BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

17 września 2026

Od Bryzki

Pora Opadających Liści przyniosła ze sobą wiele, wiele przepięknych krajobrazów, których Bryzka nie potrafiła zapomnieć. To, jak układały się chmury każdego dnia na niebie, podmuchy wiatru, które targały jej futerkiem niezwykle przyjemnie, diametralnie poprawiało jej humor. Była zafascynowana wszystkimi zjawiskami dookoła, nie mogła się każdym z nich wystarczająco i jednakowo nacieszyć. Zupełnie tak, jakby przebywała na wrzosowiskach, czesanych każdego dnia przez różnej prędkości wiatr, napierający na wąsy kotów zamieszkujących tamte tereny. Z westchnieniem i łapką pod brodą wpatrywała się w niebo, jak to miała w zwyczaju. Skowronek słuchał nauczań Nocnego Śpiewaka, a młódka odpłynęła myślami, podziwiając leniwie sunącą po błękitnym nieboskłonie chmurę. Była na tyle ogromna, by przyciągnąć jej uwagę i to na niezwykle długo – nawet tata, w tej chwili, nie był od niej ważniejszy! Musiała się nią nacieszyć, póki wisiała, miała wrażenie, idealnie nad obozem Klanu Wilka. Jakimi szczęśliwcami byli! Mogła oczywiście ponarzekać, niestety, na wysoko pnące się drzewa iglaste, które dosyć sprawnie zasłaniały jej tak zapierający dech w piersi widok. Czasami zazdrościła kotom z Klanu Burzy, mimo że kochała swój dom. Zazdrościła królikojadom tego, że musieli z pewnością mieć dużo lepszy widok na niebo. Ona musiała dreptać i kombinować, jak się ustawić, żeby jej drzewa nie zabierały promieni słonecznych. Były na tyle wysokie, że udawało im się to praktycznie zawsze, a ona biedna, musiała polegać jedynie na skrawkach, które do niej docierały. Pokręciła główką i podeszła do Skowronka. Kocurek siedział wpatrzony w ojca, nawet nie odwrócił od niego wzroku, gdy usadowiła się wygodnie obok niego i niemal nie wpadła na dymnego, wzdychając głośno. Może innym razem poogląda lepiej śnieżnobiałe giganty. Ciekawe, jak smakowały chmury? Czy były słodkie? Czy w smaku lepsze od zwierzyny, której spróbowała po raz pierwszy już jakiś czas temu? Może tatuś by wiedział... jak tylko skończy monolog, będzie musiała się go koniecznie zapytać!

Od Drzemlika (Drzemlikowej Łapy) CD. Wełnianki (Wełniankowej Łapy)

Przeszłość

Drzemlik pokiwał ochoczo główką, usłyszawszy słowa vanki. Gdyby miał nieskończone ilości energii oraz czasu, najprawdopodobniej spędziłby jeszcze wiele księżyców, powtarzając właśnie ten dzień. Nie sądził, że zabawa z innymi kociętami mogła być taka świetna. Oczywiście, z Orzeszką również doskonale się bawił! Kochał swoją siostrzyczkę nad życie, jednak dobrze było zakolegować się również z resztą mieszkańców żłobka.
— Przez chwilę myślałem, że prawdziwy borsuk mnie goni, świetnie ci to wyszło! — mówił, poruszając delikatnie ogonem na boki. — Może pobawimy się tak jeszcze raz jutro? I bardzo chciałbym się z tobą zakolegować! Jeszcze z nikim się tak dobrze nie bawiłem — wymruczał, układając się wygodnie. Oczka zaczęły mu się powoli kleić, ale nie chciał przecież pokazywać koleżance, że się zmęczył i potrzebował spać! Potarł łapką jedno z oczu, a potem zaczął nieudolnie czyścić sobie wąsy z paprochów.

***

Teraźniejszość

— Niech wszystkie koty, które umieją polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się na zebranie klanu! — zawołała Mandarynkowa Gwiazda, owijając swoje łapy gęstym, srebrnym ogonem. Drzemlik wygramolił się ze żłobka u boku Orzechówki, swojej kochanej siostrzyczki, a za nimi mamusia, Świtezianka. Kotlina po paru uderzeniach serca wypełniła się kotami, ustawiającymi się starannie na swoje miejsca w celu wysłuchania, co miała do powiedzenia ich liderka. Wszystkie spojrzenia padły na mównicę, a niebieski kocurek czuł, jak serce zaczyna mu bić szybciej. Czy dzisiaj był ten pamiętny dzień, kiedy zostanie mianowany uczniem wraz z Orzeszką? Na samą myśl w jego oczach zatańczyły iskierki podekscytowania. Trzciny szeleściły na chłodnym wietrze Pory Opadających Liści, jednocześnie doskonale blokując niezwykle bladziutkie promienie słońca z góry. Drzemlik czuł szorstki język matki przejeżdżający mu po policzku. Przysunął się do niej bliżej, mrucząc cichutko. Bardzo lubił, gdy mama pomagała mu w pielęgnacji futra. On miał tendencję do wylizywania swojego włosia w złym kierunku, przez co zawsze sterczało, ilekroć próbował nauczyć się sztuki dbania o siebie. Miał jednak o tyle łatwiej, ponieważ porastały go krótkie kłosy, w porównaniu do jego siostrzyczki, która długością futra, a nawet kolorem, wdała się raczej w mamusię.
— Drzemliku, wystąp.
Kocurek poczuł, jak serce podskakuje mu wręcz do gardła. Nie był pewien, czy to ze strachu, czy podekscytowania, jednak prędko pocieszył się myślą, że był tutaj przecież bezpieczny. Dlatego też nie odczytał tego w negatywny sposób i ruszył przed szereg kotów nieco nieśmiało, ale na tyle pewnie, na ile był fizycznie w stanie. Nawet uniósł ogon do góry z zadowolenia. Podniósł głowę do góry i spojrzał na Mandarynkową Gwiazdę. Siwe włoski porastały jej pyszczek, nadgryziony już przez ząb czasu. Mimo to nadal była bardzo piękna.
— Drzemliku, jesteś z nami już od sześciu księżyców. Dziś zaczniesz swój trening. Od dzisiaj aż do czasu, gdy zdasz test, będziesz nazywać się Drzemlikowa Łapa. Twoim mentorem zostanie Szepcząca Hipnoza, a ty nie będziesz szkolić się na wojownika. Zostaniesz ogrodnikiem — powiedziała pewnie, wzrokiem szukając wspomnianej kotki w tłumie. Wśród kotów wzniosły się ciche pomruki zaskoczenia, chociaż większość z nich pozostała w milczeniu. Skinęła jej głową, a niebieska pointka wyszła przed szereg, wywołana. Nieśmiało zgarbiła się, stając przed niebieskim kocurkiem. Była od niego wyższa, chociaż niewiele. Ilość przeróżnych ozdóbek w jej kłosach wprawiały go w zachwyt. Wlepił duże oczka w nowo poznaną, posyłając jej pocieszający uśmiech. Ciekawe, czy stresowała się bardziej niż on? Niech nic się nie martwi, on już zadba, żeby się więcej uśmiechała! Tak, jak dbał o mamusię.
Tak, jak nakazywała tradycja, zetknęli się nosami. Drzemlikowa Łapa spojrzał na wszystkich zebranych, a jego cieniutki ogon podrygiwał z rozemocjonowania. Nigdy wcześniej nie miał na sobie tylu oczu i poczuł się tym odrobinę przytłoczony, jednak nie na tyle mocno, żeby z tego powodu na cokolwiek narzekać. W rzeczywistości był niezwykle wdzięczny, iż otrzymał taką szansę! Bo nie każdy mógł dostąpić takiego zaszczytu.
— Drzemlikowa Łapa! Drzemlikowa Łapa! — odbijało się jeszcze, ginąc w gęsto porośniętych dookoła obozu trzcinach, pnących się niemal do samego nieba.

***

Kocurek spojrzał na swoje odbicie w wodzie. Obraz niebieskiego, pręgowanego pyszczka rozmył się po wzburzonej tafli, obijającej się o piaszczysty brzeg. Chłodna ciecz dotknęła jego poduszeczek łap, na co kocurek zapiszczał cicho, chociaż nie z przerażenia, a raczej zdziwienia, że woda mogła być taka zimna. Gdy był jeszcze w kociarni, Złocisty Widlik uczył go pływać w malutkim zbiorniku, różnica była jednak taka, że tamto miejsce miało wyżej dno i było je widać z góry, a ponadto woda go raczej grzała, niżeli oziębiała. Dlatego też musiał przyzwyczaić się do takiej zmiany. Spojrzał na Szepczącą Hipnozę, nieśmiało i dość niezręcznie wpatrującą się w niego. Czy powinien powiedzieć coś jako pierwszy?
— W żłobku uczyłem się już nieco pływać — zaczął, poruszając lekko uchem. — Umiałem nawet nurkować! Dlatego myślę, że nie sprawi mi kłopotu dzisiejsza lekcja — próbował ją zapewnić, chociaż sam nie był pewien; zapewniał siebie, czy może pointkę?
Kocica pokiwała lekko głową.
— W-wiem. Każde kocię uczyło się pływać pod okiem piastuna. Woda tutaj jednak różni się diametralnie, jak już zdążyłeś z pewnością poczuć. Jest d-d…użo chłodniejsza, szczególnie teraz, Porą Opadających Liści. Nie uniesie cię tak łatwo, jak zbiornik w k-kociarni, tutaj musisz myśleć nad każdym swoim ruchem. Nie wątpię jednak w twoje umiejętności — wymruczała, robiąc co jakiś czas przerwy w wypowiedzi. Drzemlikowa Łapa kiwał głową, dając jej tym samym znać, że słuchał.
— Spróbuj się zanurzyć. Będę cię p-pilnować — poleciła mu, a on wrócił jasnymi ślepkami do wody przed sobą. Nie miał co się nastawiać od razu na najgorsze! W końcu wojowniczka z pewnością by go uratowała, w razie kryzysu. Dlatego też zanurzył jedną łapkę, a mroźny dreszcz poniósł mu się wzdłuż kręgosłupa, podnosząc futerko gdzieniegdzie. Wzdrygnął się, ale nie zamierzał poddawać. Druga łapa skończyła w wodzie, a on miał wrażenie, że czuł, jak krew, przynajmniej częściowo, odchodzi mu z kończyn. Nie było to przyjemne, dlatego też kłosy wzdłuż kręgosłupa stanęły mu dęba.
— Aah! Strasznie zimna ta woda — powiedział, otrzepując się z niewidzialnej cieczy. W końcu nie zanurzył się jeszcze na tyle głęboko, żeby tak robić, jednak poczuł taką potrzebę. Szepcząca Hipnoza zachęciła go do tego, żeby wszedł cały. Dlatego też kontynuował. Zanurzył brzuch, a potem granat pochłonął również jego boki. Wreszcie, znalazł się w sytuacji, w której wystawał tylko łeb. Zaczął wykonywać zamaszyste ruchy, czując, że się zapada. Szepcząca Hipnoza przybliżyła się do niego, pozwalając mu oprzeć się o własny bok.
— Musisz spokojniej odpychać wodę. Jeśli będziesz panikował, to będziesz się topił — powiedziała, strzygąc lekko wąsami. Drzemlikowa Łapa pokiwał łebkiem, trzęsąc się z zimna. Było to trudniejsze, niż przypuszczał. Zrobiło mu się aż głupio, że tak się wychwalał, zanim w ogóle wszedł cały do wody. Nie było jednak miejsca na wycofanie się, chciał coś osiągnąć! Dlatego też odsunął się lekko od mentorki łapkami i z ogonem nad taflą, zaczął młócić łapkami wodę, tym razem dużo spokojniej niż chwilę temu. Nie dotykały dna. Jego ruchy stały się bardziej przemyślane, a on sam wyglądał niczym mała wydra w wodzie. Od zawsze lubił pływać i nierzadko prosił Złocistego Widlika o dodatkowe sesje, żeby tylko móc poczuć wodę otulającą go niczym ciepłe łapy matki. Musiał obrać w tym środowisku inną taktykę i postępując zgodnie z poleceniem, udało mu się unieść nad wodą, jednocześnie nie marnując przy tym zbyt wiele potrzebnej energii. Chwilę jeszcze pomłócił łapami, gdy Szepcząca Hipnoza wynurzyła się z wody i przysiadła na brzegu, a kropelki skapywały jej z długich kłosów. Kiwnęła wreszcie głową.
— D-dobrze. Na dzisiaj tyle wystarczy. Wyjdź z wody i wrócimy do obozu. Jutro pokażę ci parę roślin, których będziesz musiał się n-nauczyć — miauknęła, jąkając się. Zwęglonemu to nie przeszkadzało. Tak naprawdę wynalazł sobie w wodzie zabawę, w której oprócz młócenia, próbował jednocześnie złapać wszelkie brudy, które przyniósł prąd. Najczęstszym z nich były skorupki po najprawdopodobniej owadach, a także martwe osy. Nigdy nie został przez żadną użądlony, a sam widok wywołał u niego lekki uśmiech. Z Lipieńkiem znaleźli kiedyś podobne! A potem poznali swojego ślimaka pupila.
Kocurek wynurzył się z wody, otrzepując i dbając przy tym jednocześnie o to, żeby nie ochlapać swojej mentorki. Miał świadomość, jak kluczowym była umiejętność pływania, szczególnie na terenach Klanu Nocy. W końcu tu wszędzie były wysepki otoczone wodą, dlatego kot, który nie potrafił pływać, musiał mieć niezwykle ciężko wśród Nocniaków, o ile taki istniał… Szarofutry był wdzięczny, że tak bardzo lubił od zawsze wodę i ogólnie pływanie. To mu bardzo ułatwiało sprawę. Zrównał kroku z pointką i posłusznie trzymał się jej, aż do powrotu.
Znalazłszy się w sercu Klanu Nocy, pożegnał się z Szepczącą Hipnozą, machając jej jeszcze ogonkiem na pożegnanie. Dzisiejszy trening był niezwykle przyjemny! Bardzo polubił kotkę, którą przydzieliła mu Mandarynkowa Gwiazda jako mentorkę. Nie mógł doczekać się jutra! Był niezwykle ciekawy, jakie rośliny mu pokaże. Czy będzie to bardzo różniło się od treningu, jaki musieli przejść medycy? Niebo przestrzelone było szarymi chmurami, zwiastującymi nadchodzący wielkimi krokami deszcz. Trzciny kołysane były przez silniejszy wiatr, który wprawiał je w przyjemny dla uszu szum. Drzemlikowa Łapa z przyzwyczajenia skierował się do żłobka, a wewnątrz dostrzegł Czosnkową Krewetkę, spodziewającą się kociąt i resztę obecnie zamieszkujących żłobek. Pokręcił głową z zawstydzeniem i wycofał się, ślepkami odszukując nory uczniów. Od dzisiaj to właśnie tam miał spać. Wetknął łeb do środka, upewniając się, czy to było dobre miejsce. Zauważywszy odpoczywającą Orzeszkę na jednym z posłań, westchnął z ulgą. Nie chciał budzić siostry, dlatego też, gdy dostrzegł nieopodal siedzącą Wełniankową Łapę, która akurat myła łapą policzki, podszedł do niej z uśmieszkiem.
— Wełniankowa Łapo! Ja też zostałem już uczniem. Dogoniłem cię, prawie! — uśmiechnął się do niej szeroko, a kocica podniosła ciemne spojrzenie znad własnej łapy. Ruchem ogona zachęciła go do tego, żeby usiadł obok.
— No, no! Gratulację, jednak… Jeszcze trochę ci brakuje, żebyś wzrostem mi dorównał! — powiedziała do niego, po czym niespodziewanie powaliła go na grunt, tak, jak kiedyś, jeszcze za czasów kocięcych. Delikatnie oszołomiony Drzemlikowa Łapa poczuł, jak zderza się z posadzką, chociaż wcale nie boleśnie. Vanka uśmiechnęła się szelmowsko, a zwęglony pozwolił jej tym razem wygrać.
— Aaaa! — krzyknął, udając śmiertelnie przerażonego zaistniałą sytuacją. Orzechówka podniosła głowę ze swojego posłania, zaalarmowana, aczkolwiek nie skomentowała tego, a żółtooki nie miał nawet pojęcia, że spogląda w jego stronę. Miał pomysł na ich kolejną zabawę, za którymi swoją drogą tęsknił, odkąd Wełnianka zamieszkała w legowisku uczniów. Miała ceremonię wcześniej, niż on, ale teraz mogli już na nowo sypiać nieopodal siebie. — Ratunku! Atakuje mnie straszny borsuk! — mówił, otwierając szeroko oczy. Po paru uderzeniach serca udało mu się wyślizgnąć spod jej uścisku sprytnie i stanął naprzeciw niej, prezentując się niczym najsilniejszy wojownik. Ogon miał uniesiony wysoko, a pierś wypiętą do przodu. — Nic się nie martw, uratuję cię! — powiedział sam do siebie, odgrywając rolę bohatera. Spojrzał raz jeszcze na Wełniankową Łapę, szykując się do swojego “ataku”.

<Wełnianko-borsuku? Czy podoba ci się zabawa, którą już znamy? Może wolisz pobawić się w coś nowego, albo w to samo?>
[1719 słów + pływanie, trening ogrodnika]

Od Odety

– Tato… – mówiła Odeta. – Tato, boję się – jej głos trząsł i podnosił się wraz z wypowiadaniem kolejnych słów. Końcowo przeinaczał się w pisk.
Postura zakopana w kupie różnorodnych koców i poduszek poruszyła się powoli. Na początku nie było widać wiele poza kształtem przesuwającym się pomiędzy materiałem, przez co mimowolnie pojawiło się drżenie. Przełknęła głośno ślinę, autentycznie lękając się tego, co mogło wyłonić się z odmętów leża Wyprostowanej. Dzień już dawno ustąpił miejsca ciemności, przez co wszystko wydawało się tylko coraz bardziej straszne – niczym wyjęte prosto z najgorszego koszmaru. Zakamarki mogły kryć rzeczy, o których pieszczoszka nie chciała wiedzieć… a długie cienie dodawały tej scenerii grozy, która tak głęboko dotykała koteczkę.
Dopiero, podczas gdy pyszczek wyłonił się i ukazał jej się w całej okazałości, zrozumiała, że naprawdę nie było czego się bać. Przed nią widniała mordka dzierżąca brzemię czasu, której ospały wyraz łagodziły jeszcze siwiejące przez wiek skronie. To były znajome rysy. Mimowolnie rozluźniła mięśnie ściśnięte nerwami i wgramolila się do łóżka, wybierając miejsce bezpośrednio przy boku kocura. Nie szczędziła czasu, zawijając się w kłębek oraz wciskając różowiutki nosek w dobrze znane futerko. Otoczenie momentalnie zamarło; cicho sza wszystko. Była tylko ona i on wraz z towarzyszącą im wonią domu. Niemniej, ta nuta zdawała się nie na miejscu. W pewien sposób inna, nieznajoma, niepoprawna, niepasująca…
Aromat zanikał. Niepokój przychodził i przyprawiał ją o zawroty głowy. Pozostały zaledwie słowa, przypominające jej o bezpieczeństwie. – Nic się nie martw, kochanie – pomruk był wyraźnie zaspany, jakoby rozmówca wahał się na granicy snu i jawy, bo zapewne właśnie tak było. Kociak nie mógł zobaczyć, jak mrugał on mozolnie swoimi ślepiami, zbyt zajęty chowaniem łebka pomiędzy jego sierścią. – Tata już tu jest, hm? – wymruczał dalej. Odelka nie wiedziała, kiedy pojawiły się łzy. Spłynęły bezwiednie, nieproszone i niechciane, a ona tylko cicho załkała.
– Wszystko jest nie tak. Zupełnie wszystko! – upierała się młoda przez płacz. Tłumacząc z jej dramatyzowania: coś nie pasowało w domowej atmosferze. Lucjan starał się coś powiedzieć, jednak przerwała mu głośnym pociągnięciem nosa. Poklepał ją po boku ogonem, odczekał chwilkę, następnie podjął próbę wypowiedzi raz jeszcze. Tym razem to szloch wdarł się w środek zdania. Zaledwie za trzecim razem, po minucie ciszy, udało mu się dojść do głosu bez jakichkolwiek przeszkód.
Opierał głowę na córce i odpowiadał: – Jeśli masz wokół kochających ciebie, dasz radę przeżyć ten trudniejszy okres. A ja kocham ciebie bardzo mocno. – W ciszy domu, jego słowa były jak krzyk, pomimo swojego na ogół niegłośnego rozdźwięku. Od Odelki wymagany był wysiłek, aby pojąć nagłą zmianę – czego? Zagmatwanym było wskazać. Może było to coś w przepływie powietrza albo w ciężkości jej serca… Niemniej, zostało zmienione i pociągnęło za sobą szereg zmian. Kotka uspokajała płacz, domostwo stało się, chociaż odrobinkę bardziej znośne aż w końcu ogarnął ją wszechobecny spokój. Po prostu zasnęła.
Sen trzymał ją w objęciach, kiedy to Lucjan trzymał się w bezruchu, tylko aby tylko nie obudzić dziecka. On mógł wiedzieć wiele więcej niż jego dziecina, ale niepokój tkwił w nim w inny sposób, nie jak w niej. Miał świadomość wagi nieobecności i pustego domu – nie chciał źle wróżyć, ale jego myśli już uciekały do najgorszego.

Od Fiołka (Fiołkowej Łapy) CD. Alki

Kiedy Fiołek była jeszcze kociakiem

Mała Alka rozejrzała się po żłobku, po czym uśmiechnęła się do szylkretki i pisnęła w odpowiedzi:
— Cześć. Ja mam na imię Alka.
Fiołek zaśmiała się, rozbawiona cichym i cienkim głosem młodszej koteczki. Zastanawiała się chwilę, czy też tak mówiła, jak była w jej wieku. Miała nadzieję, że sprawiała wrażenie bardziej wojowniczej, bo liliowa wyglądała, jakby strasznie się stresowała nie wiadomo czym, a kiedy tylko usłyszała śmiech starszej koleżanki, jej oczka od razu się zaokrągliły z przerażenia.
Po co te nerwy?”, pomyślała Fiołek, strzepując ogonem i ruszyła ku wyjściu ze żłobka.
— Chodź, pokażę ci obóz! — miauknęła, odwracając głowę w kierunku Alki.

***

Teraźniejszość

— Co czujesz? — spytała Czosnkowa Krewetka, na co Fiołkowa Łapa po raz kolejny tego wschodu słońca otworzyła pyszczek, aby posmakować powietrza. Skupiła się na swoim węchu i zamknęła oczy.
Starała się ignorować typowe zapachy plaży Porą Opadających Liści, takie jak ostra, intensywna sól, mokry piasek, rozkładające się wodorosty i wilgotne morskie powietrze.
— Nornicę — miauknęła po chwili i otworzyła oczy. — O tam. — Wskazała uszami kierunek i kiedy zobaczyła, że Czosnkowa Krewetka kiwa głową potwierdzająco, machnęła ogonem dumna z siebie.
Kotki wracały z porannego patrolu razem z Jasną Łapą i Śnieżną Mordką, a więc Fiołkowa Łapa szukała jak najwięcej okazji do pokazania, że lepiej jej szedł trening od siostry. Miała nadzieję, że Czosnkowa Krewetka pochwali ją przy Sennej Łzie. Chciała, żeby mama była dumna z jej sukcesów.
Po chwili wróciły do obozu i Fiołkowa Łapa zauważyła Alkę, wychodzącą od medyków. Uczennica miała teraz trochę wolnego czasu, a więc zdecydowała się podejść do młodszej przyjaciółki.
— Jak tam siostrzyczka? — miauknęła ostrożnie, stając obok koteczki i patrząc się na nią ze współczuciem. Na pewno musiała bardzo martwić się o Kokoszkę.

<Alka?>
[274 słowa]

Od Fiołka (Fiołkowej Łapy)

Dzień mianowania

Nie protestowała, kiedy Senna Łza starannie wylizywała jej kark, usuwając z futra gałązki i liście oraz wygładzając włosy. Podobało jej się to, że cała uwaga matki była w tej chwili skupiona tylko i wyłącznie na niej. Dlatego nie próbowała wyślizgiwać się z miejsca pomiędzy przednich łap karmicielki, jak to robiły niektóre kociaki w jej wieku, zamiast tego siedziała grzecznie, a na jej pyszczku malował się chytry uśmieszek, kiedy spoglądała z wyższością na młodsze towarzystwo ze żłobka. Ruda końcówka ogona uderzała w szybkim rytmie o mech i ptasie pióra wyścielające jej posłanie. Miała zostać uczennicą, kiedy poranne patrole wrócą do obozu, aby koty w nich uczestniczące też mogły obserwować ceremonię. Nie mogła się doczekać. Wiedziała, że jej życie bardzo się zmieni, kiedy zostanie łapą. Będzie mogła brać udział w patrolach i polowaniach, co da jej tym samym mnóstwo szans do popisania się przed wojownikami. Już sobie wyobrażała podziw i szacunek na ich pyskach, kiedy zobaczą jej zdolności. Zastanawiała się też, kto zostanie jej mentorką lub mentorem. Miała nadzieję, że będzie to ktoś szczególnie wybitny, może jakiś członek rodu?
— Niech wszystkie koty zdolne samodzielnie pływać, zbiorą się na zebranie klanu! — Słowa Mandarynkowej Gwiazdy dotarły do każdego, nawet najmniejszego zakamarka w obozie. Fiołek wyskoczyła ze żłobka podekscytowana, porzucając rozmyślania. Błyszczącymi oczami wpatrywała się w przywódczynię, później jej spojrzenie przeniosło się na koty wychodzące z legowisk. Jej ogon uniósł się wysoko, kiedy dotarło do niej, że uwaga niemal całego obozu będzie skupiona na Fiołce. No i może ewentualnie na jej rówieśnikach. Chyba trochę zbyt wcześnie wybiegła na środek wyspy z dumnie podniesioną głową, jednak była zbyt podekscytowana, aby się tym przejąć. Spojrzała jeszcze raz na Senną Łzę i Gąbczastą Perłę, które stały blisko siebie, a w ich oczach błyszczała duma. Później zauważyła Morszczynowego Wąsa i lekko położyła uszy po głowie, zmartwiona. Nie widziała w jego oczach takiej samej miłości, jak u dwóch kotek. To nie była jednak nowość. Kocur rzadko odwiedzał żłobek i Fiołek często odnosiła wrażenie, że zabawa z nią nie przynosiła mu żadnej radości. — Fiołku, skończyłaś sześć księżyców. — Szylkretka przeniosła spojrzenie na przywódczynię, a jej oczy ponownie błysnęły. — Już czas, abyś została uczennicą. Od dzisiaj, do momentu, w którym otrzymasz imię wojowniczki, będziesz znana jako Fiołkowa Łapa. Twoją mentorką zostanie Czosnkowa Krewetka. Czosnkowa Krewetko, liczę, że przekażesz całą swoją wiedzę i umiejętności Fiołkowej Łapie.
Kotki zetknęły się nosami, a chwilę później cały klan skandował imiona nowych uczniów. Fiołkowa Łapa rozglądała się po obozie zadowolona. Dawno nie czuła się tak kochana, chciana i akceptowana. I chyba jeszcze nigdy nie miała na sobie uwagi aż tylu kotów jednocześnie. To było niesamowite uczucie.

***

Kiedy już wymieniła kilka słów z Senną Łzą i Gąbczastą Perłą, jej mentorka od razu zabrała ją na pierwszy trening. Fiołkowa Łapa skakała podekscytowana u boku Czosnkowej Krewetki, zasypując ją pytaniami, które błyskawicznie powstawały w jej głowie.
— Co będziemy dzisiaj robić? Nauczysz mnie polować? Chciałabym umieć łowić ryby. Albo bardzo głęboko nurkować! Poćwiczymy dzisiaj walkę? Ruchy bitewne na pewno mi się przydadzą, gdyby na patrolu stało się coś złego. Właśnie, pójdziemy na patrol?
Wojowniczka zaśmiała się i spojrzała na nią przyjaźnie swoimi dużymi, skośnymi oczami.
— Najpierw musimy wydostać się z obozu — miauknęła, zatrzymując się na brzegu wyspy.
Oczy Fiołkowej Łapy rozszerzyły się, kiedy zobaczyła plażę, którą od kotek dzieliło pasmo wody. Pewna siebie wskoczyła do wody i zaczęła płynąć. Po tym, jak niemal utopiła się w źródełku, poprosiła Senną Łzę o kilka lekcji w Kąciku Zabaw i bardzo polubiła wodę. Kochała się w niej pluskać i najchętniej by z niej nie wychodziła. Tutaj jednak pływało się inaczej, płynęła wolniej, choć była przekonana, że robiła wszystko dobrze. Dlatego zaczęła szybciej machać łapami.
— Nie, nie, nie! Ruchy muszą być opanowane. Skup się na tym, żeby pociągnięcia łapami były spokojne, mocne i kontrolowane. Z czasem nabierzesz więcej siły i będzie ci łatwiej.
To już jest dla mnie łatwe!”, pomyślała Fiołkowa Łapa zła na samą siebie. “A przynajmniej powinno być”. Dopiero co zaczęła trening, a już popełniła błąd. Miała nadzieję, że innym szło gorzej. Skupiła się na poleceniach mentorki i zaciskała zęby, czerpiąc energię ze swojej frustracji.
— O, teraz jest znacznie lepiej! Tylko trochę niżej pysk… Świetnie!

***

Fiołkowa Łapa weszła do legowiska uczniów i uśmiechnęła się słabo do Czosnkowej Krewetki, która znalazła dla niej wolne posłanie. Położyła na mchu myszkę, którą sobie wybrała z dziupli i omiotła wzrokiem otoczenie.
Większość jej rówieśników już wróciła z pierwszego treningu, ale chyba wszyscy byli tak samo zmęczeni, jak ona i nie mieli ochoty rozmawiać.
Tak więc zjadła piszczkę i położyła się na posłaniu. Miała wrażenie, że już się nie podniesie przez najbliższy księżyc. Była wyczerpana.
Zwiedziła z Czosnkową Krewetką całe terytorium Klanu Nocy, zobaczyła granice z innymi klanami, których oznaczenia strasznie śmierdziały i zobaczyła kilka ciekawych miejsc, takich jak Kolorowa Łąka czy Brzozowy Zagajnik. Sporo się też napływała i praktycznie nie czuła łap.
Cieszyła się z tego, jaką Mandarynkowa Gwiazda wybrała jej mentorkę. Co prawda uczennica wolałaby kogoś z rodu, ale na to były bardzo małe szanse, a Czosnkowa Krewetka była przyjazna i wyrozumiała. Niesprawiedliwe było jednak to, że Centuriowa Łapa, córka odrzutka, była szkolona przez namiestnika! Czy to dlatego, że miała czarno białe futerko?
Fiołkowa Łapa skrzywiła się. Nie mogła pozwolić, aby rówieśniczka była lepsza. Musiała pilnie trenować i zostać mianowana przed Centurią. Z tym postanowieniem zamknęła oczy, odpływając w krainę snów.

[874 słowa + pływanie]

Od Fląderki

Aktualnie, tuż po tym, jak koty o czekoladowym umaszczeniu zostały zmuszone do przeniesienia na inną wyspę

Wąskie ślipia Fląderki obserwowały, jak słońce znikało w oceanie. Dzień ustępował nocy, podobnie, jak Pora Opadających Liści nieubłaganie stawała się zimniejsza, zwiastując rychłe nadejście Pory Nagich Drzew.
Oprócz Fląderki jednym z kotów, który był jeszcze na łapach, był Błoto - kocur o brązowo-białej sierści. Były samotnik również od dłuższego czasu obserwował krajobraz, siedząc na brzegu wysepki, jednak w przeciwieństwie do Fląderki spojrzenie miał skupione na głównej wyspie, na której znajdował się obóz. Komarza Łapa jakiś czas temu udał się na spoczynek, zajmując posłanie znajdujące się w samym kącie legowiska dzielonego przez trójkę kotów. Fląderka czuła smutek, widząc, że jej synek, mimo że dostąpił zaszczytu otrzymania członu "łapa", jak i samej możliwości trenowania pod okiem Szumiącej Wyspy, nie mógł spędzać wieczorów w towarzystwie swojego rodzeństwa czy rówieśników, plotkując w legowisku uczniów.
Czy ta alienacja od pozostałych uczniów wpłynie na niego dobrze?
Martwiła się również o Umykającą Łapę. Nie chciała, aby drugi z synów narobił sobie jakichś problemów, w szczególności tuż po tym, jak podczas przeprowadzki na wyspę zamieszkaną tylko przez koty o czekoladowej barwie futra wyraził się niepochlebnie na temat Mandarynkowej Gwiazdy. Fląderka starała się jego słowa puścić mimo uszu, żegnając się z nim i prosząc, aby nie robił żadnych głupstw. Nie wiedziała, czy buras jej posłucha, jednak najpewniej pękłoby jej serce, gdyby dowiedziała się, że jej syn został wygnany z klanu, podobnie, jak jego wuj, Rezedowa Łapa, bo spojrzał się na kogoś w nie taki sposób, jak powinien lub coś powiedział nie tak. Lub, że spotkała go jakaś kara lub inne nieprzyjemności.
– Pamiętaj, że wciąż będę mogła przychodzić do obozu... – przypomniała Umykającej Łapie, że to rozdzielenie nie było przecież na zawsze. Zresztą, nawet gdyby wciąż mieszkała w obozie, nie przesiadywałaby teraz ze swoimi dziećmi non stop, jak za czasów, gdy były malutkimi kociętami. – Dbaj o Centuriową Łapę i Wełniankową Łapę. Jesteście dla mnie całym światem i tylko wasza czwórka mi pozostała. Ja będę doglądała Komarzej Łapy... – poprosiła syna, mianując go na swego rodzaju "głowę rodziny". Tuż po tym przeniosła spojrzenie na swoje córki. Ciężko jej było powiedzieć, co o rozłące i przeprowadzce matki oraz brata myślały zarówno czarno-biała kocica, jak i rudo-biała. Obie raczej trzymały się na uboczu, blisko swoich mentorów i w ciszy obserwowały zebranie. Aż w końcu trójka kotów opuściła główny obóz.
Mimo że nie chciała tego przyznać, czuła się gorzej odkąd zamieszkała na sąsiedniej wysepce. Czy tak wpływała na nią rozłąka z trójką swoich kociąt? Nawet jeśli nie na zawsze. I co prawda z córkami jej relacja zaczęła się pogarszać już w żłobku, za sprawą Złocistego Widlika, jednak chciała móc chociaż widzieć, jak jej dzieci wracają z uśmiechem na pyskach z treningów lub udaje im się zaprzyjaźnić z rówieśnikami. Bo skoro Mandarynkowa Gwiazda je zaakceptowała, inni również powinni, prawda?
Powoli podniosła się z piaszczystego terenu i tuż po tym, jak pożyczyła Błotu dobrej nocy, udała się na spoczynek. Miała nadzieję, że w ciągu kolejnych dni zostanie wezwana do obozu w celu wykonania jakiś drobnych zadań, a jeśli nie, sama być może za jakiś czas uda się do medyków, aby coś poradzić na ból, który w ostatnich dniach zaczęła odczuwać w klatce piersiowej.

🐟🐟🐟

Od Migoczącej Łapy

Skończyło się na tym, że Migocząca Łapa trenował częściej, niż zakładał. Nauka z Lśniącą Gwiazdą zaczynała stawać się tylko punktem, wokół którego uczeń budował własny system, polegający na szlifowaniu wszystkich umiejętności. Zwłaszcza tych, z którymi miał problem. I chociaż było to męczące, Migot nie zamierzał się poddawać. Wiedział, że treningi są najważniejsze. Bez tego nigdy nie osiągnie swoich celów, które i tak z każdym dniem potrafiły się od niego oddalać. A on nie mógł do tego dopuścić. Nie mógł przynieść takiego wstydu swojej rodzinie oraz klanowi, któremu był szczerze oddany. Nie był przecież przegrywem, który użala się nad własnym losem. On był wojownikiem, który gdy trzeba, bierze sprawy w swoje łapy i bez zatrzymania dąży do celu.
Siedział obok wejścia do obozu, w bezpiecznej odległości od wodospadu, który łatwo mógł go porwać w swoje sidła, jeśli tylko by chciał. Głowę miał uniesioną ku górze i wpatrywał się w gwiazdy, powoli pojawiające się na nocnym niebie. Nie wiedząc dlaczego, widział w nich coś kojącego, jednak nie swoich przodków, jak to widziało większość wierzących w Klan Gwiazdy. Wyobrażenie, że teraz każdy z nich przygląda się Migotowi, było nieco przerażające, dlatego on wolał widzieć w nich tylko lśniące punkty, dające mu jakąś nadzieję. Ale oczywiście nie wątpił w Klanu Gwiazdy, co to to nie. Jednak wolał myśleć, że znajdują się oni na Srebrnej Skórze w innej formie, niż jego ukochane gwiazdy.
Najbardziej ciekawiły go te migoczące. Nie tylko ze względu na jego imię, które pochodziło od tego zjawiska, ale również przez tę powłokę tajemnicy, która otaczała gwiazdy dotknięte tą siłą. Był ciekaw, dlaczego one tak migają. To coś zwiastuje? A jeśli tak, to co dokładnie? Opcji było kilka: mogło to oznaczać coś dobrego, jak oznaka jaśniejszego lśnienia na niebie, albo coś złego, jak śmierć danej gwiazdy. Zgaśnięcie jej blasku na wieki.
 
***
 
– Dzisiaj potrenujemy coś luźniejszego, jednak równie ważnego dla każdego wojownika Klanu Klifu – oznajmił Lśniąca Gwiazda, idąc parę kroków przed Migoczącą Łapą. Ten podniósł lekko głowę na słowa mentora, zdziwiony jego decyzją. Mimo to nic nie powiedział, dalej posłusznie idąc tam, gdzie Lśniąca Gwiazda go prowadził. W końcu doszli na piaszczystą plażę, tuż obok morza oraz dwóch granic Klanu Klifu. Widząc teren wybrany przez mentora na trening, Migocząca Łapa już domyślał się, co będą robić.
– Dziś nauczysz się otwierania krabów. Jest to bardzo ważna umiejętność i nie warto jej lekceważyć – powiedział rudy. – Aby go otworzyć trzeba podważyć pazurami, pomagając sobie drugą łapą. Oczywiście otwieramy już zabitą zwierzynę – wyjaśnił i dał uczniowi znak do polowania. Migot szybko ustawił się w odpowiedniej pozycji, tym razem mając nadzieję, że cokolwiek złapie. Nie mógł przecież tak zawalić na takim łatwym zadaniu. Na szczęście po niedługim czasie przyniósł złapanego kraba i ostrożnie położył go obok przywódcy. Ten kiwnął głową i następnie poinstruował Migoczącą Łapę jeszcze raz, dokładnie pokazując wszystko na ich przyszłym posiłku.

[465 słów + otwieranie krabów]

16 września 2026

Od Trójokiego Zająca CD. Króliczej Prawdy (Gasnącej Prawdy)

Przeszłość

Ryk wodospadu niósł się echem za plecami dwójki, która właśnie wyszła jednym z tuneli, tym samym rezygnując z chłodnej posadzki pod poduszkami. Świeża, rześka bryza nadchodząca prosto znad morza uderzyła w pysk Trójokiego Zająca, a on w odpowiedzi zmrużył jedynie oczy z zadowoleniem. Lubił ciepło, ale teraz zaczął jeszcze bardziej doceniać każdy najmniejszy podmuch, nawet jeśli niekiedy targały jego krótkimi kłosami. Zefirek napierał na jego wąsy, tarmosząc futro na piersi. Przez parę chwil między dwójką braci panowała cisza, dopóki nie oddalili się wystarczająco od serca. Pod poduszkami uginała im się wysoko sięgająca trawa, zroszona lekką dawką porannej rosy, która jeszcze się ostała. Łąki pokryły się pierwszym, białym kwieciem, a ptaki śpiewały w najlepsze swoje melodie. Ciepłe promienie słońca grzały kremowe grzbiety braci bliźniaków. W Klanie Klifu stale zachodziły pewne zmiany, na większość z nich nie mieli nawet najmniejszego wpływu. Kocięta rodziły się, a starsi odchodzili w ramiona gwiezdnych przodków, czuwających nad wszystkimi ze Srebrnej Skóry. Zając spojrzał na Króliczka. Kocur wyglądał tak, jakby rozmyślał nad tym, czy coś powiedzieć, czy może zrobić miejsce rozmówcy, bo nie odzywał się już jakiś czas.
— Bukowa Korona został wojownikiem szybciej, niż my — zauważył zielonooki, na co bursztynooki pokręcił lekko głową, uśmiechając się w konkretny sposób.
— To raczej dobrze. To… bez różnicy, kto został doceniony szybciej. Klan rośnie w siłę i oto wszystkim chodzi — powiedział Króliczek, wyraźnie niezadowolony z podjętego tematu. Westchnął. — Mam wrażenie, że muszę cię ciągnąć za język, żebyśmy rozmawiali. Głównie to ja się odzywam. Czemu mi czegoś o sobie nie opowiesz, Zajączku? Jak się czujesz? — kontynuował, zwieszając delikatnie łeb. — Mimo że jesteśmy blisko, rzadko kiedy siebie pytamy o takie rzeczy.
Trójoki Zając po niedługim namyśle pokiwał głową, zgadzając się. Co prawda, nawet jeśli nie była to rutynowa część ich rozmów, to nie czuł się tak, jakby przez to oddalał się od brata. Sam fakt, że rozmawiali codziennie, o czymkolwiek tak naprawdę, wywoływał w nim przekonanie, iż nie było wcale pomiędzy nimi tak źle. Jednak skoro pręgus czuł się w ten sposób, wojownik musiał zrobić co w jego mocy, żeby mu nie doskwierały nieprzyjemne myśli. Martwił się o niego i nie chciał, żeby chodził smutny. Otarł się delikatnie o jego bok.
— Króliczku, nie obwiniam cię o nic, wracając do twoich słów, zanim wyszliśmy. Jesteś moim bratem. Zawsze będziesz dla mnie najważniejszy, nieważne co — zapewnił go, utrzymując odgórnie narzucone tempo spaceru. Królicza Prawda speszył się odrobinę.
— Czy nie mówiłeś tak samo, wtedy? — zapytał, wbijając niewidzialną szpileczkę w serce kocura. Nie sądził, że bursztynooki będzie to pamiętał, z jakiegoś powodu. Czemu przyjął odgórnie, że nie będzie mu to krążyło po pamięci i ot tak o tym zapomni? Trójoki Zając, wtedy jeszcze Zajęcza Łapa, niedługo przed swoją ceremonią zaczął unikać brata w celu częstszych interakcji z Kukułką. Nie było mu łatwo pogodzić jednocześnie codziennych konwersacji z bratem, wspólnych treningów, wraz z chęciami dowiedzenia się więcej o liliowej szylkretce. Spanikował i ucieczka wydała mu się wtedy dużo łatwiejszym wyborem. Przełknął nerwowo ślinę.
— Mówiłem, ale tym razem naprawdę mam to na myśli. Wtedy też miałem, tylko… postąpiłem niczym mysi móżdżek. Przepraszam, Króliczku. Nie chciałem cię nigdy zranić — wymruczał, robiąc chwilę przerwy. — Myślę, że nasza podróż do Betonowego Świata, mimo że niezwykle trudna i która kosztowała nas tak bardzo, bardzo dużo nerwów, czasu i wszystkiego, z powrotem pozwoliła nam odbudować naszą relację. Chciałbym, żebyś mógł w pełni cieszyć się naszym powrotem i tym, że przyjęto nas w szeregi Klanu Klifu. W końcu tutaj się urodziliśmy. — Spojrzał na kocura, szukając na jego pyszczku wszelkiego rodzaju wątpliwości lub chęci zaprzeczenia, jednak nie spotkał się z niczym takim. Ta rozmowa nie była absolutnie łatwa, nigdy by jej nie nazwał najprostszą i tak naprawdę, prawdopodobnie nadal stroniłby od tego tematu, ponieważ nie był najlepszy w pocieszaniu kotów. Czuł się tak, jakby wszystkie jego słowa brzmiały sztucznie od ilości obietnic, których później nie potrafił się utrzymać, mimo danego słowa. Nie ze wszystkimi, ale był to już któryś raz z kolei, co było samo w sobie już dosyć wymowne.

***

Teraźniejszość

Bukowa Korona doczekał się rzekomo kociąt z Rozżarzoną Pieśnią, co wywołało oburzenie u Foczej Fali, zresztą nic dziwnego. Czy Trójoki Zając spoglądał na sprawy szerzej, szczególnie do tych, do których podchodził lekkomyślnie? Chciał wierzyć, że tak. Że zrobił postęp jako członek Klanu Klifu. Słowa Judaszowcowej Gwiazdy od czasu do czasu przelatywały mu przez umysł, niczym przypominajka, że każda sytuacja posiadała drugie dno, które możliwe, że przeoczył. Nawet jeśli czekoladowy kocur dawno trafił w objęcia ich gwiezdnych przodków, pamięć o nim nie zaginęła. Nadmierne rozmyślanie nad tym jednak również nierzadko prowadziło do przykrości, których wojownik starał się unikać, stronić od nich, tak, jak od uzależniającej kocimiętki. Mało kto pamiętał o ich zdradzie, tak dawnej.
Trójoki Zając był kłamcą. Czuł się kłamcą, który nie miał ze swoich kłamstw nawet ziarna zysku, a jedynie masę wyrzutów sumienia, które potem gryzły jego umysł niczym robaki owoce drzew porastających tereny Owocowego Lasu. Wraz z nadejściem Pory Opadających Liści, był to już któryś z kolei sezon, gdzie nie było u jego boku już Króliczej Prawdy, jego kochanego braciszka. Znowu go okłamał, jego również nie był w stanie uchronić przed nieprzychylnością Klifiaków i niedogodnościami losu. Zamiast tego skupił się na Kukułczym Wdzięku, w rzeczywistości raz jeszcze zaniedbując brata. Nie mógł go nawet winić za to, że w pewnym momencie musiał mieć… dość. Kto chciałby przebywać w takim miejscu, bez jakiegokolwiek wsparcia od swojego jedynego członka rodziny? Po tym wszystkim, przez co przeszli wspólnie lub osobno? Westchnął pod nosem, zastanawiając się, czy żyło mu się lepiej, gdziekolwiek teraz był. Gdyby tylko mógł, chciałby go ponownie ujrzeć i jeśli tylko Klan Gwiazdy byłby łaskawy, zamienić z nim, chociażby parę słów. Dlaczego nie doceniał jego obecności wcześniej, bardziej? Nie rozmawiał z nim częściej? Może gdyby tylko zadbał o to bardziej, to teraz nie musiałby za nim tęsknić i cierpieć z tego powodu? Sam sobie zgotował taki los… Był takim głupcem.
Jagnięcy Ukłon musnęła go delikatnie w bok, kładąc przed jego łapami dawkę różowo zabarwionych łodyżek. Myślał, że ta, którą podała mu nie tak dawno temu, była ostatnią, a jednak jego kurowanie się nie dobiegło końca. Nie potrafił nie odwiedzać Firletkowej Łapy, dlatego też każde wygonienie go z legowiska kończyło się jego przygnębieniem tak wielkim, iż nie wiedział, co ze sobą powinien zrobić. Czuł się zagubiony w nowej rzeczywistości i gdyby tylko mógł, porozmawiałby o tym z Króliczą Prawdą. Nie było to jednak możliwe w żaden sposób. Czy nie myślał w sposób egoistyczny? W końcu kremowy również miał swoje problemy, wiele z nich. Zawsze, gdy Trójoki Zając widział kocięta jego i Srebrzystej Łuny, myślał o bracie. Wzburzony Kormoran, Oszroniony Kieł… powinien z nimi porozmawiać. Jego życie od dłuższego czasu wyglądało tak samo; rozmowy z dziećmi, partnerką, rutynowe patrole lub łowy, a potem kończył to odpoczynkiem w legowisku, czasami u boku swojej ukochanej, a czasami z chłodem panującym w ich powiększonym posłaniu.
— Zjesz i będziesz miał to z głowy. Obiecuję, że to nie kocimiętka — mruknęła do niego kobaltowooka, a kremus pokiwał pokornie głową. Wierzył jej. Apetyt mu nie dopisywał i na widok ziół nie odczuwał naturalnej potrzeby spożycia ich, tak samo zresztą ze zwierzyną. Musieli robić zapasy na nadchodzącą mroźną porę, która przecież nikogo nie oszczędzi. Nie oznaczało to jednak, iż pożywienia nie wystarczyło dla niego – zawsze było tyle, żeby nawet i on mógł coś skubnąć. Musiał o siebie dbać, ale było to tak ciężkie…
— Dziękuję, że mi tak pomagacie — powiedział, po czym wreszcie spożył łodyżkę. Korzenny, miodowy posmak ponownie zabarwił jego podniebienie, a pręgowana odetchnęła z wyraźną ulgą. — Nie chcę was wiecznie tym kłopotać. Ciężko mi zrozumieć, że nie mam już odporności dziesięcioksiężycowego ucznia — wyznał jej, a zielarka poruszyła nieznacznie łapą.
— Przed tobą jeszcze tak wiele księżyców, Trójoki Zającu. Nie możesz się teraz poddać, po tym wszystkim. Tak zaciekle walczyłeś. Masz rodzinę i przyjaciół, którym na tobie zależy — odparła słusznie. Przemijanie dotykało każdego, nie tylko jego. Widział to po każdym, jednak po sobie chyba najbardziej – łapy męczyły mu się dużo szybciej, niż kiedyś, a umysł nierzadko przyćmiewała swego rodzaju mgła, co tak swoją drogą absolutnie go nie cieszyło. — Zresztą, nie masz za co dziękować. To obowiązek każdego medyka, żeby dbać o pobratymców swojego klanu i o koty w potrzebie. Jak tylko twoje drogi oddechowe się oczyszczą, a ty nie będziesz kichać więcej razy, niż masz palców u jednej łapy, będziesz mógł odwiedzić Firletkową Łapę. — Posłała mu aksamitny uśmiech. Zauważywszy jednak, że nie odwzajemnił go, poruszyła się nieznacznie. — Co ci doskwiera, przyjacielu?
Pokiwał głową. Jagnięcy Ukłon zawsze wiedziała, jak go uspokoić. Jej pysk porastały siwe włoski, sama zdawała się zgarbiona i taka, jakby nadgryzł ją ząb czasu. Na ten widok kocur posmutniał widocznie. Nie chciał, żeby odeszła. Starość jednak nie była dla nikogo litościwa i musiał się z tym pogodzić, nawet jeśli nie było to absolutnie, w żaden sposób, proste. Strata nigdy nie była łatwa, a pewna dawka żałoby zostawała z każdym do końca życia. Nos mu się z każdym dniem coraz sprawniej odtykał, a ciało wypoczywało lepiej w nocy. Spał dużo porządniej, niż w dzień, w którym wydarzył się wypadek. Oczy nie szczypały go tak, jakby wgapiał się całymi dniami w słońce od momentu wyłonienia się z jaskini. Mimo że zioła mu pomagały, nadal czuł wyrzuty sumienia, iż musiał je spożyć.
— Ja… bardzo tęsknię za moim bratem. Czuję, że nie powinienem, ale nie potrafię z tego zrezygnować. Mam wrażenie, że nie doceniałem wystarczająco jego obecności, gdy był tu jeszcze z nami — miauknął jej cichutko, uprzednio rozglądając się, czy ktokolwiek podsłuchiwał. Kremowy nie miał dobrej opinii w klanie, odkąd rządy obrał Mirtowe Lśnienie. Trójoki Zając długo próbował wmówić sobie, że tak właśnie musiało być. Że nie tęsknił za nim i taka była kolej rzeczy, nie potrafił jednak wiecznie trwać w takim nastawieniu. Było ono okrutne i niezgodne z tym, co czuł. Jagnięcy Ukłon otuliła go ogonem. Przy niej czuł się tak, jak kocię przy swojej matce. Prawdopodobnie było to spowodowane jej podobieństwem, przynajmniej częściowym, szaty, do jego matki, Pikującej Jaskółki. Za nią również tęsknił, mimo że nie był nigdy idealnym synem. W pewnym momencie zaczął nawet zastanawiać się, czy zasługiwał na miano spokrewnionego z nią.
— Królicza Prawda musiał się dużo męczyć, zanim odszedł. Myślę, że możesz za nim tęsknić, w końcu jesteście rodziną, a rodziny się nie wybiera. Pamiętaj jednak, że twoja lojalność musi pozostać klanowi — powiedziała mu, a wojownik zastanawiał się przez jakiś czas, czy faktycznie tak mu poradziła, czy jedynie sobie to wymyślił, wyobrażając sobie głos matki. Ona nigdy nie była aż tak troskliwa, jednak jej obraz, jaki zapamiętał, został nieco zniekształcony z biegiem czasu. — Straty nigdy nie są proste, trzeba jednak wiedzieć, że życie przeszłością nigdy nie zapewni ci spokoju. Oczywiście, wymaga to sporej pracy nad sobą… dlatego też dobrze, że się tym ze mną dzielisz. Jako twoja przyjaciółka i medyczka, powiem ci, że jest to pierwszy krok do polepszenia — każde słowo wypowiadała delikatnie. Wiedziała, że to był ciężki temat i Trójokiego Zająca wiele kosztowało, żeby się przed kimś otworzyć w ten sposób. Odczuwał jednocześnie wyrzuty sumienia, bo może nie powinien nikomu o tym mówić? W końcu co, jeśli przez takie myśli był nielojalny klanowi? Nie chciał dorzucać kotom ewentualnych powodów, dla których mogliby go znienawidzić. — Możesz mieć pewność, że ze mną twoje słowa będą bezpieczne. Dziękuję, że mi na tyle ufasz.
— Odkąd zostałem ojcem, mam wrażenie, że nie mam prawa czuć się źle. Nie chcę nikogo kłopotać, a w szczególności mojej rodziny — szepnął jeszcze, nie mając pewności, czy kobaltowooka to usłyszała. Oczy zaczęły go delikatnie szczypać, dlatego też przetarł jedno z nich łapą i przełknął ślinę, próbując się uspokoić.

Koniec sesji

Od Trójokiego Zająca CD. Ćmiej Łapy

Chwilę później

Ćmia Łapa w pewnym momencie również się przysunęła, muskając futrem boki rodziców. Trójoki Zając objął ją łapą, tuląc do siebie ciasno. Nadal drżała niczym osika smagana mocnym wiatrem. Ciepło rodzica zdawało się, dołożyło jej pewnej dawki otuchy, a przynajmniej tak chciał myśleć.
— Już wszystko dobrze, już dobrze. — Zaczął delikatnie nią kołysać, jak za czasów kocięcych, jakby próbował sprawić, by rozluźniła mięśnie i może nawet się przespała. Nie chciał, żeby była przemęczona następnego dnia, mimo że jej umysł z pewnością przyćmiewało zmartwienie. Nie był pewien, czy Kukułczemu Wdziękowi udało się zasnąć, czy jedynie potrzebowała chwilowej drzemki albo oddania się ciszy panującej w legowisku. Nie mógł wiedzieć, czy Firletka nie obudzi się niedługo z kolejnym wrzaskiem bólu ani, czy jego łapa zagoi się poprawnie. Jedynym, co mógł teraz zrobić, to spróbować jakoś pocieszyć jedno ze swoich kociąt. — Świetnie się spisałaś — mruknął do młodej jeszcze, uśmiechając się smutno. Zaczął mruczeć pod nosem, odnosząc wrażenie, iż ta metoda działała. Jagnięcy Ukłon ułożyła się w swoim posłaniu wygodnie, obserwując ich jeszcze, co nie przeszkadzało mu szczególnie. Uczennica przymrużyła oczy, układając się wygodniej i wtulając w ojca. Głucho westchnął z ulgą. Jej bok zaczął delikatnie unosić się, a potem opadać.
Tak bardzo chciał porozmawiać teraz z synem, ale nie było to możliwe w żaden sposób. Chciał, żeby odpoczywał jak najwięcej i szybko wrócił do zdrowia. Był gotów zrobić wszystko, byleby wszystko wróciło do normy. Nie miał jednak świadomości, że nic nie mogło być już takie, jak wcześniej. Kukułczy Wdzięk położyła głowę na łapach, przymykając oczy, gdy zielone ślepia kocurka, na nowo się przymknęły. Trójoki Zając zaś polizał Ciemkę parokrotnie pomiędzy uszami, w celu dodania jej otuchy.

***

Teraźniejszość

Wraz z Porą Opadających Liści, przyszła pora na kolejną sesję rehabilitacyjną Firletkowej Łapy. Trójoki Zając był stałym bywalcem legowiska medyka i próbował przeprowadzać wszelkie konwersacje z niebieskim, odkąd tylko się przebudził i poczuł na tyle dobrze, żeby wypowiadać sensowne słowa. Kremus zetknął się nosami z Kukułczym Wdziękiem, która właśnie wybierała się na poranny patrol. Po chwili jednak spojrzał na swoje łapy ze wstydem. Od jakiegoś czasu towarzyszyły mu nieznane objawy, które z jednej strony go martwiły, a z drugiej… nie miał prawa obarczać tym nikogo. To nie on był pokrzywdzony, nie chciał, żeby uwaga została skupiona na nim, skoro nie potrzebował pomocy. Bał się jedynie, że myśli “czy jestem chory?” były prawdą. Z każdym dniem, ilekroć odmawiał przyjęcia ziół ze strony medyczek, mówiąc, żeby przeznaczyły je na leczenie Firletkowej Łapy, czuł z tego powodu również wyrzuty sumienia – co, jeśli sprawiał im jedynie kłopot? Chłodne i mroźne, acz kolorowe dni nowej pory przyprawiały oko o zachwyt, a w sercu kwitło ciepłe uczucie.
— Gdy tylko wrócisz, opowiem ci o wszystkim, skarbie — obiecał liliowej.
— Trzymam cię za słowo. Do zobaczenia — zatrzymała się na ułamek sekundy. — Czuwaj nad nim.
Codzienne obowiązki były dobrym sposobem na odsunięcie myśli od czegoś, co je stale i dość sprawnie pochłaniało. Coś połaskotało go po nosie, wprawiając go w charakterystyczne nabranie powietrza, a potem kichnięcie, wydalając z nozdrzy nadmiar. Poczuł suchość w gardle, następnie zaniósł się lekkim kaszlem, który sprawił, iż przechodzące obok niego koty odsunęły się trochę. Nie był pewien, czy powinien jakkolwiek to komentować, dlatego też nie zrobił z tym faktem nic i skierował się prosto do lecznicy. W wejściu odszukał wzrokiem synka, który właśnie niechętnie przebierał pazurem w leżącej przed nim nornicy. Apetyt nadal nie dopisywał mu za bardzo, ale najważniejsze, że jadł cokolwiek. Skinieniem głowy przywitał się z każdym kolejno, a kobaltowooka, zauważywszy go, ruchem ogona poleciła mu, żeby poszedł za nią. Kocur spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem, lecz nie protestował. Odeszli na boczek, w miejsce, w którym nikt by ich nie słyszał. Przysiadł obok medyczki.
— Jagnięcy Ukłonie, czy są jakieś postępy? Jak się czuje Firletka? — wychrypiał, gardło zaczęło go piec intensywnie wraz z wypowiedzeniem tych słów. Przełknął ślinę, aczkolwiek to przyniosło ulgę tylko na parę uderzeń serca. Skrzywił się nieznacznie. Kocica spojrzała na niego, delikatnie zmartwiona.
— Bardzo powoli, ale uczy się na nowo równowagi, odkąd stracił łapę. Nie mogę ci obiecać, że nauczy się ponownie chodzić w dwa księżyce, ale przy odpowiedniej opiece jestem pewna, że wyzdrowieje — mruknęła, przybierając poważniejszą mimikę. — Co ci doskwiera, Trójoki Zającu? Od jakiegoś czasu cały czas prychasz i kichasz — zauważyła słusznie, słownie przypierając go lekko do muru. Czy to był znak, że może rzeczywiście nie wymyślał sobie?
— Sam nie wiem… Ja… nie czuję się inaczej niż wcześniej. Myślę, że związane to jest z nagłym spadkiem temperatury. Nie powinniście marnować na mnie ziół. Firletkowa Łapa dużo bardziej ich potrzebuje, szczególnie teraz — powiedział, skrępowany. Źrenice starszej zwęziły się. Nie był nigdy dobry w kłamaniu.
— Trójoki Zającu, doskonale wiesz, że z chorobami nie ma żartów. Nie możemy pozwolić na to, żeby w obozie wybuchła epidemia. Musisz odsunąć swoją dumę na bok, pomyśl o innych. — Zastrzygła wąsami, widać było, że nie zamierzała mu odpuścić. Ale czy naprawdę był chory? Może to faktycznie związane było ze zmianą pory roku? W końcu podczas Pory Opadających Liści robiło się dużo chłodniej i było ciągle mokro. Naprawdę nie chciał, żeby zabrakło roślin, które mogliby przeznaczyć na leczenie jego syna. Zgarbił się lekko, wyglądając na odrobinę mniejszego i zerknął na własne łapy z zawstydzeniem.
— Nie nazwałbym siebie dumnym… Jagnięcy Ukłonie… — Przełknął nerwowo ślinę. Nie chciał, żeby ktokolwiek pamiętał o tamtych czasach. Nie był z nich dumny, ale, tak naprawdę, nawet gdyby otrzymał możliwość namieszania we własnym losie kosztem niezwykle ważnych dla niego obecnie kotów, nie zmieniłby we własnej przeszłości nic. Miał świadomość, że to właśnie dzięki niej był obecnie tutaj, aczkolwiek sama rozmowa o jego bezmyślnej ucieczce, a także zażyciu nadmiaru kocimiętki była na tyle krępująca, iż bardzo starannie dobierał słowa, żeby młodsze pokolenie się o tym nie dowiedziało. Koty, które raz zażyły kocimiętki, nierzadko szukały tego poczucia rozluźnienia i ukojenia, jednak na marne. Bał się, że kiedyś złamie obietnicę złożoną własnej partnerce. Nie wolno mu było.
— Ja nie mogę spożywać ziół. Boję się — powiedział oszczędnie, licząc na to, że kremuska zrozumie, co miał na myśli. Zauważywszy jednak początkowe skonfundowanie na jej pysku, speszył się. — Nie chcę powtórzyć moich błędów z młodzieńczych lat. Boję się, że jeśli przyjmę medykamenty, zacznie mnie ciągnąć do tego, co czułem tamtego dnia. To był jeden z najgorszych dni w całym moim życiu — nakierował ją, jednocześnie spowiadając się tylko częściowo z czegoś, o czym zielarka musiała sobie najwidoczniej przypomnieć, ponieważ już uderzenie serca później położyła ogon na jego barkach.
— Jesteś innym kotem, niż byłeś ponad dwadzieścia księżyców temu. Nabrałeś rozumu i z powrotem zapracowałeś sobie na swoje imię i miejsce w Klanie Klifu. Zobacz, jak daleko zaszedłeś. Możesz być z siebie dumny — wypowiedziała spokojnie słowa, a zielonooki patrzył się na nią jeszcze przez moment. Poczuł zakłopotanie, chyba tylko ona była w stanie zrozumieć coś tak okropnego, czego dopuścił się kiedyś. Do tej pory miał do siebie wyrzuty sumienia z tego powodu, mimo że tak starannie stronił od spożywania kocimiętki. — Musisz jednak zrozumieć, że jeśli nie wyleczymy twojej dolegliwości już teraz, może się ona przenieść na naszych pobratymców, a nawet na Firletkową Łapę, który obecnie ma obniżoną odporność przez osłabienie. Nie możesz go odwiedzać, dopóki nie wyzdrowiejesz.
Wraz z tymi słowami, Trójoki Zając poczuł, jak zapada mu się serce.
— Ale… ale ja muszę go odwiedzać. Nie mogę pozwolić na to, żeby o mnie zapomniał — wydobyło się z jego gardła smutne mruknięcie, pełne goryczy. Szczerze się bał, że jeśli ominie, chociażby jeden dzień rehabilitacji, szary nie będzie miał pojęcia, że rozmawiali wczoraj. Już teraz było trudno o to, żeby pamiętał, aczkolwiek nowa rutyna, do jakiej próbował się przyzwyczaić, napawała wojownika pewnego rodzaju spokojem, a tak bardzo go teraz potrzebował.
— Dlatego, jeśli go kochasz, musisz zadbać o siebie. W legowisku medyka jest jeszcze Ćmia Łapa, rozmawiają niemalże codziennie — zapewniła go, podnosząc się ze swojego miejsca. Podniósł łeb i spojrzał na nią, spanikowany.
— Proszę, tylko nie przynoś mi kocimiętki.
— Zobaczę co mamy w składziku. Zaczekaj tutaj. — Po tych słowach ruszyła z powrotem do jamy, a Klifiak miał wrażenie, jakby wywrócono jego świat do góry łapami. Serce mu przyspieszyło bicia, a w gardle pojawiła się nieprzyjemna gula. Nie wolno mu było spożywać kocimiętki, jednocześnie nie chciał nikomu zaszkodzić. Nigdy by nawet o czymś takim nie myślał! Zatem dlaczego czuł ogarniające go wyrzuty sumienia, że jednak, mimo wszystko, nie zapytał, czy objawy te nie były czymś nietypowym? Może dlatego medyczki tak pilnie mu się przyglądały oraz przysłuchiwały, jakby chciały mieć najpewniejszą pewność, że doskwierała mu choroba, a nie wymysły. Po chwili z jamy wyszła Jagnięcy Ukłon, a tuż za nią Ćmia Łapa. Kremuska wyprzedziła swoją mentorkę, w paru susach docierając do ojca i zadzierając łeb ku górze, żeby na niego spojrzeć z lekko naburmuszonym wyrazem pyszczka.
— Tato, dlaczego nie zgłosiłeś się do nas wcześniej? — zapytała, po chwili jednak tuląc się do jego boku. Zając otworzył pysk, ale nie wydobyło się z niego nic. Tak naprawdę nie był w pełni pewien dlaczego. Czy jego powód był wystarczająco ważny? Jagnięcy Ukłon położyła przed nim zmarnowane, wyschnięte łodyżki porośnięte przez różowe kwiaty. Zawęszył, jednak przez zapchany nos nie był w stanie stwierdzić, czy podano mu kocimiętkę, czy inne zioło. Wahał się przez jakiś czas, analizując szanse na to, że pręguska zignorowała jego błagalną prośbę. Nie zrobiłaby mu tego, nie… Nie… kocimiętka zabarwiona była chyba na fioletowo. Tak przynajmniej próbował siebie pocieszyć. Schylił się i pochwycił medykament, po chwili żując go dokładnie. Przyćmiony, korzenny i lekko miodowy posmak rozpłynął mu się po podniebieniu. Czując to, odetchnął z ulgą. Smakowało inaczej niż kocimiętka.
— Dziękuję. — Pochylił łeb przed kocicą o kobaltowych oczach. Spojrzał na Ćmią Łapę, która pilnowała również, czy ojciec zjadł przydzieloną mu dawkę. — Przepraszam, że cię martwię, skarbie. — Polizał ją w ramach rekompensaty po głowie. — Czy Firletkowa Łapa powiedział ci dzisiaj coś nowego?
Ćmia Łapa spochmurniała lekko.
— Nie, nadal to samo. Mam nadzieję, że z czasem mu się polepszy. Niewiele pamięta — westchnęła, sadowiąc się obok ojca. Kocur, gdyby tylko miał dłuższy ogon, otuliłby nim córeczkę.
— Robisz, co tylko możesz. Myślę, że nawet jeśli teraz nie jest tak, jak wcześniej, to z pewnością czuje wdzięczność, że się nim tak dobrze opiekujecie — próbował ją pocieszyć, nie chcąc widzieć kremuski ze smutkiem na pyszczku. Miał wrażenie, jakby samemu lada moment mógł się rozpłakać z dokładnie tego samego powodu. Mimo ciężaru na sercu nie wolno mu było. Musiał, chociaż on być silny, jako ojciec i partner.
— Kocham cię, tato — wydobyło się ciche miauknięcie, poparte po chwili przez pomrukiwanie. Trójoki Zając poczuł, jak ślepia mu się samoistnie zaszkliły. Sam nie był pewien, czy to dlatego, że miał wrażenie, iż nie zasługiwał na takie słowa, czy może dlatego, że był szczęśliwy i dumny ze swoich dzieci, mimo wszystkich tych przykrości. A może spowodowane było to dolegliwością, która mu doskwierała do tej pory. Poruszył delikatnie wąsami.
— Też cię bardzo kocham, Ciemko.

Wyleczeni: Trójoki Zając

<A jak ty się z tym wszystkim czujesz, córeczko?>

Od Trójokiego Zająca CD. Firletkowej Łapy

Trójoki Zając widział, jak drobne ciało syna zsunęło się z klifu i zniknęło mu z pola widzenia. W dwóch susach dotarł nad tą samą przepaść, niemal samemu również nie spadając. Kawałki ziemi osunęły się spod jego łap, a na dół posłał maleńkie kamyczki. Wąsy zafalowały mu na wietrze wraz z futrem na piersi. Zamiast obserwować, jak kocurek upada w dół i uderza o grunt, zaczął gorączkowo rozglądać się za najbliższym zejściem w dół i pognał w tamtym kierunku ile sił w łapach, po chwili usłyszawszy, że jego partnerka ruszyła tuż obok niego. Przez całe to zamieszanie nawet nie wziął pod uwagę ryzyka, z jakim wiązało się takie gnanie tuż przy krawędzi przepaści. Warkot morza zagłuszył krzyk Firletkowej Łapy. Czuł wiatr na wąsach, serce gnało mu galopem, prawdopodobnie szybciej, niż jego łapy stykały się z gruntem. Czy jego syn przeżył taki upadek? Czy zdąży dobiec na czas? Znalazłszy się wystarczająco nisko, zeskoczył na piasek i z szarpnięciem zakręcił. Kukułczy Wdzięk wyprzedziła go, dotarła jako pierwsza do niebieskiego. Firletka leżał tuż obok kamienia, z głowy spływała mu strużka krwi, a łapa była nienaturalnie wygięta. Liliowa kocica pochyliła się przed jego pyszczkiem, sprawdzając, czy oddychał. Łapę położyła delikatnie na jego klatce piersiowej, a wojownik patrzył na syna z szeroko otwartymi oczami, obawiając się najgorszego. Widok krwi sprawił, że serce mu się zapadło, a z żalu napłynęły myśli, że gdyby tylko pilnował go lepiej, gdyby tylko nie pozwolił mu się zbliżyć aż tak blisko krawędzi… To wszystko było jego winą. Jeden… dwa… trzy… dlaczego w ogóle zgodził się na ten spacer? Gdyby tylko wiedział, że stanie się mu taka krzywda… cztery… pięć… sześć… kremowy, pręgowany klasycznie bok unosił się nerwowo, a potem opadał na uderzenie serca tylko po to, żeby wznieść się na nowo. Siedem… osiem…
— Trójoki Zającu!
Spojrzał na szylkretkę, gdy zorientował się, że coś do niego mówiła. Zmarszczyła brwi. Nie mieli czasu do stracenia, nie mogli go tak marnować… nie mógł go tak marnować. Zaczął sapać, nabierając łapczywie oddechy. Dawno nie wpadł w taki stan, jednak to nie on był tutaj pokrzywdzony, jakim był egoistą, zachowując się w ten sposób.
— Biegnij po pomoc!
— Musimy go przetransportować do obozu! On… on… — zamiauczał gorączkowo, przeskakując ślepiami to na leżącego, to na swoją partnerkę, nie mogąc widocznie się uspokoić. Kocica strzepnęła nerwowo końcówką ogona. Fale morza, wzburzone, obijały się o piaszczysty brzeg, mocząc go słoną cieczą. Klangor mew niósł się echem po wysoko pnących się klifach. Ptaki o rozłożystych skrzydłach krążyły nad wodą, jakby obserwowały całe to zajście. Gdyby nie przytrafiła się tragedia, nazwałby to miejsce nawet urokliwym.
— Pomóż mi go ułożyć na plecach — poleciła mu, a Trójoki Zając, wahając się przez moment, skinął głową. Kukułczy Wdzięk była od niego szczuplejsza, ale nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Musieli mu pomóc. Zaczął przeklinać siebie w myślach za to, że nigdy nie interesował się ziołami. Tak bardzo by mu się to teraz przydało… Poczuł nawet, że jego stronienie od spożywania ich było w tej chwili godne mysiego móżdżka, jednak nie bez powodu ich przecież unikał. Obiecał Kukułce i trzymał się tego do tej pory. Chwilę będą musieli go ponieść razem, a potem zajmą się nim ci, którzy się na tym znali. Chwycił go najostrożniej, jak potrafił za skórę na karku, uważając przy tym, żeby nie pogorszyć stanu jego łapy. Nie wiedział, czy uraz głowy był na tyle poważny, że nie mogli go przenieść. Musiał zaryzykować. Gdy łaciaty znalazł się na grzbiecie szylkretki, Trójoki Zając stanął tuż obok niej, sporą część ciężaru przenosząc na siebie. Ruszyli na tyle szybko, na ile pozwalały im łapy, a także równowaga, w stronę obozu. Trójokiego Zająca oblał zimny pot, miał wrażenie, że ilekroć myślał o stanie syna, łapy same uginały się pod nim. Nie wolno mu było teraz się poddać. Musiał być silny, dla swojej rodziny. Firletka go potrzebował.
W oddali zaczął malować się wysoko postawiony wodospad. Przez całą drogę dwójka nie mówiła do siebie nic, Zając nie był nawet pewien, czy powinien cokolwiek mówić. Wiedział, że w umyśle jego partnerki musiało zachodzić obecnie wiele myśli w jednym czasie, dlatego też nie chciał jej dokładać własnej dawki zmartwień, musiał jakoś sobie z nimi poradzić. Przeszli sprawnie przez tunel i znalazłszy się wystarczająco blisko legowiska medyka, Trójoki Zając oddał swoją część syna na barki partnerki, wparowując pospiesznie do środka jamy. Wewnątrz zastał całą trójkę medyczek. Woń strachu była u niego tak wyraźna, że zaalarmowała jeszcze parę kotów, z którymi nie miał nawet czasu rozmawiać.
— Jagnięcy Ukłonie, pomocy! Firletkowa Łapa spadł z klifu! — krzyknął. Ćmia Łapa, która do tej pory wyglądała na senną, teraz wyraźnie pobladła na licu. Jagnięcy Ukłon momentalnie poderwała się ze swojego miejsca, jakby rozglądając się za poszkodowanym. W umyśle kocura krążyło na tyle wiele myśli, że nie był w stanie wykrztusić z siebie nawet pomruku więcej, przynajmniej teraz. W gardle zacisnął mu się mocny supeł, a krótki ogon podrygiwał z podenerwowania. Cała ta reakcja, wszystko, trwało dla niego wieczność.
— Czy już poszedł ktoś tam do niego? — zapytała, a serce wojownika zapadło się. Nie mieli na to czasu! Trzeba było mu pomóc!
— Tak, Kukułczy Wdzięk. Jagnięcy Ukłonie, proszę, pomóż nam! — wydobył z siebie jeszcze ledwo, wyglądając teraz wyjątkowo żałośnie, a przynajmniej w ten sposób się czuł. Niczym zagubione kocię we mgle. Nim się zorientował, Księżycowa Aldrowanda wyszła z legowiska i pomogła bezpiecznie przetransportować ucznia, układając go teraz delikatnie na posłaniu. Całej tej akcji kocur przyglądał się tak, jakby był jedynie obserwatorem. Czuł się oderwany od rzeczywistości, a jego umysł przysłoniła swego rodzaju mgła. Jagnięcy Ukłon wydawała jakieś polecenia, które nie docierały do jego uszu. W pewnym momencie poczuł, jak ktoś szturcha go lekko w bark, z pewnością niecelowo, a dlatego, że wybrał sobie niefortunny skrawek. Jak z tym wszystkim czuła się Ćmia Łapa? Kukułczy Wdzięk? Spojrzał na szylkretkę. Czy była na niego zła? Nie byłoby to dziwne, w końcu to on nie upilnował ich syna. Pozwolił na to, żeby spadł z klifu. Jakim ojcem był? Czy mógł siebie jeszcze nazywać tym mianem?
Kremuska, mimo że radziła sobie w porządku z wydanymi jej poleceniami, wyglądała z jednej strony na zagubioną. Łapy jej się trzęsły, wydawała się nieobecna. Gdy Trójoki Zając słuchał o złamaniach ze strony Księżycowej Aldrowandy, przysunął się do Kukułczego Wdzięku i zerknął na nią, jakby upewniając się, czy było to w porządku. Wreszcie, wtulił się lekko w jej bok, próbując dodać zarówno liliowej, jak i sobie otuchy. Z każdym kolejnym ruchem, przeżutym ziołem, Ciemka wydawała się coraz bardziej zagubiona. Kocur, gdyby tylko mógł, zabrałby ją stąd i nie pozwolił, żeby patrzyła na krzywdę brata. Rola medyka jednak na to nie pozwalała… kto wie, może w przyszłości będzie musiała opatrzyć nawet i jego?

***

Kto by pomyślał, że sielankowy dzień, podczas którego Firletkowa Łapa tak doskonale się wykazał, przynosząc do azylu parę gryzoni, skończy się taką tragedią? Trójoki Zając z żalem spoglądał na ryjówkę, która pozostała na stercie. Wiewiórką zajęły się karmicielki. Na samą myśl oczy zaczynały go szczypać, a serce przyspieszyło bicia. Kukułczy Wdzięk nie chciała opuszczać boku syna, a kremowemu nakazano ochłonąć poza jamą. Gdyby tylko mógł, zamieniłby się z nim miejscami. Przed niebieskim było przecież jeszcze całe życie. On miał za sobą już tak wiele, że gdyby wylądował w legowisku starszyzny, może i by stracił, ale z pewnością mniej, niż jego syn. Jeśli to było złamanie, nie wszystkie goiły się tak wspaniale, jak mógłby sobie tego życzyć.
— Klanie Gwiazdy, proszę, czuwaj nad moim synem. Jest jeszcze taki młody, jeszcze tyle przed nim. Czym on mógł zawinić? — szepnął do siebie, zamykając oczy i kładąc uszy po sobie. Jeśli obserwowano go ze Srebrnej Skóry, chciał wierzyć, że przodkowie mogli zrobić cokolwiek, co pomogłoby szaremu. Ryk wodospadu zagłuszał wszelki śpiew świerszczy na zewnątrz, Trójoki Zając nie był nawet pewien, kiedy czas tak zleciał. Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, rzucając długie cienie wewnątrz jaskini Klifiaków. Pręgus nie czuł nawet odrobiny zmęczenia, jego umysł pochłonięty został przez obawy o Firletkę. Wcześniej, Przepiórcza Wichura próbowała z nim rozmawiać, aczkolwiek ich konwersacja była zdawkowa, głównie z jego strony. Wreszcie, szylkretka westchnęła i gdy spróbowała również wejść do legowiska medyka, została grzecznie poproszona o to, żeby wyszła. Jedynie Kukułczy Wdzięk trzymała się pozostania u boku Firletki na tyle, iż uzdrowicielki w pewnym momencie się poddały, pozwalając jej na to. Jagnięcy Ukłon wyłoniła się z wnętrza i przez parę uderzeń serca szukała czegoś wzrokiem, aż wreszcie zawiesiła go na czekającym kocurze. Podeszła do niego spokojnym krokiem, a zielonooki śledził każdy jej ruch. Przysunął się do niej, patrząc na starszą, jakby spodziewał się werdyktu.
— Udało nam się doprowadzić stan Firletkowej Łapy do stabilnego, jeszcze się nie obudz-...
Już miał kiwać głową ze zmartwieniem, gdy do jego uszu dobiegły słowa:
— Jagnięcy Ukłonie, obudził się! — Z wewnątrz zawołała Księżycowa Aldrowanda, a Trójoki Zając momentalnie poderwał się na łapy, wchodząc przed medyczką do środka. Kukułczy Wdzięk siedziała tuż obok, a kocur ułożył się tak blisko, jak tylko był w stanie. Firletkowa Łapa, wraz z uchyleniem powiek stęknął, z pewnością dotarł do niego ból. Serce zastukało mu boleśnie, nie mógł patrzeć na cierpienie syna. Po paru uderzeniach serca wzdrygnął się i wrzasnął na tyle głośno, że kremusowi podniosło się krótkie futro na karku.
— Synu? — miauknął do niego niepewnie, gdy niebieski umilkł i mrugał nieprzytomnie oczami. Kukułczy Wdzięk położyła delikatnie poduszkę łapy na jego boku, jednak uczniak nawet nie zareagował. Jęknął i przestał, cokolwiek próbował zrobić.
— Nie wiem, czy cię słyszy — powiedziała smutno, przenosząc na moment spojrzenie z syna, na partnera.
— Możliwe, że zioła powoli przestają działać. Damy mu następną dawkę niedługo, żeby mógł jeszcze pospać. Sen najlepiej regeneruje ciało, w tym umysł — poinformowała ich Jagnięcy Ukłon, a kocur pokiwał głową. Jeśli dzięki temu Firletka by nie cierpiał, to chciał, żeby zrobiono wszystko, co tylko było możliwe, żeby mu pomóc w wyzdrowieniu. Spojrzał na wszystkie te opatrunki i zioła, martwiąc się o niego bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Ćmia Łapa w pewnym momencie również się przysunęła, muskając futrem boki rodziców. Trójoki Zając objął ją łapą, tuląc do siebie ciasno. Nadal drżała, niczym osika smagana mocnym wiatrem. Ciepło rodzica, zdawało się, dołożyło jej pewnej dawki otuchy, a przynajmniej tak chciał myśleć.
— Już wszystko dobrze, już dobrze. — Zaczął delikatnie nią kołysać, jak za czasów kocięcych, jakby próbował sprawić, by rozluźniła mięśnie i może nawet się przespała. Nie chciał, żeby była przemęczona następnego dnia, mimo że jej umysł z pewnością przyćmiewało zmartwienie. Nie był pewien, czy Kukułczemu Wdziękowi udało się zasnąć, czy jedynie potrzebowała chwilowej drzemki albo oddania się ciszy panującej w legowisku. Nie mógł wiedzieć, czy Firletka nie obudzi się niedługo z kolejnym wrzaskiem bólu ani czy jego łapa zagoi się poprawnie. Jedynym, co mógł teraz zrobić, to spróbować jakoś pocieszyć jedno ze swoich kociąt. — Świetnie się spisałaś — mruknął do młodej jeszcze, uśmiechając się smutno. Zaczął mruczeć pod nosem, odnosząc wrażenie, iż ta metoda działała. Jagnięcy Ukłon ułożyła się w swoim posłaniu wygodnie, obserwując ich jeszcze, co nie przeszkadzało mu szczególnie. Uczennica przymrużyła oczy, układając się wygodniej i wtulając w ojca. Głucho westchnął z ulgą. Jej bok zaczął delikatnie unosić się, a potem opadać.
Tak bardzo chciał porozmawiać teraz z synem, ale nie było to możliwe w żaden sposób. Chciał, żeby odpoczywał jak najwięcej i szybko wrócił do zdrowia. Był gotów zrobić wszystko, byleby wszystko wróciło do normy. Nie miał jednak świadomości, że nic nie mogło być już takie, jak wcześniej. Kukułczy Wdzięk położyła głowę na łapach, przymykając oczy, gdy zielone ślepia kocurka na nowo się przymknęły. Trójoki Zając zaś polizał Ciemkę parokrotnie pomiędzy uszami, w celu dodania jej otuchy. Była to jego wina i nie wolno mu było dopuścić do tego, żeby więcej rzeczy poszło nie tak z jego powodu. Oby tylko jego rodzina go nie znienawidziła… Oby Firletkowa Łapa wyzdrowiał.

<Poznajesz mnie, synu?>
[1918 słów - trening Firletkowej Łapy]