BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

22 września 2026

Od Chyżej Łapy CD. Poziomkowej Łapy

Porzeczka westchnęła z przykrością, gdy tylko Poziomka do niej się zwróciła. Serce jej oblewał żal, gdy widziała, jak ta się zbliżała do kogoś, kogo dopiero co poznała! Tragedia, masakra, koniec świata! Odwróciła smutny wzrok od siostry, odchylając głowę w tył.
— Czy ja jestem zła? Ah, no nie wiem. Ciężko mi stwierdzić, ale żal, smutno mi! Jak tak możesz się interesować jakimś pchlarzem, którego nawet nie znasz? — miauknęła, wzdychając teatralnie.
Poziomka przełknęła ślinę z trudem. Spojrzała na swoje łapy ze wstydu, po czym położyła jedną na łapie siostrzyczki.
— Przecież ty jesteś dla mnie jedyna i na pierwszym miejscu! Nowy uczeń potrzebuje kolegi, a ja nie wiem, kto chciałby być mu kolegą… — wymruczała przygnębiona. — Ale obiecuję, obiecuję, obiecuję bardzo mocno, że jesteś dla mnie najważniejsza! — upewniła ją, kładąc łapę na swojej piersi.
Porzeczka uśmiechnęła się chytrze.

* * *

Tw: walka, krew, nieprzyjemne opisy.

Popołudniowe słońce przyjemnie grzało grzbiety patrolu Klanu Burzy, podczas gdy delikatny wiaterek chłodził im boki. Źdźbła trawy uginały się odrobinę pod ciężarem kropel pozostałych po porannym deszczu. Na błękitnym niebie leniwie posuwały się gołębie chmury, a pod nim niemal tańczyły w locie niezliczone ptaki. Gdzieś w oddali, zza klifów skrzeczały mewy, a od strony lasów słychać było cudowne śpiewy kosów. Tak ten dzień najprawdopodobniej opisałby ktokolwiek, tylko nie Porzeczka. Ją to nie obchodziło, ważne, że w łapy nie było zimno, a wiatr nie psuł jej grzywy. Gdyby jej starannie ulizana sierść na karku się zmierzwiła, najnaturalniej by się wściekła. Na tych wszystkich urokach natury mogłaby się skupić Malinka, ale raczej nie Poziomka, bo nie wiadomo, czy ona w ogóle w główce miała cokolwiek przydatnego.
Uczennice uprosiły mentorów na wspólny patrol, a oni na ich szczęście nie mieli nic przeciwko. Konwojowi przewodziła Mała Bazia, za nią szła Porzeczka z Poziomką u boku, a pochód zamykał Śniący Obserwator. Szylkretka się tak bardzo ucieszyła, gdy jej siostra zaproponowała ten pomysł. Może jednak coś w tej jej głupiutkiej główce jest. Trzeba tylko znaleźć co. Tyle że Porzeczka wolała, gdy jej najukochańsza siostrzyczka Poziomeczka była posłuszna tylko jej, więc lepiej może nie odkrywać w niej żadnego niesamowitego talentu, bo może jeszcze coś jej uderzy do głowy, by stać się samodzielną. Przyszła wojowniczka bardzo tego nie chciała, a i tak pojawiło się dla relacji Porzeczka - Poziomka zagrożenie będące Dzielną Łapą. Młodsza siostra niepokojąco dla przyszłej wojowniczki się za nim oglądała. Musiała zadbać o to, by się nie zbliżyli za bardzo, bo kto wie, co im mogło uderzyć do głów.
Gdzieś nad głową kotka usłyszała długi, przeciągły okrzyk. Gdy podniosła wzrok, zobaczyła sylwetkę jakiegoś niezwykle dużego ptaka. Szybował nad patrolem tak mniej więcej na wysokości dwóch przeciętnych sosen. Szylkretka zmarszczyła brwi i z przymrużonymi oczyma próbowała lepiej się przyjrzeć pierzastemu zwierzęciu. Jego cielsko było pokryte brązowo-białymi piórami, a potężne skrzydła parokrotnie przewyższały długość jego tułowia. Tak, jak Porzeczkę niewiele obchodziły ptaki, tak ten akurat ją niezwykle zainteresował. Patrząc na jego gabaryty, nie miała wątpliwości, że był on drapieżnikiem. Jeszcze dłuższą chwilę ptak szybował w okolicy Burzaków, lecz po tym tylko wydał kolejny okrzyk i poleciał gdzieś w stronę lasu na terenach Klanu Wilka. Wtedy z “transu” wywołanego podziwem do tego cudownego ptaka wybudził ją głos Małej Bazi:
— To coś, co nad nami latało, to pewnie był myszołów — oznajmiła. — Nie raz i nie dwa jeszcze zobaczymy go nad naszymi polanami — dodała, wzruszając ramionami, a Porzeczka zastrzygła uszami.
— A to poluje na koty?
— Nie słyszałam o takim przypadku, ale jeśli zobaczyłby jakiegoś nieostrożnego kociaka, to jestem pewna, że skusiłby się na nietypowy podwieczorek — stwierdziła.
Uczennica zerknęła w stronę lasu. Obserwowała go, jakby wierząc, że zaraz wyleci z niego myszołów i będzie mogła mu się przyjrzeć. Ciekawe, czy on ją stamtąd widzi. No nic.
Patrol kontynuował sprawdzanie granic. Szli akurat obok Drogi Grzmotu, za którą dało się dojrzeć jakąś grupę kotów. Kotka domyślała się, że byli to Owocniacy, najbliżsi sojusznicy Klanu Burzy. To tam podobno była połowa potomstwa Zawodzącej Gwiazdy. Dwójka jego dzieci to Łzawa Łapa oraz Milknący Zew, których istnieniem Porzeczka jakoś niespecjalnie kiedykolwiek się przejęła, a dwójka pozostałych teraz siedziała za granicą w Owocowym Lesie. Uczennica nie znała ich imion, bo ledwo co o nich słyszała. Podobno te dzieciaki właśnie były z tego tak zwanego miotu sojuszniczego.
Porzeczka tak zapatrzyła się za granicę, że gdy potwór przejechał po Drodze Grzmotu, trochę się przestraszyła i o mało co nie nadepnęła na ogon mentora Poziomki. Całe szczęście nikt nie zauważył jej potknięcia i wszyscy szli dalej.
Śniący Obserwator był niespecjalnie gadatliwy, przynajmniej obok Porzeczki, chociaż wątpiła ona, że jej obecność jakkolwiek wpływała na jego zachowanie. Wyglądał on raczej na zadufanego w sobie kocura, który próbował być tajemniczy, lecz takie coś to tylko sprawiało, że Porzeczce chciało się śmiać. Cieszyła się, że miała za mentorkę kogoś tak wyluzowanego, jak Małą Bazię. Gdyby musiała tkwić z kimś pokroju Śniącego Obserwatora, to już chętniej by się wyprowadziła z Klanu Burzy, niż skończyła trening. Sama Poziomka podobno nie była za specjalnie zadowolona z niego jako mentora, lecz nie miała innej opcji niż po prostu się go słuchać.
Nagle Burzacy usłyszeli niepokojące wrzaski i syki wychodzące spod brzegu lasu. Poziomka wyszła naprzód i jej sierść zjeżyła się. Była najbardziej zaniepokojona ze wszystkich. Porzeczka spojrzała się na nią podejrzliwie, lecz zanim się obejrzała, Poziomka wystrzeliła bez słowa. Wojownicy otworzyli szeroko oczy i zanim zdążyli się odezwać, Porzeczka pobiegła za nią.
Jako że kotka była znacznie szybsza od siostry, udało jej się ją prześcignąć, chociaż tym razem nie było to takie łatwe jak zwykle. Szylkretka zachowywała się, jakby coś w nią wstąpiło. Wiatr szumiał im w uszach podczas biegu, podczas gdy mentorzy daleko za nimi coś krzyczeli.
W końcu zauważyły pochodzenie wrzasków i odgłosów walki. Był to Dzielna Łapa potyczkujący się z kuną. Zwierzę właśnie próbowało się przedrzeć przez kryzę kocura do jego krtani. Wtedy nagle na agresora rzuciła się Porzeczka i przeturlała się z nim o odległość ogona dalej od ucznia, do którego dobiegła Poziomka i próbowała pomóc mu wstać i dojść do siebie.
Giętkie ciało kuny wyślizgnęło się z uchwytu uczennicy i próbowało wspiąć się na jej grzbiet. Udało jej się przekręcić, lecz zwierzę dało radę zahaczyć pazury o jej grzbiet i ogon, a w powietrze wzbiła się sierść Porzeczki. Natychmiast po wylądowaniu kuna zaatakowała jej bok zębami. Szylkretka syknęła głośno i przekręciła się, by dopaść kark drapieżnika. W chwilę kuna zdominowała siły kotki, zakleszczając szczęki na jej barku i drapiąc resztę powierzchni jej ciała. Wrzasnęła bezsilnie i próbowała dosięgnąć ją swoimi zębami, lecz na nic. Pazurami łapy z przeciwnej strony próbowała ją odciągnąć, lecz jedynie udało się poranić jej bok. Polała się szkarłatna ciecz, a w powietrzu wisiał zapach niepokoju. Porzeczka upadła pod naciskiem zwierzęcia i z panicznym przerażeniem próbowała pozbyć się go z siebie. Przez paraliżujący ból z barku niemal zemdlała, gdyby nie siostra. Kuna puściła nacisk i wydarła się, gdy na jej grzbiecie spoczęła szczęka Poziomki. Naskoczyła na jej kręgosłup, próbując ją jakoś przełamać. Uczennica kierowała kolejne ugryzienie w sam kark, podczas gdy Porzeczka otrząsnęła się z szoku i wystrzeliła, by zacisnąć zęby na jej krtani. Kuna szarpała się, dodatkowo raniąc kotki, lecz przez ugryzienia z dwóch stron szyi po dłuższym czasie po prostu zasłabła, a jej ciało zwiotczało i zawisło w szczękach sióstr. Z pyska drapieżnika wydobywało się jeszcze ciche charczenie i bulgotanie.
To wszystko działo się tak szybko, że dopiero co udało się wojownikom dotrzeć na miejsce. Dzielżan był mocno poraniony na przestrzeni całego ciała, Porzeczka była mocno pokrzywdzona w prawy bark i resztę jej prawej łapy, podczas gdy Poziomka wyszła niemal bez szwanku. Gdy szylkretki postawiły ciało drapieżnika na ziemi, wreszcie odetchnęły. Porzeczce podobało się uczucie pierwszej wygranej przeciwko dorosłemu drapieżnikowi. Smakowita, ciepła woń krwi wypełniała powietrze, a uczennica wojownika oblizywała właśnie szkarłatną ciecz ze swojego pyska. Czuła przyjemną satysfakcję, jakiej jeszcze nie czuła. Z jej ran sączyła się krew, lecz kotka jedyne co to była nieco spięta przez szczypiący ból pochodzący z poranionego barku.
Gdy wszyscy wrócili do zmysłów po szoku, uczennice zaśmiały się do siebie.
— Chyża Łapo, Poziomkowa Łapo! Czy wyście oszalały? — warknął Śniący Obserwator, a Mała Bazia podeszła do nich obejrzeć ich rany. Westchnęła.
— Mogłyście zginąć! Co w was wstąpiło?
Porzeczce krew się zagotowała.
— Gdybyśmy tu nie dobiegły pierwsze, ta kuna by zabiła Dzielną Łapę! — syknęła oburzona, zerkając za siebie i widząc Poziomkę wspierającą poranionego ucznia. W tej chwili nie miała czasu złościć się na siostrę za jej zbliżenie się do niego.
Wojowniczka i przewodnik spojrzeli po sobie nawzajem niepewnie. Śniący Obserwator przewrócił oczami, a Bazia otworzyła pysk, jakby chciała coś powiedzieć, ale się zawahała.
— Jak będziemy wracać, to się zastanowimy, co z tym zrobić — rzekł kocur i podszedł do młodego ucznia, który właśnie podnosił się na łapy. Przynajmniej na trzy z nich, bo na przednią lewą kuśtykał. Gdy podszedł do niego Obserwator, zająknął się, przełknął ślinę i schował głowę w swojej bujnej grzywie z zażenowania i lęku. Skulił się obok Poziomki.
— A ty co robiłeś poza obozem, sam? Bez mentora? — spytał się, gniewnie kiwając ogonem i patrząc na młodego z góry.
Rudzielcowi oddech przyspieszył ze stresu.
— Ja… j-ja nie wie-wiedzia… n-n nie wiedziałem, że nie… nie mogę… — wydukał przerażony, wciąż nieotrząśnięty z szoku po ataku kuny.
— To chyba jest jasne, że tak młody kot, jak ty nie ma prawa opuszczać obozu sam! — pouczył go przewodnik. — I teraz wiesz dlaczego — burknął jeszcze, nim się obrócił i odszedł w stronę tuneli. Porzeczka odprowadziła go wściekłym wzrokiem, a Mała Bazia podeszła do trójki uczniów spokojnie.
— Miałeś szczęście, że byliśmy nieopodal — mruknęła. — Już lepiej chodźmy.
Poziomka zwróciła się do Dzielnej Łapy, który kulił się i trząsł. Polizała go za uchem uspokajająco.
— Już, spokojnie — wymruczała delikatnie. — Dasz radę iść sam?
Rudzielec spojrzał się na nią i pokiwał głową. Porzeczka, kuśtykając, zwróciła się w ich stronę i uśmiechnęła się wymownie do siostry.
— Zaprowadzimy go do Wdzięcznej Firletki i Łzawej Łapy, zostawimy u nich i pójdziemy dalej, dobrze? — miauknęła do niej. Poziomka spojrzała na krew lejącą się z prawej łapy kotki.
— Porzeczko, tyle że ty też potrzebujesz ich pomocy. Co, jeśli wda się w to infekcja? — wymruczała ze strachem o nią.
Kotka przewróciła oczami, przytaknęła i natychmiast potem spojrzała na cielsko kuny.
— Można to jeść? — zapytała się, nie odrywając wzroku od truchła.
— Raczej żaden kot nie jest na tyle zdesperowany, by jeść takie coś — odparła Mała Bazia. Uczennica pokuśtykała do zwłok, po czym przy nim usiadła i przejechała po nim łapą, potem zlizując z niej krew. Ciecz już zdążyła przestygnąć, lecz wciąż zachowała swój przyjemny, przynajmniej dla niej, smak. Podeszła do nieruchomego pyska, który zastygł w wyrazie wiecznej wściekłości. Kotka uśmiechnęła się i otworzyła gębę szerzej, by obejrzeć ostre uzębienie, które zostawiło na jej barku wieczny ślad. Chwyciła pobliski kamień, po czym nadusiła nim na lewy bok szczęki kuny, aż z dziąseł nie wyleciał pełny kieł. Z miejsca, w którym wcześniej był ulokowany, wytrysnęła krew, która potem się uspokoiła. Serce zwierza nie biło, a jedyne co zostało w cielsku to spięcie i ciśnienie, które jeszcze nie dostało ujścia. Powtórzyła proces z pozostałym kłem, a potem, by mieć lepszy dostęp do uzębienia z prawej strony pyska, przekręciła kark i wypchnęła pozostałe dwa kły. Niestety ten ostatni nie wyszedł cało, a się ułamał. Lekko zażenowana wetknęła ułamany fragment w przełyk zwierza, a te, które jej się udało wydobyć w całości, wzięła w pysk i schowała w policzku.
Ostatniej części procesu wyciągania kłów kuny przyglądała się Bazia z niesmakiem. Poziomka razem z Dzielną Łapą już zaczęli iść w stronę obozu, lecz zatrzymali się, by poczekać na Porzeczkę.
Jej reakcją na minę mentorki było krótkie:
— No co?
Wojowniczka westchnęła.
— Nic.
Po czym ruszyli wszyscy do tuneli. Porzeczka, szybko kuśtykając, dogoniła siostrę, by szepnąć jej na ucho:

<Poziomko? Pomożesz mi potem z przekłuciem uszu?>
[1915 słów]

Od Smuklika

Kocurek, którego zdobił szary meszek, pojawił się na świecie jako ostatni z rodzeństwa. Gdy jego dwójka braci o złotym umaszczeniu miała okazję poznać już swoją mamusię, on dopiero brał pierwszy oddech i był wylizywany przez medyka. Dopiero gdy był w pełni czysty i wstępnie ogrzany, został przysunięty do boku Miodowego Ula. Kierując się instynktem, niemalże natychmiast zaczął ssać mleko, na wpół zasypiając wtulony w puszyste futro matki i swoich braci.
Nie widział wtedy jeszcze, że oprócz mamy miał jeszcze jedną mamusię, która znajdowała się tuż obok niego wraz z przybraną siostrą, Wodnik, która narodziła się w podobnym czasie, co Aronia, Agrest i sam Smuklik. Nie widział, że jego tatą był rudy kocur o imieniu Tygrysia Noc, który niekoniecznie miał być obecny w jego życiu. Nie wiedział co to dobro, jak i zło oraz Klan Gwiazdy czy Mroczna Puszcza, o których miało przyjść mu usłyszeć, gdy przestanie być wielkości nornicy i będzie w stanie pojąć sens słów wypowiadanych przez starsze koty. Jedno było pewne! Lada moment, gdy tylko będzie w stanie komunikować się z innymi, zasypie starszych i młodszych listą pytań na przeróżne tematy, zarówno od tych przyziemnych, jak i fantastycznych, aby lepiej zrozumieć otaczający go świat, czy właściwe miejsce, w którym przyszło mu się narodzić.

~~~

Czwórka kociąt Miodowego Ula oraz Jesionowej Szadzi została pod opieką Ognikowej Słoty. Oprócz nich w żłobku znajdowały się jeszcze kocięta samego zastępcy, jak i również parę znajdek-sierotek, jednak tym razem Smuklik zamiast być pochłonięty zabawą z nimi, z zapartym tchem słuchał jednej z opowieści szylkretowej kocicy. Na temat klanu i zwyczajów, które w nim panowały. Między innymi podczas wywodu mistrzyni dowiedział się, że nim będzie mógł otrzymać imię ucznia, jak jego starszy kolega Bzycząca Łapa czy troje kociąt Ognikowej Słoty, będzie zmuszony spędzić noc w lesie. Czy mogło go coś zjeść? A i owszem! Jednak, zamiast wystraszyć się na tę informację, uznał, że to będzie dobry moment do zaprezentowania swoich wspaniałych kocięcych umiejętności. A w jaki sposób? Cóż, mógł przynieść dla mamy, jednej i drugiej, a może nawet dla liderki trofeum z przetrwanej nocy. Pazur starego borsuka lub futro głupiego rudego lisa, który myślał, że jest cwany i wszystkie rozumy pozjadał? Smuklik pozjadał ich więcej, a ponadto miał kogoś takiego w klanie, jak Ognikowa Słota, która zawczasu zadbała o edukację przyszłych wojowników i uprzedziła ich, że czekać ich będzie próba, od której będzie zależeć ich przyszłość. Być lub też nie być.
– Ognikowa Słoto... Pani Ognikowa Słoto... – poprawił się, nie decydując się spoufalać z córką Zalotnej Gwiazdy, która chyba była w podobnym wieku, co jego obie mamy. – A czy był kiedyś w klanie jakiś niedoszły uczeń, który poległ nocą, tuż przed swoim mianowaniem? – zagaił zaciekawiony poruszonym tematem.
Wiedział, że w Klanie Wilka były najszybsze i najsilniejsze koty. Jego mamy również takie były! Jednak musiał się chociaż raz trafić w historii Klanu Wilka jakiś słaby uczeń, chory lub opóźniony, jak Garbata Łapa, który był od niego jeszcze słabszy i finalnie mimo chęci, nie udało mu się zdobyć członu "łapa".
Ognikowa Słota przeniosła spojrzenie z kociąt na sufit legowiska, oddając się przerysowanej zadumie.
– Od ponad dwustu, a może i nawet trzystu księżyców każde z kociąt zamieszkujące Klan Wilka przeżywa noc i zostaje uczeniem. Nasz klan może poszczycić się zdrowymi i zdeterminowanymi kociętami, które nim złożą przysięgi podczas ceremonii przed liderem, wojownikami i przodkami, mają okazję zaprezentować swoje umiejętności, kreatywność oraz indywidualny styl. W Klanie Wilka nie ma miejsca na słabe jednostki, które nie potrafią sprostać czemuś tak prostemu, jak spędzenie nocy w lesie. Ten test to pikuś w porównaniu do tego, czego będą oczekiwać od was wasi mentorzy oraz pozostali członkowie klanu, gdy już zostaniecie mianowani na uczniów. Dlatego wierzę, że wy również sprostacie temu zadaniu i nie zawiedziecie swojego klanu, a przede wszystkim waszych rodziców. – Uniosła brodę, lustrując spojrzeniem młodych słuchaczy. W końcu jej wzrok zatrzymał się na dłużej na niebieskofutrym kocurku. – Jeśli się nie postarasz, Smukliku i nie podołasz temu prostemu zadaniu, będziesz pierwszym kociakiem od dłuższego czasu, który nie przeżył nocy w lesie. Twoje imię będzie okryte hańbą i przez paręnaście księżyców na pewno będzie znajdować się na językach wojowników. Przynajmniej będziesz mógł posłużyć jako "żywy" przykład, aby pozostałe kocięta z klanu nie brały z ciebie przykładu i nie podzieliły twojego losu.
Policzki kocura pokryły się czerwienią, gdy kocica zwróciła się do niego z imienia przy wszystkich kociętach podczas swojej przemowy, a na domiar tego wszystkiego uśmiechnęła się pod koniec, jak gdyby opowiadała kociętom opowieść o kwiatach i motylkach, a nie możliwym rychłym końcu. Do uszu Smuklika dochodziły stłumione parsknięcia jego rodzeństwa płci męskiej.
– P-postaram się! – odburknął, robiąc krok naprzód. Mimo że policzki przez cały czas go piekły, starał się zaprezentować jak najlepiej. Jako odważny kocurek, nieco zawstydzony, ale ambitny i odważny. Bo w końcu taki był i mierzył wysoko. – Na pewno uda mi się spędzić noc w lesie, dotrwam do świtu i zostanę mianowany na ucznia! Skoro ktoś taki jak Garbata Łapa został uczniem, to tym bardziej ja nim zostanę! Na pewno uda mi się przetrwać noc w lesie. Zostanę uczniem, a później zostanę wojownikiem! I to takim, o których zasługach będzie się opowiadać kociętom w żłobku. Takim, z którego klan jest dumny. Obiecuję ci to, Ognikowa Słoto! Pani Ognikowa Słoto!
W spojrzeniu mistrzyni coś się zmieniło. Nie był to ten sam wzrok, którym obdarowywała małe nieporadne kocięta, które większość czasu spędzały, tuląc się do brzuchów swych matek. Przed sobą miała gromadkę kociąt, które powoli zaczynały pojmować więcej. Były jak plastelina, którą można było kształtować na swoje podobieństwo. Jak gąbka, którą wiedzę, jak wodę potrafiła chłonąć momentalnie. Wystarczyło jedynie dać im szansę i trochę czasu.
I właśnie jedne z tych kociąt złożyło jej obietnicę, że zajdzie daleko jako pełnoprawny wojownik Klanu Wilka, zapisując się tym samym na kartach historii.

🐝

Od Cisowej Łapy do Świetlika

Cis wróciła z patrolu. Udało jej się upolować kraba i niosła go teraz na stertę zdobyczy, starając się trzymać głowę najwyżej jak się dało. Za jej uchem prezentowała się zielona koniczynka o trzech, szerokich rozpostartych płatkach. Po chwili krab wylądował na stercie zdobyczy, a jego szczypce sztywno sterczały do góry.
– Dobrze poszło ci dziś to polowanie. – Obok niej pojawiła się Psotny Nietoperz, z uśmiechem chwaląc córkę. – Możesz sobie coś wziąć ze sterty – miauknęła zadowolona z postępów Cisowej Łapy. Jej kociak kiwnął w podzięce głową i sięgnął po drobną ryjówkę. Nie chciała zabierać jedzenia innym. A jeśli karmicielki w żłobku by tego potrzebowały? Albo starsi? W sumie to co gdyby ktokolwiek potrzebował zwierzyny? Cis nie chciała im jej zabierać. Bo co jeśli weźmie za dużo i wezmą ją za zachłanną? Albo egoistyczną? Albo może nie "co jeśli ją za taką wezmą". Co jeśli rzeczywiście taka była, tylko się powstrzymywała? Kotka przełknęła ślinę i odeszła ze zdobyczą w kąt obozu, pod jej ulubiony nawias skalny. Ku jej zdziwieniu, ktoś już tam siedział. Był to rudy kocurek, właściwie to kociak. Miał pręgi pokrywające dużą część ciała, poprzetykane gdzieniegdzie białymi elementami. Z entuzjazmem zajadał swoją zdobycz, ale gdy spostrzegł Cis swoimi złotymi oczami, przerwał posiłek.
– Cześć! – miauknął radośnie. Cis przez chwilę szukała w głowie jego imienia. Świetlik. Nazywał się Świetlik.
– Cześć, Świetliku – miauknęła możliwie jak najradośniej, siadając koło kociaka i zaczynając jeść swoją zdobycz.

[230 słów]
<Cześć, Świetliku, co powiesz Cis?>

Od Firletkowej Łapy CD. Ćmiej Łapy

Firletka spojrzał się na Ćmę z szeroko otwartymi oczyma. Wciąż dyszał po walce z Trójokim Zającem i gdy dostał pozwolenie na zejście z pozycji obronnej, usiadł i umył łapą pyszczek. Słuchał, jak siostra opowiadała o pomocy małemu zwierzęciu z uwagą, a gdy ta zwróciła się do niego, zastrzygł uszami.
— Ja? Dobrze idzie — mruknął tylko.
Ćmia Łapa widocznie straciła entuzjazm. Kocurek nie czuł się dziś na rozmowy. Mało widział się z siostrą przez różne ścieżki treningowe i wiecznie się mijali. Kiedyś dużo lubili się bawić i trochę szkoda było patrzeć, jak tamte czasy po prostu stawały się odległe.
To była ich ostatnia interakcja przed wypadkiem.

Dzień po wypadku

Kocurek zadrżał z zimna i otworzył oczy. Zamrugał parę razy i stęknął. Nagle poczuł potężny ból z lewej strony ciała. Nie wiedział, co się stało, nie mógł sobie nic przypomnieć, on po prostu był. Jęknął głośno, próbując się przekręcić na drugi bok, po czym nagle uderzyła w niego fala bólu. Wrzasnął przeraźliwie, na pewno budząc niejednego kota, a innych przerażając. Zjeżył się, widząc, jak ktoś nagle do niego podchodzi. Mimo ostrego bólu w łapie udało mu się jakoś skulić i syknąć na kremową plamę stojącą przed nim. Mówiła coś do niego, ale on pozostawał na to głuchy. Zacharczał, przesuwając się trochę w tył. Dłuższą chwilę pozostawał agresywny, nawet w pewnym momencie świsnął pazurami przed pyskiem kotki, lecz natychmiast się wycofał. Gdy odrobinę ostygł, obraz stał się wyraźniejszy, a dźwięki rozpoznawalne. Kojący głos kremuski go uspokoił. Wtedy podsunęła mu pod pysk jakiś listek z drobnymi kuleczkami. Niechętnie się na nie popatrzył, a potem na kotkę.
— Zjedz — miauknęła do niego krótko. Ze zmarszczonymi brwiami powąchał ziarna i stęknął obrzydzony.
Wtedy do kotki dołączyła kolejna, większa. Przekręcił łeb w zastanowieniu, po czym ona przykucnęła przy nim i udawała, że zlizuje ziarna. Młodzik podniósł uszy i powąchał je ponownie, po czym niepewnie zlizał trzy kulki. Zmarszczył nos i skulił się ponownie.
— Firletko, gratulacje! — wymruczała z aprobatą młodsza kotka. Poruszył wąsami i przypatrzył się jej. “Fir-let-ko”. Postarał się powtórzyć w myślach to, co powiedziała uczennica.
— F-fir… — zaczął, ale się zawahał.
Kremowa podniosła uszy i przykucnęła przy nim.
— Tak, tak! — Uśmiechnęła się dumnie. — Fir-let-ka. Dasz radę! Ty jesteś Firletka.
— Fil-let… filet… filetka — próbował powtórzyć za nią. Otworzył pysk, by zadyszeć odrobinę zmęczony tym ćwiczeniem.
— Jest dobrze! Ja jestem Ćma, tak? Powiesz dla mnie Ćma? — Kocurek przekręcił łebek.
— T- tma. T… t-ma. Ta- t- c… — Taki wysiłek aż sprawił, że zaczął się ślinić. Oblizał się i spróbował ponownie: — C-cma, cma.
Kremowa aż wstała na chwilę, by podreptać radośnie.
— Super ci idzie! W takim tempie już w przyszłym księżycu wrócisz do treningu! — zaśmiała się dumnie. — Czekaj, pójdę po tatę! — Po czym wybiegła z legowiska medyka, zostawiając zdezorientowanego Firletkę samego.
Podczas nieobecności siostry rozejrzał się po przestrzeni wokół niego. Szare sklepienie wyglądało nudno, więc zniżył wzrok. Widział dużo zielonych rzeczy, jakichś roślinek.
Spojrzał w lewo i nagle zobaczył coś przerażającego: jego lewa przednia łapa - nie ma jej! Zaczął nagle panikować, podniósł się na tylne łapy i skomląc, próbował znaleźć brakującej kończyny. Oblała go wielka fala bólu, wijąc się na lewo i prawo. Wydarł się kolejny raz, po czym zaczął przeraźliwie dyszeć. Przewrócił się na plecy, a potem przekręcił na bok, walcząc z powietrzem. Z jego oczu popłynęły strużki łez, podczas miotania się po przestrzeni wokół. Mało brakowało, by zrobił sobie coś jeszcze.
Wreszcie dopadła do niego starsza medyczka i starała się go uspokoić. Mówiła do niego, lecz na nic. Nie była na tyle silna, by unieruchomić tak żywego ucznia, więc gdy do legowiska wbiegli zaniepokojeni hałasem kotka z kremowym wojownikiem, od razu do niego podeszła.
— Trójoki Zającu! Unieruchom Firletkę, zanim coś znów zrobi! — krzyknęła, a on z położonymi po głowie uszami i rozdziawionym pyskiem z przerażeniem patrzył się na syna.
— A-ale tak t-to ja coś mu zrobię! Jagnięcy Ukłonie, na pewno jest lepszy sposób! — wyjąkał zestresowany.
— Nie ma innego sposobu, szybko, bo stanie się większe zło, jeśli nie pomożesz! — Kocur przełknął ślinę i z bolącym sercem dopadł syna, który właśnie opadł na ziemię po rzuceniu sobą o ścianę.
Wojownik przygwoździł niebieskiego z niedużą siłą do miękkiego posłania, na którym powinien leżeć młodzik.
Firletka warczał, pluł, syczał i drapał pazurami powietrze, aż w końcu trafił w pysk kremusa. Nim zdążył narobić więcej szkód, Ćmia Łapa na polecenie Jagnięcego Ukłonu wcisnęła w pysk brata mieszankę macierzanki i jednego ziarna maku. Prawie by wypluł lekarstwo, lecz Trójoki Zając przytrzymał jego pysk, by to przełknął. Wreszcie po dłuższej chwili opadł z sił i zaczął skomleć żałośnie. Gdy przestał się miotać, ojciec go puścił i odetchnął. Niebieski leżał bezsilnie, zmęczony całym zamieszaniem. Westchnął i zaczął mamrotać coś niezrozumiałego.
W tym czasie na lewym policzku Zająca widniały trzy głębokie rany zadane przez jego własnego syna. Sączyła się z nich krew, a kocur zareagował na ten ból, dopiero gdy ochłonął po napadzie Firletki. Jagnięcy Ukłon i Ćmia Łapa obejrzały go i pomogły mu z krwawieniem. Podczas kuracji ciągle spoglądał z przykrością na synka. Uczeń leżał na lewym boku głową do ściany i ledwo co widział trójkę kotów. Jeszcze coś słyszał, jakieś rozmowy, ktoś przyszedł się spytać, o co chodziło, lecz medycy odganiali gapiów i pozwolili wejść jedynie Kukułczemu Wdzięku, która z troską obejrzała syna i partnera, po czym przytuliła kremową córkę.

<Cma… Ćmo?>

Od Odety

Odeta nie cierpiała gołębi z całego serca. Może była większa od tych gruchających monstrum, ale w jej większej niż standard sylwetce było po prostu więcej miejsca dla nienawiści względem nich. Szare, bure, brązowe, kremowe… każdy pojedynczy przypadek zasługiwał na oddzielne wyrażenie awersji. Nawet te ładnie upierzone nie były warte żadnego szacunku! Przynajmniej nie dla urażonej koteczki siedzącej zaraz za płotem, który przekroczyła nie tak dawno temu. Teraz, naburmuszona, szukała wyzwisk odpowiednich do użycia dla tych niszczycieli wszelkiej zabawy i radości. Zanim pokusicie się o komentarz - dla pieszczoszki było to dokładnie w takim kolosalnym stopniu ważne.
Otóż wyszła z domu zaraz po posiłku i skierowała się do drewnianej konstrukcji z myślą, że może powygląda trochę na dróżkę przed domostwem. Ledwo podeszła do wyznaczonego celu i wyjrzała ze szczeliny między belkami, a dostrzegła pięknie puściutką przestrzeń wręcz proszącą o wyjścia zza bariery. Jak mogła się oprzeć takiej chęci. Malutka przymierzała się… przymierzała… aż nagle – hyc! Skoczyła w górę i złapała się krawędzi płotu przednimi łapkami. Żeby nie spaść, wysunęła pazury i starała się wdrapać na górę. Tylnymi łapami rysowała powierzchnię, usilnie próbując złapać przyczepność. Po minucie walki wreszcie udało jej się podciągnąć i ustać na szczycie, pozostawiając po sobie tylko rysy pazurów na drewnie.
Chwiała się na wąskiej krawędzi nieprzystosowanej do stania, ale nie miała zamiaru się poddać. Starała się z całej siły przezwyciężyć drżenie, a jednocześnie rozeznać się w otoczeniu. Jej pysk otworzył się w niemym “o”, gdyż wszystko wyglądało z tej perspektywy inaczej. Mogła dostrzec przestrzeń odbiegającą od płotu naprawdę daleko. Starała się wypatrzeć coś w większej odległości; inne podwórko, chyba jakiś zaniedbany dom, może opuszczony… wtem nie była dłużej na płocie! Znalazła się na dole, mimo braku chęci zejścia. Zorientowała się szybko, iż wpadła w ogromne zarośla, przez które dostrzeżenie czegoś poza niebem było nie do zrobienia. Dlatego po otrząśnięciu się z zaskoczenia nieuniknionym upadkiem, nie szczędziła czasu i zaczęła tarabanić się w stronę potencjalnego wyjścia z buszu.
Otumaniona, po raz pierwszy sama poza ogrodem, stała tam jak kołek. Raz patrzyła w lewą, raz w prawą… a szczęście rosło w jej piersi z każdą sekundą, finalnie przeradzając się w chichot uciekający z jej pyszczka. Nie mogła uciszyć śmiechu, który nią zawładnął. Chodziła w kółko po asfaltowym kawałku drogi, nie mogąc uwierzyć w to, co robiła. Teraz naprawdę była godnym kotem! Może powinna dołączyć do jednego z tych klanów, o których opowiadał tata? Albo zostanie ulicznym kotem jak mama. Tyle było pomysłów, że kręciło jej się w głowie.
No i doszliśmy do punktu kulminacyjnego. Ni stąd, ni zowąd, pojawiło się to przekleństwo: gołąb. Na początku jeden, więc rozweselona Odeta zatrzymała się, tylko aby mu się przyjrzeć. Chodził sobie i wydawał swoje gołębie dźwięki, a ona nie zbliżała się, tylko stała w miejscu. On jednak zdawał się nie rozumieć aluzji przestrzeni osobistej i zaczął swoim dziwnym chodem zmniejszać dzielący ich dystans. Pierwszą myślą młodziutkiej bylo po prostu – okej, chodź tutaj. Im bliżej był, tym bardziej się ona przeobrażała… a gdy stanęli ledwie koci wąs od siebie, w pieszczoszkę powoli uderzyło ciepło nerwów. Nie przewidziała takiego strachu przed niższym sobie.
— He… tak, tak, ptaszku… — zamruczała pod nosem, bardziej do siebie niż do gołębia. Ten nic sobie z tego nie zrobił, ponieważ zajmował się intensywnym wpatrywaniem w spotkaną. Stale obracał głowę i zmieniał oczy, lecz nigdy nie spuszczał z niej wzroku. To zaniepokoiło kotkę w fundamentalnym stopniu. Ten wiedzący wzrok nie mógł należeć do ptaka, to nie było moralnie poprawne. Całe to spotkanie sprawiało wrażenie, jak gdyby nie powinno mieć miejsca. Panika stopniowo uderzała jej do głowy, więc zrobiła krok w tył. — Dobry gruchacz — próbowała koić zwierzę.
Pierzasty zdawał się skonfundowany tym przezwiskiem, przez co ruszył za nią. Dlatego też zrobiła kolejny unik, usuwając się w tył, lecz ptak nie odpuszczał. Nastroszył swoje pióra i kopiował; raz za razem, krok za krokiem! Radość zniknęła z rysów Odety, zastąpiona szczerym przerażeniem. Jej oddech zaczął mimowolnie przyspieszać, razem z tempem bicia serca. Czuła też gorąco sytuacji, które starała się zbić sztucznym parsknięciem. — Jesteś tylko ptakiem. — tłumaczyła mu, a zwłaszcza sobie, bo strach stawał się mocny i tłumił wszelkie racjonalne myśli nieproszony.
Bez uprzedzenia, bezczelny drań wydał okrzyk i zamachnął się skrzydłami, na co domowy kot wręcz podskoczył. Jakże to wyglądało, gdy on tak wypinał pierś niczym równie świadomy, jak stojąca naprzeciw Odeta. Poderwała się w górę bezmyślnie, a jej futro stanęło na sztorc też nie z jej inicjatywy. Autentycznie przeobraziła się w kulkę beżu z wytrzeszczonymi oczyma oraz wizją śmierci w głowie, gdyż nie potrafiła powstrzymać swojego instynktu samozachowawczego. Tamten natomiast nie odpuszczał i chyba nawet nie miał takiego zamiaru. Raptownie wyprostował swoją szyję, wydłużając ją o naprawdę sporą ilość. Była w potrzasku!
Wówczas stało się najgorsze. Znienacka na ziemię spadły cztery kolejne bestie z wyłupiastymi oczami, wszystkie skierowane ku niej. Była skończona; umrze przez gołębie i chowając jej ciało, powiedzą: nie miała szans z tymi podłymi mieszczanami… Dalej dziękowała wszystkiemu sobie znanemu za litość. Uratował ją Wyprostowany, przechodzący zaraz obok. Chociaż on nawet nie zauważył osobliwej sytuacji, to był zbawcą koteczki. Śmierć nie dosięgła jej tym razem, a ona czym prędzej umknęła oprawcom na dobrze znaną ziemię własnego podwórka, gdzie dosięgnięcie jej było bardzo trudnym. Nie oglądała się nawet za siebie. Aczkolwiek nie było szans na to, iż kiedykolwiek zaufa gołębiom.

Od Ćmiej Łapy CD. Migoczącej Łapy

Kotka popatrzyła na rozdartą nornicę. No, nieźle. Teraz to już nikt jej nie zje.
– I co ty zrobiłaś, Ćmia Łapo? – warknął Migocząca Łapa. – Zniszczyłaś nornicę!
Ćmia Łapa miała ochotę wybuchnąć, ale tylko wbiła pazury w ziemię i spokojnie odpowiedziała:
– Przepraszam, Migot, ale Mysikrólik pierwsza wzięła tę zdobycz, a ty chciałeś ją zabrać. Jeśli nikt nie chce teraz jej zjeść, ja to zrobię.
– To dobrze, nie będę jadł tej wroniej karmy! – burknął i poszedł dalej.
– Przepraszam, Ćmia Łapo – powiedziała Mysikrólik. – Może powinnam ją była oddać... ale na pewno nie jemu. – Pokręciła głową.
– Nie masz za co przepraszać, siostrzyczko. Takim, co widzą tylko czubek swojego nosa, trzeba pokazywać, że źle robią. – “Lub że są idiotami” pomyślała. Szybkimi kęsami zjadła rozdartą piszczkę i poszła do legowiska medyka.
W środku na koteczkę czekał Czujny Pasterz, który wyglądał, jakby nie spał od księżyca.
– Witaj, Ćmia Łapo! – Jagnięcy Ukłon lekko schyliła głowę. – Podasz nasiona maku? Czujny Pasterz cierpi na bezsenność.
Krótkoogonowa przytaknęła i poszła po liść z małymi ziarenkami. Podała je mentorce, a ona kilka wręczyła kocurowi o kręconym futrze.
– Pójdź się teraz przespać. Jak w kolejnych dniach nie będziesz mógł zasnąć, znów tu przyjdź i znowu wspomogę cię dwoma ziarenkami, dobrze?
– Dobrze… – mruknął ze zmęczenia i odszedł w stronę legowiska wojowników tuż po.
– Mam nadzieję, że Pora Nagich Drzew nas nie rozłoży bardziej – miauknęła kotka o kobaltowych oczach. – Czy mogłabyś coś przynieść do jedzenia?
– Oczywiście. Za chwilę wracam! – Odwróciła się i podeszła do stosu zwierzyny. Upatrzyła dla niej piękną ryjówkę, ale wtedy niebieska łapa odgrodziła ją od małego ssaka.
– Nie za dużo jesz, Chwaście? – wyszczerzył się Migocząca Łapa.
– Migot, proszę… może zajmiesz się czymś pożytecznym, zamiast uprzykrzać życie innym?
– To ty nie obciążaj klanu swoim obżarstwem!
– To dla Jagnięcego Ukłonu!
– Akurat! Zaraz po zjedzeniu tamtej zniszczonej przez ciebie nornicy wróciłaś po następny kąsek!
Nie. Tego już za wiele.
– W takim razie przynieś jedzenie Jagnięcemu Ukłonowi albo miej wyrzuty sumienia, że kot, który jest szanowany przez twojego ojca, cierpi z głodu – fuknęła i się odwróciła.

Wyleczeni: Czujny Pasterz

<Migot?>
[329 słów]

Od Ślepowrona do Agrestu

Liliowa kotka wsunęła się do żłobka, w pysku niosąc małą, ale pulchną myszkę. Podeszła do puchatej, złotej karmicielki przesiadującej w rogu żłobka. Obie kotki przywitały się czuło i razem zasiadły do posiłku.
Ślepowron patrzył na to z przeciwległego rogu kociarni, z lekko zmarszczonymi brwiami. Nie rozumiał tego. Znaczy, to nie tak, że miał coś przeciwko temu, że Miodowy Ul i Jesionowa Szadź obie były kotkami. Wręcz przeciwnie, w ogóle go to nie obchodziło, przecież to nie jego życie. Nie rozumiał raczej tego, że partnerki były dla siebie zawsze tak czułe, tak delikatne, tak słodkie. Przecież nikomu nie było to potrzebne, prawda? Jego ojciec bywał w żłobku o wiele rzadziej i nie tulił się tak ze swoją partnerką, a przecież wszyscy żyli normalnie.
Czy więc całe te sympatie i tkliwości naprawdę były czymś obowiązkowym?
Przez swoje krótkie życie Ślepowron zdążył już dostrzec, że koty najwyraźniej posiadały naturalną potrzebę okazywania sobie uczuć, w jakikolwiek by to nie był sposób. Nie wszyscy, ale większość. On sam chyba jej nie posiadał. Czy to dobrze? Czy to źle? Kociakowi ciężko to ocenić. Ale jego młody móżdżek zdołał wydedukować, że było to coś najwyraźniej normalnego, często wręcz oczekiwanego od drugiego kota. Skoro więc chciał żyć w społeczności i się w niej liczyć, musiał robić to, czego od niego oczekiwali inni, tak? No chyba tak, tak przynajmniej to wszystko wyglądało. „Jeny, jakież to wszystko dziwne! I kompletnie bez sensu jak na moje zdanie!” — jęknął w duchu kociak.
No dobrze, nie było chyba teraz sensu rozmyślać nad tym w nieskończoność. Kocurek postanowił się nieco przewietrzyć i poobserwować starszych od siebie kolegów, którzy już otrzymali imiona uczniów. Sam tak bardzo nie mógł doczekać się swojej własnej ceremonii. Obrócił się więc, postawił ze dwa kroki w przód, po czym zderzył się czymś. Ślepowron cicho fuknął niezadowolony, po czym spojrzał na to, na co się napatoczył. A właściwie to na kogo. Przed nim bowiem stał wysoki niebieski kocurek.
— Przepraszam, nie widziałem cię, Agreście — miauknął dymny uprzejmie, tak jak go mama uczyła.

Od Iglaka (Iglastej Łapy) do Cętkowanego Tęgosza

Noc testu, Pora Opadających Liści

On oraz jego rodzeństwo w końcu podrośli i ukończyli sześć księżyców. On wraz z rodzeństwem nie mogli doczekać się jutra, gdzie z rana, tak jak mówiła im matka, mieli zostać mianowani na uczniów i zacząć swoją przygodę w nauce. Każde z rodzeństwa spekulowało, kogo mogliby dostać za mentorów. Iglak osobiście myślał nad zastępcami. Kto by nie chciał się uczyć pod okiem Pustułkowego Szponu lub Kruczego Pióra? Szczególnie że był on kocięciem Ognikowej Słoty. Wnukiem samej Zalotnej Gwiazdy! Czy on nie zasługiwał na tak wielki zaszczyt?
Księżyc wisiał wysoko na niebie, mrok spowijał wnętrze żłobka, a on wraz z Koszmarem i Zamroczką smacznie sobie spali. Ciszę oraz błogi sen przerwały im koty, które nagle weszły do środka. Leniwie otwierając oczy, spojrzał po pyskach, które tak dobrze znał. Byli to wojownicy.
— Hmm? Co się dzieje? — ziewnął szeroko. Jego pytanie poniosło się po żłobku, jednak nikt na nie nie odpowiedział. Czy czasem nie było za późno na odwiedziny? Znając Ognikową Słotę, za takie naruszenie ciszy nocnej, każdemu z tych kotów urwano by ogony lub nawet gorzej… Szukał wzrokiem szylkretowej sierści matki, jednak nigdzie nie mógł jej znaleźć.
— Czeka was test — mruknął cicho Piołunowy Dym, jednocześnie łapiąc go za kark.
Z wojowników już nikt się nie odezwał. Zabrano go i jego rodzeństwo prosto z obozu do lasu, gdzie mgła spowijała podszycie. W końcu wojownicy się rozdzielili. Liliowy wojownik szedł ścieżką krętą, schylał się pod paprociami i omijał najróżniejsze krzewy, aż las stał się rzadszy. — Zostań tutaj, Iglaku. Do jutra.
— Czekaj! Piołunowy Dymie! Jak to do jutra? — Pobiegł za kocurem, jednak starszy od razu go zatrzymał.
— Pokaż, że jesteś godny zostania uczniem. No, chyba że chcesz być kocięciem do końca życia i nosić karne imię — odpowiedział wojownik z opryskliwością.
Zdziwiony tonem wojownika, nastroszył się i zgromił go wzrokiem.
— Nie powinieneś się do mnie tak zwracać. Jestem wnukiem samej Zalotnej Gwiazdy! — syknął.
— To sobie nim bądź. Wątpię, by liderka chciała mieć wnuka, który jest tchórzem — rzucił za siebie Piołunowy Dym i nawet nie oglądając się za siebie, zostawił samego sobie Iglaka w lesie.
Kocurek z wściekłości i przerażenia zatrząsł się cały, a oczy szkliły się mu, przynajmniej jakby miał zacząć płakać. Złapał pierwszą leżącą przed nim szyszkę i rzucił nią w miejsce, w którym zniknął opryskliwy wojownik. Głupi sierściuch myślał, że mógł go tak obrażać?! Oczywiście, że da sobie radę, gdyż jest synem Ognikowej Słoty! Rzucając ostatnie spojrzenie na ścieżkę, która prowadziła prosto do obozu, obrócił się na pięcie i ruszył w nieznanym mu kierunku.
Drzewa były coraz rzadsze, a spomiędzy nich widział świecące nad nim gwiazdy, które oprócz cieni nocy dotrzymywały mu towarzystwa. W końcu dotarł na plaże? Nie. Mimo piaszczystego podłoża oraz rozciągającej się przed nim wody, nie było to bezkresne morze, o którym zdążył nie raz usłyszeć podczas opowieści o zgromadzeniach. Nadal niepewny, zmrużył oczy, widząc na horyzoncie wielką, jak dla niego wyspę. Wyspę, która przerażała go swoją tajemniczością. Ten mrok sprawiał, że na jego karku podnosiło się futerko bardziej niż zwykle.
Chyba nie nadaje się na ucznia… Wszystko tutaj jest takie straszne… — dumał, starając się wyodrębnić z ciemnych zarośli na wyspie, czegoś, co mogło go w każdej chwili zaatakować. Słyszał różne przerażające opowieści o tym miejscu, a teraz sam samiuśki musiał tutaj przetrwać noc. A jeśli te historyjki są prawdą? Co, jeśli gdzieś w tym mroku jest widmo kota, który porywa inne koty?

***

Wrażliwy na każdy dźwięk, który wydobywał z siebie las nocą, wzdrygnął się, kiedy za sobą usłyszał szelest zarośli. Czas oczywiście mu się dłużył, a jego wyobraźnia mu nie pomagała się uspokoić. Zdążywszy się nakręcić do takiego stopnia, że bał się własnego cienia, skulił się, cały jeżąc, kiedy z lasu pojawiła się wielka ciemna sylwetka stworzenia o wiele większego i potężniejszego od niego. Wielkie poroże i dumny chód. Wystarczyło, by wielki jeleń spojrzał na niego, żeby przegonić młodego kocurka.
Czuł, że jedzenie, które zjadł przed spaniem, stanęło mu w gardle. Podkuliwszy ogon pod siebie, ruszył co sił w łapach do najbliższego schronienia. Oddech szybki. Poduszki łap zakopywały mu się w piasku. Gorąc, który rozlewał się w jego żyłach. Szum krwi w uszach i odgłos szybko bijącego serca. Schował się w zaroślach, starając się nie oddychać, by nie przyciągać do siebie innych nieproszonych zwierząt.
Jeleń jedynie odprowadził go wzrokiem i podszedł bliżej wody, by się napić. Iglak wcale go nie obchodził, na szczęście dymnego kocurka. Co mogłoby się z nim stać, jeśli to wielkie stworzenie chciałoby użyć na nim swojego wielkiego poroża? Mógł go stratować lub rozszarpać! Kiedy tylko jeleń sobie poszedł, ten mógł odetchnąć z ulgą.
Ależ jestem tchórzem… — pomyślał rozgoryczony, kiedy znów został sam. Jelenie nigdy nie były wrogami kotów, tylko wilków, które je zjadały przy odrobinie szczęścia… To nie był lis, kuna bądź sowa, które mogłyby z łatwością go pożreć jednym kłapnięciem! Co by pomyśleli inni z rodziny, gdyby teraz go zobaczyli? “Wątpię, by liderka chciała mieć wnuka, który jest tchórzem.” Te słowa liliowego wojownika odbijały się echem w jego głowie.
— Nie chcę być tchórzem… — wysyczał pod nosem rozgoryczony.

***

W końcu niebo stawało się coraz jaśniejsze, a księżyc już dawno zniknął z nieboskłonu, by zrobić miejsce na Słońce, które starało się przedrzeć przez ciemny las. Iglak siedział przez ten czas w swoim ukryciu, nadal pusząc się na każdy następny szum liści.
— Iglaku, gdzie jesteś? — zabrzmiał głos Cętkowanego Tęgosza, który przyszedł po młodego. Rudzielec z blizną na pysku rozglądał się, szukając go.
— Tutaj! — miauknął i wyszedł z cieni paproci.
Rudzielec zlustrował go przelotnie wzrokiem.
— Coś się stało? Był tu jakiś drapieżnik?
Iglak zastygł. Chyba widać było po nim, że jednak był przerażony. Starając się wygładzić swoje futro, przytaknął.
— Widziałem wilki, które rozszarpują jelenia! — Jego futro płonęło żywym ogniem, kiedy z jego pyska wypłynęło kłamstwo.
Kuzyn posłał mu pytające spojrzenie. Nie skomentował jego wytłumaczenia.
— Dobra, wracajmy. — Machnął ogonem, a Iglak w głębi ducha odetchnął. Może lepiej, że rudzielec to przemilczał. Może nie przepadał za nim, gdyż zbyt często wpadał jego zdaniem w odwiedziny do Ognikowej Słoty.
W końcu dotarli do obozu, a przed mównicą czekali na niego Zalotna Gwiazda, Koszmar, Zamroczka i reszta klanu. Babcia kiwnęła rudzielcowi głową i zaczęła ceremonię mianowania. Zamroczka stała się Zamroczną Łapą, a jej mentorem został Cętkowany Tęgosz, Koszmaru nowym imieniem było Koszmarna Łapa, trafił pod skrzydła ciotki, Nadciągającego Pomroku.
— Iglaku! — miauknęła głośno swoim władczym głosem Zalotna Gwiazda. W końcu była jego kolej! — Ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Iglasta Łapa. Twoim mentorem będzie Kocimiętkowy Wir. Mam nadzieję, że Kocimiętkowy Wir przekaże ci całą swoją wiedzę.
Spojrzał się na drugą swoją matkę, która wyszła z tłumu i dumnie zamerdała swoim króciutkim ogonkiem. Czyli jego gdybania nad dostaniem za mentora zastępcę klanu rozpłynęły się niczym śnieg w Porze Nowych Liści? No cóż… Nadal dostał kotkę, która była uznaną wojowniczką, a przede wszystkim była jego matką!
— Kocimiętkowy Wirze, jesteś gotowa do szkolenia własnego syna. Otrzymałaś od swojej mentorki, Lodowego Omenu doskonałe szkolenie i pokazałaś swoją siłę i cierpliwość. Będziesz mentorem Iglastej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzę — zakończyła Zalotna Gwiazda.
Zetknął się nosem z własną matką i usiedli dumnie, gdy cały klan skandował nowe imiona uczniów. Iglasta Łapa jednak tego nie słyszał, gdyż przed oczyma nadal miał wielką straszną sylwetkę jelenia, który przeszywał jego duszę na wylot. Strach, który czuł w przez noc, był teraz powodem do zażenowania, wstydu oraz złości, które w nim buzowały. Czy Kocimiętkowy Wir byłaby nadal z niego dumna, gdyby wiedziała, jak strasznie się on bał?
Po ukończonej ceremonii jego matka wzięła go poza obóz, by pokazać mu tereny Klanu Wilka. Kocica nie zamierzała marnować czasu na bezmyślne zabawy lub obchodzenie się z nim, jak z jajkiem, gdyż narzuciła szybkie tempo. Spędzili razem miło czas, a on zapomniał już o strachu, jaki przeżył tej nocy.

***

Kilkanaście dni później

Bycie uczniem było świetne! Mógł biegać po lesie i wspinać się po drzewach. Może jeszcze nie robił tego wyśmienicie i jeszcze się uczył, tak mógł się pochwalić o wiele lepszym balansem niż Kocimiętkowy Wir, która czasem z zakłopotaniem bujała się na gałęziach.
Właśnie wrócił z patrolu łowieckiego wraz z jego matką, a z jego pyszczka zwisała mysz. Przeparadował się ze swoją zdobyczą przez obóz i dumnie pokazał ją starszym uczniom oraz swojemu rodzeństwu. Garbata Łapa raczej patrzył na niego z zazdrością i machał gniewnie ogonem, a Tęczowa Łapa gratulował mu dobrych łowów. Idąc do sterty zwierzyny odnieść piszczkę, przed nim wyrósł Cętkowany Tęgosz. Iglasta Łapa zdążył gwałtownie zahamować, poderwał wyżej głowę, by spojrzeć w mroczne zielone oczy krewnego.
— Hm? — zdołał jedynie wydusić z siebie, gdyż nadal trzymał zwierzątko w pyszczku.

[1409 słów]
< Kuzynie? >
🌲

Od Ćmiej Łapy CD. Trójokiego Zająca

Niedawna przeszłość

Wdychała ciepło ojca. Był dla niej wielkim wsparciem w tej trudnej chwili. Bała się, że zawiedzie swojego brata. W tej chwili zdała sobie sprawę, że czasami za szybko chciała dorosnąć, za bardzo chciała tłumić emocję, które później osiadały w niej na dnie i wybuchały w najmniej oczekiwanym momencie. Przy tacie mogła zrzucić ten ciężar, który w większości sama na siebie narzuciła i się wypłakać w jego gęstym futrze.

Teraźniejszość

Kotka miała dużo roboty już od samego rana. W obozie było jeszcze dużo chorych. Firletkowa Łapa obudził się przed wschodem słońca, chcąc posłuchać kolejnych historii. Potem poszła na zbieranie ziół, a później przyszła do niej Niebiańska Poświata.
– Witaj, Ćmia Łapo! Witajcie, Jagnięcy Ukłonie i Aldrowando!
– Jagnięcego Ukłonu nie ma, a Księżycowa Aldrowanda jest u kociaków – poprawiła. – O co chodzi?
– Och, przy Złotych Kłosach coś mnie ugryzło. Myślałam, że to małe ugryzienie, ale później zaczęło się czerwienić. Obejrzysz to?
– Oczywiście. – Przytaknęła głową. – Która łapa?
– Tylna. – Podniosła łapę, aby uczennica mogła się lepiej przyjrzeć.
– Wdała się infekcja, Niebiańska Poświato. Następnym razem z każdym ugryzieniem przychodź do nas. Nałożę ci trybuli, ale nie wychodź dziś już z obozu, lek musi pozostać na ugryzieniu, aby zadziałał, dobrze?
– Dobrze – obiecała.
Kremowa przeżuła kilka korzeni, wypluła je na łapę pacjentki i rozsmarowała.
– Gotowe.
– Dziękuję, Ćmia Łapo, do widzenia! – Liliowa machnęła ogonem i wyszła z legowiska.
– Do widzenia! – odwzajemniła.
Srebrna wyminęła się z płowym kocurem, który kulał na jednej łapie.
– Witaj, Ćmia Łapo! – mruknął. – Coś mi się wbiło w łapę. Głupi Dwunożni, wszędzie te swoje przezroczyste kamienie zostawiają.
– Obejrzę łapę, dobrze? Tylko uwaga, jeśli to coś się wbiło głęboko, wyciąganie może zaboleć.
– Dobrze – odmruknął, prawdopodobnie zastanawiając się, czy medyczka go uważała za tchórza. Może kiedyś by tak myślała, w końcu stał przed nią brat uciekinierki, Truskawkowego Pola, ale po incydencie z Mroczną Puszczą nauczyła się, że nie zawsze należało oceniać kota po więzach krwi.
– O, znalazłam. Prawie cały wszedł! Wyciągnę go na trzy. Raz… dwa… trzy! – Wyciągnęła przezroczysty odłamek z łapy.
– Fakt, pociągnęło – odmruknął point.
– No, no, no, infekcja. Widać dzisiaj szybko mi się skończy trybula… – lekko zażartowała.
– Dziękuję, Ćmo – rzekł kocur, gdy skończyła.
– Nie ma za co, do widzenia! – mruknęła na pożegnanie.
Po kilku chwilach do legowiska przyszedł kolejny point, a właściwie pointka, bo kotka. Oszroniony Kieł.
– Dzień dobry, Ćmia Łapo, mam straszną chrypę – chrząknęła i dotknęła szyi.
– Witaj, Oszroniony Kle, już ci daje miód. Przychodź do mnie przez następne trzy dni na inspekcję i staraj się oszczędzać swój głos, inaczej możesz go stracić na zawsze, dobrze?
Kotka przytaknęła głową. Kremowa potrząsnęła swoim małym ogonkiem w kształcie pióra i podreptała po wiązkę mchu z miodem.
– Proszę, wyliż to.
Pointka schyliła się i wysunęła swój język, liżąc mech z lepką substancją.
Kotka schyliła łeb w podzięce i odeszła w stronę legowiska wojowników.

~*~

Kolejne kroki zostały złapane przez uszy koteczki, lecz zamiast kolejnego pacjenta, do legowiska wszedł jej ojciec, Trójoki Zając.
– Cześć, córeczko. – Kocur polizał ją między uszami. – Co u Firletkowej Łapy?
– Ostatnim razem jak sprawdzałam wszystko u niego w porządku. Jeszcze nie umie chodzić, głównie śpi. Jego rana po… amputacji, jeszcze się nie zasklepiła i musimy uważać na infekcję. A ty jak się trzymasz?
– Nie martw się, jest dobrze. Jeżeli będziesz miała czas, chcesz pójść na spacer? Dawno nie spędzaliśmy razem czasu.
Jej oczy się zaświeciły.
– Oczywiście! Pogadam z Jagnięcym Ukłonem, jak wróci. Może jutro się uda. – Uśmiechnęła się. Miała nadzieję, że uda jej się wyprowadzić go ze smutku, chociaż na chwilę. Firletkowa Łapa stracił łapę, ale dzięki Klanowi Gwiazdy przeżył i Ćma zrobi wszystko, aby jej rodzinie żyło się jak najlepiej.

Wyleczeni: Oszroniony Kieł, Niebiańska Poświata, Wędrujący Wibrys

<Kochany tato?>
[583 słowa]

21 września 2026

Od Wdzięcznej Firletki CD. Łzawej Łapy

Paręnaście księżycy temu…

— Dlaczego to on dostaje więc dobre słowa?! Przecież nie zrobił nic specjalnego!
Machnęła ogonem i spojrzała na nowomianowaną uczennicę.
— Wasz ojciec kocha was obojga tak samo mocno — miauknęła po paru uderzeniach serca. Łza wydęła dolną wargę. — Ma jednak tylko jeden pysk i cztery łapy, tak? Nie rozdwoi się.
Łaciata nie wyglądała na pocieszoną. Firletka z westchnieniem podniosła się z ziemi i musnęła bok młodej łapą.
— Na pewno chciał dać Ci chwilę na oddech po ceremonii.

↠ₓ⊹❈⊹ₓ↞
Teraźniejszość…

Wyćwiczonym ruchem łapy zgarnęła pozostałe jagody jałowca i odłożyła je na miejsce. Śpiewający Raniuszek zawahała się na moment, stojąc za nią; medyczka odwróciła się z pytaniem na końcu języka, jednak nim zdążyła je zadać, do legowiska wsunęła się głowa Zawodzącej Gwiazdy.
— Wdzięczna Firletko?
Spojrzała na rozedrgany pysk przywódcy.
— Tak?
— Rudzikowe Skrzydełko nie żyje.
Futro wojowniczki, która nadal sterczała w lecznicy, nastroszyło się nieznacznie. Sama Firletka poruszyła nerwowo ogonem.
— Co- Co się stało?
Echo spojrzał kątem oka na Śpiewający Raniuszek, która, jak gdyby rozpoznając prośbę, drgnęła – po czym z głuchym przekleństwem na języku wysunęła się na zewnątrz.
— Łzawa Łapa — zaczął kocur — wraz z Połyskliwym Kogutem donieśli o jej śmierci.
Przełknęła ślinę. Syn Rudzik?
— Twoja uczennica zdeterminowała wycieńczenie, oraz… Czarny kaszel. Udusiła się.
Całe ciało Firletki drgnęło. Czarny kaszel? Wiedziała, że kocica od dłuższego czasu walczyła z chorobą, ale-

Ślina Tańcującego Pierza wylądaowała na niej wraz z jego sykiem.
— Nie! Gówno zrobiliście! On teraz przeżywa męczarnie, a wy... On przez was cierpi!
Kaszel zawtórował słowom wojownika. Głowa Aminkowej Łapy osunęła się głębiej w posłanie, jego pysk wygięty w grymasie bólu.
— Gdybyście umiały mu pomóc, już dawno by stał na nogach i biegał!

Potrząsnęła głową.
— Jest nadal w swoim legowisku?
Nim uzyskała odpowiedź, do lecznicy wsunęła się głowa jednego z wojowników.
— Firletko? Zwiewny Mak zraniła się w ogon-
Zawodząca Gwiazda uniósł łapę.
— Później — miauknął do kota, który zatrzymał się i wydał z siebie pytający odgłos. — Cyklonowe Oko, proszę, trzymaj koty z dala od legowiska więźniów.
Z tymi słowy wyszedł na zewnątrz i ruchem brody kazał jej za sobą podążyć.

↠ₓ⊹❈⊹ₓ↞
tw: martwe ciało, obrzydliwe opisy

Stygnące ciało Rudzikowego Skrzydełka leżało na kamiennej posadzce legowiska. Nieco zdezorientowana zanotowała brak posłania; Zawodząca Gwiazda przesunął wzrokiem po tych pustych, należących do innych kotów, po czym przeniósł je na ciało zdrajczyni.
— Zebrać już koty do pogrzebu?
Skinęła głową. Bez słowa zbliżyła się do kocicy, pochyliła się nad jej sylwetką; do jej nosa dotarła wątła woń krwi i kwasu wymiocin. Zastrzygła uszyma. Nie dostrzegała nigdzie ani jednego, ani drugiego. Czyżby Łzawa Łapa już zdołała zacząć czyszczenie ciała? Gdzie teraz była?
Ujęła pysk więźniarki w łapy. Sierść wokół jej warg i brody była zmierzwiona i mokra od śliny, jak gdyby ktoś nieudolnie próbował ją wytrzeć. Zmarszczyła brwi.
— Coś nie tak?
Spojrzała kątem oka na przywódcę, a poten z powrotem na martwą. Czyżby zaczęła się ksztusić?
To nie było tak, że nie ufała jego córce. Swojej uczennicy. Ale… Z własnym osądem czułaby sie spokojniejsza.
— Nie wiem.
Nie widziała nigdzie zwierzyny, ani jej resztek, którymi mogła się zadławić.
— Obowiązują ich konkretne pory posiłków?
— Po pracy — odparł Echo. — Rudzikowemu Skrzydełku przynoszono jedzenie i wodę parę razy dziennie. Częściej, od kiedy Bąbelkowy Plusk się odwodnił.
Skinęła głową. Zaledwie parę dni temu sqma pomagała pointowi.
Zerkając na przyjaciela przez parę uderzeń serca, nerwowo poruszyła wąsami, po czym uchyliła szczęki trupa.
Wsuwając palce pomiędzy jej zęby przytrzymała je rozwarte na tyle, aby zajrzeć do jej pyska. W półmroku trudno było cokolwiek dojrzeć, jednak przejechawszy opuszką łapy po wewnętrznej stronie jej szczęk natrafiła na… Coś przypominającego rozgniecioną trawę. Zioła? Skórki owoców?
Po jej grzbiecie przeszedł dreszcz.
— Firletko-
Wsunęła łapę głębiej. Gardło kocicy ustąpiło pod naciskiem, przesuwając się wzdłuż jej futra śliskim ciepłem. Schowała głowę między barkami, powstrzymując odruch wymiotny. Zawinęła łapę w przełyku Rudzikowego Skrzydełka i szybkim ruchem wyciągnęła ją na zewnątrz, unosząc ją wysoko.
Na posadzkę z obślizgłym dźwiękiem spłynęła na wpół rozgryziona mieszanka mięsa i jagód.
Odsunęła się o krok, gwałtownym ruchem wycierając opuszki o kamień. Z jej gardła wyrwał się głuchy jęk; Zawodząca Gwiazda stał zdrętwiały w przejściu, wpatrując się w ciało.
— Nie pozwól nikomu tego dotykać — oznajmiła zdesperowanym głosem, przesuwając się szybkimi ruchami do wyjścia. — Wyciągnij ciało wraz ze Skrzydlatą Płomykówką i każ je pochować. Trzymaj więźniów w Nowej Grocie.
Przecisnęła się obok niego.
— I przyprowadź mi później Łzawą Łapę i Połyskliwego Koguta.

↠ₓ⊹❈⊹ₓ↞

Czerwone jagody cisu leżały głęboko w jednej z wnęk. Skryte pod warstwą innych ziół oraz grubym kawałkiem kory, którym oddzielała zwykłe od tych potencjalnie szkodliwych.
Było ich mniej, niż zapamiętała.
Wpatrywała się w nie jeszcze przez parę uderzeń serca – te same, których resztki niedawno wyciągnęła z gardła Rudzikowego Skrzydełka. Sztywnymi łapami zawinęła owoce w liść i zwróciła na ich miejsce.
Wstępnie chciała przepytać Łzę i towarzyszącego jej wojownika o to, czy nie zauważyli niczego niepokojącego; czy nie wyczuli cudzego zapachu na pokarmie czy posłaniu, które zostało wyniesione… Jednak teraz inny rodzaj potu rozlewał się pod jej futrem. Uczennica była jednym z niewielu kotów, które mogły niepostrzeżenie zabrać cokolwiek z jej zapasów i za razem wiedziały o obecności trucizny; czy wiedziała jednak też o tym, że każda z jagód była policzona?
Nie chciała osądzać córki Zawodzącej Gwiazdy o morderstwo, ale było to pierwsze, co przyszło jej na myśl.
— Wdzięczna Firletko?
Zwróciła pysk ku przejściu. Przed przywódcą stali Łzawa Łapa i Połyskliwy Kogut. Skinęła głową i ruchem ogona zaprosiła ich do środka; niebieskie ślipia Echa zadały jej nieme pytanie, a ona jedynie spuściła wzrok.
Zajęła miejsce tyłem do oczka wodnego, z dwoma kamiennymi łbami wyglądającymi zza jej ramion, i uchyliła pysk.
— Dlaczego Rudzikowe Skrzydełko została otruta?


<Łzawa Łapo?>

wyleczeni: Śpiewający Raniuszek, Zwiewny Mak, Bąbelkowy Plusk