BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

13 października 2026

Od Lśniącej Gwiazdy

W końcu, gdy płuca zaczęły palić go przy każdym wdechu, dostrzegł przed sobą coś nietypowego.
Pomiędzy surowymi ścianami i szarymi powierzchniami Betonowego Świata rozciągał się fragment terenu, który — choć nadal należał do tego samego obcego miejsca — w pewnym stopniu przypominał mu ziemie jego własnego klanu. Nie był to oczywiście las, jaki znał, lecz kilka niewielkich drzew wyrastało spomiędzy krzewów.
Ciągnęły się tam ścieżki, po których przechadzali się Dwunodzy, pozostawiając po sobie nieustanny ruch i mieszaninę zapachów, lecz Lśniąca Gwiazda ledwie zwrócił na nich uwagę. W innych okolicznościach zapewne zatrzymałby się na chwilę, by przyjrzeć temu miejscu dokładniej, zapamiętać układ drzew, sprawdzić, dokąd prowadziły ścieżki i czy pomiędzy krzewami znajdowało się jakieś przejście, którego nie dostrzegał na pierwszy rzut oka.
Teraz jednak wszystko to wydawało się odległe.
Wszedł.
Przez kilka chwil pozwolił łapom prowadzić się przed siebie, wybierając kolejne przejścia niemal bez zastanowienia. Zimne gałęzie ocierały się o jego boki, czasami zahaczając o futro, a śnieg uginał się pod łapami z cichym, miękkim chrzęstem, który był niemal kojący po twardym podłożu ulic. Lśniąca Gwiazda poczuł przy tym krótkie ukłucie czegoś, co mogło przypominać ulgę, choć nie zatrzymał się, aby nadać temu uczuciu większe znaczenie.
Wystarczyło, że znalazł kawałek ziemi, na którym łapy nie ślizgały się po kamieniu.
Niemal natychmiast usłyszał jednak za sobą ciężkie kroki Dwunoga, który zbliżał się od strony ścieżki. Dźwięk był wyraźniejszy niż wcześniej, a rytm kroków nie pozostawiał większych wątpliwości co do tego, że jego obecność została zauważona.
Lśniąca Gwiazda odruchowo napiął mięśnie.
Przez krótką chwilę stał bez ruchu, jakby oceniał dzielącą go od ścieżki odległość, po czym ponownie ruszył, tym razem szybciej. Ciało wyraźnie protestowało przeciwko kolejnemu wysiłkowi, lecz zmusił je do posłuszeństwa, przyspieszając pomimo bólu, który rozlewał się po barkach i łapach.
Nie oglądał się.
Nie było takiej potrzeby.
Wystarczyło mu to, co słyszał.
Przebiegł jeszcze kilka długości ogona, lawirując pomiędzy krzewami, których gałęzie uginały się pod ciężarem śniegu. Przy każdym gwałtowniejszym ruchu część białego puchu osypywała się na ziemię, a pojedyncze kryształki lodu wirowały przez moment w powietrzu, połyskując w bladym świetle dnia.
Lśniąca Gwiazda dostrzegł przed sobą kolejne przejście.
Nie zdążył jednak sprawdzić, dokąd prowadziło.
Coś uderzyło go prosto w pysk.
Gwałtowne szarpnięcie odrzuciło mu głowę do tyłu, a łapy straciły przyczepność do zmarzniętej ziemi. Zachwiał się, próbując odzyskać równowagę, i przez moment miał wrażenie, że zaraz przewróci się w śnieg, lecz udało mu się utrzymać na nogach.
W tej samej chwili nad nim zaszeleściły gałęzie.
Drobne kryształki szronu posypały się na jego głowę i grzbiet, wsuwając się pomiędzy włosy oraz osiadając na uszach niczym maleńkie, zimne igły. Lśniąca Gwiazda zmrużył oczy, gdy kilka z nich spadło mu na pysk, a potem powoli uniósł głowę, próbując zrozumieć, w co właściwie uderzył.
Dopiero po chwili dostrzegł krzew.
Jego gałęzie były tak gęste, że niemal całkowicie zasłaniały dalszą drogę, a gruba warstwa białego puchu i lodowych kryształków sprawiała, że roślina zlewała się z otoczeniem. Ciemne konary ginęły pod śniegiem, przez co zaledwie kilka długości ogona wcześniej wyglądały jak kolejny fragment zimowego krajobrazu, a nie przeszkoda, która mogła zatrzymać rozpędzonego kota.
Lśniąca Gwiazda przez moment patrzył na krzew w milczeniu.
W jego pysku pojawił się cień uśmiechu, choć trudno byłoby powiedzieć, czy było w nim rozbawienie, czy jedynie spokojne pogodzenie się z kolejną niedogodnością.
Oczywiście.
Spośród całej przestrzeni, którą mógł wybrać, musiał trafić właśnie tutaj.
Odetchnął ciężko, czując, jak powietrze z trudem przechodzi przez rozgrzane gardło. Zimno przestało być dla niego dotkliwe, lecz jego ciało nadal drżało od wysiłku, a serce uderzało szybko i nierówno, jakby nie otrzymało jeszcze wiadomości, że powinien zwolnić.
Przymknął oczy.
Przez chwilę pozwolił sobie nie robić niczego.
Śnieg osiadał cicho na jego grzbiecie, a gdzieś pomiędzy drzewami poruszały się gałęzie, szeleszcząc pod ciężarem lodu. Odległe głosy Dwunogów mieszały się z wiatrem, lecz Lśniąca Gwiazda przestał zwracać na nie uwagę, skupiając się jedynie na własnym oddechu, który z każdym kolejnym uderzeniem serca powoli odzyskiwał spokojniejszy rytm.
Zmęczenie miało w sobie coś niemal przyjemnego.
Nieprzyjemnego, rzecz jasna, dla ciała, lecz kuszącego dla umysłu, który przez ostatnie godziny nieustannie musiał wybierać pomiędzy jedną możliwością a drugą. Teraz żadna decyzja nie wydawała się szczególnie pilna, a sam fakt, że przez kilka chwil mógł stać nieruchomo, miał w sobie osobliwą prostotę.
Przez krótką chwilę naprawdę miał ochotę położyć się w śniegu.
Pozwolić, aby zimno przeniknęło przez futro, aż przestanie czuć ciężar własnych łap, i zamknąć oczy na tyle długo, aby świat przestał wymagać od niego kolejnego ruchu. Nie musiałby wtedy myśleć o drodze powrotnej ani zastanawiać się, co znajdowało się za następnym zakrętem, a przede wszystkim nie musiałby przez kilka spokojnych oddechów podejmować żadnej decyzji.
Myśl ta przemknęła przez jego umysł z niepokojącą łatwością.
Lśniąca Gwiazda jeszcze przez moment pozostawał nieruchomy, z przymkniętymi oczami i śniegiem osiadającym na futrze, podczas gdy jego oddech powoli cichł w zimnym powietrzu. Wiedział jednak, że nie może pozwolić sobie na zbyt długi odpoczynek, nawet jeśli ciało coraz wyraźniej domagało się, aby zrobił właśnie to.
— Turmalin? To ty...?
Podniósł na moment głowę.
Ton natychmiast podpowiedział mu, że za drzwiami znajduje się kotka. Głos był miękki, choć wyraźnie ostrożny, a końcówka pytania uniosła się lekko, zdradzając niepewność kogoś, kto spodziewał się zobaczyć znajomą sylwetkę, lecz nie był już pewien, czy rzeczywiście ją dostrzega.
Lśniąca Gwiazda uniósł głowę, kierując spojrzenie ku niewielkiej, drewnianej szopie stojącej kilka długości ogona dalej.
Drzwi były uchylone.
Lśniąca Gwiazda zatrzymał na nich wzrok nieco dłużej.
Nie potrzebował wiele czasu, aby dojść do wniosku, że warto spróbować.
— Nie, nie... — odpowiedział w końcu, a jego głos zabrzmiał cicho i spokojnie, pozbawiony najmniejszej nuty zniecierpliwienia. — Nie jestem tym kotem.
Pozwolił, aby po tych słowach zapadła krótka cisza.
— Ale pozwól mi się tu na moment zatrzymać.
Dobór słów był celowy.
Nie poprosił o schronienie na całą noc, nie wspomniał o tym, co wydarzyło się wcześniej, ani nie próbował przekonać nieznajomej, że powinno jej być go żal. „Na moment” brzmiało bezpiecznie, niemal niewinnie, a przede wszystkim pozostawiało jej wrażenie, że w każdej chwili może zmienić zdanie.
Zza drzwi wychyliła się kotka.
Lśniąca Gwiazda od razu zauważył, że jest spięta. Nie cofnęła się, lecz jej ciało pozostawało gotowe do szybkiego ruchu, a spojrzenie przez kilka uderzeń serca wędrowało po jego sylwetce, zatrzymując się kolejno na pysku, barkach i łapach. Dostrzegła zadrapanie, śnieg przyklejony do futra oraz sposób, w jaki ciężko unosiła mu się pierś.
Przez kilka uderzeń serca nie odezwała się ani słowem.
Lśniąca Gwiazda również milczał.
Nie wykonywał żadnego ruchu, który mógłby zostać odebrany jako próba wtargnięcia do środka. Nawet głowę trzymał lekko opuszczoną, pozwalając, by zmęczenie widoczne w jego sylwetce mówiło za niego. Nie musiał udawać wyczerpania — było prawdziwe — lecz sposób, w jaki pozwalał jej je dostrzec, nie był już przypadkowy.
— Wyglądasz, jakbyś miał zaraz zemdleć.
W jej głosie pojawiła się odrobina troski.
Lśniąca Gwiazda wychwycił ją natychmiast.
— To możliwe — przyznał z łagodnym uśmiechem, który ledwie zaznaczył się na jego pysku. — Byłbym jednak wdzięczny, gdybyś pozwoliła mi odpocząć choć przez chwilę.
Kotka zawahała się jeszcze przez chwilę.
Lśniąca Gwiazda zauważył, jak zerknęła za jego plecy, jakby sprawdzała, czy rzeczywiście jest sam. Nie próbował odwracać jej uwagi ani przyspieszać decyzji, gdyż pośpiech mógłby wzbudzić podejrzenia.
Wreszcie skinęła głową.
— Wejdź.
Lśniąca Gwiazda przekroczył próg, choć nie zatrzymał się od razu.
Najpierw pozwolił wzrokowi spokojnie przyzwyczaić się do półmroku, a dopiero potem rozejrzał się po wnętrzu szopy. Była niewielka i dość skromna. Przy jednej ze ścian stały drewniane skrzynki, a obok leżało kilka wiązek wysuszonych roślin. Nic szczególnie cennego, nic, co od razu przyciągnęłoby jego uwagę.
Jego spojrzenie powróciło do niej.
Kotka podeszła do niewielkiej garstki słomy ułożonej w cieplejszym kącie pomieszczenia, a wtedy Lśniąca Gwiazda dostrzegł trzy małe kocięta wtulone w siebie tak ciasno, że ich drobne ciała niemal całkowicie zlewały się ze sobą.
Kotka pochyliła się nad nimi.
Jej pysk złagodniał, kiedy jedno z kociąt poruszyło się przez sen i wsunęło pyszczek pod jej brzuch, a ona odpowiedziała na ten gest cichym pomrukiem. Przez krótką chwilę wyglądała tak, jakby cała reszta świata przestała mieć znaczenie.
Nie musiał pytać, czy to jej młode.
Nie musiał również pytać, czy się o nie martwi.
Wystarczyło jedno spojrzenie.
Kiedy kotka usiadła obok kociąt, jej wcześniejsze napięcie nieco zelżało, lecz po chwili na pysku pojawił się cień zmęczenia. Westchnęła cicho, a w tym jednym dźwięku było więcej informacji, niż zawarłaby w kilku zdaniach.
Lśniąca Gwiazda nie odezwał się pierwszy, pozwalając, by cisza rozciągająca się pomiędzy nim a nieznajomą kotką trwała jeszcze przez kilka spokojnych chwil.
Wiedział, że niektóre koty znacznie chętniej mówią wtedy, gdy nikt nie zmusza ich do udzielania odpowiedzi, a pytania zadawane zbyt wcześnie potrafią skutecznie zamknąć pysk nawet tym, którzy jeszcze przed chwilą nosili się z zamiarem wyznania czegoś istotnego. Cierpliwość była zatem nie tylko oznaką dobrego wychowania, lecz również niezwykle użytecznym narzędziem, zwłaszcza w rozmowie z kimś, kto najwyraźniej przywykł do tego, że cudze zainteresowanie rzadko zwiastuje coś dobrego. Nie musiał wiedzieć, co dokładnie wydarzyło się w życiu kotki, aby dostrzec, że jej ostrożność nie wzięła się znikąd.
— Ostatnio los wyjątkowo sobie z nami pogrywa — odezwała się w końcu, spoglądając na niego znad kociąt, które spoczywały ciasno wtulone w jej bok. W jej głosie pobrzmiewało zmęczenie, nie tylko fizyczne, lecz także to głębsze, wynikające z konieczności nieustannego zachowywania czujności. — Powiedz mi... nie masz przypadkiem nic wspólnego z gangiem Monastyra?
Lśniąca Gwiazda uniósł nieznacznie wzrok, zachowując ten sam spokojny wyraz pyska, choć wewnętrznie odnotował nowe imię z uwagą, na jaką zasługiwało.
Monastyr.
Nie znał ani tego kota, ani jego gangu, nie miał również pojęcia, jak daleko sięgały wpływy wspomnianej grupy. Nie zamierzał jednak zdradzać własnej niewiedzy w sposób, który mógłby zachęcić rozmówczynię do ponownego zamknięcia się w sobie. Przeciwnie, należało zachować ostrożność, a przede wszystkim nie wyciągać pochopnych wniosków, zanim nie poznało się choćby podstawowych zasad rządzących tym miejscem. Jedno było jednak pewne: kotka nie wypowiedziała tego imienia obojętnie.
Jej uszy skierowały się nieco na boki, a spojrzenie na moment powędrowało ku drzwiom, jakby spodziewała się, że sam dźwięk imienia może sprowadzić do szopy kogoś, kogo zdecydowanie wolałaby nie oglądać. Ogon, który wcześniej spoczywał luźno przy jej łapach, napiął się nieznacznie. Monastyr z pewnością oznaczał dla niej coś więcej niż tylko przywódcę grupy obcych kotów.
Lśniąca Gwiazda pozwolił, by minęła jeszcze krótka chwila, po czym odpowiedział:
— Nie. Pochodzę z zupełnie innego miejsca, gdzie życie wygląda nieco inaczej. Nie mamy tam gangów, a przynajmniej nie takich, które roszczą sobie prawo do decydowania o losie pozostałych.
Słowa te wypowiedział bez wahania, nadając im brzmienie zwyczajnej informacji, nie zaś zapewnienia, którego wiarygodność należałoby poddawać szczególnej próbie. Nie dodał niczego więcej, ponieważ nie widział powodu, by opowiadać o swoim domu komuś, kto jeszcze nie zdecydował, czy w ogóle chce z nim rozmawiać. Zresztą, im mniej mówił o sobie, tym więcej miejsca pozostawiał jej na własne wyznania.
Kotka przez chwilę uważnie przyglądała się jego pyskowi, jak gdyby próbowała dostrzec w nim choćby najmniejszy ślad fałszu. Lśniąca Gwiazda nie zamierzał utrudniać jej tego zadania ani też ułatwiać go przesadną demonstracją szczerości. Nie odwrócił spojrzenia, ale nie próbował również przytrzymywać go na siłę. Zachowywał się tak, jak powinien zachowywać się kot, który nie ma niczego do ukrycia, a przynajmniej niczego, co jego rozmówczyni musiałaby poznać już teraz.
Kiedy jedno z kociąt cicho zapiszczało przez sen, odruchowo skierował ku niemu wzrok, pozwalając, by na krótką chwilę jego uwaga skupiła się na maleńkim ciele poruszającym się niespokojnie wśród rodzeństwa.
Gest był naturalny, niemal niezauważalny, a jednak wystarczył, by napięcie w postawie kotki nieco zelżało.
— W takim razie przynajmniej nie muszę się obawiać, że przyszedłeś tu z jego polecenia — mruknęła, odwracając wzrok. — Ostatnio trudno mi ocenić, komu można wierzyć.
Lśniąca Gwiazda pochylił lekko głowę, przyjmując jej słowa z pozornym zrozumieniem.
— Nie dziwię ci się. Zaufanie nie powinno być czymś, czego wymaga się od drugiego kota, szczególnie jeśli wcześniej miał powody, by się go wystrzegać.
Kotka przyglądała mu się jeszcze przez moment, po czym podniosła się ze słomy i podeszła do jednego z drewnianych pudeł ustawionych pod ścianą. Wyciągnęła z niego niewielki kawałek materiału, otrzepała go z kurzu i położyła w pobliżu wejścia.
— Nie jest to może najwygodniejsze miejsce na świecie, ale przynajmniej nie będziesz musiał siedzieć na gołej ziemi — powiedziała, wskazując materiał ogonem. — Możesz odpocząć, jeśli potrzebujesz.
Lśniąca Gwiazda skinął głową, a na jego pysku pojawił się cień uprzejmego uśmiechu.
— Dziękuję. Nie każdy zdobyłby się na taki gest wobec kogoś, kogo widzi po raz pierwszy.
Usiadł powoli, uważając na zraniony bark. Dopiero gdy ciężar jego ciała spoczął na materiale, ból stał się wyraźniejszy, przeszywając mięśnie tępym, nieprzyjemnym pulsowaniem. Nie pozwolił sobie jednak na najmniejszy grymas, który mógłby zwrócić uwagę kotki. Nie miał zamiaru czynić ze swojego cierpienia tematu rozmowy, zwłaszcza że dostrzegł znacznie ciekawszy sposób na skierowanie jej uwagi ku sprawom, o których prawdopodobnie nie rozmawiała z nikim od dłuższego czasu.
Przyjrzał się więc kociętom.
— Są jeszcze bardzo małe — zauważył łagodnie. — Muszą czuć się przy tobie bezpiecznie, skoro potrafią tak spokojnie zasnąć, mimo że znalazły się w miejscu, które nie wygląda na szczególnie przytulne.
Kotka spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem, jakby nie spodziewała się, że obcy zwróci uwagę właśnie na to.
— Dzieci potrafią spać wszędzie, kiedy są zmęczone — odpowiedziała. Jej głos stracił wcześniejszą szorstkość. — Poza tym staram się, żeby miały wszystko, czego potrzebują. Tyle przynajmniej mogę dla nich zrobić.
— I robisz to dobrze — odparł bez chwili wahania. — Nie każda matka potrafiłaby zachować tyle cierpliwości w podobnych warunkach.
Nie przesadził z pochwałą. Nie nazwał jej niezwykłą ani nie próbował przedstawiać jako kogoś, kto dokonał czegoś wielkiego. Wiedział, że zbyt górnolotne słowa mogłyby zabrzmieć sztucznie, szczególnie w uszach kogoś, kto przywykł do życia w niepewności. Wystarczyło wskazać jej coś, co rzeczywiście miało znaczenie, i pozwolić, by sama zdecydowała, czy chce przyjąć tę uwagę.
— Staram się — przyznała ciszej, spoglądając na trzy małe ciała wtulone w siebie pod jej bokiem. — Właściwie to one są jedynym powodem, dla którego jeszcze jakoś sobie radzę.
Przez moment milczała.
— Zapomniałam się przedstawić… Karo.
— Blask. Miło cię poznać, Karo — powiedział. — Chociaż wolałbym, żeby okoliczności były nieco przyjemniejsze.
Kotka opuściła wzrok.
— Ja również.
Przez krótką chwilę zdawało się, że zamierza powiedzieć coś jeszcze, lecz słowa uwięzły jej w gardle. Jej spojrzenie przesunęło się ku wejściu, a ogon ponownie zacisnął się wokół łap. Lśniąca Gwiazda zauważył tę zmianę, ale nie skomentował jej od razu. Wystarczyło, że zaczekał.
— Dawno nie rozmawiałam z nikim w taki sposób — przyznała w końcu. — Nie z kimś, kto nie jest związany z Monastyrem. Przez większość czasu widuję tylko Turmalina, a on... — Urwała, zaciskając szczęki. — Nieważne.
— Jeśli nie chcesz o tym mówić, nie będę cię zmuszał. Ale jeśli coś sprawia, że boisz się nawet wyjść z własnego schronienia, nie musisz udawać, że wszystko jest w porządku.
Karo spojrzała na niego niepewnie. Przez chwilę wyglądała tak, jakby walczyła sama ze sobą, próbując zdecydować, czy wypowiedzenie kolejnych słów przyniesie jej ulgę, czy jedynie przypomni o rzeczach, o których wolałaby zapomnieć.
— To właśnie przez niego tutaj siedzę — powiedziała w końcu, ściszając głos. — Turmalin należy do gangu Monastyra. Przychodzi co trzy dni i przynosi mi trochę jedzenia, czasem coś jeszcze, żebym mogła utrzymać kocięta przy życiu, ale nie robi tego bez powodu.
Lśniąca Gwiazda zachował spokojny wyraz pyska, choć jego uwaga stała się jeszcze bardziej skupiona.
— Czego więc od ciebie oczekuje?
Karo przełknęła ślinę, po czym zerknęła ku drzwiom.
— Żebym została tutaj. Żebym nie próbowała uciekać i nie szukała pomocy u innych kotów. Powiedział, że jeśli zabiorę młode i odejdę, wyśle za mną członków gangu. — Jej głos zadrżał lekko. — Ma wysoką pozycję, więc wiem, że nie rzucałby takich słów na wiatr. Wystarczy, że poprosi, a oni zrobią to, czego od nich chce. Nie chcę, żeby dorastały w takim świecie — dodała, zaciskając zęby. — Nie chcę, żeby moje dzieci uczyły się, że trzeba krzywdzić innych, żeby samemu nie zostać skrzywdzonym.
Lśniąca Gwiazda milczał przez chwilę.
— Nie dziwię ci się, że chcesz ich przed tym uchronić — powiedział w końcu. — Każdy, kto naprawdę troszczy się o swoje młode, pragnie, by miały możliwość wybrać własną drogę, zamiast od początku żyć według zasad narzuconych przez kogoś silniejszego.
Karo popatrzyła na niego, a w jej oczach pojawił się wyraz bezradności, którego nie potrafiła już ukryć.
— Tylko co z tego, skoro nie mogę nic zrobić? — wyszeptała. — Nie mam dokąd pójść. Nie znam miejsc, w których mogłabym się ukryć, a nawet gdybym je znalazła, nie wiem, jak długo udałoby mi się tam pozostać. Nie mogę ryzykować życiem swoich dzieci tylko dlatego, że sama mam dość tego, jak wygląda moje.
Lśniąca Gwiazda uniósł wzrok ku jej oczom. Nie próbował zaprzeczać jej obawom ani przekonywać jej, że są przesadzone. Właśnie w tym tkwił sens jego odpowiedzi: Karo musiała poczuć, że ktoś wreszcie traktuje jej lęk poważnie, a jednocześnie nie uważa go za przeszkodę, której nie sposób pokonać.
— To, że się boisz, nie oznacza, że jesteś bezsilna — odparł spokojnie. — Z tego, co mówisz, wynika, że Turmalin liczy na to, iż strach zatrzyma cię tutaj skuteczniej niż jakiekolwiek zamknięte drzwi. Nie wiem, jak daleko sięgają jego wpływy, ale wiem jedno: jeśli pozostaniesz w miejscu, w którym może cię regularnie odwiedzać, nadal będzie miał nad tobą przewagę.
Nie powiedział jej, że musi odejść. Nie zasugerował również, że ucieczka jest jedynym rozsądnym wyjściem. Zamiast tego przedstawił jej sytuację w sposób, który pozwalał dostrzec różnicę między tym, co znała, a tym, co mogłaby zyskać.
— A gdybyś miała możliwość zabrania kociąt w miejsce, w którym Turmalin nie mógłby po prostu przyjść i zażądać, żebyś mu się podporządkowała? — zapytał po chwili. — Miejsce, w którym nikt nie oczekiwałby od twoich dzieci, że zostaną kimś, kim nigdy nie chciały być?
Karo zamrugała, a jej uszy uniosły się nieznacznie.
— Takie miejsce w ogóle istnieje?
Lśniąca Gwiazda pozwolił sobie na łagodny uśmiech.
— Istnieje. Nie ma tam gangów, które próbują zdobywać posłuch za pomocą gróźb. Koty mają swoje obowiązki i zasady, a ci, którzy krzywdzą innych, nie mogą liczyć na to, że wszyscy będą udawali, iż niczego nie widzą.
Karo nadal patrzyła na niego z niedowierzaniem. Nie była na tyle naiwna, by uwierzyć, że gdziekolwiek można znaleźć świat pozbawiony wszelkich zagrożeń, jednak sama myśl o miejscu, w którym nie musiałaby nieustannie obawiać się Turmalina, wydawała się niemal zbyt piękna, by mogła być prawdziwa.
— Gdzie ono jest? — zapytała ostrożnie. — I jak daleko musielibyśmy iść?
— Daleko stąd — odpowiedział Lśniąca Gwiazda. — Na tyle daleko, że odnalezienie was nie byłoby dla niego tak proste, jak teraz. Nie mogę obiecać ci, że nigdy nie usłyszy, dokąd odeszłaś, ale mogę powiedzieć, że nie będzie mógł po prostu wejść na nasze tereny i rozkazywać wszystkim wokół, jak ma to w zwyczaju robić u siebie.
Przez moment obserwował jej reakcję, po czym dodał:
— Nie musisz mi wierzyć tylko dlatego, że tak mówię. Wiem, że nie znasz mnie na tyle dobrze, by powierzyć mi los swoich dzieci. Chcę jedynie, żebyś wiedziała, że masz inną możliwość niż pozostanie tutaj. Możesz przynajmniej zastanowić się, czy warto spróbować.
Karo spuściła wzrok na swoje kocięta. Jedno z nich poruszyło się przez sen, wtulając pyszczek w futro rodzeństwa, a ona odruchowo przesunęła językiem po jego głowie. Przez dłuższą chwilę nie mówiła niczego, jakby próbowała wyobrazić sobie życie, w którym nie musiałaby już nasłuchiwać kroków za drzwiami ani zastanawiać się, czy kolejna wizyta Turmalina przyniesie pożywienie, groźbę, czy może jedno i drugie.
— Nie wiem, czy potrafiłabym tak po prostu odejść — przyznała w końcu. — Ale... gdybym rzeczywiście mogła zapewnić im lepsze życie, nie chciałabym zmarnować takiej szansy.
Lśniąca Gwiazda skinął głową, nie pozwalając sobie na okazanie zbyt wielkiego zadowolenia. Nie potrzebował, by Karo podjęła decyzję natychmiast. Wystarczyło, że po raz pierwszy zaczęła rozważać możliwość, którą jeszcze przed chwilą uważała za niemal nieosiągalną.
— W takim razie nie musisz decydować w tej chwili — powiedział łagodnie. — Przemyśl to, Karo. Pomyśl o tym, czego pragniesz dla swoich dzieci, i o tym, czy miejsce, w którym teraz żyjecie, rzeczywiście pozwoli im dorosnąć tak, jakbyś chciała. Nie oczekuję, że zaufasz mi bez zastanowienia. Chciałbym jedynie, żebyś nie uznała strachu za jedyny powód, dla którego musisz tu pozostać.
Po tych słowach zamilkł, pozwalając jej uporządkować myśli.
Na jego pysku wciąż spoczywał ten sam spokojny, uprzejmy wyraz, a postawa nie zdradzała niczego poza cierpliwością. Dla Karo mógł być teraz obcym, który nieoczekiwanie zaoferował jej pomoc, być może pierwszym od dawna, który nie próbował narzucić jej własnej woli. Lśniąca Gwiazda doskonale rozumiał jednak, że zaufanie nie wymagało pośpiechu. Znacznie łatwiej było je zdobyć, kiedy rozmówca miał wrażenie, że sam wybrał, komu je ofiarować.
A Karo właśnie zaczynała wierzyć, że wybór wciąż należy do niej.
Obserwował, jak kotka przesuwa wzrokiem po trzech śpiących kociętach, zatrzymując spojrzenie na każdym z nich odrobinę dłużej, niż wymagałaby tego zwykła matczyna czułość. W słabym świetle wpadającym przez szczeliny między deskami jej sylwetka wydawała się jeszcze drobniejsza, niemal przytłoczona ciężarem odpowiedzialności, który od tak dawna dźwigała samotnie.
— A jeśli rzeczywiście pójdę z tobą? — odezwała się wreszcie, nie podnosząc głowy. — Jeśli zabiorę dzieci i odejdę z tego miejsca, czy naprawdę będę mogła zacząć od nowa? Nie będę musiała oglądać się przez ramię za każdym razem, gdy usłyszę czyjeś kroki? I czy twoje koty nie uznają nas za nieproszonych gości, których trzeba się jak najszybciej pozbyć?
Lśniąca Gwiazda przyjął jej pytania z powagą, na jaką zasługiwały. Nie odpowiedział natychmiast, pozwalając, by przez jego pysk przemknął cień zadumy, a spojrzenie na moment spoczęło na kociętach. Było w tym coś z troski, coś, co mogłoby zostać odczytane jako głębokie zastanowienie nad losem trzech niewinnych istnień, których przyszłość zależała teraz od decyzji podjętej przez ich matkę.
W rzeczywistości rozważał znacznie bardziej przyziemne kwestie.
Nie wiedział jeszcze, jaką wartość mogą mieć dla niego te małe stworzenia, nie znał ich charakterów ani nie potrafił przewidzieć, jakimi kotami się staną, kiedy dorosną. Wiedział jednak, że młode umysły łatwiej poddają się kształtowaniu, a lojalność zaszczepiona odpowiednio wcześnie potrafi okazać się trwalsza niż ta, którą próbuje się zdobyć u dorosłych, obciążonych własnymi przekonaniami i doświadczeniami. Jeżeli Karo rzeczywiście zgodzi się odejść, on zyska nie tylko możliwość sprowadzenia do klanu trójki nowych członków, lecz również szansę na to, by od początku pokierować ich wychowaniem. Nie musiał jeszcze wiedzieć, co dokładnie z nimi zrobi. Wystarczało, że dostrzegał potencjał, którego nie należało pozostawiać przypadkowi.
Co zaś tyczyło się samej Karo…
Cóż, jej los nie wydawał się równie interesujący.
— Nie mogę obiecać ci, że wszyscy od razu przyjmą was z otwartymi łapami — powiedział w końcu, nadając głosowi ciepłe, niemal ojcowskie brzmienie. — Każdy klan ma swoje zasady, a koty, które w nim żyją, mają własne przyzwyczajenia. Nie byłoby uczciwe, gdybym przedstawiał ci wszystko jako miejsce pozbawione jakichkolwiek trudności. Mogę jednak zapewnić cię, że nikt nie będzie miał prawa skrzywdzić twoich dzieci tylko dlatego, że nie urodziły się pośród nas. Jeśli zdecydujesz się przyjść, dopilnuję, abyście otrzymali szansę na spokojne życie.
Karo uniosła głowę. W jej oczach wciąż kryła się niepewność, lecz pod jej warstwą pojawiło się coś, czego wcześniej nie było — ostrożna nadzieja, tak delikatna, że wystarczyłoby jedno nieodpowiednie słowo, aby ponownie zgasła.
— Naprawdę byś tego dopilnował? — spytała cicho.
— Dałem ci słowo, Karo. Nie rzucam ich na wiatr.
Karo odetchnęła głębiej, po czym spojrzała na swoje kocięta. Przez kilka uderzeń serca jedynie przyglądała się ich drobnym pyszczkom, jakby chciała zapamiętać tę chwilę, zanim zdecyduje się zrobić krok, który odmieni całe ich życie.
— Dobrze — powiedziała wreszcie, a choć głos jej zadrżał, nie cofnęła wypowiedzianych słów. — Pójdę z tobą. Nie wiem, czy to rozsądne, i nie wiem, co nas tam czeka, ale jeśli zostanę tutaj, prędzej czy później Turmalin zdecyduje za mnie, kim mają zostać moje dzieci. Nie pozwolę mu na to.
Przez moment wyglądała tak, jakby spodziewała się, że samo wypowiedzenie tej decyzji sprowadzi na nią karę. Jej uszy pozostawały skierowane ku drzwiom, a mięśnie napięły się pod futrem, jednak nic się nie wydarzyło. Szopa nadal stała cicho, osłonięta od wiatru, a śpiące kocięta nawet nie drgnęły.
Lśniąca Gwiazda pozwolił sobie na uśmiech.
— Sądzę, że podjęłaś trudną, lecz odważną decyzję — oznajmił. — Twoje dzieci zasługują na to, by dorastać bez strachu przed kimś, kto uważa, że może rozporządzać ich przyszłością.
“I właśnie dlatego nie powinnaś już dłużej o niej decydować.”
Myśl przemknęła przez jego umysł gładko i bez najmniejszego śladu wahania, pozostawiając po sobie jedynie chłodną satysfakcję, którą natychmiast ukrył pod warstwą serdeczności. Karo nie musiała wiedzieć, że w tej rozmowie nie chodziło już o przekonanie jej do odejścia, lecz o ustalenie, w jaki sposób najlepiej zrealizować własny plan.
— Musimy jednak zachować ostrożność — dodał po chwili, spoglądając w stronę wejścia. — Mówiłaś, że Turmalin pojawia się w szopie co trzy dni. — Kiedy pojawił się ostatnim razem?
Karo natychmiast zesztywniała.
— J-Ja nie jestem pewna. Może przyjść dzisiaj, może jutro. Wszystko zlewa mi się w jedno… Jeśli nas znajdzie, nie pozwoli nam odejść.
— Dlatego nie powinniśmy dawać mu takiej możliwości.
Lśniąca Gwiazda wypowiedział te słowa spokojnie, jakby przedstawiał rozwiązanie, które od początku było oczywiste. Następnie przesunął się nieco na materiale, starając się nie zdradzić bólu zranionego barku, i skierował spojrzenie ku kociętom.
— Jest jednak coś, o czym powinniśmy porozmawiać, zanim wyruszymy.
Karo natychmiast skupiła na nim uwagę.
— Co takiego?
— Twoje dzieci są jeszcze bardzo małe. Nie znają drogi, nie potrafią poruszać się szybko na dłuższym dystansie, a jeśli któreś z nich się zmęczy lub zacznie głośno nawoływać, będziemy musieli się zatrzymać. W takich warunkach każda dodatkowa chwila spędzona w pobliżu tego miejsca zwiększa ryzyko, że ktoś nas zauważy.
— Czyli powinnam najpierw zabrać je na miejsce, a potem wrócić po resztę rzeczy? — zapytała, marszcząc czoło.
— Nie. Nie chcę, żebyś musiała ponownie tutaj wracać.
Zrobił krótką przerwę, jakby starannie dobierał słowa, choć w rzeczywistości od dawna wiedział, w jaki sposób poprowadzić tę rozmowę.
— Zabiorę kocięta jeszcze dzisiaj — oznajmił. — Będę mógł nieść je po kolei albo ułożyć je razem w bezpiecznym miejscu, tak aby nie musiały pokonywać całej drogi o własnych siłach. Kiedy dotrę na miejsce, zapewnię im ciepłe schronienie i opiekę. A jutro wrócę po ciebie.
Przez ułamek chwili Karo nie odpowiedziała.
Jej spojrzenie powędrowało od Lśniącej Gwiazdy do kociąt, a potem z powrotem. Rozdzielenie z dziećmi, nawet na jedną noc, było ostatnią rzeczą, na jaką chciałaby się zgodzić. Przez tak długi czas pozostawała ich jedyną ochroną, że sama myśl o tym, iż miałyby zniknąć z jej pola widzenia, wywołała w niej niemal fizyczny sprzeciw.
— Mam je oddać komuś, kogo znam zaledwie od kilku chwil? — zapytała w końcu, a w jej głosie pojawiła się ostrożność, która przez moment wydawała się silniejsza od nadziei. — Nie zrozum mnie źle, Blasku. Chcę stąd odejść, ale nie potrafię po prostu pozwolić, żeby moje dzieci zniknęły gdzieś beze mnie. Nie po tym wszystkim, co się wydarzyło.
Lśniąca Gwiazda nie wyglądał na urażonego. Wręcz przeciwnie, jego pysk przybrał wyraz łagodnego zrozumienia, jak gdyby od początku przewidywał, że właśnie ta obawa okaże się dla Karo najtrudniejsza do przezwyciężenia.
— I nie oczekiwałbym od ciebie, że przestaniesz się o nie martwić — odpowiedział. — Gdybyś nie miała takich obaw, zastanawiałbym się, czy rzeczywiście jesteś gotowa zrobić wszystko, by je ochronić.
Karo poruszyła uszami, a jej spojrzenie nieco złagodniało, choć nie zniknęła z niego niepewność.
— W takim razie dlaczego nie możemy odejść razem?
To było właściwe pytanie, a Lśniąca Gwiazda przyjął je z należytą powagą. Nie odpowiedział zbyt szybko, aby nie sprawiać wrażenia, że od początku czekał wyłącznie na sposobność, by narzucić jej własne rozwiązanie.
— Ponieważ twoja obecność zwiększy ryzyko, że ktoś was zauważy — wyjaśnił. — Jesteś jedyną osobą, którą Turmalin regularnie odwiedza. Jeśli znikniesz razem z kociętami, może natychmiast zorientować się, co się stało, i zacząć was szukać. Jeżeli natomiast ja zabiorę młode pierwszy, ich zniknięcie nie będzie od razu oznaczało, że uciekłaś. Będziesz miała trochę czasu, aby przygotować się do drogi, a ja zdążę zapewnić im schronienie.
Karo zmarszczyła brwi.
— Ale jeśli przyjdzie tutaj i odkryje, że nie ma dzieci, przecież i tak zacznie zadawać pytania.
— Być może — przyznał Lśniąca Gwiazda, nie próbując zaprzeczać czemuś, co było całkiem prawdopodobne. — Nie możemy przewidzieć każdego jego ruchu. Jednak kiedy zacznie szukać kociąt, te będą już daleko stąd, w miejscu, gdzie nie dosięgną ich jego łapy.
Lśniąca Gwiazda doskonale rozumiał, dlaczego nie chciała ich wypuszczać spod własnej opieki.
Rozumiał również, jak łatwo można wykorzystać tę troskę.
— Nie proszę cię, żebyś przestała być ich matką — dodał łagodnie. — Proszę jedynie, żebyś pozwoliła mi zająć się nimi przez jedną noc. Kiedy jutro przyjdę po ciebie, znów będziecie razem. Będziesz mogła sama zobaczyć, gdzie trafiły, i przekonać się, że niczego im nie brakuje.
Karo odwróciła głowę, spoglądając na swoje dzieci. Najmniejsze z nich spało z pyszczkiem ukrytym pod ogonem rodzeństwa, a pozostałe dwa leżały tak blisko siebie, że ich futra niemal zlewały się w jedną, niewielką plamę. Widok ten sprawił, że jej obawy stały się jeszcze wyraźniejsze. Nie chciała ich opuszczać, nie chciała również narażać ich na niebezpieczeństwo, a przede wszystkim nie chciała po raz kolejny podejmować decyzji, której skutki mogłyby okazać się nieodwracalne.
— Obiecujesz, że jutro po mnie wrócisz? — zapytała cicho.
Lśniąca Gwiazda nie odwrócił wzroku.
— Obiecuję, Karo.
Wypowiedział to słowo z taką pewnością, że przez chwilę mogłaby przysiąc, iż nie istnieje na świecie nic, co skłoniłoby go do złamania danego zapewnienia. Jego głos pozostawał spokojny, spojrzenie nie zdradzało wahania, a postawa wyrażała gotowość do wzięcia na siebie odpowiedzialności za coś, co dla niej miało wartość większą niż własne życie.
Nie było w nim jednak ani krzty przywiązania do złożonej obietnicy.
W jego umyśle wszystko układało się już w przejrzysty ciąg zdarzeń. Najpierw kocięta, potem droga powrotna do klanu. Karo pozostanie tutaj, przekonana, że rozłąka potrwa zaledwie do następnego dnia, podczas gdy on zyska czas i swobodę działania, nie obciążając się koniecznością prowadzenia przez drogę dorosłej kotki, której obecność nie przynosiła mu żadnej oczywistej korzyści. Nie musiał podejmować decyzji o jej losie w tej chwili. Wystarczyło, że najpierw zabezpieczy to, co uznał za warte zachowania.
A jeśli jutro nie wróci?
Ta myśl nie wzbudziła w nim nawet cienia niepokoju. Nie czuł potrzeby usprawiedliwiania się przed samym sobą, nie odczuwał również żadnego moralnego ciężaru, który mógłby powstrzymać go przed porzuceniem kotki. Karo była dla niego zaledwie kolejnym elementem sytuacji, a jej uczucia miały znaczenie tylko o tyle, o ile wpływały na jej decyzje. Gdyby jutro okazało się, że łatwiej będzie pozostawić ją własnemu losowi, zrobiłby to bez wahania. Być może przemawiała za tym zwykła kalkulacja, być może niechęć do podejmowania zbędnego ryzyka, a może coś znacznie prostszego — chłodna satysfakcja płynąca ze świadomości, że potrafi nakłonić drugiego kota do oddania mu tego, co dla niego najcenniejsze, a następnie odejść, nie ponosząc żadnych konsekwencji.
Nie potrzebował rozstrzygać tego już teraz.
Wystarczyło, że Karo uwierzyła.
— Dobrze — powiedziała wreszcie, choć słowo to zabrzmiało tak cicho, jakby z trudem przeciskało się przez ściśnięte gardło. — Jeśli naprawdę uważasz, że to najlepsze rozwiązanie... zgadzam się. Ale proszę cię, Blasku zaopiekuj się nimi. Nie pozwól, żeby poczuły się porzucone. Są jeszcze za małe, by zrozumieć, dlaczego ich matki nie ma obok.
Na moment w jej oczach pojawił się blask, którego nie zdołała ukryć. Szybko spuściła głowę, jakby wstydziła się własnej słabości, lecz Lśniąca Gwiazda zdążył już zauważyć, jak wiele kosztowała ją ta decyzja.
— Zadbam o nie — odparł. — Masz moje słowo.

Wieczór…

Karo przysunęła się do młodych i delikatnie polizała każde z nich po głowie, starając się nie obudzić pozostałych. Jej ruchy były powolne, ostrożne, pełne czułości, a kiedy skończyła, przez kilka uderzeń serca trzymała pysk przy futrze najmniejszego kocięcia, jakby chciała przekazać mu w ten sposób wszystko, czego nie potrafiła wypowiedzieć.
Kiedy wreszcie odsunęła się od kociąt, jej spojrzenie było wilgotne, lecz postawa stała się odrobinę pewniejsza.
Lśniąca Gwiazda pochylił się, by ostrożnie podnieść pierwsze kocię, a następnie przygotował się do zabrania kolejnych. Robił to powoli i z należytą ostrożnością, nie chcąc sprawić im bólu ani niepotrzebnie ich przestraszyć. Z zewnątrz mógł wyglądać na kota, który z pełnym oddaniem bierze pod swoją opiekę bezbronne młode, kierując się wyłącznie współczuciem i poczuciem obowiązku.
Wewnątrz pozostawał jednak niewzruszony.
Gdy odwrócił się w stronę wyjścia, Karo towarzyszyła mu wzrokiem, a w jej spojrzeniu mieszały się niepokój, nadzieja i smutek. Była przekonana, że właśnie pozwala swoim dzieciom wyruszyć ku lepszemu życiu, a sama musi jedynie przetrwać jeszcze jedną noc, nim do nich dołączy.
Lśniąca Gwiazda nie zamierzał pozbawiać jej tej nadziei.
Była mu teraz potrzebna dokładnie taka, jaka była: przekonana, że podjęła słuszną decyzję, wdzięczna za pomoc i gotowa czekać na obiecany powrót. Dopóki wierzyła w jego słowa, nie miała powodu szukać innego rozwiązania ani podejmować działań, które mogłyby pokrzyżować jego plany.
— Odpocznij, Karo — powiedział jeszcze, spoglądając na nią przez ramię. — Jutro wszystko będzie wyglądało inaczej.
Uśmiechnęła się słabo.
— Do jutra, Blasku.
— Do jutra.
Odpowiedział bez najmniejszego zawahania, po czym wyszedł z szopy, zabierając ze sobą jej dzieci.
Nie odczuwał triumfu w zwyczajnym znaczeniu tego słowa. Nie było w nim gorączkowej radości ani potrzeby świętowania sukcesu. Zadowolenie, które pojawiło się gdzieś na dnie jego umysłu, było znacznie cichsze i bardziej wyrachowane, wynikające z prostego faktu, że wszystko przebiegło zgodnie z planem.
Karo sama oddała mu swoje dzieci.
Nie musiał jej grozić, nie musiał podnosić głosu ani uciekać się do siły. Wystarczyło, że powiedział jej to, co chciała usłyszeć, przedstawił właściwie dobrane argumenty i pozwolił, by uwierzyła, że decyzja należy wyłącznie do niej. W efekcie zaufała mu bardziej, niż powinna, a on mógł teraz odejść, nie pozostawiając po sobie niczego, co wskazywałoby na prawdziwy cel tej rozmowy.
Przez chwilę wyobraził sobie, jak następnego dnia Karo będzie czekała na jego powrót, nasłuchując każdego szmeru dochodzącego zza drzwi. Być może z początku uzna, że się spóźnia. Później zacznie szukać usprawiedliwień, tłumacząc sobie, że droga jest długa, że kocięta wymagały szczególnej opieki, że musiał zająć się innymi obowiązkami. A kiedy wreszcie zrozumie, że nie przyjdzie, pozostanie jej jedynie świadomość, że powierzyła los swoich dzieci obcemu kotu, którego słowa okazały się warte mniej niż kurz zalegający na deskach jej schronienia.
Czy będzie go przeklinać? Czy spróbuje go odnaleźć?
Nie miało to większego znaczenia.
Wypadła z gry w momencie, w którym opuścił jej szopę.

Znajdki w Klanie Klifu!

 Do Klanu Klifu przez Lśniącą Gwiazdę zostały przyniesione trzy liczące zaledwie jeden księżyc kocięta!


Od Białego Strumienia CD. Połyskliwego Koguta

Nadeszła Pora Nagich Drzew, a wraz z nią śmierć. Wychłodzona zwierzyna, która padała poprzez bycie nieostrożną. Sępy, lisy, rysie oraz oczywiście Klan Burzy korzystający z ich tragedii, by przeżyć. W takich ciężkich czasach, jak tegoroczna mroźna Pora Nagich Drzew, każde mięso było na wagę złota. Wojownicy, którzy polowali coraz częściej, przychodzili z niczym, a nastroje wśród klanowych kotów blakły niczym kolory w tym chłodnym krajobrazie.
Biały Strumień rzadko w Porę Nagich Drzew wychodził na zewnątrz. Nawet blask księżyca odbijał się wyjątkowo mocno w śnieżnej pokrywie, niepokojąc tym albinotycznego przewodnika. Lotosowy Pąk rozmawiał z nim, mówiąc, że nie jest tak źle, jednak czerwonooki wolał nie ryzykować. Przestał również spotykać się z Drobnym Ukojeniem w obawie, że niska kotka utknie gdzieś w zaspie, lub właśnie on zostanie poparzony blaskiem księżyca. Być może przesadzał… ale nie chciał narażać żadnego z nich.
Wciąż pomimo tych wszystkich ostrożności, nabawił się gorączki. Szedł, oparty o ścianę tunelu, by nie wywinąć orła. Potrzebował dotrzeć do medycznej jamy… jeszcze trochę. Jeszcze parę kroków.
Spotkał na swojej drodze Srebrzystą Równonoc, która wsparła przewodnika w dotarciu do celu. Użyczyła mu ramienia i wspólnie odwiedzili Wdzięczną Firletkę. Starsza kotka wyuczonymi ruchami sprawdziła objawy, przeprowadziła wywiad. Równonoc poszła zająć się swoimi sprawami, podczas gdy medyczka zwinnie przygotowała dawkę ziół. Biały Strumień widział ilość zapasów. Musieli uważać, by nie chorować, bowiem nadwyżka mogła szybko zniknąć… Albinos czuł wyrzuty sumienia, zjadając podane lekarstwo. Pora Nagich Drzew trwała dopiero od jakiegoś czasu, a ziół ubywało. Zanotował w głowie, by kiedy przyjdzie Pora Nowych Liści, zapytać Firletkę, jakich roślin potrzebuje, żeby w nocy spróbować ich poszukać. W końcu takie medykamenty jak nasiona maku czy pajęczynę był w stanie zdobyć, więc dlaczego by nie pomóc?

~*~

Minęło kilka dni, a wszystkie objawy ustąpiły. Wszystko dzięki wiedzy medycznej kotki. Biały Strumień patrzył, jak Firletka się starzała… a ucznia brak. To znaczy, miała uczennicę, Łzawą Łapę, jednak kotka ostatnio dopuściła się strasznego czynu. Została odsunięta od obowiązków, ale Biały wątpił, iż powróci na stanowisko. Straciła zaufanie całego klanu. Biały Strumień niejednokrotnie słyszał wśród kotów obawy o własne życia. Nic dziwnego; medyk winien być najbardziej zaufaną figurą w klanie. To dzięki niemu wszyscy żyli w zdrowiu, mogli funkcjonować pomimo różnych defektów, jakie spadały na niektóre jednostki. Co z nimi teraz będzie? Czy Zawodząca Gwiazda mianuje nowego ucznia medyka, a Firletka zdąży go wyszkolić? Wiele kotów uznało, iż Łzawa Łapa powinna dostać surową karę, oraz odsiedzieć swój czas w więzieniu.
Mówiąc o więźniach… Przewodnik myślał dużo o swoim byłym uczniu. O tym samym, który zaskoczył go kiedyś w środku nocy, siedząc przy wyjściu z tuneli. Jak nieśmiałym, kochanym kociakiem był, chociaż nieco dziwnym. Chciał go nawet przedstawić Drobnemu Ukojeniu, jednak teraz… nie zamierzał tego robić z pewnych obaw.
Jego łapy same powędrowały ku miejscu, w którym trzymali więźniów. Biały Strumień, chociaż bardzo chciał, nie potrafił znaleźć logicznego wytłumaczenia czynu Połyskliwego Koguta. Jedynym wyjściem, by się dowiedzieć, była rozmowa u źródła. Poniekąd się obawiał… w końcu od czasu zbrodni nie zamienił z nim ani słowa. Nie mijał nawet tego legowiska, zniknął zupełnie, jakby go nie było w życiu srebrnego kocura. Serce mu kołatało, więc zatrzymał swój marsz, by wziąć kilka głębokich wdechów. Gdy uspokoił jego bicie, ruszył ponownie. Miał mnóstwo wątpliwości, a myśli kotłowały się w nim, nie dając żadnego jasnego komunikatu, czy wyraźnej odpowiedzi.
Biały Strumień zamienił kilka słów z kotem, który pilnował więźniów. Pomyśleć, że jeszcze niedawno w tym miejscu była Rudzikowe Skrzydełko, której grób teraz można było odwiedzić na powierzchni. Jej miejsce w więzieniu zajął syn rudej starszej. Sama myśl o tym przyprawiała przewodnika o nieprzyjemny dreszcz.
Kiedy stanął w wejściu do nory skazanych, spojrzał na srebrnego, byłego już swojego ucznia. Wzrok albinosa był twardy i niezrozumiały. Połyskliwy Kogut siedział przy ścianie na drugim końcu legowiska więźniów. Pomimo księżyca spędzonego wśród zdrajców, zawieszony przewodnik wyglądał na zadbanego. Tak też było teraz; młodzieniec pielęgnował futro z łagodnym, niewinnym wręcz uśmiechem. Kiedy skończył, kątem oka zerknął na Biały Strumień. Spoważniał i uniósł brwi.
— Dzień dobry... Biały Strumieniu? — wymamrotał. Wyprostował się, elegancko siedząc naprzeciw od dawnego mentora.
Biały przeanalizował ruchy kocura. Nie wyglądał na zrozpaczonego ani załamanego, w odróżnieniu od swojej wspólniczki, Łzawej Łapy. Czy naprawdę nie czuł poczucia winy?
Albinos zmrużył oczy i podniósł wyniośle pysk. Długo myślał nad tym, co ma powiedzieć, kiedy tu przyjdzie. Sporo czasu zajęło mu zastanawianie się co myślał o całej tej... sytuacji. Teraz gdy doszło co do czego, czuł rozczarowanie i złość.
— Dzień dobry? — powtórzył pytająco, a w jego głosie tańczyło poniekąd oburzenie. — Dlaczego to zrobiłeś? Przyniosłeś mi hańbę jako mój były uczeń, Połyskliwy Kogucie.
Kogut zamrugał.
— Dlaczego to zrobiłem? — Podniósł się i zrobił parę kroków do przodu. Pokręcił głową z politowaniem. Biały otworzył szerzej oczy na arogancję srebrnego. Uderzenie serca później, ponownie spoważniał, gdy kocur kontynuował;
— Rudzikowe Skrzydełko długo cierpiała. Chcieliśmy zakończyć jej udrękę — wyjaśnił zwięźle. Westchnął ciężko. — To była moja matka. Teraz może odpocząć od kary, która ją spotkała przez własną głupotę i naiwność — dodał z posmutniałym pyskiem.
Biały Strumień skrzywił pysk. Jego grzywka lekko drgnęła podczas ruchu głową.
— Kimże jesteście, by decydować o czyimś życiu i śmierci? — zapytał, a jego głos powędrował wzdłuż podziemnych korytarzy. — Jakie macie prawo, by podejmować takie kroki? Powiem Ci: żadne. Jesteś teraz takim samym mordercą jak ona, Kogucie.
Pokręcił głową z rozczarowaniem, ale również nutą niedowierzania. Jaka matka, taki syn. Miał nadzieję, że dzięki jego opiece i wpajaniu dobrych wartości, kocurek będzie w stanie wyjść na prostą drogę. Mylił się jednak; srebrny bowiem sam zdecydował się wejść na drogę ciemności.
Połyskliwy Kogut przyglądał mu się uważnie ze zmrużonym okiem, lecz nic więcej nie powiedział. Miał kamienny wyraz pyska, jednak końcówka płomiennego ogona zawieszonego przewodnika nerwowo drgała.
Biały Strumień zauważył nerwowe drganie ogona byłego ucznia. Mimo pozornie zachowanego spokoju widział, że w środku Kogut poczuł uderzenie jego słów. Wciągnął wilgotne powietrze, po chwili je wypuszczając.
— Klan nie będzie tolerował Twojego aroganckiego zachowania; ja również. Jeśli stracisz przywilej pełnienia obowiązku przewodnika, to na własne życzenie. Nie wiem, czy myślałeś o konsekwencjach, nim zdecydowałeś się popełnić tę zbrodnię — wypowiedział się ponownie. — Skazana czy nie, Rudzikowe Skrzydełko spotkała kara oraz potępienie, a jej dusza spoczęła na wieki w Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd. Twoje działanie nie było potrzebne, jednak należy już do przeszłości. Połyskliwy Kogucie, w moich, jak i klanu oczach, jesteś teraz jedynie mordercą.
Zrobił dłuższą pauzę.
— Czy masz jakieś... refleksje na temat swojego zachowania?
Jego uszy przylgnęły do głowy. Momentalnie skulił całe ciało, sierść przylgnęła do skóry. Teraz Połyskliwy Kogut wyglądał jak Kurczątko.
Biały Strumień patrzył, jak Połyskliwy Kogut się łamał. Wyglądał teraz tak żałośnie, iż miało się ochotę zmięknąć, by pogłaskać go po głowie i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze... problem w tym, że raczej nie będzie.
Kogut był jego pierwszym i jak dotąd, jedynym uczniem. Oczywiście, że zajmował specjalne miejsce w sercu przewodnika... Biały nie mógł jednak pozwolić zaślepić się uczuciom, kiedy konfrontował kocura. Nie należał do tych kotów; kruchych i zmiennych. Miał swoje wartości, których trzymał się zawsze. Dlatego też czyn Koguta tak go zabolał. Gdzie tu logika w czynach srebrnego? Z małego, nieśmiałego i cichego słodziaka wyrósł... taki kot. Kiedy to się stało? Czy Biały Strumień coś przeoczył? Czy mógł zareagować wcześniej i być może nie dopuścić do tej zbrodni? Czy srebrny mógł działać z premedytacją, z ułożonym planem śmierci Rudzikowego Skrzydełka? Czy może zrobił to pod wpływem silnych emocji, nie myśląc o konsekwencjach swoich działań?
— Czy moje refleksje cokolwiek tu zmienią? — zapytał łamiącym się głosem, nerwowo drgając i uciekając wzrokiem.
— Być może… — zaczął. — …Jeśli wykażesz odpowiednią skruchę oraz chęć do zadośćuczynienia, zmiany siebie, Zawodząca Gwiazda oraz klan Ci wybaczą.
Zamrugał powoli. To była bardzo trudna rozmowa, a Białym Strumieniem targały różne, nieraz sprzeczne emocje.
Kogut schylił głowę i pociągnął nosem. Długo mu zajęło zebranie się w sobie, aby odpowiedzieć jednemu z Trójki.
— ...Chcę zadośćuczynić, Biały Strumieniu. Chcę... — przełknął ślinę. — Chcę się poprawić.
Kątem oka spojrzał na wycieńczoną Łzę śpiącą w swym posłaniu.
— Chcę też... aby... aby Łzawa Łapa była znowu szczęśliwa — mówił dalej, przygnębionym tonem. — Chcę jej pomóc. To przeze mnie tu jest... — dodał cichym, drżącym głosem.
Spojrzał na albinosa swym głębokim, prawie czarnym jak oceaniczna otchłań okiem.
— Czy... czy mogę coś zrobić? Cokolwiek... abyś znów ujrzał we mnie dobrą istotę…
Biały Strumień przez chwilę się wzruszył, a jego serce drgnęło. Mimo to czerwone oczyska po uderzeniu serca błysnęły. Kogut miał...dwie twarze. Biały odnosił wrażenie, iż obie były nieszczere. Wszak przed chwilą sprawiał wrażenie aroganckiego i pysznego, dumnego z własnego czynu. Teraz jednak... płaszczył się przed nim niczym małe, bezbronne kocię. Albinos wiedział jednak, że kocur miał siłę i odpowiednie środki, których mógł w każdej chwili użyć.
— ... — milczał dłuższą chwilę ze zwątpieniem na pysku. — Jesteś szczery w tym, co mówisz?
Część Białego podpowiadała mu, że Połyskliwy Kogut do złudzenia przypominał innego skazanego... Tańcujące Pierze. Manipulacją zebrał wokół siebie koty, by dokonać zbrodni... czy Kogut zamierzał spróbować zwieść swojego byłego mentora, tak jak to zrobił z Łzawą Łapą?
Jego serce zabiło mocniej, na wspomnienie martwego mordercy. To on zabił wtedy jego ojca oraz wygnał siostrę… czy Połyskliwy Kogut, który z boku widział proces sądu, brał z niego przykład?
Były uczeń spojrzał na dawnego mentora słabym wzrokiem.
— Nie okłamałbym cię, Biały Strumieniu... — wymamrotał srebrny młodzieniec ze skuloną postawą. — Je... jestem szczery... chcę się poprawić. Naprawdę! — rozemocjonowany, podniósł ten jeden raz głos, błagając wzrokiem.
Wszystkie głowy więźniów, z wyjątkiem śpiącej Łzy, obróciły się ku nim.
— Uwierz mi... proszę... — miauknął smutno. — Proszę! Poprawię się... chcę zadośćuczynić... proszę...
Skulił się i zacisnął oczy.
Biały Strumień poczuł, jak napinają się wszystkie mięśnie w jego organizmie. Wybuch Połyskliwego Koguta bardzo go zaskoczył. Otworzył szeroko oczy i rozejrzał się, a strażnicy podeszli sprawdzić, co zaszło. Gdy dostrzegli zrozpaczonego Koguta, porozumieli się z przewodnikiem.
— Kogucie ja muszę... Ja muszę to przemyśleć — miauknął w końcu. — Skup się na razie na... odkupieniu swoich win i refleksjach. Żegnaj.
Po czym zawrócił, a jego długi ogon pofalował wraz z nim. Czuł się przytłoczony zachowaniem ucznia, miał jednak podejrzenia, co je wywołało. Potrzebował teraz czasu dla siebie, by wszystko ułożyć w głowie oraz przemyśleć… Wciąż nie wiedział, co powinien zrobić, jak myśleć teraz o Kogucie.
Potrzebował czasu.

Wyleczeni: Biały Strumień

<Połyskliwy Kogucie?>

Od Odety CD. Wrony

Dni zlewały się w jedną, wielką, straszliwą papkę, od kiedy poznała chłód lasu. Korony drzew ani biały puch chrupiący pod łapami nie znały litości. Kiedy oszołomienie wyrzucenia na skraj drogi minęło, a jej głowa przestała pulsować tym przeszywającym bólem, wydostała się ze swojego więzienia poprzez delikatnie uchyloną klapkę. Nie zauważyła procesu ubielania otoczenia, więc z zaskoczeniem przywitała śnieg pokrywający lodowatymi odłamkami wszystko dookoła. Pora zimna przyszła szybciej, niż tego oczekiwała. W tamtym momencie potrząsnął nią dreszcz, ale obecnie już przyzwyczaiła się do wszechogarniającego mrozu.
Pierwsze godziny były najgorsze. Pieszczochowi daleko do kogoś przyzwyczajonego do złych warunków, choć ostatnimi czasy znosiła zimno domostwa. Niemniej, tutaj było to trzy razy gorsze. Zziębnięcie sięgało aż do samych kości Odety, dopóki nie zaczęło przeistaczać się w dźwięk otoczenia. Wszystko to stało się tylko towarzystwem ogromnych rozmyślań i żali uderzających jej do głowy, gdy kręciła się po nieznanej okolicy.
Kolorowe liście mieszały się z topniejącym śniegiem, tworząc obraz istnie posępny. Dotykało ją to jeszcze bardziej podczas wspomnień dawnego domu, który został jej odebrany przez przykry los. Własne legowisko – wcześniej norma – dzisiaj okazało się snem i pragnieniem tak głębokim, aż bolało. Symptomy fizyczne mogły mijać, myśli jednak nigdy nie cichły. Jak można zasłużyć sobie na taki los? To przemyślenie dotykało ją co rusz. Aczkolwiek częściej po prostu użalała się nad stratami. Ukochana właścicielka, dom, jedyni bliscy… Teraz została sama w świecie długim oraz szerokim.
Pogoda nagliła gonitwę okropnych myśli. Świat dobiegł końca; dla niej było to pewne. Nie wiedziała nawet, czy dni zmieniały się, czy czas już przestał być aktualną ideą. Poranki mieszały się z popołudniami, jednocześnie noc zdawała się trwać wiecznie. Wszystkie wydarzenia były nieznaczące, nawet zaplątanie się w liany i szamotanina. Wówczas po prostu myślała o tym jako głupocie, kolejnej rzeczy nieznanej, czymś, co i tak nie zmieniało jej położenia w oczekiwaniu na koniec. Nagle nie było to już takie normalne, jak sobie wyobrażała, ponieważ spotkała ją niespodziewana łaska w postaci innego kota, lecz nie ominęło jej zaniepokojenie.
— Hej, pomogę — mruknęła kłapoucha, która delikatnie wyszła z krzaków. Młodsza stała jak wryta. Przerażona. — Iii… już — sapnęła. — A teraz jak problem został zażegnany, powiedz mi, jak ci na imię?
Racją było, że jej mięśnie stały się sztywne i spięte. Odplątywanie było przez to utrudnione… nieznajoma poradziła sobie dobrze mimo tego. Odeta nie pomagała, gdyż była zajęta wbijaniem spojrzenia w tamtą. Wyglądała na zadbaną, pomimo bycia w sercu lasu. Czarne umaszczenie otulające ją ciasno z uroczymi piórkami utkanymi po długości futerka. Czy może był to anioł, o których słyszała opowieści? A może doczekała się śmierci i teraz dostała ofertę odejścia? Nie ważne co to było, nie odrywała oczu, a strach był niemożliwie silny.
— O-odeta — wydukała.
Zmusiła się do odpowiedzi. Własny głos brzmiał nieodpowiednio w jej uszach. Przez dni milczała, co nie zdarzyło się do tej pory nigdy. Ostatnimi czasy mówiła mniej, jednak kochała pocieszać siebie, chociażby podśpiewywaniem. Teraz nawet chrypka wezbrała w gardle koteczki przez ten niemy okres. Wyłącznie oczy wyrażały wszystko, co chciała powiedzieć, natomiast nie mogła zmusić siebie do wyduszenia.
— Odeta? To jakiś ptak?
Myśli przywróciły ból. Nie miała już siły skrzywić pyska ani odpowiedzieć. Wyjście na nieuprzejmą nawet podczas tej sytuacji wydawało jej się fatalnym pomysłem. Wolała pozostawiać koty uśmiechnięte albo przynajmniej z godną usłyszenia odpowiedzią.
— Nie, nie… tak nazwali mnie moi domownicy. — Dymna zastrzygła uszami. Wyjawiła jakąś tajną informację, którą zrozumiała ta spotkana? Te zastrzygniecie zaintrygowało ją wewnętrznie. Koteczka miała mętlik w łebku, musiała rozejrzeć się dookoła i postąpić kroku, gdy przepytywanie było kontynuowane.
— Twoi domownicy nie dbają o ciebie?
Najpierw nie zrozumiała. Wtem zerknęła na siebie i zauważyła swój okropny stan. Jej sierść zupełnie nie przypominała tej miękkiej, ułożonej, jak u kocicy, a zamiast tego była cała brudna od kurzu. Jej ogon zdawał się nawet posiadać ślady błota! Jak pozwoliła sobie doprowadzić się do takiego stanu? Ból pojawił się po raz kolejny, pozostając na jej sercu dłuższy moment.
— Cóż, już z nimi nie mieszkam… — wydukała niepewnie. Nie była pewna, co było prawdą w tej sytuacji. Pewność miała tylko w kwestii, że domostwo przestało być bezpieczne od momentu śmierci pani sprawującej nad nimi opiekę. Wówczas mieszkała już na własną łapę, co nie różniło się wiele od teraźniejszości, poza obecnością innych kotów do pomocy. Jak ona marzyła o kimś, z kim mogłaby dzielić tę niedolę!
Cisza, która nastała, skłoniła Odetę do uchylenia głowy w dół. Chyba naprawdę przyszedł jej czas na zajęcie miejsca obok martwej Wyprostowanej. Słowa uderzyły w nią z zaskoczenia. — Wiesz, jeśli chcesz, my możemy się tobą zaopiekować. Mamy obóz niedaleko stąd. — Liliowa zastrzygła uszami. Tak nieprzewidziana wypowiedź wyrwała ją z załamanego stanu rozumu.
— Obóz? — słowo spadło z jej języka lekko. Brzmiało jak coś przyjemnego.
— Tak, ja i inne koty żyjemy razem, pomagając sobie nawzajem. Nazywamy się Owocowym Lasem — odrzekła rozmówczyni.
Młoda zamrugała parokrotnie. Iskierki zatańczyły w jej oczach. Zgasły równie szybko, jak się pojawiły. Wysunęła pazurki, aby uziemić trochę swój stan umysłowy, ale dalej wyglądała słabo. Wrona mogła być pewna, iż nie zostanie zaatakowana tymi naturalnymi atrybutami obronnymi, choć była pupilka chwiała się na łapach. Naprawdę nie wyglądała na wystarczająco silną czy sprawną. Ona walczyła z wyobrażeniami chcącymi przejąć jej świadomość, bojąc się zawiedzenia.
— Czy to metafora do miejsca, gdzie trafiamy po śmierci? — Odeta uciekła wreszcie wzrokiem od tamtej po długim wpatrywaniu się w nią z zapewne dosyć nieprzyjemną intensywnością. Przełknęła gorzki smak rosnący usilnie w pyszczku, spowodowany nadchodzącymi emocjami szargającymi jej zmysłami. Odepchnięcie szansy było jednak tak skomplikowane… zawsze trzymała się kurczowo takich okazji. Życie zawodząc, pokazało jej złudność życzeń. No, ale po części dalej była tylko roztrzęsionym kociakiem z nadzieją w sercu.
— Co? Chyba mnie nie zrozumiałaś — rzuciła Wrona do niej, gdy była zajęta myśleniem. Tego transu nie było łatwo przerwać, nie podobnie do poprzedniego.
Poczuła nawrót zawrotów głowy i mimowolnie postąpiła parę kroków w przód, wpadając na pomarańczowooką. Nie była to rzecz ani w pełni świadoma, ani też w zwykłe przewrócenie. Było to jak naturalna potrzeba. Oparła się na jej boku, bo nie wiedziała szczerze co zrobić. Przez tyle czasu trwała w tym lesie, że nawet tak głupi skrawek lepszego życia był, jak powiew ciepłego powietrza w Porze Nagich Drzew. Inne koty i wspólnota… w chwili nie mogła porównać tego ze swoją wiedzą o klanach, zbyt zaaferowana i zajęta powstrzymywaniem łez. Tak czy inaczej, jaśniała niczym perfekcja jako pomysł.
— Gdziekolwiek indziej niż tutaj, proszę. Gdziekolwiek indziej niż tutaj… — łkała, czując łamanie serca w piersi. Pękło odrealnienie, broniące jej przed największym cierpieniem. Dopuszczenie myśli o tym, iż teraz będzie musiała żyć tu i teraz w realiach bez najbliższych oraz znajomych kątów – załamało ją. Niemniej, nie chciała się wycofywać. Pragnęła zniknąć z tej głuszy, jeśli tylko miała na to szansę, była gotowa błagać przy samej ziemi. Potrzebowała obudzić świat do odgłosów. Wystarczy jej bezruchu, ciszy, tej przygnębiającej pustki.
— Proszę, proszę… — powtarzała pod nosem, przypominając modlitwę skierowaną do powietrza bardziej niż coś wypowiadane ku Wronie. Pozostała na miejscu, przy jej boku, przyciskając się mocniej; jedno drobniejsze ciało, przy drugim większym. Liczyła na zyskanie odrobiny ciepła i wdychała specyficzną woń, jeśli tylko oznaczała brak samotności. Nie zwracała uwagi na reakcje kotki, dopóki ta pozostawała bez ruchu, pozwalając jej na to osobliwe zbliżenie.

<Nieznajoma?>

Od Wrony do Odety

Wrona spacerowała po lesie, myśląc o wydarzeniach z jej życia. Była na bitwach – czy bardziej bitewkach – była świadkiem reform, które zmieniły Owocowy Las na zawsze. Miała również uczennicę, Alkę.
Na początku była marudna, trochę leniwa i niezainteresowana. Gdy raz puściły jej nerwy i powiedziała, by uważała, młodsza trochę się przestraszyła, ale jeszcze bardziej jej nie lubiła. Wrona postanowiła zastosować inne metody wychowawcze. Powiedziała, że jak Alka odróżni ślady lisa od borsuka, pójdą pozbierać kwiaty. To uspokoiło młodą kotkę i wróciła z treningu szczęśliwsza niż kiedykolwiek. Gdy Alka nie była na nią (przynajmniej na oko) zła, chodzili na kwiatki każdego dnia, w którym mimo błędów udało jej się zrobić postępy. To była zdolna, lecz trudna uczennica, ale chyba jej się udało.
Szelest w zaroślach wyrwał ją z zamyśleń i przeszła do skradania. Za chaszczami była mała, liliowa kotka, która się zaplątała w jakieś pnącza. Nie wyglądała na groźną.
– Hej, pomogę – mruknęła kłapoucha, która delikatnie wyszła z krzaków. Młodsza stała jak wryta, przerażona.
– Iii… już – sapnęła. – A teraz jak problem został zażegnany, powiedz, jak ci na imię?
– O-odeta – wydukała.
– Odeta? To jakiś ptak?
– Nie, nie… tak nazwali mnie moi domownicy.
Dymna zastrzygła uszami, a więc pieszczoszka…
– Twoi domownicy nie dbają o ciebie? – zapytała, widząc zakurzoną sierść kotki. Nie widziała nigdy pieszczocha (chyba że Poinsecje, która nadawałaby się do tego idealnie), lecz wydawało jej się, że te koty miały błyszczącą sierść i jedły trociny.
– Cóż, już z nimi nie mieszkam… – wydukała niepewnie.
Wrona zastanowiła się przez chwilę. Owocowy Las chętnie by przyjął taką młodą kotkę.
– Wiesz… jeśli chcesz, my możemy się tobą zaopiekować, mamy obóz niedaleko stąd.
Liliowa zastrzygła uszami.
– Obóz?
– Tak, ja i inne koty żyjemy razem, pomagając sobie nawzajem, nazywamy się Owocowym Lasem.
Zielonooka zastanowiła się przez chwilę.

<Odeto?>

Od Psianki CD. Borowika

Wróciłam do obozu z zającem zwisającym z pyska. Był cięższy, niż się spodziewałam, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie – byłam z siebie niesamowicie dumna. Zając nie był przecież czymś, co często trafiało się w Owocowym Lesie, więc kiedy udało mi się go złapać, przez całą drogę powrotną miałam ochotę wszystkim o tym opowiedzieć. A właściwie jednemu konkretnemu kotu.
— Borowiku! — zawołałam niewyraźnie, odkładając zdobycz na stertę zwierzyny. Nie odpowiedział, więc rozejrzałam się po obozie i szybko dostrzegłam burego kocura stojącego niedaleko.
— Borowiku! — zawołałam ponownie, po czym podbiegłam do niego i usiadłam obok, ledwo powstrzymując się od podskakiwania z podekscytowania. Miałam w głowie pewien pomysł już od jakiegoś czasu i w końcu znalazłam kogoś, kto mógł mi w nim towarzyszyć.
— Masz ochotę zrobić coś bardzo niekonwencjonalnego i szalonego? — Borowik spojrzał na mnie kątem oka, a jego ogon drgnął z ekscytacji.
— Coś… szalonego? — powtórzył, jakby sam próbował oswoić się z tym pomysłem. — No… ale… jak bardzo… szalonego…?
Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, bo jego reakcja tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że wybrałam odpowiedniego kompana. Nie chciałam jednak zdradzać wszystkiego na środku obozu, dlatego rozejrzałam się dookoła, upewniając się, że nikt nie zwracał na nas uwagi.
— A widziałeś kiedyś Dwunożnego na żywo? — spytałam, ściszając głos do konspiracyjnego szeptu. Borowik zmarszczył brwi i również zaczął nerwowo rozglądać się na boki.
— Uh… ano… widziałem. Znaczy… w mojej głowie — odpowiedział po chwili. — I wydawał się… całkiem żywy. Wyobrażam ich sobie czasem. Jako gigantyczne, łyse koty, co na dwóch łapach chodzą. Bo mówią…
Nachylił się bliżej i jeszcze bardziej ściszył głos.
— Mówią, że tak wyglądają — przez chwilę milczał, po czym pokręcił głową. — Ale no… nie, nie… Ja nigdy nie widziałem takiego… nie naprawdę. A bo co…?
Nie mogłam dłużej czekać.
— To chodź, nie możemy rozmawiać tutaj! — szepnęłam, po czym ruszyłam truchtem poza obóz, kierując się w stronę Szopy Strachu. Nikt zbyt często nie zapuszczał się w tamte okolice, więc byliśmy niemal pewni, że nikt nie będzie próbował podsłuchiwać naszej rozmowy. Borowik przez chwilę stał w miejscu, wyraźnie zdezorientowany, ale ostatecznie ruszył za mną.
— C… co…? Och, Wszechmatko… Ale… uh… — wymamrotał, próbując mnie dogonić. Po drodze omal się nie przewrócił, zahaczając łapą o kamień, przez co obejrzałam się na niego z lekkim rozbawieniem. Na szczęście szybko odzyskał równowagę i po chwili znalazł się obok mnie. Kiedy znaleźliśmy się przy Szopie Strachu, zatrzymałam się i usiadłam, owijając ogon wokół łap. Spojrzałam na Borowika poważnie, choć w środku nadal aż rozpierało mnie podekscytowanie.
— Mam pewien plan, ale najpierw musisz mi obiecać, że nikomu nic nie powiesz! — Borowik rozejrzał się po okolicy, po czym spojrzał na mnie z szeroko otwartymi oczami.
— Ja… ja nie powiem nic, nigdy, nie… Ale… nie chodzi o nic… uh… złego, prawda…? Bo ja to… złego nie chcę nic… — mruknął niepewnie. Pokręciłam głową i odpowiedziałam całkowicie poważnie:
— Nigdy bym cię nie poprosiła o nic złego, Borowiku.
Wzięłam głęboki oddech i wreszcie powiedziałam mu, co od dawna chodziło mi po głowie.
— Chciałabym wybrać się w okolice Siedliska Dwunożnych. Od zawsze byłam ciekawa ich wyglądu… a to jedyne miejsce, gdzie mogłabym ich zobaczyć! Tylko podróż do ich miejsca jest bardzo długa i ciągnie się przez tereny innych klanów. Ale z moich obliczeń wynika, że jeśli wyruszymy tuż przed świtem, a w samym Siedlisku nie spotkamy żadnych kłopotów i zostaniemy tam stosunkowo krótko… powinniśmy wrócić do Owocowego Lasu przed zmierzchem — przerwałam na moment, po czym dodałam nieco ostrożniej: — Oczywiście możesz się wycofać! Ale z moim gadulstwem sama długo nie wytrzymam i potrzebuję kompana do podróży…
Borowik podrapał łapą ziemię i pokręcił głową.
— Uh… To… to niedobry pomysł, nie, nie… — zaczął, a ja przez chwilę tylko na niego patrzyłam, czekając, aż skończy. — Jeśli na terenach innego klanu złapie nas patrol, to będzie po nas. Jeśli się tam zgubimy, to też po nas. Albo Dwunożni… uh… zrobią coś tak, że będzie po nas — zawahał się, po czym dodał z wyraźnym niepokojem: — A to jeszcze jest droga w dwie strony… um…
Przez chwilę milczał, wyraźnie rozważając wszystkie możliwe konsekwencje. Już miałam zacząć go przekonywać, kiedy jego mina nagle trochę się zmieniła.
— Ale no… w sumie… jak pójdziemy razem, to… to będziemy mieć dwie pary oczu i uszu i… i ogólnie wszystkiego, co przydatne, razy dwa, więc… — zawahał się jeszcze raz, po czym wzdrygnął się lekko. — Ugh… A co mi tam… Pójdę no… Hm. Przecież cię samej nie puszczę…
Przez moment po prostu na niego patrzyłam, a potem nie mogłam powstrzymać szerokiego uśmiechu.
— Wiedziałam, że się zgodzisz! — rzuciłam z entuzjazmem, a mój ogon niemal od razu uniósł się do góry. Mieliśmy plan. Następnego dnia, jeszcze przed świtem, mieliśmy opuścić Owocowy Las i ruszyć w stronę Siedliska Dwunożnych. Czekała nas długa droga, tereny innych klanów i mnóstwo rzeczy, których nie mogliśmy przewidzieć, ale właśnie ta niewiadoma podobała mi się najbardziej.
Nie wiedziałam, co zobaczymy, czy uda nam się bez problemu dotrzeć na miejsce ani jak właściwie będą wyglądać prawdziwi Dwunożni. Wiedziałam tylko, że nie zamierzałam już dłużej polegać na cudzych opowieściach. Chciałam zobaczyć ich na własne oczy, a Borowik – ku mojej ogromnej radości – miał mi w tym towarzyszyć.

<Borowiku?>

Od Odety

Bezfutrzaste łapy chwytały niezgrabnie, zupełnie nie jak powinien to robić rzetelny kot. Brak gracji w chwycie był wyczuwalny i zauważalny. Może to strach przed draśnięciem pazurków? Prawdopodobnie mogła być to równie dobrze niechęć względem kotki. Nie można być jednak pewnym, co właściwie uwarunkowało to wydarzenie, bo było na tyle niespodziewane, że nieprzewidywalne. Nikt nie mógł wyobrazić sobie zawczasu dzisiejszego biegu zdarzeń. Nawet rodzice Odety, którzy patrzyli zdezorientowani, a wręcz przerażeni, na porwaną w powietrze córkę.
Dwoje Wyprostowanych było czymś nowym w ich cichym zakątku. Patrząc na nich, trudno było rozpoznać wielkie, różowe pyski. Nie przypominały ani właścicielki, ani też odwiedzających sąsiadów i przyjaciół. Mówiąc szczerze, na początku dotknął całą familię niepokój z nimi związany. Natomiast minął szybko, przez pojawiające się w miseczkach jedzenie i ruch w domu. Pierwszy posiłek po dniach głodowania oraz podjadania tego, co mogli znaleźć, był przepyszny i pochłonięty bezzwłocznie. Odgłos w domu, chociaż nieufnie przyjęty, był wyczekiwany. Obecnie tylko te ręce były problemem. Wydarzenia biegły w tempie na tyle szybkim, iż połapanie się w momencie sięgało granic pojęcia. Najpierw te okropne ciągnięcie za futerko, następnie głuchy trzask czegoś będącego otwieranym, a potem uderzenie o twarde, metalowe podłoże. Przynajmniej sparowane z uwolnieniem od uścisku.
Bezzwłocznie, zawroty głowy przyczepiły się do Odety jak rzep na ogonie zaraz po spotkaniu z podłożem. Grunt mieszał jej się z ziemią i vice versa, aczkolwiek ten czarny materiał byłby utrudniający do określenia płaszczyzny znajdowania tak czy inaczej. Czy to podłoga, czy też sufit – wyglądało to identycznie, jakoby wielka, czarna skała połyskująca w świetle. Do tego niemiłosierna w swej nieprzyjemnej oślizgłości.
Znała to miejsce. W tym pudle przesiadywała co rusz, gdy nachodził straszliwy czas roku, gdy miliony metalowych pazurów były wbijane w jej kark. W chwili dotarcia tego skojarzenia do jej świadomości zaczęła drżeć. Co dziwne jednak jej rodzice okazali się zamknięci w takich samych klatkach zaraz po niej. Widziała swoją matkę wierzgającą, aby odpędzić od siebie straszliwe dłonie, niemniej została przeniesiona do przestrzeni za kratkami bez szansy na, chociażby samoobronę najniższego stopnia. Wyprostowany był bezduszny. Chwytał mocno i za kark w sposób, którego nie dało się łatwo rozgryźć. Pieszczoszka nie rozumiała, jak radzić sobie z taką niesprawiedliwością. Nie powinna mieć ona miejsca w żadnym względzie!
Potrzeba krzyku wypełniała całe jej gardło, ale łzy były pierwsze. Jej delikatne serduszko zaczęło boleć z ogromnym nasileniem, doprowadzając do słonych kropel spływających prosto do jej pyska. Okropny smak, prawie gorzki. Gdyby to nie było wystarczającym, chcąc się uspokoić, wzięła zbyt duży wdech i zaczęła krztusić się własnymi łzami… pechowiec tak straszny, aż to śmieszne. Choć jej nie było do śmiechu. Przywarła do ułożonych w kratkę prętów, pomimo dotkliwego zimna, jakie z nich biło. Całe jej ciało trzęsło się w ten czy inny sposób, więc po co przejmować się tylko dodatkowym powodem? Warto próbować zobaczyć przestrzeń poza smolistym więzieniem nie do zdarcia.
— Mamo! — nawoływała bez odpowiedzi. Po zauważeniu, że to nie zadziałało, obrała inną taktykę. — Tato! — piszczała na cały głos. Niemniej, dostała odpowiedź wyłącznie ciszy przerywanej krokami. Jakiś zamęt miał miejsce na zewnątrz. Coś, czego nie mogła dostrzec ze swojego punktu położenia.
Mimo wszystko usilnie próbowała dojrzeć cokolwiek. Nawet kiedy została podniesiona i musiała skulić się, aby nie obijać się o ściany. Nawet, podczas gdy położono ją w kolejnym miejscu przywołującym wspomnienia straszliwych Dwułapów… nawet w chwili, podczas której dostrzegła zrezygnowanych rodziców kawałek dalej. Już chciała otwierać pysk i wrzeszczeć do nich wniebogłosy, uradowana wreszcie ponownym spotkaniem. Nie minęła minuta, a dostrzegła ich śpiące mordki w dziwnym, nieadekwatnym spokoju względem tejże zupełnie nienormalnej sytuacji. Zamarła w bezruchu, przyglądając się im ze zdenerwowaniem.
Potem czas się dłużył. Nie chciała zbudzić kotów, które w osobliwy sposób odnalazły równowagę. Sama chciała jej zaznać. Zamiast tego mogła tylko wstać i poruszać się po ciasnej przestrzeni, która oferowała nieliczne możliwości, wystarczające tylko dla kogoś zdesperowanego jak koteczka do wyżycia się w jakikolwiek cielesny sposób. Krzątała się z kąta w kąt, bez pełnego wstania. Fakty tylko uderzały w nią po kolei. Postępowała kroku, a z przodu słyszała głosy Dwunożnych. Jeden obrót w klaustrofobicznej przestrzeni i pomyślała o długo niebudzących się rodzicach. Wówczas w jej głowie zaistniała możliwość, iż nigdy tego nie zrobią. Z każdym uderzeniem serca, uderzało w nią coraz więcej zmartwień o podobnej naturze.
Znała już oblicze śmierci, nie chciała widzieć go ponownie w tak krótkim czasie od ostatniego zapoznania. Wiedziała, że stała zaraz naprzeciw takiemu biegu zdarzeń. Przykry los spłatał jej figla i skończyła, jak skończyła. Zmuszała siebie do milczenia, ale teraz już nie mogła. Zaczęła płakać i piszczeć, i tarabanić się na drzwiczki, i wołać aż jej płucom zabrakło powietrza… dopóki finalnie nie zatrzymali się z szarpnięciem. Młodziutka przeleciała przez całą długość klatki. Obezwładniający prostokąt został podniesiony, wtem rzucony. Nagle z wnętrza przeniosła się i leżała na miękkiej trawie lasu. Zupełnie sama. W obcym miejscu. Z transporterem tylko na wpół uchylonym i bólem w głowie wystarczającym do omdlenia. Sen był zbawienny, nie po raz pierwszy w jej życiu przepełnionym strachem.

12 października 2026

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Ognikowej Słoty

Przeszłość

— Pamiętasz, jak ostatnio mówiłaś, że chciałabyś dostać skrzydeł i polecieć? — zagadnęła Słota, patrząc czule na leżącą obok niej kotkę, która śmiała się jeszcze przez jakiś czas. Kocimiętka wreszcie otarła jedną z łez szczęścia spływającej z jej policzka i pokiwała głową po dłuższej chwili, pociągając nosem jednokrotnie.
— Tak… a co, wynalazłaś sposób na to? — zapytała, na moment odpływając z powrotem myślami, wzrokiem błądząc gdzieś po wielokolorowym nieboskłonie.
— Myślę, że tak. Czuję się przy tobie tak, jakby mi ktoś doczepił skrzydła — wyznała.
Jasnooka zamrugała zaskoczona jakby przywrócona znów do teraźniejszości. Przez krótką chwilę wyglądała tak, jakby szukała w najdalszych odmętach umysłu stosownej odpowiedzi. Zaraz jednak jej pyszczek rozjaśnił się ciepłym uśmiechem, popartym przez wysunięty język.
— Cieszę się — wymruczała, przesuwając łapą po łapie Ognikowej Słoty. Ich boki stykały się, gdy leżały tak obok siebie. — Może ja też zostałam ptakiem. Przy tobie czuję się tak, jakbym miała za sobą już dawno swój pierwszy lot. Wylot z gniazda — zachichotała, mrużąc oczy, gdy słońce zaświeciło prosto w nie.
Ognikowa Słota zamruczała na jej słowa, co sprawiło, że po klatce piersiowej Kocimiętki rozlało się ciepłe uczucie. Miała wrażenie, jakby każdy skrawek jej ciała był przepełniony miłością w najczystszej i najpiękniejszej postaci. W tej chwili nie widziała świata poza swoją partnerką i marzyła jedynie o tym, by taki stan rzeczy utrzymywał się już do końca jej dni — a może i jeszcze dłużej. Czuła się niezwykle spełniona, przekonana, że nawet góry byłaby w stanie przenosić u boku drugiej mistrzyni. W końcu miała już wszystko, o czym tylko mogła zamarzyć. Cieszyła się dobrą reputacją, wysoką pozycją w klanie, a także obecnością drugiej połówki, której nie zamieniłaby na nic innego.
— Słoto…? — mruknęła po chwili rudofutra, poruszając nieznacznie wibrysami. Jej wzrok leniwie przesunął się po źdźbłach trawy, by następnie powędrować ku pyskowi szylkretowej kotki.
— Tak? Czy coś się stało? — odparła mistrzyni, subtelnie przekręcając głowę.
Kocimiętkowy Wir zachichotała cicho pod nosem, nim zdążyła cokolwiek powiedzieć. Przez moment zastanawiała się, jak ubrać swoje uczucia w słowa, lecz ostatecznie postanowiła po prostu powiedzieć to, co akurat przyjdzie jej na język. W końcu zawsze tak postępowała, a właśnie taką wersję jej pokochała Ognikowa Słota.
— Wiesz, zastanawiałam się, czy już na zawsze będzie nam dane być razem… — miauknęła, wyglądając na zamyśloną. — Tak dobrze mi się przebywa w twoim towarzystwie, że nie wyobrażam sobie, by kiedykolwiek miało być inaczej! — dodała, uśmiechając się ciepło do partnerki.
Słota skinęła głową, a końcówka jej ogona drgnęła.
— Nie masz się o co martwić, Kocimiętko — odparła spokojnie, na co rudofutra zamruczała cicho.
— No tak, masz rację… Jestem pewna, że Mroczni Przodkowie będą nad nami czuwać, a dzięki temu nasze uczucie przetrwa całą wieczność! — zaśmiała się, mimo że była całkowicie przekonana o prawdziwości swoich słów i wypowiadała je z powagą. W końcu były parą idealną — obie silnie związane z Miejscem, Gdzie Brak Gwiazd, musiały przecież cieszyć się jego opatrznością.
Kocimiętkowy Wir już nie mogła doczekać się chwili, w której doczekają się gromadki słodkich kociąt, wychowywanych na przyszłych kultystów. Widziała ich wspólną przyszłość oczyma wyobraźni i była pewna, że czekają je obie czasy pełne szczęścia i dumy.

* * *

Teraźniejszość

Mistrzyni nie przepadała za przebywaniem w obozie, a składało się na to wiele czynników. Jednym z nich był chociażby fakt, że nie znosiła spoglądać na pyski tych okrutnych morderców. Nienawidziła budzić się rano, ponieważ wtedy musiała otworzyć oczy i dostrzec leżących na posłaniach kultystów, którzy podczas snu wyglądali niemal tak niewinnie, że aż trudno było uwierzyć, iż jeszcze kilka nocy temu stali z zakrwawionymi łapami nad ciałami samotników. Nie potrafiła nawet rozmawiać z większością Wilczaków, przez co dnie spędzała poza obozem lub ukryta na obrzeżach azylu. Mimo wszystko trochę tęskniła za kontaktem z innymi kotami i czuła, że może powinna częściej kręcić się w pobliżu granic. Nie miałaby problemu z rozmową z jakimś Klifiakiem czy Burzakiem. Przynajmniej wiedziałaby, że kot, z którym rozmawia, nie może pochwalić się odebraniem komuś życia. Właśnie dlatego postanowiła w końcu wybrać się na spacer. Zamiast jednak od razu ruszyć w stronę granicy z którymś z klanów, zaczęła iść wzdłuż rzeki.
Nie wiedziała, dlaczego obrała właśnie tę drogę. Może podświadomie liczyła na to, że uda jej się spotkać tamtą samotniczkę, która kilka dni temu jej uciekła? Cóż, nawet jeśli tak było, nie rozumiała, dlaczego tak bardzo ciągnęło ją do tej kotki. Przecież była tylko samotniczką — dlaczego więc Kocimiętka nie potrafiła przestać myśleć o tym, że gdyby tylko miały okazję przeprowadzić nieco dłuższą rozmowę, mogłyby się dogadać?
Tak bardzo pogrążyła się we własnych myślach, że niemal wpadła do rzeki. Zatrzymała się tuż przed brzegiem, gwałtownie wracając do rzeczywistości. Jej wzrok spoczął na płynącej wodzie, a po grzbiecie przebiegł dreszcz. Mało brakowało, a wpadłaby do środka i popłynęła wraz z nurtem! Dobrze, że w porę się opamiętała. Zanim jednak zdążyła zawrócić i ponownie pogrążyć się w rozmyślaniach, do jej nozdrzy dotarł zapach obcego kota — samotnika. Przez moment w jej sercu pojawiła się iskierka nadziei, lecz Kocimiętka szybko zdała sobie sprawę, że woń intruza znacząco różniła się od zapachu kotki, o której jeszcze przed chwilą myślała. Z frustracją strzepnęła ogonem, po czym przypomniała sobie, że wciąż znajdowała się na terenach Klanu Wilka, a to oznaczało, że musiała zlokalizować samotnika i go przegonić. Na szczęście nie było to trudne, ponieważ znajdowała się na otwartej przestrzeni. Rozejrzała się wokół i szybko dostrzegła majaczącą na tle śniegu sylwetkę. Kot najwyraźniej na coś polował. Choć rozumiała, że musiał czymś się pożywić, nie mogła pozwolić mu na kradzież zwierzyny z terenów Klanu Wilka. Nawet jeśli uważała, że Wilczaki nie zasługiwały na tę piszczkę. Nie mogła przecież być od nich gorsza i robić im na złość, prawda?
Postanowiła podejść do intruza, który był zbyt zajęty skradaniem się do jakiegoś ptaka, by ją zauważyć. Gdy znalazła się wystarczająco blisko, zatrzymała się i zmrużyła ślepia. Samotnik wciąż nie wyczuł jej obecności, więc rudofutra postanowiła odchrząknąć. Wtedy kot wyprostował się, napinając mięśnie. Mistrzyni zauważyła, że futro na jego karku nieznacznie się nastroszyło.
— Czyżbyś nie posiadał zmysłu węchu? — mruknęła, unosząc jedną brew.
Samotnik odwrócił się w jej stronę. Jedno spojrzenie wystarczyło, by to Kocimiętka zamarła w bezruchu. Serce podeszło jej do gardła, a myśli na moment zupełnie się ulotniły. Dopiero po chwili zamrugała kilkakrotnie, próbując pozbyć się dziwnego uczucia, które ścisnęło ją w klatce piersiowej.
W końcu… to pewnie tylko przypadek, że kocur stojący przed nią wyglądał podejrzanie podobnie do samotnika, którego zabiła kilka księżyców temu. On również miał czekoladowe futro i niemal identyczne bursztynowe oczy. Sierść Daniela była jednak poprzecinana tygrysimi pręgami, podczas gdy kot, który stał teraz przed nią, był cętkowany.
— Przepraszam? — odezwał się samotnik.
— To teren należący do Klanu Wilka. Nie wolno ci tu przebywać — oznajmiła Kocimiętkowy Wir, wciąż intensywnie się w niego wpatrując. Nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Dlaczego był tak podobny do Daniela?
— Ach, przepraszam! — odparł kocur. — Tak mocno wieje, że chyba wasz zapach musiał się rozwiać. Nie wiedziałem, że nie mogę tu polować… — zaczął się tłumaczyć. — Nie potrafiłem niczego znaleźć na terenach samotników… Czy na pewno nie mógłbym spróbować tutaj zapolować? Padam z głodu! — westchnął ciężko.
Rudofutra nieznacznie położyła po sobie uszy. Powinna go stąd przegonić, ale… nie potrafiła. Ach, dlaczego ostatnio cały czas miała taką słabość do samotników? Czuła, że jest coś winna temu kocurowi… W końcu, jeśli naprawdę był bratem Daniela, musiał teraz żyć w samotności, ponieważ jego brat został mu odebrany właśnie… przez nią.
— Nie… nie powinieneś — odezwała się w końcu, odwracając wzrok. — Jeśli moi pobratymcy zobaczą cię tutaj podczas polowania, nie wyjdziesz z tych terenów w jednym kawałku! — ostrzegła go.
Czekoladowy zmrużył oczy, jakby nagle coś przyszło mu do głowy. Przez moment wpatrywał się w mistrzynię, aż w końcu mruknął:
— Czy to już kiedyś się… zdarzyło? — Uniósł brew. — To znaczy, czy musieliście już kogoś tak… przeganiać? — dodał, na co mina zielonookiej spoważniała. Dlaczego o to pytał?
— No raczej. W przeciwnym razie bym cię nie ostrzegała — zauważyła, próbując zignorować dziwne uczucie, które nie dawało jej spokoju.
— Ach, w takim razie dziękuję ci. Muszę mieć sporo szczęścia, że trafiłem akurat na ciebie. Zakładam, że nie do każdego los się uśmiechnął… — miauknął, uśmiechając się do mistrzyni w dość dziwny sposób.
Kocimiętka nie potrafiła znieść jego zachowania. Czuła, że podobieństwo intruza do Daniela nie było przypadkowe, podobnie jak słowa, które wypowiadał. Miała wrażenie, że czekoladowy celowo dobierał je tak, by wywołać w niej jakąś reakcję.
— W takim razie, Łośku, czy pozwolisz, że odprowadzę cię do granicy? — zaproponowała, choć jej ton jasno wskazywał, że odmowa nie wchodziła w grę.
Kocur uśmiechnął się jeszcze szerzej.
— Pozwolę, jeśli powiesz mi, skąd znasz moje imię — odezwał się, na co Kocimiętka zamrugała kilkakrotnie.
Była pewna, że już jej się przedstawił… Przełknęła ślinę i odwzajemniła uśmiech kocura.
— Jesteś bratem Daniela, prawda? — zapytała, śmiejąc się nerwowo pod nosem. — Tak się składa, że miałam okazję go poznać — dodała, a przed jej oczami pojawiło się wspomnienie tamtej nocy. — On… nie żyje. Przykro mi. Właściwie to… próbowałam mu pomóc. Chciałam go uratować, lecz moi pobratymcy byli szybsi. Przepraszam, Łośku… — mruknęła, kłamiąc mu prosto w oczy.
Wyraz pyska czekoladowego natychmiast spochmurniał.
— No tak, mogłem się tego spodziewać. Przecież nie uciekłby ode mnie zupełnie bez powodu — westchnął cicho. — Mimo wszystko dziękuję ci za to, że próbowałaś mu pomóc. Jestem ci za to dozgonnie wdzięczny, a także za dzisiaj. Możesz być z siebie dumna, że przynajmniej ja nie podzielę losu swojego brata.
Kocimiętkowy Wir skinęła głową. Była okropnym kotem. Dlaczego kłamała? Dlaczego zrzuciła całą winę na innych Wilczaków, całkowicie wybielając samą siebie? Przecież to ona zamordowała Daniela. Zabiła go z zimną krwią, odbierając go jego bratu. Doskonale wiedziała, że pozbawiając go życia, pozostawiała Łośka samego sobie. Dlaczego wtedy nie pomyślała o tym, jak okrutny był jej czyn? Czy naprawdę była aż tak zaślepiona propagandą, którą wpajał jej kult?
— Wiesz… twój brat był dobrym kotem. Przyjemnie mi się z nim rozmawiało, choć nie mogę powiedzieć, że przed jego śmiercią nawiązaliśmy jakąś szczególnie bliską relację. Opowiadał mi nawet o tobie i… po jego śmierci zastanawiałam się, jak sobie radzisz — wyznała, mimo iż jej słowa kompletnie mijały się z prawdą. Dlaczego nie potrafiła przestać kłamać przed Łośkiem?
— Cóż mogę powiedzieć… Nie jest najgorzej, choć brakuje mi jego obecności. Byliśmy ze sobą bardzo zżyci, no i… we dwójkę łatwiej się poluje. Ta zima jest niezwykle brutalna i zastanawiam się, czy w ogóle będę w stanie ją przeżyć w pojedynkę… — wyznał, kładąc po sobie uszy.
Rudofutra poczuła ukłucie w sercu na jego słowa. Dlaczego posunęła się do tak okropnych rzeczy, byle tylko zadowolić kult? Jak mogła odebrać kotu jego własnego brata tylko i wyłącznie po to, by zyskać w oczach innych? Nie wyobrażała sobie teraz zrobić tego samego, mimo że od zamordowania Daniela nie minęło wcale tak dużo czasu. Śmierć Dyniowej Skórki naprawdę otworzyła jej oczy na wszelkie krzywdy, jakie wyrządzał światu kult. Szkoda tylko, że wojowniczka musiała poświęcić swoje życie, by Kocimiętka wreszcie zrozumiała, że to, co robiła, było chore.
— Nie martw się, Łośku. Tym razem nie pozwolę na to, by kolejny samotnik umarł. Więc… jeśli będziesz miał z czymś problem, to śmiało mi o tym opowiedz. Choć nie wiem, jakie są szanse na to, że spotkamy się ponownie — miauknęła.
— Chyba nie musimy czekać na to, aż los znowu przetnie nasze ścieżki, czyż nie? Jeśli byś chciała, moglibyśmy się kiedyś umówić. Tylko jeśli dobrze zrozumiałem, twoi bliscy nie przepadają za samotnikami, prawda? Czy to nie będzie problem, jeśli będziemy się czasem widywać? — zaczął dopytywać.
Kocimiętkę zdziwiła jego bezpośredniość, lecz nie mogła ukryć, że kocur wydawał się całkiem interesujący. Poza tym miał podobną urodę co Daniel, którego wbrew sobie uważała za całkiem niczego sobie. Choć to nie tak, że szukała nowej miłości… Wciąż przecież oficjalnie była w związku partnerskim z Ognikową Słotą i nie byłaby w stanie zakochać się w innym kocie. Raczej…
— Skoro nalegasz… — mruknęła, uśmiechając się zadziornie. — Jeśli będziemy wystarczająco ostrożni, to nikt nie powinien nas zobaczyć, gdy będziemy rozmawiać. A jeśli nikt nas nie zobaczy, to nikt nie będzie miał problemu. Proste? Proste — rzuciła żartobliwie. — No, a teraz lepiej już się stąd zmywaj, zanim znajdzie cię jakiś patrol — dodała i odwróciła się w stronę granicy z terenami samotników.
Łosiek skinął łbem i podszedł do niej. We dwójkę zaczęli zmierzać w stronę rzeki.
— Tak w ogóle, to mam na imię Kocimiętkowy Wir, choć możesz mi mówić Kocimiętka — przedstawiła się w końcu.
— Kocimiętka… To ładne imię — przyznał Łosiek.
Rudofutra zwróciła spojrzenie w jego stronę, o mało nie rozdziawiając pyska ze zdziwienia.
— Twój brat… powiedział to samo — miauknęła. — Naprawdę jesteście niemal identyczni!

* * *

W międzyczasie spotkała się jeszcze kilka razy z Łośkiem na granicy. Zazwyczaj starała się trzymać od niego z daleka, by przypadkiem nie osiadł na niej jego zapach, lecz dziś trochę się zagalopowała. Oparła przypadkiem pysk na jego barku, a wracając do obozu zapomniała zmyć z siebie zapach kocura.
Weszła do azylu zupełnie nieświadoma i już miała kierować się w stronę legowiska wojowników, gdy spostrzegła przed sobą Ognikową Słotę. Kocimiętka miała dziś wyjątkowo dobry humor po spotkaniu z Łośkiem, toteż podeszła do szylkretowej mistrzyni i bez większego namysłu wyciągnęła szyję, by dotknąć nosem jej policzka. Nim jednak zdążyła musnąć choćby włosek na pysku swojej partnerki, odsunęła się od niej jak poparzona, czując, że na żołądku zaciska jej się supeł. Co jej w ogóle przyszło do głowy? Wbiła wzrok w ziemię i poruszyła nerwowo krótkim ogonem. Nie wiedziała nawet, co powiedzieć. Może powinna odejść? Przez tyle czasu starała się unikać kotki, gdyż nie potrafiła już patrzeć na nią tak samo, a teraz zrobiła coś takiego… Ach!

<Ognikowa Słoto?>

11 października 2026

Od Rozbitego Księżyca CD. Cętkowanego Tęgosza

Kiedyś

Księżyc strzepnął uchem, uznając, że zakończy ten temat, mimo swojej ciekawości. Na zapytanie kocura spojrzał gdzieś w bok niezbyt pewien co powinien powiedzieć.
— Być może… — szepnął.
— Czemu? Chyba go nie ugryzłeś co? — zapytał Tęgosz półżartem, półserio.
— Mmm nie. Znaczy… być może jak nie chciał iść ze mną do obozu — odmruknął cicho.
— Coś cię gryzie. Nie obchodzi mnie to jakoś bardzo, ale coś związanego z tym kociakiem — mruknął rudzielec. — Może to on cię ugryzł?
Księżyc przypomniał sobie jak Nicość za wszelką cenę próbował odgryźć mu ogon i zaśmiał się smutno.
— Wiesz, właściwie to próbował — stwierdził biały, a Cętkowany parsknął śmiechem.
— Taki wojownik dał się ugryźć małemu kociakowi? — miauknął Tęgosz.
— Tak jakby — odparł niebieskooki. — Chociaż wcale mu się nie dziwię.

***

Księżyc zamachnął się ogonem na drugą stronę, patrząc, jak Nicości mimowolnie świecą się oczka na taki ruch. Widocznie mimo skomplikowanego charakteru kociaka, nadal miał on typowo kocięce zachowania. Piękny ogon bielucha najwyraźniej je aktywował, gdyż czarny kociak skoczył na swoją „ofiarę”, gryząc bielutkie futro. Rozbity siedział przed żłobkiem co jakiś czas, spoglądając na czarnulka, który powoli zdawał się nudzić jego ogonem.
— Księżyc — miauknął zielonooki.
— Hmm? — mruknął biały, liżąc się po piersi.
— Ty chyba nie masz przyjaciół — stwierdził czarny kocurek, siadając obok. — W sumie mnie to nie dziwi.
— Słucham? Mam przyjaciół. Przecież mam Cętkowanego Tęg… — zaczął, jednak kociak mu przerwał.
— Nie masz. Nie nazwałbym was przyjaciółmi. Za to ty… lubisz go — miauknął Nicość, z wielkim zainteresowaniem, przyglądając się swojej wylizywanej łapce.
— Ale przecież… — mruknął biały, ale zaraz zmarszczył brwi. — To czemu się z nim trzymam, a on ze mną? Chyba dlatego, że jesteśmy przyjaciółmi co? No i co złego, w tym, że go lubię? — zapytał, nagle odrobinę zirytowany.
— Ja nie wiem, ty mi powiedz — maluch zamachnął się ogonkiem i spojrzał na rodzica spod przymrużonych powiek. — Jak na moje to nie jesteście przyjaciółmi. Trzymasz się z nim, bo tak się składa, że nie masz nikogo innego. I do tego dziwnym trafem mimo tego, że nie wyglądacie na przyjaciół to ty go lubisz. Nie mam bladego pojęcia, dlaczego tak jest — stwierdził Nicość, a Księżyc poklepał po główce.
— Nicość… Czy ty mnie obserwujesz? — zapytał bieluch z nieco rozczulonym, ale też lekko niepewnym głosem. — I dlaczego jesteś, w tym aż tak… trafny co? Całkiem inteligentna znajda mi się trafiła, hm? — zaśmiał się niebieskooki.
Czarny kocurek uśmiechnął się głupio i wypiął pierś, chociaż oczy miał smutne. Księżyc przełknął ślinę.
— Jesteś głodny? — zapytał wojownik.
— Trochę — odparł Nicość, patrząc w bok. — Mógłbym kiedyś poznać tego rudzielca? — dorzucił czarny, niby mimochodem.
— Chyba tak? — odparł Księżyc.
Niebieskooki przyniósł kociakowi drobniutką mysz i położył nieopodal.
— Wiesz, powinieneś z nim pogadać. Nawet jeśli skończy się to źle, to przynajmniej nie będziesz musiał się już tym przejmować. I nie powiesz mi, że jest na odwrót — mruknął cichutko Nicość, wgryzając się w zwierzynę.
Biały spędził jeszcze chwilę w żłobku. Gdy wyszedł z niego, aby poszukać Tęgosza, okazało się, że rudzielec również go szukał, aby mogli odbyć wspólnie patrol. Księżyc poczuł, jak mięśnie spinają mu się z nerwów.
„Czego się tak boję? Przecież się przyjaźnimy” stwierdził zaraz bieluch w myślach i uśmiechnął się słabo w stronę towarzysza. Obejrzał się za siebie, gdyż czuł na sobie czyjś wzrok. Czarny kociak obserwował go uważnie z rozbawionym, psotnym spojrzeniem. Wtedy spojrzał na swój grzbiet. Podskoczył, widząc na nim nie tylko robaka, lecz paskudną wij. Księżyc nie bał się chyba żadnego stworzenia tak bardzo jak ich. W jego oczach pojawiły się łzy, a ogromne oczka wyrażały nic innego jak panikę.
— Tęgosz. Tęgosz zabierz to. BŁAGAM — miauknął rozpaczliwie, próbując strząchnąć zwierzątko z futra, lecz to wcale nie pomagało.
Rudzielec uniósł brwi, a widząc obiekt rozpaczy kumpla, widocznie musiał się powstrzymać przed rechotem.
— Przecież cię nie zje… — stwierdził cętkowany i strzepnął łapą stworzenie.
Księżyc rozluźnił się lekko.
— Chyba tylko błyskawice są bardziej przerażające — stwierdził, wypuszczając powoli powietrze z pyszczka.
Rudzielec nie odezwał się już, tylko podszedł w stronę wyjścia z obozu. W patrolu towarzyszył im również Kamienne Pióro i Bzycząca Łapa. Ta dwójka była jednak zbyt zajęta treningiem, aby zwracać uwagę na pozostałych członków. Księżyc postanowił, więc wykorzystać tę sytuację. Nabrał powietrza w płuca, a gdy przystanęli, aby zapolować, w końcu się odezwał:
— Słuchaj,…. Cętkowany Tęgoszu. Wiesz, że cię lubię, prawda? I że jesteś moim przyjacielem? — zapytał cicho, bawiąc się listkiem.
— Noo, ja też? — mruknął rudzielec, unosząc brew.
Księżyc przełknął ślinę.
— Ale tak serio. Uważam cię za najlepszego przyjaciela. Pomogłeś mi… i w ogóle — mruknął, chociaż zdawał się brzmieć bardziej, tak jakby przekonywał samego siebie do tych słów.
— Do czego dążysz? — zapytał młodszy wojownik, na moment, odstawiając myślenie o polowaniu na bok.
— Właściwie, to nie wiem? Myślałem, że jak to powiem, to… coś sobie uświadomię? — mruknął cicho. — Ale to nie to? To chyba nie to czego chciałem — dorzucił, a przez jego grzbiet przeszedł nerwowy dreszcz.
— Chyba nie do końca rozumiem. Nie chcesz, abym ci towarzyszył? — zasugerował rudzielec.
Bieluch pokręcił głową na nie, czując dziwny niesmak w pysku przez ostatnią wypowiedź zielonookiego.
— Może… Tęgosz? — mruknął.
Spojrzał na rudzielca i zatrzepotał rzęsami.
— Hm? — mruknął tylko rudzielec, zapewne znudzony już tą konwersacją.
— Co byś zrobił, gdybym powiedział ci, że cię… lubię? Ale tak bardzo lubię? Że może nawet czuję do ciebie coś więcej, niż przyjaźń tylko nigdy nie potrafiłem tego wyznać? — zapytał. — Plotki o naszej dwójce były przyznam szczerze straszne, ale wtedy… nie czułem tego, co czuję od niedawna.
Poczuł, jak jego ciało staje się odrobinę lżejsze. Nie był pewien, kiedy pojawiło się to uczucie, ani też, czy było to na pewno to. Właściwie to niczego nie był pewien.

<Tęgoszu?>