W końcu, gdy płuca zaczęły palić go przy każdym wdechu, dostrzegł przed sobą coś nietypowego.
Pomiędzy surowymi ścianami i szarymi powierzchniami Betonowego Świata rozciągał się fragment terenu, który — choć nadal należał do tego samego obcego miejsca — w pewnym stopniu przypominał mu ziemie jego własnego klanu. Nie był to oczywiście las, jaki znał, lecz kilka niewielkich drzew wyrastało spomiędzy krzewów.
Ciągnęły się tam ścieżki, po których przechadzali się Dwunodzy, pozostawiając po sobie nieustanny ruch i mieszaninę zapachów, lecz Lśniąca Gwiazda ledwie zwrócił na nich uwagę. W innych okolicznościach zapewne zatrzymałby się na chwilę, by przyjrzeć temu miejscu dokładniej, zapamiętać układ drzew, sprawdzić, dokąd prowadziły ścieżki i czy pomiędzy krzewami znajdowało się jakieś przejście, którego nie dostrzegał na pierwszy rzut oka.
Teraz jednak wszystko to wydawało się odległe.
Wszedł.
Przez kilka chwil pozwolił łapom prowadzić się przed siebie, wybierając kolejne przejścia niemal bez zastanowienia. Zimne gałęzie ocierały się o jego boki, czasami zahaczając o futro, a śnieg uginał się pod łapami z cichym, miękkim chrzęstem, który był niemal kojący po twardym podłożu ulic. Lśniąca Gwiazda poczuł przy tym krótkie ukłucie czegoś, co mogło przypominać ulgę, choć nie zatrzymał się, aby nadać temu uczuciu większe znaczenie.
Wystarczyło, że znalazł kawałek ziemi, na którym łapy nie ślizgały się po kamieniu.
Niemal natychmiast usłyszał jednak za sobą ciężkie kroki Dwunoga, który zbliżał się od strony ścieżki. Dźwięk był wyraźniejszy niż wcześniej, a rytm kroków nie pozostawiał większych wątpliwości co do tego, że jego obecność została zauważona.
Lśniąca Gwiazda odruchowo napiął mięśnie.
Przez krótką chwilę stał bez ruchu, jakby oceniał dzielącą go od ścieżki odległość, po czym ponownie ruszył, tym razem szybciej. Ciało wyraźnie protestowało przeciwko kolejnemu wysiłkowi, lecz zmusił je do posłuszeństwa, przyspieszając pomimo bólu, który rozlewał się po barkach i łapach.
Nie oglądał się.
Nie było takiej potrzeby.
Wystarczyło mu to, co słyszał.
Przebiegł jeszcze kilka długości ogona, lawirując pomiędzy krzewami, których gałęzie uginały się pod ciężarem śniegu. Przy każdym gwałtowniejszym ruchu część białego puchu osypywała się na ziemię, a pojedyncze kryształki lodu wirowały przez moment w powietrzu, połyskując w bladym świetle dnia.
Lśniąca Gwiazda dostrzegł przed sobą kolejne przejście.
Nie zdążył jednak sprawdzić, dokąd prowadziło.
Coś uderzyło go prosto w pysk.
Gwałtowne szarpnięcie odrzuciło mu głowę do tyłu, a łapy straciły przyczepność do zmarzniętej ziemi. Zachwiał się, próbując odzyskać równowagę, i przez moment miał wrażenie, że zaraz przewróci się w śnieg, lecz udało mu się utrzymać na nogach.
W tej samej chwili nad nim zaszeleściły gałęzie.
Drobne kryształki szronu posypały się na jego głowę i grzbiet, wsuwając się pomiędzy włosy oraz osiadając na uszach niczym maleńkie, zimne igły. Lśniąca Gwiazda zmrużył oczy, gdy kilka z nich spadło mu na pysk, a potem powoli uniósł głowę, próbując zrozumieć, w co właściwie uderzył.
Dopiero po chwili dostrzegł krzew.
Jego gałęzie były tak gęste, że niemal całkowicie zasłaniały dalszą drogę, a gruba warstwa białego puchu i lodowych kryształków sprawiała, że roślina zlewała się z otoczeniem. Ciemne konary ginęły pod śniegiem, przez co zaledwie kilka długości ogona wcześniej wyglądały jak kolejny fragment zimowego krajobrazu, a nie przeszkoda, która mogła zatrzymać rozpędzonego kota.
Lśniąca Gwiazda przez moment patrzył na krzew w milczeniu.
W jego pysku pojawił się cień uśmiechu, choć trudno byłoby powiedzieć, czy było w nim rozbawienie, czy jedynie spokojne pogodzenie się z kolejną niedogodnością.
Oczywiście.
Spośród całej przestrzeni, którą mógł wybrać, musiał trafić właśnie tutaj.
Odetchnął ciężko, czując, jak powietrze z trudem przechodzi przez rozgrzane gardło. Zimno przestało być dla niego dotkliwe, lecz jego ciało nadal drżało od wysiłku, a serce uderzało szybko i nierówno, jakby nie otrzymało jeszcze wiadomości, że powinien zwolnić.
Przymknął oczy.
Przez chwilę pozwolił sobie nie robić niczego.
Śnieg osiadał cicho na jego grzbiecie, a gdzieś pomiędzy drzewami poruszały się gałęzie, szeleszcząc pod ciężarem lodu. Odległe głosy Dwunogów mieszały się z wiatrem, lecz Lśniąca Gwiazda przestał zwracać na nie uwagę, skupiając się jedynie na własnym oddechu, który z każdym kolejnym uderzeniem serca powoli odzyskiwał spokojniejszy rytm.
Zmęczenie miało w sobie coś niemal przyjemnego.
Nieprzyjemnego, rzecz jasna, dla ciała, lecz kuszącego dla umysłu, który przez ostatnie godziny nieustannie musiał wybierać pomiędzy jedną możliwością a drugą. Teraz żadna decyzja nie wydawała się szczególnie pilna, a sam fakt, że przez kilka chwil mógł stać nieruchomo, miał w sobie osobliwą prostotę.
Przez krótką chwilę naprawdę miał ochotę położyć się w śniegu.
Pozwolić, aby zimno przeniknęło przez futro, aż przestanie czuć ciężar własnych łap, i zamknąć oczy na tyle długo, aby świat przestał wymagać od niego kolejnego ruchu. Nie musiałby wtedy myśleć o drodze powrotnej ani zastanawiać się, co znajdowało się za następnym zakrętem, a przede wszystkim nie musiałby przez kilka spokojnych oddechów podejmować żadnej decyzji.
Myśl ta przemknęła przez jego umysł z niepokojącą łatwością.
Lśniąca Gwiazda jeszcze przez moment pozostawał nieruchomy, z przymkniętymi oczami i śniegiem osiadającym na futrze, podczas gdy jego oddech powoli cichł w zimnym powietrzu. Wiedział jednak, że nie może pozwolić sobie na zbyt długi odpoczynek, nawet jeśli ciało coraz wyraźniej domagało się, aby zrobił właśnie to.
— Turmalin? To ty...?
Podniósł na moment głowę.
Ton natychmiast podpowiedział mu, że za drzwiami znajduje się kotka. Głos był miękki, choć wyraźnie ostrożny, a końcówka pytania uniosła się lekko, zdradzając niepewność kogoś, kto spodziewał się zobaczyć znajomą sylwetkę, lecz nie był już pewien, czy rzeczywiście ją dostrzega.
Lśniąca Gwiazda uniósł głowę, kierując spojrzenie ku niewielkiej, drewnianej szopie stojącej kilka długości ogona dalej.
Drzwi były uchylone.
Lśniąca Gwiazda zatrzymał na nich wzrok nieco dłużej.
Nie potrzebował wiele czasu, aby dojść do wniosku, że warto spróbować.
— Nie, nie... — odpowiedział w końcu, a jego głos zabrzmiał cicho i spokojnie, pozbawiony najmniejszej nuty zniecierpliwienia. — Nie jestem tym kotem.
Pozwolił, aby po tych słowach zapadła krótka cisza.
— Ale pozwól mi się tu na moment zatrzymać.
Dobór słów był celowy.
Nie poprosił o schronienie na całą noc, nie wspomniał o tym, co wydarzyło się wcześniej, ani nie próbował przekonać nieznajomej, że powinno jej być go żal. „Na moment” brzmiało bezpiecznie, niemal niewinnie, a przede wszystkim pozostawiało jej wrażenie, że w każdej chwili może zmienić zdanie.
Zza drzwi wychyliła się kotka.
Lśniąca Gwiazda od razu zauważył, że jest spięta. Nie cofnęła się, lecz jej ciało pozostawało gotowe do szybkiego ruchu, a spojrzenie przez kilka uderzeń serca wędrowało po jego sylwetce, zatrzymując się kolejno na pysku, barkach i łapach. Dostrzegła zadrapanie, śnieg przyklejony do futra oraz sposób, w jaki ciężko unosiła mu się pierś.
Przez kilka uderzeń serca nie odezwała się ani słowem.
Lśniąca Gwiazda również milczał.
Nie wykonywał żadnego ruchu, który mógłby zostać odebrany jako próba wtargnięcia do środka. Nawet głowę trzymał lekko opuszczoną, pozwalając, by zmęczenie widoczne w jego sylwetce mówiło za niego. Nie musiał udawać wyczerpania — było prawdziwe — lecz sposób, w jaki pozwalał jej je dostrzec, nie był już przypadkowy.
— Wyglądasz, jakbyś miał zaraz zemdleć.
W jej głosie pojawiła się odrobina troski.
Lśniąca Gwiazda wychwycił ją natychmiast.
— To możliwe — przyznał z łagodnym uśmiechem, który ledwie zaznaczył się na jego pysku. — Byłbym jednak wdzięczny, gdybyś pozwoliła mi odpocząć choć przez chwilę.
Kotka zawahała się jeszcze przez chwilę.
Lśniąca Gwiazda zauważył, jak zerknęła za jego plecy, jakby sprawdzała, czy rzeczywiście jest sam. Nie próbował odwracać jej uwagi ani przyspieszać decyzji, gdyż pośpiech mógłby wzbudzić podejrzenia.
Wreszcie skinęła głową.
— Wejdź.
Lśniąca Gwiazda przekroczył próg, choć nie zatrzymał się od razu.
Najpierw pozwolił wzrokowi spokojnie przyzwyczaić się do półmroku, a dopiero potem rozejrzał się po wnętrzu szopy. Była niewielka i dość skromna. Przy jednej ze ścian stały drewniane skrzynki, a obok leżało kilka wiązek wysuszonych roślin. Nic szczególnie cennego, nic, co od razu przyciągnęłoby jego uwagę.
Jego spojrzenie powróciło do niej.
Kotka podeszła do niewielkiej garstki słomy ułożonej w cieplejszym kącie pomieszczenia, a wtedy Lśniąca Gwiazda dostrzegł trzy małe kocięta wtulone w siebie tak ciasno, że ich drobne ciała niemal całkowicie zlewały się ze sobą.
Kotka pochyliła się nad nimi.
Jej pysk złagodniał, kiedy jedno z kociąt poruszyło się przez sen i wsunęło pyszczek pod jej brzuch, a ona odpowiedziała na ten gest cichym pomrukiem. Przez krótką chwilę wyglądała tak, jakby cała reszta świata przestała mieć znaczenie.
Nie musiał pytać, czy to jej młode.
Nie musiał również pytać, czy się o nie martwi.
Wystarczyło jedno spojrzenie.
Kiedy kotka usiadła obok kociąt, jej wcześniejsze napięcie nieco zelżało, lecz po chwili na pysku pojawił się cień zmęczenia. Westchnęła cicho, a w tym jednym dźwięku było więcej informacji, niż zawarłaby w kilku zdaniach.
Lśniąca Gwiazda nie odezwał się pierwszy, pozwalając, by cisza rozciągająca się pomiędzy nim a nieznajomą kotką trwała jeszcze przez kilka spokojnych chwil.
Wiedział, że niektóre koty znacznie chętniej mówią wtedy, gdy nikt nie zmusza ich do udzielania odpowiedzi, a pytania zadawane zbyt wcześnie potrafią skutecznie zamknąć pysk nawet tym, którzy jeszcze przed chwilą nosili się z zamiarem wyznania czegoś istotnego. Cierpliwość była zatem nie tylko oznaką dobrego wychowania, lecz również niezwykle użytecznym narzędziem, zwłaszcza w rozmowie z kimś, kto najwyraźniej przywykł do tego, że cudze zainteresowanie rzadko zwiastuje coś dobrego. Nie musiał wiedzieć, co dokładnie wydarzyło się w życiu kotki, aby dostrzec, że jej ostrożność nie wzięła się znikąd.
— Ostatnio los wyjątkowo sobie z nami pogrywa — odezwała się w końcu, spoglądając na niego znad kociąt, które spoczywały ciasno wtulone w jej bok. W jej głosie pobrzmiewało zmęczenie, nie tylko fizyczne, lecz także to głębsze, wynikające z konieczności nieustannego zachowywania czujności. — Powiedz mi... nie masz przypadkiem nic wspólnego z gangiem Monastyra?
Lśniąca Gwiazda uniósł nieznacznie wzrok, zachowując ten sam spokojny wyraz pyska, choć wewnętrznie odnotował nowe imię z uwagą, na jaką zasługiwało.
Monastyr.
Nie znał ani tego kota, ani jego gangu, nie miał również pojęcia, jak daleko sięgały wpływy wspomnianej grupy. Nie zamierzał jednak zdradzać własnej niewiedzy w sposób, który mógłby zachęcić rozmówczynię do ponownego zamknięcia się w sobie. Przeciwnie, należało zachować ostrożność, a przede wszystkim nie wyciągać pochopnych wniosków, zanim nie poznało się choćby podstawowych zasad rządzących tym miejscem. Jedno było jednak pewne: kotka nie wypowiedziała tego imienia obojętnie.
Jej uszy skierowały się nieco na boki, a spojrzenie na moment powędrowało ku drzwiom, jakby spodziewała się, że sam dźwięk imienia może sprowadzić do szopy kogoś, kogo zdecydowanie wolałaby nie oglądać. Ogon, który wcześniej spoczywał luźno przy jej łapach, napiął się nieznacznie. Monastyr z pewnością oznaczał dla niej coś więcej niż tylko przywódcę grupy obcych kotów.
Lśniąca Gwiazda pozwolił, by minęła jeszcze krótka chwila, po czym odpowiedział:
— Nie. Pochodzę z zupełnie innego miejsca, gdzie życie wygląda nieco inaczej. Nie mamy tam gangów, a przynajmniej nie takich, które roszczą sobie prawo do decydowania o losie pozostałych.
Słowa te wypowiedział bez wahania, nadając im brzmienie zwyczajnej informacji, nie zaś zapewnienia, którego wiarygodność należałoby poddawać szczególnej próbie. Nie dodał niczego więcej, ponieważ nie widział powodu, by opowiadać o swoim domu komuś, kto jeszcze nie zdecydował, czy w ogóle chce z nim rozmawiać. Zresztą, im mniej mówił o sobie, tym więcej miejsca pozostawiał jej na własne wyznania.
Kotka przez chwilę uważnie przyglądała się jego pyskowi, jak gdyby próbowała dostrzec w nim choćby najmniejszy ślad fałszu. Lśniąca Gwiazda nie zamierzał utrudniać jej tego zadania ani też ułatwiać go przesadną demonstracją szczerości. Nie odwrócił spojrzenia, ale nie próbował również przytrzymywać go na siłę. Zachowywał się tak, jak powinien zachowywać się kot, który nie ma niczego do ukrycia, a przynajmniej niczego, co jego rozmówczyni musiałaby poznać już teraz.
Kiedy jedno z kociąt cicho zapiszczało przez sen, odruchowo skierował ku niemu wzrok, pozwalając, by na krótką chwilę jego uwaga skupiła się na maleńkim ciele poruszającym się niespokojnie wśród rodzeństwa.
Gest był naturalny, niemal niezauważalny, a jednak wystarczył, by napięcie w postawie kotki nieco zelżało.
— W takim razie przynajmniej nie muszę się obawiać, że przyszedłeś tu z jego polecenia — mruknęła, odwracając wzrok. — Ostatnio trudno mi ocenić, komu można wierzyć.
Lśniąca Gwiazda pochylił lekko głowę, przyjmując jej słowa z pozornym zrozumieniem.
— Nie dziwię ci się. Zaufanie nie powinno być czymś, czego wymaga się od drugiego kota, szczególnie jeśli wcześniej miał powody, by się go wystrzegać.
Kotka przyglądała mu się jeszcze przez moment, po czym podniosła się ze słomy i podeszła do jednego z drewnianych pudeł ustawionych pod ścianą. Wyciągnęła z niego niewielki kawałek materiału, otrzepała go z kurzu i położyła w pobliżu wejścia.
— Nie jest to może najwygodniejsze miejsce na świecie, ale przynajmniej nie będziesz musiał siedzieć na gołej ziemi — powiedziała, wskazując materiał ogonem. — Możesz odpocząć, jeśli potrzebujesz.
Lśniąca Gwiazda skinął głową, a na jego pysku pojawił się cień uprzejmego uśmiechu.
— Dziękuję. Nie każdy zdobyłby się na taki gest wobec kogoś, kogo widzi po raz pierwszy.
Usiadł powoli, uważając na zraniony bark. Dopiero gdy ciężar jego ciała spoczął na materiale, ból stał się wyraźniejszy, przeszywając mięśnie tępym, nieprzyjemnym pulsowaniem. Nie pozwolił sobie jednak na najmniejszy grymas, który mógłby zwrócić uwagę kotki. Nie miał zamiaru czynić ze swojego cierpienia tematu rozmowy, zwłaszcza że dostrzegł znacznie ciekawszy sposób na skierowanie jej uwagi ku sprawom, o których prawdopodobnie nie rozmawiała z nikim od dłuższego czasu.
Przyjrzał się więc kociętom.
— Są jeszcze bardzo małe — zauważył łagodnie. — Muszą czuć się przy tobie bezpiecznie, skoro potrafią tak spokojnie zasnąć, mimo że znalazły się w miejscu, które nie wygląda na szczególnie przytulne.
Kotka spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem, jakby nie spodziewała się, że obcy zwróci uwagę właśnie na to.
— Dzieci potrafią spać wszędzie, kiedy są zmęczone — odpowiedziała. Jej głos stracił wcześniejszą szorstkość. — Poza tym staram się, żeby miały wszystko, czego potrzebują. Tyle przynajmniej mogę dla nich zrobić.
— I robisz to dobrze — odparł bez chwili wahania. — Nie każda matka potrafiłaby zachować tyle cierpliwości w podobnych warunkach.
Nie przesadził z pochwałą. Nie nazwał jej niezwykłą ani nie próbował przedstawiać jako kogoś, kto dokonał czegoś wielkiego. Wiedział, że zbyt górnolotne słowa mogłyby zabrzmieć sztucznie, szczególnie w uszach kogoś, kto przywykł do życia w niepewności. Wystarczyło wskazać jej coś, co rzeczywiście miało znaczenie, i pozwolić, by sama zdecydowała, czy chce przyjąć tę uwagę.
— Staram się — przyznała ciszej, spoglądając na trzy małe ciała wtulone w siebie pod jej bokiem. — Właściwie to one są jedynym powodem, dla którego jeszcze jakoś sobie radzę.
Przez moment milczała.
— Zapomniałam się przedstawić… Karo.
— Blask. Miło cię poznać, Karo — powiedział. — Chociaż wolałbym, żeby okoliczności były nieco przyjemniejsze.
Kotka opuściła wzrok.
— Ja również.
Przez krótką chwilę zdawało się, że zamierza powiedzieć coś jeszcze, lecz słowa uwięzły jej w gardle. Jej spojrzenie przesunęło się ku wejściu, a ogon ponownie zacisnął się wokół łap. Lśniąca Gwiazda zauważył tę zmianę, ale nie skomentował jej od razu. Wystarczyło, że zaczekał.
— Dawno nie rozmawiałam z nikim w taki sposób — przyznała w końcu. — Nie z kimś, kto nie jest związany z Monastyrem. Przez większość czasu widuję tylko Turmalina, a on... — Urwała, zaciskając szczęki. — Nieważne.
— Jeśli nie chcesz o tym mówić, nie będę cię zmuszał. Ale jeśli coś sprawia, że boisz się nawet wyjść z własnego schronienia, nie musisz udawać, że wszystko jest w porządku.
Karo spojrzała na niego niepewnie. Przez chwilę wyglądała tak, jakby walczyła sama ze sobą, próbując zdecydować, czy wypowiedzenie kolejnych słów przyniesie jej ulgę, czy jedynie przypomni o rzeczach, o których wolałaby zapomnieć.
— To właśnie przez niego tutaj siedzę — powiedziała w końcu, ściszając głos. — Turmalin należy do gangu Monastyra. Przychodzi co trzy dni i przynosi mi trochę jedzenia, czasem coś jeszcze, żebym mogła utrzymać kocięta przy życiu, ale nie robi tego bez powodu.
Lśniąca Gwiazda zachował spokojny wyraz pyska, choć jego uwaga stała się jeszcze bardziej skupiona.
— Czego więc od ciebie oczekuje?
Karo przełknęła ślinę, po czym zerknęła ku drzwiom.
— Żebym została tutaj. Żebym nie próbowała uciekać i nie szukała pomocy u innych kotów. Powiedział, że jeśli zabiorę młode i odejdę, wyśle za mną członków gangu. — Jej głos zadrżał lekko. — Ma wysoką pozycję, więc wiem, że nie rzucałby takich słów na wiatr. Wystarczy, że poprosi, a oni zrobią to, czego od nich chce. Nie chcę, żeby dorastały w takim świecie — dodała, zaciskając zęby. — Nie chcę, żeby moje dzieci uczyły się, że trzeba krzywdzić innych, żeby samemu nie zostać skrzywdzonym.
Lśniąca Gwiazda milczał przez chwilę.
— Nie dziwię ci się, że chcesz ich przed tym uchronić — powiedział w końcu. — Każdy, kto naprawdę troszczy się o swoje młode, pragnie, by miały możliwość wybrać własną drogę, zamiast od początku żyć według zasad narzuconych przez kogoś silniejszego.
Karo popatrzyła na niego, a w jej oczach pojawił się wyraz bezradności, którego nie potrafiła już ukryć.
— Tylko co z tego, skoro nie mogę nic zrobić? — wyszeptała. — Nie mam dokąd pójść. Nie znam miejsc, w których mogłabym się ukryć, a nawet gdybym je znalazła, nie wiem, jak długo udałoby mi się tam pozostać. Nie mogę ryzykować życiem swoich dzieci tylko dlatego, że sama mam dość tego, jak wygląda moje.
Lśniąca Gwiazda uniósł wzrok ku jej oczom. Nie próbował zaprzeczać jej obawom ani przekonywać jej, że są przesadzone. Właśnie w tym tkwił sens jego odpowiedzi: Karo musiała poczuć, że ktoś wreszcie traktuje jej lęk poważnie, a jednocześnie nie uważa go za przeszkodę, której nie sposób pokonać.
— To, że się boisz, nie oznacza, że jesteś bezsilna — odparł spokojnie. — Z tego, co mówisz, wynika, że Turmalin liczy na to, iż strach zatrzyma cię tutaj skuteczniej niż jakiekolwiek zamknięte drzwi. Nie wiem, jak daleko sięgają jego wpływy, ale wiem jedno: jeśli pozostaniesz w miejscu, w którym może cię regularnie odwiedzać, nadal będzie miał nad tobą przewagę.
Nie powiedział jej, że musi odejść. Nie zasugerował również, że ucieczka jest jedynym rozsądnym wyjściem. Zamiast tego przedstawił jej sytuację w sposób, który pozwalał dostrzec różnicę między tym, co znała, a tym, co mogłaby zyskać.
— A gdybyś miała możliwość zabrania kociąt w miejsce, w którym Turmalin nie mógłby po prostu przyjść i zażądać, żebyś mu się podporządkowała? — zapytał po chwili. — Miejsce, w którym nikt nie oczekiwałby od twoich dzieci, że zostaną kimś, kim nigdy nie chciały być?
Karo zamrugała, a jej uszy uniosły się nieznacznie.
— Takie miejsce w ogóle istnieje?
Lśniąca Gwiazda pozwolił sobie na łagodny uśmiech.
— Istnieje. Nie ma tam gangów, które próbują zdobywać posłuch za pomocą gróźb. Koty mają swoje obowiązki i zasady, a ci, którzy krzywdzą innych, nie mogą liczyć na to, że wszyscy będą udawali, iż niczego nie widzą.
Karo nadal patrzyła na niego z niedowierzaniem. Nie była na tyle naiwna, by uwierzyć, że gdziekolwiek można znaleźć świat pozbawiony wszelkich zagrożeń, jednak sama myśl o miejscu, w którym nie musiałaby nieustannie obawiać się Turmalina, wydawała się niemal zbyt piękna, by mogła być prawdziwa.
— Gdzie ono jest? — zapytała ostrożnie. — I jak daleko musielibyśmy iść?
— Daleko stąd — odpowiedział Lśniąca Gwiazda. — Na tyle daleko, że odnalezienie was nie byłoby dla niego tak proste, jak teraz. Nie mogę obiecać ci, że nigdy nie usłyszy, dokąd odeszłaś, ale mogę powiedzieć, że nie będzie mógł po prostu wejść na nasze tereny i rozkazywać wszystkim wokół, jak ma to w zwyczaju robić u siebie.
Przez moment obserwował jej reakcję, po czym dodał:
— Nie musisz mi wierzyć tylko dlatego, że tak mówię. Wiem, że nie znasz mnie na tyle dobrze, by powierzyć mi los swoich dzieci. Chcę jedynie, żebyś wiedziała, że masz inną możliwość niż pozostanie tutaj. Możesz przynajmniej zastanowić się, czy warto spróbować.
Karo spuściła wzrok na swoje kocięta. Jedno z nich poruszyło się przez sen, wtulając pyszczek w futro rodzeństwa, a ona odruchowo przesunęła językiem po jego głowie. Przez dłuższą chwilę nie mówiła niczego, jakby próbowała wyobrazić sobie życie, w którym nie musiałaby już nasłuchiwać kroków za drzwiami ani zastanawiać się, czy kolejna wizyta Turmalina przyniesie pożywienie, groźbę, czy może jedno i drugie.
— Nie wiem, czy potrafiłabym tak po prostu odejść — przyznała w końcu. — Ale... gdybym rzeczywiście mogła zapewnić im lepsze życie, nie chciałabym zmarnować takiej szansy.
Lśniąca Gwiazda skinął głową, nie pozwalając sobie na okazanie zbyt wielkiego zadowolenia. Nie potrzebował, by Karo podjęła decyzję natychmiast. Wystarczyło, że po raz pierwszy zaczęła rozważać możliwość, którą jeszcze przed chwilą uważała za niemal nieosiągalną.
— W takim razie nie musisz decydować w tej chwili — powiedział łagodnie. — Przemyśl to, Karo. Pomyśl o tym, czego pragniesz dla swoich dzieci, i o tym, czy miejsce, w którym teraz żyjecie, rzeczywiście pozwoli im dorosnąć tak, jakbyś chciała. Nie oczekuję, że zaufasz mi bez zastanowienia. Chciałbym jedynie, żebyś nie uznała strachu za jedyny powód, dla którego musisz tu pozostać.
Po tych słowach zamilkł, pozwalając jej uporządkować myśli.
Na jego pysku wciąż spoczywał ten sam spokojny, uprzejmy wyraz, a postawa nie zdradzała niczego poza cierpliwością. Dla Karo mógł być teraz obcym, który nieoczekiwanie zaoferował jej pomoc, być może pierwszym od dawna, który nie próbował narzucić jej własnej woli. Lśniąca Gwiazda doskonale rozumiał jednak, że zaufanie nie wymagało pośpiechu. Znacznie łatwiej było je zdobyć, kiedy rozmówca miał wrażenie, że sam wybrał, komu je ofiarować.
A Karo właśnie zaczynała wierzyć, że wybór wciąż należy do niej.
Obserwował, jak kotka przesuwa wzrokiem po trzech śpiących kociętach, zatrzymując spojrzenie na każdym z nich odrobinę dłużej, niż wymagałaby tego zwykła matczyna czułość. W słabym świetle wpadającym przez szczeliny między deskami jej sylwetka wydawała się jeszcze drobniejsza, niemal przytłoczona ciężarem odpowiedzialności, który od tak dawna dźwigała samotnie.
— A jeśli rzeczywiście pójdę z tobą? — odezwała się wreszcie, nie podnosząc głowy. — Jeśli zabiorę dzieci i odejdę z tego miejsca, czy naprawdę będę mogła zacząć od nowa? Nie będę musiała oglądać się przez ramię za każdym razem, gdy usłyszę czyjeś kroki? I czy twoje koty nie uznają nas za nieproszonych gości, których trzeba się jak najszybciej pozbyć?
Lśniąca Gwiazda przyjął jej pytania z powagą, na jaką zasługiwały. Nie odpowiedział natychmiast, pozwalając, by przez jego pysk przemknął cień zadumy, a spojrzenie na moment spoczęło na kociętach. Było w tym coś z troski, coś, co mogłoby zostać odczytane jako głębokie zastanowienie nad losem trzech niewinnych istnień, których przyszłość zależała teraz od decyzji podjętej przez ich matkę.
W rzeczywistości rozważał znacznie bardziej przyziemne kwestie.
Nie wiedział jeszcze, jaką wartość mogą mieć dla niego te małe stworzenia, nie znał ich charakterów ani nie potrafił przewidzieć, jakimi kotami się staną, kiedy dorosną. Wiedział jednak, że młode umysły łatwiej poddają się kształtowaniu, a lojalność zaszczepiona odpowiednio wcześnie potrafi okazać się trwalsza niż ta, którą próbuje się zdobyć u dorosłych, obciążonych własnymi przekonaniami i doświadczeniami. Jeżeli Karo rzeczywiście zgodzi się odejść, on zyska nie tylko możliwość sprowadzenia do klanu trójki nowych członków, lecz również szansę na to, by od początku pokierować ich wychowaniem. Nie musiał jeszcze wiedzieć, co dokładnie z nimi zrobi. Wystarczało, że dostrzegał potencjał, którego nie należało pozostawiać przypadkowi.
Co zaś tyczyło się samej Karo…
Cóż, jej los nie wydawał się równie interesujący.
— Nie mogę obiecać ci, że wszyscy od razu przyjmą was z otwartymi łapami — powiedział w końcu, nadając głosowi ciepłe, niemal ojcowskie brzmienie. — Każdy klan ma swoje zasady, a koty, które w nim żyją, mają własne przyzwyczajenia. Nie byłoby uczciwe, gdybym przedstawiał ci wszystko jako miejsce pozbawione jakichkolwiek trudności. Mogę jednak zapewnić cię, że nikt nie będzie miał prawa skrzywdzić twoich dzieci tylko dlatego, że nie urodziły się pośród nas. Jeśli zdecydujesz się przyjść, dopilnuję, abyście otrzymali szansę na spokojne życie.
Karo uniosła głowę. W jej oczach wciąż kryła się niepewność, lecz pod jej warstwą pojawiło się coś, czego wcześniej nie było — ostrożna nadzieja, tak delikatna, że wystarczyłoby jedno nieodpowiednie słowo, aby ponownie zgasła.
— Naprawdę byś tego dopilnował? — spytała cicho.
— Dałem ci słowo, Karo. Nie rzucam ich na wiatr.
Karo odetchnęła głębiej, po czym spojrzała na swoje kocięta. Przez kilka uderzeń serca jedynie przyglądała się ich drobnym pyszczkom, jakby chciała zapamiętać tę chwilę, zanim zdecyduje się zrobić krok, który odmieni całe ich życie.
— Dobrze — powiedziała wreszcie, a choć głos jej zadrżał, nie cofnęła wypowiedzianych słów. — Pójdę z tobą. Nie wiem, czy to rozsądne, i nie wiem, co nas tam czeka, ale jeśli zostanę tutaj, prędzej czy później Turmalin zdecyduje za mnie, kim mają zostać moje dzieci. Nie pozwolę mu na to.
Przez moment wyglądała tak, jakby spodziewała się, że samo wypowiedzenie tej decyzji sprowadzi na nią karę. Jej uszy pozostawały skierowane ku drzwiom, a mięśnie napięły się pod futrem, jednak nic się nie wydarzyło. Szopa nadal stała cicho, osłonięta od wiatru, a śpiące kocięta nawet nie drgnęły.
Lśniąca Gwiazda pozwolił sobie na uśmiech.
— Sądzę, że podjęłaś trudną, lecz odważną decyzję — oznajmił. — Twoje dzieci zasługują na to, by dorastać bez strachu przed kimś, kto uważa, że może rozporządzać ich przyszłością.
“I właśnie dlatego nie powinnaś już dłużej o niej decydować.”Myśl przemknęła przez jego umysł gładko i bez najmniejszego śladu wahania, pozostawiając po sobie jedynie chłodną satysfakcję, którą natychmiast ukrył pod warstwą serdeczności. Karo nie musiała wiedzieć, że w tej rozmowie nie chodziło już o przekonanie jej do odejścia, lecz o ustalenie, w jaki sposób najlepiej zrealizować własny plan.
— Musimy jednak zachować ostrożność — dodał po chwili, spoglądając w stronę wejścia. — Mówiłaś, że Turmalin pojawia się w szopie co trzy dni. — Kiedy pojawił się ostatnim razem?
Karo natychmiast zesztywniała.
— J-Ja nie jestem pewna. Może przyjść dzisiaj, może jutro. Wszystko zlewa mi się w jedno… Jeśli nas znajdzie, nie pozwoli nam odejść.
— Dlatego nie powinniśmy dawać mu takiej możliwości.
Lśniąca Gwiazda wypowiedział te słowa spokojnie, jakby przedstawiał rozwiązanie, które od początku było oczywiste. Następnie przesunął się nieco na materiale, starając się nie zdradzić bólu zranionego barku, i skierował spojrzenie ku kociętom.
— Jest jednak coś, o czym powinniśmy porozmawiać, zanim wyruszymy.
Karo natychmiast skupiła na nim uwagę.
— Co takiego?
— Twoje dzieci są jeszcze bardzo małe. Nie znają drogi, nie potrafią poruszać się szybko na dłuższym dystansie, a jeśli któreś z nich się zmęczy lub zacznie głośno nawoływać, będziemy musieli się zatrzymać. W takich warunkach każda dodatkowa chwila spędzona w pobliżu tego miejsca zwiększa ryzyko, że ktoś nas zauważy.
— Czyli powinnam najpierw zabrać je na miejsce, a potem wrócić po resztę rzeczy? — zapytała, marszcząc czoło.
— Nie. Nie chcę, żebyś musiała ponownie tutaj wracać.
Zrobił krótką przerwę, jakby starannie dobierał słowa, choć w rzeczywistości od dawna wiedział, w jaki sposób poprowadzić tę rozmowę.
— Zabiorę kocięta jeszcze dzisiaj — oznajmił. — Będę mógł nieść je po kolei albo ułożyć je razem w bezpiecznym miejscu, tak aby nie musiały pokonywać całej drogi o własnych siłach. Kiedy dotrę na miejsce, zapewnię im ciepłe schronienie i opiekę. A jutro wrócę po ciebie.
Przez ułamek chwili Karo nie odpowiedziała.
Jej spojrzenie powędrowało od Lśniącej Gwiazdy do kociąt, a potem z powrotem. Rozdzielenie z dziećmi, nawet na jedną noc, było ostatnią rzeczą, na jaką chciałaby się zgodzić. Przez tak długi czas pozostawała ich jedyną ochroną, że sama myśl o tym, iż miałyby zniknąć z jej pola widzenia, wywołała w niej niemal fizyczny sprzeciw.
— Mam je oddać komuś, kogo znam zaledwie od kilku chwil? — zapytała w końcu, a w jej głosie pojawiła się ostrożność, która przez moment wydawała się silniejsza od nadziei. — Nie zrozum mnie źle, Blasku. Chcę stąd odejść, ale nie potrafię po prostu pozwolić, żeby moje dzieci zniknęły gdzieś beze mnie. Nie po tym wszystkim, co się wydarzyło.
Lśniąca Gwiazda nie wyglądał na urażonego. Wręcz przeciwnie, jego pysk przybrał wyraz łagodnego zrozumienia, jak gdyby od początku przewidywał, że właśnie ta obawa okaże się dla Karo najtrudniejsza do przezwyciężenia.
— I nie oczekiwałbym od ciebie, że przestaniesz się o nie martwić — odpowiedział. — Gdybyś nie miała takich obaw, zastanawiałbym się, czy rzeczywiście jesteś gotowa zrobić wszystko, by je ochronić.
Karo poruszyła uszami, a jej spojrzenie nieco złagodniało, choć nie zniknęła z niego niepewność.
— W takim razie dlaczego nie możemy odejść razem?
To było właściwe pytanie, a Lśniąca Gwiazda przyjął je z należytą powagą. Nie odpowiedział zbyt szybko, aby nie sprawiać wrażenia, że od początku czekał wyłącznie na sposobność, by narzucić jej własne rozwiązanie.
— Ponieważ twoja obecność zwiększy ryzyko, że ktoś was zauważy — wyjaśnił. — Jesteś jedyną osobą, którą Turmalin regularnie odwiedza. Jeśli znikniesz razem z kociętami, może natychmiast zorientować się, co się stało, i zacząć was szukać. Jeżeli natomiast ja zabiorę młode pierwszy, ich zniknięcie nie będzie od razu oznaczało, że uciekłaś. Będziesz miała trochę czasu, aby przygotować się do drogi, a ja zdążę zapewnić im schronienie.
Karo zmarszczyła brwi.
— Ale jeśli przyjdzie tutaj i odkryje, że nie ma dzieci, przecież i tak zacznie zadawać pytania.
— Być może — przyznał Lśniąca Gwiazda, nie próbując zaprzeczać czemuś, co było całkiem prawdopodobne. — Nie możemy przewidzieć każdego jego ruchu. Jednak kiedy zacznie szukać kociąt, te będą już daleko stąd, w miejscu, gdzie nie dosięgną ich jego łapy.
Lśniąca Gwiazda doskonale rozumiał, dlaczego nie chciała ich wypuszczać spod własnej opieki.
Rozumiał również, jak łatwo można wykorzystać tę troskę.
— Nie proszę cię, żebyś przestała być ich matką — dodał łagodnie. — Proszę jedynie, żebyś pozwoliła mi zająć się nimi przez jedną noc. Kiedy jutro przyjdę po ciebie, znów będziecie razem. Będziesz mogła sama zobaczyć, gdzie trafiły, i przekonać się, że niczego im nie brakuje.
Karo odwróciła głowę, spoglądając na swoje dzieci. Najmniejsze z nich spało z pyszczkiem ukrytym pod ogonem rodzeństwa, a pozostałe dwa leżały tak blisko siebie, że ich futra niemal zlewały się w jedną, niewielką plamę. Widok ten sprawił, że jej obawy stały się jeszcze wyraźniejsze. Nie chciała ich opuszczać, nie chciała również narażać ich na niebezpieczeństwo, a przede wszystkim nie chciała po raz kolejny podejmować decyzji, której skutki mogłyby okazać się nieodwracalne.
— Obiecujesz, że jutro po mnie wrócisz? — zapytała cicho.
Lśniąca Gwiazda nie odwrócił wzroku.
— Obiecuję, Karo.
Wypowiedział to słowo z taką pewnością, że przez chwilę mogłaby przysiąc, iż nie istnieje na świecie nic, co skłoniłoby go do złamania danego zapewnienia. Jego głos pozostawał spokojny, spojrzenie nie zdradzało wahania, a postawa wyrażała gotowość do wzięcia na siebie odpowiedzialności za coś, co dla niej miało wartość większą niż własne życie.
Nie było w nim jednak ani krzty przywiązania do złożonej obietnicy.
W jego umyśle wszystko układało się już w przejrzysty ciąg zdarzeń. Najpierw kocięta, potem droga powrotna do klanu. Karo pozostanie tutaj, przekonana, że rozłąka potrwa zaledwie do następnego dnia, podczas gdy on zyska czas i swobodę działania, nie obciążając się koniecznością prowadzenia przez drogę dorosłej kotki, której obecność nie przynosiła mu żadnej oczywistej korzyści. Nie musiał podejmować decyzji o jej losie w tej chwili. Wystarczyło, że najpierw zabezpieczy to, co uznał za warte zachowania.
A jeśli jutro nie wróci?
Ta myśl nie wzbudziła w nim nawet cienia niepokoju. Nie czuł potrzeby usprawiedliwiania się przed samym sobą, nie odczuwał również żadnego moralnego ciężaru, który mógłby powstrzymać go przed porzuceniem kotki. Karo była dla niego zaledwie kolejnym elementem sytuacji, a jej uczucia miały znaczenie tylko o tyle, o ile wpływały na jej decyzje. Gdyby jutro okazało się, że łatwiej będzie pozostawić ją własnemu losowi, zrobiłby to bez wahania. Być może przemawiała za tym zwykła kalkulacja, być może niechęć do podejmowania zbędnego ryzyka, a może coś znacznie prostszego — chłodna satysfakcja płynąca ze świadomości, że potrafi nakłonić drugiego kota do oddania mu tego, co dla niego najcenniejsze, a następnie odejść, nie ponosząc żadnych konsekwencji.
Nie potrzebował rozstrzygać tego już teraz.
Wystarczyło, że Karo uwierzyła.
— Dobrze — powiedziała wreszcie, choć słowo to zabrzmiało tak cicho, jakby z trudem przeciskało się przez ściśnięte gardło. — Jeśli naprawdę uważasz, że to najlepsze rozwiązanie... zgadzam się. Ale proszę cię, Blasku zaopiekuj się nimi. Nie pozwól, żeby poczuły się porzucone. Są jeszcze za małe, by zrozumieć, dlaczego ich matki nie ma obok.
Na moment w jej oczach pojawił się blask, którego nie zdołała ukryć. Szybko spuściła głowę, jakby wstydziła się własnej słabości, lecz Lśniąca Gwiazda zdążył już zauważyć, jak wiele kosztowała ją ta decyzja.
— Zadbam o nie — odparł. — Masz moje słowo.
Wieczór…
Karo przysunęła się do młodych i delikatnie polizała każde z nich po głowie, starając się nie obudzić pozostałych. Jej ruchy były powolne, ostrożne, pełne czułości, a kiedy skończyła, przez kilka uderzeń serca trzymała pysk przy futrze najmniejszego kocięcia, jakby chciała przekazać mu w ten sposób wszystko, czego nie potrafiła wypowiedzieć.
Kiedy wreszcie odsunęła się od kociąt, jej spojrzenie było wilgotne, lecz postawa stała się odrobinę pewniejsza.
Lśniąca Gwiazda pochylił się, by ostrożnie podnieść pierwsze kocię, a następnie przygotował się do zabrania kolejnych. Robił to powoli i z należytą ostrożnością, nie chcąc sprawić im bólu ani niepotrzebnie ich przestraszyć. Z zewnątrz mógł wyglądać na kota, który z pełnym oddaniem bierze pod swoją opiekę bezbronne młode, kierując się wyłącznie współczuciem i poczuciem obowiązku.
Wewnątrz pozostawał jednak niewzruszony.
Gdy odwrócił się w stronę wyjścia, Karo towarzyszyła mu wzrokiem, a w jej spojrzeniu mieszały się niepokój, nadzieja i smutek. Była przekonana, że właśnie pozwala swoim dzieciom wyruszyć ku lepszemu życiu, a sama musi jedynie przetrwać jeszcze jedną noc, nim do nich dołączy.
Lśniąca Gwiazda nie zamierzał pozbawiać jej tej nadziei.
Była mu teraz potrzebna dokładnie taka, jaka była: przekonana, że podjęła słuszną decyzję, wdzięczna za pomoc i gotowa czekać na obiecany powrót. Dopóki wierzyła w jego słowa, nie miała powodu szukać innego rozwiązania ani podejmować działań, które mogłyby pokrzyżować jego plany.
— Odpocznij, Karo — powiedział jeszcze, spoglądając na nią przez ramię. — Jutro wszystko będzie wyglądało inaczej.
Uśmiechnęła się słabo.
— Do jutra, Blasku.
— Do jutra.
Odpowiedział bez najmniejszego zawahania, po czym wyszedł z szopy, zabierając ze sobą jej dzieci.
Nie odczuwał triumfu w zwyczajnym znaczeniu tego słowa. Nie było w nim gorączkowej radości ani potrzeby świętowania sukcesu. Zadowolenie, które pojawiło się gdzieś na dnie jego umysłu, było znacznie cichsze i bardziej wyrachowane, wynikające z prostego faktu, że wszystko przebiegło zgodnie z planem.
Karo sama oddała mu swoje dzieci.
Nie musiał jej grozić, nie musiał podnosić głosu ani uciekać się do siły. Wystarczyło, że powiedział jej to, co chciała usłyszeć, przedstawił właściwie dobrane argumenty i pozwolił, by uwierzyła, że decyzja należy wyłącznie do niej. W efekcie zaufała mu bardziej, niż powinna, a on mógł teraz odejść, nie pozostawiając po sobie niczego, co wskazywałoby na prawdziwy cel tej rozmowy.
Przez chwilę wyobraził sobie, jak następnego dnia Karo będzie czekała na jego powrót, nasłuchując każdego szmeru dochodzącego zza drzwi. Być może z początku uzna, że się spóźnia. Później zacznie szukać usprawiedliwień, tłumacząc sobie, że droga jest długa, że kocięta wymagały szczególnej opieki, że musiał zająć się innymi obowiązkami. A kiedy wreszcie zrozumie, że nie przyjdzie, pozostanie jej jedynie świadomość, że powierzyła los swoich dzieci obcemu kotu, którego słowa okazały się warte mniej niż kurz zalegający na deskach jej schronienia.
Czy będzie go przeklinać? Czy spróbuje go odnaleźć?
Nie miało to większego znaczenia.
Wypadła z gry w momencie, w którym opuścił jej szopę.