— W taką pogodę? — oburzył się i skrzywił pysk. — Oszalałaś?
— Przeszkadza ci? — zapytała przekrzywiając łebek, a potem oglądając swoje futerko dość teatralnie, z każdej strony. — Ja niemal nie zauważam, aby cokolwiek mi w niej dokuczało, wiesz? Futerko mam suche, brudu niemal brak, ale widzę, że komuś tu na pewno by się przydała nie mała kąpiel. — Zwróciła wzrok ku niemu. Żmijowcowa Wić faktycznie nie wyglądał za dobrze, na pewno nie tak, jak jego droga przyjaciółka. Sierść Trzcinowego Szmeru, chociaż widocznie przybrudzona na łapach, a także wilgotna od tej morderczej mżawki, która wydawała się nie kończyć, to była… normalna; no może delikatnie spuszona pod pachwinami. Za to bury wojownik wyglądał, jakby poturbował go potwór dwunożnych, a następnie sam właściciel tego pojazdu wrzucił go w worze do jeziora. Był mokry, brudny niemal wszędzie (od wstydu chronił go jedynie fakt, że na ciemnej części szaty nie było tego tak bardzo widać). Próbował wszystkiego, aby zmywać błoto z łap i brzucha, ale i tak od razu znowu brudził się, kiedy tylko postawił łapy poza obóz. Ostatecznie się poddał; i tak większość kotów wyglądała tak samo lub nawet dużo gorzej. Przynajmniej nie był całkowicie białym, jak na przykład Borówkowa Słodycz.
— Tak, nieco mi przeszkadza. Wiem, ciężko uwierzyć, że coś może ruszać takiego wspaniałego kocura jak ja, ale no cóż… Nawet ja mam swoją granicę — mruknął, i chociaż nie miał humoru, to machnął ogonem, aby wskazać szylkretce kierunek, który sam obrał na ich spacer.
— Czyżbym je przekroczyła? — Podniosła brew.
— Ty? Oh, no proszę cię... Musiałabyś się postarać; większość czasu jestem ostoją spokoju i wzorem opanowania.
— Mhm, no to mam nadzieję, że jeśli będziesz sobie dłużej to wmawiał, to faktycznie dzieci odziedziczą po tobie cechę, która nie istnieje. — Wykrzywiła pysk w kpiącym uśmieszku, a Żmijowiec, jak miał w zwyczaju, kiedy tylko brązowooka wspominała o ich przyszłych (już nie tylko teoretycznych czy planowanych) pociechach, nadął nieco policzki i speszył się, może nie bardzo widocznie, ale wystarczająco, aby ktoś, kto dobrze go znał (Trzcinka), to dostrzegł. Uderzyła go ogonem w obok.
— Weź się w garść, jeśli chcesz, żeby faktycznie do tego doszło — skarciła go, a on burknął niezrozumiale pod nosem. — I nie mamrocz; to irytujące.
— Masz dużo wymagań! Chyba nie dorastam do twoich standardów; obawiam się — mruknął i podniósł obrażony łeb. Powoli dochodzili na drugi brzeg,
— Uspokój się, królewno — skarciła go ponownie. Przez chwilę nic nie mówiła, a następnie usiadła na sporej powalonej kłodzie, aby uchronić futro przed niepotrzebnym brudem. Ruchem pyska zaprosiła kocura obok; przyjął zaproszenie i po chwili milczenia kotka kontynuowała: — Daj mi jasną odpowiedź, czy tego chcesz…
— Mhm, no to mam nadzieję, że jeśli będziesz sobie dłużej to wmawiał, to faktycznie dzieci odziedziczą po tobie cechę, która nie istnieje. — Wykrzywiła pysk w kpiącym uśmieszku, a Żmijowiec, jak miał w zwyczaju, kiedy tylko brązowooka wspominała o ich przyszłych (już nie tylko teoretycznych czy planowanych) pociechach, nadął nieco policzki i speszył się, może nie bardzo widocznie, ale wystarczająco, aby ktoś, kto dobrze go znał (Trzcinka), to dostrzegł. Uderzyła go ogonem w obok.
— Weź się w garść, jeśli chcesz, żeby faktycznie do tego doszło — skarciła go, a on burknął niezrozumiale pod nosem. — I nie mamrocz; to irytujące.
— Masz dużo wymagań! Chyba nie dorastam do twoich standardów; obawiam się — mruknął i podniósł obrażony łeb. Powoli dochodzili na drugi brzeg,
— Uspokój się, królewno — skarciła go ponownie. Przez chwilę nic nie mówiła, a następnie usiadła na sporej powalonej kłodzie, aby uchronić futro przed niepotrzebnym brudem. Ruchem pyska zaprosiła kocura obok; przyjął zaproszenie i po chwili milczenia kotka kontynuowała: — Daj mi jasną odpowiedź, czy tego chcesz…
Świdrowała go ciemnymi ślepiami, a chociaż wojownik bardzo chciał odwrócić wzrok, wytrzymał, i chociaż zawstydzenie próbowało odebrać mu głos, w końcu mruknął cicho, chociaż bez tonu zawahania.
— Chcę tych kociąt. — Ciężar chwili został zdjęty z ich barków. Szylkretka widocznie się rozluźniła, a na jej pysku zawitał uśmiech.
— Na taką odpowiedź liczyłam…
— Chcę tych kociąt. — Ciężar chwili został zdjęty z ich barków. Szylkretka widocznie się rozluźniła, a na jej pysku zawitał uśmiech.
— Na taką odpowiedź liczyłam…
— A jakiej się spodziewałaś? — zapytał, zaciekawiony tą bardzo… ckliwą reakcją.
— Nie wiem. Byłam pewna tego, że chcesz być tatą, ale jednocześnie jesteś też taką… miękką i niezdecydowaną płotką, że nie zdziwiłabym się, gdybyś uciekł mi z tego planu w ostatnim momencie. Ale teraz ci już nie dam. Nawet jakbym miała szukać twojego ubłoconego, długowłosego zadu po wszystkich klanach — zagroziła mu żartobliwie.
— Żadna z tych rzeczy nie jest prawdą! — prychnął, chociaż w głębi serca wiedział, dlaczego mogła tak o nim uważać. Wiedział, że Trzcinowy Szmer nie pozwoli teraz na zmianę tematu, ale niekoniecznie chciał myśleć, a tym bardziej rozmawiać o samym… akcie, więc uciekł w inną stronę — A myślałaś już, jak je nazwiesz?
— Chyba nazwiemy. Nie myśl sobie, że pozwolę ci z czymkolwiek zostawić mnie samą. — Podniosła brew. Zaśmiał się pod nosem. — Spróbuj chociaż jeden dzień się im nie pokazać, to obiecuję, że następną rzeczą, którą JA im pokaże, to twoje wyrwane wąsy.
— Urocze... Wychowasz małych psychopatów…
— My wychowamy, ile można ci powtarzać. — Przewróciła oczami.
— No dobrze, dobrze... To jak MY nazwiemy naszą latorośl? — poprawił się.
— Nie jestem pewna. Masz jakieś pomysły? — zapytała, a wojownik znów zamilkł. W sumie to spodziewał się, że szylkretka będzie już miała zrobioną całą listę potencjalnych imion; w końcu za każdym razem, kiedy się widywali, to musiała w jakiś sposób podjąc temat związany z dziećmi. W czasie tej przeciągającej się ciszy nad ich głowami przeleciał nurzyk, wydając z siebie dzwoniący, chrapliwy okrzyk.
— Może od ptaków? Najlepiej wodnych... Myślę, że nieco połechta to ego Mandarynkowej Gwieździe, a skoro nie mamy innych pomysłów, to nie zaszkodzi wybrać tak, aby od razu ułatwić im nieco życie w klanie, prawda?
— Nie wiem. Byłam pewna tego, że chcesz być tatą, ale jednocześnie jesteś też taką… miękką i niezdecydowaną płotką, że nie zdziwiłabym się, gdybyś uciekł mi z tego planu w ostatnim momencie. Ale teraz ci już nie dam. Nawet jakbym miała szukać twojego ubłoconego, długowłosego zadu po wszystkich klanach — zagroziła mu żartobliwie.
— Żadna z tych rzeczy nie jest prawdą! — prychnął, chociaż w głębi serca wiedział, dlaczego mogła tak o nim uważać. Wiedział, że Trzcinowy Szmer nie pozwoli teraz na zmianę tematu, ale niekoniecznie chciał myśleć, a tym bardziej rozmawiać o samym… akcie, więc uciekł w inną stronę — A myślałaś już, jak je nazwiesz?
— Chyba nazwiemy. Nie myśl sobie, że pozwolę ci z czymkolwiek zostawić mnie samą. — Podniosła brew. Zaśmiał się pod nosem. — Spróbuj chociaż jeden dzień się im nie pokazać, to obiecuję, że następną rzeczą, którą JA im pokaże, to twoje wyrwane wąsy.
— Urocze... Wychowasz małych psychopatów…
— My wychowamy, ile można ci powtarzać. — Przewróciła oczami.
— No dobrze, dobrze... To jak MY nazwiemy naszą latorośl? — poprawił się.
— Nie jestem pewna. Masz jakieś pomysły? — zapytała, a wojownik znów zamilkł. W sumie to spodziewał się, że szylkretka będzie już miała zrobioną całą listę potencjalnych imion; w końcu za każdym razem, kiedy się widywali, to musiała w jakiś sposób podjąc temat związany z dziećmi. W czasie tej przeciągającej się ciszy nad ich głowami przeleciał nurzyk, wydając z siebie dzwoniący, chrapliwy okrzyk.
— Może od ptaków? Najlepiej wodnych... Myślę, że nieco połechta to ego Mandarynkowej Gwieździe, a skoro nie mamy innych pomysłów, to nie zaszkodzi wybrać tak, aby od razu ułatwić im nieco życie w klanie, prawda?
<Trzcinka?>