BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

07 sierpnia 2026

Od Wrony do Kazarka

To był ciepły pogodny dzień, a było trudno o taki w tą Porę Zielonych Liści. Dzisiaj uczyła swoją uczennicę, Alkę, jak rozpoznać lisie tropy. Nieco marudziła, jak zawsze, ale jakoś przez to przebrnęły. Jutro będzie druga tura. Teraz wylegiwała się na słońcu, ciesząc się spokojem. Dębowa Ostoja była świetnym miejscem, by odpocząć od zgiełku obozowego. Siedząc tak, usłyszała w krzakach jakiś szelest. Zaintrygowana poszła to sprawdzić. Przyjęła pozycję skradania, wsunęła głowę pomiędzy gałęzie krzewu i ujrzała cynamonowego kocura zbierającego zioła. Nie wyglądał na zagrożenie, a więc tylko ostrzegawczo krzyknęła:
– Hej! Co robisz tak blisko granicy Owocowego Lasu?
Kocur się przestraszył i nastroszył futro:
– Tylko zioła zbieram, nie chciałem zamącać waszego spokoju.
– Skąd jesteś? – pytała bardziej przyjaźnie.
– Niedaleko tu mieszkam – odpowiedział.
Popatrzyła na kocura osądzająco, jakby z wyglądu miała stwierdzić czy coś kombinował.
– Jak masz na imię?
– Kazarek.
– No dobrze, wierzę ci, że nie jesteś zagrożeniem, ale jeśli przekroczysz tę granicę, nie zawaham się użyć pazurów, chyba że chcesz do nas dołączyć, chętnie przyjmujemy nowe koty, które chcą być częścią naszej społeczności. – Ostatnio przyjęto Poinsecję i Płatka do klanu, przyjęli się bardzo dobrze. Jeżeli ten samotnik chciałby z nią wrócić do obozu, dostałby dom i kompanów, z którymi mógłby dzielić swoje zainteresowania. Jeśli by nie chciał, nie będzie go do tego zmuszać.

<Kazarku?>

Od Łabędziej Łapy do Narwanej Łapy

Ciąg dalszy opowiadania do Nurowej Łapy, ślub Szafirki i Kasztana

Naprawdę nie chciała iść na ten ślub. Głównie dlatego, że nie miała dobrego zdania o pannie młodej. Nie chciała być jakkolwiek kojarzona z tym wydarzeniem. Niestety jako młoda namiestniczka musiała godnie reprezentować rodzinę i tym samym pojawić się na uroczystości. Spodziewała się nudnej nocy pełnej siedzenia w miejscu i uśmiechania się do kotów, których nie darzyła sympatią. No właśnie. Najgorsze w tym wszystkim był brak ciekawego towarzystwa. Pan Książę Rogaty Flaming nie został zaproszony, chociaż pewnie i tak by nie przyszedł. Niestety to tylko stawiało ją w niekomfortowej sytuacji, z której prawdopodobnie będzie musiała się przed nim wytłumaczyć. Weszła na świetlikową wyspę, krocząc obok brata za rodzicami. Oni trzymali prezent dla pary młodej (jej zdaniem był on zupełnie zbędny i najlepiej by się pod nim w ogóle nie podpisywała). Nawet pomimo braku chęci przebywania w tym miejscu musiała się dobrze prezentować. Przed przyjściem ładnie zakręciła sobie grzywkę, ułożyła kryzę i założyła za ucho ozdobę z muszli, którą pożyczyła od brata na czas ślubu (najchętniej by jej nie oddawała, ale niestety musiała). Cała rodzinka namiestników usiadła w odpowiednim miejscu i wyprostowała się, by wyglądać jeszcze lepiej. Łabędzia Łapa cieszyła się, że siedzi przed rodzicami, bo nawet nie chciała na nich w tej chwili patrzeć, szczególnie na matkę. Nadal nie wybaczyła jej tych wszystkich odwiedzin u Lilii w żłobku, kiedy oni już zostali uczniami. Zachowywała się, jakby on był jej dzieckiem, a co za tym idzie, Niezapominajkowa Nadzieja jej partnerką! To było oburzające, ale nadal nie zdecydowała się na poinformowanie o tym taty. Chociaż już powoli zaczęła się poważnie zastanawiać. Rozglądała się po wyspie. Niestety nic ciekawego się nie działo. Koty zajmowały miejsca, rozmawiały i ogólnie panował rozgardiasz. Przesunęła wzrok w kierunku ołtarza i zatrzymała go na przywódczyni. Bardziej interesującej persony tu raczej nie znajdzie. Wtedy do ołtarza zaczęła kroczyć para młoda. Szepty cichły powoli, aż w końcu zamieniły się w ciszę, kiedy stanęli przed Mandarynkową Gwiazdą.
— Zebraliśmy się tu dzisiaj, żeby uczcić miłość Urodziwego Szafirka i Przypalonego Kasztana oraz przypieczętować ją oficjalną więzią! — ogłosiła. Wtedy przerwała na chwilę. Uczennica miała ochotę wywrócić oczami na dźwięk imion pary młodej, ale nie wypadało tego robić, teraz kiedy miała formalnie reprezentować swoją rodzinę. Aczkolwiek bardzo ją kusiło. No bo kto to widział czarno-białego kota biorącego ślub z obrończynią kotów czekoladowych?
— Jeśli ktoś chce wyrazić sprzeciw, niech zrobi to teraz — usłyszała. Niestety cisza jak trwała, tak nie przestawała. Czemu na ich ślubie miało być spokojnie, kiedy podczas ceremonii jej rodziców Niezapominajkowa Nadzieja wszystko zepsuła?! Po dłuższej chwili Liliowa Pieśń powiedziała do przywódczyni:
— Nie ma nikogo, monarchini.
Teraz to była już zbulwersowana. Czyli tylko jej rodzina miała mieć tę skazę na honorze?! Nie dość, że tamten ślub został przerwany, to nawet po ceremonii dymna nie potrafiła sobie odpuścić! Jej wściekłość dodatkowo spotęgował głos liliowej wojowniczki. Zakała klanowa numer dwa ma czelność odzywać się do przywódczyni?! Jeśli tak to wszystko miało dalej iść, to mógł to być jej ostatni dzień jako namiestniczka. Nieporuszona księżniczka skinęła Liliowej Pieśni głową, po czym kontynuowała.
— Urodziwy Szafirku, Przypalony Kasztanie, czy w obliczu wszystkich zebranych tu kotów przysięgacie sobie miłość, wierność, uczciwość i wspólne dzielenie łowów nawet po śmierci?
Dwójka kotów popatrzyła sobie głęboko w oczy.
— Przysięgam — rzekła uroczyście szylkretka.
— Przysięgam — powiedział po niej jej partner, uśmiechając się nieśmiało.
— Zatem mocą nadaną mi przez Klan Gwiazdy ogłaszam was mężem i żoną! Niech wasza miłość trwa mimo wszystko niczym igły sosen Porą Nagich Drzew!
Nie skandowała imion nowożenców jak wszyscy. Zamiast tego odwróciła głowę od wszystkich i wywróciła oczami. Oby jednak życzenia srebrnej się nie spełniły. Kiedy wiwaty ucichły, a niektórzy zaczęli ustawiać się w kolejce, by sprezentować coś nowożeńcom, ona nadal siedziała w bezruchu, czekając tylko, aż to wszystko wreszcie się skończy. Drugiego takiego ślubu nie wytrzyma. Jeszcze tylko brakowało, żeby ta druga maszkara sobie taki sprawiła. No właśnie! Liliowa Pieśń (zaczynała już podejrzewać, że człon Lilia mógł nieść za sobą negatywne cechy charakteru) przez cały ślub przyklejała się do Ulewnego Szkwału. A z tego, co kojarzyła, był to dość szanowany wojownik. Nie mogła pozwolić, żeby tak sobie zepsuł reputację! Może nie wiedział? Musiała go uratować. Przecież jako namiestniczka ma obowiązek dbać o klan… i o własne interesy. No a poza tym… na ślubie przecież się bawi! Co z tego, że dla niej frajdą byłaby afera pomiędzy tą parą?
– Zawołajcie mnie, kiedy będzie nasza kolej na danie prezentu — rzuciła do rodziny i z uśmiechem wyruszyła na swoją misję. Akurat złapała kocura, kiedy partnerka na chwilę go opuściła.
— Dzień dobry, Ulewny Szkwale — przywitała się oficjalnie, jednak bez ukłonu. Nie czuła takiej potrzeby. W końcu była od niego wyższa tytułem. No a on chyba nie powinien mieć jej tego za złe. W końcu ratowała go od spadku w hierarchii klanowej! Kocur obrócił się do niej.
— Dzień Dobry, namiestniczko — ukłonił się. — Jak damie się tu podoba? Przyszłaś może złożyć życzenia parze młodej?
Już widziała, czemu koty z rodu go lubiły. Tym bardziej musiała mu pomóc. Szkoda by było, gdyby taki miły kot zaprzepaścił wszelkie szanse przez niewiedzę.
— Jest… w porządku — skłamała, siląc się na uśmiech. — Nie, nie o to chodzi. Rodzice jeszcze nie podeszli. Chciałabym… zamienić z tobą słowo… najlepiej trochę dalej stąd — szepnęła, patrząc ukradkiem na Liliową Pieśń.
— Jasne, namiestniczko, to nie będzie dla mnie problemem.
Wtedy ich rozmowę przerwała kotka, która stanęła właśnie za jej plecami.
— Łabędzia Łapo, idziemy wręczyć prezent parze młodej. Możesz wrócić do rozmowy z Ulewnym Szkwałem potem — miauknęła jej matka. Niechętnie podniosła się z miejsca. Fińczyk skinął jej głową na chwilowe pożegnanie, a ona razem z resztą namiestników podeszła do Urodziwego Szafirka i Przypalonego Kasztana. Trzcinowy Szmer skinęła im głową. Według niej było to niedorzeczne. Jej matka nie powinna tak robić przed plebsem! Chyba naprawdę było z nią coraz gorzej.
— Przynieśliśmy wam prezent. Wydaje się skromny, jak na rodzinę namiestników, jednak muszę przyznać, że zostały one dobrane i pozyskiwane spod lodu, która skuła naszą rzekę. — Szylkretka wzięła od Żmijowcowej Wici zawiniątko i delikatnie rozwinęła je, ukazując prezent. — Oto biżuteria, składająca się z najładniejszych i najbardziej świecących łusek oraz zębów drapieżnych ryb, jakie udało mi się znaleźć podczas nurkowania. Niestety przez Porę Nagich Liści nie mogłam zbyt daleko nurkować, bo nie znalazłabym wyjścia spod lodu. Mam nadzieję, że wybaczycie nam te niedogodności.
Powiedziała formalnie, podsuwając bliżej nich prezent. Łuski i kły drapieżnych rzecznych potworów błyszczały od odbijającego się światła.
— Mam nadzieję, że wam się podoba — zamruczała. Chociaż ona sama nie przepadała za zębami ryb i uznawała je za obrzydliwe, to musiała przyznać, że bardzo ładnie się mieniły. Dlatego nie powinny zostać podarkiem dla tych zakał! Ona by im dała najwyżej patyk! Nie okazała jednak po sobie irytacji i zamiast tego uśmiechnęła się szeroko do dwójki.
Urodziwy Szafirek uśmiechnęła się do nich. Musnęła łapą podarek, przedłużając tę chwilę, co tylko bardziej ją irytowało.
— Bardzo wam dziękujemy, Trzcinowy Szmerze i Żmijowcowa Wici. Z dumą będziemy to nosić — wymruczała. Mała namiestniczka zmrużyła oczy w szparki. Czy pominęła ich specjalnie? A to pchli móżdżek! Kiedy tylko jej rodzina powróciła na poprzednie miejsce, ona postanowiła ponownie odszukać Ulewny Szkwał. Oboje odeszli trochę dalej od jego partnerki.
— Usłyszałam ostatnio bardzo niepokojące informacje o Liliowej Pieśni. Podobno wspiera koty czekoladowe i nie szanuje członków rodu królewskiego — mówiła, udając bardzo zmartwioną. W rzeczywistości uważała, że skoro taka paskuda robiła takie rzeczy, to zasługiwała na pozostanie samotną.
— To okropne. Postaram się coś z tym zrobić. Nie ma miejsca w końcu w naszym klanie na takie coś — odmiauknął niebieski, brzmiąc, jakby zaczął poważnie zastanawiać się nad zerwaniem związku. Udało się! Pan Książę Rogaty Flaming będzie z niej dumny… chociaż może lepiej, żeby mu o tym nie mówiła.
— To dobrze. W końcu powiedział mi to sam Pan Książę Rogaty Flaming, a on raczej nie zniżałby się do narzekania o rzeczach małej wagi — dorzuciła jeszcze dla większej wiarygodności.
— Dziękuję za tę informację, namiestniczko, życzę udanej imprezy — pożegnał się, kłaniając się jej na odchodne. I poszedł gdzieś, prawdopodobnie szukać swojej (pewnie za niedługo byłej) partnerki. Ona wtedy wróciła do swojej rodzinki i ponownie zajęła swoje miejsce, zastygając w eleganckiej pozycji niczym jakiś posąg. Był czas na rzut żabą. Ona osobiście uważała to za obrzydliwą tradycję. Bo kto by chciał dotykać żab? Na jej ślubie na pewno czegoś takiego nie będzie. Urodziwy Szafirek zamachnęła się i rzuciła zwierzęciem. A złapał ją Narcyzowa Łapa. Wtedy nagle zdarzenia obrały szybki i niespodziewany kierunek.
— Głupie płazy, kłamią! — miauknęła donośnym głosem Narwana Łapa, obrzucając zaskoczonego Narcyza sztucznie zrozpaczonym spojrzeniem. — Kłamią i nie widzą prawdziwej miłości... Prawda, Lawendo?
Z tymi słowy przechyliła się w stronę stojącej obok kotki i przysunęła swój pysk do tego liliowego. Zmrużyła ślipia, uśmiechając się, po czym polizała ją romantycznym gestem po nosie. Łabędzia Łapa patrzyła na to wszystko w zadziwieniu. Spotęgował to uczucie fakt, że kiedy Lawendowa Rozkosz popatrzyła na szylkretkę, wcale nie wyglądała na zdziwioną czy oburzoną. Zamiast tego po prostu się uśmiechnęła.
— Och tak, droga Narwanko. Łżą jak wydry. Paskudniki — odparła z niechęcią. Gdy kocica ją polizała, Lawenda zakryła pyszczek jakby zarumieniona. — Ależ moja miła, ile razy ci mówiłam, że wolę być pierwsza? — mruknęła, odsuwając łapę od pyszczka. Przewróciła lekko koteczkę i stanęła nad nią. — I co ja mam z tobą zrobić hm? — mruknęła, chyląc pysk i liżąc ciemną w nosek. Vanka zakryła łapką pyszczek na taki widok. Nie wiedziała nawet, czy z oburzenia, zaskoczenia, czy po prostu dlatego, że była to sensacja. Chyba kotki nie powinny robić takich rzeczy publicznie, a już na pewno nie na czyimś ślubie, ale przynajmniej nie było nudno… No i będzie o czym później opowiadać! Po paru uderzeniach serca Narwana Łapa wydobyła z siebie parę dźwięków:
— Ja- Mhm — wydusiła z siebie. Położyła łapę na piersi drugiej kotki, delikatnie odpychając ją do tyłu. — Może- Może później mi powiesz, co, Lawendo? — miauknęła w końcu, już niedrżącym głosem. Uśmiechnęła się cwanie i dotknęła nosem tego wojowniczki. — Chyba że już nie będziesz taka śmiała?
Ta jednak uśmiechała się z wyraźnym triumfem w oczach.
— Och, moja droga, nie udawaj, że to cię tak zaskoczyło, bo pomyślę, że nie chcesz mnie obok — mruknęła, a jej pyszczek wyrażał smutek, by po chwili cicho się zaśmiać. — No? Co mi teraz powiesz? — przechyliła lekko łebek, wpatrując się głęboko w jej oczy. Po dotknięciu się nosami z Narwaną Łapą zarumieniła się lekko, po czym coś do niej szepnęła chyba o jakimś spacerze. Łabądek przeniosła wzrok na Narcyzową Łapę, który gdyby jego futro na to pozwalało, byłby właśnie blady jak śnieg. Całkiem zapomniał już o żabie; zamiast tego drgnął i zerwał się na równe łapy.
— Yy... Protestuję! — rzucił desperacko. Liliowa przewróciła oczami.
— Och proszę cię — zaczęła, opuszczając kotkę i ocierając się o Narcyza, by zatrzymać się przy jego uchu. Jemu również coś szepnęła, na ucho, po czym wróciła do Narwanej Łapy.
— Czyż to nie jest decyzja tej piękności? — uśmiechnęła się niewinnie, choć w oczach miała iskrę chłodu. “Ta piękność” powoli uniosła się, podpierając się łapami. Zerkała na brata kątem oka. Odezwała się jednak do Lawendy:
— Oczywiście — odparła, unosząc kąciki pyska. Wstała i stanęła obok kotki, ignorując wszystkich dookoła i wpatrując się w jej pysk. W jej oczach zaczęło błyszczeć zainteresowanie. — Tam będziesz mogła sobie nade mną stać bez szansy na to, że ktoś nam przeszkodzi...
— Taka jesteś! — zawołał czarno-biały z wyrzutem w ostatnim akcie desperacji, zarzucając ogonem.
— Bardzo dobra decyzja, moja piękna Narwanko — wymruczała, muskając bok kotki ogonem i kierując pysk w jej stronę. — Znajdę ci najwygodniejsze miejsce na leżenie, obiecuję ci to — wymruczała uroczo, przenosząc wzrok na Narcyza. — Och, Narcyzku, nie złość się, bo ci serce stanie i co wtedy?
Szylkretka przytaknęła Lawendzie, po czym przyklejając do niej swój bok, odwróciła pysk do Narcyza.
— Wybacz — wzruszyła ramionami. — Nie moja wina, że nie umiesz sobie nikogo znaleźć! — Wytknęła mu język, uśmiechając się. — Może na naszym ślubie znowu złapiesz tę żabę i tym razem ci się poszczęści!
Liliowa otuliła kotkę ogonem, by trzymać ją blisko siebie.
— Och, cudowny promyku, nie bądź taka dla braciszka. Los nie jest dla niego litościwy — wymruczała z troską, po czym zacieśniła ogon na boku Narwanej Łapy. Narcyz wpatrywał się w obie kotki szeroko otwartymi oczami.
— ...Nie moja wina, że wszyscy są głupi! — wydusił w końcu, ale głos mu się nieco załamał. Zerknął na Werwę.
— Ty... ty też jesteś głupia! Idź sobie z tą Lawendą, gdzie chcesz, byle daleko. Niedobrze mi się od was robi!
Lawendowa Rozkosz zmrużyła oczy na słowa kocura.
— Och, doprawdy? Głupcy? Mało oryginalne nazewnictwo — prychnęła. — Chodźmy, Narwanko, nie marnujmy czasu na... takie bezsensowne paplanie — mruknęła.
— Narcyz... — zaczęła “Narwanka”. — Narcyz, no weź...
Potem dała się odciągnąć kotce na bok. Czyli jednak nie skończyło się tak nudno, jak myślała. Niech no tylko wszyscy o tym usłyszą!

***

Kilka wschodów słońca później

Tak… być może rozpowiedziała trochę naciąganą plotkę na temat jej znajomych z legowiska oraz Lawendowej Rozkoszy. I tak… być może ta plotka mogłaby komuś potencjalnie zaszkodzić lub go poniżyć. No i teoretycznie takie zachowanie nie przystało namiestniczce… Ale na Klan Gwiazdy, jaka to była świetna zabawa! Ledwo powstrzymywała uśmiech dumy za każdym razem, kiedy ktoś spekulował nad datą ślubu dwóch kotek albo kiedy słyszała o kolejnym kandydacie na temat nowego partnera Narcyza. Oczywiście jakby ktoś pytał, ona tylko usłyszała to, chodząc po obozie. A jakby się ktoś dowiedział, że to ona to… zrobiła to, żeby odwrócić uwagę od tych paskudnych wymysłów na temat pokrewieństwa dzieci Fląderki z jej babcią – Wężynowym Kłem! Właśnie! Bo co złego to nie ona! Zawsze miała dobre intencje! Siedziała właśnie na swoim posłaniu, obracając w palcach jeden ze swoich kolorowych kamyczków i słuchała przyciszonych szeptów kolegów z legowiska. Najbardziej interesowała ją aktualnie rozmowa Ropuszej Łapy z Liliową Łapą.
— Podobno on i Ulewny Szkwał czują coś do siebie, ale obaj boją się, że drugi nie czuje tego samego. To takie smutne… ale słodkie! — entuzjazmowała się starsza. Łabądek aż zadrżały wąsy z rozbawienia. W sumie może to nawet na lepsze by im wyszło? Dla fińczyka chyba każda opcja byłaby lepsza niż ta jego aktualna paskuda. Nagle szepty zaczęły cichnąć, a w legowisku uczniów rozległy się kroki. Dźwięk zatrzymał się dopiero kilka długości wąsa od niej, a cień smukłej kotki padł na ziemię przed nią. Obróciła się w kierunku kotki i usiadła. Na jej pysk wkradł się uśmiech, w którym można było zobaczyć nutkę wyzwania. No kogo jej oczy widziały? “Narwanka” we własnej osobie! Szylkretka jednak nie wyglądała na zbyt zadowoloną. Bardziej jakby przez cały poranek podgryzały ją pchły. Może złapała jakieś na tym spacerze ze swoją ukochaną?

<”Narwanka”?>

[2353 słowa]

Od Ośnieżonego Kryształu do Nocnego Śpiewaka

Nie mogła uwierzyć w to, że Nadciągający Pomrok naprawdę zadała jej ranę na tyle głęboką, że zaczęła z niej cieknąć krew. To był tylko kolejny dowód na to, że Klan Wilka był klanem pełnym przemocy i złych kotów! Brukselkowa Zadra miała rację. Większość Wilczaków była już zgniła do szpiku kości i nie dało się z nimi nic zrobić. Ulegli propagandzie, która była im wpajana od małego. Nie myślą już za siebie, a zamiast tego powtarzają to, co przekazało im starsze, równie zaślepione pokolenie.
Kryształka zmarszczyła brwi, chyba po raz pierwszy w życiu, przyjmując tak zgorzkniały wyraz pyska. Rana nad nosem szczypała ją niemiłosiernie, a pazury aż błagały o to, by zostały wysunięte. Czuła się tak zirytowana, tak rozgniewana i tak bezsilna, że miała ochotę zaatakować pierwszego lepszego kota, tylko po to, by udowodnić sobie, że nad czymś jeszcze ma kontrolę.
Życie w tej chorej przynależności powoli działało jej już na nerwy. Czuła się czasem nieswojo. Jakby to nie ona formułowała swoje własne myśli, a jedynie jakiś dzikus, który wtargnął do jej umysłu. Dawniej przecież nie była taka agresywna. Praktycznie wcale się nie złościła ani nie chodziła nadąsana tak, jak teraz.
W końcu rozluźniła mięśnie, przyjmując neutralny, a może raczej po prostu zmęczony wyraz pyska. Nie mogła stać się jedną z nich. Nie mogła pozwolić na to, by zawładnął nią gniew — bo jeśli przestanie być tą miłą, opiekuńczą Kryształką, to już niewiele będzie ją dzieliło od brutalnych wyznawców Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd.
Wzięła kilka głębokich wdechów, po czym podeszło do niej Roztargniony Koperek, trzymając w pysku jakieś zioła i pajęczynę. Biało-niebieska spuściła wzrok na łapy, trochę zawstydzona raną, którą zadała jej Nadciągający Pomrok. Dobrze, że przynajmniej liliowe nie naciskało, by dowiedzieć się o pochodzeniu tego zadrapania. Zamiast tego Koperek przeżuło zioła na papkę, po czym nałożyło ją na nos wojowniczki i owinęło lepkimi nićmi pajęczyny, by opatrunek się nie zsunął.
— Lepiej nie wychodź już nigdzie dzisiaj. Musisz uważać, by opatrunek nie spadł — mruknęło cicho, po czym odwróciło się od Kryształki, wracając do swoich codziennych obowiązków.
Młodsza skinęła głową w podzięce i podniosła się powoli na wszystkie cztery łapy. Przez moment obserwowała tył głowy Roztargnionego Koperka, a konkretniej jego lewe ucho. Nie było na szczęście postrzępione tak jak u kultystów. Zresztą liliowe było chyba rodzeństwem Brukselkowej Zadry. Nie mogło wierzyć w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd. Lecz w takim razie, dlaczego nie pojawiało się na ich spotkaniach, podczas których obmyślali plany przywrócenia wiary w Klan Gwiazdy w Klanie Wilka? Czyżby było ateistą?
W końcu Kryształka stwierdziła, że zbyt długo już wpatruje się w medyka. Postanowiła jak najszybciej opuścić legowisko, by nie wzbudzać żadnych podejrzeń. Już wystarczająco nawywijała. Nie potrzebowała kolejnych kotów, które uważałyby ją za podejrzaną.
Gdy położyła się na swoim posłaniu, wreszcie poczuła, jak przygniata ją poczucie winy. Dziś miało być tak pięknie… Miała opowiedzieć Tęczowej Łapie o Gwiezdnych Przodkach. Miała sprowadzić go na dobrą ścieżkę, a zamiast tego nabawiła się jedynie rany nad nosem. Brukselkowa Zadra byłaby nią zawiedziona, o ile już nie jest… O ile oczywiście Gwiazdnicowy Blask postanowiła podzielić się z nią tym, co wydarzyło się na patrolu, ponieważ sama Kryształka nie miała odwagi pisnąć o tym ani słowa swojej przybranej matce. Wiedziała, że pewnie dostałaby od niej burę. Może nie dlatego, że jej próba zakończyła się porażką, ale dlatego, że w ogóle zaryzykowała własnym życiem, by opowiedzieć Tęczowej Łapie o Klanie Gwiazdy. Liliowa w końcu chciała dla nich dobrze. Pragnęła, by jej adoptowane kocięta były zdrowe i bezpieczne, a nie by niepotrzebnie ściągały na siebie niebezpieczeństwo.

* * *

Gdy obudziła się rano i dotknęła łapą nosa, okazało się, że opatrunek rozpadł się podczas snu. Rana wciąż nieco ją szczypała, ale przynajmniej nie leciała już z niej krew. Postanowiła, że nie będzie zawracać głowy medykom i jakoś wytrzyma do czasu, aż zadrapanie samo się zagoi. Zastanawiała się tylko, czy pozostanie po nim blizna. Nie było aż tak głębokie, ale kto wie… W końcu Nadciągający Pomrok musiała być całkiem silna. Pewnie chciała, aby wojowniczce na nosie zostało przypomnienie o tym, że w Klanie Wilka nie ma miejsca na opowieści o Gwiezdnych Przodkach.
Ośnieżony Kryształ westchnęła, a wtedy przypomniała sobie, że została przecież wyznaczona na poranny patrol. Jej serce zabiło szybciej i zerwała się od razu na równe łapy, wybiegając z legowiska. Futro miała zmierzwione, a pysk wciąż jeszcze trochę brudny od ziołowej papki i pajęczyn. Nie miała jednak czasu się ogarnąć — dostrzegła, że przy wyjściu czeka już dwójka kotów. Podbiegła do nich szybko, wlepiając w nich przepraszające spojrzenie.
— Przepraszam! — mruknęła, po czym mocniej zacisnęła szczękę, czując, jak robi jej się słabo. Z początku pomyślała, że to pewnie przez nagły bieg, więc postanowiła to zignorować i ruszyć za Dyniową Skórką i Grubą Rybą poza obóz.
Z czasem jednak to uczucie nie ustępowało. Kryształka miała wrażenie, jakby jakieś szpony zaciskały się na jej gardle, a ktoś wykręcał jej żołądek. Nie wiedziała, skąd to się brało. Czy to ze stresu? Może jej umysł uznał, że wciąż znajduje się w niebezpieczeństwie, skoro na poprzednim patrolu została pobita? Tak, pewnie właśnie o to chodziło.
“Głupi mózg!” — pomyślała, ledwo potrafiąc skupić się na czymkolwiek innym. Nie patrzyła już nawet na swoich pobratymców; wzrok miała utkwiony we własnych łapach, które powoli wlokły się do przodu.
— Ośnieżony Krysztale! Idziesz za nami, czy nie? — odezwała się ruda kotka, jednak wojowniczka nie miała siły jej odpowiadać. Zamiast tego nieznacznie przyspieszyła kroku i zadarła brodę, próbując dogonić resztę patrolu.
— Przepraszam… — mruknęła znowu, gdy była już wystarczająco blisko.
— Co się z tobą dzieje? W ogóle nie skupiasz się na patrolu — stwierdziła Dyniowa Skórka.
Kryształka nawiązała z nią krótki kontakt wzrokowy. Pod ciężarem spojrzenia rudofutrej przeszedł ją dreszcz. Szybko odwróciła pysk, przyklejając uszy do czaszki.
— Ja… Trochę… źle… — zaczęła, lecz urwała, czując, jak z każdym słowem gardło zaciska jej się coraz bardziej.
Łapy jej drżały. Miała wrażenie, jakby zaraz miała eksplodować jej głowa.
— Co? Źle się czujesz? — dopytała zielonooka, zatrzymując się w miejscu. — Gruba Rybo, zaczekaj. Z Ośnieżonym Kryształem chyba dzieje się coś niedobrego… — stwierdziła, przekrzywiając głowę.
Biało-niebieska czuła, jak skóra pali ją ze wstydu.
— N-nie… Chodźmy dalej… Wytrzymam — próbowała zapewnić pręgowaną, lecz ta nie wyglądała na przekonaną.
— Wyglądasz, jakbyś zaraz miała nam tu paść, a ja nie będę ciągnąć trupa do obozu! Wrócimy, odstawimy cię do medyka i zabierzemy kogoś innego w zastępstwie. Tak będzie najlepiej — zażądała Dyniowa Skórka.
Niebieskooka nie protestowała. Zamiast tego odwróciła się i wraz z dwoma rudymi kotami u boku ruszyła z powrotem w stronę obozu.

* * *

Dyniowa Skórka i Gruba Ryba zostawili ją pod lecznicą i poszli szukać kogoś na zastępstwo. Kryształka jednak, zamiast wejść do legowiska medyków i wyjaśnić, jak się czuje, postanowiła to zignorować. W końcu nie mogło to być nic poważnego, prawda? Pewnie tylko jej się wydawało. Pewnie było to ze stresu. Pewnie tylko panikowała, mimo że nic jej nie dolegało. Zawsze tak robiła. Gdy była młodsza, nawet najłagodniejszy ból sprawiał, że zaczynała się niewyobrażalnie nim martwić. Dzięki temu już kilka razy zdążyła pożegnać się z Brukselkową Zadrą, będąc przekonana, że umiera. A jednak nie umarła. Wciąż tu była. Żywa. To znaczyło, że ten ból brzucha też przeżyje, bo na pewno nie był niczym poważnym.
Dlatego, gdy spostrzegła, że patrol wychodzi już z azylu z nowym członkiem, postanowiła zakraść się z powrotem na swoje posłanie. Nim jednak zdążyła do niego dotrzeć, przypadkiem wpadła na jakiegoś kota. Wydawało jej się, że mignęło jej przed oczami czarno-rude futro. Przez to, że czuła się okropnie osłabiona, straciła równowagę i wywróciła się na ziemię, widząc przed sobą jedynie rozmazany zarys czyichś łap. Była przekonana, że należały one do Nadciągającego Pomroku. Skuliła się, kładąc po sobie uszy.
— Och, przepraszam… Przepraszam cię za wszystko! — wydukała, czując, jak zbiera jej się na łzy. Modliła się do Klanu Gwiazdy, by mistrzyni nie zaatakowała jej znowu. — Nie… nie powinnam była wczoraj tego mówić! Biedny… biedny Tęczowa Łapa! Masz rację, nie… nie powinien słuchać tych herezji! — lamentowała.
Wtem poczuła, jak przez całe jej ciało przechodzi gwałtowny spazm. Wystraszyła się, od razu podrywając się na łapy i odwracając od kota. Pobiegła w stronę wyjścia z obozu. Gdy tylko znalazła się na zewnątrz, zanurkowała w pierwsze lepsze krzaki i zwymiotowała całą zawartością żołądka.
Dopiero wtedy poczuła się odrobinę lepiej i odzyskała zmysły. Nadal była osłabiona, a przez ciało co chwilę przechodziły fale gorąca, lecz przynajmniej nie czuła już tego okropnego ucisku w gardle i żołądku.
— Uch… Wszystko w porządku? — zapytał nagle jakiś kot.
Kryształka odwróciła się w jego stronę. Nocny Śpiewak.
— C-co? — zapytała, zastanawiając się, czemu akurat on tu przyszedł.
— Zaczęłaś mnie przepraszać… a potem uciekłaś — wyjaśnił. Na jego pysku malowało się szczere zmieszanie.
Co za wstyd… Wcale nie przepraszała Nadciągającego Pomroku, tylko Nocnego Śpiewaka?
— Och… naprawdę? Musiałam… musiałam pomylić cię z kimś innym — wymamrotała, spuszczając wzrok. Dopiero teraz dotarło do niej, jak żałośnie musiała wyglądać. Położyła po sobie uszy, czując, jak palą ją ze wstydu. — Przepraszam… Nie czuję się dziś najlepiej — dodała ciszej. — Chyba trochę… pomieszało mi się w głowie.

<Nocny Śpiewaku?>

Od Borowika

Następnych parę dni spędziłem na bacznej obserwacji. Samego siebie, jak i otoczenia, którego jeden element z jakiegoś powodu stał się jego punktem centralnym...
Świergotek.
Oczywiście, można było znaleźć na to wiele logicznych wyjaśnień. Na przykład wyróżniający się, rudo-biały kolor futra…
No dobra. W sumie to nie udało mi się wpaść na nic innego do tej pory…
By zbadać ten niespotykany fenomen, postanowiłem zbliżyć się do kocura. Zastosowałem w tym celu kilka prostych taktyk, składających się na całość mojej wybitnej strategii.
Przykładowo, zamiast wylegiwać się większość czasu wolnego w legowisku, spędzałem go w dolnej części obozu. Udawałem, że gdzieś idę lub też po prostu siedziałem w miejscu, czekając cierpliwie na pojawienie się Świergotka. Gdy wreszcie zauważałem go, przechodzącego, całą siłą umysłu starałem się złapać z nim kontakt wzrokowy, a następnie — w zależności od sytuacji — przywitać się z nim słownie lub kiwnięciem głowy.
Nie zostawało mi jednak zbyt wiele czasu wolnego, gdyż kolejną taktyką było… zgłaszanie się na każdy możliwy patrol. Nie byłem pewien, na którym z nich będzie rudy kocur, dlatego szedłem na wszystkie. Byleby tylko spędzić z nim czas. Nie ważne, że w większości wyglądało to tak, że on szedł, a ja się gapiłem, nie uzyskując oczekiwanej reakcji…
Dziś ponownie zgłosiłem się na poranny patrol i w końcu miałem szczęście — Świergotek również tam był. Jak zwykle szedłem za nim i obserwowałem — no bo co innego miałem zrobić? Nie wiem, co. Na pewno nie zagadam. Bo co miałbym powiedzieć?
Ale tym razem było inaczej. Skupiłem się na nim tak bardzo, że… zamiast przeskoczyć na gałąź obok, wlazłem w pień głową…
Rozległ się stłumiony trzask.
Rudy kocur odwrócił się do mnie gwałtownie z otwartymi szeroko oczami.
— Borowiku? Wszystko dobrze? — spytał.
Skrzywiłem się i potrząsnąłem głową na boki.
Oj, będę miał guza…
Chciałem odpowiedzieć, że tak, wszystko dobrze, ale zamiast tego z mojego pyska wydobył się jedynie bliżej niesprecyzowany dźwięk.
— Eueuaehhhh… — Zachwiałem się.
Świergotek zmarszczył brwi i przeskoczył na moją gałąź, stając obok mnie, by w razie czego zapobiec mojemu upadkowi.
Czułem, jak przegrzewają mi się zwoje mózgowe.
— Możesz iść? — Gdy pokiwałem głową, kontynuował: — To dalej, powinniśmy dogonić resztę. Musisz bardziej uważać, Borowiku.
Ton jego głosu nie brzmiał ani trochę, jakby kocur był zdziwiony czy zirytowany. Bardziej, jakby to była całkowicie normalna sytuacja…
— Uch. Nie no… Nic mi… nie jest. Jestem przyzwyczajony do… uch… wpadania w… pnie… — mruknąłem. — Nic… nic specjalnego…
Kocur zaśmiał się dość naturalnie i przechylił głowę.
— To pewnie przez to, że ostatnio chodzisz na te wszystkie patrole, Borowiku.
No i zatopiony.
Zdemaskował mnie.
Ale jak? Moja tajna operacja była zaplanowana wybitnie i w sposób złożony, zwykły umysł nie byłby w stanie tego odkryć…
— Uch… Co…? Znaczy… trochę mi się… wiesz… nudzi ostatnio… Nie mam ucznia ani nic… — Zmarszczyłem brwi, próbując ostrożnie postawić łapę na następnej gałęzi.
— Tia, zauważyłem. Ciągle siedzisz na środku obozu. Musi ci się naprawdę nudzić…
Podwójnie zatopiony.
Nie wierzę…
Nie wiedziałem, że jest aż tak spostrzegawczy…
— Uch. No… — Po wejściu w drzewo nie stać mnie było na bardziej rozbudowane odpowiedzi.
Rudzielec spojrzał na mnie.
— Wiesz, jeśli chciałbyś z kimś pogadać czy coś, to nie musisz się tak czaić — dodał, jakby od niechcenia. — Ja też nie mam nic lepszego do roboty.
Jakby dla żartu pacnął mnie ogonem.
BUM.
Zaliczyłem drugie spotkanie mojej głowy z pniem.
Tym razem siła zderzenia była na tyle duża, że spadłem z gałęzi i zacząłem zsuwać się odruchowo po pniu w dół.
— BOROWIKU! — krzyknął za mną Świergotek, tłumiąc śmiech. — ŻYJESZ?
Wylądowałem w krzakach na dole.

***

Wieczorem, leżałem w legowisku na gałęzi. Czułem, jak na moim czole uformował się guz wysoki jak średniej wielkości szczupak od ogona do głowy.
Auć.
Nie mam pojęcia, jak to się stało, że wlazłem w drzewo. Dwukrotnie. I to przez jakiegoś kota. Nigdy mi się to nie zdarzyło przez jakiegoś kota. Z reguły było to celowe działanie z mojej strony lub dywersja…
W dodatku zostałem rozpracowany z taką łatwością…
Nie podoba mi się to.
“Jeśli chciałbyś z kimś pogadać czy coś, to nie musisz się tak czaić”.
Pff. Ja mu dam. Tak z nim pogadam, że sam w pień wlezie. Jeszcze pożałuje, że zasugerował mi najbardziej logiczną i naturalną opcję…

Od Wrony CD. Smoka

Przeszłość

Kotka popatrzyła na Smoka z rozbawieniem. Była jeszcze mała i mogła nie rozumieć niektórych zasad.
— Wiesz, Smoku, Sajgon nie toleruje kłamstw, ponieważ gdy będziesz dużo kłamać, to gdy będziesz potrzebować pomocy lub chciała udowodnić swoją niewinność, mógłby nie uwierzyć. Choć to dobry i szanowany wojownik, to czasami fakt, ma kij pod ogonem.
Uczennica się lekko zaśmiała i odeszła coś zjeść.

***

Przeszłość, dzień mianowania dzieci Kurki i Guziczka

Wrona ledwo opanowywała ekscytację. Otóż dzisiaj miała otrzymać swojego ucznia! Cieszyła się, że Czereśnia jej tak zaufał, minęły dopiero cztery księżyce od jej mianowania, a niektórzy, mając na karku kilkadziesiąt księżyców, nadal nie mieli podopiecznego.
Czereśnia wyszedł ze swego legowiska, zwołał swych pobratymców i zaczął ceremonie.
— Dzisiaj na drogę uczniów wstąpią Alka, Gronostaj oraz Bratek. Alko, wystąp.
Czekoladowa wystąpiła niechętnie przed szereg.
— Alko, ukończyłaś cztery księżyce, a więc to czas, abyś została uczennicą. Będziesz szkolić się na zwiadowcę, a twoim mentorem zostanie Wrona. Wrono, mam nadzieję, że przekażesz swej uczennicy wszystko, co umiesz.
Wrona dotknęła nos uczennicy, gdyż Alka przekręciła tylko niechętnie oczami.

***

Teraźniejszość

Alka nie była łatwym uczniem. Marudziła na wszystko i wszystkich, jakby była pępkiem świata. No cóż, Wrona musiała ją postawić choć trochę do pionu.
— Alko, dzisiaj będziemy się uczyć czegoś, bez czego nie można zostać zwiadowcą, czyli wspinaczki na drzewa.
— No dobrze! — rzekła.
— A więc przerzuć swój ciężar ciała na tylne łapy, odbij się od ziemi i wczep się w drzewo, o tak — zademonstrowała. — Później znów odbij się tylnymi łapami, a przednimi zaczep się wyżej, w ten sposób. — pokazała uczennicy. — Twoja kolej.
Alka podeszła do drzewa i mocno się wybiła.
— Bardzo dobrze! Teraz do góry!
— No przecież wiem! — zirytowała się. Kotka wskoczyła na drzewo i weszła wyżej. Wrona musiała przyznać, że dobrze sobie radziła. Nagle z drzewa wyleciał ptak, który przestraszył kotkę i straciła równowagę.
— Uważaj! — ostrzegła ją mentorka. Niestety kotka spadła. Z dobrych wieści, spadła akurat na paprocie.
— Alko! Nic ci się nie stało?
— Ach! Moje futro! Jest całe w suchych liściach! — krzyknęła.
Wrona chciała ją pocieszyć, ale ona tylko odrzuciła jej łapę.
— To wszystko twoja wina! Rozproszyłaś mnie!
Kotka zbulwersowała się na słowa uczennicy.
— Musisz panować nad swoimi emocjami.
— Jestem już idealna! To ty masz jakieś problemy! — prychnęła.

***

Wieczór. Wrócili z treningu. Alka świetnie chodziła po drzewach, ale z polowaniem miała problemy. Upolowała mysz i nornicę.
Gdy Wrona poszła coś zjeść, spotkała Smok.
— Witaj Smok! Jak ci idzie trening na wojownika?

<Smok?>

Od Kazarka

Kazarek szedł powoli przez las, uważnie sprawdzając każdy zapach. Pora Nowych Liści oznaczała więcej zwierzyny, ale też więcej kotów. Samotnik, który nie uważał, szybko mógł wpakować się w kłopoty. Każdy w końcu szukał czegoś dla siebie po tak mroźnej porze. Cynamon do nich należał, lecz nie wyznawał używania przemocy na innym kocie. Gdyby miało dojść do konfrontacji o zwierzynę, wolałby uciec i nie pozostawić po sobie śladu. 
Zatrzymał się przy skrawku lasu Klanu Wilka i zobaczył zioła na drobne skaleczenia, które dopiero co urosły. Chyba nie miał ich zbyt wiele w swoim legowisku. Niektóre okazy nawet zdarzyły się zbyt wysuszyć pod jego posłaniem. Sięgnął pyskiem, by je wyrwać, ale nie zdążył. Z krzaków dobiegł szelest, a Kazarkowi zaczęło szybciej bić serce. Jego oddech był niespokojny, już miał ochotę rzucić się do ucieczki i schować się w swojej norze. Zamiast groźnego Wilczaka, jednak ujrzał małego ptaka, który pewnie czegoś szukała do jedzenia. Westchnął głęboko by się uspokoić. Czasami zapominał, że nie wszystko, co szeleści w krzakach, chce go zabić. Postanowił odpuścić ptakowi życie. Nie umiał i tak na nie polować, więc pozwolił sobie zostać jeszcze na chwilę na wilczackich terenach bez żadnego stresu, że coś go zje. Ptaki wokół latały nad sosnami, wiatr mu dudnił w uszach, a słońce trochę ogrzewało jego krótkie futro. Przynajmniej na chwilę mógł sobie powiedzieć, że może odetchnąć bez strachu, że coś na niego czyha. Było to krótkie, ale wspaniałe uczucie.

Od Puchacza

Dzisiaj znowu został pozostawiony sam w Dębowej Ostoi przy granicy. Tym razem szybko udało mu się złapać wiewiórkę. Planował szybko zakopać ją gdzieś tu, żeby spróbować znaleźć coś jeszcze, ale wtedy usłyszał za sobą szelest. Błyskawicznie obrócił się w kierunku dźwięku, widząc znajome ciemnorude futro.
— To tylko ty — miauknął cicho do Orłosępa.
— Jak widać — zaśmiał się. — W ogóle to cześć, mały. Jak się masz? — przerwał nagle — Nie zagoiło się? — zapytał, wskazując na jego policzek. Uczeń poprawił futro, żeby lepiej zakrywało bliznę.
— No… nie.
— Wyszarpię mu flaki — mruknął pod nosem samotnik, wbijając pazury w ziemię.
— Spokojnie… Jest w porządku.
— Naprawdę? Nie jesteś zły, że ci przejechał po pysku?
Czekoladowy wzruszył ramionami.
— Jest, jak jest. Ale teraz lepiej, żebyś sobie stąd szedł. Nikt nie może zobaczyć nas rozmawiających.
Orłosęp skinął głową.
— Odezwę się jeszcze kiedyś.
Puchacz odwzajemnił gest.
— Będę czekał.

***

Kilka dni później

Dzisiejszy trening był jakiś dziwny. Zamiast iść po drzewach jak zwykle, spacerowali po ziemi. Do tego nawet nie szli w kierunku dobrego miejsca na ćwiczenia. Bo kto ćwiczyłby wspinaczkę na drzewa na Upadłej Gwieździe? No właśnie nikt. Jednak tam właśnie dotarli. Kiedy stanęli, miał już zapytać, co tak właściwie mają tutaj robić, ale nie zdążył.
— Twoim zadaniem teraz będzie, dotrzeć do Szopy Strachu i mnie tam spotkać. Powodzenia! — miauknęła Figa i zniknęła mu z oczu. Świetnie. Czyli po to szedł z obozu do jakiegoś losowego miejsca, żeby musieć pójść gdzieś indziej. Westchnął ciężko i zamknął oczy. Czasami naprawdę nie rozumiał tego wszystkiego, co wymyślała matka. Chcąc nie chcąc wspiął się na jakieś drzewo i zaczął swoją przeprawę. Przez cały czas starał się omijać Owocowy Lasek, jak tylko się dało. Zbyt wiele drzew było tam giętkich lub kruchych. Nie widziało mu się być miotanym, czy runąć na ziemię przy mocniejszym podmuchu wiatru. Przez to jego trasa była dużo dłuższa i nawet na niej zdarzało się, że musiał zmieniać plany, bo inne drzewo nie wyglądało zbyt stabilnie, czy nawet zdawało się chore. Kiedy był już niedaleko, dostrzegł na ziemi ślady.
— Lis? — miauknął do siebie. Zawęszył. Na pewno nie było go blisko, mógł zejść. Tak też zrobił, a następnie obwąchał ślady.
— Świeże… trzeba komuś o tym powiedzieć… — myślał na głos.
— Brawo! — Usłyszał głos matki, która zeszła z innego drzewa. On był zdezorientowany. Jakim cudem jej nie widział? I przede wszystkim, o co jej chodziło? Nie powinna być przy Szopie Strachu?
— Zostaniesz zwiadowcą!
— Co?
— Zdałeś test, przez cały czas cię obserwowałam.
— A ślady?
— Patrol przegonił lisa dziś rano. Nie musimy się o nic martwić. Chodź, wracamy do obozu.

***

Zebranie klanu

— Puchaczu, wystąp.
Bicolor wyszedł przed tłum, stając pod gałęzią topoli i patrząc na lidera.
— Najwyższy czas, abyś dołączył do grona zwiadowców. Wykazałeś się pomysłowością i odwagą. Czy przysięgasz pozostać lojalnym naszej społeczności i czuwać nad jej bezpieczeństwem?
— Przysięgam — powiedział lekko, jakby witał się, a nie ślubował wierność społeczności.
— A zatem witamy cię jako nowego zwiadowcę Owocowego Lasu!
Wszystkie wiwaty, jakie się potem rozległy nie obchodziły go. A już szczególnie nie te matki. Na to było już za późno. Znalazł kogoś innego, kto go akceptował, czy był zwiadowcą, czy nie, więc już po prostu tego dowartościowania nie potrzebował. Szybko wysunął się z tłumu, żeby zdobyć symboliczne nacięcie na uchu. Nie zamierzał przechodzić żadnego rytuału. Dla niego było to głupimi bzdurami. Nie był żadnym “Kłosem Zboża Kołyszącym Się na Wietrze”. Był Puchaczem. Szkoda tylko, że nikt tego nie zauważał…

[552 słowa]

06 sierpnia 2026

Od Łabędziej Łapy do Złocistego Widlika

Stała właśnie nad brzegiem powolnie płynącego strumyka i przygotowywała się psychicznie do wejścia do wody. Ona sama uważała, że nie powinna uczyć się pływać w taką pogodę. Oprócz oczywistej tragedii w postaci tragicznie ułożonego futra po wyjściu z wody groziło jej jeszcze przeziębienie z powodu wiatru. Błękitna Laguna najwyraźniej uznał jednak, że posiadanie uczennicy, która w wieku ośmiu księżyców nie potrafi ani trochę pływać to wstyd i nie obchodziło go to, co ona o tym wszystkim myślała. A jako że należał do rodziny królewskiej, nie mogła się nie zgodzić. Mogłaby zaprzepaścić swoją szansę na wysokie stanowisko w klanie! Bo kto to widział namiestniczkę ignorującą polecenia księcia? Rodzice zrobiliby jej o tym długi wykład, a Nurowa Łapa pewnie wypominałby jej to do końca życia. Zanurzyła łapę w wodzie i od razu ją wyjęła. Była lodowata! Jak śnieg! Mentor stał w strumyku po kostki i tylko patrzył na nią, czekając. Widząc to, uśmiechnęła się do niego, weszła do wody i przygryzła język, żeby nie syknąć. Tym sposobem wchodziła coraz głębiej, aż w końcu miała wodę do barku.
– Spróbuj odbić się od dna i przebierać łapami. Trochę jak bieganie.
Postąpiła zgodnie z poleceniem, ale kiedy zaczęła poruszać nogami, robiła to szybko i gwałtownie, co skutkowało ogromnym chlapaniem. Zastępca odsunął się na chwilę, dopóki nie przestała.
– Za szybko. Nigdzie nie popłyniesz, tylko się zmęczysz – skomentował. – Rób dłuższe, mocniejsze ruchy i nie wyciągaj łap nad wodę. Jeszcze raz.
Tym razem udało jej się. Zaczęła płynąć. Po chwili dołączył do niej mentor, płynąc obok. Robili tak jeszcze przez jakiś czas, aż w końcu wyszli na brzeg.
– Możemy już wracać do obozu.

***

Ku jej zdziwieniu po pływaniu jej futro nie było wcale aż takie potargane, jak myślała. Jedyne co tak naprawdę musiała poprawiać, to kryzę. To akurat była codzienność. Ah, co ona się z nią miała… Ale taka była cena, jaką płaciło się za piękno. Teraz musiała pójść do karmicielek ze zwierzyną. Bardzo nie chciała tego robić. W końcu przebywała tam ta paskuda - Fląderka. Do tego teraz miała jeszcze kociaki! W ogóle w środku było dużo kociąt. Tylko tego jej brakowało, żeby słyszeć piszczenie tych smarkaczy. Podeszła do dziupli ze zwierzyną i wyjęła stamtąd dwie ryby - dla Świteziankowego Jeziora i Sennej Łzy. W końcu czekoladowa chyba da radę sama ruszyć się po jedzenie. Albo przyniesie jej ktoś inny. Tak czy siak, ona - Łabędzia Łapa, namiestniczka - odrzutka karmić nie będzie. Weszła z piszczkami do żłobka, położyła je przed karmicielkami i jak najszybciej się stamtąd ulotniła. Kiedy wyszła i przysiadła na chwilę, żeby przylizać futro na piersi, podszedł do niej Złocisty Widlik. A ten, czego chciał? Zmierzyła go szybko spojrzeniem.
– Słucham? O co chodzi? – zapytała, chcąc jak najszybciej pozbyć się piastuna i móc w spokoju kontynuować swój dzień. Oby nie męczył jej o jakieś bzdury!

<Widlik?>

[456 słów + łowienie ryb]

Od Liliowej Pieśni

TW: przemoc rodzinna, śmierć

Minęło już ćwierć księżyca od spotkania z jej bratem, Mrokiem. Ostatnio jej ojciec, Sosna, ją mocno przestraszył, ale jeśli dzisiaj znów zamierzał się pojawić, to powie mu prawdę prosto w oczy. Przepłynęła wzdłuż rzeki, a następnie poszła do Brzozowego Zagajnika. Tuż za granicą czekał na nią Mrok.
– Witaj, bracie! – uśmiechnęła się do niego.
– A więc jednak… – powiedział mocny głos. Zza krzaków wyłonił się czekoladowy pręgowany kocur, o przenikliwych, zielonych oczach. To był Sosna. – Spotykasz się z kotką z klanu! Ty głupku, zdradziłeś nas! Spotykasz się z wrogiem!
– Ja… przepraszam…
Kotce waliło serce. Odebrało jej mowę.
– Twoje słowa nic dla mnie nie znaczą! Jeśli naprawdę żałujesz, zabij ją.
Brat wytrzeszczył oczy.
– Co?!
– SŁYSZAŁEŚ, CO POWIEDZIAŁEM! – ryknął potężnie.
– Nie każ mu zabijać własnej siostry! – W końcu sprzeciwiła się Liliowa Pieśń. Wiedziała, po kim wpadała w wysokie tony.
Sosna najpierw popatrzył na nią ze zdziwieniem, a potem się zaśmiał.
– To niemożliwe! Nie uratujesz się kłamstwem, rybosisto!
Rybosisto? Musiało to być przezwisko dla Nocniaków.
– Otóż jest to możliwe, gdyż to ja jestem twoją córką, Sosno.
Kocur otworzył szerzej oczy.
– JESZCZE MÓWIŁEŚ O NAS?! JAK MOGŁEŚ, TY WYPRÓŻNI BORSUKA!
Kotka zrozumiała, czemu jej brat tak się go bał. Głos ojca dudnił jej po całym ciele, aż sierść jej stanęła.
– To nie on o tobie mi powiedział! Ja sama pamiętam. Jestem twoją córką, Sosno. Córką Sójki, którą wykorzystałeś i opuściłeś. Straszyłeś ją, manipulowałeś nią. Zostawiłeś mnie i ją, zostawiając w twojej byłej partnerce ślad smutku i rozpaczy, przez który zginęła. Jej dawniej ukochane miejsce na ziemi stało się najgorszym, gdyż wszystko, zapach, legowisko, nawet rzeka przypominała jej o tobie. Kocurze, który zrobił jej potomstwo i uciekł z jednym bez słowa. Później, szukając nowego domu, wyczuł nas lis. By mnie chronić, odciągnęła go ode mnie i zapłaciła za mój ratunek życie. Później Klan Nocy mnie znalazł i dał mi opiekę. Jesteś okropnym kotem. Synem też manipulujesz, aby był twoim sługą. Wykonywał twoje rozkazy. Jesteś bestią, która mogłaby zapoczątkować legendę o czekoladowych kotach. Nie zasługujesz, by do ciebie mówiono tato, a nawet ojcze…
Kocur coraz szybciej zaczął oddychać. To musiało wydostać jego demony przeszłości, które dawno zakopał.
– Tato, czy to prawda? – zapytał, kładąc uszy Mrok.
– …ZABIJE CIĘ, POĆWIARTUJE, A POTEM UTOPIĘ!!! – ryknął i rzucił się na kotkę.
Liliowa Pieśń przewróciła się pod ciężarem kocura, który próbował ją zagryźć. Odepchnęła Sosnę tylnymi łapami, a on przewrócił się na bok. Kotka przytrzymała ojca.
– Nie chcę cię zabijać. Chcę, byś zrozumiał swój wielki błąd.
Kocur przestał się mocować, rozluźnił się, a więc wojowniczka też puściła.
– A więc… JA ZABIJĘ CIEBIE!!!!! – znowu rzucił się na kotkę i przybliżył swój pysk do gardła swej córki. – TY… TY GLONOJADZIE! CHCESZ MI GO ODEBRAĆ! JEDYNEGO SYNA, NA KTÓREGO TAK CZEKAŁEM! SÓJKA MI GO DAŁA! ALE JEJ NIE POTRZEBOWAŁEM, CIEBIE PCHLARZU RÓWNIEŻ. – Czemu puściła! Wiedziała, że on chciał ją zabić, ale to była rodzina. Lecz on sprawił, że serce jej matki skruszyło się na wiór. Już miała się odegrać, ale wtedy Mrok, który wcześniej zmieszany patrzył na bitwę, podbiegł do ojca i zacisnął swoje kły na jego gardle. Liliowa Pieśń czuła, jak napastnik puszczał. Jego wzrok był utkwiony w dal, a z jego pyska sączyła się krew. Liliowa szybko wstała i zobaczyła brata trzymającego martwe ciało ojca.
– Mrok! Nie! Ja… nie chciałam! – Łzy jej napłynęły do oczu. Brat, z którym spotykała się kilka księżyców, zabił swego ojca, z którym był całe życie. Jednak widziała, że ona, mimo o wiele krótszego okresu, dała mu więcej czułości, niż Sosna.
– Już dobrze. Chciał cię zabić. Nie mogłem na to pozwolić.
– Ja… j-ja... przeze mnie wszystkich straciłeś…
– Wcale nie, mam ciebie. To jego wina, że matka zmarła i tego paskudnego lisa.

***

Przybyli do grobu matki. Rodzeństwo wykopało dół obok niej, a następnie wsadzili tam ciało czekoladowego. Zasypali, a później postawili tam puszczającą liście gałązkę, która symbolizowała przemienienie zła w dobro w zaświatach.
– Jeżeli uschnie, nigdy nie żałował – powiedział Mrok. – Tata mi opowiadał takie tradycje.
– Czy czułeś, że cię w głębi serca kochał? – spytała się kotka.
– Tak… bronił mnie. Nie wiem tylko, czy kochał mnie jako mnie, czy jako jego dziedzictwo. – Jego oczy spochmurniały.
– Jestem przy tobie, dziękuję za uratowanie mi życia – miauknęła kotka w podziękowaniu. Już nigdy więcej głupich błędów.
– Nie ma za co. – Podniósł lekko uszy i w zachodzącym słońcu, czuwali nad grobami. Cała rodzina tu była, wspominając ostatnie wydarzenia.

[*]
🌸🪾
😿😿

Od Tojadowej Łapy

Spieniona Gwiazda, Mandarynkowa Gwiazda, Zawodząca Gwiazda, czy inni liderzy przewijający się w pamięci rudowłosego wojownika, ozdobionego jasną kryzą.
Każdy z nich zawsze, z perspektywy Tojadowej Łapy, dumnie wygłaszał mowy, lub się z gracją zachowywał. Na każdym kroku musieli dawać innym kotom przykład. Nie mogli sobie pozwalać na błędy.
Co za utrapienie.
Podczas przemów, takich oto liderów, Tojad zastanawiał się, czy takie koty nie chciałyby czasem uciec od swoich imion i związanych z nimi tytułami? Znaczyły one dla Tojadu tyle samo, co najzwyczajniejsze obowiązki. Mieliby wiele czasu dla siebie. Mogliby jeść, spać, robić to, co chcieli i kiedy chcieli.
Tojadowa Łapa na myśl, o sobie bezimiennym i ‘’wolnym’’, uznał, że to by go bardziej stresowało, niż cieszyło. Mimo trudnych do zrozumienia lekcji skradania się do zwierzyny, wszystkich regułek kodeksu wojownika, nauki wdrapywania się na drzewa, nauk pływania, ćwiczeń oddechu, biegów długodystansowych, wyjmowania patyków z futra, użerania się z innymi kotami w tym z jego rodzeństwem, standardów wyglądowych w Klanie Nocy, Tojad dalej kochał być Tojadem i niegdyś Tojadową Kryzą.
Zielonooki u Nocniaków, był dumny z rangi wojownika i rozpieszczało to jego ego, za każdym razem, gdy czuł w grzywie wiatr, podczas pełnienia obowiązków klanowych. Dlatego tak bolało to stanie się Tojadu znowu Łapą. Jego jaźń także przestała rosnąć, po narodzinach jego ukochanych dzieci. Gdy dwójka z nich okazała się mieć czekoladowe futerka, co reszta klanu potępiała, wojownik tego nie rozumiał. Jednakże Tojad zawsze miał o sobie duże mniemanie, także o członkach swojej rodziny. No może oprócz jednego osobnika, Żmijowca, którego i tak stawiał wyżej niż innych członków klanu, mimo jego nienawiści do tego łysego łajna.
Burzak momentalnie zrozumiał, jak dla niego ważna była przynależność i wynikające z tego obowiązki, które brał śmiertelnie poważnie. Tojadowa Łapa pojął, że był już kimś innym. Nie Tojadową Kryzą, tylko Łapą i że jego poprzednie imię było kiczowate i niezupełnie odzwierciedlało jego wspaniałość.