BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

28 października 2026

Nowi Członkowie Klanu Gwiazdy?!

 

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: ???

Odeszła do Klanu Gwiazdy!


Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: ???

Odeszła??!


Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Utopienie się

Odszedł do Klanu Gwiazdy!

Od Szałwiowego Serca

tw: motyw samobójstwa
Dęły wichry nad obozem Klanu Nocy. Właśnie pożegnał go malowniczy zachód, który rozświetlił się całą gamą jaskrawych kolorów. Wielu z pewnością podziwiało widoki do ostatniej chwili, która właśnie dobiegła końca. Słońce dogorywało, lecz z przeciwnej strony rozlewała się ciemna noc. Im czarniejsze stawało się niebo i im chłodniejsze powietrze, tym więcej z nich w końcu zbierało się z miejsc i znikało w legowiskach, by przygotować się na kolejny dzień. Z nich też dochodził gwar, który zamienił się w przyciszone szepty, a one w upragnioną przez sennych ciszę. Szałwiowe Serce usiadł przy wyjściu z obozu i owinął łapy ogonem.
Warta. Ten obowiązek stał się dla niego tak naturalny, że przestał być przymusem. Mało kto chętnie rezygnował ze snu dla całej chłodnej nocy spędzonej w ciszy i bezruchu – on tak. Przyzwyczaił się do widoku pustego obozu. Był to czas zasłużonego relaksu dla duszy. Nikt nie wrzeszczał nad jego uchem, nikt nie potykał się o jego ogon i nikt nie posyłał mu krzywych spojrzeń… Jakichkolwiek spojrzeń… Gdy tylko widział oczy skierowane w jego stronę, zaczynał czuć się speszony. Czasami było to łatwiejsze do ukrycia. Kocięta czy uczniowie zwykle z natury okazywały mu mniejszy, czy większy szacunek. Nie czuł się przez nich oceniany. Gorzej było z wojownikami. Oni pamiętali doskonale, co się stało. Ciężko było zapomnieć. Nawet pomimo tego, że nikt o tym nie wspominał w rozmowie pyskiem w pysk, Szałwiowe Serce był nieswój z samą myślą, że oni wiedzą. Większość z nich na własne oczy widziała jego osąd. Był pewien, że ten widok pojawia się w ich głowach, gdy tylko na niego patrzą. Wszystkie zerknięcia bokiem z automatu przywoływały w nim wspomnienia. Natychmiast dostawał wrażenia, jakby dany kot patrzył na niego złowrogo. Najgorzej mu było znieść wzrok najbliższych. Błękitnej Lagunie zupełnie nie był w stanie spojrzeć w oczy – unikał jego ślepi, unikał jego głosu, unikał jego obecności. Był w stanie się uniżyć i ośmieszyć, byleby przed nim uciec. Zastępca musiał być taki szczęśliwy z tym, gdzie się w końcu znalazł. Przecież to o tym obaj marzyli. Tamtemu udało się spełnić marzenia. Dla Szałwiowego Serca ta szansa dawno została stracona. Zdążył się już pogodzić z tą myślą, której przed skandalem trzymał się kurczowo. Może takie było jego przeznaczenie? Być nie królem, lecz księciem, który służy klanowi jako jeden z dzielnych wojowników? Może szansy tak naprawdę nigdy nie było? Może od początku wskazywały na to nieczarne futro i krzywy pysk… Wolał wierzyć w tę wersję wydarzeń. Sprawiała, że ból był nieco łagodniejszy.
Mandarynkowa Gwiazda bardzo szybko odepchnęła to na bok. Pamiętał, jak przekonywała go, że niedługo wszystko będzie jak dawniej. Wtedy nie potrafił jej wierzyć, lecz teraz, z perspektywy księżyców wydawało się, że miała rację. Zauważał jej troskę. Nieco nietypową… Lecz troskę. Zależało jej na tym, by jak najszybciej odzyskał swój status. Nie sądził, że zostanie powierzony mu po tym wszystkim, co się wydarzyło, następny uczeń. Narwana Łapa zakończył trening z dobrymi notami. Nie nawiązał z nim jednak za dobrej więzi… Widział, jak młodziak często ucieka do innych wojowników, by pobierać od nich nauki. Szałwiowe Serce nie mógł mieć mu tego za złe, skoro sam do obu swych mentorów nie pałał sympatią. Zresztą, nigdy nie miał się za szczególnie dobrego nauczyciela.
Starała się tak bardzo, że nawet zrobiła z niego bohatera… Teraz już tylko z ładną fasadką. Pogubił się już dawno… Dzięki niemu Rysi Bór, Borówkowa Słodycz i inni krewni Stokrotki przestali być więźniami po całym zamieszaniu. Oboje wiedzieli, że Szałwiowe Serce nie znalazł żadnych dowodów absolutnie na nic. W tamtym okresie nawet nie był zainteresowany sprawami klanu, by jakkolwiek angażować się w losy zdrajców nie-zdrajców. Tak bardzo chciała, by nocniaki zobaczyły w nim z powrotem tego wspaniałego wojownika… Tylko po co, gdy on sam nie był w stanie tego dostrzec.
Nieustannie nawet dawała mu zaszczyt uczestnictwa w zgromadzeniach – kiedyś jeszcze odrzucał te oferty, lecz w końcu zrobiło mu się zbyt głupio i nawet jeśli bardzo nie chciał, zaczął na nich bywać. Poznawał nowe koty, unikając jednak jak ognia każdego, kto tylko niósł na futrze wątły zapach klifiaka. Ten natychmiast gryzł go w nozdrzach. Było to tak… Dziwne. Spędzać zgromadzenia w ten sposób. Nie czekać tej jednej osoby, a jedynie krążyć i prowadzić gadki o niczym. Pomimo wielu przeprowadzonych rozmów, nie znalazł przyjaciela na dłużej. Nikt go nie oczekiwał, a i on nie oczekiwał nikogo. Koty, które poznawał, miały naprawdę przyjemne osobowości i umilały jego czas, lecz żaden z nich nie potrafił go zainteresować sobą na dłużej. A w swoim klanie? Gdzie tam miał szukać kompanów?
Przez te długie księżyce nieraz zdarzyło mu się tęsknie spojrzeć w stronę Siwej Czapli i Kijankowych Moczarów… Starał się jednak o nich nie myśleć. Mieli parę szczęśliwych wspomnień z czasów, kiedy byli nieco młodsi i nieco bardziej beztroscy, lecz tak to już bywa, że ścieżki dawnych przyjaciół w końcu się rozchodzą.

Pustka. Szedł przed siebie, aż nie dotarł do brzegu.
Wziął głęboki oddech i postawił przednie łapy w płytkiej wodzie. Poduszki nieprzyjemnie zaszczypały od chłodu. Pogoda nie sprzyjała pływakom. Być może i nie nastały jeszcze mrozy, które skułyby taflę lodem, lecz temperatury skutecznie odstraszały wszystkich od zanurzania się choćby na krótką chwilę. Zamyślił się jeszcze na moment. Coś, co do tej pory zaciekle w nim walczyło, zostało rozbrojone.
Zaszedł głębiej, aż nie rozmyło się pod nim dno. Dłuższą chwilę zwyczajnie krążył. Zatoczył parę kółek, a rozpracowane, rozgrzane mięśnie wytworzyły odrobinę ciepła. Na moment mógł zapomnieć o ziąbie. Ciszę przerywały pluski wody i jego oddech, który z czasem przekształcił się w dyszenie. To stawało się coraz głośniejsze. Odchylał głowę w tył, nie pozwalając, by cokolwiek wlało mu się do pyska. Delikatnie zwolnił. Woda zalała mu dotąd suchą sierść na grzbiecie. Wzdłuż jego kręgosłupa przeszedł dreszcz, gdy rzeka zalała jego bliznę; wrażliwą, gołą skórę.
Brr. Uderzył go silniejszy podmuch, który doskonale przypomniał lodowatość tej wody. Szałwiowe Serce nastroszył futro na karku, by przykryć choć trochę tę odsłoniętą na warunki pogodowe część ciała. Nie chciał o tym myśleć. Miał ciarki, gdy przypominał sobie tę beznamiętność. Nigdy przedtem i nigdy potem nie czuł się tak otępiały. Jak gdyby ktoś nafaszerował go środkami, które paraliżowały umysł.
Szarpało nim na wszystkie strony. Ściskało go naprzemiennie gardło, boki szyi i żebra. Dźwięki zlewały się w jedno nie tylko ze sobą, ale i z wibracjami ruchu wokół. W końcu zdał sobie sprawę, że dziwnie powtarzany bełkot gdzieś w tle… To jego krzyczane imię.
— Szałwiowe Serce!
— Szałwiowe Serce!
— Szałwiowe Serce, do cholery!
Nagle jego ciało poruszyło się w spazmie. Krtań zacharczała złowrogo, a następnie wypchnęła z kaszlem porcję połkniętej wody. Wydawane przez kocura odgłosy przypominały zwracanie posiłku, a nawet ta mętna, zielonkawa, rzeczna woda, którą pluł, mogłaby zostać wzięta za rzadką treść żołądka.
Gdy pozbył się już wszystkiego, położył głowę na trawie. Leżał, ciężko dysząc i co parę chwil kasłał, tym razem już lekko, bezsilnie.
— Na Klan Gwiazdy, mogłeś umrzeć! — miauczał jeden z kotów z histerią w głosie. — Mogłeś umrzeć, rozumiesz!? Po co wchodzić do wody w takich warunkach! Samemu! Co, gdyby nas tu nie było, co?! Och, Srebrna Skóro…
W trakcie, gdy ten panikował, drugi pozostawał cichy. Szałwiowe Serce miał wrażenie, jakby usłyszał po kilku uderzeniach serca jego westchnięcie… Albo jedynie się przesłyszał?
— Nie możemy tu zostać. Wychłodzi się — mruknął zdawkowo. — Pójdź z drugiej strony, by go podeprzeć. Wstawaj. — Dopiero po paru chwilach Szałwiowe Serce zdał sobie sprawę, że tym razem polecenie było skierowane do niego. Otworzył sklejone ślepia, choć wzrok wciąż pozostawał rozmyty, a głowa ciężka jak głaz. Kiwała się raz na lewo, raz na prawo. W końcu rozprostował podkurczone nogi, natychmiast lecąc w stronę podpierającego go cielska.
— Do obozu.

Przytargali go tam całkowicie mokrego, kaszlącego i drżącego z zimna. Żaden z nich nie odpowiadał na zadawane przez zmartwionych współklanowców pytania. Te szybko ucichły. W końcu każdy wzruszył ramionami i wrócił do swoich spraw. Dla wojownika, zwłaszcza tak doświadczonego, jak Szałwiowe Serce, krępującym było mieć taki wypadek. Inni to rozumieli, a cała reszta została przez ich trójkę przemilczana i zakopana w ich sercach.
Może gdyby w tamtej chwili podniósł na moment głowę, by spojrzeć im w oczy, ostatnią zapamiętaną przez niego rzeczą w tej przyjaźni byłyby ich zatroskane spojrzenia pełne żalu i współczucia; lecz nie podniósł. Nie było ostatniego wspomnienia. Były niedbale poukładane w głowie głośne kroki, muskająca jego boki sierść, ogrzewające liźnięcia, ściszone szepty, duszący zapach legowiska medyka i widok skalnej ściany, w którą gapił się aż do wydobrzenia. Taki był ich koniec.
Nie miał już odwagi, by otworzyć do nich pysk. Powinien, należała im się wdzięczność; jakże jednak mógł przezwyciężyć ten paskudny wstyd? Jak mógł do nich podejść, wiedząc, że widzieli go takim słabym i pewnie nadal widzą za każdym razem, gdy na niego spojrzą? Jak miał odnowić ich znajomość, nie potrafiąc uznać tego, co się stało? Jak po tylu księżycach ciszy mógł się odezwać? Czy nie było już za późno? Czy nie byli już za starzy, by to naprawić?
Czy on naprawdę jeszcze tego potrzebował, skoro już tyle księżyców spędził bez nich?
Czy naprawdę jeszcze potrzebował Łuny, skoro już tyle księżyców spędził bez niej…
Nie. Uciął myśl, zanim jeszcze się skończyła. To ona przywoływała największe cierpienie. W pewnym momencie powiedział sobie, że już nigdy nie pozwoli sobie zatopić się w myślach o niej, nawet na krótką chwilę. Łamał to postanowienie wielokrotnie – za każdym razem żałując tego tak samo. Zawsze po tym jednak wracał na szlak. Zapominał… Nie, nie dało się zapomnieć. Wypierał. Wypełniał głowę wszystkim innym, czymkolwiek innym, aż pękała w szwach. Nawet przed sobą samym starał się udawać, że Łuny nigdy nie było. Wspomnienie o niej wydawało się tak niewyraźne… Kruszyło się z upływem księżyców, a te drobne okruchy odłamywały się i spadały w przepaść. Jej głos zamilkł w jego głowie. Zapach zlał się z tym należącym do Klanu Klifu. Pysk… Jego już dawno nie widział. Błyskało na nim złote oko, widniał delikatny uśmiech… Gdyby jednak miał odtworzyć jej twarz, nie był pewien, czy odwzorowałby ją poprawnie.
Czasem jeszcze o niej śnił, lecz nie pozwalał sobie o tym pamiętać. W chwili przebudzenia wszystko natychmiast zostawało wyparte. Resztki snów uciekały w popłochu przed świadomością, która rozgromiłaby je we wstydzie i w szale. Czasami tylko po przebudzeniu czuł delikatne, przyjemne, fantomowe muskanie jego skóry, jakby ktoś właśnie wstawał od jego boku, by samemu zacząć nowy dzień…
Cóż, to nie tak, że mógł coś jeszcze zmienić. Kijankowe Moczary obrał swoje miejsce na Srebrnej Skórze. Książę wytężył wzrok, wpatrując się w niebo, próbując dostrzec jakiś nowy punkt… Po chwili cicho sapnął zrezygnowany. Nieważne. Siwa Czapla prowadził całkiem nowe życie. Ba, doczekał się nawet kocięcia! Mała Rosa jeszcze nigdy nie widziała krzywego pyska Szałwiowego Serca. Nie będzie dla niej nikim więcej, jak tylko znajomym wojownikiem, może byłym kolegą ojca, o którym ten nigdy nie będzie chciał rozmawiać…
Źródlana Łuna była już przeszłością.
Sama z pewnością także zrozumiała swój błąd. Przynajmniej on go nareszcie zrozumiał. Trzeba było patrzeć racjonalnie, a nie wierzyć ślepo w tę głupią miłość. Przez cały czas miał z tyłu głowy zasady kodeksu, tak dobrze znane, a jednak potraktowane po macoszemu, jak gdyby nigdy ich nie słyszał. A przecież nie wprowadzono ich po to, by rozbijać biedne, zakochane pary. Wprowadzono, by nikt nie zboczył na ścieżkę zdrady, by nie stracił siebie w zamęcie wywołanym uczuciami, by nie zatarła się mu granica pomiędzy swoim klanem a klanem ukochanej. Gdyby tylko był w stanie przekonać się o tym inaczej niż na własnej skórze… Durne, durne uniesienia…
Bez względu na wszystko, żył dalej. Sezony mijały, na futrze pojawiały się białe włoski, żegnał znajome pyski i witał te nowe, małe, chociaż ciężko było mu za nimi nadążyć… Wszystko płynęło dalej tak, jak zwykło płynąć. Być może faktycznie świat nie skończył się na wybuchu skandalu. Przybrał inne barwy, lecz tak już chyba wyglądało życie po dorośnięciu. W końcu trzeba było zejść tu, na ziemię, przestać bujać w obłokach.
Mrok nocy, zimne wiatry i wyczerpanie, które zaczęło dawać się we znaki, razem osłabiły umysł strażnika. Zwiesił głowę, pozwalając sobie na moment odpoczynku w tej przyjemnej, wygodniejszej pozycji. Zachowanie czujności stało się dla niego niemożliwe. Nie zauważył nawet, gdy ciemność obozu zamieniła się w ciemność wnętrza powiek, a jego dusza odpłynęła znacznie, znacznie dalej.

***

Sen od dawna nie spełniał dla niego swojej funkcji. Chroniczne zmęczenie stało się stałym elementem życia, które musiał zaakceptować. Tym razem jednak drzemka, służąca zwykle nie odnowieniu zapasów energii, a pominięciu kilku godzin dnia w przód, okazała się wyjątkowo łaskawa. Nie towarzyszył jej ból głowy, pisk w uszach i poczucie ogólnej słabości ciała. Był wypoczęty… Klanie Gwiazdy, co za ulga nareszcie obudzić się w stanie lepszym niż tym przed zapadnięciem w sen! Zdążył już zapomnieć, że właśnie tak powinno być. Przebudził się delikatnie, pozostając jeszcze jedną łapą po stronie snu. Nie pamiętał żadnej nocnej warty, nie przeszłaby mu nawet przez myśl. Przez opuszczone powieki przebijała się paląca, pomarańczowa poświata. Nie musiał otwierać oczu; promienie opatuliły jego twarz, prażąc ją swoim ciepłem. Mrozy trwające całe nagie drzewa szczypały jego skórę tak długo, że stała się niemal całkowicie sparaliżowana na dotyk. A jednak teraz chłonęły troskę słońca. Nawet ziemia pod nim została przez nie wygrzana. Miękka trawa muskała go z każdym powiewem ledwie wyczuwalnego wiatru, który poruszał jej źdźbłami. Falowały, unosiły się miarowo, jakby poruszał nimi czyiś oddech. Wytchnienie… Jak dobrze było poczuć nowe liście…
— Pobudka, Szałwiowe Serce — miauknął ktoś tuż nad jego uchem ochrypłym, niskim, głębokim głosem. Jego ton był jednak tak delikatny… Tak dobrze wtapiał się w wietrzny świst, że można by wziąć go za jego część.
Ukojenie…
— Jeszcze chwilkę — poprosił zaspany.
— Zwykle to ja odpływałam wtulona w twoje futro… Muszą cię naprawdę męczyć w tym Klanie Nocy.
Próbował otworzyć oczy, lecz pozostały one sklejone. Przetarł twarz o przednie łapy, co pozwoliło na otwarcie oczek. Przez moment oślepiło go słońce. Rażąca biel przypomniała o księżycach ciężkich nagich drzew, lecz mógł być spokojny. Nigdzie nie było kłującego w łapy śniegu. Jedynie połacie miękkiej, zielonej trawy i błękit aż po horyzont…
Zamarł, gdy zobaczył jedno złote ślepię, śmiejące się do niego tak beztrosko.
Przez parę uderzeń serca nie był w stanie się poruszyć. Słyszał zgrzyt w głowie, która starała się przetworzyć to, co właśnie widziała. Pysk zapomniany, pysk wyparty, pysk, którego nie powinno tu być… A jednak pysk, który tu był, właśnie tu i teraz.
— Nareszcie, kochany — mruknęła z przekąsem. Źródlana Łuna patrzyła na niego tak, jakby naprawdę przez ten cały czas stróżowała nad jego śpiącym ciałem. Czekała, aż się przebudzi…
— Przepraszam. Źle sypiam — odpowiedział po chwili namysłu.
— Och… Dlaczego? Ja tak tylko żartowałam z tym męczeniem. Nie sądziłam, że naprawdę cię dręczą.
Wahał się przez moment.
— Odkąd się rozstaliśmy, nie mogę spać.
Pauza.
— A gdy zasypiam — dodał — śnię koszmary. Lub nie pamiętam nic.
Kotka milczała, wpatrując się w niego z osłupieniem. Zaczął żałować tego, co powiedział. Senne postacie nie wiedziały, jak wyglądała rzeczywistość. Za kociaka straszył go ktoś: jeśli uświadomisz postać ze snu, że znajduje się we śnie, zamieni się w bestię.
— Masz koszmary o naszym rozstaniu?
— …tak.
— Nawet teraz? Wybudziłam cię z koszmaru???
Poczuł się… zmieciony.
Tak. Uderzyła celnie, a wywołane tym drganie falami rozchodziło się po umyśle wraz z tą świadomością. Doprawdy, czym było to życie, jeśli nie ziszczonym koszmarem?!
— Trwał księżyce. Sezony. Lata. Spotkała nas rozłąka. Zapomniałem już prawie wszystkiego, co składało się na ciebie. Twoje rysy twarzy przestały się spinać w mej głowie. Ucichła w głowie melodia twego głosu. Ten słodki zapach na zawsze opuścił moje nozdrza. Zapomniałem już… Że przez ten cały czas spałem w twoich ramionach.
Czy to była prawda? Źródlana Łuna uśmiechnęła się czule. Ten uśmiech był tak szczery i przekonujący, że był skłonny uwierzyć, że tak naprawdę było.
Po tamtym spotkaniu, które w pamięci ostało mu się jako to finalne, nie wrócił jeszcze do swoich. Gdzieś wśród tych pogaduszek, wtuleń i liźnięć na chwilę przymknął zmęczone powieki. Został pochłonięty przez ciemność, tę literalną, i tę złowrogą, która rozkazała mu żyć w koszmarze o swoim upadku! Na Klan Gwiazdy, wrócił! Te okropieństwa mógł zostawić za sobą w formie bladego wspomnienia! Już czuł, jak ono się rozpływa…
— Ty głuptasie… — bąknęła. — I naprawdę uwierzyłeś w to, że cię zostawiłam? Jak mogłabym to zrobić? Myślisz, że bez ciebie bym tyle wytrzymała? — Filuternie przejechała końcówką ogona po jego nosie. Łaskotanie wywołało w nim cichy chichot.
Tak długo nie czuł ciepła drugiego kota. Od tamtej pory nikt nie był tak blisko jego ciała. Zbliżył się tak, jak jeszcze potrafił. Kocięcy krok odstępu wydawał się przepaścią. Zatopił się w tym długim, miękkim futrze. W końcu… Po jego policzkach popłynęły łzy.
— Nie wiesz, jakie to było straszne. Łuna, nie wiesz, jak straszne było życie bez ciebie — szeptał drżącym głosem. Zwrócił ku niej pysk, ocierał się o jej policzki, brodę i szyję. — Nie potrafiłem tak. Nie chciałem. Ja tylko pragnąłem umrzeć, Łuna. Ja… Próbowałem… Tak strasznie żyło się w świecie, w którym cię straciłem, że już nie chciałem więcej, miałem już dość, rozumiesz? — łkał coraz głośniej, a płakał jeszcze gwałtowniej. — Łuna… Obiecaj mi, że to nigdy się nie stanie. Jesteśmy razem i będziemy już na zawsze… Obiecaj… Proszę…
Poczuł szorstki, lecz kojący język przejeżdżający po jego mokrych policzkach. Osuszał je, zbierał wszystkie łzy, nawet gdy nie przestawały one cieknąć spod powiek.
— Obiecuję ci. Zawsze będę na ciebie tu na ciebie czekać, kochany.
Gdy przyłożyła swoją mordkę do jego, ogarnął go tak długo obcy mu spokój.
Zatracił się całkiem w jej pocałunku, czując, jak powoli traci formę, zapada się w sobie i roztapia pod jej dotykiem. Gdy jej usta przedzierały się przez grube futro i przywierały do skóry, miał wrażenie, jakby na chwilę zacierały się granice. Jakby jeszcze raz byli jednym… — Całuj — prosił bezgłośnie, bo choć czuł drganie strun głosowych, nie słyszał swojego głosu. Czy Łuna go słyszała? Wyglądało na to, że nie miało to znaczenia. Jej czuły dotyk nie odchodził, nie urywał się nawet jak chwilę. Wypuścił z siebie długie westchnienie, a następny wdech wypełnił go kojącą ulgą. Stres powinien go zżerać bądź przynajmniej czaić się z tyłu głowy – w końcu już dawno nastał świt, niedługo zejdą się w to miejsce patrole, a pobratymcy zauważą (lub już zauważyli) ich nieobecność w obozach – czuł jednak wręcz obezwładniający spokój. Troski pojawiały się w jego głowie, lecz nie wywoływały żadnej reakcji. Nic nie zdawało się w tej chwili być ważne. Ten okrutny świat, który ich otaczał, przestał istnieć. Prawda? W końcu, gdy otwierał oczy, jedyną rzeczą, jaką widział, był pysk Łuny. Gdy wdychał powietrze, zamiast niego do jego nozdrzy trafiał wyłącznie jej zapach. Gdy nadstawiał uszu… Nie, właściwie nic już nie słyszał. Doświadczenie, jak mgła, rozmywało się powoli. Nie zauważył chwili, gdy stracili pod łapami grunt. Cokolwiek trzymało ich w miejscu nie było już ziemią. Dryfowali w przestrzeni. Słońce przestało być potrzebne; wystarczał blask jej ślepia i ciepło jej ciała. Czym był Klan Klifu, czym był Klan Nocy? Gdyby ktoś go teraz o to zapytał, nie byłby w stanie udzielić mu odpowiedzi. Zapomniałby nawet swojego imienia, by zostawić w pamięci miejsce na jedno – najważniejsze. Oboje przestali być wojownikami wrogich grup. Co odpowiedziałaby Łuna, nie był pewien, lecz gdyby ktoś zadał mu teraz pytanie “Kim jesteś?”, odpowiedziałby krótko i bez wahania: kochankiem. W świecie, w którym istniała jego ukochana, nie mógł być nikim mniej i nikim więcej. — Całuj… — poprosił raz jeszcze, tym razem ledwie poruszając ustami. Odpływał i pozwalał sobie na to w tej przyjemnej bezsilności i bezwładności. Poczuł, jak mimowolnie się uśmiecha. To o tym skrycie marzył przez te wszystkie księżyce. Tego potrzebował, żeby jeszcze raz poczuć szczęście. Przez chwilę naprawdę wierzył, że to wszystko było prawdziwe. Nim został wyrwany, zdołał sobie jeszcze pomyśleć: wygraliśmy. Na Klan Gwiazdy, ten jeden raz wygraliśmy.

***

Zerwał się zdyszany. Zwieszona głowa Szałwiowego Serca podniosła się tak gwałtownie, że mięśnie jego szyi zapiekły, a coś w jego karku przeskoczyło z charakterystycznym chrzęstem. Utkwił łeb w pozycji pionowej do wiszącego nad nim nieba. Wybałuszał ślepia, lecz jego wzrok wydawał się pusty. Jakby dusza jeszcze pozostała po drugiej stronie.
Zniknęły oślepiające promienie słońca. Zniknęła miękka trawa, miękka sierść. Zniknęła ciepła beztroska. Teraz z powrotem opatulały go ciemność, chłód i sieroctwo.
Cisza dzwoniła w uszach. Głucho. Boleśnie. Wspominał wiatr, morski szum, głos lubej… Teraz wszystko stało w miejscu. Miał wrażenie, jakby jedyną poruszającą się częścią powietrza był jego głośny oddech. Trzciny, połamane i wysuszone na wiór, jakby bały się zaszeleścić. Z legowisk nie dobiegały przyciszone szepty rozmów cierpiących na niesfornych uczniów czy chrapanie pogrążonych głęboko we śnie starszych wojowników. Równie dobrze mógłby być tu sam. Nawet szuwary wydawały się puste. Powinny ożywać po nagich drzewach – nie ożywały. Ptaki nie przygotowywały się do toków, żaby nie rozmrażały się ze swoich kryjówek, owady nie wykluwały się z przezimowanych jaj.
Śmierć.
Szałwiowe Serce rozumiał. Wszystko pomarło. Rzeka życia przestała płynąć. Jego serce przestało bić.
Iskra trafiła w suchą ściółkę. Zapłonęła. Ogień zaryczał, wyrywając się przez pysk kocura w formie bolesnego skowytu. Nie ocieplał go przyjemnie od środka. Palił. Wnętrzności płonęły. Ściany kiszek marszczyły się, dziurawiły i spiekały do węglów. Ze ścian żołądka sypał się popiół, a podgrzany kwas bulgotał, wyrywając się i parząc wszystko na swojej drodze. Wbił pazury w ziemię, opierając się sile, która pchała go w dół. Żadne przekleństwo nie było w stanie oddać potworności tego bólu. Spiął wszystkie mięśnie i wykrzywił pysk w krzyku, jednak jedynym, co był w stanie usłyszeć, był głuchy pisk w uszach. Gwiezdni, nie… Nawet ziemia zaczęła się żarzyć pod jego stopami. Nie mógł już dłużej ustać w miejscu. Jedynym kierunkiem, jaki istniał w jego głowie, była północ.
Rzucił się w szuwary. Przebijał się przez nie, sycząc nie tylko z bólu trawiącego go ognia, ale i cięć, które na jego skórze sprawiały ostre źdźbła trzcin. Jednym susem pokonał odległość dzielącą obozowisko od stałego lądu. Czarna rzeczna woda pod nim przypominała w tamtym czasie kubeł smoły. Po chwili przyjemnej nieważkości jego łapy dotknęły ziemi i z powrotem zapiekły. Pobiegł na oślep w przód.
Brakowało jego ruchom kociej gracji. Splątywały się mu łapy, potykały się o drobne kamyki. Parę razy wyrżnął pyskiem w ziemię. Spluwał nią i biegł dalej, nie zważając na czarne drobinki osiadające na zębach i między nimi. Przetarta, podrażniona skóra na twarzy piekła, a brud jej nie koił. Drobne zwierzęta wychodzące w nocy na żer uciekały, gdy tylko słyszały odgłosy drapieżnika; ten jednak nie zwracał na nie najmniejszej uwagi.
Gdy przednie łapy kocura zatopiły się w piasku, wiedział, że dotarł na miejsce.
Zdyszany kołysał się z każdym nabieranym oddechem, wzrokiem szukając czegoś. Z początku zwyczajnie skanował otoczenie, lecz gdy nie potrafił wypatrzeć tego, co chciał, stał się nerwowy. Jego oczy panicznie skakały po każdym najmniejszym elemencie. Brak. Nie znalazł. Utkwił na wielkim głazie stojącym tuż przed nim. Nic, tylko chropowaty, goły kamień.
Opadł z sił. Uleciało z niego całe powietrze, cała pewność, cała siła, jaka pompowała jego kształt. Sflaczał. Przyklękł tak nisko, że prawie leżał w piachu. Oddech stopniowo spokojniał. Śladu po werwie, która zaprowadziła go w to miejsce, nie było.
Ostatki ciepłego języka i słodkich zapewnień w uszach właśnie zniknęły. Rzucił wszystko dla snu, który wydał mu się zbyt prawdziwy. Może to było tylko marzenie, które przebiło się na powierzchnię, może sprawdzian lojaności, w końcu Gwiezdni potrafili być okrutni... A rzeczywistość pozostała. Czterdzieści, pięćdziesiąt, kto by zliczył ile księżyców rozłąki. Tyle czasu na wygojenie ran, które i tak potrafiły otworzyć się jak świeże i rzewnie zapłakać krwią. Jego serce próbowało, lecz nie mogło już zapomnieć. Ktoś wydarł jego część i rozkazał sobie z tym poradzić. Och… Tak długo próbował zaakceptować świat, który został mu narzucony i dopiero w tej chwili naprawdę zdał sobie sprawę, że było to niemożliwe. Źródlana Łuna wgryzła się w niego całą siłą swych szczęk i nie puszczała. Czas mógł się zatrzymać, lecz… Najwyraźniej nie dla wszystkich.
Czy naprawdę wierzył, że gdy po księżycach tu wróci, ona wciąż będzie na niego czekać? Że wciąż o nim myślała, że nie ułożyła sobie życia, że nocami z nadzieją wciąż kroczyła tą plażą, wyczekując jego przybycia, nawet jeśli nieskończoną liczbę razy odpowiedziała jej tylko pustka? Że nie znalazła nowych celów, nowych marzeń? Że nie zapałała miłością do Klanu Klifu, a kto wie, może i do kogoś innego…
Spojrzał przed siebie na widok, na który wcześniej pozostawał ślepy – długa plaża, wzdłuż której do tej pory wędrował, ciągnąca się tak daleko, że przeciął ją dopiero pionowy klif przed nim. Najgłośniej szumiało morze, lecz po wytężeniu słuchu dało się wyodrębnić fale od odległego wodospadu. Wbił w niego wzrok, wzrok tęskny, mimo że zawsze obserwował go jedynie z daleka. Zmrużył oczy, przyglądał się kaskadującej wodzie, jakby bardzo chciał w niej coś wypatrzeć, lecz na nic. Biel piany jak płachta zakrywała wszystko, co mogło kryć się po drugiej stronie.
Nie było tu jej. Nie było. Umarł on i umarła ona. Ta Źródlana Łuna, która go kochała, odeszła na zawsze. Ten Szałwiowe Serce, który ją kochał, pogrzebał się na długo w swym sercu i właśnie powstał, wydzierając sobie drogę na powierzchnię. Wrócił nagi, wrażliwy, bezbronny, by zwinąć się w ciepłym objęciu ukochanej. Zamiast tego zmiótł go mróz.
Zapłakał zwierzęco. Ryku, który wyrywał się z jego pyska, nie dało się przypisać kotu. Charczał. Dławił się flegmą w gardle. Kaszlał mokro i wyczerpująco. Nieraz te dźwięki przypominały torsje, jak gdyby ta cała rozpacz zalegała w jego brzuchu, jak gdyby zmuszał się do jej pozbycia. Przepona gwałtownie skurczała i rozkurczała się, gdy nabierał powietrza do następnego skowytu.
Wpadł w fale, przedzierając się przez nie z tym rozdzierającym rykiem w ustach. Ustał on dopiero, gdy zdusiło go gwałtowne uderzenie wody. Padł, a sól zapiekła w każde wrażliwe miejsce. Oczy, usta, nos. Osiadała i wbijała swoje białe szpony. Kasłał, lecz bez pożytku. Fale uderzały coraz mocniej, coraz boleśniej, coraz silniej zmiatając go z nóg. W końcu przewaliły go całkowicie… I wciągnęły w swe burzliwe objęcia. Żar jego serca nareszcie zgasiła ciemna toń.
Gdy wzeszło słońce, kilkoro Klifiaków rozmawiało przy śniadaniu o dziwnym zwierzęcym skowycie, który podsłuchali w chwilach wczorajszej bezsenności. Patrole graniczne niepokoiły się świeżą wonią Klanu Nocy, rozmytą już w połowie przez poranną bryzę. Tylko jedna osoba zdecydowała się zacząć dzień od spokojnego spaceru brzegiem morza. Mogła ona usłyszeć jego nową pieśń – szumiącą bliskie imię.

Od Mandarynkowej Gwiazdy

Obudziła się. Podniosła głowę z posłania, żeby się rozejrzeć. Nic się nie działo. Gwiazdy na niebie migotały tak jak zawsze, a obóz pogrążony był w ciszy zalegającej nad śpiącymi klanowiczami. Wobec tego spróbowała ponownie zamknąć oczy i odpłynąć do krainy snów. Nie udało jej się to. Poczuła dziwne uczucie, jakby coś ją ciągnęło do wypełnienia swojego obowiązku. Wizja krwawiącego lotosu ponownie zaświeciła w jej umyśle. Teraz wiedziała, co musiała zrobić. Czuła, jak Gwiezdni prowadzą ją w kierunku przeznaczenia, rozświetlając drogę. Podniosła się ze swojego posłania i wyjęła spod niego trzy pióra – sroki, kaczki i mandarynki. Popatrzyła na nie z lekką tęsknotą, po czym schowała dwa pierwsze na ich miejsce. Trzecie zaś, to pomarańczowe, złapała w łapę i wyciągnęła ją przed siebie. Zapatrzyła się na przedmiot na tle obozu, jakby żegnając się ze wszystkimi przed podróżą, po czym wsunęła pióro za ucho i wyszła z legowiska. Opuszczając wyspę, nie odezwała się do strażnika, który równie dobrze mógłby teraz wziąć ją za ducha. Z tym lśniącym na srebrzysto w świetle księżyca futrem, nieobecnym wyrazem pyska i poczuciem misji w oczach naprawdę przypominała zjawę. Zanurzyła się w zimnej wodzie i odpłynęła. Nie podążyła jednak od razu do swojego celu. Najpierw zatrzymała się na jednej z wysepek. Kiedy weszła na nią, ociekając wodą, skłoniła głowę przed wierzbą, rosnącą w centralnym jej punkcie. Przesunęła wzrokiem po grobach tych wszystkich kotów, na których tak jej zależało. Robiła to dla nich. Postąpiła kilka kroków i zbliżyła się do miejsca spoczynku jej siostry. Usiadła przy nim i wyjęła pióro zza ucha. Przesunęła po nim tępą stroną pazura, wsłuchując się w wydobyty w ten sposób dźwięk. Westchnęła lekko i położyła przedmiot na grobie. “Miej mnie w swojej opiece, Zimorodkowe Życzenie” posłała niewypowiedzianą na głos prośbę w stronę gwiazd. Wychodząc, przystanęła jeszcze na chwilę i ostatni raz obejrzała skąpaną w blasku księżyca wyspę. Po kolejnej, tym razem dłuższej przeprawie przez wodę, znalazła się na granicy lasu. Od teraz musiała być bardzo czujna, jeśli jakiś ptak by ją zobaczył, wszystko byłoby na marne. Wspięła się na drzewo, bo stąd łatwiej widziałaby wszelkich szpiegów. Nawet gdyby jacyś latali nad nią, małe były szanse, by rozróżnili ją wyraźnie od śniegu na gałęziach. Nie spieszyła się. I tak nie umiała biegać po drzewach, a szybki ruch mógłby łatwiej zdradzić jej położenie. W końcu dotarła do wodospadu. Zeszła z drzewa bliżej jego tyłów i zakradła się bokiem, aby wskoczyć na pojedynczą rosnącą tam brzozę, z której miała dobry widok na front znanego miejsca pobytu samotników. Rozejrzała się. Żadnych kotów ani ptaków w zasięgu wzroku. Czysto. Zeszła ze swojego punktu obserwacyjnego i podeszła do zamarzniętego strumyka. Odgarnęła łapą trochę zimnego puchu z tafli i przejrzała się. Polizawszy łapę, przyklepała grzywkę tak, żeby zasłaniała znak lotosu na jej czole, po czym zanurzyła się w jaskinie przy zastygłym wodospadzie.

Od Tańcującej Słonki do Nieboskłonnej Łapy

Przed śmiercią Przepiórczej Wichury


Źródlana Łuna nie ociągała się z wysyłaniem Tańcującej Słonki na patrole, gdy tylko ta otrzymała rangę wojowniczki. Już dzień po mianowaniu szylkretka została wyznaczona do porannego patrolu granicznego. Z początku nie przywiązywała do tego większej wagi, lecz gdy dowiedziała się, że weźmie w nim udział również Cicha Łapa, jej serce zabiło szybciej. Tym bardziej że Złamana Łapa miał nie uczestniczyć w patrolu, co oznaczało, że szylkretka będzie mogła porozmawiać z biało-liliowym, nie obawiając się, że czarnofutry znowu się obrazi.
Czy czuła się z tym źle? Ależ oczywiście. Nie marzyła o niczym innym jak tylko o zamienieniu z Cichą Łapą kilku słów. Był taki miły i przyjazny, że Słonkę naturalnie do niego ciągnęło. Wiedziała jednak, że uczeń jest najlepszym przyjacielem Złamanej Łapy i że… być może czarnofutry coś do niego czuje. Szylkretka nie chciała mu go odbierać. Ale chwila, przecież… ona wcale nie czuła nic do Cichej Łapy! Jak miałaby go ukraść swojemu przyjacielowi, skoro nawet nie była w nim zauroczona? Bo nie była, prawda? Cóż, chyba jednak nie była tego taka pewna… Co to w ogóle znaczyło? Po czym miała rozpoznać, że się w kimś… zauroczyła?
Ten temat był zbyt trudny nawet dla jej umysłu. Za każdym razem, gdy tylko próbowała myśleć o miłości, jej myśli stawały się niepoukładane i pourywane. Miała wrażenie, jakby w jej głowie zapanowywała pustka. Z jednej strony miała ochotę z kimś o tym porozmawiać — może z Brykającym Mysikrólikiem, bo z Ćmim Lotem raczej nie, z oczywistych przyczyn — albo z Kukułczym Wdziękiem… W końcu ona na pewno musiała wiedzieć, jak to jest się zakochać. Była przecież z Trójokim Zającem, a to znaczyło, że musiała najpierw coś do niego poczuć.
Tańcująca Słonka obawiała się jednak, że matka zaraz zacznie ją wypytywać, dlaczego o to pyta i, czy ma już kogoś na oku. Właśnie dlatego wolałaby porozmawiać na te tematy z kimś w jej wieku, a nawet… z kimś z innego klanu. Wtedy nie byłoby ryzyka, że taki kot domyśli się, o kim mogłaby mówić Słonka! Tylko żeby do tego doszło, szylkretka musiałaby najpierw znaleźć sobie jakąś przyjaciółkę z innego klanu, a to wydawało się dosyć trudnym do zrealizowania zadaniem. Może powinna poczekać do następnego zgromadzenia i wtedy odnaleźć kotkę, która wyglądałaby na mniej więcej jej rówieśniczkę? Jednak podczas zgromadzenia zapewne znowu podejdzie do niej Złamana Łapa, a to będzie oznaczało, że nie zdoła porozmawiać z nikim o swoich skomplikowanych uczuciach wobec Cichej Łapy.
Szylkretka stała teraz przed wyjściem z azylu, czekając, aż dołączy do niej reszta patrolu. Rozmyślając jednak o tym, jak powinna zdobyć jakąś przyjaciółkę, nieświadomie wypuściła z siebie głębokie westchnienie.
— Nad czym tak wzdychasz? — zapytał nagle Cicha Łapa, na co Słonka niemal nie podskoczyła pod sam sufit jaskini. Nawet nie zauważyła, kiedy kocur się tu zjawił.
Gdy tylko zdała sobie sprawę z jego obecności, jej serce bez wątpienia zabiło szybciej, a policzki wręcz ją zapiekły. Przez moment jej łapy stały się słabe, jakby ich konsystencja niewiele różniła się od konsystencji meduz. Wojowniczka uśmiechnęła się niezręcznie do ucznia, mając wrażenie, że jego słowa wpadły jej do głowy jednym uchem, a wyleciały drugim. Czy powiedział jej jakiś żart? Cóż, był raczej pociesznym kocurem, więc zapewne tak. Tańcująca Słonka wydała z siebie cichy chichot, lecz szybko spostrzegła, że starszy nie śmiał się razem z nią.
— Co? — wydukała, kompletnie skołowana. Teraz nie wiedziała już, czy skóra piekła ją z powodu obecności Cichej Łapy, czy ze wstydu, który poczuła.
— Co? — powtórzył biało-liliowy. — Ach, zresztą, nieważne — mruknął po chwili, machając zbywająco łapą. — To na kogo jeszcze czekamy?
Szylkretka miała wrażenie, że uczeń doskonale wiedział, kto jeszcze wchodził w skład patrolu, a jedynie chciał zmienić temat rozmowy ze Słonką. To sprawiło, że poczuła jeszcze większe ciepło na sercu. Och, Cicha Łapa był dla niej taki dobry… Zamiast śmiać się z tego, że najpewniej zachowała się jak przygłup, po prostu zaczął mówić o czymś innym. Przez to ponownie nie potrafiła zebrać się na odwagę, by mu odpowiedzieć, i zamiast tego skupiła się na tym, jak mocno dudniło jej serce.
— Och, chyba już idą — odezwał się w końcu Cicha Łapa. — Mieliśmy iść z Przepiórczą Wichurą i Świetlistą Walką, prawda? — dopytał, na co Słonka wreszcie się otrząsnęła.
— Tak! Tak, z Przepiórczą Wichurą i Świetlistą Walką. Tak — oznajmiła, ledwo potrafiąc choć na moment oderwać uwagę od tego, jak wspaniałym kotem był Cicha Łapa.
Nagle wbiła wzrok w łapy, nie do końca rozumiejąc, dlaczego uczeń nieustannie zaprzątał jej głowę. I to tak intensywnie. Nawet wypadek Firletkowej Łapy nie zdawał się wpłynąć na nią tak bardzo, jak sama obecność starszego ucznia.
— Słonko! — wykrzyknęła cynamonowa szylkretka, podchodząc do żółtookiej. — A może powinnam powiedzieć Tańcująca Słonko? To niemożliwe! Mogłabym przysiąc, że jeszcze wczoraj byłaś ledwie małą kuleczką puchu, a teraz proszę, jaka z ciebie rosła wojowniczka! Widzę, że nie próżnujesz też w poszukiwaniu sobie drugiej połówki, co? — rzuciła zadziornie.
Niebieska nie musiała nawet podnosić głowy, by wyobrazić sobie szeroki uśmiech, który musiał teraz rozciągać się na pysku Przepiórczej Wichury.
Szylkretka przełknęła ślinę, ponownie czując falę gorąca ogarniającą całe jej ciało. Słonka była pewna, że zaraz zemdleje! Czuła, jak głowa zaczyna jej pulsować, a łapy uginają się pod jej ciężarem. Ponadto nagle odniosła wrażenie, jakby w jej brzuchu zaroiło się od motyli.
— Ciociu! — wyrzuciła z siebie w końcu, zadzierając brodę, by spojrzeć na wojowniczkę. — Cicha Łapa wcale nie jest moją drugą połówką! Nie… To znaczy, jesteśmy tylko przyjaciółmi! — upierała się, choć gdy wypowiadała te słowa, czuła się tak, jakby ktoś wbił jej cierń prosto w serce.
— Oj, Słonko! — zachichotała Przepiórcza Wichura. — Przecież widzę twoją minę! Wiesz, czasem postawa drugiego kota mówi więcej niż jakiekolwiek słowa — dodała, tylko pogarszając samopoczucie Słonki.
Żółtooka musiała wziąć głęboki wdech i przypomnieć sobie, że ciocia nie robiła jej tego specjalnie i zapewne nie zdawała sobie sprawy, że jej słowa sprawiały jej przykrość.
— Czy możemy już iść? — wydukała najmłodsza z zebranych, odwracając się od cynamonowej kotki. Chciała dodać coś jeszcze, lecz wstyd ścisnął ją za gardło, nie pozwalając wydusić z siebie ani słowa.
Przepiórcza Wichura wraz ze Świetlistą Walką wyminęły dwójkę młodszych kotów i ruszyły na czele patrolu, prowadząc go poza azyl. Słonka przełknęła głośno ślinę, bojąc się nawet spojrzeć Cichej Łapie w oczy po tym, co powiedziała cynamonowa kotka.
Szylkretka szła w ciszy, desperacko starając się odwrócić myśli od tego, co liliowy kocur mógł teraz o niej sądzić. Na pewno myślał, że była w nim zakochana! Sam zresztą pewnie nie czuł wobec niej nic szczególnego. Przecież już czuł coś do Złamanej Łapy, prawda?
— Zabawna ta twoja ciocia — odezwał się w końcu Cicha Łapa, wyrywając Słonkę z zamyślenia.
— Nie! — odparła niemal natychmiast, mając wrażenie, że zaraz zemdleje od nadmiaru emocji. — Przepraszam za nią, Cicha Łapo! Nie wiem, co w nią wstąpiło. Mogę ci przysiąc, że nic do ciebie nie czuje! Ona tylko się ze mną droczyła, jestem tego pewna… W końcu wcale nie patrzę na ciebie tak, jakbym była zakochana! I wcale serce nie bije mi szybciej na twój widok, i wcale nie mam wrażenia, jakby po brzuchu łaziło mi stado mrówek, i-
— Spokojnie, Słonko — przerwał jej kocur, nim zdążyła kompletnie oszaleć. — Nie mówię, że bym się obraził, gdyby to, co mówiła Przepiórko, było prawdą — dodał, śmiejąc się cicho pod nosem.
— Serio? — spytała, nieco się rozluźniając na wieść, że Cicha Łapa nie obraziłby się na nią. Gdy jednak dotarła do niej reszta jego wypowiedzi, na nowo poczuła się kompletnie przytłoczona emocjami. Co miały znaczyć jego słowa? Czy coś jej sugerował? Nie, nie… To przecież niemożliwe!
— Serio, serio — zachichotał. — Ale skoro nalegasz, że to nieprawda, to cóż mogę zrobić?
Tańcująca Słonka całkowicie zamilkła. Czy Cicha Łapa właśnie dawał jej do zrozumienia, że… być może też ją lubił? A ona właśnie powiedziała mu, że sama go… nie? To nie mogło być prawdą. Chyba musiała go źle zrozumieć! Poza tym i tak nie mogłaby z nim być. Nie zrobiłaby tego Złamanej Łapie.
— No… — miauknęła, kompletnie skołowana rozmową z uczniem.
Na Klan Gwiazdy... Dlaczego relacje międzykocie musiały być takie skomplikowane?

* * *

Dzień śmierci Przepiórki

Tańcująca Słonka kątem oka spostrzegła, jak jej ciotka opuszcza obóz, lecz nie skupiła na tym większej uwagi. Sam jej widok sprawił jednak, że przypomniała sobie o całej sytuacji z Cichą Łapą, przez co zakręciło jej się w głowie. Wciąż nie potrafiła rozgryźć, o co mogło chodzić biało-liliowemu. W końcu na pewno nie chciał w ten sposób przekazać szylkretce, że miałaby u niego jakieś szanse. Tego była pewna. Bardziej niż czegokolwiek innego w tym momencie.
A była tego pewna dlatego, że po odbyciu czuwania zabrała Złamaną Łapę na spacer. Wtedy zaczęli rozmawiać o tym, kogo mają na oku, a czarnofutry zażartował, że zauroczył się w Złamanej Łapie. Słonka była jednak niemal pewna, że kocur przez cały ten czas mówił o Cichej Łapie. Podczas rozmowy stwierdził też, że w końcu wyzna mu miłość, a Cicha Łapa podobno odwzajemnia jego uczucia. Dlatego Słonka nie wierzyła, że biało-liliowy chciałby z nią być. W końcu podobał mu się czarnofutry wojownik, czyż nie? Tak właśnie to zrozumiała i wydawało jej się, że całkiem trafnie.
Wtem Słonka przypomniała sobie, że myślała o znalezieniu jakiejś kotki z innego klanu, z którą mogłaby porozmawiać na takie tematy. Pomyślała, że musi zrealizować ten plan. Potrzebowała kogoś, komu mogłaby się zwierzyć ze wszystkich tych sytuacji, które przeżywała w związku z Cichą Łapą. Zdecydowała się więc udać na jedną z granic z obcym klanem, by rozpocząć poszukiwania. A co! Wolno jej było, skoro wreszcie nosiła już miano wojowniczki i była pełnoprawną Klifiaczką.
Łapy poprowadziły ją ku granicy z Klanem Burzy. Zapewne dlatego, że bała się podchodzić do tej należącej do Klanu Wilka. Co, jeśli spotkałaby na niej Koszmarną Łapę? Odczuwała teraz wobec kocura mieszane emocje. W końcu, według Złamanej Łapy, była w nim zakochana. Tak właściwie to według niej samej, bo sama mu to wmówiła. Sama przyznała się do tego, że to bury kocur sprawiał, iż jej serce przyspieszało, choć była niemal pewna, że było to kłamstwo. Koszmar może i był całkiem fajny, a rozmowa z nim sprawiała jej przyjemność, lecz czy aby na pewno była w nim zauroczona? Bała się o tym przekonywać. Właśnie dlatego wybrała granicę z Burzakami.
Tereny królikojadów były otwarte, dlatego już z daleka Słonka dostrzegła, że krząta się po nich jakiś kot. Niezbyt duży, o burym, szylkretowym futrze. Wojowniczka skupiła na nim całą swoją uwagę, nie rozglądając się za innymi Burzakami. Postać, w którą wlepiła spojrzenie, wydawała się całkiem młoda — i właśnie z tego powodu Słonka była w nią tak zapatrzona. Miała nadzieję, że zaraz nawiąże z nią kontakt wzrokowy i siłą umysłu przekaże jej, by podeszła do granicy, ponieważ chciałaby ją lepiej poznać.
O dziwo, Klan Gwiazdy musiał po raz pierwszy w jej życiu wysłuchać jej modłów, gdyż kot w pewnym momencie na nią spojrzał, jakby coś szepnęło mu do ucha, by to zrobił. Tańcująca Słonka wciąż jednak stała jak słup, nie wiedząc, jak zakomunikować obcemu, żeby do niej podszedł. W końcu, gdy nieznajomy również nie drgnął, zdecydowała się wyciągnąć w jego stronę łapę, jakby chciała go złapać — co oczywiście było niemożliwe, zważywszy na to, że dzieliło ich co najmniej kilka długości lisiego ogona.

<Obcy Burzaku?>

27 października 2026

Od Skrzydlatej Płomykówki CD. Monarcha Pierwszego

»» ———— ⚜ ———— ««
Przeszłość, dawna
Pora Nagich Drzew
»» ———— ⚜ ———— ««

Lodowate ślepia, nieco zmrużone z uwagą obserwowały niebieskiego samotnika. Coś jej mówiło, że kocur nieco mija się z prawą w części swych słów. Nie miała jednak żadnych podstaw, by wytknąć to pręgowanemu, na co minimalnie poruszyła wibrysami. Nie pasował jej sam fakt obecności jakiegoś obcego kota tak blisko granicy, a raczej już nawet za nią, gdyż jego przednie łapy spoczywały na terenach, które należały do Burzaków.
— Zanim Ci odpowiem, to czy byłbyś łaska cofnąć się parę kroków? Twe łapy spoczywają już na terenie klanu — odparła, a kiedy tylko klasyk wykonał jej prośbę, skinęła głową: — Zwą mnie Skrzydlata Płomykówka, zastępczyni Klanu Burzy i owszem, jestem w pełni świadoma zagrożenia pobliskiej drogi, ale i nieproszonego samotnika w okolicy klanowych terenów, kiedy to pora nagich drzew, nikogo nie rozpieszcza — wyjaśniła, sugerując, by Monarcha w trybie raczej natychmiastowym odszedł.

»» ———— ⚜ ———— ««
Obecnie, Pora
Nowych Liści
»» ———— ⚜ ———— ««

Zaklęła siarczyście pod nosem, kiedy to stanęła nieostrożnie na łapie, z której w poprzednim sezonie wyjęła kawałek dwunożnego odpadku. Wtedy miała nadzieję, że samo usunięcie błyszczącego odłamka wystarczy, a w ranę nie dwa się żadne zakażenie. Poza tym nie chciała też obciążać Wdzięczną Firletkę, która po zdradzie Łzawej Łapy pozostała sama ze swymi obowiązkami. Do tego dochodził też fakt, iż byli też inni chorzy, którzy potrzebowali bardziej opieki szylkretki oraz ziół, będących ograniczonych przez mało przyjazne warunki do ich wzrostu i dalszego rozwoju. Teraz jednak infekcja w kończynie była realnym zagrożeniem, jeśli w najbliższych dniach nic z tym nie zrobi.
Swoje nieco krzywe kroki skierowała w głąb rodzimych terenów, a następnie do jednego z tuneli, który prowadził do podziemnego obozu. Już minęło tyle czasu, że srebrna zdążyła się w miarę przyzwyczaić do azylu z licznymi świetlikami w swym sklepieniu. Odkąd Rudzikowe Skrzydełko zmarła, zastępczyni niemal co noc opuszczała legowisko wojowników, a następnie kierowała się do najbliższej części obozu, gdzie mogła obserwować Srebrną Skórę. Po cichu miała nadzieję, iż to właśnie tam trafiła zmarła, nawet jeśli była spiskowcem, a na swych łapach miała krew niewinnych. Płomykówka nie wiedziała, czy żałowała swych czynów na tyle głęboko, że Gwiezdni w końcu jej przebaczyli, jednak wolała wierzyć w tę wersję, niż to iż pręgowana trafiła do Mrocznej Puszczy wraz z innymi mordercami, zdrajcami, wojownikami, którzy świadomie i specjalnie łamali kodeks.
W trakcie drogi do medyczki przywitała się skinieniem głowy z paroma wojownikami, zatrzymując się jedynie dłużej przy Oskrzydlonym Ogniku czy Krokusowej Kruchości, by omówić z nimi niektóre kwestii. Rudy kocur po otruciu Rudzik stał się jeszcze bliższy cętkowanej, a więź, która pomiędzy ich dwójką dawniej była jedynie czymś umownym, teraz rosła w siłę. Brat dla zastępczyni stał się głównym oparciem w czasie, kiedy ta była w kompletnej rozsypce po zbrodni Łzawej Łapy oraz Połyskliwego Koguta. Była zawiedziona siostrzeńcem, starała się porozmawiać ze Zwisającą Perłówką po swym publicznym ogłoszeniu opinii o dwójce młodych morderców. Kocica miała wrażenie, że młoda wojowniczka nie chce mieć z nią w ogóle do czynienia, a nawet jeśli to niezbędne minimum, które obowiązywało w relacji wojownik zastępca. Radziła się w tej kwestii Ognika, lecz on jedynie odparł, by cętkowana dała jej czas na przetrawienie tego wszystkiego.
Kiedy w końcu zastępczyni dotarła do legowiska Firletki, w środku zastała Gadożerowy Pysk, który z widoczną trudnością łapał oddech oraz przybranego syna Poczciwego Szakłaka i Gasnącej Prawdy. Pląsająca Łapa leżał z bliżej niezidentyfikowaną papką w okolicy jednego z uszu. Uczeń miał sporo szczęścia, że żyje. Nadal pamiętała, jak czarnofutry przyjaciel przyniósł do obozu ciężko rannego kociaka oraz jego martwego brata, którego pochowano pośród innych poległych Burzaków. Po dłuższej chwili odwróciła wzrok od chyba śpiącego liliowego młodzika, by udać się bardziej w głąb legowiska z nadzieją, iż zastanie gdzieś medyczkę. Nie chciała męczyć Gadożera próbą mówienia przy swym obecnym stanie, ani też nie miała zamiaru odbierać Patyczakowi możliwości odpoczynku w czasie choroby.
— W czym mogę pomóc Skrzydlata Płomykówko? — Niespodziewanie tuż za nią rozbrzmiał nieco zmęczony głos szylkretki. Srebrna obracając się, posłała jej minimalny uśmiech.
— Niedawno wyjęłam ostry odpad Dwunożnych ze swej łapy i jest pewna szansa, że wdała się infekcja.
Starsza nie skomentowała postępowania zastępczyni, a jedynie wskazała jej jedno z posłań, które obecnie nie były w użytku. W tym czasie zielonooka udała się do składziku. Dymna chwilę później powróciła do kolejnej pacjentki w lecznicy z chyba liśćmi paproci w pysku, przynajmniej dla Skrzydlatej Płomykówki wyglądało ów ziele. Te zostało następnie przeżute, a powstały sok w wyniku tego procesu znalazł się na zainfekowanej ranie. Srebrna syknęła na mało przyjemne doznania, lecz liliowa zdawała się nie być wzruszona ją reakcją i kontynuowała przeżuwanie nad łapą młodszej, aż do ostatniej kropelki soku.

»» ———— ⚜ ———— ««

Parę dni później w czasie Wysokiego Słońca, Skrzydlata Płomykówka spokojnym krokiem opuściła obóz. W końcu po infekcji łapy nie było śladu i nie musiała się przejmować tym, jak ma stąpać, by każdy krok jak najmniej emanował bólem. Cętkowana korzystała z pierwszych promieni słońca, które swym ciepłem muskały otwarte równiny Burzaków. Na błękitnym sklepieniu widać było pojedyncze chmury, szerokim łukiem omijające jaśniejącą kule idealnie pośrodku bezgranicznego nieboskłonu.
Kocica nie miała jasnego celu swej podróży, po prostu niespiesznie szła przed siebie. Nawet nie zdała sobie sprawy, iż w okolicy granicy przy Drodze Grzmotu rysuje się niebieska sylwetka pewnego samotnika. Powróciwszy oczyma, przyspieszyła nieco kroku, by po dłuższej chwili stanąć z Monarchom pysk w pysk.
— Witaj Monarcho, co Cię ponownie sprowadzę w te strony? Nadal nie zapoznałeś się z pobliskimi terenami? — spytała, zasiadając na powoli zieleniejącej trawie.

<Niebieski natręcie?>

Wyleczeni: Gadożerowy Pysk, Pląsająca Łapa, Skrzydlata Płomykówka

Od Złamanej Łapy (Złamanej Woli)

Nie tak dawno temu nastała Pora Nowych Liści. Razem z nią dni stały się coraz dłuższe i cieplejsze, a zwierzyna budziła się ze snu zimowego. Gdy Złamana Łapa jeszcze spał, grzejąc tyłek w legowisku uczniów, miał wrażenie, jakby we śnie ktoś go szturchał. Był to Tygrysi Język, budzący go, aby zabrać go na trening.
— Złamana Łapo, już prawie południe. Ile możesz spać? — mruknął wojownik. Dymny kocur powoli otworzył ślepia, po czym ujrzał łeb wojownika.
— Trening…? Ach… wybacz. — Kocur ziewnął, po czym powoli i z ruchami staruszka wstał ze swojego posłania. — A co dzisiaj robimy? — spytał czarnofutry.
Tygrysi Język mu momentalnie odpowiedział z uśmiechem na pysku:
— Morświnowa Płetwa mi coś mówiła, abym potrenował z tobą nawigację w tunelach, ponieważ nie dopracowała tego z tobą na treningu, który odbyłeś wraz z Tańcującą Słonką — odparł Tygrysi Język, a Złamana Łapa skinął łbem. Powoli się po tym przeciągnął i wyszedł z legowiska uczniów. Może wyjdzie mu na dobre chwilowy odpoczynek od swojej mentorki. W końcu może mieć trening, o którym zawsze marzył! Samotny i spokojny, bez innych kotów! Na tę myśl uśmiech mu wręcz sam się pojawił na pysku.
— Możemy wyruszać. Im szybciej, tym lepiej — mruknął Tygrysi Język. Oboje zaczęli się kierować ku wyjściu z azylu, w stronę miejsca, gdzie mieli odbyć trening.
Gdy dotarli już na miejsce, Tygrysi Język wszedł razem z czarnofutrym uczniem do jednego z tunelów.
— Widzisz coś przed sobą, Złamana Łapo? — spytał wojownik.
Rzeczywiście Złamana Łapa niewiele widział i gdyby poszedł dwa kroki dalej, przywaliłby czubkiem nosa o ścianę.
— Nie za dużo, ciemno tu jak w du… uużym lesie podczas nocy — odparł Złamana Łapa. Uczeń przylgnął do wojownika, aby nie zgubić go w tej ciemności.
— Nie musisz się mnie trzymać! Musisz wytężyć swoje zmysły na tyle, ile potrafisz! Nic trudnego, wtedy twoje oczy powinny przyzwyczaić się do panującej tu ciemności — zachichotał Tygrysi Język. Złamana Łapa wykonał dokładnie to, co powiedział mu jego chwilowy nauczyciel i rzeczywiście widział o wiele więcej.
— Dobrze, skoro już widzisz więcej i nie można cię nazwać kretem, to spróbuj dojść do końca tego tunelu bez zgubienia się. W razie czego będę cię szukać, ale jeśli uda ci się przejść przez ten tunel żwawo to myślę, że Morświnowa Płetwa będzie z ciebie zadowolona i ty też później… — mruknął, po czym dodał: — Ja będę po drugiej stronie na ciebie czekać. W sensie na górze. Wierzę w ciebie, Złamana Łapo! — Kocur uśmiechnął się do niego, po czym opuścił ciemny i wilgotny tunel.
Złamana Łapa postawił pierwszy krok w całkowitą ciemność. Co prawda jego oczy już przyzwyczaiły się do panującej ciemności, więc śmiało zaczął iść przed siebie. Miał trochę zgięte łapy, aby nie przywalić głową w sufit tunelu, a jego chód wyglądał co najmniej tak, jakby chciał biegać i skradać się w jednym. Po chwili wędrówki w ciemnościach ujrzał światełko w tunelu. Wszystko to dzięki jego zmysłom! Wiatr przyniósł do tunelu zapach wojownika, więc ciemnofutry uczeń podążał za źródłem zapachu. W taki też sposób wyczołgał się z tunelu i znalazł z powrotem na powierzchni.
— Świetnie, Złamana Łapo! Poradziłeś sobie celująco! — Tygrysi Język ucieszył się, gdy udało mu się wydostać samemu z tunelu.
— Mam dla ciebie jeszcze jedno zadanie, ale to już poradzisz sobie bez mojej pomocy. Ja muszę wrócić do obozowiska, a ty może upolowałbyś coś dla klanu? Wiesz, że teraz zwierzyna powoli wraca do życia, więc to świetny czas na łowy! Wierzę, że dasz sobie z tym radę — mruknął wojownik, po czym dotknął Złamaną Łapę nosem w czoło. Uczeń tylko skinął łbem i czekał, aż wojownik się oddali od niego, aby mógł wyruszyć na łowy. Ciekaw był jedynie tego, dlaczego to jego wyznaczył na polowanie, a nie poszedł sam. Przecież kocur był już wojownikiem, więc powinien był sobie poradzić o wiele lepiej od niego. Wzruszył tylko ramionami i również odszedł w dal.
Gdy znalazł się już w głębi lasu, od razu wyczuł zapach myszy. Miał nadzieję, że trafi na soczystą i grubą mysz, aby Tygrysi Język mógł być z niego dumny. Niczego nieświadome zwierzątko jadło sobie prawdopodobnie jakieś nasionko znalezione na ziemi. Kocur wysunął pazury i zbliżył się do ofiary. Następnie złapał mysz w łapy, zagryzł ją i zakopał pod ziemię, aby w późniejszym czasie po nią wrócić.

***

Złamana Łapa miał już niezłą kolekcję zdobyczy, a mianowicie dwie tłuste myszy i ptaka. Nie zajęło mu to dużo czasu, bo właściwie to było południe, a on z azylu wraz z mentorem wyszedł z samego ranka. Mimo wszystko był trochę zły na Tygrysi Język, że ten go okłamał o tym, że dochodzi południe, gdy prawda była taka, że ten obudził go o wschodzie słońca. Właściwie to nic nie mógł z tym zrobić. Wziął swoje zdobycze i wraz z nimi wrócił do obozowiska. Przy wejściu do obozowiska czekał na niego Tygrysi Język, trochę znudzony czekaniem na czarnofutrego. Złamana Łapa położył ptaka i myszy ostrożnie na ziemię przed wojownikiem, na co ten się ucieszył i dotknął go w czoło nosem.
— Dobrze sobie poradziłeś — mruknął Tygrysi Język, na co Złamana Łapa się uśmiechnął i skinieniem głowy mu podziękował.
Gdy ten już wrócił do obozowiska, to właściwie zaczął się nudzić. Poza obozowiskiem miał co robić, miał zajęcie, które sprawiło mu przyjemność! Lubił trenować więc dzisiejszy trening i polowanie oczyściły mu głowę. Kocur, nie do końca wiedząc, co ma ze sobą zrobić, postanowił, że pójdzie się przespać do następnego dnia. Przecież nic takiego by nie działo się w taki ponury dzień jak ten.
Nic bardziej mylnego. Gdy kocur spał, wybudził go jeden z wojowników, prawdopodobnie Agatówkowy Cień, lecz ciemnofutry nie do końca był w stanie rozpoznać pysk wojownika.
— Złamana Łapo, wstawaj. Lśniąca Gwiazda zwołał zgromadzenie — mruknął brązowy kocur, na co czarnofutry powoli wstał i otrzepał swoje futro. Obaj wyszli w tym samym czasie z legowiska uczniów i przyszli pod skałę przemówień. Lśniąca Gwiazda od razu wbił swój wzrok w dymnego ucznia, po czym przemówił:
— Zebraliśmy się tutaj, aby nadać temu uczniowi imię wojownicze. Złamana Łapo, podejdź, proszę — zaczął przywódca, na co oczy Złamanej Łapy wręcz zabłysnęły z radości. Złamana Łapa podszedł bliżej skały tak, jak poprosił przywódca.
— Ja, Lśniąca Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Złamana Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Złamana Łapa nie mógł się powstrzymać od wyprostowania się i wypięcia dumnie piersi.
— Przysięgam! — mruknął pewnym siebie głosem.
— Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Złamana Łapo, od tej pory będziesz znany jako Złamana Wola. Klan Gwiazdy ceni twoją chęć do nauki i mądrość oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Klifu! — Po tych słowach przywódca zeskoczył ze skały przemówień i dotknął pyskiem czoła czarnofutrego, a ten odpowiedział mu dotknięciem w bark. Słyszał w tle, jak klan skandował jego nowe imię. Był szczęśliwy jak nigdy dotąd.
— Zgodnie z tradycją Złamana Wola odbędzie tej nocy czuwanie! Pamiętaj, że do wyruszenia pierwszego porannego patrolu nie możesz wydobyć z siebie ani słowa.
Złamana Łapa skinął łbem, po czym podziękował mu, wykonując ukłon.

***

Nadszedł już ranek, a pierwszy patrol właśnie wyruszył. To oznaczało, że Złamana Wola mógł już wypowiedzieć pierwsze słowa jako wojownik i iść do legowiska się przespać. Był strasznie szczęśliwy z tego, że udało mu się w końcu zostać wojownikiem. Gdy zaczął już się kierować do legowiska wojowników, jego drogę zagrodziła Morświnowa Płetwa wraz z jego matką, które zaczęły go podziwiać oraz mówić, jakie to one nie są z niego dumne. Kocur nie zapamiętał dokładnie ich słów, ponieważ od zmęczenia każde słowo przekręcało się w bezsensowny zlepek liter.

[1242 słowa + nawigacja w tunelach]

[25% + 5%]

Od Mistral CD. Modrogończyka

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜
Przeszłość, poprzednia
Pora Nagich Drzew
❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Przez ostatnie księżyce Owocowy Las zdawał się odżywać, pojawiły się decyzje, które na pewno zmienią to, jak młodsze pokolenie spogląda na wspólnotę, do której należy. Do tego oficjalne przyjęcie Wróżki w szeregi, jako uczennicę wojowniczki, Szafran. Śnienie otrzymał pod swe skrzydła Serduszko, jedną ze znajdek Drobinki. Czereśnia powoli wprowadzał pomysł nocnych patroli, by każdy mógł czuć się częścią ich społeczności. Nawet jeśli kocur okres swojej świetności dawno miał już za sobą — mimo wszystko wciąż piastował stanowisko lidera, oddając kres swego życia pracy nad zmianami w Owocowym Lesie
Niebieskie spojrzenie co jakiś czas obserwowało życiu innych z półmroku dziupli w topoli. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż jedno ze ślepi kocicy było nieco zaczerwienione, a powieka spuchnięta. Często też można było zauważyć, jak oko jest przymrużone, co skutecznie maskowało zmiany na gałce w postaci zmatowienia, zmętnienia. Nieleczona infekcja postępowała. A mimo to biała zwlekała z własnym leczeniem — przecież były sprawy ważne i ważniejsze. Dopóki choroba wraz z rozwojem nie zagrażała innym, skupiała się na swych dotychczasowych obowiązkach. Nawet jeśli przychodziło jej to z trudem. Jedna z niedawnych rozmów z dawnym mentorem mocno się na niej odbiła. Jako zielarz miała obowiązek dbać o dobrostan psychiczny Owocniaków, jednakże przypadek emerytowanego uzdrowiciela był istnym wyzwaniem. Wyzwaniem któremu nie podołała. Już nawet nie pamiętała dokładnego przebiegu ich ostatniej konwersja, lecz wszystko to, co wtedy czuła nadal w niej żyło, sprawiając wrażenie, jakby milczenie pomiędzy ich dwójką nie utrzymywało się przez ostatnie księżyce.
Ciężkie, zmęczone westchnienie opuściło jej pysk. Puszysty ogon z wetkniętą i już dawno martwą lawendą od Purchawki, sunął po ściółce w dziupli. Tuż przed białymi łapami znajdowała się granica z równie jasnym śniegiem. Pora nagich drzew była bezlitosna. Większość ziół nie przetrwało, a składzik niemal świecił pustkami — kolejny powód, by bagatelizować swój stan zdrowia i prokrastynować własne leczenie na późniejszy okres. Oczywiście, już nie raz słyszała, by czym prędzej z resztek glistnika zrobiła dla siebie okład na zainfekowane oko. Zamiast tego ignorowała te uwagi, uważając, że zdrowie innych jest ważniejsze — nawet jeśli oślepienie połowicznie w wyniku choroby, to nie będzie to dużą stratą. W końcu i tak nie posiadała żadnych wojowniczych umiejętności, które pomogłyby jej poza obozem lub też zostałyby jej ograniczone, odebrane przez ślepotę.
— Mistral… Mistral! — Z każdym uderzeniem serca wołanie tuż za nią rozbrzmiewało coraz głośniej. Obracając nieco głowę, zerknęła na Gołąbka okiem, które nie zostało dotknięte infekcją. Na pysku burego było widać wyraźne zmartwienie, zapewne stanem zielarki, choć dla niej nie miało to znaczenia. — Masz może chwilę? — Skinienie głową było jedynym potwierdzeniem. Młodszy zdając sobie sprawę, że raczej nie otrzyma słownej odpowiedzi, zniknął w składziku, aby po chwili wrócić. W jego pysku zwisała długa roślina z kwiatostanem w barwie żółtej oraz czterema płatkami. Widać było, że glistnik swoją świeżość ma już dawno za sobą, co wcale go nie skreślało jako zioło do wykorzystania.
Na ten widok biała nieco zmrużyła ślepia, a raczej jedno ślepie, gdyż drugie pozostawało zamknięte.
— Po co to tu niesiesz? — spytała ze słyszalną chrypką w głosie. Kiedy tylko mogła, to unikała głębszych i dłuższych interakcji, szczególnie kiedy to nie dotyczyły jej obowiązków.
— Nie możesz zaniedbywać swoje zdrowie, przecież-
— Przecież są bardziej potrzebujący — mruknęła, przerywając uzdrowicielowi. Widząc, jak ten chce nadal dywagować na ten temat, trzepnęła ogonem, by następnie podnieść się z dotychczasowego miejsca: — Nie przekonasz mnie, postanowiłam jedno i zdania nie zmienię — dodała, zadzierając nieco głowę. Po tym wyminęła kocura, mając zamiar zniknąć w składziku. Kiedy tylko pora nagich drzew minie będzie musiała wyruszyć z jakimś wojownikiem, by zebrać zioła, których praktycznie nie było.
Teoretycznie dzięki sojuszowi z Klanem Burzy mogłaby spytać Czereśnię czy byłaby szansa na wsparcie z ich strony w temacie medykamentów. Niemal od razu zrezygnowała z tego pomysłu — Burzaki mieli własne zmartwienia i chorych, a ich zapasy nie były bez dna. Dlatego jedynym realnym wyjściem było racjonalne rozporządzanie tym, co im zostało. Przesunęła wzrokiem po marnie wyglądających stosach okrojonej ilości ziół, które można było ujrzeć w czasie innych sezonów.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜
Obecnie, początek
Pory Nowych Liści
❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Ślepota. Było to coś, czego nie każdy mógłby doświadczyć, szczególnie w młodym wieku. Ograniczone pole widzenia zapewne załamałoby większość wojowników czy zwiadowców — u nich sprawny wzrok był potrzebny, wręcz podstawowym wymogiem, gdyż bez niego byli znacznie bardziej narażeni na niebezpieczeństwo. Natomiast dla uzdrowiciela, bądź zielarza nie była to wielka strata, o ile nie posiadali wojowniczego szkolenia, niczym Purchawka czy Modrogończyk. Białofutra nie zaliczała się do ich grona, dlatego też fakt częściowej utraty wzrok nie wpłynął jakoś bardzo na jej dotychczasowe życie. Odkąd została oficjalnym zielarzem, zawsze wybierała jakiegoś Owocniaka, który mógłby z nią opuścić obóz, zapewniając ochronę przed wszelakimi zagrożeniami, a przy okazji wykorzystywała owego osobnika do pomocy z niesieniem ziół w drodze powrotnej.
Dotychczas błękitne, niemal morskie spojrzenie obecnie częściowo zmatowiało. Lewe ślepie w wyniku nie wyleczonej infekcji straciło dawną barwę, co było jednoznaczne z utratą wizji — może nie całkowicie, gdyż kotka była w stanie nadal rozróżniać porę roku, bądź otoczenie. Może nie w takim stopniu, jak dawniej, jednakże teraz stanowiła łatwy kąsek dla innych drapieżników, które również zamieszkiwały tereny Owocowego Lasu.
Jasna smuga o długich łapach sprawnie lawirowała pomiędzy sylwetkami innych kotów. Dawniej kotka nie musiałaby szukać kogoś do pomocy — zapytałaby jakiegoś Owocniaka, gdzie znajdzie Orchideę i tyle. Teraz jednak starsza wojowniczka zakończyła swoją karierę i obecnie przebywała w legowisku starszyzny wraz z Pieczarką, swoją partnerką oraz dawną liderką Owocowego Lasu. Z tegoż też powodu zielarka musiała upatrzyć sobie nowego kota, którego mogłaby ciągać ze sobą obóz.
“Łatwiej, by było, gdybym nie musiała non stop zastanawiać się, czy dawny wojownik lub zwiadowca nie jest zajęty czymkolwiek innym” — pomyślała, napotykając na swej drodze Purchawkę.
Wzrok dymnej szamanki był przepełniony współczuciem, żalem i litością. Na pysku młódki mimowolnie pojawił się grymas niezadowolenia — nie potrzebowała litości ani współczucia, w końcu ślepota nie oznaczała końca świata, szczególnie, kiedy obejmuje jedno oko. Mistral nie była w stanie długo utrzymać kontaktu wzrokowego z dawną mentorką. W takich chwilach czuła, jakby zawiodła. Nie siebie, a swoją nauczycielkę, która zapewne pokładała w niej duże nadzieje, szczególnie jako kolejna szamanka Owocowego Lasu. Wszystko jednak zmieniło szkolenie Modrogończyka oraz późniejsze ogłoszenie, iż czekoladowy zostanie jej pomocnikiem. Zielarka wtedy też odetchnęła z ulgą, gdyż nigdy nie wiązała swojej przyszłości z tym stanowiskiem.
— Słoneczko — zaczęła, lecz niebieskooka niemal od razu jej przerwała.
— Proszę, nic nie mów. Już wystarczająco da się odczytać z twojego spojrzenia — odparła, spoglądając na swoje łapy, które były już nieco ubłocone.
Dopiero dłuższa cisza ze strony żółtookiej przykuł uwagę białej. Niepewnie uniosła spojrzenie, by zastać starszą w dość kiepskim stanie. Pomimo stania w pionie, młodsza mogła zauważyć u Purchawki dreszcze, która coraz bardziej przejmowały jej ciało. Do tego dochodził nieco nieobecny wzrok, z trudem utrzymujący się na skraju świadomości. Jasna zignorowała rozpoczętą rozmowę, wykonując krok w stronę osłabionej szamanki, mając zamiar przyłożyć wierzchnią stronę łapy do jej czoła.
— Co ty–
— Chce zobaczyć, czy masz gorączkę — wyjaśniła, delikatnie kładąc nieco ubłoconą łapę na czole szamanki. Była rozpalona. Pysk białej wykrzywił się w grymasie, gdy tylko ujrzała, iż zostawiła na dymnej sierści swojej dawnej mentorki trochę błota. To jednakże nie było aż tak ważne i przejmujące. Stanęła u jej boku, by następnie lekkim popchnięciem swym ciałem na ciało rozmówczyni, skierowała ją w stronę dziupli. Ciemna, widząc, iż nie wygra ze swą upartą uczennicą, dała się poprowadzić do wnętrza drzewa, a następnie bez protestów zajęła jedno z posłań dla chorych.
Niebieskooka może i miała tendencję do ignorowania własnego zdrowia, lecz nigdy nie mogła pozwolić, by inni również postępowali w podobny sposób. Mając pewność, iż żółtooka pozostanie na zajętym miejscu, skierowała swoje kroki do składzika w głębi legowiska. Po cichu liczyła na jakiekolwiek zioło, mogące zbić gorączkę. Potrzebowała jedynie liści ogórecznika, wrotycz maruna lub lawendę. Nie miała zamiaru wybrzydzać w tej kwestii, szczególnie iż pozostanie dłużej w obecnym stanie przez szamankę, mogło być znacznie bardziej niebezpieczne niż dla innych kotów. Głównie ze względu na wiek — Purchawka niestety nie młodnieje, podobnie jak sama Mistral.
W miejscu, gdzie przez większość sezonów spoczywały liście ogórecznika, znajdowała się teraz ich wręcz resztka. Dosłownie parę sztuk na krzyż, sprawiając wrażenie, jakby tylko czekał, aż również i one zostaną użyte. Wyglądały na zdatne do wykorzystania, dlatego też bez zbędnego wahania, biała pochyliła się nad nimi, a następnie pochwyciła delikatnie. Z nimi w pysku powróciła do mentorki, by ziele upuścić przy jej głowie. Żółte ślepia nieco nieobecnie spojrzały na przyniesiony medykament, starając się go zidentyfikować.
Zielarka już miała przemówić, kiedy to do dziupli przybył Gołąbek. Nie obchodziło ją, gdzie kocur się podziewał wraz z Modrogończykiem, miała własne obowiązki, do których nie zaliczało się leczenie innych kotów w takich ilościach oraz pod względem fizycznym. Ona miała dbać o psychikę innych, nawet jeśli jej własna nie była w najlepszej kondycji i raczej również potrzebowała leczenie.
— Przypilnuj, by wszystko zjadła. Muszę zebrać jakiekolwiek zioła — oznajmiła, nawet nie spoglądając w stronę burego.
— Ogórecznik? Przecież tym nie wyleczysz kawałka śmieci Dwunożnych w jej łapie — zauważył młodszy.
— Ma gorączkę.
— Ale i coś wbitego w łapę. — Zielonooki nie dawał za wygraną, dlatego też podeszła do niego, by mieć punkt odniesienia. Może wcześniej nie zauważyła, gdyż źle patrzyła na dymną. — Mamy coś przeciw infekcji, by jej podać?
— Suche liście dębu, reszty jest tak niewiele, że ledwo na ucznia, by starczyło — przyznała, spoglądając za siebie. Musiała czym prędzej opuścić obóz z jakimś wojownikiem lub zwiadowcą.
— Idź.
— Słucham? — spytała zdziwiona.
— Widzę, jak spoglądasz na obóz. Zapewne w myślach już wybierasz Owocniaka do pomocy z ziołami, prawda?
— Zbyt dobrze mnie znasz mój uczniu.
— Hej! Już nie uczniu, tylko pełnoprawny uzdrowicielu. Mniejsza. — Machnął na to łapą. — Wykorzystaj porę nowych liści, póki jest, a przymrozki powoli odpuszczają.
Skinęła głową i pozostawiając Gołąbka z Purchawką, zaczęła ponownie przedzierać się między kotami na polanie. Szukała czekoladowej szylkretki z białą łatką na klatce piersiowej. Na szczęście sprawnie odnalazła Całunkę i nie musiała się przejmować tym, iż kotka mogła być właśnie na patrolu, a zielarka musi wybrać innego wojownika do pomocy. Kiedy tylko żółte ślepia ujrzały zbliżającą się białofutrą, na pysku starszej zagościł przyjacielski uśmiech, wręcz zachęcający do tego, by poprosić kotkę o prośbę, przysługę, czy jakąkolwiek inną formę pomocy z jej strony.
— Witaj Mistral — przywitała się na wstępie pręgowana. — Mogę Ci w czymś pomóc?
— Czytasz w myślach, Całunko. Tak, potrzebuje wojownika, który pójdzie ze mną pozbierać zioła. Może już coś zaczęło kwitnąć, pomimo srogiej pory nagich drzew oraz nadal nieprzyjemnej pogodzie.
— Chętnie Ci pomogę w takim razie!

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Zaraz po opuszczeniu obozu w pierwszej kolejności skierowały się wzdłuż rzeki przecinającej tereny Owocowego Lasu. W kierunku Konającego Buku na pewno rosło parę wierzb, które powinny powoli puszczać liście. Te zbierane były, a następnie stosowane jako zioło przeciwwymiotne. Gdy tylko niebieskooka ujrzała ów drzew, przyspieszyła nieco kroku, a wraz z nią Całunka. Wojowniczka już po chwili niosła w pysku tyle, ile udało się Mistral zebrać ze zwisających pędów. Czekoladowa nie narzekała na ilość liści, które musiała nieść w czasie dalszej podróży w stronę Drogi Grzmotu.
— Niestety wrotycz tylko rośnie na przydrożnym terenie, więc trochę chodzenia nas czeka — wyjaśniła biała, a starsza jedynie skinęła głową. Z wiadomych powodów.
Wrzosowa Polana nie wyglądała na miejsce, gdzie jest pełno kwitnących wrzosów. Teraz jedynie rośliny na swych pędach miały liście, które jakoś przetrwały porę nagich drzew i śmiertelne dla ziół temperatury. Zielarka nawet się nie łudziła, by jakieś pojedyncze okazy już zaczęły rozwijać kwiatostany, gdyż to nie był jeszcze czas na nie. Dopiero za jakiś księżyc będzie mogła tu przyjść i zacząć zbierać fioletowe lub różowe kwiaty, by ich nektar później dodać ziół dla tych, co nie byli w stanie przełknąć medykamentów o gorzkim posmaku.
Parę długości od czarnej, jak heban drogi dopiero wyczuła ostry zapach wrotyczu. Zaczęła nim podążać, aż nie ujrzała tego, czego szukała. Dała znak ogonem, by Całunka podeszła bliżej. Wojowniczka wzięła znaczną część owego zioła, pomimo protestów niebieskookiej, że nie musi tyle brać, w końcu ona sama może nieco ponieść. Czekoladowa jedynie pokręciła głową, zaczynając odchodzić. Mistral westchnęła, zdając sobie sprawę, iż przegrała tę walkę.
W drodze powrotnej udało im się natrafić na ogórecznik. Od razu został zebrany, lecz tym razem jedynie przez zielarkę, która w międzyczasie ogonem odganiała wojowniczkę, która chciała wziąć kolejną ilość ziół. Pręgowana z cichym śmiechem pozwoliła młodszej na to oraz osobiste zaniesienie liści do obozu.
Docierając do obozu, krok wpół ślepej przyspieszył, by jak najszybciej powrócić do dziupli i nie zwlekać z leczeniem kolejnych chorych. Choć do końca dnia już nikt nie przyszedł, skarżąc się na jakiekolwiek dolegliwości.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜
Około księżyc później
❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Widmo dawnej pory nagich drzew na dobre przeminęło, dzięki czemu białofutra mogła spokojnie zbierać kolejne zioła, pozwalając, by wszelkie obawy o rozwinięcie się chorób u Owocniaków, minęły. Mimo wszystko nadal nie rozmawiała z liliowym starszym, mając wrażenie, że kolejna ich konwersacja może się skończyć gorzej niż ta ostatnia. Ta miała miejsce już jakiś czas temu, jednak młódka nadal unikała przychodzenia do starszyzny, jeśli nie wymagała tego sytuacja.
— Potrzebuje wierzby, glistnika, wrotyczu i ogórecznika. — Za jej plecami w wejściu do wnęki, gdzie trzymali zioła, stał czekoladowy syn szamanki. Starsza jedynie trzepnęła końcówką ogona, dając znać, że przyjęła do wiadomości. Kocur jeszcze chwilę stał w dotychczasowym miejscu, lecz finalnie zniknął, zapewne powracając do chorych. Ta za to jedynie ciężko westchnęła z bólem, biorąc wymienione zioła, patrząc, jak ledwo zgromadzone zapasy już się uszczuplają.
Z medyczną roślinnością w pysk opuściła swój ukochany kącik, by podejść do Gołąbka i przekazać, to co niosła dla chorych. Bury skinął głową z wdzięcznością, a następnie liście wierzby oraz ogórecznika oddał Modrogończykowi. Dawniej szkolący się na szamana kolejno podszedł do Gronostaja i Puchacza, by podać im w odpowiedni sposób zioła. Zielonooki uzdrowiciel za to skierował się do Kurki z wrotyczem, a następnie do młodziutkiej Kraski, u której boku siedział Purpura. Zapewne to wojownik przyniósł swoją latorośl, kiedy tylko zauważył u niej oznaki infekcji oka.
Biała nie chcąc tego widzieć, wróciła do składziku. Miała wrażenie, że srebrny kocur przyniósł tak szybko swoją córkę z obawy, by ta za parę księżyców nie skończyła niczym zielarka. Długo jednak nie pozostała sama, gdyż w wejściu na nowo pojawił się Modrogończyk, na co pół ślepa posłała mu pytające spojrzenie.

<Gońcu?>

Wyleczeni: Gronostaj, Kraska, Kurka, Puchacz, Purchawka

Od Złamanej Łapy

Złamana Łapa siedział na polance i czyścił swoje futro. Za jego plecami pojawił się liliowy kocur, który kompletnie wybił go z rytmu, przez co czarny podskoczył przez nagłe przerwanie jego mycia futra.
— Ach… Wybacz, że cię wystraszyłem. Co tam? Dawno nie rozmawialiśmy odkąd, no… wiesz, wtedy z Tańcującą Słonką — mruknął, odrywając wzrok od starszego kolegi.
Złamana Łapa ciężko westchnął, gdy przyjaciel przypomniał mu o jego ostatnim odpale.
— Tak… wybacz za to, nie wiem, o co mi chodziło — odpowiedział mu, trochę zawstydzony całą sytuacją. Teraz wiedział, że może być bardziej spokojnym. Przynajmniej tak myślał, bo oczywiście nie wiedział, że Słonka go okłamała z tym, kto tak naprawdę jej się podoba.
Kocur ponownie westchnął, po czym zaczął:
— Hm… Właśnie, co sądzisz o śmierci Przepiórczej Wichury? Znałeś ją? Myślisz, że co spowodowało jej śmierć? — zapytał dosyć zaciekawiony. Ostatnie wydarzenia w Klanie Klifu były dziwne i ciężkie do wytłumaczenia.
— Uważam, że to przez jej nieuwagę spadła z klifu. Samobójstwo raczej w tym wypadku jest wykluczone. Była zbyt entuzjastyczna, aby dokonać czegoś takiego. Przynajmniej tak mi się wydaje z wszystkich historii, które krążą po klanie — odparł Cicha Łapa, na co Złamana Łapa skinął łbem i zamilkł w chwilowym rozmyślaniu. — Ja jedynie znałem ją przez to, że kiedyś wraz z Tańcującą Słonką byliśmy z nią na patrolu. Nic konkretnego w sumie, ale wydawała się bardzo radosna i zadowolona z życia — dodał Cicha Łapa.
Złamana Łapa tylko skinął łbem.
— Dziwne… Możemy po prostu założyć, że spadła z klifu, nie wiem… bo osunęła się jej łapa? Wszystko jest możliwe — odpowiedział mu Złamana Łapa.
— Ja już będę iść, bo obiecałem Jajecznej Skorupce, że pomogę jej z polowaniem. Do zobaczenia, Złamana Łapo! — mruknął z szerokim uśmiechem na pysku liliowy kocur. Na pożegnanie Złamana Łapa polizał go po czole. Po tym jednak z pyska młodszego było można odczytać zakłopotanie. Złamana Łapa sam poczuł się zakłopotany reakcją przyjaciela. Postanowił jednak to zignorować.
— Pa! Będę czekać w legowisku! — Złamana Łapa mu odpowiedział i poszedł w stronę nory uczniów.

[325 słów]

[7%]

Od Drobnego Ukojenia CD. Białego Strumienia

Dwójka kotów, jeden o białym futrze, a drugi o częściowo niebieskim, siedzieli wtuleni w siebie pod światłem sierpa księżyca. Obydwoje w końcu mogli odetchnąć po tym, jak wszystko się między nimi wyjaśniło. W końcu nie było potrzeby zamartwiać się tym, co myślał ich… co? Właśnie? Niby byli przyjaciółmi, niby nie rozmawiali nigdy o niczym więcej, jednak czy nie było podstaw, żeby myśleć o czymś innym? Drobne Ukojenie trwała tak, z pyszczkiem wtulonym w sierść Białego Strumienia. Znali się już tyle księżyców, zwierzali się sobie z wielu zmartwień, znajdowali w sobie oparcie. Nawet jeśli mieli swoje potknięcia, to zawsze udawało im się to naprawić. Choć musiała przyznać, że w ich relacji ostatnio było więcej pesymistycznych emocji niż pozytywnych, to jednak… wiele z tych spraw było spowodowanych wydarzeniami w klanach, na które nie mieli zbytnio wpływu.
Jej rozmyślania przerwało pytanie ze strony kocura, jego głos rozwiał ciszę panującą wokół nich.
— Masz ochotę się przejść?
— Pewnie — szepnęła w odpowiedzi, choć dalej nie odsunęła się od Burzaka.
Odstąpili od siebie dopiero po dłuższej chwili, powoli, jakby nie chcieli, aby ta delikatna chwila im uciekła. Podnieśli się i otoczeni dźwiękami lasu poszli wzdłuż granicy, wszechobecną noc rozświetlało jedynie blade światło.
— Piękny dzisiaj księżyc, prawda? — kotka mruknęła cicho w stronę kocura.

Następnego dnia

Po ostatnim spotkaniu z Białym Strumieniem kotce widocznie ulżyło. Przez ostatnie dni poprawiło się znacznie jej samopoczucie i ogólne zachowanie w obozie. Była pogodniejsza, a uszy przestały wisieć smętnie po bokach jej głowy, co było sporym kontrastem do dotychczasowej markotności. Jej przyjaciółka, Psotny Nietoperz próbowała wypytać, co się działo przez ostatnie kilka dni, ale Drobne Ukojenie udzielała jedynie bardzo wymijające odpowiedzi, pomimo tego, że ufała kotce… bała się konsekwencji swojej znajomości z białym Burzakiem. Nawet jeśli nie było to nic… zdefiniowanego, a sama Drobna nie była pewna swoich uczuć, to mimo wszystko, czuła, że nie było to, coś, czym powinna się dzielić z nikim, a przynajmniej dopóki nie będzie pewna, czym ta relacja właściwie jest i wtedy dopiero, będzie można się zastanowić nad ewentualnym podzieleniem się z innymi. Jak się oczywiście upewni, że nie napyta sobie tym biedy.
Drobne Ukojenie wyszła ze swojego legowiska, skacząc po półkach w dół, dzień był spokojny, nic naglącego się nie działo, więc też kotka nie musiała się zbytnio nigdzie spieszyć. Zajrzała do medyków i starszyzny, tym drugim pomagając wymienić stary mech bez większego zastanowienia. Potem krzątała się po obozie, próbując włożyć w cokolwiek łapy, a gdy to nie zaspokoiło jej energii, postanowiła wyjść na spacer, przy okazji mówiąc sobie, że poszuka ziół.
Słońce przyjemnie grzało plecy kotki, kiedy szła dobrze znaną sobie ścieżką. Przez te wszystkie księżyce zdążyła poznać tereny Klanu Klifu jak własne legowisko. W połowie jej wycieczki rozkojarzyła się, jej myśli mimowolnie podryfowały w stronę spotkania, które miało miejsce ostatniej nocy. Miała wrażenie, że… był to znaczący krok do przodu w ich znajomości, choć ta cała sytuacja była po prostu jednym wielkim nieporozumieniem, to jednak wzbudziła wielkie emocje, aż bała się myśleć, co by mogło być, jeśli nie spotkaliby się wtedy na granicy. Z tego, co mówił Biały Strumień, to był bliski postawienia krzyżyka na ich relacji. Drobne Ukojenie przestraszyło, jak bardzo znajomość mogła się rozchwiać, kiedy upływał czas, a nie było okazji tego naprostować. Życie w osobnych klanach… naprawdę potrafiło skomplikować wiele rzeczy. Niebieska kotka z pewnością nigdy nie chciałaby takiej powtórki, jednak z ich sytuacją, to tak właściwie nie wiadomo czy coś podobnego nie stanie się ponownie. Prawda, mogli umawiać się na spotkania, ale przecież zawsze mogło się coś stać tak jak jej, podczas tej feralnej nocy z mewą… Czy warto było tyle stresów, aby utrzymać jedną relację? Zdecydowanie, Drobne Ukojenie była pewna, że Biały Strumień był wart każdego wysiłku. Tylko… chciała, żeby nie było to takie skomplikowane, chciała go częściej widywać niż kilka razy na księżyc…

Noc zgromadzenia 24.10

Księżyc jeszcze się nie pojawił, a wybrane koty powoli zbierały się do wyjścia, aby dotrzeć na miejsce zgromadzenia wszystkich klanów na czas. Drobne Ukojenie miała nadzieję, że wśród kotów z Klanu Burzy znajdzie się pewien czerwonooki kocur, miała mu tyle pytań do zadania. Musiała też pochwalić się faktem, że udało jej się wyszkolić uczennicę, co zdecydowanie było dla kotki wielkim sukcesem, bo miała związane z tym ogromne obawy. Lśniąca Gwiazda przerwał jej myśli, dając sygnał do wymarszu, a koty z Klanu Klifu ruszyły w noc.

<Biały? :3>

Od Kaczorka CD. Pszczelego Lilaku

Dzień szybko przybrał inny bieg niż w oczekiwaniach Kaczorka. Jego komentarz na temat chmurko-podobnego wyglądu został prędko zmieniony na rzecz odprowadzenia go do żłobka, co wydało mu się naturalne. Natomiast potem nie wiedział, czy narzekać, czy też nie… niemniej spotkana wybrała opcję dotrzymania mu towarzystwa, pewnie dlatego, że jego najbliżsi ucinali sobie drzemkę. On zdecydował się nie pokazywać swoich mieszanych uczuć co do tego ani częściowego rozczarowania tak siedząc i słuchając. W końcu lubił słuchać! Nawet bardzo! Tylko że słysząc opowiastkę o innych klanach, wpadała ona do jego umysłu jednym uchem, a drugim - wypadała. Nie do końca rozumiał, dlaczego tak miał, ale naturalnym dla niego był taki stan rzeczy. Tak więc uważnie kiwał głową, aby oddać swoje zainteresowanie, pomimo częściowego kłamstwa, jakie to ilustrowało. Może robił to też troszeczkę częściej i szybciej, niż powinien? Nie potrafił stwierdzić. Dlatego kontynuował.Było tyle różnych przynależności, iż po skończeniu wymieniania nazw grup i nieznanego pojęcia “samotników”, musiał spytać: “Czy to już wszystko?”. W jego głowie brzmiało szczere zaaferowanie, gdyż zaczynał czuć zawroty głowy od natłoku faktów. Na cały wodospad! Jak on odnajdzie się w tym, kiedy będzie starszy i zmuszony edukować innych w roli Pszczelego Lilaku, a nie zwykłego słuchającego? Czy taka umiejętność przychodziła wraz z dorastaniem?
Stwierdzenie o jego pochodzeniu pozostawiło go w jeszcze większym zakłopotaniu. Zatrzymał się z głową zwieszoną w przechyleniu. Reszta świata ucichła, nawet cisnące się na język pytania dotyczące podziału zgromadzeń. Co oznaczało “pochodzić z zewnątrz”? On nie czuł się “z zewnątrz”. W sumie nie rozumiał już tylu rzeczy, aż nie zdziwił się za mocno kolejnym pojęciem, którego nie mógł pojąć. No, ale miał jakieś złe przeczucie co do tego stwierdzenia. Dotyczyło go, a nie ogółu… cóż to za śmieszna rzecz, tak się wahać. Naraz też uwłaczająca. Nie odważył się zapytać, więc pozostał z pytaniem lśniącym w oczach oraz kolejnym, uprzejmym gestem zgody nieadekwatnym do poziomu zrozumienia. Chyba nie dosłyszał czegoś, co powiedziała wojowniczka i zbyt usilnie wpatrywał się w przestrzeń, gdyż ogon znalazł się mysi wąs od jego mordki.
— Haloo? Słyszysz mnie jeszcze, Kaczorku? Wciąż tu jestem — zwracała się do niego kotka równocześnie z machnięciem ogona przed nim. Kocurek drgnął w miejscu, starając się zebrać myśli chodzące mu po głowie i wrócić do rzeczywistości. Ponieważ okazało się to trudnym zadaniem, zanim udało mu się to zrobić, postanowił coś z siebie wykrztusić.
— Oj… przepraszam bardzo. Czy możesz powtórzyć? — wypowiedziawszy się, złapał kontakt wzrokowy z liliową. Starał się w ten sposób okazać swój szacunek, co tamta chyba zaaprobowała, bodajże z pogodnym wyrazem pyska, poczęła powtarzanie. Kociak jeszcze był myślami kawałek dalej, niemniej postarał się skupić mocniej.
— Mówiłam, że nie wydaje mi się, aby Lśniąca Gwiazda był materiałem na ojca — padło gładko. Szczerze mówiąc, rudawy, chociaż usłyszał tym razem zdanie, nie zrozumiał go równie bardzo co za pierwszym razem! Ich przywódca będący rodzicem? Chyba czegoś nie łapał. A raczej na pewno coś umknęło jego uwadze…
Maluch nie pokazał na pyszczku braku zrozumienia, jednak prawdopodobnie został wyczuty przez rozmówczynię. — No wiesz… plotki są różne… on jako ojciec… Truskawkowe Pole jako matka… — wyraźnie starała się zbadać grunt, po którym stąpała. Reakcja pręgusa była wyjątkowo skąpa; nie otrzymała żadnych wiadomości, które otrzymać chciała. To skłoniło ją do paplaniny. W końcu młodszy i tak nie miał zamiaru stawiać własnych opinii, dlaczego też nie pokazać mu swojej? — Rozniosły się słuchy, dokładnie to Agatówkowy Cień coś tam zaczął, a wyszło, jak wyszło! Teraz każdy twierdzi co innego. Wiesz, to nasz przywódca zadomowił was tutaj i oddał pod opiekę Morświnowej Płetwy. Ona nie chodziła ciężarna!
Od tych wszystkich imion można było dostać zawrotów głowy. Kaczorek zobaczył świat wirujący w niewyraźnych plamach kolorów. Nie słyszał niczego podobnego! Zawsze sądził, że to karmicielka była jego prawdziwą mamą, pomimo braku bliskości teoretycznego ojca, jakim był Drzemiące Słońce - partnera zajmującego się nimi. Teraz jego świat wywrócił się do góry łapami! Taki kot jako jego tata… mamą nieznana mu jeszcze członkini klanu… Morświnowa Płetwa, którą darzył ogromnym uczuciem, zupełnie obca… ależ się porobiło. Mrugał wtórnie, gdy to do niego docierało. Zanim potrafił się powstrzymać, wymsknęło mu się spomiędzy zębów: — Zostałem po prostu przyniesiony z niewiadomych ziemi i nikt nie wie, kto naprawdę jest moim rodzicem?
W Pszczeli Lilak uderzyło coś na rodzaj zmartwienia. Pojmowała już, że wyśpiewała dużo. Może trochę za dużo dla dobra Kaczorka. A teraz nie mogła się już wycofać. — Sam wiesz najlepiej, jaką wspaniałą opiekunką jest Morświnowa Płetwa! Kocha was, nie ma innej opcji. Koty od zawsze lubią gadać. Wszystko najlepiej wie sam kocur oraz możliwa oblubienica razem z synami — za późno zrozumiała, że znów paplała o nieco zbyt dużym obrazku względem wymagań sytuacji. Po tym to już bez dwóch zdań kociak nie odpuści całej opowieści. Nie dość, iż był ciekawy, to dotykała go ogromna potrzeba zrozumienia tego możliwego, zagmatwanego przez słowa pobratymców, połączenia między jego małą rodziną a wysoko postawionym.

<Rozwiniesz to, Pszczeli Lilaku?>