BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka i Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Miot w Owocowym Lesie!
(Brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 12 kwietnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

03 kwietnia 2026

Od Nocnej Łapy CD. Zwęglonej Łapy

Noc położył łapę na swoim pysku w zażenowaniu i nawet nie obejrzał się za kotką, która go wyminęła. Zamiast tego podniósł nieszczęsną piszczkę z ziemi i zaniósł ją w kierunku kamienia ze zdobyczą, gdzie zdjął z niej jak największą ilość trawy i odłożył z boku, aby nie zaraziła swoim problemem innych smakołyków. Zaraz potem zabrał się za mycie własnego futra. Wilgoć przyklejała się do niego jak irytujący rzep, sprawiając, że jego futerko nieprzyjemnie się kręciło i jednocześnie lepiło go jego ciała. Należało to, chociaż odrobinę poprawić!
Kiedy już skończył swoją obowiązkową rutynę czyszczenia się, udał się do swojego legowiska. Oczywiście nikogo tam nie było, wszyscy uczniowie kręcili się po obozie albo uczestniczyli w treningach poza nim. Dla Nocy to było już nie do osiągnięcia. Z jakiegoś powodu nikt nie chciał spędzać z nim czasu, co było nieco smutne. Noc wygrzebał ze swojego mchu wszystkie posiadane piórka i zaczął wyjmować te, które znajdowały się w jego sierści. Układał je z dokładnością i w wielkim milczeniu pilnując, aby się nie pobrudziły ani nie połamały. Odkrył też zapomniane przez siebie kwiaty, które aktualnie były już uschnięte i kruche. Niechętnie odłożył je na bok do wyniesienia z legowiska uczniów, kiedy skończy swoje zajęcie. Było mu niezwykle przykro z tego powodu, ale zdawał sobie sprawę, że aktualna pora roku była wyjątkowo brutalna dla kwiatów. Już nie mógł się doczekać wiosny i świeżego zapachu porannej rosy na trawie, kwitnienia drzew i krzewów oraz przesłodkiego śpiewu ptaków. Nie mógł się doczekać, aż obudzi go ciepłe słońce o nie całkiem chłodnym poranku. Nie mógł się doczekać cichych patroli, którym towarzyszyć będą dźwięki lasu, oddychającego nowym życiem. I kto wie… wraz z wiosną może przyjdzie i coś dla niego. Co prawda planował prosić o mianowanie całkiem niedługo, ale na wiosnę będzie już pięknym, dorosłym kocurem. No… może prawie dorosłym. Ale nadzieję na jakiś słodki romans lub coś bardziej stabilnego mógł mieć! Jako wojownik wszyscy patrzeć będą się na niego w zupełnie inny sposób jak … na wojownika. Noc nie wiedział jak określić to uczucie, którego tak wyczekiwał. Może… szacunek? Może właśnie tego mu brakowało w tym, jak inni się do niego odnosili? Może…
Noc odłożył ostatnie piórko ze swojej sierści do pięknie ułożonego rządka zerwanych z ptaków skarbów. Miał przed sobą wiele wyborów kolorów piórek: niebieskie, czerwone, szare w paski i bez, czarne zwykłe i czarne z połyskiem zielonego lub złotego oraz różne odcienie brązowego i jedno, jedyne białe. Przykładając wielką uwagę, aby nie układać tego samego koloru za blisko siebie, wybrał pięć piórek, które włożył blisko głowy. Dwa za uszami, trzy na szyi. Potem sięgnął po trzy następne, które ostrożnie wplótł w ogon. Resztę swoich drogich skarbów wcisnął starannie w mech, na którym co nocy spał.
I w ten sposób Noc wyszedł z legowiska uczniów w nieco lepszym humorze, poranna sytuacja całkowicie zapomniana w jego zadowoleniu.
– Nocna Łapo! – Tropiąca Łaska podeszła do niego, kiedy tylko wysunął się bardziej na widok.
– Tak? – kot przekrzywił głowę z ciekawością.
– Pójdź po trochę wody dla starszyzny! – rozkazała mu i kim byłby Noc, żeby odmówić! – Dodatkowo, przyszykuj się na patrol, wyruszamy wieczorem.
– Oczywiście! – Noc od razu pokiwał łebkiem.
Wyruszenie po wodę nie było bardzo wymagające. Nocna Łapa odnalazł trochę świeżego i w miarę suchego mchu i wyruszył nad rzekę, gdyż korzystanie z kałuż mogłoby się źle skończyć dla starych kości i płuc. Nie ma co dokładać medykom roboty, już i tak pewnie mają co robić z Chudą Łapą jako uczniem.
– Woda, woda… – zamruczał pod nosem. Napełnił mech świeżą wodą z rzeki i już miał ruszać z powrotem do obozu, ale coś innego przykuło jego uwagę. Niedaleko, przepiękny brązowy gołąb wylądował w trawie. Noc odłożył mokry mech i z chciwością przypadł do ziemi. Jego oczy wbiły się w ofiarę. Te przepiękne pióra będą zaraz jego!
I tak też było. Noc wrócił do obozu z nowymi piórami i mokrym mchem dla starszyzny. Niestety bez właściciela piór. Noc szybko odstawił mech w odpowiednie miejsce i schował swoje zdobycze z największą starannością, wplatając jedno za swoim uchem.
Zabrakło mu czasu na całkowitą, ponowną zmianę wszystkich swoich dodatków. Musiał stawić się na patrol.
Tropiąca Łaska już na niego czekała razem z innym kotem. Był to liliowy kot z urwanym uchem. Noc nie mógł się już doczekać, aż sam nabawi się jakiejś blizny! W końcu dwie kości w jego uchu to za mało! Chwalić się bliznami zdobytymi w walce to byłby dopiero zaszczyt!
– Witaj Sowi Zmierzchu. – Noc rozpoznał kota bardziej po zapachu niż wyglądzie. Kiedyś go spotkał, przelotnie, jak był młodszy. Jednak pamiętanie imion swoich towarzyszy było dla Nocy bardzo istotne, dlatego przykładał do tego uwagę.
– Witaj. – kot kiwnął mu głową, po czym wbił wzrok w obóz. – Zwęglona Łapo. – kiwnął także kotce, która do nich dołączyła. – Jesteśmy gotowi. Ruszamy.
Sierść Nocy nieco się zjeżyła na wspomnienie wcześniejszego spotkania z drugim uczniem, jednak szybko je wygładził. Musiał skupić się na patrolu.
Jednak patrole bywają niezbyt ciekawe. Idziesz i idziesz, węszysz i wszystko jest tak, jak było zawsze. Spokojne i wilczakowe. Nikt nie przekraczał granicy, nikt nie polował na ich terenach, nie było śladu po samotnikach, którzy chcieliby zapuścić się w ten piękny las. Tak więc cztery koty podążały przed siebie w ciszy, ich uszy nastawione i uważne.
Nocna łapa czasami doceniał chwile ciszy, jakie panowały wokół niego, ale preferował, kiedy mógł przymknąć oczy i wsłuchać się w dźwięki lasu, zamiast iść w nieskończoność po tych samych miejscach. Jego mentorka cichutko rozmawiała z Sowim Zmierzchem od jakiegoś czasu. Noc nie zwracał za bardzo uwagi, o czym dyskutują. Zamiast tego rozglądał się wokoło w poszukiwaniu czegoś ciekawego, na czym mógłby zawiesić wzrok na dłużej niż pół sekundy. I w końcu poddał się z szukaniem czegoś w głuszy lasu. Zdecydował się rzucić okiem na uczennicę idącą całkiem niedaleko niego.
Kotka miała ciekawe umaszczenie. Dymne szylkretowe. Coś, czego Noc zazwyczaj nie widział. Miała też wyjątkowo duże i ładne oczka. Żółte. Przypominały Nocnej Łapie ten przepiękny księżyc, który niekiedy przybierał kolor złota. Po chwili przyglądania się Noc wbił oczy we własne futro. W porównaniu do kotki obok niego było wyjątkowo nudne. Było krótsze, mniej zakręcające się i całkowicie czarne. Bez nawet odrobiny bieli, poza tym jednym piórkiem na jego uchem. Noc chciałby pochwalić jej futro, wypowiedzieć się, ale postanowił zamknąć pysk. Wystarczyło mu już porażek i potknięć tego dnia. Zamiast tego skupił się na wędrówce, jaka ich czekała.
Z patrolu wrócili, kiedy księżyc już dawno królował na niebie. Tropiąca Łaska ziewnęła otwarcie.
– Jutro popołudniowy trening, żebym ja cię nie widziała o wschodzie słońca na nogach! Nocna Łapo, proszę… wyśpij się chociaż raz. – kotka machnęła na niego ogonem, otwarcie go pouczając przy jego rówieśniczce i jej mentorze.
– Przecież się wysypiam! – Nocna Łapa spuścił po sobie uszy. Mówił… prawdę! Po prostu zazwyczaj drzemał w środku dnia, między treningami! – Obiecuję cię nie budzić! – miauknął.
– Akceptowalne… – Tropiąca Łaska machnęła na niego łapą i udała się do legowiska wojowników. Sowi Zmierzch powiedział coś do Zwęglonej Łapy i zaraz udał się za wojowniczką do snu. Uczennica kota także się ruszyła, ale zatrzymała się na sekundę. Noc bowiem zamiast gdzieś iść, usiadł gdzie stał i spojrzał w niebo.
– Nie idziesz spać? – spytała się, rzucając na niego okiem.
– Jeszcze nie… jeszcze chwila. – odpowiedział jej. Zamiast spać, w tym momencie chciał jeszcze chwilę podziwiać niebo, w ciszy nocy.
– No dobra… – kotka wzruszyła ramionami i zaraz zniknęła w legowisku.
Nocna Łapa przymknął oczy i pozwolił, aby dźwięki świata wokół otoczyły go jak milutki kocyk. Nie wiedział ile tak siedział i o czym myślał, ani nawet czy nie usnął na chwilę, ale chwilę to trwało, gdyż księżyc poruszył się spory kawałek po niebie. Noc w końcu wstał i wkradł się cichutko do legowiska uczniów. Zanim się jednak położył, spojrzał na śpiącą obok siostry Zwęgloną Łapę. Chwilę się wahał, po czym wyjął dwa czarne, błyszczące piórka ze swojej kolekcji i cichutko podszedł obok kotek, pozostawiając je przed nimi. Taki ot co miły prezent i przeprosiny za nieprzyjemne spotkania tego dnia. Skoro Noc nie miał odwagi lub odpowiednich słów, aby przeprosić ją prosto w pysk, mógł chociaż tak… Zaraz potem ułożył się do błogiego snu, mając nadzieję, że będzie mu się śnił przyjemny trening lub słodka ptasia melodia.

<Zwęglona Łapo? przyjmiesz prezent?>

[1339 słów]

Od Śpiewającego Raniuszka

 Gdy wróciła do obozu zastała chaos. Głosy wielu kotów już przymilkły, ale wciąż jeszcze było czuć wyraźnie przejęte echo i szemrania, a atmosferę można było wręcz ciąć pazurami. To natomiast, co najbardziej przykuło uwagę dymnej, była zestresowana figura Gadożerowej Łapy, która rzuciła jej się w oczy podczas szybkich oględzin. I już chciała podchodzić, gdy to zatrzymała ją rozmowa przeprowadzana obok, ku której skłoniła ucho.
- Myślisz, że to było specjalnie? 
- Nie ma mowy... popatrz na niego, wygląda, jakby zjadł stos kamieni. Tak by wyglądał świadomy morderca? Z resztą, to dzieciak. - huh? Morderca? Kto?
- Niektórzy ostatni delikwenci też nie wyglądali jak rasowi mordercy. Do tej pory mnie ciarki przechodzą, jak pomyślę, że dzieliłam się jedzeniem z tym lisim sercem... 
- Naah, wciąż tego nie widzę. Po prostu dostaliśmy ironiczny, nieszczęśliwy wypadek podczas masowych mordów. Zdaje się, że ta cała siła pawiej trójcy niewiele daje, co? - Raniuszek strzepnęła krótko uchem, odstępując od podsłuchiwania rozmowy, mając zamiar zamiast tego otwarcie do niej dołączyć i dopytać się, co zaszło, jednak nim zdążyła otworzyć pysk, została wezwana przez rudą łapę Śnieżycowej Chmury. Dziwne, że nie było obok niej Dziewanny. 
- Śpiewający Raniuszku! - szepnęła głośniej, przywołując ją do siebie. 
- O co zamieszanie? Kto umarł? - spytała zaraz, niezwłocznie przydreptując do starszej koleżanki. 
- Strzępotkowy Kokon został otruty, najpewniej przez Gadożerową Łapę... 
- Proszę?! - gwałtownie skierowała głowę w stronę zwiniętego, miernego ucznia, podczas, gdy Śnieżyca wyjaśniała bardziej detalicznie do czego doszło, albo przynajmniej do czego myślą, że doszło, bazując na wszystkich informacjach jakie posiadali. A posiadali mało. Na moment przestraszone spojrzenie jednego zdrowego oka skrzyżowało się ze spojrzeniem Śpiewki, ale od razu powędrowało w inną stronę, jakby poraził go ktoś prądem. Pod koniec wyjaśnień młodsza wojowniczka podziękowała za wyjaśnienia, niemal niezwłocznie drepcząc w stronę Gadożera, który chyba nie wiedział, czy spodziewać się dostania z liścia, czy jednak słów otuchy, patrząc na całkiem mylący wyraz na pysku Śpiewającego Raniuszka. 

⭠❇◦·♛∙◦❇→

- Królicza Gwiazdo, to pomówienia - siedziała w legowisku lidera, patrząc bardziej na zastępcę niż samego Królika, co do którego nie miała wielkich nadziei. Z zewnątrz była... poniekąd spokojna, natomiast w środku niej coś wrzało i nie była w stanie logicznie i na chłodno tego opanować, pozwalając, by gorąco raz po raz uderzało ją w pysk. - Po pierwsze, celowe zatrucie kogokolwiek to ostatnie, na co porwałby się Gadożerowa Łapa i założenie, że to w ogóle zrobił jest całkowicie pozbawione sensu. Spędzałam z nim o wiele więcej czasu niż reszta uczniów i mogę śmiało stwierdzić, że jest to najbardziej rozważny i oddany kot, jakiego klan mógłby sobie zażyczyć. Z resztą, czy na prawdę muszę mówić, czyich słów powinniśmy słuchać? Wierzycie Pierzastej Łapie? Na gwiezdnych, czy wszyscy tu pozapominali jak się zachowywał na zgromadzeniu? I nie, nie zmienił się, nadal zachowuje się jak roszczeniowy kociak któremu tylko przybyło w masie a nie w głowie, a Cyklonowe Oko jestem pewna, że potwierdzi moje słowa. Jeszcze jak byłam w legowisku uczniów, to postanowił sobie zająć moje legowisko jak ostatni prostak, zwyzywać mi brata i uwa- nie, Zawodzące Echo, nie przerywaj mi. Rozmawiałam z Gadożerową Łapą zanim tu przyszłam, jest w szoku i zaklinał, że dostał wróbla od Pierzastej Łapy. Nie wiem, czy ten mysi móżdżek znalazł padlinę i postanowił, że to będzie świetny żart by ktoś dostał bólu brzucha ale nie mieć przy tym żadnych konsekwencji, czy też, w co jestem bardziej skłonna uwierzyć, nic nie myślał, ale to naprawdę paskudny, niewychowany kot i każdy jest w stanie to zauważyć, w tym i wy. Słodka Dziewanna, jeśli nie byłaby teraz w żałobie i gdyby sprawa ogółem jej nie dotyczyła, pewnie też przyznałaby mi rację, podobnie jak Równonocna Łapa, oh, na gwiezdnych, CAŁY klan przyznałby mi w tej chwili rację. Czy w ogóle przycisnęliście go? Czy ktoś zbadał jakiś zapach? Czy ktokolwiek o to zadbał? - wyrzuciła z siebie wszystko na raz, czując, jak ulatuje z niej też część frustracji jaką w sobie trzymała. Rosnąca nienawiść w stronę Pierzastej Łapy tylko się pogłębiała, z każdym dniem, z każdą chwilą, z każdą sekundą świadomości, że istniał. Już wystarczyło, że jego ojciec uciekł z klanu wraz z matką. Widać, jak się zajmowali swoimi dziećmi i oto tego konsekwencje. Medyka też widocznie mieli lipnego i gdyby nie była tutaj z konkretną sprawą, to pewnie wypowiedziałaby na głos wszystkie swoje żale, że powinni pilnować kto jest na jakim stanowisku i nie pozwalać lichym jednostkom siać zamętu. 
Królicza Gwiazda podniosł łeb, wpatrując się w Śpiewkę z szeroko otwartymi oczyma. U jego boku, Zawodzące Echo westchnął i przejął inicjatywę.
- Cyklonowe Oko potwierdził, że Pierzasta Łapa nie oddalał się on niego dalej, niż potrzebne, aby zapolować. Piszczka została przyniesiona przez Gadożerową Łapę, a wzmianka o tym, że to Pierze mu ją podrzucił, pojawiła się dopiero wtedy, gdy ten pojawił się w legowisku. Chciałbym wierzyć Tobie oraz Gadożerowej Łapie, ale na podstawie czego? Nawet, gdybym chciał, nie mogę sądzić Pierzastej Łapy bez jasnych dowodów.
- Dowodów? Znajdę wam dowody, jak tylko stąd wyjdę - zadeklarowała z determinacją - A ,,oddalanie się konieczne tylko po to, by zapolować" nie wydaje wam się wystarczające? By zebrać coś z siebie wystarczy uderzenie serca. Gdzie to w ogóle było? Ah, nie ważne, sama spytam, zapomniałam zrobić tego wcześniej. To co próbuję powiedzieć, to to, że sama obserwacja może nie być wystarczająca a opóźnione mianowanie na ucznia widocznie nie jest dostateczną konsekwencją dla Pierzastej Łapy.
Echo zerknął na ojca i po chwili namysłu skinął głową.
- Dobrze - oznajmił. - Jeżeli  zdołasz udowodnić mi niewinność Gadożerowej Łapy, będę skłonny odwołać jego karę, a Pierzastą Łapę spotkają odpowiednie konsekwencje.
Zamilknął na moment, po czym spojrzał w oczy Śpiewki.
- Cenię sobie Twoją determinację. Klan Burzy potrzebuje kotów, które dążą do odkrycia prawdy... W ostatnich księżycach takich nam brakuje - skrzywił się nieznacznie na własne słowa, natomiast Śpiewka ukryła szybko wyraz zadowolenia na pysku, wynikający z połechtanego ega. Tak. Tym chciała być. 
- Oczywiście. Nie mam zamiaru patrzeć, jak jeden z najbardziej zaufanych kotów zostaje niesłusznie oskarżany. I dziękuję za wysłuchanie, jeśli tylko coś odkryję, a mam nadzieję, że odkryję, to od razu dam znać. - pożegnała się szybko, dreptając na zewnątrz legowiska. Jeszcze przed wyjściem na otwarty teren zatrzymała się na moment, obejmując wzrokiem rozproszone koty. Nie musieli wcale szukać konkretnych dowodów, jeśli Pierze sam się do wszystkiego przyzna, tylko do tego potrzebowaliby odrobinę podstępu, szczęścia i Gadożera. Wzięła głębszy oddech, a zauważając kremowe, gęste futro, szybko podjęła decyzję. 
- Cyklonowe Oko, pozwól na chwilę! - jeśli mieli zrobić coś i cokolwiek znaleźć, powinni zabrać się za to od razu. Nie było czasu na przechodzenie żałoby. 

Od Zwęglonej Łapy CD. Nocnej Łapy

Dymna spodziewała się wszystkiego, tylko nie przeprosin ze strony kocura, dlatego też zdziwiona zamrugała kilka razy, nim cokolwiek odpowiedziała na późniejszą propozycję rozmówcy. Większość Wilczaków kojarzyła jedynie z wyglądu lub przypadkiem usłyszanych rozmów, nie będąc tak otwarta, jak Kryształowa Łapa, była świadoma faktu, iż jej grono znajomych raczej nie będzie zbyt duże, a bliższych przyjaciół jeszcze mniejsze. Jednakże czy jej to przeszkadzało? Niekoniecznie, a przynajmniej nie doświadczyła chyba jeszcze żadnej sytuacji, w której byłoby to uciążliwe. Chcąc mieć już za sobą rozmowę z kocurem, udzieliła mu w końcu odpowiedzi, nie spodziewając się, że w jej głosie pojawi się słyszalna irytacja.
— Nie chcę ci zabierać zdobyczy…
— Och! Nie zabierasz! Ja jadłem rano! To … nowe, świeże. Proszę. Weź! — Kocur nieco uniósł wiewiórkę w zachęcającym geście, która jeszcze chwilę temu spoczywała na jego łapach, by nie podzielić losu piszczki wybranej przez szylkretkę na posiłek po treningu.
–– No… no dobra. — W końcu przystanęła na propozycję Wilczaka i delikatnie pochwyciła jeszcze ciepłą zdobycz, co potwierdziło słowa Nocnej Łapy, że zdobycz jest świeża, niedawno złapana. Skupiona, by nie dotknąć przez przypadek kocura, nie dostrzegła momentu, kiedy na jego pysku pojawił się szeroki uśmiech.
–– Smacznego! O! W ogóle. Masz ochotę, któregoś dnia poćwiczyć walkę? –– spytał, jakby nie będąc świadomym różnicy pod względem fizycznym między sobą a żółtooką. — Oczywiście możesz odmówić! Nie… nie obrażę się! — dodał po chwili, machając łapami w zawstydzeniu.
Nagła ekspresja ucznia nieco onieśmieliła Węgiel, która nie wiedząc zbytnio co zrobić czy też powiedzieć, stała w miejscu, uciekając wzrokiem w bok. Nie czuła potrzeby nawiązywania żadnych relacji z innym, uważając, że wystarcza jej wąskie grono, do którego należała Kryształowa Łapa, Brukselkowa Zadra i Sowi Zmierzch. Było to raptem trzy koty na krzyż, lecz jej więcej do szczęścia nie było potrzebne — nawet jeśli każdy z wymienionych twierdził co innego, to młódka pozostawała nieugięta w tej sprawie, jakby możliwość posiadania jakichkolwiek znajomych wśród rówieśników było czymś na wzór zbrodni, zdrady wobec niewielkiego grona kotów, z którymi rozmawiała codziennie. Pomimo zostania uczennicą, starała się zawsze znaleźć jakiś moment w ciągu dnia, by zamienić, choć parę słów z liliową kocicą, która uratowała ją i siostrę przed samotną śmiercią w lesie.
— Dzięki… Spytam Sowi Zmierzch, co sądzi o tej propozycji — odpowiedziała nieco niewyraźnie przez trzymaną wiewiórkę w pysku. Po tym nie czekając na odpowiedź kocura i dalszy ciąg tej niezręcznej dla niej rozmowy, ruszyła w stronę wcześniej upatrzonego miejsca, przez jakiś czas czując na sobie spojrzenie Nocnej Łapy, kiedy kocur odprowadzał ją wzrokiem. Kiedy to nieprzyjemne, wręcz palące uczucie minęło, odetchnęła z ulgą, układając się wygodnie na kawałku trawy, który cudem uniknął takiego zalania, jak pozostała część polany.

«★»

Reszta dnia, aż do wieczornego patrolu nieco się dłużyła Zwęglonej Łapie, jednak kotka nie narzekała, gdyż w tym czasie mogła na spokojnie zająć się innymi obowiązkami, takimi jak przyniesienie zwierzyny dla starszych, królowych w żłobku, przejrzenie, czy dawni wojownicy nie mają gdzieś kleszczy, wymiana mchu w ich posłaniach. Była to ogólnie mniej lubiana robota przez większość uczniów, jednak szylkretka nie narzekała, korzystając wręcz z takich momentów, gdzie mogła przysłużyć się klanowi w inny sposób niż walka i polowanie — nie żeby była kiepska w drugim z wymienionych, jednak czasem świadomość tego, że jej łapy niosą śmierć, nawet dla dobra klanu, była czymś ciężkim, przytłaczającym. Dlatego też starając się zbytnio o tym nie myśleć, skupiała swoje myśli na powtarzalnej pracy, jaką było przeglądanie mchu, wydzielanie zużytych partii i pozbywanie się ich. Nawet mysia żółć zdawała się nie być tak obrzydliwa w smaku, jak to inni opisywali lub okazywali poprzez grymasy na pyskach.
Może dla innych tego typu praca mogła być uważana w niektórych sytuacja za karę, jednakże dymna była wdzięczna za takie momenty, kiedy to czas płynął własnym rytmem, łapy pracowały same, a ona miała czas dla siebie. Dlatego też właśnie przeglądała sierść Bladego Lica, po części przysłuchując się rozmowom pozostałej części starszyzny, którzy co jakiś czas zawieszali spojrzenie na młódce — oprócz Trzcinniczkowej Dziupli ze względu na jego nabytą ślepotę w czasie wojny z Klanem Klifu, mająca miejsce księżyce temu. Zwęglona Łapa raczej nie rozmawiała zbyt z dużo ze starszymi, jednak bardzo dobrze mogła wyczuć napięcie pomiędzy niektórymi kotami, co na przykład miało miejsce pomiędzy dymnym arlekinem a białym kocurem, którego końce uszu zdobiły pędzelki.
Kiedy tylko terminatorka zakończyła pracę w legowisku piątki mieszkańców, udała się do stosu, z którego tym razem wzięła piszczkę dla Wrotyczowej Szramy, mającej na głowie aż trójkę kociąt, z czego jedno z nich nie było jej potomstwem, a Cienistej Zjawy z zapewne jakąś samotniczką. W jakby się zastanowić to chyba znaczna część młodych kotów klanie nie była do końca czystej wilczackiej krwi, chociaż gdyby było inaczej, to byłoby ciężko zachować brak kompletnego pokrewieństwa między większością członków, by później nie doszło do sparowanie się dwójki kotów z jednej rodziny. Pogrążona w myślach o mało, co nie wpadła na jedno z kociąt, a dokładniej rudego kocurka, będącego wnukiem samej liderki — dymna wolała nie myśleć, co by kocica jej zrobiła, gdyby dowiedziała się, że coś jej wnukowi się stało i to z racji nieuwagi jakiejś znajdy.
Starając się nie zamartwiać na zapas własnym losem, położyła piszczkę przed liliową wojowniczką, a następnie zajęła się przeglądaniem jednym z posłań, które były zrobione na zapas, gdyby do legowiska miały dołączyć jeszcze inne królowe w międzyczasie. Węgiel nie przepadała za innymi kotami, co było wiadomo nie od dziś, jednak do tego grona wliczały się także kocięta, do których po prostu nie miała łapy — nie nadawała się na jakąś dobrą ciotkę, co regularnie przychodzi zabawić się z malcami, umilić im czas i nieco odciążyć królowe, dlatego też bardziej wolała czas, który spędzała u starszyzny, gdyż ci nie narzekali na jej milczenie i sumienne wykonywanie obowiązków w ciszy. Jasne zdarzało się, że coś do niej mówili, opowiadali, jednak szylkretka głównie słuchała, potakiwała lub odpowiadała pojednyczymi słowami, bądż prostymi zdaniami. Nikt nie oczekiwał od niej wylewności, którą spotyka się u większości młodych kotów, za co była im wdzięczna.
W końcu czas od posiłku i niezręcznej sytuacji ze starszym kocurem minął, a słońce powoli chyliło się ku horyzontowi, będącego linią stworzoną w większości przez wierzchołki najwyższych drzew w lesie. Kotka właśnie zmierzała w stronę wyjścia z obozu, gdy kątem oka dostrzegła pewną sylwetkę, którą miała okazję dziś już poznać z bliska. Początkowo myślała, że jedynie jej się przewidziało, jednak kiedy z każdym krokiem czarny uczeń zbliżał się w tym samym kierunku, co ona, nie miała już żadnych wątpliwości — właśnie miała iść na patrol z terminatorem, który pytał o wspólny trening walki. Czyżby nawet Gwiezdni chcieli, by poznała kogoś zbliżonego do swojego wieku, niebędącego członkiem jej rodziny? Dopiero kiedy nerwowo przełknęła ślinę, zauważyła czekoladową wojowniczkę obok Sowiego Zmierzchu, która zapewne musiała być mentorką ucznia.

<Cóż za przypadek Nocna Łapo>
[1095 słów]

Od Nocnej Łapy CD. Zwęglonej Łapy

Noc skoczył i wylądował zaraz obok myszy, na którą polował. Ta zaczęła w panice uciekać od napastnika. Noc wykręcił się w jej kierunku i zamachnął łapą. Jego pazur zaczepił jej tył i wytrącił z równowagi. Czarny kot przypadł do niej.
– Nie trafiłeś. – Tropiąca Łaska spojrzała na niego z gałęzi drzewa nad nim.
– Poślizgnąłem się. – przyznał Nocna Łapa, odkładając swoją zdobycz w nieco mokrą trawę i podnosząc głowę, aby spojrzeć na mentorkę. – Przepraszam.
– Najważniejsze, że złapałeś tę mysz, ale polowanie to nadal twoja najsłabsza umiejętność, co? – Łaska przekrzywiła głowę.
– Może, ale się staram. – odparł Noc, uśmiechając się niewinnie. W końcu zdarzało mu się wylądować niewygodnie, ale zazwyczaj łapał, to na co polował. – Staram się, jak tylko mogę! Ale mogę poćwiczyć więcej, jeśli jest taka potrzeba.
– Ty nie ćwicz za dużo, bo się zamęczysz. Masz już wystarczająco mięśnia pod tym futrem. Jakbyś chciał, to pewnie mógłbyś mnie zanieść na plecach do obozu, co?
– Bez problemu! – oświadczył Noc, unosząc ogon. Jego mięśnie i siła były jego dumą. Długo na nie pracował i jeszcze dłużej pracować będzie, aby je zachować w dobrym stanie. Nie miał zamiaru się lenić, jeśli chodziło o jego wygląd.
Futerko miał zawsze zadbane, wąsy wyprostowane, ozdoby wsunięte wygodnie w miejsca, aby mu nie przeszkadzały. Starał się, jak tylko mógł, aby osiągnąć jak najwięcej. Aby jego przodkowie byli z niego dumni. Aby móc z łatwością walczyć przeciwko tym parszywym, marnym Klanie Gwiazdy! Na samą myśl mało się nie zjeżył!
– No dobrze… – Tropiąca Łaska mlasnęła, widząc jak wypina pierś dumnie. – Koniec z popisywaniem się. Wracamy do obozu!
– Mogę jeszcze się przejść, zanim wrócę? – Noc przeskoczył z łapy na łapę.
– Jesteś pewien? Jest mokro i zimno… – jego mentorka skrzywiła się na jego prośbę.
– Jestem pewien, tak – Noc kiwnął głową nieco nieśmiało. – Nie będę ćwiczył. Chciałem tylko przewietrzyć futro i głowę!
– No dobra. Jak znajdziesz coś jeszcze do upolowania, to przynieś! – oświadczyła Tropiąca Łaska, zeskakując na ziemię. – I wróć przed zachodem słońca. – pouczyła go jeszcze zanim zniknęła w cieniach lasu z upolowaną myszą.
– Wrócę. – Noc mruknął cichutko, już w kierunku nikogo.

Nocna Łapa ruszył powolnym krokiem po lesie. Zawędrował aż pod Cierniste Drzewo, a przynajmniej na brzeg lasu niedaleko. Tam przysiadł sobie na jednej z wyższych gałęzi jakiegoś drzewa. Wbił wzrok w horyzont, podziwiając przez chwilę błękit nieba przebijający się przez masę chmur, a potem skupił wzrok na domach dwunożnych, które wspinały się w kierunku coraz bardziej deszczowego nieba. Noc zastrzygł uszami. Ciekawiło go, co tam było, tam pośród tych dziwnych bloków, których było tak wiele. Nocna Łapa nigdy osobiście nie widział żadnego dwunożnego, co najwyżej to, co często po sobie pozostawiali. Śmieci, tkaniny i ten dziwny zapach. Ale żeby spotkać samego dwunożnego? Nocy, nigdy się nie zdarzyło. Tropiąca Łaska opowiadała mu, że dwunożni są niebezpieczni, żeby trzymać się od nich z daleka i Noc jej ufał, przynajmniej na tyle, aby stłumić swoją ciekawość do zera.
Wracając do obozu, przyczaił się na niedużą wiewiórkę, która szybko padła jego ofiarą. Na drzewach polowało mu się zaskakująco prościej niż na ziemi! Musi się tym pochwalić swojej mentorce któregoś dnia!
Wesoło wkroczył do obozu, z łebkiem uniesionym wysoko, od razu kierując się do kamieni ze zwierzyną. Niefortunnie wlazł komuś pod łapy. Jego sierść od razu się najeżyła ze wstydu. Powinien nieco bardziej spoglądać gdzie idzie, zamiast rozmyślać nad wszystkim i niczym. Gdyby mógł, pewnie nawet by się zarumienił! Ale jego ciemne futro pięknie chowało wszelkie takie uczucia przez czujnymi oczyma innych kotów.
– Przepraszam cię bardzo! – miauknął po odłożeniu wiewiórki na swoje łapy. – Nie patrzyłem, gdzie idę, moja wina… – Noc przyznał. Kotka przed nim odetchnęła tylko ciężko. Zapadła chwila ciszy. – Wiewiórkę?
Noc zaproponował Zwęglonej Łapie, która przed nim stała. Z racji, że jej zdobycz aktualnie leżała pod ich łapami, cała upaprana w trawie, która kleiła się do wszystkiego po ostatnich deszczach.
– Nie chcę ci zabierać zdobyczy… – oparła kotka z wyraźnym poirytowaniem w głosie.
– Oh! Nie zabierasz! Ja jadłem rano! To … nowe, świeże. Proszę. Weź! – Noc uniósł wiewiórkę na swojej łapie, pilnując, aby nie stoczyła się w trawę i nie skończyła jak poprzednia zdobycz kotki.
– No… no dobra. – kotka wzięła od niego jeszcze delikatnie ciepłą zdobycz, a Noc uśmiechnął się szeroko.
– Smacznego! O! W ogóle. Masz ochotę, któregoś dnia poćwiczyć walkę? – I oczywiście Noc musiał też wykorzystać okazję do znalezienia sobie partnera do treningu. To czasami naprawdę dla niego trudne. Kotka była od niego wiele młodsza i mniejsza, a jednak Noc z chęcią by się z nią zmierzył, nawet jeśli miałby dawać jej delikatne fory! Nocna Łapa wbił swoje oczka w rówieśniczkę. – Oczywiście możesz odmówić! Nie… nie obrażę się! – dodał po chwili machając łapami w zawstydzeniu. Ech… jak zwykle robi z siebie barana.

<Zwęglona Łapo?>
[764 słów]

Nowy członek Pustki!




Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Otrucie

Odszedł do Pustki!

Od Pierzastej Łapy CD. Kobczyka

Usłyszał z tyłu wołanie.
— Ach! Muszę już iść. To… może do zobaczenia, a może nie! — rzucił do niej, po czym chwycił ptaka. Obrócił się jeszcze, oglądając przez ramię, jakby chciał zapamiętać urodę kotki i się wycofał do swojego mentora.
Co to było za… dziwne spotkanie. Kocica nie przedstawiła się, z resztą on również. Mimo to zdołał już wymyślić jej ksywę: Krecik. A czemu? Bo tak wyglądała! Brzoza opowiadała mu o tych zwierzętach, które kopią tunele, ale mają o wiele gorszy wzrok od królików. Nie miał jeszcze okazji, aby je zobaczyć na żywo… może jedynie martwe z robalami w środku. Fu!
— Pierzasta Łapo! — zawołał po raz drugi Cyklonowe Oko.
Pierzasta Łapa obejrzał się jeszcze raz, ale kotki już nie było. Westchnął ciężko.
— Co się stało? — usłyszał czyjś głos obok. Wypuścił wróbla z zaskoczenia i spojrzał na Gadożerową Łapę krzywo.
— Nic! — odparł zdenerwowany. — Nie wtrącaj się… — wymamrotał, ale wtedy spojrzał i na wróbla, i na ucznia z rzymskim nosem. Na jego pysku uformował się tajemniczy uśmiech.
— Heeeej~ — zaczął od nowa, używając swojego osobistego uroku, wybijając przy tym Gadożera z rytmu. Młodszy zmarszczył brwi, ale milczał. Pierzasta Łapa to wykorzystał. — Gadożerku, może chciałbyś to zanieść na stos? — miauknął, podsuwając mu pod łapy ptaka. Po czym schylił się, mrucząc mu do ucha:
— A podobno Baziowa Łapa baaardzo za nimi przepada! Słyszałeś~?
— Co…!?
Starszy mrugnął białemu i pędem ruszył do swojego mentora. Gadożerowa Łapa widocznie onieśmielony przez kolegę niepewnie zdecydował się wziąć wróbla. Tak na wszelki wypadek. A na nieszczęście Gadożera, Pierzastej Łapie nie umknęło to na uwadze. Widać, że brat Lodówki jest zakochany po uszy w tej… dziwnej kotce. Na jej widok Pierzastej Łapie zbierało się na wymioty. Miał tylko nadzieję, że ten dziwoląg nie będzie mu stawał na drodze.
Rudy burmski kocurek stanął przed Cyklonowym Okiem, który z trudem mógł za nim nadążyć.
— No ja ci mówiłem, abyś je obciął… — wymamrotał Pierzasta Łapa i pociągnął nosem. Powietrze było takie zimne!
Cyklon nie odpowiedział. Zmierzył go wzrokiem od stóp do głów. Kocurek uśmiechnął się głupio i usiadł.
— No co tam, Cyklonowe Oko…
— Jestem twoim mentorem. Nie odzywaj się do mnie jak do kolegi, Pierzasta Łapo — odpowiedział mu chłodno.
Ucznia przytkało. Nie wiedział jak mu odpowiedzieć, więc najlepiej było milczeć.
Cyklon odchrząknął I odwrócił się do niego plecami niczym stary mędrca, brakowało mu tylko patyka lub łap za plecami.
— Dzisiaj zaczniemy biegi długodystansowe — zaczął, idąc powoli na przód. — Baziowa Łapa będzie nam towarzyszyć. Chodź, Pierzasta Łapo — polecił mu mentor i nonszalancko machnął swoim wodospadem usznym niczym biczem.
Kocur poczuł ukłucie w klatce piersiowej. Stał jak wryty, ale ujrzawszy oddalającego mentora, ocknął się i za nim ruszył.
Spojrzał przez ramię na Gadożerową Łapę, który kierował się z innym Burzakiem do obozu. Gdzieś mu w myślach przemknęło, że ten wróbel skończy się fatalnym pomysłem.
I szkoda, że Śpiewająca Pokraka go nie skosztuje; Cyklonowe Oko powiedział mu, że ta ruszyła w tereny Klanu Burzy na patrol i na długo nie wróci do obozu, co ucieszyło go bardzo z ranka.

***

— Szybciej! Szybciej! — piszczała Lodówkowa Łapa obserwująca młodych “rajdowców”.
Pierzasta Łapa wyciągał łapy daleko, odbijając się od ziemi raz za razem. Ścierał się z Baziową Łapą, która nie dawała mu fory. Kocur wydawał z siebie westchnienia i warknięcia, próbując wyjść na przód. Długa grzywka ograniczała mu wzrok.
Ich zadaniem było wykonać pięć, dużych okrążeń na wzgórzu koło obozu. Z początku nie wydawało mu się to trudne; przecież po coś trenował więcej niż Bąbel w całym swoim życiu uczniowskim. Jednakże na czwartym okrążeniu zaczęły mu się plątać nogi na długiej, śliskiej trawie. Z trudem utrzymał się na łapach i zwolnił. Na widok Baziowej Łapy kończącej trzecie okrążenie, Pierzasta Łapa zaczął pędzić jak wściekły, byleby zwyciężyć i pokazać temu dziwolągowi, gdzie jego miejsce.
Na drugim świecie, przemknęło mu przez myśl, ale się opamiętał. Czemu tak bardzo za nią nie przepadał, w sumie? Przecież żadnej szkody mu nie wyrządziła, ale Pierze już się nad tym nie zastanawiał. Jego celem było wygrać, nieważne jak.
Przyspieszył tempa, zaczynając tym samym ostatnie kółko. Musiał je jeszcze ukończyć, aby wygrać. Baziowa Łapa stąpała mu odważnie po piętach, ale akurat na czwartym okrążeniu zaczęła zwalniać, aż w końcu… upadła? Zdziwiony spojrzał na nią przez ramię, ale potem stwierdził, że to na dobre wychodzi. Nie miałaby i tak z nim szans!
Skończył bieg i z ulgą upadł na miękką trawę, dysząc jak wściekły lis. Z uśmiechem laureata wpatrywał się w zachmurzone niebo, z którego zaczęły spadać krystaliczne krople wody.
— Zwyciężyłeś! — krzyknęła dobrze znana mu kotka. Kilkoma susami znalazła się nad nim z niewinnym uśmiechem.
Pierzasta Łapa wstał i posłał jej łagodne, ciepłe spojrzenie, dumnie wypinając pierś:
— Oczywiście, że zwyciężyłem, Lodówko! — wymruczał. — Nikt się ze mną nie równa! — dodał, kątem oka patrząc jak zawstydzona Baziowa Łapa odchodzi w stronę obozu mozolnie. Czyżby zwichnęła łapę? Nie, przecież nie wyglądała na jakoś bardzo wykrzywioną.
— Czy… czy coś się jej stało? — zapytała młodsza, siadając przy nim.
Starszy wzruszył ramionami, odprowadzając swoją rywalkę szmaragdowymi oczętami.
— Nieee, coś ty — machnął łapą, uśmiechając się. — Przecież Baziowa Łapa jest gorszą niezdarą od mojego Bąbla! — zażartował, chichocząc. Mógł usłyszeć jak niepewnie I cicho towarzyszył jego chichotom śmiech koleżanki.
Podszedł do nich Cyklonowe Oko, a wtedy Lodówkowa Łapa odskoczyła od swojego przyjaciela, niby poparzona.
— Wygrałeś, Pierzasta Łapo — powiedział I zwrócił się do Lodówkowej Łapy. — A ty, czy ty nie powinnaś mieć teraz własnych zajęć z mentorką?
Lodówkowa Łapa nerwowo zachichotała i wycofała się, aż w końcu uciekła. Rudy patrzył jak wybranka jego serca się oddala ze smutkiem. Westchnął I spojrzał na Cyklona.
— Wracamy?
— Wracamy. Zobacz, jak kropi. Tylko nie biegaj! — ostrzegł młodzieńca. — Jeszcze zwichniesz łapę!
— Dobra, dobra… ty lepiej martw się o swoje kremowe wodospady!
A to zamknęło Cyklonowe Oko na dobre kilka minut.
Wrócili do obozu w ciszy. Futro Pierzastej Łapy nie chciało przyjąć kropel wody, przez co na kocurze powstała zabawna rosa. Miał tylko nadzieję, że dzisiejszego dnia nie zaskoczy go żadna egzekucja, trzy truchła w obozie i ledwo trzymającego się na łapach wujka. A co do niego, to Pierzasta Łapa zaczął się zastanawiać czy na pewno dobrze wybrał, idąc ścieżką wojownika. Ale zaraz, przecież on nawet nie miał wyboru! Tak czy siak Królicza Gwiazda by go nie wybrał na medyka. A szkoooda! Mógłby wujowi pomóc i wujek by nie był taki sam jak piąty palec u przedniej łapy! I Pierze nie byłby samotny! A Śpiewającą Pokrakę trzymałby wtedy na krótkiej smyczy! I wszyscy żyliby długo, i szczęśliwie…
Gdy dotarł, zastało go niezbyt ciekawe zjawisko. Na polanie cuchnęło od kocich wymiocin zmieszanych z krwią i innymi substancjami. Ślady ciągnęły się do legowiska medyka, gdzie było niezłe zbiorowisko. Cyklonowe Oko zesztywniał na ten widok, a Pierzasta Łapa stanął w osłupieniu. Na widok tego przed jego oczyma pojawiła się Krecik ze swoim uśmiechem, podsuwając mu pod łapy wróbla…
“Jesteś głodny?”
Nie, do jasnej ciasnej, nie jestem już ani trochę głodny, powiedział do siebie w duchu, czując jak jego ciało zaczyna się przegrzewać.
— Na Klan Gwiazdy… — wymamrotał I skrzywił się na smród. Przeskoczył kilkoma susami bezpieczną stronę polany, aby następnie przedostać się do legowiska medyka. Przepchnął się przez mniejsze kotki i wsunął głowę do środka, próbując zobaczyć, co się dzieje. Słyszał Wełnistą Mszycę, Wdzięczną Firletkę, Oskrzydlonego Ognika, Zawodzące Echo i… Gadożerową Łapę.
— Zapytam jeszcze raz… jak znalazłeś tego wróbla? — zapytał stanowczo zastępca.
— No mówiłem przecież, że to nie ja go złapałem! — miauczał młodszy z łzami w oczach. Trząsł się. — Pierzasta Łapa mi to dał! Pierzasta Łapa! — krzyknął mu i wskazał na rudo-białą głowę, która z wytrzeszczonymi oczami wpatrywała się w trupa czekoladowego zajęczego kocura. Nie udało im się go ocalić.
Wtedy Zawodzące Echo na niego spojrzał. A Pierzasta Łapa już wiedział, że miał przechlapane. Głośno przełknął ślinę I wszedł niepewnie do lecznicy, zniżając głowę w szacunku.
— Dzień dobry, Zawodzące Echo~!
Posiadacz tego imienia zmarszczył brwi, nie odwzajemniając melodyjnego tonu głosu Pierza.
— Pierzasta Łapo, czy to prawda?
Kocur rozejrzał się nerwowo po ważnych kotach w hierarchii Klanu Burzy, po czym westchnął i usiadł. Z tyłu czuł na sobie oceniający i zawiedziony wzrok pobratymców.
— Zastępco Klanu Burzy... — zaczął, kątem oka spoglądając na roztrzęsionego Gadożera. — ... Czy naprawdę można wierzyć Gadożerowej Łapie? — miauknął. — Nie wiem, co on wprawdzie wygadywał, Zawodzące Echo. Dobrze wiesz przecież, że mnie już naprostowano i nigdy bym nie odważył się na coś takiego. A Gadożerowa Łapa, cóż... — cmoknął — Niewiadomo, z kim ten biały szkodnik się spoufalał. I czy sobie czegoś nie ubzdurał. W końcu ja byłbym dobrym materiałem na kozła ofiarnego, bo przecież jako kociak trochę poodwalałem... ale już jestem lepszy. Naprawdę, Zawodzące Echo.
Historyjka nie zabardzo zdawała się go przekonać. Spojrzał najpierw na Pierze, później na Gadożera.
— Gdzie znalazłeś tego wróbla, Pierzasta Łapo?
— Nic nie wspomniałem o wróblu przed chwilą. Powinieneś zapytać o to Gadożerową Łapę — poinstruował ze spokojem. — Pewnie chce mnie wkopać, bo jestem łatwym celem... tsk.
— Wkopać? — Uniósł Echo brew. — Nikt nie mówił nic o żadnych konsekwencjach. Chciałbym tylko wiedzieć, skąd wzięła się ta zwierzyna.
Pierzasta Łapa zmarszczył brwi, zdziwiony.
— Właśnie ktoś zamordował Strzępotkowy Kokon, a ty jeszcze mówisz, że nikt nie mówił o żadnych konsekwencjach? — uniósł się. — Powinieneś spytać Gadożerową Łapę, Zawodzące Echo. Wróciłem niedawno z treningu, długodystansowego biegu. Świadkowie, czyli Baziowa Łapa, jej nauczycielka, Lodówkowa Łapa oraz mój mentor mogą potwierdzić, że nie tknąłem tego wróbla, o którym mówicie ani go nie widziałem. Czemu to ja ciągle muszę być wytykany łapami... — westchnął ciężko, jakby to całe dochodzenie Echa nie miało sensu. Skoro to Gadożer przyniósł zwierzynę, Gadożer winien śmierci Strzępotkowego Kokonu. Czemu aż tak bardzo zastępca Klanu Burzy drążył ten temat z kotem, który nie mógł się do tego przyczynić zamiast z najbardziej podejrzanym?
— Czy Cyklonowe Oko zgodzi się z tobą? Nie oddalałeś się od niego podczas treningu?
— Oddaliłem się tylko wtedy, gdy rzucałem się za zwierzyną, ale jej nie złapałem, bo Cyklonowe Oko jak zwykle musiał ją spłoszyć swoimi nawoływaniami. Poza tym Cyklonowe Oko był tuż obok mnie. W końcu muszę stać się porządnym, godnym miana wojownika kotem, czyż nie? Przecież powiedziałem, że chcę być lepszy. Ciągle trenuję i poluję!
Echo przez parę chwil wpatrywał się w ciszy w Pierze. Gdy uczeń nic już nie dodał, westchnął i przymknął na moment oczy.
— Proszę wszystkich o opuszczenie legowiska — zadecydował zastępca w końcu, spoglądając po zebranych wojownikach i uczniach. — Pierzasta Łapo, mam nadzieję, że mówisz prawdę... Gadożerowa Łapo, ty pójdziesz ze mną.
Pierzasta Łapa cofnął się, po czym odwrócił do wyjścia i przepchnął przez tłum, który zaczął się zmniejszać z każdą sekundą. Czuł na sobie te spojrzenia nieufności, wątpliwości… ale przecież słowo zastępcy-przywódcy było niepodważalne, czyż nie?
Westchnął ciężko. Czuł, jakby w każdej chwili mógł się zapaść pod ziemię. Dziwił się, że zachował taki… spokój. Jeśli można było to nazwać spokojem, a nie strategią. Łapy mu drżały, a on pospiesznie wrócił do legowiska uczniów, aby uciec przed deszczem. Zapach legowiska Śpiewającej Łapy wciąż był bardzo intensywny, a Pierzasta Łapa właśnie o to zadbał. Wszystkie kwiaty, które znalazł na łące, postanowił wpleść w swoje posłanie, aby się wyróżniać. Nawet Śpiewka mogłaby mu pozazdrościć.
Skulił się w kulkę bezpieczeństwa i z nerwów zaczął gryźć swój ogon, nie wiedząc jak uspokoić swoje serce. Bum, bum, bum. Ten narząd ciągle nadawał, a Pierzasta Łapa naprawdę nienawidził, jak coś pulsowało. Co on zrobił?
Zabił kota. Zabił kota. Zabił kota. Zabił kota. Zabił kota, zabił, zabił, zabił…!
— Hej, stary? — usłyszał głos braciszka obok.
Aminkowa Łapa szturchnął Pierza, który pociągnął nosem.
— Ej, stary! Na co się dąsasz? — powtórzył i mocniej szturchnął brata. Pierzasta Łapa syknął cicho obelgi, które Aminek puścił mimo uszu. Kremowy kocurek uśmiechnął się jakby zaraz miał coś palnąć bez sensu.
— No nie gadaj, że Śpiewka ci odmówiła randewu…
Pierzasta Łapa poderwał się z legowiska i o mało, co nie zdzielił Aminka.
— CO!? TY IDIOTO! GOŃ SIĘ! IDŹ LATAJ ZA TĄ PASKUDĄ BAZIOWĄ ŁAPĄ, A NIE, TY PASKUDNA DUPO BORSUKA, GADASZ TAKIE PIERDOŁY!
— Ej, ej, spokojnie może, co? Pienisz się bez powodu — mówił nieco zdziwiony Aminek i się skrzywił. — Ale przynajmniej… — zaczął i uśmiechnął się łagodnie — … Dobrze widzieć, że jesteś w formie. Czekaj… słyszysz to?
— Co mam słyszeć? — mruknął rudy.
— Ten syn Króliczego Bobka wzywa wszystkie koty! Ciekawe, na kim zostanie tym razem egzekucja…
— … I oby nasz tata nie zabił tego cwaniaczka na miejscu… — dokończył Pierzasta Łapa i oboje się skrzywili. Widzieli jak tatuś wrócił przesiąknięty krwią i wzrokiem szaleńca do obozu po egzekucji. Pierzastą Łapę ten obraz będzie nawiedzał; zwłaszcza, że jest jego ewidentną kopią, gdyby nie rozmieszczenie bieli i inny kolor oczu. Czy gdyby nie otruł Strzępotka, tylko go… zabił… czy tak samo by wyglądał? Czy miałby taki sam wzrok jak jego tatuś, Kminkowy Szum? I co na to ten rudy wojownik? Czy on też… też zgłosiłby się na egzekutora, ale tym razem robiąc to na własnym pierworodnym synu?
— No dobra, chodź, Paskudku! Zobaczmy, kto będzie miał bęcki.
— Aha… już idę… — wymamrotał niewyraźnie szmaragdowooki i ruszył za kremowym uczniem.
Usiedli gdzieś z tyłu, ponieważ inni zajęli już miejsca z przodu. Pierzastej Łapie to pasowało; tym razem nie chciał być ani trochę widoczny. Najlepiej, gdyby zapadł się pod ziemię.
— Dzisiaj do obozu została przyniesiona zatruta zwierzyna — rozpoczął Zawodzące Echo, spoglądając z góry na Burzaków. — Niestety, jeden z naszych wojowników, Strzępotkowy Kokon, padł jej ofiarą. Nie udało się go uratować.
Zamilkł na moment.
— Chciałbym wierzyć — kontynuował — że to jedynie przypadek. Jednak nie mogę podejmować żadnego ryzyka. Gadożerowa Łapo — zwrócił się do ucznia. — Zawieszam twój trening na najbliższe księżyce. Twoim zadaniem będzie dbanie o porządek w obozie oraz pomoc medykom, abyś na własnej skórze mógł poczuć to, z czym przez twoją nieuwagę musieli się dzisiaj zmierzać.
Spojrzenie zastępcy przeleciało przez tłum, aż nie zatrzymało się na Pierzu.
— Pierzasta Łapo. Być może sam się domyślasz, ale moje zaufanie wobec ciebie zostało zachwiane; członkowie Klanu Burzy będą mieli na Ciebie oko. Masz kategoryczny zakaz oddalania się od mentora lub patrolu, do którego zostałeś przydzielony — miauknął, po czym zwrócił się do ogółu klanu. — Nikt z nas nie chce, aby taka sytuacja się powtórzyła. Proszę mentorów o pilnowanie swoich podopiecznych oraz sprawdzanie upolowanej przez nich zwierzyny.
Gdy parę kotów skinęła głowami, usatysfakcjonowany przymknął oczy.
— Dzisiejszego wieczoru odbędzie się czuwanie; Gadożerowa Łapa pomoże przygotować do niego ciało Strzępotkowego Kokonu.


< … Kreciku, coś ty narobiła…!?>

[Bieg długodystansowy]

Od Kobczyka do Pierzastej Łapy

Wiatr uniósł futro samotniczki, tak, jakby ktoś zamiótł ogonem tuż nad jej karkiem, rujnując jej nawet zadbane kłosy. Nie zwracała na to większej uwagi, nie odczuwała potrzeby strojenia się, nawet dla siebie. Korony drzew szeleściły spokojnie na chłodnym wietrze, który zmiatał masę wysuszonych, kruchych liści. Robaki kręciły się w kółko nad ostatnimi już kwiatami, próbując nazbierać, jak najwięcej pożywienia się dało. Chłody zbliżały się coraz bardziej, dało się to odczuć każdego wieczora, kiedy słońce zachodziło za horyzontem. Nawet jeśli rzucało słabo grzejące promienie, robiło jednak różnicę. Do nosa kocicy dotarł intensywny, leśny i podmokły zapach, do którego zdążyła przywyknąć. Brodziła przez wilgotne błoto, brudząc sobie łapy. Na samą myśl skrzywiła się, jednak nie zamierzała się zatrzymywać. Drzewa w tym lesie pokryte były licznymi igłami. Gdyby spróbowała się na nie wspiąć, tak, jak opowiadał jej tata, Wilczy Skowyt, najprawdopodobniej nabawiłaby się więcej drzazg i bólu, niż było to warte. Nie potrafiła sobie także wyobrazić, jak koty mogły wchodzić na tak ogromne rośliny bez większych kłopotów. Czy nie czuły bólu związanego z wchodzeniem po uzbrojonej w kolce korze? Pokręciła głową. Nie wyszła z azylu po to, żeby się zastanawiać nad drzewami. Wyszła po to, żeby znaleźć kocimiętkę, o której ostatnio opowiadał jej Wernyhora. Może przy okazji udałoby jej się znaleźć kolejne ślepie, które by zdołała przechować w innym miejscu? Mogłaby wykopać w ziemi dół, do którego nazbierałaby się woda deszczowa, ostatnio sporo padało. Ciekawe, czy gdyby wrzuciła oko do tego roztworu, to czy byłoby na dłużej? Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, najprawdopodobniej dowie się tego już niedługo.
Słońce wspinało się po niebie, grzejąc bladymi promieniami grzbiet koteczki. Brązowooka poczuła lekkie ukłucie żalu. Gdyby Wąsatka z nimi została, prawdopodobnie szłyby teraz razem, tuż obok siebie. Biało-czarna trajkotałaby w najlepsze, a Kobczyk odpowiadała jej równie mądrymi słówkami. Ciekawiłyby się każdą rzeczą dookoła, zastanawiając nad najmniej istotnymi dla innych, ale dla nich niezwykle ważnymi rzeczami. Bardzo tęskniła za siostrzyczką i nie mogła się już doczekać, aż wreszcie wróci. Chciała już przetestować każdy swój pomysł i przekonać się, czy działał. Nic nie sprawiłoby jej takiej radości jak naprawienie jej uciekającego oka i równowagi. Żyłoby jej się tak dużo lepiej!
Wędrując tak lasem, co jakiś czas dostrzegała, jak ptaki szybują wysoko nad jej głową. Przeskakiwały zwinnie z gałęzi na gałąź, niczym uskrzydlone wiewiórki, które wykorzystywały wielki rudy ogon do akrobacji. Może Wąsatce można byłoby taki przymocować? Ciekawe czy nie przewracałaby się tak często? Może… może…
Dotarła nad granicę z Klanem Burzy. Ostre oznaczenia zapachowe dotarły do jej nozdrzy. Zawęszyła ze zdziwieniem. Dwa zapachy kolidowały ze sobą intensywnie, tworząc nieprzyjemną mieszaninę.
Nieopodal dostrzegła rudo-białego kocura, który wędrował zupełnie sam. Po jakimś czasie i on ją dostrzegł. Czekoladowa przysiadła tuż przy granicy, chociaż wyszło tak zupełnie przypadkiem. Nie przykładała takim rzeczom większej wagi, nie było to dla niej istotne. Kot, jakiego wypatrzyła, wyglądał na młodego. Nie mógł zrobić jej krzywdy, tak myślała.
Spojrzała na bezwładnie leżącego wróbelka u jej łap. Wepchnęła w niego kwiaty, jakie znalazła ostatnio. Umieściła ich wystarczająco, żeby nie mieć nadmiaru w kolekcji, ale też tak, by nie różnił się jakoś niezwykle od przeciętnego ptaszka.
Zerknęła na kocura siedzącego teraz przed nią, uśmiechającego się miło.
— Witaj! Zgubiłeś się? A może szukasz czegoś? — zapytała, po paru uderzeniach serca spoglądając na swoją zwierzynę. — Może zgłodniałeś i chciałbyś coś przekąsić? — zaproponowała, poruszając spokojnie ogonem.
Pierzasta Łapa spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem, ale i nieufnością, jakby zachowała się jak jakaś pieszczoszka dwunożnych. Oczywiście samotniczce nie umknęło to spojrzenie. Obserwowała każdy najmniejszy ruch nieznajomego. Była gotowa bronić się, a jeśli nie dałaby rady, to uciekać ile sił w łapach. Poruszyła spokojnie uchem.
— Naprawdę chcesz mi dać to zupełnie za darmo? Nie sądziłem, że Wilczacy są tacy hojni. Nie będziesz mieć z tego powodu kłopotów?~ — zapytał dość nietypowym tonem. Schylił się odrobinę, lustrując pióra wzrokiem, jakby doszukiwał się na nich swego rodzaju skazy. Naturalne było, że jej nie ufał. Chociaż szkoda, że nie był taki głupi. Kobczyk przysunęła łapą upolowanego ptaka bliżej obcego, malując na swojej mordce delikatne rozpromienienie.
— Całkowicie za darmo. Nie musisz mi się odwdzięczać. Pomyślałam, że będę dzisiaj miła — odpowiedziała pewnie, wymyślając to na poczekaniu. Chciała się dowiedzieć, jaki efekt mogły mieć rośliny. Czy kocur by się zorientował, co skrywał brzuch ptaka, gdyby się wgryzł w jego mięso? Może był naiwny? Może zaniósłby to tym swoim kotom z klanu, o którym właśnie wspomniał? Kobczyk oczywiście nie należała do Klanu Wilka, aczkolwiek nie zamierzała uświadamiać morskookiego. Skoro sam jej to podsunął, to nie było sensu psuć pierwszego dobrego wrażenia. Tylko jak zachowywali się ci cali “Wilczacy”? Może skoro nie wykrył u niej nic takiego nietypowego, a raczej przynajmniej nie okazywał tego, to prawdopodobnie jej nawet to wychodziło. Poruszyła spokojnie wąsami z usatysfakcjonowaniem. Chłodny podmuch przemierzył ich kręgosłupy, mierzwiąc dwójce futra.
— Wiesz, nie najem się tylko wróblem. Ale nie jestem obecnie głodny — powiedział, ale mimo to chwycił zdobycz w pysk. Może mu się to opłacało, mimo nieufności? Ciekawe czy zamierzał to komuś podarować, zupełnie przypadkiem? Dobrze, gdyby miało to zatem jakiś negatywny efekt. Tych roślin nie zdążyła poznać razem z Wernyhorą, więc mogło być dość ciekawie, zabawnie nawet. Gdzieś nieopodal niego rozległo się donośne wołanie. Kocur podniósł się na łapy momentalnie, patrząc gdzieś w kierunku krzewów. Brązowooka postawiła czujnie uszy, chociaż nie usłyszała tego tak dobrze, z całą pewnością, jak jej kompan. — Ach! Muszę już iść. To… może do zobaczenia, a może nie! — rzucił do niej, po czym chwycił ptaka. Obrócił się jeszcze, oglądając przez ramię, jakby chciał zapamiętać urodę kotki i się wycofał do swojego mentora.
Samotniczka czmychnęła do pobliskich krzewów, kryjąc się przed ewentualnym spotkaniem z nieznajomym. Całe szczęście, że z nich nie sypały się tak gęsto liście, jak z drzew, a przynajmniej nie od razu. Mogła liczyć na jakąkolwiek dawkę osłony, czego teraz tak bardzo potrzebowała. Odczekała jakiś czas, zanim wyłoniła się ze swojej kryjówki. Zaczęła wycofywać się w kierunku domu dość okrężną drogą, jakby z obawą, że ktoś mógłby próbować odtworzyć jej kroki. Specjalnie “zabłądziła” kilka razy. Szkoda, że nie było Pory Nagich Drzew. Śnieg od razu zakryłby jej ślady i nie musiałaby się przejmować takimi rzeczami.

[1002 słowa - trening medyka]

<Pierzasta Łapo, może przedstawisz mi się chociaż podczas następnego spotkania?>

Od Nocnej Łapy do Wilczego Skowytu

Ten wyjątkowy dzień był pełen niespodzianek i zawodów dla Nocnej Łapy. Najpierw deszcz nieco popsuł mu spokojny bieg wokół klanu. Potem Tropiąca Łaska była bardzo bliska odwołania ich treningu przez tę ulewę. Na szczęście popołudnie trochę się rozpogodziło. Dlatego Nocna Łapa mógł udać się na mały trening, krótszy niż zazwyczaj.
– Pochyl głowę bardziej. Walczysz dobrze, ale polujesz nadal jak maluszek. Nie jesteś już nieduży! Wszystkie myszy widzą, jak ci tyłek wystaje! – Tropiąca Łaska dyktowała mu kolejne mało przydatne uwagi. Chociaż miała rację. Nocna Łapa nie był już takim małym kociakiem jak całkiem niedawno. Zaczynał górować nad swoim bratem i przerastać resztę uczniów. – Tyłek niżej!
– Dobrze! – odparł Noc i zastosował się do porady mentorki. Jego skradanie było nieco niezdarne, jak zawsze zresztą, ale nie przeszkadzało mu to za mocno. W końcu do obozu zawsze wracał z jakąś dobrą zdobyczą dla kogoś do zjedzenia! Tym razem była to piszczka. Noc zadowolony podniósł się z mokrej trawy i nieco otrzepał. Świeża zdobycz, zanim śnieg przykryje świat, zawsze była dobra.
Po powrocie do obozu Noc odetchnął cichutko. Nudziło mu się, więc szukał sobie zajęcia. I szukał wszędzie... bez większych osiągnięć.

Cykoriowa Łapa zmierzyła go znudzonym wzrokiem.
– Nie mam dzisiaj chęci. – odpowiedziała mu na zadane wcześniej pytanie. Noc zapalczywie szukał sobie partnera do poćwiczenia walki. Czuł, że potrzebuje wykazać się jeszcze odrobiną inicjatywy, aby osiągnąć potrzebne postępy. Czuł się odrobinę nieprzygotowany, pomimo zapewnień Tropiącej Łaski, że jego umiejętności zupełnie mu wystarczą.
– Rozumiem. Dziękuję. – Noc kiwnął jej głową i ruszył szukać swojego brata. Jednak Gruby nie był w obozie. Najwidoczniej jego mentorka musiała wziąć go na jego treningi. No cóż. Jego strata! Nie powalczy sobie z Nocą!
Chudy w ogóle pewnie nie może. Nawet jeśli mieliby tylko pójść po jakieś zioła. Lepiej nie zawracać mu głowy.
Kryształowa Łapa i Zwęglona Łapa siedziały razem gdzieś w rogu obozu i rozmawiały cichutko. Noc zawahał się, czy w ogóle chce podchodzić, tak więc zatrzymał się. Wydawały się całkowicie pogrążone w swoim świecie i w ogóle niezainteresowane swoim otoczeniem, przynajmniej nie w tym momencie. Nie chciał im przeszkadzać.
A Księżycowa Łapa? Cóż. Noc nie przepadał za tym kotem. Wolałby unikać niepotrzebnego treningu z nim. Nie to, że go nienawidził, czy coś. Po prostu… Księżycowa Łapa działał na niego jak płachta na byka, bez żadnego konkretnego powodu. Noc zachował się w miarę przyjaźnie, ale płasko i płytko. Pobieżnie wręcz.
Więc spośród uczniów nie pozostał mu nikt, kogo mógłby zapytać o dodatkową sesję potyczki. Tak więc zwrócił się do Tropiącej Łaski.
– Potrzebujesz czegoś Nocna Łapo? – kotka siedziała z paroma innymi wojownikami niedaleko kamyka na zdobycz. Właśnie też oblizywała wargi ze swojego posiłku.
– Chciałem jeszcze trochę potrenować walkę. – przyznał jej.
– Oj… Noco. No dobrze, ale już nie dzisiaj. Jutro powtórzymy wszystko, co wiesz i zmierzysz się ze mną. – oświadczyła. – Dzisiaj już ćwiczyliśmy wystarczająco.
– Jeden patrol polujący to mało! – Noc poskarżył się smutny. Siedzący obok Pszczeli Rój zaśmiał się cicho pod nosem.
– Energiczny.
– Tak. – Tropiąca Łaska odetchnęła ciężko. – Idź już. Pobaw się z bratem albo spytaj się starszyzny, czy czegoś nie potrzebują!
Starszyzna niczego niestety nie potrzebowała. Nieszczęśliwy i znudzony Nocna Łapa usiadł sobie na skraju obozu i wbił oczy we własne łapy. W jaki sposób mógł sobie zorganizować czas, aby nie umrzeć z nudów. Na dłuższą chwilę utknął we własnych myślach, zastanawiając się jakie imię zostanie mu nadane jako wojownikowi.
Nocny Śpiewak, Nocna Pieśń, Nocna Bajka, Nocne Lśnienie? Było tak wiele opcji, a Noc nie był pewien, które imię chciałby nosić do końca swoich dni. Wyborów było tak wiele i mogły insynuować, co mogłoby brzmieć odpowiednio dla niego.
Z jego myśli wyrwał go kot, który usiadł całkiem niedaleko. Noc rozpoznał go prawie od razu. To był Wilczy Skowyt - ojciec Wąsatkowego Ruczaju. Noc zamrugał i podszedł do kota nieśmiałym krokiem.
– Dzień dobry, Wilczy Skowycie! – przywitał się cichutko.
– Dzień dobry? – kot spojrzał na niego nieco zaskoczony. Noc przeszedł z łapy na łapę. – Potrzebujesz czegoś?
– Trochę, ale… głupio mi o to pytać.
– Po prostu się spytaj...
– Nie chciałbyś może… ze mną powalczyć? Tak po przyjacielsku? Ja chciałbym trochę poćwiczyć, jednak nie mam z kim. I… moja mentorka nie może już dzisiaj. Szukam kogoś… kto może by chciał… nikt z uczniów się nie zgodził… Oczywiście ty też nie musisz.

<Wilczy Skowycie?>
[692 słów]

Od Śpiewającej Łapy (Śpiewającego Raniuszka)


- Dzień dobry, Gadożerowa Łapo - przywitała się z drugim uczniem Słodkiej Dziewanny oficjalnie, gdy rankiem usiadła przed obozem, czekając na swoją mentorkę. Nie przeszkadzała jej obecność młodszego kocura, pewnie dlatego, że zbliżała się do końca treningu i nie wymagała tyle aż uwagi podczas nauki, a biały przybłęda zdawał się być całkiem rozgarnięty. Właśnie... przybłęda. Pomimo swojego pochodzenia był całkiem rozgarnięty i kotka nie mogła zrozumieć, jakim cudem ktoś spoza klanu był bardziej wiarygodny od tych, którzy się w nim urodzili. Nawet patrząc na swojego ojca mogła stwierdzić, że nie był stąd, a Gadożer... Gadożer się wpasowywał... albo przynajmniej próbował, chociaż to dziwaczne imię wcale mu nie pomagało. Z początku Dziewanna dzieliła dni na naukę ze swoimi podopiecznymi, jednak końcowo połączyła oba treningi w jedno, by młodszy mógł podpatrzeć coś od Śpiewki i rzeczywiście wyszło mu to na dobre, a sama dymna nie miała się do czego przyczepić, z zaskoczeniem uznając, że młodszy był całkiem rezolutny. Nawet, gdy rzuciła raz czy dwa razy w jego stronę uszczypliwą uwagę odnośnie postawy łowieckiej czy odsłoniętych wrażliwych części podczas walki, ten jedynie dopytywał o rozwinięcie tematu i w jaki sposób mógłby to naprawić. 
,,Czemu wszyscy nie mogą tacy być?" przeszło jej przez myśl, gdy układała skrupulatnie swoje futro. 
- Dzień dobry, Śpiewająca Łapo - uśmiechnął się ciepło, chociaż wyglądał na nieco zmartwionego - Czy Słodka Dziewanna zdradziła ci wczoraj, co będziemy robić dzisiaj? 
- Na pewno nic co wymaga długiego chodzenia - mruknęła, zerkając krótko na łapy młodszego, nie przerywając swojej pielęgnacji - Poranione opuszki już się zagoiły? 
Kocur przez krótki moment się zawahał, unosząc zaraz jedną łapę by przyjrzeć jej się podczas robienia ciasteczek w powietrzu. 
- Można tak powiedzieć, na pewno nie będą mi już przeszkadzać - miauknął pewnie, zmierzony oceniającym wzrokiem. 
- Wiesz, że chodzenie na treningi i nie zadbanie o swoje zdrowie to jedynie dodatkowe obciążenie dla klanu, prawda? - spytała rzeczowo. Nie, żeby była to jej sprawa jak się mają opuszki kolegi, ale nie mogła pozwolić na nadgorliwość, która doprowadziłaby do nieprzyjemnych zmian, chociaż o Gadożera nie miała się co martwić. Zdołała poznać białego na tyle, by wiedzieć, że w niczym nie jest podobny do tych nierozgarniętych, rudych szczurów. 
- Nie ma mowy... oczywiście! Nie zaniedbałbym swojego zdrowia - przejęty i pełen pewności, a może lekko urażony, spojrzał na starszą koleżankę, która teraz kiwnęła głową z aprobatą. 
- Bardzo dobrze~ - mruknęła z zadowoleniem, dostrzegając zbliżającą się Słodką Dziewannę. Mentorka miała dobry nastrój, zagadkowy wyraz pyska i pięknie ułożone futro, którego większość klanowiczów mogła pozazdrościć i już w chwili zbliżenia ogłosiła, że dzisiejszy dzień jest idealny na mały, niezobowiązujący test sprawnościowy... 

⭠❇◦·♛∙◦❇→

- Ja, Królicza Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika.
Śpiewająca Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
- Przysięgam.
- Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Śpiewająca Łapo, od tej pory będziesz znana jako Śpiewający Raniuszek. Klan Gwiazdy ceni twój rozsądek i lojalność, oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy. 
Gdy podano jej rdzawy barwnik, z zadowoleniem i dumą zanurzyła w nim łapę, by później z wielkim namaszczeniem odcisnąć ją na ścianie i przez krótką chwilkę, mgnienie oka, które zdawało się trwać wieczność; obserwować, jaki ślad się na niej utworzył. Oto jej moment, została wojownikiem, doprowadziła do końca treningu i pomimo trudności i pewnych... psychicznych przeszkód, zdołała stanąć na wszystkich łapach tutaj, w jaskini, wśród wszystkich kotów które zdołały się zgromadzić by wykrzykiwać jej imię. Spojrzała z dumą na widocznie zadowoloną Słodką Dziewannę, podobnie jak później na Cyklonowe Oko, który to kiwnął z aprobatą głową, przez co tylko się rozjaśniła. Mama również tam była i chociaż wymieniły między sobą przepełnione dumą spojrzenia, tak Raniuszek nie była w stanie patrzyć na nią zbyt długo, a nawet przyłapała się na krótkiej myśli, uczuciu, wręcz echu, które podszeptało jej, że wolałaby, by na jej miejscu siedział Cicha Łapa, który może był cichy, ale nie miał na sobie ani jednej skazy. Kim więc była, gdzie swoją lojalność powinna ukierować? W stronę rodziny, która dała jej jedynie złą, odgórną opinię, czy całkowicie oddać się klanu? 
- Gratulacje, Śpiewający Raniuszku! Tak się cieszę~ Mam nadzieję na długie, wieczorne plotki... zrobiłam ci miejsce na legowisko obok, by lepiej było się usłyszeć - Śnieżycowa Chmura jako pierwsza się odezwała i pewnie mówiłaby dalej, gdyby ktoś nie przypomniał jej o milczącym czuwaniu. Raniuszek kiwnęła głową z wdzięcznością, w tyle głowy mając myśl, że dobrze się stało z tym szybkim mianowaniem. Nie chciała spędzać wśród uczniów ani chwili dłużej, szczególnie z kocurami, które posiadały połówki mrówczego odwłoku w głowie, zamiast aktualny mózg. W końcu była teraz ponad to oficjalnie, była rzeczywistym wojownikiem z krwi i kości i z tą myślą rozpoczęła swoje czuwanie, wyzbywając się całej reszty myśli, które mogły niepotrzebnie zakłócać jej spokojne i rozsądne dążenie do celu, jaki sobie obrała. 

Od Świergotka

Świergotek leżał na swoim nowym posłaniu w Owocowym Lesie. Wszystko pachniało inaczej niż w norze – za dużo kotów, za dużo zapachów naraz. Skrzywił się.
— Śmierdzi tu — mruknął pod nosem.
Podniósł głowę i rozejrzał się po obozie. Wszędzie kręciły się obce koty. Jedne rozmawiały, inne tylko patrzyły. Kilka z nich zerkało właśnie na niego. Świergotek zmrużył oczy.
— No co? — rzucił zaczepnie. — Nigdy nie widzieliście ucznia?
Jeden z wojowników prychnął, ale nic nie odpowiedział.
Kocur uniósł wyżej głowę, zadowolony z siebie. Nie zamierzał dać po sobie poznać, że czuje się tu obco. Nagle jego uszy drgnęły. Gdzieś w tle rozległ się głośny dźwięk – trzask gałęzi. Świergotek podskoczył odruchowo.
— Co to było?! — syknął.
Kilka kotów spojrzało na niego z rozbawieniem. Zorientował się, co zrobił. Szybko się wyprostował i prychnął.
— Myślałem, że to coś groźnego.
Zszedł z drzewa i zaczął iść przed siebie, jakby nic się nie stało. Jego ogon był jednak lekko nastroszony. Po kilku krokach zatrzymał się i spojrzał na wyjście z obozu.
— No i co? Serio, mam tu siedzieć jak jakiś kociak pilnowany przez wszystkich? — Prychnął pod nosem — Nuda.
Bez większego zastanowienia wyszedł poza obóz i zaczął się przeciskać przez krzewy i inne krzaki. Od razu poczuł różnicę; powietrze było chłodniejsze, świeższe i nie śmierdziało tyloma kotami naraz. Świergotek odetchnął głęboko, jakby dopiero teraz mógł normalnie oddychać.
— No, w końcu — rzucił sam do siebie.
Ruszył przed siebie, ogon uniesiony wysoko, jakby to był jego teren. Wszystko go ciekawiło: każdy zapach, każdy dźwięk. Zatrzymał się nagle i zmrużył oczy, wciągając powietrze.
— Hmm coś tu jest, niebezpieczeństwo?
Ale Świergotek zamiast się wycofać tylko się uśmiechnął pod nosem.
— Idealnie.
Skręcił w stronę zapachu, ostrożniej stawiając łapy. Jego uszy poruszały się czujnie, a jego oczy błyszczały z ekscytacji.
Trzask.
Gałąź pękła gdzieś obok.
Świergotek podskoczył, aż futro stanęło mu dęba.
— Okej, tego nie słyszałem. — Serce waliło mu jak szalone, nie lubił takich nagłych dźwięków. Ale nie zamierzał się przyznać – nawet przed samym sobą. Wyprostował się i prychnął. — Pewnie jakiś ptak.
Ruszył dalej, choć teraz jego ogon był lekko nastroszony. Zapach robił się coraz wyraźniejszy. Świergotek zmrużył oczy i zwolnił kroku, chociaż ciekawość aż go nosiła.
— No, pokaż się… — mruknął pod nosem.
Zatrzymał się.
Cisza… za cicho.
Jego uszy poruszyły się nerwowo. I wtedy – coś wypadło z krzaków prosto na niego.
— Co?! — Świergotek odskoczył gwałtownie, potykając się o własne łapy i prawie lądując na ziemi. Futro stanęło mu dęba. — Co ty robisz?! — syknął, wbijając spojrzenie w… kota.
Obcego kota.
Kocur był trochę starszy, wyglądał na pewnego siebie… I kompletnie nie zaskoczony tym, co właśnie zrobił. Wręcz przeciwnie.
— Oooo, nowy! — wypalił od razu, jakby właśnie znalazł coś mega ciekawego. — Wiedziałem, że coś czuję! Znaczy, nie że zapach był dziwny, bo był, ale nie taki zły, dziwny, tylko taki nowy, dziwny, rozumiesz?
Świergotek zamrugał.
Raz.
Drugi.
— Co? — przerwał mu.
Ale Kolendra nawet się nie zatrzymał.
— I w ogóle, widziałam cię wcześniej w obozie! Leżałeś i się tak patrzyłeś na wszystkich, serio, wyglądałeś, jakbyś zaraz miał komuś coś powiedzieć albo kogoś ugryźć, ale bardziej to pierwsze, chociaż kto wie.
— Ej — Świergotek zmrużył oczy. — Ty kiedyś zamykasz ten dziób?
Kolendra na chwilę się zatrzymał.
— Hmm… Raczej nie.
— Super — prychnął Świergotek. — Idealnie trafiłem.
Przez moment mierzyli się wzrokiem. A potem Kolendra podszedł bliżej. Za blisko. Świergotek od razu się spiął.
— Jak masz na imię? Bo ja jestem Kolendra! W sumie może już od kogoś słyszałeś ale wolę powiedzieć, bo niektórzy zapominają, a ja nie lubię jak ktoś zapomina, bo to trochę niegrzeczne.
— Świergotek — uciął szybko.
— Świergotek? — powtórzył Kolendra, jakby testował to imię. — Okej, pasuje. Trochę dziwne, ale w sumie spoko, bo dziwnie imiona są fajne, wiesz? Mniej się mylą.
Świergotek przewrócił oczami.
— Skończyłeś?
— Jeszcze nie, bo chciałem zapytać co tu robisz, bo w sumie nowi raczej nie powinni sami wychodzić poza obóz, chyba że są głupi albo odważni, albo jedno i drugie.
Świergotek uniósł brodę.
— A jak myślisz?
Kolendra zmrużył oczy, jakby się nad czymś poważnie zastanawiał.
— Hmm… jedno i drugie.
Zapadła chwila ciszy do momentu, aż Świergotek nie prychnął.
— Ty też tu jesteś.
— No tak, ale ja zazwyczaj wiem, co robię — odparł Kolendra bez wahania. — Zazwyczaj.
— Zazwyczaj? — podłapał Świergotek.
— No dobra, nie zawsze.
Świergotek parsknął śmiechem, zanim zdążył się powstrzymać.
I szybko spoważniał
— Nie ważne. I tak nie zamierzam wracać.
Kolendra od razu podniósł uszy.
— Ooo, czyli idziesz dalej? Gdzie?
— Przed siebie.
— Mogę iść z tobą.
— Nie.
— Już.
I zanim Świergotek zdążył coś powiedzieć, Kolendra ruszył obok niego, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Świergotek spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Serio?
— Serio.
— Nawet mnie nie znasz.
— No właśnie dlatego idę. Będzie ciekawie.
Świergotek westchnął ciężko. Ale nie zawrócił.
— Jak będziesz gadał cały czas, to cię zostawię — mruknął.
— Postaram się — powiedział Kolendra. Sekunda ciszy. — Ale nic nie obiecuję.
Uczeń tylko przewrócił oczami i ruszył dalej. W sumie… Może nie będzie aż tak nudno. Szli chwilę w ciszy, no… prawie.
— W sumie to rzadko tu ktoś chodzi — zaczął Kolendra, rozglądając się na bok.
Świergotek westchnął.
— Miałeś nie gadać.
— Staram się — odparł Kolendra szybko. — To jest ograniczona wersja gadania.
— Przerażające.
Świergotek szedł przodem, węsząc uważnie. Zapachy robiły się coraz bardziej pomieszane. Coś tu było nie tak. Zwolnił.
— Cicho — mruknął nagle
Kolendra aż się zatrzymał.
— Co? Co jest? Coś widzisz? Bo ja nic nie widzę, ale mogę patrzeć bardziej, jak chcesz.
— Zamknij się — syknął Świergotek, skupiając się.
Powietrze było cięższe. I był tam zapach. Silny. Nieznajomy. Świergotek poczuł, jak jego futro znowu lekko się jeży.
— Czujesz to? — zapytał ciszej.
Kolendra wciągnął powietrze.
— ...No. I nie podoba mi się.
To już było coś, skoro nawet on przestał gadać. Świergotek zrobił krok do przodu. Potem drugi. I wtedy coś przemknęło między drzewami. Szybkie.
— Widziałeś to? — szepnął Kolendra.
— Tak.
Serce Świergotka zaczęło bić szybciej. Nie z ekscytacji tym razem. Z czegoś innego. Z napięcia. Zrobił jeszcze jeden krok. I nagle… Głośny trzask. Tuż obok nich. Świergotek aż podskoczył, a Kolendra cofnął się o krok. Z krzaków wybiegła duża sylwetka. Lis. Świergotek zamarł. Na sekundę. Może dwie. Jego mózg jakby się wyłączył.
— ...O nie — wyrwało się Kolendrze.
Lis zatrzymał się i spojrzał prosto na nich. Jego oczy błysnęły.
Świergotek cofnął się gwałtownie.
— Spadamy — syknął.
Lis ruszył szybko za nimi za szybko… Świergotek odwrócił się i pobiegł, ale już po kilku minutach poczuł, jak jego oddech zaczyna się rwać. Łapy robiły się ciężkie. Za szybko się męczył.
— Nie teraz… — warknął do siebie.
Kolendra biegł obok niego
— W lewo! — krzyknął nagle.
Świergotek nawet się nie zastanawiał. Gałęzie uderzały go po bokach, ziemia ślizgała się pod łapami. Lis był coraz bliżej. Świergotek potknął się lekko i prawie upadł.
— Serio?! — syknął do siebie, zmuszając łapy do dalszego biegu. Oddech palił go w gardle.
Nie dawał rady już biec. I wtedy zobaczył zwalone drzewo. — Tam! — rzucili się w tamtą stronę.
Świergotek przecisnął się pod pniem. Kolendra zaraz za nim, ledwo mieszcząc się w wąskiej szczelinie. Lis zatrzymał się po drugiej stronie. Nie mógł się przecisnąć. Warknął uderzając łapą w drewno. Świergotek cofnął się jeszcze kawałek, dysząc ciężko. Serce waliło mu jak szalone.
— …Okej — wydyszał kocur. — To było… trochę blisko.
Kolendra też ciężko oddychał, ale… uśmiechnął się.
— Trochę?!
Świergotek spojrzał na niego jak na wariata.
— Ty jesteś normalny?
— Nie do końca — przyznał Kolendra bez wahania.
Zapadła chwila ciszy.
Lis jeszcze chwilę krążył po drugiej stronie, ale w końcu odszedł. Dopiero wtedy Świergotek opadł na ziemię. Zmęczenie uderzyło w niego od razu.
— Dobra… — mruknął. — Następnym razem… wybieram nudę.
Kolendra parsknął śmiechem.
— Nie wierzę.
Świergotek zamknął na chwilę oczy. A potem prychnął.
— Ja też nie.
Jeszcze przez chwilę siedzieli pod powalonym drzewem, nasłuchując.
Cisza. Żadnych kroków.
Lis naprawdę sobie poszedł.
Świergotek otworzył oczy i powoli się podniósł, choć łapy dalej miał jak z waty.
— Dobra… — mruknął. — Idziemy.
Kolendra przechylił głowę.
— Gdzie?
Świergotek spojrzał na niego jak na idiotę.
— Do obozu?
— Aaa, no tak — odparł szybko Kolendra. — W sumie dobry pomysł, też bym na to wpadł.
— Jasne.
Świergotek wyszedł spod drzewa i rozejrzał się. Zapachy, skupił się. Las, mech… i gdzieś tam, ledwo wyczuwalny zapach kotów. Znajomy.
— Tędy — rzucił pewnie i ruszył.
Kolendra bez słowa poszedł za nim. Tym razem szli szybciej, ale ostrożniej. Świergotek co chwilę się zatrzymywał, sprawdzając zapachy. Nie chciał znowu wpaść na coś, czego nie ogarnie. Po paru chwilach Kolendra nie wytrzymał.
— Wiesz co, serio dobrze sobie poradziłeś — zaczął. — Znaczy, jak na kogoś, kto prawie się przewrócił przy starcie-
Świergotek zmrużył oczy.
— A ty za to nawet długo wytrzymałeś bez kłapania dziobem.
— Naprawdę tak uważasz! W sumie nie planowałem się tyle nie odzywać jakoś samo tak wyszło naprawdę myślisz że długo wytrzymałem — powiedział Kocur z taką ilością energii, że aż dziwne po takiej ucieczce.
— Możesz być już cicho — poprosił jeszcze spokojnie Świergotek.
Sekunda ciszy.
— Ale serio, gdyby nie to drzewo, to byśmy mieli problem.
— Kolendra.
— No?
— Zamknij się już.
— Okej.
Tym razem naprawdę zamilkł. Na chwilę.
Świergotek parsknął cicho pod nosem, ale nic nie powiedział.
Po jakimś czasie zapach obozu był coraz silniejszy. Świergotek zwolnił.
— Jesteśmy blisko — mruknął. Przecisnął się przez krzewy i stanął na terenie obozu. Lecz zanim jakie kolwiek koty ich zobaczyły Świergotek zbliżył się do Kolendry.
— Jeżeli komukolwiek powiesz co się wydarzyło skończysz gorzej niż po spotkaniu z lisem rozumiesz?
Kolendra kiwnął, zgadzając się, podeszli bliżej, w tym momencie oboje, i zobaczyli gromadkę kotów, która od razu podniosła głowy.
Zapadła chwilowa cisza.
— Gdzie wy byliście?!
Świergotek się skrzywił. No pięknie.
— Nigdzie — rzucił szybko, jakby to miało coś zmienić.
Kilka kotów spojrzało po sobie.
Kolendra otworzył pysk.
— Byliśmy za obozem i spotkaliśmy lisa i potem…
Świergotek nadepnął mu na łapę.
— Au! Co ty robisz — syknął cicho.
Ale było już za późno.
— Lisa?! — powtórzył jeden z wojowników, podchodząc bliżej.
Świergotek uniósł brodę, choć był zmęczony jak nigdy.
— I co z tego? — prychnął. — Nic się nie stało.
— Nic się nie stało?! — kot wyraźnie był zdenerwowany. — Mogliście zginąć!
Świergotek przewrócił oczami.
— No ale nie zginęliśmy.
Zapadła cisza.
Świergotek czuł na sobie spojrzenia innych kotów. Niektóre były złe. Inne… zaskoczone. Albo pod wrażeniem.
Machnął ogonem.
— Następnym razem po prostu pójdę sam — dodał.
— Nie będzie żadnego drugiego razu — warknął wojownik.
Świergotek tylko prychnął chociaż wiedział że źle postąpił. Odwrócił się i ruszył w stronę swojego posłania, jakby całą ta sytuacja w ogóle go nie obchodziła. Dopiero kiedy się położył, poczuł jak bardzo jest zmęczony. Łapy bolały. Oddech cały czas miał nierówny. Ale na jego pysku i tak pojawił się lekki uśmiech.
— Nieźle — mruknął cicho do siebie.
Może i prawie wpadł w kłopoty. Może i prawie go dopadł. Ale… nie było nudno.

[1716 słów]