy podczas zaćmienia księżyca odwiedzicie mnie? Wychodzicie z cieni, żeby napić się całej tej krwi? — pytał, aczkolwiek nie uzyskał nawet szeptu odpowiedzi. Nie był pewien, czy wszystkie te opowieści były jedynie po to, żeby nastraszyć niegrzeczne kocięta, aczkolwiek… im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej zmieszany się czuł, dlatego postanowił nie rozlewać się nad tym szczególnie. Rozmowa z duchami, które może go otaczały, przynosiła mu swego rodzaju ukojenie. Nie czuł się samotny, szczególnie jeśli towarzyszyła mu myśl, iż wcale nie był tutaj sam. I nie oznaczało to “blisko ciebie jest borsuk, już po tobie!”, a bardziej “możesz powiedzieć wszystko” i nawet jeśli nie otrzymałby, a tak naprawdę nie otrzymał odpowiedzi, czuł się w pewnym sensie zaopiekowany. Mgła dookoła otuliła go niczym matczyne łapy, sprawiała również, że w oddali nie był w stanie nawet dostrzec drzew, które mijał razem z Wilczaczką jakiś czas temu, chociaż ciężko było mu stwierdzić, ile od wtedy minęło.
Z gąszczu lasu wyłoniła się czekoladowa kocica. Słońce wspinało się leniwie po niebie, oświetlając wszystko dookoła bladymi promieniami, które grzały jedynie odrobinę, ocieplając zmarznięte kości kotów po nocy. Szalej poruszył uszami, zorientowawszy się, iż dookoła nie było nawet odrobinę mgły, której w nocy było jeszcze tak wiele, że mógłby ją ciąć pazurem. Wilczaczka rozglądała się za kocurkiem, chociaż nawet nie nawoływała. Gdy ich spojrzenia spotkały się, rudy poczuł jak odrobinę jeży mu się sierść wzdłuż kręgosłupa, aczkolwiek szybko ją wygładził paroma pociągnięciami chropowatego języka. Niezdarnie, ale mu się udało. Kocica schyliła się i chwyciła go raz jeszcze za kark, a mały nie protestował, mimo że coś spał tej nocy. Udało mu się przeżyć, a było to już spore osiągnięcie – nie każdy wracał z tej przygody żywy… musiało czuwać nad nim Cierniste Drzewo, a może nawet sami mroczni przodkowie. Gdyby zechcieli jego śmierci, już dawno by ją na niego zesłali. Wracali w milczeniu do obozu Klanu Wilka. Przed oczami rudego kocurka migały te same drzewa, tym razem jednak w świetle dziennym, co było dla niego z jednej strony pocieszające, a z drugiej… przygnębiające, ponieważ może gdyby tylko został przy drzewie dłużej… może otrzymałby odpowiedź? Może mroczni przodkowie podsunęliby mu cokolwiek? Szepnęli do niego parę pocieszających słów.
***
Rozległo się szuranie łap, a pędy jeżyn rozsunęły się gwałtownie, gdy Tropiąca Łaska weszła do obozu z Szalejem w pysku. Kociak patrzył na miny pobratymców – u niektórych doszukał się dumy, a u innych obojętności, której by się najbardziej spodziewał. To, co dla niego było ogromnym osiągnięciem, dla jego pobratymców było najzwyklejszym dniem. Zalotna Gwiazda, zauważywszy powrót dwójki, wspięła się na pień naznaczony wieloma pazurami kotów, które zasiadywały to miejsce dumnie przed nią i zawołała:
— Niech wszystkie koty, na tyle dorosłe, żeby polować zbiorą się na zebranie klanu! — Szalej poczuł, jak Tropiąca Łaska upuszcza go, a potem popycha dość mocno łapą, żeby ustawił się w grupie kotów, zbierających się już w centrum w celu dowiedzenia się, czego mogło dotyczyć zebranie. Jego brzuch zetknął się z wilgotną ziemią, brudząc go trochę. Otrzepał futro z drobinek kurzu. Gdy pojawiło się wystarczająco dużo kotów, kiwnęła głową.
— Szaleju, wystąp.
Kocię postąpiło tak, jak rozkazała, unosząc głowę ku górze i powiewając spokojnie ogonem. Chciał pokazać się od jak najlepszej strony, jako iż w tej chwili patrzyli na niego wszyscy. Nie wolno mu było pokazywać po sobie jakichkolwiek oznak słabości, nie chciał przecież, żeby go traktowali jako kogoś niepotrzebnego, bezużytecznego, strachliwego i obcego. Już chwilę tu mieszkał.
— Szaleju, jesteś z nami już od sześciu księżyców. Dziś zaczniesz swój trening, jako iż udało ci się przeżyć samotną noc w lesie. Od dzisiaj aż do czasu, gdy zdobędziesz imię wojownika, będziesz nazywać się Blednąca Łapa. Twoim mentorem będzie… — mówiła, mierząc wzrokiem tłum, budując tym samym konkretną atmosferę. Każdy mógł teraz zgadywać, czy otrzyma dzisiaj ucznia, czy też i nie. Wreszcie przestała się bawić z widownią, rozwiewając wszelkie wątpliwości, jakie mogły tylko zakwitnąć w ich umysłach. — Pszczeli Rój — dokończyła pewnie, spoglądając na szylkretowego kocura w tłumie. W jego oczach zatańczyły iskierki podekscytowania, chociaż ciało wcale tego nie wyrażało, może poza podrygującą końcówką ogona, niemal muskał nim kota siedzącego tuż obok. — Pszczeli Roju, jako mój były uczeń, a także były mentor Grubej Ryby, jestem przekonana, że przekażesz Szalejowi wszystko, co powinien wiedzieć jako członek i przyszły wojownik naszego klanu.
Pszczeli Rój był niski, jego tors był zabawnie kwadratowy, wręcz nieproporcjonalny do ciała. Łapy miał krótkie, chociaż masywne i dobrze umięśnione, malowały się wyraźnie pod jego długim futrem, okalającym barki. Duże stopy, zgarbiony nos, a także okrągła buźka powitała go poważnym spojrzeniem, gdy podszedł do swojego nowego mentora i spojrzał mu prosto w oczy, wytrzymując kontakt wzrokowy. Intensywnie niebieskie ślepia zmierzyły go chłodno. Czy był ambitny? Nauczy go wszystkiego, co powinien wiedzieć? Skoro wyszkolił już jednego ucznia, a ponadto…! Jego mentorką była sama Zalotna Gwiazda, z pewnością darzyła go zaufaniem i z jeszcze większym przekonaniem wiedział wszystko, co powinien wiedzieć, jeśli miał szkolić już drugiego swojego ucznia. Pochylił się, a następnie dwójka zetknęła się nosami.
— Daj z siebie wszystko. Zrobimy z ciebie najlepszego wojownika, jakiego widział Klan Wilka. Nie przynieś mi wstydu — szepnął starszy, nadal patrząc na młodziaka u swoich łap. Szalej nie zamierzał się lenić, w zasadzie nie miał niczego innego do roboty, a treningi… treningi umożliwią mu kolejne spotkanie z przodkami! W końcu, do tej pory nie wolno mu było opuszczać obozu, w tym momencie zyskał kogoś, kto mógł mu takiej zgody udzielić, a raczej – pójść z nim, w celu przeprowadzenia nauczania. Może dowiedziałby się o tym miejscu czegoś więcej, może Ognikowa Słota nie wspomniała o jakimś detalu… chociaż rozgadywała się na tysiąc słów, zajmując lwią część jego dnia. Słowa szylkreta były dość ambitne… wiązało się to zatem z pewnością z intensywnymi naukami. Szalej nie chciał od razu nastawiać się negatywnie czy pozytywnie, więc nie myślał o tym nic. Pysk łaciatego przybrało wyraźne zamyślenie, co sprawnie zwróciło uwagę rudego. Ciekawe, czy zastanawiał się, od czego należało zacząć ich pierwszy trening?
— Blednąca Łapa! Blednąca Łapa! — poniosły się dumne wiwaty, a Blednąca Łapa smakował swojego nowego imienia, próbując się do niego przyzwyczaić.
[2611 słów]