BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

15 sierpnia 2026

Od Mistral CD. Wrony

Przeszłość

Niebieskooka właśnie powoli kończyła porządki w składziku, notując przy tym w głowie nazwy ziół, których zaczynało powoli brakować. Kiedy tylko zakończyła, miała już pytać resztę towarzystwa, czy nie chcą czegoś ze stosu, kiedy niespodziewanie piszczki same wparowały do dziupli, a tak dokładniej to zostały przeniesione przez córkę Figi. Biała kojarzyła ją głównie z momentów, gdy Czereśnia opuszczał obóz, a tuż obok niego podążała szkoląca się młódka.
— Witajcie, Wiciokrzewie, Gołąbku i Mistral! Przyniosłam wam coś do jedzenia. – Odłożyła każdemu po zwierzynie tuż przed łapami, by na samym końcu przysiąść obok Mistral. — Słyszałam, że zostałaś zielarką. Gratuluję!
— Dzięki — mruknęła, odgryzając kawałek nornicy.
— Mama mi opowiadała, że dawno temu to stanowisko zostało obsadzone przez kogoś. Jak podoba ci się ta praca, na czym ona polega i czy wiesz, dlaczego tak długo było puste?
— Widać, że Ci nie brak ciekawości, Wrono — mruknęła pomiędzy kęsami. — Ale to dobrze.
Zielarka właśnie miała brać się do odpowiedzi na pytania uczennicy, gdy do legowiska wszedł chory Owocniak. Kotka od razu wyłapała jego obecność, czemu chyba nie podołała dwójka kocurów, która o czymś rozmawiała. Nie mając zbytnio innego wyjścia, ciche westchnęła, pozostawiając na wpół zjedzoną nornicę oraz dymną.
— Wybacz Wrono, lecz obowiązki wzywają. Jeśli nie masz nic przeciwko, to wolałabym, abyś wyszła. Nie chce ryzykować żadnej epidemii w Owocowym Lesie — wyjaśniła. Pomarańczowooka jedynie skinęła głową i opuściła dziuplę. Mistral nie była pewna, czy młodsza zrozumiała to jako prośbę, czy po prostu pozbycie się jej, lecz miała nadzieję, że ta nie obrazi się na nią ani nic podobnego.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Obecnie, przed opuszczeniem obozu przez Wiciokrzewa

W ostatnim czasie, a tak w sumie to w ostatnich dniach, w dziupli uzdrowicieli przewinęło się już sporo chorych Owocniaków, jakby ci tylko czekali do ostatniego momentu, by udać się do Purchawki, Mistral i Gołąbka, aby otrzymać zioła na swoje dolegliwości. Biała aż zbyt dobrze widziała, jak zapas medykamentów się znacznie uszczuplił, miała wręcz ochotę syczeć na coraz to kolejnych odwiedzających wnętrze drzewa. Jednak trzymała nerwy na wodzy, niemal non stop utrzymując lekki uśmiech na jasnym pysku. Choć w duchu już zdążyła parę kotów zamordować. Oczywiście nie na serio, nigdy nie dałaby rady tego zrobić, nie ze względu na brak jakiegokolwiek wyszkolenia w zakresie walki, lecz po prostu każdy w Owocowym Lesie był jak członek wielkiej rodziny.
— Witajcie. — W zaciszu dziupli rozbrzmiał głęboki, spokojny głos lidera ich społeczności.
— No niech zgadnę, wielki pan lider zachorował i dopiero na ostatnią chwilę przychodzi? — mruknęła, wychylając się ze składzika, który mieścił się głębiej w drzewie.
— Mistral! — skarciła ją Purchawka.
— No co? Ty wiesz, ile ziół nagle nam niemal brakuje? Ten ptasi móżdżek. — Wskazała łapą na burego uzdrowiciela. — Sam nie potrafił od razu zająć się zranioną łapą, czekał, aż się rozwinie infekcja, albo gorzej!
— To może ja przyjdę innym razem — zaproponował czekoladowy, przysłuchując się temu z boku.
— Nie nie, spokojnie Czereśnio — odparła szamanka, wskazując na posłanie, które po chwili zajął dawny zwiadowca.
Purchawka miała właśnie pytać kocura o dolegliwości, Gołąbek miał podejść i wyczekiwać poleceń starszej, a Mistral zniknąć w składziku, kiedy do legowiska przybyła Całunka. Zielarka już miała coś powiedzieć, lecz spojrzenie dawnej mentorki ją powstrzymało — obserwowała jedynie, jak ta z uzdrowicielem zajmują się chorymi, czekając na ich werdykt w przyniesieniu danych ziół.
— Potrzebuje aksamitki.
— A ja ogórecznika, wrotyczu lub lawendy.
Na ich słowa na pysku niebieskookiej zagościł cień uśmiechu, lecz nie żadnego przyjaznego, raczej takiego w stylu kpiny.
— Cóż… — zaczęła dość niewinnie, wykonując parę kroków w ich stronę. — Tak się składa, że akurat właśnie tego nam brakuje. Także musicie poczekać, aż je zbiorę i przyniosę.
Nie czekała na odpowiedź kogokolwiek na jej słowa, po prostu ich wyminęła, wychodząc z dziupli. Dopiero wtedy ciężko westchnęła, zdając sobie sprawę z tego, ile może to zająć oraz ile będzie dźwigania. Najłatwiej byłoby kogoś wziąć do pomocy, lecz Orchidea jakiś czas temu przeniosła się do starszyzny, a to z nią niebieskooka najczęściej wychodziła poza obóz, gdy musiała samotnie pozbierać zioła. To nie tak, że Mistral się bała samej opuszczać azyl, lecz brała pod uwagę możliwe dzikie zwierzę lub samotnika, a wtedy czekałaby ją rychła śmierć. Bo co ona mogła, mając samo szkolenie związane z chorobami i ziołami? Rzucić w napastnika nasionami maku na uspokojenie? Dobre.
Przez chwilę uważnie obserwowała koty na polanie, gdy w pewnym momencie dostrzegła niedawno mianowaną zwiadowczynię. Dumna ze swojego wyboru, ruszyła w kierunku dymnej, niemal następnie zagradzając jej drogę, gdyby ta próbowała wymigać się od pomocy zielarce.
— Hej Wrono. Mam do ciebie prośbę, potrzebuje kogoś, kto pójdzie i pomoże mi przy zbieraniu ziół. Piszesz się? — spytała i niemal po uderzeniu serca sama dała sobie odpowiedź: — Super, to idziemy.
Niebieskooka lekkim krokiem skierowała się w stronę wyjścia, a Wrona nie mając zbytnio wyboru, ruszyła za nią.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

— Wiem, że parę księżyców temu, gdy przyszłaś do nas z piszczkami, gratulacjami dla mnie oraz pytaniami, to mogłam brzmieć nie miło, gdy cię wyganiałam, lecz nie miałam nic złego na myśli. Jeśli chcesz, to mogę Ci nawet teraz odpowiedzieć na te pytania. — Ledwo wyszły z obozu, a starsza od razu podjęła rozmowę, po drodze zgarniając jakieś liście do późniejszego transportu ziół, które oczywiście musiała nieść Wrona. — Chciałaś wiedzieć, czy mi się to podoba. Owszem, znam każdą potrzebną roślinę, by kogoś wyleczyć, mogę komuś uratować życie, choć to bardziej zadanie uzdrowicieli. Ja najczęściej właśnie wychodzę i zbieram rośliny oraz towarzyszę Purchawce w ceremoniach związanych ze Wszechmatką, lecz to również robi jej syn. Na czym polega bycie zielarzem? Głównie właśnie zbieranie ziół, lecz też leczenie chorych, choć ja się zajmuję bardziej sferą psychiczną niżeli fizyczną. Można w sumie powiedzieć, że jestem nieco połączeniem stróża pod względem dbania o dobrostan Owocniaków oraz uzdrowiciela, pod względem leczenia. Niby mógłby to robić szaman lub uzdrowiciel, lecz z jakiegoś powodu jest to zadanie zielarza. A co do tego, że długo to stanowisko było puste, to nie znam do końca szczegółów.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Kiedy tylko wrócili, zwiadowczyni u boku zielarki, wkroczyła do dziupli, gdzie zaniosła uzbierane zioła aż do samego składziku. Ledwo zdążyła odłożyć pakunki, gdy starsza porwała z nich parę ziół i podała Purchawce oraz Gołąbkowi.
— No, mam nadzieję, że udało mi się odpowiedzieć na twoje dawne pytania oraz nie masz mi za złe tamtej sytuacji.

<Wrono?>

Wyleczeni: Czereśnia, Całunka

Od Mistarl CD. Łzy (Łzawej Łapy)

Przeszłość

Biała kotka mając chwilę oddechu od leczenia chorych w Owocowym Lesie, opuściła dziuplę. Mimo zjedzenia czegoś na śniadanie czuła nieprzyjemne ssanie, świadczące o tym, że poprzednia piszczka najwidoczniej nie wystarczyła na długo. Wystarczył krótki moment, raptem parę uderzeń serca, gdy we wnętrzu drzewa nikogo nie było, a już przypałętała się tam dwójka kociąt Purchawki. Widząc czekoladowego kocurka przed wejściem, machnęła końcówką ogona i ruszyła w jego kierunku. Ten widząc nadchodzącą zielarkę, nieco się skulił, doskonale wiedząc, że prawie zrobił coś, czego nie powinien. Mistral jedynie ruchem głowy wskazała mu żłobek, a młodzik od razu zrozumiał przekaz i sprawnie wrócił pod opiekę matki.
Z Modrogończykiem jej szybko poszło, lecz inaczej mogła się sprawa mieć w przypadku czarnej młódki, która zdecydowanie śmielej zajrzała do wnętrza legowiska. Niebieskooka odłożyła po cichu piszczkę, by następnie niespodziewanie przemówić, zaskakując tym samym Łzę.
— Co ty tu robisz, kociaku? — Cudem powstrzymała się od syknięcia przy tym.
— My- — zaczęła, lecz musiała zdać sobie sprawę, iż jej brata już nie ma z nią. — Rozglądam się tylko po moim legowisku — odparła z lekkim chłodem, nie kryjąc też dumy, która zapewne wynikała z tego, że jest córką szamanki Owocowego Lasu i myśli, że wszystko jej wolno.
“Twoje legowisko? No raczej po moim robaczywy trupie” — prychnęła w myślach, gryząc się przy tym w język, by faktycznie tak koteczce nie odpowiedzieć.
— To nie jest miejsce dla kociąt. Wyjdź stąd.
— TAK SIĘ SKŁADA, że moja MAMA zarządza TYM miejscem. Więc TY stąd wyjdź.
— TAK SIĘ SKŁADA, że TWOJA mama mnie szkoliła i obecnie jestem ZIELARZEM — fuknęła i nie czekając na jakiekolwiek “ale” ze strony Łzy, złapała ją za skórę na karku i nie zwracając uwagi na jej protesty, zaniosła ją do Purchawki. Oczywiście Mistral nie szczędząc przy tym poinformowania szamanki o zaistniałej sytuacji, przez co starsza wyjaśniła kociakom, że nie można przeszkadzać w pracy innym kotom.
Może i jakoś bardzo nie usatysfakcjonowało to białej, lecz lepsze to niż nic. Nim opuściła kociarnię, odprowadziła krnąbrną kotkę swoim chłodnym wzrokiem, a następnie obróciła się na pięcie i wyszła.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Obecnie, przed opuszczeniem obozu przez Wiciokrzewa

Kotka cicho jęknęła pod nosem, gdy promienie słońca zaczęły się przebijać przez korony drzew, wpadając idealnie do dziupli. Zwinięta na posłaniu, zakryła oczy łapą z nadzieją, że to pozwoli jej na, choć chwilę snu, jednak próbę tę przerwało ciche krzątanie się Gołąbka. Ciężko westchnęła, podnosząc się końcowo z legowiska. Wciąż nie do końca obudzona, skierowała się do uzdrowiciela, który utykając na przednią łapę, próbował coś zrobić.
— Gołąbku… — mruknęła zaspana, czego potwierdzeniem było późniejsze ziewnięcie. —Wiesz, jaka jest pora?
— Przepraszam, nie chciałem Cię obudzić — wymruczał bury, na co zielarka przewróciła oczami.
— Lepiej powiedz, co Ci się stało z łapą.
— Ach! To nic takiego, serio — zaczął gorączkowo zapewniać. Po chwili jednak przestał, gdy dawna samotniczka zgromiła go wzrokiem. Kocur spuścił wzrok na swoje łapy, co biała wykorzystała, by lekko go popchnąć.
— Siadaj i pokazuj to. Nie jesteś już małym kociakiem Gołąbku, jeśli uzdrowiciel będzie chorować, to kto wyleczy innych w Owocowym Lesie? — spytała retorycznie, przyglądając się łapie zielonookiego. Rana zaczęła się sączyć, tworząc widoczny obrzęk w miejscu, gdzie występowała. Sięgnęła po zielę, które zaczęła przeżuwać na papkę w celu otrzymania soku. Ten bezpośrednio skapywał z jej pyska na zranioną kończynę młodszego.
— I kto to mówi? Kto ostatnio ciągle zmaga się z bezsennością?
— Ja to inna kwestia… — odparła nieco niewyraźnie.
— Daj spokój. Nie zgrywaj takiej twardzielki, która bierze wszystko na swoje barki. To nic takiego prosić o pomoc, szczególnie przy Wicio- — urwał, kiedy kotka niespodziewanie wypluła trybulę idealnie pod łapy chorego.
— Jak chcesz wtykać nos w nieswoje sprawy, to sam ogarnij tę infekcję — prychnęła.
Obróciła się na pięcie, czując, jak złość powoli w niej narasta. Za sobą usłyszała jedynie ciche westchnięcie uzdrowiciela, który był skazany na dalsze przeżuwanie papki, zapewne nie chcąc jeszcze bardziej denerwować niebieskooką. Machnęła rozwścieczona ogonem, przez co wywołała podmuch powietrza, który poderwał część lżejszych medykamentów, dotychczas równo ułożonych. Fuknęła na to pod nosem, zabierając się od razu do porządków.
Najgorzej było ze zbieraniem nasion maku, których część wylądowała niemal w każdym zakamarku dziupli.
— Widzisz? Byłabym lepsza od ciebie. — Nagle usłyszała głos kogoś, kogo już od dawna nie było w Owocowym Lesie.
— Zamknij się… — warknęła pod nosem, zwracając uwagę Gołąbka.
— Mówiłaś coś?
— Nie, zajmij się lepiej tym przeżuwaniem i idź po coś do jedzenia.
“Na Wszechmatkę, czemu jak muszę mieć halucynację to z tą zadufaną córką Purchawki…” — nie czekając dłużej na kolejne objawy bagatelizowanej bezsenności, sięgnęła po parę nasion maku. Gdy tylko je przełknęła, wzięła jeszcze liść macierzanki.
“Obym już nie musiała z tobą mieć więcej kontaktu, Łzo.”

Sesja wstrzymana

Wyleczeni: Gołąbek, Mistral

Od Pierścienia CD. Borowika

– Uh. Motylek… mnie nie lubi. Ucieka. Jak podchodzę – mruknął cicho. – Ale ciebie lubi chyba. Dobrze, dobrze… że chociaż ty je przyciągasz.
Pierścień podniósł wzrok na skupionego ucznia, po czym ponownie opuścił go na owada. Nie zastanawiając się długo, ruszył do działania.
Plask! Łapa kociaka przygniotła motylka. Borowik wziął gwałtowny wdech.
– Czemu to zrobiłeś? – zapytał z zaskoczeniem, a Pierścień popatrzył na niego pytająco. Motylek podrygiwał pod jego podniesioną teraz kończyną; nie był jeszcze martwy, ale jedno z jego pięknych skrzydeł było złamane, a dwie nóżki urwane. Fascynacja ogarnęła kociaka. Tylko raz wcześniej udało mu się złapać motylka – złapał go w pysk, a ten tak trzepotał skrzydełkami, że musiał go wypluć. Teraz miał przed sobą okaz jeszcze żywy, w całej swojej okazałości, ale niemogący mu uciec. Schylił się i trącił nosem delikatne stworzonko.
– Widzisz, jakie ma skrzydełka? – zauważył, ignorując pytanie i trącając nieuszkodzony, wciąż ruszający się w nadziei ucieczki narząd lotu. – Pająki takich nie mają.
Pająki swoją budową przypominały motyle, jednak gdy oglądało się je uważnie, można było zauważyć dużą ilość różnic między stworzeniami. Pająki miały więcej nóg niż motyle; motyle mściły się za tą niesprawiedliwość natury posiadając wielkie, ale za to delikatne skrzydła. Bliskie przyjrzenie się owadowi pozwoliło Pierścieniowi na dostrzeżenie subtelnej różnicy w budowie ciała, której – ku jego zaskoczeniu – również nie dzielił z pająkiem. Podczas gdy ośmionogi miał jedynie tułów i niewielką głowę, którym Pierścień już wielokrotnie przyglądał się z ciekawością, czasami wbijając w nie swoje ostre pazury i próbując dojrzeć, co jest w środku, motyl miał również odwłok. 
To odkrycie wywołało w nim falę ekscytacji – w końcu nie na co dzień mógł oglądać motyle! Pająki były dużo łatwiejsze do złapania. Często przędły swoje pajęczyny w kątach żłobka i siedziały na nich w bezruchu, czekając na swoją zdobycz. Czasami Pierścień nie łapał ich od razu, gdy się pojawiły, a czekał, by móc obserwować, jak pożerają złapaną przez siebie zwierzynę. Pająki przypominały mu wojowników; groźne, ale też przewidywalne, ciekawe do obserwacji, ale również bardzo ograniczone w swoich działaniach.
Pierścień niemal zapomniałby o siedzącym obok Borowiku, gdyby nie westchnięcie starszego. Znał ten ton głosu. Jego matka wydawała podobne odgłosy, gdy zrobił coś, czego nie akceptowała. Nie rozumiał niektórych jej zasad i nie wiedział, dlaczego wymagano od niego, by je znał. Przecież były takie nielogiczne!
– Ale czemu go skrzywdziłeś? To go zabolało. Moglibyśmy go razem poobserwować!
Może i zabolało motylka, ale Pierścień chciał go obejrzeć! To przecież było bardzo logiczne uzasadnienie. Z naburmuszoną miną spojrzał na ucznia. Głupi Borowik. Kolejny kot, który go nie rozumiał.

***

Pierścień zmierzył Borowika wzrokiem. Kocur stał na wysokiej gałęzi, w pysku ściskając bezwładnie zwisającą wiewiórkę, i patrzył na ucznia, który nieudolnie trzymał się 
– To było moje! – burknął Pierścień, nie zważając na to, że jego głos prawdopodobnie przegonił całą pozostałą w okolicy zwierzynę. Czuł na sobie oceniające spojrzenie swojej mentorki. Już potrafił sobie wyobrazić jej niezadowoloną minę i tyradę, którą zamierzała mu wygłosić. "Nie po to spędziłam tyle czasu, ucząc cię, jak wspinać się po drzewach, żebyś dawał się tak łatwo pokonać pierwszemu lepszemu kotu!" na pewno powie, jednocześnie fukając na Pierścienia, jakby był jedynie głupim kocięciem. On odburknie jej coś równie niemiłego, za co zostanie skazany na kolejne godziny treningu. W końcu respekt wobec mentorki był od niego wymagany! Chciałby tylko zrozumieć, co konkretnie w Daglezji było do respektowania. Była jedynie niepotrzebną, trajkoczącą o głupotach kupą futra. Gdyby rzeczywiście była czegoś warta, już dawno zostałaby zastępczynią, tak jak to sobie wymarzyła.
Myśl o Daglezji sprawiła, że złość jeszcze mocniej ogarnęła Pierścienia. Spiął mięśnie i podciągnął się na łapach, wskakując na gałąź, na której znajdował się Borowik.
– No?! To była wyraźnie moja wiewiórka! – syknął przez zaciśnięte zęby, jeżąc futro na karku.

< Borowiku? >

[602 słowa + wspinaczka na drzewa]

Od Truskawki CD. Promiennego Słońca

Miasto było ogromne. Gniazda stały w rzędzie, jedno przy drugim i zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Umysł Truskawki nie był w stanie pojąć sieci zabudowań, która rozciągała się za jej domem.
Całe szczęście, że miała Promienne Słońce. Gdyby nie kotka, biała po pierwsze nie trafiłaby tamtego nieszczęsnego dnia z powrotem do swoich Dwunożnych, a po drugie już kilka razy straciłaby orientację. Szylkretka zwykle prowadziła ją na mniej zatłoczone tereny, tak aby kotki mogły na spokojnie ćwiczyć, bez obaw, że ktoś nieproszony zakłóci im trening.
O dziwo kotki nie zaczęły od podstawowych ruchów techniki bitewnej czy od wprowadzenia do polowania. Nie, Promyk na samym początku szkolenia wyraziła się jasno: chciała, aby Truskawka była bezpieczna. Zatem najpierw zielonooka pokazała swojej podopiecznej, jak się kryć. Nadal jeszcze ta sztuka nie przychodziła Truskawce z łatwością. Trzeba było w końcu pamiętać o tylu rzeczach! Dodatkowo chowanie się było utrudnione ze względu na kolor futerka białej. O ile koteczka z łatwością wtapiała się w otoczenie, kryjąc się w rzeczach Dwunożnych, tak jej włos bardzo wyróżniał się, gdy ta przebywała w zieleni. Niestety Truskawka nie mogła z tym nic zrobić, więc skupiała się raczej na czynnikach, na które miała realny wpływ.
Nie było łatwo o bezpieczeństwo w Betonowym Świecie, jak Truskawka dotychczas przypuszczała. Poza gniazdem Dwunożnych, w którym biała była w pełni zaopiekowana, panował chaos i każdy dbał tylko o swoje futro. Promienne Słońce nauczyła swoją uczennicę, że nie warto się wychylać. Według niej najlepiej było unikać tutejszych kotów i schodzić im z drogi, jeśli na jakiegoś się natknęło.
Truskawka robiła wszystko tak, jak kazała jej mentorka. W końcu obiecała to tamtego dnia, kiedy zaczęły szkolenie i zamierzała dotrzymać tego zobowiązania. Żałowała jednak tego, że nie mogła nawiązywać nowych znajomości. Na razie poza Promiennym Słońcem i Nalą, znała Kobczyka i Monarcha, którzy odwiedzili ją tylko raz, więc choć bardzo lubiła szylkretkę, to nie była ona zbyt rozmowna i czasami Truskawce brakowało relacji z innymi kotami. Całe szczęście wciąż miała swoją siostrę, którą widywała co pięć wschodów słońca, czyli weekendy. Tak nazywały się te dwa dni, w które wszyscy Wyprostowani byli w domu. Wtedy koteczka nie mogła mieć treningów, ale spędzanie czasu ze złotowłosą i jej rodzicami było miłą formą spędzania wolnego czasu po pięciu dniach intensywnych ćwiczeń.
Truskawka siedziała właśnie przy przezroczystych drzwiach z pyszczkiem przyklejonym do szyby. Para wydobywająca się z niego przy każdym ciepłym oddechu koteczki osadzała się na szklanej powierzchni, przez co biała nie widziała, co się działo na zewnątrz. Przebywała w środku, bo na dworze mimo Pory Nowych Liści, jak to mówiła Promienne Słońce, wciąż panował chłód. Koteczka jeszcze w całym swoim życiu nie zaznała ciepła poza hodowlą, środkiem Potwora Dwunożnych i gniazdem. Miała wrażenie, że wciąż tylko czekała na okres, w którym będą latały motylki, a trawę pokryją kwiatki.
W końcu popchnęła nosem klapkę, a ta otworzyła się, umożliwiając świeżo upieczonej uczennicy wyjście z gniazda. Jasnozieloną trawę wciąż pokrywała rosa po nocy. Wysoko podnosząc łapki, koteczka przedostała się przez mokre podszycie i zamyślona spojrzała na płot otaczający jej gniazdo. Pomyślała, że to dobrze, że jej Wyprostowani go zbudowali. Była to bariera od chaotycznego świata, odgradzała wszelkie niebezpieczeństwa od spokojnej strefy, w której Truskawka żyła. Przypomniała sobie, jak jeszcze niecały księżyc temu nie była w stanie jej pokonać. Teraz robiła to z łatwością. Co prawda trochę urosła, ale dużo więcej zawdzięczała treningom z Promiennym Słońcem, która dopilnowała, aby jej podopieczna potrafiła się dobrze wspinać, czy to na gniazda, czy na płoty, czy na drzewa. Ta umiejętność była w końcu niezwykle przydatna w sztuce tak ważnej, jak przetrwanie. Dzięki niej Truskawka była w stanie uciec przed niemalże wszystkim i schronić się na górze do czasu, aż niebezpieczeństwo przeminie. Jedyne co mogłoby tam ją ewentualnie dopaść, to inne koty. Truskawka wciąż nie była do końca przekonana, dlaczego miałyby one jej źle życzyć, ale postanowiła, że zaufa Promiennemu Słońcu. W końcu szylkretka stąpała po tym świecie dużo dłużej niż biała. Koteczka wierzyła, że jej mentorka wiedziała, co było najlepsze dla Truskawki.
Biała szurała łapkami po mokrej trawie, mając nadzieję, że woda zmyje resztki krwi, które przyległy jej do poduszek łapek po wczorajszym dniu. Wyprostowani niczego nie zauważyli, całe szczęście. Gdyby dostrzegli burgundową ciecz na futerku koteczki, prawdopodobnie musiałaby pożegnać się z wychodzeniem poza gniazdo na długi czas, którego przecież nie miała. Bardzo zależało jej, aby jak najprędzej się wyszkolić. Wtedy wreszcie mogłaby zwiedzać miasto i poznawać innych bez nadzoru swojej mentorki.
Promienne Słońce na nic jej nie pozwalała! Prawdopodobnie tylko dlatego Truskawka wciąż miała ogonek i cztery łapki, ale mimo tej świadomości irytował ją brak pełnej swobody.
Z dalszych rozmyślań wyrwał ją lekki świst. Szkolenie nauczyło ją nieświadomie nasłuchiwać niebezpieczeństw i wszelkich dźwięków, dlatego skupiła wzrok na źródle hałasu. Nagle zza gniazda wyłoniła się szylkretowa kotka.
– Promienne Słońce! – zawołała uradowana Truskawka, po czym podbiegła do swojej mentorki. – Już myślałam, że po mnie nie przyjdziesz!
Dawna wojowniczka tylko skinęła głową.
– A jednak jestem – miauknęła, nie rozwodząc się nad przyczyną swojego spóźnienia. – Chodźmy.
Truskawka posłusznie podążyła za Promiennym Słońcem. Z dumą błyskawicznie wspięła się na płot, mając nadzieję, że szylkretka zauważy, jaki postęp zrobiła jej podopieczna we wspinaczce. Biała zatrzymała się na chwilę na górze, jednak szybko zeskoczyła, nie otrzymawszy żadnej pochwały. Szkoda, że starsza kotka nie doceniła jej postępów! Po treningach Truskawka oddalała się na tył ogródka; nie było tam okien i mogła ćwiczyć wchodzenie i schodzenie z płotu bez ryzyka przyłapania przez Dwunożnych.
Wszyscy byli wobec niej bardzo opiekuńczy. Promienne Słońce nie chciała, aby jej uczennica chodziła sama po mieście, a Wyprostowani nawet nie pozwalali jej wychodzić z podwórka. Westchnęła cicho. Czy kiedykolwiek inni zaczną traktować ją poważnie? Już nie była Malutką. Nigdy nią się nie czuła. No… może tylko czasami.
– Co jest? – miauknęła Promienne Słońce, przystając na chwilę. Biała domyśliła się, że kotka nawiązywała do jej westchnięcia.
– Nic, ja tylko… Zastanawiam się, co się stało z tym kotem, któremu leciało tyle krwi. Czy ta… Jak jej było… Krokus! Czy ona mu pomogła? Czy już jest zdrowy? Czy mogę się z nim zaprzyjaźnić? Albo z krokus?
– Za dużo pytań na raz. Po kolei. Kot się nazywa Gąsienicowy Ogryzek, był z mojego klanu. Nie jest zdrowy, został ranny i nigdy nie odzyska wzroku. Nie chcę, żebyś się z nim przyjaźniła, nie był bardzo dobrym kotem w swoim życiu. Krokus mu pomogła, z krokus możesz się zaprzyjaźnić jak najbardziej. Dobrze jest mieć takich przyjaciół jak ona.
– Ojej, czyli on nie będzie miał oczek? To bardzo przykre! On też żył kiedyś w klanie, prawda? Co mu się stało? Przecież koty należące do klanów są niezwyciężone i potrafią porozumiewać się z samymi gwiazdami! – biała potrząsnęła główką, kompletnie zdezorientowana. – Pewnie, gdy przestał należeć do klanu, stracił swoją moc – zrozumiała. – A te koty o czarnych sercach, o których wcześniej mówiłaś, to wykorzystały. Zaraz, on też jest zły? Ale koty z klanów są dobre! Może wyrzuciły go ze swojej grupy z powodu jego nikczemności? – myśli kotłowały się w głowie Truskawki. Nie wiedziała już co sądzić.
Promienne Słońce prychnęła.
– Koty z klanów nie są obdarzone żadną mocą. To tylko banda nieudaczników myślących, że da się załatwić wszystko siłą – szylkretka przewróciła oczami. – Odeszłam od nich i nie żałuję tego. Nie wiem, kto wcisnął ci ten cały kit o ich mocy, ale nie wierz w to.
Promienne Słońce jednak nie odpowiedziała na kilka pytań białej. Co prawda szylkretka często wypominała swojej podopiecznej, że ta zadawała zbyt wiele pytań naraz... może zwyczajnie zapomniała odpowiedzieć na kilka z nich? Uczennica jednak miała nieomylne wrażenie, że starsza kotka celowo unikała tematu klanów i tego kota, Gąsienicowego Ogryzka. Co za dziwne imię!
Truskawce przez chwilę zdawało się, że oczy jej mentorki zaszkliły się na wspomnienie o klanach. Nie, Truskawce musiało się to tylko wydawać. Po chwili pysk szylkretki był niewzruszony jak zawsze.
– W którym klanie mieszkaliście? – kontynuowała więc rozmowę Truskawka.
– To nieistotne – odparła Promienne Słońce.
Szły dalej w milczeniu.
– Gdzie idziemy? – zapytała Truskawka. Uznała, że szylkretka zdecydowanie musiała popracować nad komunikacją z innymi kotami. Rozmowa kotek przypominała bardziej monolog niż wymianę zdań.
– Dokończyć to, co zaczęłyśmy – odpowiedziała Promienne Słońce. Biała już przeraziła się, że mentorka zamierzała zostawić swoją podopieczną w niewiedzy, jednak całe szczęście starsza kontynuowała:
– Wiesz już jak się wspinać, potrafisz się skradać i kryć, szybko biegasz, słyszysz potencjalne niebezpieczeństwa z daleka oraz wyłapujesz obce zapachy z dużej odległości. Jest jednak jeszcze jedna potrzebna umiejętność, niezwykle istotna, jeśli pragniesz w przyszłości samodzielnie i bezpiecznie poruszać się po mieście – wyjaśniła szylkretka.
Biała nadstawiła uszy.
– Co to takiego? – dociekała.
– Jest to umiejętność przechodzenia przez Drogę Grzmotu. Właśnie do niej teraz zmierzamy. W Betonowym Świecie aż się od nich roi. Wiele kotów codziennie ginie pod kołami potworów, bestii, które mkną nimi szybciej niż wiatr. Właśnie tego będziemy się dziś uczyć. Gdy opanujesz tę sztukę, będziemy mogły się skupić na dalszej części twojego szkolenia, czyli nauce polowania i walce.
Droga Grzmotu… Biała nigdy nie sądziła, że potwory mogły być aż tak niebezpieczne. W końcu jeden z nich przetransportował ją i jej rodzeństwo na badania, gdy koteczka była jeszcze w hodowli. Potem też podróżowała potworem, który jechał od hodowli do jej nowego gniazda. Myśl, aby koty mogły ginąć pod jego kołami, sprawiła, że futerko na karku białej się zjeżyło.
– Bez obaw – odezwała się Promienne Słońce, najwyraźniej zauważając niepokój swojej uczennicy. – Droga Grzmotu, którą wybrałam dla ciebie, jest bardzo mało uczęszczana przez potwory. Po drugiej stronie są tylko kłosy.
Biała pokiwała z wdzięcznością głową.
– Nie boję się! – odpowiedziała hardo.
– Dobrze. To już tutaj, tuż za zakrętem.
Faktycznie, Promienne Słońce miała rację. Do nozdrzy Truskawki dotarł przeraźliwy smród. Była to mieszanka potu, spalenizny i… chemicznego roztapiającego się plastiku? Pierwszy raz w życiu nie wiedziała, co czuła.
– Fuj – skwitowała tylko.
– Zawsze, gdy docierasz do Drogi Grzmotu, zatrzymaj się w odległości kilku długości ogona od krawędzi – zaczęła Promienne Słońce, ignorując białą. – Potwory zawsze jadą prawą stroną jezdni, dlatego bez wyjątku najpierw należy spojrzeć właśnie w prawo. Jeśli nic nie jedzie, można sprawdzić lewo. Jeśli jest pusto, pozostaje jeszcze nasłuchiwanie; potwory są niezwykle szybkie i nawet jeśli ich nie zobaczysz, możesz je usłyszeć. Jeśli wszystko wskazuje na to, że ich nie ma, możesz przekroczyć Drogę Grzmotu. Unikaj pór porannych i wieczornych patroli… – miauczała szylkretka.
– Zaraz – przerwała jej Truskawka. – Jakich patroli?
– A, patrole, to taki tam… zwyczaj klanów. Nieistotne. W każdym razie rankiem i wieczorem jest wyjątkowo dużo potworów, a w nocy nie ma ich prawie wcale. Wtedy śpią.
Truskawka miała ochotę zapytać się starszej kotki o klany, ale zmieniła zdanie; zawsze, gdy poruszała ich temat, jej mentorka albo ją ignorowała, albo zaczynała mówić o czymś zupełnie innym.
– W porządku. Zatem, czy wolno mi przejść? – zapytała biała, gdy kotki ujrzały przed sobą Drogę Grzmotu. Promienne Serce wzruszyła barkami.
– Zależy – oznajmiła. – Czy pamiętasz, o czym przed chwilą ci mówiłam?
– Jasne, że pamiętam – oburzyła się Truskawka i podeszła do Drogi Grzmotu. Zatrzymała się kilka kroków obok jej krawędzi.
Spojrzała w prawo. Nic nie widziała. Następnie w lewo. Też nic. Pozostał ostatni krok. Nic nie słyszała. Zatem…
Wystrzeliła jak błyskawica i kilkoma susami pokonała Drogę Grzmotu. Po drugiej stronie stała Promienne Słońce.
– Dobrze – odezwała się tylko. – Czy dasz radę wrócić na moją stronę?
– Oczywiście! – odparła Truskawka i już miała przebiegać, gdy zobaczyła potwora. Przerażona zastygła przed Drogą Grzmotu. Pojazd śmignął o długość ogona od wąsów białej.
– Teraz! – warknęła Promienne Słońce. Koteczce nie trzeba było powtarzać dwa razy. Szybko znalazła się u boku swojej mentorki.
– Czemu nie było go słychać? – zapytała zdezorientowana Truskawka. Promienne Słońce wzruszyła barkami.
– Coraz więcej potworów dwunożnych jest cichych – wyjaśniła. – Dlatego najpierw zawsze należy się rozejrzeć, zrozumiano? Niewiele brakowało, a zostałabyś plackiem.
Placek… To słowo jej się z czymś kojarzyło.
– Placek? To nie o to prosiła cię Krokus? Z czerwonym sosem? Może poszukamy takich, żeby odwdzięczyć się jej za uratowanie Gąsienicowego Ogryzka? Bardzo chciałabym ją poznać bliżej, skoro mówiłaś, że mogę się z nią zaprzyjaźnić i że warto mieć wokół siebie takie koty, jak ona. Czy ona też ma klanowe korzenie? Myślisz, że mnie polubi, jeśli przyniesiemy jej tego placka, o którego prosiła? A może ja też mogłabym go spróbować, skoro jest taki dobry? Promienne Serce, ziemia do ciebie! Dlaczego mi nie odpowiadasz? – Truskawka zatrzymała na chwilę swój słowotok, zdając sobie sprawę, że mógł on być za długi dla szylkretki. Byłoby znacznie łatwiej, gdyby mentorka po prostu odpowiadała białej na każde pytanie po kolei! Koteczka przechyliła główkę, oczekując na odpowiedź starszej.

<Promienne Słońce?>

[2021 słów + przechodzenie przez ulicę]

14 sierpnia 2026

Od Promiennego Słońca CD. Truskawki

tw: krew, rany.

Mały krok mało nie sprawił, że Promyk straciłaby życie. Dachy były niestabilne i wysoko ponad ścieżkami wyprostowanych. Promienne Słońce zdawała sobie z tego sprawę, kiedy wspinała się po dachach. Tym razem jednak mało nie przypłaciła tego swoim zdrowiem. Odetchnęła ciężko i powolnym krokiem kontynuowała swoją wędrówkę, w niezbyt określonym kierunku. Daszek po daszku, balkon za balkonem, parapet za parapetem w końcu zeszła na ziemię, zupełnie niedaleko swojego ulubionego parku... Potrzebowała tej chwili odetchnienia. Wszystko wokół niej bowiem zdawało się krzyczeć i powoli rozsypywać na kawałki.
Łapka szybko stała się dla niej kimś bliskim. Promyk nigdy nie sądziła, że będzie tak mocno spoufalać się z kociakiem dwunogów, a jednak. Nigdy też nie sądziła, że opuści swój klan zaraz po stracie swojego ukochanego ogona. A tu proszę. Jej życie ułożyło się w dziwny sposób. Poznała pieszczocha, wyniosła się do miasta, a teraz… teraz była tutaj.
Ostatnią noc spędziła w bardzo miłym towarzystwie na samym dachu gniazda Łapki. Był płaski, stabilny i bezpieczny, idealny na wpatrywanie się w niebo i szukanie, chociaż cienia gwiazdy. Promienne Serce tęskniła za ich błyskami. Kiedy je widziała, miała pewne poczucie, że jej wujek, tatko i brat na nią patrzą. Że pilnują jej każdego kroku i uśmiechają się w jej kierunku. Wiedzą, że podjęła swoje decyzje… Wszyscy to wiedzą. Jeśli będzie miała kiedyś szansę… chciałaby przeprosić swojego żywego brata. Może nie błagać o wybaczenie, ale wypowiedzieć wszystko, co ją trapi. Jak wściekła była, jak bardzo te emocje rzucały nią od długiego czasu i jak on stał się ofiarą jej wybuchu. Jej załamania. “Przepraszam” chciało wyrwać się z jej gardła, bo już dorosła. Już zrozumiała. Jednak nie miała szansy ich powiedzieć. Słoneczne Oko był za daleko… Poza jej zasięgiem.
A teraz... ta noc spędzona w objęciach Łapki rozsypała jej życie jeszcze bardziej. Promyk była przekonana, przez chwileczkę, że coś dla siebie znaczą. Coś więcej niż przyjaciółki, niż ulotna znajomość, która rozpadnie się przy pierwszym podmuchu wiatru. I musiało to być złudne przekonanie. Musiało… Los był parszywy.
Łapka z samego ranka czuła się źle. Beznadziejnie. Chmurka stroszyła się i powtarzała jej, że to wina jej schadzek z kocurami z osiedla, od wizyt u sąsiada i jedzenia śmieci, które wszyscy jej oferowali. Ale jej dwunóg zabrał ją w pudle do… kogoś. Chmurka nie skomentowała gdzie, chociaż wyraźnie wiedziała.
“Ciąża” było wystarczająco zrozumiałe dla wszystkich kotów, nawet w języku wyprostowanych. Łapka oczekiwała kociaki, a jej balkon pozostawał ciągle zamknięty. Serce Promyk krajało się na myśl, że właściwie to była tylko elementem zabawy pieszczoszki. Że nie znaczyła dla niej wiele i była dodatkiem do jej życia i swawoli. Promienne Słońce usiadła na brzegu małego jeziorka wykopanego w tym miejscu. Za to lubiła ten park na brzegu miasta, blisko pojedynczych, niskich gniazd. Nie było tutaj tych twardych maszyn plujących wodą w górę, nie. Tutaj stało normalne bajorko, pełne wody, lilii i ryb.
– Miło cię widzieć ponownie Promyku – Głos zza jej pleców wyrwał ją z zamyślenia.
– Krokus … – odetchnęła wojowniczka, obracając się w kierunku dźwięku. Tam stała starsza już i siwiejąca kotka. Jej pyszczek był płaski, z jednym zębem wystającym nad górną wargę. Jej ciało pokrywały blizny, które otrzymała w ciągu swojego życia i niósł się za nią zapach mułu i ziół. Była dorywczym medykiem, którego Promyk znalazła w tym parku zupełnie przez przypadek. Od tamtej pory odwiedzała ją raz na jakiś czas na krótką rozmowę o życiu albo po prostu schować się z nią w norze, zażyć odrobiny natury w tym zatrutym dymem miejscu.
– Co tak siedzisz sama na brzegu wody? – zagadnęła
– Myślę. – odparła wojowniczka. Stara kotka usiadła obok niej i zakręciła wąsami.
– A nad czym to myślisz? – zagadnęła.
– Nad miłością… rodziną ... złamanym sercu… – padła znudzona odpowiedź. Chociaż może bardziej zmęczona niż znudzona.
– Złamane serce… Trudna sprawa. Chcesz się wyżalić? – zaproponowała starsza.
– Wyżalić się… z czego? Zrobiłam sobie nadzieję bez zadawania pytań. Wina leży po mojej stronie, teraz tylko muszę się z tym pogodzić. – odparła, wzruszając ramionami.
– Rozumiem. – odparła Krokus. Promyk była wdzięczna, że kotka nie naciskała więcej. Posiedziały jeszcze chwilę w milczeniu, zanim ich rozmowa zeszła na zupełnie inny temat.
– Ucznia? Wzięłaś ucznia? – Krokus spojrzała na nią zaskoczona.
– Tak. Wzięłam. Jakoś tak ze trzy dni temu, ale jej wyprostowani nie wypuszczają jej jeszcze z domu. Siedzą w nim z nią całymi dniami. Podobno jutro z samego rańca ma być wolna i gotowa… – mruknęła Promyk. Miały już całą jedną lekcję i to głównie z wchodzenia na płot.
– Zaskakujesz mnie coraz bardziej. Koty klanowe wydają się mieć takie dobre serce. – Promienne Słońce miała ochotę zaśmiać się na słowa kotki, jednak zrezygnowała. Życie klanu nie było proste. Z pewnością nie prostsze niż życie na ulicach miasta. Wszystko miało swoje zalety i wady, ale koty z klanu, który znała Promyk, nie były miłe, z paroma wyjątkami. Jagienka, Słoneczne Oko, Tawułowa Bryza… W klanach istniało ciepło i miłość. Po czym cienie na ścianach zaczynały tańczyć w ognisku iluzji zapalonym przez zło, które czyha w kątach. I ono rozpala to ognisko coraz bardziej, a komfortowe cienie zwiększają się w ułudzie pozornej miłości. I robią się większe i dłuższe aż w końcu stają się tylko zniekształconym wypaczeniem rzucanym na ścianę przez pożar, którego nie da się już ugasić.
Promyk tak bardzo żałowała swoich decyzji. Skrzywdzenia brata, niewypowiedzenia się o niewinności Tawuły czy nie pożegnała z ojcem. Jedyne czego nie żałowała to, że uciekła spod władzy Mirtowego Lśnienia.
– Więc jutro pierwsza prawdziwa sesja treningowa, co? – Krokus uśmiechnęła się szeroko.
– Tak… – Promyk westchnęła. To będzie długi poranek.
Tak też było. Zjawia się o świcie i zasiadła na dachu gniazda Truskawki. Ruszyła się z niego, dopiero kiedy drzwi jej gniazda trzasnęły i jej dwunogi wyszły z domu i wsiadły do swojego potwora. Promyk zeskoczyła z dachu do ogrodu i zajrzała na wielkie szklane drzwi. Wyglądały jak te na balkonie Łapki. Promyk potrząsnęła głową, odganiając to nieprzyjemne wspomnienie. Podeszła do małego okienka w nich i szturchnęła je łapą. To ugięło się pod naciskiem i pozwoliło jej wsunąć się do środka. Tam Promyk rozejrzała się po gnieździe.
– Truskawko? – zawołała.
– Promyk! – dzieciak wyłonił się z jakiegoś innego pomieszczenia. – To już? Co robisz w środku? Wiesz jak wejść? Widziałaś, jak ja wchodzę?
– Za dużo pytań, za mało słuchania. – mruknęła Promienne Słońce. – Skoro zostałam Twoją mentorką, to mów mi pełnym imieniem. Promienne Słońce.
– Promienne Słońce… Nie wiedziałam, że masz pełne imię! Ma jakieś znaczenie? Kto ci je nadał? Czemu przedstawiłaś się jako Promyk?– rozpędziła się biała koteczka.
– Za dużo pytań. Nie mamy na to czasu. Teraz za mną. Wychodzimy. – oznajmiła wojowniczka i prześlizgnęła się z powrotem na świeże powietrze. Och jak dobrze jest żyć na łonie natury. Jej nowy uczeń wystąpił za nią i z ekscytacją przebiegł po trawie, zatrzymując się pod płotem.
– Co dzisiaj będziemy robić?! – zapytała ekscytacją.
– Dzisiaj… przejdziemy się po terenach. Zapoznamy się z drogami, ścieżkami, dachami, znakami orientacyjnymi i jak wrócić do swojego gniazda z dowolnego miejsca. Zapachy, widoki. Taki partol. – mruknęła Promyk, wskakując na płot. Chwilę poczekała, aż ten nieporadny kociak wespnie się za nią. Truskawka popatrzyła się na swoją mentorkę z ekscytacją.
– Czy potem będę mogła też zwiedzać sama!? – zapytała. Jej uszy były postawione na sztorc, a oczy świeciły się tą dziecięcą ciekawością.
– Nie. Nie od razu przynajmniej. Parę razy zapoznamy się z tym terenem, a potem będziesz musiała wrócić sama do gniazda. Raz za dnia... raz w nocy.
– Ale w nocy moi wyprostowani zamykają mi drzwi… – kociak przechylił głowę na bok.
– Znajdzie się jakiś sposób. Moment nieuwagi, uchylone drzwi, niedomknięte okno… – Promyk poklepała ją po czubku głowy. Może nie będzie tak źle z tym dzieciakiem jako uczniem. – Dobra… idziemy!
I poszły. Zwiedzanie odbywało się powoli. Promyk upewniała się, że Truskawka powącha wszystko, co może i nazwała każdy element otoczenia. Widocznie jej się czasem nudziło to wszystko. Chciała już, chciała do przodu.
– Jak się kot spieszy, to się lis cieszy. – mruknęła do niej w końcu Promyk. – Jeśli nie nauczysz się tego porządnie, nie będziesz miała podstaw do nauczenia się maskowania, obserwacji, przechodzenia przez ulicę, skakania po balkonach. Jeśli się zgubisz, bo nie wiesz, gdzie jesteś… Nie uratuje cię nic. Wielu samotników nie jest miłych i już się o tym przekonałaś. – mruknęła Promyk. – Są na tym świecie koty, które rozerwą cię za samo istnienie. Są takie, które tylko na ciebie prychną i sobie pójdą. Są dwunożni, który zwrócą cię do domu, a są tacy, co wyniosą cię do zupełnie obcych miejsc. – oznajmiła Truskawce, której mina zrzedła nieco. – Nie chcę cię straszyć, ale życie w mieście nie jest piękne. Życie w lesie także. Musisz się tego nauczyć, nieważne jak bardzo ci się to nudzi. Musisz być bezpieczna.
– … Dlaczego ktoś miałby chcieć mnie skrzywdzić?! Przecież nic im nie zrobiłam!– pisnęła uczennica.
– Bo nie wszystkie koty są dobre. Nie obchodzi ich czy im coś zrobiłaś, czy nie…
Truskawka potem skupiła się na zadaniu znacznie bardziej. Włożyła w to całe swoje zaangażowanie i Promyk nawet ją pochwaliła. W końcu dobrze jej szło! Obserwowała wszystko uważnie, nazywała zdarzenia, przedmioty, gniazda. Budowała w tej małej główce mapę swojego legowiska dwunożnych i okolic. I Promienne Słońce wiedziała, że będzie ją zabierać dalej i dalej. Budować większą i większą mapę, aby ten kociak zawsze wiedział jak wrócić do domu…
– A … to? Co to? – Truskawka zadała jej ciekawskie pytanie, wskazując na drobinki bordowych kropelek odbitych na trawie. Promyk zmarszczyła nos zaraz po powąchaniu.
– Krew… W miarę świeża… – wojowniczka nastawiła uszy i wsłuchać się uważnie. Szum potworów nie był tutaj tak ciężki, ale jednak nadal górował nad śpiewem lasu, więc ciężko było jej wychwycić jakiekolwiek podejrzany dźwięk. Dopóki nie usłyszała bolesnego jęku. Zjeżyła się i od razu przeszła przed Truskawkę. Nie ważne kto to był, mógł być niebezpieczny. Ciekawska uczennica zrozumiała przekaz i nie pchała się przed jej łapy, kiedy szły w kierunku nieszczęśnika.
Za rogiem Promyk najpierw zobaczyła sporo krwi. Potem poczuła ten znajomy zapach Klanu Klifu schowany pod metalicznym smrodem rozlanej cieczy. Podeszła bliżej żwawym krokiem.
– Dużo krwi! Musimy mu pomóc! Szybko!– Truskawka spanikowała. Jej oczy były rozszerzone w strachu i przerażeniu. Zastygła w miejscu, ale z jej gardła wyrywały się kolejne monologi.
–Opanuj się Truskawko. Cisza! – i uczennica zamilkła – To ktoś znajomy. – oznajmiła jej Promyk. Nachyliła się nad kotem, który poruszył nerwowo uchem. – Już mu pomagam!
– P... Pro... Promienne… S… Słońce? – szepnął. Jego głos był słaby, ledwo słyszalny.
– Tak. Gąsienicowy Ogryzku… Co się stało? – spytała zaskoczona Promyk.
– Zosta… Zostałem wygnany… – miauknął boleśnie. – Zaatakowali mnie, zanim odeszli… Boli… Nic nie widzę…
– Co? Nie... Nie tak mają wyglądać wygnania… – prychnęła Promyk. – Dobra. Wstawaj. – pchnęła go nieco ramieniem. – Musisz wstać, żebym mogła cię przerzucić przez plecy. – poleciła mu. Kot podniósł się na trzęsących się łapach. Promyk mogłaby poprosić swoją uczennicę o pomoc, ale nie chciała pobrudzić jej białego futra krwią.
– Dobrze… Tak trzymaj, jeszcze kawałek. – instruowała go.
– Pomóc? – Truskawka zajrzała na nich z miną niepokoju.
– Nie. Jak się pobrudzisz krwią, to twoi dwunodzy nie wypuszczą cię do dorosłości! – mruknęła i szybkim ruchem opuściła bok Ogryzka, aby wsunąć się pod niego. Kot, kiedy tylko stracił podparcie w jej silnym boku, zaczął od razu opadać. Prosto na jej plecy. Promyk jeszcze tylko poprawiła go trochę za przednią łapę, otrzymując bolesny jęk. – Wytrzymasz… – oznajmiła.
– Co teraz? Co teraz? – Truskawka podeszła bliżej. Jej łapki były pokryte cienką warstwą czerwieni.
– Idę z nim do mojej znajomej samotniczki.
– Idę z wami! Idę z wami!!! – zawołała Truskawka.
– To daleko… Idź do domu.
– Nie. Proszę. Ja będę grzeczna i będę się słuchać. I wrócę do domu przed powrotem moich dwunożnych, obiecuję! – promyk spojrzał a na nią. Nie miała czasu się kłócić. Kot na jej barkach powoli się wykrwawiał.
– Dobrze… Żwawo! Musisz nadążać. – To pewnie nie było zbyt ciężkie zadanie, zważając, że Promyk miała na palach kota swojej wielkości.
Droga do parku nie była długa, ale z pewnością była ciężka, gdyż pod górkę. Promienne Serce zmachała się niemiłosiernie, ale wtargała Gąsienicowego Ogryzka na samą górę i do dziupli skrytej między płaczącymi wierzbami przy wodzie. Muł i błoto utrudniały jej poruszanie się, ale wpadła do środka zmachana. Krokus podniosła na nią swoje wielkie, zaskoczone oczy.
– Och… – mruknęła i od razu ruszyła do akcji. Nie była doświadczoną zielarką ani medyczną. Umiała zrobić tylko podstawy, ale to nadal więcej niż Promyk. Truskawka usiadła sobie z boku poinstruowana przez obie starsze kotki, kiedy te krzątały się i próbowały zrobić, co mogły dla biednego klifaka.
Kiedy Ogryzek był już stabilny, Promyk usiadła obok swojej uczennicy.
– Całkiem niezły pierwszy trening co? – zagadnęła, drapiąc się po brodzie.
– Tak… – mruknęła koteczka i zamilkła.
– Dobra. To wszystko na razie co mogę dla niego zrobić. Zostaw mi go tutaj na chwilę… Żeby nie wdała się infekcja.
– Pewnie. Dziękuję Ci Krokusie. Znajdę dla ciebie jakiegoś soczystego szczura za tę przysługę. – Obiecała starszej kotce.
– Jak znajdziesz zamiast tego, jakiegoś dobrego dwunożnego resztka to byłoby lepiej dla mnie. Najlepiej ten taki płaski placek z czerwonym sosem.
– Dobrze… Postaram się coś ukraść. – miauknęła wojowniczka w odpowiedzi. – A teraz idę odprowadzić tego łobuza… I dopilnować, żeby wymyła łapy.
– Dobra myśl. Dobrej nocy… wróć jutro, proszę. Pomożesz mi go przełożyć na posłanie, jakie przygotuję.
– Dobrze.
I dwie koteczki wyszły z nory pod płaczącą wierzbą.
– Odprowadzę cię. – mruknęła Promienne Słońce. – Chodź. – i na tym się skończył ich trening. Promyk musiała upolować płaski placek z sosem dla Krokus…

<Truskawko?>

[2161 słów - Trening Truskawki]

Od Kropli CD. Psianki

Przed mianowaniem

— To… bardzo chętnie — odpowiedziała kotka ze śmiechem.
Kropla uśmiechnęła się na ten gest. Widocznie Psianka była chętna na spędzanie z nią czasu. Nie była tak głośna i… przerażająca jak inne koty. Była miła, pomocna i uczynna. Stróżka wiedziała, że jej obecność nie będzie przeszkadzająca.
— I nie tylko wtedy, kiedy będę miała jakieś przygody. Mogę po prostu przyjść i trochę posiedzieć — zaproponowała. — Albo opowiedzieć ci o czymś ciekawym z treningu. Rohan ciągle pokazuje mi nowe rzeczy. Mam wrażenie, że za każdym razem, gdy wydaje mi się, że już coś rozumiem, okazuje się, że istnieje jeszcze drugie dno. Chyba właśnie to najbardziej lubię.
Uczennica zamilkła na chwilę. A Kropla już trochę nie mogła doczekać się jej opowieści. Wcześniej słuchała Smugi albo ojca. Jej nigdy nie kusiły te wszystkie przygody, ale słuchanie o nich i widzenie jak inni się nimi ekscytowali, było dla niej wystarczające.
— Ale… to działa też w drugą stronę — powiedziała spokojniejszym tonem. — Jeśli kiedyś ty będziesz chciała z kimś porozmawiać… albo zwyczajnie posiedzieć z kimś w ciszy… to też możesz mnie znaleźć. Wiem, że jestem jeszcze uczennicą i pewnie nie umiem pomagać tak dobrze, jak ty. Ale mogę słuchać. Naprawdę.
Kropla zmarszczyła brwi. Dobrze było jej samej. Nie miała ciężkiej pracy. No i wcale nie chciała być słuchana – i tak by nie mówiła o niczym ciekawym. Nie chciała jednak tego wyjaśniać młodej kotce, więc po prostu pokiwała głową.
— Rohan mówi, że dobry zwiadowca musi najpierw nauczyć się słuchać lasu, zanim nauczy się go czytać. Myślę… że z kotami jest podobnie.
Kropla zaczęła się nad tym zastanawiać. Widziała naprawdę wiele kotów w różnych stanach. Każdy z nich miał inną historię, każdy był inny. Ale najbardziej szczerzy byli ci, którzy coś stracili. To ją wręcz… fascynowało w pewien sposób. Oczywiście, nigdy nie wgłębiała się w historie innych. Po prostu pomagając, wiele się słyszało…
— Wiesz… chyba trochę ci zazdroszczę. — Stróżka rozszerzyła oczy. Zazdrościć? Jej? Nie było czego… — Nie dlatego, że jesteś stróżem, tylko dlatego, że potrafisz sprawić, że kot obok ciebie czuje się spokojny. Ty chyba nawet tego nie zauważasz. Jak byłam mała, zawsze wydawało mi się, że wszystko będzie dobrze, jeśli akurat ty byłaś w pobliżu. Nie dlatego, że byłaś najsilniejsza albo najgłośniejsza. Po prostu… byłaś. To chyba też jest pewnego rodzaju talent. Czasami mam wrażenie, że wszyscy chcą być bohaterami. Wojownikami, którzy wygrywają bitwy. Zwiadowcami, którzy odnajdują ślady. Uzdrowicielami, którzy ratują życie. Ale mało kto myśli o tym, jak ważne są koty, przy których inni po prostu… czują się bezpiecznie. — Kotka uśmiechnęła się ciepło, patrząc w oczy Kropli. — Chyba właśnie taka jesteś.
Czekoladowa nie zgadzała się z tymi słowami. Znaczy tak, po prostu była. Ale według niej, bycie nie było sztuką. Siedziała z boku, cicho, wcale nie pomagała tak dużo. Właściwie to nie była pewna, czy ktokolwiek kojarzył ją bardziej. Nie przeszkadzało jej, jeśli nie. Ale wątpiła, że koty darzyły ją zaufaniem, czy czuły się przy niej bezpiecznie. Robiła zbyt mało, aby być takim kotem.
— Dziękuję ci. Za tamtą zabawę, kiedy byłam kociakiem. Za to, że mnie pamiętałaś. I za dzisiaj.
— Nie ma sprawy — mruknęła cicho.
Wydawałoby się, że uczennica odejdzie. Ale zamiast tego podeszła bliżej i delikatnie musnęła bark Kropli czubkiem nosa. Stróżka zamarzła w miejscu na moment, a potem mruknęła zarazem i zaskoczona i zadowolona.
— Obiecuję, że będę wpadała. A kiedy w końcu nauczę się bezbłędnie rozpoznawać wszystkie tropy lisa, borsuka i kuny, przyjdę się tym pochwalić. Nawet jeśli Rohan uzna, że to nic wielkiego. Pewnie i tak znajdzie kolejne ślady, których jeszcze nie znam. Umowa? — zapytała z ciepłym uśmiechem.
— Umowa. — Kropla kiwnęła głową.
Chociaż najpierw nie do końca wierzyła w słowa uczennicy, bo przecież, po co przyszła zwiadowczyni miałaby się przejmować prostym i cichym stróżem? To Psianka bardzo szybko zawitała w życiu Kropli. Uczennica faktycznie przychodziła, gdy miała wolny moment. I mówiła, dużo mówiła – a jednak zawsze po skończonym wywodzie wypytywała Krople o jej dzień. Stróżka też zaczęła przez to mówić trochę więcej – o tym ile było roboty przy maluchach, o tym ile kleszczy miała starszyzna, albo o tym, z czym pomagała u uzdrowicieli. To nie było przechwalanie się, czy narzekanie, to było zwykłe stwierdzenie faktu. I to wciąż były raczej jednostronne rozmowy, prowadzone przez Psiankę.
A jednak Kropla z dumą słuchała o wszystkich osiągnięciach uczennicy, a gdy ta została mianowana na zwiadowcę, to najgłośniej skandowała jej imię. Może dlatego, że była pewna, że teraz Psianka się odsunie. Już nie była uczennicą, która chciała mieć komu opowiedzieć o treningu. Stróżka naprawdę sądziła, że kotka odsunie się od niej i zajmie swoim życiem zwiadowcy. Nie brzmiało to jak szczęśliwe zakończenie, ale wcale by nie zaskoczyło czekoladowej. Ba! Bardziej zaskoczyło ją, gdy pewnego popołudnia czarno-biała kotka podeszła do Kropli.
— Dziś spokojnie na zewnątrz. Jak w obozie? — zapytała.
— Dobrze — odpowiedziała krótko Kropla.
Właściwie od ostatnich kilku dni nie bardzo wiedziała, co się działo w obozie. Była zmęczona, rozkojarzona i ciągle kaszlała, albo pociągała nosem. Oczywiście ignorowała te objawy – Pora Nagich Drzew była zimna, Pora Nowych Liści była przyjemna. To tylko reakcja ciała na zmianę temperatury…
— Coś ciekawego dziś robiłaś?
— Nie… Nie bardzo. — Zakaszlała.
— Och… Źle się czujesz?
— To nic takiego.
— Kroplo…
Stróżka nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się tylko ciepło i wskazała na stos jedzenia. Psianka zignorowała ten gest.
— Idziemy do uzdrowicieli.
Kropla westchnęła. Mogłaby się postawić. Ale po co? Kiwnęła więc głową i wraz z kotką poszły do uzdrowicieli.
— Kroplo? Coś nie tak? — zapytał Gołąbek.
— Ostatnio… Słabo się czuje.
Kocur kiwnął głową i kazał jej się położyć. Po chwili podał jej stokrotkę, a ta ją niechętnie zjadła.
— Jeszcze tak kilka dni, ale powinno być lepiej. Odpoczywaj — powiedział, uśmiechając się do niej ciepło.
Kropla kiwnęła głową i westchnęła. Zerknęła na Psiankę, która cały ten czas stała obok.
— Dziękuję — mruknęła.
Zastanowiła się chwilę. Właściwie, od kiedy Psiankę mianowano, nigdy nie pytała, czy ta czuła się z tym dobrze. Po prostu tak założyła… Gorzej, jeśli tak nie było. Spojrzała więc na kotkę.
— Podoba ci się bycie zwiadowcą?
Wyleczeni: Kropla

<Psianko?>

Od Zalotnej Gwiazdy CD. Cętkowanej Łapy (Cętkowanego Tęgosza)

Przeszłość

— Babciu, bo słyszałem o tych Dwunożnych, co wycinają nam las, dlaczego oni nam to robią? — zapytał rudofutry, na co Zalotna Gwiazda spoważniała.
— Nie wiem, Cętkowana Łapo, ale wiem za to, że trzeba ich się jak najszybciej pozbyć. Zanim narobią więcej szkód — odparła, wzdychając ciężko.
— Czyli co, zaatakujemy ich? — zapytał.
Szylkretka nie znała odpowiedzi na to pytanie. Wiedziała, że jeśli chciałaby zebrać grupę i pójść z nimi na walkę z tymi wyprostowanymi stworzeniami, najpewniej skończyłoby się to bardzo niedobrze. Mimo że wierzyła w siłę swoich pobratymców, wiedziała, że nie mają szans przeciwko ogromnym łapom Dwunożnych, ich Potworom i wszystkiemu, czego używają na co dzień. Mieli przedmioty ostrzejsze o stokroć od kocich pazurów, a także rzeczy twardsze i cięższe od jakiegokolwiek kamienia. Ponadto byli tak dużych rozmiarów, że zadrapania ani ugryzienia nie robiły na nich większego wrażenia. Zalotna Gwiazda nie musiała widzieć tego na żywo, by wiedzieć, że Dwunożni są wręcz niezniszczalni. Czasem koty ledwo radziły sobie z większymi psami, a co dopiero z jeszcze silniejszym wrogiem! By przegonić te łyse istoty, wszystkie koty znad morza musiałyby na moment zapomnieć o tym, co je dzieli, i wszystkie ruszyć do walki. To nie było jednak możliwe.
— Nie mogę ci niczego obiecać — mruknęła w końcu posępnie.
Cętkowana Łapa spochmurniał nieco, nieznacznie kładąc po sobie uszy.
— Na razie zajmij się swoim treningiem, Tęgoszu. Całkiem możliwe, że w niedalekiej przyszłości będziemy potrzebować naprawdę dobrze wyszkolonych i silnych wojowników, by odeprzeć atak Dwunożnych — dodała, uśmiechając się do niego pokrzepiająco. — Cieszę się, że zaszczyciłeś mnie wizytą, lecz prosiłabym cię już o opuszczenie legowiska. Wiesz, jako lider mam wiele rzeczy do przemyślenia, a najlepiej myśli się w ciszy. Ach, i nie żałuj sobie piszczek. Mój wnuk musi być zdrowy i dobrze najedzony — miauknęła, wciąż tym samym, ciepłym tonem, który nieczęsto barwił jej głos.
Uczeń skinął jej głową na pożegnanie.
— Do zobaczenia, babciu! — krzyknął, znikając w wyjściu z jej legowiska.
Po tym, jak Tęgosz sobie poszedł, Zalotna Gwiazda jeszcze przez moment w ciszy wpatrywała się w to miejsce, chcąc nacieszyć się tą krótką chwilą, nim do jej głowy powrócą wszystkie wątpliwości dotyczące przyszłości Klanu Wilka. Musiała być dobrą liderką. Nie mogła pozwolić na to, by jakiś jej bliski kot ucierpiał. Jednocześnie… nie mogła przecież pozbyć się Dwunożnych samą siłą woli. To nie wystarczyło.
Może powinna poczekać, aż w końcu te bestie same odejdą z Wilczakich terenów, o ile kiedykolwiek to zrobią. Na razie najlepiej było zapewniać pobratymców, że wciąż nad tym myśli. Że ma jakiś plan, że widzi jakieś światełko nadziei. Nie mogła im przecież powiedzieć, że najprawdopodobniej nigdy nie będą na tyle silni, by własnołapnie pozbyć się Dwunożnych. To zbyt bardzo by ich przygnębiło, a ona nie potrzebowała takich poddanych.

* * *

Teraźniejszość

Odkąd Dwunożni odważyli się tknąć jej wnuka, Zalotna Gwiazda znacznie częściej wybywała z obozu. Nie na tyle, by ktokolwiek uznał to za podejrzane, lecz z całą pewnością częściej niż wcześniej. Często chodziła w miejsce, w którym Dwunożni wycinali drzewa, by zobaczyć, czy jeszcze tam są. Siadała i obserwowała ich z oddali, próbując wymyślić jakiś sposób na to, jak się ich pozbyć. Gdy jednak wpatrywała się w ich łyse, pomarszczone pyski, jedyne, co czuła, to przepełniająca ją bezsilność i gniew. Najchętniej rozszarpałaby im te paskudne buźki tu i teraz! Ale nie mogła. Ognikowa Słota niedawno urodziła kocięta, a klan był w żałobie po śmierci Cienistej Zjawy. Nie mogła go zostawić w takim stanie. Miała jeszcze kilka spraw do zamknięcia i księżyców przed sobą.
Właśnie dlatego westchnęła ciężko. Tym razem Dwunożnych i ich Potworów było już znacznie mniej, a ci Wyprostowani, którzy wciąż kręcili się po wykarczowanych terenach, wydawali się znużeni. Wkrótce i oni wsiedli do swoich Potworów i zniknęli przywódczyni z pola widzenia, pozostawiając te tereny opustoszałe. Szylkretka w szoku się temu przypatrywała, zastanawiając się nad tym, czy opuścili to miejsce na stałe, czy może tylko na chwilę?
Jeszcze przez moment siedziała w bezruchu, zastanawiając się, czy Dwunożni za kilka uderzeń serca tu powrócą. Dopiero po jakimś czasie powoli podniosła się z miejsca, postanawiając wrócić do obozu. Zastanawiała się, czy powinna przekazać tę wieść reszcie Wilczaków, czy może zachować ją w tajemnicy, by upewnić się, że Dwunożni na pewno już tu nie wrócą. Gdy jednak zmierzała w stronę obozu, naszła ją pewna myśl. Uśmiechnęła się pod nosem, czując, jak misterny plan zaczyna sam układać się w jej głowie.

* * *

Wkroczyła do azylu, wyglądając pewniej i dumniej niż zazwyczaj. Nie tak jak wtedy, gdy musiała ogłosić przed resztą klanu śmierć Cienistej Zjawy. Wtedy łeb miała zwieszony, a pysk wygięty w smutku i rozpaczy. Teraz po jej postawie można było się domyślić, że ma Wilczakom jakieś dobre wieści do przekazania. Choć może uważniejsze oko spostrzegłoby, że w brązowych oczach liderki niekoniecznie czai się radość. Zamiast niej tańcowały w nich ledwo zauważalne iskierki ekscytacji, ale i determinacji. To były te same emocje, które gościły w oczach przywódców prowadzących swój klan na wojnę, której byli pewni, że wygrają.
Zalotna Gwiazda wskoczyła na pień, z którego do swoich pobratymców przemawiała już niejednokrotnie. Nim zdążyła odezwać się choćby słowem, już kilka ciekawskich kotów zwróciło wzrok w jej stronę i zrobiło kilka niepewnych kroków bliżej miejsca przemówień. Szylkretka machnęła ogonem, po czym mruknęła:
— Niech wszystkie Wilczaki zbiorą się pod pniem! To dla nas wszystkich dobry dzień. Dzień zmian! — ogłosiła, zadzierając brodę i dumnie wypinając pierś. Gdyby na nią spojrzeć, trudno byłoby porównać ją do tej kotki, która jeszcze kilka księżyców temu opłakiwała swojego zmarłego syna.
Po chwili azyl wypełnił się gwarem rozmów. Koty spoglądały po sobie w ekscytacji, ale i zaciekawieniu, czekając, aż liderka kontynuuje swoją przemowę. Nie musiały czekać zbyt długo, bo Zalotka nie zamierzała się cackać. Miała im ważne wieści do przekazania i nie będzie z nimi zwlekać, gdyż robiła to już wystarczająco długo.
— Pewnie zastanawiacie się, co takiego ważnego mam wam do przekazania… Tym razem Mroczni Przodkowie mają nas w opiece i nie pozwolili na to, by któryś z naszych towarzyszy został nam odebrany tak okrutnie.
Mówiąc to, uśmiechnęła się do zgromadzonych kotów.
— Jak już wszyscy, a przynajmniej większość z nas wie, po naszych terenach od kilku księżyców bezkarnie grasują Dwunożni. Wszyscy widzieliśmy, co robią z naszym lasem. Wszyscy wiemy, jak wiele mogą nam odebrać, jeśli pozwolimy im działać bez przeszkód — mruknęła, szybko przybierając poważniejszy wyraz pyska. — Przez cały ten czas wydawało mi się, że w obliczu tak potężnego zagrożenia jesteśmy bezbronni. W końcu Dwunożni to nie żadne lisy czy psy, na które moglibyśmy wysłać patrol i wrócić jako zwycięzcy. Dwunożni to ogromne, wyprostowane bestie o łapach silniejszych niż jakikolwiek leśny drapieżnik! Gdyby tego było mało, otaczają się swoimi ogromnymi Potworami, a także innymi metalowymi puszkami i narzędziami, które sami tworzą, a które użyte przeciwko kotom gwarantują nieuniknioną śmierć.
Poczuła, jak na myśl o Dwunożnych sierść zjeżyła jej się na karku.
— Obiecałam wam jednak, że w końcu pozbędziemy się tych łysych, okrutnych stworzeń z naszych terenów, a dziś nadszedł dzień, w którym ta obietnica w końcu się spełni! Znalazłam sposób na to, jak raz na zawsze pozbyć się tej zarazy, jaką są Dwunożni, z terenów należących do Klanu Wilka. Nie pozwolimy im dłużej bezkarnie niszczyć naszego domu i odbierać nam poczucia bezpieczeństwa! — mówiła dalej, obserwując uważnie reakcje tłumu.
Niektóre koty wydawały się szczęśliwe, niektóre zaciekawione, a jeszcze inne przerażone. Wiele z nich pewnie kwestionowało słowa Zalotnej Gwiazdy, zastanawiając się nad tym, czy mówiła prawdę i czy na pewno dzięki swojemu planowi uda jej się przegonić Dwunożnych. Ona jednak wiedziała, że teraz nie mogła pozwolić, by wątpliwości odebrały Wilczakom nadzieję. Musiała sprawić, by uwierzyli, że naprawdę mają szansę.
— Nie byłabym jednak w stanie dokonać tego samotnie, dlatego też na tę ciężką misję zabiorę ze sobą najbardziej zaufane mi koty — oznajmiła, mrużąc nieznacznie ślepia. — Krucze Pióro, Kocimiętkowy Wirze, Nadciągający Pomroku i Seradelowy Nektarze! Udacie się wraz ze mną poza obóz, by pomóc mi w pozbyciu się Dwunożnych z naszych terenów. Wierzę, że razem zdołamy doprowadzić ten plan do końca. Wspólnie sprawimy, że Klan Wilka na nowo zacznie rządzić swoimi terytoriami!
Nim jednak zeskoczyła z pnia i zgarnęła wyznaczone koty, miała jeszcze do ogłoszenia jedną rzecz.
— Obozem na czas naszej nieobecności zajmie się Pustułkowy Szpon. Macie absolutny zakaz wychodzenia z obozu i tyczy się to każdego, aż do samego ranka. Jeśli uda nam się załatwić sprawę z Dwunożnymi pomyślnie i szybko, wrócimy wcześniej — oznajmiła stanowczo. — Do tego czasu zachowajcie spokój i zaufajcie mi. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by Klan Wilka był znów bezpieczny.
Zaraz po tych słowach w końcu zeskoczyła na ziemię i ustawiła się przed wyjściem z obozu, czekając, aż zbiorą się przy niej znajome pyski. Jednocześnie z dumą nasłuchiwała słów otuchy, jakie wypowiadali wojownicy, którzy nie zostali wybrani do misji.

* * *

Zbliżając się do terenów, na których Dwunożni wycinali drzewa, nie można było już usłyszeć ryku ich maszyn. Zalotna Gwiazda uśmiechała się pod nosem, spoglądając na pyski kotów wybranych na misję. Widziała w ich oczach zdziwienie i bawiło ją, że żadne z nich nie odważyło się ubrać go w słowa. To w końcu dobrze. Znaczyło, że nie mieli odwagi podważyć jej decyzji ani oskarżyć jej o cokolwiek. Dreptali za nią jak grzeczne owieczki.
Jasne, lubiła koty niezależne i takie, które nie bały się wyrażać swoich myśli. Lubiła je jednak tylko wtedy, gdy swojego głosu używały do szerzenia wiary w Miejsce, Gdzie Brak, przekonywania innych o świetności Klanu Wilka czy wychwalania samej Zalotnej Gwiazdy. Natomiast takie koty, które odważyłyby się użyć swojego głosu przeciwko niej, uznawała za głupie i niebezpieczne.
Gdy znaleźli się wystarczająco blisko miejsca, w którym odbywały się wycinki, wciąż można było wyczuć smród Dwunożnych i ich Potworów. A jednak w lesie panowała kompletna cisza. Zupełnie tak, jakby nigdy ich tam nie było. Zalotna Gwiazda szła pewnie przed siebie, nawet na moment nie zatrzymując się ani nie komentując faktu, że zza już tylko kilku drzew, które dzieliły ich od terenów wycinki, powinno być widać choćby zarysy morderczych maszyn.
W końcu wojownicy przeprawili się przez rzekę, docierając do bezkresnych połaci wykarczowanego terenu. Cała czwórka kotów rozglądała się ze zdziwieniem, aż w końcu ich spojrzenia spoczęły na liderce.
— Zalotna Gwiazdo… Gdzie są Dwunożni? — zapytała nagle Kocimiętkowy Wir, nieznacznie kładąc po sobie uszy.
Szylkretka zachichotała złowieszczo pod nosem, po czym zmrużyła ślepia.
— Jak to gdzie, Kocimiętkowy Wirze? Pokonaliśmy ich — odparła, wciąż się uśmiechając. — Czyżbyś już nie pamiętała, jak zacięcie z nimi walczyliśmy? Jak chytrzy byliśmy? Jak działaliśmy jako jedność? — kontynuowała, po czym strzepnęła ogonem i odwróciła się tyłem do reszty grupy, powoli idąc naprzód.
Czwórka wybranych kotów powoli podążyła za nią, a dźwięk ich kroków rozbrzmiewał w uszach liderki.
— Wrócimy do obozu za jakiś czas. Wrócimy do nich i powiemy, że zwyciężyliśmy. Wygnaliśmy Dwunożnych z naszych terenów na dobre! — stwierdziła po chwili. — Może wam się wydawać, że to niesprawiedliwe. Cóż… może dla niektórych. Dla mnie jest to jednak przede wszystkim okazja. Szansa na to, by wzmocnić swój wpływ w Klanie Wilka, a wraz z nim również wasz. W zamian za pozostanie cicho i trzymanie się swojej roli oferuję wam tytuł Powiernika Cienia. Oprócz tego zostaniecie zalani sławą i uznaniem. Czy właśnie tego nie chcecie? — kontynuowała, spoglądając na nich przez ramię.
W końcu zatrzymała się i wskoczyła na jeden z wyciętych pni.
— Nie każda droga na szczyt jest prosta i czysta. Czasem, by zostać kimś więcej, trzeba nagiąć trochę zasad. My, Wilczacy, wiemy o tym aż za dobrze. Jako jedyni sprzeciwiliśmy się idiotycznym zasadom ustalonym przez Klan Gwiazdy i teraz żyjemy jak prawdziwi władcy! — oznajmiła, zadzierając dumnie brodę. — Mroczna Puszcza jest naszym prawdziwym domem, a koty, które ją zamieszkują, są naszymi pobratymcami. Oni nigdy nie zrzuciliby na nas klątwy, tak jak Gwiezdni Przodkowie robili to już nieraz!
Na moment zamilkła, pozwalając, by jej słowa wybrzmiały wśród pustego, wykarczowanego terenu.
— Właśnie dlatego chcę wam przypomnieć, że nie zawsze to, co większość uznaje za słuszne i sprawiedliwe, jest tym, co najlepsze dla nas wszystkich. Czasem trzeba mieć odwagę spojrzeć szerzej i zrobić to, czego inni nie odważyliby się zrobić. — Uśmiechnęła się lekko. — Nie chcę więc, żebyście myśleli o tym jak o zdradzie. Zdrada byłaby wtedy, gdybyśmy działali przeciwko własnemu klanowi. A przecież robimy coś zupełnie innego. Robimy to właśnie dla niego. Dzięki temu możemy zyskać więcej niż tylko spokój. Możemy zyskać wpływy, uznanie i pozycję, o jakiej inni Wilczacy mogą tylko pomarzyć. Wystarczy, że każdy z was zrobi to, co do niego należy. Zachowa milczenie, odegra swoją rolę i pozwoli mi poprowadzić nas dalej.

* * *

Gdy księżyc wzbił się na niebo, Zalotna Gwiazda zadarła brodę i rozejrzała się po swoich towarzyszach.
— Czas na nas. Pamiętajcie tylko, by nie zdradzać nikomu szczegółów tej akcji. Za każdym razem odpowiadajcie, że jej przebieg to tajemnica. Nie zdradzajcie prawdy nawet tym, którzy stoją po naszej stronie — oznajmiła.
Ostatnie zdanie wypowiedziała z myślą o swoim wnuku — Cętkowanym Tęgoszu. Chciała, by rudofutry kocurek uwierzył, że jego babci naprawdę udało się własnymi łapami wygonić przebrzydłych Dwunożnych. Zależało jej na tym, by jeszcze mocniej utrwalić w nim właściwe myślenie, tak aby nigdy nie przyszło mu do głowy zdradzać rodziny i bliskich, tak jak niegdyś zrobili to Jarzębinowy Żar i Kosaćcowa Grzywa.
Tamtą dwójkę kociąt wciąż uważała za swoją życiową porażkę. Nie przyznawała się nawet do tego, że miały jej krew. Choć trochę żałowała, że nie powstrzymała siłą swojego syna przed ucieczką. Może wciąż była dla niego jakaś szansa? Przede wszystkim zależało jej jednak na tym, by w Klanie Wilka pozostała jej krew, ponieważ na ten moment nie było w nim żadnego z jej biologicznych potomków. Trochę ją to bolało. Nie chciała, by jej dynastia kończyła się na zdrajcach, którzy wybrali bajeczki o Gwiezdnych Przodkach zamiast własnej matki.
Gdy skończyła już wspominać dawne czasy, pewnym krokiem ruszyła w stronę azylu Klanu Wilka. Wiedziała, że większość Wilczaków zapewne będzie już spała, lecz wiedziała również, że nie będą narzekać, jeśli obudzi ich, by przekazać im dobre wieści.

* * *

Grupa wkroczyła do obozu, gdy księżyc był już wysoko na niebie. Ich futra były zmierzwione, trochę skołtunione i wciąż wilgotne po tym, jak musieli przeprawić się przez rzekę. Nie wyglądali, jakby walczyli z Dwunożnymi na śmierć i życie, ale nie sprawiali też wrażenia, jakby na swojej drodze nie napotkali przeszkód. Zalotna Gwiazda zadbała o to, by wyglądali na trochę poobijanych i zmęczonych. W końcu gdyby wrócili do obozu nieskazitelnie czyści, ktoś mógłby wysnuć wniosek, że nawet nie tknęli Dwunożnych.
Przywódczyni natychmiast wskoczyła na mównicę, obserwując czwórkę kotów, która zebrała się pod nią. Ich oczy lśniły w mroku, zdradzając zniecierpliwienie.
— Klanie Wilka! — krzyknęła Zalotna Gwiazda, co wystarczyło, by koty w legowiskach zaczęły się wybudzać. Nawet jeśli ktoś nie otworzył oczu po słowach liderki, chwilę później został obudzony przez jednego ze swoich pobratymców.
Gdy wszyscy wojownicy i uczniowie zgromadzili się przed pniem, z którego przemawiała teraz Zalotna Gwiazda, kotka kontynuowała:
— Wygraliśmy! — zaczęła, po czym zamilkła, pozwalając, by zdumione westchnienia rozeszły się po zgromadzonych kotach. — Pozbyliśmy się Dwunożnych z naszych terenów! Przestali być już dla nas zagrożeniem i już nigdy nie porwą ani nie skrzywdzą żadnego z członków Klanu Wilka! Teraz wiedzą, gdzie jest ich miejsce, a jeśli kiedykolwiek spróbują ponownie z nami zadrzeć, będziemy już wiedzieć, że przeciwko nam nie mają żadnych szans! — mówiła dalej, dumnie wypinając pierś.
Na moment zamilkła, przesuwając wzrokiem po Wilczakach, a następnie zwróciła go w stronę czwórki wybrańców.
— Chciałabym tej nocy odznaczyć koty, bez których pomocy wciąż żylibyśmy w strachu, że pewnego dnia Dwunożni napadną na nasz obóz i wyrządzą nam krzywdę. Krucze Pióro, Kocimiętkowy Wirze, Nadciągający Pomroku i Seradelowy Nektarze — swoją odwagą i determinacją zasłużyliście dziś na to, by otrzymać tytuł Powiernika Cienia! Podczas konfrontacji z Dwunożnymi wykonywaliście moje rozkazy bez sprzeciwu, a gdy zostaliście wybrani na tę misję, nie wiedząc nawet, czy z niej wrócicie, nie zawahaliście się ani na moment. Właśnie takiego zachowania oczekuję od reszty Wilczaków, którzy również pragną otrzymać tytuł Powiernika Cienia i uzyskać związane z nim przywileje! — ogłosiła. — Niech wasze nowe odznaczenia służą wam dzielnie i przypominają o tym, co udało wam się osiągnąć w tym pamiętnym dniu!
Gdy skończyła przemowę, odczekała kilka uderzeń serca, nim zaczęła skandować:
— Krucze Pióro! Kocimiętkowy Wir! Nadciągający Pomrok! Seradelowy Nektar!

* * *

Rankiem obudziła się szczęśliwa. Na jej pysku widniał pogodny uśmiech i po raz pierwszy od wielu księżyców nie wyglądała na groźną, gburowatą liderkę. Dzień rozpoczęła od wyczyszczenia swojego futra z drobinek kurzu i brudu, który zaczepił się o nie podczas “walki” z Dwunożnymi. Potem porządnie się przeciągnęła i wychyliła głowę ze swojego legowiska, chcąc zabrać ze stosu jakiś smaczny kąsek. Nim jednak postawiła łapę w azylu, widok na stos zasłonił jej znajomy, rudofutry kocur. Zalotka od razu postawiła uszy do góry, ignorując fakt, że była trochę głodna.
— Cętkowany Tęgoszu! — zawołała poważnym tonem.
Zielonooki natychmiast zwrócił łeb w jej stronę. Nim Zalotna Gwiazda zdążyła zażądać od niego, by do niej podszedł, ten już to zrobił.
— Tak, babciu? — zapytał, po czym zamrugał kilka razy i przechylił głowę. — Czy coś się stało? — mruknął jeszcze, na co starsza pokręciła głową.
— Nie, Tęgoszu. Nic się nie stało — odparła, po czym odwróciła się i ruszyła w głąb swojego legowiska. — Wejdź, proszę — zawołała, gdy usiadła na swoim posłaniu i zrozumiała, że jej wnuk nie wszedł za nią do środka.
Gdy Cętkowany Tęgosz rozsiadł się przed nią, najpierw wpatrywała się w jego pysk przez dobre kilka uderzeń serca, próbując coś z niego wyczytać.
— Więc… — zaczęła w końcu, odwracając wzrok od rudego. — Chciałam cię spytać, jak radzisz sobie ze śmiercią twojego taty. Wiem, że to dla ciebie ciężkie. Sama przecież wraz z jego odejściem straciłam syna i wiem, jak bolesne jest stracenie kogoś, kto był ci bliski. Tym bardziej że Cienista Zjawa był naprawdę szanowanym wojownikiem, który miał przed sobą jeszcze całe życie… — westchnęła, spuszczając wzrok na łapy.
Przez moment siedziała w ciszy, dając swojemu wnukowi czas na przemyślenie jej słów.
— Tęgoszu… twój ojciec nie chciałby, by żałoba po nim wpływała na twoje życie. Słyszałam, że od śmierci Cienistej Zjawy zamknąłeś się w sobie. Widziałam, że często wychodzisz samotnie na spacery, zamiast wybierać się ze swoimi rówieśnikami na patrole. Mam nadzieję, że nie odsuwasz się od społeczności Klanu Wilka. Naprawdę martwi mnie twój stan, Tęgoszu. Nie chcę, żebyś pozwolił, by smutek odebrał ci to, co w tobie najlepsze.
Zawahała się, jakby dobierała odpowiednie słowa.
— Żałoba potrafi sprawić, że kot zaczyna patrzeć na wszystko inaczej. Na siebie, na swoich bliskich, nawet na to, w co dotychczas wierzył. A ja nie chcę, żebyś przez cierpienie zaczął wątpić w rzeczy, które jeszcze niedawno były dla ciebie ważne. W Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, w Klan Wilka, w swoją rodzinę… — urwała, przenosząc na niego wzrok.

<Tęgoszu?>

Od Trójokiego Zająca CD. Ćmiej Łapy

Słońce wychyliło się nieśmiało znad horyzontu, oświetlając ryczący wodospad u wejścia Klanu Klifu, tym samym budząc koty obciążone obowiązkiem wykonywania porannych patroli i polowań do szykowania się do wyjścia. Donośne echo niosło się po jaskini, chociaż Klifiacy zdążyli do tego już przywyknąć. Z pewnych nowości, Rozżarzona Pieśń przeniosła się do żłobka, tym samym spodziewając się kociąt. Kremus nigdy nie zamienił z nią choćby słowa, kotka przyłączyła się do nich już tyle księżyców temu… miał nadzieję, że dobrze jej się tu żyło. Trójoki Zając dzisiaj zamierzał porozmawiać z jednym ze swoich kociąt, a dokładniej Ćmią Łapą, która została mianowana uczennicą medyczki! Jagnięcy Ukłon zatem musiała otrzymać znak od samego Klanu Gwiazdy, ponieważ uczniów medyka wybierało się na podstawie nieco innych aspektów, niżeli mentora dla ucznia szkolącego się na ścieżce wojownika. Kukułczy Wdzięk również od czasu do czasu zaglądała do legowisk, ze swego rodzaju nostalgią i wręcz dumą ze swoich dzieci, chociaż nie zaniedbywała obowiązków. Zielonooki wiedział, że musiała być niezwykle zadowolona z faktu, iż mogła raz jeszcze rozprostować łapy i wrócić do obowiązków klanowych, wraz z mianowaniem ich pociech. Wychodzili często na spacery, podczas których udoskonalali swoje umiejętności nabyte do tej pory, jednocześnie ciesząc się chwilami spędzonymi u swego boku.
— Na poranny patrol wyruszą Kukułczy Wdzięk, Gołębi Puch, a także Świetlista Walka — poniósł się echem głos zastępczyni, Źródlanej Łuny. Zielonooki podszedł do liliowej szylkretki, stykając się z nią nosami na pożegnanie.
— Zobaczymy się potem, miłego dnia, skarbie — mruknął do niej czule, odprowadzając ją wzrokiem, dopóki wielokolorowy ogon nie zniknął w wejściu do obozu.
Kremus zdążył poinformować już swojego syna, że rozpoczną dzisiaj szkolenie nieco później, dlatego niebieski mógł się wyspać i odpocząć po wczorajszym szkoleniu. Wojownik wchylił delikatnie łeb do wnętrza legowiska medyka, rozglądając się za swoją córeczką. Gdy nawiązali kontakt wzrokowy, mała nie była akurat niczym szczególnym zajęta. Księżycowa Aldrowanda i Jagnięcy Ukłon układały zioła, a kremuska w paru podskokach pognała do ojca, wtulając się w jego pierś. Trójoki Zając zamruczał, otulając ją łapą na przywitanie.
— Nie jesz już mchu, mam nadzieję? — miauknął z rozbawieniem, tarmosząc lekko jej futro na czubku głowy, drocząc się z nią. Ćmia Łapa przewróciła oczami, po chwili chichocząc. Pomachała łapą, jakby chciała powiedzieć “no co ty!”. Spojrzała na niego raz jeszcze.
— Tato! Wiesz, Ile wczoraj się nauczyłam? — zagadnęła, a jej pyszczek rozpromieniła następna dawka uśmiechu. Kocur pokręcił głową, ale zanim kontynuował, spojrzał w kierunku dwóch kocic nieopodal.
— Jagnięcy Ukłonie, Księżycowa Aldrowando, czy mogę zabrać Ćmią Łapę na chwilowy spacer po jaskini? — zapytał, ponieważ nie chciał im przeszkadzać, a takim zagadywaniem mogli je rozpraszać. Niebieska szylkretka zastrzygła uchem, mrucząc na zgodę, a starsza o kobaltowych ślepkach odwróciła się w ich stronę i po chwilowym namyśle, odparła:
— Tak, tylko przyjdźcie z powrotem przed zachodem słońca. — I wróciła do oddzielania liści ogórecznika od reszty ziół. Wojownik kiwnął głową, ciepłe uczucie rozlało się po jego piersi, a wąsy zafalowały mu z lekkiego rozbawienia. Dopiero rozpoczął się nowy dzień, młódka przecież nie poświęci całego tego czasu na rozmowę z ojcem, prawda? Czekały ją obowiązki. Kremowa teraz każdego dnia miała łapy pełne roboty i zorganizowanie z nią nawet takiej krótkiej pogawędki bywało różne. Medycy musieli przyswoić w trakcie swojego szkolenia ogromną ilość informacji o ziołach, a gdyby tego było mało, to jeszcze nałożony był na nich obowiązek umieć pomóc nimi chorym i potrzebującym. Cieszył się, że mogli wspólnie spędzić czas, nadal, mimo że wybyły już ze żłobka, próbował utrzymywać ze swoimi pociechami pozytywny kontakt.
Koteczka, gdy tylko oddalili się trochę od jamy prowadzącej do przytulnych legowisk i dużego magazynku ziół, wlepiła spojrzenie dużych ślepi w kocura.
— Teraz możesz mi opowiedzieć, o czym tylko chcesz — miauknął zachęcająco, cierpliwie czekając na to, czego miał się zaraz dowiedzieć.
— Tato, czy opowiesz mi więcej o moim wujku? — zapytała, a Trójoki Zając zdziwił się odrobinę. Bardzo dawno nie podejmował z nikim tematu Króliczej Prawdy, jego brata. Odkąd wyruszył i nie wrócił… kremus dużo o nim myślał, ale próbował nikogo tym nie obarczać, tym samym zachowując to wszystko w pewnym sensie dla siebie, co niekoniecznie zawsze było proste. Najciężej było, gdy zapadał zmrok. W ciągu dnia potrafił zająć umysł tak, żeby się rozproszyć, ale myśli te nigdy nie zniknęły, a jedynie zostały zagłuszone przez codzienną rutynę.
— Zastanawiasz się, jaki był? — podjął, sadowiąc się wygodnie i cicho wzdychając. Posłał jej delikatny uśmiech. Nawet jeśli nie miał dobrej opinii w miejscu, w którym przyszło im się urodzić, Zając nie zamierzał działać wbrew własnemu sercu i przekonaniom. — Twój wujek był kotem bardzo ambitnym, długo wspierał mnie, gdy nie byłem pewien i tego, jak powinienem czuć… dużo treningów nasza babcia, Gasnący Promyk i mój dawny mentor, Mysi Postrach przeprowadzaliśmy razem. Byliśmy wręcz nierozłączni, ja z moim bratem. Gdyby tylko nadal tu był, myślę, że polubiłabyś go. Wiesz, że Wzburzony Kormoran i Oszroniony Kieł to jego kocięta?
Ćmia Łapa słuchała go w skupieniu, robiąc duże oczka.
— Wyglądał dokładnie tak, jak ty, prawda? Tylko miał inny kolor oczu?
— I ułożenie bieli. Byliśmy swoim lustrzanym odbiciem — mruknął kremus, uśmiechając się smutno. — Chociaż charakterów chyba nie mógł nam Klan Gwiazdy zesłać innych. Mimo wyglądów różniliśmy się tak bardzo temperamentem — mówił z nutą nostalgii. Uczennica zamyśliła się na jakiś czas, notując wszystko w głowie.

<Jestem z ciebie bardzo dumny, Ciemko>

Od Firletkowej Łapy

Trwała Pora Nowych Liści, którą można było w sumie nazwać Porą Porywistych Wiatrów. Tej pory żywioł naprawdę mógł dawać niektórym w kość. Mimo że już te wiatry nie były aż tak bezlitosne, jak na początku, wciąż nie były przyjemne. Co innego jednak mogły powiedzieć ptaki, które wręcz czerpały przyjemność z szybowania nad bezkresnym morzem, używając do tego właśnie silnych wiatrów. Ich skrzeki, piski i śmiechy rozprzestrzeniały się echem pod zachmurzonym niebem, a niektóre osobniki nawet wykonywały różnego rodzaju manewry.
Firletka stał niedaleko krawędzi klifu, lecz pilnował, by nie zbliżyć się do niej na mniej niż trzy długości kociego ogona i podziwiał korzystające z silnego wiatru mewy i inne ptaki nadmorskie. Bardzo podobało mu się to, z jaką gracją szybowały. Ich potężne skrzydła dawały mu pewnego rodzaju zachwyt. Zaraz za uczniem siedział Trójoki Zając, który go pilnował, jednocześnie również obserwując pokaz ptactwa.
Nieopodal nich wylądowała mała grupa mew, skrzecząc radośnie. Kocury od razu się wycofały, by im nie przeszkadzać i obserwować je z bezpieczniejszej odległości, minimalizując ryzyko ataku. Firletka słyszał, jak zanim się urodził, Klan Klifu miał swego rodzaju “bitwę” z mewami, które regularnie i po trochu pozbywały się Klifiaków. Jego tata został wysłany na pozbycie się ich gniazd i z bólem serca musiał to wykonać. Było to trochę przykre, ale arlekinek rozumiał, że była to jednak dosyć pilna sprawa.
Ptaki zaczęły tupać, co było dość ciekawym zachowaniem. Firletka się zastanawiał, o co im chodziło, ale po jakiejś chwili z ziemi zaczęły wręcz wypływać dżdżownice, które od razu kończyły w dziobach mew jako pokarm. Kocurek zastrzygł uszami, a Trójoki Zając się na niego spojrzał.
— Widzisz, jakie one są mądre? — Uśmiechnął się. — Potrafią takie coś wymyślić. Jakie te ptaki są cudowne — westchnął z podziwem.
To prawda, są cudowne. Ale to oglądanie ptaków nie mogło trwać w nieskończoność. W końcu przecież wyszli na trening, nie na podziwianie.
Kocur szturchnął Firletkową Łapę lekko barkiem, który otrząsnął się ze skupienia i zachwytu pierzastymi zwierzętami.
— Musimy iść. Powspinamy się dziś — oznajmił i ruszył głębiej w ląd, oglądając się jeszcze za uczniem, który jeszcze ostatni raz spojrzał na mewy i ruszył za nim.

***

Po niedługim czasie znaleźli się na obrzeżach lasku nieopodal Złotych Kłosów. Zaszli nieco głębiej, po czym Trójoki Zając wybrał drzewo z wysoko osadzoną, bujną koroną, idealną do zwiedzania. Jednak, by dostać się do gałęzi, trzeba było się wspiąć po pniu. Firletka przełknął ślinę, podczas gdy mentor przeciągnął się dla rozgrzewki.
— Obserwuj mnie uważnie, bo będziesz musiał powtórzyć to, co robię — rzekł i podszedł do pnia i zaczął ostrzyć sobie pazury o korę, po czym się w niej zaczepił. Podciągnął się w górę i zaczepił ponownie, a potem znowu się odbił i tak aż do pierwszego konara. — Twoja kolej! — powiedział do syna, spoglądając na niego w dół.
Firletkowa Łapa strzepnął ogonem i zaczepił się pazurami o korę. Popatrzył się trochę w górę, potem w dół, nie wiedząc za bardzo co począć. Zastanowił się moment, po czym jakoś wdrapał się na wysokość ogona. Położył po sobie uszy, czując, jak się osuwał powoli w dół.
— Uh… — stęknął, starając się trochę podciągnąć, lecz biedak wczepił się za głęboko i nie mógł wyciągnąć pazurów tak hop siup, jak zrobił to tata. Potrzebował chwili, by oswobodzić się z pułapki, po czym runął na ziemię. Zaraz jednak stanął na łapy i się otrzepał, następnie pomyślał chwilę. Może nie powinien się tak zatrzymywać, tylko w paru susach pokonać ten pień? W poziomie było to łatwe, lecz w pionie pewnie było to nieco cięższe. Tak więc naprężył łapy, odbił się od ziemi i wylądował na pniaku, lecz zamiast się zastanawiać, ruszył susem w górę. Powtórzył to parę razy z przerwami na wzięcie oddechu, aż dostał się do rozwidlenia pnia na parę gałęzi.
— Gratulacje, udało ci się! — rozradował się Trójoki Zając, liżąc syna między uszami. Mruczał z dumą, podczas gdy Firletka wylizywał podrapane, naruszone poduszki łap.
— Co dalej?
— Tak naprawdę, co tylko chcesz — miauknął. — Możesz się przejść po gałęziach, zapolować na wiewiórki, nie ma to znaczenia. Wykonałeś swój cel — wyjaśnił, po czym wstał i wspiął się nieco wyżej po grubym konarze, który był raczej tylko przechylony w górę niż pionowy jak pień. Tak więc Firletka poszedł jego śladem. Kremowy wojownik przeszedł na gałąź innego drzewa i zeskoczył na kolejną, niżej osadzoną, po czym miękko wylądował na ściółce leśnej. Uczeń był zadziwiony lekkością, z jaką się poruszał i próbował iść tym samym szlakiem, trochę chwiejnym krokiem. W końcu wylądował zaraz obok taty.
Oboje wrócili do obozu, po drodze jeszcze łapiąc wiewiórkę, którą sobie zjedli.

[739 słów + wspinaczka na drzewa]

[15% + 5%]

13 sierpnia 2026

Od Borowika

– Przestań wreszcie wszędzie za mną łazić!!! Co jest z tobą NIE TAK?!
Wzdrygnąłem się. Po raz pierwszy w ciągu naszej rozmowy spojrzałem na niego.
Nie zatrzymałem go, gdy odchodził.

***

Gdybym miał opisać jednym słowem, co działo się od czasu mojego ostatniego patrolu ze Świergotkiem, powiedziałbym - niezręczność.
Poprzednim razem dość jasno zakomunikował mi, że zawsze mogę po prostu podejść do niego i porozmawiać o czymkolwiek. Jak to robią niemal wszyscy. Czy ja również podążyłem za tym powszechnym trendem? Nie. Oczywiście, że nie. Zamiast tego postąpiłem jak zwykle.
Całą moją energię skupiłem na jednej czynności - chodzeniu na patrole. Wszystkie. Udawało mi się dostawać na każdy, wyjaśniając to tym, że jestem wybitnym myśliwym o oku niczym jastrząb… albo sokół…? Jak i tym, że jeszcze nie mam ucznia, co owocuje dużą ilością niezagospodarowanego czasu w stosunku do innych zwiadowców. Nie robiłem już prawie nic innego, opuszczałem moje rutynowe treningi i inne zadania zwiadowcy. Dlaczego? Bo te patrole to jedyne działanie, które w jakiś sposób sprawiło, że udało mi się z rudym kocurem porozmawiać. Liczyłem, że samoistnie nastąpi to ponownie, bez potrzeby zagadywania do niego… ale to już się nie powtórzyło. Więc najczęściej po prostu… szedłem za nim lub przed nim. Czekałem. Zignorowałem zupełnie wszystkie inne znaki na niebie i ziemi, mówiące mi wówczas - co zrozumiałem dopiero teraz - że… być może zachowuję się tak nielogicznie i przytłaczająco, jak jeszcze nigdy dotąd.
Logiczne więc, że Świergotek w końcu się zdenerwował.
Ugh.
No dobra, wściekł się.
W końcu, jakby nie patrzeć… chodziłem za nim cały czas. I gapiłem się w dość mało subtelny sposób. Nie wiem dlaczego. Nie wiem, co się dzieje… Najgorsze, że inni również zaczęli to zauważać, nie tylko rudy… i to chyba musiał być jeden z głównych czynników, które do tego wybuchu doprowadziły…

Tego dnia, chwilę wcześniej…

Wróciłem właśnie z kolejnego patrolu. Poranne słońce świeciło mi dość nieprzyjemnie w oczy ostrym blaskiem. W nozdrzach wyczuwałem drażniący zapach kurzu i suchej ziemi, której ziarenka wdarły mi się do nosa. Drobinki roślin, liści i mchu pokrywały moje futro - nie miałem czasu dokładnie wylizać się od jakiegoś czasu. Mimo nadejścia wiosny, wszystko wokół wydawało mi się zbyt intensywne, oślepiające, głośne i nieprzyjemne…
Nie spotkałem dziś Świergotka.
W ostatnich dniach wyrobiłem sobie nawyk chodzenia jak najwolniej, by być w stanie wypatrzeć jak najwięcej szczegółów… a przede wszystkim charakterystyczne futro rudego. I tym razem udało mi się go dostrzec, a nawet złapać kontakt wzrokowy. Jednak, zamiast machnąć mi ogonem, jak to robił dotychczas już cztery razy lub chociaż kiwnąć (co zrobił aż sześć razy), on… zmarszczył brwi i ruszył w przeciwnym kierunku.
Huh.
To był jeden z pierwszych sygnałów, że coś było nie tak. Że coś mi nie wyszło. Tylko co?
Ruszyłem niepewnie jego śladem, ostrożnie stawiając łapy na płowym piasku, czując, jak zaciska mi się gardło. W moje skronie uderzyła fala gorąca, przelewająca się przez zatoki do gardła, cofająca się przez piekące mnie teraz gałki oczne.
Wstyd. Wstyd. Tylko dlaczego?
Gdy byłem już kilka kroków za nim, on nagle odwrócił się do mnie.
– O co ci chodzi? – wycedził, mierząc mnie chłodnym spojrzeniem niebieskich oczu.
Zatrzymałem się wpół kroku. Potrząsnąłem lekko głową. Nagle wszystko zaczęło mnie swędzieć…
– Uh… Jak to “o co”…? Po prostu… szedłem sobie… – zacząłem, przyciskając barki bliżej do siebie, spoglądając nieco w bok.
– Weź! – przerwał mi. – Dobrze wiem, że nie. Non stop za mną chodzisz, gapisz się, czuję się, jakbyś mnie śledził! Już naprawdę straciłem do tego cierpliwość!
Przełknąłem ciężko, drapiąc jedną łapę drugą.
– Uh. Ja… ja cię nie śledzę przecież… To… to by było dziwne… Po prostu… no, za kim innym mam chodzić…? Znaczy… znaczy, tak chodzę po prostu, a ty jesteś jednym z możliwych kotów, za którymi mogę podążać, akurat… akurat tak się trafiło, że… zrobiłem to kilka razy pod rząd… Statystycznie jest to całkowicie możliwe…
Ugh.
Było już za późno. Wpadłem. Udawanie nieświadomego jest już chyba moim ostatnim bastionem… Z reguły to działa, nikt się nie złości, gdy widzi, że rozmawia z tą wersją mnie, rzuca tylko coś w stylu “szkoda gadać” i…
Świergotek zrobił kilka kroków w moją stronę. Poczułem, jakby żebra zacisnęły się żelaznym uchwytem na moich płucach niczym ptasie szpony na przejrzałej śliwce. Spojrzał prosto na mnie.
– Nie wiem, co ci siedzi w głowie, Borowiku. Nie wiem, co sobie myślałeś. Ale chcę, żebyś wiedział, że nie podoba mi się twoje zachowanie. Jest dziwne i… niepokojące. – powiedział stanowczo, a po chwili wahania dodał. – Nie tylko… nie tylko dla mnie, okej? Więc… albo mi powiesz, o co chodzi, albo po prostu się ode mnie odczep, jasne? Nie mam siły na jakieś twoje… podchody.
Kocur patrzył na mnie, domagając się odpowiedzi.
Czułem, jak przyspiesza mi serce, a grunt osuwa się spod łap.
Wahałem się.
Miałem dwie opcje - skłamać i dalej skupiać się na uwydatnianiu mojej naiwnej strony w dialogu albo powiedzieć prawdę… Tylko co ja miałem powiedzieć, gdy jej nie znałem? Nie znam powodu mojego zachowania, które… najwyraźniej kogoś zraniło. Uprzedziło do mnie. Nie rozumiem moich własnych motywacji.
Zamrugałem.
– Ja… – zacząłem, rozglądając się dookoła, czując suchość w gardle. – Nie, nie, ja nie… nie nazwałbym tego podchodami, raczej… uh… zbiegiem okoliczności, chyba że ty wziąłeś to za celowe działanie, ale to… to nie do końca tak, chyba że coś źle zrozumiałem, nie wiem do końca… znaczy… twój komunikat nie był… wystarczająco klarowny i… –

***

No i koniec. To by było na tyle.
Nie mam pojęcia, co się tu stało. Co kierowało mną przez ten cały czas. A teraz Świergotek jest smutny... Nie tego chciałem. Nie wiem, czego chciałem, ale na pewno nie tego.
Czułem, jakby żebra przebijały mi się przez płuca, dźgając nieprzyjemnie mój brzuszek. Jakby moje organy wypłynęły z wnętrza przez zatoki i otoczyły mnie niczym pancerz.
Z reguły niczego nie rozumiem, ale teraz jest to nawet mniej niż nic…
Już po ptakach. Więc chyba czas na ryby.