Przed ślubem
Bok Przypalonego Kasztana unosił się, a potem opadał zadziwiająco spokojnie, jakby nie towarzyszyła mu nigdy żadna troska. Jedną z przednich łap miał opartą o grunt przed sobą, ugniatając wyschniętą już delikatnie paproć, a drugą wyłożoną poduszką do góry. Dymny co jakiś czas pomrukiwał pod nosem, chociaż po przebudzeniu się nie był dokładnie pewien, co mu się śniło. Najwidoczniej nie było to wystarczająco istotne, żeby o tym pamiętać. Uchylił ślepia, czując na sobie puchaty ogon partnerki. Nie skomentował tego jednak w żaden sposób i zwyczajnie leżał tak, dopóki niebieska również się nie przebudziła raz jeszcze. Dzisiaj był niezwykle istotny dla nich dzień. Ostatnio zamienili parę słów z Mandarynkową Gwiazdą z zapytaniem, czy… mogliby się ożenić. Była to tradycja Klanu Nocy, której dawno nie widział, aż do ślubu Trzcinowego Szmeru oraz Żmijowcowej Wici. Srebrna kocica zgodziła się, co zdziwiło czarnego kocura. Z jakiegoś powodu obawiał się najgorszego, a uzyskanie zgody było niezwykle proste, banalne wręcz. Czuł się tak, jakby nie należało mu się za wiele, o ile cokolwiek od życia, stąd też taki brak wiary w to, że coś mogło pójść po jego myśli. Mimo upływu tylu księżyców ciężko było mu nad tym pracować. A przynajmniej tak, żeby widzieć jakiekolwiek efekty własnych starań.
***
Ślub
Siedział obok Urodziwego Szafirka, a w futro powtykane miał liście kasztana, wraz z paroma igiełkami, starannie poukładanymi tak, żeby nie odstawały szczególnie, a dodawały uroku. To samo można było powiedzieć o podłużnych, żółtawych kwiatach-kotkach. Jego dekoracje nie były jakoś szczególnie rzucające się w oczy czy przesadzone, sam nie był pewien, jak dokładnie powinien przystroić własne futro, a rodzeństwo... było mu bardzo wstyd poprosić o pomoc. Obawiał się, że będzie zajmował im istotny czas, więc zdał się na siebie i częściowo na swoją ukochaną. Widać było to w postaci paru intensywnie fioletowych kwiatów, które kontrastowały z jasno ubarwionymi uprzednio wymienionymi ozdobami. Przysunął się do niebieskiej szylkretki, ich futra zaczęły się stykać, czekali na zebranie wszystkich zaproszonych. Zaczął cicho pomrukiwać, próbując dodać sobie otuchy. Nie lubił tłocznych i hucznych imprez, aczkolwiek nie dało się inaczej, jako iż zdecydowali się na ślub, sam się zgodził i sami zapraszali gości.
Stresował się nieco, że coś mogłoby pójść nie tak. Zależało mu na tym, żeby na ślubie zjawiła się także jego rodzina - nawet jeśli nie rozmawiali już tak wiele, jak w przeszłości, gdy był jeszcze kociakiem, to nadal byli dla niego bardzo ważni. Ujrzenie ich w tłumie gości z pewnością dodałoby mu otuchy, jakby potrzebował upewnić się w ten sposób, czy na pewno dobrze robił.
Z Szafirką spędzał czas, odkąd pamiętał, była najważniejszym kotem w jego życiu. To z nią widywał się codziennie, wymieniali się zawsze nowinkami i jeśli było trzeba, wspierali szczerze, przynosząc ukojenie. Wiedział, że to u jej boku chciał spędzić resztę swojego życia.
— Spokojnie, będzie dobrze... — mruczała cicho, chociaż niepewnie, jakby sama również potrzebowała słownego wsparcia.
Usłyszawszy gdzieś nieopodal cichy gwar, poczuł, że robi mu się jakoś lżej na sercu, w dodatku widok rodzeństwa, matki i Złocistego Widlika oraz gości namiestników i mentora wraz z jego partnerką, także go uspokajał. Jednak przyszli! Nie dostrzegł grymasu na mordce buraski. W przeszłości nie czuł się bezpiecznie w obecności jasnej pręguski o zielonych ślepiach, chociaż teraz nie do końca rozumiał dlaczego. Z czasem jego strach jakoś się obniżył, ponieważ zajęty był obowiązkami. Miało to miejsce już tyle księżyców temu... okazała się w porządku kotem, w dodatku przyjaźniła się z Szafirek, dlatego skoro niebieska nie widziała w niej niczego złego, on sam również nie zamierzał na siłę doszukiwać się zła w kotach, nawet jeśli myśli nierzadko płatały mu figle. Zresztą tak samo w pewnym momencie za czasów uczniowskich przestał czuć się w porządku w obecności Ulewnego Szkwału, a wtedy jeszcze Szkwalnej Łapy, gdy podczas zgromadzenia się pokłócili w związku z traktowaniem kotów maści czekoladowej. Jednak szybko się pogodzili, tym samym żegnając spór. Na samą myśl o kotach maści czekoladowej, wzrokiem zaczął szukać Fląderki, którą zaprosili na uroczystość. Koteczka siedziała na uboczu, kocur poczuł, jak na mordkę wkrada mu się lekki uśmiech. Obawiał się, że nie pozwolą jej przyjść. Wstał ze swojego miejsca, a przed nimi Liliowa Pieśń zaczęła odgradzać i dekorować dróżkę.
Podszedł pod ołtarz. Koteczka przyciskała się do boku Kasztana.
— To nasz czas — wymruczała. Dała znak Liliowej Pieśni, choć było to z pewnością zaskoczeniem, to przyjaciółka sprostała temu bezbłędnie. Przywódczyni kiwnęła głową.
— Zebraliśmy się tu dzisiaj, żeby uczcić miłość Urodziwego Szafirka i Przypalonego Kasztana oraz przypieczętować ją oficjalną więzią! — ogłosiła. Wtedy zapauzowała na moment. Przełknęła ślinę.
— Jeśli ktoś chce wyrazić sprzeciw, niech zrobi to teraz.
Poczuł, jak serce mu przyspiesza. Czy ktoś zamierzał wyrazić sprzeciw? Rozejrzał się po zebranych niepewnie, w porównaniu do niebieskiej, która wyglądała już na bardziej przekonaną co do całej tej sytuacji.
— Nie ma nikogo, monarchini — powiedziała grzecznie liliowa.
Srebrna skinęła Liliowej Pieśni głową i westchnęła z ulgą.
— Urodziwy Szafirku, Przypalony Kasztanie, czy w obliczu wszystkich zebranych tu kotów przysięgacie sobie miłość, wierność, uczciwość i wspólne dzielenie łowów nawet po śmierci?
Spojrzała w oczy ukochanego z niemym potwierdzeniem i szczerym uczuciem.
— Przysięgam — rzekła uroczyście.
Wrócił spojrzeniem do swojej ukochanej, gdy srebrna przywódczyni westchnęła z ulgą. Nikt nie wyraził sprzeciwu, całe szczęście. Już zaczynały mu się powoli podnosić włoski na karku z podenerwowania. Martwił się, że ten dzień nie będzie taki spokojny i wspaniały.
— Przysięgam — powiedział po szylkretce, uśmiechając się nieśmiało. Szafirek miała przepiękne oczy.
— Zatem mocą nadaną mi przez Klan Gwiazdy ogłaszam was mężem i żoną! Niech wasza miłość trwa mimo wszystko niczym igły sosen Porą Nagich Drzew!
— Urodziwy Kasztan! Urodziwy Kasztan!
Niczym igły sosen Porą Nagich Drzew. Po paru uderzeniach serca zawahania przybliżył się lekko i zetknął nosami z Szafirkiem. Musieli rzucić za niedługo żabą.
Kotka ledwo powstrzymywała się przed podskoczeniem z radości. Przymknęła na moment oczy, a gdy Kasztan zetknął się z nią nosem, szylkretka liznęła go czule.
— Mąż i żona… jak to wspaniale brzmi — wymruczała bardzo cicho. Przeniosła wzrok na liderkę. — Dziękuję, Mandarynkowa Gwiazdo — wymruczała. Cieszyła się, że srebrna przeprowadziła im tę ceremonię. Potem skupiła się zupełnie na swoim małżonku.
Już parę uderzeń serca później podeszli do nich ich przyjaciele. Kasztan miał wrażenie, że zatracił się w oczach swojej… żony. Bo czas zleciał mu tak szybko, a jednak czuł się, jakby spoglądał w jej ślepia całą miłą wieczność.
— Gratuluję wam, Urodziwy Szafirku i Przypalony Kasztanie! Dla ciebie, droga przyjaciółko, dla ciebie, mam piękny, morski kamień, którego znaleźliśmy, gdy bawiliśmy się razem w mieliźnie. Przypomina mi on początek naszej przyjaźni, ale na spacerze dałam ci amulety przyjaźni, które będą z nami. Ten kamień był dla mnie ważny, bo ty jesteś dla mnie ważna. Do tego daję ci muszlę ze złotymi końcówkami. Wiem, że je uwielbiasz. Dla ciebie, Przypalony Kasztanie mam kamień ze żłobka, pasujący do twoich oczu. Przypomina mi czasy, gdy było między nami małe napięcie, ale również to, jak się poznaliśmy. Do tego daję ci tę muszlę, w której słychać szum morza. Znalazłam ją, gdy kąpałam się w morzu, pewnie jakiś skorupiak ją zostawił. Teraz jest twoja. Wszystkiego najlepszego.
Szylkretka przeniosła wzrok na przyjaciółkę i brata. Uśmiechnęła się rozczulona, widząc te piękne podarki.
— Och, Lilio, dziękuję — wymruczała, ścierając łapą łezkę wzruszenia.
Kasztan zakłopotał się odrobinę, gdy Liliowa Pieśń wspomniała o sporze między nimi. Zachowywał się wtedy bardzo dziecinnie, nadal czasami ciężko mu było zrozumieć siebie z przeszłości, ale i z teraźniejszości... teraz przynajmniej zachowywał się chociaż trochę inaczej. Wydoroślał, miał nadzieję.
— Dziękuję wam bardzo, Ulewny Szkwale, Liliowa Pieśni. Jestem bardzo wdzięczny, to niezwykle miłe z waszej strony — zamruczał szczerze, zaciekawiony jak dobrze było słychać szum morza w muszli, którą przyniosła pręguska.
Po wypowiedzi swojej partnerki fińczyk postanowił dorzucić swoje cztery grosze.
— Też wam życzę, by wasza miłość przetrwała wszystko. Jeszcze mam dla was muszelki, którymi możecie udekorować swoje posłania. Gratuluję wam jeszcze raz zostania małżeństwem, nigdy nie sądziłem, że moja mała siostrzyczka pierwsze się ożeni — aż się wzruszył, co skutkowało łezkami na jego oczach, szybko je starł z siebie. Przecież nie mógł być beksą na jej ślubie.
Następnym, który przyszedł z prezentami, był Złocisty Widlik, a za nim Lawendowa Rozkosz.
— Szafirko, jestem przeszczęśliwy, że znalazłaś swoje szczęście — wymruczał, uśmiechając się do córki. Potem przeniósł wzrok na Kasztana. — Witaj w rodzinie, Przypalony Kasztanie — rzekł ciepło. Po czym położył przed nimi podarek. — To dla was — wymruczał. Podarek składał się z pięknych muszelek, piórek. Dymny poczuł przyjemne ciepło rozpływające się po jego wnętrzu. Witaj w rodzinie… to brzmiało, tak… tak… miło. Jedyną rodzinę, którą do tej pory miał, to oczywiście rodzeństwo i mama. Wizja, że jego bliscy poszerzyli się o takie grono była co prawda nietypowa, ponieważ zmiany były nietypowe, jednak ta konkretna była zadziwiająco miła. Czuł się chciany.
— Brawo, siostrzyczko, złapałaś dorodnego kocura — zażartowała liliowa ciepło. — Tak, jak ojciec powiedział. Witaj w rodzinie — wymruczała pogodnie, kierując wzrok na Kasztana. — Wiedziałam, że jesteście dla siebie stworzeni — miauknęła ciepło. Kasztan delikatnie się zawstydził, usłyszawszy to. Czy od zawsze wszyscy wszystko widzieli, wiedzieli? Już za czasów uczniowskich miał wrażenie, że pobratymcy zaczęli coś podejrzewać, jednak on długo myślał, że to jedynie przyjaźń. Nigdy wcześniej w końcu nikt mu nie opowiadał, jak wygląda miłość, związki czy masa innych rzeczy związanych z relacji między kotami.
— Tu mam dla was kilka kolorowych kamyczków oraz bursztyn z dwoma robaczkami. Szczęścia wam życzę — dodała, radośnie machając ogonem.
Trzcinowy Szmer podeszła do nich wraz ze Żmijowcową Wicią, Łabędzią Łapą i Nurową Łapą. Skinęła głową nowożeńcom.
— Przynieśliśmy wam prezent. Wydaje się skromny, jak na rodzinę namiestników, jednak muszę przyznać, że zostały one dobrane i pozyskiwane spod lodu, która skuła naszą rzekę — wzięła od Żmijowcowej Wici zawiniątko i delikatnie rozwinęła je, ukazując prezent. — Oto biżuteria, składająca się z najładniejszych i najbardziej świecących łusek oraz zębów drapieżnych ryb, jakie udało mi się znaleźć podczas nurkowania. Niestety przez Porę Nagich Liści nie mogłam zbyt daleko nurkować, bo nie znalazłabym wyjścia spod lodu. Mam nadzieję, że wybaczycie nam te niedogodności.
Powiedziała formalnie, podsuwając bliżej nim prezent. Łuski i kły drapieżnych rzecznych potworów błyszczały od odbijającego się światła.
— Mam nadzieję, że wam się podoba — zamruczała.
Brązowooki zdziwił się delikatnie. Naprawdę koty chciały się tak fatygować… dla nich?
Urodziwy Szafirek przeniosła wzrok na Trzcinowy Szmer i uśmiechnęła się rozczulona tak cudownym podarkiem. Ryb nie mogła jeść, ale na szczęście nie tyczyło się to łusek i ostrych zębów. Musnęła łapą podarek.
— Bardzo wam dziękujemy, Trzcinowy Szmerze i Żmijowcowa Wici. Z dumą będziemy to nosić — wymruczała, a kocur pokiwał z uśmiechem głową. Były przepiękne. Tak się skupił na prezentach, że przez parę uderzeń serca umknęło mu, iż postawił się przed nim jego były mentor, Zmierzchająca Fala, wraz ze swoją lubą, Kropiatkową Skórką, również byłą mentorką Urodziwego Szafirka.
Kiedy namiestnicy skończyli prezentować swoje podarunki, tak Zmierzch wraz z Kropiatką wkroczyli na ich miejsce.
— Przynieśliśmy wam również dość skąpy prezent... Jednak niestety Pora Nagich Drzew nie jest łaskawa... — zaczęła Kropiatkowa Skórka i machnęła ogonem, żeby on pokazał podarunek. Też tak zrobił na rozkaz partnerki. — Oto jest dodatek na wasze wspólne legowisko. Wysuszony pęd alg, które dzięki łaskawemu Klanowi Gwiazdy udało nam się zdobyć. Wplątaliśmy w nie jeszcze kolorowe kamienie i muszle. Mamy nadzieję ze Zmierzchającą Falą, że wam będzie długo służył i żeby nikt nie pomylił waszego legowiska z czyimś innym.
Zmierzchająca Fala położył przed nimi prezent, mrucząc dumny z prezentu, który zrobiła Kropiatkowa Skóra.
— Dziękujemy wam za ten cudowny prezent. Skromność jest piękniejsza niż cokolwiek innego — wymruczała.
Kasztan był wdzięczny, że jego małżonka tak sprawnie przeprowadzała proces dziękowania za podarunki. Jego powoli zaczynało to przytłaczać. Dużo się dzisiaj działo.
Po jakimś czasie stanęła czekoladowa koteczka w zaawansowanej fazie ciąży, naprzeciw czarnego kocura i niebieskiej szylkretki z widocznym rozczuleniem na pyszczku. Kasztan spojrzał na nią przychylniej, martwiąc się odrobinę, czy nie sprawili jej kłopotu, zapraszając ją na ślub. Z pewnością brzuch jej doskwierał, o hormonach wolał nie myśleć…
— Przypalony Kasztanie, Urodziwy Szafirku... to dla mnie zaszczyt, że mogę brać udział w waszej ceremonii ślubnej wraz z moimi nienarodzonymi kociętami — mówiąc to, delikatnie skłoniła łebek. Pożyczyła nowożeńcom pomyślności, gratulując zawarcia oficjalnego partnerstwa. — Przyniosłam dla was prezent… — Sięgnęła pyszczkiem do ogona, na którym leżał zasuszony bladoróżowy kwiat. Ostrożnie wręczyła go pannie młodej, mając nadzieję, że para wspólnie zadowoli się tym drobnym upominkiem. Miała tylko tyle i aż tyle.
Przyszła pora na rzucenie żabą. Urodziwy Szafirek ujęła płaza delikatnie, a następnie rzuciła nim w tłum. Tak się złożyło, że poleciała wprost na Narcyzową Łapę – brata Przypalonego Kasztana. I co ciekawe, udało mu się ją złapać bez większych kłopotów.
Płaz przeleciał tuż nad jego łapą, uderzył go w klatkę piersiową i wylądował tuż przed nim; Narcyz odruchowo przyszpilił stworzenie do ziemi i podniósł delikatnie łeb, rozglądając się.
Zerknął z ukosa na Narwaną Łapę, jakby szukając u niej potwierdzenia, co należało dalej postąpić. Kasztan zastrzygł lekko wąsami z niepokoju. Czy nic mu się nie stało? I czy nie zamierzał z tego powodu zepsuć im ślubu? Nie… to jego brat… on by nie chciał dla niego źle, nigdy, tak?
Narwana Łapa parsknęła i szarpnęła głową, chociaż nic nie powiedziała, na razie. Jeszcze raz rozejrzała się po zebranych kotach, skupiając swoją uwagę na kotce tuż obok - Lawendowej Rozkoszy. Na jej pysku pojawił się chytry uśmiech...
— Głupie płazy, kłamią! — miauknęła donośnym głosem, obrzucając zaskoczonego Narcyza sztucznie zrozpaczonym spojrzeniem. — Kłamią i nie widzą prawdziwej miłości... Prawda, Lawendo?
Z tymi słowy przechyliła się w stronę stojącej obok kocicy i przysunęła swój pysk do tego liliowego. Zmrużyła ślipia, uśmiechając się, i modląc się o to, aby wojowniczka podłapała jej grę... Polizała ją romantycznym gestem po nosie. Przypalony Kasztan otworzył szerzej oczka, nie będąc już pewnym, na kogo należało spojrzeć. Dlatego… skupił całą uwagę na Urodziwym Szafirku, czując, jak powoli narasta w nim niepokój.
***
Później
Przypalony Kasztan szedł przez leśną ściółkę, gęsto przykrytą dywanem puchu z nieba. Urodziwy Szafirek szła u jego boku, momentami zastanawiał się, czy to on ją prowadził, czy może ona jego… chciał pokazać jej, jak piękna była plażą Porą Nagich Drzew. Zmrożona ściółka chrupała im pod łapami, a sylwetka delikatnie wzburzonego morza majaczyła już w oddali. Kasztan szedł sztywno, poduszek łap już dawno nie czuł, zresztą tak samo, jak końcówek swoich uszu. Dotarłszy na miejsce, przed nimi rozciągało się daleko morze. Fale, a w nich ogrom lodowych sopelków, obijały się spokojnie o zmrożony ląd. Piach zbił się ze śniegiem w wielkie, chłodne bryły, nie robiąc nawet odrobiny przestrzeni na hibernującą obecnie zieleń. Piach szurał im pod łapami, co jakiś czas Kasztan uderzał łapą o twarde bryłki, a Urodziwy Szafirek wyglądała na lekko zmartwioną. Przystanął wreszcie, pysk miał skierowany ku morzu, jednak patrzył na swoją małżonkę.
— Szafirku, chciałem ci pokazać morze… morze Porą Nagich Drzew — mruknął cicho do kotki, która patrzyła mu prosto w oczy, jednak nie wyzywająco, a z cierpliwością i spokojem. Trzymała coś w łapkach. Czyżby był to jeden z prezentów ślubnych? Biżuteria.
— Przepiękne jest… ale nie tak piękne, jak ty — uśmiechnęła się i otarła o jego bok. Przypalony Kasztan poczuł przyjemne uczucie w brzuchu, a na policzkach zrobiło mu się cieplej. Zawstydził się lekko.
— C-czy pomóc ci wpiąć biżuterię? — zaoferował, odnosząc wrażenie, że zaraz, przez taki natłok przyjemnych emocji zrobi mu się niedobrze. Nie wiedział, jak powinno się regulować własne emocje w zdrowy sposób, co za tym idzie – łatwo było go przytłoczyć i wprowadzić w stan onieśmielenia. Szylkretka jednak z pewnością nie miała niczego złego na myśli.
— Tak, poproszę — odparła, nie ścierając z pyszczka uśmiechu. Kasztan chwycił ostrożnie przedmiot, następnie, na tyle na ile pozwalały mu na to łapy, wczepił biżuterię tak, żeby nie zranić szylkretki i jednocześnie nie uszkodzić przedmiotu. Dumny ze swojej pracy, westchnął cicho, podziwiając urodę swojej drugiej połówki. — I jak? Ładnie wyglądam? — Łapką dotknęła prezentu, spoglądając na kocura. Dymny przełknął ślinę nagle jakby wyrwany z transu. Pokiwał energicznie głową, a koteczka zamruczała i końcówką ogona połaskotała go pod brodą.
— B-bardzo — wydukał, jednak było to całkowicie szczere, nawet jeśli nie brzmiał na tak przekonanego, to głęboko w sercu to czuł i wiedział. Bardzo ją kochał, nawet jeśli okazywał to nieco inaczej, niż każdy inny kot. O ile można było uczucie, jakie mu towarzyszyło za każdym razem, kiedy na nią spoglądał, kiedy przebywali blisko siebie, dzielili się zwierzyną, językami… wymieniali zdaniami, patrzyli sobie głęboko w oczy… nazwać miłością.
Szum fal obijających się o grunt niósł się przyjemnym, kojącym wręcz echem, wymieszany z klangorem mew, które się ostały na brzegach plaży. Nóżki miały różowe, długie, co jakiś czas przelatywały nad dwójką wtuloną w siebie, cieszącą się, chociaż chwilą spokoju dla siebie, po tak intensywnym dniu, pełnym wrażeń.
***
Przed ślubem przyjaciół, po randce
Chłodne podmuchy Pory Nagich Drzew wprawiały łapy wojownika w lekkie drżenie, mimo szaty przygotowanej właśnie na takie warunki. Prawdopodobnie, gdyby była dłuższa, nie marzłby tak łatwo. Najprawdopodobniej fakt, iż jego futro było w takim stanie, a nie innym, był bardziej podatny na chłody. Poduszki łap szczypały go, a końcówek uszu już dawno nie czuł. Na nosie zbierała mu się lekka warstwa skroplonej wody, która skapywała mu co jakiś czas na grunt głucho. Przypalony Kasztan szedł właśnie u boku Ulewnego Szkwału, który zaprosił go na wspólny spacer, niezwykle istotny zresztą. Miał mu do przekazania coś bardzo ważnego. W umyśle dymnego zaczęła zbierać się masa pytań, na które nie potrafił logicznie sobie odpowiedzieć, a przynajmniej na tyle, żeby sprawnie uspokoić pędzący wiecznie umysł. Śnieg chrupał pod ich łapami, a zamrożona woda próbowała przebić się przez warstwę lodu, chociaż nie było to możliwe. Przeszli w ten sposób na jedną z wysepek, gdzie nie było obecnie nikogo innego, poza nimi.
— Ale świetnie, że ostatnio upolowałem tak wiele piszczek i to podczas jednego patrolu. Zupełnie tak, jakby pod łapy mi się wciskały, same! — mówił z zadowoleniem, pomrukując co jakiś czas. Kasztan pokiwał głową z uznaniem.
— Tak… to było wspaniałe. Wiele kotów tamtego dnia się najadło. — I uniósł delikatnie pyszczek, tylko po to, żeby po paru uderzeniach serca przymknąć oczka w celu dopełnienia swojego uśmiechu.
Rozmawiali tak jeszcze przez chwilę, o dość sielankowych tematach, co pozwoliło Kasztanowi uspokoić się trochę. Może Szkwał chciał najzwyczajniej w świecie odpocząć od zgiełku panującego w obozie, dlatego udał się z nim na spacer? Jak kolega z kolegą. Przyjaciel z przyjacielem… spokój jednak nie trwał długo.
— Przypalony Kasztanie, powiem to bardzo cicho, bo jesteśmy obecnie podsłuchiwani — ściszył swój głos do szeptu, a brązowooki poczuł, jak podnosi mu się sierść na karku. To brzmiało co najmniej tak, jakby niebieski miał mu zaraz wyznać, że kogoś zamordował, a nie jak konwersacja, której miał się nie obawiać. Zaczął się rozglądać po łysych krzewach i do źródełek, które były w stanie dopatrzyć jego oczy z tej odległości, jednak nikogo nie zobaczył.
— C-co… co masz na myśli? — wydukał, jeżąc sierść wzdłuż kręgosłupa. Łapy zaczęły mu odrobinę bardziej się trząść, a wąsy poruszały się pospiesznie i nerwowo, zupełnie tak, jakby stracił nad nimi kontrolę. Dlaczego w momencie, kiedy wreszcie miał być szczęśliwy, u boku swojej ukochanej, wszystko nagle stawało się powodem dla niego do obaw? Czy nigdy nie mógł, poza porą snu, gdzie nie pamiętał tego, co mu prezentował mózg, odpocząć? Odpocząć od nerwów, od wszystkich przykrości, ufundowane mu każdego dnia przez najróżniejsze sytuacje, koty, rzeczy, sprawy…
— Musisz uważać na ptaki. — I palcem wskazał na wronę, która siedziała na drzewie blisko nich, z dziobem obróconym na bok, chociaż w ślepkach odbijał się blady poblask. Przypalony Kasztan przechylił łeb na bok, niezupełnie rozumiejąc na początku, co miał na myśli przyjaciel. Dlaczego na ptaki? Czy wrony były groźne? Może nie miał na myśli tego konkretnego okazu, a inną, większą rodzinę dziobatych?
Ulewny Szkwał uśmiechnął się lekko, a dymny ślepiami podążał za jego reakcją.
— Ostatnio, jeszcze Porą Zielonych Liści znalazłem takie piękne, żółte kwiaty — podjął nowy temat, starając się zachowywać tak normalnie, jak było to fizycznie możliwe. Dymny wahał się, co powinien na to odpowiedzieć, dlatego zostawił to bez komentarza.
Gdy tylko wrona odleciała, niebieskooki odetchnął z ulgą.
— Dobrze, że nie rozmawialiśmy o czymś ważnym, bo by jeszcze na nas doniósł.
— Ulewny Szkwale. D-dlaczego mam uważać na ptaki? — zapytał poważnie, czując narastającą w nim frustrację z każdego następnego zająknięcia się, jakie mu się przytrafiło, wracając tym samym do tematu objętego przez nich wcześniej. Niebieski spoważniał na nowo, jego źrenice zmniejszyły się, choć nadal były szersze od igły drzewa świerkowego. Wyglądał na zmartwionego.
— Istnieje kot, który trenuje ptaki. Nazywa się Ibis — wyjawił fińczyk, chociaż uprzednio przed tym rozejrzał się niezwykle starannie, a nawet mimo tego rozmawiał wystarczająco cicho, by jego słowa nie niosły się echem po rzadkich, koronach drzew. — Chciałem dowiedzieć się o tym więcej, ale wyszło, jak wyszło… — kontynuował, spuszczając wzrok na uderzenie serca. Wrócił jednak do mordki Kasztana, ślepia wojownika były tak wielkie, że bardziej się już nie dało. Siedział tak, osłupiały, nie wiedząc, co powinien powiedzieć. Co miał zrobić? Kot trenujący ptaki? Czy już nigdy nie mógł się odezwać przy drugim kocie, gdy w pobliżu były dziobate? — Przestrzeń wokół nas, nie jest już swobodna. Jesteśmy zagrożeni. Patrz zawsze, czy siedzi gdzieś blisko ptak — polecił mu niebieskooki, a dymnemu serce się zapadało coraz to mocniej, z każdym kolejnym słowem. Musiał powiedzieć o tym swojej małżonce. Nie mógł pozwolić na to, żeby jej się stała krzywda z powodu niewiedzy o… tym nowym powodzie do zmartwień.
***
Ślub Szkwału i Lilii
Słońce leniwie zniżało się ku horyzontowi, ostatnimi promieniami muskając futra zaproszonych na ślub gości. Część z wojowników kończyła właśnie wyrzucanie zasp śniegu – pozostałości po Porze Nagich Drzew… Dymny usadowił się na wyspie, czekając, aż reszta się zbierze. Nigdy nie był jakiś szczególnie gadatliwy, dlatego nie był pewien, czy powinien zaczepić przykładowo... znanego mu fińczyka i mu pogratulować, czy dopiero podczas wręczania prezentów. Czekał, aż przyjdzie do niego z powrotem Urodziwy Szafirek. Wiedział, że spóźni się chwilkę, a mimo to i tak odczuwał niepokój, że może stało jej się coś złego. Co by bez niej zrobił? Kim był bez niej…?
Wróciła. Wreszcie. Już jest wszystko dobrze. Już nie musiał się martwić. A mimo wszystko, jego serce pędziło galopem, zupełnie tak, jakby już zaczął przechodzić przez stan żałoby po utracie swojej ukochanej. Przysunął się do niej lekko i położył głowę na barku, szukając u niej wsparcia po tak trudnej chwili rozłąki. Szylkretka otuliła go ogonem, wzrok przenosząc na Liliową Pieśń.
— Wyglądasz pięknie mój drogi — wymruczała, liżąc go w policzek. Przypalony Kasztan zerknął na nią dużymi oczami. Naprawdę tak myślała?
W jego sercu zagościła ulga, gdy niebieskooka wróciła i usiadła obok niego. Miał wrażenie, że bez niej obok był niepełny, nie czuł się pewny, czuł się tak, jakby niepotrzebnie wpychał się w niektóre interakcje, mimo że przecież sam został zaproszony na ślub. Jego futro dzisiaj również nie było jakoś szczególnie wystrojone, aczkolwiek pomyślał, że lepiej będzie cokolwiek zrobić ze swoimi kłosami, niżeli przyjść tak po prostu, bez ozdób, bez niczego rzucającego się w oczy. Dlatego miał parę łodyżek wetkniętych w pasma, ale nic na tyle jaskrawego, żeby przyćmiewał parę młodą. Otarł się lekko o pyszczek szylkretki, mrucząc pod nosem. Urodziwy Szafirek dzisiaj też wyglądała przepięknie, zresztą zawsze była przecudowna. Nie odpowiedział nic na komplement, mimo że znaczył dla niego niezwykle wiele, a niebieskooka zamruczała z rozkoszą.
— Pamiętasz? Nie tak dawno temu to my szykowaliśmy się do ślubu, mój bursztynie — wyszeptała, rozczulona samym wspomnieniem. Nie było to wcale aż tak dawno temu…
— Tak, Szafirku... — powiedział cicho, przypominając sobie tamten dzień. Ostatnio było wiele ślubów, z każdym kolejnym Kasztan miał wrażenie, jakby stawały się one... odrobinę mniej straszne, chociaż nie w pełni. — To był piękny dzień. Ten też będzie, mam nadzieję — nie chciał, żeby cokolwiek zepsuło ślubu bliskich mu kotów. Pamiętał nadal ślub Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici – został tam wproszony w zamian za Niezapominajkową Nadzieję, jednak doszły go słuchy, dlaczego taka wymiana miała miejsce. Liczył, że nic podobnego nie wydarzy się dzisiaj.
— Tak, w końcu nasza rodzina znowu się powiększy — wymruczała łagodnie. Poprawiła ukochanemu ozdóbki. — Choć przyznam, że zaczynam się dusić... — wymamrotała cicho, przysuwając się bliżej.
***
— Liliowa Pieśń przyprowadziła na świetlikową wyspę samotnika o imieniu Mrok, swojego brata. Pozwoliła mu zaatakować członka własnego klanu, Złocistego Widlika, zignorowała moje rozkazy, idąc na wyspę, gdzie odbywały się przesłuchania bez niczyjego pozwolenia, a następnie przez długi czas wypierała się jakichkolwiek powiązań z Mrokiem. — Srebrna streściła wszystko. — Samotnik zostanie pozbawiony życia, czym właśnie zajmuje się Czyhająca Murena. Liliowa Pieśń zaś od dzisiaj będzie znana jako Bagno i zamieszka na wyspie więźniów. W ramach kary i ewentualnego odkupienia będzie również pełnić funkcję przynęty podczas walk, czy innych interakcji z samotnikami — zapauzowała i przejechała wzrokiem po kotach. — To wszystko, można już rozejść się do legowisk.
Przypalony Kasztan poczuł się tak, jakby ktoś podciął mu łapy. Jakby pyskiem uderzył z całej siły o mokry grunt pod sobą. To wszystko… to musiał być jakiś sen, koszmar wręcz. Nie działo się to naprawdę, tak? Wzrokiem pobłądził po zebranych, czując narastający świąd w okolicach barków. Okręcił się lekko i zaczął nerwowo wylizywać bok, czując dyskomfort, gdy wraz z tym gestem wyrwał parę gęstych kłosów. Urodziwy Szafirek, zauważywszy to, zainterweniowała, okazując mu wsparcie. Położyła ogon na jego barkach, tuląc go do siebie ciasno. Sama szylkretka również nie wyglądała na w ogóle spokojną, w żadnym stopniu, chociaż maskowała to dużo lepiej, niż dymny, który czuł się tak, jakby miał zaraz sam upaść. Przed oczami zawirowała mu plejada barw, a przednie łapy delikatnie ugięły się, dopóki nie napiął mięśni tak bardzo, że go zaczęły boleć kończyny. Ulewny Szkwał nie potrafił spojrzeć na swoją… małżonkę. Wyglądał, jakby od rzeczywistości oddzielała go gęsta ściana mułu. Kasztan zaczął się trząść, nie chcąc widzieć egzekucji. Nie chciał! Nie chciał widzieć, jak zabijają czekoladowego kota! Jego źrenice zwęziły się w szparki, a łapami nerwowo ugniatał grunt.
Piastun przeniósł wzrok na syna w przerwie dostawania zawału. Po bardzo długim czasie powróciła Mandarynkowa Gwiazda. Wydała wyrok i to, co następowało.
— Synu… kogo ty wziąłeś za żonę… toż to dramat. Dramat, rozumiesz? Ten paskud był jej bratem i śmiał mnie dotknąć, a co, jeśli zachoruję? Co z naszym honorem? Mnie tu tak dobrze. Kocham Klan Nocy — wyjąkał.
— Dramat... — powtórzył, podnosząc się, by następnie zatoczyć się i upaść z nadmiaru emocji, zamykając oczy.
Wstała z miejsca, gdy rudy kocur zatoczył się pod własnym ciężarem. Kasztan miał wrażenie, jakby nie docierało to wszystko do niego wystarczająco szybko. Jeśli uderzy się wystarczająco mocno w głowę, to uda mu się wybudzić z tego koszmaru.
— Chodź, Kasztanku, pomożemy ojcu dostać się do żłobka. Wygląda naprawdę źle — miauknęła. Podniosła się i z Kasztanem u boku podeszła do leżącego piastuna. Lekko szturchnęła ojca pyskiem. — Chodź, tato, pomogę dojść ci do kociarni. Musisz odpocząć — miauknęła. Pomogła ojcu wstać, przywołując Lawendę. Obie kotki podparły ojca i z Kasztanem u boku ruszyli do legowisk.
***
Parę wschodów słońca po ślubie
Ulewny Szkwał nosił niezbyt przychylną opinię w klanie, odkąd wydarzyła się ta masa nieprzyjemności podczas dnia, który miał być przecież takim miłym… nadal ciężko było Kasztanowi uwierzyć, że wydarzyło się to naprawdę. Wraz z nią pojawiło się tak wiele plotek, że dymny już miał ochotę tylko zatkać uszy, żeby nie słyszeć niczego więcej, poza głosem swoich bliskich. Robiło mu się niedobrze. Nie spał zbyt porządnie, od ślubu swoich przyjaciół. Wybudzał się w nocy z krzykiem, a jego sierść zaczęła się zmagać z powoli powstającymi, nowymi ubytkami. Nie wiedział, czy ktoś poza Szafirkiem zwrócił na to uwagę. Bał się. Bał się, że następnym, którego skażą na śmierć, będzie ktoś, na kim mu zależało albo i on sam. Zabiją go, na oczach całego klanu. Czy Mandarynkowa Gwiazda zesłałaby na nich taki los? Miała prawo. W końcu była przywódczynią, jej zdanie było najbardziej istotne. Ulewna Pora Nowych Liści dobrze oddawała to, jak czuł się kocur. Zagubiony wojownik Klanu Nocy, który miał prawie trzydzieści księżyców na karku, a czuł się niczym kocię we mgle. Jak miał się pozbierać po tym wszystkim? Takie rzeczy pozostawiały trwały ślad w umyśle. Spojrzał na leżącą obok niego Urodziwy Szafirek. Koteczka wyglądała na zamyśloną, chociaż nie zapowiadało się to na nic, co by różniło się znacząco od każdego ich poranka. Miała muszelkę od Liliowej Pieśni za uchem. Przywitali się ze sobą czule, jednak to nie był zwyczajny dzień. Dzisiaj wszystko miało się zmienić.
Urodziwy Szafirek, już lepiej rozbudzona, powędrowała do kociarni, prawdopodobnie sprawdzić, jak czuł się jej ojciec, a jego teść. Przypalony Kasztan… siedział w centrum, patrząc się na pobratymców. On również tego dnia nie zachowywał się inaczej. Raczej nie wychodził na samotne spacery, a wgapianie się w innych było częścią niego od zawsze. Dzisiejszy dzień był aż zadziwiająco spokojny. Wręcz nie pasował do tego, co miało niebawem nadejść. Dymny nie wiedział, czy powinien żegnać się z rodziną. Nie wiedział, czy by nie próbowali go zatrzymać siłą w obozie, czy nie wrzuciliby go za to na wyspę więźniów, czy nie… nie wykonali na nim egzekucji za to, a Urodziwemu Szafirkowi zepsuliby całe życie, jakie jej pozostało na tym świecie. Niebieska tego jeszcze nie wiedziała, ale nie zamierzał tutaj zostawać. Ani pozwolić jej tutaj zostać.
Wyszła wreszcie z jamy, a na jej pyszczku widniała konkretna ulga. Złocistemu Widlikowi musiało się już polepszyć, po tym, jak o mało co nie zemdlał. To dobrze. Powinni sobie poradzić. Dobrze, że czuł się coraz lepiej…
Przypalony Kasztan, idąc u boku swojej małżonki, w myślach przetwarzał możliwości, jak powinien pokierować rozmowę. Musiał o tym powiedzieć niebieskookiej. Było to na tyle ważne, że nie mogło, absolutnie, zaczekać. Musieli tylko oddalić się trochę od serca, żeby nikt ich nie podsłyszał i przypadkiem siłą nie zatrzymał. Co jakiś czas kocur oglądał się dookoła, w tym głównie za siebie, czy aby na pewno nikt ich nie śledził. Nosem wyłapywał każdy zapach, a uszy miał postawione czujnie. Gdy stwierdził, że byli bezpieczni, przysiadł, odrobinę schowany przez pobliski krzew. Uniósł niepewnie wzrok na czekającą koteczkę. Czuł się odpowiedzialny za jej bezpieczeństwo. Musiał chronić swoją rodzinę.
— Szafirku…? — podjął, dość cicho. Kotka położyła swoją łapę na jego łapie.
— Tak, moja chmurko? — zapytała, ogonem owijając jedną ze swoich tylnych łap.
Przełknął ślinę. Nie mógł się już wycofać. Myślał tak długo nad tą konwersacją, teraz już nie było odwrotu. Byli poza obozem, sami, we dwójkę. Nie było szansy, żeby ktokolwiek ich obserwował. Zadarł łeb ku górze, upewniając się jeszcze, czy nie krążył nad nimi żaden ptak. Gdy niebo było czyste, wraz z terenem dookoła, westchnął, a jego łapy zaczęły się trząść.
— Nie możemy tu zostać… tu… w Klanie Nocy. Tu nie jest bezpiecznie. Jeśli uciekniemy teraz, nie zdążą zrobić nam krzywdy. T-to… — zamilkł na moment, jednak nie z wyboru, a z powodu rosnącej guli w jego gardle. — Szpiegują nas ptaki. Istnieje kot, który je trenuje. One potem przekazują mu wszystkie i-informację. Ulewny Szkwał mi ostatnio o tym opowiadał…
Urodziwy Szafirek popatrzyła na niego nieco rozszerzonymi oczami, jednak nie wybyła z nich nawet krzta cierpliwości. Wierzyła mu. Przysunęła się do niego, zauważywszy, że zaczął coraz mocniej się trząść. Przytuliła się do niego, pozwalając mu oprzeć się o jej bok.
— Już, Kasztasiu — próbowała go pocieszyć. Czuł jej ciepły bok obok siebie i słyszał kojący głos. — Ja… też o tym myślałam. Nie pozwoliłabym na to, żebyś został tam sam. Szczególnie nie po tym, co stało się ostatnio. Za bardzo cię kocham, żeby cię stracić. — I po tym polizała go po głowie. Kocur poruszył uchem z lekkim zdziwieniem. Myślała o tym już wcześniej? Może nie wydawało mu się i niczego sobie nie wmówił. Może naprawdę nie było to już miejsce dla nich do życia. Byli w niebezpieczeństwie.
— Uciekniemy dzisiaj. Muszę tylko pożegnać się z ojcem. Wrócimy do obozu ze zwierzyną, a potem… będziemy wolni.
***
Wraz z Porą Nowych Liści, zmienił się również, oczywiście, krajobraz dookoła. Niebo przestrzelone było przez śnieżnobiałe chmury, które bardzo kontrastowały z czystoniebieską barwą. Klangor mew niósł się echem, gdy dwójka szła brzegiem plaży. Fale bardzo sprawnie zmywały ich ślady, a był to dopiero początek ich podróży. Przypalony Kasztan co jakiś czas spoglądał na swoją ukochaną, jakby potrzebował się upewnić, że na pewno dobrze postępował. Koteczka za każdym razem posyłała mu pocieszający uśmiech, jakby sama nie czuła nawet odrobiny stresu. Dobrze było mieć kogoś takiego obok siebie, szczególnie w sytuacjach bardzo łatwo wyprowadzających z równowagi. Ptaki śpiewały w najlepsze, schowane gdzieś w gęstych koronach drzew, wojownik czuł mokry grunt pod swoimi poduszkami. Tego dnia jeszcze nie padało, chociaż chłodne podmuchy wiatru zapowiadały przynajmniej mżawki. Brązowooki szczerze liczył na to, że nie zastanie ich burza ani nie zmokną im grzbiety. Zastrzygł wąsami, gdy do jego nosa dotarł intensywny zapach oznaczeń granicznych. Słońce wisiało wysoko na niebie, tempo mieli w miarę pospieszne, na tyle, żeby się nie wlec i na tyle, żeby jednocześnie nie pędzić, niczym koń galopem.
Przekroczyli granicę z Klanem Klifu. Był w stanie stwierdzić to nie dość, że po smrodzie, to w dodatku po plaży chętniej upstrzonej masą ostrych, zwilżonych kamieni. Ruszyli przed siebie, rozglądając się za ewentualnym patrolem. W pewnym momencie Nocniak mógłby przysiąc, że widział jeden w oddali, dlatego też schowali się na chwilę… jednak… albo go tam nie było, albo udało im się go sprawnie przeczekać, a w dodatku pozwolić łapom na odpoczynek. Położył się obok Szafirka, patrząc na nią wielkimi oczkami.
— Myślisz, że dobrze robimy? Bo… to moja wina, że uciekliśmy… — wychrypiał, poruszając kikutem ogona niespokojnie. Masa nieprzyjemności napłynęła do jego głowy w tej chwili, nawet jeśli próbował ich nie słuchać, to pysk otworzył niestety szybciej. Kotka polizała go w policzek, zetknęli się bokami.
— Kasztasiu. Sama też tego chciałam. To dla naszego dobra. Wiem, że tak będzie lepiej — powiedziała pewnie, posyłając mu następną dzienną dawkę uśmiechów zarezerwowanych dla niego. Poruszył nieznacznie uszami. Nawet mimo takich zapewnień, czuł się winny. Może wszystko sobie tylko niepotrzebnie ubzdurał i teraz niszczył im życia… Czy źle zrobił, nie żegnając się ze swoją rodziną? Z Narwaną Łapą, Narcyzową Łapą i Niedźwiedziówkowym Pyłem, jego mamusią… Potrząsnął głową. Nie… przecież już dawno nie było tak, żeby rozmawiali codziennie. Odkąd został wojownikiem, miał wrażenie, że ich kontakt uległ pewnej zmianie, która niekoniecznie go cieszyła. Jednak był tchórzem. Nie potrafił nawet tej relacji utrzymać…
Wraz z pojawieniem się księżyca na niebie i konkretnego mroku dookoła, dwójka zapolowała na ptactwo, którym się posilili. Zaledwie jeden grzywacz wystarczył im do tego, żeby się najeść. Wraz z pojawieniem się pierwszych gwiazd na niebie, znaleźli kolejny schron, tym razem lepiej osłonięty, żeby nie zmarzli. Noce potrafiły być szczególnie chłodne, po takiej Porze Nagich Drzew. Śniegu nie ostało się nic, jednak chłody, przynajmniej do pewnego stopnia, pozostały. Przypalony Kasztan czuł się tak, jakby miały mu zaraz odpaść łapy. Czuł się padnięty, a jego umysł był na tyle zmęczony, że nawet nie pamiętał o czym rozmawiał w ciągu dnia, z niebieską obok…
Ulokował się wygodnie na ściółce, którą wepchnęli pod korzenie drzewa. Po chwili poczuł ciepło partnerki i odpłynął do krainy snów, pozwalając swoim co jakiś czas podrygującym delikatnie kończynom na odpoczynek, po tak ciężkim dniu. Świerszcze ćwierkały co jakiś czas w wysokich źdźbłach trawy, a jeśli się wsłuchało lepiej, pohukiwanie sowy niosło się echem, usadowionej gdzieś na którejś z gałęzi.
Już nie było odwrotu…
Światło wczesnego poranka przenikało przez gałęzie drzew, tworząc na ziemi przyjemne dla oka, ciepłego ubarwienia plamki. Delikatne ciepło na sierści było miłe. Musieli ruszać dalej. Mniej więcej teraz powinny ruszyć patrole Klanu Nocy, które by ich szukały. Jeśli komuś zależało bardziej, ruszył pod osłoną nocy… Kasztan miał szczerą nadzieję, że nikt ich nie znajdzie. Musieli rozpocząć nowy rozdział w życiu. W miejscu, w którym przyszło mu się urodzić, już nie było bezpiecznie.
Wkroczyli do lasu iglastego. Przypalony Kasztan nigdy w życiu nie widział takich drzew na oczy. Miał wrażenie, że było tu dziwnie ciemno… i przede wszystkim, gdzie tylko nie nadepnął, wszędzie miał błoto pod łapami. Jodły pięły się wysoko ku niebu, a igliwie rozsypane było masowo, wszędzie. Dymny próbował je omijać, żeby tylko nie wbiło mu się do łapy.
Do jego uszu dotarł ryk tak głośny, że się zląkł i skulił, niczym małe kocię. Spojrzał dużymi oczami na Urodziwy Szafirek. Sierść wzdłuż kręgosłupa zjeżyła mu się, wyglądał teraz na dwa razy większego. Futro zafalowało mu ze zdezorientowania. Drzewo gdzieś nieopodal nich runęło na ziemię z intensywnym trzaskiem. Gromem tak głośnym, że poniósł się echem po lesie.
— C-co… c-o — jąkał się, próbując wydobyć ze swojego pyska jakiekolwiek pytanie. Były to jednak płonne nadzieje, że zostanie w takim zgiełku usłyszany przez małżonkę. Ze względu na intensywność hałasu i chwilowy stan szoku, kocur nie zorientował się, nawet gdy w oddali zamajaczyła sylwetka Dwunożnego. Wyprostowany zbliżał się coraz bardziej do nich, a Kasztan stał tak w miejscu, jak wryty. Szafirek początkowo próbowała go przekonać słownie, żeby się ruszył. Potem próbowała go przesunąć tak, żeby go nie uszkodzić, a żeby uciekli, jednak nic to nie dało. Był tchórzem. Serce pędziło mu galopem, uszy miał tak mocno położone po sobie, że aż zaczęły go intensywnie boleć. Mięśnie miał napięte, łapy wręcz zakotwiczone w ziemi. W pewnym momencie obraz przed jego oczami rozmazał się, a później pojawiła się liczna plejada barw. Upadł na ziemię, a gdy się obudził, znalazł się w zupełnie nowym, obcym miejscu…
<Szafirku, jesteś obok? Boję się…>
