BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy i Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

08 maja 2026

Od Trójokiego Zająca

Przeszłość

Wodospad warczał donośnie, gdy woda, którą przepuszczał, ciągle spadała z góry i przerzedzała się co jakiś czas, żeby zrobić miejsce na przebłyski przyjemnych, bladych promieni słońca Pory Opadających Liści. Trójoki Zając mógłby przysiąc, że pomiędzy całym tym rykiem, usłyszał klangor mew, który wywrócił jego żołądek do góry nogami. Nieprzyjemne ukłucie zmusiło jego łapy do lekkiego ugięcia się, a sam Klifiak prezentował się teraz niezwykle żałośnie, zupełnie nie przypominał kogoś, kto przetrwał ponad pięćdziesiąt księżyców w klanie, na otwartym terenie porośniętym jedynie rzadko porozrzucanymi drzewami. Kogoś, kto jeszcze parę księżyców temu zmuszony był do walki z tymi ogromnymi ptakami i do niszczenia ich starannie uplecionych gniazd, rozbijając ich jaja w formie zrzucenia ich masowo z klifu, na którym się gnieździły. Zmrużył oczy.
Podobno zdrowo było być egoistą. Chociaż Trójoki Zając był chyba ostatnim kotem, który mógłby siebie takowym nazwać, mimo że często przychodziły mu tego rodzaju myśli do głowy. Obwiniał się o każdą najmniejszą rzecz, która często nie była nawet jego winą. Mroźne podmuchy wiatru targały jego futrem, Pora Nagich Drzew zbliżała się wielkimi krokami, jednak w obliczu takiej tragedii modlił się niejednokrotnie o to, żeby wszystko dookoła niego zatrzymało się w czasie. I bardzo bolesnym był dla niego fakt, że wcale się tak nie działo, a życie toczyło się do przodu nieubłaganie, coraz więcej czasu przelatywało mu przez łapy niczym słona woda z morskiego zbiornika i absolutnie nic nie mógł z tym zrobić.
Zerknął na nornicę leżącą u jego łap. Jego serce ścisnęło się boleśnie, a żołądek zawinął w kłębek, zupełnie tak, jak jego gardło, w którym zawitał supeł, a które jeszcze chwilę temu miało spożyć zwierzynę, żeby wypełnić w jakiś sposób ssanie w żołądku. Chociaż nawet i ten dyskomfort nie był wystarczający, żeby przegonić rozpacz kocura. Kremowy wojownik podniósł się ciężko ze swojego miejsca, chwytając z powrotem jedzenie w pysk, po czym odniósł je na stertę. Wspiął się po skalnych półkach, układając we własnym legowisku. Kukułczy Wdzięk jeszcze nie wróciła z patrolu, a on i tak dzisiaj nie mógł nic przełknąć, w dodatku na polowaniu też się nie popisał, bo złapał tylko marną mysz. Chociaż zawsze było lepsze to, niż nic, szczególnie przy ciężkiej porze, podczas której każdy kęs zwierzyny się liczył. Może ktoś się nim naje. Przymknął oczy, zwijając się w kłębek. Miał ochotę zasnąć i obudzić się dopiero wtedy, kiedy te ciężkie uczucie by go wreszcie zostawiło. Uszy przywarły do głowy kocura, żeby zagłuszyć odrobinę gwaru w obozie, który niedługo miał umilknąć przez zbliżający się zachód słońca. To, że rodzinę Zająca spotkała tragedia, wcale nie oznaczało, że świat przestanie się kręcić, że koty przestaną polować, że czas się zatrzyma, razem ze wszystkim. Zostanie uwięziony w nieskończonej przestrzeni wypełnionej czernią, w której będzie tonął niczym w lepkiej, paskudnej smole. Wyrzuty sumienia, które targały nim niczym ostre, długie kolce cierni, jeszcze długo zamierzały mu towarzyszyć w związku z zaistniałą sytuacją.
Ostatnim razem chciał porozmawiać z matką, zapytać ją o rady odnośnie do całej tej sytuacji związanej z szylkretką, która chodziła mu po głowie już tak długo, a której nadal nie powiedział wprost, szczerze, że do niej czuje coś więcej. Nawet jeśli wszyscy dookoła to dostrzegli, on sam tkwił w zmartwieniu, czy żółtooka naprawdę czuła do niego to samo. Najłatwiejszym oraz najszybszym sposobem na pozyskanie odpowiedzi na nurtujące jego pytania było zapytanie się jej, wyjawienie prawdy, ale czy aby na pewno był na to gotowy? Czy kiedykolwiek będzie bardziej przygotowany, niż był teraz? Jak długo mógł jeszcze zastanawiać się nad czymś tak istotnym? Reszta Klifiaków, zdawało się, że nie mieli z tym aż tak wielkiego kłopotu. Jednak każdy był inny, on się od nich różnił bardzo i kojarzył znaczną część jedynie z widzenia, ponieważ nigdy nie zdobył w sobie odwagi, siły czy czasu na to, żeby poznać resztę członków swojego klanu dobrze. Grono znanych jego kotów to była w głównej mierze jego rodzina, która była dla niego najważniejsza… w tym także oczywiście Kukułczy Wdzięk, jego ukochana, a także Jagnięcy Ukłon oraz zmarła już mentorka kotki, z którymi zamienił parę słów w przeszłości.

***

Trójoki Zając wybrał się na samotny spacer, podczas którego miał poukładać sobie wszystkie te myśli w głowie. Poczuł się na tyle dobrze, że był w stanie iść o własnych łapach i nie popadać w przygnębienie tak wielkie, że nie miał ochoty nawet patrzeć na innych, oczywiście poza Króliczkiem czy Kukułką. Swojej byłej uczennicy oraz bratanka nie chciał martwić, ponieważ nie była to absolutnie sprawa, przy której byliby w stanie go pocieszyć. Twierdził też, że przerzucanie tak istotnych rzeczy na barki kogoś tak młodego nie było wcale rozsądnym zachowaniem, nawet jeśli byli już tak naprawdę w wieku wojowniczym i już dawno pomyślnie pozdawali swoje testy, zostając wojownikami. Gdy wędrował tak, mętnie spozierając w niebo pokryte gęstymi, gołębimi chmurami, nagle uderzył łapą w wystający korzeń, przewracając się na bok. Przed jego oczami wylądowało pióro należące do jaskółki, a ich śpiew poniósł się echem, gdy przelatywały tak po wieczornym niebie. W sercu poczuł mocny ucisk, który naniósł na jego oczy gęstą warstwę łez. Mokra strużka spłynęła po jego policzku, gdy objął łapą maleńkie piórko naznaczone jedną białą kropką. Radosny szczebiot przypomniał o sobie ponownie. Lekko zgrzytające, ale głównie radosne nuty doleciały do jego uszu. Trójoki Zając przyglądał się jednemu z wielu ptaków, zastanawiając się, czy istniała szansa, że jego matka była jednym z nich. Czy obserwowała go z góry? Czy miała mu za złe to, że z nią nie rozmawiał więcej, że nie przychodził do niej częściej? Dlaczego dopiero teraz zaczęło go to tak boleć i do niego docierać w głównej mierze, skoro wtedy, kiedy żyła, nie myślał o niej tak wiele, nawet jeśli był jej synem? Czy w ogóle pogratulował jej zostania przywódczynią? Co był z niego za syn? Królicza Prawda także nie wyglądał ostatnimi czasy najlepiej, a nowe przywództwo nie cieszyło go nadto, o ile jakkolwiek. Trójoki Zając zamierzał wesprzeć brata, nie chcąc sytuacji, w której miałby kolejnego bliskiego mu kota na sumieniu. Czy było jakieś zdrowe wyjście z tej rzeczywistości, które zapewniłoby mu spokój i czysty umysł? Kremowy wojownik leżał tak jeszcze przez jakiś czas, zanim nie odnalazła go Kukułczy Wdzięk. Zielonooki spojrzał na nią cały zapłakany, licząc się z tym, że najprawdopodobniej usłyszy zaraz reprymendę z jej strony. Nie chciał jej martwić, ale nie chciał też, żeby cały Klan Klifu oglądał go w takim stanie. Noc nie była wcale chłodna, dzięki Porze Nowych Liści. Owszem, nadal nie było jakoś szczególnie gorąco, aczkolwiek nie musiał obawiać się śmierci z powodu hipotermii, śnieg nie leżał dookoła, a on sam nie znajdował się nawet daleko od obozu, znalezienie go było niezwykle proste. Wojowniczka zrobiła tym razem jednak coś, czego by się absolutnie nie spodziewał. Ostatnio często znajdował się w takiej sytuacji, gdzie ktoś, kogo znał lub nawet i nie znał, go zaskakiwał, ponieważ nie oczekiwał żadnej konkretnej reakcji. Tym razem spodziewał się jednej, ale absolutnie jej nie zgadł i nie otrzymał. Klifiaczka przysiadła przy nim, po czym zaczęła spokojnie układać jego zmierzwione kłosy futra. Wojownik wtulił się w jej puchatą sierść smutno, ciesząc się niezmiernie z tego gestu. Dobrze było mieć kogoś obok, szczególnie kogoś takiego, na kim niezwykle ci zależało i kto również był w stanie zrozumieć ciebie jak nikt inny. Pietruszkowa Błyskawica, mama Kukułki także odeszła jakiś czas temu. Zielonooki dbał wtedy o to, żeby kotka pogrążona w żałobie po stracie matki nadal względnie o siebie dbała i co najważniejsze – żeby jadła. Próbował poprawiać jej humor, kiedy tylko była okazja oraz przynosił jej zawsze zwierzynę z gniazda na środku obozu, żeby nie chodziła głodna mimo całkowitego braku apetytu. Nigdy nie wmuszał w nią jedzenia i tak naprawdę nie zmuszał jej do niego, tylko zachęcał. Kiedy potrzebowała chwili dla siebie, szanował to, mimo że niekoniecznie zawsze rozumiał jej intencje, często odbierając je zupełnie inaczej, niż powinien.
Szkoda tylko, że nie potrafił postąpić podobnie wobec siebie. Z jakiegoś powodu zawsze stawiał życia i samopoczucie innych kotów ponad swoje. Nierzadko ignorował własne potrzeby życiowe, jeśli było to od niego wymagane po to, aby inni poczuli się lepiej. Leżeli tak jeszcze przez jakiś czas, otuleni przez miękko wyścieloną glebę trawą. Kukułce zdawała się nie przeszkadzać ta bliskość, a sam Trójoki Zając czuł się źle z tym, że mimo że spotkała go tragedia, spędzał miło czas… a przynajmniej próbował, zamiast siedzieć nad grobem matki, którego nawet jej nie zrobił. Matki, której nie podarował ani jednego kwiatka, tak samo, jak jego dawno zmarłej ciotce, o której rozmawiał tyle razy z Króliczą Prawdą. Wpatrywali się w przelatujące nad nimi ptaki. Radosny, potoczysty, szybki, a momentami nawet i zgrzytliwy, jednocześnie będący melodyjnym szczebiotem towarzyszył im jeszcze długo, aż do momentu, w którym wrócili wspólnie do obozu, zasypiając tuż obok siebie. Charakterystyczny terkot pozostał w umyśle kocura jeszcze przez jakiś czas, próbując przebić się przez wszystkie możliwe powody do wyrzutów sumienia u kocura, które zawsze znajdowały sposób na to, żeby zalęgnąć się w jego umyśle niczym chmara komarów w zbiorniku wodnym.

***

Teraźniejszość

Trójoki Zając spędzał teraz czasu z Kukułczym Wdziękiem prawdopodobnie więcej niż z kimkolwiek obecnie. Nie miał ochoty pokazywać się innym kotom, dlatego wykonywał przydzielone mu obowiązki z pokorą, nie ukrywając faktu, że rozpaczał i po skończeniu powierzonego mu zadania, wracał prosto do swojego miejsca, wpatrując się tępo w kamienną ścianę. Często chodził rozkojarzony, zupełnie nie nadając się do wielu rzeczy i mimo smutku oraz następnej dawki wyrzutów sumienia, nie potrafił ot tak zrezygnować z żałoby czy tego uczucia ciężaru, jaki towarzyszył mu odkąd jego matka odeszła. Przysiadł tuż obok szylkretowej wojowniczki, która właśnie kończyła śniadanie. Sam kremowy jeszcze nie zjadł niczego, aczkolwiek nawet nie miał ochoty. Słyszał już wielokrotnie słowa, że jeśli nie będzie niczego jadł, to nie będzie miał z czego brać siły i wiedział o tym doskonale. Mimo wszystko nie był w stanie tak po prostu… zmusić się do jedzenia. Jego gardło zaciskało się boleśnie, a żołądek wywracał samoistnie, protestując przyjęcia pokarmu. Poczuł szorstkie pociągnięcia językiem po jego zagojonej już ranie, która jeszcze parę księżyców temu jarzyła się szkarłatem. Teraz była lekko przesłoniona przez kremowe futro, aczkolwiek nadal była widoczna. Gęsta końcówka ogona Kukułczego Wdzięku podrygiwała nerwowo, jakby ktoś zdążył już zirytować kotkę. Trójoki Zając zastanawiał się, co mogło być powodem jej nerwów. Czy zrobił coś nie tak? Może powinien był jakoś inaczej się z nią przywitać? Może powinien zapytać, jak ona się w tym wszystkim czuła, zamiast… skupiać się jedynie na sobie? W końcu nie był on jedynym kotem, którego spotkała taka tragiczna sytuacja.
Sama Kukułka również długo rozpaczała po utracie matki i zdawało się, że ten ból towarzyszyć miał jej do końca życia. Zresztą sam Klifiak również odczuwał coś identycznego – po takiej stracie nie dało się po prostu przestawić z powrotem na normalne, dotychczasowe życie. Uczucie pustki i straty nie było czymś, z czego dało się otrząsnąć, niczym z masowo rozrzuconych kropli wody. Zawsze, kiedy spoglądał na legowisko przywódcy, towarzyszyła mu myśl, że jeśli tylko tam wejdzie, ujrzy ponownie w nim swoją matkę. Że obecne kocięta oraz uczniowie doczekają się niedługo swojego mianowania, które ogłosi i poprowadzi właśnie Pikująca Jaskółka, jego mama, a nie Lśniąca Gwiazda. Kocica położyła przed nim nornicę, przysuwając ją bliżej, jakby zachęcała go do zjedzenia jej. Trójoki Zając spojrzał na zdobycz lekko skołowany, jednak mimo wszystko musiał jeść. Nawet jeśli absolutnie nie miał ochoty na cokolwiek, na te całe jedzenie, na ruszanie się ze swojego gniazda, na rozmowę z kimkolwiek, mimo że tak bardzo jej potrzebował. Schylił się i chwyciwszy kawałek zdobyczy, urwał kęs i zaczął go długo przeżuwać, jakby potrzebował dokładnie rozrobić każdy kawałek mięsa, żeby móc go spokojnie przełknąć. Tak naprawdę to nie potrzebował, jednakże im więcej nabierał, tym bardziej czuł się sobą obrzydzony. Jakim prawem zjadał coś, na co tak ciężko pracowali jego pobratymcy? Jakim prawem zjadał ich pracę, skoro samemu dzisiaj nie włożył na stertę nic więcej?
Jego serce zaczęło bić szybciej, a uszy położył po sobie, gdy jego klatka piersiowa zaczęła unosić się szybciej i opadać. Jeden… Dwa… Trzy… Otworzył oczy szerzej, patrząc na niedokończoną zwierzynę. Nadal mógł to cofnąć, nadal mógł ją odłożyć albo zaoferować komuś innemu. Nie musiał wcale jej marnować i wpychać w siebie, jego ciało na pewno poradzi sobie bez tej nornicy. Na pewno uda mu się upolować coś samemu, co odda karmicielkom i potrzebującym starszym. Cztery… Pięć… Sześć… Przymknął oczy, a jego łapy zaczęły się trząść. Nie chciał czuć się w ten sposób. Musiał już radzić sobie z żałobą, co nie było łatwe. Dlaczego wszystko dotykało go teraz jakoś bardziej? Czemu wszystko spadało na niego, czemu musiał się o wszystkich i o wszystko martwić, a w tym, dlaczego najbardziej dotykały go rzeczy związane z nim? Siedem… Osiem… Dziewięć… Kukułczy Wdzięk nie odstępowała go na krok, siedziała tak przy nim, dopóki nie zjadł całości, co jakiś czas otulając go swoją kitą, jakby wiedziała, że potrzebuje wsparcia w tak trudnym czasie. Z pewnością wiedziała, była w końcu mądra, a zresztą nie potrzeba było nie wiadomo jak wielkiej inteligencji, żeby zauważyć, że Trójoki Zając po śmierci matki był po prostu… inny. Zachowywał się inaczej, chodził przybity i zdawało się, że utracił swoje zdanie. Łatwiej popadał w panikę, odzywał się do kotów mu znanych nawet mniej, niż wcześniej. Nie było to spowodowane nagłą utratą zaufania, a zwyczajnie przygniatającym go smutkiem, poczuciem winy za wszystko i za wszystkich, mimo że na większość z nich nie miał żadnego wpływu.
— Trójoki Zającu, moje najszczersze kondolencje… — głos Mysiego Postrachu dotarł do uszu skulonego wojownika. Niebieskooki, zauważywszy stan swojego byłego ucznia, wyraźnie się zmartwił. Kukułczy Wdzięk obdarzyła starszego kocura dość nieprzyjemnym wzrokiem, który mówił co najmniej tyle, żeby Mysi Postrach zostawił go w spokoju. Wojownik, jeszcze niedawny zastępca jego matki, wycofał się po paru uderzeniach serca, chociaż widać było, że łapy go do czegoś świerzbiły. Czy chciał go wesprzeć? Może chciał porozmawiać z nim o jego matce i go jakoś pocieszyć?
Dwójka została przydzielona na jeden z patroli, co oczywiście spotkało się z niezadowoleniem kotki, a samemu kocurowi zdawało się, że było już wszystko jedno. Jej brak entuzjazmu nie był spowodowany tym, że musiała z nim iść, a raczej tym, że Trójoki Zając ciągany był wiecznie po patrolach i polowaniach, mimo że był obecnie wrakiem kota. Musiał wykonywać rozkazy, ponieważ jego miejsce, przynajmniej tak mu się zdawało, nie było tutaj gwarantowane. Już raz je utracił i nie zamierzał ponownie stać się włóczęgą, a wręcz samotnikiem, musiał więc robić to, co do niego należało. Wraz z nimi wyruszyli także Świetlista Walka oraz Skrzydlata Pogoń. Gdy szli tak wspólnie, kremus nie odezwał się do nikogo ani słowem i prawdopodobnie, gdyby miał dłuższy ogon, to ciągnąłby go teraz żałośnie za sobą.
Kocica denerwowała się również dość subtelnie wtedy, kiedy Skrzydlata Pogoń próbował udowodnić, że był od nich wszystkich lepszy. Pręguska złapała dwie myszy, z czego jedną oddała Zającowi, kiedy reszta nie patrzyła akurat w ich stronę. Kocur czuł się dość odłączony od rzeczywistości wokół niego i chciał, żeby ten dzień się już skończył. Niezwykle pocieszającym było dla niego to, że mimo wszystkich tych przykrości, Kukułczy Wdzięk nie odstępowała go choćby na krok, oczywiście, jeśli tylko nie potrzebowała w danej chwili też paru uderzeń serca dla siebie, co pręgus całkowicie rozumiał i tak naprawdę było mu nawet lepiej, że nie rezygnowała z tego tylko z jego powodu, chociaż zdarzało jej się to coraz rzadziej, co nie umknęło zielonookiemu. Wojownik ułożył się wygodnie w posłaniu i gdy już miał przymknąć oczy po to, żeby raz jeszcze oddać się w senne objęcia, szylkretka położyła przed nim kolejną zdobycz. I gdy tylko ją zjadł, nie miał nawet pojęcia, że poszła spać odrobinę później, żeby upewnić się, czy on sam już zasnął.

***

Świat wypełnił się zielenią, a temperatura, zdawało się, że z każdym dniem rosła. Oczywiście występowały nadal wyjątki, podczas których chmury zrzucały z siebie masowo krople deszczu, jednak nie było to nic, co wywołałoby swego rodzaju zmianę w samopoczuciu Trójokiego Zająca. Jego bok stykał się z bokiem Kukułczego Wdzięku, która szła obok niego nadal elegancko, mimo wszystkich tych ostatnich przykrości.
— Ich na pewno musi coś łączyć, no zobacz tylko! Wiecznie nie odstępują siebie na, chociażby krok — skomentował któryś ze starszych, który akurat wylegiwał się przed legowiskiem. Trójoki Zając położył uszy po sobie, spoglądając na Kukułczy Wdzięk. Co, jeżeli jej to przeszkadzało? Może irytował ją fakt, że rozpaczał po stracie matki? Może zachowywał się egoistycznie, nawet jeśli wcale nie prosił jej o pomoc, a która wynikała z jej inicjatywy?
— Kukułko… jeśli czujesz się niekomfortowo albo coś, co robię, sprawia lub sprawiło kiedykolwiek, że jest ci źle, to powiedz mi, proszę. Jeśli przeszkadza ci to, że ciągle trzymam się blisko ciebie jak zagubione kocię, to…
Wojowniczka zmarszczyła brwi, poruszając ogonem nieznacznie, momentalnie ucinając coraz to więcej i więcej negatywnych myśli napływających do głowy Klifiaka.
— Zajączku, gdybym nie chciała twojego towarzystwa, już dawno byś o tym wiedział. Naprawdę sądzisz, że pozwalałabym ci chodzić za mną, spać obok mnie i jeść w moim towarzystwie, gdyby mi to przeszkadzało? — zapytała jakby lekko nie dowierzała w to, co właśnie od niego usłyszała.
Trójoki Zając spojrzał na nią ze zdziwieniem, gdy dotarło do niego to, co właśnie się wydarzyło. Czy naprawdę był dla niej aż tak ważny? Nie robiła tego jedynie z litości albo strachu, że gdyby coś mu się stało, obwiniałaby się później do końca życia? Albo bo tak wypadało, skoro miał gorszy okres? Chociaż czy Kukułczy Wdzięk kiedykolwiek robiła wszystkie te rzeczy dla kogoś innego poza nim? Wszystkie te pocieszające, budujące gesty, którymi obdarzała go każdego dnia? Trzymała się jego boku, dbała o to, żeby się wysypiał i żeby nie chodził głodny. Żeby go przypadkiem nikt nie męczył, ponieważ skoro nie radził sobie obecnie z sobą samym, to tym bardziej nie pomógłby drugiemu kotu. Zachowywali się jak partnerzy już od dawna, czego on nawet nie zauważył. Wszystko przez to, że myślał, że wyznanie wygląda w inny sposób, że miłość musi być powiedziana wprost, jednak mimo wszystko wcale się nie zawiódł, że wyszło w ten sposób, bo może gdyby usłyszał zwyczajnie "kocham cię", to jego umysł znalazłby lukę, która uniemożliwiłaby mu radość z tego powodu. Zwyczajnie nigdy nie nazwali swojej relacji, przez co Zając długo żył w przekonaniu, że może sobie jedynie dopowiada i nadinterpretuje jej sygnały. Zyskał poczucie, że w najgorszej chwili, to właśnie ona trzymała jego stronę, nie przekreślając go z powodu chwili słabości, która zresztą nadal nie chciała go opuścić. Musiał nauczyć się żyć z poczuciem pustki w sercu lub zaakceptować ją z myślą, że matce teraz było lepiej. Gdzieś tam na niebie szybowała w nieskończoność, pod postacią radośnie śpiewającej jaskółki albo doczekała się swojego miejsca w szeregach Klanu Gwiazdy, który szeptał jej do uszu każdego dnia i doglądał jej, niczym własne kocię, a teraz przyszło jej wreszcie odpocząć od tego wszystkiego. Z pewnością Pikująca Jaskółka chciała, by Trójoki Zając był szczęśliwy u boku swojej ukochanej, o której względy ubiegał się już od tak dawna.

Od Żmijowcowej Wici CD. Trzcinowego Szmeru

Zmierzył kotkę przydługim spojrzeniem; nie spodziewał się tak... dosłownego zagonienia w kozi róg, i to akurat dzień, w którym nie dość że nic mu się nie udawało na patrolach, to jeszcze Lawendowa Łapa miała kiepski humor, więc cały trening spędził na próbie rozchmurzenia kotki, aby byli w stanie cokolwiek zrobić. Ta Pora Nagich Drzew go dobijała. 
— W taką pogodę? — oburzył się i skrzywił pysk. — Oszalałaś?
— Przeszkadza ci? — zapytała przekrzywiając łebek, a potem oglądając swoje futerko dość teatralnie, z każdej strony. — Ja niemal nie zauważam, aby cokolwiek mi w niej dokuczało, wiesz? Futerko mam suche, brudu niemal brak, ale widzę, że komuś tu na pewno by się przydała nie mała kąpiel. — Zwróciła wzrok ku niemu. Żmijowcowa Wić faktycznie nie wyglądał za dobrze, na pewno nie tak, jak jego droga przyjaciółka. Sierść Trzcinowego Szmeru, chociaż widocznie przybrudzona na łapach, a także wilgotna od tej morderczej mżawki, która wydawała się nie kończyć, to była… normalna; no może delikatnie spuszona pod pachwinami. Za to bury wojownik wyglądał, jakby poturbował go potwór dwunożnych, a następnie sam właściciel tego pojazdu wrzucił go w worze do jeziora. Był mokry, brudny niemal wszędzie (od wstydu chronił go jedynie fakt, że na ciemnej części szaty nie było tego tak bardzo widać). Próbował wszystkiego, aby zmywać błoto z łap i brzucha, ale i tak od razu znowu brudził się, kiedy tylko postawił łapy poza obóz. Ostatecznie się poddał; i tak większość kotów wyglądała tak samo lub nawet dużo gorzej. Przynajmniej nie był całkowicie białym, jak na przykład Borówkowa Słodycz. 
— Tak, nieco mi przeszkadza. Wiem, ciężko uwierzyć, że coś może ruszać takiego wspaniałego kocura jak ja, ale no cóż… Nawet ja mam swoją granicę — mruknął, i chociaż nie miał humoru, to machnął ogonem, aby wskazać szylkretce kierunek, który sam obrał na ich spacer.
— Czyżbym je przekroczyła? — Podniosła brew. 
— Ty? Oh, no proszę cię... Musiałabyś się postarać; większość czasu jestem ostoją spokoju i wzorem opanowania. 
— Mhm, no to mam nadzieję, że jeśli będziesz sobie dłużej to wmawiał, to faktycznie dzieci odziedziczą po tobie cechę, która nie istnieje. — Wykrzywiła pysk w kpiącym uśmieszku, a Żmijowiec, jak miał w zwyczaju, kiedy tylko brązowooka wspominała o ich przyszłych (już nie tylko teoretycznych czy planowanych) pociechach, nadął nieco policzki i speszył się, może nie bardzo widocznie, ale wystarczająco, aby ktoś, kto dobrze go znał (Trzcinka), to dostrzegł. Uderzyła go ogonem w obok. 
— Weź się w garść, jeśli chcesz, żeby faktycznie do tego doszło — skarciła go, a on burknął niezrozumiale pod nosem. — I nie mamrocz; to irytujące. 
— Masz dużo wymagań! Chyba nie dorastam do twoich standardów; obawiam się — mruknął i podniósł obrażony łeb. Powoli dochodzili na drugi brzeg, 
— Uspokój się, królewno — skarciła go ponownie. Przez chwilę nic nie mówiła, a następnie usiadła na sporej powalonej kłodzie, aby uchronić futro przed niepotrzebnym brudem. Ruchem pyska zaprosiła kocura obok; przyjął zaproszenie i po chwili milczenia kotka kontynuowała: — Daj mi jasną odpowiedź, czy tego chcesz…
Świdrowała go ciemnymi ślepiami, a chociaż wojownik bardzo chciał odwrócić wzrok, wytrzymał, i chociaż zawstydzenie próbowało odebrać mu głos, w końcu mruknął cicho, chociaż bez tonu zawahania. 
— Chcę tych kociąt. — Ciężar chwili został zdjęty z ich barków. Szylkretka widocznie się rozluźniła, a na jej pysku zawitał uśmiech. 
— Na taką odpowiedź liczyłam…
— A jakiej się spodziewałaś? — zapytał, zaciekawiony tą bardzo… ckliwą reakcją. 
— Nie wiem. Byłam pewna tego, że chcesz być tatą, ale jednocześnie jesteś też taką… miękką i niezdecydowaną płotką, że nie zdziwiłabym się, gdybyś uciekł mi z tego planu w ostatnim momencie. Ale teraz ci już nie dam. Nawet jakbym miała szukać twojego ubłoconego, długowłosego zadu po wszystkich klanach — zagroziła mu żartobliwie. 
— Żadna z tych rzeczy nie jest prawdą! — prychnął, chociaż w głębi serca wiedział, dlaczego mogła tak o nim uważać. Wiedział, że Trzcinowy Szmer nie pozwoli teraz na zmianę tematu, ale niekoniecznie chciał myśleć, a tym bardziej rozmawiać o samym… akcie, więc uciekł w inną stronę — A myślałaś już, jak je nazwiesz?
— Chyba nazwiemy. Nie myśl sobie, że pozwolę ci z czymkolwiek zostawić mnie samą. — Podniosła brew. Zaśmiał się pod nosem. — Spróbuj chociaż jeden dzień się im nie pokazać, to obiecuję, że następną rzeczą, którą JA im pokaże, to twoje wyrwane wąsy. 
— Urocze... Wychowasz małych psychopatów… 
— My wychowamy, ile można ci powtarzać. — Przewróciła oczami. 
— No dobrze, dobrze... To jak MY nazwiemy naszą latorośl? — poprawił się.
— Nie jestem pewna. Masz jakieś pomysły? — zapytała, a wojownik znów zamilkł. W sumie to spodziewał się, że szylkretka będzie już miała zrobioną całą listę potencjalnych imion; w końcu za każdym razem, kiedy się widywali, to musiała w jakiś sposób podjąc temat związany z dziećmi. W czasie tej przeciągającej się ciszy nad ich głowami przeleciał nurzyk, wydając z siebie dzwoniący, chrapliwy okrzyk. 
— Może od ptaków? Najlepiej wodnych... Myślę, że nieco połechta to ego Mandarynkowej Gwieździe, a skoro nie mamy innych pomysłów, to nie zaszkodzi wybrać tak, aby od razu ułatwić im nieco życie w klanie, prawda?

<Trzcinka?>

07 maja 2026

Od Nadciągającego Pomroku

tw: śmierć
 
Słowa Mrocznej Wizji nadal rozbrzmiewały w jej głowie. Zaczęło się niewinnie; propozycja spaceru od kruczofutrej starszej, luźna rozmowa… Gałęzie drzew szumiące na wietrze Pory Nowych Liści, wilgotny zapach lasu w jej nozdrzach… Pomrok z początku była tym wszystkim nieco zdziwiona, może wręcz podejrzliwa – jednak kocica to była mistrzyni, może miała dla niej jakąś sprawę? Parę porad czy sztuczek, z których mogłaby korzystać, rozmawiając z resztą Klanu Wilka?
Samo przemianowanie jej na mistrza, wraz z Ognikową Słotą i Kocimiętkowym Wirem było czymś, co nadal zdawało się jej czasami być czymś niemożliwym. Czuła się zaszczycona tym, że matka w pewnym sensie powierzyła jej dobrostan klanu, ale… Równocześnie posiadanie takiej kontroli nad innymi było straszne.
Można się więc spodziewać, że gdy tematy rozmów ze starszą spłynęły nurtem przypominającym mniej popołudniowe pogaduszki, a bardziej… Początki jakiegoś spisku, oraz padły słowa takie jak "Mroczna Puszcza" czy "kult", to jej oczy zamieniły się w dwa wielkie spodki, a usta rozdziawiły się z niedowierzaniem. Równie szybko opamiętała się i zamknęła pyszczek, aby nie sprawiać wrażenia dziecinnej, ale w jej ślipiach nadal odbijało się oszołomienie.
Wtedy po jej ciele, prócz zaskoczenia, rozpływała się ekscytacja i duma z samej siebie, jednak… Teraz, leżąc z głową opartą o posłanie w legowisku wojowników, jej żołądek wykręcał się z nerwów. Czekanie na znak Mrocznej Wizji, aby opuściła obóz, było czymś nie do zniesienia. Starsza po krótce wyjaśniła jej, na czym polegać będzie jej test, ale wiedza o tym, że zdana będzie sama na siebie, nie była żadnym pocieszeniem. Ponownie zaczynała czuć tę samą paranoję, jak wtedy, gdy Zalotna Krasopanii, teraz Zalotna Gwiazda, zleciła jej i Słocie… Pozbycie się Kwitnącego Kalafioru. Czy to również było swego rodzaju przedwczesną próbą? Czy jej siostra również otrzymała swoje miejsce wśród mistycznego kręgu kultystów?
Najchętniej wyczytałaby odpowiedzi na wszystkie swoje pytania prosto z pyska kotki i znalazła w jej towarzystwie odrobinę otuchy, ale na jej nieszczęście rudaska musiała zaszyć się gdzieś w towarzystwie Kocimiętkowego Wiru. Podczas, gdy one zapewne rozmawiają o czymś ważnym, dzielą się językami czy romansują w najlepsze (była przekonana, że pomiędzy mistrzyniami musi się coś kleić. Może nie dałaby sobie łapy uciąć, że niedługo ogłoszą klanowi szczęśliwy związek, jednak nie było opcji, że ze sobą nie kręcą!), ona umierała ze stresu we własnym posłaniu.
Nie była pewna, ile czasu minęło podczas jej pogrążania się w żałobie nad swoim przyszłym losem, ale Mroczna Wizja w końcu przywołała ją do siebie ruchem ogona. Podniosła się z posłania. Jej wnętrzności zrobiły jeszcze gorszego fikołka, niż wcześniej, jednak z całych sił nie dała po sobie tego poznać i dołączyła do starszej.
— Dobry wieczór — przywitała grzecznie kocicę, pomimo tego, że zważając na ich niedawną rozmowę, pewnie wcale nie było to konieczne. Starsza nie tyle co budziła w niej respekt, co nawet lekki strach. Może to przez jej zdecydowany ton głosu, czy charakterystyczną iskrę w jej oczach?
Mroczna Wizja odpowiedziała jej jedynie skinieniem głową; zgrabnym jak na jej wiek ruchem odwróciła się w kierunku wyjścia z obozu. Noc była chłodna. Początkowo przystosowała się do tempa narzuconego przez starszą, jednak ta prędko zasygnalizowała jej, aby wysunęła się na prowadzenie. Przełknęła ślinę. To wszystko miało się teraz stać prawdziwe.
Łapy zaprowadziły ją na obrzeża terenów Klanu Wilka. Tam, gdzie zapachy jej współklanowiczów nie mieszały się ze smrodem reszty klanów, unosił się charakterystyczny zapach samotników; bezprawia i szemranych osobowości. Jednak, czy Wilczacy naprawdę byli pod tym względem o wiele lepsi? Chyba nie powinna się nad tym rozwodzić.
Światło księżyca subtelnie padało na jej ścieżkę, rozproszone przez gęste, szare chmury. Te zakrywały również jakiekolwiek gwiazdy, które normalnie zobaczyłaby na nocnym niebie. Przymrużyła lekko ślipia, zwracając wzrok ponownie na otoczenie. Czy teraz również to będzie jej rolą? Przysłanianie innym kotom tak powszechnej wśród nich wiary w Klan Gwiazd, aby zwrócili się w kierunku jedynego dobra, którym miało być Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd? Tak, jak kiedyś robiła to Zalotka wobec nich, lub Słota teraz dla dobra kociąt, które odwiedzała w żłobku?
Delikatnie stawiała łapy, aby leśna ściółka nie szeleściła w rytm jej kroków; wręcz instynktownie zaczęła poruszać się pod wiatr, aby mieć lepsze szanse na wytropienie… Ofiary. Jej gardło zacisnęło się, jednak parła do przodu. Pomimo osobliwości przyznanego jej zadania, jak i strachu z nim związanego, nie chciała zawieść kogokolwiek, kto będzie na nią czekał, gdyby wróciła z pustymi łapami. Zażenowanie, które by wtedy czuła, było silniejsze od obrzydzenia przed czynem, którego miała dokonać.
Ruch pomiędzy drzewami przykuł jej uwagę. Zwolniła, z szeroko otwartymi oczyma obserwując wijący się w ciemności srebrzysty ogon i wystający z pomiędzy krzewów łaciaty pysk. Zatrzymała się w miejscu, wciskając pazury w ziemię. Czy to już teraz? Co ma zrobić? Odwróciła się, chcąc spojrzeć na Mroczną Wizję przez ramię, jednak… Kocicy już tam nie było.
Serce podskoczyło jej do gardła. No tak. Miała poradzić sobie sama.
Ponownie zwróciła spojrzenie na samotniczkę. Kocica, jak wnioskowała po zapachu, nie wyglądała na starszą od niej; jej patykowatą sylwetkę okalało postrzępione, niebieskie futro. Nieznajoma podnosiła się z ziemi, rezygnując z przybierania pozycji łowieckiej. Czyżby los nie sprzyjał jej w znalezieniu kolacji? W głowie Pomroku w przeciągu paru uderzeń serca pojawił się zarys planu. Wystawiła łapę do przodu, chcąc celowo nadepnąć na jakąś gałązkę i dać kotce znać o swojej obecności, jednak w ostatniej chwili powstrzymała się. W oczach Mrocznej Wizji, która, jak podejrzewała, obserwowała ją z ukrycia, wyglądało by to zapewne, jak gdyby był to nieszczęśliwy przypadek. Uniosła głowę, wpatrując się w gałąź zwisającą nad głową samotniczki. Bingo.
W paru bezszelestnych susach dopadła do wypatrzonego drzewa, wbijając pazury w korę. Przy odrobinie szczęścia nieznajoma pomyli ją ze wspinającą się do dziupli wiewiórką. Tak jak przewidywała, łeb niebieskiej odwrócił się w jej kierunku, jednak jej oczy błądziły po całej okolicy, mijając jej sylwetkę, zaszytą w cieniu gałęzi. Gdy tylko ta powróciła do tropienia, Pomrok ostrożnie usadowiła się na wybranym wcześniej pniu i zwiesiła głowę w dół, opierając policzek o korę.
— Trudno o łatwą zwierzynę, będąc tak głośnym.
Z gardła samotniczki wyrwał się krzyk. Futro na jej grzbiecie stanęło dęba, a rozbiegany wzrok w końcu padł na pysk Nadciągającego Pomroku.
— Swoim stąpaniem wystraszyłaś już pewnie wszystkie myszy w okolicy — kontynuowała niewzruszona. A przynajmniej na tyle niewzruszona, na ile pozwalało jej walące w piersi serce. — Zaszyły się w swoich norkach i boją się wyściubić z nich nosa. W przeciwieństwie do niektórych.
Zgrabnym ruchem podniosła się z gałęzi i zeskoczyła na ziemię, aby stanąć tuż przed kocicą. Skoki w dół były o wiele łatwiejsze, niż te w górę… Nieważne. Niebieska cofnęła się o parę kroków, obnażając zęby.
— Zostaw mnie w spokoju!
— Nie radziłabym ci witać tak swojego wybawcy — miauknęła mistrzyni, okrążając nieznajomą. Odwróciła uwagę od drżących nut swojego głosu, ukazując lśniące w półmroku pazury. — Jesteś na moich ternach. Nie opłaca ci się to.
Z pyska niebieskofutrej wyrwał się nerwowy chichot.
— Wybawca?
Pomrok przechyliła głowę w bok i uniosła kąciki pyszczka.
— Mhm.
— Nie potrzebuję pomocy — odparła samotniczka, kładąc po sobie uszy. Mimo tych słów, w jej złotawych ślipiach błysnęło niezdecydowanie. — Złapię coś do zjedzenia i nie będę zawracać ci głowy.
— Obawiam się, że nie masz w tej sytuacji zbyt wiele do powiedzenia.
Im dalej w las, tym łatwiej. Słowa wylewały się jej z pyska tak naturalnie, jak gdyby wszystkie kwestie były już wcześniej wyćwiczone. Jej łapy nie drżały już nerwowo, a zimne powietrze ułatwiało wzięcie głębokiego wdechu – jedyną oznaką nerwów była poruszająca się rytmicznie końcówka jej ogona… Co mogło również być wzięte za poirytowanie samą osobą napotkanej samotniczki.
— Nie mogę pozwolić ci włóczyć się po naszych terenach, z nadzorem czy bez — miauknęła, wzruszając ramionami. — Nie mogę cię również puścić luzem, bo wrócisz tu, gdy tylko zniknę ci z oczu.
Zbliżyła się do samotniczki, muskając jej ucho ruchem ogona.
— Albo pójdziesz ze mną — kontynuowała, unosząc łapę i gestykulując w kierunku, który wskazała jej Mroczna Wizja — albo to ja zadecyduję o twoim losie…
Wyszczerzyła zęby w sztucznym uśmiechu. Niebieska kocica zasyczała, chyląc się ku ziemi, i w zaledwie jedno uderzenie serca jej pazury spotkały się z ciemnym policzkiem Pomroku.
Mistrzyni zawarczała, z zaskoczeniem odchylając głowę do tyłu. Przebrzydłe ścierwo! Z pyskiem wykrzywionym w grymasie odepchnęła od siebie nieznajomą, szybkim ruchem łap przygniatając ją do ziemi. Jej zęby prędko zatopiły się w skórę na karku kocicy.
— Jeszcze jeden taki ruch, a twoje wnętrzności znajdą się na zewnątrz — wysyczała, szarpiąc ciałem samotniczki — a futro w środku. Rozumiemy się?

↝❇⌑❂⌑❇↜

Pod Ciernistym Drzewem czekał na nie kręg kotów. Wśród spowitych mrokiem sylwetek odznaczały się te, które dobrze znała; prócz Mrocznej Wizji i Ognikowej Słoty, których się poniekąd spodziewała, rozpoznała również samą Zalotną Gwiazdę, Blade Lico czy… Cienistą Zjawę. Aby ukryć zaskoczenie, jak i nutkę zawodu, która pojawiła się na jej pysku, pochyliła głowę i ponownie złapała samotniczkę za kark, wprowadzając ją na środek osobliwej areny, którą utworzyli członkowie kultu.
Niebieskofutra z szeroko otwartymi oczyma rozejrzała się po zebranych. Jednak, gdy tylko uchyliła wargi, aby wypytywać, o co im wszystkim chodzi, łapy Pomroku odepchnęły ją w stronę gruntu. Pysk samotniczki zarył o wilgotną ziemię.
Spojrzenie mistrzyni na parę uderzeń serca padło na sylwetkę siostry. Usta Słoty zdawały się wygięte być w szczerym uśmiechu. Już nie mogła się wycofać. Zignorowała wzrok całej grupy, wbity w jej kark, i pochyliła się nad swoją ofiarą. Złote oczy samotniczki wpatrywały się w nią z przerażeniem. Jedna z łap Pomroku spoczęła na jej klatce piersiowej, niezdecydowana, zanim otrząsnęła się mentalnie i w przeciągu zaledwie uderzenia serca zacisnęła szczęki na miękkim gardle kocicy.
Tuż obok jej uszu rozległa się cała harmonia charczenia i bulgoczącej w krtani krwi. Ostre, kruche pazury wbiły się w jej barki. Zacisnęła ślipia, szarpiąc mocniej, aż ciało kocicy przestało się pod nią wić. Ostatni, płytki oddech uciekł z jej płuc.
Powoli uniosła głowę, ukazując pysk splamiony cudzą krwią. Odruchowo oblizała wargi, spoglądając to na Mroczną Wizję, to na Zalotną Gwiazdę. Sylwetka matki promieniała dumą. Kapłanka kultu wysunęła się na przód, spoglądając na Pomrok z góry. Następne jej słowa były krótką, zwięzłą pochwałą jej umiejętności i dotychczasowych osiągnięć. Nie był to jednak koniec.
— Ja, Mroczna Wizja, Wielki Kapłan kultu Mrocznej Puszczy, naznaczam cię w imię naszych przodków. Czy jesteś gotowa przyjąć na siebie nasze znamię jako dowód inicjacji?
Przełknęła ślinę.
— Tak.
— Zatem otrzymasz ode mnie znak, który pozostanie z tobą aż do śmierci i zawsze będzie przypominał ci o przynależności do kultu.
Pysk kruczofutrej pochylił się nad głową Pomroku; jej zęby zacisnęły się na jej lewym uchu, szarpiąc i odrywając jego płat. Wzięła gwałtowny oddech, a po jej skroni spłynęła kolejna strużka szkarłatu.
— Tej nocy, zgodnie z wolą Mrocznej Puszczy, przyjmujemy cię oficjalnie jako pełnoprawnego członka naszej grupy — kontynuowała starsza. — Wierzymy, że będziesz wiernie służyć naszym przodkom i działać na rzecz kultu, abyśmy nigdy nie upadli.
Po jej karku przeszedł dreszcz; nie była pewna, czy był on oznaką ekscytacji, czy strachu. Łapa Mrocznej Wizji musnęła rozszarpane gardło samotniczki, która jeszcze parę chwili temu stała pomiędzy nimi, żywa i przerażona, i zamoczyła swoją opuszkę w spływającej po ciele krwi. Ta sama łapa została uniesiona do góry, kreśląc lepki znak na czole Nadciągającego Pomroku, tym samym oficjalnie czyniąc ją członkinią kultu Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd.

Od Jesionowej Łapy CD. Chudego Grzbietu

Jesionowa Łapa czuła się coraz gorzej z dnia na dzień. W pewnym momencie zaczęła doświadczać jakichś dziwnych sytuacji, które jej ciało sobie po prostu kreowało. Raz, na skraju zaśnięcia usłyszała głośny trzask, przez co wręcz spanikowała i zerwała się na łapy, budząc kilka kotów wokół. Zagryzła zęby z zażenowania i przeprosiła tych, których wybudziła. Miodowa Łapa zaś obdarowała ją spokojnym spojrzeniem przed powrotem do snu.Innego razu podczas polowania ciągle widziała jakieś zwierzęta kątem oka, które po przyjrzeniu się i zwęszeniu okazały się w ogóle nieistniejące. Poza tym wciąż chodziła wiecznie wycieńczona, przez co stała się też rozdrażniona.
Tygrysia Noc zauważył jej dziwne zachowania i poprosił ją o pójście do medyka. Co normalnie by zignorowała, ale, jako że musiała słuchać mentora, poddała się prośbie i poszła powolnym krokiem ze zwieszonym łbem.
W legowisku medyka zastała jedynie kogoś, z kim nieraz już rozmawiała. Czy to przy mijaniu się, czy ogółem. Chudzielec miał na płaskim pysku grymas znużenia, ale nieco oprzytomniał, gdy ją zobaczył.
— Co to za okazja, że przylazłaś! Tutaj ciebie jeszcze chyba nie widziałem. Chyba? — Zmarszczył brwi w zastanowieniu.
— Tygrysia Noc mi kazał. Twierdzi, że miewam halucynacje. Nie myślę, żeby było to jakieś nie wiadomo jak poważne, ale co mi zostało do zrobienia? Nie zbuntuje się, bo nie mam na to siły. — Wyjaśniła, a po głosie słychać było lekkie zachrypnięcie oraz potężne wykończenie.
— Dobrze, że się posłuchałaś, bo jeszcze trochę i byś nam tu zwariowała i do niczego nie nadawała. — Wzruszył ramionami. — Niech zgadnę, zaczęło się od braku snu? — Na co kocica pokiwała głową, mrużąc oczy w szparki, po czym usiadła, by nie stać w przejściu.
— I co mam z tym niby zrobić? Nie umiem porządnie zasnąć. A jak zasnę, to byle szelest mnie potrafi wybudzić.
— Jak to co? Mak moja droga! Magiczne ziarenka, które spełniają marzenia — miauknął. — Szczuplutka jesteś to dla Ciebie dwa to limit. Jedno dziś wieczór i drugie jutro przed snem. Aha a jak Cię byle szelest budzi, to może zmień miejsce w legowisku.
Kotka zmarszczyła brwi.
— To tyle?
— To tyle. Żadna filozofia, tylko kilka drobnych nasion. — zacharczał z rozbawieniem. — No, chyba że jesteś jakaś nerwowa. Mogę Ci dać wtedy liści macierzanki. Ale jeśli to jakiś kot Cię wkurza, to może go zlej po prostu?
— Myślę, że nie trzeba. Twierdziłam, że będę faszerowana ziołami, a tu niespodzianka. — Złapała się za głowę, czując ponownie narastający ból w skroniach.
— Faszerowana będziesz najprędzej przy infekcji. Bezsenność to sprawa do rozwiązania w try miga. — gadał, podczas gdy kotka zlizywała nasiona maku. — I nie bój się leczenia, bo wtedy skończysz jako trup. A nie chciałbym, żebyś była martwa. Nie znam się zresztą na kwiatkach, więc bym Ci przynosił losowe badyle.
Uczennica westchnęła. Miał rację. Ona sama też trochę się posuwała do skrajów swoich sił, nie dając sobie do zrozumienia, że może to grozić jej życiu.
— Teraz powinnaś lecieć do siebie, idź, się wreszcie porządnie wyśpij, bo normalnie się lejesz w oczach. — powiedział, na co Jesionowa Łapa wstała ociągająco. — No won, zanim będę musiał cię zbierać! Kawał zwierza jest z ciebie. — ponaglił ją.
— Już, już idę. Nie trzeba tak ostro. — wymamrotała, po czym zebrała całą swoją wolę i wyszła z legowiska, kierując się do swojego na długą drzemkę.

<Chudy Grzbiecie?>
Wyleczeni: Jesionowa Łapa

Od Promiennej Łapy (Promiennego Słońca)

Tw: walka, pobieżny opis ran

Promyk zadrżała. Wizja walki i wykazania się była dla niej głównym motywem zgłoszenia się jako ochotnik napadu na mewy. To dawało jej też szansę zemsty za te wszystkie nudne noce i ciągnące się dni, jakie musiała z ich powodu spędzić w obozie.
– Psotny Nietoperzu? – niedługo przed wyjściem Promyk odnalazła swoją aktualną mentorkę.
– Tak? – kotka zajrzała na nią, niepewna co ta może chcieć.
– Czy po tym wszystkim zrobisz mi test na wojownika? – Promyk w końcu chciała otrzymać swoje imię! Własne, piękne, wojownicze!
– Myślę, że sam ten atak jest do tego wystarczający. Nie daj się zabić, okej.– Psotka mruknęła w odpowiedzi. Oh? Doprawdy? Czyli dobrze, że Promyk zgłosiła się do tej całej wyprawy. Wystarczyło tylko teraz… nie dać się zabić? To nie może być takie trudne zadanie! To tylko parę mew!

Promyk nie mogła się mylić bardziej. Przeżycie okazało się znacznie bardziej wymagające, niż mogłaby się spodziewać. Mimo że była w miarę dobrze zbudowanym kotem, silnym i zwinnym to miała pewne problemy z tak dużymi ptakami.
Walka może nie trwała długo, ale z pewnością była wymagająca. Promyk szarpała pióra, biegała w tę i we w tę. Pewność siebie opuszczała ją co chwilę, aby wrócić ze zdwojoną siłą. Jak już się w to wplątała, to wypadałoby ujść z życiem.
Raz, dwa, trzy. Promyk naliczyła trzy razy, kiedy naprawdę oberwała od mewy. Mogła się spodziewać w przyszłości śladów po tym starciu na ciele. Ignorowała też ból niektórych kończyn. Po oberwaniu od mewy skrzydłem tak mocno, że aż zabrakło jej tchu w piersiach, czuła, że jej łapą jest coś nie tak. Podobnie z ogonem, ale wszystko było do zniesienia z tak potężną dozą adrenaliny we krwi. I wszystko byłoby dobrze. Klan był tak blisko pokonania tych parszywców… gdyby nie nagły krzyk.
– POMOCY! – Promyk rozpoznała głos swojego ojca. Uniosła nieposzarpane ucho i spojrzała w kierunku dobiegającego do nich taty. Judaszowcowa Gwiazda. Jej lider, by właśnie atakowany przez jedną z mew i samotny Rozświetlona Skóra niewiele mógł z tym zrobić.
Promyk tylko na chwilę zwróciła głowę w ich stronę, kiedy ta parszywa mewa udziobała ją w oko. Kotka od razu wróciła myślami do walki. Syknęła na swojego wroga i zaraz rzuciła się do dalszej walki. Konsekwencje tego, co odbyło się za jej plecami, przyjdą do niej później. Na razie miała ważniejsze zadanie! Przeżyć.
A po wszystkim usiadła sobie pomiędzy resztą rannych kotów i odetchnęła. Oko ją bolało, jej bark był w niewłaściwym miejscu, a jej ogon wyglądał marnie. Już nie taka młoda klifaczka spojrzała na swoje łapy. Może to w końcu czas dla niej, aby zyskała swoje imię.
I tak też było. Kiedy tylko Jagnięcy Ukłon pozwoliła jej wstać z posłania, kiedy jej rany już nieco zasklepiły się na jej ciele i jej równowaga się poprawiła. Po walce z mewami Promyk straciła wizję w oczku, a jej ogon był nie odratowania, tak więc taka poobijana zjawiła się na zwołanym zebraniu. Nie był to już Judaszowcowa Gwiazda. Ani Pikująca Jaskółka, która miała niedawno otrzymać swoje imię. Nie. Przed nią stał Lśniąca Gwiazda. Spojrzał na nią ze spokojem, po czym się odezwał:
– Ja, Lśniąca Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenowała pilnie, aby poznać zasady naszego kodeksu. Promienna Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
– Przysięgam. – Promyk podniosła oczy na lidera. Oczekiwała jakiegoś wielkiego uczucia w swoim sercu, jednak tam niczego nie było. Tylko spokój i niepokojąca pustka. Czy miała być, z czego dumna? Tyle księżyców na karku, a ona dopiero teraz otrzymywała swoje imię.
– Mocą Klanu Gwiazdy nadaję Ci imię wojownika. Promienna Łapo, od tej pory będziesz znana jako Promienne Słońce. Klan Gwiazdy ceni Twój wkład w walkę z mewami i odwagę, jaką się w niej wykazałaś. – Lśniąca Gwiazda zamilkł na krótką chwilę. – Klan Klifu wita cię jako nowego wojownika!
Jej nowe imię rozbrzmiało w kątach klanu, jednak jej nie było tak wesoło. Mimo to uśmiechnęła się szeroko i powstała na łapy.
Może życie wojownika jest lepsze niż to, które prowadziła dotąd!

Od Borowika

Po długim i jakże wymagającym treningu mogę wreszcie z niejaką satysfakcją stwierdzić, że posiadam podstawy, a nawet mój poziom w takich czy innych dziedzinach przekroczył średnią. Z łatwością potrafiłem już nie tylko wchodzić czy schodzić z drzewa – umiałem się po nich poruszać, przeskakiwać między nimi, biec równie dobrze jak po płaskiej ziemi…
— …na trzy. Gotowy? — spytał Kurka.
Oboje staliśmy na gałęzi drzewa, gotowi do startu. Jakiś czas temu obaj wpadliśmy na genialną i jeszcze bardziej ekscytującą (to jest – jeszcze mniej odpowiedzialną i bardziej śmiertelną) formę treningu. A były to to mianowicie wyścigi. Po gałęziach drzew. Świetna zabawa, ale dopiero po chwili, gdy zapominało się o zdrowym rozsądku i chęć rywalizacji tłumiła strach przed nagłą śmiercią. Nie wydaje mi się, żeby na kociaka obcowanie ze śmiercią i ryzykowanie życiem od niemal urodzenia wpływało dobrze w jakikolwiek sposób, ale…nie żebym narzekał…
— Mhm. Gotowy. Jestem — odparłem, przedłużając moje zdanie o dwa dodatkowe słowa.
— Dobrze. Raz… dwaaa…
Trzy nie padło. Wiedziałem, że nie padnie od razu. Już dwa razy mój ulubiony mentor mnie tak wkręcił, przez co wylądowałem w kępie paproci pod drzewem… Ale nie tym razem. Nie, nie.
— Trzy!
Wystartowałem, przeskakując na gałąź najbliższego drzewa, następnie przebiegłem po niej do samego czubka, wyskoczyłem i wbiłem się w pień młodej brzozy moimi pazurami (już nie pazurkami, gdyż z dumą mogę oświadczyć, że nieco urosły). Tak przesadzałem kolejno gałąź za gałęzią, nie spoglądając na Kurkę, ani na chwilę nie tracąc skupienia. Zdążyłem już się przekonać, że podczas wyścigu rozproszenie kończy się upadkiem w paprocie. To też zdarzyło się co najmniej raz…
Wziąłem głęboki wdech.
W końcu zobaczyłem mój cel. Sporych rozmiarów dąb o pokaźnym, grubym pniu. Miejsce docelowe końca wyścigu. Rozpędziłem się jak tylko mogłem na ostatniej gałęzi, wystrzeliłem w górę i…
Bach.
Wbiłem się pazurami w pień. To tyle.
Huh. Dziwne. Wyjątkowo nie przydarzył mi się żaden niefortunny i bolesny wypadek… Nie uderzyłem głową w pień. Nie potknąłem się. Nie złamałem łapki. Nie oślepłem. Ziemia się nie rozstąpiła. Coś jest nie tak. Nie podoba mi się to. Chociaż z drugiej strony…
— No, no, osiągasz coraz lepsze wyniki, Borowiku! — stwierdził kocur z uśmiechem. — Jesteś już naprawdę szybki! Jeszcze kilka księżyców i nie będę mógł cię dogonić!
Siedział on na gałęzi kawałek nade mną. Musiał tu przybiec dosłownie jeden czy dwa skoki przede mną. W końcu ma dłuższe łapy niż ja moje łapki…
Wdrapałem się na gałąź obok niego i usiadłem ciężko, aż liście zadygotały.
— Oh. No tak. Tak myślę… również… w sensie, że…nieźle idzie mi. — Wyprostowałem się dumnie. Wtedy jednak coś strzyknęło mi w kręgosłupie i się zachwiałem. Na szczęście w porę odzyskałem równowagę.
Nastroszyło mi się futerko. Skrzywiłem się. Zasyczałem z dezaprobatą. Otarłem główkę o mój bark, by choć trochę futerko wyprostować…
Kurka się zaśmiał. Nie wiem, czemu zawsze się śmieje i uśmiecha i ma wyraz pyska, jakby życie non stop opowiadało mu wyjątkowo zabawne żarty… Ja tak samo jak on mam w miarę szczęśliwe życie, ale przecież nie uśmiecham się prawie wcale. Może stare koty tak mają po prostu… W końcu, ile Kurka może mieć księżyców? Trzysta…?
…rozpoznaję tropy zwierząt, znam je już wszystkie i potrafię bezbłędnie odwzorować…
— Lis.
— Nie.
— Zając.
— Nie.
— Bóbr.
— Nie-e.
— No to co?
— Lis.
— No przecież od razu mówiłem — oburzyłem się, tupiąc łapkami o ziemię.
Staliśmy naprzeciwko siebie, pod drzewem, pochyleni nad serią lisich śladów niczym nad miejscem zbrodni.
— Ahh, faktycznie — powiedział Kurka, mrużąc lekko oczy jakby z głębokim zdziwieniem, że mógł się tak pomylić.
— No to co mówisz, że nie, skoro tak. Ja mówię, że tak. Czemu mówisz, że nie? Przecież widzisz! — Ponownie tupnąłem łapkami. Strasznie nie lubię, jak mam rację, a ktoś mówi, że nie mam. Bo jak mam to mam. A jak nie mam, to wiem, chyba że nie mam!
Jak jeszcze raz nastroszy mi się futerko, to ogolę się na łyso.
— Bo przy każdym poprzednim tropie też strzelałeś za pierwszym razem, że to lis. A ani razu nie widzieliśmy dziś wcześniej lisa!
— Aha. – Skrzywiłem się lekko. Moje brwi opadły lekko na boki, irytacja trochę zniknęła. Nie żeby nie była to prawda. Bo była. — Ale słuchaj. Słuchaj. To nie jest…um…to nie przypadek. Słuchaj. Statystycznie wychodziło mi, że za którymś razem to musi być trop lisa. Bo tropy lisa są tu częste. I miałem rację.
Kurka otworzył szerzej oczy ze zdziwienia. Westchnął.
— Naprawdę? Nie mogłeś po prostu…? — Pokręcił głową. — Ale po co? Przecież ty pamiętałeś wszystkie ślady jeszcze wczoraj!
— No i pamiętam. Nieustannie. Co mam nie pamiętać… Ale chciałem sprawdzić… uh… moją teorię. Czy serio są tak częste, że za którymś razem muszą się pojawić… I się sprawdziła. Jej.
Tropy lisa miały kształt dość ciekawy. Jeden z bardziej charakterystycznych spośród wszystkich zwierząt leśnych posiadających łapy. Przypominały one nieco skrzyżowanie odcisku łapy kota z racicą jakiegoś większego stworzenia. Był bardziej podłużny niż koci czy psi, jednocześnie zostawiając wyraźne odciski pazurów. Są one również nieco drobniejsze niż powyższe…
— Ale i tak mogłeś je nazywać! Nic by to…nic by to nie zmieniło! – powiedział, zdezorientowany.
No dobra. Może nie miało to zbytniego sensu, ale…
— Lis nie lis. Chodzi o wyższą ideę. Wyższą niż ja, ty czy cały świat.
No dobra. Teraz po prostu wymyślam. Bo wiem, że jestem na przegranej pozycji.
— Ughh… — Mentor westchnął z niedowierzaniem, przewrócił oczami.
Od jakiegoś czasu zaczął on wzdychać w sposób podobny do mnie. Nie wiem, czy to znaczy, że mam na niego dobry czy zły wpływ. Ale skoro nie przestaje się uśmiechać, to chyba dobry…
…ale największe postępy to poczyniłem w walce. Naprawdę. Z tego akurat jestem szczerze dumny. Dużo ćwiczyłem. Oj, dużo…
Odkryłem największy sekret pojedynków.
Jestem mały i słaby. Niepozorny, ale to akurat faktycznie taki jestem, nie że mam jakąś tajną magiczną moc czy umiejętność, można mnie zlekceważyć i zupełnie nic to nie zmieni w wyniku walki… Potrzebuję siły. Siły, która dorówna mojej niewiarygodnej wręcz sile umysłu. Mięśni. Czystej masy. Podczas ćwiczeń stopniowo ją zdobywam, ale jest to niezwykle czasochłonne. Nie starczyłoby treningu, żebym nabrał jej tyle, by stała się moim głównym atutem. Dlatego też…muszę być szybki. A przede wszystkim…muszę dezorientować. Walka stała się o wiele ciekawsza, gdy z ziemi przeniosła się na drzewa. I została połączona z kamuflażem…
Siedziałem cicho, skulony w koronie wysokiego dębu. Wyczekiwałem. Nasłuchiwałem.
Była to kolejna aktywność, która pojawiła się dopiero, gdy przenieśliśmy trening na drzewa i która uczyniła go jeszcze bardziej fascynującym. I…zwiększała ryzyko śmiertelności, tradycyjnie.
Polegała ona na tym, że miałem się zakamuflować i ukryć się na drzewie. Za każdym razem kamuflaż i miejsce musiały być inne. Raz oklejałem się zielonymi liśćmi, innym razem kępami trawy, innym razem mchem czy korą. Dzisiejsza kreacja składała się z błota z pobliskiej kałuży i lekko spleśniałych liści w odcieniach ciemnego brązu. Idealnie, by schować się w wyższych partiach drzewa, gdzie gałęzie są gęstsze, jednakże w tych niższych sprawdziłby się równie skutecznie.
Mój mentor miał za zadanie znaleźć mnie w jak najkrótszym czasie. Jeśli nie znalazł mnie do obiadu, to…nie jadłem obiadu. Dobry zwiadowca nie wychodzi z kryjówki, choćby się waliło i paliło naokoło – jeśli nie został zauważony. Aczkolwiek…czasem miałem wrażenie, że gdy ja traciłem obiad, siedząc w ukryciu, on spokojnie szedł sobie go zjeść i wracał…jednakże nie mam na to żadnych dowodów, jedynie przeczucie. Ale dobra. Gdy ostatecznie zostałbym znaleziony – co jak na razie zdarzało się za każdym razem – mogłem jeszcze wygrać tę grę, zrzucając z drzewa Kurkę…
Usłyszałem szelest.
Bach.
Kocur skoczył na mnie bez ostrzeżenia. Ostatnimi czasy już w ogóle nie ostrzegał przed atakiem. Moje umiejętności były na tyle rozwinięte, że po upadku z drzewa miałem jakoś szansę na przeżycie.
Wybrałem przypadkowy ruch z tych najlepiej przeze mnie opanowanych.
Przewrót w bok. Skok na gałąź. Przewrót w przód. Przewrót w przód. Stop.
Kurka skoczył ponownie, celując prosto we mnie.
Skok w bok. Wczepiłem się pazurami w pień, a następnie dostałem się na wyżej położoną gałąź.
Miałem teraz lepszą pozycję.
Ale nie. Przez jednak znaczącą różnicę w wadze i sile nie dawało mi to zbyt wiele. Postanowiłem więc…zniknąć. Wycofałem się i zacząłem wspinać na gałęzie poza polem widzenia mentora. Od razu ruszył on za mną, ale ja miałem plan. Niby go nie widząc, zeskoczyłem kilka poziomów w dół. Kurka wykorzystał sytuację, odbił się od gałęzi i z zawrotną prędkością leciał prosto na mnie! A ja…miast poddać się i zeskoczyć honorowo w dół czy zrobić logiczny unik w bok…wybiłem się do góry. Celując prosto w kocura. Przyczepiłem się do jego futra.
Moje pazury, dzięki ich zakrzywionemu kształtowi, świetnie nadawały się do uczepiania się futra innych kotów. Z drugiej strony, non stop czepiały się ich liście, bliżej nieokreślone puszki i pajęczyny, przez co często wyglądało, jakbym miał gigantyczne łapki.
Kurka odleciał kawałek w bok, strącony z pionowej trajektorii lotu, ale oczywiście z wprawą uczepił się pnia pazurami i lekko zsunął się po nim na ziemię. Z moim ciężarem na sobie – choć malutkim – nie byłby w stanie wskoczyć na żadną gałąź.
Puściłem go i upadłem na plecy. Wyturlałem się spod niego. Odturlałem się w bok. Turluturlu. Kawałek dalej nawet. Bo fajnie się turla. No i czuję, że gdybym wstał, to bym chyba zwrócił Wszechmatce moje dzisiejsze śniadanie w innej formie niż zazwyczaj.
Walka skończona.
To było jedno z nielicznych starć, które faktycznie…wygrałem. No. Prawie. Bo teoretycznie ja też spadłem z drzewa, tyle że zrzuciłem się sam. Więc w sumie nie zostałem pokonany w żaden sposób.
Kurka już zaczął rozpracowywać moją strategię (a raczej jej brak), dlatego dla niego pojedynki takie były o wiele łatwiejsze. No i…przepaść w naszym doświadczeniu bitewnym też była widoczna. Ciekawi mnie niezmiernie, jak zareagowałby jakikolwiek inny kot na takiego przeciwnika…aczkolwiek wolałbym nigdy nie musieć tego sprawdzać.
Oddychałem spokojnie. Kurka już zdążył nauczyć mnie, że w walce jednym z najważniejszych elementów jest oddech. Jak się nie oddycha, to się umiera. Traci się widoczność. Skupienie. Energię. Dlatego po żmudnym treningu jestem już w stanie w miarę się kontrolować. Mogę się skupić na turluturlu. To znaczy…zaawansowanych technikach unikania ataku.
— Dobrze, Borowiku. To była dobra walka — pochwalił mnie kocur, otrzepując się z resztek kory i ściółki. W moim przypadku otrzepywanie nie miało sensu. Błoto na moim futerku już całkiem zaschło.
— Dobra? Nie wiem, czy dobra. Sam siebie pokonałem. Skacząc z drzewa. Ale…nie była zła, pomijając fakt, że pierwsza część, w szczególności szybkość reakcji, pozostawiają duże pole do…
— Była dobra — odparł Kurka, bardziej stanowczo, nie pozostawiając miejsca na dyskusję.
Hm. Kurka mówi, że walka dobra. Więc pewnie tak jest. Nie można się kłócić z mentorem. Bo najczęściej ma rację. Tak myślę. A zwłaszcza mój mentor. On ma rację nawet wtedy, gdy nie ma racji…

<1745 słów>
[Rozpoznawanie tropów lisa]

Od Gołąbka

Przeszłość

Gołąbek wślizgnął się do legowiska starszyzny. W pyszczku trzymał mech z myszą żółcią, którą miał usunąć kleszcze z futra Lisa. Uczeń miał nadzieję, że rudy kot podczas usuwania kleszczy opowie mu jakąś historię. Uwielbiał ich słuchać!
— Hej Lisie! Przyszedłem usunąć ci kleszcze!
Lis podskoczył. Gołąbek podszedł do niego od strony, gdzie brakowało mu oka, przez to młody starszy go nie zauważył.
— Tak. Mhm. Usuń je, jeśli chcesz.
Gołąbek zauważył, że od czasu wypadku Lis jakby stracił chęć do życia. Coraz mniej jadł i nie obchodziło go klanowe życie. Uczeń zaczął usuwać kleszcze. Wiedział, że Lis jest w nienajlepszym nastroju, więc postanowił, że zaproponuje mu coś, co podniesie go na duchu. Nie chciał się dopytywać, co się stało. Poranek przestał do niego mówić, gdy zadał mu pytanie o jego zmartwienia, więc uczeń uznał, że najlepiej poczekać, aż drugi kot otworzy się sam.
— Chcesz sobie nawzajem poopowiadać historie? Jak już skończę?
— Nie chcę — odmruknął Lis i machnął ogonem. Jego oko było matowe. — Lepiej już idź, śmierdzielu. Nie chcę opowiadać historii.
— No dobrze, pójdę. Tylko wyjmę ostatniego kleszcza. — Uczeń zabrał się za wyjmowanie robala. Gdy skończył, zabrał mech i wyszedł z legowiska starszyzny. Będzie musiał coś wymyślić by poprawić Lisowi humor

* * *
Nazajutrz

Gołąbek wyjął ze swojej skrytki ostatnie ususzone kwiatki, jakie mu zostały. Nastała zima, więc najwyższy czas je wykorzystać. Kocurek zabrał też kijek, na którym zebrana była żywica. Chciał ją zachować dla siebie, ale Lis był teraz ważniejszy. Kiedy uczeń upewnił się, że Lis śpi, podkradł się do legowiska starszyzny i zostawił przy nim kwiatki z żywicą. Może kiedy rudy naklei je sobie na futerko, poczuje się trochę lepiej? Lis wystawił głowę za wejście do legowiska starszych.
— Kto zostawił tutaj ten syf? Co to jest w ogóle?! Rozpada się i klei, fuj!
Gołąbek stanął jak wryty. Nie spodziewał się, że Lis tak szybko się obudzi.
— Ja tylko… przyniosłem ci ozdoby na futro… proszę, nie gniewaj się!
— Ozdoby? To nie są ozdoby! Spójrz, jak to się klei. Zapbierz to stąd. I lepiej tu nie przychodź. — Lis parsknął i skrył się w legowisku.
— To są ozdoby! Zobacz! — Gołabek złapał za kijek, nałożył nim na swoją pierś trochę żywicy i nakleił w jej miejscu jeden z kwiatków. Miał nadzieję, że Lis postanowi jeszcze raz wyjrzeć i je zobaczyć. Ale jeśli znowu powie, że chce być sam, Gołąbek nie będzie się wykłucać. Może kocur po prostu potrzebuje czasu w samotności. Wcześniej był przecież dla Gołąbka bardzo miły!
— Hmm...Gołąbku. Przepraszam. Poniósło mnie. — Lis potrząsnął głową — wiesz, ostatnimi czasy nie jest mi najlepiej. Mam wymioty. Te… hmm… ozdoby. Są… ładne. Ozdób mi nimi ogon, kociaku.
— Poproszę Poranka, by przyniósł coś na twoje wymioty! I nic nie szkodzi, nie gniewam się! — Gołąbek zabrał się za przystrajanie ogona Lisa. Cieszył się, że tak szybko udało mu się pogodzić z Lisem. Młody starszy zamruczał słabo, pozwalając uczniowi dekorować jego futro.
— Skończyłem! — wykrzyknął Gołąbek. Przykleił na ogon Lisa wszystkie kwiatki najpiękniej, jak umiał — Co myślisz? Jeśli ci się podoba, to na wiosnę mogę nazbierać więcej!
— Jest ślicznie. Najbardziej lubię te fiołki.
Lis położył głowę na ziemię i po chwili zasnął, chrapiąc.

[512 słów]

[10%]

Od Wrony

Zimny wiatr, jednak cieplejszy niż zawsze, zawitał w żłobku Owocowego Lasu. Tam, słodkie, niewinne z wyglądu kocięta bawiły się z ich ojcem. Ale niewinne tylko z zewnątrz. Otóż prawie ze żłobka nie zostałyby nawet ściany, takie energiczne były. 
— TATO!!! PUCHACZ ZNÓW CHCIAŁ MI ODGRYŹĆ OGON!!! — wrzasnęła Wrona. 
— Już dobrze, Wrono, nic ci się nie stanie. 
— Ale... To już kolejny ra... A... A PSIK! — Psiknęła prosto na Topole. On znów zrobił taką dziwną minę, jaką robił przy tym, gdy jej brat wspiął się na dach legowiska albo gdy bawiła się z nim w chowanego.
— Chodź, pójdziemy do lecznicy — powiedział, biorąc ją w pysk. — Puchaczu, idź ze mną. Trzeba gdzieś zużyć tę energię. 
Kiedy weszli, przywitali ich Mistral ze spłaszczonymi uszami oraz Wiciokrzew. 
—Witajcie! Wrona dostała kataru. Czy możecie ją zbadać? Wiciokrzew przytaknął. 
— Hmmm... Spokojnie, to zwykły katar. — Topola był zaskoczony tym, że uzdrowiciel tak go uspokajał. Może to przez jego minę? 
— Tak... Tak. Wiem, że to nic poważnego i to tylko zwykłe przeziębienie… — miauknął czarno-biały. 
— Mistral, przynieś mi podbiał, proszę — mruknął do uczennicy, która ze spuszczoną głową poszła po niego. 
— Bardzo mi przykro z powodu Poranku… — miauknął Topola. Wrona coś słyszała o jego śmierci, ale niezawiele. Tatuś mówił, że Wrzechmatka go wołała, więc wszystko dla niej jest w porządku. Mistral podała podbiał. 
— Proszę — rzekł Wiciokrzew — zjedz to, to ci pomoże. Kłapoucha bez sprzeciwu go zjadła, lubiła próbować nowych rzeczy. Nawet było dobre. 
— Wielkie dzięki, Wiciokrzewiu — podziękował mu ojciec z ulgą w głosie. 
— Nie ma za co. Zdrowia! — odpowiedział kocur i machnął ogonem na pożegnanie, by znów się zatopić w innych obowiązkach. 

Wyleczeni: Wrona

06 maja 2026

Od Wrony Do Figi

Wrona spała, wtulona w brata oraz ojca. Szum drzew, zwiastujących porę nowych liści, obudził ją. Przeciągnęła się i pyrgnęła brata.– Hę? – mruknął zaspany Puchacz.
– Pobawmy się! – pisnęła, przebierając z łapy na łapę.
– W takim razie gonisz! – dotknął czubkiem nosa siostrę i popędził na zewnątrz.
– Hej! To niesprawiedliwe! – oburzyła się kotka, ale on już nie słuchał – I tak cię złapię!
Wybiła się i ruszyła w pogoń. Okrążyli stos zwierzyny, prawie przewrócili Hiacynta i nagle się zatrzymał.
„Mam cię!” -pomyślał kociak i dotknęła nosem jego karku. Była tak zaaferowana, że nie zauważyła, czemu się zatrzymał. Okazało się, że przed nim stał liliowy, duży kot.
– Ciocia Orchidea! – wymruczała, skacząc, próbując dotknąć jej nosa. Kotka zauważając to, pochyliła głowę, i kłapouchemu udało się w końcu dosięgnąć celu.
– Jak u was, maluchy? W co się bawicie?
– W berka! – odparł Puchacz.
– Złapałam go! – pochwaliła się Wrona.
– Super! A gdzie Topola?
– Śpi i gada coś przez sen – odpowiedział czekoladowy.
Ciotka zaśmiała się i rzekła:
– Wy małe energiczne stworzonka! – zaśmiała się – dajmy tacie spać i ja się wami zajmę.
Wrona miauknęła z zadowolenia i uciekła od Puchacza, mówiąc: „gonisz!”, lecz nagle się zatrzymała. Przy wejściu do obozu było jakieś zamieszanie. Właśnie otoczeni byli przez pobratymców Czereśnia, Purchawka i Smuga. Wyszli gdzieś rano, a było wysokie słońce, więc to na pewno było coś ciekawego. W tym tłumie była też jej matką, Figa, zastępczyni. Była naprawdę dumna z mamy, a kto jak nie ona wiedziałaby, co się dzieje? Przecisnęła się przez tłum i stanęła obok niej.
– Czereśnio, naprawdę, mogłeś mnie wziąć! Nic bym nie odwaliła!
– Cześć mamo! – pisnęła nieoczekiwanie, lekko zaskakując ją.
– O, cześć córciu? Co u ciebie?
– Dobrze, u Puchacza też, ale nie wiem, czy on nie ma orzecha zamiast mózgu.
Figa prawie parsknęła śmiechem.
– Nie martw się, jest większy. O coś chciałaś mnie zapytać?
– Tak. Gdzie był Czereśnia?
<Maaaamo?>

Od Zalotnej Gwiazdy

Nadeszła noc, w której aż trójka kociąt ze żłobka miała odbyć swój test na ucznia. Tęgosz, Seradela i Garbatek byli niemal w tym samym wieku, choć co do rudego kociaka nie była tego do końca pewna. Pojawił się w obozie tego samego dnia co dzieci Wrotyczowej Szramy, ale kto wie, kiedy tak naprawdę się urodził. Cienista Zjawa nie mówił o jego pochodzeniu zbyt wiele ani o matce, choć sam przyznał, że jest jego biologicznym ojcem.
Jej dzieci tak szybko rosły. Jeszcze niedawno Zalotna Gwiazda niosła je do obozu w środku nocy, po tym, jak zamordowała ich matkę, a dziś… mogła obserwować, jak stają się dorosłe. Ciekawe, czy Nadciągający Pomrok i Ognikowa Słota też kiedyś założą rodziny i doczekają się własnego miotu. O ile ta druga wciąż jeszcze nie opłakuje zdradzieckiego Porywistego Dębu, w którym — jak przypuszczała Zalotka — się zakochała. Liderce robiło się niedobrze na samą myśl, że kotka, którą wychowała w nienawiści do Klanu Gwiazdy, mogła żywić uczucia do takiego zdrajcy. Jak ona śmiała w ogóle z nim przebywać? Wiedziała przecież, że nie może rozmawiać z Iskrzącą Nadzieją i Miodową Korą, więc czemu miałaby móc zadawać się z owocami ich miłości? Okropieństwo.
Nieważne. Zalotna Gwiazda posłała Kocimiętkowy Wir z Tęgoszem, by ta wyprowadziła cętkowanego kocura w las. Sowiemu Zmierzchowi przypadło odprowadzić Seradelę, a Garbatek został powierzony Wilgowej Goryczy. Przy tym ostatnim w umyśle szylkretowej przywódczyni pojawiła się myśl. “Ten kociak nie wróci do obozu żywy” — przemknęło jej przez głowę, gdy koniuszek czekoladowo-białego ogona znikał z jej pola widzenia. Był zbyt słaby, zbyt pokraczny i zdeformowany, by przeżyć tę noc. W Klanie Wilka uchowywali się tylko najsilniejsi, a nie ci, którzy nie potrafili nawet normalnie chodzić. Garbatek nie przyniósłby tej przynależności niczego poza wstydem. Na szczęście nie musiała się martwić o jego eliminację — była niemal pewna, że takie “odpadki” usuwają się same.

* * *

Podczas gdy ona drzemała smacznie, trójka kociąt walczyła o życie w dzikim, wilczackim lesie. Zalotna Gwiazda nie śpieszyła się za bardzo. Powoli z rana wyczyściła swoje futro, poprzeciągała się i kilka razy ziewnęła, próbując się do końca rozbudzić. A gdy już wykonała swoje poranne rytuały, wreszcie wspięła się na pień i mruknęła:
— Czas przyprowadzić do nas kocięta, które tej nocy odbywały swój test na uczniów! — ogłosiła, na co Kocimiętkowy Wir, Sowi Zmierzch i Wilgowa Gorycz podnieśli głowy. Zalotka ruchem pyska wskazała im wyjście z obozu, czekając, aż wojownicy wybędą z azylu.
Na chwilę zeszła z pnia, aż dopóki w obozie nie zjawił się Tęgosz wraz z Seradelą. Garbatka wciąż nie było, ale Zalotna Gwiazda była na tyle przekonana, że czekoladowy kociak zmarł, że postanowiła rozpocząć ceremonię bez niego.
— Niech wszystkie koty Klanu Wilka zdolne do samodzielnego polowania zbiorą się przed mównicą! — rozkazała, rozglądając się po azylu i po wojownikach, którzy jeszcze trochę sennie wychodzili ze swoich legowisk, jak dżdżownice podczas deszczu.
W tłumie dostrzegła rudego cętkowanego kocura i niebieską srebrzystą kotkę. Posłała im pokrzepiający uśmiech, po czym kontynuowała:
— Wiedziałam, że nie zawiodę się na tej dwójce młodych kotów — mówiła z dumą, jako iż w obu kociętach pokładała spore nadzieje. — Tęgoszu, wystąp — nakazała.
Gdy zielonooki wysunął się na środek polany, Zalotna Gwiazda rozejrzała się jeszcze raz po zgromadzonych wojownikach, upewniając się, że jej wybór co do mentora będzie słuszny. Potem wróciła spojrzeniem do rudofutrego.
— Od dziś, aż do zakończenia treningu, będziesz zwany Cętkowaną Łapą, a twoją mentorką zostanie Tropiąca Łaska. Jestem pewna, że przekaże ci całą wiedzę, którą wcześniej zdobyła od samego zastępcy tego klanu — ogłosiła, czekając, aż czekoladowa szylkretka wysunie się z tłumu i dotknie nosem ze swoim nowym uczniem. Wojowniczka wyszkoliła już Nocnego Śpiewaka, więc czemu miałaby nie dostać drugiego podopiecznego? Zalotna Gwiazda ufała jej i patrzyła w jej stronę całkiem przychylnie — głównie przez to, że jeszcze jakiś czas temu Tropiąca Łaska kleiła się do liderki, jak rzep.
— Seradelo, wystąp — poleciła szylkretka, gdy Cętkowana Łapa wraz ze swoją mentorką odsunęli się na bok. Swoją drogą, rudy kocur dostał takie imię na cześć Prążkowanej Kity. Może i u schyłku jego życia Zalotka nie dogadywała się z nim najlepiej, tak wciąż był on jej pierwszą i tak właściwie jedyną miłością.
Gdy srebrna kotka podeszła pod mównicę, brązowooka uśmiechnęła się jeszcze szerzej i oznajmiła:
— Od dziś, aż do zakończenia treningu, będziesz zwana Seradelową Łapą, a twoją mentorką… zostanę ja sama.
Oczy młodszej zalśniły. Kotka niemal zamarła w szoku, a wtedy przywódczyni zeszła z pnia i dotknęła czubka jej nosa swoim własnym. Seradela zmrużyła ślepia i szepnęła:
— Obiecuję, że będziesz ze mnie dumna.
Zalotna Gwiazda już miała kończyć tę szopkę i dać się rozejść swoim wojownikom, gdy nagle usłyszała coraz to głośniejsze kroki. Zwróciła uszy w stronę wyjścia z obozu, a już po chwili pojawił się w nim Wilgowa Gorycz. Jak się okazało, nie przybył sam. Koło jego łapy chwiejnie szedł Garbatek. Na nieszczęście, był cały i zdrowy. Nie martwy, tak, jak wydawało się każdemu.
Szylkretka zauważyła, że wcześniej przygnębiony pysk Wrotyczowej Szramy, teraz się rozjaśnił. Strzepnęła gniewnie ogonem, po czym odchrząknęła i wróciła na mównicę, z odrazą śledząc wzrokiem ruchy czekoladowego kociaka.
— No proszę… co za niespodzianka — mruknęła pod nosem. Gdy pręgowany ustawił się między silnymi, zgrabnymi członkami Klanu Wilka, Zalotka nakazała mu wystąpić.
Gdy Garbatek znalazł się w centrum uwagi całego klanu, brązowooka zaczęła mówić:
— Od dziś, aż do zakończenia treningu, będziesz zwany Garbatą Łapą — tu przerwała, by szybko objąć wzrokiem możliwych mentorów. Przeżycie czekoladowego zbiło ją z tropu. Nawet nie zastanawiała się nad tym, kto mógłby go szkolić, bo nie sądziła, że ten moment nadejdzie. — Twoją mentorką zostanie Cykoriowy Cykor. Myślę, że do siebie pasujecie — stwierdziła, uśmiechając się złośliwie.
Przez pierwsze kilka uderzeń serca pręgowana wojowniczka nawet nie raczyła wychylić się z tłumu, co dla Zalotki było przezabawne. Pewnie przynosiło to wstyd biednemu Garbatkowi, który już teraz wyglądał, jakby chciał się zapaść pod ziemię.
W końcu jednak jakiś wojownik popchnął Cykorię do przodu i zmusił ją do wyjścia naprzeciw swojemu nowemu uczniowi. Pomarańczowooka z obrzydzeniem dotknęła jego nosa, a potem przewróciła oczami i nawet nie czekając na swojego ucznia, uciekła gdzieś na bok.

* * *

Zaraz z rana Zalotna Gwiazda zjawiła się w legowisku uczniów. Seradela już nie spała, gotowa na pierwszy trening z samą liderką. W jej oczach błyszczała duma i ambicja, z czego szylkretka była ogromnie ucieszona. Już wiedziała, że szkolenie niebieskiej kotki będzie czystą przyjemnością.
Mogła być pewna, że gdy tylko zielonooka osiągnie wiek dziesięciu księżyców, zmierzy się z kimś w walce i wygra za pierwszym razem. Wyszkolona przez samą przywódczynię, stanie się jednym z najsprawniejszych i najbardziej oddanych wojowników, jakiego Klan Wilka kiedykolwiek posiadał.