BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

17 lipca 2026

Od Kamiennego Pióra do Iglaka

Zanurkował w stronę żłobka i przecisnął się przez wejście do legowiska. W środku było przyjemnie ciepło. Panował też półmrok. Zamrugał oczami, aby przyzwyczaić się do niewielkiej ilości światła. Nie przepadał za ciemnością. Nie potrafił nawet stwierdzić dlaczego. Był przecież kotem i doskonale w niej widział, ale… Coś mu po prostu w tym nie pasowało. Kiedyś, gdy był młodszy, to nawet się jej bał, teraz jednak dokuczało mu tylko drobne uczucie niepokoju.
Już chwilę później kontury karmicielki i kociaków, które skakały po całym legowisku, wyostrzyły się, a ich futro nabrało intensywniejszego koloru.
Wojownik położył pysznie pachnącego nornika przy łapach Ognikowej Słoty, która siedziała z łapami owiniętymi ogonem i obserwowała swoje kociaki. Starał się ignorować to, jak apetycznie i zachęcająco wyglądała zdobycz. Wiedział, że nie mógł jej zjeść. Karmicielki miały pierwszeństwo, musiały przecież wykarmić swoje młode. W brzuchu głośno mu zaburczało, więc jak najszybciej odwrócił wzrok od nornika i wmawiał sobie, że nie czuje jego zapachu.
Dzisiejszy patrol zakończył się sukcesem. Kamienne Pióro upolował właśnie tego nornika, a parę innych kotów też coś złapało. Pora Nowych Liści się zbliżała, a to znaczyło, że już niedługo cały klan porządnie się naje. Wojownik tęsknił za ciepłem w sierści i zwierzyną, którą można było znaleźć równie łatwo, jak gałązkę. No, może trochę przesadził.
Z rozmyślań wyrwało go podziękowanie Ognikowej Słoty, a chwilę później usłyszał, jak karmicielka się posila. Spojrzał w stronę wyjścia. Nieee, nie chciał tam wracać. Na zewnątrz było zimno, a tu? Przyjemnie ciepło. Uznał, że może jeszcze trochę posiedzieć w żłobku, może z kimś porozmawia albo pobawi się z kociakami. I tak na razie nie miał nic ważnego do roboty, dopiero co wrócił z polowania, a kolejne patrole jeszcze nie wychodziły.
Nagle poczuł, jak coś się zaciska na jego ogonie. Instynktownie wyszarpnął go, a kiedy się odwrócił, zobaczył małego czarnego dymnego kocurka niezgrabnie goniącego jego ogon.
Uśmiechnął się na ten słodki widok. Ile to maleństwo mogło mieć księżyców?
— Hej, mały — miauknął, a wtedy okrągłe brązowe oczka spotkały się z jego spojrzeniem, trochę jakby zdziwione, że ten kot się do niego odezwał. Chwilę Kamienne Pióro zastanawiał się nad imieniem kociaka i kiedy już je sobie przypomniał, dodał: — Ty jesteś Iglak, prawda? Ja się nazywam Kamienne Pióro. Chcesz się pobawić?
Ciekawe, jak to było mieć swoje własne kociaki. To musiało być przyjemne uczucie. Pewnie się je bardzo kochało. Bardzo się o nie martwiło, na przykład, kiedy szły na bitwę. I było się z nich bardzo dumnym, kiedy na przykład przechodziły one ceremonię na ucznia lub wojownika. Albo, kiedy zdobywały odznaczenia… Może kiedyś, on i Korowy Szept…

<Iglaku?>

Od Konwaliowej Mielizny CD. Wymarzonej Słodyczy

Już tyle czasu męczył się pośród innych Nocniaków, że nawet nie pamiętał, kiedy ostatni raz szczerze się uśmiechał. Chyba ostatni raz coś takiego miało miejsce w dniu, kiedy to jego kochana siostrzyczka została w końcu wojowniczką i ze Słodkiej Łapy stała się Wymarzoną Słodyczą. Był z niej wtedy bardzo dumny i skandował jej nowe imię na całe swoje biedne gardło.
Na samo wspomnienie tamtego dnia prychnął pod nosem. Był wtedy tak naiwny i głupi. Myślał, że z czasem się wszystko ułoży i również Korzonek zostanie wojowniczką, lecz do teraz nosiła miano Mysimózgiej Łapy, a Borówkowa Słodycz z Tojadową Kryzą odeszli. Uciekli, porzucając swoje jedyne dzieci, jakby były nic niewartym odpadkiem po zjedzonej piszczce. To on wypruwał sobie wręcz żyły, starał się wspierać rodzicielkę w czasie uwięzienia na wyspie, by ta nagle uznała, że ucieknie z ich ojcem i nie powie o tym nikomu. Przez te ich egoistyczne podejście został zrzucony na jego barki obowiązek dbania o rodzinę, która jeszcze pozostała w Klanie Nocy.
Miał po prostu tego wszystkiego dość. Dość klanu, dość rodu, dość obowiązków, dość bycia bratem. To wszystko powoli, dzień po dniu go wyniszczało, aż w końcu pozostał pustą skorupą. Bez życia, energii, emocji. Każdy bodziec stał się dla niego obojętny do granic możliwości. Co ranek zmagał się z kuszącą wizją pozostania na swym posłaniu już na zawsze, jednak jedna rzecz go motywowała. Pozory. Pozory, by nikt nie dostrzegł jego stanu, jego chęci odejścia stąd. Pozory tak ważne w rozmowie ze Słodką, Fląderką czy Widlikiem, by ci niepotrzebnie nie pytali, czy wszystko w porządku. Nic nie było w porządku, nie było i nie będzie, dopóki tkwi w tym przeklętym miejscu. Zaczął nawet żałować, że urodził się jako syn Borówkowej Słodyczy i Tojadowej Kryzy oraz jako brat Wymarzonej Słodyczy i Mysiomózgiej Łapy. Gdyby był potomkiem kogoś z rodu lub jakiejkolwiek innej pary w klanie, jego życie byłoby znacznie prostsze, bez ciągłych zawodów ze strony bliskich.
— Ja już nie daje rady siostro. Staram się, jak mogę, lecz po odejściu rodziców wszystko zaczęło mnie przytłaczać. Dłużej już nie mogę, czuję, jakbym się dusił w tym miejscu… Nie chce być równie okrutny, co ci zdrajcy, dlatego Ci o wszystkim mówię. Opiekuj się naszą siostrą oraz Fląderką, jesteśmy jej to winni. — W końcu któregoś wieczoru wyznał wszystko szylkretce, czując się podle. Chciał zostawić ją i siostrę niczym ich rodzice. Niczym się od nich nie różnił, nie był w stanie nawet się poświęcić dla sióstr i pozostać w klanie. — Ja… już nie mam sił. Mam dość… Muszę odejść, jeśli chce nadal żyć. Nie wiem kiedy, ale to uczynię, dlatego proszę, nie zatrzymuj mnie.
Po tych słowach z bólem serca zostawił wojowniczkę samą sobie. Czuł, że już nigdy nie będzie mógł spojrzeć jej w oczy, nie po tym, jak okazał się kolejny egoistą w ich rodzinie.

<Przepraszam Słodka>

Sesja wstrzymana/zakończona

Od Milknącej Łapy

Tragedia, która ostatnio dotknęła Klan Burzy, była równie niespodziewana i nieprzewidywalna, co dalsze losy spiskowców oraz samych klanowiczów. Wszystko się działo tuż przed porą nagich drzew, która jak się okazało, nie miała zamiaru okazywać jakiejkolwiek litości dla kotów, których dotychczasowy dom obrócił się w zwęglone zgliszcza. Niedawno mianowany Zew nie zdążył się nawet dobrze związać z nowym legowiskiem i posłaniem, kiedy to wszyscy w popłochu, dusząc się dymem, uciekali poza zasięg jęzorów ognia.
W pożarze każdy kogoś lub coś stracił. Niektórzy też tracili również po nim, kiedy to niemal nic się nie ostało po dawnym azylu. Milknąca Łapa nigdy nie zdołał poznać dziadka ani nie był blisko z ojcem — przynajmniej porównując relacje z kocurem do zażyłości, jaka występowała pomiędzy nim a Purchawką. Mimo to zdawał się dostrzegać tęsknotę, żałobę czy smutek na pysku Zawodzącej Gwiazdy, które minimalnie przebijały się przez maskę, jaką na co dzień nosił nowy lider. Nie chcąc mu dokładać problemów, obrał sobie za cel bycie idealnym uczniem, synem, reprezentantem klanu, symbolem sojuszu. Nałożył na siebie niewidzialną presję oraz ponadprzeciętne wymagania — wszystko, by tylko nie zawieść nikogo. Przez to też zmieniło się jego nastawienie do siostry, która z przyjemnością zawsze raczyła go niewygodnymi przytykami. Powoli z każdą rozmową zaczynał coraz mocniej stawiać się jej słowom, ukazując pewną wyższość nad swą rozmówczynią. W końcu to ona z ich dwójki łaknęła atencji innych za wszelką cenę, lecz w porównaniu do niej, on nie starał się o to, a i tak otrzymywał to, na czym tak młódce zależało. Za każdym razem, kiedy to jakiś Burzak poświęcał mu uwagę na oczach jego jakże kochanej siostry, czuł w pysku smak zwycięstwa, wyższości.
Z tego też powodu dymny pomagał przy odbudowie obozu, jak umiał. Nie każde zadanie mógł wykonać ze względu na swój wiek, lecz kiedy kogoś pytał o kolejną pracę, otrzymywał takowy przydział. Jego mentor na to nie narzekał, gdyż wtedy miał nieco wolnego czasu dla siebie i też co jakiś czas przyłożyć łapę do powstającego azylu.
Milknąca Łapa starał się, jak mógł, by być idealnym, sumiennym, zaangażowanym uczniem. Kimś, kto samym swym pojawieniem ściąga uwagę innych na siebie, nie musząc się o nią dopraszać czy ubiegać. Chciał w tym temacie być lepszy od siostry, uważając, że wystarczająco długo ta traktowała go nie jako rodzonego brata, a popychadło, które czasem udzielało swej uwagi w zastępstwie za innych. Może i miał kiepski start w tej kwestii, gdyż szkolił się na wojownika, kota, którego ranga nie będzie się wyróżniać na tle innych, lecz to go nie powstrzyma przed pięciem się w górę wraz z wiekiem. Może nawet uda mu się kiedyś zostać przywódcą klanu niczym ojciec.
Ciche pomruki wybudzających się uczniów skutecznie zwróciły uwagę dymnego kocura, który odkąd tylko się obudził, rozmyślał nad swoim obecnym życiem w klanie, tym, jak tęsknota za matką, Owocowym Lasem powoli przemijała, milkła, ustępując miejsca ważniejszym kwestiom. Niebieskie ślepia uważnie obserwowały ruch po drugiej stronie jaskini, gdzie swoje miejsce zajmowała para kotów z Klanu Nocy. Śnieżnobiałe futro wyraźnie odznaczało się na tle szarej skały oraz rudej cętkowanej szaty kocura, który leżał tuż obok Kameliowej Łapy. Po chwili jednak młodszy skierował swoje spojrzenie w innym kierunku, nie chcąc wyjść na jakiegoś obsesyjnego obserwatora innych.
Po cichy zazdrościł innym takiej zażyłości, szczególnie rodzeństwom, u których już na pierwszy rzut oka było widać wsparcie, którego nie miał, którego pragnął skosztować, zobaczyć, jak to jest, gdy Łzawa Łapa zamiast rzucanych docinek w jego stronę, okazuje troskę, zainteresowanie samopoczuciem, a słowa są przepełnione ciepłem. Było to jedno z niewielu marzeń, jakie kocurek obecnie posiadał. Jednak czy prosił o tak dużo? Chciał jedynie zobaczyć, jak to jest, a nie tylko obserwować to z boku i wyobrażać sobie coś tak niemożliwego, nierealnego.
Trzepnął swym krótkim ogonem, kiedy jego pysk opuszczało ciężkie westchnienie. Marzenia były dobre, o ile nie odciągały od obranych celów oraz się w nie zbytnio nie wierzyło. Po chwili w końcu postanowił podnieść się z dotychczasowego miejsca, by następnie skierować się do wyjścia z legowiska, mając na uwadze to, że część uczniów nadal spokojnie spała i nie powinien ich budzić swymi krokami. Najciszej jak umiał, przemknął pomiędzy leżącymi Burzakami aż do tunelu, gdzie już nie musiał uważać na każde postawienie łapy na kamiennej posadzce.
Po drodze do Groty Pamięci minął jaskinię wojowników, do której przelotnie zerknął. Większość z nich już posiadało własne posłania, w tym srebrna zastępczyni Zawodzącej Gwiazdy, choć dymny kojarzył, że do niedawna starsza co noc sypiała na ziemi. Przez to, że legowisko mieściło się obok tego należącego do terminatorów, to czasem można było usłyszeć niosące się rozmowy. Milknąca Łapa kiedyś usłyszał jedną, w czasie której Skrzydlata Płomykówka komuś odmawiała przyjęcia posłania. Nawet nie zauważył, kiedy przystanął na dłuższą chwilę idealnie na wysokości wyjścia z jaskini.
— Co tu robisz? — Niski, zmęczony głos rozbrzmiał za jego plecami. Niebieskie ślepia od razu zostały skierowane na Burzaka, który niespodziewanie pojawił się za uczniem. Pierwszym co kocur ujrzał to czarna, matowa sierść, a następnie zielone oczy, które wpadały w oliwkowy odcień. Poczciwy Szakłak bez emocji przyglądał się młodzikowi.
— Czekam na Cyklonowe Oko — odparł Zew.
— Spoglądając na Skrzydlatą Płomykówkę? — mruknął, nieznacznie unosząc jedną brew.
— Zastanawiało mnie, od kiedy posiada już własne posłanie. Słyszałem niedawno rozmowę, jak komuś odmawiała przyjęcia go wcześniej niż reszta — przyznał.
— To posłanie wykonała Krokusowa Kruchość i jest podarkiem.
— Szakłaczku! — Niespodziewanie obok nich rozbrzmiał zaskakująco radosny głos cętkowanej kocicy, o której toczyła się między nimi rozmowa.
— Skrzydlata Płomykówko, mówiłem coś o tym zdrobnieniu… — zauważył wołany, spoglądając na młodszą znudzonym wzrokiem.
— Ostatnio jesteś bardziej przybity niż zwykle, stało się coś? — spytała zastępczyni, wykazując zainteresowanie samopoczuciem pobratymców i to nie pierwszy raz.
— Gorzej sypiam i tyle. Ty lepiej idź już do Groty Pamięci, niedługo wszyscy wstaną. — Po tych słowach kocur skierował swoje kroki w stronę przeciwną do tej, o której mówił. Srebrna na to coś rzuciła pod nosem i ruszyła do wspomnianej groty.
Temu wszystkiego w małym osłupieniu przyglądał się Milknąca Łapa, zastanawiając się przez chwilę, jaka relacja łączy tę dwójkę. Już na pierwszy rzut oka było widać, że ich relacja to coś więcej niż znajomy z klanu, legowiska. Uczeń kojarzył, że ci czasem odwiedzali żłobek, szczególnie kiedy przebywała w nim jeszcze Rudzikowe Skrzydełko. Nie chcąc wyjść na kogoś zbyt ciekawskiego, machnął swym krótkim ogonem i ruszył śladami zastępczyni, niedługo przed tym, jak z legowiska wojowników oraz uczniów powoli zaczynały się wyłaniać kolejne koty.
— Pracę nad nowym obozem postępują i zostały ostatnie zadania, które trzeba wykonać. — Głos cętkowanej niósł się po całej Grocie Pamięci i zapewne nie tylko po niej, gdy jak co rano przemawiała do zgromadzonego klanu. W pierwszych dniach, kiedy kotka zapoczątkowała tę rutynę, wśród zebranych dymny uczeń mógł usłyszeć szepty niezadowolenia i krytyki w stronę zastępczyni, lecz dopóki sam Zawodząca Gwiazda nie miał nic przeciwko temu, to innym pozostawało jedynie kręcić nosem i pod nim snuć swe wywody. — Śpiewający Raniuszek, Mała Bazia i Krokusowa Kruchość udadzą się na patrol graniczny. Natomiast Ostatni Pożar, Złota Wydma i Dzwonkowy Świst na polowanie.
Kolejne słowa niebiesookiej nie były już tak interesujące dla kocurka, więc postanowił je po części zignorować i wzrokiem odszukać swojego mentora, by dowiedzieć się, jaki on zaplanował na dziś trening. Kremowy siedział w pobliżu swojej siostry, Śnieżycowej Chmury i, pomimo że byli rodzeństwem, to Zew czasem nadal w to nie dowierzał, głównie ze względu na to, że ich dwójka była kompletnymi przeciwieństwami. Cyklonowe Oko był istną oazą spokoju, podczas gdy zielonooka była wulkanem energii i często pysk jej się nie zamykał. W sumie jakby dłużej pomyśleć to podobnie było w przypadku Skrzydlatej Płomykówki, Oskrzydlonego Ognika i Rudzikowego Skrzydełka — pierwsza dwójka była zdecydowanie spokojniejsza od obecnej więźniarki. Milknąca Łapa również był przeciwieństwem Łzawej Łapy, choć obecnie było to mniej dostrzegalne niż dawniej, lecz pewne różnice nadal ich dzieliły.
— To wszystko. — W końcu tak wyczekiwane słowa zastępczyni rozbrzmiały, a pośród zgromadzonych od razu rozpoczął się szum rozmów.
— Cyklonowe Oko — zaczął dymny, przedzierając się przez tłum wojowników. — Co na dziś zaplanowałeś — spytał, kiedy tylko udało mu się dotrzeć przed oblicze mentora. Kremowy bez pośpiechu skierowała swoje brązowe ślepia na ucznia, jakby oceniając go, czy może wystawić go na większy wysiłek fizyczny, czy lepiej będzie pozostać w tunelach.
— Skrzydlata Płomykówka mówiła, że trzeba jeszcze uwić parę posłań — odparł wojownik, wskazując ruchem głowy na sterty materiałów do budowy legowisk, których ilość widocznie zmalała w ostatnich dniach.
Dymny jedynie skinął głowę i ruszył do miejsca, gdzie ostatnio najczęściej przesiadywała Krokusowa Kruchość ze Skrzydlatą Płomykówką. Milknąca Łapa nie miał jeszcze okazji wić jakiekolwiek legowiska, więc nieco skonfundowany wziął mech i trawę, próbując jakoś je połączyć. Nie chciał nikogo obciążać pytaniami o to, jak to faktycznie wykonać i wolał w milczeniu samemu się pomęczyć z tym zadaniem, choć szkoda, by było, aby cenne materiały zostały przez niego zmarnowane.
— Potrzebujesz pomocy? — Pogrążony we własnych myślach nie usłyszał nawet, jak za nim pojawia się zastępczyni klanu we własnej osobie.
— Nie jesteś zajęta czymś innym, Skrzydlata Płomykówko? — spytał, nie chcąc zabierać jej cennego czasu.
— Skąd. I tak chciałam uwić jakieś posłanie lub dwa — przyznała, zajmując miejsce obok młodzika. Nie czekając na nic więcej, wzięła potrzebne materiały i zaczęła pokazywać Milknącej Łapie, jak powoli krok po kroku stworzyć posłanie. Kocurek był jej wyjątkowo wdzięczny za tę pomoc, dlatego też, kiedy pierwsze legowisko wyszło spod jego łap i wyglądało przyzwoicie, postanowił, że namówi Cyklonowe Oko na polowanie i w ramach podziękowań przyniesie kotce jakąś świeżą piszczkę.

«★»

Kiedy tylko stosy traw, puchu i mchu ponownie widocznie zmalały, dymny podniósł się z dotychczasowego miejsca i przepraszając zastępczynię, ruszył na poszukiwania swojego mentora. Zew nie miał nic przeciwko dalszemu wiciu posłań, lecz nie mógł się doczekać kolejnego treningu z kremowym kocurem. Uczeń chciał od razu wszystkiego się nauczyć, poznać tajniki walki oraz polowania na szaraki, by pokazać każdemu, szczególnie siostrze, że nadaje się na wojownika, potomka lidera i przedstawiciela miotu sojuszniczego.
Niestety jego poszukiwania szybko spełzły na niczym, gdyż w tunelach nie znalazł Cyklonowego Oka ani Śnieżycowej Chmury, która mogłaby wiedzieć, gdzie obecnie przebywa jej brat. Nieco przybity wrócił do Skrzydlatej Płomykówki. Kocica przez ten czas nadal wiła posłania, z czego jedno gotowe było odłożone nieco z boku, jakby specjalnie przyszykowane dla danego kota. Słysząc kroki niebieskookiego, przeniosła na niego swoje jasne ślepia, by z uwagą obserwując jego mozolne ruchy.
— Nie znalazłeś Cyklonowego Oka? — spytała, wracając do przerwanego zajęcia.
— Nie, podobnie w przypadku Śnieżycowej Chmury…
— Skoro tak, to mam dla ciebie zadanie. Część uczniów i wojowników co dzień przeszukuje stary obóz, może dołączysz do nich? Każda para łap się przyda, a nuż coś znajdziesz, co się przyda — zaproponowała, spoglądając na dymnego kątem oka. Ten od razu skinął głową i ruszył do tunelu prowadzącego do miejsca, które kiedyś mogli śmiało nazywać domem, azylem, lecz teraz po nim zostały jedynie zgliszcza i wspomnienia wśród Burzaków.
Nim Milknąca Łapa opuścił podziemia, już mógł poczuć na swym dymnym pysku podmuch mroźnego powietrza, które niczym drapieżnik po cichu zakradało się do tunelu oraz dalszej części nowego obozu. Kocurek mimowolnie się wzdrygnął, a jego sierść minimalnie uniosła, szczególnie ta występująca wokół szyi, przypominające niewielką grzywę, która powoli z każdym księżycem dodawała mu coraz większej elegancji i dumy z wyglądu.
Pierwszy kontakt poduszek łap z białym puchem w starym obozie był istnym dreszczem szoku, który przeszywał od kończyn do samego szpiku kości. Każdy oddech kocura powodował pojawienie się siwych obłoków też przed pyskiem kocura, świadczących o mało przyjemnej temperaturze, jaka obecnie panowała. Machnął swym krótkim ogonem, by następnie powoli ruszyć przed siebie w głąb dawnego azylu, w którym żył raptem parę księżyców, nim straszliwy pożar obrócił go w zgliszcza, po których obecnie stąpał. Nie wiedział dokładnie czego szukać, lecz postanowił swoje poszukiwania rozpocząć w miejscu, gdzie niedane było mu choć przez chwilę być, przebywać. Skruszone Drzewo górowało nad obozem, dumnie wznosząc się ku chmurom, choć teraz było pokryte ciemną sadzą, która dodawała wieku tej budowli.
Starając się nie potknąć o nic skrytego pod śniegiem, podążał niewielkim wzniesieniem, które prowadziło bezpośrednio do legowiska medyka, mieszczące się tuż pod tym, które dawniej należało do lidera klanu, Króliczej Gwiazdy. Ciekawiło go w jakimś stopniu, jak wygląda miejsce, gdzie głowa klanu potrafi spędzać całe dnie, lecz ze względu na szacunek do zmarłego, nawet nie podejmował próby dotarcia do tej kondygnacji wieży, zamiast tego skupił się na miejscu, które już od samego wejścia było przesiąknięte zapachem wszelakich ziół. Dla innych mogłby być przytłaczającą mieszanką jednak dla Milknącej Łapy stanowiły bodziec, przez który poczuł nagły smutek i tęsknotę. W jego głowie od razu pojawił się obraz, jak z resztą rodzeństwa leży ściśnięty przy brzuchu Purchawki, a jej futro intensywnie pachnie medykamentami, które znajdowały się w dziupli uzdrowicieli, gdzie sama kotka do niedawna sypiała. Przynajmniej dopóki nie przeniosła się do żłobka, by urodzić swoje i Zawodzącej Gwiazdy dzieci.
Ciężko westchnął, starając się zapanować nad łzami, które tak usilnie teraz chciały ukazać się światu i stanowić dowód słabości ucznia. Szybkim ruchem łapy, starł słone krople, sunące po jego dymnych policzkach. To nie był ani czas, ani miejsce na jego żale, przybył tutaj w poszukiwaniu czegoś, co mogło się ostać w czasie pożaru. Kiedy tylko wziął się w garść, przystąpił do węszenie po całym legowisku, starając się zbadać każdy kąt, zakamarek, gdzie mogły zostać ukryte zioła. Tym razem mu się poszczęściło, gdyż niespodziewanie do jego nosa dotarł wyjątkowo kuszący i smakowity zapach. Podążając tropem, dotarł do pęczku kocimiętki, od której aż czuł, jak mu w pysku gromadzi się ślina, stanowiąc naturalną reakcję na woń zioła. Pęczek został przez niego delikatnie pochwycony i by mieć pewność, że roślina w całości dotrwa do nowego legowiska medyków, ruszył truchtem do tunelu. Oczywiście w tym pośpiechu potknął się o jakiś niewielki kamień, przez co jego zęby mocniej zacisnęły się na kocimiętce.
Dumny niczym paw wkroczył do jaskini, gdzie obecnie przebywała Wdzięczna Firletka wraz ze swoją czarno białą uczennicą, będącą również siostrą dymnego kocura. Jej niebieskie ślepia od razu padły na brata, jakby samym spojrzeniem chciała go przepłoszyć z legowiska. Niestety dziś to nie był jej dzień i kocur, udając, że nie widzi Łzawej Łapy, podszedł do starszej szylkretki, by następnie tuż przed jej łapami odłożyć zioło na kamienną posadzkę.
— Wdzięczna Firletko, znalazłem je w twoim starym legowisku — oznajmił, minimalnie się prostując, czekając na pochwałę ze strony medyczki.
— Dziękuje Ci Milknąca Łapo, każdy pęczek kocimiętki się przyda w porze nagich drzew — wymruczała zielonooka. To wystarczyło, by w pysku kocura pojawił się smak zwycięstwa, który stłumił wcześniejszy posmak przyniesionego zioła. Kątem oka zerknął na Łzę, lecz po chwili trwającej uderzenie serca, ostentacyjnie odwrócił wzrok, pokazując swoją wyższość nad młódką. Skinął głową na słowa liliowej, a następnie opuścił ich legowisko.

2378 słów

[48%]

Event Klanu Burzy:
Poszukiwania - zioła z legowiska medyków
Uwicie nowych posłań z zapasów traw, puchu i mchów

Od Kamiennego Pióra do Dzikiego Berberysu

Wojownik potężnie ziewnął, następnie przeciągnął się, aż mu coś strzeliło w kręgosłupie. Miał wrażenie, że zaraz jeden z kotów zwróci mu uwagę, że ciągle się wiercił. Nie chciał przeszkadzać innym w odpoczynku, ale pomimo faktu, że posłanie było ciepłe i wygodne, w ogóle nie czuł się senny. Miał w sobie mnóstwo energii.
Patrole poranne już wyruszyły, a więc nie mógł do nich dołączyć. Uznał więc, że przejdzie się po obozie, aby rozprostować mięśnie. W zimnym powietrzu było coś niezwykłego. Było takie świeże, dzikie i przyjemnie się je wdychało. Pora Nagich Drzew też miała swoje plusy. Choć oczywiście nie musiało być aż tak zimno.
Zupełnie przez przypadek ruszył w stronę legowiska więźniów Klanu Wilka, do Dzikiego Berberysu. Zatrzymał się i już miał skręcić, kiedy uświadomił sobie, że to nie był taki zły pomysł. Jeszcze nie rozmawiał z kocurem ani razu, a musiał sam przed sobą przyznać, że był ciekawy jego przeszłości i jaki on był.
Zastanowił się przez chwilę, jak dziwnie byłoby znaleźć się w zupełnie obcym klanie, który by go przetrzymywał jako więźnia. Skrzywił się na samą myśl. Nie brzmiało to ani trochę przyjemnie. Kamienne Pióro wiedział, że tęskniłby za kotami takimi jak Korowy Szept, no i pewnie nie czułby się ani trochę lojalny wobec wrogów i nigdy by dobrowolnie nie dołączył do ich klanu.
Dziki Berberys miał jednak nieco inną sytuację. Przecież on sam opuścił Klan Burzy. Kamienne Pióro był ciekawy, czemu to zrobił. Nie podobało mu się? Chciał zostać samotnikiem? Przecież nikt nie chciał być samotnikiem! Czekoladowy pamiętał, jak kiedyś się bał, że nie wygra żadnej walki i zostanie wyrzucony z klanu. To byłby koszmar. A może w Klanie Burzy jest zupełnie inaczej. No przecież, na pewno jest zupełnie inaczej! Klan Burzy nie sięga Klanowi Wilka nawet do pazurków!
Kamienne Pióro prychnął z wyższością w myślach i powolnym krokiem skierował się w stronę więźnia. Mógł z nim porozmawiać, prawda? To raczej nie było nic złego. Chciał tylko mu zadać kilka pytań.
A co jeśli Dziki Berberys nie będzie przyjazny? Cóż, wtedy po prostu nie porozmawiają. Czekoladowy miał jednak nadzieję, że uda mu się uzyskać informacje, których był ciekawy.
— Cześć — miauknął pogodnie i zmierzył więźnia wzrokiem.
Dopiero teraz, kiedy przyjrzał mu się z bliska, zauważył, że był on dość duży, miał pędzelki na uszach i cętkowaną skórę na nosku. Kamienne Pióro zawsze chciał mieć pędzelki na uszach. To wyglądało tak ładnie, potężnie i majestatycznie. Niestety, stało się to kolejnym niespełnionym marzeniem.
— Jestem Kamienne Pióro. Pomyślałem, że… Fajnie byłoby cię poznać. Czemu opuściłeś Klan Burzy? Zamierzasz dołączyć do naszego? Podoba ci się tu?
Szybko zorientował się, że z nadmiaru ciekawości zadał zbyt wiele pytań naraz, co mogło być dziwne i przytłaczające.
— Oj, przepraszam bardzo, chyba trochę za dużo pytań, jak na jeden raz — miauknął z nieśmiałym uśmiechem i przestąpił z łapy na łapę.

<Więźniu?>

Od Kazarka do Szarugi

Marzł w swojej kryjówce. Nawet zapach wrzosów, które zebrał z dalekich terenów, nie pomagały mu zapomnieć, jak było mu zimno. Teraz był zdany na siebie, musiał przeżyć samotnie. Czuł, że mógł nie podołać temu, bo był zbyt słaby. Jednak... obiecał Wilczakowi przy granicy klanu, że przeżyje. Jeśli dokona tego, może dołączenie do tej wielkiej społeczności tam za drzewami iglastymi, będzie bardziej możliwe, a życie w samotności będzie tylko przeszłością. Przecisnął się przez norę, by wyjść na zewnątrz, przypadkowo już zdążył spaść pyskiem na śnieg. Otrzepał się z niego i ruszył szukać czegoś do jedzenia. Było wyjątkowo cicho tego wschodu słońca, Dwunożni nie pracowali nad wycinką drzew, tylko szkoda, że tylko Porą Nagich Drzew. Jego oczom ukazał się ptak, który jeszcze nie odleciał, nie umiał niby ich łapać, ale może się nauczy? Zaczął podchodzić do ptaka coraz bliżej, jednak gdy zstąpił łapą pewniej na śnieg, to wydał on dźwięk chrupnięcia. Ptak szybko odleciał wystraszony, a Kazarek próbował go gonić. Każdy jego krok jednak był nieuważny i głośny. Jeszcze widział go, chciał nawet skoczyć, ale nawet skakanie na ofiarę nie zadziałało, bo gdy skakał na ptaki, zwykle to się kończyło upadkiem na nos. Spoglądał na brązowego ptaszka, bo to jedyne co mu zostało. Po jednym uderzeniu serca ptak został zmiażdżony szczęką, tylko nie jego. Kocur spłoszony chciał szybko się schować, ale wrąbał w drzewo i jeszcze spadło na niego dużo śniegu, który go zakrył.
— Ktoś tu jest? — coś się odezwało, Kazarek za to siedział w ciszy w zaspie, marznąc. Siedzenie tak długo w śniegu nie było wskazane, mógł łatwo złapać jakiegoś choróbska, a jego wiedza zielnicza była bardzo ograniczona. Może znał tak z kilka roślin leczniczych i jedną trującą, choć ta trująca to bardziej owoc. Czyjeś kroki były coraz bardziej słyszalne, czy kot lub coś, co zabrało mu ptaka, nie odpuści mu? Mógłby po prostu się wygrzebać ze śniegu i uciec, tylko to by było kolejne ryzyko, bo nie wiedział, jak jest duże i szybkie to, co szło w jego kierunku. Dlatego postanowił odczekać, aż nieznajomy sobie pójdzie. Dało mu to większy spokój. Nagle większa pokrywa białego puchu, który go okrywał, została zrzucona przez wielkiego kota. Zanim srebrny nieznajomy zdążył coś powiedzieć, to Kazarek gwałtownie się odsunął, uderzając swoim ciałem o drzewko, stojąc tam przyczepiony.
— NIE PODCHODŹ DO MNIE! NIC DLA CIEBIE NIE MAM, CHCĘ JESZCZE ŻYĆ! — skulił się, a jego krótkie futerko nastroszyło się najbardziej na plecach i karku. Jego brązowe oczy były pełne strachu i paniki, a co jakiś raz syczał, żeby jakkolwiek odstraszyć wielkiego kota.
— Nie skrzywdzę cię. Widziałem, że wpadłeś w drzewo i jeszcze cię zasypało. Myślałem, że jesteś nieprzytomny, więc chciałem ci pomóc, żebyś nie przemarzł — cynamonowy kocur przez chwilę patrzył na srebrnego samotnika, nadal będąc co do niego ostrożny. Nie wiedział, jakie miał prawdziwe zamiary, przecież była Pora Nagich Drzew, a o jedzenie było trudno. Może więc nieznajomy chciał go skonsumować?
— O… to dzięki za pomyślność, raczej mało kto się o kogoś martwi, zwłaszcza gdy jest teraz w tym sezonie rywalizacja o jakąkolwiek zwierzynę między samotnikami — śnieg zaczął padać obwicie, a kocur o długim futrze strzepnął go z siebie.
— Szkoda tylko, że klany na ten czas nie podzieliłyby się swoimi ziemiami łownymi ze słabszymi. Byłoby jednak zbyt pięknie, gdyby tak było. Strzegą bardzo dobrze swych terenów. Aż bym powiedział, że za bardzo — Czy srebrny też znał się na klanach? No cóż, chyba tylko on kilka księżyców temu dokonał tego "odkrycia".
— Też znasz się na innych klanach? Bo ja się też znam, ale raczej tylko na jednym — niby mógłby już pójść, ale bał się, że samotnik zareagowałby dość ostro, bo wiadomo, miał prawo tak myśleć, nie znał go.

<Nieznajomy?>

Od Perłówkowej Łapy

— Chodzi o dobre tempo i rozłożenie energii — wybrzmiał głos Srebrzystej Równonocy.
Łąki klanu wysuszone księżycami gorącego słońca były wręcz stworzone na podpałkę dla ognia. Minęło już trochę czasu od pożaru, ale widok po tamtym dniu nie zdążył się za wiele zmienić.
— Zawróć za tamtym pniem i wróć tutaj, powtórz okrążenie jeszcze dwa razy — kontynuowała mentorka.
Czuła pod łapami popiół zmieszany z błotem. Bieganie powinno pomóc odłożyć myśli na tylny plan. Miała nadzieję, że praca ciała będzie na tyle głośna, że zagłuszy wszystko inne. Po ostatnich wydarzeniach ominęło ją kilka treningów, ale klan powoli zaczynał wracać do swoich codziennych rutyn. Wybudowanie nowego obozu nie zajmuje dnia, a dalej trzeba upolować zwierzynę, patrolować granicę, a w końcu i kontynuować naukę.
Gładko minęło pierwsze okrążenie. Zbyt gładko – bez wysiłku nie było czym zastąpić myśli, które chciały wracać. Perłówkowej Łapie trudno było uwierzyć, nawet jeśli w głębi wiedziała, że nie jest to do końca prawda, jak szybko członkowie jej klanu zdawali się zapominać o tym, co zaszło. Ile kotów nie zobaczą ponownie, w obozie, którego zostały szczątki. W jej pamięci dalej tkwił gęsty jak noc dym i gorąco, jakie zdawało się, że dalej czuła mimo ochładzającej się pogody.
Nieznacznie przyspieszyła bez powodu.
Ze względu na swój młodszy wiek Perłówka nie była obecna na całej rozprawie, ale nie powstrzymało jej to od podsłuchiwania koło wejścia. Jednak, gdy ciągle padało pewne imię, przestała słuchać. Wróciła dopiero na wyniki obrad.
— Tempo — zwróciła uwagę Równonoc.
Parę wschodów słońca wcześniej słyszała, jak Tańcujące Pierze szepcze coś do Rudzikowego Skrzydełka w kącie. Coś o byciu uważnym. Gdzieś przy kamiennych strażnikach. Perłówkowa Łapa nie chciała wierzyć w jej udział, bo mama była zbyt naiwna, żeby knuć i zbyt nierozgarnięta, żeby planować cokolwiek poważnego.
Poczuła ukłucie w boku i je zignorowała.
Była na nią zła. Chciałaby być na nią zła z samych dobrych powodów, za to, co chciała zrobić, za koty, które miała skrzywdzić, ale jeszcze bardziej była zła na to, że dała się wciągnąć w coś tak niebezpiecznego. Nie była najbardziej obecną matką, ale Perłówka i tak nie mogła przestać się martwić. Było blisko, a i ona mogła być skazana na śmierć.
Westchnęłaby, gdyby nie była właśnie zajęta dyszeniem. Ostatnie okrążenie. Prędkość była jej mocniejszą stroną niż wytrzymałość i ta wiedza podpowiadała jej, że jeśli przyspieszy bardziej, to trasa zajmie jej mniej czasu i nie będzie musiała dalej biec.
Łapa poślizgnęła się na mokrym popiele. Nie upadła, ale dysząc, zatrzymała się raptownie, łapy rozszerzone szerzej niż powinny. Deszcz ze śniegiem zacinał.
Srebrzysta Równonoc dobiegła do niej równym krokiem.
— Na dziś starczy — powiedziała po chwili bez żadnego zmęczenia w głosie.
— Jeszcze jedna.
— Starczy — powtórzyła stanowczo. — Wytrzymałości nie zbudujesz w jeden dzień. Ani w dwa.
Perłówkowa Łapa wyprostowała się i otrzepała zimne błoto z boku. Lodowaty deszcz nieprzyjemnie spływał po jej futrze.
— W takim razie możesz pomóc przy obozie — dodała, odwracając się w powrotną stronę. — Potrzebne są jeszcze kamienie i glina na ścianki w przyszłym legowisku medyka i żłobku. Lepiej, żeby były gotowe, zanim zacznie się prawdziwy mróz.
— Też mi przerwa — mruknęła pod nosem, ale poszła posłusznie za mentorką.

***

Gliny po tygodniach deszczów miało być pod dostatkiem w miejscach, gdzie woda zbierała się i stała przez dłuższy czas. Teren przy dawnym obozie był poprzecinany nieregularnymi zagłębieniami, gdzie deszczówka zbierała się i mieszała z popiołem i ziemią, tworząc ciemną, gęstą maź. Perłówkowa Łapa przykucnęła przy pierwszym takim miejscu i sprawdziła łapą konsystencję. Zbyt rzadka, za dużo wody, rozlewałaby się, zanim ktokolwiek zdążyłby cokolwiek z niej zrobić. Przeszła do kolejnego zagłębienia, bardziej osłoniętego od wiatru przez resztki zwęglonego krzewu. Nie była znawcą takich rzeczy, ale wyglądała na bardziej używalną. Zaczęła oddzielać kawałki i układać je obok siebie w jednolite porcje, które można byłoby przenieść.
Kamienie najłatwiej było znaleźć w skupiskach na piaszczystej części terenu, do którego ogień nie mógł dotrzeć. Nie była pewna, które nadawałyby się najbardziej na materiał budowlany, więc krążyła, układając je we własne stosiki, w zależności od ich wielkości i kształtu.
Kilka razy odchodziła z zebranym stosem do wyznaczonego miejsca przy wejściu do groty i wracała po więcej. Po którymś powrocie Perłówkowa Łapa uznała, że ma dosyć i że zebrała wystarczająco dużo jak na jedno popołudnie.
W ramach przerwy postanowiła rozejrzeć się po starym obozie. Poprzednio zawsze był pełen dźwięków, zapachów i obecności, a teraz nie był niczym. Tylko mokrym popiołem, deszczem ze śniegiem i ciszą.
Tylne wyjście zachowało swój kształt, choć otaczające je zarośla były teraz czarnymi, zwęglonymi kikutami. Perłówkowa Łapa weszła w to przejście ostrożnie i zaczęła je obwąchiwać, sprawdzając gałązki i kamienie wzdłuż ścieżki z nadzieją na cokolwiek, co może przetrwało pożar. Deszcz rozmył tu dokładnie wszystko, nie zostawiając wiele użytecznego do znalezienia.
Kilka kroków dalej ścieżka wychodziła na otwartą przestrzeń za obozem, gdzie wiatr nie miał żadnych przeszkód i zacinał ze zdwojoną siłą. Perłówkowa Łapa zmrużyła oczy, powąchała powietrze i przeskanowała wzrokiem ziemię. Popiół, błoto, mokre resztki zwęglonej roślinności.
Pod koniec ścieżki nic ciekawego nie nawinęło się pod nos. Wróciła do wejścia i stała przez chwilę przy granicy starego obozu, patrząc na to, co zostało.
[Event Klan Burzy: Przeszukiwanie starego obozu]
[Event Klan Burzy: zebranie kamieni oraz gliny na budowę ścianek w przyszłym legowisku medyka, oraz żłobku]


[827 słów]

[17%]

Od Makowej Łapy (Makowej Iluzji) CD. Kocimiętkowego Wiru

Gdy Makowa Iluzja była jeszcze uczniem

— Makowa Łapo? — zapytała Kocimiętkowy Wir, gdy przez moment bursztynowooka kotka się nie ruszała. Makowa Łapa przez chwilę leżała nieruchomo w śniegu, czując zimne płatki wtapiające się w jej rude futro, odbierające powolutku ciepło i wprawiające poduszki łap w dyskomfort. Nie ruszała się specjalnie, chcąc sprawdzić, jak długo jej siostra będzie wierzyć, że naprawdę udało jej się ją pokonać. — Makowa Łapo? — powtórzyła Kocimiętka, tym razem z wyraźnym niepokojem. Wtedy ruda kotka podniosła głowę. — Na Klan Gwiazdy! Już myślałam, że cię zabiłam! — miauknęła niezręcznie Kocimiętka, odwracając wzrok. Makowa Łapa parsknęła cicho. Wiedziała, że jej siostra nie chciała zrobić jej krzywdy. To miała być tylko niewinna zabawa w śniegu, a nie żadna prawdziwa walka. Kocimiętka doskonale wiedziała, że ruda uczennica nie przepada za przemocą, ale czy takie wygłupy naprawdę można było nazwać czymś poważnym?
— Przeżyłam tyle księżyców w tej dziurze, że nic mnie już chyba nie zabije! — odparła rudofutra, podnosząc się na łapy. Otrzepała się ze śniegu, przy okazji rozrzucając go dookoła. Oczywiście część białych płatków musiała trafić prosto w Kocimiętkowy Wir.
— Tak, tak… No, chyba że Zalotna Gwiazda, jeśli nie weźmiesz się za treningi! — burknęła zielonooka kotka, tym razem znacznie poważniejszym tonem. Uśmiech zniknął z pyska Makowej Łapy. Jeszcze chwilę temu obie śmiały się i rzucały śniegiem, a teraz atmosfera zmieniła się w mgnieniu oka. — Zabawa zabawą, ale musisz w końcu wziąć się w garść. Ile mam cię prosić, żebyś skupiła się na nauce, zanim w końcu to zrobisz? — miauknęła Kocimiętka. Makowa Łapa spuściła lekko wzrok. Wiedziała, że jej siostra nie mówiła tego ze złości. Po prostu martwiła się o nią i chciała, żeby pewnego dnia naprawdę została wojowniczką Klanu Wilka. Po prostu się martwiła i chciała, żeby ruda uczennica w końcu uwierzyła w siebie.
— Wiem… — miauknęła cicho po chwili. Poruszyła ogonem, kreśląc nim niewielkie ślady na białym puchu. — Po prostu czasami mam wrażenie, że inni są ode mnie lepsi. Że bardziej zasługują na to, żeby zostać wojownikami niż ja. — Makowa Łapa westchnęła i spojrzała na swoją siostrę bursztynowymi oczami. — Staram się, Kocimiętkowy Wirze. Naprawdę. Tylko… nie zawsze wiem, czy robię wystarczająco dużo — przez chwilę między kotkami zapanowała cisza, przerywana jedynie cichym szumem wiatru przechodzącego między drzewami. — Ale obiecuję, że spróbuję bardziej. Nie chcę cię zawieść ani zawieść Klanu Wilka — Kocimiętkowy Wir przez chwilę patrzyła na nią w milczeniu. W jej zielonych oczach nadal było widać troskę, ale tym razem pojawiło się w nich też coś łagodniejszego.
— Makowa Łapo… — zaczęła spokojnie. — Nie musisz być najlepsza ze wszystkich. Nie musisz od razu umieć wszystkiego i wygrywać każdej walki — podeszła bliżej i lekko szturchnęła siostrę barkiem. — Chcę, tylko żebyś przestała myśleć, że jesteś gorsza od innych. Masz dobre serce i to też jest ważne. Wojownik nie składa się tylko z pazurów i siły.
Makowa Łapa spojrzała na nią z lekkim uśmiechem.
— Naprawdę tak myślisz?
— Oczywiście, głuptasie — mruknęła Kocimiętkowy Wir, przewracając oczami. — Gdybym w ciebie nie wierzyła, nie marnowałabym tyle czasu na gadanie ci tego samego — ruda uczennica zaśmiała się cicho. Chociaż nadal miała wątpliwości, słowa siostry sprawiły, że ciężar w jej piersi stał się odrobinę lżejszy. Może faktycznie nie musiała być idealna, żeby pewnego dnia zostać prawdziwą wojowniczką Klanu Wilka.

Teraźniejszość

Ruda kotka wstała jak zawsze rano przy pierwszym świergocie ptaków. Zimne powietrze dotarło do jej nozdrzy, mimo iż w legowisku wojowników było ciepło i przytulnie. Do jej uszu dotarły słuchy, że kilka Wilczaków zostało rannych, ale nie pamiętała z jakiego powodu. Przeciągnęła się leniwie, po czym uniosła łeb i rozejrzała się po legowisku. Większość wojowników zdążyła już wyjść z nory, a ci, którzy jeszcze zostali, powoli budzili się do życia. Strząsnęła z futra resztki mchu i ruszyła w stronę wyjścia. Gdy opuściła legowisko, poranne światło oślepiło ją na krótką chwilę. Obóz powoli wypełniał się ruchem. Jedni wymieniali się zdobyczą, inni rozmawiali przy stosie zwierzyny, a uczniowie już czekali na swoich mentorów. Spojrzenie rudej kotki mimowolnie powędrowało w stronę legowiska medyczki. Zapach świeżych ziół mieszał się tam z wyraźną wonią krwi, co tylko przypomniało jej o rannych Wilczakach. Przez moment zastanawiała się, co właściwie wydarzyło się poprzedniego dnia i czy wszyscy z tego wyszli. Makowa Iluzja skierowała swoje kroki w stronę legowiska medyków. Gdy wsunęła łeb do środka, od razu uderzył ją zapach ziół. Cisowe Tchnienie wraz z Chudym Grzbietem uwijali się pomiędzy rannymi wojownikami, zmieniając okłady i rozdzielając świeże zioła. Nie chcąc im przeszkadzać, ruda kotka tylko omiotła wzrokiem legowisko i wyszła na zewnątrz. Tuż obok wejścia zauważyła Aksamitkowy Nos. Na jej boku widniało kilka świeżych zadrapań, a futro na karku wciąż było nastroszone. — Aksamitkowy Nosie, co się właściwie stało? Słyszałam tylko, że ktoś został ranny — zapytała Makowa Iluzja.
Wojowniczka westchnęła i usiadła.
— O świcie patrol natknął się na wygnanego wojownika z Klanu Burzy. Przekroczył naszą granicę i zapuścił się głęboko w las. Razem z Gwiazdnicowym Blaskiem i Wąsatkowym Ruczajem ruszyłyśmy za nim — na wspomnienie walki Aksamitkowy Nos poruszyła obolałym barkiem. — Próbowałyśmy go zatrzymać i zmusić do wyjaśnień, ale od razu rzucił się do walki. Był silniejszy, niż się spodziewałyśmy. Wszystkie odniosłyśmy rany. Dopiero Tygrysiej Nocy udało się go obezwładnić.
— Kim był? — zapytała cicho Makowa Iluzja.
— Przedstawił się jako Dziki Berberys. Powiedział, że został wygnany z Klanu Burzy, ale nie wyznał z jakiego powodu. Teraz jego los będzie zależny od decyzji Zalotnej Gwiazdy — odpowiedziała jej koteczka, a Makowa Iluzja skinęła głową. Nie spodziewała się, że zwykły poranek przyniesie tyle zamieszania. Makowa Iluzja szybko pożegnała się z medykami i powiedziała, że gdyby Aksamitkowy Nos czegoś potrzebowała, może ją wołać. Makowa Iluzja szybko pożegnała się z medykami i powiedziała, że gdyby Aksamitkowy Nos czegoś potrzebowała, może ją wołać. Ruda kotka skinęła głową w stronę wojowniczki, po czym ruszyła w stronę wyjścia z legowiska. Przez chwilę jeszcze słyszała cichy szelest ziół oraz przytłumione rozmowy dochodzące z wnętrza nory. Zapach krwi nadal unosił się w powietrzu, przypominając o wydarzeniach na granicy. Makowa Iluzja przystanęła na moment i spojrzała na obóz Klanu Wilka. Wojownicy powoli wracali do swoich obowiązków, jednak pod pozornym spokojem wciąż dało się wyczuć napięcie. Miała nadzieję, że Dziki Berberys nie sprowadzi na ich klan kolejnych kłopotów. Nie chcąc dłużej siedzieć wśród gwaru obozu, postanowiła wybrać się na krótki spacer. Chłodne powietrze i cisza panująca poza obozem mogły pomóc jej uporządkować myśli. Ruszyła więc jedną ze ścieżek prowadzących w głąb terenów Klanu Wilka, pozwalając, aby szum drzew i śpiew ptaków odciągnęły jej uwagę od porannych wydarzeń. Po pewnym czasie zwolniła kroku, gdy wyczuła w powietrzu obcy zapach. Nie należał on do żadnego znanego jej wojownika ani do żadnego z klanowych patroli. Ruda kotka uniosła głowę i ostrożnie rozejrzała się po okolicy. Między drzewami dostrzegła sylwetkę białej kotki z czarnymi uszami i charakterystycznymi ciemnymi plamkami na pysku. Makowa Iluzja nie znała jej. Nie wiedziała, kim jest ani co robi na terenach w pobliżu Klanu Wilka, dlatego zatrzymała się w bezpiecznej odległości, uważnie obserwując nieznajomą.
— Kim jesteś? — zapytała spokojnie, lecz czujnie. Biała kotka jej odpowiedziała ze spokojem w głosie.
— Huh? Jestem Mewa, Wilczy Skowyt z twojego klanu to mój partner! — wyznała samotniczka z dumą i stoickim spokojem. Ruda kotka aż otwarła pysk z wrażenia. Że ten czekoladowy wojownik z jej klanu miał za partnerkę samotniczkę?! Nie do wiary!
— Że ty?! Wilczy Skowyt?! Chociaż... tak… Siostra mi coś mówiła…? Nie pamiętam! Ale lepiej stąd znikaj! Patrol poranny niedługo wyruszy… — ostrzegła ją po cichu i powoli odeszła, jeszcze co kilka kroków odwracając się do tyłu.

***

Po dotarciu do obozowiska zatrzymała się wręcz z piskiem i wrąbała w siostrzyczkę.
— Kocimiętko! Nie uwierzysz, czego się dowiedziałam na spacerze! Twoja plotka jest jednak prawdziwa! Wilczy Skowyt kręci z samotniczką! — wydarła się do ucha swojej siostrze, a oczy zielonookiej rozbłysnęły.
— Ha! I co! Wiedziałam! — zadowolona z wieści siostry aż podniosła ogon do góry. Tą wiadomością będzie mogła szantażować czekoladowego tylko, ile będzie chciała! — Ale nie wiesz ode mnie nic! Żadnego słowa Ci nie pisnęłam! Zrozumiałaś, siostrzyczko? — mruknęła rozbawiona Makowa Iluzja.
— A może przejdziemy się razem i poszukamy jego miłości razem? Może nawet ją schwytamy! — odparła Kocimiętkowy Wir, na co Mak jej odpowiedziała:
— Oszalałaś?! Nie będę chwytać bezbronnych samotników — burknęła stanowczo ruda. Jej siostrzyczka wzruszyła ramionami i powiedziała:
— Ale przejść się na spacer i wyciągnąć od niej więcej informacji zawsze można prawda?
— No… Można! Ciekawe czego jeszcze się od niej dowiemy! To poczekaj, tylko coś zjem! Nie jadłam od rana — mruknęła Makowa Iluzja. Kocimiętka skinęła łbem i usiadła przy wejściu do obozowiska, a bursztynowooka skierowała się do stosu ze zwierzyną, z którego wyciągnęła sporych rozmiarów mysz, którą zaczęła powolnymi ruchami wcinać na tyle, mocno się w nią wgryzając, że pobrudziła sobie całe wąsy. Szybkim ruchem języka zmyła z siebie i wąsów resztki pożywnego posiłku. Pobiegła do swojej siostry i znowu prawie wylądowała na jej pysku.
— To co? Idziemy? Ty nie jesteś głodna, siostro? — zapytała Mak swojej siostry. Ta jej odparła pokręceniem swoim łbem, po czym obydwie kotki wyruszyły z ciepłego obozowiska Klanu Wilka. Zimne powietrze uderzyło w ich pyski, na co Makowa Iluzja się skrzywiła z wrażenia, gdyż w obozowisku powietrze było przyjemne.
— Chodź za mną, Kocimiętko! — Makowa Iluzja krzyknęła i udała się truchtem w miejsce, w którym spotkała pierwszy raz samotniczkę. Kocimiętka, nadążając za zielonooką, dotarły w miejsce, gdzie Mewa pokazała się Makowi, po raz pierwszy.

< Kocimiętko? Czujesz to? była tu 5 minut temu!>

Od Białego Strumienia do Gadożerowego Pyska

Śnieg sypał sobie w najlepsze, sprawiając same problemy kotom klanowym. Biały Strumień, chociaż kochał tunele, był rozdrażniony ilością miejsc do odśnieżania. W kółko te same wejścia zostawały zasypywane po kolejnej, dla niektórych pięknej, śnieżnej zamieci. Czasem spadł do tego drobny deszcz i proszę, mamy lód! Jakże super…
Tego dnia, pięknego, acz mocno pochmurnego ranka, albinos wziął się za czyszczenie wejścia do starego obozu. Gdy był mniej więcej w połowie, przyszedł do niego Śniący Obserwator, by przejąć to zajęcie. Biały przekazał mu więc wszystkie informacje, jakie miał, a sam postanowił pójść znowu na zwiady do starego obozowiska. Znaczy… bardziej na przechadzkę. Ich nowa baza wyglądała coraz lepiej, o ile można było tak nazwać podziemną grotę, która nagle zaczęła bardzo tętnić życiem… Koty znosiły pajęczynę, gałązki, różne kamienie czy glinę, wszystko, co mogło pomóc w odbudowie. Biały też przykładał do tego pomocną łapę, ale niestety tylko nocami, bo dni były całkiem słoneczne, poza dzisiejszym.
Dotarł na środek obozu, po którym krzątali się wojownicy. Dołączył do nich, chcąc lub nie, ale podsłuchując rozmowy.
— Więźniowie mają dziś odśnieżać ścieżki — usłyszał.
— Oby dali im kilku strażników. Nie chcę, by powtórzyła się tamta masakra… — miauknął drugi wojownik, przechodzący obok.
Biały nadstawił uszu, notując w głowie zasłyszane rzeczy.
— Ciekaw jestem czy Gadożerowy Pysk był w to zamieszany — dopowiedział ktoś.
Biały pomyślał sobie; dlaczego miałby?
— Pamiętasz, jak kiedyś kogoś otruł? Tamtą piszczką…
Przewodnik zamknął oczy i westchnął. Co za plotkarze, rozgrzebują stare rzeczy…
Następnie skierował łapy ku legowisku starszych, z którego zostały aktualnie jedynie zgliszcza. Łapą zaczął odgarniać śnieg, przekładać to, co zostało z rozłożystych krzewów, natrafiając w końcu na coś… co było małym zawiniątkiem. Właściwie, kiedyś to był faktycznie liść, ale teraz jedynie okruchy po nim walały się pod gałązkami. Kiedy grzebał dalej, dostrzegł rozsypane zioła. Nie był ekspertem, więc westchnął tylko i użył znalezionej wcześniej większej deseczki, by przełożyć znalezisko. Bardzo ostrożnie, powoli, zniósł je tunelami, aż do nowego medycznego legowiska, gdzie powitał Wdzięczną Firletkę.
— Znalazłem coś takiego w spalonym legowisku starszych — oznajmił ze spokojem, ale również ciekawością.
— Oh, korzeń żywokostu — odparła kotka. — Dziękuję, przyda się.
A więc były to zioła… cóż, tak pachniały, pomimo bycia niemal strawionymi na proch. Albinos kiwnął głową na znak pozdrowienia, wychodząc na główne korytarze. Dotarł do tunelu na zewnątrz, ale nie trafił akurat na wspomnianych więźniów. Widział gotową już, odśnieżoną drogę, więc z niej skorzystał. Dostrzegł w oddali nikogo innego, jak Gadożera, do którego podszedł. Kocur chyba wracał z nieudanego polowania, na co wskazywało potargane futro i grymas na pysku.
— Dzień dobry — zaczął albinos, zwracając na siebie uwagę. Całkiem wtapiał się w otoczenie. — Jak się miewasz?
Event w Klanie Burzy, przeszukiwanie starego obozu

<Gadożerowy Pysku?>

Od Nocnego Śpiewaka CD. Kamiennego Pióra

Nocny Śpiewak odetchnął cichutko. Jego oddech uniósł się na wietrze mgiełką pary. Kocur nie wątpił w swoje możliwości praktycznie nigdy. Wiedział, że był dobrym łowcą, dobrym rozmówcą i dobrym wojownikiem, jednak to w co wątpił to populacja zwierzyny tego lasu. Węszył i węszył, a po jedzeniu ani śladu. Patrol zataczał szerokie koła i wkraczał coraz to dalej za obóz, co z aktualną pogodą mogło też doprowadzić do tragedii. Zamiecie, śnieżyce, burze i załamujący się lód to nie był żaden żart.
W końcu Nocny śpiewak przymknął oczy na chwilę. Gdzie mogłyby się schować jakieś kąski? Ostatnio ledwo co znalazł to marną wronę, którą zaniósł do żłobka, a resztki do starszyzny. Ciężko szło mu się z myślą, że jak nic nie upoluje, to też nic nie zje, jednak był na to gotowy. On miał jeszcze arę kilogramów na sobie, które mógł zrzucić z głodu. Jego rezerwy były większe od mniejszych lub słabszych kotów, a klan musiał jakoś funkcjonować.
Z jego myśli i kroków wyrwał go cichy chrobot śniegu. Wojownik spojrzał w tamtym kierunku, napotykając jedynie sylwetkę swojego towarzysza. Kamienne Pióro podszedł do niego z zawiedzeniem wymalowanym na pysku.
– Znalazłeś coś? – zapytał. Noc mógł tylko pokręcić głową, zanim cokolwiek powiedział.
– Niestety nie. A ty? – mruknął cicho. Odpowiedź była negatywna. Zapadła chwila milczenia przerywana jedynie przez wiatr i cichutki szum piór w sierści Nocnego Śpiewaka. Czasami działały na jego korzyść, kiedy co głupszy ptak myślał, że to jego przyjaciel lub odrobinę wegetacji do zjedzenia i trafiał pod jego szpony, a czasami przeganiały myszy do ich norek.
– Wiesz…– Czekoladowy przerwał ciszę. – Chyba nigdy nie rozmawialiśmy za dużo, może chciałbyś ze mną zapolować? – zapytał. Było to bardzo miłe z jego strony.
– Jasne, możemy. – odparł prawie od razu i ruszyli spokojnym i cichym krokiem dalej w las. Drzewa uginały się pod warstwami śniegu, zaspy przesypywały się gdzieś z boku jedna w drugą, a słońce ledwo co wyglądało zza chmur. Nie była to idealna pogoda, ale przynajmniej nie wiało mocno. Chociaż według Nocy w łapy mogłoby być nieco cieplej…
– Tak sobie myślałem… Że w sumie to fajne te nowe odznaczenia. Wiesz które, Powiernik Cienia i inne… Chciałbym któryś z nich dostać. Raczej nie Opiekun Tchnienia, bo żaden ze mnie medyk, ale Strażnic Tajemnic, to jest coś. Albo Powiernik Cienia. Chciałbym umrzeć w obronie Klanu Wilka. Wtedy tuż przed śmiercią miałbym taką świadomość, że faktycznie się do czegoś przyczyniłem. Ale… Wątpię, żeby to się udało. Zawsze miałem marzenia, żeby być jak najlepszym wojownikiem, takim, który zapisze się w historii naszego klanu, ale… Jak widzisz, coś nie wyszło. Marny ze mnie bohater. Nie nadaję się na żadne z tych odznaczeń. – kot rozgadał się chwilę. Noc słuchał, jak mówi i wsiąkał wszystkie jego słowa. Aż mu się wierzyć nie chciało, że tak utalentowany wojownik tak słabo wierzy w swoje umiejętności. — Ale się rozgadałem — dodał z lekkim śmiechem. Dla Nocy brzmiał trochę nerwowo. Może mu się wydawało — A ty…? Też byś czegoś chciał albo… chciałeś i już ci się to udało?
Noc zamilkł na chwilę i wziął głęboki oddech. Wydał z siebie dźwięk, który wyraźnie oznaczał usilne myślenie. Nie myślał długo nad swoimi odpowiedziami, w końcu zawsze mówił od serca do serca.
– Wiesz Kamienne Pióro, że byłeś jednym z pierwszych wojowników, które imię poznałem i zapamiętałem. – a zaczął od małego wspomnienia. – Pamiętam bowiem taką trochę głupotę, jak pomogłeś kotu w obozie. Nie wiem, ile ja mogłem mieć… parę księżyców, mniej niż mam palców na łapach. I... Nie sądzę, że nie zasługujesz… czekaj. To podwójne zaprzeczenie, nie… Uważam, że jesteś w stanie osiągnąć, któryś z tytułów. Do strażnika Cienia w końcu nie trzeba tracić życia, tak jak Trzcinniczkowa Dziupla, który go otrzymał. I masz rację. Jest w tym tytule coś pięknego. Kiedy stanie się w końcu na skraju śmierci to przynajmniej twoje imię idzie dalej i dalej, nie popada w niepamięć tak od razu, jak kamień w wodę. I… jeśli mam być szczery to chyba ani ja, ani ty nie dostaniemy tego tytułu w najbliższym czasie, haha. Ale… wiesz… ty jesteś takim pomocnym kotem. Przyjaznym, do serca przyłóż. Nie wiem, czy właśnie Opiekun Tchnienia nie pasowałby do ciebie najbardziej. Ten komfort przyjaźni i otwartej łapy, który tak ze sobą niesiesz wszędzie. To też coś znaczy dla wielu kotów, dla których życie jest ciężkie. Nie trzeba być medykiem, aby troszczyć się o innych. Ja osobiście podziwiam tych, którzy tak otwarcie niosą pomoc innym. Ja jestem w tym bardzo niezgrabny i zawsze powiem coś nie tak. Taki już mój urok. I wiesz… mówisz, że zawsze miałeś marzenia, ale coś ci nie wyszło. Ja nie wiem, czy tak bym to określił. Ja się na ciebie patrzy, to nie widać tego marnego bohatera. W końcu największy heroizm leży w tych, którzy stoją murem za klanem, są dla niego wsparciem i ochroną w ciężkich momentach, nie tych, którzy na wiatr z obietnicami, skaczą do bezsensownej walki. I może Ci się wydawać, że nie będziesz już najlepszym wojownikiem, ale czym jest dokładnie dla ciebie najlepszy wojownik? Bo jeśli posługujesz się standardami innych, to nigdy tego marzenia nie osiągniesz. Dla mnie na przykład najlepszy wojownik jest jak Słota. Jest cierpliwa, wyrozumiała, ale stanowcza. Nie skacze do walki od razu, tylko układa plan działania. Słucha wszystkich wokół, bo liczy się z życiem drugiego kota. To jest wojownik doskonały… w moich oczach. W oczach innych może to być kot, który rzuca się pod kły lisa, aby ocalić kolegę. Kot, który zabije samotnika, który wtargnął na nasze tereny. Kot taki, kot smaki. Powiedz mi Kamienne Pióro, kim dla ciebie jest najlepszy wojownik? – Noc zakończył swój wywód, wpatrując się swojego towarzysza z uśmiechem. – I dlaczego miałbyś tego nie osiągnąć? – to było szczere pytanie, prosto z serca Śpiewaka. Kot martwił się o tych, którzy tak mniemali o swojej sile czy moralności. W końcu każdy może osiągnąć to, czego pragnie. Noc tyle ćwiczył, pracował na wszystko, co chciał ciężko i regularnie a część rzeczy przychodziła mu z łatwością. Relacja ze Słotą, tytuł wojownika, dwóch wspaniałych, nieco dziwacznych braci, znajomości kotów w klanie i kolekcja piórek pod jego legowiskiem. To wszystko było mieszanką tego, co przyszło i tego, co zarobił. Nie poddał się ani razu, ale wiedział też, że inne koty czasem potrzebują… przyjaznej łapy, aby iść przed siebie.
– Mam nadzieję, że mój wywód cię nie przestraszył. Tym razem ja się rozgadałem, oops! – podrapał się po pysku, kiedy Kamienne Pióro myślał nad odpowiedzią.


<Kamienne Pióro?>

Od Kazarka CD. Monarcha

Spojrzał na wielkiego niebieskiego samotnika, jego sposób mówienia wskazywał na to, że był dość pewnym siebie kotem. Chciał akurat znowu przejść na drugą stronę, by upolować coś na terenie Klanu Wilka, ale nie spodziewał się, że jakiś kocur go zaczepi.
— J-jestem Kazarek i ja tu mieszkam — starał się jakoś zakomunikować, że to jego teren, ale przecież straszny nie był, ledwo co umiał nawet przestraszyć własny cień. — W tym sezonie chyba najbardziej koty się przemieszczają, bo wiadomo jest zimno i nieznośnie — próbował jakkolwiek ratować swoje życie, żeby samotnik na niego krzywo nie spojrzał i nie chciał go skrzywdzić.
— Ach, twój teren? Doprawdy? Gdzie masz jakiś kamień z napisem, że tu mieszka Kazarek? — odparł Monarch, nie krył rozbawienia, tym jak Kazarek próbował stwarzać pozory odważnego i władczego. W międzyczasie uznał, że zacznie posiłek. Zdjął białą łapę ze stworzenia, pochylił łeb i odgryzł kawałek zwierzyny. — Uwierz mi, młodzieńcze, że nie tylko o tej porze. To naturalny rytm życia. Nie można być w jednym miejscu, jeśli jesteś samotnikiem — odparł niebieski, gdy przełknął kęs. Co, jeśli Monarch ukradnie jego tereny i już nie będą jego? Gdzie niby wtedy się podzieje?
— Nie mam żadnego kamienia, oznaczenie zapachowe zwykle wystarcza. Przy okazji bycie w jednym miejscu jest bardziej bezpieczne niż przemieszczanie się, nigdy nie wiesz, co czyha na innych terenach — nie wierzył, że z takim spokojem ktoś mógłby opuścić swoje bezpieczne miejsce, żeby pójść na skrawek terenu, którego nawet nie znał. Gdyby chciał się zapuścić przypadkowo jeszcze głębiej w tereny Klanu Wilka, to byłby już martwy. Nie rozumiał, zatem po co tak łatwo ryzykować swoje życie.

<Monarchu Pierwszy?>