BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

26 lipca 2026

Od Łzawej Łapy

Łzawa Łapa siedziała nad niewielkimi kupkami ziół, przekładając kolejne listki i łodyżki z miejsca na miejsce z takim znużeniem, że wyglądała niemal jak więzień skazany na wyjątkowo nużącą karę. Leżąc na brzuchu, leniwie przesuwała łapą pęczki nagietka, szczawiu i kocimiętki, by po chwili znów ułożyć je dokładnie tam, gdzie leżały wcześniej. Jej ogon ospale uderzał o kamienną posadzkę, a niebieskie oczy raz po raz wędrowały ku wejściu do lecznicy, jakby liczyła na to, że za chwilę pojawi się jakiś pacjent i wybawi ją od wszechogarniającej nudy.
Firletka wyszła niedawno z obozu, chcąc uzupełnić zapasy kilku brakujących ziół, przez co zostawiła swoją uczennicę samą. Łza nie cierpiała samotności, a dziś ledwie wystawiła nos poza legowisko medyków — podziemny obóz z każdym dniem wydawał jej się coraz bardziej przygnębiający. Nie potrafiła przywyknąć do niekończących się korytarzy, które zdawały się wić bez żadnego ładu ani składu, ani do wszechobecnej wilgoci, unoszącej się w powietrzu mimo silnego zapachu ziół. Brakowało jej szumu trawy i ciepła promieni słonecznych, których w tych paskudnych tunelach nie dało się zastąpić niczym.
Dopiero cichy odgłos kroków wyrwał ją z zamyślenia. Niemal natychmiast uniosła głowę, a gdy w wejściu dostrzegła znajomą, srebrzystą sylwetkę, na jej pysku pojawił się szeroki uśmiech.
— Kurza Łapa! — zawołała z wyraźnym entuzjazmem, po czym szybko podbiegła do ucznia kronikarza. — Cześć! Co tam? Przyszedłeś mnie odwiedzić? A może masz ochotę ponabijać się ze mną z Milczącej Fajtłapy? Hihi!
Srebrzysty uczeń odwzajemnił uśmiech, lecz niemal od razu zaniósł się kaszlem, który odbił się echem od kamiennych ścian lecznicy. Łza odruchowo zmarszczyła nos. Choć z początku liczyła na zwykłą wizytę znajomego, teraz nie miała już większych wątpliwości, że przyprowadziła go tutaj choroba.
— Hej... — wydusił pomiędzy kolejnymi kaszlnięciami. — Jak chyba zdążyłaś zauważyć, załapałem coś nieciekawego. Ale wiesz... z tego drugiego też bym nie zrezygnował.
Łza przechyliła głowę, udając głębokie zastanowienie.
— Na nabijanie się z Milczącej Fajtłapy jeszcze przyjdzie czas — odparła z rozbawieniem. — Chociaż muszę przyznać, że z twoim charkaniem wyglądałoby to naprawdę komicznie.
Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się i podeszła do składziku z ziołami. Przez chwilę przeszukiwała kolejne pęczki suszonych roślin, aż w końcu odnalazła kocimiętkę, której intensywny zapach natychmiast wypełnił niewielką jaskinię. Z ostrożnością wyjęła kilka listków, po czym wróciła do przyjaciela i podsunęła mu je niemal pod sam nos.
— Proszę. Zjedz, zanim uznam, że specjalnie zachorowałeś, żeby mnie odwiedzić.
Kurza Łapa parsknął cichym śmiechem, który niemal natychmiast przerodził się w kolejną falę kaszlu. Skrzywił się, po czym bez większego marudzenia pochwycił podaną mu kocimiętkę i zaczął ją przeżuwać.
— Tooo do zobaczenia później? — mruknął, gdy przełknął już ostatni listek.
— Mhm, papatki!

[423 słowa]

wyleczeni: Kurza Łapa

Od Firmamentowej Łapy

Kocur wstał z rana, patrząc, jak promienie słońca głaszczą delikatnie obóz Klanu Klifu, jak i jego futro. Ciepło rozchodziło się po całym jego ciele, aż chciałoby się leżeć cały dzień i nic nie robić. Zima powoli się kończyła, nareszcie. Śnieg topniał, a zimno odchodziło wraz z porą roku. Z jego zamyśleń wyciągnął go Wzburzony Kormoran.
— Firmamentowa Łapo, zbieraj się, idziemy na szkolenie. — powiedział z uśmiechem do kocurka, który przeciągnął się, po czym wstał z ziemi. Otrzepał się, patrząc po obozie, który budził się powoli, niczym nadchodząca wiosna.
— Dobrze, ruszajmy. Dawno już zjadłem. — odpowiedział mentorowi. Ten skinął i ruszył w stronę wyjścia z obozu. Idąc przez rozległe pola patrzył na trawę, kwiaty, na zboże, które znajdowało się na Złotych Kłosach… Wszystko tak lekko budziło się po mrożącym śniegu, a jednak nadal było przyklapnięte. Dotarli do szumiącego morza, przy którym wiatr nabierał szybszego tempa. Usiedli, patrząc teraz na siebie.
— Dzisiaj nauczymy się otwierania krabów. Jadłeś jakiegoś kiedyś? Może obierała ci… — zatrzymał się na chwilę w niezręcznej, aczkolwiek wiele mówiącej ciszy. Chciał wspomnieć o jego matce, Firmament wyczuł to od razu.
— Nie, nie robiła tego. Bywa i tak. — wzruszył ramionami nie przejęty. — A więc? Pokażesz mi jak to się robi?
— Tak, tak… — Wzburzony Kormoran rozejrzał się, próbując wypatrzeć zdobycz. W końcu dostrzegł kraba, który dreptał po piasku. Powoli wychodziły na zmianę pory roku. Kocur skradł się powoli, w końcu wyskakując do góry, lądując na zdobyczy. Przyniósł ją do ucznia, trzymając ją ostrożnie. — A więc aby go otworzyć musimy najpierw mieć pewność, że nie żyje. Gdy już dobijemy go, musimy podważyć pazurami, pomagając sobie trochę drugą łapą… O tak. — pokazał kocurowi. Ten przyglądał się, dokładnie lustrując wzrokiem to, co robi jego mentor. Gdy tylko skończył, Odwrócił się, szukając kraba i dla Firmamentowej Łapy, aby ten sam mógł spróbować. Nie minęło dużo czasu do momentu, gdy w końcu udało mu się znaleźć kolejnego, aby uczeń mógł go otworzyć. Firmamentowa Łapa powoli zaczął pracować nad otwarciem kraba, aż w końcu po dłuższej chwili udało mu się to. Wzburzony Kormoran skinął głową z aprobatą.
— Brawo. Spróbujmy kolejnego.

»»————- ⚜ ————-««

Wracali teraz do obozu, powoli spacerując pomiędzy zaspami śniegu. Co ciekawe, utworzyła się ścieżka, dzięki której można było dostać się do obozu bez odmarźnięcia sobie łap, chociaż… Jego łapy błagały o pomstę do Klanu Gwiazdy. Bolały go ostatnimi czasy, być może właśnie przez śnieg… Dotarli do obozu, gdzie udało mu się dorwać dość porządny jak na tą porę roku posiłek. Wziął w pysk tłuściutką wiewiórkę, zabierając ją ze sobą gdzieś na bok, niedaleko legowiska swojego ojca. Ten właśnie rozmawiał z Postrzępionym Mrozem. Nie kojarzył aż tak bardzo kotki, z tego co wie była w żłobku razem z jego ojcem i jego siostrą, przez co nawet dobrze się dogadywali. Czy Lśniąca Gwiazda… Chciałby zastąpić Truskawkowe Pole..?

[456 słów, + otwieranie krabów]

25 lipca 2026

Od Błota CD. Gąbczastej Perły

Kocur zakrył głowę łapami, czując, jakby miała zaraz eksplodować. Tak, mógł po prostu poprosić medyków o pomoc, jednak… Gąbczasta Perła chyba i tak już ma go dość. Patrzy na niego z taką… Pogardą.
— Tato, jesteś pewien, że nie chcesz jednak jakichś ziół od medyków? — Stroczkowa Nadzieja patrzył na kocura ze zmartwieniem w oczach. Syn naprawdę się nim przejmował… Czekoladowy wezbrał się na uśmiech, mając nadzieję, że przekupi tym syna.
— Tak, spokojnie. Przejdzie mi… — powiedział, jednak młodszy spojrzał na niego z uniesioną brwią.
— Tak? Bo mówisz to od dwóch zachodów słońca. — Spojrzał na niego, czując, że nie da za wygraną. Westchnął, odwracając się do kotki stojącej teraz na straży. Niezapominajkowa Nadzieja…
— Niezapominajkowa Nadziejo..? — podszedł do niej, schylając głowę lekko. Ta odwróciła się lekko podirytowana.
— Czy ja ci już nie mówiłam, że nie mam zamiaru z tobą rozmawiać? — odsyczała, po czym strzepnęła gniewnie ogonem. No tak, kotka kojarzy go z Klanu Wilka i ewidentnie nie chce, aby ktokolwiek się dowiedział o jej pochodzeniu. Jednak ona sama nie wydawała tego, że to on jest jednym z uciekinierów, więc w teorii było to wzajemnym zrozumieniem… Chyba.
— Potrzebuję medyka… Głowa strasznie mnie boli.
— Znowu? Co ty masz do tych medyków, cały czas coś ci się dzieje. Ostatnio to nawet jakimś cudem złapałeś tu drzazgę. — powiedziała zdziwiona. Kocur speszył się lekko. Może i faktycznie starał się dostać nadprogramową pomoc od medyczki… Znaczy medyków.
— Po prostu… Zaprowadzisz mnie..? — zapytał niepewnie. Dymna chwilę patrzyła na niego, jednak westchnęła, poddając się. Skinęła w stronę obozu, prowadząc go. Gdy dotarli, usiadła przed legowiskiem medyka, czekając na niego. Ten wszedł niepewnie, rozglądając się. No proszę, jego szczęście, Gąbczasta Perła sama jedna siedziała w legowisku sortując zioła. Wyglądała przy tym… Pięknie…
— Mogę ci w czymś pomóc? — powiedziała chłodno, gdy już go zauważyła. Kocur usiadł, odchrząkując.
— Głowa mnie boli… Masz coś może na to? — zapytał niepewnie. Kotka zerknęła w zioła które chwilę temu sortowała i na liść nałożyła kilka nasionek maku. Podała mu je bez słowa.
— Mak, często zbierałem go ze Stroczkową Nadzieją… — powiedział ze słabym uśmiechem, po czym zlizał z liścia lek.
— Chcesz we mnie wywołać jakiś dziwny żal? — powiedziała kotka, nastroszając lekko futro. Jednak po chwili wygładziło się ono, a na jej pyszczku zagościło zastanowienie. — Poza tym… Nie wiedziałam, że interesuje się zielarstwem….
— Tak, bardzo. Chciał zostać medykiem w Świetlikach. — jego ton ściszył się lekko. Spojrzał na medyczkę wyczekująco.

Wyleczeni: Błoto
<Gąbczasta Perło?>

Od Milknącej Łapy Do Tojadowej Łapy

Dotychczasowa mroźna pora nagich drzew zaczynała w ostatnich dniach coraz to bardziej odpuszczać, choć oznaczało to nadal pewną warstwę śniegu poza podziemnym obozem. Dymny kocur już miał parę okazji polować lub biegać w takich zaspach, co według Cyklonowego Oka było świetnym pomysłem i ćwiczeniem do trenowania siły oraz wytrzymałości. Kremowy w porównaniu do swojego ucznia nie miał zbytnio problemów z na przykład biegiem po śniegu, choć zapewne miało to związek z doświadczenie — a raczej napewno — oraz swoją dość ciężką budowę, którą przykrywało długie futro wojownika.
Milknąca Łapa obok swojego mentora wyglądał dość marnie, wręcz mizernie. Sama sylwetka ucznia jest smukła i zgrabna, a długie łapy jedynie potęgują to wrażenie. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że syn przywódcy klanu ledwo co je lub nie dojadał, nawet jeśli na stosie było trochę świeżych piszczek również dla innych. Są to jednak pozory, gdyż treningi pod okiem Cyklonowego Oka sprawiły, że warstwą półdługiego dymnego futra powoli pojawia się zarys mięśni, które czasem wręcz paliły żywym ogniem w czasie intensywnego wysiłku.
Niebieskie spojrzenie właśnie z uwagą sunęło po wszechobecnej bieli, która roztaczała się we wszystkie strony niemal od opuszczenia tunelu, który kończył się wyjściem w głębi klanowych terenów. Niemal grobowa cisza co jakiś czas była zagłuszana stawianymi krokami przez dwójkę kocurów. Starszy miał zamiar wykorzystać wciąż zalegający śnieg na dawnych połaciach zieleni, by jego uczeń zbudował siłę i wytrzymałość w cięższych warunkach, niż te, które lada dzień mają nadejść, obwieszczając głośno wszystkim dookoła, że już niedługo pojawi się więcej zwierzyny, a dotychczas uśpiona przyroda zacznie powoli wracać do życia.
Początkowe długości pokonywali spokojnym krokiem, dopóki kremowy bez choćby słowa informacji, zaczął przyspieszać. Zew nie miał zamiaru pozostawać w tyle, dlatego też niemal od razu zaczął szybciej przebierać łapami w śniegu, utrzymując na razie tempo lekkiego truchtu, który na długo nie wystarczył Cyklonowi. Burzak z czasem ponownie przyspieszył, co robił bez żadnego wysiłku czy choćby widocznych oznak zmęczenia narastającym wysiłkiem. Jego towarzysz chyba jeszcze nigdy nie narzekał na jakikolwiek element treningu, który wprowadzał brązowooki, co raczej wśród uczniów zbyt często się nie zdarzało. W końcu byli tylko starszymi kociakami, który ciągle psoty i wygłupy w głowie — może dzieci Zawodzącej Gwiazdy były inne? Cóż, Cyklonowe Oko miał okazję tylko bliżej poznać Milknącą Łapę, gdyż to jego osobiście szkolił. Nie wiedział do końca, jaka jest jego siostra, Łzawa Łapa, czy rodzeństwo, które zostało u boku matki w Owocowym Lesie.
Kiedy tylko kroki wojownika przybrały tempo biegu, Zew również rozpoczął bieg. Dawniej na tego typu posunięcia kremowego narzekał od czasu do czasu w myślach, szczególnie kiedy takie długodystansowe biegi ze zmienną intensywnością jeszcze nie weszły mu w nawyk, a ciało dawało o tym jasny sygnał w postaci bolących zakwasów następnego dnia. Teraz jednak dla ucznia było to coś normalnego, stanowiącego część każdego wschodu słońca. Po tylu księżycach nawet sam już odczuwał i dostrzegał zmiany, jakie zaszły w jego ciele odkąd został mianowany i trafił pod opiekę Cyklonowego Oka. Za każdą chwilę z kremowym był wdzięczny i cieszył się, że to właśnie on go szkoli na wojownika.

«★»

W czasie drogi powrotnej do obozu postanowili jeszcze poćwiczyć polowanie na króliki, mimo powoli ocieplającego się klimatu, pora nagich drzew wciąż trwała, a nie wiadomo, jak ze zwierzyną w pierwszych wschodach słońca kolejnego sezonu. Dlatego też lepiej maksymalnie wykorzystywać każde wyjście poza ledwo odbudowany obóz w tunelach.
W czasie zimy było ciężko złapać jakieś szaraki, jednak praca zespołowa w takich momentach bardzo się opłacała. To właśnie dzięki niej Cyklonowe Oko niósł w pysku nieco kościstego ssaka, a Milknąca Łapa nornicę, którą sam wytropił, a następnie złapał. Ze względu na swoje ciemne futro, mocno rzucające się w oczy na tle białego dywanu, był dumny z tej zdobyczy, choć starał się tego zbytnio po sobie nie okazywać. Przecież inni wtedy mogliby pomyśleć, że uczeń nie umie wciąż polować, a nornica w jego pysku jest pierwszą, którą samodzielnie złapał bez jakiejkolwiek pomocy mentora.
Najchętniej gryzonia, by wręczył ojcu lub Skrzydlatej Płomykówce, lecz wiedział, że ci będą zajęci swoimi obowiązkami, więc postanowił od razu udać się do Dryfującej Fluoryt, która od niedawna pełniła rolę wiecznej królowej. Obecnie miała do wychowania trójkę rodzeństwa, szylkretowych sióstr, których spojrzenie było równie jasne, co samego Milknącej Łapy. Młodzik jeszcze nie miał okazji odwiedzić ich na dłużej, gdyż miał również obowiązki w innych legowiskach, jak przyjście co jakiś czas do Czuwającej Salamandry, czy to ze zwierzyną, czy wymianą pierwszych zużytych partii mchu w posłaniu.
Wychodząc ze żłobka, wpadł na jakiegoś Burzaka, co zakończyło jego dobrą passę, gdyż miał pewną tendencję na wpadanie na innych lub jakieś przedmioty, co zapewne musiał odziedziczyć po matce, gdyż nie widział, by coś takiego zdarzyło się jego ojcu.
— Wybacz — mruknął, spoglądając na pobratymca. Tuż przed nim rysowała się sylwetka rudego kocura, który jakiś czas temu ze swoją partnerką dołączył do klanu.
— Nic się nie stało, sam nie patrzyłem, gdzie idę — odparł starszy. — W zasadzie może mi pomożesz, gdyż wciąż nieco nie rozumiem waszych zwyczajów. Na przykład tej Ceremonii Dorosłości i tych odcisków łap na jednej ze ścian.
— Och, cóż… Ceremonia Dorosłości to po prostu mianowanie z ucznia na wojownika, przewodnika, kronikarza, medyka lub też na lidera. Każdy ma swój własny kolor barwnika, w którym macha się łapę i odciska na ścianie. Czasem zdarzy się, że ktoś więcej niż raz odbije swój ślad, na przykład przez awans społeczny — wyjaśnił, w międzyczasie kierując się do Groty Pamięci, w której zwykle odbywały się tego typu ceremonie. — Masz jeszcze jakieś pytania? Chętnie na nie odpowiem, o ile znam odpowiedź — dodał z lekkim uśmiechem na pysku.

<Tojadowa Łapo?>

[907 słów + biegi długodystansowe + polowanie na króliki]

[18% + 5% + 5%]

Od Koszmaru do Wilczego Skowytu

Powoli zaczęło się ocieplać. Wiatr przestał tak hulać, śniegu było mniej i pojedyncze ptaki zaczęły wracać. Koszmar bawił się przed żłobkiem z rodzeństwem, nawet się lekko śmiejąc.
– Do ciebie, Koszmarze! – krzyknął dymny kocurek do brata.
– Przyjąłem! – odpowiedział Iglak. – Orientuj się, Zamroczko!
Chcąc rzucić z daleka, zaczął się odsuwać, lecz nie wiedział, że za nim siedział czekoladowy wojownik. Gdy wpadł prosto w jego plecy, kocur wstał i zawarczał:
– Hej! Uważaj, ty mały szczurze!
Koszmarka zbulwersowały te słowa. Przełknie od każdego kota śmierdziela, głupka, a nawet kota o zawyżonym ego, ale szczura już nie!
– Nie jestem szczurem, kupo futra! – to ostatnie jakoś mu się same wymsknęło, z reguły był opanowanym kotem, nie wiedział, czemu mu się to wymsknęło.
– Co za dzieciak – powiedział pół do siebie, pół do kocurka. Następnie machnął ogonem i odszedł w stronę wyjścia. Cętkowany odetchnął z ulgą.
– Dobrze, Koszmarku! Tak mu mów, temu zdrajcy! – usłyszał za sobą czyjś krzyk. Odwrócił się w stronę dźwięku, a należał on do Ognikowej Słoty.
– Eee… dziękuję mamo! – zamruczał do matki.
– Musisz się bronić, jesteś dzieckiem mistrzów, wysoko postawionych kotów – kiwnął główką w stronę matki. Miała rację, nie mógł pozwolić, by losowy kocur go obrażał. Postanowił to mu wyjaśnić.
– Wilczy Skowycie! Wilczy Skowycie! – krzyczał.
– Tak? – odwrócił się w stronę kociaka.
– Chciałbym tylko powiedzieć, żebyś mnie nie obrażał więcej, inaczej zainterweniuje.

<Wilczy Skowycie?>

Od Kobczyka do Kazarka

Życie Kobczyka, oprócz zmian związanych z rudym pointem, również zmieniło się raz jeszcze. Los przywiał jej… nowe tereny, które może nie były najbliżej jej miejsca zamieszkania, aczkolwiek z pewnością miało w sobie ogromną ilość kotów. Spotkała w domostwie pewną białą młódkę, Malutką. Wiatr wył donośnie, powiewając czekoladową sierścią na uszach Kobczyka. Kocica nie była pewna, co należało czuć względem kociaka. Ponadto – czy należało odczuwać cokolwiek więcej poza “przypomina swoim ciałem larwę”? Kolor również się zgadzał. Kocięta były… nietypowe. Prędko doszła do wniosku, że przez pierwsze księżyce swojego życia są wręcz pasożytami, ponieważ bez mleka matki nie są w stanie przetrwać, a przy takich mrozach potrzebowały i mleka, i ciepła bliskich. Tyle, ile tylko mogły go otrzymać. W przeciwnym razie były zmuszone odejść z tego świata.
Gdy tak dywagowała i zastanawiała się nad nowościami względem jej eksperymentu ocznego, w kącikach jej oczu zamigotała cynamonowa sylwetka nieznajomego. Samotnik pociągał nosem, łapy trzęsły mu się na chłodzie, a ogon trzymał sztywno niczym patyk, który dopiero co wypadł z wysokich koron drzew. Zbliżyła się do niego nieznacznie, nie spuszczając z niego wzroku. Ten w odpowiedzi, zauważywszy ją wreszcie, zawył głośno i wyskoczył w powietrze, jakby go oparzono najgorętszym źródłem, jakie tylko istniało.
— K-kim ty jesteś?! Prawie wyskoczyłem p-p-przez ciebie z f-futra! — wydukał, zginając grzbiet w łuk, a potem jeżąc się. Kocica przyglądała się każdej jego najmniejszej reakcji, licząc może na pewną nowość, która przykułaby jej uwagę najbardziej. Każdy kot zachowywał się inaczej, a tylko niektórzy byli w stanie sprawić, żeby nie poczuła znużenia podczas rozmów z nim. Kiwnęła mu łbem, a cynamon pociągnął nosem. Zaczął przylizywać futro na piersi z zażenowania. — A… mieszkasz tu? Nigdy cię nie widziałem — dorzucił nagle, już mniej nerwowo, chociaż nadal nie wyglądał na szczególnie pewnego.
— Niesamowite — ciepły dymek wydobył się z jej pyska, a kocur uniósł jedną brew ku górze, nie rozumiejąc za dobrze, co wywołało u niej taką reakcję.
— Co masz przez to na myśli? I nie odpowiedziałaś mi na pyt-... — już miał domknąć własną myśl, kiedy czekoladowa nie pozwoliła mu, i sama dopowiedziała:
— Gdy kota się zaskakuje i wywołuje u niego w ten sposób strach, raczej obserwuje się najpierw nastroszenie futra niczym jeż poprzez pomarszczenie skóry, w szczególności na nosie, a dopiero później wygięcie grzbietu w łuk i obnażenie kłów — zauważyła, jednocześnie tłumacząc mu tak, jakby to była największa oczywistość.
— Uch…? — obcy poruszył ogonem nieznacznie, wyglądał na zrezygnowanego, a z nosa ciekła mu mokra stróżka. Zupełnie tak, jakby już nawet nie liczył na to, że otrzyma odpowiedź na którekolwiek ze swoich pytań. Zastrzygł wąsami, spoglądając na kocicę raz jeszcze. Uniósł łapę ku własnym policzkom, wierzchem palców wycierając wydzielinę nieznacznie. Chłód z pewnością mu doskwierał, potęgował wyrabianie się niepożądanej cieczy, utrudniającej normalne oddychanie i funkcjonowanie. Ciekawe czy spał z pyskiem otwartym, czy może nadal próbował oddychać nosem.
— Zaczekaj tu — poleciła mu, a po paru uderzeniach serca ruszyła pospiesznym krokiem ku znanej mu dziurze. Nie zamierzała marnować własnych zapasów ziół na koty, które nie wydały jej się w żadnym większym stopniu ciekawe czy obiecujące. Jako iż cynamon zachował się dość osobliwie, postanowiła, że tym razem sama to załatwi, chociaż i tak musiała zamienić słówko z Wernyhorą. Dotarłszy wreszcie w znajome jej miejsce, tak samo układające się, wysoko rosnące drzewa iglaste, wetknęła łeb do nory i rozejrzała w półmroku za kocurem. Musiał wyjść na polowanie, nie pogniewa się, jeśli Kobczyk pożyczy sobie zioła na katar. Pogadają kiedy indziej.
Zwinnym krokiem podreptała do magazynku, wyciągając z niego potrzebne listki, a następnie zasuwając starannie barierę, wróciła do samotnika, który o dziwo usiedział na tyłku i nie postanowił, że akurat w tym momencie wystrzeli niczym wąż z gałęzi w celu pozyskania jaj z gniazda ptaków, hen daleko, że aż by się za nim kurzyło. Widocznie nie wszystkie strachliwe koty uciekały przy każdej najmniejszej okazji. Lepiej dla niego. Wróciła do niego więc, a gdy tylko dostrzegł zioła, jego spojrzenie rozjaśniło się iskrami szczerego zaciekawienia. Wciągnął powietrze, a wraz z nim gluta.
— Co to za zioła? — zapytał, gdy kocica położyła je przed nim i ruchem głowy nakazała spożycie ich, jednak nie wszystkich – jeden musiał sobie zostawić, żeby wydmuchać niepotrzebny nadmiar w zatokach.
— W skład wchodzą zioła odpornościowe, a także obowiązkowo liść — powiedziała mu zwięźle. Dla niej było to oczywiste – już wiele razy miała do czynienia z tą dolegliwością, aczkolwiek nie dla każdego było to niczym typowy, spodziewany zachód słońca. Kazarek uniósł łeb znad roślin, spojrzał na nią przez jeszcze parę uderzeń serca jakby zamierzał coś powiedzieć, jednak jego oczka wróciły nagle do łodyżek, a sam schylił się i spożył podarowany mu lek. Zostawił liść, o którym wspomniała.
— Jest niejadalny? — zapytał, wskazując łapą na niego, jakby obawiał się, że kocica mogła pomyśleć o jakimś innym, mimo że drzewa naokoło nich były gęsto obsypane igłami jodły i świerków, a nie liśćmi jak u drzew typu… dęby czy kasztany.
— W niego się wysmarkaj — powiedziała z lekkim podenerwowaniem. Co dziwne, najwidoczniej dla mało którego kota takie sprawy były oczywiste.
— Skąd wiesz że pomagają? Sama je wszystkie zebrałaś? Długo ci zajęło ich szukanie? Gdzie mogę to wszystko znaleźć? Dostanę wysypki po wydmuchaniu nosa? — zaczął zadawać masę pytań, a na każde najprawdopodobniej oczekiwał odpowiedzi. Spojrzała na niego, zawieszając wzrok na jeszcze parę uderzeń serca. Ciekawość niezwykle ułatwiała przyswajanie wiedzy. Dzięki niej łatwiej było się uczyć, ale nie zamierzała nikogo więcej niańczyć. Powinien udać się do Wernyhory, jeśli chciał ogromnej przemowy o każdym z ziół po kolei, zeszłoby im lekką łapą cały dzień, a nie przegadaliby nawet ćwiartki wszystkich informacji.
— Bardzo dużo pytań zadajesz — burknęła, strzygąc wąsami.

Wyleczeni: Kazarek

<Kazarku, sprawiałeś inne pozory>

Od Kobczyka do Monarcha Pierwszego

Kobczyk stąpała po leśnym podszyciu, przemierzając dobrze jej znany skrawek lasu iglastego. Chłodne podmuchy wiatru powiewały jej w pysk, a z nosa wydobywały się ciepłe, ulotne dymki. Samotniczka nie lubiła takiej pogody – zawsze ciężko jej się podczas takiej oddychało, zupełnie tak, jakby już bez tego nie miała kłopotów z nabieraniem oddechu. Z nieba co jakiś czas sypały śnieżynki, chociaż ona już sama nie była pewna czy szybowały z samych gołębich obłoków, czy może był to efekt zrzucania ich przez zapchane gałęzie. Ziemia chrzęściła jej pod łapami, zmrożona lodowatą Porą Nagich Drzew. Korony drzew sterczały sztywno, przygniecione częściowo przez śnieg, którego naprószyło obficie dzisiejszej nocy, a po owadach czy zaduchu nie było nawet najdrobniejszej iskry. Niebo przepełnione było kłębiącymi się chmurami, co zwiastowało następne opady pierza znad wiekowych roślin. Kobczyk już długo nie widziała się z Przebiśniegiem, kotką, z którą miała okazję zamienić parę zdań w przeszłości. W końcu nauczyła ją łowić ryby i wydawało się, że lubiła również odwiedzać jej mamę. Czekoladowa mogłaby to wykorzystać podczas takiej nieprzychylnej pory, nawet jeśli nie była najlepsza w polowaniu. Chociaż to nie jej nieobecność ją martwiła najbardziej o ile czekoladowa rzeczywiście była w stanie kogoś obdarzyć takim uczuciem. Raczej… fakt, iż rudo biały, pręgowany kocur nie zjawiał się od dłuższego czasu na granicy, przykuł jej uwagę, a w sercu powodowało to frustrację. Spopielonej, niezwykle zniszczonej, ale granicy. Ich miejsce spotkań zostało zrujnowane przez niszczycielski żywioł, na który nie mieli żadnego wpływu. Krecik. Może point spłonął w pożarze? Zawarli umowę – niepotrzebnie, tak prędko została ona zerwana… był on jedynym jej sposobem, jak na razie, na dotarcie w pewnym sensie do klanów, nie jako ona wprost, a za pośrednictwem cudzych łap. Dlatego też tak długa nieobecność kota o szmaragdowych oczach była niepożądana.
Pośród wysoko pnących się drzew przemierzał lodowy zefirek, muskający kocicę po barkach i kręgosłupie. Skrzywiła pyszczek, wątpiąc, że cokolwiek uda jej się dzisiaj upolować. Nie chodziła o pustym żołądku, chociaż nie jadła ostatnio najlepiej ze względu na zmniejszoną ilość zwierzyny. Może Wilczy Skowyt im podrzuci albo Mewa, jej mama, coś złapie.
Do jej nosa dotarł intensywny, nowy zapach, aczkolwiek nie była to woń zwierzyny. W zaspach śnieżnych nie wytropiła nawet najdrobniejszych znaków wskazujących na jakiś posiłek nieopodal. Aromat zdziwił ją początkowo, jeszcze nigdy nie miała do czynienia z podobnym. Kolejna grupa? A może zagubiony, który szukał dla siebie większych przygód jak Wernyhora, nie chcąc nigdzie nigdy osiedlić się na stałe? Ciekawe jak wiele jeszcze rzeczy było przed nią do odkrycia? Na samą myśl po jej kręgosłupie przebiegły ciarki podekscytowania, a oczy jarzyły się zaciekawieniem. Oprócz nowości… pachniał znajomo, tak, jak tamten rudo-biały, jednak dużo mniej intensywnie, jego zapach mieszał się z czymś jeszcze.
Kocica długo nie musiała czekać na to, żeby nosiciel woni wyłonił się zza śnieżnych pagórków. Jego szata była niebieska, poprzecinana przez nieregularne ciemniejsze pręgi, a pysk zdobiły jaśniejsze włoski. Ogon miał niezwykle puchaty, ogromny wręcz, zamiatał nim śnieg pod sobą. Oczy miał tak niebieskie, że dałoby je się porównać do lodu otaczającego ich wszędzie wokół. Przypatrywała się mu tak, mierząc go wzrokiem, aż wreszcie samotnik również ją spostrzegł, pośród wyschniętych gałązek licznych krzewów. Kocur postanowił odezwać się pierwszy, zanim nie zaniósł się atakiem kaszlu. Pora Nagich Drzew musiała dawać mu się we znaki. Łapą przykrył pyszczek, z gracją. Odchrząknął, udając, że nic nie miało miejsca. Wyprostował się dumnie.
— Długo będziemy się tak na siebie gapić, w milczeniu? Może mi się przedstawisz?
— To marnowanie czasu. Na początku wyjaw mi, po co tu przybyłeś — poleciła, nadal patrząc się na niego, a kocur sprawnie wytrzymywał kontakt wzrokowy.
Z zasłoniętej nory nieopodal nich wyłonił się znajomy jej kocur. Samotnik cofnął się delikatnie, jakby w obawie, że zaraz na niego wspólnie skoczą, aczkolwiek nie mógł się bardziej mylić. Wernyhora podszedł do dwójki, spoglądając na obcego z pogodnym uśmiechem, a ogon miał wysoko w górze, przyjaźnie postawiony. Skinieniem głowy przywitał się z koteczką stojącą obok, jego dawną uczennicą. Dawno się nie widzieli, ale Kobczyk nie chciała się nad tym też szczególnie rozczulać. Tak najzwyczajniej w świecie było. Nie miała czasu na stałe odwiedzanie go.
— Wszystko w porządku? Czy potrzebujesz pomocy? — zapytał spokojnie, a niebieski kocur przeniósł błękitne spojrzenie ślepi z Kobczyka, na Wernyhorę. Kiwnął jednokrotnie głową.
— Och, tak. Byłoby wspaniale. Tak, poproszę — zamruczał, poprawiając sobie sterczące kłosy na piersi, zmierzwione uprzednio przez mroźne podmuchy wiatru.
— Oczywiście! Chodź, doskonale wiem, co ci dołoży dawnego wigoru. Ostatniej pory zbierałem zioła specjalnie na takie dolegliwości! Lada moment postawimy cię z powrotem na łapy — zaszczebiotał szczęśliwie łaciaty, ruchem ucha polecając mu, żeby udał się tuż za nim. Niebieski uśmiechnął się, a następnie obejrzał się raz jeszcze na Kobczyka.
— Wybacz — mruknął, jakby było mu przykro, że musieli zakończyć rozmowę w tym momencie, jednak kocica nie czuła wcale żalu z tego powodu. Nie odpowiedziała nic na to, obserwując, jak dwójka znika w dobrze znanym jej miejscu. Zrobiła parę kroków ku zasłoniętemu wejściu, przez szpary dopatrując, jak nieznajomy spożywa z uwagą podane mu zioła na dolegliwość.

Wyleczeni: Monarch Pierwszy

<Monarchu? Samotnicy nie mają czasu się witać ani żegnać>

24 lipca 2026

Od Latającej Ryby CD. Trzcinowego Szmeru

Pora Zielonych Liści zdecydowanie bardziej odpowiadała Latającej Rybie niż poprzednie księżyce. Woda była spokojniejsza, wiatr cieplejszy, a słońce w końcu przypominało sobie o istnieniu Klanu Nocy. Rozlewało złote plamy po kamieniach, ogrzewało futro i sprawiało, że nawet zapach mokrej trawy, za którym nie przepadała, wydawał się odrobinę mniej nieznośny.
Kotka przeciągnęła się leniwie tuż przed wyjściem z obozu, prostując grzbiet i z satysfakcją wystawiając bok do promieni. Gdyby mogła wybierać, zostałaby właśnie tutaj jeszcze przez kilka dobrych chwil. Patrol jednak pozostawał patrolem, a obowiązki wojownika nie znikały tylko dlatego, że pogoda wyjątkowo dopisywała. Poza tym, musiała dbać o swoją reputację. Wylegiwanie się pozostawało zajęciem dla pasożytów, a nie dla ambitnej i pracowitej wojowniczki, którą przecież była.
Spod przymrużonych oczu przyglądała się zbierającym się kotom. W zwyczaju miała ignorowanie tego, kto napatoczył jej się do grupy, jednak dostrzegając wielobarwne futro, które dobrze kojarzyła, zmrużyła oczy jeszcze bardziej. Ostatnim razem nie ugrała nic swoim spontanicznym polowaniem w towarzystwie Trzcinowego Szmeru. Jedyne, co wyniosła z tamtego dnia, to niepotrzebnie mokre futro. Przeszła porażka jednak nie była jednoznaczna z tym, że i dzisiaj nie odniesie sukcesu.
W zwartej, małej grupie opuścili obóz. Ostatnimi czasy wydarzyło się tyle, że niejeden kot miałby czym zaprzątać sobie głowę do końca życia. Obóz zdążył odetchnąć po napięciach, jedni odeszli do Klanu Gwiazd, inni wrócili do codziennych obowiązków, a jeszcze inni najwyraźniej odzyskali dawny spokój. Trzcinowy Szmer wyglądała właśnie na jedną z takich. Szła pewnym krokiem, bez oglądania się przez bark, bez nerwowego nastawiania uszu. Latająca Ryba nie potrafiła zdecydować, czy bardziej ją to irytowało, czy zwyczajnie zastanawiało. Sama chyba nie umiałaby tak szybko wrócić do codzienności, gdyby wokół jej bliskich wydarzyło się tyle zamieszania.
Chociaż w jej przypadku trudno było w ogóle mówić o kimkolwiek bliskim. Nigdy nie czuła potrzeby, by uzależniać swoje samopoczucie od obecności innych kotów. Nie potrzebowała partnera ani grona przyjaciół, żeby wiedzieć, kim jest i czego chce. W zupełności wystarczała samej sobie. To własnym umiejętnościom ufała najbardziej, na własnym rozsądku polegała od zawsze i tylko sobie zawdzięczała wszystko, co osiągnęła. Była przekonana, że właśnie dzięki temu nic nie mogło jej naprawdę złamać. Im mniej kotów dopuszczało się do własnego życia, tym mniej było rzeczy, które mogły później boleć.
Milczenie ciągnęło się między nimi zaskakująco długo. Przerywał je jedynie szelest wysokich traw i plusk wody obijającej się o kamienie. Ryba od czasu do czasu schylała się, by udać, że próbuje coś wywęszyć lub uważniej przyjrzeć się śladom pozostawionym przy granicy, jednak myślami coraz częściej wracała do kotki idącej obok. Nie wyglądała na spiętą. Po prostu wykonywała swoją pracę, a to było niewygodne. Znacznie łatwiej było wyrobić sobie o kimś opinię, kiedy sam dawał ku temu powody.
— Widzę, że Rezedowa Łapa nie daje ci zbyt mocno w kość — odezwała się w końcu, zerkając na nią przelotnie. — Albo po prostu masz więcej cierpliwości, niż sądziłam. Uczniowie potrafią skutecznie wystawić nerwy na próbę. Zwłaszcza kiedy uważają, że wszystko wiedzą najlepiej.
W jej głosie nie było złośliwości. Przynajmniej nie takiej oczywistej. Raczej zwykła ciekawość, pod którą, jak zawsze, kryło się coś więcej. Latająca Ryba lubiła słuchać. Im więcej ktoś mówił, tym łatwiej było wychwycić drobne zawahania, niepotrzebne szczegóły albo słowa wypowiedziane zbyt szybko. Nie musiała zadawać trudnych pytań. Czasami wystarczały te najprostsze.
— Ma swoje własne tempo treningów, ale staramy się nadrabiać wszelkie zaległości — odparła od niechcenia Trzcina. — Jeszcze będzie z niego wojownik.
Przez kolejne lisie długości szły już spokojniej. Nagle z pobliskich krzaków dobiegł głośniejszy szelest. Latająca Ryba odruchowo wzdrygnęła się i natychmiast skierowała spojrzenie w stronę granicy, a sierść na karku nastroszyła jej się niemal niezauważalnie. Nawet po tylu księżycach nie potrafiła przywyknąć do obecności tych przeklętych Burzaków. Co prawda od pewnego czasu nie widywała ich już tak często, lecz w pamięci wciąż miała okres, gdy pojawiali się niemal na każdym jej patrolu, wyrastając zza krzaków niczym grzyby po deszczu.
— Dziwnie cicho zrobiło się ostatnio w obozie — mruknęła bardziej do siebie niż do Trzciny. — Jeszcze niedawno miałam wrażenie, że codziennie coś się działo. Teraz każdy wrócił do swoich zajęć, jakby nic się wcześniej nie wydarzyło.
Wojowniczka odpowiedziała jedynie cichym pomrukiem, ani na moment nie zwalniając kroku.
Latająca Ryba nie należała do kotów, które łatwo odpuszczały, jednak z każdą kolejną wymianą zdań coraz wyraźniej dochodziła do wniosku, że i tym razem nie usłyszy niczego, co mogłoby okazać się choć odrobinę przydatne. Trzcinowy Szmer odpowiadała spokojnie, ważąc słowa i nie pozostawiając miejsca na potknięcia. Rybę irytowało to bardziej, niż chciała przed sobą przyznać. Nie potrafiła znaleźć choćby najmniejszej rysy, w którą mogłaby wsunąć pazur. Wszystko wskazywało na to, że ten patrol zakończy się równie bezowocnie, jak ich poprzednie spotkanie.

***

Czas mijał nieubłagalnie szybko, równie nieuchwytnie jak przemijająca młodość, czego rzecz jasna w ogóle nie odczuwała. We własnym mniemaniu wciąż była zwinna, młoda, piękna i wspaniała. Nie dostrzegała najmniejszych powodów, by sądzić inaczej. Nadal nieustannie skupiona przede wszystkim na sobie i własnych obowiązkach, rzadko interesowała się wydarzeniami rozgrywającymi się w obozie, dopóki ich skutki nie zaczynały odciskać piętna na codziennym życiu klanu. Plotki omijała szerokim łukiem. Większość z nich uważała za stratę czasu dla kotów, które najwyraźniej nie miały nic pożyteczniejszego do roboty.
Przede wszystkim w końcu dobiegł końca trening Szumiącej Łapy, teraz już Szumiącej Wyspy. Musiała przyznać, że mentorowanie nigdy nie należało do zajęć, które darzyłaby szczególną sympatią. Z jednej strony było to niewątpliwe wyróżnienie, bowiem ktoś dostrzegł jej doświadczenie, umiejętności i uznał, że nadaje się do wychowania kolejnego wojownika. Trudno było nie czuć z tego powodu pewnej satysfakcji. Z drugiej jednak strony młodzi byli nieznośnie nieporadni. Wszystko trzeba było im tłumaczyć, pokazywać, poprawiać. Rzadko kiedy wykazywali własną inicjatywę. Ona sama nie przypominała sobie, by podczas szkolenia aż tak polegała na swojej mentorce. Nie czekała, aż ktoś poda jej rozwiązanie pod nos. Obserwowała starszych wojowników, wyciągała wnioski, ćwiczyła do zachodu słońca i uczyła się na własnych błędach. Tak właśnie hartował się charakter. Dzisiejszej młodzieży brakowało tej zawziętości. Chcieli pochwał, zanim jeszcze zdążyli sobie na nie zapracować. Prawdziwi wojownicy starej daty byli zrobieni z zupełnie innej gliny.
Jeszcze większe niezadowolenie wywoływały w niej coraz dziwniejsze zmiany zachodzące w klanie. Mimowolnie kładła uszy po sobie, ilekroć docierały do niej kolejne informacje o nowych pomysłach Mandarynkowej Gwiazdy. Bo co to właściwie miało znaczyć, że nagle pojawili się jacyś "namiestnicy"? Dotychczas klan doskonale funkcjonował bez podobnych wynalazków. Nie rozumiała, po co tworzyć kolejne stanowiska, skoro każdy wojownik powinien po prostu wykonywać swoje obowiązki najlepiej, jak potrafił. Jeszcze bardziej zastanawiał ją sam wybór. Trzcinowy Szmer, Źmijowcowa Wić i ich dzieci. Przez chwilę próbowała doszukać się w tym jakiegoś głębszego sensu, ale szybko zrezygnowała. Nie śledziła klanowych układów ani rodzinnych powiązań. Wolała wiedzieć, kto dobrze poluje i walczy, niż kto z kim dzieli legowisko. Mimo wszystko trudno było jej nie unieść brwi z lekkim niedowierzaniem. Skąd oni właściwie się urwali? Czy naprawdę w całym klanie nie było nikogo bardziej odpowiedniego?
Jakby tego było mało, z obozu ponownie zniknęło kilka kotów. Z każdym kolejnym odejściem coraz mocniej utwierdzała się w przekonaniu, że współczesnym wojownikom dramatycznie brakowało kręgosłupa. Tchórze. Składali przysięgę, obiecywali lojalność, zapewniali, że dobro klanu będzie dla nich najważniejsze, a kiedy nadchodził pierwszy poważniejszy kryzys, kulili ogony i znikali bez oglądania się za siebie.
Szczególnie nie potrafiła zrozumieć postawy Borówkowej Słodyczy. Niegdyś kotka naprawdę wydawała się pracowita, rozsądna i konkretna. Sprawiała wrażenie jednej z tych wojowniczek, które kiedyś będą stanowiły o sile klanu. A teraz? Sama przekreśliła wszystko, na co wcześniej pracowała. Upadła tak nisko, że Ryba aż odwracała wzrok z niesmakiem, gdy przypominała sobie jej dawny obraz. Być może właśnie tak kończyły kotki, które pozwalały, by życie zaczęło kręcić się wokół partnera zamiast wokół obowiązków.
Zmrużyła oczy, gdy gdzieś po drugiej stronie obozu dostrzegła Trzcinowy Szmer. Szylkretka rozmawiała z kimś spokojnie, a promienie słońca odbijały się od jej krótkiego futra. Ryba przyglądała się jej przez moment w milczeniu, jakby próbowała coś ocenić. Minęło już sporo czasu od ich wspólnego polowania, lecz pierwsze wrażenie nie zatarło się ani trochę. Kotka pracowała sumiennie, nikt nie mógł jej tego odmówić, jednak gdzieś z tyłu głowy Latającej Ryby wciąż tliła się uporczywa myśl, że wystarczy chwila nieuwagi. Jeden zły krok. Jedna decyzja. Krew pozostawała krwią, nawet jeśli przez długi czas zdawała się milczeć. Prędzej czy później mogła się odezwać. A wtedy historia Borówkowej Słodyczy mogłaby powtórzyć się po raz kolejny.
Ona sama nigdy nie dopuściłaby do podobnej słabości. Sam pomysł wiązania się z kimkolwiek wydawał jej się zwyczajnie niedorzeczny. Strata czasu, energii i zdrowego rozsądku. Obserwując współklanowiczki, dochodziła wręcz do wniosku, że większość z nich z chwilą znalezienia partnera dziwnie miękła. Nagle przestawały myśleć o treningach, patrolach czy własnym rozwoju, a zaczynały przejmować się cudzym humorem, wspólnym legowiskiem albo tym, czy kocur przypadkiem nie spojrzał na inną kotkę o sekundę za długo. Żałosne. Nie zamierzała nigdy obniżać własnych standardów tylko po to, by mieć kogoś u boku. Zresztą nie było w klanie nikogo, kto dorównywałby jej charakterem, pracowitością i ambicją. Gdyby taki kot naprawdę istniał, z pewnością już dawno zwróciłby jej uwagę. A skoro do tej pory żaden tego nie zrobił, to odpowiedź nasuwała się sama.
Latająca Ryba jeszcze przez chwilę obserwowała Trzcinowy Szmer z drugiego końca obozu. Początkowo zamierzała po prostu minąć ją bez słowa, jak robiła to zazwyczaj. Nie należała do kotów, które odczuwały potrzebę prowadzenia bezcelowych rozmów. Większość z nich uważała za stratę czasu, który można było poświęcić na trening, patrol albo cokolwiek pożyteczniejszego. Mimo to tym razem zatrzymała się w pół kroku. Być może kierowała nią zwykła nuda, być może ciekawość, a może zwyczajna chęć przekonania się, jak wygląda życie kotki, która w ostatnim czasie zdawała się mieć wszystko, czego sama nigdy nie pragnęła. Ruszyła więc spokojnym krokiem w jej stronę, jakby cała sytuacja była zupełnie naturalna.
— Trzcinowy Szmer — odezwała się chłodno, choć bez typowej dla siebie uszczypliwości. — Mam wrażenie, że coraz trudniej cię spotkać. Jeszcze chwila i żeby zamienić z tobą dwa słowa, będzie trzeba ustawiać się w kolejce. — Usiadła obok, starannie owijając ogon wokół łap i przez moment przyglądała się rozmówczyni z nieodgadnionym wyrazem pyska. — Obowiązki namiestnika aż tak cię pochłaniają? Muszę przyznać, że nie spodziewałam się takiego rozwiązania ze strony Mandarynkowej Gwiazdy. Najwyraźniej naprawdę ci zaufała. To chyba całkiem przyjemne uczucie, być aż tak wyróżnionym.
— Jest to odpowiedzialne zadanie, ale daję sobie radę — odparła krótko.
Ryba fuknęła w myślach. Nie tak łatwo było sprowokować wojowniczkę. Mimowolnie przełknęła ślinę czując, że zaraz zhańbi swój honor, ale tylko na to była obecnie w stanie się poświęcić.
— Właściwie... — zaczęła po chwili, jakby dopiero teraz coś przyszło jej do głowy. Przechyliła lekko łeb, uważnie przyglądając się Trzcinowemu Szmerowi. — Jak to w ogóle działa?
Pytanie zawisło między nimi na krótką chwilę. Szylkretka posłała jej zdezorientowane spojrzenie.
— No to całe dobieranie się w pary. — Ryba wzruszyła ramionami z pozorną obojętnością. — Nigdy mnie to specjalnie nie interesowało. Zawsze wydawało mi się dosyć niepraktyczne. Poświęca się tyle czasu jednemu kotu, jakby w klanie nie było nic pożyteczniejszego do roboty. Ale skoro tyle kotów to robi, to chyba coś w tym musi być. — Usiadła wygodniej, starając się wyglądać na szczerze zaciekawioną. — To przychodzi nagle? Budzisz się któregoś dnia i stwierdzasz, że akurat z tym jednym chcesz dzielić legowisko? Czy trzeba się do tego przyzwyczaić? Bo szczerze mówiąc, sama myśl o tym, żeby ktoś bez przerwy kręcił mi się pod łapami, wydaje mi się dość męcząca.
Zadając te pytania, miała wrażenie, że z każdym kolejnym słowem stacza się coraz niżej. Gdyby ktoś usłyszał tę rozmowę z boku, mógłby odnieść wrażenie, że szuka u młodszej od siebie kotki porad sercowych. Sama myśl o czymś takim była dla niej uwłaczająca, lecz na ten moment tylko w ten sposób potrafiła podtrzymać rozmowę. Głupim tematem. W środku aż ją skręcało na myśl, że poświęca temu choć odrobinę uwagi, ale jeśli miała wyciągnąć z Trzcinowego Szmeru cokolwiek więcej niż zdawkowe odpowiedzi, musiała choć przez chwilę udawać zainteresowanie czymś, co sama uważała za kompletną stratę czasu.

<Trzcino? 🌿>

Od Borowika CD. Smoka

Zamrugałem i spojrzałem na nią uważnie.
– Oh, to… to miło z twojej strony, Smoku. Miło, że mi wybaczasz, choć… nie do końca jestem pewien, czy jest taka konieczność…
– Aaa, w ogóle, to mam do ciebie splawę – przerwała. – Inteles.
Ożywiłem się nieco. Wytrzeszczyłem momentalnie oczy i nie spuszczając z niej wzroku czekałem na otrzymanie zadania. Muszę przyznać, że nieco się dzisiaj nudziłem. Nie zostałem przydzielony do żadnego patrolu. Na polowanie nie poszedłem, bo zimno, z resztą byłem wczoraj i przedwczoraj i przed przedwczoraj nawet…
– Uh. Tak? Słucham. W czym mogę ci…?
– Jesteś moim kolegą, plawda, Bolowiku?
– Um. Jestem…? – spojrzałem niepewnie w bok.
– Ugh. Ta-ak! – rzuciła tonem, jakby to było coś najbardziej oczywistego.
– A. To… to miłe w sumie. Nigdy chyba nie miałem prawdziwego kolegi. A… a może…?
Zamyśliłem się.
Faktycznie, nie ma zbyt wiele kotów, które mógłbym określić mianem kolegów. Może Iskrzyk albo Wrona…? Z Płatkiem rozmawiałem może raz czy dwa… Z Puchaczem trenowałem… Nie wiem, nie wiem…
– A wiesz, co lobią koledzy? Jak spędzają lazem czas?
– Uh. No… no, mógłbym wymyślić całą listę różnych… aktywności, ale domyślam się, że masz coś konkretnego na myśli…?
– Lobią innym psikusy i potem śmieją im się plosto w twaz! – oznajmiła radośnie Smok.
– Oh. Racja… I że ty chcesz… zrobić psikusa komuś, że tak ze mną…?
– Dokładnie! – potwierdziła. – Mam już nawet pomysł. Co ty na to, by… wepchnąć jakiegoś uczniaka w zaspę? Cały obóz by umalł ze śmiechu! Albo… albo! Podstawimy komuś łapę! I… i tez wpadnie w zaspę!
– Uh… No nie wiem. To dosyć… głupie – mruknąłem, patrząc w ziemię, marszcząc czoło. – Zbyt… zbyt proste.
– Ploste?! – oburzyła się kotka. A co, mas moze lepsy pomysł?
Uniosłem lekko brew.
Zerknąłem na Smoka.

***

Zaczaiłem się razem z moją nową koleżanką w punkcie obserwacyjnym, przy krzakach, skąd mieliśmy idealny wręcz widok na zejście z legowiska zwiadowców. Myślę, że wysiłek włożony w przygotowanie tego żartu w żaden sposób nie zostanie wynagrodzony spektakularnym finiszem, ale… ze spokojem można go uznać za jako tako akceptowalny.
Najpierw udaliśmy się po mech, który namoczyliśmy w wodzie z rozmarzniętego lodu. Następnie rozłożyliśmy go pod pniem drzewa i rozsmarowaliśmy dokładnie. Wskutek czego na dole wytworzyła się cienka warstwa lodu… Wszystko było gotowe. Czekaliśmy tylko na kogoś, kto zechciałby przetestować skuteczność naszego pomysłu…
Wtedy, jak na zawołanie, dostrzegłem wychodzącego z legowiska… Iskrzyka. Zdrapywał się powoli w dół pnia, wydawał się nieco zaspany.
– Idzie! Pats, Bolowiku, idzie! – wyszeptała kotka, potrząsając mną lekko.
Skrzywiłem się. Wbiłem mocno pazury w ziemię w wyczekiwaniu. Mój ogon zaczął sam z siebie lekko drżeć na boki.
Kremowy kocur, niczego nieświadomy, zeskoczył z pnia na ziemię, gdy był już wystarczająco blisko podłoża i… momentalnie stracił jakąkolwiek przyczepność, przez co wylądował pyskiem w zaspie…
Usłyszałem, jak Smok, skulona obok mnie, z trudem tłumiła nagły napad śmiechu. Pacnąłem ją ogonem w grzbiet, chcąc ją uciszyć, choć sam niemal parsknąłem.
Iskrzyk podniósł się z ziemi i gniewnie otrzepał śnieg z pyska, jednak on, jak na złość, miał dziś wyjątkowo zbitą strukturę i nie chciał się odkleić. Kocur zaczął rozglądać się dookoła, zdezorientowany.
– Ugh! No dobra! Kto jest takim żartownisiem, co?! – warknął, chyba nieco zirytowany.

<Smoku…??? Co teraz…???>

Od Pierzastej Kołysanki

TW: poród, morderstwo

Będąc w obozie i przyglądając się tej całej sytuacji z borsuczycą, srebrna wywnioskowała, że chodziło jej pewnie o wielkie wgłębienie, które znajdywało się na "nowych" terenach. Piórko nie miała cierpliwości do kolejnych domysłów, o co temu brudnemu stworzeniu chodziło, dlatego dyskretnie wyślizgnęła się od reszty grupy, udając się w wyznaczone przez nią miejsce. Zapach patrolu roznosił się w górę rzeki, więc ta skręciła w dół. Jej miękkie opuszki drgały na dotyk puszystego śniegu, który mroził jej bodźce. Rzeka była zamarznięta i ogrodniczka szybkim krokiem przedostała się na ląd, nie mocząc sobie futra. Droga do, chociażby wodospadu mogła ją zmęczyć, bo kocica nie wykazywała w sobie zdolności fizycznych, co było dość widoczne po jej drobnej posturze. Pręgowana napięła mięśnie, szykując się do biegu. Splunęła na ziemię, a po kilku gorączkowych chrząknięciach była gotowa do biegu. Zimny wiatr wiał prosto do oczu księżniczki, wywołując niemałe łzawienie. Płuca odmawiały jej dalszego biegu, ale ta nie musiała się już tak spieszyć, bo właśnie mijała wodospad, z nakrapianymi rybami. Jej oddech nieco zwolnił, a ciało rozluźniło się, pomiędzy krzewami, kocica dostrzegła ogromną i szeroką dziurę. Pierzasta Kołysanka oparła się o drzewo, próbując nieco się uspokoić. Ciekawość strasznie ja korciła, a dla niej nie było już odwrotu. Kotka pokiwała niechętnie łbem, próbując zachować powagę sytuacji. Piórko próbując nie spoglądać w dół, zaczęła schodzić po ostrych kamieniach w dół. Ogrodniczka chwilę pokręciła nosem, snując w głowie teorie, co mogło być na dole. Przyspieszyła tempo, skacząc po kamieniach w dół, niczym górska kozica. Minęła dłuższa chwila, a ona dotarła na sam dół. Srebrna zadowolona z siebie, zabawnie podskakiwała do przodu, szukając poszlak, o których mówiła borsuczyca w obozie. Poza metalicznym zapachem księżniczka poczuła zapach patrolu. Mrużąc oko, Piórko dostrzegła matkę. Przy jej słabym wzroku była to dla niej rozmazana plama, ale zapachu by nie pomyliła. Dumnie pomachała jej łapą, po czym dalej zaczęła przeszukiwać wąwóz. Słysząc dziwne skrzeki dochodzące z góry, kotka nieco się zlękła. Przełknęła ślinę, próbując domyślić się, co stało za tymi odgłosami. Żaba, nietoperz, a może kot? Nagle zza jej tyłu dobiegł odgłos tupotu łap, które uderzały o śnieg. Mandarynkowa Gwiazda wystąpiła na przód, odganiając Piórko od wejścia do jaskini. Zrobiła obrażoną minę i niechętnie odsunęła się do przodu.
— Co wy tu robicie? Ughh myślałam, że idziecie w innym kierunku — westchnęła. Do przodu wyszedł czarno biały kocur. Piórko nie znała zbytnio kotów z Klanu Nocy. Nie wychodziła często ze swojej wyspy, co dawało we znaki…
— Przyszliśmy znaleźć miejsce, w którym zaatakowano Świteziankę — wyjaśnił zwięźle, po czym łypnął na Ulewny Szkwał. — Możesz iść przodem, wojowniku — rzucił z przekąsem.
— Właśnie miałem w planach iść do przodu, by osłaniać rodzinę królewską. Za to ty, żeby być w jakikolwiek sposób przydatny, nie tylko kłap tym pyskiem, a coś rób. Możesz sprawdzić tyły czy tam cię czasem nie ma — obrócił głowę od czarnego. Srebrna położyła po sobie uszy z żenady.
— Młode koty… Są takie aroganckie — mruknęła, trzepiąc ogonem o ziemię. Matka rozluźniła się, po czym ominęła ogrodniczkę, wchodząc do jaskini za skrzeczącym wojownikiem. Pręgowana obróciła się za siebie, szybko analizując całe wgłębienie. Po jej ciele przeszedł przenikliwy dreszcz – czyżby ktoś ich obserwował? Przeczucie kotki nakazało jej zostać tam, gdzie była, ale po chwili Piórko usłyszała wściekłe fuknięcie Mandarynkowej Gwiazdy. Zmarszczyła czoło, bo to zwykle robiła, gdy nie miała innego wyboru. Księżniczka wbiegła do jaskini, czekając, aż jej oczy przyzwyczają się do ciemności. Zdenerwowana ogrodniczka pchnęła Szkwał na przód, bo według niej chodził bardzo mozolnie. Piórko szybko wróciła do swojego miejsca w rzędzie, zdesperowana jedynie mogła westchnąć ze znużenia. Woda spływała ze skał, kap, kap, kap… Dodawało to temu miejscu dosyć mroczny klimat.
— Nic tu nie ma... — rzucił krótkie spojrzenie za siebie. — Tylko tracimy czas — miauknął Narcyzowa Łapa.
— Czy możesz mnie nie pchać, półgłówku! To nie jest żłobek od takich rzeczy, jesteśmy w jaskini, gdzie nie wiadomo co na nas czyha, a ty się bawisz w przepychanki?! Normalnie szczyt klasy osobistej — zakończył sarkazmem, ściskając kły, idąc dalej, tylko że w większym odstępie od reszty. Srebrna podniosła brew.
— Jesteś bardzo wyszczekany, jak ktoś, kto wygląda jak śmierdzący kundel — fuknęła.
Podniosła głowę do góry i zmrużyła przenikliwe oczy.
Do srebrnej doszła opóźniona reakcja, czarno białego kocura.
— Mówiłam! Jedyne co tu znaleźliśmy to nietoperze i ich bobki — stęknęła. Zawróciła się, wychodząc z jaskini. Powietrze bardziej rześkie odsłaniało jej mnóstwo nowych zapachów, ale co jej zostało? Przeszukać pozostałe mniejsze szczeliny, czy zabrać się za inne jaskinie? Srebrna postanowiła zrobić to drugie, czyli szukać innych jaskiń.
— A wy co tu za scenę odstawiacie? — zapytała. — Czemu siedzimy w dziurze?
Ogrodniczka przewróciła oczami, wszyscy wtrącali się w jej sprawę! To ona odkryła, że temu borsukowi chodziło właśnie o to miejsce! Jasne, super, może niech od razu przyprowadzą cały klan ze sobą…

***

Wszyscy się rozdzielili, jak zwykle nikt nie myślał tu racjonalnie. Srebrna pomyślała, że każdemu odbiło we łbie od adrenaliny, spowodowanej pojawieniem się borsuka w obozie. Nic specjalnego. Kotka wciąż obrażona na wojownika, którego imienia nie znała, była zmuszona przeszukiwać z nim kolejną jaskinię. Matka udała się do wodospadów, z nakrapianymi rybami. Cała ta sprawa wprawiała ogrodniczkę w ciągły niepokój, bo przecież ogromne zwierzę nie mogło kłamać. A może to ono poraniło Świteziankę i zaciągnęło ją do obozu? Chociaż z drugiej strony dla Pierzastej Kołysanki wydawało się to dziwne i głupie, bo takie zwierzę prędzej zjadłoby kota albo porzuciło jego zwłoki martwe.
— Księżniczko, trafiliśmy na coś, tylko co to jest? Czy to ma w jakiś sposób nas zaprowadzić do tych samotników? — zbliżył się do kłaka i zaczął go obwąchiwać, wyłaniając się jej przed oczyma. Kocica zmrużyła jeszcze jedno widzące oko, próbując przyzwyczaić wzrok do ciemności. Jej zielonym oczom ukazała się szczelina, a z niej dobiegł ogromny smród.
Piórko zmarszczyła nos, z obrzydzeniem patrząc na martwy krąg myszy. Ich odór rozprzestrzeniał się po całej jaskini, przez co księżniczce zbierało się na wymioty.
— Nie wyglądają na świeże, nie pachną na świeże… — wymamrotała, próbując zwietrzyć najbliższy zapach. Jednak nic nie dostawało się do jej nosa, nawet najmniejsza nić zapachu kota, czegokolwiek. Niebieski wojownik przycupnął przy niej, obwąchując przez chwilę jedno miejsce. Pierzasta Kołysanka łapą trąciła jego pysk, chcąc przyjrzeć się temu, co znalazł. Z kamiennej skały, srebrna podniosła kłak? Beżowe futro, miękkie w dotyku, to musiał być kot! Z jej klanu… Nie. Pręgowana złapała się za głowę, próbując przypomnieć sobie, z jakimi kotami nawiązała kontakt wzrokowy przez ostatni księżyc. Po długiej chwili milczenia, księżniczka zagryzła zęby, upuszczając kłak na ziemię.
— A ten kłak? Wszystkie zapachy zwietrzały, a zapach stęchlizny nie pozwala mi myśleć, przeszukajmy tę jaskinię głębiej, a może znajdziemy odpowiedź na to — rozkazała, wskazując łapą na okrąg kości. Nagle po ścianach jaskini zaczęło rosnąć ogromne echo, które odbijało się po uszach kotki. Piórko szturchnęła Szkwał, wskazując wyjście. Jednak jegomość, który wydawał dziwne dźwięki zwane “nawoływaniem”, pojawił się przy nich pierwszy, sapiąc jak starszyzna.
— Potrzebne jest wsparcie, ptaki zaatakowały Narwaną Łapę! — wysapał, po czym wzdrygnął się na obraz za nimi. — na Klan Gwiazdy, co to jest?
— Jakaś dziwna wystawka zrobiona przez kogoś, jeśli jednak zdrowie przywódczyni też jest narażone, to są ważniejsze rzeczy, zaprowadź nas tam niezwłocznie! Mandarynkowa Gwiazda nie może ucierpieć — zbliżył się do wojownika.
Ziewnęła, mając nadzieję, że tam przynajmniej tam będzie coś do roboty.
— Co tak stoicie? Biegnijmy! — syknęła. Zebrana trójka z ogromnym pędem zabrała się z jaskini, wchodząc już po wzniesieniu. Kamienie strasznie doskwierały niezadbanym poduszkom u jej łap. Ostre krawędzie wrzynały się jej głęboko, aż zaczęła z nich wypływać krew, ale z coraz większym rozpędem, kotka nie mogła się zatrzymać. Co stanie się, gdy tam dotrą?

***

Pierzasta Kołysanka nie ukrywała tego, że po drodze zostawiła obydwóch wojowników w lesie, ponieważ musiała oblizać swoje łapy. Cieknąca z nich krew była dla niej nie do zniesienia. Jednak pręgowana, gdy dotarła na miejsce, zobaczyła jedynie krew, która wsiąkała w skruszony śnieg. Co tam się stało?
Srebrną do zdarzenia doprowadził świeży zapach nowego kota i zdesperowane krzyki innych kotów.
— Co się dzieje? Ktoś mi jest to w stanie wytłumaczyć innymi słowami niż nerwowymi westchnieniami jak u speszonego kocięcia? — powiedziała, zbiegając nerwowo ze skał.
— Ona rodzi, Księżniczko, proszę cię o pomoc! Jej życie jest ważne, ma informacje, które nam się przydadzą, musimy o nią zadbać, przynajmniej na ten moment, potem to już co innego — powiedział Szkwał. Kocica zmarszczyła nos, czując odór świeżej krwi, która wylewała się z samotniczki. Ogrodniczka uklękła przed ciężarną, przykładając ucho do jej brzucha. Jej oddech był ciężki, więc poród nie mógł obejść się bez problemu, zwłaszcza że już odeszły jej wody.
— Spokojnie, na mój znak musisz przeć — miauknęła ostrzegawczo do kotki.
Jeszcze raz przechyliła głowę do brzucha, czując tętno życia, pokiwała głową. Nie miała przy sobie ziół, więc musiała robić to na własną łapę.
— Przyj! — krzyknęła, łapiąc ją za łapę.
— Wy jesteście głusi? Nie dotykać, mówiłam! A ty to w ogóle chyba oślepłaś, myślisz, że ja się tak wiję dla zabawy? Bo lubię? Prę, lisie łajno, prę! — wydarła się na kotkę.
— Jeszcze jedno słowo a kolejne kocie wypierdzisz martwe na ziemię! Spróbuj jeszcze, chociażby na mnie podnieść swój cięty język a sama wepchnę to kocie do brzucha! — wysyczała gniewnie. Delikatnie chwyciła kocie za kark i podała je Narcyzowej Łapie.
— A tobie co? Mowę odjęło? Wylizuj! Nie słyszysz mnie? Wylizuj! Chcesz, żeby ten kociak umarł w twoich ramionach? Wylizuj go! — warknęła.
Ponownie wróciła do ogona kotki, czekając, aż wyłoni się kolejne kocie.
— Nie dotknę tego! — zaprotestował, unosząc jedną łapę ku piersi. — Ubrudzę sobie łapy! Niech…
Jednak czarno biały uczeń nie dokończył, ponieważ ogrodniczka skarciła go morderczym wzrokiem.
— Jak śmiesz tak do mnie mówić, ty głupia flądro! Będę robić z moimi kociakami, co mi się żywnie spodoba! — odpyskowała samotniczka. Po chwili z jej ciała zaczęło wydobywać się dziwne skwierczenie, a spod ogona wylała się ogromna fala krwi. Kolejne kocięta podała raz Narwanej Łapie i Ulewnemu Szkwałowi. Ciężko dysząc, spojrzała się na samotniczkę, nie wiedząc co robić. Komórki pękały jej od środka, więc jedyne co musiała zrobić to jakoś zatamować krwawienie.
— Ty! — krzyknęła w stronę Siwej Czapli. — Uciskaj jej klatkę piersiową, koło serca, delikatnie... A ty! — wskazała na Rysi Bór. — Zrób jej sztuczne oddychanie! Ja zajmę się podogoniem! Już, już, już! Walczymy o jej życie! — krzyknęła. Jednak biały wojownik stanął wryty jak słup soli, nie robiąc nic.
— Niech spróbuje! Nikt nie będzie mnie uciskał! — jęknęła. Nikt nie próbował jej pomóc, co znacznie jej utrudniało robotę. Kocicy również puściły nerwy, złapała się łapami za głowę, próbując chwilę pomyśleć.
— WAH! — warknęła wściekle. — Jeżeli wy nie potraficie tego zrobić, to ja to zrobię — wysyczała. Podbiegła do samotniczki, kucając przy jej pysku. Delikatnie otworzyła go łapami, po czym wzięła wielki oddech, który przekierowała do jej gardła.
— Wężyno! Zatamuj jej krew pod ogonem! Nie patrz się na mnie jak uczeń!
— Rysi Borze uciskaj, jakby twoje życie od tego zależało! Bo tak jest — wymruczała.
Ogrodniczka jęknęła, dalej robiąc sztuczne oddychanie.
— Zostawcie mnie, dajcie mi, chociaż godnie umrzeć, łajna — syknęła cicho. Przez moment milczała, obracając się w końcu ku swojemu tyłowi, gdzie leżały trzy małe ciałka.
— Nie oddam wam ich! — krzyknęła, gdy od szyjki najbliższego kocięcia dzieliły ją mysie długości. Kotka zostawiła ciężarną. Skoro nie chciała pomocy, to jej nie dostanie. Duma jej na to nie pozwalała? Co za tupet! Pierzasta Kołysanka obróciła się raz jeszcze do jej ogona, a pod nim wyłoniła się kolejna główka, a zaraz po tym ciałko. Pręgowana delikatnie wzięła kociaka za kark, po czym podała go Wężynie.
— Jak rzucisz go o ziemię, to kolejna egzekucja w obozie będzie twoja — syknęła.
Kolejne słabsze kocie podała do zszokowanego Rysiego Boru.
— Wylizuj! — miauknęła. A kolejne kocie sama musiała zabrać na łapy i językiem wylizywać ciałko. Jednak przed jej oczami przeleciał szybki cień, a kocie z jej łap nagle zniknęło.
— Ścierwo! Mówiłam, że masz je zostawić! — krzyknęła. Na szczęście już żadne kocie nie było przed jej pyskiem i nie mogła żadnego zranić, niestety ogrodniczka szybko przeliczyła się z jej własnymi słowami. Kiedy zdziczała matka wyrwała jej kociaka z łap, coś w nim chrupnęło. Maleństwo zmarło, przez pychę swojej własnej matki. Następnie samotniczka warknęła w stronę Rysiego Boru, odbierając mu kolejne kocię, które również przekręciło dziwnie główkę, a jego mały kark szybko się rozleciał. Szylkretka sapała, ale zagryzła zęby, chcąc rzucić się na Wężynowy Splot, która wylizywała kolejne maleństwo.
— Zabijesz kolejne kocie? Po moim trupie! — syknęła. Podrapała samotniczkę w bark, odciągając ja od Wężyny. Kocica chciała szarpnąć włóczęgę za futro, ale ta zwinnie uniknęła jej ataku. Jak była w stanie poruszać się, skoro ledwo żyła? Złe moce maczały w tym palce, ponieważ zdrowy kot nie dałby rady! Po uporczywej walce z wściekłą matką szylkretowa uczennica chwyciła ją za gardło i szybko ukróciła jej życie. Pierzasta Kołysanka westchnęła z ulgą, próbując analizować jakie straty poniosła. Trójka kociaków zginęła… Ogrodniczce udało się uratować tylko trójkę z nich… Trójkę z sześciu. To wydawało jej się obłędem i ogromną porażką. Miała się obwiniać? Nie, to przez tę okrutną lisicę, dwójka z nich nie dożyła następnego wschodu słońca. Zza pleców księżniczki wydobył się znajomy głos.
— Co się stało? — zapytała Mandarynkowa Gwiazda. — Wszyscy są cali? Gdzie jest Mysiomózga Łapa? — zaczęła pytać. – …Co to za kociaki?
— Złapaliśmy zbiegłą samotniczkę, której musiałam przeprowadzić poród. Na świat wyszło sześć kociąt, a jedynie trójka pozostała przy życiu. Matka stawiała opór mimo chęci pomocy, a teraz może znikać do czeluści mrocznej puszczy, tam, gdzie jej miejsce — syknęła, kopiąc zwłoki martwej włóczęgi. — Nie mieliśmy czasu, by wypytać ją, czy ma rodzinę albo inne znane jej koty w pobliżu — dokończyła. Ogrodniczka chwilę musiała pomyśleć, żeby śmierć trójki kociąt nie poszła na marne.
— Jednak zważając na jej tempo biegu, musiała biec do konkretnego punktu przed siebie, czyli do obozu. Poleciłabym przeszukać las, bo może okazać się, że znajdziemy to, czego szukamy. Zatem ja zabiorę dwójkę wojowników do noszenia ze mną kociąt, żeby nimi zajęły się medyczki, a my wezwalibyśmy więcej łap do pomocy — odparła po namyśle. Z wycieńczenia, srebrna upadła na śnieg.
— Na Klan Gwiazdy… To za dużo jak na jeden dzień — wysapała.