BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

14 października 2026

Od Cisowej Łapy

Końcówka Pory Opadających Liści

– Chodź, Cisowa Łapo, idziemy na patrol! – miauknęła Psotny Nietoperz, budząc z samego rana swoją córkę. Ta wymamrotała coś niewyraźnie i wstała, pospiesznie liżąc się po piersi. – Idziemy dziś na granicę z Klanem Burzy, razem z twoją siostrą! – kontynuowała zadowolona z siebie mentorka kotki i poprowadziła ją do wodospadu przy wyjściu z obozu. Stała tam już Dymówkowa Łapa wraz z mentorką. Niebieska kotka spojrzała na Rozkwitający Aster, a Cis idąc jej śladem, również to zrobiła. Mentorka jej siostry była burą kotką o błękitnych oczach, a w jej futrze można było znaleźć pełno ziół, a także kwiatów, dokładniej astrów. Spojrzenie Cis przykuwał też dwukolorowy nos i poduszeczki łap. Krótko mówiąc - kotka wyglądała na inteligentną i doświadczoną, a także była łatwa do zapamiętania.
– To co, idziemy? – zapytała po chwili Psotny Nietoperz, a Cisowa Łapa oderwała wzrok od mentorki swojej siostry, zażenowana, że starsza kotka mogła zauważyć, jak się gapiła. Dymówkowa Łapa energicznie kiwnęła głową, chyba podekscytowana, że szła z matką i siostrą na patrol. Cis również to zrobiła, ale o wiele spokojniej i bardziej przemyślanie. Jakby bała się zareagować gwałtowniej. W głębi ducha nawet cieszyła się z tego wyjścia, jednak jej umysł zalewały wątpliwości. Bo co jeśli zbłaźni się przed niemal całą rodziną? Matką, siostrą, a także mentorką siostry, która co prawda nie była jej rodziną, ale za to postawioną wysoko protektorką? Pognała za trójką kotek, gdy zorientowała się, że zaczęły już iść i przez całą drogę starała się zniknąć i być niewidzialna.
– Jak same widzicie, tutaj granica jest dość niepewna i trzeba jej pilnować, bo blisko siebie mamy aż dwa sąsiednie klany. Klan Burzy i Klan Nocy. Jak myślicie, co można zrobić, żeby trzymać resztę klanów na dystans? – zapytała Psotny Nietoperz.
– Często tu chodzić i zostawiać bardzo wyraźnie oznaczenia zapachowe? – pierwsza odezwała się Dymówkowa Łapa. Rozkwitający Aster kiwnęła łbem, zadowolona ze swojej uczennicy.
– Tak, to z pewnością dobry pomysł. Cisowa Łapo, a ty coś wymyśliłaś? – zapytała młodszą z dwóch kotek. Przez głowę Cis przebiegło na raz mnóstwo myśli. Co odpowiedzieć, co było mądre, a co sprawi, że mentorki spojrzą na nią, jak na kocię co pierwszy raz wyszło ze żłobka?
– Chyba... chyba nic innego nie wymyślę – miauknęła ze skruchą w głosie. Skuliła się, pewna, że zaraz ktoś powie jej, jak bardzo leniwa była, że nawet nie ruszyła głową, na nic nie wpadła. Psotny Nietoperz na nią spojrzała. Kotce wydawało się, że w oczach matki dostrzegła rozczarowanie i choć wmawiała sobie, że to jedynie jej wyobraźnia, mimowolnie opuściła ogon.

Początek Pory Nagich Drzew

Pora Nagich Drzew przyszła niespodziewanie, przynosząc ze sobą zimno i lód. Śnieg spadł z nieba, okrywając świat puchową osłoną, pełną lodowatej bieli. Płatki śniegu były drobne, ale padały gęsto, aż zakryły całą ziemię, tak, że nie było jej widać. Mrozy były tak silne, że nawet wodospad zamarzł, a obóz Klanu Klifu bez jego osłony wydawał się goły i wystawiony na atak. Lód pokrył również całą powierzchnię wód dookoła Bursztynowej Wyspy, a także wszystkie pomniejsze zbiorniki wodne. Cis nigdy nie widziała jeszcze tej pory roku, choć nie chciała, by było to widać. Mimo wszystko nie potrafiła powstrzymać zachwytu nad wyglądem świata. Biel była czysta i zimna. Widać było na niej każdy brud. Cisowa Łapa zastanawiała się tylko, czy na niej też widać było każdy błąd i potknięcie.

[532 słowa]

Od Połyskliwego Koguta do Poziomkowej Łapy

Były uczeń spojrzał na dawnego mentora słabo.
— Nie okłamałbym cię, Biały Strumieniu... — wymamrotał srebrny młodzieniec ze skuloną postawą. — Je... jestem szczery... chcę się poprawić. Naprawdę! — rozemocjonowany, podniósł ten jeden raz głos, błagając granatowym okiem dawnego mentora.
Wszystkie głowy więźniów, z wyjątkiem śpiącej Łzy, obróciły się ku nim.
— Uwierz mi... proszę... — miauknął smutno. — Proszę! Poprawię się... chcę zadośćuczynić... proszę...
Skulił się i zacisnął oczy.
Strażnicy podeszli sprawdzić, co zaszło. Gdy dostrzegli zrozpaczonego Koguta, porozumieli się z przewodnikiem.
— Kogucie ja muszę... Ja muszę to przemyśleć — miauknął albinos w końcu. — Skup się na razie na...odkupieniu swoich win i refleksjach. Żegnaj.
Kogut szeroko otworzył szklane oczy i otworzył pysk, ale było za późno.
Biały Strumień zawrócił, a jego długi ogon pofalował wraz z nim.
Połyskliwy Kogut znowu został sam.
Sam z jego podłymi myślami.
Rozejrzał się gorączkowo po zebranych. Dostrzegł knujący uśmieszek strażniczki, Śnieżycowej Chmury, który nie zwiastował niczego dobrego. Przynajmniej dla niego. Bił się z nią na spojrzenia, dopóki ruda kocica nie dała mu za wygraną. Odetchnął z ulgą, wracając pyskiem do swych… towarzyszy.
Gradobijący Cierń wciąż zachowywał się podejrzanie, niczym zwierzę, ale teraz tylko stał niby zahipnotyzowany rozmową truciciela z przewodnikiem Klanu Burzy. Siostra mordercy nie skomentowała tego wydarzenia. Bąbelkowy Plusk natomiast tępo patrzył na rudzielca, jakby zobaczył nie Koguta, lecz… coś innego.
Kogoś innego.
— Nie, nie… to nie tak miało wyjść… — mruknął pod nosem, poniekąd przerażony i zawstydzony swoim nagłym wybuchem.
Połyskliwy Kogut kucnął na swoim posłaniu i się zgarbił.
“Kimże jesteście, by decydować o czyimś życiu i śmierci?”
Srebrzysty rudzielec zmrużył oczy.
Kotami. Takimi jak wy.
“Jakie macie prawo, by podejmować takie kroki?”
Kogut zacisnął szczęki na samą myśl.
Takie samo, jakie mieliście przy egzekucji Nieustraszonego Chomika i Tańcującego Pierza.
“…Powiem Ci: żadne.
Jesteś teraz takim samym mordercą jak ona, Kogucie.”
… Kłamstwo. Nigdy taki nie będę.
Nigdy.
A mimo to, siedział teraz w śmierdzącym legowisku minarów.
Czy rzeczywiście było to… kłamstwo?
Bujda. Zwykła obłuda, pomyślał i się skrzywił. Przecież chcieli dobrze dla klanu. Dlaczego nikt nie umiał jeszcze tego pojąć?
Dlaczego każdy wokół nich musiał być tak głupi?
Nierozsądny. Nielogiczny. Absurdalny. Dwulicowy.

Jeszcze chwilę temu nienawidzili tych morderców. Czy w takim razie jego wuj, Ognik, powinien również zostać skazany za zamordowanie Tańcującego Pierza? W końcu go zabił. Przecież go zamordował, zapewne bez krzty dobroci i łaski.
W końcu to był zdrajca. Zdrajcom nie powinno się przecież okazywać ciepła.
Zamyślił się. Westchnął ciężko, znudzony oparł głowę na łapkach, spoglądając na Łzawą Łapę. Biedulka patrzyła w ścianę jakby zaczarowana, pewnie nad czymś się zastanawiała. Czy Zawodząca Gwiazda pozwoliłby, aby klan decydował o życiu jego własnej córki?
Kiedy Klan Burzy przestanie stosować śmiertelne kary? Czy inne przynależności też na co dzień mają w swych szeregach morderców, katów i więźniów? Czy też zabijają w imię tej “sprawiedliwości”, którą mogą wydawać tylko ci wyżej postawieni?
Uciekł wzrokiem w bok.
Czy gdyby nie był synem Rudzik…
Czy wtedy zostałby zrozumiany?
Wysunął pazury i zaczepił je w mech.
Może wtedy zostałby nagrodzony. Pocieszony. W końcu niełatwo być synem zdrajczyni i użerać się z krzywymi spojrzeniami.
A Łzawa Łapa by nie cierpiała przez niego.
Młodzieniec, znudzony tą walką z przeszłością, zaczął skubać własne legowisko. Musiał się rozproszyć.
Przyjaciółka go potrzebowała.
Musi dowieść, że może na niego liczyć.
Nagle do pomieszczenia weszła mała koteczka. Dosyć… zabawne. Zawieszony przewodnik uniósł granatowe oko.
Ujrzał przed sobą uczennicę Śniącego Obserwatora.
Spiął mięśnie.
To siostra tych dwóch parszywych, rozwydrzonych bachorów, ale nie miał jeszcze okazji z nią pomówić. Może…
Może dawało mu to jakąś szansę.
Rozluźnił się, zachowując smutny wyraz pyszczka.
— Dzień dobry, Poziomkowa Łapo… — wymamrotał urokliwy młodzieniec.
I teraz musiał poczekać, aż kotka się odezwie.

<Poziomkowa Łapo…?>

Od Chudego Grzbietu CD. Roztargnionego Koperka

Końcówka Pory Opadających Liści, przed śmiercią Cisowego Tchnienia

Chudy już niemal kończył swój twór. Obok siebie i zresztą dookoła walała się żywica, różnorakie pióra, mech i pnącza, które bury gdzieś znalazł i oczywiście, że przywlókł. Od morderstwa na Trzcinniczkowej Dziupli medyk był dużo bardziej zrzędliwy niż zwykle. Mało co go bawiło, stał się zgorzkniały. Były jednak wyjątki, kiedy to wychudzony kocur wracał do siebie i zapominał o smutnej przeszłości, potencjalnym pazurze na karku i dyskryminacji panującej w Klanie Wilka.
Tymi wyjątkami byli jego bracia, Kalinowy Powiew, do której wciąż wzdychał… oraz przybrany ojciec, Roztargniony Koperek. Przy tych kotach Chudy zachowywał się tak jak zawsze, rzucał kiepskie żarty, kąśliwe uwagi, paplał o innych kotach oraz oczywiście ziołach. Opowiadał o swoich eksperymentach, które z każdym księżycem przybierały coraz to bardziej różną formę.
Pewnego dnia, gdy kończył kubraczek i ignorował wszystko dookoła, usłyszał głos. Znajomy, nieco taki… zły?
— Ej, młody. Synu… — zaczął Koperek powoli, nieco gniewnym tonem.
Chudy natychmiast podniósł uszy. Dawno nie słyszał tej tonacji u głównego medyka.
— Możesz mi właściwie powiedzieć, co ty tworzysz? I gdzie się podziały pokrzywy? I lawenda? To Twoja sprawka, prawda? — zapytało, przesuwając łapą po swoim pysku.
Chudy poczuł jak zalewa go zimny pot. Odłożył nerwowo swoją robótkę, która swoją drogą wyglądała imponująco, by przerażony spojrzeć na Roztargniony Koperek. Czy tak wyglądało posiadanie ojca?
— Ja, em… uhhh — wydukał, jakby został przyłapany na gorącym uczynku (chociaż zapewne tak było).
— Czy Ty aby na pewno jesteś zdrowy na umyśle? — dopytało zrezygnowanym tonem.
Chudy zaśmiał się nerwowo, wzrokiem uciekając w bok. Spuścił uszy i czekał na dalszy ciąg ochrzanu, który… nie nadszedł. Zamiast tego, gdy podniósł spojrzenie, dostrzegł jeno z zawiedzionym wyrazem pyska. Chudy poczuł okropne ukłucie w sercu, na duszy. Wziął wdech i posłał kotu głupkowaty uśmieszek, tak dla niego typowy.
— Heheheh… — mruknął. — Dla niektórych pewnie nie, ale! Koperku, zobacz, co zrobiłem!
Podniósł swoje ukończone dzieło. Duży, posklejany żywicą kawałek mchu, a w niego powtykane były różnokolorowe pióra ptaków takich jak wróble, kawki, dzięcioły czy sroki. Wszystkie, jakie znalazł, zbierał pieczołowicie przez ostatnie wschody słońca, tak jak zbierał mech z głębin lasu, gdy chodził po zioła.
— S-Słuchaj tego! Ta pokrzywa nie poszła na marne! — zaczął się tłumaczyć, widząc zwątpienie na pysku medyka. — Widzisz moją sierść? Jak odstaje? ODSTAJE, KUMASZ? Nigdy nie miałem jeszcze takiej długiej! I nawet skóra mniej mnie piecze odkąd robię maści z pokrzywy! Dodaję też trochę skrzypu! A lawenda ładnie pachnie i czasem próbowałem też ją dodawać, ale nie widziałem za bardzo efektów…
Po wywodzie podsunął kotu swój kubraczek, niemal wkładając mu go na głowę, by następnie samemu go założyć. Obkręcił się wokół własnej osi, prezentując wspaniałość swojego nowego wynalazku.
— Teraz nie będę już marznąć Porą Nagich Drzew! — miauknął taki dumny, że aż łzy napłynęły mu do oczu, a nos zapchał się glutem. Zaczął smarkać i charkać. — Wspaniały, nie? Nareszcie skończony!
Posłał Roztargnionemu Koperkowi szeroki uśmiech pełen dumy.

W noc śmierci Cisowego Tchnienia

Noc jawiła się wyjątkowo niepokojąco. Wiatr wiał, kołysząc iglastymi drzewami. Skrzypienie ich pni niosło się po całym obozie Klanu Wilka, przyprawiając kocięta o koszmary. Jednak nie tylko najmłodsi nie mogli spać… pewien bury asystent medyka również miał z tym spory kłopot. Przewracał się z boku na bok, finalnie wybierając pozycję twarzą do zimnej ściany. Nakryty swoim mchowym kubraczkiem, próbował ignorować złowrogą aurę, jaka panowała dookoła. Czuł dreszcze, biegnące od uszu, aż po końcówkę ogona. Bryzowa Łapa spała słodko na swoim posłaniu, czasem kopiąc Chudego w głowę.
Nagle mógł usłyszeć szamotanie za plecami, ale był zbyt przerażony, by odwrócić głowę. Skulił się na posłaniu, kryjąc nosek pod okryciem. Do jego uszu dochodziło ciężkie dyszenie, mamrotanie. Po chwili dosłyszał również głos Roztargnionego Koperka.
— Cisowe Tchnienie…? — zapytało sennym, skołowanym tonem.
Następnie kroki. Tup, tup, tup. Nerwowy obrót w miejscu.
— Nie ufaj im. Nie ufaj temu, co mówią. Chroń się i uważaj na każdego — wypowiedziała, a jej głos wybrzmiewał szaleństwem. — I obiecaj mi jedno; znajdź mnie w Mrocznej Puszczy.
Ostatnie zdanie zmroziło Chudemu krew w żyłach. Zacisnął łapy na kubraczku. Użył wszystkich swoich mięśni i silnej woli, by nie wydać z siebie żadnego odgłosu, który sugerowałby, że nie spał.
Po dłuższej chwili wszystko ucichło. Roztargniony Koperek jeszcze moment się kręcił, nim wrócił do posłania, jednak czy Cisowe Tchnienie zrobiła podobnie, nie wiedział.
Została z nimi cisza. Drzewa przestały się bujać, wiatr nie dął już w wejściu do medycznej nory. Byli tylko oni i wiszące w powietrzu słowa Cisowego Tchnienia.
Nie ufaj im.
Uważaj na każdego.
Znajdź mnie w Mrocznej Puszczy.

~*~

Następnego dnia Cisowe Tchnienie zniknęła. Nie było jej ani w medycznej norze, ani nigdzie w obozie. Seradelowy Nektar, która miała wartę, stwierdziła, iż kotka wybiegła w popłochu na zewnątrz. Nie goniła jej, nie próbowała zatrzymać. Chudy Grzbiet miał złe przeczucia. Bryzowa Łapa, która była jego bratanicą notabene, w kółko biegała, a paszcza jej się nie zamykała. Chudy Grzbiet przejechał łapą po pysku. Po kim ona taka jazgotliwa?
— Zamknij się już — polecił jej. Kotka wypięła język w jego stronę.
Przewrócił oczami i pognał ją do układania ziół. On sam wyszedł na zewnątrz, żeby chwilę odetchnąć. Cały klan rozmawiał o ostatnim wydarzeniu. Bury medyk wiedział jednak, iż Cisowe Tchnienie miała sporo za uszami, więc na pewno zniknięcie kotki nie było przypadkowe.
W dodatku jej słowa…
Nie ufaj im.
Komu? Zalotnej Gwieździe? Kocimiętkowemu Wirowi? Kruczemu? Ugh, dlaczego ona nie podała konkretów!
Tupnął łapką i kopnął leżący obok kamień. Poturlał się tuż pod czarne, znajome łapy. Chudy podniósł poszarzałe oczy, dostrzegając nikogo innego, jak swojego brata, Nocnego Śpiewaka. Mógłby rzec, iż kocur przybył zobaczyć się z córką, ale chwilę później dostrzegł, że wojownikowi coś dolegało. Stawał z łapy na łapę, jakby nie mógł dłużej opierać na nich swojego ciężaru.
— Co się dzieje, bracie? — zapytał Chudy, poprawiając kubraczek. Dzień był chłodny.
— Odmroziłem sobie poduszeczki u łap — odparł nieco skrępowany, jakby była to rzecz, której powinien się wstydzić.
— Oj, chodź. Ogarnę to, a Ty przemów swojej latorośli do mózgownicy — rzucił ze swoim zwyczajowym grymasem, prowadząc czarnego do lecznicy.
Milczeli. Jedynie Bryza coś w kółko gadała, aż uszy więdły. Pomyśleć, że na pierwszego ucznia dostał akurat taki egzemplarz! Sam kiedyś lubił gadać, nadal zresztą odnajdował w tym radość, ale nie teraz! Nie w takich sytuacjach, nie po tym, jak Cisowe Tchnienie zniknęła!
W końcu Nocny Śpiewak podniósł głowę znak robionego opatrunku na swoich łapach.
— Chudy… czy to prawda? — zapytał, a jego zmroziło. Nie oderwał wzroku od medykamentu. — No wiesz — zniżył głos, by Bryzka nie słyszała. — To, że Cisowe Tchnienie się usunęła, by zrobić miejsce dla Bryzki?
Chudy otworzył szeroko oczy, a jego wąsy nerwowo drgnęły. Po chwili przywołał na swój pysk fałszywy, wymuszony uśmiech.
— Raczej nie — miauknął. — Cis była specyficzna, może przez starość straciła orientację i nie może wrócić?
— Hmm… Może masz rację — mruknął, patrząc na swoją córkę nieco zmartwionym wzrokiem.
— Ej, ale no nie smuć się! Twoje dziecko jest pod okiem najlepszego medyka, pamiętasz? — miauknął. — Będzie dobrze!
Problem w tym, że Chudy sam w te słowa nie wierzył.

Początek Pory Nagich Drzew

Zostawił Bryzową Łapę z Roztargnionym Koperkiem. Kocur od jakiegoś czasu skarżył się na bóle, więc Chudy regularnie, a raczej całkiem często, kombinował z różnymi mieszankami. Chciał, by uśmierzyły jego ból na jak najdłużej albo najlepiej, by je zniwelowały. Na razie jednak tylko mak zdawał się pomagać, a i tak nie na zbyt długo. Chudy Grzbiet więc w pocie czoła chodził i grzebał w śnieżnych zaspach za jakimiś resztkami roślin. Niestety, nie był w stanie znaleźć nic pożytecznego. Trawa była zamarznięta, ziemia również, a zaspy tylko wypiętrzały swoje wierzchołki. Chudy ciągle się zapadał, mimo wysiłków włożonych w utrzymanie swojego ciała na powierzchni. Śnieg był sypki, co wszystko utrudniało.
Po paru nieudanych próbach zauważył przed sobą nieduże iglaste drzewo, których zresztą nie brakowało w Klanie Wilka. Był ciekaw, czy jego owoce oraz igły były zdatne do użytku? Żywicy z tych drzew używali na bieżąco, więc może pędów też mogli?
Problem w tym, że… no igły były wysoko, a on nisko. Rozejrzał się dookoła, jednak nie dojrzał nikogo pożytecznego. Właściwie, wiało pustkami. Zaczął żałować zostawienia Bryzki w obozie. Mogłaby je dla niego zebrać.
Obszedł drzewo kilka razy, wydeptując ścieżkę. Chyba nie miał wyjścia… będzie musiał wejść tam własnołapnie. Nie robił tego… uhuhu odkąd został uczniem medyka. Na samą myśl o wspinaczce jego mięśnie się napinały, a w żołądku odzywał się nieprzyjemny skurcz. Dla Koperka jednak zrobi wszystko, więc…
Wybił się z tylnych łap, niezgrabnie łapiąc grubego pnia. Wysunął pazury i kawałek, po kawałku piął się do góry. Na szczęście ten iglak nie był bardzo wysoki, więc jego droga nie trwała długo. Zadrapał się o wystający kawałek gałązki, nim był w stanie wejść w gąszcz igieł, które zaczęły wbijać się w ciało Chudego. Gdyby nie kubraczek, byłby cały poraniony, a tak to miał tylko łapy oraz pysk na wierzchu. No i ogon…
Zebrał tyle, ile zdołał, w kółko klnąc na kłujące go w policzki pędy. Pachniały bardzo intensywnie, ale tak samo zaciekle walczyły z burym medykiem.
Kiedy skończył, chciał zejść i tutaj… odezwał się jego lęk. Łapy nagle zaczęły drżeć, a serce kołatać. Kroczek po kroczku spróbował powolutku wrócić na ziemię, jednak jego pech zawsze przychodził w najgorszym momencie. Poślizgnął się o zimną korę drzewa i runął w dół prosto na pysk i bark, w którym coś chrupnęło. Wrzasnął z bólu i zacisnął zęby, a z oczu popłynęły łzy. Podniósł się koślawo, zebrał igły do siebie, które się rozsypały i sprawdził swój bark.
— AUUUĆ — syknął, gdy tylko go dotknął. — Szlag, wybity… będę potrzebować pomocy.
Cały drżał, ale nie z zimna, a ze strachu. Nienawidził drzew, wspinaczki, wysokości. Były przerażające i kontuzjogenne… sztywnym krokiem zaczął wracać, powoli, na tyle na ile mógł przy aktualnych problemach. Po drodze nieco zabłądził. Musiał pójść na skróty przez nagie krzaki, które zrzuciły swe kolorowe liście Porą Opadających Liści. Gdy tak się przez nie przedzierał, dostrzegł coś, co zmroziło mu krew w żyłach.
Fragment sierści. Szylkretowej.
Jego szczęka trzęsła się na zimnie mimo kubraczka, gdyż był na zewnątrz zdecydowanie zbyt długo. Drżącą, zdrową łapą sięgnął po malutkie znalezisko, potraktowane mrozem i deszczem. Wyblakły, ale nie tak stary kępek sierści, który niemal z całą pewnością należał do Cisowego Tchnienia. Dostrzegł brązowy, stary ślad krwi. Mróz dopadł jego drogi oddechowe, gdy uchylił pysk w nerwowym oddechu. Przytłaczająca cisza przerażała swoim ogromem, a serce medyka kołatało szybko.
— Oni ją… — szepnął do siebie. — A może to było jakieś zwierzę…? M-Może samotnik? Być może zginęła z zimna… n-nie musiało to być od r-razu m-mmorderstwo…?
Pytał sam siebie, ewentualnie ten kawałek futra, chociaż nie uzyskał odpowiedzi. Przerażony, schował go prędko pod kubraczek, by przemycić znalezisko do obozu.
Wrócił koślawym krokiem, toteż nikt nie zwrócił na niego uwagi. W pysku niósł igły, a jego wzrok wbity był w medyczną norę. Wszedł do niej, czując od razu przyjemne ciepło. Mimo tego jego ciało nadal było napięte jak struna. Rozglądał się nerwowo, od razu kierując kroki do głównego medyka.
Roztargniony Koperek spojrzało na niego ze zmartwieniem w oczach.
— Coś Ty znowu zmajstrował? — zapytało.
— Musisz mi pomóc, mam wybity bark — zaczął głośniej, a gdy przysiadł do Kopra w głębi legowiska, zniżył głos. Upewnił się, że nikogo nie było dookoła. — Znalazłem coś — szepnął drżącym głosem. — Pokażę Ci później. A teraz błagam nastaw mi ten bark, bo zdechnę z bólu.

Wyleczeni: Nocny Śpiewak, Chudy Grzbiet

<Koper?>

Od Blednącego Szaleju

Pora Nagich Drzew zabarwiła tereny Klanu Wilka mroźnym puchem, pokrywając obficie wysoko pnące się drzewa iglaste, ich korony kołysały się delikatnie na boki, a srebrny kocur słyszał chrupanie pod łapami. Wraz ze zmianą krajobrazu, zwierzyny również było zdecydowanie mniej, a jego jaskraworude futro w niczym mu nie ułatwiało sytuacji. Ostatnio mianowania doczekały się kocięta Miodowego Ulu, a także Jesionowej Szadzi i parę innych. Wojownik otrzymał uczennicę, Wodnika. Dzień wcześniej poszedł pod Cierniste Drzewo i zapytał przodków, czy uważali tę decyzję za słuszną. ,,Czy to odpowiedni kot? Czy dzięki niej uda mi się was usłyszeć?”, wspominał wypowiedziane przez siebie wtedy słowa. Nie otrzymał jednak żadnej odpowiedzi, zamiast tego z góry zsunęło się na niego czarne pióro, a później do uszu dotarł trzepot spłoszonego ptaka, gdy uniósł z poruszeniem głos. Uznał to więc za znak. Zalotna Gwiazda nie bez powodu przydzieliła ją jemu. Musiał dowiedzieć się zatem, czy byli w stanie się dogadać. Otrzymał szansę, której nie zamierzał zmarnować. Szczególnie, po odejściu Cisowego Tchnienia, a także, wcześniejszego odejścia Bladego Lica. Rudy od zawsze próbował się izolować po to, żeby do nikogo nie czuć szczególnego przywiązania, które mogło go ograniczać. Po zniknięciu niebieskiej jednak poczuł pewne ukłucie, które zachęciło go do zaczerpnięcia pomocy u przodków. Pochwycił pióro, które później zaniósł do nowo uplecionego legowiska kotki, a potem wetknął je gdzieś pomiędzy, żeby go nie zgubiła. Myślał, że w ten sposób może koty Mrocznej Puszczy skontaktują się z nią. Może była wybrańcem, który potrafił ich usłyszeć. Cała ta lawina myśli spowodowana była głównie zbiegiem okoliczności związanym z kolorem pióra, które pozyskał i jej umaszczeniem. Każdego rodzaju poruszenie przy drzewie traktował poważnie jak znak. Odczytywał każdy z nich na swój sposób, dlatego też nie uznał tego za przypadek, a za celowe działanie.
Zielonooka nie wyglądała na szczególnie zadowoloną takim obrotem wydarzeń. Możliwe, że spotykało się często podobne zachowanie u kociaków, które zmuszone zostały do opuszczenia ciepłego boku matki i wylecenia z gniazda w celu przeprowadzenia się do następnego, już jedynie w towarzystwie własnych rówieśników. Może zamiast wylewną konwersacją, będzie jedynie obserwował swoją uczennicę. Dowie się, czy wierzyła w to samo co on i czy zamierzała cokolwiek z tym zrobić.

13 października 2026

Od Lśniącej Gwiazdy

W końcu, gdy płuca zaczęły palić go przy każdym wdechu, dostrzegł przed sobą coś nietypowego.
Pomiędzy surowymi ścianami i szarymi powierzchniami Betonowego Świata rozciągał się fragment terenu, który — choć nadal należał do tego samego obcego miejsca — w pewnym stopniu przypominał mu ziemie jego własnego klanu. Nie był to oczywiście las, jaki znał, lecz kilka niewielkich drzew wyrastało spomiędzy krzewów.
Ciągnęły się tam ścieżki, po których przechadzali się Dwunodzy, pozostawiając po sobie nieustanny ruch i mieszaninę zapachów, lecz Lśniąca Gwiazda ledwie zwrócił na nich uwagę. W innych okolicznościach zapewne zatrzymałby się na chwilę, by przyjrzeć temu miejscu dokładniej, zapamiętać układ drzew, sprawdzić, dokąd prowadziły ścieżki i czy pomiędzy krzewami znajdowało się jakieś przejście, którego nie dostrzegał na pierwszy rzut oka.
Teraz jednak wszystko to wydawało się odległe.
Wszedł.
Przez kilka chwil pozwolił łapom prowadzić się przed siebie, wybierając kolejne przejścia niemal bez zastanowienia. Zimne gałęzie ocierały się o jego boki, czasami zahaczając o futro, a śnieg uginał się pod łapami z cichym, miękkim chrzęstem, który był niemal kojący po twardym podłożu ulic. Lśniąca Gwiazda poczuł przy tym krótkie ukłucie czegoś, co mogło przypominać ulgę, choć nie zatrzymał się, aby nadać temu uczuciu większe znaczenie.
Wystarczyło, że znalazł kawałek ziemi, na którym łapy nie ślizgały się po kamieniu.
Niemal natychmiast usłyszał jednak za sobą ciężkie kroki Dwunoga, który zbliżał się od strony ścieżki. Dźwięk był wyraźniejszy niż wcześniej, a rytm kroków nie pozostawiał większych wątpliwości co do tego, że jego obecność została zauważona.
Lśniąca Gwiazda odruchowo napiął mięśnie.
Przez krótką chwilę stał bez ruchu, jakby oceniał dzielącą go od ścieżki odległość, po czym ponownie ruszył, tym razem szybciej. Ciało wyraźnie protestowało przeciwko kolejnemu wysiłkowi, lecz zmusił je do posłuszeństwa, przyspieszając pomimo bólu, który rozlewał się po barkach i łapach.
Nie oglądał się.
Nie było takiej potrzeby.
Wystarczyło mu to, co słyszał.
Przebiegł jeszcze kilka długości ogona, lawirując pomiędzy krzewami, których gałęzie uginały się pod ciężarem śniegu. Przy każdym gwałtowniejszym ruchu część białego puchu osypywała się na ziemię, a pojedyncze kryształki lodu wirowały przez moment w powietrzu, połyskując w bladym świetle dnia.
Lśniąca Gwiazda dostrzegł przed sobą kolejne przejście.
Nie zdążył jednak sprawdzić, dokąd prowadziło.
Coś uderzyło go prosto w pysk.
Gwałtowne szarpnięcie odrzuciło mu głowę do tyłu, a łapy straciły przyczepność do zmarzniętej ziemi. Zachwiał się, próbując odzyskać równowagę, i przez moment miał wrażenie, że zaraz przewróci się w śnieg, lecz udało mu się utrzymać na nogach.
W tej samej chwili nad nim zaszeleściły gałęzie.
Drobne kryształki szronu posypały się na jego głowę i grzbiet, wsuwając się pomiędzy włosy oraz osiadając na uszach niczym maleńkie, zimne igły. Lśniąca Gwiazda zmrużył oczy, gdy kilka z nich spadło mu na pysk, a potem powoli uniósł głowę, próbując zrozumieć, w co właściwie uderzył.
Dopiero po chwili dostrzegł krzew.
Jego gałęzie były tak gęste, że niemal całkowicie zasłaniały dalszą drogę, a gruba warstwa białego puchu i lodowych kryształków sprawiała, że roślina zlewała się z otoczeniem. Ciemne konary ginęły pod śniegiem, przez co zaledwie kilka długości ogona wcześniej wyglądały jak kolejny fragment zimowego krajobrazu, a nie przeszkoda, która mogła zatrzymać rozpędzonego kota.
Lśniąca Gwiazda przez moment patrzył na krzew w milczeniu.
W jego pysku pojawił się cień uśmiechu, choć trudno byłoby powiedzieć, czy było w nim rozbawienie, czy jedynie spokojne pogodzenie się z kolejną niedogodnością.
Oczywiście.
Spośród całej przestrzeni, którą mógł wybrać, musiał trafić właśnie tutaj.
Odetchnął ciężko, czując, jak powietrze z trudem przechodzi przez rozgrzane gardło. Zimno przestało być dla niego dotkliwe, lecz jego ciało nadal drżało od wysiłku, a serce uderzało szybko i nierówno, jakby nie otrzymało jeszcze wiadomości, że powinien zwolnić.
Przymknął oczy.
Przez chwilę pozwolił sobie nie robić niczego.
Śnieg osiadał cicho na jego grzbiecie, a gdzieś pomiędzy drzewami poruszały się gałęzie, szeleszcząc pod ciężarem lodu. Odległe głosy Dwunogów mieszały się z wiatrem, lecz Lśniąca Gwiazda przestał zwracać na nie uwagę, skupiając się jedynie na własnym oddechu, który z każdym kolejnym uderzeniem serca powoli odzyskiwał spokojniejszy rytm.
Zmęczenie miało w sobie coś niemal przyjemnego.
Nieprzyjemnego, rzecz jasna, dla ciała, lecz kuszącego dla umysłu, który przez ostatnie godziny nieustannie musiał wybierać pomiędzy jedną możliwością a drugą. Teraz żadna decyzja nie wydawała się szczególnie pilna, a sam fakt, że przez kilka chwil mógł stać nieruchomo, miał w sobie osobliwą prostotę.
Przez krótką chwilę naprawdę miał ochotę położyć się w śniegu.
Pozwolić, aby zimno przeniknęło przez futro, aż przestanie czuć ciężar własnych łap, i zamknąć oczy na tyle długo, aby świat przestał wymagać od niego kolejnego ruchu. Nie musiałby wtedy myśleć o drodze powrotnej ani zastanawiać się, co znajdowało się za następnym zakrętem, a przede wszystkim nie musiałby przez kilka spokojnych oddechów podejmować żadnej decyzji.
Myśl ta przemknęła przez jego umysł z niepokojącą łatwością.
Lśniąca Gwiazda jeszcze przez moment pozostawał nieruchomy, z przymkniętymi oczami i śniegiem osiadającym na futrze, podczas gdy jego oddech powoli cichł w zimnym powietrzu. Wiedział jednak, że nie może pozwolić sobie na zbyt długi odpoczynek, nawet jeśli ciało coraz wyraźniej domagało się, aby zrobił właśnie to.
— Turmalin? To ty...?
Podniósł na moment głowę.
Ton natychmiast podpowiedział mu, że za drzwiami znajduje się kotka. Głos był miękki, choć wyraźnie ostrożny, a końcówka pytania uniosła się lekko, zdradzając niepewność kogoś, kto spodziewał się zobaczyć znajomą sylwetkę, lecz nie był już pewien, czy rzeczywiście ją dostrzega.
Lśniąca Gwiazda uniósł głowę, kierując spojrzenie ku niewielkiej, drewnianej szopie stojącej kilka długości ogona dalej.
Drzwi były uchylone.
Lśniąca Gwiazda zatrzymał na nich wzrok nieco dłużej.
Nie potrzebował wiele czasu, aby dojść do wniosku, że warto spróbować.
— Nie, nie... — odpowiedział w końcu, a jego głos zabrzmiał cicho i spokojnie, pozbawiony najmniejszej nuty zniecierpliwienia. — Nie jestem tym kotem.
Pozwolił, aby po tych słowach zapadła krótka cisza.
— Ale pozwól mi się tu na moment zatrzymać.
Dobór słów był celowy.
Nie poprosił o schronienie na całą noc, nie wspomniał o tym, co wydarzyło się wcześniej, ani nie próbował przekonać nieznajomej, że powinno jej być go żal. „Na moment” brzmiało bezpiecznie, niemal niewinnie, a przede wszystkim pozostawiało jej wrażenie, że w każdej chwili może zmienić zdanie.
Zza drzwi wychyliła się kotka.
Lśniąca Gwiazda od razu zauważył, że jest spięta. Nie cofnęła się, lecz jej ciało pozostawało gotowe do szybkiego ruchu, a spojrzenie przez kilka uderzeń serca wędrowało po jego sylwetce, zatrzymując się kolejno na pysku, barkach i łapach. Dostrzegła zadrapanie, śnieg przyklejony do futra oraz sposób, w jaki ciężko unosiła mu się pierś.
Przez kilka uderzeń serca nie odezwała się ani słowem.
Lśniąca Gwiazda również milczał.
Nie wykonywał żadnego ruchu, który mógłby zostać odebrany jako próba wtargnięcia do środka. Nawet głowę trzymał lekko opuszczoną, pozwalając, by zmęczenie widoczne w jego sylwetce mówiło za niego. Nie musiał udawać wyczerpania — było prawdziwe — lecz sposób, w jaki pozwalał jej je dostrzec, nie był już przypadkowy.
— Wyglądasz, jakbyś miał zaraz zemdleć.
W jej głosie pojawiła się odrobina troski.
Lśniąca Gwiazda wychwycił ją natychmiast.
— To możliwe — przyznał z łagodnym uśmiechem, który ledwie zaznaczył się na jego pysku. — Byłbym jednak wdzięczny, gdybyś pozwoliła mi odpocząć choć przez chwilę.
Kotka zawahała się jeszcze przez chwilę.
Lśniąca Gwiazda zauważył, jak zerknęła za jego plecy, jakby sprawdzała, czy rzeczywiście jest sam. Nie próbował odwracać jej uwagi ani przyspieszać decyzji, gdyż pośpiech mógłby wzbudzić podejrzenia.
Wreszcie skinęła głową.
— Wejdź.
Lśniąca Gwiazda przekroczył próg, choć nie zatrzymał się od razu.
Najpierw pozwolił wzrokowi spokojnie przyzwyczaić się do półmroku, a dopiero potem rozejrzał się po wnętrzu szopy. Była niewielka i dość skromna. Przy jednej ze ścian stały drewniane skrzynki, a obok leżało kilka wiązek wysuszonych roślin. Nic szczególnie cennego, nic, co od razu przyciągnęłoby jego uwagę.
Jego spojrzenie powróciło do niej.
Kotka podeszła do niewielkiej garstki słomy ułożonej w cieplejszym kącie pomieszczenia, a wtedy Lśniąca Gwiazda dostrzegł trzy małe kocięta wtulone w siebie tak ciasno, że ich drobne ciała niemal całkowicie zlewały się ze sobą.
Kotka pochyliła się nad nimi.
Jej pysk złagodniał, kiedy jedno z kociąt poruszyło się przez sen i wsunęło pyszczek pod jej brzuch, a ona odpowiedziała na ten gest cichym pomrukiem. Przez krótką chwilę wyglądała tak, jakby cała reszta świata przestała mieć znaczenie.
Nie musiał pytać, czy to jej młode.
Nie musiał również pytać, czy się o nie martwi.
Wystarczyło jedno spojrzenie.
Kiedy kotka usiadła obok kociąt, jej wcześniejsze napięcie nieco zelżało, lecz po chwili na pysku pojawił się cień zmęczenia. Westchnęła cicho, a w tym jednym dźwięku było więcej informacji, niż zawarłaby w kilku zdaniach.
Lśniąca Gwiazda nie odezwał się pierwszy, pozwalając, by cisza rozciągająca się pomiędzy nim a nieznajomą kotką trwała jeszcze przez kilka spokojnych chwil.
Wiedział, że niektóre koty znacznie chętniej mówią wtedy, gdy nikt nie zmusza ich do udzielania odpowiedzi, a pytania zadawane zbyt wcześnie potrafią skutecznie zamknąć pysk nawet tym, którzy jeszcze przed chwilą nosili się z zamiarem wyznania czegoś istotnego. Cierpliwość była zatem nie tylko oznaką dobrego wychowania, lecz również niezwykle użytecznym narzędziem, zwłaszcza w rozmowie z kimś, kto najwyraźniej przywykł do tego, że cudze zainteresowanie rzadko zwiastuje coś dobrego. Nie musiał wiedzieć, co dokładnie wydarzyło się w życiu kotki, aby dostrzec, że jej ostrożność nie wzięła się znikąd.
— Ostatnio los wyjątkowo sobie z nami pogrywa — odezwała się w końcu, spoglądając na niego znad kociąt, które spoczywały ciasno wtulone w jej bok. W jej głosie pobrzmiewało zmęczenie, nie tylko fizyczne, lecz także to głębsze, wynikające z konieczności nieustannego zachowywania czujności. — Powiedz mi... nie masz przypadkiem nic wspólnego z gangiem Monastyra?
Lśniąca Gwiazda uniósł nieznacznie wzrok, zachowując ten sam spokojny wyraz pyska, choć wewnętrznie odnotował nowe imię z uwagą, na jaką zasługiwało.
Monastyr.
Nie znał ani tego kota, ani jego gangu, nie miał również pojęcia, jak daleko sięgały wpływy wspomnianej grupy. Nie zamierzał jednak zdradzać własnej niewiedzy w sposób, który mógłby zachęcić rozmówczynię do ponownego zamknięcia się w sobie. Przeciwnie, należało zachować ostrożność, a przede wszystkim nie wyciągać pochopnych wniosków, zanim nie poznało się choćby podstawowych zasad rządzących tym miejscem. Jedno było jednak pewne: kotka nie wypowiedziała tego imienia obojętnie.
Jej uszy skierowały się nieco na boki, a spojrzenie na moment powędrowało ku drzwiom, jakby spodziewała się, że sam dźwięk imienia może sprowadzić do szopy kogoś, kogo zdecydowanie wolałaby nie oglądać. Ogon, który wcześniej spoczywał luźno przy jej łapach, napiął się nieznacznie. Monastyr z pewnością oznaczał dla niej coś więcej niż tylko przywódcę grupy obcych kotów.
Lśniąca Gwiazda pozwolił, by minęła jeszcze krótka chwila, po czym odpowiedział:
— Nie. Pochodzę z zupełnie innego miejsca, gdzie życie wygląda nieco inaczej. Nie mamy tam gangów, a przynajmniej nie takich, które roszczą sobie prawo do decydowania o losie pozostałych.
Słowa te wypowiedział bez wahania, nadając im brzmienie zwyczajnej informacji, nie zaś zapewnienia, którego wiarygodność należałoby poddawać szczególnej próbie. Nie dodał niczego więcej, ponieważ nie widział powodu, by opowiadać o swoim domu komuś, kto jeszcze nie zdecydował, czy w ogóle chce z nim rozmawiać. Zresztą, im mniej mówił o sobie, tym więcej miejsca pozostawiał jej na własne wyznania.
Kotka przez chwilę uważnie przyglądała się jego pyskowi, jak gdyby próbowała dostrzec w nim choćby najmniejszy ślad fałszu. Lśniąca Gwiazda nie zamierzał utrudniać jej tego zadania ani też ułatwiać go przesadną demonstracją szczerości. Nie odwrócił spojrzenia, ale nie próbował również przytrzymywać go na siłę. Zachowywał się tak, jak powinien zachowywać się kot, który nie ma niczego do ukrycia, a przynajmniej niczego, co jego rozmówczyni musiałaby poznać już teraz.
Kiedy jedno z kociąt cicho zapiszczało przez sen, odruchowo skierował ku niemu wzrok, pozwalając, by na krótką chwilę jego uwaga skupiła się na maleńkim ciele poruszającym się niespokojnie wśród rodzeństwa.
Gest był naturalny, niemal niezauważalny, a jednak wystarczył, by napięcie w postawie kotki nieco zelżało.
— W takim razie przynajmniej nie muszę się obawiać, że przyszedłeś tu z jego polecenia — mruknęła, odwracając wzrok. — Ostatnio trudno mi ocenić, komu można wierzyć.
Lśniąca Gwiazda pochylił lekko głowę, przyjmując jej słowa z pozornym zrozumieniem.
— Nie dziwię ci się. Zaufanie nie powinno być czymś, czego wymaga się od drugiego kota, szczególnie jeśli wcześniej miał powody, by się go wystrzegać.
Kotka przyglądała mu się jeszcze przez moment, po czym podniosła się ze słomy i podeszła do jednego z drewnianych pudeł ustawionych pod ścianą. Wyciągnęła z niego niewielki kawałek materiału, otrzepała go z kurzu i położyła w pobliżu wejścia.
— Nie jest to może najwygodniejsze miejsce na świecie, ale przynajmniej nie będziesz musiał siedzieć na gołej ziemi — powiedziała, wskazując materiał ogonem. — Możesz odpocząć, jeśli potrzebujesz.
Lśniąca Gwiazda skinął głową, a na jego pysku pojawił się cień uprzejmego uśmiechu.
— Dziękuję. Nie każdy zdobyłby się na taki gest wobec kogoś, kogo widzi po raz pierwszy.
Usiadł powoli, uważając na zraniony bark. Dopiero gdy ciężar jego ciała spoczął na materiale, ból stał się wyraźniejszy, przeszywając mięśnie tępym, nieprzyjemnym pulsowaniem. Nie pozwolił sobie jednak na najmniejszy grymas, który mógłby zwrócić uwagę kotki. Nie miał zamiaru czynić ze swojego cierpienia tematu rozmowy, zwłaszcza że dostrzegł znacznie ciekawszy sposób na skierowanie jej uwagi ku sprawom, o których prawdopodobnie nie rozmawiała z nikim od dłuższego czasu.
Przyjrzał się więc kociętom.
— Są jeszcze bardzo małe — zauważył łagodnie. — Muszą czuć się przy tobie bezpiecznie, skoro potrafią tak spokojnie zasnąć, mimo że znalazły się w miejscu, które nie wygląda na szczególnie przytulne.
Kotka spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem, jakby nie spodziewała się, że obcy zwróci uwagę właśnie na to.
— Dzieci potrafią spać wszędzie, kiedy są zmęczone — odpowiedziała. Jej głos stracił wcześniejszą szorstkość. — Poza tym staram się, żeby miały wszystko, czego potrzebują. Tyle przynajmniej mogę dla nich zrobić.
— I robisz to dobrze — odparł bez chwili wahania. — Nie każda matka potrafiłaby zachować tyle cierpliwości w podobnych warunkach.
Nie przesadził z pochwałą. Nie nazwał jej niezwykłą ani nie próbował przedstawiać jako kogoś, kto dokonał czegoś wielkiego. Wiedział, że zbyt górnolotne słowa mogłyby zabrzmieć sztucznie, szczególnie w uszach kogoś, kto przywykł do życia w niepewności. Wystarczyło wskazać jej coś, co rzeczywiście miało znaczenie, i pozwolić, by sama zdecydowała, czy chce przyjąć tę uwagę.
— Staram się — przyznała ciszej, spoglądając na trzy małe ciała wtulone w siebie pod jej bokiem. — Właściwie to one są jedynym powodem, dla którego jeszcze jakoś sobie radzę.
Przez moment milczała.
— Zapomniałam się przedstawić… Karo.
— Blask. Miło cię poznać, Karo — powiedział. — Chociaż wolałbym, żeby okoliczności były nieco przyjemniejsze.
Kotka opuściła wzrok.
— Ja również.
Przez krótką chwilę zdawało się, że zamierza powiedzieć coś jeszcze, lecz słowa uwięzły jej w gardle. Jej spojrzenie przesunęło się ku wejściu, a ogon ponownie zacisnął się wokół łap. Lśniąca Gwiazda zauważył tę zmianę, ale nie skomentował jej od razu. Wystarczyło, że zaczekał.
— Dawno nie rozmawiałam z nikim w taki sposób — przyznała w końcu. — Nie z kimś, kto nie jest związany z Monastyrem. Przez większość czasu widuję tylko Turmalina, a on... — Urwała, zaciskając szczęki. — Nieważne.
— Jeśli nie chcesz o tym mówić, nie będę cię zmuszał. Ale jeśli coś sprawia, że boisz się nawet wyjść z własnego schronienia, nie musisz udawać, że wszystko jest w porządku.
Karo spojrzała na niego niepewnie. Przez chwilę wyglądała tak, jakby walczyła sama ze sobą, próbując zdecydować, czy wypowiedzenie kolejnych słów przyniesie jej ulgę, czy jedynie przypomni o rzeczach, o których wolałaby zapomnieć.
— To właśnie przez niego tutaj siedzę — powiedziała w końcu, ściszając głos. — Turmalin należy do gangu Monastyra. Przychodzi co trzy dni i przynosi mi trochę jedzenia, czasem coś jeszcze, żebym mogła utrzymać kocięta przy życiu, ale nie robi tego bez powodu.
Lśniąca Gwiazda zachował spokojny wyraz pyska, choć jego uwaga stała się jeszcze bardziej skupiona.
— Czego więc od ciebie oczekuje?
Karo przełknęła ślinę, po czym zerknęła ku drzwiom.
— Żebym została tutaj. Żebym nie próbowała uciekać i nie szukała pomocy u innych kotów. Powiedział, że jeśli zabiorę młode i odejdę, wyśle za mną członków gangu. — Jej głos zadrżał lekko. — Ma wysoką pozycję, więc wiem, że nie rzucałby takich słów na wiatr. Wystarczy, że poprosi, a oni zrobią to, czego od nich chce. Nie chcę, żeby dorastały w takim świecie — dodała, zaciskając zęby. — Nie chcę, żeby moje dzieci uczyły się, że trzeba krzywdzić innych, żeby samemu nie zostać skrzywdzonym.
Lśniąca Gwiazda milczał przez chwilę.
— Nie dziwię ci się, że chcesz ich przed tym uchronić — powiedział w końcu. — Każdy, kto naprawdę troszczy się o swoje młode, pragnie, by miały możliwość wybrać własną drogę, zamiast od początku żyć według zasad narzuconych przez kogoś silniejszego.
Karo popatrzyła na niego, a w jej oczach pojawił się wyraz bezradności, którego nie potrafiła już ukryć.
— Tylko co z tego, skoro nie mogę nic zrobić? — wyszeptała. — Nie mam dokąd pójść. Nie znam miejsc, w których mogłabym się ukryć, a nawet gdybym je znalazła, nie wiem, jak długo udałoby mi się tam pozostać. Nie mogę ryzykować życiem swoich dzieci tylko dlatego, że sama mam dość tego, jak wygląda moje.
Lśniąca Gwiazda uniósł wzrok ku jej oczom. Nie próbował zaprzeczać jej obawom ani przekonywać jej, że są przesadzone. Właśnie w tym tkwił sens jego odpowiedzi: Karo musiała poczuć, że ktoś wreszcie traktuje jej lęk poważnie, a jednocześnie nie uważa go za przeszkodę, której nie sposób pokonać.
— To, że się boisz, nie oznacza, że jesteś bezsilna — odparł spokojnie. — Z tego, co mówisz, wynika, że Turmalin liczy na to, iż strach zatrzyma cię tutaj skuteczniej niż jakiekolwiek zamknięte drzwi. Nie wiem, jak daleko sięgają jego wpływy, ale wiem jedno: jeśli pozostaniesz w miejscu, w którym może cię regularnie odwiedzać, nadal będzie miał nad tobą przewagę.
Nie powiedział jej, że musi odejść. Nie zasugerował również, że ucieczka jest jedynym rozsądnym wyjściem. Zamiast tego przedstawił jej sytuację w sposób, który pozwalał dostrzec różnicę między tym, co znała, a tym, co mogłaby zyskać.
— A gdybyś miała możliwość zabrania kociąt w miejsce, w którym Turmalin nie mógłby po prostu przyjść i zażądać, żebyś mu się podporządkowała? — zapytał po chwili. — Miejsce, w którym nikt nie oczekiwałby od twoich dzieci, że zostaną kimś, kim nigdy nie chciały być?
Karo zamrugała, a jej uszy uniosły się nieznacznie.
— Takie miejsce w ogóle istnieje?
Lśniąca Gwiazda pozwolił sobie na łagodny uśmiech.
— Istnieje. Nie ma tam gangów, które próbują zdobywać posłuch za pomocą gróźb. Koty mają swoje obowiązki i zasady, a ci, którzy krzywdzą innych, nie mogą liczyć na to, że wszyscy będą udawali, iż niczego nie widzą.
Karo nadal patrzyła na niego z niedowierzaniem. Nie była na tyle naiwna, by uwierzyć, że gdziekolwiek można znaleźć świat pozbawiony wszelkich zagrożeń, jednak sama myśl o miejscu, w którym nie musiałaby nieustannie obawiać się Turmalina, wydawała się niemal zbyt piękna, by mogła być prawdziwa.
— Gdzie ono jest? — zapytała ostrożnie. — I jak daleko musielibyśmy iść?
— Daleko stąd — odpowiedział Lśniąca Gwiazda. — Na tyle daleko, że odnalezienie was nie byłoby dla niego tak proste, jak teraz. Nie mogę obiecać ci, że nigdy nie usłyszy, dokąd odeszłaś, ale mogę powiedzieć, że nie będzie mógł po prostu wejść na nasze tereny i rozkazywać wszystkim wokół, jak ma to w zwyczaju robić u siebie.
Przez moment obserwował jej reakcję, po czym dodał:
— Nie musisz mi wierzyć tylko dlatego, że tak mówię. Wiem, że nie znasz mnie na tyle dobrze, by powierzyć mi los swoich dzieci. Chcę jedynie, żebyś wiedziała, że masz inną możliwość niż pozostanie tutaj. Możesz przynajmniej zastanowić się, czy warto spróbować.
Karo spuściła wzrok na swoje kocięta. Jedno z nich poruszyło się przez sen, wtulając pyszczek w futro rodzeństwa, a ona odruchowo przesunęła językiem po jego głowie. Przez dłuższą chwilę nie mówiła niczego, jakby próbowała wyobrazić sobie życie, w którym nie musiałaby już nasłuchiwać kroków za drzwiami ani zastanawiać się, czy kolejna wizyta Turmalina przyniesie pożywienie, groźbę, czy może jedno i drugie.
— Nie wiem, czy potrafiłabym tak po prostu odejść — przyznała w końcu. — Ale... gdybym rzeczywiście mogła zapewnić im lepsze życie, nie chciałabym zmarnować takiej szansy.
Lśniąca Gwiazda skinął głową, nie pozwalając sobie na okazanie zbyt wielkiego zadowolenia. Nie potrzebował, by Karo podjęła decyzję natychmiast. Wystarczyło, że po raz pierwszy zaczęła rozważać możliwość, którą jeszcze przed chwilą uważała za niemal nieosiągalną.
— W takim razie nie musisz decydować w tej chwili — powiedział łagodnie. — Przemyśl to, Karo. Pomyśl o tym, czego pragniesz dla swoich dzieci, i o tym, czy miejsce, w którym teraz żyjecie, rzeczywiście pozwoli im dorosnąć tak, jakbyś chciała. Nie oczekuję, że zaufasz mi bez zastanowienia. Chciałbym jedynie, żebyś nie uznała strachu za jedyny powód, dla którego musisz tu pozostać.
Po tych słowach zamilkł, pozwalając jej uporządkować myśli.
Na jego pysku wciąż spoczywał ten sam spokojny, uprzejmy wyraz, a postawa nie zdradzała niczego poza cierpliwością. Dla Karo mógł być teraz obcym, który nieoczekiwanie zaoferował jej pomoc, być może pierwszym od dawna, który nie próbował narzucić jej własnej woli. Lśniąca Gwiazda doskonale rozumiał jednak, że zaufanie nie wymagało pośpiechu. Znacznie łatwiej było je zdobyć, kiedy rozmówca miał wrażenie, że sam wybrał, komu je ofiarować.
A Karo właśnie zaczynała wierzyć, że wybór wciąż należy do niej.
Obserwował, jak kotka przesuwa wzrokiem po trzech śpiących kociętach, zatrzymując spojrzenie na każdym z nich odrobinę dłużej, niż wymagałaby tego zwykła matczyna czułość. W słabym świetle wpadającym przez szczeliny między deskami jej sylwetka wydawała się jeszcze drobniejsza, niemal przytłoczona ciężarem odpowiedzialności, który od tak dawna dźwigała samotnie.
— A jeśli rzeczywiście pójdę z tobą? — odezwała się wreszcie, nie podnosząc głowy. — Jeśli zabiorę dzieci i odejdę z tego miejsca, czy naprawdę będę mogła zacząć od nowa? Nie będę musiała oglądać się przez ramię za każdym razem, gdy usłyszę czyjeś kroki? I czy twoje koty nie uznają nas za nieproszonych gości, których trzeba się jak najszybciej pozbyć?
Lśniąca Gwiazda przyjął jej pytania z powagą, na jaką zasługiwały. Nie odpowiedział natychmiast, pozwalając, by przez jego pysk przemknął cień zadumy, a spojrzenie na moment spoczęło na kociętach. Było w tym coś z troski, coś, co mogłoby zostać odczytane jako głębokie zastanowienie nad losem trzech niewinnych istnień, których przyszłość zależała teraz od decyzji podjętej przez ich matkę.
W rzeczywistości rozważał znacznie bardziej przyziemne kwestie.
Nie wiedział jeszcze, jaką wartość mogą mieć dla niego te małe stworzenia, nie znał ich charakterów ani nie potrafił przewidzieć, jakimi kotami się staną, kiedy dorosną. Wiedział jednak, że młode umysły łatwiej poddają się kształtowaniu, a lojalność zaszczepiona odpowiednio wcześnie potrafi okazać się trwalsza niż ta, którą próbuje się zdobyć u dorosłych, obciążonych własnymi przekonaniami i doświadczeniami. Jeżeli Karo rzeczywiście zgodzi się odejść, on zyska nie tylko możliwość sprowadzenia do klanu trójki nowych członków, lecz również szansę na to, by od początku pokierować ich wychowaniem. Nie musiał jeszcze wiedzieć, co dokładnie z nimi zrobi. Wystarczało, że dostrzegał potencjał, którego nie należało pozostawiać przypadkowi.
Co zaś tyczyło się samej Karo…
Cóż, jej los nie wydawał się równie interesujący.
— Nie mogę obiecać ci, że wszyscy od razu przyjmą was z otwartymi łapami — powiedział w końcu, nadając głosowi ciepłe, niemal ojcowskie brzmienie. — Każdy klan ma swoje zasady, a koty, które w nim żyją, mają własne przyzwyczajenia. Nie byłoby uczciwe, gdybym przedstawiał ci wszystko jako miejsce pozbawione jakichkolwiek trudności. Mogę jednak zapewnić cię, że nikt nie będzie miał prawa skrzywdzić twoich dzieci tylko dlatego, że nie urodziły się pośród nas. Jeśli zdecydujesz się przyjść, dopilnuję, abyście otrzymali szansę na spokojne życie.
Karo uniosła głowę. W jej oczach wciąż kryła się niepewność, lecz pod jej warstwą pojawiło się coś, czego wcześniej nie było — ostrożna nadzieja, tak delikatna, że wystarczyłoby jedno nieodpowiednie słowo, aby ponownie zgasła.
— Naprawdę byś tego dopilnował? — spytała cicho.
— Dałem ci słowo, Karo. Nie rzucam ich na wiatr.
Karo odetchnęła głębiej, po czym spojrzała na swoje kocięta. Przez kilka uderzeń serca jedynie przyglądała się ich drobnym pyszczkom, jakby chciała zapamiętać tę chwilę, zanim zdecyduje się zrobić krok, który odmieni całe ich życie.
— Dobrze — powiedziała wreszcie, a choć głos jej zadrżał, nie cofnęła wypowiedzianych słów. — Pójdę z tobą. Nie wiem, czy to rozsądne, i nie wiem, co nas tam czeka, ale jeśli zostanę tutaj, prędzej czy później Turmalin zdecyduje za mnie, kim mają zostać moje dzieci. Nie pozwolę mu na to.
Przez moment wyglądała tak, jakby spodziewała się, że samo wypowiedzenie tej decyzji sprowadzi na nią karę. Jej uszy pozostawały skierowane ku drzwiom, a mięśnie napięły się pod futrem, jednak nic się nie wydarzyło. Szopa nadal stała cicho, osłonięta od wiatru, a śpiące kocięta nawet nie drgnęły.
Lśniąca Gwiazda pozwolił sobie na uśmiech.
— Sądzę, że podjęłaś trudną, lecz odważną decyzję — oznajmił. — Twoje dzieci zasługują na to, by dorastać bez strachu przed kimś, kto uważa, że może rozporządzać ich przyszłością.
“I właśnie dlatego nie powinnaś już dłużej o niej decydować.”
Myśl przemknęła przez jego umysł gładko i bez najmniejszego śladu wahania, pozostawiając po sobie jedynie chłodną satysfakcję, którą natychmiast ukrył pod warstwą serdeczności. Karo nie musiała wiedzieć, że w tej rozmowie nie chodziło już o przekonanie jej do odejścia, lecz o ustalenie, w jaki sposób najlepiej zrealizować własny plan.
— Musimy jednak zachować ostrożność — dodał po chwili, spoglądając w stronę wejścia. — Mówiłaś, że Turmalin pojawia się w szopie co trzy dni. — Kiedy pojawił się ostatnim razem?
Karo natychmiast zesztywniała.
— J-Ja nie jestem pewna. Może przyjść dzisiaj, może jutro. Wszystko zlewa mi się w jedno… Jeśli nas znajdzie, nie pozwoli nam odejść.
— Dlatego nie powinniśmy dawać mu takiej możliwości.
Lśniąca Gwiazda wypowiedział te słowa spokojnie, jakby przedstawiał rozwiązanie, które od początku było oczywiste. Następnie przesunął się nieco na materiale, starając się nie zdradzić bólu zranionego barku, i skierował spojrzenie ku kociętom.
— Jest jednak coś, o czym powinniśmy porozmawiać, zanim wyruszymy.
Karo natychmiast skupiła na nim uwagę.
— Co takiego?
— Twoje dzieci są jeszcze bardzo małe. Nie znają drogi, nie potrafią poruszać się szybko na dłuższym dystansie, a jeśli któreś z nich się zmęczy lub zacznie głośno nawoływać, będziemy musieli się zatrzymać. W takich warunkach każda dodatkowa chwila spędzona w pobliżu tego miejsca zwiększa ryzyko, że ktoś nas zauważy.
— Czyli powinnam najpierw zabrać je na miejsce, a potem wrócić po resztę rzeczy? — zapytała, marszcząc czoło.
— Nie. Nie chcę, żebyś musiała ponownie tutaj wracać.
Zrobił krótką przerwę, jakby starannie dobierał słowa, choć w rzeczywistości od dawna wiedział, w jaki sposób poprowadzić tę rozmowę.
— Zabiorę kocięta jeszcze dzisiaj — oznajmił. — Będę mógł nieść je po kolei albo ułożyć je razem w bezpiecznym miejscu, tak aby nie musiały pokonywać całej drogi o własnych siłach. Kiedy dotrę na miejsce, zapewnię im ciepłe schronienie i opiekę. A jutro wrócę po ciebie.
Przez ułamek chwili Karo nie odpowiedziała.
Jej spojrzenie powędrowało od Lśniącej Gwiazdy do kociąt, a potem z powrotem. Rozdzielenie z dziećmi, nawet na jedną noc, było ostatnią rzeczą, na jaką chciałaby się zgodzić. Przez tak długi czas pozostawała ich jedyną ochroną, że sama myśl o tym, iż miałyby zniknąć z jej pola widzenia, wywołała w niej niemal fizyczny sprzeciw.
— Mam je oddać komuś, kogo znam zaledwie od kilku chwil? — zapytała w końcu, a w jej głosie pojawiła się ostrożność, która przez moment wydawała się silniejsza od nadziei. — Nie zrozum mnie źle, Blasku. Chcę stąd odejść, ale nie potrafię po prostu pozwolić, żeby moje dzieci zniknęły gdzieś beze mnie. Nie po tym wszystkim, co się wydarzyło.
Lśniąca Gwiazda nie wyglądał na urażonego. Wręcz przeciwnie, jego pysk przybrał wyraz łagodnego zrozumienia, jak gdyby od początku przewidywał, że właśnie ta obawa okaże się dla Karo najtrudniejsza do przezwyciężenia.
— I nie oczekiwałbym od ciebie, że przestaniesz się o nie martwić — odpowiedział. — Gdybyś nie miała takich obaw, zastanawiałbym się, czy rzeczywiście jesteś gotowa zrobić wszystko, by je ochronić.
Karo poruszyła uszami, a jej spojrzenie nieco złagodniało, choć nie zniknęła z niego niepewność.
— W takim razie dlaczego nie możemy odejść razem?
To było właściwe pytanie, a Lśniąca Gwiazda przyjął je z należytą powagą. Nie odpowiedział zbyt szybko, aby nie sprawiać wrażenia, że od początku czekał wyłącznie na sposobność, by narzucić jej własne rozwiązanie.
— Ponieważ twoja obecność zwiększy ryzyko, że ktoś was zauważy — wyjaśnił. — Jesteś jedyną osobą, którą Turmalin regularnie odwiedza. Jeśli znikniesz razem z kociętami, może natychmiast zorientować się, co się stało, i zacząć was szukać. Jeżeli natomiast ja zabiorę młode pierwszy, ich zniknięcie nie będzie od razu oznaczało, że uciekłaś. Będziesz miała trochę czasu, aby przygotować się do drogi, a ja zdążę zapewnić im schronienie.
Karo zmarszczyła brwi.
— Ale jeśli przyjdzie tutaj i odkryje, że nie ma dzieci, przecież i tak zacznie zadawać pytania.
— Być może — przyznał Lśniąca Gwiazda, nie próbując zaprzeczać czemuś, co było całkiem prawdopodobne. — Nie możemy przewidzieć każdego jego ruchu. Jednak kiedy zacznie szukać kociąt, te będą już daleko stąd, w miejscu, gdzie nie dosięgną ich jego łapy.
Lśniąca Gwiazda doskonale rozumiał, dlaczego nie chciała ich wypuszczać spod własnej opieki.
Rozumiał również, jak łatwo można wykorzystać tę troskę.
— Nie proszę cię, żebyś przestała być ich matką — dodał łagodnie. — Proszę jedynie, żebyś pozwoliła mi zająć się nimi przez jedną noc. Kiedy jutro przyjdę po ciebie, znów będziecie razem. Będziesz mogła sama zobaczyć, gdzie trafiły, i przekonać się, że niczego im nie brakuje.
Karo odwróciła głowę, spoglądając na swoje dzieci. Najmniejsze z nich spało z pyszczkiem ukrytym pod ogonem rodzeństwa, a pozostałe dwa leżały tak blisko siebie, że ich futra niemal zlewały się w jedną, niewielką plamę. Widok ten sprawił, że jej obawy stały się jeszcze wyraźniejsze. Nie chciała ich opuszczać, nie chciała również narażać ich na niebezpieczeństwo, a przede wszystkim nie chciała po raz kolejny podejmować decyzji, której skutki mogłyby okazać się nieodwracalne.
— Obiecujesz, że jutro po mnie wrócisz? — zapytała cicho.
Lśniąca Gwiazda nie odwrócił wzroku.
— Obiecuję, Karo.
Wypowiedział to słowo z taką pewnością, że przez chwilę mogłaby przysiąc, iż nie istnieje na świecie nic, co skłoniłoby go do złamania danego zapewnienia. Jego głos pozostawał spokojny, spojrzenie nie zdradzało wahania, a postawa wyrażała gotowość do wzięcia na siebie odpowiedzialności za coś, co dla niej miało wartość większą niż własne życie.
Nie było w nim jednak ani krzty przywiązania do złożonej obietnicy.
W jego umyśle wszystko układało się już w przejrzysty ciąg zdarzeń. Najpierw kocięta, potem droga powrotna do klanu. Karo pozostanie tutaj, przekonana, że rozłąka potrwa zaledwie do następnego dnia, podczas gdy on zyska czas i swobodę działania, nie obciążając się koniecznością prowadzenia przez drogę dorosłej kotki, której obecność nie przynosiła mu żadnej oczywistej korzyści. Nie musiał podejmować decyzji o jej losie w tej chwili. Wystarczyło, że najpierw zabezpieczy to, co uznał za warte zachowania.
A jeśli jutro nie wróci?
Ta myśl nie wzbudziła w nim nawet cienia niepokoju. Nie czuł potrzeby usprawiedliwiania się przed samym sobą, nie odczuwał również żadnego moralnego ciężaru, który mógłby powstrzymać go przed porzuceniem kotki. Karo była dla niego zaledwie kolejnym elementem sytuacji, a jej uczucia miały znaczenie tylko o tyle, o ile wpływały na jej decyzje. Gdyby jutro okazało się, że łatwiej będzie pozostawić ją własnemu losowi, zrobiłby to bez wahania. Być może przemawiała za tym zwykła kalkulacja, być może niechęć do podejmowania zbędnego ryzyka, a może coś znacznie prostszego — chłodna satysfakcja płynąca ze świadomości, że potrafi nakłonić drugiego kota do oddania mu tego, co dla niego najcenniejsze, a następnie odejść, nie ponosząc żadnych konsekwencji.
Nie potrzebował rozstrzygać tego już teraz.
Wystarczyło, że Karo uwierzyła.
— Dobrze — powiedziała wreszcie, choć słowo to zabrzmiało tak cicho, jakby z trudem przeciskało się przez ściśnięte gardło. — Jeśli naprawdę uważasz, że to najlepsze rozwiązanie... zgadzam się. Ale proszę cię, Blasku zaopiekuj się nimi. Nie pozwól, żeby poczuły się porzucone. Są jeszcze za małe, by zrozumieć, dlaczego ich matki nie ma obok.
Na moment w jej oczach pojawił się blask, którego nie zdołała ukryć. Szybko spuściła głowę, jakby wstydziła się własnej słabości, lecz Lśniąca Gwiazda zdążył już zauważyć, jak wiele kosztowała ją ta decyzja.
— Zadbam o nie — odparł. — Masz moje słowo.

Wieczór…

Karo przysunęła się do młodych i delikatnie polizała każde z nich po głowie, starając się nie obudzić pozostałych. Jej ruchy były powolne, ostrożne, pełne czułości, a kiedy skończyła, przez kilka uderzeń serca trzymała pysk przy futrze najmniejszego kocięcia, jakby chciała przekazać mu w ten sposób wszystko, czego nie potrafiła wypowiedzieć.
Kiedy wreszcie odsunęła się od kociąt, jej spojrzenie było wilgotne, lecz postawa stała się odrobinę pewniejsza.
Lśniąca Gwiazda pochylił się, by ostrożnie podnieść pierwsze kocię, a następnie przygotował się do zabrania kolejnych. Robił to powoli i z należytą ostrożnością, nie chcąc sprawić im bólu ani niepotrzebnie ich przestraszyć. Z zewnątrz mógł wyglądać na kota, który z pełnym oddaniem bierze pod swoją opiekę bezbronne młode, kierując się wyłącznie współczuciem i poczuciem obowiązku.
Wewnątrz pozostawał jednak niewzruszony.
Gdy odwrócił się w stronę wyjścia, Karo towarzyszyła mu wzrokiem, a w jej spojrzeniu mieszały się niepokój, nadzieja i smutek. Była przekonana, że właśnie pozwala swoim dzieciom wyruszyć ku lepszemu życiu, a sama musi jedynie przetrwać jeszcze jedną noc, nim do nich dołączy.
Lśniąca Gwiazda nie zamierzał pozbawiać jej tej nadziei.
Była mu teraz potrzebna dokładnie taka, jaka była: przekonana, że podjęła słuszną decyzję, wdzięczna za pomoc i gotowa czekać na obiecany powrót. Dopóki wierzyła w jego słowa, nie miała powodu szukać innego rozwiązania ani podejmować działań, które mogłyby pokrzyżować jego plany.
— Odpocznij, Karo — powiedział jeszcze, spoglądając na nią przez ramię. — Jutro wszystko będzie wyglądało inaczej.
Uśmiechnęła się słabo.
— Do jutra, Blasku.
— Do jutra.
Odpowiedział bez najmniejszego zawahania, po czym wyszedł z szopy, zabierając ze sobą jej dzieci.
Nie odczuwał triumfu w zwyczajnym znaczeniu tego słowa. Nie było w nim gorączkowej radości ani potrzeby świętowania sukcesu. Zadowolenie, które pojawiło się gdzieś na dnie jego umysłu, było znacznie cichsze i bardziej wyrachowane, wynikające z prostego faktu, że wszystko przebiegło zgodnie z planem.
Karo sama oddała mu swoje dzieci.
Nie musiał jej grozić, nie musiał podnosić głosu ani uciekać się do siły. Wystarczyło, że powiedział jej to, co chciała usłyszeć, przedstawił właściwie dobrane argumenty i pozwolił, by uwierzyła, że decyzja należy wyłącznie do niej. W efekcie zaufała mu bardziej, niż powinna, a on mógł teraz odejść, nie pozostawiając po sobie niczego, co wskazywałoby na prawdziwy cel tej rozmowy.
Przez chwilę wyobraził sobie, jak następnego dnia Karo będzie czekała na jego powrót, nasłuchując każdego szmeru dochodzącego zza drzwi. Być może z początku uzna, że się spóźnia. Później zacznie szukać usprawiedliwień, tłumacząc sobie, że droga jest długa, że kocięta wymagały szczególnej opieki, że musiał zająć się innymi obowiązkami. A kiedy wreszcie zrozumie, że nie przyjdzie, pozostanie jej jedynie świadomość, że powierzyła los swoich dzieci obcemu kotu, którego słowa okazały się warte mniej niż kurz zalegający na deskach jej schronienia.
Czy będzie go przeklinać? Czy spróbuje go odnaleźć?
Nie miało to większego znaczenia.
Wypadła z gry w momencie, w którym opuścił jej szopę.

Znajdki w Klanie Klifu!

 Do Klanu Klifu przez Lśniącą Gwiazdę zostały przyniesione trzy liczące zaledwie jeden księżyc kocięta!


Od Białego Strumienia CD. Połyskliwego Koguta

Nadeszła Pora Nagich Drzew, a wraz z nią śmierć. Wychłodzona zwierzyna, która padała poprzez bycie nieostrożną. Sępy, lisy, rysie oraz oczywiście Klan Burzy korzystający z ich tragedii, by przeżyć. W takich ciężkich czasach, jak tegoroczna mroźna Pora Nagich Drzew, każde mięso było na wagę złota. Wojownicy, którzy polowali coraz częściej, przychodzili z niczym, a nastroje wśród klanowych kotów blakły niczym kolory w tym chłodnym krajobrazie.
Biały Strumień rzadko w Porę Nagich Drzew wychodził na zewnątrz. Nawet blask księżyca odbijał się wyjątkowo mocno w śnieżnej pokrywie, niepokojąc tym albinotycznego przewodnika. Lotosowy Pąk rozmawiał z nim, mówiąc, że nie jest tak źle, jednak czerwonooki wolał nie ryzykować. Przestał również spotykać się z Drobnym Ukojeniem w obawie, że niska kotka utknie gdzieś w zaspie, lub właśnie on zostanie poparzony blaskiem księżyca. Być może przesadzał… ale nie chciał narażać żadnego z nich.
Wciąż pomimo tych wszystkich ostrożności, nabawił się gorączki. Szedł, oparty o ścianę tunelu, by nie wywinąć orła. Potrzebował dotrzeć do medycznej jamy… jeszcze trochę. Jeszcze parę kroków.
Spotkał na swojej drodze Srebrzystą Równonoc, która wsparła przewodnika w dotarciu do celu. Użyczyła mu ramienia i wspólnie odwiedzili Wdzięczną Firletkę. Starsza kotka wyuczonymi ruchami sprawdziła objawy, przeprowadziła wywiad. Równonoc poszła zająć się swoimi sprawami, podczas gdy medyczka zwinnie przygotowała dawkę ziół. Biały Strumień widział ilość zapasów. Musieli uważać, by nie chorować, bowiem nadwyżka mogła szybko zniknąć… Albinos czuł wyrzuty sumienia, zjadając podane lekarstwo. Pora Nagich Drzew trwała dopiero od jakiegoś czasu, a ziół ubywało. Zanotował w głowie, by kiedy przyjdzie Pora Nowych Liści, zapytać Firletkę, jakich roślin potrzebuje, żeby w nocy spróbować ich poszukać. W końcu takie medykamenty jak nasiona maku czy pajęczynę był w stanie zdobyć, więc dlaczego by nie pomóc?

~*~

Minęło kilka dni, a wszystkie objawy ustąpiły. Wszystko dzięki wiedzy medycznej kotki. Biały Strumień patrzył, jak Firletka się starzała… a ucznia brak. To znaczy, miała uczennicę, Łzawą Łapę, jednak kotka ostatnio dopuściła się strasznego czynu. Została odsunięta od obowiązków, ale Biały wątpił, iż powróci na stanowisko. Straciła zaufanie całego klanu. Biały Strumień niejednokrotnie słyszał wśród kotów obawy o własne życia. Nic dziwnego; medyk winien być najbardziej zaufaną figurą w klanie. To dzięki niemu wszyscy żyli w zdrowiu, mogli funkcjonować pomimo różnych defektów, jakie spadały na niektóre jednostki. Co z nimi teraz będzie? Czy Zawodząca Gwiazda mianuje nowego ucznia medyka, a Firletka zdąży go wyszkolić? Wiele kotów uznało, iż Łzawa Łapa powinna dostać surową karę, oraz odsiedzieć swój czas w więzieniu.
Mówiąc o więźniach… Przewodnik myślał dużo o swoim byłym uczniu. O tym samym, który zaskoczył go kiedyś w środku nocy, siedząc przy wyjściu z tuneli. Jak nieśmiałym, kochanym kociakiem był, chociaż nieco dziwnym. Chciał go nawet przedstawić Drobnemu Ukojeniu, jednak teraz… nie zamierzał tego robić z pewnych obaw.
Jego łapy same powędrowały ku miejscu, w którym trzymali więźniów. Biały Strumień, chociaż bardzo chciał, nie potrafił znaleźć logicznego wytłumaczenia czynu Połyskliwego Koguta. Jedynym wyjściem, by się dowiedzieć, była rozmowa u źródła. Poniekąd się obawiał… w końcu od czasu zbrodni nie zamienił z nim ani słowa. Nie mijał nawet tego legowiska, zniknął zupełnie, jakby go nie było w życiu srebrnego kocura. Serce mu kołatało, więc zatrzymał swój marsz, by wziąć kilka głębokich wdechów. Gdy uspokoił jego bicie, ruszył ponownie. Miał mnóstwo wątpliwości, a myśli kotłowały się w nim, nie dając żadnego jasnego komunikatu, czy wyraźnej odpowiedzi.
Biały Strumień zamienił kilka słów z kotem, który pilnował więźniów. Pomyśleć, że jeszcze niedawno w tym miejscu była Rudzikowe Skrzydełko, której grób teraz można było odwiedzić na powierzchni. Jej miejsce w więzieniu zajął syn rudej starszej. Sama myśl o tym przyprawiała przewodnika o nieprzyjemny dreszcz.
Kiedy stanął w wejściu do nory skazanych, spojrzał na srebrnego, byłego już swojego ucznia. Wzrok albinosa był twardy i niezrozumiały. Połyskliwy Kogut siedział przy ścianie na drugim końcu legowiska więźniów. Pomimo księżyca spędzonego wśród zdrajców, zawieszony przewodnik wyglądał na zadbanego. Tak też było teraz; młodzieniec pielęgnował futro z łagodnym, niewinnym wręcz uśmiechem. Kiedy skończył, kątem oka zerknął na Biały Strumień. Spoważniał i uniósł brwi.
— Dzień dobry... Biały Strumieniu? — wymamrotał. Wyprostował się, elegancko siedząc naprzeciw od dawnego mentora.
Biały przeanalizował ruchy kocura. Nie wyglądał na zrozpaczonego ani załamanego, w odróżnieniu od swojej wspólniczki, Łzawej Łapy. Czy naprawdę nie czuł poczucia winy?
Albinos zmrużył oczy i podniósł wyniośle pysk. Długo myślał nad tym, co ma powiedzieć, kiedy tu przyjdzie. Sporo czasu zajęło mu zastanawianie się co myślał o całej tej... sytuacji. Teraz gdy doszło co do czego, czuł rozczarowanie i złość.
— Dzień dobry? — powtórzył pytająco, a w jego głosie tańczyło poniekąd oburzenie. — Dlaczego to zrobiłeś? Przyniosłeś mi hańbę jako mój były uczeń, Połyskliwy Kogucie.
Kogut zamrugał.
— Dlaczego to zrobiłem? — Podniósł się i zrobił parę kroków do przodu. Pokręcił głową z politowaniem. Biały otworzył szerzej oczy na arogancję srebrnego. Uderzenie serca później, ponownie spoważniał, gdy kocur kontynuował;
— Rudzikowe Skrzydełko długo cierpiała. Chcieliśmy zakończyć jej udrękę — wyjaśnił zwięźle. Westchnął ciężko. — To była moja matka. Teraz może odpocząć od kary, która ją spotkała przez własną głupotę i naiwność — dodał z posmutniałym pyskiem.
Biały Strumień skrzywił pysk. Jego grzywka lekko drgnęła podczas ruchu głową.
— Kimże jesteście, by decydować o czyimś życiu i śmierci? — zapytał, a jego głos powędrował wzdłuż podziemnych korytarzy. — Jakie macie prawo, by podejmować takie kroki? Powiem Ci: żadne. Jesteś teraz takim samym mordercą jak ona, Kogucie.
Pokręcił głową z rozczarowaniem, ale również nutą niedowierzania. Jaka matka, taki syn. Miał nadzieję, że dzięki jego opiece i wpajaniu dobrych wartości, kocurek będzie w stanie wyjść na prostą drogę. Mylił się jednak; srebrny bowiem sam zdecydował się wejść na drogę ciemności.
Połyskliwy Kogut przyglądał mu się uważnie ze zmrużonym okiem, lecz nic więcej nie powiedział. Miał kamienny wyraz pyska, jednak końcówka płomiennego ogona zawieszonego przewodnika nerwowo drgała.
Biały Strumień zauważył nerwowe drganie ogona byłego ucznia. Mimo pozornie zachowanego spokoju widział, że w środku Kogut poczuł uderzenie jego słów. Wciągnął wilgotne powietrze, po chwili je wypuszczając.
— Klan nie będzie tolerował Twojego aroganckiego zachowania; ja również. Jeśli stracisz przywilej pełnienia obowiązku przewodnika, to na własne życzenie. Nie wiem, czy myślałeś o konsekwencjach, nim zdecydowałeś się popełnić tę zbrodnię — wypowiedział się ponownie. — Skazana czy nie, Rudzikowe Skrzydełko spotkała kara oraz potępienie, a jej dusza spoczęła na wieki w Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd. Twoje działanie nie było potrzebne, jednak należy już do przeszłości. Połyskliwy Kogucie, w moich, jak i klanu oczach, jesteś teraz jedynie mordercą.
Zrobił dłuższą pauzę.
— Czy masz jakieś... refleksje na temat swojego zachowania?
Jego uszy przylgnęły do głowy. Momentalnie skulił całe ciało, sierść przylgnęła do skóry. Teraz Połyskliwy Kogut wyglądał jak Kurczątko.
Biały Strumień patrzył, jak Połyskliwy Kogut się łamał. Wyglądał teraz tak żałośnie, iż miało się ochotę zmięknąć, by pogłaskać go po głowie i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze... problem w tym, że raczej nie będzie.
Kogut był jego pierwszym i jak dotąd, jedynym uczniem. Oczywiście, że zajmował specjalne miejsce w sercu przewodnika... Biały nie mógł jednak pozwolić zaślepić się uczuciom, kiedy konfrontował kocura. Nie należał do tych kotów; kruchych i zmiennych. Miał swoje wartości, których trzymał się zawsze. Dlatego też czyn Koguta tak go zabolał. Gdzie tu logika w czynach srebrnego? Z małego, nieśmiałego i cichego słodziaka wyrósł... taki kot. Kiedy to się stało? Czy Biały Strumień coś przeoczył? Czy mógł zareagować wcześniej i być może nie dopuścić do tej zbrodni? Czy srebrny mógł działać z premedytacją, z ułożonym planem śmierci Rudzikowego Skrzydełka? Czy może zrobił to pod wpływem silnych emocji, nie myśląc o konsekwencjach swoich działań?
— Czy moje refleksje cokolwiek tu zmienią? — zapytał łamiącym się głosem, nerwowo drgając i uciekając wzrokiem.
— Być może… — zaczął. — …Jeśli wykażesz odpowiednią skruchę oraz chęć do zadośćuczynienia, zmiany siebie, Zawodząca Gwiazda oraz klan Ci wybaczą.
Zamrugał powoli. To była bardzo trudna rozmowa, a Białym Strumieniem targały różne, nieraz sprzeczne emocje.
Kogut schylił głowę i pociągnął nosem. Długo mu zajęło zebranie się w sobie, aby odpowiedzieć jednemu z Trójki.
— ...Chcę zadośćuczynić, Biały Strumieniu. Chcę... — przełknął ślinę. — Chcę się poprawić.
Kątem oka spojrzał na wycieńczoną Łzę śpiącą w swym posłaniu.
— Chcę też... aby... aby Łzawa Łapa była znowu szczęśliwa — mówił dalej, przygnębionym tonem. — Chcę jej pomóc. To przeze mnie tu jest... — dodał cichym, drżącym głosem.
Spojrzał na albinosa swym głębokim, prawie czarnym jak oceaniczna otchłań okiem.
— Czy... czy mogę coś zrobić? Cokolwiek... abyś znów ujrzał we mnie dobrą istotę…
Biały Strumień przez chwilę się wzruszył, a jego serce drgnęło. Mimo to czerwone oczyska po uderzeniu serca błysnęły. Kogut miał...dwie twarze. Biały odnosił wrażenie, iż obie były nieszczere. Wszak przed chwilą sprawiał wrażenie aroganckiego i pysznego, dumnego z własnego czynu. Teraz jednak... płaszczył się przed nim niczym małe, bezbronne kocię. Albinos wiedział jednak, że kocur miał siłę i odpowiednie środki, których mógł w każdej chwili użyć.
— ... — milczał dłuższą chwilę ze zwątpieniem na pysku. — Jesteś szczery w tym, co mówisz?
Część Białego podpowiadała mu, że Połyskliwy Kogut do złudzenia przypominał innego skazanego... Tańcujące Pierze. Manipulacją zebrał wokół siebie koty, by dokonać zbrodni... czy Kogut zamierzał spróbować zwieść swojego byłego mentora, tak jak to zrobił z Łzawą Łapą?
Jego serce zabiło mocniej, na wspomnienie martwego mordercy. To on zabił wtedy jego ojca oraz wygnał siostrę… czy Połyskliwy Kogut, który z boku widział proces sądu, brał z niego przykład?
Były uczeń spojrzał na dawnego mentora słabym wzrokiem.
— Nie okłamałbym cię, Biały Strumieniu... — wymamrotał srebrny młodzieniec ze skuloną postawą. — Je... jestem szczery... chcę się poprawić. Naprawdę! — rozemocjonowany, podniósł ten jeden raz głos, błagając wzrokiem.
Wszystkie głowy więźniów, z wyjątkiem śpiącej Łzy, obróciły się ku nim.
— Uwierz mi... proszę... — miauknął smutno. — Proszę! Poprawię się... chcę zadośćuczynić... proszę...
Skulił się i zacisnął oczy.
Biały Strumień poczuł, jak napinają się wszystkie mięśnie w jego organizmie. Wybuch Połyskliwego Koguta bardzo go zaskoczył. Otworzył szeroko oczy i rozejrzał się, a strażnicy podeszli sprawdzić, co zaszło. Gdy dostrzegli zrozpaczonego Koguta, porozumieli się z przewodnikiem.
— Kogucie ja muszę... Ja muszę to przemyśleć — miauknął w końcu. — Skup się na razie na... odkupieniu swoich win i refleksjach. Żegnaj.
Po czym zawrócił, a jego długi ogon pofalował wraz z nim. Czuł się przytłoczony zachowaniem ucznia, miał jednak podejrzenia, co je wywołało. Potrzebował teraz czasu dla siebie, by wszystko ułożyć w głowie oraz przemyśleć… Wciąż nie wiedział, co powinien zrobić, jak myśleć teraz o Kogucie.
Potrzebował czasu.

Wyleczeni: Biały Strumień

<Połyskliwy Kogucie?>

Od Odety CD. Wrony

Dni zlewały się w jedną, wielką, straszliwą papkę, od kiedy poznała chłód lasu. Korony drzew ani biały puch chrupiący pod łapami nie znały litości. Kiedy oszołomienie wyrzucenia na skraj drogi minęło, a jej głowa przestała pulsować tym przeszywającym bólem, wydostała się ze swojego więzienia poprzez delikatnie uchyloną klapkę. Nie zauważyła procesu ubielania otoczenia, więc z zaskoczeniem przywitała śnieg pokrywający lodowatymi odłamkami wszystko dookoła. Pora zimna przyszła szybciej, niż tego oczekiwała. W tamtym momencie potrząsnął nią dreszcz, ale obecnie już przyzwyczaiła się do wszechogarniającego mrozu.
Pierwsze godziny były najgorsze. Pieszczochowi daleko do kogoś przyzwyczajonego do złych warunków, choć ostatnimi czasy znosiła zimno domostwa. Niemniej, tutaj było to trzy razy gorsze. Zziębnięcie sięgało aż do samych kości Odety, dopóki nie zaczęło przeistaczać się w dźwięk otoczenia. Wszystko to stało się tylko towarzystwem ogromnych rozmyślań i żali uderzających jej do głowy, gdy kręciła się po nieznanej okolicy.
Kolorowe liście mieszały się z topniejącym śniegiem, tworząc obraz istnie posępny. Dotykało ją to jeszcze bardziej podczas wspomnień dawnego domu, który został jej odebrany przez przykry los. Własne legowisko – wcześniej norma – dzisiaj okazało się snem i pragnieniem tak głębokim, aż bolało. Symptomy fizyczne mogły mijać, myśli jednak nigdy nie cichły. Jak można zasłużyć sobie na taki los? To przemyślenie dotykało ją co rusz. Aczkolwiek częściej po prostu użalała się nad stratami. Ukochana właścicielka, dom, jedyni bliscy… Teraz została sama w świecie długim oraz szerokim.
Pogoda nagliła gonitwę okropnych myśli. Świat dobiegł końca; dla niej było to pewne. Nie wiedziała nawet, czy dni zmieniały się, czy czas już przestał być aktualną ideą. Poranki mieszały się z popołudniami, jednocześnie noc zdawała się trwać wiecznie. Wszystkie wydarzenia były nieznaczące, nawet zaplątanie się w liany i szamotanina. Wówczas po prostu myślała o tym jako głupocie, kolejnej rzeczy nieznanej, czymś, co i tak nie zmieniało jej położenia w oczekiwaniu na koniec. Nagle nie było to już takie normalne, jak sobie wyobrażała, ponieważ spotkała ją niespodziewana łaska w postaci innego kota, lecz nie ominęło jej zaniepokojenie.
— Hej, pomogę — mruknęła kłapoucha, która delikatnie wyszła z krzaków. Młodsza stała jak wryta. Przerażona. — Iii… już — sapnęła. — A teraz jak problem został zażegnany, powiedz mi, jak ci na imię?
Racją było, że jej mięśnie stały się sztywne i spięte. Odplątywanie było przez to utrudnione… nieznajoma poradziła sobie dobrze mimo tego. Odeta nie pomagała, gdyż była zajęta wbijaniem spojrzenia w tamtą. Wyglądała na zadbaną, pomimo bycia w sercu lasu. Czarne umaszczenie otulające ją ciasno z uroczymi piórkami utkanymi po długości futerka. Czy może był to anioł, o których słyszała opowieści? A może doczekała się śmierci i teraz dostała ofertę odejścia? Nie ważne co to było, nie odrywała oczu, a strach był niemożliwie silny.
— O-odeta — wydukała.
Zmusiła się do odpowiedzi. Własny głos brzmiał nieodpowiednio w jej uszach. Przez dni milczała, co nie zdarzyło się do tej pory nigdy. Ostatnimi czasy mówiła mniej, jednak kochała pocieszać siebie, chociażby podśpiewywaniem. Teraz nawet chrypka wezbrała w gardle koteczki przez ten niemy okres. Wyłącznie oczy wyrażały wszystko, co chciała powiedzieć, natomiast nie mogła zmusić siebie do wyduszenia.
— Odeta? To jakiś ptak?
Myśli przywróciły ból. Nie miała już siły skrzywić pyska ani odpowiedzieć. Wyjście na nieuprzejmą nawet podczas tej sytuacji wydawało jej się fatalnym pomysłem. Wolała pozostawiać koty uśmiechnięte albo przynajmniej z godną usłyszenia odpowiedzią.
— Nie, nie… tak nazwali mnie moi domownicy. — Dymna zastrzygła uszami. Wyjawiła jakąś tajną informację, którą zrozumiała ta spotkana? Te zastrzygniecie zaintrygowało ją wewnętrznie. Koteczka miała mętlik w łebku, musiała rozejrzeć się dookoła i postąpić kroku, gdy przepytywanie było kontynuowane.
— Twoi domownicy nie dbają o ciebie?
Najpierw nie zrozumiała. Wtem zerknęła na siebie i zauważyła swój okropny stan. Jej sierść zupełnie nie przypominała tej miękkiej, ułożonej, jak u kocicy, a zamiast tego była cała brudna od kurzu. Jej ogon zdawał się nawet posiadać ślady błota! Jak pozwoliła sobie doprowadzić się do takiego stanu? Ból pojawił się po raz kolejny, pozostając na jej sercu dłuższy moment.
— Cóż, już z nimi nie mieszkam… — wydukała niepewnie. Nie była pewna, co było prawdą w tej sytuacji. Pewność miała tylko w kwestii, że domostwo przestało być bezpieczne od momentu śmierci pani sprawującej nad nimi opiekę. Wówczas mieszkała już na własną łapę, co nie różniło się wiele od teraźniejszości, poza obecnością innych kotów do pomocy. Jak ona marzyła o kimś, z kim mogłaby dzielić tę niedolę!
Cisza, która nastała, skłoniła Odetę do uchylenia głowy w dół. Chyba naprawdę przyszedł jej czas na zajęcie miejsca obok martwej Wyprostowanej. Słowa uderzyły w nią z zaskoczenia. — Wiesz, jeśli chcesz, my możemy się tobą zaopiekować. Mamy obóz niedaleko stąd. — Liliowa zastrzygła uszami. Tak nieprzewidziana wypowiedź wyrwała ją z załamanego stanu rozumu.
— Obóz? — słowo spadło z jej języka lekko. Brzmiało jak coś przyjemnego.
— Tak, ja i inne koty żyjemy razem, pomagając sobie nawzajem. Nazywamy się Owocowym Lasem — odrzekła rozmówczyni.
Młoda zamrugała parokrotnie. Iskierki zatańczyły w jej oczach. Zgasły równie szybko, jak się pojawiły. Wysunęła pazurki, aby uziemić trochę swój stan umysłowy, ale dalej wyglądała słabo. Wrona mogła być pewna, iż nie zostanie zaatakowana tymi naturalnymi atrybutami obronnymi, choć była pupilka chwiała się na łapach. Naprawdę nie wyglądała na wystarczająco silną czy sprawną. Ona walczyła z wyobrażeniami chcącymi przejąć jej świadomość, bojąc się zawiedzenia.
— Czy to metafora do miejsca, gdzie trafiamy po śmierci? — Odeta uciekła wreszcie wzrokiem od tamtej po długim wpatrywaniu się w nią z zapewne dosyć nieprzyjemną intensywnością. Przełknęła gorzki smak rosnący usilnie w pyszczku, spowodowany nadchodzącymi emocjami szargającymi jej zmysłami. Odepchnięcie szansy było jednak tak skomplikowane… zawsze trzymała się kurczowo takich okazji. Życie zawodząc, pokazało jej złudność życzeń. No, ale po części dalej była tylko roztrzęsionym kociakiem z nadzieją w sercu.
— Co? Chyba mnie nie zrozumiałaś — rzuciła Wrona do niej, gdy była zajęta myśleniem. Tego transu nie było łatwo przerwać, nie podobnie do poprzedniego.
Poczuła nawrót zawrotów głowy i mimowolnie postąpiła parę kroków w przód, wpadając na pomarańczowooką. Nie była to rzecz ani w pełni świadoma, ani też w zwykłe przewrócenie. Było to jak naturalna potrzeba. Oparła się na jej boku, bo nie wiedziała szczerze co zrobić. Przez tyle czasu trwała w tym lesie, że nawet tak głupi skrawek lepszego życia był, jak powiew ciepłego powietrza w Porze Nagich Drzew. Inne koty i wspólnota… w chwili nie mogła porównać tego ze swoją wiedzą o klanach, zbyt zaaferowana i zajęta powstrzymywaniem łez. Tak czy inaczej, jaśniała niczym perfekcja jako pomysł.
— Gdziekolwiek indziej niż tutaj, proszę. Gdziekolwiek indziej niż tutaj… — łkała, czując łamanie serca w piersi. Pękło odrealnienie, broniące jej przed największym cierpieniem. Dopuszczenie myśli o tym, iż teraz będzie musiała żyć tu i teraz w realiach bez najbliższych oraz znajomych kątów – załamało ją. Niemniej, nie chciała się wycofywać. Pragnęła zniknąć z tej głuszy, jeśli tylko miała na to szansę, była gotowa błagać przy samej ziemi. Potrzebowała obudzić świat do odgłosów. Wystarczy jej bezruchu, ciszy, tej przygnębiającej pustki.
— Proszę, proszę… — powtarzała pod nosem, przypominając modlitwę skierowaną do powietrza bardziej niż coś wypowiadane ku Wronie. Pozostała na miejscu, przy jej boku, przyciskając się mocniej; jedno drobniejsze ciało, przy drugim większym. Liczyła na zyskanie odrobiny ciepła i wdychała specyficzną woń, jeśli tylko oznaczała brak samotności. Nie zwracała uwagi na reakcje kotki, dopóki ta pozostawała bez ruchu, pozwalając jej na to osobliwe zbliżenie.

<Nieznajoma?>

Od Wrony do Odety

Wrona spacerowała po lesie, myśląc o wydarzeniach z jej życia. Była na bitwach – czy bardziej bitewkach – była świadkiem reform, które zmieniły Owocowy Las na zawsze. Miała również uczennicę, Alkę.
Na początku była marudna, trochę leniwa i niezainteresowana. Gdy raz puściły jej nerwy i powiedziała, by uważała, młodsza trochę się przestraszyła, ale jeszcze bardziej jej nie lubiła. Wrona postanowiła zastosować inne metody wychowawcze. Powiedziała, że jak Alka odróżni ślady lisa od borsuka, pójdą pozbierać kwiaty. To uspokoiło młodą kotkę i wróciła z treningu szczęśliwsza niż kiedykolwiek. Gdy Alka nie była na nią (przynajmniej na oko) zła, chodzili na kwiatki każdego dnia, w którym mimo błędów udało jej się zrobić postępy. To była zdolna, lecz trudna uczennica, ale chyba jej się udało.
Szelest w zaroślach wyrwał ją z zamyśleń i przeszła do skradania. Za chaszczami była mała, liliowa kotka, która się zaplątała w jakieś pnącza. Nie wyglądała na groźną.
– Hej, pomogę – mruknęła kłapoucha, która delikatnie wyszła z krzaków. Młodsza stała jak wryta, przerażona.
– Iii… już – sapnęła. – A teraz jak problem został zażegnany, powiedz, jak ci na imię?
– O-odeta – wydukała.
– Odeta? To jakiś ptak?
– Nie, nie… tak nazwali mnie moi domownicy.
Dymna zastrzygła uszami, a więc pieszczoszka…
– Twoi domownicy nie dbają o ciebie? – zapytała, widząc zakurzoną sierść kotki. Nie widziała nigdy pieszczocha (chyba że Poinsecje, która nadawałaby się do tego idealnie), lecz wydawało jej się, że te koty miały błyszczącą sierść i jedły trociny.
– Cóż, już z nimi nie mieszkam… – wydukała niepewnie.
Wrona zastanowiła się przez chwilę. Owocowy Las chętnie by przyjął taką młodą kotkę.
– Wiesz… jeśli chcesz, my możemy się tobą zaopiekować, mamy obóz niedaleko stąd.
Liliowa zastrzygła uszami.
– Obóz?
– Tak, ja i inne koty żyjemy razem, pomagając sobie nawzajem, nazywamy się Owocowym Lasem.
Zielonooka zastanowiła się przez chwilę.

<Odeto?>

Od Psianki CD. Borowika

Wróciłam do obozu z zającem zwisającym z pyska. Był cięższy, niż się spodziewałam, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie – byłam z siebie niesamowicie dumna. Zając nie był przecież czymś, co często trafiało się w Owocowym Lesie, więc kiedy udało mi się go złapać, przez całą drogę powrotną miałam ochotę wszystkim o tym opowiedzieć. A właściwie jednemu konkretnemu kotu.
— Borowiku! — zawołałam niewyraźnie, odkładając zdobycz na stertę zwierzyny. Nie odpowiedział, więc rozejrzałam się po obozie i szybko dostrzegłam burego kocura stojącego niedaleko.
— Borowiku! — zawołałam ponownie, po czym podbiegłam do niego i usiadłam obok, ledwo powstrzymując się od podskakiwania z podekscytowania. Miałam w głowie pewien pomysł już od jakiegoś czasu i w końcu znalazłam kogoś, kto mógł mi w nim towarzyszyć.
— Masz ochotę zrobić coś bardzo niekonwencjonalnego i szalonego? — Borowik spojrzał na mnie kątem oka, a jego ogon drgnął z ekscytacji.
— Coś… szalonego? — powtórzył, jakby sam próbował oswoić się z tym pomysłem. — No… ale… jak bardzo… szalonego…?
Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, bo jego reakcja tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że wybrałam odpowiedniego kompana. Nie chciałam jednak zdradzać wszystkiego na środku obozu, dlatego rozejrzałam się dookoła, upewniając się, że nikt nie zwracał na nas uwagi.
— A widziałeś kiedyś Dwunożnego na żywo? — spytałam, ściszając głos do konspiracyjnego szeptu. Borowik zmarszczył brwi i również zaczął nerwowo rozglądać się na boki.
— Uh… ano… widziałem. Znaczy… w mojej głowie — odpowiedział po chwili. — I wydawał się… całkiem żywy. Wyobrażam ich sobie czasem. Jako gigantyczne, łyse koty, co na dwóch łapach chodzą. Bo mówią…
Nachylił się bliżej i jeszcze bardziej ściszył głos.
— Mówią, że tak wyglądają — przez chwilę milczał, po czym pokręcił głową. — Ale no… nie, nie… Ja nigdy nie widziałem takiego… nie naprawdę. A bo co…?
Nie mogłam dłużej czekać.
— To chodź, nie możemy rozmawiać tutaj! — szepnęłam, po czym ruszyłam truchtem poza obóz, kierując się w stronę Szopy Strachu. Nikt zbyt często nie zapuszczał się w tamte okolice, więc byliśmy niemal pewni, że nikt nie będzie próbował podsłuchiwać naszej rozmowy. Borowik przez chwilę stał w miejscu, wyraźnie zdezorientowany, ale ostatecznie ruszył za mną.
— C… co…? Och, Wszechmatko… Ale… uh… — wymamrotał, próbując mnie dogonić. Po drodze omal się nie przewrócił, zahaczając łapą o kamień, przez co obejrzałam się na niego z lekkim rozbawieniem. Na szczęście szybko odzyskał równowagę i po chwili znalazł się obok mnie. Kiedy znaleźliśmy się przy Szopie Strachu, zatrzymałam się i usiadłam, owijając ogon wokół łap. Spojrzałam na Borowika poważnie, choć w środku nadal aż rozpierało mnie podekscytowanie.
— Mam pewien plan, ale najpierw musisz mi obiecać, że nikomu nic nie powiesz! — Borowik rozejrzał się po okolicy, po czym spojrzał na mnie z szeroko otwartymi oczami.
— Ja… ja nie powiem nic, nigdy, nie… Ale… nie chodzi o nic… uh… złego, prawda…? Bo ja to… złego nie chcę nic… — mruknął niepewnie. Pokręciłam głową i odpowiedziałam całkowicie poważnie:
— Nigdy bym cię nie poprosiła o nic złego, Borowiku.
Wzięłam głęboki oddech i wreszcie powiedziałam mu, co od dawna chodziło mi po głowie.
— Chciałabym wybrać się w okolice Siedliska Dwunożnych. Od zawsze byłam ciekawa ich wyglądu… a to jedyne miejsce, gdzie mogłabym ich zobaczyć! Tylko podróż do ich miejsca jest bardzo długa i ciągnie się przez tereny innych klanów. Ale z moich obliczeń wynika, że jeśli wyruszymy tuż przed świtem, a w samym Siedlisku nie spotkamy żadnych kłopotów i zostaniemy tam stosunkowo krótko… powinniśmy wrócić do Owocowego Lasu przed zmierzchem — przerwałam na moment, po czym dodałam nieco ostrożniej: — Oczywiście możesz się wycofać! Ale z moim gadulstwem sama długo nie wytrzymam i potrzebuję kompana do podróży…
Borowik podrapał łapą ziemię i pokręcił głową.
— Uh… To… to niedobry pomysł, nie, nie… — zaczął, a ja przez chwilę tylko na niego patrzyłam, czekając, aż skończy. — Jeśli na terenach innego klanu złapie nas patrol, to będzie po nas. Jeśli się tam zgubimy, to też po nas. Albo Dwunożni… uh… zrobią coś tak, że będzie po nas — zawahał się, po czym dodał z wyraźnym niepokojem: — A to jeszcze jest droga w dwie strony… um…
Przez chwilę milczał, wyraźnie rozważając wszystkie możliwe konsekwencje. Już miałam zacząć go przekonywać, kiedy jego mina nagle trochę się zmieniła.
— Ale no… w sumie… jak pójdziemy razem, to… to będziemy mieć dwie pary oczu i uszu i… i ogólnie wszystkiego, co przydatne, razy dwa, więc… — zawahał się jeszcze raz, po czym wzdrygnął się lekko. — Ugh… A co mi tam… Pójdę no… Hm. Przecież cię samej nie puszczę…
Przez moment po prostu na niego patrzyłam, a potem nie mogłam powstrzymać szerokiego uśmiechu.
— Wiedziałam, że się zgodzisz! — rzuciłam z entuzjazmem, a mój ogon niemal od razu uniósł się do góry. Mieliśmy plan. Następnego dnia, jeszcze przed świtem, mieliśmy opuścić Owocowy Las i ruszyć w stronę Siedliska Dwunożnych. Czekała nas długa droga, tereny innych klanów i mnóstwo rzeczy, których nie mogliśmy przewidzieć, ale właśnie ta niewiadoma podobała mi się najbardziej.
Nie wiedziałam, co zobaczymy, czy uda nam się bez problemu dotrzeć na miejsce ani jak właściwie będą wyglądać prawdziwi Dwunożni. Wiedziałam tylko, że nie zamierzałam już dłużej polegać na cudzych opowieściach. Chciałam zobaczyć ich na własne oczy, a Borowik – ku mojej ogromnej radości – miał mi w tym towarzyszyć.

<Borowiku?>