BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

27 maja 2026

Od Rezedowej Łapy CD. Narcyzowej Łapy

Przeszłość

Trawa pod poduszkami Rezedowej Łapy była miękka, prawie jakby pióra zamiast źdźbła. Bieg przez łąkę był tak łatwy i lekki, jakby wcale nie biegł, ale zamiast tego się unosił. Przed nim przemieszczała się sylwetka. Zawsze był parę kroków przed nim; nigdy nie mógł jej dogonić; nigdy nie był w stanie zobaczyć jej pysk.
Ale nagle poczuł ból w ogonie, jakby ktoś nagle złapał go za czubek, przez co wykozłował. I wtedy się obudził. No tak. To był tylko sen. Kolejny, ten sam, który powtarzał się w kółko. Kocur podniósł głowę, mrugając powoli… Narcyzowa Łapa. Coś mruknął do niego. Rezedowa Łapa nawet niezbyt zakodował, co powiedział.
― Ślepy jesteś? ― mruknął, a raczej warknął, marszcząc lekko brwi, jego głos zachrypnięty, i przesunął obiema łapami po pysku. Może i lepiej, że się obudził. Ten sen i tak zawsze kończył się koszmarem, budząc go w zimnym pocie.
Musiał być to akurat Narcyz, który go obudził? Ktoś inny może nie pogorszyłby jego samopoczucia. Z rana nie był on zbyt przyjemny do rozmów. Szczególnie że nigdy nie był wyspany, nieważne, jak wcześnie poszedł spać. Zresztą, kiedy on ostatnio poszedł spać wcześnie? Nie mógł spać w nocy.
― Nie jestem ślepy. Mogłeś schować ogon pod łapy, to bym nie nadepnął ― odparował Narcyzowa Łapa, na co Rezeda tylko rzucił mu spojrzenie.
― Raczej nie będę przejmować się tym, że jakaś ślepota nadepnie mi na ogon ― mruknął Rezedowa Łapa, przesuwając swój ogon do swojego pyska. Narcyz był ciężki. Nie bolało go bardzo, ale nadal czuł to w ogonie. Było to dość irytujące. Narcyz był młodszy od niego, a był jego wzostu i ważył pewnie więcej niż on. Tak szczerze, młodszy kocur po prostu go wkurzał. Udawał jakby był niewadomo kim, ale wszyscy widzieli, że po prostu próbuje sie dowartościować... Rezeda pewnie nie powinien wypowiadać się na ten temat. W końcu on nie był lepszy, ale bez przesady. On przynajmniej faktycznie coś z tego zyskiwał.

<Narcyz?>
[314]

[6%]

Od Narcyzowej Łapy do Rezedowej Łapy

Jakiś czas temu

Przewrócił się na drugi bok i zamrugał kilka razy, aby wyostrzyć wizję. Pogodny świergot ptaków docierał do uszu śpiących uczniów, a pierwsze, poranne promienie słońca przebijały się przez liściaste okrycie, rozświetlając ściany legowiska. Narcyzowa Łapa strzepnął ogonem i usiadł, rozespanym wzrokiem przemykając po spokojnych mordkach rówieśników. Część z nich wciąż jeszcze spała. I kto miał być jego towarzyszem rozmów?
Zazwyczaj Narcyz budził się nieco później — dopiero, gdy Lśniąca Ikra przychodził i kazał mu szybko wstawać, bo zaraz przegapią poranny patrol, na który często go zabierał.Uczeń przez chwilę rozważał obudzenie Narwanej Łapy, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu — wolał nie ryzykować siniakiem na powitanie.
Schylił się, aby przylizać odstające futro na piersi; musiał się w końcu jakoś prezentować…
Tym razem było jednak inaczej.
Powietrze było gorące, parne; niemal zalegało w nozdrzach. Nawet, gdyby chciał, nie mógłby spać dłużej.
Uniósł łapę i przejechał po niej różowym ozorkiem, aby po chwili poprawić kilka kosmyków sierści na łebku.
Gdy skończył już swoją poranną pielęgnację, bardzo ostrożnie podniósł się na równe łapy i rozciągnął zdrętwiałe kończyny, po czym zlazł z posłania. Rozejrzał się po legowisku i, uważając, aby nikogo nie obudzić, ruszył przed siebie. Prawie uderzył w czyjąś łapę i omal nie usiadł na czyimś pysku, ale finalnie udało mu się dotrzeć do wyjścia.
No, prawie.
Akurat, gdy światło dnia musnęło jego nos, a delikatny powiew wiatru zmierzwił jego sierść, poczuł coś twardego pod łapami. Na dodatek włochatego.
Jak oparzony odskoczył w bok, dosłownie wpadając na ucznia, któremu chwilę temu nadepnął na ogon.
Spuścił spanikowany wzrok, aby zobaczyć, kto okazał się tym nieszczęśnikiem — na mchowym posłaniu odpoczywał nie kto inny, jak Rezedowa Łapa. Jego rudawe futro poruszyło się nieznacznie, gdy uniósł łeb, aby spojrzeć na młodszego. Narcyz tylko uśmiechnął się krzywo.
— Ooh, hej… Rezedo. Nie rób takiej krzywej miny, ktoś musiał cię obudzić! — zaświergotał nerwowo.

<No to co, kolego?>

[307 słów]

Od Iskrzyka

Dzień zapowiadał się na wyjątkowo spokojny, aż zbyt spokojny... Przynajmniej było tak w odczuciu Iskrzyka. Kremowy kocur był dzisiaj wyjątkowo znudzony, także postanowił odwiedzić swojego brata. Doszedł do wniosku, że jeśli on się nudził, to lis musiał tym bardziej! W końcu rudy kocur został starszym w kwiecie wieku, kto by na jego miejscu nie byłby wiecznie znudzony? W każdym razie wziął nieco chudawą i rdzawą wiewiórkę ze stosu i wszedł do legowiska starszych. Przed bursztynowymi oczami Iskrzyka ujawniło się parę kotów. Od razu rozpoznał dwie śpiące stare kotki, Przypływ i Pieczarkę. Obie starsze obecnie musiały mieć coś na rodzaj popołudniowej drzemki, Iskrzyk nigdy nie rozumiał, czemu starsi czasem tyle śpią, ale nie kwestionował tego zbytnio, w końcu jak młody kocur ma zrozumieć starych? Zresztą Iskrzyk mimo wszystko szanował starszych, nie zamierzał zamęczać ich tak głupim pytaniem. Jego ślepia za to szybko padły jednak na innego kota, leżącego w swoim legowisku niedaleko ściany z kaliny. Jego rude futro wyraźnie odróżniało się od zielonych liści. Obecnie jego łapy były ułożone pod nim i był zwrócony tyłem wobec Iskrzyka. Trzęsła mu się przy tym delikatnie głowa, co było dla niego typowe. Wydawało się, że nie zauważył wchodzącego do legowiska brata. Iskrzyk nie chciał próbować jeszcze wyrzucić z pyska wiewiórki, którą niósł w pysku, nie chciał też potencjalnie wystraszyć Lisa. Był bowiem przekonany, że jego brat nie powitałby takiej niespodzianki z zachwytem. Podszedł więc dwa kroki w przód, tupiąc przy tym głośno, tak by narobić troszkę dźwięku. Był pewien, że szelest zwróci uwagę Lisa. Nie mylił się, faktycznie tak było. Rudzielec potrząsnął uchem i odwrócił głowę. Musiał na chwile zapomnieć, że nie ma jednego oka, gdyż zwrócił pysk w bok częścią twarzy, którą stracił księżyce temu. Iskrzyk postanowił postawić rudą zwierzynę na ziemi i przywitał się z Lisem:
— Hej! Głodny? — zapytał kremowy, po czym zaczął delikatnie mruczeć, bardzo cieszył się, że mógł poświęcić bratu trochę czasu.
— Cześć — odmruknął Lis, próbując wstać. Kocur jak zwykle trząsł się, próbując zachować równowagę. Dodał też po chwili: — Trochę…
— Zostań w miejscu, brat — Iskrzyk powiedział z troską i uśmiechnął się tylko szeroko, po czym wziął puchatą wiewiórkę za ogon. Szybkim krokiem przeszedł przez legowisko starszyzny, nie chciał przecież zmuszać brata do chodzenia.
— Nie musisz się nade mną litować — odrzekł bez większych emocji w głosie rudy. Lis mimo to posłuchał się brata, jednak ten, zamiast usiąść, po prostu postanowił rozłożyć się na swoim legowisku.
— Nie lituje się, braciszku, troszczę się — odmruczał Iskrzyk, stawiając wiewiórkę w łapach brata. Położył się obok, tak by Lis mógł się na nim nieco oprzeć podczas jedzenia. Dodał też, gdy lis próbował coś powiedzieć, nie dając mu się tak odezwać: — Hej podzielisz się tą wiewiórką?
— Jasne — mruknął Lis, po czym spróbował wbić swoje jasno białe ząbki w rudą zwierzynę, nie trafił za pierwszym razem, lecz po drugim od razu udało się mu wbić zęby w mięso.
— Przypominasz mi tak trochę taką wiewiórkę, wiesz? Oblepić cię gliną, zwłaszcza końcówkę ogona oraz brzuszek i będziesz idealnym wiewiórczym olbrzymem! — rzekł, śmiejąc się delikatnie z własnego żartu, po czym zajął się próbą oderwania z faktycznej, prawdziwej wiewiórki jakiegoś mniejszego kawałka mięsa.
Lis mruknął tylko coś, aczkolwiek za cicho by Iskrzyk mógł usłyszeć odpowiedź z jego strony, po czym wziął kolejnego gryza rudawego stworzonka.
— Wiesz, jak tylko będę mógł, mogę ogarnąć ci trochę gliny, Lisie, co ty na to? — powiedział, przerywając na chwile jedzenie. Od czasu wypadku brata było mu go jakoś dziwnie nazywać Lisem. W końcu to lisy skrzywdziły mu brata, kto z resztą chciałby się nazywać po zwierzęciu, które wyrządziło ci tyle krzywdy? Może powinien dać mu jakąś ksywkę? W każdym razie nie słysząc dłuższej odpowiedzi od brata, rzekł: — Jeśli nie chcesz przypominać wiewiórki, możemy przemalować cię na psa! Domaluje się błotkiem jakieś pręgi, łatki! Nie wiem, czy psy mogą mieć pręgi, ale co ty na to?
— Myślę, że... Może być — odmiauknął Lis, po czym wrócił do podjadania pozostałych już z wiewiórki resztek.
— No cóż, brat, już będę iść... Ale obiecuję, że jeszcze dziś do ciebie zajrzę! — wymruczał Iskrzyk, po czym wstał.
Kremowy kocur nie czekał zbytnio na odpowiedź Lisa. Szybkim krokiem wyszedł z legowiska starszych i tyle jak przynajmniej na teraz Lis go widział.

Od Rzekotki do Niedźwiedziówkowego Pyłu

Pora Zielonych Liści, Pora Zielonych Liści! Rzekotka nie miała pojęcia, o co chodziło, ale podobał jej się widok ze żłobka! Wszyscy stali się jakby szczęśliwsi a świat wypełniły kolory i nooooowe zapachy. Koteczka jeszcze nigdy nie widziała takich kwiatów, jakie teraz ich tata przynosił do zabawy, ani takiej zwierzyny!
— Czy te ryby wracają do wody na Porę Zielonych Liści? — zapytała, kiedy nadeszła pora śniadania, a do jedzenia wszyscy dostali po rybce.
Zmierzchająca Fala parsknął pod nosem i pokręcił głową.
— Nie, one tam mieszkają Porą Nagich Drzew. Po prostu była zamarznięta rzeka i trudniej się na nie polowało — wyjaśnił.
— Jaka była rzeka? — dopytała.
— Zamarznięta.
— Jakaaa? — przechyliła główkę, wbijając wzrok w ojca.
— Taka, że nie mogliśmy w niej polować — westchnął zrezygnowany.
— Aha! Teraz rozumiem! Czyli Porą Zielonych Liści można łapać rybki, bo rzeka na to pozwala?
— Pozwala…? Oh, masz rację. Pozwala nam Porą Zielonych Liści i Porą Nowych Liści, oraz Porą Opadających Liści — odpowiedział. — Jedz już i nie gadaj.
— Czemu?
— Bo siostry Ci zjedzą!
— O NIE! — miauknęła przejęta, biorąc się za swoją porcję. Nie mogła pozwolić na zabranie swojej rybki! To było jej śniadanie, a nie Żabci czy Ropuszki.
Gdy skończyła, poszła do Kropiatkowej Skórki, żeby wyczyściła jej sierść. Robiła to najlepiej, więc koteczka bardzo chętnie korzystała z usług matuli, nawet jeśli mogła sama się myć. Wolała tak. Wyglądała lepiej i było jej przyjemnie, kiedy mamusia tak ją wylizywała. Z każdym pociągnięciem języka robiła się coraz bardziej śpiąca, kołysząc się na boki. Po chwili jednak oprzytomniała.
— Przytulasek! — miauknęła, odwracając się i wlepiając w matkę.
— Ojej, ojej — mruknęła rozbawiona królowa.
— Kocham tulaski — rozmarzyła się malutka, chowając nosek w sierści Kropiatki. Pachniało tak ładnie, a jakie było miękkie… Rzekotka mogłaby spędzić w nim resztę życia!
— Skarbie, muszę na stronę — szepnęła po dłuższej chwili matka.
— Coooo? To ja z Tobą! Na stronę! Na stronę! — zaczęła głośno skandować, jednak królowa ją uciszyła ogonem.
— Możesz iść, ale nie krzycz tak — pouczyła córkę.
Po chwili obie były przy wyjściu ze żłobka. Rzekotka otworzyła szerzej oczy, widząc wielgachny obóz oraz mnogość kotów. Stała z rozdziawioną buzią, więc matula, która ją znała, umknęła szybko w krzaki, póki córka stała oniemiała. Kropiatka wiedziała, że Rzekotka nigdzie nie odejdzie; w końcu jej najlepszym zajęciem było siedzenie w miejscu i patrzenie. Ze spokojną głową więc poszła sobie na stronę.
Rzekotka z kolei stała tak, dopóki nie dostrzegła ciemnego futra. Takie trochę podobne do Ropuszki, ale inne. No i ten kot miał maskę na pysku! Taką białą… wyglądała upiornie!
Podeszła do niej na swoich serdelowatych łapkach.
— Dzień dobry! — przywitała się według nauk rodziców. — Jestem Rzekotka i mam dwa księżyce! Twoja twarz wygląda upiornie i pewnie będzie mi się śnić po nocach!
Oznajmiła z błyszczącymi oczkami. Następnie zaatakowała przytulakiem jedną z łap wojowniczki.
— A teraz pora na przytulanie! Mama mi mówiła, że koty lubią komplementy — zaczęła mówić dalej. — I wtedy chętniej się tułają! Więc ja dałam Ci komplement i przytulas. Prawda? Tak? Powiedz! Powiedz!
Z każdym słowem coraz bardziej przyklejała się do kończyny Niedźwiedziówki.

<Niedźwiedziówko?>

Od Borowika CD. Łzy

Yay. Skończyłem trening na dziś. Mojej pamięci nie udało się niestety zapisać, co dokładnie robiliśmy z Kurką, gdyż byłem zbyt skupiony. Zawsze tak mam na treningu. Wiem za to, że po drodze udało mi się złapać wróbelka. W kontekście pożywienia, wróbelki są strategicznie lepsze niż wiewióry - ich futro nie wchodzi mi między zęby, bo też futra nie mają. Miałem sporą nadzieję zjeść go dziś na kolację, z uwagi na to, że ominęły mnie ostatnie trzy posiłki. Niektórzy powiedzieliby, że jest to jeden z objawów żałoby po śmierci matki. Ja jednak nie zgodzę się z tą teorią.
No właśnie.
Pożegnałem się z Kurką i skierowałem się w stronę legowiska uczniów. Wtem zatrzymał mnie czyjś znajomy, słodki głosik. Spojrzałem w dół. O. To Łza.

***

Zmarszczyłem brwi.
Zamrugałem.
Wyplułem wróbelka na ziemię, tuż obok Łzy, która skrzywiła się wyraźnie i odsunęła pół kroczku.
– Um. Nie rozumiem – spytałem, gwałtownie kręcąc na boki głową. – To znaczy wróbel dobry czy wróbel niedobry? Twoja wypowiedź jest… uh… co najmniej wieloznaczna.
Zgubiłem się. Zawsze się gubię, kiedy koty mówią coś wieloznacznego. Łza jest małym kociaczkiem. Kociaczki kocham. Szkoda tylko, że wychodzi na to, że tak samo jak dorosłe koty, kociaki mówią w ten specyficzny sposób, który mnie dezorientuje. Ale nie szkodzi, nie szkodzi. Kociaczkom wybaczę.
Mała westchnęła głośno, przewracając oczkami. Uniosła lekko brwi, patrząc na mnie z profilu.
– No dobrze, dobrze, już wyjaśniam. Nie mówiłam poważnie, że jest dobry. Myślałam, że każdy powinien się domyślić… Ale jak widać, ty nie. Jeśli chcesz, Borowiku, mogę mówić do ciebie… prostszym językiem - wyjaśniła spokojnie, uśmiechając się do mnie tak, jak Gąska się uśmiechała, gdy za kociaka wbiegłem głową w głaz. To znaczy tak miło. Miło, tak. Lubię, jak się ktoś do mnie miło uśmiecha. Na szczęście koty robią to często.
– Oh… Tak, tak, w sumie możesz – otworzyłem szerzej oczy ze zdziwieniem i z lekką ulgą. – Bardzo miło z twojej strony. Dobrze rozmawia się z kimś, kto mówi tak o, a nie tak… no. Wszyscy coś mieszają… niepotrzebnie… Dzięki, Łzo. Że ty pomyślałaś. Że nie mieszasz. Miły z ciebie kociaczek.
Otrzepałem uszy.
Przez pyszczek małej koteczki przeszło coś w rodzaju lekkiego zakłopotania i dezorientacji, ale zniknęło niemal od razu zastąpione czymś na kształt radości.
– Oh… Tak, tak, wiem, Borowiku! Nie martw się, nie każdy jest stworzony do… powiedzmy, umysłowych rzeczy. Gdybyś kiedykolwiek potrzebował pomocy w bardziej skomplikowanych zadaniach, to zawsze jestem tu dla ciebie! – odparła piskliwie, ale niewątpliwie ciepło, unosząc lekko główkę.
Przypadłem do ziemi i położyłem pysk na piasku, świdrując wzrokiem Łzę.
– Hm. Słodkie, słodkie – mruknąłem. – No. A chcesz wróbla? Mówisz, że jest malutki. Idealny na przekąskę. Ja miałem go zjeść. Ale ty taka miła dla mnie. I malutka. Za malutka. Znaczy, musisz jeść. Jeść więcej wróbla.
Łza jest naprawdę malutka. Za malutka jak na kota. Chociaż równie dobrze może być to po prostu cecha kociaków. Ale co ja tam wiem.
Popchnąłem nosem wyplutego wróbelka w jej stronę. Milutkie te kociaczki.

<Łzo?>
[487 słów]

Od Wrony CD. Mistral

Przeszłość

Wrona spojrzała na uczennicę zielarstwa. Ona nie była już mała, ona była już uczniem, a to oznaka dojrzewania. Jednak Mistral nie miała nerwów z materiału, z którego dwunożni robili potwory, więc odmiauknęła:
– Dobrze i przepraszam! – rzekła i susem pobiegła dalej.

Teraźniejszość

Wrona biegła do wyjścia z obozu, gdzie czekać miał na nią Czereśnia. Wiatr lekko muskał jej sierść i trzepotał jej uszami, gdy cięła powietrze, przebiegając pomiędzy różnymi przeszkodami na drodze. Gdy dotarła do mentora, zatrzymała się z poślizgiem i zaczęła przebierać łapkami.
– Witaj, Czereśnio! Czego dzisiaj będziemy się uczyć?
– Witaj, Wrono. Dowiesz się, jak dojdziemy na miejsce.
Ruszyli z obozu, szli wzdłuż rzeki, przeprawili się przez nią dzięki konającemu bukowi, minęli rozlewisko i nareszcie dotarli do celu: Dębowej Ostoi. Przez tę całą drogę myślała o Puchaczu i zgromadzeniu.
– Pewnie musisz być zmęczona treningami – miauknął wtedy brat.
– Niezbyt, jest naprawdę fajnie. Ostatnio Czereśnia pokazał mi całe terytorium. Wrzosowa Polana jest naprawdę piękna! Gdy tak szłam, o mało co się nie przewróciłam i nagle przeszył mnie ból w kręgosłupie, on się zaniepokoił, ale mi przeszło, więc odpowiedziałam, że wszystko dobrze. Potem zaczęliśmy się śmiać i wróciliśmy do obozu.
Wtedy też czekoladowy zrobił minę zazdrości. Co było fajnego w bólu kręgosłupa? Rozumiała, że uczył ją lider, ale jego uczył zastępca! Musi z nim kiedyś porozmawiać…
– Wrono, dzisiaj będziemy się uczyć czegoś, bez czego zwiadowca nie jest zwiadowcą. Wspinaczki na drzewa.
– Aaa, dlaczego musieliśmy pójść aż do Dębowej Ostoi?
– Dlatego, że dąb ma bardzo chropowatą korę, czujesz? – lider oparł łapę o drzewo, a kłapoucha za nią.
– Tak, czuję, zdecydowanie bardziej chropowatą od jabłoni.
– W takim razie teraz patrz uważnie – rzekł Czereśnia. – Najpierw ugnij tylne łapy, jak przy polowaniu, tylko skieruj siłę odrzutu do góry. Następnie mocno się odbij w stronę drzewa i zaczep pazurami o korę – powiedziawszy to, skoczył i przykleił się do dębu. – Ramiona nie mogą być za szeroko. Potem lekko uginasz tylne łapy, wybijasz się w górę i znów się zaczepiasz pazurami. By zeskoczyć, możesz lekko zejść, po prostu przenieś łapy, a następnie odepchnij się od drzewa i obróć swoje ciało – powiedziawszy to, zrobił to i wylądował gracko na ziemi. – Twoja kolej.
Wrona napięła mięśnie tylnych kończyn, wybiła się i zaczepiła pazurami o chropowatą korę. Wzięła wdech, zebrała siły w łapach i wyskoczyła, by znaleźć się wyżej. Chciała pokazać mentorowi, że jest silna i nadzwyczaj ambitna, więc powtarzała to, dopóki nie znalazła się na wysokości gałęzi.
– A teraz zejdź! – krzyknął czekoladowy, a dymna zrobiła to, o co poprosił. – Dobrze sobie z tym poradziłaś, jutro będziemy pracować w Owocowym Lasku na drzewach – powiedział tonem bez emocji, ale w oczach kotka dostrzegła dumę. – Zanim wrócimy do obozu, upolujmy coś – dodał, idąc w kierunku rzeki.

***

Gdy wrócili do obozu, Wrona dostała zadanie, aby dać coś do jedzenia uzdrowicielom. Wzięła dwie nornicę i jedną ryjówkę, i ruszyła do legowiska leczących.
– Witajcie, Wiciokrzewie, Gołąbku i Mistral! Przyniosłam wam coś do jedzenia – dała każdemu pod łapy pożywienie i siadła przy białej kotce. – Słyszałam, że zostałaś zielarką. Gratuluję!
– Dzięki – mruknęła, odgryzając kawałek nornicy.
– Mama mi opowiadała, że dawno temu to stanowisko zostało obsadzone przez kogoś. Jak podoba ci się ta praca, na czym ona polega i czy wiesz, dlaczego tak długo było puste?

<Mistral?>
[524 słowa + wspinaczka na drzewa]

26 maja 2026

Od Urodziwej Łapy (Urodziwego Szafirka)

Rano

Ranek ledwie wstał, kiedy Morszczynowy Wąs obudził swoją siostrzenicę i zabrał ją nad wodę. Kazał jej upolować kilka ryb w różnych miejscach przy zbiorniku wodnym. Szafirek podeszła do tego naprawdę bojowo. Domyślała się, dlaczego jej wujek to zlecił, wszak młodsza miała już sporo treningów za sobą i pewnie robił jej test na wojownika. Nareszcie! To dawało jej możliwości, a co za tym szło, była gotowa bronić Kasztanka i każdego innego kota, który by tego potrzebował. Szylkretka podeszła do pierwszego miejsca i zaczekała cierpliwie na pierwszą ofiarę tego dnia. Cały test trwał dość długi czas, ale to dlatego, że ryby były dosyć kapryśne i testowały cierpliwość kocicy. Jednak niebieskooka z determinacją w serduszku czekała. Wierzyła, że jej się uda. Musiało, bo przecież nie mogła pozwolić, by glonojad ją później dręczył, że nie zdała, bo naprawdę rzuciłaby się na niego. Dopilnowała by ten jego ładniusi wygląd ucierpiał dla przykładu od błota czy czegoś tego typu. Ostatecznie kotce udało się upolować wymaganą ilość ryb i powrócić dumnie do Morszczynowego Wąsa. Brat Złocistego Widlika nie odezwał się słowem, a jego pysk nie zdradzał zupełnie nic. Szafirka nie przejęła się tym, chociaż gdyby była tutaj Kropiatkowa Skórka to pewnie by usłyszała jakikolwiek werdykt, pochwałę lub ewentualną informacje o kontynuowaniu treningów. Wzruszyła lekko barkami i wróciła z Morszczynowym Wąsem do obozu. Rozstała się z nim i poszła na bok zamienić kilka słów ze swoją siostrą Lawendą.

***

Urodziwa Łapa spędzała właśnie czas ze swoją siostrą Lawendową Łapą, kiedy Mandarynkowa Gwiazda wskoczyła na miejsce przemów.
— Niech wszystkie koty wystarczająco dorosłe, by polować, zbiorą się na zebranie klanu! — rozległ się głos liderki. Urodziwa Łapa zastrzygła uszkiem, a następnie spojrzała na siostrę.
— Hej, Lawenda to chyba nasza chwila — wymruczała cicho. Podniosła się, a następnie z siostrą u boku ruszyła do reszty kotów. Usiadły obok siebie, stykając się ze sobą futrami. Mandarynkowa Gwiazda rozejrzała się, a jej wzrok spoczął na dwóch uczennicach.
— Zebraliśmy się dzisiaj, by powitać dwie uczennice w gronie dorosłych kotów — zaczęła srebrna.
— Urodziwa Łapo, Lawendowa Łapo wystąpcie — kontynuowała Mandarynkowa Gwiazda. Urodziwa Łapa wysunęła się od razu, a w ślad za nią podążyła jej siostrzyczka. Szafirek ledwie potrafiła ustać w jednym miejscu. To był ten moment, w którym ponownie będzie dzieliła legowisko z Przypalonym Kasztanem, Liliową Pieśnią czy Ulewnym Szkwałem i jeszcze Lawendą.
— Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódczyni Klanu Nocy, wzywam naszych wojowniczych przodków, by spojrzeli na tęuczennicę. Ciężko pracowała, by zrozumieć wasz szlachetny kodeks, więc polecam wam ją jako wojowniczkę. Lawendowa Łapo, czy obiecujesz przestrzegać kodeksu wojownika, chronić i bronić go nawet za cenę życia? — powiedziała Mandarynkowa Gwiazda.
— Obiecuję — miauknęła Lawenda. Uroda czekała z niecierpliwością na to, jakie imię dostanie kotka, bo swojego się domyślała.
— A zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojowniczki. Lawendowa Łapo, od dziś będziesz znana jako Lawendowa Rozkosz. Klan Gwiazdy honoruje twoją pilność i uważność, a my witamy cię jako pełnoprawną wojowniczkę Klanu Nocy — odparła liderka. Starsza kocica zeskoczyła i podeszła do Lawendowej Rozkoszy. Oparła pysk na jej głowie. Lawenda liznęła jej bark. Chwilę później Mandarynkowa Gwiazda powróciła na miejsce i przeniosła wzrok na niebieską.
— Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódczyni Klanu Nocy, wzywam naszych wojowniczych przodków, by spojrzeli na tę uczennicę. Ciężko pracowała, by zrozumieć wasz szlachetny kodeks, więc polecam wam ją jako wojowniczkę. Urodziwa Łapo, czy obiecujesz przestrzegać kodeksu wojownika, chronić i bronić go nawet za cenę życia? — powtórzyła po raz kolejny formułkę. Serce szylkretki zabiło szybciej. Podniosła dumnie łebek.
— Obiecuję — wymruczała szczerze, a jej niebieskie oczka lśniły z radości. Zamierzała chronić kodeks i bronić, ale na własnych zasadach w kwestii kilku spraw. Jednak nikt nie musiał o tym wiedzieć.
— A zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojowniczki. Urodziwa Łapo, od dziś będziesz znana jako Urodziwy Szafirek. Klan Gwiazdy honoruje twoją determinację i bystrość, a my witamy cię jako pełnoprawną wojowniczkę Klanu Nocy — rozległ się głos przywódczyni. Szafirek musiała się powstrzymać, by nie wyskoczyć w powietrze. Dobrze, że nie miała skrzydeł, bo pewnie by odleciała. Starsza kocica pojawiła się przy niej i wykonała ten sam ruch, co w przypadku Lawendy. Urodziwy Szafirek polizała jej bark. Gdy Mandarynkowa Gwiazda się wycofała, obok Szafirki pojawiła się liliowa wojowniczka.
— Lawendowa Rozkosz! Urodziwy Szafirek! Lawendowa Rozkosz. Urodziwy Szafirek! — rozległo się skandowanie imion dwóch świeżo mianowanych wojowniczek. Od tego momentu Uroda nie była już uczniem, a pełnoprawnym członkiem klanu. Nie było niczego wspanialszego od tego, chociaż nie. Najwspanialszy nadal i tak pozostawał Przypalony Kasztan. Kiedy ceremonia się skończyła, obie kotki przystąpiły do czuwania.

[726 słów]

Od Rozżarzonej Pieśni CD. Truskawkowej Łapy (Truskawkowego Pola)

Przeszłość, nim Truskawkowe Pole została wojowniczką, a następnie zastępczynią

Początkowo obecność dwójki były Owocniaków w Klanie Klifu ją zaskoczyła. Szok ten jednakże równie szybko minął, kiedy to uświadomiła sobie, że nie tylko ona nie pochodzi stąd, a mimo to obóz w jaskini nad klifami stał się jej nowym, prawdziwym domem. Nawet jeśli jako były Wilczak nie mogła w pełni odciąć się od przeszłości, to szepty Klifiaków były znacznie lepsze niż obawa o własne życie na każdym kroku, jak to miało miejsce w Klanie Wilka. Ruda była aż zbyt świadoma, że tą decyzją złamała niejedno serce kota, który pozostał na zalesionych terenach, jednak musiała także brać pod uwagę własne dobro.
Początkowo tęsknota była nade silna, wręcz rozrywająca jej duszę od środka na najmniejsze kawałki, jednak końcowo ból, który przeżyła, ukształtował ją na nowo w obcym miejscu, wśród nieprzychylnych spojrzeń, szeptów, lecz to nie miało tak dużego znaczenia, jak poczucie bezpieczeństwa, które w końcu zaznała. A z czasem wszystko zdawało się tracić na sile, Klifiacy przywykli do jej obecność w obozie, czy też patrolach, nikt zbytnio nie narzekał, dopóki ta wypełniała sumiennie swoje obowiązki i tak naprawdę nadal pracowała, by postać wśród nich, nawet jeśli otrzymała imię i przeszła mianowanie na pełnoprawnego wojownika.
Chłodniejsze dni pory opadających liści leniwie płynęły niczym same liście, kiedy to swój taniec w powietrzu, muskane delikatnym jesiennym wiatrem, nim końcowo dotknął ziemi i dołączą do innych upadłych, tworząc kolejną warstwę ściółki leśnej. Żółtooka nie odczuwała zbyt dużej tęsknoty za lasem, gdyż powoli łysiejące korony drzew w kolorach czerwieni, żółci, czy pomarańczu były skutecznie zastępowane zachodami słońca nad klifami. Bywały dni, kiedy to przesiadywała nad urwiskiem w każdej wolnej chwili, obserwując chylące się ku zachodowi słońce lub pomarszczoną taflę morze, którego szum skutecznie uciszał niechciane myśli, powracające niczym natrętne muchy.
Rozżarzona Pieśń właśnie wracała znad klifu, gdzie trochę posiedziała w samotności, kiedy to do jej uszy dobiegły dźwięki rozmowy, której bliżej było do kłótni niżeli spokojnej konwersacji. Cętkowana nieco przyspieszyła kroku, woląc nie napotkać tych wzburzonych Klifiaków — jakoś nie uśmiechało jej się zostać mediatorem pomiędzy kłócącymi się lub kimś w tym rodzaju. Wolała unikać mieszania się w cudze problemy, czy też ostrzejsze wymiany zdań, nie chcąc narazić się jakiemukolwiek Klifiakowi. Do dziś pamięta, jak Źródlana Łuna początkowo z nienawiścią zaatakowała przybłędę z Klanu Wilka. Po ich pierwszym spotkaniu nadal nosiła na swym ciele blizny, choć na pewno nie tak okazałe, jak te, których nabawiła się w nocy, która miała zadecydować czy jest gotowa zostać uczniem.
Z gniazda ze zwierzyną wzięła sobie jakąś z bardziej lichych piszczek, a następnie oddaliła się nieco, chcąc ją samotni skonsumować. Dotychczasowy spokój i raczej leniwy nastrój w jaskini został zakłócony głośnym wejściem rodzeństwa. Truskawkowa Łapa i Wędrująca Łapa rzucali między sobą jakieś uwagi, nawet nie starając się zachować jakąkolwiek kulturę przy pobratymcach, którzy może chcieli odpocząć po całym dniu. Ruda ciężko westchnęła, chcąc już, wziął pierwszy kęs zwierzyny, kiedy niespodziewanie obok niej pojawiła się szylkretka. Nieco podskoczyła, nie będąc w stanie zapanować nad reakcją swojego na ruch ze strony terminatorki.
Początkowo chciała zignorować jej obecność obok, lecz ta niespodziewanie zadała w jej kierunku pytanie.
— Nie wiem… Według mnie zachowujecie się, jak większość rodzeństw — mruknęła. — Sama mam brata i siostrę, lecz z nimi chyba miała dobry kontakt i nie pamiętam jakichkolwiek kłótni między nami — przyznała, czując, jak tym samym niebezpiecznie zbliża się do ran, których wolałaby nie rozdrapywać.
— Twój brat nie jest gburem? Jedynie pozazdrościć. Nie musisz się męczyć z takim na co dzień. Jak się nazywają? Nie kojarzę, by mówiono o więcej niż jednym Wilczaku tutaj.
— Oni… Pozostali w klanie, chyba.

«★»

Obecnie

Żółtooka wkroczyła do obozu wraz z resztą patrolu granicznego, który wyruszył niedługo po Wysokim Słońcu. Ruda czuła, jak nagrzana sierść nie daje jej chwili wytchnienia, choć przyjemny chłód bijący od wodospadu dawał niewyobrażalną ulgę, szczególnie kiedy drobne kropelki spadającej wody osiadały na rozgrzanych ciała wojowników. Żar powoli skierowała swoje kroki do kociarni, gdzie przebywały dwie młode koteczki, znajdujące się pod opieką Jastrzębiego Zewu, choć królowa nie była sama, gdyż w ostatnich dniach dołączyła do niej zastępczyni Lśniącej Gwiazdy. Truskawkowe Pole spodziewała się kociąt, więc na ten czas i późniejsze księżyce musiała odstąpić od wykonywanych obowiązków. Lider, nie chcąc zostawić pustego stanowiska, mianował Źródlaną Łuną nową zastępczynią na czas dwóch księżyców.
— Witaj Jastrzębi Zewie i kociaki. Jak się masz Truskawkowe Pole? — zagaiła, kiedy tylko młódki dopadły jej szerokie łapy.

<Truskawko?>

Od Wzburzonego Kormorana CD. Naparstnicowej Łapy (Serdecznej Naparstnicy)

Od zgromadzenia, na którym Kormoran zdecydowanie nie wiedział, jak zachowywać się wobec Serdecznej Naparstnicy, trochę minęło. W tym czasie kocur zdecydowanie wydoroślał, zaprzestając jakichkolwiek głupich odzywek czy zaczepek — stał się poważniejszy i na pewno zaczął myśleć dwa razy, nim pozwoli słowom paść spomiędzy białych warg. Cętkowany przez te księżyce również mocno zdystansował się od innych, nie nawiązując rozmów, jeśli nie było takiej potrzeby. W końcu przestał udawać, próbując w różny sposób zaimponować innym, dostrzegając fakt, iż ci, którzy będą warci jego czasu i uwagi, zaakceptują go takiego, jakim faktycznie jest, bez zbędnych masek, czy sztucznych zachowań, których później sam w końcu żałował.
Cętkowany właśnie wracał z polowania, niosąc w pysku tłustą mysz wraz z dorodnym kosem. Obie piszczki były świeże, nadal ciepłe, a ich krew nie zdążyła stężeć, więc posoka barwiła jego śnieżno biały pysk na czerwony odcień. Jego nieco zmęczone morskie spojrzenie leniwie przesuwało się po kotach, znajdujących się w obozie, dopóki jego uwagi nie przykuła biało-niebieska sylwetka najmłodszego protektora. Kormoran dotychczas nie miał z nim najlepszych stosunków, szczególnie na etapie, kiedy to point był uczniem oraz niedługo po mianowaniu na wojownika. Uważał się wtedy za lepszego w znacznym stopniu, niż faktycznie było. W rzeczywistości to Naparstnica była z ich dwójki najlepszy, od początku dojrzalszy, niedający się młodzieńczym prowokacją cętkowanego.
Pierwszym punktem na jego rachunku sumienia był ów arlekin, które dawno temu już powinien przeprosić za swoje idiotyczne zachowania. Jednak za każdym razem, gdy już w głowie układał po kolei słowa, które powie, te niespodziewanie ulatywały, kiedy tylko morskooki napotkał spojrzenie starszego. Zdając sobie z nagłej pustki w głowie, peszył się i rezygnował z prób rozmowy, co czasem spotykało się z mało przychylnym wzrokiem Naparstnicy, jakby tylko tym już chciał odstraszyć od siebie młodszego wojownika. Kormoran nie miał mu tego za złe, gdyż na jego miejscu, sam, by postępował podobnie, biorąc pod uwagę ile jadu i nienawiści otrzymał protektor z jego strony.
Stał przez parę uderzeń serca w miejscu, dopóki nie wziął się w garść i z upolowaną zwierzyną w pysku ruszył w stronę arlekina. Tym razem już nawet nie próbował czegoś sensownego ułożyć w głowie, gdyż po chwili i tak, by myśli te wyparowały niczym woda w parny dzień. Nieco zgarbiony podszedł do Naparstnicy, by zatrzymać się o długość ogona, czekając, aż skończy rozmowę z Drobnym Ukojeniem. Dopiero kiedy srebrna odeszła, Kormoran skrócił dzielący ich dystans, by odłożyć mysz przed niebieskim. Następnie postąpił podobnie z kosem, tylko jego kładąc bliżej swoich łap, by ten trzymany w pysku nie przeszkadzał w czasie mówienia.
— Wiem, że… — zaczął, lecz szybko zrezygnował z pierwszej myśli, która pojawiła się w jego głowie. — Na początku chyba powinienem przeprosić, a więc przepraszam. Przepraszam za wszystko, co ci księżyce temu mówiłem. Zachowywałem się jak mysi móżdżek, próbując obrażać się w każdy możliwy sposób. Było to niedojrzałe i niestosowne, patrząc też na to, że byłem wtedy już wojownikiem. Jako wojownik powinienem szanować innych pobratymców, szczególnie tych, którzy dbają o dobro klanu, obojętnie czy polując, czy pomagając w obozie. Wiem, że zwykłe słowa i jedno przepraszam nie zmyje moich win, dlatego będę starał się być po prostu lepszy niż tamten młodzik. — Nie czekając na odpowiedź niebieskookiego, schylił się po ptaka, by następnie odejść z nim.

<Naparstnico? Chyba ktoś w końcu dojrzał do posiadanej rangi>

Od Wzburzonego Kormorana CD. Trójokiego Zająca

Ucieczka jego przybranego ojca niezbyt go ruszyła — nigdy nie byli jakoś blisko, kocur miał wrażenie, że już nawet miał lepszy kontakt z jego bratem, Trójokim Zającem. Choć mogło to mieć związek z tym, iż to właśnie kremowy początkowo szkolił rodzeństwo, kiedy Bukowa Korona siedział w lecznicy, dochodząc do siebie po ataku mew. A cóż za ironia losu, podobnie jak swój srebrny mentor nosił na lewej stronie pyska bliznę w okolicy oka, z tą różnicą, że czekoladowy nie miał wcale gałki, a Kormoran swoją zachował na szczęście. Wcześniej, to by dogryzał kocurowi, że nie dał sobie z byle jaką mewą, tracąc część wzroku, lecz po byciu świadkiem śmierci Mroźnego Wierchu wszystko się zmieniło.
Point przez ostatnie księżyce dogłębnie analizował swoje dotychczasowe postępowanie, dochodząc do wniosku, że powinien być sobą, nie łaknąć uwagi innych, zabiegając o nią u kotów, które nie były tego warte. W dodatku zrobił niemały rachunek sumienia, w którym mu wyszło, że powinien jakoś, chociaż przeprosić Serdeczną Naparstnicę i opcjonalnie Bukową Koronę. Początkowo faktycznie żarł się ze swoim dawnym mentorem, jednak z czasem przybrało to formę przyjacielskich zaczepek, które raczej żadnej ze stron nie raniły. A nawet jeśli, to było to chwilę, gdyż oboje wiedzieli, że ten drugi nie mówił poważnie.
Właśnie wybierał z gniazda ze zwierzyną jakąś piszczkę, gdy naprzeciwko siebie ujrzał kremowo-białe łapy, na których nieśmiało zaczynały się odznaczać pręgi. Nawet nie musiał podnosić wzroku wyżej, by wiedzieć, kto teraz nad nim stoi. Mało kto w klanie miał tak jasną sierść, a po ostatnich wydarzenia ubyło o jednego Klifiaka w tym temacie. A nawet jeśli jego przypuszczenia mogły być mylne, to dźwięk głosu rozwiał wszelkie wątpliwości.
— Cześć Wzburzony Kormoranie. — Wspomniany, nie spiesząc się, wziął między zęby drozda, by następnie podnieść głowę i skierować swoje morskie spojrzenie na starszego wojownika. Cętkowany ruchem łba wskazał na gniazdo, dając Zającowi do zrozumienia, by ten także coś wziął dla siebie. Niebieski spokojnie czekał, aż pręgowany dokona wyboru, by następnie u jego boku skierować się do spokojniejszej części obozu, gdzie mogli bez pośpiechu i obaw zjeść posiłek.
— Jak się trzymasz Trójoki Zającu? — spytał, nie mówiąc wprost, o co mu chodzi, lecz można było się szybko domyślić, biorąc pod uwagę spore zmiany w klanie, odkąd Pikująca Jaskółka zginęła, a jej miejsce zająć Lśniąca Gwiazda. Z bratem matki nigdy nie miał jakiś szczególnie bliskich relacji, podobnie jak z nią samą, więc dla Kormorana był tak samo obcy, jak większość Klifiaków, z którymi rozmawiał raz na jakiś czas.

<Trójoki Zającu?>