BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

20 czerwca 2026

Od Łabądek CD. Żabiej Łapy

Nie wiedziała, co miała zrobić. Niby kotka nazwała ją dzieciakiem… którym nie była! Była przecież dostojną panienką prawie należącą do rodu! …No może nie do końca. Ale potem Żabia Łapa poprawiła się i zaczęła ją komplementować. Chociaż to oczywiście już wiedziała. Słyszała to od taty, mamy, a nawet pani Mandarynkowej Gwiazdy! Zlustrowała okiem kotkę i natrafiła na coś, co ją zaintrygowało. Jak już wcześniej zauważyła, wyglądała łudząco podobnie do pani liderki. Nie zauważyła jednak białej kryzy tak podobnej do jej i taty. Nie podobało jej się to. Przecież to była cecha zarezerwowana tylko dla takich wyjątkowych kotów jak ona! Bez urazy dla Żaby, która może i była jedną z wyżej w hierarchii uczennic w Klanie Nocy ze względu na swoje futro i rodziców, ale Łabądek była definitywnie lepsza! Przede wszystkim jej rodzice byli dużo ważniejsi, no i ona przynajmniej nie wgapiała się w inne koty jak jakaś niewychowana przybłęda! Popatrzyła, więc z obrzydzeniem na kryzę uczennicy.
– Co to jest?
Rozmówczyni zmarszczyła brwi.
– Tak zawsze miałam… Coś nie tak?
Zawsze tak miała? Hah! Jeszcze czego! Może jeszcze ta jej kręcona grzywka też taka była?!
– Nie nic… – miauknęła, po czym zakryła swój pyszczek łapką, jakby tłumiąc śmiech.
– Ty też taką masz – zauważyła pomarańczowooka. – Czemu zwracasz mi na to uwagę?
– …Muszę ci powiedzieć jeden sekret… – powiedziała. Poczekała, aż starsza nachyli się do niej i wyszeptała do jej ucha:
– Wiesz… niektórym to pasuje.

<Żaba?>

Od Ćmy

Mały, kremowy kłębuszek futra właśnie się narodził. Mały ogonek, małe uszka, małe nóżki leżały spokojnie przy posłaniu matki, lecz gdy podrosła, próbowała sama się przemieszczać, ruszać ogonkiem i nareszcie widzieć oraz słyszeć.
Świat wyglądał tak ładnie! Buźka mamy i taty w nią zapatrzoną, przytulające się rodzeństwo. Dźwięki ją otaczające też były ciekawe, spokojne miauknięcia rodziców, kroki kotów i gniewne mruknięcia jakiegoś szarobiałego kociaka w stronę starszej kotki.
Udało jej się powiedzieć również pierwsze słowo:
– M-m… – starała się kotka
– To na pewno będzie “mama”! – rzekła z dumą Kukułczy Wdzięk.
– M-m… mleko – wykrztusiła. – Mleko!
Trójoki Zając o mało nie parsknął śmiechem na widok zdezorientowanej miny szylkretki.
– Cóż, może będzie z niej żarłok? – powiedział kocur.
– Być może? – odpowiedziała żółtooka.
Nie dało się powiedzieć, że nim jest, ale na pewno można było powiedzieć, że była rozrabiaką, a Mysikrólik była idealną kompanką w różnych dziwnych pomysłach.
Nawet zjadła kawałek mchu!
– Ćmo! Zostaw ten mech! To nie jedzonko!
Ale ona już odgryzła zielone części i spokojnie je przeżuwała. Na szczęście, żadnej wizyty u medyczki nie było. Odnośnie do leczenia, raz zachorowała na kocięcy kaszel i tata zabrał ją do Jagnięcego Ukłonu. Widok kolorowych ziół sprawił, że marzeniem kotki stało się zostanie medyczką i pomaganie innym kotom, tak jak Jagnięcy Ukłon i Aldrowandowa Łapa. W niedalekiej przyszłości okaże się, czy kotka to istna mieszanka wybuchowa…

19 czerwca 2026

Od Puchacza CD. Wrony

Przeszłość

– Trzeba to pokazać tacie! – zarządził i wyszczerzył kiełki. Siostra pewnie zrobiłaby to samo, gdyby nie to, że miała w pysku piszczkę. Dwa demony dumnie podreptały do żłobka. Tam już czekał na nie przestraszony ojciec.
– Tu jesteście! Gdzie byliście? – zapytał zmartwiony Topola.
– Tato! Tato! Byliśmy w lesie! – oznajmił Puchacz.
– Patrz, co złapaliśmy! – miauknęła Wrona, kładąc przed nim nornicę. Czarno-biały patrzył na nich przez chwilę w zdumieniu, po czym wyszedł z kociarni.
– Figo! Figo! Chodź, popatrz, co dzieci zrobiły! – w głosie ojca było zmartwienie, którego dwa kociaki nie wyczuły. Uśmiechnęły się do siebie jeszcze raz z dumą, po czym wróciły do typowych dla rodzeństwa zapasów.

***

Teraźniejszość

Dzisiaj jego trening był krótki. Mama powiedziała, że to dlatego, iż miał dzisiaj wymienić swoje posłanie, oraz mech w legowisku starszych. Oczywiście, kiedy tylko to usłyszał, obrócił uszy do tyłu ze zdenerwowania. Figa jednak nie zmieniła swojego stanowiska. Dodała, że nauczy się wić posłania z mchu u starszych, a potem wykorzysta tę umiejętność na drzewie, robiąc swoje. Dodała, że to bardzo potrzebna sprawność w życiu Owocniaków. Teraz właśnie wytargał zużyty mech z legowiska starszyzny. Czuł się, jakby matka próbowała go wyszkolić na jakiegoś stróża, a nie zwiadowcę! Czy uznała, że tylko jedno dziecko może cokolwiek umieć i już się z nim poddała? Czy naprawdę uważała, że już do niczego się nigdy nie przyda oprócz wymieniania jakiegoś durnego mchu?! Z frustracji kopnął stertę starego porostu. Skończyło się na tym, że kilka jego drobinek przyczepiło się do jego futra.
– Ugh!
– Wszystko w porządku, Puchaczu? – biała głowa Pieczarki wyłoniła się z legowiska starszyzny.
– ...Tak, wszystko w porządku – westchnął. Starsza z powrotem zniknęła w legowisku, a on usiadł i ukrył głowę w łapach. Nie było w porządku.

<Wrona? Przyjdziesz pocieszyć brata?>
[276 słów]

Od Borowika CD. Mglistego Snu (Śnienia)

Leżałem na brzuchu, z głową między łapami. Przyglądałem się kotom, które to dopiero od niedawna przebywały ze mną w legowisku, odkąd wypuszczono ich z izolatki. Nie byli typowymi uczniami z dwóch prostych powodów - byli tacy jacyś starzy oraz jeden z nich miał brodę. I to nie byle jaką. Potężną. Jejku. Dałbym się pokroić za taką brodę. Dodaje ona niewątpliwie powagi jej posiadaczowi, jak i manifestuje doświadczenie życiowe, onieśmielając jednocześnie. W dodatku chyba takie stałe punkty w życiu jak bródka przydają się, gdy wszystko wokół dzieje się tak nagle i chaotycznie dla kotów jak Śnienie. Chyba musi być nieco zagubiony tutaj. Lub też nie. Ja nie wiem w sumie.
Gdybym tylko miał taką brodę… Nie mam pojęcia, jak można takową zdobyć. Wydaje mi się, choć to tylko teoria, że może być ona powiązana z jakimiś dziedzicznymi cechami lub pojawia się samorzutnie po pobycie w izolatce. Inna teoria twierdzi, że zyskać brodę można poprzez pradawny, pogański rytuał o brzasku. Przychylam się osobiście bardziej do wersji trzeciej, gdyż…
Uh. Chwila, chwila…
Wtedy zorientowałem się, że Śnienie… najwyraźniej dojrzał drążący go wzrok i teraz patrzył się prosto na mnie.
Zamarłem.
Nie powiem, nie była to w żaden sposób reakcja, na którą byłem jakkolwiek przygotowany. Z reguły jak gapię się na inne koty, to one nie zauważają lub nie mają odwagi odwzajemnić gestu…
Strzepnąłem głową na boki.
I zacząłem czołgać się w jego kierunku, na drugą stronę legowiska. Gdy byłem już wystarczająco blisko, rzuciłem mu krótkie spojrzenie w górę i spytałem.
– Uh... No. Co się tak... patrzysz? Na mnie – mruknąłem, podziwiając jego znakomitą bródkę z bliska.
Muszę jakoś odkryć jej sekret…
Zrozumiałem jakiś czas temu, że jeśli w rozmowie odwrócę sytuację w ten sposób, odbiorca poczuje się zakłopotany, być może absurd sytuacji zaleje go tak silnie, że eksploduje mu mózg… choć tego jeszcze nie miałem okazji doświadczyć.
Czarny kocur jednak tylko uniósł lekko jedną brew w zdziwieniu pomieszanym z rozbawieniem.
– Ja się patrzę? Hm. Zdawało mi się, że to ty, odkąd tu wszedłeś, nie odrywasz od nas wzroku. Chciałeś porozmawiać czy coś…? Borowik, prawda? – zagadnął, wyraźnie starając się być w miarę mocy przyjazny.
Ugh. No dobra. Może nie zawsze działa to tak, jakbym chciał…
– Uh. Co? Nie, nie… Znaczy… tak, Borowik. Ale… – ponownie się rozejrzałem. Większość kotów, które były tu jeszcze przed chwilą, albo wyszła, albo była chwilowo zajęta sobą. To moja szansa.
Spojrzałem na niego szeroko otwartymi oczami. Teraz tylko powiedzieć to jak najbardziej logicznie…
– No dobra. Słuchaj. Śnienie…? Zdradź mi. Jak się w rzeczywistości zdobywa taką majestatyczną bródkę…?

<Mglisty Śnie??>

Od Ostatniego Pożaru CD. Bursztynowej Łapy

Teraźniejszość

Na szczęście udało jej się wydostać z legowiska uczniów niedługo po mianowaniu Bursztynu na ucznia. Dzięki temu łatwiej jej było oddalić się od dzieci, a w szczególności od syna. Od rozmowy z Dzwonkiem odcięła się praktycznie zupełnie od w sumie każdego. Przyjaciół nie miała, bo ją zostawili, partnera też, bo ten związek nie miał szans na sukces, reszta rodziny albo nie żyła, albo przynosiła jej hańbę. I mogłaby się równie dobrze stąd wynieść… tylko nie miała gdzie. Dlatego musiała jak każdy inny Burzak chodzić na patrole i odbębniać wszystkie inne obowiązki. Dzisiaj miała iść na polowanie z kilkoma innymi kotami. Zdecydowanie wolała to od patroli granicznych. W tym wypadku przynajmniej mogła być przez chwilę sama. Dzisiaj w skład jej grupy wchodzili Dryfujący Fluoryt, Mała Bazia, Poczciwy Szakłak i… na Klan Gwiazdy… Bursztynowa Łapa. Od momentu, kiedy tylko wyszli z obozu, rudy skakał wokół niej, paplając, co mu tylko ślina na język przyniosła.
– Mamo! Mamo! A wiesz, że ja ostatnio złapałem mysz? A czemu koty w ogóle jedzą myszy? Przecież są takie małe! A ty jesz myszy? Kiedy ostatnio jadłaś mysz?
Wszystkie pytania po prostu zbywała westchnięciem.
– A czemu ty byłaś Pożarowa Łapa? Przecież uczniowie zazwyczaj są młodsi. Królicza Gwiazda cię nie lubi? A czemu ty jesteś Ostatni Pożar? To dlatego, że tak późno się mianowałaś?
Tego było za wiele. Nie dość, że ośmieszał ją przed całym patrolem, to jeszcze zadawał pytania, na które ona sama próbowała znaleźć odpowiedź.
– Poczciwy Szakłaku, nie potrafisz lepiej pilnować swojego ucznia?! – krzyknęła. – Najwyraźniej chyba powinien wrócić do żłobka, bo ani trochę nie dorósł!

<Bursztynie?>

Od Puchacza do Mordoru

Dzisiaj miał pójść na patrol graniczny. Matka zwlokła go z posłania zdecydowanie za wcześnie na jego gust.
– Wstawaj, Puchaczu. Patrol sam się nie odbędzie.
Sapnął z niezadowoleniem, ale po chwili i tak się podniósł. Nie tracił czasu na żadne wylizywanie futra, więc jak potargany koszmarek stawił się przy wyjściu. Czekali już na niego Figa, Hiacynt, Iskrzyk i Mordor. Grupa teraz już w komplecie wyszła. Pomimo bycia zwiadowcami ze względu na obecność świeżo mianowanej uczennicy patrol zrezygnował z chodzenia po drzewach. Nie mieli czasu na spontaniczną lekcję wspinaczki dla Mordoru, nie mówiąc już o przechodzeniu z jednego drzewa na drugie. Tak więc udali się drogą naziemną w kierunku dębowej ostoi. Nie powstrzymało to jednak obu mentorów w patrolu od wypytywania swoich uczniów o najróżniejsze małe skrawki wiedzy, które im wcześniej przekazali. Nie przestawali nawet wtedy, kiedy Puchacz musiał się skupić, próbując nie spaść z konającego buku. Widać było, że zarówno on, jak i Mordor byli tym faktem podirytowani. Różnica pomiędzy nimi była jedna. Kiedy Puchacz nie wiedział, że ptak świergoczący gdzieś w oddali to nie skowronek, a rudzik, po prostu wzruszał ramionami. W końcu miał umieć chodzić po drzewach, tropić, walczyć i polować, a nie znajdować rudziki. Kiedy jednak Mordor nie potrafiła trafnie określić gatunku jakiegoś drzewa, obok którego przed chwilą przechodzili, widocznie stawała się coraz to bardziej wkurzona. Nagle prowadzący patrol Iskrzyk zatrzymał się. Znalazł coś na ziemi. Ślad. Kremowy powąchał go.
– Zwietrzały – poinformował innych członków patrolu. Po czym zwrócił się do swojej uczennicy:
– Ostatnio mówiłem ci to na treningu. Czyj to ślad?
Figa przybliżyła się do ucha Puchacza i szepnęła:
– Lisa.
Mordor jednak udzieliła innej odpowiedzi.
– …Borsuka.
Kiedy dowiedziała się, że była to odpowiedź niepoprawna, wydała z siebie dziwny, głośny dźwięk. Wszyscy na chwilę zamarli. Nawet Puchacz zjeżył się bardziej niż zazwyczaj. Czy wydawanie dziwnych dźwięków było w tej rodzinie dziedziczne?
– Co… to było? – zapytał niepewnie kotki.

<Mordor?>
[308 słów + rozpoznawanie tropów lisów]

Od Wzorzystej Dali CD. Truskawkowego Pola

Skinęła pospiesznie głową i nerwowo sprawdzając, czy w pobliżu nie było Niebiańskiej Poświaty, odeszła w poszukiwaniu Pchełkowego Skoku.

***

Teraźniejszość

Było późne popołudnie. Właśnie skończyła zbierać kwiaty do dekoracji swojego futra. Teraz całe jej futro usiane było fiołkami. Nie zamierzała jeszcze wracać do obozu. Było nadal za wcześnie. To zostawiało tylko jedną opcję. Czas na ponowne “przypadkowe” zapuszczenie się blisko granicy z Klanem Nocy. Szła brzegiem morza, co chwilę pozwalając falom moczyć swoje łapy. Delektowała się tym spokojem. Nie musiała być blisko Niebo, której zresztą już się tak nie bała. Po prostu wolała jej unikać. Przede wszystkim jednak w tej chwili najbardziej podobała jej się wizja spotkania pięknej Nocniaczki. Rozmarzona szła, co jakiś czas zerkając to na morze, to na las. Wtedy wyczuła zapach kraba. Skierowała wzrok przed siebie i zauważyła go. Był dość duży. Byłaby głupia, gdyby nie skorzystała z okazji. Podkradła się do niego, a następnie rzuciła się pędem w jego kierunku. Nie zdążył uciec. Kiedy tylko złapała go w swoje szczęki, zaczęła tłuc nim o najbliższy odpowiedni kamień. W końcu pancerz skorupiaka się złamał. Ofiara nie żyła. Z krabem w pysku Wzorek podeszła jeszcze bliżej granicy z Klanem Nocy i wskoczyła na znajdujący się tam głaz. Odłożyła kraba przed sobą i sama się położyła.

***

Czekała trochę na Senną Łzę, ale ta nie przychodziła. Znowu. Nie zraziło jej to, ale nadal musiała wrócić do obozu. Może spotkają się innym razem. Wyrzuciła fiołki z futra do morza, zostawiając tylko jeden za uchem, wzięła kraba i wróciła do obozu. Tam postanowiła odwiedzić Truskawkowe Pole w żłobku. Kiedy weszła, położyła kraba przed karmicielką i ukłoniła się lekko.
– Dzień dobry, Truskawkowe Pole. To dla ciebie.

<Truskawka?>

Od Iskrzyka

Słońce spokojnie grzało obóz Owocowego Lasu. Nic niezwykłego jak na te porę roku. W każdym razie Iskrzyk przez krótszą już chwile przyglądał się pewnemu biało liliowemu kocurowi siedzącemu w rogu obozu. Robił to ze swojego legowiska na drzewie. Płatek wyglądał zwiadowcy teraz na nieco zagubionego, czyżby nadal nie mógł się przyzwyczaić do nowego domu? Zresztą z tego, co widział, nowy często taki był. Zdecydowanie zbyt często. To musi być dziwne uczucie. Iskrzyk niezbyt pamiętał dni, w których on i Lis przybyli do Owocowego Lasu. Dni, gdy jeszcze nie wiedział, że widzi własną matkę po raz ostatni… Myśl o tym sprawiała, że czuł się nieco dziwnie w klatce piersiowej, było to nieco nieprzyjemne uczucie. Dosyć ponure, coś na rodzaj pragnienia zobaczenia jej ponownie... Zignorował je więc zupełnie, skupiając się na nowym członku Owocowego Lasu. Z tego, co widział wcześniej, wydawał się bardzo związany z własną matką. Chyba mieli bliską relację. Może był właśnie taki w tej chwili, ponieważ ta wyszła na trening? Ta myśl znów skierowała go do myśli o jego matce… Iskrzyk czasem do bólu pragną zobaczyć by ją ponownie. Coś w rodzaju zazdrości zakłuło go z tyłu głowy. Uczucie w klatce piersiowej nadal mu się nie podobało oraz wyglądało na to, że nie chciało ustać. Zignorował owe odczucia więc ponownie, kierując swoje myśli na Lisa, jego brata. Był pewny, że gdyby rudzielec nie byłby tu z nim w całej swojej drogiej mu osobie oraz miałby być nowy w grupie, pewnie też wyglądałby na zagubionego… Płatek musi nikogo zbytnio tu nie znać, prawda? O droga Wszechmatko! On musi się czuć tu naprawdę niekomfortowo! Wśród obcych… A do tego niektórzy wydawali się nieco niezbyt zadowoleni z kolejnego nowego kota. Zwiadowcy wydawało się, że drugi kocur jest niezbyt gadatliwy. Co, jeśli Płatek boi się do kogoś odezwać? Iskrzyk w tym właśnie momencie nabrał głębszego oddechu i zaczął myśleć… Co by zrobić by kocur mógł potencjalnie poczuć się lepiej? Zagadać do niego, spróbować się zaprzyjaźnić? Może przedstawić go Lisowi? Lis mimo bycia nieco nudnym był dobrym kotem, a nowy wyglądał dosyć sympatycznie (nie to, co jego matka). Iskrzyk szybko więc uznał to za dobry pomysł! Uśmiechnął się sam do siebie i powoli wygramolił się z legowiska. Zszedł z drzewa, uważając, by nie spaść, i zaczął iść w kierunku drobniejszego kocura. Gdy był już blisko, stanął i miał się już odezwać, gdy zorientował się, że młodszy nie zauważył go, wpatrując się w siedzącą na kamyczku nieopodal biedronkę. Iskrzyk postanowił więc złamać leżącą na ziemi gałązkę przez stanięcie na niej. Ta złamała się, zwracając uwagę ucznia stróża. Iskrzyk zadowolony z siebie powiedział:
— Cześć, Płatku! Jestem Iskrzyk — niemalże wymruczał. Jego ton był przyjazny, dosyć przyjemny dla ucha. A przynajmniej tak sądził sam Iskrzyk. — Pamiętasz mnie z tego patrolu?
Nastała chwila ciszy, przez którą Iskrzyk zorientował się, że Płatek pachnie niczym jego matka. Kremowy widział, że ta wcześniej go myła. Musieli być serio blisko, to uczucie znów go ukłuło. Zignorował to ponownie i uśmiechnął się do niego. W każdym razie Płatek wyglądał na nieco zdziwionego, rozejrzał się szybko jakby, szukając ratunku... Choć może upewniał się, że to na pewno do niego? To wiedział tylko już sam Płatek.
— Dzień dobry? — ton kocura był cichy, pełen niepewności.
— A no, dobry i dobry — powiedział Iskrzyk.
Po tych słowach Płatek otworzył pyszczek, zamknął go jednak szybko i zaczął ponownie się delikatnie rozglądać oczami po okolicy. Najwidoczniej nie był gadułą, ciekawe za kim się tak rozglądał. Minęło parę bić serca wypełnionych niezręczną ciszą. Iskrzyk zaczął myśleć. Co by mu tak zaproponować? Może odwiedziny u Lisa? Albo wyjście poza obóz i małą oprowadzkę? Tak! To dobry pomysł!
— Mogę cię oprowadzić po terenach niedaleko obozu? — wypalił ot tak Iskrzyk, po czym dodał: — Nie wyglądasz mi na gadułę, nie musiałbyś dużo gadać! Nie szlibyśmy też jakoś specjalnie daleko!
Płatek wyglądał na nieco zaskoczonego, zamrugał zdezorientowany tymi swoimi dużymi ślepkami, zanim się odezwał, Iskrzyk już otworzył pyszczek i zaczął mówić.
— Wiesz, nie musisz się zgadzać, Płatku, ale jeśli to zrobisz, obiecuje pokazać ci to i owo! — Iskrzyk dodał też po chwili: — Znam naprawdę fajne miejsca!
— Ja… — chciał już powiedzieć drugi kot, gdy nagle zauważył coś, a raczej kogoś. — Przepraszam, ale muszę iść, żegnam.
Iskrzyk odwrócił się za odchodzącym kocurem, który, jak się okazało, szedł do swojej matki, która najwyraźniej wróciła z treningu. Kremowy obiecał sobie postarać się jeszcze kiedyś dogadać z Płatkiem i zaczął iść w stronę swojego legowiska, starając się Płatkowi nie zazdrościć bliskiej relacji z matką.

Od Pożarowej Łapy (Ostatniego Pożaru) CD. Tańcującego Pierza

Przeszłość

Rzuciła zirytowane spojrzenie w kierunku Zawodzącego Echa. Potem powoli skierowała się w kierunku wyjścia. Pierze był trochę przed nią. Warknęła w jego stronę. Kocur widocznie zacisnął zęby, ale ją przepuścił.

***

Teraźniejszość

Tego dnia bardzo wcześnie wyszła na “trening” z jednym z bachorów Sójczego Błękitu. Zauważyła, że od kiedy przestała zwracać uwagę na ich imiona, była bardziej zrelaksowana. Dzisiaj miała po prostu pójść upolować coś sama. Jakby tego nie umiała robić. Jakoś zawsze każdy jej wypominał wiele księżyców poza klanem, ale kiedy przychodziło do samotnego polowania, nie potrafili ani trochę połączyć faktów.
– Walony szczeniak – splunęła, kiedy trochę się oddaliła od srebrnej. – Myśli, że jest lepsza. Ile ja bym dała, żeby zobaczyć, jak Wilczaki ją rozszarpują – ostatnie zdania wypowiedziała szeptem. Westchnęła głęboko i zmarszczyła brwi. Przydałoby się w sumie coś upolować. Przynajmniej po to, żeby zjeść śniadanie. Zawęszyła. Zając. Po prawej stronie najdalej na długość drzewa. Przypadła do pozycji i zaczęła się skradać. Była coraz bliżej. Nagle zamarła. Uszak zaczął niespokojnie rozglądać się dookoła. Jeżeli teraz się podkradnie, zwierzyna usłyszy i ucieknie. Nie była jednak wystarczająco blisko, żeby mieć dobre szanse na powodzenie. Nie mogła też tak po prostu dać mu sobie pójść. Wystrzeliła w przód. Najwyraźniej w tej rodzinie mentalność “jeśli żadna opcja nie jest dobra, wybierz najgłupszą” była dziedziczna. Zwierzę również poleciało w przód, starając się ocalić swoje życie. Nie mogła pozwolić mu teraz uciec. Musiała coś zjeść. Jego nora była pewnie coraz bliżej. Nie mogła jednak dosięgnąć go ani szczękami, ani skokiem. W biegu wyciągnęła przednią łapę i jak najmocniej uderzyła w ofiarę. Trafiła w nogę. Zając zwolnił i tyle wystarczyło. Skoczyła na niego i ukróciła jego żywot. Wzięła gryzonia w szczęki i skierowała się do obozu. “Mentorka” w końcu ją znajdzie. Podobno była tą wielką “wojowniczką”.

***

Po powrocie odłożyła piszczkę na stos i sama wybrała coś sobie. Kiedy skończyła jeść, usłyszała zwołanie na spotkanie klanu. Machnęła ogonem. Czego ten stary dziad znowu chciał? Kiedy już wszyscy się zgromadzili, Królicza Gwiazda zaczął.
– Pożarowa Łapo wystąp.
A to nowość. Szok i niedowierzanie. I tym razem nieironicznie. Powoli przecisnęła się przed tłum. Królik coś tam jeszcze paplał jakąś formułkę, która zrobiłaby na niej wrażenie może osiemdziesiąt księżyców temu. Ona też odpowiedziała swoją część.
– Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Pożarowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Ostatni Pożar. Klan Gwiazdy ceni twoją determinację i siłę oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy.
Rozległy się wiwaty i inne takie. Ale ona nawet na nikogo nie popatrzyła. Od razu skierowała się w miejsce czuwania.

***

Rano

Zaczęła się zastanawiać czy ten stary dziad przypadkiem nie zrobił jej tej całej ceremonii tylko po to, żeby przez jeden dzień się z nikim nie pokłóciła. Jeśli tak to może i mu to wyszło, ale następnej okazji nie zmarnuje. Tak też się stało. Rano, kiedy poranny patrol ją mijał, wyłapała szyderczy uśmiech jednego z jego członków. Tańcujące Pierze.
– Co się gapisz, wronia strawo?! – warknęła.

<Pierze?>

Od Borowika CD. Orchidei

Przez ostatnie dni zacząłem zauważać coś nietuzinkowego. Co jakiś czas na karku odczuwałem mrowienie, a gdy się odwracałem, jedynym kotem, którego widziałem, było Drobinka. Patrzące się na mnie. Nie to, żeby to było coś nowego. Gdy aktualnie sięgam pamięcią wstecz, to wychodzi na to, że zawsze się na mnie patrzyło. Nigdy wcześniej nie wydawało mi się to niczym dziwnym, brałem to raczej za swego rodzaju cechę, tak jak moją jest niepatrzenie się na pobratymców, to jeno cechą jest patrzenie właśnie. Były też inne, że tak powiem etapowe powody mojego braku reakcji na ową czynność przyglądania się mojej osobie.
Jako kociak ignorowałem to, bo dla kociaków nie ma rzeczy dziwnych. A to przez fakt, że wszystko dla nich jest tak naprawdę nowe i dzieje się po raz pierwszy, wszelkie zdarzenia traktują więc w taki sam sposób, nie skupiają się na jednym.
Jako uczeń byłem uzależniony od treningu i zafiksowany na staniu się władcą wszechświata. Potem umarła Gąska. Jak teraz o tym myślę, to wychodzi, że wtedy właśnie Drobinka patrzyło się najwięcej. Nie zwracałem na to uwagi, bo byłem całkowicie pogrążony w żałobie rozpaczy, próbując wypełnić pustkę w moim sercu jeszcze bardziej wykańczającymi treningami, w dodatku byłem półprzytomny przez brak snu i jedzenia… ale ten epizod można pominąć.
Teraz… nie mam treningów. Jestem już zwiadowcą. Patrole, jak i wszystkie inne zadania mam regularnie. Mam więc czas na skupienie się na rzeczach od reguły tej odstających. Jako że wreszcie rozwinąłem moje umiejętności społeczne, zdecydowałem się na konfrontację z Drobinką. Pewnego dnia, gdy znowu poczułem na sobie jeno wzrok drążący mi dziurę w karku, podszedłem. I przemówiłem.
– Uh. A ty to… co się patrzysz tak…? Na mnie – mruknąłem, patrząc na jeno spode łba.
– Borowiku… j-ja… – zaczęło niepewnie, rozglądając się nerwowo dookoła, najprawdopodobniej próbując znaleźć logiczną wymówkę.
Nie przerywałem patrzenia się moimi zmęczonymi oczami w jeno jeszcze bardziej zmęczone oczy. Chyba ten zabieg (jak i wyraźnie mnogość nocy bez snu) podziałały.
– Właściwie to… od jakiegoś czasu… chciałom z tobą porozmawiać. Z tobą i z Gołąbkiem…
Zamrugałem.
– W jakim celu? Uh – strzepnąłem głową na boki. – On jest zajęty. Dużo kotów się ostatnio rozchorowało. Możesz powiedzieć mi najpierw. Skoro ja nie jestem zajęty.
Drobinka spuściło spojrzenie w dół, skrobnęło ziemię łapą dwukrotnie. Spojrzało na mnie. I westchnęło głęboko, jakby od dawna jeno płuca nie miały szansy się wypełnić.
– Dobrze, Borowiku… – powiedziało ciszej. – Powiem… powiem ci wszystko… Choć teraz już trochę za późno, prawda…? Teraz to już… nie ma znaczenia…

***

Pod wieczór przeszedłem wzdłuż terenu obozu z wiewiórą w pysku. Skierowałem się do legowiska starszych. Gdzie mieszkały starsze koty. Gdy byłem już wystarczająco blisko, dojrzałem kotkę, której szukałem. Orchidea. Leżała sobie spokojnie przed wejściem, grzejąc się przy ostatnich promieniach zachodzącego słońca.
Zatrzymałem się tuż przed nią, rzucając na nią cień. Upuściłem wiewiórę pod jej łapy.
– Uh. O nie. Chyba… nie powinno się jeść przed snem. Wybacz. Teraz to sobie uświadomiłem. W tym momencie. Ale za późno. Musisz ją zjeść teraz – mruknąłem. – Ano. I hej. Orchideo. Od tego… zacząć powinienem był. Ale już za późno. Um… – zmarszczyłem brwi. Co ja gadam w ogóle. Nie o tym miało być. Skup się.
– Oh, dziękuję, dziękuję, Borowiku, jak to miło z twojej strony! – mruknęła ciepłym głosem, uśmiechając się do mnie. Myślę - choć to tylko moja teoria - że gdyby zamienić miejscami słońce z Orchideą, to nic by się nie zmieniło. No, może poza tym, że świat by się rozpuścił przez płonącego olbrzyma na powierzchni. Jest jedną z najbardziej pozytywnych kotek, które znam.
– Uh. Tak, tak… A ten. W ogóle… przyszedłem. Tak. I chciałem poinformować cię, że… przyjdę jeszcze co najmniej kilkadziesiąt razy. Dopóki będziesz żyć. Bo… wychodzi na to, że jeżeli mnie Drobinka nie wkręciło, to teoretycznie niebiologicznie jesteś moją prawie babcią. Chyba. Uh. Mogłem… mogłem to źle zinterpretować równie dobrze. Choć przekaz był dość jasny…
– Oh, Borowiku… – zaczęła starsza.
– Bez… bez sensu, że tak… wyszło. Wszystko – przerwałem.
Nie było to kulturalne. Ale nie mogę teraz przestać mówić. Bo gdy usłyszę, jak ona mówi coś smutnego, to już żadnego dźwięku z siebie nie wydobędę do końca dnia. – Ale jeśli wolno mi zauważyć, statystyka wygląda tak, że na trzech utraconych rodziców przypada jeden nowy plus inny członek rodziny. Nie jest to zły bilans… nie, nie. Nie aż tak…

<Orchideo, nowa babciu…?>