BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

03 listopada 2026

Od Trójokiego Zająca CD. Ćmiej Łapy (Ćmiego Lotu)

Kocur spostrzegł dumę wymalowaną na pysku rudej medyczki, a potem zaskoczenie nagłą wizytą. Odwróciła łeb w jego stronę, po czym poruszyła nieznacznie ogonem.
— Trójoki Zającu? Co cię do nas sprowadza? Czy wrócił ci katar? — zapytała Jagnięcy Ukłon, z lekkim zdziwieniem spoglądając na pysk kocura. Z reguły Klifiacy odwiedzali medyczki głównie wtedy, kiedy im coś dolegało. On był jednak nieco inny pod tym względem; przychodził do lecznicy niemal codziennie, składając wizyty swojej córce, przy okazji dopytując o syna. Ostatnio dowiedział się, że doskwierała mu infekcja, przez co nie mógł stawać na łapie normalnie. Podczas treningów zastanawiał się, dlaczego niebieski z takim trudem wykonywał wszystkie zadania, jakie miał dla niego przygotowane danego dnia. Martwił się o niego ogromnie, nawet zaprowadził go prosto do jamy i czekał u wejścia z zaniepokojeniem. Bał się, że straci drugą łapę. Jak wtedy Firletka ukończyłby trening na wojownika? Całe szczęście, Ćmia Łapa zapewniała go, że to nic, czego nie dałoby się naprawić nałożeniem papki z łopianu lub z jakiegoś innego zioła...
Oczywiście, mógł osobiście zatrzymać Firletkową Łapę lub podczas jednego z ich treningów z nim porozmawiać, aczkolwiek… miał wrażenie, jakby miał mu do powiedzenia tak wiele, a jednocześnie nic nie przychodziło mu do głowy. Ilekroć patrzył na niego, w jego głowie pojawiała się gonitwa myśli i wyrzutów sumienia. Gdyby tylko go tamtego dnia zatrzymał. Nie pozwolił iść krawędzią i kazał patrzeć pod łapy, a nie na niebo… Zamrugał parokrotnie. To był bardzo nietypowy stan, który mu się nie podobał szczególnie. Skinął głową srebrnej na przywitanie, a potem rozejrzał się za Ćmią Łapą. Pokręcił głową, nic mu nie dolegało, poza nieprzyjemnymi myślami. Dostrzegł jej kremowe futerko w magazynku.
— Na szczęście nie. Chciałem zobaczyć, jak się ma moja córeczka — wymruczał, po chwili drgając nieznacznie uszami. Zerknął na Zanurzoną Łapę, która kaszlała tak głośno, że aż jama wypełniała się lekkim drżeniem, a ona sama krzywiła się z powodu bólu gardła. — Oczywiście, jeśli wam nie przeszkadzam — dodał pospiesznie, nie chcąc sprawiać zielarkom kłopotów.
Ćmia Łapa odwróciła się w stronę ojca z ziołami w pyszczku, a jej żółte oczka rozbłysły. Podreptała w stronę czekoladowej szylkretki, po czym położyła przed nią medykamenty. Palcem wskazała na parę łodyżek, jednak w kolejności.
— Najpierw zjedz floks, a potem, gdy go dokładnie przeżujesz, zjedz lubczyk. Jeśli kaszel ci nie minie, to wróć tutaj za wschód słońca — poleciła jej, a uczennica pokiwała głową posłusznie i spożyła zioła. Na jej mordce zakwitło obrzydzenie. Jagnięcy Ukłon ruchem ogona poleciła Zającowi, żeby przysiadł koło niej. Skinął jej głową i wykonał prośbę, sadowiąc się wygodnie.
— Gorzkie, fuj! — Czekoladowa wystawiła język, strzygąc wąsami. Kremowa zachichotała.
— Jeśli chcesz wyzdrowieć, to musisz to przeżyć. — Wzruszyła ramionami. — Szkoda, że zabrakło nam miodu. Nie byłoby wtedy takie obrzydliwe — kontynuowała, a córka Rozżarzonej Pieśni popatrzyła się na nią.
— No cóż. Jeśli ma mi pomóc, to dam radę. Dzięki, Ćmia Łapo — miauknęła, po czym wycofała się z legowiska pospiesznie, a klasycznie pręgowana zamrugała na znak przyjęcia podziękowań. Podeszła do Trójokiego Zająca, wlepiając w niego ślepka.
— Tato, jeśli przyszedłeś się zapytać co z Firletkową Łapą, to lepiej. Na pewno zauważyłeś, że podczas treningów pewniej stawia łapę. Jeszcze chwilę zajmie zagojenie się rany, ale jest na dobrej drodze — mruknęła, ocierając się o niego. Wojownik polizał córkę po głowie, mrucząc cicho.
— To też. Ale chciałem się też zapytać, co u mojej kochanej córeczki — powiedział, posyłając jej uśmiech.
— Ostatnio nauczyłam się wielu nowych ziół i ich zastosowań! Na przykład o tataraku, którego nie spotyka się aż tak często, chociaż na naszych terenach rośnie najchętniej — powiedziała, a wojownik kiwał głową na znak, że ją słuchał. Nigdy nie słyszał o podobnym medykamencie. — Należy wypić sok z korzenia, a sam tatarak łagodzi infekcję.
Kremowa zamyśliła się na moment, pojawiła się między nimi cisza, jednak nie była nieprzyjemna. Wreszcie młoda się przemogła:
— Zdałam test Jagnięcego Ukłonu i mam coraz większą wprawę — wyznała wreszcie, spoglądając na ojca. W zielonych oczach wojownika zamigotało poruszenie.
— Naprawdę? Ćmia Łapo, jestem z ciebie tak bardzo, bardzo dumny. Moja córeczka jest już taka duża! — zamruczał, czując, że w kącikach oczu zaczynają mu się zbierać łzy szczęścia. Zdanie takiego testu z pewnością wymagało ogromnej wiedzy, którą żółtooka nabywała każdego dnia pod czujnym okiem Jagienki. — Kukułczy Wdzięk na pewno się ucieszy, gdy to usłyszy. Koniecznie pochwal się mamie — powiedział jeszcze, patrząc na szczęśliwą mordkę kremuski.

***

Teraźniejszość

Trójoki Zając chwycił w zęby zwierzynę ze sterty w celu odwiedzenia legowiska starszyzny. Odkąd Mysi Postrach zasilił jej szeregi, kremowy nie miał za bardzo okazji złożyć im wizyty. Zajmowali się tym głównie uczniowie, przez co najstarsze jednostki mogły czuć się samotne. Wetknął łeb do środka jamy, rozglądając się w półmroku. Szybko odszukał czarno-białego kocura rozłożonego na posłaniu. Poczuł ukłucie w sercu. Pamiętał, gdy mentor ganiał go do treningów. Zając miał wtedy wrażenie, że niebieskooki był najbardziej energicznym kotem w całym Klanie Klifu. Teraz, widząc go odpoczywającego i już dużo wolniejszego niż w przeszłości, nie potrafił przyzwyczaić się do tego widoku.
— Trójoki Zającu? Chodź, usiądź koło mnie. — Starszy ruchem ogona zachęcił go do tego, żeby się przysiadł. Kremowy zamruczał, przyjmując ofertę. Wykonał już dzisiaj wszystkie przydzielone mu obowiązki, dlatego mógł odpocząć. Kukułczy Wdzięk potrzebowała chwili spokoju, dlatego też pręgus nie był pewien, co powinien ze sobą zrobić. Mógł oczywiście wyruszyć na następne polowanie, aczkolwiek wpadł na pomysł, że może wypadałoby odwiedzić odrobinę zapomnianych przez niektórych tych, którzy już przeszli na zasłużoną emeryturę. Położył przed nim mysz, którą sam upolował.
— To dla ciebie, Mysi Postrachu. Dziękuję ci za każdy nasz trening — miauknął, przysuwając gryzonia do łaciatego. Przełknął ślinę. — Dziwnie mi widzieć ciebie tutaj, a nie robiącego rundki dookoła naszego obozu. — Uśmiechnął się smutno, a były mentor machnął łapą, jakby chciał w ten sposób powiedzieć; “to nic”. Zaśmiał się w odpowiedzi.
— Myślisz, że emerytura wyjadła ze mnie wigor? Gdyby nie to, że mnie nie puszczają, to bym mógł przebiec się do granicy i z powrotem, a potem pójść jeszcze na polowanie — odparł z ogromną pewnością, mrużąc lekko oczy. — Księżyce bardzo szybko minęły. Czuję się tak, jakbym zaledwie wczoraj został zastępcą. Kiedy to zleciało…?
Trójoki Zając pokiwał głową. Chłodny podmuch dotarł do legowiska, szybko w nim ginąc.
— Sam nie wiem… szczególnie widzę to po moich kociętach. Już trójka z nich doczekała się swoich dorosłych imion — zgodził się, a jego kikut zadrgał. Pokręcił głową. Nie było sensu się smucić. Nie było w tym nic złego. To pewna nowość, do której każdy szybko się przyzwyczai, tak już było. Mysi Postrach przysunął do siebie gryzonia i oderwał kawałek mięsa, zjadając je powoli. Delektował się myszką, kiwając głową. Gdy przełknął, kontynuował:
— Tak to już jest z kociętami. Ja już mam nawet wnuki. Czasami mnie odwiedzają, chociaż jak były kociętami, to robiły to częściej. Teraz, mam wrażenie, mają dużo obowiązków na głowach i już tak nie pamiętają — pożalił się, ale po chwili się rozchmurzył. — Ale równie dobrze ja sam mogę do nich pójść. Dopóki mam sprawne łapy, to się mnie tak łatwo nie pozbędą — zażartował, a Trójoki Zając się uśmiechnął, a po chwili wstał i otrzepał z paprochów.
— Dziękuję za rozmowę, Mysi Postrachu. Czy potrzebujesz czegoś od medyczek? Właśnie się tam wybieram i mogę im wspomnieć, żeby cię odwiedziły. Myślę, że z nimi poprowadzisz ciekawszą konwersację.
Niebieskooki zamyślił się na parę uderzeń serca, kręcąc głową.
— Wyrósł z ciebie porządny kocur. Ale co się dziwić, w końcu to ja byłem twoim mentorem. — Na jego pysku na nowo zakwitł szeroki uśmiech. — I tak… bolą mnie zęby. Myślę, że gdybyście przynosili może ślimaki, to reszta starszyzny by się nie pogniewała. Ciężko nam przeżuwać zwykłą zwierzynę jak kiedyś. — Trójoki Zając zapisał sobie w myślach, żeby wspomnieć o dawnym mentorze za paręnaście uderzeń serca, gdy znajdzie się w legowisku medyków.
— W porządku. Jeszcze do ciebie przyjdę, ale nie wiem, czy dzisiaj — mruknął, a Mysi Postrach poruszył uszami.
— Kukułczy Wdzięk ci nie pozwala? — zażartował, a kremus pokręcił głową.
— Nie, nie. Martwię się o nią i chciałbym przy niej być, szczególnie teraz, po odejściu Przepiórczej Wichury. — Posmutniał widocznie, kładąc po sobie lekko uszy. — To ogromna strata dla naszej rodziny, Przepiórka była zawsze bardzo pogodna i ciężko nam się pogodzić z tym, że mogła spaść z klifu przez swoją nieuwagę — dodał. — Nic nie możemy niestety zrobić. Najważniejsze, żeby uczyć się na błędach naszych przodków oraz bliskich i ostrzegać najmłodszych przed niebezpieczeństwami.
Mysi Postrach zgodził się z nim, kończąc powoli swoją zdobycz. Nagle ruchem ogona poprosił wojownika, żeby do niego podszedł. Zielonooki ze zdziwieniem spełnił prośbę, a łaciaty oparł się o niego łapami i próbował wstać. Kremowy wsparł go sprawnie, stawiając na łapy. Starszy wstał sztywno.
— Dzięki. Pójdę z tobą do medyczek, wyglądasz na smutnego — szturchnął go lekko w bark, chwiejąc się, ale prędko odzyskał równowagę. Kremowemu zapadło się serce, gdy były mentor niemal upadł z powrotem na posłanie, odetchnął z ulgą, gdy tak się nie stało.
Wyszli wspólnie z legowiska starszych i sprawnie, ale powolnie przeszli przez centrum w stronę legowiska medyczek. Trójoki Zając zajrzał do środka, szybko wychwytując kremowe futro swojej córeczki, Ćmiego Lotu. Układała kawałki kory obok siebie, żeby jej nie wadziły pod łapami. Gdy w kącikach oczu dostrzegła ojca, jej pyszczek rozświetlił uśmiech. Podeszła do niego spokojnie i się przywitała.
— Tato! Jak się czujesz? — zapytała. Ostatnio Trójoki Zając chodził lekko przybity z powodu straty cynamonowej członkini rodziny. Widząc go w lepszym stanie, z pewnością wychwyciła zmianę. Mysi Postrach wszedł głębiej do środka, czując się jak u siebie.
— Już mi lepiej, dziękuję, Ciemko. Przyszedłem z Mysim Postrachem — uchem wskazał na starszego. — Ale zdążyłaś na pewno go zauważyć. — Uśmiechnął się, a żółtooka kiwnęła głową.
— Tak…
— Bolą mnie bardzo zęby, masz coś na to? — zapytał łaciaty, rozglądając się po ogromnych półkach. Trójoki Zając spojrzał na kremową, ciesząc się, że mógł z nią porozmawiać. Był z niej tak ogromnie dumny, nie dało się tego nawet słownie przekazać, jak bardzo.
— Ale oprócz tego, chciałem też zapytać, jak ty się czujesz — dodał pręgus, gdy asystentka medyczki szukała w magazynku czegoś, co mogło zaradzić dolegliwości czarno-białego.

<Ciemko? Tak bardzo wyrosłaś…>

Od Trójokiego Zająca CD. Jagnięcego Ukłonu

Kremowy wojownik zamruczał z zadowolenia. Bardzo lubił odwiedzać medyczkę, zawsze wiedziała, jak go wesprzeć i pocieszyć. Ufał jej, w końcu stąpała po tych terenach dużo dłużej, niż on, więc również wiedziała więcej. Słuchanie o postępach jego kocięcia malowało na jego pysku jedynie uśmiech. Był z niej ogromnie dumny, zresztą jak ze wszystkich swoich dzieci. Miał świadomość, iż Ciemka musiała przyjąć dużo większą ilość materiału, szkoląc się na medyczkę. Uczyła się już od wielu księżyców, a chorych z księżyca na księżyc było coraz mniej. Szybko wracali do zdrowia. Kocice wiedziały, co robiły, a Klan Klifu był zaopiekowany. Skinął jej głową lekko, uderzenie serca temu zmartwił się, że wystraszył srebrną. W końcu wydała z siebie syknięcie bólu w momencie, w którym do niej miauknął.
— Wszystko w porządku. Rzadko choruję… też zresztą nie mam czasu na to, żeby chorować. Jedyne co mi może doskwierać, to wrażenie, że nie jestem już pierwszej młodości. — Uśmiechnął się, mrużąc delikatnie oczy. Zmartwił się lekko tym sykiem, jednak zielarka nic o tym nie wspomniała, więc nie chciał jej zmuszać do tłumaczenia się. Gdyby tylko mógł, cofnąłby się w czasie, żeby móc towarzyszyć swoim bliskim jak najdłużej. Nie było to jednak w żaden sposób możliwe. Najprawdopodobniej wiele kotów podzielało jego zdanie, szczególnie tych, którzy byli bliżej wieku przechodzenia do starszyzny, niż dalej.
Jagnięcy Ukłon popatrzyła na niego kobaltowymi ślepkami i również na jej pyszczku zakwitło rozpromienienie, chociaż smutne. Kocur przesunął łapą nieznacznie po posadzce. Była od niego starsza, nie miał na myśli urazić jej w żaden sposób. Popatrzył na nią.
— Mają wspaniałą mentorkę, dlatego wcale się nie dziwię, że robią tak ogromne postępy — dodał, chcąc poprawić jej humor, wypowiedział to szczerze. Medyczka zamruczała.
— Staram się, jak mogę — zrobiła chwilę przerwy, parokrotnie przejeżdżając językiem po zmierzwionych kłosach na piersi. — Wiele się pozmieniało, odkąd do nas wróciłeś, prawda?
Trójoki Zając rozejrzał się po jamie lekko. Blade promienie wpadały przez wejście, oświetlając norę częściowo. Naokoło nich były starannie poukładane zioła, każde z nich miało swoje miejsce, a wiele łaskotało go po nosie intensywną wonią, zachęcając do kichnięcia. Kiwnął głową.
— Już nie pamiętam za dobrze, jak czułem się wtedy, jednak pozmieniało się i to bardzo dużo — zgodził się. — Z mojej rodziny została jedynie Kukułczy Wdzięk i moje kocięta. Pikująca Jaskółka nie żyje. Nie pamietam, co z Siewczym Letargiem, moją ciotką… Pamiętam, jak razem z Króliczkiem próbowaliśmy się dowiedzieć, dlaczego jej zabrakło. A raczej to on się starał, bo ja w głowie miałem wszystko, tylko nie to, co trzeba. To było tak dawno temu… Króliczej Prawdy również już nie ma w naszych szeregach — przyznał smutno, choć cicho, myśląc teraz o wspomnianej kotce, a także bracie. Nie widział jej tak długo, że nie był już nawet pewien, jakiego koloru miała futro. Czasami miał sobie za złe, że nie zrobił więcej w sprawie zaginionej, jednak teraz już nie mógł z tym nic zrobić. Wszyscy zamieszani prawdopodobnie dawno leżeli na Pogorzeliskach, a jemu pozostało pamiętać o wyżej wspomnianych. Pikującej Jaskółki mu brakowało, nawet jeśli nie miała nigdy zbyt pozytywnej opinii wśród Klifiaków... A może nie brakowało mu samej kotki, a tego, jak się czuł, gdy leżał u jej boku w żłobku razem z bratem? Już sam nie był pewien. Co prawda nie przyznawał się do tego, bo miał świadomość, że to nie było korzystne podejście. Również nie wciskał go nikomu i próbował o niej nie rozmawiać. Nigdy nie zagłębiał się czemu, jak chodziło o opiniach o niej, a każda z sytuacji jakoś przelatywała mu nad głową, zresztą od zawsze miał ją wysoko w chmurach i rozmyślał tylko o Kukułce. Jagnięcy Ukłon zamrugała parokrotnie, a w jej oczach pojawiła się iskra zaniepokojenia.
— Ja… nie wspominam za dobrze czasów rządów Pikującej Jaskółki — szepnęła, a Trójoki Zając położył uszy po sobie. Co złego mogła jej zrobić jego matka? Czy w ten sposób stracił w jej oczach, wspominając o pokrewieństwie z nią?
— Przepraszam, Jagnięcy Ukłonie — wymruczał, patrząc na nią ze skruchą. — Teraz przewodzi nami Lśniąca Gwiazda i nic ci nie grozi. Bardzo mu zależy na dobru klanu — próbował ją wesprzeć.
Kotka pokręciła łebkiem, spokojniejsza.
— W porządku. Przecież i tak już nic nie może mi zrobić, dzięki Klanowi Gwiazdy. — Poruszyła nieznacznie uszami. — Tak już jest. Uczniowie mają w głowach zawsze wszystko to, co nie trzeba, ale ciężko im się dziwić. W końcu są świeżo po opuszczeniu żłobka, wszystko jest dla nich nowe i mają możliwość zwiedzić cały obóz, który do tej pory znały jedynie z widoku kociarni — zachichotała, a końcówka jej ogona zaczęła podrygiwać.
Kocur pokiwał głową, czując ciepło w sercu na samą myśl. Kocięta rosły niezwykle szybko. Miał zresztą żywy przykład – jego kocięta były już blisko wieku wojowniczego, to była kwestia czasu, aż zdadzą testy na wojowników i zyskają uznanie Lśniącej Gwiazdy. Rudy przydzieli im ich nowe imiona, a oni od tego dnia będą mogli decydować o porach, kiedy wychodzą, o tym, co robią w ciągu dnia… będą musieli decydować o wszystkim za siebie. Kremowy zamierzał im przy tym towarzyszyć na tyle, jak bardzo był fizycznie w stanie.
Trwali tak przez jakiś czas w milczeniu, pogrążeni w zadumie. Wreszcie, Jagnięcy Ukłon uniosła pysk i spojrzała na pręgowanego, który zdążył odpłynąć myślami. Gdy nawiązali kontakt wzrokowy, kobaltowooka mruknęła:
— Trójoki Zającu, jesteś ode mnie wyższy. Pomożesz mi przenieść tamte zioła stamtąd, o tam? — Palcem wskazała parę zawiniątek, a potem ruchem ogona na półkę trochę dalej, pustą. Kremus poruszył zakręconymi wąsami.
— Nie ma problemu. — Wstał ze swojego miejsca, a potem podszedł do wspomnianej ściany i sięgnął łapą sprawnie parę zawiniątek. Tyle, ile mógł, pochwycił w zęby ostrożnie, resztę wręczając aksamitnie medyczce. Przeniósł je na drugie miejsce, układając schludnie. Zioła szeleściły pod jego dotykiem, całe szczęście niczego nie zepsuł, więc mógł odetchnąć z ulgą, gdy skończył przydzielone mu zadanie.
— Dziękuję. Nie będę ci zabierać więcej czasu — powiedziała, patrząc jeszcze przez moment na półkę. Kocur pokręcił głową.
— Nie zabierasz. Ale lepiej już wrócę, Kukułczy Wdzięk zacznie się martwić, a nie chcę jej stresować — wymruczał, żegnając się ze starszą. Kocica pomachała mu ogonem na pożegnanie. W paru sprawnych susach doskoczył do wyjścia, a potem wyszedł z jamy.

***

Teraźniejszość

Trójoki Zając odłożył na stertę nornicę, którą udało mu się upolować podczas patrolu. Otrzepał z siebie nadmiar kropelek, ciesząc się, że mógł wreszcie wrócić. Czuł pod poduszeczkami łap chłód kamiennej posadzki, w dodatku burczało mu w brzuchu. Pomyślał, że dobrze byłoby coś zjeść, jednak… nie zamierzał jeść sam. Pochwycił w szczęki dwie myszy, a potem wzrokiem zaczął szukać znajomego, szylkretowego futra. Początkowo myślał, że może znajdzie ukochaną w legowisku – w końcu ostatnio sporo odpoczywała, szczególnie po tym, co miało miejsce wcale nie tak dawno temu. Przepiórcza Wichura odeszła. Była to ogromna strata dla Klanu Klifu, a jeszcze większa dla całej jego rodziny. Cynamonka miała pozytywne relacje z każdym z jego kociąt, w dodatku tak samo z nim; nawet jeśli nie rozmawiali aż tak często, jak robił to on ze swoją partnerką, to wojowniczka wiele razy im pomogła w potrzebie. Również niejednokrotnie upewniała się, czy u każdego było w porządku. Opowiadała również o treningach Lilakowej Łapy, teraz Pszczelego Lilaku. Kremus westchnął, a potem wspiął się na skalne półki powoli i położył dwie zdobycze w ich legowisku. Były jeszcze ciepłe, a po liliowej nie było ani śladu. Może wyruszyła na samotny spacer? Poczuł nieprzyjemne ukłucie w sercu. Modlił się do Klanu Gwiazdy, że nie postanowiła ruszyć śladami cętkowanej. Nie poradziłby sobie, gdyby stracił i ją.
Poprawił parę odstających kępek w legowisku, a potem rozejrzał się po centrum. Niektórzy pobratymcy dzielili się językami, inni dopiero co wracali z patroli, a jeszcze inni kierowali się w stronę legowiska medyczek, prawdopodobnie doskwierało im coś. Postanowił zejść na sam dół. Gdy tak postąpił i wylądował trochę niezdarnie, podszedł do niego rudy, łaciaty kocurek. Kocię Rozżarzonej Pieśni.
— Witaj, Świetlikowa Łapo — przywitał się z nim, patrząc na młodzieńca. Nie wiedział za wiele o kociętach rudej, jednak nie miał o nich negatywnego zdania. W rzeczywistości było neutralne, raczej nie przypominał sobie, żeby w jakiś sposób zawiniły komuś z jego rodziny lub jemu samemu… — Czy coś się stało? — zapytał, widząc oczekiwanie wymalowane na pyszczku uczniaka.
— Trójoki Zającu? Czy myślisz, że warto wierzyć w Klan Gwiazdy? W końcu nie możemy ich zobaczyć, a mówi się, że czuwają nad nami ze Srebrnej Skóry i pomagają w potrzebie, ale mi jeszcze nigdy nie pomogli — zauważył, co wywołało lekkie zdziwienie u kremusa. Kiedyś, gdy był w jego wieku, raczej nie wierzył w Klan Gwiazdy, mimo że wiele kotów otaczających go było wierzącymi. Wiele razy modlił się po cichu, zmuszając do wiary, żeby nie wyjść na tego innego. Z czasem jednak, gdy wyruszył razem z bratem do Betonowego Świata, jego wiara zakiełkowała w nim na nowo, a z biegiem księżyców coraz bardziej wierzył w obecność gwiezdnych przodków, niejednokrotnie modląc się do nich, teraz już szczerze, a nie z wewnętrznego przymusu. Zamyślił się na moment.
— Myślę, że warto. Między innymi to dzięki naszym przodkom jesteśmy tutaj, jako wielka społeczność. Wielu samotników nie ma pojęcia o Klanie Gwiazdy ani o kodeksie wojownika, które są przecież kluczowe. Przez to, nawet gdyby próbowali utworzyć, powiedzmy, drugi taki Klan Klifu, to istnieje bardzo duża szansa na to, że by im to nie wyszło. Pomijając fakt braku miejsca, wielu samotników nosi miano barbarzyńców bez zasad, którzy nie pomogliby nigdy kotom w potrzebie, a prędzej przepędziliby je za granice swojego terytorium w momencie, w którym przestałyby być potrzebne. Owszem, nie da się zobaczyć naszych przodków gołym okiem ani dotknąć, jednak wielu kotom dają nadzieję na lepsze jutro. Medycy otrzymują od nich sny na spotkaniach, to oni mają z nimi najlepszy kontakt. Jeśli będziesz bardzo wierzyć, na pewno kiedyś ci pomogą. Nie będzie to jednak pomoc taka, jaka może ci się wydawać. Oni nie przyniosą ci zwierzyny w czasie głodu, ale mogą dać ci ogromną nadzieję i determinację, że uda ci się samemu ją upolować — wyjaśnił spokojnie, licząc na to, że rozwiał w ten sposób wątpliwości młodzieńca.
Kocurek kiwał głową, słuchając słów starszego. Ugniatał grunt łapkami i wyglądał tak, jakby miał lada moment wystrzelić przed siebie, mimo że prowadził właśnie konwersację z Zającem. Wreszcie, jego boki zafalowały.
— Czyli to w ten sposób działa… W takim razie teraz to ma sens. Dziękuję, Trójoki Zającu — miauknął pogodnie. Kremowy kiwnął głową, jakby chciał mu w ten sposób przekazać “nie ma sprawy”. Wiara była czymś dużo bardziej skomplikowanym, o czym mógłby rozgadać się nawet bardziej, ale teraz nie miał na to za bardzo czasu. W końcu musiał znaleźć Kukułczy Wdzięk. Jednak jego pierwotny plan został przesunięty przez rudego uczniaka.
Gdy wstał ze swojego miejsca i miał ruszyć ponownie ku wyjściu, w kącikach jego oczu mignęło liliowe futro. Wojowniczka, wręcz jak na zawołanie wróciła, a na jej pyszczku widniał neutralny wyraz. Ruszył w jej kierunku z nadzieją w sercu. Ten czas był dla niej niezwykle trudny, chciał jej więc zatem okazać wsparcie, którego teraz tak bardzo potrzebowała. Znalazłszy się przy kotce, otarł się o nią lekko na powitanie. Nie odtrąciła go, ale też nie odwzajemniła gestu.
— Jesteś głodna, skarbie? Zaniosłem nam do legowiska jedzenie — powiedział, patrząc na jej pyszczek. Kotka pokręciła głową.
— Nie. Chciałabym teraz pobyć sama, proszę — odparła, odsuwając się od kocura. Trójoki Zając popatrzył na nią ze zmartwieniem, ale postanowił to uszanować.
— Dobrze. W razie, gdybyś mnie potrzebowała, to będę w obozie.

Koniec sesji

Migot został adoptowany!

 




nowy właściciel: pikmi0004

Od Umykającej Łapy CD. Zanurzonej Łapy

Umykająca Łapa uśmiechnął się lekko, słysząc porównanie Klanu Klifu do jego własnego. Spojrzał na morze, którego fale leniwie rozbijały się o brzeg, a potem znów przeniósł wzrok na Zanurzoną Łapę.
— Może coś w tym jest! Chociaż chyba musielibyście mieć jakąś specjalną sadzawkę, żeby rozmawiać ze zmarłymi. Samo morze jest chyba trochę zbyt duże, żeby znaleźć w nim odpowiednie odbicie — zażartował, nie zastanawiając się zbytnio nad tym, jak właściwie miałoby to działać.
Na pytanie o wróble poruszył uszami. Nie był pewien, czy kiedykolwiek widział mewę, ale z opowieści starszych kotów kojarzył kilka ptaków żyjących nad wodą.
— Wróble są malutkie, brązowawe i mają takie ciemniejsze plamki. Raczej nie wyglądają zbyt imponująco, zwłaszcza w porównaniu z bocianami! — wyjaśnił, po czym zachichotał. — Chociaż nie wiem, dlaczego akurat one miałyby przynosić czekoladowe kocięta. Może dlatego, że same lubią kąpać się w kałużach? Tak przynajmniej twierdzą starsi.
Przez chwilę przyglądał się kotce z wyraźną ciekawością. Skoro wspomniała o zwyczajach własnego klanu, od razu zapragnął dowiedzieć się czegoś więcej. Nieczęsto miał okazję porozmawiać z kotem spoza Klanu Nocy, a już szczególnie z kimś, kto nie patrzył na niego z góry.
— A jakie wy macie zwyczaje? — zapytał, przekrzywiając łeb. — Opowiedz mi coś! Może też macie jakieś dziwne historie o tym, skąd biorą się kocięta albo dlaczego nie wolno robić czegoś konkretnego? — dodał z rozbawieniem, po czym zerknął na wodę. — Właściwie, skoro jesteś z Klanu Klifu, to umiesz dobrze pływać? Bo ja nadal nie rozumiem, jak można dobrowolnie wskakiwać do takiej zimnej wody.

<Zanurzona Łapo?>
[244 słowa]

Od Psianki

Minęło już pół księżyca, odkąd znalazłam się w domu Dwunożnych. Przez ten czas zdążyłam przyzwyczaić się do jego zapachów, odgłosów i codziennego rytmu, choć wciąż nie potrafiłam uznać tego miejsca za swój dom. Jedną z niewielu rzeczy, które naprawdę umilały mi pobyt, były rozmowy z Amantem. Rozmawialiśmy niemal każdego dnia, czasem przez długie godziny, a ja z zaskoczeniem odkryłam, że z nikim nie spędza mi się czasu równie dobrze. Kocur miał w sobie coś niezwykle ujmującego, choć pod jego uprzejmymi manierami kryła się też spora doza sprytu.
Pewnego popołudnia, kiedy leżeliśmy obok siebie w ciepłym promieniu słońca, Amant ponownie poruszył temat mojego pobytu u Dwunożnych. Tym razem nie ograniczył się jednak do pocieszania mnie ani opowiadania o tym, jak wygląda życie poza domem.
— Musisz spojrzeć na tę sytuację nieco rozsądniej, droga Psianko. Nie twierdzę, że powinnaś pogodzić się z tym, co cię spotkało, ale nie osiągniesz niczego, walcząc z nimi przy każdej okazji. Dwunożni są dość przewidywalni. Jeśli uznają, że jesteś spokojna, przywiązana i nie stanowisz dla nich problemu, prędzej czy później pozwolą ci na więcej swobody — wyjaśnił, wygładzając łapą futro na piersi. — Na początek musiałabyś udawać, że darzysz ich zaufaniem. Kiedy zaczną wypuszczać cię do ogrodu, nie próbuj od razu uciekać. Złapią cię, a wtedy cały wysiłek pójdzie na marne. Wróć do domu, zachowuj się tak, jakbyś nie miała niczego do ukrycia. Jeśli uznają, że nie zamierzasz odchodzić, z czasem przestaną cię pilnować.
Przekrzywiłam łeb, rozważając jego słowa. Nie podobała mi się myśl o udawaniu przywiązania do istot, które mnie porwały, ale musiałam przyznać, że jego plan miał sens.
— Czyli mam ich oszukać? — upewniłam się.
— Nazwałbym to raczej umiejętnym zarządzaniem cudzymi oczekiwaniami — odparł z niewinnym uśmiechem. — Nie musisz przecież mówić im wszystkiego, co myślisz. Wystarczy, że pokażesz im to, co chcą zobaczyć.
Z czasem zaczęłam stosować się do jego rady. Nie uciekałam, kiedy Dwunożny wypuszczał mnie na zewnątrz, a po pewnym czasie mogłam już swobodnie przechadzać się po ogrodzie. Amant towarzyszył mi wtedy, kiedy tylko miał na to ochotę, choć zwykle wolał obserwować świat z bezpiecznego miejsca. Przy okazji opowiadał mi o kotach, które poznał podczas jednego ze swoich dawnych spacerów kilka domów dalej.
Najczęściej wspominał o Węgielku, czarnym kocurze z niewielką białą plamką na piersi. Podobno był wyjątkowo nieufny i od samego początku uznał Amanta za rozpieszczonego pieszczocha, który nie potrafiłby upolować nawet myszy. Amant twierdził, że nie zamierzał udowadniać mu czegokolwiek, choć z jego tonu łatwo było wywnioskować, że uwaga ta nieco go uraziła.
— Węgielek ma dość osobliwe podejście do znajomości. Najpierw przez kilka minut mierzył mnie wzrokiem, potem zapytał, czy zgubiłem swojego Dwunożnego, a na koniec oznajmił, że w jego okolicy nie ma miejsca dla kotów, które nie potrafią same o siebie zadbać. Niezbyt eleganckie powitanie, prawda? — opowiadał z wyraźnym rozbawieniem. — Nie miałem jednak zamiaru wdawać się z nim w sprzeczkę. Niektórym wystarczy pozwolić mówić, a sami zdradzą o sobie więcej, niż zamierzali.
Innym razem opowiadał o Kropce, rudej kotce, którą spotkał przy płocie. Była zupełnym przeciwieństwem Węgielka – żywiołowa, ciekawska i skłonna do zadawania pytań, zanim jeszcze zdążyła się przedstawić. Amant przyznał, że przypominała mu mnie, szczególnie kiedy z przejęciem opowiadałam o lesie i jego mieszkańcach.
— Miała chyba tyle samo energii co ty. Wypytywała mnie o wszystko, od zawartości mojego miejsca do posiłku po to, czy naprawdę śpię na poduszkach. Nie potrafiłem jej odmówić rozmowy, choć muszę przyznać, że po pewnym czasie zaczęła mnie męczyć — stwierdził, po czym spojrzał na mnie z rozbawieniem. — Oczywiście nie sugeruję, że ty również jesteś męcząca, mademoiselle.
Najwięcej sympatii zdawał się jednak żywić do Burka, starszego, pręgowanego kocura, który zwykł przesiadywać na murku. Miał podobno zwyczaj opowiadania o dawnych czasach, innych kotach i miejscach, które odwiedził. Nie wszystkie jego historie były prawdziwe, przynajmniej zdaniem Amanta, ale to wcale nie odbierało im uroku.
— Burek twierdził kiedyś, że zna przejście prowadzące do miejsca, w którym Dwunożni nigdy nie stawiają łap. Nie chciał zdradzić, gdzie ono jest, choć podejrzewam, że po prostu wymyślił tę opowieść, żeby przyciągnąć słuchaczy. Mimo wszystko był całkiem interesującym rozmówcą. Znał mnóstwo kotów i potrafił opowiadać tak, że Dwunożny… a właściwie kot, zapominał o upływie czasu.
Słuchałam go z zainteresowaniem, dopytując o wygląd i charaktery poszczególnych kotów. Czasami próbowałam sobie wyobrażać, jak wyglądałyby ich spotkania, gdyby odbywały się w Owocowym Lesie. Amant zdawał się czerpać przyjemność z tego, że miał komu opowiadać swoje historie. W końcu sam przyznał, że choć lubił wygodne życie, brakowało mu czasem towarzystwa innych kotów.
— Bezpieczeństwo ma swoje zalety, ale nie należy mylić go z pełnią życia — zauważył. — Nie każdy dzień musi być przygodą, jednak odrobina odmiany jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
Nie minęło wiele czasu, nim nasze rozmowy zeszły na temat Owocowego Lasu. Amant coraz częściej wypytywał mnie o jego mieszkańców, zwyczaje i sposób organizacji. Początkowo sądziłam, że zwyczajnie ciekawi go życie kotów żyjących z dala od Dwunożnych, lecz z czasem zauważyłam, że jego pytania stają się coraz bardziej szczegółowe.
— Wspominałaś, że macie przywódcę. Jak właściwie wygląda jego władza? Czy wszystkie decyzje należą do niego? A jeśli któryś z wojowników się z nim nie zgadza, może otwarcie wyrazić sprzeciw? — zapytał, przyglądając mi się uważnie.
— Przywódca podejmuje najważniejsze decyzje i odpowiada za cały klan, ale nie oznacza to, że może robić wszystko, na co ma ochotę. Ma swoich zastępców, wojowników i uzdrowicieli, którzy pomagają mu w różnych sprawach. Każdy ma swoje obowiązki, a zdanie innych też jest ważne — wyjaśniłam. — Właściwie jesteśmy trochę jak mrówki w mrowisku. Każdy jest równy i każdy pomaga rozwijać się całej społeczności na swój sposób. Niektórzy polują, inni patrolują granice, jeszcze inni opiekują się chorymi albo uczą młodszych. Żadna z tych rzeczy nie jest mniej potrzebna od pozostałych.
Amant zamyślił się, powoli przesuwając ogonem po podłożu.
— Ciekawe. A więc pozycja niekoniecznie oznacza większą wartość jednostki, lecz raczej większą odpowiedzialność? — dopytał. — I czy przywódca może zostać pozbawiony swojego stanowiska, jeśli zawiedzie zaufanie pozostałych?
Opowiedziałam mu o tym, jak wygląda wybór przywódcy i jak ważne jest zaufanie klanu. Kocur słuchał z uwagą, nie przerywając mi, choć od czasu do czasu zadawał kolejne pytania. Interesowało go, kto może zostać zastępcą, jak rozwiązuje się spory między kotami i czy młode mają jakikolwiek wpływ na życie społeczności. Niektóre z tych kwestii nigdy wcześniej nie przyszły mi do głowy, więc sama musiałam chwilę się nad nimi zastanowić.
— Brzmi to, jak całkiem sprawnie funkcjonujący system — podsumował w końcu. — Choć zastanawia mnie, czy taka równość rzeczywiście utrzymuje się w praktyce. W końcu nawet w najbardziej zgodnej społeczności znajdą się koty, które zechcą mieć więcej do powiedzenia niż pozostałe.
— Pewnie tak, ale nie wydaje mi się, żeby to zmieniało nasze zasady — odpowiedziałam. — Najważniejsze jest przecież dobro całego klanu.
— Oczywiście. Dobro wspólnoty — powtórzył, jakby smakował te słowa. — Warto jednak pamiętać, że wspólnota jest tak silna, jak jej najsłabsze ogniwo.
Nie byłam pewna, skąd u niego takie zainteresowanie władzą i zasadami Owocowego Lasu, ale nie przeszkadzało mi to. Wręcz przeciwnie, cieszyłam się, że mogłam opowiadać mu o swoim życiu. W pewnym momencie rozmowa zeszła na znacznie bardziej osobiste tematy. Wspomniałam, że kiedyś chciałabym mieć własne kocięta, którym mogłabym pokazywać las, uczyć je polowania i opowiadać historie o przodkach. Amant uniósł lekko brwi, a na jego pysku pojawił się łagodny uśmiech.
— Przyznam, że sam nie wykluczam takiej przyszłości. Myśl o własnej rodzinie jest całkiem przyjemna, prawda? — zamruczał. Po chwili jednak jego mina nieco spoważniała. — Jest tylko pewien problem. Dwunożni często odbierają kocięta matkom, kiedy te są jeszcze bardzo młode. Nie czekają, aż będą gotowe opuścić gniazdo, nie pytają ich o zgodę. Po prostu zabierają je i oddają innym. Sama myśl o tym napawa mnie przerażeniem.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, jak wyglądałoby posiadanie kociąt w domu Dwunożnych. W Owocowym Lesie młode dorastały przy matkach, pod opieką całego klanu, a ich odejście do szkolenia następowało dopiero wtedy, kiedy były na to gotowe.
— U nas tak nie jest. Kocięta zostają z matką, dopóki nie osiągną odpowiedniego wieku. Potem zostają uczniami i zaczynają naukę, ale nadal mogą odwiedzać rodzinę. Cały klan pomaga je wychowywać — wyjaśniłam. — Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś po prostu zabrał je matce.
— A więc nawet w tej kwestii wasze zwyczaje różnią się od tych, które znam — mruknął Amant. — Powiedz mi, czy w Owocowym Lesie każda kotka może mieć kocięta, jeśli tylko tego zapragnie? Czy istnieją jakieś ograniczenia? I czy ojcowie również uczestniczą w ich wychowaniu?
Odpowiedziałam na kolejne pytania, choć nie wszystkie potrafiłam rozstrzygnąć z całkowitą pewnością. Amant słuchał mnie z niezmienną uwagą, jakby zbierał informacje, które mogły mu się kiedyś przydać. Nie wiedziałam, co dokładnie chodziło mu po głowie, ale jego ciekawość sprawiała, że coraz chętniej opowiadałam mu o lesie. A on, w zamian, dzielił się ze mną własnymi historiami, dzięki czemu nawet to obce miejsce stawało się odrobinę mniej samotne.

Od Odety

— Czekaj, czekaj… dziś trenujemy w PARZE? — jej głos drżał, podobnie do całej reszty jej ciała. Nie mogła po prostu powstrzymać radości uchodzącej na wolność z jej wnętrza na myśl o wspólnym treningu z kotem niebędącym jej mentorką. To drugi księżyc nauki, a nie zdarzyło się to nigdy! Poza patrolami, ale one się nie liczyły… sami rozumiecie! To była naprawdę nieprawdopodobna rzecz warta ogromu szczęścia. Lgnęła bliżej na samą myśl o towarzystwie kota w swoim wieku. Już przyciskała nos prosto do policzka nauczycielki, bez możliwości opanowania.
Była pieszczoszka, gdyby tylko mogła, to spędzałaby każdą minutę w towarzystwie. Takim kotem po prostu była: potrzebowała towarzystwa, zwłaszcza po księżycach spędzonych w okrojonym z dostępu do takowego, domostwie. Korzystała z wszelkich okazji umożliwiających jej odrobinę dnia wypełnioną pogawędką. Wraz z życiem w grupie nauczyła się bardziej, jak robić to poprawnie, przez co dostarczyło jej to jedynie coraz więcej frajdy, albowiem inni nawet chcieli zamieniać z nią parę słów. Nie chodziło o to, że nauczyła się słuchać, bo to było nie do zmiany, niemniej udało jej się zdobyć nieco poparcia przez powszechnie rozumianą rozpoznawalność w gronie Owocowego Lasu.
— Kim ona jest? A może to on? Obydwie opcje są dobre, nie odbierz tego źle – mamrotała z prędkością rzadko spotykaną w takich błahych sprawach. – Powiesz mi, jak się nazywa? Albo nie sama spytam, kiedy tylko się tutaj pojawi. Właściwie to, gdzie ona? Nie powinna już tu być? — jej monolog trwał w najlepsze, nie pozwalając Całunce na wtrącenie choćby słowa. Już cofała się, aby zacząć się rozglądać, wtem coś uderzyło w nią z impetem powalającym prosto na ziemię.
— Upsi! — pisnęła ta nieoczekiwana istota, również spotykając grunt z łomotem. Nagle, raptem po pięciu uderzeniach serca, podczas gdy one spieszyły się na łapy, za nimi rozbrzmiał donośny śmiech. Synchronicznie odwróciły się w jego stronę - czarna z uśmiechem, liliowa ze smutną minką. Ich głosy naszły na siebie przez zupełny, nieplanowany przypadek.
— Wypadek przy pracy — mówiła Serduszko.
— Gdzie tu wsparcie! — mówiła Odeta.
Wybuch histerycznego chichotu miał miejsce po raz kolejny, był nie do powstrzymania. Po kolei każda z kotek dołączyła do niego, aż wszystkie wyśmiały się za wszystkie czasy. Dłuższy moment uspokajały swoje podśmiewywanie. Najstarsza, oczywiście, otrząsnęła się pierwsza, jednak pozostała z ogromnym uśmiechem piętrzącym się na mordce.
— Widzę, iż dobrze was dobrałam. Tylko nie zróbcie sobie nawzajem niczego, okej młode? — poprosiwszy, rzuciła ostre spojrzenie podopiecznym. One wymieniły powstrzymywane parsknięcie i krótkie pomruki zgody. — Na poważnie! Jestem za was odpowiedzialna! — nawet brunatna nie wytrzymała tego niby kazania i prychnęła pod nosem. Aczkolwiek one były już zajęte sobą.
Natłok pytań wypełnił przedpołudniowy skrawek polanki, schronienia tak wielu. Przestrzeń przed legowiskiem uczniów dostała niezłą porcję młodzieńczej wesołości oraz trajkotania prześcigających siebie tempem młodych. Imiona zostały rzucone, informacje o doświadczeniach, wreszcie wojowniczka musiała targać pręguski poza obóz siłą, co zdarzało się bardzo, bardzo rzadko.
— Chyba nie był to dobry wynik dla mojej psychiki… Co ja z wami zrobię? — mruczała opiekunka na ten dzień. Wpakowała się w niezłe bagno, lecz decyzja zapadła i nie było odwrotu! Dobrze, że jej też brak powagi.

______________

Trzy pary łap i tak koszmarnie nierówny stukot, aż dziwić się można dalszej obecności zwierzyny w otoczeniu. Dotarcie do Konającego Buku było niczym marsz chmary hałaśliwych kociąt. Wojowniczka musiała uciszać uczennice przy każdym zakręcie, a finalnie zdenerwowała się na tyle, iż wyznaczyła im zadanie. Miały bowiem znaleźć trop lisa, co potrafiła niebieskooka, w przeciwieństwie do koleżanki. Tamta musiała uczyć się o tym, w związku z jej zbliżającym się szybko mianowaniem na pełnoprawną rangę. Pomimo wszystkiego, wytłumaczenie tego nie poszło tak gładko…
— No… musisz po prostu… — teraz trzymały się z tyłu, starając się rozwikłać zadanie. Dalej szły przed siebie, ale zdecydowanie wolniej. Zwłaszcza Serduszko, bo przez emocje plątała się w słowach. — Zróbmy to tak — zadecydowała po którejś nieudanej próbie. Potem na ucho wyszeptała Odecie co ma zrobić i obydwie oddaliły się od siebie z niepokojącym wigorem. Obserwująca je, Całunka już wysłała modlitwy o wsparcie do Wszechmatki. Inaczej mogła tego nie przeżyć…
Wlokła się straszliwie, aby mieć na oku tamte dwie krzątające się po krzaczorach. Nie wiedziała, czego może spodziewać się po tej dwójce niesfornych kocic, którym dosłownie w punkt - minutę drogi od celu - udało się coś znaleźć. Rozdzieliły się, mimo tego krzyknęły razem. Nauczycielka zastanawiała się, dlaczego do tego doszło, podobnie dlaczego zajęło im to tak długo, skoro jedna z nich powinna opanować tę umiejętność do godnego poziomu. Rozpraszały siebie tak mocno… docierając do nich, dotarło do niej jej szczęście. Mogły w ogóle nie znaleźć tego śladu, patrząc na ich podskoki w miejscu, zwyczajnie po znalezieniu głupiego tropu! Westchnienie samo uleciało z jej pyska, chociaż i tak by go nie powstrzymywała. Było w pełni zasłużone.
— Pokażcie, co tam macie — powiedziała, stając zaraz przed nimi. Rozsunęły się, ukazując pozostałości po łapach lisa ukryte w ściółce. Woń była mocno stara. — No, no! Mogę wybaczyć wam czas. To wiekowe ślady.
— Chyba na zawsze zapamiętam ten zapach… — wyszeptała liliowa w kierunku drugiej podopiecznej, pewnie z nadzieją na bycie nieusłyszaną przez pozostałą towarzyszkę. Było to proste wytłumaczenie sposobu wytropienia tego fragmentu poszycia, zwłaszcza w duecie z następnym stwierdzeniem. — Cuchną nawet mocniej, niż to opisałaś.

______________

— Skoczyć — trudno było określić manierę bezokolicznika. Została rzucona na wiatr, stojąc na ogromnym bagnisku wypełnionym całymi zbiornikami z brudną wodą. — Skoczyć — zostało powtórzone, również przez nią. Wysunięte pazury były wręcz nieodpowiednim widokiem przy jej delikatnej postaci, lecz jakoś musiała trzymać się śliskiej powierzchni. Zahaczała nimi o grunt w zasięgu do wykorzystania, starając się o stabilność jak najlepszą w tym punkcie.
— Nie dosłyszałaś? Masz skoczyć — Całunka odzywała się zupełnie z drugiego krańca rozlewiska. No może z paru ogonów dalej, jeśli jesteśmy rzetelni w osądach. Nie pierwszy raz tu stała, nie zmieniało to jednak pierwszego razu dostania rozkazu do skoku na innego kota podczas stania pośrodku wody. Przecież otaczała je ona z każdej strony! Nie dowierzała, że to polecenie było czymś racjonalnym. Wbrew jej, Serduszko zdawała się mało wzruszona. Spoglądała nieufnie w stronę wody, niemniej robiła chyba coś podobnego albo przynajmniej wiedziała, jak walczyć. Przeszła pieszczoszka, była świadoma wyłącznie paru ruchów bitewnych, widzianych kiedyś tam, gdzieś tam, kątem oka; co najwyżej.
Powiew uderzał prosto w jej długie futro. Czuła jak jego ciężar przesuwał się na prawą stronę wraz z jego kursem. Pod nimi wezbrało cieczy, przez śnieg, który obecnie przypominał bardziej papkę niewiadomego pochodzenia. To nie tak, iż było ciepło. Co to, to nie. Lodowate powietrze dalej przeszywało do kości, wszystko pokrywała śliska powłoka, ale nie było na tyle zimno, żeby tutejszy teren zamarzł czy śnieg chrupał pod łapami. Uczennica nie wiedziała, co sądzić o tej porze. Obecnie skłaniała się do zadeklarowania nienawiści.
— Hej! Najlepiej nauczysz się na ostrych przykładach, tu jest tylko mokro. Trochę błota ci straszne? — motywowała mentorka. Miała pełną rację, gdyż nie było tu niebezpiecznie, a jedynie dość ekstremalnie. Zdawała się lubić ekstrawaganckie rozwiązania. Natomiast koteczka z całą pewnością nie była za takim czymś.
— Dawaj! — zachęcała nawet towarzyszka walki.
— Poznałam ją dopiero co i już muszę atakować — marudziła zielonooka, kręcąc głową z niedowierzaniem. Wówczas została ochlapana przez Serduszko solidnym strumieniem ohydnej brązowej wody, sprawiając, że w przeciągu mrugnięcia wykonała skok prosto na tamtą.
Prędkim susem w przód przywarła do karku czarnej, swoją masywniejszą sylwetką powalając ją. Rolę się odwróciły. Aczkolwiek tamta wygramoliła się spod niej, w odwecie chwytając zębami za jej przednią łapę. Wyrzuciwszy syk, odskoczyła w tył. Wylądowała z poślizgiem i ustała krzywo, przez co dała czas tamtej na wykonanie własnego ruchu na stojącej nieporadnie i rozjechanej na własnych nogach niczym żaba.
— Spięte mięśnie! — została poinformowana.
Migiem spojrzała w dół i to zrobiła, co uratowało ją przed rozpędem, z jakim spotkało się jej ciało. Nie powstrzymało to zachwiania na łapach, przez które znów musiała szukać oparcia w niestabilnym gruncie. Dynamicznie podjęła decyzję o wymierzeniu ciosu w sam środek głowy „przeciwniczki”. Dezorientacje odebrała jako doskonały znak, nie wiedząc o popularności taktyki.
— Dobrze, uderzenie przednią łapą! — pochwaliła Całunka. Odeta nie do końca to zarejestrowała.
Serduszko już zajmowała się kolejnym krokiem. Nie była najbardziej sprytna ani najbardziej zaradna, lecz niedoświadczona nie miała przewagi w obliczu sprawy. Mocno zbliżyła się i pierwszy instynkt kazał liliowej przytrzymanie jej przy ziemi. Tak też zrobiła, powodując wykorzystanie kolejnego tradycyjnego zagrania, jakim było drapnięcie w brzuch. Nim się zorientowała, usłyszała tylko kolejne wykrzyknięcie:
— Chroń wrażliwe miejsca!
Skonsternowana – zarówno zmieszana, jak i zakłopotana – spotkała się z piekącym bólem rozgrzewającym jej podbrzusze. Cios był średnio obrany względem siły, gdyż nie powinien być tak mocny w walce treningowej. Krew pewnie polała się po jej nogach, bo czuła ciepłą ciecz spływającą wzdłuż jej tylnych łap i zlepiającą jej futro. Nie było to nic poważnego, ale dalej piekło. Mimowolne syknięcie towarzyszyło gwałtownemu obróceniu w bok i wytykaniu się, czysto bezmyślnemu, które wykonała. Zbiegiem okoliczności, zapomniała schować pazury i drasnęła tamtą nimi po szerokości piersi; zaistniały dwie równe szramy. Były płytkie, niemniej krwawo czerwone.
— Obrót w bok! Świetnie! — wtórowała obserwująca.
W ten sposób wymiana ruchów bitewnych trwała, aż nie opadły w wodę całe umorusane błotem i wymęczone do granic możliwości. Wspólnie dyszały, czując się bliskie sobie pomimo ówczesnego walczenia. Takie doświadczenia zbliżały - chyba… tak czy inaczej, z pewnością były ciekawe. Odeta chyba nigdy nie polubi czegoś takiego, lecz po dzisiejszym dniu pojęła trochę informacji na ten temat. Było to potrzebne, nieważne jak bardzo chciała tego uniknąć. Musiała zacisnąć zęby oraz to znieść. Co innego jej pozostawało? Niezdanie egzaminu? Śmierć z łap wrogiej grupy, bez szans na pomoc mniej umiejętnym czy bezbronnym pobratymcom?
— Jeszcze raz — zostało zarządzone. Wspólnie wydały z siebie jęk oburzenia, wycieńczenia i niechęci. Natomiast z biegiem czasu, powstały z miejsca.

[1556 słów + rozpoznawanie tropów lisów]

Od Zwinka

Dzień był pochmurny, a z samego rana nad obozem panowała ciężka mgła. Zwinek odkąd zamieszkał w legowisku z Gołąbkiem i innymi, nie widział jeszcze takiego zjawiska. Wyściubił nieśmiało nos poza krzew, a Gołąbek go wyprzedził, ogonem dając znak do wymarszu. Rudy nie do końca rozumiał, dlaczego mieli z samego świtu i to w taką pogodę szukać ziół… poza tym, czy Zwinek nie powinien na razie siedzieć w obozie? Powtarzać mieszanek? Albo yyyy trenować zaklejanie ran? Purchawka dołączyła do nich chwilkę później.
Podreptał za ciemnym kotem, ze zwieszoną głową. Starsza kotka dotknęła go ogonem, by dodać mu otuchy.
— Niektóre rośliny potrzebują dużo wilgoci i lepiej je zbierać takimi porami — rozległo się przed nim.
Nadstawił uszu. Poruszył wąsami, doganiając mentora.
— Chodźmy, pójdziemy ich poszukać.
— Nie trafimy na lisy?
— Raczej nie, w tej części nie powinniśmy ich spotkać — odparł starszy. — Możemy wziąć kogoś z nami.
Sajgon akurat przeciągał swoje czarne ciało, kiedy nadeszli. Gołąbek zamienił z nim kilka słów, a kocur kiwnął głową. Wybyli więc całą trójką. Zwinek był zaintrygowany wojownikiem. Nie nosił na sobie blizny, a mimo to biła od niego pewność siebie oraz doświadczenie. Podziwiał takie koty, samemu będąc raczej delikatną osobowością.
Szli bardzo długo. Mijali łąki pełne zielonej trawy, a w niej śpiewające ptaki, które na ich widok szybciutko umykały. Następnie wspięli się na kłodę, która pozwoliła im przejść na drugą stronę rzeki. Zwinek potrzebował tutaj pomocy Sajgona - sam był za słaby, by wykonać taki skok na śliską nawierzchnię. Gołąbek go pochwalił. Następnie przekroczyli mokradła, docierając aż do Dębowej Ostoi, w której powietrze pachniało zupełnie inaczej. Było ciężkie, wilgotne. Mgła zdążyła się rozejść do tej pory, odsłaniając podłoże pełne mchu, gałęzi i liści. Zwinek musiał mocno uważać, by nie wywinąć orła, ale i tak uderzył głową w gałąź jednego z krzaków. Zapiszczał boleśnie.
— Zwinku, wdrap się na drzewo i zbierz mi tamte liście, dobrze? Pamiętasz, co z nimi robimy? — zapytał go mentor.
— To te, co nosimy w nich lekarstwa? Te wielkie?
— Tak, dokładnie słoneczko! — wtrąciła się Purchawka, a Zwinek posłał jej uśmiech. Gołąbek westchnął.
Po chwili rudzielec dzielnie wspinał się na drzewo. Sajgon go kontrolował, czy nie spada, ale jednocześnie rozglądał się dookoła za niebezpieczeństwami. Zwinek dotarł na najniższą gałąź dębu i zerwał tyle, ile zdołał. Zrzucił to na ziemię, by dozbierać więcej. Purchawka z Gołąbkiem wzięli zdobycze. Zwinek niezgrabnie zszedł, spadając z ostatniego odcinka, prosto w mchowe podłoże. Zarył buzią w mokrej ziemi.
— Auć — syknął.
— Hihihi jak nie będziesz uważał to zaraz zużyjemy to, co zebraliśmy — rzuciła Purchawka, a Zwinek położył uszy po sobie.
Zebrał się z ziemi, otrzepał, chlapiąc przypadkiem Sajgon.
— Ojć, wybacz — miauknął ze skruchą.
— Nic nie szkodzi.
Poszli dalej. Purchawka pokazała Zwinkowi jak odnaleźć dziki czosnek. Roślina ta miała bardzo pikantny zapach, a jej wygląd to była bulwa z liśćmi. Zwinek zanotował w głowie ten nietypowy obraz. Zebrali tyle, ile zdołali.
— Bardzo dobrze leczy infekcję — zaczął Gołąbek. — Jest również pomocny przy ugryzieniach szczurów.
— Pachnie okropnie — skomentował syn Purpury.
— Oj słodziaku, nie każde lekarstwo musi pachnieć fiołkami. Ma działać! — oznajmiła Purchawka, która była jak zawsze w świetnym nastroju.
Dębowa Ostoja wydawała się Zwinkowi przerażającym miejscem. Pełna różnych zapachów, niektórych tak drażniących, jakby miały zaraz wybuchnąć mu płuca. Z kolei inne były delikatne jak kwiaty. Widział dużo różnych drzew oraz krzewów, których nazw nie pamiętał. Wiedział jednak, że jeszcze tutaj wróci na przyszłych treningach, dlatego nie łamał się niewiedzą. Jednocześnie podejmował rozmowy z Sajgonem, pytał go o to i tamto, ale też potykał się o wystające korzenie. Wojownik kilkukrotnie musiał go wyciągać z dziur po łasicach.
Ich długą i wyczerpującą podróż zakończyli jeszcze lekcją na temat zdzierania kory z drzew. Zwinek po powrocie był naprawdę wykończony, więc Gołąbek pozwolił mu na niedługą drzemkę. Rudy dosłownie padł na pyszczek tam, gdzie stał, więc z pomocą Purchawki, obydwoje medycznych kotów go przeniosło na bok, żeby nie przeszkadzał.

[627 słów + zbieranie ziół w towarzystwie szamana]

Od Kaczorka do Migoczącego Nieboskłonu

Po usłyszeniu plotki o swoim pochodzeniu
__________

Zderzenie z nowymi realiami było bolesne, a także odbiło się echem w jego życiu. Po spotkaniu z Pszczelim Lilakiem wycofał się, metaforycznie rzecz biorąc. Zaczął silnie myśleć i analizować wszelkie wydarzenia, które mogły kryć za sobą choćby krztynę prawdy o tym, skąd pochodził. Czuł się dziwnie śpiąc obok Morświnowej Płetwy, a nawet zaczął unikać dłuższego spędzania czasu przy jej boku, pomimo miłości, jaką ją darzył. Zdawała mu się nie odpowiednia, zupełnie nie pasująca do tego miejsca. Skoro nie ona była jego matką, tylko opiekunką, czy nie powinien traktować jej z nieco większym dystansem? Ból głowy dopadał go na samo wspomnienie pogmatwanych rzeczy mogących być, równie dobrze, jak też nie być, rzeczywistością.
Wychodzenie od zawsze było u niego skreślone. Teraz jednak nie unikał go z premedytacją nasiloną o parę dodatkowych stopni, a zamiast tego często godził się na odwiedziny do starszych bez ówczesnej prośby o to. Powodem było uniknięcie przebywania blisko kota, względem którego nie wiedział, jak się zachować. Nikt nie mógł podać mu reguł takiej relacji, bo mało kto przeżywał podobne! A zresztą nie pokusiłby się o pytanie… Królowa oczywiście to zauważyła, ale jej nieśmiała natura kłóciła się z otwartym przyznaniem się do widzenia tejże zmiany, dodatkowo zważywszy na to, iż była praktycznie przekonana o jej pochodzeniu. Co innego mogło wywołać u niego tak silną reakcję, niżeliby rozniesiona po całym obozie plotka o jego osobie? Osobie, która nie cierpiała uwagi i kochała swoją grupę z całego, drobnego serca noszonego w piersi.
— Chciałbyś pójść ze mną do Drzemiącego Serca? — zapytała przyjaźnie liliowa, liżąc swojego “syna” pomiędzy uszami. Dzień był chłodnawy, ale cichy i wypełniony oczekiwanymi roztopami, przynoszącymi nadzieję na nadejście cieplejszych dni. Kaczorek zamruczał przez odczuwaną troskę, dając kotce złudne poczucie szansy na zgodę co do wspólnego wyjścia. Wtem powstrzymał się siłą od wydawania odgłosów, po czym bez ostrzeżenia wstał z miejsca w pośpiechu, zaraz po przypomnieniu sobie o istocie sytuacji.
— Umówiłem się z... — zająknął się. — Umówiłem się z Roświetloną- Rozświetlonym… — począł się miotać po kłamstwie, jakie starał się złożyć. Nie pamięć względem imion… szlag by to! Nie dało się kłamać z takim utrudnieniem. Zapatrzył się w przestrzeń, panicznie szukając imienia, jakie zaczął wypowiadać.
— Rozświetloną Skórą? — spróbowała pomóc mama i, jak to mama, dokładnie odgadła to, co miał powiedzieć. Poczuł się przez to zawstydzony sobą.
— Tak, dokładnie… wybacz — wydukał, jeżąc się mimowolnie. Pragnął po prostu zapaść się pod ziemię. To miłe spojrzenie Morświnowej Płetwy, dokładające do jego niedoli i jeszcze chęć przytulenia się do niej ciasno oraz pozostania w ciepłym legowisku, nie pomagało w odwróceniu się i podtrzymaniu swej wypowiedzi. Ona zdecydowała się chyba mu w tym pomóc, wyrozumiała i tak głęboko świadoma jego zachowań. Bez dwóch zdań wiedziała o kłamstwie, lecz poddała się mu.
— Może innym razem — odrzekła niejasno, pozwalając na swobodę w dacie i ogólnym sposobie wydarzeń, jakie proponowała. Pręguskiem zawładnęły emocje, bo słowa te były faktycznie zapewniające; uspokoił się wbrew własnej woli. Nie mógł wytrzymać tej miłości, jaką dostawał od kogoś, kogo nie chciał obdarzyć podobną. Pchany strachem rozklejenia się, odwrócił się i żwawym tempem opuścił jamę, pozostawiając kocice w tyle. Korciło go odwrócenie się, aczkolwiek nie zrobił tego. Tak było po prostu lepiej dla nich obydwu. Dopiero gdy przemknął poboczem na podwyższenie prowadzące do miejsca przebywania starszyzny, pozwolił sobie zwolnić.

__________

— Czasem zastanawiam się, dlaczego Owocniaki wierzą w tę całą Wszechmatkę. Przecież mają przed sobą koty prosto z gwiazd! To wydaje się znacznie bardziej racjonalne — bełkotał wcześniej wspomniany pobratymiec, podczas gdy młodszy siedział przed nim. W sumie to nie do końca chciał go słuchać, niemniej z potrzebą utrzymania swoich słów jako prawdziwe w pewnym stopniu, zmusił siebie do takiego siedzenia. Z szacunkiem mruczał przytakująco co rusz, aby tylko nie wyjść na śmiertelnie znudzonego - choć był znudzony.
Przez szukanie jakiegokolwiek zajęcia, które mogło umilić mu bycie świadkiem wykładu o wierze swojego klanu, zaczął przesuwać oczyma po legowisku. Na początku, gdyż następnie sięgał dalej, poza skalny brzeg: gdzieś do centrum obozu. mijało się tam tyle pysków, że już powoli nie rozpoznawał, kto był kim. Czy to asystent medyka? Nie, czekaj… to mianowany medyk. Tam spaceruje jeszcze jakiś uczeń… przecież to Firmamentowa Łapa, niedawno zmieniający ścieżkę nauki. Zanim zdołał dojrzeć więcej, pojawili się kolejni do rozszyfrowywania i zaniedbał swoje zajęcie. Wszak takie przypominanie to o dużo za dużo dla niego.
— Klan Gwiazdy od zawsze nas prowadzi. Daje życia przywódcom. Dba o to, abyśmy żyli godnie. Jak można ot, tak zaniedbać tradycję? — wywód był kontynuowany mozolnie w tle rozmyślań Kaczorka. Niespodziewanie, przed wzrokiem mignęło mu futro, jakie od paru ładnych dni rozpamiętywał; jedyne rozpoznawalne bez problemu. Migoczący Nieboskłon przecinał centrum wzdłuż, a jego niebiesko-białe futro kryło się w szarościach głazów.
Decyzja o ruchu zapadła bez przemyślenia tego. Ponownie jak poprzednio - bez ostrzeżenia. Przed uderzeniem serca siedział, potem przesuwał się już przez wyjście z legowiska jak gdyby nigdy nic. Rzucił za siebie rozemocjonowane: — Przepraszam, muszę już iść! — wówczas wszelki ślad po nim zniknął z przestrzeni, żeby zakręcić się w obrębie przebywających na poniżej znajdującej się centrum Klifiaków. Ujrzawszy wskakującego na skalne półki zmiękczone mchem, nie miał obaw przed podążaniem jego śladem. Legowiska wojowników były miejscem nie dla niego, lecz był zdolny spróbować, jeśli miało to oznaczać potrzebną konfrontację.

__________

Wdrapywanie się na górę trochę zajmowało takiemu kociakowi, niedoświadczonemu we wspinaczce oraz mniejszemu od kotów, dla których wejście było przeznaczone. Stojąc u stóp wspinających się parę ogonów wzwyż miejsc snu, musiał zadrzeć głowę, żeby spojrzeć na następny poziom. Dlatego nie mógł dobrze wymierzyć skoku i pierwotnie był nietrafny - zsunął się łapami z powrotem na dół. Druga próba, już po zapoznaniu się z wysokością, dała mu możliwość podciągnięcia się w górę i ustania na płaszczyźnie. Teoretyczny brat nie był jeszcze dostrzegalny. Tak właśnie podróż wyżej trwała, aż nie natknął się na niego: ułożoną wygodnie postać z przymkniętymi sennie ślepiami, jednak otworzonymi szeroko widząc malca.
Kociak zaczął już dyszeć. Wspinaczka była zdecydowanie trudniejsza, niż myślał i zmęczył się wchodzeniem raptem czterech płyt. Oddychał głośno, wbijając spojrzenie prosto w tamtego. Utrzymywali kontakt wzrokowy w ciszy przez dłuższy moment.
— Co Ty tu robisz? — wypalił w końcu wojownik.
Kolejny odcinek ciszy, rozciągającej się pomiędzy nimi, podczas gdy obydwoje nie wiedzieli co powiedzieć. Nie ten przyjemny rodzaj spokoju, bezgłos ujmujący. Głusza będąca prawie hałasem przez to, jak rozbrzmiewała w uszach falami, porównywalna do dzwonienia. Wyłącznym odgłosem było przesunięcie na mchu.
— Opowiedz mi — nieskładnie wypadło z pyska rudego.
Odgadnięcie co miał w umyśle nie było trudne. Migoczący Nieboskłon chyba zdecydował się nie próbować swoich sił w czymś niepewnym. Znów drgnął na posłaniu, zmieniając swoje ułożenie, właściwie nie do końca wiadomo czemu. Może z emocji… może chęci odwrócenia się od niezaproszonego rozmówcy… Bez tłumaczenia siebie, jedynie zwiesił łeb nisko oraz zamknął oczy, zabierawszy głos:
— Opowiedzieć ci? Niby o czym? — jego oskarżycielski ton rezonował w każdej sylabie wypowiedzenia.
Pręgusek zamrugał parokrotnie, jakoby słowa usłyszane nie miały najmniejszego logicznego sensu. Naprawdę był to problem personalny z brakiem zrozumienia przez potok przelewający się mu w głowie. Odpowiedział niewcześniej niż po niekomfortowym milczeniu.
— Opowiedz mi, co wiesz o naszym — zawahał się. Dobranie pasującej definicji w posiadaniu jeszcze okrojonego słownictwa było pewnego rodzaju wyzwaniem. Parokrotnie przemielił słowo na języku dla pewności o jego zgodności ze znaczeniem. Nadto - przez to wszystko, niechybnie zapomniał o swojej grzeczności. — Pokrewieństwie.

<Wypowiesz się, Migoczący Nieboskłonie?>

Od Płomiennego Serca

Płomienne Serce była wojowniczką już od ponad sześćdziesięciu księżyców. Kiedyś wydawało jej się, że to cała wieczność! Była pewna, że koty, które przeżyły tak wiele, musiały wiedzieć naprawdę wiele. Musiały odróżniać dobro od zła, znać pytania na każdą odpowiedź, podejmować decyzję bez zawahania się. Teraz kiedy sama mogła pochwalić się podobnym doświadczeniem, wiedziała już, jak bardzo się myliła. W rzeczywistości im więcej widziała, tym mniej rozumiała.
Przez te wszystkie księżyce obserwowała, jak dorastały kolejne pokolenia. Kocięta, które niegdyś zabawiała w żłobku, teraz chodziły dumne ze swoich wojowniczych imion. Niektóre nawet zdążyły już doczekać się własnego potomstwa!
Widziała przyjaźnie, obserwowała rodzącą się miłość. Była świadkiem kłótni, rozstań i pojednań. Nieraz pocieszała zapłakane koty, a innym razem świętowała razem z nimi.
Życie toczyło się dalej. Zawsze. Nawet gdy czasami wydawało się, że powinno się na chwilę zatrzymać. Bo Płomienne Serce widziała również śmierć. Zdecydowanie zbyt wiele śmierci.
Po walce z mewami starała się trzymać z dala od podobnych wydarzeń. Nie oznaczało to, że odmawiała pomocy czy unikała swoich obowiązków. Gdyby była potrzeba, to by stanęła do walki. Nie chciała jednak znów przeżywać tej ciszy, która nastała w obozie po powrocie. Nie chciała znów widzieć twarzy kotów, które dowiadywały się, że ktoś bliski już nigdy nie wróci.
Sama doskonale pamiętała ból, gdy dowiedziała się o śmierci Trójki. Jej pierwsze zgromadzenie… Nie pamiętała już wszystkich słów, które wówczas padły. Nie potrafiła powiedzieć, kto stał najbliżej niej ani kto pierwszy zareagował. Jednak pamiętała ulewę, która spadła na zebrane koty, i grad uderzający o ziemię. Pamiętała przerażone głosy, zamieszanie i dziwną postać, która pojawiła się pośród nich. Ni to kota, ni to zjawę… A najbardziej pamiętała moment, w którym głowa Trójki została rzucona na sam środek.
Później pomogła duchowi Trójki przejść przez bramę, za którą miał odnaleźć spokój. Od tamtej chwili nigdy więcej nie zobaczyła go tak wyraźnie, tak prawdziwie, jak podczas ich ostatniego spotkania. We śnie nadal do niej wracał, jednak zawsze był dziwnie rozmazany. Czasem obwiniał ją o to, co się wydarzyło. Innym razem zapewniał, że nie powinna się martwić. Bywał zły, rozbawiony, spokojny albo smutny. Sama nie wiedziała, czy to nadal był jego duch, odwiedzający ją, czy to jej umysł płatał figle i tak próbował poradzić sobie ze stratą.
W końcu przestała szukać odpowiedzi. Nie chciała spędzić reszty swoich dni, rozpamiętując wszystko, czego nie mogła zmienić. Świat wciąż miał jej wiele do zaoferowania, a ona zamierzała korzystać z tego tak długo, jak tylko pozwolą jej łapy.
Dlatego skupiała się na tym, co dobre. Spędzała czas z braćmi, pomagała młodym matkom i cierpliwie odpowiadała na niezliczone pytania ambitnych uczniów. Nie potrafiła przejść obojętnie obok żadnego kociaka, który potrzebował pomocy, ani obok chorego wojownika, któremu mogła choć trochę ulżyć.
Lubiła te drobne obowiązki. Lubiła czuć się potrzebna. Właściwie prowadziła całkiem spokojne życie. Oczywiście nadal polowała, uczestniczyła w patrolach i wykonywała zadania przydzielane wojownikom. Nie była jednak szczególnie zainteresowana klanowymi dyskusjami, sporami czy polityką. Nie śledziła każdego wypowiadanego słowa przez lidera i nie próbowała dowiedzieć się, co wydarzyło się podczas wszystkich zebrań.
Dopóki nikt nie był zagrożony, nie widziała potrzeby, aby się wtrącać. Miała swoje życie, swoich bliskich, swoje małe radości. I to jej wystarczało. Przynajmniej przez większość czasu.
Istniała jednak jedna rzecz, której Płomykówka nigdy nie mogła zignorować – krzywda innych. Najchętniej ochroniłaby wszystkich. Otoczyła łapami każdego kota, który potrzebował bezpieczeństwa, i obiecała, że nic złego już go nie spotka.
No ale przecież wiedziała, że to niemożliwe. Nie mogła uratować wszystkich. Przekonała się o tym już dawno temu. Mimo wszystko nie zamierzała przestać próbować.
Kiedy kilkanaście księżyców wcześniej część kotów opuściła dotychczasową społeczność, Płomienne Serce nie wiedziała, co o tym myśleć. A jednak powstały Jaśniejące Skrzydła, które miały stać się przykładem dla pozostałych, pokazać, że można było żyć inaczej i stworzyć wspólnotę, w której każdy mógł czuć się bezpiecznie.
Płomienne Serce chciała w to wierzyć. Naprawdę chciała. Zwłaszcza że wśród kotów, które otrzymały tę odpowiedzialność, znajdowała się Psotny Nietoperz. Jej mała Psotka! Na samo wspomnienie czarnej kotki wojowniczka mimowolnie się uśmiechała. Psotka była pierwszą kotką, którą ruda wzięła pod swoją opiekę. Pamiętała jej dziecięce wybryki, ciekawość świata i wszystkie chwile, podczas których musiała pilnować, aby mała nie wpakowała się w kolejne kłopoty.
A teraz? Teraz Psotny Nietoperz stała przed nią jako dorosła kotka, gotowa wziąć odpowiedzialność za innych. Ruda nie potrafiła ukryć wzruszenia.
— Jestem z ciebie taka dumna, Psotny Nietoperzu — powiedziała, kiedy tylko nadarzyła się okazja, by porozmawiać z nią po otrzymaniu nowego tytułu. — Dbaj, proszę, o tę społeczność.
— Oczywiście, Płomienne Serce.
To była prosta odpowiedź. Dwa słowa, które właściwie niczego nie gwarantowały.
A jednak wojowniczka poczuła ulgę. Wierzyła jej. A może po prostu chciała wierzyć? Nie zastanawiała się nad tym zbyt długo. Nie widziała sensu w doszukiwaniu się niepewności tam, gdzie mogła znaleźć nadzieję.
Drugą kotką, której powierzono podobną odpowiedzialność, była Wzorzysta Dal. Kiedyś Płomienne Serce znalazła ją i pomogła jej odnaleźć miejsce wśród innych. Minęło od tamtej chwili tak wiele księżyców, że niemal trudno było uwierzyć, iż stojąca teraz przed klanem kotka była tą samą, którą kiedyś się opiekowała. Pewnego dnia, kiedy dostrzegła znajomą sylwetkę, postanowiła w końcu do niej podejść.
— Wzorku! — zawołała odruchowo. — Wzorzysta Dali!
Liliowa kotka odwróciła głowę.
— Płomienne Serce?
Była zaskoczona. Ich drogi zdążyły się rozejść. Nie było w tym nic dziwnego. Kocięta dorastały. Uczniowie stawali się wojownikami. Każdy z czasem odnajdywał własne miejsce w świecie. Nie oznaczało to przecież, że dawne więzi przestawały mieć znaczenie.
Płomienne Serce nie miała jej tego za złe. Sama przecież nie zawsze znajdowała czas na rozmowy z kotami, które kiedyś były jej bliskie. Życie po prostu tak wyglądało. Nawet z własnymi braćmi nie była już tak nierozłączna, jak dawniej. A przecież kiedyś nie wyobrażała sobie świata bez nich.
Przez chwilę przypomniała sobie zimną jaskinię, w której znaleźli się jako dzieci. Była najmniejsza z rodzeństwa, najsłabsza. Pamiętała chłód kamienia, na którym leżała, zapach futra braci i strach przed nieznanym.
— Gdzie jesteśmy? — zapytała wtedy cicho.
— Sam nie wiem, Kareto… — głos Trójki pierwszy raz brzmiał niepewnie.
— Boję się — wyszeptała.
— Będzie dobrze. Obiecuję — zapewnił Strit.
Wtedy mu uwierzyła. Gdyby powiedział to teraz, też by mu uwierzyła. Nawet jeśli wiedziała, że jest to tylko małe kłamstwo, które pozwalało przetrwać najtrudniejsze chwile…
Kotka spojrzała ponownie na liliową i się uśmiechnęła.
— Chciałam powiedzieć, że jestem z ciebie dumna.
— Och, Płomienne Serce…
— Daleko zaszłaś, Wzorku. Dobrze to widzieć.
Liliowa kotka podeszła bliżej i otarła się o nią z cichym pomrukiem. Płomienne Serce odwzajemniła gest. Kiedy się odsunęły, wojowniczka przez moment przyglądała się kotce, a potem spojrzała na Lśniącą Gwiazdę. Na lidera.
Mimo że chciała wierzyć, że kocur był w stanie zapewnić im bezpieczeństwo, jakoś nie potrafiła. Nadal miała żal do dawnej, już martwej od wielu księżyców, liderki, Liściastej Gwiazdy. Chociaż nie wiedziała, czy kotka wtedy zrobiła cokolwiek, o co ją oskarżano, to wiedziała, czego nie zrobiła. Dlatego wobec Lśniącej Gwiazdy zachowywała ostrożność. Doceniała jego starania. Widziała, że zależy mu na stworzeniu wspólnoty, w której koty będą mogły żyć bezpiecznie. Podobało jej się, że mówił o odpowiedzialności, ochronie i trosce o pozostałych członków klanu. Były to przecież wartości, które sama uważała za najważniejsze.
Jednak słowa pozostawały tylko słowami. Płomienne Serce przekonała się już, że nawet najpiękniejsze obietnice mogły okazać się puste. Mimo wszystko postanowiła dać mu szansę.
Nie musiała go uwielbiać. Nie musiała zgadzać się z każdą jego decyzją. Wystarczyło, że nie będzie miał złych zamiarów wobec klanu.
Kiedy z wyspy wygnano Gąsienicowego Ogryzka, przez pewien czas wydawało jej się, że właśnie otrzymała dowód na to, iż Jaśniejące Skrzydła rzeczywiście zamierzają chronić społeczność. Podobno kocur niemal doprowadził do śmierci poprzedniej liderki. Podobno stanowił zagrożenie. Podobno… W obozie krążyło tyle opowieści, że trudno było ustalić, które z nich miały cokolwiek wspólnego z prawdą. Każdy wiedział coś innego. Każdy słyszał inną wersję wydarzeń.
Płomienne Serce nie wiedziała już, co o tym myśleć. Nie znała wszystkich szczegółów. Nie wiedziała, co było prawdą i kogo oskarżać – zresztą bez dowodów nie chciała oskarżać nikogo.
Po prostu trzymała się na uboczu. Nie buntowała się przeciwko liderowi. Nie próbowała podważać jego autorytetu ani przekonywać innych, że powinni zacząć mu się sprzeciwiać. Po prostu obserwowała. I czekała. Miała nadzieję, że nigdy nie pojawi się powód, aby robić coś więcej.
Nadzieja matką głupich. Płomienne Serce słyszała to powiedzenie wielokrotnie i czasami zastanawiała się, czy nie powinna w końcu wziąć go sobie do serca.
Lśniąca Gwiazda zniknął. Na ponad cały księżyc. Początkowo Płomienne Serce nie przywiązywała do tego większej wagi. Przywódcy mieli swoje obowiązki, o których zwykli wojownicy nie zawsze musieli wiedzieć.
Jednak z każdym kolejnym dniem zaczynała odczuwać coraz większy niepokój. Klan potrzebował lidera. Potrzebował kogoś, kto w razie zagrożenia podejmie decyzję. Kogoś, kto będzie wiedział, co robić, kiedy pozostali stracą pewność siebie. Kogoś, kto nie zniknie bez słowa, pozostawiając resztę w niepewności. A Lśniącej Gwiazdy po prostu nie było.
Kiedy wreszcie wrócił, Płomienne Serce spodziewała się wyjaśnień. Choćby krótkich. Nie doczekała się ich.
Zamiast tego Lśniąca Gwiazda pojawił się z trójką maluchów. Trójką! Może miał romans i dlatego zniknął? Tylko nawet jeśli miał romans, nie powinien tak znikać. Mógł mieć swoje życie, pewnie! Jednakże nie powinien przez to narażać życia innych…
O śmierci Przepiórczej Wichury dowiedziała się przypadkiem. Nie znała kotki szczególnie dobrze. Mimo to poruszyła ją wiadomość, że kolejny kot odszedł. Nie musiała znać wszystkich osobiście, aby być w żałobie po ich śmierci.
Jeszcze bardziej poruszył ją fakt, że nikt nie był w stanie stwierdzić jak naprawdę umarła. Wypadki się zdarzały, tereny były niebezpieczne. Jednak co, jeśli było to zaplanowane? Wówczas oznaczałoby to, że gdzieś na terenie był ktoś, kto chciał wyrządzić im krzywdę. Jaką mieli pewność, że nie będzie próbował ponownie? Jaką mieli pewność, że to nie ktoś z klanu? Jaką mieli pewność… że nie był to ich lider? Nie chciała go posądzać, o coś tak poważnego! Jednak ciche pytanie pozostało z tyłu jej głowy.
A może to po prostu coś, czego nie byli w stanie wyjaśnić? Klan Gwiazdy już mścił się na tych kotach. Karał za ich niedoskonałości. Może i tym razem czymś zawinili?
Nienawidziła tego, że nie potrafiła tego wyjaśnić. Nienawidziła poczucia, że coś może dziać się pod jej nosem, a ona nie będzie w stanie temu zapobiec. Chciała ich wszystkich ochronić. Tylko jak, gdy nawet nie wiedziała przed czym?
Wieczorem Płomykówka przyglądała się mieszkańcom klanu. Wszystko wydawało się spokojne, normalne. Uczniowie opowiadali o swoich treningach, wojownicy odpoczywali po długich dniach, a matki usypiały kociaki. Wojowniczka przyglądała się temu z mieszanką czułości i niepokoju. Tak bardzo chciała, żeby nic się nie zmieniło. Żeby kocięta mogły dorastać bez strachu. Żeby wojownicy wracali bezpiecznie z patroli. Żeby matki nie musiały martwić się o swoje dzieci, a bracia nie musieli żegnać rodzeństwa.
— Będzie dobrze. Obiecuję.
Słowa Świergoczącego Potoku. Zawsze je powtarzał, gdy się widzieli. Od kiedy wtulali się w siebie w tej jaskini do teraz, gdy dzielili się językami. Płomienne Serce nie wiedziała już, czy naprawdę w nie wierzyła.
Nie mogła też dłużej udawać, że wszystko było w porządku tylko dlatego, że bardzo tego pragnęła. Może nadszedł czas, aby zaczęła uważniej przyglądać się temu, co działo się wokół niej. Chciała po prostu wiedzieć, czy koty, które tak bardzo kochała, naprawdę były bezpieczne.
Płomienne Serce może i była najmniejsza ze swojego rodzeństwa. Może nigdy nie należała do najsilniejszych wojowników, a jej łapy nie zawsze nadążały za pragnieniem ratowania całego świata. Aczkolwiek dawno temu udowodniła już, że nie zamierzała pozwalać innym traktować się jak bezbronne kocię. Nie zamierzała też bezczynnie patrzeć, jeśli komuś działa się krzywda.
— Wszystko będzie dobrze — szepnęła do siebie.
Nie wiedziała, czy tak będzie. Nie mogła tego wiedzieć. Jednak mogła zrobić wszystko, co w jej mocy, aby tak się stało. I na razie musiało jej to wystarczyć.
Bo nawet jeśli nadzieja rzeczywiście była matką głupich… Płomienne Serce wciąż wolała być głupcem, który próbował uczynić świat lepszym, niż mądrym kotem, który dawno przestał wierzyć, że było to możliwe.

Od Zwinka CD. Odety

Zwinek przerwał zabawę mchem, bo zarejestrował przyjście nowego kota do żłobka. Przybyszka miała jedwabistą sierść, jasną jak płatki stokrotki, a jej oczy mieniły się pięknym odcieniem traw. Zwinek był tak oszołomiony, że nie zauważył, jak położyła przed nim jakieś jedzenie. Usłyszał, co mówiła, jednak dopiero po kilku uderzeniach serca był w stanie się odezwać.
— Jest... jest Pani najpiękniejszą kotką, jaką kiedykolwiek widziałem — odezwał się nieśmiało, patrząc na nią wielkimi oczyskami.
Jej oczy urosły do dużych rozmiarów, wpatrując się w młodziaka. Obydwoje tak przyglądali się sobie z ogromnymi ślepiami. Parokrotnie otwierała pysk, tylko aby zaraz go zamknąć.
Kotka stanęła w pół kroku, chwilkę wyglądała na jakby zaskoczoną. Po uderzeniu serca zaśmiała się pod nosem, a jej chichot wypełnił uszy młodziaka.
— Ty też masz w sobie trochę uroku — odrzekła radosnym, nieco przypominającym przekomarzanie, tonem. Jednocześnie schyliła się, dopasowawszy się do wzrostu swojego młodszego rozmówcy.
Zwinek machnął ogonkiem nerwowo, po chwili go jednak delikatnie podnosząc do góry. Postawił uszy w sztorc.
— Naprawdę?! — zapytał zdumiony, a kiedy kotka się śmiała, czuł, jak zapiekły go policzki. Kociaka onieśmielała jej uroda, taka nietypowa jak na kota klanowego. — Wygląda Pani... inaczej niż inne koty z naszej społeczności — podzielił się swoją obserwacją. — Skąd Pani jest?
Nieznajoma powiodła oczami w górę, niby przewracając nimi, ale dalej była rozpromieniona. Nie mogła uciec od uśmiechu, którym obezwładniał ją przeuroczy kocurek.
— Jestem z hen daleka! — wytłumaczyła. Spojrzała głęboko w jego oczy. — Wychowałam się w miejscu, gdzie byli wszędzie Wyprostowani. Tamta społeczność różni się od waszej… tamci usługują i nie trzeba polować — dodawała wiele dramatyzmu. — Może dotrzesz tam pewnego dnia, co?
Żeby jeszcze bardziej nakreślić sytuację, trąciła Zwinka swoim ogonem prosto w nos. Rudy syn Purpury słuchał jej uważnie, a jego buzia coraz bardziej się otwierała. Gdyby leciała tędy jakaś mucha, na pewno by mu wpadła. Muśnięcie ogonem skwitował kichnięciem.
— Hen daleka? Wyprostowani? — powtórzył na głos, zastanawiając się nad czymś. Słyszał już kiedyś o podobnych rzeczach. Podrapał się po policzku pazurkiem i połączył kropki.
— Czyli byłaś pieszczochem? — zapytał. — Słyszałem, że pieszczochy są grubasami.
Liliowa skończyła, ponownie wybuchając śmiechem. Musiała aż pochylić głowę w napadzie rozbawienia. Kiedy kotka zaczęła się głośno śmiać, troszkę spanikował, jednak po chwili odetchnął z ulgą. Więc nie dostanie mu się za ten komentarz! Uff, a już się bał... bo było za późno by go cofnąć i ugryźć się w język! A Zwinek miał to do siebie, że paplał głupoty w niespodziewanych momentach.
— Masz mnie — przyznała i się wyprostowała. — Całe szczęście, że ja gruba nigdy nie byłam — mruknęła. Próbowała złapać oddech, co zajęło jej chwileczkę. — Myślę, że narodziny w Owocowym Lesie są o wiele fajniejsze — dorzuciła.
— Jesteś idealna. — Pokazałby jej kciuka w górę, gdyby takowego posiadał. Zamiast tego po prostu szeroko się uśmiechnął. — Czemu tak uważasz? Przecież kiedy Wyprostowani Ci usługiwali, to nie musiałaś nic robić! To musiało być fajne życie... tutaj nikt nic ci nie da tak po prostu... I samemu trzeba wszystko robić i eeee no pobrudzisz sobie swoje jasne futro…
— Takie usługiwanie było świetne, naprawdę. — Energicznie kiwała głową, może nieco zbyt energicznie. — No, lecz powiedz mi… czy chciałbyś spędzać tyle czasu w towarzystwie bezfutrzastych dziwolągów?
Zwinek zamyślił się chwilkę.
— Nie wiem — miauknął. — Fajnie byłoby nic nie robić, ale chyba brakowałoby mi tego, co mam tutaj. Mojej mamy i taty i nawet rodzeństwa, ale też śpiewu ptaków, szumu drzew i uczucia trawy pod łapkami. — Poruszył wąsami.
— Pięknie powiedziane, mały — przyznała mu.
— Oraz poznawania nowych rzeczy! Wiesz, że będę kiedyś uzdrowicielem? U Dwunożnych chyba tego nie ma, haha! No bo oni robią wszystko?
Z poważną miną słuchała swojego rozmówcy. Okazywała szczere zainteresowanie jego sprawami, kontynuowała jego słuchanie.
— Ojejuniu! To wielka odpowiedzialność. Będę z pewnością wyczekiwać Twojego mianowania. U Dwunożnych zmarnowałbyś potencjał — trajkotała przyjaźnie. Była zamyślona… Bycie uzdrowicielem to w końcu coś. Przynajmniej z wiedzy, jaką miał posiąść. — Ja znam jedno zioło - kocimiętkę. Wiesz może coś o nim? — zagadała.
Zwinek wypiął dumnie sierść, kiedy kotka zaczęła się nim i jego wyborami zachwycać. Napuszył ładnie odstającą kocięcą sierść.
— Mhm! Mam nadzieję, że sobie poradzę! — miauknął. — Kocimiętka? My też ją mamy! Wszyscy chyba ją znają. Poprawia humor, ale ciocia Figa mówiła mi, że kiedy z nią przesadzisz, to możesz mieć "niezłą jazdę". Tylko że ja nie wiem, co to znaczy!

Po mianowaniu na ucznia uzdrowiciela

Zwinek miał pełne łapki nauki. Gołąbek był cierpliwym nauczycielem, ale rudzielcowi jak na złość wszystko leciało z łapek. Któregoś razu układał liście, na których nosili zioła, ale zerwał się wiatr i kilka porwał.
— O nie! — miauknął, próbując je złapać, ale na darmo. — Pobiegnę je zebrać!
Gołąbek nim zdążył się odezwać, widział tylko rudy ogon znikający mu z oczu.
Zwinek wyleciał na środek obozu i jak piorun odbijał się z miejsca w miejsce, łapiąc liście. Wtem! Wpadł przypadkiem na przechodzącego obok kota. Poczuł pod sobą miękką sierść, a liście na nowo rozfrunęły się po obozie. Zwinek podrapał się po karku i niezręcznie zaśmiał.
— Eheheh… przepraszam najmocniej — wydukał i dopiero wtedy rozpoznał w kotce tamtą pieszczoszkę! — Oh, to Ty! Jejku wybacz mi! Goniłem liście, bo mi uciekły… wszystko leci mi z łap!
Odszedł na bok, by kotka mogła wstać.
— Jak Ci na imię? Chyba nie mieliśmy okazji poprawnie się poznać. — Posłał jej delikatny uśmiech.

<Odeto? :3 >
[845 słów]