BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka i Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Miot w Owocowym Lesie!
(Brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 12 kwietnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

07 kwietnia 2026

Od Nocnej Łapy do Bielinki

Nocna Łapa skoczył przed siebie, omijając samotny kamyk na swojej drodze. W pysku trzymał świeżą wiewiórkę. Młody uczeń korzystał ze wszystkich możliwości polowania, jakie były pod łapą, ze względu na zbliżającą się zimę. Drzewa już były bliskie stracenia wszystkich swoich liści, a zimny wiatr szalał między ich pniakami. Noc już zaczynał czuć chłód na swojej sierści.
Zima będzie jego najmniej ulubioną porą roku. Nie dość, że wszędzie będzie zimno, mokro to do tego wszystkiego jego piękna sierść przestanie się tak dobrze maskować wśród cieni drzew. W końcu tych cieni będzie coraz mniej, a na tle jasnego śniegu jego czarne loki będą bardzo kontrastowały, nawet nocą. Nie wspominając już o zamieciach śnieżnych!
– Dobra robota. – Tropiąca Łaska rzuciła na niego okiem. – Ja nic nie znalazłam. – Noc tylko kiwnął jej głową i położył swoją wiewiórkę na łapach, aby się nie pobrudziła.
– To weź tą. Ja jeszcze pójdę… na spacer. Może coś jeszcze znajdę! – oświadczył Noc, uśmiechając się szeroko.
– Nie. Wracamy do obozu. – oświadczyła jego mentorka. – Na dzisiaj już starczy.
– Ale… – Noc opuścił uszy po sobie. – Niedługo przyjdzie pora nagich liści i… zwierzyny będzie coraz mniej. Lepiej najeść się teraz!
– Tak, ale byłeś na wczorajszym wieczornym patrolu i potem dzisiaj porannym patrolu, teraz na treningu i dodatkowo na polowaniu. Idziesz do obozu i zażywasz drzemki! – Tropiąca Łaska pomachała na niego łapą z wyraźną dezaprobatą jego stylu życia.
– No dobrze. – A Noc nie był kotem, który by się z nią bardzo kłócił.
– Zresztą. Niedługo nie będzie tak częstych treningów. – dodała kotka, kiedy już szli w kierunku obozu. Noc otworzył szeroko oczy.
– Jak to? – spytał się nieco niewyraźnie z winy zdobyczy między zębami.
– Myślę, że jeszcze chwila, a będziesz gotowy na egzamin. – kiwnęła mu głową i zapadła cisza. Nocna Łapa szedł całkowicie pogrążony w myślach. W obozie kot odłożył wiewiórkę na kupkę ze zwierzyną i przysiadł sobie gdzieś z boku obozu. Usytuował się całkiem niedaleko żłobka, bo tam resztki słońca sięgały najmocniej o tej porze dnia.
Siedział chwilę jeszcze zanim się położył. W swojej głowie powtarzał słowa swojej mentorki o egzaminie. Niedługo będzie gotowy! Jakież to ekscytujące! Tylko… z kim będzie walczył? Gruba Łapa zalegał w treningach. Chuda Łapa był teraz uczniem medyka! Księżycowa Łapa była chyba najbliżej jego wieku, jednak nadal była od niego dużo mniejsza i młodsza. To samo z siostrami, Zwęgloną Łapą oraz Kryształową Łapą. Obie mogłyby z nim walczyć, w końcu ćwiczyły dobrze, ale miałby nad nimi niesprawiedliwą przewagę wieku i wielkości! Czyli… być może zostanie wyznaczony mu wojownik lub… jego mentorka! Miałby walczyć z Tropiącą Łaską? Och…
Nocna Łapa był tak głęboko pogrążony we własnych myślach, że kompletnie nie zauważył kulki jasnej sierści niedaleko jego ogona. Na kociaka zwrócił uwagę, dopiero kiedy ten ugryzł go we wspomnianą część ciała. Noc nastroszył się jak sowa i odwrócił głowę zaskoczony.
– Auć! – poskarżył się nieco. Kocięce ząbki nie były bardzo przerażające czy bolesne, ale nadal nieprzyjemne. Kocię puściło jego ogon i syknęło w jego stronę. Cóż za… charakterek. – Odważnie jak na kogoś twoich gabarytów, mała. – Noc zaśmiał się w jej kierunku. Kociak zamilkł na chwilę i zaraz patrzył się na Noc, jakby chciał go zabić wzrokiem.
– Przepraszam? – noc uniósł brew. Nie bardzo wiedział za co przeprasza, ale najwidoczniej obraził tego kociaka czymś. – Jak się nazywasz?

<Bielinko?>
[531 słów]

Nowi Członkowie Pustki!


BUKSZPAN
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zatrucie, odwodnienie

Odszedł do Pustki!

AMBROWIEC
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zatrucie, odwodnienie

Odeszła do Pustki!

Od Ulewnego Szkwału

Był już wojownikiem, a reszta jego przyjaciół uczniami, korzystając więc ze swoich przywilejów, poszedł na samotny patrol wzdłuż dolnych terenów Klanu Nocy. Planował on iść do Opuszczonego Cmentarzyska, by zobaczyć na własne oczy trupy dwunożnych i ich kości, ciekawe co musiało ukrywać w środku takie monstrum, skoro chodziło na dwóch łapach? Chociaż nie chciało mu się jednak aż tak grzebać w zwłokach, wolał po prostu popatrzeć na to miejsce by je znać orientacyjnie, w końcu to też była jakaś część terenów Klanu Nocy i byłby to wstyd nie znać całego terenu. Aktualnie zmagał się ze Zrujnowanym Mostem, gdzie wszędzie drobinki drzew były porozrzucane, skakanie z jednego na drugiego było dość trudne, nie mówiąc, że niektóre części miały spiczaste krawędzie, na których nadzianie się nie byłoby przyjemnym doświadczeniem. Czemu skakał w sumie jak głupek po tym? Tylko się męczył, dodatkowo nie było dla niego wygodne dotykanie drewna, sama ta czynność przyprawiało go o dyskomfort. Wskoczył do wody, płynąc w stronę cmentarzyska, by przyjrzeć się terenom, które były bardziej zalesione i mniej piaszczyste.

***

Będąc w głębi lasu, słyszał za sobą szum rzeki, którą już przepłynął, ten szum, Szumek. Tylko co ma związanego z tym Szumek? W sumie to lubił go jako kolegę, a za niecały jeden księżyc miał być uczniem. Zastanawiał się, czy też samemu go nie wyprostować, mógłby go nauczyć wiele rzeczy, które sam poznał podczas treningu, łowienia ryb, walki i wiele innych rzeczy! Był dosyć młody, ale czuł, że dla Klanu Nocy mógłby to zrobić! Zwłaszcza obawiając się, że ktoś nieodpowiedni mógłby go szkolić i powiedzieć mu choćby, że czekoladowe koty nie są złe, co jest kłamstwem. Dlatego jako przykładny wojownik nie mógłby sobie na to pozwolić, tylko czym Mandarynkowa Gwiazda dałaby mu ucznia? Skoro średnio przepadała za Mewim Puchem? Wątpił w to.

***

W końcu! Zobaczył na własne oczy Opuszczone Cmentarzysko, które… Nie zrobiło na nim wrażenia, były to tylko płaskie kamienie ustawione pionowo z dziwnymi szlaczkami, których kocur nie rozumiał. Był tym zawiedziony, już Kolorowa Łąka była ciekawszym miejscem niż te, hieroglify dwunożnych. Jak dobrze, że chociaż rzeka była blisko, to mógłby coś złapać i zjeść, a potem ponownie coś złapać i wrócić z tym do obozu. Przecież też potrzebował sił, by wrócić do domu, a jak zje małą rybkę, a większą da innym, to wtedy nie będzie to grzechem. Spokojnym spacerkiem tupał w stronę rzeki, mijając kilka drzew, teren nie był zbyt zarośnięty nimi, więc było więcej widać, akurat też w okolicy była jedyna brzoza, jaką widział. Drzewo z białą korą rzucało się łatwo w oczy. Patrzył przez chwilę, na to nieregularne drzewo zastanawiając się niby, czemu jako jedyne ma biały pień i co sprawia, że jest taki biały, choć widział, że z daleka miało jakieś czekoladowe plamy, które nawet się ruszały. Chociaż… przecież plamy się nie ruszają na drzewie, dodatkowo z tego, co wiedział, to brzoza nie miała czekoladowych plam, to co on niby tam widzi, co mu wzrok robi za figle? Podszedł bliżej i wytężyłwzrok, by zauważyć przy drzewie, jak jakiś czekoladowy kot zbierał zioła, ukrył się szybko w krzaku, aż zaczęło się w nim gotować. Co on niby robił na Klan Gwiazdy tutaj?! To nie jego teren, oczywiście, żeby nie było tego mało, zza ogona kocura wyłoniła się ryba, wstrętny czekokot.
„Już dam taki wycisk temu błotnistemu ścierwu, że będzie własną matkę wołać!” Klnął w myślach, tego kota. Bez żadnego planu wojownik wylazł z krzaków i szybko podbiegł do czekoladowego, oczywiście ten nie zareagował zbyt szybko, więc Szkwał trzasnął jego łbem o pień drzewa, że aż samotnikowi poleciała krew z nosa, która zaczęła spływać na liście o ciepłych barwach.
— Jak śmiesz kraść czekoladowa przybłędo! — Przytrzymał go, już przekładając łapę na jego kark. Przerażony starszy samotnik patrzył na niego swoimi pomarańczowymi oczami, nie wiedząc, co się dzieje.
— Przep-przepraszam! Nie chciałem niczego kraść! Ja tylko chciałem wziąć tego trochę. — Kocur nie dokończył, bo Ulewny Szkwał bardziej przycisnął łapę do jego gardła, co uniemożliwiło samotnikowi prawidłowe oddychanie.
— Mówisz trochę? A rybką też się raczyłeś poczęstować, i to jeszcze z naszej rzeki! Zapchlony kłamczuch, ja już znam te wasze numery! — Czekoladowe kłamczuchy, już było widać z długości lisiego ogona, że coś śmierdzi, a po tym szczególnie w odległości biciu serca. Niebieski kocur tylko rozluźnił ucisk, to czekoladowy van wyślizgnął się, biegnąc w stronę rzeki, Ulewny Szkwał już miał iskry w oczach.
— Wracaj tu! — Młody wojownik gonił starszego, kocura przez gęstwinę drzew, deptał mu po łapach, tak był blisko! Tylko jakoś nie umiał go zatrzymać. Czekoladowy samotnik biegł w stronę rzeki, Szkwał domyślił się, że mógł biec w stronę ziem niczyich. Jeśli go szybko nie złapie, to nieznanemu kotu się upiecze. Przy granicy rzeki Ulewny Szkwał skoczył na samotnika, żeby ten czasem nie wskoczył do wody i nie odpłynął. Tak przeturlali się do wody, a wojownik przygniótł starszego w wodzie, topiąc go. Czekokot rozpaczliwie machał łapami, drażniło to bardzo Szkwała, bo co chwilę jakąś łapą dostawał po policzku, więc postanowił mu jedną ugryźć, następnie można było usłyszeć trzask, a samotnik w wodzie bardziej otworzył pysk, z którego wypłynęło dużo bąbelków. Widział już, że ten się nie obroni, więc chwycił za jego złamaną łapę i zaciągnął go na brzeg, rzucając nim na ziemię.
— Myślałeś, że mi uciekniesz cwaniaczku! Ale nie, jako wojownik nie pozwolę ci tak łatwo uciec za kradzież naszych dóbr. — Samotnik zdawał się go nie słuchać, tylko wił się z bólu, sycząc, nie był w stanie już się oddalić od niego, jedna z jego łap została złamana, a kulejąc, daleko nie dojdzie. Ulewnego Szkwała oczywiście irytowało, że te coś tak ryczało, jakby miało umierać.
— Przymknij się, bo dam ci powód do płaczu! — Walnął go mocno w bok, a następnie podniósł wysoko łapę z wysuniętymi pazurami.
— AAAA!! Oszczędź mnie! Nie chcę umierać! Obiecuję, że już tu nie przyjdę, al–ale pozwól mi odjeść, p-proszę... — mówił rozpaczliwie, a łzy się zbierały w oczach. Zapewne złamana kończyna musiała go strasznie boleć, spojrzał wokół siebie, nikogo nie widział. Co teraz zrobić z nim? Zbyt niehumanitarnie byłoby go zostawiać na środku jakiegoś terenu, sądził, że to Mandarynkowa Gwiazda musi zadecydować co z nim zrobić, samotnik zasłużył na karę za kradzież zwierzyny i ziół, które nie należały do niego.
— Idziesz ze mną, nie pozwolę, byś bezkarnie tu leżał. — Podszedł blisko do starszego, ten ze strachu bardziej się zwinął w kulkę, na szczęście jego kark był widoczny, więc chwycił go zębami i ciągnął go tak do Klanu Nocy. Zapowiadała się dosyć długa przechadzka z powrotem.

***

Targanie starucha przez długi czas było bardzo ciężką robotą, już go plecy bolały, a nie miał nawet stówki! Ciągnięcie go przez rzekę kilka razy było najgorsze! Musiał nieść go na plecach, by upewnić się, czy się nie wyślizgnie mu się, kocur nie wydawał się mieć w sobie jakiegoś życia, był sparaliżowany strachem, może myślał, że on go zabije? Nie mógł mu powiedzieć, co czeka tego błotniaka, trzymał jego kark za zęby, więc nie mógł za bardzo gadać. Na szczęście przepłynął jeszcze kilka wysepek prowadzących do obozu i czuł się jakby, był w domu! Bo w sumie był w domu, ale teraz przynajmniej był bardziej rozluźniony, wszedł do obozu, od razu koty zaczęły patrzeć, jak ciągnie za sobą intruza, niektórzy byli obrzydzeni, a jeszcze inni zaskoczeni. Ulewny Szkwał jednak zignorował spojrzenia współklanowiczów, docierając do legowiska przywódczyni. Wszedł on dosyć nieproszenie do jej pnia, gdy był już w środku, to zauważył, że Mandarynkowa Gwiazda leżała w swoim posłaniu, Ulewny Szkwał tylko opuścił ciało a Mandarynka, obróciła się w jego stronę z zaskoczeniem w oczach.
— Co to ma być w moim legowisku? Dlaczego mi przyniosłeś tego kota i kim on jest, na Klan Gwiazdy! — To pytanie brzmiało jak obelga w stronę Szkwała, wskazała ona na leżącego czekoladowego kota, który wyglądał, jakby duża mu odleciała.
— Ja wszystko wyjaśnię, wasza wysokość! — Ukłonił się do niej, bo zapomniał i zaczął szybko gadać. — Byłem na samotnym patrolu i akurat patrolowałem Opuszczone Cmentarzysko, zrobiłem w tym miejscu przystanek, bo chciałem coś upolować. Po rybie chciałem patrolować dalej, ale nawet do rzeki nie dotarłem i przy brzozie zobaczyłem tego szkodnika! Widziałem, jak zbierał zioła, ale nie tylko to! Złowił rybę z naszej rzeki na naszych terenach! Ani trochę wstydu na jego pysku, robił to, co chciał! Nie byłem temu obojętny i przygwoździłem go do drzewa, ale ten oczywiście mi uciekł, ale szybko go obezwładniłem, łamiąc mu łapę, też dałem mu porządny wycisk nie tylko tym. Jednak stwierdziłem, że nie może uniknąć kary, więc przyszedłem z nim do ciebie Mandarynkowo Gwiazdo! — Nie starał się kłamać, bo wtedy czekoladowy mógłby jego zarzuty próbować obalić, a nie chciał już dodatkowo słuchać zawodzącego czekoladowego kota. Sądził, że przywódczyni go pochwali, ale srebrna kocica patrzyła na jego zdobycz z niesmakiem.
— Dobrze, tylko po jakiego grzyba on jest aż tak poturbowany? Czy ty nie zdajesz sobie sprawy, ile ziół nasi medycy muszą zmarnować na tę przyssawkę! — Przywódczyni tylko westchnęła zawiedziona, przecież on nie chciał jej zawieść! Była dla niego autorytetem.
— Przepraszam, Mandarynkowo Gwiazdo. Nie chciałem urazić ciebie. — Wojownikowi wydawało się, że przywódczyni go słucha, ale tak naprawdę Mandarynce zwiewały jego przeprosiny.
— Zanieś go do Różanej Woni, przekaż jej, że ma użyć jak najmniej ziół na niego, gdy będzie w miarę sprawny, to zostanie naszym więźniem. Jeśli to tyle to wyjdź z nim. — Wojownik skinął tylko głową do przywódczyni.
— Postaram się, by Błoto nie robił problemu, chodź Błoto, idziemy do medyka. — Wyciągnął znowu go za kark, a następnie szybko się wyniósł z legowiska Mandarynkowej Gwiazdy. Nie wiedział, w sumie jak ten samotnik miał na imię, jednak nie chciał go nazywać go na “Ty”, bo było już dla niego lekko irytujące, a o jego imię nie zamierzał się pytać. Okrążył znowu źródełko, żeby dotrzeć do legowiska medyka, zaś musiał spotkać się z tymi samymi spojrzeniami. Miał nadzieję, że koty były z niego dumne, w końcu zło trzeba bić na kwaśne jabłko! Gdyby nie on to Błoto by wykradł ich wszystkie zioła. Nie mieliby wtedy czym w ogóle leczyć, będąc już przy wejściu lecznicy, spotkał się z Różaną Wonią, która posłała mu krzywe spojrzenie.
— Czemu przyprowadzasz mi obcego kota do lecznicy? — Kolejne pytanie i zaś kolejne tłumaczenie, czy mogliby po prostu przejść rzeczy? Na serio już kark go bolał. Opuścił ciało Błota.
— Ten samotnik kradł nasze zioła i zwierzynę, poszedłem z nim do Mandarynkowej Gwiazdy. Dostałem instrukcję, żeby z nim przyjść do lecznicy, też miałem przekazać, żeby zużyć na niego jak najmniej ziół. Jeśli będzie sprawny, to Mandarynkowa zdecydowała, że zostanie więźniem, z tego, co mi powiedziała. — To chyba wszystko, niczego nie przeoczył, choć nadal nie mógł zapomnieć, jak jego ulubiona przywódczyni go opierniczyła. Z niechęcią starsza medyczka przyglądała się mu.
— Daj mi go na pierwsze lepsze posłanie. — Ulewny Szkwał znowu wziął ciało starszego i poszedł za starszą medyczką. Księżniczka pokazała mu niezbyt dobrze zadbane posłanie, było widać, że trzeba było je wymienić, zwłaszcza mech, ale to był czekoladowy kot, więc nie będzie walczył o prawa dla zła wcielonego. Rzucił go i skinął głową Różanej Woli i reszcie medyków, Gąbczastej Perły i Klekoczącego Bociana.
Nie zwrócił jednak uwagi na ich reakcje, bo delikatnie Różana mu zasygnalizowała ogonem, że już nie jest potrzebny w lecznicy, więc wyszedł. Wychodząc z lecznicy, już chciał odpocząć, jego bolący kark tego potrzebował, ku jego zdziwieniu koty zaś stały się żywsze, tym razem nie on przykuł uwagę, tylko zobaczył jakiegoś rudzielca, który jest otoczony przez resztę kotów. Był on dymnym vanem z zielonymi oczami i długimi futrem.
”Następny samotnik się tu dostał? Jak on do licha się tu dostał?! Jak dobrze, że to nie problem, który będzie na mojej głowie!”, pomyślał, pewnie jakiś uczeń, który był nieostrożny, przyprowadził kolejny problem do ich klanu. Chociaż… czekaj… zaczął się gorączkowo obmacywać po swojej lewej stronie ucha, czuł, że mu kwiat ubył, chciał się upewnić czy to prawda, sprawdzając go. Wziął go do łapy, ale miał tylko przy sobie jeden płatek, zostały mu tylko dwa kwiaty, co się stało niby z trzecim? Pewnie go zostawił przy rzece, gdy bił się z Błotem. Zestresowany spojrzał na rudzielca przy wejściu z obozu, może to on go zwabił do obozu, a czekoladowy miał jeszcze przy sobie wspólnika, to pewnie jakiś zbieg okoliczności. Odszedł od miejsca zdarzenia, starając się znaleźć miejsce do wyciszenia się, bo teraz był przebodźcowany stresem i wstydem, który go zjadał.

Od Mandarynkowej Gwiazdy

Początkowo myślała, że kłótnia z Wężyną bardziej odbije się na jej rzeczywistości. Jednak minęło parę księżyców i nic szczególnego się nie działo. Oczywiście nie rozmawiała już z byłą przyjaciółką, ale po tym wszystkim i tak nie miała na to ochoty. O ile początkowo czuła się zdradzona i rozgoryczona, teraz udawało jej się po prostu wyprzeć egzystencję szylkretki ze swoich myśli. I mimo że nadal każda wzmianka o Wężynowym Kle powodowała u niej ból, to nadal nie było tak źle, jak myślała, że będzie. Powoli zaczęła wracać do rutyny. Wstawanie o świcie, układanie sobie futra, raport od Błękitnej Laguny (z którym nadal niezbyt naprawiła relacje), rozmowy z różnymi kotami, ewentualne zebrania klanu i od nowa. Większość kotów może byłaby takim życiem znużona, ale w tej chwili to było to, czego Mandarynka potrzebowała. Po księżycach ciągłych zmian i próby utrzymania wewnętrznej równowagi, balansując pomiędzy odpowiedzialnością za klan i własnym dobrobytem, wreszcie miała chwilę wytchnienia. Niestety nawet mimo tego dawna Mandarynka nie mogła przejąć sterów. Przywódczyni spychała swoje prawdziwe “ja” na dalszy plan. Tylko w ten sposób mogła kierować klanem. Siedziała w swoim legowisku wewnątrz pnia sumaka, delektując się błogim spokojem. Nie mogła za bardzo liczyć na cieplutkie promienie słońca i ćwierkanie ptaków ze względu na obecną porę opadających liści, ale sama świadomość, że miała spokojny kącik osłaniający ją od chłodu, budził w niej małą iskierkę radości. Wtem usłyszała chrząknięcie, które zakłóciło jej sielankę.
— Wejdź Błękitna Laguno — powiedziała, powstrzymując się od zaciśnięcia zębów. Od czasu pominięcia ceremonii Flaminga i nieuczynienia go częścią rodu królewskiego zastępca wydawał się dużo bardziej spięty, szczególnie podczas rozmów z nią. Ona też już mu nie ufała. Ich silna więź matki z synem, na której podstawie uczyniła go zastępcą, już w sumie nie istniała. Zaufanie, którym obdarzyła go na przykład podczas zlecenia zabójstwa Baśniowej Stokrotki, wyparowało. Ale kto mógł ją winić? Laguna za każdym razem schrzaniał wszystko, co mu powierzyła lub wychodził z inicjatywą, która miała zły rezultat dla niej. Powoli zaczęła zastanawiać się nad zmianą zastępcy. W końcu, jaki miało sens trzymania tak niekompetentnego kota na tym stanowisku? Jaki miało sens trzymanie kota, który być może planował zamach na jej życie, na stanowisku doradcy? Na razie jednak wstrzymywała się od tych decyzji. Musiała je jeszcze dużo bardziej przemyśleć. W końcu kandydatów nie było za dużo. Siostry nie zamierzała prosić. Tak, byłaby świetna jako zastępczyni, ale czuła, że Alga nie powinna się już zamęczać większą ilością obowiązków. To ona jako młodsza kotka wybrała władzę ponad wszystko i teraz musiała żyć z konsekwencjami tych decyzji. Nie chciała, żeby siostra musiała się przepracowywać ze względu na jej kaprys. Szałwiowe Serce też odpadał. Pomimo tego, że miała do niego kilkukrotnie większe zaufanie niż do czarno-białego syna, Klan Nocy nadal nie był w stanie mu zaufać po jego zdradzie. Próbowała to naprawić, ale jak zwykle powierzyła zadanie Lagunie i nic z tego nie wyszło. Dodatkowo nie wiedziała, czy point sam chce wyjść na prostą. W końcu ona nic nie wskóra, o ile wojownik sam nie będzie próbował. Została Czyhająca Murena. Niby bezpieczny wybór, brała ją pod uwagę podczas pierwotnego wyboru zastępcy. Była szanowana i miała syna. Nadal jednak nie wiedziała, czy może jej ufać po wyborach na przywódcę i jej pierwotnym głosie na Algę.
— Czyhająca Murena przyszła na rozmowę. — Niebieskooki od razu przeszedł do sedna. Najwyraźniej wolał, żeby ta interakcja była jak najkrótsza. Srebrna podzielała to zdanie.
— Niech wejdzie.
Kocur skinął głową i wyszedł, a po chwili na jego miejscu pojawiła się jej pomarańczowooka córka.
— Witaj Czyhająca Mureno.
Wojowniczka skinęła głową na powitanie.
— Witaj, masz może czas na spacer? Chciałabym porozmawiać o czymś na osobności.
Nie było w tym nic dziwnego. Dawno nie rozmawiały, więc to logiczne, że Murena mogłaby chcieć coś omówić. Ona jednak nie miała zbytnio ochoty na wyjście z legowiska o tak wczesnej porze. Wolała mieć teraz czas w samotności na przemyślenia. Nie mogła też raczej wyjść z nią wieczorem ani w środku dnia, bo wojowniczka pewnie byłaby na patrolu. Lepiej było przesunąć to na następny dzień i poinformować Lagunę o tym, żeby nie wysłał czarno-białej na patrol w czasie ich spotkania. No i żeby patrole omijały miejsce, gdzie będą. W końcu miała to być rozmowa prywatna.
— Dzisiaj jestem zajęta. Proponuję jutro przed wyruszeniem porannych patroli w okolice Zrujnowanego Mostu. Od strony Brzozowego Zagajnika.
Kącik ust wojowniczki uniósł się lekko.
— Powiadomię Błękitną Lagunę. — Przywódczyni odprawiła kotkę, a ta wyszła.

***

Następnego dnia tuż po porannej toalecie ruszyła na umówione miejsce spotkania. Chłodne powietrze w połączeniu z mokrym futrem po wypłynięciu z obozu powodowało ciarki przechodzące z jednej części ciała na inną. Atmosfera była… na pograniczu niepokoju i kojącego spokoju. Było cicho. Z kluczami ptaków już dawno poza terenami klanu jedyne odgłosy, jakie Mandarynka mogła w tej chwili słyszeć to dźwięk własnych kroków i szum płynącej rzeki. Z jednej strony relaksujące, z drugiej przerażające. Ona należała do grupy kotów, które wstawały rano, więc odbierała to raczej w ten pierwszy sposób. Kiedy dotarła na miejsce, zauważyła, że była pierwsza. No nic. Musiała poczekać na Czyhającą Murenę. Na pewno przyjdzie na czas. Usiadła na brzegu rzeki idealnie pomiędzy dwoma pierwszymi słupami Zrujnowanego Mostu. Wszystko było otulone mgłą, unoszącą się nisko nad wodą. Nic dziwnego. W końcu był bardzo wczesny ranek. Owinęła ogon wokół łap, starając się wygładzić swoje zmierzwione ze względu na chłód futro. Kiedy skończyła, pochyliła się nad taflą wody, próbując się przejrzeć. Widoczność blokowała jej jednak warstwa mgły. Pochyliła się, więc bardziej, prawie dotykając nosem wody. Wtedy usłyszała ciche kroki. Planowała odsunąć pysk od tafli i obrócić się, żeby przywitać Czyhającą Murenę, ale to wydarzyło się za szybko. Nagle zobaczyła w odbiciu białą łapę, zanim zdążyła zareagować, poczuła nacisk na tył swojej głowy, a po chwili wilgoć i chłód otaczający całą jej głowę. Udało jej się zauważyć bąbelki powietrza, które zaczęły uciekać z jej ust i pyska. Miała wrażenie, że zobaczyła też szczupaka płynącego w jej kierunku. Zdążyła tylko zacząć się wyrywać, zanim… Ciemność.

***

Zaczęła odzyskiwać przytomność. Zamrugała kilka razy, zanim była w stanie przyzwyczaić się do światła. Poczuła trawę pokrytą rosą pod łapami i wszechobecny chłód. Rozejrzała się. Wiedziała, gdzie jest. Ten widok napełnił ją lekką ulgą, która po chwili zniknęła zastąpiona przez przerażenie. Była w Klanie Gwiazdy. Na widok kręgu kotów o gwieździstych sylwetkach, który powoli zaczął formować się wokół niej, zjeżyła się ze strachu, a łzy zabłyszczały w jej oczach. Nie żyła. Jej pysk znajdował się pod wodą, nie miała jak uciec! To koniec! Straci wszystkie swoje życia! Zacisnęła mocno oczy, nie chcąc się rozpłakać. Nie udało jej się. Łza pociekła po jej policzku. Zwiesiła głowę, chcąc ją otrzeć i wtedy to zauważyła… Jej łapy nie były pokryte gwiazdami. Nadal żyła! Uniosła łeb. Poczuła iskierkę nadziei, chociaż nadal była kompletnie zagubiona. Pierwszym kotem, który wystąpił z kręgu dusz była… Wirująca Lotka. Kotka miała na pysku wyraz pełny smutku.
— Mandarynko, córeczko…
Srebrna zwiesiła głowę. Wiedziała, jak się potoczy ta rozmowa. Już ją raz przeżyła. W tym momencie nie przypominała wielkiej przywódczyni Klanu Nocy. Była tylko zagubionym kociakiem.
— Popatrz na mnie… — poprosiła jej matka, ocierając łapą kolejną łzę spływającą po jej policzku. Mandarynka uniosła lekko łeb, nadal patrząc na Wir tylko kątem oka. Nie była w stanie zrobić nic więcej. Tak bardzo się wstydziła. Zmarła karmicielka westchnęła.
— Proszę, pomyśl, co robisz. Nie wierzę w to, co się z tobą stało… — Po tych słowach wycofała się i ponownie wmieszała się w tłum zmarłych kotów, tak że Mandarynka nie mogła już jej dostrzec. Z tłumu wyszła inna postać, dobrze jej znana. Srocza Gwiazda.
— Mandarynkowa Gwiazdo, niedługo się obudzisz z jednym żywotem mniej. Bądź czujna, żeby taka sytuacja się nie powtórzyła. — Kocica odwróciła się od niej, żeby wrócić do kręgu kotów.
— Nie zostawiaj mnie tak! Powiedz mi, co się stało! Jak? Czemu? — krzyknęła w akcie desperacji. Sroka przystanęła i odwróciła pysk w jej stronę. W tym momencie jej wizja Klanu Gwiazdy zaczęła się zacierać. Wracała do żywych. Ostatnie co usłyszała to:
— Musisz sama do tego dojść Mandarynkowa Gwiazdo. Zastanów się, komu możesz ufać.

***

Zaczęła kaszleć. Woda powoli opuszczała jej płuca. Otworzyła oczy, wstała i odwróciła się od rzeki. Myślała, że zobaczy tam Czyhającą Murenę i będzie musiała się zastanowić, czy zamierza z nią walczyć, czy pobiegnie do obozu, gdzie ogłosi wieści o wygnaniu. Jednak sprawa nie była taka oczywista. Zamiast zobaczyć winowajcę czarno na białym, jej oczy ujrzały dwójkę kotów. Czyhająca Murena rzeczywiście stała tam, jednak pod jej łapami wiła się… Wężynowy Kieł. Co miała zrobić? Nie widziała pyska kota, który wepchnął ją pod wodę. Przetrzepała swoją pamięć w poszukiwaniu jakichś wskazówek. Przypomniała sobie o białej łapie. To niestety nic nie zmieniło, ponieważ łapy obu kotek były w tym kolorze.
— Mandarynkowa Gwiazdo! Pomóż mi! Zobaczyłam, jak Czyhająca Murena cię topi i przybiegłam ci pomóc! — miauczała Wężynowy Kieł. Księżniczka u góry najeżyła się. Zanim jednak dostała możliwość zabrania głosu, Mandarynka powiedziała:
— Zejdź z niej. Wracamy do obozu.
Pomimo zdezorientowania, obie kotki posłuchały rozkazów. W tym czasie przywódczyni toczyła w głowie bój. Nie mogła pozwolić, żeby klan się dowiedział. Nie teraz. Musiała posłuchać rady Sroczej Gwiazdy. Trzeba było zastanowić się, komu mogła ufać. Stąpała po niepewnym gruncie. Z jednej strony myślała, że to musiała być sprawka Wężyny. W końcu to z nią się ostatnio pokłóciła. Z drugiej strony nie wiedziała o spotkaniu, więc jakim cudem miałaby przyjść pierwsza? Inną jeszcze sprawą był fakt, że akurat zauważyła całe zdarzenie, mimo że jej pysk nie powinien być widoczny przez mgłę. No i co robiła karmicielka tak wcześnie tak daleko od obozu? Ale nie mogła jej wyrzucić z klanu tylko ze względu na przeczucie. Miała młodego syna i była blisko z Błękitną Laguną. Jeżeli chodzi o Murenę, co prawda wiedziała o czasie miejscu spotkania, ale Mandarynka uważała, że Wężyna nie dałaby rady jej zepchnąć i jeszcze do tego wywlec jej ciało na brzeg. Tylko Murena miała tyle siły. No i nie była pewna czy zjeżone futro wojowniczki świadczyło o wściekłości na kłamczynię, czy strachu, że jej zbrodnia się wyda. Jej też nie mogła wygnać. W końcu była szansa, że była ostatnim kotem, któremu mogła ufać. Musiała się skupić. Musiała znaleźć odpowiedź na pytanie. Kto ją zabił?

(jak coś to wizja szczupaka jest wynikiem niejasnej pamięci Mandarynki, bo całe wydarzenie działo się bardzo szybko + jest to metafora śmierci)

Od Jesionowej Łapy CD. Ognikowej Słoty

Wczesny śpiew ptaków wybudził Jesionową Łapę z płytkiego snu. Z jakiegoś powodu kotka walczyła całą noc z bezsennością, która nigdy przedtem jej nie dokuczała. Przerzucała się z boku na bok, aż zasnęła niedługo przed porankiem.
Uczennica przetarła oczy i ziewnęła sennie, po czym wyciągnęła łapy przed siebie, by się przeciągnąć. Wzięła głęboki wdech, po czym wstała i wyszła przed wejście do legowiska uczniów. Tam zaczęła poranne mycie się z nadzieją, że się jakoś rozbudzi. W tym czasie powietrze zaczęło nabierać jeszcze resztek ciepła pozostałego po Porze Zielonych Liści. Drzewa już dawno zaczęły gubić złoto-czerwone liście, odsłaniając lekko zachmurzone niebo, na którym widać było cudowną kompozycję porannych barw.
Dziś miała za zadanie zająć się starszyzną. Dokładniej miała ich nakarmić, wyścielić im legowiska na nowo i obejrzeć się za kleszczami w ich sierści.
Jesionowa Łapa przeciągała językiem po swoim długim futrze, oczyszczając je z resztek mchu oraz drobinek kurzu. Tak samo zadbała o łabędzie pióro, nadając mu świeży błysk. Wylizała dokładnie swoje poduszki łap, podczas gdy reszta obozu budziła się do życia. Dojrzała jak wychodzi poranny patrol, a inny, prawdopodobnie łowiecki, już się powoli szykował. Poprawiła jeszcze sierść na plecach, a ze żłobka już było widać pierwsze spacerki kociąt.
Gdy była samotniczka skończyła pracę nad swoim wyglądem, zdecydowała, że czas, chociażby zajrzeć do starszyzny. Podeszła pod wejście do ich legowiska i stwierdziła, że teraz jest odpowiednia pora na znalezienie surowca do ich posłań. Pręguska zaszła do miejsca, które wskazał jej poprzedniego dnia Tygrysia Noc za najlepsze do pobierania mchu. Zerwała z drzew wielkie płaty i rozdzieliła na pięć równych porcji, na tyle dużych, by zmieścić kota jej rozmiarów. Następnie uformowała je mniej więcej na kształt posłań, usztywniając ich krawędzie gałązkami i zaczęła je nosić kolejno jedno po drugim. Starała się utrzymywać kupy mchu w jednym kawałku, chociaż niewielkie części poodpadały po drodze. Liliowa doniosła je do legowiska, a starsi się powoli ulokowali w swoich nowych łożach. Od razu też zajęła się przynoszeniem im jedzenia, po czym wyniosła stary mech. Można by rzec, że uczennica za bardzo się postarała przy konstrukcji posłań, ale ona za bardzo się tym nie przejmowała. Gdyby mogła, to wsadziłaby jeszcze do nich parę kwiatów lawendy czy rumianku, ale słyszała, że niektóre koty nie lubią ich zapachu, więc wolała nie ryzykować.
Gdy wracała z wynoszenia mchu, wpadła na Tygrysią Noc.
— Jak tam, wyrobiłaś się? — zapytał z uśmiechem.
— Prawie. Zostało mi pozbycie się kleszczy ze skóry starszyzny — odpowiedziała kotka.
— Akurat chciałem ci przedstawić jak to ogarnąć. Chodź, trzeba wziąć mech — skinął ogonem w stronę wyjścia, gdzie zaraz oboje się udali.
Wrócili w miejsce, gdzie Jesionowa Łapa wyrzuciła mech i wzięli w zęby kilka kępek. Po drodze z powrotem dojrzała gdzieś rozmawiającą z kimś Ognikową Słotę, z którą na niedługą chwilę nawiązała kontakt wzrokowy. Nie wiadomo czemu uczennica poczuła się nieswojo. Wciąż się nie zaaklimatyzowała w klanie, a wzrok niektórych kotów wciąż przyprawiał ją o ciarki.
Tygrysia Noc przedstawił jej, jak pobierać mysią żółć. Podczas tej czynności kotka niemal nie skisła przez ohydną woń, drażniącą jej nos przyzwyczajony do świeżych zapachów kwiatów. Na tym etapie pożegnał ją mentor, który musiał zmykać na patrol łowiecki.
Gdy skończyła, skierowała się do legowiska starszyzny, gdzie zajęła się swoim ostatnim obowiązkiem. Na miejscu najpierw zapytała, czy ktoś z obecnych borykał się z nieznośnymi pasożytami. Usłyszała skargi od trzech kotów i natychmiast zabrała się do roboty. Nie trwało to zbyt długo, zgrabnie uporała się z kleszczami, a starsi serdecznie podziękowali.
Kocica wyszła i skierowała się do najbliższego zbiornika wodnego, by zmyć z siebie i swoich łap obrzydliwą woń pozostawioną przez mysią żółć. Gdy skończyła mycie, wylizała swoje futro, by przyspieszyć jego suszenie się. Usiadła na moment na brzegu jeziora, na chwilę skupiając się tylko na sobie, póki była sama. Odetchnęła z wielką satysfakcją zakończonych obowiązków. Gdy wróci, na pewno jeszcze coś znajdzie dla siebie do roboty. Gdy skończyła swoje delektowanie się spokojem i ciszą, wróciła do obozu.
Jesionowa Łapa rozejrzała się po polanie zaraz po zajściu z powrotem. Stwierdziła, że zmiecie opadłe z drzew liście, żeby nie siedzieć całkowicie bezczynnie. Nie miała serca zjeść czegokolwiek, póki nie zrobi więcej roboty. I tak już cały księżyc jadła bez wyściubiania nosa z nory niczym pasożyt, więc mimo głodu zajęła się sprzątaniem. Nie lubiła nieporządku, w końcu matka zawsze pilnowała, by ich jaskinia była w stanie idealnym bezustannie.
Liliowa zaczęła zamiatać liście na jeden stos na poboczu obozu, by nikomu nie przeszkadzał. Gdy skończyła połowę roboty, Tygrysia Noc podszedł do niej z pulchnym drozdem w pysku. Upuścił go przed jej łapami.
— Jadłaś coś dzisiaj? — zapytał z troską w głosie.
— Umm… — zastanowiła się. — Nie, nie jadłam nic — na tą odpowiedź rudzielec skulił uszy.
— W takim razie jedz. Nie chcemy, byś nam tu padła — usiadł, otulając łapy ogonem. — I nie zamęczaj się za bardzo. Też zasługujesz na odpoczynek — wymruczał z uśmiechem.
Kotka spojrzała na ptaka i westchnęła, dając sobie spokój. Najwyżej po posiłku dokończy zamiatanie.
Przykucnęła i zajęła się jedzeniem drozda, czując, jak soczysty smak mięsa rozpływa jej się w pysku.
— Widziałem, jak zajęłaś się starszymi. Oby tak dalej, a za niedługo już zaczniemy treningi dotyczące walki — jego wąsy zadrżały z ekscytacji. — Chciałbym już zobaczyć, jak walczysz.
— Uwierz mi, jak na byłego samotnika jestem dość dobra w walce — Jesionowa Łapa znalazła okazję do przechwalania się. Kocur się zaśmiał i wstał.
— To się okaże, a teraz ja się zmywam. Może jeszcze się miniemy dziś — odparł i odwrócił się. — Do zobaczenia, Jesionowa Łapo — i odszedł do swoich obowiązków, machając ogonem na pożegnanie, podczas gdy kotka kończyła jeść.
Gdy już miała wstać, nagle wyrosła przed nią szylkretowa mistrzyni.

<Ognikowa Słoto?>

Od Gołąbka do Poranku

Przed mianowaniem

Cały świat Gołąbka załamał się po tym, jak okazało się, że koty mogą być złe i celowo robić złe uczynki. Prawda o śmierci Osetka załamała kociaka do tego stopnia, że od kilku dni nie ruszał się ze swojego legowiska. Za dwa wschody słońca miało się odbyć jego mianowanie, ale zupełnie nie miał na nie siły. Cieszył się, że zezwolono mu być uczniem uzdrowiciela, jednak panujący w jego sercu żal zupełnie przygniatał szczęście, nie dając mu cieszyć się swoją nową ścieżką nauki. Gołąbek nie wiedział, czy jeszcze kiedykolwiek wyjdzie ze żłobka.

***

Gołąbek obudził się z popołudniowego snu. Przed nim leżała świeża zdobycz, lecz od jej widoku i zapachu jedynie go zemdliło. Popchnął mysz w stronę legowiska brata, który bawił się z Gąską na środku obozu. Może on będzie miał na nią ochotę. Gołąbek już miał ponownie położyć głowę na mchu i zamknąć oczy, gdy nagle usłyszał szelest ptasich skrzydeł. Chwilę potem przed żłobek spadł jerzyk. Ptak był niezmiernie wychudzony, jego oddech wydawał się słaby, a oczy bezmyślnie spoglądały w niebo. Zaskoczony i przerażony kociak podszedł do ptaka.
– Ojej, ojej, ojej! – wyszeptał zmartwiony. Święty ptak spadł prosto przed niego, a do tego wyglądał, jakby był bliski śmierci. W tej chwili wciąż jednak żył. Może uda się go jeszcze uratować? Gołąbek skierował się do swojego legowiska, odrywając z niego duży kawał mchu. Podszedł z powrotem do ptaka, małymi łapkami przenosząc go na mech, tak, by po obu jego stronach zostało trochę miejsca. Złapał mech za obie strony i na tak powstałych prowizorycznych noszach zaniósł ptaka do legowiska uzdrowicieli.
Gołąbek wdrapał się po prowadzącym do legowiska pniu. W środku dostrzegł Poranka (lub Chwasta, jak czasami siebie określał) zajętego ziołami.
– Poranku…? Chwaście…? – Gołąbek nie był pewny, jakiego imienia ma użyć. – Czy możesz, proszę, zerknąć na tego ptaka? Chcę tylko wiedzieć, co mu jest! – Gołąbek podejrzewał, że jerzyk był po prostu wygłodzony i upadł z braku sił. Nie spodziewał się, że Poranek da mu jakieś zioła. Rozumiał, że były potrzebne na chorobę. Kociak postanowił, że jeśli Poranek potwierdzi, że ptak jest zwyczajnie wygłodzony, to się nim zajmie. Codziennie będzie mu wykopywać glisty, aż dojdzie do pełni sił. Skoro Wszechmatka dała mu powód do wyjścia z legowiska, on nie zamierzał go zmarnować.

[365 słów]

<Poranku?>

Od Przypalonej Łapy CD. Rezedowej Łapy

Przeszłość

Stokrotki. Ciekawe jak wyglądały w ogóle stokrotki, co to było? Zwierzyna? Może lotna, może potrafiła nurkować i łapać ryby? Z pewnością umiała pływać o niebo lepiej od niego. On w płytkim zbiorniku machał łapami na boki, zawsze jakimś cudem prawie się topiąc. Gdyby nie Złocisty Widlik, to najprawdopodobniej już dawno głębiny by go pożarły. Nie potrafił się unosić, trzymanie pyszczka ponad wodą sprawiało mu trudności. Kasztanek zmarszczył brwi, po chwili je wygładzając i kręcąc głową intensywnie na boki, jakby w obawie, że swoją inną mimiką zmartwi brązowookiego, co odbiegało mocno od prawdy. On go absolutnie nie interesował. Oczywiście, że lubił niespodzianki! Każdy je lubił, więc gdyby on za nimi nie przepadał, to by odstawał od reszty nawet bardziej, a nie chciał tego. Nie chciał im dawać kolejnych powodów do wytykania go palcami. Zaczął ugniatać małymi łapkami podłoże pod sobą, unikając kontaktu wzrokowego z terminatorem.
— R-rozumiem…! Nie, nie mam… — pisnął, odpowiadając na pytanie.
— No, zmykaj już, mama z pewnością się za tobą rozgląda, a nie chcesz narobić mi kłopotów — Rezedowa Łapa pokręcił głową, popychając lekko młodziaka w stronę kociarni. — Jutro zobaczysz. Przyniosę ci stokrotek i się przekonasz, co ci dadzą. Pamiętaj to, czego się dzisiaj nauczyłeś! Możesz powiedzieć reszcie kociąt, tylko nie mów, skąd to wiesz — zachichotał pod nosem, gdy znaleźli się już przed wejściem do wgłębienia. Rezedowa Łapa przesunął go w głąb łapą. Kasztanek stracił równowagę, po czym uderzył przypadkowo jedną z kończyn o wystający korzeń wiekowej rośliny. Ból poniósł się po całym jego ciałku, ciarki wstrząsnęły nim, jeżąc mu futerko wzdłuż kręgosłupa. Upadł głucho na bok, początkowo mając wrażenie, jakby nie mógł się podnieść, mimo wymachiwania łapami w powietrzu. Zawrzeszczał z przerażeniem, a rudy uczeń zawahał się przez parę uderzeń serca. Czmychnął wreszcie do centrum, w którym akurat był spory ruch, jakby chciał uniknąć konsekwencji własnych czynów, jakby go w tłumie nikt nie mógł wykryć. Ból zaczął pulsować, dźgając go niczym mikroskopijne igły. Serce zaczęło bić mu szybciej, uszy zaczął mocno dociskać do głowy, a oczy mrużyć z dyskomfortu. Najbardziej bolał go chyba pyszczek, na który wylądował. Złocisty Widlik podszedł do niego pospiesznie, stawiając go na łapy i otrzepując z kurzu, dopytując, co dokładnie go bolało.
— Łapy! I broda, boli mnie bardzo. Wszystko mnie boli, ał! Chyba przegryzłem sobie język — zapłakał niewyraźnie, po jego podniebieniu rozpłynął się metaliczny posmak krwi, a po policzkach zaczęły masowo spływać słone łzy, które skapywały na posadzkę głucho, rozpływając się równie szybko, co się pojawiły. Może tylko sobie to wmówił? Może tak naprawdę wcale mu się nic nie stało i sam doprowadził do tej sytuacji, o mało co nie zsyłając na swojego kolegę nieszczęście? Lepiej dla Nocniaka, żeby nie zadawał się z tym malcem. Jeszcze mu przyniesie pecha na całe życie i co wtedy… I wtedy już nie pozbiera sobie stokrotek.

***

Teraźniejszość

Rezedowa Łapa ostatnio nauczył się, jak polować na łyski, o czym dowiedział się terminator dzięki plotkom, roznoszącym się po kotach niczym pyłki przenoszone przez wiatr. Przypalona Łapa co prawda nigdy nawet nie widział tych ptaków, wszystko przez to, że zanim w ogóle udało mu się go skosztować, to zjedli go ci zamieszkujący żłobek i ci z legowiska starszych. Zobaczył tylko czarne pióra. Mimo wszystko ciekawiło go, ile siły potrzeba było na upolowanie tak, z tego co słyszał, wielkiej zdobyczy. Oczywiście sama Trzcinowy Szmer ją złapała, więc… może, najprawdopodobniej lepiej byłoby, gdyby poszedł to właśnie do niej z pytaniami, aczkolwiek pomyślał, że Rezedową Łapę szybciej będzie o to zapytać.
I prawie się wycofał ze swojego pomysłu, martwiąc się, że to głupie, jednak znalazł się już przed znanym mu terminatorem. Dziwiło go, że nadal się uczył… w końcu Szkwalna Łapa, nie… Ulewny Szkwał doczekał się już swojego mianowania na wojownika i to parę wschodów słońca temu. Czyżby Mewi Puch uczył lepiej? Może sam fińczyk po prostu chłonął wiedzę niczym gąbka, dużo szybciej? Może Przypalona Łapa robił głupio, że postanowił raz jeszcze zagadać do tego ucznia? W końcu jak był młody, to on mu nagadał wiele, wiele nietypowych rzeczy, w które dymny bardzo długo wierzył. Dopiero ostatnio zaczął poddawać je wątpliwości, dochodząc do wniosku, że jego zachowanie było jedynie formą dogryzienia mu. Prychnął pod nosem, czując, jak zaczyna rosnąć w nim lekka frustracja. Czuł się wyrzutkiem, a terminator, który śmiał się z niego w jego najbardziej wrażliwym stanie, niczego mu nie ułatwiał. Zerknął na pysk rudego, który czekał najwidoczniej na słowa z jego strony. Łaciaty prędko spuścił wzrok. Gniew opuścił go, zakryty nagle przez intensywny wstyd. Jaki był z niego mysi móżdżek, że w ogóle wpadło mu do głowy, by jego pomysły kiedykolwiek były dobre! Poruszył kikutem nerwowo.
— Rezedowa Łapo — podjął się, przełykając bolesną gulę w gardle. Otworzył oczy szeroko, kuląc się lekko przed starszym. Nocniak odczekał parę uderzeń serca przed udzieleniem odpowiedzi.
— Co tam? Na pewno zastanawiasz się, jak udało mi się upolować tamtego wielkiego ptaka? Ale ty go nawet na oczy nie widziałeś pewnie, ach! — miauknął, kładąc łapę na piersi dumnie, mierzwiąc futro na niej lekko.
Przypalona Łapa zmarszczył brwi, strzygąc wąsami. Nie taka wersja zdarzeń do niego dotarła, ale może się mylił. Może to Rezedowa Łapa sam ją złapał. Nie znał go na tyle dobrze, nic o nim tak naprawdę nie wiedział. Oprócz tego, że był inny. Inny na pewno od niego samego i bardziej pewny siebie.
— Tak… Skąd wiedziałeś? — zapytał, prostując się, ale stając krzywo. Ciężko było zgrywać pewnego siebie. Może jeśli zacznie nad tym pracować i robić to częściej, to mu będzie lepiej wychodziło. Miał nadzieję. Wstrzymał powietrze, zmuszając płuca do zatrzymania się przez parę uderzeń serca. Czuł bicie organu w uszach, domagającego się tlenu.
— No wiesz, skoro jestem najlepszym terminatorem Klanu Nocy, to niektóre rzeczy muszą mi przychodzić naturalnie. I takie czytanie w myślach innym jest jedną z nich. Dlatego uważaj sobie, co myślisz, bo to do mnie szybko dotrze! — powiedział pewnie, unosząc brodę ku górze.
Przypalona Łapa polizał się parokrotnie po piersi, próbując się jakoś uspokoić. Jak to było w ogóle możliwe, to tak się dało? Dało się czytać w myślach innym kotom? Czy dało się tego nauczyć jak on to w ogóle…? Ach, nie, na pewno robił sobie z niego znowu żarty, to nie mogło być przecież prawdą. To nie mogło być prawdziwe.
— Mhm… — wymruczał z trudem. Nie chciał w to wierzyć. To było surrealistyczne! To by oznaczało, że rudy wiedział, kiedy dymny w niego wątpi. Kiedy myśli o nim nieprzychylnie… czy nie przetrzepałby mu łba, gdyby to wiedział?

<Rezedowa Łapo, a ty o czym myślisz?>

06 kwietnia 2026

Od Kurki do Borowika

Kurka machnął ogonem i uchylił oczy. Chłód powoli wdzierał się w każdy kąt lasu i pól. Na szczęście młodego zwiadowcy, on sam wtulony był w sierść Guziczka, który jeszcze słodko spał.
Kurka poczekał, aż jego ukochany się obudzi. Guziczek już po chwili ziewał i rozciągał się nieco.
– Dzień dobry. – miauknął do swojego towarzysza. Kurka nachylił się i polizał młodszego po nosie.
– Dzień dobry. – przywitał się z nim i powoli wplątał z ich mieszaniny łap, aby stanąć i rozciągnąć się porządnie. – Wczesny poranek dzisiaj? Zabierasz gdzieś swojego ucznia?
– Tak. Idziemy na poranny patrol z Szafranem i Kolendrą. – Guziczek się podniósł i otarł o jego bok, zanim ruszył zgrabnie po gałęziach w kierunku ziemi. Kurka podążył za nim.
Kiedy oboje znaleźli się na ziemi, Kurka ostatni raz otarł się o bok ukochanego. Potem poszli w swoje strony.
Kurka nachylił się po jakąś chudszą mysz, wybierając to, co byłby w stanie łatwo zjeść z kupki dostępnych rzeczy. Wtedy też podeszła do niego Pieczarka.
– Dzień dobry Kurko! – przywitała się wesoło.
– Dzień dobry Pieczarko! Jak mija dzień? – zapytał zwiadowca, uśmiechając się do niej.
– Na ten moment bardzo dobrze! – oświadczyła liderka, schylając się po posiłek. – Mamy dzisiaj wielkie ogłoszenie. Dzieci Gąski są już gotowe na awans na uczniów!
– Jak ten czas płynie! Jeszcze przed chwilą były ledwo takie o małe! – Kurka machnął łapą zaraz nad ziemią.
– To prawda! A tu patrz! Dzisiaj będą spać w nowym miejscu! – Pieczarka uśmiechnęła się szeroko. – Gołąbek trafi pod oko Poranka.
– O! Będzie nowy uzdrowiciel? Miło to słyszeć! Na pewno sobie dobrze poradzi!
– To prawda! A jego brat będzie ćwiczył na zwiadowcę! – oświadczyła.
– Zwiadowców nigdy za mało!
– To prawda!

I Kurka mógłby przysiąc, że za żadne skarby się nie spodziewał, że Pieczarka tego samego dnia spojrzy na niego, wskaże go łapą i odda mu pod opiekę tego małego kociaka. Borowik nazywał się jak jego brat. Ten sam, który rzucił się za Czajką jak maniak. Ten sam, który utopił się w rwących wodach rzeki. Jednak to nie był ten sam Borowik. Ten był mniejszy, cichszy i unikał kontaktu wzrokowego za wszelką cenę.
Następnego dnia po mianowaniu Kurka wstał wcześnie. W końcu należało się zabrać za trenowanie tego malucha. Napawanie go wiedzą i nowymi umiejętnościami. Obudził ucznia zwiadowcy i zjadł z nim śniadanie, wszystko w ciszy. Kurce to w żadnym wypadku nie przeszkadzało.
– Dzisiaj, drogi Borowiku, przejdziemy się po naszych terenach. – oświadczył mu po zakończeniu jedzenia i oblizaniu się.
– Po co? – kociak zmarszczył nos i przetarł oczy.
– Ponieważ musisz znać miejsce, w którym mieszkasz. Nie chciałbym, żebyś się zgubił, więc przez pierwsze treningi poznasz nasze tereny bardzo dobrze. – kot pokiwał głową poważnie. Jego mentorka zrobiła z nim to samo. Poznał te tereny bardzo dogłębnie. – I może poćwiczymy odrobinę wspinaczkę na drzewa. Ułatwi ci to wchodzenie do legowiska.
– No dobrze. – kociak zawinął ogon na swoje łapki.
– Ruszajmy więc!
– Dzisiaj? – kociak nastroszył się nieco.
– Po to obudziłem cię tak wcześnie. Przejście całych terenów zajmuje naprawdę długo. Wrócimy wieczorem na kolację.
– Tak długo?!
– Z przerwami, oczywiście. Nie oczekuję, że będziesz ciągle iść, haha! Jakbyśmy mieli ciągle, iść to pewnie przeszlibyśmy bardzo szybko, ale wtedy niczego się nie nauczysz. Tylko zmęczysz! – oświadczył Kurka.
– Musimy? Nie chce mi się iść tak długo! – poskarżył się kociak.
– Musimy. Przykro mi, ale to część treningu. Bez znajomości terenu, nic innego nie przyjdzie ci łatwo! Trening w nieznanych miejscach nigdy nie jest prosty, dlatego najpierw się je poznaje. Idziemy! – Kurka zachęcił go machnięciem łapy. Borowik rzucił na niego okiem, po czym opuścił łepek, odetchnął i wstał. – Będzie dobrze. Złapię ci jakiś obiad po drodze, obiecuję.
– No dobrze… Może to być mysz?
– Jeśli takową spotkamy, tak!

Przechadzka po terenach rzeczywiście zajęła im sporo dnia. Kurka tak jak obiecał, złapał dzieciakowi obiad, jak i opowiedział mu o całym owocowym lesie, pokazując mu jego wszelkie zakamarki, zwłaszcza swoje ulubione. Owocowy Lasek, gdzie spędzał wieczory na długich spacerach. Konający Buk, gdzie Kurka uwielbiał pływać. Chociaż teraz było to nieco trudniejsze, kiedy wody w rzece ubyło z powodu bobrów. Upadłą Gwiazdę, gdzie można było się całkiem nieźle bawić, jak i schować przed resztą świata. Chociaż bywało też niebezpiecznie. Kurka upewnił się też, że Borowik pozna drogę grzmotu. Zaprowadził go do niej zaraz obok Dębowej Ostoi. Ich ostatni przystanek.
Usiadł kawałek od drogi, wbijając w nią wzrok i poklepał trawę obok siebie.
– To jest droga grzmotu. Tędy jeżdżą potwory. Bardzo ciężkie, bardzo niebezpieczne. Od tej strony dzielimy las z nikim, jednak od strony wrzosowisk, tych za rzeką, jest Klan Burzy. W każdym razie. Musisz tu być bardzo ostrożny. Najlepiej w ogóle nie ryzykować i nie podchodzić. Powąchaj powietrze. – Kurka polecił. Kociak zmarszczył się na ten parszywy zapach. – Nie czuć tutaj nic, tylko wydzieliny potworów. Dlatego należy słuchać, kiedy jadą. Czuć łapami ich drgania.
– Drgania? – kociak spojrzał na szarą nawierzchnię.
– Tak. Potwory są bardzo ciężkie. Niebezpieczne. Kiedy pędzą drogą, to wszystko wokół drga. O! Czujesz to. Jedzie potwór. Schyl się. – Kurka położył łapę na plecach malca, przyciskając go do ziemi, chowając ich oboje w trawie. Potwór przejechał z hukiem i zaraz zniknął w oddali. Kociak nastroszył się jak sowa.
– Spokojnie. Tak daleko od drogi nic nam nie grozi. Najważniejsze, żebyś wiedział czego oczekiwać. Wtedy będziesz bezpieczny, kiedy będziesz mógł sam wychodzić z obozu. A teraz… wracajmy. Wyśpisz się, najesz. Jutro zaczniemy wspinaczkę na drzewa, ale po południu. Żebyś się wyspał po tak ciężkim treningu…

<Borowiku?>
[875 słów - trening Borowika]

Od Kurki CD. Guziczka

Spędzanie czasu tak blisko z guziczkiem było bardzo przyjemne. Spacery, skradanie w cieniu drzew pocałunków-czego więcej można życzyć sobie od życia? Kurka z pewnością nie miał żadnych wątpliwości, że miał wszystko, czego chciał!
Tego wieczoru przechadzali się po ich ulubionym miejscu, Owocowym Lasku. Początek pory opadających liści pięknie malował drzewa na różne kolory, a ciepłe resztki słońca przyjemnie grzały. Kurka z Guziczkiem szkliw ze złączonymi ogonami i barkami opartymi o siebie nawzajem, dopóki nie doszli do wyjątkowo ładnie oświeconego miejsca. Tam usiedli sobie w wilgotnej trawie, wtuleni w siebie. I zapadła chwila miłej ciszy, dopóki Guziczek, wpatrzony w Kurkę jej nie przerwał.
– Gdybyśmy mieli mieć dzieci… – zatrzymał się na chwile. – To chcemy przygarnąć jakieś zguby, czy może poprosić jakąś kotkę? – zapytał.
Kurka zamrugał parę razy zaskoczony pytaniem. Może nie powinien być zaskoczony. W końcu są zadeklarowani, zakochani w sobie po uszy. Może to czas myśleć nad takimi rzeczami. Co Kurka chciałby zrobić? Hmmm… Zwiadowca przymknął oczy i oparł się o futro ukochanego mocniej, mrucząc cicho.
– Nigdy o tym nie myślałem, ale… jak teraz wkładam w to całe serce, to… myślę, że fajnie mi to obojętne. Niby fajnie byłoby poprosić kotkę, mieć pewność, że to nasza krew i kości i... a nóż jedno z kociąt wyglądałoby jak ty! Taki mały Guziczek, haha. – Kurka polizał Guziczka po poliku, układając jego sierść.
– Mówisz? Taki mały ja? No ja nie wiem! Jak byłem mały to w końcu, byłem całkiem niegrzeczny…
– Nie, żebym ja był lepszy! – Kurka się zaśmiał. – Oboje zapewniliśmy, że Kajzerka osiwieje młodo!
– Tak. To prawda. – Guziczek uśmiechnął się szeroko na wspomnienie mamy.
– W każdym razie. Miło byłoby poprosić kotkę, ale… z drugiej strony jakoś… tak niekomfortowo mi z myślą, że... no wiesz… zwłaszcza jakby to był ktoś z naszej społeczności. Może to bezpodstawny strach, ale jednak… jest w tym coś takiego. Ale… to nic nieznaczące wątpliwości. Myślę, że jakby nadarzyła się okazja na jakiekolwiek kocięta to… czemu nie! Kotka czy znajdki. Nie obchodzi mnie to, najważniejsze, że… z Tobą. – Kurka położył łapkę na łapce Guziczka i spojrzał mu głęboko w oczy. – Najważniejsze, że z Tobą!
– Dobrze. Będę miał to na uwadze. – Guziczek pokiwał łebkiem.
– Doprawdy? – Kurka zaśmiał się pod nosem zaczepnie. – A ty? Co byś preferował? Poprosić kotkę czy czekać na znak z nieba i znaleźć znajdki? A może mój nieprzewidywalny i szalony ukochany chce włamać się do dwunogów i ukraść kocięta od nich, po jednym z każdego domu? – zażartował sobie Kurka.
– To byłoby szalone! – Guziczek zaśmiał się razem z nim. – Ale nie niemożliwe!
– Nawet o tym nie myśl! – Kurka pacnął go łapą, pomimo że to był po części jego pomysł. – Nie pozwolę ci! Zbyt ryzykowne! Zresztą! To był tylko żart!
– Wiem, wiem. – Guziczek otulił ogon wokół łap Kurki i polizał go po nosie. – Obiecuję nie włamywać się do domów dwunożnych!
– I poprawnie! – Kurka pokiwał łebkiem z wyolbrzymioną powagą. – A teraz… jakie jest twoje zdanie? Bo branie pod uwagę tylko mnie, byłoby niesprawiedliwe! – Kurka przytulił się do Guziczka, nastawiając uszu na jego odpowiedź. – Co Ty byś chciał?

<Guziczku?>

Od Ognikowej Słoty CD. Kocimiętkowego Wiru

Przeszłość

Pierwsze promienie przyjemnego, ciepłego słońca wpadały do legowiska wojowników, ogrzewając bladymi ramionami ich unoszące się powoli, a potem opadające boki. Świerszcze śpiewały swoje najlepsze melodie, żwawo żegnając się z nocą, do której było im tak tęskno każdego dnia. Sowy lądowały na gałęziach, pozwalając sobie wreszcie na odpoczynek po dość owocnych, wieczornych łowach. Na ich miejsce wepchnęły się świergoczące sroki, walczące o terytorium. Ich skrzeczenie niosło się echem po lesie, wraz ze śpiewem kosów, który ginął w gęsto porośniętych drzewach iglastych. Czarna szylkretka przeciągnęła się w swoim legowisku, prostując długie, pręgowane łapy. Posłanie zaszeleściło pod jej bokiem, gdy zabrała się za niezwykle wczesną toaletę. Ułożyła paroma zwinnymi liźnięciami krnąbrne, wystające kłosy, musiały zmierzwić się podczas jej snu. Postawiła czujnie uszy. Pochrapywanie pobratymców dotarło do niej, jedni oddychali głośniej, jakby mieli przytkany nos albo zapchane płuca, inni zaś dużo ciszej, milej. Bez kłopotów z nabieraniem oddechu.
Ona i Kocimiętkowy Wir miały się dzisiaj wybrać na spacer, więc musiała prezentować się akceptowalnie… nie… dobrze! Doskonale. Idealnie. Ziewnęła, wyginając grzbiet w łuk i trzęsąc odrobinę ogonem, czując ulgę związaną z porannym rozprostowaniem kończyn. Zmrużyła oczy, mrugając nimi parokrotnie, żeby przyzwyczaiły się do światła. Reszta Wilczaków jeszcze smacznie spała, lada moment mieli się budzić w celu wyruszenia na poranne patrole czy polowania w grupkach.
Ognikowej Słocie naprawdę zależało na humorze przyjaciółki. Dla żadnego innego kota nie wstawałaby tak wcześnie ani nie dbała o futro tak dokładnie, zastanawiając się, czy aby na pewno prezentowała się idealnie, jak zawsze. W końcu ruda była jednym z najważniejszych kotów w jej życiu! Nie mogła pozwolić na to, by Kocimiętka płakała z powodu jakiegoś głupiego kocura, ich dzisiejszy spacer był obowiązkowy. Wizja zapolowania na króliki bardzo ją zachęciła – co prawda jej ulubioną zwierzyną były zające, aczkolwiek nie odbiegały smakiem bardzo od królików. Najzwyczajniej w świecie do upolowania królika potrzeba było jednego… maksymalnie dwóch kotów, a na zająca nawet i czterech. Było to wyzwanie, którego chciała się kiedyś podjąć. Nie dość, że wykarmiłby więcej pysków, to w dodatku mogłaby się raz jeszcze wykazać! A uwielbiała to robić. Uwielbiała sprawiać, by matka była z niej dumna i chwaliła ją. Oczywiście, po udanych łowach, pochwaliłaby się priorytetowo swojej mamie! I siostrze, i każdemu.
Wyminęła parę rozłożonych bezwładnie ogonów śpiących jeszcze kotów. Gdyby dzisiaj nie miała co robić, prawdopodobnie nadepnęłaby komuś na kitę tylko po to, żeby go zirytować. Tym razem jednak nie miała nawet na to czasu. Pochyliła się nad rudą i posyłając jej lekki uśmiech, musnęła jej bok ogonem. Kocimiętkowy Wir wyglądała tak uroczo, gdy spała.
— Kocimiętko?
Ognikowa Słota pokręciła głową, czując, że jej poduszki łap robią się gorące. Jej mina nagle spoważniała, a wąsy drgnęły. Gdy wojowniczka przebudziła się wreszcie, chwilę zajęło jej przyzwyczajenie się do jasności, jaka zapanowała w dziurze.
— Daj mi… jeszcze kilka uderzeń serca, dobrze? — zapytała pręgowana, subtelnie się uśmiechając.
Szylkretka przysiadła obok, kiwnąwszy krótko głową. Niebo było szarawe z powodu wczesnego ranka. Chmury ciągnęły się po nim leniwie, zasłaniając jedynie kawałek. Polizała nagle parokrotnie łapę, przejeżdżając nią po uchu. Napuszyła sierść na piersi, chroniąc się przed lekko chłodnymi podmuchami wiatru.
Po jakimś czasie Kocimiętkowy Wir wreszcie się przygotowała, więc nie było sensu czekać na nic więcej, pozostawało im jedynie wreszcie wyruszyć. Wyszły wspólnie z obozu bez większych kłopotów, kierując się spokojnym krokiem w stronę łąki niepokrytej ani jednym drzewem. Kocica zawęszyła, uchylając pysk, pozwalając powietrzu, aby owinęło jej policzki. Do jej nosa dotarł zapach, którego poszukiwały wspólnie. Na wystających krzewach jeżyny zbierało się aksamitne, jasne futerko, a w błocie wyrobione były wyraźne ślady. Wojowniczka zmrużyła oczy, uśmiechając się szeroko.
— Kocimiętko, jak się dziś czujesz? Spałaś dobrze? — zapytała, ruchem ogona wskazując na ślady, jakie wytropiła. Były świeże, to pewnie kwestia czasu, aż wytropią zdobycz. — Możemy zrobić tak; ja ustawię się w lekko zasłoniętym miejscu, a ty zajdziesz królika z drugiej strony i go zapędzisz prosto w moje łapy — przedstawiła, powiewając spokojnie ogonem.
Zielonooka pokiwała głową, nucąc sobie jakąś melodię pod nosem. Może o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd? Zamruczała z aprobatą, chociaż bez przekonania.
— Dzisiaj już mi lepiej. Cieszę się, że mogłyśmy wspólnie wyjść — odparła, chowając różowy język. Wilczaczka nie była pewna parę uderzeń serca temu, czy kotka ją w ogóle słuchała, więc te słowa sprawiły, że nie musiała się zastanawiać nad takimi rzeczami, przynajmniej na jakiś czas. Gdyby jej nie odpowiedziała, to zapytałaby jeszcze raz. Chociaż czemu jej tak bardzo na tym zależało, na odpowiedzi?
W oddali zaczął malować się ogromny przedmiot dwunożnych, a między wysokimi źdźbłami trawy…
Coś zaszeleściło w kłosach, docierając do uszu Ognikowej Słoty. Kocica przypadła do ziemi, tak samo zresztą postąpiła jej kompanka. Kocimiętkowy Wir nagle wytrzeliła przed siebie, niczym poparzona, goniąc za królikiem ile sił w łapach. Czarna szylkretka wyskoczyła do przodu również, zaganiając nagle zwierzę prosto w łapy kompanki, czując, jak szybko bije jej serce. Co prawda zrobiły to inaczej, niż zaplanowała, aczkolwiek finalnie wszystko się powiodło, więc najwidoczniej sposób łowów nie miał aż tak wielkiego znaczenia tym razem. Ruda kocica wgryzła się w kark zawodzącej zwierzyny, unieruchamiając ją i pozbawiając życia jednym zwinnym ruchem. Przytrzymała ją łapą, w razie, gdyby miała się wyrwać. Oczy Ognikowej Słoty zabłysły z usatysfakcjonowaniem. Bardzo cieszyły ją owocne łowy, a jeszcze bardziej cieszył ją widok szczęśliwej kompanki.

***

Teraźniejszość, zanim Barczatkowy Świt umarła

Od jej ostatniej, konkretniejszej rozmowy z Kocimiętkowym Wirem minęło już trochę. W życiu Słoty od tamtego czasu nastało parę zmian – jedną z ważniejszych było z pewnością to, że zaczęła dogadywać się ze swoim bratem, Cienistą Zjawą. No i oczywiście została mianowana na mistrzynię wraz ze swoją siostrzyczką i Kocimiętkowym Wirem właśnie. Odkąd kocur przeszedł swój test na kultystę, można było powiedzieć, że wręcz zapomniała mu cały żal, jaki żywiła względem niego. Zmienił się, zaczął wreszcie starać i przestał lenić. W dodatku poznała swojego malutkiego bratanka. Miała szczerą nadzieję, że wyrośnie na porządnego kota.
Podeszła do Kocimiętkowego Wiru, która właśnie korzystała z ostatnich przyjemnych promieni słońca kolorowej Pory Opadających Liści. Spadające liście tańczyły na wietrze, porywane przez porządniejsze podmuchy. Drzewa iglaste nie sypały się tak często, więc nie musiała martwić się gnijącymi liśćmi pod łapami. Chociaż nie brzydziła się tym, więc robiłoby to różnicę jedynie podczas polowania i patrolowania granic. Słońce zawisło wysoko na niebie, mając dobry wgląd na każdego kota, który nie ukrywał się pod bezpiecznym dachem legowisk lub koron drzew. Za niedługo Pora Nagich Drzew przypomni o sobie, pozbawiając ich wielokolorowych traw oraz bladego, lekko grzejącego blasku, przysłaniając całe tereny zaspami śnieżnymi, zmuszając zdobycz do tego, aby wycofała się do swoich norek w celu uchronienia się od bezlitosnego chłodu. Mistrzyni ułożyła się tuż obok przyjaciółki na kamieniu, spoglądając na nią figlarnie.
— Kocimiętko — uśmiechnęła się, przysuwając się bliżej rudej, chcąc zwrócić jej uwagę tylko na sobie. Gdy ich futra zetknęły się, Ognikowa Słota zamruczała. Tęskniła za rozmowami z bliską jej kotką. Bardzo cieszył ją fakt, że wreszcie znalazła na to czas.
Ruda zamrugała, spoglądając na brązowooką. — Ognikowa Słoto, doszły mnie słuchy, że zostałaś ciocią? Pogodziłaś się z Cienistą Zjawą? — zagadnęła, przyjacielsko trącając ją w bok.
Szylkretka nie zmazywała rozpromienienia ze swojej mordki. Pokiwała łbem żwawo, poruszając lekko końcówką ogona.
— Tak, cieszę się, że jest już między nami lepiej, w końcu to mój brat. Pamiętam, jak nie dogadywałam się z nim za bardzo, ale nie możesz mi się dziwić. Masz rację, został ojcem! Tęgosz jest przesłodki. Jest bardzo grzeczny i lubi słuchać wszelkiego rodzaju opowieści. Nawet jeśli nie dopytuje tak żywo o każdą, to i tak widać, że słucha. Jestem pewna, że z Cienistą Zjawą jako ojcem wyrośnie na porządnego kota — zamruczała, przesuwając poduszką łapy po odrobinę nagrzanym kamieniu. Tym razem rzeczywiście miała to na myśli, nie było żadnego powodu, dzięki któremu mogłaby zwątpić we własne słowa czy nadzieje. Przekręciła lekko głowę w stronę Kocimiętkowego Wiru, wbijając w nią uważniejsze spojrzenie. — Teraz, odkąd zostałyśmy mianowane na mistrzynie, będziemy spędzać ze sobą więcej czasu — podsunęła spokojnie. — Zabiorę cię znowu na polowanie na króliki, jak za starych czasów — dodała, układając się wygodnie na kamieniu. W jej piersi pojawiło się ciepłe uczucie. — Dostałaś też własnego ucznia, prawda? Księżycową Łapę… — zagadnęła, zwracając wreszcie uwagę mistrzyni z powrotem, jakby dopiero teraz sobie o tym przypomniała.
— Tak! Uczy się naprawdę pilnie. Pracujemy wspólnie nad jego płaczliwością i niepewnością. Ma dobre serce — wyjaśniła prędko, poruszając nieznacznie kikutem ogona. Jej wzrok w pewnym momencie uciekł gdzieś za szylkretkę, jakby coś tam w oddali było ciekawsze, niż ona. Może zwróciły jej uwagę kłócące się ze sobą wrony, pokrakujące coraz to głośniej i głośniej na grubych gałęziach?
Ognikowa Słota spojrzała na Kocimiętkę, rozproszenie Wilczaczki nie umknęło jej. Miała o Księżycowej Łapie dość neutralną, chylącą się raczej ku negatywnej opinię. Koty płaczliwe nie mogły zagrzewać miejsca długo w Klanie Wilka. Tutaj trzeba było być silnym i walczyć o swoje. A takie koty tego nie potrafiły. Gdyby jeszcze był leniwy, to prawdopodobnie historia Cykoriowego Cykora by się powtórzyła. Albo i gorzej, jego by może faktycznie przepędzili. Chociaż… może potrzeba było kota, który robiłby brudną robotę. Może, jeśli tylko Zalotna Gwiazda nie wyrzuciłaby go, mógłby usługiwać innym i się przydać na coś.
— Pod twoim okiem sobie poradzi. Wystarczy, że ktoś pokaże mu, jak zachowywać się jak przykładny Wilczak — odparła Ognikowa Słota pewnie, mrużąc na chwilę ślepia, jakby słońce zaświeciło jej prosto w pysk. Miała szczerą nadzieję, że jej przyjaciółka go naprostuje i wskaże plastycznemu umysłowi kierunek, w jakim powinien zmierzać.

<Kocimiętko, kiedy zapolujemy ponownie na króliki?>