BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot u samotników!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 lutego, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

06 lutego 2026

Od Mrocznej Wizji CD. Makowego Nowiu

Mroczna Wizja zamruczała cicho. Trzy małe kulki leżały zwinięte u jej boku, wtulone jej futro. Ich drobne boki unosiły się i opadały w równym rytmie snu.
– Za kilka wschodów słońca będzie z nimi dużo roboty – miauknęła cicho. – Pomyśl tylko, co będzie się działo w żłobku, gdy zaczną chodzić. Będą pakować się w kłopoty szybciej, niż zdążymy mrugnąć.
Makowy Nów spojrzała na kocięta z niepokojem. Czarna kotka dostrzegła w jej oczach lęk.
– Nie są takie słabe, jak się wydaje – odezwała się łagodnie Mroczna Wizja. – Medyczka powiedziała, że wszystkie są zdrowe i silne. Każde z nich.
Makowy Nów pokręciła powoli głową, a na jej pysku pojawił się blady uśmiech.
– Oczywiście, że są silne – odpowiedziała cicho. – Mają przecież wspaniałą matkę.
– Nawet dwie wspaniałe matki – uściśliła Mroczna Wizja, patrząc ciepło na partnerkę. – Wszystko będzie dobrze, Mak. Zobaczysz.
Na moment obie uwierzyły w te słowa.

* * *

Makowy Nów nie żyła.
To nie tak miało być. Miały razem się zestarzeć, przeżyć spokojne sezony, obserwować rozwijający się klan. Co prawda Mak była starsza, więc może… może jej czas rzeczywiście nadszedł? Ta myśl była jak cierń. Kłuła ją, a jednak nie mogła się jej pozbyć.
Ta śmierć nie zabolała Mrocznej Wizji tak, jak inne. A może właśnie dlatego bolała inaczej. Rodzeństwo i rodzice nie powinni byli zginąć. Nie w ten sposób. Nie tak nagle, tak brutalnie, bez pożegnania.
Zaranna Zjawa…
Czarna nie wiedziała, co stało się z kotką. Wiedziała jednak, że jej mentorka była siostrą Makowego Nowiu. To znaczy, że była w tym samym wieku. Że czas mógł upomnieć się również o nią.
A jeśli już to zrobił?
Mroczna Wizja zamknęła oczy, czując, że coraz trudniej jest jej oddychać. Jej klatka piersiowa nie chciała się podnosić. Zapragnęła, aby wkrótce duchy mrocznej puszczy przyszły też po nią. Żeby wreszcie mogła dołączyć do wszystkich, którzy ją opuścili.
Obietnica, którą kiedyś złożyła Mak, wciąż brzmiała jej w uszach. „Wszystko będzie dobrze, Mak.”
Tylko że teraz nie była już tego pewna.

Od Stroczkowej Łapy

Przeszłość

Stroczkowa Łapa poczuł, jak w gardle tworzy mu się wielka gula, a serce zapada, niczym łapy w gęsto posypanym śniegu. Wieść o śmierci Amorphiny, białej samotniczki, która przyłączyła się do Świetlików, gdy najbardziej tego potrzebowali, poniosła się po kotach szybciej, niż jakakolwiek plotka, która mogła dotrzeć do kocurka za czasów, kiedy przebywał w Klanie Wilka. Amorphina była znana z tego, że często poświęcała dużo więcej czasu innym kotom, mało co przekazując sobie, jakby nie była wystarczająco ważna według siebie. Rudego bardzo to martwiło, jednak nigdy nie pomyślałby, że kotka byłaby zdolna zapomnieć o jedzeniu. Nastały ciężkie czasy, które trzeba było jakoś przeżyć, nie zamierzał oddawać się w ramiona Klanu Gwiazdy, nie teraz, było za wcześnie na niego.
Wieczorem odbyło się chowanie oraz czuwanie. Wszyscy opłakiwali straconą towarzyszkę, zielonooki wiedział, że nie chciał doświadczyć nigdy czegoś identycznego, mimo że śmierć była nieodłączną częścią życia. Co jakiś czas ktoś ważny był odbierany, zazwyczaj z różnych powodów. I zawsze wydawało się, że pobył na tym świecie zdecydowanie zbyt krótko i powinien pospacerować jeszcze, powinien dostać ostatnią szansę, żeby przeżyć swój końcowy dzień najlepiej, jak tylko mógł. Jednak było to niemożliwe, nikt nie wiedział, kiedy dokładnie odejdzie. Kocurek wtulił nos w ogon, przymykając oczy, próbował zasnąć.

***

Teraźniejszość

Stroczkowa Łapa z lekkim sentymentem rozglądał się po drzewach. Ciekawe, czy samotnik, którego ostatnio spotkał, dotarł bezpiecznie do swojej rodziny? Miał nadzieję, że tak. Skoro nie wrócił, na pewno zdołał powrócić do swoich bliskich. Kocurka zdziwiła też myśl, że nawet nie zadawał mu pytań, skąd przybywał i nawet, dlaczego spotkała go taka przykrość – skupił się bardziej na udzieleniu pomocy, czego nie uznawał za koniecznie złego, tylko ciekawość chyba nie była czymś złym, oczywiście należało stosować jej z umiarem, jak wszystkiego. Zielonookiemu udało się dowiedzieć czegoś istotnego – grzyby wcale nie były roślinami, były czymś zupełnie odmiennym i źle do nich podchodził. Oczywiście, było za zimno, żeby rosły tak masowo, jak jeszcze jakiś czas temu. Szkoda…
Nagle podbiegł do niego spanikowany kocur, rozglądając się wręcz dziko po gęsto porośniętym lesie. Rudy przechylił głowę odrobinę w bok, nie mogąc zrozumieć, dlaczego nieznajomy prezentował się w ten sposób. Czy dolegało mu coś?
— Czy możesz mi, proszę pomóc? Potrzebuję pilnej pomocy, moja partnerka rodzi, a ja się wcale na tym nie znam i się o nią strasznie martwię, błagam — wykrzyczał wręcz, całe zdanie wydawało się chaotyczne, chociaż starszy widocznie silił się na spokój, co patrząc na zaistniałą sytuację, nie wychodziło mu najlepiej. Pręgus pokiwał szybko głową.
— Gdzie jest? Pomogę ci, zaprowadź mnie do niej — poprosił.
Po chwili obydwaj zanurkowali w pobliskich krzewach, biegnąc pewien dystans przez zmarznięte, uschnięte krzewy. Wymijali wysoko wystające korzenie drzew, przeskakując przez nie zwinnie. Gdy rudy czuł coraz mocniejsze palenie w płucach i jego łapy powoli zaczynały go martwić, ponieważ dostał większej dawki wysiłku, niż potrzebował, dotarli wreszcie na miejsce. W jamie, ostrożnie i starannie wyścielonej leżała kocica. Jej brzuch był obrzmiały, bok unosił się i szybciutko opadał. Mimo ogromnego chłodu, sapała, jakby z upału. Stroczkowa Łapa pochylił się nad nią, kocica rozszerzyła oczy, niemal wstając na łapy, żeby bronić własnej jamy.
— Nic się nie martw, on przyszedł tylko pomóc — przedstawił jej bliski, co uspokoiło ją, chociaż w małym stopniu. Stroczkowa Łapa był niezwykle za to wdzięczny – samemu by prawdopodobnie niepotrzebnie przedłużał wyjaśnienia niepotrzebnie, a liczyła się każda sekunda. Wycofał się prędko z nory i chwycił jeden z pobliskich patyków, który ocenił jako względnie wytrzymały. Wrócił do kotki.
— Przygryź go i przyj — powiedział jej, pamiętając instrukcje, które mu przedstawiła jego mentorka. Powtarzał je w kółko tak wiele razy, że ta odpowiedź przyszła mu wręcz naturalnie.
Kocica postąpiła tak, jak jej nakazano. Kocurek obserwował ją bacznie – już po jakimś czasie przy jej brzuchu pojawiły się cztery kulki. Poród przeszedł sprawnie, co go niezwykle cieszyło. Był z siebie ogromnie dumny i słusznie.
— Tak bardzo ci dziękuję, ja… nie wiem, co byśmy zrobili, gdyby nie ty — powiedział kocur, głaszcząc delikatnie łapą małego kociaka, który był łudząco podobny do niego. — Nie zapomnimy ci tego.
Stroczkowa Łapa kiwnął im głową, posyłając dwójce szczery, szeroki uśmiech. Pożegnał się z nimi serdecznie, oferując kolejną pomoc w razie potrzeby. Zaczął powoli wycofywać się z powrotem do obozu, jego mentorka z pewnością się o niego martwiła, a on bardzo nie lubił, gdy się denerwowała, nie lubił jej niepotrzebnie stresować.

[709 słów - trening medyka, udział przy odbiorze porodu]

Od Stroczkowej Łapy

Stroczkowa Łapa czuł nieprzyjemny chłód przemierzający jego gęste, jasne kłosy. Wzdrygnął się, gdy mroźne pazury zionęły prosto w jego pysk, niczym lodowym ogniem. Zmarszczył nos, przedzierając się przez zaspę dalej. Zależało mu na tym, by dzisiejsza przechadzka nie poszła całkowicie na marne. Mianowicie – ciekaw był, czy grzyby potrafiły przetrwać tak ekstremalne warunki. Zapamiętał poszczególne miejsca, w których rosły różne gatunki, chociaż dla niego różniły się głównie kolorystycznie, więc naturalne było wzięcie ich jako różne. Chciał wierzyć, że pobliskie wiewiórki, gryzonie i wszelkie zwierzęta zamieszkujące okolice nie urządziły sobie z nich uczty. Gdy tak wędrował, rozglądając się po wysoko rosnących drzewach, pnących się ku niebu pewnie, zaczął łapami rozkopywać i posyłać za siebie małe garści śniegu, tuż pod ciemnym drzewem. Ku jego zdziwieniu, po grzybie nie zostało absolutnie nic. Czy zdążyli go do tego czasu zjeść? A może tak niesprzyjające warunki oddziaływały także na rośliny? Tak, na pewno na rośliny, ale czy grzyby można było do nich również zaliczyć? Może powinien zapytać o to Jarzębinowy Żar, nie chciał w końcu nikomu sprzedawać głupot!
Postawił uszy czujnie, gdy dotarło do niego ciche stękanie. Nieopodal dojrzał kocura o ciemnym, zmatowiałym i zmierzwionym futrze. Kuśtykał, z jego boku ciekła gęsta stróżka krwi, zostawiał za sobą szkarłatne ślady. Młodszy zbliżył się do niego ostrożnie, patrząc na nieznajomego z zaniepokojeniem.
— Przepraszam, czy mogę ci pomóc? — zapytał, mając nadzieję, że obcy nie poczuje się zaatakowany jego obecnością.
Jasne, mądre oczy skierowały się na niego, na kufie starszego wymalowane było wyraźne zmęczenie. Jego pysk przyozdobiony był siwymi włoskami, było ich naprawdę wiele.
— Nie marnuj na mnie ziół, młody… nie szkoda ci? — miauknął słabo, z jego pyska wydobywała się ciepła chmurka, prędko przeganiana przez podmuchy nielitościwego wiatru.
Zielonooki pokręcił głową, usłyszawszy jego słowa. Jego wąsy zadrżały – dlaczego tak mówił? Nawet na starszyznę gotów był poświęcić większą część magazynka, jeśli tylko miało to zapewnić bezpieczeństwo całej grupie, a przede wszystkim poszkodowanemu. Położył po sobie uszy.
— Zaczekaj tutaj — powiedział do niego, po czym wycofał się i zanurkował w pobliskich krzewach.
Wrócił do niego z wysuszoną garstką ziół. Ich zapach, zwykle intensywny, teraz przytłoczony był przez mróz, którego nie dało się ot tak zignorować. Zielonooki przyniósł ze sobą także pajęczyny, było to niezwykle istotne, bo w przeciwnym wypadku jak mógłby opatrzeć potrzebującego? Podszedł do kocura ponownie, układając przed nim zebrane przez siebie rzeczy.
— Może cię zapiec, ale powinno się zagoić dość sprawnie — przedstawił, po czym zabrał się za czyszczenie posklejanych, brudnych płatów futra. Absolutnie nie należało to do czegoś, co nazwałby przyjemnym, aczkolwiek nie mógł odmówić pomocy kotu w potrzebie. Starszy, widząc, że młody nie zamierzał dać się spławić, pozwolił na to, żeby mu pomóc chociaż troszkę. Gdy Stroczkowa Łapa oczyścił pobrudzone, uszkodzone miejsce, wziął się za przeżuwanie ziół na papkę.
Chwilę mu to zajęło, dźwięk gałęzi kołysanych przez wiatr działał na niego kojąco. Zawsze myślał wtedy o każdym treningu, który odbył pod czujnym okiem swojej mentorki w towarzystwie wszystkich tych drzew. Uśmiechnął się odrobinę. Po paru uderzeniach serca wypluł papkę na swoją łapę, dzieląc ją i przykładając do każdego skrzywdzonego miejsca. Załatał je starannie i zwinnie pajęczyną.
— Jak się Pan czuje? — zapytał, patrząc obcemu prosto w oczy, chociaż nie miał na myśli nic negatywnego.
Starszy pokiwał słabo głową. — Lepiej, dziękuję ci bardzo — mruknął, po chwili dźwigając się na łapy. — To powinno wystarczyć — dorzucił, chociaż rudy nie był pewien, czy do niego, czy bardziej do siebie.
Zielonooki również rozpromienił się. — Proszę, by Pan uważał, żeby rana nie dotykała żadnych brudnych miejsc i trzeba też być bardzo ostrożnym, jak chodzi o pajęczynę. Ona jest lepka i dobrze łata rany, jednak doskonale zbiera brud, a to działa niekorzystnie na uszkodzenia, może wdać się infekcja — przedstawił, poruszając ogonem delikatnie na boki.
Starszy w odpowiedzi pokiwał głową, na znak, że zrozumiał. — Będę się już zbierać. Moja rodzina na mnie czeka, dziękuję ci jeszcze raz — miauknął, machając mu ogonem na pożegnanie. Uczeń poczuł przyjemne uczucie rozpływające się po jego klatce piersiowej. Zdążył zupełnie zapomnieć o swoich grzybach, które chciał posprawdzać.

[653 słowa - trening medyka, wyleczenie postaci npc]

05 lutego 2026

Od Kosaćcowej Grzywy CD. Porywistego Dębu

Niegdyś chroniły go wiecznie zielone świerki, lecz od kilku księżyców musiał chować się we własnym futrze przez mróz, który przedostawał się przez nagie gałęzie dębów i brzóz. Pocieszenie mógł znaleźć jedynie w subtelnych promieniach słońca.
— Kosaćcowa Grzywo.
Wydźwięk tego imienia był dziwny. Brzmiało ono nieodpowiednie dla uciekiniera. W końcu nie był już lojalnym wojownikiem Klanu Wilka, a zbiegiem i zdrajcą.
— Kosaćcowa Grzywo!
Kocur zastrzygł uchem. Leżał w swoim legowisku, a jego wzrok był wbity w dół. Chciał zasnąć wiecznie. Zapaść się pod ziemię. Oczy kleiły mu się, a głowa odmawiała posłuszeństwa. Westchnął ciężko.
— Kosać…
— No żesz, wstaję już! — warknął i gwałtownie się podniósł z wielkiego posłania. — Czego chcecie tym razem? Może tym razem mnie wyrzucić na zbity pysk!? — syknął i spłaszczył uszy.
Gdy raczył obdarzyć biedaka spojrzeniem, omal nie wyskoczyło mu serce z piersi.
To był…
— Poziomku, ja nie… — wymamrotał zmieszany.
Pokręcił głową i zacisnął szczęki.
Wystraszony Poziomkowa Polana ugiął się pod byłym mentorem, zbyt przerażony, aby cokolwiek rzec w tej sprawie. Wyglądał nie tylko na zaskoczonego, ale i na zaniepokojonego. Szylkretowy kocur odsunął się od białego wojownika i westchnął ciężko.
— Ja… ja tylko ch…ch… chciałem, abyś ze mną poszedł… się przejść.
Pysk Kosaćca złagodniał.
— No dobra, Ziomeczku-Poziomeczku! — rzekł z fałszywym uśmieszkiem, zmuszając się do siadu. O mało, co ziemia by się nie zatrzęsła z powodu jego wagi. A zważywszy, że mało robił, masy mu się rzeczywiście przybrało. I faktycznie przydałby mu się ruch na świeżym powietrzu. — No to co, ruszamy, czyż nie?
Młodszy nerwowo skinął mu głową. I wyszli.

***

Oboje przykucnęli, gdy do ich nozdrzy dotarł smakowity zapach.
— O, patrz! — pisnął podekscytowany Poziomkowa Polana. — Tam jest mysz!
Kosaćcowa Grzywa skinął mu głową. Wysunął pazury i bez zbędnego myślenia z prędkością światła wgryzł się umiejętnie w kręgosłup zwierzyny. Słodki płyn przyćmił umysł Kosaćcowej Grzywy; zacisnął mocniej szczęki na myszce, aż w końcu… jej głowa spadła na oszronioną trawę. Młodszy kot zaniepokojony cofnął się, ale nie odezwał. Kosaćcowa Grzywa chwilę zszokowany gapił się w głowę gryzonia, po czym pokręcił łbem i na jego zakrwawionym pysku pojawił się słaby uśmiech.
— Brakowało mi krwi.
Poziomkowa Polana na jego słowa przełknął głośno ślinę i niepewnie przytaknął. Kosaćcowa Grzywa, widząc niemrawość byłego ucznia, zmrużył oczy. Wypluł ciałko myszy na brudną ziemię.
— Coś nie gra, Ziomeczku-Poziomeczku?
Odpowiedziała mu tylko cisza.
Biały uciekinier zmarszczył brwi.
— Odpowiedz — zażądał były mentor niskim głosem.
Młodszy uciekinier skulił się pod gromiącym go spojrzeniem Kosaćcowej Grzywy. Oddech Poziomka przyspieszył. Ponownie przełknął ślinę, wziął głęboki wdech i wydech, po czym zaczął walczyć z byłym mentorem na wzrok.
— Nie… nieważne — wymamrotał i nerwowo się odwrócił do Kosaćca tyłem.
Kosaćcowa Grzywa prychnął i prędko zagrodził mu drogę masywnym ciałem.
— Jak to "nieważne”? — warknął. — Powinieneś się bać prawdziwego kultysty! — powiedział z wysoko uniesioną brodą. — Nie mów, że wszystkie lekcje ze mną spędzone poszły w…
— Zalotna Krasopani jest twoją mamą.
Cisza zawisła między nimi.
— Ona… ona jest twoją mamą, racja? — powiedział Poziomkowa Polana pewniej.
Kosaćcowa Grzywa cofnął się.
— … Racja? — Kocur postawił jeden krok do przodu.
— Co ty… taki odważny, co? — wymamrotał srebrzysty van z nerwowym uśmieszkiem. Zmrużył oczy w szparki. — Przecież boisz się własnego cienia, ty…
Poziomkowa Polana stał sztywno z kamiennym wyrazem pyska.
— Masz takie same oczy jak ona — miauknął twardo. — Mimo wszystko jesteś ulepiony z tego samego błota, co ona. Nie możesz się nie zgodzić — mówił zimno. Przechylił łeb nienaturalnie, a na jego pysku pojawił się szeroki uśmiech. Oczy zaszły mroczną czernią, a po policzkach zaczęła spływać nocna maź.
Kosaćcowa Grzywa zaczął się cofać.
— Nie uciekniesz od tego — odezwały się głosy w ciele Poziomkowej Polany. — Nie jesteś zbawicielem. Nie jesteś bohaterem. Jesteś synem niechcianym, potępionym. Partnerem nielojalnym. Grzesznikiem — wysyczał. — Jesteś mordercą. Synem morderczyni! — zaryczał, stawiając pewniejsze kroki ku uciekinierowi. — Jesteś pomyłką. Klan Gwiazdy się nad tobą zlitował… ale zrozumiał swój błąd.
Obraz zaszedł niepokojącą czernią. Widział przed sobą dobrze mu znane, brązowe oczy. W oddali mógł usłyszeć odgłosy mew i spokojnych fali morskich, rytmicznie przybliżające się i oddalające od brzegu. Tak samo było, gdy jeszcze w Klanie Wilka miał koszmar. Koszmar, w którym zostało ujawnione, iż jego miłość spowoduje szkodę, nieurodzaj i ból. A nie tak później urodziły się jego słodkie córeczki…
Ciekawe, co u Postrzępionego Mrozu…

***

Wtem otworzył swe ślepia i zorientował się, że był w transie.
— Odpowiedz! — zażądała medyczka, a jej ogon zamiatał wściekle podłoże.
Biały kocur spiął mięśnie i zszokowany popatrzył się po trójce. Stał przed nim Miodowa Kora, Jarzębinowy Żar i… Porywisty Dąb. Westchnął ciężko i postanowił przybrać ledwo co posklejaną maskę.
Kosaćcowa Grzywa wypluł mech i pokazał owej dwójce swoje kiełki w swoim luzackim uśmieszkiem.
— Nigdzie go nie zabrałem, sam wyszedł ze mną. Nie musicie się tak spinać, tym bardziej że powinniśmy trzymać się razem. — Rozejrzał się. — Nieprawdaż, Miodowa Koro? — Ciężki wzrok spoczął na nim. — Jak to mówił Mglisty Sen? Są dwa obozy w Świetlikach, czemu utrudniacie w dobrym zacieśnianiu się więzi? Hmm?
Miodowa Kora warknął coś pod nosem, pokazując przy tym swoje kły. Ewidentnie zabolał go przytyk swojego byłego ucznia.
— Nie wycieraj sobie teraz pyska gadką o jednoczeniu się Świetlików — warknął.
Porywisty Dąb położył mech na ziemi i stanął pomiędzy kocurami. Jego tylne nogi trzęsły się z wysiłku. Wytrzymał spojrzenie Miodowej Kory i usiadł, nie mając siły.
— Nie wińcie Kosaćcowej Grzywy — wstawił się za kocurem. — To ja wyszedłem zaraz za nim. Nie chciałem wracać do dalszego leżenia, więc spróbowałem czegoś, co jest na tyle łatwe, bym mógł pomóc w budowie nowego obozu. Za długo siedzę tutaj, a jest coraz zimniej. Legowiska są prowizoryczne i brakuje, żebym jeszcze się przeziębił. Potrzebuje więcej ruchu, z resztą tak samo ciężko jest z Poziomkową Polaną. Przecież nie może przesiedzieć cały ten czas na posłaniu!
Kosaćcowa Grzywa patrzył się w swojego obrońcę beznamiętnym wyrazem pyska.
Jarzębinowy Żar wymieniła się skonfundowanym spojrzeniem z Miodową Korą.
— Wiecie co? Pójdę wam na łapę, jestem zbyt zmęczona, żeby użerać się z dwójką. Róbcie, co chcecie, tylko by to nie skończyło się gorzej, niż jest teraz.
Obdarzyła ich zmęczonym spojrzeniem i wróciła do swojego legowiska, gdzie na nią czekał Stroczkowa Łapa. Miodowa Kora z urazą popatrzył na Kosaćcową Grzywę, jednak nic nie powiedział kocurowi. Odszedł na ubocze, gdzie siedziała Rysi Trop.
Srebrzysty van splunął i prychnął. Pff, co tu kryć… ta grupa nie przetrwa. Przynajmniej nie w takim stanie.
— Strasznie się mnie czepiają — powiedział cicho Kosaćcowa Grzywa, przynajmniej jakby mówił to do siebie.
— A dziwisz się im?
Kosaćcowa Grzywa spojrzał na niego zdziwiony. Czyżby ten smarkacz śmiał pyskować?
Zatrzepotał długimi rzęsami, po czym odchrząknął i zwiesił głowę.
— Nie… nie mogę im się dziwić, Porywisty Dębie. — Pokręcił bezsilnie łbem. — Jestem tylko dla nich chaosem. Nieładem… — Przełknął ślinę. — …Pomyłką. Ale co zrobić, gdy przez całe księżyce tak dobrze grałeś, że w końcu przestałeś udawać? Światło nadziei zgaszono. Nie jestem już wybrańcem. Nie jestem tym, czego pragnęli ci gwiezdni.
Nagle tajemniczo się uśmiechnął.
— Nie byłem ich zabawką. Przeżyłem księżyce cierpienia, będąc noszonym przez wiatr. Szukałem przebaczenia, Porywisty Dębie. Znalazłem tylko cierpienie i wyrzuty sumienia. Może to ja miałem być tym antagonistą. Może to mnie powinny siły Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd zabrać w odmęty szaleństwa. Może to… może to ja powinienem zginąć przez jabłonkę. — Przy wypowiadaniu ostatniego zdania młodszy uciekinier mógł zobaczyć ból na pysku kocura. Najprawdopodobniej nawiązywało to do niefortunnej śmierci Zabłąkanego Omenu, inaczej Obłąkańca. — A mimo to, wciąż żyję. Nie wiem, czy mam szczęście i szansę na jakieś odkupienie… czy to kara za to, że istnieję i podczas życia cierpię… oraz krzywdzę tych, których poprzysiągłem sobie chronić, choćby kosztem życia.
Uśmiech zniknął.
Kurtyna opadła.
Czyżby Porywisty Dąb przedostał się przez ostatnią warstwę Kosaćca, której nikt nie zdobył od dawien dawna?
Ach, nie tak prędko. Ta bajka nie kończy się "... I żyją długo, i szczęśliwie”, gdyż…
… przedstawienie jeszcze się nie skończyło!
Biały kocur cmoknął, a zanim Dąb mógł cokolwiek rzec w tej sprawie, znów stali na oświetlonej scenie.
— No… to raczej na tyle z moich uczuć. Pora wrócić do tego jakże irytującego, starszego wojownika, którego wciąż śmieszą brązowe żarty — zarechotał. — Może chciałbyś pooglądać, jak ten mężny, odważny kocur kopie legowisko dla przywódcy, czyli samego siebie? — rzekł głośno oraz żartobliwie z wysoko uniesionym podbródkiem i puścił mu wesołe oczko.
I choć jak bardzo Kosaciec próbowałby kryć swój głęboki smutek, tak trudno było powstrzymać młodego wojownika przed współczuciem dla zbłąkanego wybrańca.
Kosaćcowa Grzywa stał nad nim z nerwowym uśmieszkiem, czekając niecierpliwie, aż kot spełni jego rozkaz. A może tego nie zrobi?

<No chodź, inwalido>

Od Szron (Oszronionej Łapy)

Wiatr dął, uderzając z impetem w kamienne ściany jaskini. Od czasu do czasu był na tyle silny, aby przynieść ze sobą wirujące smugi białego śniegu, pozwalając, aby potem osiadły na ciemnej posadzce. Wiele kotów pozostało w obozie, nie chcąc niepotrzebnie pchać się w środek tej zimowej zawieruchy. Szron wpatrywała się jednak w tych, którzy z grymasami zbierali się (głównie mentalnie), aby postawić pierwszy krok w tę zimnicę. Przeskakiwała leniwie ze skwaszonych pyszczków uczniów, których mentorzy wcale nie wyglądali znacznie bardziej chętnie do treningów, ale którzy byli czujnie obserwowani przez Pikującą Jaskółkę. Zastępczyni, nie bacząc na anomalie pogodowe, wysyłała patrole graniczne oraz dwa niewielkie patrole łowieckie, które po kolei wychodziły ze zwieszonymi ogonami, pogodzeni najpewniej, że jedyne co znajdą dziś między trawami, to przeszywający świst wiatru.
Nawet wiewiórki nie były tak głupie, żeby wychodzić na gałęzie podczas podobnej pogody. Cała wyprawiona grupa kotów była skazana na porażkę... A klan na coraz mniejsze zapasy.
— To besz szenszu — mruknęła pod nosem, nie spodziewając się niczyjej obecności. Słońce dopiero co budziło się, a promienie, które wpadały do obozu przez ścianę zmarzniętego wodospadu, były ogniście pomarańczowe. Słyszała wprawdzie, że matka i brat już też się obudzili, ale wydawali się być zajęci. Łuna powiedziała im, że to dzień ich mianowania, że zostaną uczniami i rozpoczną trening pod okiem jakiegoś zdolnego wojownika, że w końcu uwolnią się z ciasnej kociarni i poczują smak wyczekiwanej przestrzeni.
— Tak uważasz? — odezwał się zmęczony głos Jastrzębiego Zewu, która niespodziewanie pojawiła się za jej plecami. Pointka odwróciła się i zmrużyła niebieskie ślepia.
— Tak... — burknęła, ale już nie tak pewnie. Miała mieszane uczucia co do wiecznej królowej. Wiedziała, że była kiedyś szanowaną wojowniczką, że to ona konkurowała z Pikującą Jaskółką o rangę zastępczyni, że to wszystko stało się nieosiągalne po wojnie z Klanem Wilka, która wciąż ciężko spoczywa w pamięci większości kotów.
— A chcesz swój pierwszy trening spędzić z pustym brzuchem? — Podniosła jedną brew, wpatrując się przenikliwie w mordkę kociaka. — Wojownik nie poluję jedynie, gdy słońce grzeje w grzbiet, a bryza niesie trop zwierzyny prosto pod jego nos.
— Wiem! Nie jesztem głupia! — warknęła, marszcząc nos.
— Nie, nie jesteś... Ale jesteś naiwna i wygodna. Ale to się skończy... — miauknęła, schylając się nieco, aby złapać koteczkę za karczek i przyciągnąć bliżej. Posadziła ją między przednimi łapami i zaczęła wylizywać sterczące niesfornie futro na grzbiecie. — Wiatr jest zmienny i niemożliwy do opanowania, więc są szansę, że tak prędko, jak się wzburzył, tak prędko stanie się łagodny i pomocny. Ciesz się z tego. Być może twój pierwszy trening nie będzie niczym walka z samą naturą. — Przejeżdżała szorstki językiem po pyszczku kotki, a ta krzywiła się z każdym ruchem coraz mocniej. Nie rozumiała tego wszystkiego. Czy atrybutem wojownika jest piękne futro? Nie wydawało jej się, ale gryzła się w język. O ile Źródlana Łuna nie była przez nią zbytnio szanowana, tak nie mogła tego samego powiedzieć o szylkretcę, której ułożony charakter i przemyślane słowa faktycznie robiły na Szronce wrażenie. Milczała więc i pozwoliła doprowadzić się do jakiegokolwiek ładu.

Kościste, zmęczone ciało lidera wdrapało się z trudnością na mównice. Kocur trząsł się, nie wiadomo czy z zimna, czy z wysiłku. Wydawał się zagubiony, jakby nie do końca wiedział, dlaczego się fatygował. W końcu jednak jego oczy trafiły na dwójkę maluchów, stojących na dole, wciąż jednak otoczonych przez inne koty. Ich niecierpliwe spojrzenia przyciągnęły go do rzeczywistości. Odchrząknął ciężko i zaczął:
— Sztrzępku, Szron, wstąpcie. — Głos rozniósł się po obozie, próbując walczyć z hukiem wiatru. Jego wnuki zrobiły kilka kroków do przodu. Brat zatrzymał się idealnie pośrodku, ale koteczka zrobiła jeden dodatkowy sus, chcąc wymusić zaczęcie od niej. Wiedziała, że w tym momencie musi zacząć walczyć o pewien rodzaj dominacji.
"To zaczyna się teraz, już... To zaczyna się od małych rzeczy. Nie będę jak Jastrzębi Zew. Żałosna, smutna i roztrzaskana Jastrzębi Zew. Nie skończę zagoniona do żłobka jak ona czy nawet matka. Nie pozwolę się traktować w taki sposób." — pomyślała, wpatrując się w posiwiały pysk dziadka. Nie zareagował szczególnie na czyn pointki.
— Szron, ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś wkroczyła w szeregi uczniów. Od tego momentu, do kiedy otrzymasz imie wojownika, będziesz nazywana Oszronioną Łapą, a twoim treningiem zajmie się Trójoki Zając. Niech nauczy cię wszystkiego, co sam umie. — Na moment zrobił przerwę, aby uspokoić starczy kaszel, który nagle go zaatakował. Kontynuował w końcu, zwracając się tym razem do kremowego kocura, który również wyszedł z szeregu i stał teraz kilka kroków od swojej bratanicy. — Trójoki Zającu, jesteś już gotowy, aby zająć się pierwszym uczniem. Miejmy nadzieję, że przekażesz Oszronionej Łapie swoją pokorę i doświadczenie, abyś wyrosła na lojalną i zasłużoną wojowniczkę Klanu Klifu. — Zakończył, a klan kilka razy wykrzyknął jej nowe imie. Odwróciła się w stronę swojego nowego mentora. Nie wiedziała, czy cieszy się, czy nie, że został nim wuj. Nie wiedziała, czy wolałaby kota, którego znała, czy kogoś, kogo może widziała jeden raz, kiedy przemykał przez obóz. Mimo wszystko nawet ona był świadoma, że mogło być znacznie gorzej. W końcu zielonooki zbliżył się na tyle, że mogli dotknąć się nosami; słyszała, jak ten cicho pomrukuję. Razem z nim odeszła na bok, gdzie stał ojciec, a kilka kroków dalej, nieco na osobności, matka. Nie chciała łapać z nikim kontaktu wzrokowego, nie potrzebowała pochwał. Niczego jeszcze nie osiągnęła. To, co stało się teraz, nie było niczym wyjątkowym. Dopiero pokaże im, co potrafi.
Nie zwracała szczególnej uwagi na mianowanie brata, przynajmniej nie do momentu, kiedy nadano mu mentora, który raczej nie był na ten moment dysponowany i zdolny do przeprowadzania treningów. Na słowa, że rodzeństwo przez jakiś czas będzie dzielić się Trójokim Zającem... poczuła dreszcz ekscytacji. To była jej pierwsza szansa, jej pierwsza rywalizacja. Do momentu, kiedy Bukowa Korona nie zostanie zwolniony z legowiska medyków, będą spędzać czas razem, będą uczyć się od tego samego kota dokładnie tych samych rzeczy, a więc to, kto będzie lepszy, będzie zależeć tylko od ich własnego zaangażowania i wrodzonego talentu. To była szansa, której Oszroniona Łapa nie mogła zaprzepaścić.

[975 słów]

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Kamiennego Pióra

— Rozumiem. Chyba — mruknął cicho, kiedy już zdążył opanować swoje emocje. Jego miauknięcie wypełniło niezręczną ciszę, która nastała między nimi. To ucieszyło kotkę; na jej pysku pojawił się szeroki uśmiech, a oczy zabłysły.
— Naprawdę? To super! Bo wiesz, ja naprawdę nie chciałam, żeby było ci smutno z tego powodu, po prostu musiałam wygrać!
— Tak, wiem… — odparł Kamienna Łapa.
— Ale nadal wydajesz się jakiś taki smutny! — zauważyła kotka.
— No tak, no bo… Trochę się boję, że nie wygram żadnej bitwy i zostanę wyrzucony z klanu! — Jego głos delikatnie zadrżał. — Nie umiem tak dobrze walczyć, jak ty, i chyba nigdy się nie nauczę! — wyznał, a jego oczka się zaszkliły.
Przez kilka uderzeń serca ruda milczała, wpatrując się w smutny, zmizerniały wyraz pyska Kamiennej Łapy, nie do końca wiedząc, jak powinna zareagować. Coś ścisnęło ją w piersi. To, co mówił czekoladowy, nie było prawdą. Wcale nie był gorszy od niej. I wcale nie czekało go żadne wygnanie.
— Oj, nie mów tak! — odparła w końcu, kręcąc powoli głową. — Nie ma tak, że walczę “lepiej”, bo taka się urodziłam. Wystarczy trening, dobra taktyka, a każdego przeciwnika pokonasz skinieniem palca! — mówiła pewnie, zadzierając nos, jakby sama wierzyła w każde wypowiedziane słowo.
Kamienna Łapa wciąż pociągał nosem, niezbyt przekonany, jakby bał się uwierzyć w to, co słyszy.
— Masz jeszcze wiele księżyców przed sobą, nim Nikła Gwiazda w ogóle zacznie na ciebie patrzeć, myśląc: “kiedy by tu go wyrzucić” — kontynuowała, nieco łagodniej. — Wykorzystaj je dobrze, a w końcu, gdy staniesz do walki, będziesz pewny swojej wygranej! Ważne jest, byś się nie poddawał, bo jesteś już na bardzo dobrej drodze do zwycięstwa.
Zaczęła zasypywać go radami, poruszając wąsami z dumą i radością.
— Wyciągnij wnioski z naszej walki, pomyśl, co mógłbyś jeszcze przećwiczyć, w czym idzie ci gorzej. I nie bój się prosić swojego mentora o pomoc w rzeczach, które sprawiają ci trudność — dodała na koniec. Zastanawiała się tylko, czy jej słowa zostaną w umyśle ucznia na dłużej, czy może ulecieć miały już następnego dnia.

* * *

Walka Kamiennej Łapy na wojownika

Kocimiętkowy Wir zgromadziła się wraz z innymi kotami z Klanu Wilka, by obserwować walkę o tytuł wojownika między Kamienną Łapą a Cienistą Łapą. Ta potyczka szczególnie ją zaciekawiła, dlatego postarała się przecisnąć na sam przód zgromadzenia. Chciała mieć dobry widok – z całego serca kibicowała czekoladowemu kocurowi i miała nadzieję, że tym razem uda mu się wygrać.
Wciąż miała w głowie obraz z tamtego dnia, kiedy to jej samej udało się pokonać Kamyka. Dla niej był to dzień, który przyniósł dumę… ale dla niego? Pamiętała jego załzawione oczy, drżący głos. Serce krajało jej się na samą myśl, że pręgowany mógłby zostać wyrzucony z Klanu Wilka. Nie zasługiwał na to. Nikt nie zasługiwał. Pozbawianie kogoś dachu nad głową tylko dlatego, że nie urodził się maszyną do zabijania, było okrutne i podłe.
Może ścieżka wojownika po prostu nie była dla wszystkich. Nie zawsze niechęć do nauki wiązała się z lenistwem – Kocimiętka znała taki przykład aż za dobrze. Jej siostra, Makowa Łapa, była kotką o wrażliwej duszy. W każdym – nawet w zwierzynie, którą jadła na co dzień – widziała żywą istotę. Nie ociągała się, nie robiła na przekór swojej mentorce z czystej złości. Po prostu było jej pisane być kimś innym. Kimś, kogo Klan Wilka nie chciał wśród swoich szeregów. Ruda zdążyła już zauważyć, że tutaj liczyła się bezwzględność. Brutalność. Nie podobało jej się to, ale z drugiej strony… nie miała na to żadnego wpływu. Protest wiązałby się ze śmiercią, a ucieczka… Cóż, nie widziała siebie w roli samotnika.
Nagle po polanie rozległ się sygnał do rozpoczęcia walki.
Kamienna Łapa wystrzelił w stronę swojego przeciwnika jak strzała, lecz Cienistej Łapie udało się wykonać zwinny unik. Starszy runął na glebę, stękając cicho pod nosem. Kocimiętka poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Wychyliła łebek z tłumu i rozdziawiła pysk, jakby chciała coś krzyknąć do Kamyka, lecz ostatecznie z jej gardła nie wydobył się żaden dźwięk. “Dawaj, Kamienna Łapo. Poradzisz sobie z nim!” – myślała jedynie, wbijając pazury w ziemię.
Po chwili bury rzucił się na czekoladowego, przygważdżając go do podłoża, co jeszcze bardziej podburzyło Kocimiętkę. Jeśli Cienistej Łapie uda się go pokonać, to chyba sama wskoczy w wir walki i pogoni go tak, że już nigdy nie odważy się postawić łapy na terenach tego klanu!
Na szczęście Kamiennej Łapie udało się kopnąć przeciwnika w brzuch i wydostać spod jego uścisku. Zielonookiej jakby kamień spadł z serca. Walka wciąż trwała i wszystko mogło się jeszcze zmienić, lecz ona była przekonana, że Kamyk ma realne szanse na zwycięstwo, jeśli tylko pozostanie skupiony.
Czekoladowy zdołał uderzyć przeciwnika w uszy, a zaraz potem oba kocury turlały się już po ziemi, prychając i sycząc. W powietrzu latały strzępki futra, aż Kocimiętka musiała zmrużyć oczy, by żaden z nich nie wpadł jej do ślepi. W końcu żółtookiemu udało się przycisnąć młodszego do ziemi tak, że ten nie był w stanie się poruszyć.
Na pysku rudej rozkwitł szeroki uśmiech. Kamienna Łapa wygrał, a ona była jedną z tych kotek, które imię nowego wojownika skandowały najgłośniej.
— Kamienne Pióro! Kamienne Pióro! Kamienne Pióro! — wołała, gdy Nikła Gwiazda skończył wypowiadać formułkę.

* * *

Teraźniejszość

Kontakt z Kamiennym Piórem nieco jej przepadł, odkąd kocur został wojownikiem. Co prawda nie liczyła na to, że przez jej trajkotanie mu nad uchem o motywacji i treningach czekoladowy zacznie ją lubić, ale, tak czy siak, łapała się na tym, że czasem wpatrywała się w niego z oddali, zastanawiając się, czy nie podejść. Ostatnio zauważyła też, że Kamyk spędza coraz więcej czasu z Korowym Szeptem. I nie – nie była zazdrosna. Nie miała zresztą o co. Po prostu nie chciała im przerywać podczas rozmów czy wspólnych spacerów. Wiedziała, że nie jest koleżanką czekoladowego wojownika, więc nie zamierzała zachowywać się jak takowa.
Czasem chciała jedynie upewnić się, jak żółtooki czuje się na randze wojownika i czy nie jest już takim płaczkiem, jak niegdyś. Teraz jednak była nieco zmieszana, gdy uświadomiła sobie, że Kamienne Pióro szkolony był przez tego ścierwojada – Wilczy Skowyt. Lubili się; niekiedy rozmawiali ze sobą, wspominając czasy z treningów. Kocimiętka patrzyła wtedy na nich ze złością, a krew buzowała jej w ciele. Właściwie była ciekawa, czy Kamyk nie ma jej za złe, że zaczęła rozpowiadać plotki o jego mentorze. Choć mimo wszystko – skoro te “plotki” były prawdą, to czy w ogóle można je było tak nazwać? Sam Wilczy Skowyt praktycznie przyznał się do romansu z kotką spoza Klanu Wilka.
O wilku mowa, a wilk tu. Kocimiętka spojrzała w stronę wejścia do obozu i dostrzegła Kamienne Pióro, kroczącego obok Wilczego Skowytu. Za nimi do azylu weszło jeszcze kilku wojowników – najpewniej wracali właśnie z patrolu. Ruda zmierzyła mentora Kamyka nienawistnym, lodowatym spojrzeniem. Musiało to rzucić się w oczy, bo już po chwili dwójka kotów zaczęła zmierzać w jej stronę.
Na szczęście Wilczy Skowyt pochylił się ku byłemu uczniowi i szepnął mu coś do ucha, po czym odłączył się od niego bez słowa. Kamienne Pióro jednak nie spuścił z niej wzroku. Trzymając kontakt wzrokowy z rudofutrą, dreptał prosto w jej stronę.

<Kamyku?>

04 lutego 2026

Nowi członkowie Klanu Klifu!

 Patrolowi Klanu Klifu podrzucono dwójkę pięcioksiężycowych kociąt!


Aldrowanda


Tygrysek

Od Króliczej Prawdy CD. Szron (Oszronionej Łapy)

— H-halo? — zagadał ponownie, a koteczka położyła nieco uszy po sobie.
— Odbijam kamień — rzuciła sucho, marszcząc brewki. Kocur położył się naprzeciwko niej, aby być na poziomie jej mordki. — Nie widzisz?
— Widzę, po prostu... wolałem, żebyś ty mi powiedziała. Liczyłem, że kryją się za tym może jakieś zasady lub coś takiego, ale odbijanie kamienia też może być fajne — powiedział spokojnie, ale kapka zmieszania była dość wyczuwalna, zwłaszcza kiedy patrzyło się na niepewny pysk kocura.
— Nie. Nie jest fajne. Jest nudne jak wszysztko w obozie... — Uderzyła ogonem o kamienną posadzkę i naburmuszona wydęła policzki.
Królicza Prawda wcisnął łeb głębiej w szyję, mrugnąwszy kilka razy. Chwilę potem jego zmieszanie zastąpił jednak ciepły, rozbawiony uśmiech. “Co za ziółko z tej Szronki” – pomyślał, mrużąc lekko ślepia. Na pewno wyrośnie na dobrego wojownika, choć wyczuwał, że kotka może z początku być krnąbrna na treningach.
— Nie martw się, Szronko — zapewnił ją kremowy, rozluźniając mięśnie. — Już niedługo wstąpisz w szeregi uczniów i dostaniesz mentora. Nie będziesz już musiała siedzieć w tym nudnym obozie, tylko będziesz skakać po gałęziach drzew, polować na kraby i uczyć się ruchów bitewnych! — mówił dalej, próbując jakoś pocieszyć naburmuszoną, młodą koteczkę.
Ta jednak burknęła cicho pod nosem, po czym spojrzała na wyjście ze żłobka.
— I przez następne ksziężyce będę musziała wsztawać szkoro świt! — odparła w końcu, teraz patrząc na swojego ojca z zadartym nosem. Nieczęsto kociaki nie cieszyły się na swoje mianowanie. Szronka najwyraźniej miała wobec niego pewne obiekcje.
— Cóż, to… prawda — odparł spokojnie pręgowany, wzruszając delikatnie ramionami. — Ale ja byłem uczniem aż dwa razy i zapewniam cię, że idzie się przyzwyczaić — zaśmiał się, lecz pointka spojrzała na niego zdziwiona.
— No co? — zapytał, po czym na moment zamarł. Jeszcze nie opowiadał kociętom Źródlanej Łuny swojej historii, ale to nie było raczej konieczne. Nie musieli wiedzieć, że ich “ojciec” w młodości popełnił sporo błędów.
Pokręcił głową.
— Nie przejmuj się tym, co powiedziałem. Chodzi o to, że bycie uczniem naprawdę nie jest takie złe. Jasne, czasem podczas treningów dostaniesz w kość, ale to właśnie w tym okresie swojego życia… odkrywasz siebie, zdobywasz przyjaciół na długie księżyce i bierzesz udział w… niekiedy głupich… akcjach, z których wspomnienia zostają ci do końca życia — rozgadał się, samemu wspominając czasy, gdy jeszcze był takim małym, niegrzecznym urwipołciem.
Pointka miała wlepiony wzrok w swoje łapy, jakby nad czymś myślała. Czy w ogóle słyszała, o czym do niej mówił? Czy może jego słowa dotarły do niej jednym uchem, a wypadły drugim? Zresztą, nieważne. Nie potrzebuje motywacyjnych przemów swojego taty. Zrozumie wszystko w swoim czasie.
W końcu kremowy podniósł się powoli z miejsca i otrzepał futro z kurzu i innych syfów, które się do niego przyczepiły, gdy tak sobie odpoczywał. Młódka poruszyła się powoli i zaczęła lustrować go wzrokiem.
— Och, ja… — urwał na ułamek sekundy — …muszę już iść.
Powiedziawszy to, ruszył do wyjścia ze żłobka. Nim postawił łapę poza nim, obejrzał się jeszcze przez ramię. Szronka wyglądała na zadowoloną – choć wciąż miała dosyć zirytowany wyraz pyszczka – zniknięciem Królika sprzed jej pyska.
“Dlaczego każdy kot, dla którego staram się być jak ojciec, zawsze mnie nie cierpi?” – pomyślał, w końcu opuszczając kociarnię, by ze zwieszoną głową udać się do swojego własnego posłania. “Co takiego robię źle?” – zastanawiał się, przez co o mało nie zderzył się z przemykającą środkiem obozu Kukułką. Liliowa szylkretka obdarzyła go wrogim spojrzeniem i czym prędzej zniknęła mu z pola widzenia.
Czy to wszystko wciąż było karą za jego idiotyczną ucieczkę? Czy byłby szczęśliwszy, gdyby nigdy nie strzeliło mu do łba uciec z bezpiecznego azylu, jakim dawniej był dla niego Klan Klifu? Sam już nie wiedział, czy tym romansem, tą zdradą, bardziej rozgniewał swoich pobratymców, czy samych Przodków. Ciągle żył z wrażeniem, jakby ktoś z góry sterował wszystkim, co dzieje się wokół, tak by to jemu seriami trafiały się niefortunne zdarzenia.

* * *

Kilka dni później

Królicza Prawda nie był dziś w najlepszym humorze. Właściwie to chodził spięty i sfrustrowany już od kilku dni z rzędu, co zapewne nie umknęło uwadze jego ucznia – Pasterzowej Łapy. Młodszy jednak, zamiast się nad nim zlitować i dać mu trochę spokoju, wymyślił sobie, że Klan Klifu czeka epidemia, liczne śmierci i całkowita zagłada. Niestety nie powstrzymywał się przed tym, by tymi podejrzeniami wyssanymi z palca podzielić się ze swoim mentorem, który wszystkiego miał już po dziurki w nosie.
— Królicza Prawdo… — zagaił raz, patrząc na wojownika ze stresem błyszczącym w ślepiach.
Bursztynowooki westchnął ciężko, modląc się tylko w duchu, że tym razem Pasterz zapyta go o coś związanego z treningiem.
— Tak, słucham? — odparł krótko, wciąż wpatrując się w rozległe połacie przed sobą, zamiast spojrzeć na kremowego ucznia.
Młody zawahał się na moment, lecz zaraz potem przełknął ślinę, jakby przygotowywał się do rozmowy o życiu i śmierci.
— Nie boisz się o swoich pobratymców? — zaczął z powagą w głosie.
Królicza Prawda zmrużył oczy, lecz nie odpowiedział. Pasterz postanowił kontynuować, mimo widocznej frustracji swojego mentora:
— Tak wiele kotów może przypłacić życiem nieuwagę przywódcy i wojowników... To w waszych łapach leży interes klanu! — trajkotał zmartwiony, a w jego oczach zakręciły się łzy. — Stokrotkowa Pieśń jest śmiertelnie chory, zaraża, a nikt nic z tym nie robi! Klan Klifu nie działa prawidłowo. Koty ignorują ostrzeżenia, uciszają głos rozsądku! — mówił dalej, z każdym słowem przybierając na pewności siebie.
W końcu zacisnął zęby i zmarszczył brwi. Jego warga drgała, a mimo to bursztynowooki wciąż szedł w kompletnej ciszy, omiatając wzrokiem polany pokryte śniegiem, mieniącym się w świetle słońca.
— Ewakuacja nie jest konieczna — stwierdził w końcu Królik zmęczonym głosem. — Nie mamy dokąd się udać. Jaskinia odgradza nas od wiatrów znad morza i daje schronienie przed śniegiem. Gdzie indziej chciałbyś zamieszkać? — mruknął, starając się nie krzyczeć na ucznia. Gdy Pasterzowa Łapa dołączał do klanu, wojownik nie spodziewał się, że będzie z niego taki pedant.
— Jak to gdzie? — odparł kremowy, wyraźnie oburzony. — Gdziekolwiek, gdzie zarazki nie fruwają w powietrzu! W obozie Klanu Klifu wszystko jest skażone chorobą Stokrotkowej Pieśni! Bezpieczniej jest żyć na tym chłodzie, niż w tej dziurze, która gnieździ w sobie coś, co w końcu nas zabije! — kontynuował, wciąż święcie przekonany o swojej racji.
“Kiedy on wreszcie zrozumie, że jeden chory Klifiak to jeszcze nie koniec świata?” – pomyślał Królik, zbyt zrezygnowany, by dalej prowadzić tę rozmowę z Pasterzową Łapą.
— Skup się lepiej na wspinaczce na drzewa, bo już zaraz dotrzemy do lasku.

* * *

Teraźniejszość

Gdy skończyły się wiwaty, Królicza Prawda jako jeden z pierwszych przecisnął się przez tłum, by pogratulować świeżo upieczonym uczniom. Serce biło mu szybciej niż zwykle, a na pysku wreszcie malowało się coś więcej niż tylko zmęczenie. Wpierw natrafił na Oszronioną Łapę i podchodząc do niej, posłał jej szczery uśmiech. W jego bursztynowych oczach migotała duma i pierwszy raz od dłuższego czasu wyglądał na prawdziwie uradowanego.
— Oszroniona Łapo! — zawołał ją jej nowym imieniem, by zwrócić na siebie jej uwagę. — Gratuluję ci zostania uczniem! Wierzę, że mój brat przekaże ci całą swoją wiedzę — mruknął do niej, gdy w końcu zwróciła pysk w jego stronę.

<Szronko?>

Nowi Członkowie Klanu Gwiazdy i Pustki!

BRZĘCZKOWY TREL

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna odejścia: Starość

Odeszła do Klanu Gwiazdy!

KUKUŁCZE SKRZYDŁO

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna odejścia: Starość

Odszedł do Pustki!

KOŁYSANKOWA ŁAPA

Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna odejścia: Zagryzienie przez lisa

Odszedł do Klanu Gwiazdy!

Nowa Członkini Klanu Nocy!

 

Lilia