BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 14 czerwca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

06 czerwca 2026

Od Borowika CD. Iskrzyka

Kulturalnie jadłem sobie wiewiórę, starając się nie mlaskać za głośno. Było to jednak niełatwe zadanie, gdyż jak zwykle jej futro wlazło mi między zęby. Mam naprawdę niezdrową relację z wiewiórami. Muszę przestać je jeść.Usilnie próbowałem skupić wzrok na ziemi pod moimi łapami lub też na drzewach w oddali, byle tylko nie na rozmawiających kotach. No. Nawet nie tyle rozmawiających, ile wymieniające się powitaniami. Zawsze czuję się niezręcznie w towarzystwie więcej niż jednego kota. Teraz również odczuwam delikatną konsternację.
Ugryzłem kolejny kawałek wiewióry. Wyplułem futro na bok.
Zdaje się, że kotka próbowała ułożyć w głowie w miarę sensowną odpowiedź na pytanie Iskrzyka, jednak szybko poddała się i odeszła zakłopotana, mrucząc ledwo słyszalne pożegnanie. Nim zdążyłem zebrać myśli lub coś odpowiedzieć, ona już zniknęła.
Zerknąłem na kocura spoglądającego za odchodzącą. Również spojrzałem w tamtą stronę.
Przełknąłem głośno kawał wiewióry.
– Uch. Iskrzyku. Dziękuję za wiewiórę. – Próbowałem przerwać niezręczną ciszę. – Nie umrę w najbliższym czasie z głodu dzięki tobie. – mruknąłem, nie patrząc na niego.
Kocur odwrócił głowę z powrotem w moją stronę i uniósł lekko brwi.
– Ach, nie ma za co, młody. Musisz nabrać więcej masy, za mały jesteś jak na swój wiek. – odparł, nadgryzając kawałek wróbla.
– A ten…um. No właśnie. – Strzepnąłem nerwowo uszami. – Bo ty to jesteś tym całym…zwiadowcą, co nie…?
Kremowy mielił chwilę, przełknął i dopiero wtedy odpowiedział.
– Tak, tak, jestem. I to już z niemałym stażem. – Uśmiechnął się do mnie.
– A. To…ciekawe. Hm. No bo…ja to ci mogę powiedzieć, że…już prawie zwiadowcą jestem. Uch. Niedługo już. Być może. Lub też nie. No i…wiesz. Myślałem sobie jak to może być. Ale nie wiem. Powiedz ty mi. Jak to może być…? Co ty z reguły robisz…? I…uch…myślisz, że to dla mnie…?

<Iskrzyku??>
[291 słów]

Od Kosaćcowej Łapy (Kosaćcowej Grzywy)

Baaaardzo dawno temu… wyjaśnienie sprawy z Sosnową Gwiazdą
Kosaćcowa Łapa miał na celu rozdrażnienie dwóch kotek. Gniew dekoncentrował, przypuszczał kocur. Gdy Brukselka wskoczyła w walkę, ten po prostu westchnął ciężko i podbiegł do pobliskiego krzewu, szykując się do skoku na oszołomioną Sosnową Gwiazdę. Wysunął pazury, oczyścił umysł, tak jak kazał mu Miodowa Kora i skupił się tylko na starej kocicy. Przeskoczył z wysuniętymi pazurami nad krzakiem. Szybki jak wiatr skierował swoje ciało w stronę przywódczyni, aby zaorać jej straszną twarzyczkę jeszcze następnymi, brzydkimi bliznami. Grzywa dawała wrażenie młodego lwa, zaraz wkraczającego w dorosłość. Zasyczał, wykonując ciosy odważnie.
Z lwią odwagą i siłą, Kosaciec dał radę trafić przywódczynię. Nie, to za mało! Jej brzydki, czarny pyszczek był cały ulany krwią własną. Rany zadane przez Kosaćca były bardzo głębokie, prawie że na cały pysk kocicy. Ostateczny cios zadał w postaci kolejnego mocnego uderzenia pazurami w nią, a następnie ostrożnie odskoczył, doszukując się słabości u przywódczyni. Jego szyja była trochę ubrudzona krwią Sosnowej Gwiazdy, która spływała na jej oczy. Mogła nawet posmakować szkarłatnej cieczy, nie otwierając pyska.
Kotka była rozwścieczona! Tym razem Sosnowej Gwieździe udało się dosięgnąć łapami żółtodzioba. Masywną sylwetką powaliła go, spluwając prosto w ślepia kocura.
— Zasrany szczeniak Zalotnej, no kto by pomyślał! — wycedziła przez zęby, z pogardą patrząc na vana — Mam nadzieję, że mamusia jest dumna z takiego syna jak ty. Wstawiasz się za tą pokraką? Myślałam, że potomków kultystów stać na nieco więcej — zakpiła.
Kosaciec uniknął jakimś trafem uderzenia od masywnej kotki. Wstrzymał powietrze, gdy przywódczyni się odezwała.
— Co? — wyszeptał drżącym głosem — Ale... jak to!? — Obracał głową na boki w akcie desperacji. — Nie, to nie może być prawdą... Nie! — krzyknął. Jego źrenice rozszerzyły się, cały świat zawirował. Nie chciał o tym myśleć wcześniej. Był przekonany, że jego matka jest dobra... W końcu była dla niego dobra! A teraz, co!?
Kątem oka spojrzał na swe łapy ulane krwią. Takie same, jak wcześniej, gdy jeszcze byli przy wierzbie, ale gdy mrugnął... widok nie zniknął. To było naprawdę.
Nagle spojrzał się na nią ze spojrzeniem jak u zdziczałego, zajadłego lisa. Zmrużył oczy. Na jego pysku pojawił się szeroki uśmiech. Zaśmiał się nerwowo. Krzyknął:
— Zamknij się, ty stara jędzo!
Obelg jeszcze więcej by poleciało, gdyby nie to, że rzucił się jak szczur z pazurami w stronę jej szyi. W jego umyśle był tylko widok zmasakrowanego ciała Sosnowej Gwiazdy. Śmierć.
Kosaciec gorączkowo próbował ją drasnąć, ale nie trafił. Nawiedzona uniknęła skierowanego ku niej ciosu, rechocząc przy tym ze wzgardą. W jej oczach odbijała się słabość i żałosność ucznia. Zaatakowała go ponownie, jednak nie kierując się ku szyi, by szybko skończyć jego życia, a ku delikatnej skórze pokrywającej jego brzuch. Nie zależało jej na tym ciele, zależało jej jedynie na wyżyciu się.
Kosaciec uniknął ciosu nawiedzonej. W jego uszach odbijał się rechot kotki. Miał nadzieję, że jego lwi, waleczny przodek będzie mu sprzyjać tym razem. Lub Klan Gwiazdy. Najwyraźniej jego modły zostały wysłuchane, gdyż poczuł, jak jakaś nieznana mu dotąd siła przejmuje kontrolę nad jego ciałem.
Każdy dech, każdy ruch wąsem i ciężkie sapnięcie czuł, że z kimś dzielił.
Zamrugał zdziwiony tym nagłym przypływem spokoju i pewności, znanego mu z kocięcych zabaw w żłobku, tuż obok ciepłego brzucha matki. Gdy otworzył swe ślepia, dostrzegł jaśniejący obrys lśniącej postaci, której przezroczyste łapy zdawały się wychodzić prosto z niego i sięgać ku ciele Sosnowej Gwiazdy. Obce pazury chwyciły się czegoś, co przypominało czarną, oplatającą liderkę pajęczynę, po czym pociągnęły z zatrważającą siłą, zrywając ją z głośnym wrzaskiem z Sosnowej Gwiazdy.
Nadprzyrodzona siła dodała mu pewności siebie. A wrzask Sosnowej Gwiazdy jeszcze bardziej go nakręcał! Nie zastanawiał się, od kogo mógł ją dostać. Od razu przeszedł do ataku. Prawą, tylną nogą dosięgnął początku jej brzucha. Następnie długie pazury wtopiły się w skórę. Łapa zaczęła schodzić w dół, zostawiając po sobie kilka długich, głębokich kresek, z których zaczęła kapać szkarłatna ciecz. Powoli i wolno, aby zadać dużo cierpienia Sosnowej Gwieździe. Tak dużo, ile się dało. Za Głupią Łapę. Za wszystkie koty, które były niewinne. Za wolność!
Kocica zaniosła się salwą kaszlu, gdy krew z uszkodzonych organów podeszła jej do gardła. Na jej pysku nie widać już było szaleńczego uśmiechu, a strach. Strach tym, że pazury Klanu Gwiazdy chwyciły jej czarną, zepsutą masę i powoli wyciągnęły z gospodarza, nie dając jej szansy na ucieczkę.
— Oczywiście, że sami byście nie wpadli na taki pomysł... Krchh, zapchlony Klan Gwiazdy! Nagle się obudziliście, świętoszki. Szkoda tylko, że tak późno.
Ruchy gwiezdnych łap również zdawały się wahać po czynie, jakiego dopuścił się Kosaćcowa Łapa, choć nie puściły zgniłej duszy potępionej.
Kocur ponownie przeszedł do ataku. Kosaciec nawet nie drgnął. Więc Klan Gwiazdy jednak nas nie opuścił, stwierdził. Miał nadzieję, że znowu trafi. Poczuł się nieco słabszy niż wcześniej, jakby Klan Gwiazdy się wahał. To go za bardzo nie obchodziło. Liczyło się, że wciąż jest silny. Jedyna krew, która była na jego futrze, to Sosnowej Gwiazdy. Był pewny, że ten cios ją zabije. W końcu skończy się tyrania. Strach przywódczyni go napawał.
Zaczął wtapiać swoje ciemno szkarłatne pazury w jej skórę, a następnie zadał jej rany. Krew trysnęła na jego pysk. Nie zlizał jej; nie chciał skazić swego żołądka tym mrocznym błotem niby jej krwią. Zmrużył oczy. Czuł nieprzyjemne ciepło na brzuchu, zapewne przez to, że nad nim skapywała krew z dolnej części ciała Sosnowej Gwiazdy.
Sosnowa Gwiazda ostatkami sił drasnęła kocura w wewnętrzną stronę przedniej łapy, spychając go przy tym z siebie. Jej oddech był ciężki, zmęczony, odsunęła się na bok, próbując odzyskać pełną kontrolę nad okupowanym ciałem Wilczej Tajgi, byleby nie dopuścić jej zbłąkanej duszy do powrotu.
Poczuł ból na przedniej łapie. Mimo tego wstał. Złapał kilka świeżych oddechów, przyglądając się przywódczyni. Sam nie dowierzał, że mógł ją dobić, nawet z pomocą Klanu Gwiazdy, ale teraz widział, że było to możliwe. Ciężki oddech, zmęczone ciało. Dziwne, że to cielsko jeszcze nie odmawiało posłuszeństwa. Może to przez to, że jest opętane? Pomyślał. Stanął pewniej, napuszył zakrwawioną — lecz nie we własnej krwi — grzywę i spojrzał jej w oczy. Po tym skoczył i rozdziawił szczękę ku jej szyi. To był jej koniec, był tego pewien!
Poczuł krew. Głębiej wtopił kły w jej krtań. Ciało zwiotczało po tym czynie, ale Kosaciec nie puszczał. Dopiero po dłuższej chwili puścił ją, cofając się o kilka kroków. Przyglądał się zmasakrowanemu ciału. Milczał, dokładnie obserwując jakiekolwiek oznaki życia przy Sosnowej Gwieździe. Zdawało się, że to koniec.
Czy tak miało smakować zwycięstwo? Czy mógł to w ogóle nazwać ,,zwycięstwem"? Nie cieszył się z tego, że wygrał, ale czy wygrał? Gdyby tak faktycznie było, nie musiałby tego chować przed całym Klanem Wilka; przed matką, ojcem, siostrą i mentorem. Mógłby swobodnie wrócić do obozu i objaśnić, że skończyły się rządy tyranek.
Ale nie mógł.
Przecież oni by go zamordowali. Kultyści, którzy niegdyś stanowili jego rodzinę, choć niektórzy nie z krwi. Do których mógł kiedyś dołączyć.
„Jeśli jestem synem kultystki” — pomyślał — „to znaczy, że... Jarzębinowa Łapa też zostanie kultystką!” — Przeszło mu przez myśl. Może uda mi się ją z tego bagna wyciągnąć, zanim będzie za późno, podjął.
Może jeszcze miał czas, aby naprawić relację z rodzeństwem.
Smaku zwycięstwa ani szczęścia lub jakiejkolwiek wolności nie czuł, a jedynie brud i krew. Był pobrudzony czymś, co było brudniejsze od błota.
Zemstą.
Nienawiścią.
Chęcią mordu.
Zobaczył, że to nie był koniec; Brukselka do tej pory nie poradziła sobie z Jadowitą Żmiją. Wiedział, że musiał pomóc, jego łapy same go ciągnęły. Chociaż rana bolała, nie mógł sobie pozwolić na tą chwilę słabości. Skoro zabił samą przywódczynię, to zastępczyni będzie jeszcze łatwiejsza. Z bliska zobaczył, jak bardzo poturbowana była Brukselkowa Łapa. W jego oczach malowało się współczucie dla starszej kotki. Ruszył do walki z pazurami, raz chybiąc, raz trafiając. Kończącym czynem było trafienie szczękami w szyję Żmii przez Brukselkę. Nagle coś czarnego zaczęło się rozpadać, fruwając na wszystkie strony. Wyglądało na to, że obie dusze w końcu wróciły tam, skąd przybyły. I wreszcie mogli zaznać odrobinę spokoju, tylko na chwilkę.
𓇚
Głupia Łapa w międzyczasie się ocknęła, brudząc trawę obok wymiocinami. Zabłąkana Łapa nie kryjąc swojego obrzydzenia wymiocinami, zrobił krok w tył. Dyszała ciężko przez jakiś czas, łapą próbując odnaleźć Zabłąkanego.
— Przyszliście — wyszeptała łamiącym się tonem, jak gdyby nie dowierzała, że jej znajomi z legowiska uczniów jednak się nią przejęli — Co z nimi? Czy to już koniec? — dodała pospiesznie, ze zmartwieniem kuląc uszu.
Srebrny kocur niezręcznie spojrzał się na liliową, myśląc nad tym, co powiedzieć.
— Tak tak... Przyszliśmy, ale proszę, nie wymiotuj na mnie... — rzucił, unikając łapą wymiocin, które znajdowały się przy uczennicy. — Z tego, co... Ahem! Z tego, co słyszałem, Sosnowa Gwiazda oraz Jadowita Żmija zostały pokonane. Serca ich przestały bić, a okrzyki walki dobiegły końca. To już koniec — odpowiedział. Kocur odwrócił swój wzrok, gdy usłyszał nagłe kroki. Był to Kosaćcowa Łapa, który podbiegł do dwójki.
— Obłąkana Łapo! Głupia Łapo! Wygraliśmy! — miauknął, nie zważając na fakt, że futro jego jest pokryte krwią obu kocic. Wymusił lekki uśmiech na pysku — Jak się czujesz, Głupia Łapo? — zapytał, co jakiś czas zerkając w stronę Zabłąkanej Łapy i Brukselkowej Łapy, która również do nich podeszła, choć nie tak szybko ze względu na rany.
— Och, ja... Ja tak się cieszę — mówiła, a jej głos drżał niczym osika smagana wiatrem — Nie, że w was nie wierzyłam, ale... Klanie Gwiazdy, to wszystko wydaje się nie być prawdą... — kontynuowała szeptem swój wywód, omiatając wzrokiem zebranych. Dopiero wtedy dostrzegła krew pokrywającą ich futra. — Brukselkowa Łapo! — pisnęła, a głos ugrzązł jej w gardle — Brukselkowa Łapo... — powtórzyła, nie mogąc z siebie wydobyć nic poza powtarzaniem imienia liliowej, intensywnie wgapiając się w jej rany — Jak... Jak wrócicie do obozu w takim stanie? — spytała, gdy udało jej się w końcu wysłowić.
— Nie mam pojęcia... — szepnęła, wpatrując się w swoje własne łapy.
— Może uda nam się jakoś wykorzystać fakt, że ostatnio po naszych terenach buszuje sobie jakieś chore stworzenie, które zabija wszystko, co napotka na swojej drodze? — zaproponowała.
— Myślicie, że to przejdzie? W Klanie Wilka zapanuje jedynie większy strach. Bestia, która pokonała ducha Mrocznej Puszczy i zastępczynię? Wiesz, jaka panika wybuchnie? — mruknął Zabłąkana Łapa, liżąc swoje futro na piersi kilkakrotnie.
Brukselka zastanowiła się na chwilę.
— A masz jakiś lepszy pomysł? Wolę, żeby koty bały się jakiejś nieznanej kreatury, niż żeby nas wyrzucili z klanu! — stwierdziła.
Głupia Łapa podwinęła ogon, próbując dosiąść się do pozostałych.
— Myślę, że gdyby się o tym dowiedzieli... to samo wyrzucenie z klanu byłoby nadzwyczaj łaskawą karą z ich strony — wymruczała, a jej uszy nieznacznie oklapły.
Kosaćcowa Łapa przysłuchiwał się dwójce kotów. Pochylił się do Głupiej Łapy, nie odwracając wzroku od uczniów i wyszeptał:
— Pomogę Ci znaleźć kryjówkę, jeśli zajdzie taka potrzeba — rzekł. — I będę cię odwiedzać, jeśli chcesz. Wiesz, dosyć samotnie teraz mi będzie w legowisku uczniów... — posmutniał. Skinął głową na słowa Głupiej Łapy. — No właśnie. Mistrzowie pewnie są jeszcze gorsi od niej, bo pewnie nie są opętani — stwierdził. — A jeśli się dowiedzą, to najłagodniejszą karą będzie Cisowe Tchnienie niosąca nam zatrute myszki z uśmiechem — dodał i się skrzywił. — Sądzę, że plan Brukselkowej Łapy jest bardzo dobry — i zwrócił się do najstarszej uczennicy: — Czy... Czy mogłabyś nam użyczyć troszkę swojego futra? — dodał pospiesznie. — Pewnie i tak ci szybko odrośnie, więc nie martw się!
Pomysł wydawał się dobry, więc się przyjął; zrobili to samo, co dziwne stworzenie z Wilczakami niedawno. Kosaciec spytał się najpierw czy mógłby użyczyć futra najstarszej uczennicy, na co – choć niechętnie – zgodziła się Głupia Łapa. Wepchnęli sierść pod pazury i w paszcze dwóch martwych kotek. Zajęli się upozorowaniem zabójstwa, aby wyszło, że znowu to dziwne stworzenie wróciło na wilcze ziemie.
Potem musieli porządnie zamaskować swoje zapachy. Przyszli nad rzekę, która dzieliła granicę z Klanem Klifu. Tam pozbyli się wszelkich dowodów z prądem rzeki. Następnie zamaskowali zapachy silnymi ziołami, które znaleźli niedaleko. Później Kosaćcowi łzawiły oczy.
Musieli pożegnać się z Głupią Łapą na jakiś czas. Kosaciec rzekł, że zaraz wróci, gdy odprowadzi koleżankę. Głupią Łapę prowadził Klan Gwiazdy do kryjówki. Kocur wtedy pojął, że gwiezdni wojownicy nie są tchórzliwi. Są nawet mądrzy.
Rozstali się przed terenami niczyimi. Kosaćcowa Łapa obiecał, że będzie do niej przychodzić co jakiś czas.
— Dziękuję, Kosaćcowa Łapo — rzekła lekko. Uśmiechnęła się łagodnie w stronę biało niebieskiego ucznia, wyczekując odpowiedzi.
Kosaciec już odchodził sztywno, smutny. Obejrzał się przez ramię na nią i rzucił beznamiętnie:
— Trzymaj się.
Głupia Łapa zniknęła w zaroślach. A potem ruszył do swoich znajomych z legowiska.
Podczas jego nieobecności Brukselkowa Łapa znalazła kilka kwiatków, którymi mogłaby zakryć szpetną ranę. Zapewne skończy ona jako blizna. Wrócił, gdy Obłąkaniec i Brukselka wymyślili plan, że mają skakać po drzewach. ,,Bawimy się w wiewiórki czy co?" zadrwił Kosaciec. Jednak i tak to zrobił, wolał nie ryzykować spotkaniem Jaskółczego Ziela.
Skakali przez dłuższą chwilę. Dziwił się, że Brukselka nadal była przytomna. Jego przednia, lewa łapa bolała bardziej niż przedtem, ale starał się to zignorować.
Gdy zeszli, byli bardzo blisko obozu. Usłyszeli spanikowany głos Jaskółczego Ziela, proszącą Zalotną Krasopanię na ubocze. Pewnie już wie, domyślał się. Przekradli się przez wejście podczas nieobecności jego matki pełniącej wartę, a następnie uciekli do legowiska uczniów. Kosaciec opadł na największe posłanie. Oczy same się zamknęły. Powieki odmawiały posłuszeństwa, gdy ten chciał je otworzyć. W końcu uległ i zasnął, kryjąc lewą łapę pod grzywą.
Miał nadzieję, że był to koniec.
Był zmęczony.
I wściekły.
Jeszcze przed wejściem Owocniaków do Świetlików…
Kosaćcowa Grzywa już pojął, iż gwiezdni tchórze zawsze pozostaną tchórzami. Dosyć długo zajęło kocurowi zaakceptowanie tych słów. Nie chciał ich dopuścić do siebie za wszelką cenę, ale po śmierci Jarzębiny… cały ten duchowy świat zaczął tracić sens. Sam nie wiedział jak się czuć po tym wszystkim. Miał płakać? Czy powinien? Czy był jakikolwiek sens lania łez na koty, które cię traktowały nawet pod koniec jak śmiecia? Miodowej Kory nie było, zniknął wraz ze swoim synalkiem. Szczawia też gdzieś wcięło z kremowym urwisem, natomiast został on, Mglisty Sen, Poziomek i Koniczyn. Był też Lisi Oset, ale jakoś się nim nie interesował. Nie, żeby był kimkolwiek ważnym dla Kosaćca. Zwykły przybłęda, ot co. Czemu miałby się nim przejmować…
Te rany nie zostały zagojone. Nigdy nie zostaną. Pozostałości tych odrażających istot nawiedzały go co noc, a nie mógł z tym nic zrobić. Zalotna Krasopani, Prążkowana Kita… brakowało tylko Jarzębiny, która go upokarzała coraz częściej. Miał jej serdecznie dosyć. O dziwo nie widział Strzępki.
Ostatnio odwiedził nową lokację na ich terenach; stare, metalowe, wielkie pudło z wejściem. Było w kolorach bardzo krzykliwych, ale Kosaćcowi to nie przeszkadzało. Bardziej go interesowało wnętrze; dziwne, wodne odbicie… ale woda się nie ruszała! Stała w miejscu. Dziwne, doprawdy dziwne. Ponadto widział coś w innych przedmiotach, których nie umiał określić. Zbudowane z drzewa, to na pewno. Mógł nawet otworzyć, choć z trudem. Coś tam było… może powinien się podzielić tym z innymi.
Wracając, na drzewach czasem widział niepokojące wronie czaszki. Zmarszczył brwi. Cóż to miało znaczyć? Ryś już nie było. Kto znowu terroryzował ich biedny las? Już dużo przeszli. Nie chciał kolejnego rozczarowania.
Wchodząc do obozu, spotkał tylko czarnego kocura z kozią bródką, a obok, w specjalnym dołku, Ryś, a bardziej tylko jej głodne oczy. Odchrząknął i odwrócił wzrok od niej. Wolał o niej nie rozmawiać. Zwłaszcza że to dzięki niemu tu się znalazła z nimi w tym obozowisku. Zaczął szukać więc wzrokiem Poziomka i Koniczyna. Nie wracali od jakiegoś czasu. Akurat zobaczył, jak dwójka poszukiwanych wchodzi do ich przytulnego, skąpanego we krwi niewinnego obozu. Uśmiechnął się i podszedł.
— Ej, Poziomeczku-ziomeczku, chodź ty no tu! — krzyknął puszysty, najstarszy zaraz po Rysim Tropie wojownik.
Oboje odwrócili się w kierunku uśmiechniętego Kosaćcowej Grzywy. Koniczyn skrzywił się. — Co tam, Kosaćcu? — zapytał Poziomkowa Polana, kuśtykając do byłego mentora z dziecięcym uśmiechem. Zapomniana Koniczyna widział, że szylkret szuka aprobaty Kosaćca. Niby ojciec i syn. Jak uroczo.
— A, no… znalazłem taką fajną przyczepę i chciałem ci pokazać. Chcesz ze mną iść?
Oriental wszedł pomiędzy nimi, psując rodzinną atmosferę.
— Nie może. On musi teraz odpoczywać…
Poziomkowa Polana niepewnie przeskakiwał pomiędzy nimi spojrzeniem. Skinął wręcz niezauważalnie chudemu wojownikowi. Kosaćcowa Grzywa prychnął, jednakże uśmiech nie zszedł z jego pyska.
— Jak sobie chcecie, maminsynki… pff… — wymamrotał, odwracając się w kierunku wyjścia.
Po chwili zniknął w czeluściach lasu, idąc do owej cyrkowej przyczepy. Musiał się dowiedzieć, co ta metalowa, wielka puszka skrywała.

[2714 słów]

Od Migotu

Musiał znaleźć "przyjaciół"? Było to dobre pytanie, które zadawał sobie już od dłuższego czasu. Niby coś tam słyszał od innych o przyjaźni, jednak sam nie czuł tak wielkiej potrzeby rozmowy z drugim, mniej znaczącym kotem w klanie. W końcu to on był na najlepszym miejscu do zdobycia władzy. Nikt inny, no może nie licząc Firmamentu (niestety), nie był od początku na aż tak dobrej pozycji. A to wszystko dzięki jego wspaniałym rodzicom, którzy już prawie byli na szczycie. Dzięki nim Migot miał wspaniały start! A co to oznaczało? Że nie musiał zadawać się z kotami nie na jego standardy. Jednak gdzieś z tyłu głowy miał myśl, że żeby dostać się kiedyś na szczyt, potrzebuje kilku kotów będących zawsze po jego stronie. Często wynosił takie wartości z historii obu rodziców. A skoro tam tak często się to pojawiało, on chyba też powinien znaleźć sobie jakiegoś "przyjaciela". Nie mógł przecież cały czas słuchać głupich wierszy brata i liczyć tylko na niego.
Przyglądał się starszym kociakom, niedługo opuszczającym żłobek. Nie znał ich imion, jednak wcale nie musiał ich znać. Przecież to i tak były tylko dwie, mało warte jednostki, najpewniej bez świetlanej przyszłości, jak jego. Zwłaszcza ten kocur. Nie wyglądał on na walecznego, czy zbytnio inteligentnego, jak Firmament, który w tamtej chwili siedział w kącie i grzebał w swoich "kolorkach". Według Migotu trochę inaczej było z siostrą tego starszego kocura. Wyglądała na trochę żywszą? Albo ciekawszą. Trudno było mu stwierdzić, jednak nie chciał zawierać z nią kontaktu. Przynajmniej nie teraz. Wyglądała trochę... Strasznie, chociaż Migot nie chciał przed sobą tego przyznać. Miał wrażenie, że kotka to po prostu przerośnięta kupa futra. Ledwo widział jej łapy, gdy chodziła. A co dopiero oczy. A może ona nie miała oczu? Ta myśl zdumiała kocurka. Było to w ogóle możliwe? Nie miał pojęcia, a dobrze byłoby wiedzieć.
– Fimamament! – zawołał Migot, deformując imię brata. Gdy Firmament nie zareagował, szybko pobiegł w jego stronę. Stanął za nim i lekko zajrzał mu przez ramię, chcąc zobaczyć, w czym tym razem mu przeszkadza. – Słuchaj mam pytanie! – zaczął, lekko sepleniąc.
– Firmament – poprawił go czekoladowy, odwracając się do Migotu. – Jakie pytanie? – zapytał.
– Czy ktoś może nie mieć oczu?
Firmament zamilkł na chwilę. Może się zastanawiał? Albo kwestionował swoje pokrewieństwo z Migotem.
– Pani Jastrzębi Zew nie ma łapy, więc pewnie jest to możliwe – stwierdził w końcu Firmament, wskazując na wieczną królową, siedzącą nieopodal. Migot kiwnął lekko głową.
– Czyli ta inna kotka może nie mieć oczu? – zapytał, wskazując na Lilak.
– Jakby nie miała oczu, nie mogłaby widzieć. Wchodziłaby w ściany. A ona nie wchodzi w ściany. I niedługo będzie uczennicą – podsumował Firmament i wrócił do swoich zajęć.

Od Kryształowej Łapy do Zwęglonej Kukułki

Zwęglona Kukułka już od dawna pełniła funkcję wojowniczki, a tymczasem Kryształka wciąż jeszcze była uczniem. Starała się na treningach, słuchała poleceń Cienistej Zjawy i ani razu nie miała odwagi, by się mu sprzeciwić, więc czemu jeszcze nie przyszło jej zawalczyć z kimś i wygrać? Może powinna przykładać się jeszcze bardziej? Nie chciała się jednak, rzecz jasna, za bardzo się zaharować, bo nie w tym tkwiła odpowiedź. Dobrze wiedziała, że nie należy sobie cały czas żył wypruwać, żeby coś osiągnąć. Wystarczyło być sumiennym i obowiązkowym, ale w tym przypadku same te cechy najwidoczniej nie wystarczały. Wstawała przecież każdego ranka. Nie musiała nawet czekać, aż Cienista Zjawa coś do niej powie. Samo postawienie przez niego łapy w legowisku sprawiało, że otwierała swe niebieskie ślepia, gotowa do pójścia na trening. Nie zawsze może jej się te treningi podobały, bo nie przepadała za zabijaniem zwierzątek i praktykowaniem przemocy, ale nie znosiła zawodzić kotów wokół siebie, więc i tak zmuszała się do wstawania z uśmiechem.
Miała nadzieję, że już za niedługo uda jej się zyskać nowe miano. W taki sposób nie będzie musiała już uczyć się walczyć. Wydawało jej się, że wojownicy niezbyt często mieli okazję z kimś się pobić, co dodawało jej otuchy. Chciała mieć to wszystko już za sobą i móc żyć własnym rytmem, według własnych zasad. Wciąż niby będzie musiała polować, by wykarmić klan, ale chyba jakoś to zniesie. Nie musiała w końcu od razu wybijać całej populacji myszy na terenach Klanu Wilka. Jedna piszczka na dwa dni… może wystarczy. Nie jest to wprawdzie zbyt dużo i większość klanu pewnie oczekiwałaby, by polowała na więcej, ale Kryształce po prostu ciężko było odebrać życie niewinnej istocie! Przecież wszystkie wiewiórki, sikorki i króliki także oddychały. Odczuwały ból i stres. Czemu ich życia miałyby być mniej warte niż te kocie?
Może Cienista Zjawa dostrzegał w uczennicy ten żal wobec zwierzyny łownej? Może dlatego jeszcze nie powiedział Zalotnej Gwieździe, że jest gotowa na to, by zostać wojownikiem? W końcu co to za Wilczak, który brzydzi się polowaniem, by wyżywić klan! Ach, gdyby bury kocur naprawdę był taki spostrzegawczy, Kryształka musiałaby się o wiele bardziej przyłożyć, by sprawić wrażenie, że jest już gotowa na pełnienie nowej funkcji w klanie. Ale jeśli tego wymagała ta sytuacja, to będzie w stanie to zrobić.
Teraz gdy o tym wszystkim rozmyślała, był ranek. Kryształowa Łapa nie odbyła jeszcze treningu, ale obudziła się dziś wyjątkowo wcześnie. Wcześniej nawet niż jej mentor! Dlatego, gdy w końcu buras zjawił się w wejściu do legowiska, na jego mordce przez ułamek uderzenia serca pojawiło się zdziwienie. Jednak zaraz potem kocur przybrał kamienny wyraz pyska.
— Wstawaj, Kryształowa Łapo — mruknął krótko, po czym zniknął w wejściu do legowiska.
Biało-niebieska kotka bez wahania podniosła się z miejsca i tylko kilkoma liźnięciami poprawiła sobie futerko na klatce piersiowej, po czym pospiesznym krokiem podążyła za Cienistą Zjawą na zewnątrz.
— Co dziś będziemy robić? — zapytała, gdy tylko podeszła do kocura. — Obiecuję, że się postaram! Tak bardzo już bym chciała być wojowniczką… tak jak moja siostrzyczka — dodała, uśmiechając się ciepło. Może nawet zbyt ciepło jak na Wilczaka.
— Nauczę cię wspinaczki na drzewa. To u nas kluczowa umiejętność — wyjaśnił buras, po czym ruszył w stronę wyjścia z azylu.
Niebieskooka od razu poczęła dreptać jego śladami, zastanawiając się nad tym, jak będzie wyglądał trening wspinaczki. Czy przebiegnie pomyślnie? A może łapa niechcący jej się omsknie i runie na ziemię? Auć! Wolałaby raczej uniknąć bezpośredniego kontaktu z podłożem podczas wspinaczki; a to był tylko kolejny powód, by jeszcze bardziej się przykładać.
Rozglądała się po lesie, obserwując wszystkie te sosny i inne drzewa iglaste, zastanawiając się, przy którym z nich zatrzyma się Cienista Zjawa. Cieszyła się na ten trening, bo oznaczał, że nie będzie musiała używać wobec kogokolwiek przemocy. No, może prócz drzew, ale one akurat nie odczuwały bólu ani skomplikowanych emocji, więc nie było jej ich żal. Nieważne, jak bardzo przeora pazurami ich korę — i tak nawet nie drgną!
W końcu buras zatrzymał się przy całkiem sporym pniu, który wyglądał, jakby bez problemu był w stanie utrzymać ciężar Kryształki. Nie każde drzewo było przecież zdatne do wspinaczki. Niektóre były za niskie, inne zbyt chude. To jednak wyglądało porządnie.
— Wiesz, w większości przypadków wspinaczka nie powinna sprawiać żadnemu kotu problemów. Ta umiejętność jest w nas zakorzeniona. Powinna być instynktowna. Już nawet bez żadnego szkolenia powinnaś być w stanie wspiąć się po tym pniu choćby na najniższą gałąź. Sztuką jest jednak potem bezpiecznie zejść na dół — mruknął Cienista Zjawa.
Kryształka skinęła głową, przenosząc wzrok na drzewo. Następnie wysunęła pazury, gotowa do wspinaczki.
— Spróbuj wspiąć się bez moich instrukcji — polecił buras, strzygąc uchem.
Na jego słowa uczennica rozpędziła się, wyskoczyła od ziemi i przyczepiła się do pnia, po czym zaczęła wspinać się coraz wyżej. Nie dotarła jednak do ani jednej gałęzi, gdyż po pewnym czasie zamarła w bezruchu i nie wiedziała już, w jaki sposób piąć się dalej.
— C-Cienista Zjawo… co teraz? — zapytała, nie wiedząc, czy powinna zejść, czy spróbować wspiąć się wyżej.
— Cóż, jak na pierwszy raz, to nie jest najgorzej. Jednak liczyłem na to, że wespniesz się nieco wyżej — mruknął spokojnie.
W sercu Kryształki pojawił się smutek. Położyła po sobie uszy i zmrużyła ślepia, w których zaczęły zbierać się łzy. Nie mogła go zawieść. Napięła wszystkie mięśnie i odczepiła jedną z przednich łap, przesuwając ją po korze coraz wyżej. Po kolei odczepiała każdą łapę i w taki sposób pięła się dalej, chcąc przedostać się na jakąkolwiek gałąź. Tego oczekiwał Cienista Zjawa. Ona musiała spełnić jego oczekiwania.
W końcu w zasięgu jej wzroku pojawiła się upragniona gałąź, a już po chwili udało jej się na niej przysiąść. Miała wrażenie, że delikatnie drży pod jej ciężarem, ale starała się to ignorować. Nawet jeśli żołądek miała cały ściśnięty z nerwów.
“Och, mamo! Gdzie ja wlazłam?” — pomyślała, spoglądając w dół. Nie sądziła, że aż tak zlęknie się wysokości.
— Dobrze, dobrze! — zawołał buras, obserwując ją z ziemi. — Teraz musisz zejść powoli, tyłem. Twój ogon powinien być skierowany ku dołowi, a pysk w stronę korony drzewa. Tym razem ruch zaczynasz od tylnej łapy zamiast przedniej — wyjaśnił, na co Kryształka przełknęła ślinę.
Mogła za pierwszym razem nie zapędzać się aż tak wysoko…

* * *

Wróciła do obozu cała obolała i podrapana przez szorstką korę drzewa. Miała ochotę tylko położyć się na swoim legowisku i usnąć. Opuszki łap piekły ją niemiłosiernie, a oczy same się zamykały ze zmęczenia. Przynajmniej już mniej więcej potrafiła się wspinać na drzewa! To znaczyło, że była coraz bliżej zostania wojowniczką, tak samo, jak Zwęglona Kukułka!
A skoro już o niej mowa, to Kryształowa Łapa, wlokąc się w stronę legowiska uczniów, przypadkiem wpadła na swoją siostrę. Może nie dosłownie, bo nie doszło między nimi do kontaktu fizycznego, ale biało-niebieska ledwo wyhamowała, gdy szylkretka przemknęła jej przed nosem.
— Hej, siostrzyczko! — mruknęła Kryształka, oglądając się za Kukułką.
Ta rozpoznała głos siostry i od razu się zatrzymała, zwracając głowę w jej stronę.
— Mam nadzieję, że nigdzie się nie spieszysz — dodała uczennica, podchodząc do wojowniczki. — Nie miałyśmy okazji dzisiaj porozmawiać, a ja jestem tak padnięta, że jak zmrużę oczy, to pewnie obudzę się dopiero następnego ranka! Tak więc pomyślałam, że może porozmawiamy teraz — kontynuowała, posyłając kotce ciepły uśmiech.
Szylkretowa skinęła głową, więc obie udały się na ubocze obozu i przysiadły w miejscu, gdzie nikt nie powinien im przeszkadzać.
— I... tak sobie myślałam, że chciałabym cię o coś spytać — miauknęła Kryształka, owijając ogon wokół łap.
— Tak? A o co? — odparła Zwęglona Kukułka, lekko przechylając łeb.
— O to, jak zostałaś tak szybko wojowniczką! Bo widzisz, ja wciąż jeszcze jestem Kryształową Łapą, a ty już Zwęgloną Kukułką, choć jesteśmy w tym samym wieku, z tego samego miotu, od tej samej matki i ojca! Ja naprawdę się staram i przykładam do treningów, ale na razie nic nie wskazuje na to, żeby Cienista Zjawa chciał polecić mnie liderce. Zdradź mi, proszę, co takiego zrobiłaś, że mianowano cię tak szybko! — westchnęła, patrząc na siostrę błagalnym wzrokiem.

<Siostrzyczko?>

[1290 słów + wspinaczka na drzewa]

Kryształowa Łapa została adoptowana!

Od Cętkowanej Łapy CD. Korowego Szeptu

To był pierwszy raz, gdy nie umiał się jakoś skupić. Miał okazję uczestniczyć w patrolu łowieckim, ale w towarzystwie Tropiącej Łaski czuł się tak, jakby był wiecznie obserwowany. Ona naprawdę myślała, że komuś powie skąd dostał te blizny. Nie miał jak, bo gdyby tylko pisnął słówkiem, to byłby nieżywy.
— Hej, ogon wyżej — jakaś wojowniczka rzuciła mu spokojnie, natychmiast podniósł swój ogon. Nie chciał wyjść na niegrzecznego i komuś przeszkadzać, nie takie miał intencje. Chciał bardzo coś upolować, ale jego humor chyba nie był dobry, czułby się znacznie swobodniej, gdyby nie było tu czekoladowej wojowniczki. — Straszysz wiewiórki — dodała niebieska szylkretka po chwili. — Polowałeś już kiedyś? — spytała wojowniczka, patrząc na niego swoimi pomarańczowymi oczami.
— Tak, polowałem nieraz, po prostu tym razem mi się ogon osunął — to głupio, że został odebrany, jakby w ogóle nie polował, skoro robił to nie raz w towarzystwie swej mentorki, Tropiącej Łaski. — Mam nadzieję, że trafi nam się coś wielkiego — liczył na dużego zająca. Jego ciocia, Ognikowa Słota, bardzo je lubiła. Miło by było zrobić jej przyjemność, gdyby razem z patrolem by go jej przyniósł.
— Skoro w takim razie chcesz, żebyśmy złapali coś pokaźnego, to postaraj się nam nie odstraszać zwierzyny, dobrze? — kiwnął głową na jej słowa, chciał tylko się rozejrzeć, gdzie najlepiej mógłby się ulokować, żeby przy gonieniu zwierzyny nie wpadać komuś pod łapy. Spotkał się z karcącym spojrzeniem Tropiącej Łaski, przełknął tylko ślinę i postanowił jednak dłużej potowarzyszyć Korowemu Szeptowi. Patrol łowiecki nie tylko się składał z Cętkowanej Łapy, Korowego Szeptu i Tropiącej Łaski, ale też w skład wchodzili: Lamentująca Toń, Dyniowa Skórka i Nadciągający Pomrok, która prowadziła patrol. U boku starszej kotki czuł się bezpieczniej. Przynajmniej miał pewność, że Tropiąca Łaska nic mu nie zrobi. Korowy Szept najwidoczniej nic sobie z tego nie robiła, skoro nie chciała go wyganiać. Patrol usłyszał coś, co nagle zaszeleściło.
— To może być to, czego szukamy, na mój znak gonimy to — Nadciągający Pomrok dała rozkaz reszcie patrolu, Cętkowana Łapa szybko przyjął pozycję łowiecką.
— Myślisz, że to może być coś większego, jak na przykład zając lub coś innego? — szepnął do Korowego Szeptu, tak się cieszył, że jest świadkiem jakiejś wielkiej akcji, chociaż jeśli się okaże, że to będzie mniejsze zwierzę, to się zawiedzie.

<Korowy Szepcie, gotowa na złapanie zwierzyny?>
[357 słów]

05 czerwca 2026

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Ognikowej Słoty

Po skończonej rozmowie Ognikowa Słota wróciła do znajomej kotki, a następnie obie udały się na spacer poza obóz. Kocimiętka doceniała każdą chwilę spędzoną w towarzystwie swojej przyjaciółki, dlatego na jej pysku przez cały czas gościł delikatny uśmiech. Zastanawiała się, co tym razem będą robić. Czy ich spacer okaże się spokojniejszy? Może przejdą się nad jezioro i wytarzają w trawie… a może znów spędzą cały czas na polowaniu?
Ptaki i króliki często wpadały im w łapy, gdy były poza azylem. Ich spotkania nie tylko napawały je pozytywną energią, ale także przynosiły korzyści całemu klanowi. Nic, tylko pogratulować im tego, jak dobrze się dogadują i jak świetnie sprawdzają się jako członkinie Klanu Wilka! Według Kocimiętki każdy wojownik powinien znaleźć sobie bliskiego znajomego i wychodzić z nim na polowania. W końcu nic tak nie motywuje, jak przyjacielska rywalizacja.
W końcu mistrzynie dotarły do Potwornej Przełęczy, znajdującej się nieopodal granicy z Klanem Burzy. To właśnie tutaj najczęściej udawało im się znaleźć jakiegoś smacznego uszaka, który tylko czekał, aż zostanie złapany. Tym razem nie było inaczej — gdy tylko Kocimiętka wyczuła woń zwierzyny, od razu nastawiła uszy, a jej wibrysy zadrżały z ekscytacji. Mimo że w swoim życiu upolowała już wiele królików, każde kolejne łowy były dla niej równie emocjonujące. Nigdy przecież nie wiadomo, jaką drogę obierze uszak, jak szybko będzie biegł i jak zaciekle będzie się wyrywał, gdy już zostanie schwytany.
Posłała Słocie porozumiewawcze spojrzenie, po czym przywarła brzuchem do ziemi, gotowa zakraść się do ofiary. Każdy ruch wykonywała bardzo ostrożnie — nie chciała przecież spłoszyć swojego, albo czyjegoś, obiadu. Nawet jeśli zwierzyny było pod dostatkiem, dodatkowa sztuka na stosie nigdy nikomu nie zaszkodziła. A już na pewno nie Kocimiętce, która właśnie zaczynała robić się głodna.
Na myśl o tłustym króliku pociekła jej ślinka. Musiała jednak skupić się na polowaniu, więc szybko potrząsnęła głową i ponownie skoncentrowała się na uszaku, który znajdował się już bardzo blisko. Wtedy znieruchomiała, przygotowując się do skoku. Minęło kilka uderzeń serca, po czym wybiła się z ziemi i poszybowała prosto na swoją ofiarę. Udało jej się zahaczyć ją łapą, niemal przygważdżając do podłoża, jednak królik zdołał się wywinąć i rzucił się do ucieczki.
Kocimiętka fuknęła i natychmiast ruszyła za nim w pogoń. Ognikowa Słota pobiegła tuż obok niej, lecz futrzak zdążył przemknąć za granicę Klanu Burzy.
Mistrzynie zatrzymały się przed oznaczeniem zapachowym Burzaków, nie chcąc wywoływać niepotrzebnej awantury. Gdyby jakiś patrol zobaczył, że ścigają zwierzynę na cudzym terenie, raczej nie wyniknęłoby z tego nic dobrego.
— Ach, to ci pech! — mruknęła ruda, kładąc po sobie uszy. — To przez to, że źle wyskoczyłam! — dodała, powoli kręcąc głową. Najwyraźniej w ostatniej chwili omsknęła jej się łapa. — Teraz pewnie nie ma tu już czego szukać, bo każdy królik w okolicy zdążył uciec. Ale… możemy spróbować zapolować na coś innego! — zaproponowała, spoglądając na towarzyszkę.
Ognikowa Słota skinęła głową, wciąż wpatrując się w tereny po drugiej stronie granicy.
— Tak, możemy — odparła. Westchnęła, po czym przeniosła wzrok na drugą mistrzynię. — W takim razie przejdźmy się do Opuszczonego Obozowiska. Może tam uda nam się wytropić coś dobrego.
Głos szylkretki był stanowczy. Jej słowa nie zabrzmiały jak propozycja, lecz jak rozkaz, co w jej przypadku nie było niczym niezwykłym. Zielonooka uśmiechnęła się pod nosem i mruknęła:
— Jasne! Na pewno będzie tam mnóstwo myszy i wiewiórek... — stwierdziła, drepcząc tuż za Ognikową Słotą, która już ruszyła w stronę celu.

* * *

Teraźniejszość

Gdy Księżycowa Łapa stał się Rozbitym Księżycem, a Kocimiętka nie musiała już zabierać go na treningi, straciła pretekst do szkolenia Garbatej Łapy. Wciąż było jej go szkoda, tym bardziej że widziała w nim zapał i determinację, jakich nie dostrzegła jeszcze u żadnego innego ucznia. Za każdym razem, gdy zabierała go na szkolenie razem z białofutrym kocurem, starał się zapamiętać jak najwięcej z jej słów, a także nauczyć się jej ruchów oraz ruchów Księżyca.
Jednocześnie trochę obawiała się, że jeśli poprosi Zalotną Gwiazdę o przydzielenie Garbatej Łapie nowego mentora, liderka ją wyśmieje. Kocimiętka wiedziała, jaką opinię miał wśród innych Wilczaków czekoladowy uczeń. Bała się, że jeśli zaczną ją z nim widywać, uznają, że postradała zmysły. W końcu dla większości był jedynie balastem, dla którego nie było już ratunku. Było jej z tego powodu niezmiernie przykro, ponieważ sama dostrzegała w nim potencjał, którego nie widział nikt poza nią.
Wahała się. Jednak gdy podczas przechadzki po obozie ujrzała Garbatą Łapę, który smutnym wzrokiem wpatrywał się w wyjście z azylu, zrozumiała, co musi zrobić. Przestały ją obchodzić krzywe spojrzenia, na które będzie musiała się przygotować. Wiedziała, że ktoś w końcu musi dać temu kocurowi szansę, a jeśli nie zrobi tego ona, nie zrobi tego nikt.
Właśnie dlatego spojrzała w stronę legowiska przywódczyni i natychmiast ruszyła w jego kierunku.
Gdy weszła do środka, owiała ją złowroga aura. Po chwili Zalotna Gwiazda uniosła wzrok na mistrzynię. Nie wyglądała, jakby odczuwała jakiekolwiek emocje. Jej pysk pozostawał niemal kamienny, przynajmniej przez kilka uderzeń serca, zanim rozjaśnił go ledwie widoczny uśmiech.
— Witaj, Kocimiętkowy Wirze. Co cię tutaj sprowadza? Jak mniemam, nie przyszłabyś tu bez powodu, więc słucham — mruknęła liderka, podnosząc się do pozycji siedzącej i owijając ogon wokół łap.
Rudofutra przełknęła ślinę i na moment odwróciła wzrok od szylkretki.
— Witaj... — zaczęła, po czym zmusiła się, by spojrzeć Zalotce w oczy. — Ja... tak sobie myślałam, że może... mogłabyś zmienić mentora Garbatej Łapie? — dodała.
Pysk przywódczyni natychmiast przybrał chłodniejszy wyraz, jakby już zdążyła negatywnie ocenić zarówno Kocimiętkę, jak i jej pomysł, zanim padły dalsze wyjaśnienia.
— Wiem, wiem... brzmi to szalenie! Ale pomyślałam, że może mogłabym spróbować go... naprawić? Widzę w nim zapał. Myślę, że gdyby dostał szansę, mógłby wyrosnąć na lojalnego wojownika Klanu Wilka! Może niekoniecznie najsilniejszego i najzwinniejszego, ale przynajmniej takiego, który nie będzie marnował naszych zapasów! — mówiła, początkowo spięta, lecz z każdym kolejnym słowem coraz bardziej pewna siebie. — Jeśli Cykoria będzie dalej go szkolić, Garbata Łapa pozostanie dla nas tylko balastem i kolejną gębą do wykarmienia. Jeśli natomiast uda mi się sprowadzić go na dobrą drogę, stanie się znacznie bardziej użyteczny dla klanu! — zakończyła.
Na jej słowa Zalotna Gwiazda ciężko westchnęła.
— Czy naprawdę chcesz marnować swój czas na kogoś takiego jak Garbata Łapa? — zapytała, patrząc na Kocimiętkę z mieszaniną politowania i współczucia. — Jeśli uda ci się zrobić z niego pożytek, to chyba pomyślę o zdegradowaniu Pustułkowego Szponu i Kruczego Pióra, żeby cię awansować. Albo od razu oddam ci swoją posadę, bo wyszkolenie tej mysiej strawy graniczy z cudem — zakpiła.
Przez chwilę obie kotki wpatrywały się w siebie w milczeniu, aż w końcu Zalotka odezwała się ponownie:
— Mimo wszystko nie zamierzam ci tego zabraniać. Możesz zabierać go poza obóz, możesz udawać jego mentorkę, ale nie liczyłabym na zbyt wiele. Garbata Łapa w ogóle nie powinien przeżyć tamtej nocy w lesie. To, że jego serce wciąż bije, jest sprzeczne z prawami natury.
Choć słowa liderki nie brzmiały zachęcająco, Kocimiętka podziękowała jej i, wciąż zdeterminowana, by wyszkolić Garbatą Łapę, opuściła legowisko.
Jeszcze wszystkim udowodni, że się mylą… O ile oczywiście czekoladowy kocur będzie chciał z nią współpracować. Jednak, pamiętając jego zachowanie podczas treningów z Księżycową Łapą, pokładała w nim spore nadzieje. Wierzyła, że jej nie zawiedzie.

* * *

Następnego dnia po rozmowie z Zalotną Gwiazdą postanowiła zabrać się za Garbatą Łapę. Wstała wyjątkowo wcześnie i nie zamierzała się ociągać, tak jak często robiła to wtedy, gdy jeszcze szkoliła Księżyca. Ale to nie była jej wina! Znaczy, może trochę była, bo jej późne wstawanie wynikało głównie z lenistwa… Nieważne. Tym razem postanowiła włożyć w tego ucznia całą swoją energię i zaangażowanie, by uczynić z niego prawdziwego Wilczaka. W końcu nie mogła oczekiwać, że same starania Garbatka wystarczą, by się czegoś nauczył. Ona sama musiała stać się idealną nauczycielką.
Gdy wsadziła łeb do legowiska uczniów, Seradelowa Łapa, Cętkowana Łapa i wszyscy inni jeszcze spali. Idealnie. Powolnym krokiem, najciszej jak potrafiła, zakradła się do Garbatej Łapy i delikatnie trąciła go łapą w bark. Po chwili kocur otworzył jedno ze swoich zielonych ślepi, wyraźnie zakłopotany. Już otwierał pysk, by coś powiedzieć, jednak Kocimiętka szybko mu przerwała:
— Cicho...! Chodź, prędko. Zabieram cię poza obóz — mruknęła, po czym rozejrzała się po wnętrzu legowiska i, nie czekając na odpowiedź Garbatka, wyszła na środek azylu.
To już samo w sobie było pewnego rodzaju testem. Jeśli młodszy zdecyduje się wstać i za nią pójść, to znaczy, że wciąż jest co ratować.
Jak się okazało, Kocimiętka nie musiała długo czekać. Garbata Łapa wyszedł z legowiska ze zmierzwionym futrem i oczami przymkniętymi ze zmęczenia. Raczej nie przykładał większej uwagi do swojego wyglądu, zapewne myśląc, że i tak nic nie jest w stanie go upiększyć.
— Świetnie! Wiedziałam, że mnie nie zawiedziesz — oznajmiła, poruszając radośnie wibrysami. — Naprawdę nie mogę patrzeć na to, jak całymi dniami gnijesz w swoim posłaniu, dlatego postanowiłam przejąć rolę Cykorii! Może nie oficjalnie, ale rozumiesz... — wyjaśniła, uśmiechając się przyjacielsko do zielonookiego.
— Mhm... — odparł, odwracając od niej wzrok.
Jednak w tej krótkiej chwili, gdy Kocimiętka złapała z nim kontakt wzrokowy, dostrzegła w jego spojrzeniu mnóstwo pytań. Jakby nie rozumiał, dlaczego chciała poświęcać mu swój czas.
— Wiem, że się tego nie spodziewałeś, ale widzę w tobie wojownika! Prawdziwego wilczackiego wojownika, który mierzy się z wieloma trudnościami. Ale przecież ty już wiesz, że wzorowy Wilczak nigdy się nie poddaje! — zaczęła, a w jej oczach błysnęła determinacja.
Nie mówiąc nic więcej, szybko ruszyła w stronę wyjścia z obozu. Już po chwili do jej uszu dobiegł odgłos kroków Garbatej Łapy. Uśmiechnęła się pod nosem i poczekała, aż oddalą się nieco od azylu.
Gdy zagłębili się w las, postanowiła zapytać:
— Powiedz mi, zupełnie szczerze. Czy Cykoriowy Cykor zabrała cię choćby na jeden trening? Nigdy nie widziałam, żebyście razem opuszczali azyl Klanu Wilka.
Po jej słowach zapanowała cisza. Zresztą, bardzo wymowna. Kocimiętkowy Wir nie potrzebowała słownego potwierdzenia, by zrozumieć, że czekoladowa wojowniczka ani razu nie pofatygowała się, by przejść z Garbatkiem po terenach Klanu Wilka.
— To przesada! Tobie próbują wmówić, że jesteś bezużyteczny i do niczego się nie nadajesz, a tak naprawdę Cykoria jest jeszcze większym balastem dla klanu! Po co nam taki rybi flak, który ani razu nie włożył w swoje obowiązki choćby kropli wysiłku? Jestem zaskoczona, że w ogóle udało jej się wygrać z Ognikową Słotą. Chyba Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd było tego dnia wyjątkowo po jej stronie. W innym przypadku Słota rozgniotłaby ją jak żałosnego robaczka! — zaśmiała się.
Na samą myśl o szylkretce zrobiło jej się cieplej na sercu. Była taka silna, taka inteligentna... Prawdziwy wzór do naśladowania. Szkoda tylko, że Cykoria najwyraźniej tego nie dostrzegała.

* * *

Przyszedł czas na kolejny trening Garbatej Łapy. Tym razem Kocimiętkowy Wir pomyślała nawet o tym, by zaangażować w niego Ognikową Słotę! W końcu była taka zwinna i tak dobrze walczyła, że czekoladowy uczeń na pewno wyciągnąłby coś z obserwowania jej ruchów. A skoro były przyjaciółkami, to czemu Słota nie miałaby wyświadczyć Kocimiętce drobnej przysługi? Na pewno zrozumie chęć rudofutrej do naprostowania Garbatka.
Właśnie dlatego, gdy tylko mistrzyni dostrzegła znajomy pysk w azylu, postanowiła niezwłocznie do niego podejść.
— Słoto, hej! — mruknęła na przywitanie, krocząc w stronę szylkretki. — Nie chciałabyś pójść ze mną i Garbatą Łapą poza obóz? Pokazałybyśmy mu, jak polować na króliki, żeby się do czegoś przydał, dobrze mówię? — zaśmiała się.
Spostrzegła jednak, że jej towarzyszka nie podzielała jej entuzjazmu.
— No co? Lepiej, żeby trochę podszkolił się w podstawach — dodała, jednak widząc brak zmian w wyrazie pyska Słoty, postanowiła porzucić ten temat. — Ach, nieważne! Nie musimy nigdzie iść — oznajmiła, robiąc krok w tył. — Ja już... udam się na swoje posłanie, wiesz, żeby trochę się jeszcze zdrzemnąć.
Jednak gdy miała już odejść, Słota w końcu się odezwała:
— Zaczekaj — miauknęła, na co Kocimiętka zamarła. — Chętnie pójdę z tobą na spacer. Zresztą, mam ci coś ważnego do powiedzenia. Tylko nie zabieraj ze sobą Garbatej Łapy — dodała, a ruda natychmiast uniosła uszy.
— Cóż, skoro nalegasz... — zachichotała.
Wspólnie opuściły obóz, kierując się w stronę Potwornej Przełęczy, gdzie zwykle chodziły polować na uszaki. Kocimiętka nie była jednak w stanie skupić się na wywęszeniu zwierzyny, ponieważ przez cały czas zastanawiała się nad tym, co jej przyjaciółka chciała jej przekazać. Nie miała żadnego pomysłu — w jej głowie panowała kompletna pustka.
Dlatego, gdy tylko dotarły na teren, na którym zwykle rozpoczynały swoje łowy, ruda postanowiła się odezwać. Wiedziała, że z polowania będą nici, jeśli nie dowie się, co takiego chce jej powiedzieć druga mistrzyni.
— Więc... co takiego masz mi do powiedzenia? Oby to było coś ważnego! — zaśmiała się, wpatrując się zielonymi ślepiami w przyjaciółkę.

<Ognikowa Słoto?>

Od Lśniącej Gwiazdy CD. Truskawkowego Pola

W przeszłości…


— Cieszę się, że mnie wspierasz — uśmiechnął się, po czym machnął lekko ogonem. — Postaram się wyjaśnić sprawę Ćmy na następnym zgromadzeniu.

Teraźniejszość…

Obozowisko Klanu Klifu zdawało się tonąć w blasku letniego popołudnia — promienie słońca odbijały się od szarych ścian otaczających wyspę w taki sposób, że nawet najbardziej pospolite skały przybierały złociste odcienie, przez co całość wyglądała niemal jak miejsce wyciosane z bursztynu i światła. Powietrze drżało od nagromadzonego ciepła, które osiadało na ziemi niczym niewidzialna zasłona, sprawiając, że każdy ruch wydawał się odrobinę wolniejszy, a każdy oddech cięższy niż zwykle. Nawet wodospad, który nieustannie rozbijał się o kamienie tysiącami srebrzystych kropli, zdawał się płynąć spokojniej, jak gdyby sam dzień zmuszał świat do zwolnienia kroku i pogrążenia się w leniwej, niemal sennej ciszy.
Pomiędzy skałami przesuwały się jednak chłodne podmuchy wiatru, które przeciskały się przez szczeliny niczym niewidzialne duchy przemierzające obozowisko własnymi ścieżkami, a choć ich obecność wydawała się niemal nierealna pośród wszechobecnego gorąca, przynosiły ukojenie wystarczająco wyraźne, by zwrócić na siebie uwagę każdego kota, kiedy muskały futro wojowników wracających z patroli oraz rozpraszały krople wody unoszące się nad wodospadem, pozostawiając po sobie krótkotrwałe uczucie świeżości, które znikało równie szybko, jak się pojawiało.
Lśniąca Gwiazda siedział niedaleko spadającej kurtyny wody, wybierając miejsce, w którym nic nie zasłaniało jego sylwetki przed światłem. Promienie osiadały na jego sierści niczym warstwa płynnego złota, podkreślając każdy odcień rudych włosów i sprawiając, że jego postać odcinała się od otoczenia wyraźniej niż sylwetki pozostałych kotów. Z pewnej odległości mógł wręcz sprawiać wrażenie istoty wyrzeźbionej ze światła. Jasność dnia bardzo skutecznie rozmywała granice pomiędzy jego futrem a otaczającym go blaskiem.
Końcówka jego ogona poruszała się od czasu do czasu po nagrzanym kamieniu, podczas gdy spojrzenie lidera przesuwało się po obozowisku z cierpliwością właściwą kotu, który nie miał dokąd się spieszyć i który był przekonany, że wszystko znajduje się dokładnie tam, gdzie powinno. W rzeczywistości jednak pod tą pozorną spokojnością kryło się nieustanne analizowanie otoczenia…
Gdyby kierował się wyłącznie własnymi pragnieniami, zapewne spędziłby cały dzień nieruchomo, pozwalając, by kolejne plany rozwijały się w jego głowie bez żadnych przeszkód, jednakże lider nie mógł sobie pozwolić na podobną bierność. Kot przewodzący klanowi nie był jedynie wojownikiem posiadającym władzę. Powinien być symbolem, wokół którego skupiają się spojrzenia pozostałych, a także ucieleśnieniem stabilności, której potrzebowała społeczność nieustannie wystawiana na próby przez los.
Dlatego jego wzrok nieustannie przesuwał się po obozowisku, zatrzymując się na uczniach wracających z treningów, których futra pokrywał kurz i drobne zadrapania, na wojownikach sortujących świeżą zwierzynę oraz na starszych siedzących spokojnie na krańcu polany. Każdemu poświęcał krótką chwilę uwagi, rozsyłając to przyjazny uśmiech, to łagodne skinienie głową, które sprawiały wrażenie całkowicie naturalnych.
W rzeczywistości jednak nic nie było przypadkowe, a Lśniąca Gwiazda doskonale wiedział, że zaufanie stanowi najtrwalszą formę kontroli. Kot mógł buntować się przeciwko strachowi, mógł nienawidzić przemocy, a nawet próbować przeciwstawić się sile, lecz znacznie trudniej było odwrócić się od kogoś, kogoś, kto był przyjazny oraz otwarty na wszystko. Z pewnością jeszcze byłoby odwrócić się od kota, którego postrzegało się jako zesłańca z gwiazd…
Na samą myśl o tym jego spojrzenie przesunęło się ku niebu, którego błękit rozciągał się wysoko ponad obozowiskiem, nieskalany ani jedną chmurą, podczas gdy słońce wisiało pośrodku nieboskłonu niczym ogromne oko obserwujące świat znajdujący się poniżej.
Jeszcze kilka księżyców temu podobne myśli wzbudziłyby w nim rozbawienie, ponieważ opowieści Judaszowcowej Gwiazdy wydawały się wówczas jedynie przesadzoną historią stworzoną po to, by nadać jego życiu większe znaczenie. Teraz jednak coraz łatwiej przychodziło mu wierzyć, że ojciec miał rację, gdyż zbyt wiele wydarzeń układało się dokładnie tak, jak powinno. Przeszkody znikały z jego drogi, przeciwnicy popełniali błędy, a on sam nieustannie znajdował się dokładnie tam, gdzie należało.
Nie oznaczało to jednak, że darzył Judasza szczególnym szacunkiem. Pomimo wszystkich opowieści o przeznaczeniu nie potrafił zapomnieć chwil, podczas których ojciec stawał pomiędzy nim a tym, co od początku powinno należeć do niego. W jego oczach Judaszowcowa Gwiazda pozostawał jednocześnie nauczycielem i przeszkodą, przewodnikiem i rywalem, kotem, który nieświadomie pomógł mu wspiąć się na szczyt, a równocześnie zrobił wszystko, by opóźnić jego drogę.
Jego spojrzenie przesunęło się następnie ku miejscu, w którym znajdował się Gąsienicowy Ogryzek, a choć na pysku lidera nie pojawiła się żadna widoczna zmiana, coś w jego oczach stwardniało na krótką chwilę. Niebieski więzień pozostawał jedynym śladem przeszłości, który nadal oddychał. Jego obecność przypominała drzazgę ukrytą głęboko pod skórą — nie powodowała jeszcze prawdziwego bólu, lecz wystarczała, by od czasu do czasu przypominać o sobie i budzić irytację.
Lśniąca Gwiazda wiedział, że problem ten będzie musiał zostać rozwiązany — sekrety pozostają bezpieczne wyłącznie tak długo, jak długo nie posiadają własnego głosu. Lecz wiedział również, że nie nadszedł jeszcze odpowiedni moment, gdyż sprawa Króliczej Prawdy pozostawała nierozwiązana…
Westchnął cicho i podniósł się z miejsca, gdyż nagrzane kamienie zaczęły oddawać zgromadzone ciepło z taką intensywnością, że nawet on zaczął odczuwać zmęczenie. Droga do legowiska zajęła mu zaledwie kilka chwil, jednak nawet podczas krótkiego spaceru nie przestał obserwować otoczenia — mijające go koty usuwały się z drogi, pochylały głowy lub zatrzymywały się na moment, by zamienić z nim kilka słów.
Każdemu odpowiadał spokojnie i uprzejmie, zdając sobie sprawę z tego, że nawet najkrótsza rozmowa może pozostawić ślad na wiele księżyców, a każdy drobny gest potrafi umocnić obraz lidera, który troszczy się o swoich wojowników.
Kiedy wreszcie położył się na mszystym posłaniu, jego spojrzenie zawisło na sklepieniu groty, którego niezmienna szarość zaczęła działać mu na nerwy bardziej, niż chciałby przyznać. Coraz częściej odnosił wrażenie, że cały Klan Klifu powinien wyglądać inaczej, ponieważ miejsce, które miało stać się sercem przyszłej potęgi, nie powinno tonąć w monotonii skał i cieni.
Pozwolił sobie na krótką drzemkę, jednakże gwar dobiegający z polany wyrwał go z odpoczynku znacznie szybciej, niż by sobie tego życzył, przez co po przebudzeniu czuł lekkie rozdrażnienie, które natychmiast ukrył pod znajomą maską spokoju.
Właściwie, to nic nie wymagało jego interwencji. Obóz, choć pełen kotów, funkcjonował dość sprawnie, patrole zostały już dawno ustalone przez Źródlaną Łunę, a zwierzyny nie brakowało.
Kiedy skierował kroki ku żłobkowi i przekroczył jego próg, jego spojrzenie niemal natychmiast spoczęło na Truskawkowym Polu oraz dwójce młodych kocurków leżących przy jej boku. Przez kilka chwil obserwował ich w milczeniu, podczas gdy jego wzrok przesuwał się pomiędzy śpiącymi maluchami a ich matką, której postawa wywołała w nim znacznie większe zainteresowanie niż same kocięta.
Nie dostrzegał w jej spojrzeniu tego rodzaju dumy, którego oczekiwał.
Nie dostrzegał również odpowiedniej czułości.
A ponieważ obrazy miały ogromne znaczenie, podobne szczegóły nie mogły pozostać niezauważone.
— Truskawkowe Pole — odezwał się łagodnie, choć pod miękkością jego głosu kryło się wyraźne oczekiwanie. — To są twoje kocięta, dlatego trudno mi zrozumieć, dlaczego patrzysz na nie tak, jakbyś oglądała potomstwo obcej królowej, zamiast własne dzieci.
Przechylił lekko głowę, podczas gdy światło wpadające przez wejście odbijało się w jego złocistych oczach.
— Nie oczekuję od ciebie zachwytu przy każdym ich oddechu ani nie zakładam, że całe twoje życie powinno zacząć krążyć wyłącznie wokół nich, jednakże wojownicy patrzą, słuchają i wyciągają własne wnioski nawet wtedy, gdy nie powinni tego robić.
Jego spojrzenie przesunęło się ku śpiącym maluchom.
— Powinnaś być z nich dumna, Truskawko, a jeśli z jakiegoś powodu jeszcze tego nie czujesz, powinnaś przynajmniej nauczyć się wyglądać tak, jakbyś czuła…

<Truskawko?>

Od Tawułowej Bryzy CD. Lśniącej Gwiazdy

Tawuła utkwił spojrzenie w swoich łapach, starając się przeanalizować pytania kocura. Starał się tym razem trzymać język za zębami, aby nie powiedzieć czegoś za dużo, czując przy tym nie tyle gniew na lidera, co na wojowników Klanu Klifu. Koty, z którymi rozmawiał, mógł policzyć na palcach jednej łapy, jednak większość z nich była najzwyklejszymi tchórzami. Jedynie co to potrafili szeptać po kątach, wyrażając mniej lub bardziej niepochlebne uwagi na temat wyboru Truskawkowego Pola na zastępcę niż te wypowiedziane przez Tawułową Bryzę. Musiałby chyba siłą zaciągnąć ich za ogon lub kryzę przed oblicze Lśniącej Gwiazdy, lecz nie miał pewności czy by faktycznie poparli jego słowa, dodając coś od siebie, czy nagle zmieniliby swoje poglądy i uznali, że nie mają żadnych zastrzeżeń względem zastępczyni. Mimo, że wiedział z czyjego pyska dochodziły szepty, nie miał zamiaru zdradzać ich imion Lśniącej Gwieździe. Może kiedyś zbiorą się na odwagę, podobnie, jak Tawuła? No i zresztą kocur musiał sam widzieć brak entuzjazmu na pyskach, co poniektórych wojowników podczas ceremonii.
Kocurowi drgnęła powieka nieznacznie, gdy zrozumiał, że ich lider naprawdę stracił resztki zdrowego rozsądku. I nieważne, co by mu się powiedziało, zdania nie miał zamiaru zmienić. Zamiast Klanu Klfiu wybrał szylkretkę. Zamiast zaufać tym, z którymi się wychowywał, dzielił języki, polował, wolał wybrać kota, którego znał zaledwie kilkanaście księżyców. Kota, który już raz wypiął się na swoją społeczność. I w dodatku porównywał ich relację do tej, która łączyła Tawułę z Pchełkowym Skokiem, w tym brak bezstronności.
A może to Lśniąca Gwiazda miał rację? Był starszy, co za tym szło, bardziej doświadczony, a Tawuła niczym mały kociak upierał się przy swoim. Mały skrzeczący kociak; taki pewnie miał jego obraz Lśniąca Gwiazda.
– Bukowa Korona... – miauknął, po chwili mrużąc oczy, decydując się ponownie wspomnieć kandydaturę brązowego kocura, który chyba był najbardziej charyzmatyczną personą w Klanie Klifu na równi z Promiennym Słońcem. – Kukułczy Wdzięk... Przepiórcza Wichura... Skrzydlata Pogoń... – Kolejno mruczał imiona wojowników. Zastanawiała się czy wspomnieć o Źródlanej Łunie i jej kociętach; łączyły ich więzy krwi, co przeczyło z jego wizją dobrze prosperującego klanu, aby lider i zastępca nie byli ze sobą powiązani. Niebieska kocica była siostrą lidera, w dodatku była kontuzjowana, a pozostała dwójka jego siostrzeńcami, którzy zresztą byli za młodzi, aby pełnić tak ważną funkcję, przynajmniej na ten moment. – Płomienne Serce, a nawet Morświnowa Płetwa... Szkoda, że Pchełkowy Skok i żaden z tych wojowników nie wydał ci się na tyle godny zaufania, aby zostać twoim zastępcą. To chyba o nas źle świadczy, jako klanie… Nie będę cię już niepokoił, Lśniąca Gwiazdo. Za pozwoleniem… – mruknął, niepewny tego, czy kocur pozwoli mu odejść.
Pochylił głowę, nie tyle w geście pozdrowienia, co w akcie bezsilności. Może mógł to rozegrać inaczej? Być może mógł, jednak poczuł również swego rodzaju ulgę, gdy mógł wyjawić Lśniącej Gwieździe, co sądzi o zastępczyni, prosto w pysk. I był mu wdzięczny, że mimo odmiennych zdań, przy których koniec końców pozostali, nie wyrzucił go już na samym początku.
Gdy w końcu udało mu się opuścić legowisko lidera, spojrzeniem starał się odszukać Promienne Słońce. Nie dostrzegł jej w miejscu, w którym się rozstali. Miał nadzieję, że siostra nie zdecydowała się udać do kociarni, aby pomówić z Jastrzębim Zewem o tym, że Tawule pająki zasnuły umysł i igrają ze swoim życiem, jak i losem.
Powoli postawił krok naprzód, kierując się bliżej wyjścia z obozu. Czuł na sobie spojrzenie kilku kotów, które siedziały najbliżej legowiska Lśniącej Gwiazdy.
"Czyżby słyszeli naszą rozmowę?"
Po drodze minął się ze Wzorzystą Dalą, która opuściła właśnie kociarnię. Obrzucił kocicę niezbyt przychylnym spojrzeniem, prychając pod nosem i przenosząc spojrzenie na wojowników siedzących najbliżej wodospadu. Wśród nich spostrzegł Pchełkowy Skok, i to na niej zatrzymał na dłużej spojrzenie. Zrezygnował ze zbliżenia się do siostry, obawiając się jej reakcji, na wyzwanie, że przed chwilą udał się do Lśniącej Gwiazdy i powiedział mu prosto w pysk, że lepszym wyborem na zastępcę byłaby ona, a nie Truskawkowe Pole.
– Co się gapisz? – wysyczał wściekły, gdy jego spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem Mysiego Postrachu. – Kwadrowy zastępca. – rzucił pogardliwe w stronę kocura, chcąc, go tym samym zawstydzić. Został wybrany przez Jaskółkę, lecz nie dane mu było otrzymać członu Gwiazdy wraz z jej śmiercią. Zamiast niego pojawił się ktoś lepszy, a przynajmniej tak do tej pory Tawuła uważał.
Przez dłuższą chwilę prowadził swego rodzaju walkę na spojrzenia z czarnym wojownikiem. W końcu jednak znudzony odpuścił i skierował się poza obóz, decydując się spędzić dzisiejszą noc w okolicy Złotych Kłosów.

<Lśniący? wstrzymanie chyba lub skip? i proszę nie odreagować na pchełce, murem za pchełką, musi być hepi, tawułe za to można pobić bita śmietana nowe imię będzie, zaklepane>

Trzcinowy Szmer urodziła!

Trzcinowy Szmer urodziła parę zdrowych kociąt! 

ŁABĄDEK