BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

23 września 2026

Od Zwęglonej Kukułki CD. Ślepowrona

· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·
Obecna pora
opadających liści
· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·

“— Odtrącana, zraniona, a jednak serce ma miękkie. — Delikatny szept przemknął tuż obok jej prawego ucha niczym wiatr muskający liście w koronach drzew, które nie występowały w takiej formie na wilczackich terenach. — Troszczy się o innych, ale… bez wzajemności. Jakie to przykre. Nie czujesz się gorsza od nich?
Zdezorientowana gwałtownie obróciła się, lecz nikogo nie zastała za sobą, co jeszcze bardziej zbiło z ją z tropu. Przecież ktoś musiał wygadywać te kłamstwa, nie mogły się brać ot tak z powietrza.
— Czemu nadal ślepo wierzysz we wszystko, co Ci jest mówione? Przecież ten cały Klan Gwiazdy Cię nie uratuje. W końcu, gdyby tak było, nie słyszałabyś tego wszystkiego, nieprawdaż?
— To nieprawda, to czyste oszczerstwa! — zaprzeczyła dymna.”
Ostatni sen, w którym znajdowała się przed obliczem Ciernistego Drzewa, skutecznie zaprzątał jej myśli przez większość czasu. Słowa wypowiadane wtedy przez kogoś nadal trzymały się jej niczym rzep futra, które już zdążyło się zaplątać, uniemożliwiając delikatne i nieinwazyjne usunięcie nieproszonego elementu leśnej roślinności. Za każdym razem, kiedy dymna łapa się na tym, że odpływała myślami do tej wyimaginowanej chwili, biała końcówka jej ogona nerwowo drgała, niczym czubek drzewa targanego przez bardzo zmienny wiatr. Choć najgorszym w tym wszystkim było to, że wystarczyło tak niewiele, by w dotychczas czystym niczym najszczersza łza sercu Kukułki narodziły się wątpliwości. Wątpliwości czy może głos ze snu nie ma może racji, że jest gorsza, odtrącana… W końcu Brukselkowa Zadra z perspektywy szylkretki jakoś częściej martwiła się, przejmowała Ośnieżonym Kryształem, niż nią. Jakby sama obecność srebrnej znaczyła już coś więcej, nawet jeśli to Węgiel starała się, jak mogła, by nigdy nie zawieść sióstr, matki czy nawet mentora.

· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·

Z samego rana, nim nawet jeszcze słońce zdążyło swym pierwszym promieniami musnąć tereny wilczaków, żółtooka już nie spała. Nie mogła. Nie była w stanie, obawiając się, że kiedy tylko przymknie powieki na dłużej niż chwilę, to ponownie stanie przed obumarłym drzewem, które w większości wywołałoby irracjonalne odczucie strachu, czy może nawet przerażenia. Jednak nie w przypadku wojowniczki — ona czuła pewne przyciąganie ze strony Ciernistego Drzewa, czy innych miejsc, które normalnie w odbierze powinny wzbudzać w niej inne odczucia.
Nie wiedziała, ile spędziła czasu, leżąc w bezruchu na swoim posłaniu, lecz dopiero cichy szelest po drugiej stronie legowiska uświadomił ją, iż niedługo inni również zaczną się wybudzać ze snu, a obóz na nowo odżyje dzięki krzątaninie pozostałych po azylu. Liczne rozmowy na nowo rozbrzmią pośród górujących iglaków, będących cichym świadkiem każdych wydarzeń pośród wilczaków i nie tylko.
Do czarno kremowych uszu wojowniczki zaczęły docierać coraz głośniejsze odgłosy krzątaniny, co jasno wskazywało, iż z każdym oddechem zaczyna się budzić więcej Wilczaków. Również tych, którzy od ostatniego czasu byli nieświadomymi wrogami dymnej oraz niewielkiej grupki kotów, które nie wyznają Mrocznej Puszczy. W Klanie Wilka wiara inna niż Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd była przyczyną możliwej przedwczesnej śmierci i to bardzo przedwczesnej.
Opuszczając krzew, ledwo postawiła parę kroków, a jej łapy już zostały owiane mlecznobiałą mgłą, która nisko wisiała nad ziemią. Dopiero kiedy ostatnie pozostałości wcześniejszego ciepła opuściły długą szatę dymnej, poczuła przeszywający chłód. Mimowolnie wzdrygnęła się, a dreszcz przebieg wzdłuż jej kręgosłupa.
Na obecny moment poza nią na polanie nie było ani jednej żywej duszy, chyba że liczymy nieostrożnego wróbla, który chyba nie zdawał sobie sprawy z wszechobecnego zagrożenia i przysiadł na ziemi, niemal kompletnie pochłonięty przez mgłę. Wojowniczka zapewne nie zwróciłaby na niego uwagi, gdyby nie ciche ćwierkanie, jakoby ptak testował lekkość snu Wilczaków.
Jej żółte ślepia były utkwione w miejscu, gdzie swój solowy występ miał brązowy nielot, kiedy to niespodziewanie w jego kierunku skoczył jeden z uczniów. Przerażone ćwierknięcie opuściło drobny dzióbek czyjejś ofiary, lecz Kukułce nawet powieka nie drgnęła na ten widok. To była naturalna kolej rzeczy — słabszy zostaje ofiarą silniejszego, by ten mógł przetrwać dłużej. Niczym wśród Wilczaków, słabe jednostki nie były tutaj tolerowane, co była w stanie odczuć na własnej skórze.
Dopiero po paru uderzeniach serca zdała sobie, kto postanowił nie przegapić okazji na łatwy łup. Brązowe ślepia syna Ognikowej Słoty były utkwione w jej sylwetce, a pysku kocura zwisało martwe, jeszcze ciepłe opierzone ciało. Węgiel nieco zmrużyła oczy, jakby starając się przeszyć duszę Iglastej Łapy na wylot, choć ten zdawał się być niewzruszony i chwilę później ruszył z poranną zdobyczą do stosu ze zwierzyną. Nim spostrzegła, tuż obok niej przemknęła jedna z mistrzyń — Kocimiętkowy Wir, która była również mentorką czarnego ucznia.

· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·

Po patrolu szylkretowa wojowniczka przysiadła bardziej na uboczu, mając idealny widok na żłobek, znajdujący się po drugiej stronie obozu. Żółte ślepia mimo to były utkwione gdzieś indziej, spoglądając nieobecnie w przestrzeń. Zwęglona Kukułka w azylu była obecna duchem, lecz myślami zupełnie w innym miejscu, gdzieś gdzie wzorowy wyznawca Klanu Gwiazdy nie powinien choćby przez chwilę się znajdować. Może i zaczynała być grzeszniczką w oczach Przodków, lecz mogliby czasem dać jakikolwiek znak, iż czuwają na nią lub chociaż jej rodziną.
Może i dalej, by wędrowała myślami daleko stąd, lecz w pewnym momencie poczuła czyjeś spojrzenie na sobie. Mimowolnie się spięła, powracając świadomością do obozu, by szybko odnaleźć swojego obserwatora, którym okazał się jeden z młodych Kruczego Pióra oraz Kwaśnej Kocanki. Ślepowrona kojarzyła głównie z widzenia, kiedy to przechodziła obok żłobka lub zjawiała się w środku, przynosząc zwierzynę dla królowych, bądź by odbyć krótkie rozmowy z Nocnym Śpiewakiem.
Nagłe napięcie mięśni było spowodowane obawą o to, że ten mały kociak może wiedzieć coś, co nie powinien i mogło mieć to związek z dymną. Trzepnęła końcówką ogona, chcąc zniwelować napięcie w ciele, a następnie ruszyła do stosu, z którego wzięła pierwsze lepsze świeże piszczki i udała się z nimi do kociarni. Nie była pewna, w jakim wieku kociaki mogą zacząć spożywać stały pokarm, więc nie chcąc ryzykować, w pysku niosła tylko coś dla królowych.
— Witaj Ślepowronie. Czemu siedzisz tu samotnie? Pora opadających liści robi się coraz chłodniejsza, lepiej byś nie zachorował — odparła, kiedy odłożyła na chwilę zwierzynę przy swoich łapach. — Może wejdziesz ze mną do środka? W żłobku na pewno jest cieplej niż tutaj — dodała, starając się, by jej głos miał delikatne brzmienie bez cienia obaw, zmęczenia, znudzenia czy czegokolwiek innego, co mogłoby spowodować negatywny odbiór swojej persony przez syna zastępcy.

<Ślepowronie?>

Od Ślepowrona CD. Agrestu

Po chwilkę trwającym zacięciu się przez Agresta Ślepowron wydedukował, iż jego rozmówca nie pamiętał jego imienia i musiał je sobie dopiero przypomnieć. Parę sekund później jego przeczucie potwierdziło się, gdy Agrest w końcu się odezwał. Dymny przyznał rację jego słowom, faktycznie w żłobku było ostatnio wyjątkowo dużo nowych kociąt.
Ślepowron przytaknął mu również, gdy ten wspomniał o mianowaniu. Zbliżało się ono wielkimi krokami, a kocurek nie mógł się już doczekać, aż będzie mógł dowieść swojej wartości wszystkim w klanie. Wszystkim, wliczając w to swojego własnego ojca…
— Jak to jest być synem zastępcy? Musisz być strasznie dumny z ojca, prawda? A on pewnie z was, bo po pewnie odziedziczycie po nim siłę i zostaniecie świetnymi wojownikami jak on.
To pytanie stało się dla Ślepowrona jak nagły strumień zimnej wody roztrzaskujący się z cichym pluskiem na jego łebku. Przez nie zdał sobie sprawę, że przez moment przestał być obecny przy Agreście myślami, a zamiast tego skupił się na pomysłach jak udowodnić, że będzie prześwietnym wojownikiem. Teraz jednak myśli skręciły w inną drogę po słowach złotego. Siłę odziedziczył z pewnością, nikt nie może mu tego odmówić. Ale dumy ojca już nie otrzymał. Nie kiedy jego łapa wygląda, jak wygląda. Ale przecież to nie jego wina, prawda? I to absolutnie nie czyniło go słabszym od swego rodzeństwa, które Krucze Pióro tak zdawał się miłować. Wręcz przeciwnie, znalazł sposób jak ich pokonać nawet z delikatnie zdeformowaną kończyną. I wymyślił to sam! A to przecież oznaka wielkiej siły, prawda? Więc Krucze Pióro nie ma prawa uważać go za gorszego!
Syn Kocanki otrząsnął się z kolejnego nurtu myśli. Przecież jeszcze nie odpowiedział Agrestowi. Starając się ukryć swoje zamyślenie, kocurek wyprostował się i wypiął dumnie pierś.
— Jak to jest być synem zastępcy? No cóż, na pewno pojawiają się wobec ciebie wyższe oczekiwania. Ale z taką siłą, jaką mam po swoim ojcu bez problemu im sprostam! — miauknął dumnie Ślepowron, uśmiechając się. — Przede mną wielka przyszłość i już nie mogę się jej doczekać. Ale co tyle o mnie, jak ty widzisz swoją przyszłość, Agreście? Z twoją budową ciała na pewno również wiele osiągniesz!
Ślepowron zaobserwował, że jeśli na końcu swojej wypowiedzi pochwali się swojego rozmówcę, to ci chętniej chwalą też ciebie oraz spoglądają w przyszłości na ciebie przyjaźniejszym okiem.
— A z takimi rodzicami, to już sukces gwarantowany. Miodowy Ul i Jesionowa Szadź zapewniają ci najlepszą opiekę i z pewnością też edukacje, prawda? — kontynuował, jak żywica jego ton opływał charyzmą, którą starał się ostatnio trenować. I chyba mu to całkiem wychodziło. — A jak już mówimy o rodzicach, to nie tak, że chcę się wtrącać, ale jestem po prostu ciekawy Agreście… Znasz ich historię? Wydają się razem takie miłe, interesuje mnie to bardzo! Może ci o tym kiedyś opowiadały?

<Agreście?>

Od Agrestu CD. Ślepowrona

Kocur potrząsnął łebkiem, po czym spojrzał na kocura nad sobą. Był trochę wyższy od kocurka. Nie zamienili ze sobą zbyt wiele słów, dlatego nie był z początku pewien, kim jest, jednak po chwili przypomniał sobie jego imię. Uśmiechnął się serdecznie do Ślepowrona, skinając głową.
— Nic nie szkodzi, Ślepowron, prawda? Jeszcze nie znam najlepiej każdego w żłobku, jest nas strasznie dużo. — przyznał speszony, na co starszy uśmiechnął się lekko.
— Nie przejmuj się, faktycznie robi się nam tu trochę tłoczno. To trzeba przyznać. — odpowiedział, spoglądając znowu na uczniów, co zauważył Agrest. Sam zwrócił ku nim wzrok.
— Też nie możesz się doczekać swojego mianowania? W sumie może będziemy mianowani razem, skoro urodziliśmy się tuż po sobie. — zauważył Agrest, spoglądając znowu na dymnego.
— Tak, faktycznie masz rację. — odpowiedział mu czarny. Agrest spojrzał na Krucze Pióro, który przechodził obok żłobka i skinął głową do Kwaśnej Kocanki, po czym tym samym gestem obdarował swoje dzieci, na co Ślepowron odpowiedział tym samym. Agrest czuł bijącą od zastępcy powagę i autorytet. Choć może i nawet czuł strach w jego obliczu. Ciekawe, jak jego dzieci się przy nim czuły? Zazwyczaj jak odwiedzał ich oraz ich matkę, to był w miarę czuły. Cóż, na tyle, na ile chyba potrafi. Wydawał się być taki daleki, zdystansowany.
— Jak to jest być synem zastępcy? Musisz być strasznie dumny z ojca, prawda? A on pewnie z was, bo po pewnie odziedziczycie po nim siłę i zostaniecie świetnymi wojownikami jak on. — zapytał zaciekawiony. Miał tylko nadzieję, że nie zabrzmi dziwnie, ani źle… Czekał więc na reakcję kocura.

<Ślepowronie?>

Od Wrotycz

Chmar opadłych liści zasiał każdy fragment wolnej przestrzeni. Las zdawał się nimi przepełniony. Zastanawiała się, w jaki sposób znikną do pory nowych liści. Śnieg je trawił? Otrzepała łebek. Musiała się skupić na polowaniu. Nie chciała, by Poinsecja znów była z jej powodu zła. I tak pewnie było jej ciężko z nią. Klanowe kocięta odnajdywały się doskonale w świecie, który dla Wrotycz był tak niezbadany.Ujrzała mysz. Jej brązowe futerko niemal zlewało się z otoczeniem. Energiczne ruchy gryzonia sprawiały, że rzucał się w oczy. Wrotycz starała się sobie przypomnieć wszystkie zasady polowania. Przybrała pozycję, którą pokazywała jej mentorka. Starając się nie nadepnąć na żadną gałązek, zaczęła się skradać. Była już tak blisko! Już prawie szykowała się do skoku...
Wrzask i trzepot skrzydeł.
Coś wystrzeliło z niedalekich krzewów. A wraz z tym bytem wystrzeliła Wrotycz. Totalnie spanikowana nieznanym zwierzęciem i jego obyciem. Nie wiedziała, czy stwór ten ruszył właśnie na nią. Wolała się nie upewniać. Przerażona ruszyła w kierunku mentorki.
Pokryta wszystkim, co stanęło na jej drodze, niemal wypadła z krzewów jeżyn. Ziemia przyjęła ją miękko. Niestety spojrzenie Poinsecji już takie nie było.
Zatrzęsła się mimowolnie, widząc chłód w jej ślepiach.
— Naprawdę, Wrotycz?
Opuściła łeb. Czuła, że znów zawiodła kotkę.
— Ptak? Zwykły, tłusty bażant, a ty uciekasz z wrzaskiem, jakby gonił cię borsuk? Gdyby ktokolwiek z patrolu to widział, spaliłabym się ze wstydu.
Słowa kotki sprawiły, że niemal łzy napłynęły jej do ślepi. Nie chciała przynosić jej wstydu. Ani robić problemu. Znów schrzaniła sprawę. Położyła po sobie uszy.
— Przepraszam, myślałam, że to... — głos jakby się łamał, więc przestała się tłumaczyć.
I tak nie miało to sensu. Uciekła w panice przed niegroźnym ptakiem. Kompletnie się ośmieszyła. Znów. Otrzepała z siebie liście, starając się zakopać w sobie te emocje. Emocje, które tak próbowały z niej wypłynąć. Nie mogła sobie na to pozwolić, to tylko pogorszyłoby sprawę.
— Spójrz na siebie. Cała się trzęsiesz.
Poczuła jak kotka coś z niej ściąga. Niepewnie zerknęła na mentorkę. Nie wiedziała, czy przygotować się na kolejne pouczenie. Owinęła się swoim ogonem, próbując się uspokoić.
— Jesteś taka... bezbronna. Inne kotki w twoim wieku polują już na bażanty, a ty? Masz w tym swoim łebku totalną pustkę. Nie odróżniasz zwierzyny od zagrożenia.
Wrotycz przełknęła ciężko ślinę, wpatrując się w ziemię. Poinsecja miała rację. Jej wiedza i umiejętności rażąco odstawały od rówieśników (jak i młodszych kotów) z Owocowego Lasu. Musiała sprawiać kotce taki ciężar... Wstyd całkowicie ogarnął jej drobne ciałko.
— Ja... Ja wcześniej n-nie widziałam takiego ptaka... — wydukała z siebie z trudem.
Ku swojemu zaskoczeniu poczuła ogon szylkretki na swoim grzbiecie. Był taki ciepły i... ciężki? Poczuła, jak coraz mocniej naciska na nią. Zdezorientowana spojrzała na kotkę.
— I właśnie to mnie przeraża. — widząc wzrok uczennicy, dodała. — Twój brak podstawowej wiedzy. Życie w lesie jest bezwzględne. Porą nagich drzew ciężko o pożywienie, liczy się każda mysz. Myślisz, że będą zadowoleni z kolejnego pyska do wykarmienia? Czereśnia jest miły, ale każdy ma jakieś granice. Gdyby dowiedzieli się, jak bardzo jesteś... bezużyteczna - nazwaliby cię ciężarem.
Ciężarem. To słowo zapadło głęboko w umyśle Wrotycz. Od zawsze nim była i nieważne, jakich akcji się podjęła, dalej nim pozostawała. Ciężarem dla swojego otoczenia. Teraz już naprawdę była na granicy łez.
— J-ja naprawdę się staram... — próbowała jakkolwiek się usprawiedliwić.
Nie chciała znów wracać tam. Do Nich. Do szopy. Do wiecznego cienia. Życie w Owocowym Lesie było dla niej pierwszą cząsteczką wolności. Pierwszą możliwością poznania świata. I innych kotów. Nie chciała tego tracić.
— Widzę to. Dlatego dalej tu jesteś. — Poinsecja odsunęła się od niej na parę kroków.
Wrzuciła jej nieodgadnione spojrzenie.
— Nie zawiedź mnie, Wrotycz. Jesteś moją uczennicą, twoje porażki wpływają także na mnie. A chyba nie chcesz sprawiać mi problemów?
Wrotycz energicznie pokręciła łebkiem. Zrobiła niepewny, malutki, krok w stronę mentorki. Kotki, która tak dużo dla niej poświęcała. Spędzała z nią każdego dnia tyle czasu. Uczennica uświadomiła sobie, jak bardzo jej życie jest przepełnione Poinsecją. Zdecydowanie była jej najbliższym kotem w tej społeczności.
— Nigdy. — miauknęła cichutko, ugniatając ziemię pod swoimi łapami.
— Prawidłowo. A teraz upoluj tę mysz. Nie możemy wrócić z pustymi pyskami do obozowiska.

[słów 666]

Od Agrestu

Kocurek otworzył oczy, rozglądając się po teraz zimnym otoczeniu. Jeszcze chwilę temu było mu tak cieplutko, a teraz musiał tulić się do brzucha matki, z którego to wyszedł. Matka lizała delikatnie jego główkę, przez co wydawał piski protestu. Usłyszał jej łagodny, ciepły śmiech, oraz śmiech drugiej kotki tuż obok. Uśmiechnął się lekko, jakby czując, że jest bezpieczny tuż obok swojego rodzeństwa. Natomiast niedaleko nich po porodzie odpoczywała Kwaśna Kocanka, która również karmiła trójkę kociąt. Urodziły się dzień przed nim, więc ich piski również wzbudzały jego zainteresowanie.

⊹₊˚‧︵‿₊⊱·𖤓·⊰₊‿︵‧˚₊⊹

Biegł przez żłobek, razem ze swoim bratem, Smuklikiem. Bawili się kawałkiem mchu, który przyniósł im jeden z uczniów ze swojego patrolu. Kocurek wyskoczył, jednak źle określił swój lot, przez co skończył na pyszczku, tuż przed jednym z kociaków Kwaśnej Kocanki… Nocy. Srebrna wpatrywała się w niego trochę gardząco, a po chwili zanim zdążył się odezwać, odeszła. Od dawna kotka go ciekawi. Bawi się ze swoim rodzeństwem, ale z jego własnym już nie koniecznie. Była bardzo ostrożna. Może czegoś się boi? Może powinien ją zaangażować w zabawę? Gdy już miał podejść do niej, nagle wyskoczył na niego Smuklik, który przeturlał go przez żłobek, kończąc na jego grzbiecie. Kocurek ugryzł jego ucho, na co Agrest syknął lekko, bardziej z zaskoczenia niż bólu czy złości.
— Smukliku! — Spojrzał oburzony na brata.
— No co, trochę cię odcięło to cię od-odciąłem! — zaśmiał się kocurek, na co złoty przewrócił oczami. Spojrzał jeszcze w stronę kotki, po czym znów wrócił do zabawy z bratem, żeby odwrócić od niej swoją uwagę.

Od Poziomkowej Łapy CD. Chyżej Łapy

— Poziomko? Pomożesz mi potem z przekłuciem uszu? — wydobył się cichy, lekko niewyraźny szept z pyszczka siostry, której udało się ją dogonić. Poziomkowa Łapa spojrzała na nią w lekkim zdziwieniu. Nie miała nigdy doświadczenia w przekuwaniu uszu, dlatego też zmartwiła się odrobinę, że mogłaby bardziej zaszkodzić bliskiej, niżeli jej pomóc, aczkolwiek skoro tak ładnie prosiła… musiała się tego podjąć. Jednak, dla bezpieczeństwa, zawsze mogli poprosić o pomoc Wdzięczną Firletkę czy Łzawą Łapę. Kiwnęła więc niepewnie głową, ale po chwili jej pyszczek się rozświetlił.
— Tak. Tylko czy wiesz, jak to zrobimy i czym? — zapytała, nieświadoma, iż rozmówczyni miała w policzku kły kuny, pozyskane sprzed chwili.
— Pokażę ci, jak wrócimy do obozu — wymamrotała jeszcze, a najmłodsza kiwnęła głową posłusznie. Była bardzo ciekawa, a jednocześnie zmartwiona tym pomysłem. Czy powinna kogoś o tym poinformować, w razie, gdyby coś miało pójść nie tak? Tak byłoby najlepiej, ale… wcale nie zapowiadało się to na łatwe. W dodatku nie chciała martwić swojej siostrzyczki. Wróciła więc spojrzeniem do Dzielnej Łapy, który teraz szedł nieco na uboczu, nadal w szoku, wzrok miał zawieszony na łapach, a ogon nisko przy ziemi. Wyglądał zupełnie inaczej niż w dniu swojego mianowania. Gdy nawiązali kontakt wzrokowy, posłała mu pocieszający uśmiech, aczkolwiek rudy go nie odwzajemnił. Poziomka poczuła ukłucie w sercu. Co, jeśli pomyślał, że się z niego śmiała? Poruszyła nerwowo końcówką ogona, ślepia wlepiając w ciemne ściany tunelu, do którego właśnie wspólnie wchodzili.
Do nosa uczennicy dopadł się mokry, przyjemny zapach azylu. Czuła ulgę, że po takim dniu przyszło jej wreszcie wrócić do domu i możliwie odpocząć. Już niedługo po przed jej oczami wymalowała się duża jama, mieszcząca znajome im, kręte odnogi. Jako uczennica przewodnika, czuła się w takich warunkach dużo lepiej, niżeli na otwartej przestrzeni. Gdy miała jedynie gwiazdy oraz chmury nad sobą, w jej sercu kwitł dyskomfort. Ilekroć próbowała się do tego przyzwyczaić i przekonać, było jej niezwykle ciężko, a wszelkie ptaki przemierzające nieboskłon wprawiały jej żołądek w nieprzyjemny stan. Słyszała opowieści, w których kocięta porywane były przez wielkie, drapieżne ptaki. Nie wiedziała, czy taką uczennicę jak ją również mogły porwać, miała szczerą nadzieję, że nie. W końcu nie potrafiła latać.
Odprowadziła dwójkę rannych bliskich jej kotów do legowiska medyków, gdzie powitał ich zmartwiony wyraz pyszczka Wdzięcznej Firletki, a także już nieco neutralny, Łzawej Łapy. Dzielna Łapa i Chyża Łapa zostali poturbowani przez atak kuny, sama Poziomkowa Łapa również powinna dać się obejrzeć, mimo że na pierwszy rzut oka nie dało się dostrzec żadnych widocznych śladów. Dlatego też zielarki zaczęły od tych, którzy potrzebowali pilnej pomocy. Na łapę Porzeczki nałożono świeżo zmieloną papkę, uprzednio czyszcząc uszkodzone miejsce, wylizując nadmiar krwi, z czego część kazano zlizać samej szylkretce. To samo tyczyło się Dzielnej Łapy, a przynajmniej jak chodziło o miejsca, do których był w stanie dosięgnąć. Resztą zajęły się sprawnie dwie koteczki, a Poziomka przez cały ten proces milczała, nie wyłapując niczego bardziej szczególnego z ich konwersacji, poza zaleceniami, że powinni się od teraz oszczędzać i nigdy więcej nie rzucać w szczęki kun, ponieważ to niebezpieczne i godne mysiego móżdżka.
Na sam koniec przyszedł czas, by obejrzeć i ją. Ustawiła się zatem obok liliowej i pozwoliła, by dokładnie obejrzano jej skórę, rozdzielając długie kłosy. Poza paroma powierzchownymi nacięciami nie stało jej się nic złego. Miała po tym nie pozostać nawet blizna, dlatego też ruda odetchnęła z ulgą. Martwiła się, że blizna uczyniłaby ją szpetną, mimo że na Porzeczce prezentowały się wręcz przeciwnie, pięknie. Wyglądała, jakby była już doświadczoną wojowniczką, długo służącą wiernie Klanowi Burzy. Czy Dzielna Łapa również będzie czuł się w ten sposób? W końcu jego rany były dużo głębsze, chociaż nigdy nie było gwarancji, czy z danego nacięcia pozostanie jakiś ślad.
— Dobrze. Możecie iść. Porzeczkowa Łapo, Dzielna Łapo, jeszcze raz uważajcie na siebie. Nie nadwyrężajcie łap podczas treningów — miauknęła im na odchodne. Niebieskooka skinęła łebkiem w podzięce, gdy dwójka zaczęła już człapać powoli w stronę legowiska uczniów.
— Dziękuję, że się tak dobrze zaopiekowaliście moimi bliskimi — mruknęła, a Wdzięczna Firletka uśmiechnęła się lekko. Poziomka również rozpromieniła się, wreszcie wychodząc. Sprawnie dogoniła czarno-rudą koteczkę, próbując uwzględnić w tym również Dzielną Łapę. Mimo starań rudy kocur szedł sennie odrobinę za nimi, jakby nie chciał się narzucać.
— Pokażesz mi niedługo? — zapytała z nadzieją, na co starsza pokiwała głową.
— Już niedługo.
Parę kroków wystarczyło, żeby znaleźli się już przed legowiskiem uczniów. Poziomkowa Łapa rzuciła się biegiem przed siebie nagle, w paru susach doskakując do legowiska Porzeczki. Zaczęła starannie układać miękką podściółkę, dbając o to, żeby żadne ze źdźbeł nie wystawało i nie raniło siostrzyczki w naruszoną kończynę. Dzielna Łapa, nadal szturchany przez oszołomienie dzisiejszym dniem, wyminął stojącą w progu, zadowoloną szylkretkę, po czym dyskretnie przysunął swoje posłanie bliżej tego Poziomki. Koteczka, zauważywszy to, zawstydziła się odrobinę. Wstyd jednak minął w mgnieniu oka, ponieważ rudy, chcąc wreszcie położyć się i oddać w objęcia snu, usłyszał nagły, uniesiony głos rudaski.
— Zaczekaj! — Podniósł łeb i spojrzał na nią w skonfundowaniu. Pręguska spojrzała na własne łapy. — Chciałabym, żebyś ty też mógł odpocząć na wygodnym posłaniu. Daj mi jeszcze chwilę, proszę.
Dzielna Łapa otworzył szerzej ślepia.
— Wcale nie musisz…! Na tym mi wygodnie — powiedział niepewnie, co mogło nakierować umysł uczennicy na sugestię, iż nie był do końca szczery. Pokręciła łebkiem.
— Zaufaj mi.
Przysunąwszy się, zaczęła układać starannie źdźbła, ze swojego legowiska wyjmując parę piórek i miękkich dodatków, żeby ulepszyć niezbyt starannie uplecione posłanie kolegi. Brązowooki nie skomentował tego dalej, zamiast tego spełnił jej prośbę. Porzeczka spojrzała na kocura wymownie, marszcząc lekko brwi. Zapracowana najmłodsza zaś nie widziała tego, czując, że robi jej się duszno od nadmiaru wysiłku. Mięśnie pracowały jej dzisiaj na pełnych obrotach, czego zaczynała odczuwać skutki. Pulsowały jej i drgały delikatnie, mimowolnie. Gdy skończyła, miała zmierzwione futerko na łapach i dumę w sercu. Nagle wpadła na pewien pomysł.
— Pójdę po coś do jedzenia dla was. Odpocznijcie sobie!
Wypowiedziawszy to, poszła szybciutko w stronę wyjścia z nory, już rozmyślając, co mogłaby im dać. Może zająca? Mogliby się wtedy nim podzielić! Albo… może lepiej coś, co mogą zjeść bez obowiązku rozdrabniania między sobą. Pora Nagich Drzew nadciągała wielkimi krokami, co oznaczało, iż trzeba było oszczędzać na jedzeniu. Dlatego też Poziomka nie wzięła nic dla siebie, a dla dwójki dobrała dorodnego kosa i nornicę. Jeśli będą dobrze jeść, to szybko wrócą do zdrowia i będą śmigać. Złapała w pysk sprawnie ptaka, a gryzonia zahaczyła między własne kły za ogon, następnie odwróciła się na pięcie, wracając do miejsca, skąd przyszła. W centrum nie widziała zbyt wielu kotów, ale mogli zawdzięczać to też dość późnej porze. Nieboskłonna Łapa pewnie obserwowała gwiazdy z Wędrującym Niebem… martwiła się o siostrzyczkę, mimo że była zaopiekowana.
W jamie zastała dwójkę, Porzeczka posłała jej od razu uśmieszek, a Dzielżan leżał z łbem zawieszonym na łapach, zmieszany oraz zdziwiony. Posłanie miał dalej, niż chwilę temu. Dlaczego je odsunął? Zmienił zdanie? Poziomka poczuła nieprzyjemne ukłucie w sercu. Miał jej coś za złe? Podeszła do koteczki najpierw, kładąc przed nią ptaka. Zależało jej na tym, żeby nie poczuła się przez nią zaniedbana. Drugi kąsek zaś oddała rudemu kocurowi, prosto przed pyskiem. Podniósł łeb ostrożnie, wdzięcznie mrucząc.
— Dziękuję. — Po chwili jednak dostrzegł pewną ważną rzecz. Poruszył ogonem nieznacznie. — A ty nic nie jesz, Poziomko? W końcu walczyłaś razem z nami.
Pręguska pokręciła głową.
— Nie jestem głodna. Zjedzcie całe, to szybciej zagoją wam się rany — odparła z ogromną pewnością.
Uczniak, nadal nieco zmieszany, kiwnął głową. Wyglądał, jakby chciał odpowiedzieć coś jeszcze, ale się wstrzymał. Czy wyszła na niemiłą, kłamiąc w takim temacie? Z chęcią zjadłaby z nimi, ale przecież nie mogła im wyjadać. Prześpi się z tym i jutro coś zje…
— Chodź, siostrzyczko. Połóż się obok mnie — zachęciła ją uczennica, klepiąc łapą łoże tuż obok siebie. Wyglądało na zmierzwione, aczkolwiek nie przeszkadzało to Burzaczce szczególnie. Najważniejsze, że jej bliskim było dobrze. Spojrzała ostatni raz na Dzielżana, zajadającego się teraz i przysiadła obok koteczki z zaciekawieniem wlepiając w nią spojrzenie. Porzeczka rozejrzała się, czy nikt na nie nie patrzył w obecnej chwili, a młódka podążyła za nią wzrokiem. Kiwnęła wreszcie głową i nagle wypluła z policzków kły kuny, tuż obok zwierzyny. Ruda otworzyła szerzej oczka.
— To kły tamtej bestii? — zapytała szeptem, nie wierząc własnym oczom. — Jak je pozyskałaś?
— To nieistotne. Ważniejszym raczej jest to, co teraz z nimi zrobimy. Pomóż mi przebić uszy. — Po wypowiedzeniu tych słów schyliła trochę łeb. — Musisz zrobić w nich dziurę, o tutaj. — Łapą wskazała dokładne miejsce, które miała na myśli. — I wsunąć kieł do środka.
Młoda przełknęła nerwowo ślinę, ale kiwnęła głową. Przysunęła się do bliskiej, a następnie zębami zrobiła nacięcie na uchu, czując metaliczny posmak krwi rozpływający się po jej podniebieniu. Był obrzydliwy, ale nie chciała zawieść Porzeczki. W końcu było to jedne z wielu nacięć. To był dopiero początek. Futro wzdłuż kręgosłupa czarnej poruszyło się nieznacznie. Gdy ścisk Poziomki zelżał odrobinę, czarna zamruczała jedynie;
— Kontynuuj, to nic.
Dlatego też po wykonaniu swojej roboty wsunęła sprawnie kły, pilnując jeszcze przy tym, żeby ucho nie krwawiło więcej. Trzeba było zaczekać, aż rana się zasklepi i utworzy na niej strupek. Gdyby miały przed sobą zwierciadło wody, dawczyni pomysłu mogłaby się w nim przejrzeć. A tak to musiała polegać na dotyku własnych poduszek łap.
— Jest dobrze? — zapytała wreszcie, słysząc nieopodal siebie pochrapywanie zmęczonych uczniów.
— Jest idealnie.

***

Przyszedł czas na pewne nowe ćwiczenia, o których ruda nie rozmyślała szczególnie długo, a jednak były na tyle ważne dla jednego z jej członków rodziny, iż nie miała serca jej odmawiać oraz nie było obowiązku namawiania jej wiekami. Przysiadła więc obok szylkretki i musnęła ją delikatnie puchatym ogonem na znak, że była gotowa. Odchrząknęła, ponieważ teraz miała “zabłysnąć” talentem, który dopiero co się miał u niej wyrobić, jeśli przeprowadzałaby regularne ćwiczenia, pod okiem łaciatej.
— Każdego dnia przynosisz do obozu zwierzynę, nieważne jak ciężka pora by nie nadeszła. Odpędziłaś kunę, tym samym ratując życie Dzielnej Łapie. Dbasz o to, żeby każdemu było dobrze, szczególnie troszcząc się o mnie i o Malinkę.
Spojrzała dużymi oczkami na starszą, szukając na jej pyszczku wszelkiego rodzaju reakcji, która mogłaby jej zasugerować, jak sobie poradziła. Czy spamiętała wszystko, co powinna?
— Dobrze?
Porzeczkowa Łapa zamyśliła się na chwilę, podstawiając łapę pod brodę i uginając ją odrobinę. Pokręciła łebkiem wreszcie, mrużąc oczy.
— Mówisz tak, jakby ktoś ci groził, zamiast naturalnie, jakbyś faktycznie miała to na myśli. Musisz rozluźnić mięśnie, a ogon trzymać wysoko w górze, żeby było wiadomo, że nie jesteś niepewna. Uszy postaw prosto, a głos… musi być płynniejszy, nie półszeptem. Mów głośno i wyraźnie. — Zaprezentowała jej to, co miała na myśli.
Poziomkowa Łapa wzięła sobie rady siostry do serca, chociaż nie była pewna, jakie jeszcze zasługi mogłaby wymienić. Na pewno było coś jeszcze, co wypadło jej w tej chwili z głowy… co to mogło być? Może Malinka by wiedziała, ona zawsze miała dobrą głowę do zapamiętywania wszelkiego rodzaju słówek i opowieści. Próbowała naśladować starszą.

[1763 słowa]
<Tak dobrze? Dobrze pozuję, Porzeczko?>

22 września 2026

Od Chyżej Łapy CD. Poziomkowej Łapy

Porzeczka westchnęła z przykrością, gdy tylko Poziomka do niej się zwróciła. Serce jej oblewał żal, gdy widziała, jak ta się zbliżała do kogoś, kogo dopiero co poznała! Tragedia, masakra, koniec świata! Odwróciła smutny wzrok od siostry, odchylając głowę w tył.
— Czy ja jestem zła? Ah, no nie wiem. Ciężko mi stwierdzić, ale żal, smutno mi! Jak tak możesz się interesować jakimś pchlarzem, którego nawet nie znasz? — miauknęła, wzdychając teatralnie.
Poziomka przełknęła ślinę z trudem. Spojrzała na swoje łapy ze wstydu, po czym położyła jedną na łapie siostrzyczki.
— Przecież ty jesteś dla mnie jedyna i na pierwszym miejscu! Nowy uczeń potrzebuje kolegi, a ja nie wiem, kto chciałby być mu kolegą… — wymruczała przygnębiona. — Ale obiecuję, obiecuję, obiecuję bardzo mocno, że jesteś dla mnie najważniejsza! — upewniła ją, kładąc łapę na swojej piersi.
Porzeczka uśmiechnęła się chytrze.

* * *

Tw: walka, krew, nieprzyjemne opisy.

Popołudniowe słońce przyjemnie grzało grzbiety patrolu Klanu Burzy, podczas gdy delikatny wiaterek chłodził im boki. Źdźbła trawy uginały się odrobinę pod ciężarem kropel pozostałych po porannym deszczu. Na błękitnym niebie leniwie posuwały się gołębie chmury, a pod nim niemal tańczyły w locie niezliczone ptaki. Gdzieś w oddali, zza klifów skrzeczały mewy, a od strony lasów słychać było cudowne śpiewy kosów. Tak ten dzień najprawdopodobniej opisałby ktokolwiek, tylko nie Porzeczka. Ją to nie obchodziło, ważne, że w łapy nie było zimno, a wiatr nie psuł jej grzywy. Gdyby jej starannie ulizana sierść na karku się zmierzwiła, najnaturalniej by się wściekła. Na tych wszystkich urokach natury mogłaby się skupić Malinka, ale raczej nie Poziomka, bo nie wiadomo, czy ona w ogóle w główce miała cokolwiek przydatnego.
Uczennice uprosiły mentorów na wspólny patrol, a oni na ich szczęście nie mieli nic przeciwko. Konwojowi przewodziła Mała Bazia, za nią szła Porzeczka z Poziomką u boku, a pochód zamykał Śniący Obserwator. Szylkretka się tak bardzo ucieszyła, gdy jej siostra zaproponowała ten pomysł. Może jednak coś w tej jej głupiutkiej główce jest. Trzeba tylko znaleźć co. Tyle że Porzeczka wolała, gdy jej najukochańsza siostrzyczka Poziomeczka była posłuszna tylko jej, więc lepiej może nie odkrywać w niej żadnego niesamowitego talentu, bo może jeszcze coś jej uderzy do głowy, by stać się samodzielną. Przyszła wojowniczka bardzo tego nie chciała, a i tak pojawiło się dla relacji Porzeczka - Poziomka zagrożenie będące Dzielną Łapą. Młodsza siostra niepokojąco dla przyszłej wojowniczki się za nim oglądała. Musiała zadbać o to, by się nie zbliżyli za bardzo, bo kto wie, co im mogło uderzyć do głów.
Gdzieś nad głową kotka usłyszała długi, przeciągły okrzyk. Gdy podniosła wzrok, zobaczyła sylwetkę jakiegoś niezwykle dużego ptaka. Szybował nad patrolem tak mniej więcej na wysokości dwóch przeciętnych sosen. Szylkretka zmarszczyła brwi i z przymrużonymi oczyma próbowała lepiej się przyjrzeć pierzastemu zwierzęciu. Jego cielsko było pokryte brązowo-białymi piórami, a potężne skrzydła parokrotnie przewyższały długość jego tułowia. Tak, jak Porzeczkę niewiele obchodziły ptaki, tak ten akurat ją niezwykle zainteresował. Patrząc na jego gabaryty, nie miała wątpliwości, że był on drapieżnikiem. Jeszcze dłuższą chwilę ptak szybował w okolicy Burzaków, lecz po tym tylko wydał kolejny okrzyk i poleciał gdzieś w stronę lasu na terenach Klanu Wilka. Wtedy z “transu” wywołanego podziwem do tego cudownego ptaka wybudził ją głos Małej Bazi:
— To coś, co nad nami latało, to pewnie był myszołów — oznajmiła. — Nie raz i nie dwa jeszcze zobaczymy go nad naszymi polanami — dodała, wzruszając ramionami, a Porzeczka zastrzygła uszami.
— A to poluje na koty?
— Nie słyszałam o takim przypadku, ale jeśli zobaczyłby jakiegoś nieostrożnego kociaka, to jestem pewna, że skusiłby się na nietypowy podwieczorek — stwierdziła.
Uczennica zerknęła w stronę lasu. Obserwowała go, jakby wierząc, że zaraz wyleci z niego myszołów i będzie mogła mu się przyjrzeć. Ciekawe, czy on ją stamtąd widzi. No nic.
Patrol kontynuował sprawdzanie granic. Szli akurat obok Drogi Grzmotu, za którą dało się dojrzeć jakąś grupę kotów. Kotka domyślała się, że byli to Owocniacy, najbliżsi sojusznicy Klanu Burzy. To tam podobno była połowa potomstwa Zawodzącej Gwiazdy. Dwójka jego dzieci to Łzawa Łapa oraz Milknący Zew, których istnieniem Porzeczka jakoś niespecjalnie kiedykolwiek się przejęła, a dwójka pozostałych teraz siedziała za granicą w Owocowym Lesie. Uczennica nie znała ich imion, bo ledwo co o nich słyszała. Podobno te dzieciaki właśnie były z tego tak zwanego miotu sojuszniczego.
Porzeczka tak zapatrzyła się za granicę, że gdy potwór przejechał po Drodze Grzmotu, trochę się przestraszyła i o mało co nie nadepnęła na ogon mentora Poziomki. Całe szczęście nikt nie zauważył jej potknięcia i wszyscy szli dalej.
Śniący Obserwator był niespecjalnie gadatliwy, przynajmniej obok Porzeczki, chociaż wątpiła ona, że jej obecność jakkolwiek wpływała na jego zachowanie. Wyglądał on raczej na zadufanego w sobie kocura, który próbował być tajemniczy, lecz takie coś to tylko sprawiało, że Porzeczce chciało się śmiać. Cieszyła się, że miała za mentorkę kogoś tak wyluzowanego, jak Małą Bazię. Gdyby musiała tkwić z kimś pokroju Śniącego Obserwatora, to już chętniej by się wyprowadziła z Klanu Burzy, niż skończyła trening. Sama Poziomka podobno nie była za specjalnie zadowolona z niego jako mentora, lecz nie miała innej opcji niż po prostu się go słuchać.
Nagle Burzacy usłyszeli niepokojące wrzaski i syki wychodzące spod brzegu lasu. Poziomka wyszła naprzód i jej sierść zjeżyła się. Była najbardziej zaniepokojona ze wszystkich. Porzeczka spojrzała się na nią podejrzliwie, lecz zanim się obejrzała, Poziomka wystrzeliła bez słowa. Wojownicy otworzyli szeroko oczy i zanim zdążyli się odezwać, Porzeczka pobiegła za nią.
Jako że kotka była znacznie szybsza od siostry, udało jej się ją prześcignąć, chociaż tym razem nie było to takie łatwe jak zwykle. Szylkretka zachowywała się, jakby coś w nią wstąpiło. Wiatr szumiał im w uszach podczas biegu, podczas gdy mentorzy daleko za nimi coś krzyczeli.
W końcu zauważyły pochodzenie wrzasków i odgłosów walki. Był to Dzielna Łapa potyczkujący się z kuną. Zwierzę właśnie próbowało się przedrzeć przez kryzę kocura do jego krtani. Wtedy nagle na agresora rzuciła się Porzeczka i przeturlała się z nim o odległość ogona dalej od ucznia, do którego dobiegła Poziomka i próbowała pomóc mu wstać i dojść do siebie.
Giętkie ciało kuny wyślizgnęło się z uchwytu uczennicy i próbowało wspiąć się na jej grzbiet. Udało jej się przekręcić, lecz zwierzę dało radę zahaczyć pazury o jej grzbiet i ogon, a w powietrze wzbiła się sierść Porzeczki. Natychmiast po wylądowaniu kuna zaatakowała jej bok zębami. Szylkretka syknęła głośno i przekręciła się, by dopaść kark drapieżnika. W chwilę kuna zdominowała siły kotki, zakleszczając szczęki na jej barku i drapiąc resztę powierzchni jej ciała. Wrzasnęła bezsilnie i próbowała dosięgnąć ją swoimi zębami, lecz na nic. Pazurami łapy z przeciwnej strony próbowała ją odciągnąć, lecz jedynie udało się poranić jej bok. Polała się szkarłatna ciecz, a w powietrzu wisiał zapach niepokoju. Porzeczka upadła pod naciskiem zwierzęcia i z panicznym przerażeniem próbowała pozbyć się go z siebie. Przez paraliżujący ból z barku niemal zemdlała, gdyby nie siostra. Kuna puściła nacisk i wydarła się, gdy na jej grzbiecie spoczęła szczęka Poziomki. Naskoczyła na jej kręgosłup, próbując ją jakoś przełamać. Uczennica kierowała kolejne ugryzienie w sam kark, podczas gdy Porzeczka otrząsnęła się z szoku i wystrzeliła, by zacisnąć zęby na jej krtani. Kuna szarpała się, dodatkowo raniąc kotki, lecz przez ugryzienia z dwóch stron szyi po dłuższym czasie po prostu zasłabła, a jej ciało zwiotczało i zawisło w szczękach sióstr. Z pyska drapieżnika wydobywało się jeszcze ciche charczenie i bulgotanie.
To wszystko działo się tak szybko, że dopiero co udało się wojownikom dotrzeć na miejsce. Dzielżan był mocno poraniony na przestrzeni całego ciała, Porzeczka była mocno pokrzywdzona w prawy bark i resztę jej prawej łapy, podczas gdy Poziomka wyszła niemal bez szwanku. Gdy szylkretki postawiły ciało drapieżnika na ziemi, wreszcie odetchnęły. Porzeczce podobało się uczucie pierwszej wygranej przeciwko dorosłemu drapieżnikowi. Smakowita, ciepła woń krwi wypełniała powietrze, a uczennica wojownika oblizywała właśnie szkarłatną ciecz ze swojego pyska. Czuła przyjemną satysfakcję, jakiej jeszcze nie czuła. Z jej ran sączyła się krew, lecz kotka jedyne co to była nieco spięta przez szczypiący ból pochodzący z poranionego barku.
Gdy wszyscy wrócili do zmysłów po szoku, uczennice zaśmiały się do siebie.
— Chyża Łapo, Poziomkowa Łapo! Czy wyście oszalały? — warknął Śniący Obserwator, a Mała Bazia podeszła do nich obejrzeć ich rany. Westchnęła.
— Mogłyście zginąć! Co w was wstąpiło?
Porzeczce krew się zagotowała.
— Gdybyśmy tu nie dobiegły pierwsze, ta kuna by zabiła Dzielną Łapę! — syknęła oburzona, zerkając za siebie i widząc Poziomkę wspierającą poranionego ucznia. W tej chwili nie miała czasu złościć się na siostrę za jej zbliżenie się do niego.
Wojowniczka i przewodnik spojrzeli po sobie nawzajem niepewnie. Śniący Obserwator przewrócił oczami, a Bazia otworzyła pysk, jakby chciała coś powiedzieć, ale się zawahała.
— Jak będziemy wracać, to się zastanowimy, co z tym zrobić — rzekł kocur i podszedł do młodego ucznia, który właśnie podnosił się na łapy. Przynajmniej na trzy z nich, bo na przednią lewą kuśtykał. Gdy podszedł do niego Obserwator, zająknął się, przełknął ślinę i schował głowę w swojej bujnej grzywie z zażenowania i lęku. Skulił się obok Poziomki.
— A ty co robiłeś poza obozem, sam? Bez mentora? — spytał się, gniewnie kiwając ogonem i patrząc na młodego z góry.
Rudzielcowi oddech przyspieszył ze stresu.
— Ja… j-ja nie wie-wiedzia… n-n nie wiedziałem, że nie… nie mogę… — wydukał przerażony, wciąż nieotrząśnięty z szoku po ataku kuny.
— To chyba jest jasne, że tak młody kot, jak ty nie ma prawa opuszczać obozu sam! — pouczył go przewodnik. — I teraz wiesz dlaczego — burknął jeszcze, nim się obrócił i odszedł w stronę tuneli. Porzeczka odprowadziła go wściekłym wzrokiem, a Mała Bazia podeszła do trójki uczniów spokojnie.
— Miałeś szczęście, że byliśmy nieopodal — mruknęła. — Już lepiej chodźmy.
Poziomka zwróciła się do Dzielnej Łapy, który kulił się i trząsł. Polizała go za uchem uspokajająco.
— Już, spokojnie — wymruczała delikatnie. — Dasz radę iść sam?
Rudzielec spojrzał się na nią i pokiwał głową. Porzeczka, kuśtykając, zwróciła się w ich stronę i uśmiechnęła się wymownie do siostry.
— Zaprowadzimy go do Wdzięcznej Firletki i Łzawej Łapy, zostawimy u nich i pójdziemy dalej, dobrze? — miauknęła do niej. Poziomka spojrzała na krew lejącą się z prawej łapy kotki.
— Porzeczko, tyle że ty też potrzebujesz ich pomocy. Co, jeśli wda się w to infekcja? — wymruczała ze strachem o nią.
Kotka przewróciła oczami, przytaknęła i natychmiast potem spojrzała na cielsko kuny.
— Można to jeść? — zapytała się, nie odrywając wzroku od truchła.
— Raczej żaden kot nie jest na tyle zdesperowany, by jeść takie coś — odparła Mała Bazia. Uczennica pokuśtykała do zwłok, po czym przy nich usiadła i przejechała po nich łapą, potem zlizując z niej krew. Ciecz już zdążyła przestygnąć, lecz wciąż zachowała swój przyjemny, przynajmniej dla niej, smak. Podeszła do nieruchomego pyska, który zastygł w wyrazie wiecznej wściekłości. Kotka uśmiechnęła się i otworzyła gębę szerzej, by obejrzeć ostre uzębienie, które zostawiło na jej barku wieczny ślad. Chwyciła pobliski kamień, po czym nadusiła nim na lewy bok szczęki kuny, aż z dziąseł nie wyleciał pełny kieł. Z miejsca, w którym wcześniej był ulokowany, wytrysnęła krew, która potem się uspokoiła. Serce zwierza nie biło, a jedyne co zostało w cielsku to spięcie i ciśnienie, które jeszcze nie dostało ujścia. Powtórzyła proces z pozostałym kłem, a potem, by mieć lepszy dostęp do uzębienia z prawej strony pyska, przekręciła kark i wypchnęła pozostałe dwa kły. Niestety ten ostatni nie wyszedł cało, a się ułamał. Lekko zażenowana wetknęła ułamany fragment w przełyk zwierza, a te, które jej się udało wydobyć w całości, wzięła w pysk i schowała w policzku.
Ostatniej części procesu wyciągania kłów kuny przyglądała się Bazia z niesmakiem. Poziomka razem z Dzielną Łapą już zaczęli iść w stronę obozu, lecz zatrzymali się, by poczekać na Porzeczkę.
Jej reakcją na minę mentorki było krótkie:
— No co?
Wojowniczka westchnęła.
— Nic.
Po czym ruszyli wszyscy do tuneli. Porzeczka, szybko kuśtykając, dogoniła siostrę, by szepnąć jej na ucho:

<Poziomko? Pomożesz mi potem z przekłuciem uszu?>
[1915 słów]

Od Smuklika

Kocurek, którego zdobił szary meszek, pojawił się na świecie jako ostatni z rodzeństwa. Gdy jego dwójka braci o złotym umaszczeniu miała okazję poznać już swoją mamusię, on dopiero brał pierwszy oddech i był wylizywany przez medyka. Dopiero gdy był w pełni czysty i wstępnie ogrzany, został przysunięty do boku Miodowego Ula. Kierując się instynktem, niemalże natychmiast zaczął ssać mleko, na wpół zasypiając wtulony w puszyste futro matki i swoich braci.
Nie widział wtedy jeszcze, że oprócz mamy miał jeszcze jedną mamusię, która znajdowała się tuż obok niego wraz z przybraną siostrą, Wodnik, która narodziła się w podobnym czasie, co Aronia, Agrest i sam Smuklik. Nie widział, że jego tatą był rudy kocur o imieniu Tygrysia Noc, który niekoniecznie miał być obecny w jego życiu. Nie wiedział co to dobro, jak i zło oraz Klan Gwiazdy czy Mroczna Puszcza, o których miało przyjść mu usłyszeć, gdy przestanie być wielkości nornicy i będzie w stanie pojąć sens słów wypowiadanych przez starsze koty. Jedno było pewne! Lada moment, gdy tylko będzie w stanie komunikować się z innymi, zasypie starszych i młodszych listą pytań na przeróżne tematy, zarówno od tych przyziemnych, jak i fantastycznych, aby lepiej zrozumieć otaczający go świat, czy właściwe miejsce, w którym przyszło mu się narodzić.

~~~

Czwórka kociąt Miodowego Ula oraz Jesionowej Szadzi została pod opieką Ognikowej Słoty. Oprócz nich w żłobku znajdowały się jeszcze kocięta samego zastępcy, jak i również parę znajdek-sierotek, jednak tym razem Smuklik zamiast być pochłonięty zabawą z nimi, z zapartym tchem słuchał jednej z opowieści szylkretowej kocicy. Na temat klanu i zwyczajów, które w nim panowały. Między innymi podczas wywodu mistrzyni dowiedział się, że nim będzie mógł otrzymać imię ucznia, jak jego starszy kolega Bzycząca Łapa czy troje kociąt Ognikowej Słoty, będzie zmuszony spędzić noc w lesie. Czy mogło go coś zjeść? A i owszem! Jednak, zamiast wystraszyć się na tę informację, uznał, że to będzie dobry moment do zaprezentowania swoich wspaniałych kocięcych umiejętności. A w jaki sposób? Cóż, mógł przynieść dla mamy, jednej i drugiej, a może nawet dla liderki trofeum z przetrwanej nocy. Pazur starego borsuka lub futro głupiego rudego lisa, który myślał, że jest cwany i wszystkie rozumy pozjadał? Smuklik pozjadał ich więcej, a ponadto miał kogoś takiego w klanie, jak Ognikowa Słota, która zawczasu zadbała o edukację przyszłych wojowników i uprzedziła ich, że czekać ich będzie próba, od której będzie zależeć ich przyszłość. Być lub też nie być.
– Ognikowa Słoto... Pani Ognikowa Słoto... – poprawił się, nie decydując się spoufalać z córką Zalotnej Gwiazdy, która chyba była w podobnym wieku, co jego obie mamy. – A czy był kiedyś w klanie jakiś niedoszły uczeń, który poległ nocą, tuż przed swoim mianowaniem? – zagaił zaciekawiony poruszonym tematem.
Wiedział, że w Klanie Wilka były najszybsze i najsilniejsze koty. Jego mamy również takie były! Jednak musiał się chociaż raz trafić w historii Klanu Wilka jakiś słaby uczeń, chory lub opóźniony, jak Garbata Łapa, który był od niego jeszcze słabszy i finalnie mimo chęci, nie udało mu się zdobyć członu "łapa".
Ognikowa Słota przeniosła spojrzenie z kociąt na sufit legowiska, oddając się przerysowanej zadumie.
– Od ponad dwustu, a może i nawet trzystu księżyców każde z kociąt zamieszkujące Klan Wilka przeżywa noc i zostaje uczeniem. Nasz klan może poszczycić się zdrowymi i zdeterminowanymi kociętami, które nim złożą przysięgi podczas ceremonii przed liderem, wojownikami i przodkami, mają okazję zaprezentować swoje umiejętności, kreatywność oraz indywidualny styl. W Klanie Wilka nie ma miejsca na słabe jednostki, które nie potrafią sprostać czemuś tak prostemu, jak spędzenie nocy w lesie. Ten test to pikuś w porównaniu do tego, czego będą oczekiwać od was wasi mentorzy oraz pozostali członkowie klanu, gdy już zostaniecie mianowani na uczniów. Dlatego wierzę, że wy również sprostacie temu zadaniu i nie zawiedziecie swojego klanu, a przede wszystkim waszych rodziców. – Uniosła brodę, lustrując spojrzeniem młodych słuchaczy. W końcu jej wzrok zatrzymał się na dłużej na niebieskofutrym kocurku. – Jeśli się nie postarasz, Smukliku i nie podołasz temu prostemu zadaniu, będziesz pierwszym kociakiem od dłuższego czasu, który nie przeżył nocy w lesie. Twoje imię będzie okryte hańbą i przez paręnaście księżyców na pewno będzie znajdować się na językach wojowników. Przynajmniej będziesz mógł posłużyć jako "żywy" przykład, aby pozostałe kocięta z klanu nie brały z ciebie przykładu i nie podzieliły twojego losu.
Policzki kocura pokryły się czerwienią, gdy kocica zwróciła się do niego z imienia przy wszystkich kociętach podczas swojej przemowy, a na domiar tego wszystkiego uśmiechnęła się pod koniec, jak gdyby opowiadała kociętom opowieść o kwiatach i motylkach, a nie możliwym rychłym końcu. Do uszu Smuklika dochodziły stłumione parsknięcia jego rodzeństwa płci męskiej.
– P-postaram się! – odburknął, robiąc krok naprzód. Mimo że policzki przez cały czas go piekły, starał się zaprezentować jak najlepiej. Jako odważny kocurek, nieco zawstydzony, ale ambitny i odważny. Bo w końcu taki był i mierzył wysoko. – Na pewno uda mi się spędzić noc w lesie, dotrwam do świtu i zostanę mianowany na ucznia! Skoro ktoś taki jak Garbata Łapa został uczniem, to tym bardziej ja nim zostanę! Na pewno uda mi się przetrwać noc w lesie. Zostanę uczniem, a później zostanę wojownikiem! I to takim, o których zasługach będzie się opowiadać kociętom w żłobku. Takim, z którego klan jest dumny. Obiecuję ci to, Ognikowa Słoto! Pani Ognikowa Słoto!
W spojrzeniu mistrzyni coś się zmieniło. Nie był to ten sam wzrok, którym obdarowywała małe nieporadne kocięta, które większość czasu spędzały, tuląc się do brzuchów swych matek. Przed sobą miała gromadkę kociąt, które powoli zaczynały pojmować więcej. Były jak plastelina, którą można było kształtować na swoje podobieństwo. Jak gąbka, którą wiedzę, jak wodę potrafiła chłonąć momentalnie. Wystarczyło jedynie dać im szansę i trochę czasu.
I właśnie jedne z tych kociąt złożyło jej obietnicę, że zajdzie daleko jako pełnoprawny wojownik Klanu Wilka, zapisując się tym samym na kartach historii.

🐝

Od Cisowej Łapy do Świetlika

Cis wróciła z patrolu. Udało jej się upolować kraba i niosła go teraz na stertę zdobyczy, starając się trzymać głowę najwyżej jak się dało. Za jej uchem prezentowała się zielona koniczynka o trzech, szerokich rozpostartych płatkach. Po chwili krab wylądował na stercie zdobyczy, a jego szczypce sztywno sterczały do góry.
– Dobrze poszło ci dziś to polowanie. – Obok niej pojawiła się Psotny Nietoperz, z uśmiechem chwaląc córkę. – Możesz sobie coś wziąć ze sterty – miauknęła zadowolona z postępów Cisowej Łapy. Jej kociak kiwnął w podzięce głową i sięgnął po drobną ryjówkę. Nie chciała zabierać jedzenia innym. A jeśli karmicielki w żłobku by tego potrzebowały? Albo starsi? W sumie to co gdyby ktokolwiek potrzebował zwierzyny? Cis nie chciała im jej zabierać. Bo co jeśli weźmie za dużo i wezmą ją za zachłanną? Albo egoistyczną? Albo może nie "co jeśli ją za taką wezmą". Co jeśli rzeczywiście taka była, tylko się powstrzymywała? Kotka przełknęła ślinę i odeszła ze zdobyczą w kąt obozu, pod jej ulubiony nawias skalny. Ku jej zdziwieniu, ktoś już tam siedział. Był to rudy kocurek, właściwie to kociak. Miał pręgi pokrywające dużą część ciała, poprzetykane gdzieniegdzie białymi elementami. Z entuzjazmem zajadał swoją zdobycz, ale gdy spostrzegł Cis swoimi złotymi oczami, przerwał posiłek.
– Cześć! – miauknął radośnie. Cis przez chwilę szukała w głowie jego imienia. Świetlik. Nazywał się Świetlik.
– Cześć, Świetliku – miauknęła możliwie jak najradośniej, siadając koło kociaka i zaczynając jeść swoją zdobycz.

[230 słów]
<Cześć, Świetliku, co powiesz Cis?>

Od Firletkowej Łapy CD. Ćmiej Łapy

Firletka spojrzał się na Ćmę z szeroko otwartymi oczyma. Wciąż dyszał po walce z Trójokim Zającem i gdy dostał pozwolenie na zejście z pozycji obronnej, usiadł i umył łapą pyszczek. Słuchał, jak siostra opowiadała o pomocy małemu zwierzęciu z uwagą, a gdy ta zwróciła się do niego, zastrzygł uszami.
— Ja? Dobrze idzie — mruknął tylko.
Ćmia Łapa widocznie straciła entuzjazm. Kocurek nie czuł się dziś na rozmowy. Mało widział się z siostrą przez różne ścieżki treningowe i wiecznie się mijali. Kiedyś dużo lubili się bawić i trochę szkoda było patrzeć, jak tamte czasy po prostu stawały się odległe.
To była ich ostatnia interakcja przed wypadkiem.

Dzień po wypadku

Kocurek zadrżał z zimna i otworzył oczy. Zamrugał parę razy i stęknął. Nagle poczuł potężny ból z lewej strony ciała. Nie wiedział, co się stało, nie mógł sobie nic przypomnieć, on po prostu był. Jęknął głośno, próbując się przekręcić na drugi bok, po czym nagle uderzyła w niego fala bólu. Wrzasnął przeraźliwie, na pewno budząc niejednego kota, a innych przerażając. Zjeżył się, widząc, jak ktoś nagle do niego podchodzi. Mimo ostrego bólu w łapie udało mu się jakoś skulić i syknąć na kremową plamę stojącą przed nim. Mówiła coś do niego, ale on pozostawał na to głuchy. Zacharczał, przesuwając się trochę w tył. Dłuższą chwilę pozostawał agresywny, nawet w pewnym momencie świsnął pazurami przed pyskiem kotki, lecz natychmiast się wycofał. Gdy odrobinę ostygł, obraz stał się wyraźniejszy, a dźwięki rozpoznawalne. Kojący głos kremuski go uspokoił. Wtedy podsunęła mu pod pysk jakiś listek z drobnymi kuleczkami. Niechętnie się na nie popatrzył, a potem na kotkę.
— Zjedz — miauknęła do niego krótko. Ze zmarszczonymi brwiami powąchał ziarna i stęknął obrzydzony.
Wtedy do kotki dołączyła kolejna, większa. Przekręcił łeb w zastanowieniu, po czym ona przykucnęła przy nim i udawała, że zlizuje ziarna. Młodzik podniósł uszy i powąchał je ponownie, po czym niepewnie zlizał trzy kulki. Zmarszczył nos i skulił się ponownie.
— Firletko, gratulacje! — wymruczała z aprobatą młodsza kotka. Poruszył wąsami i przypatrzył się jej. “Fir-let-ko”. Postarał się powtórzyć w myślach to, co powiedziała uczennica.
— F-fir… — zaczął, ale się zawahał.
Kremowa podniosła uszy i przykucnęła przy nim.
— Tak, tak! — Uśmiechnęła się dumnie. — Fir-let-ka. Dasz radę! Ty jesteś Firletka.
— Fil-let… filet… filetka — próbował powtórzyć za nią. Otworzył pysk, by zadyszeć odrobinę zmęczony tym ćwiczeniem.
— Jest dobrze! Ja jestem Ćma, tak? Powiesz dla mnie Ćma? — Kocurek przekręcił łebek.
— T- tma. T… t-ma. Ta- t- c… — Taki wysiłek aż sprawił, że zaczął się ślinić. Oblizał się i spróbował ponownie: — C-cma, cma.
Kremowa aż wstała na chwilę, by podreptać radośnie.
— Super ci idzie! W takim tempie już w przyszłym księżycu wrócisz do treningu! — zaśmiała się dumnie. — Czekaj, pójdę po tatę! — Po czym wybiegła z legowiska medyka, zostawiając zdezorientowanego Firletkę samego.
Podczas nieobecności siostry rozejrzał się po przestrzeni wokół niego. Szare sklepienie wyglądało nudno, więc zniżył wzrok. Widział dużo zielonych rzeczy, jakichś roślinek.
Spojrzał w lewo i nagle zobaczył coś przerażającego: jego lewa przednia łapa - nie ma jej! Zaczął nagle panikować, podniósł się na tylne łapy i skomląc, próbował znaleźć brakującej kończyny. Oblała go wielka fala bólu, wijąc się na lewo i prawo. Wydarł się kolejny raz, po czym zaczął przeraźliwie dyszeć. Przewrócił się na plecy, a potem przekręcił na bok, walcząc z powietrzem. Z jego oczu popłynęły strużki łez, podczas miotania się po przestrzeni wokół. Mało brakowało, by zrobił sobie coś jeszcze.
Wreszcie dopadła do niego starsza medyczka i starała się go uspokoić. Mówiła do niego, lecz na nic. Nie była na tyle silna, by unieruchomić tak żywego ucznia, więc gdy do legowiska wbiegli zaniepokojeni hałasem kotka z kremowym wojownikiem, od razu do niego podeszła.
— Trójoki Zającu! Unieruchom Firletkę, zanim coś znów zrobi! — krzyknęła, a on z położonymi po głowie uszami i rozdziawionym pyskiem z przerażeniem patrzył się na syna.
— A-ale tak t-to ja coś mu zrobię! Jagnięcy Ukłonie, na pewno jest lepszy sposób! — wyjąkał zestresowany.
— Nie ma innego sposobu, szybko, bo stanie się większe zło, jeśli nie pomożesz! — Kocur przełknął ślinę i z bolącym sercem dopadł syna, który właśnie opadł na ziemię po rzuceniu sobą o ścianę.
Wojownik przygwoździł niebieskiego z niedużą siłą do miękkiego posłania, na którym powinien leżeć młodzik.
Firletka warczał, pluł, syczał i drapał pazurami powietrze, aż w końcu trafił w pysk kremusa. Nim zdążył narobić więcej szkód, Ćmia Łapa na polecenie Jagnięcego Ukłonu wcisnęła w pysk brata mieszankę macierzanki i jednego ziarna maku. Prawie by wypluł lekarstwo, lecz Trójoki Zając przytrzymał jego pysk, by to przełknął. Wreszcie po dłuższej chwili opadł z sił i zaczął skomleć żałośnie. Gdy przestał się miotać, ojciec go puścił i odetchnął. Niebieski leżał bezsilnie, zmęczony całym zamieszaniem. Westchnął i zaczął mamrotać coś niezrozumiałego.
W tym czasie na lewym policzku Zająca widniały trzy głębokie rany zadane przez jego własnego syna. Sączyła się z nich krew, a kocur zareagował na ten ból, dopiero gdy ochłonął po napadzie Firletki. Jagnięcy Ukłon i Ćmia Łapa obejrzały go i pomogły mu z krwawieniem. Podczas kuracji ciągle spoglądał z przykrością na synka. Uczeń leżał na lewym boku głową do ściany i ledwo co widział trójkę kotów. Jeszcze coś słyszał, jakieś rozmowy, ktoś przyszedł się spytać, o co chodziło, lecz medycy odganiali gapiów i pozwolili wejść jedynie Kukułczemu Wdzięku, która z troską obejrzała syna i partnera, po czym przytuliła kremową córkę.

<Cma… Ćmo?>