BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 14 czerwca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

15 czerwca 2026

Od Modliszkowej Ciszy CD. Dzikiego Berberysu

Po rozgrzanej ziemi przechadzał się kremowy kocur, w swoim podeszłym wieku raczej nie powinien sam wychodzić poza obóz, szczególnie w tak ryzykownej pogodzie, lecz nawet to nie przeszkodziło Modliszce w wyjściu, by podziwiać owady. Gdy skryty w wysokiej trawie zauważył parę wielkich uszu przemykających niedaleko, instynktownie ruszył w pogoń. W kilku uderzeniach serca dorwał szaraka, wbijając perliste kły w jego kark. Zdyszany odwrócił się i ujrzał biało-rudego, znanego mu kocura, Dzikiego Berberysa 
– W samą porę, Modliszkowa Ciszo! Jak na swoje lata całkiem dobrze się jeszcze ruszasz. Tak jak Ciebie zapamiętałem, kiedy byłem jeszcze uczniem. – pochwalił go zdyszany łaciaty wojownik.
– W tym wieku to już pamięć mięśniowa. – odparł Modliszkowa Cisza po upuszczeniu bezwładnego ciała królika. Z bólem łap stał, dysząc, najwyraźniej starość odcisnęła już na nim swoje piętno, mimo to słowa młodszego podniosły go na duchu. – Ty za to się bardzo zmieniłeś. Nie jesteś już tym płaczliwym kocięciem. Wyrosłeś na silnego i szlachetnego wojownika Klanu Burzy.
Dziki Berberys na pochwałę starszego napuszył się i dumnie wypiął swoją śnieżnobiałą pierś.
– Owszem! Już kocięce smutki przeminęły dawno. Klan Burzy nie potrzebuje płaczliwych kocurów. Kotki jeszcze rozumiem, jednak nam nie przystoi – Machnął łapą. – Ale zmieniając temat, jeśli chcesz, możemy jeszcze wspólnie na coś zapolować. Zawsze, zamiast jednego królika można przynieść dwa. Chętnie bym pochwalił się zdobyczą Krokusowej Kruchości.
– Bardzo chętnie. Pozwól tylko, że zakopie tego królika. – odpowiedział, łapiąc w pysk leżące
przed nim ciałko zwierzyny.
Ciekawe co łączyło Dzikiego Berberysa i Krokusową Kruchość, zamyślił się kremowy, owa dwójka najwyraźniej żywiła do siebie jakąś sympatię. Odwrócił się i ujrzał kępkę żółtych kwiatów, idealne miejsce. Zakopał królika, przykrywając wierzch dwoma kwiatkami.
– Zrobione. Czy masz jakiś pomysł, gdzie możemy zapolować? – zapytał, odwracając łeb w stronę młodszego.
Kocur uśmiechnął się złośliwie i nosem wskazał daleki las, gdzie zamieszkiwały Wilczaki.
– Można pod granicą zapolować. Niech Klan Wilka widzi, jak dobrze dajemy sobie radę – zaśmiał się – Chciałbym zobaczyć ich gorycz na widok tak sprawnie polujących wojowników przeciwnego klanu.
Modliszka zmrużył ślepia, zastanawiając się nad propozycją łaciatego, było dziś dość gorąco, a polowanie w cieniu drzew wcale nie było głupim pomysłem.
– Dobry pomysł, lecz trzeba będzie uważać na granice. – odparł, odwracając się, by wyruszyć w drogę.

<Dziki Berberysie?>

Od Cętkowanej Łapy (Cętkowanego Tęgosza) do Cienistej Zjawy

Patrzenie w sufit to było jego zajęcie w lecznicy, które powtarzał przez kilkanaście wschodów słońca. Cisowe Tchnienie dawała mu okłady z ziół na stłuczenie i mak na zmniejszenie bólu, przez co powoli czuł się lepiej. W trakcie, od kiedy trafił do lecznicy, to różne koty odwiedzały go, pytając, jak się czuje, lub dawały mu zwierzynę ze stosu. Najczęściej do niego zaglądała Ognikowa Słota, Nadciągający Pomrok, Księżycowy Odłamek, Seradelowa Łapa i babcia, czasem Cienista Zjawa, a nawet raz weszła do niego Tropiąca Łaska. Mentorki to najmniej się spodziewał, że przyjdzie do niego, nie rozumiał tylko dlaczego wszyscy zawracali sobie tym głowę? Tylko spadł z drzewa, nic wyjątkowego w tym nie było. Gdy próba wstania z legowiska stanie się bez bólowa, to zamierzył stoczyć walkę.

***

Po jeszcze następnych kilku wschodach słońca

Nie czuł już bólu po dawnych stłuczeniach, mógł swobodnie się poruszać. Akurat wyszedł, gdy nastała Pora Spadających Liści, już nie było tak ciepło, jak poprzednio. Można nawet powiedzieć, że powoli zaczęło się wychładzać. Wyszedł zatem swobodnie z lecznicy, żegnając medyków. Mógł w końcu zobaczyć na nowo obóz i znajome koty. Wilczaki przypatrywały mu się, a Zalotna Gwiazda, która to zauważyła, wskoczyła na miejsce. Cętkowana Łapa poszedł w jej stronę, by zobaczyć, z kim będzie dane mu stoczyć pojedynek, ciekawskie pyski też się zbierały wokół miejsca zebrań. Naprzeciw niego stanęła Tropiąca Łaska, zapewne to z nią dane było mu dziś zawalczyć. Był trochę zawiedziony takim obrotem spraw. Liczył na nowego przeciwnika. Z Tropiącą Łaską bił się tak często, że licząc tylko na łapach, zabrakłoby mu palców. Zalotna Gwiazda kiwnęła głową, a jego mentorka skoczyła na niego, kocur oczywiście uniknął jej ruchu i walnął łapą w jej bark, by ją zachwiać. Jak zabawnie, że to była chyba jego jedyna walka, która się odbywała bez pazurów z jego strony. Czekoladowa ponownie rzuciła się na niego, celując w jego plecy. Kotka bezproblemowo na nie skoczyła, ale kocur już znał te numery i zaczął się obracać oraz skakać agresywnie by ją zrzucić, jak ona zrzucała go podczas treningów. Mentorka jednak przyczepiła się jak rzep do jego futra. Przeturlał się zatem po ziemi, prawie czując jej pysk na jego plecach. Kotka po tym wstała, próbując zebrać parę oddechów. Wykorzystując to, kocur rzucił się na nią i przygwoździł ją do ziemi, kotka wiła się, ale ostatecznie przestała. Może to dobrze, że przedtem zdusił ją swoim ciężarem, dzięki temu mógł szybciej wygrać. Zalotka patrzyła na wszystko z dumą, a z pewnością lidera zaczęła przemawiać.
— Nie trzeba się długo głowić, by stwierdzić, kto jest zwycięzcą, jest nim Cętkowana Łapa rzecz jasna — rudzielec zszedł ze swojej mentorki, a Zalotka znowu zaczęła przemawiać. — Ja, Zalotna Gwiazda, przywódca Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby być oddanym naszym przodkom i samemu klanowi. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Cętkowano Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia? — Cętkowana Łapa stanął dumnie, odpowiadając.
— Przysięgam — powiedział tak donośnie, że każdemu kotu, który był na jego mianowaniu, mogło się to obić o uszy.
— Mocą naszych walecznych przodków, nadaję ci imię wojownika. Cętkowana Łapo, od tej pory będziesz znany jako Cętkowany Tęgosz. Nasi przodkowie cenią twoją wytrzymałość i ducha walki oraz witamy cię jako nowego wojownika Klanu Wilka — przywódczyni zeszła z miejsca obrad, wszystkie koty po kolei zaczęły skandować jego nowe imię.
— Cętkowany Tęgosz! Cętkowany Tęgosz! — patrzył na Wilczaków, którzy wydawali się zadowoleni, że został wojownikiem. Słyszał w tłumie najgłośniejsze wiwaty należące do Ognikowej Słoty, Kocimiętkowego Wiru i Nadchodzącego Pomroku. Oczywiście reszta kotów, które się wybijały po nich to Seradelowa Łapa oraz Księżycowy Odłamek. Spoglądał głębiej w tłum i zobaczył Cienistą Zjawę, swego ojca, czy on też był równie zadowolony z niego?

***

Cętkowany Tęgosz czuł, że ma swobodę, a może wiele nowych ścieżek mogło się otworzyć przed nim. Cienista Zjawa już nie miał ucznia, Kryształowa Łapa stała się Ośnieżonym Kryształem. Nie sądził, że córka Brukselkowej Zadry stanie się szybko wojowniczą, ale skoro nawet grubas stał się Grubą Rybą... to... Chciał porozmawiać z ojcem, wykorzystując to, że był w obozie.
— Cześć tato, chcesz się przejść ze mną na spacer? — Cienista Zjawa obrócił się do niego, o dziwo zagościł u niego lekki uśmiech.
— Jasne, synu. Moje obowiązki mogą poczekać — rudzielec z burasem wyszli z obozu.

***

Przez długi czas była między nimi niezręczna cisza, rudzielec nie wiedział, jak zacząć. Przyglądał się co chwilę buremu cętkowanemu kocurowi, chcąc odgadnąć czy się cieszy ze wspólnego czasu, który spędzają czy może jest mu to obojętne. Choć jeśli nie przeszli do dialogu, to czy już mu marnował ten czas? Nie chciał tego, naprawdę się zastanawiał, jak powiedzieć to, co miał na myśli.
— Tato, mam do ciebie pytanie, chcę, żebyś był szczery — Cień obrócił się do niego, Tęgosz nie umiał odczytać jego emocji z pyska. Czy był zdziwiony, czy może zniesmaczony tym pytaniem. Nie wiedział.
— Jasne, że będę, jesteś moim synem — Cętkowany Tęgosz przełknął ślinę, bał się ojcowskiego osądu, ale wiedział, że nie ucieknie przed wątpliwościami, które będą go męczyć, jeśli będzie omijał konfrontacji z ojcem.
— Czy jesteś na ten moment usatysfakcjonowany ze mnie? Czy myślisz, że stałem się dobrym wojownikiem Klanu Wilka? — widział, że jego ojciec się zastanawiał, a przez chwilę znowu pojawiła się cisza, tylko taka mniej znośna od tej poprzedniej. W tym momencie miał się dowiedzieć czy jest kimś, kto sprawiał u niego dumę czy zawód.

<Tato?>

Od Cętkowanej Łapy

Upały sprawiły, że nie jeden kot dyszał, mimo tego Wilczaki wykonywały swoje obowiązki jak zwykle, nie pozwalając, by pogoda ich osłabiła. Miał polować razem z Tropiącą Łaskę na zwierzynę, ale nie widział, żeby wśród drzew miały się chować. Ciekawe, na co będą polować w taką pogodę? Szli przez iglaste drzewa, które dawały im cień, tu nastawiał uszy, tam węszył, zwierzyna nadal jednak nie zdawała się ujawniać, czy Tropiąca Łaska zatem się pomyliła? Nie chciał jej tego sugerować, bo dostałby od niej z liścia, musiał raczej obejść się z nią jak z jajkiem.— Tropiąca Łasko, czy jesteś pewna, czy na pewno tutaj coś jest? Może zwierzyna poszła nad wodę lub się schowała? — Nie wiedział, czy to pytanie było odpowiednie, ale też nie umiał znaleźć lepszej alternatywy. Tropiąca Łaska zlustrowała go wzrokiem, jakby jego pytanie rzeczywiście w jakimś stopniu mogło być nieodpowiednie.
— Oczywiście, zwłaszcza że na oku mam tą akurat jedyną. Także jeszcze sobie poczekasz. — Jakąś jedyną? Ciekawe co to miało niby być? Może zając lub coś równie większego? Bo nie wierzył, że mają iść głębiej tylko dlatego by upolować mysz czy wiewiórkę. Byłoby to marnowanie ich cennego czasu, mniejsza zwierzyna miała szansę uchować się przed upałem bardziej niż ta większa. Oby Mroczna Puszcza im coś zesłała.

***

Zdawało się, że szukanie zwierzyny było na marne, nawet dawno ominęli potworną przełęcz, idąc w głąb lasu, chociaż aktualnie zbliżali się do rzeki, więc może te łowy nie były bezsensowne? Cętkowana Łapa szedł posłusznie za Tropiącą Łaską, wierząc, że dojdą do rzeki. Czekoladowa kotka gwałtownie się zatrzymała, stojąc w miejscu, Tęgosz zrobił to samo, próbując coś wywęszyć lub usłyszeć, ale nie było nic czuć ani słychać, to było dość dziwne. Cętek jeszcze się rozejrzał, skoro nie było tu czegoś, to na co czekali? Do rzeki przecież jeszcze było parę kroków.
— Tropiąca Łasko, czemu tu stoimy, skoro niczego tu nie ma, chyba mieliśmy iść nad rzekę, prawda? — Patrzył na kotkę odwróconą do niego plecami, ta tylko obróciła lekko głowę, gdzie można było zauważyć tylko jej uśmiech, nie padła jednak z jej strony odpowiedź tylko cisza. Rudzielec czuł niepokój, patrząc na nią.
— Polowanie czas zacząć — powiedziała dość spokojnie, a on się zastanawiał niby, na co skoro zwierzyny nie było w pobliżu? Przełknął ślinę, wysuwając pazury, za nim nie minęła sekunda, to Tropiąca Łaska skoczyła w stronę drzewa i odbiła się od niego w stronę swego ucznia. Dorosła rzuciła się na ucznia z wysuniętymi pazurami, trzasnęła nim o ziemię, ale Cętkowana Łapa użył swych tylnych łap i kopnął ją w brzuch a ta zeszła z niego. Kotka się zakrztusiła i próbowała złapać powietrze, ale kocur rzucił się na jej plecy w odwecie, kotka zakręciła się, a ten spadł z jej pleców na cztery łapy i walnął ją w bark łapą z pazurami. Kotka syknęła głośno i zaszarżowała na niego, i trzepnęła go łapą w plecy, próbowała jeszcze po tym na niego skoczyć, ale kocur zrobił unik i ugryzł ją w kark, Cętek nawet nie miał czasu myśleć, jeśli to miała być nawet, walka na śmierć i życie to musiał się bronić i atakować doskonale. Tropiąca Łaska syknęła i zaszarżował na najbliższe sosnowe drzewo, uderzając o nie Cętkowaną Łapą, czuł się obolały, ale widział, że jego mentorka chciała go przygnieść znowu do ziemi, rudzielec szybciej zareagował i kotka chciała już swoje przednie łapy dać, na jego szyi to on podniósł swoje, obezwładniając jej górną część brzucha, natomiast tylne łapy przeszły na tylną część brzucha, gdzie mocno przeturlał się w tył razem z nią, przez to, ta walnęła mocno plecami o drzewo. Uczeń szybko stanął i cofnął od kotki na odległość. Szczerze nie czuł, że zasłabł, jeśli chodzi o kondycję, ale czuł, że miał na sobie mocne sińce i zadrapania, które kryły się pod jego futrem, aż sprawdził, przecierając łapą swoje futro, krwawiły, ale na tyle mało, że kilka liźnięć powinno sprawdzić, że ranki przestaną krwawić. Kotka wstała niedbale, patrząc na niego, następnie otrzepała się z ziemi, gdy patrzyła w jego ślepia, to przez chwilę myślał, że Tropiąca Łaska chce go znowu zaatakować, instynktownie wysunął pazury, gdy kotka lekko się ruszyła.
— Imponuje mi twój szybki postęp, zwłaszcza w naszych małych potyczkach, a teraz nie ciesz się za bardzo z tego, tylko upoluj mi coś! Treningi to nie zabawa, potrafią być równie wyczerpujące — Przynajmniej już się cieszył, że to koniec, walka w słońcu nie była przyjemna. Szybko zniknął w paprociach, widząc zniecierpliwienie swej mentorki.

***

Chciał jak najszybciej znaleźć się przy rzece, biegł co sił, by tylko być najdalej od Tropiącej Łaski. Tam na pewno będzie więcej zwierzyny, przecież taki upał sprawia, że każdy chce się trochę ochłodzić, a dwunożni mu nic nie zrobią, bo są po drugiej stronie rzeki, ze swoimi potworami. Czuł, że jest coraz bliżej rzeki, czuł zapach czegoś, czego szukał, piszczek. Uradowany nawet nie zwrócił uwagi, że się uśmiechnął, nadal biegł, jedynie co słysząc w uszach to szum wiatru, a las zdawał się szybciej poruszać. Cętkowana już ominął każde chyba drzewo za sobą i dotarł do pustej przestrzeni, gdzie widział przed sobą rzekę a tam siedzącą Kukułkę, która piła wodę. Tego chciał, jeden ptak dla Tropiącej Łaski, zaczął skradać się powoli do ptaka, wiedział, że przestrzeń jest pusta, nie było drzew, tylko trawa, musiał być naprawdę cicho, by się kukułka nie zorientowała, że nie jest sama. Po paru krokach był już blisko czarnego ptaka, którego mógł złapać jednym skokiem, już się szykował.
BUUUUUUUUUUM
Wielkie drzewo spadło, a wszystkie ptaki poszybowały po górze ze strachu, w tym zdobycz od rudego. Kukułka poleciała na drugą stronę, siedząc na jakimś drzewem, kocur szybko wszedł na zacięte drzewo, by przejść na drugą stronę i ją złapać. Zrobił to dosyć szybko i już nie był na terenie Klanu Wilka, tylko na terenie dwunożnych i potworów, które niszczyły drzewa. Chciał tylko złapać ptaka i się zmyć, przez te głośnie dźwięki jednak nie umiał się skupić, czy dwunożni musieli być tacy głośni? Wpatrywał się w drzewa, chcąc zauważyć charakterystyczne czarne pióra kukułki za iglastych gałęzi, wpadł na coś przypadkiem i to nie była zwierzyna. Zobaczył, że to była jedna z tylnych łap dwunożnego, stworzenie spojrzało na niego wrogo i go kopnęło, Tęgosz się przeturlał, czując ból brzucha, dwunożny nie był delikatny, był brutalny, ale Cętek chciał tylko tego ptaka, zauważył, że na jakimś drzewie coś trzepotało, skrzydłami, czy to jego kukułka? Był już gotowy szybko się zmyć, ale niespodziewanie coś od tyłu wzięło go za ogon i podniosło ku górze. Jakiś dwunożny go złapał, na Mroczną Puszczę, co teraz? Porwą go poza tereny klanu wilka i będą nadal wycinać las? Nie mieli prawa! Patrzył na dwunoga, który się śmiał się z niego i potrząsał nim, tylko syknął i podrapał go po jednej z łap, ten się wkurzył i rzucił nim o drzewo. Cętek to wykorzystał i zaczął uciekać, wściekły dwunóg go gonił, ale szybko się wspiął na drzewo, gdzie ostatnio widział swego ptaka. Wspinał się wysoko, chcąc tylko go dobić i stąd uciec, widział jak nieświadoma kukułka, spokojnie siedziała dość wysoko na gałęzi, więc miał łatwo. Cętek jednak działał pod wieloma stresującymi bodźcami, że raczej nie przyszło mu pomyśleć, że polowanie na terenie gdzie dwunożni, wycinali drzewa to zły pomysł. Był dosyć blisko, mógłby nawet złapać tego ptaka, ale drzewo gwałtownie zaczęło spadać w stronę rzeki, rudzielec spanikował, trzymał się go mocno, chcąc z tego wyjść cało. Duża sosna szybko jednak runęła, a jego pazury zdążyły się poślizgnąć i spadł pierwszy do wody przed drzewem iglastym. Kocur tym dłużej machał łapami, tym bardziej się męczył, widział przed sobą taflę wody, a potem odbijające się drzewo iglaste, które stało się następnym pomostem między klanem wilka a terenami okupowanymi przed dwunożnymi. Jego huk sprawił, że woda zadrżała przez chwilę, choć drzewo nawet się nie zanurzyło w wodzie, kocur walczył do końca, nie chcąc się poddać, więc zrobiło to jego ciało, a przed zamknięciem oczu prześwitywała mu jakaś niewyraźna sylwetka, Mroczna Puszcza?

***

Cętkowana Łapa otworzył oczy dość niechętnie, nie umiał rozpoznać, gdzie jest, poczuł jak coś, mu liże futro, zapłon rudzielca nie był jakiś szybki i po jakimś czasie się zjeżył i jedną z łap pacnął kota, który go lizał.
— Co ty robisz?!?! Won od mego futra! — fuknął na kota, który zrobił wielkie oczy, Cętek mu się przyjrzał, był to kot z białą głową o brązowych oczach, dziwnym jasnym czekoladowym odcieniem futra? Nie wiedział co to za maść, nie był ekspertem. Pokryty, choć nie całkowicie ogon bielą i dzika pręga na plecach.
— Em...wszystko dobrze? — Nieznajomy go spytał, bo rudzielec długo na niego patrzył wytrzeszczonymi oczami, ale Wilczak nie zwrócił na to uwagi. Kojarzył tego kota, na pewno kojarzył, tak długo na niego patrzył, że sobie coś przypomniał.
— Kojarzę cię! Byłeś na brzegu terenu mego klanu, gdy polowałem. Właściwie to dawno, ale pamiętam cię, a teraz gadaj, gdzie ja jestem i czemu mnie pojmałeś! — Nieznajomy przestraszył się reakcji Cętka, lekko się jeżąc, jednak potem zaczął mówić.
— Nie pojmałem cię, widziałem, jak spadłeś ze spadającego drzewa do wody, więc zanurkowałem po ciebie. Tak mi przynajmniej podpowiadał instynkt, a do tego, gdzie jesteśmy, to prawdopodobnie chyba znowu wszedłem na tereny twojego klanu?
Czymkolwiek to miałoby być, choć czy może jest was więcej? Jak zawsze tu chodzę, to czuję więcej niż jednego kota i nie umiem oszacować, jak was dużo jest — Czyli on chodził częściej na ich terenach, cóż za zapachowa znawca się znalazł. Jeszcze czego, miał mu ilość pobratymców podać? A niech się w zad ugryzie, za przeproszeniem!
— Jest ich na, tyle że jak cię znajdą w grupie to cię rozszarpią. Nasza społeczność nie lubi złodziei zwierzyny, wolimy koty, które są przydatne i mają jaja. Skoro zadajemy sobie nietypowe pytania, to ja się spytam jakiego koloru masz futro? Wygląda ono jak pseudo czekolada — chciał niby zmienić temat, bo nie znał tego samotnika, choć wyglądał, jakby był w jego wieku, to nie chciał się dzielić wrażliwymi danymi. Samotnik był zmieszany, ale mimo tego coś zabłysło w jego oczach, jakby jakaś ciekawość.
— Bycie w większej grupie kotów brzmi fajnie. Co do mojego futra to ono jest cynamonowe, a nie pseudo czekoladowe — Nieznajomy powiedział to pierwsze zdanie trochę ciszej i ze smutniejszym tonem głosu a drugie już normalniej. Poprawił swoje krótkie futro, liżąc je językiem.
— Cynamonowe — Popatrzył jeszcze na futro nieznajomego, zapamięta tą nową poznaną maść.
— A czemu mnie lizałeś? To dziwne lizać kogoś, kogo nie znasz — Cętkowana Łapa odpalił z następnym pytaniem.
— Bo miałeś mniejsze ranki i jeszcze masz porządne stłuczenia. To chyba przez tych dwunożnych co? Nie znam magicznych sposobów jak leczyć rany, więc tyle umiem. — Rudzielec popatrzył na siebie, chciał sobie jeszcze przypomnieć, co miał ważnego do zrobienia. Tak myślał, aż sobie coś przypomniał. Zwierzyna dla Tropiącej Łaski! Gdzie ta kukułka? Siedział w jakimś wgłębieniu drzewa, a nie widział swej zwierzyny, a mógł usłyszeć bliski szum rzeki, do której wcześniej wpadł.
— Mój ptak! Moja zwierzyna, muszę go znaleźć! — krzyknął gwałtownie, próbując wstać, ale wszystko go bolało, syczał z bólu, który był nieprzyjemny, ale ten ptak był ważniejszy, zrobił tylko kilka kroków i upadł na trawę. Nieznajomy szybko podszedł do rudzielca, pomagając mu wstać.
— Nie wygląda to dobrze, może odczekamy, aż to minie? — Cętkowana syknął na niego.
— Nie zamierzam tu czekać z tobą, cynamonko! Mój ptak jest ważny, muszę go mieć, muszę! — Cętkowana Łapa oderwał się od cynamonowego i próbował iść w stronę rzeki, nieznajomy jednak go zatrzymał.
— To tylko ptak rudy, spuść z tonu! Mogę ci upolować podobnego, chyba, chociaż, może wolisz rybę? To jedyne, na co dobrze poluje i może mniejsze gryzonie takie jak mysz — Rudzielcowi zaświtało przecież w głowie, że może posłużyć się cynamonkiem, uspokoił się i odparł.
— Weź mi cokolwiek, ważne, żeby coś było, co mogę zanieść komuś — Cynamonek się uśmiechnął i szybko mu zniknął z pola widzenia. Po kilkunastu uderzeń serca, bo rudy dokładnie nie umiał oszacować, cynamon wrócił z rybą.
— Przyniosłem ci Jazgarza, nie jest duży, ale powinien ci starczyć na mały upominek — Rudy wziął rybę od nieznajomego i przytrzymał ją w pysku, próbował stać, ale trząsł się przy tym strasznie, nawet miał mroczki przed oczami, które ignorował.
— Dzięki Cynamonku, to zagadaliśmy się za bardzo. Muszę już iść — Cętkowana Łapa obrócił się, idąc krzywym chodem do klanu wilka, stłuczenia i ból mięśni sprawiły, że czuł się jak kaleka który nawet nie może szybko iść.
— Jestem Kazarek! To życzę, żebyś dotarł do swego klanu cały! Do następnego widzenia! — Kazarek wołał do oddalającego się Tęgosza. Chyba wrócenie do klanu w takim stanie było aktualnie najtrudniejsze, „Mroczna Puszczo miej mnie w opiece”, pomyślał Cętek, już znikając z pola widzenia cynamona.

***

Znalezienie Tropiącej Łaski było trudne, to nie tak, że nie znał terenu klanu wilka, tylko przez bóle nóg, nadal odczuwalne siniaki i stłuczenia, jeszcze doszły do tego zawroty głowy. Gdy tylko kocurowi robiły się mroczki, to uderzał głową o jakieś drzewo, by widzieć znowu normalnie, lecz gdy tylko odchodził od drzewa, w które uderzył, w celu złagodzenia słabości głowy to znowu miał mroczki przed oczyma. Chciał tylko znaleźć Tropiącą Łaskę i dać jej tę rybę dla świętego spokoju, miał dość, w takim stanie nie dało się chodzić, przeklęci dwunożni, to wszystko ich sprawka! Niech tylko wróci do obozu, a wszystko powie babci, to ona zrobi z nimi porządek. Najpierw pierwsze musiał odzyskać trzeźwość umysłu, bo ten upał i jego stan aktualny nie sprzyjały mu, mijał powoli iglaste drzewa, myślał, że za jakimś krzakiem lub krzewem, a może i drzewem kryje się szukająca go mentorka. Kocur patrzył w zakamarki i nie było jej, czuł, że las się nie kończy, a szukanie potrwa tu jeden wschód słońca może i więcej, a może on tu zdechnie czy coś za nim czekoladowa go znajdzie? Chociaż nie, na pewno go znajdzie, a on dostawał niepotrzebnej paranoi. Przecież gdyby tego nie zrobiła, to wierzyłby, że miałaby przerąbane u jego rodziny, która by nie dopuściła faktu, że nie udzielił jej pomocy. Jego łapy powoli zdawały się wykończone, Cętek jednak nie chciał przystawać, bo jakiś drapieżnik mógłby to wykorzystać i go zjeść, choć czy one polują w taki upał? Chociaż skoro ich ofiara byłaby skopana przez dwunożnych i spadłaby z dużej wysokości, do rzeki gdzie doznał potłuczeń, to była łatwa do złapania w taką pogodę. Jakiś szelest wydobywał się zza drzew, rudy kocur się zjeżył, nie wiedział, co po niego idzie, mógł oczywiście zakładać, że to Tropiąca Łaska, ale gdyby zamiast niej, miałby wyskoczyć drapieżnik, to byłby jego błąd myślowy.
Coś się wyłoniło, czekoladowa zdenerwowana sylwetka.
— Gdzieś ty był na Mrocznych Przodków tak długo? Właściwie, dlaczego wyglądasz, jakbyś przeżył nawałnicę? — Wojowniczka patrzyła oczami na jego wykończone ciało, które dostawało drgawek.
— Starałem się coś upolować dla ciebie! Mam tę rybę, na początku miał być ptak, ale gdy polowałem, to dwunożni mnie skopali i jeszcze, gdy wszedłem na drzewo, by się przed nimi chronić, to drzewo się nachyliło i spadało, a potem ja spadłem, ale wyrzuciło mnie gdzieś na brzeg i jakoś tu dota...— Jego ciało runęło na ziemię z osłabienia, a Tęgosz stracił przytomność. Trochę zestresowana kotka wzięła ucznia na plecy a jego Jazgarza w pysk i ruszyła z nim do obozu.

***

Czuł, że nie śpi, ale nie otwierał oczu, zrobił wdech i wydech i poczuł zapach ziół, który był mu znajomy. To był zapach lecznicy, to znaczyło, tyle że dotarł do domu, otworzył delikatnie i niepewnie oczy. W lecznicy znajdował się Chudy Grzbiet i Cisowe Tchnienie, chudy kocur wymieniał materiały w legowiskach dla pacjentów, a najbardziej doświadczona medyczka sprawdzała zapasy ziół. Na wszystko patrzył w ciszy, nie miał potrzeby odezwania się, na razie tylko leżał, nie chcą wstawać, przypominając sobie jaki ból mu sprawiało, podnoszenie się a co dopiero chodzenie. Mrugał jeszcze, tak obracając wzrok, tu w lewo tam w prawo, tam na ścianę tam na wyjście, a w wejściu wchodziła do legowiska medyków Zalotna Gwiazda. Pierwsze co zrobiła to podeszła do jego legowiska.
— Widzę, że wstał — powiedziała do Cisowego Tchnienia, która się obróciła.
— Rzeczywiście, nie pisnął ani słowa po tym. Powiedź Cętkowana Łapo, czy umiesz się poruszyć? — Cętkowana Łapa postarał się podnieść, ale jego mięśnie na tyle pulsowały i bolały, że natychmiast syknął i położył się w pozycji bochenka.
— Wszystko we mnie pulsuje i boli, jakkolwiek bym się nie poruszył — Popatrzył na swoje ciało, nic się nie zmieniło, od kiedy wstał, pierwszy raz będąc w towarzystwie Kazarka. Zalotna Gwiazda posłała Cisowemu Tchnieniu i Garbatemu Grzbietowi spojrzenie.
— Nie mielibyście nic przeciwko, żeby opuścić lecznicę? Chcę porozmawiać z Cętkowaną Łapą na osobności, oczywiście potrwa to tylko chwilę — Cisowe Tchnienie skinęła głową.
— Oczywiście Zalotna Gwiazdo — Medyczka podeszła do Garbatego Grzbietu, który patrzył przez chwilę na ziemię, a potem gdy tylko niebieska szylkretka do niego podeszła, to wyszli z lecznicy. Dwa koty opuściły lecznice, a on został sam ze swoją babcią, z szacunku do przywódczyni, jak i doświadczonego członka rodziny by wstał lub usiadł, ale był tak obolały, że jedyne co mu pozostało to zostać chlebkiem.
— Powiedź mi Cętkowano Łapo, co się stało, gdy napotkałeś na dwunożnych? — Cętkowana Łapa musiał sobie poukładać, jak to wszystko się zaczęło, spojrzał w oczy przywódczyni i zaczął mówić.
— Na początku ćwiczyłem walkę z Tropiącą Łaską, a gdy tylko skończyliśmy to miałem jeszcze coś upolować. Więc poszedłem w stronę rzeki, bo upały sprawiły, że tam przeniosło się większość zwierząt, akurat upatrzyłem sobie kukułkę i byłem blisko jej złapania, ale jakieś drzewo zawaliło się i większość ptaków odleciała. Moja kukułka szybowała w stronę, gdzie dwunożni wycinali drzewa, więc pobiegłem za nią, gdy tylko byłem po drugiej stronie, to szukałem, na których z tych drzew zrobiła postój, wtedy jeden dwunożny przywalił swoją tylną kończyną w mój brzuch. Jeszcze jakiś drugi dwunożny szarpnął mnie za ogon i zaczął mną potrząsać jak jakąś myszą! Podrapałem go, chcąc się wyrwać, ale on rzucił mną mocno o drzewo, wykorzystałem to i akurat zobaczyłem mego ptaka na jednym z drzew i wspiąłem się na nie, by go upolować dla klanu. Byłem wysoko i miałem go prawie jak poprzednio, ale drzewo się obaliło w stronę rzeki, trzymałem się pazurami, ale zanim drzewo zdążyło spaść, to wyleciałem do rzeki, a później drzewo, ale na szczęście wylądowało między dwoma lądami i nie wpadło do wody. Pod wodą nie mogłem się poruszać i myślałem, że już zagoszczę u Mrocznej Puszczy, ale otrząsnąłem się i zobaczyłem, że woda mnie wyrzuciła na brzeg, jak się obudziłem, to wszystko mnie bolało, ale gdy wstałem, to zobaczyłem, że przygniotłem rybę, więc ją wziąłem i szukałem pomocy. Wtedy gdy przede mną stanęła Tropiąca Łaska, to zemdlałem.
— Trzeba było jakoś wymieszać prawdę z kłamstwem, by nie zdradzić babci, że uratował go samotnik. Zalotna Gwiazda analizowała jakby każde jego wypowiedziane słowo, właściwie nic nie dodawała od siebie, gdy gadał, tylko słuchała.
— Wiesz Cętkowana Łapo, mam ochotę cię udusić za twoją głupotę, dobrze wiedziałeś, że jest zakaz, zapuszczania się na tereny gdzie dwunożni niszczą nasz las, ale powstrzymuje mnie to, że jesteś moim wnukiem i że musisz dożyć swojego mianowania na wojownika. Tropiąca Łaska mi powiedziała po tym, jak cię zaniosła, że jesteś gotowy na zostanie wojownikiem. Zatem gdy tylko poczujesz się lepiej i wyjdziesz z legowiska medyków, to będzie dla mnie znak, że będziesz gotowy się bić o swój tytuł. Także, oszczędzaj się. — Zalotna Gwiazda odeszła z lecznicy a medycy wrócili do swojej pracy. Cętkowana Łapa w duchu cieszył się, że zostanie wojownikiem, a jego cierpienie i ciężka praca były owocne.


[3226 słów]
[Test Wojownika]

Od Trójokiego Zająca

Nadeszła Pora Opadających Liści, a wraz z nią… przyszły pewne nowości, które, po tylu tragediach, wydawały się niczym czyste pocieszenie zesłane z samej Srebrnej Skóry, jakby w ramach swego rodzaju zadośćuczynienia. Upały Pory Zielonych Liści, całe szczęście, obecnie zdążyły się uspokoić. Już koty nie były aż tak intensywnie grzane w grzbiety, woda powoli powracała do normalnego stanu, coraz chętniej moszcząc się we wgłębieniach w ziemi po deszczach, próbujących odnowić to, co susza odebrała. Wodospad u wejścia nieustannie lał się z góry, echem niosąc po jamie donośny grom, gdy ciecz stykała się z gruntem, a na wierzchu powstawała piana, w promieniach słońca mieniąca się na najróżniejsze kolory. Na zewnątrz szalała burza, a wraz z nią opady, które zsyłały z góry pokaźną ilość deszczu, że aż robiło się siwo, jakby ktoś akurat teraz zasiał mgłę taką, że dało się ją ciąć pazurem. Groźne gromy niosły się echem, wsparte przez jaskrawe błyski tak białe, iż gdyby zostały postawione przed nosem kota, oślepiłyby szybciej, niż te u potworów Dwunożnych. Owady chowały się, gdzie mogły, a rośliny pokryte zostały całe przez hojnie rozłożone kropelki, skapujące dzielnie. W takich chwilach Zając był wdzięczny, że ich obóz znajdował się w ogromnej jamie, przynajmniej nie musieli teraz moknąć... Kocur poczuł lekkie ukłucie w żołądku, a poduszki świerzbiły go do biegu. Klifiak przebierał nerwowo łapami przed żłobkiem, co jakiś czas próbując zajrzeć do środka, jednakże zawsze ktoś go odciągał, żeby przypadkiem nie stresował Kukułczego Wdzięku. Został z niego wyproszony, gdy do karmicielki dotarły pierwsze bolesne ukłucia. To była kwestia czasu, aż przybędą. Kremus ufał Jagnięcemu Ukłonowi, a także Aldrowandowej Łapie, dlatego nie musiał obawiać się o ewentualne komplikacje przy porodzie. Próbował nie myśleć o wszystkim, co mogło pójść źle. Medykom, czyli kotom doświadczonym ufał bardziej niż sobie samemu, odbyli przecież tak długie szkolenie w tej dziedzinie i dalej stale się doszkalali, więc za każdym razem, gdy w głowie pojawiała się czarna wizja, odganiał ją im prędzej, nie chcąc psuć nikomu humoru, a tym bardziej sobie.
— Trójoki Zającu, możesz już wejść — uprzejmy, acz nieco zmęczony głos medyczki dotarł do jego uszu, wyrywając go z chwilowego zamyślenia. Jego serce zatłukło szybciej, a uszy postawiły się czujnie. Pręgus momentalnie skorzystał z pozwolenia i znalazł się tuż obok Kukułczego Wdzięku, której bok unosił się i opadał już spokojniej, sama wyglądała na wykończoną. U jej brzucha leżały cztery malutkie kuleczki z ulizanymi futerkami, z czego dwie były rażąco podobne do nich – malutka, kremowa koteczka z krótkim ogonkiem, a tuż obok niej dużo mniejsza, szylkretowa, która kopała każdego z rodzeństwa, próbując dopchać się do najlepszego miejsca. Wyglądała zupełnie jak Kukułczy Wdzięk, jednak z króliczą kitą. Następnie… niebieska szylkretka, która była największa z rodzeństwa. Łapki miała rozstawione tak, żeby nikt jej nie przeszkodził w ssaniu mleka. A mysi wąs od niej, ściśnięty i trzęsący się to ze strachu, albo z zimna, drobniutki kocurek, jedyny w całym miocie. Był cały niebieski, pręgi nieśmiało odznaczały się na jego grzbiecie, nakrapiając też główkę i cały wąski ogonek. Popiskiwał, dopóki nie doczepił się brzucha matki. Kocur poczuł, jak na sam widok serce mu mięknie.
— Są przepiękne — wymruczał. Gdyby tylko miał dłuższy ogon, najprawdopodobniej otuliłby je nim, zapewniając nawet więcej ciepła, niż gęste futro jego ukochanej.
— Oczywiście, że są — zamruczała karmicielka dość słabo, ale nadal pewnie. Nagle jej pyszczek rozświetliła swego rodzaju powaga, zmrużyła oczy, łapę położyła na piersi i wypięła ją do przodu dumnie. — Spójrz tylko na ich matkę.
Trójoki Zając poczuł, jak ciepło rozpływa mu się po klatce piersiowej. Potarł głową o głowę kocicy, nie mogąc wytrzymać ze szczęścia. Został ojcem! Polizał parokrotnie po łebku kocurka, żeby dodać mu otuchy. — Wszystko będzie dobrze… — powiedział do niego cicho. Chociaż zdawało się, że sama obecność rodziców działała na niego kojąco. Żółtooka w odpowiedzi uśmiechnęła się nieco, spoglądając na maluchy.
— Mają ogonki jak ty — powiedziała, układając się wygodnie. — Musimy je nazwać — przypomniała, nie pozwalając sobie na razie odpocząć, mimo iż jej oczy zamykały się same. Z pewnością wiedziała, że powinna oddać się w objęcia Morfeusza, aczkolwiek musiało to na razie poczekać, co nie cieszyło Zająca aż tak bardzo. Martwił się, że to jej zaszkodzi. Kocica nosem dotknęła główki jednego z kociąt, tym razem tego łudzącego podobnego do niej.
— Mysikrólik. Ma biel układającą się podobnie, co te wspaniałe ptaki. Będą towarzyszyć jej do końca życia, czuwając nad nią z gałęzi drzew i śpiewając jej do ucha słowa wsparcia, kiedy tylko będzie tego potrzebowała — powiedziała, a rozpromienienie nie schodziło z jej pyszczka. Następnie łapką zmierzwiła lekko jej futerko na głowie. Układało się dość zabawnie, bo w takie dwa “rogi”. Liliowa szylkretka odepchnęła brata od brzucha, po czym sama straciła równowagę i przeturlała się na bok. Łapki wystawiła sztywno, przebierając nimi niezdarnie, wymachując pazurkami nie większymi niż igiełki. Kotka spojrzała na partnera i zachęciła go do tego, żeby to on nadał następne imię.
Trójoki Zając zamyślił się na parę uderzeń serca, zatrzymując wzrok na następnym kocięciu. Imię było niezwykle ważne, było w końcu częścią kota. Nagle, na kulce puchu usiadła nakrapiana, wielokolorowa ćma, która musiała zapodziać się w jamie, a że na zewnątrz szalała wichura, nie mogła na razie tam wrócić. Jej skrzydła pomoczyłyby się całe i mogłaby tego nie przeżyć. Zielonooki przysunął do młódki łapę, a w jego ślepiach zatańczyły iskierki. Czy był to znak od samego Klanu Gwiazdy? Może właśnie tak powinien ją nazwać?
— Ćma — miauknął cicho, przypadkowo przeganiając owada. — Będzie ją prowadził zniczek, zasiadując na gałęziach blisko mysikrólików i pilnując, żeby przypadkiem nie rozniosły lasu w jedną noc. Wspomagać ją będą swoim sprytem, a także upartością. Wygląda zupełnie jak ja — rozczulił się, nie mogąc się napatrzeć na maluchy. Koteczka, jakby usłyszała własne imię, oderwała się na moment od mleka chwiejnie. Oczy miała nadal zamknięte, a na mordce wymalowane swego rodzaju niezadowolenie, że przestała jeść, jednak nosek jej poruszał się nieustannie, jakby wyłapała nowy zapach, którego nie mogła na razie za bardzo pojąć, co nie byłoby niczym dziwnym – maluchy dopiero uczyły się wszystkich tych zapachów, a z czasem poznać miały też i zwyczaje, jakie tu panowały… poznają nowe koty, terytorium, na jakim przyszło im się urodzić. Mała Ciemka rozsunęła swoje rodzeństwo niezgrabnie, popiskując donośnie. Kukułczy Wdzięk zamruczała, po czym przysunęła delikatnie córeczkę do siebie.
— Już wszędzie jej pełno — powiedział z lekkim rozbawieniem Trójoki Zając. — Będzie pilnować Mysikrólika — zachichotał, widząc, iż szylkretka już obmyślała następny niecny plan, a raczej na taką wyglądała, ponieważ w jej główce nie zdążyło utworzyć się za wiele myśli, poza “jestem głodna, muszę coś zjeść, wszystko jest nowe i dziwne”. — Albo… broić razem z nią — dorzucił ze swego rodzaju smutnym uśmieszkiem. Czekało ich wiele nieprzespanych nocy, jednak dla rodziny był w stanie zrobić wszystko. Przetrwać tyle, na ile pozwalał mu jego organizm oraz umysł. Żółtooka pokręciła głową.
Największa z miotu jadła w całkowitym skupieniu, nie przepychając nikogo, mimo, że jeśli by tylko zechciała, mogłaby wybrać sobie najlepsze miejsce bez większych problemów, a przeciśnięcie się przez nią byłoby trudne. Kukułczy Wdzięk musnęła noskiem jej głowę.
— Słonka. Z natury dość płochliwa, jednak nie w tym przypadku. Słonki będą wyglądać jej pomiędzy źdźbłami trawy, informując o ewentualnym zagrożeniu i dodając jej otuchy, jak i również pewności w wyborach, przed jakimi będzie stawiana.
Koteczka nawet nie drgnęła na dźwięk swojego imienia. Trwała przy brzuchu matki z niezwykłym jak na nowonarodzone kocię spokojem, jakby nic poza mlekiem i ciepłem nie miało obecnie znaczenia. Jedynie końcówka krótkiego ogonka poruszyła się leniwie.
— Jest taka spokojna — zauważył Klifiak, co zresztą nie było trudne do dostrzeżenia.
— I dobrze. Ktoś będzie musiał pilnować porządku w tym miocie — odparła rozbawiona Kukułczy Wdzięk, zerkając znacząco na Mysikrólika, która właśnie próbowała wspiąć się na grzbiet siostry. Słonka zmarszczyła pyszczek, gdy łapka mniejszej zahaczyła o jej bok, lecz zamiast się awanturować niepotrzebnie, przesunęła się tylko odrobinę i wróciła do jedzenia.
— Wygląda, jakby już była zmęczona całym światem — dopowiedział kremus. Ciekawe, czy on i Króliczek… też tacy byli, u brzucha ich matki, Pikującej Jaskółki? Kukułczy Wdzięk zamruczała w odpowiedzi cicho.
— A jeszcze tyle przed nią, nawet nie zdążyła otworzyć jeszcze oczu.
Pozostał ostatni kociak. Gdy został odepchnięty od brzucha przez Mysikrólika, zadrżał i zaczął domagać się cicho z powrotem swojego kącika. Zaczął człapać, jednak szybko stracił równowagę, znajdując się obok taty.
— Ten chyba zostanie przy mnie — powiedział, ujmując malucha w łapy. Wszystkie kocięta wyrosną na przewspaniałe koty. Niebieski ogonek zawinął mu się pod brzuch, przednie łapki ułożył na swojej klatce piersiowej, a tylne prostował i zginał na przemian, dość odruchowo, nie rozumiejąc, co się dzieje, płaszcząc uszka przy głowie. Szylkretowa karmicielka obserwowała ich przez parę uderzeń serca z ciepłym błyskiem w oczach.
— Wszystkie zostaną przy nas — podkreśliła stanowczo, acz spokojnie, odbierając od partnera kociątko i układając je obok siebie, żeby go już nie stresować dłużej nadto. Kocurek wtulił się w jej futerko, chowając wręcz pomiędzy gęstymi kłosami. Wyglądał niczym dzika polna mysz, tuląca się do wysoko pnących się źdźbeł trawy na łąkach.
— A potem, jak nauczą się chodzić? — zapytał kocur, wzrokiem śledząc malucha, który teraz mógł ponownie spokojnie jeść. Potem oczami przejechał raz jeszcze po kociątkach, wracając wreszcie do pyszczka swojej drugiej połówki.
— Potem też — zapewniła Kukułka, stykając się nosami z Zającem.
— Nazwę go Fulmar. Jest do nich podobny. Wspaniałe, wytrwałe ptaki, które potrafią przetrwać niezwykle długie i męczące loty. Są one uparte i ciekawskie świata. Będą wysoko na niebie szybować nad nim, patrolując jego teren i składać mu raport odnośnie wszelkich niedogodności… — powiedział, jednak zaraz po tym Kukułczy Wdzięk zamyśliła się, a Zając zmarszczył brwi, kręcąc lekko głową i robiąc przerwę między wypowiedziami. — Nie… on wygląda na zbyt delikatnego, żeby nazywał się od potężnych fulmarów…
— Firletka — powiedziała nagle karmicielka, oblizując policzki. — Mówią o firletkach także jako o kwiatach kukułki. Jest to aksamitna roślina, myślę, że do niego pasuje — kontynuowała, a końcówka jej ogona podrygiwała lekko.
— Firletka — powtórzył kocur, uśmiechając się raz jeszcze.

Kukułczy Wdzięk urodziła!

 Kukułczy Wdzięk urodziła czwórkę zdrowych kociąt!





Od Lśniącej Gwiazdy

Niebo przykrywała ciężka warstwa szarych chmur, rozciągających się od jednego krańca horyzontu po drugi niczym nierówna zasłona rozwieszona nad światem przez łapę, której nikt nie był w stanie dostrzec. Nie przypominały lekkich, srebrzystych obłoków zdobiących letnie dni; ich obecność była bardziej stanowcza, niemal nachalna, jak gdyby sam widok błękitu został uznany za coś zbędnego i usunięty bez słowa wyjaśnienia. Nad obozowiskiem zawisło coś ciężkiego, trudnego do nazwania, choć wystarczająco wyraźnego, by odcisnąć ślad na każdym podmuchu wiatru i każdym cieniu przesuwającym się po kamiennym podłożu. Wiatr nie był silny, a mimo to niósł w sobie uporczywość, której trudno było nie zauważyć. Przeciskał się pomiędzy skałami, muskał futra wojowników i poruszał źdźbła trawy z cierpliwością kogoś, kto nie musi się spieszyć, by osiągnąć zamierzony cel. Wszystko wydawało się funkcjonować tak jak zawsze, a jednak pod powierzchnią codzienności kryło się subtelne napięcie, przypominające drżenie skały na chwilę przed osunięciem się niewielkiego odłamka. Większość kotów zdawała się tego nie dostrzegać albo zwyczajnie nie przywiązywała do tego wagi, lecz Lśniąca Gwiazda od dawna nauczył się zwracać uwagę na rzeczy, które inni pomijali.
Jego wąsy poruszyły się lekko, gdy siedział w pobliżu mównicy i obserwował obozowisko z pozornie spokojnym zainteresowaniem. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak przywódca korzystający z chwili wytchnienia, kot zadowolony z możliwości przyglądania się własnemu klanowi podczas zwyczajnego dnia. W rzeczywistości jego uwaga nie była skierowana ku obozowi jako całości. Skupiała się na szczegółach. Na krótkich spojrzeniach wymienianych pomiędzy wojownikami. Na tym, kto siadał obok kogo. Kto unikał rozmów. Kto milczał odrobinę dłużej, niż powinien.
Od czasu rozmowy z Tawułową Bryzą coraz rzadziej pozostawał zamknięty w swoim legowisku. Dla większości mogło to wyglądać jak przejaw troski o klan albo zwyczajna chęć bycia bliżej wojowników, lecz prawda była znacznie mniej wzniosła. Obserwacja zawsze dostarczała więcej informacji niż pytania, a informacje były znacznie cenniejsze od słów. Słowa można było kontrolować. Można było je wygładzać, ukrywać za nimi intencje albo świadomie kierować je w odpowiednią stronę. Zachowania były znacznie bardziej szczere.
Nazwy i twarze przesuwały się przez jego myśli niczym znaczniki na mapie, której granice zmieniały się każdego dnia. Nie szukał dowodów zdrady ani oznak buntu. Szukał wzorców. Powtarzalności. Niewielkich odchyleń od normy, które same w sobie nie znaczyły nic, lecz odpowiednio zestawione zaczynały tworzyć znacznie ciekawszy obraz.
Najbardziej drażniące było jednak to, że źródłem całego tego procesu pozostawał Tawułowa Bryza.
Sama myśl o nim wywoływała w Lśniącej Gwieździe uczucie przypominające drobny kamień uwięziony pomiędzy zębami — nie na tyle bolesne, by uniemożliwić funkcjonowanie, lecz wystarczająco irytujące, by nie dało się o nim zapomnieć. Nie potrafił wskazać jednego konkretnego powodu.
A jednak coś w nim budziło dyskomfort.
Być może chodziło o sposób, w jaki mówił. Być może o to, że sprawiał wrażenie kota dostrzegającego więcej, niż powinien. A może problem był jeszcze prostszy i przez to bardziej irytujący — być może sama jego obecność stanowiła przypomnienie, że nie wszystkie elementy klanu pozostają pod pełną kontrolą.
Wspomnieniami sięgnął do ostatniej rozmowy z białym kocurem, która mimo upływu czasu nie straciła nic ze swojej ostrości, a wręcz przeciwnie — zdawała się wracać do niego coraz wyraźniej, za każdym razem odsłaniając szczegóły, których wcześniej nie uważał za warte uwagi. Nie chodziło nawet o same słowa, ponieważ te były jedynie powierzchnią czegoś znacznie bardziej irytującego. Pamiętał sposób, w jaki Tawułowa Bryza mówił, pamiętał gniew, ale też i tę dziwną nutę cierpliwości kryjącą się pod jego tonem oraz to szczególne przekonanie o własnej racji, które nie potrzebowało podnoszenia głosu ani ostentacyjnego sprzeciwu, aby stać się widoczne.
To właśnie ono drażniło go najbardziej, ponieważ przypominało nie otwarty bunt, lecz coś znacznie bardziej nieuchwytnego, a przez to również trudniejszego do kontrolowania. Tawułowa Bryza sprawiał wrażenie kota, który nie tylko kwestionował innych, ale też zwyczajnie uważał swoje spojrzenie za trafniejsze, jakby gdzieś głęboko doszedł już do wniosku, że rozumie rzeczywistość lepiej od tych, którzy powinni ją kształtować.
I właśnie dlatego nie potrafił całkowicie odrzucić tej myśli, ponieważ coraz wyraźniej uświadamiał sobie, że gdyby Tawułowa Bryza naprawdę postanowił zebrać wokół siebie niezadowolonych wojowników, prawdopodobnie nie zabrakłoby kotów gotowych go wysłuchać.
Lśniąca Gwiazda zastrzygł lekko uszami, podczas gdy jego spojrzenie przesuwało się po obozowisku bez konkretnego celu, jakby próbował odnaleźć odpowiedź pomiędzy sylwetkami wojowników zajętych własnymi sprawami. Przez chwilę zastanawiał się, czego właściwie oczekuje od całej tej sytuacji, lecz im dłużej szukał odpowiedzi, tym bardziej dochodził do wniosku, że nie chodziło ani o fakty, ani o dowody, ani nawet o potwierdzenie własnych podejrzeń.
Nie zależało mu na prawdzie.
Nie zależało mu również na uspokojeniu własnych obaw.
Znaczenie miało wyłącznie to, jakie miejsce zajmuje pośród nich wszystkich — i każda kolejna myśl nieuchronnie prowadziła go do tego samego punktu. Wszystkie rozmowy, wszystkie plotki, wszystkie ukryte napięcia oraz wszystkie relacje istniejące pomiędzy wojownikami interesowały go tylko o tyle, o ile mogły wpłynąć na jego pozycję.
Świadomość ta nie pojawiła się nagle, lecz raczej wynurzyła się z jego wnętrza z naturalnością, jak coś, co istniało tam od dawna i dopiero teraz zostało nazwane.
Nie chciał odpowiedzi, ponieważ odpowiedzi mogły okazać się niewygodne.
Nie chciał nowych pytań, ponieważ pytania oznaczały niepewność.
Nie chciał nawet spokoju, gdyż spokój często usypiał czujność.
Chciał jedynie pozostać ponad nimi wszystkimi, ponad ich ambicjami, urazami, frustracjami oraz przekonaniami o własnej racji — bo właśnie tam znajdowało się miejsce, które przez tak długi czas budował dla siebie z niezwykłą starannością.
I wiedział, że to zrobi — zbyt wiele razy obserwował już, jak rzeczywistość powoli dostosowuje się do woli tych, którzy potrafią cierpliwie czekać, odpowiednio dobierać słowa i przesuwać innych dokładnie tam, gdzie chcą ich widzieć. Nie była to nawet kwestia wiary we własne możliwości, lecz coś znacznie chłodniejszego, bardziej niepokojącego, przypominającego pewność kogoś stojącego nad przepaścią i wiedzącego, że kamień wypuszczony z łapy nie zatrzyma się w połowie drogi.
Że mu się uda.
Widział już zbyt wiele zależności, zbyt wiele słabości ukrytych pod pozorami lojalności i zbyt wiele pęknięć biegnących przez serca kotów, które z zewnątrz wydawały się niewzruszone.
Każdy miał jakiś punkt nacisku.
Każdy nosił w sobie lęki, urazy, ambicje albo potrzebę uznania, a wszystkie te rzeczy były znacznie bardziej przewidywalne, niż większość chciałaby przyznać.
I właśnie dlatego żaden kot nie będzie mógł go powstrzymać, niezależnie od tego, jak bardzo uparty, pewny siebie albo przekonany o własnej racji mógłby być.
Przez krótką chwilę jego spojrzenie zatrzymało się na obozowisku, a wśród poruszających się sylwetek nie dostrzegał już żyjących kotów. Widział układ zależności, sieć drobnych słabości oraz niewidzialnych więzi, które można było wzmacniać, rozciągać albo zrywać, jeśli wymagała tego sytuacja.
To właśnie było najbardziej satysfakcjonujące.
Świadomość, że większość kotów nawet nie zauważy chwili, w której utraci wpływ na własny los, ponieważ wszystko wydarzy się wystarczająco powoli, wystarczająco subtelnie i wystarczająco elegancko, aby mogli uwierzyć, że wszystko jest w porządku, pod kontrolą, że nic złego się nie dzieje.
Więc kiedy już w końcu zrozumieją, co się stało, nie pozostanie już nic do zatrzymania. Pozostanie jedynie świadomość, że proces rozpoczął się znacznie wcześniej, niż ktokolwiek zwrócił na niego uwagę, i że od samego początku był skazany na powodzenie.
A początek tego procesu przypieczętuje sam Tawułowa Bryza.

Od Smoka CD. Wrony

Zbliżała się już noc, a niebo zaczęło przybierać barwy różu i turkusu, wypierając z siebie słońce. Gondor, Wrona i Smok wracali ze spaceru, a w międzyczasie młódka opowiadała im o swoim ostatnim śnie.
— I w nim była taka wieeeelka jaszczulka, któla chciała mnie zjeść, ale ja się jej nie dałam i znokautowałam ją jednym silnym ciosem! — wyjaśniła. Potem podeszła do swojej matki, a ta dotknęła ją nosem w główkę.
— Och, już się bałam, że nie wrócicie z tego spaceru! — mruknęła czule Rohan.
— Mamo, mamo! Wiesz, jak było fajnie? Nauczyłam się nieco walczyć, zobaczyłam legowisko na dzewie, i szukałam kamyczków w wodzie! — zaczęła opowiadać, a w jej oczach zaiskrzyła duma.
Jednocześnie srebrzysta rozszerzyła źrenicę ze strachu, lecz Wrona uspokoiła ją wzrokiem.
— Pani córka jest naprawdę odważna! — mruknęła, na co Smok wypięła pierś i zadarła brodę.
Po chwili szylkretka spojrzała wprost na swoją matkę i wyszczerzyła ząbki.
— Mamo, mogę jeszcze pogadać z Wloną? Plooooszę — spytała, przechylając główkę.
— Ech, no dobrze, ale jak drugi raz przyjdę, to masz iść do żłobka! — miauknęła Rohan, po czym machnęła ogonem i wróciła do kociarni.
Gdy zniknęła w wejściu do żłobka, odezwała się dymna:
— Smoku, czy już wiesz, na kogo chcesz się szkolić?
Młódka przysiadła na ziemi, po czym podrapała się palcem po brodzie.
— Eee, czekaj, daj mi się zastanowić… — odpowiedziała, mrużąc na moment ślepka. Po chwili jednak jej pyszczek rozjaśnił się w szerokim uśmiechu, a w oczach pojawiła się determinacja. — Hej, z całą pewnością zostanę wojownikiem! I to najsilniejszym, jakiego Owocowy Las kiedykolwiek widział! — stwierdziła z taką pewnością siebie, że równie dobrze jej słowa już mogłyby być prawdą.
— Och, naprawdę? W takim razie życzę ci powodzenia w osiągnięciu swojego celu! — odparła dymna, posyłając młodszej pokrzepiający uśmiech. — Może nawet kiedyś uda nam się pójść na wspólny trening! Co o tym myślisz, Smoku? — zapytała.
Jak to, co myśli? Oczywiście, że chętnie odbędzie z kimś szkolenie!
— Tak, tak! Pójdziemy na wspólny tlening i zobaczysz, że pokonam cię skinieniem palca! — zaśmiała się Smok, a jej wąsy zadrżały z rozbawienia. — Ale zanim to, pokonam jeszcze swojego blaciszka, bo mu to obiecałam! — dodała, przytakując głową z pełną powagą.
Wrona zachichotała na słowa malucha.
— To może odbędziemy trening w trójkę, jeśli mój i wasi przyszli mentorzy się na to zgodzą? Chciałabym zobaczyć, jak walczysz z bratem! — oznajmiła, zaciekawiona słowami Smoka.
Mała karpatka nie wahała się nawet przez chwilę. Od razu podskoczyła z radości i odparła:
— Tak, tak, tak! Pielścień spali się ze wstydu jak ze mną pzegla na twoich oczach!
Uczennica otworzyła pysk, by znów coś powiedzieć, jednak wtedy ze żłobka wychyliła pysk Rohan. Chyba już zaczynała się niecierpliwić.
Smok zauważyła jej oczekujące spojrzenie i natychmiast pognała w stronę kociarni, rzucając Wronie krótkie “do zobaczenia” na pożegnanie. Już nie mogła się doczekać, aż w końcu te wszystkie obietnice się spełnią!

* * *

Wreszcie! Wreszcie doczekała momentu, w którym została uczniem! Zostało jej przydzielone własne legowisko pośród gałęzi kasztanowca, a także otrzymała mentora. Kocur nazywał się Sajgon. Smok nigdy wcześniej z nim nie rozmawiała, toteż nie miała pojęcia, co o nim sądzić. Miała tylko nadzieję, że ich współpraca okaże się owocna, gdyż nie zamierzała kisić się na randze ucznia aż do osiągnięcia wieku 25 księżyców! Co to, to nie! Zamierzała postarać się na tyle bardzo, by czarnofutry wojownik uznał, że jest gotowa do awansu już wtedy, gdy osiągnie wiek 10 księżyców! Chciała jako pierwsza z rodzeństwa opuścić legowisko uczniowskie, by potem móc się tym chwalić przy każdym kroku. Chyba by sobie nie wybaczyła, gdyby Mordor lub Pierścień awansowali jako pierwsi po tym, jak przez cały czas zapewniała ich o swojej świetności.
Dzięki swoim ambicjom była niezwykle zaangażowana i obowiązkowa. Właśnie dlatego, gdy Sajgon przyszedł, by zabrać ją na trening, nawet się nie ociągała. Od razu zeszła z pnia, gotowa na to, by wyruszyć wraz z czarnofutrym poza azyl. Denerwował ją tylko fakt, że jako ostatnia rozpoczęła trening, podczas gdy inni uczniowie już dawno zostali zgarnięci przez swoich nauczycieli. Postanowiła mu to wytknąć.
— Hej, a czemu wychodzimy jako ostatni? — zagadnęła, gdy wraz z Sajgonem opuszczała obóz.
Ten zmierzył ją swoim poważnym wzrokiem, po czym odchrząknął i odparł:
— Dobrze, że pytasz. Lepiej, bym już od samego początku wyjaśnił ci kilka zasad, którymi się kieruję — stwierdził, patrząc wprost przed siebie.
Smok nastawiła uszu, zaintrygowana tym, co chciał jej przekazać mentor. Miała nadzieję, że będzie to coś mądrego, żeby mogła to potem zapamiętać i opowiadać rodzeństwu, jakby to ona sama to wymyśliła!
— Po pierwsze, nigdy nie uginam się pod presją czasu. Wykonuję swoje obowiązki wtedy, kiedy ja chcę, a nie wtedy, kiedy ode mnie tego oczekują — oznajmił twardo, na co karpatka przytaknęła głową ze zrozumieniem. To, co mówił, miało sens. Po co przejmować się czasem, który był tylko jakimś wymysłem! W końcu nie można było go zobaczyć, więc czy tak naprawdę w ogóle istniał?
— A po dlugie? — spytała Smok, na co Sajgon w końcu łypnął na nią wzrokiem.
— Dlugie? — powtórzył po niej, nieco zdziwiony. Przyglądał jej się jeszcze tak przez chwilę, jakby analizował coś w myślach. Dopiero po chwili odchrząknął i znów przybrał kamienny wyraz pyska, powracając do obserwowania rysujących się przed jego nosem terenów. — Tak, po drugie… Musisz wiedzieć, że nie toleruję kłamstwa pod żadną postacią. Nie cierpię też oszustów, więc radzę ci nie próbować mnie oszukiwać, albo marnie się to dla ciebie skończy. Uwierz mi, że wyczuję kłamstwo z dziesięciu długości drzewa! — mruknął.
Te słowa nie spodobały się młodej karpatce. Ona nie widziała w kłamstwie nic złego! W końcu nic się nikomu nie stanie, jeśli wymyśli sobie historyjkę o walce z borsukiem i każdemu o niej zacznie mówić! Dlaczego ktoś miałby nienawidzić kłamstewek, nawet tych niewinnych?
— Aha… — burknęła w odpowiedzi na drugie przykazanie Sajgonu.
— Co “aha”? Czy coś ci się nie podoba? — fuknął czarnofutry. Jednocześnie żaden pojedynczy mięsień jego pyska nie drgnął, więc trudno było wyczytać, czy ma wobec Smoka jakiś wyrzut, czy pyta naprawdę.
— Nie, skądże — odparła krótko, po czym westchnęła ciężko, jednak niczego nie dopowiedziała. Jej reakcję można było uznać za wymowną…
— Przecież widzę, że coś ci nie pasuje. Czyżbyś lubiła kłamać? — drążył Sajgon, na co karpatka pokręciła głową.
— A ja pzecież mówię, że wszystko jest w poządku! — oburzyła się, strosząc futro na karku.

* * *

Sajgon nie zrobił na Smoku dobrego pierwszego wrażenia, ale młódka miała nadzieję, że z czasem czarnofutry ogarnie się i wyciągnie tego kija z zadka. Wtedy na pewno ich treningi zaczną przebiegać znacznie przyjemniej. Nie będą się musieli wadzić o jakieś drobnostki. Bo jak inaczej nazwać niewielkie kłamstwa? Przecież były na tyle błahe, że wypruwanie sobie z ich powodu żył było po prostu marnotrawstwem energii i czasu. Ale skoro Sajgon tak bardzo chciał stać przy swojej narracji, w takim razie proszę bardzo. Byle się tylko nie zdziwił, jak kiedyś zostanie zgorzkniałym staruszkiem bez przyjaciół.
Szylkretka tak była sfrustrowana drugą zasadą Sajgonu, że musiała się pójść wyżalić Wronie. Prędko odnalazła dymną i jej legowisko na kasztanowcu. Znajdowało się nieco wyżej, ponieważ kotka szkoliła się na zwiadowcę i musiała potrafić umiejętnie poruszać się na wysokościach.
— Wlono! Wlono, zejdź na dół! — krzyknęła Smok, stojąc pod drzewem.
Kotka o oklapniętych uszach prędko zsunęła się po pniu na ziemię, stając przed szylkretową uczennicą.
— Tak? Chciałaś o czymś porozmawiać? — spytała od razu, po czym uśmiechnęła się do młodszej. — Poza tym gratuluję awansu! Faktycznie zostałaś wojownikiem i wierzę, że teraz uda ci się zostać najlepszym kotem na tej randze!
Smok w głębi duszy ucieszyła się na pokrzepiające słowa koleżanki, jednak w rzeczywistości przewróciła tylko oczami.
— Mniejsza o to… — westchnęła, zmieniając temat. — Dostałam mentola, nazywa się Sajgon. Ma stlaszny kij w tyłku! Powiedział mi, że nie toleluje kłamstw w żadnej postaci, a ja uważam, że to gluba pzesada! — oburzyła się, smagając ogonem powietrze.

<Wlono? A ty co o tym sądzisz?>

[1250 słów]

Jesienne dolegliwości!

Nadeszła Pora Opadających Liści, a z nią nowe dolegliwości!

POGODA

xxx

Klanu Burzy:

Szafirkowy Wiatr - infekcja oka
Złota Wydma - ból głowy 
Szara Skóra - bezsenność
Biały Strumień - gorączka
Wędrujące Niebo - zatrucie pokarmowe

Klanu Klifu:
 
Werbenowa Łapa - bezsenność
Migot - kocięcy kaszel
Gąsiennicowy Ogryzek - chrypa
Serdeczna Naparstnica - ból głowy 
Drzemiące Słońce - zwichnięcie czegoś

Klanu Nocy:

Lśniąca Ikra - podrażniona skóra
Siwa Czapla - zielony kaszel ?
Stroczkowa Nadzieja - ból głowy
Ćmie Mżenie - wybicie barku
Rezedowa Łapa - ugryzienie przez szczura

Klanu Wilka:
 
Wilgowa Gorycz - infekcja gardła
Brukselkowa Zadra - gorączka
Blade Lico - infekcja ucha
Krucze Pióro - swędząca infekcja
Makowa Iluzja - katar

Owocowego Lasu:
 
Puchacz - biały kaszel
Mistral - bezsenność
Jeżyna - zatrucie pokarmowe
Pszczółka - ból głowy
Jaśminowiec - ból zęba

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Leon - niestrawność
Louis - infekcja gardła
Lisi Oset - szkło w łapie

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w kolejne stadium. Dotyczy to kotów z:

Klanu Burzy:

Wszyscy wyleczeni!

Klanu Klifu:
 
Wszyscy wyleczeni!

Klanu Nocy:

Wymarzona Słodycz - niestrawność 

Klanu Wilka:
 
Zalotna Gwiazda - szkło w łapie > infekcja
Iskrząca Nadzieja - ból głowy

Owocowego Lasu:

Wszyscy wyleczeni!

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Skrzelowy Szept - katar > kłopoty z oddychaniem > duszności > astma
Przebiśnieg - zranienie ogona > infekcja > niemożność poruszania kończyną > gnicie kończyny
Dryfująca Bulwa - infekcja oka > tymczasowa ślepota 
Rysi Trop - bezsenność > halucynacje > problemy psychiczne
Czajka - swędząca infekcja > podrażnienie skóry
Baśniowa Stokrotka - ból zęba > zepsucie zęba

Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka jesienią.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu jesieni - mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!

Od Modrogończyka

Nim kocięta skończyły 4 księżyce

Modrogończyk dowiedział się od Przypływ tego, kto jest ojcem czwórki najmłodszych mieszkańców kociarni. Podobno był nim czarno-biały kocur o niebieskich oczach. I to nie byle jaki kocur! Podobno był zastępcą klanu, z którym Owocowy Las miał sojusz. A Modrogończyk, Psianka, Łza oraz Zew narodzili się w ramach umowy między dwiema społecznościami, aby wzmocnić ich sojusz.
Brązowy kocurek był nieco zawiedziony tym, że jego rodzice nie byli parą kotów, których połączyła miłość, tylko umowa. Wolałby, aby ich tata mógł być tutaj z nimi, odwiedzać ich w żłobku, podobnie jak robił to Gondor. Kocur często wpadał w odwiedziny do starszych kociąt oraz swojej partnerki, której przynosił dorodne zdobycze.
— Gdy skończycie cztery księżyce, dwóje z was opuści Owocowy Las i dołączy do klanu waszego ojca — miauknęła starsza kocica, tłumacząc wszystko na spokojnie ciekawskiemu kociakowi.
Gończyk, mimo że wykazał zainteresowanie ojcem oraz obcą społecznością, nie chciał opuszczać mamy, a tym bardziej nie chciał być rozdzielany ze swoim rodzeństwem. Kto wpadł na taki głupi pomysł, aby rozdzielać członków rodziny?!
— Naprawdę dwoje z nas musi dołączyć do Klanu Burzy? — zapytał, na co starsza przytaknęła. — Nie lepiej oddać im Pierścienia i jedną z jego sióstr? — mruknął. W jego oczach zebrały się łzy, które próbował ukryć przed byłą liderką. Raz za razem pociągał noskiem. Nie potrafił sobie poradzić z tym, że on, Psianka, Łza lub Zew z drugim z ich czwórki rodzeństwem zamieszka w obcej społeczności. I to w takiej, w której nie wierzyło się we Wszechmatkę tylko jakiś Klan Gwiazdy! — Przypływ, zrób coś! — Uderzył swoją małą łapką w jej przednią łapkę. — Byłaś kiedyś liderką... nie pozwól, aby nas rozdzielono!
— Przykro mi, Gończyku... wiem, że to nic przyjemnego, gdy rozdziela się rodzinę. Na szczęście Klan Burzy leży blisko Owocowego Lasu, więc będziecie często się widywać. Myślę, że zarówno Czereśnia, Kolendra, Figa, wasz ojciec, jak i dziadek, nie będą mieli przeciwko temu, abyście przekraczali granicę i mogli się ze sobą spotykać, kiedy będziecie chcieli. — Uśmiechnęła się i delikatnie dotknęła noskiem policzka Gończyka. — Spójrz na to z innej strony, Gończyku. Jesteście wyjątkowymi kociętami, które są namacalnym dowodem sojuszu między dwiema kocimi społecznościami. Mimo że nikt was o to nie zapytał, zostaliście wybrani jako kocięta zastępcy i szamanki do bardzo ważnego zadania, dzięki któremu zadbacie o to, aby nasze społeczności jeszcze lepiej się poznały oraz bardziej sobie ufały. — Przyciągnęła do siebie kocurka, pozwalając jego głowie spocząć na jej kryzie. — Jeśli będziesz tym kocięciem, które zostanie w Owocowym Lesie, to będziesz miał dodatkowe ważne zadanie. Zostaniesz strażnikiem pamięci o waszej rodzinie tutaj, który musi ich wspierać z całych sił. Nie możesz pozwolić, aby smutek i żal sprawił, że odwrócisz się od nich i porzucisz.
— A jeśli to ja będę tym, który opuści Owocowy Las...
— Jeśli to ty będziesz jednym z tych kociąt, które opuści Owocowy Las, to wiem, że będzie to dla ciebie trudne. Będziesz tęsknił za mamą, pozostawionym rodzeństwem i za wszystkim, co znasz. Pamiętaj, że nie przestaniesz być częścią Owocowego Lasu, gdy przekroczysz granicę i będziesz zmuszony przystosować się do innych zasad. Dla mnie i dla wielu innych Owocniaków wciąż będziesz Owocniakiem. I to nie byle jakim, ale takim, któremu powierzyliśmy ważne zadanie. Będziesz spoiwem.
Gończyk nie chciał być spoiwem. Nie chciał być też strażnikiem. Nie chciał widywać dwójki swego rodzeństwa od czasu do czasu, tylko pragnął z nimi spać w legowisku, później chodzić na wspólne treningi, aż w końcu wspólnie przenieść się do starszyzny.
Zmrużył oczy. Od płaczu rozbolała go nieco głowa. Ułożył się wygodniej, tuląc się do futra starszej. Zasnął. A gdy ponownie się obudził, znajdował się w kociarni. Mama lub jakiś inny wojownik musiał go zabrać ze starzyzny i śpiącego przenieść do kociarni.
— Zew... Psianka... Łza... — zwrócił się do rodzeństwa, które wybudzało się ze swojego snu. — Musimy sobie obiecać, że nieważne co, nieważne jak daleko od siebie będziemy, będziemy zawsze rodzeństwem i nikt, ani nic tego nie zmieni.

14 czerwca 2026

Od Jagnięcego Ukłonu

Ruda kocica nie była pewna, w jaki sposób wybiła bark, ale to było bardzo nieprzyjemne uczucie. Ostatnio miała jakiegoś dziwnego pecha, bo nie tak dawno temu musiała ratować organizm przed odwodnieniem. Westchnęła cicho. Rozejrzała się po legowisku i dostrzegła swoją uczennicę.
— Aldrowandowa Łapo — zawołała młodszą. Kiedy koteczka do niej podeszła Jagnięcy Ukłon posłała jej delikatny uśmiech. — Pomożesz mi — miauknęła łagodnie. Wyjaśniła uczennicy, co powinna zrobić. Miała już przygotowane potrzebne zioła. Szylkretka pomogła jej nastawić bark. Jagnięcy Ukłon zacisnęła lekko zęby. Zaraz też sięgnęła po liście malin i wierzbę. Wzięła do pyszczka odpowiednią ilość medykamentu i zjadła. Zaraz też przeżuła kolejne liście. — Dziękuję, moja droga — wymruczała do uczennicy. Posprzątała po sobie. Liczyła, że kolejny taki pech będzie dopiero za jakiś czas. Obawiała się, że poważniejsza choroba lub uraz źle by się dla niej skończył, a przecież miała do wytrenowania Aldrowandową Łapę. Klan nie mógł zostać bez medyka. Szczególnie gdy czasy bywały tak niepewne. Musiała przyspieszyć nauki. Wierzyła, że jej uczennica godnie ją zastąpi, kiedy przyjdzie i na nią czas. Ostatni oddech zbliżał się coraz bardziej nieubłaganie. Wiedziała o tym. W końcu nie była pierwszej młodości. — Aldrowandowa Łapo, przyspieszymy nasz trening. Musimy — zwróciła się do swojej uczennicy. — Spodziewaj się od jutra szybszego tempa — poinformowała jeszcze, a następnie podeszła do składnika z ziołami i sprawdziła stan medykamentów. Postanowiła ją zabrać nazajutrz w teren i pokazać miejsce, które kiedyś pokazała jej Ćmi Księżyc. Zamierzała zabrać ze sobą Psotnego Nietoperza dla ochrony, ale liczyła, że obejdzie się bez niespodzianek.

Wyleczeni: Jagnięcy Ukłon