BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

01 października 2026

Od Kawczej Łapy do Roztargnionego Koperku

Kawcza Łapa szturchnął łapą kremowego ucznia.
— Nie śpię. Co chcesz? — zapytał Tęcza, liżąc się po łapie.
— Wyglądasz coraz gorzej stary — mruknął Nicość.
Nie wiedzieć, dlaczego w jakiś sposób zaprzyjaźnił się z niebieskookim kocurem. Mieli bardzo różne charaktery, inne preferencje, style życia, wiarę i nadzieję na przyszłość, a mimo to jakimś cudem się dogadywali. Wspólnie tworzyli trochę przerażający i nienaturalny, lecz bardzo zgrany duet. Energia Tęczowej Łapy i psotliwość Kawczej Łapy kończyła się problemami, z którymi zawsze jakoś zdołali wykaraskać się ze sprytem. Tego dnia czmychnęli z obozu, kierując się w stronę terenów za Opuszczonym Obozowiskiem. Kawka słyszał niegdyś od Księżyca, że była tam wycinka lasu. Oprócz tego zmarła tam też jakaś Barczatka, czy ktoś taki. Nicość mógł się mylić odnośnie do tego imienia, ale nie zastanawiał się nad tym ani wtedy, ani teraz. Uczniowie przepłynęli rzekę, trafiając na odcięty kawałek terenów klanu. Chcieli iść dalej, jednak do nozdrza obojga dotarł okropny zapach rudo Futrego stworzenia. Nicość zjeżył futro.
— Musimy uciekać. JUŻ. Przepłyniemy rzekę — miauknął Kawka, powoli, idąc w stronę. — Nie przepłynie rzeki! Na pewno! — dodał, płynąć w stronę brzegu, na którym jeszcze chwilę wcześniej byli.
Intuicja zawiodła zielonookiego.
— Chyba jednak tu płynie — miauknął Tęczowa Łapa, ledwo trzymając się na łapach.
Zaczęli biec, ile sił w łapach, w końcu, trafiając do Potwornej Przełęczy. Skryli się za jednym z kamieni, oddychając ciężko. Chwilę po tym Nicość usłyszał jak coś, a może raczej ktoś upada na ziemię z cichym hukiem.
— Tęczowa Łapo? Żyjesz? — zapytał Kawka, szturchając go łapą. — Nie będę cię ciągać przez całe tereny, nie powinniśmy nawet wychodzić! No daleeejj!!! — miauknął.
Zaczął się zastanawiać, czy kocur w ogóle żyje. Zaraz, jednak mógł usłyszeć ciche pochrapywanie.
— Nie no ja cię rozszarpię — warknął cicho, gryząc starszego ucznia w ucho.
Tęcza mlasnął i otworzył oczy.
— Do obozu. Już. Nie będę cię nosił nie ma opcji. Idziemy do medyków — mruknął rozzłoszczony.

***

Weszli do legowiska medyka. Cała trójka na szczęście była na swoim miejscu.
— Roztargniony Koperku — zaczął Kawka. — Ten przygłup nie może spać — miauknął zdyszany.

<Roztargniony Koperku?>

[328 słów]

Od Kawczej Łapy do Makowej Iluzji

Wczorajszy patrol z Makową Iluzją, Tęczową Łapą i Nocnym Śpiewakiem musiał podsunąć Rozbitej Księżycowi genialny pomysł, jakim było wysłanie Tęczowej Łapy i jego mentorki na polowanie, aby mogli porównać swoje umiejętności. Czarny kocur miał jednak wrażenie, że Księżyc chciał po prostu popisać się przed rudą kotką, że ma lepszego ucznia. Kawka postanowił, więc nie wtryniać się zbytnio w wizję bielucha i wyszedł grzecznie z całą trójką z obozu, kierując się w stronę Opuszczonego Obozowiska. Mało Rozbity Księżyc wiedział o tym, jak bardzo beznadziejny był w rzeczywistości Nów w polowaniach. Gdy dotarli w końcu na miejsce Makowa Iluzja wydawała się nieco nerwowa. Zauważyli to prawdopodobnie wszyscy, lecz nikt prócz wielce troskliwego Księżyca nie zwrócił na to uwagi. Nicość zastrzygł uchem i wytężył skupienie, chcąc usłyszeć, o czym rozmawiała z jego ojcem i zarazem mentorem.
— Wiesz… bo ja naprawdę nie przepadam za polowaniem. Nienawidzę uśmiercać zwierzyny. A walka… jest jeszcze gorsza — miauknęła kotka.
Kawka przewrócił oczami.
„To po jakiego grzyba zostałaś wojowniczką? Już lepiej by było jej jako samotniczce, o pieszczotach nie wspominając. Żyłaby sobie tam pewnie jak ryba w wodzie” pomyślał czarnulek.
— Polujesz? — zapytał Tęczowa Łapa.
— Oj ucisz się, aktualnie to akurat podsłuchuję — odmiauknął, nerwowo machając łapą w stronę kremusa.
— Jak chcesz — wzruszył ramionami, odchodząc kawałek dalej.
— … i też nienawidzę polować, walczyć. Lubię biegać, ale to wszystko. Bo widzisz niestety jesteśmy do tego zmuszeni. Z pewnością jesteś tego świadoma? Nie boisz się zanurzyć kłów w martwej zwierzynie, aby ją spożyć, ale obawiasz się samego polowania? Zgaduję. Swoją pierwszą zwierzynę byłem w stanie złapać dopiero po kilku księżycach, a Kocimiętkowy Wir za każdym razem patrzyła jak chwilę po tym płaczę. Damy sobie radę — uśmiechnął się Księżyc.
„I to ma być mój mentor? Przecież to mameja jakaś” pomyślał Kawka, mrużąc oczy.
Po chwili wrócił Tęczowa Łapa z myszą i niewielkim wróblem. Nicość zjeżył futro.
Ustawił się, aby zapolować na ryjówkę siedzącą przy okolicznym krzaku, jednak kremowy kocur był pierwszy.
— Za wolno — miauknął wesoło, a Kawczy czuł, jak coś w nim się gotuje.
— Idź mi stąd lepiej, bo za siebie nie ręczę — warknął cicho, odsuwając się kawałek dalej.
Rozpoczął polowanie kawałek dalej. Jakimś cudem udało mu się złapać wiewiórkę. Co prawda niezbyt mięsistą i musiał wbiec za nią na drzewo, bo mu uciekła, ale ostatecznie mu się udało.
— Dobrze się czujesz? Tęczowa Łapa, który wydaje się zaraz zasnąć na stojąco upolował więcej od ciebie — zapytał Księżyc, przechylając główkę.
Nicość nie był w stanie, czy był to bardziej troskliwy, czy szyderczy gest. Nie słysząc odpowiedzi bieluch wysunął się do przodu, aby porozmawiać z Tęczową Łapą.
— Jak to jest, że ty boisz się polować, a twój uczeń jest, w tym tak dobry? — zapytał Makową Iluzję Kawka.

<Makowa Iluzjo?>

[441 słów]

Od Nicości (Kawczej Łapy) do Nocnego Śpiewaka

Kiedyś

Pomimo braku dalszego kontaktu ze Skowronkiem Nicość z łatwością odgadł, który dokładnie kot był jego drugim ojcem. Czarny kocur z idealnie ułożonym futrem z wczepionymi w tak samo idealnych lokalizacjach ozdobach w postaci kwiatów i kolorowych piór. Gdyby małego czarnulka to obchodziło lub gdyby po prostu miał dłuższą sierść może, nawet by mu pozazdrościł wyglądu, w którego najwyraźniej włożył trochę więcej wyobraźni i kreatywności. Biorąc to jednak pod uwagę krótkowłosy mógł tylko przewrócić oczami i ignorować kocura tak jak każdego, innego, spotkanego w żłobku.

Aktualnie

— Niicooość. Kawcza Łapo. Chodź, jesteśmy wyznaczeni na patrol. No dalej, trzeba upolować trochę zwierzyny. Wkrótce nie będzie z czego polować, zbliża się Pora Nagich Drzew. Już wiesz jak często się zdarzają wypadki przez mokrą ściółkę i kamienie — trajkotał Rozbity Księżyc.
Czarny, czując, że nie uwolni się od gadania niebieskookiego półgłówka zdecydował się, że w końcu wstanie ze swojego legowiska i wyruszy na patrol razem z grupą, tak jak bieluch oczekiwał. Przeciągnął się i wyszedł na zewnątrz, mrugając kilkukrotnie oczami, aby przyzwyczaić się do nieco innego światła. Przed jego oczami stanął widok dokładnie takiej ekipy: Makowa Iluzja grzebiąca pazurem w ziemi, Tęczowa Łapa bez przerwy trajkoczący do rudej kotki, choć wyraźnie niewyspany, ale też Nocny Śpiewak, spokojny i nie rzucający się w oczy. Grupy patroli musiały być coraz większe, aby mogły przeczesywać większe obszary w poszukiwaniu pożywienia.
Szli w stronę Opuszczonego Obozowiska.
— Zimno trochę, co nie? Nocny Śpiewaku masz niezłe futro — stwierdził Kawka z uśmiechem, usiłując nie dodawać do niego szczególnie widocznego jadu. — Skąd takie fajne piórka?

<Nocny Śpiewaku?>

[250 słów]

Od Nicości (Kawczej Łapy) do Skowronka (Skowronkowej Łapy)

Dawniej

Nów przede wszystkim słuchał. Wysłuchiwał płaczu matki, cichego kwilenia swojej siostry. Sam nie płakał zbyt wiele. Pełnia mogła płakać zupełnie ot tak, jednak powód rozpaczy matki nie był małemu kocurowi zupełnie znany. W końcu któregoś dnia poczuł, jak płacz, smutek i pustka matki ustaje, zastąpiona przez euforię. Wtedy też w jego życiu pojawił się nowy głos. Słysząc ekscytację Kwadry postanowił otworzyć oczy, aby ujrzeć co ją tak uszczęśliwiło. Wtem przed jego oczami pojawił się czarny kocur z niewielką ilością bieli.
— Spójrz Kwadro. Jaki on chudy… — mruknął kocur, poruszając ogonem. — Jestem Sierp. Twój… ojciec. Teoretycznie, bo lepiej mnie tak nie nazywaj — uśmiechnął się ciepło, jednak było w tym uśmiechu również coś szyderczego. — Matka cię jakoś nazwała? — zapytał, a kocham tylko zamrugał. — Powinnaś je zabić Kwadro, gdy jeszcze nie potrafiły nawet prawie wcale się poruszać. Nic z nich dobrego nie wyrośnie.
Kwadra przełknęła ślinę, przykrywając lekko sobą kocięta.
— Jak mają być silne, skoro nie mogę nawet zapolować, aby zapewnić im pożywienie? W tym tempie… będę musiała je pożegnać. Ty o nie, nie zadbasz — odparła chłodno bicolorka.
— Dlatego powinnaś zabić je wcześniej — odparł kocur, a kotka zjeżyła futro.
— Nigdy — syknęła.

Pierwsze przyjście do żłobka Nicości

Nicość człapał powoli za Księżycem niczym więzień skazany na egzekucję. Szli do żłobka, gdzie miał ponoć spotkać nowych znajomych, którzy według słów Księżyca mieli być chętni do zabawy z nim. Tylko że czarny kocurek nie miał ochoty ani zamiaru się bawić. Mimo, to i tak przywitała go cała banda. Bzyczek, Pyza, Bryzka i Skowronek, dokładnie tak przedstawiła się czwórka kociaków. Z czego dwoje z nich jak dowiedział się Nicość jeszcze do niedawna zamieszkiwało Klan Nocy, z którym ponoć Klan Wilka miał sojusz. Księżyc, widząc, że czarny zostanie w teoretycznie dobrych łapach odszedł do swoich obowiązków.
— Hej, ty! Ten biały to Twój ojciec? Gdzie mama? — zapytał dymny kociak, wielce zainteresowany nowym osobnikiem.
Podszedł do Nicości i zaczął go wąchać, jakby był najciekawszym obiektem w żłobku.
— Niezbyt… — mruknął, a w jego głosie dało się wyczuć obrzydzenie. — Moja matka nie żyje. Ojciec to… kleszcz na tyłku — odparł, siadając na ziemi.
— Aahh… Ja mam tatę. I drugiego tatę. Chodź, pokażę ci! — miauknął nagle, zaczepiając drugiego kociaka łapą.
Nicość postanowił pójść za pomarańczowookim. Przed jego oczami stanęła… szylkretka.
— Przecież to kotk… — zaczął, jednak nie było dane mu skończyć, bo jego towarzysz postanowił nagle pacnąć go w łebek.
— To Pszczeli Rój. Urodził mnie i moją siostrzyczkę. Wkrótce przyjdzie pewnie też Nocny Śpiewak, chciałbym, żebyś go poznał. Skąd jesteś?
— Z daleka. Z szopy. Mieszkałam tam z rodzicami i… siostrą — odmiauknął, a swoją wypowiedź zakończył cichym westchnieniem.
W jego oczach zakręciły się łezki. Wytarł je szybko łapami.
— Siostrą? Gdzie ona jest? — zapytał Skowronek, rozglądając się.
— Umarła… z głodu — odmruknął niewyraźnie Nicość.
— Hej Skowronku, daj trochę odpocząć nowemu koledze, dobrze? Za jakiś czas pokażesz mi żłobek i poznasz go z innymi — miauknął Pszczeli Rój, a Skowronek, chociaż średnio chętnie posłuchał się ojca.

Aktualnie

— Kawcza Łapooo. Wstajemy. Chodź, Skowronkowa Łapa i Sowi Zmierzch są już dawno gotowi. Musimy zrobić dodatkowe ćwiczenia z pojedynków między uczniami. W końcu chyba zamierzasz je wygrać co? — miauknął zachęcająco Rozbity Księżyc, szturchając ucznia nosem. — No dalej. Idziemy.
Nicość zamrugał i dokładnie przeanalizował wypowiedź kocura. Wstał z ziemi i wyszedł z legowiska, aby skierować się w stronę wyjścia z obozu. Nie było mu dane nigdy więcej pogadać ze Skowronkiem, dlatego widząc go teraz niemal podskoczył. Dymny kiwnął Nicości na przywitanie, nie odzywając się zbyt wiele. Wydawał się być znacznie spokojniejszy niż te kilka księżyców temu. Wyszli z obozu i skierowali się w stronę starego obozowiska. Nie było tam zbyt wiele zwierzyny, przez zaglądających tam niegdyś dwunożnych, lecz z pewnością było trochę przestrzeni, aby jednocześnie móc łatwo poćwiczyć walkę wśród drzew.
— Hej Skowronkowa Łapo. Jak idą ci treningi? — zaczepił drugiego ucznia Kawczy.

<Skowronkowa Łapo?>

[605 słów]

30 września 2026

Od Latającej Ryby

Pomimo braku zamiłowania do zimna, ceniła Porę Nagich Drzew za grubą warstwę lodu skuwającą wierzchnią część rzeki. Nie przejmowała się szczególnie tym, że przez zamarzniętą wodę Klan Nocy tracił możliwość łatwego zdobywania ryb, które przecież stanowiły główną część ich diety. Dla niej najważniejsze było to, że chcąc przedostać się na drugi brzeg jak dotąd porywistego nurtu, nie musiała moczyć futra. Wystarczyło zręcznie przeskoczyć po wystających krach i po chwili znajdowała się tam, gdzie chciała, sucha i zadowolona z własnej zaradności.
Już dawno straciła orientację w tym, co właściwie działo się w klanie. Ba, możliwe, że nigdy szczególnie jej na tym nie zależało. Dopóki nic nie zagrażało jej własnemu ogonowi, większość spraw mogła dla niej równie dobrze nie istnieć. Przywykła do samotnych polowań. Nikt wtedy nie spowalniał jej kroku, nikt nie sugerował, że może lepiej byłoby zapolować w rzece, i przede wszystkim nikt nie męczył jej uszu opowieściami, które z czasem zaczynała uważać za równie zbędne, co irytujące.
Lubiła tereny położone nieopodal granic Klanu Burzy. Z tyłu głowy wciąż miała tych kilku śmiesznych przedstawicieli sąsiedniego klanu, których dawno już nie widziała, choć kiedyś zdawali się wyrastać na jej drodze z częstotliwością grzybów po deszczu.
Ślepcowi nie wróżyła szczególnie długiego życia. Wystarczyło przecież, żeby choć raz oddalił się od reszty swej grupy, a prędzej czy później zapewne skończyłby jako trup w jakimś dole. Może nieco bardziej intrygował ją los Słonecznego... Właściwie nawet nie pamiętała już całości jego imienia. W myślach nazywała go Słonecznym Patrolem, ponieważ zazwyczaj natrafiała na niego samotnie, zupełnie jakby sam jeden pilnował granic.
Kogokolwiek wówczas szukał, być może w końcu go znalazł i zaznał upragnionego szczęścia. A może odszedł dalej, wciąż w pogoni za swoją zgubą, aż poza tereny własnego klanu. Pamiętała, że wspominana przez niego kotka kojarzyła mu się z czymś, a raczej kimś, ale Ryba nigdy nie uznała tej informacji za na tyle istotną, by zawracać sobie nią głowę. Nie jej sprawa. Jeśli chciał szukać, mógł szukać. Jeśli znalazł, tym lepiej dla niego.
Zdołała złapać wiewiórkę i drobną mysz, choć z każdym kolejnym krokiem mróz coraz bardziej dawał jej się we znaki. Chłód wciskał się pod futro, szczypał opuszki łap i nieprzyjemnie owiewał boki. W końcu uznała, że choćby miała ochotę zostać jeszcze chwilę, rozsądniej było jej wrócić do obozu. Nie zamierzała przecież marznąć tylko po to, żeby kilka dodatkowych pysków w klanie mogło się najeść.
Latająca Ryba dawno odkryła swój własny sposób na przetrwanie. Wystarczyło zaszyć się w kącie legowiska, kiedy robiło się zbyt głośno, albo wyjść na samotny spacer w odpowiedniej chwili. Wtedy nikt niczego od niej nie chciał, nikt nie zawracał jej głowy, a przede wszystkim nie musiała udawać, że obchodzi ją coś więcej niż własne futro.
I, jak dotąd, całkiem dobrze na tym wychodziła.

Od Serdecznej Naparstnicy CD. Migotu (Migoczącego Nieboskłonu)

Przeszłość

— Wyglądasz jak mysz! — powiedział kociak do starszego kocura. — Jak połączenie kociaka z wojownikiem! Jak to w ogóle możliwe, że przeszedłeś szkolenie i jesteś wojownikiem? — zapytał.
Serdeczna Naparstnica spodziewał się w tej chwili wszystkiego, tylko nie tego, że jakiś dzieciak zacznie się z niego naśmiewać. Na dodatek nie był to byle jaki kociak, a syn samego przywódcy — Lśniącej Gwiazdy. Protektorowi od razu zrzedła mina, gdy tylko usłyszał słowa młodzieńca. Dopiero co się urodził, a już był taki wyszczekany… ale czego można było się spodziewać po synu lidera? Naparstnica doskonale zdawał sobie sprawę, że ze związku Lśniącej Gwiazdy i Truskawkowego Pola wyjdą same wrzody. Westchnął ciężko, patrząc na pointa zmęczonym wzrokiem.
— Nie jestem wojownikiem — odparł, poruszając końcówką ogona. — Jeśli zależy ci na odpowiedzi, możesz spytać moją matkę, Postrzępiony Mróz — stwierdził i już miał odejść, lecz usłyszał parsknięcie Migotu.
— To czym ty niby jesteś? — zapytał kpiąco. — Taki stary jesteś i wciąż jesteś uczniem? — drążył, czując się coraz pewniej w obrażaniu Serdecznej Naparstnicy.
— Nie. Jestem protektorem — odparł krótko, próbując zachować spokój. Nie mógł w końcu wydzierać się na syna lidera, bo dostałby za to po łapach. Nie chciał być na celowniku Lśniącej Gwiazdy. Przynajmniej na ten moment.
— Protektorem? Co to niby jest? — zdziwił się Migot, wciąż nie rezygnując z drwiącego tonu.
Starszy przewrócił oczyma. Nie potrafił słuchać tego kociaka. Dźwięk jego głosu sprawiał, że miał ochotę wysunąć pazury, lecz musiał się powstrzymywać. To w końcu tylko dzieciak. Na pewno jeszcze z tego wyrośnie, czyż nie?
— Protektorzy mają za zadanie dbać o komfort zarówno fizyczny, jak i psychiczny członków Klanu Klifu. W razie, gdyby kiedyś napotkał cię jakiś problem, z którym nie potrafiłbyś sobie poradzić, możesz podejść do któregoś z nas, a my udzielimy ci rady — wyjaśnił, wciąż zachowując neutralny wyraz pyska.
Obserwował, jak mina Migotu staje się jeszcze bardziej skwaśniała. O co mogło mu chodzić tym razem?
— Słucham? — mruknął młodszy, niemal się jeżąc. — Chyba sobie żartujesz! Nie będę prosić jakichś pokrak o rady! Sam sobie dam radę, jeśli będzie trzeba! — zirytował się, marszcząc brwi.
— Jak chcesz — rzucił beznamiętnie Naparstnica, wzruszając ramionami. Naprawdę miał teraz ważniejsze sprawy na głowie niż wysłuchiwanie tego, jak jakiś pyrtek obraża jego rolę w klanie.
— Co za głupia ranga! Stworzona specjalnie dla takich nieudaczników, którzy nie nadają się na posadę wojownika! Już lepiej byłoby was wysłać do starszyzny, niż udawać, że jakkolwiek się przydajecie! — trajkotał dalej Migot.
W końcu protektor stwierdził, że ma już dość.
— Przykro mi, że taka jest twoja opinia, Migocie — oznajmił, po czym bez pożegnania odszedł od młodszego kocura.
To dziwne, że tak uważał. W końcu skoro Lśniąca Gwiazda jeszcze nie zlikwidował pozycji protektora, to znaczy, że widział w niej jakiś sens. A skoro widział w niej jakiś sens, to czy jego syn również nie powinien go dostrzegać? Naparstnica zakładał, że młody kocur bardzo szanował swojego ojca i jego opinie, więc czy nie powinien ich podzielać? Nieważne. Nie było sensu szukać sensu w zachowaniu tych kotów, bo po prostu go nie było.

* * *

W Klanie Klifu ostatnimi czasy działo się naprawdę sporo. Serdeczna Naparstnica ledwo zdążył przetrawić jedno wydarzenie, a już do jego uszu docierały pogłoski o kolejnym. Przez to wszystko nie miał jak wyrobić sobie solidnej opinii na temat poszczególnych zdarzeń. Nie wiedział, co właściwie powinien czuć w związku z tym, co obecnie działo się w Klanie Klifu. Właśnie dlatego pewnego dnia postanowił udać się na samotny spacer, by przysiąść pod jakimś drzewem i spokojnie się nad tym wszystkim zastanowić. W ciszy i spokoju. Tak, by nikt mu nie przerywał, a on mógł zdecydować, czy powinien martwić się o swoje zdrowie i pozycję w Klanie Klifu. No i czy powinien kontynuować szerzenie swoich wątpliwości co do Lśniącej Gwiazdy jako lidera. Czuł, że Wzburzonego Kormorana powoli przekabacał na właściwą ścieżkę, jednak to mogło być za mało. W końcu co dwa koty mogą zrobić liderowi? We dwójkę nie mogliby nawet otwarcie się mu sprzeciwić, bo najpewniej skończyliby wyrzuceni z klanu lub ukarani rangą więźnia.
Serdeczna Naparstnica westchnął, wędrując już po terenach Klanu Klifu w stronę niewielkiego lasku. Starał się wpatrywać w drogę przed sobą i jeszcze nie myśleć o tym, o czym chciał się zastanowić, gdy będzie już na miejscu. Czuł, że jego myśli byłyby teraz zbyt chaotyczne i niepoukładane, dlatego się wstrzymywał, mimo że na myśl nasuwało mu się już jedno konkretne imię — Truskawkowe Pole. Gdy tylko myślał o pointce, mimowolnie przyspieszał kroku, by w końcu dotrzeć do miejsca docelowego.
Gdy w końcu udało mu się oprzeć o jeden z pni, wziął głęboki oddech i poczuł, jak po jego ciele przechodzi przyjemny dreszczyk. Wiedział, że już zaraz wysmaruje na temat wszystkich Klifiaków tyle stwierdzeń, że przerośnie nimi samego siebie. Wpierw oczywiście zaczął myśleć o Truskawkowym Polu. Już od początku wiedział, że nie była najlepszym wyborem na zastępcę. To dziwne. On potrafił to dostrzec, a Lśniąca Gwiazda mimo wszystko pozostawał zaślepiony. Tylko czym? Miłością? Czy ta dwójka kiedykolwiek w ogóle się kochała? Z całą pewnością pointka nie darzyła lidera żadnym szczególnym uczuciem, zważywszy na to, że nie miała najmniejszych oporów przed tym, by zostawić go za sobą w Klanie Klifu i uciec bez słowa. To samo zrobiła ze swoimi kociętami. Porzuciła je. Naparstnica mimo wszystko trochę współczuł Firmamentowi i Migotowi — nawet jeśli ten drugi był niczym cierń w łapie. W końcu kto by nie był, mając takich rodziców… Miał nadzieję, że po zostaniu uczniem wreszcie zdobędzie nieco własnych opinii i oddali się od ojca. Może w taki sposób wreszcie przejrzy na oczy.
W każdym razie — to nie ucieczka Truskawkowego Pola oburzała go najbardziej. Właściwie to po tym, jak wieści rozeszły się po azylu, poczuł pewnego rodzaju satysfakcję, że wybór Lśniącej Gwiazdy okazał się durny. Miał nadzieję, że rudofutry wyniesie z tego zdarzenia jakąś nauczkę, lecz szybko Naparstnica zrozumiał, że nie miał na co liczyć. Wkrótce na posadzie zastępcy zasiadła Źródlana Łuna, która, oczywiście, była siostrą przywódcy. Protektor nie twierdził, że nie była doświadczona — na pewno była. Ale czy w klanie nie było nikogo lepszego od niej? Kotka była naznaczona wieloma bliznami, które ograniczały jej umiejętności. Nie miała jednego oka i jednej łapy, co na zgromadzeniach na pewno nie prezentowało się zbyt dobrze. Gdyby nie łączyły jej z Lśniącą Gwiazdą więzy krwi, zapewne już dawno skończyłaby w legowisku starszyzny. Rudofutremu nawet przez myśl by nie przeszło, by spojrzeć na taką kotkę jak na kogoś wartego posady zastępcy. Po tym Naparstnica stwierdzał, że wybór jej był kolejnym błędem lidera. Tylko dlaczego jeszcze nikt mu ich nie wytykał?
Znalazł się jednak kot, którego zniknięcie nie wydawało się przypadkowe — Pchełkowy Skok. Niebieska szylkretka wcale nie tak dawno temu zaginęła bez słowa, choć od dłuższego czasu można było się spodziewać, że coś takiego nastąpi. Do uszu Serdecznej Naparstnicy doszły plotki o tym, że wojowniczka często budziła się w nocy, majacząc coś o tym, że Tawułowa Bryza był niewinny — i z tym stwierdzeniem protektor jak najbardziej się zgadzał. Może gdyby tylko pomyślał o tym wcześniej, mógłby nawiązać jakąś rozmowę z Pchełką? Może udałoby mu się zatrzymać ją w klanie, a także dowiedzieć się co nieco o Tawułowej Bryzie? Żałował, że wcześniej był tak ślepy na jej zachowanie. Wzbudzało jego ciekawość, owszem, lecz nigdy nie przyszło mu do głowy, by zamienić z nią kilka zdań. Teraz było już jednak za późno, więc Naparstnica zdecydował się tego nie roztrząsać i porzucić ten temat.
Przypomniał sobie jeszcze o tym, że Lśniąca Gwiazda wprowadził do klanu nową rangę — Jaśniejące Skrzydła. Kocur nie rozumiał, skąd rudofutry wytrzasnął tak wymyślną nazwę ani dlaczego była dwuczłonowa. Nie miało to żadnego sensu, brzmiało źle i nie pasowało do reszty ról w Klanie Klifu. Protektor był pewien, że dało się nazwać ich inaczej, lepiej. Ale kim on był, by zarzucać liderowi brak poczucia estetyki? Musiał przełknąć fakt, że mieli teraz w klanie wojowników, protektorów, zastępców i… Jaśniejące Skrzydła. Którzy zresztą nie byli nikim więcej jak sługami Lśniącej Gwiazdy. Byli niczym jego psy obronne i wykonywali za niego całą brudną robotę. Niedawno wygnali Gąsienicowego Ogryzka z terenów Klanu Klifu z rozkazu przywódcy. Nie dali mu nawet się wytłumaczyć! Protektor był jednak pewien, że jego wujek był niewinny. Odwiedzał go w końcu w żłobku i zajmował się nim wtedy, gdy Postrzępiony Mróz była zbyt przybita po śmierci dwójki swoich pozostałych kociąt. Gąsieniczek nawet muchy by nie skrzywdził, a co dopiero liderki! To, co nagadał o nim Lśniąca Gwiazda, było po prostu bzdurą. Biało-niebieski musiał znaleźć się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym momencie, lecz to wystarczyło, by jego reputacja w klanie przepadła, a życie stało się nędzne.

* * *

Teraźniejszość

Serdeczna Naparstnica nie starał się otwarcie okazywać wrogości wobec Lśniącej Gwiazdy, lecz mimo wszystko miał wrażenie, jakby lider czytał mu w myślach. Przez ostatnie księżyce nie zabrał go na ani jedno zgromadzenie i protektor zastanawiał się, czy przywódca przypadkiem o nim zapomniał, czy może chciał mu w ten sposób zrobić na złość. Biało-niebieski chętnie porozmawiałby z kimś z innego klanu, a także jeszcze raz spojrzał na Zalotną Gwiazdę, by upewnić się, że to dziwne przeczucie wciąż mu towarzyszy. Musiał jednak czekać, aż Mirt wreszcie się nad nim zlituje i postanowi go zabrać, o ile taki dzień w ogóle nadejdzie.
Teraz kocur przechadzał się po obozie, znudzony rutyną. Ostatnimi czasy w jego życiu nie działo się nic ciekawego, a sam starał się raczej zachowywać swoje opinie dla siebie. Czuł się poniekąd zagrożony przez lidera. Nie sądził, by Lśniąca Gwiazda wiedział o tym, co Naparstnica o nim myśli, ale i tak nosił w sercu dziwną obawę. Czy powinien tak się czuć we własnym, rodzimym klanie? Czy jego przynależność nie powinna być dla niego ostoją spokoju i domem? Powoli rozumiał, że nie czuł się związany z Klanem Klifu. Nie chciał nazywać Lśniącej Gwiazdy swoim liderem ani Postrzępionego Mrozu swoją matką. Siebie natomiast nie chciał nazywać Klifiakiem. Nie czuł się dumny z reprezentowania tej zepsutej przynależności, o której ostatnimi czasy miał same negatywne rzeczy do powiedzenia.
Przez to, jak intensywnie się nad tym wszystkim zamyślił, przypadkiem niemal wpadł na syna Lśniącej Gwiazdy, który niedawno przeszedł mianowanie na wojownika. Teraz nie był już tym małym, wrednym Migotem. Teraz był dużym i wrednym Migoczącym Nieboskłonem.
— Przepraszam… — wymamrotał Naparstnica, nie zwracając zbyt dużej uwagi na kocura. Już miał ponownie pogrążyć się w rozmyślaniach nad swoimi odczuciami, gdy nagle poczuł na skórze czyjeś palące spojrzenie.

<Migoczący Nieboskłonie?>

Od Żywicznej Łapy (Żywicznej Kropli)

Nie potrafiła wybić sobie z głowy słów brata. Zresztą, w tamtej chwili nie brała ich wystarczająco na poważnie. Liczyła, że się z nią droczy, że wszystko było jedynie głupim żartem, a gdy obudzi się następnego ranka, zobaczy go znowu przy swoim legowisku, może nawet z tym samym rozbawionym wyrazem pyska, który zawsze pojawiał się u niego, gdy udawało mu się ją nabrać.
Nie było go jednak następnego ranka. Ani tego kolejnego, ani jeszcze następnego.
Mogła się tego spodziewać, zwłaszcza po rozmowie, którą odbyli, gdy przyłapała go w środku nocy przy granicy Klanu Burzy. Powiedział wtedy, że jeszcze się zobaczą. Nie sprecyzował kiedy, lecz ona skrycie liczyła, że Bursztyn szybko podkuli ogon i zawróci do klanu, zanim ktokolwiek zdąży naprawdę zauważyć jego nieobecność. Wierzyła w to uparcie, bo łatwiej było jej trzymać się tej myśli niż dopuścić do siebie możliwość, że brat rzeczywiście odszedł.
Nadzieja okazała się jednak kiepskim pocieszeniem.
Tamtej nocy nie zmrużyła oka. Leżała częściowo na swoim posłaniu, a częściowo na tym, które jeszcze niedawno należało do Bursztyna, wciągając w nozdrza resztki jego zapachu. Wtulała pysk w mech, jakby samo to mogło zatrzymać go przy niej jeszcze odrobinę dłużej. Wiedziała, że z każdym wschodem słońca woń będzie coraz słabsza, aż w końcu nie pozostanie jej po nim nic.

*** 

Wpatrywała się bez większych emocji w nieruchomego królika leżącego przy jej łapach. Polowania już dawno przestały stanowić dla niej problem. Stały się niemal wyuczonym ciągiem ruchów: dostrzec zdobycz, przyczaić się, skoczyć i wrócić do obozu z pełnymi łapami. Nie musiała się nad tym zastanawiać, ciało samo wiedziało, co robić.
Jak na uczennicę była jednak stara. Za stara.
Czuła to w spojrzeniach wojowników i w urywanych szeptach, które milkły, gdy przechodziła obok. Wszyscy wiedzieli, że najwyższa pora, by opuściła legowisko uczniów. Coraz częściej miała wrażenie, że patrzono na nią tak, jakby lada moment miała podzielić los swojego brata. Tyle że w jej przypadku powodem nie byłaby dobrowolna ucieczka z klanu, lecz zwyczajne wygnanie z powodu braku postępów.
Radziła sobie. Radziła, jak potrafiła. Była nawet w stanie spojrzeć na swoje odbicie w Przybrzeżnym Oku i powiedzieć to sobie prosto w pysk. Nie była beznadziejna. Nie brakowało jej wiedzy ani podstawowych umiejętności. Po prostu pozostawała przygaszona, pozbawiona tej pewności siebie, którą dawniej dawała jej obecność Bursztyna. Bez brata, którego przez większość życia nie odstępowała ani na krok, czuła się nagle mniejsza, mniej pewna własnych łap. To on był jej podporą. Czymś, co przez lata osłaniało ją przed tym wszystkim, czego sama się bała.
Podejrzewała, że rozpacz, w którą wręcz ociekała po jego odejściu, była jednym z powodów, dla których nadal jej nie odsunięto od treningu. Klan i tak przeżywał ostatnio tyle katastrof, że jej problemy zdawały się ledwie źdźbłem trawy pośród znacznie poważniejszych spraw. Tak samo zniknięciem Bursztyna zdawali się przejmować głównie ona i jej ojciec. Nie potrafiła jednak powiedzieć Dzwonkowemu Świstowi, że wiedziała, co naprawdę stało się z jego synem. Wolała udawać niewiedzę. W ten sposób jej załamanie wydawało się przynajmniej bardziej zrozumiałe.
— O, tutaj jesteś. — Głos mentora rozbrzmiał po jej prawej stronie. — Ładny królik, może to w końcu jakiś dobry omen dla klanu — stwierdził.
Jej wzrok pozostał smętny.
— Jedyny zwiastun jest taki, że ktoś się po prostu dzisiaj naje — odparła bez większego przejęcia. — Wolałabym, by był w tym jakiś dobry znak dla mnie — dodała, przecierając pysk łapą.
Oskrzydlony Ognik przez dłuższą chwilę przyglądał jej się w milczeniu. Jego uszy lekko drgnęły, a spojrzenie przesunęło się z królika na jej zmęczony pysk.
— Żywiczna Łapo, rozumiem, że jest ci ciężko po zaginięciu twojego brata, ale...
— Tu nie chodzi o niego, Oskrzydlony Ogniku — wyparowała, niemal z goryczą w głosie. — Tu chodzi tylko i wyłącznie o mnie. Nie chciałam nikogo zawieść, a robię to nieustannie. Zawodzę siebie, rodziców, a może i właśnie Bursztyna, i dlatego go tu już nie ma — wymamrotała, czując, jak szczęka coraz bardziej jej drży. — Ja naprawdę nie wiem, dlaczego jestem taka toporna we wszystkim. Nie wiem, dlaczego nie robię postępów.
— Robisz postępy — przerwał jej. — Zresztą, czego od siebie jeszcze oczekujesz? Umiesz polować, twoja kondycja znacznie się poprawiła, po prostu radzisz sobie lepiej na krótkich dystansach i nie ma w tym nic złego — stwierdził.
Skrzywiła się, jakby do jej uszu docierały jedynie kolejne oszczerstwa.
— To dlaczego nadal nie zostałam mianowana? Dlaczego nie możesz iść do Zawodzącej Gwiazdy i powiedzieć mu, że jestem gotowa? — wyrzuciła niemalże z żalem, skierowanym nie tylko wobec siebie, lecz także mentora.
Kocur westchnął przeciągle, błądząc wzrokiem po okolicy.
— Wydawałaś się ostatnio niestabilna emocjonalnie. Chciałem, byś spokojnie przetworzyła sobie wszystko, co się stało, i polecić cię do mianowania, gdy będziesz już spokojniejsza — oznajmił.
Poczuła palące uczucie na języku. Gula zaciskała się w gardle coraz bardziej, ale tym razem nie pozwoliła jej się złamać.
— Jestem spokojna. Jestem gotowa, by być mianowana — oświadczyła, prostując się.
— Jesteś w rozsypce — poprawił ją. — Daj sobie jeszcze kilka wschodów słońca. Przykro mi, ale mam nadal wątpliwości co do twojego stanu. Klan Burzy potrzebuje wojowników, ale takich, którzy potrafią utrzymać łapy pod sobą również wtedy, gdy życie rzuca im kłody pod nogi. Nie chcę posyłać cię w szeregi wojowników tylko po to, żebyś po kilku księżycach znowu zaczęła tonąć we własnych myślach. Najpierw musisz sama uwierzyć, że jesteś gotowa.
Żywiczna Łapa była niezadowolona z tej odpowiedzi. Niezadowolona do tego stopnia, że poczuła napływającą irytację, ostrą i gorącą, zupełnie inną od wcześniejszego smutku. Nie miała czasu, który jej sugerował. Nie chciała kolejnych wschodów słońca spędzonych w legowisku uczniów, kolejnych spojrzeń wojowników i kolejnych pytań o to, kiedy wreszcie dorówna reszcie.
Może Bursztyn miał rację. Może matka wymieniła ich na inne, lepsze dzieci.
Ojca, który był dla niej wsparciem i jako jeden z nielicznych naprawdę się o nią troszczył, z pewnością zawodziła. Był coraz starszy, a ona z każdym kolejnym wschodem słońca ryzykowała, że nie dane będzie mu zobaczyć jej jako dobrej wojowniczki. Takiej, jaką zawsze obiecywała mu, że zostanie.

***

Z czasem nie myślała już tyle o swoim bracie. Właściwie, ku własnemu zaskoczeniu, zaczęła myśleć coraz mniej o kimkolwiek poza sobą. Nie oznaczało to, że przestała za nim tęsknić. Po prostu żal przestał być jedyną rzeczą, która wypełniała jej myśli.
Stała się wręcz egoistką, skupioną przede wszystkim na własnym losie. Nie była już w wieku, w którym mogła bez końca się mazać i pozwalać sobie na kolejne błędy. Jeśli chciała opuścić legowisko uczniów, musiała przestać czekać, aż ktoś zrobi to za nią.
Uprzedała Oskrzydlonego Ognika, oczekując go przed legowiskiem wojowników każdego ranka. Ich treningi coraz mniej przypominały naukę. Były raczej wspólnymi wypadami na polowania, podczas których niemal wypruwała sobie żyły, starając się dołożyć jak najwięcej do stosu zdobyczy. Jeśli Ognik kazał jej biec, biegła. Jeśli kazał polować, polowała. Jeśli mówił, że coś robi źle, nie szukała wymówek.
Nie patrzyła już na innych. Słowa o jej wieku i pozycji z czasem zaczęły spływać po niej bez śladu. Opinia pozostałych była przecież jedną z rzeczy, które przez tak długi czas trzymały ją w miejscu.
Aż w końcu pewnego dnia usłyszała słowa, na które czekała przez tak wiele księżyców.
— Widzę, że się zawzięłaś — odezwał się Ognik. — Cóż... Chyba jesteś gotowa.
Zatrzymała się w bezruchu. Oczywiście, że takich słów oczekiwała, ale przez ostatnie księżyce zdążyła już stracić wiarę, że kiedykolwiek je usłyszy. Przez chwilę tylko patrzyła na mentora, jakby próbowała upewnić się, czy przypadkiem się nie przesłyszała.
— Mówisz na poważnie? — zapytała, wpatrując się w niego wyczekująco.
Rudzielec zaśmiał się na widok jej miny.
— A chcesz mi powiedzieć o czymś, co ma zmienić moje zdanie? Może czegoś nie dostrzegam...
— Masz świetny wzrok — przerwała mu. — Bardziej gotowa być już nie będę — zapewniła go.

***

Dzień mianowania wcale nie był wyjątkowy. Nie tak, jak się tego spodziewała i nie tak, jak kiedyś o nim marzyła. Podeszła do niego dosyć chłodno. Jedynym towarzyszącym jej w tym dniu uczuciem był przede wszystkim żal. Żal, że zajęło jej to tak długo i że pozwoliła własnym słabościom wziąć górę nad tym, czego tak bardzo pragnęła.
Mianowanie w podziemiach było dosyć przytłaczające. Tęskniła za ich dawnym, nadziemnym obozem, za otwartym niebem i światłem wpadającym między drzewa, jednak miała na uwadze, że tęsknota również była czymś, co przez długi czas trzymało ją w miejscu. Nie mogła sobie na nią pozwolić. Nie, jeśli nie chciała dłużej być tą samą niedorajdą, która spędziła dwukrotnie więcej czasu na pozycji uczennicy, niż przeciętny kot potrzebował.
Zwołanie klanu było już tylko formalnością, mocno opóźnioną przez wszystkie wydarzenia ostatnich księżyców. Zanurzyła łapę w rdzawym barwniku i z nieznaną jej dotąd pewnością odbiła swój ślad na ścianie Groty Pamięci. Widok własnej łapy na kamieniu przypomniał jej dawny wybryk Bursztyna, przez który został mianowany później od niej. Kącik pyska uniósł jej się w niemrawym uśmiechu.
Zawodząca Gwiazda miał pysk przyozdobiony zmęczeniem. Nie winiła go za brak entuzjazmu. W Klanie Burzy dzień w dzień działo się coś, co wymagało jego uwagi, a liczba nieszczęść zdawała się nie mieć końca. Miał prawo mieć już dosyć.
— Ja, Zawodząca Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. — Zastrzygła uchem. — Żywiczna Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Niemalże wzruszyła ramionami. Przecież nie mogła odmówić.
— Przysięgam.
— Mocą Klanu Gwiazd nadaję ci imię wojownika. Żywiczna Łapo, od tej pory będziesz znana jako Żywiczna Kropla. Klan Gwiazd ceni twój upór i wytrwałość oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy.
Wiwat był słaby, ale nie oczekiwała niczego więcej. Swój wzrok skupiła jedynie na ojcu, którego uśmiech zdawał się jej jedyną szczerą rzeczą w całym zebranym tłumie. Miała ochotę podbiec do niego, wtulić się w jego bok i poczuć to samo ciepło, które pamiętała z najwspanialszych dni swojego kocięcego życia.
Zamiast tego czekało ją jednak całonocne czuwanie i milczenie.
Ku własnemu zaskoczeniu nie mogła się tego doczekać. Następnego dnia będzie mogła wreszcie uznać się za pełnoprawną wojowniczkę. Gdy tylko odeśpi nieprzespaną noc, pójdzie z ojcem na długo obiecywane polowanie.

[1623 słowa]

Od Żywicznej Łapy CD. Wdzięcznej Firletki

Ruda zadrżała, jednak wbrew temu, co zazwyczaj wywoływało u niej drżenie, tym razem nie był to przejaw lęku. Słowa ciotki zabrzmiały wręcz pokrzepiająco i niemal natychmiast wywołały w jej gardle cichy, niekontrolowany pomruk. Firletka miała ten szczególny sposób mówienia, przez który nawet zwykła uwaga potrafiła zabrzmieć mniej przytłaczająco.
— Ja... Sama nie wiem — wykrztusiła ze skruchą. — Chyba byłam zajęta...
— Oh tak, zajęta — zaśmiała się Firletka, przewracając w rozbawieniu oczami. — Wiesz, ile razy słyszę to od każdego? Każdy jest zbyt zajęty, by zadbać o swoje zdrowie do momentu, gdy kończy w takim stanie, że musi zostać odsunięty od swojej pracy i spędzać noce i dnie pod moim okiem — zauważyła, zerkając na pozostałe koty w legowisku. — No dobrze, niech ci będzie. Zmieńmy temat, jak tam idzie ci twój trening?
Na pysk Żywicy wstąpił lekki grymas. Nie było źle, ale nie było też czym się chwalić. Od dłuższego czasu miała wrażenie, że utknęła w miejscu, z którego nie potrafiła ruszyć ani w jedną, ani w drugą stronę. Nie brakowało jej podstawowej wiedzy ani chęci do nauki, lecz jej umiejętności wciąż nie były na tyle rozwinięte, by mogła choćby spróbować ubiegać się u mentora o zgodę na zostanie wojowniczką. Im bardziej się starała, tym bardziej dostrzegalne stawały się jej braki.
— Chyba dobrze... — wymamrotała, drapiąc pazurem w ziemi. — Twój trening... długo ci zajął?
Szylkretka przemknęła pomiędzy ziołami, poprawiając stosik, z którego osunęła się garstka zasuszonych medykamentów. Ostrożnie przesunęła je łapą na właściwe miejsce, po czym zerknęła na bratanicę.
— Hm, wiesz, trening medyków z reguły trwa trochę dłużej niż jakikolwiek inny w klanie. Z tego, co zawdzięczam swojej pamięci, już nie pierwszej młodości, nie przeciągałam go dłużej, niż było to wymagane — stwierdziła.
Żywica podniosła wyżej głowę, strzygąc uchem z zainteresowaniem.
— Oj, nie przesadzaj, chyba nie jesteś aż taka... stara — mruknęła, starając się, by nie zabrzmiało to niemiło.
Wdzięczna Firletka pokręciła głową.
— Księżyce mej młodości już dawno minęły, Żywico. Bliżej mi do wstąpienia na Srebrną Skórę, niż wieku, w którym trenowałam — przyznała z zamyśleniem. — Korzystaj ze sprawnych kości, póki możesz. W moim wieku przyjdzie ci już tylko narzekać na ból w każdej części ciała — zaśmiała się.
Żywica lubiła ciotkę. Była miła, spokojna i nad wyraz cierpliwa, a przy tym nie pozwalała sobie wejść na głowę i potrafiła być wyjątkowo stanowcza wobec swoich pacjentów.
Żywica przez pewien czas, jeszcze będąc kociakiem, sama zastanawiała się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby obrała tę samą ścieżkę co ciotka. Ciekawiły ją zioła, ich zapachy i to, jak medyczka potrafiła spojrzeć na kota i niemal od razu dostrzec, że coś było z nim nie tak. Ostatecznie jednak chęć przypodobania się ojcu i podążania krok w krok za bratem okazała się silniejsza. Chciała być wojowniczką. 

***

Żywica nie pamiętała, kiedy dokładnie jej oko zaczęło nieprzyjemnie swędzieć. Z pewnością miało to miejsce jeszcze wtedy, gdy Bursztynowa Łapa spał nocami blisko jej posłania. Później, gdy oznajmił jej, że opuszcza klan, zabierając tym samym ze sobą jakąś część jej samej, całkowicie zignorowała wszystko, co działo się z jej własnym ciałem. Dniami i nocami przejmowała się wyłącznie bratem. Gdzie był? Czy był cały i zdrów? Czy o niej myślał? Czy ci wszyscy znajomi, dla których porzucił swoje dotychczasowe życie, naprawdę byli dla niego ważniejsi od klanu?
Ważniejsi od niej?
Z uporem naciskała na Ognika, by przy każdej możliwej okazji prowadził ją w okolice granic. Kocur początkowo ulegał jej prośbom, mając na uwadze jej stan po odejściu brata, a przy tym nie zasypywał jej pytaniami o to, co dokładnie wydarzyło się między nią a Bursztynową Łapą. Wolał pozwolić jej przeżyć to na własny sposób.
Ulga skończyła się jednak w chwili, gdy Żywica zaczęła wpadać na drzewa, zahaczać o wystające korzenie i coraz częściej niepokojąco marszczyć lewe oko. Wtedy zamiast kolejnego patrolu w stronę granicy wylądowała na posłaniu przed własną ciotką.
— Wydaje mi się, Żywiczna Łapo, że kiedyś mówiłam ci coś o...
Ruda mimowolnie pokiwała głową.
— Myślałam, że jakiś paproch wpadł mi do oka i nie chciałam zawracać ci tym ogona. To nie było nic poważnego, byś marnowała na to czas... — zapewniła, uciekając sprawnym okiem w stronę wyjścia z legowiska. Była niemal pewna, że znalazła miejsce przy granicy, w którym urywał się ślad jej brata, chociaż od jego odejścia minęło już tyle czasu, że jego zapach dawno powinien rozwiać się wśród traw i leśnej ziemi.
— Tym podejściem tylko przybywa mi problemów, bo zamiast wyleczyć coś, gdy stan jest delikatny, przychodzicie z dużo większym problemem — westchnęła karcąco, patrząc na nią w skupieniu. — Widzisz mnie, gdy zamykasz jedno oko?
— Zależy które... — odparła niemrawo.
— Zamknij to, do którego nie czułaś, by ci coś wpadło.
Żywica westchnęła, gotowa powitać ciemność, która coraz częściej zaczynała otaczać jej świat. Nie była ona jednak całkowita. Obraz pozostawał przede wszystkim zamglony. Rozpoznawała zarysy kształtów i kolory, lecz wszystko zlewało się w nierówne plamy, pozbawione wyraźnych krawędzi.
— Widzę cię... Prawie — mruknęła. — Jesteś jakaś taka niewyraźna, chyba mało ostatnio jadłaś...
— Bardzo zabawne — odparła, a Żywica uniosła powiekę zdrowego oka, śledząc każdy ruch kotki. — Nie ruszaj się teraz, może cię... trochę zapiec.
Cętkowana spięła się i odsunęła gwałtownie, gdy medyczka stanęła przed nią i upuściła na ziemię żółtawy kwiat.
— Co to jest? Bardzo będzie boleć? — wykrztusiła.
— Glistnik jaskółcze ziele — odparła spokojnie, przecierając roślinę pod łapami. — Na pewno będzie to mniej bolesne niż gdybyś miała całkowicie oślepnąć — zasugerowała.
Żywica przełknęła ślinę, po czym niechętnie przysunęła się z powrotem bliżej szylkretki. Ogon nerwowo drgnął jej przy łapach, a uszy odruchowo cofnęły się ku tyłowi.
— Dobrze... rób co musisz — wymamrotała. — Tylko szybko, proszę.


<Firletko?>
[896 słów]

Wyleczeni: Żywiczna Łapa

Od Żywicznej Łapy

nadal przed odejściem Bursztyna
Gdy byli młodsi, ale oboje znajdowali się już poza żłobkiem, ich wspólne treningi były dla niej zawsze rozluźniające. Bursztynowa Łapa nieustannie traktował wszystko jako rywalizację, a ona, ilekroć to nie okazywałaby się od niego słabsza w danej konkurencji, potrafiła czerpać przyjemność z samego widoku jego radości po zwycięstwie. Przy nim łatwiej było jej zapomnieć o własnych brakach.
Z Oskrzydlonym Ognikiem sprawa wyglądała z lekka inaczej. On akurat były często zniesmaczony poczynaniami młodszego rudzielca. W końcu Bursztynowa Łapa zdawał się nie brać treningów na poważnie, w przeciwieństwie do Żywicy, nadmiernie przejmującej się każdym niepowodzeniem. Nie była ani silna, ani szczególnie wytrzymała, a pędzenie po otwartych przestrzeniach, z którego Burzacy wręcz słynęli, najwyraźniej nie leżało w jej naturze.
Dołowało ją to tym bardziej, że ojciec nieraz zapewniał ją, iż nie ma nic przyjemniejszego od wiatru targającego futrem, gdy pędzi się przed siebie niemal na oślep. Dla Żywicy takie biegi oznaczały jednak coś zupełnie innego. Zamiast przyjemnego chłodu czuła przede wszystkim własne płuca, które zdawały się rozpaczliwie domagać większej ilości powietrza, oraz łapy, coraz cięższe z każdym kolejnym krokiem. Zamiast cieszyć się biegiem, odliczała w myślach chwile do końca i zastanawiała się, ile jeszcze wytrzyma.
Jakże wielki był więc jej zawód, gdy Oskrzydlony Ognik wyciągnął ją z legowiska i zamiast skierować się w stronę spokojniejszego polowania, powitał ją słowami, które zabrzmiały niemal jak wyrok.
— Dzisiaj mniej polowania, a więcej biegania — oznajmił, a mina, jaka pojawiła się na jej pysku, niemal dorównywała tej, którą przyjęłaby, gdyby ktoś właśnie oznajmił jej, że zabił jej ojca.
Smętnie człapała za kocurem, gorączkowo rozważając każdą możliwą wymówkę. Bolała ją łapa? Ogon? Może jednak była chora? Zakaszlała, próbując wybadać, czy mentor zwróci uwagę na jej wątpliwy stan zdrowia. Owszem, spojrzał w jej stronę, lecz zamiast zawrócić albo chociażby zwolnić, przyspieszył kroku, jakby jej kaszel tylko utwierdził go w przekonaniu, że trzeba ją zmusić do większego wysiłku.
Tempo, które narzucił na początku, uznawała jeszcze za znośne. Stąpała nieco koślawo, ale oddech pozostawał względnie spokojny, a łapy wciąż słuchały jej bez większych protestów. Dopiero gdy przed jej oczami zaczęły rozpościerać się coraz bardziej otwarte przestrzenie, zrozumiała, że skończyła się wszelka nadzieja na łagodny trening.
— Może jakaś rozgrzewka najpierw? — odezwała się cicho.
Rudy uśmiechnął się i pokręcił głową.
— Nie bronię ci porozciągać się, jednak samo dojście tu powinno wystarczająco przygotować cię do dalszej części. Nie chcę słyszeć, że bolą cię łapy — uprzedził, jakby jej wcześniejsze myśli zostały przez niego w pełni odczytane.
Westchnęła cierpiętniczo i lekko się przeciągnęła, wyciągając przed siebie przednie łapy. Jeszcze poprzedniego dnia była bliska płaczu, przekonana, że jest zbyt słaba, by zostać wojowniczką, a jej rodzice mogą jedynie wstydzić się za córkę, która tak kiepsko radzi sobie z treningiem. Najgorsze było jednak to, że sama nie wiedziała, jak miałaby to zmienić. Wiedziała, co stanowi problem, widziała swoje słabości, a mimo to wciąż tkwiła w tym samym miejscu.
— Będziesz biegła pierwsza i nie zatrzymuj się, dopóki nie powiem. Będę zaraz za tobą. Nie powinno być to zresztą dla ciebie problemem, na wspólnych treningach z Bursztynową Łapą nie szło ci najgorzej — zauważył z pomrukiem, a ona tylko uśmiechnęła się z zakłopotaniem. Obecność brata akurat zawsze dodawała jej otuchy. Bez niego każdy trening wydawał się cięższy, a każda porażka bardziej dotkliwa.
Skupiła się przez chwilę na wilgoci pod łapami, chłodzie przenikającym między palce i nieprzyjemnym uczuciu stania w miejscu. To wystarczyło, by w końcu ruszyła. Uciekała przed szczypaniem zimna, przed ciężarem własnych myśli i przed świadomością, że Ognik obserwuje każdy jej krok. Słaba kondycja dość szybko dała o sobie znać, lecz zmęczenie okazało się bardziej pochłaniające niż możliwość dalszego użalania się nad sobą. Każdy kolejny krok wymagał od niej coraz więcej wysiłku, ale przynajmniej nie miała już siły roztrząsać tego, jak bardzo nie nadawała się do biegania.
Wiatr szarpał jej futrem i wcale nie przynosił upragnionego ochłodzenia. Zamiast tego rozpraszał ją i utrudniał skupienie na drodze. Co jakiś czas mrużyła oczy, gdy pod powieki wpadały drobinki piasku niesione przez powiewy. Uszy przywierały jej do czaszki, a oddech stawał się coraz głośniejszy i bardziej urywany.
Zwolniła dopiero wtedy, gdy przed jej oczami wyrosła Droga Grzmotu. Niepewnie obejrzała się na mentora i ze zdziwieniem zauważyła, że znajdował się znacznie dalej, niż mogła się spodziewać. Przez chwilę przemknęła jej nawet myśl, że może wreszcie zrezygnował.
— Co teraz? — zapytała, przestępując z łapy na łapę. — Koniec? — mruknęła z nadzieją.
— Za marzenia nie karają, Żywico — odparł spokojnie. — Teraz to samo, tylko w drugą stronę.
Mina natychmiast jej zrzedła. Po raz kolejny kaszlnęła, tym razem z nadzieją, że może chociaż w ten sposób udowodni mu, iż nie ma już sił, jednak jego spojrzenie pozostało nieugięte. Skończyło się więc na tym, że znowu musiała ruszyć. Tym razem znacznie wolniej, a Ognik niemal deptał jej po ogonie, bo nie była już w stanie utrzymać rozsądnego tempa.
Trasa wydawała jej się dwukrotnie dłuższa niż wcześniej. Kiedy w końcu znajomy teren zaczął pojawiać się przed jej oczami, poczuła ulgę tak wielką, że nie próbowała nawet udawać, iż ma jeszcze trochę sił. Po prostu opadła na ziemię i ciężko dysząc, rozciągnęła się na chłodnym podłożu. Futro miała przyklejone do boków, a klatka piersiowa unosiła się gwałtownie przy każdym oddechu.
Za plecami usłyszała westchnienie Ognika, ale nie była w stanie zrobić nic ze swoją wątpliwą kondycją. Sama wiedziała, że nie było dobrze. Przez chwilę leżała nieruchomo, próbując uspokoić oddech i nie myśleć o tym, ile jeszcze takich treningów czeka ją przed zakończeniem nauki.
— Kiepsko to widzę — mruknął, na co tylko przełknęła głośniej ślinę, starając się ustabilizować oddech. — Chodź, zapolujemy jeszcze i dam ci na dzisiaj spokój. Bądź co bądź musisz mieć na uwadze, że młodsza już nie będziesz, a twój wiek... Nie możesz być tak długo uczennicą.
Skinęła tylko głową. Do tej pory starała się o tym nie myśleć, ale widok coraz to młodszych uczniów w legowisku, którzy opuszczali je znacznie szybciej niż ona, był co najmniej dołujący. Mimo wszystko sam wstyd nie wystarczał, by nagle znaleźć w sobie siłę do dalszego działania. Żywica chciała zostać wojowniczką. Chciała wreszcie przestać być tą słabszą, tą, której łapy nie nadążają za resztą. Tyle że samo pragnienie nie czyniło jej silniejszą, a ona wciąż nie wiedziała, jak przełamać tę granicę. 

[1013 słów]
[biegi długodystansowe]

Od Żywicznej Łapy

przed odejściem Bursztynowej Łapy z klanu, jakiś czas po pożarze
Szurała łapami po zmarzniętej ziemi, nie potrafiąc zebrać w sobie dość sił, by nadać krokom właściwego rytmu. Jej łapy raz po raz zapadały się w śniegu, pozostawiając za sobą nierówne ślady. Zamiast jednak patrzeć wysoko przed siebie, Żywiczna Łapa wpatrywała się w odciski pozostawiane przez mentora. Ciemniejsze zagłębienia odcinały się wyraźnie od świeżej bieli, która przykryła spaloną na wiór ziemię. Śnieg był przyjemniejszym widokiem niż poczerniałe pozostałości obozu, lecz nawet on nie potrafił całkowicie przysłonić tego, czego już nie było. Najbardziej brakowało jej zieleni. Kwiatów, traw i drobnych roślin, które jeszcze niedawno rosły w znajomych miejscach. Porą Opadających Liści było ich coraz mniej, ale Żywica pamiętała każdy z tych ostatnich, które zdążyły zginąć w ogniu. Gdyby ktoś mógł oddać jej tę najbardziej beztroską część dzieciństwa, pewnie pozbierałaby wszystkie kwiaty i zaniosła do swojej dawnej kolekcji podobnych temu skarbów. 
Tyle, że tej już nie było. Właściwie nie zostało prawie nic, co przypominałoby jej spokojne, leniwe dni spędzone w żłobku. To wszystko, co miała, co było jej znane i bezpieczne, zostało pochłonięte przez ogień. Jedyne, co jej pozostało, to wspomnienia i zapach dymu, którego długo nie potrafiła wyrzucić z nozdrzy.
Z tamtego dnia pamiętała przede wszystkim towarzyszący jej nieodłącznie strach. Pamiętała żar wciskający się pod futro, dym drapiący w gardło i głosy wojowników, które mieszały się ze sobą w jeden niezrozumiały harmider. Bała się o siebie, o Bursztyna, o mamę i tatę, a nawet o babcię, której ostatecznie nie dane było wyjść z tego wszystkiego żywej. Dopiero później, gdy najgorszy chaos zaczął cichnąć, pojedyncze słowa zaczęły nabierać znaczenia. Wygnania. Egzekucje. Morderstwa. 
Wiedziała przecież, że świat poza obozem nie był tak bezpieczny, jak opowiadano w żłobku. Zawsze miała świadomość, że za granicami klanu mogą czaić się niebezpieczeństwa, przed którymi starsi ostrzegali młodszych. Nigdy jednak nie pomyślałaby, że zagrożenie może wedrzeć się prosto do ich własnego domu. Do miejsca, które miało chronić ich przed wszystkim, co było złe. 
Czasem przysiadała przy Bursztynie, próbując znaleźć ukojenie w jego towarzystwie. Brat zdawał się przeżywać to wszystko zupełnie inaczej. Jeszcze przed pożarem zaczął wymykać się w stronę granic, tłumacząc, że chce poznać „fajniejsze” koty. Kiedy ogień pochłonął obóz, przez pewien czas przestał to robić. Żywica odetchnęła wtedy z ulgą. Mogła zasypiać bez myśli, że któregoś ranka znajdzie jego posłanie puste, a gdzieś przy granicy ktoś natknie się na jego nieprzytomne ciało w kałuży krwi. 
Spokój nie trwał jednak długo. Gdy ich nowy, podziemny obóz zaczął funkcjonować, Bursztyn ponownie wrócił do swoich wędrówek, tym razem jeszcze częstszych. Żywiczna Łapa nie potrafiła zrozumieć, co właściwie nim kieruje. Kocur niechętnie odpowiadał na jej pytania i zbywał ją, kiedy próbowała dowiedzieć się, dokąd chodzi i po co. 
By jej obawy się spotęgowały, wystarczyło jej obserwować inne koty w obozie. Niektóre spojrzenia, które kierowały się za rudym, były nieprzyjemnie długie. Żywica coraz częściej zastanawiała się, czy po wszystkim, co spotkało ich klan, Bursztyn nie ściągnie na siebie podejrzeń.
— Żywiczna Łapo, czy jesteś w stanie powtórzyć to, co teraz powiedziałem?
Głos mentora wyrwał ją z natłoku myśli. Rudzielec wpatrywał się w nią wyczekująco, a ona zbyt późno zorientowała się, że zatrzymał się i zaliczyła porządne zderzenie z jego ogonem.  
Natychmiast położyła uszy i uciekła wzrokiem w bok. Gdy oderwała się od własnych myśli, chłód od razu stał się bardziej dotkliwy. Mróz szczypał ją w poduszki łap, a zimne powietrze wdzierało się do płuc przy każdym oddechu. Nerwowo przestąpiła z jednej łapy na drugą, próbując znaleźć właściwą odpowiedź.
— Żebym uważała... — odparła niezbyt pewnie, uznając jednak, że była to dosyć możliwa i oklepana śpiewka w wykonaniu jej mentora.
Oskrzydlony Ognik wypuścił powietrze z wyraźnym zawodem i mruknął coś pod nosem. Żywica nie dosłyszała słów, ale ton wystarczył jej, by poczuć nieprzyjemne ukłucie w piersi. 
— Powiedziałem, żebyś się skupiła i spojrzała przed siebie. Wiem, że w obliczu ostatnich wydarzeń możesz czuć się przytłoczona, ale nie możesz całkowicie odciąć się z życia. Klan Burzy potrzebuje teraz wojowników jak nigdy dotąd, a twój trening... idzie dosyć mozolnie, nie sądzisz?
Żywica spuściła wzrok. Wiedziała, że mentor nie chciał jej zranić. Właśnie przez to jego słowa zabolały jeszcze bardziej. Przynosiła mu zawód. Pewnie nie tylko jemu. W głowie od razu pojawili się rodzice, a później Bursztyn, który coraz częściej wydawał się od niej oddalony, nawet jeśli znajdowali się obok siebie.
— Rozumiem... — wykrztusiła tylko, przytakując. — Ja... Przepraszam, po prostu... Nie wiem. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie — stwierdziła, nie chcąc gubić się we własnych słowach.
Bo co właściwie mogła powiedzieć? Że się bała? To było oczywiste. Bała się własnego cienia, kolejnej porażki, tego, że zawiedzie wszystkich, którzy czegoś od niej oczekiwali. Strach, który u innych mógł stać się powodem do działania, w niej odbierał siły. Zamiast pchać ją naprzód, przygniatał ją coraz mocniej do jednego miejsca. 
Oskrzydlony Ognik przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Wpatrywał się w nią spokojnie, aż w końcu westchnął i strzepnął ogonem.
— Nie będziemy teraz o tym rozmawiać, bo zamarzniemy tu na śmierć, jednak przemyśl sobie to wszystko, Żywico — polecił, odwracając pysk. — Spójrz w dal. Co widzisz?
Żywica spróbowała podnieść wzrok, lecz oczy miała zaszklone łzami. Nie chciała płakać przy mentorze, ale łzy same zbierały się pod powiekami. Zacisnęła zęby i zamrugała kilka razy.
Przed nią rozciągała się niemal wyłącznie biel. Śnieg pokrywał ziemię, gałęzie i resztki roślin. Z trudem dostrzegała cokolwiek dalej. Mróz szczypał ją w nos, a wiatr wciskał drobne płatki pomiędzy dłuższe kosmyki futra.
— Śnieg? — wydukała, nie chcąc zostawić go bez odpowiedzi.
— Nie o to chodzi — westchnął Ognik z niezadowoleniem. — Rozumiem, że króliki mogą mieć futro zlewające się ze śniegiem, ale ten jest wyjątkowo rdzawy i tłusty... Ciężko go przeoczyć.
Żywiczna Łapa zmarszczyła nos i zrobiła krok naprzód. Zmusiła wzrok do skupienia. Dopiero wtedy zauważyła ruch pośród śniegu. Rudy królik przemykał w oddali, zatrzymując się co jakiś czas, by rozejrzeć się za czymś do zjedzenia.
Otrząsnęła się lekko. Spojrzenie mentora nie pozostawiało wątpliwości.
Gdy była mała, nie potrafiła wyobrazić sobie, że zdobywanie jedzenia może wymagać tyle wysiłku. W żłobku to inni przynosili jej pożywienie pod nos, gdy tylko zaprzestała pić mleka matki. Tutaj zwierzyna miała własne pazury, zęby, uszy i przede wszystkim ogromną chęć pozostania przy życiu. Ona chciała zjeść, a królik chciał uciec. To było proste.
Nie miała jednak dobrego miejsca do rozpoczęcia łowów. Teren był niemal zupełnie odkryty, a z rzadka porastające go, wyłysiałe krzewy dawały niewiele osłony. Żywica musiała więc wykorzystać każdą nierówność terenu.
Dotychczas polowania nie szły jej najgorzej. Potrafiła skradać się cicho i przemykać pomiędzy przeszkodami. Problemem nie były łapy. Problem tkwił w jej głowie. Myśli wciąż wracały do ognia, do Bursztyna, do babci i do wszystkiego, co mogło wydarzyć się później. Każdy trzask gałązki przyciągał jej uwagę, każdy ślad mógł stać się kolejnym powodem do niepokoju.
Złość zaczęła mieszać się ze strachem. Nie była przecież aż tak kiepska.
Skoczyła naprzód, ale nastąpiło to zbyt szybko.
Królik zdążył ją wyczuć i odbił w bok, zanim jej łapy dotknęły jego futra. Żywica straciła równowagę i runęła pyskiem w śnieg. Zimny puch dostał się do nosa. Przez moment leżała bez ruchu, czując drżenie wszystkich czterech kończyn.
Nie ruszyła od razu w pogoń. Podniosła się powoli i otrzepała futro. Śnieg posypał się z jej wąsów.
Była taka bezużyteczna.
— Żywiczna Łapo, wszystko dobrze? — Usłyszała głos mentora. — Prawie go miałaś.
— Nieprawda, mocno chybiłam — wykrztusiła, patrząc z poczuciem winy na własne łapy. — Zaraz... zaraz spróbuję jeszcze raz... Tym razem się uda — zapewniła.
Oskrzydlony Ognik zmarszczył brwi. Przez chwilę przyglądał się jej bez słowa.
— Nie wiem, czy będzie miało to sens — stwierdził. — Jesteś zbyt rozproszona, a szkoda byś się w kółko męczyła, jeśli nie przyniesie to żadnych efektów.
Żywica poczuła, jak coś zaciska się jej w gardle. Zadrżała i pociągnęła nosem. Liczyła na to, że mentor każe jej próbować dalej. Że powie coś, co pozwoli jej uwierzyć, że jeszcze może sobie poradzić. Zamiast tego zasugerował powrót. Czy naprawdę było z nią aż tak źle?
— Moje wszystkie kończyny są sprawne. Złapię go — zapewniła, postępując naprzód.
Jej chód był niepewny, choć za wszelką cenę próbowała nadać mu stanowczości. Czuła zmęczenie, lecz nie miała ku niemu prawdziwego powodu. Przez ostatnie księżyce przywykła do tego, że większość decyzji podejmowali za nią inni. Idź tam. Zrób to. Czekaj. Wracaj. Słuchała, wykonywała polecenia i miała nadzieję, że w ten sposób kiedyś stanie się wystarczająco dobra.
Dlaczego nawet teraz nie potrafiła po prostu zrobić tego, czego od niej oczekiwano?
Ogarnęło ją zniechęcenie. Nie miała sił walczyć sama ze sobą, a przecież właśnie tego potrzebowała najbardziej. Nie była taka jak Bursztyn, który zdawał się nieustannie szukać kolejnych ścieżek, nowych miejsc i nowych kotów.
— Go już raczej nie dogonisz. Poszukaj innego tropu — zasugerował Ognik, pozwalając jej na drugą próbę.
Żywiczna Łapa skinęła głową. Uspokoiła oddech i ruszyła żwawym truchtem, uważniej stawiając łapy na śniegu. Zimno nadal szczypało ją w poduszki, ale nie zamierzała wracać z pustymi łapami. Klan już wystarczająco dużo stracił. Nie mogła dokładać do tego własnego lenistwa.
Węszyła nisko przy ziemi, choć Porą Nagich Drzew złapanie tropu nie było łatwe. Wiatr mieszał zapachy, a śnieg przykrywał wiele śladów. Zamiast kierować się wyłącznie wonią, zaczęła wypatrywać odcisków łap. Ślady gryzoni były mniejsze i znacznie lżejsze od kocich. Przez chwilę jej wzrok zatrzymał się na jednym z większych odcisków. Zastanowiła się, czy nie należał do Bursztyna i czy nie mógłby doprowadzić jej do miejsca, w którym brat spotykał się z obcymi.
Otrząsnęła się jednak i wróciła do zadania.
Królika znalazł niedaleko granicy. Nie był to ten sam, którego wcześniej spłoszyła. Ten był mniejszy, wychudzony i uparcie grzebał łapami pod jednym z krzewów, próbując wydobyć spod śniegu coś do zjedzenia.
Żywica obejrzała się na mentora. Ognik pozostał kilka długości ogona za nią. 
Przywarła do ziemi. Każdą łapę stawiała ostrożnie, sprawdzając podłoże przed kolejnym krokiem. Królik uniósł łeb, lecz wiatr niósł jej zapach w przeciwną stronę. Gdzieś dalej zaszeleściły suche gałązki, odwracając uwagę zwierzęcia. Żywica wykorzystała moment. Jeszcze jeden krok. 
Gdy była już wystarczająco blisko, wybiła się z tylnych łap i skoczyła.
Tym razem nie chybiła. Zęby zacisnęły się na karku królika, a jego ciało poczęło walczyć, próbując wyszarpać się z jej ucisku. Żywica przycisnęła je do śniegu przednią łapą i nie puściła, dopóki zwierzę całkowicie nie znieruchomiało.
Dopiero wtedy uniosła łeb.
Serce waliło jej w piersi, a oddech był ciężki, ale tym razem nie ze strachu. Spojrzała na zdobycz, potem na zbliżającego się mentora. Przez krótką chwilę pozwoliła sobie poczuć odrobinę dumy.
Oskrzydlony Ognik zatrzymał się obok.
— Możemy wracać do obozu — odparł tylko.
Żywica zamrugała. Tego się nie spodziewała. Spojrzała na królika, potem znowu na mentora, czekając jeszcze przez chwilę na coś więcej. Na pochwałę. Choćby jedno krótkie słowo, które powiedziałoby jej, że tym razem zrobiła coś dobrze.
Nic takiego nie nastąpiło.
Opuściła wzrok na własne łapy, a wcześniejsza duma zaczęła powoli gasnąć.

[ 1757 słów]
[polowanie na króliki]