Zielone oczka wpatrywały się w uśmiechnięte lico kocura, który traktował niczym najprawdziwsza katarynka. Jego wibrysy raz za razem podskakiwały na wietrze, jak i podczas mowy.
– Promienna Łapa to moja siostra – potwierdziła pokrewieństwo z zielonooką szylkretką, która na dobrą sprawę, jakby się uprzeć, wyglądała jak Tawuła, tyle że w kolorach. I była bardziej kontaktowa w przeciwieństwie do białofutrej. – I nie, niestety nie opowiadała mi o twoim polowaniu... – mruknęła. Niestety musiała rozczarować kocura. – Ale z chęcią o nim posłucham – dodała.
Sama nie miała okazji jeszcze polować na ptactwo, zazwyczaj z łatwością przychodziło jej upolowanie gryziona, jak myszy czy nornicy niedaleko Złotych Kłosów. Może Buk poza streszczeniem przebiegu polowania, udzieli jej również cennych rad?
Bukowa Korona odchrząknął, zaczynając swoją opowieść. Zielonooki raz za razem zmieniał ton swego głosu, bawiąc się słowami, gdy opisywał Tawule polowanie na kaczkę.
Tawuła co prawda słuchała słów, które opuszczały pysk srebrzystego, jednak w jej umyśle zaczęły się kłębić przeróżne myśli.
Dlaczego Bukowa Korona, Promienna Łapa i wiele innych kotów z taką łatwością potrafiło podejść do obcego kota i zacząć z nim rozmowę, a ja mam z tym problem?
Co prawda z Trzmielą Łapą udało jej się zaprzyjaźnić, jednak sama do końca nie widziała, jak do tego doszło. Ot co, spotkali się na granicy i z grzeczności się do siebie odezwali. W końcu ich klany miały sojusz, więc nie wypadało zignorować sojusznika. Może również charakter kremowego, tak podobny do charakteru Tawułowej Łapy pomógł im zacisnąć więzy?
Sama Tawuła nie wiedziała, kiedy się wyłączyła i przestała słuchać kocura, który ani na moment nie przerwał swego monologu, jednak powróciła do rzeczywistości, gdy ich grupa szła wzdłuż klifu i zostało jej zaproponowane wspólne polowanie.
– Eee... Dobrze – miauknęła, nie do końca będąc pewna, na co się tak właściwie zgadza. Wibrysy kocura drgnęły; obdarował Tawułę szerokim uśmiechem, by chwilę później znaleźć się u boku Drzemiącego Słońca, z zamiarem odbierania królik. Ku zaskoczeniu czekoladowego, kocur nie był chętny na oddanie zwierzyny i między kocurami doszło do przyjacielskiej przepychanki, która zakończyła się zwycięsko dla Buka tuż przed wejściem do obozu.
Tawuła przyglądała się kocurom, zazdroszcząc im tej śmiałości i pewności siebie. Ona musiała jeszcze nad tym popracować, ale widziała doskonale, kto jej w tym pomoże.
Wojownicze imię, które otrzymała od Judaszowcowej Gwiazdy, przypadło jej do gustu. Współgrało z jej imieniem, które otrzymała od ojców; a właściwe od Jastrząb, bo to właśnie ona kocurom je zaproponowała, tuż po narodzinach białej koteczki. Jednak czy na pewno na nie zasłużyła? Nie była do końca przekonana, jednak nie zamierzała kwestionować decyzji swojej siostry, która uznała, że Tawuła jest gotowa, jak i samego lidera.
Powróciwszy z polowania, trzymając w pysku tłustą kaczkę, skierowała się do żłobka, w którym zastała Morświnową Płetwę, a u jej boku Drzemiące Słońce. Kocur leżał przy swojej partnerce i cicho mruczał do brzucha kocicy, zwracając się do swoich kociąt.
Tawuła natomiast zwróciła się do Morświnowej Płetwy, podsuwając jej pod pysk upolowaną zdobycz i gratulując parze powiększenia ich rodziny. Kocica zamruczała z wdzięcznością za przyniesiony posiłek, po czym całą swoją uwagę skupiła na rudym kocurze i nienarodzonych kociętach.
Tawuła, czując się, jak i właściwie będąc, jak piąte koło u wozu, pospiesznie opuściła kociarnie, nie decydując się podejść do leżącej w głębi żłobka matki. Nie chciała z nią rozmawiać. Nie po tym, gdy uznała, że lepiej by było, gdyby szylkretowa kocica odeszła. Tak samo, jak Pikująca Jaskółka.
Gdyby te dwie skłócone kocice odeszły, w Klanie Klifu na pewno byłoby lepiej.
Spojrzenie Tawułowej Bryzy przeniosło się i zatrzymało się na legowisku starszyzny, a dokładniej w jego wejściu, w którym stała jej babcia, Bożodrzewny Kaprys. Widok babci, która najprawdopodobniej postanowiła rozprostować starsze kości, nie byłby dla niej niczym niezwykłym, gdyby nie fakt, że kocica nie była chętna na opuszczanie legowiska, jak i na interakcje z pozostałymi członkami klanu. Podobno ten stan utrzymywał się od czasu, gdy pewna kotka, bliska sercu Bożodrzewnego Kaprysu opuściła klan.
Bożodrzewny Kaprys wpatrywała się przed siebie, ignorując znajdujące się dookoła niej koty. Starszy pysk przez dłuższy czas nie wyrażał żadnych emocji, by w końcu kąciki emerytowanej wojowniczki uniosły się w delikatnym uśmiechu.
Tawuła spojrzała się w kierunku, w który spoglądała jej babcia, nie bardzo rozumiejąc czemu, a może komu się tak przygląda. Judaszowcowa Gwiazda znajdował się w swoim legowisku, a wejście do obozu, na którym starsza skupiała swoją uwagę pozostawało puste; nikt nie wchodził, ani nie wychodził.
Z pyska Tawuły wyrwało się nerwowe sapnięcie, gdy starsza osunęła się, robiąc krok naprzód na rampie prowadzącej do legowiska starszych. Na szczęście przed upadkiem w ostatniej chwili została uratowana przez Bukową Koronę, który niczym błyskawica dopadł do jej boku i pozwolił starszej oprzeć się o jego grzbiet. Tawuła czym prędzej pokonała dzieląca ją od kotów odległość, aby się upewnić, czy staruszka nie nadwyrężyła żadnego z mięśni lub nie skręciła łapy podczas upadku.
– B-babciu... wszystko w porządku? – spytała zmartwiona, dostrzegając, że starsza przymknęła powieki i wypuściła głośno powietrze. Nerwowo przeniosła spojrzenie na Buka, który w zaledwie uderzenie serca rozładował napiętą atmosferę.