BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

11 sierpnia 2026

Od Niedźwiedziówkowego Pyłu CD. Baśniowej Stokrotki

— Wrócisz do obozu, zapłakana, wystraszona, biedna. Powiesz swojej przywódczyni, że dopóki nie odda Baśniowej Stokrotce swojej rodziny w jej łapy, ty wyjawisz na światło dzienne mały sekrecik. O tym, jak Mandarynkowa Gwiazda wysłała swego zastępcę, by ten zabił MNIE. Wszystko dotarło? — kremowa szepnęła jej do ucha.
Niedźwiedziówka zastrzygła uszami, nieco odpuszczając dotychczasowe targanie się po ziemi. Pokiwała nieznacznie głową, wciąż próbując wydostać się z uścisku włóczęgi. Kiedy ta wreszcie ją puściła, bura zrobiła fikołka do przodu, próbując nie stracić równowagi.
— Dotrzymaj słowa, a będę twoją dłużniczką — dodała Stokrotka, skinąwszy głową. — Ale jak odmówisz, osobiście cię znajdę i uduszę, a flaki będą służyć jako pokarm dla wron.
Pręgowana cofnęła się niepewnie. Odwróciwszy się w stronę kremowej, spojrzała się na nią po raz ostatni, a później zniknęła w krzakach.
— Nim miną trzy wschody słońca, mam was widzieć w Brzozowym Zagajniku! — krzyknęła na odchodne kremowa.
Wojowniczka pędziła już jednak do obozu Klanu Nocy, śmiejąc się pod nosem. Czy właśnie otrzymała szansę, by wprowadzić wśród Nocniaków zamieszanie? Może Baśniowa Stokrotka została jej zesłana przez Marionetkę, która najwidoczniej zaczynała się już nudzić? Zresztą, nieważne, dlaczego akurat pojawiła się w życiu Niedźwiedziówkowego Pyłu. Liczyło się tylko to, że bura mogła teraz udać się do Mandarynkowej Gwiazdy i zgrywać przerażoną, a także szczerze przejętą jej reputacją.
Może w ten sposób uda jej się nieco zyskać w oczach srebrzystej liderki? W końcu właśnie na tym najbardziej jej zależało. Chciała być lubiana. Chciała piąć się w hierarchii. Chciała znajdować się jak najbliżej rodu! Jej największym marzeniem było posiadanie na czole krwistego znaku, choć zdawała sobie sprawę, że było to raczej niemożliwe. Nie urodziła się przecież jako potomkini rodu, a nie wiedziała nawet, czy gdyby poślubiła jakiegoś księcia, otrzymałaby znak lotosu, czy też nie.
W każdym razie nie mogła teraz myśleć o rodzie. Miała ważniejszą sprawę do załatwienia!
Gdy znalazła się bliżej obozu, przyspieszyła, a także położyła po sobie uszy i wygięła pysk w wystraszonym grymasie. Obserwowała, jak z każdym susem azyl stawał się coraz większy. W klatce piersiowej czuła bicie własnego serca, które zachowywało się, jakby miało zaraz wyrwać się na świat zewnętrzny. Jej łapy paliły ze zmęczenia po przebiegnięciu takiego kawału terenów, a w oczy wiał silny wiatr, który je podrażniał i sprawiał, że wydawały się zaszklone.
Gdy Niedźwiedziówka wtargnęła do obozu, od razu skierowała się w stronę legowiska przywódczyni, nim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać. Udało jej się stanąć tuż przed Mandarynkową Gwiazdą, oddychając ciężko. Chwilę później dogonił ją Żmijowcowa Wić, któremu wcześniej nie udało się zatrzymać wojowniczki.
— Mandarynkowa Gwiazdo! — wydukała Niedźwiedziówka, wbijając pazury w ziemię na wypadek, gdyby strażnik chciał odciągnąć ją stąd siłą. — Mam do ciebie sprawę… — wyjaśniła, po czym spojrzała na Żmijowcową Wić błagalnym wzrokiem, prosząc, by dał jej przeprowadzić rozmowę z liderką.
Przywódczyni wyrwana z rozmyślań patrzyła nierozumiejącym wzrokiem to na Niedźwiedziówkę, to na Żmijowca.
Brak sprzeciwu bura odebrała jako pozwolenie na kontynuowanie rozmowy. Rozluźniła się nieco, starając się wyrównać oddech, nim zacznie przemawiać do Mandarynkowej Gwiazdy. Żmijowcowa Wić, który jeszcze przed chwilą stał niebezpiecznie blisko niej, teraz odsunął się nieco, wciąż jednak obserwując wojowniczkę podejrzliwym wzrokiem.
Ta postanowiła go zignorować, skupiając całą swoją uwagę na liderce.
— Gdy byłam na spacerze… zaatakowała mnie dwójka samotników! — wydusiła drżącym głosem. — Zemdlałam… a kiedy się obudziłam, byłam na gałęzi. Było już ciemno. Oni… oni mi zagrozili… — urwała, z trudem przełykając ślinę. Spojrzała Mandarynkowej Gwieździe prosto w oczy. — To znaczy… jedna samotniczka przedstawiła się jako Baśniowa Stokrotka. Powiedziała, że masz oddać jej całą jej rodzinę. Bo jeśli tego nie zrobisz… cały Klan Nocy pozna jakiś twój… sekret — wyjaśniła, kładąc po sobie uszy.
Mandarynka przetarła pysk łapą.
— Po kolei, Niedźwiedziówkowy Pyle — miauknęła zaspana.
Bura strzepnęła ogonem z nerwów, patrząc na srebrzystą ze zmęczonym wyrazem pyska.
— Przepraszam, Mandarynkowa Gwiazdo, że nachodzę cię tak późno w nocy. Chciałam tylko przekazać, że za dnia uprowadziła mnie samotniczka o imieniu Baśniowa Stokrotka razem z jakimś kocurem. Zażądali, żebym przekazała ci wiadomość. Masz oddać im ich rodzinę. Powiedzieli też, że jeśli tego nie zrobisz, cały klan dowie się o jakimś twoim sekrecie — miauknęła, starając się zachować spokój i brzmieć jak najbardziej neutralnie.
Liderka patrzyła na kotkę, jakby zobaczyła ducha.
— Jak wyglądał ten kocur? — zapytała.
Niedźwiedziówka zamilkła na chwilę, próbując przypomnieć sobie wygląd drugiego porywacza.
— Nie widziałam zbyt wiele. Pod osłoną nocy ciężko było dostrzec kolory ich futer. Jestem jednak niemal pewna, że ten kocur miał ciemną sierść, a jego oczy były… chyba brązowe — wyjaśniła, po czym zastrzygła uchem. — Znasz ich, Mandarynkowa Gwiazdo? — dodała zaniepokojona.
— Nieważne — ucięła liderka. — Wiadomo, gdzie przebywają?
Bura wzruszyła ramionami.
— Nie wiem. Było ciemno, a ja nie pamiętam zbyt dobrze, gdzie dokładnie mnie dopadli. Zakładam jednak, że dałoby się ich odszukać po zapachu. Tylko pewnie już dawno opuścili tereny Klanu Nocy… — mruknęła, spuszczając wzrok na łapy. Dopiero po chwili wzięła głęboki wdech i uniosła lekko brodę. — Czy oni… mogliby napaść na obóz Nocniaków? — spytała ciszej. — Wydają się jacyś… psychiczni! — dodała, a w jej głosie ponownie pojawiło się zaniepokojenie.
— Są zbyt słabi — mruknęła. — Inaczej już próbowaliby to zrobić. To niegodziwe tchórze — skomentowała pogardliwie. — Zanim cokolwiek zrobię, będę musiała znaleźć miejsce ich pobytu — zastanawiała się na głos.
Niedźwiedziówkowy Pył nie wiedziała, czy powinna zostawić już Mandarynkową Gwiazdę w spokoju, czy może kontynuować rozmowę. Była ciekawa tego, jak potoczy się cała sytuacja i jaki los ostatecznie spotka rodzinę kremowej samotniczki.
— Jestem w stanie wziąć udział w poszukiwaniach tej dwójki — oznajmiła, chcąc jeszcze w jakiś sposób przydać się w tej sprawie. — Lecz one, jak mniemam, odbędą się dopiero z samego rana. Nie chcę ci przeszkadzać, Mandarynkowa Gwiazdo, więc jeśli pozwolisz, udam się już do legowiska. Chyba że masz jeszcze jakieś pytania — miauknęła, pochylając przed liderką głowę, by okazać jej szacunek.
Srebrzysta kocica westchnęła ciężko przez to wszystko.
— Nie, to tyle… dziękuję Niedźwiedziówkowy Pyle. I tak, chętnie przydzielę cię do grupy poszukiwawczej. Możesz iść.
Bura ruszyła już do wyjścia, a za nią podążył Żmijowcowa Wić. Nim jednak zdążyła postawić choćby jeden krok poza legowiskiem liderki, przypomniały jej się słowa, które Baśniowa Stokrotka wykrzyczała za nią, gdy ta zaczynała swój bieg w stronę azylu.
Niedźwiedziówkowy Pył zatrzymała się i odwróciła głowę w stronę Mandarynkowej Gwiazdy.
— Ta samotniczka… wspomniała też, że mamy przyprowadzić jej rodzinę za trzy wschody słońca do Brzozowego Zagajnika — miauknęła.
— Czyli musimy działać szybko — stwierdziła przywódczyni. — Wybrali sobie miejsce dziwnie oddalone od granicy… Poszukiwania śladów zapachowych zaczniecie jutro od tamtego miejsca. Jeśli nic nie znajdziecie, zostawimy tam wiadomość.
Wojowniczka skinęła głową, po czym wyszła na zewnątrz, odprowadzona przez Żmijowcową Wić. Następnie skierowała się prosto do legowiska wojowników, by ułożyć się na swoim posłaniu i jak najszybciej zasnąć. Nie chciała przecież być półprzytomna podczas poszukiwań. Wtedy ktoś mógłby jeszcze pomyśleć, że celowo próbuje je sabotować! A przecież nie zamierzała tego robić… prawda?

* * *

Z samego rana Mandarynkowa Gwiazda wyznaczyła patrol, który miał odnaleźć jakiś trop Baśniowej Stokrotki i jej przydupasa. Na jego czele rzecz jasna stała Niedźwiedziówkowy Pył, a oprócz niej zostali wybrani także Czosnkowa Krewetka i Morszczynowy Wąs. Bura wiedziała, że raczej niczego nie uda im się znaleźć. Przez noc było całkiem wietrznie i pewnie zapach, który pozostawiła po sobie dwójka samotników, już dawno ulotnił się z terenów Klanu Nocy. Mimo to musiała co najmniej udawać, że jest niezwykle zaangażowana w poszukiwania i czujna. Nie chciała w końcu, by liderka uznała, że nie martwi się o jej interesy. Bo przecież się martwiła. I to bardzo. A to tylko dlatego, że może w przyszłości do czegoś będzie jej potrzebna łaska przywódczyni. Do czego? Jeszcze nie wiedziała, lecz w głowie miała już kilka pomysłów…
Po jakimś czasie w końcu trójka kotów wyruszyła z azylu. Buraska wysunęła się na sam przód, zostawiając swoich kompanów w tyle. Uszy miała postawione wysoko, a nos pracował jej o stokroć ciężej niż u jakiegokolwiek psa. W jej oczach błyszczała determinacja, choć w głębi była ona sztuczna, a ogon wymachiwał ze skupienia na boki.
— Dokąd idziemy najpierw? — zapytała szylkretowa kotka. — Mandarynkowa Gwiazda mówiła, że mamy zacząć od przeszukania Brzozowego Zagajnika, ale jak na razie się do niego nie przybliżamy. Czy ty na pewno wiesz, gdzie idziesz? — dodała, co sprawiło, że Niedźwiedziówka zatrzymała się gwałtownie i zwróciła w stronę Czosnkowej Krewetki z niezadowolonym wyrazem pyska.
— Słuchaj, to ja zostałam wzięta jako zakładniczka, a nie ty, więc wiem lepiej, gdzie ich szukać — odburknęła, tym samym uciszając szylkretową wojowniczkę.
Kontynuowali swoją podróż, lecz gdy wreszcie dotarli w okolice, w których Niedźwiedziówkowy Pył została porwana, nie było już ani śladu po Baśniowej Stokrotce i burym kocurze. W powietrzu można było wyczuć jedynie ich nikłą woń, która nie prowadziła jednak nigdzie dalej.
— No i po co nam było przychodzić tutaj? — odezwał się Morszczynowy Wąs, widocznie niezbyt zadowolony z faktu, że musiał ruszać się z obozu na patrol poszukiwawczy z dwiema kotkami. Zresztą, on zawsze był gburem. Niedźwiedziówka przewróciła oczami na jego słowa.
— Mówię wam, że tu się obudziłam i tu ich ostatnio widziałam! Jeśli skądś miałby prowadzić ich trop, to właśnie stąd. To nie moja wina, że była straszna wichura. Ja nie kontroluję pogody — stwierdziła, robiąc nadąsaną minę. — Teraz możemy iść do Brzozowego Zagajnika, ale nie sądzę, by było tam coś przydatnego. W końcu dopiero mamy odstawić tam rodzinę tej samotniczki za kilka wschodów słońca. Nie mówiła mi, że ma się tam znaleźć jakaś wskazówka — oznajmiła, wzruszając ramionami.
Czosnkowa Krewetka strzepnęła ogonem i pokręciła łebkiem.
— Tak rozkazała nam Mandarynkowa Gwiazda, więc tak musimy zrobić! — upomniała buraskę.
Pręgowana od razu spochmurniała.
— No przecież wiem! Nigdy w życiu nie zlekceważyłabym rozkazu naszej przywódczyni, Czosnkowa Krewetko. Bardzo ją szanuję i jestem jej wdzięczna za to, że użyczyła mi schronienia w swoim klanie. Jestem jej za to dłużna do końca swoich dni i nie wiem, jak mogłaś pomyśleć, że mogłabym tak zignorować jej prośby — oznajmiła starsza, głęboko urażona słowami swojej towarzyszki na patrolu.
— A mogłybyście przestać się kłócić? Mamy zadanie do wykonania i nie zamierzam słuchać waszych dyskusji — wtrącił się Morszczynowy Wąs, na co obie kotki jedynie burknęły coś pod nosami i zaraz zaczęły zmierzać w stronę Brzozowego Zagajnika.
Gdy cała trójka tam dotarła, zaczęli przeszukiwać to miejsce. Niedźwiedziówkowy Pył sprawdzała każdy kamyczek, czy nic się pod nim nie kryje, i obwąchiwała każde źdźbło trawy. Jakiś czas później grupka, która niedawno się rozdzieliła, spotkała się znowu, tym razem z niezadowolonymi wyrazami pyska.
— Mi niestety nie udało się nic znaleźć, choć szukałam bardzo dokładnie. Z tego wynika, że Baśniowa Stokrotka i jej przydupas nie zostawili nam żadnych śladów. Musimy poczekać, aż miną trzy wschody słońca — ogłosiła bura kocica.
— No, ja również nic nie znalazłam… — dodała Czosnkowa Krewetka.
Morszczynowy Wąs nie odezwał się do nich słowem, lecz nie wyglądał, jakby miał im coś ważnego do przekazania. Najpewniej jego poszukiwania również zakończyły się fiaskiem.
— To przykre, że nie mamy dobrych wieści dla Mandarynkowej Gwiazdy — westchnęła pręgowana, po czym sfrustrowana i zawiedziona ruszyła w stronę obozu Klanu Nocy, nie czekając nawet na swoich pobratymców.

Koniec sesji

Od Baśniowej Stokrotki do Niedźwiedziówkowego Pyłu

Zielonkawy liść musnął konar drzewa, lądując na grzbiecie kremowej samotniczki. Stokrotka pośpiesznie strzepnęła go z siebie, dekoncentrując się przy tym na polowaniu. Wiatr mierzwił raz po raz jej futro czy wibrysy. Cisza w dennym lesie była tak głośna, że nawet kotka mogła usłyszeć ciche krążenie krwi w jej uchu. Jej klatka piersiowa opadała mozolnie, a nabranie jednego wdechu było trudne. Całe ciało kocicy było w opatrunkach, oblepione pajęczynami i wszystkim, czym tylko się dało, byle by zakryć głębokie otwory, których nie zagoiliby nawet najlepsi medycy. Odruchowo samotniczka trzepnęła ogonem o ziemię, próbując odwrócić uwagę zwierzyny od ucieczki. Maleńki drozd pazurkami zaczął skrobać o orzecha, próbując go rozłupać. Kot bezgłośnie zasyczał, bezszelestnie skradając się do ofiary, naprężając mięśnie i starając się nie nadepnąć na pojedynczą gałązkę. Z trudem kocica zgięła się w łuk, chcąc doskoczyć do ptaszka. Kiedy jej łapy oderwały się od ziemi, malutkie ślepka drozda powoli zaczęły się zmniejszać, jego dzióbek otworzył się, a z niego wydobył się głośny pisk. Kremowo-różowe szpony uniosły się w górę, a brązowe skrzydła zatrzepotały w powietrzu. Cielsko włóczęgi z hukiem uderzyło o kamienie, a Baśniowa Stokrotka otworzyła pysk, mając ochotę spłoszyć całą zwierzynę w lesie, żeby być jeszcze sprawną. Kolejna zwierzyna uciekła jej w popłochu, a ta zawiedziona spuściła uszy w dół. Nakrapiane piórko drozda poszybowało w dół, delikatnie opadając na różowym nosie pręgowanej. Stokrotka z zażenowaniem podniosła łeb, łapiąc się o korę drzewa, żeby złapać równowagę. Z gardła kotki zaczął wydobywać się chropowaty dźwięk, jakby ta miała zwrócić kłaczek, ale z jej pyska wyleciała czerwona, lepka, szkarłatna ciecz, która wylewała się po kamieniach jak woda z wodospadu. Kiedy ostatnia kropla zleciała z jej podbródka, ta otarła pysk łapą i w napięciu odwróciła się, kierując się w stronę wąwozu. Bicolorka nie była w pełni sprawna. Dryfująca Bulwa z obawy o jej zdrowie zakazał jej polować, a nawet samodzielnie wychodzić z ich schronu, ale co mogło się jej stać. Pręgowana nie miała większego zamiaru dłużej zostawać w tej jaskini, bo czuła się tam nieswojo. Przez kilkanaście księżyców wychowywała, uczyła i żyła w Klanie Nocy. A teraz pozostało jej picie z brudnych kałuż i jedzenie tego, co wpadnie w jej łapy.
Kiedy zza drzew wyłoniła się werwa i ujście do jaskiń, Stokrotka westchnęła i oparła się ramieniem o drzewo. Przymrużyła oczy, próbując znaleźć wzrokiem zmartwionego Bulwę, ale nawet tego nie potrafiła zrobić. Zrezygnowana wyprostowała się i spojrzała na sam dół dziury. Pomachała zdeterminowana ogonem i pewnym krokiem zaczęła iść po wąskiej ścieżce na sam dół. Gdzieś w jej gardle miała uczucie, jakby miała gulę, którą próbowała przełknąć, ale z jakiegoś powodu ona dalej tam zostawała. Jej łapy w końcu dotknęły maleńkich drobinek ziemi i szorstkiej gleby, która spowijała większość terenu, który był dalszym ujściem do jaskini. Stokrotka rozejrzała się po ujściu, ale nikogo tam nie zastała. Pręgowana zamruczała pod nosem, dalej stawiając kroki w kierunku legowiska Chrząszcza. Dymny medyk coraz to rzadziej przychodził do swojego legowiska, jedynie po jedzenie i dalsze opatrywanie ran Stokrotki. Z ostrych i wilgotnych stalaktytów zaczęły spływać przejrzyste kropelki wody, które tworzyły kałuże. Baśniowa Stokrotka stanęła u progu groty, przymrużając oczy i próbując przyzwyczaić się do mroku i ciemności, które tam były. Kocica miała wrażenie, że w ciemności czają się nietoperze, albo bezwzględne lisy, których rude futro mogło mienić się w świetle słońca jak ogień. Kremowa przełknęła ślinę i oparła się o ściany jaskini, brnąc dalej. Jej kremowe futro stawało się cięższe z wilgocią, która unosiła się w powietrzu. Gdzieś dalej rozległ się szmer i stukot łap, które mogły należeć do dymnego włóczęgi.
— Ach, to ty — wymruczał Chrząszcz. Jego krótkie futro owiło się w ciemnościach, przez co kocica mogła zauważyć tylko jego żółte oczy. Kocurek prześlizgnął się za Stokrotkę i rozejrzał się po korytarzu. — Ktoś za tobą szedł? — wysyczał dymny kocurek. Baśniowa Stokrotka zdumiona pokręciła łbem, zmniejszając źrenice.
Krótkowłosy poprowadził kocicę do bladego światła, pokazując jej ciało królika z urwanymi uszami i wydłubanymi oczami.
— To drapieżnik! Jestem pewien — wysyczał wściekle. Kremowa zdezorientowana powąchała martwą ofiarę, czując zwietrzały zapach kota. Zmarszczyła niepewnie nos, mając w głowie tlące się złe przeczucia.
— Jesteś pewien? Może był na tyle stary, że skisł na miejscu, a ptaki zrobiły resztę — rzuciła. Pręgowany pokręcił głową, przyglądając się zwierzątku.
— Odchodzę — wymruczał w końcu. — Wszystkie zioła przeniosłem już do innego legowiska, daleko stąd. Niebieskie oczy Stokrotki rozszerzyły się, próbując zrozumieć, co ten przed chwilą powiedział.
— Nie możesz! Moje rany się w pełni nie zagoiły, zamierzasz nas tak zostawić? — warknęła przez zęby. Chrząszcz podejrzliwie spojrzał się w jej kierunku, zagarniając królika do siebie.
— Trzeba było o tym myśleć wcześniej — fuknął kocurek, wzruszając ramionami. Minął samotniczkę, wychodząc z jaskini.
Bicolorka westchnęła, zaciskając mocniej paluchy przy ziemi. Kocica dalej odczuwała bolesne rany po walce, a teraz nikt nie mógł jej leczyć. Baśniowa Stokrotka zebrała się z miejsca, zostawiając jaskinię pustą, z tajemniczym królikiem na półce skalnej. Wyjście z wąwozu samemu było bardzo trudne, zwłaszcza że nie było przy niej Dryfującej Bulwy. No właśnie, a gdzież on się podziewał? Zirytowana wojowniczka wspięła się po kamieniach, próbując wywęszyć odór, który niósł się od burego kocura. Światło sączyło się między gałęziami w długich, chłodnych smugach, które przecinały leśne runo i zatrzymywały się na kremowej sierści Stokrotki, kiedy ta z trudem wynurzyła się z wąwozu. Każdy jej krok pozostawiał za sobą lekko rozgarniętą ziemię i ślad, który zbyt łatwo mógł zostać odnaleziony przez kogoś, kto wiedział, czego szuka. Jej łapy drżały ledwie zauważalnie, lecz nie zatrzymała się ani razu, bo napięcie, które narastało w jej wnętrzu, było silniejsze niż ból rozlewający się pod opatrunkami, a zapach wilgoci i kamienia powoli ustępował miejsca znajomemu zapachowi lasu, który kiedyś znała tak dobrze, że potrafiła poruszać się w nim z zamkniętymi oczami. Stokrotka uniosła łeb wyżej, przymykając oczy, kiedy wiatr poruszył jej wibrysami, a wtedy poczuła coś, co natychmiast ściągnęło ją z powrotem do rzeczywistości: ciężki, ziemisty zapach, który znała aż za dobrze, nawet jeśli próbował ukryć się pod warstwą świeżego powietrza. Nie zastanawiała się długo, bo jej ciało samo podjęło decyzję, zanim zdążyła ją w pełni uformować w myślach. Ruszyła w głąb lasu, pozwalając, by trop prowadził ją między drzewami, które zdawały się zbliżać do siebie z każdym kolejnym krokiem. Bury stał pośród niskich krzewów, jego sylwetka była napięta, a ogon poruszał się powoli, zdradzając skupienie, które przerwał dopiero dźwięk jej kroków. Kocur uniósł głowę i spojrzał wprost na nią, jakby od dawna wiedział, że się pojawi.
— Baśniowa Stokrotko! — miauknął, a w jego głosie pojawiło się coś pomiędzy ulgą a irytacją, której nie próbował nawet ukryć. — Coś się stało? Dobrze wiesz, że Chrząszcz kazał ci nie wychodzić — dodał gniewnym tonem. Kremowa zwolniła dopiero tuż przed nim, a jej klatka piersiowa unosiła się nierówno, jakby każdy oddech był walką, której nie chciała przegrać przy nim.
— Chrząszcz… On znalazł inny dom, nie dokończy leczenia — odpowiedziała bez zbędnych słów. Bulwa zmarszczył lekko nos, a jego spojrzenie natychmiast się wyostrzyło.
— Jak to odszedł? — prychnął. Stokrotka odwróciła na moment wzrok, jakby obraz pustej jaskini wciąż stał jej przed oczami.
— Zabrał zioła, przeniósł wszystko, nawet te prochy z kurzu — powiedziała wolniej. Bulwa przez chwilę milczał, jakby próbował to poukładać, a jego ogon znieruchomiał całkowicie.
— Twoje rany nawet się nie zamknęły — mruknął w końcu, przyglądając się jej uważnie, zbyt uważnie, jakby dopiero teraz widział, w jakim jest stanie. Stokrotka uniosła lekko podbródek, mimo że ból natychmiast przeszył jej ciało.
— Uch! Nie rozumiesz, musimy tam wrócić! — rzuciła kremowa. Jego spojrzenie natychmiast się zmieniło, a oczy powędrowały w kierunku jej oczu.
— Do Klanu Nocy? — zapytał, a w jego głosie pojawiło się niedowierzanie.
— Nie rozumiesz? Zbyt pochopnie oceniliśmy sytuację! Musimy wrócić po Porywisty Sztorm i Trzcinowy Szmer — wymruczała z nutą desperacji w głosie. Bulwa prychnął cicho, robiąc krok bliżej, a jego cień padł na nią, jakby próbował ją zatrzymać samą swoją obecnością.
—Chcesz tam wejść i wyjść. Ba! Nawet dla mnie nie ma to sensu — powiedział, przewracając oczami. Stokrotka przez chwilę nic nie mówiła, lecz jej ogon poruszył się nisko przy ziemi, zdradzając napięcie, którego nie chciała pokazać.
— Muszę spróbować, idziesz ze mną, lub beze mnie — fuknęła, odwracając się od partnera.
“Zbyt ostro wystartowałam? Nie! Powinien wiedzieć, na czym stoimy” — oburzyła się. Ujście do jaśniejszej strony lasu, gdzie krzyżowały się tereny pomiędzy terenami niczyimi a Klanem Nocy, było widoczne, wciąż oznaczone stojącymi stokrotkami, ze wbitymi łuskami kotów. Stokrotka myślała, że byli dalej od wrogiego klanu, ale nawet to było złudne. Baśniowa Stokrotka dała nura w paprocie, czując odległe zapachy i inne widzimisię, jakie Mandarynkowa Gwiazda pozostawiła na swoich granicach. Bury ruszył tuż za nią, wpychając się w jej ogon.
Kiedy starsi przepychali się w krzakach, gdzieś zza drzew rozległ się cichy szmer, który przyprawił ich o szybsze bicie serca. Stokrotka nie poznawała tego miejsca, bo trochę czasu upłynęło, nim znowu wróciła na tereny Klanu Nocy. Najwidoczniej była gdzieś niedaleko wodospadu, który niegdyś zwiedzała. W jej uszy uderzał odgłos wody, która uderzała o kamienie. Wtedy się rozpoczęło. Bażant wybiegł z paproci, głośno gulgocząc, a za ptaszyskiem pomknęła kotka, nieco młodsza niż oni. Pręgowana dogoniła bażanta, łapiąc go za jego szyję i rozcinając mu brzuch. Dryfująca Bulwa z obrzydzeniem i zażenowaniem zakrył łapą głowę, a Baśniowa Stokrotka westchnęła.
— Popisy… — szepnęła. Prędko przeskoczyła w inne krzewy, co wywołało niestety głośniejszy dźwięk, niż to sobie wyobrażała. Kocica zaintrygowana zostawiła ptaszysko, odpychając je na bok. Jej wibrysy drgnęły, a ta postawiła pierwsze, nieco niepewnie kroki w kierunku kryjówki Stokrotki. Z pola widzenia kremowej zniknął Bulwa, czyżby stchórzył? Kiedy czarna nieznajoma była jeden ogon lisa dalej, samotniczka miała ochotę zapaść się pod ziemię. Wtedy nad jej głową rozległ się wrzask, który spłoszył najbliższą zwierzynę w lesie. Zdezorientowana pręgowana wyjrzała zza paproci i tam ujrzała Dryfującą Bulwę, stojącego nad ciałem kota.
— Mdleje! Czekaj, nie żyje! Weź coś… Co robimy?! — pisnął Bulwa. Bury schował pysk w łapach, próbując uniknąć wzroku Stokrotki na sobie.
— Jak co? No łap ją! — syknęła.
— Za co? — Kocur zdezorientowany pokręcił łbem, łapiąc kotkę za ogon.
— Nie za to! Za łapy! — Kremowa puknęła łapą głowę partnera, czując irytację. Bulwa pociągnął za pierwszą łapę, rozglądając się po bokach, myśląc, gdzie mógłby ją zostawić.
Zrezygnowana bicolorka wskazała buremu drzewo, a dokładnie gałąź. Ten westchnął, próbując ciało wygięte w łuk powiesić na gałęzi. Kremowa niepewnie zmarszczyła czoło, próbując ułożyć w głowie plan, który ocali jej dzieci.

***

Na czarnym jak smoła niebie, wyłonił się księżyc, który swym blaskiem oświetlił kawałek lasu, w którym znajdowali się porywacze pręgowanej kocicy. Samotnicy sami nie wiedzieli jak ją nazywać, jednak byli pewni, że pochodzi z Klanu Nocy, bo z jej futra unosił się odór ryb i niektórych jego członków. Czarna kocica powoli zamrugała powiekami, otwierając oczy, próbując pojąć, co się dzieje dookoła niej.
— Halo, halo, ktoś tu jest? Wielki straszny morderca zawitał! — krzyknęła kremowa samotniczka. Stanęła za drzewem, na którym znajdowała się kotka, by w razie niedogodzeń i humorzastych zachowań kotki temu zaradzić. Zdanie rozniosło się echem po lesie, co miało dodać mroczniejszego klimatu.
— Gdzie ja jestem? Wahh, puszczaj mnie, miernoto, ćwoku! — wysyczała bura przez zęby, próbując dosięgnąć swoich tylnych łap. Bulwa z przemęczenia sam puścił, próbując złapać oddech. Zażenowana Stokrotka złapała się łapą za głowę, próbując przybrać poważny wyraz pyska. Kiedy czarna kocica upadła na cztery łapy i doszła do siebie, podejrzliwie spojrzała w stronę miejsca, gdzie rzekomo można było dojrzeć Baśniową Stokrotkę.
— Morrrdercy, czego tu szukacie? — rzuciła wojowniczka, mrucząc pod nosem.
— Czego tu szukamy? — odparła Stokrotka z oburzeniem. — To mój dom, och, skarbie… Taka młoda, silna a wyrachowania wciąż brak, niczego was w tej kupie sterty i rozpaczy nie uczą? — miauknęła, liżąc się po piersi.
— Nie odpowiedziałaś mi na pytanie — warknęła.
— My tu? Wybacz, zapomniałam, o czym gadamy, ale wiem, o czym możemy pogadać — powiedziała Stokrotka. Kiedy pręgowana wojowniczka była już w pozycji do skoku na kotkę, ta rzuciła się na nią od tyłu, przygniatając ją do ziemi. Zniżyła swój ton głosu oraz opuściła pysk do jej ucha, by ta nie miała wątpliwości, co bicolorka do niej mówi.
— Wrócisz do obozu, zapłakana, wystraszona, biedna. Powiesz swojej przywódczyni, że dopóki nie odda Baśniowej Stokrotce swojej rodziny w jej łapy, ty wyjawisz na światło dzienne mały sekrecik. O tym, jak Mandarynkowa Gwiazda wysłała swego zastępcę, by ten zabił MNIE. Wszystko dotarło? — kremowa szepnęła jej do ucha.
Niedźwiedziówka zastrzygła uszami, nieco odpuszczając dotychczasowe targanie się po ziemi. Pokiwała nieznacznie głową, wciąż próbując wydostać się z uścisku włóczęgi. Kiedy ta wreszcie ją puściła, bura zrobiła fikołka do przodu, próbując nie stracić równowagi.
— Dotrzymaj słowa, a będę twoją dłużniczką — dodała Stokrotka, skinąwszy głową. — Ale jak odmówisz, osobiście cię znajdę i uduszę, a flaki będą służyć jako pokarm dla wron.
Pręgowana cofnęła się niepewnie. Odwróciwszy się w stronę kremowej, spojrzała się na nią po raz ostatni, a później zniknęła w krzakach.
— Nim miną trzy wschody słońca, mam was widzieć w Brzozowym Zagajniku! — krzyknęła na odchodne kremowa.

<Niedźwiedziówko?>

Od Wełnianki CD. Fiołka

Wełnianka była nieco zbita z tropu potokiem słów, który opuścił przed chwilą pyszczek jej nowej koleżanki. Przez chwilę patrzyła tylko na nią z głupią miną, mrugając. Och, ona też by chciała mówić tak zwinnie, tak sprawnie, jak Fiołek! To musiało być wspaniałe. Bardzo chciałaby wiedzieć, jak to jest… Czy to przychodziło koteczce naturalnie? A może musiała się postarać?
Biało-ruda trzepnęła łebkiem, rozpędzając kłębiącą się w jej główce chmarę myśli.
— Jasne! Możemy pobawić się w ganianego, dobrze? — spytała, na co szylkretka entuzjastycznie pokiwała głową, uśmiechając się szeroko.
Obie radośnie wybiegły przed żłobek, zatrzymując się na mokrej, świeżo zroszonej deszczem ziemi, niemal wpadając do pobliskiej kałuży. Podobne do niej mikro-źródełka pokrywały teraz całą okolicę. Woda wypełniała każde zagłębienie, jakie tylko mogła, zmieniając obozowe podłoże w bagnistą papkę. Idealne warunki dla dwóch niesfornych kociąt.
Wełnianka zrobiła nikczemną minę, klepiąc Fiołek w bok ciała.
— Ty gonisz! — miauknęła wesoło.
Czym prędzej rzuciła się do ucieczki, korzystając z chwili zdezorientowania swojej towarzyszki. Szybko jednak poczuła, że druga koteczka biegła tuż za nią, ewidentnie wykazując się większą zwinnością i prędkością niż ona. Ostatecznie zdołała ją dopaść po kilkunastu uderzeniach serca, szybko zawracając, aby samej nie paść ofiarą zemsty biało-rudej. Wełnianka ruszyła w pogoń, kilka razy ledwie unikając poślizgnięcia się na mokrym błocie. W pewnym momencie jej to jednak nie wyszło — jedną łapką wpadła w kałużową dziurę, tracąc równowagę i czystym ślizgiem wpadając wprost w Fiołek, tym samym ją przewracając. Obie zatrzymały się tuż obok żłobka, częściowo zanurzone w mulistej wodzie, całe umorusane błotem, gliną i brudem. Po chwili bezczynnego leżenia spojrzały na siebie zdezorientowane. Fiołek momentalnie wybuchła śmiechem, a Wełnianka zaraz do niej dołączyła, ciesząc się, że ta nie była zła ze względu na ten mały wypadek. Podniosła się, otrzepując się z gęstej ziemi, po czym wsparła koleżankę w tym samym.
— Wybacz za to — mruknęła, chociaż widziała po zachowaniu drugiej koteczki, że ta nie chowała do niej urazy.
— Nie ma sprawy! Było i tak fajnie! Śmiesznie się poślizgnęłaś… Nie wiedziałam, co zrobić! Wpadłaś na mnie tak szybko, to było tylko “zium” i obie leżałyśmy!
— Tak. — Wełnianka pokiwała łebkiem, wciąż się uśmiechając. — Jesteś bardzo szybka, wiesz? W ogóle nie mogłam cię… no, złapać. — Zakłopotana niedoborem słownictwa położyła po sobie uszy, chwilowo odwracając wzrok od towarzyszki, wbijając go w podłoże, gdy obie przekroczyły znowu próg kociarni. Czy ona myślała, że jest dziwna? Pewnie tak… Sama tak pięknie wszystko mówiła, och! Gdyby tylko ona tak potrafiła…
Po chwili podniosła jednak główkę, ukradkiem zerkając na szylkretkę.
— Będziesz chciała się pobawić ze mną jutro? — zapytała, przechylając łebek w bok. — Postaram się już więcej na ciebie nie wpadać — dodała po chwili namysłu, szczerząc ząbki.

< Fiołek? >

Od Wełnistej Mszycy CD. Białego Strumienia

*przeszłość*

Albinosy nie miały łatwego życia. Przez swoją wyjątkowość czy też przekleństwo w postaci wrażliwej na promienie słoneczne skóry pokrytej śnieżnobiałą sierścią i oczach w niecodziennych barwach były uznawane za dar od Klanu Gwiazdy przez część burzackiej społeczności. Ci, którzy gorliwie wierzyli w ich połączenie ze Srebrzystą Skórą traktowali je w wyjątkowy sposób, inni wręcz pogardzali nimi, co było słychać w tonie podczas rozmów. Tylko nieliczni traktowali ich w normalny sposób, jak zwyczajnego kota. I na całe szczęście na kogoś takiego trafił jej brat, podczas zgromadzenia. Zaintrygowana słuchała słów Białego Strumienia na temat tajemniczej kocicy, o której wspominał. Jeśli sięgnąć pamięcią, faktycznie, u boku jej brata znajdował się jakiś kot, najprawdopodobniej wspomniana przez Białego klifiaczka.
– Sposób w jakiej o niej mówisz jest piękny – miauknęła przyglądając się bratu uważnie, starając się pochwycić każdą jego emocję wymalowaną na pysku, gdy opowiadał o swojej towarzyszce. To jak w charakterystyczny sposób marszczył nos lub, gdy unosił spojrzenie na gwieździste niebo, wszystko łączyło się w całość z opisem przez niego kotką, która najwidoczniej nie była mu obojętna. – Musisz nas koniecznie ze sobą poznać, Biały Strumieniu. Coś mi mówi, że znajdziemy wspólny język.
Z ogromną przyjemnością chciała poznać klifiaczkę, której udało się zaprzyjaźnić z Białym Strumieniem i której udało się go uszczęśliwić. Wiedziała, że jej brat nie miał zbyt długo bliskich mu kotów w klanie, a tym bardziej pamiętała, jak Burzowe Chmury krytykował kolor oczu własnego ucznia, więc każdy przyjaciel był na wagę złota. Tym bardziej, że udało mu się stworzyć relację z kotką z sojuszniczej społeczności. Nie musiała się o niego niepotrzebnie martwić, tym bardziej, że jej brata nie wiązały żadne przysięgi, gdyby ich przyjaźń zamieniła się w coś więcej.
Cicho parsknęła, żałując, że jej spotkania na zgromadzeniu nie mogły wyglądać tak jak spotkania jej brata. Ile by dała, aby móc porozmawiać z Mglistym Snem bez podejrzliwych burzackich i wilczackich spojrzeń. Tym bardziej teraz, gdy czarny kocur został uznany za uciekiniera i mogła jedynie mieć nadzieję, że uda im się spotkać na granicy.
– Ja również kogoś poznałam, Biały Strumieniu – odezwała się nagle, przenosząc spojrzenie na księżyc. – Dawno temu, gdy byłam jeszcze uczennicą natrafiłam późną porą na młodego wojownika sąsiedniego klanu. Mogłabym powiedzieć o nim dokładnie to samo, co ty o tej kotce ze zgromadzenia – Przeniosła spojrzenie na brata. – Niestety nie będę miała możliwości przedstawienia was sobie nawzajem.

<Biały? to brzmi w sumie jakby sen umarł >

Od Modrogończyka CD. Psianki

*kontynuacja opowiadania, akcja dzieje się w przeszłości*

Brązowy kocurek z uśmiechem na swojej mordce słuchał słów siostrzyczki. To z jaką pasją opowiadała o swoim treningu było niczym miód na serce Gończyka. Cieszył się, że treningi łaciatej przebiegają bezproblemowo, podobnie zresztą jak i jego, i że udało jej się znaleźć wspólny język z mentorką. Nie każdy miał to szczęście.
Czy Łza oraz Zew również otrzymają mentorów wspierających ich na ścieżce, którą zdecydowali się obrać? Miał nadzieję, że tak.
– Ale podobno miałeś dla mnie jakiś prezent? – przechyliła głowę z wyraźnym zaciekawieniem. – Jestem naprawdę ciekawa, co takiego udało ci się znaleźć.
Rozpromienił się bardziej, gdy tylko spostrzegł, że udało mu się zainteresować prezentem swoją siostrzyczkę. Miał nadzieję, że ten drobny upominek w postaci kwiatu, po którym Purchawka ją nazwała uszczęśliwi ją. Zastanawiał się czy siostra zdecyduje się zerwać kwiatek i wczepić w swoje futerko, czy jednak otoczy troską i pozwoli cieszyć oko, swoje i innych.
– To prawda. Mam dla ciebie prezent. – oznajmił. – Niestety nie mam go przy sobie. Znajduje się poza obozem, więc będziemy musieli kawałek przejść, aby do niego dotrzeć – Mówiąc to, spojrzał w stronę wyjścia z obozu. – To naprawdę niedaleko... – Nerwowo potarł łapą o podłoże, obawiając się, że Psianka mogłaby się zniechęcić, jednak ku uldze kocica zgodziła się na spacer.
Wspólnie opuścili obozowisko informując spotkanego po drodze Kolendrę o celu ich podróży. Rudy kocur słysząc odpowiedź Gończyka poczochrał go łapą po łebku, mierzwiąc jego futerko. Zwrócił się również do Psianka, wspominając, że taki brat, który myśli o swoim rodzeństwie to skarb. Gończyk lekko się speszył na słowa starszego. Więzy rodzinne wydawały mu się czymś normalnym, więc tym bardziej trzeba było o nie dbać. Nie potrafił zrozumieć kotów, które odwracały się od swoich bliskich czy celowo doprowadzały do kłótni między sobą.
– To my już pójdziemy – zamruczał, dając znać Psiance, że na nich pora. Kolendra wystarczająco długo ich zatrzymał, jednak nie miał mu tego za złe. No może odrobinę. Od rozmowy z zastępcą wolał na własne oczy zobaczyć reakcje siostry na widok kwiatu, po którym otrzymała imię.
Gdy dotarli do krzewów, za którymi kryło się kwiecie, Gończyk poprosił Pisankę o to, aby zamknęła oczy. Złote oczy siostry wpatrywały się w młodego szamana podejrzliwie, aż w końcu kocica wykonała jego prośbę. Pochwyciła ostrożnie końcówkę jego ogona pyskiem, po czym wspólnie zbliżyli się do kwiatu.
– Możesz już otworzyć oczy – ogłosił, stając po przeciwnej stronie rośliny. Przyglądał się z przejęciem Psiance. Musiał zapamiętać jaki wyraz pyska malował się na jej mordce. Radość czy jednak rozczarowanie? Nerwowo poruszył ogonem.
"Życie byłoby prostsze, gdybym nie był małym kłębkiem nerwów"

<Psianka?>

trening szamana – % do meda – ilość słów 420 

Od Krokusowej Kruchości CD. Skrzydlatej Płomykówki

*parę dni później*

W biegu wręcz udało jej się złapać Skrzydlatą Płomykówkę, czy to właściwe zastępczyni udało się złapać Krokus i do niej podejść, odsuwając na parę uderzeń serca obowiązki, jak i otaczające ją koty, które czegoś od niej chciały. Początkowo bura kotka była pewna, że zastępczyni na dla niej jakieś zadanie, ponieważ w przeciągu kolejnych dni od ich rozmów wszyscy mieli łapy pełne roboty jak jeszcze nigdy w przeciągu dwóch kwadr, że jedynie na co znajdowali czas to na sen. Jednak, gdy z jej pyska padło zwykłe dziękuję, Krokusowa Kruchość z trudem była w stanie ukryć uśmiech. W odpowiedzi jedynie skinęła głową zastępczyni, ciesząc się, że kocica zdecydowała się przyjąć utkane specjalnie dla niej legowisko. Mogła je przecież oddać komuś innemu. Nie wiedzieć czemu lider oraz zastępca zawsze na pierwszym miejscu stawiał dobro klanu oraz wojowników za których był odpowiedzialny, jednak czy to byłoby przestępstwo pomyśleć raz o sobie? Przecież, aby móc dobrze przewodzić grupą przywódca czy zastępca musiał się w pełni wysypiać, aby mieć siłę i energię do nowych to zadań, które przynosił każdy nowy dzień.
– Skrzydlata Płomykówko, mam jeszcze do ciebie jedną sprawę – zagadnęła, nim kocica udała się do jednej z odnóg w towarzystwie Cyklonowego Oka, Śnieżycowej Burzy, Gadożerowego Pyska, Małej Bazi oraz Dzwonkowego Świstu. – Czy mogę wziąć udział w następnym patrolu, którym będziesz przewodzić?

~~~

Krokusowa Kruchość dzieliła języki wraz z Srebrzystą Równonocą i Słodką Dziewanną. A właściwie to Krokus była tą, której futerko było pielęgnowane. Matka czule lizała ją po łebku, dokładnie tak samo, gdy była malutkim kociakiem, natomiast Równonoc pilnowała, aby futro na ogonie siostry pozostało schludnie ułożone.
– Co wy knujecie... – miauknęła Krokus, wyślizgują się spomiędzy kocic. Strzepnęła ogonem, zastanawiając się, co mogło być powodem ich dziwnego zachowania.
– Czy to źle, że chcę zadbać o wygląd mojej córki? – Jako pierwsza odezwała się liliowa szylkretka, spoglądając z ukosa na drugą córkę. – Ostatnio zaniedbałaś pielęgnację swojego futra. Jeśli nie chcesz nabawić się wysypki czy innych chorób skóry powinnaś każdego dnia poświęcać więcej czasu na pielęgnację futra niż dwa liźnięcia przed pójściem spać. – Skrzyżowała łapy wzdychając. – W południe udasz się razem ze mną i Gadożerowym Pyskiem przeszukać stary obóz. Jeśli wierzyć na słowo Gradobijącemu Cierniowi, w starym legowisku medyków powinny znajdować się wciąż zioła zdatne do użycia.
– Ty z nami nie idziesz? – spytała, przenosząc spojrzenie na Równonoc.
– Poszłabym, gdybyś pozwoliła mi dokończyć rozplątywanie kołtuna na twoim ogonie. – Przeciągnęła się. – A oprócz tego mam jeszcze dzisiejszy trening do odchaczenia z Perłówkową Łapą. Będziemy patrolować granicę z Klanem Wilka wraz z Oskrzydlonym Ognikiem i Żywiczną Łapą.
Krokus nieznacznie poruszyła uchem na dźwięk "granica Klanu Wilka". Wątpiła, aby zapach Dzikiego Berberysa wciąż był wyczuwalny. Deszcz oraz zamiecie śnieżne na pewno zatarły jego zapach, jak i ślady łap. Zamyślona położyła łapę na sercu, wpatrując się w stronę tunelu prowadzącego do Kamiennych Strażników.
– Właściwie, będę się już zbierać. Udanych poszukiwań.

~~~

Była zła na siostrę, jak i matkę. Czuła się zdradzona przez kocice, którym ufała od urodzenia. Widziała, że chcą dla niej jak najlepiej, jednak naprawdę uważały, że starając się ją zeswatać z Gadożerowym Pyskiem wyświadczą jej przysługę? Czy ona naprawdę sądziły, że tym co potrzebowała był biały kocur u jej boku? Sam Gadożer wyglądał jakby za karę brał udział w spisku Słodkiej Dziewanny oraz Srebrzystej Równonocy. Rozmowa między nimi była niezręczna, nie kleiła się. Cały dobry entuzjazm wyparował z kocura, gdy tylko pojął w czym bierze udział, jednak starał się robić dobrą minę do złej gry.
– Krokusowa Kruchości... – Gadożerowy pysk starał nadążyć za wojowniczką, która dość sprawnie przedzierała się poprzez zaspy. – Naprawdę cię przepraszam... Słodka Dziewanna poprosiła mnie...
Gdy w zasięgu spojrzenia dostrzegła dobrze znane jej cętkowane futro, znacznie przyspieszyła. Nie miała ochoty słuchać tego, co miał jej do powodzenia Gadożerowy Pysk. Nie interesowało ją to.
– Skrzydlata Płomykówko! – zawołała, zwracając tym samym uwagę zastępczyni oraz pozostałych kotów biorących udział w patrolu. Gdy tylko udało jej się dotrzeć do nich, padła u łap cętkowanej, ciężko dysząc.
– Na Klan Gwiazdy, Krokusowa Kruchości! Jestem święcie przekonana, że Wdzięczna Firletka, jak i ja sama zabroniłam ci się przemęczać, a tym bardziej biegać! – skarciła wojowniczkę, pomagając jej podnieść się z ziemi razem z Cyklonowym Okiem. – Mam ci zabronić wychodzić poza obóz, jak to w zwyczaju kara się młodych niesfornych uczniów?
– Brzmisz tak, jakbyś miała zaraz wyzionąć ducha... – mruknął kremowy kocur, przytrzymując Krokus, aby ponownie nie wylądowała na brzuch. – Gadożerowy Pysku! Chodź no tutaj! Nie stój jak kołek!
Biały kocur niepewnie zbliżył się do patrolu, chowając ogon między tylnymi łapami. Zbliżył się do Cyklonowego Oka, który bez uprzedzenia zsunął Krokus na jego bark.
– Wszystko w porządku? Stało się coś? Biegliście tak, jakbyście przed czymś uciekali... – zastępczyni zwróciła się do białego kocura, taksując go spojrzeniem.
– Nie... przed chwilą byliśmy w starym obozie. Mieliśmy go przeszukiwać. Miała nam jeszcze towarzyszyć Słodka Dziewanna, ale źle się poczuła po zjedzeniu piszczki i została w obozie. J-ja nie wiem co się stało... Krokus nagle zerwała się do biegu, więc odruchowo za nią pobiegłem, aby mieć pewność, że nic jej się nie stanie... Biegi jej nie służą. Wiem o jej przypadłości – ściszył nieco głos, tak jakby chciał poinformować tylko o tym Skrzydlatą Płomykówkę. Przeniósł spojrzenie na Krokus, której udało się unormować oddech – Chcesz żebym zszedł na zawał? Gdyby coś ci się stało, Słodka Dziewanna obdarłaby mnie żywcem ze skóry... – Nerwowo poruszył uszami.
– I bardzo dobrze! – sapnęła, odsuwając się od kocura. Gadożer zaczął coś mamrotać o tym, że jest przeklęty lub też nieszczęścia, jak i nieporozumienia się go czepiają jak rzepy. – Wszystko jest w porządku Skrzydlata Płomykówko, jak w najlepszym porządku... Trochę ruchu mi się przyda, bo inaczej będę miała zastałe kości i na starość nie będę sprawna... – siliła się na żart, jednak sądząc po mimice pysków kotów nie wyszło jej to. – Nie udało nam się znaleźć ziół w obozie. Prawdopodobnie źle szukaliśmy lub po prostu wszystkie łatwo dostępne miejsca zostały przeszukane. – Zakasłała. – W-wiem, że jestem wątłego zdrowia i słaba jak nowonarodzone kocię, ale nie mogę bezczynnie siedzieć, widząc jak pozostałe koty dają z siebie wszystko, a nawet więcej. – Udało jej się wyprostować. – Dlatego jeśli pozwolisz, chce towarzyszyć wam podczas patrolu. Jeśli źle się poczuję, od razu cię o tym poinformuje, a Gadożerowy Pysk odprowadzi mnie do obozu. Proszę, Skrzydlata Płomykówko.


<Skrzydlata? Twardy zawodnik z krokus, a w dodatku ryzykant. ale ma dziewięć żyć cn>

Od Bukowej Korony CD. Tawułowej Bryzy

Przeszłość

Z pyska Tawuły wyrwało się nerwowe sapnięcie, gdy starsza osunęła się, robiąc krok naprzód na rampie prowadzącej do legowiska starszych. Na szczęście przed upadkiem w ostatniej chwili została uratowana przez Bukową Koronę, który niczym błyskawica dopadł do jej boku i pozwolił starszej oprzeć się o jego grzbiet. Tawuła czym prędzej pokonała dzieląca ją od kotów odległość.
— B-babciu... wszystko w porządku? — spytała zmartwiona, dostrzegając, że starsza przymknęła powieki i wypuściła głośno powietrze. Nerwowo przeniosła spojrzenie na Buka.
Kocur uśmiechnął się szarmancko do Tawułowej Bryzy, samemu próbując zdać sobie sprawę z tego, co właśnie zrobił. Chcąc się popisać, udało mu się uratować Bożodrzewny Kaprys przed upadkiem, a teraz w dodatku stała przy nim białofutra kotka, z którą już kiedyś miał okazję rozmawiać. Wyglądała na poddenerwowaną. Srebrzysty kocur wyprostował się, wypinając dumnie klatkę piersiową.
— Nie martw się, Tawuło. Żadna staruszka nie wywróci się na mojej warcie — ogłosił, zadzierając dumnie brodę.
Wojowniczka nie wyglądała na całkowicie wyluzowaną, lecz mimo wszystko obdarowała Buka nieznacznym uśmiechem.
— Pomogę ci odprowadzić ją do legowiska starszyzny — dodał jeszcze.
Coś wyjątkowo miły dziś był. Jakby pierwszy raz od kilku dni wstał prawą łapą, zamiast lewą.

* * *

Zgromadzenie

Siedział trochę naburmuszony, myśląc o tym, jak wredna zrobiła się ostatnio Focza Fala. Cieszył się, że niebieskofutra została tym razem w obozie i przynajmniej nie buczała mu nad uchem o tym, jakim to okropnym partnerem był tylko dlatego, że często rozmawiał z Rozżarzoną Pieśnią. To przecież nie jego wina, że był tak czarujący i wszystkie kotki na niego leciały. Kto potrafiłby oprzeć się jego nadzwyczajnej urodzie? No właśnie, nikt. Dlatego cętkowana kleiła się do niego jak rzep do futra i właśnie dlatego Foka była o nią zazdrosna.
Srebrny rozchmurzył się nieco na tę myśl. Rozluźnił mięśnie i kilka razy ugniótł ziemię łapami, zadzierając dumnie brodę. Dopiero po chwili otworzył ślepia i rozejrzał się wokół.
Wtedy jego uwagę przykuła nieznajoma kotka, która uparcie wpatrywała się w niego. Gdy nawiązał z nią kontakt wzrokowy, mimowolnie się skrzywił. Wyglądała... dziwnie. Miała wielkie, wyłupiaste oczy, które prawie wcale nie mrugały.
Z lekkim grymasem na pysku podszedł do niej.
— Halo, kim ty jesteś, żeby się we mnie tak bezczelnie wpatrywać? — zaczął z wyraźnym poirytowaniem. — Mamusia cię nie nauczyła, że to niegrzeczne?
Nieznajoma uśmiechnęła się szeroko.
— Nauczyła mnie mamusia wszystkiego, co powinnam wiedzieć. A że jestem niegrzeczną córką to już inna sprawa. — Wzruszyła ramionami. — Gapię się, bo to w mojej naturze. Ty wyglądasz... interesująco.
Buk prychnął pod nosem, słysząc słowa srebrzystej Nocniaczki. Za kogo ona się w ogóle uważała? Widać było po niej, że wychowano ją wyjątkowo bezstresowo. Była zbyt rozwydrzona i pozwalała sobie na zdecydowanie za wiele w obecności czekoladowego wojownika. Wyglądała na młodą, a więc zapewne i głupiutką. W dodatku była kotką. Cóż mogła wiedzieć o świecie?
— Interesująco? Chyba chciałaś powiedzieć czarująco. Tak, często to słyszę — odparł z wyraźnym zadowoleniem, zadzierając brodę i dumnie wypinając pierś. — Pozwolę sobie jednak udzielić ci pewnej rady. Z takim podejściem raczej trudno będzie ci znaleźć partnera. Jeśli będziesz tylko stała i wpatrywała się w koty, które wpadną ci w oko, prędzej czy później wszyscy uznają cię za dziwaczkę. Lepiej naucz się zagadywać do innych z odrobiną klasy. W przeciwnym razie będziesz sprawiać wrażenie dzikusa, a nie dobrze wychowanej wojowniczki.
— Och... To byłaby tragedia, gdyby ktoś mnie postrzegał za... niewychowaną wojowniczkę. — Srebrzysta położyła uszy po sobie. — Przepraszam, że się gapiłam, ale rzeczywiście jesteś tak czarujący! — dodała. — Ale jesteś tak... — zmierzyła go ponownie wzrokiem — przystojny, że nie mogłam oderwać wzroku.
Choć słowa srebrzystej wyraźnie podbudowywały ego wojownika, jednocześnie czuł się nimi dziwnie zniesmaczony. Ile księżyców mogła mieć ta kotka? Czy była już w ogóle wojowniczką, czy wciąż uczennicą? Skrzywił się na wzmiankę o swojej urodzie. Oczywiście, że był przystojny. Doskonale o tym wiedział. Ale naprawdę nie chciał słyszeć takich komentarzy akurat od tej małoksiężycówki.
— Zachowaj te marne teksty dla kotów w swoim wieku — prychnął, strzepując ogonem z wyraźną frustracją. — Może jakiś naiwny kocur dałby się na nie nabrać, ale ja nie jestem ani naiwny, ani, co ważniejsze, w twoim przedziale wiekowym.
— Żeby doceniać czyjąś urodę, nie trzeba być tą osobą romantycznie zainteresowanym — odparła Nocniaczka, praktycznie od razu uśmiechając się szerzej. — Obiektywne fakty mogą być zauważone nawet przez kocięta. — Wzruszyła ramionami. — Więc... przystojny i czarujący Klifiaku, jak cię zwą?
Czekoladowy zaśmiał się cicho na słowa srebrzystej, choć w jego spojrzeniu wciąż było widać lekkie zniesmaczenie.
— Skoro tak bardzo ci zależy, możesz mówić mi Tiramisu Serafinit I Wielki — stwierdził, przewracając oczami.
Nie zamierzał przecież naprawdę podawać jej swojego imienia. Po co miałby to robić? Najpewniej rozmawiali ze sobą po raz pierwszy i ostatni, a on nie miał najmniejszej ochoty, by jakaś niewychowana młódka zapamiętała jego imię.
— Zamierzasz dalej mi schlebiać, czy może już sobie darujesz? — dodał, zadzierając lekko brodę. — Bo powoli zaczyna to brzmieć jak desperacja, mimo że tak bardzo próbujesz mnie przekonać, iż jedynie stwierdzasz fakty.
Kotka przekrzywiła głowę rozbawiona.
— Śmieszny z ciebie kot, wiesz? Nie wiedziałam, że koty z Klanu Klifu to tacy żartownisie. Jak się na was z daleka patrzy, to zdajecie się bardzo poważnym klanem — zaśmiała się pod nosem i zakryła łapy ogonem. — Poza tym... nieważne jak czarujący byś był... — wyszczerzyła się niewinnie. — Nie interesują mnie koty. Nie wiem, skąd się w twojej głowie zrodziła myśl o desperacji, hah...
Buk spojrzał na srebrzystą z wyraźnym politowaniem w oczach.
— Och, ależ ty jesteś nonszalancka. Cóż, chyba mogłem się tego spodziewać. W tych czasach każdy jest taki niewzruszony, poważny, zupełnie nieinteresujący się innymi kotami. Oczywiście, że jedyne, na co potrafisz spojrzeć, to czubek własnego nosa — prychnął, przewracając oczami. — Może powinienem ci jeszcze pogratulować za bycie taką tajemniczą personą? Pewnie właśnie teraz wydaje ci się, że jesteś najmądrzejszą kotką na świecie — westchnął. — Powiem ci jednak, że z takich rzeczy się w końcu wyrasta. Przed tobą jeszcze długa droga, zanim zrozumiesz, jak należy się zachowywać i przed kim czasem warto pochylić głowę.
Pręgowana zmrużyła oczy z konfundajcą.
— Nie potnij się, bo tak skaczesz — prychnęła z rozbawieniem. — Ciągle tylko jakieś wnioski wyjęte z powietrza. Teraz ja się spytam. Nie nauczyła mama, żeby nie oceniać kota po jego skórze? Bo jak na razie to ty się na własnych wąsach zatrzymałeś....
Czekoladowy uniósł wyżej brwi.
— Widzę, że z ciebie niezła bestia. Najpierw taka pokorna, a teraz proszę, pokazałaś swoje prawdziwe oblicze — zachichotał, wyraźnie drocząc się ze srebrzystą. — A odpowiadając na twoje pytanie: nie, nie nauczyła, bo zmarła, zanim zdążyłem się urodzić. Czy taka odpowiedź cię satysfakcjonuje? — dodał, przewracając oczami.
— Prawdziwe oblicze? Czekoladowe koty naprawdę mają coś nie tak z głowami... nasze legendy przekraczają granice... — mruknęła cichutko i skrzywiła się jawnie.
Klifiak zdziwił się na słowa srebrzystej.
— I to niby ja mam nierówno pod sufitem. Jakie znowu legendy? O czym ty w ogóle bredzisz? — prychnął, patrząc na Nocniaczkę, jakby ta właśnie powiedziała coś kompletnie niedorzecznego. — Jeszcze mi powiedz, że w tym twoim klanie jesteście na tyle zacofani, żeby oceniać koty po kolorze futra! Na Klan Gwiazdy, to dopiero byłby niezły żart! — dodał, wyraźnie zdziwiony absurdem całej sytuacji.
Pierwszy raz słyszał, by Klan Nocy miał jakiekolwiek uprzedzenia wobec czekoladowych kotów. Może wcześniej po prostu nigdy nie interesował się tym na tyle, by to zauważyć? A może ta dziwna kotka zwyczajnie coś sobie wymyśliła?
— Nie o kolor futra chodzi... bardziej o zachowanie ... Jakoś tak... tylko czekoladowe koty co chwilę udowadniają mi, że są pokręcone... — mruknęła. — Nie pomagasz mojemu przekonaniu... Może to ja mam po prostu nieszczęście do czekoladowych kotów, które spotykam... — odetchnęła. — To na pewno to... tak... niemożliwe jest, żeby wszystkie czekoty były jakieś... przeklęte, co?
Kocur parsknął śmiechem na słowa Nocniaczki.
— Co za bzdura! Większej głupoty chyba nigdy w życiu nie słyszałem. Jak bardzo pokręconym i znudzonym trzeba być, żeby uznać, że jakiś kolor futra jest przeklęty? Ktoś najwyraźniej miał zdecydowanie za dużo wolnego czasu, by doszukać się tak durnego połączenia. I wy naprawdę dalej w to wierzycie? — mówił, wciąż nie mogąc wyjść z szoku po wyznaniu srebrzystej. — Wcale się nie dziwię, że w tym waszym żałosnym klaniku cały czas spotykasz czekoladowe koty, które według ciebie są przeklęte. Jeśli od małego wmawiacie im, że są pokręcone, to nic dziwnego, że w końcu same zaczynają w to wierzyć — zakpił. — Teraz już widzę, że wy, Nocniacy, chodzicie z liśćmi na oczach. Gdybym też potrafił myśleć wyłącznie tak wąsko, znalazłbym nieskończoną ilość dowodów na to, że koty z czarnym futrem są chore psychicznie. W końcu ilu było morderców i mysich móżdżków o takim kolorze futra? Zapewne całe mnóstwo!
Nocniaczka zmrużyła oczy z ponownym rozbawieniem i wzruszyła ramionami.
— Ech? — zastanowiła się. — Myślisz wąsko mój drogi i nawet nie zdajesz sobie sprawy. Chciałabym spotkać czekota, który mi udowodni, że nie są przeklęte, ale... ty jesteś zarozumiały i zapatrzony w siebie więc to raczej nie ty. Niestety... — Wstała i uśmiechnęła się szeroko, chociaż raczej nieszczerze. — Miłego wieczoru, Tiramisu Serafinicie Pierwszy Wielki... — zaśmiała się jeszcze trochę złośliwie i zniknęła w tłumie kotów.
Bukowa Korona westchnął ciężko, gdy srebrzysta zniknęła mu sprzed oczu. Co to w ogóle była za wariatka i o czym ona bełkotała? Kompletnie nie rozumiał tych przekonań, które chyba wyciągnęła sobie z palca. Jak śmiała w ogóle twierdzić, że koty czekoladowe były gorsze? Jakie znaczenie miał kolor futra danego kota? Czy w takim wypadku powinien uznać, że koty srebrzyste o czarnych pręgach są po prostu obłąkane? A wiele takich było w Klanie Nocy. I jeśli naprawdę każdy z nich uważał, że czekoladowe koty zawsze rodzą się głupie, to może i w ich słowach było trochę racji. Może naprawdę umaszczenie wpływało na charakter kota i każdy o takim samym umaszczeniu jak tamta Nocniaczka już dawno zamienił się rozumem z myszą.

Koniec sesji

Od Miodowego Ula CD. Jesionowej Szadzi

Zgromadzenie

Kotka siedziała obok pobratymców, nie będąc pewna, na kim należało zwiesić wzrok. Przywódcy jeszcze nie zaczęli przemów, tak jej się wydawało... a pobratymcy pochłonięci byli w żywych konwersacjach z kotami z innych klanów. Gwar był na tyle głośny, że poczuła się lekko zagubiona. Położyła po sobie uszy w celu zagłuszenia, nawet i lekkiego, wszystkich tych dźwięków. Została wojowniczką już jakiś czas temu, a jednak nadal przytłaczały ją zgromadzenia. Bo ilość Wilczaków w sercu lasu iglastego, a wszystkie społeczności na jednej wyspie jednak robiło znaczącą różnicę. Z tego wszystkiego nawet nie pomyślała, żeby samemu do kogoś zagadać, mimo że Jesionowej Szadzi się to udało, z tego, co dostrzegła. Nie miała oczywiście nic za złe swojemu słoneczku, to dobrze, że próbowała rozmawiać z nowymi kotami! Ale jak wróciła do niej, to złota poczuła ulgę. Zamruczała, otulając liliową ogonem po przywitaniu się.
— Hejo, udało ci się z kimś pogadać? — zapytała, ocierając się głową o policzek partnerki i usiadła.
— Nie... ale wystarczy mi, że jesteś obok, słoneczko — odparła szczerze. — Jak się czujesz? — zapytała, opierając głowę na jej ramieniu.
Westchnęła cicho, czując, jak ulga zalała jej ciało. Rozluźniła się po nieciekawej interakcji z nieznajomą.
— Myślałam, że z kimś uda mi się pogadać, a jeszcze niechcący nadepnęłam na czyiś ogon. Ta kotka dziwnie zareagowała, najpierw była zła, a potem dodatkowo przestraszona. Nie rozumiem, o co jej chodziło, jednak wolę być u twojego boku, niż się szwendać i szukać kogoś — opowiedziała, po czym spojrzała w niebo.
Złota zmartwiła się lekko, usłyszawszy słowa liliowej. Nie mogła za bardzo zrozumieć tej reakcji - co mogło wywołać u nieznajomej kotki tak skrajne emocje? Spróbowała dostrzec w tej sytuacji też jakieś pozytywy... — Teraz już jest wszystko dobrze. Spróbuj pomyśleć o czymś miłym, przykładowo o tym, co możemy porobić jutro wspólnie. — Zastrzygła lekko wąsami. — Bo się zarumienię... — mruknęła, usłyszawszy resztę wypowiedzi wojowniczki, po chwili chichocząc. Lubiła uczucie motylków w brzuchu, w które wprawiała ją Jesionka. Miała wrażenie wtedy, jakby nadal poznawały siebie coraz lepiej, mimo że wiedziały o sobie już tak wiele. Były siebie ciekawe, Miodek uwielbiała rozmawiać z Wilczaczką, czuła się przez nią najlepiej rozumiana. — Czy widać dzisiaj na niebie jakieś gwiazdozbiory? — zapytała, kątem oka zauważywszy, iż Jesionka wpatruje się w atramentowe sklepienie.
Kotka zaczęła mruczeć, słysząc słowa partnerki.
— Jest co nieco. Widać na przykład lwa, psy gończe... — Przyjrzała się bliżej niebu. — Też jest wolarz i rak. Takie typowe gwiazdozbiory Pory Nowych Liści — odpowiedziała. Polizała złotą po czole i westchnęła. Miodek nie była pewna, czy miała ulubiony gwiazdozbiór. Każdej historii o gwiazdach na niebie słuchała z ogromnym zaangażowaniem i zainteresowaniem, nie czując się szczególnie źle z faktem, iż nigdy wcześniej nie uczono jej o nich szczególnie wiele, o ile cokolwiek. Fakt, że mogła tak poszerzać swoją wiedzę w dodatku dzięki niezwykle bliskiej jej kotce, był bardzo miły.
Zawodząca Gwiazda podniósł się ze swojego miejsca na skale przywódców.
— Jak możecie zauważyć, w Klanie Burzy nastąpiło parę zmian — zaczął. — Przejąłem rolę mojego ojca, Króliczej Gwiazdy, a miejsce zastępczyni zajęła Skrzydlata Płomykówka.
Skinął głową w dół, po czym odchrząknął i podniósł wzrok.
— Jestem pewien, że wszyscy mogli zauważyć ogień rozprzestrzeniający się po naszym terytorium — kontynuował. — Lub chociaż wyczuć zapach dymu. Pożar strawił większą część naszego terytorium, łącznie z obozem, jednak nasi wojownicy szybko pozbierali się po stracie. Klan Burzy ponownie rośnie w siłę; w naszym żłobku pojawiły się nowe kocięta oraz mianowaliśmy nowych wojowników i uczniów, w tym kocięta z sojuszu z Owocowym Lasem – Milknącą Łapę i Łzawą Łapę, która dodatkowo obrała ścieżkę medyczki.
Zamilkł na moment.
— Śmierć Króliczej Gwiazdy nie wiązała się tyle z pożarem, co z atakiem jego własnych wojowników. Odkryliśmy grupę kotów, która odpowiedzialna była za jego morderstwo, jak i śmierć innych pięciu kotów oraz spiskowanie przede mną, oraz moim następcą. Wszystkich spotkała odpowiednia kara — miauknął, jego głos był o nutę ostrzejszy. — Jednak chciałbym was ostrzec przed jednym z nich. Dzikim Berberysem. To masywny, rudo-biały kocur, który został wygnany; proszę, nie rozważajcie nawet przyjmowania go do swojego obozu, gdyby kręcił się przy waszych granicach. Nikt nie wie, do czego tak naprawdę jest zdolny. Na naszych terenach przebywa jeszcze grupa więźniów: Gradobijący Cierń, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Bąbelkowy Plusk. Są oni pod stałym nadzorem, jednak… Bądźcie ostrożni. Zastanówcie się dwa razy, nim przyjmiecie jakiegokolwiek kota w wasze szeregi.
Wsłuchała się w przemowy przywódców, najbardziej poruszyło ją to, co powiedział Zawodząca Gwiazda, głowa Klanu Burzy. Zmartwiła się, tuląc się trochę bardziej do boku partnerki. — To straszne... — szepnęła. Zginął poprzedni przywódca, niszczycielski żywioł zabrał im lwią część terenów, a gdyby tego było mało... niektórzy wojownicy ich zdradzili. Dobrze, że chociaż oprócz tak przykrych wieści, mieli również coś dobrego, w całej ścianie tych katastrof... Jej serce zabiło szybciej, a futro na karku się podniosło. Opis, który przedstawił dymny, zgadzał się z kotem, który ostatnio do nich dołączył i przebywał obecnie w dziurze więźniów. Zerknęła na Jesionową Szadź. — Słoneczko, martwię się. — Nie miała wpływu na to, kto był przyjmowany do klanu, nie wierzyła również w to, że był szczerze, tylko zły, jednak... dlaczego lider miałby kłamać? — Ten opis zgadza się z kotem, który ostatnio do nas dołą-... — przerwała, martwiąc się, że może ktoś ich podsłuchiwał i że może nie wypadało tego mówić przy takim tłumie.
Kocica przełknęła zakłopotanie po przemówieniu lidera Klanu Burzy. Splotła ogon z ogonem złotej i odwzajemniła jej zmartwione spojrzenie.
— Słuchaj, nie wiem za bardzo, jak niebezpieczny może być ten kot — zaczęła szeptem. — Ale jestem pewna, że on sam wśród reszty Wilczaków jest bezbronny. Zawsze Zalotna Gwiazda może się odezwać na ten temat... choć nie jestem pewna. Może dopiero w obozie coś z tym zrobi? — Myślała na głos, trochę zmieszana, trochę zlęknięta.
Kiwnęła głową, czując się nieco lepiej, usłyszawszy słowa partnerki. Cieszyła się i była niezwykle wdzięczna, że mogła mieć kogoś tak wspaniałego, jak Jesionka obok, że mogła jej towarzyszyć i to u jej boku. — Wierzę, że nie ma złych zamiarów i że to tylko nieporozumienie — powiedziała szczerze, też częściowo myśląc na głos. W końcu nie chciała, żeby liliowa się niepokoiła. Zależało jej na dobrym samopoczuciu kotki.
Jesionowa Szadź rozluźniła się lekko.
— Po prostu pilnujmy się przy jakichkolwiek więźniach — zakończyła ten temat i lekko się odsunęła, by zaraz otulić kotkę łapą, mrucząc głośno.
— Już po przemówieniach, pewnie zaraz będzie trzeba się zbierać — stwierdziła, po czym obie w ciszy przesiedziały końcówkę zgromadzenia, patrząc w gwiazdy.

***

Teraźniejszość

Nadeszła Pora Nowych Liści, a wraz z nią chłody i deszczowe popołudnia. Do nory, w której przebywali odpoczywający wojownicy, wkradało się blade światło wiszącego wysoko na niebie księżyca, zasłoniętego delikatnie przez parę chmurek. Atramentowe sklepienie upstrzone było w masę najliczniejszych gwiazd, których nie dało się zliczyć, nawet gdyby siedziało się całą noc i liczyło je po kolei. Zabrakłoby palców u wszystkich łap, u każdego z kotów zamieszkujących Klan Wilka. Pohukiwanie sowy gdzieś z oddali niosło się kojącym echem, gdy bezdźwięcznie wzbiła się w powietrze, a szponami przyszpiliła swoją niczego niespodziewającą się ofiarę. Mysz zawyła głośno, a jej pisk szybko ucichł, gdy ptak wzbił się ponownie w powietrze i odleciał do swojego gniazda. Cykanie świerszczy wraz z szelestem wysoko pnących się koron drzew również działało uspokajająco, szczególnie gdy rechot żab dotarł do uszu koteczki. Wyobraziła sobie je wszystkie przy stawie, z zadowoleniem rechoczące i tworzące bańkę ze swoich gardeł. Wiele z nich musiało obecnie pluskać się w wodzie, a to były dopiero początki ich wprowadzania się z powrotem na tereny Klanu Wilka.
Złota leżała w swoim posłaniu ciasno zwinięta, czując obecność swojej partnerki obok. Niezwykle pocieszającym dla wojowniczki był fakt, iż miała kogoś bliskiego w Klanie Wilka. Rozmawiała na co dzień z pobratymcami, jednak tylko przy niektórych czuła się w pełni, prawdziwie, komfortowo. Do jej serduszka naleciały nieprzyjemne uczucia, a umysł wypełnił smutek. Zaczęła lekko się trząść, co zbudziło liliową. W kącikach niebieskich oczu zebrały się łzy, które następnie zaczęły skapywać na ściółkę, wchłaniając się głucho. Jesionka spojrzała na swoją ukochaną ze zmartwieniem, a Miodek miała ochotę odwrócić łeb, żeby nie musiała na to patrzeć. Nie chciała jej martwić, ale już za późno…
— Co się dzieje, Miodko? Przyśnił ci się koszmar? — zapytała, otulając ogonem długowłosą koteczkę. Miodek pokręciła główką, kładąc brodę na swoich łapach. Łaciata otarła jej łezki, próbując jakoś dodać otuchy.
— Nie… po prostu tęsknie za moim legowiskiem u Wyprostowanych… przepraszam — szepnęła, a poczucie winy rozprzestrzeniło się po jej umyśle niczym jakaś zaraza, której nie potrafiła ot tak odgonić. Wtuliła się w pierś wojowniczki. — Słoneczko, ja bardzo ciebie kocham i proszę, nie myśl sobie, że mi źle u twojego boku, bo nie mogłam prosić o lepszą partnerkę. Ale czasami mam takie chwile, że muszę sobie popłakać. Potem mi przechodzi — próbowała ją zapewnić, mając świadomość, że prawdopodobnie postawiła je w dziwnej sytuacji. Głównie ze względu na to, że nie każdy wiedział, jak należało pocieszyć drugiego kota.
Z czasem Miodek uspokoiła się, a na jej pyszczku pojawił się delikatny uśmiech. — Słoneczko, bo… jesteśmy razem już od jakiegoś czasu… mam dla ciebie pewną niespodziankę — powiedziała, rozpromieniona, ale na tyle cicho, żeby nie zbudzić reszty odpoczywających wojowników. Po legowisku niosło się echem pochrapywanie, a od czasu do czasu łapy odpoczywających podrygiwały. — Chciałabym założyć z tobą rodzinę. Wychować nasze kocięta w miłości i spokoju — przymrużyła oczy, a jej wąsy lekko zafalowały.

<Jesionko, będziemy najlepszym mamami.>

Od Przypalonego Kasztana (Mila) CD. Urodziwego Szafirka

Przed ślubem

Bok Przypalonego Kasztana unosił się, a potem opadał zadziwiająco spokojnie, jakby nie towarzyszyła mu nigdy żadna troska. Jedną z przednich łap miał opartą o grunt przed sobą, ugniatając wyschniętą już delikatnie paproć, a drugą wyłożoną poduszką do góry. Dymny co jakiś czas pomrukiwał pod nosem, chociaż po przebudzeniu się nie był dokładnie pewien, co mu się śniło. Najwidoczniej nie było to wystarczająco istotne, żeby o tym pamiętać. Uchylił ślepia, czując na sobie puchaty ogon partnerki. Nie skomentował tego jednak w żaden sposób i zwyczajnie leżał tak, dopóki niebieska również się nie przebudziła raz jeszcze. Dzisiaj był niezwykle istotny dla nich dzień. Ostatnio zamienili parę słów z Mandarynkową Gwiazdą z zapytaniem, czy… mogliby się ożenić. Była to tradycja Klanu Nocy, której dawno nie widział, aż do ślubu Trzcinowego Szmeru oraz Żmijowcowej Wici. Srebrna kocica zgodziła się, co zdziwiło czarnego kocura. Z jakiegoś powodu obawiał się najgorszego, a uzyskanie zgody było niezwykle proste, banalne wręcz. Czuł się tak, jakby nie należało mu się za wiele, o ile cokolwiek od życia, stąd też taki brak wiary w to, że coś mogło pójść po jego myśli. Mimo upływu tylu księżyców ciężko było mu nad tym pracować. A przynajmniej tak, żeby widzieć jakiekolwiek efekty własnych starań.

***

Ślub

Siedział obok Urodziwego Szafirka, a w futro powtykane miał liście kasztana, wraz z paroma igiełkami, starannie poukładanymi tak, żeby nie odstawały szczególnie, a dodawały uroku. To samo można było powiedzieć o podłużnych, żółtawych kwiatach-kotkach. Jego dekoracje nie były jakoś szczególnie rzucające się w oczy czy przesadzone, sam nie był pewien, jak dokładnie powinien przystroić własne futro, a rodzeństwo... było mu bardzo wstyd poprosić o pomoc. Obawiał się, że będzie zajmował im istotny czas, więc zdał się na siebie i częściowo na swoją ukochaną. Widać było to w postaci paru intensywnie fioletowych kwiatów, które kontrastowały z jasno ubarwionymi uprzednio wymienionymi ozdobami. Przysunął się do niebieskiej szylkretki, ich futra zaczęły się stykać, czekali na zebranie wszystkich zaproszonych. Zaczął cicho pomrukiwać, próbując dodać sobie otuchy. Nie lubił tłocznych i hucznych imprez, aczkolwiek nie dało się inaczej, jako iż zdecydowali się na ślub, sam się zgodził i sami zapraszali gości.
Stresował się nieco, że coś mogłoby pójść nie tak. Zależało mu na tym, żeby na ślubie zjawiła się także jego rodzina - nawet jeśli nie rozmawiali już tak wiele, jak w przeszłości, gdy był jeszcze kociakiem, to nadal byli dla niego bardzo ważni. Ujrzenie ich w tłumie gości z pewnością dodałoby mu otuchy, jakby potrzebował upewnić się w ten sposób, czy na pewno dobrze robił.
Z Szafirką spędzał czas, odkąd pamiętał, była najważniejszym kotem w jego życiu. To z nią widywał się codziennie, wymieniali się zawsze nowinkami i jeśli było trzeba, wspierali szczerze, przynosząc ukojenie. Wiedział, że to u jej boku chciał spędzić resztę swojego życia.
— Spokojnie, będzie dobrze... — mruczała cicho, chociaż niepewnie, jakby sama również potrzebowała słownego wsparcia.
Usłyszawszy gdzieś nieopodal cichy gwar, poczuł, że robi mu się jakoś lżej na sercu, w dodatku widok rodzeństwa, matki i Złocistego Widlika oraz gości namiestników i mentora wraz z jego partnerką, także go uspokajał. Jednak przyszli! Nie dostrzegł grymasu na mordce buraski. W przeszłości nie czuł się bezpiecznie w obecności jasnej pręguski o zielonych ślepiach, chociaż teraz nie do końca rozumiał dlaczego. Z czasem jego strach jakoś się obniżył, ponieważ zajęty był obowiązkami. Miało to miejsce już tyle księżyców temu... okazała się w porządku kotem, w dodatku przyjaźniła się z Szafirek, dlatego skoro niebieska nie widziała w niej niczego złego, on sam również nie zamierzał na siłę doszukiwać się zła w kotach, nawet jeśli myśli nierzadko płatały mu figle. Zresztą tak samo w pewnym momencie za czasów uczniowskich przestał czuć się w porządku w obecności Ulewnego Szkwału, a wtedy jeszcze Szkwalnej Łapy, gdy podczas zgromadzenia się pokłócili w związku z traktowaniem kotów maści czekoladowej. Jednak szybko się pogodzili, tym samym żegnając spór. Na samą myśl o kotach maści czekoladowej, wzrokiem zaczął szukać Fląderki, którą zaprosili na uroczystość. Koteczka siedziała na uboczu, kocur poczuł, jak na mordkę wkrada mu się lekki uśmiech. Obawiał się, że nie pozwolą jej przyjść. Wstał ze swojego miejsca, a przed nimi Liliowa Pieśń zaczęła odgradzać i dekorować dróżkę.
Podszedł pod ołtarz. Koteczka przyciskała się do boku Kasztana.
— To nasz czas — wymruczała. Dała znak Liliowej Pieśni, choć było to z pewnością zaskoczeniem, to przyjaciółka sprostała temu bezbłędnie. Przywódczyni kiwnęła głową.
— Zebraliśmy się tu dzisiaj, żeby uczcić miłość Urodziwego Szafirka i Przypalonego Kasztana oraz przypieczętować ją oficjalną więzią! — ogłosiła. Wtedy zapauzowała na moment. Przełknęła ślinę.
— Jeśli ktoś chce wyrazić sprzeciw, niech zrobi to teraz.
Poczuł, jak serce mu przyspiesza. Czy ktoś zamierzał wyrazić sprzeciw? Rozejrzał się po zebranych niepewnie, w porównaniu do niebieskiej, która wyglądała już na bardziej przekonaną co do całej tej sytuacji.
— Nie ma nikogo, monarchini — powiedziała grzecznie liliowa.
Srebrna skinęła Liliowej Pieśni głową i westchnęła z ulgą.
— Urodziwy Szafirku, Przypalony Kasztanie, czy w obliczu wszystkich zebranych tu kotów przysięgacie sobie miłość, wierność, uczciwość i wspólne dzielenie łowów nawet po śmierci?
Spojrzała w oczy ukochanego z niemym potwierdzeniem i szczerym uczuciem.
— Przysięgam — rzekła uroczyście.
Wrócił spojrzeniem do swojej ukochanej, gdy srebrna przywódczyni westchnęła z ulgą. Nikt nie wyraził sprzeciwu, całe szczęście. Już zaczynały mu się powoli podnosić włoski na karku z podenerwowania. Martwił się, że ten dzień nie będzie taki spokojny i wspaniały.
— Przysięgam — powiedział po szylkretce, uśmiechając się nieśmiało. Szafirek miała przepiękne oczy.
— Zatem mocą nadaną mi przez Klan Gwiazdy ogłaszam was mężem i żoną! Niech wasza miłość trwa mimo wszystko niczym igły sosen Porą Nagich Drzew!
— Urodziwy Kasztan! Urodziwy Kasztan!
Niczym igły sosen Porą Nagich Drzew. Po paru uderzeniach serca zawahania przybliżył się lekko i zetknął nosami z Szafirkiem. Musieli rzucić za niedługo żabą.
Kotka ledwo powstrzymywała się przed podskoczeniem z radości. Przymknęła na moment oczy, a gdy Kasztan zetknął się z nią nosem, szylkretka liznęła go czule.
— Mąż i żona… jak to wspaniale brzmi — wymruczała bardzo cicho. Przeniosła wzrok na liderkę. — Dziękuję, Mandarynkowa Gwiazdo — wymruczała. Cieszyła się, że srebrna przeprowadziła im tę ceremonię. Potem skupiła się zupełnie na swoim małżonku.
Już parę uderzeń serca później podeszli do nich ich przyjaciele. Kasztan miał wrażenie, że zatracił się w oczach swojej… żony. Bo czas zleciał mu tak szybko, a jednak czuł się, jakby spoglądał w jej ślepia całą miłą wieczność.
— Gratuluję wam, Urodziwy Szafirku i Przypalony Kasztanie! Dla ciebie, droga przyjaciółko, dla ciebie, mam piękny, morski kamień, którego znaleźliśmy, gdy bawiliśmy się razem w mieliźnie. Przypomina mi on początek naszej przyjaźni, ale na spacerze dałam ci amulety przyjaźni, które będą z nami. Ten kamień był dla mnie ważny, bo ty jesteś dla mnie ważna. Do tego daję ci muszlę ze złotymi końcówkami. Wiem, że je uwielbiasz. Dla ciebie, Przypalony Kasztanie mam kamień ze żłobka, pasujący do twoich oczu. Przypomina mi czasy, gdy było między nami małe napięcie, ale również to, jak się poznaliśmy. Do tego daję ci tę muszlę, w której słychać szum morza. Znalazłam ją, gdy kąpałam się w morzu, pewnie jakiś skorupiak ją zostawił. Teraz jest twoja. Wszystkiego najlepszego.
Szylkretka przeniosła wzrok na przyjaciółkę i brata. Uśmiechnęła się rozczulona, widząc te piękne podarki.
— Och, Lilio, dziękuję — wymruczała, ścierając łapą łezkę wzruszenia.
Kasztan zakłopotał się odrobinę, gdy Liliowa Pieśń wspomniała o sporze między nimi. Zachowywał się wtedy bardzo dziecinnie, nadal czasami ciężko mu było zrozumieć siebie z przeszłości, ale i z teraźniejszości... teraz przynajmniej zachowywał się chociaż trochę inaczej. Wydoroślał, miał nadzieję.
— Dziękuję wam bardzo, Ulewny Szkwale, Liliowa Pieśni. Jestem bardzo wdzięczny, to niezwykle miłe z waszej strony — zamruczał szczerze, zaciekawiony jak dobrze było słychać szum morza w muszli, którą przyniosła pręguska.
Po wypowiedzi swojej partnerki fińczyk postanowił dorzucić swoje cztery grosze.
— Też wam życzę, by wasza miłość przetrwała wszystko. Jeszcze mam dla was muszelki, którymi możecie udekorować swoje posłania. Gratuluję wam jeszcze raz zostania małżeństwem, nigdy nie sądziłem, że moja mała siostrzyczka pierwsze się ożeni — aż się wzruszył, co skutkowało łezkami na jego oczach, szybko je starł z siebie. Przecież nie mógł być beksą na jej ślubie.
Następnym, który przyszedł z prezentami, był Złocisty Widlik, a za nim Lawendowa Rozkosz.
— Szafirko, jestem przeszczęśliwy, że znalazłaś swoje szczęście — wymruczał, uśmiechając się do córki. Potem przeniósł wzrok na Kasztana. — Witaj w rodzinie, Przypalony Kasztanie — rzekł ciepło. Po czym położył przed nimi podarek. — To dla was — wymruczał. Podarek składał się z pięknych muszelek, piórek. Dymny poczuł przyjemne ciepło rozpływające się po jego wnętrzu. Witaj w rodzinie… to brzmiało, tak… tak… miło. Jedyną rodzinę, którą do tej pory miał, to oczywiście rodzeństwo i mama. Wizja, że jego bliscy poszerzyli się o takie grono była co prawda nietypowa, ponieważ zmiany były nietypowe, jednak ta konkretna była zadziwiająco miła. Czuł się chciany.
— Brawo, siostrzyczko, złapałaś dorodnego kocura — zażartowała liliowa ciepło. — Tak, jak ojciec powiedział. Witaj w rodzinie — wymruczała pogodnie, kierując wzrok na Kasztana. — Wiedziałam, że jesteście dla siebie stworzeni — miauknęła ciepło. Kasztan delikatnie się zawstydził, usłyszawszy to. Czy od zawsze wszyscy wszystko widzieli, wiedzieli? Już za czasów uczniowskich miał wrażenie, że pobratymcy zaczęli coś podejrzewać, jednak on długo myślał, że to jedynie przyjaźń. Nigdy wcześniej w końcu nikt mu nie opowiadał, jak wygląda miłość, związki czy masa innych rzeczy związanych z relacji między kotami.
— Tu mam dla was kilka kolorowych kamyczków oraz bursztyn z dwoma robaczkami. Szczęścia wam życzę — dodała, radośnie machając ogonem.
Trzcinowy Szmer podeszła do nich wraz ze Żmijowcową Wicią, Łabędzią Łapą i Nurową Łapą. Skinęła głową nowożeńcom.
— Przynieśliśmy wam prezent. Wydaje się skromny, jak na rodzinę namiestników, jednak muszę przyznać, że zostały one dobrane i pozyskiwane spod lodu, która skuła naszą rzekę — wzięła od Żmijowcowej Wici zawiniątko i delikatnie rozwinęła je, ukazując prezent. — Oto biżuteria, składająca się z najładniejszych i najbardziej świecących łusek oraz zębów drapieżnych ryb, jakie udało mi się znaleźć podczas nurkowania. Niestety przez Porę Nagich Liści nie mogłam zbyt daleko nurkować, bo nie znalazłabym wyjścia spod lodu. Mam nadzieję, że wybaczycie nam te niedogodności.
Powiedziała formalnie, podsuwając bliżej nim prezent. Łuski i kły drapieżnych rzecznych potworów błyszczały od odbijającego się światła.
— Mam nadzieję, że wam się podoba — zamruczała.
Brązowooki zdziwił się delikatnie. Naprawdę koty chciały się tak fatygować… dla nich?
Urodziwy Szafirek przeniosła wzrok na Trzcinowy Szmer i uśmiechnęła się rozczulona tak cudownym podarkiem. Ryb nie mogła jeść, ale na szczęście nie tyczyło się to łusek i ostrych zębów. Musnęła łapą podarek.
— Bardzo wam dziękujemy, Trzcinowy Szmerze i Żmijowcowa Wici. Z dumą będziemy to nosić — wymruczała, a kocur pokiwał z uśmiechem głową. Były przepiękne. Tak się skupił na prezentach, że przez parę uderzeń serca umknęło mu, iż postawił się przed nim jego były mentor, Zmierzchająca Fala, wraz ze swoją lubą, Kropiatkową Skórką, również byłą mentorką Urodziwego Szafirka.
Kiedy namiestnicy skończyli prezentować swoje podarunki, tak Zmierzch wraz z Kropiatką wkroczyli na ich miejsce.
— Przynieśliśmy wam również dość skąpy prezent... Jednak niestety Pora Nagich Drzew nie jest łaskawa... — zaczęła Kropiatkowa Skórka i machnęła ogonem, żeby on pokazał podarunek. Też tak zrobił na rozkaz partnerki. — Oto jest dodatek na wasze wspólne legowisko. Wysuszony pęd alg, które dzięki łaskawemu Klanowi Gwiazdy udało nam się zdobyć. Wplątaliśmy w nie jeszcze kolorowe kamienie i muszle. Mamy nadzieję ze Zmierzchającą Falą, że wam będzie długo służył i żeby nikt nie pomylił waszego legowiska z czyimś innym.
Zmierzchająca Fala położył przed nimi prezent, mrucząc dumny z prezentu, który zrobiła Kropiatkowa Skóra.
— Dziękujemy wam za ten cudowny prezent. Skromność jest piękniejsza niż cokolwiek innego — wymruczała.
Kasztan był wdzięczny, że jego małżonka tak sprawnie przeprowadzała proces dziękowania za podarunki. Jego powoli zaczynało to przytłaczać. Dużo się dzisiaj działo.
Po jakimś czasie stanęła czekoladowa koteczka w zaawansowanej fazie ciąży, naprzeciw czarnego kocura i niebieskiej szylkretki z widocznym rozczuleniem na pyszczku. Kasztan spojrzał na nią przychylniej, martwiąc się odrobinę, czy nie sprawili jej kłopotu, zapraszając ją na ślub. Z pewnością brzuch jej doskwierał, o hormonach wolał nie myśleć…
— Przypalony Kasztanie, Urodziwy Szafirku... to dla mnie zaszczyt, że mogę brać udział w waszej ceremonii ślubnej wraz z moimi nienarodzonymi kociętami — mówiąc to, delikatnie skłoniła łebek. Pożyczyła nowożeńcom pomyślności, gratulując zawarcia oficjalnego partnerstwa. — Przyniosłam dla was prezent… — Sięgnęła pyszczkiem do ogona, na którym leżał zasuszony bladoróżowy kwiat. Ostrożnie wręczyła go pannie młodej, mając nadzieję, że para wspólnie zadowoli się tym drobnym upominkiem. Miała tylko tyle i aż tyle.
Przyszła pora na rzucenie żabą. Urodziwy Szafirek ujęła płaza delikatnie, a następnie rzuciła nim w tłum. Tak się złożyło, że poleciała wprost na Narcyzową Łapę – brata Przypalonego Kasztana. I co ciekawe, udało mu się ją złapać bez większych kłopotów.
Płaz przeleciał tuż nad jego łapą, uderzył go w klatkę piersiową i wylądował tuż przed nim; Narcyz odruchowo przyszpilił stworzenie do ziemi i podniósł delikatnie łeb, rozglądając się.
Zerknął z ukosa na Narwaną Łapę, jakby szukając u niej potwierdzenia, co należało dalej postąpić. Kasztan zastrzygł lekko wąsami z niepokoju. Czy nic mu się nie stało? I czy nie zamierzał z tego powodu zepsuć im ślubu? Nie… to jego brat… on by nie chciał dla niego źle, nigdy, tak?
Narwana Łapa parsknęła i szarpnęła głową, chociaż nic nie powiedziała, na razie. Jeszcze raz rozejrzała się po zebranych kotach, skupiając swoją uwagę na kotce tuż obok - Lawendowej Rozkoszy. Na jej pysku pojawił się chytry uśmiech...
— Głupie płazy, kłamią! — miauknęła donośnym głosem, obrzucając zaskoczonego Narcyza sztucznie zrozpaczonym spojrzeniem. — Kłamią i nie widzą prawdziwej miłości... Prawda, Lawendo?
Z tymi słowy przechyliła się w stronę stojącej obok kocicy i przysunęła swój pysk do tego liliowego. Zmrużyła ślipia, uśmiechając się, i modląc się o to, aby wojowniczka podłapała jej grę... Polizała ją romantycznym gestem po nosie. Przypalony Kasztan otworzył szerzej oczka, nie będąc już pewnym, na kogo należało spojrzeć. Dlatego… skupił całą uwagę na Urodziwym Szafirku, czując, jak powoli narasta w nim niepokój.

***

Później

Przypalony Kasztan szedł przez leśną ściółkę, gęsto przykrytą dywanem puchu z nieba. Urodziwy Szafirek szła u jego boku, momentami zastanawiał się, czy to on ją prowadził, czy może ona jego… chciał pokazać jej, jak piękna była plażą Porą Nagich Drzew. Zmrożona ściółka chrupała im pod łapami, a sylwetka delikatnie wzburzonego morza majaczyła już w oddali. Kasztan szedł sztywno, poduszek łap już dawno nie czuł, zresztą tak samo, jak końcówek swoich uszu. Dotarłszy na miejsce, przed nimi rozciągało się daleko morze. Fale, a w nich ogrom lodowych sopelków, obijały się spokojnie o zmrożony ląd. Piach zbił się ze śniegiem w wielkie, chłodne bryły, nie robiąc nawet odrobiny przestrzeni na hibernującą obecnie zieleń. Piach szurał im pod łapami, co jakiś czas Kasztan uderzał łapą o twarde bryłki, a Urodziwy Szafirek wyglądała na lekko zmartwioną. Przystanął wreszcie, pysk miał skierowany ku morzu, jednak patrzył na swoją małżonkę.
— Szafirku, chciałem ci pokazać morze… morze Porą Nagich Drzew — mruknął cicho do kotki, która patrzyła mu prosto w oczy, jednak nie wyzywająco, a z cierpliwością i spokojem. Trzymała coś w łapkach. Czyżby był to jeden z prezentów ślubnych? Biżuteria.
— Przepiękne jest… ale nie tak piękne, jak ty — uśmiechnęła się i otarła o jego bok. Przypalony Kasztan poczuł przyjemne uczucie w brzuchu, a na policzkach zrobiło mu się cieplej. Zawstydził się lekko.
— C-czy pomóc ci wpiąć biżuterię? — zaoferował, odnosząc wrażenie, że zaraz, przez taki natłok przyjemnych emocji zrobi mu się niedobrze. Nie wiedział, jak powinno się regulować własne emocje w zdrowy sposób, co za tym idzie – łatwo było go przytłoczyć i wprowadzić w stan onieśmielenia. Szylkretka jednak z pewnością nie miała niczego złego na myśli.
— Tak, poproszę — odparła, nie ścierając z pyszczka uśmiechu. Kasztan chwycił ostrożnie przedmiot, następnie, na tyle na ile pozwalały mu na to łapy, wczepił biżuterię tak, żeby nie zranić szylkretki i jednocześnie nie uszkodzić przedmiotu. Dumny ze swojej pracy, westchnął cicho, podziwiając urodę swojej drugiej połówki. — I jak? Ładnie wyglądam? — Łapką dotknęła prezentu, spoglądając na kocura. Dymny przełknął ślinę nagle jakby wyrwany z transu. Pokiwał energicznie głową, a koteczka zamruczała i końcówką ogona połaskotała go pod brodą.
— B-bardzo — wydukał, jednak było to całkowicie szczere, nawet jeśli nie brzmiał na tak przekonanego, to głęboko w sercu to czuł i wiedział. Bardzo ją kochał, nawet jeśli okazywał to nieco inaczej, niż każdy inny kot. O ile można było uczucie, jakie mu towarzyszyło za każdym razem, kiedy na nią spoglądał, kiedy przebywali blisko siebie, dzielili się zwierzyną, językami… wymieniali zdaniami, patrzyli sobie głęboko w oczy… nazwać miłością.
Szum fal obijających się o grunt niósł się przyjemnym, kojącym wręcz echem, wymieszany z klangorem mew, które się ostały na brzegach plaży. Nóżki miały różowe, długie, co jakiś czas przelatywały nad dwójką wtuloną w siebie, cieszącą się, chociaż chwilą spokoju dla siebie, po tak intensywnym dniu, pełnym wrażeń.

***

Przed ślubem przyjaciół, po randce

Chłodne podmuchy Pory Nagich Drzew wprawiały łapy wojownika w lekkie drżenie, mimo szaty przygotowanej właśnie na takie warunki. Prawdopodobnie, gdyby była dłuższa, nie marzłby tak łatwo. Najprawdopodobniej fakt, iż jego futro było w takim stanie, a nie innym, był bardziej podatny na chłody. Poduszki łap szczypały go, a końcówek uszu już dawno nie czuł. Na nosie zbierała mu się lekka warstwa skroplonej wody, która skapywała mu co jakiś czas na grunt głucho. Przypalony Kasztan szedł właśnie u boku Ulewnego Szkwału, który zaprosił go na wspólny spacer, niezwykle istotny zresztą. Miał mu do przekazania coś bardzo ważnego. W umyśle dymnego zaczęła zbierać się masa pytań, na które nie potrafił logicznie sobie odpowiedzieć, a przynajmniej na tyle, żeby sprawnie uspokoić pędzący wiecznie umysł. Śnieg chrupał pod ich łapami, a zamrożona woda próbowała przebić się przez warstwę lodu, chociaż nie było to możliwe. Przeszli w ten sposób na jedną z wysepek, gdzie nie było obecnie nikogo innego, poza nimi.
— Ale świetnie, że ostatnio upolowałem tak wiele piszczek i to podczas jednego patrolu. Zupełnie tak, jakby pod łapy mi się wciskały, same! — mówił z zadowoleniem, pomrukując co jakiś czas. Kasztan pokiwał głową z uznaniem.
— Tak… to było wspaniałe. Wiele kotów tamtego dnia się najadło. — I uniósł delikatnie pyszczek, tylko po to, żeby po paru uderzeniach serca przymknąć oczka w celu dopełnienia swojego uśmiechu.
Rozmawiali tak jeszcze przez chwilę, o dość sielankowych tematach, co pozwoliło Kasztanowi uspokoić się trochę. Może Szkwał chciał najzwyczajniej w świecie odpocząć od zgiełku panującego w obozie, dlatego udał się z nim na spacer? Jak kolega z kolegą. Przyjaciel z przyjacielem… spokój jednak nie trwał długo.
— Przypalony Kasztanie, powiem to bardzo cicho, bo jesteśmy obecnie podsłuchiwani — ściszył swój głos do szeptu, a brązowooki poczuł, jak podnosi mu się sierść na karku. To brzmiało co najmniej tak, jakby niebieski miał mu zaraz wyznać, że kogoś zamordował, a nie jak konwersacja, której miał się nie obawiać. Zaczął się rozglądać po łysych krzewach i do źródełek, które były w stanie dopatrzyć jego oczy z tej odległości, jednak nikogo nie zobaczył.
— C-co… co masz na myśli? — wydukał, jeżąc sierść wzdłuż kręgosłupa. Łapy zaczęły mu odrobinę bardziej się trząść, a wąsy poruszały się pospiesznie i nerwowo, zupełnie tak, jakby stracił nad nimi kontrolę. Dlaczego w momencie, kiedy wreszcie miał być szczęśliwy, u boku swojej ukochanej, wszystko nagle stawało się powodem dla niego do obaw? Czy nigdy nie mógł, poza porą snu, gdzie nie pamiętał tego, co mu prezentował mózg, odpocząć? Odpocząć od nerwów, od wszystkich przykrości, ufundowane mu każdego dnia przez najróżniejsze sytuacje, koty, rzeczy, sprawy…
— Musisz uważać na ptaki. — I palcem wskazał na wronę, która siedziała na drzewie blisko nich, z dziobem obróconym na bok, chociaż w ślepkach odbijał się blady poblask. Przypalony Kasztan przechylił łeb na bok, niezupełnie rozumiejąc na początku, co miał na myśli przyjaciel. Dlaczego na ptaki? Czy wrony były groźne? Może nie miał na myśli tego konkretnego okazu, a inną, większą rodzinę dziobatych?
Ulewny Szkwał uśmiechnął się lekko, a dymny ślepiami podążał za jego reakcją.
— Ostatnio, jeszcze Porą Zielonych Liści znalazłem takie piękne, żółte kwiaty — podjął nowy temat, starając się zachowywać tak normalnie, jak było to fizycznie możliwe. Dymny wahał się, co powinien na to odpowiedzieć, dlatego zostawił to bez komentarza.
Gdy tylko wrona odleciała, niebieskooki odetchnął z ulgą.
— Dobrze, że nie rozmawialiśmy o czymś ważnym, bo by jeszcze na nas doniósł.
— Ulewny Szkwale. D-dlaczego mam uważać na ptaki? — zapytał poważnie, czując narastającą w nim frustrację z każdego następnego zająknięcia się, jakie mu się przytrafiło, wracając tym samym do tematu objętego przez nich wcześniej. Niebieski spoważniał na nowo, jego źrenice zmniejszyły się, choć nadal były szersze od igły drzewa świerkowego. Wyglądał na zmartwionego.
— Istnieje kot, który trenuje ptaki. Nazywa się Ibis — wyjawił fińczyk, chociaż uprzednio przed tym rozejrzał się niezwykle starannie, a nawet mimo tego rozmawiał wystarczająco cicho, by jego słowa nie niosły się echem po rzadkich, koronach drzew. — Chciałem dowiedzieć się o tym więcej, ale wyszło, jak wyszło… — kontynuował, spuszczając wzrok na uderzenie serca. Wrócił jednak do mordki Kasztana, ślepia wojownika były tak wielkie, że bardziej się już nie dało. Siedział tak, osłupiały, nie wiedząc, co powinien powiedzieć. Co miał zrobić? Kot trenujący ptaki? Czy już nigdy nie mógł się odezwać przy drugim kocie, gdy w pobliżu były dziobate? — Przestrzeń wokół nas, nie jest już swobodna. Jesteśmy zagrożeni. Patrz zawsze, czy siedzi gdzieś blisko ptak — polecił mu niebieskooki, a dymnemu serce się zapadało coraz to mocniej, z każdym kolejnym słowem. Musiał powiedzieć o tym swojej małżonce. Nie mógł pozwolić na to, żeby jej się stała krzywda z powodu niewiedzy o… tym nowym powodzie do zmartwień.

***

Ślub Szkwału i Lilii

Słońce leniwie zniżało się ku horyzontowi, ostatnimi promieniami muskając futra zaproszonych na ślub gości. Część z wojowników kończyła właśnie wyrzucanie zasp śniegu – pozostałości po Porze Nagich Drzew… Dymny usadowił się na wyspie, czekając, aż reszta się zbierze. Nigdy nie był jakiś szczególnie gadatliwy, dlatego nie był pewien, czy powinien zaczepić przykładowo... znanego mu fińczyka i mu pogratulować, czy dopiero podczas wręczania prezentów. Czekał, aż przyjdzie do niego z powrotem Urodziwy Szafirek. Wiedział, że spóźni się chwilkę, a mimo to i tak odczuwał niepokój, że może stało jej się coś złego. Co by bez niej zrobił? Kim był bez niej…?
Wróciła. Wreszcie. Już jest wszystko dobrze. Już nie musiał się martwić. A mimo wszystko, jego serce pędziło galopem, zupełnie tak, jakby już zaczął przechodzić przez stan żałoby po utracie swojej ukochanej. Przysunął się do niej lekko i położył głowę na barku, szukając u niej wsparcia po tak trudnej chwili rozłąki. Szylkretka otuliła go ogonem, wzrok przenosząc na Liliową Pieśń.
— Wyglądasz pięknie mój drogi — wymruczała, liżąc go w policzek. Przypalony Kasztan zerknął na nią dużymi oczami. Naprawdę tak myślała?
W jego sercu zagościła ulga, gdy niebieskooka wróciła i usiadła obok niego. Miał wrażenie, że bez niej obok był niepełny, nie czuł się pewny, czuł się tak, jakby niepotrzebnie wpychał się w niektóre interakcje, mimo że przecież sam został zaproszony na ślub. Jego futro dzisiaj również nie było jakoś szczególnie wystrojone, aczkolwiek pomyślał, że lepiej będzie cokolwiek zrobić ze swoimi kłosami, niżeli przyjść tak po prostu, bez ozdób, bez niczego rzucającego się w oczy. Dlatego miał parę łodyżek wetkniętych w pasma, ale nic na tyle jaskrawego, żeby przyćmiewał parę młodą. Otarł się lekko o pyszczek szylkretki, mrucząc pod nosem. Urodziwy Szafirek dzisiaj też wyglądała przepięknie, zresztą zawsze była przecudowna. Nie odpowiedział nic na komplement, mimo że znaczył dla niego niezwykle wiele, a niebieskooka zamruczała z rozkoszą.
— Pamiętasz? Nie tak dawno temu to my szykowaliśmy się do ślubu, mój bursztynie — wyszeptała, rozczulona samym wspomnieniem. Nie było to wcale aż tak dawno temu…
— Tak, Szafirku... — powiedział cicho, przypominając sobie tamten dzień. Ostatnio było wiele ślubów, z każdym kolejnym Kasztan miał wrażenie, jakby stawały się one... odrobinę mniej straszne, chociaż nie w pełni. — To był piękny dzień. Ten też będzie, mam nadzieję — nie chciał, żeby cokolwiek zepsuło ślubu bliskich mu kotów. Pamiętał nadal ślub Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici – został tam wproszony w zamian za Niezapominajkową Nadzieję, jednak doszły go słuchy, dlaczego taka wymiana miała miejsce. Liczył, że nic podobnego nie wydarzy się dzisiaj.
— Tak, w końcu nasza rodzina znowu się powiększy — wymruczała łagodnie. Poprawiła ukochanemu ozdóbki. — Choć przyznam, że zaczynam się dusić... — wymamrotała cicho, przysuwając się bliżej.

***

— Liliowa Pieśń przyprowadziła na świetlikową wyspę samotnika o imieniu Mrok, swojego brata. Pozwoliła mu zaatakować członka własnego klanu, Złocistego Widlika, zignorowała moje rozkazy, idąc na wyspę, gdzie odbywały się przesłuchania bez niczyjego pozwolenia, a następnie przez długi czas wypierała się jakichkolwiek powiązań z Mrokiem. — Srebrna streściła wszystko. — Samotnik zostanie pozbawiony życia, czym właśnie zajmuje się Czyhająca Murena. Liliowa Pieśń zaś od dzisiaj będzie znana jako Bagno i zamieszka na wyspie więźniów. W ramach kary i ewentualnego odkupienia będzie również pełnić funkcję przynęty podczas walk, czy innych interakcji z samotnikami — zapauzowała i przejechała wzrokiem po kotach. — To wszystko, można już rozejść się do legowisk.
Przypalony Kasztan poczuł się tak, jakby ktoś podciął mu łapy. Jakby pyskiem uderzył z całej siły o mokry grunt pod sobą. To wszystko… to musiał być jakiś sen, koszmar wręcz. Nie działo się to naprawdę, tak? Wzrokiem pobłądził po zebranych, czując narastający świąd w okolicach barków. Okręcił się lekko i zaczął nerwowo wylizywać bok, czując dyskomfort, gdy wraz z tym gestem wyrwał parę gęstych kłosów. Urodziwy Szafirek, zauważywszy to, zainterweniowała, okazując mu wsparcie. Położyła ogon na jego barkach, tuląc go do siebie ciasno. Sama szylkretka również nie wyglądała na w ogóle spokojną, w żadnym stopniu, chociaż maskowała to dużo lepiej, niż dymny, który czuł się tak, jakby miał zaraz sam upaść. Przed oczami zawirowała mu plejada barw, a przednie łapy delikatnie ugięły się, dopóki nie napiął mięśni tak bardzo, że go zaczęły boleć kończyny. Ulewny Szkwał nie potrafił spojrzeć na swoją… małżonkę. Wyglądał, jakby od rzeczywistości oddzielała go gęsta ściana mułu. Kasztan zaczął się trząść, nie chcąc widzieć egzekucji. Nie chciał! Nie chciał widzieć, jak zabijają czekoladowego kota! Jego źrenice zwęziły się w szparki, a łapami nerwowo ugniatał grunt.
Piastun przeniósł wzrok na syna w przerwie dostawania zawału. Po bardzo długim czasie powróciła Mandarynkowa Gwiazda. Wydała wyrok i to, co następowało.
— Synu… kogo ty wziąłeś za żonę… toż to dramat. Dramat, rozumiesz? Ten paskud był jej bratem i śmiał mnie dotknąć, a co, jeśli zachoruję? Co z naszym honorem? Mnie tu tak dobrze. Kocham Klan Nocy — wyjąkał.
— Dramat... — powtórzył, podnosząc się, by następnie zatoczyć się i upaść z nadmiaru emocji, zamykając oczy.
Wstała z miejsca, gdy rudy kocur zatoczył się pod własnym ciężarem. Kasztan miał wrażenie, jakby nie docierało to wszystko do niego wystarczająco szybko. Jeśli uderzy się wystarczająco mocno w głowę, to uda mu się wybudzić z tego koszmaru.
— Chodź, Kasztanku, pomożemy ojcu dostać się do żłobka. Wygląda naprawdę źle — miauknęła. Podniosła się i z Kasztanem u boku podeszła do leżącego piastuna. Lekko szturchnęła ojca pyskiem. — Chodź, tato, pomogę dojść ci do kociarni. Musisz odpocząć — miauknęła. Pomogła ojcu wstać, przywołując Lawendę. Obie kotki podparły ojca i z Kasztanem u boku ruszyli do legowisk.

***

Parę wschodów słońca po ślubie

Ulewny Szkwał nosił niezbyt przychylną opinię w klanie, odkąd wydarzyła się ta masa nieprzyjemności podczas dnia, który miał być przecież takim miłym… nadal ciężko było Kasztanowi uwierzyć, że wydarzyło się to naprawdę. Wraz z nią pojawiło się tak wiele plotek, że dymny już miał ochotę tylko zatkać uszy, żeby nie słyszeć niczego więcej, poza głosem swoich bliskich. Robiło mu się niedobrze. Nie spał zbyt porządnie, od ślubu swoich przyjaciół. Wybudzał się w nocy z krzykiem, a jego sierść zaczęła się zmagać z powoli powstającymi, nowymi ubytkami. Nie wiedział, czy ktoś poza Szafirkiem zwrócił na to uwagę. Bał się. Bał się, że następnym, którego skażą na śmierć, będzie ktoś, na kim mu zależało albo i on sam. Zabiją go, na oczach całego klanu. Czy Mandarynkowa Gwiazda zesłałaby na nich taki los? Miała prawo. W końcu była przywódczynią, jej zdanie było najbardziej istotne. Ulewna Pora Nowych Liści dobrze oddawała to, jak czuł się kocur. Zagubiony wojownik Klanu Nocy, który miał prawie trzydzieści księżyców na karku, a czuł się niczym kocię we mgle. Jak miał się pozbierać po tym wszystkim? Takie rzeczy pozostawiały trwały ślad w umyśle. Spojrzał na leżącą obok niego Urodziwy Szafirek. Koteczka wyglądała na zamyśloną, chociaż nie zapowiadało się to na nic, co by różniło się znacząco od każdego ich poranka. Miała muszelkę od Liliowej Pieśni za uchem. Przywitali się ze sobą czule, jednak to nie był zwyczajny dzień. Dzisiaj wszystko miało się zmienić.
Urodziwy Szafirek, już lepiej rozbudzona, powędrowała do kociarni, prawdopodobnie sprawdzić, jak czuł się jej ojciec, a jego teść. Przypalony Kasztan… siedział w centrum, patrząc się na pobratymców. On również tego dnia nie zachowywał się inaczej. Raczej nie wychodził na samotne spacery, a wgapianie się w innych było częścią niego od zawsze. Dzisiejszy dzień był aż zadziwiająco spokojny. Wręcz nie pasował do tego, co miało niebawem nadejść. Dymny nie wiedział, czy powinien żegnać się z rodziną. Nie wiedział, czy by nie próbowali go zatrzymać siłą w obozie, czy nie wrzuciliby go za to na wyspę więźniów, czy nie… nie wykonali na nim egzekucji za to, a Urodziwemu Szafirkowi zepsuliby całe życie, jakie jej pozostało na tym świecie. Niebieska tego jeszcze nie wiedziała, ale nie zamierzał tutaj zostawać. Ani pozwolić jej tutaj zostać.
Wyszła wreszcie z jamy, a na jej pyszczku widniała konkretna ulga. Złocistemu Widlikowi musiało się już polepszyć, po tym, jak o mało co nie zemdlał. To dobrze. Powinni sobie poradzić. Dobrze, że czuł się coraz lepiej…
Przypalony Kasztan, idąc u boku swojej małżonki, w myślach przetwarzał możliwości, jak powinien pokierować rozmowę. Musiał o tym powiedzieć niebieskookiej. Było to na tyle ważne, że nie mogło, absolutnie, zaczekać. Musieli tylko oddalić się trochę od serca, żeby nikt ich nie podsłyszał i przypadkiem siłą nie zatrzymał. Co jakiś czas kocur oglądał się dookoła, w tym głównie za siebie, czy aby na pewno nikt ich nie śledził. Nosem wyłapywał każdy zapach, a uszy miał postawione czujnie. Gdy stwierdził, że byli bezpieczni, przysiadł, odrobinę schowany przez pobliski krzew. Uniósł niepewnie wzrok na czekającą koteczkę. Czuł się odpowiedzialny za jej bezpieczeństwo. Musiał chronić swoją rodzinę.
— Szafirku…? — podjął, dość cicho. Kotka położyła swoją łapę na jego łapie.
— Tak, moja chmurko? — zapytała, ogonem owijając jedną ze swoich tylnych łap.
Przełknął ślinę. Nie mógł się już wycofać. Myślał tak długo nad tą konwersacją, teraz już nie było odwrotu. Byli poza obozem, sami, we dwójkę. Nie było szansy, żeby ktokolwiek ich obserwował. Zadarł łeb ku górze, upewniając się jeszcze, czy nie krążył nad nimi żaden ptak. Gdy niebo było czyste, wraz z terenem dookoła, westchnął, a jego łapy zaczęły się trząść.
— Nie możemy tu zostać… tu… w Klanie Nocy. Tu nie jest bezpiecznie. Jeśli uciekniemy teraz, nie zdążą zrobić nam krzywdy. T-to… — zamilkł na moment, jednak nie z wyboru, a z powodu rosnącej guli w jego gardle. — Szpiegują nas ptaki. Istnieje kot, który je trenuje. One potem przekazują mu wszystkie i-informację. Ulewny Szkwał mi ostatnio o tym opowiadał…
Urodziwy Szafirek popatrzyła na niego nieco rozszerzonymi oczami, jednak nie wybyła z nich nawet krzta cierpliwości. Wierzyła mu. Przysunęła się do niego, zauważywszy, że zaczął coraz mocniej się trząść. Przytuliła się do niego, pozwalając mu oprzeć się o jej bok.
— Już, Kasztasiu — próbowała go pocieszyć. Czuł jej ciepły bok obok siebie i słyszał kojący głos. — Ja… też o tym myślałam. Nie pozwoliłabym na to, żebyś został tam sam. Szczególnie nie po tym, co stało się ostatnio. Za bardzo cię kocham, żeby cię stracić. — I po tym polizała go po głowie. Kocur poruszył uchem z lekkim zdziwieniem. Myślała o tym już wcześniej? Może nie wydawało mu się i niczego sobie nie wmówił. Może naprawdę nie było to już miejsce dla nich do życia. Byli w niebezpieczeństwie.
— Uciekniemy dzisiaj. Muszę tylko pożegnać się z ojcem. Wrócimy do obozu ze zwierzyną, a potem… będziemy wolni.

***

Wraz z Porą Nowych Liści, zmienił się również, oczywiście, krajobraz dookoła. Niebo przestrzelone było przez śnieżnobiałe chmury, które bardzo kontrastowały z czystoniebieską barwą. Klangor mew niósł się echem, gdy dwójka szła brzegiem plaży. Fale bardzo sprawnie zmywały ich ślady, a był to dopiero początek ich podróży. Przypalony Kasztan co jakiś czas spoglądał na swoją ukochaną, jakby potrzebował się upewnić, że na pewno dobrze postępował. Koteczka za każdym razem posyłała mu pocieszający uśmiech, jakby sama nie czuła nawet odrobiny stresu. Dobrze było mieć kogoś takiego obok siebie, szczególnie w sytuacjach bardzo łatwo wyprowadzających z równowagi. Ptaki śpiewały w najlepsze, schowane gdzieś w gęstych koronach drzew, wojownik czuł mokry grunt pod swoimi poduszkami. Tego dnia jeszcze nie padało, chociaż chłodne podmuchy wiatru zapowiadały przynajmniej mżawki. Brązowooki szczerze liczył na to, że nie zastanie ich burza ani nie zmokną im grzbiety. Zastrzygł wąsami, gdy do jego nosa dotarł intensywny zapach oznaczeń granicznych. Słońce wisiało wysoko na niebie, tempo mieli w miarę pospieszne, na tyle, żeby się nie wlec i na tyle, żeby jednocześnie nie pędzić, niczym koń galopem.
Przekroczyli granicę z Klanem Klifu. Był w stanie stwierdzić to nie dość, że po smrodzie, to w dodatku po plaży chętniej upstrzonej masą ostrych, zwilżonych kamieni. Ruszyli przed siebie, rozglądając się za ewentualnym patrolem. W pewnym momencie Nocniak mógłby przysiąc, że widział jeden w oddali, dlatego też schowali się na chwilę… jednak… albo go tam nie było, albo udało im się go sprawnie przeczekać, a w dodatku pozwolić łapom na odpoczynek. Położył się obok Szafirka, patrząc na nią wielkimi oczkami.
— Myślisz, że dobrze robimy? Bo… to moja wina, że uciekliśmy… — wychrypiał, poruszając kikutem ogona niespokojnie. Masa nieprzyjemności napłynęła do jego głowy w tej chwili, nawet jeśli próbował ich nie słuchać, to pysk otworzył niestety szybciej. Kotka polizała go w policzek, zetknęli się bokami.
— Kasztasiu. Sama też tego chciałam. To dla naszego dobra. Wiem, że tak będzie lepiej — powiedziała pewnie, posyłając mu następną dzienną dawkę uśmiechów zarezerwowanych dla niego. Poruszył nieznacznie uszami. Nawet mimo takich zapewnień, czuł się winny. Może wszystko sobie tylko niepotrzebnie ubzdurał i teraz niszczył im życia… Czy źle zrobił, nie żegnając się ze swoją rodziną? Z Narwaną Łapą, Narcyzową Łapą i Niedźwiedziówkowym Pyłem, jego mamusią… Potrząsnął głową. Nie… przecież już dawno nie było tak, żeby rozmawiali codziennie. Odkąd został wojownikiem, miał wrażenie, że ich kontakt uległ pewnej zmianie, która niekoniecznie go cieszyła. Jednak był tchórzem. Nie potrafił nawet tej relacji utrzymać…
Wraz z pojawieniem się księżyca na niebie i konkretnego mroku dookoła, dwójka zapolowała na ptactwo, którym się posilili. Zaledwie jeden grzywacz wystarczył im do tego, żeby się najeść. Wraz z pojawieniem się pierwszych gwiazd na niebie, znaleźli kolejny schron, tym razem lepiej osłonięty, żeby nie zmarzli. Noce potrafiły być szczególnie chłodne, po takiej Porze Nagich Drzew. Śniegu nie ostało się nic, jednak chłody, przynajmniej do pewnego stopnia, pozostały. Przypalony Kasztan czuł się tak, jakby miały mu zaraz odpaść łapy. Czuł się padnięty, a jego umysł był na tyle zmęczony, że nawet nie pamiętał o czym rozmawiał w ciągu dnia, z niebieską obok…
Ulokował się wygodnie na ściółce, którą wepchnęli pod korzenie drzewa. Po chwili poczuł ciepło partnerki i odpłynął do krainy snów, pozwalając swoim co jakiś czas podrygującym delikatnie kończynom na odpoczynek, po tak ciężkim dniu. Świerszcze ćwierkały co jakiś czas w wysokich źdźbłach trawy, a jeśli się wsłuchało lepiej, pohukiwanie sowy niosło się echem, usadowionej gdzieś na którejś z gałęzi.
Już nie było odwrotu…
Światło wczesnego poranka przenikało przez gałęzie drzew, tworząc na ziemi przyjemne dla oka, ciepłego ubarwienia plamki. Delikatne ciepło na sierści było miłe. Musieli ruszać dalej. Mniej więcej teraz powinny ruszyć patrole Klanu Nocy, które by ich szukały. Jeśli komuś zależało bardziej, ruszył pod osłoną nocy… Kasztan miał szczerą nadzieję, że nikt ich nie znajdzie. Musieli rozpocząć nowy rozdział w życiu. W miejscu, w którym przyszło mu się urodzić, już nie było bezpiecznie.
Wkroczyli do lasu iglastego. Przypalony Kasztan nigdy w życiu nie widział takich drzew na oczy. Miał wrażenie, że było tu dziwnie ciemno… i przede wszystkim, gdzie tylko nie nadepnął, wszędzie miał błoto pod łapami. Jodły pięły się wysoko ku niebu, a igliwie rozsypane było masowo, wszędzie. Dymny próbował je omijać, żeby tylko nie wbiło mu się do łapy.
Do jego uszu dotarł ryk tak głośny, że się zląkł i skulił, niczym małe kocię. Spojrzał dużymi oczami na Urodziwy Szafirek. Sierść wzdłuż kręgosłupa zjeżyła mu się, wyglądał teraz na dwa razy większego. Futro zafalowało mu ze zdezorientowania. Drzewo gdzieś nieopodal nich runęło na ziemię z intensywnym trzaskiem. Gromem tak głośnym, że poniósł się echem po lesie.
— C-co… c-o — jąkał się, próbując wydobyć ze swojego pyska jakiekolwiek pytanie. Były to jednak płonne nadzieje, że zostanie w takim zgiełku usłyszany przez małżonkę. Ze względu na intensywność hałasu i chwilowy stan szoku, kocur nie zorientował się, nawet gdy w oddali zamajaczyła sylwetka Dwunożnego. Wyprostowany zbliżał się coraz bardziej do nich, a Kasztan stał tak w miejscu, jak wryty. Szafirek początkowo próbowała go przekonać słownie, żeby się ruszył. Potem próbowała go przesunąć tak, żeby go nie uszkodzić, a żeby uciekli, jednak nic to nie dało. Był tchórzem. Serce pędziło mu galopem, uszy miał tak mocno położone po sobie, że aż zaczęły go intensywnie boleć. Mięśnie miał napięte, łapy wręcz zakotwiczone w ziemi. W pewnym momencie obraz przed jego oczami rozmazał się, a później pojawiła się liczna plejada barw. Upadł na ziemię, a gdy się obudził, znalazł się w zupełnie nowym, obcym miejscu…

<Szafirku, jesteś obok? Boję się…>