Dawno temu
— Skoro już poznaliście te zioła, to może spróbujecie swoich sił w małym teście? — zaproponował Kiełbasa, po czym zakasłał chrapliwie. — Będę wam po kolei pokazywać rośliny, a wy spróbujecie zgadnąć, jak się nazywają. Proste, prawda?
Srebrny skinął głową, na co Kiełbasa uśmiechnął się i chwycił pierwszą roślinę. Był to żółty kwiat. Nim Królicza Ułuda zdążył mu się przyjrzeć, Tiramisu już zawołał:
— Mniszek!
Po chwili srebrny wyprostował się i polizał futro na piersi, jakby chciał zamaskować zbyt gwałtowną reakcję. Królik poruszył ogonem nerwowo, spoglądając z niepokojem na młodszego kocura.
— Dobrze… a ten? — zapytał Kiełbasa, przetaczając w ich stronę czerwone jagody.
— Go-
— Golteria — przerwał mu Tiramisu, nawet nie dając dokończyć. Kikut ogona starszego kocura uderzył z rezygnacją o ziemię, wydając głuchy odgłos.
— No, Tiramisu… widzę, że pilnie się uczysz pod okiem Kiełbasy — powiedział Królicza Ułuda z wymuszonym uśmiechem. — To może nie będę wam przeszkadzał? Wrócę do nas i porozmawiam z Trójokim Zającem. Pewnie biedak siedzi tam sam.
Młodszy zmrużył oczy.
— Jasne, możesz iść. To jednak dziwne, że tak szybko się stąd zwijasz. Jesteś pewny, że nie chciałbyś dobrnąć do końca tego testu?
Kremowy uśmiechnął się nieco sztucznie, a jego powieka zadrżała. Ten Tiramisu był złośliwy. Nie dawał mu się nawet wykazać podczas testu, a teraz zachowywał się, jakby nic się nie wydarzyło. No nic. Był jeszcze młody, na pewno kiedyś z tego wyrośnie.
— Nie, nie… Wiesz, jak to powiadają; starego kota nowych sztuczek nie nauczysz. Nie powinienem się angażować w to całe ziołolecznictwo — mruknął, wstając i odwracając się od Kiełbasy i srebrzystego kocura.
— Skoro tak mówisz… — odparł Tiramisu, niby zawiedziony, ale w jego głosie pobrzmiewała nuta satysfakcji.
Królik spiął mięśnie, jednak zanim którykolwiek z dwóch kocurów to zauważył, zdążył im zniknąć z pola widzenia. Coś tam co prawda zapamiętał z tego, co mówił Kiełbasa, ale jego umysł nie był już tak szybki i ostry jak niegdyś. Nie był w stanie tak sprawnie odpowiadać, jak Tiramisu. Może gdyby test miał nieco inną formę, udałoby mu się coś wskórać, ale tak… nie było co się oszukiwać.
* * *
Po objęciu władzy przez Mirtowe Lśnienie
Poważnie zastanawiał się nad tym, czy lepiej żyłoby mu się już w mieście, czy tutaj. Z dala od Klanu Klifu co prawda czuł się samotnie, ale wolał to niż ciągłe chodzenie na paluszkach. Rudofutry lider na pewno miał sporo za uszami i w jakiś sposób przyczynił się do śmierci Pikującej Jaskółki, ale Królik nie miał wystarczających dowodów, by faktycznie tak myśleć. Czuł się mimo wszystko zagrożony obecnością Lśniącej Gwiazdy, który, jak mu się zdawało, nie patrzył na niego przychylnie. Przynajmniej ze wzajemnością, bo kremowy też często obrzucał go pogardliwymi i zirytowanymi spojrzeniami. Zresztą tak samo, jak Truskawkowe Pole.
Ta kotka w ogóle nie powinna zasiadać na tak wysokiej randze w Klanie Klifu! To było po prostu zniewagą wszystkich kotów, które wychowały się tutaj i o wiele bardziej zasługiwały na to stanowisko. Prawda była taka, że pointka wspięła się tak wysoko tylko dlatego, że podlizywała się rudemu kocurowi i przytakiwała na każde jego słowo. Mirt dobrze wiedział, że Truskawka zgodzi się z każdym jego, nawet najgłupszym, stwierdzeniem i zacznie je szerzyć wśród innych. On to się dopiero potrafił ustawić. Odebrał Mysiemu Postrachowi przywództwo i nikt nawet nie śmiał mu podskoczyć. To był skandal!
Królik czuł się, jakby to on jedyny miał trochę oleju w głowie w całym Klanie Klifu. Nie licząc Oszronionego Kła, której chyba też nie podobało się to, jak obecnie działa ich przynależność. Cieszył się, że przynajmniej ona była na tyle mądra, by dostrzec błędy swojego wujka. Kremowy ciekaw był jeszcze, jakie były odczucia Wzburzonego Kormorana czy Źródlanej Łuny wobec ostatnich akcji. Pewnie się cieszyli, że członek ich rodziny osiągnął tak wiele, co trochę raniło pręgowanego. Jego własna matka umarła, a jej decyzje zostały perfidnie zbezczeszczone przez jakiegoś egoistycznego mysiego móżdżka.
Królicza Prawda westchnął ciężko ze swojego posłania, które teraz wydawało się takie niewygodne i obce, obserwując życie w obozie. Wszystkie koty… wydawały się takie niewzruszone, niewtajemniczone. Nie wiedziały, co dzieje się za ich plecami. Nie zwracały uwagi na to, że teraz na szczycie zasiadał samozwańczy przywódca. Dlaczego to akurat Mirtowe Lśnienie mógł stanąć na mównicy i ogłosić wszystkim, że od dziś przewodzi Klanem Klifu? Gdyby zrobił to ktokolwiek inny, pewnie wybuchłoby zamieszanie, a klan pogrążyłby się w napiętej atmosferze.
To musiało być jakoś przemyślane. Rudofutry musiał zmanipulować tyle Klifiaków, ile mu się udało, by wierzyli w niego i jego dobre zamiary! Inaczej jego plan nie przeszedłby tak gładko.
Kremowy nawet nie zauważył, że był cały spięty. Jego zęby aż szczękały o siebie, gdy tak mocno je zaciskał. W tym klanie naprawdę nie dało się żyć! Przez cały czas czuł się tak, jakby Lśniąca Gwiazda obserwował każdy jego ruch. Jakby jedno niewłaściwe drgnięcie ciała mogło sprawić, że podzieli los Pikującej Jaskółki. Nagrabił sobie tymi kwaśnymi minami za każdym razem, gdy rudy się odzywał, och, nagrabił… ale mimo wszystko uważał, że było warto. Nie zamierzał podkulać ogona i udawać, że sytuacja w Klanie Klifu mu odpowiada.
W końcu wstał z posłania i żwawym krokiem ruszył do wyjścia. Nie chciał już dłużej siedzieć w tym zatęchłym azylu i wolał się przejść. Tym bardziej że nadeszła już Pora Nowych Liści i wszystkie rośliny tak pięknie zakwitały. Może ich różnorodne barwy jakoś ukoją zszargane nerwy Królika. W końcu nic tak nie uspokaja, jak spacer wśród natury, czyż nie?
Gdy tak maszerował, na myśl nasuwały mu się liczne pytania.
“Czy ktoś by za mną tęsknił, gdybym odszedł z Klanu Klifu? Jak zareagowałaby Oszroniony Kieł, Źródlana Łuna, Wzburzony Kormoran czy Trójoki Zając? Czy próbowaliby mnie szukać, czy pogodziliby się z moją ucieczką?” — zastanawiał się, czując, że żołądek zaciska mu się z nerwów. Nie chciał ponownie zostawiać wszystkich tych, których kochał, ale jednocześnie… może tak byłoby dla nich najlepiej?
Pamiętał, jak bardzo żałował odejścia do miasta, ale czy tym razem byłoby tak samo? Może już po raz kolejny powinien spróbować szczęścia gdzie indziej, zamiast tak gnić i marnować się w Klanie Klifu? Jego przybrane kocięta, które kochał jak swoje, na pewno prędzej czy później przyzwyczają się do tego, że zniknął, że ich… zdradził i okazał się tchórzem. Zresztą i tak miał wrażenie, że za nim nie przepadają. Tyle poświęcił, by się do nich jakoś zbliżyć, ale jego starania przynosiły raczej marne skutki.
Pewnie uważały tak samo, jak Bukowa Korona — że jest nachalny, że za bardzo się stara i próbuje wtrącać się w ich życie. Może lepiej im będzie, gdy ich natrętny ojciec już zniknie i będą mogły wreszcie odetchnąć? Poza tym mieli przecież Trójokiego Zająca, który zdecydowanie był bardziej wyluzowanym i spokojniejszym członkiem rodziny. Jego obecność na pewno cenili i szanowali bardziej. Na pewno.
Kremowy zatrzymał się w końcu, czując, że powoli traci dech. Nie wiedział, czy to przez fakt, że odzywała się w nim astma, czy dlatego, że zaraz łzy napłyną mu do oczu. Na Klan Gwiazdy, ależ on był beksą! Taki z niego wielki wojownik, a zaraz popłacze się jak małe kocię o to, że jego własne dzieci go nie lubią.
Wcisnął pazury w ziemię, zirytowany własnymi myślami. Czemu nie mógł ich po prostu wyciszyć? Był już starym, doświadczonym kocurem, który powinien rozumieć siebie, znać swoje miejsce na świecie, a był jego kompletnym przeciwieństwem. Czasem wciąż czuł się jak swoja nastoletnia wersja — zagubiony w świecie, próbujący desperacko wpasować się w jakiekolwiek otoczenie.
Dlaczego zawsze czuł, że odstaje? Dlaczego ani razu w swoim życiu nie poczuł, że naprawdę gdzieś przynależy? Może los chciał, by dalej szukał swojego miejsca? Skoro i w mieście, i w Klanie Klifu nie czuł, że tam pasuje, to może powinien próbować gdzieś indziej? Otaczało go tyle innych przynależności: Klan Wilka, Klan Nocy, Klan Burzy… W którymś z tych miejsc z całą pewnością w końcu odnalazłby spokój.
Dlatego podjął decyzję. Może i była impulsywna i nieprzemyślana, ale była też jego ostatnią nadzieją. Chyba nie wybaczyłby sobie, gdyby resztę swojego życia spędził nieszczęśliwy i nielubiany przez każdego, kto go otaczał. Musiał coś z tym zrobić, bo inaczej — w Klanie Gwiazdy lub Mrocznej Puszczy — siedziałby i całymi dniami użalał się nad sobą i tym, jak bardzo zmarnował swój jedyny żywot, jaki otrzymał.
Nie wrócił do azylu. Nie poszedł się pożegnać z bliskimi ani nie zdradził im, gdzie idzie i jaki ma plan. Czuł się z tym źle, bardzo źle, ale wiedział, że gdyby spróbował wyjaśnić im, jak się czuje, pewnie próbowaliby go zatrzymać w Klanie Klifu i wywołać w nim wyrzuty sumienia. Wolał, by powód jego odejścia pozostał dla nich tajemnicą. Wolał, by głowili się nad tym, co dokładnie sprawiło, że postanowił dać nogę z klanu, choć pewnie nie będzie trudno domyślić się, co tak naprawdę go do tego skłoniło.
Nim jednak poszedł na którąkolwiek z granic, zanurzył się w morskiej wodzie, próbując zmyć z siebie zapach… siebie. Gdy uznał, że jest w miarę bezwonny, wyszedł na brzeg i po piachu ruszył w stronę terenów Klanu Burzy. Wybór tego klanu wydawał mu się najsensowniejszy. Do Klanu Wilka nawet by się nie odważył wstąpić… Dyniowa Skórka, Kocimiętka i Mak pewnie od razu by go rozszarpały! Natomiast Klanu Nocy i Mandarynkowej Gwiazdy trochę się obawiał. Srebrzysta nie wyglądała na kotkę, którą dałoby się łatwo przekonać do przyjęcia jakiejś przybłędy w szeregi Nocniaków. Poza tym Królik nigdy nie grzeszył talentem do pływania. Klan Burzy wydawał się optymalny, a poza tym kremowy znał stamtąd pewnego czarnofutrego kocura.
Na burzackie tereny wkroczył niemal tak pewnie, jak na swoje własne. Zamierzał odnaleźć ich obóz i wybłagać swojego imiennika o miejsce wśród Burzaków. Choć teraz tak sobie myślał, że może imię też powinien sobie zmienić… Nikt chyba nie chciałby mieć w klanie dwóch Królików. Tym bardziej że jeden z nich był liderem!
Kremowy wiedział, że ciężko będzie mu się rozstać z imieniem, które nadała mu jego własna matka i które było z nim przez całe życie. To prawie tak, jakby pozbywał się cząstki siebie, ale jeśli zmiana imienia przyniesie mu jakąś korzyść w nowym klanie, to nie będzie się nad nią długo użalał. Mimo wszystko był sobą, niezależnie od tego, czy nosił imię Królik, czy… jakiekolwiek inne.
* * *
Szwendał się po burzackich terenach i wydawało mu się, że zataczał kółka. Nie wiedział już, w którą stronę powinien iść, by wrócić na terytorium Klanu Klifu, więc jednoznacznie można było przyznać, że najzwyczajniej w świecie się zgubił. Może los jednak nie chciał, by znowu zmieniał przynależność…
Nawet trochę zmęczył się tymi poszukiwaniami obozu, dlatego postanowił odpocząć. Przysiadł w cieniu dziwnej, białej konstrukcji i odetchnął, czując, jak mięśnie w łapach mu płoną. Starość nie radość, jak to mówią, a on akurat na karku miał już sporo księżyców. Miał tylko nadzieję, że Królicza Gwiazda nie uzna go za balast dla klanu i nie wygoni poza granice… Nie wiedziałby, gdzie ma się podziać. Do Klanu Wilka i Klanu Nocy i tak nie chciałby dołączyć, a już tym bardziej nie widziało mu się wracać do Klanu Klifu. Może udałoby mu się jakoś odnaleźć drogę do Owocowego Lasu? Jego mieszkańcy wydawali się dosyć mili i przyjaźni, więc może przyjęliby zmęczonego wędrownika.
Po jakimś czasie zaczęło nieznacznie kropić. Wojownik postanowił schować się pod skrzydłem białego Potwora, a tam położył się na trawie i oparł głowę o łapy. Nie mógł długo opierać się zmęczeniu, w końcu jego powieki zrobiły się bardzo ciężkie, a on sam powoli odlatywał do krainy snów.
Nim jednak całkowicie usnął, jego ucho drgnęło. W oddali usłyszał kroki i zirytowane bąknięcia. Choć wciąż był zmęczony, wiedział, że te koty mogły być jego jedyną nadzieją. Otworzył sennie ślepia i chwiejnie się podniósł, chcąc za wszelką cenę odnaleźć przechodzący niedaleko patrol. Wysunął głowę zza czubka konstrukcji, a jego oczom ukazała się trójka kotów. Jeden z nich był niemal cały biały i jedynie uszy oraz zad miał niebieskie, drugi był rudo-srebrzysty i miał wywinięte w tył uszy. Trzeci natomiast… był cały czarny, o oliwkowych ślepiach. Bardzo znajomy.
— Hej, przepraszam! — mruknął Królicza Prawda, niezgrabnym krokiem ruszając w stronę Burzaków.
Wszyscy po kolei zjeżyli futra i spojrzeli ze zdziwieniem w stronę kremowego przybłędy. Ich pazury błysnęły groźnie — każdy z nich był gotowy do przepędzenia wojownika, gdyby okazał się zagrożeniem.
— Nie chcę sprawiać problemów, przysięgam… Pragnę jedynie porozmawiać z waszym liderem o pewnej sprawie — wyjaśnił, czując, że serce zaczyna mu bić coraz szybciej z nerwów.
Czarnofutry wysunął się naprzód patrolu, mierząc Królika podejrzliwym wzrokiem, jakby chciał go bezgłośnie spytać: “Co ty kombinujesz?”.
— Dlaczego chcesz porozmawiać z naszym liderem? — zapytał Poczciwy Szakłak.
Kremowy wziął kilka drżących oddechów, po czym odparł:
— U waszych sojuszników, to znaczy w Klanie Klifu, źle się ostatnio dzieje. Chciałbym mu o tym opowiedzieć i przy okazji poprosić o… przyjęcie mnie do klanu. — Jego głos był nieśmiały, tak że ani srebrzysta kotka, ani łaciaty kocur go nie usłyszeli. Bał się, że Szakłak i reszta patrolu wyśmieją go za to, że chciałby włączyć się w ich szeregi.
Czarnofutry jednak przełknął ślinę i zwrócił się do swoich pobratymców:
— Pójdziecie po Zawodzące Echo? Myślę, że będzie chciał się dowiedzieć, co ten Klifiak ma mu do przekazania…
Srebrzysta kotka zmrużyła oczy, jakby się nad czymś zastanawiała, lecz finalnie skinęła głową i wraz z biało-niebieskim wojownikiem ruszyła w stronę, jak się Królik domyślił, azylu.
Gdy wreszcie dwójka Burzaków znalazła się na tyle daleko, by nie było szans, aby usłyszeli rozmowę Królika i Szakłaka, pręgowany odezwał się:
— Dziwna sprawa, co nie? — Na jego pysku pojawił się nerwowy uśmiech. — Myślałem, że już do końca życia zostanę w Klanie Klifu, ale to, co się tam ostatnio dzieje, to jakaś tragedia! Mam nadzieję, że ten Zawodzące Echo mnie zrozumie i pozwoli mi u was zostać. Mogę ci już nawet teraz przysiąc, że zrobię wszystko, by się wam przydać! Będę polował dniami i nocami, uzupełniając stos! — próbował jakoś nawiązać rozmowę z wojownikiem. Cieszył się, że trafił w tym patrolu na kogoś, kogo znał.
Gdy Królik skończył mówić, zrozumiał, że Poczciwy Szakłak wpatrywał się w niego nieobecnym wzrokiem, zamiast go słuchać.
— No… cóż, nie musimy rozmawiać, jeśli nie chcesz. Możemy w ciszy poczekać, aż twoi pobratymcy wrócą, żaden problem — mruknął Królik, choć sam raczej wolałby porozmawiać z czarnofutrym, by zająć czymś głowę. — Swoją drogą… jak mają na imię? — zapytał jeszcze, lecz zielonooki milczał.
W końcu odchrząknął, na co wojownik zamrugał kilkakrotnie.
— Huh?
— Jak mają na imię?
— Kto?
— No… ci.
Poczciwy Szakłak jeszcze przez moment się wahał, jednak w końcu odpowiedział:
— Szara Skóra i Skrzydlata Płomykówka.
To by było na tyle z ich rozmowy, bo Królicza Prawda nie zamierzał zmuszać towarzysza do czegoś, do czego w tym momencie nie miał głowy. Ciekawe, co się stało, że wydawał się teraz taki nieobecny. Choć to nie tak, że już podczas ich wcześniejszych spotkań był jakoś nadzwyczaj pewny siebie i rozmowny.
* * *
Po jakimś czasie Skrzydlata Płomykówka i Szara Skóra pojawili się na horyzoncie na czele z Zawodzącym Echem. Królik niemal nie zadygotał z obawy przed tym, że dymny kocur mógłby go nie przyjąć. Oby okazał mu litość, a nie uznał go za szaleńca, który postradał zmysły… W końcu, dlaczego miałby wierzyć dziwnemu Klifiakowi, który twierdzi, że lider jego klanu to zakłamany manipulator?
Gdy zastępca zjawił się wystarczająco blisko, kremowy w geście szacunku nieznacznie pochylił przed nim głowę. Jego wibrysy zadrżały z nerwów, lecz mimo wszystko podniósł wzrok, próbując zaprezentować się pewniej przed Echem.
— A więc co takiego masz mi do przekazania, czego chciałbym wysłuchać? — zapytał czarnofutry, dominując Królika swoją tajemniczą aurą.
— Nie wiem, czy nie lepiej byłoby, gdybyśmy porozmawiali na osobności… To chyba nie jest sprawa, którą chciałbyś dzielić się ze swoimi pobratymcami — stwierdził kremowy, spoglądając na Burzaków stojących nieopodal.
— W takim razie pdejdźcie stąd na odległość kilku lisich ogonów, ale bądźcie w gotowości. Nie wiemy, jakie zamiary ma ten kot — rozkazał dymny.
Gdy Skrzydlata Płomykówka, Szara Skóra i Poczciwy Szakłak wykonali polecenie zastępcy, Królik zaczął mówić:
— Cóż… nie wiem, czy to dobre wieści, ale chodzi o to, że mam pewne podejrzenia co do nowego przywódcy w Klanie Klifu — mruknął, nie przerywając kontaktu wzrokowego z zastępcą. Bał się, że gdyby odwrócił spojrzenie, ten uznałby, że kłamie. — Może nawet nie tyle podejrzenia, co obawy. Jestem synem Pikującej Jaskółki, która miała objąć stanowisko lidera po śmierci Judaszowcowej Gwiazdy, lecz nie dostąpiła tego zaszczytu, bo… ktoś ją zamordował. Po tym nieszczęsnym wydarzeniu Mirtowe Lśnienie wepchnął się na mównicę i sam zdecydował, że zostanie przywódcą, jednocześnie pozbawiając Mysiego Postrachu roli zastępcy — tłumaczył. — Poza tym na swoją prawą łapę mianował jakąś kotkę, która dopiero kilka księżyców temu dołączyła do Klanu Klifu! Widać, jak głęboko Lśniąca Gwiazda ma w poważaniu decyzje mojej matki. Wiem, że on mnie nie cierpi, że nienawidzi mojej matki i całego jej rodu. Wydaje mi się, że śmierć Pikującej Jaskółki to coś głębszego niż zwykły przypadek. Nie mam na to wystarczających dowodów, ale wiem, że gdybym tylko odważył się wściubiać w to nosa, zostałbym wygnany. Albo i gorzej. Może i podzieliłbym los mojej świętej pamięci matki…
Zawodzące Echo przez chwilę milczał, jakby nie do końca wiedział, co uczynić z przedstawionymi mu informacjami. Może Królik powiedział za dużo? Może przedstawił to niewiarygodnie?
— I jaka w tym moja rola? — wydusił w końcu Echo.
— Ja… nie czuję się bezpiecznie w Klanie Klifu. Chciałbym zamieszkać w Klanie Burzy, by wreszcie móc spać spokojnie — miauknął niemal błagalnie. Zastępca nie wyglądał na przekonanego.
— Skąd mam wiedzieć, że tego wszystkiego nie wymyśliłeś? Każdy może chodzić po klanach i wciskać jakieś bajeczki, by wzbudzić współczucie — fuknął, spoglądając na przybysza chłodnym wzrokiem.
— Ja nie chcę waszego współczucia. Pragnę tylko bezpieczeństwa. W zamian przysięgam, że będę przykładał się do polowań dwa razy bardziej niż przeciętny kot. Będę wykonywał wszystkie powierzone mi obowiązki od wschodu słońca aż do jego zachodu. Proszę, Zawodzące Echo, ja naprawdę zrobię wszystko, by nie czuć tego palącego spojrzenia Lśniącej Gwiazdy na mojej skórze…
Mina niebieskookiego wciąż nie złagodniała.
— Najpierw będziesz musiał zostać uczniem, by przyswoić wszystkie nasze zwyczaje, a jest ich dużo. Jesteś pewien, że chcesz podjąć próbę wpasowania się w grono Burzaków? — zapytał, unosząc jedną brew.
— Zrobię wszystko — powtórzył. — Może… moim mentorem mógłby zostać Poczciwy Szakłak? Rozmawiałem z nim, gdy patrol po ciebie poszedł. Wydaje się całkiem… fajny — zaproponował, uśmiechając się delikatnie do zastępcy.
— Powiedz mi jeszcze, jak cię zwą.
Kremowego zatkało. Nie pomyślał o nowym imieniu, choć miał na to tyle czasu! Gdy jednak spostrzegł, że dymnemu kończy się cierpliwość, wyrzucił z siebie:
— Gasnąca Prawda! — Nie chciał się przedstawiać jako Królik z wiadomych przyczyn. “Gasnąca” przyszła mu na myśl od członu jego babki, jak i mentorki, która nieszczęśliwie umarła na jego oczach. Była mu tak bliska, tak bardzo ją szanował. Czuł, że powinien jakoś ją uhonorować.


