BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

27 września 2026

Od Poziomkowej Łapy

Przeszłość

Koteczka gnała ile sił w łapach za zającem. Chłodne podmuchy Pory Opadających Liści przeczesywały jej poplątane, długie kłosy, a na wąsy przyjemnie napierał wiatr. Kocicy na sam zapach gryzonia aż ślinka ciekła z pyska, ale musiała się opanować. Jej kondycja nigdy nie była najlepsza, szczególnie gdy w grę wchodziły biegi długodystansowe, dlatego Śniący Obserwator wprowadził, a przynajmniej próbował wprowadzić do jej rutyny parę okrążeń po centrum każdego dnia, najlepiej po przebudzeniu lub chwilę przed zaśnięciem, żeby jej się lepiej spało. Poziomka niestety nie stosowała się do tego każdego dnia, jedynie wtedy, kiedy pamiętała, czyli jakieś parę wschodów słońca po wprowadzeniu tej nowości, z rzędu. W tunelach nie było aż tak dużo tlenu, żeby mogła swobodnie się wysapać po takim biegu, dlatego też było to o tyle utrudnione. Oprócz mięśni łap, miało to na celu wytrenować również pojemność jej płuc, dzięki czemu nie walczyłaby o każdy oddech po najmniejszej pogoni.
Wystawiała łapy daleko przed siebie, ogon trzymając sztywno, a uszy położyła po sobie, żeby nie wyginały jej się boleśnie do tyłu przez nacisk wiatru. Śniący Obserwator ustawił się na jednym ze wzniesień, lekko schowany, żeby zając wpadł prosto w jego łapy. Znalazłszy się wystarczająco blisko, Poziomkowa Łapa nagle skręciła mocno, niemal nie przewracając się na bok. Ten gest sprawił, iż zwierzyna czmychnęła prosto w sidła, kończąc pod poduszkami kocura. Przewodnik wgryzł się w kark ofiary, nie czekając długo. Bure futerko, teraz lekko poszarpane, było targane przez wiatr czeszący wysoko pnące się kłosy wrzosowisk, a ciemny pyszczek zabarwił się krwią, oczka zaś zaszły mgłą, już nieobecne. Poziomkowa Łapa miała wrażenie, jakby zaraz dane jej było wypluć własne płuca. Śniący Obserwator zaś nie wyglądał na szczególnie zmęczonego, chociaż najwięcej z biegu załatwiła ona. Skinął jej głową, a młódka z podekscytowaniem chwyciła zdobycz za skórę na karku. Była zaskakująco lekka. Może wieczne robienie za tragarza dla wszystkich jednak jej się opłaciło? W końcu teraz mogła przenieść takiego zająca bez narzekania, że bolał ją kręgosłup lub szczęka. Zamruczała z zadowoleniem do siebie, idąc łapa w łapę u boku mentora.

***

Mianowanie Kostki na ucznia

Kostka, a teraz raczej Dzielna Łapa, doczekał się swojego mianowania na ucznia, które przeszło dość sprawnie. Zetknął się nosami z Lodówkowym Ciosem, czekoladowa posłała mu delikatny uśmiech, a już po chwili po tunelach poniosło się głośne, a jednak głuche skandowanie nowego imienia rudego. Mokry, ziemisty zapach docierał do nosa szylkretki, okrzyki kotów ginęły w daleko ciągnących się ziemnych odnogach, chociaż były na tyle długo obecne, że naniosły na pysk brązowookiego uśmiech. Poziomkowa Łapa poczuła ciepło rozlewające się po jej piersi. Spoglądanie na niego, w takim stanie, wprawiało ją w pewne nowe uczucie, którego nie potrafiła za dobrze zrozumieć. Wyglądał na takiego szczęśliwego i beztroskiego, o zadbanym, bujnym futrze i czujnie postawionych uszach, ogonie drgającym z emocji. Poczuła nagłe delikatne, przypadkowe szturchnięcie w bok, gdy odpłynęła myślami ponownie. Końcówka kity Malinki siedzącej obok otuliła gęsty ogon szylkretki. Uczennica spojrzała na siostrę z delikatnym skonfundowaniem, które po chwili przerodziło się w spokój. Odetchnęła pod noskiem, wtulając się w puchatą pierś siostry. Zaczęła cicho mruczeć.
— Dzielna Łapa! Dzielna Łapa! — wołano jeszcze przez jakiś czas, aż wreszcie w centrum została tylko garść kotów, ponieważ reszta zdążyła wrócić do swoich obowiązków sprzed zebrania. Zawodząca Gwiazda pozwolił im iść. Poziomkowa Łapa przełknęła nerwowo ślinę – chciała pogratulować koledze nowej mentorki oraz ścieżki szkolenia. Nieboskłonna Łapa potarmosiła ją delikatnie po łebku, żegnając się, ponieważ musiała już iść na trening z Wędrującym Niebem, niebieskooka została sama. Teraz… teraz nadal chciała mu powiedzieć parę miłych słówek, żeby może spojrzał na nią inaczej, aczkolwiek nie czuła wystarczająco odwagi. Nie chciała mu się przecież narzucać.
— Malinko, czy mogę pójść jednak z tobą?! — zawołała, szukając nakrapianego futra, jednak nie mogła go nigdzie znaleźć. Zamiast tego wpadła na Cyklonowe Oko, a wraz ze zderzeniem, usiadła na zadek, masując sobie główkę. Serce jej się zapadło, gdy przed oczami zafalowały jej kremowe, długie kłosy, sięgające ziemi.
— Przepraszam! — powiedziała do niego, a jej oczka zaczęły ją delikatnie piec. Nie chciała na niego wpaść… kocur pokręcił jedynie lekko głową, po czym odszedł w swoją stronę. Po piersi Poziomki rozlało się nieprzyjemne uczucie. Co, jeśli Kostka ją widział w takim stanie? Nie chciała się nawet oglądać. Zbłaźniła się w samym centrum Klanu Burzy. Dobrze, że chociaż nie było aż tak jasno, to może nie widziało tego zbyt wiele kotów. Zastrzygła nerwowo wąsami. Nikt jej nie odpowiedział, siostra zatem musiała być już zbyt daleko, żeby ją usłyszeć.
Poziomkowa Łapa przetarła łapą policzki, czując, jak zaczynają po nich spływać łzy. Nieważne ile razy by nie potrząsała łebkiem, nie mogła ich od siebie odgonić. Z nosa zaczęła wypływać jej wydzielina, która utrudniała młódce oddychanie, co było dodatkowym utrudniaczem funkcjonowania. Miała ochotę zakląć na siebie i przeklnąć każdą sytuację, która wprawiła ją w podobny stan. Ten dzień zapowiadał się na taki wspaniały, było jej za dobrze, żeby takim pozostał. Czy los specjalnie podrzucał jej kłody pod łapy?

Teraźniejszość, po walce z kuną

Pora Opadających Liści stała się dużo chłodniejsza niż była na początku. Najprawdopodobniej, gdyby zamieszkiwali tereny pokryte lasami, odczuliby te zmiany dużo bardziej. A przynajmniej widzieliby pod swoimi łapami kolorowe liście, sypiące się z wiekowych roślin niczym deszcz z kłębiących się, ciemnych chmur. Ciepłych dni było coraz mniej, zakrywały je te szaro-bure, niekoniecznie przyjemne. Poziomkowa Łapa, całe szczęście, miała nie najkrótsze futro, dlatego też ta zmiana nie odbiła się szczególnie na jej zdrowiu. Odpukać, jej siostry również nie chorowały do tej pory, może poza ostatnią walką z kuną. Na samą myśl zmartwiła się o zdrowie Porzeczki i Dzielnej Łapy. Musiała dzisiaj zajrzeć do legowiska uczniów, czy już czuli się lepiej. Mieli opatrunki, ale czy to wystarczyło? W końcu kuna poturbowała ich bardziej, niż ją. Ostatnio Kurza Łapa, czyli drugi uczeń przewodnika, a dokładniej Białego Strumienia, został niedawno oficjalnie mianowany. Nosił obecnie imię Połyskliwy Kogut, a sama Poziomkowa Łapa nie znała go aż tak dobrze, mimo że mijali się w centrum. Koty Klanu Burzy odczuwali zmianę w pogodzie, zwierzyny było coraz mniej, przez co nikt nie chodził w pełni syty, jak to było jeszcze wcale nie tak dawno temu. Szylkretka słyszała również o śmierci jednej z minarek, Rudzikowego Skrzydełka. Nie była z nią nigdy blisko, aczkolwiek, mimo bycia zbrodniarką, współczuła jej takiej śmierci. Z pewnością męczyła się z powodu czarnego kaszlu. Może teraz, w Klanie Gwiazdy było jej lżej. Może gwiezdni przodkowie jej wybaczyli. W dodatku nowomianowani wraz z Łzawą Łapą zostali zwołani do legowiska, a pomiędzy pobratymcami poniosły się spekulacje, iż są przesłuchiwani. Sama Poziomkowa Łapa nie była pewna, co powinna o tym myśleć, dlatego też najłatwiejszym było nie myśleć o tym zupełnie nic, choć wcale nie było to najłatwiejszym zadaniem. Nie była szczególnie blisko, a tak naprawdę nie była w ogóle blisko z byłą minarką. Mimo to życzyła jej spokoju w zaświatach.
Podniosła się z miejsca, rozglądając za siostrą. Jeśli ruszy jej zapachem, to na pewno do niej dotrze. Dzisiaj obudziła się nieco później, niż jej obydwie siostrzyczki, dlatego też pomyślała, że mogłaby się przyłączyć do któregoś z ich treningów, o ile nie wyruszyły poza obóz, co było zresztą mało prawdopodobne.
Ruszyła jedną z odnóg, prowadzących do legowiska więźniów. Ze względu na delikatnie zamazaną wizję z powodu niedawnego przebudzenia się oraz zapchany nosek, ciężko było jej nawigować poprawnie między wijącymi się odnogami. Udało jej się przejść obok Łapkowa, małego przedszkola. Potarła łapką swędzące ślepie. Mała Poziomka przesiadywała tutaj od czasu do czasu wraz z siostrzyczkami, ucząc się o zwyczajach panujących w Klanie Burzy. Ich uwagę utrzymywano, merdając piórkiem lub wszelkiego rodzaju zabawkami przed ich nosami. Szylkretka zawsze dywagowała długo o tym, jak bardzo miękki był dany przedmiot, tuląc się do niego niczym do brzucha matki. Bardzo lubiła to uczucie na własnych policzkach. Sensoryczne ścieżki z kamyczków zawsze sprawiały, że bolały ją później łapki, co nie było aż takie przyjemne, ale rozumiała to teraz. W końcu w tunelach co jakiś czas natrafiano na kamienie, ale i nie tylko – bo przecież poza tunelami również istniały. Zawędrowała aż do tunelu z wyjściem przy Kamiennych Strażnikach. Idąc prosto, zawęszyła w poszukiwaniu zapachu siostry, ponieważ miała dwie ścieżki i nie była pewna, czy powinna skorzystać z którejś z nich. Wreszcie, skręciła w prawo, nie mając świadomości, że była to zła droga. Nieboskłonna Łapa nie przechodziła tędy, ale Poziomka nie była już pewna czy jej się wydawało, że czuła jej zapach, czy może rzeczywiście podążała jej tropem. Nagle, z jednej ze ścian wydobył się cichy stukot. Postawiła czujnie uszy. Przerodził się w trzeszczenie, które podniosło jej futro na plecach. Przecież jej siostra tam była! Ziemia zaczęła się osypywać, gdy ruszyła odnogą pospiesznie, wołając jeszcze za buraską;
— Malinko! — Rozległo się grzmotnięcie, a w powietrze wzniosły się tumany kurzu. Poziomkowa Łapa poczuła nagły ból, był dużo gorszy niż jej ostatnia walka uczniów, przeprowadzona przez Małą Bazie. Ziemia zaczęła napierać na jej płuca mocno, miała wrażenie, jakby najadła się jej już całe garści. Obraz przed jej oczami teraz już całkowicie się zamazał.
Została zakopana żywcem.

***

Śniący Obserwator wsunął łapę do jej pyska i zaczął wygrzebywać z niego tyle ziemi, ile był w stanie. Było to wszystko po to, żeby jej drogi oddechowe się odetkały. Polizał ją po nosie, czyszcząc go tym samym. Nagle Poziomkowa Łapa wzięła haust powietrza i zaczęła krztusić się glebą, wymiotując przynajmniej częścią z tego, czego się najadła. Otworzyła ślepia i miała ochotę je przetrzeć, aczkolwiek cała była w ziemi, dlatego ten ruch jedynie je podrażnił. Stęknęła słabo, kładąc się na ziemi. Zrobiło jej się nagle chłodniej niż kiedykolwiek wcześniej. Po paru uderzeniach serca podniesiono ją, ogon zsunął jej się i gdyby jej nie trzymano, prawdopodobnie spadłaby z barków jednego z Burzaków. Miała wrażenie, jakby do tej pory śniła, nie mogąc wydobyć z siebie nawet najcichszego pomruku. Każdy ruch zdawało się, był dla niej wyzwaniem. Oczy przymknęły jej się, a potem ponownie uchyliły leniwie. Została ułożona wreszcie w jednym z legowisk medyka, do jej nosa dotarł intensywny, ostry zapach ziół.
Już niedługo później wokół zebrało się wiele gapiów, stojących w wejściu do lecznicy. Jednym z nich była Dryfujący Fluoryt, ze zmartwieniem spoglądająca na koteczkę. Zaczęła czyścić jej futro, liżąc ją wokół uszu, żeby uspokoić młódkę. Poziomkowa Łapa miała wrażenie, jakby została przygnieciona przez kamienie, a mimo to serce było wyjątkowo spokojne, jakby niezupełnie rozumiała, co się z nią stało. Zaczęła charczeć coś niezrozumiale. Nie docierał do niej żaden z dźwięków. Miała ochotę się przespać.

[1686 słów + polowanie na króliki]

Od Wdzięcznej Firletki

Miękkie światło jesiennego słońca wpadało do legowiska przez otwór w sklepieniu; odbijało się od posadzki i tafli oczka, malując w jaskini milszą atmosferę, niż tą, na którą wskazywało gęsto plecione w powietrzy napięcie. Zawodząca Gwiazda stanął w wejściu do lecznicy, uparcie odciągając wzrok od córki i spoglądając w górę. Jego sylwetka blokowała jedyne wyjście.
— Dlaczego Rudzikowe Skrzydełko została otruta?
Dwójka oskarżonych siedziała w kompletnym milczeniu. Ich klatki piersiowe unosiły się w nierównych oddechach; Łzawa Łapa wydała z siebie zksztuszony odgłos, a po jej pysku spłynęły łzy.
— Ja nie chciałam...
Uczennica wcisnęła głowę pomiędzy barki.
— B-bo ona... Ona powiedziała... Ż-że strasznie cierpi i... Że ma czarny kaszel. Nie mogłam już nic zrobić. Było za późno na pomoc-
Firletka drgnęła w miejscu, patrząc jak młodsza ociera pysk łapą i spuszcza wzrok na posadzkę. Kwas z żołądka podszedł jej do gardła.
— Próbowałam... Naprawdę próbowałam…
Krtań nie zdołała zacisnąć się na oschłych słowach, które spływały jej na język.
— Jesteś jedynie moją terminatorką, nie masz prawa podejmować takich decyzji.
Barki łaciatej drgnęły z kolejnym szlochem.
— Wdzięczna Firletko...
Jej spojrzenie, jak i to Zawodzącej Gwiazdy, przeniosło się na Połyskliwego Koguta. Nie umiała pojąć, jak syn Rudzikowego Skrzydełka mógł być w to zamieszany. Jak pozwolił sobie na tknięcie ciała matki w ten sposób.
Nowo-mianowany wzdrygnął się, chyląc głowę.
— Zdrowie Rudzikowego Skrzydełka się pogarszało odkąd została minarem — wydusił z siebie po chwili. — Ona... Ona cierpiała, Wdzięczna Firletko. Może i była zdrajczynią... Ale to wciąż była moja matka.
Przewodnik przycisnął się bokiem do Łzawej Łapy.
— Chciałem, aby się już więcej nie męczyła. Jej stan... To-
Ciało kocura zgięło się w pół, drżące jak jego słowa.
— To było straszne.
— A więc postanowiłeś zabrać życie własnej matce?
Chciała brzmieć delikatniej, ale rozczarowanie, kujące pazurami jej całe ciało, nie pozwalało jej. Głowa Koguta schowała się głębiej między jego barkami.
— Zabraliście jej życie, nie mówiąc jej nawet pewnie, co ją czeka — kontynuowała, zwracając się do ich obojga — i próbując umywać od tego łapy? Przekazaliście Zawodzącej Gwieździe, że powodem śmierci było wycieńczenie chorobą. Wynieśliście jej posłanie, aby, jak podejrzewam, nikt nie zauważył krwi i wymiotów.
Zamilkła na moment.
— Łzawa Łapo. Nie tego się po tobie spodziewałam — obrzuciła uczennicę spojrzeniem, które na moment zmiękło i wypełniło się żalem. — Nie jesteś medyczką, ani nawet asystentką. Twój głos nie jest w tej sytuacji decydujący. Twoja łapa nie wydaje wyroku na temat tego, kto przeżyje, a kogo życie się zakończy.
Ciałem Łzy wstrząsnął dreszcz.
— Wiem...
Jej głos był mokry i łamał się co głoskę. Czy naprawdę wiedziała? Czy łzy skapujące z jej brody spływały z żalem, czy ze strachem? Strachem przed tym, co ją spotka, czy przed tym, jakiego czynu się dopuściła?
— Wiem, że nie jestem medyczką. Nie chciałam decydować kto ma żyć, a kto umrzeć. Ja tylko... nie wiedziałam, co robić. Ona tak strasznie cierpiała. Mówiła, że nie może już wytrzymać.
Uczennica podniosła na nią wzrok.
— Może nie miałam prawa podjąć tej decyzji... Ale wtedy nie myślałam o tym, czy mam prawo. Myślałam tylko o tym, że ona cierpi.
— Jeśli nie wiesz, co robisz, sięgasz po radę wyższych rangą — miauknęła Firletka, jej głos o ton niższy, jednak nadal chłodny. — Jestem w stanie zrozumieć Twój punkt widzenia, jednak nie jest to drobny błąd, za który i ja, i pozostali członkowie rodziny Rudzikowego Skrzydełka — zerknęła kątem oka na drżącego Koguta, przełykając posmak obrzydzenia — możemy Ci wybaczyć.
Przesunęła ogonem po posadzce. Żal ciążył jej głęboko w żołądku; mimo to uniosła wyżej podbródek, spoglądając nad głową oskarżonych w lśniące łzami oczy Zawodzącej Gwiazdy. Czy to paręnaście księżycy temu, przy wyborze uczennicy, jej wybór zaślepiło pokrewieństwo młodej z jej przyjacielem? Czy pomiędzy epizodami ekscytacji, z którą podążała za nią łaciata, nie dostrzegła czegoś krzyczącego: "to się skończy źle"? Zawahała się na parę uderzeń serca, po czym Echo nieznacznie skinął głową. Przełknęła i wbiła wzrok w mokry pysk najmłodszej.
— Zawiodłam się na Tobie, Łzawa Łapo. Straciłaś w tym momencie moje zaufanie-
Od ścian lecznicy odbił się ostry szloch.
— Jak i przywilej bycia moją terminatorką.

↠ₓ⊹❈⊹ₓ↞

W Grocie Pamięci rozległy się szmery. Zawodząca Gwiazda wskoczył na jeden z głazów w przejściu między jaskiniami, spoglądając z podwyższenia na klan.
Jego klatka piersiowa drgnęła w nierównym oddechu, podobnie jak a Firletki.
— Klanie Burzy!
Tłum zamilknął. Owinęła łapy ciasno ogonem, wodząc wzrokiem po członkach rodziny Rudzikowego Skrzydełka.
— Łzawa Łapa oraz Połyskujący Kogut byli zamieszani w śmierć Rudzikowego Skrzydełka — oznajmił. Głowy współklanowiczów gwałtownie zwróciły się ku dwójce kotów, siedzących przed legowiskiem medyka w towarzystwie zniesmaczonego Śpiewającego Raniuszka. — W konsekwencji, Łzawa Łapa zostaje odsunięta od pozycji medyka... Oraz oboje zostają zawieszeni w obowiązkach i przywilejach na czas nieokreślony. Obowiązuje ich zakaz opuszczania obozu.
Rozpoczęło się wskazywanie łapami. Niektórzy szeptali sąsiadom na ucho, jeszcze inni spoglądali na Echo, czy nawet Milknącego Zewa, z niedowierzaniem na pysku. Nim chaos zaczął zawładnąć sercem Klanu Burzy, wzdłuż jego ścian odbiło się głuche dudnienie; później krzyki i tupot łap.
Nastroszyła futro. Z jednego z tuneli do środka wpadł Gadożerowy Pysk.
— Zawaliło-
Wojownik zatrzymał się z impetem pośród tłumu kotów.
— Zakopało Poziomkową Łapę!

Od Nicości (Kawczej Łapy) CD. Rozbitego Księżyca

Kiedyś

Nów krył się wraz z siostrą za matką, dokładnie tak, jak mu kazała. Miał tylko dwa księżyce i był słaby, do tego wyglądał jak chucherko, mimo to chciał pomóc. Nie wiedział tylko jak. Od matki dzielił kocięta również drewniany słup będący niezbyt świetną przeszkodą przeciwko agresywnemu ojcu. Stodoła w którejś mieściła się „szczęśliwa” rodzinka skrzypiała groźnie, tak jak przy każdej innej burzy, strasząc zawaleniem się. Burza, słaby budynek, prychnięcia i syki kotów w środku komponowały się w niezwykłą, lecz zatrważającą dla kocich uszu melodię, przerywaną cichym kwileniem maleństw Kwadry.
— Sierp musisz się uspokoić. Proszę — zawyła w końcu kotka, przełykając ogromną gulę w gardle.
Zamachnął się w jej stronę, a kotka zatrzęsła się nerwowo, czując, jak coś skapuje na jej łapę. Zamrugała i spojrzała w dół, aby ujrzeć niewielką kałużę krwi wydostającej się z jej polika. Podniosła smutne oczy na partnera i położyła uszy po sobie.
— P-Przepraszam — miauknęła cicho, widząc zniesmaczony wzrok kocura.
— Doprawdy beznadziejna z ciebie kotka. I te kocięta… czy one naprawdę są moje? Są takie… liche — mruczał cicho, liżąc się po piersi.
Zmierzył kotkę wzrokiem, spoglądając za słup.
— No dalej! Obrońcie matkę zapchleńce! — zarechotał, mrużąc oczy.
Ale zacznijmy od początku. Wiele księżyców temu, gdy jeszcze Nowiu ani Pełni nie było na świecie poznała się dwójka kotów. Oboje zakochali się bez pamięci, od pierwszego wejrzenia, miłością, która niegdyś nie znała granic. Skutkiem tej miłości były właśnie wspomniane kocięta. Wszystko było dobrze, dopóki te właśnie kocięta nie sprawiły, że Sierp zdawał się zmienić całkowicie podejście do swojej partnerki. Zdawała się mu obrzydliwa. Czy to przez widok jej porodu przed oczami, czy może przez ledwo żywe kulki leżące przy brzuchu matki, coś zmieniło się w poglądzie kocura. Mógł też po prostu mieć coś z głową, nie znali się zbyt wiele księżyców. Stał teraz nieomal w pozycji bojowej, gotowy w każdej chwili pokonać Kwadrę, która zresztą co wiadomo nie od dziś nie była szczególnie wspaniałym przeciwnikiem. Sierp westchnął ciężko i po długiej kłótni poszedł do kąta, zwijając się w kłębek. Kwadra podeszła do kociąt i bez żadnych słów pozwoliła im wtulić się w jej futro. Gdy tylko usłyszała pochrapywanie szturchnęła nosem swoje maluchy.
— Chodźcie. Musimy znaleźć nowe miejsce — szepnęła, schylając się, aby kocięta weszły na jej grzbiet.
Z takim oto bagażem powoli wyszła z szopy, kierując się tylko w jej znaną stronę.

Dzień po przyjściu do Klanu Wilka

Towarzystwa dotrzymywała mu przeważnie dwójka medyków. Miał posiedzieć chwilę w lecznicy, nim jego czarne oblicze wypełznie, gdziekolwiek indziej. Starsza kotka spoglądała co jakiś czas na niego z niesmakiem, tak jakby był nieświeżą rybą na stosie, co właściwie całkiem mu pasowało. A na pewno bardziej niż obecność, jak się dowiedział, jej asystentów, którzy co rusz próbowali zagadać do skwaszonego młodziaka. Oni jednak byli niczym w tej górze. Na samym jej szczycie znajdował się biały kleszcz na tyłku, który uznał sobie za powinność, co jakiś czas pchać swój ogoniasty zadek do legowiska medyka, aby przyjrzeć się wychodzi emu czarnulkowi. Gdy przyszedł w którymś momencie zdołał nawet odgryźć go w ten ofutrzony ogon, nie zniechęciło to jednak wojownika w żadnym stopniu. Nicość nie rozumiał tego wzroku, bo ten jego najprawdopodobniej mówił raczej tyle co:
„Zabiję ciebie i całą twoją rodzinę.” Dlatego ta dziwna, zdaniem małego futrzaka smutna iskierka była czymś niezwykle skomplikowanym. Nicość siedział gdzieś w kącie, gdy akurat do środka wszedł obiekt jest zamyślenia. Białe pędzelki haczyły niemal o ziemię, a na pysku miał wymalowany drobny, lecz nerwowy uśmiech. Tak właśnie prezentowała się największa mara czarnego kocurka. Wojownik nie wyglądał na kogoś, kogo Nicość powinien się bać, jednak było w nim również coś, co uświadamiało go, że pokonanie białego nie byłoby takie łatwe. Podszedł nieco bliżej, a Nicość spojrzał w górę i zamachnął się ogonem jak biczem. Zmrużył oczy i spojrzał z wyzwaniem w te niebieskie. Wtem ujrzał coś w pysku białego. Pachniało smakowicie, jednak fakt, że pożywienie trzymał Rozbity Księżyc sprawił, że zielonookiemu spełzł uśmiech z pyszczka. Drobna mysz spadła na ziemię, tuż przed łapy Nicości, ten, jednak nie zamierzał jej tknąć.
— No dalej… Jedz — miauknął zniecierpliwiony wojownik, szukając czegoś lub kogoś wzrokiem. — Proszę.
Nicość spojrzał w ogromne ślepia białego i zastrzygł tylko uchem, mając gdzieś jego prośby. Wtedy usłyszał pociąganie nosem i cichy szloch. Spojrzał w górę, widząc zapłakanego kocura. Zmierzył go zirytowanym wzrokiem.
„To ja powinienem ryczeć, a nie on” pomyślał smutno.
— S-Słuchaj. Ja p-p-przepraszam. Naprawdę. J-Ja nie chciałem! Chciałem… chciałem tylko ją odgonić. Nie wiedziałem, że tak to się skończy! W-Wiem, że wolałbyś z-zapewne tam zostać, może nawet tam umrzeć, w pobliżu swojej mamy, ale… to jedyne, co mogłem dla niej zrobić. Ona… chciała, abym się tobą zaopiekował. Nie wiem, jaki był twój ojciec, ale ja taki nie jestem i nigdy nie będę! — słowa wylewały się z tej beksy jak z wodospadu.
Nicość był teraz gdzieś pomiędzy decyzją o zwyzywaniu bezmyślnego wojownika, a stwierdzeniem, że jest poważnie szurnięty, ale wrażliwy i powinien mu wybaczyć. Klan Wilka, jak nazywało się miejsce, którego jeszcze porządnie nie zdążył zwiedzić zdawał się być niezbyt przychylny jego istnieniu. Miał w końcu bardzo niewiele księżyców i zupełny brak doświadczenia w samodzielnym życiu w dziczy. Ktoś, kto żył w tym społeczeństwie od wielu księżyców mógł się przydać. Przeanalizował dokładnie słowa białego w główce i przełknął ślinę. W oku również zakręciła się mu łezka, ale nigdy, by się do tego nie przyznał.
— Ty serio chcesz być moim ojcem? Chyba cię słoneczko przygrzało — wymamrotał, ale zaraz pokręcił głową. — Dobra. — rzucił zaraz, patrząc gdzieś w bok.
W głowie malucha zaczął kiełkować powoli pewien plan…

Aktualnie

— Wstawaj młody. Pora na trening — miauknął Rozbity Księżyc, szturchając ucznia w ramię.
— Chyba cię pogięło — mruknął, próbując zakopać się w mchu, co oczywiście doprowadziło do rozwalenia go na pół legowiska. Biały westchnął cierpiętniczo, a Nicość widział, jak bardzo tamten ma ochotę siłą wyciągnąć go z posłania. Czarnulek zamachnął się tylko niewzruszony ogonem i spojrzał prowokująco w stronę adopcyjnego ojca.
— Mógłbyś już nie marudzić? Marny będzie z ciebie wojownik z takim gadaniem — stwierdził bieluch, strzepując uchem. — No daleeej. Jak dziś pokazałeś, jak dzielnie wymieniasz legowiska i ćwiczysz wspinaczkę to wkrótce nauczę cię kilku ruchów. Może nawet zadbam o to, żebyś wziął udział w pojedynku uczniów? — zasugerował niby obojętnym wzrokiem z niby zamkniętymi oczyma, choć jedno przymknięte tylko częściowo obserwowało reakcję ucznia.
Nicość skrzywił pyszczek, ale Rozbity Księżyc ujrzał już tę iskrę w jego oku, którą uczeń próbował za wszelką cenę zatrzymać dla siebie. Czarny westchnął w końcu.
— No dobra! Ale nie zdziw się jak w twoim legowisku pojawi się jakiś robal — odparł w końcu młodszy kocur i wytrzepał się z mchu, na którym jeszcze przed chwilą leżał.
Razem wyszli z obozu, kierując się w stronę.
Czarnych Gniazd. Gdy byli już na miejscu Księżyc skonał głową w stronę ucznia.
— No to co. Wskakuj mały — miauknął ciepło biały, a Nicość spojrzał na niego spode łba.
— Ja ci zaraz dam ma… — zaczął, chociaż nie było dane mu skończyć, bo Rozbity już otwierał pyszczek, aby przerwać naganę młodziaka.
— Nie marudź. No już, na drzewo. Dasz radę — miauknął niebieskooki, mrugając uroczo powiekami. — Dasz radę synu, widziałem, jak już wiele razy wchodziłeś na drzewa.
— Ale nie na takiej wielkości! — odwarknął Nicość, ale wyciągnął pazury i zaczął próby wspinaczki na te przeklęte drzewo.
Im był wyżej, tym bardziej nie był pewien, gdzie powinien dać kolejny „krok”. Polecenia Księżyca, który rozsiadł się w dole jak księżniczka też zbyt wiele nie pomagały.
— Nie stawiaj tam łapy. Ani tam. Zaraz skręcisz kark — mruczał cicho, udając, że nie obchodzą go ruchy ucznia. — Och, no dalej!
— Czy jestem już na samej górze? Bo chyba zaraz spad… — mruczał Kawczy, aż w końcu pazury go zaczęły chyba zawodzić, bo czuł, jak zaczyna spadać. Księżyc na szczęście był na dole, więc czarny spadł idealnie na grzbiet wojownika.
— Ała, ty jesteś chory?! — zawył Rozbity z bólu, gdy tamten niby to przez przypadek przy upadku wbił pazury w skórę starszego futrzaka. Kawcza Łapa zeskoczył z białego i otrzepał się.
— Ty chyba powinieneś mnie uczyć, a nie rozsiadłeś się jak żaba na liściu! — miauknął rozzłoszczony uczeń, a Księżyc zmarszczył brwi.
— No bardzo mi przykro, że jesteś niekompetentny i prostej rzeczy nie potrafisz zrobić sam. Aż się zaczynam zastanawiać, czy Ognikowa Słota nie myliła się odnośnie ciebie.
Nicość spojrzał na Księżyca, zastanawiając się, gdzie podział się kocur, który księżyce temu płakał obficie po zabiciu jego matki. Położył uszy lekko po sobie, czując, jak chłód wzbiera w jego ciele. Uśmiechnął się zaraz głupio.
— Och, no mi bardzo przykro, że mój mentor na mnie tam, gdzie słońce nie dochodzi. Ta… jak jej tam było. Kocimiętkowy Wir nic cię nie nauczyła? — zapytał czarnulek, unosząc brwi.
— Pani Kocimiętki w to nie mieszaj, była dobrą mentorką — odparł, Kawcza Łapa zauważył, że chyba udało mu się wybić mentora z równowagi.
Nicość przewrócił tylko oczami i ponownie wszedł na drzewo, tym razem, docierając już nieco wyżej. Zszedł z drzewa, co było już nieco większym problemem, ale przynajmniej się nie połamał.
— Ej Księżyc. Jaki byłeś kiedyś? Czemu nazywasz jedną z mistrzyń panią Kocimiętką? — zapytał. — I gdzie są twoi rodzice? — dorzucił mimowolnie, uśmiechając się nieco kąśliwie.
Nicość był po księżycach w Klanie Wilka, że ostatnim pytaniem mógłby dokopać swojemu ojczulkowi. Jego rodzice najprawdopodobniej nie żyli. Ewentualnie było samotnikami. Jedyny koci osobnik, w jakiego towarzystwie widział, kiedykolwiek mentora to był ten cętkowany rudzielec, z którym nigdy nie zamienił słowa, co zresztą też trochę dziwiło młodzieńca. Biały spojrzał na zielonookiego i westchnął cicho, uśmiechając się delikatnie.
— Czy naprawdę musisz to wiedzieć? To jest… przeszłość. Naprawdę musisz wiedzieć, że twój mentor większość życia był porażką? — mruknął cicho, grzebiąc pazurkiem w ziemi.
Nicość zmarszczył brwi, ale kiwnął głową na tak. Oczywiście, że musiał wiedzieć. Kocur miał być jego ojcem, a w rzeczywistości zamienili tylko kilka rozmów. Fakt faktem bieluch przynosił mu jedzenie i czasem sprawdzał jego stan, ale zawsze zdawał się być myślami gdzie indziej. Tak jakby ciągle coś się działo. Nawet po księżycu od zabicia Kwadry wciąż był przygnębiony. Czarny kocur zastanawiał się co mogło być tego wszystkiego powodem. Z drugiej strony… czy naprawdę powinien aż tak się przejmować niebieskookim? To on był mały i nic nie powinien rozumieć. Nie powinien służyć dorosłemu wojownikowi za wysłuchującego problemów. Zaczął się zastanawiać, czy zadawanie pytań było dobrym pomysłem, ale w tym samym czasie Księżyc zdecydował się jednak co powiedzieć.
— Byłem bardzo… wrażliwy. Naprawdę bardzo wrażliwy. I nic do mnie nie docierało. Urodziłem się w nieodpowiednim klanie i miocie. Łagodny i z miękkim jak ptasie piórko sercem. Do tego byłem bardzo emocjonalny. Łatwo wpadałem w złość, wiecznie potrzebowałem uwagi innych… w szczególności Jaskółczego Ziela. I wszystkie informacje babci Borsuk… Może gdybym słuchał dziś byłoby inaczej. Może mógłbym uniknąć niektórych sytuacji. Z księżyca na księżyc zaczęło być inaczej, aż w końcu jesteśmy tu. Klan Wilka mnie zmienił. Trudno stwierdzić, czy na lepsze, czy na gorsze — rozejrzał się po okolicy, wyszukując wzrokiem żywej duszy. — Mroczna Puszcza najwyraźniej próbuje dać mi szansę.
— Skąd pani Kocimiętka? Co ma z tym wspólnego Jaskółcze Ziele? Babcia Borsuk? No i to jedno pytanie… Twoi rodzice? — zapytał ponownie Nicość, jednak zyskując nieco zainteresowania w historię bielucha.
— Niektórych nazywałem właśnie panem, czy panią. Taki… zwrot grzecznościowy. Nie jestem pewien, czemu to robiłem, ale do dziś nazywam tak niektóre koty. Babcia Borsucza Puszcza. Była silną kotką, pełniła rolę, którą aktualnie pełni Ognikowa Słota — mruknął, celowo omijając zapytanie o Jaskółkę. — Mój ojciec był samotnikiem. A matka… to właśnie Jaskółcze Ziele. Była troskliwa, ale tylko niestety do pewnego momentu — mruknął niechętnie. — Wiesz, czasem myślę, że mógłbym z nią porozmawiać. W końcu staję się kotem, którym zawsze chciała, abym był. Mimo że ja tego nie chciałem.
Nicość kiwnął główką, rozumiejąc niemal wszystko.
— Jak ty widzisz Mroczną Puszczę? Słyszałem opowieści Ognikowej Słoty, ale mam wrażenie, że dla każdego jest czymś innym — stwierdził kocurek.
— Widzę ją… jako szansę. Lub tragedię. Trudno mi to stwierdzić, ale trzymam się jej, bo jest pewniejsza niż Klan Gwiazdy — odmruknął niebieskooki. — Dobra, chodź pokażę ci jak zbierać mech.
Kawcza Łapa kiwnął głową i zaczął szukać mchu w pobliżu drzew. Był wszędzie, ale wiedział już, że nie każdy jego kawałek nadawał się do czegokolwiek. Szczególnie te, które miały w sobie ciernie. Te nie nadawały się z reguły do niczego, chyba że można było wyciągnąć z nich kolczaste roślinki. W końcu znalazł jakiś w miarę wyględny. Dotknął go łapą, ale był strasznie mokry.
— Odpada. Widzę po twojej minie, że coś z nim nie tak — mruknął. — Ale spójrz tam — wskazał łapą w miejsce kawałek dalej.
Kawczy podszedł we wskazane miejsce, a gdy mech okazał się odpowiedni, wysunął pazury i zaczął go ostrożnie zbierać.
— Słyszałeś kiedyś o tym, że uczniowie, którzy potrafią dobrze zbierać mech zostają również dobrymi wojownikami? Mam wrażenie, że to jakaś bajeczka dla nich, aby chętniej wykonywali najgorsze obowiązki. Chociaż może ma w sobie ziarenko prawdy? Też… jakiś ruch — mruknął.
Księżyc zatrzepotał uchem. Nicość spojrzał na kocur, który chyba zainteresował się czymś będącym w pobliżu krzaków. Zaczął się, więc przyglądać, aby dowiedzieć się, jak wygląda polowanie. W końcu to na pewno mu się przyda. Po chwili zebrał wystarczająca ilość mchu. Część wziął także Księżyc, który oprócz ładunku wręczonego od Nicości na plecach, niósł również w pyszczku niewielką mysz. Z takim bagażem ruszyli w stronę obozu.

<Rozbity Księżycu?>

[2144 słowa + wspinaczka na drzewa]

Od Nicości (Kawczej Łapy) do Agrestu

Narodziny kociaków Jesionki

Nicość przybył do Klan Wilka zaciągnięty niemal siła przez Księżyca, nie spodziewając się jak wiele dzieje się wśród nich. Nie minęło nawet pół księżyca od jego powrotu, a Wilczaki mieli właśnie nabyć nowych członków. Tym razem jednak nie znajdy jak było w przypadku czarnulka, lecz kocięta jednej z kotek w legowisku. Zielonooki zastanawiał się, dlaczego dwóch kotek ze żłobka nie odwiedzał żaden kocur. Rozważał różne opcje i ostatecznie dochodził do wniosku, że albo nie żyli, albo byli, tacy jak Sierp. Nicość pokręcił głową, nagle czując, jak coraz ciężej mu na serduszku. Siedział w kącie, nie czuł się zbyt przyjęty do nowego miejsca. Na całe szczęście jednak zdarzało się, że rozmawiał z nim czasem Bzyczek i Pyza. Ta dwójka również wyglądała czasem na bardzo samotnych, chociaż oni mieli przynajmniej siebie. Krótkowłosy miał może Rozbitego Księżyca, który wpychał się do żłobka niemal każdego dnia, aby dotrzymać młodemu kocurowi towarzystwa, lecz nie traktował go jako kogoś, jakkolwiek bliskiego, choć przecież miał nazywać go ojcem. Obserwował więc wszystko i wszystkich nawet w takiej chwili, jaka byłą przyjście na świat młodych. Było dosyć tłoczno, ale na szczęście, na samego czarnulka nikt nie zwracał szczególnej uwagi. Złota kotka, której imię Nicość zapamiętał jako Miodowe Gniazdo wydała na świat trzy kulki. Niemal w tym czasie urodziła także druga z karmicielek Jesionowa Szadź. Zielonookiemu przeszło przez myśl, że kotki muszą być przyjaciółkami. Czy jednak sposób, w jaki obydwie zachowywały się czasem wobec siebie można było nazwać przyjaźnią? Były to dwie kotki… Jak więc inaczej można było nazwać tę relację? Nicość widział, że między kotkami coś się święci, ale nigdy nie zapytał o szczegóły. Jak już to wolał co nieco podsłuchać. Mógł również zapytać Księżyca, ale co on może niby wiedzieć? Nie wyglądał na szczególnie wybitnego elokwentnie, skoro rzekomo przez przypadek zamordował matkę Nowiu. Nicość przyglądał się z boku, jak wymyte już kocięta leżą tuż obok matki chłeptały mleko. Jeden z nich wyglądał trochę tak, jakby był podrzucony. Spojrzał zaraz również na drugą kotkę. Ta przyniosła na świat kocię czarne jak sam Nicość. Kocie było jednak kotka, co sprawiało, że nie mogli być identyczni. Mogło przecież mieć również inne oczy, a tego nie mógł dowiedzieć się w tej chwili. Zamrugał kilkukrotnie i spojrzał na Jesionkę, która uśmiechnęła się leciutko.

Dwa księżyce później

Nów miał już za sobą cztery księżyce życia, w tym dwa w Klanie Wilka. Nadal nie zdążył się całkowicie odnaleźć w nienaturalnym kocim społeczeństwie, chociaż zdawał się radzić sobie coraz lepiej. Teraz przynajmniej zdarzało się mu bawić z innymi kociakami, a nawet czasem coś spsocić. Niemal przyzwyczaił się również do częstej obecności białego wojownika w żłobku, chociaż czasem jego widok nadal sprawiał, że mógł podskoczyć w miejscu lub wspominał sytuację sprzed księżyców. Przyszedł również i dziś, aby wytłumaczyć mu relację liliowej i złotej kotki ze żłóbka. Niby mógł zapytać o to je same, ale wyjaśnienie Księżyca zdawało się bardziej jasne, oczywiste. Powiedział mu, że po prostu są razem i że się kochają. Czarny nie mógł tego zrozumieć tylko jednak przez krótką chwilę. Zaraz zmrużył oczy i wzruszył ramionami. Zastanawiał się tylko, skąd wzięły się te kocięta, ale tę rozmowę postanowił zostawić na kiedy indziej. Smuklika, Aronia, Agrest i Wodnik powoli stawały się kolejnym strapieniem Wilczackiego żłobka, a także bębenków usznych Nicości. Przez tę czwórkę czarny zauważył, że sam stracił coś, co posiadały zazwyczaj kocięta w jego wieku, a były to, mianowicie radość i ogromne pokłady energii, które on zużywał na radzenie sobie z nerwami i stresem, zamiast zużywać je na psoty i swawole. Towarzysze ze żłobka również nie wzbudzali w nim ogromnego zainteresowania, chociaż czasem jego skomplikowany móżdżek pozwalał na lepsze chwilę i zabawę z resztą kociąt. Wtedy właśnie zawierał nowe znajomości. Smuklik był przede wszystkim ciekawski. Czasem zaczepiał również Nicość, wielce niezadowolony, że zbywał każde jego pytanie, bez żadnego, pozytywnego, końcowego skutku. Z Aronią, z kolei odrobinę się dogadywał, chociaż młoda koteczka zdawała się do każdego podchodzić inaczej. Nicość zaczął się, więc zastanawiać, czy to nie tak, że nie posiada ona własnego charakteru. Takie kopiowanie musiało być strasznie… męczące. Córka Jesionki kipiała pewnością siebie, przy czym niezbyt wielkimi umiejętnościami w rozmowie. A może raczej w spokojnej rozmowie. Agrest był bez wątpienia najnudniejszym z czwórki kociąt. Zbyt uśmiechnięty, zbyt przyjazny jak na tak nieprzyjemny klan. Trochę, jakby nie urodził się tam jak powinien. Złoty kocur przypominał mu też pewnego bliskiego mi białego osobnika, który czasem ze swoimi przebłyskami emocjonalności mógłby dogadać się bardziej z synem Miodki niż z własnym. Spojrzał na Agresta, który z zainteresowaniem przyglądał się czemuś przy ziemi. Nicość podszedł do niego ostrożnie, patrząc mu przez ramię co tam ma. Widząc zielone stworzonko, miał ochotę cicho parsknąć. Opanował się jednak w ostatniej chwili. Podszedł bliżej i zdeptał gąsienicę łapą, następnie, udając, że tylko przechodził w inne miejsce. Dopiero gdy oddalił się kawałek zaczął cicho chichotać.

Jakiś czas temu

Kawcza Łapa szedł przed siebie, tuż za białym ogonem Rozbitego Księżyca. Jak co dzień przez ostatnie prawie pół księżyca również i dziś mieli trening. Czarny zdążył już poduczyć się wspinaczki, nie był najgorszy w rozpoznawaniu śladów, a nawet w walce, która również szła mu coraz lepiej. Nie można było tego samego powiedzieć o polowaniach. Tropienie szło mu mizernie, a fakt, że tracił skupienie przy każdym mocniejszym szeleście liści wcale nie pomagał. Księżyc próbował nauczyć go potrzebnej do tego uwagi, ale także rozpraszał się częściej niż powinien. Z reguły nagle zaczynał obserwować naturę, gadać lub co gorsza, drapać się i mlaskać, czego Rozbity wydawał się bardzo nie lubić. Gdy wychodzili z obozu biały poinformował go o tym, co będą robić w trakcie dzisiejszego treningu. Mieli ponoć pójść do tuneli, aby nauczyć go nawigacji w ciemnościach, czy czegoś w tym rodzaju. Zielonooki nie należał do kotów, które boją się ciasnych miejsc, czy potworów siedzących w czerni, więc nie był szczególnie przerażony tym treningiem. W końcu dotarli przed wejściem do tunelu, gdzie Księżyc przystanął i zwrócił się w stronę ucznia.
— Jesteśmy na miejscu. Idziesz za mną, pilnuj się, żebyś pod żadnym pozorem mnie nie zgubił. Jeśli będzie ci w ten sposób lepiej może trzymać mnie za ogon, tylko nie gryź za mocno, bo ty potrafisz nieźle użreć. Zrozumiałe? — mruknął bieluch, a Kawka kiwnął głową, wchodząc za nim do tunelu.
Nie było to niczym szczególnie trudnym. Jak na razie najgorszą częścią treningu była dla Nicości wspinaczka. Ciągle spadał z drzewa i trochę mu zajęło, nim dotarł na szczyt. Tunele przeszliby zapewne dosyć szybko, gdyby nie to, że Nicość w pewnym momencie potknął się o wystający korzeń. Syknął z bólu i przez przypadek zacisnął zęby na ogonie Księżyca.
— Na wszystkie stokrotki! O co chodzi? — zapytał zdenerwowany bieluch, usiłując nie płakać z bólu. — Chciałeś mi odgryźć ogon?
— Chyba mam coś z łapą — mruknął Nicość, a niebieskooki westchnął.
— Starczy tunelu na dziś. Radziłeś sobie całkiem nieźle, tylko na drugi raz pamiętaj, żeby bardziej badać teren łapami. Idziemy do legowiska medyka.
Wrócili do obozu, a Nicość ruszył w stronę legowiska. Nim tam jednak dotarł słyszał jak ktoś woła jego imię. Dokuśtykał do złotej kotki i uśmiechnął się słabo.
— Co się stało? — zapytał Kawcza Łapa.
— Mógłbyś może zabrać Aronię do medyków? Od rana wymiotuje, chyba czymś się struła — miauknęła kotka ciepłym głosem, a Nicość kiwnął głową i zabrał starą koleżankę z legowiska do medyka.
Lecznica jak zwykle miała łapy pełne roboty. Teraz, gdy zabrakło Cisowego Tchnienia, a Chudy Grzbiet zyskał uczennicę było im szczególnie ciężko . Nicość czekał cierpliwie, aż Roztargniony Koperek wyleczy Korowy Szept, a następnie popchnął lekko Aronię, żeby poszła następna. Nie musiał jednak czekać, gdyż po chwili zajął się nim bury kocur wraz ze swoją świeżo mianowaną uczennicą.
— Tylko zwichnąłeś łapę. Coś na to zaradzimy — miauknął Chudzielec i ruszył w stronę stosu ziół, po chwili, wracając lekarstwem. Gdy okład był gotowy Nicość wyszedł ze żłobka, w poszukiwaniu Księżyca. Widząc jego pysk w wejściu od obozu uśmiechnął się słabo. Obłożony był mchem.
— Coś nie tak? Przyniosłem mech, ale to ty wymieniasz legowiska młody. Później będziesz miał wolne i odpoczniesz, żeby łapą wydobrzała — mruknął kocur, a czarny kiwnął głową.
Aronia wróciła po jakimś czasie do lecznicy, przyprowadzona przez Kawkę, gdy został o to poproszony. Wziął się w końcu za wymianę legowisk, rozglądając się po dawnym miejscu zamieszkania.
„Nic się nie zmieniło. Zresztą, co by miało?” pomyślał i zaczął wymieniać jedno z legowisk. Po pewnym czasie poczuł, jak ktoś lekko szturcha go w bok.
— Nicość! Gdzie zabrałeś wcześniej moją siostrę? — zapytał Agrest stojący tuż za czarnym uczniem.
— Do medyków. Czuła się źle, więc jej pomogli. Mnie zresztą też — pokazał zwichniętą łapę. — Byłeś już tam kiedyś? — zapytał.

<Agreście?>

[1394 słowa + nawigacja w tunelach]

Wyleczeni: Korowy Szept, Aronia

Od Konwaliowej Mielizny CD. Lisiego Ostu

· · ─────── ·𖥸· ─────── · ·
Przeszłość, pora
opadających liści, przed
odejściem z Klanu Nocy
· · ─────── ·𖥸· ─────── · ·

Liliowy kocur często przechadzał się granicą rodzimych terenów z tymi, na których każdy był panem własnego losu. Może i samotne patrole były czymś nieodpowiedzialny, zwłaszcza w tej okolicy, biorąc pod uwagę możliwy atak samotnika, jednak Nocniaka to nie obchodziło. Po ostatnich wydarzeniach w klanie nawet by nie ruszył wąsem, by bronić terytorium — już nawet nie czuł się lojalny wobec tego wszystkiego, przestał go obchodzić los tych pseudo pobratymców. Coraz częściej w jego głowie pojawiała się myśl dotycząca odejścia z tego parszywego miejsca, skoro wystarczyło jedno słowo Mandarynkowej Gwiazdy, by niemal każdy odwrócił się od niego, choć na każdym kroku udowadniał, że jest jak każdy inny Nocniak. No prawie. Jedyne, co go od nich odróżniało to fakt, iż nie dyskryminował ze względu na kolor sierści, z jaką się urodził.
Pogrążony w myślach, zatrzymał się nad niewielką rzeką, która stanowiła naturalną granicę oddzielającą dwa światy. Po drugiej stronie, o której słyszał jedynie z opowieści innych, dostrzegł znajomą czarno białą sylwetkę. Lisi Oset sprawiał wrażenie, jakby czekał tutaj na kogoś innego lub liczył na spotkanie z kimś, kto nie był Konwaliową Mielizną. Dawniej liliowy może i by podszedł się chociaż przywitać, lecz teraz wszystko inaczej wyglądało, każdy z uwagą patrzył na jego łapy, jakby z przeczuciem, że doszuka się wystarczającego powodu, by na stałe móc uznać niebieskookiego za zdrajcę oraz zagrożenie dla klanu. Właśnie dlatego też kocur trzepnął końcówką ogona i ruszył dalej wzdłuż granicy.

· · ─────── ·𖥸· ─────── · ·
Obecnie, pora
opadających liści
· · ─────── ·𖥸· ─────── · ·

Pręgowana liliowa smuga po cichu przemierzała dobrze znane utarte ścieżki. Początkowo samotnicze życie faktycznie było ciężkim doświadczeniem, szczególnie przez liczne nawyki wyniesione z klanowego życia. Parę dobrych tygodni zajęło Konwalii zrozumienie, że teraz nie musi polować dla innych i zjeść dopiero, kiedy zwierzynę przyniesie do obozu, teraz mógł jeść, kiedy chce i ile dał radę. Kolejną znaczącą różnicą było to, iż teraz polegał tylko na sobie, nie było nikogo innego, kto by przybył z ratunkiem w środku nocy, gdyby został zaatakowany przez innego samotnika lub dzikie zwierzę. Choć najgorszym w tym wszystkim było to, że wraz z zachorowaniem lub poważnymi ranami był praktycznie skazany na śmierć.
Nie posiadał żadnej wiedzy na temat ziół czy czegokolwiek innego, co mogłoby wspomóc jego organizm w chorobie. Pozostawało mu jedynie wierzyć, że jakoś to przetrwa i Przodkowie nie chcą jego przedwczesnej śmierci, nawet jeśli opuścił klan, któremu miał być wierny jako wojownik.
Niby Lisi Oset podobno znał się na tym wszystkim, lecz od wielu księżyców nie natknął się na zielonookiego. Dlatego też dawny Nocniak nie łudził się, że i w najbliższym czasie go spotka, dlatego też mentalnie był przygotowany na to, że za jakiś czas wda mu się infekcja w łapę. Nie rozumiał, czemu Dwunożni zapuszczają się w taką dzicz, właśnie przez nich i te ich śmieci był o krok bliżej ku śmierci, jeśli nic z raną po szkle nie zrobi.

· · ─────── ·𖥸· ─────── · ·

Niebieskie ślepia z uwagą śledziły ruchy całkiem okazałej nornicy. Ta najwidoczniej w pełni wykorzystała poprzednie sezony i teraz stanowiła idealny posiłek, który na długo, by zaspokoił głód samotnika. Powoli podchodził do zwierzyny, czując, jak delikatny wiatr muska jego pysk, co był dobrym znakiem, gdyż gryzoń obecnie nie był zdolny do wyczucia czającego się drapieżnika.
Łowca chciał wykonać jeszcze parę kroków, by mieć pewność, że jak skoczy w kierunku swej ofiary to ta mu się nie wywinie. Jednak szybko musiał skorygować swoje plany, gdyż wiatr niespodziewanie zmienił kierunek, przez co nornica mogła zareagować na czyhające niebezpieczeństwo. Konwalia miał tylko parę uderzeń serca nim pożegna się z tym soczystym posiłkiem. Wybijając się z silnych łap, skoczył ku piszczce. Ta chwilę później jeszcze chwilę szamotała się w jego pysku, wykazując ostatnie oznaki życia, nim szczęka dawnego Nocniaka zacisnęła się bardziej.
Dopiero kiedy adrenalina i skupienie na polowaniu zaczęło przemijać, rana po szkle zaczęła o sobie dawać znać. Ból promieniował przez całą kończynę, sprawiając, iż droga do miejsca, gdzie kocur na najbliższe dni się zatrzymał, była istną katorgą. Mimo to dotarł na miejsce, mając zamiar skonsumować dorodną zdobycz, nim inne drapieżniki się zainteresują świeżym zapachem zdobyczy. Dawniej nie musiałby się spieszyć z posiłkiem, mogąc delektować się każdym kęsem, który lądował na jego kubkach smakowych. Teraz jednak każde uderzenie serca zwłoki mogło być chwilą, kiedy wyda na siebie śmiertelny wyrok.
Właśnie kończył nornicę, gdy zaledwie parę długości od niego coś zaszeleściło. Pierwszym odruchem było napięcie mięśni oraz postawienie sierści wzdłuż kręgosłupa — w końcu może, jak nieproszony gość ujrzy przeciwnika większego od siebie, to od razu odpuści, nie chcąc skończyć poturbowanym.
Niebieskooki był nawet gotowy porzucić niemal ukończoną zdobycz, kiedy to spomiędzy zarośli dostrzegł znajomy pysk Lisiego Ostu. Mimowolnie odetchnął z ulgą na widok kota, który na pewno nie miał w planach walki z nim.
— Osetku, stało się coś? — Za czarnym kocur rozległ się kolejny głos, lecz ten był zupełnie obcy dla liliowego. — Och, nie wiedzieliśmy, że ktoś tu jest. My już pójdziemy — dodał niebieski solid, kiedy tylko pojawił się u boku zielonookiego.
— Nie musicie! Nie będę atakować kogoś, kto był pewnym wsparciem dla mnie — oznajmił dawny wojownik, co spotkało się z niemal natychmiastową reakcją ze strony brązowookiego. Konwalia dostrzegł, jak w jego ciemnych ślepiach pojawia się coś na wzór zazdrości, oburzenia.
— Nie chcemy się narzucać.
— O to się nie musicie martwić. Miło jest otworzyć pysk do kogoś po długich księżycach. — Ruchem głowy wskazał na miejsce przed sobą, chcąc zachęcić dwójkę kocurów do dołączenia do pręgowanego. — A więc jestem Konwaliowa Mielizna — kontynuował, kiedy towarzysz Lisiego Ostu niechętnie dołączył do pozostałej dwójki.
— Czajka — rzucił solid.
— Też należałeś do Świetlików jak Lisi Oset?
— Nie. Zostałem samotnikiem jakiś czas po nim.

· · ─────── ·𖥸· ─────── · ·

— Czemu nie szukałeś pomocy z tą raną? — Pytanie zielonookiego przerwało ciszę, która panowała pomiędzy nimi, kiedy to kocur opatrywał ranę Konwalii.
— Nie łudziłem się, że jeszcze na ciebie trafię.
— W lesie są jeszcze inni samotnicy, którzy znają się na ziołach i chorobach — wtrącił brązowooki.
— Nigdy o nich nie słyszałem. W dodatku nikt nie miał mi tego, jak przekazać. Byłem zdany na siebie po odejściu z klanu.

<Lisi Oście?>

Wyleczeni: Konwaliowa Mielizna

Od Puchacza

Dzień po ostatnim opowiadaniu

Zazwyczaj po spotkaniach z Orłosępem czekał parę dni, zanim znowu zapuszczał się w okolice granicy. Tym razem musiał jednak dowiedzieć się, jak przebiegło spotkanie z samotnikami. Czekał więc w Dębowej Ostoi i kiedy usłyszał idącą w oddali grupkę włóczęgów, miauknął:
– Orłosępie?
Po chwili spomiędzy krzewów wyłonił się ciemnorudy kocur wraz z kilkoma innymi. Musieli odłączyć się od reszty przechodzących. Puchacz zmierzył ich wzrokiem. Praktycznie nie byli ranni. Mógł tylko doliczyć się pojedynczych płytkich zadrapań na ich skórach. Za to spomiędzy pazurów wystawało im futro w różnych kolorach, a pyski brudziła krew. Zwiadowca cofnął się od nich lekko. To nie wyglądało na pokojową rozmowę ani na równą walkę. Jakim cudem tak łatwo poszła im walka z grupą, która tak im zagrażała? To się nie kleiło! Chyba że… Zjeżył się lekko, kiedy ta myśl doszła do niego. To nie było żadne zagrożenie. Skazał te bezbronne koty na śmierć…
– No, Puchaczu, muszę ci powiedzieć, że twoja pomoc była bardzo przydatna! – uśmiechnął się przywódca włóczęgów.
– Nie zbliżaj się! – syknął, uważnie patrząc starszemu na łapy. – Nie musiałeś ich atakować! Nic ci nie zrobili!
– Naprawdę myślałeś, że tu chodziło o zwierzynę? – zapytał rudy, uśmiechając się kpiąco. – Przecież nie wyglądam chyba na aż tak głodnego…
– Ty potworze!
Obstawa Orłosępa spojrzała na swojego wodza jakby z niemym pytaniem o przyzwolenie na atak. Ten pokręcił tylko głową i odprawił ich ruchem ogona. Tamci posłusznie odeszli, zostawiając ich samych.
– Wiedz, że nie chciałem ich zabijać. Przyszedłem tam z ofertą pokoju, mogli dołączyć do mnie – przerwał na chwilę. – Nie zgodzili się. Wyszedłem więc z krwią trzech kotów na łapach i obietnicą wojny. A dzięki twojemu zwiadowi mogłem dać im tę wojnę bardzo szybko, wystarczył jeden gest i moje koty wyszły z kryjówek, by rozpętać piekło – zakończył, patrząc na swoje ostre pazury. Jego ton głosu przez cały czas był spokojny, jakby wyjaśniał rzecz bardzo prostą, a nie sposób, w jaki wymordował grupę samotników. Czekoladowy nie był w stanie wydusić z siebie żadnego słowa. Nie wiedział, jak miał się z tym wszystkim czuć. Oczywiście, zawsze każdy mówił mu, że za takie czyny dusza zostaje skazana na wieczne potępienie po śmierci, ale im dłużej słuchał, tym mniej się tym wszystkim przejmował.
– Wiesz, nie była to sprawa nienawiści, czy innych emocji. W naturze po prostu zawsze wygrywa ten silniejszy. Chyba to rozumiesz?
Bicolor skinął tylko głową. W końcu Owocowemu Lasowi nic to nie robiło. Nie krzywdził nikogo bliskiego. Wręcz przeciwnie, pomagał swojemu przyjacielowi.
– No, widzisz! Dobrze, że się rozumiemy. Oby tak dalej, a może w przyszłości zasłużysz na jakieś dobre stanowisko w mojej grupie – Orłosęp powiedział, a następnie zniknął wśród drzew.

Od Kurzej Łapy (Połyskliwego Koguta)

Jeszcze przed mianowaniem; początek życia w Grocie Pamięci…

Kocur przyszpilał siostrę swoim wielkim, wręcz czarnym okiem. Nie poruszył się.
— Czemu nucisz te kłamstwa zdrajczyni?
Słowa, które niegdyś nie miałyby sensu dla nich obu, wypadły z ust brata. Słowa, które brzmiały wręcz nierealnie, zważając na więzy krwi, przeszły przez jego prawdziwe gardło. Wybrzmiały nie w śnie, lecz na żywo.
— Jeszcze te małe kocięta tej parszywej kocicy to usłyszą — zaczął chłodno, ostrożnie obserwując reakcję Perłówkowej Łapy. Przełknął prędko ślinę. — I też zaczną nas mordować z maniakalnym śmiechem.
Pysk rudzielca zachował ten sam, chociaż odrobinę zmęczony, opanowany wyraz, pomimo słów, jakie wypowiedział przed chwilą. Przechylił łeb na bok, oczekując odpowiedzi. A może bardziej... obrony przeciw dopowiedzeniom we własnym umyśle.
Kotka zmrużyła oczy, słuchając.
— Dobrze się składa, że żadnych kociąt już tu nie ma — mruknęła na komentarz brata.
Kurza Łapa nie odpowiedział od razu. Popatrzył ze zmrużonymi oczami na siostrę, taką niegdyś malutką i rozmowną, teraz wydoroślałą i spoważniałą. Czemu tak szybko stali się… tacy? Dlaczego to wszystko się wydarzyło akurat teraz?
Zmarszczył brwi na jej słowa i prędko po nich otworzył pysk, chcąc rzec:
— Perłówkowa Łapo... — zaczął i westchnął ciężko. Uciekł wzrokiem w bok tak jak jego rozmówczyni. Widocznie wiele ich nie różniło pod względem naturalnego, instynktownego zachowania. Odchrząknął. — Wiesz dobrze, że to głosowanie było sprawiedliwe.
Wtedy ich spojrzenia się zetknęły. Perłówka nie odnalazła w czarnych i głębokich jak ocean ślepiach brata ani jednego odbicia. Tak podobne do matczynych, a mimo tego... wciąż tam nie pasowało. Fragment, który tak bardzo usiłował wpasować się w całą układankę. Sierść też niewiele się różniła od Rudzikowego Skrzydełka. A więc... co właściwie poszło nie tak? Co musiało się stać w umyśle Kurzej Łapy, że postanowił wypowiedzieć takie zaskakujące słowa?
— Mam nadzieję.
Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło.
Perłówkowa Łapa postanowiła przerwać bezruch, robiąc kilka kroków do przodu. Kiwnęła nosem w stronę częściowo spalonego ogórecznika, leżącego w tym momencie bliżej łap brata niż jej.
— Jeszcze nie sprawdziłam tamtej części — skinęła głową w stronę ciemniejszego kąta żłobka.
Młodzieniec podszedł w wskazane miejsce i wyciągnął spomiędzy zasmolonych posłań drobny pęczek ogórecznika, który musiał zostać pozostawiony tam w pośpiechu przez medyczkę. Kurza Łapa bez słowa je podniósł. Obrócił się ku wyjściu i jeszcze ten jeden raz zerknął na siostrę, po czym się oddalił.
"Ile jeszcze ta męka potrwa”, zapytał samego siebie.
"Ile jeszcze będzie musiał przetrawić widoków krwi, aby w końcu przestać się jej bać?”

[Event w Klanie Burzy: Przeszukiwanie obozu; znalezienie w żłobku ogórecznika]
<Perłówkowa Łapo?>

Od Wrotyczu

Upadek nie był aż tak bolesny, a mimo to wciąż czuła go na sobie. Nie lubiła bólu. Jak uparcie o sobie przypominał. Pulsował. Wstała, otrzepując z siebie liście.
— Musisz kontrolować przestrzeń, jak i swoje ciało, Wrotycz. W walce nie ma miejsca na otrzepywanie liści z futra. Musisz być całkowicie skupiona na tym, co dzieje się tu i teraz.
Wrotycz położyła po sobie uszy. Wiedziała, że mentorka miała rację. A mimo to tak ciężko było jej spełnić te zalecenia. Ranienie innych zdawało się przerażające.
— Zaatakuj mnie — padł rozkaz.
Widząc jej lęk, Poinsecja uderzyła ogonem. Uczennica wiedziała, że cierpliwość kotki do niej się powoli kończyła. A nie chciała denerwować starszej.
— Słyszałaś? No już. Skocz na mnie.
Wrotycz próbowała. Naprawdę. Jednak, zamiast skoczyć na mentorkę, uderzyła jedynie znów w ziemie. Jej nos przepełniony był wilgotną ściółką leśną. Gdzieś łapą zahaczyła o gałąź. Czuła się tak beznadziejnie. Obolała i bezradna.
— Może poćwiczymy pozycję...? Może wtedy... — zaczęła cichutko, bojąc się reakcji kotki.
Poczuła łapę Poinsecji na sobie. I jej ciężar. Kotka przygniatała ją do podłoża. Gałązki, jak i szyszki, nieprzyjemnie wbijały się w jej brzuch. Wydawała z siebie ciche mruknięcie, zdradzające jej dyskomfort.
— Ćwiczenie pozycji z tobą jest na razie bez sensu. Boisz się zaatakować. Boisz się ataku. Za bardzo boisz się wszystkiego, co cię otacza — odparła surowo mentorka.
Wrotycz położyła po sobie uszy. Poczuła, jak kotka zdejmuje z niej łapę.
— Wstawaj. Robimy to samo co przed uderzeniem serca. Do skutku.
Uczennica wzięła głębszy oddech, podnosząc się z ziemi. Skupiła swój wzrok na łapach kotki. Jeśli skoczyłaby w ich stronę, spełni rozkaz mentorki i na pewno też nie zrobi jej krzywdy. Wybiła się z tylnych łap. Poinsecja sprawnie zeszła z jej drogi.
— Znów.
Wrotycz spojrzała zdezorientowana, lecz nie odezwała się. Wiedziała, że to bez sensu. Mentorka zawsze finalnie miała rację. Przy kolejnym skoku już prawie jej się udało. Dopiero gdy prawie musnęła łapą koniuszek ogona starszej, przeszły dalej.
— Teraz będziesz próbować odeprzeć mój atak. Masz nie uciekać. Zrozumiałaś?
Wrotycz pokiwała łebkiem, choć czuła, że nie wyjdzie to jej. Nawet za któryś nastym razem.
Widok skaczącej w jej stronę Poinsecji szybko sprawił, że skuliła się przerażona. Zamknęła ślepia, bojąc się wyrazu pyska kotki.
— Wrotycz... — jej głos wyraźnie zdradzał niezadowolenie. — Spójrz na mnie.
Otworzyła niechętnie ślepia.
— W tym momencie, podczas prawdziwej walki, już byś nie żyła. Myślisz, że nasi wrogowie będą mieli w sobie tyle litości, by pozwolić ci odejść? Dla nich jeden kot mniej z wrogiego klanu to lepiej...
Uczennica zadrżała. Zapominała, że prócz Owocowego Lasu istniały inne ugrupowania. Wrogie.
— Odpowiedz.
— Nie.
— No właśnie. Dlatego nie możesz drżeć jak mysz podczas walki. Pewność, nawet udawana, sprawi, że wróg nie uzna cię za łatwy cel. — oznajmiła mentorka, spoglądając na nią. — Od dziś nie chcę słyszeć żadnego jąkania ani łamiącego się głosu podczas treningów. Masz udawać aż wejdzie ci to w krew.
Wrotycz pokiwała niepewnie łbem. Nie wiedziała jak ma tego dokonać. Ale chciała chociaż spróbować zrobić to dla Poinsecji. Chociaż tak wynagrodzić mentorce trud jaki sobie zadawała, trenując z nią.
— Zaczynasz od jutra. Nie chce widzieć cienia przerażenia na twoim pysku podczas walki.

[506 słów]

[10%]

Od Wrotyczu

Szła niepewnym krokiem, skupiając swój wzrok na ogonie Poinsecji. Rudo-czekoladowa kita zdradzała niezadowolenie kotki. Jej ledwo zauważalne drgnięcia w obie strony, potwierdzały jedynie obserwacje Wrotycz. Oddalały się od obozowiska. Mijały wracających wojowników, niektórzy mówili coś w ich stronę, lecz uczennica bała się oderwać swą uwagę od ogona mentorki. Nie chciała ryzykować tym, że zdenerwowałaby ją jeszcze bardziej.
Dopiero przy klonie Poinsecja się zatrzymała. Drzewo było młode. Młodsze niż otaczające je olsze. Tak drobne i jednocześnie ogromne. Jego korona przepełniona była rdzawymi odcieniami, które gdzieniegdzie wpadały w czerwień. Pomarańczowe ślepia mentorki kontrastowały z liśćmi drzewa. Gdyby nie narastający w uczennicy stres, na pewno doceniłaby piękno tego miejsca.
Poinsecja podeszła ciężkim krokiem ku pniowi klonu i usiadła pod nim. Zatopiła się w półmroku. Wrotycz niepewnie podążyła jej śladami. Łapy jej drżały. Próbowała to ukryć, lecz na marne.
Znów zrobiła coś nie tak.
Niemal automatycznie spuściła łeb i położyła uszy, chcąc wyrazić swą skruchę.
— Przestań — padło polecenie. — Przecież nie zrobię ci krzywdy, Wrotycz. Po prostu...
Ślepia Wrotycz wpatrywały się sztywno w ziemię. Bała się ujrzeć zawód na pysku mentorki. Znów zawiniła, wiedziała to.
Presja i ciężar, jaki odczuwała, nie ustępował. Wręcz się nasilały. Chciały wgnieść ją w ziemię.
— Ja przepraszam — miauknęła cicho. — Nie chciałam zrobić nic złego...
Poinsecja pokręciła łbem. Przywołała uczennice do siebie łapą. Wrotycz na miękkich kończynach pokonała dzielący je dystans. Usiadła obok swej mentorki, choć zatrzymując niewielką odległość, wciąż trzymając łebek nisko.
Silniejszy podmuch wiatru zmierzwił sierść obu kotek. Gałęzie klonu, porwane przez wiatr, drgały nerwowo. Liście zaczęły opadać, tworząc coś na wzór czerwonego deszczu.
Wzrok Wrotycz nie potrafił się oderwać od wirujących w powietrzu kolorów. Manewrował pomiędzy lśniącymi w półmroku ślepiami mentorki a opadającymi liśćmi.
— Wrotycz — miauknęła Poinsecja. — Jesteś taka bezbronna. Pozbawiona nawet świadomości tego, co się wokół ciebie dzieje...
Wrotycz położyła po sobie uszy. Mentorka miała rację. Kotka wciąż słabo orientowała się w klanowych obyczajach i powiązaniach. Pytająco spojrzała na Poinsecję. Na jej pysku malowała się powaga. Pomarańczowe ślepia wpatrywały się w nią surowo.
— Nie rozmawiaj więcej z Purpurą. To nie jest dobry kot. — Mentorka urwała na uderzenie serca. — Nie wierz w jego słowa. Jest przepełniony fałszem. Żeruje na słabych kotach, takich jak ty.
Wrotycz mimowolnie zadrżała. Nie zdawała sobie z tego sprawy. Mimo spędzenia paru księżyców w Owocowym Lesie wciąż tak mało wiedziała o jego mieszkańcach.
Znów jej niewiedza odbijała się na niej rykoszetem.
— Dobrze. Już nie będę — mruknęła cicho, owijając się ogonem.
Poinsecja wyprostowała się. Uniosła łeb i spojrzała na swą uczennicę z góry. Zdawała się taka chłodna. Przytłaczająca. Wrotycz chciała rozpłaszczyć się na ziemi, byle pokazać jak żałowała tej krótkiej rozmowy.
— Nie znasz zasad tego świata. Nie wiesz, jak podli potrafią być inni. A Purpura jest nieprzewidywalny. Pewnie zrobi z ciebie pośmiewisko... Chcesz tego?
Wrotycz energicznie pokręciła łbem. Nie chciała wpadać znów w kłopoty. Te straszne emocje powodujące palpitacje serca... Nie chciała tego całego stresu.
Spojrzała zrozpaczona na mentorkę. Poczuła na sobie jej ogon.
— Nie wszystko stracone, Wrotycz. Wystarczy, że będziesz go unikać. Jak tylko będzie cię zaczepiać to przyjdź do mnie. Pomogę ci.
Ślepia Wrotycz zabłysły nadzieją, która już tak dawno nie zawitała w jej sercu. Wbiła spojrzenie w kotkę, starając się potwierdzić, że to co słyszała było prawdą. Zmrużone ślepia kotki, łagodny wyraz pyska, ciepło jej ogona. Nic nie zdradzało zagrożenia. Nic nie świadczyło o tym, że Poinsecja kłamała.
Lekko oparła się o kotkę, wciąż trzymając łebek nisko.
— Naprawdę? — wydusiła z siebie, trochę wstydząc się tego pytania.
Bała się też, że mentorka na nie źle zareaguje. Zdenerwuje się, że jej nie wierzyła...
— Wrotycz, jesteś moją uczennicą. Jestem za ciebie częściowo odpowiedzialna — miauknęła starsza, unosząc ogon do góry. — A ty nie masz nikogo poza mną w Owocowym Lesie.
Niewielkie ciepełko zagrzało liche ciało Wrotycz. Nie pamiętała już kiedy komuś zależało na niej. Tak naprawdę. Zamruczała cicho, chowając pysk w futrze mentorki.

[628 słów]

[13%]

Od Smuklika

Smuklik zawsze był skory do zabawy z innymi mieszkańcami żłobka. Czy to z braćmi, z siostrą, kociętami zastępcy, znajdkami-sierotkami, a nawet z potomstwem Nocnego Śpiewaka i Pszczelego Roju. W szczególności lubił się bawić z Bryzką, która pomimo bycia starszą kotką, dogadywała się z młodszym kocurkiem. Tym razem jednak siedział sam, niedaleko wejścia do kociarni, przyglądając się wylince węża, którą sprezentował mu Bzycząca Łapa.
— Ty jesteś Smuklik, prawda?
Niebieski kocurek zadarł wysoko łebek, wpatrując się w rudego kocura o szmaragdowych oczach. Dość szybko zdał sobie sprawę, że to nie był pierwszy lepszy wojownik, który złożył wizytę królowym i ich kociętom, zamierzając sprezentować im posiłek, lecz jego tata, Tygrysia Noc. Właściwie już kilkukrotnie miał okazję widzieć go przemieszczającego się po obozie, gdy ten wracał do niego, chociażby z upolowaną zwierzyną, jednak jakoś nie mieli okazji ze sobą wcześniej porozmawiać.
— Prawda! A ty to Tygrysia Noc, mój tata!
— No proszę, szczwany malec mi się trafił. — Uśmiechnął się, po czym uniósł łapę i poczochrał Smuklika po głowie. — Mam nadzieję, że ty oraz twoi bracia wybaczycie mi, że rzadko do was zaglądam. — „Chciałeś powiedzieć wcale...”. — Bycie wojownikiem to nie przelewki. Patrole graniczne, patrole łowieckie, treningi z uczniami czy branie udziału w sparingach, jak i inne zadania powierzone czy to przez liderkę, czy zastępców. Ciężko znaleźć chwilę na odpoczynek, a co dopiero odwiedziny swoich kociąt. Niemniej doszły mnie słuchy, że złożyłeś pewnej kotce obietnicę, Smukliku...
Smuklik przełknął ślinę, zastanawiając się, o jaką obietnicę może chodzić rudemu wojownikowi. W końcu Smuklik złożył ich kilka. Obiecał chronić swoje mamy, podobnie jak siostrę Wodnik. Braci też zamierzał chronić, jednak był pewien, że będą sami potrafili o siebie zadbać, w końcu podobnie jak sam Smuklik, byli dzielnymi i silnymi kocurami. Mamie Jesionce obiecał dbać o piórko i sprezentować je kotu, który będzie jego prawdziwą jedyną miłością, mimo że kusiło go czasami już teraz sprezentować matczyny prezent kotce, która była bliska jego sercu. Ot co, kocięce zauroczenie starszą koleżanką. Jednak to piórko było zarezerwowane dla wyjątkowego kota, którego być może dopiero przyjdzie mu spotkać i lepiej poznać. Musiał więc poczekać i lepiej zrozumieć swoje uczucia.
— Chodzi o obietnicę, którą złożyłem Ognikowej Słocie? — podjął, dochodząc do wniosku, że ta obietnica ze wszystkich złożonych obietnic mogła w jakimś stopniu zainteresować ojca. Może rudy rozmawiał z szylkretową kocicą o tym, co obiecał jego syn? Może chciał go wyśmiać i sprowadzić na ziemię, aby nie obiecywał rzeczy, których nie był pewien, że dotrzyma?
Tygrysia Noc przytaknął.
— Cieszę się, że mój potomek jest ambitnym kotem, a nie leniuchem i tchórzem, który na samo wspomnienie o spędzeniu nocy w lesie skrywa się pod mchem, dygocząc ze strachu. To samo tyczy się twoich braci, jak i siostry, nawet jeśli to nie ja jestem jej ojcem. Ognikowa Słota mówiła o waszej czwórce same dobre słowa. Mam nadzieję, że to się nie zmieni i nadal będę słyszeć same pochwały na wasz temat.
Rudy kocur położył łapę na grzbiecie syna, delikatnie go po nim poklepując. Smuklik wiedział, że Tygrysia Noc nie przytuli go, jak chociażby mama Jesionka czy mama Ul. Mimo tego ucieszył się, że ojciec w taki sposób okazał mu aprobatę.
— Nie zmieni. Nawet jeśli stracę łapę lub skaleczę się w ogon, będę dawał z siebie wszystko, a nawet jeszcze więcej, jak przystało na członka Klanu Wilka.
Kolejna obietnica, którą złożył, tym razem ojcu. Żadna choroba, zadrapanie czy utrata kończyny nie przeszkodzi mu w zostaniu wojownikiem. Ba! Dzięki ranom pokaże, że podchodzi na poważnie do tematu.
— Chciałabym już teraz móc razem z tobą chodzić na patrole i sparingi... W żłobku jest fajnie, ale jestem tak bardzo ciekaw życia poza nim... To wszystko nieznane, co tylko na razie znam pobieżnie z opowieści mam czy Ognikowej Słoty jest tak bardzo ciekawe... i sprawia, że nie mogę się doczekać, aż będę mógł sam wziąć udział w patrolu... albo przewodzić nim... Podobnie, jeśli chodzi o sparingi... tym razem takie na poważnie, a nie kocięce!
— Jeszcze zatęsknisz za żłobkiem, tym bardziej, jak będziesz musiał skoro świt zapolować, aby wykarmić młodych członków klanu i ich matki. A na zewnątrz będzie zawierucha lub ulewa! Korzystaj z tej żłobkowej wolności, póki możesz. I pamiętaj, aby przed TĄ nocą pomodlić się do przodków kryjących się w Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd.
Z tymi słowami rudy kocur opuścił kociarnie, pozostawiając swojego syna w towarzystwie wężowej wylinki. A pod wieczór, nim kocięta ułożyły się u boku Jesionowej Szadzi oraz Miodowego Ula, Smuklik poprosił Ognikową Słotę o możliwość udania się do miejsca, gdzie jego prośby bez trudu dotrą do przodków, na dzień przed wspomnianym testem, od którego zależeć będzie jego uczniowska przyszłość.