BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

26 sierpnia 2026

Od Brukselkowej Zadry do Opadającego Rumianka

Miło było wreszcie odsunąć się w cień — a przynajmniej do takiego wniosku doszła Brukselkowa Zadra pewnego wieczoru, który spędziła samotnie na rozmyślaniu. Niegdyś, gdy jeszcze była młodsza, zdecydowanie częściej było o niej słychać. Jako młody kociak była niezwykle rozbrykana, a koty często nazywały ją dzikuską. Cóż, miały rację. Brukselka musiała być nieznośna, gdy była małą, puchatą kulką futra. Gdy już nieco podrosła, również nie należała do najłatwiejszych. Szczególnie żałowała tego, jak potwornie traktowała swojego mentora — Syczkowego Szepta. Z wiekiem zaczęła rozumieć, że być może on też, tak samo, jak ona, nienawidził zwyczajów panujących w Klanie Wilka i chciał się od tego wszystkiego uwolnić. W przeciwnym razie czy uciekałby z tego klanu, zamiast tu zostać i cieszyć się dobrą reputacją? W końcu należał do kultu. Brukselka pamiętała jego postrzępione ucho. Ponadto miał za siostrę Zalotkę, która po jego ucieczce wspięła się na absolutne wyżyny hierarchii. Gdyby Syczek nie zdecydował się na ucieczkę, mógłby teraz pławić się w luksusach. Choć jeśli naprawdę był przeciwko temu, co wyprawiało się w Klanie Wilka, to może lepiej, że uwolnił się od tego syfu. Ciekawe, czy znalazł szczęście poza granicami tej przynależności. Być może wciąż jeszcze żył? Jeśli miał wystarczająco dużo szczęścia, być może nadal się trzymał, tak samo, jak jego siostra. Choć jako samotnik szanse na to zapewne były marne. W takim wieku ciężko jest sprawnie się poruszać i polować. Jest się bardziej podatnym na choroby, no i zmysły powoli wysiadają. Brukselkowa Zadra wiedziała o tym aż za dobrze, gdyż jeszcze niedawno musiała obserwować, jak starość i tajemnicza choroba powoli zabierały jej matkę do Klanu Gwiazdy. Wkrótce to samo spotka i ją, gdyż najmłodsza to ona już nie była.
Czy czuła się z tym źle? Może trochę. Nie obawiała się śmierci samej w sobie. Nie bała się nawet tego, że być może jej żywot zakończy się boleśnie. Cóż, pocierpi sobie przez kilka uderzeń serca, lecz później wieczność spędzi na polanach Klanu Gwiazdy, o ile sobie na to zasłużyła. Tam wreszcie będzie mogła zaczekać na wszystkich swoich bliskich, których pozostawiła na ziemi. Jedyne, co ją martwiło, to fakt, że zostawi Ośnieżony Kryształ i Zwęgloną Kukułkę same z ciężarem prawdy. Czy kotki poradzą sobie w tym okrutnym klanie bez niej? Może Brukselka powinna ten ostatni raz zebrać się w sobie i wraz z Wilczym Skowytem, Gwiazdnicowym Blaskiem i dwójką swoich najmłodszych córek obmyślić jakiś plan działania? W końcu nie mogła odejść bez huku, prawda? Nie chciała też opuszczać tego świata z myślą, że nie zrobiła wszystkiego, co w swojej mocy, by nawrócić Klan Wilka na właściwą ścieżkę. Choć im dłużej żyła, tym bardziej zdawała sobie sprawę z tego, że zawiodła Gwiezdnych Przodków. Nie wznieciła żadnego buntu. Nie przekonała reszty kotów wierzących w Klan Gwiazdy, by zostały w Klanie Wilka i postarały się go nawrócić, a nie z niego uciekać. Mimo wszystko przynajmniej wychowała trójkę córek, które były lojalne wobec Klanu Gwiazdy i nie uciekały od problemów. Może Przodkowie będą skłonni wybaczyć jej niewielkie zaangażowanie w nawracanie, gdy zobaczą, jak mocno starała się wbić wiarę do głowy Gwiazdnicy, Kryształki i Kukułki? Może po jej odejściu jej córki będą w stanie jakoś odpokutować winy, których się dopuściła?
Taką miała nadzieję, choć póki żyła, wolała się tym nie zadręczać bez przerwy. Miała w końcu inne rzeczy na głowie, którymi powinna się martwić. Na przykład to, że ostatnimi czasy Klan Wilka uzbrajał się w nowych, zmanipulowanych członków. Iglasta Łapa, Zamroczona Łapa i Koszmarna Łapa wydawali się bardzo zindoktrynowani przez swoich najbliższych. Zapowiadało się na to, że wyrosną na takich samych morderców jak ich matki czy babcia. W żłobku przyszli natomiast na świat Bryzka i Skowronek, a przynajmniej tak jej się wydawało. Sama nie zaglądała do żłobka, bo Ognikowa Słota chyba udusiłaby ją na wejściu, więc całą wiedzę czerpała jedynie z zasłyszanych pogłosek. Ta dwójka kociąt podobno należała do Nocnego Śpiewaka i Pszczelego Roju, toteż Brukselka nie mogła się do nich zbliżać na mniej niż kilka dobrych długości wąsa. Byli jeszcze Pyza i Bzyczek i to chyba w nich Brukselka pokładała największe nadzieje. Zostali podarowani Klanowi Wilka przez ich sojuszników, którzy wierzyli w Klan Gwiazdy, więc może już co nieco o nim słyszeli. Liliową niepokoił jednak trochę fakt, że szylkretowa mistrzyni, mimo ceremonii swoich kociąt, wciąż przebywała w kociarni. Czyżby Zalotna Gwiazda specjalnie kazała jej tam zostać, by mogła skutecznie wpajać nowym kociętom te ich krzywe przekonania? Być może. I być może dzięki tej decyzji kocięta Kwaśnej Kocanki, Miodowego Ula i Jesionowej Szadzi czekał dokładnie ten sam los, jaki spotkał wiele innych kociąt w Klanie Wilka.
Brukselka zrobiłaby z tym coś, gdyby tylko mogła. Prawda była jednak taka, że wszyscy już dawno ją przejrzeli i zaczęli nienawidzić. Tak samo zresztą, jak wszystkich jej bliskich. By w Klanie Wilka mógł zaistnieć ktoś, kto sekretnie nawracałby kocięta i starsze koty na prawidłową ścieżkę, musiałby to być ktoś, komu najpierw zaufaliby kultyści — a co za tym idzie, nie mógł to być nikt z grona znajomych Brukselki. To musiałby być ktoś nowy, świeży. Lecz wtedy musiałby sam wyjść z inicjatywą naprawy tego zepsutego miejsca lub zostać do tego pchnięty przez sam Klan Gwiazdy, dokładnie tak, jak to było z Brukselką, Omenem, Kosaćcem i Głupią Łapą. Choć po ostatnim niewypale Gwiezdni Przodkowie być może postanowili się już poddać, wreszcie przyjmując do świadomości, że Klan Wilka jest miejscem zbyt zepsutym od środka, by niewielka grupka kotów mogła go naprawić.
W końcu, w którym normalnym klanie swoi pobratymcy mordują się nawzajem? Kilka wschodów słońca temu na środek azylu zostało wywleczone ciało Trzcinniczkowej Dziupli. Martwe. Wszyscy z początku zakładali, że starszy kocur umarł z przyczyn naturalnych, lecz po tym, jak Cętkowany Tęgosz dostał karę zaraz po czuwaniu nad zmarłym, można się było spodziewać, że śmierć Trzcinniczka nie była przypadkowa. Rudofutry nie został nawet publicznie oskarżony o morderstwo, a jedyną karą, którą otrzymał, było opiekowanie się starszymi. Przynajmniej tak wywnioskowała Brukselka, widząc, jak Tęgosz nieraz zanurza się w półmroku legowiska, w którym przebywali emerytowani wojownicy Klanu Wilka.
Myśląc o tym, Brukselka sama postanowiła udać się do starszych na plotki. Być może Gąsiorkowy Trzepot będzie miała do powiedzenia co nieco o śmierci swojego brata, która odciągnęła uwagę kotów od tego, że niedawno z Klanu Wilka uciekli Cykoriowy Cykor i Wilgowa Gorycz. Brukselka niespecjalnie interesowała się tą dwójką, lecz zdawała sobie sprawę z tego, że czekoladowa kocica była przybraną córką Roztargnionego Koperka. Ciekawe, jak liliowe się z tym czuło. Pewnie nie było zachwycone, że jego wychowanka opuściła klan bez ani jednego słowa pożegnania. Choć Cykoria akurat odkąd została uczniem, zachowywała się tak, jakby wstąpiła w nią dusza z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. To dziwne, jak bardzo się zmieniła. Brukselkowa Zadra zaczęła teraz żałować, że nigdy nie spróbowała z nią o tym porozmawiać. Może Cykoria również darzyła nienawiścią Wilczaki i ich brutalne zwyczaje? Może jej nienawiść była na tyle silna, że zaczęła robić wszystko, by się im sprzeciwić? Ciężko stwierdzić, gdyż czekoladowa była całkiem zamknięta w sobie, jeśli można to tak ująć. Raczej unikała interakcji z innymi kotami, o ile to one pierwsze nie zaczęły unikać jej.
Wtem Brukselka weszła do legowiska starszyzny, a wszystkie jej wcześniejsze przemyślenia zeszły na dalszy plan. Skupiła wzrok na Gąsiorkowym Trzepocie, która z posępną miną siedziała w kącie pomieszczenia, wpatrując się w puste legowisko, które najpewniej należało do Trzcinniczka. Wojowniczka bez słowa podeszła do starszej i usiadła obok niej. Kotce chwilę zajęło, nim przeniosła wzrok na przybyszkę.
— Witaj, Gąsiorkowy Trzepocie — przywitała się wreszcie Brukselka, skinąwszy głową. — Przyszłam sprawdzić, czy wszystko u ciebie w porządku, a przede wszystkim dowiedzieć się, czy wiesz coś o śmierci Trzcinniczkowej Dziupli. Uważam, że to całkiem… dziwna sytuacja — dodała, nie chcąc zabrzmieć niedelikatnie. — Ale oczywiście, jeśli nie chcesz się ze mną niczym dzielić, to nie musisz. Nie będę cię przecież do niczego zmuszać, prawda? — kontynuowała swoje gadanie.
Na pysku Gąsiorek zagościł grymas, a w oczach pojawiła się frustracja.
— Wiem, Brukselkowa Zadro. Wiem na pewno, że to Cętkowany Tęgosz był mordercą — prychnęła, kręcąc głową. — Chwilę przed tym, jak zmarł Trzcinniczkowa Dziupla, przyszedł tu z Blednącym Szalejem i wręczyli nam zwierzynę. Jak się domyślasz, już po chwili było jasne, że była zatruta — kontynuowała, chętnie dzieląc się informacjami o sprawie. Brukselka zastanawiała się, czy może liczyła na to, że Tęgosza spotka za ten czyn jakaś większa kara niż tylko opiekowanie się starszymi. — Byłam z tym u liderki… — dodała nagle, mrużąc ślepia. — A chwilę potem? Cętkowany Tęgosz został przez nią zawołany. Jeszcze później? Wyszedł z tego legowiska, nie wyglądając na zachwyconego. To… to nie może być przypadek — tłumaczyła, aż w końcu Brukselka zauważyła, że kotka wbiła pazury w ziemię. — Tylko dlaczego Cętkowany Tęgosz otrzymał tak lekką karę? Co mu po wyciągnięciu kilku kleszczy z futra starszych i zrobieniu nowych posłań? No co? Może jednak próbował się tego wyprzeć, a Zalotna Gwiazda nie miała na to dowodów? Może… może trzeba by go zagonić w jakiś kąt, a potem wyciągnąć od niego całą prawdę. Jeśli naprawdę przyczynił się do śmierci Trzcinniczkowej Dziupli, powinien za to srogo zapłacić! Mój brat był Powiernikiem Cienia! Był szanowany!
Liliowa wsłuchiwała się w słowa starszej z niepokojem. Cała ta sprawa wydawała się całkiem pogmatwana. Brukselka wiedziała, że być może Zalotka poznała już całą prawdę, lecz mimo wszystko nie chciała karać Cętkowanego Tęgosza, ponieważ był jej wnukiem. Nie było żadną tajemnicą, że w tym klanie miała miejsce faworyzacja. Przywódczyni z całą pewnością pobłażałaby każdemu mordercy, gdyby tylko był jej bliski. Nie chciała jednak mówić o tym Gąsiorkowemu Trzepotowi, by jeszcze bardziej jej nie dobijać.
— Przykro mi, naprawdę… Trzcinniczkowa Dziupla nie zasługiwał na to, by teraz umrzeć. Niewątpliwie miał przed sobą jeszcze kilka księżyców życia, lecz teraz przynajmniej nie musi już odczuwać bólu, jaki spotykał go za życia. Możemy mieć nadzieję, że Przodkowie byli na tyle łaskawi, by w zaświatach przywrócić mu wzrok… — westchnęła.
Jeszcze chwilę posiedziała przy starszej, aż w końcu zdecydowała się podnieść z miejsca i opuścić legowisko, by nie przeszkadzać jego mieszkańcom. Miała nadzieję, że Gąsiorek jakoś poradzi sobie z odejściem brata, zamiast popadać w obłęd.

* * *

Korzystając z tego, że ze względu na swój wiek nie została jeszcze uziemiona w obozie, postanowiła wybrać się na krótki spacer. Czuła w kościach, że już niedługo Zalotna Gwiazda będzie chciała posłać ją na emeryturę — i, ku własnemu zaskoczeniu, wcale nie czuła się z tym źle. Wręcz przeciwnie, podobała jej się wizja zaprzestania pracowania dla Wilczaków. Nareszcie mogłaby odpocząć i pasożytować na zasobach tych idiotów, o ile oczywiście żaden odważny młodzik nie spróbowałby jej wcześniej otruć. Chyba będzie musiała zadbać o to, by samodzielnie wybierać sobie zwierzynę ze stosu, bo nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś uzna starego kota za balast dla klanu. Choć Brukselka chyba już nim była, zważywszy na to, że zupełnie nie wpisywała się w ideał Wilczaka i nie popierała tych wszystkich chorych rzeczy, które się tutaj działy. W ich oczach była zagrożeniem, a jednocześnie sama znajdowała się w niebezpieczeństwie. Wszystko przez to, że dostrzegła prawdę.
Udało jej się dotrzeć aż na granicę z Klanem Burzy, gdzie postanowiła na chwilę przysiąść. Lata robiły swoje, a stawy coraz częściej dawały o sobie znać. Powoli traciła siły i umiejętności. Nie biegała już tak sprawnie, nie walczyła, a przede wszystkim coraz gorzej szło jej polowanie. Znacznie trudniej było jej złapać cokolwiek podczas patroli, choć zazwyczaj wciąż udawało jej się przynieść jakąś piszczkę na stos. Różnica między jej obecną kondycją a czasami młodości była jednak aż nazbyt wyraźna.
Na szczęście umysł wciąż miała całkiem sprawny. Przesiadywanie na granicy szybko przywiodło jej na myśl pewną białofutą kotkę — Wełnistą Mszycę. Brukselka zastanawiała się, jak radziła sobie burzacka medyczka. Czy wciąż w ogóle żyła? Może coś jej się stało, a liliowa nawet o tym nie wiedziała, bo od wielu księżyców nie została wybrana na żadne zgromadzenie? Ciężko było stwierdzić.
Gdy jednak nagle usłyszała obok siebie kroki, w jej sercu pojawiła się iskierka nadziei. Rozejrzała się wokół, lecz zamiast albinoski dostrzegła szylkretową kotkę. Przynajmniej tak jej się wydawało, że kotkę, ze względu na jej zapach.
Gdy Burzaczka podeszła bliżej, Brukselka podniosła się z miejsca i wyprostowała nieznacznie, chcąc wyglądać pewniej. Przez chwilę stała z kotką pysk w pysk, aż w końcu zdecydowała się odezwać.
— Dzień dobry… — przywitała się krótko, poruszając wibrysami. — Nie jestem za blisko granicy? Zresztą, nieważne… — Machnęła łapą. — Jeśli mogłabym spytać, chciałabym się dowiedzieć, co u Wełnistej Mszycy. Na pewno ją znasz, to w końcu wasza medyczka, prawda? — kontynuowała, strzygąc uchem. Zaczęła się zastanawiać, czy nie była zbyt bezpośrednia. — Ach i… byłabym zapomniała. Na imię mi Brukselkowa Zadra.

<Burzaku?>

Od Krokusowej Kruchości CD. Dzikiego Berberysu

Przeszłość, końcówka Pory Nowych Liści

Krokusowa Kruchość złożyła wizytę Dryfującemu Fluorytowi, która po odchowaniu Kołysankowej Łapy i Jabłkowej Łapy zajmowała się teraz trójką malutkich kociąt. Aktualnie wieczna królowa tłumaczyła kociętom role, które istniały w Klanie Burzy. Kocięta jak zaklęte wsłuchiwały się w przyjemny dla ucha głos piastunki.
Wszystkie trzy sierotki były szylkretkami, a ponadto posiadały niebieski kolor oczu. Porzeczka i Poziomka były najbardziej do siebie podobne, wyglądając przy tym, jak swoje przeciwieństwa, a Malinka jako jedyna miała futerko poprzecinane pręgami. To właśnie ta mała kotka jako pierwsza zwróciła uwagę młodej wojowniczki.
Krokusowa Kruchość nie chcąc przerywać nauki o Klanie Burzy, usiadła cichutko przy wejściu do kociarni, decydując się wziąć w niej udział. Kiedyś na pewno przydałoby się jej wiedzieć na przyszłość, jak postępować z kociętami, lecz teraz mogła po prostu z czystej ciekawości poobserwować sobie, jak wieczna królowa się nimi zajmuje.
— Pani Krokus! Dzień dobry! — zawołała szylkretka, podchodząc do wojowniczki. — Przyniosła nam pani jedzenie?
— Dzień dobry — odmiauknęła, schylając się do kociaka. — Wam i waszej opiekunce. Dzień dobry, Dryfujący Fluorycie. Zmiana roli naprawdę ci służy — uśmiechnęła się do wiecznej królowej, która odwzajemniła uśmiech. Niebieska kocica nie miała własnych kociąt ani partnera, jednak z łatwością odnalazła się na nowym stanowisku. Z matczyną czułością doglądała kociąt, dbając o ich wychowanie.
— Zaczynam rozumieć, dlaczego Rozkwitająca Szanta oraz jej babcia, Brzęczkowy Trel, chodziły ciągle uśmiechnięte, nawet wtedy, gdy kocięta o mało co nie rozniosły w trakcie zabawy kociarni. Daj, pomogę ci. — Mówiąc to, sięgnęła po dużego królika, którego przytargała z grupowego polowania Krokusowa Kruchość. — Sama go upolowałaś?
— Nie. Pomógł mi Oskrzydlony Ognik i Żywiczna Łapa. Właściwie... ja nic nie zrobiłam. — Położyła po sobie uszy, wlepiając spojrzenie w kamienne podłoże. Jedyne co zrobiła, to pochwyciła trop uszaka i została w tyle, gdy rudy kocur wraz ze swoją uczennicą udał się w pogoń za zwierzyną. Nie była w stanie ich doścignąć, nie ważne, jak bardzo się starała. — To im należą się podziękowania — dodała, gdy kocięta uczepiły się jej łapy, dziękując za przyniesiony posiłek.
— Zostaniesz i zjesz z nami?
— W sumie... czemu nie.

~~~

Dzisiejszej nocy śniła o Dzikim Berberysie. Rudy kocur powrócił na tereny Klanu Burzy, prosząc Zawodzącą Gwiazdę o możliwość ponownego zostania członkiem klanu. I ku zaskoczeniu wszystkim, czarny kocur zgodził się, uznając, że każdy zasługuje na drugą szansę! Koty, które do niedawna pragnęły egzekucji rudego, witały go, jakby wrócił z polowania, a nie z wygnania. Przez większość snu Krokusowa Kruchość była przeszczęśliwa, mogąc mieć ponownie u swego boku kocura, którego kochała. Wtuliła się w jego biało-rudą sierść, wdychając jego zapach. A pachniał zbożem i słońcem. Tak, słońcem!
— Krokus... Krokus...
Ze snu została wybudzona przez Cyklonowe Oko, który poinformował ją o tym, że została wybrana do patrolu na miejsce Śnieżycowej Chmury.
Krokusowa Kruchość niechętnie podniosła się z posłania. Pragnęła powrócić do krainy snów.

~~~

Zamiast bólu serca, doskwierał jej ból głowy, ponieważ w takcie patrolu łowieckiego zderzyła się głową razem ze Śpiewającym Raniuszkiem. Z pyska dymnej szylkretki wydobyło się jęknięcie, gdy podniosła się z trawy po zderzeniu. Krokus na dłuższe dwa uderzenia serca zamroczyło, jednak również udało jej się o własnych siłach podnieść z trawy.
— Śpiewko... najmocniej przepraszam! — miauknęła Krokus, zauważając, że kocica obdarowała ją tego typu spojrzeniem, jakim obdarowuje się niesfornych uczniów. Było to nieco zabawne, zważywszy na to, że to właśnie Śpiewka, a nie Krokus, była młodsza.
— Jesteście całe? — spytał Dzwonkowy Świst, wyłaniając się spomiędzy średniej długości trawy. Po uzyskaniu zapewnienia, że żadna z jego towarzyszek nie potrzebuje opieki medycznej, zdecydowano kontynuować patrol.
Mimo to pod wieczór Krokusowa Kruchość zdecydowała się zajrzeć do legowiska medyków, w którym otrzymała potrzebne zioła mające pomóc na ból, a ponadto otrzymała okład. Nim opuściła legowisko, przeniosła spojrzenie na Jabłkową Łapę drzemiącą na jednym z posłań. Jej mentor, Gadożerowy Pysk, rozmawiał właśnie z Łzawą Łapą, najpewniej o długości rekonwalescencji terminatorki.

~~~

Obserwowała tereny Klanu Wilka, zastanawiając się, gdzie dokładnie rudy kocur został poniesiony przez własne łapy chwilę po tym, jak został wygnany i skazany na samotność. Może gdyby się przełamała i zdecydowała się ruszyć jego “śladem”, udałoby jej się urzeczywistnić swój sen? Piękny, nierealny sen.
“Och, Dziki Berberysie”.
Młoda wojowniczka obserwowała drzewa, jak i co jakiś czas przemykające w oddali sylwetki Wilczaków, gdy wtem dostrzegając rozmazany biało-rudy punkt i odgłos krzyków podniosła się gwałtownie z siadu.
“Nie, to nie możliwe... To wzrok i podświadomość płata mi figle!”.
Nie mogła mieć pewności, że ta rozmazana rudo-biała plama była dokładnie tym kocurem, którego pragnęła ponownie ujrzeć. A jednak coś z tyłu głowy mówiło mu, że tą plamą w oddali był nie kto inny, a Dziki Berberys.
Kot był w biegu, a po lesie roznosił się hałas. Czyżby uciekał przed czymś? Patrząc na tereny, na których się znajdował, mógł uciekać przed Wilczakami?
Krokusowa Kruchość nerwowo rozejrzała się dookoła, starając się zlokalizować członków swojego patrolu. Czy gdyby powiedziała im o swoich przypuszczeniach, wspólnie udaliby się na pomoc domniemanemu wygnańcowi? A może uznaliby to za część kary kocura.
“Co robić... co robić... Skrzydlata Płomykówka na pewno by mnie wysłuchała i może zdecydowała się spełnić moją samolubną prośbę…”.
W końcu to wcale nie musiał być Dziki Berberys. Mógł być to nawet sam Wilczak lub samotnik, jednak jeśli ten kot był w niebezpieczeństwie, trzeba było mu pomóc.
Gdy Krokusowa Kruchość walczyła z myślami, rozważając przekroczenie granicy z misją ruszenia na pomoc kotu lub poinformowanie współbratymców o swoich przypuszczeniach, brązowa postać wyłoniła się spomiędzy drzew po przeciwnej stronie granicy. Podobnie jak i ona sama, nieznajoma wpatrywała się w nią wielkimi oczami i nerwowo poruszała nosem.
— D-dzień dobry... — zaczęła łagodnie Krokus, nie spodziewając się, że zostanie nakryta przez jakiegoś Wilczaka. — N-nie jestem szpiegiem — uprzedziła, kojarząc, że kiedyś było jakieś nieporozumienie między ich klanami odnośnie do domniemanego szpiegostwa. — U-usłyszałam krzyki dochodzące z waszych terenów i po prostu zmartwiłam się... Wszystko u was w porządku? Jakiś samotnik wszedł na wasze tereny czy to po prostu młodzi uczniowie wygłupiają się na treningu?
— To drugie... — odpowiedziała Cykoriowy Cykor. Kocica skuliła się, gdy tuż za nią rozległ się trzask łamanych gałęzi.

<Dziki Berberysie? Czy to ty byłeś tą plamą w oddali i straszysz koleżankę z klanu? Jeśli tak, przywitasz się z Krokus?>

Wyleczeni: Krokusowa Kruchość, Jabłkowa Łapa

Od Wrotycz

Przed dołączeniem do Owocowego Lasu

Pewnego dnia zapanował chaos.
Nigdy wcześniej nie odczuła efektu masowej paniki. Wzięcie oddechu nagle stało się wyzwaniem. Coś jakby ją blokowało. Kłęby kotów przemieszczały się nerwowo. Rozbiegały się w różne strony. Niczym chmara owadów odpędzona od zdobyczy. Zapach krwi nieprzyjemnie kłuł ją w nozdrza. Szkarłatna barwa rozlewała się powoli po podłożu, barwiąc swym kolorem spróchniałe deski...
Nie posiada dalszych wspomnień z tej nocy. Potem jedynie biegła. Przed siebie i prosto. Czując jedynie, jak krótki stał się jej oddech. Serce nieprzyjemnie biło, wręcz dudniło, czasem kłuło. Dopiero ból w łapach sprawił, że w końcu się zatrzymała. Zaskoczona rozejrzała się wokół, wypatrując niebezpieczeństwa — innych kotów. Nieco oszołomiona otaczającym ją krajobrazem cofnęła się o krok.
Świat przed nią był zupełnie obcy, wręcz odrealniony. Las wydawał się abstrakcyjnym pojęciem. Czymś, o czym tylko słyszała podczas rozmów. Drzewa nigdy wcześniej nie znajdowały się w tak dużym skupisku. Tak blisko siebie, ciągnąc się niemal do nieba. Powietrze pozbawione było smrodu — spalenizny charakterystycznej dla Wyprostowanych i ich metalowych klatek. Poczucie tylu różnorodnych zapachów, wcześniej stłumionych wszechobecnym smrodem, lekko ją przytłoczyło.
Mimo to nie zamierzała odwracać się za siebie. Migające rozmazane wspomnienia przyspieszały nieprzyjemnie jej serce. Nie chciała tam wracać. Nie po tym, co zobaczyła. Czego doświadczyła. Nie chciała znów takiego życia. Poczucie wolności skutecznie tłumiło głosy rozsądku w jej głowie. Kroki, mimo że niepewne, kierowały ją w głąb lasu. Nie patrzyła, gdzie idzie. Podążała za zapachami, które ją ciekawiły. Odkrywała nieznane jej rośliny. Zachwiany chaosem umysł zalała fala zaciekawienia. Tak rzadkiego w jej dotychczasowym życiu. Odcienie, jak i kształty liści, były czymś niepojętym. Tak innym od tego, co widziała. Dopiero fala zmęczenia zakończyła ten wątek badawczy. Wpełzła pod jeden z krzewów. Ziemia była zimna, a drobne gałązki nieprzyjemnie wbijały się w jej brzuch. Mimo to zasnęła szybko, ignorując swą niewiedzę o obcym jej zupełnie świecie.

*****

Nieznany jej wcześniej silny głód pojawił się szybciej, niż sądziła. Nieprzyjemnie dźgał brzuch. Zdawał się wykręcać jej wnętrzności. Powodował frustrację każdą kolejną nieudaną próbą zdobycia pożywienia. Nie sądziła, że będzie w tym tak beznadziejna. Nawet owady zdawały się zbyt dużym wyzwaniem. Wystarczyły dwa wschody słońca, by głód doprowadził ją do poczucia rezygnacji. Przygniótł ją całkowicie. W głębi umysłu czuła, że sama długo nie pociągnie. Była niczym bezradne kocie, pozbawione wiedzy i umiejętności. Mimo to musiała iść dalej. Nie widziała lepszej opcji. Mięśnie nieprzyjemnie kłuły, nieprzyzwyczajone do takiej ilości ruchu. Parę razy upadła, zanim znów zasnęła. Ciągłe zmęczenie coraz skuteczniej powalało ją na glebę.

*****

Smak zepsutego mięsa nie chciał zniknąć z jej pyska. Nie pomagała woda, nieznane jej rośliny czy ziemia. Paskudny aromat zdawał się wypalić się na jej języku. Wspomnienie tego posiłku powodowało u niej odruchy wymiotne. Lecz nie myślała wtedy jasno. Głód odebrał jej władzę nad umysłem. Zamroczył ją.
Po raz pierwszy w życiu była tyle czasu sama. Pozbawiona kociego towarzystwa. Czuła się z tym dziwnie. Tak cicho. Trochę nieistotnie. Nawet jeśli poległaby w tym miejscu, nikt przez długi czas nie odnalazłby jej ciała. Spojrzała w niebo, próbując pozbyć się złych myśli. Nie wiedziała co dalej. Nigdy wcześniej nie miała władzy nad swym losem.
Zastygła, słysząc dźwięk. Przylgnęła do ziemi, mając nadzieję, że wysoka trawa ukryje jej obecność. Gdzieś niedaleko był inny kot. A może więcej? Bała się unieść łeb i sprawdzić. Może to Oni jej szukali. Zlękniona schowała pysk pod łapami, licząc, że dzięki temu stanie się jeszcze mniej widoczna. Że zagrożenie w końcu minie.

Od Wrotycz

Potok krwi wypełniał pomieszczenie. Stała w niej, brodząc łapami w bordowej cieczy. Bała się spojrzeć dalej niż na własne łapy.
— Na co czekasz? — ostry głos przeciął panującą ciszę.
Zaraz za nim rozległy się kolejne. Ich pytania dudniły w jej głowie, doprowadzając do szaleństwa. Gdzieś w tle rozległy się pieśni. Wszystko było chaosem.
— Więzy ciała pękają w pokorze. Szkarłat wchłonie w glebę, a on wyruszy. W twe czernią splamione morze...
Okrzyki narastały. Przerażająco dudniły w jej uszach. Miała niemal wrażenie, że podłoga wibruje od nich. Czuła jak ciało jej drętwieje. Chciała uciec. Zniknąć stąd jak najszybciej. Lecz bała się nawet oddychać. Wykonać chociaż jeden zły ruch. Otoczona chmarą kotów nie miała jednak szans.
Czyjaś łapa dotknęła ją. Niepewnie uniosła spojrzenie, by ujrzeć ciemne ślepia. Ciemny brąz niemal zlewał się ze źrenicą. Jego frustracja była nadto widoczna. Przerażał ją jeszcze bardziej niż zwykle. Coś ciepłego spłynęło po jej poliku. Odruchowo otarła to łapą.
Krew.
— Tyś rozpostarł gwiezdną poświatę na grzbiety miotu swego. Niechaj ciepła posoka zdusi twe pragnienie...

Obudziła się zdyszana. Cała napięta i najeżona. Roztaczająca się wokół niej zieleń powoli uspokajała jej zmącony umysł. Mimo to potrzebowała parę dłuższych uderzeń serca, by dojść do siebie. Głód znów przypominał o sobie, powodując nieprzyjemne skurcze żołądka. Jedzenie napotkanej roślinności nie pomagało zbytnio. Mimo to bała się spróbować ponownie padliny. Ohydny aromat, jak i konwulsje po tym następujące skutecznie zniechęciły ją przed tak drastycznym krokiem. Szła za zapachem wody. Uśmiechem od losu zdawała się mnogość pitnej wody w tych okolicach. W Betonowym Świecie nawet niedawny deszcz potrafił być szybko skażony przez Wyprostowanych.
Zatrzymała się, docierając do kolejnego dziwnego miejsca. Poczuła, jak miękka ziemia rozpływa się pod jej łapami. Kępki traw porastały to specyficzne miejsce, choć przeważała w dużej mierze nieznana jej roślinność. Zapach także był tu inny — ciężki i przepełniony wilgocią. Wrotycz mimo lęku pulsującego w jej głowie, postanowiła zbadać nieznane jej tereny. Grunt stawał się coraz bardziej podmokły. Ziemia uginała się pod jej łapami, brudząc je. Dziwnie mlaskała, a przy mocniejszym nacisku pojawiała się mulista woda. Musiała uważać, by nie utknąć tutaj. Rechot żab zaczął docierać do jej uszu. Płazy wraz z jej zauważeniem znikały w mało przejrzystej wodzie. Chmury odbijały się w niej, choć ich barwa zdawała się z lekka zmieniona. Gdzieniegdzie gładką powierzchnię rozlewisk przecinały ciemne, wyschnięte konary drzew.
Dopiero zbyt dobrze znany zapach zakończył jej podróż badawczą. Koty. Spanikowana wlazła do pierwszego lepszego podgniłego konaru, modląc się w duchu, by pozostać niezauważona. Lepka gleba poprzyklejała się do jej futra, dając nieprzyjemne odczucie chłodu. Drżała mimowolnie, choć ciężko stwierdzić czy z zimna, czy z lęku.
— Myślicie, że Daglezja się we mnie buja? — Pierwsze słowa dotarły do jej uszu. — Ostatnio zachowuje się przy mnie tak dziwnie. Jakby była oczarowana moją osobą.
— Myślę, że absolutnie nie. — odpowiedział mu inny głos.
— Przyznaj, że jesteś po prostu zazdrosna... Czy może twoje serce także skradłem...? Au! — pisnął wcześniej pewny głos.
Nagle koty ucichły. Nie słyszała nawet ich kroków. A może ciche kumkanie żab je zagłuszało? Nie potrafiła stwierdzić. Złapała się myśli, że obcy odeszli. Że odczeka jeszcze parę uderzeń serca i ucieknie jak najdalej stąd. Ta martwa cisza zjadała ją od środka, już nawet nie słyszała płazów. Nie miała pojęcia, co to oznaczało.
— Witaj.
Zamarła. Bała się spojrzeć w stronę nieznanego głosu. Kolejny kot. Jej los był już przesądzony. Czy był jednym z Nich? Tu miała zakończyć się jej podróż? Jej wolność?
— Może jest głucha. No co, patrz, na nic nie reaguje.
— Świergotku, zamilcz, proszę.
— Co tutaj robisz? Zgubiłaś się? — Głos powoli zbliżał się.
Przybrała niewinną pozę. Nie chciała narażać się na ich agresję. Czuła zbytnio jego obecność, mimo że nie podszedł aż tak blisko. Jego specyficzny zapach, lekko słodki, wypełnił jej niewielką kryjówkę.
— Uważaj na nią, Śnienie. Może tylko udaje.
— Myślę, że nie. Spójrz, w jakim jest stanie. — Głos zamilkł na parę uderzeń. — Nie musisz się nas bać. Nie zrobimy ci krzywdy.
Pomarańczowe ślepia niepewnie zerknęły na ciemną sylwetkę. Obcy był specyficzny. Ogon był jedynie szczątkowy, zamiast tego jego broda imponująca. Kolejne ugrupowanie? Obcy nieznany jej kult, na którego tereny nieświadomie weszła.
— Proszę, nie róbcie mi krzywdy... — pisnęła jedynie, chowając pysk pod łapami.
— Chyba za wiele się nie dowiemy. — skwitowała czarna kotka. — Nie, gdy jest w takim stanie.

Nowa członkini Owocowego Lasu!

13 księżyców

25 sierpnia 2026

Od Louisa CD. Leona

Przeszłość

Rozciągnął się leniwie, co on taki energiczny? Żyli teraz bez żadnych obowiązków, musieli tylko mili dla dwunożnych i ładnie wyglądać, wtedy dwunożni dawali im jedzenie za nic. O zgrozo, gdyby stary Miodek usłyszał jego myśli, to by go udusił, ale za to stary Miodek też był bardziej naiwny i myślał, że jego życie będzie jednolite i nic się nie stanie. Mylił się, Klan Gwiazdy chciał inaczej.
— W Klanie Wilka tak, a tutaj teraz żyjemy inaczej. Powiem ci, że za szybko się przyzwyczaiłem do tego trybu życia, co starość robi z kotem na księżyce — zażartował sobie, jakoś sam nie wierzył, ale jakoś rozpromienił się w tym miejscu, bycie w Świetlikach naprawdę sprawiło, że prawie życie z niego ubywało. Czuł się tam bardziej odizolowany od świata niż tutaj, przynajmniej będąc tu, mógł swobodnie opuszczać farmę, by zwiedzać jej zakątki, choć i tak niezbyt daleko odchodził, jego wędrówka kończyła się, przy tych sieciach gdzie przyczepiały się małże.
Poruszył wąsami zamyślony.
— Jeśli dałoby radę, powinienem zainteresować się lokalnymi kotami. Z tego, co wiem, to Żółtka nie stawia granic swojego terytorium. Powinna to zmienić. Przynajmniej ja mogę o to zadbać. — stawianie granic może było bardziej klanowym zwyczajem i może dlatego Żółtka tego nie robiła? Choć to trochę dziwne patrząc na to, jaką mają posiadłość, czy kotka się nie bała, że inne koty mogą kraść małże? Lub inne rzeczy z ich terytorium, taka niepilnowana przestrzeń mogła przyciągać potencjalnych łobuzów, którzy mogliby wyrządzić szkody.
— Nie stawia? W takim razie pomożemy jej, ale z tego, co wiem, to chyba dwunożni nie chcą cię wypuścić, jeszcze na dwór. Może zrobimy to w nocy? Ty i ja na wyprawie samców ku nieznanemu. — To byłby pretekst, żeby zobaczyć większą część terenów, na razie jedynie co widział, to farmę ostryg z kamiennego klifu. Choć wydawała się naprawdę ogromna, to Żółtka wspominała, że teren jest jeszcze większy.
— Już udało mi się wymknąć z Żółtką. Pokazała mi co nieco — przyznał się i z zadowoleniem polizał swoja bujną kryzę.
— Brakuje mi walki. Chętnie bym przegonił jakiegoś samotnika albo włóczęgę. Dawno nie używałem pazurów do czegoś bardziej przydatnego.— To on już wyszedł z domu? Dwunożni mu nie ufali, może jednak się to zmieniło i przekonali się do niego po jakimś czasie.
— Skoro już nie więcej jesteś zorientowany no to nasz "patrol" pójdzie nam zgrabniej. — odparł Louis.
— Możemy wykorzystać naszą wycieczkę nie tylko do odstraszania kotów, ale i też do poznania okolicy. Przyznaje, że choć w domu jest wygodniej, to chętnie był sprawdził, jakie są jeszcze atrakcje w okolicy, może nawet takie gdzie moglibyśmy częściej wychodzić? — przydałoby się trochę ruchu, jeszcze od ciągłego siedzenia, straciłby kondycję.
— No coś w tym stylu. Chociaż ja tam wolę zagarnąć jak najwięcej terytorium dla nas. Im więcej, tym lepiej. — Leon wstał, rozciągając się leniwie.
— O ile lokalnych kotów nie będzie dużo do wyganiania — rzucił Liliowy, przecież patrząc na te morze, to mógłby być duży wysyp tych lokalnych kotów, jakoś u nich był spokój, nie to, co w klanach.

Przeszłość, noc

Słony wiatr wiał im do nozdrzy, a księżyc wyjątkowo świecił na okolicę. Pierwszy szedł Louis a za nim 
Leon, tak się przyzwyczaił do ich nowych imion, że nawet nazywając ich w myślach, używał ich.
— Na razie nie czuje ich tropu albo powietrze jest tak słone a ich zapach jakoś słaby, albo są bardziej aktywni, gdy wschodzi słońce. Co za tchórze, niech się szybciej ujawnią, to od razu ich spiore! — jego syn był nawet w nocy żywy, co go cieszyło, on też nie wydawał się senny. Co było dość dziwne, bo z nadejściem nocy w klanie, każdy chciał tylko się ułożyć prędko na posłaniu.
— Musimy być cierpliwi, chyba dobrze się ukrywają — odparł Louis, stawiając kroki po trawie wymieszanej z piaskiem. Szli po równinach, która była większą częścią klifu, z ich lewej strony można było zobaczyć ze wzniesienia, wzburzone morze, a oni sami jednak nie byli blisko krawędzi i szli po trawie wymieszanej z piaskiem i różnymi drobnymi kamieniami, a już po ich prawej, jeszcze wyżej, mogli ujrzeć wysokie drzewa iglaste, ustawione ciasno w rzędzie. U starszego od razu pojawiło się wspomnienie o klanie wilka, o mało co nie uronił łzy szczęścia. Wiatr przestał wiać, a zapachy były bardziej wyraźnie, poczuli nawet świeży zapach, obcego kota.
— Mamy, nasz pierwszy intruz, którego wygonimy! — Leon od razu się rzucił do złapania intruza, a Louis nie zamierzał osłabiać jego zapału i biegł za nim. Biegli tak, przez morskie tereny, natrafiając na rudego vana, z pomarańczowymi oczami i krótkim futrem, który skubał trawę. Miał pulchne policzki, a sam też był trochę pulchny. Leon bez zastanowienia rzucił się ze znienacka na samotnika.
— To nasze tereny! Dlatego jak najszybciej się zwijaj! — Leon się wywyższył nad intruzem, rudy van zaś próbował odepchnąć masywnego pieszczocha.
— Wypraszam sobie! Nie widzisz, że byłem zajęty? A po drugie, od kiedy kanapowcy patrolują tereny i stawiają zapachy? Bo mi się wydaje, że to są tereny niczyje — Leon przekręcił oczami.
— Zajęty? Jedzeniem trawy jak królik? Lepiej zmykaj albo cię potłucze, że cała okolica będzie wiedziała, żeś taki wygadany — rudy van prychnął na to.
— Królik? Co to niby? Pewnie nie jesteście stąd, to wszystko wyjaśnia. Dzikusy! Zmywam się od was — rudy van, szybko uciekł, gdy tylko Leon go puścił. Louis mógł niby stanąć w obronie tego kota, ale zależało mu bardziej, by jego syn czuł się jak kiedyś, a nie na jakimś nieznajomym.
— Dobrze Ci poszło! Teraz na pewno staniemy się postrachem okolicy — Miodek zażartował sobie, może nie okolicy, ale na pewno tych terenów, które należały do farmy.

<Synu, przegonimy ich więcej?>

Od Nieboskłonnej Łapy CD. Zwiastunka

Na słowa kotki młodszy położył uszy.
”On chyba nie ma zamiaru się ode mnie odkleić…” — pomyślała, kiedy kocurek znów zbliżył się do niej niemal tak, że ich futra mogły się stykać.
— Jak to? Um… Dlaczego? Oferuję ci coś, a ty odmawiasz? - powiedział, na co Nieboskłon miała ochotę przewrócić oczami.
”No normalnie, tak jak każdy kot ma do tego prawo…”
Malinka już miała odpowiedzieć, że musi iść na trening czy cokolwiek takiego, jednak dymny znów zabrał głos.
— Widzę już. Masz raz, dwa, trzy… białe łapy! To wiele tłumaczy, to bardzo zły omen.
— Zły omen? O czym ty mówisz? – powiedziała, po raz kolejny się odsuwając. Jej lodowe ślepia nie spuszczały z niego wzroku ani na chwilę, mimo iż kotka miała już delikatnie dość przebywania z kocurkiem. Tego nie było w jej bingo dzisiejszego dnia. To, to na pewno.
— Normalnie! Trzy to liczba zła, smutku, bólu. Przykro mi z powodu twoich trzech łap. Może jak będziesz je nacierać… um…
Zwiastun zamilkł na chwilę, a szylkretka uznała, że musi coś kręcić. W końcu skąd on by niby wiedział takie rzeczy?? Nie był medykiem, żeby odbierać znaki od Gwiezdnych. A tak w zasadzie to, czym oni w ogóle byli? Musiała później pójść do kogoś starszego i dopytać. W końcu głupio tak nie wiedzieć.
— …rosą poranną, to może wyrośnie ci białe futro na czwartej. Inaczej niech Klan Gwiazdy cię strzeże. Gdybyś tylko chciała mnie słuchać, powiedziałbym ci więcej. Jednak twój wybór.
Owinął ogon wokół swoich łap, patrząc na ścianę.
— A kim ty jesteś? Czemu mówisz mi o omenach? — zapytała, a czarny wyprostował się, jakby co najmniej sprawiła mi komplement.
— Zwiastunek! Dziwi mnie, że jeszcze nie wiesz. Polecam zapamiętać, bo moje pędzelki pozwalają na kontakt z Klanem Gwiazdy. A ty ich też nie masz? Ile smutku w jednym kocie… A ty? Kim jesteś?
Nieboskłon owinęła ogon wokół łap
”Młody, nie interesuj się, bo psiej mordy dostaniesz.” — pomyślała, jednak nie powiedziała tego na głos. Nie chciała być niemiła. W końcu to tylko kociak. A kocięta mają czasami mysie bobki zamiast myśli pod tą małą kopułką.
— Nieboskłonna Łapa. Nie powinieneś oceniać kotów po ich wyglądzie, Zwiastunku. Wyrobiłeś sobie opinię o mnie, nawet nie znając imienia mego… A teraz przepraszam, ale teraz wybieram się… Gdzie indziej. Życzę miłego poranku.
Mówiąc to, uczennica wstała, nie czekając na odpowiedź kocięcia. Następnie Malinka skierowała się do legowiska Kronikarzy w poszukiwaniu któregoś z nich. W końcu oni chyba wiedzą o żyjących na niebie najwięcej, czyż nie? Po drodze zauważyła, że jej mentor akurat je. Postanowiła go nie zaczepiać, co jej zdaniem było jej na łapę. Nie przepadała za nim. Wydawał jej się arogancki. Chodź… Może ona też oceniła go pochopnie? Chyba dała mu za mało czasu.
”Hss, hipokrytka… Przyganiał królik zającowi…” — skarciła się w myślach, ruszając na poszukiwania najstarszego z trzech Kronikarzy.
Nieboskłonna Łapa bardzo go polubiła. Był spokojny, miły, a do tego szanował jej przestrzeń osobistą!! W dodatku rymował, co wydawało się młodszej superowe i super trudne. Kiedy point ją ujrzał, w jego oczach coś się zmieniło. Nie wiedziała, czy to dobrze, czy raczej źle, ale kocur zdawał się nie owijać w zboże. Gdyby jej nie lubił, to chyba nie prowadziłby z nią ostatnio rozmowy.
— Dzień Dobry Wędrujące Niebo, czy mogę zająć ci kilka uderzeń serca na rozmowę? — zapytała, pochylając głowę z respektem dla starszego, na co on poklepał łapą miejsce nie za blisko siebie, co Malince bardzo ucieszyło.
— Witaj istoto niewielka, znów do mnie powracasz. Cóż to cię sprowadza w me progi, co cię gnębi, zaraz rozjaśnię twe myśli nagminne, aby znów mogły krążyć w twej głowie niewinnej.
— No to już mówię. Bo każdy mówi o tych całych Gwiezdnych kotach, a ja nawet nie do końca wiem, kto to jest. W sensie—
Kotka usiadła, a następnie zaczęła gestykulować przednimi łapkami.
— No bo Dryfujący Fluoryt coś tam o nich wspominała, ale za każdym razem nie kończyła wypowiedzi i wiem tylko, że takie coś jest. A chciałabym wiedzieć więcej! Z tego, co mówił mi Lotosowy Pąk, są ściśle powiązani z rolą kronikarza. Dlatego chyba tym bardziej powinnam o nich wiedzieć jak najwięcej. No a ty dobrze opowiadasz!
Dymny zaśmiał się, a na jego pysku widniał łagodny uśmiech.
— Gadatliwaś ty, acz nieskłonna do otwarcia byle komu. Cenne twe cechy i przydatne będą. Kronikarza rolą opowiadać przeszłość tak ważną i niezmienną. Pytasz cóż to Gwiezdni, przychodzę więc z powieścią. Są to koty, które kiedyś chodziły po naszych ziemiach. Kiedy ich czas kończy się, trafiają na srebrną skórkę, gdzie zwierzyny nigdy nie braknie, a panuje tam wieczna pora liści nowych. Jednak za życia kot musi być dobrym i wiernym klanu swemu i Gwiazdy, aby móc odpoczywać tam po wieki wieków. Oni czuwają nad nimi i strzegą przed złem, wysyłając omeny medykom swych ugrupowań. Ukazują im się w snach, a czasem i na jawie, jeśli tego właśnie trzeba. Są wszechmogący i wszechobecni. Zawsze byli i zawsze będą, jeśli my, śmiertelnicy wierni im pozostaniemy.
— Aha… — mruknęła pręguska, przetwarzając daną jej informację, podczas gdy niebieski przez kilka uderzeń serca mrucząc coś pod nosem.
— Królik. — miauknął z przekonaniem, oglądając młodszą od góry do dołu.
Nieboskłon zamrugała kilkukrotnie, nie do końca rozumiejąc.
— Przepraszam?.... — szepnęła, a w jej głowie pojawiła się obawa, czy przypadkiem nie odpłynęła na chwilę myślami, ponieważ czasami bywało i tak.
— W nocy z obozu wybyłem, aby ujrzeć bezkres nieba nocą spowitego. Między gwiazdami ujrzeć coś zdołałem. Sami Gwiezdni tańczyć gwiazdom kazali, a one ukazały mi królika, który zniknął, zanim się obejrzałem. Twój i sióstr twych to znak, wszak każdy Burzak taki ma.
— Oohhh… Rozumiem.
— Pasuje do ciebie — powiedział, kładąc się na swoim posłaniu.
— Uhmm…
Kotka nie wiedziała co odpowiedzieć. Czy to był komplement? Jak się na takie coś odpowiada? Po prostu dziękuję? A może też się mówi temu komuś coś miłego?
— Yym… Dziękuję?... A może przyniosę coś do jedzenia? Za czym przepadasz? — spytała, podnosząc się.
— Hmmm… W istocie nie konsumowałem nic ostatnimi chwile. Przynieś to, co lubisz, a ja chętnie to przymilę.
— To ja w takim razie wrócę w tempie króliczym!! — odparła szylkretka, na co kompan skinął łbem.
Malinka odwróciła się i wyszła z norki, idąc na poszukiwania jakiegoś smacznego kąska dla Wędrującego Nieba. Gdy wróciła, trzymając zwierzynę w pysku, point zaproponował jej wspólny posiłek. Nieboskłonna Łapa nie spodziewała się takiej propozycji, jednak przyjęła ją. Po pierwsze nawet go lubiła, a po drugie niekulturalnym byłoby odmówić komuś dużo starszemu i dużo bardziej doświadczonego w życiu. Po skończonym posiłku kocur zalecił jej drzemkę. W końcu wieczorem miała iść na trening z Lotosowym Pąkiem. W tym czasie sam poszedł rozprostować łapy i kiedy już Malinka niemal zasnęła (a było to ciężkie bez jej siostrzyczek obok), poczuła na sobie czyjeś łapy. Myślała, że to Poziomka lub Porzeczka, jednak gdy otworzyła ślepia, ujrzała czarnego, upierdliwego kociaka.
— Nie widzisz, że próbuję spać? — miauknęła, ogonem delikatnie odsuwając dymnego.
— No ale czemu ty śpisz, skoro jest środek dnia? I do tego pewnie nie wcierałaś rosy w tą nieszczęsną łapę, co nie? Ty mnie w ogóle nie słuchasz!
„Na Klan Gwiazdy, idź już sobie i daj mi spokój…” — pomyślała istota, jednak kocur nie przestawał nawijać.
— Czemu mnie ignorujesz?!
— Odczep się od mojego wyglądu i daj mi spać, okej? — odezwała się, na co Zwiastunek usiadł obok i tupnął ostentacyjnie łapką.
— Nigdzie nie idę. Ty to chyba jesteś strasznie leniwa, skoro śpisz w dzień…
”Dryfujący Fluorycie, gdzie jesteś, kiedy cię potrzeba??” — westchnęła w myślach, nie odpowiadając kocięciu.

< Uparty Zwiastunie? Daj się wyspać biednej Malince :c >

[1208 słów, trening kronikarza Nieboskłonnej Łapy]

Od Narwanej Łapy (Narwanej Gonitwy)

Krople deszczu uderzały o ziemię w swoim własnym, osobliwym rytmie. Zastrzygła uchem, spoglądając kątem oka na Morszczynowy Wąs, i przesunęła się parę kroków do przodu.
Upuściła u jego łap dorodną płotkę i wiewiórkę, która napatoczyła się jej pod łapy podczas drogi powrotnej. Wojownik uśmiechnął się krzywo; nastroszyła się nieco, mrużąc oczy i przyglądając mu się uważnie. Była gotowa na jakąś zgryźliwą uwagę o tym, że mogła złapać coś większego, jeszcze jedną sztukę, ale zyskała jedynie skinienie głową. Najwyraźniej nie było go tak trudno zadowolić.
Nie lubiła Morszczynowego Wąsa. Był wkurzający, gburowaty i nie tolerował jej odzywek tak, jak robił to Kijankowe Moczary. Sprawiał, że miała ochotę wydłubać sobie oczy pazurami.
— No, ja nie wiem czemu Kijankowe Moczary tak przeciągał Twój trening — odezwał się po chwili bury. — Umiesz polować, nie zgubiłaś się. Chyba nie jest z Tobą tak źle, co nie? Narwańcu?
Werwa obiecała sobie w duchu, że jeżeli jeszcze raz te słowa padną z pyska Morszczyna, tak jak tego nieszczęsnego zimowego dnia, to osobiście powyrywa mu wąsy. Ale… Wyglądało na to, że chyba idzie jej na łapę. Zacisnęła więc zęby na języku.
— Mhm.
— Może jeszcze doczekasz się swojego mianowania — kontynuował, nie zważając na jej wyraz pyska. — No. Co jeszcze… Twój mentor wspominał o czymś. Walka?
Zmiana planów. Jednak wcale nie szedł jej na łapę.
Futro na jej grzbiecie się nastroszyło. W myślach skierowała parę obraźliwych słów w stronę Kijanki, posyłając buremu spojrzenie spode łba. Naprawdę? Musiał mówić temu ścierwu o wszystkim?
— Dalej, pokaż mi, co umiesz.
Wilgoć i zapach porannej burzy unosiły się w powietrzu. Cofnęła się o krok, napinając mięśnie łap.
— Chyba, że mam Ci dać fory? — Przekręcił łeb na bok, uśmiechając się do niej uszczypliwie, ruchem brody wskazując na blizny na jej grzbiecie. — Żeby panna nie skończyła tak jak ostatnim razem? Z płaczem?
Z jej gardła wyrwał się syk. Szylkretowy ogon przeciął powietrze za nią, ciężki przemoczoną sierścią, a Morszczyn napuszył się na widok pazurów, które nagle pojawiły się przed jego pyskiem.
— Weź się uspokój-
— Zamknij ryj!
Poczuła bardziej niż usłyszała warknięcie, drżące w krtani Morszczynowego Wąsa, którą przyciskała do ziemi. Ich pozycje szybko zostały odwrócone; nie przesadzała, gdy mówiła, że wojownik nie znosi jej odzywek. Zaryła grzbietem w mokry piach. Łapy wbiły się w jej barki, brud wcisnął się pomiędzy kosmyki futra, a żółtawe zęby zazgrzytały tuż nad jej nosem.
Trudno się było skupić na czymkolwiek i zachowywać się przyzwoicie, gdy życie w Klanie Nocy co chwilę podkładało jej ogon pod łapy.
Szarpnęła łbem do tyłu i odepchnęła pierś burego łapą, tworząc między nimi parę wąsów przestrzeni.
Od chwili jej debiutu na ślubie Przypalonego Kasztana i Urodziwego Szafirka łatwiej było jej wyłapać to, co inni o niej myśleli. Wiedziała, że wśród rybojadów nie ma za wielu fanów – poza nimi również nie – ale nie myślała, że aż tyle kotów ma o niej negatywną opinię. Nie znała za wielu, nie starała się nawet poznać ich imion. Po co? Wśród rodu królewskiego nie robiła furory, jeśli po jej interakcjach z Rogatym Flamingiem można było cokolwiek wnioskować, stosunkowo przyjazna relacja z Kijankowymi Moczarami nie dawała jej za wiele, a koty spoufalające się z Lawendową Rozkoszą też nie pałały wobec niej miłością. Sama Lawenda… Chyba też nie.
Tylna łapa Morszczyna uderzyła w jej podbrzusze. Obnażyła zęby i gwałtownym ruchem przewróciła ich na bok.
A nawet jeżeli, to co miało by zrobić zauroczenie Lawendy w porównaniu do wszystkich innych, krzywych spojrzeń? Powinna była niczego jej nie proponować, dać nogę w krzaki po weselu i wyjaśnić wszystko Narcyzowi. Żeby nie tańczyli wokół siebie niezręcznie, obrażeni, przez kolejny księżyc. Wyjaśnić mu, że żadna Lawenda nie jest dla niej ważna, i że była to jedynie gra, i że niezależnie od tego, co uważa liliowa, to Werwa nie szuka pociechy w romansach z lokatorami zamokłej dziury, którą był Klan Nocy.
Wcisnęła palce w udo wojownika, przeciągając go po ziemi. Żółte ślipia błysnęły pośród smug brązu i bieli, rozbawione. Jej wcale nie było do śmiechu.
Dlaczego matka zaciągnęła swój ciężarny zad właśnie tutaj? Skoro jej opowieści zawsze obracały się wokół wszystkiego, co jej rodzina robiła przeciwko klanom, poruszając się w cieniach i pociągając za sznurki, skoro ociekała wręcz niezadowoleniem i nieufnością, to czemu skazywała ich na życie w miejscu, które pisane jej było znieść w ruiny?
Morszczyn szarpnął się do tyłu, zatapiając pazury w piach i odciągając się na bok.
Czy liczyło się to jako wyrok, gdy jedyne, co trzymało ich w miejscu, to żałosne poczucie przynależności do klanu i ewentualnie jej drętwe spojrzenie, które, pomimo braku wyrazu, i tak przyprawiało ją o dreszcze? Nikt nie trzymał ich tam na siłę. Przypalony Kasztan już zdążył to pokazać.
Warknęła, nie dając mu uciec. Szybkim ruchem podążyła za nim, przyciskając jego barki do ziemi.
Nie wiedziała, czy na dźwięk imienia brata smak, który pojawiał się w jej pysku, miał symbolizować myśli o tchórzu, czy kimś, kto wiedział, co robi. Nie mogła mu się dziwić. Czy była to mądrzejsza decyzja, niż pozostanie na wyspie, wśród idiotów i kotów, które mogły ledwie skinieniem pazura zadecydować o jej losie? Czy życie poza tą karykaturą królestwa byłoby łaskawsze?
Zastygła w miejscu z szczękami zawieszonymi tuż nad krtanią Morszczynowego Wąsa.
Pozostali w bezruchu przez kilka długich uderzeń serca, cisza przerywana jedynie przez ich ciężkie oddechy. Poczuła, jak klatka piersiowa wojownika unosi się z westchnieniem, po czym widok przed jej oczami rozmazał się, gdy została bezceremonialnie zrzucona na mokry piach obok.
— Czyli jednak potrafisz coś więcej niż tylko strzępić językiem.
Spojrzała na niego spode łba, mrugając.
— Dalej, zbieraj się — burknął z krzywym, złośliwym uśmiechem. — Muszę zgłosić się do Mandarynkowej Gwiazdy.

↬◦⌑⛯⌑◦↫

Jedynym śladem po porannym deszczu i przeciąganiu Morszczyna po piachu pozostało jej wilgotne, nieco zmierzwione futro.
— Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejną wojowniczkę.
Na pyskach zebranych dookoła kotów nie widziała zadowolenia, a co najwyżej ulgę, że już nie będzie się plątać bez celu po obozie.
— Narwana Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Czyjego klanu? Co, oprócz jej zapachu i legowiska, w którym spała, obiecywało jej przynależność do jakiegokolwiek miejsca? Dlaczego miałaby oddawać życie za obce jej koty?
— Przysięgam.
Słowo przeszło jej przez gardło z zaskakującą łatwością, bez goryczy, której się spodziewała.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję Ci imię wojownika. Narwana Łapo, od tej pory będziesz znana jako Narwana Gonitwa — oznajmiła przywódczyni, wpatrując się w nią beznamiętnym spojrzeniem. — Klan Gwiazdy ceni twoją chęć do działania i pewność siebie, oraz wita Cię jako nową wojowniczkę Klanu Nocy.

↬◦⌑⛯⌑◦↫
Dzień później…

Promienie wieczornego słońca odbijały się od tafli wody. Krople uderzyły o jej pysk, a w miejscu, w którym przed chwilą zanurzyła łapę pozostały gwałtownie falujące kręgi.
Rzuciła kątem oka spojrzenie na Narcyza, machając kończyną i strzepując wilgoć z sierści w jego kierunku.
— Ej- Przestań!
Uczeń szarpnął łbem do tyłu i spojrzał na nią z wyrzutem, pisk protestu cichnący w jego gardle. Uśmiechnęła się do niego krzywo, na co tylko wydął dolną wargę.
— Dlaczego akurat gonitwa?
— A skąd ja mam wiedzieć? Może Mandaryna chciała uhonorować mój ostatni bieg, przy którym prawie zabił mnie na wpół wyłysiały ptak.
Na jej pysk wstąpił grymas.
— Przynajmniej Morszczynowy Wąs nie opowiadał jej o tym, jak się do niego odzywałam podczas testu — dodała. — Ani o tym, jak wciskałam mu łeb w piach.
Narcyz zamrugał, drgnąwszy u jej boku.
— Co mu powiedziałaś?
— …żeby zamknął ryj.
— Werwa!
Wywróciła oczyma i oparła głowę o wyciągnięte łapy.
— No wiem, no wiem — mruknęła. — Może i zabawne, ale nie działa na moją korzyść. Ale on zachowuje się tak samo! A jak powiem mu, że widzę, że się ze mnie śmieje, to- to będzie na mnie patrzeć jak na głupią. Nic tu nie idzie nikomu na korzyść! Może Kasztan miał jednak trochę rozumu w głowie, gdy zwiał stąd z tą swoją kochanką.
Zapadła chwila ciszy, którą dopiero po paru uderzeniach serca przerwał szelest trawy i przesuwające się po niej łapy.
— Tak..?
W głosie Narcyza odbiło się zdezorientowanie.
— Jesteśmy tu na łasce tych, co sami ogłosili się władzą — wzruszyła barkami. Wodorosty poruszały się rytmicznymi ruchami z nurtem rzeki, dając jej bezpieczniejszy punkt na wbicie wzroku niż patrzenie prosto w oczy Narcyza. — Co im zabrania robić z nami to, co im się żywnie podoba? Jak bardzo musimy źle postawić łapę, aby nas też zdegradowano do służących, zamknięto w izolatce czy oddano sąsiadom jak- — machnęła łapą, szukając słów — nie wiem, Pyzę i Bzyczka?
Prychnęła.
— Czy życie tutaj, w niepewności, naprawdę jest lepsze od- od koszmarów, które mamy spotkać poza granicami? Według tego, co ględzą wszyscy starsi? Czy włóczędzy są gorsi od tych, którzy rządzą z własnego kaprysu?


[1423 słowa + test wojownika]

Od Białego Strumienia CD. Kurzej Łapy

— Dzień dobry, Biały Strumieniu — przywitał się kulturalnie i skinął mu głową. — Czy jest coś ważnego do zrobienia? — zapytał młodzieniec.
Nagle coś mu wpadło do głowy, Biały widział zmianę na pyszczku srebrnego.
— Czy za niedługo będę mianowany? — zadał kolejne pytanie, a jego ciemne oczy zalśniły.
Biały Strumień spojrzał z ukosa na swojego ucznia.
— Twoje mianowanie zależeć będzie od Zawodzącej Gwiazdy. — Odpowiedział spokojnie. Poruszył ogonem, odwracając się. — Jednak nim Cię polecę, mamy do nauki jeszcze kilka rzeczy.
Poruszył wąsami, zastanawiając się. Nadeszła wiosna, mogli więc spróbować biegów długodystansowych bądź polowania na króliki. Biały nigdy w polowaniach dobry nie był, jednak posiadał potrzebną wiedzę. Może Kurza Łapa zrozumie bez nadmiernej demonstracji.
— Wolisz dziś biegać czy polować? — Zapytał po dłuższym namyśle.
Kurza Łapa zastanowił się nad odpowiedzią.
— Jest jeszcze dzień, Biały Strumieniu — wymamrotał, niepewnie na niego zerkając. — Może powinniśmy poczekać na wieczór…
Biały Strumień poruszył wąsami. No tak... czas pod ziemią leciał inaczej. Nie mogąc wyjść o każdej porze dnia, tracił rachubę. Nie wiedział, czy była noc, czy dzień, a jego uczeń, który nie miał problemów tej natury, mógł uznać go za jakiegoś nieogarniętego.
— Oh — mruknął. — Gdy nie możesz wyjść na zewnątrz, kiedy Ci się żywnie podoba, zaczynasz tracić poczucie czasu. — Wyjaśnił, jakby czując się zobowiązanym do tego.
Rudy był młody i zapewne nie rozmyślał zbyt wiele nad chorobą swojego mentora. Nie musiał zresztą, toteż takie wpadki na pewno mogą zdarzać się częściej.
— W tym czasie możesz wymienić starszym legowiska. Wieczorem przeprowadzę z Tobą trening polowania.
Zarządził, nasłuchując dookoła rozmów kotów, które wróciły z porannego patrolu.
Kurza Łapa się skrzywił i prychnął.
— Po tym pożarze tylko duchom można wymieniać posłania... — mruknął pod nosem, kierując się niechętnie w stronę legowiska starszyzny.
Biały Strumień zmarszczył brwi. On zawsze był taki pyskaty?
Odwrócił się, idąc w swoją stronę. Przechodził akurat koło medycznego legowiska, z którego wychodził jego brat. Minę miał ciężką do odgadnięcia, jednak gdy zobaczył brata, rozpromienił się. Biały Strumień znał go nie od dziś, wiedział więc, iż kocur jedynie przywdział maskę.
— Dobry dzień, Biały Strumieniu — powitał go albinos.
— Dzień dobry — miauknął. — Wszystko w porządku?
Lotos poruszył wąsami.
— Ah… to tylko infekcja po ugryzieniu szczura — mruknął, a jego pyszczek wykrzywił delikatny grymas. — Uważaj na siebie, chodząc po tunelach.
— Naturalnie — Odpowiedział, żegnając brata kiwnięciem głowy.
Zastanowiła go ta sytuacja. Kurza Łapa wciąż utrzymywał, iż słyszał dziwne odgłosy w różnych częściach tuneli. Czyżby to były szczury?
Pokręcił głową. Miał teraz ważniejsze sprawy, którymi powinien się przejmować, aniżeli domysły swojego ucznia.
Zjadł posiłek, wyczyścił futro z drobinek brudu, a następnie zajął się rozmową z bratem, Lotosowym Pąkiem. Minął mu tak czas aż do wieczora, gdy słońce skryło swoje śmiertelne dla niego oblicze za horyzontem. Mógł znaleźć teraz swojego ucznia, by zabrać go na trening.
— Kurza Łapo? — Zaczął, chodząc po nowym obozie. — Gdzie jesteś?
Srebrny rudzielec zjawił się przed nim w okamgnieniu. Bystrym okiem przyglądał się albinosowi.
— Tu jestem — odpowiedział młodzieniec. — Czy będziemy polować... w nocy? — zapytał.
Biały Strumień wiedział, iż Śniący Obserwator miał problemy z przyszłym Przewodnikiem. Kurza Łapa otwarcie twierdził, iż będzie trenować jedynie z albinosem, co łaskotało ego Przewodnika, ale jednocześnie utrudniało trening.
Biały spojrzał w miejsce, z którego dobiegał głos. Zobaczył jasnorude futro i wielkie oczy, które wpatrywały się w niego z iskierkami w oczach. Przewodnik posłał mu delikatny, cwaniacki wręcz uśmiech.
— Tak, a co? Boisz się nocy, Kurza Łapo? — Zapytał, zaczynając prowadzić do wyjścia.
— Nie, nie boję się ciemności — wymamrotał i uciekł wzrokiem w bok. — Przecież z tobą tylko chodzę w ciemności... — dodał ciszej i zaczął iść za przewodnikiem.
Gdy wyszli, kontynuował:
— Zające można spotkać o każdej porze dnia. Jeśli będziesz umiał polować pod osłoną nocy, będziesz niedościgniony za dnia.
Zrobił chwilę przerwy, kierując łapy ku rozległym polanom. Świeża, chłodna trawa trzaskała pod ich łapami.
— Ja mogę tylko nocą robić takie rzeczy, Ty zaś kiedy zechcesz. Nauczę Cię polowania o takich porach, ale niestety do dziennych treningów polowań powinieneś poprosić kogoś innego.
Kurza Łapa nie drgnął. Zmrużył oczy.
Przysłuchiwał się słowom mentora, bacznie rozglądając po nocnym krajobrazie.
— Nie potrzebuję innych — prędko odpowiedział Białemu. — Polując w nocy i tak będę lepszy od zwykłych kotów.
Kiedy się zatrzymali, Kurza Łapa wyszedł na przód i zaczął węszyć. Zimne, ostre powietrze wypełniło jego płuca. Skrzywił się i odwrócił do albinosa.
Biały Strumień przesunął długim ogonem po ziemi. Było chłodno, przez co Przewodnik odczuwał gęsią skórkę. Przymknął oczy, by wsłuchać się w otoczenie. Śpiewające świerszcze, koniki polne, drobne ptaki czy inne dźwięki wypełniające nocną pustkę.
— Dobrze, w takim razie ruszajmy. — Zarządził.
Gdy byli nieco dalej na polanie, Biały złapał trop zająca. Zawołał do siebie Kurzą Łapę, by wskazać mu zapach, jeszcze świeży. Mieli sporą szansę na powodzenie.
— Zapamiętaj ten zapach. — Miauknął. — Możemy ruszyć jego tropem, spróbujesz go upolować. Chcesz to zrobić we dwójkę, czy wolisz sam się sprawdzić?
Kurza Łapa nie łapał nigdy zajęcy, toteż mógł mieć trudności z uwagi na ich zwrotność i nieprzewidywalność. Biały chciał w ten sposób wesprzeć ucznia i zwiększyć szansę na powodzenie łowów.
Młodzik skinął mentorowi głową, dokładnie analizując zapach pozostawiony przez zająca.
Na pytanie albinosa podniósł głowę i się zastanowił.
— We dwójkę — zdecydował. — Musimy coś przynieść. Przez pożar klan głoduje — dodał.
Biały Strumień uniósł kąciki ust, słysząc odpowiedź ucznia. Bardzo dobrze, że stawia Klan na pierwszym miejscu w priorytetach. Rozciągnął się chwilę po tym, wysuwając ostre pazury.
— Chodźmy więc. Poprowadzisz?
Uczeń bez słowa wyszedł na prowadzenie, co jakiś czas uważnie się rozglądając za możliwym szelestem w wysokiej trawie. Starał się nie wydawać żadnych głośnych dźwięków, również patrząc co chwilę, czy mentor za nim szedł. Jakby się bał, że Biały Strumień zaraz zniknie w nocnych odmętach.
Biały Strumień wydał z siebie cichy chichot widząc, jak uczeń cały czas patrzy za sobą, czy szedł. Albinos zamrugał czerwonymi oczyskami. Było naprawdę bardzo ciemno, chmury przysłaniały gęsto księżyc oraz gwiazdy, więc nawet jego jasne futro mogło zniknąć w mroku.
— Nie zostawię Cię, Kurza Łapo — odezwał się w ciemnościach.
Nagle albinos złapał trop, podnosząc uszy do góry, by lepiej zlokalizować zająca.
— Czujesz? Słyszysz jego małe łapki? Jest nieopodal — wyszeptał.
Czekał w skupieniu na następne ruchy ucznia, będąc gotowym, by wraz z nim otoczyć ofiarę i pozwolić Kurzej Łapie zanurzyć w niej swoje kiełki.

< Kurza Łapo? >

[Liczba słów: 1006, trening Kurzej Łapy, trening polowania na zające]

Wyleczeni: Lotosowy Pąk

Od Figi

Lato… piękny, kwitnący czas pełen tłustej zwierzyny, słonecznych dni oraz uśmiechów. Wartka rzeka przypominała o przepływie czasu. Woda nie stała, lecz była w ciągłym ruchu tak jak zresztą klanowe koty. Owocowy Las tętnił życiem, podniósłszy się po licznych tragediach, mający kocięta oraz wielu uczniów. Figa patrzyła na to wszystko swoimi zielonymi, gasnącymi oczami. Ich barwa nie była już tak intensywna, jak niegdyś, zbladły, zamgliły się nieco. Zastępczyni wychowała swoje dzieci na wspaniałe koty, a teraz mogła podziwiać ich sukcesy, ciężką pracę, oraz to jak dobrze sobie radziły w życiu. Z czasem przestała wahać się nad tym, czy ciąża była dobrym pomysłem. Dzięki Topoli i jego ogromnemu wsparciu Figa dużo lepiej zniosła wszelkie przeciwności losu, nie kończąc, nienawidząc własnych dzieci.
Teraz gdy codziennie patrzyła na siebie w tejże rzece, nad którą aktualnie siedziała, widziała siwe włoski na pyszczku. Pierwszy ślad, iż dopadała ją starość. Zawsze bała się tego stanu, niegdyś niepokonana, nieustraszona jak wojownik kotka stawała się zwykłą starszą. Za parę księżyców pewnie Czereśnia zacznie namawiać ją na odejście do starszyzny, czego na pewno mu odmówi. Póki może się ruszać, a jej umysł działał sprawnie, nie zamierzała oddawać posady, na której się sprawdzała. Nie chciała tego przyznać, lecz… gdyby odeszła na emeryturę, pogodziłaby się ze swym wiekiem. Nie potrafiła na razie zaakceptować takiego stanu rzeczy. Przecież wciąż była młodą, piękną Zwiadowczynią! Te siwe włoski na pewno znikną niebawem…!
Tak mijały jej dni. Widziała z każdym księżycem, jak Topoli jest ciężej wstać, więc codziennie mu w tym pomagała. Nie mogła pojąć, dlaczego tak mu padają stawy? Ona co prawda zaczęła odczuwać dyskomfort w kręgosłupie… ale nie na tyle duży, by przestać móc chodzić po drzewach (tyle, co wejść i zejść do spania) czy polować. Nawet odbywała sparingi z uczniami, czasem z własnymi dziećmi, by pozostać w dobrej formie. Jej mięśnie wciąż były wyrzeźbione, chociaż w porównaniu z młodzikami, wypadała nieco gorzej. Wciąż jednak miała doświadczenie, którego te wszystkie rozwydrzone kociaki i Uczniowie nie posiadali. Pokładała jednego z drugim, używając sprytnych technik zamiast czystej siły, jak to zawsze lubiła.
Tak właśnie spędzała swoje dni, a czas nieuchronnie leciał do przodu. Płynął jak rzeka, znad której pyszczek Figi wyglądał ryb. Gdy zauważyła jedną, napięła mięśnie, by zanurzyć się w płyciźnie i upolować zdobycz. Ociekającą, wciąż żywą, wyjęła na trawę. Bardzo ładna, dorodna rybka, jak na Porę Nowych Liści przystało. Zadowolona z siebie zaczęła wracać do obozu, sprawnym truchtem, by nie upuścić zdobyczy na piaszczystą drogę. Zamierzała podzielić się nią z Topolą, który niebawem powinien wrócić z patrolu.
Zastępczyni usiadła pod krzewem, czyszcząc swoje długie futro. Wciąż nie bardzo jej się chciało o nie dbać, ale obiecała partnerowi, że przynajmniej będzie wyjmować z niego listki i kamyczki. Tak więc w oczekiwaniu, ułożyła obok siebie stoisk wyciągniętych drobiazgów z ogona czy łap. Kiedy usłyszała powracający patrol, uniosła głowę, dostrzegając czarno białe futro. Topola rozmawiał chwilę z pozostałymi, nim zaczął szukać jej wzrokiem. Gdy to zrobił, jego pyszczek od razu się rozpromienił. Podszedł, a widząc rybę, jego mordka stała się jeszcze bardziej wesoła.
— Siadaj — Poleciła mu. — Świeża, sama ją upolowałam.
— Wygląda przepysznie. — Miauknął, a ślinka sama pociekła mu po brodzie.
Figa zgrabnym ruchem otarła mu pyszczek, a następnie wzięli się do wspólnego dzielenia języków, rozmawiając o swoich dzisiejszych przygodach.