BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

07 września 2026

Od Perłówkowej Łapy do Zwiastunka

Walcząc na łące, do dyspozycji miało się mnóstwo przestrzeni, dzięki której można było oceniać ruchy z dystansu, odskoczyć, zmienić pozycję. Tunele przedstawiały przeciwne otoczenie – ściany były w odległości wyprostowanego ogona, sufit raz niżej raz wyżej, a ziemia pod łapami miękka i nierówna przez różne wybrzuszenia i korzenie. Nawet powietrze zachowywało się inaczej, będąc nieruchome i stęchłe, bez wiatru, który na otwartym terenie potrafił zdradzić kierunek ataku, zanim ten nastąpił.
Perłówkowa Łapa w trakcie treningu przesunęła się za daleko i ze sporym rozmachem trafiła prawym barkiem w ścianę. Nie upadła, ale ból był na tyle ostry, żeby na chwilę stracić orientację. Otrząsnęła się i kontynuowała sparing, ignorując tępe uczucie, na tyle ile mogła.
Kiedy w końcu Srebrzysta Równonoc ogłosiła koniec na dziś, uczennica nie czekała, żeby przemknąć na zewnątrz i wziąć głęboki wdech świeżego powietrza. Nie zamierzała jednak cieszyć się nim długo, bo rzecz, o jakiej najbardziej marzyła w tym momencie to swoje posłanie w legowisku.
Słońce zdążyło zawisnąć nisko nad horyzontem. Wieczorny patrol powinien był już wyruszyć, ale nocne treningi jeszcze nie. Mentorka odprowadziła ją kawałek drogi, po czym oddaliła się w kierunku starego obozu. Perłówkowa Łapa nie miała ochoty dłużej zwlekać tego dnia i zamiast tego skręciła w stronę kolejnego, bliższego tunelu.
Bark bolał ją przy każdym kroku, ale legowisko uczniów było już niedaleko. Nie było to nic na tyle poważnego, czego trochę odpoczynku nie mogło naprawić, a przynajmniej taką miała nadzieję. Myśl ta urwała się, kiedy wpadła na coś miękkiego, co natychmiast wydało z siebie pisk.
Perłówkowa Łapa zatrzymała się i spojrzała w dół. Przed nią siedział czarno-dymny kociak z charakterystycznymi pędzelkami na uszach. Wielkie niebieskie oczy wpatrywały się na nią z powagą, która bardzo kontrastowała z tym, jak mały i rozczochrany był.
— To ty — powiedział kociak, jakby wiedział, na kogo czekał.
— To ja — zgodziła się Perłówkowa Łapa.
— Wiedziałem, że przyjdziesz.
— Mhm. — Rozejrzała się po tunelu. Żadnego innego kota w zasięgu wzroku. — A co dokładnie tutaj robisz?
Wiedziała, że jakiś czas temu kilka kociaków zostało przyniesione do klanu, ale nie miała jeszcze interakcji z żadnym z nich. Jak na zawołanie kociak wyprostował się z godnością, która wymagała od niego wyraźnego wysiłku, zważywszy na rozmiar.
— Zwiastunek — przedstawił się. — I byłem prowadzony.
— Przez kogo?
Podniósł łapkę i dramatycznie dotknął jednego z pędzelków na uchu, jak gdyby to wyjaśniało wszystko.
— Przez przodków oczywiście. Masz zaszczyt być w obecności osobistego wybranka Klanu Gwiazdy — odparł, wypinając pierś i uśmiechając się, to drugie bardziej sam do siebie.
— I co takiego ci powiedzieli? — spytała monotonnym głosem, który nie wskazywał na szczególne zainteresowanie odpowiedzią.
— Że powinienem iść tym tunelem — odparł Zwiastunek bez chwili wahania. — To oczywiste. Przodkowie nie zawsze mówią wprost, często działają poprzez przeczucia i omeny, ale kiedy wizja jest wyraźna, trzeba działać. A była wyraźna. Dwaj wojownicy.
— Jeśli szukasz…
— Musiałem stąd uciec, zanim się skończyło na trzech — przerwał jej z przejęciem w głosie. — Trzy to bardzo zły znak. Jeden z najgorszych. Zapowiedź czystego nieszczęścia. Liczby mają znaczenie w wiadomościach od przodków dla wybrańców, takich jak ja. — Przechylił łeb. — Mnie ostrzegają regularnie.
Nagle rozszerzył oczy i się zjeżył.
— O nie… Widzę, że ciebie już dopadło. — Pokręcił głową z zatroskaną ekspresją. — Ale nie martw się, niech Klan Gwiazdy ma cię w opiece i może to nie musi się tak skończyć.
Kremowa kotka bardzo powoli mrugnęła.
— To! — Z lekkim zirytowaniem, jakby to, co mówił, było oczywiste i nie potrzebowało żadnych innych dopowiedzeń, wskazał na część jej futra, gdzie większą uwagę przykuwały trzy plamy koloru na białej reszcie. Wpatrywał się blisko w jej bok. — Chociaż jest tu jeszcze jedna plama, ale bardzo mała, niezauważalna. Może da się coś z tym zrobić. Tak, tak, nie obawiaj się, jeśli tylko chcesz dam ci radę od samych przodków, żeby była większa. Wtedy nie musisz się martwić tą trójką. Cztery to już dobra liczba.
Perłówkowa Łapa patrzyła się na niego trochę pustym wzrokiem podczas monologu. Gdyby nie była właśnie zmęczona, może nawet byłaby minimalnie rozbawiona ekscentryzmem kociaka. Tak długo, jak interakcja byłaby jednorazowa. W tym momencie czuła się, jakby nie zdążyła się jeszcze obudzić.
— Wezmę to do serca — odpowiedziała ironicznie.
Zwiastunek kiwał głową w zamyśleniu, nie zauważając lub ignorując jej ton głosu. Tak czy inaczej, te parę bić serca to najciszej, jak był, odkąd na niego wpadła.
Dzięki tej bardzo krótkiej chwili relatywnego spokoju absurd sytuacji w końcu miał czas dotrzeć do niej w pełni. Powiedziała sobie w duchu, że to właśnie ten rodzaj dnia. Wróciła padnięta i obolała z treningu, marząc o swoim kącie legowiska, a zamiast tego stała w bocznym tunelu i rozmawiała z kociakiem, który panicznie unikał liczby trzy.
Zaczął jej powoli wchodzić na nerwy, ale przez ulotny fragment samoświadomości, który jeszcze się jej trzymał, starała się ubrać słowa w sposób, który nie będzie zgryźliwy dla kogoś tak małego. Wzięła głęboki wdech.
— Zwiastunku — zaczęła, nie marnując dłużej przerwy w jego słowotoku. — Nie wiem, czy kociaki powinny chodzić samemu tak blisko wyjścia z obozu.
— Nie jestem sam — odparł z przekonaniem. — Jestem z przodkami.
— Przodkowie nie liczą się jako eskorta.
— Nie masz tutaj racji, ale jeśli czepiamy się szczegółów, to jestem tu też z tobą — zauważył, wyglądając na zadowolonego z siebie. — Jak ci na imię?
Początek ich rozmowy sugerowałby, że powinien to już wiedzieć, ale jeśli kotka zdążyła się czegoś nauczyć, to że nie miała teraz siły doszukiwać się logiki.
— Perłówkowa Łapa — westchnęła. — I tak się składa, że nie będę tu dłużej, więc wracaj do żłobka.

<Zwiastunku?>
[886 słów + walka w tunelach]

[18% + 5%]

Od Chyżej Łapy do Poziomkowej Łapy

Przeszłość; dzień, w którym do Klanu Burzy dołączyły nowe kocięta

Porzeczka obudziła się w żłobku na dnie stosu z sióstr. Wygramoliła się ze wśród ich szylkretowych futer i ziewnęła głośno. Tak głośno, że aż rozbudziło to Dryfujący Fluoryt.
— Nie śpisz już? — spytała cicho.
— Nie — odparła krótko i na temat nawet nie spoglądając w stronę wiecznej królowej. Po co miała się wysilać. Pff.
Rozciągnęła swoje długie ciało, zaczepiając się niechcący pazurkami o długie futro z ogona Malinki, budząc ją. Próbowała wydostać je z kłaków siostry, lecz oprócz tylko wyciągnięcia ich, ciągnęła boleśnie tym samym za jej kłosy. Aż kwiknęła.
— Ała! Co ty robisz! — miauknęła oburzona.
— Nic! Tylko przypadkowo to się stało — odparła, martwiąc się bardziej o to, czy jej pazury były w całości, niż to, czy siostrę to bolało.
Bura od razu wygięła się, by wylizać futro na ogonie, podczas gdy Porzeczka zaczęła myć swoje pazury i wyciągać spośród nich włosy kotki.
Po niedługim myciu koteczka ziewnęła ponownie i oparła się o Poziomkę, przez co zaspana podniosła łebek.
— Coś się stało? — spytała, ocierając oczka łapkami.
— Nie, tylko się obudziłam — odparła. — A oprócz mnie od razu cały żłobek — dodała jakby dumna z siebie. Siostrzyczka przeciągnęła łapy leniwie i ziewnęła.
— Jest rano, czy dzień?
— Skąd mam wiedzieć? Nie widzę nieba — parsknęła i machnęła ogonem, a szylkretka zamilkła.
Koszyczkowe siostry przez większość dnia się nudziły. Siedząc w tej norze przez cztery ostatnie księżyce, dziwne było, że jeszcze nie zgniły. Grzybki by sobie urosły na nich i nieco żywiej by było.
Porzeczka, nie mając pomysłu co robić, po prostu zaczęła się tarzać w kurzu na zimnej posadzce. Gdy wstała, wyglądała jak upiór; jej umaszczenie stało się nagle szarawe, zasłaniając wszystkie białe i rude akcenty, zostawiając tylko świecące oczy nietknięte. Wyszczerzyła zęby w uśmiechu i patrzyła w niepokojący sposób na siostry, które swoją drogą były trochę zmartwione jej zachowaniem.
— Uh… — zająknęła się Malinka. — Porzeczko, wszystko w porządku? — zapytała niepewnie.
— Jak najbardziej! — odparła, po czym wręcz prześlizgnęła się do Poziomki. — Zakurzony potwór cię złapie! Rarrh! — zaczęła udawać jakąś dziwną istotę i popchnęła niebieskooką w przód, po czym wskoczyła jej na grzbiet. Obie w śmiechu przeturlały się o koci ogon w bok, podszczypując i podgryzając siebie nawzajem. Wtedy do akcji wkroczyła bura.
— Nie martw się, Poziomko, uratuję cię! — zachichotała i odepchnęła delikatnie napastniczkę z chytrym uśmiechem, na co tą łapą ze schowanymi pazurami świsnęła przed jej pyszczkiem. Wykorzystując jej nieuwagę, Poziomka wstała i łapą pacnęła głowę półdługowłosej.
— A masz! Ty… zjawo! — miauknęła ze śmiechem, po czym spotkała się z kontratakiem; Porzeczka przekręciła się i rzuciła na ogon siostry, jednak za jej własny już Malinka zdążyła ją pociągnąć.
Przez jeszcze niedługą chwilę kotki się bawiły, lecz nagle do żłobka weszło parę kotów. Koszyczkowe siostry zatrzymały się w swojej bitewce, by spojrzeć na przybyszy. Jakaś trójka kociąt… a za nimi jakieś kotki. Porzeczka zmarszczyła brwi.
Te nowe kocięta zostały przedstawione Dryfującemu Fluorytowi jako Horoskop, Chiromancja i Zwiastunek. Jakieś głupie te imiona. Niebieskooka spojrzała na Poziomkę, która wyglądała na zainteresowaną przybyszami. To tylko bardziej zniechęciło ją do tych nowych kociąt. Z niesmakiem jeszcze na nie spojrzała, po czym po prostu odeszła sobie do swojego posłania i zaczęła zmywać z siebie kurz.
Wtedy kątem oka dostrzegła, jak Poziomka, JEJ najcudowniejsza siostra, podeszła do nich. Coś tam do nich mówiła, ale Porzeczka z wściekłości nawet się nie przysłuchała. Jej siostra powinna być cały czas u jej boku, nie gdzieś sobie podbijać do obcych kociąt! To jest okropne, aż ją zemdliło. Wróciła do mycia swojej sierści, by przestać o tym myśleć, a i tak myślała.
Nim się obejrzała, Poziomka do niej wróciła i usiadła obok niej. Kamień spadł Porzeczce z serca i udało jej się uspokoić.
— Ale oni ciekawi są! — przyznała. — Może się z nimi nawet zakoleguję! — Sierść szylkretki natychmiast się zjeżyła po usłyszeniu tego zdania, a serce zamarło. Po paru sekundach zastygnięcia w miejscu zaśmiała się niezręcznie.
— Hehe, Poziomko — zaczęła, odwracając się w jej stronę z wielkimi oczami. — Jak to zakolegować się?
— No tak… normalnie… — zająknęła się niepewnie, patrząc siostrze w oczy.
— Ojejku, ja i Malinka ci nie starczymy? — spytała, udając zranioną. — Jeśli wolisz się zadawać z byle kociakami, to na co tobie my? — westchnęła tak, jakby właśnie zwykła rozmowa miała świadczyć o braku siostrzanej miłości. Poziomka spanikowała, widząc pokrzywdzoną siostrzyczkę.
— Nie, to nie tak! — próbowała się wytłumaczyć. — Kocham was obie bardzo, bardzo i nie chcę was zastępować! Czy wybaczysz mi… za takie myślenie? — zapytała zmartwiona, a w jej oczach zabłysły łzy.
— No nie wiem… — odparła Porzeczka, udając zranioną. Nawet udało jej się wymusić łezkę, co przestraszyło siostrę.
— Nie… Porzeczko, nie płacz… — próbowała ją pocieszyć, lecz jej samej zaczęły płynąć łzy po policzkach. — P-proszę, wybacz mi… ni-nie chciałam… cię zranić… — Pociągnęła nosem, przytulając się do siostry. Szylkretka uśmiechnęła się pod nosem.
— No już… już nie płacz, nic się nie dzieje. Wybaczam ci. — Pogłaskała siostrzyczkę po głowie z troską. Poziomka spojrzała jej w oczy zapłakana.
— Na-naprawdę…?
— Naprawdę. No już, jesteś dzielna, przestań się tak mazać.
Puchata szylkretka otarła łzy i zasmarkany nosek, po czym jeszcze łkając, dodała:
— Je-jeszcze raz… prz-przepraszam! Już n-nigdy tak… nie pomyślę, tak… — przyznała, a Porzeczka z dumą ukrytą za troskliwym uśmiechem dwa razy poklepała ją po główce.

Teraźniejszość

— Porzeczko, idziesz? — Z wypoczynku obudził ją głos najmłodszej siostry. Uczennica stęknęła rozdrażniona i podniosła się z mchowego posłania.
— Idę — burknęła niechętnie, przeciągając łapy, po czym przetarła oczy. Już wcześniej siostra ją obudziła na trening, ale tego ranka akurat jakoś niespecjalnie jej się chciało ćwiczyć. Gdyby mogła, to by spała cały sezon bez przerwy niczym stary niedźwiedź.
Zdążyła minąć dłuższa chwila, zanim Porzeczka wreszcie stanęła na łapach, po czym wyszła z legowiska i przeszła do Groty Pamięci, a za nią szła jej siostra z szerokim uśmiechem.
— Jak myślisz, co dziś wymyśliła Mała Bazia? Polowanie na zające, patrolowanie, tropienie? O, o a może konkurs kto-zje-więcej? Co myślisz? — zagadała ją z charakterystyczną dla niej ekscytacją. — Malinka teraz śpi, ale jej pewnie by się spodobało patrzenie w niebo, może to będziemy robić? — Porzeczka miała tak naprawdę głęboko gdzieś co sobie paplała Poziomka. Irytowało ją to trochę, ale wolałaby już słuchać jej miauczenia niż filozofii burej siostry. Uczennica zatrzymała się przy Małej Bazi, która przebywała niby w grocie, ale jednak w średnio gotowym centrum obozu.
— No wreszcie jesteś, co ci tak długo zajęło? — miauknęła.
— No wiesz… pogoda jakaś taka dziwna, nie mogłam wstać z legowiska! Stawy mi skrzypią — odparła, teatralnie kładąc łapę na czole. Bazia westchnęła.
— No pewnie tak — mruknęła, zwracając uwagę na sztuczność wypowiadanych przez kotkę słów. — No to skoro jesteście obie, to się dzisiaj pobijecie — zaczęła z chytrym uśmiechem, trzymając uczennice w napięciu, które otworzyły pyski w zdziwieniu. Zanim się odezwały, jeszcze dodała: — No, chodźcie za mną.
Trójka kotek ruszyła ciemnym tunelem. Mentorka prowadziła je i następnie skręciła w nieco ciaśniejsze odgałęzienie tunelu, które potem stało się nieco bardziej przestrzenne. Na tyle, by koty mogły bezpiecznie się tu bić bez ryzyka zawalenia. Burzaczka się zatrzymała i odchrząknęła.
— Widzicie cokolwiek?
— Nie, jest jaśniutko, słońce nam nad głową świeci i grzeje barki — odparła sarkastycznie Porzeczka. — Oczywiście, że nie widzimy! Co to w ogóle za pytanie — prychnęła z frustracją, a Bazia się tylko roześmiała.
— No już, nie musisz wysilać swojej gęby — miauknęła. — Weźcie się trochę pobijcie, w tej absolutnej ciemności. Zobaczymy, kto jest sprytniejszy — rzekła i schowała się w miejscu, gdzie tunel się zwężał. — Jak coś, to ja tu stoję. Zaczynajcie.
Porzeczka równie dobrze mogła zamknąć oczy, a różnicy by nie było. Tutaj musiała polegać na wszystkich innych zmysłach.
Gdy usłyszała szuranie łapami o ziemię w miejscu, w którym podejrzewała, że była Poziomka, natychmiast rzuciła się na nią z odsłoniętymi zębami. Wylądowała na jej grzbiecie, pyskiem ocierając o puchaty ogon siostry. Nim ta jakkolwiek zareagowała, Porzeczka przekręciła ciało i prześlizgnęła się w pod brzuch rywalki, przy okazji tylnymi łapami podcinając te Poziomki. Przyszła przewodniczka runęła na posadzkę, a Chyża Łapa ją przyszpiliła, uniemożliwiając wyślizgnięcie się. Kotka próbowała kopać siostrę po brzuchu, lecz jej delikatna osobowość nie pozwalała na to; jej uderzenia były po prostu za słabe i bardziej przypominały głaskanie niż bicie. “Jesteś żałosna” — zaśmiała się w myślach, po czym ją puściła wolno. Onieśmielona Poziomka wstała i się skuliła.
— Już skończyłyście? — zabrzmiał zdziwiony głos wojowniczki. — Kto wygrał?
— Pf, a jak myślisz? — odparła zwyciężczyni. — To chyba jasne, że ja.
Gdyby teraz kotki nie były w zupełnej ciemności, to zobaczyłyby, jak Bazia wzrusza ramionami.
— Spróbujcie jeszcze raz, przecież nie może tak być, że jedna bitewka starczy — miauknęła, a kotki zaraz wróciły na swoje miejsca.
Uczennice zrobiły jeszcze parę podejść do walki, lecz za każdym razem, bez wyjątku, wygrywała Porzeczka. Po paru takich niedługich sesjach walk Poziomka została mocno poobijana; czy to o ścianę, o ziemię, o siostrę. Po siódmej walce Mała Bazia po prostu westchnęła zrezygnowana.
— No dobra, już starczy. Chodźmy stąd już — miauknęła, a gdy uczennice ustawiły się za nią, wyszły z tego tunelu i wyruszyły z powrotem do obozu. Gdy wreszcie dotarły do Groty Pamięci, Porzeczka dojrzała, jak bardzo poobijana była jej siostra. Aż coś ją w sercu ukłuło.
— Jak się czujesz? — spytała się z dziwnie, jak na nią, troskliwym głosem.
— Nie wiem… — mruknęła smutno. — Nie umiem się bić! A w tunelach okropnie się to robi… — przyznała, ocierając łzawiące oczy.
W ślepiach Porzeczki widniała bardzo niepodobna do niej troska.

<Poziomko? Jestem pewna, że będziesz tylko coraz lepsza.>
[1519 słów + walka w tunelach]

[30% + 5%]

Od Perłówkowej Łapy

Po wilgotnej Porze Nowych Liści łąki klanu odżyły z nawiązką. Spalone tereny zdążyły pokryć się nową trawą przez ostatnie księżyce – nie wszędzie równo i nie wszędzie gęsto, miejscami widać było jeszcze ciemniejsze plany ziemi, gdzie ogień najbardziej szalał, ale zieleń wzięła górę. Powietrze pachniało rozgrzaną trawą i słabą kwiecistą wonią, niesioną z dalszej części terytorium przez wiatr. Słońce stało wysoko i nie zamierzało nikomu odpuszczać, ale było o wiele bardziej znośne, niż to, co pamiętała z poprzedniego cyklu sezonów.
— Za tamtym krzakiem i z powrotem — powiedziała Srebrzysta Równonoc, wskazując na daleki punkt na końcu łąki.
— Ile okrążeń? — zapytała Perłówkowa Łapa.
— Tyle, ile ci dam — odparła mentorka tonem kogoś, kto odpowiadał na to pytanie już zbyt wiele razy. — Ruszaj.
Młodsza kotka bez sprzeciwu zaczęła biec, a po krótkiej chwili dołączyła koło niej Równonoc. Przez pierwsze dwa okrążenia wszystko było dla niej znajome w nie najlepszy sposób. Starała się trzymać za mentorką i dopasować swój rytm do jej rytmu, co szło jako tako tylko przez jakiś czas.
Budowa jej ciała z każdym kolejnym księżycem bardziej przypominała tą starszej kotki, ale dalej nie była w stanie go dostosować do tego samego tempa. Im dłużej biegła, tym bardziej oddech przestawał się koordynować z jej łapami i nie była żadnym sposobem w stanie tego naprawić, bez najpierw wyraźnego zwolnienia. W Porze Zielonych Liści było to bardziej uciążliwe niż kiedykolwiek wcześniej.
Srebrzysta Równonoc biegła obok spokojnym, miarowym krokiem. Perłówkowa Łapa obserwowała ją przez dłuższą chwilę. Przez wiele księżyców wchodziła w jej rytm automatycznie, jakby to był jedyny właściwy sposób biegania niebędący sprintem, i za każdym razem miała wrażenie, że stać ją było na więcej.
Minimalnie zwolniła. Bardziej ze zmęczenia, niż świadomie, ustawiła się w nieco krótszy, ale szybszy rytm kroków, a oddech się do niego dostosował. Trawa pod łapami była sprężysta, zupełnie inna niż poprzedni popiół i roztopy, i każdy krok przywracał trochę energii, zamiast ją pochłaniać.
Mentorka odłączyła się i stanęła w miejscu, w którym miałaby zawsze widok na uczennicę.
Kremowa kotka zaczęła dostrzegać coraz większą różnicę. Przez zmianę tempa kolejność stawiania łap i oddech przestały być dwoma oddzielnymi rzeczami do pilnowania, a zamiast tego stały się częścią całości, dzięki czemu resztę uwagi mogła skierować gdzie indziej.
Trawa migała pod łapami, wiatr przy każdym kroku czesał futro wzdłuż grzbietu i był przyjemnie chłodny na uszach, a łąka mijała w tempie, które zaczęło wydawać się naturalne. Gdzieś na granicy rosły wysokie kwitnące rośliny, których nazwy nie znała i ich zapach docierał do niej falami, kiedy powiew przychodził z tamtej strony. Łapy bolały ją tępo, tak jak powinny po ciężkiej pracy, a nie jak podczas Pory Opadających Liści, kiedy całe jej ciało krzyczało, żeby się zatrzymać.
W końcu usłyszała, że Srebrzysta Równonoc ją wołała. Jak tak teraz pomyślała, to chyba nie po raz pierwszy. Posłusznie skręciła w jej stronę i podbiegła truchtem, dysząc troszeczkę lżej niż ostatnim razem.
Mentorka siedziała niedaleko i przewracała leżące na ziemi, mieniące się w słońcu na niebiesko, srocze pióro.
— Jeśli masz tyle energii, to może spożytkujemy ją następnym razem na polowanie, a nie same biegi. — Kiwnęła głową.
— Możemy teraz — odpowiedziała Perłówkowa Łapa, po czym sama wydawała się zdziwiona, że to powiedziała.
Srebrzysta Równonoc zmierzyła wzrokiem jej rozczochrane od wiatru futro i machnęła łapą.
— Nie przesadzaj. Może, jak słońce będzie niżej, teraz i tak się większość zwierzyny chowa.
Wstała powoli, wzięła pióro w pysk i ruszyła w stronę powrotną. Z miejsca, w którym tego dnia trenowały, najbliższy tunel znajdował się w starym obozie.
Mentorka poszła przodem do tunelu, a Perłówkowa Łapa została na chwilę dłużej niedaleko wejścia. Nie pierwszy raz próbowała szczęścia, że coś użytecznego przy nim się napatoczy, ale przy ostatniej okazji nic wartego uwagi nie nawinęło jej się pod nos. Nie wiązała z miejscem szczególnych nadziei, ale uznała, że skoro już tu była, to warto było sprawdzić raz jeszcze.
Od ostatniego razu okolica zarosła trochę gęściej trawą, ale odsuwając ją łapą, nie zauważyła niczego ciekawego. Pochyliła się niżej przy kamieniu na ziemi, wciągając powietrze głębiej – i natychmiast tego pożałowała. Suchy piasek wleciał jej prosto do nosa i kichnęła na tyle głośno, że nawet Srebrzysta Równonoc mogła to jeszcze usłyszeć. Niezadowolona otrzepała pysk. Może jednak nie dziś.

[Event Klan Burzy: Przeszukiwanie starego obozu]
[685 słów + biegi długodystansowe]

[14% + 5%]

Od Rybitwy do Bukowej Korony

Przeszłość, niedługo po narodzinach

Tuliła się do matczynego futra, nie rozumiejąc jeszcze świata, który był wokół niej. Wiedziała tylko, że była przyczepiona do kogoś, kto dawał jej ciepło i bezpieczeństwo, które było jej potrzebne. Czuła przy sobie też inne małe kuleczki, z którymi miała dzielić przestrzeń. Miejsce, w którym było jej dane się pojawić, było jakieś szumiące. Słyszała jakieś odgłosy, było ich sporo. Kotka nie wiedziała, do kogo należały. Jedne były dosyć ciche, a drugie takie żywe i rozchodzące się po całym miejscu. Nie przeszkadzały jej nawet. Chciała wiedzieć, co znaczyły. Co mogła z nich zrozumieć na początku swego istnienia.
Próbowała przechwycić jakieś wyrazy, które się powtarzały, najbardziej powtarzało się "kociak", "kociaki", może to samo słowo, które dziwnie brzmiało. Co ono oznaczało? Co się określało tym słowem? Mała główka zaczęła pracować i odgadywać po swojemu co mogło to znaczyć, bez jeszcze otwartych oczu, gdzie jedynie co mogła ujrzeć to ciemność. To słowo w różnych tonacjach chodziło jej po głowie. Wszystko zdawało się jednak popsuć, gdy pojawił się głośny przebijający się syk. Po nim następnie do uszu już nie docierały przyjemne, sklejone dźwięki, tylko zdominowały je słowa, które kłuły jak ciernie, a sam ton był tak nieprzyjemny w słuchaniu, że jej małe futerko się podniosło.
Koteczka zaczęła piszczeć przerażona. Nie wiedziała, co się działo, dlaczego otoczenie nagle stało się dla niej tak wrogie? Następnie do niej jeszcze dołączyły inne równie przerażone piski, które chciały zakomunikować, że mimo tego, że były blisko brzucha matki, to nie czuły się bezpiecznie. Nagle głośne syki ustały, otoczenie wydawało już się umilknąć, a mimo tego, kociak nadal czuł niepokój wraz z rodzeństwem. Coś ciepłego zaczęło ją pieścić po główce.
— Już wszystko dobrze, maluszki, jestem przy was. — Po usłyszeniu matczynego głosu, przestała już piszczeć najgłośniej z rodzeństwa i wtuliła się w matkę, nie zamierzając jej odstąpić na krok.

***

Teraźniejszość

Rybitwa, jak pijany zając, biegała po całym żłobku ze Świetlikiem. Zabawa ta nazywała się gonitwą, była dosyć łatwa. Wystarczyło się ścigać, dopóki się nie zmęczy. Była to jedna z lepszych dla niej zabaw, bo była w tym najlepsza.
— Dzieci, nie biegajcie zbyt szybko! To, że jest pusto, nie znaczy, że możecie tak szaleć. — Rozżarzona Pieśń zwróciła im uwagę, jako ich matka. Świetlik się zatrzymał, a Rybitwa podczas jego ociągania się, zdążyła zrobić drugie kółko i go ominąć.
— Ślimaczysz się jak mewa w wodzie! — zawołała głośno, pokazując swój język bratu. Ten natychmiast się speszył i zaczął ją gonić. Lubiła bardzo to robić, dlatego że jej brat śmiesznie się denerwował przy tym. Nie robiła tego nawet, by być złośliwą. Zazwyczaj Świetlik byl jedynym kompanem do ich misji i zabaw, Krabik rzadko się bawiła, twierdząc, że była zbyt poważna, by się bawić w dziecinne zabawy. Brzmiało to nudno, bo przecież jak można było być takim nudziarzem i leżeć tylko obok matki? Aktualnie Krabik też to robiła przed chwilą, zerkając na nich co chwilę. Czekoladową srebrną kotkę omijało najlepsze, dzięki takiemu nastawieniu.
Bieganie w żłobku nie było łatwe, było wiele przeszkód w postaci karmicielek, gdzie trzeba było przeskakiwać przez koty, lub je omijać na około. Mając przed sobą tyle przeszkód, tym bardziej ta zabawa wydawała się atrakcyjna dzięki takim urozmaiceniom. Wcześniej przeskakiwali Dymówkę i Ciskę, niestety już nie było ich w żłobku, więc musieli po prostu przeskakiwać przez puste legowiska. Kotka szykowała się właśnie do przeskoczenia jednego z szerszych legowisk, wyglądało na to, że musiało być naprawdę dużo kociaków na nim kiedyś. Kotka szykowała się do skoku, ale nagle Świetlik ją przygniótł. Rudzielec szybko zszedł z niej.
— Przepraszam, chciałem przeskoczyć to legowisko, ale coś źle skoczyłem. — Rybitwa otrzepała się z kurzu, chciała już powiedzieć bratu, że prawie zrobił z niej miazgę, ale rozproszyły ją czyjeś kroki. Obróciła się, i zauważywszy Bukową Koronę z wielką kaczką, zawołała;
— TATA! — Od razu podbiegła szczęśliwa do ojca. Świetlik również chciał przywitać ojca. Prawie mu weszła pod łapy. Srebrny czekoladowy kocur odłożył swoją czarną kaczkę na podłoże, uśmiechając się dumnie.
— Widzicie ją? To łyska, sam ją upolowałem z małą pomocą Mysikróliczej Łapy. To znaczy ja polowałem, a ona patrzyła! Ta kaczka była zawzięta, ale ja jedną łapą ją załatwiłem! Dzięki temu możecie zobaczyć moje unikatowe umiejętności łowieckie. — Rybitwa przyglądała się wielkiemu, martwemu ptakowi. Był kilkukrotnie od niej większy, a ile tych piór! Świetlik też podszedł do ptaka, obwąchując jego ogon, by poznać jego zapach. Nawet Krabik wyszła spod łap matki, by przyjrzeć się temu monstrum! Rodzeństwo na pewno było zgodne, że ten ptak to był jakiś rarytas, większy od większości ptaków, jakie widzieli.
— Ale gigant! Zabierzesz nas kiedyś na kaczki? Chciałabym kiedyś taką złowić jak twoja. — Czekoladowa kotka podeszła do skrzydła kaczki, a następnie zabrała się za wyrywanie piór. Tyle tego było, że nie była pewna czy to wszystko się zmieści pod legowisko mamusi, w dodatku nie było to najłatwiejsze. Może więc powinna zacząć je nosić? Takie czarne pióra, na pewno byłyby fajną pamiątką po takiej kaczce. Siłowała się chwilę z piórami, aż wreszcie udało jej się wyskubać kilka lepszych, dłuższych piór i ozdobiła nimi swoje futerko.

<Bukowa Korono?>

Jesienne dolegliwości

Nadeszła Pora Opadających Liści, a z nią nowe dolegliwości!

POGODA

Pierwsza połowa jesieni okaże się bardzo przyjemna. Przez większość dni łagodne promienie słońca będą umilać wojownikom polowania. Noce staną się jednak dużo chłodniejsze. Im bliżej zimy, tym bardziej ponura i chłodna zrobi się pogoda. Ciepłe dni zostaną zastąpione przez szaro-bure. Częste, choć niekoniecznie ulewne deszcze sprawią, że sucha ziemia zamieni się w błoto. Uprasza się wychodzące z obozu koty o ostrożność w trakcie przeprawiania się przez śliskie kamienie, z których upadek groziłby poturbowaniem.

Klanu Burzy:

Żywiczna Łapa - infekcja oka
Śpiewający Raniuszek - przewianie
Zwiewny Mak - zranienie ogona
Wędrujące Niebo - ugryzienie przez szczura
Porzeczka - szkło w łapie

Klanu Klifu:
 
Trójoki Zając - biały kaszel
Czujny Pasterz - bezsenność
Srocza Błyskotka - katar
Księżycowa Aldrowanda - infekcja gardła
Słonkowa Łapa - swędząca infekcja

Klanu Nocy:

Spopielona Alga - wymioty
Wzlatująca Uszatka - infekcja ucha
Narwana Łapa - szkło w łapie
Niedźwiedziówkowy Pył - katar
Nurowa Łapa - biały kaszel

Klanu Wilka:
 
Jesionowa Szadź - zwichnięcie tylnej łapy
Podstępna Kłamczucha - kolec w łapie
Korowy Szept - przewianie
Smuklik - katar
Aronia - wymioty

Owocowego Lasu:
 
Drobinka - ból zęba
Pierścień - bezsenność
Mistral - infekcja oka
Figa - swędząca infekcja
Wrona - katar

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Konwaliowa Mielizna - szkło w łapie
Szaruga - infekcja ucha

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w kolejne stadium. Dotyczy to kotów z:

Klanu Burzy:

Złota Wydma - gorączka > osłabienie > odwodnienie
Rudzikowe Skrzydełko - infekcja ucha > tymczasowa głuchota na ucho > stała głuchota
Gasnąca Prawda - katar > kłopoty z oddychaniem 
Bąbelkowy Plusk - wymioty > odwodnienie

Klanu Klifu:
 
Niebiańska Poświata - ugryzienie przez szczura > infekcja
Oszroniony Kieł - infekcja gardła > chrypa
Wędrujący Wibrys - szkło w łapie > infekcja
Firletkowa Łapa - zranienie przedniej łapy > infekcja
Krabik - przegrzanie > ból głowy

Klanu Nocy:

Mandarynkowa Gwiazda - ból głowy > osłabienie

Klanu Wilka:
 
Piołunowy Dym - wymioty > odwodnienie
Wąsatkowy Ruczaj - ból stawu
Iglak - katar > kłopoty z oddychaniem

Owocowego Lasu:

Wszyscy wyleczeni!

Samotnicy i Pieszczochy:

Lisi Oset - zwichnięcie tylnej łapy > zwyrodnienie

Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka jesienią.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu jesieni - mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!
Proszę, by wymienione pod opowiadaniem imiona zgadzały się z imionami postaci w momencie ich zachorowania. Stare, zgadzające się z listą imię można zamieścić w nawiasie obok aktualnego imienia.

Od Gąbczastej Perły

Zgromadzenie

Gąbczasta Perła siedziała obok Niedźwiedziówkowego Pyłu, która za życiową misję obrała sobie kontrolowanie każdego ruchu dymnej medyczki. Kotki siedziały niemal do siebie przyklejone, aż w końcu do Gąbki podeszła jakaś niziutka, niebiesko-biała członkini Klanu Klifu.
— Hej... — miauknęła niepewnie.
Medyczka przeniosła na nią spojrzenie, tak samo, jak i Niedźwiedziówka.
— Och, cześć… — mruknęła Gąbka, po czym łypnęła wzrokiem na buraskę. Potem znów wróciła spojrzeniem do obcej. — Czy coś się stało, czy po prostu szukasz kogoś do rozmowy na zgromadzeniu? — spytała.
Nieznajoma uśmiechnęła się nieśmiało, po czym na moment zamilkła, przenosząc wzrok z dymnej kotki na burą kotkę siedzącą tuż obok niej.
— Ach, tak... — mruknęła po chwili. — Z chęcią dołączyłabym do waszej rozmowy.
Lekko przechyliła głowę, a jej ogon nerwowo drgnął.
— No... chyba że wam przeszkadzam — dodała, mierząc krótkim spojrzeniem buraskę.
Gąbczasta Perła milczała przez chwilę, myśląc o tym, jak powinna ułożyć swoje zdania, by nie rozjuszyć Niedźwiedziówki. W końcu jednak przełknęła ślinę i odparła:
— Nie, nie przeszkadzasz. Jeszcze o niczym nie zaczęłyśmy rozmawiać, tylko tak sobie… siedziałyśmy. — Uśmiechnęła się lekko, po czym ponownie spojrzała na buraskę. — Prawda? — spytała, na co wojowniczka tylko skinęła głową, mrużąc podejrzliwie oczy.
Dymna następnie zwróciła się do nieznajomej:
— Nazywam się Gąbczasta Perła i, jak już pewnie wyczułaś, jestem medyczką Klanu Nocy — przedstawiła się spokojnie.
— Wiesz, ja... — zaczęła Klifiaczka, lecz ostatecznie ugryzła się w język. — Właśnie tak mi się wydawało.
Posłała kotce krótki uśmiech, po czym usiadła obok, starając się przybrać nieco swobodniejszą pozycję.
— Ja jestem Niebiańska Poświata — przedstawiła się. — Pochodzę z Klanu Klifu. A ty musisz być z...?
Dymna zdziwiła się nieco zachowaniem biało-niebieskiej kotki.
— No co ty, nie wiesz? — zapytała, przekręcając głowę.
— Nie masz węchu? — wtrąciła się Niedźwiedziówkowy Pył, unosząc jedną brew do góry.
Gąbczasta Perła zmrużyła oczy. Właściwie, może słowa buraski miały sens. Klan Nocy miał w końcu jeden z najsilniejszych i najbardziej charakterystycznych zapachów wśród wszystkich klanów ze względu na ich dietę rybną.
— Ach… Jesteś może chora? Masz katar? Szkoda, że jesteśmy na wyspie, bo inaczej może mogłabym znaleźć jakieś zioła, by ci pomóc…
Niebiańska Poświata zamrugała, wyraźnie zaskoczona tym, jak szybko jej słabość wyszła na jaw.
— Nie, nie jestem chora — miauknęła w końcu, kręcąc głową. — To... raczej coś, z czym już się urodziłam. Mam bardzo słaby węch. Właściwie prawie wcale nie czuję zapachów. Ale nie musisz się martwić. Jakoś sobie radzę. Chociaż przyznam, że czasami jest to dość uciążliwe.
Na wzmiankę o ziołach lekko poruszyła uszami.
— Mimo wszystko dziękuję. To miłe, że chciałabyś mi pomóc — roześmiała się lekko. — Zresztą, skoro już tutaj jesteśmy...
Rozejrzała się po zgromadzonych kotach, a jej wzrok na moment zatrzymał się na przedstawicielach innych klanów.
— Jak wam się układa ostatnio w Klanie Nocy? — zapytała. — U nas ostatnio sporo się dzieje, więc jestem ciekawa, czy u was też.
Gąbczasta Perła musiała się przez chwilę zastanowić. Czy było dobrze? Cóż, zależy, kogo spytać. Według niej było tylko gorzej. Cały czas pojawiały się jakieś spory i problemy. Ale przynajmniej kociarnia pękała w szwach, co było na plus.
— Tak, u nas też dużo się dzieje, ale długo by tu opowiadać — mruknęła. — Na szczęście raczej dobrze nam się wiedzie. Ostatnio byłam świadkiem porodu trójki nowych kociąt, a oprócz tego w żłobku przebywa już ich cała masa. Mandarynkowa Gwiazda nie musi się więc martwić o to, że kiedyś w Klanie Nocy zabraknie wojowników.
Niebiańska Poświata słuchała z wyraźnym zainteresowaniem, a na wzmiankę o kociętach jej uszy uniosły się nieco wyżej.
— Trójki? To naprawdę sporo — miauknęła, a na jej pysku pojawił się szczery uśmiech. — Wygląda na to, że Klan Nocy rzeczywiście nie będzie miał powodów do obaw o swoją przyszłość.
Na moment zamilkła.
— Zawsze lubiłam patrzeć na kocięta — dodała po chwili. — Mają w sobie tyle energii... Chociaż pewnie ich matki nie zawsze podzielają ten zachwyt.
Ziewnęła krótko.
— Jeju, pamiętam, kiedy sama byłam mała. Wszystko było takie beztroskie... Ale chyba jeszcze bardziej tęsknie za byciem uczennicą. Nawet nie wiesz, ile bym dała, aby cofnąć się kilka księżyców wstecz.
Gąbczasta Perła uśmiechnęła się zadziornie, po raz pierwszy od dłuższego czasu czując się w miarę beztrosko, nawet jeśli Niedźwiedziówka dyszała jej teraz nad karkiem.
— Och, a skoro tak bardzo lubisz patrzeć na kocięta, to czemu samemu sobie kilku nie sprawisz? — spytała żartobliwie. Wiedziała oczywiście, że nie każdy musi mieć partnera i potomstwo. Jeśli Klifiaczka nie pragnęła zakładać rodziny, to było to jak najbardziej zrozumiałe. Ponadto, skoro miała takie krótkie łapki i problemy z węchem, może bała się o to, że któreś z jej kociąt to po niej odziedziczy?
— Ja? Kocięta? — powtórzyła Klifiaczka, jakby sama myśl o tym była czymś zupełnie absurdalnym. — Chyba trochę za szybko przeszłyśmy do tego tematu.
Parsknęła cicho śmiechem, próbując ukryć swoje zmieszanie.
— Poza tym najpierw musiałabym znaleźć kogoś, kto chciałby mieć je ze mną. — Zerknęła na Gąbczastą Perłę z rozbawieniem. — A nie jestem pewna, czy kolejka chętnych właśnie ustawia się przed moim legowiskiem.
Poruszyła rozbawiona ogonem.
— Na razie więc pozostanę przy podziwianiu cudzych kociąt. To zdecydowanie mniej kłopotliwe.

* * *

Gąbczasta Perła wcierała właśnie ziołową papkę w skórę Wesołej Łapy, podczas gdy temu wszystkiemu przyglądała się Niedźwiedziówkowy Pył. Niestety Klekoczący Bocian znajdował się teraz poza lecznicą, toteż dymna sama musiała znosić obecność buraski w legowisku. Nienawidziła, gdy wojowniczka patrzyła jej na łapy, lecz wiedziała, że nie mogła się jej w żaden sposób postawić. Zbyt bardzo obawiała się o zdrowie — a może i nawet życie — Sennej Łzy, Fiołka i Jasności. Niedźwiedziówka już Gąbce pokazała, że jest w stanie posunąć się do rzeczy okrutnych i ohydnych, więc medyczka wolała nie ryzykować. Była w stanie znieść ciągłą obecność Niedźwiedziówki i bycie przez nią kontrolowaną dla dobra swojej rodziny.
Wkrótce Wesoła Łapa opuściła lecznicę. Gąbka już wcześniej zajmowała się także Ulewnym Szkwałem, który miał szkło w łapie, oraz Ćmim Mżeniem, która cierpiała na bezsenność. Przynajmniej nie była w tym sama, jako iż Gąbczastej Perle też coraz ciężej było się wysypiać. Miała tyle spraw na głowie, że ciągle chodziła poddenerwowana i rozdrażniona… Nie dość, że ta morderczyni przyczepiła jej się do pleców, to jeszcze Błoto wspinał się coraz wyżej w hierarchii. Wciąż był co prawda więźniem, jednak poprawa warunków jego życia nie świadczyła o niczym dobrym. Wkrótce Mandarynkowej Gwieździe odbije i jeszcze zgodzi się na to, by czekoladowy został wojownikiem! Wtedy sekret Gąbki będzie jeszcze bardziej zagrożony, bo Błoto nie będzie już tylko głupim więźniem, a kotem, któremu reszta faktycznie może uwierzyć, gdyby chciał im opowiedzieć o swoim romansie z księżniczką.
Czarnofutra wlepiała wzrok w podłoże, aż tu nagle do lecznicy wszedł Siwa Czapla. Od razu podniosła uszy do góry i otrząsnęła się z zamyślenia. Szybko dowiedziała się, że kocur zmagał się z gorączką i podała mu liście ogórecznika.

Wyleczeni: Ulewny Szkwał, Ćmie Mżenie, Wesoła Łapa, Siwa Czapla

06 września 2026

Od Mistral CD. Modrogończyka

Niebieskie spojrzenie sunęło powoli po ziołach, które zielarka miała przed sobą porozrzucane po niemal całym składziku. Ciężko westchnęła, pozostawiając to wszystko w stanie, jak zastała — nie miała siły ani chęci na ogarnięcie tego, więc Gołąbek lub Modrogończyk mogli to za nią zrobić. Nawet jeśli to ona miała w jednym palcu łapy całą wiedzę na temat ziół i ogólnie leczniczych roślin. Po niedawnych wydarzeniach nie była zbytnio sobą, choć poza dziuplą skutecznie to ukrywała. Przecież była kotem, który dba o dobrostan psychiczny Owocowego Lasu, więc nie mogła sobie pozwolić, by inni dostrzegli pogorszenie jej samopoczucia. Najbardziej się obawiała jednak, że to wszystko może wpłynąć na jej pracę i może doprowadzić do podobnego przypadku, co Wiciokrzew, który musiał przejść na emeryturę.
Kiedy tylko miała chwilę dla siebie, spożywała niewielką ilość nasion maku z nadzieją, że na jakiś czas takie działanie będzie skuteczne i będzie mogła normalnie pracować. Na chwilę wkroczyła do składziku, gdzie był pewien nieporządek, chcąc znaleźć parę nasion, kiedy to do jej uszu dotarł dźwięk kroków Owocniaka, który zdecydował się odwiedzić uzdrowicieli. Purchawka z Modrogończykiem gdzieś wybyli, może na rodzinny spacer, a Gołąbek chyba poszedł do stosu. Dlatego też Mistral nie miała zbytnio wyboru i musiała sama przyjąć chorego.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

W duchu kocica odetchnęła z ulgą, gdy okazało się, że liliowy zwiadowca nie był, jak niektóre koty i od razu, gdy pojawiły się pierwsze objawy choroby, to przyszedł. Gdyby tego nie zrobił, to z kolejnym sezonem mogłaby wzrosnąć liczba chorych, którzy by zostali zarażeni białym kaszel, który mógłby się rozwinąć w poważniejsze stadia.
Kiedy tylko Gołąbek powrócił do dziupli, przejął doglądanie chorego, dzięki czemu kotka mogła się oddalić gdzieś, gdzie nikt nie powinien jej niepokoić. Oczywiście jak na złość tuż przed nią pojawił się Modrogończyk, na co przewróciła oczami. W ostatnich dniach ten młodziak wyjątkowo działa jej na nerwy, szczególnie tym swoim przekonywaniem na siłę Owocniaków, którzy dotąd nie wykazywali chęci wiary we Wszechmatkę. Ironią było, że czekoladowy zgłosił się z radą w tej sprawie, chcąc przekonać zmarłego Fruczaka.
— Czegoś konkretnego potrzebujesz? — spytała, ukrywając irytację, która aż sama jej się cisnęła na język. Jednak nie mogła się wyżywać na młodszym, który jedynie nie pojmował jeszcze wielu rzeczy.

<Gońcu?>

Wyleczeni: Kurka

Nowy członek Pustki!

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Potrącenie przez Potwora

Odszedł do Pustki!

Od Mistral CD. Wiciokrzewu

Białofutra powoli zmniejszała swoją częstotliwość odwiedzin w legowisku starszych, które miały się wiązać z liliowym starszym. Może i kocur próbował zwieść zielarkę, lecz ta nie miała zamiaru dać się tak łatwo, dlatego też postanowiła na razie dać mu więcej przestrzeni, czasu. Momenty, które dawniej spędzała u jego boku, tak teraz ich część poświęcała innym kotom w Owocowym Lesie, będących w stanie, który wymagał jej ingerencji. Nie było może ich zbyt wiele, lecz ona wolałaby, aby nie było ani jednego takiego przypadku — nawet jeśli brzmiało to na dziecinne mrzonki, marzenia.
Jeden z przypadków, które wzięła, była Kasztanka, która zdawała się niemal marnieć w oczach przez swojego, pożal się Wszechmatko partnera, który zdecydowanie nie był najlepszą partią w całym Owocowym Lesie. Ba! Ten sam kocur niedawno próbował ją omamić swymi wdziękami w lecznicy, kiedy to przyszedł z bolącym zębem — na jego nieszczęście trafił na kotkę, która nie da się owinąć wokół palca pierwszemu kocurowi lub innej kotce. Niebieskooka najchętniej doradziłaby stróżce, aby dała sobie z nim spokój, lecz aż zbyt dobrze widziała, że mimo wszystko kocha tego srebrnego wojownika i chciałaby żyć u jego boku.
Młódka właśnie opuszczała legowisko stróżów, w którym jeszcze chwilę wcześniej rozmawiała z Kasztanką, kiedy to po lewej dostrzegła Miodunkę oddalającą się od krzewu kaliny, gdzie przebywali najstarsi członkowie Owocowego Lasu. Nieco zmrużyła oczy, mając wrażenie, że coś złego mogło się stać — i w sumie zbytnio się nie pomyliła. Ledwo wsunęła głowę do legowiska, a już dostrzegła nieobecność jednego z kotów i to oczywiście tego, na którym mocno jej zależało w ostatnich księżycach. Jak piorun dorwała czekoladowo srebrną kocicę, zaczynając od razu wypytywać o dawnego uzdrowiciela.
— Przed chwilą wyszedł z obozu.
— Sam?! — spytała, czując, że zaraz przestanie panować nad sobą.
— No… tak.
Zielarka nie wiedziała dokładnie, ile minęło od wyjścia liliowego z obozu, lecz musiała się spieszyć. Dopadła pierwszego lepszego Owocniaka, który się nawinął i kazała mu wytropić Wiciokrzewa — w końcu ona nie wiedziała, jak to się robi, miała za sobą szkolenie z chorób i ziół. Nim Purchawka urodziła i Modrogończyk zdecydował się być szamanem, to ona była przygotowywana w jakimś stopniu do tej roli, a to wszystko teraz do niczego się nie przyda.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Z każdym krokiem, który kierował ich w stronę Drogi Grzmotu, czuła jak jej serce coraz bardziej przyspiesza, a w głowie pojawiają się najgorsze scenariusze związane z tym miejscem oraz losem liliowego. Przez brak jakiegokolwiek wojowniczego szkolenia, kondycja białofutrej była mizerna, lecz teraz starała się to ignorować, próbując nadążyć za tymczasowym tropicielem.
Ledwo dotarła nad ciemną cuchnącą ścieżkę, gdy do jej uszu dotarł ryk zbliżającego się potwora, a idealnie na środku drogi siedział sam Wiciokrzew. Z głośnym wołaniem wręcz do zdarcia gardła, miała się zerwać do ratunku, gdy została uprzedzona i towarzyszący jej kot rzucił się w stronę Wiciokrzewa. Wszystko działo się tak szybko, że do niebieskookiej ledwo dochodziło, co się wydarzyło — jeszcze chwilę temu w stronę jej dawnego mentora pędził Potwór, a ona z Fruczakiem stała na skraju drogi. Teraz było inaczej. Z przerażeniem obserwowała ciało stróża, z którego powoli uchodziło życie, a dawny uzdrowiciel odepchnięty od zagrożenia leżał kawałek dalej, bezpieczny, a przynajmniej na tę chwilę.
Z każdym uderzeniem serca oddech zielarki zaczynał coraz bardziej drżeć, zwiastując uzewnętrznienie pewnych emocji. Jednak nie mogła sobie na to pozwolić, nie teraz, gdy pręgowany nadal znajdował się na śmiertelnej drodze. Szybko zerknęła w obie strony, upewniając się, że żaden Potwór się nie zbliża, by następnie ruszyć do Wiciokrzewa, chcąc go zabrać na bezpieczne ubocze. Dopiero kiedy była pewna, że nic mu już nie zagraża, wkroczyła ponownie na Drogę Grzmotu i złapała ciało Fruczaka za skórę na karku, starając się je zaciągnąć w to samo miejsce, gdzie chwilę wcześniej zostawiła liliowego.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Powrót do obozu był ciężki, długi i odbywał się w grobowej ciszy. Wspólnymi siłami udało im się przetransportować stróża, aby bliskie mu koty mogły się z nim pożegnać ten ostatni raz. Widok czyjejś śmierci był czymś, czego raczej Mistral nigdy nie chciała doświadczyć, jednak stało się. Teraz jednak musiała zająć się Wiciokrzewem i wyciągnąć z niego powód, który spowodował taki obrót spraw.
— A więc słucham Wiciokrzewie, dlaczego opuściłeś obóz i to sam, by dotrzeć do Drogi Grzmotu na jej sam środek, nie robiąc sobie nic ze zbliżającego się Potwora. — Była przygotowana na to, że przez najbliższe wschody słońca może nie otrzymać upragnionej odpowiedzi, lecz nie miała zamiaru tego odpuścić.

<Wiciokrzewie?>

Od Smoka CD. Śnienia

Zgromadzenie

Spodziewała się, że zostanie wybrana na zgromadzenie. Już idąc na wyspę, zastanawiała się nad tym, z kim tym razem porozmawia. Może uda jej się zagadać do jakiegoś kota, który opowiedziałby jej co nieco o Klanie Gwiazdy?
Gdy rozsiadła się na kamiennej posadzce, podeszła do niej kremowa kotka. Była młoda, choć może trochę młodsza od niej. Pachniała ziołami i chyba Klanem Klifu, jeśli szylkretka dobrze pamiętała. Ale chwila, skoro pachniała roślinami, to może była uczennicą medyka?
— Cześć! Jestem Ćmia Łapa, a ty? — odezwała się nieznajoma.
— Smok — przedstawiła się, po czym uniosła jedną brew do góry. — Jesteś uczennicą medyka, co nie? Dostałaś już jakiś sen od Klanu Gwiazdy? — zapytała wprost.
— Em... Jeszcze nie dostałam, ale kto wie... — odpowiedziała. — Ty jesteś z Owocowego Lasu, prawda? Co u was? Podobno wy nie macie medyków...
Szylkretka skinęła głową.
— Tak! Nie mamy medyków, ale mamy za to dwie inne funkcje, mające za zadanie wykonywać obowiązki medyków — odparła, owijając ogon wokół łap. Nie była zbyt zadowolona z tego, że w Owocowym Lesie istnieli zielarze i uzdrowiciele, bo różniło ich to od klanów, które przecież wierzyły w Gwiezdnych Przodków. — Mniejsza o to. Może opowiesz mi co nieco o Klanie Gwiazdy? W Owocowym Lesie cały czas gadają o jakiejś Wszechmatce i mam tego dosyć!
— To bardzo ciekawe. Chętnie ci o nim opowiem. Klan Gwiazdy to nasi zmarli przodkowie, którzy nad nami czuwają. Czasami mówią nam jakieś przepowiednie, gdy jesteśmy w niebezpieczeństwie, ale nie wiem, kiedy ostatnio to było. Raz na księżyc idziemy do miejsca zwanego Księżycową Sadzawką i wtedy rozmawiamy z przodkami.
Wojowniczce bardzo spodobał się opis Gwiezdnych Przodków. Już kolejny raz utwierdziła się w przekonaniu, że mieli oni więcej sensu niż wiara Owocowego Lasu.
— Księżycowa Sadzawka? Byłaś już tam kiedyś? — zaczęła dopytywać. — A do tej Księżycowej Sadzawki idą wszyscy, czy tylko wyznaczone koty? I czy mogłabyś mnie do niej… pzemycić?
— Do sadzawki idą tylko medycy oraz przywódcy, gdy odbierają dziewięć żywotów. Jeszcze nie miałam okazji tam być, ale nie mogę się już tego doczekać! Podobno jest tam magicznie, tak przynajmniej mówi moja mentorka. Niestety nie mogę cię przemycić, ale mogę cię nauczyć więcej o Klanie Gwiazdy.
Szylkretce nie spodobała się odmowa ze strony uczennicy. Jak śmiała nie zgodzić się na to, by przemycić ją do Księżycowej Sadzawki? Toż to skandal!
— No weź! Spotkamy się kiedyś gdzieś po dlodzę i mnie zaplowadzisz… Nikt się nie dowie — mruknęła, po czym puściła kotce oczko. — Ja stalam się tak baldzo, by Owocniaki zaczęły wiezyć w Klan Gwiazdy… Myślę, że Pzodkowie chcieliby mi za to poglatulować. Chcesz ich od tego powstzymać?
— Hmmm... Przepraszam, ale nie mogę tego zrobić. Cieszę się, że wierzysz w Klan Gwiazdy, na pewno to ich cieszy. Może nawet dostaniesz kiedyś od nich sen? Ale wiara w Klan Gwiazdy jest ściśle związana z Kodeksem Wojownika.
Smok nie dowierzała swoim własnym uszom.
— Co z tego, że jest związana z Kodeksem Wojownika? Ja jestem wojownikiem! — oburzyła się, uderzając końcówką ogona o kamienną posadzkę. — No ploszę… Nad telenami Owocowego Lasu Klan Gwiazdy na pewno nie ma żadnej kontloli, bo każdy wiezy we Wszechmatkę! Po co Gwiezdni Pzodkowie mieliby zaglądać do kotów, któle się ich wypalły? — kontynuowała, tym razem głosem pełnym żalu. — Czy naplawdę chcesz mnie tak odsunąć od Klanu Gwiazdy?
Uczennica jednak utrzymywała poważną minę.
— Nie chodzi mi o to, że jesteś niegodna tej wiary. Chętnie bym cię nauczyła go, na pewno byłabyś świetnym wyznawcą. Ale nie mogę cię zabrać do Księżycowej Sadzawki! To wbrew zasadom.
Szylkretka wciąż była nadąsana.
— Zasady są po to, by je łamać, czyż nie? — prychnęła. — Gdybym to ja nie postanowiła spzeciwić się większości, to nikt w Owocowym Lesie nawet by nie pisnął słówkiem o Klanie Gwiazdy! Należy mi się jakaś nagloda. Myślę, że Gwiezdni Pzodkowie będą w stanie nagiąć trochę ten swój szlachetny kodeks, jeśli dowiedzą się ode mnie o sytuacji w Owocowym Lesie. Poza tym nie musisz mnie zaplowadzać wplost pod Księżycową Sadzawkę. Możesz tylko wskazać mi dlogę, a za to nie spotka cię pzecież żadna kala, jeśli o to się boisz!
— Przykro mi, Smoku, ale co do Księżycowej Sadzawki nie zmienię zdania, ale może chcesz się o czymś innym dowiedzieć? — Klifiaczka próbowała załagodzić sytuację, jednak szylkretka tylko fuknęła pod nosem.
— Jesteś młodsza ode mnie, a zachowujesz się co najmniej tak, jak moja matka! — stwierdziła, patrząc kpiąco na kremową kotkę. — Gdzie się w tobie podziała ladość? Czy naplawdę nigdy nie poczułaś tej ekscytacji, gdy lobiłaś coś wblew zasadom? W takim lazie ci współczuję. Musieli cię baldzo kontlolować w tym Klanie Klifu, że wylosłaś na takiego nudziaza.
— Jako kociak rozrabiałam, fajnie było, ale wybrałam drogę medyka i mam na barkach wielką odpowiedzialność — mruknęła.
Wojowniczka przewróciła oczami.
— Klany powinny jednak co nieco nauczyć się od Owocowego Lasu. U nas nikt z funkcji podobnych do medyka nie lobi takiej wielkiej odpowiedzialności, przez co żadne nowo mianowane kocię nie musi od lazu lezygnować z wszelkich psot, by stać się nudną skolupą bez duszy. Tak jak ty… — westchnęła.

* * *

Odkąd tylko usłyszała o tej Księżycowej Sadzawce, nie mogła przestać o niej myśleć. Czy naprawdę, gdyby się kiedyś do niej dostała, udałoby jej się skontaktować z Klanem Gwiazdy? Wtedy miałaby niepodważalne dowody na to, że Gwiezdni Przodkowie faktycznie istnieją. Mogłaby im zadać tyle pytań, dzięki którym potem zaginałaby koty wierzące we Wszechmatkę… Może nawet udałoby jej się zdobyć od nich dziewięć żywotów? Nie była co prawda liderem, lecz według samej siebie była równie ważna! W końcu to ona stawała na rzęsach, by nawrócić tę dziurę zwaną Owocowym Lasem na właściwą wiarę, podczas gdy nikt inny się do tego nie kwapił. Nawet Śnienie! Ani ta białofutra kotka, która wyglądała, jakby sama spadła z nocnego nieba. Dali się uciszyć przez Owocniaków, którzy po prostu nie chcą przejrzeć na oczy.
Mimo wszystko może Śnienie lub Wróżka znali drogę do Księżycowej Sadzawki i byliby chętni zaprowadzić do niej szylkretkę? W końcu skoro żyli teraz w Owocowym Lesie, to nie obowiązywał ich żaden kodeks, o którym wspominała kremowa kotka na zgromadzeniu. Zawsze warto spróbować, choć Smok już teraz zakładała, że ta dwójka będzie równie sztywna co uczennica medyczki z Klanu Klifu. Wydawali się tacy poważni — na pewno nie będą gotowi, by zrozumieć wizję młodszej kotki, która tylko chciała dostać to, co jej się należy.
Choć nie miała zbyt wysokich oczekiwań, i tak postanowiła spróbować. Od razu skierowała się w stronę lecznicy, wiedząc dobrze, że najpewniej to właśnie tam przesiadywała dwójka kotów. Wróżka wciąż jeszcze nie doszła do siebie, a Śnienie nie odstępował jej na krok. Smok zastanawiała się, co ich łączyło. Czyżby byli w sobie zakochani? W końcu, dlaczego czarnofutry tak dużo czasu spędzał z nowo przybyłą? Gdyby byli zwykłymi znajomymi, czy nawet przyjaciółmi, Śnienie najpewniej bardziej skupiałby się na swoich obowiązkach niż na spotkaniach z Wróżką.
Pokręciła łbem, wchodząc do legowiska medyków. Zignorowała Modrogończyka, który stał nieopodal niej i przyglądał się jej w zdumieniu, i podeszła do Śnienia i Wróżki. Jej wzrok od razu spoczął na starszym kocurze, gdyż to z nim miała już okazję zamienić kilka słów i lepiej go znała.
— Hej, Śnienie! Słyszałam o czymś takim jak Księżycowa Sadzawka — zaczęła, uśmiechając się słodko i niewinnie. — Opowiesz mi o tym miejscu? A może nawet wiesz, gdzie ono leży i… mógłbyś mnie tam zaplowadzić? Albo może chociaż ona wie? — zapytała, podnosząc łapę i wskazując palcem na albinoskę.

<Śnienie?>