BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

29 sierpnia 2026

Od Lulkowego Ziela


Siedem kotów panów Hugo

CW/TW: myśli samobójcze, rezygnacyjne i intruzywne (mocno opisane), depresja, paraliż senny, opisy traumy

Przeszłość

Po jakimś czasie, spędzonym głównie w towarzystwie swoim i, ewentualnie, okazjonalnie Andory, Lulkowi dane było poznać inne koty, najwyraźniej dzielące z nim dach nad głową. Słyszał już o nich od samego kocura, ale wcześniej nie zdarzyło mu się ich widzieć na własne oczy. Według łysielca ich dwunożni jedynie jemu ufali bezgranicznie w to, że nie rzuciłby się do gardła obcemu, choremu kotu — czym on sam niesamowicie się chlubił, zapewne napawając się tym, jak ogromnie lepszy był od tych wszystkich, których nazywał dzikusami.
Po przeprowadzeniu jednak narady ze swoją kliką — w taki sposób określał on innych kocich mieszkańców domu — postanowił w końcu również i ich zapoznać z najnowszym, żałosnym nabytkiem — ku niezadowoleniu samego zainteresowanego. Ostatnie, na co miał ochotę, to poznawanie nowych kotów. Ten dobitny brak entuzjazmu Andorze absolutnie nie przeszkadzał.
Nie pytając Lulka o zdanie, pewnego dnia zebrał więc całą grupę, po czym wspólnie i w porozumieniu wparował do lulkowego pokoju, wcześniej otwierając drzwi, poprzez pełen gracji skok na wystającą z nich klamkę.
— Oto nasz najnowszy towarzysz — obwieścił tym samym dumnym tonem, którego używał, gdy poznali się po raz pierwszy. Brzmiał wówczas jak lider, ważna persona, gospodarz tego całego przedsięwzięcia. I prawdopodobnie właśnie to miał na celu. — Przywitajcie go. Pierre i Jean nazwali go Edragon, Eklerek czy jakoś podobnie, ale on woli imię Lulu.
Były ogrodnik nie silił się nawet na próby poprawienia szczurowato wyglądającego kocura. Zaakceptował już swój los dawno temu, wiedząc, że ten raczej nie zmieniłby zdania co do nazywania go per Lulu. Tak właściwie nie do końca mu to przeszkadzało. W jakiś sposób taka forma imienia miała mniej męski wydźwięk.
Uniósł łeb, przyglądając się po kolei każdemu z kotów. Poza samym Andorą było ich pięć — w różnych barwach, kształtach i rozmiarach. Nikt z nich nie pasował do tej układanki nawet w najmniejszym stopniu, a przez to… wyglądało to tak, jakby pasowali wszyscy. Lulkowe Ziele poruszył nieco wąsami, próbując wysondować atmosferę.
Nie bał się ich, bynajmniej. Przebywał w tym momencie w stanie tak głębokiej, wewnętrznej pustki, że bardzo szczerze absolutnie nie obchodziło go to, czy nie chcieli go tu przypadkiem zabić. Przyjąłby to. Po prostu nie miał ochoty (ani energii) na żadne kłótnie, przepychanki i inne głupoty. Wyglądało jednak na to, że przybysze byli rzeczywiście pokojowo nastawieni. Ułożył więc łeb na łapach, wpatrując się w nich dość znużonym wzrokiem złotych ślepi.
— Andoro, czemu ty musisz to wszystko robić takie… dramatyczne i niezręczne? Potem zawsze zapada taka głupia cisza — odezwał się jeden z głosów, który w związku z jego brzmieniem Lulek zinterpretował jako należący do wiekowej kocicy. — Nazywam się Rustyk. Andora nieco nam o tobie opowiadał.
Starsza przedstawiła się, uśmiechając się do niego jowialnie, szczerząc przy tym żółtawe zęby. Kilku z nich już jej brakowało. Poza tym prezentowała się dość uprzejmie, jakby była godna zaufania — miała zielone oczy oraz czekoladowe, pręgowane, długie futro, w wielu miejscach pokryte już siwizną. Przy tym była ogromna i bardzo puszysta, trochę jak borsuk. Na jej szyi znajdowała się obroża, dopasowana do koloru jej bystrych, chociaż nieco już mętnych ślepi.
— Miło mi cię poznać… — wymamrotał pod nosem Lulek, przenosząc swój wzrok na resztę kotów.
A więc musiał jakoś przetrwać ten istny rytuał upokorzenia, hojnie zaserwowany mu przez wspaniałomyślnych gospodarzy.
Nie udało mu się po tym przedstawieniu zapamiętać imiona wszystkich lokatorów tego konkretnego leża dwunożnych. Zupełnie szczerze — nawet się nie starał. Niezbyt go oni obchodzili. Ale, stety bądź niestety, był zmuszony do kontaktu z nimi w miarę często. Od kiedy tylko ich właściciele (według słów Andory — Pierre oraz Jean) zauważyli, że ich słodkie kotki dogadują się w miarę dobrze, zawsze zostawiali ich w jednym, przestronnym pokoju, gdy tylko każdego ranka opuszczali domostwo. Piecuchy nazywały to miejsce bawialnią i całkiem lubiły tu przebywać. Legowisko to było bardzo przestronne, wyposażone w zabawki, poidła i wydrążone, srebrne kamienie z jedzeniem. Znajdowało się tam również sporo sztucznych drzew, gałęzi do wspinania i innych, zupełnie niepodobnych do niczego rzeczy, przez jego nowych znajomych określanych jako kartony.
On, ze względu na swój brak mobilności, miał wyznaczony własny kącik — w budce jednego z tak zwanych drapaków. Spędzał więc tam niemalże cały dzień na miękkim kocu podarowanym mu przez jednego z dwunożnych samców, starając się zasnąć — z naciskiem na starając.
Było to bowiem bardzo trudne, o ile nie niemożliwe, zważywszy na żywe pogawędki, drapanie, zabawy, skoki, biegi i inne dalekie od spokojnych rzeczy, które wiecznie wyprawiały się na dole. Zazwyczaj to ignorował. Czasami warczał lub syczał na pieszczochy, aby zamknęły swoje śmierdzące króliczymi bobkami mordki. Ostatecznie posuwał się nawet do proszenia ich, chociaż cierpiały na tym szczątki pozostałe z jego dawno już nadszarpniętej godności. Nic z tego jednak nie działało, więc na końcu akceptował swoją sromotną klęskę i po prostu się poddawał. Jakiekolwiek zmiany w ich zachowaniu były bardzo nietrwałe — i tak po zaledwie kilkunastu (przy dobrych wiatrach — może kilkudziesięciu) uderzeniach serca powracali oni do swoich głośnych ustawień fabrycznych.

-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-

Wiele wody upłynęło w przecinającej tereny Klanu Nocy rzece, zanim Lulkowe Ziele zdecydował, iż izolacja mu nie służyła. Jasne, nie chciał bratać się z hałaśliwymi, gadatliwymi pieszczochami, — które w jego oczach stanowiły jeden organizm, bez żadnych niuansów w charakterze — lubił zdawać się bardziej tajemniczy, niż w rzeczywistości był i nieszczególnie chciał ujawniać kulisy swego przybycia tutaj, do czego zapewne zostałby ostatecznie zmuszony, ale…
Wciąż toczył bardzo jednostronną batalię z własnym niespokojnym umysłem. Pomimo lulkowej przewagi liczebnej, — w końcu w drużynie swoich narządów miał jeszcze serce, żołądek, płuca… — w żenujący sposób przegrywał każdą jedną bitwę tej durnej wojny. Sam nie wiedział już, o co walczył. Szczerze pogodził się już z nieuniknioną porażką, ale przy ostatniej próbie kapitulacji coś poszło drastycznie nie tak. Reszta jego organizmu powiedziała stanowcze nie umieraniu, wobec czego znalazł się właśnie w tym miejscu — otoczony przez głupie pieszczochy, jedząc głupie jedzenie, śmierdząc jak głupi dwunożni i czując, jak każda głupia kość w jego głupiej tylnej kończynie wraca na swoje głupie miejsce po tym, jak zapewne została pogruchotana na setki ultramałych, głupich kawałeczków. Wszystko tu było głupie.
A on zwłaszcza.
Bo jak miał to nazwać? Dostał ewidentny znak, — od Gwiezdnych, Matki Natury, Świata, własnego ciała czy jakiejkolwiek innej siły wyższej bądź niższej, jaka obserwowała go skądś — że miał żyć. Taki był nakaz i basta. Nie miał w tym temacie za dużo do gadania. Mu w sumie… też tak naprawdę nie śpieszyło się na drugą stronę. Cokolwiek by po niej się nie znajdowało — raj, nicość, potępienie — nie interesowało go to. W pewnym sensie nawet się cieszył, że jego próba samobójcza zakończyła się fiaskiem…
“Jak wszystko w twoim głupim życiu, ty bezużyteczna kupo lisiego łajna. Nawet zabić się nie umiesz porządnie.”
… no, ale niestety zawsze była też ta druga strona medalu. Jego mózg. Niby źródło rozumu, rozwagi i ogólnie wszystkiego, co w nim było mądre. Teoretycznie powinien chcieć żyć, prawda? To byłoby właśnie logiczne rozwiązanie. Bo jaki sens miałoby w jego wykonaniu dążenie do autodestrukcji? Ale najwyraźniej nie dane było mu posiadanie kooperatywnego umysłu, który działałby wspólnie z nim, a nie przeciw niemu. Masz ci los.
“Na Klan Gwiazdy, Lulek… naprawdę ci odbiło, skoro uznajesz swój mózg za oddzielny, rozumny byt. Po prostu nie chcesz wziąć na siebie odpowiedzialności za te wszystkie myśli i własne głupie poczynania. Nikt inny nie jest temu winny. Jedynie ty.”
Ten głos w głowie, który najwyraźniej nie chciał być nazywany jego umysłem, niesamowicie Lulka przerażał. Znał go dobrze. Brzmiał jak on. Przybierał w jego wyobraźni postać wyglądającą jak on. Śmiał się, płakał, krzyczał jak on. Ale to nie był on. To nigdy nie był on. To było coś innego, dziwnego, obcego, co przejęło jego głos, aparycję, wszelkie manieryzmy. Właśnie po to, aby zalęgnąć się w jego głowie jak jakiś pasożyt i szeptać mu prosto do ucha rzeczy, o których sam Lulek nigdy by nie pomyślał. Bo przecież nie był taki, jak to paskudne stworzenie. To nie była jego wina.
“Nie, ty lisi pomiocie. To kompletnie jest twoja wina, a ty jak zwykle szukasz tylko kogoś, na kogo mógłbyś ją zwalić. Boo-hoo, jestem Lulkowe Ziele, najbardziej niewinny kot na świecie, który brzydzi się tak bardzo rzeczami, które sam wymyśla!”
Westchnął cierpiętniczo, wpychając pysk głęboko w koc. Tak było każdego dnia, a po zachodzie słońca robiło się tylko gorzej. Dołączały senne mary. Znowu przed oczami miał obraz powodzi, słyszał rwanie ciała, do którego doszło na Zgromadzeniu, czuł zapach krwi, teraz także smród potwora i jego lśniące ślepia, gdy ten zbliżał się, aby go pożreć. Nie mógł się ruszyć nawet, gdy już się obudził. Mógł tylko oddychać ciężko, patrząc się prosto w ścianę, gdy jego ciało leżało bezwładnie na kolorowym kocyku, a coś uciskało jego klatkę piersiową niczym duszący go wąż. To były najbardziej przerażające chwile jego życia — gdy wciąż dzwoniło mu w uszach, przed oczami widział przebłyski świeżo minionego koszmaru, chciał upewnić się, że już wszystko to minęło. Ale nie mógł. Ten stan zawsze mijał prędzej czy później mijał, ale czas, w którym trwał, dłużył się niemiłosiernie, boleśnie. Jego serce biło szybko, jakby chciało wyrwać się z jego klatki piersiowej, słyszał szum krwi przepływającej przez naczynia w uszach. I nigdy nie chciał zasnąć ponownie.
Długo zresztą po takim epizodzie nie potrafił nawet zmrużyć oka. Zdarzały się noce, gdy po takiej “pobudce” już nie zasypiał. Pozostawał wybudzony, zestresowany. Czuwał aż do wschodu słońca, a potem czuł się jak świeżo wykopany z grobu trup. I ciągle nie opuszczały go wówczas te obrzydliwe myśli, podsuwane mu przez wstrętnego pasożyta. Towarzyszyły mu ciągle, nieprzerwanie, jak najlepszy kompan — z taką różnicą, że tego przyjaciela najchętniej utopiłby w mulistej rzece, trzymając mu łeb pod powierzchnią wody tak długo, aż jego ciałem nie zaczęłyby wstrząsać pośmiertne konwulsje.
“Już to kiedyś o kimś mówiłeś… A tak, o Szepcie! Pragnąłeś udusić go mchowym leżem, wrzucić do rzeki, gdy ten spał, rozerwać na kawałki w taki sposób, aby czuł każde jedno drapnięcie! No, ale ty wcale nie jesteś okrutny, zły i podły. Tylko pragniesz śmierci niewinnego kota, który okazywał ci wyłącznie wdzięczność, życzliwość i uwielbienie. Zupełnie normalne!”
W każdym razie, z tego właśnie powodu, Lulek zdecydował się na przerwanie samoizolacji — pewnego ranka po prostu witając się z innymi i, w miarę naturalnie, choć dalej nieco niezręcznie, przyłączając się do ich codziennej pogawędki.

-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-

— Mówiłeś, że zwykłeś zajmować się roślinami — zagaiła go pewnego dnia Rustyk, bezceremonialnie zajmując miejsce w budce tuż obok tej, w której niezmiennie leżał on sam. — To ciekawe. Myślałam, że leśni medycy zbierają zioła z dziczy, a nie sami je hodują?
Lulek całkiem lubił przebywać ze starą kocicą. Była mądra, choć trochę dziwna, ale z każdej jej wypowiedzi biło ciepło, sprawiające, że z jakiegoś powodu od razu wzbudzała u rozmówcy zaufanie. Przynajmniej u niego tak to działało. Chociaż nigdy nie rozmawiali ze sobą zbyt dużo — zaledwie kilka razy na osobności, zwykle ich konwersacje miały miejsce w czasie tych grupowych. Nieco zdziwiło go więc jej pytanie. Mimo to, uniósł nieco łebek, komunikując chęć prowadzenia tej rozmowy.
— Nie byłem medykiem — odparł, wzdychając cicho. Czasami zastanawiał się, jakby się sprawdził w tej roli. Czy byłby dobry? A może byłby tak samo beznadziejny, jak w każdej innej profesji? Nie miał co nad tym gdybać, bo tak czy siak jego urodzenie zadecydowało w tej materii za niego. — Byłem ogrodnikiem. Tylko w Klanie Nocy mieliśmy taką rolę. Zajmowałem się sadzeniem i pielęgnacją różnych roślin. Wiem też trochę o owadach, bo wykorzystywaliśmy je, by walczyć z różnymi szkodnikami naszych upraw.
Czekoladowa kocica słuchała go z uśmiechem na mordce, kiwając głową. Gdy skończył mówić, od razu otworzyła własny pysk.
— Co ty mówisz! To bardzo ciekawe, wiesz, Lulu? Nigdy o czymś takim nie słyszałam, jak skonam… A zwiedziłam kawał świata, doprawdy! To by było bardzo wygodne, jak tam o tym myślę.
— Tak? — przechylił łeb w bok, czekając na jakieś rozwinięcie tej wypowiedzi.
— Ano. Kiedyś byłam uzdrowicielką, młody. Wszystkiego musiałam szukać sama i upychać po dziuplach. W zamian za usługi lecznicze dostawałam od innych kotów to, czego potrzebowałam — pożywienie, ochronę. Zwłaszcza porą nagich drzew było ciężko. Na zimne czasy zawsze przenosiłam się do miasta. Wtedy ani nie było lekarstw, ani nikomu nie uśmiechało się za to płacić, trzeba było robić inne rzeczy, psiakrew… — Rustyk zawiesiła na chwilę głos, wgapiając się w pustą przestrzeń. Po chwili trzepnęła głową, jakby wybudziła się właśnie z transu. — No, ale to już za mną. Teraz mam jedzenie i ciepły kąt zawsze, a nie tylko wtedy, gdy ktoś uzna, że sobie na to zapracowałam.
— Tak, to na pewno wygodne… — Pokiwał głową. Zastanawiał się, co kocica miała na myśli. Miała polować? Z tego, co mówiła, to chyba nie umiała… I sposób, w jaki zawiesiła głos… To brzmiało jak coś smutnego. — Nie brakuje ci, no wiesz, wolności? Możliwości pójścia gdziekolwiek tylko zechcesz?
— Czasami — zaśmiała się swoim charakterystycznym, chrapliwym głosem. — Ale za wolność się płaci. A ja jestem już na to za stara, Lulu — miauknęła enigmatycznie, poprawiając łapy i podwijając je pod siebie.
Chyba mógł jej przyznać rację, chociaż sam tak naprawdę nie wiedział. Czy był kiedyś prawdziwie wolny? Był dzikusem, według Andory. Ale czy to była wolność? Wciąż komuś podlegał, obowiązywały go zasady, kodeksy, ścisła, nawet bardziej restrykcyjna niż w innych klanach hierarchia. Zawsze ktoś był ponad nim, pod nim, on od kogoś zależał, a ktoś zależał od niego. Był jak robotnica w pszczelim ulu, nieistotnym, łatwo zastępowalnym robakiem. Ale, tak właściwie… Czy kiedykolwiek mu to przeszkadzało? To znaczy, oczywiście — nie cierpiał tego, że inni, zwłaszcza jego bracia i siostra traktowali go jako gorszego od siebie, adresowali z wyższością i nigdy w pełni nie doceniali jego zasług. Ale klanowe życie samo w sobie było… komfortowe. Ustrukturyzowane, rutynowe i proste, gdy nie zdarzały się przypadkowe katastrofy pokroju powodzi. Lub gdy nie musiał oglądać egzekucji zdrajców. Lub gdy nikogo nie rozszarpywano na strzępy podczas Zgromadzenia. Tak właściwie, to chyba jednak wcale tego nie lubił…
— Powiedz mi, Lulu… — Głos starszej wyrwał go z zamyślenia. — Jakie imię nadała ci twoja matka? To bardzo ważna rzecz. Imię matczyne wiele o tobie mówi, zawsze należy je zachować. Chyba, że było nadane ze złych pobudek. Matka Styksa nazwała go początkowo Wszą, psiakrew. Takie imię należy zmienić.
Nie przerywał jej, gdy mówiła, cierpliwie czekając na swoją kolej, aby udzielić odpowiedzi na zadane przez kocicę pytanie. Zdążył już zauważyć, że ta uwielbiała się rozgadywać na każdy możliwy temat, a kiedy już zaczęła, to pysk prawie nigdy się jej nie zamykał.
— Lulek — odparł, gdy pręguska zrobiła przerwę w swojej wypowiedzi, prawdopodobnie, aby złapać tchu. — Nazwała mnie Lulek.
— Och, dziecino. — Wyciągnęła się w jego stronę, ogonem muskając jego czoło. — Przyjmij moje kondolencje. Żadna matka nie powinna nazywać swojego dziecka od trującego chwasta, psiakrew…
Nie wiedział, co miał jej na to odpowiedzieć, więc po prostu gorzko się zaśmiał.

-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-

— Czy w Klanie Nocy było fajnie? — zapytał go pewnego dnia Styks, najmłodszy z kotów mieszkających u Pierre’a i Jeana.
Styks był bardzo odmienny od Andory. Tak właściwie prawie wszyscy mieszkańcy domu byli bardzo różni — co było faktem, który przez dłuższy czas Lulek usilnie wypieral. W każdym razie konkretnie Styks pachniał jak kotka, choć się nią nie czuł i był mały, chuderlawy i jednolicie czarny. Oraz wyjątkowo gadatliwy, energiczny i ciekawski, co równocześnie drażniło, jak i w pewien sposób rozczulało byłego ogrodnika. Chyba robił się stary, bo w jakiś sposób nie przeszkadzał mu ten dziecięcy urok, wciąż niezaprzeczalnie przez kocurka posiadany. Nie było w tej infantylności zresztą nic dziwnego — gdyby żył w którymś z leśnych klanów, wciąż byłby zaledwie uczniem, zapewne zresztą całkiem niedawno mianowanym. Ale, na jego szczęście lub nie, Styks był z miasta, o czym często sam mówił, dokładnie opowiadając każdy fragment swego krótkiego (jak na razie) życiorysu. Zresztą, co nieco usłyszał również od Rustyk.
Od samego początku musiał walczyć o przetrwanie. Po przejściu na pokarm stały został sprzedany za kilka myszy i ładną butelkę kotu, który niedługo później sam skończył jako płaska plama krwi i futra na jednej z licznych w mieście dróg. Zziębniętego, przemoczonego i wygłodzonego malucha ostatecznie przygarnęła Rustyk, wraz z którą trafił ostatecznie do tego leża dwunożnych. Lulek spojrzał na niego, mrugając, nie wiedząc, co mu odpowiedzieć. Na tle jego wczesnych przeżyć, dzieciństwo Lulka było sielanką! Klan zapewniał mu wszystko, czego potrzebował. Miał ciepłe miejsce do spania, opiekę i naukę ze strony piastunki, towarzyszy do zabawy, żuki i śliczne kamyki. Matka nieszczególnie go lubiła, ale nie podejrzewałby jej, przynajmniej wówczas, o chęć sprzedania go za trochę strawy i jakieś śmieci. Jego młodość była więc, w ogólnym rozrachunku, dobra. Mimo to, wzbraniał się przed odpowiedzeniem, iż było tam fajnie. Nie chciało to przejść przez jego gardło. Gdy tylko myślał o Klanie Nocy, niemalże od razu przypominała mu się powódź, śmierć i fakt, że nikt go już tam nie chciał. Zapewne każdego dnia hucznie celebrowali jego zniknięcie — o ile od razu o nim nie zapomnieli. W końcu jednak się odezwał, czując na sobie naglący wzrok kocura.
— Było… dobrze. Na początku. Na pewno lepiej, niż u ciebie. Potem było bardzo źle. — Po wypowiedzeniu tych słów odwrócił się tyłem do młodszego, sygnalizując tym samym koniec rozmowy.
— Jesteś jak Kaszmir, wiesz? — mruknął młodziak znudzonym głosem, pacając Lulka w pysk drobną łapą. — On też nigdy nie chce mówić, skąd przyszedł. Ja i Rustyk wiemy, że z miasta. Długo śmierdział miastem. Ale wcale tego po nim nie widać. Koty z miasta są inne, twarde, opryskliwe, walczą o swoje. On jest tylko oschły i cichy, wszystkich unika, zwłaszcza innych kocurów.
Były ogrodnik pokiwał jedynie głową. Nieszczególnie interesowały go powody, dla których Kaszmir zachowywał się tak, a nie inaczej. Nie znał go i był on mu zupełnie obojętny. Był jeszcze bardziej wycofany niż on sam i niemal nigdy się nie odzywał, a jeśli już to robił, to był przy tym zupełnym przeciwieństwem swych miejskich pobratymców — odpowiadał zdawkowo, jednym bądź dwoma wyrazami. I nigdy nie patrzył rozmówcy w oczy, ale nie ze strachu. Z pogardy. W jego towarzystwie odzywał się tylko do Rustyk lub Madonny, bardzo okazjonalnie również do Styksu. Jego, Andory i Oksymoronu unikał jak żywego ognia. Poza tym faktem, wiedział o nim tyle, że miał ciemne, dymne futro, nadszarpane ucho, dużo blizn i jedynie trzy kończyny wciąż połączone z resztą korpusu.
— Nie dziwię się mu… — stwierdził zdawkowo Lulek, z trudem przewracając się na drugi bok.
— Rustyk kiedyś mi mówiła, że chyba go kojarzy. Ale wtedy był jeszcze młody, ładny i miał na imię Antinous, czy jakoś tak, więc ona nie wie, czy to na pewno był on. Podobno był partnerem jakiegoś szefa gangu, czy coś takiego… Tylko nie wiem, czemu już nie lubi kocurów…
— Nie wiem, czy chcę słuchać o nim plotek… — mruknął, choć wiedział, że to nie zniechęci młodziaka w żaden sposób.
— … No, ale pewnego dnia tamten kocur zniknął i pozostała po nim jedynie krew. Dużo krwi. Wszyscy myśleli, że umarł.
“Uciekł,” pomyślał Lulek, z nieco większą ciekawością słuchając w tym momencie historii opowiadanej przez Styks. “Jak ja. Zostawił po sobie plamę krwi i koty, które myślały, że umarł. Ale on kogoś miał. Kogoś, komu na nim zależało. A za mną… czy za mną ktoś tęskni?”
Spojrzał w kierunku okna, wyglądając przez szybę nostalgicznie, jakby miał z niej zobaczyć tereny Klanu Nocy. Dłużej już nawet nie próbował wysłuchiwać czarnego kocurka, który po pewnym czasie i tak stracił wątek, i poszedł bawić się sztuczną myszą.

-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-

Jeśli Lulek czegoś nienawidził, to było to mieszanie go w życie uczuciowe innych kotów. Zawsze, gdy Śnieżka zaczynała temat swojego nowego zauroczenia, — któż to tym razem mógł być? — automatycznie skręcało go w środku — z powodu marnotrawienia czasu (kto chciał słuchać jej ckliwych historyjek o tym, że Szałwiowe Serce nie zwracał na nią uwagi?), oczywiście. Z żadnego innego. Tym razem jednak padło na jego współlokatorów, towarzyszy i (samozwańczych) przyjaciół, Andorę i Oksymoron. Obaj byli jednymi z najbardziej dramatycznych, beznadziejnych romantyków, jakich w życiu spotkał — a to był wyczyn, biorąc pod uwagę, że większość swojego życia spędził w towarzystwie zdecydowanie zbyt kochliwej Śnieżnej Mordki. Obaj więc wypłakiwali się właśnie pod jego drapakową budką, wyglądając groteskowo obrzydliwie z opuchniętymi od łez oczami i glutami zwisającymi z nosów. On mógł jedynie wywrócić oczyma, ostatecznie i tak kończąc jako studnia na ich gorzkie żale.
Ukochana Andory zwała się Paella. Była piękna i zjawiskowa, a do tego tak samo łysa, jak on — z taką różnicą, że jej idealnie różowiutkiej skórki nie pokrywały żadne ciemniejsze plamki. Poza tym była posiadaczką ślicznych, niebieskich oczu i nosiła różowy sweterek, który komponowałby się świetnie z tym noszonym przez kocura. Ze względu na ich odpowiadające sobie fizjonomię, zdaniem wszystkich idealnie do siebie pasowali. Mogliby mieć armię szczurzych dzieci, które do końca życia nosiłyby kolorowe sweterki i te dziwne, białe mazidła, gdy tylko robiło się trochę cieplej. Lulek wiedział więc już o niej wszystko, posiadając wiedzę niemalże na poziomie samego Andory — i wcale nie przeszkadzała mu w tym jego chwilowa niemobilność, bowiem sam łysol znał ją jedynie z obserwacji. Nigdy nie zamienił z nią nawet słowa, gdyż, na jego nieszczęście, Paella niemalże wcale nie opuszczała swojego domostwa, wyglądając tylko co jakiś czas przez okno, podążając wzrokiem za przelatującymi ptakami i chowając się z powrotem za ścianą, gdy już jej się ta rozrywka znudziła. Ba, jej imię znał tylko dlatego, że chodzili oni do tego samego weterynarza i udało mu się je podsłuchać, gdy kotka była wywoływana na wizytę. Tak, brzmiało to dokładnie tak samo żałośnie, gdy Lulek usłyszał tę historię na żywo. Musiał się fizycznie zmusić, aby jego pysk nie wykręcił się w zażenowaniu. Lulka i Andorę w wiedzy o wybrance tego drugiego różniło więc jedynie ujrzenie jej na własne oczy — ale po tym opisie były Nocniak wiedział, że niewiele go omijało, bo wybranka serca kocura była równie szpetna, co on sam. Wolał tę ostatnią kwestię jednak przemilczeć.
— Och, Lulu, moje serce tak boli! Tak to boli, nawet nie wiesz, jak bardzo! Ona jest tam, moja ukochana. Me serce rwie się do niej, a ona… Ona siedzi za szybą, odgrodzona ode mnie, od moich uczuć. Powiedz, czy kiedyś uda mi się stopić jej lodową powłokę? — zapytał płaczliwym, zdecydowanie zbyt dramatycznym tonem, kładąc się na gładkiej podłodze. Wypłakiwał więcej żali w drewniane panele, które skutecznie wyciszały jego zawodzenia — Lulek nie był więc w stanie stwierdzić, co do końca mówił. Poza tym, że było to na pewno kolejne przepełnione tragedią wyznanie miłości. Siedzący obok Oksymoron, równie zapłakany, co jego towarzysz, smarkał właśnie nakrapiany nos w jego kolorowy sweter, na co były ogrodnik jedynie odrobinę się skrzywił.
W każdym razie, Oksymoron przynajmniej posiadał jakieś realne życie miłosne. Nie to, aby Lulek był w tej materii wielkim specjalistą, bo sam takowego nigdy nie miał — ale tutaj miał wyraźne podstawy, aby wydać taki osąd. Co jakiś czas bowiem przez otwarte okno w innym pokoju przychodził do nich obcy kot. Niechlujny, z odstającym, pełnym kołtunów futrem i odbarwioną, w wielu miejscach rozerwaną obrożą. Sam otwierał sobie drzwi do bawialni, wskakując na klamkę, po czym ignorował wszystkich, zmierzając od razu w stronę Oksymoronu i wtulając się w jego idealnie puszyste, miękkie, perfekcyjnie zadbane, rude futerko. Wtedy wszyscy już wiedzieli, że kocury cały ten dzień spędzą razem, dzieląc się językami, przytulając i przyciszonymi głosami rozmawiając na jakieś obrzydliwie urocze tematy. Według słów Madonny i Rustyk, obcy nazywał się Kartel i był tak zwanym niczyjem. To znaczy, nie należał do nikogo, a raczej do żadnego dwunoga. Wałęsał się, gdzie chciał, jadł, u kogo chciał i spał tam, gdzie tylko zapragnął. Był zwykłym włóczęgą, kompletnie wolnym duchem, pozbawionym jakiegokolwiek przywiązania do przyziemnych rzeczy — na przykład takich, jak koncept wierności.
Opisywana powyżej rutyna zakochanych nie sprawdzała się bowiem, gdy Kartel wpadał do nich pachnąc innym kotem. Zazwyczaj była to jakaś kotka z sąsiedztwa, której nigdy nie miał okazji poznać. Wiedział jedynie, że nazywała się Lady Gaga, nie lubiła Madonny (ze wzajemnością) i czasem starała się flirtować z Andorą (bez wzajemności).
W każdym razie, gdy ten kochanek marnotrawny zjawiał się w ich domu, śmierdząc jak ich skacząca z kwiatka na kwiatek sąsiadka (słowa Madonny, nie jego), w Oksymoronie budziła się furia, którą Lulkowi ciężko było opisać konwencjonalnymi słowami. Chyba najbliżej uchwycenia sedna tego uczucia byłyby różnorakie onomatopeje, ale i one nie oddałyby złożoności tego stanu w pełni. Oksymoron bowiem, jak, zgodnie z jego własną opinią, każda artystyczna dusza, czuł głębiej i silniej, niż jakiekolwiek inne stworzenie na tym łez padole. W przeciwieństwie do zwyczajnego pospólstwa, jego emocje były wyszukane i piękne, same w sobie stanowiąc swego rodzaju sztukę, bo pochodziły od Jego Wspaniałości we własnej kociej osobie. Niezależnie od tego, jak szlachetne by one nie były, doprowadzały z grubsza do tego samego, co emocjonalne wybuchy plebejskiego robaka — Kartel zazwyczaj dość prędko uciekał tam, gdzie pieprz rośnie, pozbawiony pewnej części futra, zaopatrzony w krwotok z nosa, obrzucony stosem nieszczególnie wyszukanych bluźnierstw i dramatycznie porzucony przez swojego ukochanego ze słowami, aby się już tu więcej nawet nie próbował pokazać. I to działało — przez jeden dzień, bo następnego włóczęga zjawiał się ponownie, w pysku trzymając marne kwiatki wykopane z ogródka sąsiadów, przyprawione obietnicą poprawy, która nigdy nie następowała.
Dzisiaj przypadał dzień, w którym to druga połówka rudzielca opuściła ich domostwo w mgnieniu oka, tak prędko, jakby w wyniki tego szaleńczego biegu miała zgubić własny ogon. Pech chciał, że nałożyło się na to rutynowe rozpaczanie Andory z powodu jego niedostępnej, uwięzionej w zamku (czymkolwiek był zamek) damy, której on nie mógł uratować. Lulek więc skończył z dwoma beksami, w głębi ducha nawet nie odczuwając zwyczajowej irytacji. Mógłby nawet powiedzieć, że trochę im współczuł, a zazwyczaj obecna w nim zazdrość odrobinę zelżała.
“Może to i lepiej, że nigdy się nie zakochałem. Ani nikt nie zakochał się we mnie. To wygląda… boleśnie.” zastanowił się, czując w środku swego rodzaju ciepło. Nigdy wcześniej tak o tym nie pomyślał.

-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-

Lulek czuł, że jego pogruchotane kości stopniowo powracały na dedykowane im miejsca. Musiał poczekać jeszcze trochę czasu, ale przynajmniej był już pewien, że rzeczywiście znajdował się na dobrej drodze do wyzdrowienia ze swojego urazu. To nieco podnosiło go na duchu. Liczył na to, że odzyskana możliwość nieskrępowanego ruchu pomogłaby w łagodzeniu jego negatywnego, nieokiełznanego myślotoku. Mógłby w końcu swobodnie chodzić po domostwie, a nie jedynie leżeć, przykuty do jednego, konkretnego miejsca i gapić się w ścianę naprzeciwko, nie mając innych bodźców do odciągnięcia uwagi.
Musiał przyznać przed sobą — bo przed nikim innym w życiu by tego nie zrobił — że rozmowy z pieszczochami rzeczywiście działały na niego dobrze. Najwyraźniej kontakt z innymi i zaprzestanie izolacji naprawdę potrafiło zmienić wiele. Wcześniej sam unikał wszystkich, odtrącał ich, antagonizował, nawet, gdy chcieli jedynie pomóc lub wyrażali realną troskę o jego dobrostan. Bez konkretnego powodu… Stał się kotem, którego nienawidził. To on był tym pasożytem — i obecnie był zażenowany tym, jak późno to przyjął to do wiadomości. Chociaż podświadomie chyba zawsze to wiedział. To właśnie o tym mówił mu ten głos, prawda? Ale on nie chciał dopuścić do siebie tej myśli. Wolał przypisać wszystkie te wątpliwe zasługi wyimaginowanemu, wewnątrzczaszkowemu robakowi, którego mógł antagonizować do woli, nie poświęcając nawet chwili na refleksję nad własną osobą.
Nawet, jeśli myśląc te podłe rzeczy, mówiąc te kąśliwe słowa i podejmując te okrutne, raniące innych decyzje nie czuł się jak on-on, to musiał to w końcu ze sobą skonfrontować.
To był on.
Zgniły, brzydki, zepsuty od wewnątrz i zewnątrz, toczony przez wstrętne czerwie nienawiści. Humorzasty, złośliwy, emocjonalnie odrętwiały, smutny, wściekły, przepełniony radością i rozpaczą jednocześnie. Pełen goryczy i zazdrości wobec każdego, komu cokolwiek szło lepiej niż jemu.
Ale mimo to, wewnątrz jego chuderlawego ciałka tliła się iskierka nadziei — może po to właśnie los dał mu drugą szansę? Pozwolił mu naprawić błędy przeszłości? Pogodzić się ze sobą i w końcu samemu sobie wybaczyć? Stać się nowym, lepszym kotem?
Nie wiedziało, ale musiało spróbować.

Od Lulkowego Ziela



Jasne światła

CW/TW: trochę obrzydliwe opisy; myśli i próba samobójcza; intruzywne myśli; uzależnienie; wymioty

Przeszłość

Oczy go piekły, powieki ledwo wytrzymywały w pozycji uniesionej, pyszczek miał odrętwiały, gardło obolałe, zdarte i suche jak piach, a głowa pulsowała mu jakby coś próbowało wydostać się ze środka jego czaszki na zewnątrz. Po brodzie płynęła mu niewielka strużka śliny, wyczuwalna, ale niemartwiąca dla jego niezbyt dobrze działającego jeszcze mózgu. W tym momencie czuł, że nie myślał. Zwyczajnie nie był w stanie. Jakby zawartość jego czaszki zmieniła się w glutowatą maź. Każda jedna czynność jego umysłu sprawiała, że ból głowy wyłącznie się pogarszał. Wiedział tylko, że było tu przeraźliwie zimno, światło raziło go tak, jak nigdy wcześniej, a w powietrzu unosił się zapach strachu, krwi, potu, moczu i czegoś dziwnego, czego nie potrafił określić. Zamknął oczy, pragnąc odgrodzić się od niepotrzebnych bodźców. Słyszał coś, choć nie wiedział, co dokładnie — wszystko zlewało się w jednolitą, płynną kakofonię. Chciał zatkać uszy, ale jego słaba, drżąca łapa napotkała po drodze na jakąś dziwną, twardą przeszkodę, która ani drgnęła nawet, gdy Lulkowe Ziele włożył w ten ruch całą pozostałą mu siłę.
Niechętnie rozchylił powieki, przeklinając jasne światło, drażniące jego wrażliwe gałki oczne. Z ogromnym trudem uniósł głowę. Czuł się, jakby starał się wybudzić o poranku po wzięciu zbyt dużej porcji maku. Och, mak… Przyjąłby go teraz z szeroko otwartymi łapami. Tęsknił za czasami, gdy ten miał na niego jeszcze tak silny wpływ!
Spojrzał w bok, próbując zlokalizować przeszkadzający mu obiekt. Świat początkowo wirował, a obiekty wokół wiły się niczym węże, co wyłącznie wywołało u niego mdłości.
— Litości… — jęknął rozpaczliwie, ledwo powstrzymując wymioty.
Zamknął oczy, tylko na momencik… i znowu zasnął, pogrążając się w głębokiej, błogiej nieświadomości.

-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-

Gdy ponownie się wybudził, świat dookoła przestał się kręcić. Dziwna mieszanina dźwięków ustała, przechodząc w cichy szum. Obecny wcześniej smród strachu i płynów ustrojowych zniknął, przekształcając się w delikatną woń kwiatów i czegoś, czego nie potrafił rozpoznać. Powieki nie ciążyły mu już tak podle, Czuł się więc nieco lepiej. Cóż, do czasu…
Do czasu, aż nie poczuł tego okropnego, przeszywającego bólu w tylnej łapie i dole pleców. Nigdy nie doznał czegoś tak przerażająco dotkliwego. Próbował się odwrócić, spojrzeć na swoją nogę, — pewien, że ta była co najmniej złamana — lecz coś krępowało jego ruchy, uniemożliwiając mu skontrolowanie sytuacji. Dopiero po kilkudziesięciu uderzeniach serca uspokoił się i przestał szamotać, akceptując tę beznadziejną sytuację. Aby odwrócić uwagę od bolącej kończyny, Lulkowe Ziele uniósł nieco łeb, rozglądając się dookoła, chcąc jakoś ocenić swoje obecne położenie.
To, co widział, było… trudne do opisania. Nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkał. Był wewnątrz czegoś. Otaczały go barwne ściany, a on sam spoczywał na czymś miękkim, zapewne na legowisku — ale budującym je materiałem zdecydowanie nie był mech, trawy ani nic, co on już dobrze znał.
Naprzeciw niego znajdowało się duże przejście, nieco osłonięte jakimiś dziwnymi, zwisającymi materiałami. Wokół było schludnie, czysto. Nie zauważył niczego niepokojącego, ale nie był pewien, czy mógł czuć się bezpiecznie. Nie miał pojęcia, czym to miejsce było. Wiedział już, że żył, to było bardziej niż pewne — doświadczał tego boleśnie każdym elementem swojego ciała. Skrzywił się na samą myśl o tym. Czyżby porwał go potwór? To o tym w swoich historiach opowiadała im Kotewkowy Powiew? Znalazł się w jamie dwunożnych?
Westchnął ciężko, starając się zmusić swój mózg do wznowienia pracy — został jednak wytrącony z rytmu przez czyjeś chrząknięcie. Odwrócił się w jego stronę o tyle, o ile mógł, dostrzegając jedynie część sylwetki nieznajomego. Reszta zasłonięta była przez te dziwne, krępujące ruchy coś na jego szyi.
— Witaj — rzekł tajemniczy kot, ostatecznie zbliżając się na tyle, że wzrok dzikusa mógł objąć całe jego jestestwo. Był łysy i gruby. Na swoim ciele miał dziwne, kolorowe coś, a tam, gdzie ów przedmiot nie sięgał widoczna była pomarszczona skóra, pokryta tu i ówdzie ciemnymi plamami. — Witaj w naszych skromnych progach, przyjacielu. Zapewne jesteś zdziwiony tym… wszystkim, co tu się dzieje. Pozwól, że zaznajomię cię z twoją nową rzeczywistością.
Lulkowe Ziele przyglądał się przybyszowi szeroko otwartymi, żółtymi ślepiami. Wpatrywał się w niego tak, jakby ten właśnie obwieścił mu, że za oknem latają jeże. To jednak zdawało się go nie zrażać.
— Wiem, wiem, jesteś przestraszony, zszokowany, zdezorientowany, skonfundowany i… pewnie jeszcze jakieś określenia pasowałyby do obecnie odczuwanych przez ciebie emocji, czyż nie? Wszyscy nowi tak reagują. Ale tutaj naprawdę nie ma się czego bać. Nasi dwunożni to wspaniałe, dobroduszne istoty. Zawsze zbierają takie biedne, zagubione duszki, jak ty, i przynoszą je tutaj, aby się nimi zająć. Jest nas tu całkiem sporo. Chociaż ja byłem pierwszy — powiedział z nieukrywaną dumą, wypinając do przodu łysą, pomarszczoną pierś. — Nazywam się Andora, ale czasami zwą mnie również Surowym Kurczakiem lub Golcem. To honorowe miana, tak nazywają mnie jedynie nasi państwo. Ciebie natomiast nazwali Edredon, cokolwiek to znaczy.
— To taki ptak — wychrypiał Lulkowe Ziele, ledwo wykrztuszając z siebie te słowa. Nie polubił kocura. Zdawał się być butny, pyszny, jakby czuł się o wiele lepszy od niego. Jak Żmijowiec. Nawet trochę go przypominał. Dałby sobie odgryźć łapę, że gdyby Andora nie był łysy, to on i jego brat wyglądaliby jak dwie krople cuchnącej, mulistej wody. — I wcale się tak nie nazywam.
— O, mówisz? No proszę — miauknął pieszczoch, niezbyt entuzjastycznie. — Jesteś dziki, nie? Widać to po tobie. Nie odnajdujesz się tu. Wyrywali ci mnóstwo kleszczy i dali tę dziwną, śmierdzącą wodę na pchły. Ale nie jesteś z miasta, mieszczuchy czuć dymem. Ty pachniesz jak kwiaty, grzyby i zioła z ogródka sąsiadów, więc jesteś leśniakiem. Wy macie jakieś dziwne imiona. I jeszcze dziwniejsze przywiązanie do nich, ale to nie moja sprawa. Jak cię tam zwano? I co tam robiłeś? Nie wyglądasz na… jak to oni ich tam zwali? Bojownika? Jesteś strasznie wynędzniały, zwłaszcza jak na kocura. Nawet jak na wasze mizerne standardy.
Coś go wewnętrznie zakłuło, gdy ten durny piecuch wytknął jego sylwetkę — a jeszcze bardziej, gdy z jego śmierdzącego bobkami pyska wydobyło się to jedno słowo. Kocur. Nocniak wzdrygnął się na sam ten wyraz.
— Lulkowe Ziele… — odparł, zbierając się na jakiś rodzaj odwagi. Och, jakże ten łysy lisi bobek go irytował! Uważał, że od razu go rozgryzł, czyż nie? Że już wszystko o nim wiedział? — I nie, nie jestem wojownikiem. Zajmuję się roślinami.
— Jejuniu, paskudnie was tam wszystkich nazywają. Będę na ciebie mówić Lulu, dobra? Ta wersja jest słodsza — miauknął, chociaż wcale nie brzmiało to jak pytanie. Bardziej jak pewne obwieszczenie. — Roślinami, tak? Ja też. Często wykopuję ziemię z doniczek albo podjadam kwiaty, gdy państwo nie patrzą. Ale oni tego nie lubią, zawsze się za to obrażają, więc chyba nie będziesz mógł tu tego robić.
Lulkowe Ziele nie miał nawet siły komentować tych słów. Po prostu odwrócił głowę na tyle, na ile pozwalało mu to krępujące ruchy ustrojstwo na jego szyi, po czym zamknął oczy, ignorując swojego niechcianego towarzysza.

-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-

Lulkowe Ziele nie był pewien, ile czasu minęło. Na pewno więcej, niż parę wschodów słońca. Choć czy na pewno? Zamknięty i unieruchomiony w czterech ścianach gniazda dwunożnych nie był w stanie zorientować się co do położenia księżyca ani fazy, w jakiej się znajdował — dane mu było więc zaledwie zgadywać, co utrudnione było przez fakt, że wszystkie dni zlewały się mu w jednolitą, zwartą całość. Większość nich przesypiał, czasami nawet nie wiedząc, czy przypadkiem nie pominął którejś doby całkowicie. Poza tym obserwował dziwny, okrągły przedmiot wiszący tuż przed nim, który co jakiś czas wydawał rytmiczne dźwięki — Andora nazwał ów artefakt zegarem — lub wzrokiem podążał za latającą po jego więzieniu muchą. Niewiele więcej mógł zresztą porabiać w swoim stanie.
Od łysego pieszczocha dowiedział się, że krępujący ruchy mechanizm zamontowany na jego szyi zwał się kołnierzem i został tam umieszczony przez dwunożny odpowiednik ichniego medyka. Zgodnie z najlepszą wiedzą od swojego prywatnego eksperta dowiedział się także, że to właśnie w tym legowisku znajdował się, gdy otworzył oczy po raz pierwszy, bo prawdopodobnie przeżył coś, co jego przymusowy kompan nazwał cięciem, po czym wciśnięto jego tył w białą, twardą substancję — tak zwany gips. Cokolwiek to wszystko znaczyło. Łysy kocur użył o wiele za dużo słów, których Lulek sensu absolutnie nie pojmował — ale głupio mu było się do tego przyznać. Kiwał więc jedynie głową co jakiś czas, udając, że przyjął do informacji wszystko, co ten mu przekazał. Zrozumiał tyle, że jego próba samobójcza zakończyła się porażką, wskutek której skończył z jakimiś poważnymi obrażeniami tylnych łap i biodra — chociaż to wydedukował głównie empirycznie, a nie dzięki jego pomocy. Andora nie potrafił mu powiedzieć, co dokładnie się stało, ale w lulkowej opinii musiało to być złamanie, prawdopodobnie dość rozległe. Był przekonany, że już nigdy po czymś takim nie stanie, ale piecuch uspokoił go, mówiąc coś o tym, że ogrom z kotów, które tu trafiały, był w znacznie gorszym stanie, z którego wychodził ostatecznie bez większego szwanku — co najwyżej z bliznami lub nie do końca prostym chodem. To pozwoliło nieco odetchnąć z ulgą (byłemu?) Nocniakowi — chociaż w sumie nie wiedział, czemu.
Zastanawiał się nad tym spędzając kolejną samotną godzinę w swoim więzieniu. Czy on chciał chodzić? Nie planował przecież wracać do Klanu Nocy, prawda? Prawda — a skoro takie miał podejście, to do czego przydałyby mu się sprawne nogi? Przecież i tak nic go już w życiu nie czekało. Tak naprawdę fakt, że jeszcze dychał, zawdzięczał wyłącznie złośliwości losu i własnemu pechowi. Nic, co chciał osiągnąć, nigdy mu nie wychodziło — najwyraźniej liczyło się do tego również umieranie. Och, jakim zgorzknieniem go to wszystko napełniało! Miotały nim emocje, których nie potrafił prosto sklasyfikować. To była jakaś dziwna mieszanka, połączenie wszystkich uczuć, jakie dotychczas poznał. Gniew, smutek, żal, rozgoryczenie, ulga, wewnętrzny spokój, radość, nostalgia.
Czy tęsknił za klanem? Być może. Czuł ukłucie gdzieś głęboko za każdym razem, gdy jego wstrętni porywacze (znani także jako jego nowi właściciele lub pod imionami Pierre i Jean) przynosili mu na spodku brejowatą, pachnącą jak ryby papkę. Jej konsystencja pozastawiała wiele do życzenia, ale nie planował jak na razie umierać z głodu. Był to proces o wiele zbyt długi i bolesny, aby chciał się na coś takiego porywać. Zresztą, po kilku pierwszych kęsach szło się przyzwyczaić do żelowej faktury, a kiedy zamknął oczy, to potrafił sobie nawet wyobrazić, że znowu był z rodziną. Dzielił z nimi posiłek, leżąc przy źródełku w centrum obozu. Rosiczka i Wężynka śmiały się z jakiegoś durnego dowcipu opowiedzianego przez ich srebrną przyjaciółkę, Tojad leżał wtulony w bok Borówki, zachwycając się nią jak zwykle, a Żmijowiec jadł rybę, tym razem nie znajdując w jej wnętrzu żadnych obślizgłych robali…
Zwłaszcza nocami, gdy budziły go ryki potworów i krzyki podrostków dwunożnych, zbierało mu się na takie nostalgiczne przemyślenia. Czasami nawet zdarzało mu się uronić łzę, chociaż nie miał ku temu żadnego powodu. Dostał to, czego chciał. Sam o tym zdecydował. Postanowił uciec, wyrwać się, zakończyć to wszystko — swoje życie, nie tylko to klanowe, życie jako całość. Cudem (niefortunnym) przeżył, czego absolutnie nie miał w planach, a teraz? Żałował? Przecież był tak pewien swojej decyzji, najpewniejszy, jaki kiedykolwiek był! To była głupota. A jednak… tak bardzo mu tego wszystkiego brakowało. Wspólnego zajmowania się ogrodem z Pierzastą Kołysanką, dostarczania ziół medyczkom i krótkiej pogawędki z kotkami, nawet rozmów z jego parszywym rodzeństwem.
Zastanawiał się, czy żałowałby także, gdyby naprawdę umarł. Czy także zmieniłby zdanie, cierpiąc z powodu podjęcia tak bezwzględnie trwałego wyboru? A może by się cieszył? Nie czułby już bólu, czyż nie? Żadnego jego rodzaju, zarówno fizycznego, jak i tego psychicznego, który stanowił jego największy problem. Zakładając, rzecz jasna, że po odejściu zachowałby świadomość własnego istnienia. Takie przekonanie było żywe w Klanie Nocy. Niemal każdy wierzył w moc przodków, żyjących bez żadnych cierpień na nocnym nieboskłonie, obserwujących ich z góry. Śnieżna Mordka zawsze mu o tym wszystkim mówiła, zwłaszcza, gdy on nie chciał słuchać. Znała każdą legendę, każdą opowieść Kotewkowego Powiewu na pamięć. Była nimi szczerze zafascynowana, kompletnie wierząc w każdą jedną bajkę, jakby była niezaprzeczalnym, namacalnym wręcz faktem. Wieczorami, gdy byli jeszcze uczniami, zwierzyła się mu kilka razy z wrażenia, iż ktoś tam, na górze, wśród tych wszystkich ślicznych gwiazd nad nią czuwał — i nad nim na pewno też. On zazwyczaj zbywał ją prychnięciem. Szczerze w to wątpił.
Teraz jednak, gdy zamykał swoje żółte ślepia, widział malujące się na nicości białe kropki, coś jak mroczki, ale ukryte pod jego powiekami. Wyglądały jak gwiazdy, a gdy wystarczająco długo odpoczywał w ten sposób, potrafiły nawet tworzyć skomplikowane gwiazdozbiory. Na nowo rozpalało to w nim jakiegoś rodzaju nadzieję, mały płomyczek radości, nawet, gdy podświadomie uważał je za zaledwie wytwory jego przemęczonego umysłu.
Wychodziło na to, że jego srebrna nie-koleżanka miała rację. Tylko sam Lulkowe Ziele nie był przekonany, czy ów ktoś na pewno życzył mu dobrze. Rozumiał tylko jeden przekaz płynący z jego czynów — musiał żyć, czy tego chciał, czy nie.

28 sierpnia 2026

Zaginęła!





Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna zaginięcia: Porwanie przez dwunożnych

Zaginęła!

Od Lulkowego Ziela

Koniec i początek

CW/TW: samookaleczanie, próba samobójcza, intruzywne myśli, uzależnienie, proces pseudoumierania, derealizacja/halucynacje

Przeszłość

Biegł. Biegł najszybciej, jak tylko potrafił, na ile pozwalały mu jego słabe mięśnie i nieprzystosowane do takiego wysiłku płuca. Czuł w mordce charakterystyczny, metaliczny posmak krwi, a wszystko wewnątrz go paliło, piekło, jakby każdy wdech rozrywał go od środka. Przez rozdziawiony pysk oddychał prędko, chaotycznie, niemal panicznie, usilnie starając się zaopatrzyć swój głupi, słaby organizm w tlen — z miernym skutkiem. Wszystko słyszał jak gdyby przez wodę, pejzaże wokół niego rozmazywały się, upstrzone przez czarne mroczki, a wszelkie zapachy pozostawały gdzieś daleko w tyle, niezbadane, głęboko zignorowane. Jednocześnie czuł nic i wszystko, nieznośny ukrop Pory Zielonych Liści i przenikliwy, mrożący go aż do gołych kości chłód, pochodzący gdzieś z jego własnego rdzenia.
Nie miał przed czym uciekać. Nikt go nie gonił. Nikogo nie zdążyło jeszcze zaalarmować jego zniknięcie — nie wiedział, ile czasu minęło, od kiedy opuścił obóz, ale zdecydowanie nie tyle, aby jego nieobecność miała kogokolwiek zmartwić. Nikt również nie mógł się nawet domyślać, co planował — a nawet jeśli, to Lulkowe Ziele szczerze wątpił, że komukolwiek przyszłoby na myśl go powstrzymywać.
Bo… niby po co? W oczach rodziny był problemem, czarną owcą, bezużytecznym, niepasującym do ich misternej, idealnej układanki kawałkiem. Odstawał na każdy możliwy sposób — i pod każdym możliwym względem robił to negatywnie. Był słabszy. Wolniejszy. Mniej sprawny, głupszy, pozbawiony ambicji, nie dość bezwzględny, zbyt rozchwiany, zwyczajnie gorszy. Jak chwast zajmujący miejsce na grządce przeznaczonej dla pięknych, przydatnych ziół, których rozwój tylko spowalniał. Nie potrzebowali go. Jak zresztą cały Klan Nocy, był w nim wszak wyłącznie zbędnym balastem, bezużytecznym robakiem, dodatkową mordą do wykarmienia w najtrudniejszych czasach. Czuł na sobie ich wstrętne spojrzenia. Wiedział, że go oceniali. Gardzili nim. Obgadywali go za plecami. Nawet jego mentorka, Pierzasta Kołysanka, kotka, z którą niegdyś był tak blisko — po prostu go sobie zastąpiła. Wymieniła go na nowego ucznia, mniej kłopotliwego, prawdopodobnie zwyczajnie lepszego. Tak, jakby Lulkowe Ziele nigdy nie istniał. W czym Szepcząca Łapa był lepszy od niego?
Nie chciał nawet myśleć o młodym kocurze. Samo przywołanie jego obrazu w umyśle sprawiało, że żółć podchodziła mu do gardła. Nienawidził go, chociaż nie miał ku temu żadnych powodów. Jego towarzystwo wprawiało go w niewytłumaczalny gniew, a każde zadawane przez młodziaka pytanie sprawiało, że miał ochotę wypchać mu pysk piaskiem i glebą, żywcem zakopać wśród kwitnących w ogrodzie roślin, rzucić go na pożarcie nocnym drapieżnikom lub zwyczajnie utopić w płynącej nieopodal rzece. Unikał go jak ognia. Lulkowe Ziele czuł, jak wszystkie jego narządy wewnętrzne wywracają się na drugą stronę, gdy tylko Szept otwierał swój głupi pysk. Nie cierpiał go, a jeszcze bardziej nie cierpiał tego, że tak właściwie nie miał za co go nie cierpieć! To był bystry i grzeczny, uprzejmy, cichy kocurek. Idealny uczeń, który na pewno w przyszłości wspaniale odnalazłby się w swojej roli. Zawsze chętny do przyswajania wiedzy, zainteresowany tym, co robił. Przez to, cóż, starszy ogrodnik czuł się jeszcze gorzej. Och, kiedy on stał się taki? Taki mściwy, wstrętny, zawistny i zły, przegniły aż do szpiku, życzący jak najgorzej kompletnie niewinnej istocie. Obrzydzały go te myśli, swoją obecnością sprawiały, że mimowolnie zawsze się otrzepywał, jakby próbował pozbyć się z futra brudu. Próbował wszystkiego — i nic nie działało. Nie mógł spać, przerażony wizją nocnych mar, które wciąż nawiedzały go niemalże za każdym razem, gdy starał się odpocząć. Nocami wyrywał sobie kępki futra, drapał łapy, gryzł się w policzek czy język jedynie po to, by nie musieć przez to znowu przechodzić. To zawsze były te same obrazy — ale niezależnie od tego, ile razy je widział, nie potrafił do nich przywyknąć. Nasiona maku, których w ostatnich księżycach sobie nie żałował, kompletnie straciły już swoje cudowne właściwości. Ich działanie zanikło niemalże kompletnie, ta sama porcja wyłącznie na krótką chwilę potrafiła ukoić jego zszargane nerwy, a po jej upływie — czar pryskał, pozostawiając Lulkowe Ziele w punkcie wyjścia.
Dlatego czuł, że nie miał niczego do stracenia — bo w tej dziwnej, nieco strasznej i niepewnej przestrzeni zwanej przyszłością nic już na niego nie czekało.
Więc biegł. Biegł przed siebie, choć już dawno nie musiał. Opuścił tereny Klanu Nocy co najmniej kilkadziesiąt, kilkaset uderzeń serca temu. Z wielkim trudem, ale jednak przepłynął graniczny potok, starając się nie myśleć o otaczającym go chłodzie, o wodzie, która z każdej strony przylegała teraz do jego ciała, niekomfortowo przytulając się do jego skóry pod grubą warstwą białego futra. Wyczołgał się na brzeg. Nie był pewien, czy był zmęczony bardziej fizycznie, czy psychicznie. Szczerze, chciał poddać się już tutaj. Podczas przeprawy przez rzeczkę wielokrotnie przyszło mu to na myśl. A co gdyby tak odpuścił? Rozluźnił wszystkie mięśnie, dał się porwać przez prąd, wrzucić pod wodę. Opadałby powoli, stopniowo? Czy rzucałby się tak, jak podczas powodzi, gdy walczył z tym piekielnym żywiołem o każdy kolejny oddech?
Nie chciał się przekonywać. I nie chciał, aby jego ciało na wieki spoczęło pod wodą. Szczerze jej nienawidził, najbardziej na całym świecie. Przestał się jej bać, zamiast lęku pojawiła się jedynie odraza, zadra wobec tego żywiołu. Zdobywając się na kolejny wysiłek, powoli się podniósł i wznowił swoją wędrówkę, tym razem idąc już powoli. Z oddali słyszeć już mógł charakterystyczne dźwięki, tak wrogie, tak straszne — ale jednak to właśnie w ich kierunku zmierzał. Czuł, jak powoli łapy odmawiały mu posłuszeństwa, ale nie mógł teraz zawrócić. Nie mógł znowu przegrać z własnym, durnym mózgiem — parł więc do przodu, chociaż z każdym kolejnym krokiem lęk jedynie się pogarszał, dusząc go od wewnątrz.
Aż nie dotarł tam, gdzie miała zakończyć się jego podróż.
Droga Grzmotu. Głośna. Cuchnąca. Niebezpieczna. Przełknął ślinę. Widział nadciągające, złowrogie istoty, mijające go z ogromną prędkością, wydające z siebie te przerażające odgłosy. Nie mógł się wycofać.
Ostatnim, co zobaczył, były wielkie, rozżarzone ślepia czerwonego potwora. Potem zamknął swoje oczy, czując jedynie, jak jego ciało bezwładnie upadło kilka długości ogona dalej, odrzucone siłą uderzenia. Usłyszał wyłącznie przeraźliwy pisk, tarcie, a potem czyjś stłumiony krzyk.
Dalej pozostała jedynie kompletna ciemność i dudniąca w uszach, głucha cisza.

-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-

Umarł. To był już jego koniec, ostatni rozdział, finałowa scena wieńcząca ten cały żałosny spektakl, inaczej znany jako jego marny żywot. Nareszcie. Pozostała po nim wyłącznie mokra, krwawa plama na Drodze Grzmotu. Czy jego ciało pożarł potwór? Nie miał pojęcia. Miał nadzieję, że tak — nie chciał, aby ktokolwiek je odnalazł. Nie chciał, aby ktokolwiek lamentował nad jego losem. Aby ktokolwiek cierpiał, przeżywał żałobę po takim odpadzie. Wątpił, aby kogokolwiek miało to obejść, ale nie chciał, aby istniała na to choćby najmniejsza szansa.
Już rozumiał, co inni mieli na myśli, mówiąc o życiu przelatującym przed oczami zmarłego w jego końcowych momentach. Początkowo nic z tego, co widział, nie miało najmniejszego sensu. Pojawiały się przed nim niewyraźne plamy, bezkształtne, jednowymiarowe, mieniące się wieloma barwami, płynnie przechodzące z jednego koloru w inny. Towarzyszyły im niezrozumiałe odgłosy, jak gdyby odległe, ciche i głośne jednocześnie, brzmiące jak głos, jak szum liści, jak ciche szepty lasu, jak dudnienie krwi w uszach i nostalgiczny śpiew ptaków o poranku — jak cichy szum rzeki i wzburzone morskie fale w czasie sztormu, cały świat w jednym, nonsensownym dźwięku. Czy tak się właśnie umierało? To było… przyjemne, na swój sposób piękne. Spokojne. Czuł się dobrze. Tak, jak od dawna nie potrafił. Opuściły go wszystkie lęki, cały gniew, każda zła, niepokojąca, obrzydliwa myśl — a on unosił się w tej pusto-pełnej przestrzeni, wśród fantazyjnych, abstrakcyjnych konceptów, jakby poza własnym ciałem, będąc tylko widzem rozgrywającej się przed nim chaotycznej sztuki. Do czasu.
Zupełnie nagle, w jednej chwili, wszystko się zmieniło. Bezkształtna wcześniej, barwna masa przybrała w końcu formę, przerażającą formę — formę ogromnej, ciemnej, gęstej fali, która bez żadnego wysiłku przykryła go i porwała ze sobą jego bezwładną świadomość. Dusił się, mimo że już przecież nie musiał nawet oddychać. Nie mógł się ruszać, nie miał czym ruszać, chociaż czuł, jakby ciało, którego został pozbawiony, wciąż odmawiało mu posłuszeństwa. Był więc bezbronny, zupełnie nieosłonięty przed brutalnym atakiem z najmniej spodziewanej strony. Czarna woda niosła go w nieznanym kierunku, miotała nim w górę, w dół. Nie pozwalała nawet na chwilę zaczerpnąć powietrza. Gdy tylko myślał, że zaledwie kilka odległości mysiego ogona dzieliło go od wynurzenia się na powierzchnię, bezwzględny żywioł wciskał go na ponów w grząskie, bagniste dno, aż to nie pochłonęło go w pełni.
Nagle wszystko się uspokoiło. Nastała kompletna cisza, jakby Lulkowe Ziele został odcięty od wszystkich zewnętrznych bodźców. Wszystko wokół było lepkie, gęste, ciemne. Przelewało się w tę i we w tę, a on bezwładnie przesuwał się zgodnie z ruchem bliżej niezidentyfikowanej substancji. W końcu gdzieś w oddali pojawiła się niewielka, jasna kropka. Skupił na niej swój wzrok. Czym była? Czy to była droga do Klanu Gwiazdy? A może jedynie ostatnie majaki konającego?
Niezależnie od tego, czym owa biała plama była (lub też nie), Lulkowe Ziele był nią żywo zainteresowany. Kręciło mu się w głowie, dziwny świat wirował dookoła, a obrazy rozmazywały się, ale on z uporem maniaka parł naprzód, w kierunku nieznanego obiektu. Kropka powiększała się stopniowo, ostatecznie swym jestestwem pokrywając całość obrazu malującego się przed biało-czarnym nocniakiem. Ostatecznie rozszerzyła się, pochłaniając go w całości, od każdej strony otulając ostrym, jasnym blaskiem. Lulkowe Ziele momentalnie stracił grunt pod nogami, spadając w białą przepaść, nieporadnie machając łapami w trakcie niezgrabnego lotu. Zatrzymał się na miękkim podłożu, niezwykle delikatnie, jak lekko opadające piórko.
Otworzył szeroko żółte ślepia. Przed nim jawiły się urywki z jego życia — z dzieciństwa, z czasów uczniowskich, całkiem niedawne, te stare, te smutne, te wesołe, te żałosne i te dumne — wszystkie. Niepewnym krokiem przechadzał się po białej przestrzeni, przyglądając się różnym scenom, mając wrażenie, że każda z nich znikała, gdy tylko padał na nią jego wzrok. Płynnie przekształcała się, prezentując jakiś inny fragment jego życiorysu. On mógł jedynie biernie się temu przyglądać, nie będąc w stanie w żaden sposób zmienić biegu przedstawianych wydarzeń — w końcu to była już wyłącznie przeszłość. Tak. Tylko przeszłość…
Sceny przeskakiwały między sobą nagle, krótko dając mu nacieszyć się przyjemnym wspomnieniem, ale i nie oszczędzając bólu związanego z oglądaniem własnych porażek.
Widział siebie w żłobku, wraz z całym rodzeństwem. Ich zabawy, ich sprzeczki i przepychanki. Chwile, które spędził wraz z Rosiczką na robieniu żabotek, na taplaniu się w błocie z (nie do końca chętną…) Wężynką czy zbieraniu muszelek pod czujnym okiem piastunki. Przypomniał mu się nawet moment, w którym jeden ze swoich skarbów podarował Tojadowi, który zupełnie omyłkowo zniszczył prezent, co przerodziło się w trwający wiele księżyców konflikt. Przyglądał się przyniesieniu przez Szałwiowe Serce “futrzastej ryby” do żłobka. Ich mianowaniu na uczniów, swojej radości z powodu przyznanej mentorki, możliwości zostania ogrodnikiem. Wspólnym treningom, pomaganiu medyczkom. To było takie ciepłe, takie miłe! A on sam był wtedy taki niewinny…
Później, cóż, wszystko się posypało jak kocięca budowla z patyków. Pierwsze zgromadzenie. Tocząca się, oderwana głowa. Śmierć tego dziwnego, pseudokociego stwora. Zapach krwi, śmierci, okropne wrzaski i wrzawa, grupa nieznajomych otaczająca tego potwora, praktycznie rozrywająca go na strzępy. Panika. Kłótnia z uczniem innego klanu, bójka z własną siostrą, kara. To wszystko rozgrywało się tuż przed nim, żywe, jakby wydarzyło się ledwo wczoraj. A potem, zaledwie kilka wschodów słońca później…
Nadeszła powódź. Przełknął ślinę nerwowo, wbił pazury w wyimaginowane podłoże i zaczął się trząść, gdy tylko zobaczył migawki z tej katastrofy. To było… przerażające. Tyle cierpienia, bólu, zmarnowanych istnień. Chwile, w których myślał, że umarł. Z perspektywy czasu, wiedział, że nie był aż tak bliski śmierci, jak wówczas mu się zdawało. Nie doświadczył wszak niczego podobnego do… tego, czymkolwiek ta dziwna przestrzeń, w której obecnie przebywał, była.
Wszystko, co wydarzyło się po powodzi, nawet w tych urywkach nie było spójne. Sceny przeskakiwały chaotycznie, chronologia była w nich zaburzona, wszystko się mieszało. Nawet nie był pewien, czy to wszystko naprawdę miało miejsce. Widział fragmenty odbudowy obozu, rozmowy z rodzeństwem, kłótnie ze Żmijowcem, moment swojego mianowania na pełnoprawnego ogrodnika — a potem, zupełnie znikąd, znowu przebijały się momenty z powodzi. Krzyk Rosiczki. Znalezienie ogona byłej mentorki jego brata. Perły, perły wszędzie! Przewrócił się nagle, choć sam nie wiedział czemu. Czuł, jakby jego ciało nagle stało się potwornie ciężkie, a jego mięśnie słabsze niż zazwyczaj. Krzyknął bezgłośnie. Nagle jednak wszystko się uspokoiło. Poczuł błogie ciepło, spokój rozchodzący się po całym organizmie, obezwładniającą senność — jak za pierwszym razem, gdy zażył mak. Serce mu spowolniło, a on sam zwinął się w ciasny kłębek, układając się jak do snu. Czy to już był koniec? Całe życie przeleciało mu przed oczami? Nadeszła pora na ostateczne pożegnanie?
Ten przyjemny stan lepszej świadomości opuścił go jednak tak szybko, jak się pojawił. Poczuł niepokój, stale rosnący, pochłaniający go od wewnątrz, jakby pożerał go od wewnątrz. Poderwał się na cztery łapy, panicznie rozglądając się dookoła. Serce biło mu jak oszalałe, jakby chciało wyrwać się mu z klatki piersiowej. Pocił się, drżał — i nie mógł wykrztusić z siebie słowa. Zataczał się, głowa mu pulsowała, a oddech nie chciał spowolnić. Potrzebował…
Maku? Nie, wcale nie. Wzdrygnął się na samą myśl. Chciał go, pożądał tych cudotwórczych, czarnych ziarenek, ale… coś w nich niezmiernie go odpychało. Podniósł wzrok, a przed nim zmaterializowały się sylwetki bliskich. Tojad, Rosiczka, Wężyna, Żmijowiec, matka, Pierzasta Kołysanka. Patrzyli na niego. Mówili coś, ale on nie słyszał. Ich słowa nie miały sensu, nic nie miało sensu. Czy umieranie miało być koszmarem, czy po prostu mściwi Gwiezdni ukarali go za celowe odebranie sobie życia? Sam już nie wiedział. Trząsł się, żałował. Wciąż ich nie rozumiał, ale Rosiczka płakała, siedząc skulona przy Śnieżnej Mordce. Srebrna wojowniczka też płakała… Czy umysł płatał mu figle? Czy teraz chciał wymusić na nim poczucie winy? Och, teraz… Teraz było już za późno!
Tojad śmiał się — przez chwilę. Następnie zastrzygł uszami i wielkimi oczyma spojrzał w dal, pochylając głowę smętnie. Jego mentorka zmarszczyła brwi, a Żmijowcowa Wić zgarbił się nieznacznie, a Trzcinowa Łapa objęła go nieśmiało ogonem. Co to w ogóle było? Czy tak sobie wyobrażał ich reakcje? Och, jaki on był w sobie zadufany — żeby myśleć, że ktokolwiek miałby za nim w ogóle zatęsknić!...
Przełknął ciężko ślinę. Nagle znalazł się po kostki w wodzie, ale jakimś cudem mu to nie przeszkadzało. Zrobiło się mu ciepło, bezpiecznie. Miękko. Poczuł czyjąś obecność. Wyimaginowane postaci bliskich stanęły bliżej, objęły go. Fala spokoju, radości rozlała się po jego ciele, momentalnie go uspokajając. A on?
On zaczął płakać. Chlipać, szlochać, ryczeć jak bóbr. Jakby wyrzucał z siebie całą gorycz, wszystko złe i podłe, wszystko, co go spotkało. Czuł, jakby się roztapiał, ale w dziwnie dobry sposób. Pochłaniało go coś przyjemnego. Ale w środeczku zaczął odczuwać niepokój, lęk, żałobę?
Nie chciał umierać. Naprawdę nie chciał umierać. Oddech na ponów mu przyspieszył, a pocieszające go sylwetki zniknęły, zamieniając się w kolorowe pyłki i odlatując wraz z nieistniejącym w tej przestrzeni wiatrem.
Nie chciał żyć, ale nie chciał też umrzeć. Co on najlepszego zrobił?! Dlaczego podjął taką decyzję?! Po co mu to w ogóle było? Teraz czuł się tak… nijako! Czuł wszystko na raz, z ogromnym natężeniem — rozpacz, euforię. Czuł, że odchodzi i czuł, że żyje. Kręciło mu się w głowie, dziwny świat dookoła zaczął wirować, a on skurczył się, spadając wraz z każdym jego artefaktem w czarną otchłań.
Po czym otworzył oczy, biorąc przy tym głęboki, choć chwiejny wdech.

Od Malinki (Nieboskłonnej Łapy) Do Krokusowej Kruchości

Końcówka Pory Nowych Liści

. ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ .

Malinka leżała na brzuchu, a jej łapki zawinięte były pod bure futerko. Wieczna Karmicielka opowiadała trójcę kociaków, kim mogą zostać w przyszłości. Burka słuchała opiekunki, choć jej wzrok niemal od razu powędrował do wejścia, w którym stanął inny kot. Czuła na sobie spojrzenie nieznajomej, jakby wbijało się w jej wnętrzności. Sama kotka nie widziała jednak, że młodsza, mimo iż z boku, tak uważnie ją obserwuje. Nie robiła nic szczególnego. Po prostu usiadła przy wejściu, nie przerywając niebieskiej w opowieści, jednak w pewnym momencie Poziomka ujrzała burą szylkretkę, kiedy na jej pysku pojawił się uśmiech.
— Pani Krokus! Dzień dobry! Przyniosła nam Pani jedzenie? — zawołała, kiedy błękitnooka starała się sobie przypomnieć, czy ta wojowniczka (ponieważ taką rangę obstawiała po jej zapachu) już kiedyś je odwiedziła. W końcu skąd czarna mogła znać jej imię? A przynajmniej jego część? Chyba że mawiało się na nią „Pani Krokus” lub jako (chyba) jedyna z dorosłych kotów nosiłaby imię jednoczłonowe.
— Dzień dobry — odmiauknęła, schylając się do jej siostry na niebezpiecznie bliską odległość. A przynajmniej w mniemaniu istotki.
— Wam i waszej opiekunce. Dzień dobry, Dryfujący Fluorycie. Zmiana roli naprawdę ci służy — uśmiechnęła się do wiecznej królowej, która odwzajemniła uśmiech.
— Zaczynam rozumieć, dlaczego Rozkwitająca Szanta oraz jej babcia, Brzęczkowy Trel, chodziły ciągle uśmiechnięte, nawet wtedy, gdy kocięta o mało co nie rozniosły w trakcie zabawy kociarni. Daj, pomogę ci. — Mówiąc to, sięgnęła po dużego królika, którego przytargała Krokus.
Burka w tym samym czasie powoli podniosła się do pozycji siedzącej, nie spuszczając spojrzenia z szylkretki ani na chwilę. W końcu mogła okazać się zagrożeniem dla którejś z jej kochanych siostrzyczek.
— Sama go upolowałaś?
— Nie. Pomógł mi Oskrzydlony Ognik i Żywiczna Łapa. Właściwie... ja nic nie zrobiłam. — kocica, mówiąc to, położyła po sobie uszy, wlepiając spojrzenie w kamienne podłoże.
— To im należą się podziękowania — dodała, gdy Poziomka uczepiła się łapy starszej. W tym samym czasie Porzeczka już dobrała się do uszatego stworzonka, wbijając w nie swoje małe kiełki.
— Zostaniesz i zjesz z nami? — spytała Fluoryt, na co przyozdobiona w kwiaty kotka odparła:
— W sumie... czemu nie.
No tak więc została tam jeszcze chwilkę, czasem rozmawiając o czymś z królową, po czym wyszła, żegnając się.
Malinka podczas spotkania chodź tak krótkiego, nie odniosła żadnego złego wrażenia o wojowniczce. Miała wręcz wrażenie, że jest ona krucha i za wszystko obwinia swoją osobę. Błękitnooka postanowiła, że kiedy już zostanie uczennicą, to kiedyś spróbuje ją lepiej poznać.

Aktualnie

. ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁

Nieboskłon otworzyła oczy, czując, jak coś ściska się w jej żołądku. Choć lubiła wychodzić na treningi i rozmawiać z innymi kotami, tak bardzo brakowało jej kochanych siostrzyczek i boku. Czuła się bez nich okropnie. Nie dość, że gdyby coś im się stało, to nie miałaby jak ich bronić, ale w dodatku… Po prostu miała wrażenie, że są jej nieodłączną częścią i przebywanie gdziekolwiek bez nich, było dla niej okropne. Mimo to bura wstała, nie chcąc dostać po uszach od kogokolwiek, że nie wstała na czas. Udała się do sterty zwierzyny, mając zamiar tam poczekać na Lotosowy Pąk, kiedy ujrzała cztery koty idące wzdłuż tunelu wyjściowego. Malinka niekoniecznie zwróciła uwagę na pozostałych, skupiając się na burej, która niosąc w pysku dwie myszy, zmierzała w jej kierunku. Kiedy jedna z nich wylądowała na stercie, młodsza odezwała się, swoimi ślepiami w kolorze lodowca wpatrując się w wojowniczkę.
— Dzień Dobry… Jak Cię zwą? Wybacz, lecz siostry me zdradziły mi jedynie część imienia twego, same nie znając całego. Ja jestem Nieboskłonna Łapa.
Szylkretka sama zaskoczyła się swoją wypowiedzią, nie wiedząc, jak w jej głowie ułożył się ry, choć jej pysk, pozostawał niezmienny. Nie miała zamiaru pokazać nic, dopóki nie upewni się, że Krokus nie stanowi zagrożenia.

< Krokus? >
[618 słów, trening kronikarza Nieboskłonnej Łapy]

Od Tropiącej Łaski do Cętkowanego Tęgosza

Tropiącą Łaskę w zasadzie nigdy nie obchodzili starsi. Gdy była jeszcze kociakiem, lubiła wysłuchiwać ich historii, które wtedy wydawały jej się jedynie drobną hiperbolą rzeczywistości. Teraz jednak widziała już, że ich słowa były zwykłymi banialukami. Ile prawdy było w opowieści Gąsiorkowego Trzepotu o klątwach rzucanych przez Kwaśną Kocankę? Ile w bajce o tym, jak Trzcinniczkowa Dziupla stracił wzrok? Wspomniany starszy został kilka wschodów słońca temu wyciągnięty na środek azylu. Nie po to, by opowiadać historie, lecz dlatego, że jego ciało zesztywniało i wystygło. Jego śmierć nie była dla klanu ani ogromnym zaskoczeniem, ani szczególnym ciosem. W Klanie podwoiła się liczba królowych, przybyło uczniów niezdolnych do polowania na tyle skutecznie, by wykarmić siebie i swoich pobratymców, a lada moment potroić miała się również liczba kociąt. Zgon jednego starszego był w zasadzie odciążeniem dla klanu. Trzcinniczkowa Dziupla wyświadczył im przysługę, zdychając. Tak właśnie myślała, aż do pojawienia się plotek. Sama pręguska nie dostrzegła w śmierci starszego niczego podejrzanego, jednak Gąsiorkowy Trzepot – siostra zmarłego – zarzuciła jej, że jej były wychowanek, Cętkowany Tęgosz, maczał łapy w zgonie czekoladowego kocura. Z początku słowa ześwirowanej na punkcie spisków staruchy nie brzmiały zbyt przekonująco. Dopiero później, podczas rozmowy z Kruczym Piórem, do zielonookiej dotarło, co właściwie miała na myśli. Zastępca i członek kultu zamienił z nią kilka słów na temat spotkania kultystów, a przy okazji wspomniał o rudym kocurze, którego wcześniej tego samego dnia szykanowała Gąsiorkowy Trzepot. Tropiąca Łaska nie mogła uwierzyć własnym uszom, gdy Krucze Pióro najzwyczajniej w świecie oznajmił jej, że Cętkowany Tęgosz złożył wizytę w legowisku Zalotnej Gwiazdy – na jej życzenie – i opuścił je ze zwieszonym ogonem. Tym razem nie miała powodów, by mu nie wierzyć. Był rozsądny i nie miał żadnego powodu, by okłamywać ją w takiej sprawie. Jego słowa brzmiały też znacznie rzetelniej niż słowa kotki, której zdrowy rozsądek odebrało jeszcze przed narodzinami zastępcy. Oczywiście słowa dymnego kultysty musiały być prawdą. W końcu połowa złych wydarzeń z ostatnich księżyców sprowadzała się albo do Klanu Gwiazdy, albo do jej przeklętych uczniów. Widmo skandalu Nocnego Śpiewaka jeszcze nie ucichło, a następny już musiał niedyskretnie zamordować członka starszyzny! Czy naprawdę tego ich nauczyła? Gdyby to ona zamordowała członka starszyzny, z pewnością zrobiłaby to dyskretnie. Po usłyszeniu tych jakże nieszczęsnych wieści, nastrój kotki uległ drastycznemu pogorszeniu. Irytacja szybko przerodziła się we wściekłość, jednak czekała aż do samego wieczora, by skonfrontować rudego pręgusa, zanim zrobi to ktoś inny – i to w sposób znacznie mniej przyjemny niż ona. Kipiała ze złości. Gdy patrol wrócił do obozu, na czele z Tęgoszem, szylkretka natychmiast ruszyła w jego stronę, by go wypytać.
— Cętkowany Tęgoszu! Dawno nie rozmawialiśmy, a już od dzisiaj wiem, że mamy o czym. Nie zatrzymuj się, mam do ciebie sprawę — wycedziła. — Jak to się stało, że nie zwróciłeś się do swojej byłej mentorki ze sprawą, którą miała do ciebie Zalotna Gwiazda? Nie jestem w stanie poradzić nic na twoje problemy? Może nie. Może na ten akurat nic nie zaradzę.

<Cętkowany Tęgoszu, czy zabiłeś Trzcinniczkową Dziuplę?>

Od Lipieńka CD. Milczka

Zatrzymałem się gwałtownie, kiedy zęby zacisnęły się na moim ogonie. Przez krótką chwilę stałem jak wryty, zaskoczony bardziej samym faktem, że ktoś mnie ugryzł, niż bólem, który przeszedł przez końcówkę ogona. Odwróciłem łeb i zmrużyłem oczy na Milczka. Nie rozumiałem, dlaczego właściwie próbował mnie zatrzymać. Przecież nic złego nie robiłem… chyba. Chciałem tylko wyjść na chwilę poza żłobek i zobaczyć, co dzieje się w obozie. Może znalazłbym gdzieś kolejną ciekawą rzecz tak jak wcześniej tego ślimaka. Albo spotkałbym Wełniankę. Albo Fiołka. Właściwie powodów było mnóstwo.
Wokół nas panował typowy dla poranka gwar. Przez szczeliny pomiędzy wysokimi trzcinami wpadały cienkie smugi światła, przesuwając się po piaszczystym podłożu żłobka wraz z poruszającymi się źdźbłami. Z zewnątrz docierały przytłumione głosy dorosłych, szelest łap przebiegających po wilgotnej ziemi i pojedyncze nawoływania kotów wracających z patroli. Pachniało mokrą trzciną, ziemią i wodą, a gdzieś niedaleko musiał znajdować się brzeg, bo w powietrzu wyczuwałem znajomą, chłodną woń rzeki. Właśnie to wszystko sprawiało, że jeszcze bardziej chciałem się stąd wydostać.
Ogon poruszył mi się nerwowo, gdy spróbowałem go wyswobodzić z pyska Milczka. Nie zamierzałem jednak odgryzać mu się tym samym. Zamiast tego cofnąłem się o krok i usiadłem, spoglądając na niego z wyraźnym niezrozumieniem. Dopiero teraz zauważyłem, że kremowy kocurek wyglądał trochę inaczej niż reszta kociąt. Był cichy. Bardzo cichy. Nie przypominał Wełnianki, która potrafiła mówić bez przerwy, ani Fiołka, która zdawała się mieć energię na wszystko. Milczek sprawiał wrażenie, jakby większość rzeczy obserwował z boku.
— Dlaczego mnie zatrzymałeś? — zapytałem w końcu, przechylając głowę. Zerknąłem za siebie, w stronę wyjścia, a później ponownie na niego. — Chciałem tylko zobaczyć, co jest na zewnątrz.
Przez moment milczałem, po czym moje spojrzenie przesunęło się ku wejściu. Zza trzcin mignął mi fragment jasnego futra któregoś z wojowników. Zaraz potem zniknął, pozostawiając po sobie jedynie szelest roślin. Wstałem ponownie, ale tym razem nie ruszyłem od razu. Coś mi podpowiadało, że skoro Milczek aż ugryzł mnie w ogon, musiał mieć jakiś powód.
— Nie wolno ci wychodzić? — dopytałem, spoglądając na niego uważniej.

<Milczku?>

Od Skowronka CD. Bryzki

Nawet nie zdążyłem odpowiedzieć na wyzwanie siostry. Kiedy tylko usłyszałem jej głos, od razu oderwałem wzrok od taty i spojrzałem na pióro. Leżało na świeżej ściółce, a jego delikatne krawędzie poruszały się przy każdym podmuchu chłodnego wiatru wpadającego do żłobka.
— Hej! Oszukiwałaś! — pisnąłem oburzony, gdy Bryzka pierwsza dopadła przedmiotu. Zaraz jednak uśmiechnąłem się szeroko, a mój ogon zaczął zamiatać po ziemi. — Ale jeszcze zobaczysz!
Nie zamierzałem dać jej tak łatwo wygrać. Rzuciłem się za nią, tym razem nie zamierzając przegrać. Miodowy Ul była przecież niedaleko! Wokół nas rozlegały się głosy innych kotów, a gdzieś poza żłobkiem słychać było szelest liści poruszanych wieczornym wiatrem. Słońce powoli znikało za drzewami, barwiąc niebo na róż, fiolet i ciemny błękit.
Próbowałem biec dokładnie tak, jak robił to tata. Wyprostowałem grzbiet, uniosłem głowę i przyspieszyłem, ile tylko miałem sił w łapkach. Chciałem wyglądać tak samo dobrze, jak on, kiedy przemierzał obóz.
Przez chwilę naprawdę myślałem, że ją dogonię.
Byłem już prawie przy karmicielkach, kiedy przypomniałem sobie jej wcześniejsze słowa.
„Skowronku, tylko nie wpadnij w nie!”
Moje uszy drgnęły.
— O nie…

***

Jakiś czas później siedziałem obok Bryzki i otrzepywałem z futra kawałki mchu. W powietrzu nadal unosił się zapach świeżej ściółki, a z zewnątrz wpadało coraz mniej światła. Wieczór robił się chłodniejszy, przez co mimowolnie wtuliłem łapy pod siebie.
Dostałem niezły ochrzan za to, że wpadłem prosto na karmicielki. Na szczęście nie zrobiłem im krzywdy, chociaż chyba i tak narobiłem wystarczająco dużo zamieszania. Przez chwilę siedziałem cicho, udając, że bardzo interesują mnie kawałeczki mchu przy moich łapach.
Na mój pyszczek wpełzło lekkie zakłopotanie, ale szybko zastąpił je uśmiech.
— To nie było specjalnie — mruknąłem, zerkając na siostrę.
Po chwili parsknąłem śmiechem.
— Ale musisz przyznać, że prawie wygrałem!
Dumnie wypiąłem pierś i poprawiłem się, jakbym właśnie dokonał czegoś niezwykle bohaterskiego. W końcu prawie ją dogoniłem! To się chyba liczyło.
Przysunąłem się trochę do Bryzki i szturchnąłem ją lekko barkiem.
— Następnym razem na pewno wygram.
Zerknąłem jeszcze raz w stronę taty. Wciąż uważałem, że wszystko, co robił, było niesamowite. Nawet zwykłe układanie ściółki wyglądało w moich oczach jak coś ważnego. Chciałem kiedyś być taki jak on. Silny, szybki, pracowity… i robić wszystko równie dobrze.
Spojrzałem z powrotem na siostrę.

<Tata by tak pobiegł. Prawda, Bryzko?>

Od Skowronka

Narodziny

Ciepło. To była pierwsza rzecz, którą znałem. Ciepło miękkiego futra, zapach mleka i poczucie, że jestem dokładnie tam, gdzie powinienem być. Nie wiedziałem jeszcze, co znajduje się wokół mnie. Świat był wielki, ciemny i pełen obcych dźwięków.
Poruszyłem maleńkimi łapkami, wydając z siebie cichy pisk. Nie wiedziałem jeszcze, że właśnie wtedy po raz pierwszy zwróciłem na siebie uwagę. Po chwili poczułem delikatne muśnięcie na główce.
— Skowronek…
Nie rozumiałem tego słowa. Nie wiedziałem, że to właśnie moje imię. Znałem tylko ciepło i głos, który od tej chwili miał towarzyszyć mi przez całe życie.
Obok mnie leżało jeszcze jedno maleństwo. Moja siostra. Była równie mała i bezbronna jak ja, a jej ciche piski mieszały się z moimi. Wkrótce i ona otrzymała swoje imię.
— Bryzka.
Nie wiedziałem, co ono znaczyło. Nie wiedziałem jeszcze, że od tej chwili to właśnie ten zapach i ten głos będą należeć do jednej z najważniejszych osób w moim życiu.
Wcisnąłem się mocniej w futro Pszczelego Roju, zupełnie nieświadomy tego, jak ogromny jest świat poza kociarnią. Nie wiedziałem jeszcze, kim zostanę. Nie wiedziałem, czym jest Klan Wilka, Klan Gwiazdy, Mroczna Puszcza ani dlaczego głos, który nadał mi imię, będzie dla mnie najważniejszym głosem na świecie.
Byłem tylko małym, niewidzącym jeszcze kociakiem. Moje życie dopiero się zaczynało.

Od Lipieńka CD. Wełnianki

Przez chwilę tylko patrzyłem na Wełniankę, próbując zrozumieć, jak właściwie odpowiedzieć na jej pytanie. Zmarszczyłem lekko nos, a moje uszy poruszyły się niespokojnie na boki. Wcześniej słuchałem opowieści Złocistego Widlika z zaciekawieniem, ale chyba nigdy nie zastanawiałem się nad nimi aż tak dokładnie. Były dla mnie przede wszystkim historiami. Czymś, co dobrze się słuchało, kiedy siedziało się wygodnie w żłobku, podczas gdy starszy kot opowiadał o dawnych czasach, Klanie Gwiazdy i rzeczach, których sami nie mogliśmy zobaczyć.
Teraz jednak słowa Wełnianki sprawiły, że wszystko zaczęło wydawać mi się odrobinę bardziej skomplikowane. Spojrzałem gdzieś ponad jej głową, jakbym spodziewał się znaleźć odpowiedź przywiązanym do trzcin sufitem albo pośród zabawek wiszących nad naszymi głowami. Skoro każdy kolor miał mieć swojego ptaka, to rzeczywiście… musiało ich być naprawdę dużo. I każdy musiałby wiedzieć, gdzie ma polecieć. No i skąd właściwie ptaki miały wiedzieć, jaki kot powinien zostać przyniesiony?
— Hmm… — mruknąłem przeciągle, siadając wygodniej. Ogon owinąłem sobie wokół łap, a wzrok przeniosłem z powrotem na siostrę. — To chyba oznaczałoby, że każdy z nas ma swojego ptaka.
Zawahałem się, po czym uniosłem jedną łapkę, jakby to miało mi pomóc policzyć wszystko, co właśnie przyszło mi do głowy.
— Tylko… skąd one wiedzą, dokąd lecieć? I dlaczego niektóre koty są takie same, skoro powinny mieć różne ptaki? — Przechyliłem głowę, coraz bardziej marszcząc czoło. — Przecież czasami rodzeństwo ma podobne futro. To wtedy jeden ptak przynosi kilka kociąt? Czy może zabiera je wszystkie naraz?
Na moment wyobraziłem sobie wielkiego ptaka, który próbowałby unieść kilka kociąt jednocześnie. Wąsy zadrżały mi z rozbawienia na samą myśl o tym, chociaż szybko spoważniałem. Coś mi w tej historii zwyczajnie nie pasowało. Nie wiedziałem jeszcze co, ale czułem, że brakowało w niej jakiegoś kawałka.
— A co, jeśli ta historia wcale nie mówi wszystkiego? — zapytałem w końcu ciszej. Spojrzałem na Wełniankę z wyraźnym zaciekawieniem. — Może ptaki to tylko takie wyjaśnienie dla kociąt? Żebyśmy wiedzieli, skąd się bierzemy, zanim będziemy wystarczająco duzi, żeby poznać prawdziwą odpowiedź.
Zamilkłem na chwilę, po czym dodałem, już trochę mniej pewnie:
— Bo gdyby naprawdę przynosiły nas ptaki… to chyba Złocisty Widlik musiałby wiedzieć, który ptak przyniósł mnie.

<Wełnianko?>