BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

21 lipca 2026

Od Wędrującego Wibrysa CD. Truskawkowego Pola

Zwolnił kroku, słysząc słowa siostry. Nie było to szczególnie zaskakujące. Nie był ślepy, żeby nie zauważyć, jak ta kręciła się wokół rudego kocura niemal od pierwszego dnia ich wspólnych „treningów”. Truskawka miała tę specyficzną cechę, że jeśli ktoś choć odrobinę ją zainteresował, natychmiast zaczynała zachowywać się tak, jakby właśnie odkryła nowy gatunek zwierzyny i zamierzała dokładnie zbadać każdy jego aspekt.
Problem polegał na tym, że w przypadku jego siostry zainteresowanie bardzo rzadko kończyło się samym zainteresowaniem. Zazwyczaj oznaczało to serię przypadkowych spotkań, przesadnie entuzjastycznych powitań, pytań zadawanych o wszystkim i niczym oraz prób wmieszania się w życie drugiego kota, zanim ten zdążyłby zorientować się, że wpadł w jej sidła.
Wędrujący Wibrys był niezwykle wyczulony na podboje miłosne swej siostry od czasów sytuacji z Lnem, nawet jeśli miała ona miejsce wiele księżyców temu, a oni sami byli wówczas niedojrzałymi młodzieńcami. Nie miał na myśli tylko kotki i jej niedoszłego wówczas wybranka serca. Sam nieraz przesadzał, depcząc jej po łapach i pouczając za każde niepoprawne jego zdaniem zachowanie.
Mirtowe Lśnienie był jednak w przeciwieństwie do Lna kimś, od kogo Sekrecik nie miał potrzeby natychmiastowo zwiewać. Nie dlatego, że szczególnie podobał mu się pomysł oglądania całego tego przedstawienia z bliska — bo zdecydowanie nie podobał mu się — ale dlatego, że rudzielec wydawał się mieć do Truskawkowego Pola wyjątkowo dużo cierpliwości. A tego akurat było potrzeba więcej niż odwagi czy siły.
— Wiesz, że to brzmi jak coś, czym absolutnie nie powinienem być obciążany? — mruknął w końcu, patrząc na nią z boku.
Szylkretka oczywiście wyglądała na zachwyconą samą możliwością opowiedzenia mu o swoich wielkich planach. Z pewnością spodziewała się, że podejdzie do nich krytycznie, ale to tak właściwie tylko bardziej ją napędzało. Jego zdaniem było to całkowite działanie wbrew zdrowemu rozsądkowi.
— Obciążany? Sekreciku, ja właśnie dzielę się z tobą czymś niezwykle ważnym. To zaszczyt — oświadczyła dumnie, jakby robiła mu przysługę, mieszając go w swoje sprawy.
— To brzmi bardziej jak ostrzeżenie — rzucił, nie podzielając w żaden sposób jej entuzjamu.
— Jesteś taki niedoceniający.
— Jestem realistą.
Nie odpowiedziała, ale jej uśmiech sugerował mu wystarczająco dużo. Znał ją za dobrze, by nie wiedzieć, że już dawno podjęła decyzję i jego opinia była jej potrzebna wyłącznie po to, by móc się nią pochwalić.
Westchnął cicho, ale nie ciągnął tematu. Czasami z Truskawką było tak, że próba zatrzymania jej przed czymś przypominała próbę zatrzymania wody łapą. Można było próbować, ale efekt końcowy pozostawał raczej marny. Namęczy się, a koniec końców będzie niezadowolony, bo przecież "łapa" będzie umoczona.

***

Kiedy Mirtowe Lśnienie został samozwańczo mianowany liderem Klanu Klifu, Wibrys przez dłuższą chwilę nie wiedział, co właściwie powinien o tym myśleć. Nie dlatego, że uważał go za złego kandydata. Wręcz przeciwnie — im dłużej obserwował rudego kocura, tym bardziej dochodził do wniosku, że wybór był całkiem trafny. Mirtowe Lśnienie miał w sobie spokój, którego brakowało wielu kotom. Nie musiał krzyczeć, nie musiał udowadniać swojej wartości przy każdym kroku ani przypominać wszystkim dookoła, że zasługuje na miejsce, które zajmował. Po prostu był. Słuchał, wyciągał wnioski i zdawał się mieć tę rzadką umiejętność sprawiania, że inni czuli się przy nim pewniej.
Była to dość irytująca cecha u kogoś, kto musiał znosić Truskawkę, ale Wibrys musiał przyznać, że działała. Właściwie czasami zastanawiał się, jakim cudem Mirtowe Lśnienie nie osiwiał jeszcze od samego przebywania w jej pobliżu.
Jego siostra potrafiła w ciągu kilku chwil przyprawić go o zawał serca. Potrafiła być męcząca. Potrafiła być głośna. Potrafiła sprawić, że kot zaczynał tęsknić za ciszą, której wcześniej nawet nie doceniał.
Ale jednocześnie miała coś, czego nie dało się jej odebrać. Umiała przyciągać innych. Umiała sprawić, że nawet koty, które początkowo patrzyły na nią z nieufnością, po czasie zaczynały dostrzegać coś więcej niż tylko jej chaotyczną naturę. Być może właśnie dlatego Mirtowe Lśnienie tak dobrze sobie z nią radził. Nie próbował jej zmienić. Po prostu nauczył się rozumieć, co kryło się za całym tym zamieszaniem.
Poza tym Wibrys nie bardzo orientował się w ogólnym chaosie, jaki od dłuższego czasu panował w tym klanie. Nie chciał się w niego szczególnie zagłębiać. Nie dlatego, że zupełnie go to nie obchodziło, ale dlatego, że obawiał się, iż zbyt dokładne przyjrzenie się sytuacji tylko utwierdziłoby go w myśli, że porzucenie Owocowego Lasu nie było najrozsądniejszą decyzją, jaką w życiu podjął.
A przecież nie chciał do tego wracać.
Nie chciał analizować każdej decyzji, każdego kroku, każdej chwili, w której mogli postąpić inaczej. Byli tutaj. Żyli. Mieli schronienie, mieli jedzenie, mieli miejsce, które powoli zaczynało przypominać dom. Wibrys nie należał do kotów, które lubiły rozdrapywać przeszłość tylko po to, żeby sprawdzić, czy nadal boli.
Nie spodziewał się jednak, że niedługo później usłyszy kolejną wiadomość, która sprawiła, że przez chwilę musiał upewnić się, czy przypadkiem ktoś nie robi sobie z niego żartu.
Truskawkowe Pole została zastępczynią.
Samo pomyślenie o tym wydawało mu się absurdalne.
Przez moment naprawdę był przekonany, że źle usłyszał. Może ktoś powiedział inne imię. Może ktoś pomylił koty. Może po prostu Truskawka zrobiła coś typowego dla siebie i ogłosiła wszystkim coś, co w rzeczywistości jeszcze nie miało miejsca.
Ale nie. To naprawdę była ona. Jego rodzona siostra.
Ta sama kotka, która kiedyś potrafiła wpakować ich oboje w kłopoty tylko dlatego, że uznała jakiś pomysł za „interesujący”. Ta sama, która niejednokrotnie działała szybciej, niż myślała. Ta sama, która miała niezwykły talent do znajdowania sobie problemów nawet tam, gdzie wcześniej ich nie było.
I teraz ktoś uznał, że właśnie taka kotka powinna pomagać kierować klanem.
Samo w sobie było to niemal zabawne.
Nie dlatego, że jego siostra była niezdolna. Wbrew wszystkiemu, co można było o niej powiedzieć, kotka potrafiła być niezwykle zdeterminowana. Jeśli coś naprawdę leżało jej na sercu, potrafiła walczyć o to z siłą, której trudno było się po niej spodziewać. Nigdy nie należała do tych, którzy cicho przyjmowali rzeczywistość taką, jaka była. Jeśli coś jej nie pasowało, mówiła o tym. Jeśli ktoś jej zdaniem potrzebował pomocy, wtrącała się. Jeśli uznała, że coś było niesprawiedliwe, potrafiła poświęcić zaskakująco dużo energii, żeby to zmienić.
Problem polegał na tym, że równie często walczyła o sprawy, które dla większego ogółu niekoniecznie były dobrym pomysłem.
Nie uważał jej moralności za krzywą. Nie powiedziałby też, że była złą kotką. Wręcz przeciwnie — wiedział, że miewała dobre intencje. Problem tkwił raczej w tym, że Truskawka czasami tak bardzo skupiała się na własnym sposobie patrzenia na świat, że zapominała, iż inni mogli widzieć go zupełnie inaczej. Jej uczucia często wyprzedzały rozsądek, a entuzjazm potrafił przeskoczyć kilka kroków przed konsekwencjami.
W jego oczach wciąż była tą samą kotką, która stanowiła dla niego w wielu kwestiach utrapienie.
A jednak została wybrana.
I chyba właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę zrozumiał, że nie zna już swojej siostry tak dobrze, jak mu się wydawało.
Może nigdy nie chodziło o to, że Truskawka nie potrafiła dorosnąć. Może po prostu dorastała w sposób, którego nikt poza nią nie był w stanie przewidzieć. Może ta sama upartość, która kiedyś prowadziła ją do dziwnych decyzji, teraz sprawiała, że inni widzieli w niej kogoś godnego zaufania.
Bo przecież ostatecznie nie została zastępczynią dlatego, że była idealna.
Została nią mimo tego, jaka była.
Po wyrazach pysków współklanowiczów dosyć szybko pojął, że nie był to dla nich oczywisty wybór. I z pewnością wielu nie było z niego zadowolonych. Problemem nie zdawała się jednak sama kwestia uprzedzeń do kogoś spoza klanu, a raczej do samej Truskawki, która przecież własnym zachowaniem zdążyła dać się poznać jako kotka nieraz głośna, chaotyczna i trudna do przewidzenia.
Wibrys właściwie nie mógł mieć im tego za złe.
Gdyby kilka kotów, które zaakceptowały wybór szylkretki na zastępczynię, poznało chociaż część historii z czasów Owocowego Lasu, zapewne prędko podzieliliby zdanie tych pierwszych. Nie wiedzieli o wszystkich jej pomysłach, o sytuacjach, w których musiał się za nią stawiać, ani o momentach, gdy jedynym rozsądnym rozwiązaniem było zamknąć oczy i udawać, że nie widział tego, co właśnie zrobiła.
Miłostka zawsze była sobą. Niezależnie od miejsca, niezależnie od klanu, niezależnie od tego, ilu kotów patrzyło na nią z niepewnością. I być może właśnie dlatego ostatecznie znalazła swoje miejsce.

***


Truskawkowe Pole miała mieć kocięta.
Sekrecik przez długi czas po prostu patrzył na nią bez słowa, próbując połączyć tę informację z obrazem siostry, który miał w głowie. 
Rodzina nigdy nie była czymś, co do niej pasowało.
A jednak teraz miała stworzyć własną.
Nie spodziewał się, że kiedykolwiek dożyje dnia, w którym zobaczy ją spokojnie myślącą o przyszłości. Nie spodziewał się, że kotka, która całe życie próbowała znaleźć swoje miejsce, nagle sama stanie się dla kogoś domem.
Cóż.
Cuda najwyraźniej się zdarzały.

***

Kiedy zniknęła, początkowo nie pomyślał o niczym złym. Ona zawsze gdzieś znikała.
Była kotką, której ciężko było usiedzieć w jednym miejscu. Zawsze gdzieś biegła, zawsze coś sprawdzała, zawsze miała jakiś nowy pomysł. Przez pierwsze dni zakładał więc, że po prostu robi coś po swojemu.
Potem minęło więcej czasu. A ona nadal nie wróciła.
Sekrecik długo zastanawiał się, czy powinien jej szukać. Czy powinien ruszyć za nią, tak jak robił wcześniej? Czy powinien po raz kolejny zostawić wszystko i podążyć za siostrą, która całe życie prowadziła go za sobą?
Tym razem tego nie zrobił.
Nie dlatego, że przestało mu zależeć. Właściwie wychodziło na to, że zależało mu wystarczająco mocno.
W końcu Truskawkowe nigdy nie była kotką, którą można było zatrzymać. Można było ją prosić, można było ją przekonywać, można było próbować ją chronić, ale ostatecznie zawsze należała do niej samej. Jeśli gdzieś poszła, musiała mieć ku temu swój powód.
Może ją coś przerosło. Może życie, którego tak bardzo chciała, okazało się trudniejsze, niż zakładała. Może po prostu znowu poczuła potrzebę ruszenia dalej.
Nie wierzył, żeby coś jej się stało. Nie jego siostrze. Miłostka miała w sobie zbyt dużo uporu, żeby łatwo zniknąć. Jeśli już, to bardziej prawdopodobne było, że sama zdecydowała się odejść.
A on?
On po raz pierwszy od dawna nie chciał odchodzić razem z nią. Nie mógł wiecznie robić za jej opiekuna i pilnować jej każdego kroku.
Klan Klifu stał się jego domem. Pożegnał już raz swój dom, jakim był Owocowy Las, ale nie zamierzał robić tego po raz drugi.
Miał tutaj koty, z którymi rozmawiał. Miał swoje miejsce. Miał codzienność, która nie była już tylko przystankiem pomiędzy jednym a drugim życiem.
Wieczorem często spoglądał w niebo i myślał o tym wszystkim, czego nie powiedział. O tym, czy mógł zrobić coś więcej. Czy powinien był bardziej jej pilnować? Czy jako brat tak naprawdę nie zawiódł?
Prawda była taka, że Truskawka nigdy nie potrzebowała opiekuna.
Potrzebowała tylko kogoś, kto będzie pamiętał o niej, nawet kiedy jej zabraknie.
Westchnął cicho, unosząc wzrok ku gwiazdom.
— Mam nadzieję, że dobrze się bawisz — mruknął pod nosem, choć nie był pewien, czy mówił do niej, czy do rodziców, których dawno już nie było, chcąc tym samym przeprosić za wszystko, czym sprawił im przykrość.
Potem po prostu wrócił do swoich obowiązków.
Bo pierwszy raz od bardzo dawna nie czuł potrzeby szukania kolejnego miejsca.
Już je znalazł.

Od Żywicy (Żywicznej Łapy)

dawno temu
Największą rozrywką Żywicy od zawsze było obserwowanie poczynań brata.
Owszem, uwielbiała bawić się wszystkim, co tylko wpadło w jej łapy. Z radością goniła za piórami, które Dzwonkowy Świst przynosił jej z patroli, zachwycała się delikatnymi kwiatami i kamykami o niezwykłych kształtach. Każdy taki drobiazg stawał się dla niej małym skarbem. Mimo to nic nie potrafiło rozbawić jej równie mocno, co widok Bursztyna pędzącego na oślep przez cały żłobek.
Rudy kocurek wpadał na ściany, przewracał własne posłanie, zahaczał o innych mieszkańców, a mimo to za każdym razem podnosił się z równie szerokim uśmiechem i biegł dalej, jakby nic nie mogło go zatrzymać. Żywica śmiała się wtedy cicho pod nosem, obserwując jego niekończące się wygłupy.
Nawet gdy z jego nosa dumnie zwisał błyszczący glut, który skutecznie odbierał jej apetyt, nie zamieniłaby go na żadnego innego brata.
Był jej drugą połową.
Czasami miała wrażenie, że bez niego świat byłby o wiele większy, chłodniejszy i znacznie mniej zrozumiały. Ilekroć coś ją przestraszyło, Bursztyn bez chwili zawahania wysuwał się przed nią. Jeżeli jakiś starszy uczeń przebiegł zbyt blisko albo nieznajomy wojownik zajrzał do żłobka, on pierwszy podnosił ogon i stawał pomiędzy nimi. Nieważne, że sam był mniejszy od niej. W jego oczach najwyraźniej zawsze tliło się przekonanie, że zdoła obronić siostrę przed całym światem.
To właśnie dzięki niemu potrafiła odważyć się robić kolejne kroki. Popychał ją do zabawy, zachęcał do poznawania nowych zakamarków żłobka i wyciągał z każdej kryjówki, do której wciskała się, gdy tylko ogarniał ją strach. Był stałym elementem jej życia.
Kochała rodziców całym swoim drobnym sercem. Ciepło matczynego boku i łagodny głos ojca były dla niej najbezpieczniejszym miejscem na świecie, ale to jednak obecność Bursztyna była czymś jeszcze bardziej oczywistym. Tak naturalnym, że niemal nie potrafiła wyobrazić sobie dnia bez niego.
Żywica nigdy nie czuła potrzeby wychodzenia poza własny, niewielki świat.
Wokół siebie zbudowała niewidzialną skorupę — bezpieczną przystań, do której wpuszczała jedynie tych, którym naprawdę ufała. Rodzinę. Kilku wojowników odwiedzających żłobek. Koty, które zyskały jej sympatię cierpliwością i ciepłym uśmiechem.
Każdy inny pozostawał gdzieś daleko.
A jeśli w tym uporządkowanym świecie należało znaleźć miejsce dla Bursztyna, to on znajdował się bliżej niej niż ktokolwiek inny miałby prawo.

***

Kiedy wreszcie zaczęła rozumieć, czym naprawdę jest życie w Klanie Burzy, cały ten bezpieczny świat zaczął się kruszyć. Coraz częściej słyszała rozmowy o wojownikach, patrolach, polowaniach i treningach. Początkowo słowa te niewiele dla niej znaczyły, lecz z każdym kolejnym księżycem nabierały coraz wyraźniejszych kształtów. W końcu dotarło do niej, że pewnego dnia również będzie musiała opuścić żłobek.
Ta myśl ściskała jej serce, powodując rzeczywisty ból.
Najchętniej zakopałaby się głęboko w ciepłym, miękkim piasku. Nie przeszkadzałby jej nawet kurz wciskający się do nosa ani drobinki drażniące oczy, jeśli tylko mogłaby pozostać tam na zawsze.
Nie chciała dorastać. Nie chciała opuszczać miejsca, które znała od chwili narodzin. Nawet jeśli Pożar coraz częściej wydawała się nieobecna myślami, wtulenie się w jej bok nadal przynosiło Żywicy ukojenie. Matczyne futro pachniało domem i bezpieczeństwem. Czasami wystarczyło zamknąć oczy i wsłuchać się w spokojny oddech matki, aby wszystkie lęki choć na chwilę ucichły.
Z drugiej strony wiedziała, że trening oznacza również coś dobrego.
Będzie mogła częściej widywać Dzwonkowy Świst. Ojciec niemal każdego dnia znikał na patrolach, a jako uczennica sama zacznie poznawać świat, o którym tyle jej opowiadał.
No i był jeszcze Bursztyn. Skoro on również miał rozpocząć szkolenie, nadal mieli być razem.
Ta myśl była jedyną, która pozwalała jej z nadzieją patrzeć w przyszłość.

***
Przed mianowaniem
Myśl o opuszczeniu żłobka zadomowiła się w głowie Żywicy na dobre. Jeszcze niedawno potrafiła odsuwać ją od siebie, przekonując, że przecież do mianowania pozostało mnóstwo czasu, a kilka kolejnych księżyców minie szybciej, niż zdąży się obejrzeć. Teraz jednak każdy kolejny dzień zdawał się przypominać jej, że chwila, której nadejścia tak bardzo nie chciała, zbliża się nieubłaganie.
Nie podobało jej się to, jak bardzo pragnęła zostać.
Wstydliwie ukrywała tę myśl nawet przed samą sobą, bo tak naprawdę wiedziała, że przecież większość kociąt wyczekuje dnia, w którym opuszczą żłobek. Dla innych mianowanie było początkiem przygody — pierwszym krokiem ku zostaniu wojownikiem, poznaniu terenów Klanu Burzy i udowodnieniu swojej wartości.
Bliscy z podekscytowaniem rozmawiali o ich potencjalnych przyszłych mentorach, o pierwszych treningach i o tym, jakie imię wojownika mogliby kiedyś otrzymać. Ona natomiast najchętniej zakopałaby się głęboko w miękkim mchu i udawała, że ta chwila nigdy nie nadejdzie.
Nie dlatego, że nie chciała być wojownikiem. Po prostu nie była gotowa zostawić to wszystko, co znała. Żłobek był jej całym światem. Znała każdy jego zakamarek, każdy zapach unoszący się w powietrzu i każdy odgłos dobiegający zza wejścia do groty. Było to miejsce niewielkie, czasami zatłoczone i zdecydowanie zbyt głośne, ale mimo wszystko należało do niej.
Tutaj nic jej nie zaskakiwało. Wiedziała, czego się spodziewać. A poza żłobkiem? Tam wszystko wydawało się niepewne.
Żywica często zastanawiała się, czy jej strach oznacza, że jest słabsza od innych. Przecież jej rodzice wychowali ją najlepiej, jak potrafili. Dzwonkowy Świst zawsze powtarzał, że każdy kot ma własne tempo i że odwaga nie oznacza braku lęku, lecz umiejętność działania mimo niego. Mimo to trudno było jej uwierzyć, że pewnego dnia naprawdę będzie potrafiła stanąć naprzeciw nieznanego świata i nie zapragnąć natychmiastowego powrotu do domu.
Zaczęła nerwowo grzebać pazurem w ziemi, kreśląc w pyle bezładne wzory. Drobne ziarenka przesypywały się między jej futrem, a powtarzalny ruch choć odrobinę uspokajał rozbiegane myśli.
Wkrótce miało się to zmienić.
Zamiast leniwie przeciągać się po przebudzeniu i czekać, aż Bursztyn wymyśli kolejną dziwną zabawę, będzie musiała wstawać o świcie. Biegać po chłodnej trawie, zanim słońce ogrzeje ziemię. Uczyć się tropienia, walki i polowania.
Na samą myśl o tym ostatnim poczuła nieprzyjemny ucisk w brzuchu.
Rozumiała, że tak działa świat. Wiedziała, że wojownicy muszą zdobywać pożywienie, aby klan mógł przetrwać. Słuchała opowieści ojca o polowaniach i patrolach, a każda z nich była dla niej fascynująca, dopóki pozostawała jedynie historią. Gdy jednak wyobrażała sobie, że pewnego dnia sama będzie musiała śledzić przerażoną zdobycz, która za wszelką cenę będzie chciała uciec...
Wtedy zachwyt znikał.
Z zewnątrz dobiegły ją podniesione głosy wojowników oraz szybkie kroki przebiegających przez obóz kotów. Przez chwilę wpatrywała się w wejście do żłobka, obserwując cienie przesuwające się po ziemi. Poza ich małą kryjówką zawsze panował ruch. Wojownicy wracali z patroli, uczniowie ćwiczyli, a starsze koty rozmawiały o sprawach klanu.
Życie toczyło się wszędzie wokół niej. A ona coraz bardziej czuła, że za chwilę zostanie jego częścią.
Odwróciła głowę, szukając znajomej rudej sylwetki.
Bursztyna nie było.
Jeszcze chwilę wcześniej oznajmił jej z tajemniczym błyskiem w oku, że musi coś załatwić, po czym zniknął, prosząc ją, by się nie martwiła. Oczywiście nie posłuchała. Martwiła się o niego niemal zawsze, nawet jeśli doskonale wiedziała, że jej brat miał niezwykły talent do pakowania się w kłopoty, z których później równie niezwykłym sposobem wychodził.
Uśmiechnęła się pod nosem.
Bursztyn był taki od zawsze. Nie zastanawiał się długo. Nie analizował każdego możliwego zakończenia, jak to ona miała w zwyczaju. Po prostu działał. Czasami zazdrościła mu tej lekkości.
Jej wzrok zatrzymał się na niewielkim stosiku ułożonym niedaleko jej posłania. Kolorowe pióra, zasuszone kwiaty, gładkie kamyki w różnych odcieniach szarości — jej mała kolekcja, którą tworzyła od najmłodszych księżyców. Kiedyś była znacznie większa, ale część skarbów zniknęła, gdy do żłobka wprowadzili się nowi mieszkańcy. Wtedy wszędzie panował zamęt, przesuwano posłania, porządkowano rzeczy, a jej drobiazgi rozsypały się po całym legowisku. Żywica pamiętała, jak jeden z wojowników zgarnął je razem z liśćmi i resztkami mchu, uznając za zwykłe śmieci.
Stała wtedy kilka kroków dalej. Widziała wszystko i mogła zaprotestować. Mogła powiedzieć, że to jej własność.
Ale tego nie zrobiła.
Zamiast tego tylko patrzyła, jak część wspomnień znika poza obozem.
Do dziś bolało ją to bardziej, niż chciała przyznać. Nie chodziło nawet o same przedmioty. Każdy z nich coś znaczył. Niektóre przyniósł jej ojciec, inne dostała od wojowników odwiedzających żłobek. Były małymi dowodami na to, że ktoś o niej pomyślał. A ona nie potrafiła ich ochronić.
Delikatnie dotknęła łapą jednego z ocalałych piór.
Następnie wyciągnęła przed siebie łapy i przeciągnęła się, choć napięcie w jej mięśniach wcale nie chciało ustąpić. Od kilku dni czuła się tak, jakby coś ciężkiego spoczywało na jej barkach.
A była przecież tylko kociakiem. Jej największym zmartwieniem powinno być to, czy starczy jej sił na zabawę. Albo czy Bursztyn znowu schowa jej ulubiony kamień. Mogłaby przejmować się tym, czy ojciec wróci z patrolu z kolejnym ciekawym piórem.
Nie powinna myśleć o przyszłości. Nie powinna zastanawiać się, czy sobie poradzi.
Ciche mruczenie wyrwało się z jej gardła, zanim zdążyła o tym pomyśleć. Robiła tak zawsze, gdy próbowała się uspokoić. Dlaczego nie mogła być bardziej podobna do Bursztyna? Dla niego wszystko było łatwiejsze. Każdy nowy dzień traktował jak kolejną okazję do odkrycia czegoś niezwykłego. Nie bał się popełniać błędów, nie przejmował się tym, co pomyślą inni. Po prostu szedł przed siebie.
Żywica westchnęła cicho i spojrzała w stronę wyjścia ze żłobka. Może gdyby częściej próbowała dotrzymać mu kroku, sprawy miały by się inaczej. Nie czułaby się tak bardzo, jakby całe życie pozostawała kilka kroków za swoim bratem.

***
Dzień mianowania
Jej oczy pozostawały szeroko otwarte, choć sama nie była pewna, czy patrzy na wszystko z ciekawości, czy zwyczajnego przerażenia. Nadszedł dzień, którego nadejścia od tak dawna się obawiała. Dzień, w którym miała na zawsze opuścić żłobek.
Jeszcze kilka księżyców temu wydawało jej się, że gdy w końcu nadejdzie ta chwila, będzie spokojniejsza, że może z czasem przyzwyczai się do myśli o treningu, do nowych obowiązków i do tego, że jej życie zacznie wyglądać zupełnie inaczej. Próbowała wmówić sobie, że to przecież naturalna kolej rzeczy. Każdy wojownik kiedyś był kociakiem, każdy uczeń musiał po raz pierwszy wyjść poza obóz, każdy kot musiał kiedyś zostawić coś znajomego za sobą.
Rozumienie tego nie sprawiało, że było łatwiej. Zwłaszcza teraz. Teraz, gdy u jej boku nie było Bursztyna.
Jeszcze niedawno była przekonana, że razem przejdą przez ten dzień. Wyobrażała sobie, że stanie obok brata, że kiedy poczuje na sobie spojrzenia całego klanu, wystarczy, że zerknie w jego stronę i zobaczy znajomy, pełen pewności siebie uśmiech. Bursztyn zawsze potrafił sprawić, że rzeczy wydawały się prostsze. Nawet jeśli sam często był powodem problemów.
Niestety, tym razem jego talent do pakowania się w kłopoty obrócił się przeciwko niemu.
Wszystko zaczęło się od wydarzenia, o którym Żywica nadal nie potrafiła myśleć bez poczucia niepokoju. Bursztyn twierdził, że wcale nie zrobił tego, o co go oskarżano. Według jego wersji wydarzeń sprawy wyglądały zupełnie inaczej, a cała sytuacja była jedynie ogromnym nieporozumieniem. Jednak niezależnie od tego, jak bardzo próbował się tłumaczyć, decyzja zapadła. Za karę miał pozostać w żłobku.
Początkowo Żywica zupełnie nie rozumiała, dlaczego oznaczało to, że jej własne mianowanie musi odbyć się bez niego. Skoro Pożar i tak miała zostać przy synu, dlaczego ona nie mogła zostać razem z nimi? Przecież rozłąka z bratem również była dla niej karą.
Nie chodziło tylko o to, że nie będzie miała z kim dzielić nowego legowiska. Chodziło o to, że po raz pierwszy miała zrobić coś ważnego sama. Przez chwilę naprawdę rozważała, czy nie powinna zaproponować, że odbędzie karę za Bursztyna. Może gdyby przekonała lidera, że to ona powinna zostać w żłobku, a brat mógł rozpocząć trening...
Kiedy Królicza Gwiazda zwołał zebranie klanu, łapy Żywicy zaczęły drżeć.
Stała na skraju tłumu, czując, jak jej serce bije coraz szybciej. Do tej pory robiła wszystko, aby nie znajdować się w centrum uwagi. Wolała obserwować wszystko z bezpiecznego miejsca.
Teraz nie miała gdzie się ukryć. Czuła spojrzenia zgromadzonych kotów. Niektóre były życzliwe, a inne zwyczajnie zaciekawione. W jej umyśle wszystkie wydawały się jednak takie same. Intensywne i oceniające.
Spuściła wzrok, wbijając pazury delikatnie w ziemię. Dlaczego to musiało być takie oficjalne?
Czy naprawdę wszyscy musieli patrzeć? Czy nie wystarczyłoby, gdyby lider po prostu przyszedł do niej, powiedział, kto będzie jej mentorem, a potem pozwolił jej spokojnie przyzwyczaić się do nowej sytuacji?
Przecież te kilka wypowiedzianych przed klanem słów nie sprawią, że stanie się lepszą wojowniczką.
To trening miał ją tego nauczyć. A ona nawet nie wiedziała, czy będzie potrafiła przebiec przez las bez potknięcia się o własne łapy.
— Żywico, wystąp.
Głos lidera sprawił, że całe jej ciało zesztywniało. Przez krótką chwilę naprawdę pomyślała, że zaraz się rozpłacze. Nie rozumiała, skąd bierze się w niej aż tyle strachu. Przecież każdy kot stojący wokół niej przechodził przez dokładnie to samo. Dla nich była to zwyczajna część życia. Dlaczego więc dla niej wydawało się to czymś przerażającym?
Powoli ruszyła do przodu.
Szukała wzrokiem czegokolwiek znajomego — czegoś, co przypomniałoby jej jak oddychać. I wtedy spostrzegła jasnorude futro.
Jej ojciec stał wśród wojowników z tym samym co zawsze łagodnym uśmiechem na pysku. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, lekko zmrużył oczy i poruszył uchem, jakby chciał jej przekazać bezgłośnie, że da sobie radę.
Ten jeden gest wystarczył, by napięcie odrobinę zelżało. Ojciec zawsze wierzył w nią bardziej, niż ona sama potrafiła.
— Żywico, ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczennicą. Od tej chwili, aż do otrzymania imienia wojownika, będziesz nosić imię Żywiczna Łapa. Twoim mentorem będzie...
Królicza Gwiazda zawahał się.
To krótkie milczenie wystarczyło, aby jej serce ponownie przyspieszyło. Lider był już starszym kotem. Żywica słyszała nieraz, że czasami trudno było za nim nadążyć, a jego decyzje potrafiły zaskoczyć nawet najbliższych wojowników. Teraz patrzyła, jak prostuje się i spogląda na zebranych, jakby sam jeszcze raz rozważał swój wybór.
— Twoim mentorem będzie Oskrzydlony Ognik.
Przez chwilę nic nie poczuła. A potem powoli przypomniała sobie to imię. Kot, o którym część jej rodziny nie wypowiadała się szczególnie pochlebnie.
Spojrzała w stronę matki i niemal natychmiast zauważyła jej niezadowoloną minę. Pożar wyglądała tak, jakby ledwo powstrzymywała się przed wyrażeniem swojej opinii, a Ognista Piękność, stojąca niedaleko niej, nawet nie próbowała ukryć oburzenia.
Żywica poczuła nieprzyjemny skurcz w brzuchu. Jeśli jej własna rodzina uważała ten wybór za zły, to czy naprawdę mogła zaufać temu mentorowi? Nie miała jednak czasu, by się nad tym zastanawiać, gdyż po chwili przed nią stanął wysoki, jaskraworudy kocur.
Żywica odruchowo cofnęła się o pół kroku.
Nie wyglądał jednak tak strasznie, jak sugerowały opowieści, których wcześniej słuchała. Był po prostu kotem. Kotem, który teraz miał nauczyć ją wszystkiego, czego potrzebowała, aby zostać wojowniczką.
I choć nadal najbardziej na świecie chciała, aby obok niej stał Bursztyn, wiedziała, że na tę chwilę nic już nie mogła poradzić.
Po zakończeniu ceremonii i krótkim zetknięciu nosów z mentorem — które swoją drogą wywołało u niej lekkie wzdrygnięcie przez chłód jego nosa — niemal natychmiast spróbowała uciec do rodziny.
Chciała znaleźć się z powrotem wśród tych, wśród których czuła się bezpiecznie.
— Kiedy już pochwalisz się nowym imieniem, będę czekał przy wyjściu z obozu. — Odezwał się za nią Ognik. — Oprowadzę cię po części terenów, póki pogoda nam sprzyja.
Przez moment nie była pewna, czy mówi do niej. Dopiero gdy odwróciła głowę i zobaczyła jego spojrzenie skierowane w jej stronę, poczuła kolejną falę zakłopotania.
— D-dobrze — odpowiedziała cicho.
Po czym, zanim niezręczna cisza zdążyła się jeszcze bardziej wydłużyć, ruszyła w stronę rodziny.
Miała wrażenie, że tego dnia przeżyła już wystarczająco dużo, a to przecież był dopiero początek.
Żywica nie musiała nawet patrzeć na rodzinę, aby wiedzieć, jaka będzie ich reakcja. Wystarczyło, że zbliżyła się do nich, a już wyczuła napięcie unoszące się w powietrzu. Pożar siedziała sztywno, z ogonem owiniętym wokół łap i wyraźnym niezadowoleniem wymalowanym na pysku. Ognista Piękność nawet nie próbowała ukrywać swoich emocji — jej spojrzenie było chłodne, a uszy odchylone lekko do tyłu, jakby samo wspomnienie imienia Oskrzydlonego Ognika było wystarczającym powodem do irytacji.
Żywica poczuła znajomy ucisk w brzuchu. Jeszcze przed chwilą bała się jedynie tego, że będzie musiała opuścić żłobek i rozpocząć trening. Teraz do listy jej zmartwień dołączyło kolejne pytanie. Czy naprawdę wybrano dla niej odpowiedniego mentora?
Nie chciała przyznać, że opinia rodziny miała na nią wpływ. Wiedziała przecież, że każdy z nich miał własne zdanie, własne doświadczenia i własne powody, by patrzeć na niektóre koty niechętnie. Mimo to trudno było całkowicie zignorować niezadowolenie najbliższych.
Przez pierwsze chwile po ceremonii prawie nie słuchała rozmów wokół siebie. Słowa mieszały się w jeden wielki szum. Gratulacje innych wojowników, życzenia powodzenia, pytania o to, jak się czuje — wszystko docierało do niej z opóźnieniem.
Tak naprawdę liczyła tylko na to, że ktoś powie jej, że nadal może wrócić do żłobka. Jutro obudzi się obok Bursztyna, a całe to zamieszanie okaże się jedynie dziwnym snem.
Ale nikt tego nie powiedział.
Ojciec poczekał, aż rozmowa ucichnie, a pozostali członkowie rodziny zajmą się swoimi sprawami. Dopiero wtedy podszedł bliżej i usiadł obok niej. Przez chwilę po prostu siedzieli obok siebie.
Żywica nie musiała nic mówić.
— Trafił ci się dobry mentor — powiedział w końcu.
Spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem. Nie spodziewała się tego.
— Naprawdę?
Dzwonkowy Świst uśmiechnął się łagodnie.
— Naprawdę. Wiem, że twoja matka może zdawać się mieć inne zdanie, ale to jej prywatna sprawa.
Żywica przekrzywiła głowę. Nie do końca rozumiała, co miał na myśli.
— Pamiętam go jeszcze jako kociaka — kontynuował Dzwonkowy Świst. — Był pełen energii. Gotów do działania, miał w sobie naprawdę mnóstwo zapału.
W oczach Żywicy pojawił się cień zainteresowania.
— Jak Bursztyn?
Pytanie wyrwało się z niej szybciej, niż zdążyła pomyśleć. Dzwonkowy Świst przez moment wyglądał tak, jakby nie był pewien, czy powinien się śmiać.
— To może nie jest najlepsze porównanie — przyznał, a po chwili parsknął cicho. — W pewnych kwestiach rzeczywiście mogą być podobni.
Żywica uśmiechnęła się pod nosem. Oczywiście. Nawet jej ojciec wiedział, że Bursztyn był wyjątkowy.
Na chwilę poczuła znajome ciepło w sercu. Samo wspomnienie brata sprawiało, że dzień wydawał się odrobinę łatwiejszy.
— Może inni będą teraz mówić do ciebie Żywiczna Łapo — powiedział Dzwonkowy Świst, pochylając się nad nią i delikatnie muskając jej głowę łapą. — Może kiedyś otrzymasz piękne imię wojownika i wszyscy będą cię nim nazywać. — Jego uśmiech stał się jeszcze cieplejszy.— Ale dla mnie zawsze będziesz moją małą Żywiczką.
Nie potrafiła powstrzymać cichego śmiechu. Zmrużyła oczy, czując znajome ciepło pod jego łapą.
Przez chwilę znów była małym kociakiem. Nie uczennicą. Nie przyszłą wojowniczką.
Po prostu jego córką.
— Mam nadzieję, że cię nie zawiodę — wyszeptała. Te słowa ledwo opuściły jej pysk.
Kocur od razu spojrzał na nią poważniej.
— Nigdy mnie nie zawiedziesz. — W jego głosie nie było ani cienia wątpliwości. Potem uniósł wzrok ponad jej głowę, spoglądając w stronę wyjścia z obozu. — A teraz leć. Twój mentor czeka.
Żywica odwróciła uszy w tamtą stronę.
Oskrzydlony Ognik rzeczywiście stał niedaleko wejścia. Nie wyglądał jednak, jakby ją obserwował. Rozmawiał z inną wojowniczką, spokojny i opanowany, zupełnie jakby nie miał pojęcia, jak wielką burzę myśli jego wybór na jej mentora wywołał w jej głowie.
— Najchętniej sam oprowadziłbym cię po terenach — dodał Dzwonkowy Świst. — Ale to już zadanie twojego mentora. Obiecaj mi tylko, że kiedy poznasz trochę lepiej okolice, wybierzesz się kiedyś ze starym ojcem na spacer. — Mrugnął do niej porozumiewawczo.
Żywica poczuła, że uśmiech sam pojawia się na jej pysku.
— Obiecuję.
Jeszcze przez chwilę stała obok niego, a potem wzięła głębszy wdech i ruszyła w stronę Ognika. Nie mogła całe życie chować się przed tym, co znajdowało się poza granicami jej strachu.

***

Oskrzydlony Ognik rzeczywiście nie okazał się taki straszny, jak wyobrażała go sobie Żywica. Spodziewała się kota chłodnego, surowego i nieprzystępnego — kogoś, kto od pierwszego dnia zacznie wymagać od niej rzeczy, których nie będzie potrafiła zrobić.
Tymczasem stojący przed nią wojownik był po prostu... spokojny. Nie próbował jej poganiać, nie śmiał się z jej niepewności. Nie traktował jej jak kogoś słabego.
Kiedy opuścili obóz, Żywica niemal natychmiast poczuła, jak wszystkie jej zmysły wyostrzają się jednocześnie.
Powietrze było chłodniejsze, pełne zapachów, których nie potrafiła jeszcze rozpoznać. Każdy szelest liści sprawiał, że jej uszy natychmiast się poruszały, a każdy cień między drzewami wydawał się czymś, co mogło nagle wyskoczyć i ją zaskoczyć.
Przez pierwsze chwile szła bardzo blisko Ognika. Nie dlatego, że mu ufała. Tego jeszcze nie mogła powiedzieć. Po prostu jego obecność sprawiała, że świat wydawał się odrobinę mniej ogromny.
Rudy kocur zdawał się jednak nie zwracać uwagi na jej napięcie. Poruszał się spokojnie, pewnie stawiając łapy na ziemi, jakby każdy kamień i każdy korzeń były mu doskonale znane.
Żywica natomiast miała wrażenie, że każdy krok może zakończyć się katastrofą.
Co chwilę spoglądała pod łapy, upewniając się, że nie zahaczy o wystający korzeń albo nie nadepnie na coś, co wyda niepotrzebny dźwięk.
— Nie musisz chodzić tak ostrożnie, jakby ziemia miała zaraz cię zaatakować — zauważył w końcu Ognik.
Żywica natychmiast uniosła głowę. Czy aż tak było to widać?
— Nie chodzę ostrożnie — odpowiedziała szybko, choć może było to błędem. Te słowa zabrzmiały na mało przekonujące, a poza tym, w ostrożności nie było niczego złego.
Ognik jedynie poruszył wąsami.
Nie wyglądał na rozbawionego. Raczej... zdawał się wyrozumiały.
— Jasne — mruknął.
Nie wiedziała, czy powinno ją to zirytować, czy uspokoić. Przynajmniej nie naciskał.
Po pewnym czasie dotarli do Przybrzeżnego Oka. Żywica zatrzymała się niemal natychmiast.
Powierzchnia stawu była niemal nieruchoma, odbijając fragmenty nieba i kołyszące się nad brzegiem rośliny. W przeciwieństwie do rzeki, którą mijali wcześniej, tutaj panowała cisza. Nie było gwałtownego nurtu. Był tylko spokój.
Żywica podeszła odrobinę bliżej.
Nie zauważyła nawet, kiedy przestała myśleć o tym, że chce wrócić.
Później zobaczyła wrzosowisko rozciągające się niedaleko Upadłego Potwora. Delikatne, fioletowe kwiaty poruszały się na wietrze, tworząc falującą plamę koloru pośród zieleni. Żywica zatrzymała się na chwilę, zachwycona tym widokiem.
Nawet nie przypuszczała, że świat poza obozem może wyglądać tak pięknie. Oczywiście nadal nie zamierzała zbliżać się do Upadłego Potwora. Sam jego widok z oddali wystarczył, aby poczuła niepokój. Nie rozumiała, jak coś tak wielkiego i obcego mogło kiedyś przemierzać tereny przodków. Samo istnienie tego stworzenia wydawało jej się czymś nienaturalnym.
Ale wrzosy... Wrzosy były piękne.
Ognik nagle zatrzymał się, a jego ciało zmieniło się niemal natychmiast. Ze spokoju przestawił się na pełne skupienie, co Żywica zauważyła dopiero po chwili.
Wstrzymała oddech, gdy do jej uszu doszedł delikatny szelest.
Ledwo słyszalny ruch w trawie dla niej stanowił tylko przypadkowy dźwięk. Dla Ognika najwyraźniej oznaczał coś więcej.
Zanim zdążyła zapytać, wojownik ruszył. Obserwowała go z szeroko otwartymi oczami.
A potem wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Jeden skok i po wszystkim.
Żywica zamarła.
Patrzyła na zdobycz trzymaną przez mentora i czuła, jak coś ściska ją w środku.
Jeszcze chwilę temu była zachwycona pięknem lasu. A teraz pierwszy raz naprawdę zrozumiała, co oznacza bycie wojownikiem.
— Za niedługo też będziesz tak sprawnie polować — powiedział Ognik spokojnie, upuszczając martwego już zająca pod łapy.
Te słowa powinny ją ucieszyć. Powinna poczuć dumę. Przecież każdy uczeń chciał usłyszeć, że kiedyś będzie dobrym wojownikiem.
Ale ona poczuła tylko niepokój. Nie chciała. Nie była gotowa. I chociaż wiedziała, że kiedyś będzie musiała się tego nauczyć, jakaś część niej nadal chciała wrócić do żłobka, gdzie największym problemem było to, że Bursztyn znowu podpał ich matce.
Przez dalszą drogę próbowała pogodzić w sobie masę sprzecznych myśli. Zaczęła zwalniać.
Nie zdawała sobie nawet sprawy, że robi to coraz bardziej widocznie, dopóki Ognik nie dostosował swojego kroku do jej tempa.
— Co, opadasz już z sił? — zapytał żartobliwie.
Żywica natychmiast spuściła wzrok. Nie była przyzwyczajona do rozmów z kimś, kto nie należał do jej rodziny.
— Hej — odezwał się po chwili Ognik łagodniej. — Tylko żartuję. Nie bój się, nie zamierzam cię zjeść.
Jej uszy drgnęły. Nie była pewna, czy powinna się roześmiać.
— Pod moim okiem wyrośnie z ciebie całkiem niezła wojowniczka — dodał.
Przez moment chciała odpowiedzieć, że jej matka chyba wcale tak nie uważa. Powstrzymała się jednak.
Dzwonkowy Świst wierzył w nią, a jemu akurat chciała wierzyć.
— Nie boję się — powiedziała w końcu, choć zabrzmiało to mniej pewnie, niż chciała. — Po prostu jestem zmęczona.
Ognik skinął głową.
— Rozumiem. Jak na pierwszy dzień, to sporo wrażeń.
Po chwili ruszył dalej.
— Chodź. Musisz znaleźć sobie dobre miejsce w legowisku uczniowskim.
Żywica poczuła nieprzyjemne ukłucie na samą myśl o tym.

***

Legowisko uczniowskie było zupełnie inne niż żłobek, choć Żywica spodziewała się tego od chwili, gdy po raz pierwszy usłyszała o swoim mianowaniu. Dopiero jednak przekraczając jego wejście, naprawdę poczuła różnicę. Żłobek zawsze kojarzył jej się z ciepłem i spokojnym chaosem — z zapachem mleka, miękkiego mchu i futra bliskich jej kotów. Tutaj natomiast wszystko wydawało się większe i poważniejsze. W powietrzu unosiły się zapachy uczniów, którzy od wielu księżyców trenowali, polowali i przygotowywali się do zostania wojownikami. Ich posłania były ułożone w sposób, który sugerował porządek i pewność siebie, a Żywica po raz pierwszy poczuła, że znalazła się w miejscu, do którego jeszcze nie pasuje.
Przez chwilę stała przy wejściu, nie wiedząc, czy powinna ruszyć dalej. Miała wrażenie, że wszyscy widzą, jak bardzo jest obca. Że każdy kot w środku dostrzega w niej jeszcze to samo nieśmiałe kocię, które niedawno całe dnie spędzało w żłobku, chowając się za bratem i zbierając kolorowe kamyki oraz pióra. Teraz jednak miała nosić imię Żywicznej Łapy. Miała rozpocząć trening. Miała pewnego dnia stać się wojowniczką. Samo imię wciąż brzmiało dziwnie, jakby należało do kogoś zupełnie innego.
W końcu znalazła wolny kawałek miejsca przy ścianie i ostrożnie zaczęła układać mech pod swoje posłanie. Przez chwilę patrzyła na swoje łapy, czując nieprzyjemne ukłucie w gardle. Nie chciała płakać. Nie tutaj. Nie pierwszego dnia jako uczennica. Wiedziała, że wojownicy powinni być odważni, a ona przecież właśnie rozpoczęła drogę, która miała ją do tego doprowadzić. Tylko że w tej chwili wcale nie czuła się kimś, kto kiedyś będzie potrafił stawić czoła niebezpieczeństwu. Czuła się jak małe kocię, któremu ktoś nagle kazał dorosnąć.
Najbardziej bolała jednak nie sama zmiana miejsca.
Brakowało jej Bursztyna.
Przez całe życie jego obecność była czymś oczywistym. Nie musiała nawet z nim rozmawiać, aby czuć się spokojniejsza. Wystarczało, że spał obok, że słyszała jego oddech albo czuła, jak przez sen przypadkiem trąca ją łapą. Czasem dosyć boleśnie.
Był częścią jej codzienności tak naturalną, że nigdy nie zastanawiała się, jak wyglądałoby życie bez niego. Teraz po raz pierwszy miała zasnąć sama, otoczona przez obce koty, których głosy i zapachy dopiero zaczynała poznawać.
Przez długi czas leżała nieruchomo, wsłuchując się w odgłosy otoczenia. Słyszała czyjeś ciche rozmowy, szuranie łap po ziemi i spokojne oddechy śpiących uczniów. Każdy z tych dźwięków przypominał jej, że znajduje się w nowym miejscu. Próbowała wyobrazić sobie, że obok niej nadal leży Bursztyn, że za chwilę się poruszy i mruknie coś przez sen, ale rzeczywistość pozostawała niezmienna. Jego nie było.
Obiecał jej przecież, że nigdy jej nie zostawi.
Wiedziała, że to nie była jego wina. Wiedziała, że nie chciał jej zostawić i że sam pewnie czuł się źle, pozostając w żłobku, podczas gdy ona zaczynała nowy etap życia. Mimo to gdzieś głęboko w sercu tkwiło dziwne uczucie pustki, którego nie potrafiła się pozbyć.
Dopiero następnego ranka, gdy pierwsze promienie światła zaczęły wpadać do legowiska, Żywica zrozumiała, że mimo wszystko przetrwała tę noc. Nie była spokojniejsza. Nadal bała się treningu, nadal tęskniła za żłobkiem i nadal najchętniej pobiegłaby prosto do niego, wtuliła się w bok matki i udawała, że nic się nie zmieniło.
Ojciec nie powiedział, że niczego nie będzie się bała. Nie obiecał, że wszystko stanie się łatwe. Po prostu wierzył, że sobie poradzi. Może więc ona również powinna spróbować w to wierzyć.

[4410 słów]

Od Nocnego Śpiewaka do Nadciągającego Pomroku

Chwilę przed narodzinami dzieci Słoty

Nocny Śpiewak zaczął dzień spokojnie od patrolu, który zakończył miłym posiłkiem u boku Ognikowej Słoty. Nie mógł się już doczekać, aż kotka urodzi i będzie mógł poznać te słodkie maluchy. Rozmawiali sobie spokojnie, aż nie podeszła do nich Nadciągający Pomrok z przyjaznym uśmiechem. Nocny Śpiewak uśmiechnął się, kiedy mistrzyni zaproponowała mu wyjście.
— Oczywiście, że nie! To będzie sama przyjemność! — w jego głowie już kłębiły się myśli pełne ekscytacji! Dodatkowy trening? Polowanie? Nawet zwyczajny spacer byłby zaszczytem!
— Nie śpiesz się tak z tą ekscytacją — miauknęła, skinąwszy siostrze głową na pożegnanie. — Nawet nie wiesz, po co wyciągam cię z obozu... Ruszyła w kierunku wyjścia do lasu, nie oglądając się za kocurem. Noc zerknął za kotą, po czym pospiesznie pożegnał się ze Słotą. Ta tylko uśmiechnęła się do niego szeroko i zajęła się swoim jedzeniem. Nocny Śpiewak podskoczył na równe łapy i dogonił mistrzynię.
— Nie muszę wiedzieć, co robimy! — mruknął kot. Nadal było w nim trochę tego uczniowskiego podejścia. — Ja po prostu lubię robić... coś. Zwłaszcza z tak utalentowanymi kotami, jak ty czy Ognikowa Słota! Ta Skierowała swoje kroki w stronę granicy z Klanem Klifu.
— Jeszcze pomyślę, że chcesz mi się podlizać i zostawię Cię jednak w obozie — odparła szybko z chytrym uśmiechem. — Skoro tak lubisz moją siostrę, to może opowiesz mi o tym, jak się dogadujecie? Chyba często odwiedzała was w żłobku, gdy przywlokłam wasze małe zady do obozu.
— Tak bardzo często nas odwiedzała. — Noc pokiwał łebkiem, uśmiechając się szeroko. — Opowiadała nam historie wojowników i naszych przodków. Opowiadała nam, jak powinniśmy postępować w przyszłości, jak sami otrzymamy nasze imiona. Naprawdę ją podziwiam. Nie dziwię się, że została mianowana mistrzynią. Zasługuje na to miano. Jest silna, jest odważna, wierzy w swoje słowa i swoją moralność. Podziwiam ją, tak prawdziwie, prosto z serca, nie tylko jako mistrzynię, ale też jako kogoś mi tak bliskiego. Nie sądzę, że byłbym tutaj, gdzie teraz jestem jakby nie jej słowa i pomoc. — Noc omijał trochę mówienie bezpośrednio o Mrocznej Puszczy, o historiach o zbrodniach Klanu Gwiazdy czy kotach, których nie powinien lubić. Nie był pewien czy Pomrok także wierzyła, a głupio byłoby się tak wydać przed kimś tak ważnym. Jednocześnie może właśnie tego szukała? Noc nie był pewien. Kotka kiwnęła głową, zadowolona. — Słota wie, co mówi. Dałabym sobie urwać pazur, że nie ma w Klanie Wilka młodego kota, który nie słyszał od niej, chociaż paru słów o Mrocznej Puszczy. Nocny Śpiewak uśmiechnął się zadowolony. Czyli jednak!
— To prawda. Słota była pierwszą kotką, która mi o tym opowiedziała tak dogłębnie. Zapaliła we mnie prawdziwą wiarę. Do tej pory pamiętam, że jako świeżo upieczony uczeń podbiegłem do niej i obiecałem jej, że będę walczyć na pięści z Klanem Gwiazdy! — zaśmiał się Noc pod nosem. — Miałem szalone pomysły jako dzieciak, heh.
— Byle żebyś tego zapału nie stracił — skwitowała, wymijając sprawnie drzewa czy inne przeszkody na ich ścieżce. — Kto wie, jakim przeciwnikom Klan Wilka będzie musiał roztrzaskać czaszki za naszego życia. Nocny Śpiewak manewrował z uwagę i względną łatwością za kotką, która prowadziła ich w miejsce znane tylko jej.
— Staram się jej nie stracić. W końcu trzeba przyłożyć łapy do pogromu przeciwników. I zdrajców... Zwłaszcza zdrajców. — Noc bardzo nie lubił myśli o tym, że ktoś w klanie mógłby być zdrajcą. Kłamcą czy wężem, obojętne, nie zasługiwali na miejsce w tym pięknym klanie.
Pochyliła łeb, przemykając pod niskim drzewkiem.
— Kto według Ciebie jest zdrajcą?
— Zależy jak na to spojrzeć. Koty wierzące w Klan Gwiazdy albo spierające się z Mroczną Puszczą to jedna definicja. Może nie są bezpośrednim zagrożeniem, ale... ich wiara z pewnością jest problematyczna. W moich oczach nie ma dla nich szacunku, jednak nie ma co pochopnie postępować, jak jedyne co robią, to wierzą. Szansa na zmianę wiary zawsze istnieje, tak? Przynajmniej ja tak uważam. Koty, które z kolei aktywnie działają? Knują, zabijają wierzące koty albo idą przeciwko naszej przywódczyni? To takie oczywistości. — mruknął Noc. — Dobrze jest mieć oko na wszystkich takich delikwentów, żeby w razie co... ich wygnać... wygnać... — „preferencyjnie do ich ukochanego Klanu Gwiazdy”. Pomyślał, ale już tego nie dodał na głos. Kotka przytaknęła wojownikowi. — Należy mieć oczy i uszy szeroko otwarte — miauknęła. — Nigdy nie wiadomo, kiedy kot, którego uważałeś za bliskiego, odwróci się do Ciebie zadem. Zdrada nie ma granic; jednym z jej przykładów może być moja przybrana siostra, Jarzębinowy Żar. Skrzywiła się na samo wspomnienie kotki.
— To prawda... Niestety. Ale tak, czasami najbliżsi decydują się nas zawieźć. Gdybym musiał, skoczyłbym do gardła i własnemu bratu. Mam nadzieję, jednak że nie będzie takiej potrzeby, właściwie nigdy. — mruknął. Nie chciałby patrzeć, jak jego własny brat odchodzi, ucieka albo jest broń przodkowie, wysyłany do kociego nieba... lub piekła, zależy. Kąciki pyska starzej wojowniczki uniosły się lekko.
— Cieszę się, słysząc o takiej odwadze z twojej strony — skomentowała. Zapadła cisza. Noc nie wiedział już co za bardzo powiedzieć. Przynajmniej spacer był przyjemny. Pomimo pory roku pogoda była całkiem przyjemna, a las wcale nie taki ciemny jak zwykle. Może to po prostu zadowolenie z samego siebie powodowało takie spojrzenie na świat. Powoli zaczęli zbliżać się do jednego z tuneli.
— Rano jeden z wojowników poinformował nas o dziwnych zapachach dobiegających z wejścia pod ziemię — oznajmiła Nadciągający Pomrok, marszcząc lekko nos. — Trzeba sprawdzić, czy ktoś się tam nie kręci.
Nocny Śpiewak kiwnął głową ze zrozumieniem. To musiało być nic ważnego, jeśli wybrała do tego zadania akurat jego, zamiast kogoś bardziej doświadczonego, więc nie martwił się za mocno.
— Tak jest! — mruknął potulnie. Tunele zbliżały się coraz bardziej. Z machnięciem ogona kotka podprowadziła Noc do samego wejścia. Pociągnęła nosem, mrużąc ślipia, po czym pochyliła nieco głowę i wsunęła się do tunelu. Od razu w powietrzu dało się wyczuć ostrą, nieco mdłą woń krwi. Noc wsunął się za starszą kotką do tuneli i także wziął głęboki wdech. Zaraz potem zmarszczył nos bardziej z zaskoczenia i intensywności niż obrzydzenia. Zapach krwi go trochę zaskoczył, ale po paru uderzeniach serca zdążył się ogarnąć. W końcu ten mdły i metaliczny zapach nie był dla niego żadną nowością. Tyle razy ją pił i wąchał, kiedy zanurzał zęby w zdobyczy.
— Pchanie krwią... — stwierdził płasko. Zapach krwi stawał się coraz silniejszy, dopóki koty nie natknęły się na niepokojący widok. Czyjeś szczątki leżały przed nimi nieruchomo. Kocie szczątki. Nony Śpiewak poczuł, jak coś ściska go za żołądek. Nachylił się bliżej i wziął porządny wdech. Jego pierwszą reakcją było założenie, że to ktoś z jego klanu. W ciemności trudno było rozeznać się, chociażby w kolorze sierści nieszczęśnika.
— Nie... Nie pachnie jak jeden z naszych... — odparł z ulgą w głosie. Jego sierść nieco opadła na jego szyi, gdzie przed chwilą wyglądał jak jeż.
— Padlina — prychnęła Pomrok. — Ktoś go tu zawlókł albo zostawił swojego kolegę na miejscu zbrodni.
— No tak. — mruknął Nocny śpiewak i wzruszył ramionami. Potem zapadła chwila ciszy. Dwa uderzenia serca może. — Wiec... co chciałabyś zrobić z tą sytuacją? Czy szukamy winowajcy, grzebiemy go i idziemy po jakieś posiłki? — spojrzał na mistrzynię w oczekiwaniu jakiegoś rozkazu. W końcu ona tu rządzi. — Szkoda go tutaj zostawić, bo jeszcze jakiś uczeń się na to natknie, albo brońcie przodkowie, zachęci to jakiegoś borsuka lub lisa do zorganizowania sobie tutaj domu… — Nos zmarszczył się na samo wspomnienie drapieżników. Kotka Machnęła ogonem i podeszła bliżej zwłok.
— Wywleczemy go stąd i zakopiemy — oznajmiła. — Jeżeli żaden z patroli nie natknie się dziś na zapach włóczęgów, to zapewne już naszego sprawcy nie znajdziemy... Kto wie, czy to w ogóle samotnik. – Słowa Pomroku sprawiły, że Nocy mocno zabiło serce. Czyżby to ktoś z ich klanu zostawił im taką niespodziankę? Czy chciał, aby zwłoki zostały znalezione i jego czyn był jasno widoczny dla wszystkich? Noc miał tyle pytań, ale mordkę zamknął już na dobre.
Ciało nieszczęśnika zostało zakopane w płytkim grobie niedaleko. Noc nieźle się namęczył, żeby przebić się przez marznącą powoli ziemię. W nocy jego mięśnie jeszcze upominały się za jego niecny wyczyn kopania, ale on sam sen miał błogi. Nie śniło mu się nic, ale zadowolenie, że Pomrok wybrała akurat jego, aby jej pomógł, sprawiało że czuł się wyjątkowo dobrze. Co go czeka dalej? Nie miał pojęcia, ale był na to gotowy.

<Nadciągający Pomroku?>

20 lipca 2026

Od Konwaliowej Mielizny CD. Złocistego Widlika

Dawniej dość chętnie przesiadywał ze Złocistym Widlikiem, potrafiąc rozmawiać z piastunem godzinami, lecz wszystko uległo zmianie, podobnie, jak w życiu wojownika. Starszy przestał być postrzegany przez Konwalię za przyjaciela lub kogoś więcej, teraz uważał starszego jedynie za znajomego z czasów żłobka i późnego dzieciństwa.
Po opuszczeniu wyspy, będącej więzieniem dla niego i części rodziny, przestał tak często zaglądać do legowiska, gdzie Widlik doglądał kociąt. Ostatnim razem rozmawiał z kocurem, kiedy to dzieci Kropiatkowej Skórki miał z może trzy księżyce, od tamtej pory nie pojawił się w żłobku ani razu. Choć w końcu musiała nastąpić zmiana w tej sprawie, gdyż niedługo po rozmowie z Fląderką i Wymarzoną Słodyczą o własnej ucieczce, postanowił poinformować również kocura o tym. Długo się z tym wahał, lecz uważał, że jest mu to winien ze względu na ich dawną bliską relację.
Kiedy tylko wszedł do środka, nie zastał już Mysiomózgiej Łapy w środku. Kotka niedawno zginęła. Konwalia nie rozumiał jakim cudem do tego doszło, skoro czekoladowa zbyt często nie opuszczała obozu, a przynajmniej tak mu się wydawało. Nim piastun zdołał jakkolwiek zareagować na nagłe pojawienie się wojownika, ten podszedł do zielonookiego, zakrywając mu pysk ogonem. Dał mu jasno do zrozumienia, by ten nie mówił ani słowa.
— Widliku, wiem, że między nami różnie bywało, ale jest coś, co chciałbym ci powiedzieć. Odchodzę z klanu. — Nie obchodziło go już, że ktoś niepożądany może usłyszeć jego słowa lub kociaki później komuś je powtórzą. Wszystko miał już zaplanowane. W ciągu ostatnich nocy udało mu się raz wyjść z obozu i sprawdzić miejsce przy granicy, które byłoby idealne do przekroczenia i udania się w głąb terenów niczyich. — Może to niespodziewane, lecz już dłużej tutaj nie wytrzymam. Mam jedynie prośbę, byś opiekował się moją siostrą oraz Fląderką. Może brzmi to absurdalnie, byś zajął się czekoladowym kotem, jednak proszę, zrób to ze względu na naszą dawną przyjaźń. — Po tych słowach, nie dając czasu starszemu na przetrawienie tej informacji, opuścił żłobek.

«★»

Kiedy tylko powoli zaczęło zmierzchać, liliowy zaczął odczuwać pewien stres, ale też i spokój ducha, jakby świadomość tego, że już za chwilę na zawsze opuści to miejsce, sprawiło, że dotychczas niewidzialny ciężar znikał z jego barków. Będzie mógł być w końcu wolny, żyć na własnych zasadach, bez obawy, że jeden niewłaściwy gest lub słowa sprawią, iż ponownie zostanie odizolowany od pozostałych Nocniaków.
W końcu, mając pewność, że nikt zbytnio nie zainteresuje się jego wyjściem, podniósł się z posłania, które przez tyle księżyców zajmował i ruszył ku wyjściu. Niestety przy nim stał wojownik, który od razu zaczął go przewiercać wzrokiem na wylot.
— Wychodzę tylko na chwilę. Ostatnio nie było to problemem — oznajmił, a Nocniak jedynie przewrócił oczyma, lecz nic na temat wyjścia Konwalii nie powiedział. Ten uznał to za znak i niespiesznie, by nie wzbudzać podejrzeń, minął pobratymca.
Gdy tylko upewnił się, że nikt go nie widzi, ruszył biegiem do Zrujnowanego Mostu, po którym przeprawił się na drugą stronę. Po jego prawej wznosił się Brzozowy Zagajnik, a po lewej dalsza część terenów aż do niewielkiej rzeki, stanowiącej naturalną granicę. To właśnie tam czasem liliowy wędrował na patrolach i spotykał czarno białego samotnika. Liczył, że ponowne odnalezienie go nie będzie takie trudne i ten zgodzi się nauczyć dawnego klanowicza trochę o życiu na terenach niczyich.
Śnieg pod jego łapami nieco tłumił stawiane kroki w biegu, lecz również potęgował uczucie chłodu, które towarzyszyło, odkąd słońce zniknęło za horyzontem. Z ciężkim oddechem pokonał ostatnią przeszkodę, za którą zatrzymał się i z ulgą spojrzał na tereny Klanu Nocy. Już nigdy tam nie wróci, do końca swych dni będzie żył jako samotnik i żaden ród nie będzie czyhać na jego błąd. Będzie wolny i skazany tylko na siebie.

Sesja wstrzymana/zakończona

Od Konwalii CD. Fląderki

Przed rozmową z Wymarzoną Słodyczą

“A czy ty Konwaliowa Mielizno... chcesz odejść z Klanu Nocy?” — słowa Fląderki niemal non stop go nawiedzały w ostatnich dniach. Wtedy zaprzeczył, argumentując swoją decyzję troską o siostry i Borówkową Słodycz, która po opuszczeniu odosobnionej wyspy nie była sobą. Teraz jednak miał wątpliwości. Jego matki nie było, Słodka została wojowniczką, a Korzeń… Cóż, nadal była uczniem.
Obserwując z legowiska medyków źródełko, nie zauważył, nawet gdy w pobliżu pojawiła się czekoladowa kotka. Jej szylkretowe futro było istnym przekleństwem w klanie — Konwalia odkąd pamięta brązowooka była z jego powodu traktowana gorzej, podobnie jak Korzonek. On sam nie miał w klanie łatwo, choć jego futro było barwy liliowej. To jednak dla niektórych nie miało znaczenia, gdyż liczył się fakt, że jedna z jego sióstr jest czekoladowym kotem, zrodzonym z błota według bajeczek, które wciskano kociętom.
— Konwaliowa Mielizno. — Na dźwięk swojego imienia, zastrzygł uchem i przeniósł swoje jasne spojrzenie na odrzutka.
— Witaj Fląderko, coś się stało? — spytał, podnosząc się z dotychczasowego miejsca. Idealnie się złożyło, gdyż kocur chciał porozmawiać z młodszą, chcąc jej przekazać pewną decyzję.
— Nie nie, po prostu chce porozmawiać…
— Dobrze się składa, gdyż też muszę z tobą porozmawiać — przyznał i nie czekając na Fląderkę, ruszył ku wyjściu z obozu. W międzyczasie jedynie dał znak ogonem, by ta podążała za nim.
Całą drogę kocur zastanawiał się, jak to wszystko ubrać w słowa. Nie chciał być gorszy od swoich rodziców, którzy uciekli, nienawidził ich za to. A teraz? Sam chciał uciec z tego miejsca jak najdalej. Gdy dotarli nad Zrujnowany Most, wojownik zajął miejsce nad brzegiem rzeki.
— Fląderko, chce Ci coś ważnego powiedzieć — zaczął. — Ja… odchodzę. Dłużej już nie mogę tutaj być. Nie chcę, byś się martwiła moim zniknięciem, dlatego Ci o tym mówię. W dodatku chce, abyś również pilnowała moich sióstr, by wiedziały, że to nie ich wina i do samego końca starałem się, jak mogłem, by być obok nich jako najlepszy brat. Odejdę niedługo, zapewne w nocy.

Sesja wstrzymana/zakończona

Od Puszystej Łapy do Dymówki

Jakiś czas temu

Puszysta Łapa spojrzała na Serdeczną Naparstnicę. Nie był najwyższy, można by powiedzieć, że Puszek był dwa razy większy od niego. Miał króciutkie łapki i chodził wyraźnie wolno. Szli razem w ciszy, słychać było jedynie tupot ośmiu łap. Gałęzatce trochę brakowało wszechobecnej wody Klanu Nocy, w której mogło zamoczyć łapki i popływać w cieplejsze dni. Teraz podczas Pory Nagich Drzew nawet by się jej to nie przyśniło, mimo to tęsknił za tym. I za Złocistym Widlikiem. Chciałaby, żeby jej brat chodził na zgromadzenia. Lub był przynajmniej na jednym z nich. Kto wie, może kiedyś, gdy ktoś go zastąpi, będzie jeszcze im dane się spotkać? Dryfek nie był szczególnie co do tego przekonany, jednak nikt nie zabraniał mu mieć nadziei.
— Jak się miewa Psotny Nietoperz? — zapytał nagle Naparstnica, a Puszek niemal podskoczył wystraszony.
— Bardzo dobrze. Jest zdrowa, kocięta również — miauknął, czując ciepło na serduszku.
— Czy w Klanie Nocy ćwiczyłeś może wspinaczkę na drzewa? — zapytał zaraz arlekin, a Puszek pokiwał głową ochoczo. — A co z tunelami? — mruknął.
— Nigdy nie miałam treningu w tunelach. Czy to istotne w Klanie Klifu? Jest coś, co jeszcze powinienem wiedzieć? — podpytał od razu.
— Nauczę cię także trochę ziół, żebyś mógł wyleczyć podstawowe choroby — dodał, a Nerina kiwnęła głową.
Puszek spojrzała w zacieniony otwór.
— Idziesz za mną — miauknął Serdeczny, a końcowa jego ogona skinęła lekko w stronę kotki. — Nie zgub się.

***

Puszysta Łapa zaraz po treningu zabrała ze stosu niewielką wiewiórkę i ruszyła w stronę żłobka. Podsunęło zwierzątko swojej partnerce i spojrzało na ich kociaki. Poruszały się już trochę bardziej pewnie niż po porodzie, choć ich oczka nie wyglądały jeszcze na gotowe, aby ujrzeć koci świat. Najwyraźniej jednak były wystarczająco wyrośnięte, aby jedno z nich podpełzło w stronę Neriny i zaczęło szperać w jego sierści na brzuchu. Spojrzało na niebieskiego na drobną koteczkę rozczulone.
— Psotko ja chyba się popłaczę — zaczął, kierując swój pyszczek w stronę partnerki, a jego oczy zeszkliły się lekko. — Jaka ona jest urocza… — miauknął i delikatnie liznął Dymówkę po drobnej główce.
Podsunął lekko niebieską kuleczkę pod brzuch matki, a ta niemal od razu zaczęła wysysać z niej mleko.
— Myślisz, że nas słyszą? Albo rozumieją? — zapytał cichutko, głaszcząc lekko łapką niebieską koteczkę. — Kiedy zaczną mówić swoje pierwsze słowa? Chciałabym przy tym być…
Mała Dymówka odwróciła pyszczek w stronę ojca z cichym piskiem.

<Mała Dymóweczko?>

[364 słowa + nawigacja w tunelach]

Od Puszystej Łapy CD. Psotnego Nietoperza

Przeszłość

Niebieski kocur cieszył się jak nigdy. Nagle decyzja, na którą zdobyła się kilkanaście księżyców temu, zaczęła brzmieć doskonale. Zdecydowało się na przybycie do Klanu Klifu z pewnego powodu — była tam jeno (od niedawna) partnerka! Napawało go to ogromną dumą i jeszcze większą ekscytacją. Nie spodziewała się bowiem, że kiedykolwiek będzie kogoś miał. Tym bardziej że będzie to ktoś, kogo tak bardzo cenił. Zastanawiał się tylko czasem czy to właściwe. Czy przyjaciele powinni w ogóle zostawać partnerami? Gdzieś po głowie krzątało się jej takie pytanie. Wiedział jednak, że to uczucie rozkwitało już na początku. Sam fakt, że tak szybko złapał kontakt z nieznanym mu kotem, był podejrzany. Być może już wtedy nawet lubiła czarną kotkę. Wracał właśnie z patrolu, cały w skowronkach, gdy to wyrosła przed nim właśnie jeno luba. Jeszcze ze zwierzyną w pysku uniosło lekko brew. Psotka wyglądała na wyraźnie podekscytowaną. Nerina nie zdążyła nawet odłożyć na stos złapanych piszczek, a już została zaatakowana.
— Hej skarbie, muszę ci coś powiedzieć — zaczęła rozemocjonowanym głosem.
— O co chodzi Psotko? — spytał kocur, lekko przekrzywiając łebek zainteresowany.
— Będziemy rodzicami! — pochwaliła się kotka.
Puszystej Łapie wypadła zwierzyna z pyszczka.
— Naprawdę? — zamrugało kilkukrotnie.
— Tak! — miauknęła radośnie Nietoperz. — Nie cieszysz się? — zapytała, marszcząc leciutko brwi.
— Bardzo się cieszę. Tylko…nie spodziewałam się? O rany — miauknął, a jej oczy zaszły się łzami pełnymi wzruszenia. — Będziemy mieli kocięta? Maluszki? — szepnął, nagle nabywając ekscytację od partnerki. — To wspaniała wiadomość! — zawołało zadowolone jak nigdy.
Polizało partnerkę po poliku.
— W takim razie musisz o siebie bardzo dbać. Pora Nagich Drzew tuż tuż, a zapowiada się straszny ziąb! — miauknął radośnie, nucąc pod nosem. — Będę przynosił ci zwierzynę. I oczywiście pomogę przy kuleczkach. Wiesz już, ile ich będzie? Jak się o tym dowiedziałaś? — rozgadał się nagle.
Nie pamiętała, kiedy ostatnio aż tyle słów wydobyło się z jej pyszczka.

Jakiś czas później

— Psotko? — rozległ się znajomy głos Puszystej Łapy.
— Och skarbie, czekałam na ciebie z niecierpliwością. Siadaj i opowiadaj, jak tam treningi ci idą. Czy nikt w klanie ci nie dokucza? Mam komuś podrzucić żabę albo robaka do posłania? — zapytała z figlarnym błyskiem w niebieskich oczach.
Puszek spojrzał na kotkę z czułością.
— Treningi idą raczej dobrze. Chociaż ostatnio raczej więcej uczę się ziół. Najwyraźniej protektorzy muszą mieć też trochę takiej wiedzy… Ale to całkiem ciekawe I nie musisz się niczym martwić. Podrzucanie robaków innym do posłania nie będzie potrzebne — zachichotał. — Jak kocięta? Kopią? Dobrze się czujesz? — zapytał, siadając obok.
Przez Porę Nagich Drzew brakowało trochę zwierzyny. Po wizycie u dwunożnych udało mi się zgubić trochę masy, choć to głównie wina tego, że oddawał Pstoce swoje posiłki. Chciał, aby kotka wyszła z tego cało, a kocięta wyrosły na zdrowe i silne.
— Raczej dobrze, trochę kopią, ale to nic. Czuję się świetnie — zamruczała ciepło.
Nerina otarł czule swój pysk o ten kotki.
— Bardzo mnie to cieszy. Już nie mogę się doczekać, aż zobaczę ich słodkie pyszczki. Mam nadzieję, że będą podobne do ich mamusi — zaświergotała wesoło.

Przed porodem Psotki

Wracał akurat do obozu, gdy zauważył medyczkę wchodzącą akurat do żłobka. Niosła w pyszczku różne zioła i…patyk. Wiedziała, do czego służył. Podskoczyła lekko, spotykając się z pytającym spojrzeniem towarzyszących jej przy patrolu innym kotom. Podeszło do wejścia od żłobka i nastroszyło uszy, aby lepiej słyszeć. Usiadł i nerwowo strzepnęła uchem. Wolał nie przeszkadzać medykom, choć bardzo chciał już zobaczyć swoją partnerkę. Miał nadzieję, że bezpiecznie przez wszystko przejdzie. Minęło trochę czasu, lecz Nerina nie tracił swojej cierpliwości. Gdy zobaczył zadowolony pysk medyczki, zamruczał cicho.
— Możesz wejść — miauknęła cicho, a niebieski kiwnął głową.
Na głowie miał jeszcze odrobinę śniegu. Podczas polowania na mysz, niechcący wpadł na drzewo. Skończyło się to kupą śniegu na futrze, jednak na nic nie narzekał. Wszedł do żłobka z lekko mokrym futrem, zapewne wyglądając odrobinę jak przygłup.
— Cały jesteś mokry. Woda cię zaatakowała czy jak? — miauknęła cicho czarna kotka, wylizując jedno z kociąt.
Oba kocięta były już przy matce i nie zapowiadało się na to, aby przyszło ich więcej na świat. Nerinie zaświeciły się aż oczka.
— O na mój Klan Gwiazdy… — miauknął zafascynowany, podchodząc do kuleczek. — Jakie one słodkie! — miauknął, chcąc pogłaskać jedno z nich.
W ostatnim momencie jednak Psotka pacnęła go w łapę.
— Najpierw musisz wyschnąć kochanie. Nie chcę, żeby któraś z nich się przeziębiła — mruknęła, uśmiechając się ciepło. — Jak je nazwiemy? Myślałam o tym, żeby tą niebieską nazwać Dymówka. Wiesz, od jaskółki — dodała dosyć wesoło.
Nerina cieszył się, że poród nie był bardzo ciężki. Widział, że niebieskooka była zmęczona, jednak dała sobie radę. Niebieski był z niej niezwykle dumny.
— Wygląda trochę jak ja, nie sądzisz? — wypaliło nagle, a Psotka kiwnęła głową. — Może czarną koteczkę nazwiemy Ciska? Myślę, że będzie jej pasować — zasugerował.
Liznął partnerkę w polik.
— Jesteś wspaniała. I nasze kocięta również. Kocham cię moja Psotunio — mruknęła Gałęzatka, unosząc lekko kąciki ust.
Był szczęśliwy, a to nawet mało powiedziane.


<Psoteczko?>

[780 słów]

Od Roztargnionego Koperka CD. Chudego Grzbietu

Jakiś czas temu

Liliowy widział, jak Chudy Grzbiet usiłował wtargać sowę do obozu, a nawet jego późniejsze starania z Grubą Rybą. Nie miało jednak zielonego pojęcia, o co z tą sową chodziło. Trochę przerażało jeno to, że spało z martwą sową obok, zamiast Badyla. Zmarszczyło brwi. Widziało także ubytki w ziołach. Zaczęło się zastanawiać czy to nie czasem sprawka burego. Może nie widziało bezpośrednio, jak cokolwiek podkradał, ale było prawie pewne, że widziało, jak przeżuwał pokrzywy.

***

Postanowiło w końcu zaczepić młodszego asystenta. Nie mogło znieść ostatnich sytuacji, a także tego, że budził jeno każdej nocy kasłaniem. W końcu, gdy próbowało zasnąć któregoś wieczora, wstało ze swojego legowiska i samo wepchało byłemu uczniowi zioła na biały kaszel do pyska. Napomknęło coś o sowie, ale na razie postanowiło odpuścić. Stwierdziło, że zapyta innego dnia.

***

Koper przygotowało mieszankę ziół i zrobiło okład dla młodej wojowniczki.
— Mogłaś przyjść trochę wcześniej Seradelowy Nektarze. Może nie zdążyłaby się wydać infekcja. Przyjdź, jeśli infekcja się nawróci. Tylko tym razem szybciej. Nie chciałobym później musieć zrobić ci amputacji — mruknęło, odsyłając kotkę na bok.
Korzystając z tego, że Chudzielec był w tej chwili w legowisku medyka, postanowiło zacząć rozmowę. Nie było jeno to jednak dane, gdyż przyszedł kolejny pacjent. W rudym futrze niemal natychmiast rozpoznało Tygrysią Noc. Zaglądał tu na tyle często, że Koper zdążyło go nawet odrobinę poznać. Już po tym, jak mówił, rozpoznał, że ma coś z gardłem. Najprawdopodobniej infekcja. Przygotował mieszankę ziół i podał ją kocurowi. Pożegnał się z nim i wrócił do Chudzielca.
— Ej, młody. Synu… — zaczął powoli nieco gniewnym tonem. — Możesz mi właściwie powiedzieć, co ty tworzysz? I gdzie się podziały pokrzywy? I lawenda? To twoja sprawka, prawda? — zapytało, przesuwając łapą po swoim pysku. — Czy ty aby na pewno jesteś zdrowy na umyśle?


<Chudzielcu?>

Wyleczeni: Tygrysia Noc, Seradelowa Łapa (Seradelowy Nektar)

Od Mordoru do Wesołej Łapy

Ostatnie zgromadzenie

To było pierwsze zgromadzenie kotki, ale nie wydawała się z tego powodu najszczęśliwszą. Niektóre kotki nosiły w swoim futrze kwiaty i liście...Mordor z kolei w swoje półdługie futro, także w ogon wczepiała mech, gałązki, zaplątywała trawę, czasem też nanosiła błoto. Bez swojego ekwipunku postanowiła nawet nie ruszać się z terenów Owocowego Lasu. Z kolei, gdy ktoś próbował jej odebrać jej własność, wrzeszczała wniebogłosy i chcąc nie chcąc musieli się zgodzić, aby uczennica przyniosła swój śmieszny ekwipunek na zgromadzenie. Mordor szybko stwierdziła, że w razie czego przynajmniej może komuś wysmarować błotem pysk, gdyby zdenerwował ja podczas zgromadzenia. Usiadła gdzieś na uboczu, lepiąc coś z mchu i błota, jak miała w zwyczaju, gdy nagle ktoś ustał w jej figureczkę. Na skalę rozległ się pisk, który prawdopodobnie było słychać na całych terenach klanów…
— TY MASZ TRAWĘ! A tu jej nie ma! Więc to chyba nielegalne ją wnosić! — miauknęła obca kotka niczym rasowy strażnik miejsca zgromadzeń.
— AAAAAHH! — wrzasnęła zdenerwowana i rzuciła drugą uczennicę kupą błota prosto w pyszczek. — Ucisz się!!! Przeszkadzasz mi! — dodała jeszcze, piszcząc jak świnka morska, jak to miała w zwyczaju.
Zadrżała nerwowo i pokazała zęby w krzywym, wyraźnie niezadowolonym uśmiechu.
— Dostałam pozwolenie! I co telaz? Krzyczysz na mnie! Mało tego, gałązki też mam! — zawołała coraz bardziej wzburzona.
— Ooooh? Co to za błotko? Skąd się tu wziąłeś, błotny pocisku? I jak teraz wrócisz do rodziny? — miauknęła zaskoczona, kiedy łapą ściągała z siebie maź.
Nocniaczka spojrzała na kotkę, widząc, że na jej sierści znajduje się więcej błota.
— Oh, tam jest twoja rodzinka! — podeszła do obcej i oddała jej z powrotem porcję błotka, które dostała. Wtarła w i tak brudne już futro kolorowej kotki ekstra porcję.
— Oooo masz pozwolenie? Więc ja też mogę przynieść tutaj trawę? A myślisz, że uda się tu zasadzić trawę? — zapytała, jakby nie słysząc tego, co mówiła wcześniej jej rozmówczyni. — Woooow masz gałązki! Daj!
Słysząc słowa kotki, została nieco zbita z tropu. Spojrzała na druga uczennicę pytająco, a serducho karpati nadal kotłowało się zdenerwowane. Nie miała zielonego pojęcia jak zachować się w takiej sytuacji, ale bardzo chciała, żeby kotka zeszła już z jej figurki. Była wściekła, że pozwoliła jakiejś brudnej łapie zdeptać jej piękny mech!
— T-Ty jesteś jakaś głupia?! Tak nie wygląda konwersacja — miauknęła oburzona Mordor.
W końcu sama rozplanowywała sobie, jak może przejść każdą możliwą interakcję z innym kotem. Głupoty w odpowiedzi do przemocy błotnej niestety nie była w stanie przewidzieć. Gdy kotka wtarła błoto w jej futro, odskoczyła nagle jak oparzona. Zjeżyła mocno futro i zmarszczyła brwi w niezadowoleniu.
— Głupol! — zawyła zdenerwowana. — Teraz możesz sobie to błoto wsadzić w zadek! — dodała za chwilę, kołysząc nerwowo ogonem.
Strzepnęła uchem i odsunęła się jeszcze bardziej, od jak jej się wydawało, nocniaczki.
"Wszystkie koty takie są?" pomyślała, mrużąc oczy w zastanowieniu. Słysząc jej słowa, prychnęła cicho.
Przechyliła głowę na wybuch koteczki.
— Jak mam wsadzić błoto w zadek? Nie wejdzie, widzisz? — pokazała jej swoją tylną część. Usiadła ponownie i spojrzała na skałę, na której byli. Wesoła Łapa posmutniała.
Słysząc słowo klucz “widzisz”, odwróciła się gwałtownie.
"Nie wierzę! Jaki bezmóżdżek! Mam dość, chce już wyjść z tego zgromadzenia" pomyślała, piszcząc cicho.
— Przecież to skała mysi móżdżku... — odparła opryskliwie, przewracając oczami.
— Ale czemu mnie wyzywasz... — mruknęła żałośnie Rzekotka.
Odepchnęła kotkę od zdeptanej figurki, a widząc okropnie wyglądający mech, w jej oczach zakręciły się łezki.
— Ale ej, no nie... nie płacz! Nie płakusiaj, przeplasiam! Nie chciałam! Naprawię to…
— Zepsułaś mój mech... Głupia, głupia!! Nie dam cię gałązek, spadaj! — zawołała, nerwowo gryząc się w brudny od błota ogonek.
Płakała dalej, brzmiąc przy tym, jak przerażający gryzoń.
— Nie mów mi co mam lobić yyyy — rzuciła wściekłe, uświadamiając sobie nagle, że nawet nie wie, z kim właśnie chce się kłócić. — Głupku! Każdy nocniak nie ma żadnych myśli? — zapytała, kładąc uszy po sobie.
— Ale ja mam myśli! Zobacz! — miauknęła, wyglądając tak, jakby bardzo się na czymś skupiała.
Niebieska przybiła sobie piątkę z czołem.
— Dlaczego ja… — mruknęła cicho.

<Głupia nocniaczko?>

[640 słów]

Od Mordoru CD. Borowika

Dawniej

Szykreteczka dokładnie wykonywała swoją pracę. Najpierw wyrzuciła mech z legowiska i spojrzała na Borowika. Szybko zorientowała się że mech jest wszędzie tylko nie tam gdzie chciała aby się znalazł. No dobra, może jakiś kawałek meszku, który miał się znaleźć na kupce tam trafił. Większość jednak leżała na głowie ucznia. Mimo to kocur nie był zły. Pozwalał jej na dalszą naukę, nawet gdy przez przypadek wymieszała nowy mech z tym starym. Cieszyła się, że ktoś chciał już teraz czegoś ją nauczyć.
— Boloowiku! — zawołała, a kocur podskoczył lekko.
Wyglądał na nieco zamyślonego, tak jakby jego myśl na chwilę odłączyły się od świata.
— Tak? — zapytał przyjaźnie.
— Na coś się skolis? Na zwiadowcę? — zaczęła niebieska. — Moze jak skońcys tlening zostanies moim mentolem? — zapytała z nadzieją w złotych oczkach.
— Zgadza się, będę doskonałym zwiadowcą — miauknął kocur, a Mordor parsknęła cichutko śmiechem. — Z czego się śmiejesz! Też chcesz zostać zwiadowcą malutka? — zapytał rozbawiony. — Nie wiem czy zdążę skończyć trening do tego czasu… — miauknął nieco zasmucony.
— Tiak! Chcę skakać po dzewach jak wiewiólki i mama! — zawołała radośnie. — Bolowik nie będzie mógł zostać moim mentolem? Skoda… — mruknęła.
— Jestem pewien, że będziesz tak samo świetnym zwiadowcą jak ja — odparł z uśmiechem.

***

Mordor spojrzała na burego zwiadowcę siedzącego na jednej z gałęzi. Iskrzyk właśnie pokazywał jej jak uwić własne gniazdko na gałęzi i nie szło jej aż tak źle jak powinno.
“Może to zasługa Borowika?” pomyślała, marszcząc brwi.
W końcu nauczył ją trochę podczas swojej wizyty w kociarni. Dostała kilka wskazówek odnośnie tego co zrobić, aby legowisko na kasztanowca bylo trwałe, a gdy po kilku próbach się jej udało otrzepała łapki i spojrzała z uśmiechem na swoje dzieło. Czuła, że była w tym dobra.
“To trochę jak figureczki” mruknęła do siebie radośnie w myślach.
— No dobrze. Chodź pójdziemy też na polowanie — zawołał do kotki, a ta bez wahania kiwnęła głową.
Gdy już wychodzili niebieska stanęła jak wryta.
— Możemy wziąć ze sobą Borowika? Chyba się nudzi! — miauknęła, wskazując łapą na bure futro siedzącego we własnym legowisku.
Kremus kiwnął tylko głową. Zawołał drugiego zwiadowcę.
— Borowiku chcesz może powtórzyć choroby drzew? Albo zapolować na jakieś myszy. Każda łapą się przyda przy Porze Nagich Drzew! — miauknął, a Mordor spojrzała na obu, mrugając kilkukrotnie.
“Właściwie czemu to on jest twoim mentorem, a nie Borowik? Iskrzyk jest denerwujący” tupnęła łapką.
— Borowiku! — zawołała nagle. — Umiem wymówić “r”! — miauknęła z uśmiechem.

<Borowiku?>

[383 słowa + tworzenie legowisk na gałęziach drzew]