BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy i Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

14 maja 2026

Od Kruczego Pióra CD. Kwaśnej Kocanki

Gdy przybył po polowaniu do legowiska Kwaśna Kocanka leżała już, powoli zasypiając. Rozejrzał się po pobratymcach, po chwili decydując się na położenie się obok. Ostatnimi czasy coraz częściej myślał o ich relacji, o wszystkim, co miało dotąd miejsce… Ciekawe, czy cokolwiek dla niej znaczył. Jednak czy ona cokolwiek dla niego znaczyła? Nie był w stanie tego stwierdzić. Nigdy nie potrafił wyrażać uczuć, ani ich określać. Tak więc czy w ogóle mógł określić to, co czuje do niej? Potrząsnął łbem i zdecydował się na nie rozmyślanie tego. Podszedł bliżej, kładąc się niedaleko niej. Ta oddychała już równomiernie, jednak zauważył, że drga delikatnie, jakby trzęsła się. Zdecydował się zbliżyć się do niej lekko, ale nadal utrzymać dystans, w razie gdyby nie czuła się z tym komfortowo. Położył łeb na posłaniu, zamykając oczy.
W jego snach od dawna nawiedzała go wizja potęgi, władzy… To, czego tak naprawdę pragnął. Jednak pośród rozlanej podczas drogi do niej krwi, wokół zimnych, już bezdusznych ciał, widział kwiat. Żółty, wokół otoczony zmechaconą jakby trawą. Nie był pokryty krwią. Nawet nie był tknięty. Jakby zamarł w czasie tego okropnego koszmaru dla jego klanowiczów. Jakby tam czuwał. Czekał, nie wiadomo mu jednak na co. Prawdopodobnie nikomu. Kocur zdecydował się w końcu ruszyć w jego stronę. A może zrobił to mimowolnie? Gdy już dotarł po miękkiej, aczkolwiek szkarłatnej trawie, schylił się, po czym dotknął kwiatu nosem. Pojawiła się przed nim, jego Kwaśna Kocanka. Kotka patrzyła na niego swoim chłodnym, aczkolwiek i zarazem w tym momencie ciepłym wzrokiem. Patrzył na nią jakby zahipnotyzowany. Gdy już miał się do niej zbliżyć…
Ze snu wyrwała go ta sama kotka, która się w nim pojawiła. Spojrzał na nią czujnie, podczas gdy ta oddychała głęboko, przerażona. Czy wszystko z nią dobrze?
— Kocanko…? — odezwał się cicho, nisko, jego głos był jeszcze chropowaty, ale wyraźnie napięty — Co się stało? — Nie odpowiedziała od razu. Wpatrywała się w niego odrobinę za długo. Jej spojrzenie było niespokojne, przesuwające się po nim, jakby próbowała upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu. Zatrzymywało się na jego łapach, na barkach, na pysku, jakby szukała śladów, które mogły dowieść, że okrutny sen miał, chociaż najmniejsze pokrycie z rzeczywistością. Owinęła ogon wokół łap, przyciskając go mocno. Kocur podniósł się i bez słowa przesunął bliżej. Na tyle, że ich boki niemal się stykały. Krucze Pióro
— Wtedy… — zaczęła cicho, jej głos był jeszcze lekko chropowaty — podczas bitwy… — zawahała się na moment, jakby dobierała słowa. — Myślałam, że zwariowałeś. — Ucho Kruczego Pióra drgnęło od niechcenia, ale nic nie powiedział. — Stałeś ledwo żywy, a próbowałeś mnie zatrzymać… — Jej spojrzenie przesunęło się na jego łapę, co nie umknęło kocurowi — Myślałam, że to głupie. — Zamilkła — Teraz wiem, że nie było. — Cisza znów na moment ich otoczyła. Kocur wpatrywał się nią, czekając, aż ta powie coś więcej. Nie mógł jednak kłamać, że zdziwiła go nagła wylewność kotki, jednak na nią nie narzekał. Kwaśna Kocanka spuściła lekko głowę, jej wąsy zadrżały.
— Byliśmy tam sami — powiedziała ciszej — bardziej niż powinniśmy. — Jej ogon przesunął się niespokojnie po ziemi. — A ty… — Uniosła wzrok — i tak próbowałeś mnie zatrzymać. — Ich spojrzenia się spotkały. Krucze Pióro wpatrywał się na nią jakby cieplejszym wzrokiem. Kotka zrobiła pół kroku bliżej, na co nie odsunął się, nawet nie drgnął. Być może nawet chciał mieć ją teraz obok. Ich futra zetknęły się wyraźniej.
— Pajęczynka nie żyje — powiedziała spokojnie, ale jej głos miał w sobie ciężar czegoś ostatecznego — nie wróci. — Odetchnęła głęboko — Moja matka… nie była tam, kiedy powinna. Nie potrafiła służyć na wyższą chwałę Klanu. — Jej spojrzenie przygasło na moment. — A mój brat… — zawahała się, jakby to słowo smakowało gorzko — nigdy nie będzie kimś, na kim można się oprzeć. — Zamilkła na sekundę. A potem spojrzała na niego. — Zostałeś tylko ty. Ty żyjesz. Walczysz. Masz znaczenie. — Powoli wyciągnęła ogon i owinęła go wokół jego grzbietu, tym razem pewniej. Na ten gest kocur jedynie bardziej czule spojrzał na kotkę. — I nie odszedłeś. — Jej spojrzenie stało się intensywne, niemal palące. Jego futro zrobiło się gorące. — Nie zostawiłeś mnie wtedy. I nie chcę, żebyś kiedykolwiek to zrobił. —Przysunęła się jeszcze odrobinę, aż ich barki zetknęły się wyraźnie. — Krucze Pióro… — Jej głos zadrżał minimalnie, ale nie cofnęła się — zostań przy mnie tak, jak wtedy. Nie odchodź. Trwaj przy mnie… jakkolwiek to nazwiesz. Ale bądź. — Nie odwróciła wzroku. Jakby to było jedyne, co trzymało ją teraz w rzeczywistości. Kocur przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Myślał intensywnie nad odpowiedzią. Nie miał zamiaru jej opuszczać… Jednak słowa ugrzęzły mu po raz pierwszy w gardle.
— Wiesz… — zaczęła cicho, niemal ostrożnie, jakby każde słowo było czymś, co łatwo mogło zaprzepaścić ich relację, co zauważył kocur. Jednak nie było to prawdą, nic co powiedziałaby nie zniechęciłoby go do niej. — kiedy jestem sama, wszystko wydaje się… głośniejsze. Myśli. Wspomnienia. To, czego już nie ma… i to, czego nigdy nie było. — Trąciła jego bark nosem — Ale kiedy jesteś obok… — zawahała się na moment, jakby nie była pewna, czy powinna to powiedzieć — to wszystko cichnie. — Uniosła głowę, spoglądając gdzieś przed siebie, nie do końca na niego. — Nie znika. — dodała ciszej — Ale przestaje mieć nade mną władzę. — To dziwne — mruknęła pod nosem, z cieniem gorzkiego rozbawienia — bo nigdy nie potrzebowałam nikogo w ten sposób. — A jednak… — Jej głos zmiękł, niemal niezauważalnie — przy tobie nie czuję, że muszę zasłaniać się i stosować wymówki. Jestem niezaprzeczalnie sobą, jestem silniejsza i nie muszę cię za to przepraszać. I chyba… Nie chcę, żeby to się zmieniło.
Delikatnie musnęła jego bark swoim, bardziej świadomie niż wcześniej. Kocur spojrzał na nią. — Więc jeśli masz gdzieś być… To właśnie tutaj. W Klanie Wilka, ze mną.
Kocur patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem pyska. Po tym wszystkim co razem przeszli, od momentu, gdy była tylko interesującym go kociakiem, gdyż przypominała jego samego, po walkę z Klanem Klifu, gdzie po raz pierwszy chyba poczuł zmartwienie, być może był w stanie sobie pozwolić na cień uczuć. Może nie musiał dusić ich w sobie… Po chwili ciszy schylił się w jej stronę i delikatnie polizał jej ucho. Nie spodziewała się chyba tego ruchu z jego strony. Ten gest był tak niewinny, lekki, delikatny jak trzepot skrzydeł motyla, a pochodził od kota, który nigdy nie okazywał żadnych emocji. Srebrna wtuliła się w niego, a Krucze Pióro po chwili owinął ogon wokół niej, kontynuując wylizywanie teraz już jej karku. Powoli i czule pociągał po nim swoim językiem, mając nadzieję, że ta poczuje się choć trochę lepiej.
— Nie zostawię cię, obiecuję, Kwaśna Kocanko. Zawsze będziesz u mojego boku. Obiecuję.
Ta w końcu się odprężyła i po chwili położyła głowę obok niego. Jej oddech zaczął się znów jak jeszcze przed przebudzeniem wyrównywać. A on pozostał, czuwając nad swoim kwiatem. Nad swoją  Kocanką…

***

Obudził się, widząc, że kotka nadal jeszcze spała. Nie chciał jej budzić, jednak wiedział, że musi przydzielić patrole. Tak, mógł to zostawić swojemu bratu, jednak wiedział, że pobratymcy będą oceniali przyszłego lidera. A on nie chciał dopuścić, aby to jego brat nim został. Wstał, z żalem odplątując swój ogon od jej własnego, po czym wyszedł z legowiska. Zwrócił się na środek polany, gdzie już czekało kilka kotów. Jego brat gdzieś niedaleko sprawdzał, czy zwierzyna jest świeża, wybierając z niej te starsze sztuki, aby zostały zjedzone jeszcze dziś. Krucze Pióro parsknął pod nosem. Wybrał sobie zadanie uczniowskie, ale cóż, nie jego sprawa. Usiadł przed zebranymi, przypisując patrole. Przy okazji zaczął się zastanawiać, kogo wybrałby na swojego zastępcę? To nie tak, że Kocanka by się nie nadawała, jednak nie chciał jej narażać. Tak czy siak będzie jego prawą łapą. Czuł czasem smak władzy, gdy tylko Zalotna Gwiazda choć lekko się zachwiała przez swój wiek. Tak, nie była skrajnie stara, jednak trzeba było przyznać, miała swoje księżyce… Jednak pomimo chęci zasięgnięcia władzy musiał przyznać, że była dobrą liderką. Wiele się od niej uczył, oraz czasem przychodził do niej jako doradca, dyskutując na temat przyszłości Klanu Wilka. Nie ukrywał, uważał to również za zaszczyt, że wybrała ona jego na zastępcę. Tak, wybrała też jego brata, ale mogła wybrać kogokolwiek innego. Ciekawe co Kwaśna Kocanka myślała o nim, gdy zobaczyła go przy nowej liderce, tuż po jej morderstwie. Czy widziała w nim wielkiego przyszłego przywódcę? A może nie? Z zamyśleń wyrwała go wspomniana srebrna, która pojawiła się nagle u jego boku.
— Już się martwiłam, że cię coś zjadło. — powiedziała, patrząc na kocura lekko oburzona, że miał czelność opuścić bez niej legowisko. Kocur parsknął lekko rozbawiony.
— Może prawie by zjadło, tego nie wiesz. — odpowiedział, po czym spojrzał na niebo. Pogoda wydawała się być nie najgorsza. Skinął w stronę wyjścia z obozu. — Masz ochotę na spacer? Już przypisałem wszystkie patrole, więc mam trochę czasu wolnego.
Kotka spojrzała na niego, po chwili strzepując ogonem.
— Dobrze, w sumie czemu nie. — po jej słowach kocur zwrócił się ku wyjściu z obozu, a ta podążyła za nim. Kroczyli razem przez gęsty las, który otaczał ich. Krucze Pióro czuł się czasem tak, jakby chciał ją obronić w razie każdego niebezpieczeństwa, pomimo tego, że nic się nie działo. Zawsze chodził obok niej bardziej spokojny, ale czujny. Zatrzymali się niedaleko jeziora, na którym znajdowała się Spalona Zatoczka. Gdy zatrzymali się, spojrzał w jej oczy. Wyglądały jak te jezioro, nie jak ten lód, który zawsze w nich widział. Jakby cały chłód zniknął, a zastąpiło go dziwne uczucie. Ciepło, które czuł gdzieś w klatce piersiowej, było dla niego bardzo niespotykane. Może powinien częściej wychodzić z obozu, być może złapał jakieś choróbsko, albo zarazę. A co jak ma zielony kaszel? Zarazi Kwaśną Kocankę? Ocknął się, gdy kotka chciała się o niego oprzeć, na co ten lekko się odsunął, przez myśli o byciu potencjalnie chorym. Ta spojrzała na niego lekko zmieszana. Kocur przełknął ślinę i zamknął oczy. Delikatnie mówiąc, trochę to spierdolił. Odchrząknął i znowu spojrzał na kotkę.
— Przepraszam, po prostu… Czuję się trochę chory, a nie chciałbym cię zarazić. — Po chwili zdał sobie sprawę z tego, że brzmi to jak wymówka. Zdecydował się po chwili gdy zauważył, że kotka tylko uśmiechnęła się słabo i odwróciła wzrok zbliżyć swój ogon do jej własnego. Schylił się i polizał jej ucho, na co ta zwróciła znów wzrok na niego. — Ale jeśli bardzo chcesz, to najwyżej odwiedzisz medyka.
— Medyka? Ty i ich aprobowanie? Tego bym się po tobie nie spodziewała. — odpowiedziała, na co ten przewrócił oczami i lekko szturchnął ją łapą w bark. Ta na ten gest lekko zachwiała się, po czym popchnęła go w odwecie. Na tym nie poprzestanęło, bo rozpoczęła się seria przepychanek, która finalnie skończyła się tym, że gdy popchnął ją, przewróciła się na trawie. Jednak nie przewidział, że futro kotki zaplącze się w jego pazurach, przez co poleci w długą tuż za nią, zamykając oczy. Wylądował prawie na niej, jednak zdążył się podeprzeć drugą łapą.
— Nic ci nie jest? — zapytał od razu, po czym otworzył oczy. Spotkał się jednak nie z jej złym, czy też oburzonym wzrokiem. Wręcz przeciwnie. Była jakby zahipnotyzowana, co chyba udzieliło się i kocurowi. Pomimo cienia, jaki padał od kocura, jej oczy mieniły się od słońca, wyglądały znów jak to jezioro… Jak błękitne niebo, jak rzeka, która biegnie wzdłuż ich terytorium… Jego pazury nadal były wplątane w jego futro, a więc po chwili delikatnie, powoli odplątał je. Było takie miękkie, puszyste… Kocur nie wiedząc czemu zniżył trochę łeb, po czym dotknął swoim nosem jej własnego. Przez chwilę tak został, po prostu czując jej wydech na swoim pyszczku. Swój własny praktycznie wstrzymał, sam nie wiedział czemu. Chciałby ten moment zatrzymać na zawsze. Tak po prostu zostać z nią, nie przejmując się niczym wokół… Czy ona też chciałaby tego samego, co on..?

<Kwaśna Kocanko?>

13 maja 2026

Od Dryfującej Gałęzatki (Neriny) CD. Złocistego Widlika

Wieczór

Dryfująca Gałęzatka musiał w końcu przyznać, że jego życie w Klanie Nocy nie było zbyt bogate w przeżycia. Ani w przyjaciół. Miała paru znajomych, ale nie dogadywała się z nimi zbyt dobrze. Jedynym kto był mu rzeczywiście bliski w tym klanie, był jego brat Widlik. No i może minimalnie brat Morszczyn. Nic go tu nie trzymało, a nawet gorzej. W rzeczywistości nienawidziła całej tej hierarchii w klanie, szczególnie istnienia głupiego rodu królewskiego i nienawiści w stronę kotów czekoladowych. Do tego sposób, w jaki niektórzy wydawali się go traktować. I do tego samo w ogóle ich istnienie. Gałęzatka zdecydowanie wolałby spędzić resztę życia sam niż przy tych rybojadach. Z tą właśnie myślą dojadł zwierzynę i skierował się w stronę żłobka.
— Widliku. Musimy porozmawiać — miauknęła, podchodząc do kocura. — Tylko raczej...sami — dodało z lekko skwaszoną miną.
Kremowy kocur przeniósł wzrok na Dryfującą Gałęzatkę.
— Spokojnie, to tylko kociak — mruknął spokojnie, spoglądając na Rzekotkę. Jej matki akurat nie było w pobliżu.
— Kociak... Córka Kropiatki, prawda? — mruknął tylko, ale za chwilę pokręciło głową. — Nie nadaję się tu. Wiesz, do Klanu Nocy. Jaa myślę, że... wkrótce stąd zniknę. Wolałam, żebyś wiedział. Jeśli będą o mnie pytać, możesz powiedzieć, co wiesz. Odchodzę prawdopodobnie dziś w nocy — mruknęło, usiłując robić wszystko, aby z jego oczu nie wydostały się łezki. — Będę tęsknić.
— Tak, córka Kropiatkowej Skórki — mruknął w odpowiedzi. Przeniósł wzrok na kociaka. Milczał, gdy jego rodzeństwo mówiło.
— Co? Odchodzisz? — spytał, przenosząc na niego wzrok. Położył po sobie uszka. Łapką przetarł zielone oczy, pozbywając się łez.
— A masz gdzie się podziać? Znasz kogoś, kto w razie czego będzie mógł ci pomóc? — spytał cicho. Zdecydowanie był smutny i zrozpaczony z myśli o utracie kolejnego mu bliskiego kota. Gałęzatka kiwnął głową w odpowiedzi, a widząc szklane oczy Widlika, sam zaczął ryczeć.
— Dam sobie radę. Naprawdę — miauknęła po chwili. — Nie chcę tu być. I-I-I nie wrócę — szepnął. — Będę na terenach niczyich, niedaleko Klanu Klifu. A przynajmniej przez pewien czas. Będzie dobrze — mruknęła cicho przez łzy.
Złocisty Widlik wbił pazury w posłanie.
— Czyli...nigdy się już nie zobaczymy? — spytał cicho. Odkąd został piastunem, wyszedł poza obóz tylko raz. W pamiętną noc, kiedy to zmarła Kotewkowy Powiew.
— Niewykluczone — odparło. — Ale możliwe też, że odwiedzę was kiedyś po cichu na jakimś zgromadzeniu. Z-Znajdę cię wtedy, obiecuję — dodał.
Widlik drgnął. Skulił się na posłaniu.
— Wątpię, by była okazja. Odkąd jestem piastunem, poza obozem byłem tylko raz — przyznał cicho i załkał.
Gałęzatka wyraźnie posmutniał, ale nabrał powietrza w pierś i przybrał zdeterminowany wyraz twarzy.
— W każdym razie... Będę o tobie pamiętać. Trzymaj się. I dbaj o kocięta Klanu Nocy, jesteś w tym świetny — kiwnął głową. — P-Przepraszam — mruknął jeszcze, przytulając lekko brata, aby następnie odsunąć się kawałek dalej.
— Ja o tobie też — wyszeptał cicho zielonooki piastun. Po raz kolejny tracił ważnego dla niego kota. Pokręcił lekko łebkiem. Wymusił na sobie uśmiech. Gałęzatka mogłaby stwierdzić, że rozumiał sytuację brata, ale to nie byłoby prawdą. Wszyscy zdawali się szeptać coś za jeno ogonem.
— Uważaj na siebie. Zawsze będziesz w moim sercu — wyszeptał.
Gałęzatka kiwnęła głową.
— Ty na siebie też. Jesteś wspaniałym bratem — miauknął jeszcze i wyszedł ze żłobka.

Aktualnie

Klan Nocy nareszcie spowiła tak upragniona przez Gałęzatkę cisza. Wciągnęła powietrze w płuca i powoli je wypuściła, ostatni raz rozważając swoją decyzję odejścia z terenów klanu. Takie życie nigdy nie było dla niej. Jeśli to jeno rodzice mu to zrobili, to zdecydowanie miało im to za złe. Nie myśląc zbyt wiele, podniosła się z legowiska i jak najcichszym krokiem opuściła legowisko wojowników. Gdy tylko jego łapy przekroczyły progi obozu, wiatr, który dmuchnął mu w pysk, był co najmniej orzeźwiający. W tamtej chwili czuł, że była to jedna z jej lepszych decyzji życiowych. Przepłynął fragment zbiornika wodnego i trafił do lasu obok Zrujnowanego Mostu, przez który później przeszedł. Oddalony już wystarczająco od obozu zaczęło biec, co oczywiście powodowało u niego duże zmęczenie i brak tchu, ale wiedział przynajmniej, że teraz był wolny. W ten właśnie sposób opuścił ostatecznie tereny byłego klanu. Przeszła przez las, a następnie trafiła na Drogę Grzmotu. Usiadło przy niej, żeby odpocząć, czując, jak lekko burczy jeno w brzuchu. Po chwili zobaczyła Potwora jadącego wprost na nią. Zjeżyło futro i odskoczyła przerażona.
— Wybacz. Nie chciałam cię wystraszyć — miauknęła dwunożna, a Gałęzatka gwałtownie cofnął się, jeżąc futro.
— Zostaw mnie! Po co mówisz, jak i tak nic nie rozumiem! — zawył, sycząc zaciekle.
Gdy tylko kobieta wyszła do tej przerażającej puszki, chciało wziąć łapy za pas i więcej się tu nie pokazywać, jednak zapach, który poczuł był wyjątkowo przyjemny.
“Jedzonko!” pomyślał, widząc, jak dwunożna stawia to między nimi, następnie się oddalając.
— Tak po prostu mi to dajesz? — zapytała dla pewności, przechylając głowę.
Ostrożnie zrobiło kilka kroczków do przodu i zaczęło pałaszować jedzenie. Szkoda, że nie smakowało jak zwierzyna. Następnie poczuła rękę na swoim grzbiecie. Pierwszą reakcją było ponowne zjeżenie futra, jednak po chwili uznała…że to nie było aż takie złe. Ostatecznie kobieta wciągnęła go do paszczy Potwora, ale Gałęzatka nie miał już ochoty walczyć.

***

Nie zorientowało się, kiedy zasnęło, lecz obudziło jeno głosy. Głosy zwierząt. Leżał w małym ciasnym pudełku. Nagle zaczęła panikować, w końcu nigdy nie lubiła zamkniętych przestrzeni. Wręcz się ich bała. Zaczęła miauczeć, a widząc przed sobą zza kratek twarz dwunożnej, chciał wyciągnąć łapę, aby dać jej w twarz. Niestety to się nie udało. Kobieta mówiła spokojnym głosem. Zbyt spokojnym. Gałęzatka zwinął się w ciasną kulkę, jak najbliżej kąta i zaczął cicho chlipać. Poczuł, jak coś to podnosi, a następnie wylądował w tym surowym, dziwnym pomieszczeniu.
“Czy to właśnie są legowiska dwunożnych?” pomyślała.
Znowu przekonana smaczkiem pozwoliła na to, aby dziwny, obcy dwunożny zrobił jej wszystkie potrzebne badania. Oprócz tego podał jej również coś dzięki czemu ustał ból głowy niebieskiego.

***

Wylądował na podłodze. Przestronny pokój. Dwunożna otworzyła drzwiczki od transportera i odsunęła się na bezpieczną odległość, aby pozwolić wyjść kocurowi. Przeszkodził jej w tym jednak tupot czterech łapek. Sądząc po odgłosach, musiał być to mały kot. Może kociak? Dryfująca Gałęzatka mogła zaraz ujrzeć jego pyszczek wyglądający zza jednej ze ścian strasznego pudła. Kociak był puchaty, zielone oczy i kremowo-białe futerko. Z zainteresowaniem przyglądał się nowemu towarzyszowi.
— Kim jesteś? — miauknął, podchodząc nieco bliżej.
Gałęzatka, widząc tego malucha, odrobinę się rozluźnił.
— Dryfująca Gałęzatka. Dawny wojownik Klanu Nocy — odparła, ostrożnie wychodząc z malutkiego pomieszczenia.
Rozejrzało się dookoła, ostatecznie wracając wzrokiem na kremowego.
— Czyli dzikus! — miauknął, śmiejąc się cicho.
— Zgadza się. Jak masz na imię pieszczoszku? — zapytała, liżąc się po łapce.
— Frezja. Trochę jak dla kotki, ale jest git. Ty jesteś Nerina. Trafiłeś nawet gorzej, ale sądząc po twojej minie, podoba ci się. Jesteś inny? Pani nazywa się Ewa, ale możesz mówić jej Szafirek. Wyrabiasz? — mruknął, wskazując kolejno na siebie, niebieskiego i dwunożną.
— Ledwo, ale za dużo gadasz. Ucisz się. Frezja. Nerina. Ewa, czy raczej Szafirek. Dobra — miauknął, kodując wszystko w głowie. — Długo tu nie zabawię, więc nie przyzwyczajaj się do mnie. Muszę…kogoś odwiedzać — miauknął.
“Nawet jeśli życie pieszczocha jest znacznie łatwiejsze” pomyślała nieco zdenerwowana.

Koniec/wstrzymanie sesji

Wyleczeni: Dryfująca Gałęzatka (Nerina)

Od Rohan CD. Puchacza

Nornica, którą przyniósł jej Gondor była bardzo smaczna, a przynajmniej taka wydawała się przez pierwsze kilka gryzów. Z każdym dniem wszystko, co robiła, stawało się cięższe i wymagające od niej większego nakładu sił, nie tylko tej fizycznej. Nie miała ochoty spać, ale nie miała też chęci do spacerowania czy nawet wstawania z legowiska. Przynajmniej miała Topole i jego maluchy, które nieco rozpromieniały jej czas, kiedy ukochany bieluszek przebywał na polowaniach i patrolach. Pogoda robiła się milsza i przyjemniejsza, więc często wszyscy przenosili się bliżej wejścia, aby patrzeć na tętniący życiem obóz. Sama Rohan bardzo polubiła przypatrywanie się nowym… nabytkom? Jeśli mogła w ten sposób nazwać czwórkę nieznanych jej kotów, które od niedawna zamieszkały w więźniarskim legowisku. Zastanawiała się, o co mogło chodzić; w końcu ani ona, ani Gondor nie trafili tam, kiedy ich przyprowadzono. Nie chciała jednak pytać; wolała sama rozwikłać tę zagadkę, ale nie miała za bardzo ochoty na nawet najmniejsze przechadzki po obozie. Purchawka za to jeszcze ją miała i bardzo często tam bywała. Coś musiało być na rzeczy, bo bura dawno nie widziała szamanki tak… zaangażowanej w coś, co dla niej samej było okryte tajemnicą. 
Gryzoń stracił miły smak, a kotka, zmieszana, wydała z siebie charakterystyczny, nieco nienaturalny prych. Zdziwiła się, kiedy odpowiedziało jej ciche piśnięcie i pusty dźwięk upadku. Odwróciła się w stronę siedzącego Puchacza. Wiedziała, że maluch coś od niej chciał, a Topola dał mu zakaz męczenia jej do odwołania. Próbowała przekonać wojownika, że to naprawdę żaden problem, że co jakiś czas kociak wskoczył na nią lub próbował zmusić ją do jakiejś morderczej zabawy, ale pomarańczowooki pozostawał przy swojej decyzji. Rozumiała to; jeśli zgodziłby się i pękł, to najpewniej straciłby te mikroskopijne resztki szacunku, które dzieciaki miały do jego zakazów i nakazów. O ile słowo Figi faktycznie miało dla nich jakieś znaczenie, tak biedny tato był zwyczajnie… delikatną przeszkodą na drodze do destrukcji, często również i samodestrukcji.
— Co to było?! — wykrzyczał kocurek. 
— Słucham? — zaśmiała się karpatka wciąż mając przed oczami jego upadające bez życia ciałko. 
— Czemu to zrobiłaś? Jak to zrobiłaś? — Podbiegł do niej, nie martwiąc się tym, że Topola mógł ujrzeć go z zewnątrz. 
— Prychnęłam sobie, a co? — zapytała, układając się wygodniej. — Czy tatuś też wam tego zabrania, że aż padłeś na ziemię? — zażartowała, kiedy maluch podparł się przednimi łapkami o jej bark. 
— Nie! Nie, ale to dlatego, że nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak robił! To strasznie dziwne — przyznał, patrząc jej prosto w ślepia. — To Łysi tak robią? Pani jest od tych Łysych.
— Niee. Oni nie prychają, a co najwyżej kichają baaardzo głośno — odpowiedziała, przysuwając się bliżej. — Tego to już na pewno byś się przestraszył, uwierz! Czasami, jak spałam sobie spokojnie, a mój właściciel nagle kichał, to myślałam, że normalnie podskoczę pod same chmury! Tylko że no... Nie faktyczne chmury, bo byłam zamknięta w pomieszczeniu, ale rozumiesz. 
— Dlatego umiesz tak skakać po drzewach? — zapytał dociekliwie.
— Może... Aha! Ale! Co do prychania, to ci powiem, bo to chyba mój najulubieńszy temat na całym świecie! — pisnęła niczym kocię. — Wiesz co prycha? 
— Ty?
— No, ale ja prycham, bo jest coś, co również prycha!
— Aha? A co to jest? — Kociak zaczął być równie podekscytowany. 
— Koń! — krzyknęła, jakby odkryła coś niesamowitego. Niebieska ślepka lśniły ze szczęścia, a Puchacz jedynie przekręcił łebek, nieco zmieszany.
— He? Ale ja nawet nie wiem, co to znaczy… 
— To takie wielkie zwierzęta z grzywą i z kopytami. I są takie piękne i pełne majestatu, i ja nigdy nie widziałam na żywo takiego, ale dwunożni mają taki magiczny kamień, który pokazuje ruchome obrazki, których tak naprawdę nie ma, ale je widać, i oglądałam bardzo dużo koni na nich. No i one właśnie prychają i tak śmiesznie podskakują i uszkami ruszają, kiedy są niezadowolone. Ah! Tęsknię za nimi… — Odchyliła głowę nieco dramatycznie do tyłu i westchnęła. — Gdybym miała jak, to na pewno bym ci je pokazała, Puchaczu… 

<Puchacz... Koniara overloud>

Od Wrony CD. Borowika

Wrona popatrzyła na ucznia z promyczkiem szczęścia w pomarańczowym oku.
– Naprawdę tak uważasz? – spytała.
– Oczywiście, że tak. Jesteś zwinna, silna i energiczna – odpowiedział koteczce Borowik.
– Za niedługo i ja zostanę uczniem! Ciekawe, jakiego mentora mi wybiorą! Podziwiam Pieczarkę, ale po tym, jak wzmocnili sojusz z Klanem Burzy i jak dowiedziałam się, że trenowała moją super mamę, to chyba ją jeszcze bardziej podziwiam! – miauknęła dymna, podskakując, jakby nie mogła ustać w miejscu.
– Mam nadzieję, że więzy międzyklanowe przetrwają wiele księżyców. Też nie mogę się doczekać zobaczenia słodziaków Purchawki! Rohan również! – odmruknął jej.
– Borowiku, czy mógłbyś ze mną pobawić się kulką mchu? Puchacz poszedł po zawał dla Topoli.
Uczeń popatrzył się na nią z pytaniem w oczach. W sumie koteczka się nie dziwiła, że on tak zareagował. Pamiętała, jakby to było wczoraj, gdy on udawał potwora dwunożnych, wydając ich dźwięki i przewracając się o cudze ogony. Chociaż czasami jego pomysły wydawały się irracjonalne, to nie wyobrażała sobie bez niego życia (nawet jak torturował jej ogonek).
– W sumie, czemu nie. Jeszcze nie mam treningu – odszedł kilka kroków, podszedł do głazu porośniętego mchem, zdjął go z niego i uformował w zieloną kulkę. – Do ciebie! – mruknął i poturlał lekko piłkę.
Dymna koteczka naskoczyła na kłębek, przytrzymała go i odepchnęła go.

<Borowiku?>

Od Fląderki CD. Trzcinowego Szmeru

Fląderka wraz ze swoim bratem, Rezedową Łapą, zniknęła pomiędzy sumakami, które otaczały ze wszystkich stron kociarnię. Złocisty Widlik pomógł im w oprawieniu zwierzyny. Rudy Kocur zaniósł kawał mięsa partnerce Błękitnej Laguny i młodemu księciu, natomiast przed łapami Fląderki spoczęły piórka oraz części, które przydałyby się medykom. Zgodnie z tym, co powiedziała im wcześniej bura szylkretka, kotka przeniosła w wyznaczone miejsce pióra, a resztę rzeczy zabrała ze sobą do lecznicy. Gdy wystawiła łebek z kociarni, spostrzegła leżącą nadal na trawie wojowniczkę. Z powodu pakunku trzymanym w pysku, nie odezwała się do niej. Przeszła tuż za nią i zajrzała do legowiska medyków. Nim jednak zniknęła w jego wnętrzu, spostrzegła, jak jej brat udaje się do legowiska starzyzny z kawałkiem zdobyczy.
Różana Woń odebrała od odrzutka pakunek, w który piastun zawinął przydatne ptasie części. Fląderka przyglądała się im, zastanawiając się, do czego użyją je czarne kocice oraz książę. Skinieniem głowy główna medyczka podziękowała za przyniesione rzeczy i dała znać, że Fląderka może odejść.
Trzcinowy Szmer przez ten czas nie ruszyła się z miejsca. Fląderka powoli zbliżyła się do mentorki swojego brata, korzystając z faktu, że ten nie znajduje się obok niej.
– Pani Trzcinowy Szmerze... – zaczęła cicho, zwracając uwagę buraski. – Chciałam p-podziękować za to, że zabrała mnie pani na trening brata. Cieszę się, że mogłam być przydatna i pomóc w przyniesieniu zdobyczy do obozu.
– Nie często masz możliwość udania się nad rzekę, prawda? – Fląderka jej przytaknęła. Odkąd Centuriowa Łapa odeszła, mało który kot chciał ją zabrać nad rzekę, w obawie, że swoją obecnością przyciągnie drapieżniki. – Nawet komuś takiemu jak ty przyda się czasem wyjść poza obóz, aby rozprostować łapy i oczyścić umysł. A nawet pobrodzić na płyciźnie, w szczególności w upalny dzień. – Przeciągnęła się. – Co sądzisz o reszcie terenów Klanu Nocy?
– S-są piękne... – odparła krótko. Mimo to na jej pyszczku zagościł uśmiech, gdy pomyślała o terenach przez, które dzisiejszego dnia przeszli. Pogoda również im dopisała. – G-Gdyby mogła, zamieszkałaby na stałe przy Zrujnowanym Moście… Pani Trzcinowy Szmerze! Cieszę się, że to Pani uczy mojego brata! – miauknęła nieco głośniej niż chciała. Jednak po raz pierwszy miała możliwość spędzenia tak dużo czasu z wojownikiem, który był tak dobrze wytrenowany. Nie licząc rodziny królewskiej. Cóż się jednak dziwić, podobno mentorką pani Trzciny była sama Mandarynkowa Gwiazda! – Jestem pewna, że dzięki Pani naukom zostanie dzielnym wojownikiem.
Spostrzegła, jak kąciki pyska burej kotki uniosły się ku górze.
– Cóż. Twój brat ma potencjał, aby zostać dzielnym wojownikiem, ale czeka go jeszcze długa droga i musi się bardziej przykładać do treningów.
Jeszcze chwilę rozmawiała z mentorką Rezedowej Łapy, po raz kolejny dziękując za zabranie jej poza obóz, by w końcu pożyczyć dobrej nocy wojownicze i skierować się do kociarni. Rezedowa Łapa uniemożliwił jednak siostrze udania się na spoczynek; kocur pokonał dzielącą odległości między starzyzną, a kociarnią i zagrodził jej wejście. Łebkiem skinął w kierunku krańca obozu, będącego idealnym miejscem, aby pogadać na osobności, bez zbędnych gapiów. Fląderka posłusznie udała się za bratem, wiedząc, że ten na pewno wyrazi swoje niezadowolenie w związku z tym, że towarzyszyła mu na jego treningu.
– I przyniosłaś pecha – prychnął kocur, tuż po tym, jak smagnął swym ogonem w policzek kotki. Musiał być zły, że pomimo powrotu do obozu ze zdobyczami Trzcinowy Szmer była nim zawiedziona. W dodatku nie oznajmiła tego na boku, gdy byli sami, tylko przy Fląderce. Kotka była w stanie zrozumieć, dlaczego brązowooki był wściekły. Został upokorzony w towarzystwie odrzutka. Dziwnie było obserwować brata w trakcie ćwiczeń. Kocur często przechwalał się tym, jak dobrze idzie mu na treningach, gdy prawda była całkowicie inna. – Następnym razem, gdy Trzcinowy Szmer zaprosi cię na mój trening, błagam, wymyśl na poczekaniu jakąś wymówkę i nie idź z nami w teren. – Mlasnął językiem. – I mam nadzieję, że przed chwilą nie poprosiłaś jej, aby cię trenowała! To moja mentorka. Jeszcze czego, odrzutku!
– N-nie!… po prostu jej podziękowałam… – Dotknęła łapką policzka, w którą została uderzona końcówką ogona przez brata. – za to, że cię uczy... Trzcinowy Szmer to dobra i mądra kotka. Nie mogłeś trafić na lepszego nauczyciela, Rezedowa Łapo.

~ ~ ~ timeskip do ostatnich, aktualnych wydarzeń z udziałem borsuków ~ ~ ~

Fląderka próbowała przeanalizować ostatnie wydarzenia, które miały miejsce w klanie. Czy można było im jakoś zapobiec? Czekokotka spoglądała zmartwioną na Korzonek, której kolejny raz nie tyle co zmieniło rangę, ale i imię. Mysiomózga Łapa. Kotka zachowała się nieodpowiedzialnie, zabierając ze sobą szczenię dwójce borsuków, które musiało być jego rodzicami. Czy jej nieodpowiedzialne zachowanie było objawem jakiejś choroby, a może i klątwy?
– Mysiomózga Łapo... dobrze się czujesz? – spytała zmartwiona stanem kotki. Niestety siostra Słodkiej Łapy jej nie odpowiedziała. Wyglądała na smutną, być może dlatego, że przyczyniła się do śmierci dwójki kotów. Może trapiło ja również coś innego? Zwinęła się w kłębek i odwróciła głowę w kierunku ściany.
"Muszę porozmawiać ze Słodką Łapą o stanie Mysiomózgiej Łapy".
Jak pomyślała, tak też zrobiła. Starała się odnaleźć Słodką Łapę w obozie, jednak, jak się dowiedziała od Rosiczkowej Kropli, kotka udała się na trening. Podziękowała i oddaliła się, pamiętając, aby po powrocie kocicy z treningu porozmawiać z nią o jej siostrze. Nie chciała, aby kotka cierpiała z powodu choroby, na którą być może zdążyła zapaść. Trzeba było jej pomóc ograniczyć jej postęp. Jednak... Czy to znaczyło, że Flądrze również nie pozostało zbyt wiele czasu? I ona również zrobi coś głupiego, jak Korzonek i od tego momentu będzie z nią tylko gorzej?
Podczas nagłego wycofywania uderzyła tyłem w czyjś bok. Przestraszona wlepiła spojrzenie w burą kotkę, która, zdając sobie sprawę, że tym, kto wpadł na nią, była Fląderka, odpuściła sobie wyzwiska.
– Pani Trzcinowy Szmerze! Najmocniej Panią przepraszam... – Ile razy w ciągu swojego życia zderzyła się z mentorką swojego brata? Straciła rachubę. – Och... och... – miauknęła zdając sobie sprawę, że w miejscu, w którym się zderzyła z kocicą znajduje się rzep. Przeniosła spojrzenie na swój ogon, jak i okolicę grzbietu, na którym znajdowały się w różnej odległości od siebie powbijane osty.
Skąd one się wzięły?! Czyżby książę Rogata Łapa zrobił jej psikusa? Rozmawiała z nim, nim udała się zbadać stan drugiej czekoladowej mieszkanki Klanu Nocy. Chyba, że zebrała je po prostu po drodze, gdy sunęła ogonem po ziemi. Tak, na pewno tak było! Nieudolnie próbowała powyciągać osty powbijane w futerko.

<Trzcino? >

Od Truskawkowego Pola CD. Wzorzystej Dali

Rozbawienie rozlało się po jej ciele, kiedy ujrzała zmieszany pyszczek Wzorzystej Dali. Panika, która niemal odebrała jej śline i zacisnęła pazury na gardle, dodała jej samej nieco animuszu i pewności siebie. Wąsy jej zadrgały, a na mordkę wpłynął pobłażliwy uśmieszek. 
— Oh, moja droga, a po co ty od razu z tymi grzecznościami, co? — zapytała, a jej ogon od razu odnalazł grzbiet niebieskookiej. Pogłaskała ją kilka razy, a następnie, kiedy nie dostała odpowiedzi wystarczająco prędko, ponagliła: — No? 
— To chyba tak teraz wypada, Truskawkowe Pole… — mruknęła, wciąż bardzo niepewna tego, z kim tak naprawdę ma doczynienia. 
— Oj, znowu, że niby wypada. — Machnęła łapą, przymykając ślepia. — No przestań już, bo jak tak dalej pójdzie, to cie wymienie na kogoś, kto ma więcej luzu od ciebie — zażartowała, chociaż dobrze wiedziała, co faktycznie miała na celu wywołać używając uwagi tego typu. 
— No nie wiem... Wszyscy będą się do ciebie zwracać z szacunkiem, a ja? — Przekrzywiła łebek. 
— Uwierz, że zanim ktokolwiek zacznie mi bić jakieś pokłony czy całować łapki, to jeszcze dużo czasu minie. Ba! Ja mogę nawet tego nie dożyć. — Tu akurat była szczera i z młodszą koleżanką, i z samą sobą. Wiedziała, że na pewno w Klanie Klifu ma teraz więcej przeciwników niż zanim została zastępczynią. Wiedziała, że było w szeregach wiele innych kotów, które były lepiej przygotowane do pełnienia tej posady. No ale oni nie mieli jej uroku osobistego i umiejętności interpersonalnych, dzięki którym owinęła sobie wokół łapki nowego lidera, zanim ten jeszcze w ogóle miał jakiekolwiek możliwości wspięcia się na tron. Nie zdawała sobie nawet sprawy z tego, że tak naprawdę fakt, że została wyróżniona, miał swoje źródło w takim samym toku myślenia, do którego doszedł Lśniąca Gwiazda. Stety lub niestety, ale miał on rację; Truskawka nie miałaby jakiegokolwiek celu w sprzeciwianiu się mu. Może i nie należała do najbardziej błyskotliwych kotów, ale była na tyle kumata, że zdawała sobie sprawę z tego, że prócz rudego kocura, swojego brata i może właśnie Wzorzystej Dali, która była zwyczajnie zbyt w nią wpatrzona, nie miała praktycznie nikogo, kto by się za nią wstawił w złej chwili. Była całkowicie zdana na innych. Zwłaszcza na przywódce. Nie mogła sobie pozwolić na samowolkę czy robienie czegoś, co chociaż było zgodne z jej poglądami i osądami, mogłoby nie spodobać się Lśniącej Gwieździe. On nie był jej bratem. On nie był gotowy wskoczyć za nią w nieznane tylko po to, aby nie wpadła pod potwora dwunożnych lub nie skończyła jako pokarm dla lisów. On nie był czymś pewnym. 
— Na pewno dostrzegą, że jesteś świetna! — wtargnęła Wzorek. — W końcu Mirto- Lśniąca Gwiazda miał jakiś konkretny powód, że cię wybrał, prawda? Na pewno bardzo ci ufa, a to najważniejsze. Wystarczy, że będziesz odpowiedzialnie wykonywać swoje obowiązki i... — zacięła się. Słowa wypowiadała prędko, nieco niezgrabnie, jakby bała się, że Truskawce zaraz wszystko się odwidzi i znienawidzi ją za te braki w elokwencji, na które przecież sama przed sekundą jej pozwoliła ze szczerym sercem. 
— To, to ja wiem. Ale wiesz, jest to, o czym my dwie akurat wiemy obie bardzo dobrze, co nie? — Wpatrywała się w niebieskie oczka wymownie, jakby czekała, aż młodsza odczyta jej myśli. 
— O-o czym?
— Jesteśmy przybłędy. I ty, i ja, i też wielu innych, z którymi dzielimy legowisko, a na których "prawowite" Klifiaki, a przy tym też taka Jaskółka, zawsze patrzyły z góry. Wiesz, co to znaczy, że ktoś taki jak ja został tak wyróżniony? — Zrobiła dramatyczną pauzę i mówiła dalej, nachylając się nieco w dół, aby dodać swoim słowom tajemniczości. — To znaczy, że wstępujemy na wygraną pozycję, moja droga…
W sumie nawet nie wiedziała, jaki sens miała cała ta rozmowa. Nie było jej w Klanie Klifu źle, a na pewno nie z powodu jej połowicznie Owocowego pochodzenia. Wiadomo, widziała, jak patrzy na nią taka Oszroniony Kieł, ale z drugiej strony ona na większość kotów patrzyła w taki nieprzyjemny sposób, a dodatkowo była niesamowicie szpetna, więc Truskawka czuła względem niej nieco… zrozumienia; też byłaby taka na wszystko wściekła, gdyby miała taki paskudny pysk. Z drugiej strony znała, głównie od Jagniecego Ukłony, historie o bardzo nieprzyjemnym traktowaniu, którego była ofiarą. Nie żeby jakoś szczególnie obchodziło ją to w teorii, ale lubiła medyczkę i wiedziała, że jeśli istniał na tych terenach kot, który nie zasłużył na złe słowa, to była nim właśnie kremowa staruszka. Obce korzenie były jedną z niewielu rzeczy, które łączyły obie szylkretki, a więc może okażą się dobrym punktem zaczepienia. Zwłaszcza teraz po awansie Truskawki, kiedy Wzorek najwidoczniej zaczęła zastanawiać się, czy owa znajomość dalej ma taki sam sen co wcześniej.

<Wzorzystaaaa?>

Od Borowika CD. Puchacza

Usłyszałem piskliwy głosik kociaka. Przywarłem do ziemi, wciąż z wiewiórą w pysku. Lubię jeść wiewióry. Chociaż ich futerko zawsze zostaje mi w buzi i muszę je wypluwać cały dzień.
— Hm… Nyapfyafde pfyfyyfaf… mnfe…? — spytałem, śmiertelnie poważnie.
— Co??? — kociak rozszerzył oczka i przechylił główkę na bok w głębokiej konsternacji. — Co ty mówisz??!
Wyplułem wiewiórę na ziemie. Fuj. Futerko na języczku.
— Pytam — splunąłem futrem na ziemię. — Czy naprawdę mnie wyzywasz. Jesteś malutki. Możesz zginąć, rzucając wyzwanie mnie, Borowikowi, dojrzałemu, średniozaawansowanemu uczniowi zwiado… — nie zdążyłem dokończyć. Puchacz całkowicie znienacka skoczył na mnie.
Odruchowo zrobiłem przewrót w bok, przez co kociak spudłował. Spadł na ziemię lekko niezgrabnie, ale nie stracił równowagi. Zamachał nerwowo grubym ogonkiem.
— Walcz! A nie gadasz! — wykrzyknął, uśmiechając się. Celem tego uśmiechu miało być najprawdopodobniej rzucenie mi wyzwania i prowokacja, ale z racji tego, że Puchacz to uroczy kociak, to tylko poczułem zalewającą mój mózg słodycz.
— Hm… Wiesz, chyba nie mam dziś ochoty…
Podszedłem do mojej wiewióry i wziąłem ją do pyska.
— Itfak nye jeftef nafet ma moim pfofomie…
— Co?! No weź! — Puchacz wyglądał na wyraźnie zawiedzionego i podreptał za mną. — Tylko chwilkę! Nie bądź taki, Borowiku! Ale z ciebie zrzęda i nie umiesz się bawić i nie… — odwróciłem się do niego, zamachnąłem głową i cisnąłem w kociaka wiewiórą. Gdy mały był jeszcze oszołomiony, położyłem się na nim, przygniatając go do ziemi przednimi łapkami i głową.
— Wygrałem. Fajna walka w sumie — mruknąłem.
— BOROWIKU! — pisnął, szamoczący się kociak. — To nie fair!!! Tak nie wygląda walka!!! Puść mnieee! Połamiesz mi kręgosłup!
— Hm. Kręgosłup? Ja tu nic takiego nie widzę… Jesteś za mały na kręgosłup. Musisz jeszcze trochę podrosnąć.
— Wcale… że… nie! Nic nie wiesz o kręgosłupach! — piszczał dalej.
Mały dalej się wiercił i próbował uwolnić.
— Ugh… — zdjąłem łapki z Puchacza i odczołgałem się tyłem od niego, dając mu przestrzeń.
Nie umiałem zbyt długo cieszyć się taką wygraną. Zdecydowanie wolałem kociaki uśmiechnięte. A nie zdenerwowane. Nie chce mi się pojedynkować. Ale nigdy nie potrafię im odmówić…
Kociak otrzepał swoje futerko nerwowo.
— Niech ci będzie… To jak według ciebie wygląda pojedynek, hm?
Pomarańczowe oczy Puchacza zabłysły niebezpiecznie.

<Puchaczu?>

Od Borowika CD. Wrony

— Uh… No… no dobra… Opowieść…
Trochę się wkopałem. Opowieść. Oczywiście, mój trening był jednym wielkim ciągiem niefortunnych zdarzeń i dramatycznych przygód, na pewno by się coś znalazło wartego opowiedzenia… tylko teraz nie mogłem sobie niczego przypomnieć. Nie mogę też powiedzieć, że moje umiejętności gawędziarskie są specjalnie wybitne… bo nie są. Za to ostatnio zdałem sobie sprawę z tego, jak uwielbiam kociaki. A konkretniej uśmiechnięte kociaki. I zrobię wszystko, żeby takie były jak najczęściej. To mój kolejny życiowy cel. Poza zostaniem dyktatorem wszechświata.
— Hmm… No dobra. Mam coś — usiadłem na ziemi i potrząsnąłem głową na boki. Wrona ułożyła się przede mną i patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, czekając na moją epicką historię. — Pewnego razu… uh… podczas jednego z treningów, ćwiczyłem kamuflaż. Byłem już w tym całkiem… prawie… niezły. Choć mistrzem bym siebie nie nazwał… aczkolwiek nie mogę też powiedzieć, że byłem beznadziejny czy nawet średni… uh…
Troszkę się zagubiłem, próbując oszacować mój ówczesny poziom. Ale Wrona nie zwróciła uwagi, obserwowała mnie z wyczekiwaniem.
— I co? I co się stało??
Zmarszczyłem brwi.
— No… Zaczęło się jak… zwykły trening, Kurka kazał mi sam sobie wymyślić kamuflaż, a potem się schować, on miał szukać. Ale… pech chciał, że… nie do końca rozróżniam kolor gliny od koloru błota. Może dlatego, że mają ten sam kolor w pewnych okolicznościach. No i… w skrócie… wlazłem do gliny. Wlazłem na drzewo. Glina zaschła. I się przykleiłem. I… nie mogłem zleźć. Koniec.
Wrona otworzyła szeroko oczka w prawdziwym przerażeniu, które jednak szybko udało jej się opanować.
— O jejku! I… I jak w końcu zszedłeś?? Kurka… ściągnął cię?
— No… w sumie, to nie zszedłem. Kurka miał szukać, więc szukał, ale tylko Wszechmatka wie gdzie. Nie znalazł mnie na tym drzewie, bo mimo wszystko… kamuflaż był dość dobry. Pod wieczór spadł deszcz. Glina się rozpuściła. I ześlizgnąłem się po pniu w dół. No i… no, mentor mnie znalazł wtedy. I przegrałem. Nie mam na to… dowodów, ale jestem pewien, że obserwował mnie od dłuższego czasu i specjalnie czekał, aż sam zejdę…
— To naprawdę straszne, Borowiku… — mruknęła cicho.
— No… Dlatego dam ci taką radę. Jak coś pachnie jak glina i ma konsystencję jak glina…najprawdopodobniej jest to glina. I lepiej w nią nie włazić.
— Ohhh… Tak bym chciała już być duża! I mieć mianowanie i też takie przygody! No… może nie konkretnie takie, ale… przygody! Będę najlepsza na całym świecie!
— Hmm… — mruknąłem.
Nie uśmiechnąłem się. Ale… było blisko. Zawsze, gdy jestem przy kociakach, czuję, że moje serce staje się co najmniej o dwie trzecie większe. Mam nadzieję, że to tylko złudzenie lub metafora, bo inaczej jest to sygnał poważnych problemów zdrowotnych…
— Na pewno będziesz. Musisz tylko ciężko pracować. Ja w ciebie nie wątpię, Wrono.

<Wrono?>

Od Kurczątka

Dni w żłobku potwornie dłużyły się Rudzikowemu Skrzydełku. Kurczątko o śmiesznym wyglądzie i jego siostrzyczka, Perłówka, będąca zabójczo podobna do swojej babci, leżeli właśnie koło niej, najwyraźniej budząc się z drzemki. Koteczka jednak, zamiast przebudzić się w prawidłowy sposób, rozciągnęła się tylko na futrze matki i mlasnęła kilkukrotnie. Rodzicielka spojrzała na kocurka, który był wyraźnie rozbudzony.
— Dzień dobry, maluchu... — miauknęła, nieco zmęczonym po kolejnej nieprzespanej nocy głosem.
Kociak spojrzał kotce w oczy, które wydawały się w takim samym odcieniu jak jego, jeśli nie ciemniejsze. Przechylił głowę, otworzył pyszczek, ale zaraz go zamknął. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Kocurek wciąż swym nieprzyjemnym spojrzeniem gapił się w Rudzika.
Kotka lekko zmrużyła oczy na niezbyt przychylne spojrzenie syna i westchnęła, myjąc mu futerko na czubku głowy. Próbował wyrwać się z objęć Rudzika, wyraźnie pokazując, że nie podobał mu się szorstki język matki.
— Nie jesteś niemową, prawda? — zmrużyła oczy. — No dawaj, i bez tego jesteś wystarczającą ofiarą losu — mruknęła cicho, ale spokojnym tonem głosu.
Kociak, wyraźnie zaniepokojony słowami rodzicielki, cofnął się. Niestety zahaczył o śpiącą Perłówkę i się przewrócił na plecy. Przez swoją lekką wagę kotka tylko go popchnęła z powrotem do ich matki. Niepewnie uciekał przed gromiącym go wzrokiem Rudzikowego Skrzydełka, jakby faktycznie coś nabroił. Zawstydzony Kurczątko szurał jedną łapką, tworząc kółeczka w posłaniu.
Matka, widząc reakcję malucha, westchnęła tylko.
— Wolałabym już być wojowniczką — mruknęła cicho, a następnie spojrzała na kociaka z czymś na wzór troski. — No już, nie bój się. Kurczątko, kochanie. Powiesz dla mnie mama? — uśmiechnęła się łagodnie, ale jej wzrok wyglądał na dosyć zmęczony.
Kociak spojrzał na Rudzika, po czym na jej usta. Wypowiadała sylaby, słowa, całe zdania. Miał powtórzyć, tylko powiedzieć zwykłe "mama". Wziął głęboki wdech i wydech, jakby przygotowywał się na starcie z przeciwnikiem. Otworzył pyszczek, wypowiadając słowa... nie, to nie było "mama", to była chrypka. Skrzydełko westchnęła i uśmiechnęła się lekko.
— No, dobrze, masz jeszcze czas... — mruknęła kocica.
Kurczątko zaczął intensywnie kaszleć. Może było mu sucho w gardle? Lub struny głosowe jeszcze nie chciały z nim współpracować. Fakt, miał już księżyc, ale nie wydawał się bardzo gadatliwy jak reszta, na przykład weźmy ancymonka Bursztyna. Syn Pożarowej Łapy miał na swoim koncie już kilka przypałów i wciąż z nimi siedział w żłobku. Na szczęście Kurczątko niezbyt się nim interesował.
— Hej, maluchu, chyba nie jesteś chory co? — mruknęła, opatulając kociaka odrobinę bardziej. — Nie chcę zabierać cię do medyka. Może powinnam? Czy to źle, że nie mówisz? — mruknęła, najwyraźniej gadając sama do siebie. — Na pewno masz na to jeszcze czas... — miauknęła, lekko tuląc swój policzek do Kurczątka. — Wyglądasz bardziej głupio niż swoja mama — zaśmiała się łagodnie.
Kurczątko tylko skulił się w małą, czerwono-białą kuleczkę, policzkiem opierając się o ciepłe ciało rodzicielki. Zamknął oczy i zaczął się wiercić, próbując znaleźć najlepszą pozycję do spania. Najwyraźniej pytania kotki też zbył, jakby nie istniały.
— Hmm... No dobrze. Dobranoc, mały — miauknęła, uśmiechając się lekko.

12 maja 2026

Od Wrony CD. Borowika

Wrona popatrzyła na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą był żuk. Następnie zerknęła na Borowika i wymruczała:
— Dziękuję.
Uczeń się uśmiechnął i podniósł łapę.
— Nie ma za co!
Dymna popatrzyła na niego swoimi małymi oczkami.
— A jak to jest być uczniem zwiadowcy? — spytała.
— Bardzo dobrze. Kurka to dobry mentor. Lubię chodzić po drzewach, więc nie mam problemu z tym.
— Ja też bym chciała kiedyś spróbować! — pisnęła z ekscytacją kotka. — Byłabym prawie ptakiem!
— Ale nie próbuj z niego zeskakiwać… — mruknął Borowik.
— Oczywiście, że nie będę! — parsknęła zwisłoucha. — Wskoczę na ptaka i polecę!
— Cóż, ja nie wiem, czy to dobry pomysł… — rzekł uczeń z zakłopotaniem.
— Och, no dobrze, nie będę, ale możesz mnie czegoś nauczyć? Proszęęęę?
Borowik się zastanowił, w końcu udzielając odpowiedzi:
— No dobrze. Nauczę cię skradania blisko — mruknął, przybliżając brzuch do ziemi. — Rób to, co ja — rzekł, posuwając się do przodu. — Delikatnie stawiaj łapy do przodu. Uważaj też na kruche gałązki czy suche liście. A kiedy jesteś blisko celu… Odbij się od podłoża i wysuń łapy! — powiedział, zaraz po tym to czyniąc. Zaatakował liścia przed sobą i nabił go na jeden z pazurów.
— Ale fajne! Ja też chcę! — mruknęła kotka i mocno wybiła się w powietrze. Co prawda nie aż tak jak Borowik, ale udało jej się złapać malutką gałązkę. — Jej! Udało mi się! — wykrzyknęła dymna i pobiegła do ucznia.
— To twoja pierwsza zdobycz! — zaśmiał się kocurek. — Czy teraz chciałabyś posłuchać jakichś opowieści?
— Tak! Opowiedz mi, proszę!

<Borowiku?>