BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Miot w Owocowym Lesie!
(Brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 12 kwietnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

11 kwietnia 2026

Od Jagnięcego Ukłonu

Jagnięcy Ukłon siedziała przy ziołach, sprawdzając ich stan po leczeniu tylu kotów po potyczce z mewami. Wiedziała już, po co musiała pójść. Z pewnością będzie musiała poprosić jednego z wojowników o pomoc w noszeniu ziół. Będąc już w temacie innych kotów, niedawno wysłała jednego z przyjaznych jej wojowników po namoczony mech.
— Jagnięcy Ukłonie? — rozległ się głos Gołębiego Puchu. Rudofutra podniosła się i odwróciła do ciemnej kocicy.
— Witaj Gołębi Puchu — miauknęła ze spokojem, podchodząc bliżej kotki.
— Chciałabym prosić cię o pomoc — mruknęła cicho wojowniczka. Medyczka kiwnęła łebkiem.
— Oczywiście — odpowiedziała niebieskooka. Zaprosiła machnięciem ogona na jedno z posłań. Kiedy młodsza kotka zajęła miejsce, Jagienka zamieniła z nią kilka słów. Wiedziała już, co się działo kotce. Skinęła lekko łebkiem.
— Poczekaj chwilkę, zaraz ci pomogę — wymruczała z troską w głosie. Podeszła do miejsca, gdzie trzymała zioła. Każdy medykament leżał na tym samym miejscu co zawsze. Wzięła aksamitkę, liście dębu, a także żywokost. Wróciła do Gołębiego Puchu. Wzięła do pyska liście aksamitki i przeżuła je na papkę. Nałożyła na miejsce infekcji. To samo zrobiła z liśćmi dębu. Do tego wszystkiego dodała papkę z żywokostu. Całość zabezpieczyła pajęczyną.
— Powinno niedługo przejść — wymruczała cicho.
— Dziękuję Jagnięcy Ukłonie — odpowiedziała Gołębi Puch, a następnie opuściła lecznicę. Chwilę później do legowiska wszedł wojownik z mchem i położył przed Jagienką.
— Dziękuję — miauknęła. Kocur kiwnął łebkiem i wyszedł. Rudzinka nachyliła się i wypiła wodę zebraną w mchu. Musiała być bardziej ostrożna. Posprzątała, a chwilę później przyszła Morświnowa Płetwa wraz ze swoim kociakiem Agatówką.
— Jagnięcy Ukłonie, Agatówka skarży się na ból głowy. Możesz mu jakoś pomóc? — spytała matka kociaka. Jagienka kiwnęła łebkiem. Poszła po potrzebne zioła w tym liście malin i podała malcowi. Kocurek niechętnie zjadł podane mu zioła.
— Poprawi mu się niebawem — wymruczała uspokajająco do karmicielki.
— Dziękuję, Jagnięcy Ukłonie. Agatówko podziękuj medyczce — miauknęła jasna kocica i lekko dotknęła kocurka ogonem.
— Dziękuję za pomoc — mruknął cicho Agatówka.
— Nie ma za co, zdrowia życzę — wymruczała do dwóch kotów. Karmicielka pożegnała się i wróciła do żłobka, zostawiając Jagienkę samą. Rudzinka westchnęła. Uporządkowała i wróciła do swoich rozmyślań.

Wyleczeni: Gołębi Puch, Agatówka, Jagnięcy Ukłon

Od Mirtowego Lśnienia

Niedługo po śmierci Judaszowcowej Gwiazdy…

Powietrze, które jeszcze niedawno drżało od ciepła dnia, zaczynało powoli tracić swą łagodność, stając się coraz chłodniejsze i ostrzejsze z każdym kolejnym oddechem, jakby niewidzialne palce nocy zaciskały się na świecie, odbierając mu resztki życia i barw. Słońce, zniżając się ku horyzontowi w powolnym, niemal ceremonialnym geście, pozostawiało po sobie jedynie nikłą smugę złota, która bladła z każdą chwilą.
Ostatnie ślady dnia gasły niepostrzeżenie — ptasi śpiew, który jeszcze chwilę temu rozbrzmiewał wśród drzew, rozpływał się w ciszy, jakby zduszony przez nadchodzący mrok, a łagodny wiaterek, muskający futra zmęczonych kotów, nabierał chłodniejszego, bardziej przenikliwego tonu.
W obozowisku panował już półmrok, a jego granice zdawały się rozmywać, jakby cienie zaczynały żyć własnym życiem, wydłużając się i splatając w kształty, które tylko kątem oka przypominały coś znajomego. Rozlegały się pierwsze ziewnięcia — ciche, przeciągłe, niemal ospałe — które w naturalny sposób oznajmiały, że większość klanu poddaje się nieuchronności snu. Jedno po drugim, ciała znikały w cieniach legowisk.
Nie wszyscy jednak ulegali temu rytmowi.
Mirtowe Lśnienie poruszał się powoli, niemal bezszelestnie, choć w jego kroku kryła się napięta energia, jakby każdy mięsień jego ciała był świadomy celu, którego nie zdradzał nikomu poza samym sobą. Gdy podszedł do Mysiego Postrachu, jego spojrzenie — choć na pierwszy rzut oka łagodne — nosiło w sobie cień czegoś ostrzejszego, trudnego do uchwycenia, jak błysk pazura ukrytego pod miękkim futrem.
— Przepraszam, czy mógłbym dziś pełnić nocną wartę? — zapytał, a jego głos był uprzejmy, niemal miękki, choć w jego głębi pobrzmiewała nuta napięcia, której nie sposób było całkowicie ukryć.
Przez ułamek chwili czas zdawał się zatrzymać, gdy niebieskooki kocur przyglądał mu się w milczeniu, jakby próbując dostrzec coś więcej niż tylko powierzchnię słów, po czym jego pysk rozjaśnił się ciepłym, beztroskim uśmiechem, który w tej chwili wydawał się niemal obcy wobec ciężaru nadciągającej nocy.
— Jasne, Mirtowe Lśnienie! Zacznij jak tylko zajdzie słońce.
Rudzielec odwrócił się bez słowa i ruszył ku skrajowi obozowiska, niedaleko wodospadu przy którym często przesiadywał gdy był jeszcze kociakiem. Niebo było już niemal w pełni splamione ciemną nocy, mimo wszystko ostatnie promienie słońca wciąż zdawały się desperacko chwytać dnia.
Wojownik westchnął cicho, a następnie wbił wzrok w przestrzeń przed sobą — nie w konkretny punkt, lecz w coś znacznie bardziej odległego, jakby patrzył poza to, co widzialne, poza granice rzeczywistości, w której znajdował się jego klan.
Chciałby nazwać to, co czuł, ekscytacją — prostym, niemal dziecinnym dreszczem oczekiwania — lecz prawda była znacznie bardziej złożona. To nie była radość ani strach, lecz chłodne, wyważone poczucie wygranej, jakby wszystko, co miało się wydarzyć, było już zapisane, a on jedynie odgrywał swoją rolę.
Słońce wreszcie zniknęło za linią horyzontu, jakby pochłonięte przez ciemność, która tylko czekała na swoją kolej, by rozlać się po świecie bez najmniejszego sprzeciwu. Ostatnia smuga światła zgasła, pozostawiając po sobie jedynie chłodny poblask księżyca, pod którym wszystko wydawało się bardziej obce, bardziej wyostrzone, jakby rzeczywistość została pozbawiona swej dziennej łagodności.
Mógł wreszcie stanąć przy wejściu do obozowiska.
Mirtowe Lśnienie poderwał się z ziemi energicznym, niemal sprężystym ruchem. Ruszył naprzód spokojnie, lekko, z tą charakterystyczną dla wojowników gracją, która pozwalała mu poruszać się niemal bezszelestnie. Jednakże jego uwaga, zamiast skupiać się na rozciągającym się przed nim świecie, wciąż powracała do wnętrza obozu, do polany, gdzie ostatnie sylwetki kotów wciąż majaczyły w nikłym świetle.
Nie mógł sobie pozwolić na błąd.
Nie teraz.
Jego spojrzenie, choć pozornie obojętne, śledziło każdy ruch, każdy gest — czyjeś przeciągłe ziewnięcie, powolne, ospałe kroki, ostatnie ciche rozmowy. Musiał mieć pewność, absolutną i niepodważalną, że żaden z nich nie pozostanie czujny, że żadne spojrzenie nie podąży za nim, gdy w końcu przekroczy granicę obozowiska.
Jego ogon poruszył się powoli, jednym, pozornie niedbałym ruchem, zdradzając jednak niecierpliwość, która zaczynała sączyć się przez jego opanowaną fasadę. Westchnął. Wiedział, że będzie musiał poczekać — że noc musi dojrzeć, zgęstnieć, osiągnąć ten moment, w którym nawet najbardziej czujne oczy ulegają zmęczeniu, a świat zapada się w głębszą, cięższą ciszę. Najlepiej do środka nocy, gdy księżyc stanie najwyżej, a cienie będą najciemniejsze.
Zbliżył nieco bardziej do wyjścia z obozowiska, pozwalając, by jego wzrok osiadł na terenach Klanu Klifu, rozciągających się przed nim w bladym, srebrzystym świetle księżyca. Skały, drzewa i nierówności ziemi przybierały dziwne, wydłużone kształty, jakby świat został wypaczony przez noc, a znane ścieżki przestały być tak oczywiste, jak za dnia. Co jakiś czas jednak jego oczy, niespokojne mimo całej tej kontrolowanej ciszy, wracały ku polanie, jakby nie ufał nawet tej pustce, która stopniowo ją ogarniała.
Czas płynął powoli, niemal ociężale, rozciągając każdą chwilę do granic możliwości.
Księżyc wspinał się coraz wyżej, aż w końcu zawisł nad światem w swojej pełni, rzucając chłodne, bezlitosne światło na wszystko, co znajdowało się poniżej. Wtedy właśnie Mirtowe Lśnienie spojrzał na polanę po raz ostatni.
Była pusta.
Nie było już żadnych sylwetek, żadnych poruszeń, żadnych oznak czuwania — jedynie cienie i cisza, które zdawały się potwierdzać to, na co czekał.
Ruszył.
Jego kroki skierowały się ku bardziej zalesionej części terytorium Klanu Klifu, gdzie drzewa rosły gęściej, a ich korony splatały się wysoko nad ziemią, tworząc ciemniejszy, bardziej zamknięty świat, w którym światło księżyca docierało jedynie w poszarpanych fragmentach.
Jego spojrzenie zaczęło przesuwać się po gałęziach, po zagłębieniach w korze, po miejscach, które dla niewprawnego oka mogły wydawać się zwyczajne, lecz dla niego były czymś zupełnie innym — mapą, zbiorem wskazówek, obietnicą tego, czego szukał.
I nie musiał szukać długo. Wśród splątanych gałęzi, tam gdzie jedno z drzew pochylało się nisko nad nierównym zboczem, dostrzegł to, czego wypatrywał — niewielkie, misternie utkane gniazdo, przytwierdzone do rozwidlenia konarów. Zlepione z błota i suchych źdźbeł trawy, zdawało się kruchą konstrukcją, a jednak trzymało się niewzruszenie.
Mirtowe Lśnienie zatrzymał się pod drzewem, a następnie podskoczył lekko, zaczepiając się pazurami o chropowatą korę, po czym wspiął się wyżej. Gdy znalazł się na wysokości gniazda, zatrzymał się raz jeszcze.
Z bliska wyglądało jeszcze delikatniej — cienkie, kruche brzegi, wnętrze wyściełane miękką ściółką i drobnymi włóknami, jakby ktoś próbował stworzyć w nim namiastkę ciepła w świecie, który nie znał litości.
Powoli wyciągnął łapę. Jego pazury wsunęły się do środka gniazda, ostrożnie, niemal z przesadną delikatnością, która kontrastowała z chłodem bijącym z jego spojrzenia. Przesunął je po wnętrzu, wyczuwając miękkie warstwy, lekkie, niemal ulotne — aż w końcu natrafił na coś, co wyróżniało się spośród reszty.
Zatrzymał się.
A potem bardzo powoli zacisnął opuszki łap.
Wyciągnął łapę z gniazda, trzymając w niej pojedyncze pióro.
Było lekkie, niemal nierealne w swojej kruchości — jego cienka struktura drżała delikatnie przy najmniejszym ruchu powietrza, a blady połysk, który odbijał światło księżyca, nadawał mu upiornego, niemal nienaturalnego charakteru.
Mirtowe Lśnienie przyglądał mu się w milczeniu.
W jego oczach pojawiło się coś trudnego do odczytania — cień satysfakcji, może spełnienia, lecz pozbawiony jakiejkolwiek radości. Zsunąwszy się z drzewa pozwolił, by jego łapy ponownie dotknęły chłodnej ziemi. Przez chwilę stał bez ruchu, wpatrując się w zdobycz trzymaną ostrożnie w pysku. Rozważał w milczeniu, czy to, co zdobył, było wystarczające, czy też powinien szukać dalej, czy aby na pewno nie lepiej było zrobić coś ekstra...
Ostatecznie usiadł, oplatając ogon wokół łap, a jego spojrzenie stało się nieobecne, jakby zagłębiało się w labirynt własnych myśli. Noc była jeszcze młoda — czuł to wyraźnie w chłodzie powietrza i ciężarze ciszy — dlatego też nie obawiał się, że czas nagle go zdradzi i popchnie ku powrotowi w świetle świtu. Właściwie, to mógł... 
Jego myśli przerwał szelest.
Nie był głośny, lecz wystarczająco wyraźny, by wyrwać go z zamyślenia i zmusić ciało do natychmiastowej reakcji; mięśnie napięły się instynktownie, a serce przyspieszyło, uderzając o żebra z niepokojącą siłą, jakby próbowało wyrwać się z jego wnętrza. Choć pozostał nieruchomy, jego głowa poruszała się gwałtownie, przecinając mrok niespokojnymi spojrzeniami, które jednak nie były w stanie uchwycić niczego konkretnego — jedynie cienie, zbyt gęste i zbyt podobne do siebie, by można było cokolwiek wśród nich dojrzeć. Nie miał jednak wątpliwości, że ktoś tam był.
Myśl o szpiegu Pikującej Jaskółki przemknęła przez jego umysł szybko, niemal odruchowo, pozostawiając po sobie cień irytacji zmieszanej z narastającym napięciem, choć równie dobrze mógł to być zwykły kot, nieznaczący świadek jego nocnej wyprawy. Jednakże znaczenie tej obecności było w istocie drugorzędne — liczył się fakt, że nie był sam, a to oznaczało, że sytuacja wymykała się spod jego kontroli.
— Wiem, że tam jesteś — odezwał się w końcu, a choć znajdował się daleko od obozowiska, jego głos wciąż pozostał przyciszony. — Pokaż się.
Odpowiedziała mu cisza, ciężka i nieprzenikniona, która zamiast uspokoić, jedynie spotęgowała napięcie, wślizgując się w jego myśli i podsycając niepokój. Przez krótką chwilę poczuł coś, czego nie przewidział — niepewność, niemal paniczne ukłucie, które burzyło jego dotychczasową pewność siebie i podważało misternie zbudowane poczucie kontroli. Próbował logicznie przeanalizować sytuację, przywołując w pamięci każdy szczegół — rozmowę z Mysim Postrachem, widok pustoszejącej polany, brak jakichkolwiek odstępstw od normy — lecz im bardziej się nad tym zastanawiał, tym mniej wszystko to wydawało się spójne.
— Co zrobisz? Powiesz Pikującej Jaskółce, że nie pełnię swoich obowiązków? — rzucił ponownie, tym razem z cieniem drwiny, który miał zagłuszyć rosnące napięcie. “Nawet gdybyś to zrobił, nie stanowiłoby to dla mnie żadnego realnego zagrożenia. Samo zbieranie piór nie jest dowodem zdrady” — dodał w myślach.
Znów cisza.
A potem — kolejny szelest.
Tym razem nie zawahał się, pozwalając, by instynkt przejął kontrolę nad jego działaniami; ruszył w stronę dźwięku z zabójczą niemal prędkością, a każdy krok przybliżał go do źródła niepokoju. Jeśli już miałby kogoś złapać, to zawsze mógłby przecież wmówić mu, że podczas pełnionej warty usłyszał jakiś dźwięk, który postanowił sprawdzić. Tak, to brzmiało jak wystarczająco dobra wymówka.
W miarę jak posuwał się naprzód, do jego nozdrzy zaczęła docierać woń — ciężka, piżmowa, wyraźnie odmienna od zapachu kotów klanowych, przez co natychmiast wzbudziła w nim czujność, choć jednocześnie rozwiała część wcześniejszych obaw.
W końcu dostrzegł ruch.
Niewielki kształt, przemykający nisko przy ziemi, niezdarny i szybki zarazem, niemal natychmiast zdradził swoją naturę, przez co napięcie, które jeszcze przed chwilą ściskało jego ciało, ustąpiło miejsca chłodnej, niemal rozbawionej pewności.
„Zwykły szczur” — przemknęło mu przez myśl z nutą pogardy.
Zareagował natychmiast, pozwalając ciału działać bez zbędnego namysłu — skok był szybki i precyzyjny, a uderzenie łap zakończyło się równie sprawnie, gdy pazury przecięły kruche ciało zwierzęcia, pozbawiając je życia, zanim zdążyło wydać z siebie więcej niż zduszony odgłos.
Z jego pyska mimowolnie zaczął wydobywać się głośny, duszący niemal śmiech. Myśl, że to właśnie tak niepozorne stworzenie wzbudziło w nim tak gwałtowną reakcję, wydała mu się niemal absurdalna — groteskowa wręcz — zwłaszcza gdy spoglądał na nieruchome ciało leżące u jego łap, z którego sączyła się krew, ciemna i gęsta w bladym świetle księżyca.
Właśnie wtedy w jego umyśle pojawiła się myśl — nagła, nieoczywista, a przy tym intrygująco kusząca.
Powoli podniósł pióro, które wciąż trzymał przy sobie, i przez krótką chwilę przyglądał mu się w milczeniu, jakby rozważał znaczenie tego, co zamierza zrobić. Następnie, z chłodną precyzją, zbliżył je do krwi wsiąkającej w ziemię i pozwolił, by delikatna struktura nasiąkła ciemną czerwienią, która natychmiast odcisnęła na nim swoje piętno.
Zmieniło się.
Nie było już tylko piórem.
W jego oczach pojawił się cień satysfakcji, gdy uświadomił sobie, że symbol, który właśnie stworzył, nie pozostawiał miejsca na dowolną interpretację — o ile wcześniej mógł być odczytany na wiele sposobów, o tyle teraz niósł ze sobą jedno, niepodważalne znaczenie: życie Jaskółki splami krew.

***

Zakopał ciało zwierzęcia z należytą starannością, zagarniając ziemię powolnymi, lecz zdecydowanymi ruchami łap, aż ostatni ślad krwi i zapachu został przytłumiony przez wilgotną warstwę gleby, która zdawała się przyjmować tę tajemnicę bez sprzeciwu. Nie pozwolił sobie na pośpiech — wiedział, że najmniejszy błąd, najmniejszy ślad pozostawiony za sobą mógłby zdradzić więcej, niż zamierzał — dlatego dopiero gdy upewnił się, że miejsce wygląda tak, jakby nic nigdy się tam nie wydarzyło, podniósł pióro i ruszył w stronę obozowiska.
Jego krok, choć cichy jak wcześniej, stał się dziwnie lekki, niemal beztroski, jakby ciężar napięcia, który jeszcze niedawno ściskał jego ciało, został nagle zdjęty i zastąpiony czymś znacznie bardziej ulotnym, a przy tym niepokojąco przyjemnym. Im dłużej pozwalał swoim myślom krążyć wokół tego, co właśnie się wydarzyło, tym wyraźniej rodziło się w nim przekonanie, że nie był to jedynie przypadek — że wszystko to miało sens, że ścieżka, którą podążał, została już dawno wyznaczona.
Czyż nie tak działał Klan Gwiazdy?
Myśl ta wślizgnęła się do jego umysłu miękko, niemal niezauważalnie, lecz gdy już się tam znalazła, zaczęła rozrastać się, oplatając jego rozum niczym pnącze. Przecież to nie mógł być zbieg okoliczności — pojawienie się czegoś dokładnie wtedy, gdy tego potrzebował, możliwość nadania znakowi silniejszego, bardziej jednoznacznego znaczenia… wszystko zdawało się układać w spójną całość, jakby ktoś czuwał nad każdym jego krokiem.
Uniósł głowę.
Niebo rozciągało się nad nim jak bezkresna, ciemna tafla, na której srebrzyste punkty lśniły wyjątkowo jasno, niemal nienaturalnie, jakby noc sama chciała zwrócić jego uwagę ku górze. Wpatrywał się w gwiazdy dłużej, niż powinien, a z każdą kolejną chwilą ich blask zdawał się zmieniać — stawał się bardziej przenikliwy, bardziej skupiony.
Miał wrażenie, że patrzą. Nie ogólnie, nie bezosobowo — lecz właśnie na niego.
Jak oczy.
Niezliczone, nieruchome oczy, które śledziły każdy jego ruch, każdy oddech, zaglądając głębiej, niż ktokolwiek kiedykolwiek powinien mieć możliwość. Przełknął ślinę, czując, jak coś zimnego przesuwa się wzdłuż jego kręgosłupa, choć nie potrafił stwierdzić, czy było to przerażenie, czy może coś znacznie bliższego czci.
Opuścił wzrok dopiero wtedy, gdy przed nim wyłoniło się wejście do obozowiska.
Zwolnił.
Każdy krok stał się bardziej ostrożny, bardziej wyważony, jakby granica między tym, co znajdowało się na zewnątrz, a tym, co kryło się w środku, była czymś więcej niż tylko fizycznym przejściem. Wychylił lekko głowę, zaglądając do wnętrza z napiętą czujnością, która nie opuściła go nawet teraz, gdy był już tak blisko celu. Spodziewał się czegoś. A raczej kogoś.
Jednak polana pozostawała nieruchoma, pogrążona w głębokiej ciszy, która zdawała się niemal nienaturalna w swojej zupełności. Żaden kot nie czuwał, żadne oczy nie były skierowane ku wejściu — obozowisko spało, oddane bez reszty nocnemu odpoczynkowi, nieświadome tego, co właśnie do niego powracało.
Wsunął się do środka, a następnie ruszył w stronę legowiska wojowników, stawiając łapy ostrożnie, tak by nie zbudzić nikogo. Jego serce znów zaczynało bić szybciej, tym razem jednak nie z niepokoju, lecz z narastającego napięcia, które miało w sobie coś z oczekiwania. Gdy zbliżył się wystarczająco, jego spojrzenie przesunęło się po posłaniach — jedno po drugim, zajęte, spokojne, pogrążone we śnie.
Wszystkie, poza jego własnym.
Widok ten rozwiał ostatnie wątpliwości, które mogły jeszcze czaić się gdzieś na skraju jego świadomości po wyprawie w lesie. Więc był wtedy sam.
Wszedł na swoje posłanie, uginając pod sobą miękkie ściółki. Pióro wciąż sterczało z jego pyska, jak niematerialny ciężar, którego nie chciał — lub nie potrafił — jeszcze odłożyć. Przez moment trwał w bezruchu, rozważając, czy powinien poczekać, czy odłożyć wszystko na później, znaleźć lepszy moment. Lecz myśl ta zgasła niemal natychmiast.
Dlaczego miałby to robić?
Był gotowy.
Zsunął się z legowiska tak cicho, jak tylko potrafił, po czym skierował się ku miejscu, gdzie spał Gąsienicowy Ogryzek. Zbliżywszy się wystarczająco, pochylił się lekko, a jego ruchy nabrały niemal rytualnej dokładności, gdy układał pióro tuż przy legowisku, w miejscu, którego nie sposób było przeoczyć.
Teraz wystarczyło poczekać do ranka…

Od Gołąbka CD. Poranku

Gołąbek odwrócił głowę i ujrzał swojego nowego mentora wychylającego się zza legowiska medyków. Uczeń skończył właśnie poić jerzyka, który mimo tego, że nadal leżał bezczynnie na mchu, przełknął wodę która została mu nalana do dzióbka. Czując, że mentor na niego czeka, złapał za mech, przenosząc ptaka w bezpieczne miejsce (mamusia obiecała powiedzieć innym, by go nie ruszali), po czym udał się w stronę wyżłobionego pnia. Zajmowanie się ptakiem poprawiło mu humor, praktycznie zapomniał już o dołującym uczuciu które kilka dni temu nie pozwalało mu ruszyć się z miejsca. Udało mi się także już zrozumieć, że koty mogą celowo popełniać złe uczynki. Wyjaśnił mu to Lis, kot z legowiska starszyzny, którego ciało było pokryte wieloma bliznami. Lis musiał być niezwykle dzielny, skoro przeżył takie obrażenia. Gołąbek bardzo podziwiał taką odwagę.
Gdy uczeń znalazł się przy pniu, Poranek przekazał mu, że czas już na jego pierwszą lekcję. Gołąbek bardzo się z tego cieszył. Nie mógł się doczekać nauki ziół. Wsunął się do legowiska, siadając obok mentora i słuchając tego, co ma do powiedzenia. Podczas całej lekcji Gołąbek bardzo mocno się skupiał. Mimo, że znał już nazwy i zastosowania niektórych ziół o których opowiadał starszy kot, słuchał bardzo uważnie, notując w głowie wszystko, co mówił mentor. Chciał być tak dobrym uczniem, jak to możliwe. Obiecał sobie, że będzie bardzo ciężko pracować, by w przyszłości w pełni zasłużyć na miano uzdrowiciela.
Nauka trwała do samego wieczora. Nie dlatego, że Poranek tyle opowiadał, ale dlatego, że Gołąbek został w legowisku dłużej, by lepiej zapamiętać zapachy, nazwy i zastosowania ziół, o których dzisiaj nauczał go mentor. Zrobił sobie przerwę jedynie na napojenie i nakarmienie jerzyka. Ptak był już nieco bardziej rozbudzony i zjadł glizdy, które wykopał mu Gołąbek, choć wymagało to przecięcia ich na mniejsze kawałki. Mimo tego jak słabowicie wyglądał ptak, bury uczeń nadal miał nadzieję na to, że uda się mu go uratować. Przygotował się też jednak na to, że jerzyk może umrzeć. Jeśli Wszechmatka będzie chciała go do siebie wezwać, on to zaakceptuje. Dla Gołąbka śmierć była tak samo piękna jak narodziny. Było mu smutno, gdy jakieś stworzenie umierało, ale wiedział, że ukochana Wszechmatka zajmie się jego duszą i pozwoli mu żyć nadal: jako wolno wędrująca dusza lub w innym, pięknym wcieleniu. To, że umierające stworzenie opuszczało ten świat, wcale nie oznaczało, że przestało istnieć na zawsze. Po opuszczeniu starego ciała żyło gdzieś nadal, delektując się tym, co przygotowała dla niego natura. Pomimo swojego młodego wieku bury doskonale to rozumiał i kochał Wszechmatkę za to, że dała duszom możliwość ponownego doświadczenia życia.
Kiedy już wszyscy medycy ułożyli się do snu, Gołąbek wymknął się z leża, by ułożyć się pod rozgwieżdżonym niebem. Nie przeszkadzało mu zimno ani wiatr. Wolał spać pod gwiazdami, gdzie czuł, jakby był bliżej Wszechmatki. W przepełnionej dziupli nie czuł jej obecności tak samo jak tutaj; nie mógł nasłuchiwać dźwięków tego, co stworzyła. Pieśń natury uspokajała ucznia, tuląc go do snu szumami i trelami. Zamknął oczy, delektując się naturą. Miał szczęście, że w tym wcieleniu urodził się właśnie tutaj.

* * *

Rankiem wraz ze słońcem przyszła śmierć. Gołąbek znalazł swojego jerzyka martwego. Gdyby nie jego puste oczy, ptak wyglądałby, jakby zwyczajnie spał na zielonym mchu. Jego ślicznie piórka migotały w porannym świetle, a skrzydła rozłożone były jak do lotu, jak gdyby dusza ptaka, odrywając się od ciała ostatnim razem, próbowała nimi zamachać. Uczeń patrzył się na martwego ptaka dłuższą chwilę. Sam nie wiedział, co czuł. Było mu przykro, że jerzyka nie udało się uratować. Jednak z drugiej strony, skoro Wszechmatka zdecydowała się go zabrać, na pewno miała na to jakiś powód. Być może ptak szybował teraz pośród niebios, wolny od bólu i głodu. A może zaczynał właśnie nowe życie jako zupełnie inne stworzenie, nieświadome tego, kim kiedyś było. Może Wszechmatka celowo zabrała go teraz, by nie musiał już więcej cierpieć. Gołąbek zawinął ciało ptaka w mech. Postanowił, że kiedy już wszyscy się obudzą, ogłosi jego pogrzeb. W końcu śmierć świętego ptaka trzeba było w jakiś sposób uhonorować.

* * *

Na przyjście na pogrzeb zgłosiło się więcej kotów, niż oczekiwał Gołąbek. Kurka, Guziczek, Borowik i Drobinka obiecali, że razem z nim pochowają jerzyka. Jako że Lis też chciał przyjść (a nawet zadeklarował się wygłosić mowę) , uczeń obiecał, że pogrzeb odbędzie się blisko legowiska starszyzny, by poturbowany kocur nie musiał zbytnio się ruszać. Gołąbek był bardzo wzruszony tym, jak wielu pobratymców chciało mu towarzyszyć. Gdy już wszyscy się zebrali, nadszedł czas na rozpoczęcie pogrzebu. Uczeń oderwał z ciała ptaka kilka piór, które następnie przykleił do swojego futra żywicą, chcąc w ten sposób uhonorować stworzenie. Do wykopanego wcześniej dołu włożył ciało ptaka i przysypał je wysuszonymi kwiatami, które wcześniej wyjął spod swojego legowiska. Użył prawie wszystkich kwiatów, jakie miał, starając się, by miejsce spoczynku ptaka było bardzo piękne. Następnie zasypał grób ziemią, kładąc na czubku ostatni, największy kwiat. Lis, podpierając się o ścianę legowiska starszyzny, spojrzał na Gołąbka ze współczuciem.
— Jesteśmy tu, aby pogrzebać małego przyjaciela naszego drogiego Gołąbka — małego ptaszka, którego Gołąbek starał się uratować. Niestety, to się nie powiodło. Ptaszek umarł. Jednak ta mała, tak ważna dla Gołąbka istota także zasługuje na pogrzeb oraz małe czuwanie. Uczcijmy pamięć tego stworzonka.
Lis odetchnął i położył się na ziemi, łapą wyrównując niedawno zasypany maleńki grób ptaszka. Kiedy skończył, na środek zgromadzenia wyszedł Gołabek.
— Niech Wszechmatka da temu ptakowi nowe, szczęśliwe życie. — Uczeń nie wiedział, jak przemawia się na pogrzebach, ale starał się, by jego słowa były bardzo poważne. — Niech nie cierpi głodu ani choroby i niech błogosławi mu wspaniała Wszechmatka.
Kiedy Gołąbek skończył przemawiać, zauważył, że pogrzebowi z oddali przygląda się Poranek. W jego oczach był ten sam dziwny wyraz, jaki gościł u niego każdego dnia. Z początku Gołąbek sądził, że medyk po prostu tak wygląda. Teraz jednak w jego sercu zaczęła narastać wątpliwość. Czy wszystko było u niego w porządku?

[955 słów]
<Poranku?>

Od Pożarowej Łapy Do Bursztynu

Była okropnie zawiedziona i wkurzona. Nigdy nie chciała mieć kociąt. Nigdy. Ale wyszło, jak wyszło, i zaszła w ciążę. Przetrwała nudności, kręcącą się wokół niej Ognistą Piękność i ból. Cały czas powtarzała sobie, że dzięki temu nie będzie musiała walczyć z lisem i wreszcie pokaże ojcu, że nie jest porażką. I cały plan diabli wzięli! Nadal siedziała w tym głupim żłobku z imieniem ucznia, podczas gdy Wydmowa Łapa – teraz Złota Wydma rozmawiała w najlepsze z Sójczym Błękitem! I jakby zdrada przyjaciółki i poniżenie nie były wystarczające, jej kociaki okazały się kompletną porażką. Na początku była tylko nieco zawiedziona wyglądem córki. Wmawiała sobie, że i tak wyjdzie na koty, i patrzyła tylko na syna o identycznym kolorze futra jak u niej. Cały czar prysł, gdy tylko kociaki zaczęły chodzić i mówić. Żywica przypominała jej Aksamitkę. Tylko jeszcze słabszą. A Bursztyn… masakra. Biegał, skakał i wkładał wszystko, co napotkał, do pyska. I do tego ten jego chroniczny katar… Zupełnie jakby Płomienny Ryk próbował ją przeklnąć. I najwyraźniej mu się udawało. No i Ogień nie przestawała ze swoim trajkotaniem. Ten jej ślepy optymizm przytłaczał ją. Westchnęła ciężko, kładąc łeb na łapach, czego szybko pożałowała. Już po chwili poczuła wilgoć na końcówce swojego nieurwanego ucha. Zjeżyła się.
– Bursztyn!

<Bursztyn, siad, wypluj>

Od Mandarynkowej Gwiazdy CD. Klekoczącego Bociana

Na tę informację tylko skinęła głową. Bo co miała powiedzieć? "To dobrze"? Nie, nie było "dobrze". Chociaż… czy to słowo miało już jakiekolwiek znaczenie? Ile to razy powtarzała sobie i innym, że wszystko w porządku, kłamiąc w żywe oczy? Chyba tak już wyglądało noszenie symbolu lotosu na czole. Piękne uśmiechy, idealny chód, świetna reputacja… Tak to wyglądało z boku. I mimo początkowych wątpliwości Mandarynka w końcu się tego nauczyła. Nie nauczyła się jednak przewodzić klanem. Każdy wiedział, że nie była gotowa. Nie myślała jak przywódca. Teraz nie dało się już wycofać. Bo przedstawienie musiało trwać. Westchnęła tylko ciężko. Po co tu w ogóle teraz przychodziła? Tylko nasuwały jej się na myśl jakieś refleksje starych kotów. No i czuła to… Taką jakby pustkę. Jakby wszystko oddalało się od niej, pozostawiając ją tylko jako obserwatora. Z drugiej strony co chwilę zalewała ją fala furii, której nie była w stanie wytłumaczyć. Lepiej będzie, jeżeli sobie stąd pójdzie…

* * *

Nie mogła wiecznie siedzieć w swoim legowisku jak kot, który boi się własnego cienia. Była Mandarynkową Gwiazdą – wielką przywódczynią Klanu Nocy. Nadal wisiała nad nią zagadka śmierci. Równie dobrze mogła popytać zaufane koty. Na przykład Różaną Woń. Udała się do lecznicy. Akurat obecni byli tylko jej kuzynka i pokasłująca Rosiczkowa Kropla. Srebrna poczekała, aż szylkretka wyjdzie po czym usłyszała pytanie:
– O co chodzi Mandarynkowa Gwiazdo? Wszystko w porządku?
– Tak… po prostu chciałam o coś zapytać. Widziałaś może ostatnio coś podejrzanego w zachowaniu Czyhającej Mureny?
Medyczka wydawała się zupełnie zbita z tropu.
– Chyba nie… Nic oprócz waszego porannego powrotu- – przerwała, widząc minę przywódczyni, która wyrażała coś na zasadzie "nie gadajmy o tym".
– W sumie, jak się trochę zastanowię, to przypomniało mi się, że widziano ją rozmawiającą z Wężynowym Kłem… To nie zdarzało się wcześniej.
Mandarynka zmarszczyła brwi. To było naprawdę dziwne. Spiskowały razem? Nie… to się nie łączy.
– Wiesz może kto- – nie dokończyła pytania, bo kuzynka dała jej znak, żeby być cicho. Obróciła łeb, podążając za jej wzrokiem, żeby zobaczyć stojącego w wejściu Klekoczącego Bociana. W pysku niósł zioła. Nie była jednak pewna, czy dopiero przyszedł.

<Klekot, ile słyszałeś?>

Wyleczeni: Rosiczkowa Kropla

Od Mandarynkowej Gwiazdy CD. Żmijowcowej Wici

Nie odpowiedziała. Niby próbowała skupić się na rozmowie, ale z tyłu głowy jedyne, o czym mogła myśleć, to mały synek Wężyny. Zacisnęła zęby. Musiała stąd pójść. Nie potrafiła tego wytrzymać. Zbyła pytanie kocura i szybkim krokiem powróciła do swojego legowiska.

* * *

Kawałki układanki nadal nie składały się w całość. Cała ta sytuacja była dziwnie zagmatwana. Musiała na razie odwieść od siebie myśli o zmianie zastępcy ze względu na brak kotów, które mogłyby wejść na to stanowisko. Dzwoniły jej też w uszach słowa matki. "Zastanów się, co robisz." Robiła to, co dobre dla klanu. Musiała chronić Klan Nocy. Niestety w międzyczasie nie udało jej się ochronić siebie samej. Spiski, które zaczęły się tworzyć w gronie jej najbliższych, doszły do skutku… no może nie do końca. W końcu nie leżała jeszcze pod ziemią. Musiała znaleźć sposób na monitorowanie kotów, które mogłyby chcieć jej śmierci. Dzięki temu miałaby możliwość zastanowienia się nad wprowadzeniem innych zmian w klanie. Musiała przecież udawać, że nic się nie stało. Trzeba było znaleźć szpiegów. I to jak najszybciej. Tak się składa, że miała już jednego. Pomimo jego więzów krwi z Wężynowym Kłem był najbezpieczniejszy. Choć nadal nie wiedziała, na ile może mu ufać. Tym jednak mogła się zająć później.
— Błękitna Laguno! — zawołała syna. Często przesiadywał blisko jej legowiska. Nadal nie wiedziała, czy to dobrze, czy wręcz przeciwnie. Kocur wszedł do pnia. Mandarynka nie odrywała wzroku od jego łap. Kto wiedział, czy nie zechciałby jej dobić po nieudanym planie partnerki lub siostry?
— Przyprowadź Żmijowcową Wić.
Odczekała chwilę po wyjściu zastępcy, żeby po chwili zobaczyć znajome bure futro.
— O co chodzi? — usłyszała. Trudno było wyczytać, czy kocur był zestresowany, czy bardziej ciekawy.
— Nie znalazłeś nic wskazującego na zdradę Tojadowej Kryzy. Nie potrzebuję cię już jako szpiega — powiedziała, po czym zrobiła pauzę. Błękitna Laguna pewnie był tuż za wejściem do jej legowiska. Mógł podsłuchiwać, a w tych niepewnych czasach nie wiadomo było, kto mógł potem dostać taką informację. Zniżyła głos do ledwo słyszalnego szeptu.
— Od teraz obserwuj Czyhającą Murenę.

<Żmij? Nowa fucha dla ciebie jest>

Od Gołąbka CD. Borowika

— Mamusia za chwilę przyj… — Gołąbek stanął jak wryty, nie będąc w stanie dokończyć zdania. Zamurowało go nie ze strachu, ale z zachwytu tym, co stworzył jego brat. To było takie piękne! Na piaszczystym podłożu legowiska widniały przepiękne wzory, namalowane wokół tego, co zostało z dzieła Gołąbka. Kociak zupełnie zapomniał o żalu. Teraz cała jego uwaga była skupiona na malunku. Podziw wobec brata urósł do granic możliwości. Namalował najśliczniejszą rzecz, jaką Gołąbek widział w swoim krótkim życiu. Wszechmatka na pewno będzie zachwycona! To był dopiero sposób, by złożyć jej hołd!
— Borowiku! To jest takie piękne! — Pisnął, kilka razy podskakując do góry z radości — Nauczysz mnie? Proszę, proszę, proszę!
Brat zgodził się, pokazując, jak malować wzory na ziemi. Gołąbek starał się go naśladować, również przesuwając pyszczkiem po podłożu. Na całym gruncie zaczęły powstawać linie i zawijasy. Kociak starał się malować różne rzeczy, takie jak liście, kwiaty,ptaki i nawet swój pyszczek (choć nie bardzo mu to wychodziło). Gołąbek był tak zafascynowany malowaniem, że nie zauważył, jak szybko cała podłoga pokryła się znaczeniami.
Kociak uniósł głowę do góry, dumnie patrząc na to, co stworzyli razem z bratem. Szkoda, że nie było już miejsca. A co jeśli wyszliby poza legowisko, i zaczęli ozdabiać też inne miejsca? Poza legowiskiem Wszechmatka będzie miała lepszy widok na ich dzieło. I na pewno będzie bardzo zadowolona, jeśli stworzą dla niej więcej rysunków.
— Pomalujemy trochę na zewnątrz? Chcesz? Dla Wszechmatki? — zapytał Gołąbek.

<Borowiku?>

Od Borowika CD. Kurki

Ugh.
Od początku dzisiejszego treningu, muszę przyznać, mój mózg jeszcze w połowie spał. Nie chciało mi się łazić po lesie w kółko. Nie ma tam przecież nic do zobaczenia. Wszystkie drzewa wyglądają tak samo. No, może poza kolorami. I typem kory. I kształtem liści. I wysokością. I grubością.
Ale nie o to chodzi.
Nie ważne. Ważne jest to, że mimo wszystko tu jestem i raczej nie narzekam. Skoro Kurka kazał, to ja poszedłem. Trzeba słuchać mentorów. Nawet jak się chce iść spać.
Za to chwilę spędzone przy Drodze Grzmotu były pełne grozy. W jednym momencie leżałem sobie w krzakach i gapiłem się na dziwną czarną powłokę Drogi, a w drugim niemal umarłem ze strachu. Gdy to wielkie coś przeleciało mi przed oczami.
Nastroszyło mi się futerko. Nie podoba mi się to.
W okamgnieniu zniknęła ze mnie cała senność. Poczułem nagły przypływ adrenaliny, irytacji oraz…determinacji.
Nie ma wielu rzeczy, które wzbudzają we mnie determinację. Z reguły pojawia się ona u mnie w wyniku irytacji będącej skutkiem przypływu adrenaliny – tak jak teraz. By nie wybuchnąć złością czy agresją, jak wielu by zrobiło, ja przelewam to na wykonanie zadania i przestrzeganie zasad… co wbrew pozorom jest trudniejsze niż złość. I bardziej produktywne. Mogłem chodzić bez sensu po kniejach cały dzień, a informacje mogły wpadać jednym uchem, a wypadać drugim, ale teraz…teraz się wkurzyłem.
Zasady mnie uratują.
Przypomniałem sobie plan treningu. Dziś w planie była jeszcze wspinaczka na drzewa. Planu trzeba przestrzegać. Trzeba robić tak, jak się mówi. Albo nie mówić wcale.
— Nie. Nie. Nie. Mówiłeś, że dziś na drzewa się będziemy wspinać. Ja chcę na drzewo. Nie jestem zmęczony. Ani trochę. Ani trochę.
Podskoczyłem lekko i stanąłem w pozycji bojowej. Rozglądałem się dookoła, by znaleźć dogodne do wspinaczki drzewo. Nie wiem, jak rozpoznać dogodne do wspinaczki drzewo. Ale myślę, że to bez znaczenia. W gruncie rzeczy drzewa są takie same. Znaczy, nie są.
Nie ważne.
— Już dość się dzisiaj nachodziliśmy. Musisz wypocząć, by rano trenować z nowymi siłami… —
Kurka zaczął spokojnie tłumaczyć. Nawet brzmiało to, jakby miał rację, ale ja już byłem wypełniony determinacją i myślą o celu do granic możliwości.
— Ale mówiłeś, że wrócimy na kolację. — Nie odpuszczałem. — A ja przeanalizowałem naszą trasę. Jeżeli będziemy szli z nieco szybszym tempem niż wcześniej, to będziemy przed czasem. Czyli mamy jeszcze chwilę. Na drzewo. Chwilę na drzewo. Prawda? Prawda?
Wtedy je zobaczyłem.
Drzewo.
Do wspinaczki.
Nie za duże, nie za małe, lekko pochylone w przód. Cały świat dookoła przestał istnieć.
Kurka zrobił krok w moją stronę, z wyrazem pyska, który można by opisać jako zaniepokojenie. Tylko dlaczego?
— Borowiku, to nie jest dobry pomysł. Powinienem najpierw pokazać ci jak to się robi, omówić teorię…
Ale nieee, ja już nie słuchałem! Byłem całkowicie zamroczony dążeniem do celu, który był tuż przed moim pyskiem! Wszystko inne – odpoczynek, Droga Grzmotu, trening, wciąż nastroszone futerko – zbladły niemal całkowicie po zestawieniu z czymś tak gargantuicznym. Ryzyko nie demotywowało mnie w żaden sposób, wręcz przeciwnie, tylko zwiększało moją determinację, dwukrotnie! W głowie miałem tylko jedno słowo, zapętlone niczym cykl dnia i nocy – drzewo, drzewo, drzewo…
Rozpędziłem się, mój wzrok skupił się na pochylonym, sędziwym pniu, wszystko inne się rozmyło, był coraz bliżej, ledwie na długość lisiego ogona, i wtedy…
Bach.
— Au.
Wbiegłem głową w pień.
— Au. — Potrząsnąłem główką.
Zamrugałem.
Usiadłem.
Kurka spojrzał na mnie zaniepokojony, ale szybko zorientował się, że nic poważnego – poza lekką dezorientacją i zanikającą obsesją – mi nie dolega. Podszedł do mnie i pochylił lekko pysk, uśmiechając się nieznacznie.
— To może jednak wrócimy do obozu, co, Borowiku…? — spytał. — A jutro pokażę ci, na czym naprawdę polega wspinaczka.
— Ughhh…
Główka opadła mi lekko na pierś, a potem ugięły się pod mną łapki, przez co wylądowałem pyszczkiem w trawie.
No, to by było na tyle.
Jeszcze tu wrócę. I policzę się z tym pniem. Tak się policzę, że nie będzie wiedział, czy jest brzozą czy bukszpanem czy… no, nie znam innych gatunków drzew…

<Kurko?>
[645 słów]

Od Chudej Łapy CD. Wilczego Skowytu

Jeszcze kiedy Chudy był uczniem woja

Bury uczeń doczekał się wreszcie powrotu wojownika ze świeżym mchem. Niechętnie wziął od niego trochę i potuptał smętnie, by wymienić go w legowiskach. Co i rusz próbował się wymigiwać, robić mniej, ale Wilczy Skowyt skutecznie udaremniał jego próby leniuchowania.
Kiedy skończyli, Chuda Łapa padł plackiem na środku obozu. Oddychał zmęczony, jakby przynajmniej obiegł całe tereny Klanu Wilka, a nie tylko odświeżył legowiska uczniów. Wilczy Skowyt przysiadł obok niego, chwilę pomyślał, nim złapał za ogon burego.
— CO TY ODWALASZ WILCZY !? — wrzasnął skrzekliwie młodziak.
— Nie będę Ci przecież gadać o mojej wybrańce na środku obozu — burknął.
Zaczął go ściągać za złapany ogon na bok. Chudzielec machał łapkami, jakby mu się działa krzywda. Koty dookoła patrzyły ciekawsko, ale gdy dostrzegały ucznia Nadciągającego Pomroku, odwracali wzrok, bo ten to zawsze robił z igły widły. Nic ciekawego.
Kiedy oba kocury były na uboczu, Chudy wstał i się otrzepał z nadmiaru piachu.
— Następnym razem weź mnie na plecy — warknął, garbiąc się. — No, to dawaj mi te tajne informacje. Co to za koteczka?
— No to wiesz, taka biała z czarnymi uszami i ogonem. Mam z nią też dwie córki!
Chudy rozdziawił buzię w szoku tak bardzo, że mogłaby mu do niej wpaść mucha.
— TY MASZ BACHORY?!
Zeskanował czekoladowego wzrokiem od góry do dołu. Jakoś tak… Nie wyglądał na materiał ojcowski. Ale może po prostu Chudy się nie znał.
Czekoladowy wojownik lekko się roześmiał.
— No właściwie to jedno, miałem dwie córki. Wąsatkę i Kobczyk, ale Wąsatka… Zaginęła. — Mruknął ciszej, lekko zawiedziony.
Chuda Łapa opuścił uszy. To jak on tego dzieciaka pilnował? Chyba, chociaż czekaj… Chudy nie bywał w kociarni w ogóle, ale może te koty nie wiedzą o swoim pokrewieństwie z Wilczym? To wszystko było zagmatwane.
— Ah, oh... yyyy — mruknął nie bardziej wiedząc co ma na to odpowiedzieć. — Kiedyś się znajdzie. Mi też kiedyś zgubił się patyk, którym dokuczałem Kalince, a potem magicznie znalazłem go w miejscu, w którym zawsze kładła się Ognista Słota. Dziwne miejsce, no ale nie wnikam! A jak to się stało, żeś poznał tą swoją...samotniczkę?
— No to było tak… Kiedyś jako uczeń, ponad 30 księżyców temu! Podczas jednego z patroli spotkałem właśnie ją! Była nie za bardzo pozytywnie nastawiona! Ale zaczęliśmy się częściej spotykać iiii… się zakochaliśmy! Nazywa się Mewa i gdybyś ją poznał, też byś się zakochał!
Chudy momentalnie skrzywił pysk. Trzydzieści księżyców… Chuda Łapa policzył na palcach swoich łapek… on nawet wtedy nie żył jeszcze! Ale ten Wilczy stary jest.
— Huh? Chyba nie chciałbyś, żeby ktoś ją też lubił, nie kochasiu? — miauknął. — No ale nic nie poradzę na mój przystojny pyszczek!
Wilczy uśmiechnął się.
— Czy taki przystojny jesteś, to ja nie wiem, haha — odpowiedział mu. — Ale masz rację! Nie chcę, żeby ktokolwiek inny ją lubił!
Chudy prychnął na słowa starszego i odwrócił głowę, obrażony. Skrzyżował chuderlawe łapki na kościstej piersi.
— Nie znasz się! — odburknął. — Jeśli ja kiedykolwiek kogoś znajdę, to jej nie poznasz, ty wredny dziadu.
Wypiął mu język.

~ Teraźniejszość ~

Chudy od kilku dni gorzej się czuł. Dosłownie, jak na co dzień było źle, to teraz było bardzo źle. Ledwie oddychał, nos jakby taki ciągle zatkany. W płuca coś mniej powietrza wchodziło, częściej kasłał…
Roztargniony Koperek chyba to zauważył, bo któregoś dnia wziął go za fraki i wybadał. Jeszcze mu się dostało za lekceważenie objawów… a co on miał poradzić? Przecież na co dzień było źle, więc nie umiał odróżnić choroby od codzienności!
Dostał porcję ziół, na które skrzywił pysk. Fajnie było leczyć, a nie być leczonym. Przewrócił oczami, kiedy nakazano mu zjeść pierwszą porcję.
Wylazł potem z legowiska, cały naburmuszony. Zobaczył siedzącego z boku Wilczy Skowyt, który chyba jadł obiad. Chuda Łapa podszedł więc do niego i po prostu, bez pytania, się dosiadł.
— Powiem Ci, Wilczy, że ciężki jest mój żywot — zaczął smętnie, niczym stary dziadek. Pokręcił głową nad własną niedolą. — Kilka dni temu coś gorzej się poczułem, ale no wiesz, ja na co dzień źle się czuję, więc nie widziałem różnicy! Poza tym, że trudniej mi się oddychało. Ale wiesz, doszedłem do wniosku, iż taka moja przystojność i nic z tym nie zrobiłem. Aż wkurzyłem tym Kopra, który mnie wziął przebadał, dał zioła i jeszcze ochrzan. Gdybyś Ty tam był… to bym się za Ciebie schował. Zazwyczaj robię tak z Grubym, bo on jest wiesz…gruby. A ja chudy! I się za nim mieszczę.
Zeskanował kocura wzrokiem.
— No, Tobie trochę się schudło z tyłka, ale myślę, że i tak dałoby radę. Co tam jesz? — zapytał. — Fuj, wróbel. Spróbowałbyś sikory. Lepsze są. W ogóle słyszałeś ploty o Cisowym Tchnieniu? Ponoć kręci coś z Bladym Licem. Nie, żeby mnie to interesowało, ale nigdy nie uważałem jej za zbyt… względną. Jakby, no, nie oceniam przecież, chociaż Cis mało mówi i chyba ma depresję. Ciężko powiedzieć, bo z nią nie gadam. Zwykle siedzi gdzieś z dala i tylko czasem łypnie na mnie wzrokiem. Przerażająca samica.

<Wilczy?>
Liczba słów: 797, medyczny trening Chudej Łapy

Wyleczeni: Chuda Łapa

Od Barszczowej Łodygi CD. Poczciwego Szakłaka

Wielgachny skip time

Jesienna pora niosła za sobą masę pięknych kolorów, które Barszczowa Łodyga uwielbiał podziwiać podczas patroli. Już jakiś czas temu pogodził się z tym, że jest stary i inne koty muszą dostosowywać do niego swoją prędkość, ale nie przeszkadzało mu to zbytnio. W Klanie Burzy działo się naprawdę sporo ostatnimi czasy, jednak wiele z tych nowin było całkiem przykrych. Niedawno przyjęci samotnicy zostali uczniami, ale jeden z nich, Gadożerowa Łapa, przypadkiem przyniósł zatrutą piszczkę. Świętej Pamięci już Strzępotkowy Kokon na zawsze pozostanie w ich szeregach i pamięciach jako wspaniały wojownik. Z tego, co starszy słyszał, ponoć Pierzasta Łapa wcisnął tę piszczkę Gadożerowi. Załamywał łapy nad Pierzem. Już od najmłodszych lat kocurek sprawiał niemałe problemy. A był takim uroczym słodziakiem…
Gdyby tego było mało, okrutne morderstwa nękały Burzaków. Świerszczowy Skok, którego Barszcz zbytnio nie lubił, od dłuższego czasu zamordował dwie wojowniczki i próbował jeszcze zabić Zawilcową Koronę. Ciężar tych wydarzeń ciążył wszystkim kotom z Klanu Burzy, a Barszcz był na siebie zły, że nie mógł nic pomóc. Jedyne, co mu pozostało, to obserwacja, może doradzanie pozostałym, chociaż Zawodzące Echo doskonale sobie radził. Syn Króliczej Gwiazdy dzielnie dźwigał brzemię, którego jego ojciec już dawien dawna nie potrafił.
Egzekucja mordercy odbyła się sprawnie, chociaż oddelegowani do tego wojownicy powrócili z ranami. Musiała wywiązać się między nimi nie mała bójka, co nie powinno dziwić. Świerszcz nie chciał oddać głowy łatwo.
Kiedy kilka dni po morderstwach kilka kotów, w tym Zawilec, uciekło z Klanu, wszyscy byli w szoku. Barszczowa Łodyga martwił się o przyszłość Klanu. Jeśli jest wśród nich tylu zdrajców, morderców i nielojalnych kotów, to jak mają pozostać silni? Inne Klany mogą wykorzystać ich słabość, by zaatakować.
Wszystkie te wydarzenia zaprzątały mu głowę. Zastanawiał się: co by było, gdyby? Miał na to sporo czasu, grzejąc się na jesiennym słońcu, czekając na patrol. Gdy koty zaczęły przychodzić do umówionego miejsca, dźwignął stare kości. Dostrzegł natychmiast czarne futro swojego syna, do którego podszedł i uśmiechnął się szeroko.
— Dzień dobry, Poczciwy Szakłaku — miauknął. — Bardzo jestem rad, że możemy razem pójść na ten patrol. Obawiam się, iż będzie to jeden z moich ostatnich, gdyż młodszy się niestety nie robię, haha.
Jego śmiech był gorzko-słodki, taki świadczący o pogodzeniu się ze swoim losem i wiekiem.
Koty ruszyły, a Barszczowa Łodyga nie odstępowała boku swojego syna. Chciał nadrobić stracony ostatnio czas przez te wszystkie wydarzenia, kiedy nie mieli okazji dłużej porozmawiać.
— Co u Ciebie? Może rozmawiałeś na Zgromadzeniu z Pchełką? Zdrowie dopisuje? — Zalał go pytaniami. — Opowiadaj śmiało!

<Poczciwy Szakłaku?>