BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Wojna z Klanem Wilka i samotniczkami zakończyła się upokarzającą porażką. Klan Klifu stracił wielu wojowników – Miedziany Kieł, Jerzykową Werwę, Złotą Drogę oraz przywódczynię, Liściastą Gwiazdę. Nie obyło się również bez poważnych ran bitewnych, które odnieśli Źródlana Łuna, Promieniste Słońce i Jastrzębi Zew. Klan Wilka zajął teren Czarnych Gniazd i otaczającego je lasku, dołączając go do swojego terytorium. Klan Klifu z podkulonym ogonem wrócił do obozu, by pochować zmarłych, opatrzeć swoje rany i pogodzić się z gorzką świadomością zdrady – zarówno tej ze strony samotniczek, które obiecywały im sojusz, jak i członkini własnego Klanu, zabójczyni Zagubionego Obuwika i Melodyjnego Trelu, Zielonego Wzgórza. Klifiakom pozostaje czekać na decyzje ich nowego przywódcy, Judaszowcowej Gwiazdy. Kogo kocur mianuje swoim zastępcą? Co postanowi zrobić z Jagienką i Zielonym Wzgórzem, której bezpieczeństwa bez przerwy pilnuje Bożodrzewny Kaprys, gotowa rzucić się na każdego, kto podejdzie zbyt blisko?

W Klanie Nocy

Ostatni czas nie okazał się zbyt łaskawy dla Nocniaków. Poza nowo odkrytymi terenami, którym wielu pozwoliły zapomnieć nieco o krwawej wojnie z samotnikami, przodkowie nie pobłogosławili ich niemalże niczym więcej. Niedługo bowiem po zakończeniu eksploracji tajemniczego obszaru, doszło do tragedii — Mątwia Łapa, jedna z księżniczek, padła ofiarą morderstwa, którego sprawcy jak na razie nie odkryto. Pośmiertnie została odznaczona za swoje zasługi, otrzymując miano Mątwiego Marzenia. Nie złagodziło to jednak bólu jej bliskich po stracie młodej kotki. Nie mieli zresztą czasu uporać się z żałobą, bo zaledwie kilka wschodów słońca po tym przykrym wydarzeniu, doszło do prawdziwej katastrofy — powodzi. Dotąd zaufany żywioł odwrócił się przeciw Klanowi Nocy, porywając ze sobą życie i zdrowie niejednego kota, jakby odbierając zapłatę za księżyce swej dobroci, którą się z nimi dzielił. Po poległych pozostały jedynie szczątki i pojedyncze pamiątki, których nie zdołały porwać fale przed obniżeniem się poziomu wód, w konsekwencji czego następnego ranka udało się trafić na wiele przykrych znalezisk. Pomimo ciężkiej, ponurej atmosfery żałoby, wpływającej na niemalże wszystkich Nocniaków, normalne życie musiało dalej toczyć się swoim naturalnym rytmem.
Przeniesiono się więc do tymczasowego schronienia w lesie, gdzie uzupełniono zniszczone przez potop zapasy ziół oraz zwierzyny i zregenerowano siły. Następnie rozpoczęła się odbudowa poprzedniego obozu, która poszła dość sprawnie, dzięki ogromnemu zaangażowaniu i samozaparciu członków klanu — w pracach renowacyjnych pomagał bowiem niemalże każdy, od małego kocięcia aż po członków starszyzny. W konsekwencji tego, miejsce to podniosło się z ruin i wróciło do swojej dawnej świetności. Wciąż jednak pewne pozostałości katastrofy przypominają o niej Nocniakom, naruszając ich poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza z krążącymi wśród kotów pogłoskami o tym, że powódź, która ich nawiedziła, nie była czymś przypadkowym — a zemstą rozchwianego żywiołu, mszczącego się na nich za śmierć członkini rodu. W obozie więc wciąż panuje niepokój, a nawet najmniejszy szmer sprawia, że każdy z wojowników machinalnie stroszy futro i wzmaga skupienie, obawiając się kolejnego zagrożenia.

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 7 grudnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

18 stycznia 2026

Od Wdzięcznej Firletki CD. Wełnistej Łapy (Wełnistej Mszycy)

Dawno temu…

Przeniosła spojrzenie z Motylkowej Łączki z powrotem na uczennicę. Postanowiła nie wspominać o tym, jak młodsza szylkretka zdawała się być niezadowolona z jej towarzystwa; nie wiedziała, dlaczego, i na ten moment chyba nie chciała wiedzieć.
Po polanach kręciły się jeszcze jakiś czas, wracając dopiero przed szczytowaniem księżyca z pyskami pełnymi ziół. Miała nadzieję, że Wełnista Łapa czuje się usatysfakcjonowana zmianą profesji i naukami, jakie otrzymuje – i że nie będzie chciała wrócić do życia wojowniczki. Klan potrzebował kompetentnych uzdrowicieli. I nawet jeśli okoliczności, przez które przyszło jej szkolić albinoskę, były takie, a nie inne, to i tak chciała… Aby ta czuła się dobrze. Na tyle dobrze, aby nie stchórzyć i doczekać swojego mianowania, w przeciwieństwie do Motylkowej Łączki.
Zerknęła kątem oka na oddalającą się przyjaciółkę. Czy to była jej wina? Czy jej nieszczęście było konsekwencją czynów medyczki? Potrząsnęła głową, ruszając w przeciwnym kierunku, w stronę lecznicy. Chciałaby, aby to Motylka była jej asystentką. Aby bez poczucia winy mogła korzystać z jej pomocy, angażować ją w życie medyka – zwłaszcza teraz, gdy ta zdawała się od niej… Oddalać.

Teraźniejszość…

Skała pod jej łapami była zimna. Wpatrywała się w tłum kotów przez wyjście z legowiska, przewracając między pazurami oblepiony miodem liść, pozostały po leczeniu Śniącej Łapy.
— Wdzięczna Firletko?
Podniosła spojrzenie na swoją uczennicę. Ah, no tak.
— Mhm… Tak, dobrze że już jesteś — miauknęła, uśmiechając się lekko. 
Odsunęła od siebie medykament i podniosła się z ziemi. Podeszła bliżej Wełnistej Łapy, stając zaledwie krok przed nią i spoglądając w jej błyszczące z niepewnością oczy.
— O co chodzi?
Wzięła głęboki oddech.
— Mówiłam Ci parę wschodów słońca temu, że jesteś gotowa na zostanie pełnoprawną asystentką — zaczęła wprost. Terminatorka wstrzymała na moment oddech, a zmartwione linie jej pyska wygładziły się. — Poradziłaś sobie bardzo dobrze; nigdy w to nie wątpiłam. Noc Szponiastego Księżyca będzie miała jednak miejsce dopiero za jakiś czas… A my potrzebujemy dodatkowych łap do pracy już teraz.
Jej uśmiech nieco zgorzkniał. Zbliżała się zima; pierwsza zima bez rodziców, bez Skowronka i Kwiecistej Kniei. Pozostała tylko ona i Dzwonkowy Świst… Nawet wspomnienia zabaw z Pierwomrówczą Gracją zdawały się już rozmywać. Zacisnęła zęby. Ostatnimi czasy mniej udzielała się w legowisku, więcej czasu spędzając z bratem czy córeczką Kniei, Bazią – próbując zacieśnić więzi z tymi członkami rodziny, zanim… Zanim Klan Gwiazdy zabierze jej i ich. 
— Wełnista Łapo — kontynuowała ciepłym tonem, otrząsając się. — Od dzisiaj możesz nosić imię Wełnistej Mszycy. Oficjalnie mianuję Cię na spotkaniu medyków, ale ufam, że będziesz dobrze sprawować się już teraz.

wyleczony: Śniąca Łapa

Od Szron Do Króliczej Prawdy

Wiele kotów odwiedzało ją i Strzępka. Wiele kotów odwiedzało Źródlaną Łunę. Wiele kotów przychodziło tylko na moment, aby dać jej posiłek, aby zmienić posłania, podłożyć pod nos świeży, nasączony wodą mech. Czasami przychodzili do starszej karmicielki, którą od czasu do czasu zajmowała się rodzeństwem, kiedy to ich matka znikała z byle powodu. Szron nie wiedziała co sądzić o Jastrzębim Zewie. Jednocześnie lubiła każdy moment, kiedy ich matka nie patrzyła na nią i na jej brata tym pustym, przepełnionym bólem wzrokiem, który niektórych ściskał za serce, a innych (właśnie małą pointke) wprawiał w niesamowity gniew. Z drugiej strony sposób, w który szylkretka zdawała się w nich wgapiać, nie był dużo przyjemniejszy. Lustrowała ich i oceniała, jakby próbowała zrozumieć coś, czego oni sami nie do końca rozumieli. Zwłaszcza po sytuacji ze śmierdzącym ptaszyskiem, które pewnego poranka zostało przytargane do kociarni, a następnie rozcięte przez ich matkę, tylko po to, aby momentalnie zapełniło całe legowisko najbardziej paskudnym smrodem, jaki tylko mogła sobie koteczka wyobrazić. Z niewiadomego powodu... szepty, spojrzenia i zmarszczenia nosów jedynie stały się coraz częściej zauważane przez niebieskie ślepka. Szron robiła wszystko, aby udawać kompletnie niewzruszoną tym nastawienie współklanowiczów. Niestety... kilkutygodniowe kocięta nie słyną z bycia nadzwyczajnie dobrymi aktorami, zwłaszcza kiedy ich mordka ma wiecznie niezadowolony wyraz.
Tak było i teraz. Chociaż pogoda była nieprzyjemna, koteczka siedziała przed żłobkiem, odbijając jedną łapką kamyk prosto do drugiej, i tak na zmianę. Była niesamowicie pochłonięta ową czynnością. Źródlana Łuna wybyła o poranku, mówiąc, że musi iść zapolować, żeby pooddychać świeżym powietrzem i poczuć się lepiej. Nie była to rzadkość; od kiedy rodzeństwo przestało być od niej całkiem zależne i mogło pozostawać pod okiem wiecznej karmicielki, wojowniczka często wychodziła, nawet na długi czas.
— Co to za ciekawa zabawa, Szron? — Koteczka nastroszyła się, szczerze przestraszona tak nagłym pojawieniem się ojca, który musiał właśnie powrócić z treningu, gdyż prosto za nim czaił się Pasterzowa Łapa. Terminator niemal od razu zmył się, uciekając w stronę stosu ze zwierzyną, gdzie czekał już jego czekoladowy brat. Niebieskooka odprowadziła go wzrokiem, próbując z całych sił ignorować kremowego wojownika. Chociaż nie pałała do niego niechęcią porównywalną do tej, którą okazywała matce, tak... zwyczajnie nie miała zawsze ochoty na rozmowę z nim. — H-halo? — zagadał ponownie, a koteczka położyła nieco uszy po sobie.
— Odbijam kamień — rzuciła sucho, marszcząc brewki. Kocur położył się naprzeciwko niej, aby być na poziomie jej mordki. — Nie widzisz?
— Widze, po prostu... wolałem, żebyś ty mi powiedziała. Liczyłem, że kryją się za tym może jakieś zasady lub coś takiego, ale odbijanie kamienia też może być fajne — powiedział spokojnie, ale kapka zmieszania była dość wyczuwalna, zwłaszcza kiedy patrzyło się na niepewny pysk kocura.
— Nie. Nie jest fajne. Jest nudne jak wszysztko w obozie... — Uderzyła ogonem o kamienną posadzkę i naburmuszona wydęła policzki.

<Królik ojciec?>

Od Ćmiego Księżyca CD. Astrowej Łapy (Rozkwitającego Astra)

Medyczka skierowała ucho w stronę piskliwego głosiku uczennicy protektora. Westchnęła nieco pod nosem, ale nie miała powodu, aby wybuchać złością czy besztać okrutnie szylkretke. Chwile milczała, co zapewne doprowadziło młodszą koteczkę do jeszcze większej paniki. W końcu odpowiedziała, przesuwając mechanicznie zioła na jedną kupkę.
— Odłożyłaś wszystko na miejsce? — mruknęła pod nosem, nie udając nawet, że kieruję ślepe oczy na uczennice Pomocnego Wróbelka.
— Je-jeszcze nie, ale zaraz to zrobię! Wzięłam tylko mak, więc nic nie przesuwałam, obiecuję... — zapewniała bardzo gorliwie, a szczerość wręcz wylewała jej się z pyska. Ćma nie miała powodu, aby jej nie wierzyć. Terminatorka była zawsze uważna i pomocna, nigdy nie zostawiała po sobie nieporządku, nigdy nie plątała się pod nogami, jeśli nie było to całkowicie nieuniknione. Pilnie się uczyła i zapamiętywała wszystko najlepiej, jak potrafiła. Była jej prawą łapą, od kiedy Wieczne Zaćmienie odeszła na swoją przedwczesną emeryturę do legowiska starszyzny.
— Dobrze. Nic się nie stało — mruknęła, wciąż nie odrywając pustego wzroku ze swoich pracujących łap, jakby pomagało jej się to skupić. — Nie przepraszaj za niesienie pomocy kotom, które tego potrzebują. Też jesteś od tego w Klanie Klifu, zapamiętaj to. Protektor musi liczyć momentami tylko na siebie, zwłaszcza w takich sytuacjach, kiedy medyk ma łapy pełne obowiązków — wytłumaczyła spokojnie, a Aster słuchała bardzo uważnie, przekrzywiając nieco łebek.
— Oczywiście, Pani Ćmi Księżycu! Będę pilna i uważna, żeby móc jak najwięcej ciężaru zdjąć Pani z grzbietu, zasłużyła Pani na najlepszą pomoc, jaką można zapewnić! — wymruczała gorliwie, wstając na równe łapy i kierując się dziarsko do składziku, gdzie odłożyła pozostałe ziarenka maku. Nawet jeśli była to bardzo niewielka ilość, jedną z pierwszych zasad, których uczono, było szanowanie każdego zioła, nawet najmniejszego i najlichszego. Nawet ono mogło ratować życie. Szylkretowa główka wyjrzała w końcu z zielarni, a głosik terminatorki rozlał się po reszcie lecznicy: — Czy jest jeszcze coś, co mogłabym zrobić? Albo Pan Pomocny Wróbelek, co mogłabym przekazać? Może brakuję jakichś ziół, albo pajęczyn na opatrunki, może przydałby się świeży mech, czy suchy, czy namoczony? — pytała pełna entuzjazmu.
— Potrzebowałabym jaskółczego ziela... — pomyślała głośno medyczka, teraz już stojąc i zbierając mech, na którym wcześniej siedzieli jej pacjenci. — Mchu nie ma co nanosić... Nikt nie został dłużej.
— Na pewno? Jestem już po swoim treningu, więc to nie kłopot. Mogę poprosić innych uczniów o pomoc, więc będzie to prędko załatwione, nie będziemy przeszkadzać! — zapewniła, więc medyczka w końcu skinęła głową. Wślizgnęła się momentalnie do swojego ciemnego składziku, aby nie musieć martwić się uczennicą, która krzątała się niczym mrówka między zużytym mchem.

* * *
Po mianowaniu Astrowej Łapy na protektorkę

Dni stawały się zimniejsze i wietrzne. Atmosfera po znalezieniu zgniłej mewy wciąż nie zdawała się całkowicie uspokoić, zwłaszcza że kocięta Źródlanej Łuny rosły i z każdym wschodem słońca coraz chętniej wyglądały z kociarni, badały wszelkie zakamarki obozu i ogólnie pokazywały się innym członkom Klanu Klifu. Szepty narastały wraz z ciemnieniem mordek i ogonków potomstwa niebieskiej wojowniczki, a co najgorsze, żadne nie stawało się ani troszkę bardziej podobne do Króliczej Prawdy.
Niepokój w sercu Ćmy jednak przybierał inną formę. O ile faktycznie również martwiła się o to, że Klan Gwiazdy kara jej kuzynkę za możliwą zdradę, tak nie mogła wyprzeć myśli na temat siebie i Mżącego Przelotu. Czy mogły zrobić coś nie tak? Czy posunęły się w końcu zbyt daleko? Czy jej całkowicie czyste i nieskalane myślą o zbrukaniu honoru swojego, swojej przyjaciółki, a także Klanu Klifu, zostały w jakiś sposób... zbrukane? Czy to ona powinna zostać ukarana? Czy znak był również skierowany do niej?
Od tamtego pamiętnego poranku sypiała jeszcze gorzej niż poprzednio, co samo w sobie było pewnym cudownym, niemożliwym wręcz zjawiskiem. Dużo myślała o tym, że na spokojne drzemki pozwalała sobie tylko, kiedy jej głowa spoczywała na przednich łapach drogiej koleżanki z Klanu Nocy. Za każdym razem przeklinała siebie i swoją głupotę. To musiało się skończyć. Nie ważne czy faktycznie Przodkowie są temu przeciwni.
— Dzień dobry, Ćmi Księżycu! — Z tych krytycznych względem samej siebie rozmyślań wyrwała ją Rozkwitający Aster. Koteczka w końcu została mianowana, co według Ćmy było niesamowicie dziwne i odłożone w czasie zdecydowanie zbyt mocno, ale nie nie utraciły tej uczniowskiej iskierki entuzjazmu.
— Dzień dobry — odpowiedziała spokojnie, nieco zbyt sennie, aby to ukryć. Zwłaszcza przed kimś tak dociekliwym i przejmującym się dobrostanem innych kotów.
— Wszystko w porządku? Nie brzmisz zbyt dobrze. Pomóc ci w czymś, może chciałabyś porozmawiać, zrobić sobie przerwę? — proponowała kolejne rzeczy, robiąc małe kroczki w głąb lecznicy.
— Nie, ale dziękuje — rzuciła, nie przerywając swojej pracy. — Widze, że świetnie sobie radzisz. Jeśli podchodzisz w ten sposób do każdego kota, nie umiem sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek nie czuł się zaopiekowany w Klanie Klifu — mruknęła. Nie chciała brzmieć nie miło, uszczypliwie, ale z powodu zmęczenie jej głos brzmiał zdecydowanie bardziej chłodno niż zwykle.

<Rozkwitający Aster?>

Od Ćmiego Księżyca CD. Jagnięcej Łapy

Okres wczesnego treningu Jagnięcej Łapy

Szła spokojny, miarowym krokiem. Chociaż nie mógł tego dojrzeć, była świadoma, że koty w Klanie Klifu wciąż niechętnie podchodziły do Jagnięcej Łapy. Nie były zadowolone, kiedy zwyczajnie pozwolono jej pozostać w obozie jako więzień, kiedy pozwolono jej jeść zwierzynę, którą złapali, kiedy któryś z wojowników miał marnować cenny czas na pilnowanie jej... A teraz ta sama kotka miała przygotowywać się do objęcia jednego z najważniejszych stanowisk. Nie mogli jedna nic zrobić. Nie mogli się otwarcie sprzeciwić, nie mogli krytykować tej decyzji. Nie prosto w pysk Ćmiego Księżyca. O ile wybory Judaszowcowej Gwiazdy co jakiś czas wzbudzały pewne kontrowersje, a negatywne opinie nie były wypowiadane jedynie późną nocą w legowiskach, tak... jeśli chodziło o to, co wychodziło z inicjatywy ślepej medyczki, sprawy miały się nieco inaczej. Judaszowiec oczywiście był liderem, miał największą moc sprawczą, ale zawsze liczył się z tym, co na dany temat myśli jego siostrzenica. Ćma za to... nie musiała się do końca liczyć ze zdaniem wuja. Oczywiście, kochała go i szanowała; nie tylko jako członka rodziny, ale i kota namaszczonego darem żywotów przez Klan Gwiazdy, ale... wiedziała, o władzy, którą nad nim posiada. Wiedziała, że jeśli wystarczająco zgrabnie ubierze coś w słowa, o ile okryję to peleryną z gwiazd, powoła się na Przodków, wszystko jest dla niej możliwe. Klan Klifu też był do pewnego stopnia tego świadomy. Nie było warto mieć w medyczce wroga.
— Podejdź bliżej i dotykaj bokiem mojego boku. Nie umiem sama zejść po kamieniach — powiedziała niebieska, kiedy ciepły wiatr naniósł na ich futra kropelki prosto z wodospadu. Jagnięca Łapa prędko przylgnęła do mentorki, nie potrzebując kolejnych instrukcji. Kotki wspólnie, powoli i ostrożnie zeskakiwały z kolejnych, nieco śliskich głazów, aż w końcu ich łapy natrafiły na miękką trawę.
— Nie wychodzisz sama? — zapytała nieco niepewnie uczennica.
— Wychodzę. Klan Gwiazdy ma mnie w opiece, ale nie mogę być głupia i narażać się na skręcenie łapy. Często towarzyszy mi Astrowa Łapa lub inny uczeń, wojownik. Zwykle jednak asysta jest mi potrzebna jedynie tutaj — wytłumaczyła, nie pozostawiając długo w jednym miejscu. Ruda kotka potruchtała do niej i zrównała się.
— A zwierzęta? Drapieżniki? — dopytała. — O-oh... Nie chce być nieuprzejma. Nie musisz mi odpowiadać, przepraszam.
— Nie. Odpowiem. Mój wzrok nie jest nieobecny; jest zmieniony. Odebrał mi go Klan Gwiazdy, a więc nie jest przekleństwem czy defektem, a darem. Nie wstydzę się tego, nie ukrywam się za nim, nie próbuje go wykorzystywać, aby uciekać od swoich obowiązków — wytłumaczyła, może nieco zbyt twardym głosem, gdyż Jagienka nie odpowiedziała. Ćmi Księżyc dopowiedziała więc coś jeszcze, odpowiadając na pytanie starszej: — Nie są mi straszne. Widze życie, lecz nie widze istot żywych tak, jak ty. Wiem, gdzie jesteś, zawsze, nawet kiedy wydaję ci się, żeś cicha, jak śpiąca mysz. Wiem, kiedy mój pacjent cierpi, wiem, kiedy życie w nim gaśnie lepiej od ciebie, która widzi ból na jego pysku i ulatujące z oczu iskry — tłumaczyła powoli. W końcu postanowiła jeszcze dodać coś, co mogło być nieco bardziej zrozumiałe, zwłaszcza w dosłownym znaczeniu: — A czy ty widzisz tylko oczami? Czy zapachy nie tworzą ścieżek, którymi poruszały się myszy, sarny czy nawet ptaki? Czy nie słyszysz, jak między rytmicznym szelestem traw, wprawionych w ruch przez wiatr, można wyodrębnić coś, co wielkością zbliżone będzie do kreta?
— Jeśli przedstawiasz to w taki sposób, to tak... Rzeczywiście świat nie jest malowany jedynie przez to, co widać oczami — miauknęła nieco uspokojona, że mentorka nie ma jej niczego za złe.
Szły długo w ciszy, kierując się w stronę spokojnego morza. Zapach soli zaczął otaczać kotki z każdej strony, a fale w równym tempie uderzały leniwie o brzeg. W końcu między źdźbłami można było wyczuć ziarenka piasku. Ćmi Księżyc przerwała milczenie:
— Jak mówiłam na samym początku, wiem, że masz już sporą wiedzę, więc twój trening będzie skupiał się głównie na tym, aby ją uzupełnić — zaczęła, siadając na ciepłej, nagrzanej posadzce. — Zdaję mi się, że mogę uznać, że tam, skąd pochodzisz, gdzie uczyłaś się zielarstwa, nie było morza, a więc... Czy wiesz cokolwiek o tym, co mogą kryć fale, i co z tego może okazać się przydatne dla medyka Klanu Klifu?

<Jagienko? Możesz coś wymyślić, kreatywność też cenimy w tej szkole >
[671 słów]

17 stycznia 2026

Od Żmijowcowej Wici CD. Borówkowej Słodyczy

Podniósł brew, trzymając w pysku nieszczególnie okazałą ukleję. O ile znał Borówkę dość długo, od małego można by rzec, a jeśli miałby być szczególnie uszczypliwy tego dnia, powiedziałby, że miał z nią bliższe kontakty prędzej niż jego głupi, rudy brat, tak... rzadko widywał ją faktycznie zmartwioną jakimś wydarzeniem. Oczywiście, widział, jak zamartwia się przyszłością swoich małych pociech, widział, jak stresuje się, kiedy nadawano im uczniowskie imiona, kiedy wymaszerowały na pierwszy trening. Tylko że to wszystko było jej znane. Było IM znane. Ona przez to przechodziła, Tojadowa Kryza przez to przechodził, on przez to przechodził, wszyscy w Klanie Nocy przez to przechodzili. Nie każdy jednak dopuścił się zdrady i mezaliansu, którego wielkim fanem okazał się książę Szałwiowe Serce. Wybór Żmijowcowej Wici do poruszenia tego tematu też nie był całkowicie głupi i pozostawiony przypadkowi, ta przynajmniej sam kocur myślał, gdyż point był przecież mentorem obu wojowników. Szkolili się pod jego okiem w tym samym momencie; obu im przeprowadzał test, obu przygotował do bycia pełnoprawnym, szanowanym członkiem Klanu Nocy. A teraz... a teraz to właśnie on krył się po wysokich tatarakach, obsmarowany hańbą i obdarty z godności, którą jeszcze kilka wschodów słońca temu nosił na szerokiej piersi. Rzucił rybę pod łapy i oblizał jasny pysk od krwi.
— Trudno było nie słyszeć. Wystarczyło mieć sprawne uszy. Nawet jak kogoś nie było podczas tego... oskarżenia, że tak to ujmę, Błękitnej Laguny, to najwidoczniej plotki noszą się tutaj z prędkością rzecznego nurtu — mruknął, owijając się ogonem. Nie był aż tak przejęty tą sytuacją. Na pewno nie tak, jak jego szwagierka. Poczuł się zobligowany dodać, wiedząc, jaką posiada reputację w klanie. — Aha i żeby to było jasne, tym razem ani ja, ani Trzcinowy Szmer nie maczaliśmy w tym łap.
Borówka spojrzała na niego smutno, chcąc mu dać do zrozumienia, że to nie był zbyt dobry czas na te typowe "żmijowcowe" zaczepki i dramatyczne zagrywki.
— Wiem, wiem... Dużo można o tobie mówić, ale szanujesz Szałwiowe Serce... Nie posądziłabym cię o rozpowiadanie plotek o nim.
— To dobrze, bo już mi się o ucho gdzieś obiło, że to niby od naszej dwójki, Laguna miał się o tym dowiedzieć, ale to bez sensu, po co miałbym się zapuszczać na tereny Klanu Klifu. Może jakbym miał dalej ucznia, ale teraz? Nie ma szans. — Nachylił się nad ukleją i wziął drobny, elegancki kęsik.
— Ale... Co o tym sądzisz, tak szczerze? — powtórzyła jedno z kilku pytań, którym zasypała go na samym początku.
— Nie wiem — rzucił bez namysłu. Chwile milczał, ale wyraz na mordce wojowniczki powiedział mu, że jeśli nie chce wyjść na kretyna, musi rozwinąć swoją wypowiedź. Przełknął i kontynuował: — Mam w sobie mniej krwi Klanu Nocy niż ta ryba. — Wskazał na swój nadgryziony posiłek. — Ciężko mi krytykować kogoś, kto wszedł związek z kimś z innego klanu, wiedząc, że i moja matka, i mój ojciec byli samotnikami i nie należeli do żadnego, kiedy zdecydowali się na posiadanie potomstwa. Nie widze w tym nic złego, ale może to właśnie problem, nie moja zaleta. Na pewno w ten sposób myśli Błękitna Laguna.
— Rozumiem — skomentowała krótko niebieskooka.
— Swoją drogą, nie mów może głośno tej mojej opinii, co? — Przechylił nieco głowę, patrząc jej prosto w pysk. — Nie wiem, jakie nastawienie do tego wszystkiego ma Mandarynkowa Gwiazda, a ja wciąż... niekoniecznie ją ku sobie z powrotem przekonałem. Wole nie pakować się w dodatkowe bagno, rozumiesz? — Kotka kiwnęła głową, a Żmijowiec odwzajemnił gest, biorąc kolejnego dziaba. Na moment zapanowała nieco niezręczna cisza, którą za wszelką cenę chciał przerwać. Borówkowa Słodycz ubiegła go jednak i zadała pytanie, na szczęście niezwiązane już z tematem Szałwiowego Serca.
— Widziała, że wychodziłeś na patrol poranny z Tojadem. — Na te słowa skrzywił się i niechętnie potaknął. — Wiesz, gdzie jest? Nie widziałam go, a już wróciliście...
— Pszczoła użądliła go z brzuch, kiedy próbował złapać mysz — opowiedział prędko, nie chcąc zbyt długo rozwodzić się nad swoim przygłupim bratem. Na wspomnienie pisku, który wydał z siebie rudy, uśmiechnął się jednak i dodał: — Poszedł do Gąbczastej Perły, ale nie wiem, ile można siedzieć u medyków z czymś tak błahym.
— Może ma uczulenie... — zmartwiła się jego partnerka.
— Może. — Wydłubał sobie pazurem ość spomiędzy zębów. Coś go tknęło, aby wrócić do poprzedniego tematu: — A ty? W sumie ty nie powiedziałaś mi, co o tym wszystkim myślisz, Boróweczko... Przedstaw mi opinie kota, który wie, jak to jest poświęcić wiele dla prawdziwej miłości... Godność, honor, zdrowy rozsądek... — wyliczył, szczerząc się.

<Borówka?>

Wyleczeni: Tojadowa Kryza

Od Szron Do Strzępka

Chłód rozpływał się po kociarni. Z każdym wschodem słońca, z każdym zachodem panoszył się bardziej i bardziej, nie pozwalając, aby mech zbyt mocno nagrzał się ciepłem kocich ciał. Wiatr omijał kamienne ściany, hulając między głazami, przenikając przez futerka, które nie zdążyły jeszcze nabrać dodatkowej grubości. Dreszcze tańczyły na grzbietach, karki stroszyły się, a ogony żałośnie próbowały okrywać pod sobą całe ciała; często z niezadowalającym rezultatem. Wojownicy mogli liczyć na tłok panujący w ich legowisku, uczniowie na wciąż gorejący z nich zapał, a kocięta na troskliwy uścisk ciepłego ciała matki.
Okrutnym było uczucie, kiedy ten czuły, pełen troskliwości gest, sprawiał, że chociaż na zewnątrz łapki przestawały drgać, tak wewnątrz chłód narastał.
Już od samego początku, kiedy rodzeństwo położyło się spać, a rodzicielka wkrótce do nich dołączyła, nieco niezgrabnie próbując ułożyć się w sposób, aby dać im potrzebną ochronę przed mrozem, Szron robiła wszystko, aby umknąć. Nie mogła jednak ukrywać, że temperatura była przeraźliwie uporczywa. Noce stawały się niemożliwe do przespania bez wsparcia futerka matki. A to sprawiało, że za dnia, po tym, jak budziła się wtulona w miękki brzuch, była jeszcze bardziej uszczypliwa, obrażona i niezadowolona z wszystkiego i wszystkich. Często myślała o długowłosych, puszystych wojownikach, którzy przychodzili od czasu do czasu do kociarni. Gdyby tylko miała taką sierść... Nie musiałaby teraz leżeć pod ogonem niebieskiej karmicielki. To była jej najnowsza taktyka. Mogła spać odwrócona do Źródlanej Łuny pupą. Nie, żeby jednooka specjalnie wpatrywała się w swoje pociechy. To był jeden z problemów, do których uczepiła się jej córka. Karmicielka niemal nigdy nie patrzyła na swoje dzieci. Również, kiedy przychodził czas odpoczynku. Chociaż odgradzała je swoim ciałem, pysk spoczywał na łapach, wpatrzony przed siebie lub w całkowicie przeciwną stronę. To denerwowało Szron niemal tak bardzo, jak kiedy już rodzicielka raczyła zerknąć. To jednak było gorsze... To, ile przeróżnych emocji mogło kryć jedno oko... Nawet głupie kocie było w stanie rozpoznać kilka z nich.
Kolejny podmuch wiatru wtargnął do żłobka. Drobne, jasne ciałko zadrżało pod kołdrą z matczynej kitki. Szron poczuła, jak końcówka ogona próbuje owinąć jej się wokół brzucha, aby dać jej trochę więcej ochrony, komfortu. Nastroszyła się momentalnie i wierzgnęła długimi nogami, wygramalając się spod bezpiecznej osłony. Momentalnie zesztywniała z zimna. Delikatne szuranie jeszcze bardziej skupiło jej uwagę na leżącej dalej kotce.
— Szron... wracaj, przeziębisz się — mruknęła słabo Źródlana Łuna, nie chcąc obudzić syna, który niestety i tak został delikatnie skopany przez siostrę podczas jej raptownej próby oswobodzenia się z sideł niebieskiego ogona. — Proszę.
Na słowa królowej kotka jedynie prychnęła pod nosem, odsłaniając wystające zęby i odwróciła się. Zrobiła kilka niepewnych kroków. Nawet jeśli poruszanie się szło jej już bardzo dobrze, tak przez ziąb panujący w całym obozie, jej kosteczki i drobne mięśnie zdecydowanie odmawiały jej pełnego posłuszeństwa. Padła na mech w kącie. Mogła położyć się przy boku Jastrzębiego Zewu, ale nie lubiła, jak kocica spogląda na nią, kiedy myśli, że pointka tego nie widzi. Nie lubiła tego, jak wszyscy na nią patrzą.
— Strzępku, nie... — Dotarły do niej kolejne słowa, a kroki brata, których dźwięk znała wyśmienicie, stawały się głośniejsze z każdym uderzeniem serca. W końcu poczuła jego ciepło u swojego boku, a uszy wyłapały ciche i smutne westchnięcie matki. Nie wstała jednak. Wiedziała, że nie ma sensu jeszcze bardziej nastawiać dwójkę przeciwko sobie.
— Będziesz chora — powtórzył za rodzicielką.
— I co z tego? W lecznicy tesz mają legowiszka — powiedziała, plując lekko przez swój zdeformowany pysk. — Ale będziesz muszał być tu szam.
— Zostawisz mnie? Nie ma już nawet Naparstnicy — zauważył, a siostra jedynie przewróciła oczami.
— On i tak był nudny... Nie zoształ wojownikiem. — Uderzyła ogonem. Nie wiedziała do końca, o co chodzi z rolą protektora, ale nie mogła być czymś dobrym, nie brzmiała. — Moszesz pochorować szię ze mną.

<Brat?>

Nowa Członkini Klanu Gwiazdy!

 

CENTURIOWA ŁAPA

Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna odejścia: Zagryzienie przez wydrę

Odeszła do Klanu Gwiazdy!

Od Fląderki CD. Klekoczącej Łapy

Fląderka początkowo nie zrozumiała pytania księcia. W końcu nie była sama w lecznicy. Nie licząc medyczki, która wyszła z niej, aby udać się po mokry mech, razem z nią na posłaniach przeznaczonych dla chorych przebywał również Klekocząca Łapa. Zamrugała pomału zdrowym oczkiem, starając się oszczędzić chore.
– Złocisty Widlik musiał wrócić do kociarni, do mojego rodzeństwa. M-moja siostrzyczka nie chciała, aby zostawił ich samych na dłużej... Centurii i Rezedzie nic nie dolega. Są zdrowi. – Położyła mordkę na oparciu. Centuria nie wyglądała ani trochę na zadowoloną, gdy piastun dostrzegł, że z oczkiem Fląderki jest coś nie tak, a tym bardziej, gdy zdecydował się ją zabrać do medyków. Zaczęła robić wszystko, aby kocur nie poświęcał swojej uwagi szylkretce w większej ilości, niż powinien. – Obiecałam być grzeczna, dlatego pozwolono mi zostać samej.
Rozmowa z księciem ją bardzo stresowała, mimo to wysiliła się na grzeczne wyjaśnienie, jak sprawa wygląda. Właśnie dlatego została sama w lecznicy, bez rodzeństwa i piastuna, którzy w czasie jej rekonwalescencji mogli zrobić wiele innych ciekawych rzeczy. A gdyby jednak zdecydowali się jej towarzyszyć, nie mogliby ich zrobić.
– Mhm... – mruknął kocur, prawdopodobnie nieusatysfakcjonowany odpowiedzią koteczki. Czyli źle odpowiedziała na jego pytanie?
Przez resztę czasu milczała, o ile książę Klekocząca Łapa nie zadał jej pytania. Wówczas odpowiadała, nie decydując się zignorować księcia. Nawet jeśli czasami się jąkała, starała się zawsze odpowiedzieć na jego pytanie.
W końcu do lecznicy wróciła Gąbczasta Perła z mchem, którego potrzebowała zarówno Fląderka, jak i książę. Brązowa koteczka z uwagą obserwowała ze swojego legowiska, jak medyczka ostrożnie obchodzi się z książęcą łapą, w której utknęła drzazga. Nie była do końca pewna czy powinna ich obserwować w tej sytuacji, więc po pewnym czasie zmrużyła oczka, decydując się dać im więcej prywatności. Skuliła się w kłębek, mając nadzieję, że uda jej się wtopić we wnętrze lecznicy, a jej szelest czy głośniejsze zaczerpnięcie powietrza nie będą przeszkadzać asystentce podczas badania.
Gąbczasta Perła zajęła się jej chorym oczkiem. Przetarła nagromadzoną ropę w jego kąciku oraz nałożyła leczniczą maść, która z pomocą okładu miała uzdrowić Fląderkę.
Czy cenne zasoby medyczne powinny być na nią przeznaczane? Na pewno powinny być przeznaczane na koty z rodu i dzielnych wojowników. Ktoś bardziej niż ona mógł ich potrzebować. Nie chcąc być darmozjadem, obiecała czy właściwie zaoferowała swoją pomoc asystentce, mówiąc, że gdy skończy sześć księżyców, będzie pomagała nosić zioła pozyskiwane z wypraw medycznych.
~~~
Fląderka skończyła sześć księżyców; jeden z wielu treningów, w których uczestniczyła
Razem z pozostałymi uczniami i ich mentorami opuściła obóz, udając się na polowanie, czy też raczej zgłębienie jego tajników. W trakcie, gdy mentorzy tłumaczyli jej rodzeństwu kolejny raz podstawy, Fląderka zajęła miejsce na jednym z pieńków, z którego miała całkiem dobry widok na całą grupkę. Nie miała zamiaru przeszkadzać im w lekcji, nie chcąc pałętać się pod ich nogami. Nie daj Klanie Gwiazdy, sprawiłaby, że ktoś by się przez nią potknął i zranił w łapę. Jak ostatnim razem...
Mimo że starała się unikać spoglądania na Klekoczącą Łapę, spojrzenie jej brązowych oczu raz za razem spoczywało na kocurze, w szczególności na jego pysku. Dzięki wrodzonemu talentowi, który posiadały koty z rodu, oraz zdobytej wiedzy z łatwością przychodziło mu łapanie ryb. Pozostałym starszym uczniom również szło dobrze, jednak nie jak księciu. A jeśli chodziło o rodzeństwo Fląderki, cóż, czekało ich jeszcze sporo nauki.
Rezeda brodził na płyciźnie, gdy Centuria starała się w międzyczasie pochwycić małą rybkę kryjącą się niedaleko korzeni zanurzonych w wodzie. Bezskutecznie.
– Rezedowa Łapa... Centuriowa Łapa... – wymruczała, decydując się zmienić pozycję na pieńku z siedzącej na leżącą. Była bardzo ciekawa, jakie jej rodzeństwo zyska wojownicze miana.
Przymknęła oczka. W przeciwieństwie do pozostałych kotów nie musiała trenować. Miała jedynie pomóc im w drodze powrotnej, dostarczyć złowione ryby do obozu. To była w stanie zrobić, jednak musiała poczekać, aż trening się skończy.
Promienie słoneczne grzały ją w plecki, a z jej pyszczka wydobywało ciche mruczenie, gdy wtem głos jej siostry wyrwał ją z półsnu.
– Nie powinno cię tutaj być... Twój smlód płoszy nam lyby! – zawołała, patrząc wrogo na Fląderkę. Kotka ostrożnie skinęła głową na znak, że zgadza się z siostrą. Nie powinno jej tutaj być. Nie powinna towarzyszyć podczas treningu księcia ani tym bardziej być brana poza obóz. Mimo tego zgodnie z wolą Algowej Strugi udała się razem z nimi nad rzekę. Nie mogła się przecież sprzeciwić księżniczce, w dodatku byłej zastępczyni.
Mimika pyszczka Centurii była bardzo ekspresyjna, a jej piękne niebieskie oczy jedynie to wzmacniały. Kotka tupnęła łapką, unosząc pyszczek ku górze i łypiąc na Fląderkę z pogardą. Jej postawa jasno mówiła, aby w tej chwili ciemniejsza szylkretka wróciła do obozu. Fląderka zwiesiła łebek i powoli zsunęła się z pieńka.
– N-nie mogę wrócić do obozu... Algowa Struga chciała, abym wam towarzyszyła...
– Księżniczka Algowa Stluga! – poprawiła Fląderkę. Jej kremowa sierść lekko pofalowała na wietrze. – Ugh! Dlaczego muszę być z czymś takim jak ty spoklewniona!
Fląderka nie odpowiedziała na zaczepkę siostry. Prawdopodobnie, gdyby była na jej miejscu, również czułaby złość na rodzeństwo, które nie tyle, co posiadało błotniste umaszczenie, ale również odebrało jej matkę.
– K-księżniczka Algowa Stru... – urwała, gdy do jej uszka dotarł cichy plusk wody. Instynktownie przeniosła spojrzenie na rzekę, przy której obie uczennice się zatrzymały.
Od tafli wody dzieliło je kilka lisich długości. Znajdowały się w bezpiecznej odległości, przynajmniej tak sądziły. Fląderka poruszyła noskiem, gdy na tafli wody spostrzegła kręgi. Jej serduszko przyspieszyło. Centuria, dostrzegając wyraz pyska siostry i jej spojrzenie utkwione w wodzie, przeniosła je również, jednak nic nie dostrzegła. Zmarszczyła brwi.
– Dlaczego ciągle się patlzysz na księcia Klekoczącą Łapę? – spytała, a to pytanie zaskoczyło kotkę. Przecież nie patrzyła się ciągle na biało-czarnego kocura, prawda? – Czy coś takiego jak ty chce wzbudzić w nim litość i współczucie? Słyszałam, że ostatnio z nim lozmawiałaś na tleningu, a nawet się zaśmiałaś, gdy przez ciebie wylądował w wodzie i spłoszyłaś wszystkie lyby... – Jej źrenice zwęziły się w szparki.
– To był wypadek... Przypadkowo wpadłam na księcia... Poślizgnęłam się na błocie i nie byłam w stanie się utrzymać na zboczu... – miauknęła speszona, otulając się swoim ogonkiem. Była pewna, że nikt tego zdarzenia nie widział. Jedynie Błękitna Laguna, lecz czy zastępca rozmawiał na ten temat z Centuriową Łapą? Może po prostu podsłuchała jego rozmowę z kimś. – Przeprosiłam, a on się po chwili zaśmiał i powiedział, że nic się nie stało...
– On? On?! Książę! Naucz się nazywać właściwie koty z lodu, a nie jakbyś mówiła o pielwszym lepszym podlzędnym wojowniku czy uczniu! – zawołała głośniej, zirytowana faktem, że Fląderka niekoniecznie przywiązywała uwagę do formalności. Co innego, gdy rozmawiała z kimś z rodu, wtedy oczywiście zwracała się do kotów z szacunkiem, a przynajmniej starała się pamiętać, aby używać ich tytułów, jednak podczas rozmowy z siostrą zdecydowała się na większy luz. – Pewnie z doblego selca książę nie nakazał swojej babci Mandalynkowej Gwieździe cię wygnać za tę zniewagę, ale może będzie jeszcze do tego okazja!
Kolejny odgłos pluskania, tym razem głośniejszy. Fląderka poruszyła uszkiem i ponownie zerknęła w kierunku zbiornika. Z wody wynurzyła się wydra; mokra, lśniąca, z czujnymi oczami. Z jej pyska wydobył się cichy pomruk ostrzegawczy. W jednej chwili wydra zniknęła w pobliskich szuwarach, które odcinały potencjalną drogę ucieczki młodym uczniom.
Centuria stanęła plecami do swojej siostry, co również uczyniła Fląderka. Obie obserwowały ruch zwierzęcia, które na nie polowało.
– To twoja wina... – syknęła Centuria przez zaciśnięte zęby. Wysunęła pazury. – Na tlzy biegniemy do mentolów, a do tego momentu żadnych gwałtownych luchów, ani klzyków, czy to jas...
– Centuria! – W tym momencie Fląderka skoczyła na siostrę, starając się ją uchronić przed pazurami wydry, która ruszyła bez ostrzeżenia w ich kierunku. Na szczęście pazury zwierzęcia nie drasnęły liliowej kocicy, jedynie przejechały po boku czekoladowej szylkretki.
Na pysku Centurii malowała się furia, gdy Fląderka zignorowała jej plan działania. W dodatku po raz pierwszy tak blisko jej się znajdywała. Nie odrywała spojrzenia od siostry, którą pogardzała, by uderzenie serca później z całej siły uderzyć ją w brzuch tylnymi łapami, odrzucając ją od siebie wprost na kamień.
To był błąd.
Oszołomiona Fląderka dopiero po chwili zrozumiała czym był ten dziwny dźwięk, który dochodził do jej uszka po tym, jak odzyskała przytomność. Bulgot wymieszany z charkotem, a jeszcze wcześniej krzyk Centurii. Przeniosła spojrzenie na siostrę, której szyja spoczywała w pysku wydry i była zabarwiona szkarłatem.
– C-centuria... – wydukała, kuląc się, gdy zrozumiała, co takiego się stało. Sparaliżowana strachem nie była w ciągu pierwszych sekund ruszyć się o milimetr. Gdyby Centuria jej nie odepchnęła, na pewno błękitnooka miałaby szansę na ucieczkę. Z oczu Fląderki spłynęły łzy, gdy pojęła, że dla jej siostry nie ma już ratunku. Jej głowa bezwiednie zwisała z pyska brązowego zwierzęcia, które starało się zaciągnąć ciało uczennicy z powrotem do swojej kryjówki. – Z-zostaw ją... Poczekaj! – zawołała, robiąc krok w stronę wydry. – Oddaj mi siostrę... P-proszę... – jęknęła żałośnie, co tylko rozjuszyło wygłodniałą bestię.
Ciało Centurii opadło na brzegu. Jej piękne futerko, o które tak dbała, dekorując je różnymi błyskotkami, było ubarwione krwią i zmierzwione, a do jego pasm przyklejony był piasek.
– P-pomocy! Algowa Strugo! T-trzcinowy Szmerze! Cz-czosnkowa Krewetko! – zawołała głośno, mając nadzieję, że mentorzy przybędą jej na pomoc, nim pazury wydry przeorają jej małe ciałko.
<Klekocząca Łapo? 👀 wykaż się, to babcia na pewno mianuje cię już teraz na woja i być może na drugiego zastępcę🦸>

Od Osetka

Osetkowi w Owocowym Lesie ostatnio żyło się jakoś… piękniej. Z początku nie wiedział, czemu z każdym dniem budził się bardziej wypoczęty i gotowy do działania niż wcześniej. A potem… nagle go olśniło. Zdał sobie sprawę z tego, że wszystkie problemy, jakie tu miał, były spowodowane obecnością Ziemniaka – a czekoladowy kocur w ostatnich dniach się uspokoił. Nie zaczepiał już tak często czarno-białego, ignorował go i nie obrażał przy każdej możliwej okazji.
Osetek cieszył się z tego, ale nie mógł wyrzucić z głowy dziwnego wrażenia, że to tylko cisza przed burzą. Ziemniak może i przestał mu dokuczać, ale coraz częściej znikał w legowisku starszyzny. To… niby też nic dziwnego – Rokitnik w końcu musiał być już bardzo stary, może potrzebował więcej pomocy, a może… oboje planowali coś wielkiego. Coś… ostatecznego.
Czy chcieli go zabić?
Osetek wzdrygnął się, podnosząc wzrok na Wiciokrzewa. Byli teraz sami w lecznicy; Poranek i Purchawka zajmowali się czymś innym, poza legowiskiem uzdrowicieli.
— Hej… — mruknął, próbując zwrócić uwagę liliowego.
Zielone oczy mentora szybko zwróciły się ku niemu. Osetek kontynuował:
— Zauważyłeś coś dziwnego w zachowaniu Ziemniaka? Nie dokucza mi… prawie wcale. Nie powiedział nic nawet wtedy, gdy potknąłem się obok niego o kamień. Cisza. Ale za to zaczął częściej odwiedzać tego… Rokitnika. Myślisz, że coś planują? — zapytał niepewnie.
Ogon Wiciokrzewu zadrżał.
— Mo-może… Rokitnik jest ju-już po prostu sta-stary i… Zie-Ziemniak poświęca cały swój cza-czas na opiekę nad… n-nim. Może wie, że Ro-Rokitnik za niedługo o-odejdzie i dlatego jest smu-smutny i… przygnębiony — wydukał, po czym wbił spojrzenie w składzik. — W-wiem, że się nie lu-lubicie, ale może mó-mógłbyś go podpyta-
— Ani słowa więcej! — przerwał mu Osetek, marszcząc brwi. — Nie zamierzam z nim rozmawiać. On zepsuł mi pierwsze księżyce spędzone w Owocowym Lesie i do tej pory wciąż systematycznie je rujnował. Nawet za dwie ryjówki i trzy szyszki nie zagadałbym do niego z własnej woli — oburzył się, choć nie na Wiciokrzewa za samą propozycję rozmowy z Ziemniakiem, lecz na czekoladowego. — Jeśli naprawdę jest taki smutny przez stan Rokitnika, to na to zasługuje. Trzeba się było nie kolegować z takim… manipulującym, starym ścierwojadem — burknął, po czym zaraz polizał się kilkakrotnie po białym futerku na piersi.
— Może… przesadziłem. Ale rozumiesz, z nimi na karku po prostu nie da się wytrzymać w Owocowym Lesie… — miauknął w końcu, gdy już nieco ochłonął.
Spojrzał znów na mentora, a w jego oczach dostrzegł dziwny błysk. Może wstyd. Może żal.
— Prze-przepraszam… Mo-mogłem poszukać two-twojej rodziny, zamiast za-zabierać cię tutaj… — westchnął liliowy, zawijając ciasno ogon wokół łap. — Mu-musiałeś tu przejść przez tak wie-wiele… — kontynuował.
Osetek spiął mięśnie, milcząc.
— To nieprawda… Gdyby nie ty, mógłbym wtedy umrzeć z zimna, mógł mnie zaatakować lis, cokolwiek, naprawdę. To ja byłem głupi. To ja jak tchórz uciekłem od rodziców, rodzeństwa — stwierdził smętnie.
Przez następnych kilka uderzeń serca kocury siedziały w milczeniu, wpatrując się w swoje własne łapy. Gdyby któryś kot to zauważył, pewnie pomyślałby, że właśnie kogoś opłakują, że przeżywają żałobę.
— Chcesz się przejść? — zaproponował w końcu Osetek. Dotarło do niego, że mają chyba kilka spraw do wyjaśnienia, do obgadania. Wiedział, że gdy miał jakiś problem, prawie zawsze mógł zwrócić się do mentora. Nie czuł się więc niekomfortowo.
— Ja-jasne — odparł liliowy, podnosząc się powoli z miejsca.

* * *

tw: walka

Osetek siedział przed lecznicą, omiatając wzrokiem obozową polanę i koty, które na niej przebywały. Widział Gąskę, Figę, Cierń i wiele, wiele innych kotów zajmujących się swoimi sprawami. Niektóre rozmawiały, inne – tak jak on – obserwowały wszystkich wokół, a jeszcze inne właśnie posilały się jakąś piszczką lub myły futerko. Owocowy Las tętnił życiem, co Osetek obserwował z dumą i radością. Może nie zawsze czuł się tu chciany, ale powoli zaczynał uważać się za część tej społeczności. Lubił pomagać tutejszym i słuchać ich przeróżnych opowieści. Kiedyś usłyszał nawet o wielkiej bitwie z ogromnym, drapieżnym ptakiem. Sęp. Tak na niego mówili.
Czarno-biały, siedząc tak, nawet nie zauważył momentu, w którym podszedł do niego Ziemniak. Był już wieczór, większość kotów szykowała się do snu. Wiele z nich ziewało, mościło się na posłaniach – Ziemniak natomiast stał tuż przed nim, z położonymi po sobie uszami i wzrokiem pełnym skruchy.
— Cześć, stary… — przywitał się rzewliwie. — Zdałem sobie sprawę z tego, że to, co robiłem, było bardzo złe i nieodpowiednie. Przez cały ten czas… nie zasługiwałeś na to wszystko. Na te wyśmiewania, zaczepki — kontynuował łamiącym się głosem. Ziemniak wyglądał tak, jakby zaraz miał wybuchnąć płaczem.
Osetek poruszył się niespokojnie. Czuł się przytłoczony, kompletnie zaskoczony. Co jemu przyszło do głowy? Czarno-biały nigdy nie pomyślałby, że wojownik mógłby chcieć go przeprosić.
— Wiem, że nie zasługuję na wybaczenie po tym wszystkim, ale gdybyś chociaż przeszedł się ze mną na chwilę poza obóz, żebym mógł ci to wszystko wyjaśnić bez ciekawskich uszu, byłbym wdzięczny… Nie oczekuję, że od razu mnie polubisz, to jest spoko. Ale musisz mi uwierzyć, że wstyd zżera mnie od środka, gdy myślę o tym, do czego się dopuściłem… — wyjaśniał dalej.
Uczeń czuł, że mogła to być jakaś zasadzka – ale prawda była taka, że Ziemniak mówił tak szczerze, iż Osetkowi szybko opadła czujność. Czy czekoladowy naprawdę mógł mieć powody, o których chciał opowiedzieć czarno-białemu? Wszystko wskazywało na to, że tak.
— Ja… — wydukał niepewnie. — Cóż, chyba nie mam nic do stracenia. Jeśli ulży ci, gdy porozmawiasz ze mną na osobności, to możemy pójść… — kontynuował, czując, że właśnie popełnił największy błąd swojego życia. No, może drugi największy. Pierwszym była, rzecz jasna, ucieczka od rodziny.
Oba kocury opuściły obóz. Ciekawe, czy ktoś w ogóle ich zauważył? Już się ściemniało, koty były zajęte własnymi czubkami nosa. Czy ktokolwiek poświęcił choć cząstkę uwagi temu, że dwa koty, które jeszcze przed chwilą nienawidziły się z całego serca, właśnie wspólnie opuszczały bezpieczny azyl?
Dotarli w okolice Konającego Buku. Ziemniak nie odezwał się do Osetka ani słowem, co sprawiało, że serce młodszego biło coraz szybciej z każdym krokiem. Właściwie dudniło mu w klatce tak głośno, że czarno-biały miał wrażenie, jakby całe jego ciało pulsowało. Słońce schodziło coraz niżej, większość stworzonek chowała się już po norach.
W końcu wojownik przystanął, naprężając mięśnie. Osetek zatrzymał się kilka długości wąsa za nim i obserwował, jak Ziemniak tkwił w miejscu, skąpany jednocześnie w cieniu i nikłym świetle.
— To było łatwiejsze, niż myślałem, że będzie, wiesz? A jednak. Jesteś potwornie łatwy do zmanipulowania — zakpił Ziemniak, a wtedy młodszy usłyszał dźwięk wysuwanych pazurów. Źrenice w zielonych ślepiach natychmiast zwęziły się do kształtu cieniutkich, sosnowych igiełek.
— Nie… — wymamrotał, robiąc krok w tył. — To ty jesteś łatwy do zmanipulowania! — rzucił. W jego głosie słychać było niepewność i zakłopotanie. Czy to naprawdę była tylko pułapka?
Nim zdążył rzucić się do biegu, Ziemniak zwinnie obrócił się i przygwoździł go do ziemi.
— Zamknij się, przybłędo! Nic o mnie nie wiesz! — warknął, marszcząc nos i, tym razem ze złości, kładąc po sobie uszy.
— Wiem tyle, że dałeś się owinąć wokół palca Rokitnikowi i to mi wysta-
Nie dokończył. Czekoladowy zamachnął się łapą. Rozbryzgnęła się krew; Osetek poczuł piekący ból na powiece, a także lepką ciecz spływającą po policzku. Ziemniak zranił go w oko, co sprawiło, że po ciele młodszego rozlała się adrenalina. Zapominając o bólu i poczuciu zdrady, napiął mięśnie i z całej siły kopnął tylnymi łapami w brzuch napastnika.
Wojownik parsknął, upadając ciężko na ziemię. Tym razem to Osetek przygwoździł go do gleby, choć łapy drżały mu niekontrolowanie. Był słabszy – wiedział o tym. Był przygotowany na falę bólu rozchodzącą się od brzucha, lecz Ziemniak zrobił coś innego. Szarpnął głową i zacisnął swoje silne szczęki na łapie młodego.
— Zostaw mnie, kleszczu! — pisnął Osetek, wierzgając się, by oswobodzić się z uścisku. — Dlaczego to robisz! Czego ode mnie chcesz!? — krzyczał rozpaczliwie, aż w końcu czekoladowy go puścił.
Łapa bolała. Wręcz pulsowała bólem. Zielonooki szybko przekonał się, że gdy tylko stawiał ją płasko na ziemi, było jeszcze gorzej.
Owocniak szybko się podniósł, stając twarzą w twarz z Osetkiem.
— Czego chcę? Żebyś przestał marnować nasze jedzenie i żebyś stąd odszedł, przybłędo! Jesteś tylko marnującym zwierzynę szkodnikiem i wciąż nie wierzę, że Pieczarka pozwoliła ci zostać! A potem jeszcze oddała ci w twoje zapchlone łapy zdrowie całego klanu! — warknął gniewnie, robiąc krok w stronę czarno-białego.
— To nieprawda… Ty tak nie myślisz! — rzucił Osetek, a w jego oczach zakręciły się łzy. — To Rokitnik ci to wmówił! Wmówił ci tak, bo jest okropnym kotem! Bo nienawidzi Wiciokrzewa! Nienawidzi uzdrowicieli! — krzyczał i krzyczał, lecz do Ziemniaka nic z jego słów nie docierało.
W końcu zmęczył się i, wykorzystując chwilową nieuwagę czekoladowego, odwrócił się, by rzucić się w pośpiechu w stronę obozu. Przez moment pomyślał, że jest już uratowany, lecz wtedy poczuł, jak pazury wojownika rozdzierają skórę na jego plecach. Zatrzymał się gwałtownie i odwrócił głowę tylko po to, by dostrzec dzikie, pełne nienawiści spojrzenie przeciwnika.
— Nie wracasz do obozu! Nie pozwolę ci na to! — oznajmił, po czym sprawnym ruchem znalazł się przy Osetku i złapał go za kark.
Czarno-biały widział tylko, jak obraz przed jego oczami zaczyna wirować, a potem jak tuż obok pojawia się wartka rzeka.
Cudem zatrzymał się na brzegu, nie wpadając do lodowatej wody. Obejrzał się wokół, myśląc, że Ziemniak zaraz wróci, by go dobić, jednak czekoladowego już tam nie było. Osetek widział tylko, jak żółtooki biegnie w stronę azylu.
Resztkami sił podniósł się i doczłapał do Konającego Buku. Musiał stąd odejść. Jak najdalej. Jak najszybciej.

Od Trzcinowego Szmeru

Czuwanie nad Krabowymi Paluszkami oraz Biedronkowym Polem

Słońce zaczęło zachodzić za morzem, a niebo zasłoniły ciemne chmury. Pora Opadających Liści powoli dobiegała końca, co w szczególności pokazywała pogoda. Ciężar chmur mógł poczuć każdy kot, gdyż w powietrzu wzrastało napięcie, a wiatr całkowicie zniknął. Cisza przed burzą jednak nie zniechęciła kotów z Klanu Nocy do okazania szacunku swoim najstarszym członkinią, które właśnie dołączyły do kręgu przodków. Szkoda jedynie, że w tak okropną pogodę… Trzcinowy Szmer usiadła obok Niezapominajkowej Nadziei i oboje wpatrywały się w namaszczane ciała starszych przez Gąbczastą Perłę oraz Różaną Woń. Rodzina królewska jako pierwsza zebrała się przed nimi i powoli składała im hołd.
Mandarynkowa Gwiazda jako pierwsza podeszła do zmarłych kotek i dotknęła je w bark, mamrocząc przy tym modlitwę pożegnalną. Zaraz za matką poszedł Błękitna Laguna, który idealnie skopiował jej ruchy. Kiedy przyszedł czas na resztę kotów, Trzcina wepchała się, by być jedną z pierwszych, która pożegna zmarłych.
— Obfitych łowów w Klanie Gwiazdy, Krabowe Paluszki — wymruczała pod nosem, jednocześnie wtykając swój pysk w chłodne, szylkretowe futerko starszej, które pachniało miętą.
Krabowe Paluszki naprawdę się postarzała. Jej psyk zdobiły siwe włoski, a skóra w okolicy pyska i oczu się marszczyła. Ciało miała bardziej spięte i krępe niż wtedy kiedy Trzcinowy Szmer była jeszcze kocięciem i bawiła się z kociętami właśnie owej kotki. Pamiętała, jaki ciężki charakter miała Krabowe Paluszki i jak sprzeczała się z Baśniową Stokrotką. Były to naprawdę cudne czasy. Wtedy żyły jeszcze Perlista Łza, Różyczka i Pluskający Potok, a wszystko inne było takie proste. Życie było prostsze, bo była kociakiem. Pożegnała się również z Biedronkowym Polem, która nie pozwoliła swojej partnerce samej odejść do Klanu Gwiazdy. Mimo że Klan Nocy stracił starszyznę, tak żadna z nich nie cierpiała, odeszły w spokoju i ze starości. To śmierć, którą wiele kotów by chciało. Dożyć sędziwego wieku i obserwować, jak życie klanu toczy się dalej. Patrzeć na swoje dorosłe już kocięta, które same stają się rodzicami. Trzcinowy Szmer dokładnie też chciała takiej śmierci i takiego życia. Chciałaby widzieć kocięta i opiekować się nimi, chciałaby mieć własną rodzinę.
Kiedy koty skończyły się żegnać ze zmarłymi, zerwał się wielki wicher, a z ciemnych chmur spadł obfity, lodowaty deszcz, który przegonił wszystkich do legowisk.