BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

13 sierpnia 2026

Od Trójokiego Zająca CD. Firletki (Firletkowej Łapy)

Trójoki Zając uśmiechnął się czule. Firletka… nie, od dzisiaj Firletkowa Łapa, odkąd wojownik pamiętał, zawsze dopytywał o ptaki, kiedy tylko było to możliwe. Jego ciekawość nigdy nie miała granic, szczególnie jeśli tematem były oskrzydlone istoty. Ciepłymi, zielonymi oczami spojrzał na synka. Widział, jak wydłużyły mu się łapki i zaczynał bardziej w nie wrastać. Już nie wyglądały niczym duże poduszki, nieproporcjonalnie ułożone w stosunku co do reszty ciała. Jego mordka była bardziej wydłużona i mniej okrągła, a ślepka odrobinę mniejsze, niż za czasów, kiedy był kociakiem. Meszek zamienił się w delikatne futro, a pazurów nie miał stale wysuniętych, niczym paręnaście małych, śnieżnobiałych igieł. Już dawno przestawił się na stały pokarm.
— Pytasz, a wiesz. — Jego wąsy zafalowały delikatnie w rozbawieniu.
Ryk wodospadu obijającego się o skały ulokowane niżej niósł się echem po ogromnej jaskini, wojownicy wracali powoli do swoich obowiązków, a uczniowie wybierali się w celu nauczenia nowości od swoich mentorów. Kocur chciał, żeby młodziak wspominał dobrze treningi, dlatego też chciał wyszkolić go tak, jak wyszkolił Oszroniony Kieł. Na myśl o siostrzenicy poczuł przyjemne uczucie w piersi. Będzie musiał z nią porozmawiać. W końcu bardzo lubił słuchać nowości, jakie przytrafiły się w życiach jego rodzinie. Najwięcej czasu, już od przynajmniej paru księżyców, spędzał z Kukułczym Wdziękiem, dlatego naturalne było, że reszta jego relacji delikatnie osłabiła się. Musiał spędzać jak najwięcej czasu ze swoimi kociętami. Widział, jak stawiają pierwsze kroki i słyszał ich pierwsze miauknięcia. Były to najważniejsze i najpiękniejsze momenty dla rodziców, w końcu to pozostawało w pamięci… patrząc teraz na swoje potomstwo, przyłapywał siebie na lekkim zdziwieniu, że wyrosły tak szybko. Jeszcze ostatnio Firletka budował swoją niezwykle istotną konstrukcję, która miała na celu utrzymanie piór tak, by mu przypadkiem nie odleciały. Teraz w porównaniu, jego zadaniem było zbudowanie własnego legowiska, już w miejscu przeznaczonym dla uczniów. W jego oku zakręciła się łezka wzruszenia, która rozproszyła się, gdy pokręcił głową. Minęli gniazdo ze zwierzyną, kierując się spokojnie ku wyjściu.

***

Kremus potoczył wzrokiem po rozłożystym paśmie traw przed nimi. Ogromna łąka, porośnięta dopiero przygotowującymi się do zakwitu pokryta ciepłym, wpadającym w pomarańcz wręcz blaskiem, dzisiaj pogoda była dla nich przychylniejsza. Przyjemny, nieco chłodny zefirek przemierzał te tereny, owiewając ich kryzy. Starszy okryty był krótszą sierścią, a mimo to i tak odczuł, jak niektóre pasma unoszą mu się delikatnie, posyłając w powietrze parę jaśniejszych włosków, okrywa, którą zrzucał po wszystkich tych mroźnych pazurach nieprzychylnych czasów. Trafiła im się niezwykle smutna, burzowa i przepełniona chłodem wraz z deszczami Pora Nowych Liści. Dzisiejszy dzień był jednak zupełnie inny – słońce, może, nawet jeśli nie grzało tak intensywnie, jak mogłoby podczas Pory Zielonych Liści, oświetlało teraz boki dwóch kotów miło, pnąc się po niebie leniwie. Parę chmurek zbierało się na horyzoncie, od czasu do czasu zasłaniając słońce. Gdy tak się działo, wszystko dookoła robiło się o ciut ciemniejsze i raz jeszcze – chłodne i przykre, aczkolwiek prędko wracał dawny blask. Trójoki Zając kiwnął głową do synka, który czekał na jakiekolwiek polecenia z jego strony.
— Świeży mech zbierzemy ze skrawka, jaki nam przysługuje obok terenów Klanu Wilka. Drzewa iglaste mają go aż w bród nad korzeniami — przekazał najpierw, żeby samemu również wymyślić i zapamiętać ich trasę w tamte okolice. Dobrze, gdyby udało im się tam jeszcze zawitać przed zachodem słońca… nadal pamiętał, jak wiele księżyców temu napadł na niego lis, a później czmychnął właśnie tam. Po jego kręgosłupie przebiegł nieprzyjemny dreszcz na samą myśl. Medyczki opatrzyły go sprawnie i wrócił do zdrowia, wtedy jeszcze Królik był w Klanie Klifu, obok niego… jak wiele rzeczy od tamtego czasu się zmieniło. Klifiak, gdyby miał długi ogon, najprawdopodobniej owinąłby nim własne łapki. Tak, jak zrobił to jego syn, który w odpowiedzi kiwnął głową. Klasycznie pręgowany powiódł ślepiami po łące raz jeszcze. Schylił lekko łeb ku uczniakowi i spokojnym ruchem palca, przy swojej piersi, wskazał na żurawia, który wylądował w tej chwili tuż obok małego zbiornika wody. Potrząsnął głową, otrzepując kropelki wody ze swoich długich, szarych piór, a szyję miał wyprostowaną, niczym antenka. Biała szeroka brew ciągnąca się za okiem. Wygięty i długi pióropusz pokołysał się na boki, gdy większa od bociana istota skończyła pozbywanie się nieprzyjemności w postaci wilgoci. Ciemienia zdobiły jaskrawoczerwone piórka, sam czubek, wpadające wręcz w szkarłat, jednak tak ujmujący oko, że ciężko było odwrócić od niego wzrok. Kremus zastygł, a uczniak podążył jego śladem. Ściszył głos do szeptu, nie głośniejszego niż kojące podmuchy wiatru. Wielki ptak schylił się, dziobem niczym sztyletem w pewnym momencie wbił się w coś, chociaż chybił, a dwójka przyglądała się całemu przedstawieniu z odległości.
— Coraz rzadziej widuje się u nas żurawie. Raczej częściej odwiedzają bagna, czyli na terenach Klanu Wilka, niżeli nasze rozłożyste pasma łąk. Chociaż ze względu na to, iż myszy jest teraz w bród oraz żaby powoli się wprowadzają… może częściej będziemy je widywać — podjął, pamiętając o prośbie kocurka. — Ich lot przypomina ten bociani, oszczędzają siły, głównie szybując i krążąc. Mają tak rozłożyste, wielkie skrzydła, że wieczne trzepotanie nimi by wymęczyło je szybciej niż to potrzebne i w dodatku robiłyby wiele hałasu przy tym, a coś muszą zjeść. Każda zwierzyna ucieknie, gdy padnie na nią tak ogromny cień. Oczywiście, nie znaczy to, że wcale nie trzepoczą. Bo jeśli warunki na to nie pozwalają, są do tego zmuszone, chociaż tego nie preferują.
— Krążą, żeby nabrać prędkości, wiem, tato — dopowiedział Firletkowa Łapa żartobliwie przewracając oczami, a Trójoki Zając zamruczał z uznaniem. — Nocą wracają do swoich gniazd albo przebywają na lądzie.
— Tak. Doskonale — pochwalił go, zadowolony, że syn tak szybko się uczył i jego wiedza o ptakach stale się poszerzała. Jeśli nie dzięki historiom ojca, to samemu je obserwował zawzięcie. Nawet jeśli nie przyda mu się to absolutnie podczas testu na wojownika, kocurowi zależało na tym, żeby młodziak miał świadomość, jakie ptaki go otaczały. Żeby postrzegał je nadal niczym żywe, wspaniałe istoty, a nie jedynie pożywienie, jak reszta Klanu Klifu.
Po jakimś czasie wielki żuraw wzbił się w powietrze spektakularnie, odlatując w kierunku terenów bagnistych. Słońce zawisło wysoko nad nimi, a zefirek powrócił, tym razem ze zdwojoną siłą, jednak nadal było znośnie. Trójoki Zając otrzepał się z paprochów i rozprostował zdrętwiałe już kończyny, mrużąc przy tym oczy i ziewając. Siedzenie długo w tej pozycji mu wcale nie służyło, aczkolwiek niczego nie żałował. Nawet jeśli później będą go boleć łapy, żadnej chwili spędzonej ze swoją rodziną nie żałował. Niestety, tak jak każdego, i jego kiedyś musiał chwycić ząb czasu. Nie był już malutkim kociakiem, który dopiero co uczył się ubytków wielkiej jaskini… czasy jego młodości już dawno minęły. Chociaż miał wrażenie, że dzięki swoim kociętom czuł się tak, jakby niebawem to on miał mieć ceremonię na ucznia, a nie tą, która odesłałaby go do legowiska starszyzny. Oczywiście i do tego pozostało jeszcze trochę, ale czuł, że było mu do tego bliżej, niżeli czasów, kiedy został mianowany wojownikiem. Zastrzygł wąsami, a niebieski pospiesznie ruszył u jego boku. Wysokie kłosy trawy uginały się pod ich łapami, gdy brodzili tak między pnącymi się łodygami, od czasu do czasu czepiającymi się ich sierści. Całe szczęście wcale go nie rwały, a najzwyczajniej w świecie łamały się pod ich naciskiem lub kołysały na wietrze, niczym wielkie trzciny.
Gdy znaleźli się blisko lasu iglastego, a tym samym Czarnych Gniazd, które zostały wiele księżyców temu odebrane im przez Wilczaków, do nosa dwójki dotarł intensywny, świeży smród oznaczeń granicznych wraz z mokrą wonią błota, a także igliwia. Nieopodal dwójki zaczęła skrzeczeć donośnie czajka, a Trójoki Zając odsunął się lekko, pilnując też, żeby Firletkowa Łapa również zrobił parę kroków do tyłu. Ptak podbiegł im niemal pod łapy, chociaż również starał się zachować dystans. Jego oczom rzucił się mały dołek, wyścielony paroma liśćmi i skąpo ułożonymi źdźbłami trawy. Nie mógł dostrzec, czy wewnątrz były jajka, aczkolwiek widząc zachowanie ptaka, a także fakt, iż tak zawzięcie bronił tego miejsca… najprawdopodobniej były. Teren ten nie był aż tak wielce pokryty wysokimi trawami, dlatego też nic dziwnego, że osiedliła się właśnie tutaj. Właśnie takie przestrzenie te ptaki wręcz preferowały. Zaczęła na nich wrzeszczeć donośnie, szykując się do nurkowania, aczkolwiek zauważywszy, że była ich dwójka, runęła na ziemię z wygiętym skrzydłem, patrząc na nich guzikowatymi oczkami. Zaczęła trzepotać desperacko ramieniem, ciągnąc je po ziemi i biegając w kółko na patykowatych łapkach.
Dwójka odeszła od niej spory kawałek w celu zapewnienia spokoju, który nieświadomie przerwali. Trójoki Zając zamyślił się na jakiś czas, jednak spróbował szybko oprzytomnieć. Modlił się do Klanu Gwiazdy, że nikt nie postanowi tędy przechodzić niebawem. Chciał, żeby ta czajka miała szansę na wychowanie własnego potomstwa do czasów dorosłości i za parę sezonów mogła osiedlić się tu raz jeszcze. Jeśli jednak któryś z Klifiaków tu przybędzie, nie pozwoli jej na to. Kolorowo opierzona wyląduje z powodu danego, okrutnego kota na stercie zwierzyny. Wzdrygnął się.
— Mech można też namoczyć w wodospadzie, dzięki temu przynosimy wodę potrzebującym pobratymcom. W głównej mierze starszyźnie, chorym, a także karmicielkom — dopowiedział jeszcze, chociaż to raczej medycy gromadzili takie zapasy. Ale wojownicy mogli im pomóc od czasu do czasu.

<Firletko, jak ci się podoba dzisiejsza nauka o ptakach?>

[1459 słów]

Od Wełnianki CD. Żabiego Oka

Wełnianka przycupnęła naprzeciw młodej wojowniczki, owijając swój ogonek wokół łapek. Przyglądała się jej z ciekawością, czekając, aż ta rozpocznie opowiadanie historii. Och, jak ona kochała ich słuchać! Zawsze były takie ciekawe! Zwłaszcza gdy opowiadał je ich piastun. Kiedy srebrna w końcu zaczęła mówić, koteczka przechyliła łebek na bok, delikatnie kiwając się na boki.
— Dobra. To słuchaj. Kiedyś była ciemność. Jak oko sięgnęło i widziało, nic. Jak w nocy. Dopóki niebo nie zaczęło się kruszyć i opadać na ziemię. Z odłamków czarnego nieba powstały koty. Koty czarne jak czarny był świat wokół. Z okruchów Srebrnej Skórki powstały koty białe, a opadający na ziemię księżyc zamienił się w koty srebrne. Tak przyszli na świat nasi potomkowie na samym, samym początku. Czarny i biały, dwa kolory, które górowały nad wszystkimi i zapoczątkowały wszystko wokół. One dały krew i futro swoim dzieciom, czarno-białym dzieciom, które poniosły ich wiarę i nadzieję na lepszy świat dalej. Ale nadal było ciemno. Nie długo już jednak! Spomiędzy szczelin na niebie wydobywa się światło, a z nimi spadły złote koty. To one są powodem, dla którego istnieje tyle kocich maści! Liliowa powstała ze słońca i kwiatów, niebieska z błękitów okalających poranek, a kremowe kolory wyszły z kłosów oblanych złotem. Potem powstały koty cynamonowe, zrodzone z żyznej gleby i na końcu… czekoladowe. Ich przodkowie wyszły z mułu i błota, ich sierść ubrudzona od samego początku i świadcząca o ich miejscu na świecie. — Zerknęła kątem oka na jej mamę, a Wełnianka poczuła ukłucie w swoim małym serduszku. — Urodziły się nieczyste, brudne i niegodne. Nie były ani silne, ani odważne. Urodziły się jako zdrajcy lub problemy. — Żabie Oko westchnęła cichutko. — Jak ci się podobało? Chcesz usłyszeć coś jeszcze, czy wolisz może, żebym przyniosła wam kulkę mchu do zabawy?
Młódka przez chwilę siedziała cichutko, nie mogąc wykrztusić z siebie ani słowa. Czy to dlatego wszyscy inni w Klanie Nocy tak patrzyli na jej matkę? Na Komara, Bzyczka i Pyzę? Bo oni… byli brudni? Nieczyści? To dlatego Siwa Czapla uważał, że Fląderka wypchała ich pyszczki błotem? Przecież to nie mogła być prawda! Żadne z nich nie było złe! Wszyscy byli mili i kochani! Zresztą… jaki to miało sens? Przecież ona pochodziła z tej samej rodziny, ze skalanej linii, a jej futro nie miało brązowej barwy. Jak to miało niby działać? Od czego to zależało?
Siedziała przed swoją rozmówczynią zupełnie skołowana, nie mogąc wydusić z siebie słowa. Tak właściwie to nawet nie próbowała, nie chciała tego zrobić. Czuła, jakby przez ten czas trwała w zawieszeniu, w jakimś ulotnym, a jednocześnie nieskończonym stanie. Został on przerwany przez głos starszej kocicy.
— No, więc? Przynieść ci coś? — spytała nieco ponaglającym tonem. Wełnianka mogła zauważyć, że końcówka jej ogona drgała ze zniecierpliwieniem. Pewnie chciała już wracać do swoich super-ważnych, wojowniczych obowiązków.
— Nie… To znaczy… — Koteczka zaczęła niepewnie, drapiąc w piasku nerwowo łapką. Cała radość i energia z niej uleciały, a ona poczuła się jak więdnący, smutny kwiatek. — Czemu? Czemu tak jest… Że ja… Ja tak nie wyglądam, a moja… — Zawiesiła na chwilę głos, usilnie starając się przypomnieć sobie brakujące słowa. — … Moja mama. Komar. Czemu oni są przeklęci?
Wełnianka na chwilę zamilkła, wpatrując się w swoją rozmówczynię wyczekująco swymi ciemnymi, koralikowymi ślepkami. Zanim Żabie Oko zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, na ponów zaczęła jednak mówić sama, wstając z ziemi i chodząc dookoła, zataczając małe kółka.
— No bo… Przecież to nie ma sensu! Mamusia jest super! A Komar, Komar to mój… braciszek, tak? Zresztą… inni też są fajni? Czy ja jestem… też brudna? Ja nie chcę taka być! — pisnęła poddenerwowana, kopiąc leżący przy jej łapie otoczak. Kamień potoczył się gdzieś, znikając z jej pola widzenia, a ona jedynie fuknęła, jeszcze bardziej się irytując. — Ale oni pewnie też nie chcą! Bo kto by chciał? — zapytała, ale odpowiedziała jej głucha cisza. Ona sama chyba nie oczekiwała na to pytanie żadnej odpowiedzi.
Spojrzała z powrotem w stronę srebrnej, mrugając. Starała się nie rozpłakać, chociaż w jej oczy były zaszklone. W pewnym momencie tama pękła, sprawiając, że koteczka padła na ziemię, chlipiąc.
— Wytłumacz mi to! — miauknęła zapłakana.

< Żabie Oko? >

Od Śnienia CD. Borowika

— A to wasze… Gwieździste Plemię to… to są koty z nieba, co z nimi gadacie we śnie, czy co? No i… w sumie czemu jesteście tu, a nie tam, gdzie reszta, co wierzy w koty z nieba? Znaczy… tu też jest ich kilka, chyba, ale… no, więcej jest tam, gdzie wy byliście.
Śnienie ucieszył się na zadane mu pytania. Mógł w ten sposób szerzyć wiarę w Klan Gwiazdy nawet tutaj, gdzie raczej dominowały inne dziwaczne wierzenia. Poprawił się na posłaniu i przeczesał pazurami brodę.
— Nie będę ukrywał, że cieszy mnie twoja ciekawość w nasze wierzenia, Borowiku.
Koniczyna wraz z Poziomkiem nadal milczeli, jednak przypatrywali się uważnie mimice kocura. Śnienie oczywiście nie zamierzał przegapić edukowania kogoś o powodach, przez które tyle w życiu stracił i jednocześnie zyskał.
— Klan Gwiazdy to żadne plemię, są to przodkowie, którzy po śmierci znajdują się na Srebrnej Skórze, wysoko nad nami. To właśnie oni nas obserwują, kiedy śpimy oraz czuwają nad naszym dobrem. Przez to, że są to koty, nie są nieomylni, jednak na pewno wiedzą o wiele więcej od nas, skoro są tak wysoko. Widzą po prostu więcej. To właśnie oni skonstruowali kodeks wojownika oraz medyka. Liderom dają po dziewięć żywotów. Natomiast po śmierci dobre koty tam trafiają, gdzie mogą w spokoju zobaczyć się ze swoją rodziną oraz z innymi kotami, z którymi były blisko. Medycy też kontaktują się z nimi w snach lub przez zesłane znaki. Dlatego między innymi ja wraz z kotami, które wcześniej były Świetlikami, znaleźliśmy się na tych terenach. To właśnie dzięki Jarzębinowemu Żarowi przeżyliśmy i jesteśmy w stanie wyznawać, to co chcemy.
Koniczyna wraz z Poziomkiem pokiwali głowami.
— W Klanie Wilka wierzą w co innego – w Mroczną Puszczę… To koty bez żadnych zasad kierujące się siłą, a nie dobrem. Ile krwi niewinnych przelali, to nawet nie wiesz, młody — odezwał się Koniczyna, jednak słowa, które dobierał, były bardzo ostrożne. — Są tam koty, które chętnie by zabiły wszystkich, którzy nie wierzą w Mroczną Puszczę, dlatego właśnie Jarzębinowy Żar nas uratowała.
— Poza tym, według tego, czego dowiedziałem się od Czereśni, po naszej ucieczce, Nikła Gwiazda, czyli lider, który rządził Klanem Wilka przed Zalotną Gwiazdą, ogłosił nas niebezpiecznymi zdrajcami na jednym z dawnych zgromadzeń. Nie jestem pewien, czy czasem nie jesteś za młody, żeby to pamiętać… — Śnienie polizał się po łapie i wygładził futerko na głowie. — Jednak jak widzisz, żadne z nas nie jest mordercami i przez tyle czasu ile już jesteśmy w Owocowym Lesie, nikomu krzywdy nie zrobiliśmy ani nie zamierzamy tego robić, gdyż jest to niezgodne z naszymi wyznaniami.
— No, chyba że chodzi o Rysi Trop… — odezwał się cicho Poziomek. — Ona jest dziwna i niebezpieczna…
Borowik zrobił większe oczy, jakby przynajmniej Ryś miała wpaść do legowiska uczniów z odciętą głową pierwszego lepszego Owocniaka. Oczywiście nie było to możliwe, gdyż kocica naprawdę była niebezpieczna, jednak koty pilnowały ją dość dobrze w obozie.
— Ryś jest niebezpieczna, bo nie wierzy w Klan Gwiazdy i jest kultystką — stwierdził twardo Śnienie, trochę spłycając problem. — Może Czereśnia zmieni zdanie, jeśli zobaczy, że ta się nie zresocjalizowała…
— Ona nie zresocjalizuje się nigdy… Przecież zabiła kota! — Poziomek otulił się mocniej swoim ogonem i również zrobił wielkie przestraszone oczy.
Koniczyna milczał. Miał nietęgą minę, jednak Śnienie go nie oceniał. Pewnie też brzydziła go postawa Ryś. Szczególnie że jego przyjaciel miał za mentora Krucze Pióro, czyli kultystę z krwi i kości. Czarny przeczuwał od owego Wilczaka złą aurę, tak jak od Ryś, czy Zalotnej Krasopani, która teraz zwała się Gwiazdą.
— Skoro Ryś jest tak niebezpieczna, to czemu Czereśnia jej nie wygna? — odezwał się w końcu Borowik, odzyskując mowę.
— Wiem jedno, Borowiku… Czereśnia liczy na to, że Ryś się zresocjalizuje i kazał Mistral zająć się nią. Dlatego mogłeś zauważyć, że wasza zielarka bardzo często odwiedza ją w izolatce. Pewnie daje jej jakieś zioła, przez które tamta jest senna albo lepiej się czuje.
Ich rozmowa nie parła ku końcowi. Siedzieli tak i wypowiadali swoje zdania na temat szalonej szylkretki, która pozbawiła jakiegoś samotnika życia, po czym groziła wszystkim Świetlikom, że im również odbierze życie. Czas płynął tak, aż w końcu musieli się rozejść. Obowiązki każdego z nich wzywały. Śnienie musiał pójść wraz z Kolendrą na polowanie, Koniczyna wraz z Poziomkiem, musieli wykonywać obowiązki stróża, a że byli uczniami, to mieli o wiele więcej roboty, niż ich właśni mentorowie. Natomiast Borowik musiał zmykać na drzewa, żeby udawać wiewiórkę, jak to mieli w zwyczaju wszyscy zwiadowcy.

***

Borowik został mianowany na zwiadowcę o wiele wcześniej, niż Śnienie został mianowany na wojownika. Trochę mu to przeszkadzało, szczególnie że buras był od niego o wiele młodszy. Jednak kocur był w stanie przełknąć swoją zazdrość i pogratulować młodszemu mianowania na zwiadowcę. Kilka dni później mógł zauważyć, jak Borowik sprawnie przeskakuje z drzewa na drzewo, ganiając się z Puchaczem i Wroną.
Normalnie jak wiewiórki — skomentował w myślach, śledząc ich wzrokiem do momentu, aż ci nie zniknęli mu z oczu.
— Hej, Śnienie! — zawołał do niego Sajgon. — Ruszaj się, reszta patrolu już poszła w stronę Wrzosowej Polany!
— No tak… — powiedział pod nosem, czego kocur nie dosłyszał. Ruszył zaraz za nim, wracając do patrolu łowieckiego.

***

Ostatnio Śnienie też był mianowany. W końcu się mu to udało! Teraz wszyscy mogli zauważyć jego znaczenie na prawym uchu. Był z siebie zadowolony, tak samo koty wydawały się teraz inaczej go postrzegać. Że mu zależało na Owocowym Lesie i nie był jakimś kotem, którego przygarnięto z dobroci serca.
Właśnie spacerował po lesie wraz z Poinsecją, która chyba wpadła w oko Koniczynie, kocur coraz częściej rozmawiał z kotką i Śnienie nie mógł tego przeoczyć. Dlatego też stwierdził, że pomoże swojemu przyjacielowi. Dowie się co nieco o niej, by później mógł doradzać łaciatemu. Kiedy tylko dotarł do Śliwkowego Gaju, zauważył czatującego wysoko w koronach owocowych drzew Borowika.
— Hej, Borowiku! — zawołał do kocura. — Co tam robisz wysoko na drzewie? Chcesz zejść na ziemię i razem pospacerować? Jest ze mną Poinsecja.

< Borowiku? Chcesz wyjść na wspólny spacer? >
🌙

Od Śnienia CD. Guziczka

Po ostatniej rozmowie na koronach drzew
 
Nie podobało się Śnieniu, jak to Guziczek ciągle go testował, czy on nadawał się na Owocniaka. Oczywiście, że zamierzał sprostać wymogom nowej dla niego społeczności, chociaż tak naprawdę zawsze w swoim serduszku będzie miał Świetliki, gdzie przy jego boku stała Jarzębinowy Żar oraz był uznawany za ich przywódcę. Czy ktokolwiek mógłby pomóc mu odnaleźć znów to uczucie? Żeby znów mógł powiedzieć, że jest Świetlikiem? Okazuje się, że tak, o ile uda mu się przekonać Kolendrę do pozwolenia mu wychodzenia na nocne polowania. Przecież, co mogło mu grozić? On chciał tylko tropić i łapać zwierzynę dla Owocowego Lasu w świetle księżyca. Co mogłoby pójść nie tak?
Zeskoczył z drzewa, zostawiając za sobą Guziczka i szybko odnalazł Kolendrę, który nieumiejętnie starał się schować w podszyciu. Odchrząknął tylko, a zaraz to wielki rudzielec się podniósł i otrzepał z liści.
— Widziałem, że nawet nieźle sobie radzisz na drzewach — pochwalił go zastępca. — Może jeszcze uda ci się zostać zwiadowcą? Hm?
— Nie, dzięki, wolę tradycyjne role, jak w klanach — odpowiedział mu, widząc jak się tamten krzywi.
Kolendra może i mówił prześmiewczo w jego kierunku, jednak nie spodziewał się, że ten weźmie to na poważnie. Zmierzył Śnienie podejrzanym wzrokiem, jednak nie zastanawiając się dalej, ruszyli w głąb terenów należących do Owocowego Lasu. Dotarli w końcu do Dębowej Ostoi. Z tego, co opowiadał mu mentor, wiedział, że w tej części terytorium nie było praktycznie drzew owocowych. Teren był znany z dużej ilości gryzoni, jak i lisów. Dlatego też Śnienie spodziewał się, że tutaj przyjdą. Usiadł dostojnie i łapką pogładził swoją brodę, czekając, aż zastępca powie, jakie było teraz jego zadanie.
— Będziemy teraz szukać śladów najróżniejszych stworzeń i ty mi powiesz, do kogo one należą. Szczególnie będziemy badać tropy lisów. — Rudzielec również usiadł, przynajmniej jakby był zmęczony podróżą. To fakt, mieli za sobą długi dzień polowania i jeszcze czekała na nich zwierzyna, którą gdzieś ten zakopał w ściółce. Śnieniu też się nie chciało, jednak musiał dobrze się sprawować, żeby jak najszybciej uznano go za Owocniaka. Chciał być już wojownikiem, a nie być przyklejonym do zadka Kolendry.
Nie miał co protestować. Im szybciej znajdzie trop lisa i szepnie jakąś ciekawostkę Kolendrze, tym szybciej zabiorą się za zbieranie jego łupów. Śnienie wstał i ruszył przed siebie, szukając odciśniętych śladów lisa lub chociaż jego zapach. Długi czas przeczesując podszycie, w końcu znalazł ślad zapachowy oraz odciśnięte lisie łapy w miękkiej od deszczu glebie. Zamiauczał po Kolendrę, który tylko, kiedy zobaczył jego znalezisko, skinął głową z aprobatą.

***

Śnienie balansował na gałęzi, jednocześnie trzymając w pysku materiały do legowisk. Oczywiście musiał znowuż pokazać swojemu mentorowi, że opanował plecenie gniazd na wysokości. Nie rozumiał tego nadal, szczególnie że na ziemi Stróże mieli swoje legowiska i nie spali w koronach drzew. Z jego rozmyślań nad niesprawiedliwościami w Owocowym Lesie wyrwało go chrząknięcie Kolendry. Śnienie przez przypadek bujnął się na gałęzi, którą poruszył jego ciężar. Omal nie upuścił mchu i innych materiałów, inaczej mógłby oblać egzamin.
— Idziesz? Ile można bujać się na gałęzi? — Poganiał go Kolendra.
Ciekawe, czy rudzielec też byłby taki mądry, gdyby był na jego miejscu. Kocur był przecież tak krępy i ciężki, że sam by spadł na ziemię z tym całym majdanem w pysku. Śnienie przewrócił oczyma i w końcu podszedł na wyznaczone miejsce, zaczynając pleść posłanie. Kiedy tylko skończył, mentor kiwnął głową i zeskoczyli z drzewa. Był to czas na chwilowy odpoczynek, a później czekało Śnienie patrolowanie granic.

***

Dni mijały, a on nadal nie zapytał się Kolendry o polowanie nocą. Śnienie dostał ostrzeżenie, ale i pozwolenie, jednak musiał tylko ustalić szczegóły z rudym kocurem. Oczywiście, tak jak sam lider Owocowego Lasu powiedział, robiłby to na własną odpowiedzialność. Jedynym problemem był sam Kolendra, który ostatnio zaczął go coś zbyt często sprawdzać. Powtarzali te same rzeczy w kółko. Śnienie zdążył je już opanować, jednak końca drogi przez mękę nie było widać. Ani nie został jeszcze wojownikiem, ani nie wyściubił nosa poza obóz nocą. Musiał coś w końcu zrobić, żeby to wszystko przerwać. Stawał się on powoli Owocniakiem, gubiąc swoją dawną przynależność, kiedy był znany jako Mglisty Sen.
Był już po porannym patrolu, więc był już wybudzony i rozgrzany przed nowymi ćwiczeniami, jakie miał zamiar mu dać jego mentor. Rudzielec zaprowadził go przed konar wielkiego dębu i wskazał na drzewo swoim puchatym ogonem.
— Pokaż mi, jak się wspinasz. Chciałbym zobaczyć, czy umiesz to robić dokładnie tak, jak prawdziwy Owocniak.
— Nie ma sprawy, jednak już od dłuższego czasu umiem się wspinać. Przecież w Klanie Wilka uczono mnie, jak to się robi.
— Wiem, mówiłeś mi to już wiele razy, jednak chciałbym, żebyś to zrobił, jak wojownik Owocowego Lasu, a nie Klanu Wilka. Nie jesteś już Wilczakiem, dla nich jesteś zdrajcą, więc chociaż nie bądź zdrajcą Owocowego Lasu. Zrób to, jak się powinno.
Śnienie zmarszczył nos i spojrzał się podejrzliwie na Kolendrę. Czy ten go czasem nie obraził? Oczywiście, że to zrobił! Czarny nie ukrywając złości, zjeżył się na grzbiecie, a jego źrenice zwęziły się do dwóch cieniutkich kreseczek.
— Widzę, że zażarcie chcesz wyplenić ze mnie moje nawyki i część, która mnie ukształtowała przez tyle czasu. Nigdy nie zrobisz ze mnie Owocniaka z krwi i kości, bo nim nie jestem. Jednak wiedz jedno… Nie znaczy to, że nie jestem lojalny.
Rudzielec mruknął niezadowolony pod nosem i również się zjeżył. Stali tak w napięciu przez parę uderzeń serca, jednak obowiązki wzywały, a on musiał Kolendrze jeszcze przekazać wieści od Czereśni. Bez problemu wspiął się wysoko, wypełniając jednocześnie zadanie zastępcy.

***

Mimo napięcia, które panowało między nimi od tamtej rozmowy, udało się przekazać Kolendrze propozycje o nocnym polowaniu i w przyszłości utworzonej nowej roli, jako nocnych wojownikach lub łowcach, którzy byli doskonale przeszkoleni do polowania w podszyciu, unikając wzorowo wszystkich drapieżników. O dziwo Kolendra się zgodził bardzo szybko, co jednocześnie ucieszyło Śnienie i jednocześnie wznieciło jego podejrzenia.
Właśnie skradał się w cieniach drzew pod osłoną nocy wraz z Kolendrą, który o dziwo nie wziął ze sobą żadnego innego wojownika lub zwiadowcy. Pewnie nie chciał ryzykować życiem innych kotów, tylko z powodu jego głupoty. Przed nimi wyłoniła się Szopa Strachu, a mgła otulała wszystko dookoła budynku dwunożnych. Śnienie postanowił, że przestanie się skradać i zważać na odgłosy nocy. Było przecież spokojnie. Podszedł bliżej drewnianej konstrukcji i spojrzał się z niechęcią na zastępcę.
— Czyli to był ten twój plan, co? Zaprowadziłeś mnie tutaj, żeby mnie nastraszyć, jak młodego niesfornego ucznia — zaczął, podnosząc ton głosu. Nie musiał szeptać, przecież nikogo innego tutaj nie było. Kolendra położył po sobie uszy. — Tylko wiesz, Kolendro, ja nie jestem już kociakiem ani młodziutkim i głupiutkim uczniem. Nie fascynują mnie strachy ani historyjki o takich miejscach.
— To ty chciałeś wyjść w nocy na polowanie. To miejsce jest najbliższe obozu, więc teraz nie zarzucaj mi tutaj żadnych win. Po prostu zapoluj i postaraj się, żeby cię lis nie zjadł — prychnął Kolendra, siadając wygodnie na chłodnej ziemi i owijając ogonem łapy.
— A ty będziesz sobie tak siedział, tak?
— Owszem, nie ja przecież chciałem wyjść na polowanie. — Ziewnął Kolendra, jednocześnie się przeciągając. — No zmykaj. Poluj, bo nas świt zastanie, a ja rano mam obowiązek zarządzać patrolami — machnął w jego stronę łapą.
Śnienie bez słowa odwrócił się na pięcie i poszedł pod wiatr, mając nadzieję, że uda mu się co nieco wytropić. Przecież uwielbiał polować o blasku księżyca. To, czemu miał sobie zawracać głowę jakimiś humorkami Kolendry? Może rzeczywiście kocur zaprowadził go w to miejsce, jedynie dlatego, że było ono najbliższe obozu?
Zajrzał na chwilę do szopy. Było w niej coś naprawdę przerażającego… Stare drewno skrzypiało i lekko się poruszało od większych podmuchów wiatru. Kocur też miał wrażenie, że sama mgła dostawała się do środka szopy przez jakieś dziury i połamane deski. Dziwne narzędzia, które były o wiele większe od niego, wisiały wysoko na ścianach i patrzyły na niego złowrogo. Napuszył się i dla dobra jego własnych snów, postanowił, że odejdzie kawałek od szopy. W ogóle, po co tutaj zaglądał na pierwszym miejscu? Nie chciał mieć przecież koszmarów.
Szybkim krokiem wszedł w gęstą, jak mleko mgłę szukając tropu jakiejś zwierzyny. Duża wilgotność oraz skąpe w liście drzewa, wyglądały naprawdę przerażająco. Ślady zapachowe ciężko było znaleźć, jednak z czasem mu się udało. Królik! Czy to nie rzadka zwierzyna na terenach Owocowego Lasu? Króliki najczęściej widziane były po stronie granicy z Klanem Burzy. Pewnie jeden zabłądził i schronił się w niewinnie wyglądającym lesie. Śnienie instynktownie przykucnął i zaczął się skradać do królika pod wiatr, by ten nie mógł go wyczuć ani usłyszeć. A mgła? Mgła tylko pomagała w podejściu do zwierzyny niezauważonym. Po paru uderzeniach serca znalazł się na tyle blisko królika, że mógł bez problemu na niego skoczyć. Niczym mara wyskoczył z mlecznej mgły. Królik, widząc czarną figurę, która znikąd wyłoniła się tuż przed nim, starał się w panice uciec, jednak nie było mu to dane. Przed śmiercią zobaczył jedynie upiorne żółte oczy kocura. Śnienie szybkim ugryzieniem zabił zwierzynę, a ta zwiotczała w jego pysku.
Zamruczał zadowolony nad swoim pierwszym łupem, jednak nie na długo. Z mglistej mgły dobiegało szczekanie lisów. Wytężając zmysły, wyczuł, że właśnie cztery chytre psowate oczy patrzą się na niego w cieniach nocy. Oprócz świeżej krwi królika wyczuł dość mocną woń właśnie tych rudzielców. Z mgły wyłoniła się lisica, groźnie łypiąc na niego okiem. Warczała i co jakiś czas wpatrywała się w jego zdobycz. Zaraz za nią przyszły jej wyrośnięte szczenięta, które pewnie uczyły się polowania od swojej matki.
Wygiął grzbiet w łuk i położył po sobie uszy. Nie ukradną mu zwierzyny, którą właśnie upolował! Nie pozwoli na to! Chciał przecież tylko polować nocą, gdyż wtedy najlepiej się czuł! Nie zamierzał, by jego marzenie się nie spełniło, dlatego chwycił królika w swoje szczęki i czmychnął w stronę Szopy Strachu, gdzie musiał się kręcić Kolendra. Biegnąc tak przez upiorny las, w końcu wyłoniła się przed nim budowla dwunożnych, a zaraz za nią Kolendra, który puszył się na każdy szelest liści. Kiedy tylko zauważył biegnącego ucznia ze zwierzyną oraz ścigające go lisy, zrobił wielkie oczy i jako pierwszy wspiął się na drzewo.
— Mysi móżdżku, puść tego królika, bo cię rozszarpią! — wrzasnął rudzielec, będąc już na gałęzi.
Śnienie nie mógł mu odpowiedzieć, gdyż trzymał zwierzynę. Czarny jednak nie zamierzał wykonać tego polecenia. Przecież taką zdobyczą koty z Owocowego Lasu najadłyby się po wszechczasy! Z trudem wspiął się na drzewo zaraz za Kolendrą. Przysiadł zaraz obok niego i położył bezpiecznie szaraka na gałęzi obok. Byli bezpieczni!
— Co sobie na Wszechmatkę myślałeś?! — prychnął zestresowany Kolendra. — Teraz jak wrócimy do obozu? Hm?
— Przeczekamy, najpóźniej jakiś patrol przegoni lisy.
— Może i tak, ale wtedy ty będziesz miał przechlapane. Szczególnie jeśli ktoś z patrolu ucierpi.
— No to przeskoczymy z drzewa na drzewo, jak to wy robicie.
— Masz królika, nie zdołasz z nim przeskoczyć na sąsiadujące drzewa — zwrócił mu uwagę rozzłoszczony zastępca.
Śnienie zamilkł, zastanawiając się, co mogliby jeszcze zrobić, żeby uniknąć lisów i wrócić z królikiem. Kolendra, wykorzystując to, chwycił szaraka i zrzucił go z drzewa, gdzie koczowała lisia matka ze szczeniętami.
— Hej! — warknął w stronę kocura.
— No co? Słuchaj się swojego mentora, to może jeszcze zostaniesz kiedyś mianowany, Śnienie.
— Mogliśmy coś wymyślić jeszcze.
— Nie musieliśmy nic nowego wymyślać. Owocowy Las nie głoduje, żeby tak z desperacją szukać zwierzyny po nocach i ryzykować tym samym życia.
Śnienie zamilkł. Kolendra tym razem miał rację. Zagapił się w osiągnięcie swojego celu, tylko dlatego, że chciał pokazać, czym różnił się prawdziwy Świetlik od Owocniaków. Jednak nie był to jego stary teren, gdzie walczyli o przetrwanie wraz z Jarzębinowym Żarem u boku, tylko inna społeczność, która znała swój las. Nie chcąc przyznać racji swojemu mentorowi, jedynie mruknął od niechcenia pod nosem, na co kocur nie zwrócił większej uwagi.
Lisy chichotały pod drzewem, na którym siedzieli. Nie musieli czekać długo, gdyż lisica wraz ze swoimi młodymi odeszła w bezpieczne dla nich miejsce wraz ze skradzioną zdobyczą. Wtedy dopiero mogli zejść z drzewa i powrócili do obozu.

***

Śnienie na drugi dzień chodził niewyspany. Nie przysługiwał mu odpoczynek, tym bardziej że nic nie upolował w nocy i jeszcze nie posłuchał się irytującego go już Kolendry, który na złość kazał mu pójść na poranny patrol. Czereśnia z resztą zgodziłby się z jego rudym zastępcą. Chciał na własną odpowiedzialność polować w nocy? To właśnie dostał swoje obowiązki nieważne czy się ten wyśpi, czy też nie. Potykał się o korzenie oraz niechcący wpadał na koty. Na pewno nie uniknęli uderzenia z nim Wrona, Kasztanka, Koniczyn, Poinsecja czy też Guziczek, który radosny chodził po obozie.
— Przepraszam — mruknął sennie do kocura, starając się podnieść wysoko swoje zaspane powieki.
— Nic się nie stało — zapewnił Guziczek, jednocześnie przyglądając się mu uważnie.
Śnienie się spieszył do legowiska uczniów. Zamierzał skorzystać z przerwy, jaką mu dano. Tak strasznie chciał się wyspać…
— Słyszałeś? Będę ojcem! — wypiął dumnie pierś łaciaty. — Może nazwę jakiegoś malucha po tobie — zażartował.
Śnienie zamrugał. Nie wiedział, co mógł powiedzieć. Kocur, za którym tak nie przepadał, nagle był dla niego miły i nawet powiedział, że jedna z pociech mogła zawdzięczać po nim imię. Stali tak przez chwilę, aż Guziczek burknął niezadowolony. Pewnie stwierdził, że Śnienie po prostu był gburem!
— Gdzie się tak śpieszysz? — zapytał, a potem zamrugał kilka razy zwiadowca. — Idziesz pytać o to, co ostatnio? Coś z tym ruszyło? Dowiem się zresztą wreszcie co dokładnie? — zalał go pytaniami.
Śnienie zacisnął mocniej szczękę. Owszem, że z tym coś ruszyło, jednak nie tak, jak on sobie tego życzył… Jak tylko przypominał sobie poprzednią noc, to czuł, jak jego uszy pieką go ze wstydu.
— Ja… — zaczął niepewnie. — Akurat mam chwilę wolną od obowiązków, chyba Kolendra się na mnie wściekł trochę… Dlatego tak chciałem się przespać. Co do planów, to tak ruszyło coś, jednak nie wiele… Chciałem po prostu się przydać i zacząć polować w nocy, jednak jak wiesz, nie poszło to tak, jak ja chciałem… Na szczęście nikt nie został ranny, jednak to było kosztem zwierzyny, którą upolowałem.
Guziczek ze zdziwieniem i nieukrytym zadowoleniem słuchał go uważnie.
— O, i gratuluję ci oraz Kurce potomstwa. Nie wątpię, że będziecie dobrymi ojcami w przyszłości. — Guziczek uśmiechnął się na jego miłe słowa i skinął zadowolony głową, co również ucieszyło Śnienie. — A teraz wybacz… Chciałbym uciąć sobie małą drzemkę, zanim Kolendra mnie wyznaczy znów do jakiegoś zadania.
Nie czekając na jego odpowiedź, czmychnął do legowiska uczniów, gdzie zaszył się w swoim posłaniu i nie musiał już z nikim rozmawiać. Zwinął się w kłębek i pozwolił, by zmęczenie wzięło górę.

***

W końcu Jeżogłówka urodziła, a tym samym Kurka wraz z Guziczkiem stali się ojcami. Na świat przyszły Alka, Bratek i Gronostaj. Kocięta były urocze i raczej w ciemnych kolorach oprócz Bratka. Koteczka była ozdobiona ładnym niebieskim szylkretem. Śnienie oczywiście pogratulował parze, jednak nie był zdecydowanie pierwszym kotem, który to zrobił. Przecież nie był na tyle blisko Guziczka, czy Kurki, by robić za wujka, czy innego piastuna przesiadując wokół kociąt. Ważne przede wszystkim, że maluchy były zdrowe, a on musiał skupić się na szkoleniu. Może kiedyś opowie im o Klanie Gwiazdy, Świetlikach i strasznych Wilczakach, które zacierały swoje łapki na każde niegrzecznego bachora. Mógłby jeszcze opowiedzieć o Jarzębinowym Żarze, która była najwspanialszą medyczką, jaką Klan Gwiazdy mógł stworzyć.
Z drzewa zeskoczył Kolendra, który machnięciem ogona nakazał pozostałym ruszyć za nim. Właśnie musieli iść sprawdzić granicę z Klanem Wilka i Klanem Burzy. Śnienie rzucił ostatnie swoje spojrzenie na żłobek, gdzie przebywała cała świeżo upieczona rodzina, po czym czmychnął razem z patrolem w głąb terytorium Owocowego Lasu.

***

Guziczek na przestrzeni księżyców jeszcze zadawał mu pytania, czy nie chciałby pomocy z jego planem wyszkolenia kotów, które mogłyby polować i patrolować w nocy. Jednak entuzjazm Śnienia opadł od momentu, kiedy Kolendra ukrócił jego prośby o wychodzenie w nocy. Teraz sam wstawał na najwcześniejsze patrole łowieckie i graniczne lub na te najpóźniejsze, jakie tylko Kolendra lub Figa byli w stanie zaplanować.
Niedawno Modrogończyk zauważył, że na terytorium Klanu Burzy działo się coś niedobrego. Pożar, jaki zaatakował obóz oraz tereny Burzaków narobił strachu Śnieniu, gdyż obawiał się o zdrowie Wełnianej Mszycy. Kiedy przybył wraz z patrolem na pomoc sojusznikom, tak dowiedział się, że przepadł ślad po białej medyczce. Zdruzgotany wrócił z Owocniakami do obozu, gdzie miał wiele dni, by oswoić się z własnymi myślami. Kocur na każdym patrolu, polowaniu czy jedzeniu myślał o albinosce. Nawet Koniczyna powiedział, że ostatnio obudził się przez niego w nocy, gdyż ten szeptał imię medyczki przez sen.
Śnienie wątpił, by kotkę tak łatwo pochłonęły języki ognia bądź rebelianci, którzy doczekali się srogiej kary.

***

— Śnienie, wystąp — rozległ się po obozie donośny głos lidera, Śnienie wyszedł dumnie na środek.
W końcu nadeszła pora jego mianowania na wojownika Owocowego Lasu! Stał właśnie przed topolą, na której górował Czereśnia. Wysoko na niebie świeciło słońce, jednak chmury i wiatr, który towarzyszył temu dniu, nie zwiastował niczego dobrego. Chłód Pory Nowych Liści przeszywał wszystkich w obozie. Koty stały przytulone do siebie z napuszonymi futrami, a tym jedynym na środku był Śnienie, który dzielnie znosił zimny wiatr.
— Najwyższy czas, abyś dołączył do grona wojowników. Wykazałeś się spokojem ducha i adaptacją do nowych zasad i reguł. Czy przysięgasz pozostać lojalnym naszej społeczności i walczyć za jej dobro?
— Przysięgam — odpowiedział zgodnie z pragnieniem.
— A zatem witamy cię jako nowego wojownika Owocowego Lasu!
Koty zaczęły skandować jego imię, którego tak strasznie nie lubił. Jednak liczyło się to, że w końcu nie był zwykłym uczniem i zyskał zaufanie społeczności Owocowego Lasu. Teraz był wojownikiem i mógł zdziałać naprawdę wiele. W końcu nie musiał się tutaj ukrywać z jego wiarą w Klan Gwiazdy, tak jak to robił w Klanie Wilka. Mógł zajść naprawdę daleko, jednak jakim kosztem? Został tutaj tylko z Koniczynem oraz Poziomkiem. Jego rodzina była nadal uwięziona w Klanie Wilka lub przepadła gdzieś. Nie wiedział gdzie była Zaćmiony Horyzont. A koty, które były mu bliskie? Stroczkowa Nadzieja, Szczawiowe Serce, Porywisty Dąb i Miodowa Kora przepadli również, Jarzębinowy Żar nie żyła, a Wełnista Mszyca, gdzieś uciekła przed pożarem, jednak nie wiedział, gdzie ona była.
Swoimi żółtymi oczyma i spokojnym wyrazem pyska zmierzył twarze zebranych. Wzrok zatrzymał na Guziczku, uśmiechnął się do niego.
Nie jestem wcale złym Owocniakiem, nieprawdaż? — pomyślał zadowolony. Zwiadowca wydawał się również cieszyć z jego osiągnięcia.
Zaczęło zmierzchać, a on został zaprowadzony przez Purchawkę oraz Mistral w dość urokliwe miejsce, gdzie spoczęli we trójkę. Dookoła były przyniesione pachnące zioła, które dodawały temu, co ma się zaraz wydarzyć tajemniczości oraz wzniosłości.
— Czy wierzysz we Wszechmatkę, żeby poznać Oblicze Swego Mienia, Śnienie? — spytała go życzliwie Purchawka, a u jej boku dzielnie czekała Mistral, która również się do niego uśmiechała.
— Nie — odpowiedział zgodnie z jego sercem i kontynuował. — Wierzę w Klan Gwiazdy i zawsze, będę w niego wierzył, jednak moja lojalność do Owocowego Lasu jest również prawdziwa.
Obie kotki nie zareagowały złością lub szokiem, jak myślał Śnienie. Nawet nie było po nich widać, że mogłyby się zawieść na nim. Nadal do niego się uśmiechały delikatnie.
— Klan Gwiazdy musi być naprawdę szczęśliwy, że ma tak wiernego kota, jak ty — powiedziała Purchawka i skinęła głową do białej zielarki. — Zostaniesz naznaczony, wojowniku, tak jak każdy w tej społeczności.
Mistral podeszła do niego i pazurami sprawnie zrobiła mu dwa permanentne nacięcia na prawym uchu. Wzdrygnął się, gdyż nie spodziewał się takiego obrotu spraw, a ucho nieprzyjemnie zapiekło.

***

Na drugi dzień ucho go już nie piekło, jednak dwa nacięcia, były nadal zwykłą raną, o którą zawsze trzeba było dbać, dlatego Mistral poinstruowała go, żeby nie zaniedbywał jej i codziennie przychodził do legowiska medyka, by tam Gołąbek mogła go opatrzyć.
Śnienie właśnie obudził się w nowym posłaniu, które znajdowało się w legowisku wojowników. Teraz musiał uważać na siebie, żeby nie spaść na ziemię. Chociaż już tyle miał treningów wraz z Kolendrą, że przyzwyczaił się do częstych wspinaczek oraz wysokości.
Zeskoczył sprawnie z drzewa i podszedł do sterty zwierzyny, przy której siedział Guziczek.
— Dzień dobry, Guziczku, jak tam u ciebie oraz twoich dzieci? — zagadał niespodziewanie.

[rozpoznawanie tropów lisów + tworzenie legowisk na koronach drzew + wspinaczka na drzewa]

< Guziczku? >
🌙

Od Gronostaja CD. Psianki

Dopiero co wróciłem z treningu i… za chwilę miałem iść na kolejny. Masakra. Masakra! Jaśminowiec uważa, że potrzebuję dyscypliny. I że jestem w tyle za innymi uczniami, w tym za Alką i Bratkiem. Więc by nie tylko ich doścignąć, ale i stać się lepszy, muszę ćwiczyć dwukrotnie więcej. Nie, żebym nie chciał… nie, żebym uważał, że nie ma racji… no ale bez przesady! Czułem, jak moje malutkie łapki po każdym treningu cierpią coraz bardziej… ale i ich poduszeczki stają się o wiele twardsze. Jak ja nie cierpię mojej mentorki! Mimo że jej treningi przynoszą widoczne efekty.
Przystosowałem się już do nowej rutyny dnia. Nowych godzin wstawania. Nowego miejsca spania. Do długiego wysiłku fizycznego. Niestety, nie do tego, że nikt nie traktuje mnie już jak kociaka i że nie wolno mi wszystkiego…
Siedziałem więc tak sobie, próbując całą siłą woli zregenerować moje obolałe łapki, gdy podeszła do mnie Psianka.
Otworzyłem szeroko oczy i nagle skoczyłem na nią, ale w taki sposób, że w ostatniej chwili zmieniłem kierunek lotu i wylądowałem tuż przed nią.
– No hejka – mruknąłem, przyglądając się uważnie uczennicy. – Oh, dziękuję, dzięki! Psianko. Trening idzie… usz! Mówię ci! Jak krew z nosa, no! Ta czekoladowa. Co nie? Każe mi biegać w tę i we w tę, przełazić przez rzekę, atakuje mnie znienacka, by przetestować mój refleks i nie dość, że mam treningi codziennie, choćby się waliło i paliło, to do tego jeszcze czasem po dwa razy dziennie! Jak dziś! Twierdzi, że to zwiększa objętość moich płuc i przystosowuje mięśnie do wysiłku. Co jest faktem. Ale I TAK! USZ! – warknąłem, wysuwając moje małe pazurki i machając nerwowo ogonem. – I to się nazywa NAUKĄ! A wiesz, jak ja to nazywam? To jest… TO JEST NAPAŚĆ! PRZEŚLADOWANIE! Ja się tak nie dam, mówię ci, Psianko! Trzeba walczyć z opresyjnym systemem!
Przechyliłem lekko główkę, słuchając, co ona miała do powiedzenia na temat swoich pierwszych treningów z Rohan.
– No… no dobra. Wiesz co? Ale ty to mądrze mówisz. Wusz! Żałuję, że nie wybrałem ścieżki zwiadowcy. Co z tego, że nie wlazłbym na żadne drzewo z takimi małymi łapkami… Przynajmniej nikt by mi nie kazał robić zapasów w błocie! – pokręciłem główką na boki.
Zapasy w błocie były jedną z ulubionych metod Jaśminowiec przekazywania mi wiedzy. Robiliśmy to regularnie, co kilka treningów. Początkowo nie cierpiałem błota i na kontakt z nim autentycznie traciłem cierpliwość i mózg mi wybuchał. Metaforycznie. Ale teraz, gdy zbyt długo nie mam z nim kontaktu, to wariuję. Chyba do wszystkiego można się przyzwyczaić…
…oprócz wody. Wszystkiego, oprócz wody. Jej nadal nienawidzę.
– Fajnie brzmią te twoje treningi. Tak… głęboko! Moje to głównie… tarzanie się w bagnie. Nie ma tu żadnego drugiego dna! Nie-e! No i dziś to jeszcze próbowałem polować na króliki. Już miałem go capnąć, ale… nie uwierzysz. Zamiast tego wpadłem w błoto. Dlaczego wszędzie jest to zawszone BŁOTO! AGH! Nieee podoba mi się to, Psianko.
Psianka uniosła lekko jedną brew i uśmiechnęła się ciepło.
– Wiesz, zawsze możesz porozmawiać z Jaśminowiec o metodach treningu…
– A CO JA NIBY ROBIĘ ZA KAŻDYM RAZEM?! – odskoczyłem lekko do tyłu na dźwięk mojego własnego głosu. – Mówię jej przecież, ale ona "NIEEE, MUSISZ TRENOWAĆ GRONOSTAJU, CHYBA NIE CHCESZ WYGLĄDAĆ JAK DZIDZIA, GDY PÓJDZIESZ NA PATROL Z PRAWDZIWYMI WOJOWNIKAMI." A WIESZ, CO JA SĄDZĘ O TYCH TWOICH PATROLACH?
– Co? – za nami rozległ się czyjś spokojny głos.
Prychnąłem głośno, cały się zjeżyłem i odskoczyłem do tyłu, wpadając prosto w krzaki, wijąc się niczym dżdżownica wyciągnięta spod ziemi.
Jaśminowiec podeszła do nas.
– Witaj, Psianko. Niestety, Gronostaj musi już iść na trening.
No to mam przechlapane…

***

Teraźniejszość…

I znowu Jaśminowiec powaliła mnie na glebę. Zanim zdążyła trwale przygwoździć mnie do podłoża, udało mi się spod niej wyturlać i przypaść do ziemi w pozie gotowej do skoku. Czekoladowa skoczyła na mnie ponownie, a ja zrobiłem ciężki przewrót w przód, po czym sam zaatakowałem.
Moimi głównymi atutami w walce były dwa czynniki - stale zwiększająca się masa mięśniowa oraz zdolność chłodnej oceny sytuacji. Rosłem - mimo wciąż młodego wieku - z zawrotną prędkością.
Jaśminowiec nie zawahała się jednak po niecelnym ataku, gdy jeszcze nie całkiem odzyskałem równowagę po przewrocie, skoczyła na mnie i…
– WUSZ! ZŁAŹ ZE MNIE! AGHHH! PRAWIE WYGRAŁEM! – warknąłem, próbując się uwolnić.
Kotka zamruczała z rozbawieniem.
– Właściwie, to… jeszcze dosyć dużo brakuje ci, by choćby być dla mnie równym przeciwnikiem. Ale jasne, jasne, robisz postępy.
Kotka zeszła ze mnie i się otrzepała.
– UGH! – mruknąłem i uderzyłem z całej siły głową w mech pod moimi łapami.
Auć. Zabolało. Dlatego nie podniosłem się przez dobre kilkanaście uderzeń serca.
Mentorka nie odwróciła się ode mnie, skierowała się w stronę obozu i zaczęła iść.
– Choć, Pustogłówku. Już jesteś za duży, więc nie mogę cię nosić za kark, jak kiedyś.
Skrzywiłem się.
Pustogłówek.
Od zgromadzenia nazywała mnie tak… dość spora część kotów. Zresztą, za moim przyzwoleniem, a nawet… sam ich nakłaniałem, by to robili. No… trochę mi się należało, nie ukrywam…

***

Wróciliśmy do obozu. Byłem cały brudny od ziemi i piasku, w których się tarzaliśmy. Błota chwilowo w okolicy brak, ale już niedługo… Poczekamy, aż spadnie deszcz…
Myślę, że walka idzie mi coraz lepiej. Jaśminowiec też tak twierdzi. To dobrze. Bardzo dobrze. Jeśli prawidłowo rozumuję, jest to jedna z najważniejszych umiejętności. Można dzięki niej sprzeciwiać się woli innych i perswadować własną, chroniąc siebie. Chociaż nie wiem, jak to do końca działa. Właściwie, to… nigdy jeszcze nie widziałem walczących kotów tak na poważnie. Nie wiem, czemu tego nie robią, skoro to daje tyle możliwości…
Zauważyłem nieopodal Psiankę, chyba kierującą się w stronę stosu ze zwierzyną. Nie zważając na niedopuszczalny stan mojego futra… i całej reszty ciała, pognałem w jego stronę, chwyciłem pierwszą lepszą zdobycz i rzuciłem ją pod nogi kotki.
– PSIANKO! Psianko, hejka.
Kotka zatrzymała się, mierząc uważnym spojrzeniem mysz, którą jej przyniosłem.
– O, witaj, Gronostaju. Dziękuję za mysz. To miło z twojej strony.
Dobrze, że Pora Nagich Drzew się skończyła. Wreszcie możemy jeść normalnie… Nie ukrywam, że zauważyłem również u siebie dość znaczny spadek wagi przez ten czas, dlatego wszystkie następne pory zamierzam spędzić, jedząc do oporu.
– Fajnie, że już zwiadowcą jesteś – zagadnąłem. – Niefajnie, że się starzejesz. Ale I TAK GRATULACJE! Ja to też się nie mogę doczekać swojej ceremonii. – Zamachałem ogonem.
Usiadłem przed nią i zacząłem sobie wylizywać futerko.
– Co ty właściwie robisz, jak nie trenujesz? Da się tak w ogóle żyć? Ja nie wiem, jak. Ja to nie chcę być wojownikiem. Ledwo co ogarnąłem, jak być uczniem. To za szybko, wszystko za szybko. – Zmarszczyłem brwi. – USZ! Nie ważne! Wiesz, co jest ważne? Jedzonko.
Chwyciłem ze stosu drugą mysz, za którą zabrałem się sam.

[1075 słów]

<Psianko???>

12 sierpnia 2026

Od Lisiego Ostu do Żabiego Oka

Słowa otuchy wypowiedziane przez Czajkę wciąż echem odbijały mu się w głowie, mimo że od tamtego momentu minęło już kilka dni, a może nawet i księżyców, choć Osetkowi ciężko było stwierdzić. Większość dni zlewała mu się w jedność. Były wypełnione niekończącymi się przemyśleniami na temat Sennej Łzy. Tak samo, jak wypełnione było jego serce — w tym przypadku jednak goryczą i żalem do samego siebie. Czarnofutry nie potrafił wybaczyć sobie tego, jak się zachował i do czego dopuścił. Był zbyt beztroski, zakochany po uszy. Nie dopuścił do siebie świadomości, że jeśli doczeka się kociąt z miłością swojego życia, to nie będzie mógł ich wychowywać, ponieważ był tylko głupim, brudnym samotnikiem. Klanowi Nocy i jego członkom nie dorastał nawet do łokci. Nigdy w życiu nie zgodziliby się, by go przyjąć! A nawet jeśli, to byłoby już za późno, by zgrywać tatuśka. W końcu Nocniacy załapaliby, że to podejrzane, iż Lisi Oset tak prędko złapał uczucia do Sennej Łzy i zaczął pomagać jej w opiece nad kociętami. Domyśliliby się, że musiał znać się z nią wcześniej, a wtedy okrzyknęliby kotkę zdrajczynią, a na to przecież nie mógł pozwolić.
Nie powinien więc mieć z nią miotu, ponieważ nieważne, jak bardzo by się starał, i tak nigdy nie miałby szansy ujrzeć swoich kociąt. Poza tym tak na dobrą sprawę Senna Łza nawet nie była jego partnerką, co dobijało go jeszcze bardziej. Tyle dni i nocy ze sobą spędzili. Tak często ze sobą rozmawiali, dzielili się językami. To było oczywiste, że ich uczucie było żywe, silne i odwzajemniane przez obie strony. Dlaczego więc nigdy nie przyznali się do tego na głos? Dlaczego, mimo tego romantycznego napięcia między nimi, zachowywali się tylko jak zwykli przyjaciele?
Co za tragedia. To wszystko nie miało się tak potoczyć. Lisi Oset nigdy nawet nie miał czasu przemyśleć tego, jak będzie musiała wyglądać ich relacja, gdy oficjalnie zostaną partnerami. Cieszył się chwilami spędzonymi z szylkretką i liczył na to, że w końcu wszystko samo się ułoży lub dojdzie do tego powoli wraz z Łezką. Nic nie przygotowało go na taki zwrot akcji, jaki zaszedł w ich relacji. Wieść o miocie naprawdę zburzyła wszystko, co dotychczas zbudowali i do czego jakoś pomalutku dążyli.
Teraz znowu czuł, że został sam, mimo iż towarzyszył mu Czajka. Po prostu zbyt dużo kotów już w swoim życiu stracił. O wiele zbyt dużo. Żadna relacja, którą miał, nie trwała zbyt długo. Dlaczego on w ogóle jeszcze próbował się z kimś zaprzyjaźniać? Może powinien odejść od Czajki, zanim się do niego przywiąże i zanim rozdzieli ich okrutny los, krzywdząc tym samym zarówno Lisi Oset, jak i samego niebieskofutrego?
Samotnik przełknął ślinę, czując, jak żołądek wywraca mu się z nerwów. Leżał, skryty między krzewami, próbując odgrodzić się jakoś od silnych podmuchów wiatru. Gdzieś niedaleko musiał znajdować się Czajka, który zapewne szukał właśnie jakiegoś smacznego kąska. Lawirował między pniami drzew, nos trzymał cały czas przy ziemi, a uszy postawione miał na sztorc, tylko po to, by znaleźć coś, co wyżywiłoby jego samego i Osetka, który od dłuższego czasu był jedynie cieniem samego siebie.
Mimo iż Mglisty Sen nauczył go dobrze, jak polować, czarnofutry czuł teraz, że nie potrafiłby złapać nawet kulawej myszy. Czuł się po prostu źle i przez cały czas chodził tak rozkojarzony, że ciężko byłoby mu się skupić na tyle, by zakraść się do swojej ofiary i jeszcze bezszelestnie się na nią rzucić, by ją zagryźć.
Wiedział jednak, że nie mógł się tak czuć do końca swojego życia, mimo iż wydawało mu się, że ten stan nigdy nie przeminie. Cóż, nie przeminie, dopóki nie weźmie się w garść. A siedzenie tak i pozwalanie Czajce na pracowanie za ich dwóch nie pomagało mu w tym, by w końcu wyjść z dołka. Dlatego też postanowił oddalić się na moment od miejsca dotychczasowego pobytu ich dwójki, by nieco odświeżyć umysł i wszystko to dobrze przemyśleć. Jeszcze nie wiedział, czy zamierza odejść na kilka godzin, kilka dni czy może na zawsze.
Im bardziej oddalał się od Czajki, tym bardziej godził się z myślą, że najrozsądniej byłoby do niego nie wracać. Nawet jeśli był kotem, który kilka księżyców temu uratował go od śmierci i nadał jego życiu nowe przeznaczenie. Kochał Czajkę. Jak brata. Ale wiedział, że jego miłość zawsze przynosiła innym pecha, dlatego wolał dać niebieskiemu spokój, zanim jakieś nieszczęśliwe zdarzenie rozdzieli ich na zawsze, tak jak to było w przypadku innych bliskich Lisiego Ostu.

* * *

Łapy kocura zaprowadziły go wprost pod granicę z Klanem Nocy. Nie miał już nawet siły przekonywać się, że było to przypadkowe. Wiedział, jak bardzo jego serce ciągnęło właśnie w to miejsce. Miejsce, w którym zawsze spotykał się z Senną Łzą. Z którego mógł zatopić się w jej pięknych, żółtych oczach. Na ich wspomnienie zaczął zastanawiać się, czy któreś z jego kociąt odziedziczyło je po niej. Wtedy też poczuł ucisk na sercu związany z tym, że najpewniej nie dowie się, jak wyglądają jego pociechy. Czy wdały się bardziej w matkę, czy w niego? Czy któreś z nich także miało takie śmieszne kępki futra na uszach? Czy któreś z nich również miało na ciele białe plamki, które przypominały gwiazdy na nocnym niebie?
Lisi Oset w końcu zatopił pazury w ziemi i strzepnął ogonem. Położył po sobie uszy, z trudem powstrzymując łzy, które cisnęły mu się do oczu. Miał wrażenie, jakoby zaraz cały ten smutek miał rozsadzić mu czaszkę.
Był takim obiecującym kotem… Gdyby został w Owocowym Lesie, teraz mógłby pełnić rangę uzdrowiciela przy swoim przybranym ojcu. Mógłby zakochać się w jakiejś kotce ze swojej przynależności. To z nią mógłby założyć rodzinę. Mógłby mieć kocięta, które by odwiedzał, z którymi by się bawił i które zaprowadzałby do ich dziadka. Mógł osiągnąć naprawdę wiele. Mógł być szczęśliwy.
Nie wiedział już nawet, kogo powinien winić za tę porażkę, jaką było jego życie. Siebie samego, Ziemniaka, a może tych samotników, którzy zapoczątkowali serię nieszczęść w jego życiu, gdy zażądali od jego rodziców terenów na własność?
Mógłby tak zastanawiać się w nieskończoność, gdyż gdybanie nad tym, jak wyglądało jego życie, gdyby nie poszczególne wydarzenia, nigdy go nie nudziło. W końcu jednak jeden z Nocniaków dostrzegł go, gdy tak stał nieruchomo na granicy, i postanowił do niego podejść.
Był to srebrzysty kot o dużych ślepiach, który przenikał czarnofutrego swoim spojrzeniem. Było niemalże puste. Takie… dziwne, niepokojące. Osetek aż się wzdrygnął. Chciał odejść stąd jak najszybciej, lecz czuł, że umysł nie pozwala mu się poruszyć. Jakby jego mózg żądał od niego, by zapytał o Senną Łzę. Jakby chciał poznać odpowiedzi, nawet jeśli Lisi Oset wiedział, że pytanie o nie wprost byłoby zbyt głupie.
Srebrzysty kot zbliżył się powoli. Podszedł do wody i w paru pchnięciach był już przy drugim brzegu. Oparła przednie łapy na brzegu ziemi, parę długości wąsa od niego i obejrzał go jeszcze raz.
— Cześć.... samotniku. — Uśmiechnął się bez przymrużania oczu za mocno. — Szukasz kłopotów, że jesteś tak blisko granicy?
Po chwili Lisi Oset zrozumiał, że ów kot był płci żeńskiej, a przynajmniej tak wynikało z jego zapachu.
— Nie, nie szukam… — odparł spokojnie, po czym zrobił krok w tył. Chciał stąd odejść, by nie narobić sobie problemów z członkinią Klanu Nocy, lecz serce wciąż kusiło go, by zapytał o Senną Łzę. — Jedynie… mieszkam tu niedaleko.
Kotka wyszła z wody i otrzepała się. Spojrzała ponownie na kocura przed sobą i przechyliła głowę w ciekawości.
— Och? Niedaleko mówisz? — zagadnęła. — Dobrze wiedzieć. Ostatnio pewni samotnicy panoszą się niedaleko i szkodzą naszemu klanowi... nic ci o tym nie wiadomo, prawda? — Zamrugała szybciutko oczkami i rozejrzała się po lesie wokół.
Czarnofutry zamrugał ze zdziwienia. Przez moment wpatrywał się w srebrzystą z niedowierzaniem, a potem poczuł, jak na jego gardle zawiązuje się supeł. Samotnicy? Szkodzą Klanowi Nocy? A co, jeśli zrobią coś Sennej Łzie i ich dzieciom?
— Słucham? — wydukał po chwili, po czym pokręcił głową, starając się przybrać neutralny wyraz pyska. — Nie, nie widziałem żadnych samotników poza mną. Właściwie to dotąd żyłem raczej bliżej drogi i nie zapuszczałem się w te tereny — oznajmił, wzruszając ramionami. — To musi być jednak… ciężkie. Dla waszego klanu, w sensie. Ale jakoś sobie radzicie, prawda? — zapytał, odwracając wzrok od wojowniczki.
Nieznajoma rozluźniła ramiona i uśmiechnęła się do kota znacznie bardziej przyjaźnie.
— A radzimy sobie nawet dobrze, chociaż ostatnio podobno pobili nam wojownika i ogólnie trochę nieprzyjemna sytuacja z tym wszystkim. Wygląda, jakby pewna grupa samotników tylko czyhała na nasze życia... No i jest jeszcze Klan Klifu, ale to całkowicie osobna kwestia. — Machnęła łapą. — A dlaczego ty taki ciekawy?
Lisi Oset uniósł jedną brew do góry. Po chwili jednak wypuścił z płuc powietrze i przybrał spokojny wyraz pyska.
— Cóż, pomyślałem, że spytam z grzeczności. Słyszałem, że niektóre klanowe koty nie cierpią samotników. Gdybym trafił na kogoś takiego, już dawno mógłby mnie przerobić na ozdobę do legowiska! — zaśmiał się trochę nerwowo, po czym odchrząknął. — No… więc muszę być ci wdzięczny za to, że nie okazałaś się jednym z takich kotów. Choć z tego, co rozumiem, twoi pobratymcy nie są teraz zbyt przychylnie nastawieni do takich jak ja. Myślisz więc, że powinienem tu… no wiesz, nie przychodzić?
— Z pewnością musisz uważać, bo rzeczywiście niektóre koty z chęcią rozerwałyby ci gardło, zanim by zapytały, czy masz w ogóle cokolwiek wspólnego z tą kotką, co zabiła swoje dzieci... — Srebrzysta skrzywiła się. — Uważałabym, komu patrzysz się w oczy, aczkolwiek dzieli cię od nas rzeka... My dobrze pływamy, ale czas na ucieczkę zawsze jest, kiedy Nocniak zmaga się z nurtem. W każdym razie... Jak się nazywasz? — Nieznajoma zbliżyła się na odległość wąsa i obeszła go na około.
Lisi Oset podążył za nią wzrokiem, przez moment milcząc. Zastanawiał się, dlaczego ta kotka zdradzała mu wszystkie te informacje o Klanie Nocy. Może po to, by potem stwierdzić, że za dużo wie i będzie musiała go zabić? Na tę myśl kocura aż przeszedł dreszcz, a łapy zaczęły błagać go, by od niej uciekł. Stał jednak wytrwale w miejscu, śledząc srebrzystą swoim spojrzeniem.
— Nazywam się Lisi Oset, a ty? — zapytał, choć jego głos ledwo wyczuwalnie zadrżał.
— Żabie Oko — oświadczyła spokojnie. Usiadła sobie przed nim i podrapała tylną łapą po pysku. — Jestem zaskoczona, że jeszcze nie uciekłeś…
Czarnofutry spuścił wzrok na łapy, po czym zaczął grzebać pazurem w ziemi.
— Nie masz po co być zaskoczona. Tak czy siak, nie mam nic lepszego do roboty, ponieważ, jak już mówiłem, żyję kompletnie sam. Tak właściwie to fajnie jest czasem porozmawiać z jakimś kotem, który nie próbuje cię zjeść — stwierdził, po czym podniósł wzrok na Żabie Oko i uśmiechnął się nieznacznie.
— To prawda — przyznała Żabie Oko. — Sama też lubię rozmawiać z samotnikami i kotami spoza klanu. To zawsze fascynujące! — Machnęła łapą. — Nowe perspektywy i opinie, które nie są tą samą wiarą i opinią powtarzaną w kółko i w kółko, kiedy klan w miarę pokrywa się w swojej moralności…
Lisi Oset skinął głową, zgadzając się ze słowami Nocniaczki.
— Wiesz… słyszałem kiedyś od członka tej przynależności za drogą, że wierzą w jakąś Wszechmatkę. Rozmawiałaś już z kimś od nich? Myślę, że taka rozmowa by ci się spodobała — stwierdził, instynktownie zwracając głowę w stronę terenów Owocowego Lasu.
— Och? Coś tam słyszałam, ale jakoś nigdy nie miałam szansy się nikogo o to dopytać. Będę miała to w pamięci, jeśli tylko spotkam jakiegoś Owocniaka. — Srebrzysta pokiwała łebkiem. — Dzięki. Jesteś całkiem pomocny... i ładny. — Uśmiechnęła się żartobliwie.
Samotnik zamrugał kilka razy, zastanawiając się, czy na pewno dobrze usłyszał Nocniaczkę.
— Tak, ja… staram się być pomocny. Często szwendam się tu i ówdzie, próbując zaczerpnąć nieco więcej wiedzy o świecie. Znam przez to na przykład całkiem sporo chorób i sposobów na to, jak je wyleczyć — mruknął, próbując zignorować pochwałę Żabiego Oka na temat jego wyglądu. — Właściwie… jeszcze nie było mi dane usłyszeć o tym, w co wierzy twój klan. Może chciałabyś mi co nieco opowiedzieć, skoro już wiem, że napadają na was jacyś szaleni samotnicy?
— W co wierzy mój klan? Hmmm… — zastanowiła się Żabka. — W Klan Gwiazdy oczywiście. To byli nasi przodkowie. O... właśnie. Legenda o pierwszych kotach istnieje, haha! Zawsze opowiadam ją dzieciom. Jak to pierwsze koty spadły z nieba, skórki, księżyca i blasku słońca mieszającego się z kolorami świata... Ciekawa historia. Nie wiem ile w niej prawdy, ale pochłania dzieci za każdym razem, jak ją opowiadam. — Srebrzysta uśmiechnęła się szeroko. — Znasz się na medycynie? To całkiem imponujące. Osobiście sama bym się czegoś takiego nauczyła, ale nie mam od kogo. W naszym klanie to ród królewski zajmuje miejsce medyka, tak jak powinno być. W końcu im można ufać!
Lisi Oset skinął głową.
— Nie jest to takie ciężkie, jak się wydaje. Masz szczęście, że żyjesz w klanie, bo nie potrzebujesz znać się na medycynie. Ja, jako samotnik, nie pociągnąłbym za długo bez wiedzy o ziołach. Raz na jakiś czas przypadkiem ugryzie mnie jakiś szczur czy dopadnie kaszel, a wtedy muszę wiedzieć, co zrobić, by uratować swój tyłek — zachichotał.

<Żabie Oko?>

Od Narwanej Łapy

Pod koniec pory Nagich Drzew…

Śnieg pokrywający wyspę odbijał od siebie promienie ostrego światła. Wlokąc Narcyza za sobą, usadowiła się gdzieś w tłumie, mieszając się pomiędzy grupą Nocniaków.
Ślub Kasztanowej Pokraki… To dopiero coś. Zerknęła kątem oka na jednego brata, a później na drugiego. Narcyz poruszył końcówką ogona, wpatrując się w Kasztanka, po czym przechylił łeb w jej stronę.
— Że też sobie kogoś znalazł — mruknął. — Nie wiedziałem, że taki z niego romantyk.
— No ja właśnie też nie…
Para młoda stała niedaleko ołtarza, wpatrując się w siebie i uśmiechając się głupkowato.
— Z tą jego wybranką serca to nie zamieniłam nawet więcej słów, niż mam pazurów u wszystkich łap — dodała.
Narcyz skinął głową
— Ja też — przyznał. — I nic mi o niej nie powiedział! Myślisz, że założą rodzinę?
Wychylił się nieco do przodu, lustrując wzrokiem zebrane koty. Wzruszył ramionami, po czym na jego pysk wstąpił cień obrzydzenia.
— Ja to bym się nie chciał żenić z żadną kotką, nie wiem, co w tym takiego fajnego.
Przechyliła łeb w bok. W jej głowie pewne myśli zaczęły układać się w pewnej istotnej kolejności… Rozejrzała się po zebranych kotach. Ona to by z chęcią wycałowała piękną koleżankę, jeśli znalazła by się taka okazja… I piękna koleżanka. Bo, musiała przyznać, w Klanie Nocy za dużo opcji do wyboru nie miała. Czy w ogóle chciała wybierać? Nie zastanawiała się nad tym, czy interesowały ją takie rzeczy.
Może wycałowałaby jakąś kotkę bez żadnych zobowiązań?
— Ja bym tam mogła....
— Hę?
Wyjaśnienia przerwał jej głos Mandarynkowej Gwiazdy. Zamknęła pysk i jedynie wydęła wargi, odwracając wzrok w kierunku przywódczyni.
— Zebraliśmy się tu dzisiaj żeby uczcić miłość Urodziwego Szafirka i Przypalonego Kasztana oraz przypieczętować ją oficjalną więzią! Jeśli ktoś chce wyrazić sprzeciw, niech zrobi to teraz.
Na wyspie zapadła cisza. Mandaryna zmierzyła wszystkich uważnym spojrzeniem po czym skinęła głową, trochę sztucznie usatysfakcjonowanym gestem.
— Urodziwy Szafirku, Przypalony Kasztanie, czy w obliczu wszystkich zebranych tu kotów przysięgacie sobie miłość, wierność, uczciwość i wspólne dzielenie łowów nawet po śmierci?
Para młoda kontynuowała wpatrywanie się sobie w oczy, uśmiechając się JESZCZE bardziej głupkowato. Nie wiedziała, że tak się da. Chociaż, to Kasztan, więc…
— Przysięgam — słowa jednego zawtórowały drugiemu.
— Zatem mocą nadaną mi przez Klan Gwiazdy ogłaszam was mężem i żoną! Niech wasza miłość trwa mimo wszystko niczym igły sosen porą nagich drzew!

↬◦⌑⛯⌑◦↫

Narcyz! Narcyz złapał żabę! I skupiał na sobie całą uwagę!
Złapał żabę i wpatrywał się w nią głupio, jakby czekał aż żaba powie mu, co ma z nią zrobić. Nie dość, że złapał ją głupim przypadkiem (wszyscy widzieli, jak odbiła się od niego i nieporadnie spadła mu pod łapy), to jeszcze był to on! Kasztanek miał ślub, Narcyz łapał szczęśliwe płazy…
Parsknęła i szarpnęła głową. Tak nie może być! Ona też chciała być tego dnia ważna! Ona też chciała całować ładne kotki!
Zerknęła kątem oka na stojącą obok niej Lawendową Rozkosz. Nigdy nie wymieniła z nią więcej niż paru potrzebnych zdań. Nie było to istotne. Na jej pysku pojawił się chytry uśmiech... Potrzebowała tylko odrobinę chęci do współpracy.
— Głupie płazy, kłamią! — miauknęła donośnym głosem, obrzucając Narcyza teatralnie zrozpaczonym spojrzeniem. — Kłamią i nie widzą prawdziwej miłości... Prawda, Lawendo?
Z tymi słowy przechyliła się w stronę kocicy i przysunęła swój pysk do tego liliowego. Zmrużyła ślipia, uśmiechając się, i modląc się o to, aby wojowniczka podłapała jej grę... Polizała ją romantycznym gestem po nosie i wbiła w nią nerwowy wzrok.
Ojeju. A może jednak nie? Hm. Co ona tak właściwie-
— Och tak, droga Narwana. Łżą jak wydry. Paskudniki…
Wojowniczka uśmiechnęła się spokojnie i zakryła lekko pysk łapą, jak gdyby zawstydzona. Starsza jedynie nabrała gwałtownie powietrza w płuca.
— Ależ moja miła ile razy ci mówiłam, że wolę być pierwsza? — kontynuowała niewzruszona Lawenda. Przybliżyła się o krok, a potem grunt obsunął sie spod łap Werwy i liliowa stanęła nad nią. — I co ja mam z tobą zrobić, hm?
Zatkało ją. I to dość porządnie.
Przez ułamek uderzenia serca jej mięśnie napięły się, gdy łapy wojowniczki nacisnęły na jej barki, a wciąż gojące się rany na grzbiecie dotknęły topniejącego śniegu. ktoś przyciskał ją do ziemi, ktoś zatopi w niej swoje pazury-
Trudno jej było dosięgnąć jednak jakichkolwiek złożonych myśli z wilgotnym językiem kocicy na jej nosie.
— Ja- Mhm-
Skąd miała wiedzieć, że liliowa będzie taka chętna do jej- No- Do jej żartów!? Przełknęła ślinę i położyła łapę na piersi kocicy, delikatnie odpychając ją do tyłu. Cały pysk miała gorący.
— Och moja droga, nie udawaj, że to cię tak zaskoczyło, bo pomyślę, że nie chcesz mnie obok… — Lawenda wzruszyła barkami, po czym zaśmiała się. — No? Co mi teraz powiesz?
Kto dał jej tyle pewności siebie?
— Może- Może później mi powiesz, co, Lawendo? — miauknęła w końcu, na szczęście już nie drżącym głosem. Uśmiechnęła się cwanie i dotknęła nosem tego wojowniczki. — Chyba że już nie będziesz taka śmiała?
Kątem oka widziała, jak Narcyz wpatruje się w nie z rozdziawionym pyszczkiem, żaba zapomniana gdzieś z boku. I dobrze!
— Och, no wiesz? Gdybyśmy były same...Ale przez wzgląd na- hm... Młodszą widownię chwilowo muszę nieco zahamować, choć żal ściska me serce na tę myśl. Czy zaszczycisz mnie swoją obecnością na spacerze? Słyszałam, że wspólne polowanie łączy serca i dusze...
— Yy... Protestuję!
Analizę słów serca i dusze przerwało jej wrzaśnięcie Narcyza. Lawenda oderwała się od niech z prychnięciem, lawirując pomiędzy kotami i zatrzymując się krok od ucznia.
— Och, proszę cię. Bądź grzecznym chłopcem i się nie wtryniaj.
Mhm… Co.
— Czyż to nie jest decyzja tej piękności?
Powoli uniosła się, sczególnie uważnie stawiając łapy. Piękności. Zerknęła na brata kątem oka, jednak zanim zdążyła coś powiedzieć, Lawenda powróciła do niej, pochylając się nad nią z uśmiechem i ostrym spojrzeniem. Przełknęła slinę.
— Oczywiście — odparła, unosząc kąciki pyska. Wstała i stanęła obok kotki, ignorując wszystkich dookoła i wpatrując się w jej pysk. Zmrużyła ślipia, jak gdyby sprawdzając, ile młodsza jest w stanie jeszcze udźwignąć. — Tam będziesz mogła sobie nade mną stać bez szansy na to, że ktoś nam przeszkodzi...
— Bardzo dobra decyzja moja piękna Narwana — wymruczała liliowa. — Znajdę ci najwygodniejsze miejsce na leżenie, obiecuję ci to-
Narcyz tupnął łapą i zamiauczał z wyrzutem.
— Taka jesteś!
Lawenda spojrzała na niego z politowaniem.
— Och Narcyzku, nie złość się, bo ci serce stanie i co wtedy?
Przytaknęła kotce, po czym przyklejając do niej swój bok odwrócila pysk do Narcyza.
— Wybacz — Wzruszyła ramionami. — Nie moja wina, że nie umiesz sobie nikogo znaleźć!
Wytknęła mu język, uśmiechając się. Ogon Narcyza, napuszony, przecinał powietrze za jego grzbietem. Musieli robić niezłą furorę na wyspie.
— Może na naszym ślubie znowu złapiesz tę żabę i tym razem ci się poszczęści!
— Och, cudowny promyku…
Cudowny promyku?
— Nie bądź taka dla braciszka. Los nie jest dla niego litościwy.
Przełknęła ślinę i nie odezwała się, dając się przytulić i nadal wpatrując się z uniesioną brwią w Narcyza.
— ...nie moja wina, że wszyscy są głupi!
Głos łaciatego się załamał.
— Ty... Ty też jesteś głupia! Idź sobie z tą Lawendą gdzie chcesz, byle daleko. Niedobrze mi się od was robi!
Uśmiech na jej pysku powoli zaczął bardziej przypominać grymas. Ojej...
— Narcyz... — zaczęła, nie wiedząc jednak co powiedzieć. Chyba poszły trochę za daleko. — Narcyz, no weź...
— Och doprawdy? Głupcy? Mało oryginalne nazewnictwo — prychnęła Lawenda. — Chodźmy Narwanko, nie marnujmy czasu na...takie bezsensowne paplanie.
Chciała odepchnąć od siebie Lawendę i do niego podejść, ale duma nie pozwalała jej przerwać gry. Dała się odciągnąć kotce na bok, posyłając mu przepraszająco spojrzenie. Będzie musiała się mu tłumaczyć...

↬◦⌑⛯⌑◦↫

Lód pokrywający część rzecznej tafli topniał wraz z nadchodzącą porą Nowych Liści. Zerknęła kątem oka na Lawendę, pochylając się nad wodą tak, że jej łapa zwisła w powietrzu, z łokciem opartym o stromy brzeg. Słońce, chylące się ku zachodowi, oświetlało pysk młodszej kocicy od boku.
Wcisnęła Kijankowym Moczarom kit o łapaniu ryb, i o dziwo, bez większych problemów wymknęły się z obozu. Teraz jedynie leniwie obserwowała błyski łusek pod taflą, nie myśląc za bardzo o tym, że będzie musiała zaprezentować swoją zdobycz mentorowi. 

Czarno biały pochylał się obok niej nad lodowatą taflą.
— No?
Strzepnęła uchem.
— Muszę stać pod słońce, aby nie płoszyć ich moim cieniem — wyrecytowała z pamięci ze znudzoną miną na pysku. — Nie wahać się i być szybka.

No… Powie mu, że Lawenda nie jest dobra w wielu rzeczach poza flirtowaniem, i się wytłumaczy. I jeszcze poprosi przy okazji o kolejną lekcję.
— Mimo wszystko, dobrze się z Tobą grało — mruknęła, przerywając ciągnącą się chwilę ciszy. Jej wąsy zadrżały. — Chcesz... Nie wiem. Brnąć w to dalej?
Liliowa przeniosła na nią wzrok i uśmiechnęła się ciepło.
— Czy chcę? — wymruczała, przybliżając się do kotki i opatulając ją ogonem. — Ja bym chciała Narwanko, ale czy ty tego chcesz?
Uniosła lekko kąciki pyszczka, dając się przyciągnąć bliżej. Oddech kotki połaskotał ją w ucho.
— Myślę, że byłabyś całkiem dobrą wspólniczką w zbrodni — odparła żartobliwie. — Na jakąkolwiek nadarzyła by się okazja.
— Bardzo chętnie, z tobą mogę uczestniczyć w zbrodniach za każdym razem.


[1446 słów; łowienie ryb]

Od Milknącej Łapy CD. Kurzej Łapy

— Co się dzieje? — mruknął, piorunując go kobaltowym okiem.
— Cyklonowe Oko chciał, by któryś z przewodników zaprowadził nas do nieco odosobnionych tuneli, aby poćwiczyć w nich walkę — wyjaśnił uczeń, czując, jak spojrzenie starszego przeszywa go na wylot. Przecież nic takiego nie zrobił, by otrzymać taki wzrok. Chyba że Łzawa Łapa zdążyła mu jakichś bajeczek nawciskać, ukrywając swoje prawdziwe intencje pod miłymi słówkami i gestami.
— Jeśli jesteś zajęty, to poszukam Białego Strumienia lub Śniącego Obserwatora — dodał, woląc nie narażać się na jakieś nieprawdziwe domysły Kurzej Łapy względem swej persony. Jakby nie wystarczyło, że siostra w żłobku rzucała w niego kąśliwymi uwagami, kiedy tylko nikt nie słyszał, chcąc dopiec bratu za skradzioną uwagę innych.
— Aha... — wymamrotał ciszej. Spojrzenie ucznia zmiękło i rozluźnił mięśnie ciała. Chwilę się zastanawiał, po czym skinął mu głową.
— W takim razie chodź, Milknąca Łapo.
Odwrócił się do niego tyłem i zaczął maszerować w stronę korytarza kronikarzy i medyków.
W pierwszej chwili dymny nie wiedział zbytnio, jak na to zareagować, w końcu chodziło o to, by któryś z przewodników zaprowadził jego i Cyklonowe Oko, a teraz nagle miał podążać za uczniem Białego Strumienia. Po krótkiej chwili wahania skinął głową i ruszył za Kurzą Łapą. Pomiędzy nimi panowała cisza, która w żadnym stopniu nie przeszkadzała młodszemu, nawet jeśli w jego głowie kłębiły się pytania odnośnie tego, co Łzawa Łapa mogła nawciskać przyszłemu przewodnikowi. Miał tylko nadzieję, że przez jej egoizm i atencyjność, ta nie pokrzyżuje jego planów, by zostać najlepszym wojownikiem Klanu Burzy, by ojciec i matka byli z niego dumni.
W międzyczasie weszli w głąb ciemnego korytarzu. Zapadł wieczny mrok. Kurza Łapa brnął dalej, widocznie dobrze orientując się w tunelach.
— Byłeś kiedykolwiek w tunelach, Milknąca Łapo? — odbił się echem cichy, kojący głos Kurzej Łapy.
Stanął nagle i kuzyn na niego wpadł. Starszy nie drgnął.
— Czy twoje oczy jeszcze nie przyzwyczaiły się do panującej tutaj ciemności? — zapytał. Wydawałoby się, że wypowiedział te słowa złośliwie, jednakże czy była to jego prawdziwa intencja?
— Jeśli liczymy te, stanowiące nowy obóz to tak. Jednak inne są mi kompletnie obce — przyznał, nim wpadł na starszego. — Wybacz... — mruknął. — Trochę, choć ogólnie zdarza mi się wpadać na innych — dodał, robiąc parę kroków do tyłu, by utworzyć między nimi dystans, który już wcześniej ich dzielił, lecz został skutecznie skrócony przez dymnego i to nieumyślnie.
Nieco obawiał się innych uczniów, szczególnie tych bardziej zbliżonych wiekiem do siebie i Łzy, z obawy, że ta coś zdążyła już im nagadać, co oczywiście byłoby kłamstwem lub przebraną prawdą. Czym sobie zasłużył, aby własna siostra traktowała go jak osobiste popychadło, ofiarę losu, z której można śmiało się pośmiać? Czy tak powinno zachowywać się rodzeństwo? Konkurować o niemal wszystko, przy czym starać się zniszczyć to drugie?
Nie odezwał się od razu.
— Kontynuujmy tę przechadzkę. — Jego głos po chwili ponownie rozbrzmiał w mroku tuneli, aby następnie w nim znowu zniknąć. Zew musiał go jakoś dogonić w tych mokrych tunelach, idąc w nieznane.
— Nie wiem naprawdę, jak chcemy zainicjować walkę. Przecież nie orientujesz się w tunelach tak bardzo, jak przewodnicy. Nie wiesz, kiedy ktoś cię zaatakuje.
Nagle coś popchnęło dymnego do zimnej, mokrej ściany.
— Nawet mnie nie usłyszałeś i nie zdążyłeś zobaczyć. Cyklonowe Oko najwidoczniej nie chciał pobrudzić sobie długiego futerka, dlatego cię jeszcze nie wyszkolił w tym zakresie. Popracujemy nad tym. Może lepiej by ci się żyło na zewnątrz.
Kurza Łapa o dziwo nie odszedł od Milknącej Łapy. Przylgnął nieco bokiem do młodszego.
— W tych rejonach raczej nie byłeś. Planuję poszerzyć nasze horyzonty. Kiedy zostanę przewodnikiem, tunele będą prowadzić wszędzie. Będziemy mogli zakradać się do śpiących przeciwników, alarmować sojuszników, wymieniać się tajnymi informacjami... czy to nie jest intrygujące, Milknąca Łapo? Tunele mają tyle potencjału. Większość po prostu boi się tego, co się znajduje za stroną ciemności. Koty boją się tego, czego nie znają i…
— Wiesz co... Ja chyba będę wracał. Miałem z Cyklonowym Okiem udać się do tuneli, a przewodnik NAS jedynie zaprowadzić — wyjaśnił, ignorując większość wypowiedzi kocura oraz fakt, że ten najpierw go popchnął na ścianę, a następnie nie miał zamiaru się odsunąć. Nie rozumiał, o co mu chodzi, lecz czuł, że siostra musiała maczać w tym swoje łapy.
Odepchnął się od ściany, trącając ciałem szkolącego się przewodnika, by następnie zawrócić i nieco pośpiesznym krokiem udać się tunele, którym ciągle podążali. Dymy nie miał zamiaru spędzać ani chwili dłużej samemu w towarzystwie syna zdrajczyni, jeszcze coś sobie ubzdura z kłamstw, którymi mogła go karmić Łzawa Łapa i ratunku dla niego już nie będzie. Szczególnie że nikt oprócz ich dwójki i ewentualnie Cyklonowego Oka, nie wiedział, gdzie mógł się podziać potomek Zawodzącej Gwiazdy.
W ciemnościach rozległ się melodyjny chichot ucznia przewodnika.
— Jeśli znajdziesz wyjście, droga wolna. Dosyć głęboko weszliśmy, a w korytarzach łatwo można się zgubić. Nie masz pojęcia jak bardzo! — Wraz z echem stawianych kroków przez dymnego można było usłyszeć również słowa starszego kocura. — Po to jest przewodnik, Milknąca Łapo. Chociaż...
Chwilę zajęło dymnemu, aby zdać sobie sprawę, iż starszy uczeń zaczął za nim podążać. Zdradziły go nie za bardzo ostrożne kroki. Jakby rudy chciał, aby Zew faktycznie go usłyszał.
— Zła droga. — Usłyszeć za sobą szept kuzyna, bacznie obserwującego jego poczynania. — Może chciałbyś pod okiem Cyklonowego Oka ze mną poćwiczyć? — zaproponował po dłuższej przerwie.
— To już nie będzie zależeć ode mnie, tylko od samego Cyklonowego Oka. Poza tym chyba dobrze byłoby, aby Biały Strumień również wiedział o tym pomyśle i wyraził zgodę bądź sprzeciw.

─── ・ 。゚☆: *.☽ .* :☆゚. ───

Rzadko kiedy uczeń narzekał na Cyklonowe Oko czy jego pomysły związane z treningami, lecz udzielenie aprobaty dla wspólnej walki jego i Kurzej Łapy od razu spotkała się z wyklinaniem wojownika w myślach przez Milknącą Łapę. Nie miał nic do swojego kuzyna, jednak... Po ostatnich ich interakcji ten pozostawić pewnego rodzaju niesmak przez swoje raczej niecodzienne zachowanie wobec młodszego. Zew nie wiedział zbytnio, co myśleć o kocurze, nie chciał go oceniać po jednej dłuższej styczności, lecz przez Łzę szybko stawał się w jakimś stopniu uprzedzony do drugiego kota.
Właśnie czekał ze swoim kremowym mentorem, aż Biały Strumień pojawi się w Grocie Pamięci wraz z Kurzą Łapą, by później razem ruszyć do tuneli i rozpocząć wspólny trening. Długo jednak nie musieli wyczekiwać na dwójkę, gdyż już po niedługiej chwili pojawili się w zasięgu ich wzroku. Dymny pierwszym, co dostrzegł to uśmiech, który gościł na pysku kuzyna, jakby był wielce rad z ich treningu.
— Dzień dobry, Milknąca Łapo — odezwał się oficjalnie do młodszego, zanim Biały Strumień i Cyklonowe Oko przeszli do wyjaśnienia ich pojedynku w tunelach.
— Witaj Kurza Łapo — mruknął, ignorując mimikę starszego. Zamiast tego obserwował mentorów, którzy po wymienieniu uprzejmości objaśnili im przebieg treningu.
Gdy było pewne, że każdy wie co i jak, Biały Strumień ruszył pierwszy, za nim Cyklonowe Oko, a na samym końcu dwójka uczniów. Jak widać, srebrny nie miał zamiaru zachowywać ciszy pomiędzy nimi, na co dymny przewrócił oczami.
— Wiesz, to trochę niesprawiedliwe — zaczął cicho, a na pysku jego widniał już tylko chłód. — Znam przecież lepiej od ciebie tunele. Poruszam się w nich jak ryba w wodzie. W końcu muszę zostać przewodnikiem — wymamrotał, nie owijając w bawełnę.
— Niesprawiedliwe? Czy cokolwiek w życiu jest sprawiedliwe? — mruknął, kątem oka spoglądając na rudego. — To, że je znasz, nie znaczy, że mam nie potrafić się w nich obronić. A uwierz, wyglądam nie pozornie, niczym mój ojciec, jednak siły mi nie brak — dodał, skupiając się na mentorach przed nimi.
Gdy tylko weszli do bardziej odosobnionych tuneli, Zew poczuł się trochę jak u siebie, szczególnie w momencie, kiedy to jako pierwszy zniknął w mroku korytarzy, do których nie dosięgało światło ze świetlików, które występowały w niektórych miejscach w obozie.
— Szkoda, że wchodzimy głębiej, będziesz także niewidoczny w tych ciemnościach — rzucił mimochodem.
Wchodząc głębiej, prychnął na słowa Milknącej Łapy.
— Boisz się walczyć w ciemności? — miauknął, jakby to było faktem, a nie pytaniem.
— Co? — parsknął, hamując śmiech. — Nie, akurat ciemność uwielbiam — odparł, zastanawiając się, skąd Kurzej Łapie przyszedł taki pomysł do głowy. Zew i strach przed ciemnością, dobre. On wolał takie warunki, gdyż przynajmniej wtedy miał pewność, że nie naraża swoich niebieskich oczu na możliwe uszkodzenie, jak w przypadku przebywania w czasie Wysokiego Słońca na otwartym terenie klanu.
— Aha... — Na krótką chwilę pomiędzy nimi zapanowała cisza, lecz szybko została przerwana przez kolejne słowa srebrnego:
— W takim razie możemy jeszcze głębiej wejść.
— To nie zależy od nas, czy tym bardziej ciebie. Biały Strumień i Cyklonowe Oko mają decydujący głos — rzucił młodszy, ponownie przewracając oczami, odkąd uczeń przewodnika był tuż obok. Miał wrażenie, że im dłużej z nim rozmawia, tym nabierał większej pewności, że ten dogadałby się z Łzawą Łapą.
— Czy mógłbyś w końcu przestać? Co ty w ogóle do mnie masz? — wymamrotał zirytowany, wyprzedzając czarnego, specjalnie popychając go w kierunku zimnej, ziemistej ściany. — Wiesz co... nie. Nie będę się zniżał do twojego poziomu — dodał, próbując zachować spokój, kiedy tylko zaczął się oddalać w kierunku ich mentorów.
— Co ja mam? A co ty masz? Przyznaj, Łza zdążyła ci już jakichś bzdur nawciskać o mnie — prychnął. Na popchnięcie w kierunku ściany jedynie machnął poirytowany swoim krótkim ogonem. Nie miał zamiaru odpuścić, dowie się, gdzie jego ukochana siostra maczała już swoje łapy.
Zamiast odpowiedzi Milknąca Łapa otrzymał tylko ciszę ze strony starszego.
— Swoim milczeniem jedynie to potwierdzasz — mruknął pod nosem, zastanawiając się, jak długo Łzawa Łapa ma zamiar utrudniać mu życie. On i tak zostanie wojownikiem, prędzej czy później, Cyklonowe Oko widzi, jak na to pracuje. Miał też nadzieję, że Wdzięczna Firletka dostrzega atencyjność swojej uczennicy i będzie starała się jakoś na to wpłynąć.
Gdy znaleźli się na miejscu, kremowy Burzak na szybko przypomniał zasady walki, a następnie dał znać, by uczniowie stanęli naprzeciwko siebie w oczekiwaniu na sygnał do rozpoczęcia treningu. Dymny niemal od razu postanowił przejąć inicjatywę i wykonał "próbny" atak na kuzyna. Oczywiście jego łapa trafiła jedynie na powietrze w miejscu, gdzie jeszcze chwilę wcześniej pamiętał, że stał srebrny.
Po tym młodszy nie rzucił się przed siebie ponownie bez planu. Musiał najpierw wiedzieć, gdzie dokładnie stoi Kurza Łapa. Niebieskooki starał się wyciszyć i wytężyć słuch ze wzrokiem. Na efekt nie musiał długo czekać, gdyż kuzyn musiał wykonać jakiś krok, przez co trafił drobny kamień, którego dźwięk poniósł się echem. Zew od razu skoczył w miejsce dźwięk, z sukcesem wyczuwając, jak powala na ziemię rudego ucznia. Ten odepchnął napastnika tylnymi łapami bez wysuniętych pazurów, więc obyło się bez krzywd, zapewne mając ciągle na uwadze słowa mentorów, by się nie pozabijali w tych tunelach, w końcu to był tylko trening, a nie walka na śmierć i życie.
Jasnooki starał się szybko pozbierać z ziemi i na nowo powalić srebrnego, lecz ten zdążył się już oddalić. Choć po chwili poczuł, jak te przeorał pazurami lego lewy bok, jakby wcześniejszy brak krzywd poszedł w niepamięć.
— Było warto tak szczekać? — wycedził przez zęby Kurza Łapa, gdy odskoczył od rozwścieczonego kuzyna.
— Trzeba było wierzyć w piękne słówka mojej kochanej siostruni? — syknął, opierając się o chłodną ścianę. Próbował oddać atak, lecz starszy był za daleko.
— Czemu masz taką obsesję na swojej siostrze? Przecież razem możemy się kumplować — odbiło się echo słów rudzielca. — No, chyba że jesteś zazdrosny... w końcu nie masz tu zbytnio przyjaciół. Dosyć żenujące jak na syna przywódcy.
— Kumplować? Dobre sobie! Łzawa Łapa jest atencyjna, jest w stanie wiele zrobić dla uwagi innych. Myślisz, że co robi, gdy ma chwilę i jestem w pobliżu? Poniża mnie, ponieważ dość mocno przeżywałem rozłąkę z matką — odparł, zbierając w sumie siły oraz tłumiąc ból, by spróbować oddać pięknym za nadobne.
Trafił w pierś kuzyna, przejeżdżając po niej pazurami. W odwecie Kurza Łapa nagle z impetem posłał ciało Milknącej Łapy w stronę jednej ze ścian tunelu, robiąc sobie drobne rany na ciele, zwłaszcza na plecach. Po tym umysł Zewa zasnuła mgła, a następnie błoga ciemność. W końcu dookoła niego zaoponowała cisza i spokój, którym była istnym zbawieniem dla umysłu czarnego, będącego cały czas w trybie przetrwania z racji siostry, która chętnie dla swoich własnych korzyści była w stanie zbrukać reputację swojego brata u innych kotów.

<Kurza Łapo?>

[1949 słów + walka w tunelach]

[39% + 5%]

Od Zszarzałej Łapy (Wzburzonego Kormorana) CD. Bukowej Korony

Przeszłość

Zaginięcie Fiołki postawiło dość sporą część obozu na równe łapy, sporo kotów zaoferowało się w poszukiwaniach, jednak mimo tego, Bukowa Korona zdecydował, że uda się na poszukiwania wraz ze swoim niedawnym uczniem. Point był widocznie zdziwiony tą decyzją, lecz nawet przez chwilę nie myślał, aby odmówić kocurowi pomocy. Jednak kiedy tylko opuścili obóz, do ich nozdrzy nie dotarła nawet najmniej subtelna woń koteczki, ani tropu kuny.
— Wiatr musiał rozwiać ich zapach — stwierdził srebrny, a jego głos się załamał. — Co teraz zrobimy? Musimy znaleźć Fiołkę, musimy! — mówił dalej, wręcz spanikowanym głosem.
Kormoran z nieukrywanym zdziwieniem obserwował swojego mentora, jakby nie potrafiąc uwierzyć w prawdziwość jego słów, przejęcia. Nie wiedział, czym te wątpliwości mogły być spowodowane, lecz morskookiemu obraz zdruzgotanego ojca nie pasował do czekoladowego, który rzadko kiedy widział coś więcej niż czubek własnego nosa. Fakt, starszy dawniej uratował pointa przed Dwunożnymi na plaży, lecz on raczej to zrobił, by udowodnić wielkość swych umiejętności oraz aby nie stracić ucznia, którym mógłby później się przechwalać, gdyby osiągnął coś więcej.

︵‿₊ ⊹₊˚‧ ꩜‧ ˚₊⊹ ₊‿︵

Obecnie

Cóż, ostatnim czego Wzburzony Kormoran się spodziewał to ucznia. Jakoś nie był zbytnio przekonany do tego pomysłu Lśniącej Gwiazdy, lecz ten nawet nie pytał go o zdanie, wojownik nawet nie wiedział, że dostanie pod swe skrzydła Firmamentową Łapę, będącego synem samego lidera. Kocur mógłby zaprzeczać, odmawiać, zabierać się wszystkimi łapami przed tym, jednak… Za każdym razem, gdy myślał o tym, w jego głowie rodziła się myśl: “Do czego tak naprawdę jest zdolny Lśniąca Gwiazda?”. Miał wrażenie, że odkąd na jednym z ostatnich zgromadzeń Serdeczna Naparstnica pomógł mu przejrzeć na oczy, wzbudzić zainteresowanie działaniami obecnego przywódcy, to coś faktycznie musiało być na rzeczy. Nie wiedział jednak, czy powinien aż tak drążyć temat, szczególnie po ogłoszeniu i wprowadzeniu nowej rangi w klanie. W pewnym stopniu nie czuł się zagrożony, przecież był synem obecnej zastępczyni, jednak aż zbyt dobrze widział, jak na inne koty wpłynęła ta decyzja.
Właśnie zauważył niebieskiego protektora i nawet chciał do niego podejść, zaproponować wspólny spacer, lecz przed wojownikiem pojawił się czekoladowy point, który skutecznie pokrzyżował plany swojego mentora. Kormoran trzepnął jedynie końcówką ogona, zachowując spokój na pysku, choć w środku aż się w nim gotował, mając ochotę pogonić młodzika. Jedyny powód, dla którego wojownik się hamował to lubienie swojego życia, dlatego wolałby nie ściągać na siebie gniew samego lidera i ojca tej chodzącej przeszkadzającej kulki futra. Udając, że słucha, kątem oka dostrzegł Bukową Koronę, w jego głowie od razu narodził się pewien pomysł, w końcu srebrny szkolił jedno z dzieci Trójokiego Zająca. Mógłby to wykorzystać, oferując wspólny trening uczniów, a on sam nie będzie musiał aż tyle uwagi poświęcać przy szkoleniu pointa.
Długo nie rozmyślał nad tą możliwością i w połowie słowa młodzika, odszedł do starszego wojownika z propozycją, która przed chwilą mu się narodziła w tej roztrzepanej głowie.
— Bukowa Korono — zaczął, zwracając uwagę dawnego mentora. — Gratuluję kolejnego ucznia, widocznie Lśniąca Gwiazda uważa, że bardzo dobrze mnie wyszkoliłeś. Ale mniejsza o niego, chcę Ci zaproponować wspólny trening naszych uczniów. Mogliby poćwiczyć walkę lub też nawigację w tunelach — zaproponował, starając się być jak najbardziej przekonującym, by jednooki kocur się zgodził.

<Bukowa Korono?>

Od Poczciwego Szakłaka CD. Dzikiego Berberysu

Przeszłość

Po ostatniej rozmowie o rządach Króliczej Gwiazdy Dziki Berberys nie zawracał już głowy starszemu wojownikowi. Czarny skrycie odetchnął z ulgą, że nie jest już męczony przez innych lub ciągnięty za język do wypowiedzenia się na temat czegoś, co przez długi czas nie miało dla niego znaczenia. A nawet jeśli to teraz nie miał zbytnio, kiedy się tym przejmować — Królicza Prawda został przyjęty do klanu, więc mogli o wiele więcej czasu spędzać razem. Może i mogło to wzbudzać pewne podejrzenia u innych Burzaków, lecz Poczciwy Szakłak miał ich zdanie gdzieś — w końcu jego życie zaczynało się powoli układać, a na horyzoncie nie wisiało widmo jakiś ekscesji, które znowu by doprowadziły go do stanu, gdzie ledwo wychodził z legowiska.
Właśnie był w trakcie rozmowy z kremowym kocurem, gdy Cyklonowe Oko wraz z resztą patrolu wyczekiwali na dołączenie dawnego Klifiaka. Zielonooki z lekkim uśmiechem obserwował, jak pręgowany się oddala, a następnie opuszcza obóz. Wojownik jeszcze przez chwilę siedział na polanie, dopóki w zasięgu jego wzroku nie pojawił się biało rudy młodzieniec, który po paru uderzeniach serca już stał przed nim, zagradzając drogę. Ciało solida mimowolnie się spięło, jakby gotowe do ucieczki, gdyby Berberys postanowił nadal kontynuować temat ich dawnej rozmowy.
— Dzień dobry, Poczciwy Szakłaku, mam do Ciebie kilka pytań. Wiem, że ostatnia nasza rozmowa nie przebiegła najlepiej, jednak teraz nie zamierzam Ciebie tym męczyć.
Kocur od razu rozluźnił się na te słowa, lecz w jego głowie od razu narodziło się pytanie: czego w takim razie chciał Dziki Berberys?
— Słucham Cię, Dziki Berberysie — mruknął, uznając, że zaryzykuje. Najwyżej i tę rozmowę szybko zakończy.
— Znałeś wcześniej Gasnącą Łapę? Mam wrażenie, że jest z któregoś klanu, bo widziałem go na zgromadzeniach, jednak nie pamiętam, z którego on jest. Wydaje się, że się znacie, bo nawet często rozmawiacie.
— Cóż… — zaczął, zastanawiając się w sumie, ile może powiedzieć. — Jest z Klanu Klifu i tak, znałem wcześniej Gasnącą Łapę. Zdarzyło nam się parę razy rozmawiać, gdy natrafiliśmy na siebie na granicy klanów. — W tym momencie młodszy nieco zmrużył oczy, jakby chcąc zadać kolejne pytania. — Nie Dziki Berberysie, nie zdradzałem klanu, a na granicę z Klifiakami szedłem spotkać się z siostrą, która tam żyje u boku matki i głównie to był temat naszych rozmów wtedy — wyjaśnił, stwierdzając jednak, że mógł się nie zgadzać na tę rozmowę. Nigdy jakoś nie potrafił zrozumieć kotów, które aż nazbyt interesowały się znajomościami innych, czyżby jego życie było aż tak interesujące, że kiedy było widać, ile czasu spędza z Gasnącą Łapą, to każdy będzie chciał wiedzieć, z czego to wynika? Czy nie można przyjąć możliwości, że po prostu szybko odnaleźli wspólny język i dlatego też sporo razem rozmawiają?

✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩

Obecnie

Pora nowych liście na dobre pojawiła się na terenach Klanu Burzy. Było coraz więcej zwierzyny, choć przez wietrzne dni ta łatwiej mogła wyczuć czyhających na nich łowców, mimo to stos w nowym obozie był niemal ciągle urozmaicony, dzięki czemu każdy mógł sobie wybrać odpowiedni kąsek dla siebie. Niedawno jeszcze miało miejsce mianowanie Gasnącej Łapy na wojownika, więc teraz kocury mogły o wiele więcej czasu spędzać razem — oczywiście biorąc pod uwagę fakt, iż młodszy z nich miał ciągle do wytrenowania ucznia. Choć niedługo powinien pomyśleć nad pójściem do Zawodzącej Gwiazdy i poinformowaniem, że Bursztynowa Łapa jest gotowy na zostanie wojownikiem.
Powoli na niebie wspinało się słońce, zbliżając się do momentu swojego szczytowania na błękitnym sklepieniu ponad głowami Burzaków, którzy z różnych powodu opuścili podziemny system korytarzy i jaskiń, do których się przenieśli niedługo przed początkiem ostatniej pory nagich drzew. Zielonooki wojownik czuł, jak promienie Wysokiego Słońca przebijają się przez warstwę chmur i padają prosto na jego ciemny grzbiet. Z kolejnym sezonem kocur zapewne będzie unikał tej konkretnej pory dnia, jeśli ta za niedługo okaże się równie bezlitosna, co zwykle w czasie zielonych liści. Teraz jednak nie miał powodu się tym przejmować, gdyż jeszcze czasu do tego było oraz tuż u jego boku kroczył pewien kremowy wojownik. Szakłak, kiedy tylko spostrzegł Skrzydlatą Płomykówkę w obozie, niemal wybłagał ją o wspólny patrol z Gasnącą Prawdą. Srebrna jedynie jakby w rozbawieniu przewróciła oczami, zgadzając się na prośbę przyjaciela, który po szybkim podziękowaniu ruszył odnaleźć starszego i zabrać go na spacer. Znaczy się oficjalnie patrol, ale w oczach zielonookiego był to po prostu spacer przez tereny klanu, kiedy mogą być sami bez ciekawskich spojrzeń.
Młodszy nawet nie spostrzegł, gdy dotarli do granicy z Klanem Wilka. W jednej z dawnych rozmów z zastępczynią dowiedział się, że to właśnie w tych okolicach pozostawiono Dzikiego Berberysa. Na samo wspomnienie rudego wygnańca, poczuł, jak wzdłuż kręgosłupa przebiegł mu dreszcz, powodując lekkie uniesienie się sierści w tych okolicach. Starał się nie pokazywać tego po sobie, szczególnie przy Gasnącej Prawdzie, nie chcąc martwić starszego swoimi drobnymi zmartwieniami — w końcu nie musiał wiedzieć, że Poczciwy Szakłak miał okazję z Dzikim Berberysem odbyć mało przyjemną rozmowę o ówczesnej władzy Króliczej Gwiazdy oraz fakcie, że gdyby czarny bardziej zwracał uwagę na klanowe życie, to może udałoby się uniknąć tego całego zamachu na dawnego lidera. Może teraz nie czułby obrzydzenia, kiedy ktoś zdrabnia jego imię. Może Skrzydlata Płomykówka i on nie musieli wydawać osądu na Rudzikowe Skrzydełko. Może jej dzieci nie musiałby od tamtej pory żyć z etykietą ich matki zdrajczyni klanu, obecnej minarki.

Sesja wstrzymana/zakończona