BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

31 sierpnia 2026

Od Zamroczki do Iglaka

W górze świtały promienie słońca i pogoda była trochę chłodna. Zamroczka wstała i przeciągnęła grzbiet, czując, jak bardzo się rozpręża.
Pierwszą rzeczą, którą zrobiła, było zakradnięcie się od tyłu do swojego brata, Iglaka. Chciała sprawdzić, czy uda jej się przejść obok niego tak, żeby się nie obudził.
Zaczęła iść do przodu i ostrożnie podnosiła łapy. Zgodnie z planem dość dobrze jej szło. Niestety Iglak podniósł się i wściekle zasyczał, przez co zdezorientowana Zamroczka chwiejnie zamachała ogonem, na którym się poślizgnęła. To sprawiło, że prawie się przewróciła, ale w ostatniej chwili złapała równowagę.
Koteczka otrząsnęła swoje miękkie, czekoladowe futro.
– Jak to możliwe, że mnie usłyszałeś? – zapytała tonem przypominającym fuknięcie. – Przecież szłam bez hałasu... Prawda?
– Wywęszyłem twój zapach – powiedział Iglak, unosząc głowę.
Zamroczka, w przypływie rozczarowania z własnych umiejętności, usiadła i zamaszyste kiwnęła końcówką ogona. Często tak robiła, gdy coś jej się nie udawało.
Postanowiła porozmawiać o czymś z bratem.
– Zrobimy coś?
Kocurek się zastanowił.
– Jasne, tylko co?
– A może zagramy w jakąś grę? Jedno z nas może być przywódcą Klanu Wilka, a drugie przywódcą innego klanu. Potem będziemy przekraczać granice terytoriów i zdobywać jak najwięcej, hm, załóżmy, że ziół – zaproponowała Zamroczka.
– To zbyt skomplikowane, Zamroczko – mruknął Iglak.
Koteczka pomyślała, iż chętnie mu lepiej wytłumaczy, ale zanim wyraziła swoje zdanie na głos, drugi kociak zrobił krok do tyłu i oznajmił:
– Wolałbym pobawić się w chowanego.
– Dobrze, idź się ukryć – powiedziała z zadowoleniem Zamroczka.
Zamknęła oczy i, czekając chwilkę, oceniała, jak długo powinna jeszcze ich nie otwierać. Gdy stwierdziła, że nadszedł odpowiedni czas na szukanie, wyczuliła wszystkie swoje zmysły.
W oddali słyszała dźwięk małego potoku, w górze wyczuwała woń liści, z kolei przed nią widniały ledwo wyostrzone przez mózg widoki jeżyn na krzewach. Nie zauważyła jednak nigdzie śladów wskazujących na obecność Iglaka. Poszła dalej i okrążyła cały żłobek. Po długim czasie usłyszała szelest w roślinach Zakradła się tam, a po chwili zobaczyła ciemne i pręgowane futro, ukryte w pokrzywach.
– Znalazłam cię, braciszku – stwierdziła koteczka, przy czym spod pokrzyw wyłonił się Iglak, który zawołał:
– Ale trochę długo ci to zajęło!
Zamroczka pokręciła głową. Nie było jej winą, że Iglak bawił się w to więcej razy niż ona!
W końcu wbiła ślepia w pokrzywy.
Zdała sobie sprawę z tego, że czasami Iglak zachowywał się nieznośnie, ale potrafił być dobrym kompanem we wspólnych zabawach. Chyba powinna spróbować go choć troszkę zrozumieć.
– Czy to prawda, że one parzą? – spytała.

< Iglaku? >

Od Nieboskłonnej Łapy do Roztargnionego Koperku

TW, śmierć

 . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ .
Nieboskłonna Łapa goniła za zającem, czując adrenalinę buzującą w jej żyłach. Czuła się tak, jakby ktoś wziął kocią odmianę strzykawki, pobrał trochę energii i magii ze srebrnej skórki, po czym wstrzyknął jej z błogą nieświadomością, jak bardzo może przeliczyć się co do umiejętności tak młodej uczennicy. W tym momencie pazury młodej niemal prześlizgały się w futrze z ogona uszatego, przechodząc przez nie jak nóż wchodzący w ciepłe masełko na świeżo usmażonych naleśnikach, gdy nagle wizja rozmyła się przed jej łapami. Zdezorientowana szylkretka zakręciła się w kółko, niczym szczenię goniące za swoim ogonem, nie wiedząc jakim prawem ta sielanka skończyła się tak szybko, jak się zaczęła, kiedy Malinka usłyszała za sobą pisk kocięcia. A raczej kociąt. Kiedy obróciła się za siebie, ujrzała swoje dwie bezbronne siostrzyczki, łkające z bólu i strachu, ponieważ w całe ich malutkie i w oczach owej Niebo tak kruche ciałka, wbite były drzazgi. Chodź ciężko nazwać te rzeczy drzazgami, ponieważ były grubości porządnej kory dębu starszego niż wszystkie Burzaki razem wzięte. Burka spanikowana zaczęła wyjmować te wielkie kłody z szylkretek, nie mogąc słuchać łamiących jej serduszko odgłosów, jakie wtedy z siebie wydawały. I kiedy już była pewna, że jej małe skarby jakoś się z tego wyliżą, przyszedł czas na pobycie się ostatnich, a zarazem najbardziej ryzykownych sztuk, które umiejscowiły się niebezpiecznie blisko tak ważnych narządów, jak dwa, jeszcze kształtujące się serduszka. Nieboskłon była jednak tak pochłonięta w swojej chęci uratowania sióstr i zakończenia ich cierpienia, że zanim one odezwały się, mówiąc, iż ta okolica najbardziej je boli, ona zdążyła wyrwać wszystkie na raz. Poziomka i Porzeczka zaczęły skomleć do takiego stopnia, że Malinka mogłaby zejść na zawał, będąc pewną, że uśmierciła swoje siostrzyczki. W pewnym jednak momencie ta wizja skończyła się, przenosząc uczennice do obozu Klanu Burzy, na którego samym środku stały wszystkie najważniejsze w klanie (oraz najbliższe jej) koty. Byli tam między innymi Zawodząca Gwiazda, Skrzydlata Płomykówka i Wędrujące Niebo. Wszyscy oni patrzyli się na nią tak, jakby zrobiła ABSOLUTNIE najgorszą rzecz, jaką tylko kot mógłby uczynić w swym jakże nieistotnym i nic niewartym żywocie. Chłodny głos dymnego rozniósł się po całym tunelu, wbijając się w uszy młodszej.
— Jak mogłaś zamordować swoje siostry i znieważyć zarówno Klan Burzy, jak i całą jego społeczność?... — zapytał retorycznie, kiedy zza jego pleców wyłonił się rudy uczeń, na którego pysku widniał niezrównoważony w ślepiach, jak i odczuciach burej uśmiech.
— Mówiłem ci, jak kończą zdrajcy… Pamiętasz?... — wyszeptał, nakładając nacisk na przed ostatnie i ostatnie słowo w swojej właśnie spełniającej się groźbie srebrny.
Z pyszczka szylkretki wydobył się odgłos bliżej niezidentyfikowany, który wyrażał jej żal i mimo iż chciała chociaż próbować się wytłumaczyć, nie wychodziły z niej żadne dźwięki, które można by zrozumieć i uznać za mowę kocią. Kiedy już wszyscy wysoko postawieni czy to wśród klanowiczów, czy to wśród bliskich jej sercu kotów mieli się na nią rzucić, obraz znów rozmył się przed jej oczyma.

. ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁
Nieboskłon otworzyła ślepka, czując po raz kolejny ten nieopisywalny ucisk w klatce piersiowej.
“ To był tylko zły sen… Tylko zły sen…” — powtarzała w głowie, spoglądając na swoje siostry, które smacznie spały po swoich wyczerpujących treningach, kiedy jej szkolenie dopiero miało się zacząć, ponieważ jej dzień rozpoczynał się, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi…

 . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁
Aktualnie Nieboskłonna Łapa siedziała przed wejściem do obozu, słuchając szelestu krzewów i trawy, czekając na Lotosowy Pąk. Był już późny wieczór, co oznaczało ostatni patrol graniczny tego dnia, ponieważ ona i jej mentor zostali do niego wyznaczeni. Malinka nadal nie mogła wyrzucić koszmaru z głowy, martwiąc się o szylkretki. W jej umyśle każdy jej sen musiał być jakimś omenem, próbującym ostrzec ją przed zagładą, zbliżającą się do jej rodziny. Mimo to uczennica musiała wyjść na patrol, mimo iż bardzo tego nie chciała. W końcu ona, jej mentor, Cyklonowe Oko oraz Ruda Lisówka. Bura czuła jakieś napięcie między tą trójką starszych od siebie kocurów, ale jeśli miałaby być szczera, to jej odpowiadała cisza zachowana podczas całego spaceru. Jedynie albinos raz na jakiś czas odzywał się do niej, jednak szylkretka odnosiła wrażenie, że robi to od niechcenia tylko i wyłącznie dlatego, że musi. Ale jeśli taka atmosfera oznaczała, że będzie ona miała możliwość słuchania odgłosów nocy i obserwowania tak magicznego nieboskłonu, to powiewało jej to absolutnie, co jest między wojownikami, a jej mentorem, który zasadniczo miał ją trochę gdzieś. W pewnym momencie rudy i kremowy oddalili się od niej, czując zapach królika, podczas gdy Pąk oznaczał jakieś pojedyncze drzewo, kotka ujrzała coś poruszającego się przy granicy. Na początku spięła się z myślą, że może to być jakiś intruz zagrażający Burzakom czy patrolowi, jednak kiedy ujrzała istotę zbierającą jakieś habazie czy cokolwiek tamten kot robił, jakoś bardziej się zaciekawiła, niż przyjęła tą swoją wieczną postawę obronną. Jej ślepia podążały za Wilczakiem krok w krok, dopóki owy twór nie ujrzał Malinki stojącej gdzieś trochę dalej.

< Nieznajomy? Przywitaj się ze mną, nie gryzę… Raczej:3 >
[823 słowa, trening kronikarza Nieboskłonnej Łapy]

Od Ćmiej Łapy cd. Trójokiego Zająca

Ćma spała w spokoju na posłaniu przy wejściu do legowiska. Kotka była bardzo zmęczona po wczorajszym dniu, gdzie uzupełniali magazynek ziołami z różnych części terytorium. Ze snu o tłustych myszach i pięknych ptakach zbudził ją krzyk jakiegoś kota. Obudziła się gwałtownie, ale później znów sennie zamknęła oczy. Był dopiero wczesny ranek, mogła jeszcze trochę podpać. Jednakże później do legowiska wbiegł przestraszony kocur. Kotka nie wiedziała, ile czasu minęło pomiędzy tymi dwoma wybudzeniami, ale jedno było pewne: są ze sobą powiązane.
Zanim otworzyła oczy, a do jej nosa doleciał zapach strachu, który niemalże przykrył woń Trójokiego Zająca.
– Jagnięcy Ukłonie, pomocy! Firletkowa Łapa spadł z klifu! – krzyknął.
Ćmia Łapa na tą wiadomość o mało nie zemdlała z wrażenia. Ale… ale jak to? Czy on jeszcze żył? Czy jak przyjdą do niego, jego młode serce nadal będzie bić?
Starsza medyczka od razu się zerwała z miejsca.
– Czy już poszedł ktoś tam do niego?
– Tak, Kukułczy Wdzięk. Jagnięcy Ukłonie, pomóż nam!
Kremowy nie musiał czekać długo na reakcję.
– Księżycowa Aldrowando, weź rzeczy na złamania, krwawienia i wybicia. – rozkazała medyczce wracającej z kontroli chorych – Ćmia Łapo, leć na miejsce i zrób pierwszą pomoc.
Krótkoogonowa ledwo powstrzymując łzy, wystrzeliła z jaskini, kurczowo trzymając się ściany klifu.
– Pomocy! – usłyszała lament swej matki, Kukułczego Wdzięku.
– Mamo, już biegnę! – odkrzyknęła i zsunęła się zgrabnie z klifu. Jednak zbieranie owoców z kolczastych krzewów się na coś przydało.
Zastał ją przerażający widok. Jej braciszek
Leżał na boku, a jego kończyny były dziwnie położone. Pierwsze co rzucało się w oczy, była cała zakrwawiona i wygięta przednia lewa kończyna kocurka. Z jego głowy spływała stróżka krwi, co wskazywało na to, że uderzył głowę o kamień, co może trwale uszkodzić jego orzech włoski w środku.
– Mamo, widziałaś, jak spadał? Głową w dół czy łapą?
Szylkretka tylko kurczowo wylizywała swojego kociaka.
– Kukułczy Wdzięku, ja go przejmę. – odepchnęła lekko swoją matkę, aby wyrzucić ją z transu. Wszystko robiła w teorii, nigdy jeszcze nie miała tak poważnego i emocjonalnego urazu, ale nie mogła zawieść swej mentorki oraz rodziny.
– Ćmia Łapo, czy on przeżyje? – załkała przerażona matka.
– Zrobimy wszystko, co w naszej mocy. – odpowiedziała.
Oddech brata był nieco nierówny, ale był. Również był nieprzytomny, na nic nie reagował.
Kremowa kotka delikatnie opatrzyła kocura. Nawet nie zauważyła, kiedy inni dotarli na miejsce.
– Ćmia Łapo, daj mi go obejrzeć. – na słowa Jagnięcego Ukłonu koteczka się odsunęła, by zrobić miejsce mentorce.
– Stracił przytomność, ale oddycha. Jego łapa jest złamana. Uderzył się w głowę i leci mu krew, ale chyba całe uderzenie przyjął na łapę.
– Dobra robota Ćmia Łapo – odmiałknęła znad ciała medyczka. Chyba nie była zła, że tak znienacka zsunęła się do brata?
– Krwawienie zatamowane. Trójoki Zającu, Kukułczy Wdzięku, podnieście Firletkową Łapę, trzeba go zanieść do legowiska, rana jest poważna.
Rodzice wzięli delikatnie syna, wogule nie zareagował. Ćmia Łapa ciężko oddychała. Czy on przeżyje? Czy wyjdzie z tego bez szwanku? Czy zrobiła coś… instynktownie? Zawsze jej każdy krok był przygotowany i przemyślany. Dla niej wrogowie mogli być wszędzie, kryli się za każdym krzakiem, by znowu uderzyć. Dzięki Migot, na coś się przydałeś, bo jeżeli taki rozpuszczony dzieciak był zagrożeniem dla jej kariery medyka, to co mógłby zrobić zdeterminowany wróg? Uch, była samolubna zamiast myśleć o bracie myśli o swoich własnych duperelach! Tak się zamyśliła, że nim się obejrzała byli już na miejscu.
– Czas opatrzeć kończynę. Księżycowa Aldrowando, usztywnij łapę, Ćmia Łapo przygotuj mieszankę zapobiegającą infekcji. Ja po dokładnych oględzinach zajmę się głową.
– Jagnięcy Ukłonie, nie jest dobrze. Jego kości zamieniły się w odłamki. – młodsza szylkretka pokazała jej byłej mentorce złamania.
– Cóż, zwykły patyk nie wystarczy. Nastawmy bark i dobrze ściśnijmy kończynę. – kotki się na siebie popatrzyły znacząco, a następnie przerzuciły go na uczennicę. Ona nieświadoma tylko wpatrywała się w brata.
“Firletkowa Łapo, jak ty to zrobiłeś? Masz całą nogę rozwaloną!” – pomyślała Ćma ze złością, która wynikała ze strachu i troski o kocurka.
Kremowa przeżuła zioła i wypluła je na poszkodowaną łapę. W smarowała je, a starsze medyczki zajęły się resztą. Kocurek nadal leżał nieprzytomny, a jego klatka piersiowa delikatnie się unosiła i opadała. Całe jej ciało drgało. Pierwszy raz w życiu nad sobą nie panowała. Spytała się mentorki czy może ochłonąć i za jej zgodą wyszła na zewnątrz. Nikt się nie pytał co z Firletkową Łapą, jedynie koty do siebie szeptały i patrzyły się z żalem na legowisko medyka oraz rodzinę poszkodowanego ucznia. Trójoki Zając oraz Kukułczy Wdzięk siedzieli przed legowiskiem, wtuleni w siebie. Gdy usłyszeli kroki dochodzące z wyjścia, podnieśli głowy i ze zmartwieniem spojrzeli się na ich córkę.
– Jak się miewa Firletkowa Łapa?
– Stabilnie, opatrzyliśmy go, jest nadal nieprzytomny. Rana w głowie nie była głęboka, zasklepi się…
– A co z łapą? – dopytała Kukułczy Wdzięk.
– Nie wiadomo, jest złamana, ale zrobimy co w naszej mocy, aby się z tego wylizał. – powiedziała.

<Tato? Pierwszy raz nie panuję nad sobą.>
[781 słów]

Od Perłówkowej Łapy CD. Kurzej Łapy

Im więcej czasu mijało, tym mniej było do wyłuskania ze starego obozu. Prawdopodobnie wszystko, co warte zabrania, zostało już zabrane, a to, co zostało spalone, zmrożone albo przesiąknięte wilgocią nie bardzo miało komu służyć.
Perłówkowa Łapa wiedziała o tym równie dobrze, jak inni, ale mimo to przyszła jeszcze raz, powiedziawszy sobie, że to na wszelki wypadek, bo zawsze jest szansa, że coś przydatnego wszyscy i tak przeoczyli. Nie był to odosobniony sentyment, ale na ten moment rozglądając się, była całkiem sama.
Zatrzymała się przy żłobku. Pień, który przez całe jej dzieciństwo był najbezpieczniejszym miejsce, jakie znała, stał teraz zwęglony i kruchy, z wejściem otwartym szerzej niż powinno, bo wypalone drewno po jednej stronie osypało się do środka. Kotka weszła ostrożnie, testując grunt przed każdym krokiem. Na zewnątrz było dość upalnie, ale tu, w cieniu spalonego pnia, powietrze było chłodniejsze i nieruchome. Dalej czuć było słaby zapach popiołu, który księżyce deszczów i słońca zdążyły zetrzeć na zewnątrz, ale nie tutaj.
Zaczęła grzebać, sprawdzając kolejne zakamarki, starając się nie myśleć, że każdy z nich pamięta w zupełnie innych okolicznościach. Tu Kurczątko spał zawsze w tej samej pozycji, tu mama miała zwyczaj zostawiać różne rzeczy, których potem szukała przez pół dnia, tam było jej osobiste ulubione miejsce przy korzeniu, które w upalne dni było przyjemnie chłodne od ziemi. Wszystko to było już dawno przeszłością, zanim przyszedł ogień – rodzeństwo już od jakiegoś czasu spało w legowisku uczniów, Rudzikowe Skrzydełko przeniosła się z powrotem do wojowników z entuzjazmem godnym kogoś, kto przez wiele księżycy był od niego odcięty. Nie mogła się jednak spodziewać, jak bardzo kiedyś tak znajome miejsce może się zmienić w tak krótkim czasie.
Przy tylnej ściance jej nos natknął się na coś innego niż spalone zgliszcza. Wyraźniejszy, trochę wodnisty zapach przebijał się przez resztki popiołu. Przyciśnięty pod niewielkim kamieniem, jakby ktoś go tam schował w pośpiechu, leżał pęczek ogórecznika. Był w połowie spalony, jedna część całkiem ciemna i krucha, ale druga wyglądała na w miarę nietkniętą. Być może Wdzięcznej Firletce udałoby się coś z tego wykorzystać.
Perłówkowa Łapa wzięła ostrożnie pęczek do pyska i odłożyła przy wejściu, żeby o nim nie zapomnieć.
Potem wróciła do środka, z nadzieją na znalezienie czegoś jeszcze, i przykucnęła przy starym posłaniu.
Nawet nie zauważyła, że zaczęła nucić pod nosem. Melodia była prosta i powtarzała się w kółko, jakby mama nigdy nie pamiętała więcej niż fragmentu zwrotki. Trochę zbyt energiczna, żeby można było ją uznać za kołysankę, ale słyszaną na tyle często, że przez znudzenie mogła w końcu zacząć pełnić tę funkcję. Perłówka nigdy nie prosiła o muzyczny komentarz, a sama wolałaby zakopać się pod ziemię, niż kiedykolwiek dołączyć się do śpiewania.
Urwała w połowie taktu, orientując się, co robi. Cisza w starym żłobku nagle stała się bardzo głośna.
Powoli odwróciła głowę. Kurza Łapa stał w wejściu z trudnym do odczytania wyrazem twarzy. Musiał rozpoznać tę melodię. Nie miał wyjścia, słyszał ją dokładnie tyle samo razy.
— Nic nie słyszałeś — powiedziała, ku własnemu niezadowoleniu, o wiele za szybko, żeby można było to nonszalancko zbyć.
Kocur przyszpilał siostrę swoim wielkim, wręcz czarnym okiem. Nie poruszył się.
— Czemu nucisz te kłamstwa zdrajczyni?
Słowa, które niegdyś nie miałyby sensu dla nich obu, wypadły z ust brata. Słowa, które brzmiały wręcz nierealnie, zważając na więzy krwi, przeszły przez jego prawdziwe gardło. Wybrzmiały nie w śnie, lecz na żywo.
— Jeszcze te małe kocięta tej parszywej kocicy to usłyszą — zaczął chłodno, ostrożnie obserwując reakcję Perłówkowej Łapy. Przełknął prędko ślinę — I też zaczną nas mordować z maniakalnym uśmiechem.
Pysk rudzielca zachował ten sam, chociaż odrobinę zmęczony, opanowany wyraz, pomimo jakie słów wypowiedział przed chwilą. Przechylił łeb na bok, oczekując odpowiedzi. A może bardziej... obrony przeciw dopowiedzeniom we własnym umyśle.
Kotka zmrużyła oczy, słuchając.
— Dobrze się składa, że żadnych kociąt już tu nie ma — mruknęła na komentarz brata.
Zaskoczenie i zażenowanie, jakie by normalnie właśnie czuła, mieszało się ze złością Kurzej Łapy.
Nie zamierzała bronić matki, sama była na nią wystarczająco zła. Jednak głęboko pod tym dalej czuła żal i może nawet jakąś nieuchronną troskę, jaka ukształtowała się, dorastając. Rudzikowe Skrzydełko nie była kotką, która planowała. Z perspektywy Perłówki była kotką, która kiwała głową i się uśmiechała do kogokolwiek, kto akurat wydawał się jej sympatyczny. Chciała wierzyć, że to bezrefleksyjna łatwowierność doprowadziła ją do tego miejsca, a nie okrutne zamiary. Nawet jeśli przez to, co robiła, nie była w stanie spojrzeć się na matkę od momentu pierwszych oskarżeń.
— Poza tym reszta klanu ewidentnie nie uznała jej za wielką, bezwzględną morderczynię, skoro zostawili ją przy życiu — dodała bez szczególnego ciepła w głosie, patrząc się bardziej w bok niż na rozmówcę.
Kurza Łapa nie odpowiedział. Patrzył ze zmrużonymi oczami na siostrę, taką niegdyś malutką i rozmowną, teraz wydoroślałą i spoważniałą. Zmarszczył brwi na jej słowa i prędko po nich otworzył pysk, chcąc rzec:
— Perłówkowa Łapo... — zaczął i westchnął ciężko. Uciekł wzrokiem w bok tak jak jego rozmówczyni. Widocznie wiele ich nie różniło pod względem naturalnego, instynktownego zachowania. Odchrząknął. — Wiesz dobrze, że to głosowanie było sprawiedliwe.
Wtedy ich spojrzenia się zetknęły. Perłówka nie odnalazła w czarnych i głębokich jak ocean ślepiach brata ani jednego odbicia. Tak podobne do matczynych, a mimo tego... wciąż tam nie pasowało. Fragment, który tak bardzo usiłował wpasować się w całą układankę. Sierść też niewiele się różniła od Rudzikowego Skrzydełka. A więc... co właściwie poszło nie tak? Co musiało się stać w umyśle Kurzej Łapy, że postanowił wypowiedzieć takie zaskakujące słowa?
— Mam nadzieję.
Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło.
Perłówkowa Łapa postanowiła przerwać bezruch, robiąc kilka kroków do przodu. Kiwnęła nosem w stronę częściowo spalonego ogórecznika, leżącego w tym momencie bliżej łap brata niż jej. Może ich rozmowa ją zbiła z tropu, ale jeśli Kurza Łapa tu przyszedł, to prawdopodobnie z tego samego powodu, co ona.
— Jeszcze nie sprawdziłam tamtej części. — Skinęła głową w stronę ciemniejszego kąta żłobka.

<Kurza Łapo?>
[955 słów]
Event Klanu Burzy: przeszukiwanie starego obozu

Od Łzawej Łapy

Łzawa Łapa poczuła, jak do jej nosa dociera znajomy, ciężki zapach ziół, który przez ostatnie dni zdążył już na dobre wsiąknąć w ściany legowiska, a jej oczy, jeszcze niedawno skazane wyłącznie na pustkę, powoli zaczęły wyłapywać pierwsze, nieśmiałe barwy oraz blade smugi światła wpadającego zapewne od strony Groty Pamięci. Przez chwilę siedziała bez ruchu, jakby sama nie była pewna, czy może już ufać własnemu wzrokowi, po czym gwałtownie uniosła głowę i zaczęła rozglądać się po swoim nowym otoczeniu, chłonąc każdy szczegół z niemal przesadnym zainteresowaniem.
Jej spojrzenie przesunęło się od niewielkich dołków i półeczek, w których poukładane były pęczki ziół, przez suszone liście zwisające ze ścian, aż po przygotowane legowiska chorych, z których część wyglądała tak, jakby nikt nie miał czasu porządnie ich ułożyć. Nie podobało jej się to. Właściwie od samego początku nie podobało jej się prawie nic związanego z nowym obozowiskiem, którego budowa zdawała się ciągnąć w nieskończoność, a szczególnie irytowało ją to, że każdego dnia musiała znosić wilgotne, ciężkie powietrze przesycone piżmowym zapachem, który wżerał się w futro i pozostawał w nosie jeszcze długo po opuszczeniu podziemnych tuneli.
Najgorsze było jednak to, że jej miejsce, które wcześniej wyróżniało się spośród reszty obozu i nie pozostawiało żadnych wątpliwości co do tego, do kogo należało, teraz stało się zwyczajną jamą, podobną do wszystkich pozostałych, jakby wraz z przeprowadzką odebrano jej coś, co uważała za oczywiste i należne tylko jej.
— Hej, Łzawa Łapo — odezwał się nagle głos zza jej pleców.
Kotka nawet nie musiała się odwracać, żeby wiedzieć, kto przyszedł.
Przewróciła oczami, po czym westchnęła tak teatralnie, jakby właśnie powierzono jej najcięższe zadanie, jakie kiedykolwiek przyszło jej wykonywać.
Rudy kocurek stał przy wejściu do legowiska, a jego zielone oczy jak zwykle zdradzały zdecydowanie zbyt duże zainteresowanie tym, co działo się w miejscu przeznaczonym dla medyków. Łzawa Łapa od razu poczuła znajome ukłucie irytacji, bo naprawdę nie rozumiała, dlaczego Kołysankowa Łapa tak uporczywie zaglądał do ich legowiska, zadawał pytania, obserwował przygotowywanie ziół i zachowywał się tak, jakby wystarczyło kilka wizyt, żeby ktoś pozwolił mu zacząć grzebać w ich zapasach.
Co gorsza, robił to z tym swoim pełnym podziwu spojrzeniem, które zamiast ją cieszyć zaczynało działać jej na nerwy.
— Pa, Kołysankowa Łapo — miauknęła przesadnie słodkim tonem. — Naprawdę cudownie było cię widzieć, ale jeśli nie potrzebujesz żadnych ziół ani pomocy, to możesz już iść.
Rudy kocur zamrugał, najwyraźniej nie do końca pewien, czy właśnie został wyrzucony, czy też Łzawa Łapa po prostu jak zwykle przesadza.
— Ja tylko chciałem...
— Wiem, wiem, ty tylko chciałeś — przerwała mu natychmiast, machając ogonem. — Ty zawsze tylko chcesz coś zobaczyć, o coś zapytać albo sprawdzić, co robimy. Naprawdę, Kołysankowa Łapo, jeśli tak bardzo interesują cię zioła, mogę ci kiedyś zrobić wykład, dobrze? Tylko nie teraz.
Dopiero wtedy zauważyła, że za rudym kocurem stoi ktoś jeszcze.
Zamilkła.
Jej spojrzenie przesunęło się na jego siostrę, a cała wcześniejsza irytacja niemal natychmiast ustąpiła miejsca zainteresowaniu.
Szylkretka kichnęła cicho.
Łzawa Łapa wyprostowała się, a jej uszy natychmiast skierowały się w jej stronę.
— Ojej...
W jednej chwili znalazła się przy nich, jakby przed momentem wcale nie próbowała pozbyć się Kołysankowej Łapy z legowiska. Zbliżyła pysk do chorej kotki, przyglądając jej się z przesadną uwagą, po czym przekrzywiła głowę.
— Ty jesteś chora — stwierdziła, choć było to oczywiste, a w jej głosie pojawiła się nuta troski, której nie potrafiła powstrzymać. — I dlaczego nikt mi wcześniej o tym nie powiedział? Oddech ci strasznie świszczy. Masz gorączkę? Bolą cię mięśnie? Kręci ci się w głowie? A gardło? Gardło też cię boli?
Pytania zaczęły wypływać z jej pyska jedno po drugim, coraz szybciej, aż w końcu sama musiała zaczerpnąć oddechu.
— Łzawa Łapo, spokojnie — wtrącił Kołysankowa Łapa.
— Ja jestem spokojna!
Jej głos natychmiast podniósł się o kilka tonów.
Zorientowała się, co zrobiła, dopiero po chwili, dlatego odchrząknęła i spróbowała przybrać bardziej profesjonalny wyraz pyska, choć wciąż wyraźnie było po niej widać, jak bardzo zainteresowała ją sytuacja.
— Po prostu... — zaczęła już spokojniej, po czym spojrzała na jego siostrę z troską. — Po prostu nie chcę, żebyś chodziła chora po obozie, skoro można ci pomóc.
Brzmiało to niemal wzruszająco szczerze.
I zapewne takie było.
Ale gdzieś pod tą troską kryło się również coś jeszcze — przyjemne poczucie, że oto znowu ktoś jej potrzebuje, że może coś zrobić, że może być tą, która zauważyła problem i jako pierwsza wyciągnęła łapy w jego stronę.
— Chodź, usiądź tutaj — powiedziała, wskazując ogonem jedno z legowisk. — Zaraz cię obejrzę, a potem przygotuję coś, co powinno ci pomóc. I nie, nie protestuj, bo już widzę po twoim pysku, że zamierzasz powiedzieć, że nic ci nie jest.
Spojrzała na Kołysankową Łapę.
— A ty nie jesteś tu potrzebny... Albo wiesz co? Patrz i się ucz.
Przez dłuższą chwilę kręciła się wokół Jabłkowej Łapy, to przyglądając się jej uważnie, to zadając kolejne pytania, na które właściwie sama nie dawała jej czasu odpowiedzieć, aż w końcu, najwyraźniej zadowolona z własnych oględzin, sięgnęła po jagodę jałowca i podała ją szylkretce.
— Proszę, połknij to. I nie rób takiej miny, wiem, że nie jest szczególnie smaczna, ale gdyby medyk wybierał zioła na podstawie tego, czy smakują chorym, połowa naszego zapasu dawno wylądowałaby poza legowiskiem.
Jabłkowa Łapa posłusznie połknęła jagodę, choć jej lekko skrzywiony pysk wyraźnie zdradzał, że zdecydowanie nie zamierzała uznać jej za swój ulubiony przysmak. Łzawa Łapa natychmiast to zauważyła i uśmiechnęła się pod nosem, jakby właśnie udowodniła coś niezwykle istotnego.
— No już, nie patrz tak na mnie. Przeżyjesz — rzuciła z rozbawieniem, po czym jeszcze raz zerknęła na szylkretkę, upewniając się, że ta rzeczywiście połknęła lekarstwo. Dopiero wtedy wyprostowała się i z wyraźnym zadowoleniem omiotła spojrzeniem całe legowisko, jakby właśnie zakończyła niezwykle skomplikowany zabieg.
— Dobrze, to tyle. Papatki, miło było was widzieć!
Odwróciła się, wykonując ogonem przesadnie elegancki gest pożegnania, lecz ledwie ruszyła z powrotem w stronę składziku, Kołysankowa Łapa odezwał się za jej plecami:
— A co z tym wykładem? Bo w sumie to z chęcią bym posłuchał...
Łzawa Łapa zatrzymała się i przez chwilę milczała, jakby bardzo poważnie rozważała jego prośbę. W końcu odwróciła głowę przez ramię, a na jej pysku pojawił się szeroki, nieco zbyt zadowolony uśmiech.
— Na dobre rzeczy trzeba czasem poczekać.
— Czyli będzie?
— Tego nie powiedziałam.
— Ale też nie powiedziałaś, że nie będzie.
Łzawa Łapa prychnęła cicho, choć kąciki jej pyska drgnęły w rozbawieniu.
— Ty naprawdę potrafisz znaleźć sobie zajęcie, co?
— Staram się.
— To postaraj się jeszcze trochę i daj mi spokój.
Powiedziała to lekko, niemal żartobliwie. Dopiero po kilku krokach zerknęła jednak ukradkiem na Kołysankową Łapę, jakby chciała sprawdzić, czy nadal patrzy.
Oczywiście, że patrzył.
Łzawa Łapa uśmiechnęła się wtedy jeszcze szerzej. Właśnie o to jej chodziło.

***

Czarno-biała kotka w milczeniu obserwowała swoją mentorkę, która z charakterystyczną dla siebie wprawą sortowała zebrane o poranku zioła. Szylkretowa kotka poruszała się szybko i pewnie, niemal bez chwili zawahania przesuwając kolejne rośliny na odpowiednie kupki, a te podgniłe, zwiędnięte lub w jakikolwiek sposób niezdatne do użycia odrzucała na bok. Łzawa Łapa śledziła każdy jej ruch z uwagą, choć z każdą kolejną chwilą coraz trudniej było jej ukryć narastające podekscytowanie.
— Planuję dziś uzupełnić braki, więc możliwe, że spędzisz trochę czasu sama. No... chyba że ktoś będzie potrzebował twojej opieki — mruknęła Firletka, kiedy ostatnia z zebranych wcześniej roślin znalazła się na odpowiedniej kupce. — Oczywiście będę tu wracała, żeby móc gdzieś zostawić zebrane zioła. Posortuj je wtedy, dobrze?
Łzawa Łapa niemal podskoczyła w miejscu.
— Jasne!
Odpowiedziała zdecydowanie szybciej, niż zamierzała, a jej wysoki głos odbił się od ścian legowiska. Dopiero po chwili chrząknęła, próbując przybrać bardziej spokojną minę, choć szeroki uśmiech natychmiast zdradził jej prawdziwe emocje.
To oznaczało, że przez jakiś czas będzie tutaj sama.
Sama.
W legowisku medyka.
Miała pilnować ziół, zajmować się chorymi, a przede wszystkim — przynajmniej przez kilka godzin — mogła poczuć się tak, jakby naprawdę była odpowiedzialna za to miejsce.
Mogła być potrzebna.
I właśnie ta myśl sprawiła, że aż zamruczała z zadowoleniem.
— Ufam ci — mruknęła Firletka na pożegnanie, po czym, zanim Łzawa Łapa zdążyła odpowiedzieć czymś odpowiednio entuzjastycznym, opuściła norę żwawym krokiem.
Łzawa Łapa przez chwilę patrzyła za nią, a kiedy upewniła się, że mentorka rzeczywiście zniknęła z pola widzenia, jej uśmiech zrobił się jeszcze szerszy.
— Ufa mi — powtórzyła cicho, jakby chciała jeszcze raz usłyszeć te słowa.
Dopiero po chwili usiadła przy ziołach i zaczęła porządkować je z przesadną starannością, układając każdą roślinę dokładnie tam, gdzie — jak sądziła — powinna się znaleźć. Co jakiś czas zerkała w stronę wejścia, jakby spodziewała się, że lada moment pojawi się jakiś chory, który będzie potrzebował jej pomocy.
I wtedy przypomniała sobie o własnym oku.
Od pewnego czasu odczuwała w nim nieprzyjemne, tępe pulsowanie, które nasilało się szczególnie wtedy, gdy długo próbowała ignorować zmęczenie. Nie było jeszcze na tyle dokuczliwe, by musiała o nim wspominać Firletce, ale Łzawa Łapa doskonale wiedziała, że nie warto czekać, aż ból stanie się poważniejszy. Sięgnęła po glistnik jaskółcze ziele i przez chwilę obracała go między łapami, upewniając się, że wybrała odpowiednią roślinę. Następnie przeżuła ją ostrożnie, aż powstała z niej wilgotna papka, po czym z lekkim grymasem na pysku nałożyła ją na bolące oko.
Skrzywiła się.
— Fuj...
Przez kilka uderzeń serca siedziała nieruchomo, mrugając zdrowym okiem i próbując przyzwyczaić się do nieprzyjemnego uczucia.
— Ale czego się nie robi dla zdrowia — westchnęła w końcu, po czym zadowolona z własnej zaradności wróciła do sortowania ziół.
— Łzawa Łapo?
Czarno-biała kotka obróciła głowę, posyłając krótkie spojrzenie w stronę wejścia do legowiska. Stała tam Słodka Marzanna, a jej obecność Łzawa Łapa rozpoznała niemal natychmiast. Przez moment mierzyła ją wzrokiem, po czym wróciła do sortowania ziół, starając się sprawiać wrażenie tak zajętej, jakby pojawienie się kotki było zaledwie kolejnym drobnym zakłóceniem w jej pracy.
— Tak? — mruknęła, nawet nie podnosząc łba znad kupki suszonych roślin.
— Gdzie jest Firletkowy Wdzięk? — zapytała, wchodząc głębiej do legowiska. — Chyba złapałam Biały Kaszel.
Łzawa Łapa uniosła brew, a jej łapy na chwilę znieruchomiały nad ziołami.
— Firletki teraz nie ma — odpowiedziała spokojnie, choć w jej głosie niemal natychmiast pojawiła się nuta dumy. — Poszła uzupełnić zapasy i zostawiła mnie tutaj samą.
Przesunęła jedną z roślin na odpowiednią kupkę, po czym wreszcie spojrzała na kotkę.
— Myślę, że sama będę w stanie ci pomóc.
Słodka Marzanna przyjrzała jej się przez chwilę, jakby dopiero teraz zauważyła, że poza nią w legowisku rzeczywiście nie ma nikogo starszego.
— Na pewno? — zapytała z wyraźnym powątpiewaniem. — Jesteś tylko dzieckiem...
Łzawa Łapa poczuła, jak coś nieprzyjemnie ściska ją w żołądku.
Dzieckiem?
Jej uszy drgnęły, a pazury niemal bezwiednie wysunęły się z poduszek łap. Przez ułamek sekundy miała ochotę prychnąć i bardzo dokładnie wyjaśnić Słodkiej Marzannie, że nie spędziła tylu księżyców na nauce po to, żeby teraz jakaś stara kotka traktowała ją jak kocię, które ledwo nauczyło się rozpoznawać miętę od pokrzywy.
Powstrzymała się jednak.
Nie.
Nie da jej tej satysfakcji.
Zamiast tego rozluźniła pysk, a na jej wąskich wargach pojawił się przesłodki uśmiech. Zmrużyła oczy, przybierając niemal niewinną minę, choć w jej spojrzeniu błysnęło coś zdecydowanie mniej przyjaznego.
— A ty tylko zwykłą staruszką — miauknęła najłagodniejszym, najbardziej uroczym tonem, na jaki było ją stać. — więc myślę, że wyleczenie ciebie nie będzie aż tak trudne. 
Zapadła cisza.
Łzawa Łapa przez chwilę patrzyła na nią z niewinnym wyrazem pyska, jakby właśnie powiedziała coś wyjątkowo miłego. Jej ogon drgnął z ledwo skrywanej satysfakcji, kiedy ponownie pochyliła się nad ziołami.
— A teraz pokaż mi język i przestań się martwić. Skoro już przyszłaś do medyka, to chyba po to, żeby ktoś ci pomógł, prawda?

Wyleczeni: Jabłkowa Łapa, Łzawa Łapa, Słodka Dziewanna


[1856 słów, wyleczenie postaci NPC]

Od Chyżej Łapy CD. Nieboskłonnej Łapy

Porzeczka była dopiero co po treningu. Tym takim pierwszym pierwszym, co tak naprawdę była sama teoria. Oprócz tego jeszcze popisała się przed mentorką, jak to świetnie biega i poluje na króliki. Ot, jakieś tam sobie byle jakie osiągnięcia. Akurat kotka rozmawiała z najmłodszą siostrą, która również była świeżo po treningu. Zdążyła już jej się pochwalić swoim udanym treningiem. Teraz wystarczyło znaleźć drugą siostrę i to jej się przechwalać co jej się udało. W końcu przyniosła ze sobą samodzielnie upolowanego królika, którym na spokojnie dwójka kotów mogła zaspokoić głód. Powinni ją za to chwalić. Od razu pewnie i mianować. Chociaż to tylko takie jej własne głupie myślenie, by nadać absurdu własnemu ego.
Wreszcie zauważyła gdzieś Malinkę, a zaraz jej śladami poszła Poziomka, lecz to ona pierwsza podreptała do siostry. Za nią przyszła Porzeczka.
— No i jak tam pierwszy trening? — miauknęła Nieboskłonna Łapa z zainteresowaniem. Najstarsza już otwierała pysk, lecz Poziomka ją wyprzedziła:
— Było super! I trochę mi pokazano tunele, ale też te najważniejsze miejsca na terytorium! Jutro z rana Śniący Obserwator zabierze mnie na patrol i pokaże gdzie i jak oznaczać tereny! — opowiadała, co Porzeczkę niewiele interesowało, bo tylko czekała na swoją kolej.
— A ja, no cóż, mnie Pani Bazia oprowadziła po granicach, pokazała tereny i opowiedziała o niektórych rzeczach, jak kodeks wojownika. Wcześniej też trochę biegaliśmy, a na koniec zapolowałam i udało mi się za pierwszym razem upolować królika! — zaśmiała się, dumnie kładąc łapę na klatce piersiowej. — A ty jak? Jeszcze nie wyszłaś, co? Szkoda. — dodała z dziwnym, sarkastycznym tonem, jakby miała się przyczepić do burej siostry.
Malinka zmarszczyła brwi, jakby nie spodobał jej się ton, z jakim wypowiadała się siostra. W sumie, komu by się spodobał taki nieprzyjemny komentarz? Burka wyglądała, jakby zdusiła w sobie odgryzienie się.
— No, wiesz, mój mentor nie może wychodzić za dnia. — odparła niepewnie. Porzeczka przecież o tym wie. Każdy to wie.
— No, już dobra. Mówisz tak, jakbym nie wiedziała.
— Ale przecież… — przerwała — no dobra, nieważne. — westchnęła, lecz starała się uśmiechnąć i zamilkła.
Mina Porzeczki zrzedła. Pospiesznie zwróciła się do najmłodszej.
— Poziomko, byłabyś może taką kochaną siostrą i przyniosła coś do jedzenia? Konam z głodu! — miauknęła teatralnie, a uczennica przewodnika od razu skinęła głową i pędem ruszyła do stosu zwierzyny.
Porzeczce coś się nie podobało w Malince. Poziomka była łatwa do kontroli, przyjmowała wszystkie komentarze bez żadnych “objawów” buntu i nie potrafiła się odgryźć. Co innego, jeśli chodzi o burkę. Może nie mówiła nic wprost, ale wciąż była bardziej taka jakby samodzielna, niż by tego oczekiwała Porzeczka.
— No, Malinko — zaczęła — czy ty, moja droga, kochana siostro, serio bierzesz te klanowe imiona na poważnie? — spytała się z wyraźną irytacją w głosie. W jej zwrocie do Malinki od razu da się wyczuć kąśliwe brzmienie.
— Czemu miałabym nie brać?
— Bo są głupie i niepotrzebnie długie!
— Słuchaj Chyża Łapo…
— Nie mów do mnie tak, nie podoba mi się to imię. — burknęła zjeżona.

<Malinko? Nie będę używała tej skłaniającej do nieba łapy.>
[482 słów, trening wojownika]

Od Borowika

W głowie miałem mętlik. Więc poszedłem na ryby.
Nie pomagało też nieustanne, palące uczucie wstydu przetaczające się falami przez moje wnętrzności. W końcu wysoce prawdopodobne jest, że więcej niż jeden kot w obozie usłyszał naszą wymianę zdań. Nie, żeby mi to jakoś specjalnie przeszkadzało, ale raczej nie pomagało, nie, nie…
Muszę stąd wyjść. Teraz.

***

Opuściłem obóz w tempie ekspresowym. Dotarłem do rzeki, a następnie zacząłem podążać za jej biegiem, szukając odpowiedniego miejsca na łowisko. W międzyczasie postanowiłem całą sprawę przemyśleć od nowa.
Najpierw Świergotek mnie lubił. Gdy nie podejmowałem żadnych działań i nie robiłem, krótko mówiąc nic w celu pozyskania jego uwagi. Jedyne co to byłem miły. A jak zacząłem działać, to się zasmucił i mnie nie lubi już. Znaczy, że nie powinienem był tego wszystkiego…? Nie no, to bez sensu, przecież wtedy by mnie po prostu zignorował… Więc co powinienem był zrobić?
To nie ma sensu. Bez sensu. Co ja mówię w ogóle?
Przyspieszyłem nieco kroku, stał się on teraz bardziej nerwowy i mniej ostrożny. Zawsze starałem się poruszać się tak, by przypadkiem nie nadepnąć żadnego robaczka czy też kwiatka, teraz nie byłem już w stanie tego kontrolować.
Szkoda, że kotów nie wystarczy nie deptać, by być kimś dobrym…
Świergotek niby wyjaśnił mi, o co chodzi, ale ja nadal nie rozumiem. Nie rozumiem też, czemu to w ogóle zrobiłem. Dlaczego tak zawsze musi być, że wszyscy wszystko rozumieją i tylko ja muszę się domyślać i odkrywać po kolei pojedyncze elementy tej zbiorowej tajemnicy…? Jaki to ma sens?
Dobra. Nie ważne. Pożar już wybuchł ,a teraz muszę jakoś wymyślić, jak go ugasić…
Przynieść mu jedzenie…?
Nie, przecież nie chce mnie widzieć.
Może zostawię je w jego legowisku…?
Nie no, kazał mi się nie zbliżać…
To może pozostawię je bez zbliżania się za pomocą pośrednika lub też…
Momentalnie poczułem, jak serce podchodzi mi do gardła, a ciało zalewa fala adrenaliny.
Poczułem, jak moje łapy zsuwają się w dół, po mokrej ziemi, prosto do rzeki. Musiałem tak głęboko zatopić się w moich rozmyślaniach, że nie zauważyłem nagłego spadku terenu i… teraz sam fizycznie zatopię się głęboko… w wodzie.
– Oj, nie, nie. nie… – mruknąłem.
Desperacko próbowałem zatopić pazury w ziemi i wyhamować, ale niestety, miała ona zbyt rzadką konsystencję i już po chwili zaliczyłem porządne chlup.
Zobaczyłem, jak błękit nieba Pory Nowych Liści zamknął się nad moją głową, zastąpiony jego głębszym, ciemniejszym odcieniem wymieszanym z zielenią. Wszystkie odgłosy, irytujące szumy i szuranie ucichły. Gorąco pierwszych słonecznych dni zmieniło się w nagły chłód. Wszystko inne zniknęło. W tym moje myśli. Stały się mniej składne, bardziej płynne, mogły łączyć się z kategoriami, o których istnieniu wcześniej nigdy nie miałem pojęcia…
A może… zostanę tu? Tylko chwilkę… Przecież nie zaszkodzi… Nie musiałbym polować, chodzić na patrole, walczyć o przetrwanie w moim własnym umyśle… Może by tak… odpłynąć…?
Wynurzyłem gwałtownie głowę nad powierzchnię wody, łapiąc oddech. Prąd rzeki był spokojny, powolny, dlatego też poddałem się mu, stopniowo skręcając w stronę brzegu. W końcu udało mi się go złapać i wydostać się na suchy ląd...
Zrobiłem kilka chwiejnych kroków, po czym opadłem na ziemię z głośnym chlupnięciem, oddychając ciężko, cały pokryty błotem i wodorostami…
Już mi przeszła ochota na ryby.
Zimno. Mokro.

***

Wkroczyłem do obozu, od łap do czubka głowy oblepiony mułem i… innymi elementami składowymi środowiska bagiennego. Zignorowałem zdziwione spojrzenia innych i skierowałem się prosto w stronę legowiska zwiadowców. Wdrapałem się z trudem na drzewo, zostawiając za sobą długą smugę błota (nie zazdroszczę następnemu kotu, który postanowi zdrzemnąć się na swoim posłaniu, tam, na górze) i wlazłem na gałąź Świergotka.
Rudy kocur leżał tam, skulony i wyraźnie smutny… Oj, bardzo smutny…
Stanąłem przed nim bez wstydu, ociekając błotem.
Rudy kocur spojrzał na mnie zmęczonymi, przymrużonymi oczami.
– Co tu robisz? Wydawało mi się, że wyjaśniłem ci wszystko wystarczająco jasno... – mruknął ozięble.
– Świergotku. Przepraszam. Zachowałem się niedobrze, niedobrze i teraz ci przykro. – zacząłem szybko powtarzać formułkę, której wyuczyłem się na pamięć w drodze powrotnej. – Nie wiem, dlaczego się tak zachowywałem. Nigdy tak nie miałem, ale wiem, że przeze mnie ty smutny teraz jesteś, Świergotku. Wiem też, że z nieznanego mi bliżej powodu… jesteś dla mnie w jakiś sposób ważniejszy niż przeciętny kot tutaj. Powiedz mi, co mam robić a ja zrobię wszystko… no, może nie wszystko, bo to niemożliwe, ale… ale zrobię dużo, żeby… żebyś nie był tak przykry i smutny teraz, Świergotku. I żeby… żeby naprawić. Com zepsuł. Tylko powiedz, co, bo ja naprawdę nie wiem, nie wiem. Mówię teraz całkiem serio. Naprawdę nic nie wiem, nigdy. Przepraszam. Świergotku. – pokręciłem dynamicznie głową na boki.
Spojrzałem mu prosto w oczy, próbując bezskutecznie odczytać jego reakcję.
Powieki Świergotka nieco się rozluźniły, na jego pysku malował się teraz wyraz ciężki do sklasyfikowania, ale już nie to samo zmęczenie i smutek. Rudy westchnął, spojrzał w bok… i wtedy powiedział coś, czego się raczej nie spodziewałem.
– Być może ja… też nieco przesadziłem… – wydukał, prostując się na swoim posłaniu do siadu. – Nakrzyczałem na ciebie a przecież… wiedziałem, że nie zrobiłeś tego wszystkiego, by mnie zdenerwować. Chyba oboje popełniliśmy parę błędów…
Zamrugałem.
Oh?
– No… – zacząłem z zamyśleniem. – Być może… Ale ja więcej. Ja więcej błędów i tak.
Świergotek zaśmiał się.
– Nie. Nie, chyba… chyba nie. Nie słuchałem cię ani… ugh! Nie ważne… Ja… cieszę się, że do mnie przyszedłeś. Jeśli chcesz, to… możemy spróbować od nowa? Ale tym razem musisz mi obiecać, że zamiast się skradać czy szpiegować mnie, będziesz po prostu mówił, o co chodzi. O czym myślisz. A ja postaram się bardziej… ważyć moje reakcje. Próbować zrozumieć.
Pokiwałem głową energicznie.
– Tak! Tak, ja… ja powiem ci wszystko, zawsze. Przysięgam.
Świergotek skrzywił się lekko, gdy na jego rudym futerku wylądowało kilka kropel błota na skutek mojego gwałtownego ruchu.
– Okej… – kocur uśmiechnął się i wstał, robiąc parę kroków w moją stronę, decydując, że już chyba nie ma nic do stracenia, skoro błoto i tak wylądowało na nim. – To może spróbujmy teraz. Powiedz mi… jak to się właściwie na Wszechmatkę stało, że jesteś tak umorusany?
Zmarszczyłem czoło w nagłym przypływie świadomości co do mojego stanu. Błoto zdążyło już nieco zaschnąć…
– Oj. Sorki. – mruknąłem, podnosząc niepewnie ociekające brudem łapy. – No… no poszedłem… tego… uh… na ryby. Co nie?
Rudy uniósł lekko brwi i podszedł bliżej.
– Ryby, tak? I co? Gdzie masz te ryby? – spytał, strzepując grudkę błota z mojego futra za pomocą ogona.
Spojrzałem na niego z czystym przerażeniem, czując, jak mój mózg zamienia się w gotującą papkę, a temperatura mojego ciała wzrasta nagle o jakieś siedemdziesiąt trzy procent.
Głowa opadła mi na pierś.
– No… no nie ma. Bo… wpadłem do rzeki. I w błoto. I mi zimno było… Wróciłem szybciej… – dodałem niepewnie, nie mogąc zebrać myśli.
– Może w takim razie wybierzemy się na ryby jeszcze raz? Razem? Przy okazji zmyjesz z siebie to wszystko... – zaproponował, mrużąc oczy, dokładnie skanując wzrokiem mój pożałowania godny stan.
– Oh. Jasne, to… to dosyć racjonalne wyjście…
– Przypilnuję, żebyś nigdzie już więcej nie wpadł, hm? – dodał, zbliżając swój pysk to mojego.
Okej. Może… może to nie był taki zły dzień. W sumie to… to nawet to mi wyszło wszystko na dobre. Warto było z nim porozmawiać. Warto było tu wrócić. I nie utopić się.
Świergotek jest takim świetnym przyjacielem…

Od Bursztynowej Łapy

 Jego wypady na granicę po incydencie z Pierzem najpierw zelżały, a potem się wzmogły, przez co zaczęto patrzeć na niego podejrzliwie, a Żywicy coraz mniej się to wszystko podobało. Miał to gdzieś. Mimo miłości do siostry i rodziców (a przynajmniej jednego rodzica, bo drugi postanowił ich porzucić dla jakiejś przybłędy i przygarnąć sobie nowe dzieci, jakby oni nie wystarczali) uraza i poczucie zdradzenia przerodziło się w coś ogólnego i niezwykle drażniącego, dlatego, gdy usłyszał słowa: 
,,Będziemy się zwijać w najbliższych dniach z tego terenu." i ,,Byłbyś mile widziany w naszej paczce" nie wahał się zbyt wiele. Co prawda słyszał coś, że może czas, by został mianowany i chociaż jako kocię niezwykle by się z tego cieszył i niemal skakał po wszystkim, obsmarkując co przypadkowego nieszczęśnika, tak teraz przyjął wiadomość raczej z chłodną obojętnością, zagryzając zęby. Bullshit. Całe to mianowanie i przysięgi nic nie znaczą, kiedy pomimo niej trzymamy w obozie żywe dowody na to, że wszystko to na nic i można na to jedynie splunąć. Tyle są warte te kodeksy. 
Gdy noc na dobre zawitała w obozie, pochłaniając żarłocznie wszystkie cienie i senne mary mieszkańców, on sam wymknął się po cichu z legowiska, uciekając szybko do jednego z tuneli. Nienawidził tych chłodnych, przesiąkniętych wilgocią komór, w których siedzieli jak ostatnie krety, bez możliwości patrzenia na odsłonięte, gwieździste niebo. Biło się to z jego naturą, z ognistą sierścią i wszystkim, w co wierzył. Gdy usłyszał szmer, najpewniej spowodowany ruchem strażnika, skręcił raptownie w bok, wybierając nieco dłuższą, ale bezpieczniejszą drogę. Gdy natomiast jego nos zetknął się z ciepłym, nocnym powietrzem, poczuł gwałtowną ulgę. 
,,Nie, jeszcze nie teraz. Nie jesteś bezpieczny" przemknęło mu przez myśl akurat w momencie, w którym zrobił dwa kroki skierowane w stronę granicy tylko po to, by zetknąć się z obliczem własnej siostry, która patrzyła na niego uważnie. Zaklął w myślach. Przeprowadzali tą rozmowę, o ile rozmową to można było nazwać, jeśli pomyślimy o wyżynach możliwości polonistycznych rudzielca. Każdy zdrowo myślący i z nieco wyższą oceną, nazwałby tą "rozmowę" krótkim poinformowaniem. Zapewne w ten sam sposób odczytała to Żywica. 
- Postanowiłem. Zawsze możesz iść ze mną - rzekł, nie dostrzegając, jak mięśnie na jej pysku podrygują w napięciu. Otworzyła i zamknęła pysk, oczami wędrując po okolicy, jakby nie mogła ich nigdzie bezpiecznie osadzić. 
- Tata zostanie sam... złamiesz mu serce. 
- Mógłby iść z nami. 
- I wtedy nagle trzy koty znikną z klanu... i co z mamą? - poruszył nerwowo ogonem na wspomnienie o kotce. Akurat Żywica doskonale wiedziała, że o Pożar martwił się najmniej. 
- Słuchaj, nigdy nie chciałem żeby to się potoczyło w ten sposób... a tam, na zewnątrz są koty, które autentycznie mnie doceniają! Widzą coś we mnie, słyszysz? Nie tak, jak niemal każda osoba w tym klanie! Nie tak jak matka, przecież widzisz, co zrobiła. Nie jesteśmy dla niej wystarczający, tata nie był i my też nie. Zastąpiła nas! - kotka położyła po sobie uszy, wreszcie uspokajając spojrzenie, które utkwiła w podłożu. Nagle poczuł wyrzuty sumienia, które napłynęły mu do gardła. Miał kotkę bronić i naprawdę miał nadzieję, że z nim pójdzie, jednak wizja nieograniczonej wolności... 
- Posłuchaj, naprawdę nie chciałem nikogo zranić... 
- To zostań. - wyszeptała, nie podnosząc wzroku z kołysanej lekko przez wiatr trawy. Teraz to on poczuł się zdołowany. Milczeli przez chwilę, w ciężkiej ciszy. 
- Na pewno jeszcze się zobaczymy, dasz radę beze mnie przez ten czas, prawda? Szybko wszystko to minie i zanim się obejrzysz, będziemy razem siedzieć na jakimś słonecznym wzgórzu, nawet o tym nie pamiętając. Potrzebuję rozciągnąć łapy, zobaczyć kawałek świata, wyrwać się z tego parszywego, zakłamanego miejsca! Zostaniesz wspaniałą wojowniczką, jestem pewien - wygłosił swój najdłuższy "monolog" w życiu, przytulając zesztywniałą siostrę, która odwróciła wzrok i nie spojrzała za nim, gdy ten, jak zbieg, skierował się w stronę swojej upragnionej wolności i kawałku nowego świata. 

<618 słów>
na tym szkolenie bym zakończyła 

Od Bratek do Gronostaja

Późna zima - chwilę po zostaniu uczennicą

Bratek wstała, patrząc przez otwór od żłobka zrozumiała, że obudziła się o wschodzie słońca. Normalnie przesypiała pół dnia i zdziwiła ją ta wczesna pobudka. Wstała i wyglądając zza legowiska, prócz małego pokrycia śniegu, odnalazła poirytowanego Gronostaja, mówiącego po cichu do Siebie.
– Głupi ten poranek, głupi!
Bratek wiedząc, że jest to jej szansa, by spędzić więcej czasu z bratem, którego tak często nie odnajdywała, rzuciła się w jego stronę, by go złapać.
– Złapałam Cię! – Wykrzyknęła Kotka, docierając z wyskoku do Gronostaja.
– Wuszz! Nie naskakuj na mnie tak! – krzyknął Gronostaj, lecz po chwili oswojenia się z sytuacją odpowiedział: – Ugh, nie, po prostu to jest naprawdę głupi poranek. Wstaję zawsze o tej samej porze dnia, a dziś bez powodu o świcie, bardziej by się to przydało w dniu treningu.., a potem na mnie skoczyłaś niespodziewanie, jakby można podejść.
– Oj, chciałam tylko zdobyć Ciebie do jakiejś dłuższej pogawędki lub zabawy. Ale byłeś poza obozem! Na treningu! Co widziałeś? Jak to wyglądało? – Odpowiedziała, lekko pokasłując.
– Jaśminowiec kazała mi wstać o świcie, jak dzisiaj, a potem musiałem iść przez skrzypiący śnieg, ogólnie tam było po prostu strasznie dużo śniegu, ledwo co widziałem, ale miałem przejść trening i przeszedłem, po prostu nie zwiedziliśmy wszystkiego.
– Niefajnie, miałam nadzieję, że więcej będziesz wiedzieć o poszczególnych miejscach. Chciałabym nawet uciec stąd, by pozwiedzać, co jest poza obozem, ale innym by się to nie spodobało… i poza tym nie umiem polować… Ale może kiedyś, jak będę dużą Kotką, to przejdziemy się tak i zbadamy, co się tam znajduje! Co myślisz?

<Gronostaju?>
[256 słów]

Od Nieboskłonnej Łapy do Kameliowej Łapy

TW: krew, śmierć, przerażenie, body horror

‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁

Malinkę obudziło nie chrapanie sióstr, chłód, czy cokolwiek innego, a nieznośny ból zęba. Koteczka przyłożyła łapę do pyska, a jej język powoli sunął po kolejnych kłach, szukając nieprzyjemności. Natrafiając na tego bolącego, powoli zaczęła ruszać nim tam i z powrotem, dopóki nie wypadł z dziąsła. Następnie wypluła go na swoją łapkę. Kiedy go obejrzała, poczuła obrzydzenie. Ząb był spróchniały, cały żółty, śmierdzący i oblepiony bordowym osoczem, które zaczęło wylewać się z jej pyska. Najpierw była to niewielka strużka, którą bura przetarła łapą. Później jednak zaczęła robić się coraz większa i ciemniejsza, lejąc się strumieniami, w tym samym czasie zalewając jej gardło i nos, przez co szylkretka nie mogła nabrać powietrza. Wraz z krwią zaczęły wypływać wszystkie inne zęby, aż nie zostało już żadnego. Przed wijącą się, niczym bezbronna larwa, Nieboskłonną Łapą, stanął ten sam jeleń, który pojawił się ostatnio.
— Phma-... Mo… — wydławiła błękitnooka, kiedy z jej ślepek spływały łezki.
Jeleń podszedł bliżej i gdy już Malinka była pewna, że jej mamusia jakoś jej pomoże, to na jego przydługim pysku znów pojawił się ten przerośnięty uśmiech. Najpierw jedna, jednak bardzo szybko i drugia racica, stanęły na klatce piersiowej młodej. Istota naciskała nimi coraz mocniej, dopóki trzask łamanych żeber i mostka nie rozszedł się po spowitej mrokiem polanie, na której matka oraz jej rodzona córka się znajdowały. Jedno z żeber wbiło się w płuco Burzaczki, choć to i tak już nic nie zmieniało, ponieważ los, jaki szylkretka w innym wcieleniu jej zgotowała, został już spełniony i nie dało się jej pomóc, nawet jeśli ktoś bardzo by chciał. I choć Nieboskłon naprawdę próbowała, w końcu jej oczy zamknęły się, a ze zmiażdżonej i otwartej klatki piersiowej, jeśli tak można było nazwać to, co zostało, uleciał ostatni świst, który upewnił wygiętą istotę z wielkim porożem, że zwierzę już nigdy nie wstanie, a jego ślepia spowite będą wieczną mgłą.

‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁

Malinka otworzyła oczy, zasłaniając swój pysk łapkami, zanim zdążył wydobyć się z niego choćby niewielki pisk. Czuła, jak serce łomotało jej w obolałej strefie między przednimi łapami, a każda próba ruchu powodowała ogromny ból. Jej oddechy były płytkie i nierówne, a wdechy niemalże zerowe, drżące i utykające w jej tchawicy, zanim zdążyły dotrzeć chociażby do krtani.
Kiedy już chwilę pozostała w jednej pozycji, starając się odzyskać normalne tętno, zauważyła parę ślepi, wpatrzonych w nią spośród ciemności. Przez myśli kotki przeminęło, że być może teraz jeleń przyszedł po jej siostrzyczki, jednak te patrzałki wydawały się mieć inny kolor. Były niebieskie i niewiele ciemniejsze od jej własnych, a nie bordowo-brudno-czarne. Kiedy istota zrobiła krok w stronę Nieboskłon, okazało się, że była to inna uczennica Klanu Burzy. Całkowicie biała, zdecydowanie dużo starsza od niej kocica, na której pysku malowało się jakby zmartwienie, być może właśnie o burą.
— Wszystko dobrze? — spytała szeptem, na co szylkretka od razu pokiwała głową.
— Tak, nie ma się czym martwić — odparła, po czym zwinęła się w bochenek chleba, próbując znów zapaść w sen z nadzieją, że ten będzie spokojniejszy.

‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁

Jak można było się domyślić, Malinka praktycznie nie spała, cały czas pozostając w stanie czuwania. Kiedy nadszedł już ranek, dotarło do niej, że zachowanie wobec uczennicy mogło zostać odebrane jako aroganckie. Szylkretka postanowiła więc przeprosić Borówkę, gdy tylko się obudzi. Błękitnooka czekała więc, dopóki nieznajoma nie wyszła z norki dla uczniów. Kiedy tylko Burzaczka ją ujrzała, popędziła do niej, choć nie do końca wiedziała, jak miała w ogóle zacząć swoją wypowiedź.
— Dzień dobry… Chciałam przeprosić za moje zachowanie w nocy. Moje myśli senną mgłą były spowite, niczym na poroże jelenia nabite… Nieboskłonną Łapą zwą mnie, a jak na ciebie mówią, chcę zapytać skromnie?

<Kamelio? Wybacz, trochę mnie przestraszyłaś>
[587 słów]