BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

23 lipca 2026

Od Borowika CD. Monarcha Pierwszego

Obserwowałem niebieskiego, puchatego kota, przywłaszczającego sobie mój obiad.
Leżałem w pozycji łowieckiej przy ziemi, z uszami przyciśniętymi płasko do głowy, nie spuszczając z niego wzroku.
Zamrugałem.
Zupełnie nie miałem pojęcia co zrobić w takiej sytuacji. Samotnik? Tutaj? Nigdy wcześniej nie spotkałem samotnika. A już na pewno nie takiego, który polował na naszym terytorium. I na pewno nie takiego, który miałby tak niewiarygodnie puchaty ogonek…
– Uh… No… no ale to nasze jedzonko… Nie możesz sobie go ot, tak… – zacząłem powoli czołgać się przez śnieg w jego kierunku.
Kocur spojrzał na mnie z góry, unosząc jedną przednią łapę.
– A więc zdecydowałeś się na pojedynek, czyż nie? – spytał, unosząc jedną brew.
Zatrzymałem się przed nim, nadal nie podnosząc się z ziemi.
– Nie… nie no, przecież ci nie wyrwę z pyska… – mruknąłem niepewnie, patrząc w bok. – Wydajesz się… głodny dość. A nikt inny… dla ciebie chyba nie zapoluje. Dla mnie tak. Mam… mam nadzieję przynajmniej…
Niebieski opuścił łapę na ziemię, unosząc z kolei ogon do góry, przechylił głowę lekko na bok.
– Jesteś zatem… polującym? Polujesz dla twojego klanu?
– Um… no, powiedzmy. Jestem… zwiadowcą. Jestem Borowik. Ty to jak masz na imię?
Kot wyglądał, jakby tylko czekał na to pytanie. Zdawało mi się, jakby czekał na nie również wiatr, który nagle zawiał prosto w niebieskiego, majestatycznie poruszając jego futrem.
– Ja. Nazywam się Monarch Pierwszy.
– O. To… miło mi. Ładne… imię. Znaczy, że był też… jakiś Monarch Drugi…? Albo… po prostu Monarch?
Monarch Pierwszy zmarszczył brwi i rzucił mi wymowne spojrzenie.
– Nie. Nie, nie było. Po prostu… tak mam na imię.
– Aha – zerknąłem w bok. – Słuchaj, a… a może… nie wiem. No bo… nie możesz tego zjeść. Ani tu polować. Ale… możemy wybrać się nad rzekę. To całkiem blisko. I obok terenów niczyich. Mogę ci coś złowić w zamian… bo ja to nie chcę mieć kłopotów. Nie, nie – pokręciłem dynamicznie głową na boki. – Nie umiem pływać, ale… pływałem dwa razy. I nie umarłem. Znam teorię. Może… może być…?

<Monarchu?>

Od Migoczącej Łapy

Trening szedł mu świetnie! Migot był przekonany, że szybko zostanie mianowany na wojownika. Zwłaszcza jeśli reszta treningu będzie szła mu tak doskonale, jak sam początek! Podstawowe umiejętności nie sprawiały mu problemów. Jakaś teoria dotycząca terenów, coś tam o patrolach... Łatwizna! Szybko chłonął słowa Lśniącej Gwiazdy, starał się najbardziej jak może, by tylko go zadowolić. A nie należało to do zadań najłatwiejszych. Migot musiał przed sobą przyznać, że jego ojciec był wymagający. Czuł tę presję, chociaż nikt inny tego nie widział. Ale też nikt inny nie musiał o tym wiedzieć. Dzięki temu Migocząca Łapa wyrośnie na wspaniałego wojownika.
– Ktoś taki jak ja nie powinien zajmować się czymś takim jak... To – mruknął obrzydzony Migot, łapką trącając brudny mech. Rozumiał, że ma poplątane futro, co może mylić go z plebsem, ale chyba każdy w Klanie Klifu wiedział, że tym plebsem nie jest! A w takim razie ktoś inny powinien zajmować się jego obowiązkami. Przecież on nie mógł pozwolić sobie na coś takiego! Nie był do tego stworzony. Ale znał koty, które były...
Obrócił głowę w kierunku starszej uczennicy. Jajeczna Łapa szła powoli przez obóz. Wyglądała, jakby się nudziła. A patrząc na jej wiek i fakt, że dalej grzała zad w legowisku uczniów, przydałaby się jej odrobina dyscypliny! Przecież nawet kupa futra została mianowana wcześniej od niej! Co było naprawdę wielkim szokiem. Migot doskonale pamiętał jej mianowanie, a co ważniejsze, jego zdziwienie, gdy dowiedział się o tym wydarzeniu.
– Hej ty! – krzyknął do Jajecznej Łapy, tak właściwie w ogóle nie znając jej imienia. Ale po co mu one było? Ważne, że kotka reagowała na jego polecenia.
– O witaj Migocząca Łapo. Coś się stało? – zapytała uczennica, z tym głupim uśmiechem na pysku.
– Wiesz... Mam jeszcze kilka rzeczy do załatwienia. Mogłabyś za mnie wymienić mech u starszyzny? – zapytał, najmilej jak umiał. – Będzie mi niezmiernie miło! – powiedział, uśmiechając się do kotki.
– Nie ma sprawy – odparła po chwili Jajeczna Łapa i zabrała od niego ten brudny mech. – Bardzo się cieszę, że mogę jakoś pomóc, bo wiesz...
– Tak, tak. Dzięki bardzo! – przerwał jej Migot i jak najszybciej pobiegł w stronę legowiska uczniów, by tylko odczepić się od tej gaduły. Gdy wbiegł do środka, westchnął cicho i udał się w stronę swojego posłania. Nie ma to jak spokojne popołudnie!
– Nie powinieneś tak robić – powiedział nagle Złamana Łapa, zakłócając tym jego odpoczynek. Kocur najpewniej dopiero wszedł do legowiska, co oznacza, że widział jego mały przekręt.
Migocząca Łapa prychnął rozbawiony i spojrzał na starszego ucznia.
– Jesteś zazdrosny, że mam już na dziś wolne? – zapytał. – Czy po prostu przyszedłeś się przyczepić?
– Przyszedłem by stwierdzić fakt.
– Jednak ona zgodziła się na pomoc, więc nic złego nie zrobiłem – mruknął Migot. – To też jest fakt. Więc przestań się czepiać i zostaw mnie w spokoju – powiedział, jasno dając znać Złamanej Łapie, że nie będzie go dalej słuchać. Przecież kocur ewidentnie się nie znał! Więc po co miał przejmować się jakimś mądralą?

[473 słów]

Od Borowika do Kazarka

Jak to miałem w zwyczaju ostatnimi czasy, wybrałem się na polowanie o świcie, nad rzekę. Choć była ona przez większość dni całkowicie zamarznięta przy powierzchni, miałem tam pewne miejsce, które regularnie odmrażałem. Dzięki temu wystarczyło chwilę poskakać po lodzie, by pękł i można było swobodnie łapać ryby. Jednocześnie ćwiczyłem moje umiejętności pływania. Kurka, podczas treningu, zdążył właściwie tylko omówić ze mną teorię i zademonstrować, ja sam osobiście pod jego okiem płynąłem raz i raz na moim teście na zwiadowcę. W ten sposób opracowałem swój własny styl pływacki, który właściwie polegał bardziej na nietonięciu i bezmyślnym młóceniu wody łapami niż na jakiejkolwiek sztuce. Ale czuję, że mam potencjał, który wystarczy jedynie dobrze ukierunkować. Chyba.
Wyszedłem spomiędzy gęstych drzew, wkraczając w obszar już bezpośrednio przy rzeczce, ale wtedy dostrzegłem coś, co zdecydowanie nie pasowało do krajobrazu.
Był to kot.
Stał przy brzegu w odległości około siedmiu, może ośmiu lisich ogonów ode mnie. Już stąd mogłem wyczuć, że nie jest z Owocowego Lasu. Ani z żadnego innego znanego mi klanu. Samotnik…?
Samotnik, który jakby nigdy nic… kopał sobie. W lodzie. I szło mu w mojej skromnej, acz trafnej opinii dosyć marnie.
Zmarszczyłem brwi i ruszyłem niepewnie w jego kierunku.
Byłem już praktycznie za jego plecami, ale on był tak zaabsorbowany kopaniem w lodzie, że mnie nie zauważył.
Hm. Zawsze podziwiałem tak wysoki poziom skupienia u innych…
Zupełnie nie miałem pojęcia co w takiej sytuacji zrobić. Powinienem go przestraszyć…? Zaatakować…? Pogadać…? Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się nic takiego…
W końcu wyciągnąłem jedną łapę do przodu i pacnąłem nią ogon nieznajomego, po czym odskoczyłem do tyłu.
Cynamonowy wystrzelił do góry z przerażenia i odwrócił się do mnie, cały nastroszony.
– AAA! – wykrzyknął, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami. – CO TY… KIM… T-To… TO MOJA DZIURA!!!
Potrząsnąłem głową na boki, krzywiąc się.
– Ugh… Nie wrzeszcz tak, bo umrę… – rozejrzałem się na boki. – Uh. Nie wiem, czy wiesz, ale… ale nie możesz tu być. Bo zasady mówią, że… że samotnicy nie mogą… no. Być tu.
Nieznajomy kocur wyglądał na zakłopotanego, futro na jego grzbiecie zaczęło lekko opadać.
– J-ja… ja wiem, ale… ja to nie wiem, gdzie są te całe wasze… terytoria. No bo nie widzę ich. Poza tym to ja jestem głodny a tu ryby macie. Wezmę jedną i se pójdę. Tylko najpierw… dziurę wykopię…
Cynamonowy kocur zaczął na nowo kopać, ze zdwojonym wysiłkiem, jakby chciał jak najszybciej stąd zniknąć. Właściwie to nawet imponowała mi jego pewność siebie, mimo przebywania na obcym terytorium, jak i dosadny oraz prosty sposób mówienia. Od razu wiadomo co i jak.
– Oj… oj nie… To… to nie zadziała. To jest zbyt mocno zamarznięte… – podszedłem parę kroków i stanąłem tuż obok kota, bacznym okiem analizując jego poczynania. Zmarszczyłem brwi. – Jak ty w ogóle zamierzasz je wyłowić, gdy to wykopiesz?
Cynamonowy otrzepał się lekko, nie przerywając czynności.
– Aaa, bo ja to pływać umiem. Będę nurkować i… yyy… łapać. Je. Pyskiem.
Wtedy właśnie wpadłem na genialny pomysł. Przechyliłem lekko głowę na bok.
– Uh. Słuchaj… jak ci tam? Ja tutaj niedaleko mam… – ściszyłem głos do szeptu. – …Swoją dziurę. Możemy się… um… umówić, że… udostępnię ci ją na… pewien ograniczony okres i… podzielimy się zyskiem…?

<Kazarku? Wchodzisz w to?>

22 lipca 2026

Od Modrogończyka CD. Smoka

Młoda szylkretowa kocica szkoląca się jednak na wojowniczkę, a nie na zwiadowczynię, jak początkowo Modrogończyk myślał, była istnym huraganem. Kapryśna, drwiąca, przechwalająca się, a na domiar tego wszystkiego mówiła w taki dziwny sposób, że ciężko było brać ją na poważnie. W szczególności, gdy te parę księżyców temu oznajmiła młodemu szamanowi, że zostanie najlepszym wojownikiem w Owocowym Lesie. Było to wspaniałe, acz nieco nierealne marzenie, które czas zweryfikuje. Nie, żeby Modrogończyk życzył jej źle, jednak wiedział, że samym gadaniem i przechwalaniem zbyt wiele się nie zadziała. Mógł tylko mieć nadzieję, że jego owocowa koleżanka z łatwością rozwinie skrzydła i zostanie najlepszą wersją siebie.
— Ja nic nie słyszałem... — Zmarszczył mordkę, po czym wziął głęboki wdech i rozluźnił pysk. — Raju, Smok! Ty masz naprawdę dobry słuch! — powiedział z entuzjazmem, przyglądając się kotce, a dokładniej jej wąsom, które wraz z jej charakterystycznym ubarwieniem sprawiały, że ciężko było obok niej przejść obojętnie bez zagadania do niej, chociażby o pogodę. Tak to chyba już jest, gdy jest się kotem o dziwnie brzmiącym imieniu oraz nietypowym wyglądzie. — Ty nie będziesz najlepszym wojownikiem w Owocowym Lesie. Ty będziesz najlepszym wojownikiem we wszystkich okolicznych społecznościach! — ogłosił.
Był świecie przekonany o tym, że miał dobry słuch oraz węch, co miało być według niego zadośćuczynieniem za nieco słabszym wzrok, który najprawdopodobniej odziedziczył po matce. Jednak Smok to była całkowicie inna liga. Czy gdyby nie szkolił się na szamana, a wojownika, jego umiejętność słuchu byłaby na tym samym poziomie co Smoka?
Spostrzegł ten charakterystyczny błysk w oczach kocicy, po czym jej pysk opuściło parsknięcie.
— No już, wystalczy, nie musisz się aż tak podlizywać... — Mówiła jedno, a jej wyraz mordki jasno mówił, że była łakoma pochlebstw. — Czy to jakaś psychologiczna szamańska zaglywka? — spytała, unosząc brew, tłumiąc parsknięcie.
Co było śmiesznego w tym, że chciał pochwalić rozwinięty zmysł słuchu kocicy? Czyżby wyglądał na zdesperowanego kocurka? Smok chichotała, a Gończyk westchnął, czując, że lada chwilę jego społeczna bateria się wyczerpie.
— Może... po prostu z twoim wrodzonym talentem, predyspozycjami, odpowiednią budową ciała, dobrze rozwiniętymi zmysłami i treningiem pod okiem Sajgona wiem, że zajdziesz daleko. Szamańska intuicja. — Mówiąc to, dotknął czoła łapą, dokładnie w miejscu, w którym posiadał białe znamię. Po chwili jednak nieco ją obniżył, starając się odwzorować gest, którego nauczyła go matka. Z jego pyszczka wydobył się nie do końca naturalny w kocim języku dźwięk. "Przyjaciel". Jedyne słowo, które Purchawka znała w lisiej mowie i którego nauczyła Modrogończyka. — Następnym razem, gdy spotkacie na treningu lisa, powiedz mu to, a istnieje cień szansy, że was nie zaatakuje. W końcu nie na darmo jedno z kocich wyzwisk nawiązuje do lisa... Udanego treningu, Smoku!
Pożegnał się z kocicą, decydując się podobnie jak i ona przyszykować do dzisiejszego treningu. Wchodząc do lecznicy, pozbył się cienkiej warstwy śniegu, który oprószył jego brązowe futerko. Purchawka krzątała się od samego rana pomiędzy składzikiem a chorymi przewlekle pacjentami. Gołąbek przeciągał się na swoim posłaniu, a Mistral z tego, co udało mu się wydedukować, najprawdopodobniej udała się z wizytą do legowiska starszych.
— Dzień dobry, Gołąbku — zwrócił się do młodego uzdrowiciela, gotów pomoc buremu w jego obowiązkach. — Widzę, że miałeś dobry sen. To dobrze. Koty powinny śnić same piękne, kolorowe sny.

~~~

Przed Modrogończykiem siedział bardzo dobrze mu znany z widzenia starszy o księżyc młody uczeń wojownika, z którym przez trzy księżyce mieszkał wspólnie w żłobku. Brązowy kocurek dziwił się, że nie udało mu się przez ten czas zbliżyć do brata Smoka, jednak Pierścień był jakby to powiedzieć, nieco specyficzny. Bardziej niż jego siostra. Zamiast na kociaka czy młodego ucznia wyglądał na małego staruszka. Może chodziło o sposób, w jaki siedział, a może wyraz na jego mordce? Albo o te wszystkie rzeczy, które razem sprawiały, że nie różnił się za wiele od starszej Orchidei czy Pieczarki.
Modrogończyk zachęcająco uśmiechnął się do niebieskiego, wskazując łapą na wolne legowisko, na którym miał spocząć pacjent, po czym przystąpił do oględzin łap starszego.
— Odmrożone poduszki... — zamruczał Modrogończyk, dodając w myślach "lepiej poduszki niż ogon lub zadek."
Swoim ogonem przyciągnął korę w kształcie podłużnej misy, w której znajdował się podbiał pospolity, a właściwe gotowa papka z niego. Pierścień nie był dzisiaj jedynym kotem z tą dolegliwością, dlatego szaman nie musiał specjalnie przeżuwać liści. Pełny skupienia zaczął nakładać papkę na poranione łapy kocura, gdy wtem do lecznicy zajrzał kolejny kot, najprawdopodobniej pacjent.
Smok nie przywitała się z ani ze swoim bratem, ani z Modrogończykiem. Stojąc niedaleko wejścia, rozglądała się po pomieszczeniu, najprawdopodobniej kogoś lub czegoś szukając. Minęło parę uderzeń serca, nim Modrogończyk zdał sobie sprawę z jej obecności, kątem oko spostrzegając ruch w tamtym miejscu.
— Dzień dobry, Smoku! — miauknął, tym samym sprawiając, że kocica spojrzała w jego stronę. Neutralny wyraz jej pyska zamienił się w nienaturalny grymas. Czyżby jej coś dolegało? Zatruła się? — Zaraz się tobą zajmę, tylko skończę nakładać papkę na poduszki Pierścienia.

<🐉?>

[trening szamana – 782 słowa]

[16%]

Wyleczeni: Pierścień

Od Fląderki CD. Rogatego Flaminga

Nie udało jej się znaleźć kwiatów, które zadowoliły książęcą mość Rogatego Flaminga. Kolejny raz przyniosła marny bukiecik kwiatów, który ponownie wylądował na jej głowie. Z nerwów zaczęła się jąkać, przerażona karą, która mogła ją spotkać ze strony młodocianego księcia. Uderzy ją? Nie, nikt jej nie uderzył, ale parę razy zdarzyło się, że Ulewny Szkwał uderzył ją barkiem lub huknął przy jej ucho. Zabroni opuszczać obóz? Właściwie rzadko go opuszczała, ale nie chciała tracić tych kilku możliwości towarzyszenia wojownikom podczas polowań. Może point poprosi swojego ojca, księcia Błękitnego Lagunę o to, aby wygnał Fląderkę z klanu, bo przerastają ją obowiązki i jest zwykłym pasożytem, brudną kupą futra?
— C-centuria... — wymamrotała, gdy jej spojrzenie spoczęło na małych różowych kwiatuszkach, po których otrzymała imię jej zmarła siostrzyczka. Powoli zbliżyła się w stronę kwiecia, skrytego pomiędzy trawą. Gdyby nie zerknęła w przypływie strachu w tamtą stronę, nie spostrzegłaby tego pięknego kwiata. Czy to był znak od Klanu Gwiazdy? Od jej ukochanej siostry, za którą nadal tęskniła. Musiała później opowiedzieć o tym Rezedowej Łapie. — T-tak miała na imię moja siostra — zaczęła, przypominające sobie o obecności książęcego potomka. Czy czeka ją kara za to, że go zignorowała. Niepewnie zerknęła w stronę Rogatego Flaminga, który zbliżył się do odrzutka. — Tak samo, jak ten kwiat. Zmarła na długo przed twoimi narodzinami książę, więc pewnie nigdy o niej nie słyszałeś. Jako młoda uczennica. Była przepiękną liliową szylkretką o błękitnych oczach, w tym samym odcieniu, co kolor oczu naszej mamy... Wyglądają podobnie, psianka i centuria.
Rogaty Flaming zerwał kwiecie, przez chwilę mu się przyglądał, po czym odrzucił je na stertę zwiędniętych kwiatów.
— Miałaś szukać kwiatów, które ładnie wyglądają i pachną. Ten badyl jest bezwonny.
W tamtym momencie coś we wnętrzu Fląderce zgasło. Być może nadzieja, że ten młody kocurek tak naprawdę, pomimo że przed nikim nie chciała tego przyznać, nawet przed samą sobą, nie jest zepsuty do szpiku kości. Młody książę wydawał się nieprzyjęty smutnym spojrzeniem odrzutka, gdyż po chwili rozsiadł się wygodnie i zaczął pielęgnować swą sierść, mający poirytowanie na pysku. Czyżby obmyślał sposób, w jaki miał ukarać Fląderkę?
W momencie, w którym zbliżył swoją łapę do pyska, popełnił ogromny błąd, niestety Fląderka za późno zareagowała. Rogaty Flaming zaczął pluć dookoła siebie, po czym w te pędy skierował się w stronę rzeki. Fląderka pośpiesznie ruszyła za księciem, przerażona jak jeszcze nigdy. Zastała kocura z mokrą głową, która musiał całą zamoczyć w rzece, a nie tylko pysk.
— Ty... ty chciałaś mnie otruć!
Fląderka zapomniała uprzedzić kocura, że kwiat centurii posiada ekstremalnie gorzki smak i lepiej nie lizać łap, w których uprzednio się go trzymało.
— Nie książę, to wcale nie tak! — załkała, wiedząc, że już nie uratuje ją przed karą ze strony Rogatego Flaminga.

~~~

Teraźniejszość

Mysiomózga Łapa odeszła, podobnie jak Konwaliowy Mielizna. Kotka zmarła, a kocur dobrowolnie opuścił klan. Jeszcze wcześniej jej brat został wygnany z klanu za brak postępów w treningu. A Fląderka była w ciąży i lada kwadrę miała urodzić kocięta. W dodatku czwórkę, o ile ich ilość od pory badania się nie zmieniła. Zaczęła rozumieć skąd te nudności, uczucie ciężenia oraz chęć większego odpoczynku.
Bała się, tak strasznie się bała porodu. Bała się, że podobnie jak jej mama, umrze i zostawi swoje dzieci same, bez mamy, ani taty. Nie chciała dla nich tego. Nie chciała, aby kocięta były wychowywane bez rodziców, a później obserwowały, jak jedno po drugim z nich umiera lub zostanie wygnane z klanu, bo nie sprosta treningowi. Czy trening naprawdę był taki trudny? Dlaczego Rezedowa Łapa przez tyle księżyców nie podołał, a Rogaty Flaming czy Żabie Oko ukończyli trening bardzo szybko?
Nawet próby uspokojenia jej przez Wymarzoną Słodycz nie przynosiły skutku. Jedynie rozmowy z byłymi królowymi, jak i obecnymi czasami poprawiały jej humor. Na początku zawsze panikowała, nie wyobrażają siebie w roli matki, a później pojawiała się kolejna myśl. Jak tuli swoje kocięta, liże ich futerka i dba o to, aby wyrosły na dobre koty, lojalne Klanu Nocy. Musiała o to zadbać. W końcu nie posłuchała Kotewkowego Powiewu i zaszła w ciążę. Bez wielkiej miłości, ale jednak.
Do kociarni zajrzał młody kocur, którego czoło zdobił krwisty znak. Rogaty Flaming we własnej osobie. Fląderka spięła wszystkie mięśnie, w obawie, że będzie zmuszona wyjść na zewnątrz w poszukiwaniu czegoś, co kocur może sobie od niej w tej chwili zażyczyć. Bo nie była pełnoprawną królową, tylko odrzutkiem królową.
— To prawda? — spytał, stojąc tuż przez Fląderkę. — Różana Woń jest już sędziwego wieku, więc mogła się pomylić. Bo to niemożliwe, abyś była w ciąży. Zwłaszcza ty. — Zmierzył ją spojrzeniem, starając się stłumić parsknięcie.
O to samo Fląderka mogła zapytać. Dlaczego ona? Dlaczego nie jakaś inna kotka? Wątpiła, aby kocurowi, który był ojcem tych młodych, które nosiła, spodobał się odrzutek. Nie miała ucha i była po prostu brzydka.
— To prawda, książę Rogaty Flamingu. Jestem w ciąży. I najprawdopodobniej urodzę czwórkę kociąt.
Nie wiedziała, o czym myślał point. Na jego mordce pojawiła się lwia zmarszczka.
— Ale ich ojcem nie jest Konwaliowa Mielizna, prawda? Błagam, powiedz, że nie jest i że nie dlatego dał nogę z klanu, bo dowiedział się, że spodziewasz się jego kociąt. Muszę uspokoić matkę, bo już odchodzi od zmysłów, że mogłaby się doczekać prawnucząt odrzutków. Na samą myśl, aż mnie mierzi.
— S-skąd ten pomysł... — miauknęła zawstydzona, że ktoś mógł zasugerować ten pomysł, aby ojcem kociąt był Konwaliowa Mielizna. Nie była z kocurem aż tak blisko.
— Kilkukrotnie widziano was razem, jak wychodzicie poza obóz. W dodatku samych — podjęła Senna Łza, zerkając na odrzutka i księcia. — Kto wie, co robiliście, gdy nikt nie miał na was oka.
— Klanie Gwiazdy, dopomóż!
— Nie, to nie Konwaliowa Mielizna jest ojcem. Ja nie znam jego imienia. Wiem tylko, jak wyglądał. M-miał krótka sierść, w większości białą w czarne łaty poprzecinane pręgami... Więc może jest szansa, jakaś może malutka, że kocięta będą miały po nim kolor sierści, a nie po mnie...

<Rogat? Weź walnij krzyżówkę i zobacz co się z Flądry wykluje>

Od Modrogończyka

Dawno temu, niedługo po tym, jak Modrogończyk został mianowany na ucznia

Modrogończyk dzisiejszego słonecznego dnia miał uczestniczyć w treningu swojej siostry szkolącej się na zwiadowcę pod czujnym okiem Rohan. On oczywiście uczył się na szamana, jednak Purchawka poprosiła mentorkę swojej córki, aby i jego również podszkolić we wspinaczce na drzewa. W końcu większość życia w Owocowym Lesie rozgrywała się w koronach drzew. Być może matka sama by przekazała synowi tajniki poruszania wśród gałęzi, gdyby nie jej problem z błędnikiem oraz zez.
Brązowy kocurek kilkukrotnie miał okazję uczestniczyć podczas lekcji Psianki, wdrapując się na niższe gałęzie niż siostra. Tak, jak łaciata była odrobinę może przyciskana przez swoją mentorkę, tak Gończyk miał nieco więcej luzu. W końcu to nie od Rohan zależało czy Modrogończyk ukończy trening szamana. Ona po prostu miała mu przekazać przydatną wiedzę i zadbać o to, aby nie skręcił karku.

~~~

Po pierwszej rozmowie ze Smokiem, gdy omyłkowo Goniec uznał, że ta szkoli się na zwiadowcę
Razem z Purchawką przemierzał tereny Owocowego Lasu, w poszukiwaniu wszelakich ziół. Trzeba było uzupełnić zapas medykamentów przed nadejściem pory nagich drzew.
— Spójrz. Wiesz czyj to odcisk?
— Lisa? — Bardziej spytał, niż stwierdził, jednak założył, że większy ślad łapy w błocie będzie należeć do rudzielca, którego można było częściej spotkać przy granicy niż jakiegoś samotnika. — Miałem rację? Oh.
— Czyli nie byłeś pewny... Spójrz. Zwróć uwagę na rozstaw palców. Widzisz? Różni się od mojego śladu. — Purchawka odcisnęła swoją łapę w błocie tuż obok śladu lisa.
Łapa jak łapa. Trochę większa, mająca inny kształt. Pokiwał łebkiem na boki, dając znać, że widzi różnice.
— No i ten ich charakterystyczny zapach... — Matka skrzywiła pysk, przenosząc spojrzenie w stronę krzaka jagód niedaleko błotnej ścieżki. — Nie widzieć czemu lisy upodobały sobie sikanie na krzewy.
Gończyk zmarszczył pysk, gdy tylko wyczuł zapach, o którym mówiła matka.
— M-mamo? Ty znasz lisi język, prawda? — zapytał przez nos, przyciskając łapę do pyska.
— Znam tylko słowo "przyjaciel" — zamruczała, po czym najwidoczniej lekko zirytowana zmarszczyła brwi. — Co was nagle wszystkich wzięło na naukę lisiego języka? Koci już wam nie pasuje?
— Nie. A powiesz mi, jak jest po lisiemu "przyjaciel?"

~~~

Kocurek oprócz patrzenia na świat oczami szamana, podobnie, jak jego matka, starał się pomagać w obozowym życiu. Kilkukrotnie miał okazję udać się na polowanie z innymi uczniami. W dodatku z tymi, którzy należeli kiedyś do grupy zwanej Świetliki. Z zaciekawieniem obserwował czarnego oraz kocura. Śnienie i Koniczyna. Byli o niego starsi o dobre... dobre kilkanaście jak nie kilkadziesiąt księżyców. Czarnofutry kocur miał elegancką długą bródkę oraz zabawny krótki ogonek, natomiast jego towarzysz miał bardzo ciekawą budowę ciała. Wiedział, że wyznają inną wiarę niż tą, która praktykowano w Owocowym Lesie, a mimo to postanowił spróbować.
— Macie ochotę porozmawiać o Wszechmatce? — zagaił z błyskiem w oczach.

[446 słów — trening wojownika + wspinaczka na drzewa + rozpoznawanie tropów lisów]

[9% + 5% + 5%]

🍃🌿🌱

Od Fląderki

Przed śmiercią Mysiomózgiej Łapy

— Morszczynowy Wąsie... M-możemy się zatrzymać?
Bury kocur z niechęcią przystał na prośbę Fląderki. Wdrapał się na kłodę iglaka, rozsiadając się na niej wygodnie. Obrzucił Fląderkę nieprzychylnym spojrzeniem, zirytowany jej ciągłymi prośbami nagłego postoju.
— Jesteś chora?
— Nie, po prostu... Razem z Mysiomózgą Łapą zjadłam bardzo dużą rybę. Jej większą część. I teraz czuję się ociężała i mi trochę niedobrze...
Fląderka żałowała swojego łakomstwa i obżarstwa. No może jedynie czego nie żałowała to widok uśmiechniętej Mysiomózgiej Łapy, która tarzała się po kociarni tuż po tym, jak zobaczyła, z jaką szybkością Fląderka pochłania ich wspólny posiłek. Złocisty Widlik wydawał się zirytowany zachowaniem obu kocic, które pomimo posiadania kilkudziesięciu księżyców na karku, zachowywały się jak małe rozwydrzone kocięta, które miały możliwość po raz pierwszy spróbować rybiego mięsa.
Morszczynowy Wąs przyglądał się Fląderce dłuższą chwilę, po czym zeskoczył tuż przed nią.
— To wyjaśnia Twój wzdęty brzuch! — Mówiąc to, pacnął lekko łapą Fląderkę w okolicach brzucha, na co zawstydzona Fląderka zwiększyła odległość między nimi na lisią długość. — Rany, jest prawie taki sam, jak brzuch Sennej Łzy... jesteś pewna, że tylko tę dużą rybę zjadłaś? A nie całą żywność ze sterty? Albo nie daj Klanie Gwiazdy jakiegoś młodego ucznia? — Ściszył głos. W tym samym momencie Fląderka zwróciła posiłek, przed łapami kocura. Zniesmaczony zmarszczył nos, po czym strzepnął ogonem. — Masz nauczkę. Następnym razem będziesz wiedziała, aby się nie obżerać, jak wygłodniały samotnik.

~~~

Mimo powrotu do obozu przez cały czas dokuczały jej nudności. Z trudem była w stanie się skupić na swoich zadaniach, raz za razem, próbując pozbyć się treści z żołądka. Wymarzona Słodycz widząc, jak odrzutem się męczy, w jej imieniu udała się po zioła na zatrucie pokarmowe. Nikt nie przypuszczał w tamtym momencie, że Fląderka może być w ciąży. Nikt. Nikomu to nie przyszło przez myśl. Nawet jej samej. No bo jak. Z kim? Żaden szanujący się Nocniak nie spojrzałby na to lichą wybrakowaną istotę pochodząca z bagnistych głębin, w dodatku będąca odrzutkiem.
— Proszę. To powinno pomóc na nudności — zamruczała kocica. Fląderka nic nie odpowiedziała. Zmęczona pokiwała jedynie głową, mając nadzieję, że przyniesione zioła w jakimś małym stopniu jej pomogą.
Nie pomogły.

~~~

Fląderka odwiedziła w starszyźnie Różaną Woń, przynosząc jej pożywienie. I już miała wyjść, gdy z pyska zielonookiej padło słowo, przez które odrzutek w pierwszej chwili znieruchomiał, a po chwili z trudem był w stanie zachować powagę na twarzy. Emerytowana medyczka zasugerowała, że Fląderka spodziewa się kociąt, w dodatku będąc na jednym z ostatnich etapów ciąży. Początkowo Fląderka broniła się, starając się przekonać zielonooką do zaistniałej pomyłki, jak i postawienia błędnej diagnozy, próbując zrzucić winę na to, że może faktycznie ostatnio zbyt często zdarza się jej podjadać, za co oczywiście przeprosiła, i stąd widoczne krągłości, jednak czarna kocica uparcie pozostawała przy swoim. Zbliżyła się do Fląderki, przewracając ją na bok. Starcza łapa zaczęła badać brzuch kotki, zwracając uwagę na zbyt szybki przyrost masy, a w dodatku spostrzegła, że sutki szylkretki się powiększyły i wokół nich znajdował się biały nalot. Fląderka nie umiała wejrzeć w umysł emerytowanej medyczki, jednak najpewniej zamiast faktycznej ciąży życzyła jej w tym momencie jakiegoś schorzenia przypominającego na pozór ciążę.
I nagle pysk medyczki się wykrzywił. Gwałtownie odsunęła od odrzutka łapę, wycierając ją o legowisko.
Poczuła kopnięcie. Fląderka również to poczuła, dlatego teraz sparaliżowana wpatrywała się w medyczkę, w myślach po raz pierwszy rozważając ucieczkę i zapadnięcie się pod ziemię.
Fląderce nie udało się w porę ulotnić, bo już po chwili starsza ze strachem w oczach, wydarła się na całe gardło, nakazując czym prędzej przybycie do legowiska starszych dwójki medyków oraz przebadanie odrzutka.
— Trzy... nie, cztery kocięta...

🐟🐟🐟

Od Malutkiej

Malutka teraz spędzała dużo czasu w ogrodzie. Zwiedziła już prawie cały. Z tyłu znajdowało się duże drzewo, pod którym korzeniami był mały dołek. Czy coś tu mieszkało? Przed domem była ścieżka z kamieni, po której biała mogła chodzić, gdy nie chciała zmoczyć sobie łapek od śniegu. Miała nadzieję, że spotka jeszcze inne koty, jednak na razie, nikt jej nie odwiedził.
Malutka miała już teraz dwa i pół księżyca. Postanowiła sobie, że przed trzecim znajdzie sobie mentora, który będzie ją szkolił. A później może wybierze się na wycieczkę po klanach?
Były jednak dwie przeszkody. Po pierwsze, wszystko pokrywał biały puch, a powietrze było bardzo zimne. Dwunożni nie pozwalali Malutkiej wychodzić z gniazda na długo w taką pogodę. Po drugie, musiałaby jakoś przedostać się przez płot. Nie umiała na niego wskakiwać, tak jak robiła to Kobczyk i ten drugi kot.
Uznała, że koniecznie musi się tego nauczyć, jeśli chce zaimponować innym. Nie dane było jej jednak tego dnia rozpocząć treningu, gdyż samiec dwunogi zabrał ją do środka.
Doszła do wniosku, że może trenować w środku. Do takich wyskoków i wspinaczki potrzebowała mięśni. Jak może je zbudować? Może będzie się podciągać albo podnosić różne rzeczy? Miała dużo energii do treningu, ale potrzebowała planu i mentora. Gdy tylko nastanie pora kwitnięcia, od razu skombinuje sobie i jedno, i drugie.

Od Malutkiej Do Monarcha Pierwszego

Dziś złotowłosa założyła Malutkiej dziwne różowe ubranko i sama również się ubrała. Następnie wzięła koteczkę na ręce i wyszły razem do ogrodu. Gdy przekroczyły próg, koteczka zaczęła wyrywać się dwunożnej. Chciała wyskoczyć na śnieg! Przestała jednak się szamotać, gdy wyprostowana zaczęła szeptać coś pośpiesznie.
Jedno słowo się ciągle powtarzało. Malutka przeczuwała, że to jej imię. Tylko dlaczego nie mogła go zrozumieć? Brzmiało mniej więcej tak: tus – ca – cia. Co to miało niby oznaczać? Przedstawianie się tak nowo poznanym kotom było chyba jeszcze gorsze. Zamiast „Cześć, jestem Malutka”, mówiłaby „Hej, nazywam się Tuscacia”. Tego się nawet nie dało wymówić!
Pochodziły chwilkę po ogrodzie, a raczej Majka pochodziła, bo Malutka wciąż była trzymana w jej ramionach. Po jakimś czasie dwunożna postawiła koteczkę na trawie.
— Mokre! Zimne! Zabrudzi mi łapki! — zapiszczała w stronę wyprostowanej, gdy tylko znalazła się na ziemi.
— Musisz nauczyć się chodzić po śniegu Maluchu — zakpił jakiś głos.
Koteczka podniosła głowę i dostrzegła kocura, siedzącego na płocie jej gniazda.
— Skąd wiesz, jak mam na imię? — zapytała zdziwiona biała. Kocur ryknął śmiechem.
— To twoje imię?! — Machnął ogonem z rozbawieniem — Pasuje — skwitował.
Malutka położyła uszka po sobie.
— Kim jesteś i co robisz w moim ogródku? — zapytała wyzywająco.
— Jestem Monarcha Pierwszy i teoretycznie nie jestem na twoim terytorium — zauważył.
Malutkiej zalśniły oczy.
— Terytorium?! Jesteś mistycznym kotem klanów? — zapytała zaciekawiona.
Majka podniosła koteczkę i zaczęła kierować się do domu, ale Malutka zamiauczała, protestując. Dwunożna pozwoliła jej wyskoczyć z jej ramion i podbiec w podskokach do kota, który siedział na płocie.

<Monarcho?>

Od Malutkiej

Malutka siedziała na kolanach u złotowłosej dwunożnej. Było to bardzo miłe. Było jej ciepło, a ubranie wyprostowanej było mięciutkie i przyjemne w dotyku. W dodatku jasnowłosa od czasu do czasu przerywała to coś, co robiła przy stole, aby pogłaskać białą koteczkę.
Lubiła ją najbardziej z całej rodziny. Poznała też jej imię. Wyprostowani mówili na nią Majka. Do koteczki też zwracali się jakimś imieniem, ale Malutka jeszcze nie mogła go zrozumieć. Może pozostanie maluchem do końca życia? Gdy będzie poznawać nowe koty, czy nadal będzie się przedstawiać „Malutka”, gdy będzie miała już sto księżyców?
Zatem postanowiła nauczyć się języka dwunożnych. A młoda wydawała się chętna do nauczania koteczki.
Często też się razem bawiły. Majka rzucała Malutkiej piłeczkę lub biegała ze sznurkiem z piórkiem, aby biała je złapała. Całkiem dobrze się dogadywały. Zaś dorośli mieli najwyraźniej koteczkę w nosie. Prędzej jeże zaczęłyby latać, niż oni zaczęliby się interesować kocięciem. Samiec jedynie opróżniał jej kuwetę.
Od dwóch dni Majka nie wychodziła z domu. Zwykle wszyscy znikali na pół dnia, a od niedawna jasnowłosa zostawała. Czy ona też chodzi na treningi do innych dwunożnych, skoro nie jest jeszcze dorosła? Może ma jakiś rodzaj wakacji od szkolenia? Nieważne, co to było, biała koteczka miała nadzieję, że potrwa to jak najdłużej. Dzięki temu dostawała dużo atencji.