BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

21 maja 2026

Od Konwaliowej Mielizny CD. Fląderki

Przeszłość, przełom poprzedniej pory zielonych i nowych liści

Pora nowych liści powoli dobiegała końca, co było jednoznaczne z coraz cieplejszymi dniami i większą ilością zwierzyny, dopóki ta nie schowa się po swoich chłodniejszych norach w ziemi. Klan Nocy raczej nie cierpiał z powodu głodu, nawet w sezonie nagich drzew, kiedy to temperatura się obniżała, zmuszając ich ofiary do skrycia się. Liliowego jednak nie obchodziła ta kwestia – był uwięziony na jednej z wysp na rzece, a racje żywnościowe były wydzielane i przynoszone przez wybrane koty. Jakiś czas temu zrezygnował z prób rozszyfrowania tej całej sytuacji, mając wrażenie, że niepotrzebnie tworzy coraz więcej pytań w czasie poszukiwań odpowiedzi na nie.
Jego niebieskie oczy śledziły każdy ruch pozostałych członków rodziny, których tu z samego rana zaciągnięto. Ciężko westchnął, skupiając uwagę na cieniu kołyszących się szuwarów – monotonny, powtarzalny ruch nieco koił jego nerwy, pozwalając na oderwanie się od tego wszystkiego. Myśli zaczęły płynąć niczym ryby z nurtem rzeki, nie próbował ich łapać, jedynie je obserwował, będąc świadomym ich obecności. Zwykle o tej porze byłby poza obozem na łowach lub patrolu granicznym – nie przepadał za bezczynnością, więc kiedy mógł, to opuszczał wyspę i wyruszał w głąb terenów klanu, by jakoś przysłużyć się pobratymcom. Wiatr targał, by jego długą szatę, zabierając ze sobą wilgoć, która wcześniej osiadała w czasie przeprawy przez rzekę.
Lekki podmuch powietrza dotarł do więźniów, przedzierając się przez wysokie szuwary otaczające ich z każdej strony. Jedynym miejsce, gdzie było ich mniej, był kawałek czegoś, co nawet nie można nazwać małą plażą. Podłoże z piasku przyozdobione było śladami czwórki rzekomych zdrajców i strażników, którzy ich tu wrzucili i dotąd pilnowali.
Wtem do jego uszu dotarł cichy szum, a następnie chlupot wody, jakby jakiś kot wychodził na brzeg. Podniósł się z dotychczasowego miejsca i podobnie, jak reszta utkwił spojrzenie w przerzedzonym fragmencie naturalnych murów – ich oczom ukazała się Fląderka oraz Rosiczkowa Kropla, która pozostawała bardziej z tyłu, jakby brzydziła się samego obcowania z oskarżonymi. Jako pierwsza w jej kierunku ruszyła Borówkowa Słodycz, a jej pysk wyrażał mieszaninę emocji, które minęły, gdy była na tyle blisko czekoladowej, by nie rozpoznać w niej swojej córki. Biała została wyminięta przez młodszą, choć ta zdawała się nie zwracać uwagi na szylkretkę, gdyż podjęła próbę rozmowy ze strażnikiem.
Liliowy był kolejnym, który skierował swoje kroki do młódki, którą niemal każdy w klanie traktował jak służbę, kogoś gorszego i to tylko z powodu koloru sierści. Jego jasne spojrzenie było skupione na Fląderce, która położyła przyniesioną rybę i nosem podsunęła ją bliżej łap wojownika. Jednak nie to zwróciło uwagę kocura, a to, co cicho wymruczała. Początkowo wręcz się w nim zagotowało, mięśnie spięły, sierść najeżyła.
“Jak śmiała! Rybie flaki, a nie liderka! Mnie może traktować, jak popychadło, ale one nie mając z tym nic wspólnego!” — krzyczał w myślach, będąc początkowo ślepym na to, że swym zachowaniem przestraszył młodszą.
— Wybacz mi — odparł, uspokajając się. — Po prostu krew we mnie wrze, gdy przychodzi mi myśleć o niesprawiedliwości w klanie. Jednakże raduje mnie, że są bezpieczne — dodał, posyłając kotce lekki uśmiech.
— Z-zrozumiałe…
— Mam prośbę, gdyż ja, jak widać, niezdolny do czegokolwiek jestem. Dbaj o me siostry, proszę.

«★»

Obecnie

Od burzliwych wydarzeń związanych z rzekomymi zdrajcami minęły cztery sezony. Niebieskooki początkowo starał się wykonywać swoje dawne obowiązki, jakby nigdy nic, lecz zadanie te utrudniali dawni pobratymcy. Konwalia miał dość tego wszystkiego, co wieczór błagał Przodków, by jakoś zareagowali na to, co się dzieje w Klanie Nocy. Najchętniej, by obserwował, jak to miejsce jest pochłaniane przez gniew rzeki. Jeśli tak miało wyglądać jego życie w kociej społeczności, to wolałby odejść stąd już teraz, w tym momencie – jedynym, co go tu trzymało to rodzina, jedyne koty, które myślały racjonalnie i nie wierzyły we wszystko, co za kociaka starano się im wcisnąć do młodych główek.
Machnął zdenerwowany ogonem, podnosząc się z dotychczasowego miejsca. W zasięgu jego wzroku pojawiła się pewna sylwetka persony, która chyba była niczym kotwice w czasie tego odosobnienia, ochraniając go przed szaleństwem – choć może i już to nastąpiło.
— Fląderko, masz może chwilę? — spytał, podchodząc do młódki. Parę zaciekawiony spojrzeń padło na nich, na co liliowy najeżył sierść.
“Przeklęte mysie móżdżki. No, na co czekacie? Lećcie do niej, by potraktowała zwykłą rozmowę jako dowód zdrady” — fuknął w myślach.
— Może się przejdziemy? — zaproponował i nie czekając na odpowiedź szylkretki, wyruszył w stronę wyjścia z obozu. — Powiedz mi Fląderko, nie masz czasem tego wszystkiego dość, nie chcesz odejść? — zapytał, kiedy byli wystarczająco daleko od ciekawskich spojrzeń i uszu wyczulonych na plotki. — Jeśli nie chcesz, to nie musisz odpowiadać.

<Fląderko?>

Od Lśniącej Gwiazdy

„Doprawdy żałosne” — pomyślał Lśniąca Gwiazda z chłodną irytacją, podczas gdy nieruchomo spoczywał w swoim legowisku.
Królicza Prawda odszedł, pozostawiając po sobie nie tyle pustkę, co nieprzyjemne wrażenie zachwianej równowagi, którego Lśniąca Gwiazda nie potrafił zignorować, nawet jeśli usilnie próbował skupić myśli na czymś innym. Sam fakt ucieczki nie stanowił jeszcze tragedii — wojownicy odchodzili od klanów od pokoleń, czasem z powodu strachu, czasem gniewu, a czasem zwyczajnego zagubienia — lecz obecna sytuacja wydawała się znacznie bardziej skomplikowana, ponieważ wszystko wydarzyło się zaledwie kilka księżyców po objęciu przez niego przywództwa.
Klan potrzebował stabilności, której ostatnio rozpaczliwie brakowało, a wojownicy, choć starali się tego nie okazywać, obserwowali swojego nowego przywódcę znacznie uważniej, niż chcieliby przyznać. Lśniąca Gwiazda wyczuwał to niemal bez przerwy; dostrzegał spojrzenia zatrzymujące się na nim odrobinę zbyt długo podczas zgromadzeń, słyszał przyciszone rozmowy cichnące, gdy przechodził obok, i zauważał owo charakterystyczne napięcie pojawiające się wśród wojowników zawsze wtedy, gdy klan przechodził przez okres zmian.
I właśnie dlatego Królicza Prawda stawał się problemem.
Nie dlatego, że wiedział coś konkretnego, ponieważ Lśniąca Gwiazda nigdy nie pozwoliłby komukolwiek zbliżyć się do siebie na tyle, by rzeczywiście odkryć coś istotnego, lecz dlatego, że tamten zaczął patrzeć na pewne rzeczy zbyt uważnie, jakby próbował dostrzec ukryte pod powierzchnią znaczenie wydarzeń, które dla reszty wojowników pozostawały zupełnie naturalne. Lider zakładał, że stratę matki wiązać może z nim samym. Nawet, jeśli większość uważała Gąsieniczka za jej oprawcę.
Podejrzenia — nawet, jeśli posiadał je tylko jeden kot — były niebezpieczne, zwłaszcza w klanie zmęczonym zmianami i niepewnością.
Lśniąca Gwiazda powoli uniósł wzrok ku wyjściu z legowiska, przez które wpadało blade, przytłumione światło pochmurnego dnia, rozlewające się po kamiennym podłożu długimi smugami szarości. Sylwetki wojowników przesuwały się w oddali pomiędzy legowiskami niczym ciemniejsze plamy na tle mokrych skał, podczas gdy echo ich głosów odbijało się od ścian groty cichym, jednostajnym szmerem przypominającym odległy pomruk burzy.
Przez krótką chwilę wsłuchiwał się w owe dźwięki z nieruchomym spokojem, choć pod powierzchnią owego opanowania jego myśli poruszały się szybko i chłodno, analizując kolejne możliwości oraz potencjalne konsekwencje odejścia Króliczej Prawdy. Nie chodziło nawet o samego uciekiniera, lecz raczej o pytania, które mogły pojawić się po jego zniknięciu, ponieważ koty zawsze potrzebowały wyjaśnień, a brak odpowiedzi niemal automatycznie rodził plotki. Wojownicy zaczną zastanawiać się, dlaczego odszedł, czy był nieszczęśliwy, czy może coś go niepokoiło, a im dłużej podobne rozmowy będą trwały, tym większa szansa, że niektórzy zaczną dostrzegać napięcia, które dotąd ignorowali.
Ta myśl była wystarczająco irytująca, by mięśnie pyska Lśniącej Gwiazdy napięły się lekko pod rudym futrem. Nie znosił sytuacji wymykających się spod kontroli, ponieważ kontrola stanowiła jedyną rzecz naprawdę utrzymującą klan w ryzach, nawet jeśli większość wojowników nigdy nie zdawała sobie z tego sprawy. Koty potrzebowały poczucia bezpieczeństwa równie mocno jak pożywienia czy schronienia, a on zamierzał im to zapewnić — nawet jeśli oznaczało to konieczność odpowiedniego kierowania ich emocjami oraz przekonaniami.
Zmarszczył nagle pysk, gdy przeszywający ból rozlał się po jego prawym oku, a nieprzyjemne pieczenie zmusiło go do gwałtowniejszego mrugnięcia. Od kilku dni ignorował problem, uznając go za drobną niedogodność, lecz teraz pulsowanie stało się niemal nieznośne i przypominało mu o sobie przy każdym ruchu powieki.
Westchnął ciężko, po czym podniósł się z legowiska płynnym ruchem, przeciągając grzbiet tak, by nawet w samotności zachować charakterystyczną dla siebie elegancję. Nawet gdy nikt go nie obserwował, poruszał się z opanowaną pewnością przywódcy, który nigdy nie okazuje słabości, ponieważ maska stanowiła część niego tak trwałą, iż momentami wydawała się niemal prawdziwa.
Kiedy wyszedł do głównej części obozowiska, chłodne powietrze jaskini otuliło go wilgotnym chłodem, a blade światło wpadające przez wejście przecinało półmrok długimi smugami szarości, rzucając drżące cienie na nierówne ściany groty. Kilku wojowników niemal natychmiast skierowało ku niemu spojrzenia, wobec czego na pysku Lśniącej Gwiazdy pojawił się znajomy, łagodny uśmiech, który potrafił wzbudzać w innych kotach poczucie bezpieczeństwa niemal instynktownie.
Zatrzymał się przy jednym z wojowników wracających od stosu świeżej zwierzyny i zamienił z nim kilka spokojnych słów o porannym patrolu, po czym pochwalił młodego ucznia za złapaną mysz. Każdy gest pozostawał odpowiednio wyważony, każde spojrzenie wystarczająco ciepłe, a każde słowo dobrane tak ostrożnie, jakby od początku wiedział dokładnie, czego inni potrzebują od niego usłyszeć.
Dopiero gdy odwracali wzrok, bursztynowe ślepia przywódcy stawały się chłodne i ciężkie niczym kamień zalegający na dnie jeziora.
Legowisko Jagnięcego Ukłonu przywitało go ostrym zapachem ziół, który niemal natychmiast wypełnił jego nozdrza gorzką wonią nagietka, mokrych korzeni oraz suszonych liści. Medyczka siedziała pośród swoich zapasów z charakterystycznym spokojem, oddzielając zwiędłe łodygi od świeższych roślin, a kiedy usłyszała jego kroki, uniosła łeb, zatrzymując na nim intensywnie niebieskie spojrzenie.
— Dobrze cię widzieć, Jagnięcy Ukłonie — odezwał się miękkim, opanowanym tonem, który niemal automatycznie przybierał podczas rozmów z innymi kotami. — Obawiam się, że moje zdrowie postanowiło ostatnio wystawić mnie na próbę, ponieważ od kilku dni coś wyraźnie drażni moje oko, a pieczenie zaczyna stawać się coraz bardziej uciążliwe.
Uśmiechnął się lekko, choć sam ruch pyska sprawił, iż ból znów zapulsował pod powieką ostrym ukłuciem.
— Uznałem więc, że rozsądnie będzie oddać się w łapy najlepszej medyczki, jaką zesłał nam Klan Gwiazdy, zanim podobna drobnostka przerodzi się w coś poważniejszego.
Jak zwykle zabrzmiał szczerze, spokojnie i niemal ciepło, dzięki czemu niewielu kotom przyszłoby do głowy, iż pod ową idealnie kontrolowaną powierzchnią jego myśli pozostawały chłodne oraz nieustannie skupione na jednym problemie.
— Lśniąca Gwiazdo — miauknęła ruda, podczas gdy starannie nakładała na jego oko ziołową maść. — Co chcesz zrobić z Ćmim Księżycem? Obiecałeś, że sprowadzimy ją do domu.
Zastrzygł lekko uszami.
— Nie martw się. Dowiesz się o wszystkim na dzisiejszym zebraniu klanu — miauknął łagodnie, a następnie posłał jej ciepły uśmiech. — Nigdy nie porzucam obietnic, możesz być tego pewna, Jagnięcy Ukłonie.

Wieczór… 

— Moi drodzy — zaczął w końcu spokojnie, a jego głos odbił się od kamiennych ścian głębokim, miękkim echem. — Ostatnie dni wystawiły nasz klan na próbę, jakiej wielu z nas się nie spodziewało.
Kilka kotów poruszyło się lekko, a echo szmerów niemal natychmiast ucichło.
— Nie zamierzam ukrywać przed wami prawdy — ciągnął łagodnie, splatając ogon wokół łap. — Królicza Prawda opuścił obozowisko.
Po jaskini przebiegł cichy pomruk. Niektórzy wojownicy wymienili pomiędzy sobą szybkie spojrzenia, uczniowie unieśli łby gwałtowniej, a starszyzna poruszyła się niespokojnie.
Lśniąca Gwiazda obserwował ich reakcje z nieruchomym spokojem.
— Nie znamy jeszcze wszystkich powodów jego decyzji — mówił dalej tonem tak łagodnym, iż niemal niemożliwe było doszukanie się w nim choćby śladu irytacji. — Być może kierował nim strach. Być może zagubienie. Klan Gwiazdy jeden wie, co dzieje się w sercu kota, który decyduje się odejść od własnego klanu.
Przerwał na moment, opuszczając lekko spojrzenie, jakby sama myśl sprawiała mu autentyczny smutek.
I znów wyglądał przekonująco.
— Nie będę jednak osądzał go pochopnie — dodał po chwili ciszej. — Każdy wojownik czasem się gubi, a naszym obowiązkiem nie jest odpowiadać gniewem, lecz zachować jedność oraz rozsądek.
Lśniąca Gwiazda uniósł lekko łeb, a jego bursztynowe spojrzenie przesunęło się po zgromadzonych wojownikach z niemal ojcowską łagodnością.
— Nie pozwólcie jednak, aby strach lub plotki osłabiły nasz klan — powiedział już nieco pewniejszym tonem. — W chwilach niepewności łatwo jest zapomnieć o tym, kim jesteśmy. Łatwo pozwolić, by podejrzenia podzieliły wojowników, którzy powinni stać ramię w ramię pod spojrzeniem naszych przodków.
Przy ostatnich słowach uniósł wzrok ku górze, ku ciemnemu sklepieniu jaskini, jakby naprawdę wierzył, iż gdzieś ponad skałami Klan Gwiazdy obserwuje każdy jego ruch.
Wziął głęboki wdech, jak gdyby jeszcze raz przemyśleć musiał to, co przed chwilą powiedział.
— Mam pozytywne nadzieje, i naprawdę chciałbym powiedzieć, że decyzja Króliczej Prawdy jest po prostu nie do końca świadomym wyskokiem. Lecz nie jestem w stanie okłamywać samego siebie. A tym bardziej was. Obawiam się, że jego zaginięcie nie jest do końca tak przypadkowe, jak można by pomyśleć. I dlatego też chciałbym porozmawiać z kilkoma kotami o jego zachowaniu sprzed ucieczki — na moment przerwał. — O tym wszystkim dowiecie się jednak niedługo. Choć mam pewne przypuszczenia, to wciąż potrzebuje opinii innych, by móc cokolwiek zrobić.
Zatrzymał spojrzenie na klanie dłużej, niż było to konieczne, pozwalając, by każde wypowiedziane zdanie osiadło w ich umysłach jak ciężki, lecz stabilny kamień, który miał utrzymać konstrukcję ich zaufania w ryzach, nawet jeśli pod spodem wciąż poruszały się niewypowiedziane obawy.
— Jeśli chodzi o Ćmi Księżyc, to już niedługo ja wraz z Truskawkowym Polem dobierzemy koty, które wraz ze mną wyruszą do Klanu Nocy z prośbą o wyjaśnienia — kontynuował spokojnie, a jego głos nie zdradzał ani pośpiechu, ani wahania, choć w rzeczywistości każda decyzja w obecnych czasach wymagała większej ostrożności niż kiedykolwiek wcześniej.
W klanie przebiegł cichy szmer, ponieważ sama wzmianka o wyprawie do Klanu Nocy budziła w niektórych kotach niepokój, a w innych ostrożną nadzieję, że sytuacja Ćmiego Księżyca wreszcie znajdzie swoje rozwiązanie, nawet jeśli droga do tego miała prowadzić przez nieznane i potencjalnie nieprzyjazne tereny.
— A jeśli chodzi o Gąsienicowego Ogryzka — dodał po chwili, a jego ton stał się odrobinę chłodniejszy, choć wciąż zachowywał tę samą, starannie wyważoną łagodność, która sprawiała, że słowa nie brzmiały jak oskarżenie, lecz jak konieczna ostrożność — to na ten moment będzie on musiał pozostać w obozie, ponieważ jego obecność poza nim mogłaby jedynie wprowadzić dodatkowy chaos w już napiętą sytuację. — ...Niestety, obawiam się, że zniknięcie Króliczej Prawdy może mieć z nim coś wspólnego.
Wśród zgromadzonych kotów ponownie przeszedł cichy szmer, tym razem bardziej stłumiony i cięższy, jakby sama wzmianka o potencjalnym związku między Gąsienicowym Ogryzkiem a zniknięciem Króliczej Prawdy natychmiast obudziła w nich mieszankę niepokoju i niepewności, której Lśniąca Gwiazda świadomie nie próbował ani wzmocnić, ani całkowicie rozwiać.
Bo zbyt wiele jasności mogło być równie niebezpieczne jak jej brak.


Wyleczeni: Lśniąca Gwiazda

Od Trzcinowego Szmeru CD. Żmijowcowej Wici

Trzcinowy Szmer popatrzyła na kocura i zamruczała uradowana całkiem sensownym pomyśle, który wyszedł ze żmijowcowej główki.
— Całkiem dobry pomysł… Nie spodziewałam się tego po tobie — zaśmiała się, wbijając czule szpileczkę w wojownika.
— Ja mam same wspaniałe pomysły! Po prostu mnie nie doceniasz! — Zrobił urażoną minę, udając, że go ubodła uwaga kotki. Jednak po chwili również się zaśmiał.
— Imiona od ptaków zamieszkujących tereny Klanu Nocy to naprawdę bardzo dobry pomysł. Brzmią bardzo szlachetnie i typowo dla naszego klanu. Pewnie spodobają się kotom z rodu.
— Maskonur brzmi ciekawie i oryginalnie.
Maskonur rzeczywiście był ciekawym i niespotykanym imieniem, jednak było wiele ptactwa, z którego mogliby wybrać imię dla swoich przyszłych dzieci. Jej myśli skierowały się ku Łyskom, na które tak lubiła polować.
— Łyska jest też ładnym imieniem, szczególnie dla kotki.
Żmijowcowa Wić posłał jej skromny uśmiech, jednak znała go na tyle, by wiedzieć, że jest szczery. Cieszyła się szczęściem kocura.
— Nie mogę się doczekać, aż ujrzę przed sobą małe puchate kuleczki — powiedziała do siebie na głos.
Żmijowcowa Wić zauważył to i nosem delikatnie dotknął jej ucha.
— Również nie mogę się doczekać.

* * *

Pogoda podczas Pory Nowych Liści z czasem stała się chłodna. Podmuchy zimnego wiatru oraz przelotne deszcze obmywały tereny Klany Nocy, jednocześnie uprzykrzając codzienne obowiązki wojowników.
Od ostatnich kilku dni zauważyła, że wzrósł jej apetyt oraz że treningi z własnym uczniem stawały się stopniowo coraz cięższe. Jednak uczeń wydawał się umieć tak samo mało jak od dłuższego czasu. Jednak te same odległości, które wcześniej umiała przebiec i przepłynąć z łatwością, teraz musiała robić sobie przerwy. Bolące łapy, zadyszka i wzrastające zmęczenie uprzykrzały jej codzienne obowiązki.
Rankami coraz częściej czuła mdłości. Nie chciała z tym jeszcze iść do Gąbczastej Perły, gdyż uważała, że nie czuje się jeszcze aż tak źle.
Tym razem, zamiast porannych promieni słonecznych albo przeciekającego legowiska wojowników od deszczu, obudził ją ból brzucha oraz zaciskającego się gardła. Trzcinowy Szmer wstała prędko z posłania i niechcący, trącając Żmijowcową Wić, wybiegła na polanę, by zniknąć na śmietnisku. Zwymiotowała i zmęczona osunęła się na ziemię.
“Na Klan Gwiazdy, co mi się dzieje?”
Zaraz za nią wyszedł zmęczony Żmijowcowa Wić, którego musiała obudzić. Kocur miał potargane futro oraz mrużył ze zmęczenia swoje zielone oczy.
— Coś zjadłaś niezdrowego? — ziewnął i niemrawo podszedł do niej bliżej i usiadł obok. Nie wiedziała, czy chciał jej dodać otuchy, czy kocur zrobił to ze zwykłej przyzwoitości. — Ostatnio mam wrażenie, że gorzej się czujesz.
— To prawda… Nie wiem, o co chodzi, jednak wolę jeszcze nie iść do Gąbczastej Perły, jeszcze nie teraz…
— Czy to nie są objawy jakiegoś przeziębienia albo zielonego kaszlu?
Trzcinowy Szmer spojrzała na kocura powątpiewająco. Przeczuwała, że to nie było jakieś zwykłe zatrucie. Mimo tego, że pragnęła kociąt, tak nie chciała jeszcze odchodzić od obowiązków wojownika, szczególnie, że nie pokazał się jej jeszcze ciążowy brzuszek. Głupio jej było pójść do legowiska medyczki. Gąbczasta Perła pewnie wybuchłaby z ekscytacji, jednak od razu nakazano by jej przeniesienie do żłobka. Trzcinowy Szmer jeszcze nie chciała się tam znaleźć.
— Wątpię… Chyba jestem w ciąży, Żmijowcowa Wicio.

< Żmijowcowa Wicio? Czy możemy nazwać się partnerami? Może nie romantycznymi ale biznesu! 💸💕😽>

Od Przebiśnieg

Co się wydarzyło u Przebiśnieg ostatnio?
Właściwie to nic ciekawego, bo ciekawe to negatywy, prawda? Dalej wychodzi na dwór. Dobrze, że jej właściciel jej tego nie zabrania. Ciężko byłoby jej się przyzwyczaić do tego, aby tego nie robić. 
Chociaż nie czuję już potrzeby wychodzenia. Coraz częściej jest w siedlisku sieciarzy. Tak jednak od samego początku nie było. 

-*- 

Po śmierci Muszelki nic nie było takie samo. Jej przyszywana matka próbowała nauczyć ją zaufania do innych kotów, sama za bardzo się oddając. Nawet w betonowych królestwach dwunożnych były tak zwane klany, chociaż one bardziej nazywały się kompaniami. Sami kiedyś należeli do jednej — Kampanii Świeżych Ryb. Można się domyślić, że stąd Muszelka nauczyła się polować na ryby, a potem nauczyła tego swoją przybraną córkę. Kampania Świeżych Ryb szczyciła się tym, że jest w stanie ukraść sieciarzom każdą rybę! W rzeczywistości to w większości oni oddawali im te ryby albo sami na nie polowali. Dopiero teraz, mieszkając z jednym z nich, dowiedziała się tego. Ich tereny obejmowały prawie wszystkie bujance w Betonowym Królestwie. 
Oprócz Kampanii Świeżych Ryb były jeszcze inne — Kampania Wielkiej Zieleni i Kampania Wielkiej Budowli. Ta pierwsza znajdowała się wokół gniazd sieciarzy, gdzie była ogromna ilość małych lasów. Tam podobno kradli sieciarzom nie tylko jedzenie, ale również łapali ich szczury i myszy. Teraz jednak wie, że w rzeczywistości byli nagradzani za łapanie szkodników. Przynajmniej tak spostrzegła po tym, jak jej sieciarz patrzył na te małe stworzonka. Druga za to mieszkała wokół starej budowli sieciarzy. Za dnia była pusta, ale w nocy można było znaleźć tam wiele resztek po zwiedzających. Z perspektywy czasu Przebiśnieg uważa, że życie tej kampanii najbardziej przypominało życie kotów z lasu. Nawet jeśli oczywiście również dostawali pomoc od sieciarzy.
Zresztą nic dziwnego, bo jednak żyli w ich świecie. Polegali na nich, a równocześnie zachowywali się, jakby byli od nich niezależni. 
Mieszkanie z kampanią rzeczywiście dawało schronienie. Przebiśnieg jednak ciężko było zaufać reszcie kotów. Ciężko stwierdzić, dlaczego — może właśnie przez fakt, że została wrzucona do tego środowiska? 
Innym kotom jakoś nie było trudno się do niej przyzwyczaić. Wiedzieli jednak, jak to działa — sieciarz wyrzucał kota na śmietnik, był znajdowany przez kampanię i potem żyli razem. Kampanie były na tyle wielkie, że niektórzy nie nadążali za tym, czy ktoś jest nowy, czy nie, chociaż to zazwyczaj starsze koty miały z tym problem, jeśli już dożywały takiego wieku. 
Pomimo tego, że były trzy kampanie, różniły je tylko tereny zamieszkania, a reszta była po prostu ciężka do życia. Współpracowały nawet ze sobą, bo miały wspólny problem — „łapiarzy”, czyli sieciarzy wyłapujących samotne koty oraz psy. 
Potem pojawił się jednak również inny problem, czyli trucizna. Wybiła ona bardzo dużą część kampanii, a najbardziej oberwała Kampania Wielkiej Zieleni, gdzie w mięsie znajdowanym w małych lasach były metalowe części sieciarzy. Nieuważny kot nie dawał rady zwrócić takiego mięsa i umierał niedługo potem. Szczury tak samo — chodziły chore, a potem choroba przenosiła się na koty. To właśnie taka choroba przeniosła się na Muszelkę. 

-*- 

Przebiśnieg po przyjeździe do nowego miejsca jadła tylko ryby. Nie dotykała niczego innego w obawie przed trucizną. Gdy przyszła pierwsza pora lodu — lub Pora Nagich Drzew — sprawiła, że przesiedziała w siedlisku sieciarza większość tej pory roku. Tutaj było zimniej, a ona przyzwyczaiła się do ciepła. Dalej jednak nie dała się dotknąć sieciarzowi bez swojego pozwolenia. Pies przestał jej przeszkadzać, a ona zaczęła się do niego wręcz przekonywać. Poznała inne koty. Dalej nie ufała im jakoś mocno, ale dzięki doświadczeniom z przeszłości i faktowi, że nie musi dzielić z nimi miejsca zamieszkania, bardziej się do nich przekonała. Im dłużej jednak przebywała u sieciarza, tym bardziej zaczęła mu ufać. Aż do momentu, w którym zdołała nawet usiąść na nim, a on tylko delikatnie zaczął ją głaskać. Gdy gwałtownie się ruszył, od razu się przestraszyła i skoczyła do swojego kącika. Może niedługo znów zdobędzie się na tak duży krok? Ma nadzieję, że to będzie jej jedyny dom, jeśli w końcu zdobędzie się na nazwanie go domem. Gdy nie ma się tego, co się lubi, to się lubi to, co się ma. 

Od Borowika Do Orchidei

To był ciężki trening. Nie fizycznie. Nie psychicznie. Nie nauczyłem się zupełnie niczego nowego. Była to zwykła praktyka. Chodzi tutaj bardziej o…wyzwanie umysłowe. Wszystko zaczęło się od walki. Ostatnimi czasy ja i Kurka skupialiśmy się głównie na tym, aby w trakcie moich treningów mój nad wyraz rozwinięty mózg i wrodzona intuicja mogły dorównać masie mięśniowej. Na razie ona nie istnieje. Ale za kilkadziesiąt księżyców być może osiągnę pełną syntezę ciała z duchem. Lub nie.
W pewnym momencie Kurka przerwał walkę.
— Borowiku! Mówiłem ci, że możesz używać swoich pazurów! Nie martw się, nie dam się trafić!
Eh. Faktycznie miałem problem z ich używaniem. Mimo że opanowałem techniki do perfekcji, praktyka okazuje się trudniejsza. Mam pewnego rodzaju opór przed bezmyślnym rozcinaniem ciała przeciwnika. Nie wiem, dlaczego.
— Ugh…
— Nie „ugh”, tylko tak! Musisz używać wszystkiego, co dała ci Wszechmatka. Tak jak ptakom dała skrzydła, by latały. Czymże jest ptak bez skrzydeł, Borowiku?
I wtedy się zaczęło. Od tego momentu mój mózg przestał skupiać się na czymkolwiek innym niż na tym pytaniu.
Czym jest ptak bez skrzydeł? No jak to czym. Głupie pytanie. Ptakiem. Który nie ma skrzydeł. Może stracił je w wypadku lub urodził się bez nich. W końcu ma nadal w nazwie „ptak”, a nie…cokolwiek innego. Więc to po prostu ptak. Chyba że to pytanie jest podchwytliwe? Może utrata skrzydeł równa się utracie tożsamości…? Może jest wtedy bardziej…wiewiórką lub…jakimś owadem…?
Wróciłem do obozu. Nadal próbowałem zidentyfikować nowy, nieznany mi gatunek, ale nijak nie mogłem go nigdzie przypasować. Brakowało mi zaawansowanej wiedzy dotyczącej przyrody. Wtedy poczułem, że już nie wytrzymam. Czaszka mi wybuchnie jak nic. Rozejrzałem się po obozie i wtedy dostrzegłem siedzącą na jednej z wyższych gałęzi Orchideę.
Wlazłem więc na drzewo.
— Uh. Orchideo. Witaj. — Zatrzymałem się przed nią, wyprostowany. — Przychodzę do ciebie z pewną nurtującą mnie sprawą, a ty jesteś jedyną, która może znać odpowiedź na mniej lub bardziej teoretyczne pytanie.
Zamrugałem.
— No bo jesteś jedyną kotką w promieniu dwudziestu lisich ogonów. Znaczy nie. Ale jedyną, którą zobaczyłem. Uh. No…też nie. Ale pierwszą. Tak, tak.
Usiadłem, nie czekając na reakcję.
— Pytanie natury przyrodniczej: czym jest ptak, który nie ma skrzydeł? Ja bym obstawiał wiewiórkę. Chociaż z tułowia to bardziej ślimak…
Spojrzałem na nią kątem oka, czekając na odpowiedź po tym oficjalnym, acz tradycyjnym, niewątpliwie wstępie.

<Orchideo?>

[372 słów]

[7%]

Od Korowego Szeptu Do Cętkowanej Łapy

Jak to bywało od zawsze, w patrolu łowieckim byli też uczniowie. Kora uśmiechnęła się na wspomnienie swojego pierwszego patrolu, w którym poznała Kamyczka. To było tak dawno temu, teraz… Byli razem! Kochali się nawzajem i każdą wolną chwilę spędzali ze sobą. Cóż, te niewolne również, jeśli tylko mogli. A do tego jego wkurzający brat gdzieś zniknął! Uciekł i już nie zawracał jej głowy. Życie szylkretki nie mogło być lepsze! Znaczy, oczywiście, że mogłoby być, ale to ją zadowalało. Nadal nie miała zbyt wielu znajomych, ale wcale ich nie potrzebowała. Z większością kotów rozmawiała tylko wtedy, gdy musiała z nimi współpracować albo chciała się czegoś dowiedzieć. Jeśli nie było takiej potrzeby, to zadowalała się towarzystwem Ognistej Słoty i Kamiennego Pióra. Na patrolach też zazwyczaj nie mówiła wiele, ale jej uwagę przykuł kocur, który swoim chodem odstraszał zwierzynę. Nikt inny tego pewnie nie zauważył, bo skupiali się na wszystkim innym… Albo po prostu mieli to gdzieś.
Korowy Szept podeszła do rudego ucznia i zrównała z nim krok.
— Hej, ogon wyżej. — rzuciła, jednak spokojnym głosem.
W żaden sposób nie miała być to reprymenda, a zwykłe podanie pomocnej łapy. Kora sama wiedziała, jak ciężko szło nadążanie za starszymi, bardziej doświadczonymi. Tyle ile miała problemów jako uczeń…
— Straszysz wiewiórki. — dodała po chwili. — Polowałeś już kiedyś?

<Cętkowana Łapo?>

Od Korowego Szeptu CD. Księżycka (Księżycowej Łapy)

Dawno temu

Kora wybrała się na spacer. To była jej mała rutyna. Zawsze przed polowaniem wolała się rozruszać, żeby potem się nie przemęczyć. Często chodziła z Kamyczkiem, ale tym razem szła sama. Kręciła się po obozie, jak zwykle obserwując inne koty. Tak wiele się zmieniło…
Zamyślona nagle zauważyła coś wbiegającego w krzaki, tuż obok żłobka. Od razu przywróciła się do porządku i powoli podeszła do nieznajomego. Okazało się jednak, że w krzaku nie czeka żaden wróg chcący ukraść małe kociaki, ani niebezpieczne zwierzę, tylko mała, biała kuleczka puchu. Najwyraźniej przerażona, bo cała się trzęsła.
— Co się stało? — zapytała spokojnie.
— A-Ach… Ja tylko. — Kocurek zaczął się nerwowo tłumaczyć. — Przepraszam! O-Obudziłem kogoś? — zapytał, wychodząc z krzaków.
Korowy Szept rozejrzała się wokół, ale nie widziała żadnego kota, który przyciągałby się leniwie, nagle zbudzony, więc pokręciła głową.
— Wybacz, ja nie… — miauknął kotek. — Nie chciałem! J-J-Jak masz na imię?
— Korowy Szept — przedstawiła się wojowniczka. — Ale może być Kora. — dodała po chwili.
Przyjrzała się maluchowi, ale nie widziała, aby cokolwiek mu dolegało. Pewnie przestraszył się jakiegoś głośnego dźwięku i tyle… Cóż, to wcale nie dobrze. W Klanie Wilka nie można było się bać, a przynajmniej nie można było pokazywać strachu. Jak bardzo Kora uważała to za głupie, to jednak taka była prawda, więc ten maluszek mógł mieć ciężko w życiu… Miała szczerą nadzieję, że biały kocur przeżyje noc w lesie, bo potem było łatwiej…
— A ty jak się nazywasz? — zapytała po chwili. — I co tu robisz?

<Maluszku?>

Od Rzekotki Do Fląderki

Rzekotka rosła jak na drożdżach, karmiona pyszniutkim mleczkiem od Kropiatkowej Skórki. Dni mijały jej na zabawie z kotem, który tu mieszkał na stałe. Miał trudne imię i Rzekotka nie umiała go wymówić, więc był po prostu ładnym panem. Ładny pan często dawał im zabawki czy wymyślał różne gry. Nawet takie skomplikowane! I wtedy niebieska nie mogła się w nie bawić, bo były za trudne… więc siadała sobie z boku i egzystowała, patrząc radośnie na falującą trawę.
Tak właśnie wyglądał typowy dzień Rzekotki. Jakiś czas temu ich ojciec przyniósł córkom pierwszy raz mięso! Takie prawdziwe, zimne i z futrem… to chyba była mysz, jeśli Rzekotka dobrze pamiętała. Taka podłużna, z różowym ogonem. Smakowała zabawnie, jej kości chrupały a ogon zwisał im z pyszczków podczas konsumpcji. Dziewczynki bawiły się wtedy tymi ogonkami i straszyły siebie nawzajem, aż ojciec kazał im przestać, bo nie powinny w ten sposób traktować darów od przodków. Rzekotka tego nie rozumiała… przecież było fajnie! Czemu Fala nie chciał z nimi się pośmiać? Czy naprawdę robiły coś złego?
Po południu przyszła pora na kolejną drzemkę tego dnia. Rzekotka leżała obok Ropuszki i spała bardzo twardo. Nie czuła nawet, kiedy jej pociekła ślinka i pobrudziła futro siostry. Ropuszka szturchnęła siostrę niezadowolona, budząc pomarańczowooką. Rzekotka wstała wtedy przebudzona i sennym krokiem potuptała ku wyjściu ze żłobka. Kropiatkowa Skórka zasnęła wraz z córkami i nie widziała, jak jeden wolny atom odlatuje od reszty. Niebieska kotka zatrzymała się, czując pełnię zapachów z obozu. Nagle rozległ się głośny dźwięk, przez który podskoczyła jak poparzona i cała się napuszyła. Rozejrzała się dookoła. To chyba było czyjeś…kichnięcie? Jej wielkie oczyska dostrzegły jakąś liliową kotkę, która przecierała nos. Więc to ona! Gdy kociak chciał do niej podejść, ta się dziwnie zatoczyła i zaczęła coś mamrotać. Rzekotka nie słyszała, co nie zdążyła nawet, bo przyszedł jej ojciec. Niósł im właśnie kolację, a widząc córkę w pobliżu wojowniczki, przyspieszył kroku. Zmierzchająca Fala odłożył zgrabnie jakieś gryzonie na bok i odgrodził wojowniczkę od córki.
— Leć do mamy Rzekotko — miauknął. — Ćmie Mżenie, zaprowadzę Cię do medyka. Źle wyglądasz.
Po czym odeszli. Kotka dalej coś mamrotała i dziwnie się zataczała. Jakby widziała rzeczy, których nie ma, i próbowała je omijać? Czy to było możliwe? Czy ona widziała więcej, niż zwykły kot? Rzekotka też by tak mogła? Ale byłoby fajnie…
Jej wzrok przykuła piszczka. Nie wiedziała, co to było za stworzenie, ale złapała je za fałd skóry i spróbowała zaciągnąć do żłobka. Niedługo później ich matka się obudziła i pomogła córce, a ta opowiedziała jej wszystko, co się wydarzyło.

Nastał wieczór. Kocięta, najedzone dziwnym nowym stworzeniem, ułożyły się do snu. Ropuszka od razu odsunęła się od niebieskiej siostry, żeby nie oberwać znowu śliną. Rzekotka spała na maminym ogonie, wtulona w bujną sierść. Mijały godziny, aż w końcu był środek nocy. Rzekotka miała wielką strużkę śliny przy pyszczku i przez sen sturlała się z ogona rodzicielki. Chyba śniła o zawodach w turlaniu. Kręciła się dalej, aż nie wyturlała do jednego z brzegów żłobka, w którym spała nieznana dotąd koteczka. Rzekotka zatrzymała się przy głowie kotki, wturlując się do niej. Przez sen wymacała ucho nieznajomej i zaczęła je ślinić, myśląc, że jest to uszko jej mamusi. I tak sobie spała dalej, mlemląc czyjeś ucho.

<Fląderka?>

Wyleczona: Ćmie Mżenie

Od Trzcinowego Szmeru CD. Gąbczastej Perły

Trzcinowy Szmer zamruczała na widok wesołej Gąbczastej Perły.
— Porozmawiać? Przyszłam poplotkować! — zamruczała rozkładając się na ciepłych kamieniach przy źródełku. Pora Zielonych Liści była jej ulubioną, szczególnie przez takie chwile! Zamoczyła ogon w oczku wodnym i chlapnęła na siebie wodą, by troszkę się schłodzić. — Widziałam, że w lecznicy obsłużyłaś Korzenną Łapę, coś ciężko się przyzwyczaić, że ma się w rodzinie, takie czarne owce... Na dodatek jej futro... Widać, że było naprawdę w opłakanym stanie!
Gąbka pokręciła głową.
— Weź! Nawet mi nie przypominaj — burknęła na wzmiankę o futrze Korzennej Łapy. — Głupie czekoladowe koty. Mogłyby chociaż postarać się nie utrudniać innym życia. I pomyśleć, że koty musiały patrzeć na jej łyse plamy! Ohydztwo — wygłosiła, wykrzywiając pysk.
Na moment zamilkła, po czym kontynuowała:
— Czy to w ogóle nie masz szczęścia co do rodziny. Twoi rodzice to przecież zdrajcy, nie?
— Nie mam — przyznała, czując, że jej humor spadł, kiedy medyczka poruszyła temat jej rodziny. — Jednak ja nie wybrałam, kogo krew będę dziedziczyć. Sama wolałabym założyć rodzinę i naprawić błędy wszystkich moich krewnych. Przywrócić lojalność w Klanie Nocy…
Medyczka uśmiechnęła się na słowa Trzciny.
— Cieszę się, że nie powielasz błędów swoich przodków — mruknęła, po czym wyszczerzyła się szerzej, zadziorniej. — Kiedy przyprowadzisz do mnie jakiegoś sympatycznego partnera? Lub, no wiesz… partnerkę — spytała. — I jak sytuacja z tym, no... Zmierzchającą Falą? Mówiłaś mi kiedyś o nim, jeśli dobrze pamiętam.
— Zmierzchająca Fala znalazł dla siebie kogoś innego — powiedziała ze smutnym uśmiechem, mając na myśli Kropiatkową Skórę. Oboje byli nierozłączni i coraz rzadziej mieli okazję spędzać czasu sam na sam, czy to z Zmierzchającą Fałą, czy to z Kropiatkową Skórą. Jednak szczerze życzyła im szczęścia. — Sama czekam na ten dzień aż będę mogła mieć kocięta... Szczerze sama nie wiem, czy czasem bardziej mi nie zależy na potomstwie, niż na znalezieniu partnera, ale wiadomo najpierw muszę mieć kogoś... Same kociaki nie spadają z nieba… A szkoda... — westchnęła podpierając się łapą.
Gąbka wzruszyła ramionami.
— Jak to się mówi? Jest pełno ryb w morzu, a Zmierzchająca Fala nie wie, co traci — stwierdziła, próbując jakoś (nieudolnie) pocieszyć koleżankę. — Ale co się będziemy rozwodzić nad jakimiś kocurami. Może masz jakieś radosne wieści, którymi mogłabyś się podzielić?
— Oprócz narzekania, chyba nic mi nie zostało niestety — zaśmiała się, doceniając trud Gąbczastej Perły w pocieszaniu jej. — Rezedowa Łapa się leni i nic nie robi! Nie wiem, ileż można go uczyć. Im dłużej mam go pod swoimi skrzydłami, tym koty myślą, że nie umiem go nauczać. Masakra!
Dymna zachichotała.
— Może Fląderka rzuciła na niego klątwę? — zastanowiła się na głos. — Nieszczęsne te dziecię. Nie zdziwiłabym się, gdyby jej wpływ zaburzał trening Rezedowej Łapy. Myślę, że już dawno powinniśmy coś z nią zrobić, nim zacznie pożerać Nocniaków! — mówiła trochę w żartach, a trochę na serio. — Dziwne, że Rezeda nie podzielił jeszcze losu Centurii…
— Nie pozwolę, by ten pod moimi skrzydłami skończył tak marnie, jak jego siostra, jednak też nie wyobrażam sobie, żeby wszyscy na niego chuchali tylko dlatego, że stracił siostrę i znalazł się w pechowym miocie! — prychnęła poirytowana. Nikt nie ubolewał nad nią, kiedy straciła siostrę z miotu podczas powodzi, to czemu Rezedowa Łapa miałby być traktowany ulgowo? — Klan Nocy potrzebuje silnych wojowników, a nie kotów, które nie wiedzą, jak polować na kaczki. Samymi rybami Nocniaki się nie żywią... — burknęła.
— Tak, tak. Mi też zmarła siostra, a jednak ukończyłam trening — mruknęła, prostując się nieznacznie. — Upłynęło wystarczająco księżyców, by wziął się w garść. Ale cóż, nie masz jak go zmusić. Zwierzę możesz zaprowadzić do wodopoju, ale wody do pyska mu nie wciśniesz — stwierdziła, potakując głową. — Jestem pewna, że dobrze go szkolisz. Niektórzy po prostu nie doceniają tego, co mają w zasięgu swoich łap.
— Dzięki, że tak myślisz. Może jest jeszcze szansa, że Rezedowa Łapa przejrzy na oczy, jak pokażę mu w najbliższym czasie, jak się poluje na łyski. Rzadko się pojawiają na stosie, a jednak jesteśmy w stanie je upolować… Może zrobiłabym mu sparing z młodszymi uczniami, by zobaczył, jak sobie inni radzą? Co ty na to? Albooo ty byś zabrała się z nami? W Klanie Wilka musieli ciebie nauczyć co nieco.
Gąbczasta Perła zachichotała, udając speszenie.
— Owszem, coś umiem. Mogę wam pomóc w treningu, ale to musiałby być jakiś bardzo spokojny dzień, ponieważ w lecznicy zawsze coś się dzieje.
Trzcinowy Szmer zamruczała zadowolona. Może nie zabierze kotki poza obóz, żeby skontrolowała trening Rezedowej Łapy w najbliższych dniach, ale zawsze jest szansa, żeby taki dzień się nadarzył.
Obie kotki jeszcze siedziały razem przez jakiś czas, plotkując w najlepsze. Może nie żadna nie powiedziała tego na głos, jednak zbyt dobrze im się gawędziło. Czy mogły powiedzieć, że są przyjaciółkami?

* * *
Noc zgromadzenia po ataku borsuków


Borsuki zdążyły już wyjść z obozu. Wiele kotów było rannych, w tym Trzcinowy Szmer, której jedna z przednich łap nie była w najlepszym stanie. Usiadła na trawie, chcąc wziąć w końcu głęboki oddech. Nie mogła uwierzyć, że w Klanie Nocy mieli tak głupiego ucznia, jaką była Korzenna Łapa. Na dodatek, pożal się Klanie Gwiazdy, dzieliły więzy krwi.
Gąbczasta Perła wraz z niespodziewaną pomocą jednego z więźniów, zajęła się intensywnym opatrywaniem rany Sennej Łzy, aktualnie znajdującej się w stanie krytycznym przez dużą utratę krwi. W tym samym czasie Pierzasta Kołysanka zaczęła rozglądać się za innymi rannymi, wśród nich, oprócz niej i Wężynowego Splotu, znalazli się także Rysi Bór i Czosnkowa Krewetka, z których to ta druga wydaje się być w znacznie gorszym stanie, w dodatku wciąż nie odzyskała przytomności.
Z legowiska starszyzny wyszedł zmartwiony Rezedowa Łapa i oznajmił śmierć Nenufranowego Kielicha, a przy wyjściu z obozu wyciągnięto ciało jednego z krewnych Trzcinowego Szmeru, Rozpromienionego Skowronka. Może nie mieli ze sobą zbyt wiele interakcji, jednak byli rodziną. Mimo niechęci do Borówkowej Słodyczy, ze względu na nałożone piętno przez Mandarynkową Gwiazdę, współczuła kotce straty własnego rodzonego brata. Wiedziała doskonale, jak straszne kot czuje się po śmierci kogoś tak bardzo bliskiego.

* * *

W końcu weszła do legowiska medyka, gdzie Gąbczasta Perła pracowała w pocie czoła, kończąc opatrywać rany Wężynowego Splotu. Kiedy tylko starsza szylkretka wyszła na polanę, ta zasiadła na miejscu, gdzie przed chwilą siedziała owa wojowniczka, i wyciągnęła posłusznie łapę w kierunku dymnej medyczki.
Widziała zmęczenie i złość malującą się na pyszczku Gąbczastej Perły. Jednak sama nie wiedziała, co ma kotce powiedzieć. Miała obgadywać głupotę Korzennej Łapy? Nie miała już nic do gadania na temat czekoladowej kotki. Nie chciało jej się szczerze otwierać nawet pyska. Nie zamierzała wyręczać Żmijowcową Wić, który był mistrzem w narzekaniu.
— Nie jestem w stanie uwierzyć, że coś takiego się właśnie wydarzyło… Mandarynkowa Gwiazda powinna tych wszystkich kotów o czekoladowym futrze wyrzucić z Klanu Nocy. Znów się przez nie źle dzieje.
Po chwili milczenia przytaknęła jej głową. Nie chciała powiedzieć tego na głos, jednak wyrzucanie z Klanu Nocy kotów tylko z powodu ich koloru futra było całkiem niesprawiedliwe. Jednak dla Korzennej Łapy należało się karne imię oraz kategoryczny zakaz wychodzenia z obozu.
Gąbczasta Perła zauważyła jej ciszę i przekrzywiła łebek.
— A ty jak uważasz? Coś jesteś za cicho.
— Nie wiem, co mogłabym więcej powiedzieć oprócz tego, że Korzennej Łapie powinno się brutalnie uświadomić, jak wielką krzywdę zrobiła pobratymcom. Taka głupota nie może zostać przeoczona przez Mandarynkową Gwiazdę i wątpię, by ta patrzyła na to pobłażliwie. Straciliśmy dwóch pobratymców.
Medyczka, zadowolona z odpowiedzi, przytaknęła głową i sprawnie opatrzyła jej łapę. Podała jej nasionko maku i wskazała głową na wyjście z lecznicy.
— Odpoczywaj, powinno szybko się zagoić. Twoja łapa nie jest złamana, skręcona czy zwichnięta. Ślad ugryzienia przez borsuka raczej zostanie. Będziesz miała kolejną ciekawą bliznę do kolekcji. — Podeszła do składziku, szykując kolejne zioła dla następnego poszkodowanego Nocniaka.
— Nie będę narzekać, ktoś musi mieć ciekawe pamiątki po służeniu temu klanu — powiedziała zmęczona. — Dzięki za opatrzenie. Teraz Złocisty Widlik nie będzie mi truł życia i straszył zakażeniem.
Gąbczasta Perła nie odezwała się już do niej, a do środka wszedł smutny Rysi Bór. Trzcinowy Szmer skinęła mu głową i wyszła na polanę. Nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy i złożyć kondolencje.

* * *
Po przejściu Różanej Woni do starszyzny

Najstarsza medyczka Klanu Nocy właśnie ogłosiła, że odchodzi na emeryturę i będzie odpoczywać w legowisku starszyzny, które jakoś długo nie czekało na nowe koty, które by je zamieszkały. Zebranie klanu szybko się skończyło, a Mandarynkowa Gwiazda zeskoczyła z gałęzi sumaka, po czym zniknęła w swoim legowisku.
Trzcinowy Szmer przeniosła natomiast swoje spojrzenie na Gąbczastą Perłę, która właśnie stała się jednym z najważniejszych kotów w Klanie Nocy. Była ich łącznikiem między Klanem Gwiazdy oraz kotem, do którego powinno się od razu podchodzić w razie problemów ze zdrowiem.
Podeszła do dymnej kotki i pacnęła ją ogonem w bok.
— Zaczepka! — zamruczała, kiedy tamta odwracała się w jej kierunku. Kiedy tylko ją ujrzała, na jej pysku pojawił się szeroki uśmiech. — Gratuluję ci. Jesteś oficjalnie naszym medykiem. Teraz mam chody u naszej głównej medyczki, czy mogę cię poprosić o otrucie Rezedowej Łapy albo czy znasz zioła żeby się w końcu skupił na nauce? — zażartowała.
— Oczywiście, mogłabym zrobić mu małego psikusa, by lepiej się słuchał — zaśmiała się.

* * *
Aktualne

Wróciła z patrolu wraz z Rezedową Łapą i odesłała kocura, żeby ten poszedł do legowiska starszyzny, by zaniósł upolowaną przez nią kaczkę. Tymczasem ona ruszyła do lecznicy, ciągnąc za sobą smaczny kąsek, jakim był okoń. Położyła na ziemi rybę i spojrzała na medyczkę, która gimnastykowała się przy uporządkowywaniu ziół.
— Ekhem! — odchrząknęła, zwracając na siebie uwagę Gąbczastej Perły. — Gdzie jest twój Bociani Klekot żeby zajął się takimi sprawami, jak uporządkowywanie ziół w magazynku?
— Właśnie wyszedł na zbieranie ziół wraz z ogrodnikami.
— Powinnaś zrobić sobie przerwę, nie po to masz asystenta medyka, żeby samej tak strasznie harować! — Podeszła bliżej swojej przyjaciółki i położyła na jej posłaniu okonia. — Chciałam z tobą porozmawiać. Chyba wyłysiejesz na te informacje!
Brązowe oczy kotki zabłyszczały z zaciekawienia i podeszła do niej, kładąc się na swoim legowisku obok okonia, którego jej przyniosła.
— Mów, z chęcią zrobię sobie przerwę na pogawędki, skoro i tak przyniosłaś jedzenie. — Wzięła pierwszego soczystego kęsa ryby i przeniosła wzrok z powrotem na nią. — A więc słucham. Co takiego ciekawego masz mi do powiedzenia?
Trzcinowy Szmer zamruczała zadowolona, że udało się zaciekawić dymną. Położyła się obok niej, przy okazji pozwalając sobie na wzięcie gryza okonia.
— Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o kociętach, Zmierzchającej Fali oraz partnerstwie?
— Owszem. Mówiłaś, że jednak nie jesteście razem. Czy coś się zmieniło? Odbiłaś go Kropiatkowej Skórze, skoro o tym mówisz? Nie mów, że to zrobiłaś!
— Oczywiście, że nie! Kropiatkowa Skóra to moja przyjaciółka, nie mogłabym tego zrobić! Tym bardziej, że są ze sobą szczęśliwi oraz mają swoje małe urwisy.
— Okej… To do czego bijesz w takim razie?
— Do tego, że znalazłam kandydata na ojca dla moich przyszłych kociąt!
— Na Klan Gwiazdy — Gąbczasta Perła wytrzeszczyła oczy — kto to?
— Żmijowcowa Wić.
Po pysku medyczki przeszło wiele różnych emocji, których Trzcinowy Szmer nie mogła nawet zliczyć. Od zdziwienia po ekscytację. Kotka poprawiła się na posłaniu, zapominając, że miała co jakiś czas jeść jej okonia.
— I jak? Już się staraliście o kocięta? Były jakieś komplikacje czy potrzebujesz w tym medycznej pomocy? — zalała ją morzem pytań. — No, chyba że chcesz mi wszystko opowiedzieć dokładnie, ale to już na uszko — spojrzała na nią sugestywnie.
— A tego to już nie musisz wiedzieć! — prychnęła speszona, odwracając wzrok. — Możesz być pewna, że plan wejdzie w życie, a ja potrzebuję coś wykombinować z Rezedową Łapą, który nadal nie jest choćby o wąs od mianowania! Musisz go trochę postraszyć. Może członkini rodu królewskiego się posłucha w końcu!

<Gąbczasta Perło? Przyjaciółce może pomożesz w nastraszeniu Rezedowej Łapy? 🧽🫧>

Od Cętkowanej Łapy Do Chudego Grzbietu

Przyglądali się granicą Klanu Burzy, czuł zapach pól i królików. Typowe dla kotów, które mają widoczne wrzosowiska na wyciągnięcie łapy, głupie koty, które wierzą w Klan Gwiazdy. Wszyscy, którzy wierzyli w gwiezdne koty, byli dla niego słabi i miękcy. To Miejsce Bez Gwiazd było zbawieniem wszystkich żyjących kotów i jedyne czymś, co koty powinny wysławiać. Najwyżej ich wiara była dla wybranych.
— Możemy wracać; granica z królikożercami i tak jest pusta. — Uczeń powędrował z czekoladową kotką w głąb ich lasu. Jak wróci, to może jeszcze wybłaga babcię, by przekonała Krucze Pióro lub Pustułkowy Szpon o to by go wzięli do patrolu łowieckiego, lub granicznego. Tak by się chciał sprawdzić, jak poluje mu się w grupie, musiało być to fajne doświadczenie. W takich grupach zwykle się polowało na większą zwierzynę, a on chętnie by coś takiego złapał.
— Jak chcesz, możesz iść przede mną, Cętkowana Łapo. Widzę, że bardzo już chcesz być w domu. — Przez jakiś czas szedł obok niej, chcąc być grzecznym. Kotka może wyczuła, że chciał być w domu, chociaż ostatnio jak rzuciła się na niego z nienacka, gdy wracał ze zwierzyną dla niej. Mimo tego nie chciał wchodzić z nią w dyskusję, bo by się to skończyło dla niego źle i zaczął prowadzić. Jego mentorka wydawała się jakoś pogodna, czy też miał niby być? Bycie wesołym nie było w stylu Wilczaków, więc szedł przed siebie, nie rozpraszając się.

* * *

Do obozu było jeszcze daleko, znajdywali się aktualnie blisko Spalonej Zatoki. Trzeba było, jeszcze trochę przejść, by tam dotrzeć, pogoda na szczęście im sprzyjała, było ciepło i ładnie na niebie, ani jednej deszczowej chmury. Ten spokój sprawiał, że Cętkowana Łapa czuł się zrelaksowany, na chwilę wyłączając swoją czujność, przecież byli sami, to nic nie może im się stać. Rudzielec przyglądał się drzewom, na którym siedziały ptaki, oblizał się, chciał złapać jednego. Ptaki jednak szybko odleciały, bo uczeń syknął gdy poczuł pazury na swoich plecach, szybko użył tylnych łap, by odepchnąć przeciwnika z jego tyłu. Obrócił się szybko, chcąc wiedzieć, z kim miał do czynienia. Oczywiście, była to znowu Tropiąca Łaska. Kotka trzepnęła głową, po czym znowu skoczyła na niego z pazurami, poczuł, jak kotka przejechała nimi po policzku, a niektóre futro z policzka zdawało się spać na trawę. Cętek szybko się odsunął i odbił się od drzewa, skacząc na jej bark, wgryzł się w niego, kotka syknęła i walnęła nim o drzewo. Rudzielec leżał obok drzewa, czuł zawroty w głowie, czuł się taki słaby, na szczęście to uczucie minęło gdy jego mentorka przejechała mu pazurami po barku, a ten ugryzł ją w łapę. Tropiąca Łaska jeszcze spoliczkowała go, a ten puścił jej łapę.
— Jestem pod wrażeniem, choć prawie byłbyś martwy. Jak wrócimy, masz przyjść z tym od razu do lecznicy, rozumiesz? Nie chcę, byś z tym latał tak po obozie, a inni będą to widzieć. Powiedź medykom, że te rany dostałeś od jakiegoś samotnika, a teraz przyspieszamy tempo! — Cętkowana Łapa pociągnął nosem i wypluł krew, po czym ledwo stanął z ziemi i poszedł za nią.

 * * *

Wrócili do obozu i od razu pognał do legowiska medyków, może po prostu coś weźmie na ból, a blizn nie będzie chciał, by ktoś mu to opatrywał. Będąc w pomieszczeniu, zobaczył, że jest na tyle pusto, że można było się skupić na zapachu świeżo zebranych ziół, szukał wzrokiem czy ktoś nie jest wolny, widział jednego liliowego medyka, ale on zajmował się Garbatą Łapą, właściwie podawał mu coś mokrego, chyba jakiś dziwny rodzaj choroby dopadł Garbatka. Nie zamierzał jednak patrzeć na tego zdeformowanego kleszcza i zobaczył, że akurat był jeszcze inny medyk. Bury w tygrysie pręgi z niebieskimi oczami, korzystając z tego, że był jeszcze wolny, podszedł do niego.
— Przepraszam, masz może coś na lekki ból? — Poczuł, że coś mu ciekło z nosa. Była to krew, więc szybko ją wytarł łapą.
Młodszy medyk, oderwany od swoich czynności, wziął świszczący wdech, nim się odwrócił. Zmarszczył brwi, gdy go zobaczył, a rudzielec na razie zostawił to bez komentarza.
— Zależy, co Cię boli — odparł. — Jeśli egzystencja to proponuję trochę koci... chociaż nie, za młody jesteś. Nie pogadam z Tobą o Twoich problemach, więc jeśli to ból takiego typu, to zejdź mi z oczu. Jeśli inny, to nasiona maku powinny pomóc. — Cętkowana Łapa, prawie parsknąłby śmiechem, czy on go miał, za jakiegoś przygłupa co nie ma co robić, tylko iść bez sensu do medyków truć, żyć? Zależało mu tylko na tych nasionach maku.
— Nie wiem, co sugerujesz, bo do medyka idzie się tylko na dolegliwości fizyczne, a ja tu nie przyszedłem na ploteczki i bezsensowne gadanie o egzystencji. Daj mi po prostu parę tych nasion i będziesz mnie mieć z głowy. — Nie był jakimś mysim móżdżkiem, by sobie chodzić do medyka rekreacyjnie, jako uczeń wojownika miał inne zajęcia. Walki, polowania, wspinaczki, a jak już ploteczki, to tylko z rodziną lub znajomymi, niekoniecznie z losowymi kotami, które napotka w obozie. Cętkowana Łapa wiedział, na jakim szczeblu hierarchicznym był, to nie chciał gadać z byle kim losowym, jako wnuk przywódczyni musiał pokazać klasę i to, że nie da się pomiatać jakiemuś medykowi. Czarny kocur z pręgami tylko zmarszczył brwi, ale na razie nic nie mówił.
— Korona Ci z głowy nie spadnie, jak mi sprzedasz jakieś ploteczki — burknął medyk.
Odwrócił się, by wziąć jedno ziarno maku. Następnie podał mu je na małym liściu.
— Masz. Zjedz to i wytrzyj nos, krwawy zasmarkańcu. Bo jeszcze pomyślą, że to ja Cię zbiłem! — Rudzielec zjadł bez problemu ziarenko, po czym wytarł znowu łapą nos i oblizał krew, która była widoczna. Wyglądał na czystego i nie wzbudzającego żadnych podejrzeń kota z wyglądem.
— Nic nie widać, co do tego kto mnie zbił, to był jakiś dziwny samotnik, taki — cały czarny z bielą i zielonymi oczami. Był taki agresywny, że myślałem, że ma wściekliznę, ale odpędziłem go z naszych terenów! — To była półprawda, bo coś, co go zaatakowało, było agresywne, ale nie był to samotnik, tylko jego mentorka. Co do jakichś ploteczek, to musiał sobie przypomnieć, co ciekawego słyszał ostatnio.
— Skoro już tu jestem, to ci sprzedam kilka ciekawych gawędek. — Nachylił się do jego ucha.
— Słyszałem, że Cykoriowy Cykor tak się wstydzi swego ucznia, że rzadko go trenuje, a omija go szerokim łukiem, gdy go widzi. Przez to ktoś inny czasem musi ją trenować lub ktoś wyciąga ją siłą, by poszła z nim na trening. Trochę takie nieszczęście, że Garbata Łapa ma taką mentorkę — chciał momentem powiedzieć "co za szczęście", ale nie wiedział, jaki stosunek medyk ma do tej kaleki. Dobrze jednak dla nich, że Garbata Łapa będzie słabszy, bo szybciej się go pozbędą.
— I jeszcze słyszałem, ale to od Seradelkowej Łapy, że ponoć Biała Łapa na swoim pierwszym treningu tak pokłóciła się z Wilgową Goryczą, że go zagryzła. Przez to jej mentor nie chciał iść do medyka, by czasem nie zostać wyśmianym za to, że jego własna uczennica go poturbowała. — Jego rówieśniczka zawsze miała najwredniejsze plotki do sprzedania, aż sam podziwiał jej kreatywność. Choć trudno byłoby jej to powiedzieć, bo ma urazę, że go pokonała.
Bury kocur tak się dziwnie uśmiechnął, że Tęgosz zaczął się niepokoić i ten błysk w niebieskich oczach kocura.
— Cykoria siebie też mogłaby się powstydzić — mruknął medyk cicho. Tęgosz jednak tego nie usłyszał, a nie chciał dopytywać, jak głupi co powiedział chudzielec.
— Biała Łapa…? To ta mała wredna pirania? Ona jest tragiczna! Przodkowie nie powinni dawać jej w ogóle zębów! Jedyne, co jej siedzi w głowie, to bójki. Strach pomyśleć, co z niej wyrośnie. Myślę, że w przyszłości będzie trzeba zawiązać jej pysk trzcinami, żeby nikogo nie skrzywdziła. Jeszcze tego mi brakowało pfff... pacjentów pogryzionych przez wściekłą uczennicę! — Mamrotał coś dalej pod nosem, Cętek tego jednak też nie dosłyszał, tylko kiwnął głową, by dać rozmówcy znak, że coś zrozumiał to, czego nie rozumiał. Buras skrzywił swój pyszczek i zgarbił się mocniej niż poprzednio przy nim.
— Nieźle sobie radzisz w słuchaniu takich ciekawych rzeczy — mruknął buras.
— Jak usłyszysz coś jeszcze, to wiesz, do kogo przyjść. — Nie planował przychodzić często do tego medyka, ale wydawał się być sympatyczny.
— Jasne, wiesz, ból głowy mi minął, więc nie mam co tu siedzieć i zajmować innym miejsca. To cześć. — Cętkowana Łapa pożegnał się z medykiem, po czym wyszedł z lecznicy. Widząc Seradelkową Łapę, podszedł do niej, by z nią pogadać lub czepiać się nawzajem jak zwykle.

<Chudzino, czy następnym razem będziesz miał też dla mnie jakieś ploteczki?>

[1354 słów]

[27%]

Wyleczeni – Garbata Łapa