BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

13 lipca 2026

Od Konwaliowej Mielizny CD. Przypalonego Kasztana

Przeszłość

Słysząc powitanie młodego wojownika, jedynie skinął mu głową. Nie czuł się ostatnio na siłach, by z kimkolwiek rozmawiać, dlatego też nawet nie próbował ciągnąć próby tej rozmowy z kocurem. Aż zbyt dobrze widział jego zawstydzenie wypowiedzianymi słowami. Liliowy nie wnikał w to, woląc nie zaprzątać sobie głowy zmartwieniami innych, on sam miał ich wystarczająco.
Skierował się do stosu zwierzyny, by wybrać sobie coś na ząb i w odosobnieniu spożyć. Posiłek nie był jakoś smaczny, czuł, jakby jadł muł zamiast ryby. Grymas sam cisnął mu się na pysk, lecz nie okazywał tego w żadnym stopniu, jeszcze ktoś pomyśli, że gardzi zwierzyną upolowaną przez innych i zostaną rozsiane jakieś nieprawdziwe plotki o jego wątpliwej lojalności.

«★»

Obecnie

Od ostatniej rozmowy z Przypalonym Kasztanem minęło trochę czasu. W tym okresie sporo się wydarzyło, szczególnie w rodzinie Konwaliowej Mielizny. Zdarzały się dni, kiedy kompletnie był nieobecny, a innym razem nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Pora nagich drzew ze swoimi mroźnymi temperaturami zbytnio nie robiła na nim wrażenia dzięki gęstej liliowej szacie, którą posiadał.
Właśnie wracał z patrolu granicznego, kiedy to przez przypadek wpadł na młodego wojownika. Jego czarne pręgowane ciało wybijało się na śnieżnym tle, czego starszy mu zdecydowanie nie zazdrościł.
— Wybacz Przypalony Kasztanie, przy okazji też przepraszam, jak jakiś czas temu nieco cię zbyłem, kiedy próbowałeś nawiązać rozmowę. W zamian mam pewną opowieść, której na pewno jako kociak nie słyszałeś od Złocistego Widlika — mruknął niebieskooki. — Oczywiście, jeśli nie chcesz, to nie będę nalegać, lecz uważam, że w każdym wieku można coś wyciągnąć z opowieści, które inni nam przekazują — dodał.
Po krótkiej chwili rozmowy młodszy zgodził się usłyszeć opowieść liliowego, dlatego też ten zaproponował udanie się w bardziej ustronną część obozu, by mieli trochę więcej prywatności. Przy okazji Konwaliowa Mielizna wolał mieć pewność, że tylko Przypalony Kasztan ją usłyszy, a przynajmniej na razie, nawet jeśli pozmieniał parę rzeczy, by żaden przypadkowy kot tak łatwo się nie domyślił, co tak naprawdę chce przekazać.
— "Sezony temu na tych terenach żyło plemię. Plemię to wśród innych znane było ze swego przywódcy, który nosił imię Daliowa Godność. Kocur ten był kruczoczarny, jego krok dumny, dostojny, budzący respekt nawet wśród obcych. Jego spojrzenie było zimne, wręcz lodowate, przeszywające na wskroś duszę każdego. Dla wielu był liderem idealnym, dbającym o porządek wśród pobratymców, jednocześnie pielęgnując odwieczne tradycje, które niegdyś zapoczątkował jego przodek. Z boku plemię wyglądało na miejsce pełne kotów wiernych swym ideałom, tradycją, lecz niektórzy z nich mieli zupełnie inne zdanie, szczególnie niewielki ród, który pokolenia temu konkurował z rodziną Daliowej Godności o pozycję. To właśnie wtedy wśród nich zapoczątkowała się cicha wojna, skrywana przed oczyma wielu, a jednocześnie na tyle głośna wśród członków plemienia, by ci zaczęli ich nienawidzić.
W oczach kotów z zewnątrz zdawali się nieskazitelni, a gdy zapytane koty zamieszane w konflikt o to, milczały. Była pewna zasada — zdrajcy ponoszą konsekwencje swych czynów. Za panowania Daliowej Godności nawet rozmowa z obcym kotem na Zgromadzeniach mogło być widziane w jego oczach jako zdrada. Każdy w plemieniu miał się na baczności, nie chcąc narazić się władcy. Szczególnie mogli podpaść Ci ze znienawidzonej rodziny.
Mimo tego zdarzały się zdrady, spiski, które były niewidoczne dla oczu Daliowej Godności. Niektórzy mieli tego wszystkiego dość i pewna para w końcu opuściła plemię. Ale pozostawiła w nim trójkę dzieci, na które od początku patrzono krzywo, szczególnie na niebieską kotkę, Podwodny Wdzięk. Księżyce przed ucieczką jej rodziców, rodzicielka trafiła w odosobnienie z bratem, ojcem i synem, Spokojną Mierzeją. Mierzeja w zamknięciu niemal postradał zmysły, analizując wszystkie dotychczasowe wydarzenia, chcąc znaleźć sensowny powód swej kary. W końcu Daliowa Godność ich wypuścił. To jednak nie sprawiło, by którekolwiek z nich zapomniało o samotnych nocach z dala od pozostałych członków rodziny.
Jak mówiłem wcześniej, rodzice Podwodnego Wdzięku, Spokojnej Mierzei i Pochmurnej Lilii postanowili bez wiedzy kogokolwiek, odejść. Spokojna Mierzeja musiał przejąć obowiązki opieki nad siostrami jako najstarszy i jedyny kocur — czuł, że musi. Jednak poczucie zdrady powoli zaczynało go przytłaczać, aż w końcu sam postanowił odejść, ówcześnie wyjaśniając wszystko siostrą oraz proszę najbliższą przyjaciółkę, Algowe Morze, by się nimi opiekowała."
Zakończył opowieść, spoglądając na szarawe niebo. Nie otrzymując od razu odpowiedzi od towarzysza, lekko się uśmiechnął, podnoszą z dotychczasowego miejsca, które zajął na czas wymyślonej historii.
— Z tą opowieścią Cię zostawiam, mam nadzieję, że z czasem dostrzeżesz i dojdziesz do wniosku, że to coś więcej niż tylko coś wymyślonego — dodał, a następnie nie czekając na reakcję Przypalonego Kasztana, odszedł w tylko sobie znanym kierunku.

<Przypalony Kasztanie, wiesz, co chciałem Ci przekazać?>

Od Smoka CD. Borowika

— Bolowiku!!! — Smok pisnęła głośno, ale szybko się połapała i ściszyła głos. — Co ty tu lobis?! — syknęła, rozejrzawszy się nerwowo.
— No… Przyszedłem sobie. Co miałem nie przyjść…? Yyy…chciałem sprawdzić, czy żyjesz. No. I żyjesz, jak widać. Dobrze, dobrze.
Borowik spoglądał na nią szeroko otwartymi oczami, jakby wciąż jeszcze zastanawiał się, czy Smok na pewno nie była trupem.
“Co za mysi móżdżek!” — pomyślała szylkretka.
— Okej, to pa — mruknął nagle kocur, odwracając się na pięcie.
Spróbował wysunąć się z krzewów, jednak już po kilku krokach zamarł w bezruchu. Smok mogłaby przysiąc, że nawet z tak daleka była w stanie wyczuć, jak jego serce zaczyna bić szybciej
— Um. Smoku. Ratunku. Utknąłem chyba. Utknęło mnie — mruknął, szamotając się, jednak bez rezultatów. — Albo nie. Albo nie. Ja dam radę sam. Chwilka.
Po tych słowach wgryzł się w jedną z gałęzi, próbując odgiąć ją i sprawić, by wypuściła go ze swojego uścisku.
Nie szło mu to jednak najlepiej. Wyglądał tak, jakby utknął w pazurach jakiegoś potwora — a to znaczyło, że wyglądał naprawdę żałośnie. A przy okazji całkiem zabawnie, przez co Smok zachichotała, obserwując jego marne próby oswobodzenia się z gałęzi.
— Coś mi się nie wydaję, że sobie poladzisz! — krzyknęła szylkretka, podnosząc się z posłania i ruszając w stronę ucznia. Sama nie była od Borowika silniejsza ani nie miała pojęcia, jak mogłaby pomóc mu się uwolnić, lecz mimo wszystko wolała przybrać pewną minę i chociaż udawać, że wie, co robi. — Lecz nie maltw się, buly koleżko. Pzepotężna Smok ci pomoże! — ogłosiła dumnie.
Gdy znalazła się bliżej Borowika, chwyciła w ząbki jedną z gałęzi i z całej siły pociągnęła ją do siebie. Niestety po chwili patyk wysunął się z jej pyska i sprężyście uderzył prosto w ucznia.
— Auć! — mruknął, jeżąc futro na karku. — Dam sobie radę. Mówiłem ci.
Spojrzał na szylkretkę tak, jakby właśnie dopuściła się największej zdrady.
— Hmpf! — prychnęła koteczka, odwracając się od Borowika i wracając do wnętrza żłobka. — W takim lazie powodzenia! I tak mi nie pomogłeś, gdy Pulchawka mnie polywała, więc ci się należy! — miauknęła na pożegnanie, po czym zwinęła się w kłębek na swoim posłaniu, choć wcale nie była senna.
Jeszcze przez jakiś czas słyszała, jak Borowik szamocze się wśród gałęzi, jednak w końcu i te odgłosy ucichły. Widocznie jakoś się oswobodził i wrócił do swoich uczniowskich obowiązków.

* * *

Teraźniejszość

Minęło już trochę księżyców, odkąd Smok rozpoczęła szkolenie, ale nie czuła się jakoś szczególnie… wyszkolona. Wiedziała, że ma już dziewięć księżyców na karku, więc nie miała zbyt wiele czasu, by wziąć się w garść i pokazać swojemu mentorowi, że zasługuje na mianowanie tak młodo, jak to tylko możliwe! To oznaczało, że już za niecały księżyc!
Jednocześnie obserwowała też, jak radzi sobie jej rodzeństwo. Miała wrażenie, że szło im nieznacznie gorzej niż jej samej, co skutecznie podbijało jej ego. Musiała zostać mianowana pierwsza. Musiała! W przeciwnym razie… chyba obraziłaby się i uciekła z tego niesprawiedliwego Owocowego Lasu! Ani Mordor, ani Pierścień nie zasługiwali na to, by piastować swoje posady szybciej od niej. Najbardziej zależało jej na pokonaniu brata w tym wyścigu, ponieważ on również szkolił się na wojownika. To oznaczało, że ich treningi wyglądały mniej więcej tak samo, więc o tym, kto pierwszy awansuje, miały zadecydować wyłącznie własne predyspozycje i umiejętności.
Smok kręciła się teraz po obozie, ponieważ zakończyła już swój dzisiejszy trening z Sajgonem. Potwornie się nudziła, dlatego nieustannie omiatała wzrokiem azyl, próbując znaleźć idealnego kota do zaczepki. W końcu jej spojrzenie padło na drobną, rudą kotkę. Była bez wątpienia starsza od Smoka, choć wcale na taką nie wyglądała. Szylkretka kojarzyła ją całkiem dobrze. Słyszała o niej… a właściwie o plotkach, które od jakiegoś czasu krążyły na jej temat po Owocowym Lesie.
— Kasztanka, mam lację? — mruknęła, podchodząc do stróżki, która na dźwięk jej głosu uniosła uszy. — Jak tam z Pulpulą? Słyszałam, że już cię nie kocha — zachichotała, poruszając wibrysami z rozbawienia.
W ogóle nie znała tej kotki. To znaczy, nigdy wcześniej z nią nie rozmawiała. Nie miała powodu, by ją zaczepiać ani wchodzić w jej życie prywatne. Była jednak Smokiem. Była sobą. A to oznaczało, że uwielbiała wściubiać nos w cudze sprawy.
— Nie k-kocha? — miauknęła cicho Kasztanka. — Nieprawda… Kocha mnie Purpura, tylko… zazdrosny trochę — oznajmiła, patrząc na Smoka swoimi dużymi, żółtymi ślepiami, w których tliła się wyraźna niepewność.
Szylkretka pokręciła nosem, wyraźnie nieusatysfakcjonowana odpowiedzią stróżki.
— Słyszałam też, że lubi dokuczać Płatkowi! Gdyby cię kochał, to by mu nie dokuczał, bo jesteś pzecież jego mentolką — stwierdziła uczennica, zadzierając brodę.
— Nie… — wydukała Kasztanka, nie kończąc jednak swojego zdania. Po chwili ponownie otworzyła pysk, ale wydostało się z niego jedynie kilka cichych, niezrozumiałych słów.
— Co ty tam mamloczesz? Mów głośniej! — fuknęła Smok, machając ogonem z irytacją. Po chwili prychnęła. — Ach, zlesztą. Nie mam czasu na lozmowy z takimi mysimi selcami.
Odwróciła się i odeszła bez słowa pożegnania.
Wciąż potwornie się nudziła. Rozmowa z Kasztanką nie przyniosła jej żadnej satysfakcji, bo stróżka przez cały czas jedynie kuliła się pod jej spojrzeniem. Takie koty w ogóle nie powinny mieszkać w Owocowym Lesie. Przynosiły mu tylko wstyd! Gdyby ktokolwiek z innych klanów zobaczył na Bursztynowej Wyspie takie popychadło, chyba wybuchnąłby śmiechem.
Smok postanowiła sobie, że jeśli tylko Czereśnia spróbuje zabrać tę fajtłapę na Bursztynową Wyspę, szylkretka osobiście zagrozi jej, że jeśli tylko postawi łapę poza obozem, wepchnie ją z powrotem do środka.
Jak na razie do zgromadzenia było jednak jeszcze trochę czasu, a Smok nadal nie miała czym się zająć. Nie pomagał też fakt, że wciąż nie dorobiła się zbyt wielu pachołków, z którymi mogłaby się pośmiać i pożartować. Oczywiście nigdy by się do tego nie przyznała. To oznaczałoby przecież, że nie jest lubiana w Owocowym Lesie. A to była kompletna bzdura! Przecież rozmawiała z Wroną i… Modrogończykiem, a także… Borowikiem! Tak. Oni byli przecież jej znajomymi. Musieli ją lubić.
Właśnie dlatego, gdy obozem przechadzał się bury zwiadowca, Smok postanowiła do niego zagadać, jakby od zawsze się przyjaźnili.
— Bolowiku! — miauknęła, zagradzając mu drogę. — Witaj, kolego. Wiesz, postanowiłam ci wybaczyć to, że gdy polywała mnie Pulchawka, patzyłeś na to i nie zaleagowałeś. Każdemu może się to zdazyć, dlatego jestem skłonna puścić to w zapomnienie — oznajmiła z pełnym przekonaniem, uśmiechając się do burego kocura.

<Bolowiku?>

[1000 słów]

Od Żabiej Łapy CD. Nura

Lawendowa Rozkosz spojrzała na Żabkę z góry. Była nieco zrezygnowana, przyglądając się, jak jej uczennica próbuje desperacko wspiąć się na drzewo. Było lepiej niż na początku. Żabka już umiała wejść na drzewo bez problemu, jednak wchodzenie na nie z mokrym futrem nadal stanowiło dla niej niezwykły wysiłek.
Żabia Łapa wspięła się w końcu po jakimś czasie. Zadyszana, zmęczona i przemoknięta, ale siedziała na tym drzewie. W końcu. W końcu osiągnęła jakiś sukces w swojej edukacji i wspięła się na to drzewo.
– Dobra. Na dzisiaj koniec. – Lawendowa Rozkosz machnęła na nią łapą. Tak to się zazwyczaj właśnie kończyło. Uczennica mogła już sama zostać na chwilę poza obozem sama po ich treningach. Tego dnia jednak nie miała na to najmniejszej ochoty. Było już zimno, bo pora roku się nieprzyjemnie zmieniła i mokre futro nie było dobrym dodatkiem do takiego chłodu.
– Dobra. Dziękuję za trening. – odparła Żabia Łapa i zeskoczyła z drzewa. Wylądowała na wszystkich łapach, jednak kolanka trochę się pod nią ugięły. Jej mokra sierść jednak trochę ważyła.
Więc z wielką chęcią wróciła do obozu. Tam schować się mogła z dala od chłodu wiatru i wody. Mogła chwilę odpocząć od męczącego ją treningu i zrobić coś przyjemnego. Postanowiła odwiedzić swojego ulubionego malucha. Po mianowaniu na namiestników kociak przykładał się do ich małych sesji treningowych coraz mocniej.
– Cześć. – przywitała się, kiedy tylko weszła do kociarni, a kociak przyszedł do niej sam.
– A dziś Żabia łapo, co robiłaś na treningach? – usiadł sobie i wbił w nią te swoje ciekawskie oczka. Ta uśmiechnęła się szeroko i otrzepała delikatnie. Kociak zmarszczył się na jej reakcję. – Pływałaś?
– Pływamy to my zawsze, żeby wyjść z obozu. Ja dzisiaj wspinałam się na drzewa. Z mokrą sierścią.
– Och… To wydaje się proste… – Nur przekrzywił łepek.
– Jest proste, o ile nie ma się tyle sierści co ja. Jak jest mokra, to waży dużo więcej. – mruknęła Żabka. – Nie jest to proste, ale nie jest to niemożliwe. Tobie pewnie będzie szło lepiej. Jesteś dobrze zbudowany, aczkolwiek pewnie posmakujesz tego, jak ciężka jest długa sierść, która przemokła do pełna! – uczennica uśmiechnęła się do kociaka. – dodatkowo jest strasznie zimno. Nic przyjemnego.
– Czyli dzisiaj nie wyjdziemy?
– Możemy wyjść. Poćwiczyć coś. Jako namiestnik wiele spoczywa na Twoich młodych ramionach co?
– No tak. Jestem teraz namiestnikiem. Muszę znacznie więcej trenować, żeby być doskonałym! – odparł Nur.
– Prawda. Trzcinowy Szmerze? – Żabia Łapa zwróciła się do kocicy. Ta spojrzała na nią z uśmiechem. – Mogę zabrać Nura na chwilę na zewnątrz. Obiecuję, że nas nie umoczę.
– Dobrze. Ale bądźcie ostrożni. – oświadczyła ich mama. Żabka przytaknęła ochoczo i już po chwili oboje byli poza żłobkiem.
– Zaraz będziesz uczniem, co nie? – Żabka zerknęła na Nura, kiedy już doszli do kawałka obozu przeznaczonego głównie dla kociąt i ich wymysłów.
– Tak. – odparł kociak.
– Jak myślisz. Kto będzie cię szkolił? – spojrzała na kociaka. Sama dostała całkiem dobrego mentora, jej siostra to w ogóle, księcia. Nur pewnie zasługiwał na kogoś, kto go zrozumie i dopilnuje, aby oszlifował wszystkie swoje umiejętności.
– Nie wiem. Myślisz, że moja mama mogłaby? Albo Pani Mandarynka?
– To byłby wielki zaszczyt. Chociaż nie wiem, czy chciałbyś, aby Twoja rodzina cię szkoliła.
– Dlaczego niby nie? – Nur spojrzał na nią z zaskoczeniem.
– Bo widzisz. Twoja mama cię kocha, nawet mocno. Pani Mandarynka też, w końcu dała wam specjalne oznaczenia. Jednak kiedy uczy się własną rodzinę, robi się to trochę inaczej. Osoba spoza rodziny przekaże ci inną wiedzę, nie będzie cię traktować jak kociaka, którego zna od zawsze. – Żabka odetchnęła. – Może być różnie. Jak szkoli cię rodzina, to mogą szkolić cię za mocno, za długo, za szybko, bo chcą abyś był, jak najlepszy, ale kończy się tym, że przestajesz kochać, to co robisz. A może być w drugą stronę, że będą cię trenować za słabo, a ty przecież chcesz być najlepszy?
– Tak, chcę! – Nur machnął desperacko ogonem. – Więc mama nie powinna mnie trenować?
– Powinna, nie powinna. Ja jestem tylko uczniem, nie ja to wybieram. Ale jak będzie cię trenować bliska rodzina, to musisz pamiętać o moich słowach, okej? Nie daj się przepracować, bo odpoczynek pozwala ciału na regenerację i zebranie sił do ulepszania siebie. – Żabka powtórzyła słowa, które powiedziała jej kiedyś jej mentorka… tylko trochę inaczej. Prościej, ale Nur był inteligentnym kociakiem. Wiedział, o co chodzi – I nie pozwól, aby ktoś uczył cię za mało. Jesteś zdolnym kociakiem i jak się na ciebie patrzy, to się widzi wielkiego wojownika w przyszłości. Kogoś na kim można będzie polegać. – mruknęła. Nur zamyślił się na chwilę i pokiwał głową. – To co? Teraz polowanie? Obiecałam twojej mamie, że się nie umoczymy, więc nici z pływania.
– No dobra. Polowanie! – Nur podskoczył na równe łapy. Żabka nawet nie zauważyła, kiedy usiadł. Ha!
– Jak już będziesz uczniem i będziesz mógł wychodzić czasem sam, to zabiorę cię w najlepsze miejsce do polowania na karpie. I pokażę Ci najlepsze miejsca na czajenie się na króliki. Czasem można tam nawet zobaczyć sarny.
– Obiecujesz?
– Oczywiście. A teraz pokaż mi, jak się skradasz. Tamten liść to nasza mysz! – pokazała na listek. I tak minęło im jedno z wielu popołudni. Żabia Łapa nie mogła się już doczekać, aż kociak zostanie mianowany i będzie mogła trenować tak naprawdę u jego boku.

<Nur?>
[839 słów]
[wspinaczka na drzewa]

Od Rogatego Flaminga CD. Fląderki

Przeszłość

— Przed chwilą sama zaproponowałam mu wymianę uschniętych kwiatów, które zdobią jego ogon. D-dbam o jego dobry wygląd i imię... Sprawia mi to przyjemność... Właśnie mieliśmy wspólnie udać się poza obóz, prawda książę Rogaty Flamingu? — spytała, spoglądając na kocice. — D-dla was również mogę przynieść potem kwiaty, inne, jeśli będziecie miały ochotę przyozdobić swoje futerko. Oczywiście, jeśli przeprosicie księcia...
Obie kotki wymieniły ze sobą porozumiewawczo spojrzenie, jednak nic więcej nie powiedziały. Skupiły natomiast spojrzenie na młodocianym księciu, którego skóra pod futrem musiała być w kolorze pomidora. Fląderka również wlepiła spojrzenie swoich brązowych oczu w pointa.
Rogaty Flaming czuł, jak się w nim gotowało, niczym w rozgrzanym kociołku z wodą. Czas zwolnił, a wszystko wokół przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, jakby sytuacja ta odjęła wszystkie dotychczasowe troski, tworząc nową, dużo istotniejszą i co ważne – taką, która pozostanie czarnemu jeszcze długo w umyśle. Krew, gdyby tylko mogła, bulgotałaby w jego żyłach, a sam point zacząłby pluć wrzątkiem na dwie kocice. Jak ta zawszona kocurzyca go nazwała?! Jego serce zaczęło bić szybciej, a na pysku zaczął malować się grymas. Gdy już miał jej odpowiedzieć, Fląderka zabrała głos, tłumacząc szylkretce, że to, co robił, nie było wcale złe. Niebywałe, że czekoladowy kot miał więcej rozumu niż kocica o niebiesko-rudej maści. Działała mu na nerwy i gdyby tylko mógł, pokazałby jej dosadnie, gdzie było jej miejsce. A tak, musiał polegać jedynie na przepychance słownej, która swoją drogą nie była wcale elegancka, a już w szczególności, gdy była kierowana w jej stronę. Zadarł nos wysoko, spoglądając na dwie z widocznym obrzydzeniem.
— Jak śmiesz, rybi móżdżku! Czy już wyżarto ci mózg? — spytał donośnie. — Coś ci się pomyliło. JA mam na imię Rogaty Flaming, dla ciebie Pan Książę Rogaty Flaming. Chociaż z twojego pyska każde słowo brzmi jak obraza. Musisz sobie zapracować, żeby móc się do mnie zwracać, to samo TY — wypluł wręcz, spoglądając na dwie kocice, które stały teraz tak przed nim i wytrzymywały, o dziwo, kontakt wzrokowy. Zjeżył sierść na karku. Miały czelność obrażać kogoś tak wspaniałego, jak on? Niech no tylko dowie się o tym jego matka… — Na waszym miejscu podkuliłbym teraz ogon i mnie przepraszał stokrotnie! Może jeszcze wam wybaczę, chociaż czas na to się już powoli kończy — mówił dalej, a końcówka jego ogona zaczęła żyć własnym życiem.
— Chyba śnisz! Chciałbyś — parsknęła jedna z nich, kładąc po sobie uszy.
Spojrzał chłodno na Fląderkę, która zaproponowała mu coś uderzenie serca temu… czy chciał zakończyć tę potyczkę słowną w ten sposób? Jeśli tylko tak mógł ocalić swoje ego i reputację w klanie, którą dopiero co budował, niechże tak właśnie będzie. — Nawet kot maści czekoladowej ma więcej we łbie, niż wy dwie razem wzięte — parsknął, kręcąc głową, niczym z zażenowaniem i niedowierzaniem. Czy był to komplement dla jego służki? Jeśli zabrzmiało to, jak pochwała, to nie miał niczego podobnego na myśli, nie miał w zamiarach chwalić czekotki. Najzwyczajniej w świecie ta dwójka okazała się nawet głupsza, co było wyczynem.
— Jak się kogoś zastrasza, to wiadomo, że nie odmówi czemukolwiek, co mu się rozkaże — odparła Liliowa Pieśń, a Urodziwy Szafirek szybko jej przytaknęła. Jednak nieważne czego by nie powiedziały, w jego oczach już na zawsze pozostaną głupie. Na taką łatkę sobie zapracowały.
— Glonojadowy Pysk jest zbyt ograniczony, żeby to pojąć. Ale on powie wszystko, żeby tylko ostatnie słowo należało zawsze do niego — skwitowała, ostatni raz spoglądając na Fląderkę. Kotki trwały tak jeszcze chwilę, zanim point nie odchrząknął głośno.
— Jeszcze raz nazwij mnie w ten sposób, a pożałujesz! — warknął, jego śnieżnobiałe kły błysnęły w blasku słońca. Fakt, że nie robiło na nich to wrażenia, sprawiał, że miał ochotę wydłubać im oczy z gniewu. Jednak miał świadomość, że nie wolno mu było tego robić.
— Chodź, Szafirku. Nic tu nie wskóramy. Skoro Fląderka nie chce pomocy… — miauknęła smutno liliowa, spoglądając na koteczkę ten ostatni raz, jakby upewniała się, czy aby na pewno tego chciała. Czekotka jednak pokiwała główką, nadal stojąc przy swoim. Była zdeterminowana, żeby chociaż w taki sposób bronić jego dobrego imienia. Rogaty Flaming obserwował tę wymianę gestów z irytacją, jego ogon trzepał na boki niczym bicz. Szara jedynie pokręciła łbem lekceważąco, a już uderzenie serca później odwróciły się na pięcie i odsunęły na bok, zauważywszy, że nic nie wskórają – brązowa Nocniaczka nie zamierzała zmieniać zdania, dlatego ich starania, przynajmniej na tę chwilę, poszłyby na marne. A przynajmniej przy takim przekonaniu tkwił książę, bo już uderzenie serca później znaleźli się za tunelem wprowadzającym do Klanu Nocy i żadnych słów sprzeciwu nie zamierzał przyjmować. Miał ochotę nadziać tę dwójkę na patyki i wystawić na prażące słońce, żeby się spaliły żywcem i po wsze czasy żałowały własnych słów i akcji. Ale dopóki nie dopuściły się czegoś gorszego, ich miejsce w Klanie Nocy przysługiwało im tak samo, jak i jemu, z taką różnicą, że większość rybojadów spoglądała na nie inaczej, jako iż nie były przeciwko czekoladowym kotom, tym samym nie szanując, a wręcz sprzeciwiając się tradycji, która panowała od dnia jego narodzin, a nawet dłużej. Nie dało się pomóc komuś, kto tej pomocy nie chciał. A Fląderka nie mogła tej pomocy chcieć. Mieli między sobą umowę, której musiała się trzymać.
— Masz im nie dawać kwiatów. Należą się tylko mnie, zrozumiano? — prychnął do odrzutka, patrząc na nią z ukosa. Nie zamierzał pozwalać na to, żeby rozdawała jego gwiazdy byle komu, a już w szczególności tej dwójce. One zasługiwały tylko na to, żeby im napluć na łapy albo pyski. Niech sobie same pozrywają i znajdą. Fląderka zamrugała, spoglądając na księcia z lekkim skonfundowaniem. Po paru uderzeniach serca kiwnęła głową energicznie.
— T-tak jest, Książę Rogaty Flamingu.

***

— Nie, te się nie nadają. Nie widzisz tych łodyg? Są całe brązowe. Lada moment ci całe łapy zapaskudzą. Powąchaj je no — powiedział z poirytowaniem, strzepując jednokrotnie łapą, posyłając tym samym parę intensywnie zabarwionych płatków kwiecia. Zmarszczył nos z obrzydzeniem, gdy dotarła do niego woń rozkładających się roślin. Fląderka położyła po sobie uszy, był to któryś z kolei bukiecik, który zerwała. Kwiatów nie było nieskończoność, aczkolwiek kocur nie mógł sobie pozwolić na to, żeby nosił byle jakie, w jakimkolwiek stanie. Musiały być zawsze idealne, a skoro chciał takich, oczywiste było, iż znalezienie ich nie pójdzie aż tak szybko i prosto. Siedział wygodnie pomiędzy wysokimi źdźbłami trawy, wiatr muskał delikatnie jego puchatą kryzę, o którą dzisiaj tak dbał. Spoglądał na krajobraz, na którym malowało się tak nadzwyczaj wiele przepięknych obłoków. Odrzutek odsunęła się nieco od niego, rozglądając się oraz węsząc za kolejnymi kwiatami. U jego łap leżało już parę poprzednich ogóreczników, zmarnowanych z powodu jego wybredności. — Ja już no zadbam, żeby się wam nie nudziło… — prychnął pod nosem, gdy w głowie odtwarzał sytuację, która miała dzisiaj miejsce. Jeśli będą dla niego takie, to on dla nich także. Powie Błękitnej Lagunie, żeby zadbał o ich obowiązki. Będą miały pracy tyle, że pot będzie im spływał po czołach! Upał otaczający ich dookoła doskwierał również roślinom – wiele z nich wyschło z powodu niedoboru wody, ale point nie przejmował się tym szczególnie. Miał dostać kwiaty i koniec. Nie było tu miejsca na sprzeczki.
Fląderka wróciła z paroma łodyżkami małych ogóreczników. Wyglądały akceptowalnie, aczkolwiek to nadal nie było to. Gdy położyła je przed księciem, chyląc lekko głowę, Rogaty Flaming trzepnął gniewnie ogonem, następnie łapą posłał wszystkie trzy w powietrze, a uderzenie serca później wylądowały na głowie brązowookiej, zsuwając się na grunt z powrotem.
— Umiesz ty szukać…! — warknął z poirytowaniem, wstając wreszcie ze swojego miejsca i palcem wskazując poprzednie rośliny. — Te są zbyt zmarnowane, zbyt długo prażyło je słońce. Jak tylko ich dotkniesz, to ci się połamią w łapach. Te za to dostały za dużo wody i zgniły. Śmierdzą gorzej niż czy ta jej przygłupia przyjaciółka! — kontynuował, jednak nie był to koniec jego wywodu. — Te za to są za małe. Jak mam się prezentować godnie, jako książę, skoro przynosisz mi same ochłapy? Mają na mnie patrzeć jak na wspaniałego potomka Mandarynkowej Gwiazdy, a wręcz samej Sroczej Gwiazdy, a nie z politowaniem jak na kogoś, kto nie potrafi nawet o swój ogon zadbać.
Fląderka ugięła łapy lekko, chyląc przed nim głowę nadal.
— P-przepraszam, Książę Rogaty Flamingu. Znajdę lepsze, to się już nigdy więcej nie powtórzy — mówiła cicho, z wyraźnym żalem w głosie. Kocur patrzył na nią, jakby był katem, który miał zaraz ją stracić. Po paru uderzeniach serca kiwnął wreszcie głową, przekonany – przynajmniej na razie – jej słowami.
— Dobrze, obyś mówiła prawdę, bo jak nie… — przerwał, a źrenice jego oczu zmniejszyły się do zaledwie igiełek sosnowych. — Biegnij. Byle prędko, mój czas jest cenny. Nie mogę siedzieć w takich upałach, bo jeszcze udaru dostanę — mówił, patrząc za oddalającą się już Fląderką.

<Fląderko, wyczaruj jakieś idealne kwiaty specjalnie dla mnie>

Od Krokusowej Kruchości CD. Skrzydlatej Płomykówki

Krokusowa Kruchość zauważyła, że niektóre koty patrzą na nią nieco łagodniej. Czy to dzięki temu, że była przydatna? Najprawdopodobniej. Wciąż jednak widziała w spojrzeniu braci Wełnistej Mszycy dozę niechęci, ilekroć ich ścieżki się krzyżowały. Zazwyczaj posłusznie schodziła im z drogi, jednak gdy Skrzydlata Płomykówka została wezwana do Zawodzącej Gwiazdy, zostawiając samą sobie nieco zawstydzoną i skonfundowaną Krokus, zaledwie po paru minutach u jej boku znalazł się w zastępstwie za zastępczynię Lotosowy Pąk. Nie odezwał się ani słowem do kocicy. Zamiast tego przyciagnął do siebie trawy oraz mech. Albinosowi z łatwością przyszło tworzenie posłania, kocur musiał już nie pierwszy raz je tworzyć, jednak co jakiś czas ukradkiem zerkał w stronę legowiska, które uwiła buraska.
Kotka zastanawiała się, jak może zadośćuczynić Lotosowemu Pąkowi i jego bratu. Cóż mogła zrobić, aby pomóc im w przejściu żałoby po bliskich? Podobnie jak Skrzydlata Płomykówka, zdecydowała się na śmiały gest. Zamiast jednak dotknąć pyska kocura, delikatnie dotknęła jego białej łapy. Lotosowy Pąk jak się spodziewała, zmierzył ją spojrzeniem, jednak po chwili jego spojrzenie złagodniało.
Resztę czasu spędzili w ciszy, dopóki kocur nie uporał się z trawą, tworząc książkowy przykład legowiska. W dodatku bardzo dużego. Krokus nie przypominała sobie, aby w klanie mieli kogoś, kto mógłby potrzebować aż tyle miejsca do spania.
— To legowisko będzie dla wiecznej królowej i kociąt, które trafią pod jej opiekę — zamruczał, być może odgadując jakie myśli kłębiły się w umyśle szylkretki. — Klanowy głuptas... — mówiąc to, pstryknął końcówką ogona Krokus w czoło. — Chodź, pomożesz mi je przenieść do żłobka.
Krokus rozładowywała czoło, jednak już po chwili pomogła przenieść legowisko, na którym już chwilę później leżała Dryfujący Fluoryt z Jabłuszkiem i Kołysankiem wtulonymi w jej dymną sierść. Serce krajało jej się, ilekroć padały zapytania z małych pysków kociąt, dotyczące tego, kiedy będzie mogła do nich wrócić ich mama, Zwiewny Mak.

~~~

Zielona para oczu spoczęła na trzech skończonych posłaniach. Każdy kolejny wyglądał o wiele lepiej niż poprzedni, a na pewno niż pierwszy, które wyszedł spod łap Krokusowej Kruchości. Kocica kończyła właśnie czwarte posłanie, zastanawiając się, komu mogła je sprezentować. Nie chciała tylko dawać nowych posłań kotom, które były jej bliscy. Może mogła jedno z posłań ofiarować Zwiewnemu Makowi i za zgodą strażników, porozmawiać z czarną kocicą? Chyba nic by się nie stało, gdyby chwilę porozmawiamy i w trakcie rozmowy buraska zachęciłaby niedoszłą szwagierkę do tego, aby szybko uporała się z zadaniami, które wyznaczył dla niej lider oraz zastępczyni, i wróciła do pełnienia funkcji wojownika. Nie, poprawka. Wróciła do swoich dzieci, które z utęsknieniem wypatrywały jej z kociarni.
Gdy u jej boku pojawiła się Skrzydlata Płomykówka, Krokus nieco się zawstydziła na wspomnienie śmiałego gestu zastępczyni. Nie przepadała za obcym dotykiem kotów, nawet jeśli ten nieco ją pokrzepił w tamtym momencie. Co prawda Skrzydlata Płomykówka nie była przecież obca, lecz nie była jej bliska. A już na pewno nie tak jak siostra czy błękitnooki wygnaniec.
W odpowiedzi na uwagę, Krokus pokręciła przecząco łebkiem i gestem ogona wskazała na wolne miejsce u jej boku.
— Zaskoczyłaś mnie, Skrzydlata Płomykówko. Jednak nie mam ci tego za złe. — wyznała. — Twoje wczorajsze słowa mnie zainspirowały — mówiąc to, przeniosła spojrzenie na świetlik, przez które wpadały płatki śniegu, mieniąc się w promieniach słońca.
Postanowiła być silna. Dla Słodkiej Dziewanny. Dla Srebrzystej Równonocy. Dla Oświeconej, siostry, która zdecydowała się opuścić Klan Burzy. Dla Dzikiego Berberysu. Dla zmarłego taty, Poczciwego Dziwaczka oraz zmarłego wujka, Strzępotkowego Kokona. Dla przybranego taty, Burzowych Chmur. Dla zastępczyni, Skrzydlatej Płomykówki. I dla wielu, wielu innych kotów.
— Doprawdy? — Na pysk cętkowanej wkradło się niemałe zdziwinie. Zajęła miejsce obok Krokus, przenosząc spojrzenie na ukończone przez nią posłania.
— Tak. Będę silna. Muszę być. Mam dla kogo. — Uśmiechnęła się nieśmiało. Spojrzenie miała utkwione na mchu, którym miała właśnie uszczelnić związane trawy. Bura łapa zawisła nad rośliną, po czym została powoli przyciągnięta do burej piersi. Nieznacznie się skuliła. — W-wszystko jest w porządku — podjęła uspakająco, zauważając, że jej stan zaalarmował zastępczynię. Srebrzysta była wręcz gotów wystartować w poszukiwaniu głównej medyczki, a nawet jej młodej uczennicy. — Ostatnio częściej boli mnie serce, ale ból jak szybko i nagle się pojawia, tak również szybko i nagle mija — wyjaśniła. Na szczęście ból nie doskwierał jej z taką intensywnością jak podczas przebywania w Łapkowie. Mogła z łatwością czerpać powietrza. — Rozmawiałam już o tym z Wdzieczną Firletką. Dostałam od niej zioła i nakazała przyjść, jeśli ból będzie się nasilał i częściej mi dokuczał...
Mimo że tego nie powiedziała, nieco ją zaniepokoiła ta sytuacja. Przecież nie wykonywała żadnych siłowych czynności, a tym bardziej stresujących. Przemęczyć raczej również się nie przemęczyła, no bo jak. Może ten ból spowodowany był tęsknotą, za tym, co mogło być?

<Skrzydlata?>

Event w Klanie Burzy:
Uwicie nowych posłań z zapasów traw, puchu i mchów

Nowy Członek Pustki!



MEWI PUCH

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zamordowanie przez Niedźwiedziówkowy Pył

Odszedł do Pustki!

Od Skrzydlatej Płomykówki CD. Krokusowej Kruchości

Srebrna z uwagą słuchała słów wojowniczki. Młodsza w porównaniu do niej zdecydowanie bardziej okazywała uczucie i emocje, które jej towarzyszyły. Zielone ślepia, bury pysk oraz całe szylkretowe drobne ciało wyrażało więcej niż w przypadku zastępczyni. Ona była z zewnątrz opanowana, stała, niemal apatyczna, a jakiekolwiek silniejsze emocje okazywała jedynie przy najbliższych. Były swoimi przeciwieństwami, niczym dzień i noc, ogień i woda, lato i zima, a mimo to obie potrafiły równie mocno cierpieć — tylko jedna z nich nie kryła się z tym. Cętkowana swoje uczucia, żal, żałobę spychała na dalszy plan, uważając, że musi być silna. Silna dla poległych, dla klanu, dla Zawodzącej Gwiazdy. Nie miała zamiaru podzielić losów Króliczej Gwiazdy — oczywiście nigdy mu nie życzyła źle, lecz po śmierci bliskich było widać, jak pogrąża się we własnych problemach, nie będąc w stanie przewodzić klanem. Ruda nic z tym nie robiła, czekając cierpliwie na naturalną kolej rzeczy, lecz inni, jak widać, nie byli równie cierpliwi, co ona. Byli niczym młode koty, które po tupnięciu łapą nadal chowały urazę, starannie ją pielęgnując, by pewnego dnia wykorzystać ją do własnych celów.
Kiedy tylko pierwsze posłanie zastępczyni było ukończone, odłożyła je delikatnie na kamienną posadzkę, a następnie przymknęła oczy. Może nie powinna uzewnętrzniać się byle komu, szczególnie komuś, kto dawniej był blisko skazańców, jednak… Czuła, że Krokusowa Kruchość nie jest jak oni. Miała wręcz złote serce, które pokochało niewłaściwego kota i tyle. Mówi się, że miłość jest ślepa. I może nawet coś w tym było.
— To nie jest twoja wina, w żadnym wypadku. Gdyby tak było, to byśmy obie teraz kopały korytarze jako minerzy — mruknęła, uchylając nieco powieki, by spojrzeć na buraskę. — Sama powinnam dostrzec, że moja siostra coś knuje, a tak nie było, jakby była kompletnie ślepa. Przez tych zdrajców straciłam i matkę i partnera, prawda. Może nie widać, ale ja również za nimi tęsknię, nawet jeśli ze Skrzypiącym Skrzypem od jakiegoś czasu mi się nie układało.
Zrobiła dłuższą przerwę, pozwalając, by te słowa zwisały między ich dwójką. W międzyczasie sięgnęła po kolejne garści materiałów, od razu przystępując do pracy. Starannie przekładała trawy pomiędzy niewielkimi gałązkami, by te stanowiły pewnego rodzaju bazę posłania. Później powoli zaczęła dokładać mech oraz puch w takich ilościach, by żadne nie przeważało nad innym. Wszystko to połączyła w stabilną konstrukcję, jednocześnie prostą, biorąc pod uwagę zwyczaje Burzaków i ich zamiłowanie do personalizowania legowiska.
Musiałaby przejść się do starego obozu zobaczyć, czy w norze wojowników może ostało się jej własne posłanie, które przyozdobione było piórami niektórych sów — długo zbierała tę kolekcję i była z niej dumna, wręcz przyozdobiając nią swe łoże, odnosiła się z tym, otwarcie ukazując innym swoje zbiory.
— Pewnie większość kotów mi powie, w tym medycy, że tłumienie w sobie wszystkiego jest niezdrowe i zapewne mają rację. Jednak jako zastępczyni muszę być silna nie tylko za zmarłych, ale także klan i lidera. — Po ukończeniu kolejnego posłania, podniosła łapę, by następnie delikatnie nią ująć podbródek szylkretki i skierować jej spojrzenie na siebie. — Dlatego, bądźmy silne razem. Dla zmarłych, dla bliskich. A głównie dla siebie — dodała, pozwalając, by niewielki uśmiech pojawił się na jej białym pysku.
Może i z boku wyglądały dość dwuznacznie, lecz jej to nie obchodziło. Najważniejsze było, aby każdy w klanie czuł się bezpiecznie oraz miał poczucie wsparcia nie tylko ze strony rodziny, ale także medyków czy samej zastępczyni klanu. Może i nie dogodzi wszystkim na raz, lecz uważała, że to właśnie te docenione jednostki stanowią siłę ich społeczności.
— Skrzydlata Płomykówko! — Za ich plecami rozległo się wołanie. Niebieskie ślepia leniwie przeniosły swą uwagę na Burzaka, podczas gdy speszona Krokus oswobodziła się z delikatnego niczym muśnięcie motylich skrzydeł chwytu, by powrócić do zadania.
— O co chodzi Ruda Lisówko? — spytała ze spokojem srebrna, opuszczając łapę, która chwilę wcześniej miała jeszcze kontakt z burą u boku kotki.
— Zawodząca Gwiazda cię wzywa — oznajmił rudy kocur, który po skinieniu głowy Płomywkówki, oddalił się, zapewne powracając do dalszych prac.
— Wybacz mi na chwilę Krokusowa Kruchość — mruknęła kotka. — Postaram się jeszcze wrócić, o ile inni mnie nie dopadną. Jeśli mi się nie uda, to spotkajmy się jutro ponownie tutaj, chętnie ponownie z tobą stworzę kolejne posłania dla Burzaków.
Po tych słowach srebrna podniosła się z dotychczasowego miejsca i spokojnym krokiem skierowała się do powstającego centrum, a dokładniej do jaskini, którą od niedawna zajmował dymny kocur. Niebieskooka przez całą drogę zastanawiała się, czego ich obecny lider chce od niej — obstawiała, że zapewne może chodzić o postępy prac w obozie oraz więźniów, którzy od jakoś czasu pod nadzorem powiększali jaskinię, przez którą obecnie przechodziła. Oczywiście czuła na sobie zaciekawione spojrzenia innych kotów, a kątem oka mogła dostrzec, jak część z nich nachyla się między sobą, by wyszeptać jakieś podejrzenia co do obecności zastępczyni w tej części powstającego azylu.
— Zawodząca Gwiazdo — zawołała, stając w progu groty.
— Wejdź Skrzydlata Płomykówko. — Dwa razy nie trzeba było jej powtarzać, od razu ruszyła, pozwalając, by półmrok legowiska zaczął powoli ją pochłaniać, będąc do samego końca również odprowadzona przez spojrzenia niektórych wojowników.

»» ———— ⚜ ———— ««

Poprzedniego dnia zeszło jej zdecydowanie dłużej u dymnego kocura, niż na początku przewidywała. Później to już poszło lawinowo — część pytała o kolejne zadania, inni o pomoc lub wyjaśnienie czegoś. Niektóre koty odsyłała do medyczek, gdyż była w jakimś stopniu pewna, że Wdzięczna Firletka nie pogardzi dodatkowymi parami łap przy poszukiwaniach ostałych ziół w starym obozie czy też przy udaniu się w teren z nadzieją, że jakieś rośliny jeszcze nie zamarzły pod pokrywą śniegu.
Każdy dzień powoli zaczynał przypominać poprzedni, sprawiając, że Skrzydlata Płomykówka dostrzegała pewną rutynę, schemat z kolejnymi wschodami słońca. Nie miała zbytnio, co narzekać, gdyż mogła śmiało powiedzieć, że czuła się potrzebna i nikt nie mógł jej zarzucić, że tylko leży i ładnie pachnie, delektując się nową posadą. Może inni mogli kiedyś odnieść takie wrażenie, przez jej nadmierną dbałość o srebrną szatę, lecz w czasie odbudowy obozu jasno obalała to przekonanie na swój temat. Gotowa zrezygnować z wygód czy pełnego brzucha na rzecz pozostałych klanowiczów, czyż nie brzmi to szlachetnie i godnie podziwu, jak na idealnego zastępcę przystało? Pod tym jednak kryło się drugie dno — kocica tak naprawdę uciekała od natrętnych myśli, uczuć, zagłuszając je pracą, a brak większego apetytu sam się nagle pojawił i towarzyszył do teraz.
— Krokusowa Kruchości, jednak jesteś — oznajmiła, podchodząc do burej kotki. — Muszę przyznać, że po wczoraj możesz mieć mnie nieco dość — dodała, pozwalając sobie na nieco zakłopotany uśmiech. Oczywiście rudej chodziło o dość śmiały gest, na jaki się odważyła pod koniec ich konwersacji, nim ta została przerwana.

<Krokus?>

Event Klanu Burzy:
Uwicie nowych posłań z zapasów traw, puchu i mchów

Od Niedźwiedziówkowego Pyłu CD. Rzekotki (Wesołej Łapy)

— Dzień dobry! — przywitała się. — Jestem Rzekotka i mam dwa księżyce! Twoja twarz wygląda upiornie i pewnie będzie mi się śnić po nocach!
Oznajmiła z błyszczącymi oczkami. Następnie zaatakowała przytulakiem jedną z łap wojowniczki.
— A teraz pora na przytulanie! Mama mi mówiła, że koty lubią komplementy — zaczęła mówić dalej. — I wtedy chętniej się tulają! Więc ja dałam ci komplement i przytulas. Prawda? Tak? Powiedz! Powiedz!
Z każdym słowem coraz bardziej przyklejała się do kończyny Niedźwiedziówki.
Nie wiedziała jednak, że właśnie spełnił się jej najgorszy koszmar. Brązowooka nienawidziła kociąt. Całym swoim sercem. Całym swoim istnieniem. Nawet własnych nie potrafiła przełknąć i gdy tylko wchodziły jej w drogę, starała się je od siebie odtrącić. To znaczy głównie Narcyzową Łapę. Nim najbardziej lubiła pomiatać. Wobec Narwanej Łapy była nieco bardziej litościwa, bo przypominała jej świętej pamięci Wieleni Szlak. Przypalony Kasztan z kolei nie wchodził jej tak często w drogę, dlatego nie przejmowała się nim wcale. Żyła tak, jakby był po prostu jednym z wojowników Klanu Nocy, z którym nie miała nic wspólnego.
Bura w końcu potrząsnęła łapą, próbując zrzucić z siebie niebieskiego stwora. Ten jednak zacisnął się na niej jeszcze mocniej, nie mając zamiaru puścić. Niedźwiedziówka obnażyła kły, ledwo powstrzymując się przed złapaniem Rzekotki za kark i ciśnięciem nią jak najdalej. Najlepiej prosto do rzeki, żeby nurt zaniósł ją do innej przynależności i to jej członków męczyła swoją obecnością.
— A mi mama mówiła, że takie wygadane kociaki szybko kończą w szponach drapieżników — fuknęła w odpowiedzi, wciąż próbując odczepić od siebie Rzekotkę, nie robiąc jej jednak krzywdy. Nie chciała od razu wyrobić sobie złej opinii wśród Nocniaków. Gdyby tylko coś stało się tej niebieskiej kupce futra, Niedźwiedziówka zostałaby posądzona o celowe jej skrzywdzenie. O bycie brutalnym, niewychowanym samotnikiem. A jeśli naprawdę chciała coś osiągnąć w Klanie Nocy, nie mogła sobie pozwolić, by takie nieprzychylne wieści rozeszły się po całym azylu.
— Wygadaneeee? To znaczy jakie? I jakich drapieżników? Tak upiooornych, jak ty? — zaczęła wypytywać Rzekotka, na co bura zatrzęsła wibrysami z irytacją. Czy ten dzieciak mógł się wreszcie od niej odczepić?
— Tak. Tak upiornych, a nawet bardziej! — fuknęła, po czym w końcu delikatnie chwyciła młódkę zębami za skórę na karku i odciągnęła ją od swojej łapy.
Po chwili uniosła paluch, wskazując nim koteczkę.
— Wygadane to znaczy takie — mruknęła, mrużąc oczy. — Właśnie takie jak ty.
Rzekotka zrobiła wielkie oczy, po czym prędko zanurkowała pod łapy Niedźwiedziówki.
— Ratuj mnie, och! Czy te drapieżniki już tu idą? Och, proszę pani!

* * *

TW: Śmierć

Jej życie w Klanie Nocy było nudne. Potwornie nudne. Czuła się zupełnie tak samo, jak wtedy, gdy była kociakiem zamkniętym w brudnej piwnicy. Z tą jednak różnicą, że tym razem tą brudną piwnicą był azyl rybojadów. Co prawda mogła z niego wychodzić, kiedy tylko chciała, lecz ograniczały ją granice, zasady i kodeks. Nie mogła się już wcale bawić!
Gdy była samotniczką, bezkarnie wchodziła sobie na tereny Klanu Burzy i mieszała Słonecznemu Fragmentowi oraz Burzowym Chmurom w głowach. To były dopiero czasy! Teraz nie miała jednak kogo omamiać. Szałwiowe Serce wydawał się niedostępny, Pierzasta Kołysanka również. Błękitna Laguna miał na głowie mnóstwo obowiązków, a poza tym Niedźwiedziówka nie wiedziała już, jak wyglądała jego relacja z Wężynowym Kłem. Pozostawała jeszcze Czyhająca Murena, lecz ona nie reagowała na zaloty buraski. Wolała trzymać się u boku tego fajtłapy — Mewiego Puchu!
Niedźwiedziówkę mierził sam jego widok. Za każdym razem, gdy widziała, jak zbliża się do księżniczki, miała dziką ochotę rozerwać jego głupkowaty pysk na strzępy. Dlaczego to akurat jemu przypadł zaszczyt przebywania u boku kotki tak pięknej, a przede wszystkim... tak wysoko postawionej w hierarchii?
Jakiż ten świat był niesprawiedliwy! Kotom tak szlachetnym, jak Niedźwiedziówka odbierał wszystko po kolei. Ciotkę, siostrę, radość z życia… Tym natomiast, które nie robiły nic poza marnowaniem powietrza, dawał wszystko. Gdzie tu był sens? Mewi Puch nie zasługiwał na nic z tego, co posiadał. Zasługiwał natomiast na coś zupełnie innego...
Dlatego, gdy Niedźwiedziówkowy Pył spostrzegła, jak czule pożegnał się z Czyhającą Mureną, po czym lekkim krokiem ruszył ku wyjściu z azylu, od razu dostrzegła swoją szansę. Końcówka jej ogona drgnęła z ekscytacji. Nim jednak zdążyła wstać, przed pyskiem przemknął jej liliowy kocur — Konwaliowa Mielizna. Opuścił obóz chwilę po Mewim Puchu, co ucieszyło buraskę jeszcze bardziej. Na tyle, że musiała spuścić głowę, by nikt nie dostrzegł szerokiego, niepokojącego uśmiechu rozciągającego się na jej pysku.
Odczekała jeszcze kilka uderzeń serca, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Dopiero wtedy podniosła się z miejsca i opuściła azyl, wcześniej upewniając się, że żadna para ciekawskich oczu nie jest skierowana właśnie na nią.
Ruszyła śladem Mewiego Puchu. Podążała za jego odciskami łap, które z każdą chwilą stawały się coraz płytsze, bo z nieba nieustannie sypał śnieg. To działało na jej korzyść. Co jakiś czas wiatr zawiewał mocniej, rozwiewając też zapachy pozostawione przez koty. Czyżby miała właśnie popełnić zbrodnię idealną? Nie, żeby poprzednie takie nie były. W końcu czy ktokolwiek kiedykolwiek przyłapał ją na czymś złym?
W końcu sylwetka biało-czarnego kocura zamajaczyła przed nią w śnieżnej mgle. Dostrzec go nie było łatwo, bo tereny Klanu Nocy niemal tonęły w białej zawiei.
Niedźwiedziówkowy Pył wysunęła pazury i zaczęła skradać się od tyłu. Każdy krok stawiała ostrożnie, niemal bezszelestnie. Wiatr świszczał jej w uszach. Mewiemu Puchowi zapewne również. Przy takiej pogodzie większość zmysłów stawała się bezużyteczna.
Gdy znalazła się wystarczająco blisko, wybiła się gwałtownie z tylnych łap i rzuciła się prosto na grzbiet wojownika, wbijając pazury w jego barki. Biało-czarny wydarł z siebie zduszony okrzyk i zachwiał się do przodu, niemal tracąc równowagę.
— Co do...! — wyrwało mu się.
Nie potrzebował nawet chwili, by zrozumieć, że ktoś rzucił się na niego z zaskoczenia. Szarpnął się z całej siły, próbując zrzucić napastniczkę. Niedźwiedziówka zacisnęła pazury jeszcze mocniej, lecz śliski od śniegu grzbiet nie dawał jej dobrego oparcia. Kocur wykonał kolejny gwałtowny ruch i tym razem nie udało jej się utrzymać. Łapy ześlizgnęły jej się z pleców wojownika, a ona sama runęła w zaspę. Śnieg prysnął na wszystkie strony, gdy ciężko wylądowała na boku, zapadając się w miękkim puchu.
— K-Kim ty jesteś?! — mruknął Mewi Puch, cofając się o krok przed rozwścieczoną buraską.
Ta jednak nawet nie zamierzała odpowiadać. Poderwała się na równe łapy i ponownie rzuciła w jego stronę. Tym razem dosięgnęła pazurami jego szyi. Bez chwili zawahania rozcięła delikatną skórę, a na jasnym futrze natychmiast pojawiła się cienka smuga krwi. Rana nie była jednak śmiertelna.
Mewi Puch syknął z bólu, po czym gwałtownie obrócił się i chwycił burą zębami za kark, próbując odciągnąć od swojego gardła. Niedźwiedziówka szarpała się jednak jak oszalała. Wymachiwała łapami na oślep, aż w końcu poczuła, jak jeden z pazurów rozcina skórę na jego pysku.
Kocur syknął i mimowolnie rozluźnił uścisk. To wystarczyło, by buraska odwinęła się i z całym impetem wpadła barkiem w jego bok, powalając wojownika na śnieg. Biały puch wzbił się w powietrze, gdy kocur przeturlał się po ziemi. Nim Mewi Puch zdołał unieść głowę, Niedźwiedziówka przycisnęła ją łapą do podłoża, wbijając pazury głęboko w jego policzek. Drugą łapę oparła na jego barku, unieruchamiając go całym ciężarem ciała.
— Nieważne, jak bardzo będziesz walczył. I tak nie wrócisz stąd żywy! — syknęła, coraz mocniej zagłębiając pazury w jego ciało. — Nie zasługujesz na życie! Koty tak głupie, jak ty zbyt długo polegają na szczęściu. Ale dziś twój los jest w moich łapach!
Wpatrywała się prosto w jego żółte oko, szeroko otwarte z przerażenia.
Mewi Puch uchylił pysk, chcąc coś powiedzieć, lecz bura nie pozwoliła mu. Obniżyła głowę i jednym, pewnym ruchem zatopiła kły w jego gardle. Natychmiast poczuła, jak gorąca krew wypełnia jej pysk. To było... tak przyjemne. Bo choć wokół panował przeszywający mróz Pory Nagich Drzew, ona czuła tylko przyjemne ciepło rozlewające się po całym ciele.
Po kilku uderzeniach serca szkarłatna posoka wypełniła jej pysk do tego stopnia, że musiała odskoczyć i wypluć ją na śnieg. Dawniej nieskazitelnie biały puch momentalnie pokrył się czerwonymi plamami.
Niedźwiedziówka stała nad nieruchomym ciałem Mewiego Puchu, ciężko dysząc. Krople krwi rytmicznie spadały z jej pyska na ziemię. Oblizała wargi, a potem przez chwilę w milczeniu przyglądała się swojej ofierze, zastanawiając się, co zrobić z ciałem.
Nagle gdzieś obok rozległ się głośny trzask, a bura natychmiast nastawiła uszy i odwróciła głowę. Dopiero wtedy dostrzegła źródło hałasu.
Niedaleko leżała Gąbczasta Perła, a tuż obok niej spoczywała gruba gałąź, która najpewniej złamała się pod jej ciężarem.
Niedźwiedziówkowy Pył parsknęła śmiechem i ruszyła w stronę medyczki.
— Próbowałaś schować się w koronie drzewa? W Porze Nagich Drzew? — prychnęła z pogardą. — Doprawdy, jesteś zabawna.
Gąbczasta Perła otworzyła szeroko oczy. Jej wzrok natychmiast zatrzymał się na zakrwawionym pysku wojowniczki.
— Morderczyni! — wrzasnęła.
Zanim Niedźwiedziówka zdążyła zareagować, medyczka wstała i rzuciła się na nią z całej siły. Buraska kompletnie nie spodziewała się ataku. Zachwiała się i runęła na śnieg. Nie pozwoliła jednak przeciwniczce wykorzystać przewagi. Natychmiast kopnęła Gąbczastą Perłę w brzuch, odrzucając ją od siebie. Sama zerwała się na łapy niemal w tej samej chwili i zanim medyczka zdążyła odzyskać równowagę, dopadła ją ponownie, przygważdżając do ziemi ciężarem własnego ciała.
— Uspokój się! Wcale nie muszę cię zabijać — warknęła.
Przez kilka uderzeń serca wpatrywały się w siebie w milczeniu. Powietrze między nimi zdawało się gęstnieć z każdą chwilą.
— Jeśli tylko obiecasz mi, że nikomu nie piśniesz ani słówka... — kontynuowała Niedźwiedziówka.
— W życiu! Zgnijesz w Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd, morderco! — wrzasnęła Gąbka.
Bura zmarszczyła brwi. Sięgnęła po patyk leżący obok większej gałęzi i wepchnęła go do pyska dymnej.
— Siedź cicho albo taki sam los jak tego głupka, spotka i ciebie. A może i nawet całą twoją rodzinkę! — prychnęła. — Algowa Struga, Senna Łza. Tak, wiem, że są dla ciebie ważne. Ty natomiast dobrze wiesz, że mogę pozbyć się ich równie szybko, co tamtego mysiego móżdżka... — dodała chłodno. — Właśnie dlatego niczego nikomu nie powiesz. Ani Klekoczącemu Bocianowi, ani Mandarynkowej Gwieździe. Nikomu. Och, a poza tym będziesz mnie bronić, choćby cały Klan Nocy stanął przeciwko mnie! W przeciwnym razie... nawet jeśli mnie wygnacie, i tak cię znajdę. Ciebie i wszystkich, których kochasz!
Wokół nich śnieżyca szalała coraz mocniej, zagłuszając niemal każde jej słowo.
W końcu Gąbczasta Perła przestała się wierzgać i posłusznie skinęła głową. Dopiero wtedy Niedźwiedziówka odsunęła się od niej. Dymna natychmiast wypluła patyk na śnieg, łapczywie nabierając powietrza.
— Jesteś... potworem! — wydyszała, wpatrując się w kotkę z obrzydzeniem wymalowanym na pysku.
— Cóż, póki Klan Nocy o tym nie wie, jestem tylko ich pobratymczynią... — odparła z uśmiechem Niedźwiedziówka.
Potem podeszła do truchła wojownika i chwyciła je za kark. Powoli weszła na skute lodem jezioro. Dopiero gdy pod jej łapami rozległ się pierwszy trzask pękającego lodu, puściła ciało i błyskawicznie odskoczyła na brzeg.
Razem z Gąbczastą Perłą patrzyła, jak tafla ustępuje, a Mewi Puch znika pod lodowatą wodą.
— Dobrze to wymyśliłam, co nie? — odezwała się po kilku uderzeniach serca z nutką satysfakcji w głosie. — Prawie tak, jakby tym razem los był po mojej stronie. To doprawdy niesamowite, że Mewi Puch postanowił przejść się właśnie brzegiem jeziora... Kto wie, może zmierzał w stronę granicy z Klanem Burzy? Powiedz mi, Gąbeczko... myślisz, że mógł mieć romans z jakąś Burzaczką? — zachichotała.
Dymna nie odpowiedziała. Trzęsła się jak liść na wietrze. Trudno było stwierdzić, czy z zimna, czy z przerażenia.
— Och, prawie zapomniałam... — mruknęła Niedźwiedziówka, spoglądając na rozlaną po śniegu szkarłatną plamę. — Musimy jeszcze coś zrobić z tym zakrwawionym śniegiem.
Odwróciła łeb w stronę medyczki i uśmiechnęła się szeroko.
— Jesteś może głodna?

* * *

To, co stało się z zakrwawionym śladem… można się jedynie domyślać. Wiadomo jednak, że gdy Niedźwiedziówkowy Pył i Gąbczasta Perła odchodziły znad jeziora, śnieg w tamtym miejscu był już perłowobiały. Sam zapach krwi szybko rozwiała potężna wichura szalejąca nad terenami Klanu Nocy.
Bura wróciła u boku medyczki do azylu. Gdy miały się już rozstać, nie opuściła jej jednak ani na krok, podążając za nią wprost do lecznicy. Była pusta. Klekoczący Bocian musiał być czymś zajęty. Idealnie.
— Nie masz może jakichś ziółek? Chyba mam gorączkę, wiesz... Myślę, że lawenda byłaby na to idealna — uśmiechnęła się szeroko.
Dymna nie miała ochoty protestować. Po prostu podeszła do składziku, wyjęła kilka gałązek lawendy i zaczęła nacierać nimi futro Niedźwiedziówki. Kilka kwiatów wsunęła nawet między kosmyki jej sierści.
Gdy skończyła, wojowniczka skinęła jej głową i skierowała się do wyjścia.
— To do zobaczenia, Gąbko. Dobra z ciebie przyjaciółka.
Rozluźniła mięśnie, kierując się w stronę legowiska wojowników. Po tak męczącej wędrówce, a później walce, należał jej się odpoczynek. Tym bardziej że była kompletnie przemarznięta. Spędzenie tak długiego czasu poza obozem przy tak surowej pogodzie naprawdę nie należało do najprzyjemniejszych.
Nim jednak zdążyła zniknąć w półmroku legowiska, musiała się zatrzymać. Przed nią stała znajoma, niebieskofutra kotka — Rzekotka. A właściwie, z tego, co słyszała, już Wesoła Łapa. O dziwo nie rzuciła się na jej łapę, co trochę zdziwiło buraskę.
— Och, kogo ja tu widzę. Czyżbyś zdążyła już dorosnąć, Rzekotko? — zapytała.
Ona również musiała zaskoczyć uczennicę swoim tonem. Nie brzmiała ani na złą, ani na zirytowaną. Zabicie Mewiego Puchu sprawiło jej tyle satysfakcji, że zwyczajnie nie miała nastroju, by denerwować się na młodziaka, którego znowu przywiał jej pod łapy wiatr.

<Wesoła Łapo?>

Od Krokusowej Kruchości CD. Skrzydlatej Płomykówki

Krokusowa Kruchość tworzyła właśnie posłanie dla Srebrzystej Równonocy, która w przeciwieństwie do niej, wciąż spała na kamiennej posadzce. Widziała, jak szylkretka kręci się niespokojnie w nocy i usilnie próbuje wkraść się na posłanie Krokus. Zielonooka pomagała śpiącej siostrze ostrożnie zająć miejsce u jej boku, po czym wciskała pysk w jej futro na szyi i sama ponownie zapadała w sen.
Sięgnęła łapą po króliczy puch, gdy wtem spostrzegła zastępczynię lisią długość od siebie. Zamarła, jednak starała się po sobie nie poznać, że obecność zastępczyni ją zaniepokoiła.
— Witaj Krokusowa Kruchość — zagaiła srebrna, zasiadając obok młodszej. — Potrzebujesz może łap do pomocy? — zaproponowała.
— Witaj Skrzydlata Płomykówko — zamruczała w odpowiedzi. — Każda para łap się przyda — przyznała.
Zastępczyni zaczęła tworzyć posłanie z ostałych zapasów traw, puchu i mchu, uszczelniając szpary między gałęziami. Jednak mimo jej chęci, posłanie kształtem nie przypominało legowiska, które w międzyczasie Krokus udało się dokończyć. Jednak z pomocą buraski, zastępczyni w mig nabrała wprawę i ówczesne posłanie zaczynało nabierać wyglądu posłania z prawdziwego zdarzenia.
— W ogóle jak się trzymasz po ostatnich wydarzeniach? Jeśli nie chcesz mówić, to uszanuje twoją decyzję, jednak w razie czego pamiętaj, że masz oparcie i chętnie Cię wysłucham.
Krokusowa Kruchość nabrała wody w usta. Ostrożnie dotknęła wystającej gałęzi tworzącej podstawę nowego legowiska, nerwowo poruszając nosem.
Była żałosna. Jej matka, siostra, a nawet ukochany, mimo że został wygnany pozostali żywi. W przeciwieństwie do Skrzydlatej Płomykówki jej strata była niczym, jednak ból był podobny, a może i nawet większy. Jakim cudem zastępczyni miała siłę na to, aby już od samego początku wspierać ostałych członków Klanu Burzy, stając się kolejnym podtrzymujących filarem ich społeczności. Straciła miłość swego życia, matkę, a w dodatku jej ukochana siostra okazała się należeć do kotów, którzy pragnęli rychłej śmierci Króliczej Gwiazdy.
"Skrzydlata Płomykówka jest kimś, kim chciałabym się stać. Jednak wiem, że nigdy ten dzień nie nadejdzie. Jestem za słaba."
Krokusowa Kruchość podkręciła łebkiem, decydując się na rozmowę z zastępczynię. Była jej to winna.
— Jest mi ciężko, Skrzydlata Płomykówko. Nawet nie wiesz jak bardzo... — Odwróciła szklisty wzrok, skupiając się na trzymanym w łapach posłaniu. Mogła sobie tylko wyobrazić, co tak naprawdę czuję teraz cętkowana. — Wciąż ciężko mi jest przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości, jednak dzięki wykonywaniu tych drobnych zadań, jak plecenie posłań czy zamiatanie korytarzy udaje mi się jakoś funkcjonować i zajmować myśli. W-wiem, że nie mogę dokładać zmartwień pozostałym kotom, w szczególności swojej mamie i siostrze... skłamałabym, mówiąc, że nie pragnę skryć się w legowisku wojowników... — Jej pysk drgnął. Spojrzenie młodszej błądziło po pomieszczeniu, aż w końcu z powrotem spoczęło na błękitnookiej kocicy. Poczuła się jeszcze mniejsza i słabsza niż była. — Przepraszam cię. Z całego serca cię przepraszam, Skrzydlata Płomykówko... B-byłam tak blisko Dzikiego Berberysu i jego rodzeństwa, a mimo to... powinnam coś zauważyć... G-gdybym zareagowała, twoja matka... twój partner... — urwała, nie będąc w stanie zaakceptować śmierci burego kocura z łap jego mentorki. Gdyby to jednak za śmierć Skrzypiącego Skrzypu odpowiadałby Dziki Berberys, chyba do końca życia nie byłaby w stanie spojrzeć w oczy Skrzydlatej Płomykówce.
"Nie. Gdybym w porę zareagowała, nie była tak ślepa, jak jestem, mój przyszły partner nie popełniłby największego błędu w swoim życiu."
Mogła odwieść wszystkich spiskowców od popełnienia największego błędu w ich życiu. Wystarczyło poczekać, a nie moczyć łap w krwi. Widziała, że Królicza Gwiazda był starym kocurem, którego życie nie pieściło. Wystarczył poczekać i pozwolić mu odejść, w spokoju.
— To moja wina.
Już kilkukrotnie łapała się na tym, że powinna ponieść karę, jak chociażby siostra zastępczyni czy rodzeństwo Dzikiego Berberysu. Właśnie za to, że nie udało jej się ich w porę powstrzymać i być głosem rozsądku. Jedynie co jej pozostało, to opłakiwać zmarłych, dbać o żywych, jak i nie pozwolić, aby jej pamięć oraz uczucie, którym darzyła Dzikiego Berberysa, nie zgasło.
Bo kochała go w każdej wersji, zarówno za dnia, gdy kilka wschodów słońca udawał się na patrol łowiecki, jak i podczas wspólnych nocy, gdy spoglądali w gwieździste niebo. Nawet wtedy, gdy został wykryty spisek.

<Skrzydlata?>

Event w Klanie Burzy:
Uwicie nowych posłań z zapasów traw, puchu i mchów

Od Krokusowej Kruchości

Srebrzysta Równonoc miała rację. Obowiązki nieco pomogły jej uporządkować myśli, a już na pewno dzięki nim nie marnowała czasu na łzy. Przez kolejne najbliższe dni buraska nie opuszczała podziemi, biorąc sobie za cel zamiecenie wnęk i korytarzy, decydując się odpuścić tym razem oczyszczania wnęk z pajęczyn. Nie miała serca ich wyrzucać, nim Wdzięczna Firletka ich nie zaakceptuje lub oznajmi, że akurat te się nie nadają, lecz ilekroć spoglądała w kierunku Łzawej Łapy, zbierało jej się na płacz.
Ostatnio wręcz wybiegła z lecznicy, tuż po tym, jak przyniosła pierwszą i ostatnią partię pajęczyn, kryjąc się we wschodnim korytarzu. Dopiero Słodka Dziewanna ją wówczas znalazła i z powrotem zaprowadziła do legowiska wojowników.
Bury ogon wojowniczki poruszał się rytmicznie, zgarniając kurz, pył i grudki ziemi pozostałe po pracach przewodników oraz minerów. Na myśl o więźniach, poczuła uścisk w klatce. Szybko jednak pokręciła głową, starając się skupić na swoim zadaniu.
Nie mogła być ciężarem dla mamy oraz siostry. Nie mogła być ciężarem dla Klanu Burzy. Musiała pomóc w jego odbudowie, nawet jeśli najchętniej nie ruszałaby się z posłania, spędzając większość dni na opakowaniu ukochanego. Widziała, że rudy kocur pragnął, aby była szczęśliwa. Jednak skoro tak było, to czy wychodziło na to, że jego zdaniem pozbycie się Króliczej Gwiazdy, jak i sam udział w spisku miał ją jeszcze bardziej uszczęśliwić? Nie widziała co o tym myśleć. Wiedziała od mamy, że ich zmarły lider zaniedbał swoje obowiązki po śmierci swojego syna, Kruczego Tańca i partnerki, Margaretkowego Zmierzchu. Wiedziała również, że wojownicy powinni wypowiedzieć posłuszeństwo liderowi, który był słaby, nadużywał swoich praw lub był okrutny. Królicza Gwiazda nie był okrutny, lecz był słaby. Można było w inny sposób doprowadzić do zmiany władzy. Nikt nie musiał przecież ginąć ani odchodzić... wszyscy mogli żyć tak, jak dotychczas.
"W złudnym pokoju."
Buty ogon zatrzymał się i powoli opadł na posadzkę. Zielone oczy z uwagą obserwowały, jak mały paproch opada na jej nosie, chwilę później powodujące kichnięcie. Ostrożnie potarła łapka pysk, decydując się nieco zwolnić tempo sprzątania. Nie chciał przecież wznieść w górę całego pyłu, który zalegał na podłodze. Tym razem ostrożnie, wolno, pociągała ogonem po korytarzu, tworząc kilka mniejszych kupek, nim łączyła je w jedną całość.
— Dobra robota, Krokus! — usłyszała za sobą znajomy męski głos. — Oby tak dalej!

Event w Klanie Burzy:
Zamiecenie wnęk i korytarzy