Pożarowa Łapa urodziła zdrową dwójkę kociaków!
BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkęW Klanie Klifu
Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?W Klanie Nocy
Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Mioty
Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)
Miot w Klanie Burzy!
(brak wolnych miejsc!)
Znajdki w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)
20 marca 2026
Od Księżycka (Księżycowej Łapy)
Dzień przed nocą w lesie
Biały kocurek leżał wtulony w ciemne futro matki. Mruczał cicho, co jakiś czas ugniatając jej skórę, gdy ta spała. Nie był pewny czy chce budzić swoją rodzicielkę, więc z wszystkich swoich sił starał się być cicho. I tak faktycznie było, dopóki kosmyk czarnego futra nie połaskotał go w nos. Księżycek wciągnął powietrze w usta i z całych sił starał się nie dopuścić do wydania z siebie żadnego dźwięku. Niestety niezbyt mu to wyszło. Jaskółka obudziła się jak zaalarmowana, szukając zagrożenia.
— Przepraszam — miauknął, przytulając się do mamy.
Kotka wstała, przeciągając się i tym samym ignorując tulącego się do niej kociaka.
— Musisz zacząć być bardziej samodzielny — zaczęła kotka. — W końcu nie możesz lepić się do swojej matki, gdy będziesz uczniem, a także później. Poza tym musimy o czymś porozmawiać — kontynuowała.
Księżycek kiwnął tylko tępo głową, nie będąc pewnym, o co chodzi jego mamusi.
— Tak mamo? — spojrzał kotce w żółte oczy.
— Wiara. Słyszałeś już o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd? To martwi, którzy chronią nasz klan. To dzięki nim mamy zwierzynę i nowe kocięta. Klan Gwiazdy, o którym mówią tyle dobrego, jest tak naprawdę niczym przy naszej wierze. Z ich strony są to tylko zwykłe obiecanki. Nasza wiara jest faktyczna. Dostępna. Czy rozumiesz, co mam na myśli? — mruknęła kotka, liżąc się po łapie.
— Rozumiem mamusiu! — pokiwał ochoczo głową, a jego matka syknęła cicho.
— Nie rozumiesz. Nie możesz być…taki. Oczekiwać będą od ciebie…poświęceń. Miałeś być… idealny! Stworzony dla nich — zawołała zdenerwowana, korzystając z tego, że akurat nikt nie kręcił się w pobliżu. — Tymczasem ty jesteś…taki niewinny! — mruknęła, liżąc białego po poliku.
— Mamo? — miauknął kociak, patrząc na kotkę trochę wystraszony. — Mamuś, o czym ty mówisz? — zapytał, prychać cicho, gdy poczuł język matki na swoim poliku. — Nie rozumiem — dodał, a jego łapką wylądowała na boku matki. — Babcia mówiła coś podobnego! Czy wszystko z wami dobrze? — spojrzał na mamę troskliwie.
— Przestań! — załkała, odsuwając się od niego. — Zostań tu. Nie idź za mną — warknęła, wychodząc ze żłobka.
Pozostałe kocięta bawiły się na zewnątrz. Tylko Księżycek siedział zmarkotniały w środku, co jakiś czas pochlipując.
Aktualnie
— Nie w ten sposób! Czy ty naprawdę nie potrafisz wykonać tak podstawowej czynności? Jak syn Jaskółczego Ziela może być tak bezużyteczny w walce!? — zawyła oburzona ruda.
— Przepraszam? — miauknął zdenerwowany, ze wszystkich sił starając się, aby łzy powoli wypływające z jego oczu nie wyszły po raz kolejny na wolność.
— Jeszcze raz. Ustaw się — uspokoiła się kotka, wzdychając cicho. — W takim tempie to zostaniesz ofiarą Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. Skup się w końcu — mruknęła już znacznie przyjaźniej.
— O czym ty mówisz? Znowu to — miauknął słabo, a z jego oczu wyleciało kilka łez. — Nie jestem żadną ofiarą! — zawył żałośnie, wykonując niemal dobre cięcie łapą.
Kocimiętkowy Wir zdziwiła się nagle, lekko odskakując.
— Widzisz? Nieźle. Już wiem jak cię uczyć — prychnęła kotka.
[451 słów]
Od Wędrującego Wibrysa do Rozżarzonej Pieśni
Na zewnątrz było jaśniej niż w jaskini, ale zdecydowanie nie było spokojniej.
Jeszcze kilka dni temu, mewy były dla niego jedynie tłem. Przelotnymi cieniami na niebie, kojarzącymi się z odległymi, irytującymi wrzaskami. Teraz ich obecność była już nie do zignorowania.
Ruszył w dół ścieżki, podążając za patrolem, do którego został dziś przydzielony. Odnotował tylko imiona towarzyszy: Kukułczy Wdzięk, Rozżarzona Pieśń, Drzemiące Słońce i Świetlista Walka. Zabawne, że był z nich najstarszy, a jednocześnie najmniej doświadczony w realiach tego klanu. Mimo że minęło już kilka księżyców od jego przybycia, nie wszyscy zdawali się w pełni akceptować jego obecność.
Las wyglądał tak jak zawsze, spokojny, niemal obojętny na napięcie, które wisiało nad klanem. To właśnie dlatego tu przychodzili,w końcu drzewa stanowiły naturalną osłonę przed mewami, które w ostatnim czasie stawały się coraz większym problemem.
Usłyszał kroki za sobą, ale nie odwrócił się od razu.
Ruda kotka zatrzymała się nieopodal. Znał ją z widzenia, trudno było nie znać, ale nigdy wcześniej nie mieli okazji iść razem na patrol. Stała kawałek wyżej, pozwalając, by wiatr swobodnie poruszał jej futrem.
— Często patrole są w takich dużych składach? — zagadnął, przełamując ciszę. Skoro już ruszył się z obozu, wypadało chociaż udawać zainteresowanie towarzystwem.
Spojrzała na niego ostrożnie.
— Niezbyt. Teraz tylko przez mewy.
— Ach, te mewy... — westchnął z przesadnym przejęciem.
Nie zamierzał przyznawać, że przespał moment, w którym lider tłumaczył sytuację i nowe zasady. I to dosłownie przespał. Uciął sobie wówczas drzemkę. By dowiedzieć o tym, co się stało, musiał płaszczyć się przed siostrą, od której wyciągnął ostatecznie wszelkie potrzebne informacje.
Nie jego wina, że wzięło mu się na spanie. Przecież każdy potrzebował snu. On po prostu dbał o zdrowie.
— Hm, nie jesteś zbyt rozmowna, co? — rzucił po chwili.
Kotka zdawała się na moment zbita z tropu.
— Słucham? Jestem. Po prostu teraz skupiam się na polowaniu, nie na rozmowach — odparła spokojnie. — Jak będzie z czym wracać, to wtedy można gawędzić.
Uśmiechnął się lekko i skinął głową, jakby uznał to za całkiem sensowną filozofię. Sam zbliżył się do drzew. Tutaj łatwiej było o zdobycz. Przycupnął nisko i przez chwilę obserwował przestrzeń przed sobą, pozwalając ciszy zrobić swoje.
***
To, co upolowali w piątkę, spokojnie wystarczyłoby na zasilenie stosu zwierzyny. Mimo to reszta patrolu nie zamierzała wracać. Najwyraźniej uznali, że można jeszcze wycisnąć z tego miejsca coś więcej. Wibrys nie bardzo wiedział, jak planują to wszystko donieść do obozu, ale nie miał siły się sprzeczać. Po prostu szedł dalej.
— Dziwię się, że mewy w ogóle odważyły się zapuścić w te rejony — mruknął w stronę Rozżarzonej Pieśni, zerkając na nią kątem oka. — Jeśli wszyscy tutaj są tak zawzięci nawet przy zwykłym polowaniu, to nie mają czego tu szukać. — Zawahał się na moment, po czym dodał z lekkim rozbawieniem. — Może macie to we krwi. W takim razie nie mam co liczyć, że kiedykolwiek wam dorównam — parsknął cicho, poruszając wibrysami. — Chociaż słyszałem, że wielu wcale się tu nie urodziło. — Przechylił lekko głowę, tym razem już wyraźnie ciekawski. — To jak to właściwie jest? Z twojej perspektywy naprawdę ciężko jest tolerować przybysza z oddali? — dopytał, zerkając na nią uważniej, jakby właśnie znalazł temat, który rzeczywiście go zainteresował.
Jeszcze kilka dni temu, mewy były dla niego jedynie tłem. Przelotnymi cieniami na niebie, kojarzącymi się z odległymi, irytującymi wrzaskami. Teraz ich obecność była już nie do zignorowania.
Ruszył w dół ścieżki, podążając za patrolem, do którego został dziś przydzielony. Odnotował tylko imiona towarzyszy: Kukułczy Wdzięk, Rozżarzona Pieśń, Drzemiące Słońce i Świetlista Walka. Zabawne, że był z nich najstarszy, a jednocześnie najmniej doświadczony w realiach tego klanu. Mimo że minęło już kilka księżyców od jego przybycia, nie wszyscy zdawali się w pełni akceptować jego obecność.
Las wyglądał tak jak zawsze, spokojny, niemal obojętny na napięcie, które wisiało nad klanem. To właśnie dlatego tu przychodzili,w końcu drzewa stanowiły naturalną osłonę przed mewami, które w ostatnim czasie stawały się coraz większym problemem.
Usłyszał kroki za sobą, ale nie odwrócił się od razu.
Ruda kotka zatrzymała się nieopodal. Znał ją z widzenia, trudno było nie znać, ale nigdy wcześniej nie mieli okazji iść razem na patrol. Stała kawałek wyżej, pozwalając, by wiatr swobodnie poruszał jej futrem.
— Często patrole są w takich dużych składach? — zagadnął, przełamując ciszę. Skoro już ruszył się z obozu, wypadało chociaż udawać zainteresowanie towarzystwem.
Spojrzała na niego ostrożnie.
— Niezbyt. Teraz tylko przez mewy.
— Ach, te mewy... — westchnął z przesadnym przejęciem.
Nie zamierzał przyznawać, że przespał moment, w którym lider tłumaczył sytuację i nowe zasady. I to dosłownie przespał. Uciął sobie wówczas drzemkę. By dowiedzieć o tym, co się stało, musiał płaszczyć się przed siostrą, od której wyciągnął ostatecznie wszelkie potrzebne informacje.
Nie jego wina, że wzięło mu się na spanie. Przecież każdy potrzebował snu. On po prostu dbał o zdrowie.
— Hm, nie jesteś zbyt rozmowna, co? — rzucił po chwili.
Kotka zdawała się na moment zbita z tropu.
— Słucham? Jestem. Po prostu teraz skupiam się na polowaniu, nie na rozmowach — odparła spokojnie. — Jak będzie z czym wracać, to wtedy można gawędzić.
Uśmiechnął się lekko i skinął głową, jakby uznał to za całkiem sensowną filozofię. Sam zbliżył się do drzew. Tutaj łatwiej było o zdobycz. Przycupnął nisko i przez chwilę obserwował przestrzeń przed sobą, pozwalając ciszy zrobić swoje.
***
To, co upolowali w piątkę, spokojnie wystarczyłoby na zasilenie stosu zwierzyny. Mimo to reszta patrolu nie zamierzała wracać. Najwyraźniej uznali, że można jeszcze wycisnąć z tego miejsca coś więcej. Wibrys nie bardzo wiedział, jak planują to wszystko donieść do obozu, ale nie miał siły się sprzeczać. Po prostu szedł dalej.
— Dziwię się, że mewy w ogóle odważyły się zapuścić w te rejony — mruknął w stronę Rozżarzonej Pieśni, zerkając na nią kątem oka. — Jeśli wszyscy tutaj są tak zawzięci nawet przy zwykłym polowaniu, to nie mają czego tu szukać. — Zawahał się na moment, po czym dodał z lekkim rozbawieniem. — Może macie to we krwi. W takim razie nie mam co liczyć, że kiedykolwiek wam dorównam — parsknął cicho, poruszając wibrysami. — Chociaż słyszałem, że wielu wcale się tu nie urodziło. — Przechylił lekko głowę, tym razem już wyraźnie ciekawski. — To jak to właściwie jest? Z twojej perspektywy naprawdę ciężko jest tolerować przybysza z oddali? — dopytał, zerkając na nią uważniej, jakby właśnie znalazł temat, który rzeczywiście go zainteresował.
<Żar?>
Od Wędrującego Wibrysa do Błyskotki
Obóz Klanu Klifu nie należał tego dnia do najcichszych miejsc. Szum wodospadu jak zwykle rozlewał się po kamiennych ścianach, mieszając się z podniesionymi głosami wojowników, których głównym tematem rozmów od dłuższego czasu pozostawały mewy.
Wędrujący Wibrys obserwował innych, przeciągając się leniwie. Kręcił się po obozie, szukając wygodnego miejsca do ucięcia drzemki. Wbrew pozorom legowisko za dnia nie było najspokojniejszym miejscem do spanka.
Nie spieszyło mu się. Nic go nie goniło. A przynajmniej taką wersję rzeczywistości preferował.
Właśnie miał zamiar położyć się w jednym z bardziej nasłonecznionych miejsc, kiedy nagły, stłumiony krzyk, przeszył powietrze. Krótki, trochę zbyt głośny jak na zwykłe, kocięce piski. Wibrys uniósł głowę i poruszył uchem. Dźwięk dochodził ze żłobka.
Po chwili gdybania uznał, że nie zaszkodzi tam zajrzeć. Podszedł do wyznaczonego na teren kociarni wgłębienia i zajrzał do środka. Zapach mleka, mchu i ciepła uderzył go na powitanie. Zastał wewnątrz Morświnową Płetwę, pochyloną nad dwójką kociąt. Jej ogon poruszał się lekko.
Jeden z malców, brązowawy, dużo żwawszy samczyk, kręciło się tuż obok niej, wyraźnie czymś podekscytowany.
Płowy przekrzywił lekko głowę.
— Ktoś tu chyba urządzał zawody w krzyczeniu — rzucił z rozbawieniem.
Karmicielka drgnęła, a zaraz potem uśmiechnęła się szeroko, jakby samo jego pojawienie się było czymś miłym.
— Och! To tylko Agatówka — zaśmiała się cicho, zerkając na bardziej ruchliwego potomka. — Ma strasznie dużo energii i nadal nie potrafi sobie z nią poradzić — westchnęła.
Kocurek prychnął, fukając coś w stronę matki. Natomiast siedząca obok koteczka wydawała się dużo bardziej wycofana, próbując ukryć się pod mchem. Nie wyglądała jak reszta kociąt, które widywał. Nie rzucała się do zabawy, nie próbowała zwrócić na siebie uwagi. Wręcz przeciwnie, wyglądała tak, jakby najchętniej zniknęła w tle.
Wszedł kawałek do środka, zatrzymując się w bezpiecznej odległości.
— A twoja druga pociecha jak się zwie? — zagadnął.
Szylkretka drgnęła lekko, jak gdyby sam fakt, że ktoś zwrócił na nią uwagę, był wystarczającym zaskoczeniem. Jej uszy poruszyły się niepewnie, a spojrzenie na moment uciekło gdzieś w bok, zanim znów wróciło do niego.
— To Błyskotka — miauknęła Morświn, wręcz z matczyną czułością spoglądając na córkę. — Ona jest akurat... mniej problematyczna — przyznała.
Pokiwał głową, dopiero teraz spostrzegając, że wokół szyi koteczki połyskuje... Cóż, sam nie wiedział co.
— To już chyba schemat, jak ma się więcej niż jedno kocię. Zawsze jest to jedno spokojne i grzeczne, a drugie to czysty brój — stwierdził. — Też tak miałem ze swoją siostrą, ale akurat ja byłem tym grzecznym, a ona... Ona cóż, nie wyrosła nigdy ze swojego łobuzerstwa — parsknął, przykucając. — Cześć Błyskotko. Jestem Wędrujący Wibrys. Powiesz mi, co to za skarb nosisz na szyi? — dodał ciszej, z wyraźną ciekawością, ale bez nacisku. — Wygląda, jakby kryła się za tym dłuższa historia, a ja akurat mam chwilę, żeby jej posłuchać.
Wędrujący Wibrys obserwował innych, przeciągając się leniwie. Kręcił się po obozie, szukając wygodnego miejsca do ucięcia drzemki. Wbrew pozorom legowisko za dnia nie było najspokojniejszym miejscem do spanka.
Nie spieszyło mu się. Nic go nie goniło. A przynajmniej taką wersję rzeczywistości preferował.
Właśnie miał zamiar położyć się w jednym z bardziej nasłonecznionych miejsc, kiedy nagły, stłumiony krzyk, przeszył powietrze. Krótki, trochę zbyt głośny jak na zwykłe, kocięce piski. Wibrys uniósł głowę i poruszył uchem. Dźwięk dochodził ze żłobka.
Po chwili gdybania uznał, że nie zaszkodzi tam zajrzeć. Podszedł do wyznaczonego na teren kociarni wgłębienia i zajrzał do środka. Zapach mleka, mchu i ciepła uderzył go na powitanie. Zastał wewnątrz Morświnową Płetwę, pochyloną nad dwójką kociąt. Jej ogon poruszał się lekko.
Jeden z malców, brązowawy, dużo żwawszy samczyk, kręciło się tuż obok niej, wyraźnie czymś podekscytowany.
Płowy przekrzywił lekko głowę.
— Ktoś tu chyba urządzał zawody w krzyczeniu — rzucił z rozbawieniem.
Karmicielka drgnęła, a zaraz potem uśmiechnęła się szeroko, jakby samo jego pojawienie się było czymś miłym.
— Och! To tylko Agatówka — zaśmiała się cicho, zerkając na bardziej ruchliwego potomka. — Ma strasznie dużo energii i nadal nie potrafi sobie z nią poradzić — westchnęła.
Kocurek prychnął, fukając coś w stronę matki. Natomiast siedząca obok koteczka wydawała się dużo bardziej wycofana, próbując ukryć się pod mchem. Nie wyglądała jak reszta kociąt, które widywał. Nie rzucała się do zabawy, nie próbowała zwrócić na siebie uwagi. Wręcz przeciwnie, wyglądała tak, jakby najchętniej zniknęła w tle.
Wszedł kawałek do środka, zatrzymując się w bezpiecznej odległości.
— A twoja druga pociecha jak się zwie? — zagadnął.
Szylkretka drgnęła lekko, jak gdyby sam fakt, że ktoś zwrócił na nią uwagę, był wystarczającym zaskoczeniem. Jej uszy poruszyły się niepewnie, a spojrzenie na moment uciekło gdzieś w bok, zanim znów wróciło do niego.
— To Błyskotka — miauknęła Morświn, wręcz z matczyną czułością spoglądając na córkę. — Ona jest akurat... mniej problematyczna — przyznała.
Pokiwał głową, dopiero teraz spostrzegając, że wokół szyi koteczki połyskuje... Cóż, sam nie wiedział co.
— To już chyba schemat, jak ma się więcej niż jedno kocię. Zawsze jest to jedno spokojne i grzeczne, a drugie to czysty brój — stwierdził. — Też tak miałem ze swoją siostrą, ale akurat ja byłem tym grzecznym, a ona... Ona cóż, nie wyrosła nigdy ze swojego łobuzerstwa — parsknął, przykucając. — Cześć Błyskotko. Jestem Wędrujący Wibrys. Powiesz mi, co to za skarb nosisz na szyi? — dodał ciszej, z wyraźną ciekawością, ale bez nacisku. — Wygląda, jakby kryła się za tym dłuższa historia, a ja akurat mam chwilę, żeby jej posłuchać.
<Błyskotko?>
Od Wędrującego Wibrysa do Wzorzystej Dali
Obóz tego dnia wyjątkowo tętnił życiem. Wojownicy wdawali się w ożywione rozmowy albo krążyli między legowiskami, załatwiając najpilniejsze sprawy. W powietrzu mieszały się zapachy mokrego kamienia, mchu i świeżej zdobyczy, a gdzieś w tle nieustannie rozbrzmiewał szum wodospadu.
Wędrujący Wibrys leżał wyciągnięty w miejscu, gdzie słońce docierało najcieplej. Nie spieszył się z niczym. Jego oddech był spokojny, oczy przymknięte, a ciało przyjemnie rozluźnione. Czuł się, jakby cały ten ruch wokół zupełnie go nie dotyczył.
Dopiero gdy czyjś cień padł na niego, poruszył jednym uchem.
— Wędrujący Wibrysie.
Nie odpowiedział. Kojarzył ten głos, ale nie należał do jego siostry, więc nie wymagał szczególnej reakcji. Co najwyżej mógł go mniej zignorować.
— Wędrujący Wibrysie! Do roboty!
Tym razem brzmiało to już bardziej jak poirytowany syk niż uprzejma prośba. Kocur otworzył jedno oko i spojrzał na rozmówczynię z wyraźnym znużeniem. Krótka analiza wystarczyła, by uznał, że czas odpoczynku dobiegł końca. O Pikującej Jaskółce wiedział jedno — nie wchodziło się jej w drogę. Od początku traktowała jego i Truskawkowe Pole z jawną niechęcią.
— Jakiej jeszcze roboty? Byłem już na patrolu... — westchnął przeciągle, jakby sama myśl była dla niego męcząca.
— Tylko na jednym — prychnęła, mamrocząc coś pod nosem o pasożytnictwie. — Wzorzysta Dal i Gąsienicowy Ogryzek potrzebują wsparcia. Polowanie. Już.
Wibrys westchnął jeszcze raz, tym razem ciężej i powoli podniósł się z miejsca. Przeciągnął się leniwie, aż mięśnie zadrżały mu pod gęstym futrem, po czym zeskoczył ze skalnej półki i ruszył przez jaskinię.
Nie znał jeszcze wszystkich imion pobratymców, ale widząc szylkretkę i szaro-białego kocura, szybko dopasował ich pyski do wspomnień. Kotkę z pewnością czasami widywał w towarzystwie swojej siostry.
— Długo ci zeszło — zauważył z lekkim uśmiechem Gąsienicowy Ogryzek.
— Rozważałem sens życia — mruknął Wibrys, podchodząc bliżej. — Wyszło mi, że leżenie jest lepsze od polowania.
Kocur spojrzał na niego krótko.
— To spróbuj coś złapać leżąc. W ten sposób nie wykarmi się klanu.
— Pracuję nad tym — odparł spokojnie, wyraźnie zadowolony z własnej odpowiedzi.
Ruszyli razem w dół. Kamień pod łapami był chłodny i miejscami śliski, a wiatr przy silniejszych podmuchach próbował zachwiać równowagą. Dopiero niżej teren złagodniał i przeszedł w pas zieleni.
Las przywitał ich ciszą, przerywaną jedynie szelestem liści i odległym świergotem ptaków. Wibrys zatrzymał się po kilku krokach, rozejrzał bez większego zaangażowania i po prostu usiadł, jakby samo bycie tutaj było wystarczającym wysiłkiem.
Przez chwilę nic się nie działo. Potem coś zaszeleściło w trawie. Płowy westchnął, jakby ktoś przerwał mu ważne rozmyślania, i niechętnie zniżył ciało. Podszedł bliżej, powoli, bez przekonania, a potem skoczył. Mysz wpadła w jego łapy bardziej z zaskoczenia niż dzięki jego umiejętnościom.
Obejrzał się odruchowo, czujnie zerkając ku niebu. Mewy potrafiły być upierdliwe, a on nie zamierzał dać się porwać przez jakiegoś przerośniętego ptaszora. Nie po to opuścił Owocowy Las, żeby teraz martwić się o własne życie przez te latające bestie.
Kątem oka obserwował pozostałych. Po lewej Gąsienicowy Ogryzek poruszał się szybko i pewnie, z energią, która zdawała się nie pasować do jego wieku. Wibrys dowiedział się, że kiedyś był jeszcze bardziej żywiołowy, zanim zniknięcie jego mentorki przytłumiło ten zapał.
Po prawej Wzorzysta Dal działała znacznie spokojniej. To była jedna z tych kotek, do których Truskawkowe Pole przylgnęło na początku ich pobytu. Może nie wyglądały na bliskie przyjaciółki, ale coś między nimi wyraźnie się budowało.
— Brawo — rzucił Wibrys, podchodząc bliżej z myszą w pysku. — Dobrze ci poszło.
Upuścił zdobycz i przeciągnął się lekko.
— Szkoda tylko, że w taką pogodę nie można spokojnie poleżeć w słońcu, tylko Pikująca Jaskółka rozsyła nas na wszystkie strony. No i te przeklęte mewy — westchnął teatralnie, po czym zerknął na kotkę z lekkim błyskiem w oku. — Hej, słuchaj. Ty się... powiedzmy, dogadujesz z Truskawkowym Polem, prawda? — Przechylił głowę, jakby to była zupełnie niewinna ciekawość. — Naprawdę ją lubisz, czy to bardziej kwestia litości? — dodał ciszej, z nutą rozbawienia. — Spokojnie, wiem najlepiej, jaka potrafi być irytująca. Nie musisz się ograniczać w słowach — mrugnął porozumiewawczo.
Wędrujący Wibrys leżał wyciągnięty w miejscu, gdzie słońce docierało najcieplej. Nie spieszył się z niczym. Jego oddech był spokojny, oczy przymknięte, a ciało przyjemnie rozluźnione. Czuł się, jakby cały ten ruch wokół zupełnie go nie dotyczył.
Dopiero gdy czyjś cień padł na niego, poruszył jednym uchem.
— Wędrujący Wibrysie.
Nie odpowiedział. Kojarzył ten głos, ale nie należał do jego siostry, więc nie wymagał szczególnej reakcji. Co najwyżej mógł go mniej zignorować.
— Wędrujący Wibrysie! Do roboty!
Tym razem brzmiało to już bardziej jak poirytowany syk niż uprzejma prośba. Kocur otworzył jedno oko i spojrzał na rozmówczynię z wyraźnym znużeniem. Krótka analiza wystarczyła, by uznał, że czas odpoczynku dobiegł końca. O Pikującej Jaskółce wiedział jedno — nie wchodziło się jej w drogę. Od początku traktowała jego i Truskawkowe Pole z jawną niechęcią.
— Jakiej jeszcze roboty? Byłem już na patrolu... — westchnął przeciągle, jakby sama myśl była dla niego męcząca.
— Tylko na jednym — prychnęła, mamrocząc coś pod nosem o pasożytnictwie. — Wzorzysta Dal i Gąsienicowy Ogryzek potrzebują wsparcia. Polowanie. Już.
Wibrys westchnął jeszcze raz, tym razem ciężej i powoli podniósł się z miejsca. Przeciągnął się leniwie, aż mięśnie zadrżały mu pod gęstym futrem, po czym zeskoczył ze skalnej półki i ruszył przez jaskinię.
Nie znał jeszcze wszystkich imion pobratymców, ale widząc szylkretkę i szaro-białego kocura, szybko dopasował ich pyski do wspomnień. Kotkę z pewnością czasami widywał w towarzystwie swojej siostry.
— Długo ci zeszło — zauważył z lekkim uśmiechem Gąsienicowy Ogryzek.
— Rozważałem sens życia — mruknął Wibrys, podchodząc bliżej. — Wyszło mi, że leżenie jest lepsze od polowania.
Kocur spojrzał na niego krótko.
— To spróbuj coś złapać leżąc. W ten sposób nie wykarmi się klanu.
— Pracuję nad tym — odparł spokojnie, wyraźnie zadowolony z własnej odpowiedzi.
Ruszyli razem w dół. Kamień pod łapami był chłodny i miejscami śliski, a wiatr przy silniejszych podmuchach próbował zachwiać równowagą. Dopiero niżej teren złagodniał i przeszedł w pas zieleni.
Las przywitał ich ciszą, przerywaną jedynie szelestem liści i odległym świergotem ptaków. Wibrys zatrzymał się po kilku krokach, rozejrzał bez większego zaangażowania i po prostu usiadł, jakby samo bycie tutaj było wystarczającym wysiłkiem.
Przez chwilę nic się nie działo. Potem coś zaszeleściło w trawie. Płowy westchnął, jakby ktoś przerwał mu ważne rozmyślania, i niechętnie zniżył ciało. Podszedł bliżej, powoli, bez przekonania, a potem skoczył. Mysz wpadła w jego łapy bardziej z zaskoczenia niż dzięki jego umiejętnościom.
Obejrzał się odruchowo, czujnie zerkając ku niebu. Mewy potrafiły być upierdliwe, a on nie zamierzał dać się porwać przez jakiegoś przerośniętego ptaszora. Nie po to opuścił Owocowy Las, żeby teraz martwić się o własne życie przez te latające bestie.
Kątem oka obserwował pozostałych. Po lewej Gąsienicowy Ogryzek poruszał się szybko i pewnie, z energią, która zdawała się nie pasować do jego wieku. Wibrys dowiedział się, że kiedyś był jeszcze bardziej żywiołowy, zanim zniknięcie jego mentorki przytłumiło ten zapał.
Po prawej Wzorzysta Dal działała znacznie spokojniej. To była jedna z tych kotek, do których Truskawkowe Pole przylgnęło na początku ich pobytu. Może nie wyglądały na bliskie przyjaciółki, ale coś między nimi wyraźnie się budowało.
— Brawo — rzucił Wibrys, podchodząc bliżej z myszą w pysku. — Dobrze ci poszło.
Upuścił zdobycz i przeciągnął się lekko.
— Szkoda tylko, że w taką pogodę nie można spokojnie poleżeć w słońcu, tylko Pikująca Jaskółka rozsyła nas na wszystkie strony. No i te przeklęte mewy — westchnął teatralnie, po czym zerknął na kotkę z lekkim błyskiem w oku. — Hej, słuchaj. Ty się... powiedzmy, dogadujesz z Truskawkowym Polem, prawda? — Przechylił głowę, jakby to była zupełnie niewinna ciekawość. — Naprawdę ją lubisz, czy to bardziej kwestia litości? — dodał ciszej, z nutą rozbawienia. — Spokojnie, wiem najlepiej, jaka potrafi być irytująca. Nie musisz się ograniczać w słowach — mrugnął porozumiewawczo.
<Wzorek?>
Od Księżycowej Łapy do Iskrzącej Nadzieji
Księżycowa Łapa spał smacznie w legowisku uczniów, dopóki nie poczuł, że coś dotyka jego grzbietu. Podskoczył wtedy wystraszony, jeżąc swoje futerko.
— Straszysz! — miauknął oburzony w stronę rudej kotki.
— Idziemy na trening — mruknęła kotka, wychodząc z legowiska uczniów, a niebieskooki zaraz za nią.
Księżycek widział, jak podchodzi do jednej z wojowniczek. Najwyraźniej miała iść z nimi. Nie rozpoznał kotki, ale jej żółte oczy miały w sobie coś interesującego. Czekoladowo białe futro wydawało się naprawdę piękne, choć niezbyt zadbane, a w złotych ślepiach było widać jakiś żal. Lub może nawet coś w rodzaju pustki. Księżycek zmrużył oczy i postanowił się nad tym długo nie zastanawiać. Stwierdził, że najwyżej zaraz spyta.
Wyszli razem z obozu. Na przodzie szedł biały kocur wraz z mentorką, a Iskra zaraz za nimi. Uczeń spojrzał na Kocimiętkowy Wir pytającym o drugą kotkę wzrokiem. Ta tylko kiwnęła mu głową, wzdychając cicho.
— Jeśli coś potrzebujesz, to spytaj sam — mruknęła ruda, idąc odrobinę szybciej, aby uczeń został w tyle i zaczął rozmowę z wojowniczką. Teraz szedł więc krok w krok z czekoladową, udając, że się nie denerwuje.
— Dzień dobry! — miauknął po chwili radośnie, odwracając pyszczek w jej stronę.
Można było prawie usłyszeć załamane westchnięcie idącej z przodu rudej kotki.
— Dzień dobry — mruknęła cicho kotka. — Jesteś… Księżycowa Łapa, prawda? — zapytała, również siląc się na uśmiech.
— Zgadza się! — odparł, machając lekko, ale przyjaźnie puchatym ogonkiem. — Aaa tyyyy? — przechylił lekko głowę, wpatrując się w złote oczy kotki. — Pani wojowniczka ma śliczne oczy! — dodał po chwili, mrucząc cicho.
<Pani wojowniczko? ;3>
[243 słowa]
Od Latającej Ryby do Szkwalnej Łapy
Latająca Ryba siedziała nieopodal legowisk, starannie wygładzając swoje futro długimi, spokojnymi ruchami języka. Każdy włos musiał leżeć idealnie, być gładki i lśnić. Dzień był przyjemny, pełen słońca i pozbawiony wiatru. Miała względnie dobry humor, zdecydowanie nic ani nikt nie byłby w stanie jej go popsuć.
— Hej, Latająca Rybo! — Doszło do jej uszu niezwykle pogodne powitanie.
Drgnęła lekko, zanim zdążyła to powstrzymać. Szybko jednak uniosła łeb, jakby nic się nie stało.
Mewi Puch stał kawałek dalej, a obok kręcił się młodszy kocur, wyraźnie podekscytowany czymkolwiek, co zaraz miało nastąpić. Kojarzyła moment jego mianowania, ale nigdy nie zaprzątała sobie głowy imionami uczniów. Było ich zbyt wielu, by warto było je pamiętać.
— Pójdziesz z nami na trening? — zapytał wojownik, spokojnie, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. W jej głowie natychmiast pojawiło się jedno, bardzo konkretne pytanie.
Dlaczego niby ona? Co to był za pomysł?
Zmrużyła oczy, mierząc go spojrzeniem.
— A po co? — rzuciła, niby od niechcenia.
— Słyszałem, że dobrze pływasz — zaczął, a ona się niemal zakrztusiła. — Chciałem, żeby Szkwalna Łapa mógł podpatrzeć różne techniki, więc pomyślałem, że zaczniemy od ciebie.
Zdębiała. Przez ułamek sekundy rozważała odmowę. Miała pełne prawo. Mogła powiedzieć, że jest zajęta, że ma patrol, że cokolwiek. Tyle, że gdy zerknęła na bok, dostrzegła, że młodzieniec patrzył na nią z wyraźnym zainteresowaniem. Mewi Puch również wpatrywał się w nią wyczekująco.
Nie mogła wyjść na kogoś, kto odmawia pomocy. Gdy było coś do zrobienia, była pierwszą, by rzeczywiście to wykonać.
— Jasne — odparła w końcu, unosząc lekko podbródek. — Chętnie.
Słowo przeszło jej przez gardło ciężej, niż powinno. Szkwał ożywił się natychmiast, podskakując lekko i niemal wpadając na mentora. Zaczął mówić szybko, jedno pytanie wręcz goniło drugie.
— Naprawdę? To super! A to prawda, że można przepłynąć aż na tamtą, najdalszą wyspę, bez zatrzymywania się? A jak głęboka jest woda? A —
— Można — przerwała mu Ryba, zanim zdążył się rozpędzić jeszcze bardziej. — Jak się umie.
Ruszyli w stronę brzegu, a ona szła odrobinę sztywniej niż zwykle, starając się nie patrzeć zbyt długo na wodę. Każdy jej ruch był kontrolowany, jakby sama świadomość tego, co zaraz będą robić, próbowała ją zdradzić.
Szkwał dreptał obok niej, nieświadomy niczego, a ona dopiero teraz przyjrzała się jego futru. Było szarawe, oprószone bielą w nieregularny sposób, intrygujące, choć w jej oczach i tak nie dorównujące jej własnemu.
— A ty się kiedy nauczyłaś pływać? — zapytał. — Zrobiłaś to sama? Czy ktoś cię musiał długo uczyć? Bo ja szybko się na...
— To nie jest trudne — ucięła krótko. — Trzeba po prostu nie panikować.
Łatwo było jej teraz to powiedzieć.
Zatrzymali się przy samym brzegu. Woda była dziś ciemniejsza.
Uczeń nachylił się, zerkając w głębiny.
— A co, jak coś tam jest? — zapytał nagle, ciszej, ale z wyraźną ciekawością. — Znaczy, wiem, ryby. Ale jeśli coś jeszcze, coś innego, niebezpiecznego?
Kotka parsknęła cicho.
— A co tam niby miałoby być?
W tym samym momencie coś poruszyło się pod powierzchnią. Krótki błysk, szybki ruch. Zamarła. Jej ciało napięło się natychmiast, łapy wbiły się mocniej w ziemię, a ogon nastroszył się lekko, zanim zdążyła to opanować.
Szkwał spojrzał na nią.
— Przestraszyłaś się?
Odwróciła głowę gwałtownie. To pytanie stanowiło czystą zniewagę.
— Co? — prychnęła. — Nie. Nie mówi się tak nigdy odważnym wojownikom. Masz zwidy.
Zmrużyła oczy, starając się odzyskać pełną kontrolę nad sobą.
— Ale ja—
— Skup się lepiej na treningu. — Weszła mu w słowo, ostrzej niż zamierzała. — Jeśli boisz się wody, to powiedz od razu.
Szkwał wyprostował się natychmiast, wyraźnie oburzony jej słowami
— Nie boję się! Dobrze sobie radzę, prawda, Mewi Puchu?
Wojownik skinął tylko głową, wyraźnie zamyślony, wpatrując się w leżący przy jego łapie kamyk.
— No to dobrze — mruknęła. — Cóż byłby z ciebie za Nocniak, gdybyś bał się wody.
Na moment zakuło ją w sercu. Zerknęła jeszcze raz na wodę, już ostrożniej, chcąc się upewnić, że prócz ryb nie było tam niczego, co mogłoby ją pociągnąć na samo dno i nie pozwolić już nigdy dotknąć lądu.
— Hej, Latająca Rybo! — Doszło do jej uszu niezwykle pogodne powitanie.
Drgnęła lekko, zanim zdążyła to powstrzymać. Szybko jednak uniosła łeb, jakby nic się nie stało.
Mewi Puch stał kawałek dalej, a obok kręcił się młodszy kocur, wyraźnie podekscytowany czymkolwiek, co zaraz miało nastąpić. Kojarzyła moment jego mianowania, ale nigdy nie zaprzątała sobie głowy imionami uczniów. Było ich zbyt wielu, by warto było je pamiętać.
— Pójdziesz z nami na trening? — zapytał wojownik, spokojnie, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. W jej głowie natychmiast pojawiło się jedno, bardzo konkretne pytanie.
Dlaczego niby ona? Co to był za pomysł?
Zmrużyła oczy, mierząc go spojrzeniem.
— A po co? — rzuciła, niby od niechcenia.
— Słyszałem, że dobrze pływasz — zaczął, a ona się niemal zakrztusiła. — Chciałem, żeby Szkwalna Łapa mógł podpatrzeć różne techniki, więc pomyślałem, że zaczniemy od ciebie.
Zdębiała. Przez ułamek sekundy rozważała odmowę. Miała pełne prawo. Mogła powiedzieć, że jest zajęta, że ma patrol, że cokolwiek. Tyle, że gdy zerknęła na bok, dostrzegła, że młodzieniec patrzył na nią z wyraźnym zainteresowaniem. Mewi Puch również wpatrywał się w nią wyczekująco.
Nie mogła wyjść na kogoś, kto odmawia pomocy. Gdy było coś do zrobienia, była pierwszą, by rzeczywiście to wykonać.
— Jasne — odparła w końcu, unosząc lekko podbródek. — Chętnie.
Słowo przeszło jej przez gardło ciężej, niż powinno. Szkwał ożywił się natychmiast, podskakując lekko i niemal wpadając na mentora. Zaczął mówić szybko, jedno pytanie wręcz goniło drugie.
— Naprawdę? To super! A to prawda, że można przepłynąć aż na tamtą, najdalszą wyspę, bez zatrzymywania się? A jak głęboka jest woda? A —
— Można — przerwała mu Ryba, zanim zdążył się rozpędzić jeszcze bardziej. — Jak się umie.
Ruszyli w stronę brzegu, a ona szła odrobinę sztywniej niż zwykle, starając się nie patrzeć zbyt długo na wodę. Każdy jej ruch był kontrolowany, jakby sama świadomość tego, co zaraz będą robić, próbowała ją zdradzić.
Szkwał dreptał obok niej, nieświadomy niczego, a ona dopiero teraz przyjrzała się jego futru. Było szarawe, oprószone bielą w nieregularny sposób, intrygujące, choć w jej oczach i tak nie dorównujące jej własnemu.
— A ty się kiedy nauczyłaś pływać? — zapytał. — Zrobiłaś to sama? Czy ktoś cię musiał długo uczyć? Bo ja szybko się na...
— To nie jest trudne — ucięła krótko. — Trzeba po prostu nie panikować.
Łatwo było jej teraz to powiedzieć.
Zatrzymali się przy samym brzegu. Woda była dziś ciemniejsza.
Uczeń nachylił się, zerkając w głębiny.
— A co, jak coś tam jest? — zapytał nagle, ciszej, ale z wyraźną ciekawością. — Znaczy, wiem, ryby. Ale jeśli coś jeszcze, coś innego, niebezpiecznego?
Kotka parsknęła cicho.
— A co tam niby miałoby być?
W tym samym momencie coś poruszyło się pod powierzchnią. Krótki błysk, szybki ruch. Zamarła. Jej ciało napięło się natychmiast, łapy wbiły się mocniej w ziemię, a ogon nastroszył się lekko, zanim zdążyła to opanować.
Szkwał spojrzał na nią.
— Przestraszyłaś się?
Odwróciła głowę gwałtownie. To pytanie stanowiło czystą zniewagę.
— Co? — prychnęła. — Nie. Nie mówi się tak nigdy odważnym wojownikom. Masz zwidy.
Zmrużyła oczy, starając się odzyskać pełną kontrolę nad sobą.
— Ale ja—
— Skup się lepiej na treningu. — Weszła mu w słowo, ostrzej niż zamierzała. — Jeśli boisz się wody, to powiedz od razu.
Szkwał wyprostował się natychmiast, wyraźnie oburzony jej słowami
— Nie boję się! Dobrze sobie radzę, prawda, Mewi Puchu?
Wojownik skinął tylko głową, wyraźnie zamyślony, wpatrując się w leżący przy jego łapie kamyk.
— No to dobrze — mruknęła. — Cóż byłby z ciebie za Nocniak, gdybyś bał się wody.
Na moment zakuło ją w sercu. Zerknęła jeszcze raz na wodę, już ostrożniej, chcąc się upewnić, że prócz ryb nie było tam niczego, co mogłoby ją pociągnąć na samo dno i nie pozwolić już nigdy dotknąć lądu.
<Szkwał?>
Od Latającej Ryby do Trzcinowego Szmeru
Ciemne chmury zsunęły się ospale po nieboskłonie, bezceremonialnie odcinając ją od słońca. Świat przygasł, a powietrze zgęstniało od zapowiedzi burzy. Nie czuła już na futrze przyjemnego ciepła, zamiast tego otulił ją chłód, od którego momentalnie się wzdrygnęła.
Oczywiście Latająca Ryba, którą znali inni wojownicy, nie bałaby się takiej pogody. Deszcz? Pioruny? Nic nie mogłoby jej powstrzymać. Byłaby pierwsza do patrolu, gdyby tylko zaszła taka potrzeba, ale skoro inni wojownicy zamierzali pochować się w suchych legowiskach, ona solidarnie zrobi dokładnie to samo.
Ukradkiem zerknęła na pobliskie wysepki. Teraz przetrzymywano tam więźniów, całą rodzinę okrzykniętą zdrajcami. Sam widok wystarczył, by jej ogon drgnął z niesmakiem. Najwyraźniej nie każdy był tak lojalny wobec klanu jak ona.
Wzięła głębszy wdech, gdy w głowie przemknął jej obraz Rysiego Boru z dnia, w którym ogłoszono śmierć Porywistego Sztormu. Dziwnie było jej to przyznać, ale tej dwójki akurat było jej trochę szkoda.
Gdzieś bardzo głęboko, niemal niechętnie, przyznała sama przed sobą, że nawet ich znosiła. Towarzystwo, jakie zapewniali podczas odbudowy obozu, było co najmniej akceptowalne. Przysiadała się do nich, pomagała przeciągać większe gałęzie, spotykała się z uśmiechami...
Otrząsnęła się. To musiały być tylko pozory. Czysta ułuda. Łatwo było zgrywać kogoś, trudniej było tym kimś naprawdę być.
Podobnie mieszane odczucia miała wobec Borówkowej Słodyczy. Biała kotka zawsze wydawała jej się pracowita i konkretna. Taka, która miała szansę wyróżnić się na tle wszystkich pospolitych kotów.
Miała.
Tylko miała.
Latająca Ryba nawet kiedyś rozważała, czy nie spróbować porozmawiać z nią o czymś prostym, zwyczajnym, dać sobie szansę na znalezienie jakiejkolwiek, szczerszej relacji. Szkoda tylko, że kotka tak skutecznie przekreśliła swoje szanse, wiążąc się z kocurem. W ogóle siebie nie szanowała, biorąc pierwsze lepsze łajno, jakie podsunięto jej pod nos. Gdzie w ogóle był teraz Tojadowa Kryza? Bezużyteczny, nawet nie próbował zawalczyć o honor swojej partnerki.
— Sieroctwo — mruknęła pod nosem, odwracając się gwałtownie z zamiarem powrotu do obozu.
Zaraz potem coś smagnęło ją po pysku. Wielobarwny, smukły ogon.
Kichnęła, mrużąc oczy i wbijając spojrzenie w stojącą przed nią kotkę. Potrzebowała dłuższej chwili, by przypomnieć sobie jej imię. Trzcinowy Szmer, jak na ironię losu, spokrewniona ze zdrajcami, a jednak ciesząca się pełną swobodą.
— Że ja? — odezwała się szylkretka, unosząc brew. — To ty nie patrzysz, gdzie leziesz.
Ryba skrzywiła się lekko.
— Nie o tobie mówię — odparła chłodno, choć na moment musiała ugryźć się w język. W klanie obowiązywały pewne zasady. Spojrzała na trzciny okalające centrum obozu. Rozchylone źdźbła wskazywały na to, że wojowniczka dopiero co stamtąd wyszła. — A ty co, idziesz na spacer w taką pogodę? — Zabrzmiała na bardziej zaskoczoną, niż planowała.
— W „taką”? — powtórzyła. — Nim się rozpada, zdążę obskoczyć pobliskie tereny. Zapolować nigdy nie zaszkodzi. — Zawahała się na moment. — A ty co tak stoisz tu bez celu?
Powstrzymała się od fuknięcia. Jakie „bez celu”? Wszystko, co robiła, miało sens. Była wręcz definicją pracowitej i dzielnej wojowniczki, więc takie słowa nikomu nie powinny przyjść do głowy na jej widok.
— Też szłam zapolować — wypaliła bez większego namysłu. Mocniejszy podmuch wiatru zdawał się na moment próbować przywrócić ją do rozsądku i skierować do legowiska, jednak skoro ktokolwiek przyczyniał się do dobra klanu, polując w takich warunkach, nie mogła pozostawać gorsza.
Trzcina zmrużyła oczy.
— Nie wyglądałaś jakb —
— Och, bo się zamyśliłam. Wiesz, dużo się ostatnio dzieje — zaczęła, dosyć niewinnie, ponownie spoglądając w dal. — To przykre, ilu niegodnych wojowników pałętało się po klanie. To musi być trudne, być z kimś takim spokrewnionym, prawda? Zbrukana krew... — dumała. — Ale cóż, ciebie to nie dotyczy, tak? Odsunęłaś się od nich, działasz na swoje własne, dobre... — zawahała się przy tym słowie — imię. Mandarynkowa Gwiazda musiała to docenić, skoro nie uwięziła cię z resztą twojej rodziny.
Przeszło jej przez myśl, że Trzcinowy Szmer wcale nie zamierzała iść na polowanie, a w rzeczywistości próbowała dostać się do swoich bliskich. Ryba odwróciła od niej wzrok, powoli to analizując. Gdyby tak było, mogłaby zabłysnąć, przyłapując ją na próbie kontaktu ze skazanymi. Nieważne, że ci byli pod stałym nadzorem, pilnowani przez strażników. Niechętnie musiała to przyznać, ale szylkretka wyglądała na na tyle sprytną, by poradzić sobie, gdyby naprawdę tego chciała.
— A wiesz co? — wtrąciła nagle, dostrzegając, że kotka zdążyła już przetrawić jej słowa i była gotowa odpowiedzieć. — Zapomnij o tym, co mówiłam. Skoro mamy ten sam cel, co powiesz na wspólne polowanie? Nigdy nie przyglądałam się twoim technikom, a słyszałam, że jesteś dobrą wojowniczką — mruknęła. Nawet nie wiedziała, czy ktokolwiek kiedykolwiek tak powiedział. Jeśli coś jej nie dotyczyło, nie zaprzątała sobie tym głowy. — Może podpatrzyłabym od ciebie coś przydatnego.
Te słowa z trudem przeszły jej przez gardło. To, co potrafiła, zawdzięczała wyłącznie sobie, swojej własnej determinacji i niezależności. Przyznanie, że mogłaby czegoś się nauczyć od kogoś młodszego, było dla niej niemal upokarzające.
Oczywiście Latająca Ryba, którą znali inni wojownicy, nie bałaby się takiej pogody. Deszcz? Pioruny? Nic nie mogłoby jej powstrzymać. Byłaby pierwsza do patrolu, gdyby tylko zaszła taka potrzeba, ale skoro inni wojownicy zamierzali pochować się w suchych legowiskach, ona solidarnie zrobi dokładnie to samo.
Ukradkiem zerknęła na pobliskie wysepki. Teraz przetrzymywano tam więźniów, całą rodzinę okrzykniętą zdrajcami. Sam widok wystarczył, by jej ogon drgnął z niesmakiem. Najwyraźniej nie każdy był tak lojalny wobec klanu jak ona.
Wzięła głębszy wdech, gdy w głowie przemknął jej obraz Rysiego Boru z dnia, w którym ogłoszono śmierć Porywistego Sztormu. Dziwnie było jej to przyznać, ale tej dwójki akurat było jej trochę szkoda.
Gdzieś bardzo głęboko, niemal niechętnie, przyznała sama przed sobą, że nawet ich znosiła. Towarzystwo, jakie zapewniali podczas odbudowy obozu, było co najmniej akceptowalne. Przysiadała się do nich, pomagała przeciągać większe gałęzie, spotykała się z uśmiechami...
Otrząsnęła się. To musiały być tylko pozory. Czysta ułuda. Łatwo było zgrywać kogoś, trudniej było tym kimś naprawdę być.
Podobnie mieszane odczucia miała wobec Borówkowej Słodyczy. Biała kotka zawsze wydawała jej się pracowita i konkretna. Taka, która miała szansę wyróżnić się na tle wszystkich pospolitych kotów.
Miała.
Tylko miała.
Latająca Ryba nawet kiedyś rozważała, czy nie spróbować porozmawiać z nią o czymś prostym, zwyczajnym, dać sobie szansę na znalezienie jakiejkolwiek, szczerszej relacji. Szkoda tylko, że kotka tak skutecznie przekreśliła swoje szanse, wiążąc się z kocurem. W ogóle siebie nie szanowała, biorąc pierwsze lepsze łajno, jakie podsunięto jej pod nos. Gdzie w ogóle był teraz Tojadowa Kryza? Bezużyteczny, nawet nie próbował zawalczyć o honor swojej partnerki.
— Sieroctwo — mruknęła pod nosem, odwracając się gwałtownie z zamiarem powrotu do obozu.
Zaraz potem coś smagnęło ją po pysku. Wielobarwny, smukły ogon.
Kichnęła, mrużąc oczy i wbijając spojrzenie w stojącą przed nią kotkę. Potrzebowała dłuższej chwili, by przypomnieć sobie jej imię. Trzcinowy Szmer, jak na ironię losu, spokrewniona ze zdrajcami, a jednak ciesząca się pełną swobodą.
— Że ja? — odezwała się szylkretka, unosząc brew. — To ty nie patrzysz, gdzie leziesz.
Ryba skrzywiła się lekko.
— Nie o tobie mówię — odparła chłodno, choć na moment musiała ugryźć się w język. W klanie obowiązywały pewne zasady. Spojrzała na trzciny okalające centrum obozu. Rozchylone źdźbła wskazywały na to, że wojowniczka dopiero co stamtąd wyszła. — A ty co, idziesz na spacer w taką pogodę? — Zabrzmiała na bardziej zaskoczoną, niż planowała.
— W „taką”? — powtórzyła. — Nim się rozpada, zdążę obskoczyć pobliskie tereny. Zapolować nigdy nie zaszkodzi. — Zawahała się na moment. — A ty co tak stoisz tu bez celu?
Powstrzymała się od fuknięcia. Jakie „bez celu”? Wszystko, co robiła, miało sens. Była wręcz definicją pracowitej i dzielnej wojowniczki, więc takie słowa nikomu nie powinny przyjść do głowy na jej widok.
— Też szłam zapolować — wypaliła bez większego namysłu. Mocniejszy podmuch wiatru zdawał się na moment próbować przywrócić ją do rozsądku i skierować do legowiska, jednak skoro ktokolwiek przyczyniał się do dobra klanu, polując w takich warunkach, nie mogła pozostawać gorsza.
Trzcina zmrużyła oczy.
— Nie wyglądałaś jakb —
— Och, bo się zamyśliłam. Wiesz, dużo się ostatnio dzieje — zaczęła, dosyć niewinnie, ponownie spoglądając w dal. — To przykre, ilu niegodnych wojowników pałętało się po klanie. To musi być trudne, być z kimś takim spokrewnionym, prawda? Zbrukana krew... — dumała. — Ale cóż, ciebie to nie dotyczy, tak? Odsunęłaś się od nich, działasz na swoje własne, dobre... — zawahała się przy tym słowie — imię. Mandarynkowa Gwiazda musiała to docenić, skoro nie uwięziła cię z resztą twojej rodziny.
Przeszło jej przez myśl, że Trzcinowy Szmer wcale nie zamierzała iść na polowanie, a w rzeczywistości próbowała dostać się do swoich bliskich. Ryba odwróciła od niej wzrok, powoli to analizując. Gdyby tak było, mogłaby zabłysnąć, przyłapując ją na próbie kontaktu ze skazanymi. Nieważne, że ci byli pod stałym nadzorem, pilnowani przez strażników. Niechętnie musiała to przyznać, ale szylkretka wyglądała na na tyle sprytną, by poradzić sobie, gdyby naprawdę tego chciała.
— A wiesz co? — wtrąciła nagle, dostrzegając, że kotka zdążyła już przetrawić jej słowa i była gotowa odpowiedzieć. — Zapomnij o tym, co mówiłam. Skoro mamy ten sam cel, co powiesz na wspólne polowanie? Nigdy nie przyglądałam się twoim technikom, a słyszałam, że jesteś dobrą wojowniczką — mruknęła. Nawet nie wiedziała, czy ktokolwiek kiedykolwiek tak powiedział. Jeśli coś jej nie dotyczyło, nie zaprzątała sobie tym głowy. — Może podpatrzyłabym od ciebie coś przydatnego.
Te słowa z trudem przeszły jej przez gardło. To, co potrafiła, zawdzięczała wyłącznie sobie, swojej własnej determinacji i niezależności. Przyznanie, że mogłaby czegoś się nauczyć od kogoś młodszego, było dla niej niemal upokarzające.
<Trzcino?>
Od Roztargnionego Koperku CD. Księżycka (Księżycowej Łapy)
Jakiś czas temu
Roztargniony Koperek jak zwykle wstało już o świcie. Głównie dlatego, że późniejsza upalna pogoda nie będzie się nadawać do zbierania ziół. Mimo to typowym dla jeno było wstawanie tak wcześnie, więc i po tych swoich kilku godzinach snu czuło się prawie jak nowo narodzone. Umyło futerko, zjadło drobną mysz, a także jedno z ziół wspomagających trakcie wycieczki. Nadstawiło uszy, słysząc kasłanie gdzieś z boku. Stwierdziło, że poszuka przed podróżą chorego, aby nie roznosił choroby. Chorym okazał się Tygrysia Noc. Szkoda tylko, że wszystkie zioła na biały kaszel dolegający kocurowi właśnie się skończyły lub ewentualnie uschły. Liliowy zaklął cicho pod nosem, stwierdzając, że jednak będzie musiał wybrać się także do legowiska dwunożnych, co znaczyło również, że będzie musiał pokonać rzekę, a także cholerną Drogę Grzmotu. Z reguły nie chodziło na spacery po zioła w tamte strony, robiła to raczej Cisowe Tchnienie. Dziś jednak nie najlepiej się czuła, więc Koper ostatecznie postanowiło wybrać się w tę okropną podróż same. Wyszło z obozu i ruszyli w stronę Ciernistego Drzewa. Gdy było już nieopodal, rozejrzało się za wszelkim niebezpieczeństwem, czy potrzebnymi w klanie ziołami. Jaki Wielki był jeno zawód, gdy obok drzewa nie wyrosła magicznie żadna kocimiętka. Ruszyło w stronę rzeki, mrucząc cicho niezadowolone, gdy było wystarczająco blisko, aby słyszeć jej głośny szum. Przeskoczyło na drugą stronę przy pomocy kamieni. Ja jednym z nich oczywiście omsknęła się jeno noga i już myślało, że może zacząć modlitwy, ale na szczęście wyszło z tego całe. Woda postanowiła jednak nie oszczędzić jego łap, które aktualnie były doszczętnie zmoczone. Wytrzepało futro, myśląc, że taka kąpiel jednak się jeno przyda. Podeszło bliżej Drogi Grzmotu i tak przed wejściem na nią wylizało trochę swoje łapy. Gdy skończyło, zauważyło jadącego Potwora. Po chwili nie widząc już żadnych przeszkód w pobliżu, szybko przebiegło przez ciepłą jezdnię. Pręgowany szybko stwierdził, że chętnie zaznałoby kolejnej kąpieli łap, które aktualnie były aż za ciepłe po przejściu przez drogę. Szło dumnym krokiem jeszcze kawałek dalej, gdy nareszcie dotarło do domostw dwunożnych. Przedostało się, skacząc na płot, który nie stanowił dla jeno żadnej przeszkody. Przeciągnęło się i zaczęło węszyć w poszukiwaniu ziół, dopóki nie usłyszało za sobą czyjegoś głosu. Podskoczyło przerażone i schowało się w krzakach, mając nadzieję, że niebezpieczeństwo szybko odejdzie. Zagrożenie siedziało jednak przed nim, przechylając głowę w bok.
— Co ty robisz? — zapytał nieznajomy o dziwnym według Kopra zapachu.
Niby było w nim coś znajomego, jednak słaby węch nie pozwalał odgadnąć liliowemu, co konkretnie było z nim nie tak. Zapach kota, który pachnie trawą.
— Zioła. Masz tu kocimiętkę — mruknęło bardzo cicho, a po chwili usłyszało, jak kocur się drapie za uchem.
— A po co? — zapytał nieznajomy i to był ten moment, w którym Koper zdecydowało się wyjść z krzaków.
Widząc białe futro całe w zielonej barwie, a także niebieskie oczy, tak podobne do tych jeno cętkowany drgnął lekko, odsuwając się nieznacznie.
— Wybacz. Chyba nie powinno mnie tu być — szepnęło, a w jego oku zakręciła się łezka.
Kocur tak bardzo przypominał jego zaginionego brata, że asystent medyczki zaczął się nagle zastanawiać czy nie był to on.
— Coś się stało? Jak masz na imię? Jesteś…dziki? — zapytał radioaktywny kocur z lekkim, przyjaznym uśmiechem na pyszczku. — Dziwnie pachniesz. To te całe zioła? — zainteresował się.
— Ja… Nic się nie stało. Nazywam się Roztargniony Koperek. Co ma znaczyć, że jestem dzikie? — zmarszczyło lekko brwi.
— No wiesz. Czy jesteś…z lasu — zaśmiał się biały, a liliowy mógł niemal zauważyć jak w oku kocura przebiegła podejrzana iskra, gdy wypowiedziało swoje imię.
— Ach! Zgadza się — mruknęło. — Pachnę ziołami, to prawda. Jestem medykiem Klanu Wilka — uśmiechnęło się słabo.
Pręgus wyglądał tak, jakby w każdej chwili mógł zemdleć lub nawet gorzej, uciec.
— Ktoś mi kiedyś o tym opowiadał. Bardzo słabo to pamiętam — zaśmiał się trawiasty. — Dziwne, że cię kojarzę? — spytał nieco ciszej, marszcząc lekko nosek. — Jestem Brokuł — dodał po chwili, a Roztargnionemu aż zakręciła się łezka w oku.
— Nie to nie może być aż tak wielki zbieg okoliczności — wymamrotało, pocierając nerwowo nos. — Od zawsze tu jesteś? — zapytał liliowy, nerwowo wbijając pazury ziemię.
— Nie sądzę. Chili mówiła mi, że któregoś dnia po prostu przyjechałem tu autem ze swoimi właścicielami — miauknął, a po chwili się otrząsnął. — Ale po co właściwie te pytania? — uniósł lekko brwi.
— Jesteś Brokuł. Ja…byłom Koper — zaczęło powoli, próbując wyjaśnić. — Mam siostrę Brukselkę. Brukselkową Zadrę. Pamiętasz swoją mamę? Miała na imię Kalafior? Ona teraz… nie żyje — rozkręcało się powoli, a jeno głos zdawał się coraz bardziej nerwowy.
— Czyli sugerujesz, że możemy być rodzeństwem? — podsumował, kładąc ogon przed swoje łapy. — To całkiem możliwe. Kojarzę cię. Wiesz, teraz nawet lepiej. Pamiętam, ale…jako kociak był…oś inne? Bardziej skryte, ciche — mruknął, sięgając pamięcią gdzieś w zakamarki swojego móżdżku.
— Niektóre wydarzenia mnie zmieniły. Pamiętasz moje kłótnie z Brukselką? Aktualnie się dogadujemy — uśmiechnęło się słabo. — Jestem asystentem medyka, wiesz? Moje marzenie się spełniło. Co prawda miałom po drodze pewną przeszkodę, ale już jest dobrze. I mam dwie córeczki — skróciło, uśmiechając się nieco szerzej, gdy wspomniało o Cykorii i Aksamitce. — Nie chciałbyś…wrócić? — spojrzało bratu w oczy z nadzieją, której same się po sobie nie spodziewało.
— Wolniej. Chcesz, żebym wrócił? — widocznie zmarkotniał. — Nie mogę. Straciłem…to coś. Trafiłem do Obcinacza. Ucieczka nie jest już czymś, co mnie interesuje — dodał, uśmiechając się lekko. — Ale cieszę się twoim szczęściem. Przyprowadź kiedyś ze sobą kogoś z rodziny. Chętnie zobaczę, kim są teraz. I oczywiście chętnie poznam kiedyś twoje córki. Myślę, że powinnoś już wracać. Niedługo będzie zbyt upalnie, aby bez strat przejść przez jezdnię — miauknął. — Odwiedź mnie kiedyś jeszcze! I do zobaczenia! — rzucił jeszcze, chowając się w legowisku dwunożnych chwilę po tym, gdy usłyszał ich głos.
Koper zabrało trochę kocimiętki i kilka innych ziół, które znalazło po drodze, po czym wróciło do obozu.
***
Od razu po powrocie, widząc Tygrysią Noc, zabrało go do legowiska medyka, żeby wyleczyć go z białego kaszlu. Gdy wojownik odszedł w inną część lecznicy, położyło się w kącie, chwilę odpoczywając. Cisowego Tchnienia nie było, więc szybko uznało, że wyszła po zioła. Miało tylko nadzieję, że poszła z kimś. Było same tylko przez chwilę. Wkrótce legowisko odwiedziła Jaskółcze Ziele wraz z Księżyckiem. Widząc białe futro i wielkie niebieskie oczy nagle prychnęło. Spojrzało na kotkę i zaczęło się zastanawiać czy to aby na pewno jej kocię. Koprowi przeszło nawet przez myśl, że niebieskooki nadawałby się na ucznia medyka. Posłało więc w stronę Jaskółki pytające spojrzenie. Zaczęli też rozmowę. Słysząc pytanie, czy należy do złych kotków, parsknęło śmiechem.
— Pff, przepraszam, co? — uśmiechnęło się, podchodząc do białego. — Nie za bardzo. Znaczy, nie wydaje mi się — zamotało się przez moment. — Więc jeszcze raz, co ci dolega? Masz zachrypnięty głos. Czyżby kaszel? — zapytało, unosząc brwi.
— Kaszel? Chyba? — spojrzał na kota załzawionymi oczkami. — Tu coś wypadło — mruknął, wskazując na swoją klatkę piersiową.
Liliowy nagle wybuchnął śmiechem.
— Jestem Roztargniony Koperek. Dla ciebie może być…asystent Koper. Byle nie pan. I rany! Zabawny jesteś kociaku — miauknęło, wycierając wyimaginowaną łezkę z kącika oka. — Nic nie wypadło. To normalne. Kaszel jest w płucach. Odrywa się, dlatego czasem boli. To nic. Zaraz się tym zajmiemy — miauknęło, podając kociakowi odpowiednie zioła.
Spojrzało na Jaskółcze Ziele i uśmiechnęło się słabo.
— To twój kociak prawda? — zapytało, a kotka kiwnęła tylko głową. — Zostanie wojownikiem? — uniosło lekko brwi.
— Z całą pewnością. Nie pozwolę mu gnić i marnować się tutaj — odparła kotka, wychodząc z legowiska wraz z kociakiem.
— Rozumiem. Do zobaczenia — odmruknęło tak samo oschłym tonem.
<Księżycku?>
Wyleczeni: Tygrysia Noc, Księżycek (Księżycowa Łapa)
Od Roztargnionego Koperku
Jakiś czas temu
Po odwiedzinach jednego z jakiś czas temu mianowanych uczniów wojownika zaczęło poważnie rozważać nad tym, czy nie powinno znaleźć kogoś, kto pomoże w legowisku medyków. Wiedziało, że Cisowe Tchnienie ma już swoje księżyce i nie jest tak samo wydajna, jak dawniej. Ostatnio coraz częściej musiała odpoczywać przy pracy, choć zarzekała się, że daje sobie radę. Wiedziało jednak, że kotka posiada pokłady wiedzy, której jeno brakuje. W końcu była mentorka była lepsza w rozpoznawaniu ziół. To też, gdy Chuda Łapa zajrzał ostatnio do legowiska medyka, zaczęło wykazywać nim nieco większe zainteresowanie. Mizernie wyglądający, zapewne łamią mu się kości, gdy choćby próbuje z kimś walczyć. Naprawdę dziwiło go, że uczeń przybył do niego z kolcem w łapie, a nie ze złamaną kością. Zdecydowało się więc na swoją pierwszą i zapewne ostatnią rozmowę z Zalotną Gwiazdą. Korzystając z tego, że kotka była akurat na zewnątrz podeszło i przywitało się skinięciem pyska.
— Witaj Zalotna Gwiazdo — mruknęło. — Czy możemy porozmawiać? — zapytało z chłodnym wyrazem pyska.
Miało szczerą nadzieję, że kotka zgodzi się na jeno propozycję.
Szylkretowa kocica zwróciła głowę w jego stronę. Wyraz jej pyska nie zdradzał żadnych emocji, był niemal kamienny.
— Możemy — odparła spokojnie. — Czy to rozmowa, która powinna odbyć się w nieco bardziej ustronnym miejscu? — zapytała po chwili, przenosząc wzrok na wejście do swojego legowiska.
Widząc wyraz pyska kotki, odrobinę się rozluźniło.
— Nie sądzę. Bardziej ustronne miejsce nie powinno być tu potrzebne. Chociaż jeśli chcesz rozmawiać na osobności, to oczywiście — miauknęło nieco chłodnym, lecz nie wyniosłym tonem. — Chodzi o ucznia — zaczęło, powoli nakierowując konwersację na dany, potrzebny jeno temat.
Zalotna Gwiazda uniosła jedną brew do góry.
— Tak? — mruknęła. — Czyżby Cisowe Tchnienie powoli szykowała się do odejścia ze swojego stanowiska? — zastanowiła się, po czym strzepnęła końcówką ogona.
— Z tego, co wiem, jeszcze nie planuje odejść. Starzeje się, ale nie wygląda, jakby to planowała — miauknęło, ostrożnie dobierając swoje słowa.
— No nic. W Klanie Wilka faktycznie przyda nam się świeża krew do leczenia kotów — mruknęła.
Roztargniony Koperek zmrużył lekko oczy i westchnął cicho.
— Czy mogłobym może zasugerować jednego z...uczniów? Oczywiście, jeśli to nie problem, wysłucham również twojej propozycji — mruknął, wpatrując się w kotkę, tak jakby w każdej chwili mogła go zaatakować. Tylko wtedy zabrakłoby im medyków.
Liderka odchrząknęła.
— Możesz mówić. Chętnie usłyszę twoją sugestię.
Nabrało odrobinę powietrza w płuca.
— Chuda Łapa. Jest wychudzony no i z tego, co mi wiadomo, ma problemy z oddychaniem — miauknęło po chwili. — No i zdaje mi się, że wykazuje minimalne zainteresowanie ziołami.
Zalotna Gwiazda wyglądała jakby na moment zamarła. Koper oczywiście szybko się domyśliło, o co mogło chodzić.
— Mhm... A powiesz mi, jak u niego z wiarą? — zapytała, wlepiając zamyślone spojrzenie w łapy. — Chyba że nie wiesz.
Koper uniosło lekko ogon na to zapytanie. Już dawno połączyło kropki i uświadomiło sobie, że coś jest nie tak z wiarą w Klanie Wilka. Co prawda wielu wierzyło w Klan Gwiazdy, jednak znajdowali się też tacy, którzy wydawali się nastawieni niezbyt chętnie. Do tego fakt, że żaden z medyków klanu nie miał snów. Przełknęło ślinę i polizało się po piersi.
— Nie jestem pewien... Ale można go, by pewnie nakierować...na cokolwiek trzeba — mruknęło dosyć cicho, ale wystarczająco głośno, aby kotka była w stanie jeno usłyszeć.
Liderka skinęła głową.
— To dobrze... Porozmawiam jeszcze z Chudą Łapą na osobności i zadam mu kilka pytań — oznajmiła. — Jeśli przejdzie test pomyślnie, myślę, że nie widzę przeszkód ku temu, by mógł zmienić swoją ścieżkę nauczania.
— Dobrze. Dziękuję za rozmowę Zalotna Gwiazdo — kiwnęło lekko głową z szacunkiem do przywódczyni, a następnie wróciło do swoich obowiązków.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

