Próba wojownika
Nie potrafiłem usiedzieć spokojnie, choć bardzo się starałem. Co chwilę poprawiałem łapy, przesuwałem ogon po ziemi i zerkałem w stronę pozostałych kotów zgromadzonych na miejscu próby. W brzuchu czułem dziwny ucisk, jakby ktoś zawiązał mi w środku ciasny supeł. Przecież ćwiczyłem przez wiele księżyców. Uczyłem się tropienia, polowania, wspinaczki i walki, a Sowi Zmierzch niejednokrotnie przypominał mi, że wojownik musi umieć zachować spokój nawet wtedy, gdy wszystko w nim krzyczy, żeby zrobić coś natychmiast. Teraz jednak te wszystkie nauki wydawały się odległe, a ja miałem wrażenie, że zapomniałem nawet, jak prawidłowo stawiać łapy.
Zerknąłem na swoje ozdoby Pory Opadających Liści. Przyczepione do futra zasuszone listki i drobne rośliny, połączone żywicą oraz płynem z mleczy, towarzyszyły mi przez sporą część treningu. Nie były jedynie dekoracją. Każda z nich przypominała mi o chwilach, w których zbierałem je z myślą o czymś ważnym, a teraz chciałem mieć je przy sobie podczas próby. Wśród nich tkwiło również małe piórko od Dymówki, które szczególnie sobie ceniłem. Przesunąłem po nim ostrożnie językiem, upewniając się, że wciąż dobrze się trzyma, po czym podniosłem wzrok na Tęczową Łapę. Mój przeciwnik wyglądał na równie gotowego do walki, choć trudno było mi stwierdzić, co naprawdę myślał. Jego niebieskie oczy zdradzały wiele, ale ja i tak nie potrafiłem odgadnąć, czy był zdenerwowany, czy po prostu podekscytowany.
— Dasz radę, Skowronku — szepnąłem sam do siebie, próbując dodać sobie odwagi.
Nie wiedziałem, czy bardziej bałem się porażki, czy tego, że zawiodę wszystkich, którzy we mnie wierzyli. Chciałem zostać wojownikiem, odkąd pamiętałem. Chciałem udowodnić ojcu, że potrafiłem być kimś więcej niż rozgadanym, rozkojarzonym uczniem, który potrafił zatrzymać się w połowie treningu, bo zainteresowało go piórko leżące przy ścieżce. Chciałem też samemu sobie pokazać, że potrafię doprowadzić coś do końca. Nie musiałem być najsilniejszy ani najszybszy. Musiałem po prostu wykorzystać to, czego się nauczyłem.
Kiedy dano nam znak do rozpoczęcia walki, wszystkie myśli nagle ucichły. Przez krótką chwilę patrzyłem na Tęczową Łapę, szukając w jego postawie wskazówki, od której strony mógł zaatakować. Potem ruszyłem do przodu.
Pierwszy skok okazał się kompletną porażką. Tęczowa Łapa uskoczył tak lekko, jakby od początku wiedział, w którym kierunku się rzucę, a ja wylądowałem na ziemi, niemal tracąc równowagę. Zanim zdążyłem się odwrócić, przeciwnik przemknął obok mnie i musnął pazurami moje ramię. Nie było to mocne uderzenie, ale wystarczyło, żebym poczuł nieprzyjemne ukłucie w dumie. Spróbowałem ponownie, tym razem zamierzając uderzyć od boku, jednak Tęczowa Łapa znów wymknął mi się spod łap. Jego długie, smukłe ciało wyginało się w niemal niemożliwych kierunkach, a każdy mój gwałtowny ruch zdawał się tylko ułatwiać mu unik.
Frustracja zaczęła narastać mi pod futrem. Chciałem działać szybciej, mocniej, skuteczniej, ale im bardziej się spieszyłem, tym gorzej mi szło. Próbowałem przewidzieć ruchy przeciwnika i za każdym razem byłem o krok za nim. W końcu poczułem, że serce wali mi tak mocno, jakby próbowało wydostać się z piersi. Miałem ochotę rzucić się na niego bez zastanowienia, licząc, że tym razem uda mi się go przygwoździć do ziemi. Wtedy jednak przypomniałem sobie treningi z Sowim Zmierzchem. Nie każda walka była wyścigiem, a nie każdy przeciwnik musiał zostać pokonany siłą. Czasem należało najpierw zrozumieć, co robił.
Zwolniłem więc, choć każda część mojego ciała domagała się kolejnego ataku. Zacząłem obserwować Tęczową Łapę uważniej. Zauważyłem, że najłatwiej było mu uniknąć uderzenia, kiedy miał dość miejsca na odskok. Za każdym razem, gdy nacierałem prosto na niego, po prostu uskakiwał w bok, po czym wykorzystywał moją rozpędzoną sylwetkę, by znaleźć się poza zasięgiem moich łap. Nie mogłem go dogonić, ale może wcale nie musiałem. Wystarczyło sprawić, żeby sam zdecydował się na ruch, którego oczekiwałem.
Zacząłem więc stopniowo spychać go w stronę fragmentu terenu, gdzie nierówności podłoża ograniczały możliwość swobodnego odbicia się. Nie rzucałem się już do przodu przy każdej okazji. Zamiast tego udawałem atak, zmuszałem go do zmiany kierunku i pilnowałem, by nie zostawiać mu zbyt wiele wolnej przestrzeni za plecami. Tęczowa Łapa wciąż był szybki, a jego pazury kilkukrotnie rozorały mi futro, lecz powoli przestawałem reagować na każdy jego ruch tak, jakby był ostatnią szansą na zwycięstwo. Skupiałem się na tym, co działo się tu i teraz, nie na tym, co mogło się stać, jeśli przegram.
Wreszcie dostrzegłem swoją okazję. Tęczowa Łapa odskoczył przed moim pozorowanym atakiem, dokładnie tak, jak przewidywałem, ale tym razem nie próbowałem za nim pędzić. Zamiast tego zmieniłem kierunek i zastąpiłem mu drogę, wykorzystując moment, w którym musiał ponownie postawić łapy na ziemi. Zderzyliśmy się bokami. Poczułem uderzenie w żebra, a potem obaj straciliśmy równowagę i stoczyliśmy się po podłożu. Przez krótką chwilę nie wiedziałem, gdzie miałem głowę, a gdzie ogon. Ziemia zadrapała mnie w bok, a jedna z moich ozdób zahaczyła o coś i pociągnęła boleśnie za futro.
Nie mogłem jednak pozwolić, żeby rozproszyło mnie to w najgorszym momencie. Gdy tylko odzyskałem orientację, podparłem się przednimi łapami i spróbowałem przytrzymać przeciwnika. Tęczowa Łapa wyślizgnął się niemal natychmiast, lecz tym razem byłem gotowy na jego ruch. Nie próbowałem ściskać go z całej siły. Przesunąłem ciężar ciała, zablokowałem mu drogę do kolejnego odskoku i przycisnąłem go do ziemi, opierając łapy tak, by nie mógł łatwo się wywinąć. Przez kilka uderzeń serca walczyliśmy jeszcze o pozycję, a ja czułem, jak mięśnie drżały mi z wysiłku. Bałem się, że zaraz znów mi ucieknie, że popełnię jeden głupi błąd i wszystko, co udało mi się osiągnąć, pójdzie na marne.
W końcu jednak Tęczowa Łapa przestał się wyrywać. Trzymałem go pewnie, choć nie na tyle mocno, by sprawić mu niepotrzebny ból. Dopiero gdy usłyszałem sygnał kończący walkę, dotarło do mnie, że naprawdę mi się udało. Odsunąłem się i cofnąłem o kilka kroków, próbując złapać oddech. Łapy miałem ciężkie, futro potargane, a serce biło mi tak szybko, że przez moment nie potrafiłem skupić wzroku na niczym konkretnym. Patrzyłem na Tęczową Łapę z niedowierzaniem, czekając, aż ktoś potwierdzi to, co sam jeszcze bałem się pomyśleć.
Potem nadeszła chwila ogłoszenia wyniku. Wyprostowałem się natychmiast, mimo zmęczenia, i wbiłem wzrok w Zalotną Gwiazdę. Przez głowę przemknęło mi tysiąc myśli, każda bardziej chaotyczna od poprzedniej.
Czy zauważyli, że na początku nie potrafiłem nawet go trafić? Czy liczyło się to, że w końcu znalazłem sposób, by go powstrzymać? Czy zrobiłem wystarczająco dużo? Zacisnąłem zęby, żeby nie zacząć mówić, zanim usłyszę werdykt. Tym razem musiałem poczekać.
— Zwycięzcą próby zostaje Skowronkowa Łapa! — oznajmiono w końcu.
Przez ułamek chwili tylko stałem, jakbym w ogóle nie zrozumiał tych słów. Potem wszystko we mnie wybuchło. Uszy poderwały mi się do góry, ogon uniósł się wysoko, a z gardła wyrwał mi się radosny okrzyk, którego nie zdołałem powstrzymać. Wygrałem. Naprawdę wygrałem! Nie musiałem już wyobrażać sobie tej chwili ani zastanawiać się, czy kiedyś będę wystarczająco dobry. Udało mi się przejść próbę, a wszystkie treningi, potknięcia i chwile zwątpienia doprowadziły mnie właśnie tutaj. Czułem, jak oczy zachodzą mi łzami, ale nie próbowałem ich ukrywać. Byłem zbyt szczęśliwy, żeby przejmować się tym, jak wyglądam.
Chciałem od razu podbiec do ojca, jednak zanim zdążyłem zrobić pierwszy krok, poczułem, że coś ciągnie mnie przy boku. Spojrzałem w dół i dopiero wtedy zobaczyłem, w jakim stanie były moje ozdoby Pory Opadających Liści. Część zasuszonych listków została zmiażdżona podczas walki, drobne rośliny oderwały się od futra, a żywica, która trzymała je na miejscu, puściła w kilku punktach. Przez chwilę cała moja radość przygasła. Tak starannie je przygotowywałem, a chciałem, żeby przetrwały próbę i towarzyszyły mi podczas tak ważnego dnia. Zrobiło mi się przykro, gdy zobaczyłem połamane listki i resztki ozdób przyklejone do sierści. Opuściłem uszy, ostrożnie próbując odczepić jeden z uszkodzonych fragmentów.
Wtedy zauważyłem piórko od Dymówki. Wciąż tkwiło na swoim miejscu, niemal nietknięte, choć wokół niego pozostały jedynie resztki innych ozdób. Ostrożnie musnąłem je nosem, a ulga rozlała się po mnie tak szybko, że aż parsknąłem cichym śmiechem. Szkoda mi było moich skarbów Pory Opadających Liści, ale przecież mogłem znaleźć nowe liście i rośliny, a później spróbować zrobić z nich kolejne ozdoby. Piórko natomiast nadal miałem przy sobie. To wystarczyło, żeby smutek nie zdążył na dobre popsuć mi tego dnia. Podniosłem głowę, a uśmiech znów sam wpełzł mi na pysk.
Nie czekałem dłużej. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem w stronę Nocnego Śpiewaka, omijając zebrane koty tak szybko, jak tylko pozwalały mi zmęczone łapy. Nie obchodziło mnie już, że futro mam potargane, że bok mnie pobolewa, a ozdoby wyglądają, jakby przetoczyło się po nich pół lasu. Chciałem tylko znaleźć się przy ojcu i powiedzieć mu, że naprawdę dałem radę. Zatrzymałem się przed nim, niemal wpadając na jego łapy, a potem uniosłem na niego roziskrzone oczy. Ledwo łapałem oddech, lecz nie potrafiłem dłużej powstrzymywać uśmiechu.
— Udało mi się! — zawołałem, a głos zadrżał mi z emocji.
W tych trzech słowach zmieściło się wszystko, czego nie umiałem powiedzieć inaczej: duma, ulga, szczęście i ogromna potrzeba, żeby ojciec wiedział, jak wiele to dla mnie znaczyło. Przez chwilę po prostu stałem przed nim, rozpromieniony i wciąż nie do końca wierzący w to, co się wydarzyło. Potem przysunąłem się bliżej, gotów przyjąć jego reakcję, bo właśnie na tę chwilę czekałem przez wszystkie księżyce treningu. Nie musiałem być idealny. Nie musiałem wygrać każdej wymiany ciosów ani od początku wiedzieć, co zrobić. Wystarczyło, że nie poddałem się, kiedy coś mi nie wychodziło.
Zerknąłem jeszcze raz na piórko od Dymówki, po czym z dumą uniosłem głowę. Moje ozdoby Pory Opadających Liści mogły poczekać na naprawę, a nawet jeśli nie udałoby się uratować wszystkich, wciąż mogłem stworzyć nowe. Dziś jednak chciałem zapamiętać przede wszystkim to, jak zabrzmiało moje imię po ogłoszeniu wyniku i jak wielką radość poczułem, gdy zrozumiałem, że zwyciężyłem. Po raz pierwszy od początku próby nie martwiłem się tym, co zrobiłem źle. Byłem po prostu szczęśliwy, że dałem z siebie wszystko i że mogłem teraz spojrzeć ojcu w oczy z poczuciem, że naprawdę na to zasłużyłem.
Mianowanie
Kiedy emocje po zwycięstwie nieco opadły, a ja zdążyłem zamienić z ojcem kilka słów, wciąż trudno było mi uwierzyć, że próba naprawdę dobiegła końca. Zmęczenie zaczynało dawać mi się we znaki, mięśnie pobolewały po walce, a potargane futro sterczało na wszystkie strony. Mimo to nie potrafiłem przestać się uśmiechać. Co jakiś czas zerkałem w stronę Zalotnej Gwiazdy, próbując zgadnąć, kiedy nadejdzie kolejny moment ceremonii. Wiedziałem, że samo zwycięstwo nie kończyło jeszcze wszystkiego. Musieliśmy poczekać, aż pozostali uczniowie zakończą swoje pojedynki, a ich wyniki zostaną ogłoszone.
Przez ten czas próbowałem zachowywać się spokojnie, choć zupełnie mi to nie wychodziło. Raz przestępowałem z łapy na łapę, innym razem poprawiałem ocalałe ozdoby, a co chwilę szukałem wzrokiem znajomych pysków wśród zgromadzonych kotów. Moje dekoracje Pory Opadających Liści nadal przypominały o przebiegu walki, lecz piórko od Dymówki wciąż trzymało się futra, więc nie zamierzałem już dłużej się nimi zamartwiać. W końcu miałem ważniejszy powód do radości. Za chwilę miałem otrzymać własne imię wojownika.
Gdy ostatni pojedynek dobiegł końca, a wszystkie wyniki zostały rozstrzygnięte, zebrane koty zaczęły zajmować miejsca przed przywódcą. Dołączyłem do pozostałych uczniów, czując, jak podekscytowanie ponownie ściska mnie w brzuchu. Tym razem nie była to jednak obawa przed walką. Nie musiałem już niczego udowadniać pazurami ani zastanawiać się, czy potrafię sprostać przeciwnikowi. Teraz czekałem na słowa, które miały zmienić moje życie. Zerknąłem na Nocnego Śpiewaka, szukając w jego obecności odrobiny otuchy, po czym ponownie skupiłem wzrok na Zalotnej Gwieździe.
Przywódczyni rozpoczęła ceremonię, a ja słuchałem uważnie, gdy kolejni uczniowie występowali naprzód i składali przysięgę. Z każdym mianowaniem coraz trudniej było mi ustać w miejscu. Cieszyłem się razem z nimi, a jednocześnie coraz mocniej uświadamiałem sobie, że za chwilę przyjdzie kolej na mnie. Próbowałem wyobrazić sobie, jak zabrzmi moje nowe imię, lecz żadna z podsuwanych przez wyobraźnię możliwości nie wydawała mi się wystarczająco prawdziwa. W końcu usłyszałem wezwanie, bym wystąpił przed zgromadzonych.
Zrobiłem krok naprzód, starając się nie potknąć o własne łapy. Serce znów zaczęło mi bić szybciej, a ogon uniósł się odrobinę wyżej, zdradzając podekscytowanie, którego nie potrafiłem ukryć. Stanąłem przed Zalotną Gwiazdą i podniosłem głowę, patrząc na nią z uwagą. Przez krótką chwilę przypomniałem sobie wszystkie treningi, nieudane próby, chwile, gdy rozpraszało mnie dosłownie wszystko, oraz dzisiejszą walkę z Tęczową Łapą. Nie zawsze postępowałem rozsądnie, nie zawsze umiałem zachować cierpliwość, ale nigdy nie przestałem próbować. Teraz miałem szansę udowodnić, że potrafię wziąć na siebie odpowiedzialność, której wymagało życie wojownika.
— Ja, Zalotna Gwiazda, przywódczyni Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Skowronkowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Przez ułamek chwili miałem wrażenie, że cały obóz zamilkł, a wszystkie spojrzenia zwróciły się właśnie na mnie. Poczułem ciężar tych słów, ale nie był on nieprzyjemny. Przypominał mi raczej, że to, na co tak długo czekałem, wiązało się nie tylko z dumą i nowym imieniem, lecz także z obowiązkami. Wojownik musiał troszczyć się o innych, nawet wtedy, gdy sam był zmęczony, przestraszony albo nie wiedział, co zrobić. Wziąłem głęboki oddech i wyprostowałem się, starając się, by mój głos zabrzmiał pewnie.
— Przysięgam.
Wypowiedziałem to słowo bez wahania. Było krótkie, ale znaczyło dla mnie więcej, niż potrafiłbym wyrazić. Obiecywałem, że będę stał na straży Klanu Wilka, że nie odwrócę się od jego członków w potrzebie i że postaram się być wojownikiem, na którym można polegać. Nie wiedziałem jeszcze, czy zawsze będę podejmował właściwe decyzje. Wiedziałem jednak, że chcę się uczyć i że nie zamierzam rezygnować, gdy coś okaże się trudniejsze, niż początkowo sądziłem.
— Mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Skowronkowa Łapo, od tej pory będziesz znany jako Skowronkowa Rozkosz. Klan ceni twoją kreatywność i pomysłowość, a także pogodę ducha, z którą potrafisz rozjaśniać nawet najzwyklejsze dni. Witamy cię jako nowego wojownika Klanu Wilka.
Przez chwilę nie byłem w stanie zareagować. Nowe imię rozbrzmiało w moich uszach, a ja powoli powtórzyłem je sobie w myślach, jakbym chciał upewnić się, że naprawdę należało teraz do mnie. Skowronkowa Rozkosz. Kąciki pyska uniosły mi się same, a zaraz potem poczułem, że uśmiech robi się tak szeroki, iż niemal zaczynają boleć mnie policzki. Nie spodziewałem się, że właśnie takie imię usłyszę, ale kiedy dotarł do mnie jego sens, zrobiło mi się niezwykle ciepło na sercu. Kreatywność i pomysłowość – cechy, które czasem sprawiały, że odpływałem myślami od treningu, zostały dostrzeżone jako coś wartościowego. A moja radość, którą nie zawsze potrafiłem powstrzymać, nie musiała być przeszkodą. Mogła być czymś, czym dzieliłem się z innymi.
Zgromadzone koty zaczęły wykrzykiwać moje nowe imię, a ja poczułem, jak fala szczęścia zalewa mnie od uszu aż po koniec ogona. Odpowiedziałem im głośnym okrzykiem, nie przejmując się tym, że mój głos nieco się załamał. Miałem ochotę podskoczyć, przebiec wokół całego obozu i każdemu z osobna opowiedzieć, jak bardzo jestem szczęśliwy. Powstrzymałem się przed tym tylko dlatego, że ceremonia wciąż trwała, choć moje łapy już rwały się do ruchu. Nie potrafiłem jednak ukryć roziskrzonych oczu ani ogona, który kołysał się z taką energią, jakby sam chciał przyłączyć się do świętowania.
Najważniejsze było dla mnie to, że mogłem spojrzeć na Nocnego Śpiewaka i podzielić się z nim tą chwilą. Wciąż pamiętałem, jak przed próbą bałem się, że nie sprostam oczekiwaniom, a teraz stałem przed całym klanem jako pełnoprawny wojownik. Poczułem dumę, ale także wdzięczność za wszystkie lekcje, które doprowadziły mnie do tego momentu. Wiedziałem, że przede mną jeszcze wiele do nauczenia, że nie każda wyprawa zakończy się sukcesem i że samo imię nie uczyni mnie od razu doświadczonym wojownikiem. Nie musiałem jednak znać odpowiedzi na wszystkie pytania już teraz. Wystarczyło, że miałem szansę dalej dorastać i udowadniać, na co mnie stać.
Gdy ceremonia dobiegła końca, nie wytrzymałem już ani chwili dłużej. Ruszyłem w stronę ojca z szerokim uśmiechem, niemal zapominając o zmęczeniu po walce. Moje ozdoby Pory Opadających Liści wciąż były w opłakanym stanie, ale piórko od Dymówki nadal trzymało się na miejscu, więc uznałem, że i ono może świętować razem ze mną. Przystanąłem tuż przed Nocnym Śpiewakiem, unosząc głowę z dumą, której nie zamierzałem już w żaden sposób ukrywać.
— Słyszałeś?! Skowronkowa Rozkosz! — wyrzuciłem z siebie, a potem zaśmiałem się z własnego podekscytowania. — Jestem wojownikiem!
Powiedziałem to jeszcze raz, tym razem ciszej, bardziej do siebie, jakbym chciał zapamiętać brzmienie tych słów na zawsze. Byłem Skowronkową Rozkoszą. I choć nie wiedziałem, co przyniosą kolejne dni, jednego byłem pewien: zamierzałem wnieść do Klanu Wilka tyle serca, pomysłów i radości, ile tylko zdołam.
[2672 słowa]