BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

01 listopada 2026

Od Brykającego Mysikrólika

Brykający Mysikrólik rozejrzała się po plaży w poszukiwaniu czegokolwiek zjadliwego. Zwierzyny nie było jeszcze tak dużo, żeby wpadała pod łapy każdemu z patroli, a Klifiacy musieli przecież coś jeść. Nie mogła też z każdego swojego wypadu wracać o pustych łapach, mogliby ją jeszcze posądzić o lenistwo i pasożytowanie. Poruszyła wąsami, otwierając pysk. Chciała wyłapać jakąkolwiek woń wskazującą na piszczkę nieopodal, wzrokiem również śledziła ogromne kamienie, na których jakiś czas temu udało jej się upolować kraby. Dzisiaj jednak było tam pusto, a po piachu nie skakał żaden z gryzoni. Do jej uszu docierał kojący szum, a grunt pod łapami sypał się głucho, gdy zostawiała ślady za sobą. Morze ostatnio wypluło na brzeg bardzo dużo różnych rzeczy; od martwych ryb, po nawet przedmioty Dwunożnych. Ryby niestety nie były pierwszej świeżości, a zjedzenie ich mogło budzić niepewność lub nawet niepokój. Zanurkowała w śmieciach i zaczęła je rozrzucać na wszystkie strony, węsząc i pazurami rozcinając miękkie odpadki. Skoro nie mogła znaleźć jedzenia, to chociaż przyda się w inny sposób.
Zależało jej na tym, żeby znaleźć coś, co mogła wręczyć któremuś z rodziców w prezencie. Myślała, że dzięki temu będzie jej łatwiej znaleźć wspólny temat z matką i może pocieszyć przygnębionego ojca. Trójoki Zając nie wyglądał najlepiej od jakiegoś czasu. Wczoraj wręcz padł na legowisko, zanim zdążył w ogóle podzielić się z nimi, co robił!
Wreszcie, jej oczy odszukały w górze coś, co odbijało blade promienie coraz cieplej grzejącego słońca, z dnia na dzień. Koteczka rozsunęła z niego brudne kamienie, wymieszane z algami i pochwyciła przedmiot w szczęki, niemal rozrywając go przypadkowo. Smakował rybą, co było z jednej strony miłe, a z drugiej zupełnie nie pasowało do tego, co wychwyciły jej oczy. W paru susach zwinnie dotarła do fal obijających się o brzeg, moczących go z pianą. Gdy zanurzyła łapki w lodowatej wodzie, wzdrygnęła się. Fale obmywały jej teraz kostki, sprawnie odbierając ciepło z ciała. Wojowniczka pokręciła głową, a potem upuściła znalezisko i pozwoliła, żeby się wymyło. Łapą jeszcze nim poszurała po dnie, aż wreszcie uznała, że nadawało się na prezent. Poduszeczkami wytaszczyła go na brzeg, żeby nie moczyć sobie całej piersi; w końcu piach bardzo lubił się lepić do futra, gdy było mokre. Nie mogła sobie też pozwolić na całkowite zamoczenie się, bo ryzykowała chorobą. Nagle ją olśniło.
Mogła to przecież postawić na miejscu spoczynku kogoś, kogo może kojarzyła. Z zadowoleniem wymalowanym na pysku ruszyła w kierunku Pogorzelisk. Nie była pewna, gdzie dokładnie leżeli jej przodkowie, aczkolwiek lepiej było to zostawić na którymś z dowolnych miejsc, niż pozwolić, żeby się zmarnowało na plaży. Może i nie dało się tego zjeść, ale przynajmniej bardzo ładnie wyglądało. Może przodkom się spodoba!

Od Diane Elizabeth Montclair

 Przeszłość, pora Nagich Drzew... 


— Wyżej głowa, Diane! — miauknięcie Sycylii ponownie rozległo się za jej plecami. — Mhm, znacznie lepiej. A teraz ogon odrobinę niżej, dobrze, słonko? Nie chcemy przecież, żebyś sprawiała wrażenie zbyt wyniosłej.
Diane posłusznie skorygowała swoją postawę, unosząc podbródek i opuszczając nieco ogon, którego końcówka dotychczas unosiła się zbyt wysoko. Starała się przy tym zachować naturalność, choć z każdą kolejną poprawką coraz trudniej było jej odróżnić swobodny ruch od tego, który należało wykonać zgodnie z zaleceniami matki. Przeszła jeszcze kilka kroków po wyznaczonej trasie, uważnie stawiając łapy i pilnując, by jej grzbiet pozostawał prosty, a spojrzenie skierowane przed siebie. Wiedziała, że nie powinna nadmiernie skupiać się na poszczególnych elementach chodu, ponieważ wówczas cała jej sylwetka stawała się nienaturalnie sztywna. Jednocześnie nie mogła pozwolić sobie na zbytnią swobodę, gdyż Sycylia bez trudu dostrzegała nawet najmniejsze odstępstwa od wyznaczonego wzorca.
Ćwiczyły już od dłuższego czasu, a mimo to lekcja wcale nie zbliżała się ku końcowi. Za każdym razem, gdy Diane nabierała przekonania, że wreszcie opanowała dany ruch, matka odnajdywała kolejny szczegół wymagający poprawy. Raz chodziło o położenie głowy, innym razem o długość kroku, a jeszcze innym o sposób, w jaki powinna przenosić ciężar ciała, by jej ruchy sprawiały wrażenie płynnych i przemyślanych. Żadne z tych poleceń nie było szczególnie trudne samo w sobie. Dopiero ich mnogość sprawiała, że zwyczajny spacer zaczynał przypominać skomplikowany układ, w którym każdy element należało dopracować z niemal przesadną starannością.
Diane nie zamierzała jednak okazywać zniecierpliwienia. Sycylia od najmłodszych lat wpajała jej, że prawdziwa elegancja nie polega wyłącznie na odpowiedniej postawie czy starannie dobranych słowach, lecz również na umiejętności panowania nad sobą. Właśnie dlatego kotka starała się przyjmować każdą uwagę z należytą uwagą, nawet jeśli w głębi duszy zaczynała odczuwać zmęczenie. Nie chciała sprawiać wrażenia, że nauki matki ją przerastają, tym bardziej że doskonale zdawała sobie sprawę z oczekiwań, jakie wobec niej żywiono.
Nie była to zresztą pierwsza lekcja tego dnia. Jeszcze przed ćwiczeniami chodu poświęciła sporo czasu na doskonalenie wymowy, podczas których Sycylia zwracała uwagę na odpowiednią intonację, wyraźne artykułowanie słów i zachowanie spokojnego tonu nawet w trakcie trudniejszych rozmów. Później przyszła kolej na pozycje, gesty oraz kilka sztuczek, które miały nauczyć Diane odpowiedniego reagowania w rozmaitych sytuacjach. Najwięcej trudności sprawiały jej jednak ćwiczenia związane z kontrolowaniem własnego ciała. Musiała nauczyć się nie poruszać ogonem zbyt gwałtownie, niezależnie od tego, czy towarzyszyła jej ekscytacja, niezadowolenie, czy nawet zwykła ciekawość.
Ostatnie z tych zadań okazywało się szczególnie wymagające. Ogon często zdradzał emocje, zanim Diane zdążyła je świadomie opanować, a przecież matka oczekiwała od niej pełnej kontroli nad każdym gestem. Kotka rozumiała sens tych ćwiczeń, choć czasami zastanawiała się, czy naprawdę można nauczyć się panować nad każdym, nawet najdrobniejszym odruchem. Nie pozwalała sobie jednak na dłuższe rozważania, gdyż zwykle kończyły się one kolejnym upomnieniem, przypominającym jej o konieczności skupienia.
Za oknem wciąż panowała zima. Śnieg pokrywał ogród równą, białą warstwą, a nagie gałęzie drzew uginały się pod jego ciężarem. Od czasu do czasu wiatr poruszał krzewami, strącając z nich drobne płatki, które opadały na ziemię niczym rozsypane okruchy. Widok ten niezmiennie przyciągał uwagę Diane, która chętnie zamieniłaby kolejne ćwiczenia na choćby krótką przechadzkę po ośnieżonych ścieżkach. Wystarczyłoby jej kilka chwil spędzonych na zewnątrz, by móc przyjrzeć się ogrodowi z bliska i przekonać się, jak zmienił się od czasu ostatnich cieplejszych dni.
Niestety, Sycylia nie podzielała jej pragnienia. Za każdym razem, gdy dostrzegała córkę siedzącą na parapecie i zapatrzoną w zimowy krajobraz, przypominała jej o obowiązkach, które wciąż czekały na wykonanie. Diane nie próbowała się sprzeciwiać. Wiedziała, że matka nie zmieni zdania tylko dlatego, że ogród wydawał się szczególnie zachęcający, a ponowne podejmowanie tematu mogłoby jedynie niepotrzebnie przedłużyć rozmowę.
— Jeszcze raz, Diane. Tym razem spróbuj nie myśleć tak intensywnie o każdym kroku — poleciła Sycylia, obchodząc córkę, by móc przyjrzeć się jej sylwetce z innej perspektywy. — Powinnaś wyglądać, jakbyś doskonale wiedziała, dokąd zmierzasz. Nie jakbyś zastanawiała się, czy przypadkiem nie stawiasz łapy zbyt daleko.
Diane pozwoliła sobie na ledwie dostrzegalny uśmiech.
— Rozumiem, mamo. Spróbuję podejść do tego nieco swobodniej.
— Właśnie o to chodzi, kochanie. Elegancja nie wymaga, żebyś przez cały czas myślała o tym, jak się poruszasz. Powinna stać się dla ciebie czymś naturalnym.
Kotka skinęła głową, po czym wróciła na początek wyznaczonej trasy. Tym razem postarała się skupić na ogólnym wrażeniu, zamiast analizować każdy ruch z osobna. Uniosła głowę, rozluźniła barki i ruszyła przed siebie, pilnując jedynie, by jej krok pozostał równy, a ogon układał się swobodnie za jej grzbietem. Starała się przy tym nie zwracać uwagi na obecność matki, choć doskonale wiedziała, że Sycylia śledzi każdy jej ruch.
Kiedy dotarła do końca trasy, zatrzymała się i odwróciła ku białej kocicy, oczekując na jej ocenę. Nie musiała długo czekać.
— Znacznie lepiej — przyznała Sycylia. — Widzisz? Kiedy przestajesz przejmować się każdym szczegółem, wszystko przychodzi ci znacznie łatwiej. Musisz jedynie nauczyć się ufać własnym umiejętnościom.
Diane przyjęła pochwałę z delikatnym skinieniem głowy. Nie pozwoliła sobie na zbyt szeroki uśmiech, choć słowa matki przyniosły jej odrobinę ulgi. Miło było usłyszeć, że jej starania wreszcie przyniosły oczekiwany rezultat, szczególnie po tak długim czasie spędzonym na powtarzaniu tych samych ruchów.
— Dziękuję. Postaram się o tym pamiętać — odpowiedziała spokojnie.
Sycylia przyjrzała jej się jeszcze przez chwilę, po czym skinęła głową, najwyraźniej zadowolona z takiej reakcji. Diane zdążyła już poznać jej zwyczaje na tyle dobrze, by wiedzieć, że pochwała niekoniecznie oznacza koniec lekcji. I rzeczywiście, ledwie zdążyła nieco rozluźnić postawę, gdy matka ponownie zabrała głos.
— Dobrze. Skoro opanowałaś już podstawy, możemy przejść do kolejnego etapu. Chciałabym, żebyś spróbowała połączyć odpowiedni chód z zachowaniem właściwej mimiki. Pamiętaj, że twoja twarz również zdradza znacznie więcej, niż mogłabyś przypuszczać.
Diane przez moment trwała w bezruchu. Jedynie końcówka jej ogona poruszyła się nieznacznie, zanim zdążyła ją powstrzymać. Natychmiast przypomniała sobie wcześniejsze uwagi matki i przywróciła mu właściwe położenie, mając nadzieję, że Sycylia nie dostrzegła tego drobnego uchybienia.
Nie westchnęła, nie przewróciła oczami ani nie pozwoliła sobie na jakikolwiek komentarz, który mógłby zostać odebrany jako przejaw zniecierpliwienia. Zamiast tego spokojnie zajęła wskazane miejsce i przygotowała się do kolejnego ćwiczenia. Wiedziała, że jej matka oczekuje od niej wiele, być może nawet więcej, niż wymagała od pozostałych dzieci, ale nie zamierzała pozwolić, by zmęczenie stanęło jej na drodze.
W jej głowie wciąż wybrzmiewały słowa Celestyna: “[...] masz predyspozycje do osiągnięcia rzeczy, których nie powierzyłaby każdemu. Chce przygotować cię do zadań, jakie mogą w przyszłości wymagać od ciebie nie tylko wiedzy, ale również rozwagi i odpowiedzialności.”
Zastanawiała się, czy to wszystko naprawdę miało doprowadzić ją do czegoś więcej. Czy za tymi treningami kryło się coś więcej.
A jeśli tak, to co mogłoby to być?

Od Brykającego Mysikrólika

Teraźniejszość

Brykający Mysikrólik patrzyła po pobratymcach, w uszach słysząc dudnienie własnego serca. Przyłożyła łapę do piersi, wypatrując jakiegokolwiek znajomego futra. Poza rudą kocicą nigdzie nie mogła znaleźć rodziców. Przez to wszystko zapomniała, że zostali wysłani na patrol. Może powinna porozmawiać z Ćmią Łapą? Niemożliwe było, żeby cynamonowa popełniła samobójstwo. Zawsze była nieco chaotyczna, jednak od zawsze nosiła na pysku szeroki uśmiech, a ponadto nic nie wskazywało na to, że mogłaby chcieć zakończyć przedwcześnie życie. Nieuwaga jednak, z drugiej strony, była niestety dużo bardziej prawdopodobna. Liliowa zastanawiała się, dlaczego ciocia wybrała się w miejsce, z którego mogła przecież spaść… szczególnie po wypadku Firletkowej Łapy. Pokręciła głową, strzygąc wąsami. Czy nikt jej w tym nie pomógł? Czuła żal do Majaczącego Kopciuszka, że tamtego dnia nie patrzył akurat w kierunku okolic, w jakich przebywała cętkowana, zamiast tego był skupiony na Klanie Wilka. Zmarszczyła brwi, gdy jej oczy się zaszkliły, a ona sama miała ochotę komuś przyłożyć. Najbardziej smuciła ją ta bezradność, bo nie mogła absolutnie nic z tym zrobić. Nie miała żadnych dowodów ani możliwości dowiedzenia się, jak było; zobaczenia tego na własne oczy. Nic nie wskazywało na to, że złoty kłamał. Było jej niezwykle szkoda rodziców, ponieważ oni od zawsze byli bliżej z ciocią, w szczególności Kukułczy Wdzięk – liliowa była w końcu jej siostrą. Sama Mysikrólik odczuwała swego rodzaju nostalgię związaną z czasami kocięcymi, gdy zielonooka odwiedzała ich czwórkę i doglądała ich, gdy rodzice potrzebowali odpoczynku. Te spotkania były rzadkie, aczkolwiek młódka dobrze wspominała każde z nich. Ciocia jej nigdy niczym nie zawiniła, nie zasługiwała na to, żeby umrzeć. Lubiła sobie z nią pożartować i wymienić opiniami od czasu do czasu. Teraz już nie mogła tego zrobić, ponieważ szylkretka dołączyła do szeregów Klanu Gwiazdy, a jej miejsce wypełniła przygnębiająca pustka, cisza.
Rozmowy z matką stały się zdawkowe. Mysikrólik miała wrażenie, jakby musiała ciągnąć rodzicielkę za język, ilekroć próbowała ją wesprzeć w dowolny sposób. Trójokiego Zająca również nie mogła zrozumieć. Wyglądał na bardzo zmęczonego i wręcz wyplutego, jakby był przy nich jedynie ciałem, ale nie umysłem. Gołębi Puch zaczęła spędzać z nimi więcej czasu, co nie było niczym złym oczywiście, aczkolwiek młoda wojowniczka czuła się z tym nietypowo.
Spostrzegła ciotkę, siedzącą u wejścia i wpatrującą się w dół. Prawdopodobnie obserwowała fale morza obijające się o ich ogromną skałę. Może odnajdywała w nich komfort tak jak wiele kotów w samym szumiącym dźwięku morza czy niosącym się echem klangorze mew. Mysikrólik podeszła do niej cichutko, skradając się. Ciotka poruszyła nieznacznie uchem, a potem odwróciła się do niej. Liliowa położyła po sobie uszy z zawiedzeniem.
— Musisz stawiać łapy ostrożniej, słychać cię — wymruczała, parokrotnie przejeżdżając językiem po swoim barku, a potem odwróciła łeb z powrotem na fale daleko pod sobą, wzdychając cicho. Młoda przysiadła tuż obok niej niezdarnie, również wlepiając wzrok w wodę. Błękitne tafle obijały się z hukiem o kamień, zostawiając za sobą białe smugi. Wodospad ryczał blisko nich, również dokładając swoją cegiełkę w burzeniu wody. Żółtooka popatrzyła przed siebie.
— Gdyby twoim mentorem był Bukowa Korona, to byś też się tak skradała — przewróciła oczami, kręcąc głową. Gołębi Puch nie odrywała wzroku od poruszenia, a Mysikrólik poczuła lekkie ukłucie. — Ciociu, tylko nie myśl o tym, żeby cokolwiek sobie robić. Najlepiej trzymaj się z dala od klifów. Dobrze, gdybyśmy teraz stąd odeszły na bezpieczną odległość — spoważniała, wlepiając wzrok w łaciatą. Wojowniczka zamrugała parokrotnie, a potem kiwnęła głową. Wycofała się o parę kroków, siadając teraz w bezpieczniejszej odległości. To pozwoliło szylkretce się uspokoić i rozluźnić mięśnie.
Skoro udało jej się ją "uratować", czym innym mogła zająć umysł i łapy w jej towarzystwie?
— Ostatnio pokazałam Jajecznej Skorupie, że można się myć w piachu, ale chyba z tego nie korzysta, bo wygląda tak samo. Chyba że wytrzepuje piach z sierści tak bardzo, bardzo dokładnie… — zaczęła, w pewnym sensie myśląc na głos. Chciała o czymś porozmawiać z kotką, żeby może polepszyć z nią relacje, jednak czarno-biała nie rwała się do konwersacji, skupiona na morzu.
Mysikrólik straciła zainteresowanie i uznała, że tym razem sobie odpuści. Przynajmniej udało jej się w jakiś sposób uspokoić i może uratować jednego członka rodziny.

31 października 2026

Od Wiciokrzewu CD. Gołąbka

— Gołąbku? — zawołał w stronę kocurka, widząc, że ten grzebie coś w ziemi. Postanowił do niego podejść i przyjrzeć się temu z bliska. — Co to ta-takiego? — zapytał, obserwując wzorki wydrążone w podłożu.
Bury zamarł w miejscu, wlepiając wzrok w szlaczki, jakby sam się nad nimi zastanawiał.
— To… nic takiego. Pomyślałem tylko, że… — zaczął, lecz urwał w połowie zdania. — Nie, nieważne. I tak miałem już wracać do obozu — dokończył, po czym wreszcie spojrzał na liliowego.
Wiciokrzew wciąż był zaciekawiony, lecz nie chciał naciskać na swojego ucznia. Skoro nie zamierzał mu powiedzieć, to nie musiał.

* * *

Teraźniejszość

Ostatnimi czasy w Owocowym Lesie nie działo się zbyt wiele — a przynajmniej nie były to rzeczy negatywne. Na dodatek zazwyczaj nie dotyczyły one Wiciokrzewu, co niezmiernie go radowało. Ostatnie, co pamiętał, to dzień, w którym Czereśnia wprowadził Radę złożoną z pięciu kotów — Purchawki, Figi, Guziczka, Płatka i Gondora. Zielonooki wciąż czuł falę dumy, która przebiegała przez jego ciało za każdym razem, gdy tylko pomyślał o tym, że to on przyczynił się do takich zmian w hierarchii. Był właściwie katalizatorem całej tej sprawy. To jemu jako pierwszemu objawiła się Wszechmatka i to on jako pierwszy usłyszał jej wolę. Wciąż nie wiedział, dlaczego zdecydowała się odezwać akurat do niego, lecz ta świadomość sprawiała, że przez ostatnie księżyce żyło mu się nieco lżej. Choć tylko nieco. Wciąż przecież był tym samym Wiciokrzewem, którego dniami i nocami dręczyły błędy przeszłości. Nadal rozpamiętywał dzień, w którym przypadkiem otruł Smugę. Na myśl o śmierci młodego, czekoladowego kocura jego żołądek wywracał się na wszystkie strony. Były uzdrowiciel nie mógł znieść myśli, że był mordercą, nawet jeśli ta sytuacja wydarzyła się ogrom czasu temu i większość kotów, które obecnie przebywały w Owocowym Lesie, zapewne już o niej nie pamiętały. W przypadku Wiciokrzewu nie było jednak mowy o czymś takim, jak “czas leczy rany”. Po ranach i tak zawsze zostają blizny, a liliowy miał ich pełno zarówno na sercu, jak i na umyśle. Jego przeszłość była naznaczona zbyt dużą liczbą porażek i błędów, by móc tak po prostu o nich zapomnieć. Nawet jeśli teraz nie był już nikim wpływowym, a jedynie uziemionym starszym, którego nikt nie pytał o mroczną przeszłość.
Z jednej strony cieszył się, że mógł teraz żyć spokojnie. Lubił również, gdy odwiedzali go uczniowie, by przynieść mu zwierzynę lub wyciągnąć z futra kleszcze, a także kocięta, by posłuchać od niego jakichś historyjek. Z drugiej zaś takie bezczynne siedzenie tylko pogłębiało jego myśli o tym, że może lepiej by mu już było, gdyby stał się jerzykiem lub jaskółką. Nie wątpił w to, że po śmierci zostanie ptakiem. W końcu Wszechmatka zdążyła mu już udowodnić, że istnieje, a także że nie jest na niego obrażona i przyjmie go w szeregi swojej skrzydlatej armii. Nie mógł doczekać się dnia, w którym wreszcie to nastąpi. Starał się jednak z całych sił, by nie odczuwać potrzeby przyspieszenia tego momentu ze względu na Mistral. Wiedział, jak bardzo białofutra była wrażliwa na jego humorki. Wiedział, że nie pozwalała mu zrobić tego, czego od wielu księżyców pragnął bardzo mocno. Wiedział też, że w razie jego odejścia w takich, a nie innych okolicznościach, zapewne nieco podupadłaby na zdrowiu psychicznym, a tego nie chciał jej robić. Była w końcu jego córką, choć sama o tym nie wiedziała, i wypadałoby, jako przykładny ojciec, jej nie dobijać. Poza tym Wiciokrzew był ciekaw, czy w ciągu swojego życia uda mu się jeszcze doczekać wnuków. Nawet jeśli te wnuki nie będą wiedziały, że tak naprawdę są z nim spokrewnione. Choć właściwie wątpił w to, że dożyje kolejnych potomków. W końcu był już całkiem stary, gdy został ojcem, toteż Mistral i Świergotek byli od niego o wiele młodsi. Nim znajdą sobie drugie połówki i będą gotowi założyć rodziny, Wiciokrzewu może już dawno nie być na tym świecie.
Zanim były uzdrowiciel zdążył pogrążyć się w myślach na temat starzenia się, przemijania i śmierci, przed jego oczami pojawił się bury kot. Liliowy uniósł na niego wzrok, dostrzegając, że przybysz trzyma w pysku niedużą ryjówkę. Wiciokrzew kojarzył tego młodzieńca. Musiał odwiedzać legowisko starszych już któryś raz.
— Gąsiorek, dobrze pa-pamiętam? — odezwał się zielonooki, próbując nawiązać jakąś konwersację z uczniem.
Bury odłożył ryjówkę przed starszym, po czym usiadł na ziemi.
— Masz rację, Wiciokrzewie — odparł młodszy, na co liliowy uśmiechnął się pod nosem.
— Dobrą ma-masz pamięć. Zde-zdecydowanie lepszą niż ja — mruknął starszy. — Choć, jak to mó-mówią, starość nie ra-radość. Lepiej ko-korzystaj ze swojego by-bystrego umysłu, nim też zacznie ci łu-łupać w kościach — kontynuował swój wywód.
Polubił spokojne, przyjazne rozmowy ze swoimi pobratymcami, odkąd całe dnie spędzał w legowisku. Szczególnie lubił konwersować z nieco młodszym pokoleniem, a to dlatego, że miał świadomość, iż kot, z którym rozmawia, nie wie nic o jego przeszłości. Mógł przez to odetchnąć i nie martwić się o to, że rozmówca już dawno nakleił na niego łatkę mordercy czy obłąkańca. W rozmowie z kociętami czy uczniami był po prostu śmiesznym staruszkiem, który nie różnił się zbytnio od stereotypowych kotów w jego wieku. No dobra — odznaczał się jedynie piórami świętych ptaków w futrze, a także ogromną chęcią dzielenia się z potomnymi informacjami na temat Wszechmatki.
— O to się nie martw! Cały czas wykorzystuję swój umysł, a ponadto i sprawne łapy! — zaczął Strusiek, który w Owocowym Lesie znany był również jako Gąsiorek i tak też zwracał się do niego starszy. Łatwiej było mu to zapamiętać, ponieważ przynajmniej wiedział, co to słowo oznacza. Co do Struśka, nie był tego pewien. — Dzisiaj byłem ze Smok na treningu i upolowałem tę ryjówkę, a także kilka myszy! Moja mentorka mówi, że idzie mi już całkiem nieźle… Mam nadzieję, że w takim razie Czereśnia zdecyduje się mianować mnie już niedługo! Nie mogę się doczekać, aż będę mógł sam wychodzić z obozu. Wtedy to będę polował i patrolował granice całymi dniami! — oznajmił, wypinając dumnie pierś.
Wiciokrzew zdążył już zauważyć, że bury miał w sobie ogromny zapał do pracy na rzecz Owocowego Lasu. Gdyby nie fakt, że był uczniem i brakowało mu jeszcze trochę księżyców, nadawałby się idealnie na radnego. Widać w nim było szczerą chęć ulepszania swojej grupy. Wiciokrzew był niemal pewien, że Gąsiorek, gdyby został radnym, rzucałby samymi dobrymi pomysłami, a Owocowy Las stałby się jeszcze lepszym miejscem, niż był teraz.
— U-uważaj tylko, żeby się nie prze-przemęczyć — ostrzegł go, wiedząc dobrze, że bury nie zważał na swój dobrostan, gdy w grę wchodziło dobro grupy.
— Ja? No co ty — mruknął Strusiek. — Ja jestem za dobry, żeby się przemęczyć! Poza tym nie ma czegoś takiego jak przemęczenie, a nawet jeśli jest, to nie jest ono wymówką, żeby siedzieć bezczynnie! — oznajmił pół żartem, pół serio.
Wiciokrzew westchnął. Wiedział, że ten zapał jeszcze kiedyś zgubi Gąsiorka, lecz nie miał teraz siły, by go przed tym ostrzec. Sam będzie musiał się nauczyć, że niekiedy powinien postawić własne dobro ponad dobrem Owocowego Lasu.

Koniec sesji

Od Pierścienia

Choroba trawiła jego umysł. Robactwo wiło się pod jego czaszką, w jego oczodołach, wgryzając się w jego skórę, paląc, drapiąc, doprowadzając do szaleństwa. Oddech, który utknął w jego piersi wiele księżyców temu, wciąż nie mógł jej opuścić. Dusił się, tonął.
To nie była jego wina. Nie była. To wszystko wina Daglezji.
Starał się być jak najlepszy. Pracował, ile tylko mógł. Jego myśli wirowały wokół treningów, walki, gonitwy za zwierzyną, wbijania kłów w jej gardło, rozdzierania delikatnych naczyń krwionośnych. Zastanawiał się, czy mysie futro smakowałoby podobnie do futra mentorki. Czym różniła się od gryzonia? Nawet uderzenia jej łap o ziemię brzmiały podobnie do niewielkiego szkodnika, gdy każdego ranka przychodziła wygonić go z legowiska uczniów; nie musiała tego robić, Pierścień nie spał od długich godzin, jednak coś powstrzymywało go przed wstaniem, przed wyjściem Daglezji naprzeciw, przed udowodnieniem jej, że nie ma racji, że nie jest najgorszym, co spotkało Owocowy Las. Zawsze czekał, w bezruchu, aż mentorka stanie nad nim i trzepnie go łapą po uszach, wzywając, by wreszcie podniósł się z posłania i zrobił coś ze sobą. Dopiero wtedy uczeń podnosił się bez słowa.
Nie wiedział już, czy wypełnia go obojętność, czy paląca nienawiść.
Błoto oblepiało jego łapy,  a zimne powietrze kłuło w płuca. Zastrzygł uszami, a jego ciało zadrżało. Daglezja coś mówiła, prawdopodobnie instruowała go, jak wykorzystać jedną z prostych technik polowania. Równie dobrze mogła jednak znajdować się wiele długości lisa od niego, gdyż jej głos wydawał się nie docierać do jego uszu. Szumy pobliskich traw zagłuszały wszystkie inne dźwięki. Wiły się wokół jego łap, przytrzymywały go w miejscu. Nie mógł się ruszyć. Wgryzały się w niego, przecinały poduszki jego łap, wyrywały futro.
Nie, nie, nie, nie mógł na to pozwolić.
Musiał uciekać.
Cofnął się nagle. Daglezja przekrzywiła głowę, patrząc na niego pytająco.
- A teraz co ci?
Warknął, rzucając się do tyłu. Grząska ziemia pod łapami wciągała go, a kamienie wbijały się w jego ciało. 
Musiał uciekać.
Coś podcięło jego łapy i przygwoździło go do ziemi. Krzyknął, jednak czuł, jak powietrze ucieka z jego płuc. Był pożerany przez błoto, topił się w nim, a coś - ktoś - przytrzymywał go, powtarzając niezrozumiałe słowa do jego ucha, aż do momentu, gdy zapadła ciemność.
Obudził się w znajomym miejscu. Jego powieki wydawały się nieznośnie ciężkie - ledwo udało mu się je podnieść. Próbował rozejrzeć się po legowisku, bez skutku. Ciało po raz kolejny go zdradziło.
- ...jak mogłeś doprowadzić się do takiego stanu? - ktoś westchnął. Poranna mgła wciąż wypełniała legowisko, zatapiając wszystkie zgromadzone koty w mlecznej poświacie. Pierścień nie potrafił rozpoznać ich pysków; skręcały się, znikały, zamieniały się w pysk Daglezji, przebrzydłej Daglezji. Syknął, chciał krzyczeć, że ma dość, że ją zabije, jeśli teraz nie odejdzie, jeśli nie da mu spokoju. Futro na jego karku uniosło się. Oddech przyśpieszył. Nie miał siły wstać, nie miał siły walczyć, a nawet gdyby dał radę, wiedział, że nie potrafił. Daglezja miała rację. Jej wzrok sięgał nawet tutaj, omiatał go i kontrolował. To ona sprawiła, że źle się czuł. To ona nasłała na niego te wszystkie koty.
Ktoś podetknął mu pod nos stos ziół. Ktoś inny położył łapę na jego karku, zbliżając jego pysk do nieznanych roślin. Skrzywił się wyraźnie, jednak nie miał siły się sprzeciwiać. Czy to była trucizna, którą Daglezja chciała go zmusić do posłuszeństwa? Czy wreszcie chciała się go pozbyć?
Nieznany smak rozpłynął się na jego języku. Dobrze. Niech tak będzie. Nie bał się śmierci, nie z jej łap. Jeśli chciała go otruć, mogła to zrobić.
Mgła wydawała się zgęstnieć, a ciepło wypełniło jego ciało.
Pierwszy raz od dawna Pierścień zasnął spokojnie.

Wyleczony: Pierścień
Trening: 584 słowa

[12%]

Od Brykającego Mysikrólika

Następnego dnia, przeszłość

Pozostałości Pory Nagich Drzew nadal utrzymywały się na terenach Klanu Klifu, rozkładając na ciągnących się połaciach trawy, biały dywan. Mysikrólicza Łapa nie mogła się doczekać, aż wreszcie będzie mogła pobawić się w śniegu i może porzucać w kogoś kulkami topiącego się puchu. Bolały od niego łapy, ale było przy tym frajdy, opłacało się! W dodatku, jeśli nie byłoby mokro, to mogła pokazać rudej swoją miejscówkę, w której zażywała kąpieli piaskowej. Skoro jej się tak podobało, to sama również powinna zacząć z niej korzystać. Dzięki temu Mysikrólik mogła pozwolić sobie na rzadszą pielęgnację futra i przy okazji nie pachnieć źle.
— To chodź, Jajeczna Skorupo! Wyruszamy. Najadłaś się? — zapytała, uśmiechając się do koleżanki. Niestety, poprzedniego dnia nie udało się pójść do miejsca, które miała na myśli, rozmawiając o kąpieli pyłowej.
— Nie zamierzasz mnie zaprowadzić na plażę, prawda? Ostatnio tyle śniegu tam nasypało, że dotąd lodowe bryły się topią — odparła wojowniczka, zrównując kroku z młodszą kotką.
Mysikrólik poczuła, jak oblewa ją zimny pot. Właśnie tam chciała ją zabrać. Skąd ona wiedziała? Pokręciła głową.
— Nie… oczywiście, że nie! — Zaczęła machać łapami na znak sprzeciwu. Musiała wymyślić coś innego, ugh! — Zabiorę cię do miejsca, w którym jeszcze nikt nie był. Znalazłam je ostatnio i będziesz pierwszą, którą tam zabiorę — uśmiechnęła się dumnie, mrużąc oczy. Jej kły zalśniły w świetle bladego słońca Pory Nowych Liści. Jajeczna Skorupa spojrzała na nią z zachwytem, kiwając głową.
— Dobrze. Nie mogę się już doczekać! Zatem chodźmy, może przed wysokim słońcem wrócimy i przy okazji na coś zapolujemy? — zaproponowała. Końcówka jej ogona poruszała się na boki lekko, jakby rzeczywiście mówiła prawdę. Oczywiście liliowa nigdy nie posądziłaby jej o kłamstwo! Jednak musiała teraz coś bardzo szybko wymyślić… Skupić się tak, jak nigdy wcześniej. Gdzie do tej pory wędrowała z Bukową Koroną, jakie miejsce mogło być tym, które było rzadko odwiedzane przez Klifiaków? Ruszyła w stronę wyjścia z obozu, a jej myśli zagłuszył donośny ryk wodospadu. Poszła tuż za koleżanką dróżką, trawa pokryta wilgocią uginała jej się pod łapami, wymieszana z topniejącym śniegiem. Poczuła pod poduszeczkami chłód.
Wyjątkowo długo milczała. Również nie słuchała za bardzo cętkowanej, która teraz się jej coś zapytała.
— Brykający Mysikróliku? To prowadzisz mnie, czy ja mam prowadzić ciebie? — zapytała z zakłopotaniem, przestępując z łapy na łapę. Liliowa spojrzała na nią bez wyrazu, ponieważ początkowo nie zrozumiała, co zostało do niej w ogóle powiedziane. Niemal wpadła na jej tył, gdy się tak zatrzymała. Z czasem jednak jej ślepia rozświetlił pewien przebłysk, gdy zrobiła parę energicznych kroków, wreszcie zatrzymując się na przykrytym, rozległym kamieniu.
— Chodź.

***

Do jej uszu doleciał szum morza, wraz ze spokojnym obijaniem się wody o brzeg. Miejsce, na które zawędrowały, było oczywiście plażą, aczkolwiek dużo mniejszą, niż ta główna, granicząca z Klanem Nocy. Tutaj również było wiele kamieni, różniło się to tym, że tu miały dużo mniej miejsca na popisy, chociaż gdyby zechciały, mogły śmiało zamoczyć łapki lub nawet i zanurzyć się całe, mimo że nie był to szczególnie mądry czy pożądany pomysł. Brykający Mysikrólik uniosła pysk ku górze i uśmiechnęła się dumnie. Udało jej się coś wykombinować na poczekaniu, w dodatku koleżanka nie marudziła! Więc wygrała. Jajeczna Skorupa zwiesiła trochę łeb, spoglądając na rozmówczynię. Położyła po sobie uszy delikatnie.
— Mysikróliku, zaprowadziłaś mnie na plażę.
— To nie plaża! — Zmarszczyła brwi, kręcąc głową. — Zależy, jak na to spojrzysz. To tylko przestrzeń z piachem i wodą, w której możesz się umyć. Myć możesz się również w piachu, którego tutaj jest dostatek! Chodź, połóż się obok mnie. — Ruchem łapy zachęciła ją do tego, żeby przysiadła naprzeciwko. Liliowa zaczęła tarzać się w lekko mokrym piachu, ukrywając wewnętrzne niezadowolenie. Materiał musiał być idealnie suchy, jeśli chciała się w nim myć. W przeciwnym razie kłosy jej się sklejały, a ona sama śmierdziała słoną wodą i czymkolwiek, co postanowiło tego razu się do niej przylepić. Ruda kotka niepewnie ułożyła się przy koleżance, a potem zaczęła naśladować ruchy wojowniczki, tarzając się w pyle. Wreszcie, wydała z siebie westchnienie.
— Jeszcze nigdy nie “myłam się” w piachu… — wymruczała, gdy otrzepała się z nadmiaru drobinek. Żółtooka zaczęła kiwać głową, jakby wysłuchiwała teraz koleżanki, która zwierzała się z najsmutniejszej rzeczy w całym jej życiu.
— Przyzwyczaisz się. Wiesz, ile czasu można dzięki temu zaoszczędzić? I sama widzisz, jakie ładne mam teraz futerko! Nauczysz się jeszcze. Spokojnie, Jajeczna Skorupo. — Musnęła łapą bok kocicy, nakładając na niego piach i zaklepując go, niczym zwilżoną babkę na plaży. Materiał zsunął się, upadając na grunt głucho.
Cętkowana otworzyła pyszczek, uśmiechając się bez przekonania, ale nie przerwała szylkretce.

Od Fląderki Do Nurowej Gracji

*akcja ma miejsce lekko w przeszłości, początek pory nowych liści*

Wraz z nastaniem Pory Nowych Liści Fląderce zaczęła doskwierać bezsenność. Mimo obietnicy złożonej księciu pełniącemu stanowisko asystenta medyka, kotka zbagatelizowała początkowe objawy choroby, które na przełomie księżyców miały kolejno rozwinąć się w halucynacje, a następnie w problemy psychiczne. W końcu już nie raz miała problem z zaśnięciem, w szczególności odkąd zamieszkała na wyspie oddalonej od obozu. "To przejściowe". Tak sobie powtarzała, ilekroć oglądała gwieździste niebo nim udało jej się zasnąć ze zmęczenia.
Razem z Komarzą Łapą skoro świt zawitała do obozu. Mimo, że co jakiś czas stawiała w nim swoje łapy, czuła się bardziej wyobcowana niż do tej pory. A dodatkowo doskwierało jej zmęczenie. Po raz kolejny się nie wyspała, co dało się zauważyć na pierwszy rzut oka. Jednak nie mogła odmówić, tym bardziej, że została wezwana na wyspę przez Błękitną Lagunę. Zastępca nakazał Fląderce przeprowadzić ogromne porządki w sercu obozu. Miała pozbyć się zbutwiałych liści, które porą nagich drzew zakrył biały puch czy wyłowić z "oczka" śmieci, które się w nim znalazły. Oprócz tego miała wyczyścić ścieżkę, na której zaległy gałęzie pobliskiego drzewa. Nie mogła się lenić, musiała działać.
Pożegnała się z synem, który najprawdopodobniej jako ostatni ze swojego rodzeństwa udał się w teren wraz se swoim mentorem. Brązowe ślipka spoczęły na legowisko uczniów, w którym mieszkali Centuriowa Łapa, Wełniankowa Łapa oraz Umykająca Łapa. Może oni też udali się w teren? Było to bardzo możliwe, bo w zasięgu spojrzenia przez większość czasu podczas wykonywania zleconych prac nie miała okazji ich zauważyć. W końcu pod wieczór kątem oka dostrzegła znajomą postać o rdzawo-białej barwie, która stała do niej tyłem. Nie widzieć czemu Fląderka z góry założyła, że ma do czynienia ze swoją córeczką, Wełniankową Łapą. Nawet jeśli jej budowa ciała, jak i wielkość różniły się od tego co udało jej się zapamiętać na temat swojej córki. Kiedy ostatni raz miała okazję z nią porozmawiać, jak i podejść i móc jej się przyjrzeć? Zobaczyć, jak bardzo się zmieniła, odkąd była małym kociakiem, który wtulał się w jej brązowe futerko, którym większość społeczności Nocniaków pogardzała. Minęło tyle księżyców, że to było oczywiste, że jej mała córeczka nie była już małą córeczką. Zmieniła się, dorosła. Lada moment mogła zostać wojowniczką, podobnie jak pozostałe dzieci Fląderki.
– Dobry wieczór, Wełnianko... Wełniankowa Łapo – miauknęła zbliżając się do kota. – Moja córeczko... jak ty wyrosłaś... – Pociągnęła nosem, starając się nie rozkleić. Ile by dała, aby móc ponownie wziąć w objęcia w tym samym momencie wszystkie swoje dzieci. Aby nie widzieć tej zrozumiałej pogardy w spojrzeniach części z nich przez pokrewieństwo z odrzutkiem. – Jak przebiegają twoje treningi pod okiem Niedźwiedziówkowego Pyłu? Dogadujecie się? – Fląderka była pełna obaw, odkąd tylko bura kocica zawitała w szeregi Klanu Nocy. Co jeśli kazała jej chorowitej córeczce trenować, aż nie padnie ze zmęczenia? – Jak z twoim zdrowiem... czy nadal doświadczasz tych napadów?
Zielone oczy przepełnione pogardą wpatrywały się w Fląderkę. Chwila... Wełnianka przecież nie miała zielonych oczu. Ani rudej plamy na pyszczku. Jednak rdzawe uszy zakończone pędzlami oraz ogon... Ach, jak mogła pomylić swoją córeczkę z synem Trzcinowego Szmeru.
– Nurowa Gracjo! J-ja przepraszam... omyłkowo wzięłam cię za moją córeczkę, Wełniankową Łapę. – Pochyliła głowę. – O-oboje macie rudy ogon i uszy, w dodatku zakończone pędzelkami... Od tyłu jesteście niemalże nie do rozróżnienia. C-czy zdarzyło się to już wcześniej, aby jakiś wojownik was pomylił?

<Nurze?>

p.s. stadia choroby Fląderki mają postępować, proszę aby nikt jej nie leczył 🤗

Od Brykającego Mysikrólika

Przed śmiercią Przepiórczej Wichury

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, rzucając długie cienie wpadające hojnie do obozu Klanu Klifu. Fale morza obijały się z szumem o wysoko pnący się kamień, mocząc wiekowy głaz od dołu. Klangor mew niósł się echem, a malowniczy krajobraz z pomarańczowo-różowym niebem przestrzelonym przez białe chmury, przyciągał oko sprawnie. Koty wracały z ostatnich patroli, a lwia część klanowiczów zamieszkujących ogromny klif dzieliła się właśnie językami, wymieniając jednocześnie ploteczkami. Liliowa jeszcze nigdy nie wzięła w czymś identycznym udziału, dlatego też odczuła potrzebę, a wręcz przymus przyłączenia się do kogoś. Gdy spostrzegła wśród zebranych Jajeczną Skorupę, podeszła do niej w paru zwinnych susach. Musiała skorzystać z faktu, iż nikt jej do tej pory nie zaczepił, a z pewnością by się ktoś do tego znalazł, gdyby tylko zastanawiała się dłużej! Wodospad, teraz już odmarznięty, chociaż nadal potwornie lodowaty, obijał się o kamieniste dno, rycząc wyniośle i tym samym zagłuszając morze. Liliowa szylkretka zdążyła się odzwyczaić od dźwięku, który towarzyszył jej całe życie – w końcu od narodzin słyszała warkot, a gdy go zabrakło, jej codzienność stała się jakaś… inna. Dziwna. Kotka poruszyła uszami, uśmiechając się do rudej.
— Jajeczna Skorupo, czy chcesz się podzielić językami? — zapytała, a jej boki zafalowały delikatnie.
Wojowniczka spojrzała na nią ze zdziwieniem, jakby wyrwana z rozmyślania o czymś. Pokiwała głową.
— W porządku. Czy coś się stało, że mnie o to pytasz? — Uniosła jedną brew do góry, wyglądała na skrępowaną obecnością koteczki. Mysikrólik pokręciła głową.
— Chyba mogę cię prosić o spędzenie ze mną czasu, prawda? Należymy do tego samego klanu — miauknęła, nie tłumacząc wiele. W rzeczywistości wojowniczka była najbliżej i to głównie dlatego ją zaczepiła, ale przecież jej tego nie mogła powiedzieć!
Bursztynooka westchnęła, poruszając wąsami.
— Dobrze… masz rację, możesz. Chodźmy do reszty. — Ruchem ogona zachęciła ją do tego, żeby przysiadły nieopodal Tygrysiego Języka, Agatówkowego Cienia i paru innych wojowników, na których szylkretka nie zwróciła większej uwagi. Wreszcie, gdy przysiadła i pozwoliła cętkowanej zacząć pielęgnacje jej futra, uśmiechnęła się chytrze. Dzisiaj znowu wytarzała się w pyle i akurat nie chciało jej się iść specjalnie do wody tylko po to, żeby się obmyć. Dlatego, równie dobrze, mogła w ten sposób wykorzystać fakt, iż ktoś miał dobre serce. Jajeczna Skorupa nie skomentowała tego, a Mysikrólik bardzo to bawiło. Parsknęła śmiechem, zakrywając pyszczek, gdy Klifiaczka ciągnęła ją za kłosy językiem.
— Jajeczna Skorupo, ostatnio powiedziałaś, że mi do twarzy w pyle. Jeśli chcesz, zabiorę cię za niedługo w miejsce, w którym się tarzam. Ty też będziesz mogła mieć takie futerko, jeśli tylko zechcesz — miauknęła, odwracając się do koleżanki i poklepała ją po barkach pocieszająco. Klifiaczka już miała coś odpowiedzieć, nawet otworzyła pysk, jednak liliowa znowu jej przerwała. — Dobrze, że nie wytarzałaś się w błocie. Nie chciałabym być wtedy w twojej skórze. Błoto jest ohydne. — Wystawiła język, a na jej mimice zakwitło obrzydzenie.
Jajeczna Skorupa widocznie się zakłopotała, nie komentując słów koleżanki.
— Brykający Mysikróliku, a jak ma się twoja łapa? Słyszałam, że ją sobie zraniłaś jakiś czas temu. Czy nadal cię boli? Bo masz ją uniesioną — podjęła, sadowiąc się wygodniej. — Myślałam, że naskoczył na ciebie borsuk. Tak głośno wtedy krzyknęłaś.
Koteczka poruszyła nieznacznie kikutem ogona, czując zimną posadzkę pod poduszeczkami.
— Coraz lepiej. Już mnie praktycznie w ogóle nie boli. Chyba z przyzwyczajenia tak ją trzymam... — powiedziała, spoglądając na wspomnianą kończynę. Zdążyła już o tym zapomnieć... niedobrze, że ktokolwiek oprócz niej i Księżycowej Aldrowandy o tym pamiętał. Całe szczęście jednak, że ruda nie należała do kotów roznoszących plotki po wszystkich pobratymcach. Może nie widziała zderzenia ze ścianą i nie znała powodu zranienia.
— Całe szczęście... a jak to się w ogóle stało, że sobie ją zraniłaś?
W żółtych oczach Mysikrólika pojawiła się podstępna iskierka. Uśmiechnęła się, a potem przybrała śmiertelnie poważny wyraz pyska.
— Walczyłam z samotnikiem, którego przegoniłam z naszych terenów! Ugryzł mnie w łapę, a ja uczepiłam się jego brzucha i mu powyrywałam kępki futra, przeganiając go stąd. — Dumnie wypięła pierś, uśmiechając się do koleżanki. Jajeczna Skorupa popatrzyła na nią ze zdziwieniem, nie dodając od siebie już nic więcej. — W końcu zostałam mianowana wojowniczką jako pierwsza z całego mojego rodzeństwa. Lśniąca Gwiazda musiał za coś mnie uznać, a za co innego, jak nie za szlachetny czyn na rzecz klanu?

Od Zwisającej Perłówki

Natrętne, delikatne swędzenie, jakby ktoś drażnił jej nos koniuszkiem wysuszonego źdźbła trawy, nie dawało Zwisającej Perłówce spokoju. Mimowolnie zmrużyła oczy, napinając mięśnie pyska w skazanej na porażkę próbie powstrzymania nadchodzącego hałasu. To było już kolejne kichnięcie, odkąd otworzyła oczy, a przebudziła się na tyle niedawno, że nie zdążyła nawet podnieść się z posłania.
Podczas ostatniej Pory Nagich Drzew spędzała wyjątkowo dużo czasu poza obozem, a przynajmniej tym nowo wykopanym. Już wtedy, gdy lodowaty wiatr smagał ciągle jej futro, podświadomie czuła, że zmierza to w złą stronę, a nocne czuwanie po mianowaniu stanowczo w tym nie pomogło. Z początku powtarzała sobie, że nie było sensu zawracać głowy Wdzięcznej Firletce z powodu zwykłej błahostki, zwłaszcza wtedy, gdy miała wystarczająco obowiązków na głowie po utracie uczennicy.
Jednak wymowne, pełne irytacji spojrzenia wciąż zaspanych klanowiczów, których skutecznie wyrywała ze snu każdym kolejnym parsknięciem, były jasnym sygnałem.
Ułożyła z grubsza zmierzwione futro i pociągając nosem, ruszyła w stronę legowiska medyka. Tuż przed samym wejściem poczuła, jak fala swędzenia wzbiera się w niej na nowo. Kotka skrzywiła się, a z jej pyska wymknęło się kolejne kichnięcie, rozbrzmiewające w tunelach.
Kiedy z powrotem otworzyła lekko załzawione oczy, z ciemności legowiska wyłoniła się już głowa Wdzięcznej Firletki.
— Słyszałam cię z samego końca tunelu — odezwała się cicho, ale w jej głosie słychać było troskę. — Trzeba było przyjść do mnie od razu, zamiast się męczyć.
Medyczka odwróciła się i po chwili wróciła z garstką ziół, jakich Zwisająca Perłówka nie rozpoznawała. Wojowniczka powoli żuła gorzkie lekarstwo, słuchając krótkich zaleceń o unikaniu siedzenia na otwartym wietrze. Na koniec skinęła głową, ale w duchu kiełkował w niej inny plan. Jej myśli poszły od razu do pewnego miejsca poza tunelami, gdzie technicznie rzecz biorąc, wiatru nie powinna zastać.
Celem wyprawy była ceglana wieża, w którym znajdowało się poprzednie legowiska medyka. Od pożaru miała wrażenie, że przetrzepała już każdy zakamarek starego obozu nieporównywalnie dokładniej, niż kiedykolwiek jak próbowała zabić czas w swoich kocięcych księżycach. Nic nie stało jednak na przeszkodzie, by pokręcić się tam po raz kolejny.
Bardzo słaby, ulotny zapach suchych ziół dalej wypełniał pomieszczenie, ale nie trzeba było bystrego oka, żeby zauważyć, że źródła tej woni od dawna już tu nie ma. Mimo to Zwisająca Perłówka postanowiła sprawdzić ostatni kąt. Zanurkowałą głęboko w cień i ku swojemu zaskoczeniu, wyciągnęła spod schodów prowadzących na drugie piętro wieży zupełnie nietknięte ogniem posłanie. Chwyciła znalezisko w pysk, czując przypływ satysfakcji i bez zbędnej zwłoki postanowiła zanieść je z powrotem do obozu.
Gdy taszczyła posłanie przez zgliszcza, z drogi zstąpiła jej Słodka Dziewanna. Jej widok przywołał w pamięci Perłówki wspomnienie sprzed jakiegoś czasu, kiedy znalazła w okolicy parę ususzonych, lekko pogniecionych stokrotek, najpewniej należących oryginalnie do kotki stojącej przed nią.
Nie chciała od razu puszczać ciężko znalezionej zdobyczy, więc tylko odprowadziła odchodzącą kotkę wzrokiem i ruszyła dalej. Wracając do tuneli, ostrożnie ominęła legowiska medyka, mając nadzieje, że Wdzięczna Firletka nie przyłapie jej na natychmiastowym naciąganiu jej zaleceń. W końcu dotarła do nory wojowników i zanim zdążyła znowu zapomnieć, wyciągnęła schowane koło swojego posłania stokrotki i delikatnie odłożyła je na miejsce Słodkiej Dziewanny. Pewnie będzie miała okazję wspomnieć, gdzie je znalazła innym razem.

[Event Klanu Burzy: oddanie przedmiotu właścicielowi]
Wyleczeni: Zwisająca Perłówka

Od Monarcha Pierwszego CD. Skrzydlatej Płomykówki

Kocur jakoś upatrzył sobie tereny Klanu Burzy. Lubił tu wracać, bo raczej nie miał negatywnych wspomnień z tego miejsca. W ogóle, gdyby tak pomyślał, to nigdzie nie został przegoniony. No dobrze raz, czy dwa tak. Za pierwszym razem była to kotka Ostatni Pożar, ale potem już się tak na niego nie rzucała. Zastanawiał się, co u niej słychać, bo dawno jej nie widział. Nie, żeby tęsknił, ale jakoś tak przywykł do wspólnych rozmów. Oczywiście dla niego były to rozmowy, ale dla kotki? Sam nie był pewien.
— Dziwna sprawa — wymamrotał. Nie zdążył nawet dokończyć zdania, kiedy przed jego pyskiem wyrosły ślepia znanej mu kotki.
— Och? — wymsknęło mu się, gdy usłyszał głos zastępczyni Burzaków. Zaraz jednak się otrząsnął i uśmiechnął niewinnie.
— Dzień dobry miła pani, ach? Co ja tu robię? Śmieszna sprawa, bo widzi pani…zamyśliłem się i cóż straciłem orientację w terenie — odpowiedział ze skruchą. Po części rzeczywiście się zamyślił, a z drugiej to przecież nie było istotne prawda?
— Ale skoro już pani tu jest, to chciałbym się dowiedzieć, co jest takiego dobrego w klanie. Tyle kotów w jednym miejscu, czy nie jest to uciążliwe? — miauknął, grzecznie siadając poza granicą Klanu Burzy. Nie był pewien, czy kocica mu odpowie, ale naprawdę od jakiegoś czasu się nad tym zastanawiał. Żył sam, ale czasem bywało to uciążliwe. Tyle dobrego, że wiedział do kogo pójść, gdy był chory, albo się zranił. Problem polegał jednak na tym, że była tam Kobczyk, a z nią kocur miał specyficzny kontakt.

<Pani sówko? Czy klan nie jest męczącym miejscem?>