BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

23 maja 2026

Od Łzy do Borowika

Wieczór nadchodził powoli, lecz nieubłaganie, jakby sama Wszech Matka rozciągała ponad światem ogromny płaszcz utkany z granatu, purpury oraz ciepłego blasku dogasającego słońca. Błękit dnia bladł z każdą chwilą coraz bardziej, ustępując miejsca miękkim smugom pomarańczu i różu, które rozlewały się po niebie niczym farba na tafli spokojnej wody. Pomiędzy ciemniejącymi obłokami zaczęły pojawiać się pierwsze gwiazdy — drobne, nieśmiałe punkciki światła, migoczące delikatnie, jak gdyby dopiero budziły się do życia po długim śnie. Ich blask odbijał się słabo w oczach kotów krzątających się po obozie Owocowego Lasu, nadając całemu miejscu niemal nierealny, spokojny wygląd.Choć w powietrzu wciąż utrzymywał się ciężki zaduch pory Nowych Liści, przynoszący ze sobą zapach rozgrzanej ziemi, świeżej trawy oraz słodkiej woni dojrzewających owoców, nietrudno było wyczuć subtelną zmianę. Wiatr, który jeszcze w południe był ciepły i leniwy, teraz stawał się coraz chłodniejszy oraz ostrzejszy, przemykając pomiędzy gałęziami drzew cichym świstem i poruszając paprocie otaczające obozowisko. Liście drżały lekko, kiedy wieczorne powietrze przesączało się pomiędzy nimi, a gdzieś w oddali rozbrzmiewał monotonny śpiew świerszczy, stapiający się z cichymi rozmowami wojowników wracających z patrolu.
Łza ziewnęła przeciągle, odsłaniając drobne, jeszcze nie do końca wyrośnięte kły, po czym przejechała ostrożnie różowym języczkiem po jednej z łap, starając się wygładzić zmierzwione futro. Siedziała przy wejściu do żłobka z łapami starannie podwiniętymi pod pierś oraz głową uniesioną wyżej, niż było to naprawdę konieczne, przez co bardziej przypominała młodą wojowniczkę pilnującą obozu niż zwykłe kocię, które dopiero czekało na własne mianowanie. Co kilka chwil przeciągała językiem po futrze na piersi albo wygładzała niesforne kosmyki sierści nastroszone przez wiatr, jednak nawet podczas takich drobnych czynności jej spojrzenie nieustannie wędrowało po obozie, czujne i pełne oczekiwania.
Lubiła, gdy na nią patrzono.
W rzeczywistości potrzebowała tego bardziej, niż chciałaby kiedykolwiek przyznać, ponieważ każda para oczu zatrzymująca się na niej choćby na krótką chwilę sprawiała, że czuła przyjemne ciepło rozlewające się po wnętrzu jej piersi. Gdy któryś z wojowników bądź zwiadowców rzucał jej rozbawione spojrzenie albo uczeń odpowiadał na jej zaczepki, natychmiast prostowała się odrobinę dumniej, jakby sam fakt zauważenia jej obecności był czymś, co utwierdzało ją w przekonaniu, że naprawdę jest kimś ważnym. Nie potrafiłaby żyć inaczej.
Purchawka spała kilka lisich długości dalej, zwinięta w ciasny kłębek pośród miękkiego mchu wyściełającego żłobek, a jej spokojny oddech poruszał delikatnie futro na bokach. Łza zerknęła na matkę kątem oka i westchnęła przeciągle, niemal teatralnie, ponieważ część niej miała ogromną ochotę obudzić starszą kotkę tylko po to, by zwrócić na siebie uwagę i usłyszeć choćby krótkie zirytowane mruknięcie.
Ostatecznie jednak powstrzymała się, uznając, że w obozie znajduje się wystarczająco wiele innych kotów, które mogłyby poświęcić jej czas.
Jej błękitne oczy przesuwały się po obozowisku z żywym zainteresowaniem, a jednocześnie z czymś przypominającym cichą zazdrość, gdy widziała uczniów otoczonych grupkami przyjaciół albo wojowników, których inni słuchali z wyraźnym podziwem. Nie podobało jej się, kiedy uwaga skupiała się na kimś innym zbyt długo, ponieważ wtedy zaczynała czuć nieprzyjemny ucisk pod żebrami, jakby sama była stopniowo spychana gdzieś na bok.
I właśnie wtedy go zauważyła.
Uczeń wracał do obozu z wróblem zwisającym z pyska, a jego futro było lekko potargane po treningu, przez co wyglądał na wyraźnie zadowolonego z siebie. Mentor powiedział mu jeszcze coś na pożegnanie, po czym odszedł w stronę legowiska wojowników, pozostawiając młodszego kota samego z jego zdobyczą.
Łza niemal natychmiast poderwała się na łapy, ponieważ sama świadomość, że ktoś może zostać choćby przez chwilę pochwalony bez jej udziału, wywołała w niej nagłą potrzebę wmieszania się w sytuację.
Przebiegła przez obóz lekkim, sprężystym krokiem, specjalnie unosząc ogon wyżej niż zwykle oraz poruszając się w sposób niemal ostentacyjny, jakby chciała upewnić się, że przynajmniej kilka kotów odprowadzi ją spojrzeniem. Kiedy zatrzymała się przed uczniem, natychmiast posłała mu szeroki, przesadnie słodki uśmiech, a jej oczy rozbłysły figlarnie.
— Och, jaka piękna zdobycz! — miauknęła pogodnym, wysokim głosem, podchodząc bliżej i zerkając teatralnie na wróbla.
Uczeń uśmiechnął się lekko, wyraźnie zadowolony z komplementu.
— Myślałeś, że mówiłam poważnie? — prychnęła w końcu, zatrzymując się przed nim i unosząc brew z przesadnym niedowierzaniem. — Ten wróbel jest taki mały, że chyba nawet kocię ledwo by się nim najadło.
Posłała mu ostre spojrzenie.
— Nie wiem, jak ten twój byle mentor mógłby pochwalić cię za coś TAKIEGO.

<Borowik?>

Od Przypalonej Łapy (Przypalonego Kasztana) CD. Urodziwej Łapy

Ciekawe co mogła mieć na myśli Urodziwa Łapa, mówiąc, że oryginalny Kasztanek jest najlepszy? Czy miała na myśli jego? Może doceniała niezwykle tę roślinę, a on jedynie podszedł do tego niezwykle egoistycznie, napełniając się płonną nadzieją, że może jednak chodziło jej o niego? Nie był już sam pewien. Nie wiedział, czy dopowiadał sobie, czy może szylkretka rzeczywiście lubiła spędzać z nim czas. Czy chciał, żeby chodziło o niego? Rozejrzał się z lekkim strachem w oczach, który próbował zamaskować przymrużeniem ich, a wymówką miało być to, że dzisiaj nadszedł wietrzny dzień i wieje mu w pysk. Prawdą było jednak to, iż dzisiaj był niezwykle piękny dzień, a w dodatku nikomu nie zagrażał wiatr silniejszy, niż parę lekkich podmuchów wiatru na karku. Westchnął pod nosem, układając sobie sierść. Chciał wyglądać dobrze, nie chciał, żeby mu się tak każdy przyglądał. Miał wrażenie, jakby cały Klan Nocy wytykał go palcami, a przecież nikt… chyba nikt nigdy tak nie zrobił. W dodatku z całą pewnością nie był obecnie w centrum uwagi Nocniaków, oni raczej skupiali się na Rogatej Łapie czy reszcie kotów należących do rodu królewskiego.
Martwiło go również to, że dzisiaj nie spędził za wiele czasu z Urodą. Oczywiście, ona się szkoliła, zresztą tak samo, jak i on, jednak ich treningi uległy lekkiej zmianie. Odkąd Kropiatkowa Skórka została matką, a Zmierzchająca Fala ojcem, to mieli dużo więcej czasu na swoje rzeczy. Problem tkwił jednak w tym, że Przypalona Łapa takich swoich rzeczy nie posiadał. Może oprócz wgapiania się w resztę pobratymców, a także późniejszego odtwarzania wszystkich tych scen w głowie i próby wdrożenia ich u siebie, nie pozostawało mu nic więcej. Nie znał zbyt wielu kotów, polegał jedynie na Urodziwej Łapie i Ulewnym Szkwale, chociaż z fińczykiem też nie rozmawiał już od jakiegoś czasu. Poczuł nieprzyjemne ukłucie w sercu, które gdyby tylko eskalowało bardziej, to by mu pewnie odebrało dech w piersiach, zupełnie tak, jakby chwilę temu przebiegł ogromny obszar w bardzo krótkim czasie, ścigając się z nikim innym jak tylko albo i aż ze własnym umysłem.
Gdy jasne szylkretowe futro mignęło w rogu jego oka, przeniósł spojrzenie na wejście, a w nim ujrzał Urodziwą Łapę. Zmartwił się odrobinę. Bo co, jeśli była na niego zła? Za co? Może za to, że był, jaki był? Może za to, że on sam nigdy nie inicjował ich rozmów, tylko ona wiecznie musiała go zaczepiać? Złościła się na niego za to, że tak odstawał od reszty pobratymców? Obserwowana – oby – dość skromnie przez niego kotka podeszła do sterty, wybierając z niej dwie piszczki. Gdyby miał długi ogon, najprawdopodobniej otuliłby się nim po to, żeby dodać sobie otuchy. Bo co, jeśli brała je dla kogoś innego, niż dla nich? Może dla Lawendowej Łapy? Może dla Liliowej Łapy? Pokręcił głową, oczy otwierając nieco szerzej.
— Cześć, Kasztanku! — wymruczała, zatrzymując się idealnie przy nim. Wyszczerzyła kiełki. Położyła małe istotki przy swoich łapkach. Spojrzał na nie z lekkim zdziwieniem. Czyli to jednak było dla nich? I nie było tu żadnego haczyka, nic, co by mu mogło sprawić przykrość? — Jadłeś już? — spytała z cichą nadzieją w głosie. Spuścił wzrok na swoje łapy, poruszając nimi lekko po glebie pod sobą. Dzisiaj jeszcze nic nie jadł. Czy to źle? Może powinien był? Co, jeśli to właśnie o to chodziło? Zaburczało mu w brzuchu. Położył łapę na nim, jakby chcąc go uciszyć, co mu wyszło dość marnie, tak naprawdę nie robiło różnicy.
— Hej, Szafirko. N...nie jadłem — odpowiedział cicho. Szylkretka uśmiechnęła się szerzej. Obserwował jej reakcje, nie mogąc za bardzo domyślić się, co mogło to wszystko oznaczać… To znaczy, przyniosła mu piszczkę prosto pod łapy, ale co jeśli Urodziwa Łapa tylko go sprawdzała? Nie wiedział, pod jakim względem, ale może coś rozważała? Ale co? Co mogło jej chodzić po głowie?
— W takim razie chętnie zjem z tobą — podsunęła kocurowi jedno ze stworzonek. Postawił uszy ze zdziwieniem, patrząc to na piszczkę, to na kotkę, ale dość powolnie, żeby jej przypadkiem nie spłoszyć. Naprawdę chodziło o coś tak banalnego? Może krył się za tym jakiś ukryty przekaz, jakaś wiadomość dla niego, której nie potrafił odczytać? Czy wystarczyło jedynie zjeść to, co przyniosła? — Wybacz, że to nie jest ryba, ale bałam się, że przez przypadek ugryzę i nabawię się problemów — wymruczała ze spokojem w głosie. Spojrzał na nią jakby lekko przestraszony. Co powinien powiedzieć? Czy oczekiwała od niego konkretnej odpowiedzi? Może powinien jakoś ją wesprzeć, ale jak? Co mógł zrobić w obliczu śmiertelnej alergii, z którą nie potrafili rozprawić się nawet medycy? Dlaczego więc on, przeciętny, zwykły kocur miałby móc cokolwiek poczynić? Usiadła obok kocurka, ocierając się o niego bokiem. Bezwiednie otuliła go ogonem. Uczeń mimowolnie oparł się o nią, jednak prędko zrezygnował ze swojego ciężaru na jej boku, jakby z obawą, że zrobi jej krzywdę. — Smacznego, Kasztanku — wymruczała łagodnie. Schyliła łebek i ugryzła kęs zwierzyny. Dymny podążył nieśmiało jej śladem, również odgryzając kawałek swojego posiłku.
— Smacznego… — powiedział cicho.
Pomiędzy nimi nastała cisza, która dla Przypalonej Łapy była… dziwna. Nie potrafił stwierdzić, w którym momencie powinien się odezwać. Bo co, jeśli odezwie się przedwcześnie, albo za późno i całkowicie zepsuje cały ten nastrój? Czy zależało jej na konkretnym humorze? Nie chciał jej niczego psuć…
— To jak tam u ciebie dzisiaj? Miałeś trening czy przebywałeś w obozie i tutaj coś robiłeś? A może zdarzyło się coś ciekawego? Och, a chciałbyś się kiedyś udać na krótki spacer? Taki wiesz tylko we dwójkę. Ach, ale to może jak zostaniemy wojownikami. No wiesz, mielibyśmy więcej swobody i w ogóle — miauknęła ożywiona, ale zaraz odkaszlnęła. — Wybacz, dzisiaj jestem jakaś taka pobudzona — zaśmiała się i odgryzła kolejny kęs, chwilowo się uciszając w ten sposób. Czy miał od razu zaproponować miejsce, w jakie mieli się udać? Czy pasowałby mu taki spacer samemu, we dwoje…? Zamyślił się widocznie na moment, rozważając propozycję kotki. Nie chciał sytuacji, w której zabrałby ją gdzieś, gdzie byłoby to dla niej niebezpieczne, chyba by sobie tego do końca życia nie wybaczył i wypominał.
— Ja… j-ja dzisiaj... hm… — co on takiego dzisiaj robił poza standardowo, zamartwianiem się? — Wymieniałem posłania starszym i przynosiłem im mokry mech — wyjaśnił niepewnie. Może i nie było to jakieś jego wymarzone zajęcie, jednak zawsze było lepsze cokolwiek, niż nic. Przynajmniej się nawodnili, może dzięki temu spoglądali na niego przychylniej… w co szczerze wątpił, ale może.
Urodziwa Łapa zachęciła go do kontynuowania swojej wypowiedzi, zauważywszy żwawo, że to nie był jeszcze koniec, ponieważ nie zamknęła mu się mordka, chociaż z gardła nie wydobywały się żadne nowe słowa, przynajmniej dopóki Przypalona Łapa się nie zorientował.
— Niestety nie spotkało mnie nic ciekawego, m-może poza tym, że zdenerwowałem odrobinę starszych swoim zachowaniem… — wyjaśnił, kładąc po sobie uszy.
— Jestem pewna, że nie mają ci niczego za złe. Oni są źli sami na siebie, że nie wykorzystali swojego życia lepiej — próbowała go pocieszyć. Pokiwał spokojnie głową, przyjmując próbę pocieszenia. Skupił się jednak na dalszej części udzielania odpowiedzi na pytania, jakimi obrzuciła go uczennica. Nie miał jej tego za złe, tak naprawdę był bardzo wdzięczny, że chciała z nim rozmawiać, jednak często tworzyło to w jego umyśle przymus odpowiadania na każdy skrawek wypowiedzi kota, z którym w danej chwili rozmawiał. Zamiast skupić się na własnych słowach, to skupiał się i starał zapamiętać to, co usłyszał, żeby niczego przypadkiem nie pominąć. A potem w stresie zapominał lwiej części z tego, przez co napływały do niego masowo wyrzuty sumienia, że nie urodził się inny. Że nie robił zupełnie nic, żeby się zmienić. Nawet jeśli miał chwilowe “polepszenie” swojego odstającego zachowania, to wiecznie przybywały do niego momenty, podczas których zwyczajnie pogarszało mu się. Zupełnie tak, jakby absolutnie nic nie robił w kierunku zmiany. — Chciałbym z tobą pójść na spacer, jak zostaniemy mianowani — dodał jeszcze, martwiąc się, że pominął jakąś istotną część słów, jakimi go obdarowała.
Urodziwa Łapa w odpowiedzi uśmiechnęła się serdecznie, ocierając o jego mordkę parokrotnie. Przypalona Łapa pozwolił jej na to, czując, że było to w zasadzie… nawet przyjemne. Teraz pachniał jak ona, ciekawe, czy było to coś kłopotliwego? Może nie? A może byłoby to coś, przez co reszta Nocniaków spoglądałaby na niego inaczej, mniej przychylnie? Tylko dlaczego? Czemu mieliby?
— Naprawdę?! Tak się cieszę! — zaszczebiotała szczęśliwie, po paru uderzeniach serca odsuwając się lekko, jakby w obawie, że naruszyła przypadkiem jego przestrzeń osobistą. — Przepraszam… — Przypalona Łapa sam nie wiedział, jakie miał progi. Co mu odpowiadało, a co było niekomfortowe. Przyjmował do tej pory wszystko, co mu oferowano, wraz z nieprzyjemnościami. Może warto byłoby wyrobić sobie własne zdanie na takie tematy.
— N-nie… nie przejmuj się. Nic nie szkodzi — wydusił z siebie, prawie wgniatając sobie własne łapy w brzuch ze stresu. — Nie przeszkadza mi to.

***

— Przypalona Łapo, złap największą rybę, jaką tylko możesz — usłyszał kocurek, co momentalnie wywołało w nim masę nieprzyjemnych myśli i zmartwień – bo co jeśli nie uda mu się złapać wystarczająco dużej? Jaka ryba była największa? Czy wszystko, co było dorodniejsze od uklejki, wystarczyło? W odpowiedzi pręgus kiwnął nieśmiało głową, siląc się na tak neutralny wyraz pyska, jak tylko się dało. Usiadł przy wodzie, starając się nie rzucać żadnego cienia na tafle spokojnie obijające się o grunt, tym samym mocząc i rozmiękczając go. Zaczął nerwowo wysuwać i chować pazury. Wrzucił na taflę parę drobinek ziemi, co ryby od razu podłapały. Jedna z nich wypłynęła dość wysoko, zwinnym ruchem pochłaniając, a potem wypluwając to, co zostało jej zaserwowane. Przypalona Łapa rzucił się do wody i chwyciwszy ją za grzbiet pyskiem, wbił w nią pazury i rzucił o ziemię obok siebie, przygniatając ją łapą mocno, żeby mu się nie wyślizgnęła. Wykopał lekki dołek w celu położenia jej do niego, żeby na pewno nie miała możliwości z niego wyskoczyć. Zmierzchająca Fala przyglądał się całemu procesowi, a na jego mordce wymalowała się swego rodzaju duma, która pocieszyła momentalnie brązowookiego. Może nie poszło mu wcale tak źle, jak myślał? Może udało mu się usatysfakcjonować swojego mentora?
— Świetna robota, Przypalona Łapo! Właśnie o taką rybę mi chodziło. Zobacz, jak wielka jest w porównaniu z twoją łapą — powiedział z zadowoleniem, poruszając spokojnie ogonem. — Jesteś gotowy, żeby zostać wojownikiem. Świetna robota — Kasztanek absolutnie nie spodziewał się tych słów i jeszcze parę uderzeń serca wpatrywał się w swojego mentora, zastanawiając się, czy naprawdę usłyszał to, co właśnie zostało do niego powiedziane. Bo co, jeśli sobie tylko to ubzdurał? Naprawdę gotów był zostać już wojownikiem? On? Poważnie? On, który wiecznie zamartwiał się głupotami i nie mógł za wiele na to poradzić, a wręcz pozwalał tym myślom, żeby go gnębiły? On, który nie potrafił się nigdy obronić, jeśli mu ktoś dokuczał? On, który siebie nawet aż tak dobrze nie poznał i nie wiedział, jakie miał konkretnie granice, mimo chęci poznania siebie lepiej?
— Naprawdę…? — ciche mruknięcie wyrwało się z jego pyszczka, a w oczach odbiło się szczere zdziwienie. Pochylił momentalnie głowę z widoczną wdzięcznością, a jego króciutki kikut zadygotał z podekscytowania. — Zmierzchająca Falo, dziękuję, dziękuję ci tak bardzo…! — wypowiedział jeszcze, orientując się, że w gardle zaczyna narastać mu coraz większa gula. Mimo wszystko uczucie, jakie obecnie mu towarzyszyło, było dość… miłe? Czy cieszył się, że już kończył tak naprawdę treningi pod czujnym okiem wojownika? Zmierzchająca Fala odkąd Przypalona Łapa został jego uczniem, zdążył poznać wspaniałą kotkę, zbliżyć się do niej i założyć rodzinę. Niedługo jego kocięta zostaną uczniami, a Przypalona Łapa dopiero teraz mógł chyba… nazwać siebie już pełnoprawnym wojownikiem Klanu Nocy? Próbował opanować drżenie głosu, a wojownik przesunął ogonem po jego barkach w celu uspokojenia go.
— A co, chciałbyś uczyć się jeszcze dłużej? — zachichotał, kręcąc głową. — Na pewno ktoś się dzisiaj dobrze naje twoją rybą. Jesteś już gotowy, żeby zostać wojownikiem. Poinformuję Mandarynkową Gwiazdę, że to już czas — jego głos tchnął pewnością siebie, ale i czystą dumą. Przypalona Łapa poczuł falę ulgi. Spojrzał z wdzięcznością na mentora. Jak dobrze, że dostałem Zmierzchającą Falę jako mentora — pomyślał, czując, że uszy drgają mu z rozemocjonowania. Gdy szli obok siebie w ciszy, Przypalona Łapa rozmyślał ostatnią propozycję, jaką złożyła dobrze mu znana kotka. Czy mógłby zabrać Urodziwą Łapę na spacer, tuż po swoim mianowaniu? Może powinien zapytać Kropiatkowej Skórki? Nie… ona teraz przebywała w żłobku… hm… Morszczynowego Wąsa… czy mógłby może przejść się ze swoją przyjaciółką? W końcu z pewnością będzie chciała mu pogratulować ceremonii i spędzić z nim czas, jak to miała w zwyczaju, prawda?

***

— Niech wszystkie koty, które umieją polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się na zebranie klanu — donośny, acz lekko zmęczony głos Mandarynkowej Gwiazdy poniósł się echem po obozie Klanu Nocy. Momentalnie z legowisk zaczęły masowo wychodzić koty i spoglądały na siebie, jakby nie wiedząc jeszcze, czemu srebrna zwołała zebranie. Bursztynooka ruchem ogona nakazała Przypalonej Łapie wyjść przed tłum, jednak pręgus poruszył się jedynie o parę kroczków, nie będąc pewien, czy sobie przypadkiem nie ubzdurał tego ruchu. — Przypalona Łapo, wystąp — zachęciła go. Brązowooki potrzebował tego, ponieważ teraz miał już pewność, że chodziło właśnie o niego. Zmierzchająca Fala spoglądał na swojego ucznia z widoczną dumą wymalowaną na pysku, a sam Przypalona Łapa siedział spięty, serce jego dudniło tak głośno, że mógłby przysiąc, że jego pobratymcy je słyszeli. Przełknął ślinę. Ciekawe, jakie imię dostanie? Czy jego mama będzie z niego dumna, że ukończył wreszcie szkolenie? Pochylił przed Mandarynkową Gwiazdą głowę w celu okazania należytego szacunku.
— Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika — zrobiła chwilową przerwę, uczniak miał wrażenie, że zaraz wyrwie sobie organ, który go tak bardzo rozpraszał. Wiedział jednak, że nie mógł, nie był w stanie tego zrobić i tak naprawdę to… nie chciał. Nie chciał siebie już krzywdzić. Teraz kiedy dostanie nowe imię, to tak, jakby stał się nową wersją siebie. Otrzymał nowe ja. Powinien wprowadzić do swojego życia zmiany, przynajmniej jedną. Musiał pokazać, że zasługiwał na nowo nadane mu imię. Wyprostował się, ponieważ do tej pory siedział zgarbiony, a jego wzrok błądził po mównicy, a nie po sylwetce srebrnej kocicy u góry. — Przypalona Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia? — zadała mu pytanie, a pręgus poczuł, jak zapada mu się serce. Z jednej strony odpowiedź była przecież tak oczywista – od zawsze wiedział, że właśnie tak należy. Ale czy rzeczywiście tak czuł? Czy w razie potrzeby, dałby radę oddać własne życie za Klan Nocy? A jeśli nie dla samego klanu, to czy znał może kogoś, dla kogo byłby w stanie…?
— Przysięgam — powiedział, siląc się na spokojny ton, choć jego nerwowe ruchy łap zdradzały więcej emocji, niż by sobie tego życzył. Czuł na sobie spojrzenia reszty Nocniaków. Miał tylko nadzieję, że nikt nie zamierzał sprzeciwić się decyzji, która została już podjęta.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Przypalona Łapo, od tej pory będziesz znany jako Przypalony Kasztan. Klan Gwiazdy ceni twoją cierpliwość i ciekawość oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy — momentalnie zaczęto skandować jego imię, a wśród masy głosów jeden z nich wybijał się najbardziej – odwrócił się oszczędnie, po czym nawiązał kontakt wzrokowy z Urodziwą Łapą. Niebieska szylkretka wyglądała tak, jakby miała zaraz nie wytrzymać i wystrzelić prosto na niego, żeby mu pogratulować.
— Przypalony Kasztan, Przypalony Kasztan! — niosło się echem jego nowe imię. Niebieskooka podbiegła do niego wreszcie i zaczęła z dumą układać mu sierść na barkach. Przypalony Kasztan odwzajemnił jej gest, dość nieśmiało, jednak zdobył się wreszcie na to. Zaczął cicho pomrukiwać, a ich łapy zetknęły się, gdy reszta klanu gratulowała mu jeszcze przez jakiś czas, zanim się nie rozeszli wszyscy.
— Wiedziałam, że za niedługo zostaniesz mianowany! Tak się zawsze przykładałeś. Gdy Mandarynkowa Gwiazda zwołała zebranie, wiedziałam, że to o ciebie chodzi — powiedziała mu radośnie, siadając teraz przed nim i posyłając mu szeroki, szczery uśmiech.
Przypalony Kasztan zawstydził się lekko. Czy naprawdę tak bardzo się przykładał? Widać było to po nim? Zasługiwał na tak wielką pochwałę i to ze strony kogoś tak ważnego dla niego, jak Urodziwa Łapa?
— Dziękuję… — powiedział, próbując jakoś powstrzymać masę myśli, które raz jeszcze chciały zawładnąć jego umysłem. Przełknął nerwowo ślinę i uniósł delikatnie łeb, spozierając na towarzyszkę. — Szafirko, czy chciałabyś może…? — zaczął, jednak szybko zamknął pysk, martwiąc się, czy był to w ogóle dobry pomysł, że go otworzył. Niemal nie przygryzł sobie boleśnie języka. Kocica jednak nie przerywała mu i zaczęła patrzeć mu w oczy, czekając na dalszą część wypowiedzi. — Pójść ze mną na spacer? Dzisiaj… t-teraz? — dokończył, mimo że na jego mordce wyrzeźbiona była niechęć, to wcale nie czuł jej względem koteczki. Był to wyraz pyska, który przybierał już odruchowo. Zauważywszy to, posłał jej tak delikatny uśmiech, że łatwo było go przeoczyć. Bardzo kontrastowało to z jego codziennym zniechęceniem wymalowanym na pyszczku, które zresztą jeszcze parę uderzeń serca temu nosił. Czy jego mama, Niedźwiedziówkowy Pył była z niego dumna? Skandowała jego imię w tłumie? A może jego rodzeństwo – czy Narwana Łapa lub Narcyzowa Łapa cieszyli się z sukcesu brata?

<Urodziwa Łapo, myślisz że Morszczynowy Wąs będzie miał coś przeciwko?>

Od Oszronionego Kła CD. Rozżarzonej Pieśni

Chociaż pogoda stawała się z każdym dniem przyjemniejsza, a brzuchy kotów w Klanie Klifu nieprzerwanie wypełniała tłuściutka, smakowita zwierzyna, tak nic nie było w stanie poprawić humoru Oszronionemu Kłu. Według niej nieważne, jak wysoki był stos z piszczkami, nieważne, jak zielona wyrastała trawa i jak spokojne wydawały się na pierwszy rzut oka dni... Wszystko było wręcz komicznie i śmiesznie nieporządne i niepoważne. O ile już sama decyzja wuja o przejęciu roli lidera z łap Mysiego Postrachu, którego wybrała na zastępce jej świętej pamięci babka, przynosiła jej na język pełen goryczy posmak, tak odejście ojca jedynie ją dobiło. Nie była smutna. Nie rozpaczała z tęsknoty. Nieporadność rodzicielki nauczyła ją już , że rodzina najczęściej jest po to, aby rozczarowywać i uczyć tego, że nic nigdy nie jest piękne i kolorowe, nawet jeśli kwitnące i zroszone o poranku łąki próbują przekazać ci coś kompletnie innego. Oczywiście miała wciąż drogiego brata, który nigdy jej nie zawiódł, nawet jeśli nie znał swojego głównego zadania w życiu siostry, które polegało na byciu nieco gorszym od niej we wszystkim. Dopóki się tego trzymał, ona kochała go bezwarunkowo. Nawet na stryja patrzeć przychodziło jej z większym trudem. Widziała w jego pysku nie tylko niedoszłą liderkę, swój wzór do naśladowania, ale także niewiernego ojca bez kręgosłupa moralnego ani krzty odwagi w sercu. Trójoki Zając był dla niej dobrym przyjacielem, następnym po Wzburzonym Kormoranie w rodzinie, który zawsze chciał jej wysłuchać (albo przynajmniej chciałby w teorii, bo w praktyce kotka była okropna w otwartym rozmawianiu o emocjach i uczuciach, które się w niej nieprzerwanie kłębiły). Fakt, że straciła (nawet jeśli nie była to w żadnym wypadku jego wina) do niego zaufanie, dotknął ją chyba najbardziej. Nie mogła mieć pewności, że i on ucieknie niewiadomo gdzie. Przecież jeśli wierzyć Lśniącej Gwieździe, to nawet Pikująca Jaskółka opuściła swój klan. Nie żeby Oszroniony Kieł w to faktycznie miała zamiar wierzyć. Nic, co wypadało z ognistego pyska, nie było warte brania jako pewnik. Najgorsze w tym wszystkim było to, że łapała się na realnej nienawiści względem Gąsienicowego Ogryzka. O ile nie miała zamiaru nigdy oczyścić w swojej głowie postaci aktualnego przywódcy, o tyle nie mogła również nie widzieć w niebieskim więźniu oprawcy. Nie wiedziała, czy to tworzyło z niej hipokrytkę czy może geniusza. Nie znała całej historii, ale była uparta na tyle, aby za wszelką cenę ją poznać. Jeśli jej się to nie uda, to nie było dla niej miejsca w obozie, gdzie otaczają ją same mysie i lisie serca. 
Sam Gąsieniczek zamknięty był w odosobnieniu, więc nie musiała patrzeć na jego zdradziecki pysk. Inaczej było z jego najbliższą rodziną. Miała nieszczęście wpaść tego poranka nie tylko na jego szurającą po ziemi siostrę, ale i na jedną z jej córek. Została zmuszona do zaniesienia zwierzyny Jagnięcemu Ukłonowi i tej przebrzydłej Aldrowandzie. Specjalnie wybrała najbardziej mierne myszy, aby nie marnować zbyt dobrych kąsków na koty, którym bliżej do głupich robaków niż Klifiaków. Słyszała, jak szylkretka przeprosiła ją za roztargnienie swoje i Niebiańskiej Poświaty, ale pointka jedynie obnażyła kły i przepchnęła się między nimi. Odwróciła się ukradkiem i ujrzała, jak srebrna wojowniczka nieco kołysze się na swoich długich, chudych nogach, najwidoczniej osłabiona. Najpewniej z tego powodu udała się do lecznicy. Szron machnęła na to ogonem. Klan Klifu nie potrzebował słabych kotów, które mają szczudła niczym brzozy. 
Do legowiska medyków nawet w pełni nie weszła. Rzuciła dwie piszczki na lity kamień przy wejściu i kompletnie zignorowała ubrudzony mech, który mogła przecież przy okazji ze sobą zabrać poza obóz; i tak się tam kierowała. 
"Niech zrobi to ktoś, dla kogo będzie to obowiązek równy jego umiejętnościom" — pomyślała i z wysoko uniesioną głową wybyła na otwarte tereny. 

* * *

Z pewną dozą obrzydzenia obserwowała, jak Rozżarzona Pieśń pieje z bólu, kiedy niewielki skorupiak wczepił się w jej łapę. Sama przyszła nad rzekę, aby móc w spokoju popolować na kraby, ale obecność tej nieostrożnej, nieumiejętnej łamagi na pewno prędko je wszystkie przepędzi prosto z powrotem w morskie odmęty. Pół prychnęła, pół parsknęła, przechodząc obok dawnej Wilczaczki. 
— Może w leszie będzie więcej zwierzyny, z którą lepiej szie czujesz, co? — mruknęła kpiącym tonem do Żar. — Nawet te kraby wiedzą, że jesztesz tu obca. 
— Ciebie też miło widzieć, Oszroniony Kle — odpowiedziała, sycząc jeszcze nieco z bólu, kiedy w końcu udało jej się odczepić szczypca od rudego palca. — I myślę, że nie robi im to żadnej różnicy, kto rozbije im skorupę i wyje z niej białe mięso. 
— Może głupim lesznym nornicom nie robi to różnicy. Żywica zalepia im wszysztkie dziury. 
— Wiesz, że dołączyłam do Klanu Klifu prędzej niż ty przyszłaś na świat, prawda? — Podniosła jedną brew. Nie była faktycznie zdenerwowana, może lekko podirytowana, ale wrogość pokazywała jedynie postawa młodszej wojowniczki. 
— Co to za różnica, co? Jeszcze mi powiedz, że powinnam ci przez to oddawać najlepsze piszczki, kraby o najbielszym mięszie i najmiększe kawałki mchu, co? Niedoczekania — wysyczała zdecydowanie zbyt wściekłe niż faktycznie od tego wymagała sytuacja. Opluła się przy tym paskudnie. Serce waliło jej w piersi, kiedy próbowała otrzeć mokrą od śliny brodę brudną od piasku łapą. 

<Żarka?>

Wyleczeni: Postrzępiony Mróz, Niebiańska Poświata

Od Gradobijącego Ciernia CD. Tańcującego Pierza


Niedługo po mianowaniu kocur spotkał się znów ze wzrokiem Pierza. Zdecydował się podejść, czekając na to, co młodszy od niego wojownik będzie potrzebował od niego. Pierze bez słowa skinął na wyjście z obozu. Cierń domyślał się, że będzie chciał, aby rozmowa zaczekała na moment, gdy będą oddaleni od obozu, nie podsłuchiwani. Podążył więc za nim, ruszając w głąb terytorium. W końcu zatrzymali się niedaleko granicy z Klanem Wilka.
— A więc? Po co mnie tu zaciągnąłeś? — zapytał w końcu srebrny. Szmaragdowe, śliczne oczęta złotego rycerza wbiły się nieprzyjemnie w Ciernia. Powoli na jego pysku gościł się szeroki, niewinny uśmiech.
— Jak się czujesz po odciśnięciu łapy na tym ich zasranym kamieniu, drogi Cierniu~? — Gradobijący Cierń sam nie wiedział, co odpowiedzieć. Wzurszył więc ramionami zamiast tego.
— Nijak. Znaczy, cieszę się, że mogłem zostać nareszcie wojownikiem, czas najwyższy, jednak… Aspiruję na coś więcej, zapewne jak i ty. Chcę się zapisać na kartach historii Klanu Burzy. Nie musiałbym być nawet liderem. Może po prostu legendą. — Pierze skinął mu głową w zrozumieniu. Uciekł wzrokiem.
— Legendy... legenda to słowo, które jest na skraju wymarcia, Gradobijący Cierniu — odparł niewzruszony. — Legendą stajesz się w chwili, gdy zmieniają całą twoją historię. Twoje dokonania przekształcają się w coś, w co nigdy nie celowałeś. To kłamstwa zbudowane na prawdzie, na fakcie, jednakże porzucone na rzecz abstrakcji i zachwycenia młodszej audiencji. Wiesz przecież, jaką propagandę nam wciskano od dzieciaka... przywódca najważniejszy... pff... co to za klan, który nie umie sobie poradzić z własnymi kotami? - mówił lekkim, miękkim głosem. Nagle podszedł bliżej Ciernia, niebezpiecznie się nachylając. Pewność Tańcującego Pierza mogła przytłaczać kocura, nawet jeśli nie chciał się do tego przyznawać. Uśmiech nie zniknął z pyska. Dzieliło ich mniej niż wibrys, a mimo to żaden nie odważył się na przerwanie tej napiętej chwili.
— Dobrze wiesz, że twój ojciec, twoja matka, twój brat i reszta mogli żyć - szepnął niskim, wibrującym mrukiem. Nie pozwalał Cierniowi na ucieczkę wzrokiem; szmaragdowe ślepia niby hipnotyzująca muzyka dla żmii. — I dobrze wiesz, kto za to odpowiada.
— Fakt… Masz w tym trochę racji. To nie zmienia faktu, że chcę być zapamiętamy. Wiem, że Królicza Gwiazda jest powodem ich śmierci. On sam nie zasługuje na życie.
— ...I nie tylko on, Cierniu ty mój... — mówił. — Królicza Gwiazda to tylko jedna z gałęzi tego okropnego drzewa. Pieniem jest jego syn, Echo. To on rozkazał go zabić. To on nie zapewnił nam bezpieczeństwa.
Srebrny zaśmiał się gorzko na jego słowa.
— Myślę, że on sam zwieje ze strachu gdy zobaczy, że jego stary się przekręcił. Będzie wiedział, że to on jest następny na celowniku. — Maska zadowolenia rozgościła się na dobre na pysku Tańcującego Pierza na słowa kocura.
— Och, taki jesteś pewny? Rozkazał synowi zabić ojca, który go zabił w szale. Mój ojciec go wykończył, tracąc resztki zdrowego rozsądku. To jest chwast, którego kryją uzbrojone po zęby pokrzywy. Dostanie się do pnia będzie wiele kosztować... skoro chcesz zostać zapamiętany jako ten, który przywróci porządek Klanowi Burzy. Ten, który zasiądzie po prawicy Klanu Gwiazdy i ten, który będzie rządził sprawiedliwie, jak na przywódcę, naszego mentora, przystało.
— Co proponujesz? — zapytał kocur.
— A co ty mi zaoferujesz? - uniósł brew ze swoim uśmieszkiem i prychnął krótko głębokim śmiechem.
— Lojalność. Będę mógł być… Twoją bronią. Jestem dość przekonujący, w dodatku silny. Ty również. Dwóch kocurów o takich cechach ma duży potencjał, musisz przyznać. Reszta zacznie nam ufać, a my… Sprytnie to wykorzystamy. Co o tym sądzisz?

<Pierze, mój drogi?>

Nowa Członkini Klanu Gwiazdy


KAJZERKA
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Starość (i złamane serduszko)

Odeszła do Klanu Gwiazdy!

Od Borowika

Byłem w legowisku uczniów. Leżałem na moim posłaniu. Patrzyłem w błękit nieba rozciągający się półkolem nad obozem. Jasność zachodzącego słońca ogrzewała mi grzbiet, rzucając naokoło żółtawe rozbłyski, powoli cofające się coraz dalej za mną.

* * *

Wczoraj był normalny, szary dzień. Zaczął się całkiem normalnie. Wstałem z chłodnego posłania. Zjadłem normalne śniadanie. Miałem normalny trening. Tak normalny, że nawet pamiętam, co na nim robiłem. Wróciłem do obozu. Słońce już nieco przygasło na bladym niebie. A potem zobaczyłem na środku obozu zwłoki Gąski. Wnioskuję, że były to zwłoki, bo się nie ruszała. I wszyscy byli smutni.
A Gołąbek był z nich wszystkich najsmutniejszy. Od razu przypadł do zwłok matki. Płakał. Bardzo. Nie podszedłem, by go pocieszyć. Nie pomogłoby to. Płacz pomoże. Pożegnanie sam na sam z nią też mu pomoże. Stałem więc tak w bezruchu, bez wyrazu. I patrzyłem.
Potem spadła na mnie fala kondolencji. Monologów. Słów wsparcia. Nie pomagały mi. Ale niech mówią. Skoro im to pomaga, ja mogę słuchać. Nie chcę, żeby byli smutni.
Zjadłem mdły obiad po południu. Pogrzeb był wieczorem. Tradycyjny pogrzeb. Przyjąłem na siebie drugą falę kondolencji, monologów i słów wsparcia. Posiedziałem przy zwłokach Gąski dokładnie tyle, ile wymagał obyczaj. Pożegnałem je odpowiednio podczas Ostatniego Pożegnania. Potem zjadłem mdłą kolację i poszedłem spać.
Obudziłem się dnia obecnego. On akurat był zdecydowanie dziwny. Nie miałem dziś mieć żadnego treningu. Niebo pobladło, a chmury poszarzały jeszcze bardziej, choć nie było ich ani mniej, ani więcej niż wczoraj. Inni uczniowie mieli, dlatego też zostałem w pustym legowisku sam.
Leżałem do śniadania na boku lewym. Nie zjadłem śniadania. Leżałem do obiadu na boku prawym. Nie zjadłem obiadu.
Nie myślałem o niczym konkretnym. To również było dziwne. Zawsze myślę o czymś konkretnym. Teraz nie mogę. Dlaczego nie? To nie jest trudne. Wyobrażam sobie rzecz. Cokolwiek. Liść. Kamień. Pień. Myślę o niej. Jaki ma kształt. Jaki mogłaby mieć kształt. Potem wyobrażam sobie poszczególne czynności i próbuję znaleźć zastosowanie dla przedmiotu.
Odkąd leżałem ponownie na boku lewym, patrzyłem w stary, płowy pień, a raczej przez niego. Potem skupiłem wzrok na pniu. Skupiłem na nim wzrok.
Pień.
Pień.
– Dlaczego nie mogę myśleć o zapchlonym pniu? – spytałem.
Zmrużyłem oczy. Wstałem z posłania. Żebra kłuły mnie ostro w boki od długiego leżenia. Przeszedłem po gałęzi do pnia.
Taki jesteś? Tak? Wydaje ci się, że skoro jesteś tylko zgrzybiałym pniem, to nie będę o tobie myślał? Że jesteś uprzywilejowany i możesz mi uciec? Że mój umysł na ciebie nie zasługuje? W takim razie zmuszę cię żebyś wszedł mi do głowy. Wcisnę cię w moje myśli siłą.
Wysunąłem pazury. Zamachnąłem się łapą i ostro przejechałem pazurami po korze drzewa. Pozostawiając po sobie równoległe bruzdy. Ale niezbyt głęboko. Zbyt płytko.
Zamachnąłem się jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze. Raz za razem.
Bruzdy zaczęły pokrywać pień. Kora opadała na ziemię, odsłaniając jego nagi rdzeń.
Aż z kory po mojej stronie pnia nie został już ani jeden brązowy skrawek. Jednak żaden z tych skrawków nie zapełnił mojego pustego, bezmyślnego łba. Ani jeden.

* * *

Złociste cienie całkiem już ześlizgnęły się z mojego grzbietu, słońce przykryło się lasem. Wieczór był parny od niedawnych deszczy bądź też było to tylko złudzenie, synestetyczna reakcja mojego organizmu długo wystawionego na ciepło. W fioletowości nocy, która nastąpiła po złocistym dniu, słychać było ciche skrzypienie świeżozielonych świerszczy o błyszczących odnóżach. Cyk. Cyk. Cyk.
Leżałem tyłem do pnia. Przednie łapy bolały za bardzo, by schować pazury, leżałem więc z wysuniętymi. Spomiędzy nich wystawały kawałki kory, co najmniej pięć z nich było pokrytych krwią. Nie myślałem o niczym. Ale to nie szkodzi. Nie szkodzi. Jutro znowu będzie normalny dzień. Znowu będę myślał. Już teraz zaczynam trochę myśleć na nowo.
Logika. Logika.
Każdy w swoim życiu prędzej czy później kogoś straci. Tak mówią wszelkie przesłanki świata. Uczucie straty, choć początkowo tak silne, z czasem przeminie. Wystarczy zaczekać. Rozpacz to całkowicie naturalna reakcja organizmu na stratę. Wystarczy zaczekać. Wszystko minie. Za księżyc, za dwa, za trzy… Zawsze mija.
To wcale nie tak, że po śmierci jednej z dwóch osób, którą szczerze i całym sercem kochałem, nagle zawalił się cały świat. Nic się nie zawali. Świata to zupełnie nie obchodzi. Jesteśmy bezpieczni.

[678 słów]

[14%]

Od Liliowej Łapy (Liliowej Pieśni)

Przeszłość

Liliowa Łapa wtuliła się nosem w sierść Nenufarowego Kielichu, starszej, która zginęła w trakcie napadu borsuków. Nie mogła pogodzić się z tą stratą, dla niej szara była jak członek rodziny, babka, czy kocięcy mentor. Uwielbiała słuchać jej opowieści, a sprzątanie jej legowiska nie przeszkadzało w towarzystwie kotki. Zamknęła oczy i cichutko wyszeptała:
– Dziękuję Ci za wszystko, co zrobiłaś dla mnie, zostawiłaś niezatarty ślad w moim sercu, Nenufarowy Kielichu. Nigdy Cię nie zapomnę.
Następnie wstała ze spuszczoną głową i podeszła do Ulewnego Szkwału.
– Chcę czuwać przy Nenufarowym Kielichu, więc będę po południu dłużej spać. Czy mógłbyś przekazać to Mandarynkowej Gwieździe?
– Pewnie. Zapewne poszła oceniać straty, pójdę jej poszukać - rzekł, machając ogonem na pożegnanie.
– Do rana, Ulewny Szkwale! – miałknęła i znów przytuliła się do kotki.

* * *
Tw: opis zwłok

Nastał poranek, uczennica czuła, jak wszystko ją boli. Przez całą noc leżała przy starszej, nie dopuszczając uczucia zmęczenia. Była lekko nieprzytomna, więc kot, który ją pacnął, musiał się zdenerwować, że wcześniej nie zareagowała.
– Liliowa Łapo, już czas! – Nad nią stała Różana Woń, która była nieco zła.
Kotka wstała i słuchała dalej medyczki.
– Nie mamy starszych, a więc my musimy ją pochować. Liliowa Łapo, złap z jednej strony, a ja z drugiej.
Liliowa złapała za futro starszej i wyszły z obozu. Jak najbardziej starała się, by nie zmoczyć ciała starszej; nie chciała, by ciało porosło grzybem. Wypłynęły z rzeki, dotarły na małą polankę obok łąki i tam zakopali szarą kotkę.
– Będzie mi ciebie brakować – miałknęła jeszcze i już miała wracać, gdy wpadł jej do głowy pomysł. Wzięła ziarna maku, posypała na ziemię i lekko zasypała.
– Teraz będziesz miała zawsze świeże kwiaty! – mruknęła, oddalając się – żegnaj na zawsze…
Kiedy wróciła do obozu, chciała jeszcze zobaczyć, co z mentorką.
– Witaj, Gąbczasta Perło! Jak Czosnkowa Krewetka i Senną Łza?
– Witaj, Liliowa Łapo, u Sennej widać duże zadrapania, ale wyjdzie z tego, a Czosnkowa… jeszcze się nie obudziła.
Liliowa spłaszczyła uszy i wbiła wzrok w swoje łapy.
– Gąbczasta Perło, tak sobie pomyślałam, bo test zdałam, a nie chcę, bym dostała imię wojownika bez jej udziału, czy mogę pomóc ci w legowisku? Oczywiście nie leczyć, ale doglądać rany, zbierać zioła…
Gąbczasta Perła zamyśliła się przez chwilę.
– Hmm… no dobrze, niech ci będzie. W takim razie przynieś mi podbiał – kotka wskazała łapą na roślinę z białymi kwiatami.
– Już się robi i dziękuję! - rzuciła przez ramię i wybiegła z legowiska.

* * *

Minął już ćwierć księżyca, a Liliowej podobała się ta praca. Codziennie zbierała zioła, które były poukrywane w różnych zakątkach terytorium, sprawdzała, czy rany się nie otworzyły, a przy okazji nauczyła się nieco teorii medycznej. Kto wie, może kiedyś się przyda?
Też odwiedziła Mroka. Nie mogła doczekać się spotkania z bratem, ale z drugiej strony czuła ukłucie w sercu, gdy pomyślała, że zdradza klan.
"Nie powiem mu o borsukach, to jest klanowa tajemnica" – wyszeptała do siebie w drodze, a gdy doszła na miejsce, brat już na nią czekał. Rozmowa z nim na początku była przyjemna, ale potem..
– Lilio, czy wiesz, co się stało z naszą… matką?
Kotkę lekko zatkało.
– T-tak, byłam świadkiem jej śmierci jako jedno księżycowy kociak. Zabił ją lis…
Kocur szybko podszedł do niej, owinął wokół jej ogona i polizał po głowie.
– Nigdy nie lubiłem lisów, ale teraz ich jeszcze bardziej nienawidzę. Hej, to nie twoja wina, byłaś tylko małym kociątkiem.
– Masz rację – mruknęła uczennica, dotykając jego nosa – ja też mam do ciebie pytanie.
– Dawaj – orzekł, mając figlarny błysk w oku.
– Czy pamiętasz dzień, gdy Sosna cię zabrał?
Jego błysk zniknął, a oczy zmatowiały.
– Jak przez mgłę, ale wiem, że spałem obok ciebie i Sójki, nagle do środka wszedł ojciec i powiedział, że musimy iść. Spytałem się, dokąd i dlaczego, a on z uśmiechem odparł, że musimy odejść w lepsze miejsce i żebym się nie martwił. Posłuchałem go i poszłem za nim. Chociaż bardziej się czołgałem, bo nie umiałem dobrze chodzić. Upadałem, i wstawałem, upadałem, i wstawałem, aż w końcu wybuchnął i krzyknął: "OJ MROK! PRZESTAŃ ZACHOWYWAĆ SIĘ JAK GŁUPEK I IDŹ NORMALNIE!!!"
– To okropne! – skomentowała kotka, jeżąc kark. Coraz bardziej przekonywała się do myśli, że Sosna opuścił mamę, ale nie znała powodu, a nie miała odwagi pokazać się tacie. Nigdy nie miała problemu z kotami, raz na granicy była mała sprzeczka, prawie puściła by wodzy i naskoczyłaby na jednego z klifiaków, ale Kropiatkowa Skórka ją powstrzymała. A z nim? W jego wzroku było coś, co ją niepokoiło, i nie wiedziała, czemu.
– Nie, po prostu byłem wtedy małym, słabym i głupim orzeszkiem – odpowiedział brat, czyszcząc łapę.
– On nadal tak wrzeszczy?
– Krzyczy? Czasami, jak nie zdobędę odpowiedniej ilości pokarmu, jak wycofam się z walki, jak jestem senny…
– Nie miałeś wsparcia – miałknęła uczennica, marszcząc brwi.
– On po prostu uczył mnie życia. – odmruknął, patrząc się w swoje łapy, sam chyba już nie wiedząc, co mówi. Potem znowu popatrzył na siostrę i zapytał:
– Czy wiesz gdzie jest grób matki? Chciałbym ją odwiedzić.
– Tak, jest niedaleko. Dawno u niej nie byłam. Chodź, zaprowadzę cię.
Gdy doszli, złożyli kwiaty matce i ciemnoczekoladowy mruknął:
– Spoczywaj w pokoju – potem odwrócił się do liliowej – dzięki, że pozwoliłaś wejść mi w głąb terytorium.
– Ale tylko ten jeden raz! – zaśmiała się.

– Liliowa Łapo! Chodź tu! Szybko! – ze wspomnień wyrwał ją krzyk Gąbczastej Perły. W strachu, że to coś poważnego. I było, ale nie w złym znaczeniu. Na posłaniu Czosnkowa Krewetka podniosła głowę.
–Czosnkowa Krewetko!! – wykrzyknęła z radości i przytuliła mentorkę.
–Liliowa Łapo! – zaśmiała się szylkretka – ile czasu zajęło, zanim się ocknęłam?
– Kilka dni - odmruknęła medyczna.
– Och! To pewnie masz już nowe imię, Liliowo! Jakie ci dano?
– Nie miałam ceremonii, czekałam na ciebie – uśmiechnęła się uczennica.
– Naprawdę? – zdziwiła się Krewetka – w takim razie zróbmy ją dzisiaj, jeszcze trochę do wysokiego słońca!

* * *

Nadeszło południe. Liliowa Łapa przebierała łapami, nie mogąc się doczekać wyniosłej chwili. Po długim czekaniu na liderkę nareszcie wskoczyła na drzewo i zawołała:
– Niech wszystkie koty zdolne łowić ryby w rzece zbiorą się na spotkanie klanu!
Wszyscy w mgnieniu oka pojawili się na polanie. Ulewny Szkwał promieniował radością, Urodziwa Łapa skakała, ale przestała gdy zauważyła obok niego Rogatą Łapę. Odwróciła się z pogardą i przybliżyła się do Przypalonej Łapy. Kotka czuła, że pomiędzy jej przyjaciółką a Kasztankiem jest jakaś inna relacja niż tylko przyjaźń. W końcu Mandarynkowa Gwiazda zaczęła:
– Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. – Liliowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Liliowa się nie wahała 
– Przysięgam.
– Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Liliowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Liliowa Pieśń. Klan Gwiazdy ceni twoją odwagę i poświęcenie, oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy!
– Liliowa Pieśń! Liliowa Pieśń! – rozległy się miałknięcia. Liliowa Łapa, od dzisiaj Liliowa Pieśń nie pamiętała piękniejszej chwili w życiu.


Od Niebiańskiej Poświaty CD. Wzorzystej Dali

Niebiańska Poświata, słysząc ton Dali, spuściła wzrok ku ziemi. Coś było nie tak. Przez krótką chwilę milczała, a cisza między nimi zdawała się gęstnieć z każdym oddechem, ciężka i lepka niczym mgła sunąca o świcie nad mokradłami. W jej wnętrzu rozlewało się dziwne, palące uczucie pustki — uczucie tak głębokie, że niemal odbierało jej zdolność oddychania.
Westchnęła cicho, a dźwięk ten niemal natychmiast zniknął pośród szumu rozmów, niby tylko kolejny prosty gest, jakich wiele. Zdawało się, że pogodziła się już z losem — z tym wszystkim, co mogło czekać na nią poza granicą obozu, nawet, jeśli teraz nie była jeszcze w stanie określić, co dokładnie mogłoby to być. Kąciki jej pyska uniosły się lekko w bladym, słodkim uśmiechu, który przypominał ostatni promień słońca gasnący za linią horyzontu; piękny, lecz niosący ze sobą nieuchronną świadomość nadchodzącej nocy.
— Jasne. Chodźmy — miauknęła w końcu cicho, a jej głos, choć spokojny, drżał subtelnie niczym tafla wody poruszona kroplą deszczu.
Ruszyła przed siebie wolnym krokiem, starając się iść tuż obok swojej towarzyszki, jak gdyby sama obecność Wzorzystej Dali mogła choć odrobinę uciszyć chaos szalejący w jej sercu. Opuszczając obozowisko, poczuła na grzbiecie spojrzenia kilku wojowników, które prędko jednak zmieniły swój kierunek.
Powietrze na zewnątrz było chłodne i przesycone rześką wonią morza, której słony aromat mieszał się z ciężkim zapachem sosnowej kory oraz wilgotnej ziemi. Wiatr sunął pomiędzy drzewami z cichym świstem, poruszając gałęziami tak, że wydawały z siebie melodyjne szepty. Niebiańska Poświata przymknęła na moment oczy, pozwalając, by te wonie wdarły się głęboko do jej nozdrzy. Były niemal zbyt prawdziwe, zbyt wyraziste — tak odmienne od tej trudnej do nazwania woni, jaką zwykle czuła. Może istniejąca, lecz faktycznie zbyt słaba, by faktycznie móc związać z nią jakiekolwiek emocje. Każdy oddech przypominał jej teraz, że świat wciąż żył, oddychał i trwał niewzruszenie, nawet wtedy, gdy ona sama miała wrażenie, że stoi w jednym miejscu.
Nad ich głowami niebo przybierało barwę granatu rozlanego atramentem po sklepieniu świata, a pierwsze gwiazdy zaczynały przebłyskiwać pomiędzy strzępami chmur niczym czujne oczy przodków obserwujących ziemię. Wreszcie Niebiańska Poświata odezwała się ponownie, choć jej głos był cichszy niż wcześniej.
— Więc…? — zaczęła, unosząc spojrzenie na Wzorzystą Dal. — Co chciałabyś mi powiedzieć?
— Niebo, jesteś wspaniałą kotką. Wiesz o tym, prawda? Przyjemnie się z tobą rozmawia, wyglądasz naprawdę pięknie… Ale ja po prostu tego nie czuję.
Słowa Wzorek zawisły między nimi ciężko niczym burzowe chmury, które od wielu dni zbierały się nad lasem, lecz wciąż nie chciały pęknąć deszczem. Powietrze zdawało się gęstnieć z każdym uderzeniem serca Nieba. Przez krótką sekundę patrzyła na nią w milczeniu, niezdolna odwrócić wzroku od jej błękitnych ślepi, które jeszcze niedawno rozjaśniały się ciepłem na jej widok, a teraz wydawały się dziwnie odległe i obce.
Poczuła, jak jej serce przyśpiesza nagle, bijąc tak szybko, iż mogłaby przysiąc, że próbuje wyrwać się z jej piersi i uciec gdzieś daleko, tam, gdzie nie dosięgną go te słowa. Jej źrenice rozszerzyły się lekko, a kąciki ust drgnęły niemal niezauważalnie, jak gdyby za moment miała odpowiedzieć czymś lekkim, może nawet rozbawionym, by rozproszyć napięcie, które oplatało ich niczym cierniowe pnącza. Z jej gardła nie wydobył się jednak żaden dźwięk — jedynie milczenie, gorzkie i palące, które rozlało się po jej wnętrzu niczym jad.
Westchnęła cicho, po czym posłała Wzorzystej Dali głupi, wymuszony uśmiech, choć czuła, że każdy mięsień jej pyska drży z wysiłku. Po raz kolejny miała wrażenie, że ktoś wyślizguje się spomiędzy jej łap, że oddala się coraz bardziej, biegnąc ścieżką, której ona nie mogła już dostrzec. To uczucie znała aż za dobrze — znała chłód opuszczenia, pustkę pozostającą po tych, którzy odchodzili oraz ten okrutny moment, w którym musiała uświadomić sobie, że choćby biegła za nimi aż do granicy terytorium, nigdy ich nie dogoni.
A jednak tym razem ból nie rozdzierał jej równie gwałtownie. Był inny — cięższy, cichszy i znacznie bardziej zmęczony, jakby przez ostatnie księżyce przywykła już do tracenia wszystkiego, na czym odważyła się polegać. Być może, gdyby nie chaos emocji kotłujących się pod jej skórą, byłaby w stanie spojrzeć Wzorek w oczy ze spokojem i przyznać, że gdzieś głęboko od dawna przeczuwała ten moment. Że w głębi serca sama czuła podobnie, choć panicznie bała się nazwać to uczucie.
Lecz… nie mogła. Nie potrafiła. I przede wszystkim — nie chciała.
Jej oczy, brązowe niczym stopiony karmel skąpany w świetle zachodzącego słońca, rozbłysły nagle ostrą iskierką desperacji oraz bólu tak czystego, że niemal namacalnego. Futro na karku zjeżyło jej się lekko, kiedy zrobiła krok w jej stronę, jakby sama odległość między nimi stała się czymś nie do zniesienia.
— Naprawdę? — wyszeptała drżąco, choć po chwili jej głos nabrał siły, pękając gniewem i rozpaczą jednocześnie. — Więc tak po prostu to kończysz? A te wszystkie dobre chwile? Co z nimi? Czy to wszystko już nic dla ciebie nie znaczy? Czy była to jakaś gra? Och, dlaczego dałam się tobie nabrać!
Jej ogon uderzył gwałtownie o ziemię, wzbijając drobinki kurzu, podczas gdy ona sama próbowała złapać oddech, jakby każde kolejne słowo rozcinało jej gardło ostrymi pazurami. Przed oczami przesuwały jej się wspomnienia — wspólne polowania o świcie, kiedy rosa osiadała na ich łapach niczym srebro, rozmowy prowadzone szeptem przy granicy obozu oraz spojrzenia, które wydawały się mówić więcej niż jakiekolwiek słowa. Jak mogła teraz stać przed nią i zachowywać się tak, jakby wszystko to było jedynie snem, który rozwiewa pierwszy podmuch wiatru?

<Wzorek? Tłumacz się teraz>

Od Klekoczącego Bociana CD. Mandarynkowej Gwiazdy

Podniósł brew. Nie wiedział, co powinien zrobić, co powiedzieć. Ostatnimi razy, kiedy został z swoją babką sam na sam, to po wypowiedzeniu się szczerze został okrzyczany z góry do dołu, pomimo tego, że starał się z całych sił nie być aż tak… dosadny w swoim przekazie. Nie wiedział, czy był to swoisty sprawdzian, jakaś gierka liderki, w której asystent medyczki nie został odpowiednio przeszkolony, albo może sposób kotki na wytypowanie kotów godnych i niewartych zaufania. Chociaż on sam niekoniecznie przejmował się tym, kto za nim przepada, a kto nie, to raczej wolał nie pakować się niepotrzebnie pod pazury tych, którzy faktycznie mogli jeszcze bardziej uprzykrzyć mu życie. A Mandarynkowa Gwiazda była na samym szczycie tych, u których wolał nie lądować na czarnej liście. Pomyślał przez chwile. Musiał przecież cokolwiek jej odpowiedzieć; milczenie wkurzy przywódczynię niemal tak samo, co jakiś kompletny bezsens z jego pyska. W końcu odpowiedział. 
— Nie wiem, co chcesz usłyszeć — zaczął, owijając swój ogon wokół łap. — Jeśli znów chcesz rozmawiać o mojej matce, to jedyne, co mogę ci powiedzieć, to że wróciła z dzisiejszego patrolu z kawałkiem szkła w łapie i go wyciągnąłem.
— Nie wygłupiaj się, wiesz, że nie o to mi chodziło — zganiła go nieco, ale nie była widocznie zdenerwowana. Wydawała się być w jego kierunku nieco pobłażliwa; w końcu wciąż był jeszcze młodym kotem, który ma swoje humorki. 
— Przyszła. Zająłem się nią. Chwilę porozmawialiśmy o stanie zwierzyny. To wszystko. — Końcówka ogona uderzała niecierpliwie o posadzkę. 
— Byliście tak blisko, kiedy byłeś młodszy. Niemal nierozłączni, nieprawdaż, Klekoczący Bocianie — zapytała. Kocur wzruszył barkami. 
— Najwidoczniej z tego wyrosłem — mruknął. 
— No tak... Może masz rację. — Kotka nie wyglądała na przekonaną. Nastała cisza, której towarzyszył tylko cichy pomruk natury. Biały próbował wymyśleć jakiś temat, o którym faktycznie miałby cokolwiek do opowiedzenia, co mogłoby zadowolić babkę. Wszystko było lepsze od jałowej i niezręcznej ciszy. W końcu zaczęła go ona faktycznie przerastać. Nie podobało mu się to. Nie lubił takich sytuacji. Nienawidził być stawiany pod ścianą, a wiedział, że o ile teoretycznie miał wokół siebie otwartą przestrzeń, tak ucieczka od liderki była niemożliwa. Poczuł, że coś się w nim kruszy. 
— Nie wiem, co chcesz ode mnie usłyszeć, naprawdę nie wiem — burknął, ale ostatnie słowa zabrzmiały wątlej niż by tego chciał. 
— Optymalnie chciałabym usłyszeć prawdę. 
— Jakbym kiedykolwiek kłamał… — warknął, strosząc nieco futro. — Nigdy nie skłamałem, ani prosto w twój pysk, Mandarynkowa Gwiazdo, ani kiedy twój grzbiet był odwrócony tyłem. Nie mam ku temu żadnych powodów. Nie mam zamiaru knuć, nie mam zamiaru ostrzyć kłów czy pazurów. Na ten moment jedyne, czego chcę, to nie pakować się w żadne niepotrzebne bajoro. Już i tak nigdy nie będzie mi dane żyć w sposób, w który bym chciał, więc jeśli mogę, to chciałbym po prostu cię poprosić, niekoniecznie jako podwładny, ale jako członek rodziny, abyś dała mi żyć w spokoju… — Gdzieś w środku monologu jego głos załamał się. Nie patrzył w jej pomarańczowe ślepia. Nie chciał.

<Mandarynaaaa?>

Wyleczeni: Czyhająca Murena

22 maja 2026

Od Miodowej Łapy do Makowej Iluzji

Księżyc zawisł wysoko na niebie, rzucając bladą, chłodną poświatę na śpiących już pobratymców. Kilku z nich pochrapywało głośno, inni oddychali cicho i miarowo. Niektórym podrygiwały łapy, najprawdopodobniej śniło im się, że gdzieś biegli albo przed czymś uciekali. Ciekawe czy ona chrapała? I czy drgały jej tak niekontrolowanie kończyny albo może końcówka ogona, czy uszy? Sowy pohukiwały na gałęziach donośnie, a trzepot ich skrzydeł niósł się echem po lesie iglastym. Nocne owady grały swoje melodie w najlepsze, momentami dorównując wręcz ptakom, które zajmowały się prezentowaniem własnych utworów za dnia, znacznie różniącymi się od tych, o które starała się masa pasikoników czy świerszczy. Miodowa Łapa dojrzała w legowisku uczniów połyskujące, jasne liliowe futro Jesionowej Łapy. Pręgowany bok przyjaciółki unosił się, a potem opadał spokojnie. Ciekawe co jej się śniło? Złota czując, że coraz większe znużenie rozprzestrzenia się po jej umyśle, blokując jakiekolwiek sensowne myśli, poza “jestem śpiąca”, położyła łebek na łapach i gdy zamknęła oczy, układając się tak wygodnie, jak tylko mogła, nie zajęło jej długo oddanie się w objęcia przyjemnego snu. Była coraz mniej obolała od ostatniego sparingu z Cętkowaną Łapą, nie miała mu tego za złe. Wykonywał to, co od niego oczekiwano. Tak naprawdę to nie czuła złości względem nikogo. Cieszył ją fakt, że nie zraniła się nadto i mogła spokojnie dojść do siebie. Cieszył ją również sukces młodziaka, Tropiąca Łaska miała powody do bycia dumnym ze swojego podopiecznego, a Wilczy Skowyt był wyrozumiały względem niej, mimo że odniosła porażkę. W jej oczach jednak nie wyglądało to w ten sposób, nie traktowała tego jako coś negatywnego czy jako powód do wyrzutów sumienia. Gdyby zrobiła krzywdę rudemu, czego nigdy by nie chciała zrobić, to wtedy odniosłaby prawdziwą porażkę, a sumienie nie dałoby jej spokoju chyba do końca życia.

***

Słońce powoli wspinało się nad horyzontem, zalewając złocistym światłem gęsto porośnięte tereny Klanu Wilka, otoczone przez grube lasy iglaste. Mrugając w oślepiającym blasku, Miodowa Łapa rozejrzała się i zauważywszy, że jeszcze nigdy przedtem tu nie była, zaintrygowana iskra pojawiła się w jej ślepiach. Zielona, sprężysta trawa uginała się pod jej łapami, gdy kroczyła obok mentora. Przystanęła przy kępie krzewów, wyczekując poleceń ze strony Wilczego Skowytu. Zdążyła odpocząć, jej pobudka w nocy nie przeszkodziła kotce w wyspaniu się, całe szczęście. Czuła się wypoczęta i zadowolona – szczególnie że dzisiaj przyszło jej nie dość, że nauczyć się wspinaczki na drzewa, to w dodatku obiecano jej, że zwiedzi granice Klanu Wilka. Nie wiedziała, ile ich dokładnie było, jednak niezwykle cieszyła ją ta myśl. Brązowy kocur oparł łapę o gęsto porośnięty mchem pień.
— Widzisz ten mech? Spróbuj się wspiąć na to drzewo — polecił jej, owijając ogon wokół swoich łap.
Miodowa Łapa spojrzała w górę i zauważywszy, iż wiekowa roślina pnie się wręcz pod same chmury, przełknęła nerwowo ślinę. Oparła łapę na korze, czując, że lekko jej się ześlizguje. Mech był mokry, ponieważ poranna rosa nadal się go doskonale trzymała. Mimo tego złota koteczka wbiła pazury w drewno, mając nadzieję, że chociaż to zapewni jej dobrą przyczepność. Gdy zamieszkiwała jeszcze Siedlisko, często wspinała się na przeróżne rzeczy. Najczęściej był to parapet i robiła to w celu ułożenia się wygodnie na swoim kocyku. Jednak niejednokrotnie wspinała się także po wysokim, szarym materiałowym przedmiocie, który był zbudowany chyba specjalnie dla niej, ponieważ Wyprostowani nigdy z niego nie korzystali, a jedynie zachęcali ją do tego, żeby do niego weszła i sobie w nim odpoczęła.
— Mógłbyś mi pokazać, jak to się robi? — zapytała, martwiąc się odrobinę, że jeden ruch mógłby kosztować ją jej życie.
— Ledwo położyłaś łapy na pniu. Nie spadniesz z takiej wysokości — Wilczy Skowyt westchnął, jednak spełnił jej prośbę. Miodowa Łapa spojrzała na niego lekko smutno, aczkolwiek starała się to zamaskować, żeby nie sprawiać i jemu przykrości. — Patrz uważnie, bo drugi raz nie będę pokazywał — ustawił się obok niej i zaczął sprawdzać, gdzie najkorzystniej byłoby ulokować swoje łapy. Znalazłszy wreszcie lekkie wgłębienie, wbił pazury w korę i zaczął się zgrabnie podciągać do góry. Gdy wylądował na jednej z gałęzi, złapał się drzewa z powrotem i z niego zwinnie zeskoczył, lądując na czterech łapach.
— Twoja kolej — miauknął, przypatrując się każdemu jej ruchowi. Miodowa Łapa spróbowała naśladować jego ruchy i początkowo szło jej to dość ślamazarnie – wiecznie ślizgały jej się poduszki na lekko podmokłej korze. Coś ją rozpraszało, ponieważ zaskrzeczało za głośno, albo jakiś owad leciał zbyt blisko jej uszu… mimo wszystko wreszcie udało jej się dotrzeć do pobliskiej gałęzi. Podekscytowane miauknięcie wyrwało jej się z pyszczka, a ogon podrygiwał z rozemocjonowania.
— Teraz musisz zejść na dół! — krzyknął do niej kocur z dołu, jakby chciał przypomnieć jej, że to była dopiero połowa jej sukcesu. Złotofutra pokiwała mu głową z determinacją, ale i dalszym rozpromienieniem na mordce. Skoro szło jej tak dobrze i nie zapowiadało się na to, aby cokolwiek miało pójść nie tak, to nie miała nawet powodów do obaw. Zeszła dość sprawnie, ale momentami po omacku, ponieważ mech sprawiał, że unikała miejsc drewna, które było nim porośnięte. Zrobiła to dlatego, że zaczęła rosnąć w niej obawa przed poślizgnięciem się, a potem upadkiem na sam dół i pogorszeniem sobie… Przystanęła obok wojownika, powiewając ogonem z radości. Naprawdę jej się udało! I poszło jej nawet nienagannie…! Otrząsnęła się z drobinek mchu, które znalazły jakimś sposobem drogę do jej końcówek futra.

***

Do nosa Miodowej Łapy doleciała intensywna woń sąsiedniego klanu, ale i też świeże oznaczenia zapachowe członków Klanu Wilka. Rozejrzała się, a przed nią wymalował się wyraźnie zupełnie inny, równie ciekawy krajobraz. Do uszu koteczki doleciał szum wody, który momentalnie przykuł jej uwagę. Pojedynczy, dość smutny klangor mew dał o sobie znać, razem z ogromem innych ciekawych dźwięków, które na przemian zmuszały jej uszy do zwrócenia się ku kierunkowi dobiegających do nich tych wszystkich symfonii. Zastrzygła wąsami, przekierowując wzrok na jedną z kotek, która została przydzielona do ich patrolowania granic.
— Nazywasz się Miodowa Łapa? — zaczęła, poruszając niespokojnie ogonem i na parę uderzeń serca zrywając kontakt wzrokowy, jednak wróciła niepewnie oczami do towarzyszki. Wyglądała tak, jakby długo zbierała się na powiedzenie tych słów. — Ale… ale masz, to znaczy… masz ładne, nie… piękne imię! — zagadnęła do niej ruda koteczka, dokańczając to, co chciała powiedzieć, na co Miodek uśmiechnęła się równie nieśmiało.
— Dziękuję ci bardzo, Makowa Iluzjo. Do niedawna byłam znana jeszcze jako Ula, ale Zalotna Gwiazda przydzieliła mi takie, żebym nie różniła się od was jakoś szczególnie przynajmniej pod tym względem — zamruczała w odpowiedzi, a z jej pyszczka nie chciało zejść rozpromienienie. Miała szczerą nadzieję, że nie pomyliła imienia towarzyszki. Wilczy Skowyt powiedział jej także, że Maczka jest siostrą Kocimiętkowego Wiru, co automatycznie sprawiło, że spoglądała na wojowniczkę z nawet większą sympatią. Bursztynooka wyglądała na naprawdę miłą koteczkę. Miodowa Łapa cieszyła się, że w Klanie Wilka było tak wiele życzliwych i wspaniałych kotów. Nie czuła się tu samotna, mimo że jej obecne życie bardzo różniło się od tego, które zdążyła poznać i do którego została przyzwyczajona w Siedlisku Dwunożnych.
— Miodowa Łapo, a mieszkałaś z Dwunożnymi? To znaczy… w tych wielkich, jaskrawych pudłach? Nie bałaś się? — Makowa Iluzja zagadnęła jeszcze, gdy uwaga pozostałych członków patrolu skupiła się na jakimś szmerze w krzewach po drugiej stronie. Ich mięśnie napięły się, jednak niepotrzebnie, ponieważ zza rośliny wyskoczyła wiewiórka, która momentalnie pognała na jedno z pobliskich drzew.
— Tak. Dobrze mnie chroniło przed wiatrem i nie musiałam się martwić głośnymi dźwiękami, w zasadzie wszystko w domu było bardzo ciche, co dobrze na mnie działało. Rzadko kiedy się bałam, no... może jak mnie pierwszy raz zabrali w to miejsce, od mojej mamy, ale nie mogłam narzekać. Dostawałam tam wszystko, o co mogłabym kiedykolwiek prosić. Moja właścicielka była przekochana — rozgadała się złotofutra, chociaż przed odpowiedzią pozwoliła sobie na parę uderzeń serca przerwy, ponieważ tego potrzebowała. — Czasami za nią tęsknię, ale jestem wdzięczna, że natrafiłam na wasz patrol i że przyjęliście mnie do klanu z taką życzliwością. Gdyby nie wy, to pewnie… pewnie nadal bym chodziła sama i wystraszona — zatrzymała się na moment. Nie był to łatwy temat, a z jakiegoś powodu bardzo często do niego wracała. — Tutaj jest czasami za głośno, ale… obecność kotów takich jak ty czy Jesionowa Łapa sprawia, że jestem spokojniejsza — przyznała jeszcze, poruszając spokojnie ogonem, gdy Wilczy Skowyt dał jej ruchem głowy znać, by ruszyły za nimi w celu odnowienia dalszych znaczeń zapachowych.

<Makowa Iluzjo, a ty miałaś wcześniej do czynienia z ludźmi?>
[1343 słowa, wspinaczka na drzewa]

[17% + 5%]