BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 3 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

26 kwietnia 2026

Od Oszronionej Łapy (Oszronionego Kła) CD. Króliczej Prawdy

Time skip do teraz

Z czystą wściekłością przyglądała się wszystkiemu, co działo się ostatnimi czasy w Klanie Klifu. Nie mogła opisać słowami, jak niesamowicie zawiedziona i zaszokowana była, kiedy zamiast babki z pięknym nowym mianem, z wypiętą piersią i błogosławieństwem Klanu Gwiazdy, do obozu wpełzł Mirtowe Lśnienie i ogłosił jej ucieczkę. Nie wierzyła w to. Zwyczajnie nie wierzyła, że ta ambitna i dążąca do celu kotka, z którą przecież dzieliła krew krążącą w żyłach, mogła tak zwyczajnie… zniknąć. Bez celu, bez powodu. Miała mieć przecież pod łapami cały klan, miała w końcu dostać to, czego tak bardzo pragnęła. Jaki miałby być sens jej czynów? Oczywiście Szron podłuchała niektóre koty mówiące, że to zapewne nie kwestia wyboru, a Jaskółka zwyczajnie nie przeżyła z powodu ran, które miał zadać jej Gąsienicowy Ogryzek. No i o ile młoda wojowniczka nie ukrywała ogromnej wrogości względem niebieskiego, tak nie do końca wierzyła w tę całą bajeczkę. Jeśli nie miała zamiary ufać Mirtowemy Lśnieniu, który wepchnął się na stanowisko lidera, chociaż powinno ono przypaść Mysiemu Postrachowi, którego wybrała w końcu Pikująca Jaskółka we własnej osobie, w kwestii ucieczki, to dlaczego miała zaufać mu, kiedy mówił, że to Gąsieniczek zbrukał sobie łapy krwią. Przecież rudego również nie było w obozie (a tak przynajmniej jej się zdawało), kiedy kremowa wybierała się po przyjęcie żyć. To wszystko śmierdziało niczym kupa starej, ukiszonej przez słońce zwierzyny. 
Nie mogła się doczekać, aż babka zostanie liderką. Wierzyła w nią niesamowicie; wiedziała, że to jej prawdziwe powołanie, które wiecznie było od niej odsuwane, aż w końcu miała się doczekać i wynieść Klan Klifu na sam szczyt. Doczekała się tylko po to, aby jeden wojownik wszystko zniszczył. 
"Jeden lub dwóch wojowników" — pomyślała, a gorycz napłynęła jej na język. Skrzywiła się. Nie wiedziała nawet, z kim może o tym szczerze porozmawiać. O ile wszyscy byli zgodni, że wybór zastępcy był jakimś żartem, bo przynajmniej połowa wojowników nadawała się na to stanowisko lepiej niż kotka, którą wybrał sobie nowy lider, tak z samego faktu, że rudzielec został samozwańczym przywódcą, nikt nie wydawał się jakoś szczególnie niezadowolony. To jeszcze bardziej rozjuszało pointkę. Czemu nikt nic nie robił? Czemu Mysi Postrach tak potulnie oddał stanowisko, które prawowicie było należne mu? Przecież musiał nadawać się do tego lepiej, skoro Pikująca Jaskółka wybrała go, a nie właśnie Mirtowe Lśnienie. Wybory babki zawsze były prawidłowe, a osądy przemyślane i prawe; gdyby wuj miał być lepszym materiałem na przywódce, wybrałaby go. Przez moment przemknęła jej nawet myśl, że może czarny kocur również był w to wszystko jakoś zamieszany. Ta myśl jedynie bardziej ją zdenerwowała. 
"Klan pełen wroniej strawy, pełen kolaborantów i fałszywych przyjaciół..." — burknęła. Miała dość tej strony swojej rodziny. Matka była jedynie skorupą prawdziwej wojowniczki, a wuj na pewno miał na sumieniu więcej niż chciałby kiedykolwiek komukolwiek zdradzić. Mogła liczyć tylko na ojca i stryjka. Wiedziała, że oni na pewno nie sa po stronie Lśniącej Gwiazdy, nawet jeśli nie są też całkowicie mu przeciwni. A na pewno nie tak otwarcie, jak Oszroniony Kieł. Nie wiedziała do końca, co myśleć w tym momencie o bracie. Czy uważał tak, jak ona? Czy też podzielał jej opinie o babce i o tym, że na pewno byłaby optymalnym wyborem? Musiała się dowiedzieć, ale nie teraz. Teraz nie było sensu; widziała, jak Wzburzony Kormoran zbiera się do wyjścia na patrol wraz z Gołębim Puchem, Pajęczą Nicią i tą przybłędą. Jedną z czterech, które ostatnio postanowiły zatruć szeregi Klanu Klifu. Na samą myśl sierść stawała jej na karku. Miała dość tej zarazy. Jakby już sama myśl, że taka sama nie-Klifiaczka stoi właśnie na stanowisku zastępcy, nie była wystarczająca. Warknęła do samej siebie.
— Dzień dobry, Oszroniony Kle, nie idziesz na patrol? — Głos ojca wyrwał ją niespodziewanie z nienawistnych przemyśleń. Była tak zajęta tym, co dzieje się w jej głowie, że nie usłyszała jego kroków. Kocur stał obok niej, a z pyska zwisała mu spora jak na Pore Nagich Drzew mysz. 
— Nie — rzuciła twardo. Wczoraj wróciła z patrolu bardzo późno, więc wbrew swoim nawykom obudziła się bardzo późno. 
— Czy w takim razie zjesz ze mną? — zapytał, wskazując łapą na gryzonia. Kotka skinęła głową, chociaż najpierw wolałaby zapolować, a nie napychać się niczym darmozjad. — Wyglądasz na zdenerwowaną.
— Bo jesztem... — wyburczała, schylając się po pierwszy kęs. W głowie dziękowała Przodkom za łagodną pogodę; nienawidziła kościstych piszczek. 
— Młodość powinnaś spędzić na czymś innym niż przejmowaniem się każdą sprawą w klanie — poradził z dobroci serca. Wiedziała, że Królicza Prawda ma tylko dobre intencje, ale nie mogła zamaskować zirytowania na swoim pysku. Właśnie dlatego mieli wiecznie takie problemy, bo koty przeznaczały swoje życie hedonistycznym zapędom. Takie przynajmniej było jej zdanie. 
— Nie wydaję mi szię... Gdyby wszyszcy chociaż trochę ruszali głowami om maleńkoszci, nie muszielibyszmy wiecznie zmagać szie z takimi problemami — rzuciła, wpatrując się w powoli pustoszejący, poranny obóz. 
— Nie powiedziałem, że masz działać bez pomyślunku. Na to jesteś za mądra. — Zabrał kilka kęsów zwierzyny. 
— Tak, jesztem. Ja nigdy nie dałabym jakiejsz przybłędy na sztanowiszko zasztępcy. Tak szamo nie zrobiłaby tego babka. Nawet ja jesztem w Klanie Klifu dłużej niż Truszkawkowe Pole, a jesztem niemal trzykrotnie młodsza. To niepoważne. To podejrzane. To wszystko, nie tylko szprawa zasztępcy. Nie podoba mi szię to, wszysztko mi szię nie podoba. Jeszcze nasz wszystkich zanieszie na dno — wywarczała pod nosem. 

<Tatek?>

Od Promiennej Łapy CD. Jagnięcej Łapy (Jagnięcego Ukłonu)

tw: żałoba

Jakiś czas temu

Promyk siedziała i całą sobą wchłaniała słowa Jagienki. Kotka mówiła i mówiła, a Promyk tylko nastawiała uszu. Coś jednak w tym śmierdzącym miejscu było ciekawe i nie były to zioła! Kotka miała takie… ciekawe życie. Znacznie ciekawsze niż to, co Promienna Łapa mogła przeżyć przez całe swoje życie w tym zacisznym klanie. Nic nie zapowiadało żadnych zmian dla młodej uczennicy. Zawsze tylko to samo polowanie, to samo łóżko, ten sam patrol wokół tej samej granicy. Praca medyka wydawała się być chociaż odrobinę ciekawsza. Jednak Promyk nie oddałaby swojego treningu na wojownika za nic w świecie. Nawet jeśli to trochę monotonne.
— Zanudzić?! W żadnym wypadku Jagienko! Wszystko, co mówisz jest… bardzo ciekawe! — Promyk uniosła uszy, chyba po raz pierwszy odkąd weszła do tego śmierdzącego miejsca. — Twoje życie jest takie ciekawe, że aż chce się siedzieć i słuchać godzinami! Z pewnością przeżyłaś więcej niż ktokolwiek inny w tym klanie! — Promyk machnęła ogonem i nachyliła się nieco w kierunku kotki, aby spojrzeć jej w oczy. — Dziękuję, że się ze mną tym podzieliłaś! — uśmiechnęła się szeroko do niej.

Promyk odwiedzała Jagienkę, kiedy miała okazję. Kotka była ładna, przyjazna i ciekawa, nawet jeśli przesiadywała w takim cuchnącym miejscu jak dziura medyka. Było warto, tak więc uczennica wykorzystywała każdy pretekst, aby się tam zjawić, jeśli nawet żeby zamienić parę słów z kotką.
Zwłaszcza że Jagienka niedawno otrzymała swoje pełne imię. Jagnięcy Ukłon… pasowało do niej bardzo.
— Cześć Jagnięcy Ukłonie! — mruknęła Promyk, kiedy zastała medyczkę w jej legowisku.
— Dzień dobry Promienna Łapo. Co cię dzisiaj sprowadza? — kotka przechyliła głowę na jej widok i uśmiechnęła się. Promyk od razu zrobiło się nieco raźniej, zwłaszcza że ostatnio nikt się nią za bardzo nie przejmował. Źródlana Łuna była zajęta dziećmi, a Psotka zaangażowana była w swoje własne sprawy. Jej brat ciągle skakał od kota do kota, więc nie poświęcał jej za wiele czasu. A Tawuła? No cóż. Ona już była wojowniczką i rzadko zwracała na nią uwagę. Czasami zamieniły słówko czy dwa jak to z siostrami bywa, ale ta więź, którą miały za kocięcia się trochę rozmyła. Promyk czuła się trochę samotna i odizolowana pośród tłumu kotów. Dlatego też znajomy uśmiech poprawił jej humor.
— Przyniosłam trochę mchu i pajęczyn. Psotny Nietoperz mnie po nie wysłała, bo dzisiaj nie było treningu. — Kotka machnęła ogonem niezadowolona, po odłożeniu patyka z dziełem jakiegoś pająka. — Mewy robią się coraz bardziej nieznośne… — dodała po chwili.
— Dziękuję! — Jagienka zdjęła z jej pleców mech, który odłożyła na jego właściwe miejsce. — Mewy… aż tak dużo problemów sprawiają? — Promyk przytaknęła na jej słowa.
— Tak… W końcu… Zrzuciły mojego wujka z klifu, kiedy z nimi walczył. — Promyk nieco spochmurniała.
— Chcesz o tym porozmawiać? — Jagienka posłała jej zmartwione spojrzenie. Promyk uśmiechnęła się. Jej oczy nadal były bardzo śliczne, jeju!
— Nie trzeba. Tęsknię za nim, ale każdego to kiedyś czeka. Już się z tym trochę pogodziłam. Chociaż trochę cicho w moim życiu bez niego. — przyznała. Ale rzeczywiście. Nie płakała za nim jakoś mocno, ale tęskniła bardzo. — Ale pomyślałam, że… Mogłabym wziąć po nim imię.
— Oh… To bardzo słodko z Twojej strony! — Jagienka usiadła niedaleko i zmierzyła ją tymi swoimi łagodnymi ślepiami.
— Wiem. Promienne Słońce… przynajmniej tak mogę go zapamiętać! — Promyk uśmiechnęła się szeroko. — Przynajmniej jego kawałek!
— Promienne Słońce! Brzmi bardzo pięknie!
— Nie piękniej niż Twoje imię! Jagnięcy Ukłon tak dobrze do ciebie pasuje! — mruknęła uczennica. — Idealnie odzwierciedla całą Ciebie!
— Tak myślisz? — Jagienka opuściła wzrok, a Promyk zaczęła kiwać intensywnie łebkiem.

Niedługo przed atakiem na mewy

Promyk siedziała, wpatrując się we własne łapy. Zakaz wychodzenia z obozu trzymał ją w miejscu jak na smyczy. Bardzo krótkiej smyczy. Energia rozpierała ją od środka, a mimo to Promyk siedziała w miejscu. Czekała. Czekała na moment, kiedy będzie mogła pozbyć się problemu, który jej doskwierał.
Bowiem kiedy nie mogła biegać po lesie i zajmować swoich łap pracą, jej myśli krążyły. I jej to nie odpowiadało. Każda z tych myśli wywoływała u mniej coraz większy dyskomfort. Uczucia nie były jej silną stroną, zwłaszcza te negatywne. Więc smutek, złość i żal jaki czuła były czymś nietypowym, czymś niechcianym. Nie mogła z tym nic jednak zrobić. Wokół obozu nie było wystarczająco pracy dla wszystkich łap i właściwie nie miała czym się zająć. Psotny Nietoperz wyszła z porannym patrolem na polowanie i nie wzięli jej ze sobą. To było normalne. Czasem ją ze sobą brali, czasem nie. Ale dzisiaj wyjątkowo nie pogardziłaby szansą na dobre polowanie i zażycie słońca. Świeżego powietrza! Siedzenie w miejscu tak ją irytowało!
— No dobra! Znajdź sobie coś do roboty! — Mruknęła i wstała. Jednak jej myśli nie opuszczały jej. Wspomnienia wujka i ich rozmów przy wyjściu do obozu. Jej tatko, który codziennie poprawiał jej grzywkę, kiedy za bardzo opadała jej na oczy. Ten sam tatko, którego ciało przyniesiono do obozu. Ten sam tatko, którego już nie zobaczy. Żal ścisnął jej serce i łzy wypełniły oczy, ale żadna z nich nie uciekła. Promyk nie chciała płakać. Mewy zabrały jej tak wiele, nie zabiorą jej siły! Zemści się! W końcu już zapisała się do tego całego ataku! Może od razu zdobędzie swoje imię.
Na razie jednak utknęła w obozie, w którym nikt od niej niczego nie chciał. Wszyscy mieli swoje sprawy i nikt nawet nie chciał z nią pogadać. Napięcie w obozie można było wręcz ciąć pazurem, więc nic dziwnego. Promyk nie miała im tego za złe, chociaż było jej trochę samotnie. Jej łapy, może trochę nieświadomie, poprowadziły ją pod wejście do legowiska medycznego. Może Jagienka będzie miała chwilę albo będzie potrzebowała pomocy.
— Cześć Jagnięcy Ukłonie. — W kroku Promiennej Łapy brakowało tej żwawości i energii, która jej zazwyczaj towarzyszyła. I Jagienka wyglądała, jakby to dostrzegła do razu.
— Wszystko okej? — spytała. — Potrzeb jesz czegoś? Problem medyczny czy może chcesz pogadać? — Promyk spojrzała na starszą kotkę.
— Nie wiem. Chyba stresuję się walką z mewami…

<Jagnięcy Ukłonie?>
[939  słów]

[19%]

25 kwietnia 2026

Od Ciernistej Łapy

Czasami nadal słyszał zapadające się kamienie. Czuł wokół siebie kurz, który osiadał na ziemi po tym, jak tunel zawalił się. Na biednym uczniu, który był niczemu winien… Cicha Łapa nie był w stanie zawołać o pomoc…

***

Jego matka z rana zarządziła trening wraz ze Strzępotkowym Kokonem oraz Cichą Łapą. Koty ruszyły w stronę tuneli, aby poćwiczyć walkę. Ciernista Łapa szedł naburmuszony obok młodszego. Nie widziało się mu zbytnio trenować z tak młodym wręcz kociakiem, ale cóż, nie miał chyba za bardzo wyboru… Może chociaż uda się z nim pogadać.
— Hej, Cicha Łapo. Skąd w sumie takie imię? Masz bardzo cichy głos? A może… Cicho się skradasz? W sumie zastanawiało mnie to od jakiegoś czasu. — Nie odbył nigdy rozmowy z kocurkiem, toteż nie miał pojęcia o jego chorobie. Młodszy nie odezwał się, nie dając odpowiedzi uczniowi, co lekko go podirytowało. — Hej? Głuchy jesteś?
Z młodszego kocurka wydał się tylko cichy wydmuch powietrza, gdy otworzył pyszczek. Czyżby nie potrafił mówić? Cóż, może chociaż nie odstraszy zwierzyny, choć Ciernistej Łapie zrobiło się trochę głupio. Skąd miał wiedzieć? Jego matka zatrzymała się przed tunelem, wraz z mentorem Cichej Łapy.
— Nauczycie się dzisiaj walki w tunelach, przy okazji pogłębimy tunele.. Macie jakieś pytania? — Na słowa kotki oboje pokręcili łbami. Pierwszy do środka wszedł Strzępotkowy Kokon, za nim Cicha Łapa, Ciernista Łapa, a na końcu Jagodowe Marzenie. Gdy weszli do środka, jego matka zaczęła tłumaczyć jeden z ważniejszych ruchów kocurom. Ciernista Łapa przysłuchiwał się jej, a Cicha Łapa jedynie potakiwał czasami. W końcu przyszedł czas na zademonstrowanie tego, czego się nauczyli. Ciernista Łapa stanął na jednym końcu, a Cicha Łapa na drugim. Gdy Jagodowe Marzenie dała znak, srebrny kocur wyskoczył na młodszego. Ciernista Łapa przybił go do ściany tunelu, a ten zaczął młócić łapami. W końcu udało się mu odepchnąć go. Ich łapy przecinały powietrze w tunelu, z każdym ciosem Ciernista Łapa męczył się coraz bardziej. W końcu Cicha Łapa miał zamiar skoczyć w jego stronę, ale kocur uniknął jego ataku. Młodszy wylądował na ścianie, jednak triumf i zadowolenie z wygranej Ciernistej Łapy nie trwało zbyt długo.
— Już wystarczy, Ciernista Łapo. Walki na dzisiaj dość, ale musimy jeszcze pogłębić tunele. To też bardzo ważne zadanie wojowników. — Wskazała na rozwidlenie, na co Ciernista Łapa westchnął. Rozdzielili się, jednak mentorzy pozostawali blisko uczniów. W pewnym momencie podczas nudnego kopania Ciernista Łapa zauważył, że Cicha Łapa idzie w stronę jednego z dalszych tuneli. Nikt inny tego nie zauważył, a mentorzy skierowali się w drugą stronę. Kocur westchnął i po jakimś czasie zdecydował się jednak podążyć śladami młodszego.
— Cicha Łapo? Hej, Cicha Łapo! Zaraz wychodzimy, gdzie jesteś? — wywoływał, jednak spotykał się z brakiem odpowiedzi. No tak, młodszy przecież był niemową… Ciernista Łapa w końcu zatrzymał się, ponieważ… Tunel zakończył się. Jednak to nie był jedyny powód jego pozostania w miejscu. Ziemia wyglądała na zawaloną, wystawała z niej jedynie małą łapka… Ciernista Łapa patrzył na ten widok jakby był on nieprawdziwy. Podszedł powoli, obwąchał łapę… To bez wątpienia Cicha Łapa. Zaczął kopać, jednak ziemia zawalała się tylko bardziej… — Jagodowe Marzenie! Strzępotkowy Kokonie! Pomocy!
Kocur krzyknął z desperacji w stronę mentorów. Ci najwyraźniej usłyszeli jego wołanie, gdyż po chwili przybiegli na miejsce, spotykając się z okrutnym widokiem… A Ciernista Łapa był tak bezradny…

W koszmarach nadal nawiedzało go to wydarzenie, toteż obudził się z nastroszonym futrem. Czy śmierć ucznia była jego winą..? Może gdyby wcześniej podążył za nim, zatrzymał go… Skulił się znów w kłębek, próbując nie myśleć o okrutnym zdarzeniu z przeszłości…

571 słowa

[11%]

Od Ciernistej Łapy

Jeszcze chwilę temu odbywał rozmowę z bratem i siostrą na temat przejęcia władzy, teraz natomiast musiał polować dla swojego klanu. Czuł, że jest za stary na chodzenie wszędzie z mentorem, przez co często wychodził na polowania sam. Szara Skóra chyba przez śmierć jego rodziny nie chciał się wtrącać w jego przetrawianie całej sytuacji, gdyż nie miał nic przeciwko jego wychodzeniu, albo po prostu nie chciał sobie z tym radzić. Po śmierci matki starał się tym bardziej, gdyż myślał, że zostanie mianowany jako jej uczeń i pokaże jej swą siłę, jednak najwyraźniej nie mogło być tak kolorowo. Skradał się teraz w stronę zająca, który chował się w wyższej trawie. Cóż, chyba nieskutecznie, gdyż chwilę potem był już w kłach kocura, który mocno wgryzł się w jego szyję po tym, jak na niego naskoczył. W jego oczach widział przerażenie, a teraz czarny zając zwisał mu z pyska. Zastrzygł uchem, chwilę myśląc. Zabicie lidera nie może być tak łatwe jak zabicie tego zająca, pomimo jego wieku. Strzepnął ogonem zwracając się w stronę obozu. Niosąc zdobycz w jego myślach kotliło się wiele emocji. Wiele pytań… „Czy Królicza Gwiazda uważa cię za takiego, jak twój ojciec?” Ciernista Łapa zatrzymał się na tę myśl, a może i głos w jego głowie. Potrząsnął głową.
— Nie, on… Po prostu… Jest mysim móżdżkiem. Dlatego mnie nie mianował… — odpowiedział swoim myślom pod nosem, jednak zatrzymał się patrząc na zająca zwisającego mu z pyska. „A co jeśli jednak to dlatego? Co jeśli boi się, że również kogoś zabijesz? Może masz coś w sobie z niego? Może sam w pewnym momencie szkolenia skrzywdziłbyś kogoś innego?” — Nie! Nigdy bym tego nie zrobił, przecież… Przecież nie jestem mordercą! — wypalił, wypuszczając zająca na trawę. Dźwięk zwierzyny uderzającej w ziemię od razu zwrócił na nią jego wzrok. Wysunął pazury chwytając zająca za gardło. Nie jest morcercą. Ale czy zabiłby kogoś, na kim mu nie zależy? Czy jego ojcu zależało na jego matce? Co, jeśli to dlatego ją zabił? Kocur wbił pazury głebiej w gardło zająca, rozrywając je szybkimi ruchami, podczas gdy głosy w jego głowie męczyły go dalej. „Będziesz mordercą jak on.” „Na twoich łapach również spocznie krew.” „Jesteś nikim, Ciernista Łapo. Nie zostałeś nawet mianowany, a twoje rodzeństwo już tak.” Kocur wbił mocno łapę w miejsce, gdzie przed chwilą było gardło królika, rozbryzgując jego krew, po czym położył się na ziemi, zakrywając uszy łapami, które drżały od emocji.
— Nie jestem taki jak on, nigdy nie będę! Chcę tylko sprawiedliwości, nie zemsty, sprawiedliwości! — Podniósł się z ziemi dysząc ciężko. W jego oczach można pewnie było dostrzec szaleństwo. Patrzył na zmasakrowaną ofiarę. Po chwili gdy jego oddech uregulował się, oraz przestał słyszeć szum krwi w uszach, jak i okrutne głosy, odwrócił się i odszedł od zająca. Tak zmasakrowany i tak nie mógł zostać posiłkiem dla klanu. Zanim dotarł do obozu zauważył w sadzawce zebranej deszczówki, jak szkarłatna krew zdobi jego pysk i łapy, a raczej oszpeca. Czy tak… Wyglądał jego ojciec gdy… Od razu zanurzył głowę w wodzie, praktycznie się nią zakrztuszając gdy już ją wyciągnął, kaszląc. Wszedł w nią jeszcze łapami, teraz otrząsając sie. Powoli stawiając kroki wrócił do obozu, gdzie przy stercie zwierzyny siedział Szara Skóra. Ten patrzył na niego zdziwiony, zapewne jego stanem, gdyż był w połowie mokry.
— Nieudane polowanie? — zapytał ucznia.
— Niestety. Najwyraźniej. — odpowiedział jedynie Ciernista Łapa, po czym odszedł od kocura.

550 słów

[11%]

Od Kurki CD. Borowika

Kurka miał ochotę załamać łapy nad swoim uczniem, jednak to zapewne załamałby małego kotka, który patrzył się na niego tymi wielkimi oczętami.– Było dobrze. Wejście było świetne… nad schodzeniem musimy jeszcze popracować. – oświadczył Kurka. – Twoja technika znacznie się poprawiła od poprzedniego razu!
Borowik uśmiechnął się na słowa swojego mentora, a Kurka mógł tylko odetchnąć z ulgą, że jego podopieczny nie połamał się przy takim spadku. Chociaż przypominał Kurce siebie. W końcu młody zwiadowca sam też w podobny sposób schodził z drzew przez długi czas. Cud, że on sam miał swoje łapy w całości.
– Dobra. Wracamy do obozu. Poranek powinien obejrzeć twoje łapy… na wszelki wypadek. – Kurka poczekał, aż Borowik dołączy do niego i idąc u boku ucznia, obrał drogę do obozu, po części pozwalając młodzikowi prowadzić. W końcu tego też musi się nauczyć. I nawet dobrze mu szło, jakby wiedział doskonale dokąd iść. Zapewne tak było.
Następnego dnia Kurka mógł sobie pospać. Patrol, który zapowiedział swojemu uczniowi, miał odbyć się dopiero wieczorem, więc oboje mieli trochę czasu na odpoczynek. Kurka wtulił się mocniej w sierść Guziczka i odetchnął cichutko. Promienie słońca próbowały go rozbudzić i nieważne ile młody zwiadowca się zapierał, świadomość w końcu go dopadła. Kurka przetarł oczy i uchylił je. Dzień był pełen światła i chłodu. Aż nie chciało się wstawać z przyjemnego miejsca u boku ukochanego. Jednak wszystko, co dobre i wygodne musi się w końcu skończyć. Guziczek rozciągnął się i podniósł głowę.
– Wstajesz? – Kurka zerknął w oczka ukochanego.
– Myhymmm… – Guziczek pokiwał łebkiem. – Wczesny trening ze Świergotkiem
– Musimy się kiedyś zgadać. Niech nasi uczniowie poćwiczą walkę między sobą?
– Można by! – Guziczek podrapał się za uchem i wstał. Kurka złożył na jego czole szybkie liźnięcie i sam zaczął się powoli zbierać ze swojego miejsca. Rozciągnął zastane kości i wkrótce zlazł z drzewa wojowników.
Na śniadanie zjadł małą myszkę i przyłączył się do porannego patrolu polującego. W taką porę roku polowania nigdy za mało.
A wieczorem stanął przy wejściu do obozu. Na Borowika nie musiał czekać długo. Cokolwiek robił przed ich patrolem, nie było jego sprawą, najważniejsze, że uczeń zjawił się na czas. A nawet odrobinę wcześniej! Szafran oraz Sajgon dołączyli do nich odrobinę spóźnieni. Patrol miał przejść po granicach i wrócić wraz z początkiem nocy, a więc musieli trzymać całkiem niezłe tempo.
– Wypoczęty? – Kurka zagadnął ucznia.
– W miarę. – padła krótka odpowiedź.
– To dobrze. Bo dzisiaj będziemy trzymać całkiem intensywne tempo. Jutrzejszy trening zaczniemy po południu, abyś się wyspał, bo możemy wrócić późno! – oznajmił Kurka i kiwnął głową na ucznia, aby już ruszyli. Sajgon machnął na nich ogonem i ruszył przed siebie, w końcu to on prowadził ten pochód.

<Borowiku?>
[trening Borowika]

[430 słów]

[4%]

Od Borowika CD. Kurki

— Ughh… — mruknąłem ze zmęczenia.
Muszę przyznać, że nie zareagowałem ze zbyt dużą ekscytacją na wieść o wyprawie na brzozy. Po ostatnim, dość bliskim spotkaniu z drzewem (a raczej pniem), mój zapał nieco osłabł i teraz do drzew podchodziłem z większą ostrożnością. Nie powiem tego nikomu, ale odkąd wbiegłem w tamto drzewo, to wydaje mi się, że mój nosek jest jakby bardziej…płaski… Ale co zrobić? Znaczy, wiem, co. Trzeba zrobić, jak Kurka karze.
No bo tak trzeba. Tak trzeba.
— No… No dobra.
Podążyłem krok w krok z Kurką w stronę wyjścia z obozu. Nie zwracałem do końca uwagi na drogę, którą szliśmy, gdyż skupiony byłem na tym, by stawiać łapki tak, żeby nie nadepnąć na żaden patyczek. Nie szliśmy długo, w końcu zatrzymaliśmy się przed… dziwnym, białym drzewem. Białym. Drzewem…?
— Huh. Ale… ale czemu to… to białe jest? Drzewa nie są białe. Drzewa są brązowe.
Zmrużyłem oczka, mierząc hochsztaplera nieufnym wzrokiem.
— Wcale nie! — powiedział Kurka, uśmiechając się z lekkim zdziwieniem. — Drzewa mają różne kolory. Większość jest faktycznie brązowa lub ma korę w ciemniejszym lub jaśniejszym jego odcieniu. Ale! Niektóre z nich mogą być też białe. To nic nadzwyczajnego.
— Hm. Ale to jest białe. Nie znam żadnego białego drzewa.
— No to teraz już znasz! Dalej spróbujemy się wspiąć.
— Ja spróbuję.
— Dokładnie.
Mruknąłem nisko, nadal niedowierzając słowom mentora. Nie jemu. Tylko jego słowom. W mentora nie można wątpić. Ale w słowa tak. W słowa wręcz należy wątpić. Dlatego, żeby we mnie nikt nie wątpił, nie mówię dużo.
Próbowałem stopniowo przypomnieć sobie wszystkie instrukcje Kurki dane mi na przestrzeni ostatnich dni, dotyczące wspinaczki na drzewa. Nie mam pojęcia, czy działają one również na białe drzewa. Ale chyba starszy kocur by mnie nie oszukał. Ja to wymagam dużo od innych. Wymagam dużo od mojego mentora. W zamian robię to, co mi każe, i nie narzekam. Zachowuję się logicznie. I pracuję nad sobą. Czasami. Jestem dobrym uczniem. Jestem dobrym uczniem.
— Uhh… No dobra…
Podszedłem niepewnie do drzewa. Muszę przyznać, że nabrałem do nich dość sporego respektu w ostatnim czasie…
Spojrzałem niepewnie na mentora, a ten kiwnął zachęcająco. Pokręciłem główką z niedowierzania i zażenowania. To nie skończy się dobrze.
Spiąłem się i oparłem łapki o pień, wysuwając pazury, które miękko wbiły się w korę i rdzeń białego drzewa. Białe drzewo musiało również być młode. Już chyba umiem to rozpoznać.
Po dłuższej scenie walki, udało mi się wgramolić na najniższą gałąź. Wysokość była podobna do poprzedniego drzewa, na które udało mi się wejść. Za pierwszym razem była to wysokość akceptowalna. Jednak teraz…teraz…
W mojej małej główce pojawił się dobrze mi znany głos, będący odbiciem i kreacją moich najgłębszych ambicji.
Możesz lepiej. Możesz wejść wyżej. Możesz wyżej. Wyżej. Wyżej.
Wiem, że mogę. Oczywiście, że mogę. Jedyne, co mnie ogranicza, to mój strach. I może brak jakichkolwiek umiejętności. I oceniający – choć niecelowo zapewne – wzrok Kurki. I… parę innych czynników.
Wyżej. Wyżej.
Zacząłem się wspinać. Druga gałąź przyszła dość ciężko. Z każdą kolejną było coraz lepiej.
— Borowiku! Może nie tak wysoko, co? Na razie lepiej zostać przy niższych gałęziach…
Powiedział Kurka, robiąc kilka kroków w stronę pnia. Jego ton z jakiegoś powodu nie brzmiał spokojnie.
— Mhm… — mruknąłem, próbując utrzymać równowagę na gałęzi. Po chwili zdałem sobie sprawę, że mentor nie mógł tego usłyszeć, więc dodałem. – Dobrze. Dobrze. Jeszcze tylko jedna.
Wyżej. Wyżej.
Starałem się nie patrzeć w dół, gdy moje pazurki wbiły się w ostatnią gałąź. Spiąłem się i wybiłem lekko, lądując u celu. Była ona stosunkowo wąska i cienka, ale dzięki mojemu niedużemu wzrostowi i wadze była dla mnie w sam raz.
Yay. Moje ambicje na dziś zostały spełnione.
Objąłem wzrokiem las dookoła. Widok był… porażający. Byłem o wiele wyżej niż myślałem. Zakręciło mi się nagle w głowie… Na szczęście przed upadkiem i nagłą śmiercią spowodowaną upadkiem z wysokości uratowała mnie moja szczególna umiejętność – jak mi się kręci w głowie, to nie odpływam, moje mięśnie się nie rozluźniają, lecz napinają jeszcze bardziej, więc po prostu ścisnąłem gałąź mocniej.
Au.
Zabolał mnie lewy pazurek u prawej łapki.
Mam nadzieję, że się nie złamał. To by było smutne.
— Borowiku! Już wystarczy, zejdź na dół!
Powiedział Kurka bardziej stanowczo.
— Uhh… No… ja to… bardzo chętnie, tyle że…
Skrzywiłem się lekko.
— No zejść nie umiem.
Nie nauczyłem się jeszcze zchodzić z drzew. Z pierwszego to…no, nawet na nie nie wszedłem, lecz w nie wbiegłem. Z drugiego zeskoczyłem, bo było nisko. No, a teraz to ja umarłbym, jakbym skoczył. A może nie?
— To ja…skoczę może?
— Nie! Czekaj tam. Zaraz do ciebie wejdę i ci pomogę…
— Nie no. Skoczę po prostu. Szybciej będzie.
— Nie żartuj nawet!
— Dobra, to skaczę.
— Czekaj-
Puściłem gałąź.

A.
Chwila.
Jednak nie.
Moje pazurki… wbiły się tak głęboko, że w sumie to nie bardzo mogę je wyciągnąć.
— Aha. Jednak fałszywy alarm. Um. Sorki.
— Wszechmatko…
Nie widziałem wyraźnie twarzy mentora, gdyż moje oczy skupione były na wszystkim, tylko nie na ziemi i wszystkim, co przyziemne. Ale z tonu jego głosu wywnioskowałem, że musiał być chyba niezbyt szczęśliwy. Ciekawe, dlaczego. Muszę go potem zapytać, czemu mu smutno.
— Dobra. Nowy pomysł.
— Nie! — Nie jestem w stanie tego zobaczyć, ale zapewne jego pełne zgrozy oczy musiały się rozszerzyć jeszcze bardziej. Po chwili dodał trochę spokojniej. — Nie, nie. Zaczekaj tam. Wejdę.
— Ale nie. Nie. Serio. Chwilka. Pomysł mam. Dobry pomysł. Obiecuję, że nie umrę na twoim treningu.
Nie wiem, co zrobił Kurka, ale nie mówił nic. Milczenie uznałem za aprobatę, a przynajmniej brak sprzeciwu. Wyjąłem ostrożnie każdy wbity pazurek moich łapek z gałęzi, więc mogłem się już poruszać.
Po krótkiej analizie wymyśliłem genialny plan. Gałąź była długa i cienka. Nie ugina się, jako że stoję blisko jej trzonu, w najgrubszej i najstabilniejszej części. Ale gdybym stanął na jej końcu…
Zacząłem ostrożnie czołgać się po gałęzi do przodu. Nie czułem przerażenia. Chyba pogodziłem się ze śmiercią. To znaczy, wierzyłem w moje wybitne umiejętności. Tak. Bo nie mogę umrzeć. Nie dziś. Bo obiecałem. Jak umrę, to będą mówić, że jestem kłamcą. Nie zniósłbym tego.
Kurka chyba zdążył zrozumieć mój plan i nie próbował mi przeszkodzić.
Z każdym przesunięciem gałąź uginała się trochę bardziej. W końcu dotarłem na sam jej kraniec, ciasno obejmując ją łapkami. Byłem teraz trochę bliżej ziemi. Nie bardzo blisko, ale na tyle, żeby może nie zginąć od razu.
— Dobra, puszczam teraz. Teraz.
No to puściłem.
Tym razem na serio.
W locie obróciłem się i wylądowałem na ziemi na krzaku pod białym drzewem, na czterech łapkach.
Po krótkim starciu pokonałem krzak i udało mi się z niego wynurzyć. Cały umorusany, z podrapanym brzuszkiem i nastroszonym futerkiem, bez pazurka. Spojrzałem w górę na Kurkę, który stał przede mną, z wyrazem pyska trudnym do wpisania w kategorię smutny czy szczęśliwy. Ale szczęśliwy nie był na pewno.
— Ah, Borowiku…!
— Ja wiem. Więcej nie wejdę na żadne drzewo. Uh. Do następnego treningu wspinaczki, znaczy. To był najgorszy dzień w moim życiu. Zaraz po dniu, w którym ktoś wymienił mi moje zwykłe posłanie na czyste… To było straszne.
Nie wiem, dlaczego czułem taką potrzebę tłumaczenia się mentorowi. Może chciałem go uspokoić. Ale dlaczego? Nie muszę go uspokajać. Nie ma logicznej podstawy, bym czuł się w jakikolwiek sposób odpowiedzialny za jego emocje…um…no dobra, może i są. Ale to nie tak…
— Ale… ale wlazłem. Na… na górę. I… zszedłem sam. To… dobrze. Dobrze. Prawda… że dobrze…? Powiedz, że dobrze, Kurko.

[wspinaczka na drzewa]
[1214 słów]

[24% + 5%]

Od Kropli

Tw: śmierć

Kropla czekała. Siedziała obok matki i czekała. Obydwie wpatrywały się w wejście do obozowego lasu przez godziny. Czerwiec i Smuga poszli walczyć. Dwie tak ważne dla Kropli koty… Sama nie wiedziała, ile tak siedziała. Była głodna i spragniona, ale nie ruszyła się ze swojego miejsca. Miodunka w pewnym momencie zrezygnowała i stwierdziła, że musi się czymś zająć, bo to czekanie ją zabije. Ale czekoladowa siedziała bez ruchu. Gdy zauważyła zbliżające się koty, od razu się zerwała. Wielu było poszkodowanych, więc uzdrowiciele będą mieli ręce pełne roboty. Jednak nie wszyscy wrócili. Wojownicy, którzy byli w stanie, nieśli dwa ciała. Kropla potrzebowała chwili, aby zrozumieć, że czekoladowy kocur to jej ojciec. Chciała się ruszyć, podbiec, wyjaśnić, usłyszeć, że to zwykłe nieporozumienie. Ale nie potrafiła. Stała w miejscu, wpatrując się w martwe ciała. Po jej policzku spłynęła łza. Jedna, druga… Spojrzała tylko na brata. Przynajmniej on był cały… Odwróciła głowę, mając już dość tego widoku. Ciało wreszcie zaczęło ją słuchać, ale zrezygnowała ona z podbiegnięcia do ojca. Nie chciała czuć jego ziemnej skóry, nie chciała posiadać jego krwi na swoim futrze. Odwróciła się, chociaż nadal niepewna i roztrzęsiona, po czym poszła za uzdrowicielami i najbardziej poszkodowanymi. Najchętniej to położyłaby się przy niewyrośniętym drzewie, o którym tak dużo mówił jej Czerwiec i została tam, dopóki sama by nie umarła z głodu, wyziębienia, czy czegokolwiek. Ale to nie była dobra postawa i kocur nie byłby zadowolony. Musiała wziąć się w garść i zacząć robić to, co powinna – pomagać.

Od Guziczka

tw: krew, walka, śmierć

Gdy tylko Pieczarka ogłosiła nabór kotów do walki z bobrami, Guziczek się zgłosił. Oczywiście, że tak. Po pierwsze, musiał pomścić ojca i zadbać o bezpieczeństwo Owocowego Lasu na późniejsze lata. Tym bardziej, teraz gdy z Kurką wyznali sobie miłość i myśleli nad potomkami. Po drugie, uważał, że będzie to dobra okazja, aby pokazać, jakim dobrym jest wojownikiem, a może w kryzysowej sytuacji i liderem! W przyszłości mogłoby mu to pomóc w zdobyciu władzy.
Niecierpliwie czekał, aż koty się zbiorą do walki. A gdy wreszcie nadszedł ten dzień, Guziczek był gotowy. Stąpał pewnie, gdy wraz z innymi kotami szli nad tamę. Oczywiście, że wewnętrznie się bał – bobry wydawały się silne. Ale obecność Kurki obok, obecność wszystkich kotów i sama myśl, że to jest dla przyszłych pokoleń… Nie pozwoliła mu się poddać.

* * *

Wszystko działo się szybko. Zbyt szybko. Walka zaczęła się nagle, lecz przeciwnicy okazali się silniejsi, niż Guziczek sobie wyobrażał. Nie wiedział nawet, w którym momencie było tak dużo rannych. Po prostu walczył. Skakał na drzewa, atakował z zaskoczenia, pracował w parze z Kurką. Gdy jednak stawał na sekundę, aby złapać oddech, to widział jedynie krew. Szkarłatna ciecz osiadła na jego łapach i futrze, a on nawet nie był pewien czy należy do wrogów, czy sprzymierzeńców. Nie wiedział, czy chce wiedzieć.
Adrenalina, która wrzała w jego żyłach, sprawiała, że zwiadowca nie odczuwał tak dużego bólu, gdy bobry okaleczały jego ciało. W pewnym momencie nawet zostało mu dość agresywnie naderwane ucho. Nie przejmował się tym, nie poddawał się.
To pisk Kurki sprawił, że Guziczek się otrząsnął. Spojrzał na ukochanego, na to, jak kuleje, a jednak i tak staje obok czarno-białego, by pokonać kolejnego bobra. Nie pozwolił jednak liliowemu się przemęczać bardziej i odesłał go do uzdrowicieli, którzy ciągle pomagali poszkodowanym.

* * *

Kocur nie był pewien, ile to wszystko trwało. Był obolały, mięśnie w pewnym momencie zaczęły odmawiać mu posłuszeństwa, lecz ten i tak walczył. Bobrów było wiele, były silne, narobiły dużo szkód, lecz Owocniaki wreszcie wygrali. Ale straty nie były tak wielkie. Jeden zmarły kot i kilku bardziej poszkodowanych. Wszyscy pewnie będą nosić blizny tej walki, lecz… W przyszłości odetchną z ulgą.
– Guziczek… – uzdrowiciel chciał obejrzeć rany kocura, na których już zaschła krew.
Czarno-biały jednak pierwsze, co zrobił, gdy udało im się wygrać tę bitwę, było podbiegnięcie do Kurki i wtulenie się w jego futro. Był ciepły, oddychał, żył. Miał wybity bark, miał rany, ale żył. Obydwoje żyli. Obalali, pokryci krwią, ale żyli. Tylko tyle liczyło się dla Guziczka.

Od Borowika CD. Gołąbka

— Na…zewnątrz…? Um…
Nie byłem pewien, czy wolno nam wychodzić na zewnątrz. To znaczy byłem pewien – że nie wolno. Jak nie wolno, to nie wolno. Albo się przestrzega zasad, albo się ich nie tworzy. Zasady, których nikt nie przestrzega, to nie zasady, tylko…no, nie wymyśliłem jeszcze na to słowa. Ale wymyślę.
— Nie. Nie możemy. Kociakom nie wolno wychodzić z obozu.
Strzepnąłem lekko główką na boki. Przez to zakręciło mi się w głowie i prawie upadłem.
— Hmm… — Zmrużyłem oczka, patrząc intensywnie w ziemię. Próbowałem skupić wzrok na jednym punkcie. Niestety, bezskutecznie.
— Ale Borowikuuu! Przecież to dla Wszechmatki! Na pewno pozwoli nam wyjść na chwilkę! Zresztą, jeśli naprawdę nie chce, żebyśmy wychodzili, to chyba…jakoś uniemożliwi nam wyjście! Prawda??
— Um…
No…może i faktycznie. Muszę przyznać, że mam pewne braki w wiedzy w kontekście wiary. Gołąbek za to jest w tym temacie znawcą i niejako autorytetem. Z autorytetami nie potrafię się kłócić, gdyż nie mam żadnej wiedzy na żaden temat. No. Prawie. Więc skoro mój brat tak mówi, to musi tak być. Bo ja to się nie znam. Na tym. A on zna…się.
— Noo…no tak. Tak. Hm… W sumie racja…
W końcu udało mi się dojść do siebie. Po chwili dodałem trochę pewniej.
— W sumie racja. Chyba masz rację. Czyli że…co…? Idziemy…tam…? Ty to…um…tak pewien jesteś…? Ja nie znam…no…zasad do końca z tego tematu…
Rozejrzałem się po obozie. Widziałem raptem jednego kota, który właśnie wracał do legowiska wojowników. Większość była na patrolach lub odpoczywała po jedzeniu… Wtedy zobaczyłem, że Gołąbka już obok mnie nie ma, ruszył w stronę wyjścia z obozu. Stałem chwilę w bezruchu, walcząc z chęcią zostania w obozie i poczuciem obowiązku, by pilnować i chronić brata, mimo mojego braku jakichkolwiek umiejętności i bliżej niesprecyzowanych zagrożeń.
— Dla Wszechmatki… Hm. Dla Wszechmatki to…to ja bym zrobił wszystko. Gdybyś powiedział, że tak trzeba — mruknąłem, patrząc w niebo. Jedna chmurka. Druga. Trzecia…

<Gołąbku???>

Od Puchacza Do Orchidei

Na początku był chaos… Nie, poprawka. Chaos właśnie się urodził. A bardziej nauczył się chodzić. Według niego również biegać, chociaż to mijało się z prawdą. Puchacz, bo tak ma na imię nasz bohater, był drobnym i dość słabym kociakiem. On siebie samego tak nie widział. Według siebie jest największym wojownikiem Owocowego Lasu i wszystkiego w jego okolicy. W rzeczywistości jego jedyne osiągnięcie to zaskoczenie rodziców. Figa i Topola byli przekonani, że kociak jako słabszy z miotu nie będzie chciał się prawie w ogóle bawić. Wielka pomyłka. Chęci do zabawy mu nie brakowało. Problem był taki, że jego definicja zabawy polegała na robieniu śmiesznych rzeczy, które mogły skończyć się wizytą u medyka. Dajmy na to teraz. Zamiast powoli uczyć się chodzić jak normalny kociak, kocurek wymyślił sobie inną taktykę. Bo powolny spacerek jest dla niedołężnych babć, które tylko wylegują się w słońcu, rozmawiając o “starych dobrych czasach”. Nie. On musiał się ścigać. Z kimkolwiek: z kroplami deszczu (łatwy przeciwnik, najwyraźniej nie rozumie, że powinien biegać w kółko, zamiast spadać w dół), z siostrą, czy tak jak w tym momencie, z własnym cieniem. To, że cień był ledwo widoczny z powodu słabego oświetlenia Pory Nagich Drzew, to inna sprawa. Biegał w jedną i w drugą, robiąc piękne zakręty, skoki i inne manewry… Bum. No trudno upadł, trzeba biec dalej. Bum. Bum. Bum. Wbiegał w ściany, potykał się o ogony innych (nie może mieć pretensji, bo co chwila i tak po nich przebiega) i o własne łapy. Za każdym razem słyszał zmartwione miauknęcia Topoli: “Wszystko dobrze?”, “Ojej Puchaczu!” czy “Na pewno nic cię nie boli?”. A na każdą sugestię zaprzestania treningu krzyczał wniebogłosy. Trochę dlatego, że musiał wyrazić niezgodę, a trochę dlatego, że po prostu lubił słyszeć swój głos. A kiedy krzyczał, był głośny i wyraźny. Teraz właśnie miał wykonać imponujący zakręt. Pomagał sobie, krzycząc:
– Zium…. Zium…. Ziuuuuuuuuum!
Nie wyszło. Po raz kolejny potknął się i tym razem przekoziołkował tuż za wyjście ze żłobka. Poczuł, jak uderza się o coś dużego, ciepłego i futrzastego. Popatrzył w górę i zobaczył liliową kotkę najwyraźniej bardzo zdziwioną tym nagłym obrotem spraw. Trudno się dziwić, w końcu kto kiedykolwiek widział najszybszego kota na terenach lasu, kiedy się potyka? Nikt! (A już na pewno nie Topola…)

<Orchidea? Patrzysz na przyszłego Roberta Kubicę, tylko bez pojazdu>