BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka i Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Miot w Owocowym Lesie!
(Brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 12 kwietnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

05 kwietnia 2026

Od Żmijowcowej Wici CD. Trzcinowego Szmeru

Westchnął. Zawsze zapominał, że Trzcinowy Szmer jest w niemal tym samym wieku co absztyfikant Kropiatkowej Skórki. Musiał przypominać sobie, jak trzymał tę dwójkę na gałęzi sumaka, kiedy obóz pochłaniały wzburzone fale powodzi. Miał wrażenie, że od tego wydarzenia minęły całe wieki…
— Pewnie tak… — Spojrzał przed siebie. Cisza była gęsta i przygnębiająca. Jego dobry i łobuziarski humor wyparował do reszty. — To nie tak, że nie chcę albo że o tym nie myślałem — wytłumaczył się, chociaż nie wiedział do końca, dlaczego. Trzcina nie obwiniała go. Nie musiała. Sam się obwiniał. — Lubię kocięta. Wiesz, że lubię — rzucił. Wszyscy w klanie mieli sposobność zauważyć, że jeśli z kimś ten uszczypliwy buras od razu się dogadywał, to właśnie z najmłodszymi. — Najwidoczniej mam po prostu kłopot z matkami — przyznał i wzruszył nieco łopatkami.
— Oj, dobrze wiem, że lubisz kocięta. Ciężko się oprzeć małym kuleczkom, które tak uroczo na ciebie patrzą — rozmarzyła się przez chwikę. Dostrzegając wzrok kocura, odchrząknęła, przyprowadzając się do pionu — Miałeś problem z matkami? Chyba ogólnie z kotkami. Rozmawiałeś z jakąś w klanie? Wiesz, może jakaś się znajdzie, czy coś.
Zmarszczył się od razu. Czy wszyscy musieli się go o to pytać? Matka, siostra, nawet jego przygłupi, zdradziecki brat... Wszyscy wydawali się być nagle mądrzejsi od niego w temacie sercowym; nawet ci, którzy sami nie byli w jakimkolwiek związku. 
"Tacy to właśnie zawsze mieli najwięcej do powiedzenia..." — mruknął w myślach.
— Dogadywałem się z moją mamą, kiedy byłem młodszy, ale z wiekiem chyba wydoroślałem i doszedłem do wniosku, że mnie w niej dużo… irytuje. No i też nie musiałem już walczyć o jej względy; dobrze wiem, że jestem najbardziej szanowany z mojego rodzeństwa, chociaż w tym momencie nie jest to zbyt duże osiągnięcie, sama przyznasz — mruknął. W sumie to nie myślał za wiele o tym, czemu od jakiegoś czasu już nie przejmuję się zdaniem Wężynowego Kła. Może to po prostu kwestia dojrzewania? Może każdy mamisynek w końcu zostawia za sobą swoje żałosne przywiązanie do rodzicielki? — A co do kotek — zmieszał się. — Nie powiem, że nie rozmawiałem. Przecież nawet teraz rozmawiam z tobą, a ty jesteś kotką. Przyjaźnie się też z Kropiatkową Skórką, no i dużo rozmawiam z Mandarynkową Gwiazdą. Mam swoją nową uczennicę... Nie widzę potrzeby, żeby wchodzić w relacje z innymi — ostatnie słowa wyburczał w swoją kryzę. Czuł się niezręcznie, rozmawiając o płci przeciwnej. Trzcinowy Szmer zauważyła jego zmieszanie, więc westchnęła przeciągle:
— Dobrze, jeśli tak uważasz, to twoja sprawa. Może kiedyś będziesz miał kocięta. — Wzięła kolejnego kęsa swojej ryby.  — Ja osobiście ci życzę, byś kiedyś dorobił się kociąt. Jestem ciekawa, jakby wyglądały małe Żmjowce .— Na myśl o małych kopiach przyjaciela robiło jej się ciepło na sercu, a na pyszczku pojawił się jej subtelny uśmiech. Ten szczegół umknął jednak kocurowi.
— Raczej nie byłyby takie niesamowite jak oryginał, ma się oczywiście rozumieć — przyznał, wypinając pierś. Odzyskał nieco pazura i pewności siebie. Wolał zdecydowanie mówić o sobie, a nie o jakichś bezsensownych miłostkach z kocicami. Zaśmiał się, a Trzcina cicho mu zawtórowała. Przez moment milczeli. W końcu dodał, nieco ciszej, łagodniej. — Ale nie chciałbym aż tak małego Żmijowca... Chciałbym mieć córkę.
— Małą Żmijkę? — zamruczała rozbawiona. — Szczerze, widzę cię jako dobrego ojca. Szczególnie dla kotki. Wplątywałbyś jej ładne kwiaty w jej długą sierść. Ja niestety nie mogę posiadać biżuterii, tak jak niektórzy. Mam za krótkie futerko i obawiam się, że moje kocięta też by takie miały... Za to ja chętnie bym miała kocurka, uczyłabym go pływać oraz pokazywałabym różne zabawy w wodzie, żeby wyrósł na wspaniałego wojownika. Jednak nie obraziłabym się, gdyby Klan Gwiazdy obdarował mnie córką w przyszłości, tylko nie chciałabym, by później miała mi za złe, że odziedziczyła po mnie krótkie futerko.
Uśmiechnął się pod nosem, a ostatecznie zachichotał nawet na głos. 
— Nie pomyślałbym, że masz jakieś kompleksy związane ze swoim futrem. Wydajesz się być osobą, która stawia na bycie praktycznym, niekoniecznie wylalusiowanym. Nie musisz się użerać z kłakami, a może i wplątywanie kwiatków jest urodziwe, ale równie łatwo w dłuższy ogon wplątują się gałązki i inne chwasty. Uwierz mi, wiem, co mówię — powiedział, drapiąc się nieco po długiej kryzie. Sam był nieźle zaznajomiony z tym, jak uciążliwa mogła być poranna toaleta, kiedy do brzucha przyczepił się niemal cały mech z legowiska, a pierwsze, co czujesz podczas wyjścia z legowiska, to te wszystkie włoski, które zebrały ci się w pysku i przełyku.  — Ale skoro aż tak nie chcesz skazać swoich przyszłych córek na twój "żałosny" los, to wystarczy, że znajdziesz sobie włochatego partnera, czyż nie?
Kotka wywróciła oczyma. Chyba to nie było takie proste, jak przedstawiał to buras.
— Może kiedyś spadnie taki gwiazdor z nieba z długim futrem, o ile dożyje do tego dnia — burknęła pod nosem, jakby wstydziła się swoich kompleksów. — Długie futro jest miękkie i po prostu ładnie wygląda. Pewnie po dniu bycia kudłaczem, musieliby mnie rozplątywać z własnych kłaków ale czasami warto sobie pomarzyć... — pazurem zaczęła rysować w ziemi różne wzorki. Żmijowiec chwilę wodził wzrokiem za jej łapą, ale doszedł do wniosku, że jeszcze chwila i zasnąłby na siedząco. 
"Marzyć zawsze warto..." — zgodził się z nią w myślach. 
— Na to samo wyjdzie, jak pójdziesz na plażę i wytarzasz się w wodorostach. Jak chcesz, mogę cię tam nawet zabrać i powiązać ci je wokół ogona. Wtedy na pewno nikt ci się nie oprze, moja droga koleżanko. Snur kocurów będzie się za tobą ustawiać, aby zaciągnąć się twoim morskim, algowym smrodkiem. — Uderzył ją łapą w brzuch. — A propos zapachu! Wiesz, jak ciężko pozbyć się smrodu ryb z długiego futra? To jakaś tragedia; śmierdzę, jakbym sam miał łuski i skrzela, i to po każdym polowaniu! Wolałbym, żeby moje maluchy nie musiały się z tym użerać, zwłaszcza że na samym początku, kiedy będą się tarzać w ciepłym, ugotowanym brodziku, to ja musiałbym wylizywać te ich ukiszone futerko — zaśmiał się. Chociaż narzekał, nie mógł zignorować ciepła, które rozlało się w nim wrac z tą wizją. Nawet śmierdzący maluch nie jest tak oszkliwy i paskudny. 

<Trzcinko?>

Od Trzcinowego Szmeru do Fląderki

Trzcinowy Szmer wyszła wypoczęta z legowiska wojowników i wzięła głęboki wdech. Chłodne powietrze przyjemnie ją otuliło, a delikatna mgła suwała się po obozowisku. Jak na Porę Opadających Liści, ranek był idealny na polowanie na ptaki. Był zawsze cień szansy, że niektóre kaczki zapomniały o zmieniającej się porze roku i zostały tych kilka dni dłużej.
Nocniaki szwendały się po obozie, ciesząc się porannymi promieniami słońca. Wśród uczniów zauważyła Rezedową Łapę, który właśnie kończył posiłek. Uczeń prowadził ożywioną rozmowę wraz ze swoimi przyjaciółmi.
“Niech dokończy w spokoju ten posiłek. Dzisiaj będę dla niego wyjątkowo wyrozumiała”.
Pamiętała dokładnie, jak ona była uczennicą i przeszkadzało jej to bardzo, gdy, wtedy jeszcze, Mandarynkowe Pióro poganiała ją z posiłkami lub ich wcale nie miała. Było to bardzo irytujące. Mogła dopiero rozmawiać i plotkować po zachodzie słońca, kiedy już nie miała siły na nic. Było to naprawdę uciążliwe, chociaż ten solidny trening zrobił z niej godną wojowniczkę Klanu Nocy.
Zamyślona ruszyła w stronę konara, który służył za spiżarnię na zwierzynę. Weszła po kamiennych stopniach i złapała małą uklejkę. Może i nie było to jej ulubione danie, jednak czuła, że ryba została świeżo złowiona.
“Pewnie ktoś musiał się naprawdę nudzić w nocy, żeby pójść na łowy”.
Miała odejść na pobocze, by w spokoju zjeść śniadanie, a potem wyruszyć na trening ze swoim uczniem, gdy ktoś jej wpadł pod łapy. O mało się nie wywracając, upuściła swoje śniadanie i syknęła poirytowana czyjąś nieuwagą.
— Twój mentor nie nauczył cię, jak się poruszać po obozie? — warknęła pod nosem, nawet nie zdążywszy zauważyć, który z uczniów dokładnie stał się tym nieszczęśnikiem. Już szykowała kolejne obelgi oraz pomysły, jak dopiec uczniowi na patrolu, gdy zobaczyła przestraszoną, czekoladową szylkretową mordkę, z krótkimi wąsikami. — Fląderko, musisz bardziej uważać — jej pysk złagodniał nieco.
Nie chciała wyżywać się na kotce, która i tak miała już ciężko w życiu przez swoje pochodzenie, kolor sierści oraz wynaturzenie w postaci braku jednego ucha, no i tych dziwnych i króciutkich krecich wąsików. Wrzeszczenie na wyrzutka było ciosem poniżej pasa. No i nie przystawało dla wojowniczki Klanu Nocy. Musiała trzymać poziom i reprezentować godnie swoją pozycję oraz przywódczynię, która była jej mentorką.
— Przepraszam najmocniej, Pani Trzcinowy Szmerze. Nie chciałam pani przeszkodzić — czekoladowa szylkretka spuściła zawstydzona wzrok na swoje łapy. — Następnym razem będę bardziej uważna — dokończyła cichutko pod noskiem.
Współczucie ścisnęło Trzcinowy Szmer za serce. Wiedziała, że nie mogła okazywać zbyt wielkiej empatii w stronę Fląderki przy innych Nocniakach, bo to groziło podejrzeniami, że spiskuje z czekoladowymi kotami lub mogłoby to się nie spodobać Mandarynkowej Gwieździe. Musiała być jakaś alternatywa, gdzie mogła trochę ulżyć cierpieniu koteczce oraz być nadal w łasce przywódczyni.
Kiedy ta wpatrywała się we Fląderkę, podszedł do nich Rezedowa Łapa z widocznie niezadowoloną miną, co do swojej siostry. Puszył się i sapał coś pod nosem, na co na początku nie zwracała większej uwagi.
— No wiesz ty co, Fląderko? Jak można być jeszcze taką fajtłapą, by wchodzić w moją mentorkę? Jeszcze przyniesiesz nam pecha na dzisiejszym treningu i przez ciebie mogę się czegoś nie nauczyć! — kocur z obrzydzeniem wystawił język. Widać było po nim, że lubi dogrzać swojej siostrze i wywyższać się nad nią. — Myślisz, że wydostaniesz się z tego obozu na polowanie, czy jak? Wiemy, że dla ciebie trzymanie upolowanej zwierzyny byłoby czymś wyjątkowym, ale i tak twoje miejsce jest w obozie!
“Właśnie! Mogłaby wziąć kotkę na polowanie!”
Fląderka pilnowałaby ich zwierzyny i może nosiła ją z jednego miejsca na drugie, a przy okazji spróbowałaby sama zanurzyć łapy. Trzcinowy Szmer mogłaby jeszcze namówić Rezedową Łapę, by ten coś pokazał siostrze, pod pretekstem pokazania mu, jak powinien uczyć mentor. Przecież młodziak kiedyś też zostanie czyimś mentorem.
— Zamilcz, Rezedowa Łapo — powiedziała chłodno do kocura, który ze zdziwieniem spojrzał się na nią. Pacnęła go w głowę ogonem i zwróciła się do Fląderki: — Pójdziesz dzisiaj z nami na polowanie. Przydasz się nam do pilnowania zwierzyny.
W oczach Fląderki widziała zmieszanie. Czy się cieszyła, że wyjdzie dzisiaj z nimi na trening? A może obawiała się uszczypliwości ze strony brata? Trzcinowy Szmer nie była pewna, co dzieje się w główce kotki, nie znała jej aż tak dobrze, gdyż nie rozmawiała z wyrzutkami.
— Rezedowa Łapo, weź Fląderkę do wyjścia z obozu, a ja idę przekazać Błękitnej Lagunie, że bierzemy ją ze sobą, jako pomoc.
Jej uczeń niechętnie spojrzał na swoją siostrę. Widziała, jak bardzo chciał się sprzeciwić, jednak kocur wiedział, że jego zdanie nawet nie będzie brane pod uwagę. Westchnął przeciągle i oboje ruszyli do wyjścia, gdzie na nią mieli czekać.
Trzcinowy Szmer ruszyła do zastępcy i nonszalancko przekazała mu plan treningowy oraz po co zabierali Fląderkę. Błękitna Laguna bez problemów przyjął do wiadomości informacje i bez dłuższego przeciągania, pozwolił im wyjść. Wróciła prędko do swego ucznia oraz jego siostry i wyprowadziła ich poza obóz, prosto w kierunku Zanurzonego Mostu i Starej Łupinie.
Rzeka szumiała przyjemnie, a mgła między trzcinami otulała ich miło. Co jakiś czas odwracała się w kierunku Fląderki, która z rozmarzeniem obserwowała widoki, których nie była w stanie zobaczyć, siedząc tak długo w obozowisku.
Cieszyła się w środku ze szczęścia Fląderki. Pomyśleć, że tak niewielka rzecz dla niej, jakim był spacer na łowy ptactwa lub samych ryb, było czymś tak ciekawym dla czekoladowej szylkretki.
“Może w przyszłości jeszcze ją zabiorę na jakieś sparingi z uczniami lub na naukę pływania? Chociaż, czy dobrze, że tak robię? Nie powinnam tego wykorzystywać zbyt często… Robię to tylko dla niej ze współczucia, a nie z dobroci serca”.
W końcu się zatrzymali i zarządziła, by dwójka młodych kotów przysiadła i wypatrywała zwierzyny. Podzieliła ich, by Fląderka nasłuchiwała dźwięków ptaków takich, jak kaczki lub łysek, a Rezedowa Łapa miał się skupić na ruchach w wodzie i złapać ryby.
Jej uczeń był już na tyle doświadczony, że był w stanie złapać okonia lub jazgarza i nawet oczekiwała, że dzisiaj się wykaże swoimi umiejętnościami przed siostrą. Kocur przysiadł na kamieniach i godnie wykonywał jej polecenia. Wpatrywał się w wodę cierpliwie, czekając, aż znajdzie się przed nim smakowity kąsek, którego można by wyłowić.
Trzcinowy Szmer natomiast siedziała w cieniu, za ową dwójką, obserwując ich zmagania. Ranek był bardzo przytulny, więc czuła w swoich pazurach, że przyjdą z dobrym łupem do obozu.
Minęło trochę czasu, słońce wzeszło wyżej na nieboskłonie, a liście mieniły się lekkimi odcieniami żółci i zieleni, dając im w zaciszu przyjemny cień.
Nagle w wodzie odbiły się pomarańczowe kolory płetw okonia, na co Rezedowa Łapa wbił się w wodę niczym kormoran, by schwytać rybę. Po chwili cały mokry, ale i zadowolony, wdrapał się na ten sam kamień, trzymając w pysku okonia, który starał się rzucać we wszystkie strony. Skinęła mu głową z aprobatą i ogonem wskazała miejsce, gdzie ma rzucić swoją zdobycz.
— Fląderka ci ją przypilnuje, a ja postaram się wypatrzyć jakiegoś ptactwa. Chciałam, żebyś również zapolował na coś innego niż ryby.
Rezedowa Łapa podał Fląderce okonia, a ona z trudem zaniosła go na pobocze, z dala od wody. Kocur z zadowoleniem patrzył, jak rzucająca się ryba sprawia trudności swojej siostrze i powrócił na swoje miejsce, czekając, aż podpłynie następna zdobycz.
Trzcinowy Szmer cieszyła się, widząc, że jej uczeń nie przejmował się mokrym futrem. Dobrze go szkoliła. Miał być twardy i nie przejmować się chłodem, czy moczeniem łap. Im więcej kocur miał kontaktu z wodą, tym lepiej. Miał zadatek na bardzo dobrego wojownika, no może mógłby troszkę bardziej się postarać czasami.
Uwagę kotki przykuło chlupotanie i gwałtowne, krótkie i lekko gdaczące sylaby, które były charakterystyczne dla łyski. Ogon postawiła do pionu, zwracając tym samym uwagę obojga młodych kotów.
— Uwaga, mamy szansę złapać dobry posiłek! — syknęła cicho przez zaciśnięte zęby. — Nie ruszać się i nie spłoszyć mi ptaka. Rezedowa Łapo, chodź! — przywołała kocura ogonem.
Zakradli się oboje linią brzegu w stronę wydawanych odgłosów przez przyszłą zdobycz. Między trzcinami na płytkiej wodzie ukazał im się samiec łyski, który właśnie starał się otworzyć małża swoim białym dziobem.
Ptak był rozmiaru dorosłej kaczki, o pięknym czarnym pierzu oraz krwisto czerwonych oczach, wpatrujących się w swój posiłek. Był zajęty i nieuważny, co mogło się skończyć dla niego różnie. Samiec był w sile wieku i nie wyglądał na słabe ogniwo, więc mogli mieć problemy.
— Co to za ptaszysko? — zapytał zdziwiony Rezedowa Łapa.
— Jest to samiec łyski.
— Ma strasznie duże łapska oraz te oczy… Są przerażające.
— Jednak jego piórka i mięso się przydadzą, a ty musisz umieć polować jeszcze na ptactwo. Dlatego patrz i ucz się.
Powoli i ostrożnie zakradła się do ptaszyska. Kiedy wyczuła, że to odpowiedni moment, skoczyła prosto na jego plecy, a zębami celowała w gardło. Łyska zagdakała przerażona i zatrzepotała skrzydłami, jednak Trzcinowy Szmer przewróciła go, lekko go podtapiając. Szamotanina trwała dość długo, ptak był silny, a ona była lekka, jednak szybkim ugryzieniem, zdołała dopaść gardło czarnego ptaka. Ciało zdobyczy zwiotczało i z trudem, wyciągnęła je na brzeg. Była zmęczona, jednak jedzenia i zabawek starczy na bardzo długi czas.
— Możemy wracać — zażądała.

***

Dotarli do obozu, kiedy słońce zachodziło za horyzontem. Cały dzień spędzili na polowaniu, szczególnie na ptaki, jednak mogła stwierdzić, że na tą chwilę Rezedowa Łapa był tylko dobry w polowaniu na ryby i nic poza tym. Kocur zawiódł ją dzisiejszym polowaniem, bo oprócz ładnego okonia, złapał jeszcze z dwie mierne uklejki, a byli w różnych miejscach. Większość ptactwa i tak spłoszył, jedynie czym mogli się pochwalić, a bardziej ona, to dorosły samiec łyski.
Zwrócili uwagę Nocniaków, wnosząc czarne ptaszysko, jednak nikt nie podszedł, żeby bliżej się przyjrzeć zwierzynie. Ewidentnie Fląderka odstraszała wszystkich swoją obecnością.
— Fląderko, możesz zanieść do żłobka łyskę. Piórka przydadzą się kociętom, a mięso podzielisz dla Wężynowego Kła, Flaminga, Złocistego Widlika i dla starszyzny. Resztę co zostanie, rozejdzie się po lecznicy dla Różanej Woni, Gąbczastej Perły oraz Klekoczącego Bociana — ogonem wskazała na Rezedową Łapę. — A ty jej pomożesz. Rozczarowałeś mnie dzisiaj podczas polowania, myślałam, że cię lepiej nauczyłam łowiectwa, Rezedowa Łapo, jednak się myliłam.
Uczeń położył po sobie uszy i skinął głową. Bez zająknięcia ruszył wraz z siostrą do żłobka, gdzie czekał już na nich Złocisty Widlik wraz z karmicielką oraz kociakiem. Pokręciła bezsilnie głową i rozłożyła się wygodnie na trawie. Była padnięta i niezadowolona. Czy to może rzeczywiście słabe umiejętności łowieckie Rezedowej Łapy? Kocur nie pociągnie długo, jeśli będzie umiał polować tylko na ryby. Klan Nocy nie jadł tylko tego, co pływało w rzece, ale i też wszystko, co poruszało się po gałęziach, latało oraz chowało się w podszyciu. Chociaż, czy nie była to może sprawka Fląderki? Może to ona przyniosła im pecha podczas dzisiejszego polowania?

< Fląderko? Chętnie usłyszę, czy ci się podobało poza obozem 💕🦆>

Od Gołąbka CD. Borowika

Gołąbek w przerażeniu patrzył na to, co zrobił jego brat. Nie był na niego zły, wiedział, że Borowik nie zjadł jego kwiatków ze złośliwości.
Mimo to było mu bardzo przykro. Szczególnie dlatego, że kwiatki złożył w ofierze duszy myszy i Wszechmatce.
— Borowiku! Tego się nie je! — pisnął Gołąbek. — To było dla Wszechmatki! No i dla duszy myszy! — Gołąbek zauważył, jak bardzo zdezorientowany wydawał się jego brat. Czyżby naprawdę nie wiedział, jak wygląda zwierzyna? Przecież mieli już po trzy księżyce!
Gołąbek przełknął łzy. Miał nadzieję, że Wszechmatka i mysz nie będą na niego źli. Nie wiedział, dlaczego tak bardzo przejmował się tą myszą. Starał się o niej nie myśleć. Ale nadal martwił się o to, co sobie o nim pomyśli. Spojrzał na brata, przypominając sobie, co mówiła mama o jedzeniu roślin. Nie wolno było im tego robić, bo mógł po nich boleć brzuszek.
— Borowiku! Musisz iść potem do uzdrowicieli, bo będzie cię boleć brzuszek! A ja teraz pokażę ci, jak wygląda zwierzyna!
Gołąbek wymknął się ze żłobka w stronę sterty zdobyczy. Nie wolno mu było brać jej samemu, szczególnie że w obozie panowała choroba. Ale przecież pokazanie jej bratu nie zaszkodzi, prawda? Po chwili kociak wrócił do legowiska, ciągnąc za sobą kolejną mysz. Przyniósł ją prosto pod pyszczek brata, by ten mógł się dobrze przyjrzeć.
— Tylko nie jedz! — ostrzegł. — Mamusia musi sprawdzić, czy nie pachnie chorobą!

<Borowiku?>

04 kwietnia 2026

Focza Fala urodziła!

Złamanek

Od Stroczkowej Nadziei

Stroczkowa Nadzieja przyglądał się spadającym z nieba masowo liściom, mieniącym się kolorowo w blasku bladego słońca Pory Opadających Liści. Chłodny wiatr zmierzwił jego futro, posyłając wzdłuż jego kręgosłupa nieprzyjemne ciarki. Przygnębienie nadal trzymało się go dość sprawnie, czuł się trochę tak, jakby ktoś wypruł z niego jakiekolwiek chęci na ruszanie się z obozu, robienia czegokolwiek, tak naprawdę. Odkąd pochowali Jarzębinowy Żar, cały czas myślami wracał do jej grobu, odwiedzając go niejednokrotnie. Pytał ją o rady, rozmawiał z nią, wyobrażając sobie, że siedzi obok niego, gdzieś blisko i obserwuje go przy każdej czynności. Czy była z niego dumna? Czy uzyskała swoje miejsce w szeregach Klanu Gwiazdy? Z całą pewnością przyjęli ją miło. Tak naprawdę to jego dni wyglądały teraz dość monotonnie. Chodził zbierać zioła, układał je w swoim składziku starannie, te, które mógł, to suszył w prażących promieniach słońca, a resztę podawał potrzebującym… Jadł, pił, rozmawiał zdawkowo z pobratymcami.
A jak już o potrzebujących chodziło, przywołał do swojej nory pewnego kocura, którego stan ostatnio go zaniepokoił.
Przyjrzał się Kosaćcowej Grzywie uważnie, doszukując się więcej urazów, które mogłyby spowodować kłopoty, gdyby pozostały nieleczone. Prędko odkrył, że doskwierało mu ugryzienie szczura, które było naprawdę paskudne. Łatwo się brudziło i gdyby to przeoczył, van mógłby zmagać się z naprawdę nieciekawymi objawami w przyszłości, których raczej każdy wolał uniknąć. Rudy podarował wojownikowi dziki czosnek, w którym kazał mu się porządnie wytarzać, obserwując, czy rana została pokryta odpowiednio. Gryzący zapach był jedyną ceną, jaką trzeba było zapłacić za zdrową, dobrze gojącą się łapę.
— Kosaćcowa Grzywo, czy mógłbyś mi towarzyszyć podczas odwiedzin Rysiego Tropu? Ostatnio zachorowała, nie chcę, żeby przeszło to na nas — wyjaśnił krótko, poruszając lekko nerwowo ogonem. Ubrał swoje myśli w takie słowa, które przekonałyby niebieskookiego. Masywny kocur zgodził się prędko, co przyniosło młodzikowi lekką ulgę.
Skinąwszy mu głową, niebieski odprowadził go do dziury więźniów. Rysi Trop nabawiła się kataru – prawdopodobnie, gdyby nie było tutaj vana, pozwoliliby jej umrzeć z powodu choroby. Stroczkowa Nadzieja jednak, mimo że nie żywił do niej wiele pozytywnych uczuć, nie mógł pozwolić na to, aby i ona cierpiała. Dopuściła się haniebnego czynu, jednak nadal była kotem, który otrzymał od Klanu Gwiazdy życie. To, że marnowała je w ten sposób, nie było czymś, na co mógł wpłynąć. Nie oznaczało to jednak, że akceptował taką postawę. Schylił łeb, doszukując się jej pyska w półmroku. Para ślepi zabłyszczała wrogo, gdy promienie słońca padły na jej ramię.
— Rysi Tropie, proszę, zjedz te zioła. Pomagają z katarem — miauknął, po czym położył je delikatnie. Niebieska szylkretka przysunęła je bliżej siebie, po paru uderzeniach serca spożywając je. Stroczkowa Nadzieja pochylił głowę, wycofując się z powrotem do centrum. Było to jedno zmartwienie mniej na jego głowie. Jeszcze ją odwiedzi, żeby upewnić się, że dolegliwość na pewno została zwalczona.

wyleczeni: Kosaćcowa Grzywa, Rysi Trop

Od Trójokiego Zająca

Nadeszła Pora Opadających Liści, a wraz z nią nastały kolejne zmiany w obozie Klanu Klifu. Wielokolorowe liście szeleściły na wietrze, były to ostatki ciepła przed srogą Porą Nagich Drzew, zbliżającej się na tereny klanów wielkimi krokami. Drzewa pokryły się łysymi gałęziami, zrzucając z siebie cały ciężar w postaci jeszcze do niedawna czysto zielonych liści. Wiatr z każdym dniem stawał się coraz bardziej chłodny, nieprzyjemny, kłujący w płuca. Noce bywały niezwykle mroźne, a słońce zachodziło niewiarygodnie szybko, przez co każdy dzień wydawał się zbyt krótki, pozostawiał niedosyt u wielu kotów. Kremowy wojownik, z jakiegoś powodu, wcześniej nie skupiał się na tych zmianach aż tak bardzo, zawsze pogrążony we własnych myślach, skupiony tak naprawdę… na sobie. Na każdej niepokojącej myśli, jaka tylko przyszła do jego głowy. Na gdybaniu, spędzaniu czasu z rodziną – głównie z bratem. Jak i również na próbie umilenia życia Kukułczemu Wdziękowi. Zależało mu na jej zdaniu cały czas niezmiennie, można było powiedzieć, że od niej zależał cały jego humor, każdy dzień, podczas którego otwierał oczy i szedł przed siebie, zadowalając klan poprzez wykonywanie sumiennie własnych obowiązków. Równowaga ta została zaburzona w momencie, gdy Pietruszkowa Błyskawica odeszła. Zielonooki robił co w jego mocy, aby poprawić swojej ukochanej humor, jednak to nie było wcale łatwe. Często po prostu życzyła sobie samotności, którą Klifiak nierzadko odbierał jako odrzucenie go, nawet jeśli próbował zbywać tego rodzaju myśli, bo przecież świat nie kręcił się tylko wokół niego. Mimo świadomości nie potrafił wymazać emocji, jednak nie oznaczało to też, że miał jej za złe fakt przeżywania żałoby na swój sposób. Z jednej strony rozumiał jej potrzebę przetrawienia żałoby w samotności, z drugiej zaś chciał jej pomóc i dlatego czuł się także smutny z tego powodu. On sam, kiedy jego “ciocia” odeszła nie czuł się szczególnie poruszony. Może po prostu nie wiedział, jak powinien podejść do tematu śmierci. Wyjaśnienie, że koty wierzące trafiały na Srebrną Skórę, na której miały lepiej, niż za życia, mu wystarczyło. Starał się nie rozmyślać nad tym niepotrzebnie długo, ponieważ nie chciał chodzić przygnębiony. Mimo wszystko Pietruszkowa Błyskawica była porządną kotką. W końcu była przybraną matką Kukułczego Wdzięku. Czy to robiło z niego egoistę? Może powinien bardziej zainteresować się zdrowiem swojej matki, Pikującej Jaskółki? Może gdyby częściej rozmawiał z pobratymcami, których kojarzył tylko dlatego, że mijali się codziennie na środku jaskini, to byłby szczęśliwszy? Czy obecność Kukułczego Wdzięku mu wystarczyła? Do tej pory myślał, że tak. Że właśnie tak powinno wyglądać idealne, odpowiednie życie. I tak naprawdę nie potrafił sobie wyobrazić innej opcji. Budzenie się i zasypianie obok kotki sprawiało, że czuł się spełniony i szczęśliwy. Chociaż była jeszcze jedna rzecz, której mu brakowało, a na którą nie wiedział, czy był w zupełności gotowy…
Urwał wyrośnięte gałązki zakończone gęsto aksamitnym kwieciem, jedne z ostatnich. Były w wyjątkowo dobrym stanie. Roślina pod jego naciskiem ugięła się, pękając w połowie. Chwycił bukiet w pysk, wracając do wielkiej jamy. Ryzykował, wychodząc samotnie w poszukiwaniu najlepszych, ostatnich płatków, aczkolwiek był gotów zrobić wszystko, byleby tylko poprawić humor kotce bliskiej jego sercu.
Trójoki Zając postawił czujnie uszy, przyuważywszy niemałe poruszenie w obozie. Atmosfera wokół stała się tak gęsta, że dało się ją ciąć pazurem. Starsi plotkowali między sobą, a uczniowie wyglądali z legowisk z dużymi, wytrzeszczonymi oczkami. Serce wojownika zabiło szybciej, a kikut poruszał się nerwowo. Szylkretki nie było w posłaniu, najwidoczniej nie wróciła jeszcze z patrolu.
Do ich azylu została przyniesiona malutka, pręgowana kuleczka. W składzie kotów, które wróciły, znajdowała się Kukułczy Wdzięk, co za tym idzie, Klifiak musiał koniecznie dowiedzieć się, co się stało. Dlaczego wyglądała na tak spiętą? Zaniepokojoną? Może nawet lekko zezłoszczoną? A może tak naprawdę jedynie sobie to dopowiedział z powodu potrzeby otrzymania prędkiej odpowiedzi na wszystkie, kotłujące się w jego głowie pytania? Jakiegoś wyjaśnienia? Źrenice zwęziły mu się w cieniutkie szparki, a nos zmarszczył, gdy dotarła do niego intensywna, metaliczna woń. Widok zakrwawionego kocięcia go zmartwił i to znacząco. Drobna nieznajoma zwisała z pyszczka Gąsienicowego Ogryzka, którego koniec ogona zniknął właśnie w jamie medyków. Otworzył oczy szerzej, a mięśnie u łap spięły mu się wręcz odruchowo. Kto skrzywdził to maleństwo? Czy Jagnięcemu Ukłonowi uda się ustabilizować jej stan? Energicznie zszedł ze skalnej półki prowadzącej do legowiska wojowników, zostawiając kwiaty w posłaniu Kukułki. Dzisiaj wykonał już przydzielone mu zadanie przez Mysi Postrach, dlatego mógł pozwolić sobie na odpoczynek. Chociaż ciężko było odpocząć w obliczu takiej sytuacji. Jego mózg domagał się odpowiedzi. Wylądował zgrabnie na zimnej posadzce, zbliżając się do znanej mu kotki. Pobratymczyni utkwiła wzrok we własnych łapach, a myślami była gdzieś daleko.
— Kukułko, co się stało? — zapytał, siląc się na spokój i ocierając się o nią delikatnie w geście powitania.
Wojowniczka podniosła wzrok, błądząc z jego jednego ślepia na drugie, jednak szybko zmarszczyła brwi. Może nie miała humoru na rozmowę o tym teraz? Ale jak mógł zignorować jej zaniepokojenie wymalowane na pysku? Żółtooka pokręciła głową, po czym westchnęła cicho pod nosem.
— Biedulka… taka malutka.
— Gdybym mógł, to bym wybił wszystkie te zawszone kundle!
Do jego uszu doleciały nieprzychylne słowa Klifiaków. W sercu kremusa pojawiło się gorące, nieprzyjemne uczucie, które zawrzało w nim niczym bulgocząca woda. Nabrał parę wdechów w próbie uspokojenia się. Raz… Dwa… Trzy… Tutaj koteczka będzie bezpieczna. Cztery… Pięć… Sześć… Koty Klanu Klifu dopilnują z pewnością, aby nie musiała się więcej martwić psami – oczywiście, jeśli tylko nie będzie się wybierała sama poza obóz. Na ich terenach ostatnimi czasy grasowały mewy, a jak już o mewach… Siedem… Osiem…
Zielonooki skrzywił się na samą myśl. Serce zabiło mu mocniej, a przed oczami odrobinę pociemniało. Zamrugał parokrotnie. Nadal nie potrafił pogodzić się z potyczką, jaka miała miejsce ostatnio. Wysłano go przymusowo na wojnę z tymi potężnymi ptakami… Oczywiście, miało to sens, ponieważ był wojownikiem. Wyrządziły naprawdę wiele szkód Klanowi Klifu, zabierając im cennych członków. Aczkolwiek to nie było wcale takie proste, jak mogłoby się zdawać. Nawet jeśli byli z ich powodu stratni, Trójoki Zając nie potrafił po prostu zmienić tego, w co wierzył całe życie, nie potrafił z tym walczyć. Nie bał się o to, że zostanie uszkodzony. W swoim życiu został zaatakowany już wiele razy i kolejna blizna nie robiła mu różnicy, aczkolwiek, tak naprawdę, obyło się bez większych głębszych szram. Raczej złość powodował fakt, że kłóciło się to z jego przekonaniami. A jakby tego było mało, to miał wyeliminować wszystkie te ptaki. Jak najwięcej. Niszczyć ich gniazda, tłuc jaja, zrzucać je z klifu. Zaczął sapać, nabieranie oddechu zaczynało sprawiać mu trudność, a oczy mrużyły się. Czy gdyby mewy odebrały mu Kukułczy Wdzięk, czy wtedy by się ocknął? Zmienił diametralnie? Dziewięć… Dziesięć…
Kukułczy Wdzięk, całe szczęście, nie miała mu tego za złe. Rozumiała, że nie miał wyboru, chociaż nie obyło się bez dokładnego przepytania go, które dzięki Klanowi Gwiazdy miał już za sobą. Liliowa przysunęła się bliżej wojownika, jakby szukając w nim wsparcia. A może wyczuła, że dzieje się z nim znowu coś niedobrego? Może chciała mu w ten sposób ponownie pomóc? Ich boki zaczęły się stykać delikatnie. Kremus zaczął cicho pomrukiwać. Negatywne emocje od razu z niego zeszły, jakby szylkretka posiadała jakieś niesamowite umiejętności niewerbalnego pocieszania. Westchnął cicho pod nosem, rozluźniając spięte z nerwów mięśnie. Nie mogli na razie za wiele zrobić. Musieli czekać na unormowanie stanu młódki przez Jagnięcy Ukłon. Brane przez niego wdechy unormowały się, co za tym idzie, siła powróciła do jego kończyn. Nawet jeśli nie zdążył zamienić ani jednego słowa z malutką Werbeną, bał się o jej zdrowie, co go zdziwiło – bo przecież wcześniej nie przykładał aż tak wielkiej wagi kociętom, które nie należały do jego rodziny.

***

Gdy słońce rzucało ostatnie, pomarańczowe promienie, blado ogrzewając boki kotów i rozświetlając ogromną jamę błyskiem, a ptaki śpiewały swoją ostatnią, wieczorną melodię, Trójoki Zając ułożył się wygodnie w posłaniu, tuż obok Kukułczego Wdzięku. Po kotce było widać zmęczenie i prawdopodobnie, gdyby nie niespodzianka, oddałaby się od razu w objęcia snu. Z powodu stresu, jaki dopadł go wcześniej, zupełnie zapomniał o kwiatach dla niej, które tu zostawił. Położył po sobie odrobinę uszy, nieśmiało, martwiąc się, jak zareaguje. Kotka przysunęła je w stronę wojownika. Pręgus nagle wpadł na pewien pomysł, prostując się, zauważywszy, że Klifiaczka wcale nie zareagowała negatywnie. Urwał parę płatków, po czym wetknął je pomiędzy kłosy kotki dość ostrożnie, żeby jej przypadkiem nie poplątać futra. Szylkretka ułożyła się wygodnie na boku, mrużąc oczy. Nie protestowała ani nie pogoniła go, więc ten pomysł najwidoczniej jej się spodobał. A może nie chciała, żeby mu było przykro? Przełknął nerwowo ślinę.
— Kukułczy Wdzięku…?
Kotka spojrzała na niego nieco sennie, poruszając zadbaną końcówką kity aksamitnie.
Czy powinien powiedzieć jej już teraz? Czy to naprawdę było to, co myślał, że było? Może się pomylił…? Może tak naprawdę łączyła ich jedynie przyjacielska więź? Poczuł nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej. Bo co jeśli ona nie czuła tego samego? Co, jeżeli tymi dwoma słowami, jakie chciał jej wypowiedzieć, zepsułby całą ich relacje i żałował tego potem do końca swojego życia? Serce pędziło mu galopem, a w uszach słyszał jego dudnienie.
— Tak, Zajączku? — dopytała, jakby próbując go zachęcić do wypowiedzenia tego, co mu ciążyło na sercu. Zdziwił się ciut, jednak w jego piersi pojawiło się przyjemne, ciepłe uczucie. Gdyby był łysy, prawdopodobnie byłby czerwony niczym pomidor. Poduszki jego łap stały się ciepłe. Zawstydził się na nowo.
— Ach… bo j-ja… — wymamrotał, zataczając łapą kółeczka w posłaniu legowiska. — M-myślę, że wyglądasz pięknie. Bardzo ci do twarzy z tymi kwiatami, ładnie podkreślają twoją urodę — wydusił z siebie, krzycząc wręcz w myślach. Nie… nie o to mu chodziło…! To znaczy, tak, była według niego piękna, najpiękniejsza wręcz, aczkolwiek nie to chciał jej teraz powiedzieć. To nie tym się zamartwiał tak długo, nie nad tym tak głowił i dywagował od tylu księżyców.
Kukułczy Wdzięk skinęła głową, po czym ułożyła się wygodnie na własnych łapach, przyjmując komplement. Po jakimś czasie jej bok zaczął unosić się, a potem opadać spokojnie. Ogon miała zawinięty wokół jednej z kończyn. Czy powinien ją obudzić? Ale jaką miał gwarancję, że nie zezłościłaby się za to na niego? Jaką mógł mieć pewność, że po obudzeniu jej dałby radę wypowiedzieć te jakże istotne słowa dla niego? Nie, może nie powinien psuć tak miłego momentu. Powinien powiedzieć jej kiedy indziej. Niech Kukułka teraz odpocznie.

Od Poranku

Wiciokrzew, Purchawka i Mistral szli z przodu. Poranek, ze wzrokiem wlepionym w ziemię, ale napiętymi wszystkimi mięśniami, szedł powoli za nimi, starając się nie wdawać w żadne konwersacje. Mimo wspólnej profesji bał się każdego z osobna. Ale dlaczego? Co go do tego popchnęło? Odpowiedź była jedna — powrót do Owocowego Lasu. A reszta? A reszta była tylko skutkiem jego błędów i kary Wszechmatki, za jego postępowanie. Za to, że pozwolił na zranienie Mgiełki, na zniknięcie Murmur i, co najważniejsze...
Śmiech rozbrzmiał echem w jego uszach. Od razu lekko podskoczył. Śmiech był ostry i głośny, dokładnie tak, jakby ktoś krzyknął mu do ucha. Podniósł lekko głowę, spodziewając się tam znajomych sylwetek trójki pobratymców. Nie zauważył jednak nikogo. Zamiast tego zobaczył tylko ciemne drzewa, wysokie i niektóre wręcz przerażające, zasłaniające jasne niebo. Ich cień padł prosto na niego, zostawiając go samego w ciemności. Samego. Nagle wszyscy go zostawili.
Zaczął się nerwowo rozglądać. Myśli w jego głowie od razu przyspieszyły, powodując lekkie zamieszanie.
– Gdzie jesteście? – odezwał się po raz pierwszy od wyjścia z obozu, jednak nikt mu nie odpowiedział. Obrócił się w obie strony, wzrokiem przelatując po każdym drzewie, każdym cieniu, każdym miejscu, gdzie mógł zobaczyć znajome twarze. Było pusto. Mimo to znów usłyszał ten śmiech. Czyżby ktoś z niego drwił? Śmiał się z niepowodzeń. Z jego zabłąkanej duszy, już dawno opuszczonej przez Wszechmatkę.
– To nie jest zabawne – mruknął cicho, strosząc sierść na karku. Śmiech stał się tylko głośniejszy, jakby nie słuchał słów uzdrowiciela. Jakby ich nie słyszał. – Wiciokrzewie? – zawołał rudy. – Purchawko? – został sam śmiech. – Mistral? – śmiech zagłuszający jego myśli i szepty, które dochodziły z oddali. To musieli być oni. Mimo strachu cały się spiął i pobiegł w stronę szeptów, męczących jego głowę. Liczył na cokolwiek związanego z Owocowym Lasem. Cokolwiek związanego z "domem". Nie zastał nic. Tylko drzewa, których cienie zamykały go w swoich szponach, tylko upewniając Poranka w fakcie, że został sam. Sam w ciemności. Nikt nie zauważył, że zniknął. Nikt go nie szukał. Nikomu nie był potrzebny.
 
***
 
Szybko podniósł się ze swojego posłania, czując jak dreszcze przechodzą po całym jego ciele. Oczy miał szeroko otwarte, oddech nie tak spokojny, jak powinien być. Musiał się uspokoić, zanim ktokolwiek przyjdzie do legowiska. Wziął głębszy oddech, uważnie rozglądając się dookoła, by upewnić się, że ciemny las był tylko snem. Jednak czy sen ten był tak daleki od prawdy?
– Halo? Jest tu ktoś? – głos Szafran, wchodzącej do legowiska, sprawił, że kocur poraz kolejny podskoczył. Dlaczego każdy musiał przychodzić zawsze wtedy, gdy on był chwilę po wstaniu?
 
***
 
Siedział przy swoim drzewie, starając się zebrać myśli, które przeskakiwały z tematu na temat. Jakby w jego głowie był mały kołowrotek, napędzany przez jakieś stworzenie. I mimo prób zatrzymania urządzenia - nic nie dawało. Jedną z takich myśli, była ta dotycząca obecnego stanu jego społeczności. I chociaż Poranek nie był na bieżąco z każdą sprawą w Owocowym Lesie, wiedział o śmierci niektórych kotów i wiedział o sytuacji na terenach Owocniaków. W takim miejscu pełnym plotek, nawet gdy nie chciał, dowiadywał się różnych rzeczy. Z szeptów, z zachowań i z ważniejszych ogłoszeń. Nawet jego bezpieczne legowisko nie dawało rady uchronić go przed każdą plotką, krążącą wśród pobratymców. Ale jedna rzecz była w stanie - śmierć. Od śmierci Rokitnika miał wrażenie, że nikt nie zwraca już na niego uwagi. Chociaż nigdy nie miał też kontaktów ze starszym kocurem, miał świadomość, że on mógł pamiętać go sprzed ucieczki z Murmur. A większość starszych wtedy kotów nie zapisała się dobrze w pamięci Chwastu. A rozmyślania takie naszły uzdrowiciela po wycieczce do legowiska starszyzny, gdzie to musiał zająć się chorym Bukszpanem.
Kolejną rzeczą, którą napędzał kołowrotek w jego głowie, było wspomnienie jego snu. To poczucie samotności, które towarzyszyło mu każdego dnia. Ten strach. Ta ciemność, którą widział, myśląc o swojej rzeczywistości. Czy to tak miało to wszystko wyglądać? Czy naprawdę jego życie było karą od Wszechmatki?
– Witaj Poranku! Co za spotkanie. Akurat wyszedłem na dłuższy spacer – rudy odwrócił głowę, jak zwykle spodziewając się najgorszego. Jednak zamiast kogoś z jego otoczenia, zobaczył Derwisza, który mimo nie mieszkania w Owocowym Lesie, co jakiś czas pojawiał się w okolicy. – Jak się miewasz?
– Żyje.
– Naprawdę miło mi to słyszeć! Jednak ja dalej pytam, jak żyjesz Poranku – mruknął z uśmiechem Derwisz, podchodząc do uzdrowiciela. – Mogę się dosiąść? – zapytał uprzejmie. Poranek chciał zaprzeczyć, chciał powiedzieć cokolwiek, ale zamiast tego tylko kiwnął głową. Tak więc skończył, wraz ze starszym kocurem, przy tym jednym drzewie, do którego przychodził od dłuższego czasu.
– Wierzysz w coś? – zapytał nagle rudy, mimo lęku spoglądając na towarzysza.
– Ciekawe pytanie, a odpowiedź brzmi tak. W siły natury. Uważam, że natura to najpotężniejsza z sił, a jej potęga wynika z czystości i miłości. Tylko się rozejrzyj! Tyle wystarczy by pojąć jej siłę. By zobaczyć miłość – zaczął swój wywód Derwisz. – Natura jest przepiękna, ale też niespodziewana. Nigdy nie wiesz, co możesz spotkać na swojej drodze. Po takim czasie w podróży mogę to potwierdzić. Ale nie tylko ja – rozmarzony samotnik zamknął na chwilę oczy. Na jego rozświetlonym blaskami słońca pysku pojawił się uśmiech. Łagodny i trochę kojący, jakby chciał zapewnić cały świat, że moc miłości i spokoju ich uratuje. Jednak Poranek w to nie wierzył. Nie umiał uwierzyć. – A ty? – nagle znów odezwał się Derwisz. – Wierzysz w coś konkretnego?
– Chyba tak – mruknął cicho rudy, wbijając wzrok w ziemię.
– Chyba?
– Skąplikowana sprawa – odparł cicho Chwast, spinając się lekko. Nastała chwila ciszy. Młodszy z kocurów odwrócił się lekko od starszego, jakby unikał jego spojrzenia. – Wierzę we Wszechmatkę – powiedział w końcu. – Jednak ona już nie wierzy we mnie – stwierdził Poranek, już zaczynając ze stresu grzebać łapą w ziemi.
– Co masz na myśli?
– Zrobiłem coś złego i teraz mierze się z jej karą – powiedział tylko Chwast, nie patrząc Derwiszowi w oczy. Nie był w stanie spojrzeć mu w oczy. Miał wrażenie, że nie mógł już nikomu spojrzeć w oczy.

Wyleczeni: Szafran, Bukszpan

Od Zwęglonej Łapy Do Wąsatkowego Ruczaju

Zwęglona Łapa powoli zaczynała doceniać czas spędzany poza obozem, gdyż wtedy była znacznie mniejsza szansa spotkania innego Wilczaka, który miałby ochotę akurat do niej otworzyć pysk — zbyt wiele takich kotów nie było, jednak nawet Kryształowa Łapa ze swoim entuzjazmem bywała niekiedy męcząca, a treningi z Sowim Zmierzchem dawały jej chwilę wytchnienia od dość energicznej siostry. Może i przez to nie była najlepszą siostrą na świecie, jednak liliowy wojownik pomagał jej powoli akceptować to, że nie pod każdym względem jest idealna i jak każdy ma prawo czuć się zmęczona czyjąś obecność, nawet najbliższej rodziny. Jedyne, na co mogła narzekać, kiedy spędzała czas z mentorem to jego pytania o wiarę — dotychczas zbywała go, mówiąc, że jest niewierząca, jednak ten chyba nie był do końca przekonany, gdyż co jakiś czas powracał do tego tematu.
Zielonooki rano postanowił potrenować polowanie z szylkretką, gdyż to jej nieco gorzej szło, w sumie jak większość dotychczasowych nowych umiejętności, które musiała opanować. Mimo to pręgowany dostrzegał w swojej uczennicy nieodkryty potencjał, szczególnie związany z pewną przynależnością młódki, kiedy tylko ukończy szkolenie oraz udowodni swoją pełną lojalność klanowi. Nim jednak do tego dojdzie, to jeszcze trochę pracy jest przed nimi, a zapału Zwęglonej Łapie raczej nie brakuje, choć z tym może być różnie z biegiem czasu. Co mogłoby poskutkować zmniejszającą się liczbą członków kultu Mrocznej Puszczy w klanie, nawet jeśli obecnie pięć potomków kultystów była przygotowywana do dołączenia. Każdy Wilczak szerzący słowo Miejsca, gdzie Brak Gwiazd był na wagę złota.
Dymna nie do końca wiedziała, że oprócz Klanu Gwiazdy można wierzyć w coś jeszcze. Nawet siebie zbytnio nie uważała za idealną wierną, lecz zawsze starała się dziękować Przodkom za zwierzynę i przetrwanie kolejnego dnia. Żyła przekonaniem, że ci czuwają nad nią i siostrą, kiedy to otoczeni są przez mało przyjemne persony, jakimi była większość Wilczaków.
Ich kroki były skierowane wzdłuż brzegu ogromnego jeziora, z którego można było dostrzec Spaloną Zatoczkę. Szylkretka nie była pewna czy to dobre miejsce do polowania, jednak polegała głównie na wiedzy Sowiego Zmierzchu, który zapewne wiedział, gdzie jest idealne miejsce do łowów w czasie opadających liści. Po kolejnych paru krokach jej wątpliwości zostały rozwiane przez cichy szelest w poszyciu lasu — jakby na zawołanie zwierzyna sama im chciała wpaść do łap lub jeszcze lepiej, pysków, by chętnie zostać zjedzoną przez któregoś z Wilczaków. Terminatorka spojrzała na swojego mentora w niemym pytaniu, które z nich ma upolować zwierzynę. Krótki ruch głowy zielonookiego wystarczył, by Węgiel zrozumiała, że to właśnie jej przypadnie ten jakże wielki zaszczyt.
Na ugiętych łapach, niemal szorując brzuchem po ściółce podeszła bliżej niewielkiego stworzonka, które przed chwilą popełniło największy błąd w swoim życiu. Dymna starała się, jak mogła pamiętać o każdej uwadze Sowiego Zmierzchu na temat jej braków w pozycjach łowieckich, poruszaniu się, starając podchodzić zwierzynę pod wiatr — co niestety po chwili uległo zmianie wraz z kierunkiem wiatru. Kiedy tylko poczuła, że jej białe wąsy nie napotykają podmuchu powietrza ze strony zwierzyny, przystanęła w miejscu. Doskonale odczuwała na sobie także palące spojrzenie starszego, który z uwagą obserwował jej ruchy, by później poinformować ją o błędach, które zdążyła popełnić, jednakże starała się o tym teraz zbytnio nie myśleć, skupiając umysł na świadomości własnego ciała i otoczenia.
Kiedy tylko była pewna, że podeszła wystarczająco blisko swojej ofiary, wyskoczyła do przodu. Jedyne czego nie wzięła pod uwagę to swojej siły w tylnych łapach, więc o mało co nie przeskoczyła zwierzyny — na szczęście Gwiezdni jej sprzyjali i żyjątko zrobiło kilka kroków w stronę przeciwną do Węgiel. Z wysuniętymi pazurami w łapach pochwyciła piszczkę, by następnie w jej szyi zatopić zęby, dopiero czując pióra pod poduszkami i na podniebieniu, zdała sobie sprawę, że właśnie udało jej się złapać kosa. Może nie grzeszył rozmiarem, jednak ptak to ptak, więc szylkretka była dumna z siebie, że w końcu udało jej się upolować coś większego niż nornica czy mysz.
— Nadal brakuje Ci pewności w ruchach, jednak jest lepiej niż na początku. — Głos liliowego kocura rozbrzmiał tuż za nią, przez co nieco się spięła, nie podejrzewając, że Sowi Zmierzch aż tak blisko był. Szybko jednak starał się wrócić do wcześniejszej, dumnej, nieco zrelaksowanej postawy, by wojownik nie miał jeszcze się do czego przyczepić.

«★»

Większość drogi powrotnej w stronę obozu młódka niosła w pysku martwego kosa, którego sterczące pióra co jakiś czas łaskotały łaciaty noc szylkretki, jednak mimo tego ani razu nie poprawiła chwytu, jakby w obawie, że jak tylko wypuści z pyska ptaka, to ten nagle ożyje i w mgnieniu oka poderwie się do lotu. Dopiero kiedy dotarli do kolejnego punktu dzisiejszego treningu, Węgiel pozostawiła zdobycz na ziemi, przez chwilę intensywnie się jej przypatrując, jakby w ten sposób nabierała pewności, że upierzony nie stwierdzi nagle, że sobie stąd odleci. Po paru uderzeniach serca oderwała wzrok od martwej zwierzyny, by następnie skierować swoje kroki za Sowim Zmierzchem, który planował naukę wspinaczki na drzewa. Dymna nie miała lęku wysokości, jednak niezbyt jej się uśmiechało wspinać, nie wiadomo ile długości nad ziemię, by z każdą gałęzią zwiększać szansę na bardziej bolesny upadek, a nawet śmierć.
— Lęku wysokości nie masz? — Terminatorka pokiwała przecząco głową z widoczną niechęcią. — Upadku nie masz co się obawiać, gdyż nie wyśle Cię od razu na sam wierzchołek drzewa, wolałbym, byś jeszcze trochę pożyła — przyznał pręgus, by następnie oprzeć przednie łapy na korze. — Najważniejsze jest pewne wbicie pazurów i upewnienie się, że kora nagle nie odpadnie od pnia. Później musisz użyć siły, by podciągnąć się wyżej i zaczepić pazury w nowym pewnym miejscu.
Brzmiało to raczej prosto, jednakże żółtooka nie raz zdążyła się przekonać, że to, co brzmiało banalnie w rzeczywistości, okazywało się czymś znacznie trudniejszym, niż zakładała. Jedyne co jej teraz pozostawało to wziąć głęboki wdech i długi wydech, by po chwili samej zaczepić pazury o chropowatą powierzchnię drzewa. Nim jednak rozpoczęła wspinaczkę, zadarła głowę, by spróbować dojrzeć szczyt, który jak się okazało, był dość zaskakująco nisko, choć dla niej i tak mógłby być jeszcze niżej — miałaby wtedy pewność, że jeśli Sowi Zmierzch pokusi się o zachęcenie jej do wspinaczki jeszcze wyżej, to upadek nie będzie stanowić zagrożenia dla jej krótkiego żywota.

«★»

“Nigdy więcej” — pomyślała, na nowo niosąc w pysku kosa, kiedy to już zdecydowanie wracali do obozu bez żadnych przystanków po drodze. Cały ten czas szylkretka błagała w duchu Przodków, by ci odciągnęli starszego od tych swoich świetnych pomysłów. Ci najwidoczniej byli po jej stronie, gdyż gdy tylko ujrzała dobrze znany tunel w krzewach, odetchnęła widocznie z ulgą, na co wojownik jedynie przewrócił oczami, by następnie poinstruować uczennicę, aby zaniosła zdobycz na stos i zajrzała do starszyzny w ramach odpoczynku przed późniejszym patrolem. Dymna jedynie skinęła głową, ruszając z kosem w pysku, by dorzucić go do reszty piszczek upolowanych przez innych Wilczaków.
Dumna odwróciła się na pięcie, by ruszyć do starszyzny, po dołożeniu swojej zdobyczy do pozostałych, kiedy niespodziewanie na kogoś wpadła. W ostatnich dniach miała wyjątkowego farta, co do tego — najpierw Nocna Łapa, a teraz czarno-biała wojowniczka. Ciężko przełknęła ślinę, uświadamiając sobie, że ma do czynienia z córką jednego z zastępcy klanu. Miała chyba szczególnego pecha, co do kotów spokrewnionych z najwyżej postawionymi personami w klanie.
— Przepraszam… — wydukała, spuszczając wzrok na swoje barwne łapy.

<Wąsatkowy Ruczaju?>
[1166 słów + wspinaczka na drzewa]

Od Figi

Przyszła Pora Opadających Liści, zieleń liści powoli przemieniała się w ciemne barwy, ciepłe złote kolory. Część z okryw drzew spadła na ziemię, tworząc przepiękny dywan. Znaczy… cóż, dla kogo przepiękny dla tego taki był. Figa nie zwracała uwagi na takie rzeczy, nigdy nie uważała siebie za drobiazgową czy romantyczną. Poezja też nie była jej mocną stroną, więc te piękne kolorowe dywany w oczach Zwiadowczyni zostawały spłycane do zwykłych liści.
I tak właśnie depcząc po nich, wracała ze spaceru z Topolą. Kocur wydawał się nieco nerwowy, więc kotka szturchnęła go barkiem.
— Wypluj to z siebie.
— Oh-? Co? Ja nic… — miauknął jakby wyrwany z głębokich przemyśleń.
Odchrząknął po chwili.
— Piękna moja, czy… — uciekł niezręcznie wzrokiem w bok. — Myślałaś kiedyś nad posiadaniem gromadki kociąt?
Figa przystanęła w szoku. Otworzyła szerzej oczy, po chwili je mrużąc. Dlaczego kocur o tym wspominał?
— Raczej nie — przyznała szczerze.
— Ojej, rozumiem — odparł. Zdawał się… zawiedziony?
Ruszyli dalej, jednak Figę mocno gnębił obraz przybitego partnera. Czekoladowa poruszyła wąsami w zamyśleniu. Topola myślał o dzieciach, pomimo niemłodego wieku.
— Dlaczego pytasz? — odezwała się w trakcie marszu. — Czy dzieci Jeżyny nie są wystarczające?
Figa chyba zbyt ostro ujęła swoje myśli, gdyż Topola spochmurniał. Kotka zganiła się w myślach.
— Znaczy…
— Jest w porządku, skarbie — mruknął. Wahał się chwilę, nim na jego pyszczek wstąpił delikatny uśmiech. — Bo wiesz… kocham dzieci mojej siostry. Nawet jej wnuki! Ale mam takie marzenie… o moich własnych kociętach. O słodkich kuleczkach, które mógłbym tulić każdego wieczora do snu, opowiadać o Wszechmatce, przynosić rozmaite zabawki, a gdybym patrzył w ich mordki, widziałbym swoje geny lub mojej wspaniałej ukochanej.
Figa poczuła się nieswojo, gdy prawił jej te komplementy. Może nie celowo, ale czuła jakby chciał ją urobić. Przekonać, by spróbowali. W końcu… Co szkodzi? Najwyżej się nie uda.
Lecz problem leżał gdzieś indziej. Figa nigdy nie była dobra z dziećmi, nie potrafiła się nimi zająć tak, jak trzeba, wbić do głowy potrzebnych nauk. Nawet z Czerwcem jako uczniem ciągle szukała zwady. Jak miałaby spełnić się w roli matki? Przecież po jej naukach te dzieci wyrosłyby na małe demony.
Wahała się dłuższą chwilę, nim postanowiła odpowiedzieć.
— Nie myślisz… że jest trochę późno? N-Na takie decyzje… — mruknęła nieswojo. Dziwny temat, w końcu dopadł i ją.
— Oh! Tak, przeszło mi to przez myśl, jednak wciąż nie jest za późno. Po prostu powoli się robi. Nie chciałbym też Cię zmuszać, bo to w końcu Twoje ciało.
— Oh przestań, Topola, doskonale wiesz, że Ci ulegnę, jeśli mnie odpowiednio poprosisz — warknęła, będąc nieco zirytowaną. — Ja po prostu… Nie widzę się w roli matki. Przecież nie dam rady ich wychować na dobre koty! Spójrz na mnie!
— Patrzę cały czas — posłał jej uśmiech. — I jesteś najpiękniejszą istotą w tym lesie. Twoje futro jest najmiększe, a charakterek ognisty, palący jak słońce Pory Zielonych Liści.
— Weź… — spaliła buraka, odwracając głowę.
— Figo, moje serce należy do Ciebie — oznajmił. — Kocham Cię i chciałbym mieć z Tobą kocięta, jeśli się zgodzisz.
— Ale ja nie dam rady ich wychować! — miauknęła przejęta. — Boję się, że zrobię im przypadkiem krzywdę… albo nie nauczę tego, co trzeba! I co wtedy? Cały Owocowy Las będzie wytykać ich palcami!
Topola zatrzymał się, ogonem gładząc jej bok. Otarł się o partnerkę, mrucząc głośno, pomagając ukoić nerwy zwiadowczyni.
— Jeśli… jeśli Ty je wychowasz, to możemy spróbować… — szepnęła skrępowana. Posiadanie, wychowywanie kociąt to był trudny temat, zupełnie obcy dla przebojowej Figi. Dereńka nie miała swoich, a Szakłak zmarł dawno temu. Tak naprawdę… po niej ich ród by się zakończył. Malinek nie miałby wnuków, które mógłby oglądać gdzieś tam, latając pod swą ptasią postacią.
Oczy Topoli rozbłysły.
— Naprawdę? — zapytał.
— N-No tak! A-Ale nie wiem, czy się uda! — miauknęła. — Więc nie nastawiaj się zbytnio… uhh zrobię, co mogę, ale nie wiem, czy są jakieś zioła na płodność i w ogóle…
— Nie martw się, skarbie! Będzie dobrze — wymruczał.

~*~

Tym sposobem Figa, ta groźna, drąca koty z każdym zwiadowczyni uległa swojemu partnerowi, niedługo później lądując w kociarni. Tracąc na jakiś czas status zwiadowczyni, a zyskując królowej, zmuszona była siedzieć na tyłku i pachnieć. Nienawidziła takiej bezczynności… Po potwierdzeniu ciąży chyba wszyscy byli zszokowani. Uzdrowiciele, Jeżyna, Czereśnia, Sajgon, no każdy! Topola popłakał się ze szczęścia i rzucił w ramiona ukochanej, słysząc nowinę.
Od tamtej pory przynosił jej najdorodniejsze piszczki, a wieczorami snuł domysły. Czy urodzą się córeczki, a może synowie? Być może będzie jedynakiem? Czy odziedziczy po Fidze klapnięte uszka, a po nim czarno białe futro?
Zwiadowczyni była nieco przytłoczona tym wszystkim. Zamknęła się w sobie, leżąc na posłaniu, wychodząc codziennie na spacery, odwiedzając groby Malinka i Muchy. Opowiadała im wszystko, przynosiła kwiaty, dekorowała groby.
W tym samym czasie w Owocowym Lesie zapanowała epidemia. Zabierała kolejne koty. Rokitnika, który na koniec okazał się mordercą Osetka. Żmiję, Żagnicę… Figa obserwowała wszystko, a jej brzuch rósł. Stworzono oddzielne miejsce dla zakażonych i robiono wszystko, by choróbsko nie dotknęło innych kotów. Topola bardzo się martwił, bardzo. Niemal kazał wszystkim stróżować przy swojej ciężarnej partnerce, co Figa skutecznie przerywała. Nie potrzebowała ochroniarzy, doskonale umiała o siebie zadbać i unikać zakażenia. Ona, pomimo że nie mówiła głośno, też chciała urodzić zdrowe dzieci. Chociaż chodzenie w ciąży było dla niej abstrakcją, nie zamierzała pozwolić tym zarazkom dostać się do jej wnętrza.
Z czasem czuła kopnięcia, ruch, a jej organizm miał coraz to nowsze problemy. Bóle stawów od ciężkiego brzucha, trudności z szybkim chodzeniem, zachcianki. Topola stawał na wąsach, by zdobyć różne dziwactwa, których akurat tym razem zachciało się kotce. Figa warczała na uczniów, którzy nieumiejętnie rozkładali mech, dając im lekcje wychowania. Nawet Czereśnia czasem wpadał, by z nią pogadać. Chyba poniekąd był dumny z uczennicy, w końcu tyle osiągnęła. Była ważnym członkiem społeczności, a teraz w tym trudnym czasie wspomoże ich, rodząc kocięta. Figa mocno trzymała kciuki za nienarodzone dzieci, by okazały się nową nadzieją dla nękanych katastrofami Owocniaków.
Wieczorami, gdy Topola czyścił jej futro i pielęgnował, ona głaskała swój brzuch. Rozmawiali o tym, jakie imiona im nadadzą, ale też o zasadach, które chcieli wprowadzić.
— Jak tylko zaczną jeść mięso, przejmujesz wychowanie — oznajmiła któregoś wieczora Figa.
— Zamierzasz wrócić do swoich obowiązków? — zapytał łagodnie, liżąc ją po szyi.
— Tak — odparła. — Wykarmię je i zadbam tak, jak najlepiej umiem… Jeżyna mi trochę opowiadała, Miodunka też więc nieco wiem co mam robić… ale nie zamierzam tu siedzieć, aż zostaną uczniami, bo osiwieję!
— Haha, w porządku, piękna — zgodził się. — Zadbam o ich naukę oraz edukację, a Ty będziesz mogła chodzić na przygody!
— A żebyś wiedział! — odparła hardo z uśmiechem. — Będę wam przynosić zabawki, które znajdę. O!
— Haha. Nie mogę się doczekać.
I tak mijały im dni. Pełne snucia planów na przyszłość, pomimo niepokojącej sytuacji Owocowego Lasu. Starali się myśleć pozytywnie, szukając inspiracji do imion, albo gdy Figa wyciągała informacje od swoich znajomych matek. Była zaskoczona ich otwartością i chęcią pomocy, ale również wdzięczna, co mogła nieco pokracznie okazywać. Niemniej, chyba wszyscy w Owocowym Lesie czekali na te kocięta. Figa jedynie trzymała kciuki, by wdały się charakterem w ojca.

Od Mirtowego Lśnienia

Przeszłość, jeszcze przed bitwą z mewami i śmiercią Judaszowcowej Gwiazdy…

Ciepło dnia powoli ustępowało miejsca wieczornej ciszy, choć powietrze wciąż pozostawało ciężkie, nasycone zapachem nagrzanej ziemi i wyschniętych ziół, które trzeszczały cicho pod łapami przechodzących kotów. Nad obozowiskiem unosił się spokojny, niemal senny nastrój — rozmowy toczyły się przyciszonym tonem, a pojedyncze sylwetki wojowników znikały gdzieś w cieniu legowisk.
Mirtowe Lśnienie stał nieco na uboczu, obserwując obozowisko w milczeniu, a jego spojrzenie na moment zatrzymało się na kotach — wojownikach, uczniach i karmicielkach — które żyły swoim rytmem, zupełnie nieświadome zmian, jakie od kilku księżyców zaczynały się nad nimi zarysowywać. Pod jego futro wkradało się ciche, trudne do uchwycenia uczucie fascynacji, rozlewające się powoli i niemal niezauważalnie, jak cień przesuwający się po ziemi.
Miał wrażenie, że stoi ponad nimi — nie dzięki sile, lecz dzięki temu, jak wiele widzi i rozumie, podczas gdy oni trwali w swojej nieświadomości, zamknięci w prostocie codziennych spraw.
Jego wąsy drgnęły lekko, a w tej krótkiej reakcji było coś na kształt rozbawienia.
A więc Gwiezdni rzeczywiście go wybrali — tak, jak sądził Judaszowcowa Gwiazda — nawet jeśli przez tyle księżyców zwlekali z ukazaniem mu jego prawdziwego celu.
Jego wzrok skierował się ku morzu, gdzie rozciągała się szeroka tafla wody, łagodnie poruszana rytmem fal, odbijających ostatnie promienie słońca w drżących, złotawych smugach. Niebo nad horyzontem przybrało miękkie odcienie różu i bladego fioletu, które stopniowo bledły, ustępując miejsca chłodniejszym barwom nadchodzącej nocy.
Ziewnął krótko, po czym westchnął, czując, jak wiatr drga nieśmiało jego jasno-rudym futrem.
Przez kilka ostatnich wschodów słońca coraz częściej rozmawiał z Gąsienicowym Ogryzkiem. Z początku były to krótkie rozmowy, rzucane mimochodem, jakby przypadkowe — kilka słów wymienionych przy stercie ze zwierzyną czy przy wejściu do legowiska. Nie chciał wzbudzać podejrzeń. Nie chciał, by jego obecność stała się zbyt wyraźna, zbyt nachalna. Dlatego dawkował ich kontakt z wyczuciem, pozwalając, by ich przyjaźń rozwijała się powoli, bez większego nacisku.
Z czasem jednak rozmowy zaczęły się wydłużać, nabierać ciężaru, znaczenia. Coraz częściej dotykały tematów, które nie były już przypadkowe — odpowiedzialności, decyzji, roli, jaką każdy z nich odgrywał w klanie. Mirtowe Lśnienie nie naciskał. Nigdy nie mówił wprost. Zamiast tego prowadził, subtelnie, niemal niezauważalnie, pozwalając, by to Gąsienicowy Ogryzek sam dochodził do wniosków, które wcześniej zostały mu podsunięte.
I zdawało się, że niebieski przyjmował wszystko to, co zostało mu przekazane bez żadnego oporu, bez wahania, jak coś, co od dawna czekało, by zostać wypowiedziane. Chłonął słowa Mirtowego Lśnienia z naturalną łatwością, nie kwestionując ich sensu, nie doszukując się drugiego dna. A co więcej — zaczynał dopowiadać do nich własne myśli i interpretacje, które, choć wydawały się w pełni jego, to zawsze prowadziły go dokładnie do wniosków, jakie powinien był wyciągnąć.
Wszystko przebiegało płynnie, jak nurt rzeki, który nie napotyka na swojej drodze żadnych przeszkód. I właśnie dlatego Mirtowe Lśnienie wiedział, że nadszedł moment, by przejść dalej.
By zrobić kolejny krok.
Myśl o Pikującej Jaskółce pojawiła się w jego umyśle chłodno i precyzyjnie, pozbawiona emocji. Nie była impulsem. Była decyzją, która dojrzewała od dłuższego czasu, czekając jedynie na odpowiedni moment. A moment ten właśnie nadchodził.
Nie mógł jednak działać pochopnie. Nie w ten sposób. Gąsiennicowy Ogryzek nie mógł poczuć, że jest prowadzony — musiał uwierzyć, że sam wybiera tę drogę. Że to jego decyzja. Jego przekonanie.
Potrzebował znaku.
Czegoś, co wykracza poza zwykłą rozmowę, poza słowa, które można podważyć. Czegoś, co zakorzeni się głębiej, w miejscu, gdzie logika ustępuje miejsca wierze.
Jego spojrzenie ponownie powędrowało ku horyzontowi.
W tej samej chwili ponad wodą przemknęła mewa, jej skrzydła przecięły ciepłe światło zachodu, rzucając krótki cień na falującą taflę. Ruch był szybki, niemal ulotny — a jednak wystarczył.
Ptak. Pierze. Jaskółka. Jaskółcze pióro.
Symbol, który nie wymagał wyjaśnień. Znak, który można było odczytać na wiele sposobów — lecz w odpowiednim kontekście prowadził tylko do jednego wniosku.
Mirtowe Lśnienie przymknął lekko oczy, jakby pozwalał tej myśli osiąść głębiej, nabrać ostatecznego kształtu. Nie było w nim wahania. Plan był już kompletny — brakowało jedynie wykonania.
Podłożyć pióro pod jego posłaniem. Pozwolić, by znalazł je sam. Obserwować, jak zaczyna wierzyć.
Strzepnął lekko ogonem, pozwalając, by jego końcówka przecięła powietrze w krótkim, niemal niedbałym ruchu, po czym ruszył w stronę wyjścia z obozowiska, pewnym, lecz lekkim krokiem — kierując się ku miejscu, w którym będzie mógł zdobyć to, czego potrzebował. 
Zbliżał się do wyjścia, gdy znajome brzmienie głosu zatrzymało go równie skutecznie, co fizyczna przeszkoda.
— Hej, Mirtowe Lśnienie!
Zanim zdążył postawić kolejny krok, jego drogę zagrodził niebieski wojownik, którego obecność — choć przewidywalna — w tej chwili była… niewygodna.
— Co u ciebie?
Mirtowe Lśnienie zamrugał kilkukrotnie, jakby wyrwany z własnych myśli, po czym jego pysk rozjaśnił się lekkim, niemal ciepłym uśmiechem. Dla Gąsiennicowego Ogryzka był to gest całkowicie naturalny, niczym nieodbiegający od tego, czego zdążył się już po nim spodziewać. W rzeczywistości jednak za tym uśmiechem kryło się coś innego — cicha, niemal rozbawiona refleksja nad tym, jak łatwo niebieski wojownik przyjął jego obecność, jak szybko uznał ją za coś oczywistego, niemal potrzebnego.
Jak szybko zaczął wierzyć.
— Wszystko dobrze — odpowiedział spokojnie, jego głos był miękki i wyważony, jak zawsze. — Planowałem się przejść, zaczerpnąć świeżego powietrza…
Zrobił krótką pauzę, jakby dopiero teraz rozważał coś w myślach, po czym lekko przechylił głowę.
— ...ale chyba jednak zmieniłem zdanie. Myślę, że dużo lepiej będzie wymienić nieświeży mech w żłobku.
Słowa te zawisły w powietrzu na krótką chwilę, a spojrzenie Gąsienicowego Ogryzka niemal natychmiast się zmieniło — pojawiło się w nim wyraźne zaskoczenie, którego wojownik nie próbował nawet ukryć.
— Poważnie? — zapytał, unosząc lekko uszy. — To przecież zadanie uczniów!
Mirtowe Lśnienie skinął krótko głową, jakby zgadzał się z tą uwagą, po czym westchnął cicho, przeciągle, pozwalając, by jego sylwetka na moment lekko się rozluźniła. W jego postawie pojawiło się coś, co można było odebrać jako łagodne rozczarowanie — nie skierowane bezpośrednio do rozmówcy, lecz raczej do samej idei, którą przed chwilą przywołał.
— Być może — odparł spokojnie, unosząc lekko wzrok, jakby jego myśli na chwilę powędrowały gdzieś dalej. — Ale czy to naprawdę ma znaczenie?
Zatrzymał spojrzenie na Ogryzku, a jego oczy przybrały wyraz cichej, niemal refleksyjnej powagi.
— Klan Gwiazdy pragnie, byśmy byli dla siebie dobrzy — kontynuował, jego głos pozostawał miękki, lecz niósł w sobie subtelny ciężar przekonania. — W ich oczach nie istnieje podział na obowiązki, który miałby nas od siebie oddzielać. Nie ma znaczenia, czy jesteś liderem, wojownikiem, czy uczniem… jeśli możesz pomóc, to po prostu to robisz.
Gąsienicowy Ogryzek spojrzał na niego uważniej, a jego wcześniejsze zaskoczenie zaczęło ustępować czemuś innemu — namysłowi, który powoli nabierał kształtu.
— Jej, Mirtowe Lśnienie… — mruknął po chwili. — Nie wiedziałem, że ma to dla ciebie aż tak duże znaczenie.
Zawahał się, jakby układał w głowie dalsze słowa.
— Ale… właściwie, to może jest w tym trochę racji.
— Chyba nie chciałbyś, aby Klan Gwiazdy czuł się tobą rozczarowany, hm? — dodał rudy, tym razem z lekką nutą żartu, która złagodziła wcześniejszą powagę.
Gąsiennicowy Ogryzek parsknął cicho, a napięcie, które jeszcze przed chwilą unosiło się w powietrzu, rozproszyło się niemal natychmiast.
— Wiesz… raczej nie — odpowiedział z cieniem przyjacielskiego sarkazmu, choć w jego głosie pobrzmiewała szczerość, której sam mógł jeszcze nie do końca dostrzegać.
Spojrzał w stronę żłobka, a potem znów na Mirtowe Lśnienie, jakby podejmował decyzję, która wydawała się prostsza, niż powinna.
— Dobrze — dodał po chwili. — Chyba w takim razie najlepiej będzie, jeśli ci pomogę.
— “Jeśli czujesz, że coś może przynieść dobro klanowi… warto się tego trzymać. Nawet jeśli inni jeszcze tego nie dostrzegają”, pamiętasz?
Niebieski zastrzygł uszami.
— O jeny, masz rację! Chyba naprawdę częściej powinienem przywoływać do siebie te słowa…
Mirtowe Lśnienie skinął lekko głową, przyjmując tę odpowiedź z naturalną spokojnością.
Nie musiał wprost mówić, że Ogryzek powinien mu pomóc, a jednak udało mu rozegrać się to w taki sposób, by wojownik mimo wszystko to zrobił. Kolejny raz udowodnił przed samym sobą, że potrafi kierować decyzjami Ogryzka. Już niedługo będzie musiał to powtórzyć, choć temat będzie dużo poważniejszy, niż czyszczenie legowisk…