Księżyce temu leżała obok kotki, zwierzały się sobie z sekretów, czyściły sobie nawzajem futra, dzieląc się swoimi marzeniami, a teraz kotka miała partnera, kocięta… Gdzie Niezapominajka popełniła błąd? Może powinna była spędzać z nią więcej czasu? Wbijała teraz pazury w ziemię, patrząc tępo na pazury, które nie tak dawno drapały wściekle po jej ojcu. Wzdrygnęła się, w końcu wstając. Nie była pewna co do odwiedzin kotki, jednak nie odzywanie się do niej też nie było wcale najlepszym pomysłem. Westchnęła, gdy nagle do jej boku podszedł jej ojciec. Klan Nocy nadal był pewien, że powodem jego ran były borsuki, a ona sama nie potrafiła sobie spojrzeć w oczy w odbiciu kałuży, wiedząc, że to ona go tak urządziła. On sam jednak nie wydawał się być zły. Może to było w tym wszystkim najgorsze? Teraz usiadł obok córki, zerkając na jej drgający nerwowo koniuszek ogona. Ona nadal stała, patrząc na żłobek. Jej ojciec westchnął.
— Wiesz, myślę, że powinnaś ją odwiedzić. Wiem, że to boli, ale przyda się jej teraz wsparcie, wiesz? — kocur patrzył na nią nadal, wręcz ciepłym wzrokiem. Musiała przyznać, że ciężko było się przyzwyczaić do posiadania jakiejkolwiek faktycznej rodziny obok siebie. Szczególnie wtedy, gdy nikt inny nie wiedział o ich spokrewnieniu. Przyzwyczaiła się do osamotnienia. Gdyby tak pomyśleć, to Trzcinowy Szmer była jedyną najbliższą osobą, jaką dotąd miała przy sobie. Jej futro nastroszyło się na tą myśl, jednak od razu wygładziła je językiem. Jej ojciec skinął w stronę żłobka, na co ta w końcu po chwili ruszyła się, przełykając ślinę. Myślała cały czas o tym, co powiedziała jej księżyce temu kotka i ona sama jej. Kotka zabiła członka rodziny, ale Niezapominajka nigdy jej nie oceniała za ten czyn. W dodatku wiedziała, że sama teraz nie jest niewiniątkiem. Jednak Trzcina też znała jej najskrytszy sekret, mianowicie jej pochodzenie. Łapy same w końcu poniosły ją do żłobka, co zauważyła dopiero wtedy, gdy się tam znalazła. Trzcinowy Szmer patrzyła czule na dwie kulki u swojego boku. Niezapominajkę przeszedł dreszcz na myśl, że mogły być jej. Że mogły razem znaleźć kocięta na granicy, tak jak to ją samą znaleziono. Ruszyła w stronę kotki, czując lekki dyskomfort. Głowa jej wirowała, ostatni raz widziały się gdy wróciła z Kijankowymi Moczarami po “ataku”.
— Niezapominajkowa Nadziejo? Już myślałam, że mnie nie odwiedzisz. — usłyszała dymna, co wyrwało ją z myśli po raz kolejny, a wirowanie zastąpione zostało… Smutkiem. Nie dała po sobie tego poznać, jednak kojący głos szylkretki był dla niej czymś, czego mogłaby słuchać o wiele częściej, obok siebie, jak kiedyś gdy miały legowiska tuż obok siebie. Teraz jej legowisko było puste, może nawet bliższe tego, które zajmował Żmijowiec…
— Tak, przepraszam, że nie od razu, po prostu po tym ataku…
— Nie musisz mi tłumaczyć. To musiało być straszne, atak w obozie już sam w sobie był okropny… Rannych było sporo. — odpowiedziała kotce, zakrywając kocięta ogonem, jakby borsuk znów miał się wyłonić zza rogu. Gdyby tylko wiedziała…
— Było. Szczególnie dla Kijankowych Moczar… — usiadła, patrząc na swoje łapy, turlając pod nimi jakiś kamyczek, który się pod nimi akurat znalazł.
— Wyglądał okropnie… Dobrze się ostatnio dogadujecie, chyba wspólna walka was zbliżyła do siebie, co?
— Tak, tak… Cieszę się, że przeżył. Faktycznie trochę się zbliżyliśmy. — Wspólna walka była czymś innym w głowie Trzciny, a głowie dymnej. Niezapominajkowa Nadzieja odepchnęła kamyczek w bok, czego pożałowała, bo jednak nie miała czego zrobić z łapami, a powietrze robiło się dla niej gęste. Mogłaby je ciąć pazurami. W końcu spojrzała na przylegające do jej boku puchate maluchy. Jej serce delikatnie zakłuło, jednak uśmiechnęłą się. — Jak tam twoje kocięta? Żmijowa Wić wydaje się być dość dumny z siebie, z tego co zauważyłam.
<Trzcinowy Szmerze?>
