BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

27 października 2026

Od Kaczorka CD. Pszczelego Lilaku

Dzień szybko przybrał inny bieg niż w oczekiwaniach Kaczorka. Jego komentarz na temat chmurko-podobnego wyglądu został prędko zmieniony na rzecz odprowadzenia go do żłobka, co wydało mu się naturalne. Natomiast potem nie wiedział, czy narzekać, czy też nie… niemniej spotkana wybrała opcję dotrzymania mu towarzystwa, pewnie dlatego, że jego najbliżsi ucinali sobie drzemkę. On zdecydował się nie pokazywać swoich mieszanych uczuć co do tego ani częściowego rozczarowania tak siedząc i słuchając. W końcu lubił słuchać! Nawet bardzo! Tylko że słysząc opowiastkę o innych klanach, wpadała ona do jego umysłu jednym uchem, a drugim - wypadała. Nie do końca rozumiał, dlaczego tak miał, ale naturalnym dla niego był taki stan rzeczy. Tak więc uważnie kiwał głową, aby oddać swoje zainteresowanie, pomimo częściowego kłamstwa, jakie to ilustrowało. Może robił to też troszeczkę częściej i szybciej, niż powinien? Nie potrafił stwierdzić. Dlatego kontynuował.
Było tyle różnych przynależności, iż po skończeniu wymieniania nazw grup i nieznanego pojęcia “samotników”, musiał spytać: “Czy to już wszystko?”. W jego głowie brzmiało szczere zaaferowanie, gdyż zaczynał czuć zawroty głowy od natłoku faktów. Na cały wodospad! Jak on odnajdzie się w tym, kiedy będzie starszy i zmuszony edukować innych w roli Pszczelego Lilaku, a nie zwykłego słuchającego? Czy taka umiejętność przychodziła wraz z dorastaniem?
Stwierdzenie o jego pochodzeniu pozostawiło go w jeszcze większym zakłopotaniu. Zatrzymał się z głową zwieszoną w przechyleniu. Reszta świata ucichła, nawet cisnące się na język pytania dotyczące podziału zgromadzeń. Co oznaczało “pochodzić z zewnątrz”? On nie czuł się “z zewnątrz”. W sumie nie rozumiał już tylu rzeczy, aż nie zdziwił się za mocno kolejnym pojęciem, którego nie mógł pojąć. No, ale miał jakieś złe przeczucie co do tego stwierdzenia. Dotyczyło go, a nie ogółu… cóż to za śmieszna rzecz, tak się wahać. Naraz też uwłaczająca. Nie odważył się zapytać, więc pozostał z pytaniem lśniącym w oczach oraz kolejnym, uprzejmym gestem zgody nieadekwatnym do poziomu zrozumienia. Chyba nie dosłyszał czegoś, co powiedziała wojowniczka i zbyt usilnie wpatrywał się w przestrzeń, gdyż ogon znalazł się mysi wąs od jego mordki.
— Haloo? Słyszysz mnie jeszcze, Kaczorku? Wciąż tu jestem — zwracała się do niego kotka równocześnie z machnięciem ogona przed nim. Kocurek drgnął w miejscu, starając się zebrać myśli chodzące mu po głowie i wrócić do rzeczywistości. Ponieważ okazało się to trudnym zadaniem, zanim udało mu się to zrobić, postanowił coś z siebie wykrztusić.
— Oj… przepraszam bardzo. Czy możesz powtórzyć? — wypowiedziawszy się, złapał kontakt wzrokowy z liliową. Starał się w ten sposób okazać swój szacunek, co tamta chyba zaaprobowała, bodajże z pogodnym wyrazem pyska, poczęła powtarzanie. Kociak jeszcze był myślami kawałek dalej, niemniej postarał się skupić mocniej.
— Mówiłam, że nie wydaje mi się, aby Lśniąca Gwiazda był materiałem na ojca — padło gładko. Szczerze mówiąc, rudawy, chociaż usłyszał tym razem zdanie, nie zrozumiał go równie bardzo co za pierwszym razem! Ich przywódca będący rodzicem? Chyba czegoś nie łapał. A raczej na pewno coś umknęło jego uwadze…
Maluch nie pokazał na pyszczku braku zrozumienia, jednak prawdopodobnie został wyczuty przez rozmówczynię. — No wiesz… plotki są różne… on jako ojciec… Truskawkowe Pole jako matka… — wyraźnie starała się zbadać grunt, po którym stąpała. Reakcja pręgusa była wyjątkowo skąpa; nie otrzymała żadnych wiadomości, które otrzymać chciała. To skłoniło ją do paplaniny. W końcu młodszy i tak nie miał zamiaru stawiać własnych opinii, dlaczego też nie pokazać mu swojej? — Rozniosły się słuchy, dokładnie to Agatówkowy Cień coś tam zaczął, a wyszło, jak wyszło! Teraz każdy twierdzi co innego. Wiesz, to nasz przywódca zadomowił was tutaj i oddał pod opiekę Morświnowej Płetwy. Ona nie chodziła ciężarna!
Od tych wszystkich imion można było dostać zawrotów głowy. Kaczorek zobaczył świat wirujący w niewyraźnych plamach kolorów. Nie słyszał niczego podobnego! Zawsze sądził, że to karmicielka była jego prawdziwą mamą, pomimo braku bliskości teoretycznego ojca, jakim był Drzemiące Słońce - partnera zajmującego się nimi. Teraz jego świat wywrócił się do góry łapami! Taki kot jako jego tata… mamą nieznana mu jeszcze członkini klanu… Morświnowa Płetwa, którą darzył ogromnym uczuciem, zupełnie obca… ależ się porobiło. Mrugał wtórnie, gdy to do niego docierało. Zanim potrafił się powstrzymać, wymsknęło mu się spomiędzy zębów: — Zostałem po prostu przyniesiony z niewiadomych ziemi i nikt nie wie, kto naprawdę jest moim rodzicem?
W Pszczeli Lilak uderzyło coś na rodzaj zmartwienia. Pojmowała już, że wyśpiewała dużo. Może trochę za dużo dla dobra Kaczorka. A teraz nie mogła się już wycofać. — Sam wiesz najlepiej, jaką wspaniałą opiekunką jest Morświnowa Płetwa! Kocha was, nie ma innej opcji. Koty od zawsze lubią gadać. Wszystko najlepiej wie sam kocur oraz możliwa oblubienica razem z synami — za późno zrozumiała, że znów paplała o nieco zbyt dużym obrazku względem wymagań sytuacji. Po tym to już bez dwóch zdań kociak nie odpuści całej opowieści. Nie dość, iż był ciekawy, to dotykała go ogromna potrzeba zrozumienia tego możliwego, zagmatwanego przez słowa pobratymców, połączenia między jego małą rodziną a wysoko postawionym.

<Rozwiniesz to, Pszczeli Lilaku?>

Od Wrony CD. Odety

Niedawno temu…

Wrona zastrzygła uszami.
– W takim razie chodź za mną. Spodoba ci się tutaj. – Machnęła ogonem i poprowadziła liliową prosto do obozu Owocowego Lasu. – Nie martw się, to niedaleko. Jest u nas niezwykle miło, zobaczysz!
Liście Pory Opadających Liści ozdabiały Obóz Owocowego Lasu pięknymi barwami. Stróże krzątali się w tę i we w tę, próbując stworzyć nieszeleszczące przejście w głąb obozu. Gdy Wrona weszła z nową koleżanką u boku, inne koty zaczęły się przyglądać z zaciekawieniem.
– Cześć, Borowiku! Jest Czereśnia w legowisku?
– Cz-cześć, Wrono… tak, jest.
– Dzięki! – Machnęła ogonem na pożegnanie i poszła prosto do przywódcy. – Nie martw się, Odeto, Czereśnia to dobry i miły kocur. Był moim mentorem, wiem, co mówię.
Wrona miauknęła w stronę legowiska, czekając na odpowiedź Czereśni. Gdy usłyszała pozwolenie na wejście, skinęła głową do liliowej.
– Witaj, Czereśnio! Wiem, że to dość nietypowa informacja, ale gdy byłam na spacerze, spotkałam tą oto kotkę, zaplątała się w pnącza, więc jej pomogłam. Dowiedziałam się, że Odeta kiedyś mieszkała ze swoimi Dwunożnymi. Nie ma dokąd pójść, jest wychudzona i zmarznięta. Gdy opowiedziałam jej o Owocowym Lesie, zgodziła się pójść ze mną do obozu, być może nawet chce dołączyć. Czy możemy zapewnić jej odpowiednią opiekę?
– Hm… Odeto, opowiesz mi, jak się tu znalazłaś?

<Odeto?>

Od Kokoszkowej Łapy

Wylądowała na małej wysepce, tuż przed drugą damulką. Natychmiast złapała się wszystkimi kończynami bezpiecznej strefy, bojąc się, że zaraz spadnie. Kiedy weszła na centrum wyspy, odetchnęła z ulgą. Spojrzała na Mandę i się zastanowiła.
— Mandarynkowa Gwiazda ledwo, co zipie, Manda. Pewnie ma ważniejsze sprawy na głowie niż pilnowanie kotów. Jej syn zaraz zostanie... tym... królem. Przywódcą. W każdym razie, jakimi plotkami mnie dzisiaj zaszczycisz? — zapytała z knującym uśmieszkiem.
— Zaszczycę cię tym, że ponoć Rogaty Flaming preferuje kocury i albo ugania się za Szumiącą Wyspą, albo za jakimś samotnikiem. To znaczy wtedy, że ród może na ten moment się nie rozrośnie, nie mówiąc już o tym, że Gąbczasta Perła idzie za niedługo na emeryturę, a ten jej asystent to zachowuje się jak lis z cierniem w łapie. Zostawia syf w legowisku medyka. Co każdy z nich to jakiś dziwny przypadek, dlatego mówię ci, jak nie będzie nowych kociaków do rodu to…
Kokoszkowa Łapa wsłuchiwała się w słowa siostry z niedowierzaniem. Rogaty Flaming, wielki i obiecujący książę, syn przyszłego przywódcy Błękitnej Laguny, miałby umrzeć bezpotomnie lub się związać z jakimś... samotnikiem?! Kotka z emocji zacisnęła szczęki.
— I to my mamy wysławiać ich... brak postawy? Oprócz księcia Rogatego Flaminga nie ma nikogo w ich rodzie do poczęcia nowego pokolenia! — skomentowała w trakcie przemowy Mandarynkowej Łapy, ale ta najwidoczniej nie zwróciła na to większej uwagi, kontynuując swoje myśli, przelane w słowa.
— …To może spróbujemy się uśmiechnąć ładnie do Błękitnej Laguny, żeby nas mianował księżniczkami? Mandarynkowa Gwiazda nas nie lubi, więc jak on będzie u władzy, to może postaramy się, by nas polubił, czyli wiesz, trzeba tam wykonać jego rozkazy i go na każdym kroku wychwalać. Tata i tak nam mówił, że musimy ich jakoś czcić, choć mam wrażenie, że on chciałby, żebyśmy bardziej szanowali ród niż Klan Gwiazdy. Więc możemy od teraz pracować na naszą reputację. Co o tym sądzisz, siostro? — posłała siostrze równie knujący uśmiech, jednak te siostry były podobne, jeśli chodzi o planowanie.
Na plan młodszej siostrzyczki, Kokoszkowa Łapa wytrzeszczyła oczy. Nie pomyślała o tym... dlaczego nie wpadła na ten pomysł wcześniej? Manda to geniusz.
Zachichotała i wyszczerzyła ząbki.
— Co ja sądzę? Manda, ty to swą inteligencją olśnisz bez trudu Błękitną Lagunę! Tylko... co dalej? Kiedy mamy to zrobić? Jak mamy to zrobić? — dopytywała, wyraźnie zaintrygowana jej pomysłem. — Musimy komplementować przyszłego przywódcę i... ej, czekaj. Przecież są jeszcze dzieci namiestników. Nie sądzisz, że to byłaby dobra okazja zacząć od nich? Musimy się zapytać tylko taty, co oni o nas sądzą…
— Musimy szybko zrobić postępy w nauce, wtedy to nawet gały Mandarynkowej Gwieździe spadną, ale z naszymi mentorami to będzie trudniej, ale od czegoś mamy tatę. On to został mianowany przez Mandarynkową Gwiazdę w wieku dziesięciu księżyców na wojownika. Nasz tatko to zawsze był taki utalentowany, że jak nas nauczy, to my tak samo szybko przejdziemy te treningi — Mandarynkowa Łapa zachichotała, niebieska kotka skoczyła na ostatnią wysepkę. Obie kotki zobaczyły, że nie było już dalszego przejścia na drugi brzeg.
— Albo możemy wyzywać czekoladowe koty, tata przez to jest szanowany, a niektórzy mówią, że dyskryminacja czekoladowych kotów jest zła. Jak niektórym dzięki temu się układa, no i tylko tak. Musimy zgłaszać się na każdy patrol, który istnieje i dużo polować, niby tyle pracy, a może się opłaci — niebieska córka Ulewnego Szkwału, przeglądała się w wodzie.
— Ci namiestnicy? No można spytać, tylko może zaczniemy podrywać Nura, jak będziemy większe? Bo szczerze nie czuję się wygodnie, gdybym miała zagadywać kogoś starszego od siebie, a jak będziemy wojowniczkami, to już duże będziemy i wtedy nie będzie to problemem.
Kokoszka przytaknęła siostrzyczce, uważnie jej słuchając. Ach, no tak... przecież ich tatuś mógłby je po prostu uczyć.
— No, możemy później... — odparła nieco zamyślona. — Ale, co wtedy z Alką? — zapytała wielce zmartwiona drugą siostrzyczką. — Ona też musi z nami zrealizować ten plan…
— No, możemy jej powiedzieć o tym, ale wiesz, może ty jej to powiedz — odparła niebieska kotka.
— Dobra — odparła niezbyt oficjalnym tonem siostra. — Trzeba tylko zobaczyć czy by się nadawała na partnerkę namiestnika... lub księcia! Ale, ja bym wolała księcia... — mruknęła pod nosem ostatnie zdanie, oddalając się od niebieskiej córki Szkwału.
— No, to ten, pa! — zawołała na koniec, przeskakując na wcześniejszą wysepkę.
Musiała tylko znaleźć czas na Alkową Łapę… może poprosiłaby Wzlatującą Uszatkę o wspólny trening?

[697 słów]

Od Złamanej Łapy CD. Tańcującej Słonki

Złamana Łapa po usłyszeniu słów swojej koleżanki lekko się naburmuszył. Dlaczego on jeszcze nie został wojownikiem? Był przecież już najstarszym uczniem w klanie. Dlaczego Morświnowa Płetwa nie powiedziała Lśniącej Gwieździe o tym, że kocur jest gotowy do zostania wojownikiem? Przecież był już o wiele starszy od Tańcującej Słonki! Nie potrafił tego przyjąć do wiadomości. Po prostu nie umiał. Jego największym lękiem na ten moment było to, że przywódca go nie mianuje do co najmniej pięćdziesiątego księżyca życia.
— Ach… No dobrze. Możemy się przejść — mruknął cicho.
W dodatku nie mógł już trenować ze swoją mentorką, ponieważ ta skończyła w żłobku. Podobno do kontynuacji jego treningu został wybrany Tygrysi Język. Złamana Łapa pierwszy raz usłyszał imię tego kocura lub kotki. Nie miał najmniejszego pojęcia, kim ten kot był.
— Dlaczego ja jeszcze nie zostałem mianowany — syknął pod nosem, po czym spojrzał z przymrużonymi oczami na swoje łapy. Ciężko westchnął i potrząsnął łbem. Mówiąc szczerze, to chciał jak najbardziej ukryć swoją złość i smutek, które mu przybyły przez mianowanie jego przyjaciółki.
— Złamana Łapo! Chodźmy, całego dnia nie mamy! Pamiętaj o tym! — mruknęła jego przyjaciółka z niewielkim uśmiechem na pysku. Dymny tylko westchnął i zaczął iść za swoją przyjaciółką.
— Tańcująca Słonko, ile tak właściwie ty masz księżyców? — spytał kocur. Był właściwie ciekaw, chociaż kotek się o wiek nie pyta…
— No… Wiesz co, jakoś przestałam to liczyć, ale chyba coś w okolicach dwudziestu… — odparła szylkretowa wojowniczka. — A dlaczego pytasz? — dodała nieśmiało.
Złamana Łapa na moment zamarł. Dwadzieścia księżyców? Czyli była mniej więcej w wieku, w którym on sam powinien już od dawna nosić imię wojownika. Nie chciał obwiniać Tańcującej Słonki, przecież nie zrobiła nic złego. Mimo to trudno mu było powstrzymać ukłucie zazdrości, jakie pojawiło się w jego sercu.
— Czyli jesteś ode mnie o wiele młodsza — mruknął, próbując zabrzmieć obojętnie. — A już jesteś wojowniczką, świetnie! — syknął pod nosem.
Słonka przekręciła głowę, nie rozumiejąc zachowania czarnofutrego.
— Och… — miauknęła, nieznacznie kładąc po sobie uszy. — Przepraszam, jeśli sprawiło ci to przykrość…
Kocur pokręcił głową. Nie chciał, aby kotka pomyślała, że ten ma jakiś problem do tego, że ona jest już wojowniczką.
— Myślisz, że też zostanę za niedługo wojownikiem? — zapytał, po czym podrapał się po brodzie.
Szylkretka odetchnęła z ulgą i spojrzała na swojego przyjaciela, posyłając mu pokrzepiający uśmiech.
— No pewnie! — odparła niemal od razu. — Spędziliśmy ze sobą tyle wspólnych treningów i muszę ci powiedzieć, że twoje umiejętności są już na poziomie wojownika! Nie wiem, dlaczego Lśniąca Gwiazda wciąż nie chce cię mianować… Może to też przez to, że twoja mentorka wylądowała w żłobku? — rozgadała się. — Tygrysi Język zapewne musi najpierw dowiedzieć się, czy Morświnowa Płetwa faktycznie nauczyła cię już wszystkiego, zanim dopuści cię do awansu.
— No tak… Ja wiem, ale Morświnowa Płetwa już mnie przecież wszystkiego nauczyła. Chyba… Jestem uczniem od osiemnastu księżyców! To oczywiste, że już wszystko potrafię… — Kocur po wypowiedzianych słowach ciężko westchnął, lecz nie zamierzał już kontynuować tematu mianowania. Chciał skupić się na spacerze i odpoczynku od obowiązków. Przynajmniej teraz, gdy jego przyjaciółka została mianowana, mógł wychodzić na spacery bez zmartwień, że wartownik go nie wypuści. Teraz ma już wymówkę i ma z kim wychodzić. Przynajmniej tyle z dobrych rzeczy.
— Nie chcę już rozmawiać o treningach, więc spytam… masz kogoś na oku? — mruknął i spojrzał na kotkę z uśmiechem, jakiego chyba jeszcze nigdy u niego nie widziała.
Wojowniczka zamilkła od razu i zdawać by się mogło, że również wstrzymała oddech. Wyglądała zupełnie tak, jakby ktoś właśnie z całej siły uderzył ją w brzuch.
— Och, ja… — zaczęła, lecz język szybko zaczął jej się plątać. — Ja… N-nie… — wydukała, uśmiechając się nerwowo do kocura. — Dopiero co zostałam wojowniczką! Mam jeszcze pełno czasu na to, by sobie kogoś znaleźć, czyż nie? — kontynuowała, tym razem już trochę śmielej. — Ty już za to jedną łapą jesteś w grobie, mam rację? — zażartowała, by się rozluźnić. — Chyba musi być ktoś, kto wpadł ci w oko przez te trzydzieści księżyców życia?
— Właściwie jest jeden kot, który mi się podoba. A tak właściwie, dlaczego się tak zestresowałaś, gdy cię o to zapytałem? Czy jednak masz jakiegoś wybranka? — zapytał, po czym uniósł brwi i zaczął wpatrywać się w Słonkę, dokładnie wiedząc, że młodsza coś ukrywa.
Szylkretka milczała przez dłuższą chwilę, jakby ważyła teraz w głowie jakieś opcje.
— No… być może… — odrzekła niepewnie, uciekając wzrokiem od Złamanej Łapy.
Kocur nie do końca wiedział, co ma myśleć o zachowaniu kotki. Nie zachowywała się ani trochę naturalnie.
— Przecież widzę, że coś ukrywasz. Możesz powiedzieć przecież, o co chodzi. Nie powiem twojemu kochasiowi! Przysięgam! — mruknął.
Słonka, gdyby tylko mogła, najpewniej zrobiłaby się teraz czerwona jak burak.
— Ja… wydaję mi się, że… — zaczęła, lecz po chwili urwała, strzepując nerwowo ogonem. — Chyba… chyba podoba mi się ten, no… Koszmarna Łapa! — wyrzuciła z siebie wreszcie, lecz nie wyglądała na ani trochę rozluźnioną tym wyznaniem. — Tak, Koszmarna Łapa… Podoba mi się — dodała jeszcze, przełykając głośno ślinę.
Złamana Łapa na chwilę zamknął oczy, próbując przypomnieć sobie, kim był ten kocur.
— Ten z Klanu Wilka, tak? — zapytał, nie do końca potrafiąc sobie przypomnieć, kim on był.
— Tak… — odparła Słonka. — Polubiłeś go też, prawda…? Z początku niezbyt się dogadywaliście i po prostu… Nie chcę, żebyś musiał się na niego denerwować — wyjaśniła.
— Jak na Wilczaka był w porządku. I poza tym nie muszę go lubić. To moja miłość czy twoja? Ja jestem tylko twoim przyjacielem, więc nie mogę się denerwować na kogoś, kto ci się podoba, co nie? — odparł zaskoczony słowami Tańcującej Słonki. Nie rozumiał, dlaczego miałby się na niego denerwować. To byłby jego chłopak? No chyba jednak nie. Złamana Łapa od razu pomyślał o Cichej Łapie, a na jego pysku pojawił się mały uśmieszek.
— Właściwie mi się podoba ktoś z naszego klanu. Ale nie wyciągniesz ode mnie informacji, kim jest ten ktoś… — odparł.
Słonka zaśmiała się pod nosem.
— Ach… Zastanówmy się… kto taki mógłby to być? — mruknęła, po czym puściła Złamanej Łapie oczko. — Chyba nigdy tego nie zgadnę!
— Ciężko zgadnąć… Chyba tym kotem jest... hmm… Chyba nazywa się Złamana Łapa… — zażartował, nie mając ochoty wyjawiać Słonce, kto mu się podobał. Po ostatnim widoku Słonki wtulonej w futro Cichej Łapy nie wspominał o nim za dużo w jej towarzystwie.
Szylkretka skinęła głową.
— Złamana Łapa? Ach, tak… Chyba coś o nim słyszałam. Same dobre rzeczy o nim opowiadają! Lepiej się pospiesz z wyznaniem mu miłości, zanim ktoś ukradnie ci go sprzed nosa! — poleciła czarnofutremu.
— No tak. Chyba wyznam miłość temu Złamanej Łapie, gdy ja już zostanę wojownikiem. Na razie nie jestem gotowy na takie wyznanie — odpowiedział szylkretce, po czym ziewnął i spojrzał w górę.
Wojowniczka przekręciła głowę.
— Naprawdę? — spytała, a jej głos nieznacznie zadrżał. — To… naprawdę fajnie! W takim razie mam nadzieję, że zaakceptuje twoje wyznanie! Wiesz, w razie czego mogę pomóc ci przygotować jakiś bukiecik dla tego Złamanej Łapy… — dodała, śmiejąc się cicho pod nosem.
Złamana Łapa zauważył niewielką zmianę w głosie młodszej kotki. Przez chwilę zaczął się nad tym zastanawiać, ale nie doszedł do żadnego sensownego wytłumaczenia. Nie chciał już męczyć Słonki nadmiarem pytań, więc uznał, że nie będzie już o to pytać. Wolał domyślić się już chyba samemu.
— No to… Jaki był dokładnie cel naszego spaceru? — zapytał.
Szylkretka zamyśliła się na kilka uderzeń serca.
— Właściwie to zamierzałam cię spytać, co sądzisz o moim nowym imieniu! — oznajmiła, teraz już nieco żywszym tonem, niż przed chwilą.
— Uważam, że jest w porządku. Ale tańcująca to ty chyba nie jesteś. Raczej pasowałoby do ciebie coś w stylu... hm… Cicha Słonka? Wstydliwa Słonka? Raczej coś takiego. A mi? Jakie byś mi dała imię, gdybym już został wojownikiem? — mruknął z nutką zaciekawienia w głosie.
Żółtooka zmierzyła go morderczym spojrzeniem.
— To ja już chyba wolę być Tańcującą Słonką…! Choć nie ukrywam, że twoje propozycje są całkiem trafne… — przyznała. — A ty? Cóż, mógłbyś być na przykład… Złamanym Sercem — zachichotała, lecz chwilę później odchrząknęła. — Albo Złamanym Ciosem czy może Złamaną Wolą? Nie wiem, nie jestem zbyt dobra w wymyślaniu imion…
— Ach, no chyba rozumiem… Chciałbym być już wojownikiem i móc wychodzić samotnie z obozowiska, nie musząc mieć przy sobie kogoś dorosłego. To takie męczące — westchnął ciężko.
— Tak, bo ja niby jestem bardziej dorosłym kotem… — zauważyła Słonka. — To zabawne, że jesteś teraz pod moją opieką, no nie?
— Daj spokój. Jestem od ciebie starszy chyba o dziesięć księżyców, i to ty musisz mnie pilnować?! To jakieś żarty — syknął zdenerwowany.
Żółtooka wzruszyła ramionami.
— To nie ja wymyślałam te zasady — mruknęła. — Tylko nie wiem, czy w tym przypadku lepiej byłoby ci pozwolić na samodzielne wychodzenie z obozu, czy mi zakazać! Może każdy kot powyżej dwunastu księżyców powinien zyskiwać możliwość samotnego opuszczania obozu? Nie wiem… Ach, obym nigdy nie musiała zostać zastępcą, albo nie daj Klanie Gwiazdy liderem! — zachichotała.
Kocur również zachichotał, lecz po chwili całkowicie poważnym tonem powiedział:
— Gdybyś miała objąć którąś z tych ról, to ten klan by dwóch nocy nie przeżył. — Pokręcił łbem, po czym ponownie ziewnął. — Wybacz, że ci to mówię, lecz nie nadawałabyś się na zastępcę lub lidera… Z pełnym szacunkiem.
— Wiem, Złamana Łapo… — miauknęła, tym razem dosyć przybitym głosem. — Przez dłuższy czas myślałam nawet, że nie będę się nadawać na wojownika! Taki… jeden kocur powiedział mi nawet, bym została protektorem, twierdząc, że protektorami zostają jedynie pokraki, haha…
— I co? Posłuchałaś się go? No właśnie! Ktokolwiek to był, to był idiotą, i nie ma co się takich słuchać — mruknął, po czym się uśmiechnął łagodnie do przyjaciółki.
— Nie wiem, Złamana Łapo. Nie nazwałabym go idiotą — przyznała. — To nie jego wina, że jego rodzice wychowali go na takiego kota. Jestem pewna, że gdyby nie musiał dorastać wśród nienawiści, mógłby zostać kimś dobrym, przyjaznym.
— No, nie wiem. Nie jestem w stanie nazwać kogoś takiego kimś innym niż idiotą, gdy wyzywa moich przyjaciół — powiedział oburzony. — Jeśli zrobiłby znowu coś takiego, to bym mu chyba ogon wyrwał — mruknął.
Słonka pokręciła głową.
— Cóż, to chyba lepiej, bym w takim razie nie zdradzała ci tożsamości tego kota… — mruknęła.
Na moment między dwójką kotów zapanowała cisza.
— Wracamy już do obozu? — zaproponowała w końcu Słonka. — Robi mi się już trochę zimno, jeśli mam być szczera…
— Hm. W porządku, możemy wracać. Jestem w sumie też trochę głodny, bo odkąd wstałem, nic nie zdążyłem zjeść — mruknął, po czym jego brzuch wydał głośne burknięcie. — Och. Chyba nawet słyszysz… — zachichotał pod nosem.
Wojowniczka również się zaśmiała.
— Och, słyszę! Obawiam się, że nawet do Wilczaków dotarło to burczenie — zażartowała.
— Jasne! Dotarło! Koszmarna Łapa już na pewno je usłyszał — również zażartował. — Tak w sumie myślę… Przecież dopiero co się poznałaś z Koszmarną Łapą, jakim cudem już się w nim zakochałaś? — spytał.
Słonka wzruszyła ramionami.
— Nie słyszałeś nigdy o miłości od pierwszego wejrzenia? — zapytała, uśmiechając się do niego. — Po prostu… gdy na niego patrzę, robi mi się jakoś cieplej na sercu, wiesz? Gdy z nim rozmawiałam, to miałam wrażenie, że policzki zaraz zaczną mi płonąć! No i w dodatku… Znasz to uczucie…? Takie w brzuchu. Jakby latały po nim motyle…
— No… znam chyba za dobrze. Chociaż sam nie wiem… To takie dziwne! Ja nigdy nie sądziłem, że ktoś mi się spodoba, mi! A jednak. I chyba wydaje mi się, że Złamana Łapa, znaczy no… odwzajemnia moje uczucia… Tak to wygląda! — odpowiedział jej, lekko zawstydzony tym, co w ogóle mówi.
— Naprawdę? — zdziwiła się szylkretka. — Ach, opowiadaj mi! Po czym to stwierdzasz? — zaczęła dopytywać.
— No… Wiesz co, jesteśmy ze sobą dość blisko i świetnie się dogadujemy i mam nadzieję, że wyjdzie coś z tego więcej… Ale nie myśl sobie za dużo! — mruknął.
Tańcująca Słonka przez dobre kilka uderzeń serca po prostu wpatrywała się w swojego przyjaciela, a w jej oczach mieszały się ze sobą różnorakie emocje.
— W takim razie… życzę ci powodzenia ze Złamaną Łapą! — odezwała się, starając się zabrzmieć pokrzepiająco. — Mam nadzieję, że kiedyś zabierzecie mnie ze sobą na jakiś wspólny spacer, co?
— A ja tobie życzę powodzenia z Koszmarną Łapą! Myślę, że cię polubił. — Pchnął ją lekko łokciem w bark. — I oczywiście, jeśli się wszystko uda, to cię zabierzemy na spacer!
W ślepiach szylkretki przez moment zakręciły się łzy, lecz nim Złamana Łapa zdążył jakkolwiek na to zareagować, Słonka rzuciła się do biegu.
— Kto ostatni w obozie ten zgniłe jajo! — krzyknęła.
— Wykorzystujesz to, że nie umiem biegać! — krzyknął też, lecz mimo wszystko przekonał swoje łapy do sprintu. Był to jednak zły pomysł, bo po chwili całkowicie zwolnił, a jego oddech stał się świszczący.
Żółtooka zwolniła trochę, pozwalając na to, by czarnofutry ją dogonił.
— Ach, nawet ślimak byłby od ciebie szybszy! — zaśmiała się, lekko trącając kocura swoim łokciem. — Nie martw się, już ja cię nauczę szybko biegać! Popracujemy trochę nad twoją kondycją i będziesz śmigał jak najprawdziwszy zając — oznajmiła.
— Chyba… śnisz… — Kocur wziął duży wdech — Nigdy więcej… Nie zmusisz mnie… Wody, błagam… — odpowiedział cały zdyszany, po czym padł na ziemię brzuchem do góry.
Tańcująca Słonka zaśmiała się na ten widok.
— No już nie przesadzaj! Leżysz tu teraz jak nieporadny robak, który nie potrafi znowu stanąć na ziemi — stwierdziła, kręcąc powoli głową.
— To niech moje imię wojownicze to będzie Złamany Robak… Może będzie pasować… — Kocur co chwilę brał jeszcze mocne i głębokie oddechy, świadczące o zmęczeniu po tym chwilowym sprincie za Tańcującą Słonką.
— Złamany Robak? A co powiesz na Złamany Żuk?

<Tańcująca Słonko?>

[2137 słów]

Nowa członkini Pustki!

 

PRZEPIÓRCZA WICHURA
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zepchnięcie z klifu przez Majaczącego Kopciuszka

Odeszła do Pustki!

Od Majaczącego Kopciuszka

Majaczący Kopciuszek po swoim mianowaniu niemal całkowicie odizolował się od klifiackiej społeczności. Chodził na patrole tylko, gdy musiał, całe dnie spędzał z myślami w chmurach, zastanawiając się, co by było, gdyby. Koszmary o Mazurku ustały na jakiś czas, aby powrócić do niego ze zdwojoną siłą. Czuł, jak powoli wypruwały z niego życia, jego ostatnią nadzieją faktycznie mogło być… to. Rozglądał się po obozie, szukając ofiary, nie spodziewając się, że mogła być ona bliżej, niż sądził. Znał Puszystą Nerinę, był protektorem. Jego również próbowali złapać w nie-wojownicze sidła, ale się nie dał. Przyszedł do niego z nadzieją, że mu pomoże. Spojrzał na niebieskiego kocura, który starał się jak mógł rozwiązać jego problemy. Których niby nie było szczególnie dużo, ale były wystarczająco natarczywe.— Próbowałeś maku? Może koszmary ustaną lub przynajmniej staną się mniej straszne? — zapytał cicho pręgus.
— Próbowałem wszystkiego. Wdychania lawendy przed snem, maku, nawet zasypiania poza obozem — westchnął zirytowany i strzepnął uchem, gdyż coś ponownie przyszło mu na myśl. — W co wierzysz? — zapytał Kopciuszek, a na jego pyszczku rozkwitł łagodny uśmiech.
— W Klan Gwiazdy, ale… sam nie jestem tego pewien. Trochę, jakbym był też po stronie kotów, którzy nie wierzą w nic. Gdyby Klan Gwiazdy miał jakiś wpływ, może mógłbym się dowiedzieć, co ostatnio dzieje się z moją córką. Ostatnio strasznie się o nią m… — mruknął, ale złoty mu przerwał.
Kopciuszek zjeżył lekko futro, usiłując nie prychać na tego bezmózgiego tłuściocha.
— Czy ja ci wyglądam, jakbym umiał pocieszać przegrywów życiowych? No właśnie! — warknął zaraz i pokręcił głową.
Kocur nie był właściwy. Nawet namiastkę wiary można było przerodzić w coś ogromnego, a przynajmniej to on naprawdę chciał w to wierzyć. Postanowił wyjść z obozu. Na swojej drodze napotkał starszą od niego kotkę. Nazywała się chyba Przepiórcza Wichura czy coś takiego. Kopciuszek nigdy nie zwracał szczególnej uwagi na kotki. Każda z nich wyglądała jak szczur śmietnikowy.
— Majaczący Kopciuszku! Chcesz iść ze mną na patrol? — zapytała kotka, podchodząc nieco bliżej, niemal stykając się futrem z kocurem. — Nie daj się prosić, będzie mi raźniej! — uśmiechnęła się, muskając ogonem ogon kocura.
Złoty zjeżył się, ale kiwnął głową.
„Chyba skoczę z klifu” pomyślał obrzydzony, ale ruszył za kotką.
— Czy możemy iść w stronę Sowiego Strażnika? Będę patrolować okolicę — mruknął zgodnie z prawdą.
— Oczywiście. Obyśmy znaleźli dużo zwierzyny! — zaszczebiotała wesoło kotka.
Ruszyli w stronę wysokiego drzewa. Przepiórka kroczyła przy brzegu, zapewne, rozmyślając o tym, jak smaczna będzie wiewiórka, czy inne żarcie, które zaraz upoluje.
— Przepiórcza Wichuro, w co tak właściwie wierzysz? Klan Klifu zdaje się bardziej podzielony pod tym względem od czasów śmierci Judaszowcowej Gwiazdy. Wiele o nim słyszałem — miauknął Kopciuszek.
— Nie wierzę w nic. No, chyba że w siebie! — miauknęła, szturchając kocura lekko w bok.
Tego dla złotego było już zbyt wiele. Wzdrygnął się i bez większego zawahania zepchnął kotkę z klifu. Spojrzał w dół. Było płytko, ciało kotki było… roztrzaskane. Kopciuszek westchnął cicho.
„Czy teraz koszmary ustaną?” pomyślał pełen nadziei.
Nie myślał już tak naprawdę o wierze od dawna, choć nie potrafił się sam sobie do tego przyznać. Chciał tylko spokoju i wyzwolenia od ciągłego strachu. Wszedł z trudem na drzewo, korzystając z trzech swoich łap i kikuta, i zaczął pilnować okolicy. Bał się, jak może potoczyć się jego los. Może powinien zgłosić zaginięcie Przepiórczej Wichury? A może sami domyślą się, gdzie jest? Zmarszczył czoło, ostatecznie decydując, że nie będzie zaprzątał sobie tym głowy. Jej życie i tak było mało istotne, a on w każdej chwili może spróbować uciec, jeśli coś zauważą. Śmierć zresztą też nie będzie najgorszą opcją.

Od Dzikiej Łapy (Dzikiego Mrozu) CD. Krokusowej Kruchości

Koniec Pory Opadających Liści i początek Pory Nagich Drzew

Dzika Łapa smacznie spał we własnym posłaniu wśród innych uczniów. Różnica wieku, jaka go dzieliła z innymi terminatorami, była ogromna. Te koty mogły być równie dobrze jego potomstwem, gdyby udało mu się wcześniej nawiązać większą więź z Krokusową Kruchością, więc nic dziwnego, że czuł się dziwnie. Nie mógł się doczekać, aż przyswoi ważną dla Klanu Wilka kulturę i zostanie mianowany na wojownika, żeby zasiąść w legowisku wojowników z pozostałymi dorosłymi kotami.
Jednym ze starszych uczniów, którzy ostali się jeszcze w tym legowisku, był Garbata Łapa, który nie grzeszył wdziękiem. Nie poznał go jeszcze do końca, ale zdążył już zauważyć, że Wilczaki starają się omijać go szerokim łukiem, natomiast uczniowie robili sobie z niego najróżniejsze żarty i dokuczali starszemu koledze. Dzika Łapa nie mógł nie zauważyć, jaką niechęcią do czekoladowej pokraki pała Iglasta Łapa, który przemycał do jego posłania igły, kamienie i ciernie. Jednak syn obu mistrzyń nie mógł dostać kary za tak błahe rzeczy. Kocurek był wręcz bezkarny.
— Burzaku, idziemy na trening. — Bezceremonialnie zabrzmiał głos jego mentora, który wsadził łeb do środka. Dzika Łapa od razu się zbudził. Chciał pokazać od początku swoich treningów, że chce należeć do tej społeczności, bo przecież nie miał gdzie indziej wracać i powinien być wdzięczny, że Zalotna Gwiazda darowała mu życie. Krucze Pióro zmierzył go wzrokiem i skinął głową. — Chodźmy. Im szybciej wyjdziemy, tym szybciej wyślę cię na patrol łowiecki.
Dzika Łapa przytaknął mu krótko. Nie miał, co się ekscytować, nie był już świeżakiem ani kociakiem. Wygłupy nie były w jego stylu. Nie poprawiając zmierzwionego futra ani nie biorąc zwierzyny na śniadanie, wyszli z obozu, kierując się głęboko w las. Przez całą drogę milczeli. Podróż może i przez to się dłużyła, lecz ani jeden, ani drugi nie byli gadatliwi. Szli tak przez las, a z nieba prószyło białym puchem, który spadał na drzewa, podszycie oraz ścieżkę. Co jakiś czas otrzepywali się ze śniegu, a gorące oddechy zmieniały się w kłęby pary. Nabierało to swojego uroku. Dzikiej Łapie podobał się las, jednak nadal nie było to coś tak pięknego, jak ośnieżone równiny. Klan Burzy nadal był jego domem, a on nie był przystosowany do gęstego lasu.
— Dzisiaj będę sprawdzać, co umiesz. Nie wiem dokładnie, jak przebiega trening w Klanie Burzy i nie za bardzo mnie to obchodzi. Jesteśmy w Klanie Wilka i musisz umieć to, co pozostałe Wilczaki, czy tego chcesz, czy nie. — Ogonem wskazał na norę, która była pod jednym z drzew. — Dzisiaj zaczniemy od nawigacji w tunelach. Podejrzewam, że miałeś coś podobnego u tych królikojadów, więc powinno pójść z górki.
— Owszem, miałem — przyznał, zauważając ciekawość w zielonych oczach dymnego zastępcy. — Nie wiedziałem, że wy też macie tunele…
— Oczywiście, że mamy. Nie można być gorszym, gdyż jak przyjdzie kiedyś walczyć w tunelach z Klanem Burzy, to musimy mieć równe szanse, jak nie większe.
— Zabrzmiało to, jakbyście planowali inwazje na Klan Burzy — zauważył.
— Może kiedyś się tak stanie… Jednak nie powinieneś chyba się tym martwić, skoro jesteś po dobrej stronie. No, chyba że planujesz być lojalny komuś innemu? — Krucze Pióro rzucił w jego stronę uszczypliwą uwagę. — Pamiętaj, gdzie teraz przynależysz.
— Pamiętam, nie musisz się o to martwić i wiem, że mi nadal nie ufacie, gdyż jestem z innego klanu. Też bym się tak zachował, gdybym został w Klanie Burzy i doszedłby tam ktoś z Klanu Wilka. Jednak sytuacja wygląda tak, że zostałem wygnany za to, że byłem w grupie z kotami, którym nie podobały się rządy Króliczej Gwiazdy. Był on słabym liderem, dlatego jako rebelianci wzięliśmy przyszłość w nasze łapy. Jednak niektórzy okazali się tchórzami i zostali niewolnikami, którzy, jak krety kopią tunele, a ja jestem wygnanym “zdrajcą”. Czy ty też wolałbyś silnego przywódcę, zamiast siedzieć w cieniu kota, który nawet nie interesuję się życiem klanu?
Krucze Pióro z zaciekawieniem wysłuchał jego krótkiej przemowy, jednak nie odniósł się do tego. Ogonem wskazał wejście do tuneli.
— Masz wyjść z drugiej strony tunelu. Jeśli ci się uda, to zrobisz jeszcze tak z dwa razy i potem możemy porozmawiać, jak będziemy wracać do obozu.
Rzeczowo i na temat. Nie zagłębiał się w jego opowieści o Klanie Burzy, Krucze Pióro badał teren, jak bardzo będzie wylewny. Dzika Łapa wiedział, że będzie musiał być też ostrożny w tym, co mówi. Mimo że nienawidził swoich pobratymców, którzy go wystawili i zagłosowali za jego wygnaniem, tak została tam jedna kotka, na której mu bardzo zależało. Krokusowa Kruchość nie mogła ucierpieć. Nigdy. Wiedział, że jeśli kotka chciałaby dołączyć do niego w Klanie Wilka, to źle by się to dla niej skończyło. Już jako więzień dowiedział się, że ten klan ceni silnych i zdrowych. Brutalności również tu nie brakuje. Słyszał i sam widział, jak uczniowie zdobywają swoją rangę wojownika oraz przez co muszą przejść kocięta, żeby zostać uczniami. Krokusowa Kruchość mogłaby nie przetrwać lub nie zostałaby zaakceptowana. Tutaj nie potrzebują kotów do podścielania posłań. Już widział w żłobku, ile jest kociąt. Kociarnia pęka od małych istotek, a kocicom pewnie odpadają uszy od ciągłego skomlenia o mleko.
Zajrzał do wejścia tunelu. Było w nim ciemno, to nic nowego. W Klanie Burzy wszystkie nory i tunele również były ciemne i wilgotne. Teraz jak pogoda stawała się coraz zimniejsza, to i ziemia była coraz bardziej chłodna i ciężka do przekopywania się. Na szczęście Krucze Pióro nie oczekiwał od niego kopania tuneli. Klan Wilka był daleki od sztuki kopania i powiększania sieci tuneli, którymi w Klanie Burzy zajmowali się przewodnicy.
Wszedł do środka, wytężając wszystkie zmysły, kiedy jego wzrok pochłonęła ciemność. Nie szło mu najlepiej. Po tak długim siedzeniu w obozie Wilczaków, jako więzień, wyszedł z wprawy. Szukając przejść pod ziemią, co jakiś czas obijał się o ściany. Jednak czując lekki powiew wiatru, kierował się w stronę jego źródła, unikając ślepych zaułków. W końcu wyszedł na zewnątrz, a przed nim ukazała się sylwetka Kruczego Pióra. Zastępca nie skomentował, jak przebiegło jego ćwiczenie. Czy było za wolno? A może za szybko?
— Na co tak patrzysz? Jeszcze z dwa razy i dopiero wracamy.
Ach, no tak. Dzika Łapa prychnął pod nosem i zawrócił. Zrobił do końca ćwiczenie i wyszedł z tuneli. Mógł powiedzieć, że szło mu coraz lepiej, choć na standardy Klanu Burzy, to był może przeciętnym uczniem, który zaczyna chodzić w tunelach. Skoro odzyskał wolność i mógł ćwiczyć, to na pewno jeszcze wróci do tuneli, żeby poćwiczyć nawigację. Musiał być przecież w formie.

***

Dni mijały, a Dzika Łapa pracował ciężko na patrolach, jak i treningach wraz z Kruczym Piórem, jednak jego nauka nie tylko polegała na zapamiętaniu terytorium, walce oraz polowaniu. Zastępca bardzo mało mówił o wierzeniach w Klanie Wilka i sam Dzika Łapa zauważył, że od dawna nie usłyszał “Na Klan Gwiazdy”, choć w Klanie Burzy była to codzienność. Zdarzyło mu się kiedyś powiedzieć o przodkach, kiedy uciekła mu mała ryjówka. Pamiętał dotąd świdrujące spojrzenie Kruczego Pióra. Było w nim coś oceniającego. Wtedy nie przejął się tym za bardzo, jednak od tamtego momentu relacja z jego mentorem stała się troszkę chłodniejsza.
— Gdzie dzisiaj idziemy? — Przerwał ciszę, brnąc przez śnieg, który zalegał na ziemi. Było go tak dużo, że utrudniał codzienne życie.
— Dzisiaj wspinaczka. Zobaczymy, jak ci pójdzie, skoro na terenach Burzaków nie ma żadnego drzewa. Przynajmniej, jak spadniesz, to nie rozwalisz sobie pyska.
Zobaczy się. Dzika Łapa miał nadzieję, że nie będzie musiał walczyć o życie na wysokościach. Nie wiedział nawet, jak to jest wspinać się na drzewo i skakać z drzewa na drzewo. Jak dotychczas żył na terenach, na których dominowały trawy.
W końcu Krucze Pióro zaprowadził go w miejsce, gdzie rosło drzewo o dość grubym konarze i zaznaczone wieloma ilościami kocich pazurów, pewnie uczniowskich.
— Postarasz się wspiąć tak wysoko, jak tylko potrafisz. Reszta mnie nie obchodzi. Jeśli spadniesz, to przynajmniej na w zaspy, byś sobie łap nie połamał.
Dzika Łapa podszedł bliżej konaru. Nie był gotów. Nie znał podstaw. Skąd mógłby je znać? Jednak wolał się nie pytać mentora. Może jego intuicja podpowie mu, jak wspiąć się wysoko. Pazurami złapał się zimnej kory i na siłę starał się podciągnąć przednimi kończynami.
— Nie! Źle! Próbuj tylnymi łapami się odpychać, a przednimi łapać kory. Inaczej szybciej się zmęczysz! Korzystaj ze swoich pazurów!
Posłuchał się. Nie czuł, żeby mu jakoś lepiej szło. Nie patrząc się w dół, w końcu wspiął się na pierwszą gałąź. Powoli na nią wszedł, bujając się na boki, a ta zaczęła trzeszczeć. Dzika Łapa nie chciał sprawdzać, czy jest na tyle wytrzymała, dlatego skoczył o jedną wyżej. Pech chciał, że spojrzał w dół i wtedy cały świat zawirował. Krucze Pióro wyglądał jak mała mrówka. Był tak maleńki, że Dzika Łapa musiał zmrużyć oczy.
— Nawet dobrze, teraz zejdź i spróbuj jeszcze raz. Pamiętaj, jak spadniesz to na zaspy śnieżne. Nic ci nie będzie. No już! Ruszaj się! — Zastępca, mimo że widział jego strach, zignorował go.
Dzika Łapa przełknął ślinę. Musiał i tak zejść, czy tego chciał, czy nie. Ostrożnie czepiając się kory, rozpłaszczył się na konarze i powolnymi kroczkami zniżał się do mentora. Kiedy był na odpowiedniej wysokości i przestało mu się kręcić w głowie, zeskoczył na biały puch.
— No z ciebie kot do wspinaczek to nie będzie. Jeśli tak wszystkie koty w Klanie Burzy wchodzą na drzewa, to dobrze, że nie macie tam u siebie drzew, bo byście wszyscy się pozabijali. Jeśli już się wytrzepałeś ze śniegu i nic ci nie jest, to wracasz na górę.
Dzika Łapa jedynie westchnął i znów zaczepił swoje pazury o korę drzewa.

***

Dzisiaj znajdowali się na terenach, które podobno zostały odebrane Klanowi Klifu w dawnej walce, kiedy to on jeszcze nie znajdował się na tym świecie, a Krucze Pióro był zaledwie świeżo mianowanym wojownikiem. Dymny opowiadał mu o tym miejscu, jak i poprzednim przywódcy, który rządził Klanem Wilka. Nikła Gwiazda, bo tak nazywał się lider, nie cieszył się dobrą sławą wśród Wilczaków. Podobno słaby i niekonsekwentny na starość, chociaż kto na starość nie robi się słaby? Dzika Łapa nie wnikał w historię klanu, po prostu przytakiwał dymnemu, aż do nich dołączyli inni uczniowie wraz ze swoimi mentorami. Młodzież Klanu Wilka zdyszana po biegu w lesie stała obok niego i z ciekawością przypatrywała się mu. On w przeciwieństwie do nich miał lepszą kondycję. W Klanie Burzy koty ciągle biegają, więc przynajmniej tutaj miał przewagę nad Wilczakami.
— Dzisiaj zaczniemy się pojedynkować — zaczął Krucze Pióro, a wszyscy zwrócili na niego uwagę. Kocur był organizatorem tych ćwiczeń. — Nie atakujemy z wyciągniętymi pazurami, zostawicie je na później, kiedy dojdzie do waszego mianowania.
Wilczaki zawyły bojowo i mentorzy podobierali młodszych w pary, tak by pasowali do siebie wiekiem i umiejętnościami, a on? Jemu został do wyboru Krucze Pióro oraz niechciany przez wszystkich Garbata Łapa, który przypatrywał się mu z oddali.
— Na początku zawalczysz ze mną, Burzaku, a potem z Garbatą Łapą. Stawaj do sparingu.
Posłuchał go. Wyszedł naprzeciw Kruka, ugięty na łapach, gotów do przyjmowania ataków oraz wykonywania uników. Dymny ruszył sprawnie w jego stronę i zamachnął się łapą, którą od razu wycelował w pysk kocura. Sprawnie uniknął ciosu i również ruszył do walki na bliski dystans, gdzie miał więcej szans. Pchnął kocura i szczękami złapał za przednią kończynę kocura, po to, by zaraz szarpnąć go z powrotem w jego kierunku. Lecąc na niego, Krucze Pióro uwolnił się z uścisku i znów uderzył go z góry, prosto w pysk. Dzika Łapa cofnął się o krok, czując pieczenie w miejscu uderzenia. Schylił się na łapach, gotów do ataku z dołu. Wyskoczył w stronę kocura, łapiąc go szczękami za gardło i stając na tylnych łapach, zmuszając również zastępcę, żeby stanął dęba. W dość niedogodnej pozycji, gdzie oboje mogli się łatwo wywrócić, zaczęli się siłować. Ku zaskoczeniu Dzikiej Łapy, Krucze Pióro również był silny. Dymny w pewnym momencie odepchnął go od siebie przednimi łapami i podciął nogi tak, że Dzika Łapa upadł na śnieg. Przycisnął go do białego puchu, jednak też sprawiało to kocurowi problem, gdyż uczeń nadal walczył, nie dając mu wygrać. Kiedy zauważył, że zastępca stracił czujność, również podciął mu łapy i zaczęli się szamotać w śniegu.
— Oj, Krucze Pióro, chyba będzie remis z Burzakiem — zaśmiał się Sowi Zmierzch, który przyglądał się całemu ich sparingu. — Albo ktoś tutaj się starzeje.
Dymny kocur oderwał się od Dzikiej Łapy i stanął na cztery łapy, przy okazji ciężko dysząc. Puścił poirytowane spojrzenie liliowemu wojownikowi i odchrząknął pod nosem.
— Niech będzie remis — warknął od niechcenia. — Garbata Łapo! Jesteś następny do sparingu z Dziką Łapą, szykuj się. A ty, Dzika Łapo, masz chwilę na odpoczynek.
Również wstał na cztery łapy. Był zmęczony. Krucze Pióro nie był słabym wojownikiem, a on mu dorównywał, chociaż czuł, że jeszcze brakowało mu doświadczenia.
— Gotowi? Już odpoczęliście i się przyszykowaliście?
Oboje uczniów kiwnęło głową.
— W takim razie walczcie!
Dzika Łapa spiął mięśnie i rzucił się na Garbatą Łapę.

***

Pora Nowych Liści

Był wczesny ranek, rześkie powietrze uderzało w koty, a nad tłumem zbierały się kłęby chmur. Natomiast on stał w gotowości, wywołany do walki z przeciwnikiem, którego właśnie miała przedstawić mu Zalotna Gwiazda. Szylkretowa liderka stała na mównicy, patrząc na niego z góry, a pod nią siedzieli oboje zastępców, w tym Krucze Pióro, który mierzył go ostrym wzrokiem, mówiącym “Wygraj, inaczej sam obedrę cię ze skóry”. Tłum Wilczków, który zebrał się na tę uroczystość, z zaciekawieniem obserwował go oraz robił zakłady, czy wygra ze swoim przeciwnikiem.
— Gruba Rybo! — wypowiedziała głośno imię rudego wojownika o płaskim pysku. — Zawalczysz z Dziką Łapą. Niech wygra najlepszy.
Szum mruknięć i zdziwionych miauknięć przeszedł po tłumie wojowników, a z nich wyłonił się ów rudzielec, który od razu wysunął swoje pazury.
— Zaczynajmy więc… — powiedział Gruba Ryba swoim gromkim głosem.
Dzika Łapa skinął mu głową i od razu ruszył w jego kierunku. Normalnie zaczyna się od obchodzenia dookoła swojego przeciwnika. Daje to szansę na spostrzeżeniu jego słabości, jednak on czuł się dzisiaj wyjątkowo pewnie. Był w pełni sił i już wiele bitew z innymi uczniami udało mu się zaliczyć. Czuł w powietrzu, że uda mu się wygrać z rudzielcem. Wskoczył na jego barki i przeturlali się po ziemi. Pazury wbił mocno w cielsko wojownika, jednak kocur był od niego cięższy i nawet większy, dlatego podczas koziołkowania i drapania, uwolnił się, odskakując od Grubej Ryby.
— Nieźle, szybki jesteś… — skomentował rudzielec, przecierając łzawiące oczy.
Nie umknęło to jednak uwadze Dzikiej Łapy. Ciągle łzawiące oczy Grubej Ryby dawały mu więcej szans na zadawanie kolejnych ciosów, jednak musiał uważać na gabaryty kocura. Nie spodziewał się tego, że on sam okaże się lżejszy i mniejszy od przeciwnika. Tym bardziej że dotychczas to on robił za większego i silniejszego.
Powtórzył atak, tylko tym razem nie starał się przewrócić kocura siłą. Musiał działać mądrze i szybko. Gdyby wskoczył tamtemu na plecy, to nie zdołałby go obalić. Została opcja podcięcia nóg, więc tak zrobił. Z nieukrywanym trudem uderzył łapami o wielgaśne kończyny kocura, który spadł na ziemię.
Mam cię!
Uradowany przyszpilił go i zaczął kąsać i drapać po barkach, plecach i uszach. Gruba Ryba, jednak miał inny plan i przewrócił się z brzucha na plecy, przygniatając go pod sobą. Dzika Łapa ukąsił go w żebra i wygramolił się spod wielkiego rudego cielska, po to, by skoczyć na jego brzuch. Miękki, puchaty i łatwy do zranienia. Skupiając się na celu, nie zauważył, jak Gruba Ryba machnął swoim wielkim łapskiem z wysuniętymi pazurami w jego pysk. Krew prysnęła po jego białym futrze, a on poczuł pieczenie i mrowienie w miejscu, gdzie trafiły go pazury przeciwnika. Nie przestając drapać rudego wojownika, udało mu się dosięgnąć do jego szyi i złapać ją zębami. Kiedy tylko tamten starał się bronić i oderwać go od siebie, Dzika Łapa mocniej zaciskał kły na jego szyi. Wiedział, że nie może go zabić, gdyż to tylko zwykła walka na zostanie wojownikiem, jednak czekanie na zakończenie tego pojedynku przez Zalotną Gwiazdę trwało wieczność!
— Koniec! — powiedziała w końcu liderka, na co ten puścił swojego przeciwnika. Przywołała go do siebie końcówką ogona. — Ja, Zalotna Gwiazda, przywódczyni Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Dzika Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Swój klan… Nie czuł się jeszcze częścią tego klanu, tym bardziej że koty pamiętały, kim był. A dla nich był zwykłym Burzakiem. Kotem zza lasu, który biegał po równinie i codziennie zajadał się królikami. Kotem o lisim sercu. Nieszanującym granic. Słyszał te wszystkie stereotypy o kotach z jego poprzedniego domu. Jednak... Jednak musiał się odciąć od swojej przeszłości. Musiał zostać Wilczakiem. Kotem, który miał nieść pomstę za zmarłego Tańcujące Pierze.
— Przysięgam.
— Mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Dzika Łapo, od tej pory będziesz znany jako Dziki Mróz. Klan ceni twoją siłę i lojalność oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Wilka. — Wilczaki zawiwatowały, wyjąc i skandując jego imię.
On natomiast zrozumiał przesłanie w jego nowym imieniu. Mróz miał odnosić się do jego przeszłości. Znaleziono go w poprzedniej Porze Nagich Drzew, odtrąconego przez Burzaków, obcego, który wtargnął na teren Klanu Wilka. Jego wojownicze imię będzie mu przypominało, kiedy dołączył do tego klanu.
— Jesteś ranny — mruknęło do niego cicho Roztargniony Koperek, którego ten nie zauważył. Wzdrygnął się na dotyk medyka, który sprawnie zajął się jego ranami. — Nie ruszaj się tylko.
Zerknął wtedy na Grubą Rybę, który też był opatrywany. Przez jego grubą i rudą sierść nie widać było aż tak bardzo ran. Teraz jednak mógł dostrzec, ile rudzielec miał zadrapań i ugryzień, kiedy liczył opatrunki, które mu zakładał Chudy Grzbiet. On natomiast był cały w krwawych śladach, które straszyły innych na jego biało-rudym futrze.
— Gratulacje, Dziki Mrozie. Oficjalnie jesteś wojownikiem Klanu Wilka — pogratulował mu Krucze Pióro, który cieszył się wygraną swojego ucznia, choć starał się tego nie okazywać na zewnątrz. — Jednak pamiętaj, że to nie koniec naszej nauki. Jeszcze będziesz edukowany co do naszych tradycji.

***

Kilka dni po mianowaniu na wojownika

Spacerował samemu po lesie. Szukał czegoś, jednak sam nie wiedział konkretnie czego. Koty z klanu mogły powiedzieć wręcz, że marnował czas, jednak ostatnimi czasy dużo rzeczy się zmieniło. Był wojownikiem. Teraz inaczej na niego patrzyli, choć niektórzy jeszcze pytali go o przeszłość. Nie wstydził się tego, kim był dawniej i kim stał się teraz. Jednak bolała go jedna rzecz. Bolało go to, że tęsknił za jedyną kotką, dla której zrobiłby wszystko. Kotką, której nikt w Klanie Wilka nie był w stanie mu zastąpić. Była to Krokusowa Kruchość, z którą ciągle chciałby mieć kontakt. Kotka, która była jego drugą połówką serca. Może dlatego spacerował przy granicy ze swoim starym domem? Podświadomie liczył na to, że znów ją spotka?
Niczym widmo przemierzał zarośla wzdłuż granicy, maskując się w topniejącym śniegu, kiedy zatrzymał go znajomy głos.
— Dziki Berberysie! Czy to ty?
Swoimi niebieskimi oczyma spojrzał na trawy, którymi targał chłodny wiatr. Spomiędzy nich wyszła znajoma mu szylkretka, która wielkimi zielonymi oczyma wpatrywała się w niego z utęsknieniem.
— Wiedziałam, że żyjesz!

<Krokus?>

26 października 2026

Od Puchacza CD. Smok

Ugryzł się w język. “Skubana pamiętała” pomyślał. Nadal nie było tak źle. Po prostu nie mógł jej zabrać w kierunku Dębowej Ostoi. Uśmiechnął się.
– Oczywiście, że pamiętam! Chcesz iść?
Kotka skinęła głową i zanim zdążył wstać, już ruszyła w kierunku wyjścia z obozu. Nie spieszył się. I tak nie mogła daleko pójść. Nawet jakby tak zrobiła, z łatwością znalazłby ją w dość szybkim czasie. W końcu zrównał z nią kroku.
– To gdzie idziemy?
– Idziesz tak szybko, że już myślałem, że to ty mnie będziesz prowadzić – zażartował. – Możemy pójść na śmietnisko.
– Śmietnisko? A co tam takiego ciekawego? Tylko jakieś ustlojstwa Dwunożnych!
W sumie to sam nie wiedział. Rzadko tam chodził, po prostu było to pierwsze miejsce, które przyszło mu do głowy.
– Może jak się nie wspinasz to nic. – Wzruszył ramionami. – Dobra, chodźmy już.
Szylkretka od razu zaczęła wspinać się na jakieś drzewo.
– Gdzie ty leziesz?! Złaź stamtąd! – krzyknął do niej. Ta obróciła się do niego z kpiącym uśmiechem.
– Bo co? Zwiadowca nie potlafi mnie dogonić na drzewie? – zaśmiała się.
– Dogonić to ty możesz ziemię. To drzewo ma chore gałęzie. Tylko czekać aż się złamią. Chodź tutaj.
Czarna zmarszczyła brwi i zeszła z pnia. Kiedy podeszła do niego i jednocześnie do lepszego obiektu do wspinaczki, ukłonił się jej lekko teatralnie.
– Panie przodem.
Trudno powiedzieć czy reakcją karpatki było prychnięcie, czy śmiech. Kiedy ona już weszła, sam w kilku momentach znalazł się na szczycie.
– Dobra, teraz idź za mną. Tylko powoli. Jak spadniesz, na pewno coś sobie połamiesz.
W kilku susach przeszedł na inną gałąź, po czym przeskoczył z niej na kolejną. Przeszedł bliżej pnia i odwrócił się, żeby widzieć żółtooką. Ta poszła jego śladami. Co prawda wolno, ale nie skupiała się na rozłożeniu wagi, ani solidnym zaczepieniu w korze. Zachowywała się, jakby szła po ziemi. Zanim zdążył zwrócić jej na to uwagę, była już przy przerwie między konarami i… poślizgnęła się. Momentalnie rozpędził się i dobiegł do niej, żeby podać jej łapę. Dzięki temu udało jej się nie spaść.
– Żyjesz? – zapytał niepewnie, trochę w szoku spowodowanym wyrzutem adrenaliny.
– A wyglądam na umallaka? – Wąsy zadrżały jej z rozbawienia. Również się uśmiechnął.
– Nie no skąd! Ale weź tego może nie zmieniaj, co? – odwzajemnił żart. – Chodźmy dalej. Tylko teraz spróbuj iść trochę niżej na nogach i brozbłysły, kiedyardziej skupiać się na rozłożeniu ciężaru na łapach. Trochę jak przy polowaniu.

***

Droga zajęła im dość długo, przez brak doświadczenia Smok. Kiedy byli na miejscu, słońce już powoli zaczynało zachodzić. Nie był on jednak na nią zły. Przez cały czas służył pomocą, prowadził i wspierał kotkę. A przede wszystkim żartował razem z nią. W końcu nie był jej mentorem, tylko kolegą. Chwilę po tym, jak weszli pomiędzy odpady Dwunożnych, usłyszał pytanie:
– No to gdzie się wspinamy? – słyszał w głosie koleżanki lekką ekscytację. Rozejrzał się, po czym wskazał na najwyższą stertę rzeczy.
– Tam.
W życiu nie wspinał się po czymkolwiek oprócz drzew, ale był gotów przyjąć wyzwanie. Tutaj wspinaczka powinna też być łatwiejsza dla Smok, bo równowaga nie grała tu aż takiej dużej roli. Trudnością było bardziej znalezienie odpowiedniej trasy. Wyminęli kilka zepsutych potworów i ich łap, po czym wskoczyli na wielką drewnianą skrzynię. Tak bardzo, jak próbował zgrywać przewodnika, ostrzegając towarzyszkę przed ostrymi kawałkami niby-lodu i będąc na prowadzeniu, w rzeczywistości tutaj współpracowali. Smok często znajdowała łatwiejsze odcinki trasy, nie musząc się aż tak męczyć. Takim sposobem wspólnymi siłami skacząc po różnych przedmiotach, od drewnianych skrzyń po dziwne miękkie i twarde kamienie, dotarli na sam szczyt. Tam znaleźli się na dziwnie kwadratowym kamieniu, przykrytym czymś w rodzaju mchu, tylko bardziej zbitego i kolorowego. On od razu podszedł trochę bliżej krawędzi, podczas gdy Smok najpierw postanowiła podrapać trochę tkaninę pod ich łapami. Potem usiadła obok niego i zapytała:
– Na co się tak patrzysz?
Wyrwany z transu spojrzał na nią, a potem wskazał przed siebie na roztaczający się przed nimi widok.
– Stąd widzimy wszystko – powiedział oniemiały. – Jesteśmy jak władcy świata! – wykrzyknął z radością, po czym oboje zaczęli się śmiać, delektując się pejzażem, wiatrem muskającym futro i swoją obecnością.

***

Od ich pierwszego spaceru minęło trochę czasu. Poszli na podobne jeszcze kilka razy, ale potem przerwali to na czas Pory Nagich Drzew. Ale kiedy ostatnim razem zapytał ją, czy nie chciałaby może znów się przejść, odpowiedziała mu, że nie zamierza marznąć tak długo na wysokościach. Wtedy zaproponował, żeby przeszli się po ziemi “nudnym sposobem wojowników”. Zgodziła się na to pod warunkiem, że to ona będzie prowadzić, na co przystał. Dlatego właśnie opierał się o drzewo, przy wyjściu z obozu, czekając, aż Smok przyjdzie i będą mogli wyjść. Nie musiał zresztą czekać tak długo. Już po chwili calico stała obok niego.
– To co? Gotowy na nudny spacel w stylu wojowników? – zapytała, popychając go żartobliwie łapą, co i tak spowodowało, że prawie się zatoczył, ale szybko ponownie odzyskał balans. Podrapał się w tył głowy trochę zażenowany.
– Jasne…
– No co ty taki ponulak! – przerwała na chwilę, po czym w jej oczach rozbłysły iskierki, kiedy wpadła na pomysł. – Kto dlugi przy konającym buku, ten ciamajda!
I ruszyła. On patrzył na nią chwilę osłupiały. “Durniu, co się zastanawiasz? Goń ją!”, zreprymendował się w myślach i pobiegł za nią. Oboje byli bardzo szybcy. On był zwinniejszy, ale i tak nie był w stanie jej przegonić przez opóźniony start i finalnie dotarli do Konającego Buku w tym samym czasie.
– Jednak nie jestem taką ciamajdą, co? – zapytał z zawadiackim uśmieszkiem.
– No chyba! Z ciamajdami się nie zadaję!
Śmiejąc się, oboje pobiegli dalej, co jakiś czas przepychając się w zabawie. Przekroczyli rzekę, wyminęli bagno i slalomowali pomiędzy większymi zaspami śniegu, większymi kamieniami i drzewami, aż nie wypadli spomiędzy krzaków na polankę. On biegł tyłem, oglądając się na kotkę, gdy nagle zza pleców usłyszał głos:
– Puchacz! Cześć! Dawno cię nie widziałem!
Zmroziło go. W jednej chwili uśmiech znikł z jego pyska, źrenice rozszerzyły się, a futro stanęło dęba. Na osty i ciernie! Wpadł. Obejrzał się na Orłosępa, który teraz z nieodgadnionym wyrazem pyska patrzył w stronę Smok.
– Przyprowadziłeś… koleżankę?
Szylkretka wystrzeliła przed niego, ustawiając się w pozycji bojowej.
– Zjeżdżaj stąd, wlonia stlawo! Albo wepchnę ci pazuly do galdła!
Rudy samotnik uniósł lekko górną wargę z niezadowoleniem, jednak nie dał znaku ataku. Puchacz nie wiedział, co miał w tym momencie zrobić. Postanowił jednak zaryzykować. Wbiegł pomiędzy koty, stając pyskiem w stronę Smok.
– Nie rób tego!

<Smok?>

Od Zwiastującej Łapy

Najeżony kocur siedział przed legowiskiem uczniów. Lśniąca Łapa ponownie wrzuciła mu trzy ślimaki do posłania, sugerując, że to kara od Klanu Gwiazdy za nie podzielenie się z nią wczorajszą myszą.
– Na duchy przodków – powiedział pod nosem, wylizując futro. – Milczący Zew musi zabierać cię na treningi przed świtem? Gdzie ty te ślimaki znajdujesz?
– Słodka tajemnica – zaśmiała się niebieska kotka. – Co? Twoi kochani przodkowie ci nie powiedzą? – Usiadła obok niego nienaturalnie blisko. – Poza tym, one z ciebie w nocy wyszły! To nowa choroba! Idź się zapytać Wdzięcznej Firletki.
– Odczep się. – Odsunął się od Lśniącej Łapy. Jego duma cierpiała, ale zaczął obawiać się możliwej choroby. – Mamy razem pod wieczór trening?
– Z Horoskopem macie. Przepraszam, z Trafną Łapą. – Oboje przewrócili oczami. – A ja… ja będę wtedy uczyła się polować na myszy. Najwidoczniej mój mentor stwierdził, że mój poziom jest wyższy od waszego.
– Przecież ty nie umiesz walczyć! Przewrócenie ciebie zajmuje dziesięć uderzeń serca.
– Daję ci fory. Nie chcę, byś czuł się gorszy – mówiąc to, niebieska kotka pokazała mu język.
Ich rodzinną atmosferę przerwał Milczący Zew, zabierając kotkę na trening.

***

Czarny kocur czuł się upokorzony. Nie wierzył w ślimakową chorobę, ale to już drugi raz… i akurat trzy ślimaki! Trzy! Liczba okrutna! Z jakiego powodu są cztery klany? Bo cztery to dobra liczba. Dlaczego klanem rządzi przywódca i zastępca? Bo to dwa. Tylko trójka jest przeklęta! Niczemu nie odpowiada. A z niego w nocy wyszły, aż trzy ślimaki. Zdecydował, że przed treningiem dla pewności pójdzie z myszą do Wdzięcznej Firletki. Kotka w końcu była medykiem, a oni byli blisko Klanu Gwiazdy. On jako wysłannik… mógł mieć specyficzne choroby wykraczające poza te dotykające zwykłe koty.
– Witaj, Wdzięczna Firletko. Jesteś blisko Klanu Gwiazdy… – zaczął, wchodząc do legowiska medyków i ostrożnie kładąc mysz przy wejściu. – Czy słyszałaś może o chorobie, w której kotom z futra wychodzą ślimaki?

[299 słów]

Od Zamroczonej Łapy

Wiatr muskał ogon Zamroczonej Łapy, która wyruszyła z chęcią odnalezienia Koszmarnej Łapy i pokazania mu tajnego tunelu, który przez przypadek zauważyła.
Tunel wyglądał na ciasny, ale wystarczająco przestronny i był ukryty za legowiskiem medyków. Ciekawiło ją bardzo, kto go wykopał. Na razie nie planowała do niego wchodzić, mając świadomość tego, iż nie było wiadomo, czy to do końca bezpieczne, ale nie zaszkodziłoby pokazać znaleziska komuś innemu.
Wtedy spostrzegła Garbatą Łapę.
Kocur starał się uwolnić swoją łapę, dlatego że futro skleiło mu się z błotem powstałym od deszczu, a dodatkowo jego łapa zaplątała się w łodygi kolczastych kwiatów. Stał w takiej pozycji, w której sam nie był w stanie ich wyplątać. Kiedy Garbata Łapa ją dostrzegł, zniżył głowę, patrząc na nią tak osowiale, jakby był obrażony na cały świat.
Zamroczona Łapa machnęła mocno ogonem.
– Pomóc ci? – wymsknęło jej się, chociaż sama nie wiedziała, czemu to powiedziała oraz czy naprawdę chciała mu pomóc. Zawsze słyszała, że trzeba umieć sobie radzić samemu w takich sytuacjach i to od kilku kotów: Ognikowej Słoty, Zalotnej Gwiazdy, a także czasami od kuzyna.
Kotka nie lubiła zbytnio podejmować trudnych wyborów, więc po chwili zamyślenia podeszła do Garbatej Łapy i poświęciła minutę na rozplątanie zębami łodyg. Gdy skończyła, kot mruknął:
– Dzięki.
– Nie ma za co – odrzekła Zamroczona Łapa, po czym syknęła:
– To nie znaczy, że cię lubię. – To była prawda, uczennica nie lubiła Garbatej Łapy, co było przede wszystkim sprawą jej wychowania.
Rozejrzała się po otoczeniu, ale nigdzie nie zauważyła swojego brata, toteż po upewnieniu się zmieniła swoje plany.
Przemykając cicho, wyszła z obozu i skierowała kroki w dowolną stronę, bo stwierdziła, że spacer będzie niezwykle przyjemnym zajęciem. W czasie drogi poczuła zapach mieszający się z zapachem kory drzew. Zastygła, po czym, zrozumiała, iż zapach – nie wiedząc, czy słaby, czy świeży – należał do kota. Nagle przed nią pojawiła się ciemna, złowrogo wyglądająca samotniczka, a Zamroczona Łapa zaczęła się wycofywać.
– Co robisz na naszym terytorium? – zapytała niepewnie.
– Spokojnie, nie przejmuj się mną. – Najeżyła się szybko. Mówiła przez zaciśnięte zęby, w których trzymała ofiarę. – Myszy nie można upolować? I nie rozumiem, czyje terytorium?
– Terytorium Klanu Wilka – odpowiedziała jej Zamroczona Łapa.
Samotniczce rozbłysły oczy. Czujnie spojrzała na kotkę.
– O, to kojarzę! – wymamrotała.
Zamroczona Łapa zaczęła się zastanawiać, skąd wiedziała o Klanie Wilka. Postanowiła, że się tego dowie, ale musiała to zrobić jak najprędzej, zanim ją odgoni, jeśli chciała zmniejszyć szansę na przyłapanie jej na rozmowie z samotnikiem.
– Jak się o nim dowiedziałaś? – zapytała, unosząc głowę do góry.
– Miałam okazję usłyszeć o tym klanie. A tak przy okazji, jestem Pietruszka. – Nie miała pewności, czy dobrze usłyszała jej imię, tak jej się wydawało po chwili zamyślenia.
Zamroczona Łapa wbiła w nią wzrok, próbując powstrzymać zmieszanie.
– Od kogo? – zadała pytanie i niecierpliwie zastrzygła uszami.
– Od mojego sąsiada, Czarnowrona – rzekła kocica. – Kiedyś mieszkał niedaleko ode mnie, choć pewnego dnia zniknął. Nie było mi go żal, bo się nie przyjaźniliśmy.
Czekoladowej uczennicy zaświtało w głowie, że kiedyś słyszała to imię, ale było to tak zamglone, że nie potrafiła przypomnieć sobie konkretnego wspomnienia.
Pokiwała głową i zrozumiała, iż nie mogła już dłużej z nią rozmawiać, więc odparła:
– Miło mi cię poznać, ale teraz… zwijaj się stąd!
– Dobrze, już dobrze – wydukała kotka olśniewająco szorstkim tonem.
– Do niezobaczenia, Pietruszko – burknęła Zamroczona Łapa w odpowiedzi.
Nagle samotniczka spojrzała jeszcze raz w jej stronę. Prychnęła, ale po chwili jej oczy zaczęły się powiększać. Uczennica nie rozumiała, co miała na myśli i spojrzała na nią z zaskoczeniem.
– Co się stało? – miauknęła. – Wy-wyglądasz tak, ja-jakbyś zobaczyła borsuk-ka.
Głos zaczynał drgać jej z zimna, poprosiła bezgłośnie duchy Mrocznej Puszczy, by nie oznaczało to, że zachoruje. Co by wtedy się stało z jej treningami?
– Nic takiego. – Nieznajoma z irytacją wlepiła w nią mroczne spojrzenie.
Kiwnęła niby obojętnie zamaszystym ruchem ogona, napinając barki. Nie chciała posuwać się do ataku, ale jeżeli ten futrzak nie chciał się stamtąd ruszyć, nie było innego sposobu. Jednak po chwili namysłu zrozumiała, że jest możliwość, iż ta dorosła kotka rozłożyłaby ją na łopatki.
"Ognikowa Słota nie byłaby ze mnie taka dumna, gdyby wiedziała, że bałam się zaatakować." – Wyobraziła sobie reakcję matki na jej płochliwość. Tylko czy było w tym coś złego?
Szczerząc kły, samotniczka obruszyła się, po czym odeszła w głąb lasu.

***

Kiedy tylko dowiedziała się o śmierci swojej babki, zmartwiło ją to bardziej niż jakakolwiek inna informacja. Właściwie nie miała żadnego bliskiego kontaktu z Dyniową Skórką, ale pamiętała, jak ważnym kotem była dla jej matki. Po obozie nie rozniosła się natomiast żadna plotka o tym, w jaki sposób umarła. Czuła dziwny smutek. Tak, jakby znalazła się w czarnej dziurze. Nieoczekiwanie zauważyła Kocimiętkowy Wir wracającą z patrolu łowieckiego, która wyglądała dość pewnie. Podbiegła do niej i uśmiechnęła się pocieszająco.
– Mamo? Co u ciebie?
Po minie rudej mistrzyni można było rozpoznać, że się zdziwiła pytaniem, ale po chwili objęła ogonem Zamroczoną Łapę.
– Ach, o to ci chodzi. Mimo że lepiej niż ostatnio, wciąż trudno mi się do tego dostosować. Była dobrą członkinią rodziny. – Trochę posmutniała, uniosła głowę i usiadła niespokojnie.
"Czy ja jej przypomniałam o tym, co się wydarzyło?" – pomyślała z ukłuciem bólu.
– Oczywiście się nie martw. W życiu każdego są i lepsze, i gorsze chwile – dodała szybko przybrana matka, a Zamroczona Łapa zerknęła na nią, otwierając szerzej oczy. – A może chcesz teraz pomówić o czymś, co jest ważne dla ciebie?
– Bardzo mi przykro z tego powodu… Jeśli nalegasz, to coś mnie ciekawi. Jak się urodziłam? – spytała. Sama nie miała pojęcia, skąd jej to wpadło do głowy.
Z zainteresowaniem wysłuchała krótkiej opowieści Kocimiętkowego Wiru do końca, a później podziękowała i jeszcze raz spróbowała pomóc jej w otrząśnięciu się z silnych emocji. Odeszła, nie spieszywszy się.
W końcu Zamroczona Łapa zatrzymała się gwałtownie. Wskazówka samotniczki i nowo poznana historia wciąż rozbrzmiewały jej w głowie. I nie potrafiła w to uwierzyć, ale dzięki dedukcji doszła do prawie niepodważalnych wniosków. Pierwszy raz pomyślała o tym, że ma ojca, który najprawdopodobniej nie żyje.

***

Koszmarna Łapa spojrzał na siostrę z widoczną zazdrością.
– Naprawdę znalazłaś tunel? – zapytał. – Przecież to świetna wiadomość!
– Musimy to jeszcze sprawdzić. Nawet nie wiemy, czy to faktycznie tunel, czy zwykła dziura w ziemi.
– Lub nora – dodał uczeń.
Pokiwała głową, zmuszając się do uśmiechu. Mógł mieć rację.
Stali nad potencjalnym tunelem, zastanawiając się, co powinni zrobić, tak, żeby było to stosowne. Zrelaksowana kotka swobodnie rozłożyła wąsy na boki. Było przyjemnie, ale chyba nie przyszli nad wgłębienie marnować czas. Ciszę przerwał głos Koszmarnej Łapy.
– Poprośmy kogoś o pomoc – zaproponował.
Zrobili tak, więc po chwili natrafili na Aksamitkowy Nos. Wojowniczka powoli zajrzała do dziury, a następnie weszła do środka. Kiedy wyszła, mówiąc z zaciekawieniem, oznajmiła, że jest to tunel.
– Dziwne, że nikt wcześniej go nie zauważył – mruknęła.
– Dziękujemy, Aksamitkowy Nosie! – odparła i zwróciła się do Koszmarnej Łapy:
– Mówimy Iglastej Łapie?
– A dlaczego nie, możemy. Jednak jestem odrobinę zmęczony, myślę, że możemy powiedzieć mu jutro.
Zamroczona Łapa zgodziła się i pomaszerowała do legowiska uczniów. Po drodze poczuła charakterystyczny zapach należący do jednego rodzaju zioła. Parę razy go czuła, jednak nie umiała przypomnieć sobie jego nazwy. Na wypadek, gdyby przydało się medykom, chwyciła roślinę w zęby, a później położyła je przed ich miejscem zamieszkania. Czując dopadające ją zmęczenie, ułożyła się w legowisku uczniów i zasnęła.

***

"Muszę się przygotować do treningu" – pomyślała.
Usiadła w obozie, udając, że goni zwierzynę. Śnieg był chyba jedyną zaletą mroźnej Pory Nagich Drzew.
Z zaskoczenia pojawił się przed nią Cętkowany Tęgosz.
– Chodź na trening, kuzynko – niemalże rozkazał.
Czekoladowa uczennica wstała, oznajmiając, że jest gotowa, zarazem myśląc gorączkowo o tym, co się dzisiaj stało. Nie przeszkadzało jej to, że nie znała swojego ojca, ale była tylko po części pewna, że jej to ani trochę nie interesowało.

[1250 słów]