BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 22 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

18 marca 2026

Od Korowego Szeptu CD. Kamiennego Pióra

Kotka radośnie ruszyła za kocurem. Kocur był jedynym, przy którym czuła się tak swobodnie i pewnie. Przy Kamyczku nie przejmowała się niczym. Dlatego spacer z nim był najlepszym spacerem, bo tylko wtedy mogła po prostu podziwiać piękną naturę ich otaczającą, a nie skupiać się na wszystkim innym. No i myśli jej nie atakowały.
Szli w ciszy, ale nie była ona nieprzyjemna. Wręcz przeciwnie, była ich towarzyszem, przerywana odgłosami lasu.
— Lubię z tobą polować — miauknął kocur.
Kora spojrzała na niego i zamrugała kilka razy, a zaraz przewróciła oczami, ale uśmiech na jej twarzy z każdą sekundą był coraz większy. Wiedziała, że Kamyczek, w przeciwieństwie do jego brata, uciekiniera, nie rzucał komplementami na prawo i lewo, przez co, gdy te wychodziły z jego ust, to się peszyła. Jednak lubiła słyszeć co w niej lubi Kamyczek.
— Ja z tobą też — odparła, zerkając na niego.
Kamienne Pióro zamruczał, a zaraz potem uśmiechnął się tajemniczo. Kotka uniosła brew.
— Chodź, pokaże ci coś — rzucił.
Ruszył w wybraną przez siebie stronę. Korowy Szept nie protestowała i szybko ruszyła za nim. Nie wiedziała, gdzie ją prowadzi, ale nie przejmowała się tym. Ufała mu bezgranicznie i pozwoliłaby mu wziąć się nawet i na drugi koniec świata, tylko jeśli mieli być tam razem.
Po chwili znaleźli się na niedużej polance. Była ona otoczona świerkami, a przez jej środek przepływał maleńki strumień, cieniutka struga wody. Spomiędzy trawy wystawały kolorowe kwiaty. Kora rozejrzała się i uśmiechnęła, bo strasznie się jej to miejsce spodobało. Zerknęła na Kamyczka, zaciekawiona czemu ją tu przyprowadził i ich oczy akurat się spotkały.
— Korowy Szepcie, bo ja… Wiesz… Muszę ci coś powiedzieć i… I uznałem, że tutaj… Że tutaj będzie najlepiej, bo… Bo lubię to miejsce i… I jest ładne, prawda? — wyjąkał.
Kotce nie umknęło, że zaczął unikać jej spojrzenia, przez co nie odpowiedziała, czekając na dalszy rozwój spraw. Poczuła jednak, że jej serce zaczyna bić mocniej, niż powinno. Kamyczek podobał jej się chyba, od kiedy w ogóle była w stanie pomyśleć o kimś innym jako o partnerze. Kocur zawsze był miły, chociaż trochę wycofany, ale według Kory było to urocze. Tylko był starszy, więc kotka schowała uczucia głęboko w sobie i nie miała zamiaru ich wypuścić. Lecz teraz, zestresowana co chciał powiedzieć przyjaciel, miała mu ochotę wszystko wykrzyczeć. Powstrzymała się jednak i zaczęła nerwowo tuptać przednimi łapkami.
— No bo ja… No wiesz, przyjaźnimy się i… I bardzo cię lubię, uwielbiam z tobą spędzać czas i z tobą rozmawiać. — kocur mówił na jednym wdechu. — Tylko że od jakiegoś czasu czuję coś, czego wcześniej nie czułem, takie dziwne uczucie, niby fajne, niby nie, bo się bardziej stresuję, ale w sumie sam nawet nie wiem czym, ale jeszcze bardziej cię lubię i mi tak serce szybciej bije i jakby cały świat jednocześnie przyspiesza i się zatrzymuje, jak jesteś obok i nad tym dużo myślałem i się zastanawiałem i teraz już wiem, co to jest, bo po prostu ty jesteś dla mnie bardzo ważna, ale nie w taki zwykły sposób, w jaki jest dla mnie ważny przyjaciel, tylko w taki specjalny, bo ty jesteś kimś specjalnym w dobrym sensie, jesteś po prostu dla mnie najważniejsza na świecie i to uczucie to miłość, bo ja… Kocham cię. — wydusił w końcu.
Kora przez moment nie wierzyła w to, co słyszy, bo jak miała w zwyczaju, już widziała najgorsze scenariusze. Bała się, że kocur zauważył jej uczucie i przez to nie będzie chciał się z nią już przyjaźnić, albo, że ogólnie zrobiła coś złego. Nigdy nie spodziewała się, że Kamienne Pióro będzie czuł to samo.
Milczała przez dłuższą chwilę, przez co kocur już chciał otwierać usta i pewnie zacząć się tłumaczyć. Wreszcie jednak Kora zmusiła ciało do poruszenia się i rzuciła się na kocura, po czym zaczęła się o niego ocierać, mrucząc głośno.
— Też Cię kocham, Kamyczku. — wyszeptała wreszcie, gdy już cali wytarzali się na łące. — Od wielu, wielu księżyców — zaśmiała się głupio i wyprostowała, zerkając w jego oczy. — Bardzo mocno cię kocham… I tak, chcę zostać twoją partnerką do końca naszego życia — uśmiechnęła się.
A zaraz znów do niego podeszła i otarła się o niego, mrucząc zadowolona.

<Kamyczku?>

Od Kamiennego Pióra CD. Korowego Szeptu

— Świetnie, to chodźmy — zamruczał kocur i wstał, przeciągając grzbiet. Ruszył przed siebie w pierwszym lepszym kierunku, który wyglądał zachęcająco i usłyszał ciche, niemal bezszelestne kroki Korowego Szeptu za sobą. Przez chwilę nie mógł powstrzymać uśmiechu, miał tak dosyć często, gdy myślał o kotce lub spędzał z nią czas.
Drzewa szumiały nad ich głowami, świerszcze cykały w zaroślach, a ptaki ćwierkały, co chwilę trzepocząc skrzydłami i przelatując z jednej gałęzi na drugą. Delikatny wiatr poruszał wibrysy wojownika, niosąc ze sobą zapachy informujące o miejscu przebywania potencjalnej zwierzyny czy zagrożenia.
Przez chwilę Kamienne Pióro pogrążył się w tym spokoju, pozwalając wszelkim myślom odejść w zapomnienie i po prostu skupił się na przyjemnych zapachach i odgłosach lasu, które do niego docierały. To go zawsze uspokajało i poprawiało mu nastrój, nieważne czy był smutny, zły czy wesoły.
— Lubię z tobą polować — miauknął nagle kocur, powracając do rzeczywistości, a jego słowa odbiły się echem od pobliskich pni, kiedy przeniósł spojrzenie swoich żółtych oczu na wojowniczkę.
Od razu zobaczył uśmiech na jej pysku, z początku delikatny, potem coraz szerszy. Często dawał innym komplementy, czy mówił miłe słowa, ponieważ lubił sprawiać bliskim mu kotom radość, a Korowy Szept z pewnością się do takich zaliczała.
— Ja z tobą też — odparła, patrząc na kocura delikatnie błyszczącymi oczami.
Kamienne Pióro zamruczał cicho, po czym na jego pysku pojawił się lekko tajemniczy uśmiech, kiedy wpadł na pewien pomysł.
— Chodź, pokażę ci coś — rzucił, po czym skręcił, przeskoczył nad zwalonym pniem i zaczął prowadzić przyjaciółkę w pewne miejsce.
Już wcześniej myślał nad tą chwilą nie jeden raz, zastanawiał się, jak poprowadzić to bardzo ważne dla niego wydarzenie, jakie konkretne słowa wypowiedzieć i w jakich okolicznościach, o jakiej porze i w jakim miejscu, rozgrywał w głowie różne scenariusze, przygotowywał się na różne zakończenia. Wszystko po to, żeby nareszcie powiedzieć Korowemu Szeptu, co do niej czuje.
Po chwili dotarli na miejsce. Znaleźli się na niedużej polance, która mieściła zaledwie kilkanaście kotów. Była ona otoczona świerkami, a przez jej środek przepływał maleńki strumień, cieniutka struga wody. Spomiędzy trawy wystawały kolorowe kwiaty. To miejsce wydawało się zwyczajne, wyglądało ono jak każde inne, jednak było to najlepsze i najmniej oklepane z tych, które Kamienne Pióro mógł wybrać.
Zatrzymał się i odwrócił, a wtedy jego oczy spotkały się z oczami wojowniczki. Kotka patrzyła się na niego z zaciekawieniem, pewnie zastanawiała się, dlaczego ją tutaj przyprowadził.
— Korowy Szepcie, bo ja… Wiesz… Muszę ci coś powiedzieć i… I uznałem, że tutaj… Że tutaj będzie najlepiej, bo… Bo lubię to miejsce i… I jest ładne, prawda? — wyjąkał, unikając spojrzenia szylkretki.
Nigdy by nie pomyślał, że wypowiedzenie tych słów sprawi mu taki kłopot. Nie zdążył jednak odpocząć, bo zaraz wojowniczka pokiwała głową i Kamienne Pióro musiał kontynuować.
— No bo ja… — przestąpił z łapy na łapę. — No wiesz, przyjaźnimy się i… I bardzo cię lubię, uwielbiam z tobą spędzać czas i z tobą rozmawiać. Tylko że od jakiegoś czasu czuję coś, czego wcześniej nie czułem, takie dziwne uczucie, niby fajne, niby nie, bo się bardziej stresuję, ale w sumie sam nawet nie wiem czym, ale jeszcze bardziej cię lubię i mi tak serce szybciej bije i jakby cały świat jednocześnie przyśpiesza i się zatrzymuje, jak jesteś obok i nad tym dużo myślałem i się zastanawiałem i teraz już wiem, co to jest, bo po prostu ty jesteś dla mnie bardzo ważna, ale nie w taki zwykły sposób, w jaki jest dla mnie ważny przyjaciel, tylko w taki specjalny, bo ty jesteś kimś specjalnym w dobrym sensie, jesteś po prostu dla mnie najważniejsza na świecie i to uczucie to miłość, bo ja… Kocham cię. — wydusił w końcu z siebie i wziął nareszcie wdech, bo podczas tego długiego zdania w ogóle nie oddychał.

<Kora?>

17 marca 2026

Wężynowy Kieł urodziła!

 Wężynowy Kieł urodziła zdrowego, silnego kocurka!


Od Chomik (Chomiczej Łapy) do Pożarowej Łapy

Przeszłość

Wróciła z eskortą, która składała się z Modliszkowej Ciszy i Szarej Skóry. Nazywała to tak prześmiewczo, bo za każdym razem, gdy wychodziła, żeby kopać tunele lub coś upolować, to zawsze szła za nią jakaś obstawa. Zwykle to byli dwaj wojownicy. Takiej ochrony to nawet Królicza Gwiazda nie miał przy sobie! Oczywiście jej myśl była sarkastyczna, bo przecież ile mogła znosić, że nie może nawet sama wyjść z obozu, by się załatwić? Bali się pewnie, że na każdym kroku im zwieje lub coś zrobi, ale Chomik nie miała na to ani chęci, ani siły.
Srebrna kotka była już w takim wieku, że było jej bliżej do osiemdziesięciu księżyców niż do dwudziestu ileś. Kiedyś wpadła na plan ze swoją przybraną matką, Norniczym Śladem, by pozbyć się Przeplatkowego Wianka.
Szła z królikiem w pysku w stronę stosu. Spojrzała na niego, po czym położyła tam swoją zawartość, następnie wzięła jakiegoś mniejszego ptaka do skonsumowania. Wgryzła się w jego wnętrzności bez żadnego współczucia, mieląc jego organy w pysku. Właściwie jak na niego patrzyła, to miała wrażenie, że czuła się jak ten obgryziony ptak, tracąc większość swej godności, czując się tak samo martwo.
– Wszystkie koty wystarczająco dorosłe, by polować na króliki i biegać po wrzosowiskach, niech zbiorą się tu, pod Skruszonym Drzewem, na zebranie klanu – wybrzmiał głos Króliczej Gwiazdy. A on czasem nie był przybity do swego legowiska na amen? Odłożyła ptaka, idąc w stronę Skruszonego Drzewa. Im szybciej tu przyjdzie, tym szybciej dokończy to, co miała zjeść. Wiele kotów było ciekawe, co chce powiedzieć ich lider. Może ujawni karę Rybiej Łapy za narażenie swego życia? Może, to było najbardziej prawdopodobne. Bo niby po co miał zwoływać koty? Dla zabawy?
– Jak wszyscy wiecie, lis nie daje spokoju naszemu klanowi! Zabrał jednego z naszych uczniów, Kołysankową Łapę i pozbawił ogona Rybią Łapę, przez jej własną głupotę. Wiem, że wszyscy się boicie, jesteście niepewni przyszłości, lecz znaleźliśmy norę naszego problemu, który terroryzuje nas! Nie obawiajcie się, wyznaczyłem już trzy koty, które podejmą się wygonienia drapieżcy. Saharo, Ambrozjo i Chomiku, wyjdźcie na środek! – Chomik zrobiła tak wielkie oczy, że każdy, kto ją widział, myślał, że jej wypadną. Że ona? On się nie przejęzyczył? Podeszła posłusznie na środek, będąc już w centrum uwagi wraz z obiema pozostałymi kotkami. Spojrzała na Saharę, kremową kotkę i Ambrozję, tą rudą, po czym szybko przeniosła wzrok na lidera.
– Saharo i Ambrozjo, jesteście tu dosyć długo jako przybysze, doceniam waszą pracę na rzecz klanu. Jedna z was w przeszłości uratowała Równonocną Łapę przed sową, gdy była jeszcze kociakiem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika, Sahara będzie Wydmową Łapą, a Ambrozja Pożarową Łapą. Twoim mentorem, Wydmowa Łapo, będzie Sójczy Błękit, za to twoim, Pożarowa Łapo, będzie Skrzydlata Płomykówka. Mam nadzieję, że Sójczy Błękit i Skrzydlata Płomykówka przekażą wam całą swoją wiedzę, niezbędną do tej misji – koty skandowały nowe imiona przybyszek, które były u nich od dawna. Ciekawe co Królik teraz z nią zrobi? Bo chyba nie wzywałby jej na środek bez powodu, co nie? Chyba że dał ją na środek tylko po to, by ją ośmieszyć. To chyba nie był koniec, spojrzenie Chomik spotkało się ze spojrzeniem Króliczej Gwiazdy. Czy kocur zechce też jej dać szansę?
– Chomiku, wykonywałaś przez wiele księżyców sumiennie i cierpliwie swoje wyznaczone obowiązki, przez długi czas nie złamałaś żadnych postanowień ani kodeksu wojownika. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Chomiczą Łapą. Twoim mentorem będzie mój syn i zastępca, Zawodzące Echo. Będzie miał cię na oku, mam nadzieję, że przekaże ci całą swoją wiedzę niezbędną do tej misji – niewiele kotów zaczęło skandować jej imię, było to takie pół na pół. Słyszała, że najgłośniej jej imię skandowali Barszczowa Łodyga, jej partner, Ruda Lisówka, wraz z ich dziećmi, Śpiewającą Łapą i Cichą Łapą, który chyba udawał, że skanduje. O dziwo jej imię równie głośno skandował Skrzypiący Skrzyp. Reszta kotów już tak zwyczajnie okrzykiwała jej imię, wśród tłumu jednak zauważyła, że Przeplatkowy Wianek patrzyła na nią tajemniczo, a Świerszczowy Skok ukrywał swoje niedowierzanie. Kotkę mało to już obchodziło, miała swoją rodzinę. Patrząc teraz, nie opłakiwała już relacji ze swoim żywym rodzeństwem i matką, byli dla niej już zamkniętym rozdziałem. "Myśleliście, że pozbędziecie się mnie? Bzdury, teraz wracam, by się zemścić, oboje jeszcze pożałujecie, że kiedykolwiek zabiliście Norniczy Ślad. Jeszcze pożałujecie..." – kotka pomyślała, patrząc na nich, po czym rozejrzała się jeszcze po innych z serdecznym wyrazem pyska. Jeszcze, gdy wróci pełna sił, to będą tak wiwatować na jej cześć, że nawet wiatr rozniesie te wiwaty. Podejrzewała, że będzie następnym celem Przeplatki, po Norniczym Śladzie. Kotka była jednak gotowa, na cokolwiek co jej zdradziecka część rodziny planowała przeciwko niej.

***

Była ciekawa, co jej da za zadanie. Okrążenie całego terytorium? Upolowanie stada królików? Mieli przegonić lisa, więc nie będzie to coś lekkiego. Tak naprawdę to nie chciała niczego lekkiego, była stworzona do trudnych zadań, a nie testów dla kociaków. Niestety nie dowie się jednak, co dostanie za zadanie. Zobaczyła, że Pożarowa Łapa wraz z Wydmową Łapą czekają na coś. Postanowiła zagadać do kotek, może zostaną dobrymi znajomymi.
– Cześć! Chyba już mnie znacie, jak się czujecie, że będziemy przeganiać lisa? Bo ja szczerze sądzę, że to dosyć gruba misja, jaką dostaliśmy, ale chyba nie mamy wyboru – gdyby odmówiły, to nie wiadomo co by Królik zrobił, zapewne dałby im grubą karę. Na szczęście ona nie dostanie kary, bo chciała bardzo walczyć z lisem i pokazać, że jest lojalna klanowi, mimo incydentu sprzed wielu księżyców temu. Ruda kotka popatrzyła niechętnie na nią.
– Zawsze się tak ekscytujesz, kiedy zostajesz wysłana na bardzo prawdopodobną śmierć? – lekko opryskliwie dała po sobie znać, że nie chce zabić tego lisa. Na prawdopodobną śmierć? Czy ona bała się lisa? Było ich trzy, może im nie pójdzie to aż tak źle.
– Em... Wiesz, może nie zabrzmi to pozytywnie, ale mamy go tylko przegonić, nie zabić. Więc może nie ucierpimy? Spójrz na to z drugiej strony. Jeśli go pokonamy, może dostaniemy wojownicze imiona – spoglądała nadal w przestrzeń obozową, co u licha się działo z Zawodzących Echem? Czemu tak się ociągał? Chciała już mieć trening z głowy.
Jej słowa miały być pozytywnie odebrane, ale ruda uczennica wbiła pazury w ziemię.
– Ja już jestem wojowniczką – wycedziła, a Wydmowa Łapa popatrzyła na swoją koleżankę z jakimś żalem, przynajmniej tak to widziała Chomicza Łapa.
To chyba sobie nie po plotkują czy coś, jak to robią kotki, a szkoda. Zwłaszcza że jeśli Pożarowa Łapa myślała, że ona jest wojowniczką, to Chomicza Łapa była latającym królikiem. Patrząc na kotkę, wiedziała, że mogą mieć wspólne tematy, ale dogadanie się z nią w tym momencie nie było wykonalne. Uczennica obróciła głowę, gdy usłyszała tupot łap, był to Zawodzące Echo z Sójczym Błękitem i Skrzydlatą Płomykówką. Nareszcie! Dymny zastępca podszedł do kotek.
– Dziś zrobicie między sobą sparing, chcę zobaczyć, na jakim poziomie jest wasza walka. Też chciałbym was przygotować do przegonienia lisa. Są jakieś pytania, zanim zaczniemy? – Chomik ziewnęła tylko, raczej nie chciała zadawać jakiś losowych pytań, zwłaszcza że było widać po Pożarowej Łapie i Wydmowej Łapie, że chyba nie były z tego zadowolone.
– Skoro nie ma pytań, to idziemy – odwrócił się od nich, idąc w stronę wyjścia z obozu. Sójczy Błękit i Skrzydlata Płomykówka poszły za nim, a z tyłu szła Chomicza Łapa z dwoma uczennicami. Wyszli już poza obóz. Dopóki więc Zawodzące Echo zajęty był rozmową z dwoma wojowniczkami, to srebrna czarna szylkretka zagadała do Pożarowej Łapy.
– Czemu on nas chce uczyć od nowa walki? Myślicie, że nam sprzeda jakąś specjalną taktykę na lisa, czy będzie improwizował? Mam nadzieję, że coś ma. Bo jeśli nie to nawet ja bym mogła już lepszy plan wymyślić jak przegonić tego lisa – szepnęła do Pożar.
– Wiesz, kiedy tu trafiłyśmy, Sa-... – Pożar ugryzła się w język. – Wydmowa Łapa była nieźle pokiereszowana. Mogli się domyślić, że lepiej poćwiczyć z nami walkę, zanim wepchnie nas lisom do gardeł – Wydmowa Łapa zjeżyła się.
– Zamknij pysk, Ambrozjo! – syknęła kremowa kotka. Chomik tylko lekko zachichotała. Cieszyła się, że atmosfera rozluźniła się na swój sposób, przynajmniej teraz będą mniej spięte podczas nadchodzącego sparingu.

***

Długie pogaduszki się skończyły, gdy musiały się już zatrzymać na znak zastępcy.
– To tutaj sprawdzimy wasze umiejętności – Zawodzące Echo spojrzał na wszystkie uziemione panie.
– Na mój znak zaczniecie, zanim jednak zaczniemy, ustawcie się naprzeciw siebie. Musi być między wami odległość króliczego skoku – na znak zastępcy kotki się cofnęły od siebie na dużą odległość, żeby pomiędzy nimi była długość skoku królika i naprzeciw. Chomicza Łapa już była gotowa się rzucić z hukiem. Musiała pamiętać, by nie używać pazurów. Musiała godnie się pokazać przed zastępcą by nie żałował, że to ona idzie walczyć. Dodatkowo swoje przeciwniczki musiała traktować poważnie, nawet jeśli jedna dobrze nie walczyła. Raz popełniła ten błąd i wysłano ją w głąb tuneli jako więźnia. Więcej tego błędu już nie powtórzy. Zawodzące Echo spojrzał na nie, mierząc je wzrokiem
– Gotowe? To start! – na znak dymnego kotki zaczęły intensywną walkę.

***

Po sparingu

Wracały już do obozu, Chomicza Łapa trochę się zmęczyła, ale dobrze jej to zrobiło. Przykładała całe swoje siły, by godnie pokazać swoje umiejętności walki. Wydmowa Łapa i Pożarowa Łapa też dobrze walczyły. Chomicza Łapa miała nadzieję, że w takim składzie wygnają lisa, albo i lepiej... zabiją go! Choć musiała się poprawić, bo to ona chciała go zabić, a dwie kotki to były jej instrumenty do tego.

***

Teraźniejszość

Pożarowa Łapa była w żłobku, Chomik nie spodziewała się, że cwaniara tak się wymiga od walki z lisem... a miała ją za silną kotkę. To był dla niej akt tchórzostwa. Jak już, to mogła zajść w ciąże po pokonaniu lisa, a nie przed. Ona też była w ciąży kiedyś, ale to się różniło i to bardzo. Zawodzące Echo dodatkowo postanowił do ich składu dorzucić dwa koty, co dawało już czterech chętnych do zabicia lisa. Tylko że to ona chciała głównie z nim walczyć i wgryźć się w jego kark, trzy koty zabierały jej lekko tę możliwość. Nie mówiąc już o tym, że jeśli któremuś kotu, który nie jest więźniem lub imigrantem, coś się stanie, to automatycznie wina spadnie na nią, bo koty pomyślą, że dała komuś odwalić robotę za nią. Uczennica nie po to wyrwała się z więziennictwa i ciężko harowała jak pięć wojowników zjednoczonych, by być uznaną za leniwego pasożyta. Wzięła królika ze stosu, następnie weszła z nim do żłobka. Brzuch Pożarowej łapy stał się większy, ciekawe ile kociąt urodzi.
– Witaj, przyniosłam ci coś do jedzenia, jak się czujesz? – spojrzała na rudofutrą kotkę, ciekawe czy chciałaby z nią gadać po tym, jak już nie łączyło ich nic biznesowego?

<Pożarowa Łapo? Za to, że się przeciążyłaś, będę cię nawiedzać.>

Od Klekoczącej Łapy (Klekoczącego Bociana) CD. Dryfującej Łapy (Dryfującej Gałęzatki)

Przekręcił nieco głowę. Czy jadł żabę? Czy powinien spróbować? Może faktycznie coś umyka mu prosto przed nosem, a on nawet tego nie dostrzega, nawet nie widzi tego jako możliwość. Ale czy powinien w ten sposób patrzeć na żaby? Musiał przyznać, że o ile uwielbia na nie patrzeć, uwielbia dostrzegać, jak światło odbija się od ich śliskiej skórki, to… ptaki wydają się znacznie bardziej apetyczne, a tym bardziej ryby. 
— Nie, nie jadłem, bo bardzo je lubię. Nawet bardziej chyba niż koty. No może oprócz mojej mamy Mureny; ją kocham bardziej — powiedział, a starszy uczeń wpatrywał się w Księcia z zaciekawieniem w oczach. Biały dodał prędko: — Ciebie może też tak polubię, ale nie wiem. Musiałbym cię lepiej poznać. A na razie nie wiem, czy w ogóle chce, bo tak naprawdę to właśnie ona i Szałwiowe Serce mi powiedzieli, że mam do ciebie przyjść. Nie żebym coś do ciebie miał... Bo nie mam, po prostu sam raczej nie czuję potrzeby chodzić do innych kotów — mamrotał bardziej dla siebie, pod nosem, niż do ucznia siedzącego u jego boku. Nastała nieco niezręczna cisza. 
— No... Ja też tak czasami mam, ale to nawet miłe, że przyszedłeś. I wydajesz się całkiem fajny i ciekawie opowiadasz o żabach. Widać, że faktycznie bardzo za nimi przepadasz. — Słowa Dryfującej Łapy nieco go uspokoiły. Nie chciał, aby obserwująca go para wojowników uważała, że nie poradził sobie z tak prostym zadaniem jak rozmowa z swoim rówieśnikiem. 
— A ty, co lubisz? — zapytał, bo nie wiedział już, w jaki inny sposób przedłużyć rozmowę.
— Lubię jeść... Dlatego zapytałem ciebie, czy jadłeś żabę, ale nie spodziewałem się, że twoja sympatia wynika... nie z brzucha... — wymruczał, nieco pesząc się z powodu tego wyznania. 
— O... To ciekawe... Ja lubię ryby, ale to chyba nie jest ciekawe — przyznał, ale szybko dodał jeszcze, wskazując na gąsienice, która wciąż leżała zwinięta u ich łap. — A zjadłbyś ją?
— Mm... No nie wiem. Byłoby mi jej chyba zbyt szkoda. Ale za to lubię patrzeć, jak się wiją i mkną do przodu. Jedzą też liście, więc może mógłbym jeść liście jak one.
— Mama powiedziała mi, że wtedy w środku dobrze działa brzuszek — powiedział, całkowicie przekonany. — Ale nie wiem, czy wszystkie są dobre. W końcu medycy mają ich tak dużo i pewnie każdy liść działa nieco inaczej. 
— Trzeba by było się dowiedzieć. No albo spróbować — mruknął Dryf. 
— Nie wiem, czy chce się dowiadywać lub próbować. Ja chyba jednak zostanę przy rybach, wiesz — oznajmił, odsuwająć się nieco. Trochę obrzydziła go wizja pasania się niczym jelonek, skubania listków i wciągania wodorostów niczym denna ryba, ale nie chciał tak otwarcie sprawiać przykrości nowemu znajomemu. Nawet jeśli wydawał się może nawet bardziej dziwny od niego samego. Rozejrzał się. Mignęła mu gdzieś kitka matki. Odwrócił się jeszcze prędko do Dryfującej Łapy, ale ten zdawał się być pochłonięty obserwowaniem gąsieniczki, która już zdążyła się na powrót wyprostować. Wykorzystując jego nieuwagę, czmychnął do rodzicielki, aby opowiedzieć, że tym razem udało mu się z kimś porozmawiać. 

* * *
Po mianowaniu obu 

Wracał właśnie z kociarni, gdzie znów musiał oglądać wielki brzuch Wężynowego Kła. Zastanawiał się, czy kotka faktycznie ma w sobie tyle kociaków, czy po prostu jest taka tęga i gruba. Mamrotał pod nosem jakieś niezbyt ładne komentarze na temat swojego przyszłego kuzynostwa, kiedy przypadkowo uderzył barkiem w idącego z naprzeciwka kota. Zmarszczył nos i wydał z siebie zirytowane bulgotanie.
— Oh... Wybacz, nie widziałem cie — odezwał się Dryfująca Gałęzatka. Nie rozmawiali zbyt często. Kiedy jeszcze Klekoczący Bocian skolił się na wojownika, wtedy zdarzało im się kończyć w tym samym patrolu lub grupie łowieckiej, gdzie mogli trochę porozmawiać, ale od kiedy zmienił ścieżkę szkolenia… raczej nie mieli takich okazji. 
— W porządku — burknął. Nie mógł powstrzymać się przed pokazaniem iskry zazdrości. Spoglądał w ten sposób na wszystkich wojowników, nieważne, czy starszych, czy młodszych od siebie. Oni wszyscy mieli coś, czego on nigdy nie będzie w stanie dosięgnąć. Wydukał jednak nieco oschle. — Gratuluję mianowania... Wydaję mi się, że wcześniej nie miałem sposobności.

<Gałęzatka?>

Od Klekoczącej Łapy (Klekoczącego Bociana) CD. Gąbczastej Perły

Otworzył nieco powieke, słysząc słowa swojej mentorki. 
"Tak bardzo liczyłem na troche więcej snu... Miały być wymęczone, ledwo żywe... Miałem mieć możliwość odespania tych okropnych księżyców, a potem może na wymknięcie się pod pretekstem poszukiwania ziół... Niech to szczupak połknie!" — przeklął w myślach. 
Westchnął głośno; nie chciał pokazywać, że robi cokolwiek, co kotka mu każe, z radością i zapałem. Chciał, aby wiedziała, że zrójnowała mu wszystko, co sobie zaplanował, o czym marzył i śnił. Miał szansę zostać liderem… Wiedział o tym. Rozmawiał nawet raz na ten temat z wujem, który obiecał, że będzie miał na oku go i jego szkolenie. To wszystko zostało mu odebrane, kiedy został wezwany do legowiska Mandarynkowej Gwiazdy. Był tak okropnie zły, kiedy przypomniał sobie tę pamiętną noc. O ile do Gąbczastej Perły od początku odczuwał zwyczajną odrazę i ogromną złość, tak nie mógł powstrzymać napływających realizacji, że jest to po części również wina innych. Nawet tych, których cenił, szanował i kochał najbardziej. Matka nie zaprotestowała, chociaż na pewno odczytała wszystkie emocje, które przepłynęły mu przez mordkę. Algowa Struga pozwoliła, aby odebrano jej ucznia, z którym była już u kresu szkolenia i który od początku robił prędkie i niesamowite postępy. Mandarynkowa Gwiazda za to pozwoliła, aby jej jedyny wnuk marnował się w śmierdzącej ziołami kłodzie… Nie kiwnęła nawet ogonem, kiedy smutek, strach i złość ściskały Klekotkowi gardło. Nie wierzył, że nikt nie zobaczył już wtedy, że jego decyzja jest spowodowana jedynie tym, że nie chciał nikogo zawieść, że nie chciał zbrukać dobrego mienia matki. Jeszcze niedawno powiedziałby, że kotki nie mogły nic zrobić, ale teraz... Teraz uważał, że zwyczajnie nie chciały się pofatygować. 
— W porządku — burknął w końcu. Przynajmniej tym razem mógł usprawiedliwić oschłość faktem, że dopiero się wybudził. Gąbka jednak wiedziała, że ten był zwyczajnie wiecznie niezadowolony. Przynajmniej kiedy przebywał w lecznicy. Kiedy tylko zabierała go po zioła... odżywał.
Wstał powoli, a kostki zatrzeszczały mu cicho. Miał wrażenie, że nieważne, ile biegałby po legowisku, nigdy nie czułby się już tak żwawo jak kiedy polował i pływał. Otrzepał się z warstewki kurzu, która na nim osiadła, a następnie wymknął się do obozu. Nieśmiałe słońce zaświeciło mu w pysk. Odwrócił się i ujrzał, jak mentorka odprowadza go ukradkiem wzrokiem. Posłusznie udał się do kociarni, aby "nauczać" tę przybłędę i jej wywłoki. 

* * *

Machinalnie przeżuwał w pysku aksamitkę. Pisk w uchu nie ustąpił, mimo że starał się unikać wiatru i wilgoci, a w dodatku doszło do tego to irytujące swędzenie. Jedyny plus jego koszmarnej ścieżki to to, że mógł sam sobie pomóc. W końcu wyplił papkę na łapę i wsadził ją sobie głęboko do ucha, krzywiąc się nieco. Siedział odwrócony tyłem do wejścia, ale nie mógł nie wyczuć obecności Gąbki, która musiała właśnie wrócić ze swojego regularnego obchodu.
— Klekocząca Łapo, przyniesiesz mi potem trochę czyśćca? — poprosiła, ale odpowiedziało jej jedynie cisza. Odczekała chwilę, potem jeszcze trochę, aż w końcu odchrząknęła gniewnie. Klekotek za to siedział niewzruszony, wciąż udając, że sortuje zioła. Po jego białym policzku spływała zielona stróżka soku pomieszanego ze śliną. Uznał, że akurat tym razem uda mu się uciec przed dymną kotką. W końcu sam był chory i miał ucho pełne ziołowej papki. Miał nadzieję, że kotka odejdzie do składziku i sama się obsłuży; to nie było w końcu tak dużo roboty. Zamiast usłyszenia westchnięcia i kroków poczuł trzepnięcie łapy uderzającej go w tył głowy. Pisnął i odwrócił się z wytrzyszczonymi ślepiami. 
— Czy tak trudno odpowiedzieć, kiedy do ciebie mówię?! — prychnęła zirytowana. Była zła, zmęczona i widocznie miała już dość humorków swojego wiecznie niezadowolonego ucznia. 
— Mam aksamitkę w uchu. Mówiłem, że mnie boli — burknął i odwrócił się od rozmówczyni. Ta jednak nie pozwoliła mu na to i brnęła dalej. 
— Drugie za to powinno działać świetnie, czyż nie?
— Zawsze było słabsze.
— W takim razie to chyba dobrze, iż nie zostałeś wojownikiem, bo mogłoby się to zakończyć tragedią lub przynajmniej kilkoma nieudanymi polowaniami. 
— O dziwo, podczas treningów z Algową Strugą nigdy mi nie przeszkadzało. 
— To przedziwna przypadłość. Powinieneś się więc skupić, aby odnaleźć lekarstwo — rzuciła, a następnie faktycznie sama skierowała się w kierunku składziku, skąd zabrała pączek ziół, aby zanieść je i wzmocnić starszą Nenufare. 
Klekocząca Łapa musiał skupić się niesamowicie, aby nie wyjść z siebie. Przez moment myślał nawet, że rozpłaczę się z frustracji niczym mały kociak, ale udało mu się opanować napływające łzy. Prawda była taka, że było lekarstwo na ową przypadłość, która sprawiała, że uszy nie odbierały rzucanych ku niemu poleceń, że noce były nieprzespane, a humor wiecznie nie taki, jaki powinien... Tylko ta kuracja jest poza jego zasięgiem. Dobrze o tym wiedział. Już nawet powoli się z tym godził. 

* * *

Wieść o tym, że Błękitna Laguna doczeka się niedługo potomstwa, spadła na niego niczym ptasie łajno. Jego ostatnim wyjściem, jeśli chodzi o wyrwanie się z tego pachnącego ziołami dołka, było to, że być może Mandarynkowa Gwiazda zlituje się nad nim, jeśli pomyśli o fakcie, że po śmierci lub emeryturze jej syn nie będzie miał młodszego członka rodu, którego obsadziłby w roli zastępcy. Teraz jednak wszystko legło w gruzach. Nienawidził być wysyłanym do żłobka, nienawidził tego miejsca bardziej niż lecznicy. Uniesiony dumnie pysk Wężynowego Kła, która rozwalona prezentowała wszystkim swój nabrzmiały brzuch, który zapewne nosił przyszłego lidera... Miał czasami ochotę wydrzeć z niego tego niewyrośniętego robaka i rzucić go prosto do rzeki. Wtedy może wszyscy uznaliby, że kiepski z niego medyk, a wspaniały i ambitny wojownik. Może wtedy wszystko by się ułożyło. 
Wrócił właśnie z jednego z tych regularnych spotkań z przyszłą matką. Był wymęczony psychicznie i fizycznie. Musiał przyznać, że od kiedy na jaw wyszła prawda o dziecku Laguny i szylkretki, zaczął nieco mniej narzekać, kręcić nosem i obijać się po kątach tylko po to, aby jak najdłużej pozostać niezauważonym przez mentorkę. 
Pogodził się z przegraną.
Pogodził się z faktem, że do końca życia będzie nieszczęśliwe.
Pogodził się z faktem, że jego marzenia o przywódstwie, partnerce, możliwym potomstwie, to tylko fantazja młodego kocurka, który szkolił sie u boku Algowej Strugi. 
Oparł policzek o plecioną ścianę lecznicy. Westchnął i ścisnął oczy bardzo, bardzo mocno. Miał ochotę pozostać tak na zawsze. Coś, a raczej ktoś, przerwał mu jednak.
— Klekocząca Łapo, możemy pogadać? — Głos Gąbczastej Perły wybudził go z zadumy. Zerknął na nią i kiwnął łbem. — Razem z Różaną Wonią dostrzegłyśmy, że udało ci się wyrosnąć ze swoich humorków od jakiegoś czasu, co bardzo nas ucieszyło. — Zjeżył się nieznacznie na te słowa. Mentorka od razu to wyłapała i położyła mu ogon na grzbiecie, dodając: — To nie była zaczepka. 
Uspokoił się nieco i odkaszlnął, czekając na kolejne słowa kotki. 
— Wiem, że ta decyzja nie była twoja, nawet jeśli się zgodziłeś. Pokazywałeś to bardzo... dobitnie — mówiła dalej. Starała się brzmieć jak najbardziej łagodnie i pewnie. — Już od jakiegoś czasu doszłam do wniosku, że nie nauczę cię niczego nowego, a więc czekałam jedynie, abyś dorósł do swej rangi. I myślę, że ten czas nadszedł. Co prawda nie jest to jeszcze czas na Spotkanie Medyków, gdzie dopiero oficjalnie zostałbyś rozpoznany jako asystent przez szanowne grono medyków, ale ja sama dopiero ostatnio stałam się w pełni Gąbczastą Perłą — tłumaczyła dalej, a kocur nawet nie patrzył na jej pysk. Wpatrywał się w punkt nad wysoki tatarakiem, który obrastał obóz. 
"Czy to muszka? Pszczółka lub bąk? A może zwyczajnie ślepne..?" — rozmyślał. Wizja utraty wzroku wydała mu się kusząca na kilka chwil. Potem jednak przypomniał sobie o ciele ślepej medyczki z Klanu Klifu, które znaleziono na plaży. "Skoro ona mogła leczyć i nie widzieć, mi też by pewnie kazali... Już wolę mieć wzrok."
— Uważam, że rozsądnie będzie, jeśli przyjmiesz już imię Klekoczący Bocian. Dzięki temu będę też miała powód, aby wywlec cię na Spotkanie Medyków, czy ci się to podoba, czy nie. Nawet jakbyś był umierający — zażartowała, chociaż nikt się nie zaśmiał. Nastała chwila milczenia, którą w końcu przerwała Gąbka. Słychać było, że była już zmęczona swoim monologiem. — Wszystko w porządku?
— Wiesz, jakie miałem marzenia? — zapytał nagle, a ciemnooka zdziwiła się tą odpowiedzią. Zapewne liczyła na jakąś monosylabę, krótką zaczepkę lub równie prawdopodobną ciszę. 
— Nie. Nigdy mi nie mówiłeś — przyznała szczerze. To była prawda. Nie rozmawiali prawie wcale, jeśli nie chodziło o zastosowania ziół czy leczenie schorzeń.
— Chciałem być liderem. Zostałbym nim. Rozmawiałem z Błękitną Laguną, kiedy już mój trening pod okiem twojej matki się kończył. Na zgromadzeniu spotkałem kotkę z Klanu Klifu, z którą rozmawiałem o tradycjach. Nie czułem nic do niej, nie myśl sobie nawet, ale opowiedziałem jej o tej z żabą podczas ceremonii partnerstwa. Powiedziała, że na pewno podczas mojej znajdzie się największa, najpiękniejsza i najbardziej zielona żaba. Przykro mi, że ją zawiodłem. 

<Głąbko?>

Wyleczeni: Klekocząca Łapa

Od Mistral

Przeszłość

Młódka spokojnie leżała na posłaniu stworzonym przez jednego ze stróżów lub ich ucznia, obserwując uważnie, jak jej naiwny brat z szerokim uśmiechem na białym pyszczku zajmuję większość uwagi Fruczaka. Przewróciła swymi niebieskimi ślepiami, które po chwili skryła za zasłoną powiek — dni w żłobku wyjątkowo jej się dłużyły, szczególnie kiedy przypominała sobie, że jest ograniczana i więziona w nim niczym jakiś samotnik, który jest znany w okolicy ze swojego lisiego serca. Jednak ona przecież była ledwo podrostkiem, sięgającym kotom do barków, więc dlaczego ci Owocniacy traktowali ją inaczej niż Tramontana? Przecież nie sprawiała problemów, także, z jakiej racji miała ona cierpieć za głupotę innych?
Machnęła gniewnie ogonem akurat w momencie, gdy do bezpiecznego legowiska wkroczył liliowy uzdrowiciel — na dźwięk znajomych kroków młódka uchyliła powieki i wbiła chłodne spojrzenie w nowoprzybyłego, który po skrzyżowaniu spojrzenia z białą widocznie się wzdrygnął.
— Czego tu szukasz — rzuciła oschle. Wiciokrzew nie był kotem, którego darzyła jakąś sympatią, jednakże był zdecydowanie lepszą opcją wraz z innymi uzdrowicielami niż reszta członków Owocowego Lasu.
— Ch-chciałem się s-spytać cz-czy już w-wiesz k-kim chcesz z-zostać w O-owocowym Lesie? — spytał, choć przez jego ciągłe jąkanie się, zajmowało to chwilę i to był główny powód, dla którego Wiciokrzew nie był ulubieńcem Mistral.
— A to muszę coś wybierać?
— T-tak, j-jako członek n-naszej społeczności z-zasady p-panujące obowiązują t-także c-ciebie.
— A kim mogę zostać?
— Zwiadowcą, wojownikiem, stróżem, zielarzem lub uzdrowicielem. — Do rozmowy dołączył Fruczak, chcący nieco wesprzeć uzdrowiciela, by biała go nie powaliła samym wzrokiem.
— Ja chce zostać-
— Nie ciebie pytają — fuknęła kotka, strosząc futro na swojego głupiego brata. — Wracając, nie wiem. Dla mnie to wszystko jest głupotą, by tak młodo podejmować decyzję, która może mieć wpływ na resztę życia. — No trzeba było przyznać, że Mistral była dość dojrzała, jak na swój młody wiek.
Wiciokrzew ciężko westchnął, jakby dotychczas łudził się, że sprawy z jego córką pójdą dość gładko. Ona sama przewróciła w tym czasie oczami, mając dość tej bezsensownej rozmowy.
— W sumie to przyda wam się kolejna para łap, nieprawdaż Wiciokrzewie?
— M-może, a-ale uczniowie s-stróżów t-też n-nam pomagają, b-by ukończyć s-swoje szkolenie — wydukał liliowy. — A-ale j-jeśli ona s-sama chce, t-to z P-purchawką i P-porankiem nie b-będziemy mieć n-nic przeciwko.

«★»

Dzień mianowania

— Twoim mentorem zostaje Wiciokrzew. — Słowa Pieczarki nieźle wmurowały młódkę w ziemię. Spodziewała się wszystkiego, ale nie czegoś takiego! Jak ona niby ma wytrzymać z tym jąkającym się kocurem dłużej niż zwykle? Przecież ona prędzej oszaleje, niżeli czegokolwiek się nauczy — już sobie wyobrażała, jak prosi Purchawkę lub Poranka o przejęcie tego obowiązku od liliowego.
Przez parę kolejnych uderzeń serca członkowie Owocowego Lasu gratulowali młódce, jednak ta miała ich gdzieś — jej lodowate niebieskie ślepia były utkwione w lekko skulonej sylwetce wywołanego uzdrowiciela. Mistral miała ochotę większość tutejszych kotów rozerwać na strzępy — czy ci głupcy naprawdę gratulowali jej wyjścia z więzienia, jakim był krzew kaliny służący za żłobek i zamieszkania w nowym? Chyba nigdy nie zrozumie tego całego Owocowego Lasu, a jak na razie nie zapowiadało się, by miała to miejsce opuszczać, co zdecydowanie nie napawało ją optymizmem i niemal na każdym kroku okazywała to dość jasno, by każdy w obozie i pobliżu był świadom, iż młódka nie jest zadowolona z pobytu tutaj.
— Idziesz czy nie? — rzuciła, przechodząc obok mentora. Mistral miała zamiar tu i teraz wykorzystać możliwość opuszczania obozu — oczywiście pod nadzorem Wiciokrzewu bądź innego uzdrowiciela, jakby nadal była więźniem niżeli kotem o pełni praw.
— A n-nie chcesz p-porozmawiać z b-bratem wcześniej? — spytał nieco zdziwiony zielonooki.
— A o czym niby? Bite cztery księżyce z nim spędziła, to wystarczająco dużo czasu oraz testowania mojej cierpliwości wobec niego. Teraz to ja będę się napawać smakiem wolności od tego mysiego móżdżka — prychnęła.
Zmieszany uzdrowiciel nic już nie wypowiedział, skupiając się na oprowadzeniu uczennicy po najbliższych terenach Owocowego Lasu z uwzględnieniem pokazania miejsc z ziołami, które za jakiś czas będą razem zbierać. Biała nie była tym zbytnio zainteresowana, gdyż jej uwaga była głównie poświęcona temu, by przypomnieć sobie drogę do nory, z której jakieś dwa księżyce temu została zabrana przez tę lisią strawę, która ciągnęła się za nią. Mistral miała ochotę gdzieś go zgubić, lecz raczej jej się nie uśmiechało do pozostania samej, biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, kiedy to lis niespodziewanie i pozostawił po sobie jedynie dwójkę martwych Owocniaków. Niebieskooka żałowała, że to ten głupi uczeń Lis nie został pożarty przez drapieżnika — należało mu się za swoją głupotę. Nawet ona, będąc młodszą od ów kocura, była bardziej odpowiedzialna i rozważna.

«★»

Obecnie

— D-dobrze, c-co podasz n-na w-wymioty? — Minęło raptem parę dni, a Wiciokrzew zdążył ją już zaznajomić z paroma ziołami. Okazało się także, że jeśli młódka miała zajęcie, to nie była tak cięta na wszystko dookoła, poświęcając czas i energię na skupienie się — dawało to nieco złudną nadzieję dla liliowego uzdrowiciela, który starał się jak mógł przy niebieskookiej.
— Wierzba biała, jeśli chodzi o zioła przeciwwymiotne. Krwawnik, mięta, kurze ziele, pokrzywa wywołują wymioty, co jest pożądanym skutkiem w przypadku zatrucia, by uratować życie takiego głupca. — No i było zbyt pięknie jak na białą. Oczywiście, że musiała dodać swoje trzy wąsy, w końcu nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła.
— M-mistral… — westchnął załamany końcowymi słowami córki.
— No co? Taka prawda, jedynie mysi móżdżek, by coś zjadł nieświeżego lub trujące zioła — fuknęła. Liliowy chciał coś dodać, jednakże w tym momencie do legowiska wkroczyła nieco koślawo, a głuche uderzenie w konar skutecznie zwróciło uwagę dwójki, która przebywała w środku. Niebieskooka uważnie śledziła poczynania starszej.
— Słoneczko, trochę więcej wiary w innych — zamruczała miękko, posyłając lekki uśmiech uzdrowicielowi. Odsiecz przybyła na pomoc, także Wiciokrzew nie musiał się martwić obcowaniem z białą sam na sam. — Jestem pewna, że byłabyś świetnym uzdrowicielem, jednak ja cię widzę w innej roli.
— J-jak to? — spytał zdziwiony zielonooki. Mistral spojrzała kątem oka na jego zmartwiony i niepewny wyraz pyska, zapewne martwiąc się, że jakoś zawiódł.
— Spokojnie słońce, chodziło mi o propozycję. Owocowy Las od dawna nie miał zielarza, większość pewnie zapomniała o tej randze, a ty Wiciokrzewie z Chwastem nie jesteście młodsi. Ktoś kiedyś będzie musiał mnie zastąpić, a raczej chociaż jednego z was przeżyje — wyjaśniła szamanka, siląc się na dość długą wypowiedź, co przy jej ubogim słownictwie i prostym języku, było nie lada wyczynem.
— Czyli proponujesz mi nauki u siebie? — dopytała młódka, nie będąc pewna, co ta zwariowana kotka chce dokładnie powiedzieć.
— Będę cię uczyć na zielarza — potwierdziła, by przejść za nich i sięgnąć po niedawno zebraną lawendę wąskolistną. Kotka delikatnie pochwyciła łodygę z paroma kwiatostanami, które następnie wplotła młódce w puszysty ogon. — Kiedy pójdziemy zbierać zioła, to poszukamy żywicy, by się trzymała.
— Dziękuję — wymruczała uczennica, by po chwili otrzeć się głową o jej ciemny bark.

[1078 słowa]

Od Guziczka

Kocur leżał leniwie na drzewie zwiadowców obok Kurki. Nie był jeszcze zmęczony, więc obserwował obóz z wysokości. Był wieczór i zaskakująco dużo kotów kręciło się przy wyjściu z obozu. Pewnie dlatego, że dopiero, gdy zachodziło słońce, dało się funkcjonować. Guziczek jednak wcześniej, w ciągu dnia szukał zwierzyny w największym słońcu, a później siedział z przyjacielem, więc pozwolił sobie na odpoczynek. W pewnym momencie jednak zaczęło być nudno, więc czarno biały przekręcił się na gałęzi, czekając, aż któryś z patroli przyniesie ciekawe wieści. Wreszcie w oddali zauważył czwórkę kotów, więc szybko zeskoczył, aby dowiedzieć się, o co chodzi, ale gdy Figa i reszta weszła do obozu, Guziczek zauważył, że czwartym kotem jest Orzeszek, który ledwo stoi o własnych siłach.
— Tato? — szepnął.
— Do medyka z nim — stwierdziła Figa, nie przejmując się czarno białym.
On jednak szybko ruszył za nimi, ale zatrzymał się przed wejściem do dziupli. Nie chciał przeszkadzać uzdrowicielom. Kątem oka zobaczył Kajzerkę, którą ktoś musiał powiadomić.
— Wiesz coś? — spytała, przed wejściem.
— Nie, nic — pokręcił głową.
Kotka kiwnęła głową i weszła do medyków. Guziczek tylko zajrzał i westchnął z ulgą, widząc, że uzdrowiciele robią wszystko, co w ich mocy. Nie odważył się jednak wejść do środka. Ani wtedy, ani gdy mijała go Figa, ani przez resztę nocy, przez którą tylko krążył wokół drzewa. Błagał Wszechmatkę i wszystkie inne bóstwa, o których słyszał. Nie chciał stracić ojca, gdy stosunkowo niedawno to matka wydostała się z uścisku śmierci.
Dopiero z rana koty wyszły z dziupli. Guziczek od razu się podniósł, bo położył się na chwilę, aby odsapnąć. Podbiegł do matki. Nie musiał pytać, widział po jej minie. Mimo to i tak zatrzymał się przed nią.
— Przykro mi… — rzuciła Kajzerka.
Guziczek wpatrywał się w nią chwilę, po czym pokręcił głową niedowierzająco. Wreszcie wbiegł do dziupli i spojrzał na sztywne ciało ojca. Uzdrowiciele właśnie przygotowali go, aby go pochować.
— Nie, nie, nie! — krzyknął, podbiegając do Orzeszka.
Szturchnął go łapą raz, a potem drugi, lecz stróż nie reagował.
— Tato? Tato?! — Guziczek szturchnął go łebkiem. — Tato, obudź się! To nie jest śmieszne!
Ktoś go odciągnął, ale ten nadal wpatrywał się w nieruchome ciało Orzeszka. Wreszcie wyrwał się i wybiegł z dziupli, prosto w las.
Dlaczego to spotkało jego ojca?! Przecież to był świetny kot, nie zasługiwał na to! Powinien żyć jeszcze kilka długich księżyców i umrzeć w spokoju, ze starości.
Guziczek wreszcie dobiegł do Owocowego Lasku, jedynego miejsca, w którym czuł się naprawdę bezpiecznie. Zaszył się gdzieś pod jakimś drzewem i skulił.
— Dlaczego ty, tato? — zapytał szeptem, zaciskając oczy.
Do obozu wrócił dopiero wieczorem, już spokojniejszy, ale nie zamienił z nikim słowa. Po prostu poszedł na dawne legowiska ojca, aby się na nim położyć i odespać zarwaną noc.

Od Białego Strumienia CD. Wełnistej Mszycy

Kiedy oba albinoski były jeszcze uczniami

Biała Łapa, słysząc określenie "zadowolony po treningu" aż podniósł wzrok na siostrę. Czy naprawdę było po nim widać takie rzeczy? Pomimo (według niego) dobrego maskowania się? A może to po prostu Wełna go dobrze znała. W każdym razie wysłuchał jej do końca, nim przełknął kęs, by odpowiedzieć.
— Owszem — mruknął. — Chyba ta rola była mi pisana. A Tobie jak idzie trening?
— Myślę, że dobrze. Gdybym nie zmieniła ścieżki, pewnie za niedługo czekałaby mnie ceremonia wojownika, a tak to zaczynam ponownie od podstaw — uśmiechnęła się. — Wdzięczna Firletka jest bardzo mądrą kotką i chętnie dzieli się ze mną wiedzą na temat ziół; ich wyglądu i zastosowania, jednak... trochę źle mi, z tym że w takich, a nie innych okolicznościach nastąpiła zmiana mojej ścieżki. Gdyby nie śmierć Skowroniego Odłamka... — urwała, mrużąc oczy. — Poza tym Zawilcowa Korona za mną nie przepada. Prawie wcale się do mnie nie odzywa, traktując mnie, jak powietrze — położyła po sobie uszy. — N-nie jestem na niego zła, ale po prostu... smutno mi, że nie mogę uczyć się medycyny również od niego. Jest interesującym kotem i chciałbym się od niego również dowiedzieć czegoś na temat wyroczni, w którą wierzy.
Biały pamiętał doskonale tamten dzień, gdy klan dokonał samosądu. Skowroni Odłamek pozostanie w ich pamięciach po kres dni albinotycznego rodzeństwa. Kocur oblizał swoje wąsy, w milczeniu słuchając swojej siostry. Wełna była piękną, mądrą kotką, jednak tak jak i on została przeklęta odmiennością. Czasami Biały zastanawiał się, czy jeśli Wełna byłaby normalna, oraz została na ścieżce wojownika, to czy znalazłaby sobie partnera i miała gromadkę kociąt. Co nie znaczyło, że w tym stanie nie mogła tego zrobić, po prostu... mogąc wychodzić tylko po ciemku, ciężej było wpaść na jakiegoś przystojnego kocura. Chociaż, chwila, będąc medykiem nie mogła mieć partnera... Biały zganił się w myślach za tą wtopę.
— Mam porozmawiać z Zawilcem? Nie pozwolę mu ignorować mojej wspaniałej siostry — prychnął arogancko. Po chwili złagodniał i posłał Wełnie uśmiech. Położył swój ogon na jej ogonie, by poczuła jego bliskość. Kotka pokręciła głową na pytanie odnośnie do kocura. — Nie zaprzątaj sobie nim swojej ślicznej główki — pocieszył ją. — Z kolei ja... gdyby Kwiecista Knieja nie uciekła niczym tchórz z klanu, już dawno byłbym przewodnikiem. Śniąca Łapa nie robi nic poza spaniem i marudzi, a mój nowy mentor chyba ma depresję. Mam tylko nadzieję zakończyć ten trening i zostać przewodnikiem.
Milczał przez dłuższą chwilę. Już jakiś czas temu zauważył, że z bliskimi nie miał trudności w rozmowie. Owo zamknięcie się na rozmówcę pojawiało się dopiero w momencie, gdy miał mówić z kimś nowym, obcym. Odpowiadał zdawkowo, konkretnie, a z Wełną? Mógłby przegadać całą noc.
— Chciałbym dostać ładne imię od Króliczej Gwiazdy – mruknął.
— Jestem pewna, że dostaniesz. A jeśli nie... pewnie tata wyrazi swoje niezadowolenie, przypominając wszystkim zebranym na ceremonii dorosłości o tym, że nie jesteś zwyczajnym przewodnikiem, który nie powinien nosić prostego czy prześmiewczego miana. Gdyby nasz brat nie nazywał się Lotos, to myślę, że idealnym dla ciebie wojowniczym imieniem byłby Biały Lotos.
Biały zaśmiał się pod nosem, kręcąc głową.
— Niemożliwa jesteś — skomentował ciepłym tonem.
Doceniał to w Wełnie, kochał w siostrze jej szczerość i oddanie. Biały powinien się od niej uczyć, w końcu daleko mu do bycia takim dobrym kotem. Mało komu pomagał, raczej większość czasu narzekał lub trenował. Mało mówił – chyba że rozmawiał z Wełną. Taki był... nijaki. Bardziej zamknięty, odsunięty od społeczeństwa. Chociaż Biały miał ciekawość świata, to większość tych wspaniałych rzeczy działo się za dnia, kiedy on... nie mógł wyjść i ich doświadczyć. Czy dlatego był taki zgorzkniały? Stary-młody? Miał dwadzieścia księżyców, a jego umysł czasami pracował na poziomie sześćdziesięciu księżycowego wojownika, po przejściach i z doświadczeniem.
— Biały Lotos... Brzmi pięknie — oznajmił po dłuższym milczeniu. — Może nasz brat zgodzi się zmienić swoje, bym mógł je wziąć.
Zaśmiał się delikatnie na własne słowa.
Wełna uśmiechnęła się, jednak po chwili wyglądała na zamyśloną.
— A jeśli to on będzie chciał się nazywać Biały Lotos? — przechyliła łebek. — Biały Lotos jeden, Biały Lotos dwa…
Biały uniósł brwi do góry, zaraz jednak złagodniał.
— Nie ma miejsca w Klanie Burzy na dwóch Białych Lotosów! — oznajmił dziarsko. — Masz ochotę się przejść czy jesteś zbyt zmęczona?

~ Teraźniejszość, po zgromadzeniu

Biały odsypiał długą noc. Obudził się po południu, ale ponieważ słońce wciąż jak na złość świeciło, pozostał w wojowniczym legowisku. Nie śmiał wyściubiać nosa na zewnątrz, by narażać się na poparzenie. Kilkukrotnie miał taką wpadkę, a z czasem wykształcił mu się światłowstręt. Sama wizja spieczonej skóry i ran przyprawiała go o dreszcze. Plus doliczyć do tego wizytę u medyków… i już kilka dni z życia wyjęte, pełne bólu oraz ziół.
Gdy nastał wieczór, kocur wypełzł z posłania, by pójść do stosu ze zwierzyną. Sięgnął z niego po mysz, z którą w pysku chciał pójść gdzieś na bok, by zjeść w spokoju. Dostrzegł jednak swoją siostrę. Wełnista Mszyca niosła w pyszczku liść, a Biały domyślił się, iż były w środku zioła. Pewnie zdążyła wymknąć się, gdy tylko zaszło słońce, by pozbierać nieco zapasów. Podziwiał jej pracowitość.
Podszedł do kotki ze zwisającą myszą i uśmiechnął się. Był w porównaniu do niej wysoki. Miał długie łapy, dzięki którym górował nad siostrą, ale nie jakoś dużo. Nie był w końcu gigantem, po prostu wysokim kocurem.
— Porozmawiamy? — zapytał ją z błyskiem w oku. Nadal był uradowany po zgromadzeniu, po rozmowie z Drobną… Teraz już Drobnym Ukojeniem. Chciał opowiedzieć o tym Wełnie, o ich rozmowie, o samej kotce. Nie potrafił dłużej trzymać tego w sobie i potrzebował pochwalić się znajomością.
Gdy Wełna była dostępna, kocur był już po posiłku. Usiedli nieopodal wejścia do jednego z tuneli, a księżyc wisiał na niebie w pięknym rogalowym kształcie. Biały Strumień wziął wdech, by zacząć mówić.
— Miałem bardzo udane zgromadzenie — wymruczał. — Co prawda pewnie słyszałaś, jak dookoła wszyscy plotkowali i nawet były jakieś kłótnie… jednak ja spędziłem je w bardzo dobrym towarzystwie. Nie mówiłem Ci wcześniej, a powinienem, o tym, że zapoznałem bardzo miłą kotkę z Klanu Klifu. Jest niska, ma piękne puszyste futro, a jej umysł wydaje się pełen dobrych wartości i mądrych myśli. Na początku drażniło mnie, że dużo mówi i nie znała umiaru, jednak kiedy jej o tym powiedziałem, zastosowała się, więc od tamtej pory zawsze nasze rozmowy mnie cieszą. Tak chciałem dać Ci znać —  posłał kotce szczery uśmiech, czekając na odpowiedź.

<Wełna?>

Od Liliowej Łapy

Liliowa Łapa wstała, już nie w żłobku, lecz w legowisku uczniów. Dzisiaj czekał ją pierwszy trening! Szybko odgoniła sen, naostrzyła pazury o kłodę przed sobą i wyszła na piękne, poranne słońce. Ponadto, obiecała Szkwalnej Łapie że jak zostanie mianowana na ucznia, pójdzie z nim popływać.Na polanie już czekała Czosnkowa Krewetka. Jej oko błysnęło na jej widok.
 Już jestem! — krzyknęła kotka, przebierając z łapy na łapę z zniecierpliwości.
— Cieszę się niezmiernie — zamruczała kotka. — Dziś nauczysz się, jak przebiegają granice naszego terytorium. Znanie położenia jest niezbędne do nauki polowania, aby się nie zgubić.
Liliowa Łapa spojrzała na nią błagalnymi oczami.
 A możemy to przełożyć na później i nauczyć się pływać ze Szkwałem? Proszęęęę — spytała.
Kotka zamyśliła się przez chwilę
 No dobrze, myślałem, że nauczymy się w trakcie lub będę cię trzymała, ale wspólny trening dobrze wam zrobi.
Mrugnęła z wdzięczności i zaczęła szukać wzrokiem Szkwalnej Łapy. Na szczęście, kocur nie wyszedł jeszcze z jego mentorem i o czymś rozmawiali.
— Dzień dobry, Mewi Puchu! Cześć, Szkwalna Łapo! Czosnkowa Krewetka zgodziła się na wspólne pływanie i chciałam się zapytać, czy ty też wyrażasz na to zgodę. — Na szczęście słuchanie różnych historii za kociaka poprawiło jej słownictwo.
 Hmm... HMMM… — zastanawiał się głośno kot — No dobrze.
Koty wyszły z obozu, kierując się w stronę wschodzącego słońca, idąc blisko brzegu rzeki.
— W tych drzewach najlepiej polować na ptaki. Rzadko na nie polujemy, ale nauczę cię kiedyś, jak na nie polować.
Kiedy drzewa się skończyły, zatrzymali się w miejscu.
 A teraz nauczę cię pływać. Wchodzisz do wody i… — zaczął Szkwalna Łapa, lecz urwała mu Czosnkowa Krewetka.
 Najpierw trzeba się oswoić z rzeką.
Tak naprawdę Liliowa Łapa nie musiała się z nią oswajać; miała już ją we krwi. Jeszcze jako mała kuleczka futra matka wkładała ją do rzeki z jej bratem, aby byli przyzwyczjeni do ważnej części ich domu, już byłego domu. Najpierw delikatnie spuszczała ich do wody, a przez jej zimno wierzgali się i piszczeli, sygnalizując, że nie chcą w niej być, ale kroczek po kroczku przyzwyczaiła się do siedzenia w niej, brodząc — nawet po sam podbrudek!
 Nie potrzebuję się z nią oswajać, Czosnkowa Krewetko! — rzekła grzecznie do mentora — Już w niej stałam jako 3-księżycowy kociak!
Weszła odrazu do wody pod sam brzuch, czując kojące orzeźwienie, przypominające Sójkę. Tak strasznie za nią tęskniła... Szkoda, że nie może się pochwalić umiejętnościami i postępami.
 A teraz machaj łapkami! Jakbyś chciała ją złapać. Jestem tuż za tobą.
Liliowa Łapa machała z całej siły i poczuła, że wisi w wodzie.
 Wspaniale! Spróbuj bardziej odchylić głowę i połóż uszy, aby woda ci do nich nie wpadała!
Koteczka zrobiła to, co mentorka jej kazała.
 Dokładnie tak! A teraz przed siebie!
Odepchnęła się jak najmocniej, aby nie spadać w dół — ona naprawdę pływa! Kierowała się do najbliższej wyspy, aż nagle jej łapy zdrętwiały. Nie miała już siły! Na szczęście mentorka - i w jakimś stopniu Szkwalna Łapa - podnieśli ją i położyli na wyspę.
— Nie musisz wkładać w to aż tyle siły; spraw, aby odepchnięcia były słabsze i dłuższe.
Koteczka kiwnęła głową, a gdy szok minął, ponownie weszła do wody. Po kilku chwilach czuła się jak ryba w wodzie – i to dosłownie.
 Jestem z ciebie dumna, Liliowa Łapo! Szybko się uczysz.
Uczennica zawstydziła się z tej pochwały i dotknęła jej nosa. Zastanawiała się, czy też tak będzie z resztą rzeczy, ale z zamyślenia wyrwał ją plusk Szkwalnej Łapy, mocząc jej cały pyszczek.
— O ty wydro!  krzyknęła z udawanym gniewem i też uderzyła o taflę wody, rozbryzkując kropelki wody.
 Nie utopcie się tylko!  krzyknęło Mewi Puch.
 Dobrze!  odmiauknęli i dalej pływali, chlapiąc się nawzajem. Kochała spędzać z nim czas, a wspólna zabawa umilała jej pierwszy trening.

[602 słówa + umiejętność pływania]

[Przyznano 12% + 5%]