BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 3 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

02 maja 2026

Od Majaczącej Łapy

“— Kaluzelo, spójs! Wlóbelek!! Jaki ślicny!! — miauknęła Piecuszka, skacząc w stronę okna.
Wbiła pazurki w zasłonę i wdrapała się wyżej, jednak w momencie, w którym jej łapy dotknęły parapetu, ptak uciekł. Kotka zawyła zawiedziona i zeszła, ponownie przy pomocy zasłon. Podbiegła do złotego i rzuciła się na niego w celu zabawy. Kopciuszek nie oponował, od razu odwzajemnił psoty siostry. Ich zabawa skończyła się na podwórku. Na tej samej scenie co zawsze.”
Gdzie sen o przeszłości się urwał, stając się koszmarem.
“Kopciuszek nagle znowu był w lesie. Tuż obok Euri, w której futro wcześniej się wypłakiwał. Obok nich leżała jego siostra. Jej ciało, które powinno być nieruchome, nagle do niego podeszło z przeraźliwym uśmiechem na pysku.
— To twoja wina. Słabych się chroni — zawyła żałośnie, choć nie było w tym głosie podobieństwa jego siostry.
Piecuszka kochała się przekomarzać z bratem. Ton, jaki dobiegał z jej strun głosowych, nigdy nie był tak mroczny. Zaczął się cofać, lecz za nim pojawiła się jakby znikąd czarna dziura. Nastroszył futro i już chciał stanąć do walki z wytworem własnej wyobraźni, lecz zamiast walki po prostu został zepchnięty do otchłani.”
Obudził się wystraszony. Zjeżył futro, oglądając się nerwowo za kimkolwiek, kto mógł go zapewnić, że to nie kolejny sen. W rogu legowiska medyków siedziała Aldrowandowa Łapa. Najwidoczniej przyglądała się mu od pewnego czasu. Bez słowa ruszyła w stronę składziku, wyciągając kilka ziarenek maku. Czując, że kocur ma też gorączkę, podała mu również inne zioła. W ten sposób Kopciuszek zasnął ponownie, a tym razem w jego sennej wizji nie pojawił się już żaden koszmar.

[255 słów]

Od Majaczącej Łapy do Błyskotliwej Łapy

Dni w legowisku medyka należały do tych co najmniej dłużących się. Kopciuszek, już niestety bez łapy leżał wśród innych chorych, przyglądając się im z zawodem wymalowanym na pysku. Nie sądził, więc że odwiedzi go w pewnym momencie jedna z rówieśniczek w jego legowisku. Nie wiedział, jak miał się czuć z tym faktem. Przyszła tylko po to, aby pomóc przy wymianie legowisk i zająć się niektórymi z chorych, ale Kopciuszek poczuł się nagle na tyle samotny, aby być w stanie się do niej odezwać.
— Błyskotliwa Łapo… — zaczął, szukając w głowie czegoś, co mógłby powiedzieć. — To imię to przypadek czy może faktycznie jest inteligentna? — mruknął powoli, mając nadzieję, że zdanie to nie brzmiało aż tak chamsko, jak myślał. — Jesteś protektorem, prawda? Kolejny bezużyteczny kot w klanie? — prychnął, kładąc się na plecach.
Nie mógł się do tego przyznać, jednak w tej chwili to on prawdopodobnie był najbardziej bezużyteczną jednostką w klanie. Zamyślił się przez chwilę i spojrzał na tylną łapę. A raczej brak jego części.
— No bo jak widać, ja zbyt błyskotliwa nie jestem. Na Klan Gwiazdy jak ja żałuję, że nie poszłam z tym wtedy do medyka. Mogłabym dalej mieć łapę. Ale nie oczywiście musiałam być mądrzejsza — zawył żałośnie i spojrzał na kotkę. — Jak trening? — zapytał w końcu.

<Błyskotliwa Łapo?>

[206 słów]

Od Majaczącej Łapy do Jagnięcego Ukłonu

Z łapą było coraz gorzej praktycznie z dnia na dzień. Kopciuszek na początku był pewny siebie, a także tego, że ta cholerna kończyna mu nie odpadnie. Uznał, że nie okaże słabości i nie przyjdzie do legowiska medyka. Jak się okazało na marne. Wkrótce łapa zaczęła wydzielać okropny odór. Czuł, jak całkowicie traci z części tylnej łapki czucie. To właśnie teraz zwijał się ze strachu, a także bólu, do czego oczywiście nigdy by się nie przyznał. Nie płakał, bo w końcu kocurowi nie przystoi, ale nieprzyjemnie uczucie nie pozwalało mu nawet na zebranie myśli. Leżałby tak w nieskończoność, gdyby nie pysk Pajęczej Nici zaglądający do legowiska uczniów. Zmrużył oczy i już chciało syknąć, żeby sobie poszła, ale tym razem zaskomlał bardzo cicho, jakby stwierdził w końcu, że jednak potrzebuję pomocy.
— M-Muszę chyba iść do medyka — miauknął niewyraźnie, próbując wstać.
Pajęcza Nić spojrzała tylko, jak wywala się po raz kolejny o własne łapy, a następnie spojrzała w stronę Agatówkowej Łapy.
— Pomóż mu — mruknęła tylko szylkretka i wyszła na zewnątrz, najpewniej zajmując się własnymi sprawami.
Majacząca Łapa wraz z drugą uczennicą zrobił coś, co powinien zrobić od kilku już księżyców, a mianowicie zajrzał nareszcie do legowiska medyka. Usiadł na uboczu, czekając aż ktoś się nim zajmie. Miał odrobinę zawiedzione spojrzenie. Tak jakby obrażała to jego własna postura. Spojrzał niemal błagalnie w stronę srebrnej sortującej akurat zioła. Nie sądził nigdy, że będzie musiał się aż tak uniżać przed…kotka. Wzdrygnął się lekko na tę myśl. Uznał nawet, że obrzydliwym będzie, jeśli go dotknie. Nagle miał najszerszą ochotę stamtąd uciec. Srebrnej natomiast wystarczyła tylko chwila, aby stwierdzić, że łapa jest w okropnym stanie.
— Moglibyśmy spróbować ją wyleczyć, ale…to raczej tylko pogorszy. Musimy ją amputować — miauknęła kotka ostrożnie, a Kopciuszek zjeżył futro, już mając ochotę się zamachnąć w stronę kotki.
Powstrzymał go przed tym tylko zdrowy rozsądek, a także fakt, że musiałby chodzić po obozie z gnijącą łapą, co było niewygodne, ale też obrzydliwe. Już samo zadbanie o kończynę było katorgą, a co wspominać dalej. Także leżał w legowisku medyka chyba po raz pierwszy w życiu nie po porannej kąpieli i zaniedbany. Czuł się brudny. Obrzydliwy, ale też wystraszony. Kiwnął tylko głową w stronę rudej, a już po jakimś czasie, gdy tylko dostał kilka ziaren maku, było po wszystkim.

***

Leżał na uboczu, jako jeden z chorych. Widząc, jak podchodzi do niego ruda kotka, poczuł się okropnie. Powinien jej podziękować, ale nie sądził, że jako kotka na to zasługiwała. Siedział więc przez moment w ciszy, nerwowo wbijając pazury w podłoże.
— Naprawdę nie było możliwości, abym miała tę łapę? — zapytał w końcu.

<Jagnięcy Ukłonie?>

[423 słowa]

Od Majaczącej Łapy do Wzburzonego Kormorana

Majacząca Łapa siedział przed legowiskiem uczniów, wylizując jedną z łap. Opierał się o jedną ze skalnych ścian, gdyż zraniona tylna łapa nie pozwalała mu już nawet utrzymywać równowagi. Co więcej, zaczynał powoli czuć jej zepsucie. Znalazł odrobinę mięty i natarł się nią, co w większości zmywało ten zapach, jednak ilekroć jego pysk znajdował się zbyt blisko rany, nadal krzywił się tak, jakby ktoś nasmarował mu jedzenie mysią żółcią. Spojrzał w stronę Pajęczej Nici, która wyglądała na nieco zabieganą. Sądząc jednak po charakterze kotki, musiało się to Kopciuszkowi wydawać.
— Dziś uczysz się ze Wzburzonym Kormoranem — mruknęła tylko i odeszła.
Przyprowadziła jeszcze ze sobą wojownika, a następnie odeszła we własną stronę. Złoty skrzywił pyszczek nieco zdziwiony. Wzruszył jednak ramionami. Przyjrzał się przez chwilę pointowi, nagle musząc przyznać, że wyglądał całkiem elegancko.
“Oczywiście. Dobijcie mnie jeszcze brudnymi preferencjami, a stanę się mięsem ofiarnym dla Klanu Gwiazdy” wzdrygnął się lekko.
— Witaj Wzburzony Kormoranie — mruknął, kiwając mu krótko głową.
— Witaj Majacząca Łapo. Chcesz może wybrać, czego się dziś nauczysz? Skoro to ja dziś przejmuję twój trening, to możesz wybrać czy wolisz wspinaczkę, czy otwieranie krabów — miauknął.
— Kraby — odparł prędko.
Kopciuszek jeszcze nigdy nie był tak pewny swojej odpowiedzi. Wspinaczka najprawdopodobniej by go zabiła, a kraby wyglądały na coś bardziej spokojnego.

***

Kormoran okazał się zaskakująco umiejętnym nauczycielem. Kopciuszek zastanawiał się jednak jak niby ma mu się kiedyś przydać ta umiejętność. Postanowił nadal zatruwać życie pointowi, więc zabrał ze stosu zwierzynę i rzucił kocurowi koło łap.
— Hmm słuchaj — zaczął powoli Majacząca Łapa. — Poznajmy się. Muszę z kimś tutaj się komunikować, inaczej zwariuję — zaśmiał się gorzko.

<Kormoranie?>

[258 słów, otwieranie krabów]

Od Majaczącej Łapy do Niebiańskiej Poświaty

Majacząca Łapa został obudzony już przed porannym patrolem. Normalnie mógłby pospać jeszcze trochę czasu, ale tym razem nie pozwoli mu na to obowiązki. Mruknął niezadowolony i się przeciągnął. Przetarł oko łapą, przy okazji przypominając sobie o przeklętej ranę, która nadal mu dokucza. Nie zamierzał jednak iść do medyka, bo w końcu co go nie zabije to go wzmocni. Tak więc z dziwnym liściem, na coraz bardziej paskudnie wyglądającej łapie przemierzał kolejne odległości każdego dnia. Jak wiadomo nie od dziś, patrol składał się z co najmniej trójki kotów, więc dołączyła się do nich jakaś liliowa kotka. Złoty na początku nie zamierzał poświęcać jej zupełnie żadnej uwagi, jednak sposób, w jaki prowadziła rozmowy, z bądźmy szczerzy, niezbyt rozmowną mentorką kocura, wydawał się mu co najmniej interesujący. Także, zamiast skreślić ją jako żałosną kotkę, po raz pierwszy postanowił przyjrzeć się komukolwiek. Oczywiście nie w kontekście przyjaźni, tak daleko by się czekoladowy nigdy nie posunął. Bliżej kontekstu czystego doświadczenia i poznania wyjątku dla jego zasady. Schował więc na chwilę przesadną dumę pod swoje legowisko i podszedł nieco bliżej. Kiwnął lekko głową na przywitanie, jednak nie uśmiechnął się, tak jakby zrobił to normalny, pospolity kot. Przecież on nie był pospolity. Normalny też nie był, ale tego lepiej mu nie mówić.
— Dzień dobry. Jak ci na imię wojowniczko? — wykrztusił w końcu z siebie, posyłając kotce krzywy uśmiech.
Naprawdę próbował przekonać się do srebrnej, jednak nie wróżył temu wspaniałych skutków.

<Wojowniczko?>

[233 słowa]

Od Majaczącej Łapy do Rozkwitającego Astru

Wrócił zmęczony, do tego zirytowany do obozu. Wyminął kogoś w przejściu i przysiadł niedaleko zrostu zwierzyny. Spojrzał bokiem na swoją mentorkę, która tylko kiwnęła głową. Wybrał sobie ze stosu średniej wielkości mysz i odsunął się gdzieś na bok, zajadając się stworzeniem. Myślał, że treningi z Pajęczą Nicią były okropne, ale nie przekonał się jeszcze o tym, jak straszne mogą być lekcje nawigacji w tunelach. Nie był nawet w stanie zliczyć, ile razy zdążył się w nim potknąć. Spokoju zaznał tylko przez kilka pierwszych odbić serca. Zaraz przysiadła się do niego jakaś kotka. Majacząca Łapa zamachnął się ogonem zirytowany, słysząc kolejne słowa wydobywające się z pyska burej kotki.
“A mogłem siedzieć w środku.” pomyślał, gdy to zadała mu następne pytanie z rodzaju tych o pogodzie. Myślał już, że wkrótce zwariuje, ale w końcu zebrał się na powiedzenie czegokolwiek.
— Wolniej. Jak cię zwą gaduło — mruknął, kierując swój wzrok na upierdliwą kotkę.
Szylkretka zmierzyła go najprawdopodobniej ostrzegawczym wzrokiem, ale Kopciuszka jakoś nieszczególnie to obchodziło. Przewrócił tylko oczami, wciągając większą ilość powietrza w płuca.
— Jestem Rozkwitający Aster. Protektorka Klanu Klifu! — uśmiechnęła się kotka, ponownie wyglądając na przyjazną.
Majacząca Łapa westchnął cierpiętniczo. Przesunął łapą po pysku tak jakby “rozmowa”, a może raczej monolog kotki była dla niego co najmniej katorgą.
— Świetnie! Majacząca Łapa jestem. Co to protektor? — zapytał.
“Nie wiedza nie jest chyba czymś złym, co? A może to kolejna z oznak słabości?” pomyślał.
— Zajmuję się innymi! Fizycznie, ale też psychicznie. Robię, co mogę, żeby każdego wesprzeć, a także opiekuję się chorymi! — uśmiechnęła się, tak jakby naprawdę kochała swoją rolę.
— Ah… Rozumiem. Czyli po prostu byłaś beznadziejną wojowniczką? — zarechotał kocur, przykrywać pyszczek łapą niezwykle rozbawiony. — Leniwa czy po prostu nieumiejętna? — prychnął, liżąc się krótko po piersi.

<Rozkwitający Astrze?>

[281 słów, nawigacja w tunelach]

01 maja 2026

Od Mistral CD. Wiciokrzewu

Przeszłość

— Coś często mdlejesz — rzuciła w stronę liliowego kocura, który jakiś czas temu został przetransportowany do lecznicy, kiedy to zemdlał idealnie na środku obozu. — Weź sobie parę dni wolnego od tego wszystkiego, w końcu Owocowy Las się nie zawali, kiedy to tylko ja z Purchawką i Porankiem będziemy leczyć. A tobie to może na dobre wyjdzie — dodała, aby następnie wyminąć starszego i udać się do składziku ziół. Młódka nie zamierzała tracić cennego czasu na naukę medykamentów, a przy okazji może znajdzie kolejne braki, które później będą idealnym pretekstem do opuszczenia obozu.

Może i Mistral dość często zachowywała się wyniośle wobec innych, lecz nadal żyła stratą matki. Raczej nikt nie chce być świadkiem, jak lis rozszarpuje ciało twojej rodzicielki, która oddała życie za te twoje. W dodatku, kiedy ujrzała, jak takie samo rude stworzenie wpada do obozu za pewnym głupim uczniem, wszystko w niej na nowo odżyło. Ukrywała fakt, iż opuszczanie bezpiecznego obozu również napawało ją strachem — kiedy udawała się z Purchawką lub jednym z uzdrowicieli na zbieranie ziół, to raczej nie brali nikogo dodatkowego. Choć też zdarzały się pewne wyjątki, na przykład młódka pamiętała, jak parę razy z nimi szła Orchidea, szczególnie po tym ataku lisa, gdzie istniało ryzyko, że jakieś osobniki kręcą się w pobliżu.

Obecnie

Kolejne księżyce mijały, a biała kotka zdecydowanie na dobre zagościła w legowisku uzdrowicieli Owocowego Lasu, nawet jeśli jej nauki nie do końca skupiały się na przyszłej roli uzdrowiciela. Młódka pamięta, jakby to wczoraj Purchawka oznajmiła, iż wybiera ją jako swoją uczennicę, by została w przyszłości nowym zielarzem w ich społeczności. Stanowisko to dość długo było puste, a dokładnie od momentu, kiedy to dymna została szamanką, zastępując swoją poprzedniczkę, która odeszła do Wszechmatki. Mistral nigdy nie dopytywała o zmarłą, gdyż tak naprawdę nie było jej to potrzebne do czegokolwiek, a uczennica dodatkowo była nieco pochłonięta niedawnym pomysłem swojej mentorki. Purchawka wymyśliła otwarte spotkania teraupetyczne, na które regularnie przychodziło parę kotów, a mianowicie Lis, Kajzerka, Przypływ, Drobinka, Miodunka, Mgiełka i Całunka. Każdy z nich miał swoje własne powody, dla których pojawiali się w tym skromnym towarzystwie i dzielili się tym, co im leży na sercu.
Niebieskooka początkowo była dość sceptycznie do tego nastawiona, a nawet zamierała się łapami przy początkowych namowach Purchawki, oczywiście mając na uwagę to, jaki miała sposób bycia uczennica, a był on dość kontrowersyjny. Choć dało się zauważyć, że odkąd ta szkoliła się na zielarza, coś w jej charakterze uległo zmianie, jakby sama szamanka miała jakiś pozytywny wpływ na to. Nikt raczej na to nie narzekał, gdyż przy wcześniejszym nastawieniu Mistral do wszystkich, to każdy, a przynajmniej większość starała się przychodzić do Poranku, Wiciokrzewu czy nawet Gołąbka, szkolącego się pod okiem rudego uzdrowiciela. Biała początkowo jedynie zbywała to machnięciami łapą, uważając, że każdy to mysi móżdżek, skoro myślą, że jest ona gorsza od pozostałych Owocniaków, którzy razem zamieszkiwali dziuplę.
W końcu jednak zaczęły następować pewne drobne zmiany w zachowaniu Mistral, początkowo były to nieśmiałe uśmiechy, kiedy ktoś akurat przychodził do legowiska, a ona była w środku. Z czasem zaczęła schodzić z tonu i zaprzestała swych opryskliwych uwag. Najbardziej na tym wszystkim skorzystał Wiciokrzew, który mógł odetchnąć z ulgą, kiedy nie musiał się obawiać dość ciętych uwag ze strony młodszej. Po jakimś czasie nawet zaczął pojawiać się wstyd za swoje wcześniejsze zachowanie wobec swojego mentora. Chciała go przeprosić, lecz zawsze nagle coś odciągało ją od tego lub sam kocur był akurat w danym momencie czymś zajęty. Czy Wszechmatka chciała, by młódka żyła z narastającym poczuciem winy, które z każdym dniem paliło coraz bardziej?
Wir mało przyjemnych myśli został przerwany przez pojawienie się cętkowanego zwiadowcy w legowisku. Akurat uczennice była wraz z Purchawką, gdyż Poranek był zajęty szkoleniem Gołąbka, a Wiciokrzew gdzieś niedawno wybył. Szamanka od razu przywitała Guziczka, zaczynając nieco trajkotać jak katarynka, na co Mistral rozbawiona przewróciła oczami. Zielonooka zdążyła już chyba każdemu z osobna w Owocowym Lesie powiedzieć o spotkaniach niewielkiej, które miały cel terapeutyczny i poprawienie dobrostanu psychicznego każdego, kto chciał przyjść. Za każdym razem przybyli mogli liczyć na kwiatki od Gołąbka, który ten zbierał je akurat na te okazje — początkowo niebieskooka dość sceptycznie do tego wszystkiego podchodziła, lecz z czasem sama zaczęła pojawiać się na spotkaniach, tłumacząc się przed samą sobą, że dzięki temu będzie lepszym zielarzem w przyszłości, kiedy tylko nadejdzie dzień, gdy zostanie mianowana.
— Purchawko, chyba już każdy w Owocowym Lesie wie o twoim pomyśle, nie musisz każdemu z osobna o tym mówić — odparła z drobnym uśmiechem, podchodząc do szamanki i zwiadowcy. — Lepiej poszukaj Wiciokrzewu — dodała, spoglądając przez chwilę na mentorkę. Ta krótka chwila wystarczyła, by dymna zrozumiała pewne obawy ze strony Mistral, których raczej nie wypowiadała głośno.
— Jesteś pewna, że dasz sobie radę sama? — spytał niepewnie Guziczek. Biała rozumiała jego obawy, w końcu nadal była uczennicą i to raczej dość młodą, lecz jej wiedza powoli zaczynała dorównywać tej, którą posiadali pozostali.
— Oczywiście! Skoro mam aż dwóch mentorów — odparła, a następnie wskazała wolne posłanie z mchu. Starszy po chwili wahania je zajął, a kotka mogła na spokojnie przyjrzeć się jego oku. Było one załzawione i ropiało, co musiało być mało przyjemne, dlatego też bez zbędnego zwlekania ruszyła po jaskółcze ziele. Dość sprawnie odnalazła odpowiedni medykament, więc już po chwili ponownie znalazła się przy chorym, choć na tym jej zadanie się nie kończyło, gdyż glistnik musiała najpierw przeżuć, a następnie jako okład nałożyć na zainfekowane oko.

«★»

Mistral ciężko odetchnęła, kiedy tylko wypuściła z legowiska zwiadowcę. Czuła, jak ją szczęka boli od zbyt intensywnego przeżuwania ziela, lecz wolała mieć pewność, że papka będzie odpowiednia i zadziała, kiedy położy ją na oku Guziczka. Na szczęście obecny ból się opłacić, gdyż właśnie obserwowała, jak kocur wita się ze swoim partnerem, który także był zwiadowcą. Oba kocury nosiły na sobie dość świeże rany po walce z bobrami — żałowała, że musiała, jak na ostrych krzewach czekać na powrót liliowego uzdrowiciela. Kiedy tylko ich cała grupa wyruszyła, obawiała się, że coś może nie pójść po myśli Pieczarki i Czereśni, czego skutkiem będzie narażenie Wiciokrzewu i Drobinki na atak wroga. Na szczęście im nic się nie stało, a co Mistral dziękowała Wszechmatce.
— Wiciokrzewie, gdzie byłeś? — spytała, kiedy tylko starszy znalazł się na tyle blisko, by nie musiała krzyczeć na cały obóz.

<Wiciokrzewie?>
[1017 słów]

Wyleczeni: Guziczek

Od Pustułkowego Szponu CD. Wąsatkowej Łapy (Wąsatkowego Ruczaju)

“— Tato… Ale nie zapomnisz mnie nigdy, prawda? — zapytała zmartwionym głosem.
Czekoladowy zamrugał kilkakrotnie, a na jego mordce pojawiło się zmieszanie.
— Dlaczego miałbym cię zapomnieć? — odparł, uśmiechając się do niej z politowaniem.
— No nie wiem… Cały czas zapominasz o mamie! Wcześniej przecież odwiedzałeś ją co drugi dzień, a teraz? Czy ty w ogóle pamiętasz, jak ona wygląda? — burknęła, odwracając od niego wzrok. — Bardzo za nią tęsknię… i za swoim bratem też. Dlaczego nie możemy się z nimi spotkać…? — wymamrotała pod nosem.”
Dawne słowa Wąsatki nadal nawiedzały go, szczególnie gdy starał się wypocząć pod koniec każdego dnia. Czyżby jednak nie nadawał się na ojca? A może lepiej będzie, jeśli kotka w końcu dowie się, że Pustułkowy Szpon nie jest jej biologicznym rodzicem, a jedynie ją księżyce temu przypadkowo uratował od rychłej śmierci? Nie wiedział, co robić, lecz nie był aż tak zdesperowany, by radzić się kogokolwiek w tej kwestii, nawet Mroczną Wizję. Czekoladowy nie chciał jej po prostu niepokoić w ostatnich księżycach życia — oczywiste było, że dawna mistrzyni niedługo odejdzie do Mrocznej Puszczy, by spotkać się ze swoją zmarłą partnerką. Wtedy też zostanie tylko on i Krucze Pióro pośród żywych. Może i wizja ta nie była jakaś optymistyczna, jednak kocura to nie obchodziło, każdy w końcu umrze, a on miał nieco ważniejsze sprawy niż ciągłe napięcie z bratem.
Zielonooki zastanawiał się także, czemu to akurat dymnego wybrała Zalotna Gwiazda na zastępcę? Jasne, mieli we dwóch pewien dawny układ z liderką, jednak miał wrażenie, że tylko on przykłada się do powierzonej roli. Jakoś nie był w stanie sobie przypomnieć sytuację, kiedy to Krucze Pióro wyznaczał patrole na następny dzień. Nieco to irytowało kocura, lecz nic nie mówił z nadzieją, że Zalotna Gwiazda sama to dostrzeże i upomni zastępcę — Pustułkowy Szpon wolał sam tego nie robić, by jeszcze bardziej nie pogłębiać napięcia, jakie między nimi było. A gdyby tego było mało, od dnia, w którym niewielki patrol przyprowadził do obozu Ulę, obecnie Miodową Łapę, czuł, jak coś go uwiera w jedną z łap. Już dawno mówił sobie, że przy najbliższej okazji uda się z tym do Cisowego Tchnienia, lecz za każdym razem znajdowała się wymówka, która odwlekała to wszystko w czasie. W taki sposób prze kuśtykał niemal większość pory nagich drzew. W końcu jednak ból i irytacja sięgnęły zenitu, popychając zastępcę we właściwym kierunku, jakim było udanie się do medyków. Ich legowisko mieściło się tuż obok tego należącego do Zalotnej Gwiazdy.
Nora, w której swe rządy sprawowała Cisowe Tchnienie była już od samego wejścia przesiąknięte zapachem różnych ziół, które nieco gryzły kocura w nos. Dawniej, po wojnie z Klanem Klifu aż nazbyt często tutaj przychodził, przez co mógł się określać stałym bywalcem tego legowiska. Zastrzygł naderwany uchem, by powoli kroczyć w głąb dawnej borsuczej jamy, w której w większości panował przyjemny półmrok. Już niemal zapomniał, jak to jest być otoczony mieszaniną ziół i pomrokiem — samo to przywołało w jego umyśle nieprzyjemne wspomnienia z przeszłości, kiedy to jako młody wojownik był cieniem siebie, jedynie zawieszonym w marazmie, który tak chętnie i prędko oblepił go całego. Wtedy też każde opuszczenie posłania było wysiłkiem ponad jego siły, że nawet Poziomkowa Polana nie był w stanie go wyciągnąć z legowiska. Jego pierwsze zauroczenie, przed którym ostrzegała go zmarła matka — nieśmiały wojownik okazał się zdrajcą, jak znaczna część innych Wilczaków.
— Co Cię tu sprowadza Pustułkowy Szponie? — Pytanie ze strony starszej kotki skutecznie go wyrwało z wiru myśli i żaru, który na nowo zalewał go, kiedy tylko wracał myślami do wielkiej ucieczki znacznej grupy kotów.
— Witaj Cisowe Tchnienie, coś mi się wbiło w łapę — odpowiedział, unikając podawania informacji o czasie, w jakim mogło to nastąpić. Medyczka jednak nie dopytywała, zapewne aż nadto znając takie przypadki jak on i wskazała jedynie ogonem na wolne posłanie. Niebieska zniknęła w odmętach legowiska, by po chwili wrócić z niewielkim zawiniątkiem składającym się z ziół i pajęczym. Bez słowa jednooki pokazał zranioną łapę, w której tkwił kawałek szkła, by Cis sprawnie się go pozbyła, nałożyła zioła, a następnie owinęła kończynę pajęczyną.
— Przez parę dni staraj się oszczędzać łapę i przyjdź, by sprawdzić, czy nie wdała się infekcja.
— Dziękuje Ci, w zamian wtedy coś Ci przyniosę ze stosu. — Ta jedynie skinęła głową, by następnie zniknąć w głębi legowiska. Kocur sam po chwili opuścił norę, mając zamiar sprawdzić, jak sobie radzi nowe trio mistrzyń, chcąc wypytać je o parę rzeczy, lecz chęć ta dość szybko opuściła kocura. Właśnie Wąsatkowy Ruczaj brała sobie nieco marnego kosa ze stosu — Pustułka musiał z nią porozmawiać prędzej czy później, a unikanie tematu raczej w niczym nie pomoże. Dlatego też dość żwawo podszedł do stosu, biorąc losową piszczkę, by z nią w pysku dogonić przybraną córkę.
— Wąsatko, co powiesz na wspólny posiłek? — zaproponował ciut niewyraźnie. — Przy okazji muszę z tobą o czymś porozmawiać — dodał i nie czekając na odpowiedź młodszej, udał się do bardziej odosobnionego miejsca przy murze okalającym obóz.
— To o czym tato chciałeś porozmawiać?
— Cóż… Wiem, że może być to trudne lub nawet szokujące i wiedz, że mimo wszystko będę Cię kochać, jak ojciec córkę.
— Ale?
— Chodzi o to, że nie jesteśmy ze sobą w żaden sposób spokrewnieni. Kiedy mówisz o swojej matce, to nie wiem, kogo masz na myśli, gdyż nigdy z nikim się nie spotykałem, ani nie odwiedzałem poza obozem. Jedynie przypadkowo Cię wtedy uratował przed utonięciem, byłaś tak mała i drobną, nie mogłem Cię tam zostawić, sama zdecydowałaś mnie nazywać ojcem, choć byłem Ci kompletnie obcy. Początkowo nie było mi to na łapę, gdyż uważałem, że raczej nie nadaje się na rodzica, lecz z dnia na dzień zacząłem akceptować fakt, iż uważasz mnie za ojca i nawet pokochałem niczym rodzoną córkę.

<Wąsatko? Nie gniewaj się na ojca, że to przed tobą ukrywał>

Wyleczeni: Pustułkowy Szpon

Od Konwaliowej Mielizny

Myśli liliowego kocura zdawały się tworzyć jedną wielką masę, z której nie da się nic sensownego wyciągnąć. Taki stan się utrzymywał, odkąd został uwolniony wraz z rodziną i mogli powrócić do klanowego życia, jakby nic nigdy się nie stało — a było wręcz przeciwnie, zbyt dużo się wydarzyło. Były więzień nie wiedział do końca co myśleć o tym wszystkim, a mało przychylne spojrzenia większości Nocniaków niczego nie ułatwiały — jakby nadal wierzyli w dawne słowa Mandarynkowej Gwiazdy o ich zdradzie. Niebieskooki powoli z dnia na dzień zaczął coraz bardziej się zamykać na innych, aż w końcu doszedł do momentu, gdy jakiekolwiek interakcje z innymi były nazbyt męczące, by je praktykować. Milczący, obojętny zdrajca, cóż za interesujący okaz stąpał wśród członków Klanu Nocy. Już na zawsze została przyczepiona do niego łatka lisiego serca, która od samego początku wisiała nad nim niczym nieuniknione fatum — w końcu skoro inni z jego rodziny byli obłudnikami, to on także nim jest.
Pręgowany w ciągu ostatnich księżyców stworzył wokół siebie mur, nie dopuszczając nikogo, kto mógłby ponownie sprawić, że zostanie wysłany na wyspę i odcięty od klanu, rodziny, dawnego życia. Nie miał zamiaru skończyć jeszcze raz w taki sposób — niech myślą, co o nim chcą, skoro tak im łatwiej.
— Niech łykają te kłamstwa niczym pelikany ryby — prychnął z pogardą. Powoli zaczynał żałować, że tak za młodu się starał wszystkim udowodnić swoją prawdziwą wartość. Finalnie to zmarnowana energia i tyle.
Przechadzając się przez centrum obozu, nie zwracał uwagi na palące spojrzenia innych czy ciche szepty między sobą, jednak aż nazbyt był ich świadomy. Zastanawiało go jakim cudem ci głupcy nadal żyli tematem jego rodziny, choć minęło już trochę czasu od tego wszystkiego. Nie mieli innych zainteresowań niż plotkowanie o jednym i tym samym? Machnął gniewnie ogonem, przecinając nim powietrze za sobą — miał dość tego miejsca, marzył, by wyrwać się stąd i odejść jak najdalej, by nie musieć oglądać pysków tych mysich móżdżków. Jednak tylko na marzeniu poprzestał, przecież nie mógł ot tak zostawić rodzinę, choć też nie mógł znieść tego, jak była traktowana przez innych Korzeń. Czekoladowa nic nie zrobiła, a już na samym początku została popychadłem całego klanu nietolerancyjnych i uprzedzonych kotów — podobnie jak Fląderka. Kocur współczuł im obu, niewinne dwie dusze, skrzywdzone przez innych, tylko dlatego, że urodziły się w złym klanie ze złym kolorem szaty.

«★»

— Klekoczący Bocianie, przynieść trochę lawendy. — Słowa Gąbczastej Perły docierały do niego jak przez mgłę. Nawet nie był w stanie przypomnieć sobie, w jaki sposób znalazł się w legowisku medyków i właśnie księżniczka skończyła sprawdzać jego stan. Może i był nieco otumaniony gorączką, jednak mimo tego, aż nazbyt dobrze widział wstręt w oczach starszej oraz słyszalną niechęć, kiedy prosiła vana o zioła.
Ciężko westchnął, przymykając na chwilę oczy, by po chwili otworzyć je na dźwięk stawianych łap. Do legowiska zawędrował Ulewny Szkwał, zapewne z powodu choroby, gdyż już po chwili Różana Woń posłała najmłodszego asystenta po mech z wodą. Pomarańczowooki dość niechętnie spełnił prośbę medyczki. Liliowy wymamrotał coś niezrozumiałego pod nosem, co spotkało się z mało przychylnym spojrzeniem ze strony niebieskiego wojownika. Konwalia starał się to wszystko zignorować, lecz czuł, że z każdym takim przejawem niechęci, a nawet wrogość wobec niego lub kogoś z rodziny, zaczyna się w tym wszystkim dusić. Mógł się miotać, jak oszalały, przypominający przy tym ledwo, co wyciągniętą z wody rybę, lecz stanowiło to jedynie marny wysiłek, którym nic nie wskóra, dlatego też najlepiej brzmiała w tym wszystkim bierność, lecz i ona miała swoje granice. Jak długo będzie w stanie wytrzymać to wszystko, udając, że nic się nie zmieniło po wysłaniu go i rodziny na wsypę przez Mandarynkową Gwiazdę?


Wyleczeni: Konwaliowa Mielizna, Ulewny Szkwał

Od Flaminga (Rogatej Łapy)

Flaming ułożył się wygodnie w łapach matki, czując jej szorstkie pociągnięcia języka wzdłuż kręgosłupa. Wiatr szalejący na zewnątrz, niosący wraz ze sobą mroźne szpony Pory Nagich Drzew huczał niczym sowa, zasiadająca jedną z gałęzi nocą, przypominając wszystkim o swojej obecności. Mimo wszystko drzewa nie zostały jeszcze pokryte śnieżną bielą, z którą młody książę nie miał nawet wcześniej styczności, aczkolwiek słyszał o niej już co nieco, a w rzeczywistości sporo. Miał świadomość, jakie ryzyko wiązało się ze zbyt długim przebywaniem w paskudną pogodę poza obozem, jednak nie sądził, żeby ten problem dotyczył go tak bardzo. Jego futerko na razie dość sprawnie chroniło go przed wszelkimi niedogodnościami atmosferycznymi. Chociaż… może to raczej dzięki jego kochanej mamusi, która zawsze dbała o to, żeby mu nigdy nie było ani za zimno, ani za gorąco, a w sam raz? Jego okrywa zawsze musiała być idealnie czysta, a także ułożona. Kocur nie wyobrażał sobie momentu, w którym jego kłosy miałyby szaleć na wietrze niczym wysoko pnące się łodygi trzcin, hojnie rozrzuconych tuż przy wodzie.
Młodzikowi co jakiś czas obijały się o uszy głosy, że dzień jego ceremonii zbliżał się wielkimi krokami, mimo sielanki, której smakował codziennie i korzystał z niej w pełni, wsłuchując się w wszelką możliwą opowieść, jaką tylko starsi, a przede wszystkim bliscy byli w stanie mu przedstawić. On doskonale wiedział, kto dzisiaj zostanie mianowany. Dzisiaj to właśnie on miał zostać uczniem Klanu Nocy! Można było dość łatwo dojść do takiego wniosku, ponieważ w żłobku przebywał tak naprawdę tylko on. No i oczywiście ta rybia strawa oraz ten kocur, który go też co nieco uczył, chociaż point nie wiedział jak do niego podchodzić i jak go traktować. W końcu piastun był naprawdę ważnym kotem w życiu każdego kota należącego do rodu i nie tylko. Na myśl, że łaciaty uczył kiedyś także tę czekoladową brzydotę, żółć podchodziła mu do gardła. Może Złocisty Widlik jednak był porządny, a fakt, że Fląderka przeżyła, był jedynie czystym przypadkiem? Szczęściem w nieszczęściu?
W dodatku… odnośnie do ceremonii, kto wie, może wreszcie zyska upragniony lotos na czole, dzięki któremu koty będą kłaniały mu się niżej, niż dotychczas? Może uśmiechaliby się do niego więcej? Czy ojciec odwiedzałby go częściej? Może uważał go za słabego? Takiego, co nie umie za wiele? Jeszcze się nauczy i mu pokaże. Jeszcze ojciec będzie z niego dumny! Bardziej niż z kogokolwiek innego, bardziej niż z siebie kiedykolwiek. Niebieskooki ziewnął przeciągle, gdy matka pociągnęła jego kłosy na karku językiem za mocno. Zmarszczył brwi, które prędko wygładził. Nie wolno mu było tyle się złościć, bo jeszcze mu tak zostanie i co? I kto wtedy będzie chciał z nim w ogóle rozmawiać, skoro wyglądałby tak, jakby chodził naburmuszony całymi dniami? Chociaż może coś w tym było, w końcu wcale nietrudno było go doprowadzić do stanu konkretnego podenerwowania. Wystarczyło tak naprawdę powiedzieć parę nieprzychylnych, a nawet i niewylewnych słów o jego kochanej mamusi lub ogólnie rodzinie, której nie zdążył jeszcze poznać tak porządnie, jak mógłby chcieć. To znaczy, odkąd przyszedł na świat, poznał naprawdę wiele kotów, skoro jednak chciał być autorytetem, musiał znać cały Klan Nocy. Każdego i to doskonale, a przynajmniej tak mu się wydawało. Bo jeśli każdy by go znał, do wszystkich uśmiechałby się odpowiednio często i szeroko, to może zdobyłby parę miłych opinii o sobie, które przecież były tak kluczowe, jeśli chciał być szanowany! Oczywiście należał mu się już teraz szacunek za sam fakt bycia tak ważnym kotem, w końcu nie wszyscy byli wnukami Mandarynkowej Gwiazdy, a ponadto… prapraprawnukiem samej Sroczej Gwiazdy! Na samą myśl o tym napuszył sierść na piersi, ku niezadowoleniu matki. Nawet jeśli nie znał wszystkich kotów spokrewnionych z nim, to i tak czuł swego rodzaju więź z nimi.
— No już, Flamingu, zaraz musimy wychodzić. Na pewno za niedługo Mandarynkowa Gwiazda zwoła zebranie klanu! — poniosło się uradowane miauknięcie matki. Flaming zamrugał parokrotnie, posyłając jej uśmiech.
— Myślisz, że mi nada ładne imię? Może Dumna Łapa? Idealna Łapa. Nie, to… brzmi dobrze, ale nie pasuje w ten sposób — zamyślił się jeszcze, spozierając na grunt. Poczuł, jak matka powoli zaczyna go pchać w kierunku wyjścia.
— Z pewnością ci dobierze jakieś porządne! W końcu jesteś jej wnukiem, nie skrzywdziłaby cię tak, jak niektórych — powiedziała nieco ciszej. Point jakby ponownie odpłynął myślami. Ach, chodziło jej pewnie o Mysiomózgą Łapę, która prawie by go zabiła! Ta kotka była tak niepoważna! Nie potrafił zrozumieć, dlaczego przywódczyni pomyślała, żeby ją zostawić w szeregach klanu. Może przydawała się jako służka? On miał Fląderkę, a właśnie…
— Pokrako! — zawołał, a już po chwili nieopodal znalazła się czekoladowa Nocniaczka, chyląc przed nim łeb. Widząc to, uśmiechnął się chytrze, niczym młody lis.
— Tak, książę Flamingu? — zapytała, a jej końcówka ogona drgała nerwowo, gdy Wężynowy Kieł mierzyła ją oceniającym wzrokiem. Karmicielka po paru uderzeniach serca pokręciła głową ze zrezygnowaniem, jakby nie do końca mogła uwierzyć w zachowanie syna. Sam Flaming nie czuł się jakoś szczególnie źle czy ogólnie winny całej tej sytuacji. Nie jego wina, że dawała sobą tak pomiatać i urodziła się czekoladowa. Skoro więc była kotem, który zaciąga innych do błota i im rujnuje życia, to równie dobrze i on mógł sobie jej porujnować, skoro ona napsuła już wystarczająco. Matkę pewnie denerwował bardziej fakt, że syn się ociągał, niżeli traktował źle kota, który sobie zapracował na takie traktowanie.
— Przynieś mi potem jakąś rybę ze sterty. Na pewno będę głodny po mojej ceremonii — polecił jej, nakazując kotce teraz posprzątać łoże, w którym spał jeszcze jakiś czas temu wtulony w gęste futro matki. Zauważył, że pomiędzy paprociami robiło się coraz mniej miejsca, widać było, że szybko nabierał na wadze. Fląderka miała sklecić mu nowe, wygodne, wyłożone najlepszym jakości pierzem, jakie tylko mogła znaleźć. A posłanie te miało znajdować się w legowisku uczniów, więc był ciekaw, jak jej pójdzie i czy w ogóle podoła danemu zadaniu. Tak naprawdę to nie miała wyboru. Oprócz jego rozkazów to nikt od niej nic obecnie nie chciał. Medycy już co mogli, to wyprosili, to pomogła, pozanosiła i dojrzała.
— Niech wszystkie koty, które umieją polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się na zebranie klanu! — rozbrzmiało wołanie srebrnej kocicy. Flaming zaczął wreszcie przebierać łapami, powracając myślami do teraźniejszości. Legowiskiem się będzie martwił później, na razie nie było takiej potrzeby. To znaczy oczywiście, on nie musiał, a Fląderka owszem. Musiała się postarać, o ile tylko te jej paskudne łapy były w stanie cokolwiek akceptowalnego ułożyć.
Postawił się z ogonem uniesionym wysoko na polanie, szukając wzrokiem ojca. Matka usadowiła się tuż za nim, młody kocurek miał wrażenie, że jego serce zaraz wyskoczy mu z piersi. Kiedyś z pewnością dokładnie tak samo czuła się jego babka, a ponadto praprababka. Każdy Nocniak, nawet jego tata! W jego ślepkach zatańczyły iskierki podekscytowania, a łapki zaczęły delikatnie ugniatać grunt, gdy wpatrywał się w elegancki chód pręgowanej liderki. Śledził jej wzrok dość dyskretnie, żeby jej przypadkiem nie zachęcić do zmiany zdania odnośnie do jego ceremonii! Gdy ich spojrzenia spotkały się, point miał na mordce wymalowaną gotowość. Chciał już wystąpić na środek, chciał dowiedzieć się, kto zostanie jego mentorem. Od mentora zależało naprawdę wiele, miał szczerą nadzieję, że nie przydzieli mu nikogo słabego czy… niegrzeszącego mądrością. Na przykład nie chciałby, żeby go uczyła jakaś czekoladowa brzydota. Całe szczęście, że tutaj nie byli traktowani nawet jak zwyczajni wojownicy. Oni byli pod nimi, pod każdym Nocniakiem, nawet nie członkami rodu i doskonale o tym wiedzieli. Ostatnia sytuacja związana z Mysiomózgową Łapą tylko to udowodniła. To była kwestia czasu aż Fląderka zrobi coś identycznego. Może jeśli będzie wykonywać jego rozkazy, to jej los nie będzie aż tak marny?
Chłodne podmuchy wiatru omiotły powoli kształtującą się kryzę ucznia. Sierść ułożoną miał idealnie, wyglądał przepięknie! Najlepiej, jak zawsze, oczywiście. Kto mu dorównywał urodą?
Gołębie chmury pięły się po nieboskłonie, zasłaniając wszelkie możliwe promienie słońca. Krążyły po przestrzeni nad drzewami tak, jak łapy kocie po błocie, które utworzyło się po niedawnej ulewie. Flaming miał szczerą nadzieję, że nie będzie dzisiaj więcej padać. Deszcze, w połączeniu z tak zimnym wiatrem nie mogły być nigdy czymś dobrym. Ponadto wcale mu się nie widziało moknąć, dlatego to była dodatkowa kwestia, nad której prawdopodobieństwem warto było się namyślić, jednak nie teraz, teraz miał ważniejsze, dużo ważniejsze rzeczy na głowie…
“Pamiętaj, skąd pochodzisz. Pamiętaj, czyim synem i wnukiem jesteś. Nie przynieś nam wstydu”.
Pysk przywódczyni zdobiła nieodgadniona mimika. Kocurek miał lekką trudność w odczytaniu jej, starał się być jednak pozytywnej myśli.
— Flamingu, wystąp — rozbrzmiało po obozie, odbijając się po ścianach jego uszu echem, niczym w wielkiej jaskini. Kocur wystąpił przed szereg, czując na sobie spojrzenia pobratymców. Jego spojrzenie było spokojne i pewne. Przywódczyni nie spuszczała z niego pomarańczowych ślepi. — Flamingu, jesteś z nami już od sześciu księżyców. Dziś zaczniesz swój trening. Od dzisiaj aż do czasu, gdy zdobędziesz imię wojownika, będziesz nazywać się Rogata Łapa. Twoim mentorem zostanę ja, Mandarynkowa Gwiazda — powiedziała stanowczo, ale i z nutą dumy w głosie. A może ją on sobie tylko dopowiedział? Rogata Łapa… Rogata Łapa… Przed jego ślepiami nagle wymalowała się postawna kocica, która nachyliwszy się nad młodziakiem, zetknęła się z nim nosami. Spojrzał na nią z lekkim oszołomieniem, jakby nadal nie docierało do niego to, że jego mentorką została… jego babka! Sama przywódczyni Klanu Nocy! Czy mógł trafić lepiej? Absolutnie nie! Jego serce zaczęło bić szybciej, a ucho podrygiwało z rozemocjonowania. Odwrócił się do pobratymców, słysząc, jak z ogromnym zadowoleniem skandują jego nowe, przepiękne imię.
— Rogata Łapa! Rogata Łapa!
Czy pasowało mu takie? Było mu do twarzy w… wyimaginowanych rogach? Ciekawe co sprawiło, że otrzymał akurat takie? Nie mógł powiedzieć, że mu nie odpowiadało. Brzmiało doskonale. Poroże, ogólnie rogi kojarzyły się raczej pozytywnie albo przynajmniej dumnie. W głowie zamajaczyła mu sylwetka masywnego, dumnie wyprostowanego jelenia, prezentującego swoje rozłożyste niczym gałęzie u drzew poroże, lustrując spojrzeniem las wokół siebie, niczym król całych tych terenów. Sam point starał się nie wypaść na zbyt aroganckiego, jego pyszczek przyozdobił stonowany, elegancki uśmiech, mimo że serce, zdawało się, zaraz mu się wyrwie z klatki piersiowej, uciekając gdzieś hen daleko.
Nie był to jednak koniec. Mandarynkowa Gwiazda zachęciła swojego ucznia do tego, żeby za nią poszedł. Rogata Łapa, nie kwestionując tego, podążył za nią posłusznie niczym baranek, idąc przez centrum Klanu Nocy tak, jakby chodził tędy już niezliczone księżyce, a w rzeczywistości był to jeden z pierwszych razów, kiedy postawił tu łapę. W pewnym momencie przyłączyła się do niego reszta jego rodziny, w tym Błękitna Laguna, o dziwo, co bardzo ucieszyło kocurka, oczywiście liderka, Gąbczasta Perła, Różana Woń i jeszcze parę kotów, po których point nie rozglądał się nadto, a może powinien albo wypadałoby…?
Znaleźli się pod wysokim sumakiem. Bursztynooka zamoczyła łapę delikatnie w szkarłatnej mazi, która pachniała rybnie, ale i w pewnym sensie owocowo. Niebieskooki przyglądał się całej tej ceremonii z zaciekawieniem. Może kiedyś to on zasiądzie na miejscu babki i będzie musiał odprawić podobny rytuał, kto wie?
Zbliżyła łapę do jego głowy, naznaczając ją starannie symbolem lilii wodnej. Rogata Łapa starał się siedzieć tak spokojnie i nie ruszać się, jak tylko było to możliwe. Zależało mu na tym, aby jego znak był wykonany idealnie, żeby nikt się przypadkiem nie zastanawiał co do jego pochodzenia. Starsza zakończyła to jeszcze dwoma kropkami, które naznaczyły spód lotosu, przypominając łodygę. Przepiękne kwiecie na jego głowie było dla niego dumą tak ogromną, że ciężko było mu wyobrazić sobie przejście do codziennych obowiązków, które nadeszły szybciej, niż mógłby się tego spodziewać. Jego dotychczasowa sielanka opuściła go okrutnie, robiąc miejsce wreszcie na moment, w którym przyszło mu się wykazać, a musiał dokonać tego niejednokrotnie. Musieli być z niego dumni. Jego rodzina musiała widzieć jego postęp i chęci do zostania najlepszym z najlepszych, tym razem oprócz tylko pewnie nacechowanych słów, a zerowego udowodnienia w postaci zarysowanych mięśni pod futrem. W żłobku nauczył się wiele, a to nie był koniec jego nauki. Rogata Łapa wiedział, że jeśli zrobi choć jedną rzecz nie tak, mógłby wtedy pożegnać się ze swoim pięknym, dumnym imieniem i nadziejami rodziny, które tylko rosły względem niego.

***

Rogata Łapa szedł u boku przywódczyni, czując nieprzyjemnie mokrą ziemię pod poduszkami. Rozpływała się i była zdecydowanie za miękka! Trzymał ogon tak, żeby nim przypadkiem nie dotknąć tego całego brudu wszędzie wokół. Ciekawe co dzisiaj będą robić? Mokre, chłodne powietrze docierało do jego nosa prędko, przypominając o plusze. Rechot żab ucichł, gdy dwójka zbliżyła się wystarczająco blisko. Point prędko odkrył, że ich obóz otoczony był masą wysepek, a więc jeśli chcieli dotrzeć gdziekolwiek, to musiał nauczyć się pływać. On tak naprawdę wiedział już, jak pływać, moczył się przecież tyle razy w tym malutkim brodziku pod czujnym okiem Złocistego Widlika i matki, ale może wody tutaj to było zupełnie co innego. Dwójka przystanęła przy jednym z drzew, Mandarynkowa Gwiazda spojrzała na swojego podopiecznego, jakby z podejrzliwością, a sam Flaming czekał na polecenia z jej strony, zastanawiając się gdzieś z tyłu głowy, dlaczego go takim spojrzeniem obdarzyła. Wyprostował się wręcz jak na zawołanie, układając sierść na piersi starannie. Może zrobił już teraz coś nie tak? Chciał jej pokazać, że był mądry i nie było potrzeby tłumaczenia mu tak obszernie, jak małemu, nierozgarniętemu kociakowi. Nagle kiwnęła do niego głową, wskazując na drzewo.
— Wdrap się. Chyba że wolisz siedzieć w tym błocie — miauknęła, owijając ogon starannie wokół łap. Może jej nie dopisywał humor?
Kocur sterczał tak jeszcze przez parę uderzeń serca, zastanawiając się, jak powinien do tego podejść. Najlepiej tak, jak uczyła go matka. Chociaż ona nie wspominała o drzewach wcale tak dużo, raczej skupiała się na rodzie królewskim, panujących zasadach w Klanie Nocy i oczywiście pływaniu czy łowieniu, wspinaczka go szczerze zaskoczyła… ale nie zamierzał się poddawać. Dobrze byłoby wykorzystać fakt, że miał większe łapy i ostrzejsze pazury, więc wczepienie się w korę nie powinno być kłopotliwe. Musiał naśladować wszystkie te mniejsze zwierzęta wokół… Podszedł do drzewa pospiesznie, ale elegancko i stanąwszy na dwóch łapach, wczepił się przednimi w twardy pień. Początkowo wyglądało to dość zabawnie, ponieważ zatrzymał się na parę uderzeń serca, sprawdzając, gdzie najlepiej byłoby wykonać następny ruch. Kora nie była miękka, ale była z pewnością odrobinę śliska z powodu wcześniejszej mżawki.
Okazało się, iż to było nieco trudniejsze, niż początkowo zakładał, ale to go wcale nie zniechęciło. Po chwili zaczął wczepiać się wyżej, wykorzystując do tego już również tylne łapy. Ciekawe czy tak się czuły wiewiórki? Rogata Łapa wybierał dość proste miejsca, do których mógłby się wczepić. Szukał ubytków, gdzie może i by zmieścił, chociaż część łapy. Patrzył też za takimi, gdzie było jak najmniej brudu czy innych niedogodności. W końcu kto by chciał drzazgi w poduszce? Jeszcze by się biedny poranił i musiał czekać w legowisku medyków! Nie miał na to czasu! On się musiał uczyć i zostać wojownikiem. Kątem oka zerknął, czy babka patrzyła na jego ruchy. Śledziła tak naprawdę każdy z nich, jakby czekała, aż w końcu się pomyli. W tym samym czasie jego łapa, jak na złość, poślizgnęła się, a on sam runął na ziemię, lądując w mokrym błocie. Skrzywił się, gdy ból rozprzestrzenił się po jego ciele niczym ciarki zimna czy… w tym przypadku prędzej zażenowania. Mokra ciecz rozbryzgnęła się naokoło, na szczęście nie dotykając nawet koniuszka gęstego ogona starszej.
“Dlaczego w takim momencie mi się poślizgnęła łapa? Teraz to ona na pewno nie będzie mnie traktowała na poważnie…” — pomyślał, odrobinę się smucąc. Prędko podniósł się na łapy sztywno, sprawdzając, czy przypadkiem niczego sobie nie połamał, czy nie wygiął. Po oględzinach stwierdził szybko, że raczej nic poważnego sobie nie zrobił. Tak naprawdę nie wspiął się nawet wysoko, bo przez swoje wybrzydzanie wcale sobie nie ułatwiał zadania.
Mandarynkowa Gwiazda zerknęła na niego, jakby sprawdzała, czy się uszkodził, jednak prędko z tego zrezygnowała, zauważywszy, że poruszał się normalnie.
— Drzewa nie są zbudowane pod ciebie. Musisz czasami poświęcić jedną rzecz, żeby zyskać drugą. Gdybyś tylko zauważył niektóre wgłębienia, to nie dość, że wszedłbyś na górę szybciej, to w dodatku może i byś nie spadł. Jeśli szukasz wygody, to zostajesz na dole, a jeśli ci zależy na wejściu wyżej, to nie wybrzydzasz. I co najważniejsze – jak się wspinasz, to patrz przed siebie, bo nie ma wcale czasu na takie lustrowanie otoczenia, na pewno nie wtedy, kiedy drugi kot siedzi prawie że tuż za tobą. Rozglądasz się, to spadasz, proste — machnęła ogonem, otrzepując się z drobinek kurzu. Uśmiechnęła się do niego delikatnie, ale wcale nie dostrzegł w tym uśmiechu nadmiernej pobłażliwości. Podeszła do drzewa teraz ona i bez dłuższego zastanawiania się chwyciła łapami kory, robiąc to dużo bardziej elegancko niż on. Mimo śliskiej kory, jej wspinaczka szła dużo lepiej i w dodatku szybciej. Zupełnie tak, jakby jej ta wilgoć wcale nie przeszkadzała. Już po chwili znalazła się na jednej z najniższych gałęzi, spoglądając na swojego wnuka spomiędzy łysych gałęzi. Gdyby nie pomarańczowe ślepia, to wtapiałaby się w tło nawet nie najgorzej.
Rogata Łapa otrzepał sierść również, ale to nie wystarczyło, żeby się pozbyć tych niedogodności. Jego białe plamy pokryte teraz były brudem, miał ochotę zanurzyć się w jakiejś wodzie i umyć, ale to by było bardzo nierozsądne, szczególnie przy tak mroźnej pogodzie. Zesłałby na siebie tylko więcej nieszczęścia. Otrzepał się też po to, żeby zrzucić z siebie budujące się nieprzyjemne uczucia. Nie uszkodził się, więc mógł próbować dalej. Zapamiętał mniej więcej sposób, w jaki pręgowana się podnosiła wyżej i zamierzał samemu teraz tego spróbować.
Zaczął podciągać się mniej elegancko, wybierając teraz nawet i te brudne wgłębienia, byleby tylko móc gdzieś się podtrzymać. Gdyby było sucho, to by wcale nie musiał tak robić, bo pazury by mu w pełni wystarczyły.
W pewnym momencie usłyszał głos babki, która nadal przypatrywała się uczniowi.
— Spójrz, jak wysoko już jesteś.
Rogata Łapa miał ochotę wykonać to, co mu poleciła, w dodatku wybiło go to lekko z rytmu, zmuszając do zatrzymania się, aczkolwiek nie wykonał tego polecenia. Nie był jeszcze bezpieczny, więc nie mógł się tak rozglądać w najlepsze. Jak tylko znajdzie się na gałęzi, to sobie wtedy popatrzy czy widać stąd obóz Klanu Nocy. W oczach liderki pojawiła się iskra zainteresowania.
Wreszcie znalazł się nawet wyżej niż wcześniej. Łapy powoli zaczynały mu odmawiać posłuszeństwa przez nagły nadmiar wysiłku, co objawiało się lekkim trzęsieniem się kończyn, ale fakt, że był już blisko celu, bardzo go pocieszał. Szarpnął się ostatni raz, znajdując wreszcie obok upragnionego miejsca odpoczynku. Usadowił się na jednej z gałęzi, spoglądając na babkę, czując rosnące zadowolenie z siebie. Kocica zamrugała, wydając z siebie cichy pomruk.
— Może jednak coś z ciebie będzie, o ile to nie było tylko szczęście, a faktyczne umiejętności.
Kocur spojrzał na grunt pod sobą, czując, że to miał być dopiero początek jego treningów. Będzie musiał zrobić wiele, żeby babka go rzeczywiście pochwaliła. Dobrze, że już teraz dostrzegała, że nie był typowym Nocniakiem… a może nie był wcale nikim szczególnym w jej oczach?
Powróciwszy do obozu, Rogata Łapa prędko odszukał brązowej pokraki, zajmującej się w danej chwili jakimiś odpadkami, chyba miała je wyrzucić. W momencie, gdy tylko koteczka spostrzegła kocura, odruchowo wręcz podbiegła do sterty zwierzyny, niosąc teraz w jego kierunku dorodną rybę. Point uniósł brodę do góry, spoglądając wymownie na zdobycz. Zmrużył oczy, a mordkę zwrócił na bok, jakby mu nie pasowała taka propozycja. Przewrócił oczami, wydając z siebie teatralnie głośne westchnięcie.
— Nie ma nic innego? — powiedział zawiedziony, trącając rybę łapą, niczym z obrzydzeniem! Tak naprawdę nie robiło mu różnicy, jaką rybę miał za moment zjeść. Chciał jej po prostu dokopać po treningu, który dokopał w pewnym momencie i jemu. — Pokrako, wyczyść moje futro. Muszę wyglądać idealnie, zawsze! — zażądał, przysiadłszy wygodnie na miejscu. Owinął gęstym ogonem swoje łapy, patrząc na kiwającą głową kotkę. Uśmiechnął się podle, a jego wąsy zastrzygły. — Ale najpierw zadbaj o to, żebym był dobrze wyżywiony. Nie mogę przecież po szkoleniu być o pustym żołądku! Ani chodzić cały brudny, jakbym był jednym z was, czekoladową brzydotą — zacmokał jeszcze na sam koniec, dopiero teraz odczuwając cały ten dzisiejszy wysiłek, który mu pulsował w łapach.

[nauka wspinaczki na drzewa, 3235 słów]