BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

23 sierpnia 2026

Od Milczka do Fiołek

Kiedyś

Milczek za wszelką cenę próbował dostać się do mleka matki. Otworzył oczka dosyć szybko, chociaż mogła być to wina tego, że był trochę starszy od Fiołki i Jasności. Za to nie wypowiedział nadal ani jednego słowa. Trudno było stwierdzić małemu kremusowi, czy Senna Łza, jakkolwiek się o niego martwiła, czy też może nie i traktowała go tylko jako zbędny dodatek do wykarmienia. Nie mógł nawet o to spytać. Jego „rodzeństwo” piszczało dosyć często, on z kolei był… bardzo cichy. Najgłośniejsza w żłobku była chyba Fiołek. Gdy tylko się urodziła już wydzierała się wniebogłosy, starając się skupić na sobie całą uwagę karmicielki. Najmniej uwagi skupiał na sobie Milczek, co czasem doprowadzało do tego, że po prostu nie był najedzony. Nie, żeby mógł narzekać, ale strasznie nie przepadał za małą szylkreteczką, którą mógł, a może nawet powinien uważać za swoją siostrę. Wydzierała się, przepychała w stronę jedzenia i widocznie nie lubiła, gdy coś szło nie po jej myśli.

Aktualnie

Milczkowi nie było dane poznać swojej matki (nie, żeby tego chciał) ani swojego rodzeństwa (część nie żyła, druga część został oddana w łapy Wilczaków). Niemal od narodzin towarzyszyły mu, jednak trzy kotki. Jasność była uparta, ale wydawała się współczuć kremowemu, gdy jednak okazało się, że był niemową. Senna Łza z kolei była cicha i zdawała się za arlekinem nie przepadać. One jednak nie były największym problemem. Najbardziej nie przepadał za małym gadem, który nie pozwalał Milczkowi być w centrum uwagi nawet na pół sekundy. Milczek miał szczerą ochotę przyłożyć kotce, ale trochę bał się, że Łza go wyrzuci. I było tak, aż do pewnego dnia…
Kremowy miał właśnie zabrać się za jedzenie myszy, którą przyniósł mu jeden z uczniów, ale coś mi przeszkodziło. Coś, czyli biała łapa ciągnąca stworzonko za ogon. Milczek spojrzał w bok, prosto w zielone oczy Fiołek. Zjeżył futro i zabrał zwierzę. Kotka jednak spróbowała ponownie, i to doprowadziło do wściekłości kocurka. Wysunął pazury i zaatakował jej łapę, obnażając lekko ząbki.

<Fiołek?>

Od Firletkowej Łapy CD. Trójokiego Zająca

Każdy, kto miał już styczność z Firletką, wie, że kocha on ptaki. I to bardzo. Gdy tylko znajdowała się okazja, obserwował je z pełną uwagą poświęconą tylko im. Jednak rzadkością było dla niego zauważenie fulmarów, zwłaszcza między łudząco podobnymi do nich mewami i to w czasie szybowania nad bezkresnym morzem. Ptactwo wydawało donośne krzyki, zniżając swój lot, by się schować w swoich gniazdach, podczas gdy słońce chyliło się ku zachodowi.
Niebieski kocurek akurat wrócił z wieczornego polowania razem z tatą, przynosząc ze sobą parę gryzoni. Samemu Firletce udało się upolować wiewiórkę oraz ryjówkę! Był z siebie bardzo dumny, bowiem nigdy tak dobrze nie poszło mu polowanie. Trójoki Zając niósł zaś w pysku solidnie zbudowanego królika. Nim naje się co najmniej trójka kotów. Tak więc uczeń wziął zdobycz i od razu zaniósł do żłobka. Niedawno przecież nowe kocięta się urodziły, też ich matka potrzebowała dużo jedzenia. Gdy wrócił do ojca, ten polizał go czule między uszami.
— Jestem z ciebie tak bardzo dumny — wymruczał, a Firletkowa Łapa uśmiechnął się do niego.
— Staram się, jak mogę — odparł.
Wojownik posłał mu jeszcze czułe spojrzenie, po czym odszedł do odpoczywającej niedaleko Kukułczego Wdzięku, a młodzik wziął ze sterty pierwszą lepszą piszczkę i ruszył pod legowisko uczniów, gdzie położył się i zjadł swój posiłek. Następnie wykonał swoją wieczorną toaletę i zniknął w legowisku.

* * *

Następnego dnia obudził się z dziwnym uczuciem. Łapy mu zdrętwiały i miał wrażenie, że coś mu się śniło, ale nie mógł sobie skojarzyć, co dokładnie. Czuł się, jakby miał mgłę w mózgu. Otrząsnął się i wstał, rozciągając łapy. Gdy wyszedł z legowiska, okazało się, że nikt jeszcze nie wyszedł na centrum obozu. Gdy wyjrzał przez wodospad, to słońce dopiero co wyłaniało się zza morskiego horyzontu. Gdy zdał sobie sprawę z wczesnej pory, stwierdził, że może jednak wróci do legowiska i poczeka, aż wojownicy wstaną. Zanim jednak to zrobił, usłyszał okrzyki i śmiechy mew. Nastawił uszu i spróbował coś dojrzeć między wodospadem a jaskinią, ale jednak nie widział zbyt dużo. Tak więc szybko wślizgnął się do swojego posłania i zamknął oczy. Nawet nie wiedział, kiedy zasnął.
Jednak po paru dłuższych chwilach wyrwało go ze snu ziewanie kogoś gdzieś obok. Stęknął i przeciągnął łapy. Teraz coś mu zaświtało. Przyśniło mu się wcześniej, że latał razem z ptakami nad morzem! Bardzo mu się spodobał ten koncept, ale niestety to było niemożliwe.
Ziewnął, by się rozbudzić, po czym usiadł i umył łapy oraz głowę. Wyszedł z legowiska i podbiegł do taty, który akurat wychodził ze swojego posłania.
— Tato! — kzyknął szeptem. — Możemy dziś wcześnie wyjść na patrol? Bo chciałbym pooglądać mewy! — oznajmił, podczas gdy Trójoki Zając dopiero zaczynał kontaktować po śnie.
— Już, dobra, dobra — ziewnął.
— No, ale chyba nie sami? — spytała się zaspana Kukułczy Wdzięk, a zielonoocy spojrzeli się na nią. — Może przejdę się z wami? Dawno nie byłam z kimś z moich dzieci poza obozem. — Uśmiechnęła się, wstając z posłania, a potem wszyscy zeszli na dół.
Gdy cała trójka już była przy wyjściu z obozu, kremowy wojownik kiwnął głową i wyszli z jaskini. Firletkowa Łapa tak się cieszył, że poszła z nimi mama, że aż dodało mu to sił. Popędził przed siebie, pilnując się, by nie stanąć zbyt blisko krawędzi.
Truchtał wzdłuż klifu, bacznie obserwując wszystkie ptaki, szukając tych bardziej krępych i dłuższych ciał, bo w ten sposób można rozróżnić fulmary od mew. Wtedy — tam! Jest, nieco większy ptak od reszty! Zatrzymał się i z szeroko rozdziawionym pyskiem i niemal nie mrugając, obserwował te piękne zwierzę. Nawet nie zauważył, kiedy zbliżył się za mocno do krawędzi. Tylko krok go dzielił od upadku w przepaść. Zaciekle obserwował wiszącego w powietrzu fulmara, nieświadom niebezpieczeństwa, na którego skraju się znajdował. Wyciągnął łapę przed siebie, gotowy zrobić kolejny krok. Za nim rozległ się przeraźliwy głos:
— FIRLETKO!
I zanim się obejrzał, stracił grunt. Ześlizgnął się ze skraju, tracąc równowagę. Łyknął powietrze z nagłego przerażenia, a serce mu się niemal zatrzymało. Poleciał przodem w dół, lecz instynktownie ustawił się w pozycji lądowania, z wyprostowanymi pod siebie łapami i naprężonymi mięśniami gotowymi do bezpiecznego upadku. Jednak pech chciał, że zaraz pod nim znajdował się wysoki głaz na samej granicy plaży i morza. Uderzył w niego lewą łapą z impetem. Usłyszał trzask, w gardle zebrał mu się krzyk. Poczuł, jak krew mu wrzeje w lewej łapie na całej jej długości. Bark jakby mu się wybił. Po zderzeniu z głazem ciężar jego ciała przekierowany został w prawo, uderzając głową o ścianę klifu, a kamień leżący pod nią niczego nie polepszył. Natychmiast jego wizję zalała ciemność, w uszach zabrzmiał dziwny szum.

* * *

Otworzył oczy. Wszystko było spowite jakby mrokiem. Dźwięki były zniekształcone. Mrugnął. Nagle jego lewą stronę ciała oblał paraliżujący ból. Był półświadomy, a przed jego oczyma widział rozlany, kremowy kształt, a obok drugi, taki jakby szaro-kremowy. Stęknął, a jego ciało przeszły dreszcze. Było zimno, mokro, coś go oblewało po głowie. Próbował się poruszyć, ale na marne. Gdy w końcu trochę oprzytomniał, a rozlane kształty zaczynały nabierać sylwetki, wrzasnął z ogromnego bólu promieniującego od lewej łapy. Była cała zakrwawiona, gdzieś z boku głowy też ciekła ciepła, szkarłatna strużka. Próbował się jakoś podnieść, ale to powodowało więcej bólu. Obie sylwetki były dla niego nierozpoznawalne, jakby były tylko czymś, nie kimś. Cokolwiek do niego mówili, nie docierało. Jakby ktoś wyłączył mu zdolności poznawcze i rozumienia. Jęknął, po czym po prostu się poddał i przestał próbować się podnieść. Jedynym słowem, które wisiało w jego głowie, było:

<Tato…?>

Od Milczka do Orzechówki

Milczek strzelał uchem, odwracając głowę do tyłu podczas leżenia nieopodal Świteziankowego Jeziora i jej kociąt. Zamrugał kilkukrotnie, dziwna melodia dostawała się bowiem do jego zaokrąglonych uszu. Najstarsza karmicielką patrzyła na swoje młode jak zwykle nieprzychylnie. Piosenka nucona przez jej córkę brzmiał uspokajająco, kotka jednak wydawała się jak zwykle spięta. Nawet czterokiężycowy kociak, taki jak kremus widział przygnębienie w oczach kotki, ilekroć spoglądała na Orzechówkę i Drzemlika. Arlekin nie doceniał jakoś szczególnie melodii kotki, gdyż chwilę po tym, jak zbudziła go ona ze snu, podszedł do czarnej kotki i tknął ją palcem.
— Tak? — zamiauczała melodyjnie, odwracając swój pyszczek do tyłu. — Ach — mruknęła tylko cicho speszona.
Kremowy słyszał co nieco o młodszej. Nie należała do szczególnie rozmownych, za to często nuciła pod nosem i bawiła się kwiatami. Wyglądała jakby nie przepadała za swoją matką, choć mogła być to wina samej Świtezianki. Arlekin szybko, więc stwierdził, że kotka nie będzie najlepszym dla niego towarzystwem. Wolał tych odrobinę bardziej rozbrykanych. Zjeżył futro i zatrząsł się nerwowo. Bez dłuższego zastanowienia zjeżył futerko i obnażył czyste ząbki. Zamachał ogonem, spotykając się z zszokowanym spojrzeniem Orzechówki. Milczkowi natomiast towarzyszył ogromny wyszczerz. Miał ochotę zaburzyć spokój kotki, zobaczyć jej nieco bardziej porywczą stronę. Zastanawiał się, tylko czy to możliwe. Chciał tylko się pobawić! Kotka była młodsza, więc mógł na spokojnie przecież dać jej fory!

<Orzechówko?>

Od Milczka do Lipieńka

Kremowy kocurek nie mógł zadawać się z każdym w żłobku. Tak przynajmniej powiedział mu Złocisty Widlik. Senna Łza zdawała się mieć gdzieś jego egzystencję, Fląderka tylko czasem patrzyła na niego jakimś marnym wzrokiem, a Świteziankowe Jezioro…była taka jak zawsze, przygnębiona. Nie pozwalano mu zbyt długi kontakt z rodzeństwem, nie wspominając już Komarze, który był najbardziej trefnym kocięciem żłobkowego odrzutka. Chyba obawiali się, że arlekin także zmieni się w błotnego stwora. Milczek, nawet jeśli nie rozumiał całej tej nienawiści, postanowił słuchać dorosłych i zadawać się tylko z tymi bardziej chcianymi rówieśnikami. Nie, żeby on jako nie-czekot, ale niemową był jakoś bardziej szanowany. Nie wiedzieć dlaczego w tym dziwnym miejscu panowały dziwne zasady. Raz, gdy wpadł na jednego kocura, został paskudnie zbesztany. Coś o tym, że nie powinien dotykać księcia. O cokolwiek chodziło, kremowy zbyt długo raczej nie słuchał. Także nie mógł zadawać się z błotniakami i jakimiś śmiesznymi księciami. Poczuł, jak ktoś staje zaraz za nim i odwrócił się. Stał przed nim Lipieńek, z miną jakby chciał coś poszponcić. Milczek przechylił głowę zaintrygowany towarzyszem. Gdy zaczął iść w stronę wyjścia ze żłobka, w ostatniej chwili ugryzł go w ogon, aby zaprzestał swoich działań.
— Ała! Co ty robisz?! — zawył, odwracając się do starszego kocura.
Niebieskooki obnażył zęby, a buras odwdzięczył się tym samym. Ten drugi odpuścił sobie jednak walkę, ponownie próbując za wszelką cenę wydostać się na zewnątrz.

<Lipieńku?>

Od Milczka do Łabędziego Tanu

Jakiś czas temu

Milczek siedział na uboczu, bawiąc się leżącym na ziemi listkiem. Żłobek był przepełniony…ale strasznie nudny. Dziś chaos był nawet większy, gdyż Pszczeli Rój wydała na świat kolejne potomstwo. Wydała, wydał, dla kremowego było to raczej wszystko jedno. To i tak śmieszny wymysł dziwnego wojownika. Znaczy teraz karmicielki. Korzystając z chwili nieuwagi innych, wychylił pyszczek ze żłobka. Arlekin domyślił się, że w tej chwili musiało być jakieś zebranie, tylko jakie? Spojrzał na Mandarynkową Gwiazdę, mrużąc oczka. Z tego co widział, właśnie odbywało się czyjeś mianowanie. Wbił pazurki w ziemię podekscytowany. W końcu będzie miał okazję zobaczyć takowe wydarzenie przed własnym! Cały klan skandował imię kotki, ale Milczek wydawał się niezbyt podekscytowany. Ceremonia wydawała się młodemu…nudna. Uśmiechnął się, machając ogonkiem na boki.
“Zaczepię później tą śmieszną… Łabędzi Tan!” pomyślał i schował się do żłobka.

Następnego dnia

Milczek powoli wypełzł ze żłobka, kierując się w stronę wyjścia z obozu. Chciał wyjść i trochę pozwiedzać, ale gdy tylko poszedł kilka kroków dalej, niefortunnie na kogoś wpadł. Spojrzał w górę i uśmiechnął się, widząc przed swoimi oczyma nikogo innego jak Łabędzi Tam. Kotka najpierw zgromiła go wzrokiem, ale po chwili odsunęła się, myjąc łapę oraz przybierając nieco łagodniejszy wyraz pyska.
— Milczku gdzie cię łapy niosą? — zapytała, unosząc brwi.
Kocur spojrzał na nią, mrużąc oczy.
“Tak jakbym mógł gadać!” pomyślał oburzony.
Wskazał łapą na kotkę, następnie narysował na ziemi mniejszą i większą kulkę, między nimi strzałkę.
— Whjwjik. Hiajk?— wycharczał w końcu, mając szczerą nadzieję na to, że kotka mimo wszystko go zrozumie.

<Łabędzi Tanie?>

Od Milczka do Złocistego Widlika

Jakiś czas temu

Milczek odtuptał od Sennej Łzy i jej kociąt. I h towarzystwo wydawało się kocurkowi niezwykle nudne. Najchętniej pobawiłby się ze swoim rodzeństwem i kociętami Fląderki, jednak gdy tylko jego łapa stawała w ich pobliżu, spoglądał na niego ten dziwny kocur. Siedział tu przez cały czas tak jak karmicielki, ale on nie miał kociąt. Nawet nie mógł ich mieć. Ktoś tłumaczył mu, że zielonooki opiekuje się nimi jako piastun, ale arlekin nie miał zielonego pojęcia, co znaczyło te słowo. Opiekował się jednak nimi, gdy brakowało którejś ze starszych kotek, więc nie mógł być kimś złym. Ostatecznie więc podszedł po cichu do kocura i rzucił się prosto na jego puszysty ogon opleciony wodorostami. Piastun odwrócił głowę, patrząc, jak Milczek walczył z jego ogonem. Zaśmiał się cicho i machnął ogonem, wydostając się w samą porę, aby uniknąć igiełkowatych ząbków malucha. Mały arlekin zamrugał i podniósł głowę, patrząc prosto w oczy Widlika. Nawet zdołał sobie przypomnieć jego imię.
— Masz dużo energii co? — miauknął ciepło zielonooki, widząc, jak maluch ponownie rzucił się na jego ogon.
W końcu część futerka została brutalnie ośliniona, a miejscami nawet…odrobinę go brakowało. Dwukolorowa kulka wyglądała na niesamowicie dumną z siebie, natomiast starszy kocur był…spokojny. Srebrny zmrużył oczy w dezaprobacie i skoczył prosto na szyję kremowego, usiłując go ugryźć. Gdy się odsunął, fuknął cicho.
— Whdilik! — wycharczał młody, przypominając sobie jego imię.
— Jestem Złocisty Widlik, zgadza się Milczku — uśmiechnął się ciepło, liżąc kocię po główce, w celu ujarzmienia odstającego futerka.
Milczek fuknął oburzony. Kremowy kocur miał w swoich oczach coś, co młodziak zaczął powoli rozpoznawać. Smutek i współczucie.
“Przez to, że moja rodzina jest czekoladowa? Przecież ja nie jestem…” myślał często Milczek.
Spojrzał ponownie na starszego i uśmiechnął się szeroko. Poruszył lekko ogonem i usiadł przed nim.
— Bhejke — miauknął, mając nadzieję, że piastun go zrozumie.

<Złocisty Widliku?>

Od Milczka do Centurii

Jakiś czas temu

Kremowy kocurek przyglądał się towarzyszom ze żłobka raczej z boku. Machał przy tym Budzony ogonkiem, widocznie zastanawiając się, komu mógłby się dziś uprzykrzyć. Ziewnął cicho, przeciągając się przy tym. Wbił pazury w ziemię i postukał łapkami o ziemię, nucąc niezbyt głośno. Jego wzrok zawiesił się w końcu na kociętach Fląderki. Złocisty Widlik widocznie wolał, aby się z nimi nie zadawał (co można było powiedzieć nawet po jego wzroku, gdy tylko łapa arlekina postanęła zbyt blisko czekoladowych bestii), chociaż ten skutecznie się tym nie przejmował. Dlatego, teraz gdy piastuna nie było w pobliżu, zaczął chodzić po żłobku w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Spojrzał znowu na bąble czekotki i zachichotał złowieszczo. Poznał już Wełniankę i Lipieńka, Pyza i Milczek to podobno jego rodzeństwo, więc Centuria musiała być dymną kotką, śpiącą w ich pobliżu.
“Jakie nieoryginalne, ja mogę być jedyną niemową w tym klanie…” pomyślał dzikusek, poruszając ogonkiem na boki.
Wyściubił nos na zewnątrz i zaczął chodzić po obozie w poszukiwaniu…robaków. Znalazł jakąś gąsienicę, żuka, ale też, gdy zaczął trochę kopać dwie dżdżownice. Chwilę mu to zajęło, jednak gdy wrócił do żłobka, wszyscy nadal spali. Wrócił za to Widlik, który widocznie rozglądał się za kremowym, bo gdy tylko wrócił do kociarni, ten obrzucił go zmartwionym spojrzeniem. Zawinął robaki w jakiś liść (w końcu nie mógł trzymać ich w pysku), a kiedy Złocisty tylko się odwrócił, położył liść zaraz obok Centurii. Wierzył w to, że małe istotki trafią tylko do burej kotki, a nawet gdyby trafił do reszty…to przecież większość tej rodzinki to czekoty. Może byłoby mu trochę szkoda, gdyby robaczyska zaatakowały akurat Wełniankę, ale czego nie robi się dla zamętu. Milczek usiadł więc w boku i czekał na chaos…

<Centurio?>

Od Milczka CD. Żabiego Oka

Jakiś czas temu

Milczek spał właśnie wtulony w futerko Sennej Łzy, gdy poczuł smaczny zapach. Obudził się, a zaraz przed jego oczami zaczaiła się ryba! I to nie byle jaka, bo karp. Kremowemu zaczęła cieknący ślinka z pyszczka, ale otrząsnął się zaraz.
“Jedzonko dla Sennej Łzy i jej kociąt. Nie dla mnie!” pomyślał.
Prócz samej Łzy żadne z wesołej rodzinki nie było akurat na łapach. Arlekin rozglądał się powoli po żłobku, aż jego niebieskie oczka trafiły na inne, śmieszne i pomarańczowe. Zamrugał, patrząc na wojowniczkę zainteresowany. Wyczołgał się z objęć karmicielki i otrzepał futerko, cicho kichając. Uśmiechnął się głupio i podszedł do kotki, obwąchując jej futerko. Kotka zaczęła mówić, a wtedy Bzyczek spojrzał na brata wszystko mówiącym wzrokiem. Ustał na jednej łapie kotki, z kolei jego czekoladowy braciszek ustał na tej drugiej.
— Bhjka! — miauknął niewyraźnie Milczek.
— Mech! — miauknął Bzyczek, co spotkało się z niezadowolonym spojrzeniem srebrnego.
Mały kocurek zamachnął się ogonem rozeźlony. Ona kocurki już zaczęły Jeżyc swoje futerka, jednak sama bitwa najwyraźniej nie była młodym dana.
— Spokojnie maluchy — miauknęła kotka przed nimi. — Jestem Żabie Oko. Może najpierw posłuchacie bajki, a później pobawimy się kulką mchu? — zaproponowała.
Milczkowi zaświeciły się z radości oczka. Bzyczek też wyglądał na zadowolonego, chociaż może nie aż tak jak jego zezowaty braciszek. Inne maluchy również zdawały się nie mieć nic przeciwko.

<Żabie Oko?>

Od Roztargnionego Koperku CD. Iskrzącej Nadziei

Jakoś po starej ucieczce zdrajców

Roztargniony Koperek leżało w legowisku medyka z boku. Cisowego Tchnienia nie było, a miało dziwne wrażenie, że jak teraz wyjdzie, zostanie uznane za kolejnego zdrajcę. W końcu liliowy trzymał się Kosaćcową Grzywą i mimo wszystko było asystentem medyka, tak jak Jarzębinowy Żar. Zapewne było pierwszym kotem, który był na celowniku przywódcy. Starało się więc ograniczyć nocne, a nawet poranne spacery, gdy cały klan jeszcze spał. Obóz spowijał mrok, jednak nie pomagał on Koprowi w zaśnięciu. Wręcz przeciwnie, nie wiedziało, co może w tym mroku ujrzeć. Zamrugało kilkukrotnie, widząc zbliżający się obiekt. Zastanawiało się, czy ma zwidy, ale kot, który podchodził do jeno, nie wyglądał na Cisowe Tchnienie. Zadrżało lekko, ale już po chwili poczuło znajomy zapach… Iskrzącej Nadziei? Kotka wyglądała, jakby lada chwila mogła zemdleć.
— Ro-oz… ztar-rgnio-iony Ko… pe-rku… Po… Pom-móż… — wydusiła, nie mogąc nabrać powietrza.
Z jej pyszczka uchodziły płytkie, ciężkie oddechy, a wdechy były łapczywe i kurczowe. Koper nie było asystentem medyka od wczoraj, więc szybko rozpoznało w zachowaniu kotki atak paniki.
“Co mogło się stać o tak późnej porze?” pomyślało, szperając w ziołach z minimalną paniką w oczach.
Powinno dać kotce coś na uspokojenie, ale sam mak zdawał się nie wystarczać. Zmrużyło oczy, wysilając umysł, aby przypomnieć sobie, co jeszcze prócz maku mogłoby podać kotce. Nagle przypomniało sobie o macierzance i jej działaniu uspokajającym. Oprócz podawania jej przy chorobach psychicznych można było również podać ją kotu o niespokojnym zachowaniu. Podeszło do kotki i podsunęło jej ziarno maku i trochę macierzanki. Zaczęło się zastanawiać czy nie powinno samo podać jej ziół, jednak w tym samym momencie kotka połknęła podane jej lekarstwo. Koper odetchnęło uspokojone. Położyło ogon na grzbiecie kotki, starając się pokazać, że jest przy niej. Przełknęło nerwowo ślinę. Iskrząca Nadzieja… Nie tylko ono w klanie straciło kogoś bliskiego. Miodowa Kora był w końcu partnerem kotki. I ona była tak samo blisko bycia wyrzuconą z klanu… Uśmiechnęło się łagodnie i przymknęło oczy. Chyba mogło już poznać powód tego ataku. Przysunęło się do kotki i zamruczało cicho.
— No już… Nie jesteś sama Iskrząca Nadzieja. Jestem tu. I nigdzie się nie wybieram — miauknęło uspokajającym tonem głosu.

W dniu zaginięcia Cykoriowego Cykora i Wilgowej Goryczy

Roztargniony Koperek zostało zbudzone przez czyjeś krzyki. Wyszło z legowiska medyka, powoli przyzwyczajając się do światła. Miało mieć krótką drzemkę, jednak najwyraźniej nici z tego planu. Usłyszało w końcu czyjeś słowa wołające Zalotną Gwiazdę. Chwilę po tym padły dwa imiona. Wilgowa Gorycz oraz…czy na pewno słyszało dobrze? Usłyszenie imienia jeno córki musiało być jakimś błędem w jeno rozumie. Przełknęło ślinę, a jeno futro przeszły dreszcze.
“Cykoria uciekła?” zapytało samo siebie i przymknęło oczy.
Odwróciło się i weszło z powrotem do legowiska medyka chwiejnym krokiem. Położyło się z boku i zakryło pyszczek łapami.
“Czemu zawsze, gdy zaczyna dziać się dobrze, wszystko musi się psuć?” pomyślało, szukając wzrokiem Chudego Grzbietu.
Miało nadzieję, że chociaż Chudzielec i druga córeczka Aksamitkowy Nos nie opuszczą jeno i Klanu Wilka.

***

Leżało tak jakiś czas, aż zobaczyło przed sobą znajome czekoladowe futro.
— Dzień dobry Iskrząca Nadziejo. Co cię tu sprowadza? — zapytało cicho z łagodnym, lecz wymuszonym uśmiechem.
— Mam coś w łapie. Musiałam ustać na jakiś cierń — miauknęła kotka, a Koper odwróciło się, szukając potrzebnych ziół.
Z jeno oczu wydobyło się kilka łez, ale mimo zamglonych patrzałek nadal szukał trybuli, a także odrobinę pajęczyny. Westchnęło cicho, a jeno ciało przeszły dreszcze.
— Koperku… Wszystko dobrze? — zapytała w końcu troskliwie Iskierka.
— Ah… Tak, nic mi nie jest — odmruknęło smętnie, odwracając się z powrotem do kotki. Wyjęło kolec z łapy czekoladowej i nałożyło na ranę okład, przytrzymując wszystko pajęczyną.
— Dziękuję — miauknęła ciepło kotka, a Koper odetchnęło cicho.
Usiadło obok, ale kotka zdawała się nigdzie nie wybierać.
— Coś jeszcze? — zapytało niespokojne, a Iskierka uśmiechnęła się ciepło.
— Martwisz się o Cykoriowy Cykor, prawda? — zapytała w końcu, lecz po tym zapytaniu nastała cisza.
Siedzące obok Koper przymknęło oczy, choć nie pozwoliło to jeno uspokoić się. Z jeno oczu znowu wydobyło się kilka łez. Z czasem zaczęło być ich nawet więcej.
— I-Iskierko… — mruknęło cicho, próbując otrzeć łzy łapami. — Czemu mnie to spotyka? Jestem złym przyjacielem? Rodzicem? — zapytało, łkając nerwowo.


<Iskrząca Nadziejo?>

Od Migoczącej Łapy DO Firmamentowej Łapy

Wzrok miał wlepiony w bezwładne ciało Jastrzębiego Zewu, leżące na środku obozu. Mimo tego, że kotka w większości ich wychowała, Migot nie czuł nic. Nigdy nie miał z nią większych więzi. Nie chciał ich mieć, według niego wieczna karmicielka była przy nich tylko po to, by ich pilnować, zwłaszcza po zniknięciu Truskawkowego Pola. Ale cokolwiek więcej? Nigdy. Dlatego nie rozumiał, dlaczego Firmament tak przeżywał jej śmierć. Słyszał, że podobno kocur znalazł ciało, więc nic dziwnego, że był tym poruszony. Ale że aż tak? Westchnął cicho. Może Firmament miał jakieś głębsze więzi z Jastrzębim Zewem? Jakakolwiek była prawda, Migocząca Łapa nie robił sobie z niej większej sprawy. Zwyczajnie go to nie obchodziło.
Gdy dochodziło do czuwania, koty zaczynały zbliżać się do ciała karmicielki. Niebieski obserwował wszystko z daleka, nie mając zamiaru podejść bliżej. Widział, jak jego brat kulił się przy ciele, ewidentnie mając zamiar zostać tam całą noc. Po dłuższej chwili takiego przyglądania się Migot wrócił do legowiska, zamierzając przespać całą noc, w przeciwieństwie do czuwających kotów.
 
***
 
Jajeczna Łapa została mianowana! Migocząca Łapa nie mógł w to uwierzyć. Lecz nie mógł też sprzeciwić się rzeczywistości, w której Jajeczna Łapa została Jajeczną Skorupą. Przynajmniej zrobiło się więcej miejsca w legowisku, ale zazdrość zżerała go nieco od środka. On też powinien być mianowany! Nie chciał skończyć jak Jajko i zostać wojownikiem chyba najpóźniej jak się da. Jednak ewidentnie dało się później, ponieważ Kurza Łapa dalej grzała się z uczniami, pomimo zdecydowanie lepszego charakteru od strachliwej siostry. Gdyby Migot mógł obstawiać, powiedziałby, że to właśnie Kura zostanie mianowana wcześniej. Wydawała się bardziej ogarnięta od siostry. Los jednak potrafił zaskakiwać!
– Co, koleżanka dalej tutaj? – zapytał z przekąsem Kurzą Łapę, która minęła go w wejściu do legowiska uczniów.
– Mów za siebie mysi móżdżku. Wyjdę stąd szybciej, niż zdążysz zauważyć, zwłaszcza jak tak patrzysz na czubek własnego nosa – odparła ostro starsza uczennica, a następnie wyminęła Migoczącą Łapę. Ten tylko prychnął rozbawiony. Szczerze nie wierzył w słowa kotki. Kto w ogóle miałby wierzyć? Stawiając ich dwójkę obok siebie, było jasne, że to on był lepszy. Chyba tylko ślepy wybrałby inaczej.
"No nic" – pomyślał i ruszył w stronę stosu ze zwierzyną. Musiał w końcu coś zjeść. Gdy dotarł na miejsce, zaczął wybierać sobie odpowiedni kąsek i wtedy kątem oka zauważył Firmamentową Łapę. Kocur dopiero co wrócił do obozu, co oznaczało, że pewnie był głodny. Nie myśląc za wiele Migot chwycił dwie porcje i pobiegł w stronę brata. Choć głupio było mu to przyznać, brakowało mu częstszego kontaktu z Firmamentem. Życie uczniowskie było bardziej wymagające, dlatego nie zawsze mogli spędzić razem czas.
– Hej Fimamment! – powiedział nieco niewyraźnie i odłożył oba posiłki na ziemię. – Jeden dla ciebie. A tak w ogóle jak się trzymasz? Chyba dalej nieco przybity przez śmierć Jastrzębiego Zewu?

<Firmament? Migot ewidentnie jest miły tylko dla ciebie>
[451 słów]