BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot u samotników!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 lutego, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

05 lutego 2026

Od Kosaćcowej Grzywy CD. Porywistego Dębu

Niegdyś chroniły go wiecznie zielone świerki, lecz od kilku księżyców musiał chować się we własnym futrze przez mróz, który przedostawał się przez nagie gałęzie dębów i brzóz. Pocieszenie mógł znaleźć jedynie w subtelnych promieniach słońca.
— Kosaćcowa Grzywo.
Wydźwięk tego imienia był dziwny. Brzmiało ono nieodpowiednie dla uciekiniera. W końcu nie był już lojalnym wojownikiem Klanu Wilka, a zbiegiem i zdrajcą.
— Kosaćcowa Grzywo!
Kocur zastrzygł uchem. Leżał w swoim legowisku, a jego wzrok był wbity w dół. Chciał zasnąć wiecznie. Zapaść się pod ziemię. Oczy kleiły mu się, a głowa odmawiała posłuszeństwa. Westchnął ciężko.
— Kosać…
— No żesz, wstaję już! — warknął i gwałtownie się podniósł z wielkiego posłania. — Czego chcecie tym razem? Może tym razem mnie wyrzucić na zbity pysk!? — syknął i spłaszczył uszy.
Gdy raczył obdarzyć biedaka spojrzeniem, omal nie wyskoczyło mu serce z piersi.
To był…
— Poziomku, ja nie… — wymamrotał zmieszany.
Pokręcił głową i zacisnął szczęki.
Wystraszony Poziomkowa Polana ugiął się pod byłym mentorem, zbyt przerażony, aby cokolwiek rzec w tej sprawie. Wyglądał nie tylko na zaskoczonego, ale i na zaniepokojonego. Szylkretowy kocur odsunął się od białego wojownika i westchnął ciężko.
— Ja… ja tylko ch…ch… chciałem, abyś ze mną poszedł… się przejść.
Pysk Kosaćca złagodniał.
— No dobra, Ziomeczku-Poziomeczku! — rzekł z fałszywym uśmieszkiem, zmuszając się do siadu. O mało, co ziemia by się nie zatrzęsła z powodu jego wagi. A zważywszy, że mało robił, masy mu się rzeczywiście przybrało. I faktycznie przydałby mu się ruch na świeżym powietrzu. — No to co, ruszamy, czyż nie?
Młodszy nerwowo skinął mu głową. I wyszli.

***

Oboje przykucnęli, gdy do ich nozdrzy dotarł smakowity zapach.
— O, patrz! — pisnął podekscytowany Poziomkowa Polana. — Tam jest mysz!
Kosaćcowa Grzywa skinął mu głową. Wysunął pazury i bez zbędnego myślenia z prędkością światła wgryzł się umiejętnie w kręgosłup zwierzyny. Słodki płyn przyćmił umysł Kosaćcowej Grzywy; zacisnął mocniej szczęki na myszce, aż w końcu… jej głowa spadła na oszronioną trawę. Młodszy kot zaniepokojony cofnął się, ale nie odezwał. Kosaćcowa Grzywa chwilę zszokowany gapił się w głowę gryzonia, po czym pokręcił łbem i na jego zakrwawionym pysku pojawił się słaby uśmiech.
— Brakowało mi krwi.
Poziomkowa Polana na jego słowa przełknął głośno ślinę i niepewnie przytaknął. Kosaćcowa Grzywa, widząc niemrawość byłego ucznia, zmrużył oczy. Wypluł ciałko myszy na brudną ziemię.
— Coś nie gra, Ziomeczku-Poziomeczku?
Odpowiedziała mu tylko cisza.
Biały uciekinier zmarszczył brwi.
— Odpowiedz — zażądał były mentor niskim głosem.
Młodszy uciekinier skulił się pod gromiącym go spojrzeniem Kosaćcowej Grzywy. Oddech Poziomka przyspieszył. Ponownie przełknął ślinę, wziął głęboki wdech i wydech, po czym zaczął walczyć z byłym mentorem na wzrok.
— Nie… nieważne — wymamrotał i nerwowo się odwrócił do Kosaćca tyłem.
Kosaćcowa Grzywa prychnął i prędko zagrodził mu drogę masywnym ciałem.
— Jak to "nieważne”? — warknął. — Powinieneś się bać prawdziwego kultysty! — powiedział z wysoko uniesioną brodą. — Nie mów, że wszystkie lekcje ze mną spędzone poszły w…
— Zalotna Krasopani jest twoją mamą.
Cisza zawisła między nimi.
— Ona… ona jest twoją mamą, racja? — powiedział Poziomkowa Polana pewniej.
Kosaćcowa Grzywa cofnął się.
— … Racja? — Kocur postawił jeden krok do przodu.
— Co ty… taki odważny, co? — wymamrotał srebrzysty van z nerwowym uśmieszkiem. Zmrużył oczy w szparki. — Przecież boisz się własnego cienia, ty…
Poziomkowa Polana stał sztywno z kamiennym wyrazem pyska.
— Masz takie same oczy jak ona — miauknął twardo. — Mimo wszystko jesteś ulepiony z tego samego błota, co ona. Nie możesz się nie zgodzić — mówił zimno. Przechylił łeb nienaturalnie, a na jego pysku pojawił się szeroki uśmiech. Oczy zaszły mroczną czernią, a po policzkach zaczęła spływać nocna maź.
Kosaćcowa Grzywa zaczął się cofać.
— Nie uciekniesz od tego — odezwały się głosy w ciele Poziomkowej Polany. — Nie jesteś zbawicielem. Nie jesteś bohaterem. Jesteś synem niechcianym, potępionym. Partnerem nielojalnym. Grzesznikiem — wysyczał. — Jesteś mordercą. Synem morderczyni! — zaryczał, stawiając pewniejsze kroki ku uciekinierowi. — Jesteś pomyłką. Klan Gwiazdy się nad tobą zlitował… ale zrozumiał swój błąd.
Obraz zaszedł niepokojącą czernią. Widział przed sobą dobrze mu znane, brązowe oczy. W oddali mógł usłyszeć odgłosy mew i spokojnych fali morskich, rytmicznie przybliżające się i oddalające od brzegu. Tak samo było, gdy jeszcze w Klanie Wilka miał koszmar. Koszmar, w którym zostało ujawnione, iż jego miłość spowoduje szkodę, nieurodzaj i ból. A nie tak później urodziły się jego słodkie córeczki…
Ciekawe, co u Postrzępionego Mrozu…

***

Wtem otworzył swe ślepia i zorientował się, że był w transie.
— Odpowiedz! — zażądała medyczka, a jej ogon zamiatał wściekle podłoże.
Biały kocur spiął mięśnie i zszokowany popatrzył się po trójce. Stał przed nim Miodowa Kora, Jarzębinowy Żar i… Porywisty Dąb. Westchnął ciężko i postanowił przybrać ledwo co posklejaną maskę.
Kosaćcowa Grzywa wypluł mech i pokazał owej dwójce swoje kiełki w swoim luzackim uśmieszkiem.
— Nigdzie go nie zabrałem, sam wyszedł ze mną. Nie musicie się tak spinać, tym bardziej że powinniśmy trzymać się razem. — Rozejrzał się. — Nieprawdaż, Miodowa Koro? — Ciężki wzrok spoczął na nim. — Jak to mówił Mglisty Sen? Są dwa obozy w Świetlikach, czemu utrudniacie w dobrym zacieśnianiu się więzi? Hmm?
Miodowa Kora warknął coś pod nosem, pokazując przy tym swoje kły. Ewidentnie zabolał go przytyk swojego byłego ucznia.
— Nie wycieraj sobie teraz pyska gadką o jednoczeniu się Świetlików — warknął.
Porywisty Dąb położył mech na ziemi i stanął pomiędzy kocurami. Jego tylne nogi trzęsły się z wysiłku. Wytrzymał spojrzenie Miodowej Kory i usiadł, nie mając siły.
— Nie wińcie Kosaćcowej Grzywy — wstawił się za kocurem. — To ja wyszedłem zaraz za nim. Nie chciałem wracać do dalszego leżenia, więc spróbowałem czegoś, co jest na tyle łatwe, bym mógł pomóc w budowie nowego obozu. Za długo siedzę tutaj, a jest coraz zimniej. Legowiska są prowizoryczne i brakuje, żebym jeszcze się przeziębił. Potrzebuje więcej ruchu, z resztą tak samo ciężko jest z Poziomkową Polaną. Przecież nie może przesiedzieć cały ten czas na posłaniu!
Kosaćcowa Grzywa patrzył się w swojego obrońcę beznamiętnym wyrazem pyska.
Jarzębinowy Żar wymieniła się skonfundowanym spojrzeniem z Miodową Korą.
— Wiecie co? Pójdę wam na łapę, jestem zbyt zmęczona, żeby użerać się z dwójką. Róbcie, co chcecie, tylko by to nie skończyło się gorzej, niż jest teraz.
Obdarzyła ich zmęczonym spojrzeniem i wróciła do swojego legowiska, gdzie na nią czekał Stroczkowa Łapa. Miodowa Kora z urazą popatrzył na Kosaćcową Grzywę, jednak nic nie powiedział kocurowi. Odszedł na ubocze, gdzie siedziała Rysi Trop.
Srebrzysty van splunął i prychnął. Pff, co tu kryć… ta grupa nie przetrwa. Przynajmniej nie w takim stanie.
— Strasznie się mnie czepiają — powiedział cicho Kosaćcowa Grzywa, przynajmniej jakby mówił to do siebie.
— A dziwisz się im?
Kosaćcowa Grzywa spojrzał na niego zdziwiony. Czyżby ten smarkacz śmiał pyskować?
Zatrzepotał długimi rzęsami, po czym odchrząknął i zwiesił głowę.
— Nie… nie mogę im się dziwić, Porywisty Dębie. — Pokręcił bezsilnie łbem. — Jestem tylko dla nich chaosem. Nieładem… — Przełknął ślinę. — …Pomyłką. Ale co zrobić, gdy przez całe księżyce tak dobrze grałeś, że w końcu przestałeś udawać? Światło nadziei zgaszono. Nie jestem już wybrańcem. Nie jestem tym, czego pragnęli ci gwiezdni.
Nagle tajemniczo się uśmiechnął.
— Nie byłem ich zabawką. Przeżyłem księżyce cierpienia, będąc noszonym przez wiatr. Szukałem przebaczenia, Porywisty Dębie. Znalazłem tylko cierpienie i wyrzuty sumienia. Może to ja miałem być tym antagonistą. Może to mnie powinny siły Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd zabrać w odmęty szaleństwa. Może to… może to ja powinienem zginąć przez jabłonkę. — Przy wypowiadaniu ostatniego zdania młodszy uciekinier mógł zobaczyć ból na pysku kocura. Najprawdopodobniej nawiązywało to do niefortunnej śmierci Zabłąkanego Omenu, inaczej Obłąkańca. — A mimo to, wciąż żyję. Nie wiem, czy mam szczęście i szansę na jakieś odkupienie… czy to kara za to, że istnieję i podczas życia cierpię… oraz krzywdzę tych, których poprzysiągłem sobie chronić, choćby kosztem życia.
Uśmiech zniknął.
Kurtyna opadła.
Czyżby Porywisty Dąb przedostał się przez ostatnią warstwę Kosaćca, której nikt nie zdobył od dawien dawna?
Ach, nie tak prędko. Ta bajka nie kończy się "... I żyją długo, i szczęśliwie”, gdyż…
… przedstawienie jeszcze się nie skończyło!
Biały kocur cmoknął, a zanim Dąb mógł cokolwiek rzec w tej sprawie, znów stali na oświetlonej scenie.
— No… to raczej na tyle z moich uczuć. Pora wrócić do tego jakże irytującego, starszego wojownika, którego wciąż śmieszą brązowe żarty — zarechotał. — Może chciałbyś pooglądać, jak ten mężny, odważny kocur kopie legowisko dla przywódcy, czyli samego siebie? — rzekł głośno oraz żartobliwie z wysoko uniesionym podbródkiem i puścił mu wesołe oczko.
I choć jak bardzo Kosaciec próbowałby kryć swój głęboki smutek, tak trudno było powstrzymać młodego wojownika przed współczuciem dla zbłąkanego wybrańca.
Kosaćcowa Grzywa stał nad nim z nerwowym uśmieszkiem, czekając niecierpliwie, aż kot spełni jego rozkaz. A może tego nie zrobi?

<No chodź, inwalido>

Od Szron (Oszronionej Łapy)

Wiatr dął, uderzając z impetem w kamienne ściany jaskini. Od czasu do czasu był na tyle silny, aby przynieść ze sobą wirujące smugi białego śniegu, pozwalając, aby potem osiadły na ciemnej posadzce. Wiele kotów pozostało w obozie, nie chcąc niepotrzebnie pchać się w środek tej zimowej zawieruchy. Szron wpatrywała się jednak w tych, którzy z grymasami zbierali się (głównie mentalnie), aby postawić pierwszy krok w tę zimnicę. Przeskakiwała leniwie ze skwaszonych pyszczków uczniów, których mentorzy wcale nie wyglądali znacznie bardziej chętnie do treningów, ale którzy byli czujnie obserwowani przez Pikującą Jaskółkę. Zastępczyni, nie bacząc na anomalie pogodowe, wysyłała patrole graniczne oraz dwa niewielkie patrole łowieckie, które po kolei wychodziły ze zwieszonymi ogonami, pogodzeni najpewniej, że jedyne co znajdą dziś między trawami, to przeszywający świst wiatru.
Nawet wiewiórki nie były tak głupie, żeby wychodzić na gałęzie podczas podobnej pogody. Cała wyprawiona grupa kotów była skazana na porażkę... A klan na coraz mniejsze zapasy.
— To besz szenszu — mruknęła pod nosem, nie spodziewając się niczyjej obecności. Słońce dopiero co budziło się, a promienie, które wpadały do obozu przez ścianę zmarzniętego wodospadu, były ogniście pomarańczowe. Słyszała wprawdzie, że matka i brat już też się obudzili, ale wydawali się być zajęci. Łuna powiedziała im, że to dzień ich mianowania, że zostaną uczniami i rozpoczną trening pod okiem jakiegoś zdolnego wojownika, że w końcu uwolnią się z ciasnej kociarni i poczują smak wyczekiwanej przestrzeni.
— Tak uważasz? — odezwał się zmęczony głos Jastrzębiego Zewu, która niespodziewanie pojawiła się za jej plecami. Pointka odwróciła się i zmrużyła niebieskie ślepia.
— Tak... — burknęła, ale już nie tak pewnie. Miała mieszane uczucia co do wiecznej królowej. Wiedziała, że była kiedyś szanowaną wojowniczką, że to ona konkurowała z Pikującą Jaskółką o rangę zastępczyni, że to wszystko stało się nieosiągalne po wojnie z Klanem Wilka, która wciąż ciężko spoczywa w pamięci większości kotów.
— A chcesz swój pierwszy trening spędzić z pustym brzuchem? — Podniosła jedną brew, wpatrując się przenikliwie w mordkę kociaka. — Wojownik nie poluję jedynie, gdy słońce grzeje w grzbiet, a bryza niesie trop zwierzyny prosto pod jego nos.
— Wiem! Nie jesztem głupia! — warknęła, marszcząc nos.
— Nie, nie jesteś... Ale jesteś naiwna i wygodna. Ale to się skończy... — miauknęła, schylając się nieco, aby złapać koteczkę za karczek i przyciągnąć bliżej. Posadziła ją między przednimi łapami i zaczęła wylizywać sterczące niesfornie futro na grzbiecie. — Wiatr jest zmienny i niemożliwy do opanowania, więc są szansę, że tak prędko, jak się wzburzył, tak prędko stanie się łagodny i pomocny. Ciesz się z tego. Być może twój pierwszy trening nie będzie niczym walka z samą naturą. — Przejeżdżała szorstki językiem po pyszczku kotki, a ta krzywiła się z każdym ruchem coraz mocniej. Nie rozumiała tego wszystkiego. Czy atrybutem wojownika jest piękne futro? Nie wydawało jej się, ale gryzła się w język. O ile Źródlana Łuna nie była przez nią zbytnio szanowana, tak nie mogła tego samego powiedzieć o szylkretcę, której ułożony charakter i przemyślane słowa faktycznie robiły na Szronce wrażenie. Milczała więc i pozwoliła doprowadzić się do jakiegokolwiek ładu.

Kościste, zmęczone ciało lidera wdrapało się z trudnością na mównice. Kocur trząsł się, nie wiadomo czy z zimna, czy z wysiłku. Wydawał się zagubiony, jakby nie do końca wiedział, dlaczego się fatygował. W końcu jednak jego oczy trafiły na dwójkę maluchów, stojących na dole, wciąż jednak otoczonych przez inne koty. Ich niecierpliwe spojrzenia przyciągnęły go do rzeczywistości. Odchrząknął ciężko i zaczął:
— Sztrzępku, Szron, wstąpcie. — Głos rozniósł się po obozie, próbując walczyć z hukiem wiatru. Jego wnuki zrobiły kilka kroków do przodu. Brat zatrzymał się idealnie pośrodku, ale koteczka zrobiła jeden dodatkowy sus, chcąc wymusić zaczęcie od niej. Wiedziała, że w tym momencie musi zacząć walczyć o pewien rodzaj dominacji.
"To zaczyna się teraz, już... To zaczyna się od małych rzeczy. Nie będę jak Jastrzębi Zew. Żałosna, smutna i roztrzaskana Jastrzębi Zew. Nie skończę zagoniona do żłobka jak ona czy nawet matka. Nie pozwolę się traktować w taki sposób." — pomyślała, wpatrując się w posiwiały pysk dziadka. Nie zareagował szczególnie na czyn pointki.
— Szron, ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś wkroczyła w szeregi uczniów. Od tego momentu, do kiedy otrzymasz imie wojownika, będziesz nazywana Oszronioną Łapą, a twoim treningiem zajmie się Trójoki Zając. Niech nauczy cię wszystkiego, co sam umie. — Na moment zrobił przerwę, aby uspokoić starczy kaszel, który nagle go zaatakował. Kontynuował w końcu, zwracając się tym razem do kremowego kocura, który również wyszedł z szeregu i stał teraz kilka kroków od swojej bratanicy. — Trójoki Zającu, jesteś już gotowy, aby zająć się pierwszym uczniem. Miejmy nadzieję, że przekażesz Oszronionej Łapie swoją pokorę i doświadczenie, abyś wyrosła na lojalną i zasłużoną wojowniczkę Klanu Klifu. — Zakończył, a klan kilka razy wykrzyknął jej nowe imie. Odwróciła się w stronę swojego nowego mentora. Nie wiedziała, czy cieszy się, czy nie, że został nim wuj. Nie wiedziała, czy wolałaby kota, którego znała, czy kogoś, kogo może widziała jeden raz, kiedy przemykał przez obóz. Mimo wszystko nawet ona był świadoma, że mogło być znacznie gorzej. W końcu zielonooki zbliżył się na tyle, że mogli dotknąć się nosami; słyszała, jak ten cicho pomrukuję. Razem z nim odeszła na bok, gdzie stał ojciec, a kilka kroków dalej, nieco na osobności, matka. Nie chciała łapać z nikim kontaktu wzrokowego, nie potrzebowała pochwał. Niczego jeszcze nie osiągnęła. To, co stało się teraz, nie było niczym wyjątkowym. Dopiero pokaże im, co potrafi.
Nie zwracała szczególnej uwagi na mianowanie brata, przynajmniej nie do momentu, kiedy nadano mu mentora, który raczej nie był na ten moment dysponowany i zdolny do przeprowadzania treningów. Na słowa, że rodzeństwo przez jakiś czas będzie dzielić się Trójokim Zającem... poczuła dreszcz ekscytacji. To była jej pierwsza szansa, jej pierwsza rywalizacja. Do momentu, kiedy Bukowa Korona nie zostanie zwolniony z legowiska medyków, będą spędzać czas razem, będą uczyć się od tego samego kota dokładnie tych samych rzeczy, a więc to, kto będzie lepszy, będzie zależeć tylko od ich własnego zaangażowania i wrodzonego talentu. To była szansa, której Oszroniona Łapa nie mogła zaprzepaścić.

[975 słów]

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Kamiennego Pióra

— Rozumiem. Chyba — mruknął cicho, kiedy już zdążył opanować swoje emocje. Jego miauknięcie wypełniło niezręczną ciszę, która nastała między nimi. To ucieszyło kotkę; na jej pysku pojawił się szeroki uśmiech, a oczy zabłysły.
— Naprawdę? To super! Bo wiesz, ja naprawdę nie chciałam, żeby było ci smutno z tego powodu, po prostu musiałam wygrać!
— Tak, wiem… — odparł Kamienna Łapa.
— Ale nadal wydajesz się jakiś taki smutny! — zauważyła kotka.
— No tak, no bo… Trochę się boję, że nie wygram żadnej bitwy i zostanę wyrzucony z klanu! — Jego głos delikatnie zadrżał. — Nie umiem tak dobrze walczyć, jak ty, i chyba nigdy się nie nauczę! — wyznał, a jego oczka się zaszkliły.
Przez kilka uderzeń serca ruda milczała, wpatrując się w smutny, zmizerniały wyraz pyska Kamiennej Łapy, nie do końca wiedząc, jak powinna zareagować. Coś ścisnęło ją w piersi. To, co mówił czekoladowy, nie było prawdą. Wcale nie był gorszy od niej. I wcale nie czekało go żadne wygnanie.
— Oj, nie mów tak! — odparła w końcu, kręcąc powoli głową. — Nie ma tak, że walczę “lepiej”, bo taka się urodziłam. Wystarczy trening, dobra taktyka, a każdego przeciwnika pokonasz skinieniem palca! — mówiła pewnie, zadzierając nos, jakby sama wierzyła w każde wypowiedziane słowo.
Kamienna Łapa wciąż pociągał nosem, niezbyt przekonany, jakby bał się uwierzyć w to, co słyszy.
— Masz jeszcze wiele księżyców przed sobą, nim Nikła Gwiazda w ogóle zacznie na ciebie patrzeć, myśląc: “kiedy by tu go wyrzucić” — kontynuowała, nieco łagodniej. — Wykorzystaj je dobrze, a w końcu, gdy staniesz do walki, będziesz pewny swojej wygranej! Ważne jest, byś się nie poddawał, bo jesteś już na bardzo dobrej drodze do zwycięstwa.
Zaczęła zasypywać go radami, poruszając wąsami z dumą i radością.
— Wyciągnij wnioski z naszej walki, pomyśl, co mógłbyś jeszcze przećwiczyć, w czym idzie ci gorzej. I nie bój się prosić swojego mentora o pomoc w rzeczach, które sprawiają ci trudność — dodała na koniec. Zastanawiała się tylko, czy jej słowa zostaną w umyśle ucznia na dłużej, czy może ulecieć miały już następnego dnia.

* * *

Walka Kamiennej Łapy na wojownika

Kocimiętkowy Wir zgromadziła się wraz z innymi kotami z Klanu Wilka, by obserwować walkę o tytuł wojownika między Kamienną Łapą a Cienistą Łapą. Ta potyczka szczególnie ją zaciekawiła, dlatego postarała się przecisnąć na sam przód zgromadzenia. Chciała mieć dobry widok – z całego serca kibicowała czekoladowemu kocurowi i miała nadzieję, że tym razem uda mu się wygrać.
Wciąż miała w głowie obraz z tamtego dnia, kiedy to jej samej udało się pokonać Kamyka. Dla niej był to dzień, który przyniósł dumę… ale dla niego? Pamiętała jego załzawione oczy, drżący głos. Serce krajało jej się na samą myśl, że pręgowany mógłby zostać wyrzucony z Klanu Wilka. Nie zasługiwał na to. Nikt nie zasługiwał. Pozbawianie kogoś dachu nad głową tylko dlatego, że nie urodził się maszyną do zabijania, było okrutne i podłe.
Może ścieżka wojownika po prostu nie była dla wszystkich. Nie zawsze niechęć do nauki wiązała się z lenistwem – Kocimiętka znała taki przykład aż za dobrze. Jej siostra, Makowa Łapa, była kotką o wrażliwej duszy. W każdym – nawet w zwierzynie, którą jadła na co dzień – widziała żywą istotę. Nie ociągała się, nie robiła na przekór swojej mentorce z czystej złości. Po prostu było jej pisane być kimś innym. Kimś, kogo Klan Wilka nie chciał wśród swoich szeregów. Ruda zdążyła już zauważyć, że tutaj liczyła się bezwzględność. Brutalność. Nie podobało jej się to, ale z drugiej strony… nie miała na to żadnego wpływu. Protest wiązałby się ze śmiercią, a ucieczka… Cóż, nie widziała siebie w roli samotnika.
Nagle po polanie rozległ się sygnał do rozpoczęcia walki.
Kamienna Łapa wystrzelił w stronę swojego przeciwnika jak strzała, lecz Cienistej Łapie udało się wykonać zwinny unik. Starszy runął na glebę, stękając cicho pod nosem. Kocimiętka poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Wychyliła łebek z tłumu i rozdziawiła pysk, jakby chciała coś krzyknąć do Kamyka, lecz ostatecznie z jej gardła nie wydobył się żaden dźwięk. “Dawaj, Kamienna Łapo. Poradzisz sobie z nim!” – myślała jedynie, wbijając pazury w ziemię.
Po chwili bury rzucił się na czekoladowego, przygważdżając go do podłoża, co jeszcze bardziej podburzyło Kocimiętkę. Jeśli Cienistej Łapie uda się go pokonać, to chyba sama wskoczy w wir walki i pogoni go tak, że już nigdy nie odważy się postawić łapy na terenach tego klanu!
Na szczęście Kamiennej Łapie udało się kopnąć przeciwnika w brzuch i wydostać spod jego uścisku. Zielonookiej jakby kamień spadł z serca. Walka wciąż trwała i wszystko mogło się jeszcze zmienić, lecz ona była przekonana, że Kamyk ma realne szanse na zwycięstwo, jeśli tylko pozostanie skupiony.
Czekoladowy zdołał uderzyć przeciwnika w uszy, a zaraz potem oba kocury turlały się już po ziemi, prychając i sycząc. W powietrzu latały strzępki futra, aż Kocimiętka musiała zmrużyć oczy, by żaden z nich nie wpadł jej do ślepi. W końcu żółtookiemu udało się przycisnąć młodszego do ziemi tak, że ten nie był w stanie się poruszyć.
Na pysku rudej rozkwitł szeroki uśmiech. Kamienna Łapa wygrał, a ona była jedną z tych kotek, które imię nowego wojownika skandowały najgłośniej.
— Kamienne Pióro! Kamienne Pióro! Kamienne Pióro! — wołała, gdy Nikła Gwiazda skończył wypowiadać formułkę.

* * *

Teraźniejszość

Kontakt z Kamiennym Piórem nieco jej przepadł, odkąd kocur został wojownikiem. Co prawda nie liczyła na to, że przez jej trajkotanie mu nad uchem o motywacji i treningach czekoladowy zacznie ją lubić, ale, tak czy siak, łapała się na tym, że czasem wpatrywała się w niego z oddali, zastanawiając się, czy nie podejść. Ostatnio zauważyła też, że Kamyk spędza coraz więcej czasu z Korowym Szeptem. I nie – nie była zazdrosna. Nie miała zresztą o co. Po prostu nie chciała im przerywać podczas rozmów czy wspólnych spacerów. Wiedziała, że nie jest koleżanką czekoladowego wojownika, więc nie zamierzała zachowywać się jak takowa.
Czasem chciała jedynie upewnić się, jak żółtooki czuje się na randze wojownika i czy nie jest już takim płaczkiem, jak niegdyś. Teraz jednak była nieco zmieszana, gdy uświadomiła sobie, że Kamienne Pióro szkolony był przez tego ścierwojada – Wilczy Skowyt. Lubili się; niekiedy rozmawiali ze sobą, wspominając czasy z treningów. Kocimiętka patrzyła wtedy na nich ze złością, a krew buzowała jej w ciele. Właściwie była ciekawa, czy Kamyk nie ma jej za złe, że zaczęła rozpowiadać plotki o jego mentorze. Choć mimo wszystko – skoro te “plotki” były prawdą, to czy w ogóle można je było tak nazwać? Sam Wilczy Skowyt praktycznie przyznał się do romansu z kotką spoza Klanu Wilka.
O wilku mowa, a wilk tu. Kocimiętka spojrzała w stronę wejścia do obozu i dostrzegła Kamienne Pióro, kroczącego obok Wilczego Skowytu. Za nimi do azylu weszło jeszcze kilku wojowników – najpewniej wracali właśnie z patrolu. Ruda zmierzyła mentora Kamyka nienawistnym, lodowatym spojrzeniem. Musiało to rzucić się w oczy, bo już po chwili dwójka kotów zaczęła zmierzać w jej stronę.
Na szczęście Wilczy Skowyt pochylił się ku byłemu uczniowi i szepnął mu coś do ucha, po czym odłączył się od niego bez słowa. Kamienne Pióro jednak nie spuścił z niej wzroku. Trzymając kontakt wzrokowy z rudofutrą, dreptał prosto w jej stronę.

<Kamyku?>

04 lutego 2026

Nowi członkowie Klanu Klifu!

 Patrolowi Klanu Klifu podrzucono dwójkę pięcioksiężycowych kociąt!


Aldrowanda


Tygrysek

Od Króliczej Prawdy CD. Szron (Oszronionej Łapy)

— H-halo? — zagadał ponownie, a koteczka położyła nieco uszy po sobie.
— Odbijam kamień — rzuciła sucho, marszcząc brewki. Kocur położył się naprzeciwko niej, aby być na poziomie jej mordki. — Nie widzisz?
— Widzę, po prostu... wolałem, żebyś ty mi powiedziała. Liczyłem, że kryją się za tym może jakieś zasady lub coś takiego, ale odbijanie kamienia też może być fajne — powiedział spokojnie, ale kapka zmieszania była dość wyczuwalna, zwłaszcza kiedy patrzyło się na niepewny pysk kocura.
— Nie. Nie jest fajne. Jest nudne jak wszysztko w obozie... — Uderzyła ogonem o kamienną posadzkę i naburmuszona wydęła policzki.
Królicza Prawda wcisnął łeb głębiej w szyję, mrugnąwszy kilka razy. Chwilę potem jego zmieszanie zastąpił jednak ciepły, rozbawiony uśmiech. “Co za ziółko z tej Szronki” – pomyślał, mrużąc lekko ślepia. Na pewno wyrośnie na dobrego wojownika, choć wyczuwał, że kotka może z początku być krnąbrna na treningach.
— Nie martw się, Szronko — zapewnił ją kremowy, rozluźniając mięśnie. — Już niedługo wstąpisz w szeregi uczniów i dostaniesz mentora. Nie będziesz już musiała siedzieć w tym nudnym obozie, tylko będziesz skakać po gałęziach drzew, polować na kraby i uczyć się ruchów bitewnych! — mówił dalej, próbując jakoś pocieszyć naburmuszoną, młodą koteczkę.
Ta jednak burknęła cicho pod nosem, po czym spojrzała na wyjście ze żłobka.
— I przez następne ksziężyce będę musziała wsztawać szkoro świt! — odparła w końcu, teraz patrząc na swojego ojca z zadartym nosem. Nieczęsto kociaki nie cieszyły się na swoje mianowanie. Szronka najwyraźniej miała wobec niego pewne obiekcje.
— Cóż, to… prawda — odparł spokojnie pręgowany, wzruszając delikatnie ramionami. — Ale ja byłem uczniem aż dwa razy i zapewniam cię, że idzie się przyzwyczaić — zaśmiał się, lecz pointka spojrzała na niego zdziwiona.
— No co? — zapytał, po czym na moment zamarł. Jeszcze nie opowiadał kociętom Źródlanej Łuny swojej historii, ale to nie było raczej konieczne. Nie musieli wiedzieć, że ich “ojciec” w młodości popełnił sporo błędów.
Pokręcił głową.
— Nie przejmuj się tym, co powiedziałem. Chodzi o to, że bycie uczniem naprawdę nie jest takie złe. Jasne, czasem podczas treningów dostaniesz w kość, ale to właśnie w tym okresie swojego życia… odkrywasz siebie, zdobywasz przyjaciół na długie księżyce i bierzesz udział w… niekiedy głupich… akcjach, z których wspomnienia zostają ci do końca życia — rozgadał się, samemu wspominając czasy, gdy jeszcze był takim małym, niegrzecznym urwipołciem.
Pointka miała wlepiony wzrok w swoje łapy, jakby nad czymś myślała. Czy w ogóle słyszała, o czym do niej mówił? Czy może jego słowa dotarły do niej jednym uchem, a wypadły drugim? Zresztą, nieważne. Nie potrzebuje motywacyjnych przemów swojego taty. Zrozumie wszystko w swoim czasie.
W końcu kremowy podniósł się powoli z miejsca i otrzepał futro z kurzu i innych syfów, które się do niego przyczepiły, gdy tak sobie odpoczywał. Młódka poruszyła się powoli i zaczęła lustrować go wzrokiem.
— Och, ja… — urwał na ułamek sekundy — …muszę już iść.
Powiedziawszy to, ruszył do wyjścia ze żłobka. Nim postawił łapę poza nim, obejrzał się jeszcze przez ramię. Szronka wyglądała na zadowoloną – choć wciąż miała dosyć zirytowany wyraz pyszczka – zniknięciem Królika sprzed jej pyska.
“Dlaczego każdy kot, dla którego staram się być jak ojciec, zawsze mnie nie cierpi?” – pomyślał, w końcu opuszczając kociarnię, by ze zwieszoną głową udać się do swojego własnego posłania. “Co takiego robię źle?” – zastanawiał się, przez co o mało nie zderzył się z przemykającą środkiem obozu Kukułką. Liliowa szylkretka obdarzyła go wrogim spojrzeniem i czym prędzej zniknęła mu z pola widzenia.
Czy to wszystko wciąż było karą za jego idiotyczną ucieczkę? Czy byłby szczęśliwszy, gdyby nigdy nie strzeliło mu do łba uciec z bezpiecznego azylu, jakim dawniej był dla niego Klan Klifu? Sam już nie wiedział, czy tym romansem, tą zdradą, bardziej rozgniewał swoich pobratymców, czy samych Przodków. Ciągle żył z wrażeniem, jakby ktoś z góry sterował wszystkim, co dzieje się wokół, tak by to jemu seriami trafiały się niefortunne zdarzenia.

* * *

Kilka dni później

Królicza Prawda nie był dziś w najlepszym humorze. Właściwie to chodził spięty i sfrustrowany już od kilku dni z rzędu, co zapewne nie umknęło uwadze jego ucznia – Pasterzowej Łapy. Młodszy jednak, zamiast się nad nim zlitować i dać mu trochę spokoju, wymyślił sobie, że Klan Klifu czeka epidemia, liczne śmierci i całkowita zagłada. Niestety nie powstrzymywał się przed tym, by tymi podejrzeniami wyssanymi z palca podzielić się ze swoim mentorem, który wszystkiego miał już po dziurki w nosie.
— Królicza Prawdo… — zagaił raz, patrząc na wojownika ze stresem błyszczącym w ślepiach.
Bursztynowooki westchnął ciężko, modląc się tylko w duchu, że tym razem Pasterz zapyta go o coś związanego z treningiem.
— Tak, słucham? — odparł krótko, wciąż wpatrując się w rozległe połacie przed sobą, zamiast spojrzeć na kremowego ucznia.
Młody zawahał się na moment, lecz zaraz potem przełknął ślinę, jakby przygotowywał się do rozmowy o życiu i śmierci.
— Nie boisz się o swoich pobratymców? — zaczął z powagą w głosie.
Królicza Prawda zmrużył oczy, lecz nie odpowiedział. Pasterz postanowił kontynuować, mimo widocznej frustracji swojego mentora:
— Tak wiele kotów może przypłacić życiem nieuwagę przywódcy i wojowników... To w waszych łapach leży interes klanu! — trajkotał zmartwiony, a w jego oczach zakręciły się łzy. — Stokrotkowa Pieśń jest śmiertelnie chory, zaraża, a nikt nic z tym nie robi! Klan Klifu nie działa prawidłowo. Koty ignorują ostrzeżenia, uciszają głos rozsądku! — mówił dalej, z każdym słowem przybierając na pewności siebie.
W końcu zacisnął zęby i zmarszczył brwi. Jego warga drgała, a mimo to bursztynowooki wciąż szedł w kompletnej ciszy, omiatając wzrokiem polany pokryte śniegiem, mieniącym się w świetle słońca.
— Ewakuacja nie jest konieczna — stwierdził w końcu Królik zmęczonym głosem. — Nie mamy dokąd się udać. Jaskinia odgradza nas od wiatrów znad morza i daje schronienie przed śniegiem. Gdzie indziej chciałbyś zamieszkać? — mruknął, starając się nie krzyczeć na ucznia. Gdy Pasterzowa Łapa dołączał do klanu, wojownik nie spodziewał się, że będzie z niego taki pedant.
— Jak to gdzie? — odparł kremowy, wyraźnie oburzony. — Gdziekolwiek, gdzie zarazki nie fruwają w powietrzu! W obozie Klanu Klifu wszystko jest skażone chorobą Stokrotkowej Pieśni! Bezpieczniej jest żyć na tym chłodzie, niż w tej dziurze, która gnieździ w sobie coś, co w końcu nas zabije! — kontynuował, wciąż święcie przekonany o swojej racji.
“Kiedy on wreszcie zrozumie, że jeden chory Klifiak to jeszcze nie koniec świata?” – pomyślał Królik, zbyt zrezygnowany, by dalej prowadzić tę rozmowę z Pasterzową Łapą.
— Skup się lepiej na wspinaczce na drzewa, bo już zaraz dotrzemy do lasku.

* * *

Teraźniejszość

Gdy skończyły się wiwaty, Królicza Prawda jako jeden z pierwszych przecisnął się przez tłum, by pogratulować świeżo upieczonym uczniom. Serce biło mu szybciej niż zwykle, a na pysku wreszcie malowało się coś więcej niż tylko zmęczenie. Wpierw natrafił na Oszronioną Łapę i podchodząc do niej, posłał jej szczery uśmiech. W jego bursztynowych oczach migotała duma i pierwszy raz od dłuższego czasu wyglądał na prawdziwie uradowanego.
— Oszroniona Łapo! — zawołał ją jej nowym imieniem, by zwrócić na siebie jej uwagę. — Gratuluję ci zostania uczniem! Wierzę, że mój brat przekaże ci całą swoją wiedzę — mruknął do niej, gdy w końcu zwróciła pysk w jego stronę.

<Szronko?>

Nowi Członkowie Klanu Gwiazdy i Pustki!

BRZĘCZKOWY TREL

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna odejścia: Starość

Odeszła do Klanu Gwiazdy!

KUKUŁCZE SKRZYDŁO

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna odejścia: Starość

Odszedł do Pustki!

KOŁYSANKOWA ŁAPA

Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna odejścia: Zagryzienie przez lisa

Odszedł do Klanu Gwiazdy!

Nowa Członkini Klanu Nocy!

 

Lilia

Od Kasztanka

Kasztanek poczuł, jak mięciutkie, białe piórko ląduje mu na nosie. Pisnął z ekscytacją, wyrzucając je w powietrze ponad swoją główkę. Wysunął pazury, wystawiając łapy wysoko nad siebie. Nagle poczuł, jak traci równowagę. Mroźny podmuch wiatru ze świstem wkradł się do kociarni, głaszcząc niektóre koty po grzbietach. Jego ciałko zatrzęsło się z zimna nieprzyjemnie. Przysiadł prędko, ciasno owijając ogonek wokół łap. Piórko upadło tuż obok jego nogi, brązowooki wyskoczył w jego kierunku, mimo chłodnych pazurów, które próbowały odebrać od niego wszelkie resztki ciepła. Gdy złapał je wreszcie, atmosfera wokół jakby się zmieniła. Koty w centrum zdawały się poruszone, donośne głosy poniosły się po azylu.
— Gdzie ją znaleźliście?
— Biedulka…
Postawił uszy z zaciekawieniem, drepcząc powoli w stronę wyjścia. Złocisty Widlik zatrzymał go swoim gęstym ogonem, następnie przysunął bliżej siebie, chroniąc przed chłodem. Kasztanek wtulił się w gęste kłosy z lekkim smutkiem, a także wstydem wymalowanym na mordce. Nawet jeśli powstrzymano go przed ucieczką, to nie wymazało to jego potrzeby dowiadywania się co miało miejsce wokół niego. Może jednak jak tu zostanie, to będzie lepiej… na zewnątrz wszędzie było tak zimno i nieprzyjemnie. Zauważył w centrum Rysi Bór, który po paru uderzeniach serca wycofał się do legowiska wojowników, wyraźnie przybity. Prawie zlewał się z puchem, miał tak jasne futro.
— Co mu się stało? — zapytał maluch, podnosząc głowę i wbijając wzrok w piastuna.
Złocisty Widlik pogłaskał go delikatnie po łebku.
— Stracił kogoś ważnego. Każdy przeżywa takie rzeczy na swój sposób — wyjaśnił, na co kocię jedynie zamyśliło się na moment, a potem pokiwało głową. Może chodziło o tą kotkę, która zginęła ostatnio. Najprawdopodobniej. Dotarły do niego plotki, chociaż bardzo okrojone. Zastanawiał się, czy postąpiono w ten sposób po to, żeby nie zaprzątał sobie głowy dodatkowymi informacjami, które mogły potencjalnie wpłynąć na jego rozwój.
Kasztanek zauważył, że jeden z wojowników, Siwa Czapla niesie obcego kociaka w ich kierunku. Jej futerko było jasne, trochę pręgowane, rzadziej niż te jego. Jej oczka były zielone, przypominały te należące do Złocistego Widlika, tak mu się wydawało. Gdy Nocniak zajrzał do żłobka, wzrokiem szukał pewnego kota. Starszy poderwał się na łapy, odbierając od pobratymcy malutką koteczkę.
— W razie gdyby jej się pogorszyło, poinformuj niezwłocznie Gąbczastą Perłę lub Różaną Woń. Jedna z nich przyjdzie później zobaczyć w jakim stanie jest Lilia — przekazał, po czym kiwnął głową piastunowi. Złocisty Widlik odpowiedział mu, jednak Kasztanek nie mógł skupić się wystarczająco na jego słowach. Podszedł odrobinę do koteczki, patrząc na nią ze zdziwieniem, ale i lekkim niepokojem. Futro delikatnie zjeżyło mu się wzdłuż kręgosłupa i mimo prób uspokojenia tego, nie był w stanie. W jego głowie zaczęły pojawiać się myśli z których nie był dumny. Co jeśli Lilia za chwilę na niego wyskoczy z pazurami? Nie, to niedorzeczne…

Od Księżycowej Łapy

 Zjawił się w legowisku medyków w momencie, w którym wiedział, że nikogo w środku nie ma poza Zawilcową Koroną. Wdzięczna Firletka wyszła na zbieranie ziół wraz z Wełnistą Łapą, a przed chwilą lecznicę opuścił Śniąca Łapa który musiał przestać ignorować swoją chrypę. Nie chciał z nim rozmawiać ani pozwolić by zobaczył, jak teraz paskudnie wyglądał. Skrył się i poczekał aż przejdzie, by wejść szybko do lecznicy. 
– Zawilcowa Korono, jesteś? – odezwał się spięty.
Ogon kocura drgnął niespokojnie, kiedy uniósł wzrok znad ziół i pokierował go na przybysza.
– Księżycowa Łapo? Czyżbyś wreszcie stwierdził, że trzeba do nas zagościć? – rzucił kremowy, wstając i obracając się w jego kierunku, tym samym zasłaniając wcześniej oglądane medykamenty. – Cóż Cię sprowadza w nasze progi?
Nie owijając zbytnio w bawełnę, przełknął głośno ślinę zanim przemówił. 
– Zaprowadź mnie do Gwiezdnej Sadzawki – zażądał, po czym dodał już nieco mniej pewnie – Proszę...
– Co? – kremus przekrzywił lekko głowę, niezbyt rozumiejąc czemu taka prośba padła z pyska ucznia. – Nie rozumiem po co miałbyś chcieć tam pójść. Nic tam nie znajdziesz, prócz zawodu.
– Chcę porozmawiać z mamą – wymamrotał dość niechętnie i markotnie. ,,Skoro nie da się jej zwrócić życia"...
– To módl się, aby wyrocznia przyjęła Cię pod swe łapy po śmierci. Bo innej drogi nie ma, abyś się z nią zobaczył.
Nie była to odpowiedź której się spodziewał i gdyby mógł, teraz pewnie posłałby kocurowi wymowne spojrzenie. 
Ale nie mógł. 
Zamiast tego, srebrny ogon drgnął ze zirytowania. 
– Co mi po wyroczni, skoro mama najpewniej jest wśród Gwiezdnych – prychnął, chociaż sam na tym etapie nie bardzo wiedział w co wierzyć. Równie dobrze mogli wszyscy wierzyć w to samo ale pod inną postacią. – A skoro Króli-... skoro sama się nie pojawia, to muszę iść i sam ją zobaczyć.
– Ależ tam jest i jestem tego pewien. Czyżbyś odrzucił nauki twej matki i podążył w pustkę za Gwiezdnymi? Jestem zawiedziony. Myślałem, że posiadasz coś więcej i nie podążasz w ciemność, no cóż. – po tych słowach jego głos stał się ostrzejszy oraz cichszy. – Wiem co tam zastaniesz, byłem tam nie raz i za każdym razem przypominane mi jest, że to bujda. Ja ją nie ujrzałem w wodzie, więc ty również jej nie zastaniesz.
– Może jesteś bardziej ślepy niż ja, trzeba było lepiej patrzeć – parsknął cynicznie w stronę wujka, nie dając rady się ugryźć w język. Już od jakiegoś czasu rosnąca frustracja przejęła władzę nad ogólnym lękiem przed innymi kotami. A może to przez izolację przestało go obchodzić, czy nie powie czegoś, co może wyjść poza granicę. Miał gdzieś czyja wiara miała rację, chciał zobaczyć się z mamą, gdziekolwiek by nie była. Poza tym, o czym on mówił? – Z resztą mama mnie niczego konkretnego nie uczyła, gdybyś się bardziej przejął kotami dookoła ciebie, to może byś wiedział, że niczego nam nie narzucała. – słowa Zawilca z jakiegoś powodu niezwykle go zirytowały, niemniej, nie przyszedł tu po to, by obrażać wuja... chociaż na to było już chyba za późno. Wziął znów głębszy oddech, może da się jeszcze porozumieć? – Proszę cię jedynie, żebyś mnie tam zaprowadził. To nie tak, że będziesz musiał się integrować...
– Któż mi to wypomina? Szanta powinna wpoić wam jedyną poprawną wiarę, jednak widać, że również ona nie wsłuchiwała się w rad Ryk. Głupia, pewnie zboczyła i poniosła tego konsekwencje. – echo jego głosu dało znać, że medyk odwrócił się od ucznia, niezbyt chętny do kontynuacji rozmowy. – Odejdź teraz, a ja udam, że ta rozmowa nie miała miejsca.
– Konsekwencje – powtórzył z niedowierzaniem, jakby uderzono go w pysk. – Uważasz, że tak miało być? Że to po prostu ,,konsekwencje" niepodążania za twoim urojeniem? – wycedził nie wierząc w to, co słyszy. Było to tak absurdalne, tak głupie... Zachowywał się niemal tak, jakby był szczęśliwy ze śmierci Szanty. – Nie mogę uwierzyć, że postrzegałem cię jako rodzinę. Przecież to... to....
– Więc również ty masz zamiar zboczyć z dobrej ścieżki? Dobrze, rób co twa dusza zapragnie, ale nie wracaj gdy zaboli. Ani do mnie ani do Kminka, bądź Rumianku, gdyż jak sam przyznałeś, nie jesteśmy już rodziną.
– Ty całkowicie nie rozumiesz, co się do ciebie mówi. – zauważył na wydechu, wciąż w ciężkim szoku – Nie potrafisz przyjąć do wiadomości najprostszych słów, najprostszego wyjaśnienia. Zamiast przyjąć na siebie sens słów, wciągasz nagle w konflikt wszystkich w koło! – głos zaczynał mu drgać, było to zdecydowanie zbyt wiele w jego normalnym stanie, a co dopiero teraz. – Twoim hobby jest nadinterpretowanie tego, co mówi druga osoba! Nie potrafisz nawet zrozumieć, że istnienie twojej wiary jest tak samo prawdopodobne jak istnienie najpewniej kilkuset innych. Nie potrafisz skrytykować samego siebie! 
– W przeciwieństwie do Ciebie, ja wiem, że Wyrocznia istnieje, nie jak Klan Gwiazdy. Nie będę już wyrażał mego zdania odnośnie gwiazd na niebie, gdyż widząc twą reakcje, nie jesteś gotów usłyszeć prawdy. Jak miałbym nie przywoływać tu mych braci, jak i oni żyją w podobnym przekonaniu co ja? – zaśmiał się cicho, rzucając swój wzrok na sufit legowiska. Nad nimi pewnie czuwał Królicza Gwiazda, który wypędziłby go za te słowa, jednak on ich nie słyszał, przynajmniej na razie. – Oh Księżycowa Łapo, każdy doświadcza konsekwencji swych czynów, nawet jeśli nie jesteś w stanie ich dostrzec, a marnowanie swego cennego głosu, tego nie zmieni. Odejdź.
– I nie masz na to nawet żadnego dowodu – zachichotał w nerwach, nerwowo skubiąc łapą dłuższą część swojego futra. Zawilec nie miał dowodu, żadnego dowodu na istnienie Wyroczni. Był tak samo pozbawiony wiedzy jak cała reszta kotów. Wziął urywany oddech zdając sobie sprawę, że jeśli dłużej zostanie w tym miejscu, najpewniej wybuchnie płaczem. – Jesteś tak samo nawiedzony jak ci, którzy nie widzą świata poza Klanem Gwiazdy. Gratulacje. – po tych słowach, zwalczając chęć złośliwego zostania w miejscu na komendę ,,odejdź", wymaszerował na zewnątrz. Był bezużyteczny! Zawsze był, a dopiero teraz Księżyc zdołał to zauważyć. Z resztą nie tylko on, cała ta rodzina była bandą bezużytecznych kotów. Zanim ktokolwiek zdołał nawiązać z nim rozmowę, zniknął poza obozem. Jeśli Zawilcowa Korona jest tak uparty w swoich przekonaniach, że nawet nie chce mu pomóc, to sam się wybierze do sadzawki. Nie wiedział jak, znał jedynie podstawowe tunele i część z nich po których poruszał się przy norze, jednak powinien dać w końcu radę, w końcu delegacja do Księżycowej Sadzawki nie odbyła się tak dawno temu, prawda? Zapach Króliczej Gwiazdy i reszty kotów nie powinien tak szybko zwietrzeć. 

┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦----

Nad srebrnym ciałem stała inna, księżycowa istota, upstrzona w gwieździstą skórę, przyglądając się śniącemu w ciszy. Chwilę jej zajęło, zanim dotknęła nosem czoła młodszego kota, jak gdyby w obawie przed odtrąceniem. Tyle wystarczyło. 
Gdy ten otworzył oczy od razu poznał, że śni. W dziwny co prawda sposób, gdyż nie było to coś na wzór wspomnień których zazwyczaj doświadczał, a twór bardziej wyraźny, bardziej realny, chociaż patrząc na sytuację, był to zły dobór słowa. Jak bowiem można określić mianem realnego istotę z delikatnie migoczącej materii, stojącej tuż przed nim? Jedyne czego nie poznał od razu, to wygląd Szanty. Nie widział nigdy kotki, nie w ten sposób. W pierwszej chwili nastroszył sierść, jednak gdy dotarła do niego delikatka, gwiezdna woń, zaraz się uspokoił, patrząc jednak dość nieufnie na postać przed nim stojącą. Uniósł się powoli, siadł i milczał. Długo, pełen niepewności. 
– Mamo...?
– Nie sądziłam, że uda nam się jeszcze kiedykolwiek spotkać, a jednak przodkowie byli wobec mnie łaskawi, pozwalając mi na rozmowę z tobą. Oh, Księżycowa Łapo – miauknęła, a jej szczęka delikatnie drgnęła. Pojedyncza gwieździsta łza spłynęła po jej policzku. – Przepraszam, że was zostawiłam. Ciebie, Śniątko i Kołysanka.
Nie odzywał się. Wodził jedynie wzrokiem po pysku kotki, jakby miał znaleźć tam ukryte odpowiedzi. Z początku był zły. Nie wiedział z jakiego powodu, jednak patrząc na nią krótki moment, przez chwilę miał ochotę wrzeszczeć, wykrzyczeć jej, że czemu nie pojawiła się wcześniej, czemu pozwoliła mu siedzieć w tej zimnej, zatęchłej dziurze i czemu dała się zabić. I czemu przychodzi do niego teraz, we śnie, gdy już miał w planach podróż do sadzawki? Czyżby gwiezdni nie chcieli mieć losowego gówniarza w swoim świętym miejscu, dlatego pozwolili na spotkanie? Niemal drżał, próbując ułożyć wszystkie myśli w spójną całość, jednak gdy otworzył pysk, nic się z niego nie wydobyło, jak bardzo by nie próbował. Zamiast tego, oczy powoli zaczęły tracić ostrość, aż w pewnym momencie zdał sobie sprawę, że się rozpłakał. Jak kocię, nieporadne kocię, które nie umie w inny sposób wyrazić swoich potrzeb, czekając, aż mama wszystkiego się domyśli i pomoże w kocięcych rozterkach. Skulił się, zmarszczył, pociągając smutno nosem, tak bardzo żałośnie przy tym wyglądając. 
Rozkwitająca Szanta w ciszy przyglądała się synowi, pozwalając mu na okazywanie duszonych przez wiele księżyców emocji. Widziała, że potrzebował tego, jak nikt inny. Skorupa, która się otoczył, odwracając każdego, kto chciał mu pomóc, wreszcie zaczęła się kruszyć. Nachyliła się i delikatnie otarła się pyskiem o mokry policzek syna.
– Ja... ja próbowałem – wydusił z siebie przez łzy – Naprawdę próbowałem, poszedłem nawet do Królika i... – urwał by wziąć urywany oddech, czując, jak łamie mu się głos – Ale powiedzieli, że już jest za późno i się już nie da nic zrobić... Ja przepraszam, naprawdę przepraszam.
– Ci. Ci. – miauknęła uspokajająco, otulając ogonem syna. – Zrobiłeś wszystko co w twojej mocy. Cała wasza trójka, jak i pozostali.  Nie mam do ciebie żalu, zamiast tego jestem dumna, że mam takiego syna, jak ty. Popełniłam błąd decydując się opuścić obóz tamtego dnia, lecz nie tylko ja. – westchnęła na wspomnienie Koziego Przesmyku. – Na szczęście nasza ofiara nie poszła na marne. Pamiętaj Księżycu, mimo, że nie kroczę już wśród żywych, zawsze będę przy tobie i twoich braciach. Nie pozwolę, aby w Klanie Burzy już nigdy nie zaległo się zło, które mogłoby wam zaszkodzić. Oni również. – Wymruczała, przenosząc spojrzenie w bok
Dumna? Z czego, że przez cały ten czas, gdy Śniąca Łapa rozwiązywał sprawę morderstwa to on gnił w legowisku niezdolny do ruchu? Pod ziemią, nie kontaktując się z nikim przez cały ten czas? I tak miał szczęście, że jeszcze babcia, chociaż schorowana postanowiła do niego zaglądać i bez słowa podsuwać jedzenie, chociaż i jej końcowo zabrakło. Jeszcze nigdy nie zmierzył się z tak przytłaczającą samotnością, chociaż miał dookoła siebie koty chcące mu pomóc. Pociągnął nosem, ocierając szybko pysk, by go chociaż spróbować osuszyć. 
– To nie to samo – zaprzeczył rozżalony, nie mogąc spojrzeć jej w pysk. Pierwszy raz żałował, że nie był ślepy. – Oni wszyscy tak mówią, jakby miało to jakkolwiek pomóc. Nie ma cię tam. Nie ma cię, nie będzie, a wszyscy się zachowują, jakby nic się nie stało. A co, jeśli znowu pojawi się kot jak Wieleni Szlak? Przecież było ich już wcześniej w klanie sporo, na pewno będzie ich więcej, jak i już nie ma ich w środku! – wypluł z siebie z żalem unosząc głowę. Właśnie wtedy zauważył, że nie patrzy na niego, a gdzieś... – Oni?
Spomiędzy traw wyłoniło się małe rude kocie, którego futerko mieniło się gwiazdkami. Maluch przyglądał się kocicy i uczniowi kronikarza, by zaraz w kilku susach znaleźć się u ich boku. W ślad za pointem ruszyły dwa inne szkraby, nieco mniej pewniej.
– Twoje młodsze rodzeństwo. – z żalem spojrzała na kociaki, które co prawda nie miały szansy wzięcia pierwszego oddechu, ale przynajmniej mogły bawić się przez resztę życia wśród Gwiazd. – Nie nazwałam ich. – Wyznała.
Rudy pointka węsząc zbliżył się do starszego kocura, gdy srebrzysta niebieska szylkretka wraz z brązowym dymnym kocurkiem stała lisią długość od nich.
Księżyc nie bardzo wiedział jak zareagować. Z zaskoczeniem obserwował coś, co powinno być kotem, jednak było niewiele większe od gryzonia. Zauważył też, że całkowicie zapomniał o ciąży swojej matki. 
– Szkoda – wypuścił na wydechu, nie bardzo wiedząc jak się zachować, postanawiając jedynie obserwować. Do czego konkretnie odnosił się jego komentarz? Nie wyjaśnił, równie dobrze mógł tym określić całą tą sytuację. Uniósł łapę nad najodważniejszego szkraba, znów czując, jak nagrzewają mu się policzki. Szybko pociągnął nosem. Tyle żyć zostało straconych, zabranych od niego, w dodatku bez konkretnego powodu. Jak musiały się czuć te kocięta, gdy zostały uwięzione w martwym ciele? Czy tak samo czuły, że umierają, nie mając jeszcze nawet szansy na złapanie pierwszego oddechu? Zostali zabici, nie przez chęć zemsty, nie przez próbę wymierzenia sprawiedliwości, którą mógłby wtedy usprawiedliwić, tylko... właśnie, przez co? 
– Nie nienawidzę jej – wyznał nagle i cicho swój grzech, czekając na werdykt – Nie potrafię. Może do mnie nie dotarło, to Śniątko umiał zająć się sprawą... Przepraszam.
– Cieszę się, że jej nie nienawidzisz. – na pysku wiecznej królowej zagościł delikatny uśmiech. Nie chciała, aby z powodu jej śmierci któreś z jej dzieci zeszło na mroczną ścieżkę. Dała im wolną wolę odnośnie wiary, jednak nie chciała wiedzieć żadnego z synów napędzanego chęcią zemsty czy wymierzenia na własną łapę sprawiedliwości. Nie tego dla nich chciała. – Przynajmniej nie będziesz zaślepiony zemstą, jak to często w takich sytuacjach bywa. Ta ścieżka nie jest tobie pisana, Księżycowa Łapo. – miaknęła, nie decydując się rozwinąć myśli.
– A tobie była pisana ścieżka śmierci? – odpalił od razu, nagle powracając do swojej pierwotnej irytacji, którą czuł gdy rozmawiał z Króliczą Gwiazdą i Zawilcową Koroną. – Kto o tym zdecydował, Klan Gwiazdy? – dodał z wyrzutem, przeciągle wzdychając chwilę później – A nawet jeśli bym nienawidził, nie miałbym się na kim mścić – wyznał markotnie – W końcu Wieleni Szlak została już osądzona.
Rozkwitająca Szanta uznała, że przemilczenie pytania na temat ścieżki śmierci będzie bardziej wymowne, jednak zdecydowała się stanąć w obronie Klanu Gwiazdy, aby jej syn nie miał do przodków żalu.
– Z chwilą narodzin nasza przyszłość zostaje zapisana w Gwiazdach, czy tego chcemy czy nie. Nasze losy są splecione z innymi kotami, na długo przed tym, gdy mamy szansę stanąć z nimi twarzą w twarz. – wytłumaczyła. – Moja śmierć, śmierć Koziego Przesmyku... ich śmierć... – Przejechała łapą po grzbiecie rudej pointki, dając znać, aby pozostała dwójka zbliżyła się do nich. Srebrzysta szylkretka dopadła do boku matki, wlepiając spojrzenie w starszefo brata – Była niezbędna, aby Wielni Szlak mogła zostać osądzona. Przynajmniej ona, ale na jej wspólnika również czekać będzie sądny dzień. – wymruczała, a jej wyraz pyska spoważniał. – Posłuchaj mnie uważnie, Księżycowa Łapo. Obiecaj mi, że nigdy, nieważne co przyniesie przyszłość, nigdy nie zwątpisz w Klan Gwiazdy. Nawet jeśli nie będziesz mógł ze mną porozmawiać, nie zapominaj, że zawsze będę przy tobie i twoich braciach. Jeśli trzeba będzie, również wspomogę medyków, aby Klan Burzy mógł pozostać bezpieczny i aby ofiara Skowroniego Odłamka nie poszła na marne. – przymknęła oczy. – Przekaż mojemu bratu, aby uważał na siebie i żeby nie przestawał wierzyć w Wyrocznię. Kto by pomyślał, że ma ona aż tak dużo wspólnego z Klanem Gwiazdy, którym pogardza...
To z czym się teraz spotkał i czego słuchał, to jedne wielkie farmazony, z którymi się nie zgadzał. Może kiedyś wysłuchałby matki z iskierkami w oczach, jednak teraz czuł jedynie żal i irytację a im dłużej mówiła, tym bardziej drażnił go koncept Klanu Gwiazdy. Z romantycznego punktu widzenia, los i śmierć za sprawę być może miała sens, jednak połowa romantyzmu uciekła z ciała kocura wraz z masowym morderstwem. 
– Równie dobrze mogła zabić kogoś innego – prychnął, jednak nie sprzeciwiał się dalej, nie chcąc nagle przez swoje słowa skrócić swoją rozmowy z mamą, bo jeszcze gwiezdni uznają, że to koniec połączenia. Niezadowolony odwrócił więc głowę, wbijając wzrok w ziemię wymownie. Na jej prośbę kiwnął jedynie głową, chociaż żołądek mu się przewrócił na wzmiankę o wujku.
– Kogo? Króliczą Gwiazdę? W końcu ma dziewięć żywotów, przynajmniej kiedyś miał. Przeplatkowy Wianek? Rudą Lisówkę? Opadającego Rumianka lub Zawilcową Koronę? A może Wełnistą Łapę? – dopytywała łagodnie. – A gdyby tym kimś innym byli twoi bracia? Czyje życie byłbyś w stanie poświęcić w zamian, widząc, że dzięki temu istniałby cień szansy na to, że mogłabym uniknąć śmierci? – przeniosła spojrzenie na niebo. – To musiałam być ja. – polizała syna po czole. – Starasz się to wypierać, ale w głębi serca wiesz, że właśnie tak musiało być. Spełniłam swoje powołanie w Klanie Burzy, jako matka i wieczna królowa, by móc być nią również na Srebrzystej Skórze.
– Nic nie wypieram, nie musiało tak być, przestań sobie wmawiać, że wszyscy mają narzuconą rolę jakbyśmy grali w jakiejś zabawie którą wymyśliła banda martwych kotów – rzucił w końcu zirytowany, strosząc sierść na karku. – I nie wiem, coś bym wymyślił – dodał, myśląc o poświęceniu życia. Nie mógł przyznać tego na głos, jednak jeśli zginęłoby tylko jego nienarodzone rodzeństwo zamiast Szanty, to nie byłby szczególnie smutny. – A podział kilka żyć za jednego mordercę jest zwyczajnie niesprawiedliwy. 
– Życie nie jest sprawiedliwe. – westchnęła. Przekonała się na tym na własnej skórze. Podniosła się z trawy. – Chodź, przejdźmy się, póki jeszcze mamy czas na rozmowę. – Zamruczała, dając znać, aby jej potomek za nią podążał. Musnęła ogonem kwiecie, a gwiezdny pył osiadł na jego płatkach. Trójka kociąt instynktownie skierowała się naprzód pochodu, wyprzedzając matkę i brata, bawiąc się wśród traw.
Spojrzał na nią niepewnie, niechętnie wstając i kierując się za nią przez trawy. Nie wiedział, co jeszcze mógł powiedzieć, jednak czuł, że czas mu się kończy. Przygryzł wnętrze policzka, idąc ze wzrokiem utkwionym w podłożu. 
– Czy myślałeś już o wojowniczym mieniu, jakie chciałbyś przybrać podczas ceremonii dorosłości? – spytała, zatrzymując się i spoglądając na syna przez ramię
– Nie myślałem o tym – przyznał beznamiętnym głosem. Była to ostatnia rzecz, nad jaką miał ochotę rozmyślać. Odległa i nieistotna wizja, że mówienie teraz o niej było dla niego abstrakcyjne – Dobrze mi z czymkolwiek...
– Imiona mają moc. Nie może być ci dobrze z czymkolwiek... Powinieneś nad tym pomyśleć i samemu zdecydować nad swoim członem, a nie pozostawiać tej decyzji komuś innemu, kto może wcale nie darzyć cię sympatią i będzie chciał cię ośmieszyć. Niedługo zostaniesz kronikarzem i to ty będziesz odpowiadał za dziedzictwo przodków. Będziesz mógł opowiadać prawdę lub też ją naginać, według własnego kaprysu. – Poruszyła uchem. – Hm, co powiesz na Księżycowe Zwierciadło? Albo ... Księżycowy Odłamek?
Drgnął uchem, zanim wzruszył barkami raczej obojętnie. 
– Może być – mruknął – Zazwyczaj i tak Królicza Gwiazda wybiera imiona, prawda? Czy ktoś kogo znasz sam zaproponował swoje imię przywódcy?
– To prawda. – przyznała synowi rację. – Hm, niech pomyślę... Chyba znalazłoby się kilka kotków, których wojownicze miana zostały zasugerowane liderom przez nich samych. Jednak tak jak i ja, polują wśród Gwiezdnych. Niektóre z nich pragnęły upamiętnić zmarłych lub po prostu ważne dla nich koty w ten, a nie inny sposób. – zamruczała. – Czy jest coś, o czym chciałbyś ze mną jeszcze porozmawiać? 
Podniósł wzrok na matkę nagle zdając sobie sprawę, że jest to najprawdopodobniej ostatni raz, gdy widzi ją za życia, a czas upłynął. Wciąż z tyłu głowy siedziała sceptyczna wizja mówiąca mu, że to wszystko to wytwór jego wyobraźni i chorej głowy, jednak jeśli nawet tak było, wolałby w tej chorobie zostać. Było tyle rzeczy którymi chciał się z nią podzielić oraz zapytać, że nawet nie wiedział od czego zacząć, jedynie plącząc sobie język. 
–  Nie idź –  w końcu wydusił z siebie łamliwym głosem, patrząc błagalnie na mamę. Mimo wszystko, pomimo straty był w stanie się z nią zobaczyć. Wiedział, że nie żyje, jakaś jego część już się do tego przystosowała, a jednak nie był w stanie znów się z nią żegnać. 
– Oh, Księżycu, przecież nigdzie się nie wybieram – swoim ciałem po raz ostatni otuliła swojego syna – Mam zamiar tu na ciebie poczekać. Tylko nie spiesz się za bardzo, dobrze? Jest jeszcze wiele rzeczy, których musisz doświadczyć. 
Nie wiedział do końca, kiedy się obudził, jednak z pewnością pamiętał rozmowę jak i powoli znikające ciepło Szanty, gdy ich czas na rozmowę dobiegł końca. Nie było to pożegnanie o jakim myślał, ani rozmowa jaką ułożył sobie w głowie, a mimo to żal wymieszał się z jakąś ulgą, której nie czuł od bardzo dawna. Jak gdyby odrobinkę, powoli i po trochu ciężar ustępował. 

[3162 słów]
<Jeszcze chyba tylko mianowanie przysięgam.>

Od Księżycowej Łapy

jakiś czas temu 

 Łapy poniosły go po raz pierwszy od dłuższego czasu na zewnątrz, w stronę obozu i świeżego powietrza którego nie czuł od dawna, nie licząc powiewów wiatru, które przeciskały się przez skalne szczeliny. Kocura można było uznać za miłośnika delikatnego wiatru, dużej ilości tlenu i świeżości, a mimo to skrzywił się, gdy chłodny wiatr zmierzwił mu rzadką sierść na pysku. W końcu stanął na trawie, rozprostował łapy i nim ciało zdołało nacieszyć się otwartą przestrzenią, przeszedł kawałek w stronę obozu. Jedyne co go martwiło to strażnik przy wejściu, którym, jak się okazało, był Kminkowy Szum. Kocur jednak oprócz zaskoczenia nie zdawał się być szczególnie przejęty widokiem Księżyca, a samemu srebrnemu było to jedynie na łapę. Nie poszedł jednak do legowiska uczniów, jak to by się zdawać mogło, a wprost do legowiska medyka, w którym zawitał jedynie na moment. Szybko wskoczył na schodki prowadzące w górę, nie chcąc przebywać zbyt długo w lecznicy. Nie tylko dlatego, że nie przepadał za tym miejscem od czasu nieprzyjemnych wydarzeń, a również przez chęć uniknięcia Zawilcowej Korony lub Wróżki, która mogła się kręcić w tych rejonach pomimo nocy. Wizja rozmowy z nimi i odpowiadania na niepotrzebne pytania była dla niego w tym momencie jedynie zbytecznym stresem. 
Nie minęła chwila, gdy stanął na wyższym piętrze, ostrożnie kładąc po sobie łapy. Nigdy tu nie był. Może tylko raz udało mu się wraz z Wróżką wyjść kilka stopni, jednak zaraz zostali zagonieni w dół przez Kukułcze Skrzydło. Teraz nie było tu nikogo, prócz Króliczej Gwiazdy, którego jednak obecności nie wyczuł od razu, jak gdyby była uśpiona. Jednak po chwili stało się jasne, że legowisko nie jest puste. Słychać było cichy oddech, który świadczył o pół-śnie. Nie był jeszcze tak głęboki i leniwy, jak to bywało, gdy kot całkiem zapadał w sen a Księżyc nie chciał czekać, aż Królik całkowicie “ulula” się do snu. Lider nie reagował na jego obecność, być może myślał, że to Zawodzące Echo do niego znów przyszedł, bo kto inny by zawitał u niego w nocnej porze? Niestety, musiał się mocno rozczarować, gdyż młodziak stojący przy wejściu nie był jego wyrozumiałym synem. Srebrny zbliżył się cicho w stronę leżącego, by zaraz szturchnąć go lekko łapą, by się rozbudził, a po chwili do jego uszu doszedł szmer, gdy dymny wstał ze swojego miejsca, wyraźnie zirytowany, być może również zmęczony.
— Zostało Panu jeszcze kilka żyć, prawda? — odezwał się cicho i głucho — W takim razie czemu nie oddał Pan jednego z nich mamie? — drgnął, biorąc zaraz drżący oddech. Miał tą rozmowę w głowie, ułożył ją sobie przed przyjściem tu i cały jej przebieg, zanim całkiem wyparowała mu z głowy. A teraz? Nie miał pojęcia, co robi. — Czemu ma Pan tyle żyć? Po co?
— Wiem, że tęsknisz za swoją matką, Księżycowa Łapo, i przykro mi z powodu tragedii, która cię dotknęła, ale zapewniam cię, że gdybym to ja miał decyzyjność i moc w sprawie moich żyć, to już dawno wszystkie bym oddał. Ale to tak nie działa — wyjaśnił najdelikatniej, jak mógł. — To nie ja decyduję o swoich życiach. Klan Gwiazdy daje je liderowi. I tylko on może je odebrać. Próbowałem do nich mówić, by dali mi... odpocząć w spokoju — widać było, jak bardzo stara się dostosować słownictwo do młodzika. — Ale nie dostaję żadnych odpowiedzi. Żadnych słów, żadnego głosu. Życia są od Klanu Gwiazdy dla przywódcy. Tylko dla niego. Raz dane są jak wielka skała - nie można z nimi nic zrobić — kontynuował. — Chciałbym móc przywrócić twojej matce życie, Księżycowa Łapo, ale nawet, gdyby Klan Gwiazdy do mnie przemówił... obawiam się, że na to jest za późno. Wybacz.
— Wcale nie — upierał się przy swoim, jasno przy tym pokazując, że jego młody umysł wcale nie dopuszcza do siebie słów przywódcy — A skoro Klan Gwiazdy jest taki wielki, świetny i mądry, powinien dać radę przenieść życie z innego kota na drugiego, prawda? Potrafi ożywić zmarłego, potrafi uleczyć rany i skoro potrafi podarować życie to może je też odebrać — wylał z siebie drżącym głosem, twardo stojąc za tym, za czym tu przyszedł — Z resztą nie możesz mieć pewności, w końcu się do Pana nie odzywali, tak? — dodał, jakby lekko zdenerwowany — Skoro nie chcą się odezwać i odpowiedzieć na wołanie, to trzeba samemu się do nich wybrać. Może się nie starałeś wystarczająco mocno by do nich dotrzeć, a może nie chce im się ruszyć i... nie, nie tak... — zaplątał się w myślach — Nie... nie wiemy tego. Nikt nic nie wie i to jest problem! Nic nam nie mówią! Nikt nam nic nie mówi, kto powiedział, że to niemożliwe, co? Nie wiesz tego, nikt nie wie. — zakończył twardo, drgając lekko ogonem. 
— Klan Gwiazdy rzadko spełnia życzenia żywych. Nie pytaj się mnie, co mogą, a czego nie mogą — bo niestety wiem tyle, co ty. Czasem czuję się, jakbym wiedział nawet mniej — westchnął. — Jeśli to cię uspokoi, mogę wybrać się do Sadzawki i spróbować z nimi porozmawiać. Być może wskazaliby nam drogę, być może by coś poradzili; ale nie obiecuję, że odbiorą mi życia i przekażą komuś innemu — to nigdy się nie zdarzyło. Nie obiecuję nawet, że w ogóle odpowiedzą. Nasz klan dopuścił się bardzo złych czynów i wygląda na to, że Gwiezdni się od nas odwrócili. O ile kiedykolwiek byli po naszej stronie…
Po ekscytacji malującej się na jasnym pysku łatwo można było wyczytać, że część o ,,złych czynach" gdzieś ominęła go w połowie drogi do jego uszu. Dla niego nie było to teraz ważne i może by się nad tymi słowami zastanowił i wyśmiał, jednak nie w tej chwili. Teraz wydawał się tak szczęśliwy, że mógłby niemal wycałować lidera, do którego chwilę temu miał wąty.
— Tak, tak! Dziękuję, naprawdę dziękuję! Na pewno posłuchają, muszą! Kiedy idziemy?
Zamiast natychmiastowej odpowiedzi, wyczuł zawahanie, które od razu spowodowało niepewnie poruszenie uszu. 
— Obawiam się, że twoja wizyta w Gwiezdnej Sadzawce wywołałaby jedynie niepotrzebne zamieszanie i podejrzenia. Być może będziesz miał kiedyś okazję żeby tam zajrzeć, jednak teraz nie jest odpowiedni czas.
— Odpowiedni czas... — powtórzył z już nieco ostudzonym zapałem, który powoli przerodził się w chłód. 
— Dam znać klanowi, że wyruszam jutro, jednak nie za twoją sprawą — rzekł wreszcie, już bardziej twardym i zdecydowanym tonem, którego brakowało mu przez ostatnie księżyce — Jednak nie obiecuję, że uda mi się cokolwiek zdziałać. I najlepiej będzie dla ciebie, jeśli też nie będziesz mieć zbyt wielkich oczekiwań.

┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦----

Mógłby powiedzieć, że obserwował, jak delegacja Króliczej Gwiazdy wychodzi z obozu na spotkanie z Gwiezdnymi, jednak zwyczajnie nie miał jak. Jeszcze przez chwilę jak wyszli walczył ze sobą czy jednak wbrew nakazowi iść za nimi czy nie, w końcu go nie zauważą, jeśli będzie dreptał po tunelach, jednak czas który poświęcił na myślenie sprawił, że końcowo nie miał szans dogonić lidera bez biegu, a to skończyłoby się w jego przypadku raczej marnie. No i nie wiedział gdzie jest wejście. Teoretycznie mógłby się spytać Słonecznego Fragmentu czy Zawilcowej Korony, jednak wizja możliwych konsekwencji gdyby udzielili mu informacji, była zbyt wyraźna, by się na to bezmyślnie rzucić. Co innego, gdyby się zgodzili. Bo niby czemu nie? Czemu miał zostać? To za jego sprawą mieli też iść, to on walczył o wskrzeszenie matki, a zamiast tego poszła obstawa która nie miała z tym nic wspólnego. Z jakiej racji nie mógł iść? Bo co, bo ,,święte miejsce dostępne tylko dla wybranych”? Coraz bardziej go ta wizja denerwowała, a że nie miał innego logicznego wyjaśnienia, po prostu się trzymał swojej wymyślonej wersji. Inna brzmiała tak, że zwyczajnie by przeszkadzał podczas drogi jako ślepiec, co tylko dodatkowo go zbulwersowało. Na pewno była droga na miejsce przez tunele, a on się w nich ostatnio świetnie odnajdywał, jeśli tylko zapomniał o tym, jak zimne i nieprzyjemne są. No i o tym, że mogłyby się łatwo zawalić mu na głowę. Krążył więc przed legowiskiem starszyzny, które jako jedyne było teraz najcichsze i najbardziej bezpieczne, chociaż do środka nie odważył się wejść. Ogon mu drgał, serce rwało pierś a z pyska wychodziło co jakiś czas pomrukiwanie i niezadowolone mamrotanie, komentujące tą całą sytuację. Chciał iść. Miał do tego prawo, a ,,nie bo nie” niezbyt go przekonywało. Ale przynajmniej Królik poszedł, prawda? Mógł wcale nie iść… nie było to jednak żadne pocieszenie. Zanim się wybrał wyraźnie powiedział klanowi, że poprosi o przelanie żyć na Zawodzące Echo, więc to był oficjalny powód. Czas mijał, a wraz z nią rosnąca frustracja i oczekiwanie. A może też coś ze strachu? W końcu z obawy przed pytaniami czy chęcią integracji od strony innych kotów, znów zniknął w tunelach, by w znanej, przytulnej grocie przeczekać resztę czasu, szukając zajęcia w drobnych czynnościach czy próbując się przespać, chociaż to drugie nie miało prawa działać. W końcu uświadomił też sobie, że nie może tak po prostu podejść do lidera gdy ten tylko wróci, chociaż bardzo by chciał znać od razu odpowiedź. Jednak jak podejdzie, zwróci na siebie uwagę, a nie chciał, żeby wszyscy słyszeli, wiedzieli i zaraz potem oceniali. Realizacja tej jednej sprawy spowodowała, że kocur musiał jakoś zdusić w sobie niepokój. A im dłużej czekał, tym większy strach w nim rósł, całkowicie zasłaniając uczucie ekscytacji. Czasem dopomagał sobie wtedy swoją głową, wyobrażając sobie, jak to by było, gdyby się jednak udało. Jak mama otwiera oczy, słychać jak bierze oddech po długim zesztywnieniu, jak wszyscy wzdychają z zaskoczenia i zachwytu, gdy jej futro odzyskuje teksturę i blask… a może gwiezdni by dali jej nowe ciało? W końcu czemu nie? Już i tak naginają rzeczywistość, dając liderom dodatkowe życia, co dla kocura zdawało się być wbrew naturze. Powtarzał sobie więc tą scenę w głowie tyle razy, że skończył ocierając łzy, wywołane jedynie złudzeniem. Znowu nie wiedział, co ze sobą zrobić. 
— Będzie dobrze, będzie dobrze, uspokój się, będzie dobrze, zaraz wrócą — w końcu zaczął kręcić się nerwowo po korytarzach, mrucząc pod nosem te same słowa jak mantrę, a dudnienie własnych kroków stało się jeszcze bardziej pobudzające i drażniące, jednocześnie tworząc jakiś rytm, który trzymał go w ryzach. W końcu się zmęczył, znów położył spać, chociaż wcale nie usnął. Czekał, aż upłynie wystarczająco dużo czasu by wrócić do obozu, bez konieczności odpowiadania na zbędne pytania. 

┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦----

— Przykro mi, Księżycowa Łapo, jednak to o co prosisz, nie jest możliwe — słowa lidera spłynęły mroźnym deszczem po jego karku. Królicza Gwiazda mówił spokojnie, gładko, chociaż brzmiał przy tym jakoś staro. A przynajmniej starzej, niż kiedy rozmawiał z nim przed wyprawą. Lider zdawał się czekać, aż młodszy coś powie, jednak kocurowi zaschło w gardle. Otwierał i zamykał pysk, aż w końcu zagryzł zęby, nagle czując, jak ucieka z niego cała energia, która nagromadziła się przez okres oczekiwania. Czuł się ciężki, ekscytacja i obawa zniknęły, pozostał tylko chłodny spokój. Jeszcze chwilę temu, pełen obaw, ignorując medyków wbiegł po schodkach w górę, mając nadzieję zastać Króliczą Gwiazdę samego. Teraz natomiast, wszystko jakby w nim spadło. 
— Życia lidera nie są przeznaczone by je rozdawać, nie po to Klan Gwiazdy obdarowuje nimi lidera. Być może byłaby możliwość przekazania komuś swojego własnego, jednak dla twojej mamy, Księżycu, jest już zwyczajnie za późno. Dusza na tym etapie nie ma już do czego wracać. — Rozmowa na tym się skończyła. Bez słowa wstał, kiwnął głową na podziękowanie i ciężkim krokiem wyszedł z legowiska lidera. Nie pamiętał jak i kiedy znalazł się znów w swojej ciasnej, ciemnej dziurze. Po chwili nadziei powrót tu był jeszcze cięższy niż wcześniej, a słowa starszego wcale nie dawały mu wyjaśnień, a jeszcze więcej pytań i niesmaku skierowanego do Gwiezdnych. W końcu to oni tworzą zasady, w końcu to oni rozdają życia, czemu więc nie mogą ich zmienić? To proste, nie chcą. Zwyczajnie cieszą się, że już dawno zdechli i teraz należy im się szacunek, bo są martwi. I mogą dzięki temu nie pomagać, nie wyjaśniać, nie kontaktować się i uznać, że jak raz na jakiś czas powiedzą coś zagadką albo odmówią pomocy, to wystarczająco. Czemu są tacy? W końcu to nie byty będące nad wszystkimi żyjącymi, a jedynie banda zdechlaków! On też pewnie będzie ich częścią, nie mogliby zrobić głosowania? Albo nie chcą pomóc bo nikomu wcześniej nie przyszło to do głowy i skoro oni nie zmartwychwstali, to innym też nie pozwolą. Zanim jeszcze dopadła go bierność, zdążył wbić pazury w ziemię, powoli się całkiem poddając. Jakie to ma teraz znaczenie? To on zawalił. Gdyby wyszedł z propozycją wcześniej, być może mama by żyła. Tylko czyje życie wtedy poświęcić? Morderczyni? Tak, chętnie złożyłby ją w ofierze, jednak na tamten moment nie wiedzieli nawet, że to jej wina, a on, czy wcześniej czy teraz, nie potrafił czuć w stronę Wieleniej nienawiści. Jedynie głęboki, potężny żal i zawód.Zwinął się znów w kłębek, w wyleżanym od dawna posłaniu, pogrążając w jego twardym, zwietrzałym objęciu.  

[2064 słów]
<sorry vezu, miało się skończyć przed nowym rokiem>