Wciąż nie dowierzał, że niedawno spotkał w lesie swojego dawnego pobratymca — Czajkę. Jakie były na to szanse? Jakim cudem niebiesko-biały przechadzał się tak blisko niego? I co on tak właściwie robił jako samotnik? Czyżby uciekł z Owocowego Lasu, a może został z niego wyrzucony? Co, jeśli po zaginięciu Osetka Ziemniak postanowił wyżywać się na kimś innym i padło akurat na zwiadowcę? Te pytania nie dawały zielonookiemu wytchnienia. Tak bardzo chciał poznać na nie odpowiedzi! Tylko niestety, gdy Czajka zaczął uciekać, nie miał wystarczająco silnej woli, by ruszyć za nim. Stał w miejscu. Jak jakiś mysi móżdżek. Pozwolił, by jego dawny znajomy zniknął mu z pola widzenia. Pozwolił mu odejść. Co, jeśli był to ostatni raz, gdy się widzieli? Przecież szansa na to, że spotkają się ponownie, musiała być potwornie niska! Las między terenami Owocowego Lasu a Klanu Nocy był dosyć spory. Na tyle, że przez dobre kilka następnych sezonów mógł przypadkiem nie natknąć się na zwiadowcę ani razu. Miał nadzieję, że jednak los okaże mu się w tym przypadku przychylny i splecie ścieżki ich dwójki. Lisi Oset desperacko potrzebował tej interakcji. Potrzebował wrócić wspomnieniami do przeszłości, która była znacznie radośniejsza od teraźniejszości.
Przynajmniej teraz, gdy zadręczał się pytaniami na temat Czajki, nie myślał już o tym, jak sprawnie odejść z tego świata. Za każdym razem, gdy przechadzał się lasem, skupiał się na tym, gdzie mógłby być Czajka, a nie na tym, która roślina najskuteczniej go otruje. W końcu, jeśli uda mu się na nowo nawiązać z nim więź, być może zyska powód, dla którego miałby żyć. Być może udałoby im się zamieszkać wspólnie w jakiejś norze i razem zmagać się z trudami samotniczego życia. Czy nie brzmiałoby to wspaniale? Przecież na tym najbardziej mu zależało. By w końcu mieć jakiegoś kompana. Kogoś, kto nie zniknie z jego życia po kilku księżycach tak jak wcześniej jego cała rodzina, Wiciokrzew, a na końcu Mglisty Sen. To było już za dużo strat jak na jedno życie.
Choć nie mógł ukryć, że wszystkie wynikały tylko i wyłącznie z jego głupoty. Mógł nie panikować. Mógł wtedy zostać ze swoim rodzeństwem i słuchać rodziców, zamiast uciekać przed siebie na nieznane tereny. Strata przybranego ojca też była jego winą. Nie musiał wcale zostawać w Świetlikach. Mógł wrócić do Owocowego Lasu, mógł powiedzieć wszystkim, jakim tak naprawdę kotem jest Ziemniak. Przecież by mu uwierzyli. Czekoladowy dostałby to, na co zasłużył. Oprócz tego mógł wszystko naprawić, gdyby wraz ze swoim mentorem — Mglistym Snem — opuścił Świetliki. Nie musiałby tracić z nim kontaktu, a poza tym mógłby ponownie spotkać się z Wiciokrzewem. Postanowił jednak dalej prowadzić życie jako samotnik… tylko dlaczego?
Zatrzymał się pośrodku lasu, zmęczony poszukiwaniami i intensywnymi przemyśleniami. Z chwilą, w której wlepił wzrok w swoje łapy, przygniotły go wszystkie smutki. Nie będzie przecież wiecznie szukał Czajki! Jeśli mu się to nie uda, to… właściwie nawet sam nie wiedział, co powinien zrobić ze swoim życiem. Wiedział po prostu, że nie chciał żyć tak, jak dotychczas. Nie chciał być sam. Nie chciał spotykać się z kimś raz na księżyc — w tym przypadku z Senną Łzą. Był w niej zauroczony, nawet nie próbował tego przed sobą ukrywać. Patrzenie w jej oczy sprawiało, że serce zaczynało bić mu szybciej. Nie sądził jednak, że kiedykolwiek nadarzy się okazja, by wyznać jej miłość. Była przecież z Klanu Nocy, nie mogła zostać partnerką jakiegoś zapchlonego samotnika! Gdyby jej pobratymcy się o tym dowiedzieli, na pewno nie byłoby zbyt kolorowo. Osetek nie chciał nawet zgadywać, co mogłoby się stać, gdyby któryś Nocniak odkrył, że Senna Łza spotyka się z bezklanowcem. Czy postanowiliby ją wyrzucić? Może nadaliby jej jakieś karne imię? Nieważne. Chodziło mu o to, że nie chciał, by tak pięknej i łagodnej kotce stało się coś złego z powodu tego, kto się w niej zakochał.
Lisi Oset pociągnął smutno nosem, aż wtem zamarł. W jego nozdrza uderzyła znajoma woń. Nie musiał długo zastanawiać się, do kogo należała. Wiedział dobrze, kogo ujrzy, jeśli podniesie wzrok. Właśnie dlatego zrobił to bez chwili wahania. Tak jak zakładał, stał przed nim Czajka. Wpatrywał się w niego intensywnie, choć uparcie milczał. Wydawał się taki… delikatny. Jak duch. Osetkowi wydawało się, że gdyby wykonał jeden niewłaściwy ruch, zwiadowca rozpłynąłby się w powietrzu.
— Czajko… — mruknął w końcu zielonooki. W jego oczach pojawiły się iskierki ekscytacji, których nie był w stanie ukryć.
Niebiesko-biały w pierwszej chwili cofnął się o krok, a następnie strzepnął nerwowo ogonem, jakby wciąż nie wiedział, czy chciał rozmawiać w cztery oczy z drugim samotnikiem.
— Proszę, nie uciekaj tym razem! — wyrwało się Osetkowi, gdy spostrzegł, jak kocur napina mięśnie w łapach. — Nawet nie wiesz, jaką ulgę poczułem, gdy cię wtedy zobaczyłem… — kontynuował. Na język cisnęło mu się tyle słów, że ciężko było mu ułożyć je w sensowną wypowiedź. Nie wiedział, o czym wspomnieć najpierw ani o co zapytać. — Myślałem, że już nigdy nie spotkam kogoś, kogo znałem z Owocowego Lasu. Myślałem, że… resztę swojego życia spędzę w samotności. A to, jak się domyślasz, bardzo smutna myśl. Nie chciałbym, żeby stała się prawdziwa — mruknął, kładąc po sobie uszy.
Niebieski kocur przez dłuższą chwilę stał w bezruchu, co Osetek uznał za sygnał, że może mówić dalej.
— Przede wszystkim… chciałbym cię przeprosić. Byłem taki głupi! Nie wiem, czemu postanowiłem kontynuować swoje życie jako samotnik, podczas gdy Owocowy Las przywitałby mnie z otwartymi łapami. Może gdybym tylko nie był takim tchórzem… — zaczął, pełen żalu do samego siebie. — Nie byliśmy nazbyt blisko, ale wiem, że swoim zniknięciem mogłem cię skrzywdzić. Ciebie, jak i resztę kotów, które kochałem… Nie powinienem był tego robić. Teraz już to wiem i bardzo żałuję. Czuję jednak, że wlazłem już zbyt głęboko w to całe bagno — żalił się dalej, sam nie wiedząc już, czy bardziej zależy mu na tym, by wytłumaczyć się przed Czajką, czy przed samym sobą.
W końcu brązowooki westchnął ciężko, rozluźniając się nieznacznie.
— To… ja przepraszam — odezwał się w końcu, na co Lisi Oset zastrzygł uchem.
Czajka wyglądał, jakby chciał coś jeszcze dodać, lecz głos ugrzązł mu w gardle.
— Nie musisz… — odparł zielonooki. — Ty akurat nie masz za co.
* * *
Teraźniejszość
Nadeszła Pora Nagich Drzew. Najgorsza z nich wszystkich. Czasem zabójcza nawet dla klanowych kotów, a co dopiero samotników! Ponadto tego roku była wyjątkowo mroźna. Osetek mógłby się nawet pokusić o stwierdzenie, że to najzimniejsza Pora Nagich Drzew od bardzo długiego czasu. Znalezienie zwierzyny, gdy cała gleba pokryta była grubą warstwą białego puchu, a wiatr rozwiewał każdy trop, graniczyło z cudem. Lisi Oset nierzadko wręcz głodował, jeśli nie udało mu się upolować dwóch piszczek. Jeśli natomiast znalazł choć jedną, oddawał ją zazwyczaj swojemu współlokatorowi — Czajce. W końcu niebiesko-biały musiał teraz oszczędzać siły. Zielonooki zdążył już zauważyć, że jego skóra jest podrażniona, co musiało sprawiać mu spory dyskomfort. Problem polegał na tym, że w takiej pogodzie nie było szans na znalezienie ziół. Wszystkie dawno zwiędły, a do tego spoczywały głęboko pod śniegiem. Lisi Oset miał tylko nadzieję, że Czajka wytrzyma do momentu, w którym zacznie się ocieplać, a rośliny ponownie zakwitną. W razie czego… czarnofutry byłby w stanie się poświęcić. Mógłby pójść prosić o zioła do Klanu Nocy, a nawet do Owocowego Lasu, byle tylko wyleczyć swojego przyjaciela.
Teraz wspólnie siedzieli pod pniem drzewa, dzieląc się językami. Byli do siebie przyciśnięci ciałami, próbując ogrzać się nawzajem. Nie odzywali się do siebie, lecz nie musieli. Cisza, która ich otaczała, była komfortowa i nie było potrzeby jej przerywać. Lisi Oset chciał jednak zapytać, czy nie powinni poszukać jakiejś nory, w której mogliby zamieszkać. Dotychczas nie mieli stałego schronienia, a zamiast tego sypiali na drzewach, zupełnie jak kiedyś w Owocowym Lesie. Teraz jednak, gdy korony pozbawione były liści, spanie w nich stało się wyjątkowo niewygodne. Nie chroniły ani przed śniegiem, ani przed wiatrem. To prawie tak, jakby spali pod gołym niebem. Czarnofutry marzył o znalezieniu miejsca, które odgrodziłoby ich od wszechobecnego chłodu. W przeciwnym razie prędzej czy później zachorują na zielony kaszel, a wtedy już na pewno będą musieli szukać pomocy u klanowych kotów. O ile oczywiście wcześniej nie zostaną przez nich przepędzeni lub zabici — z tego, co pamiętał, klany nie przepadały za samotnikami zapuszczającymi się na ich tereny.
Mimo wszystko Lisi Oset cieszył się chwilą, którą mógł spędzić u boku swojego przyjaciela. W pewnym momencie do jego uszu dobiegły jednak czyjeś spanikowane kroki, szybko zbliżające się w ich stronę. Spojrzał na Czajkę, lecz ten nawet nie drgnął. Czyżby niczego nie słyszał? Nim jednak zdążył go o to zapytać, zza drzew wybiegła bardzo znajoma mu postać. Gdy spojrzał w jej żółte oczy, nie musiał dłużej zastanawiać się, kim była.
Stanęła przed nim Senna Łza. Tylko co robiła tak daleko od terenów Klanu Nocy?
Cała trójka wpatrywała się w siebie przez kilka uderzeń serca, aż w końcu Lisi Oset odchrząknął nerwowo, odsunął się od Czajki, po czym podniósł się z miejsca i podszedł do szylkretowej kotki. Przywitał się z nią czule, stykając się z nią nosem i mrucząc cicho. Przez krótką chwilę czuł się szczęśliwy i spokojny, lecz zaraz potem Senna Łza postąpiła krok do tyłu, a na jej pysku pojawił się smutny grymas.
— Och, Łezko… Co ty tutaj robisz? — spytał w końcu zielonooki, kładąc po sobie uszy. Wiedział, że jej obecność tutaj nie wróżyła niczego dobrego. — Czy twoi pobratymcy nakryli cię na spotkaniu ze mną? Czy wyrzucili cię z klanu? Nie… Nie pozwolę na to! Warunki są zbyt surowe, byś żyła z nami na wolności. Jeśli naprawdę cię wygnali, zaraz do nich pójdę i wyjaśnię, że nie łączy nas nic więcej niż przyjaźń! — ogłosił, prostując się nieznacznie.
Szylkretka spuściła jednak wzrok, nerwowo poruszając ogonem.
— To nie o to chodzi, Osetku… — szepnęła, po czym podeszła bliżej i wtuliła pysk w futro na jego piersi.
Przez dłuższą chwilę stali w bezruchu, podczas gdy Senna Łza wypłakiwała się w sierść samotnika. Dopiero po pewnym czasie odsunęła się od niego, pociągnęła nosem i wzięła głęboki oddech, jakby zbierała się na odwagę.
— Osetku, ty… — zaczęła, lecz kolejne słowa przez długi czas nie chciały przejść jej przez gardło. — Ty… zostałeś ojcem… — wydukała w końcu.
Lisi Oset otworzył szerzej oczy, lecz nim zdążył cokolwiek powiedzieć, kotka odezwała się ponownie.
— Ostatnio bardzo źle się czułam. Poszłam z tym do medyka. On… powiedział mi, że spodziewam się kociąt. Od razu wybiegłam z obozu, żeby cię odnaleźć. Nie spotykałam się z nikim innym. Nie ma innej możliwości… To ty jesteś ich drugim rodzicem.
Ledwie skończyła mówić, a już odwróciła się na pięcie i rzuciła do ucieczki.
Tym razem Lisi Oset nie mógł pozwolić sobie na bezczynność. Nie zamierzał po raz kolejny stać w miejscu i patrzeć, jak ktoś bliski znika mu z pola widzenia. Ruszył za Senną Łzą, przedzierając się przez śnieżne zaspy, byle tylko ją dogonić. Wojowniczka była jednak szybsza.
Przebiegła przez zamarzniętą rzekę i wkroczyła na tereny Klanu Nocy, kierując się prosto w stronę obozu. Tam czarnofutry zatrzymał się gwałtownie. Wiedział, że nie wolno mu przekroczyć granicy.
— Łezko! — zawołał jeszcze za nią, lecz kotka nie odwróciła się nawet.
Lisi Oset jeszcze przez dłuższą chwilę wpatrywał się w miejsce, w którym zniknęła, jakby liczył, że za moment wróci. Dopiero gdy zrozumiał, że został sam, spuścił wzrok.
Przynajmniej miał pewność, że jego kocięta trafią pod dobrą opiekę. Jeśli Klan Nocy nigdy nie dowie się, kto naprawdę jest ich ojcem, będą dorastać jak każde inne kocięta. Dostaną pożywienie, bezpieczeństwo i szkolenie. Być może wyrosną nawet na wspaniałych wojowników. Pozostawało mu tylko mieć nadzieję, że któregoś dnia los pozwoli mu je choć raz zobaczyć.
* * *
Odkąd dowiedział się o ciąży Sennej Łzy, chodził cały znerwicowany i zestresowany. Na tyle, że znacznie częściej zdarzało mu się przypadkiem wypuszczać piszczki wolno, mimo że każda z nich była na wagę życia. Martwił się tym, czy Łezka nie będzie miała żadnych komplikacji przy porodzie i czy maluchy urodzą się zdrowe. Miał też nadzieję, że będą przypominały jakiegoś kocura w podobnym wieku do szylkretki, by mogła wmówić wszystkim, że to właśnie on jest ich ojcem, zamiast przyznawać, że ich drugim rodzicem jest samotnik.
Czajka musiał zauważyć, że jego przyjaciel zachowuje się inaczej, dlatego pewnego dnia przysiadł obok niego i mruknął:
— Wszystko w porządku?
Tylko tyle. Nic więcej. A jednak te krótkie pytanie wystarczyło, by Lisi Oset zalał się łzami. Opuścił głowę, kładąc po sobie uszy.
— Czajko… powiedz mi, co ja narobiłem… — zaszlochał, nagle podnosząc wzrok ku niebu. — Pewnie nawet nie zobaczę tych kociąt! Pewnie nawet nie będą wiedziały, kim jest ich ojciec! Powinienem… powinienem być tam, obok Sennej Łzy. Powinienem opiekować się nią, kiedy nosi pod sercem moje kocięta! To ja powinienem rzucać im kulkę mchu, uczyć je skradać się i polować… To ja powinienem patrzeć, jak dorastają! A zamiast mnie… zrobi to jakiś inny kocur? — urwał, wbijając pazury w śnieg. — Nie chcę nawet o tym myśleć, Czajko… Zawiodłem wszystkich. Zawiodłem Łezkę. Zawiodłem własne kocięta... — wymamrotał, załamując się jeszcze bardziej.
<Czajko? Pociesz mnie, proszę>