BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

26 września 2026

Od Odety

Kropla za kroplą; plusk ścigał plusk. Ulewa końcówki Pory Zielonych Liści trwała w najlepsze, chociaż każdy mógł wiedzieć, że po niej przyjdzie możliwe nawet i słońce, razem z tęsknotą za chłodną bryzą. Obecnie jednak nieboskłon zdawał się lać całe bezkresy łez prosto na wszystkie tereny, których mógł dosięgnąć. Rozmywał każdy skrawek i zamieniał ówcześnie zieloną aleję wyprostowanych w istny tor nie do przejścia. Brodzenie w rozmokłej ziemi mogłoby być trudne nawet dla wprawionego dzikusa, skoro chociażby pokonanie ogrodu było czymś, co pozostawiało twoje łapy całe brudne. Deszcz nie znał litości nawet w takimże miejscu. Z ciepła domostwa oglądałoby się, to może nawet przyjemnie, niemniej spoza niego perspektywa stawała się mniej zadowalającą, a raczej skłaniała się ku niemałemu dyskomfortu pozlepianej sierści oraz zimnie przeszywającym aż do kości.
— Armagedon — szepnęła pod nosem, wyłącznie do siebie, Odeta. Jej spojrzenie podążało za śladami pozostawionymi przez liczne uderzenia łezek o najbliższe z powierzchni. Dosyć obrzydliwym było przyglądać się rozmiękaniu przegniłych, zwiędłych roślin i reszty nieprzyjemności pozostawionej przy wywróconym śmietniku, ale jaki miał wybór; rozpętało się to, co obecnie wyglądało jak urwanie chmury. Tak pozostała w ukryciu daszku tarasu, licząc na schronienie przed deszczem bez wciskania się przepełnionego duszącym odorem domostwa.
Niby swąd zepsutego jedzenia, jednocześnie coś dużo gorszego… Nawet rodzice pozostawili swoją markotność na rzecz obrzydzenia. Koteczka czasem wpatrywała się w nich i zastanawiała się, czy przykry zapach podrażniał im oczy zupełnie jak jej, ponieważ były całe podkrążone i czerwone. Wtem temat był zbywany, a ona kończyła, siedząc właśnie na zimnej podłodze zewnętrza. Wiedziała teoretycznie, że powinna być wdzięczna, ale nie potrafiła wydobyć z siebie tego odczucia. Za co tu czuć wdzięczność? Za nieodpowiedzialne pytania i dom, który stał się bardziej obcym miejscem?
Wodził oczyma, nie mogąc oderwać się od widoku, który pomimo okoliczności, zapierał dech w piersi. Młodzina miała pewną słabość do przyrody po większej części życia spędzonej w jej otoczeniu. Pamiętała bujne krzewy drgające na wietrze niczym naturalne ozdoby. Niechętnie, lecz mimowolnie, wracała do tamtych wspomnień. Właściwie – czy wspomnieniem można nazwać coś, co miało miejsce tydzień czy dwa temu? Rzeczywiście dni mijały jak gdyby ze zdwojonym tempem, od kiedy zawitała ta straszliwa głusza. Natomiast jej głowa pomimo teoretycznego darcia do przodu, stale odwracała się w tył. Nie mogła przywyknąć do spokoju, czy nawet braku znajomych pogawędek dookoła. Musiała przyznać, iż odnalazła się w udawaniu, aczkolwiek parę dni nie czyniły kota przyzwyczajonym. Czuła się wyobcowana, nieprzynależna.
Do tego dochodził głód rosnący w brzuchu. Pęczniał i wypełniał ją już po samą krtań, a choć Ofelia robiła wszystko, aby zbudzić właścicielkę, a Lucjan szukał jedzenia po kątach, uczucie dalej było stałe. Przełykała je, aczkolwiek pozostawało bez zmian. Klementyna zagubiła się gdzieś w środku domu, lecz może to i dobrze. Pieszczoszka czuła się, jak gdyby była okropną rozmówczynią w tym momencie, więc nie warto zasmucać siostry bardziej, niż już jej to doskwierało.
Z domu wyszła jej mama. Poczuła to, zanim usłyszała zatrzaskiwanie się kocich drzwiczek. Powiew świeżości zawsze był tak charakterystyczny dla tej kocicy, nawet jeśli teraz nieco zanikł. Odeta nie odwróciła się mimo wszystkiego. Miała większą ochotę płakać niż zrobić cokolwiek innego. Wprost nienawidziła tej sytuacji! Nienawidziła zmian! Ostatnimi czasy tylko tam siedziała bez celu i płakała, rozmowy uciekały się do niczego. Teraz miało być dosłownie identycznie, czyż nie?
— Serdeńko? Odwrócisz się tu do mnie? — głos mamy rozbrzmiewał cicho, gdy siadała zaraz niej. Dreszcz przebiegł po karku koteczki, aż po sam koniuszek ogona. Chyba to był ton tej wypowiedzi wprawiający ją w niemałe zaniepokojenie - delikatna, jakby badała grunt przed wkroczeniem. Zwróciła się do niej pyskiem, bez myślenia, zgodnie z wyrażoną prośbą.
— O co chodzi? Coś się stało? — prędko zaczęła dopytywać. Jej ślepia świdrowały matkę, lecz ona była najbardziej zajęta przesuwaniem się bliżej. Dzielił je może koci wąs, przez co Odeta mogła doskonale czuć jej oddech na swoim policzku. Tak czuła się jednak bardziej połączona z rozmówcą, mogąc poczuć emanujące ciepło. Następnie niecierpliwie czekała na zabranie przez nią głosu, jednak tamta męczyła się z tym. Była sztywna, z ogonem podrygującym niespokojnie gdzieś za nią. Przypominała kogoś mielącego kęsek w pysku.
— Mów, no przecież widzę, że coś jest nie tak — nagliła, dopóki tamta wreszcie nie otworzyła pyska, aby wydobyć z siebie głos.
Głębszy oddech i zaczęła. — Sama wiesz, jak wszystko teraz wygląda. — Znów pociamkała językiem. Nerwy pupilki powoli zaczynały wymykać się jej, wykrzywiając jej pysk w pośpieszającym grymasie. — No cóż… wiem też, że nie zauważyłaś jeszcze wszystkiego.
— Co masz na myśli? — próbowała wyciągnąć jej z pyska te słowa, których tak uparcie broniła.
— Odeta — rzuciła karcąco Ofelia. Potem położyła łapę na ramieniu swojej córki i, po raz pierwszy od początku rozmowy, połączyła się z nią spojrzeniami. — Nasza Pani już nie wróci — słowa zostały wypowiedziane, jednocześnie niezrozumiane.
— Nie wróci? — obruszyła się, przechylając głowę do boku. Nie mogła pojąć, co ta wypowiedź chciała jej przekazać, przynajmniej nie na początku. Parę uderzeń serca spędzonych w rozciągającym się bezgłośnie i coś wpadło jej do głowy. — Nie… — wymruczała, wręcz śmiejąc się z niedowierzania, jakie ją ogarnęło.
— Słuchaj, bo mówię do ciebie jak do dorosłej. — Łapa pozowała bez ruchu, a jej głos nie drżał. Widocznie długo przełamywała się do przemówienia, wówczas teraz nie miała wiele skrupułów poza kontynuacją mówienia. — Nie wiem, co będzie, ale przejdziemy przez to razem — cedziła przez zęby, mimochodem wiercąc dziurę lęku w brzuchu swojego dziecka. Miała tyle pytań, chociaż żadnego nie zadała. Jedynie jej matka odpowiedziała na jedno bezwiednie. — Tata powiedział Klementynie. Damy radę — uspokajała.
Oczy kotki zaszły mgłą autentycznie. Łzy same się tam wcisnęły, pomimo że nie opadły. Łapa dorosłej popchnęła ją w swoje objęcia. Odeta zwykła kochać ten dotyk, jednak czuła się ociężale i zupełnie bez wyrazu. W jej środku była pustka dawniej zapełniona beztroskim podejściem do świata. Zamilkła prawdziwą, grobową ciszą co zdarzało się nazbyt sporadycznie. Niemniej, liście za nią dalej gniły i stawały się pokrywą ziemi, a czas płynął bezustannym strumieniem w przód. Jedna osoba mniej dla świata była niczym, chociaż dla ich małej rodziny mogło to być wszystko.

Od Dzikiego Berberysu (Dzikiej Łapy) do Zalotnej Gwiazdy

Przeszłość, Pora Nagich Drzew, Po zostaniu złapanym przez Klan Wilka

Jego rany zostały opatrzone po walce z trzema wojowniczkami oraz Tygrysią Nocą, jeśli dobrze zapamiętał jego imię. Siedział w izolatce, czekając, aż Zalotna Gwiazda pozwoli wejść z nim do swojego legowiska. Nie trwało to długo, gdyż ledwo, co zdążył się zagrzać na własnym posłaniu, a Tygrysia Noc już zaprowadził go do nory w obozie, która prawdopodobnie była leżem samej liderki Klanu Wilka.
— Wejść — zabrzmiał władczy i srogi ton starszej kocicy.
Posadzono go przed obliczem szylkretki, która łaskawie odwróciła się do niego przodem. Obejrzała nowy nabytek, mrucząc coś pod nosem. Jakby komentowała jego rany oraz posturę.
— Ten Burzak przekroczył granicę zapachowe. Patrol Wąsatkowego Ruczaju, na którym były jeszcze Gwiazdnicowy Blask i Aksamitkowy Nos znalazł go w głąb naszego terytorium. Z tego, co mówiła Wąsatkowy Ruczaj, próbował uciekać, jednak finalnie doszło do walki.
Zalotna Gwiazda po wysłuchaniu raportu popatrzyła na niego z niesmakiem.
— Jak masz na imię, Burzaku? — zapytała od niechcenia.
— Dziki Berberys — odpowiedział posłusznie.
— Dziki Berberysie, powiedz mi, co zabrania mi teraz zabicie ciebie na środku obozowiska, robiąc przy tym teatrzyk dla kociaków i młodych uczniów? Czy twój Królicza Gwiazda cię nie obroni? Jeśli wysłano cię na zwiady jako szpieg, możesz wiedzieć, że już cię nie ma. — Przyłożyła wysunięte pazury do jego krtani.
Poczuł przechodzące go ciarki po plecach. Był w naprawdę złym miejscu. Nie mógł trafić gorzej. Z dołka do jeszcze większego i to z krwiopijcami, Wilczakami.
— Królicza Gwiazda nie żyje. Został zamordowany.
Te słowa zaintrygowały kocicę. Jej źrenice rozszerzyły się, a pazury schowały. Zabrała swoją łapę, by dokładniej poprawić się na posłaniu.
— Zabiłeś go?
— Nie ja. Mój brat. Jednak został ułaskawiony przez Zawodzące Echo i resztę klanu, gdyż stchórzył. Został dożywotnim więźniem Burzaków. Reszta rebeliantów, którzy również podwinęli pod siebie ogony, podzielili jego losy, a ci, którzy tego nie zrobili, zostali zamordowani.
— A ty, dlaczego nie jesteś więźniem lub martwy. Zbiegłeś?
Oczy zwęziły mu się w szparki. Czyżby insynuowała, że jest tchórzem? Napuszył się z oburzenia.
— Nikt nie był w stanie udowodnić mi winy. Nikt nie widział, bym kogoś zabił oprócz tego, że byłem wtedy wraz z rebeliantami. Do końca procesu siedziałem i milczałem, gdy inni zaczęli zdradzać rebeliantów. Zostało przegłosowane, że Klan Burzy nie będzie już moim domem. Wygnano mnie prosto na waszą granicę — opowiedział zgodnie z prawdą. Teraz czekał, aż Zalotna Gwiazda podejmie decyzję. Kocica siedziała tak, dumając nad ostatnimi wydarzeniami, które odbyły się w Klanie Burzy. — Królicza Gwiazda był słaby, tak samo dużo kotów nie chciało jego krwi, by zasiadała na czele Klanu Burzy. Rozmawiałem z wieloma wojownikami, których niestety nie było w rebelii i mieli takie same podejście do tych “królików”. Coraz więcej samotników dołączających oraz koty z innych klanów… A jak przyszło, co do czego, to również stchórzyli. Nie przyznając się do nas rebeliantów i głosując, żeby nas zabić lub wygnać.
— Ciekawie — odpowiedziała mu, bez emocji w swoim głosie. — Możesz się na coś jeszcze przydać. Jednak na tą chwilę zostaniesz naszym więźniem. Jak się zaaklimatyzujesz i nabierzesz pokory do Wilczaków, to zastanowię się, czy nie zostałbyś uczniem.
Szylkretka machnęła ogonem do Tygrysiej Nocy, dając znak, że mogli wyjść. Jego przesłuchanie się zakończyło. Został zaprowadzony z powrotem do izolatki, gdzie czekało na niego nieprzyjemnie zimne posłanie. Położył się na nim, będąc nadal osłabionym po nocy spędzonej w zimnym dole oraz walce z patrolem Wilczaków. Zasypiając ze zmęczenia, w międzyczasie liderka Klanu Wilka wyszła na mównicę, przedstawiając go pozostałym. Czuł ciekawskie spojrzenia kotów, padające na jego skórę. To było uczucie, którego szczerze nienawidził. Nie było to mianowanie, z którego mógłby czuć się dumnie. Był więźniem. Takim samym jak jego brat, Gradobijący Cierń, którego nienawidził całym swoim sercem. Gdyby tylko mógł pomścić śmierć Tańcującego Pierza i wyrwać srebrnemu język. Kocur już nigdy nie mógłby na nikogo donieść i udawać ofiarę przed klanem.

***

Aktualne, Pora Opadających Liści

Minęła cała Pora Nagich Drzew, Nowych Liści oraz Zielonych Liści, a on nadal był więźniem. Poznał większość Wilczaków, nawet jeśli z nimi nie rozmawiał, to kojarzył ich imiona. Na tyle ile on się nasłuchał zebrań klanu, najróżniejszych plotek i szczebiotów małych kociąt, tak coraz bardziej świerzbiła go skóra od siedzenia w jednym miejscu i nic nierobienia. Jak Zalotna Gwiazda definiowała jego pokorę? Czy musiał się z wszystkimi zaprzyjaźnić? Było to dość głupie. Nigdy nie polubi wszystkich kotów z Klanu Wilka, bo nie byli jego pobratymcami. Nie urodził się on tutaj. Nigdy nie będzie ich częścią, nawet jakby stanął na głowie, co by się nie zmieniło.
Do izolatki zajrzał rudy łeb kocura, którego dobrze znał. Tygrysia Noc machnął do niego głową.
— Chodź, wzywa cię Zalotna Gwiazda.
Bez zbędnych pytań po prostu wstał i podążył za wojownikiem. Kiedy znów stanął przed obliczem liderki, jego uwagę zwróciła siwizna na pysku kotki. Postarzała się bardzo, a jej pysk nie był aż tak ostry, jak go zapamiętał. Kocica na dobrą sprawę powinna zasiadać już w starszyźnie. Z pewnością jej zwinność i siła przeszły do historii i opowieści o liderce, o której później będą opowiadać kociętom.
— Jesteś już w Klanie Wilka długi czas i skończyliśmy cię niańczyć. Mamy dużo kotów do wykarmienia i nie zamierzamy utrzymywać pyska więźnia, który nic nie robi. Dlatego zostaniesz mianowany na ucznia. Muszę jeszcze porozmawiać z kotem, który zostanie twoim mentorem. Nie chcę, żeby twój trening poszedł w złą stronę, tym bardziej patrząc na twoją przeszłość. Możesz spodziewać się mianowania jutro o poranku.
Nie miał nic do powiedzenia, a nawet jeśli by miał, to nie dopuściliby go do głosu. Tak szybko, jak został zaprowadzony przed oblicze Zalotnej Gwiazdy, tak szybko odprowadzono go do izolatki. Musiał wytrzymać tylko jeden dzień. Następny wschód słońca był, dla niego przepustką do normalnego życia i planowania następnych kroków w stronę zemszczenia się na Klanie Burzy.

***

Poranek był rześki, a mgła spowijała obóz. Czekał przed mównicą, do której właśnie zmierzała powolnym krokiem Zalotna Gwiazda. Kiedy usadowiła się na pniaku i wypięła dumnie pierś, wezwała klan, a jej głos był donośny i władczy. Kiedy koty się zebrały, szylkretka mogła zaczynać ceremonię.
— Dziki Berberysie, byłeś więźniem przez trzy pory sezonu oraz miałeś czas, żeby spokornieć przed twoimi nowymi pobratymcami, nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Dzika Łapa. Twoim mentorem będzie Krucze Pióro.
Spod mównicy wyszedł jeden z zastępców samej liderki i zlustrował Dziką Łapę chłodnym spojrzeniem. Zastępca pewnie podchodził do niego sceptycznie i nie rozumiał decyzji swojej liderki. Na szczęście tego nie kwestionował, tylko przyjął swój nowy obowiązek w milczeniu. Przynajmniej Dzika Łapa miał taką nadzieję. Tak naprawdę przekona się na pierwszym treningu, kiedy nikogo nie będzie w pobliżu, czy jego mentor będzie marudził, że musiał uczyć jakiegoś dorosłego kocura, który na dodatek był zbiegiem z konkurującego klanu.
— Krucze Pióro, zdążyłeś wyszkolić Zapomnianą Koniczynę, jak i Kalinowy Powiew. Otrzymałeś od swojej mentorki, Makowego Nowiu, doskonałe szkolenie i pokazałeś swoją odwagę i lojalność Klanu Wilka. Będziesz mentorem Dzikiej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzę — zakończyła Zalotna Gwiazda.
Oba kocury popatrzyły się po sobie z niechęcią. Dzika Łapa czuł, że niezbyt podobał mu się pomysł zetknięcia się nosami z chłodnym zastępcą, jednak musiał to zrobić. W milczeniu i dla samej symboliki zetknęli się nosami i stanęli przodem do Wilczaków. Nikt nie celebrował jego imienia. No może wyrwało się z pysków kotów parę miauknięć, jednak była to zdecydowana mniejszość. Mimo rangi ucznia i nowego imienia nadal był zbiegiem i większość o tym pamiętała.
— Nie marnujmy dnia. Pokaże ci, jak przebiega terytorium Klanu Wilka — powiedział bezceremonialnie Krucze Pióro i wyprowadził go z obozu.

< Zalotna Gwiazdo, jak będą jakieś plany żeby opowiedzieć Dzikiej Łapie o Mrocznej Puszczy, to call me 😘 >
🍂

25 września 2026

Od Nicości (Kawczej Łapy)

Księżyc temu

Czarny kocurek zamrugał kilkukrotnie, słysząc głos jednej z karmicielek. Dokładniej tej, która karmicielką już nie była, lecz mimo to nadal pozostawała w żłobku niczym jego pozornie niepotrzebna ozdóbka. Jak dowiedział się Nicość, kotka stanowiła jednak ważniejszy element Wilczackiej kociarni. Miała za zadanie wprowadzić młodocianych rozrabiaków w podstawy ich klanowej przyszłości. Opowiadała im różne rzeczy, a czarny kociak, jak na swoją całkiem wysoką inteligencję nie potrafił stwierdzić, czy te były wyssane z paluszka u łapy. Dawniej czasem mógł towarzyszyć w tych opowieściach, gdy to mówiła o nich Bzyczkowi i Pyzie. Teraz jednak gdy ona czekoladowe koty są poza żłobkiem, okazję zdarzały się znacznie rzadziej. Ognikowa Słota czasem mruczała coś do kociąt innej karmicielki, która jak zapamiętał czarnulek, nazywana była Kwaśną Kocanką. Były one jednak trochę zbyt młode, aby zrozumieć z tego wszystkiego więcej niż kilka, może kilkanaście słów. Szylkretka nie poddawała się jednak. Czarny któregoś dnia, gdy zauważył, jak kotka usiadła obok kociąt i otworzyła pyszczek, wstał z legowiska i usiadł obok jednego z tych, którzy wyglądali na najbardziej kompetentnych w żłobku. Uśmiechnął się w stronę karmicielki, a ta kiwnęła tylko lekko głową, jakby z niemą zgodą. Zaczął słuchać o wspaniałości Mrocznej Puszczy, która ponoć nigdy się nie myliła, której można było ufać w przeciwieństwie do Klanu Gwiazdy owiniętego w fałsz. Nicość nie wiedział co miały na celu te dziwne lekcje, ale bardzo je polubił. Jakikolwiek był ich cel, miał nadzieję, że pomogą mu w czymś w przyszłości.

Wieczór przed mianowaniem

Nicość słyszał, że każdy kociak, który miał zostać uczniem, musiał podjąć się nocy w lesie. Spodziewał się tego dnia, jednak gdy nareszcie nadszedł, odrobinę się obawiał. Dlaczego mieliby zostawiać kocięta same w lesie i to bez pokazania im żadnej możliwości obrony? Gdy w końcu dotarli na miejsce, zielonooki rozpoznał lokalizację niemal od razu przez ciekawy krajobraz. Potworna Przełęcz ponoć była najmniej przerażającą częścią terenu Wilczaków, chociaż też mogła budzić swego rodzaju grozę.
— Jesteś tu sam. Spróbuj przeżyć do porannego patrolu, dobra? I pod żadnym pozorem nie próbuj wracać do obozu. Inaczej będziesz pośmiewiskiem — poinstruował go szeptem biały. — I słyszysz to?
— Słyszę. Co to za…ptak? — zapytał Nicość.
— To sowa. Lepiej…się schowaj. Lubią czasem porywać kocięta, ale z reguły polują na myszy — mruknął Księżyc. — Muszę znikać.
Czarny kiwnął głową. Księżyc odszedł, a gdy kociak pozostał sam sobie, przyglądał się niebu, które stawało się coraz to ciemniejsze, im więcej odbić własnego serca słyszał. Być może mu się to tylko wydawało. Spojrzał na skraju lasu i zaczął szukać miejsca kryjówki. W końcu znalazł drzewo, które posiadało wnękę przy korzeniach. Po długim czasie spędzonym na słuchaniu pohukiwania sów udało mu się jakimś cudem zasnąć.

W dzień mianowania

Zielonooki został zbudzony ze snu szturchnięciem w bok. Gdy otworzył oczy, ujrzał przed sobą nic innego jak białe, pokaźne futro. Futro jego ojca, gdyż tak przecież miał nazywać śnieżną kreaturę. Myślał, że to Pełnia była najgorszym białym kotem, jakiego spotkał w swoim życiu. Był jednak wtedy w ogromnym błędzie. Nienawiść do jego siostry była zaledwie malutką namiastką zawiści, którą czasem czuł, gdy pojawiał się Rozbity Księżyc. Miewali dobre momenty, nie mógł stwierdzić, iż ich nie było, lecz zdarzały się także sytuacje, gdy widząc jego pysk i te ogromne oczyska bielucha, przed zielonymi oczętami ponownie stawał obraz truchła matki.
— Skończyłeś już sześć księżyców. Dziś twoje mianowanie — miauknął Księżyc. — Ciekawe kto będzie twoim mentorem, co? Rany, czuję swego rodzaju ekscytację. Prawie jakbym znowu zostawał uczniem — gawędził wesoło Księżyc, chociaż początek jego wypowiedzi był średnio obiecujący. — Mam nadzieję, że trafi ci się możliwie najlepszy wojownik, który nauczy cię wszystkiego, czego powinien. Najlepiej taki, który już miał jakiegoś ucznia i wie jak obchodzić się z takimi wybrykami jak ty.
— Mam wrażenie, że mnie mniej to obchodzi niż ciebie — stwierdził Nicość, liżąc się po piersi. — Ale jasne, oh bardzo się cieszę, że od dziś będę mógł wymieniać legowiska staruchom i pozbywać się kleszczy tych niewdzięczników! — zamrugał powiekami, wypowiadając to zdanie sarkastycznym tonem, za co oberwał zaraz w łebek z łapy niebieskookiego.
— Język. Nie można tak mówić do starszych od ciebie. Właściwie to do nikogo. Trochę szacunku — mruknął Księżyc, mrużąc oczy.
— Oh no bardzo mi przykro, że nie cieszę się jak malutkie kociątko — miauknął Nicość, ponownie przebijając się przez czwarte drzewo.
— Lepiej tak nie mów do swojego mentora, bo obudzisz się kiedyś bez ogona — stwierdził Księżyc i ruszył w stronę obozu.
Czarny kocur poszedł zaraz za nim jak rzep przy ogonie.
Gdy trafili w końcu do obozu, Nicość nie miał jednak ochoty wrócić do żłobka. Zamiast tego spojrzał na Księżyca z przymrużeniem oczu.
— Gdzie idziesz? — zapytał młodszy.
— Obok legowiska wojowników. Będę grzecznie czekał, aż Zalotna Gwiazda zechce mianować na ucznia mojego synalka — mruknął Rozbity.
Usiadł na miejsce, a Nicość usadowił się obok niego kawałek z przodu.
— Mógłbyś…trochę umyć mnie nad grzbietem? Średnio sięgam, a ostatnio spadło mi tam trochę piachu — mruknął czarny, a Księżyc kiwnął lekko głową, myjąc futerko kociaka.
— Jesteśmy prawie jak rodzina, co? — stwierdził cicho bieluch.
— Nigdy nie będziemy prawdziwą rodziną. Nieważne jak bardzo byś tego chciał. Możesz nazywać mnie swoim synem, mogę nazywać cię ojcem, ale to nic nie da. Przeszłości nie zmienisz, nieważne jak bardzo być chciał — miauknął zielonooki, czując, jak bardzo wysycha mu jęzorek.
Siedzieli chwilę w ciszy, już nieco od siebie oddaleni, dopóki nie można było usłyszeć donośnego głosu przywódczyni Klanu Wilka, zwołującej swoich pobratymców.
— Nicość, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Kawcza Łapa. Twoim mentorem będzie Rozbity Księżyc. Mam nadzieję, że Rozbity Księżyc przekaże ci całą swoją wiedzę — mruknęła szylkretka. 
Czarny kocur poczuł, jak przeszywa go bezlitośnie poczucie złości, ale też jeszcze bardziej irytującej nieporadności. Niby co miał zrobić w tej sytuacji? Liczył na to, że gdy zostanie uczniem, wojownik się od niego odczepi. Czemu los wręcza mu coś takiego?
— Rozbity Księżycu, jesteś gotowy do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałeś od swojego mentora, Kocimiętkowego Wiru doskonałe szkolenie i pokazałeś swoją zwinność i spryt. Będziesz mentorem Kawczej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzę — tymi słowami Zalotna Gwiazda zakończyła swoją wypowiedź.
Czarny podszedł do wojownika. W jego oczach widać było dosyć niebezpieczną iskrę, lecz mimo niej bez zbędnych narzekań zetknął się czołem z białym kocurem.
— Chyba jesteśmy na siebie skazani — mruknął Księżyc.
— Najwyraźniej — syknął kociak.
Zalotka rozglądała się jeszcze przez moment po zebranych, aby po chwili zejść z Mównicy i ruszyć w stronę swojego legowiska.
Rozpoczęły się wiwaty, a gdy nareszcie ucichły ona koty zostały niemalże same.
— No to co? — zapytał Księżyc.
— No nie wiem. Poszedłbym pochwalić się rodzinie, ale chyba zostaje mi mój mentor, który swoją drogą jest też moim ojcem. Straszny nie traf, co? — mruknął kąśliwie czarny.
— Marudzisz. Chodź, nauczę cię zbierać mech. Jeszcze dziś wymienisz legowiska starszym mały niewdzięczniku — odparł biały.
— Nie możesz mnie nauczyć czegoś lepszego? — zapytał.
— Niby czego? Lepiej, żebyś omijał tunele szerokim łukiem, a na pojedynki uczniów puścić cię jeszcze nie mogę, bo sam mi się zabijesz. Wspinaczkę zaplanowałem ci na inny dzień — wymruczał. — Umiejętność wymiany mchu też ci się przyda, zobaczysz.
— No nie powiedziałbym. Może mi jeszcze powiesz, że mam zaraz po wymianie legowisk pobiec do medyków po mysią żółć? — zmrużył oczy zirytowany.
— Hmmm, wiesz co? Tak, dokładnie tak ci powiem! — miauknął radośnie niebieskooki. — A teraz chodźmy, oprowadzę cię po terenach.
Szli przez las, kierując się w stronę jednej z lokalizacji terenów Klanu Wilka.
— Zanim dotrzemy na miejsce… Czy słyszałeś legendy o Ciernistym Drzewie? — zapytał biały w trakcie pokonywania kolejnych odcinków lasu.
— Niesądzę. A powinienem? — odmruknął czarny.
— Krążą plotki, że to drzewo wysysa kocią krew. Poza tym zakopują tam zmarłych. Ja tego nie przeżyłem, ale niektórzy opowiadali, jak podpuszczeni przez starszych uczniów czy wojowników świeży uczniowie przechodzili tam jakiś śmieszny test odwagi. Wiesz, lepiej uważaj i zapamiętaj to, jeśli ktoś będzie cię chciał zaskoczyć. Tam…raczej nie jest szczególnie bezpiecznie — mruknął bieluch.
W końcu byli na miejscu. Drzewo i jego okolice spowijała mgła, chociaż nie tak gęsta, jak w innych porach dnia.
— Nie wygląda jakoś super strasznie — stwierdził zaraz czarny.
— Może masz rację? Chociaż ma też w sobie coś, co sprawia, że mam ciarki. Idziemy dalej? — zapytał.
— Mhm — odparł zielonooki, przygotowując się do dalszej podróży.

Po powrocie do obozu

Nicość wziął ze sobą mech, w którego zbiorze pomógł mu jednak Księżyc i zaniósł do legowiska starszych. Nie było łatwo, ale ostatecznie udało mu się wykonać to zadanie. Późna pora nie pozwalała mu jednak już na szwendanie się po terenach, więc przyszło mu po raz pierwszy w życiu odwiedzić legowisko uczniów, a także jego kącik na kilka przyszłych księżyców. Zajrzał jeszcze ostatni raz do żłobka, zabierając stamtąd swoje legowisko i ułożył je z dala od innych uczniów. Zaśnięcie nie zajęło mu długo, jednak koszmary nie pozwalały mu, aby sen był stabilny. Budził się kilka razy, najczęściej przez widok martwej matki, siostry lub, co chyba było najgorszą opcją, biologicznego ojca. Nicość czuł, że Rozbity Księżyc nie był taki jak Sierp, a mimo to, pewne okoliczności nie pozwalały mu w to wierzyć, nieważne jak bardzo by tego chciał. Czarny kocurek miał zawsze z tyłu głowy gdzieś myśl, że nie powinien udać dorosłym, a już w szczególności kocurom. Klan Wilka głównie z tego powodu wydawał się mu Wielki i przerażający. Ciszę w legowisku uczniów przerywały pochrapywania niektórych z nich. Zielonooki nie wiedział, czy powinien jeszcze podejmować próby zaśnięcia, w końcu już świtało. Mógł tylko wierzyć w to, że Księżyc da mu trochę luzu przez brak snu.

[1541 słów]

[31%]

Od Skrzydlatej Płomykówki CD. Gasnącej Prawdy

»» ———— ⚜ ———— ««
Przeszłość,
zaraz po mianowaniu
Gasnącej Prawdy
»» ———— ⚜ ———— ««

Była cichą obserwatorką doniosłego wydarzenia, w końcu miało miejsce mianowanie kocura, który już dłuższy czas był uczniem pomimo swego wieku. Jasna przenikliwe spojrzenie jednak tylko przez krótką chwilę było skierowane na kremowym wojowniku. Bardziej interesującą personą był tu Poczciwy Szakłak. Zielonooki zdawał się być najbliżej dawnego Klifiaka, a ich wspólna obecność nie była niczym niezwykłym już, choć mimo wszystko przyciągała uwagę niektórych, szczególnie zastępczyni. Kotka po cichu im kibicowała, aby w końcu się zeszli — jak na łapie było widać, że ta dwójka ma ku sobie już od samego początku. Ruda nie wierzyła w wersję kocura, o tym, że ten na granicy widywał się jedynie z siostrą. Sam nawet to potwierdził niedługo później, kiedy tylko przyszedł do niej, by podzielić się reakcją starszego na jego wyznanie.
W tamtym momencie Gasnąca Prawda nieco podpadł kotce, choć ta nie okazywała tego zbytnio, chowając urazę głęboko w sobie. Aż zbyt dobrze wiedziała, jak Szakłakowi na nim zależy i nie chciała, by z jej powodu kocur na nowo popadł w stan przypominający letarg — niby żyje, oddycha, ale w środku jest martwy. Nie chciała najbliższego przyjaciela widzieć ponownie w takim stanie, szczególnie że po zdradzie Rudzikowego Skrzydełka mogłoby być trudniej przywrócić Burzaka do świata żywych. Ona sama po pożarze i śmierci Króliczej Gwiazdy nie miała tyle czasu, co dawniej i jej próby pomocy mogłyby okazać się bezskuteczne oraz stratą czasu dla każdego z nich.

»» ———— ⚜ ———— ««
Po czuwaniu
Gasnącej Prawdy
»» ———— ⚜ ———— ««

Cętkowana pomimo imienia po nocnym ptaku była typem kota, który z zaskakującą łatwością był wstać skoro świt. Choć nie oznaczało to, że nie zdarza jej się zasypiać o wyjątkowo późnej porze, tak jakby moment od zmierzchu do środka nocy był czasem, kiedy to najłatwiej jej się funkcjonowało — nikt jej głowy nie zawracał, nie dopytywał o mało istotne drobiazgi, była tylko ona, szmery oddechów pozostałych wojowników i myśli. Myśli, które w ciągu dnia były uśpione, a po zachodzie słońca budziły się do życia, rozpoczynając szaleńczy bieg po umyśle kotki. Musiała w większości kwestii myśleć parę kroków do przodu, tak by nikt nie mógł ani jej, ani Zawodzącej Gwieździe zarzucić zaniedbywania obowiązków.
Noc, kiedy to obóz był pod opieką czuwającego kremusa, ona sama również nie zmrużyła oka. Choć po niej nie było tego widać w porównaniu do Gasnącej Prawdy, który w drodze do legowiska wojowników omal nie wpadł na nią. Przystanęła z nieco uniesioną brwią, jakby doskonale wiedziała, że kocur czegoś będzie od niej chciał i jedyne, co jej pozostało teraz to cierpliwie czekać, aż jego zmęczony umysł ułoży sensowne zdanie, nim te trafi na jego język, a następnie opuści kremowobiały pysk starszego. Choć w pierwszej chwili położył uszy po sobie i skłonił lekko głowę na znak przeprosin.
— Nie chciałem na ciebie wpaść, Skrzydlata Płomykówko. Jestem trochę zmęczony, wiesz… po tym całym czuwaniu — wyjaśnił, uśmiechając się słabo do rozmówczyni. — Czy Szakłacz... To znaczy, czy Poczciwy Szakłak został przydzielony do jakiegoś patrolu, czy powinienem szukać go w obozie? Pewnie będzie chciał ze mną porozmawiać — zapytał z pewną nadzieją w głosie, co zdecydowanie nie umknęło uwadze Płomykówce.
Na jej język cisnęły się jedynie cięte słowa, przesiąknięte wyższością, ironią, które miały pokazać starszemu podejście srebrnej do jego persony. Jednak… wstrzymała się, biorąc pod uwagę, iż Poczciwy Szakłak dla nich obu był kimś ważnym.
— Postaraj się nie zdrabniać jego imienia przy nim. Moja siostra to dawniej robiła — odparła, sprawiając wrażenie, jakby w wypowiedzi wojownika skupiła się jedynie na tej urwanej kwestii. — Szakłak nadal jest w legowisku. Specjalnie waszej dwójki dzisiaj nie brałam pod uwagę z patrolami, wiedząc, że będziecie chcieli porozmawiać — dodała, by następnie krokiem pełnym gracji zacząć oddalać się od kremowego. — A Gasnąca Prawdo, jeszcze jedno. Spróbuj go skrzywdzić, a własnymi łapami cię obedrę ze skóry — rzuciła cicho, pozwalając, by echo jej słów niosło się jeszcze chwilę w korytarzu, nawet kiedy zdążyła już odejść na parę długości.
Może i nie przystoi jej jako zastępcy jawnie grozić swym pobratymcom, lecz dla przyjaciela mogła zrobić pewne odstępstwo. Niech dawny Klifiak trzyma się na baczność ze świadomością, że ta może go mieć cały czas na oku i nie zawaha się, jeśli zostanie uznany za zagrożenie dla Szakłaka. Większość czasu starała się z niemal każdym znaleźć nić porozumienia, by uniknąć kolejnych przewrotów w klanie, lecz jeśli będzie trzeba, to odegra rolę bezwzględnego zastępcy, który zrobi wszystko dla bliskich oraz dla dobra Burzaków. Nawet jeśli oznaczałoby to łamanie kodeksu lub robienie czegoś nieprzyzwoitego moralnie. Była gotowa na takie poświęcenie w imię wyższego dobra.
Swoje kroki skierowała do Groty Pamięci, będącej pewnym sercem podziemnego obozu. Mimowolnie jej wzrok powędrował w stronę jednej ze ścian, gdzie swe odciski łap zostawiali wojownicy. Jeden z nich był widocznie nowszy, wykonany raptem dnia poprzedniego przez Gasnącą Prawdę.
Korzystając z tego, iż do momentu, gdy większość Burzaków się zbudzi, miała trochę czasu, postanowiła ruszyć tunelem, który miała na lewo. Korytarz ten przebiegał wprost do starego obozu, łącząc z ich obecnym azylem żłobek z jednej strony, a z drugiej legowisko medyków oraz kronikarzy, których oddzielała księżyce temu powstała ściana. Srebrna sama nawet przyczyniła się do tej tego fragmentu podziemi, gdyż w czasie intensywnych pracy znalazła się w gronie kotów, które zbierały glinę oraz kamienie do sztucznej bariery pomiędzy dwoma legowiskami.
Krótka poranna wyprawa do zwęglonych zgliszczy nie była podszyta żadnym konkretny, ot co chęć sprawdzenia, czy każdy zakamarek został przeszukany i udało się uratować tyle, ile nie zostało dosięgnięte dawniej ognistymi jęzorami pożaru. Podejrzewała, że Burzacy przeszukali znaczną część ich schronień, lecz raczej mało kto miały odwagę postawić łapę w legowisku lidera — Płomykówka wychodziła z założenia, że jest to przestrzeń, do której nie powinno się wkraczać bez wyraźnej zgody jego mieszkańca, nawet jeśli ten poległ. Sprawnie wdrapała się do wnętrza Skruszonego Drzewa, by następnie ujrzeć miejsce, które dla wielu było niedostępne. Skromne legowisko musiała przyznać. W środku było posłanie muśnięte ogniem, które nie nosiło nawet subtelnego zapachu Króliczej Gwiazdy. Musiało zwietrzeć przez ten czas, gdy w panice opuścili dawny azyl, by zamieszkać w podziemiach niczym zające, ich główna zwierzyna łowna.
Wstępne oględziny wnętrza kamiennej wieży nie przyniosły ze sobą żadnego znaleziska, lecz zastępczyni nie miała zamiaru tak szybko kończyć. W końcu każdy ma coś do ukrycia, nawet coś błahego i bezwartościowego dla innych. Trzepnęła końcówką ogona, by pochylić się i rozpocząć węszenie, nawet jeśli nie przepadała za samym określeniem tej czynności — kojarzyło jej się jedynie z czworonożnymi towarzyszami Dwunożnych, którzy również polowali na ich zdobycz. Wielkie głośne bydle z paszczą tak wielką, że na spokojnie mogłaby pochłonąć bezbronne kocię. Skupiając się na przeszukiwaniu tej nawet niewielkiej przestrzeni, natknęła się w pewnym momencie na jedno ciemne, opalizujące krucze pióro, dokładnie takie samo, jakie widywała u Zawodzącej Gwiazdy. Znalezisko delikatnie pochwyciła, by następnie zabrać je ze sobą do obozu.
Niczym cień pokonywała korytarz, Grotę Pamięci, a następnie wskoczyła na półkę skalną przed legowiskiem dymnego kocura. Tuż przed wejściem pozostawiła własność starszego, a następnie oddaliła się, by wyznaczyć patrole po Wysokim Słońcu oraz wysłuchać wszelkie przeciwwskazania do uczestniczenia w porannym wyjściu na łowy, oraz sprawdzenie granic. Nim zniknęła w Grocie Pamięci, czuła na sobie spojrzenie Echo, przez którego została odprowadzona, dopóki znajdowała się na jego widoku.

»» ———— ⚜ ———— ««
Obecnie, przed śmiercią
Rudzikowego Skrzydełka,
pora opadających liści
»» ———— ⚜ ———— ««

Srebrna sylwetka Skrzydlatej Płomykówki była widziana z rana, kiedy to czekała na wyznaczone poranne patrole. Później ta rozpłynęła się niczym we mgle pośród Burzaków. Kotka czekała tylko na moment, aż Poczciwy Szakłak opuści na chwilę legowisko wojowników, by ta mogła na osobności rozmówić się z Gasnącą Prawdą. Chciała wiedzieć, jak kocurowi idą próby wspierania zielonookiego po odejściu Bursztynowej Łapy z klanu.
— Dobrze, że jesteś — powiedziała na wstępie, wkraczając do jaskini, by ujrzeć kremowego na posłaniu tuż obok tego, które zajmowane było przez czarnego solida. Ten jakimś cudem opuścił wspólną przestrzeń, zapewne namówiony przez pręgowanego do przyniesienia piszczek dla ich dwójki. — Mam nadzieję, że jakoś sobie radzicie oraz masz na uwadze moje słowa. Te po twoim czuwaniu.

<Gasnąca Prawdo?>

Event Klanu Burzy:
Poszukiwania - próba nieudana, osobiste skarby współklanowiczów

Od Jesionowej Szadzi do Smuklika

Kocica uchyliła oczy, czując jakieś dziwne dźganie w bok. Podniosła głowę zaspana i zobaczyła, że jeden z synków próbował ją obudzić. Ziewnęła i zwróciła się do malca.
— Coś się stało, Smukliku? — zapytała się, widząc jego skwaszoną minę.
— Leci mi z nosa! I kicham! — zaskomlał przejęty.
— Chodź, przytul się do mnie — powiedziała, a niebieski wykonał polecenie, po drodze kichając dwa razy.
Liliowa spojrzała na zewnątrz kociarni. Było jeszcze ciemno, a koty wokół jeszcze pochrapywały spokojnie, łącznie z resztą jej rodziny.
— Wtul się mocno we mnie, a rankiem pójdziemy do medyka, dobrze? — miauknęła z troską, po czym polizała go parę razy po pyszczku i między uszami.
— No… — kichnął. — …Dobrze… — I pociągnął nosem. Wtulił się głęboko w sierść kotki, która go dodatkowo osłoniła ogonem.
Przez dłuższą chwilę kotka nasłuchiwała oddechu kocurka i gdy tylko pociąganie nosem i kichanie ucichło i zostało zastąpione chrapaniem, również oddała się krainie snów.

***

Jesionka obudziła się, słysząc głośne kichnięcie u jej boku. Podniosła łeb i przypomniała sobie, że musiała się wybrać do medyka z młodzikiem. Okazało się, że katar kocurka obudził również Miodkę i Wodnik, podczas gdy pozostała dwójka kociaków wciąż spała w najlepsze.
— Kto to kichnął? — spytała się złota i dojrzała wtopionego w liliową okrywę niebieskiego synka.
— To był Smuklik — odparła zielonooka i polizała kocurka po głowie, by go rozbudzić. — Zaraz się z nim wybieram do medyka.
— Oh, no to dobrze — mruknęła zatroskana. — Tyle że ty też daj się Chudemu Grzbietowi albo Roztargnionemu Koperkowi obejrzeć. Ta twoja noga bardzo mnie niepokoi — dodała, przysuwając się do kotki. Jesionka westchnęła.
— No dobrze — mruknęła, po czym wstała, a Smuklik zaraz za nią. Miodka odprowadziła ich wzrokiem i uśmiechem, podczas gdy do jej boku przytuliła się Wodnik, trochę zmartwiona mamą i bratem.
Gdy dwójka kotów zmierzała do legowiska medyka, obóz budził się do życia. Wyszedł właśnie pierwszy patrol, a reszta kotów raczej chowała nosy przed zimnymi podmuchami wicherku, lecz wciąż było widać poruszenie w legowiskach. Kocurek bacznie obserwował obóz, ponieważ to był jego pierwszy raz poza kociarnią i pewnie wszystko wydawało się takie nowe i duże.
Wreszcie stanęli w lecznicy, zastając tam Roztargnionego Koperka. Kotka nie dojrzała żadnego innego medyka, więc musiała się zwrócić do jeno. Kot właśnie wstawało ze swojego posłania i od razu ruszyło do nich.
— Pomóc w czymś?
— Tak, Smuklik jest chory. Ciągle kicha i jest taki odrobinę osłabiony — wyjaśniła.
— Katar, tak? — Obejrzało kociaka pokrótce i ruszyło do zestawu ziół. Po niedługim zastanowieniu wzięło parę ziół i podało kocurkowi. — Zjedz, a do jutra będzie lepiej.
Gdy kot już odchodziło, Jesionka nagle odchrząknęła.
— I jeszcze jedno; coś jest nie tak z moją tylną łapą.
— Którą? — Obróciło się w jej stronę, by obejrzeć krzywdę.
— Prawą. — Uniosła ją w górę. — Boli i nie mogę na niej stawać.
— Pewnie zwichnęłaś sobie — mruknęło, wzięło coś z zapasów i podeszło. Przeżuło to coś, po czym wsmarowało w staw. Po plecach kotki przeszły ciarki, czując, jak na jej sierści przylepia się nieprzyjemna papka.
— Gotowe. Weź ten korzeń żywokostu i umieść w legowisku, a pomoże ci z nogą. No i nie chodź za dużo, zrób sobie przerwę — wyjaśniło na odchodne i wróciło do swoich zajęć.
Jesionka przekuśtykała z powrotem do żłobka ze Smuklikiem u boku, którego wyraz mordki był skwaszony od zjedzonych ziół. Liliowa podeszła bez słowa do posłania i wyłożyła korzeń, po czym się rzuciła na miękkie łoże, wzdychając. Cała rodzinka znów była w komplecie.

Trzy wschody słońca później

Noga Jesionki już była, prawie że w pełni sprawna, jednak wolała leżeć już na swoim miejscu i się z niego nie ruszać. Kocięta się bawiły w najlepsze, dbając o to, by żłobek nie pozostawał cichy. Kocurki udawały, że muszą chronić swoją jedyną siostrę tak dobrze, jak tylko się dało. Udawali, że byli Klanem Miodowego Jesionu i odpierali właśnie szturm robali, chroniąc swoją liderkę. Czarna koteczka siedziała na specjalnie zrobionym z odpadków mchu podwyższeniu i przyglądała się, jak jej wojownicy walczyli za nią. Jesionka i Miodka oglądały zabawę swoich dzieci z uwagą, czasem doradzając, gdzie był jakiś robaczek i jak należało go złapać. Po niebieskim kocurku już w ogóle nie było widać, że był chory. Gdy kocięta się zmęczyły, wróciły do wielkiego rodzinnego legowiska, po czym z wywalonymi jęzorami i rozłożonymi łapami zajęły całą przestrzeń.
Liliowa przyjrzała się piórom, które teraz były utknięte w brzeg posłania, by nie zostały zniszczone.

Wyleczeni: Smuklik, Jesionowa Szadź

<Smukliku? Podoba ci się to twoje piórko?>

24 września 2026

Od Jesionowej Szadzi do Agrestu

Robiło się coraz chłodniej. Przyjemnie ciepłe promienie słońca zostały zasłonięte przez szaro bure chmury, które od czasu do czasu zsyłały na ziemię zimne deszcze. Sucha ziemia teraz była śliska i można było się odrobinę na niej poturbować. Od ostatniego spaceru Jesionkę bardzo bolała tylna łapa. Stwierdziła jednak, że to się samo polepszy i od tamtego czasu w ogóle nie wychodziła ze żłobka. Odmawiała również pomoc Ognikowej Słoty, która próbowała wyręczać karmiące kotki na wszelkie sposoby. Wiecznie gimnastykowała się z podawaniem różnych powodów pomocy ze swojej strony, lecz liliowa twardo stała na swoim.
Tego południa Jesionka zdecydowała się, że musi wreszcie znaleźć dogodne pióra dla swoich dzieci, więc, z bólem nogi, musiała wyjść.
Gdy kocięta jeszcze drzemały, kotka podsunęła swoją córkę do Miodki i szepnęła jej na ucho, że musi wyjść znaleźć prezenty.
— Tylko uważaj na siebie — miauknęła z troską.
— Będę — odparła i kuśtykając, wyszła z legowiska
Po wyjściu, od razu skierowała się w miejsce, gdzie było najwięcej owocujących roślin. Szczególnie głóg ją zainteresował.
Na miejscu znalazła sporą ilość śladów pozostawionych przez ptaki: odchody, upierzenie, puste gałązki. Przejrzała wszystkie pióra i znalazła dwa piękne okazy; lotkę szpaka i sroki. Zachwyciła się nimi i chwyciła w pysk, po czym wbiła sobie je między kłosy i ruszyła dalej. Teraz zwróciła się w stronę jeziora.
Gdy stanęła na brzegu, zobaczyła w oddali wypoczywające na spokojnej tafli wodnej gęsi. Usiadła na moment, by dać swojej nodze odpocząć i upewnić się, że już zdobyte pióra wciąż były razem z nią.
Po niedługim wypoczynku wstała i rozejrzała się za zgubami, które może zostały pozostawione przez gęsi. Znalazła parę odpadków, których jakość nie sprostała oczekiwaniom Jesionowej Szadzi. Gdy już miała poddać się ze znalezieniem ładnej lotki lub sterówki, nagle znalazła utknięte między kłosy pałki wodnej porządne pióro. Uśmiechnęła się do siebie z dumą i zebrała znalezisko, po czym wetknęła w swoją sierść i ruszyła dalej.
Kotka chciała, by każdy kociak miał swoje własne pióro pochodzące z innego ptaka. Każde z nich powinno być idealnie zachowane, wystarczająco duże oraz by wyglądały wciąż na dosyć bliskie sobie, wskazując na pokrewieństwo kociąt. Te ciemne pióra były więc idealnymi kandydatami, bo były jednocześnie różne, jak i podobne. Z tyłu głowy miała pomysł, by teraz znaleźć jakieś krucze lub kawcze pióro.
Wędrowała po lesie, powoli już opadając z sił. Nie chciała wracać bez czwartego pióra, ale niestety już zbliżał się zmrok. Usiadła na moment pod sosną i rozejrzała się wokół znużona. W pewnym momencie usłyszała nad głową głębokie gderanie. Zastrzygła uszami i zauważyła między gałęziami ruchliwy ciemny kształt. Zawęszyła i miauknęła, a ptak odpowiedział. Usłyszała trzepot skrzydeł i ptak wylądował niedaleko kotki. Otworzyła szerzej oczy i ułożyła się w pozycji łowieckiej, lecz niestety ból nogi nie pomagał jej w wykonaniu tego. Poddała się i położyła zmęczona. Kruk przyglądał się jej z jakby zaciekawieniem, po czym odleciał. Gdy obserwowała, jak znikał w oddali, na jej głowę coś wylądowało. Gdy nią wstrząsnęła, między jej łapy spadła krucza lotka. Jesionka się ucieszyła niezmiernie. Zwierzę się pojawiło przy najlepszej możliwej okazji i zostawiło dla niej prezent! Jak cudownie.

***

Kotka wróciła do obozu kulejąc. Była znużona oraz zadowolona jednocześnie. Słońce już się schowało za horyzontem, lecz zachmurzone niebo wciąż pozostawało w miarę jasne. Gdy wreszcie weszła do żłobka, natychmiast obległy ją kocięta. Zaśmiała się, gdy zastała ciepłe uśmiechy swoich pociech.
— Hejka, moje kochane — wymruczała zadowolona, otulając przednią łapą wesołą gromadkę, po czym doszła do niej Miodowy Ul i zetknęły się nosami na powitanie.
— Długo cię nie było, udało się? — spytała się, a liliowa pokiwała głową zdecydowanie.
Wszyscy wrócili do swojego posłania, po czym Jesionka rozłożyła wszystkie cztery piórka jedno przy drugim: szpak, sroka, bernikla i kruk. Cała czwórka otworzyła szeroko oczy i z rozdziawionymi pyszczkami przyjrzała się nowym obiektom.
— Dziś chcę wam coś podarować — zaczęła. — Pewnie zauważyliście, że wasza mama nosi to piękne białe piórko. — Kocięta spojrzały na Miodkę i pokiwały główkami. — Jest ono ode mnie. Było ze mną odkąd byłam mniej więcej w waszym wieku i miałam oddać komuś, z kim chciałabym spędzić całe życie. Tak więc teraz i ja zamierzam podarować wam nowe piórka, które, kto wie, może i oddacie komuś, kto byłby dla was kimś, jak dla mnie jest wasza mama. Możecie sobie wybrać.

<Synku? Które ci się podoba najbardziej?>

Od Odety

Dom cichł i przeradzał się w przestrzeń pustą; nie do przejrzenia, nie do przejścia. Tak rażącą pustką, że pozostawiającą ją w bólu. Jej wzrok zachodził mgłą momentalnie, próbując przejrzeć sytuację. Mogła patrzeć tylko, jak liście marnieją, tkwiąc w miejscu. Ruch z pozycji nie był sposobnością, została skamieniałą postacią oglądającą życie biegnące do przodu. Nie chciała się ruszyć, a czas nie chciał się zatrzymać. Perspektywa była nużąca swoją prawdziwością. Odeta wiedziała, że nic nie będzie zmieniać się tylko pod jej uciechę, jednak nie mogła zaprzestać chęci żadnego ruchu.
Co ważne dla kotki – więdła kocimiętka. Fioletowe kwiatki, o których opowiadała jej mama, teraz brązowiały i opadały na słabych łodygach pod ciężarem suchych płatków. Ostatnie pozostałe okazy były mało spektakularne, wprost zasmucały swoją prezencją. Żal zajmowałby każdą istotę, gdyby tak obserwowała stopniowe zamieranie zioła… ona zauważyła w tym także umierającą perspektywę pomocy. Razem z nim markotność domu kładła w grobie przyjemne wspomnienia. Pod osłoną zmierzchu wymknęła się do ogrodu i przyjrzała się dokładniej roślince. Była ostateczną rzeczą trzymającą ją przy nadziei lepszego jutra, nawet jeśli każdy kolejny dzień zawodził. Może będzie w stanie coś zaradzić.
Z ostrożnością godną najbardziej wprawionego medyka, zrywała powoli owoce, które jeszcze miały na sobie pozostałą barwę w pełnej okazałości. Nie były wyblaknięte, zeschnięte, podeptane; rzeczywiste zioła, których obraz miała w głowie. Praca zajmowała jej dłużej, niż myślała przez ilość zawodzących łodyg, lecz nie przerwała jej ani na moment. Waga sprawy przeważała nad zdrewniałymi od stania na chłodzie łapkami. Przystępowała tylko z nogi na nogę z pyskiem wypchanym słodkim smakiem, którego nie pozwoliła sobie łykać, aby nie stracić choćby najmniejszego listka. Dla dobra sprawy było warto. Pomimo iż teraz mogła zobaczyć, dlaczego inni lubowali się w aromatycznej roślinie…
Kluczowe to jednak dostarczyć wiązankę bezpiecznie do określonego celu. W głowie ułożyła już cały plan działania. Skończywszy zbieractwo, ze starannością, jakiej nie używała praktycznie nigdy, zawinęła roślinki dłuższym źdźbłem trawy. Nie było to nazbyt ładne, aczkolwiek funkcjonalne i pozwalające na przeniesienie wszystkich medykamentów. Prowizoryczne wiązanie napełniło ją również dumą. Czyżby finalnie dorastała i zaczynała uczyć się coraz to nowszych rzeczy nawet na własną łapę? Jejuniu! Optymizm aż wrócił na momencik do jej odczuć, niosąc tak zawiniątko w pyszczku.
Wkraczając do głuchego domu, prysł jak mydlana bańka. Pieszczoszka brnęła dalej, byleby tylko zwęzić niewielką odległość dzielącą ją od ukończenia zadania oficjalnie. Przebyła korytarz… przemknęła przez uchylone drzwi, poruszając je lekko w procesie… skrzyp ich ponownego zamykania towarzyszył chwili, gdy ustała u podnóża leża Wyprostowanej, a następnie odbiła się. Tak wylądowała przy swojej drogiej właścicielce, śpiącej w grobowym milczeniu. Trochę długo leżała już bez ruchu, ale przedzierała się naprzód – teraz to już tylko ostatnie kroki! Może zmęczyła się bardziej niż zwykle. Ona też czasem spała do samiutkiego południa, po wysiłku.
Łapa za łapą i stanęła przy głowie swojej Pani. Posłała jej dłuższe spojrzenie, zawieszając wzrok na przerażająco uchylonych oczach. Chyba było to normalne, przynajmniej dopóki spała? Dwułapni to przedziwne istoty… Nie wiedząc co innego począć, dopięła swego. Utorowała sobie drogę oraz ukończyła ją, odkładając podarek na klatce piersiowej Wyprostowanej. Dech zamarł jej w piersi z wrażenia nieziemskiego wyglądu takiej scenerii… może wszystko jeszcze miała szansę na ułożenie się w prawidłową stronę. Nie każda rzecz zapisana była na stracenie. Winna jest im kolejna szansa, nieprawdaż?
— Kiedy wstaniesz, wszystko wróci do normy. Wiem, że potrzebujesz odpoczynku… Po prostu nie mogę się doczekać! Bez obaw, poczekam, ile będzie trzeba, jeśli to oznacza wspólną zabawę — wymruczała koteczka, zwinąwszy się w ciasny kłębek obok ciała. Chłód bijący od niego troszeczkę dawał się jej we znaki, natomiast malutkiej nie zaniepokoiło to w większym obrazku. Nie rozumiała, czego właściwie była świadkiem. Zawinęła się ciaśniej i czekała aż porwie ją wybawczy sen.

Od Koszmarnej Łapy do Zamroczonej Łapy

Przeszłość

Koszmar, zamiast w żłobku, obudził się w ciemnym lesie. Wokoło panował złowrogi klimat, puchacz w oddali gdzieś pohukiwał, a wiatr gwałtownie dmuchał w gałęzie drzew. Bury chwilę się zastanawiał. Skoro zasnął w żłobku, a obudził się w mrocznym lesie, to może był… w Mrocznej Puszczy? Podekscytował się. Czy spotka jakiegoś super odważnego wojownika? Zamiast kulić się i trząść się ze strachu, nakrapiany biegał w kółko, a w jego oczach pojawił się blask. Jednak potem zatrzymał się i (przynajmniej jak na niego) wygiął złowrogo wargę, gdyż raczej super odważni i lubiący kości wojownicy nie pokażą się komuś, kto się zachowywał jak kociak!
Jednak po pewnym czasie (a nie dało się go nazwać niecierpliwym) zaczął się nieco niepokoić. Nikogo nie widział, nikt do niego nie przyleciał na czarnych, mrocznych skrzydłach, a sam czuł się bardzo sennie. A może ktoś go wykradł z obozu? Jakiś przebrzydły samotnik? Albo gorzej, lis? Borsuk? Ktokolwiek go wykradł, to jak się tylko pokaże, rozerwie go na strzępy! Wyrwie wszystkie zęby! I… i… po prostu im pokaże!
W pewnym momencie przypomniał sobie słowa mamy, Ognikowej Słoty: “niedługo będziecie musieli zmierzyć się z lękiem”. Może to była próba? Jeżeli tak, to nie zamierzał wyjść na tchórza! Co miałby powiedzieć swoim matkom, a w szczególności Ognikowej Słocie?
Nie mógł ich zawieść. Usiadł przy drzewie i popatrzył się na pochmurne niebo, na którym tylko widniał księżyc. Przypatrywał się jemu jego lodowatymi oczami. Był taki jasny… ciekawe, czy właśnie tam żyli mroczni przodkowie, którzy górowali nad tymi gwiezdnymi? Nie wiedział tego, ale był pewien, że silne dusze z Mrocznej Puszczy nie przyjmą do szeregów kogoś, kto by stchórzył przed wyzwaniem, dlatego postanowił pozostać dzielnym. Oparł się o drzewo i czekał na koniec nocy.

~*~

Kocurek zasnął, noc go nie przerażała. Można by było powiedzieć, że zachowywał się świadomie głupio i brawurowo, ale dorastał z pojęciem śmierci. Lubił słuchać o mrocznych historiach, niekiedy z końcem życia. Na dodatek, gdy upewnił się, że żadne dziwne stworzenie go nie porwało, uspokoił się i postarał się zregenerować energię. Obudził się rano przez wiatr, który bawił się jego pędzelkami. Ziewnął, przeciągnął się i zaczął czyścić swoje uszy. Zauważył kilku wojowników idących w jego stronę, w tym Kocimiętkowy Wir.
– Cześć, Koszmarze! Wracamy do obozu – miauknęła ruda i machnęła swoim krótkim ogonkiem.

~*~

Dotarli do obozu. Rodzeństwo, Iglak i Zamroczka, również weszli na polanę z innymi wojownikami. Z ich pysków nie można było wyczytać, czy byli zmieszani. Kocimiętkowy Wir podeszła do Ognikowej Słoty, a szylkretka poszła do legowiska przywódczyni. Po chwili kotka ze wzorem motyla na plecach weszła na pień i krzyknęła:
– Niech wszystkie koty zbiorą się na zebranie klanu!
Wszyscy, którzy mieli być, przebywali niedaleko polany, a więc zebranie wszystkich kotów nie trwało długo. Jedni byli zaintrygowani, czy dzieci Ognikowej Słoty i Kocimiętkowego Wiru oraz wnuki Zalotnej Gwiazdy przeszły test? Czekali na werdykt. Inni zaś dopiero wstali i dzielili się z innymi językami.
– Dzisiaj wojownicy poszli sprawdzić, czy te oto koty, Iglak, Koszmar i Zamroczka, są gotowi, aby rozpocząć szkolenie na wojowników. Zdali test odwagi, a więc przyszedł czas na ich mianowanie. Iglaku, podejdź tutaj.
Dymny zrobił krok do przodu.
– Od dzisiaj będziesz znany jako Iglasta Łapa. Twoim mentorem będzie Kocimiętkowy Wir. – Spojrzała na mistrzynię. – Mam nadzieje, że przekażesz mu wszystko, czego się nauczyłaś.
Koty zetknęły się nosami i odeszli na bok.
– Koszmarze, podejdź!
Bury kocurek dumnie podniósł głowę i wystąpił przed szereg.
– Teraz będziesz się nazywać Koszmarna Łapa, a twoim mentorem zostanie Nadciągający Pomrok.
Kocur był szczęśliwy. Miał jedną z trzech mistrzyń, ważnych kotów w Klanie Wilka jako mentorkę, a nawet jako ciotkę. Z czego co wiedział, był jej drugim uczniem. Na dodatek usłyszał, że dawna uczennica Ognikowej Słoty, Cykoriowy Cykor, tchórzliwie uciekła. Nie będzie taki jak ona. Mama będzie z niego bardzo, ale to bardzo dumna.
Zetknęli się nosami i odeszli na bok.
– Zamroczko, podejdź. Od dzisiaj będziesz znana jako Zamroczona Łapa, a twoim mentorem zostanie Cętkowany Tęgosz.
Kocurek gratulował siostrze. No cóż, może to był tylko wojownik, ale jaki wojownik. Był jego kuzynem i synem samego Cienistej Zjawy.
– Niech przodkowie oświetlają waszą drogę! – liderka zakończyła i zeszła z pnia.
– Iglasta Łapa! Koszmarna Łapa! Zamroczona Łapa! – rozległo się.
– Kiedy chcesz się zmierzyć, Zamroczona Łapo? Nie mogę się doczekać – powiedział lekko ironicznie i otarł się bokiem o siostrę.

<Zamroczona Łapo?>
[700 słów]

[14%]

Od Poczciwego Szakłaka CD. Gasnącej Prawdy

✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩
Przeszłość, wieczorem,
w pobliżu lecznicy
✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩

Czarny kocur powolnym krokiem przemierzał korytarze podziemnego obozu klanu, kiedy przechodząc obok lecznicy, do jego uszu dotarły nieco przytłumione głosy, będące mu bardzo znajome. Nie chciał podsłuchiwać, lecz chęć wysłuchania opowieści kremowego kocura oraz kocięcej radości Patyczaka była silniejsza. Wojownik przysiadł tuż obok wejścia, by następnie skupić się na tym, co dwójka bliskich mu kotów mówi.
W takich momentach cieszył się, iż udało mu się znaleźć kogoś takiego, jak Gasnąca Prawda oraz udało mu się uratować Patyczaka przed śmiercią, której i tak już za dużo widział. W tym liliowym maluchu dostrzegał w pewnym stopniu samego siebie — oboje stracili kogoś bliskiego, byli świadkami śmierci, choć młodzik tego wszystkiego doświadczył bardzo szybko, Szakłak przynajmniej miał trochę czasu, nim musiał się z tym zmierzyć. Miał nadzieję, że uratowany kociak nie popadnie w epizody marazmu, niczym on za każdym razem, kiedy czuł, że wszystko, co znał, uznawał za swoje jedyne szczęście w życiu, znikało w czasie mrugnięcia oka.
Zielonooki wciąż miał parę kotów, na których mógł polegać i nie dosięgły ich szpony okrutnego końca swych księżyców. Może i to niewielkie grono czasem ulegało zmianie, lecz nadal istniało i to było najważniejsze dla wojownika. Po zdradzie Rudzikowego Skrzydełka, ilość najbliższych Burzaków się uszczupliła i to na kolejne księżyce, lecz znalezienie Patyczaka niosło ze sobą nową nadzieję dla niego. Szakłak może i nie miał nigdy z nikim potomstwa, lecz tego liliowego kocura uważał w jakimś stopniu za swojego syna, nawet jeśli to Gasnąca Prawda odwiedzał go znacznie częściej niż czarnofutry.
Kiedy tylko w lecznicy nastała cisza, wojownik podejrzewał, że zdrowiejący kociak zasnął. Mimo to Poczciwy Szakłak pozostawał w miejscu, które wcześniej zajął. Z racji obecnej pory dnia, nie musiał się martwić tym, że zaraz zostanie przez kogoś porwany na patrol lub będzie trzeba iść na trening z Bursztynową Łapą.
— Wybacz — mruknął do pomarańczowookiego, gdy tylko stanęli ze sobą pysk w pysk. — Nie spodziewałem się, że masz takie doświadczenie w walce — dodał z lekkim uśmiechem.
— Podsłuchiwałeś?
— Możliwe — odparł z lekkim zawadiackim uśmiechem, drocząc się nieco z rozmówcą. — Miło usłyszeć, że dobrze się dogadujecie i dbasz o niego.
— Może ty następnym razem coś mu opowiesz? — zaproponował kremowy.
— Nie mam żadnych ciekawych historii tak, jak ty. W moim życiu było więcej śmierci, niż tego trzeba — podsumował, spoglądając kątem oka w stronę, gdzie powinien leżeć zdrowiejący kocurek.

✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩
Przeszłość, niedługo po
odejściu Bursztynowej
Łapy z Klanu Burzy
✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩

Zielonooki samotnie leżał w legowisku wojowników na posłaniu, które kiedyś nosiło subtelny zapach Krokusowej Kruchości i Skrzydlatej Płomykówki. To właśnie te dwie kotki w największym stopniu przyczyniły się do powstania nowych miejsc do spania dla większości Burzaków. Teraz plecionka traw, mchu, gałązek i puchu były przesiąknięte zapachem Szakłaka, lecz od jakiegoś czasu można było wyczuć zapach jeszcze jednego wojownika — Gasnącej Prawdy, który miał posłanie tuż obok i często nim oboje zdecydowali się na zasłużony spoczynek po ciężkim dniu, to potrafili niemal do nocy rozmawiać. Teraz jednak po kremowym nie było śladu, a jedynym dowodem jego obecności była słaba nuta słonego morza, znad którego pochodzi starszy.
Podczas nieobecności pręgowanego Szakłak mógł jedynie wdychać powietrze z jego niewyrazistym zapachem. W ostatnich dniach było u kocura niczym w niebie, jednak jedna sytuacja wystarczyła, by powrócił do punktu wyjściowego. Bursztynowa Łapa zadecydował o swym odejściu z Klanu Burzy. Był drugim uczniem wojownika i kolejnym, którego zawiódł — a przynajmniej tak uważał solid. W końcu co mogło być innym powodem tego, że rudy uczeń opuścił rodzime tereny? Nie nadawał się mentora, pomimo usilnych starań wyszkolenia terminatora na kogoś, z kogo może być dumny nauczyciel, lider, klan, rodzina. Był bardzo wdzięczny Poczciwemu Dziwaczkowi za każdy księżyc nauki i nie chciał, by jego wiedza zakończyła się na takim nieudaczniku, jakim był Szakłak.
Pogrążony w swych myślach, które już tak dobrze znał, będące niczym starzy znajomi, nie spostrzegł, kiedy do jaskini wkroczył wojownik. Dopiero ciepło bijące od drugiego ciała sprawiło, że zielone ślepia skierowały się w prawo, gdzie obok kocura zasiadł Gasnąca Prawda. Jego kremowy pysk był przyozdobiony troską i zmartwieniem obecnego stanu najbliższego przyjaciela. Właśnie, przyjaciela. Burzak już dawno wyznał starszemu swe uczucia i nadal cierpliwie czekał, aż ten je odwzajemni lub oznajmi mu, że łączy ich tylko przyjaźń. Szakłak nie wiedział, co w tym wypadku było gorsze — pozostanie jedynie przyjaciółmi czy niedoczekanie się odpowiedzi.
— Nie możesz tu wiecznie leżeć. — Głos pręgowanego cicho rozbrzmiał w niemal pustym legowisku.
— Nic innego mi nie pozostało… Bursztynowa Łapa odszedł, podobnie jak Kołysankowa Łapa, choć on miał wybór i go dokonał. Dostałem dwie szansy, by nauki Poczciwego Dziwaczka nie przepadły. Dwa razy zawaliłem… — odparł ze słyszalną chrypką, która była wynikiem rzadszego używania strun głosowy niż wcześniej. — Jako wojownik powinienem wyszkolić chociaż jednego ucznia, jednak z tym nawet nie daje sobie rady. Może to znak, by przejść do legowiska starszyzny i zostać towarzyszem Czuwającej Salamandry.

✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩
Obecnie, w trakcie
pory opadających liści
✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩

Księżyce mijały, jednak nic nie zapowiadało, by Poczciwy Szakłak zmienił zdanie co do swego odejścia na emeryturę. Nawet dzień mianowania Patyczaka na ucznia nie był w stanie na dłużej go wyrwać z letargu, który kolejny raz zawładną jego życiem. Jego stan i może był niepokojący dla niektórych kotów, lecz ci, co go znali, wiedzieli, że w jego życiu tego typu momenty miały już miejsce, zwykle niedługo później przemijając, jakby to wszystko było naturalną koleją rzeczy w jego przypadku. Jednym z kotów, które widocznie były przejęte tym, była Skrzydlata Płomykówka, która nawet nie brała kocura pod uwagę w przypadku patrolu — podobnie w przypadku Gasnącej Prawdy, jakby liczyła, że sama obecność dawnego Klifiaka jakoś pomoże jej przyjacielowi. Zamiast tego sama brała na siebie wojownicze obowiązki, by klan w porze opadających liści nie odczuł zmian w liczebności kotów na patrolach, szczególnie łowieckich.
Zielonooki jak zwykle leżał na swym już zużytym posłani, kiedy do jaskini wkroczyła dwójka kotów. Srebrna zastępczyni oraz kremowy wojownik. Oboje martwili się o leżącego całymi dniami kocura, który ograniczył wszystko, co możliwe do minimum — jedzenie, picie, ruch. Nie był już tak młody, więc jego organizm szybko ukazał te pierwsze oznaki zaniedbania.
— Szakłaczku — zaczęła niebieskooka.
— Wiem, co powiesz Skrzydlata Płomykówko. Zdania od ostatniej rozmowy nie zmieniłem. — Kocur nadal upierał się przy zdaniu, że powinien odejść do starszyzny, nawet jeśli mógłby być wojownikiem przez jeszcze dobrych parę księżyców.
— Ja to załatwię — oznajmił pomarańczowooki, na co srebrna skinęła głową i bez cienia zawahania się opuściła legowisko, pozwalając, by ta dwójka porozmawiała w cztery oczy.

<Co takiego chcesz mi przekazać, przyjacielu?>

Od Purpury

༺═──────────────═༻
Wrzosowiska, wieczór,
pora opadających liści
༺═──────────────═༻

Liliowy wojownik wraz z szylkretowym stróżem został wybrany przez samego lidera do towarzyszenia starszemu w trakcie ważnego spotkania na Wrzosowiskach wraz z Zawodzącą Gwiazdą. Pręgowany wolałby teraz przebywać u boku partnerki, doglądając ją w czasie snu, w końcu już niedługo miała wydać na świat jego potomków! Już nie mógł się doczekać momentu, kiedy to będzie zajmować się kociętami, pomagając je wychować, nim te będą na tyle duże, aby wybrać drogę szkolenia. Owocniak liczył, że chociaż jedna z pociech wybierze ścieżkę wojownika niczym on, lecz nawet jeśli coś takiego nie będzie mieć miejsca, to i tak będzie wsparciem dla nich.
Jego rozmyślania nad nowymi członkami rodziny zostały przerwane przez słowa Czereśnia na widok dymnego lidera Klanu Burzy, z którym mieli sojusz.
— Witaj Zawodząca Gwiazdo.
Żółte ślepia skupiły się na trzech sylwetkach przed nimi. Pośrodku stał sam wyżej wymieniony, a po jego bokach biały kocur oraz szylkretowa kotka.
Skinął starszemu kocurowi głową.
— Dobrze Cię widzieć, Czereśnio — miauknął.
— Skoro się tu zjawiłeś, to zapewne dotarła do ciebie wiadomość o chęci spotkania — odparł, spoglądając kątem oka na Purpurę oraz Poziomka, których osobiście wybrał na to spotkanie. — Ostatnie księżyce w Owocowym Lesie były pełne zmian i wydarzeń, które nie pozwalały mi na wcześniejsze przekazanie Ci wieści, co wolałem zrobić osobiście.
Uniesiona brew oraz lekkie poruszenie końcówką ucha przez dymnego zdradzało jego zainteresowanie tematem, którego podjął się czekoladowy.
— Klan Burzy również miał łapy pełne roboty... Jak już oczywiście wiecie. O co chodzi?
— Parę księżyców temu nasz patrol znalazł na naszych terenach białą kotkę, która okazała się waszą medyczką. Od uzdrowicieli i jednego z wojowników wiem, że nosi miano Wełnistej Mszycy. Nie rozmawiałem z nią jeszcze o sposobie znalezienia się poza klanem, chcąc poczekać, aż nabierze pełni sił.
— Tak. To nasza medyczka... Zaginęła podczas pożaru — wydusił z siebie po paru uderzeniach serca, po czym zamilkł na kilka kolejnych. — Została wygnana z naszych terenów przez koty, przed którymi was ostrzegaliśmy... Jeśli wierzyć im na słowo. Nasze poszukiwania okazały się bezowocne. — Jego wąsy zadrżały. — Wszystko z nią dobrze? Była ranna?
— Podobno ledwo była w stanie utrzymać się na łapach o własnych siłach. Nasi uzdrowiciele stawali na wąsach, by pomóc jej w powrocie do zdrowia. Z tego, co się dowiedziałem, że już niedługo będzie mogła opuścić lecznicę i wrócić do rodzimego klanu, o ile tego zechce.
— Niech Klan Gwiazdy ma ją w opiece... — wymamrotał z pochyloną głową. — Dziękujemy. Jestem Wam niezmiernie wdzięczny. Możecie jej przekazać, że zawsze znajdzie się dla niej miejsce w szeregach Klanu Burzy; nie będziemy jednak trzymać tego przeciwko niej, jeśli zdecyduje się nie wracać do domu.
Na podziękowania Czereśnia jedynie skinął głową.
— Kiedy tylko uzdrowiciele uznają, że jest gotowa, by opuścić lecznicę, porozmawiam z nią. Chyba że wolisz osobiście z nią pomówić o jej decyzji, nie będzie to żadnym problemem dla nas, w końcu jesteśmy sojusznikami.
— Pozostawię jej tę decyzję — miauknął w końcu. — Nie chcę, aby czuła dodatkowy stres czy presję. Klan Burzy poniekąd ją zawiódł; nawet jeżeli będziemy się kłócić, czy to na pewno nasza wina. Niech spokojnie wraca do zdrowia.
— W takim razie przekaże ci niedługo wieści, może uda się przed zgromadzeniem — odparł. — Mam nadzieję, że Burzacy radzą sobie po pożarze i żadna tragedii was w najbliższym czasie nie spotka.
Skinął głową i uśmiechnął się delikatnie do rozmówcy.
— Dziękuję jeszcze raz — miauknął. — Dla Owocowego Lasu również życzę pomyślności. Proszę, przekaż moje pozdrowienia moim dzieciom oraz Purchawce.
— Oczywiście. Jeśli każde z was będzie chciało, to dostaniecie możliwość spotkania się na zgromadzeniu, nie widzę żadnych przeciwwskazań, by nie zabrać na nie Psianki, Modrogończyka oraz Purchawki.
— To samo tyczy się Milknącego Zewu czy Łzawej Łapy — odparł Burzak. — Nie chciałbym odbierać im relacji z drugą stroną rodziny.
Spotkanie samo w sobie nie było bardzo długie, lecz Purpura w niektórych momentach był w stanie zauważyć, jak albinos u boku lidera reaguje znacznie bardziej od Burzaczki po drugiej stronie Zawodzącej Gwiazdy. Kocur był tak samo śnieżnobiały, jak kotka, która była tematem ich rozmowy — może byli rodzeństwem. Liliowy nie wiedział, kim dla siebie są, lecz był pewnym, że kimś ważnym.

༺═──────────────═༻
Następnego dnia,
wczesne popołudnie,
pora opadających liści
༺═──────────────═༻

Żółtooki po porannym patrolu z Hiacyntem oraz Świergotkiem, skierował się do stosu ze zwierzyną, chcąc dołożyć dwie świeże piszczki z trzech, które udało mu się upolować, oraz by wybrać coś dla siebie do wspólnego posiłku z Kasztanką.
Zupełnie przez przypadek dostrzegł, jak czekoladowy kocur znika w dziupli uzdrowicieli, a tuż za nim jego dawna zastępczyni, która po niedawnych zmianach w Owocowym Lesie została jedną z radnych. Wojownik mógł jedynie się domyślać, iż Czereśnia będzie przekazywać zdrowiejącej kotce wieści na temat rozmowy z jej dawny liderem. To jednak nie stanowiło aż takiego źródła zainteresowania, więc liliowy po chwili odszedł z parą piszczek w pysku, chcąc spędzić czas z partnerką.

Wyleczeni: Figa