BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 8 lutego, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

27 stycznia 2026

Od Wąsatki (Wąsatkowej Łapy) CD. Grubego

— Ale skoro ci nie odpadł, może możemy go od nowa zrobić. Taki jaki ma Noc, tylko z... hm... — zastanowiła się, po czym podskoczyła podekscytowana w miejscu. — Wiem! Z ziemi! Ozdobimy go liściami, żeby był pomarańczowy, jak ty!
Gruby zamrugał parę razy.
— Wątpię, że to pomoże... — mruknął, podnosząc się z leża.
— Nie mów nie, dopóki nie spróbujesz! — rzuciła bojowo Wąsatka, na co Gruby pokręcił łebkiem i sam zaczął się rozglądać za liśćmi, które najbardziej pasowały kolorem do jego rudej szaty.
Młódka cieszyła się z faktu, że jej nowy kolega tak bardzo zaangażował się w poszukiwania materiałów na jego nowy pyszczek. Gdy już skończą, Gruby będzie wyglądał tak, jak inne kociaki w żłobku! A przynajmniej… ich większość, bo był tu jeszcze Chudy. Jemu chyba też kufa odpadła.
— Ej, Gruby! — odezwała się nagle, podnosząc uszy do góry, co nie działo się zbyt często, bo kotka zazwyczaj trzymała je wzdłuż głowy.
Rudy zwrócił głowę w jej stronę, ponownie nieco naburmuszony – a może raczej zrezygnowany. Wąsatki nie zniechęcił jednak jego zmieszany wyraz.
— Czy twojemu bratu też taki zrobimy? — zapytała, podchodząc bliżej kociaka. — Za niedługo zostaniemy uczniami! Na pewno łatwiej wam obu będzie ze zwykłymi pyszczkami. — Wąsatka spojrzała na liście, które już zebrali. — Chudy jest brązowy, jak ziemia. Nie musimy zbierać dla niego listków… no, chyba że znalazłbyś jakieś w kolorze jego futerka… — zastanowiła się, uciekając wzrokiem gdzieś w bok.
— To nie będzie konieczne. Chudy sobie poradzi — stwierdził rudofutry.
Wąsatka wzruszyła ramionami. Skoro Gruby tak mówił, to pewnie miał rację. W takim razie wszystko, co zebrali, może zostać wykorzystane, by zrekonstruować kufę pomarańczowookiemu! Kocur powinien cieszyć się z tego, że znalazł sobie tak kreatywną i dobroduszną koleżankę. Nie każdy byłby chętny na udzielenie pomocy biednemu kociakowi, który urodził się bez połowy pyska.
— Świetnie! — mruknęła w końcu czarno-biała, pochylając się nad zgromadzoną kupką ziemi i rdzawych liści. Po chwili wzięła jeden z nich i przyłożyła go do mordki Grubego, następnie przechylając łebek i mrużąc oczy. — Hm… ten całkiem dobrze pasuje do koloru twojego futerka!

* * *

Teraźniejszość

W żłobku może i udało jej się zdobyć kilku przyjaciół, ale jako uczeń… z kim miała się zadawać? Jasne – wciąż rozmawiała z Chudym i Grubym, ale nie mogła przecież przesiadywać w kociarni całymi dniami! Była już prawie dorosła, a to znaczyło, że powinna spać jak uczniowie, jeść jak uczniowie i żyć jak uczniowie.
Wąsatkowa Łapa słyszała już o jakiejś Makowej Łapie, ale rudofutra kotka wydawała się dosyć… stara. Czy wciąż powinna być uczniem? Oprócz niej była też Cykoriowa Łapa i Aksamitkowa Łapa. Wszystkie w czwórkę spały pod jednym sufitem, ale zazwyczaj nie odzywały się do siebie słowem. Może kotki były po prostu zmęczone po swoich treningach?
Wąsatka nie wiedziała, jak to wygląda u innych, ale jej na razie podobało się, gdy wychodziła z Pustułkowym Szponem z obozu, a ten pokazywał jej granice i opowiadał o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd. Była zafascynowana tą… wiarą, jak to określał czekoladowy. Gdy była młodsza, słyszała już o niej kilka słówek, ale nigdy nie przywiązywała do nich zbyt dużej uwagi. Pustułek jednak jasno określił, że Mroczna Puszcza jest bardzo ważna w ich życiu i jeśli będzie się starać, to przyszykuje dla niej jakąś niespodziankę z tym związaną. Wąsatka uwielbiała niespodzianki!
Teraz czarno-biała leżała na swoim posłaniu, obserwując śnieżycę szalejącą poza legowiskiem i ciesząc się z tego, że nie musi teraz ćwiczyć. Pustułkowy Szpon zabrał ją na trening już z samego ranka, więc teraz, wieczorem, mogła odpoczywać. I nie martwić się o to, że takie wichry mogłyby ją zwiać do innego klanu! Na przykład… Klanu Klifu czy Klanu Burzy – bo Pustułek mówił, że z nimi graniczą.
Uczennica zastanawiała się, kiedy uda jej się spotkać kota z innej przynależności. Czy wyglądali tak samo, jak oni? A może w niczym ich nie przypominali? Tak bardzo chciałaby się dowiedzieć!
Nagle do legowiska wkroczyła, dysząc ciężko, czekoladowa, pręgowana kocica. Miała wilgotne futro i łapy oblepione grudkami śniegu. Poruszała się powoli, jakby z trudem. Jej zmęczony, zdezorientowany wzrok błądził po różnych zakątkach legowiska, aż w końcu Cykoriowa Łapa opadła ciężko na swoje posłanie. Aksamitkowej Łapy i Makowej Łapy jeszcze tu nie było.
“Na krety! Co jej się stało?” – pomyślała Wąsatka.
Przez moment obserwowała uczennicę w bezruchu, dopóki nie zdecydowała się do niej podejść. Usiadła nieopodal, owijając ogon wokół łapek.
— Cykoriowa Łapo? — zapytała, trącając kotkę paluchem. — Co ci się stało? Wyglądasz jak wielka kula śnieżna! — burknęła.
Cykoriowa Łapa odpowiedziała jej jedynie ciężkim westchnieniem. Nie wyglądała na kogoś w najlepszym stanie…
Wąsatkowa Łapa przyłożyła łapę do jej pyska.
— Halooo! Umierasz? — buczała do ucha czekoladowej, która w końcu drgnęła.
Cykoriowa Łapa kłapnęła zębami tuż przy pysku Wąsatki, marszcząc nos.
— Ej, ej! Co tak agresywnie? — fuknęła Wąsatka, odsuwając się od starszej uczennicy.
— Idź sobie! — wychrypiała czekoladowa. — Potrzebuję odpocząć!
— Nie odpoczniesz w takim przemoczonym posłaniu! Ten śnieg zaraz stopnieje i co? — naciskała, podczas gdy jej ogon przecinał powietrze niczym bicz. — Będziesz pływać, a nie odpoczywać!
— Co cię to wszystko obchodzi!? Patrz na swój czubek nosa! — wycedziła przez zęby Cykoriowa Łapa, wsuwając pysk między łapy.
“Jaka ona uparta!” – myślała Wąsatka. Ciekawe, co jej się stało. Może poza obozem robaki ją pogryzły? O ile w Porze Nagich Drzew w ogóle istniały owady – czarno-biała zdążyła już zauważyć ich brak w powietrzu. Trochę ją to zdziwiło, ale jeszcze nie miała okazji zapytać o to taty. Jak to się działo, że gdy zaczynało się robić zimno, wszystkie muchy, komary i osy chowały się… no właśnie, gdzie? A gdy się ocieplało, nagle wracały?
A jeśli nie pogryzły jej robaki, to może poparzyły ją pokrzywy? Choć to również nie miało sensu. Wszelka roślinność przykryta była teraz grubą warstwą perlistego puchu. Zupełnie tak, jak Cykoriowa Łapa w tym momencie.
— Jesteś chora? — zapytała w końcu, jakby olśniona. — Tata mi mówił o medyce! Mogę cię do niej zaprowadzić. Czyni cuda! — oznajmiła, szczerząc swoje mlecznobiałe kiełki.
— Medyce? — wymamrotała zdziwiona, po czym pociągnęła nosem. — Chyba o medyku, pacanie. Nie potrzebuję go — uparła się starsza.
Wąsatka wiedziała już jednak, że musi jakoś zaciągnąć Cykorię do lecznicy albo… lecznicę do Cykorii. W zależności od tego, co będzie łatwiejsze – choć z nastawieniem pręgowanej chyba prostsze było to drugie.
— Na moje oko, to potrzebujesz.
— Które? Te zdrowe, czy te, które od ciebie ucieka? — Starsza ostatecznie podniosła głowę, załzawionymi ślepiami wpatrując się w Wąsatkę. Jej oddech był świszczący, jakby z trudem wydostawał się na zewnątrz. Sama kotka chrząkała co jakiś czas; była wyraźnie chora.
— Nie żartuj sobie! Nie dziwię się, że przegrałaś z Cienistą Zjawą, skoro chodzisz taka zmizerniała! Rusz wreszcie zad do lecznicy i weź zioła od me-… — przerwała, mrużąc oczy ze zirytowania. W końcu prychnęła, poruszając wibrysami. — Skoro chcesz być takim osłem, to sobie nim bądź. Tylko spróbuj nie nasmarkać na legowiska obok.
Nadęła policzki i wróciła na swoje leże, zawijając się w ciasną kulkę. Jednak najwyraźniej jej słowa podziałały, gdyż już po chwili pręgowana podniosła się z miejsca, a po legowisku uczniów rozniósł się dźwięk jej kroków. Wyszła na zewnątrz.
Wąsatkowa Łapa szybko przewróciła się na drugi bok, obserwując, jak starsza skręca w stronę lecznicy. Nareszcie! Przynajmniej nie będzie ryzykować tego, że się zarazi. Bardzo nie chciałaby chorować akurat po rozpoczęciu swojego treningu – Pustułkowy Szpon na pewno nie byłby zadowolony z takiego obrotu spraw. Zależy mu przecież na tym, by wychować swoją samozwańczą córkę na jak najdumniejszą wojowniczkę Klanu Wilka!

* * *

Może interakcje z innymi uczniami po prostu nie były dla niej. Na całe szczęście jeszcze tylko kilka dni, aż Gruby i Chudy dołączą do grona terminatorów i znowu będą mogli rozmawiać ze sobą wieczorami oraz lepić sobie nawzajem pyski z ziemi, a może i śniegu! Wąsatka co prawda nie wiedziała, czy dwójka braci za nią przepada, ale nie zwracała na to uwagi. Ważne, że to ona ich lubiła, nie?
Nawet jeśli teraz nie tolerowali jej obecności, to za jakiś czas zostaną zmuszeni, by się do niej przyzwyczaić, bo Wąsatka nie zamierzała odpuszczać sobie prób zaskarbienia ich zaufania w najbliższych księżycach! Poza tym… sama nie była też zbyt bystra, jeśli chodzi o emocje innych kotów. Chudy mógł na nią wrzeszczeć, mógł nawet marszczyć się jak ususzony liść, a ona i tak uważałaby, że to tylko jego sposób na okazywanie szczęścia.
Wąsatkowa Łapa wsunęła łebek do kociarni, by rozejrzeć się po zgromadzonych tam kotach. Dostrzegła Chudego, Noc, Kalinkę, Księżycka i, rzecz jasna… Grubego! Od razu się uśmiechnęła i, nie czekając na aprobatę Gąsiorkowego Trzepotu czy Jaskółczego Ziela, wparowała do środka.
— Cześć, Gruby! — przywitała się z kociakiem. — To takie ekscytujące, że jestem już uczniem i zyskałam nowe imię, co nie? Ciekawe, kiedy ciebie Zalotna Gwiazda mianuje! Tylko wiesz, musisz uważać, bo zanim to nastąpi, musisz odbyć samotną noc w lesie! — westchnęła, rozsiadając się obok pomarańczowookiego, jakby była panem tego miejsca. — Podczas takich mrozów to potwornie ciężkie, ale mi się udało! Myślisz, że sobie poradzisz? — zaczęła go wypytywać. — Musisz być tylko zdeterminowany i dobrze nastawiony, a ze wszystkim sobie poradzisz! Mówię ci!

<Gruby?>

[1439 słów]

Wyleczeni: Cykoriowa Łapa

Od Mirtowego Lśnienia CD. Pchełkowego Skoku

Niebo nad obozowiskiem zaczynało powoli gasnąć, jakby niewidzialna łapa zanurzała je w barwach różu, miedzi i tlącego się ognia. Smugi światła przeciągały się między koronami drzew niczym krwawe blizny, zapowiadając nieuchronny zachód słońca i noc, która miała przynieść coś więcej niż zwykły chłód. Każde uderzenie serca Mirtowego Lśnienia dudniło w jego piersi z niepokojącą regularnością, będąc ponurym przypomnieniem, że czas — ten zdradliwy sprzymierzeniec i bezlitosny wróg — właśnie się kończył.
Choć stres sprawiał, że jego rude futro jeżyło się niespokojnie, a mięśnie pozostawały napięte jak cięciwa gotowa do strzału, pod tą warstwą lęku tliła się ekscytacja, dzika i niebezpieczna niczym ogień. Zbliżali się do chwili, której nie dało się już odwlec, do punktu bez powrotu. Prawdziwa walka wreszcie miała się rozpocząć — ta jedyna, ta właściwa, na którą czekał całe życie, nawet jeśli głęboko w sobie wiedział, że nie był jeszcze gotów, by ponieść jej konsekwencje.
Przełknął ślinę, gdy na skraju obozowiska dostrzegł Pchełkowy Skok. Kotka porządkowała przejście, zbierając z ziemi liście, jakby próbowała nadać światu porządek, którego w rzeczywistości już dawno w nim nie było. Na widok jej sylwetki jego serce zabiło szybciej, boleśnie, jakby chciało wyrwać się z piersi. To była chwila, której nie mógł już dłużej odkładać. Jeśli pragnął ruszyć naprzód — ku władzy, ku przeznaczeniu, ku krwi — musiał wykonać ten pierwszy krok.
Ruszając w jej stronę powoli, niemal ostrożnie, czuł, jak napięcie ściska mu barki, a każdy krok zdaje się zbyt głośny w ciszy obozu. Zatrzymał się tuż przed nią, unosząc pysk z wymuszoną dumą, za którą krył się chaos myśli.
— Dobrze cię widzieć, Pchełko — odezwał się spokojnie, choć w jego wnętrzu wrzało, kipiało, jakby burza próbowała wyrwać się na powierzchnię. — Może wybierzemy się na krótki spacer? Jest kilka spraw, o których chciałbym z tobą porozmawiać…
Kotka drgnęła lekko, wyraźnie zaskoczona. Z pyszczka wypadła jej garść liści, które rozsypały się bezładnie po ziemi. Spojrzała na kocura, a z jakiegoś trudnego do nazwania powodu wszystkie mięśnie w jej ciele napięły się jednocześnie, jakby instynkt ostrzegał ją przed tym, co miało nadejść.
Kiwnęła głową, a na jej pyszczku odmalowała się determinacja wymieszana z niepewnością — delikatna równowaga, gotowa w każdej chwili runąć.
— Ciebie również dobrze widzieć — odpowiedziała cicho. — Z m–miłą chęcią.
Mirtowe Lśnienie skinął krótko głową i machnął ogonem, po czym podreptał w stronę wyjścia z obozowiska. Szli w milczeniu, a każdy krok oddalał ich od znajomego zapachu klanu i zbliżał ku temu, co nieznane. Gdy obóz został daleko za nimi, a drzewa zaczęły zamykać się wokół niczym czujni strażnicy, kocur zatrzymał się i spojrzał na szylkretkę.
— No więc… — zaczął cicho, niemal szeptem, jakby bał się, że ktoś mógłby ich podsłuchać. — Kiedy Judaszowcowa Gwiazda umrze, Pikująca Jaskółka wyruszy po swoje życia. Będzie wtedy niemal sama. Jedynym kotem, który jej będzie towarzyszył, okaże się Ćmi Księżyc.
Zawiesił głos, mrużąc oczy, jakby wpatrywał się nie w Pchełkę, lecz w wizję przyszłości, która rysowała się przed nim mrocznie i kusząco.
— I właśnie to moglibyśmy wykorzystać.
Pchełkowy Skok zamrugała kilkukrotnie.
— Ćmi Księżyc m–może narobić nam problemów… — szepnęła, przywołując wspomnienia kotki, której oddanie zasadom i obrządkom było powszechnie znane. — Powinniśmy… jakoś ją oddzielić od Jaskółki…
Mirtowe Lśnienie milczał przez dłuższą chwilę. Wiedział, że Pchełkowy Skok ma rację — Ćmi Księżyc nie mogła być świadkiem tego, co planowali. Jej obecność byłaby niczym cierń wbity w łapę, niczym spojrzenie Gwiezdnego Klanu, którego nie sposób było zignorować. Westchnął cicho i przełknął ślinę, jakby sam smak tych myśli był gorzki.
— Jest niewidoma — powiedział w końcu niskim, stłumionym głosem. — To powinno ułatwić sprawę.
— A–ale może nabrać podejrzeń… — odpowiedziała Pchełka, jej uszy drgnęły niespokojnie. — Nie l–lepiej będzie ich rozdzielić? Żebyś mógł… no wiesz.
Pogrzebała łapą w suchych liściach, nie mogąc zmusić się do wypowiedzenia na głos słowa, które zawisło między nimi jak złowieszcza obietnica.
— Pojęcia nie mam, jak chcesz ich rozdzielić — odparł zwięźle, marszcząc pysk. W jego głosie pobrzmiewał sceptycyzm, a ogon drgnął nerwowo, zdradzając napięcie, którego nie potrafił już w pełni ukryć.
— To jak w takim razie chcesz to zrobić? — zapytała szczerze, unosząc pysk i nadstawiając uszu. — Chcesz się zakraść t–tam, zanim one dotrą na miejsce? Czy to nie będzie sprzeczne z wolą Przodków? Nie powinniśmy jej... — tutaj zniżyła głos — pozbawiać życia w świętym m-miejscu…
W jego oczach przemknął cień wahania, gdy zastanawiał się, ile prawdy powinien jej powiedzieć. Czy naprawdę miałby zaprzepaścić swoją jedyną szansę przez martwe duchy…? Nie. Nie mógł pozwolić, by strach nim rządził. Nie mógł pozwolić, by duchy przodków stanęły między nim, a władzą. Już dawno o tym postanowił — i miał zamiar się tego trzymać.
Jego łapy zadrżały lekko.
— My tylko… wykorzystamy to, co sami nam dali — miauknął miękko, niemal potulnie, jakby każde słowo było starannie dobrane i wygładzone, pozbawione ostrych krawędzi. Po chwili ciężko westchnął, a powietrze, które opuściło jego płuca, zdawało się drżeć od niewypowiedzianych intencji. Jego spojrzenie nie opuszczało Pchełkowego Skoku ani na moment — śledził każdy ruch jej uszu, każdy ledwie zauważalny skurcz mięśni, desperacko poszukując w niej zgody… lub sprzeciwu.
— Przodkowie nie chcieliby, aby Pikująca Jaskółka objęła władzę — kontynuował spokojnie, niemal jakby cytował dawno zapamiętaną prawdę. — Zrozumieją, że nawet jeśli jej dusza — tak ciemna, jaka jest — spocznie w ich świętym miejscu, to stanie się to dla większego dobra.
Las wokół nich zdawał się zastygać. Cienie wydłużały się, oplatając pnie drzew niczym czarne języki ognia, a zapach wilgotnej ziemi mieszał się z chłodem nadchodzącej nocy. Wojowniczka westchnęła cicho, lecz w tym dźwięku pobrzmiewało zmęczenie tak głębokie, jakby nosiła je w sobie od wielu księżyców. Obydwoje wiedzieli, jak misterny i kruchy był ten plan — i jak straszliwe mogłyby być konsekwencje, gdyby choć jeden jego element zawiódł. Zbyt wiele myślenia. Zbyt wiele decyzji. Zbyt wiele krwi, jak na jedno, pozornie proste życie, które zamierzali ukrócić.
— Myślisz… że jej dusza powędruje do K–Klanu Gwiazd? — zapytała w końcu niebieska, unosząc wzrok. Jej oczy błyszczały niepokojem, gdy spojrzała na niego. — Za swoje czyny p–powinna trafić do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd, by odpokutować. Byśmy m–mogli wreszcie odpocząć…
Mirtowe Lśnienie zmrużył oczy, wpatrując się w jej pełne wątpliwości spojrzenie. Jego pysk pozostał niewzruszony, gładki niczym maska, spod której nie przedostawała się żadna emocja. Jedynie ogon poruszył się leniwie, powoli, jakby każde drgnięcie było dokładnie przemyślane.
— Kto wie, Pchełko… — odezwał się po chwili, głosem niskim, spokojnym i niebezpiecznie pewnym. — Dusza Pikującej Jaskółki nie należy już do nas. Jeśli Przodkowie zechcą ją przyjąć, tak się stanie. A jeśli nie… — urwał na moment, pozwalając ciszy zgęstnieć — …wtedy jej ciemność sama znajdzie swoje miejsce.
Zawiesił głos, jakby ważne było, by każde słowo wniknęło w jej umysł, zakorzeniło się tam i zaczęło kiełkować.
— Gdy już zniknie, nikt nigdy o niej nie usłyszy. Ani ty, ani ja nie będziemy musieli się nią martwić… aż do dnia, w którym przyjdzie nam umierać.
— Możesz sobie wyobrazić życie bez niej? — zapytała cicho. — To uczucie… ulgi?
Jej wzrok powędrował pomiędzy drzewa, w głąb lasu, gdzie ciemność była gęstsza, a przyszłość — niepokojąco pusta. Rudzielec milczał przez dłuższą chwilę, a potem delikatnie zastrzygł uszami, jakby dopiero teraz wracał do rozmowy.
— Mirtowe Lśnienie? — odezwała się niepewnie, zerkając na niego spod rzęs. — P–Podziwiam cię. J–Jestem ci wdzięczna, że chcesz ze mną odmienić nasz K–Klan.
Kocur nie odpowiedział od razu. Obserwował ją w półmroku, jakby ważył znaczenie jej słów, badał ich szczerość. Jego oczy błysnęły cicho, odbijając resztki gasnącego światła, a ogon ponownie poruszył się wolno.
— Podziwiasz mnie? — powtórzył półgłosem, z nutą przekory, lecz w jego tonie pobrzmiewał cień ciepła. — Cieszę się, że patrzysz na mnie w ten sposób. Ale pamiętaj… — nachylił lekko głowę — …to nie ja odmieniam klan. To my razem zmieniamy jego los.
Uśmiechnął się nieznacznie, ledwie dostrzegalnie, po czym westchnął cicho, jakby już w myślach był kilka kroków dalej.
— Właśnie… Medycy mogą wchodzić w kontakt z Klanem Gwiazd, racja?
— Tak, mogą — odpowiedziała, kiwając głową. — T–To oni otrzymują wizje od Przodków. N–Niestety nie wiem, jak to dokładnie wygląda.
Jego wąsy zadrżały lekko. W jego umyśle powoli krystalizował się nowy pomysł — chłodny, wyrachowany i niebezpiecznie kuszący. Na moment zamilkł, jakby sam oceniał jego wagę, po czym uniósł pysk. W jego oczach pojawił się lodowaty błysk.
— A co, jeśli walka stoczy się właśnie pod okiem Ćmiego Księżyca? — miauknął spokojnie, niemal łagodnie. — Jeśli ją wygramy, będzie to znak. Dowód, że Klan Gwiazd chciał, aby wszystko potoczyło się właśnie w ten sposób.
Zamilkł, pozwalając, by myśl zawisła między nimi niczym ostrze. Wiedział, że medyczka nigdy nie poparłaby brutalnego starcia… Ale co, jeśli ujrzałaby tylko część prawdy? Jeśli Pikująca Jaskółka nie miałaby umrzeć natychmiast? Myśl ta sprawiła, że jego spojrzenie stwardniało. Najwyraźniej czasem wystarczyło pokazać dokładnie tyle, ile inni byli gotowi zobaczyć.
— C-Chcesz sprowokować Pikującą Jaskółkę? — Zapytała niepewnie. — Czy może bardziej... Wepchnąć ją w jakąś... pułapkę?
Mirtowe Lśnienie nie odwrócił wzroku. Przeciwnie — pozwolił, by jego chłodne, przenikliwe spojrzenie spoczęło na niej dłużej, niż było to konieczne. W kącikach jego pyska drgnęło coś na kształt subtelnego, bardzo bladego uśmiechu.
— Wiesz, Pchełko… — odezwał się w końcu cicho — niekoniecznie jedno musi wykluczać drugie.
Kocur zrobił krótką pauzę, jak gdyby ważył każde słowo.
— Musimy jednak działać ostrożnie. Nie mogę stanąć z nią do walki sam – to byłoby zbyt oczywiste. Zbyt łatwe do podważenia.
Burknął coś pod nosem.
— Potrzebujemy trzeciego ogniwa — dodał niskim głosem. — Kogoś, kto odważy się rzucić jej wyzwanie… i sprawi, że wszystko będzie wyglądało bardziej naturalnie.


<Pchełko?>

Od Kalinki

Kalinka siedziała na jednym z posłań w żłobku. Wyschnięte gałązki drapały ją odrobinę w bok, mierzwiąc aksamitne w dotyku futerko. Szarawa koteczka nie zwróciła na to szczególnej uwagi. Na zewnątrz szalała wichura, targająca masą drobinek śniegu. Mieniły się w bladym blasku zjawiskowo. Podmuchy czasami wpadały do kociarni, zatrzymując się w wejściu. W centrum okrutnie biły koty po pyskach. W szczególności te, które musiały wyruszyć dzisiaj niefortunnie na patrol czy polowanie. Dobrze, że Kalinka nie była jednym z nich. Mogła cieszyć się ciepłem żłobka bez obowiązku wyżywienia Klanu. Na razie ona była tą, którą musieli karmić. Była nadzieją, przyszłym pokoleniem Klanu Wilka. Słońce zniżyło się mocno, a wokół zaczęły zbierać się cienie. Vanka miała świadomość, że za niedługo zostanie mianowana na uczennicę, oczywiście, jeśli uprzednio uda jej się przeżyć noc samej w lesie. Myślała, że jej się uda. Rozmawiała już z wujkiem oraz Słotą, wiedziała co robić. Pamiętała. Mimo to obecna pogoda wcale nie sprzyjała temu, by którekolwiek z nich przeżyło. A przecież razem z nią wyruszą także trzy inne kocięta. Dokładniej Gruby, Chudy i Noc. Cichutkie popiskiwanie Księżycka, śnieżnobiałego kocurka poniosło się echem po schronie. On był zbyt malutki, żeby się przejmować takimi rzeczami. Jego głównym zmartwieniem było teraz to, żeby było mu cieplutko i żeby go karmiono. Żółtooka czasami kładła się obok niego, żeby zapewnić mu jeszcze więcej ciepła, jeśli jego mama nie miała nic przeciwko. Karmicielka zazwyczaj ganiała ich, by jej malec mógł odpocząć i rosnąć bez stresu. Świerzbiły ją łapki, żeby pójść do Trzcinniczkowej Dziupli – on by jej z pewnością opowiedział więcej o starych czasach oraz o Klanie Gwiazdy. Koteczka codziennie słuchała słów znanej jej szylkretki, Ognikowej Słoty i nie była pewna, ile było w tym prawdy. Od zawsze miała dość sceptyczne podejście do wiary i nie planowała nikomu dać się zmanipulować do wyznawania konkretnej… Musiała sama uznać, że warto podążać za jej kazaniami. Stwierdzenie, że nie przepada za Słotą, było błędne. Nawet jeśli kocica narzucała jej własne zdanie bardzo często, Kalinka mało z tego brała sobie do serca. Ta konkretna Wilczaczka była jedną z pierwszych kotek, oprócz jej mamy, jaką poznała. Traktowała ją niczym swego rodzaju koleżankę albo nawet i starszą siostrę, która niekoniecznie zawsze miała rację. Nie zamierzała jej niszczyć tego, na co sobie zapracowała. Nie chciała, by jej bańka pękła i to z jej powodu, bo może jeszcze coś niekorzystnego by ją przez to spotkało.
Słota opiekowała się nią, kiedy jej biologiczna mama, Gąsiorkowy Trzepot niekoniecznie miała na to ochotę. Kalinka nie czuła żalu wobec matki – towarzyszył jej niekiedy smutek z tego powodu, aczkolwiek nie chciała jej niszczyć życia. Nawet jeśli nie była planowana, to nie bez powodu się tu znalazła… to nie była jej wina, rodziny się nie wybierało. Westchnęła cicho pod nosem. Nie zapowiadało się na to, by pogoda miała się dzisiaj uspokoić. Zbyt bardzo mroźno było w centrum. Mało kto się tam teraz krzątał. Ciekawe gdzie była Ognikowa Słota?
Jak na zawołanie, Kalinka usłyszała zbliżające się kroki, przyćmione przez głośny skowyt wiatru. Do kociarni zajrzała Ognikowa Słota, która szukała kogoś wzrokiem. Jej wielobarwnego futra czepiły się liczne drobinki śniegu, tworząc swego rodzaju pokrywę. Wytrzepała łapy ze śniegu, zrzucając z siebie tyle chłodnych elementów, ile była w stanie. Wojowniczka, znalazłszy malutką, uśmiechnęła się szeroko, po czym podeszła do niej pewnym krokiem. Mokre podłoże nie mogło być niczym dobrym przy takich mrozach. Szylkretka znalazła się tuż obok Kalinki, tuląc ją gęstym ogonem.
— Wyspałaś się dzisiaj, Kalinko?
— Tak… dobrze mi się spało. Wiesz może, czy pogoda uspokoi się do jutra?
— Wiesz, nie liczyłabym na to. Chmury na niebie nie zwiastują, by nagle się ociepliło. Chciałabyś się przejść? — zapytała starsza, pomrukując. Kalinka pokiwała głową.
— Tak, chciałabym zwiedzić obóz, ale jest na to za zimno — powiedziała, jednak dalszą część wypowiedzi zachowała dla siebie. Chciała przekonać się, z jak wielkim mrozem będzie musiała mierzyć się już bardzo niedługo. Oby tylko nie odebrał jej całych sił od razu, bo byłby to jej koniec. A nie mogła sobie pozwolić na śmierć tak wcześnie. Tak wiele kotów wierzyło w jej sukces, a jeden konkretny pokładał w niej nadzieje tak kolosalne, że gdyby mógł, doglądałby jej nieprzerwanie i pewnie przeżyłby tę samotną noc w lesie za nią.
Ognikowa Słota posmutniała odrobinę. — Biedulka. Pewnie się tu nudzisz, co? Z tymi ledwo żyjącymi kociakami i jedynym porządnym Nocą. Księżycek jest jeszcze zbyt malutki, żeby się z tobą bawić.
Vanka poruszyła ogonem nieznacznie, gdy Słota wypowiadała się w ten sposób o kocurkach. Owszem, może i różnili się od nich, jednakże życia w nich było tyle, co w niej i co w każdym kocie. Po prostu potrzebowali innej opieki i co innego na nich działało korzystnie. Nie wybrali sobie takich pysków, to nie ich wina, że się tacy urodzili. Nie skomentowała tego jednak, aby nie wszczynać kłótni.
— Opowiesz mi coś? — zapytała, wtulając się w trójkolorowe kłosy wojowniczki, zmieniając temat. Podniosła wzrok na jej głowę i dostrzegła, że brakuje jej kawałka lewego ucha. Ciekawe czy się z kimś pobiła? Znając Słotę – pewnie tak. Mogła. Ona chyba wcale nie czuła strachu, gdyby jej się zachciało, to do pojedynku wyzwałaby każdego kota. Czy nie było jej szkoda ucha? Chociaż… blizny raczej postrzegane były jako powód do dumy, kotom nie było szkoda, a przynajmniej ona nie spotkała się wcześniej z czymś takim. Jeszcze wiele mogła się nauczyć i wiele rzeczy ją zdziwi, gdy tylko opuści kociarnie i wyrośnie z puchu zza uszu.
— Ostatnio mówiłam ci, żebyś poprosiła Mroczną Puszczę o pomoc, jeśli stanie się coś niekorzystnego. Oczywiście, jeśli to zapewni ci spokój, zrób tak, bo w nerwach podejmuje się często głupie decyzje, a jedna taka może kosztować cię całe twoje życie. Chciałabym, Kalinko, żebyś miała na uwadze, że nasi przodkowie nie mogą nas dotknąć ani my nie możemy często ich nawet zobaczyć. Jeśli będzie gonić cię, dajmy na to, sowa, to oni nie odepchną cię w ostatniej chwili, żeby uchronić cię przed jej ostrymi szponami. Cała nadzieja jest w tobie, oni mogą – ale nie muszą – cię pokierować. Musisz sama decydować i to najlepiej jak najszybciej, jak uchronić się przed śmiercią, ponieważ wróg nie zaczeka na decyzję z twojej strony, tylko sam podejmie jak najkorzystniejszą dla siebie tak szybko, jak to możliwe. Wiara w nich zaprowadzi cię daleko, ale równie dalej możesz pójść, jeśli będziesz pracować nad sobą i sprawiać, że twój limit stanie się twoim minimum. Poszerzaj swoją wiedzę i ucz się pilnie, bądź ciekawa wszystkiego, co tylko zapewnia ci rozwój. Dlatego tak istotnym jest, żebyś wierzyła w siebie. Jeśli nie dostrzegasz własnego potencjału, nie zauważysz też, jak wiele wiesz oraz ile już zdążyłaś się nauczyć. Takie koty mają w zwyczaju umniejszać sobie, co przyczynia się do ich nieszczęścia i przedwczesnego końca. W Klanie Wilka nie ma miejsca dla kotów, które są ślamazarne, niepewne własnej wartości. Panuje tu selekcja naturalna. Starsze, silniejsze koty eliminują te młodsze, chore, słabsze bez nadziei, żeby w przyszłości uniknąć większej ilości kotów, które normalnie nie przeżyłyby tak długo, gdyby nie nasza łaska i litość.
Kalinka zmrużyła oczy. Słota robiła chyba co w jej mocy, żeby vanka przestała zadawać się z kocurkami o przykrótkich pyszczkach. Ale ona nie zamierzała tego robić. Lubiła ich, zresztą nie znała nikogo więcej w jej wieku. Głos starszej zaczął rozmywać się wraz ze świstem wpadającego do legowiska wiatru. Łyse korony drzew, pokryte śnieżną powłoką kiwały się na boki, głaskane przez ostre, mroźne podmuchy. Łapy kotów z chrupnięciem stąpały po zmrożonej posadzce w poszukiwaniu pożywienia.

Od Ognikowej Słoty

Niebo ozdobiły gęste, gołębie chmury, sypiące płatkami śniegu. Słoneczne dni Pory Nagich Drzew bywały dużo chłodniejsze, niż te z pochmurnym niebem. Zziębnięty grunt, który jeszcze niedawno był intensywnie zielony wpadający w turkus, pokryła teraz czysta biel, pod swoją powłoką nie dając uciec i kwiatom, którym pozostało teraz albo to jakoś przetrwać, albo zgnić z powodu nadmiaru wody i niesprzyjających warunków. W taką pogodę ślady zacierały się dość szybko, a chodzenie po mroźnej posadzce zapewniało ból albo nawet i chwilową utratę czucia w poduszkach. Końcówki uszu też były na to bardzo narażone, mimo lekkiego puchu. Może mogła być to swego rodzaju forma hartowania, dzięki niej koty dawałyby radę dłużej wytrzymywać na mrozach i być sprawniejsze tak długo, jak było to konieczne i potrzebne. Z pysków kotów unosiły się przeróżnego rodzaju dymki, szczególnie widoczne na mrozie. Ognikowa Słota co jakiś czas zwracała się do rudej koteczki tuż obok ze słowami jaka jest zadowolona z tego, że jej matka została przywódczynią. Kocimiętka potakiwała, jakby nie była aż tak obecna, chociaż szylkretce to nie przeszkadzało – tym razem nie skupiła się na tym, czy pręguska ją słucha, czy nie, chciała po prostu się komuś pochwalić sukcesem swojej matki. Nawet jeśli wszyscy już o tym wiedzieli.
Nikła Gwiazda był w jakimś stopniu szanowany przez Ognikową Słotę, pochwała z jego strony była długo postrzegana jako coś do czego warto dążyć. Gdy wreszcie to otrzymała, czuła się wniebowzięta, zadowolona z siebie jak mało kto. Jednakże, bez dwóch zdań to Zalotna Gwiazda bardziej zasługiwała na tą posadę. On zdążył się zestarzeć i zesztywnieć, niemożliwe, by starszyzna dobrze zarządzała klanem, mimo swojej obszernej wiedzy. Oni byli już najzwyczajniej w świecie powolni, czas się im udzielał. Mogli się mylić, a Klan Wilka nie mógł pozwolić sobie na pomyłki czy opóźnienia.
Kotki zaczęły wracać w stronę obozu, ślady za nimi zakopywały się pod nowo spadającym śniegiem, prószącym im także na grzbiety. Małe białe punkciki czepiały się ich kłosów niczym mikroskopijne rzepy, jakby były ich zatraconą zgubą. Lekki podmuch wiatru był w stanie je strzepnąć masowo, jednakże nie wyglądało na to, by to było dla nich teraz istotne. W pewnym momencie płatki osadziły się dwójce nawet na rzęsach – wyglądało to dość zabawnie. Wilczaczka strzepnęła nadmiar śniegu, wchodząc do legowiska tuż za swoją przyjaciółką. Zimny dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa, wewnątrz nory było znacznie cieplej dzięki ilości wojowników, jaka się teraz ogrzewała nawzajem. Na niebie rozciągała się gęsto Srebrna Skóra, chociaż wpatrywanie się w nią obecnie było dość nieprzyjemne, raczej mało kto lubił mieć śnieg w oczach. Rudaska położyła się tuż obok Kocimiętkowego Wiru. Zielonooka zdążyła przymknąć już powieki oraz oddać się w objęcia snu, jej bok unosił się, a potem opadał spokojnie. Ten dzień musiał być dla niej męczący, sporo przeszły. Brązowooka czuła pulsujący ból w kończynach, aczkolwiek nie zamierzała na niego narzekać. To był udany, pracowity dzień. Futra wojowniczek stykały się, Ognikowa Słota poczuła, jak serce zaczyna jej szybciej bić, gdy patrzyła na spokojnie śpiącą towarzyszkę, było w tym coś urokliwego. Przeniosła wzrok na wejście do legowiska. Wpatrywała się w nieco przysłonięty sierp księżyca na niebie, blady blask oświetlał wejście do legowiska, lodowe płatki również się wpraszały, chociaż nie sypały jej na głowę. Wetknęła nos w futro, zamykając oczy. To ją uchroni chociaż w małym stopniu przed ziąbem.
Ognikowa Słota znalazła się na gęsto porośniętej łące, upstrzonej jasnymi punkcikami. Uciekały, gdy tylko znalazła się blisko. Rudaska przedarła się przez wysoką trawę, próbującą dostać się jej do oczu. Łapami odgarniała nadmiar kłosów, znalazłszy wreszcie idealne miejsce. Zachęciła swoją towarzyszkę do tego, żeby ta przysiadła tuż obok niej. Kocimiętkowy Wir pokiwała głową, kładąc się plecami pomiędzy pięknie pachnącymi kwiatami. Świetlik wylądował jej na nosie, na co ta zareagowała chichotem, odgarniając go łapą. Szylkretka uśmiechnęła się, zauważywszy ten widok. Ułożyła się tuż obok, spozierając na niebo. Gwiazdy świeciły jasno oraz intensywnie, wraz z księżycem. Trawa pod ich grzbietami była wygodna, bardzo miękka, zupełnie tak, jakby leżały na świeżym, lekko mokrym od rosy mchu. Wysokie drzewa iglaste pięły się do nieba, zasłaniając kawałek z niego. Kotki były wpatrzone w przepiękny sierp księżyca, którego blask spływał na nie niczym świeża, orzeźwiająca zimna woda z sadzawki. Ognikowej Słocie towarzyszyło miłe uczucie. W głowie pojawiła się nawet myśl, że chciałaby trwać w tym momencie wiecznie, co ją samą zdziwiło. Zielone oczy Kocimiętki jarzyły się rozemocjonowane, nie rezygnując z spozierania w granatowy nieboskłon, niczym w obrazek. Gdy ruda zorientowała się, że ta druga na nią spoziera, zerknęła na Słotę, posyłając jej figlarny uśmiech.
Trójkolorowa otworzyła nagle oczy, budząc się przedwcześnie. Niebo było nadal kruczoczarne, a do wschodu jeszcze brakowało. Mroźne podmuchy wiatru ze świstem wpadały do jamy, powiewając futrem wielu Wilczaków. Jedni nakryli łapą nos, drudzy zignorowali to zupełnie, zbyt bardzo pogrążeni we śnie. Zapach przyjaciółki drzemiącej tuż obok działał na nią kojąco, gdy wpatrywała się w sierp – ten sam ujrzała we śnie. Śpiew świerszczy grał jej kojącą melodię, dzięki której przysnęła znowu, dłużej, do rana. Tym razem nie pamiętała swojego snu.
Ranem Ognikowa Słota przeciągnęła się, ziewając. Zastanawiała się, czy sen, który jej się przyśnił w nocy miał jakieś większe znaczenie. W końcu Kocimiętkowy Wir była jej dobrą przyjaciółką. Czy mogła w ogóle myśleć o niej w ten sposób, podejrzewać, że między nimi jest jednak coś więcej? Bardzo lubiła spędzać z nią czas, zawsze sobie coś opowiadały i jakoś umilały życie. Słota na razie nie była pewna co o tym myśleć i czy warto było tak drążyć, może to nie miało większego znaczenia, a ona szukała go na siłę. Koty wszędzie dookoła były dość zabiegane – można było się tego spodziewać, teraz przywódca się zmienił a wraz z nim pewne normy, prawdopodobnie. Poranki zawsze były dość chaotyczne, oczywiście nie musiały takie być, aczkolwiek nie każdy potrafił dobrze rozplanować sobie dzień. Starsi dzielili się językami, przytulając do siebie ciasno, żeby uchronić się przed nieprzyjemnym mrozem. Radosne popiskiwanie kociąt wydobywało się ze żłobka, malując zadowolenie na pyskach kotów. Rudaska napuszyła sierść, żeby mróz jej nie chwycił tak szybko.
Nagle do szylkretki podeszła wojowniczka oblana czernią. Mroczna Wizja. Ognikowa Słota skinęła starszej głową na powitanie z szacunkiem.
— Witaj, Ognikowa Słoto. Przejdziemy się? — zapytała.
Wojowniczka nie miała dzisiaj wiele na głowie, dlatego taki spacer raczej jej nie popsuje żadnych planów. Zgodziła się, nie rozmyślając nad tym niepotrzebnie długo.
Kotki skierowały się żwawo w stronę wyjścia, starsza kocica ustanowiła tempo do którego Słota domyślnie się przystosowała, stawiając łapy pewnie na mroźnym, mokrym śniegu.
Gdzie tylko się nie spojrzało, tam było biało.
— Co myślisz o Porywistym Dębie? — zapytała zielonooka bez wyrazu, patrząc prosto na kufę wojowniczki.
Słota wysunęła pazury, zdobiąc nimi śnieg mimo wolnie. To był dla niej dość ciężki temat, bo nawet jeśli był zdrajcą, to przecież byli blisko i to przez tak długi czas. Pamiętała ich sielankowe chwile, tak bardzo przyjemne zresztą. Był dla niej długo ważny i pewnie nadal był w jakimś stopniu. W końcu nie bez powodu w legowisku dalej trzymała gałązkę właśnie od niego. Może lepiej będzie, jak się wyrzeknie tego wreszcie. Może to by jej pozwoliło ruszyć dalej, bez robienia sobie złudnej nadziei, że srebrny kiedyś wróci. Pomogłoby jej zapomnieć o przeszłości. Nawet jeśli by wrócił, był zdrajcą. Wilczacy zabiliby go na miejscu, mieliby przewagę liczebną, a ponadto mieli wielu wyszkolonych, starszych wojowników, którzy by mu dali radę. Przyjmując, rzecz jasna, że nadal żył i stąpał gdzieś po obcych ziemiach. Czy myślał o niej? Pamiętał ich wspólne miło spędzone chwile?
— Kiedyś spędzaliśmy dużo czasu, ale to już przeszłość. Zdradził Klan Wilka i nie jest już dla mnie ważny ani mi bliski. Ważne jest dla mnie dobro Klanu oraz następnych jego pokoleń. Jeśli Porywisty Dąb by wrócił, jestem gotowa sprawnie ukrócić jego sielankowego życia własnymi pazurami — przedstawiła, czując jakby zrzuciła z siebie coś, czego trzymała się jeszcze niedawno tak kurczowo. Tak, jak ptaki zrzucają z siebie swoje pióra co jakiś czas po to, by zrobić miejsce na nowe, lepsze, bardziej wytrzymałe, z pięknym połyskiem. Może tak będzie lepiej, wszystkim wyjdzie to na lepsze. Porywisty Dąb nie mógł tu wrócić, miała nadzieję, że on miał o tym świadomość. Nieważne jak bardzo by chciała, by było znowu po staremu. Mogła sobie tylko marzyć, to i tak nie miałoby aż tak wielkiego wpływu na rzeczywistość, w której się znaleźli.
Mroczna Wizja pokiwała głową, przyjmując słowa szylkretki. Zalotna Krasopani, a właściwie, Zalotna Gwiazda opowiadała kocicy o Słocie, tak samo o reszcie jej rodzeństwa. To była kwestia czasu, aż kruczoczarna zagada do pozostałej dwójki. Gdy słońce zaczęło powoli zachodzić, wróciły do obozu, rozdzielając się. Ognikowa Słota skierowała się do żłobka, mając nadzieję, że Kalinka była gotowa i chętna jej posłuchać.
Odszukała małej wzrokiem. Żółtooka bawiła się wyschniętym mchem, próbując go łapać za każdym razem, kiedy odbijała go ze stukotem od ściany. Nawet sprawnie jej to szło. Siła, z jaką rzucała kulkę pokazywała, że wyrośnie na porządną wojowniczkę. Słota miała nadzieję, że we właściwej wierze. Że nikt jej nie namieszał w głowie tymi bzdurami o wielkości Klanu Gwiazdy. To mogłoby jej wszystko zepsuć, a nie chciała mieć negatywnej relacji z vanką. Nie żeby czegokolwiek się obawiała – chodziło bardziej o to, że w jej oczach byłoby to wielką stratą.
— Kalinko, jak się dziś czujesz? Co robiłaś? — dopytała starsza, przysiadłszy tuż obok malutkiej.
Kalinka spojrzała na nią z lekkim namysłem. Nie zwlekając długo z odpowiedzią, miauknęła:
— Ćwiczyłam dzisiaj samoobronę i polowanie!
Ognikowa Słota zamruczała z zadowoleniem. Po chwili spoważniała. Musiała powiedzieć jej coś ważnego. W końcu Kalinka za niedługo zostanie uczennicą, musiała też sama już o tym wiedzieć. — Kalinko, słyszałaś już o przebiegu ceremonii ucznia?
Koteczka pokiwała głową.
— I nie chcesz mnie spytać, co zrobić, żeby przetrwać swoje mianowanie? W końcu mnie się udało, ale to oczywiste.
— Ja nie muszę pytać, bo już wiem. To logiczne zresztą. Wystarczy, że dobrze się schowam i przeczekam noc. Muszę obserwować niebo w poszukiwaniu lśniących dziobów i szponów. Teraz, jak jest tak zimno, to lepiej byłoby schować się w norze, bo może mi taki chłód zaszkodzić. Więc myślę, że schowam się albo w dziupli jeśli będzie jakaś dostępna i względnie nisko, albo czmychnę do nory. Jednak zanim to zrobię, muszę rozglądać się za kunami, borsukami i lisami. Muszę uważać pod łapy, bo każdy szmer, każde potknięcie jest obserwowane i ci, którzy by mnie z chęcią zjedli, będą się za takimi rozglądać i nasłuchiwać. Muszę ja sama także nasłuchiwać dźwięków.
Ognikowa Słota pokiwała głową. — W porządku. Jesteś bardzo mądra, Kalinko. Nie spotyka się tego często u kociąt.
— Oczywiście.
— To teraz pora na historyjkę. Połóż się wygodnie.
Kalinka zawinęła łapki pod siebie, spoglądając na Słotę. Ogonkiem objęła kawałek tylnej łapy, tuląc się do ciepłego, wygodnego posłania.
— Jak już wiesz, opowiadałam ci o potędze i ważności wiary w naszych przodków. Trafnie zauważyłaś, że nazywa się ich mrocznymi, mimo że wcale nie działają na naszą niekorzyść, jak mogłoby się wydawać, a wręcz przeciwnie. Wiara w naszych przodków uczy cię, byś zawsze sięgała wyżej, dawała z siebie wszystko oraz co najważniejsze, wierzyła w własną siłę. Gdybyś czciła Klan Gwiazdy, zachowywałabyś się żałośnie, bo oni wymagają od ciebie wiary w nich,a nie w siebie. Zauważ, że każdy, kto w nich wierzy, kończy marnie. A kończą marnie, bo są przygłupi. Musi im się zawsze język plątać, zawsze żyją w cieniu i nie mają odwagi na nic.
Kalinka zamrugała, zastanawiając się nad słowami Ognikowej Słoty. Może była już odrobinę senna? To dobrze, w końcu lubiła bajki na dobranoc. Nie musiała nic odpowiadać, jeśli nie czuła się na siłach. Najważniejsze, że słuchała. Ognikowa Słota podniosła łapę, gestykulując.
— To samo może ci powiedzieć Trzcinniczkowa Dziupla. On jest starszy ode mnie i z pewnością zna czasy, kiedy w Klanie Wilka nie przewodziła Zalotna Gwiazda, ani Nikła Gwiazda — kontynuowała, zauważywszy że vanka odrobinę się ożywiła, usłyszawszy imię własnego wujka. — Ale póki ja mam czas, to ja ci powiem. Pamiętaj o tym koniecznie, żeby się gdzieś schować i najlepiej ogrzać, tak jak mi powiedziałaś. Nie chciałabym, żeby ci się stała krzywda. Masz ogromny potencjał i to byłaby wielka strata dla całego Klanu Wilka — przypomniała Słota, łapką mierzwiąc policzek kocięcia. — Jeśli będziesz się bać, możesz poprosić Mroczną Puszczę o pomoc. Ale nie wracaj do obozu. Nie wolno ci do niego wrócić, dopóki nie przyjdą po ciebie wojownicy. Jeśli to zrobisz, wtedy spotka cię kara, nikt nie będzie cię już traktował z szacunkiem. Nie przynieś wstydu swojej rodzinie ani co najważniejsze – sobie. Całe życie przed tobą, wielką szkodą byłoby je tak zmarnować.
Kalinka przymknęła oczy, jej bok zaczął unosić się, a potem opadać spokojnie. Po paru uderzeniach serca zaczęła delikatnie pochrapywać. Brązowooka schyliła się, po czym chwyciła kocię w pysk, podnosząc ją delikatnie. Po chwili ułożyła ją u boku Gąsiorkowego Trzepotu, żeby nie zmarzła w nocy. Na pożegnanie pomachała dorosłej vance ogonem, wychodząc na ziąb. Ciemność zapadła szybciej, niż Słota by się tego spodziewała. Zerknęła w niebo – wszystkie te gwiazdy świeciły na nim prawie że codziennie, wszystkie obserwowały poczynania kotów. Ciekawe jakie było prawdziwe ich znaczenie? Czy naprawdę było tak proste i zarazem przykre, że były to koty z Klanu Gwiazdy? To było także ogromne marnowanie potencjału gwiazd. Mogły oznaczać coś lepszego, a przydzielono im tak przykry los. Klan Gwiazdy nie zasługiwał na to, żeby o sobie przypominać każdego wieczoru. To koty Mrocznej Puszczy powinny nad nimi czuwać i ich obserwować. Chociaż oni pewnie już to robili. Z pewnością. Klan Gwiazdy mieszał tylko kotom w głowach niepotrzebnie, gdy Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd motywowało do poprawy oraz nauki i dążenia do bycia najlepszą wersją siebie.
Mroczna Wizja przywołała kocicę ruchem ogona. Rudaska podeszła do niej z zaciekawieniem wymalowanym na mordce. Po chwili wyszły wspólnie z obozu, gdy reszta pobratymców pochrapywała i spała w najlepsze, przygotowując się na jutrzejszy, trudny dzień.
Kotki wędrowały obok siebie, rozglądając się co jakiś czas i węsząc. Rudaska czuła jak łapy zatapiają jej się w śniegu, dosięgając twardego, zmrożonego gruntu. Mroźne szpony wiatru przedzierały się przez gęste korony drzew, przelatując wzdłuż ich futer, ze świstem próbując dostać się do uszu dwójki. Płuca piekły trójkolorową przy każdym nabieranym wdechu. Postanowiła to zignorować, nie to było teraz ważne.
Do nosa Słoty napłynął zapach samotnika, odrobinę przyćmiony z powodu mrozu. Przystawiła nos do ziemi, tropiąc nieznajomego. Drobinki śniegu topiły jej się na skórze, garściami zabierając z niej ciepło. Po jakimś czasie między krzewami mignęło jej futro. Nagle z ziemi wyrósł wychudzony samotnik, obnażając wrogo kły w jej kierunku. Łapy miał brudne, a sierść matową. Rudaska zorientowała się, że Mrocznej Wizji nigdzie nie było. Przeniosła spojrzenie na kocura raz jeszcze, podnosząc brodę wysoko. Źrenice zwężyły jej się do cieniutkich szparek, porównywalnych do igieł drzew iglastych, gdy spozierała na niego z wyraźną pogardą. Prezentował się tak marnie. Może będzie bardzo zdesperowany, patrząc na jego stan.
— Czego tu chcesz? — syknął. Brzmiał tak, jakby ten teren należał do niego, zbyt bardzo się poczuwał. Ognikowa Słota zachichotała z tego absurdu. Może miał pszczoły we łbie albo mu głód przyćmił sensowne myślenie.
— Zawalczmy. Jak wygrasz, to możesz mnie zabić i iść wolno. Jeśli ja wygram, to zrobisz co ci każę i po tym cię puszczę, ale poza naszymi terenami. — Napuszyła sierść na piersi. Skoro miała taką okazję, to mogła się równie dobrze zabawić.
— A co będę z tego miał? Myślisz, że mi się opłaca ryzykować zdrowiem w taką porę?
— Słusznie, ale zobacz – jeśli się nie zgodzisz, ja mam przewagę liczebną, bo jesteś u mnie. Ja bym na twoim miejscu się zgodziła na moją ofertę. Inni by ci takiej nie dali tylko cię od razu zabili.
Samotnik położył uszy po sobie, machając gniewnie ogonem.
— No próbuj. Chcę zobaczyć, na co cię stać — ponagliła go, podnosząc ogon wysoko. Nie miała całej nocy dla niego.
Samotnik rzucił się w jej kierunku, jak na zawołanie, ślizgając na śniegu. Kocica odskoczyła w bok, chwytając się pazurami zmrożonej ziemi. Łaciaty kocur otworzył oczy odrobinę szerzej, ze zdziwienia, aczkolwiek nie zaprzestał próbie ataku. Zjeżył futro wzdłuż kręgosłupa, przybliżając się do niej powolnie, jakby czekał, aż to ona tym razem go zaatakuje. Skoro tego chcesz, to… masz! — pomyślała sobie, rozdrapując jego bok ostrymi pazurami. Pomiędzy nimi została jej dwukolorowa kępka. Syknął z bólu, na śniegu rozbryzgnęła się szkarłatna posoka, zanieczyszczając jeszcze chwilę temu tak czyściutki puch. Samotnik machnął łapą w stronę jej pyska, gdy znalazła się zbyt blisko. Brązowooka poczuła jak wyrywa jej kawałek sierści, aczkolwiek nie udało mu się jej nawet zadrasnąć.
— Tylko na tyle cię stać? Uczyłeś się walki u samotniczych kociąt czy co? — splunęła, próbując go sprowokować. Może gdyby jej się udało, to by się bardziej postarał. — Ty chyba czegoś nie rozumiesz. Od tej walki zależy twoje życie, ja na twoim miejscu bym się bardziej postarała.
— Przestań mielić jęzorem i walcz! — przeciął kitą zmrożone, jakby zatrzymane w czasie powietrze, sycząc głośno. Jego głos poniósł się echem po drzewach, płosząc pojedynczego ptaka, który niefortunnie znalazł się blisko nich.
Ognikowa Słota wskoczyła mu na grzbiet, drapiąc kocura po bokach. Ten zawył z bólu, próbując jakoś się jej wyzbyć z siebie. Szylkretka przyszpiliła się sprawnie do jego barków. Gdy zdarzało jej się delikatnie zjeżdżać, ciągnęła jego skórę pazurami, żeby zadać mu jak najwięcej szkód. Kocur próbował podnieść się na dwie łapy ze stęknięciem, co ewentualnie mu się udało, jednak w momencie, gdy wojowniczka z niego zeskoczyła. Ten z trzaskiem wylądował na plecach, poczucie jego równowagi było momentami dziwne. Może udzielał mu się głód. Popchnęła go, łaciaty wylądował tuż za kamieniem, uprzednio uderzając w niego z impetem łapą.
— Poddajesz się? — zapytała lekko zdyszana. Kocur spojrzał na nią gniewnie, po chwili godząc się ze swoim losem.
— W takim razie chodź teraz ze mną — poleciła mu, gdy wstał ciężko z ziemi. Kulał na jedną łapę, krzywiąc się gdy próbował na niej stanąć. — I niczego nie próbuj. Jeśli tak będzie, to cię po prostu zabiję. Miej to na uwadze. Zabiorę cię teraz do naszego medyka i cię opatrzy i puści wolno.
— Myślisz, że ci uwierzę w tę bajeczkę?
— Nie masz wyboru.
Kocur zrobił gorzką minę, strosząc sierść wzdłuż kręgosłupa. Zamachnął się zdrową łapą, przecinając powietrze. Spudłował. Kotka zanurkowała pod jego brzuchem, podcinając mu łapy. Ze szczególną siłą walnęła w tą zranioną, żeby wiedział, że ma nic nie kombinować. Wrzasnął z bólu, lądując na boku. Podniósł się słabo, ogon kotki machał gniewnie na boki. Pokiwał głową po paru uderzeniach serca, wreszcie idąc obok niej.
Dwójka dotarła pod Cierniste Drzewo. Razem z Mroczną Wizją, która dołączyła się do nich nie tak dawno temu. Ognikowa Słota nie zadawała zbędnych pytań. Dotarłszy na miejsce, wokół nich utworzył się ciasny krąg kotów. Wśród nich dostrzegła swoją matkę, Zalotną Gwiazdę. Poczuła falę ekscytacji rozpływającą się po jej ciele. To było to! To ten moment, kiedy mogła sprawić, że kocica będzie z niej dumna nawet bardziej, niż była. Przekierowała wzrok na dwukolorowe ślepia samotnika. Kocur patrzył na nią wrogo, machając gęstą kitą na boki, z podniesioną przednią łapą. Kocica ruszyła w jego stronę ponownie, gryząc go zaciekle w gardło. Nie trafiła w witalne miejsce, smak krwi rozpłynął jej się po podniebieniu. Kocur zaczął okładać ją po łbie, gdy wreszcie puściła go szczękami. Wyskoczyła w jego kierunku, przygniotła go do ziemi, łapą dociskając jego pierś. Przez chwilę w jego ślepiach zatańczyły iskry przerażenia, które przerodziły się w coś w rodzaju pogodzenia z własnym losem. Zastrzygła wąsami. Jego obecny stan był tak żałosny.
Skoro wygrała, miała prawo odebrać mu życie jak tylko jej się podobało. Akurat puszczenie go wolno nie wchodziło w grę. Był nic nieznaczącym przegranym, równie dobrze mogła potraktować go jak zwierzynę. On nie stawiał już żadnego oporu, więc nie będzie miała z tego nawet wielkiej zabawy. Szkoda, że nie był lepszy. Mogliby się pobawić dłużej. Szylkretka walczyła bez zarzutów, w końcu nikt jej nie pomógł nawet, a to, że się przeraził obcymi dla niego kotami, nie było jej kłopotem. Podniosła łapę do góry, wysuwając ostre pazury ponownie. Nie czekając zbędnie, rozcięła mu miękki brzuch. Samotnik zawył wniebogłosy, szaleńczo próbując jakoś się jej pozbyć, żeby go więcej nie krzywdziła. Nie przyniosło to żadnych miłych rezultatów – zamiast tego cały się po prostu rozpłynął. Wszystko, co mogło być dla niego ważne, opuściło go. Jego łeb opadł bezwładnie na ziemię, gdy brał ostatnie wdechy. Jego pysk był lekko uchylony, a oczy wpatrzone w niebo. Po paru uderzeniach serca stały się bez wyrazu, utkwione w czasie.
Samotnik nigdy by jej nie dał rady. Jej mentorką była jej matka, oczywistym więc, że wyszkoliła ją najlepiej, jak tylko potrafiła i jak było to możliwe. Ognikowa Słota zastanawiała się, czy samotnik wierzył w Klan Gwiazdy. A może w nic nie wierzył, bo skąd by miał o nim wiedzieć? Dobrze było zawalczyć z kimś, kto nie zachowywał się jak tamta Burzaczka, z którą miała do czynienia jakiś czas temu. On przynajmniej nie uciekł i dotrzymał danego słowa. Jaka szkoda, że był taki słaby. Może gdyby nie był niedożywiony, to lepiej by się bronił? Gdziekolwiek trafił, niech mu będzie tam w porządku. Rudaska zbliżyła się do kruczoczarnej. Starsza patrzyła na nią z dumą. Rozemocjonowana trójkolorowa, uśmiechała się szeroko, gdy Mroczna Wizja chwaliła jej lojalność, a także wymieniała inne jej zasługi. To nie był koniec jej wypowiedzi.
— Ja, Mroczna Wizja, Wielki Kapłan kultu Mrocznej Puszczy, naznaczam cię w imię naszych przodków. Czy jesteś gotowa przyjąć na siebie nasze znamię jako dowód inicjacji?
— Tak.
— Zatem otrzymasz ode mnie znak, który pozostanie z tobą aż do śmierci i zawsze będzie przypominał ci o przynależności do kultu.
Kruczoczarna kocica sięgnęła do lewego ucha Słoty, zwinnym ruchem odrywając kawałek. Szkarłatna ciecz poleciała kocicy po pysku, skapując na podłoże, mieszając się z krwią martwego już samotnika.
— Tej nocy, zgodnie z wolą Mrocznej Puszczy, przyjmujemy cię oficjalnie jako pełnoprawnego członka naszej grupy. Wierzymy, że będziesz wiernie służyć naszym przodkom i działać na rzecz kultu, abyśmy nigdy nie upadli.
Mroczna Wizja odcisnęła krew z samotnika na czole szylkretki. Wokół rozległy się szczere wiwaty i skandowanie imienia brązowookiej. — Ognikowa Słota! Ognikowa Słota! — poniosło się echem po gęstym lesie iglastym, strasząc pobliską nocną zwierzynę do norek. Sowy obserwowały całe wydarzenie z zaciekawieniem, co jakiś czas poprawiając sobie zadbane, aksamitne piórka. Ognikowa Słota, mimo bólu pulsującego w okolicach ucha, czuła ogromną dumę. Miała wrażenie, jakby jej życie odmieniło się teraz bezpowrotnie, oczywiście na lepsze.

26 stycznia 2026

Od Wiciokrzewu CD. Osetka (Ostowej Łapy)

tw: załamka

— Wiesz, słyszałem już o twojej matce, ale… nigdy nie opowiadałeś mi o ojcu. Może czas najwyższy? — zagaił cicho. — Skoro jeszcze go nie poznałem, zakładam, że… nie żyje. Rozumiem, jeśli to dla ciebie bolesne wspomnienie. Nie musisz mi niczego wyjaśniać; jestem po prostu… ciekawy.
W tym momencie Wiciokrzew zamarł, bo sam nie miał bladego pojęcia o swoim ojcu. Cierń zawsze ukrywała jego tożsamość, a liliowy nie był na tyle odważny, by zapytać ją wprost. No, przynajmniej tak było kiedyś. Teraz miał wrażenie, że byłby w stanie powęszyć w tej sprawie, ale jakoś… zajął się obowiązkami, a życie płynęło dalej. Nie miał już czasu, by pytać o kogoś, kto i tak nigdy nie był obecny w jego życiu.
W dzieciństwie wystarczała mu obecność matki – a przynajmniej tak myślał. Nie wiedział, czy czegoś mu brakowało, skoro nigdy tego nie miał. Może wyrósłby na kogoś lepszego, gdyby miał kocura, którym mógłby się inspirować? Nie, nie… Płeć nie miała tu znaczenia. Nawet posiadając tak surową i twardą matkę, wyrósł na kompletne przeciwieństwo. Niektórzy już rodzą się z przesądzonym losem. Wiciokrzewowi Wszechmatka zgotowała taki charakter, który nie łączył się ani ociupinkę z oczekiwaniami Cierń. Czy liliowy winił ją za to? Nie, przecież nie mógł. Równowaga świata musiała zostać zachowana – niektórzy rodzą się nieszczęśliwi i żyją nieszczęśliwie, by inni mogli cieszyć się życiem.
Wiciokrzew spuścił wzrok na swoje łapy, pogrążony w myślach.
— T-tak… Mój ojciec je-jest martwy… — stwierdził ponuro — …dla m-mnie.
Liliowy kątem oka dostrzegł, że Osetek przechyla głowę w zdziwieniu.
— Co masz na myśli? Czy twoim ojcem jest… Rokitnik? — zapytał z trwogą w głosie.
Wiciokrzew natychmiast podniósł głowę, wykrzywiając pysk w obrzydzonej minie.
— Nie! — zaprzeczył twardo, lecz zaraz potem zachichotał. — Nie ma-mam z nim nic wspó-wspólnego. Oprócz tego, że by-był moim mentorem — miauknął, łapiąc się za głowę. — Ja n-nie wiem, kim jest mó-mój biologiczny o-ojciec. Nigdy go nie po-poznałem…
W zielonych oczach ucznia błysnęło zrozumienie.
— Och, to… ma sens. Bardzo mi przykro — odparł nieco niezręcznie. — Skoro twoja matka nigdy ci o nim nie mówiła, to pewnie i tak nie był nikim wartym uwagi. Nie ma co się nim przejmować. — Osetek wzruszył ramionami.
— Tak… Ma-masz rację — miauknął liliowy, wlepiając spojrzenie w ścianę lecznicy. — Ale czasem my-myślę, że może po-poznanie mojego ojca po-pomogłoby mi lepiej zrozumieć sie-siebie… — wyznał, zgodnie z prawdą, którą w sobie trzymał. — Moja ma-matka w niczym nie przy-przypomina mnie. Nie wiem, skąd wzię-wzięły się u mnie takie… ce-cechy. Ta nieśmiałość, te ją-jąkanie…
Uczeń przez moment nie odpowiedział, jakby nad czymś rozmyślał.
— Twój ojciec mimo wszystko nie definiuje tego, kim jesteś. Ważne, byś ty sam potrafił oddzielić się od reszty i zaakceptować twoje własne cechy. Nie cechy kota, który jest twoim rodzicem. — Słychać było, że Osetek ważył swoje słowa. Naprawdę starał się pomóc swojemu mentorowi najlepiej, jak tylko umiał.
Do uszu Wiciokrzewa docierały te słowa. Doceniał je, chciał żyć według nich. Ale nie potrafił. Czuł się tak, jakby jego serce robiło na przekór jego umysłowi. Jedno chciało żyć szczęśliwie, zgodnie, drugie zaś nieustannie sabotowało samego siebie. To było męczące, naprawdę męczące.
Wiciokrzew dziwił się, że sam był w stanie wytrzymać tak długo, podczas gdy w jego wnętrzu toczyła się wieczna wojna. Choć może “wytrzymać” to zbyt duże określenie. On po prostu… czasem jedynie czekał, aż wszystko przeminie, a czasem zajmował swój umysł na tyle, że te krzyki i wrzaski w jego ciele wtapiały się w gwar rozmów i szmerów.
— Słyszysz mnie? — odezwał się nagle Osetek, wymachując łapą przed oczami uzdrowiciela. — Nad czym tak myślisz? Możesz mi powiedzieć, to ja… spróbuję ci pomóc.
Wiciokrzew spojrzał wprost na ucznia.
— N-nie. Nie będę cię tym o-obarczał, Osetku. Mo-możesz… pójść i po-porozmawiać z ró-rówieśnikami. Nie musisz tu ze mną sie-siedzieć — przypomniał mu.
Nie chciał, by jego przybrany syn marnował się w lecznicy, próbując pomóc mu pogodzić się ze sobą. Gdyby to było takie łatwe, Wiciokrzew już dawno śmigałby po terenach Owocowego Lasu, podśpiewując sobie różne rzeczy pod nosem i śmiejąc się wśród swoich przyjaciół, których… w obecnym, niepogodzonym stanie, nie miał.
— Wiem, że mogę. Nie czuję się zobowiązany do tego, by przy tobie siedzieć — miauknął spokojnie. — Ale mimo tego chcę to robić. Nie zależy mi na rozmowie z rówieśnikami, a tym bardziej nie z takim jednym… — mówiąc to, wykrzywił pysk w zgorzkniałym grymasie — …Poza tym to nie mój ostatni dzień w Owocowym Lesie. Mam jeszcze mnóstwo czasu, by zakolegować się tu z kotami w moim wieku. Nie masz się o co martwić, ja sobie poradzę. Jestem już w końcu prawie dorosły.

* * *

Po zniknięciu Osetka

Po kolejnej nieprzespanej nocy nastał kolejny smutny i monotonny dzień. Wiciokrzew sam już nie pamiętał, który to z rzędu, odkąd jego przybrany syn nie wrócił do obozu. Liliowy nie mógł uwierzyć, że absolutnie nikt nie zauważył, jak czarno-biały uczeń opuszcza azyl. Nikt. Żaden z tych ponad czterdziestu kotów nie przyuważył, dokąd mógłby odejść Osetek.
Co, jeśli gdzieś zaatakował go lis? Co, jeśli poślizgnął się na lodzie i zmarł w jakiejś dziurze – sam, zziębnięty i bez szansy na ratunek? Co, jeśli krzyczał o pomoc tak długo, że stracił głos?
Wiciokrzew dłużej nie mógł znieść tych myśli. Wcisnął głowę między łapy, zaciskając mocno zęby, byle tylko nie wydobył się z jego gardła dźwięk łkania. Obok byli Poranek i Purchawka. Nie mogli go widzieć w takim stanie. Musiał być silny, musiał… dla Owocowego Lasu. Ale jak miał wykonywać swoje obowiązki, gdy los nieustannie rzucał mu kłody pod nogi? Dlaczego w ogóle śmiał myśleć, że nareszcie jego życie zmierza ku poprawie? To było oczywiste. Oczywiste, że nic, co dobre, nie trwa wiecznie. Oczywiste było też to, że Osetek męczył się codziennie w Owocowym Lesie. Pewnie uciekł, zmęczony ciągłym dokuczaniem ze strony Ziemniaka.
Temu dało się zapobiec. Gdyby tylko liliowy znalazł w sobie odwagę, by poprosić kogoś o pomoc. By Ziemniak poniósł karę, by może się opamiętał i przestał zaczepiać ucznia. Może wtedy Osetek wciąż spałby u jego boku? Może byłby szczęśliwy i spełniony? Może już nosiłby imię Oset? A tak? Tułał się gdzieś… nie żył? Czy czuł się wolny i zadowolony, czy może jeszcze czasem tęsknił za swoim mentorem?
“Przestań się łudzić. Bez ciebie jest mu lepiej” – odezwał się głos.
Wiciokrzew wysunął pazury, wbijając je sobie w skórę nad brwiami. Dlaczego to jemu przytrafia się to wszystko? Dlaczego to on ma przechodzić przez te wszystkie tragedie? Dlaczego? Dlaczego...?
Nagle liliowy poczuł, jak końcówka czyjegoś ogona smyra go po grzbiecie.
— Hej… Jesteśmy tu z tobą, dobrze? — usłyszał niespokojny głos Purchawki, która musiała zauważyć, w jakim stanie znajdował się uzdrowiciel.
Liliowy rozluźnił mięśnie i wsunął pazury, po czym z jego płuc wydostało się głośne westchnienie. Dla każdego był tylko ciężarem, brzemieniem, które musieli nosić na swoich barkach. “Czy nie lepiej dla innych byłoby, gdyby zniknął?” – ta myśl nie pojawiała się w jego umyśle pierwszy raz i z pewnością nie ostatni. A z każdym kolejnym razem żałował, że poprzednio nie pchnął się do tego, by zrobić… to.
— Wilczomlecz? Żyjesz? — zapytała szamanka, trącając go łapą.
— Nie pomagasz… — odezwał się Poranek.
Wiciokrzew miał wrażenie, że oboje pochylają się nad nim jak nad truchłem. Może to była prawda? Może tak naprawdę liliowy był już tylko pustą skorupą – bez serca, bez duszy?
— Musimy mu podać coś na wzmocnienie, bo nam tu padnie! — stwierdziła kotka, po czym uzdrowiciel usłyszał jej kroki. Zbliżyła się do składziku. — Liście stokrotki? Nie… Nasiona maku? Też nie… Czyściec! Znalazłam ostatnio jego garstkę, gdy chodziłam po terenach! — oznajmiła, wyciągając z półki roślinę o fioletowych kwiatach.
Wiciokrzew podniósł głowę i, ujrzawszy pysk szamanki, skrzywił się lekko.
— Da-daruj sobie… te zio-zioła… — wymamrotał z trudem.
Purchawka jednak zbliżyła roślinę do jego kufy. Liliowy ani nie drgnął, więc szamanka siłą rozwarła jego paszczę i wcisnęła do niej czyściec.
— Wilczomleczu, musisz to połknąć! Chyba nie chcesz nam tu paść trupem, co? — burknęła.
Zielonooki wciąż jednak nie poruszył się nawet o włos.
— Co nie…? — powtórzyła, wpatrując się prosto w jego oczy.
Dlaczego nie widziała w nich tego wewnętrznego bólu, który zakorzenił się w nim niczym chwast? Czy naprawdę tak trudno było zauważyć, że tak – chciał paść trupem?
W końcu harknął ciężko i zmobilizował w sobie resztki sił, by poruszyć tym głupim, ociężałym ciałem. Podniósł się, chwiejnie, ledwo trzymając równowagę. Wyglądał tak, jakby nawet najmniejszy podmuch wiatru mógł go przewrócić. Wypluł z pyska zielsko i zakasłał.
— Usiądź, usiądź! Nie możesz się teraz prze-
Reszta słów Purchawki była już tylko plątaniną liter i sylab, których Wiciokrzew nie rozumiał. Świat zawirował mu przed oczami. Miał wrażenie, jakby zaczęły tańczyć przed nimi kolorowe iskierki. Na oślep zatoczył się w stronę wyjścia z lecznicy. Poczuł, jak coś szarpie go za futro, ale brnął dalej. W końcu zaczął biec – wciąż nie do końca świadomy tego, co robi.
Biegł. Biegł, aż wreszcie jego wizja się ustabilizowała, a umysł nieco wytrzeźwiał. Dopiero wtedy zatrzymał się, zatapiając łapy w śniegu. Zauważył, że serce łomocze mu w klatce piersiowej, jakby chciało wyrwać się na zewnątrz. Czy da radę ustać? Czy straci przytomność, zostanie zasypany śniegiem, zamarznie? Może odnajdą go dopiero wtedy, gdy się ociepli… Nie. Mimo wszystko nie było tu na tyle zimno ani śnieżnie, by mógł zostać całkowicie przykryty perlistym puchem.
Finalnie ostatkiem sił zebrał się, by krzyknąć:
— Osetku? Je-jesteś tu?
Jak zwykle odpowiedziała mu cisza. Zielonooki pociągnął nosem, zmarnowany. Znów odwalił manianę – uciekł bez powodu. Nie dał sobie pomóc. Sprawił tylko, że inne koty musiały się martwić. Czy poszli go szukać? A może uznali, że lepiej będzie, jeśli nie wróci?
— Nie jestem Osetkiem, ale mogę pomóc ci go odnaleźć — odezwał się nagle głos zza jego pleców.
Struchlał. Nie próbował odwrócić głowy, po prostu stał jak wryty, wpatrując się tępo w punkt przed sobą.
— Jeśli mi go opiszesz, oczywiście — kontynuowała obca mu kocica.
W końcu minęła go i stanęła przed nim. Była wysoka, o solidnej budowie. Miała półdługie futro, które świetnie wtapiało się w zaśnieżony krajobraz. Ale… co ona tu robiła?
— T-to… tereny O-Owocowego Lasu… — mruknął, jednak bardziej z przyzwyczajenia niż z faktycznej chęci. W jego głosie nie było gniewu ani złości, a jedynie rezygnacja.
— No, może i masz rację, ale nie przychodzę tu bez powodu… — odezwała się niebieskooka, uśmiechając się miękko. — Jestem Tramontana, a ty?
Liliowy zawahał się. Czy powinien ufać tej samotniczce? Już raz spotkał takiego jednego – Szczypiorka. Teraz, gdy myślał o niebieskim kocurze, robiło mu się niedobrze. Czuł się źle z faktem, że tak łatwo dał się przez niego… wykorzystać?
— A ty? — powtórzyła ponaglająco. — Jak mam się do ciebie zwracać, co? Wiesz, jeśli chcemy się zakumplować, to przydałoby się, żebym znała cię chociaż powierzchownie — rzuciła już nieco spokojniej, jakby chciała uśpić jego czujność.
Uzdrowiciel cały się jednak spiął, wciąż nie odzywając się do kotki ani słowem.
— No proszę cię! Przecież już wiem, żeś nieniemy. Ja naprawdę mogę ci pomóc, ale tylko jeśli będziesz ze mną współpracować — przekonywała go.
Zielonooki wciąż czuł, że nie powinien jej ufać, ale coś w tonie Tramontany sprawiło, że poczuł się… przekupiony.
— W-Wiciokrzew… — odezwał się w końcu.
Białofutra skinęła głową kilka razy, jakby się nad czymś zastanawiała. Może skądś go kojarzyła? Może ptaszki wyćwierkały jej kiedyś, jakim to strasznym przegrywem jest kocur o imieniu Wiciokrzew?
— Hm… miło mi cię poznać, Wiciokrzewie! — Kotka wyciągnęła łapę w jego stronę, jednak uzdrowiciel spojrzał tylko na nią i nie odwzajemnił gestu.
Tramontana westchnęła, chyba trochę zawstydzona.
— To… opowiesz mi coś o tym Osetku? Kim on jest? Jak wygląda? Musisz mi uwierzyć na słowo, ale jestem świetną tropicielką! Gdy byłam młodsza, wywęszyłam królika, który znajdował się ze sto długości drzewa ode mnie, gdy moja rodzina głodowała! — zaczęła się przechwalać.
Tia. Sto długości drzewa. Nie wierzył w te bajeczki, ale poza nią… nie widział innej szansy, by odnaleźć swojego przybranego syna. Może to głupie, ale mimo wszystko rozpalił się w nim niewielki ognik nadziei.
— Był… mo-moim przybranym synem i u-uczniem… — zaczął, po czym zamknął oczy, jakby próbował odnaleźć więcej informacji o Osetku w swoim zamglonym umyśle. — Zna-znalazłem go… osamotnionego. Wzią-wziąłem do Owocowego Lasu, wy-wychowałem…
Zmarszczył brwi, gdy nagle przez jego głowę przeszedł przeszywający ból.
— Nie do-dogadywał się z takim je-jednym… Ziemniakiem… Myślę, że to prze-przez niego… Osetek u-uciekł… — kontynuował drżącym głosem, ledwo wiążąc koniec z końcem.
Każde wspomnienie czarno-białego kocura sprawiało mu cierpienie. Był już tak blisko osiągnięcia spokoju, już prawie miał następcę, wsparcie. A potem wszystko, jak zawsze, musiało runąć…
Naprawdę chciał czuć się lepiej. Gdy miał przy sobie Osetka, czuł się zdeterminowany do pracy. Czuł, że wreszcie ma dla kogo żyć. Tak niewiele było mu potrzebne, by wreszcie poczuć się chcianym – i tak niewiele wystarczyło, by znów mu to odebrać. W takim układzie Wiciokrzew… po prostu nie mógł wygrać.

Od Gąski

Po opuszczeniu przez Rosę i Deszcza terenów Owocowego Lasu, pod koniec Pory Opadających Liści
Żłobek Owocowego Lasu kolejny raz został zamieszkany przez kocięta, tym razem dwa kocurki. Gdy Jaśminowiec odchowała swoje kocięta, Całunkę oraz Daglezję, pod której opieką również tymczasowo znajdowały się znajdki, opiekę nad nimi przejęły zarówno Gąska, jak i Miodunka. Brązowa kocica miała większą wprawę przy kociętach, gdyż sama nie tak dawno urodziła własne młode. Gąska starała się chłonąć najpotrzebniejszą wiedzę, której niestety Cień nie był w stanie jej przekazać, ponieważ nie posiadał młodych, a tym bardziej nie był kotką.
– Zapamiętasz? – spytała Miodunka Gąskę, czyszcząc rdzawe futerko Lisa, który wiercił się pomiędzy jej łapkami, gdy stróżka starała się go doprowadzić do porządku. – Lisku, już zaraz kończę. – Tym razem zwróciła się do kocurka, przejeżdżając językiem pomiędzy jego uszami.
– Mhm. – Gąska obawiała się, że słowa Miodunki wyleciały jej drugim uchem, podczas pielęgnacji futerka drugiego z kociąt. – Chyba za niedługo powinniśmy zabrać je do lecznicy na kontrolne badania, prawda?
– Prawda. Lecz zamiast pójścia samemu do lecznicy, poproszę jednego z medyków, aby do nas zajrzał. Może Osetka? – zamruczała, zamyślając się. – Dogadujesz się z nim?
– Nawet. – Wzruszyła ramionami. Nie miała nic do kota szkolącego się na medyka. Czasami udało im się porozmawiać, jednak ich rozmowy głównie dotyczyły stanu matki Gąski, Kajzerki. – Właściwie bardziej niż z którymkolwiek z naszych medyków dogaduję się z uzdrowicielami. W szczególności z Jeżogłówką. – Zarumieniła się, a jej ogon delikatnie drgnął. – Boli mnie serce na myśl, że kiedyś będą zmuszeni od nas odejść... Jednak dzięki temu będziemy mieć pewność, że pandemia się skończyła... – Kociak wyślizgnął się spomiędzy jej łapek, co również uczynił jego brat. Wystarczyła chwila, aby na środku żłobka rozpoczął się kocięcy sparing. – Mam nadzieję, że Jaśminowiec nie pozwoli odejść Jaskrowi. Jeśli on nie odejdzie to Jeżogłówka również.
Zdawała sobie sprawę, że zachowuję się egoistycznie. Chciała, aby Jeżogłówka przy niej została. Nie chciała obudzić się pewnego dnia i zdać sobie sprawy, że czarna odeszła. Straciłaby swoją cenną koleżankę, na której widoku jej serce przyspieszało bicia. Jednak czy Jeżogłówka byłaby szczęśliwa? Dostrzegała nie raz, że starsza kotka wydawała się przytłoczona jej społecznością. Dlatego starała się dbać o to, aby mimo wszystko potrafiła się w niej odnaleźć.
Miodunka przyglądała się uważnie Gąsce, która głośno wzdychając, położyła mordkę na krawędzi legowiska.
– Porozmawiaj z nią. Powiedz jej, co czujesz.
"Łatwiej powiedzieć niż zrobić."
Gąska nie czuła potrzeby zwierzania się z własnych uczuć kotce, do której poczuła coś głębszego niż tylko przyjaźń. Wiedziała, że Jeżogłówka nie odwzajemni jej uczuć. Zrozumiała, że źle zinterpretowała jej uwagę, gdy siedziały na niskiej gałęzi wierzby, nad taflą wody i obserwowały gwieździste niebo.
– Dobrze – wymruczała, przymykając oczy.
Być może Wszechmatka celowo przecięła ścieżki Gąski oraz Jeżogłówki, po to, aby stróżka pojęła, że nie wszyscy, których kocha i o których się troszczy, będą czy muszą znajdować się przy niej. Zamiast decydować się na miłosne wyznanie, być może dodatkowo wprowadzając siostrę Jaskra w zakłopotanie, zdecydowała się pozwolić jej odejść, gdy nadejdzie czas rozłąki. A czas, który coraz rzadziej ze sobą spędzały, miał jedynie jej pomóc i przygotować na nieuniknione.

Od Tawułowej Łapy

Przeszłość, jeszcze za czasów Pory Opadających Liści
Tawułowa Łapa razem ze Skrzydlatą Łapą udała się do kociarni, w której było dość duszno i gwarno. Na jednym z posłań leżała Źródlana Łuna ze swoimi kociętami, a tuż obok znajdowała się Postrzępiony Mróz ze swoim niebieskim synkiem; jedynym na tyle zdrowym, aby mógł być przy niej cały czas. Tawuła poruszyła uszkiem, spoglądając w kierunku wyjścia ze żłobka, mając nadzieję, że uda jej się stąd dojrzeć legowisko Ćmiego Księżyca. To właśnie w nim walczył o życie drugi z malców. W pewnym momencie Postrzępiony Mróz bez słowa poderwała się z miejsca, pozostawiając swojego synka nie przykrytego, po czym opuściła kociarnię. Jastrzębi Zew chrząknęła, po czym podczołgując się do potomka szylkretki, polizała go po łebku, starając się uspokoić kwilące kocię. Wieczna Królowa, czując na sobie spojrzenie uczennicy, swojej własnej córki, za którą nigdy jej nie uważała, uniosła pytająco spojrzenie.
– To dla ciebie... – wymruczała, starając się powstrzymać burknięcie, gdy podsunęła pod łapę Jastrzębiego Zewu niedużego gryzonia, którego udało jej się pochwycić niedaleko Złotych Kłosów. – Dla pozostałych karmicielek przynieśliśmy kraby.
Czy pamiętała, że Jastrzębi Zew nie przepada za krabami? Oczywiście. Jeszcze jako kocię, pamiętała, gdy wieczna królowa fuknęła na jakiegoś z uczniów, który przyniósł jej skorupiaka. Sama wówczas poprosiła o jedną z odnóży zwierzęcia, którą mogła się pobawić.
Matka skinęła głową w podzięce za przyniesioną zdobycz, po czym otuliła ogonem pozostawione na legowisku kocię.
Wieczna królowa troszczyła się o kocięta, wszystkie, jakimi przyszło jej się opiekować. O Tawułę, Promyka oraz Słońce również się troszczyła. Jednak biała czuła żal do kocicy, że nie była w stanie sama poinformować o tym, że jest jej matką, czy właściwie surogatką, a to wszystko za sprawą umowy, którą zawarła z ojcami Tawułowej Łapy. Pozostawała jeszcze sprawa stanu Jastrzębiego Zewu. Kocica była niepełnosprawna, czy chciała to przyznać, czy też nie. Z trudem przemieszczała się po kociarni, zazwyczaj czołgając się po zimnym kamienistym podłożu, szorując po nim swym brzuchem. Tawule było trudno zrozumieć, dlaczego to właśnie Jastrzębi Zew zgodziła się na urodzenie potomków Mroźnego Wichru oraz Rozświetlonej Skóry. Również nie rozumiała swoich ojców i ich decyzji, że ze wszystkich kotek, które żyły w klanie oraz poza jego terenami zdecydowali się wybrać burą kocicę, która spełni ich marzenie o założeniu rodziny. Niby była wieczną królową, ale…
– Coś taka zamyślona? – zagaił Skrzydlata Łapa, dostrzegając, że przez dłuższy czas Tawuła milczała, mając spojrzenie utkwione w małym Naparstnicy, który właśnie rozdziawił szeroko swoją mordkę i ziewnął.
– Jastrzębi Zew to moja mama...
– Aha... – wymruczał, nie wydając się ani trochę zaskoczony informacją, którą podzieliła się z nim jego koleżanka. – Nie mów, że jesteś zazdrosna o to, że zajmuje się cudzymi kociętami. – Strzepnął uchem.
– Nie... Po prostu... Mimo że jest moją mamą, to nie uważa mnie za swoje kocię... Promyka i Słońce zapewne również, ale wątpię, czy ta dwójka przejęłaby się tą informacją tak samo, jak ja... Nie rozumiem, dlaczego na to się zgodziła... Mogła nas po prostu urodzić inna kotka, z klanu lub też jakaś samotniczka, a ona... mogła nas jedynie odchować... – Spojrzała na swoje łapy, zastanawiając się, dlaczego jej rodzice, chcąc wszystko ułatwić, tak naprawdę wszystko utrudnili. Nie lepiej byłoby, jakby od początku wiedziała, kto jest jej matką? Kto ojcem? Kto wujostwem? I kto dodatkowym starszym rodzeństwem?
– Oj Tawuła! Chyba zjadłaś jakąś nadgnitą piszczkę i głupoty wygadujesz! – miauknął Skrzydlata Łapa. Zbliżył się do kocicy i otarł się bokiem o jej bark. – Chodź. Ten zapach mleka i... – Urwał, skupiając spojrzenie na najmłodszych mieszkańcach żłobka, którzy nie potrafili kontrolować swoich pęcherzy. – Drażni mój nos. Mówiłaś, że chciałaś przejść się w okolicę granic z Klanem Burzy... To nadal aktualne?
~~~
Dziwnie się czuła, stojąc przy granicy, oczekując pojawienia się patrolu sąsiedniego klanu. Klanu, w którym znajdował się jej starszy przyrodni brat. Z tego, co udało jej się dowiedzieć od innych wojowników, podobno miał na imię Szakłak, a poza tym jego sierść była calutka czarna, tak jak sierść Tawułowej Łapy była cała biała.
Zamiast czarnego wojownika, dostrzegła powoli zbliżającego się w jej kierunku kremowego kota, na oko wyglądającego na jej rówieśnika. Młody wojownik lub też starszy uczeń. Podniosła się z siadu, decydując się zamienić parę słów z młodzikiem, będąc ciekawa czy Szakłak nie towarzyszy mu podczas treningu.
– Szakłak? Masz na myśli Szakłakową Barwę? To znaczy... Poczciwego Szakłaka?
– Chyba... chyba tak. Jeśli nie macie w klanie innego czarnego wojownika o tym imieniu, to tak.
– Patroluje wschodnie tereny naszych klanów przy Drodze Grzmotu – wytłumaczył niebieskooki – Jeśli chcesz, mogę mu...
– Trzmiela Łapo!
– M-muszę już iść... – Położył po sobie uszy. – Powiem Poczciwemu Szakłakowi, że o niego pytałaś. Może uda nam się spotkać na zgromadzeniu, Tawułowa Łapo...
– Dziękuję, Trzmiela Łapo! – zawołała, podnosząc się, gdy uczeń powoli kierował się w kierunku niebieskiego kocura, stojącego w oddali. Prawdopodobnie był to jego mentor lub rodzic. A może mentor i rodzic? – Będę wypatrywać twojego piaszczystego futra na zgromadzeniu! – Zadeklarowała, decydując się również obdarować ucznia prezentem za pomoc w skontaktowaniu się z przyrodnim bratem.
– To był kocur czy kotka? – spytał Skrzydlata Łapa, który w tym czasie, gdy Tawuła rozmawiała, upolował ryjówkę. Powoli się zbliżył do białej uczennicy, która została opuszczona przez nowego kolegę.
– Kocur...
– Przy nim to ty wyglądałaś na kocura.
– Dlaczego ciągle naśmiewasz się ze mnie i kwestionujesz moją płeć?!
– Przecież to są tylko żarty... – Przechylił łebek. – ...ale sama się do nich przyczyniasz. W przeciwieństwie do innych uczennic i wojowniczek nie dekorujesz swojego futra kwiatami czy najróżniejszymi świecącymi ozdobami, a krwią... – Skrzywił pysk. – Poza tym, twój zapach...
– A ty znowu o tym... Wcale nie śmierdzę!
– Nie. Nie o to mi chodzi! Po prostu, po zapachu z łatwością możesz ocenić, z kim masz do czynienia, nim rozmówca otworzy pysk i usłyszysz brzmienie jego głosu lub też będziesz mieć możliwość mu się przyjrzeć z bliska... Wiem, że tamten uczeń to kocur, a nawet nie poszedłem do niego. Natomiast twój zapach... Pachniesz jak kotka, ale również jak kocur... Nie boli cię nic?
– Łapa, ale wątpię, czy jej ból ma związek z moim zapachem... – wymruczała. – Ale przecież pachnę tak, odkąd byłam kociakiem. Już wtedy mówiłeś mi, że śmierdzę...
– Bo kocury śmierdzą. No dobrze, nie śmierdzą, tylko ich zapach jest całkowicie inny od zapachu kotek. Po prostu mocniejszy, chociaż u ciebie jest ledwie wyczuwalny. A jak trafisz na kocura, który nie dba o siebie, to on dopiero capi! Hm, może medycy nam pomogą rozwiązać zagadkę twojego zapachu? Dlaczego jest taki, a nie inny. Chociaż skoro twojej ciotki przez tyle czasu to nie zaniepokoiło, to znaczy, że nie wymagasz konsultacji medycznej...
– Albo po prostu zdecydowała się mieć przede mną tajemnicę... Chociaż chyba nie jestem ani chora, ani nie umieram, skoro mam apetyt i jestem ruchliwa. – Przeciągnęła się.
– To co, wracamy do obozu?
[trening Tawułowej Łapy - 1077 słów]

[Przyznano 22%]

Od Truskawkowej Łapy Do Mirtowego Lśnienia

Minęło kilka wschodów słońca, od kiedy znaleźli się w Klanie Klifu. Mieli prawdziwe szczęście, gdyż z dnia na dzień pogoda stała się wręcz niemożliwa do przeżycia bez pomocy większej grupy. Płaty śniegu okryły tereny, a paskudny, mrożący krew w żyłach wiatr, niesiony znad morza sprawiał, że pierzyna wtargnęła nawet do obozowej jaskini. Zwierzyna, którą przynosili wojownicy i uczniowie, była licha, często zmarznięta na kość, wskazując, że łowca najpewniej znalazł ją zakopaną w śniegu, a nie upolował dzięki niesamowitym umiejętnościom. Takie kąski odkładano na bok, gdyż ich natychmiastowe spożycie skończyłoby się połamaniem kilku zębów. Wszyscy byli głodni. Miłostka, a raczej Truskawkowa Łapa, znała ten wyraz na kocich pyskach; wszyscy próbowali ukrywać swoje grymasy, swoje nieciekawe humorki, swoje roztargnienie spowodowane pustszym i pustszym żołądkiem. Jako że i ona, i jej brat spędzili pierwsze noce w legowisku dwóch medyczek z powodu przemarznięcia (u Miłostki problemy przejawiały się wyłącznie w uchu, a Sekrecik całkowicie wyzionął ducha, kiedy tylko padł na ciepłe legowisko), próbowano dawać im nieco lepsze kąski, nie wymuszając na sobie jednak zbyt przyjacielskiej postawy. Oczywiście, nie każdy był dla nich niemiły. Zwłaszcza ruda asystenta, która w głównej mierze trzymała nad nimi piecze, była niezwykle ciepła i sympatyczna, jednak z obserwacji, którym zmuszona była się oddać pointka, gdyż jej brat cały czas spał znużony choróbskiem, wynikało, że i do niej nie pałano szczególnie sympatią, zwłaszcza w niektórych kręgach. Koty, które nie lubiły Jagnięcej Łapy, nie lubiły również ich, ale co ciekawe... starszej, która pełniła szanowaną (przynajmniej w założeniu) rolę, która była tutaj dłużej niż para uciekinierów, najwidoczniej nie lubili jeszcze bardziej. Najbardziej niezadowolona była zastępczyni Klanu Klifu. Kremowa kotka co jakiś czas przemykała nienaturalnie blisko wejścia do lecznicy, nigdy jednak bezpośrednio tam nie zawitała. Krzywiła się, kiedy napotykała wzrok Truskawki, a następnie uśmiechała się niezbyt przyjacielsko, jakby już coś planowała. Był jeszcze biały wojownik, który co jakiś czas przychodził do legowiska, aby porozmawiać z główną medyczką, której szylkretka nieco się bała. Owy Rozświetlona Skóra przez cały ich pobyt kuracyjny, pojawił się może dwa razy z pyskiem pełnym zmarzniętych ziół. Nie umiała określić relacji, jaka łączyła rodzeństwo. Ani jedno, ani drugie nie wydawało się zadowolone z odwiedzin, chociaż srebrzysta rzadko kiedy faktycznie była z czegokolwiek zadowolona, a biały kocur pałał widoczną niechęcią do medycznej adeptki. O Ćmim Księżycu też można było wiele powiedzieć. Przywykła do nieco zdziwaczałej, starej Świergot, w której do swego czasu widziała szczyt ekscentryczności, ale... ta kotka była zwyczajnie przerażająca. Nie była stara. Z tego, co udało jej się ustalić, to jej uczennica była tą bardziej wiekową. Blade ślepia jednak nie dawały jej po nocach spać; bo kocica rzadko kiedy sypiała.
Ta para była najbardziej do nich uprzedzona, a przynajmniej to oni jakkolwiek pokazywali im się na oczy. Wielu zwyczajnie omijało lecznice, kiedy tylko mogli. Nie dziwiła się. Sama raczej nie przepadała za wizytami u uzdrowiciela, nawet kiedy owo stanowisko przypadło jej własnej siostrze. Ci, którzy byli zmuszeni do odwiedzin, raczej nie pozostawali na noc, gdyż lista przypadłości zaczynała się i kończyła na takich błahostkach jak zmarznięte poduszki łap. Nudziło ją to. Na początku rozmawiała z Jagnięcą Łapą, ale starsza prędko zaczęła zbyt przypominać jej matkę. Tęskniła za Migotką, więc po dwóch dniach zaczęła zwyczajnie zbywać niebieskooką w najmilszy możliwy sposób. Chciała już zacząć trening, aby móc pozbyć się tego uwłaczającego, zwłaszcza dla kota w jej wieku i z jej umiejętnościami, członu. Była trochę zła na Wędrującą Łapą. Wiedziała, że to nie jego wina, że jest słabeuszem i nabawił się jakiegoś większego choróbska, ale gdyby nie to, to już byliby najpewniej przynajmniej w ćwiartce szkolenia. Tak strasznie chciała to mieć za sobą. W jej przypadku wystarczyło, aby medyczki dwa razy wsadziły jej do ucha jakąś przeżutą papkę i już poczuła się całkowicie zdrowa. Nikt jednak nie przyszedł, nawet kiedy otwarcie powiedziała Ćmie, że wszystko z nią w porządku.
"Pewnie nie przewidzieli tego, kiedy dali nam jednego kota na mentora..." — pomyślała i zmarszczyła brwi. "Umrę z nudów... I to z uczniowskim imieniem, co za wstyd..."
— Mirtowe Lśnienie, mógłbyś zanieść do lecznicy zwierzynę? Miałam to zrobić, ale muszę pomóc Rozkwitającemu Astrowi z Naparstnicową Łapą. — Widziała jak ciemny, widocznie stary już kocur zatrzymuje rudego wojownika. Truskawkowa Łapa jedynie raz rozmawiała z owym Mirtowym Lśnieniem, który został wybrany, aby zajmować się ich treningiem. Przyszedł jeszcze zanim zdążyli zapaść w błogi sen tego dnia, kiedy zostali znalezieni przez patrol. Nie wydawał się szczególnie zadowolony wizją niańczenia kotów w swoim wieku.
— Oh, oczywiście Pomocny Wróbelku, nie martw się — mruknął w odpowiedzi, a drugi uśmiechnął się wdzięcznie. Pomarańcowooki od razu skierował się do stosu zwierzyny i wybrał kilka piszczek. Z pyskiem pełnym gryzoni wszedł do lecznicy i rozejrzał się. Wędrująca Łapa próbował wciąż przespać chorobę i odespać te wszystkie noce, które spędził na zamartwianiu się o los swój i siostry.
— Pani ślepa poszła do kociarni, a rudzinka po zioła — odezwała się, kiedy wojownik zdawał się stawać coraz to bardziej zdziwiony tym brakiem odpowiedzialnych kotów. — Ale możesz zostawić. Pewnie zaraz wrócą, a ja nie jestem głodna... Słuchaj, panie mentor, wiem, że pewnie czekasz, aż mój brat będzie w stanie stać o swoich łapach, ale zanim to się stanie, to ja wyzionę tu ducha z nudów. Czy proszę, możemy coś zrobić, tylko we dwójkę? Zasłużył na odpoczynek — tu wskazała na brata ogonem i dodała prędko: — Ale jak tak dalej pójdzie, to będziesz miał tylko go do szkolenia, bo ja nie wytrzymam, albo co gorsza, ta wasza zastępczyni, co czyha na mnie jak jastrząb z daleka, wyrwie mi wszystkie trzewia — zażartowała, ale gdzieś na dnie faktycznie się tego obawiała.

<Mirtuś?>

Od Kocimiętkowego Wiru do Wełnistej Mszycy

Po zgromadzeniu

Wciąż była zbulwersowana zachowaniem tego czekoladowego degenerata, jakim był Wilczy Skowyt. Śmiał łamać kodeks, zdradzać Klan Wilka, a potem jeszcze obrażać Kocimiętkowy Wir? Och, nie! Tego już było za dużo. Rudofutra nie da sobie w kaszę dmuchać. Ten palant musiał uciekać się do obrazy koloru futra, bo nie miał innych sensownych argumentów, by zagiąć wojowniczkę. Z takim to ciężko było się dogadać. Czuła się, jakby rozmawiała z dzieckiem ze żłobka, a nie dorosłym kocurem! I to jeszcze starszym – a właściwie o wiele starszym od niej! Powinien zachowywać się dojrzale, a wciąż miał mózg jak krnąbrny nastolatek. Nikła Gwiazda to powinien tego wyrośniętego dzieciucha na zbity pysk wywalić! Ale niestety, poza byciem kompletnym dupkiem, jeszcze niczym sobie nie zasłużył.
Kocimiętka jednak zadba o to, by w końcu się o coś potknął i by jego dotychczas spokojne życie runęło w gruzach… Może trochę przesadzała, ale miała już podstawy, by go oczernić. Wilczy Skowyt niemal wprost przyznał jej się do tego, że romansuje z jakąś kotką spoza Klanu Wilka. Kotką o białym lub łaciatym futerku. No, w każdym razie z dużą ilością bieli. Kocimiętka znajdzie ją i przyprowadzi do azylu, a wtedy powie przywódcy, że Wilczy Skowyt nie jest lojalny wobec Klanu Wilka i… i co? Wygnają go? Nie, pewnie nie. Nadadzą karne imię, a może puszczą to mimo uszu i nakażą Wilczkowi postarać się o miot… żeby… wychować go na… przyszłych kultystów…
Koszmar!
Kocimiętkowy Wir pokręciła głową, chcąc wybić sobie ten pomysł z umysłu. Na pewno mu nie pogratulują, gdy się dowiedzą, że zdradza klan. Tak, i przy tym zostańmy, żeby się nie zniechęcać.
Zielonooka wzięła głęboki oddech. Był to ranek po zgromadzeniu, a koty powoli budziły się już do życia. Jednak nie Kocimiętka, oczywiście. Ona już od jakiegoś czasu siedziała przed legowiskiem wojowników, spiskując przeciwko Wilczemu Skowytowi. Zauważyła w końcu, że czekoladowy kocur rozmawiał niedaleko z Brukselkową Zadrą. Gdyby nie ta liliowa kula puchu, to pewnie i by zagadała do czekoladowego wojownika, by mu trochę podokuczać, i może wyciągnąć z niego kolejne informacje. No, ale skoro była przy nim jego była mentorka i wierna przyjaciółka, która na pewno stanęłaby w jego obronie, choćby nie wiadomo co, to nie było sensu przy niej trajkotać o tym, jaki to zły jest Wilczek – bo jeszcze dostałaby w pysk tą dużą, łaciatą łapą.
Wzrok Kocimiętkowego Wiru finalnie spoczął na Dyniowej Skórce. Ruda szybko pomyślała, że poskarżenie się mamusi będzie bardzo dobrym ruchem. W końcu starsza kotka była inteligentna i na pewno wiedziała, jak się uporać z takim brązowym kleszczem. W dodatku nigdy nie zbywała swojej córki i nie kazała jej zamknąć pyska, więc narzekanie na świat w jej obecności było bardzo przyjemne. Dynia nie starała się powiedzieć Kocimiętce, że przesadza i powinna się uspokoić. A nawet jeśli, to nie wprost – zazwyczaj próbowała raczej spokojnie wybić jej różne pomysły z głowy.
— Dzień dobry, mamo! — przywitała się, podchodząc do Dyniowej Skórki. Miała wrażenie, że Wilczy Skowyt i Brukselkowa Zadra umilkli, by przyjrzeć się jej poczynaniom. — Jak się dziś czujesz? — zapytała, niewinnie trzepocząc rzęsami.
— Dobrze, Kocimiętko. A ty? Jak minęło ci wczorajsze zgromadzenie? — odparła Dyniowa Skórka, unosząc brwi.
— Myślałam, że nie zapytasz! Słuchaj, mamo, tyle się wydarzyło wczoraj! — zaczęła, a w jej oczach zalśniły iskierki. Przycupnęła obok wojowniczki, biorąc głęboki oddech. — Najpierw rozmawiałam… z kimś z Owocowego Lasu. Nie pamiętam już, czy mi się przedstawiała, czy nie… bo rozmawiałyśmy dosyć krótko. Potem ta kotka ode mnie poszła, ale to nic dziwnego, bo od początku wydawała się przytłoczona tak dużą ilością kotów, jakie były na zgromadzeniu — stwierdziła, wzruszając ramionami. — Nie zamierzałam jednak reszty zgromadzenia przesiedzieć sama, więc poszłam szukać kogoś, do kogo mogłabym zagadać. I tak się złożyło, że wpadłam na Wilczy Skowyt. Kojarzysz, co nie?
Dyniowa Skórka kiwnęła spokojnie głową.
— No to zaczęłam z nim rozmawiać. Najpierw wydawał się całkiem fajny, ale potem odkryłam, że… romansuje z kimś spoza Klanu Wilka! — prychnęła, nadymając policzki. W międzyczasie Dynia poruszyła się nerwowo, odwracając wzrok od córki.
— Mhm… — wymamrotała.
— Nakryłam go na gorącym uczynku, ale on i tak próbował się wybielić! A gdy mu powiedziałam, że nie wierzę w jego głupiutkie wymówki, to zaczął obrażać mój kolor futra! Żałosne, co nie? Co z tego, że jestem ruda! To on jest w kolorze bagna! — złościła się, podczas gdy jej kikut uderzał gniewnie o ziemię.

* * *

Życie Kocimiętkowego Wiru w Porze Nagich Drzew było potwornie ciężkie, z racji, iż zielonooka miała raczej słabą tolerancję na zimno. Preferowała ciepłe, słoneczne dni, podczas których mogła wyłożyć się na trawie i wygrzewać w świetle. Podczas takich upałów najprzyjemniejsze było siedzenie w pobliżu jeziora, by w razie czego ochłodzić się nieco w zimnej wodzie. W dodatku w Porze Zielonych Liści wszędzie były piękne kwiaty i inne rośliny, które sprawiały, że oddychanie powietrzem stawało się wręcz nagrodą.
A teraz? Każdy oddech sprawiał, że Kocimiętka miała wrażenie, iż zaraz zamarzną jej płuca. Ponadto zwierzyny nie było wiele, więc nie miała czym zapełnić swojego często burczącego brzucha. Natomiast gdy było cieplej, myszy czy inne wróble same pchały się pod łapy i nawet ktoś tak ułomny, jak Wilczy Skowyt poradziłby sobie z wyżywieniem całego klanu! Jedyna rzecz, która trzymała teraz Kocimiętkę przy życiu, to myśl o tym, że za niedługo znów przyjdzie gorąc, stopnieją śniegi, a zwierzątka wychylą się z norek i nareszcie będzie można najeść się do syta. Patrole będą wracały obłowione jak nigdy dotąd, a lecznica będzie wręcz pękać od nadmiaru medykamentów.
Gdy chodziła tak rozmarzona, przypadkiem przekroczyła granicę z Klanem Burzy. Skapnęła się o tym dopiero wtedy, gdy pojawiła się przed nią zdezorientowana białofutra kotka, patrząca się na rudofutrą jak na ducha.
— Aaa! — zawołała Kocimiętka, odskakując od Burzaczki, która stała jak wryta. — Co ty robisz na terenach Klanu Wilka! Wynoś się stąd, ty, ty-
Nagle ją olśniło.
— A-ale to tereny Klanu Burzy…! — odparła albinoska, marszcząc brwi w zmartwieniu. — To ty powinnaś stąd odejść, nim ktoś cię prze-
— Cisza! — przerwała jej wojowniczka, mrużąc podejrzliwie swe zielone ślepia. Podniosła łapę i pomiętosiła nią futerko na swojej brodzie. — Hm… Chwila, moment! To ty romansujesz z Wilczym Skowytem! No, jak nic! Jestem tego pewna! — wypaliła w końcu, rozdziawiając pysk w zdziwieniu. — Niezłą sobie znalazł kotkę poza Klanem Wilka! Zdrajca! — buczała, pusząc futro na karku.
— …Z kim? — zapytała nieśmiało albinoska, kładąc po sobie uszy. Jej zdezorientowane ślepia błądziły po pysku Kocimiętki, prawdopodobnie próbując wyczytać z niego jakieś oznaki tego, że kotka popadła w obłęd. — Nie znam żadnego… Wilczego Skowytu…
— Nie kłam! Ten twój czekoladowy fagas wszystko mi wyśpiewał na zgromadzeniu! — upierała się, kompletnie ignorując fakt, że Burzaczka stała przed nią szczerze zszokowana.
— Ja… jestem medyczką. Nie mogę z nikim romansować, bo inaczej Klan Gwiazdy mnie uka-
— No świetnie! Łamiesz kodeks podwójnie, co? Wstydzilibyście się wy, wszyscy!

<Tajemnicza kochanko Wilczego Skowytu?>

Od Ostowej Łapy do Miodowej Kory

Po spotkaniu z Konwaliową Mielizną poczuł się jakoś pewniej, jeśli chodzi o chodzenie wzdłuż granicy z Klanem Nocy. Teraz już wiedział, co czeka go po drugiej stronie i, być może pochopnie, założył, że żaden inny Nocniak nie powinien mu zrobić krzywdy, o ile nie przekroczy tej zamrożonej rzeki. Bardzo chętnie szlajał się w tych okolicach, wypatrując wzrokiem jakichś interesujących kotów, z którymi mógłby nieco porozmawiać. Zastanawiał się, czy może nie spotka kogoś, kto mógłby go w przyszłości nauczyć pływać i polować na ryby! Zawsze bardzo chętnie zyskałby dodatkową wiedzę, która mogłaby mu pomóc przeżyć w tych, a także nieco lżejszych warunkach. Zastanawiał się tylko, czy polując w tej rzece, nie zostałby pogoniony przez Nocniaków, uważających ją za ich część terytorium.
Teraz szedł z ponuro zwieszoną głową i ogonem ciorającym po śniegu. Wciąż było mu tak zimno, jak nigdy dotąd, i pragnął wrócić do Owocowego Lasu, ale niedawno wydedukował, że nie warto tak rozmyślać o tamtym życiu, bo tylko bardziej się zniechęci. Zauważył, jak bardzo był posępny i jak często nie chciało mu się wychodzić z legowiska – a to wszystko dlatego, że zaprzątał sobie głowę przeszłością. Teraz jest w Świetlikach, żyje z nimi, pomaga im. Musi brnąć dalej, nieważne, czy świat mu sprzyja, czy daje kłody pod łapy. Powinien być wdzięczny, że przyjęli go, dali schronienie i zioła. W przeciwnym razie może już dawno by zamarzł, po tym, jak Ziemniak wygonił go z terenów.
W końcu prawda była taka, że nie był on najzdolniejszy. Znał zioła, ale tylko garstkę. Jeśli zaś chodzi o polowania i walkę… przed treningami z Mglistym Snem nie potrafił kompletnie nic! Teraz natomiast trening na wojownika szedł mu całkiem nieźle i Osetek czuł, że odnajduje się w nowej roli. Może nawet bardziej niż wtedy, gdy szkolił się na uzdrowiciela?
Mlecznobiały śnieg mienił się w oczach Ostowej Łapy, gdy ten dreptał po nim, zostawiając za sobą ślady swoich poduszek. Miał o tyle szczęścia, że na razie przestało padać, więc nie musiał martwić się o śnieżynki, które z zawrotną prędkością uderzały w jego pysk. Czasem były naprawdę irytujące! Tym bardziej, gdy za cel obrały sobie oczy Ostowej Łapy. Wtedy ten musiał ciągle je mrużyć, by przypadkiem żadna na nich nie wylądowała na ich powierzchni.
Wokół kocura panowała niemal kompletna cisza, przerywana tylko chrzęstem śniegu, jaki wydobywał się po zrobieniu kroku. Osetek słyszał też swój ciężki oddech i obserwował, jak z jego pyszczka wydobywają się liczne obłoczki pary. Był na tyle skupiony na tym, jak bardzo mu zimno, że nawet nie zauważył, iż po drugiej stronie rzeki śledziła go kotka z Klanu Nocy. Dopiero gdy ta kichnęła, uczeń zjeżył się i zamarł w miejscu, szybko odwracając głowę w stronę źródła dźwięku.
Tam dostrzegł wysoką, szczupłą kotkę o długim, szylkretowym futerku. Miała piękne, żółte ślepia, które z uwagą, lecz i dystansem, obserwowały Ostową Łapę. Wyglądała na bystrą i czujną – jakby wiedziała, że nie powinna ufać samotnikom, lecz wciąż była zaciekawiona obecnością Osetka tak blisko terenów Klanu Nocy. Gdy kotka spostrzegła, że czarno-biały wpatruje się prosto w jej urokliwy pysk, spuściła wzrok, robiąc krok w tył.
— H-hej! Zaczekaj! — krzyknął uczeń, skręcając w jej stronę. Nie zawahał się przed tym, by postawić łapę na lodowej tafli, jaka utworzyła się na jeziorze. — Nie jestem zagrożeniem, dobrze? — kontynuował, licząc na to, że uda mu się pociągnąć rozmowę z szylkretką.
— Musisz stąd iść, szybko… — wymamrotała, płaszcząc nieco uszy.
— Dlaczego miałbym chcieć? — odparł Ostowa Łapa, uśmiechając się zadziornie. — Przecież nie kradnę od was zwierzyny! Czy to źle, że chcę poznawać nowe ko-
— Nie rozumiesz! Zaraz przyjdzie tu patrol, a ten patrol nie jest złożony z kotów, które chciałyby cię tu widzieć! — przerwała mu, w końcu podnosząc na niego wzrok. W jej oczach zalśniły iskry niepokoju. Były niemal jak gwiazdy migoczące na niebie – Osetek nie mógł oderwać od nich spojrzenia.
Ruszył się dopiero wtedy, gdy w oddali dostrzegł rysujące się sylwetki dwójki kotów. Wycofał się na tereny Świetlików, wciąż śledząc wzrokiem pysk Nocniaczki.
— Pójdę stąd… — oznajmił w końcu, już napinając mięśnie, gotowy do biegu. — Ale musisz mi obiecać, że jeszcze kiedyś się spotkamy!
Szylkretka postawiła uszy do góry, widocznie skonfundowana.
— Co? Dlaczego? Nie rozumiem… — wymamrotała, lecz wtedy Ostowa Łapa usłyszał głos obcego kota, dobiegający z niedaleka. Nie miał już czasu odpowiedzieć kotce – musiał stąd zmykać!

ᶻ 𝗓 𐰁

Znów był na granicy z Klanem Nocy. Wszystko wyglądało teraz niemal identycznie jak wtedy, gdy spotkał tę nieznajomą. Z początku nie odczuł tego tak bardzo, ale gdy wrócił do obozu, nie potrafił wyjąć sobie z głowy obrazu jej pięknych, spokojnych oczu w złocistym kolorze. Zdradzały wiele z jej charakteru – jej mądrość, uwagę. Ostowa Łapa czuł, że ta obca kotka nie była tylko kolejną narwaną dzikuską, a kimś inteligentnym, kto pragnie poznawać świat i otwierać się na nowe możliwości.
Może tylko to sobie dopowiadał, ale gdzieś w głębi duszy czuł, że ta szylkretka była kimś, kogo chciałby lepiej poznać. Nie tylko zresztą wyraz jej oczu go uwiódł – miała zadbaną sierść, a gdy światło zaświeciło na nią pod odpowiednim kątem, zdradzało ukryte na niej pręgi. Była też splamiona bielą, jakby śnieżynki osiadły na niej i już nigdy nie stopniały.
Ostowa Łapa fuknął pod nosem, przykładając łapę do pyska.
— Na Wszechmatkę, Klan Gwiazdy czy inne wiary! Dlaczego ja o niej myślę? — mruknął do siebie, ale nie spodziewał się, że kotka stoi tuż za nim.
Musnęła go swoim bokiem, gdy przechodziła obok, by spokojnie i lekko usadowić się przed jego pyszczkiem. Czarno-biały poczuł, jak jego żołądek wykręca się do góry nogami. Czy słyszała to, co powiedział? Czy wiedziała, że mówił to o niej?
— Och! Cze-cześć… nieznajoma — przywitał się, czując, jak pieką go końcówki uszu. — Co tu robisz? To tereny Świetlików, przecież… — zauważył. Nie mówił tego jednak z pewnością, bo wcale nie chciał, by szylkretka wracała do siebie. Mogła tu być… tu, przy nim… przez całe sezony.
— Chciałeś się spotkać, czyż nie? Oto więc jestem — odparła spokojnie. Jej głos przypominał przyjemny, wiosenny śpiew ptaków. Był jak miód na uszy Ostowej Łapy. — Nie przedstawiłeś mi się, może czas to zmienić?
Uczeń na moment zamilkł, a jego ogon poruszył się z nerwów.
— Ostowa Łapa! — odrzekł. — Znaczy… nazywam się Ostowa Łapa. Ale możesz mi mówić Osetek, jeśli chcesz.
Wobec niej nie odważył się skłamać. Może i Konwaliowej Mieliźnie wcisnął kit, że wcale nie nazywa się tak jak klanowi uczniowie, ale… przed nią? Nie mógł tego zrobić. Czuł, że szylkretka rozgryzłaby go w mgnieniu oka. Wydawała się taka… wszechwiedząca!
— A ty? Jak się nazywasz? — odbił.
Nieznajoma nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się aksamitnie do ucznia, mrużąc delikatnie ślepia. Może go nie usłyszała? A może powinien powtórzyć pytanie?
Gdy otwierał pysk, nagle poczuł, jakby coś oplotło się wokół jego szyi. Zatrząsł nim chłód, a po grzbiecie przebiegły dreszcze niczym stado mrówek. Nim ponownie rozwarł szczękę, obraz przed nim zaczął blednąć. Tajemnicza szylkretka rozpłynęła się wśród czerni, ale determinacja, by znów ją odnaleźć pozostała.


ᶻ 𝗓 𐰁

Osetek otworzył powieki, a w jego sercu niemal od razu pojawiło się uczucie zawodu. Więc jednak to wszystko było tylko snem? Czyli nie stał teraz nad granicą Klanu Nocy? Otrzepał się powoli, próbując wyostrzyć wszystkie zmysły, a potem ziewnął przeciągle. Rozejrzał się po prowizorycznym obozie – wciąż był jeszcze niedokończony i wymagał sporej ilości pracy. Czarno-biały nie miał ochoty wysilać się fizycznie, ale czuł, że to jego obowiązek i musi pomóc tym uciekinierom odnaleźć się tutaj, choć sam wiedział niewiele więcej niż oni. Nie miał nawet pojęcia, czy naprawdę wszyscy go tu chcą i czy przypadkiem nie będą próbowali go zabić, gdy już nie będzie im potrzebny. Miał wrażenie, że zachował się bardzo głupio i już dawno powinien stąd zwiać, ale mimo wszystko wciąż pozwalał, by jego ciało powoli tu wymierało. Sporo kotów doznało wcześniej obrażeń, były teraz osłabione. Niedawno zmarła także biała kocica, której imienia Osetek nie pamiętał. Brakowało jedzenia, ziół, a ponadto schronienia. Ostowej Łapie codziennie zadek marznął, od ranka aż do wieczora. Nie sądził, że w takich warunkach uda mu się przeżyć zbyt długo.
Nim zdążył się dobrze przebudzić, podszedł do niego liliowy kocur, który tamtego pamiętnego wieczoru odnalazł Osetka wraz z Jarzębiną. Nazywał się Miodowa Kora – uczeń dobrze znał to imię.
— Hm? — mruknął, spoglądając na wojownika spod przymrużonych powiek.
— Wstawaj, chłopcze! — rzekł kocur. — Musimy wziąć się do roboty. Jeśli się sprężymy, kto wie, może uda nam się przeżyć tę Porę Nagich Drzew — dodał, jakże pokrzepiająco, uśmiechając się subtelnie do Osetka.
— Ach, tak… Jasne, jasne — wymamrotał czarno-biały, podnosząc się ze swojego niewygodnego, nieprzytulnego posłania. — Co dziś będziemy robić?
Miodowa Kora popatrzył na niego.
— Upolujemy coś dla grupy i znajdziemy jakieś przydatne rzeczy, które nadadzą się do tworzenia posłań — wyjaśnił, na co uczeń przytaknął. — Właśnie, Ostowa Łapo, czy kiedykolwiek polowałeś na coś? Jeśli nie to nauczę podstaw! Kiedyś szkoliłem dwóch uczniów i jeden wyrósł na obiecanego wojownika a ten drugi to ciężko powiedzieć… — zamyślił się na moment.
Ostowa Łapa nie miał pojęcia, o kim mówił Miodowa Kora, ale nie zamierzał naciskać.
— Nie… nigdy nie polowałem. W Owocowym Lesie uczyłem się na uzdrowiciela, więc… wiem jedynie, jakich ziół użyć na ból brzucha czy infekcję, ale polować ani walczyć nie potrafię — oznajmił. Po jego ranach raczej łatwo można było zauważyć, że nie był zbyt silny. Tamtego dnia Ziemniak dobrze go urządził. Może gdyby Osetek szkolił się na wojownika, byłby w stanie odeprzeć atak czekoladowego? Może mógłby wywalczyć sobie miejsce w społeczności Owocniaków, a tak… trafił do Świetlików. — Możemy już iść. Mam… do ciebie kilka pytań. Chętnie nauczę się polować, a przy okazji możemy trochę pogadać.

<Miodowa Koro?>

[1545 słów, trening wojownika]

[Przyznano 31%]