Zanim jednak pozwoliłem sobie na swobodne włóczenie się po lesie, czekał mnie trening z Sowim Zmierzchem. Mój mentor postanowił tego dnia skupić się na dwóch umiejętnościach, które, jak twierdził, mogły przydać mi się w przyszłości podczas wykonywania obowiązków wojownika. Pierwszą z nich była nawigacja w tunelach. Na samą myśl o ciasnych, ciemnych korytarzach początkowo byłem podekscytowany. Wydawało mi się, że wystarczyło zapamiętać kilka zakrętów, kierować się zapachem i po prostu iść przed siebie. Szybko jednak przekonałem się, jak bardzo się myliłem.
W głębi tuneli światło słoneczne nie docierało niemal wcale, a znajome odgłosy lasu stopniowo cichły, ustępując miejsca szelestowi przesuwającej się pod łapami ziemi oraz pojedynczym kroplom wody spadającym z sufitu. Musiałem znacznie bardziej polegać na węchu i słuchu, a także uważnie zapamiętywać kształt korytarzy. Sowi Zmierzch co jakiś czas zatrzymywał się i zadawał mi pytania o drogę powrotną. Nie zawsze potrafiłem odpowiedzieć od razu. Zdarzyło mi się nawet pomylić dwa podobne rozwidlenia, przez co musiałem ponownie zastanowić się nad kierunkiem, z którego przyszliśmy.
Nie byłem zachwycony własnymi pomyłkami, ale starałem się ich nie okazywać. Chciałem, żeby mój mentor widział we mnie ucznia, który potrafił przyznać się do błędu i wyciągnąć z niego wnioski. Ojciec zawsze wydawał mi się taki pewny siebie, kiedy opowiadał o swoich doświadczeniach. Czasami zastanawiałem się, czy on również miewał trudności z nauką nowych rzeczy, czy może od samego początku wszystko przychodziło mu z łatwością. Oczywiście rozsądniejszą odpowiedzią było to pierwsze, ale i tak trudno było mi przestać porównywać się do Nocnego Śpiewaka.
Po zakończeniu ćwiczeń w tunelach przeszliśmy do wspinaczki na drzewa. Ta część treningu wydawała mi się znacznie przyjemniejsza. Lubiłem przebywać wśród gałęzi i obserwować świat z góry, a możliwość dostrzeżenia czegoś, co umykało uwadze kotów poruszających się po ziemi, zawsze mnie fascynowała. Nie oznaczało to jednak, że wspinaczka była prosta. Musiałem nauczyć się odpowiednio rozkładać ciężar ciała, mocno chwytać korę pazurami i ostrożnie wybierać kolejne miejsca, na których mogłem oprzeć łapy. Kilkukrotnie zatrzymywałem się, by upewnić się, że następny ruch nie skończy się nieprzyjemnym upadkiem.
Najbardziej kusiło mnie, by jak najszybciej dotrzeć na samą górę. Za każdym razem, gdy dostrzegałem kolejną gałąź, od razu chciałem się na nią dostać, nie zawsze zastanawiając się nad tym, czy rzeczywiście była odpowiednio stabilna. Sowi Zmierzch musiał mi przypominać, że pośpiech nie pomagał w nauce, a ostrożność nie była oznaką tchórzostwa. Choć nie przepadałem za ciągłym słuchaniem podobnych uwag, wiedziałem, że mój mentor miał rację. Nie zamierzałem przecież skończyć z obolałymi łapami, tylko dlatego, że chciałem udowodnić, jak dobrze sobie radziłem.
Kiedy wreszcie zakończyliśmy trening, czułem zmęczenie w mięśniach, ale byłem też zadowolony. Nie wszystko poszło po mojej myśli, jednak nauczyłem się kilku rzeczy, które mogły przydać mi się podczas kolejnych wypraw. Pożegnałem się z Sowim Zmierzchem, a następnie ruszyłem w stronę lasu, postanawiając wykorzystać resztę dnia na spokojny spacer. Nie chciałem od razu wracać do obozu. Poza tym miałem nadzieję, że uda mi się znaleźć jakieś ciekawe skarby, które wzbogaciłyby moje ozdoby.
Moje spojrzenie wędrowało od jednego skrawka ziemi do drugiego. Przy nasadzie ogona i wokół szyi wciąż nosiłem pióra, zasuszone liście oraz kwiaty, które zacząłem zbierać jeszcze pod koniec Pory Opadających Liści. Wtedy pomysł wydawał mi się niezwykle prosty. Wystarczyło znaleźć coś ładnego, odrobinę żywicy i soku z mniszka, a następnie ostrożnie przymocować zdobycz do futra. Nie przewidziałem tylko, że niektóre ozdoby z czasem stracą kolor, a inne zaczną się kruszyć. Mimo to nie miałem serca ich wyrzucać. Każda przypominała mi o miejscu, w którym ją znalazłem, albo o chwili, podczas której wpadłem na pomysł, by ją zachować.
Teraz jednak nadszedł czas na zmiany wraz z nadejściem Pory Nowych Liści. Dni Pory Nagich Drzew powoli odchodziły w zapomnienie, a ja chciałem, żeby moje ozdoby również odzwierciedlały nadchodzącą porę. Marzyły mi się świeże, zielone listki, delikatne kwiaty i może jakieś niewielkie piórko o ciekawym wzorze. Nie miałem jeszcze konkretnego planu. Zwykle najpierw zbierałem wszystko, co przyciągnęło moją uwagę, a dopiero później zastanawiałem się, jak można to ze sobą połączyć. Niekiedy efekt wyglądał naprawdę dobrze, a innym razem musiałem zaczynać od początku. Nie przeszkadzało mi to jednak, bo samo tworzenie sprawiało mi mnóstwo przyjemności.
Przystanąłem przy niewielkim skupisku młodych roślin, schylając łeb, by przyjrzeć im się z bliska. Nie wszystkie potrafiłem rozpoznać, dlatego ostrożnie obwąchałem ich delikatne listki. Nie chciałem przecież przypadkiem zerwać czegoś, co mogło okazać się trujące albo po prostu nie nadawało się do ozdabiania futra. Właśnie wtedy kątem oka dostrzegłem ruch pomiędzy drzewami.
Podniosłem głowę i zamrugałem, rozpoznając złotą sylwetkę należącą do jednego z uczniów naszego klanu. Słoneczna Łapa! Kojarzyłem go z obozu, ale nie przypominałem sobie, żebym miał okazję porozmawiać z nim dłużej. Może wymieniliśmy kiedyś kilka słów, a może po prostu widywałem go podczas codziennych obowiązków. W każdym razie teraz nadarzyła się dobra okazja, by to zmienić. Lubiłem poznawać inne koty, a szczególnie interesowało mnie to, czym zajmowały się w wolnym czasie. Każdy miał przecież jakieś własne zainteresowania, nawet jeśli nie zawsze było je widać na pierwszy rzut oka.
Uśmiechnąłem się szeroko i ruszyłem w jego stronę, zupełnie zapominając o zmęczeniu po treningu. Mój puchaty ogon uniósł się nieco nad grzbietem, a przyczepione do futra piórka zafalowały przy każdym kroku. Dopiero gdy znalazłem się bliżej, przypomniałem sobie, że moje ozdoby nie wyglądały już tak imponująco, jak kilka księżyców temu. Jedno z piór było postrzępione, a zasuszony kwiat przy szyi niemal całkowicie stracił swój pierwotny kolor. Mimo to nie zamierzałem się ich pozbywać, przynajmniej dopóki nie znalazłem czegoś, czym mógłbym je zastąpić.
— Hej, Słoneczna Łapo! — zawołałem pogodnie, zatrzymując się niedaleko niego. Przez chwilę przyglądałem mu się z zaciekawieniem, po czym zerknąłem na otaczający nas las. — Co tu robisz? Też wybrałeś się na spacer? Ja właśnie szukam czegoś ciekawego do swoich ozdób!
Na moment skierowałem wzrok ku ziemi, jakby spodziewając się, że w samym środku naszej rozmowy dostrzegę jakiś wyjątkowo piękny kwiat. Niestety, nic takiego się nie wydarzyło. Zamiast tego ponownie skupiłem uwagę na kocurze. Jego długie, złote futro wyglądało w promieniach słońca naprawdę efektownie. Jasna sierść na prawej połowie pyszczka przyciągnęła moje spojrzenie, podobnie jak pręgi na klatce piersiowej, które układały się w kształt przypominający słońce. Przez chwilę zastanawiałem się, czy sam mógłbym stworzyć ozdobę pasującą do jego umaszczenia. Może coś w odcieniu zieleni? Albo niewielki kwiat o jasnych płatkach? Pomysłów miałem już kilka, choć oczywiście nie zamierzałem od razu narzucać mu własnych wizji.
Usiadłem wygodniej na ziemi, owijając łapy ogonem. W głowie wciąż krążyły mi myśli o porannym treningu. Miałem ochotę opowiedzieć komuś o tunelach i wspinaczce, zwłaszcza że wciąż pamiętałem, jak trudno było mi odnaleźć drogę w ciemnych korytarzach. Z drugiej strony nie chciałem od razu zasypywać Słonecznej Łapy opowieściami, zanim w ogóle zdążył odpowiedzieć na moje pytanie. Czasami zdarzało mi się mówić za dużo, a później dopiero zauważałem, że drugi kot nie miał nawet okazji wtrącić ani słowa. Postanowiłem więc tym razem trochę się powstrzymać.
— Miałem dzisiaj trening z Sowim Zmierzchem — dodałem po chwili, zerkając na niego z wyraźnym ożywieniem. — Uczyliśmy się nawigacji w tunelach i wspinaczki na drzewa. Myślałem, że to drugie będzie łatwiejsze, ale trzeba uważać na każdą łapę. A w tunelach wszystko wygląda podobnie! Prawie pomyliłem drogę powrotną.
Parsknąłem cichym śmiechem, przypominając sobie jedną z chwil, gdy stałem przed rozwidleniem i próbowałem udawać, że doskonale wiedziałem, gdzie powinienem skręcić. Nie byłem pewien, czy Słoneczna Łapa uznałby tę historię za zabawną, ale mnie samemu trudno było się nie uśmiechnąć na wspomnienie własnej pewności siebie, która zniknęła niemal natychmiast po tym, jak Sowi Zmierzch poprosił mnie o wskazanie właściwej drogi.
— Ale chyba nie było tak źle. Przynajmniej teraz wiem, że nie powinienem pędzić przed siebie, kiedy nie mam pojęcia, dokąd idę — stwierdziłem, wzruszając lekko barkami. — Chociaż wspinaczka była całkiem fajna. Z góry wszystko wygląda inaczej. Można zobaczyć miejsca, których normalnie w ogóle się nie zauważa.
Przez moment wyobrażałem sobie, jak wyglądałby las z najwyższego drzewa, na jakie udałoby mi się wejść bez pomocy mentora. Być może dostrzegłbym wtedy gniazda ukryte między gałęziami albo miejsca, w których rosły kwiaty niewidoczne z ziemi. Ta myśl sprawiła, że niemal natychmiast nabrałem ochoty, by kiedyś spróbować ponownie. Oczywiście najlepiej po wcześniejszym upewnieniu się, że drzewo rzeczywiście nadawało się do wspinaczki. Nie chciałem przecież, żeby Sowi Zmierzch musiał mnie później szukać, bo postanowiłem wejść zbyt wysoko.
Po chwili przypomniałem sobie jednak, po co właściwie zatrzymałem się w tej części lasu. Spojrzałem na własne ozdoby, a następnie znów na Słoneczną Łapę. Może on również lubił zbierać coś, co można było znaleźć podczas spacerów? Nie każdy musiał interesować się tym samym, ale właśnie dlatego rozmowy wydawały mi się takie ciekawe. Można było dowiedzieć się o kimś czegoś zupełnie niespodziewanego.
— A tak w ogóle, widziałeś kiedyś, jak ktoś ozdabia sobie futro? — zapytałem, przechylając łeb i wskazując pyskiem na piórka przy szyi. — Zacząłem to robić pod koniec Pory Opadających Liści. Zbierałem wtedy ostatnie kwiaty, kolorowe liście i pióra, a potem przyczepiałem je do sierści za pomocą żywicy i soku z mniszka. Nie wszystko trzyma się idealnie, ale większość jakoś przetrwała Porę Nagich Drzew!
Unosząc nieco głowę, próbowałem zaprezentować mu swoje ozdoby z jak najlepszej strony. Jedno z piór przekrzywiło się niezgrabnie, więc poprawiłem je łapą, mrucząc pod nosem z niezadowoleniem. Zaraz jednak ponownie się uśmiechnąłem. Przecież nie musiały być doskonałe. Najważniejsze, że były moje, a każda z nich miała własną historię.
— Teraz chcę zrobić sobie coś na Porę Nowych Liści. Myślałem o świeżych listkach, może jakichś drobnych kwiatach… Tylko muszę jeszcze znaleźć coś odpowiedniego. Nie chcę zerwać pierwszej lepszej rośliny, bo niektóre są przecież całkiem podobne do siebie — wyjaśniłem, zerkając na rośliny, które wcześniej oglądałem. — A ty? Lubisz zbierać kwiaty? Albo robić coś z tego, co znajdziesz w lesie?
Zamilkłem wreszcie, pozostawiając mu przestrzeń na odpowiedź. Wciąż jednak patrzyłem na niego z zainteresowaniem, a końcówka mojego ogona poruszała się lekko po ziemi. Nie wiedziałem jeszcze, czy Słoneczna Łapa podzielał moje zamiłowanie do przyrody, ale miałem nadzieję, że uda nam się znaleźć wspólny temat. W końcu nie każdego dnia trafiała się okazja, by porozmawiać z kimś z własnego klanu poza zwyczajowymi spotkaniami w obozie.
Wiatr Pory Nowych Liści poruszył gałęziami nad naszymi głowami, przynosząc ze sobą zapach wilgotnej ziemi i świeżej roślinności. Przymknąłem na moment oczy, delektując się tą krótką chwilą spokoju. Po porannym treningu dobrze było odpocząć, a jeśli przy okazji udałoby mi się znaleźć nowego towarzysza do leśnych wędrówek, tym lepiej.
— Wiesz co? Jeśli też lubisz kwiaty, możemy kiedyś poszukać ich razem — zaproponowałem z entuzjazmem, zanim zdążyłem się nad tym dłużej zastanowić. — Znam kilka miejsc, w których powinny niedługo zakwitnąć nowe rośliny. A jak niczego nie znajdziemy, to zawsze możemy po prostu pospacerować. Las jest ciekawszy, kiedy ma się komu pokazywać wszystkie te małe rzeczy, których inni nawet nie zauważają.
Uśmiechnąłem się do niego zachęcająco, czekając, co odpowie. Byłem gotów wysłuchać zarówno opowieści o jego własnych zainteresowaniach, jak i zwyczajnej odpowiedzi, że kwiaty wcale go nie obchodziły. W końcu nie każdy musiał być taki jak ja. A kto wie, może Słoneczna Łapa pokaże mi coś, czego sam nigdy wcześniej nie zauważyłem?
<To jak, Słoneczna Łapo?>
[1894 słowa + wspinaczka na drzewa + nawigacja w tunelach]



