Perłówkowa Łapa w trakcie treningu przesunęła się za daleko i ze sporym rozmachem trafiła prawym barkiem w ścianę. Nie upadła, ale ból był na tyle ostry, żeby na chwilę stracić orientację. Otrząsnęła się i kontynuowała sparing, ignorując tępe uczucie, na tyle ile mogła.
Kiedy w końcu Srebrzysta Równonoc ogłosiła koniec na dziś, uczennica nie czekała, żeby przemknąć na zewnątrz i wziąć głęboki wdech świeżego powietrza. Nie zamierzała jednak cieszyć się nim długo, bo rzecz, o jakiej najbardziej marzyła w tym momencie to swoje posłanie w legowisku.
Słońce zdążyło zawisnąć nisko nad horyzontem. Wieczorny patrol powinien był już wyruszyć, ale nocne treningi jeszcze nie. Mentorka odprowadziła ją kawałek drogi, po czym oddaliła się w kierunku starego obozu. Perłówkowa Łapa nie miała ochoty dłużej zwlekać tego dnia i zamiast tego skręciła w stronę kolejnego, bliższego tunelu.
Bark bolał ją przy każdym kroku, ale legowisko uczniów było już niedaleko. Nie było to nic na tyle poważnego, czego trochę odpoczynku nie mogło naprawić, a przynajmniej taką miała nadzieję. Myśl ta urwała się, kiedy wpadła na coś miękkiego, co natychmiast wydało z siebie pisk.
Perłówkowa Łapa zatrzymała się i spojrzała w dół. Przed nią siedział czarno-dymny kociak z charakterystycznymi pędzelkami na uszach. Wielkie niebieskie oczy wpatrywały się na nią z powagą, która bardzo kontrastowała z tym, jak mały i rozczochrany był.
— To ty — powiedział kociak, jakby wiedział, na kogo czekał.
— To ja — zgodziła się Perłówkowa Łapa.
— Wiedziałem, że przyjdziesz.
— Mhm. — Rozejrzała się po tunelu. Żadnego innego kota w zasięgu wzroku. — A co dokładnie tutaj robisz?
Wiedziała, że jakiś czas temu kilka kociaków zostało przyniesione do klanu, ale nie miała jeszcze interakcji z żadnym z nich. Jak na zawołanie kociak wyprostował się z godnością, która wymagała od niego wyraźnego wysiłku, zważywszy na rozmiar.
— Zwiastunek — przedstawił się. — I byłem prowadzony.
— Przez kogo?
Podniósł łapkę i dramatycznie dotknął jednego z pędzelków na uchu, jak gdyby to wyjaśniało wszystko.
— Przez przodków oczywiście. Masz zaszczyt być w obecności osobistego wybranka Klanu Gwiazdy — odparł, wypinając pierś i uśmiechając się, to drugie bardziej sam do siebie.
— I co takiego ci powiedzieli? — spytała monotonnym głosem, który nie wskazywał na szczególne zainteresowanie odpowiedzią.
— Że powinienem iść tym tunelem — odparł Zwiastunek bez chwili wahania. — To oczywiste. Przodkowie nie zawsze mówią wprost, często działają poprzez przeczucia i omeny, ale kiedy wizja jest wyraźna, trzeba działać. A była wyraźna. Dwaj wojownicy.
— Jeśli szukasz…
— Musiałem stąd uciec, zanim się skończyło na trzech — przerwał jej z przejęciem w głosie. — Trzy to bardzo zły znak. Jeden z najgorszych. Zapowiedź czystego nieszczęścia. Liczby mają znaczenie w wiadomościach od przodków dla wybrańców, takich jak ja. — Przechylił łeb. — Mnie ostrzegają regularnie.
Nagle rozszerzył oczy i się zjeżył.
— O nie… Widzę, że ciebie już dopadło. — Pokręcił głową z zatroskaną ekspresją. — Ale nie martw się, niech Klan Gwiazdy ma cię w opiece i może to nie musi się tak skończyć.
Kremowa kotka bardzo powoli mrugnęła.
— To! — Z lekkim zirytowaniem, jakby to, co mówił, było oczywiste i nie potrzebowało żadnych innych dopowiedzeń, wskazał na część jej futra, gdzie większą uwagę przykuwały trzy plamy koloru na białej reszcie. Wpatrywał się blisko w jej bok. — Chociaż jest tu jeszcze jedna plama, ale bardzo mała, niezauważalna. Może da się coś z tym zrobić. Tak, tak, nie obawiaj się, jeśli tylko chcesz dam ci radę od samych przodków, żeby była większa. Wtedy nie musisz się martwić tą trójką. Cztery to już dobra liczba.
Perłówkowa Łapa patrzyła się na niego trochę pustym wzrokiem podczas monologu. Gdyby nie była właśnie zmęczona, może nawet byłaby minimalnie rozbawiona ekscentryzmem kociaka. Tak długo, jak interakcja byłaby jednorazowa. W tym momencie czuła się, jakby nie zdążyła się jeszcze obudzić.
— Wezmę to do serca — odpowiedziała ironicznie.
Zwiastunek kiwał głową w zamyśleniu, nie zauważając lub ignorując jej ton głosu. Tak czy inaczej, te parę bić serca to najciszej, jak był, odkąd na niego wpadła.
Dzięki tej bardzo krótkiej chwili relatywnego spokoju absurd sytuacji w końcu miał czas dotrzeć do niej w pełni. Powiedziała sobie w duchu, że to właśnie ten rodzaj dnia. Wróciła padnięta i obolała z treningu, marząc o swoim kącie legowiska, a zamiast tego stała w bocznym tunelu i rozmawiała z kociakiem, który panicznie unikał liczby trzy.
Zaczął jej powoli wchodzić na nerwy, ale przez ulotny fragment samoświadomości, który jeszcze się jej trzymał, starała się ubrać słowa w sposób, który nie będzie zgryźliwy dla kogoś tak małego. Wzięła głęboki wdech.
— Zwiastunku — zaczęła, nie marnując dłużej przerwy w jego słowotoku. — Nie wiem, czy kociaki powinny chodzić samemu tak blisko wyjścia z obozu.
— Nie jestem sam — odparł z przekonaniem. — Jestem z przodkami.
— Przodkowie nie liczą się jako eskorta.
— Nie masz tutaj racji, ale jeśli czepiamy się szczegółów, to jestem tu też z tobą — zauważył, wyglądając na zadowolonego z siebie. — Jak ci na imię?
Początek ich rozmowy sugerowałby, że powinien to już wiedzieć, ale jeśli kotka zdążyła się czegoś nauczyć, to że nie miała teraz siły doszukiwać się logiki.
— Perłówkowa Łapa — westchnęła. — I tak się składa, że nie będę tu dłużej, więc wracaj do żłobka.
