— Dobrze — miauknął, gdy dotarli wreszcie na opustoszałą polanę. Na jego pysku pojawił się łagodny uśmiech, a głos, jak zwykle starannie wyważony, nie zdradzał niczego poza spokojną stanowczością. — Chciałbym, żebyś jeszcze raz pokazał mi pozycje z naszej ostatniej lekcji. Jestem ciekaw, ile udało ci się zapamiętać.
Migocząca Łapa przez krótką chwilę spoglądał na ojca z niepewnością, jak gdyby próbował odczytać coś z jego oblicza, zanim ostatecznie odwrócił głowę i przystąpił do ćwiczenia. Ostrożnie obniżył tułów, rozstawiając łapy w sposób, który miał przypominać pozycję zaprezentowaną mu poprzedniego dnia, jednak już po kilku chwilach stało się jasne, że jego starania nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Przednie kończyny uginały się pod niewłaściwym kątem, ciężar ciała spoczywał nierównomiernie, a zad pozostawał niepokojąco uniesiony, pozbawiając całą sylwetkę stabilności.
Co jakiś czas uczeń zerkał w stronę przywódcy, jak gdyby poszukiwał w jego spojrzeniu potwierdzenia, że przynajmniej część wykonywanych ruchów była poprawna. Być może liczył również na wskazówkę, która pozwoliłaby mu uniknąć kolejnego błędu, zanim ten zostanie zauważony. Lśniąca Gwiazda przyglądał mu się jednak bez pośpiechu, nie zdradzając ani aprobaty, ani niezadowolenia. Na jego pysku wciąż utrzymywał się ten sam subtelny uśmiech, a uszy pozostawały skierowane ku uczniowi, jak gdyby przywódca z największą przyjemnością poświęcał mu całą swoją uwagę.
Nie zamierzał mu pomagać.
Chciał zobaczyć, co Migocząca Łapa potrafił zrobić samodzielnie, bez podpowiedzi, zachęty czy nieustannego naprowadzania na właściwe rozwiązanie. Nie interesowało go wyłącznie to, czy uczeń zapamiętał poszczególne ruchy. Znacznie bardziej ciekawiło go, jak zareaguje na własne niepowodzenie, czy podejmie kolejną próbę, a może — jak zaczynał podejrzewać — ponownie spróbuje wymknąć się obowiązkowi, zanim zdąży rzeczywiście się z nim zmierzyć.
W końcu nieznacznie przechylił głowę.
— Och, Migocząca Łapo — odezwał się łagodnie, niemal z pobłażliwym rozbawieniem. — Chyba nie tak wyglądała pozycja, którą wczoraj ci pokazywałem.
Nie podniósł głosu, nie zmarszczył nawet brwi. Jego słowa zabrzmiały raczej jak delikatna uwaga, którą można byłoby skierować do kogoś, kto przypadkiem pomylił drogę, niż jak nagana ze strony nauczyciela rozczarowanego postępami swojego ucznia. Mimo to nie umknęło mu, jak szybko Migocząca Łapa wyprostował się, wyraźnie zakłopotany własnym niepowodzeniem.
— Nie potrafię…
Lśniąca Gwiazda przez moment milczał, pozwalając, by odpowiedź syna zawisła pomiędzy nimi. Następnie wypuścił powietrze nosem, a jego ogon poruszył się leniwie za grzbietem. Nie było w tym geście gwałtowności ani jawnego zniecierpliwienia, choć gdzieś pod starannie utrzymywaną powierzchnią jego myśli pojawiło się chłodne rozczarowanie. Nie samym błędem, rzecz jasna. Błędy były przecież naturalną częścią nauki i nie stanowiły dla niego niczego szczególnie niepokojącego. Znacznie mniej podobała mu się łatwość, z jaką Migocząca Łapa uznawał własne ograniczenia za coś niepodważalnego.
— Nie potrafisz jeszcze — poprawił go spokojnie, kładąc szczególny nacisk na ostatnie słowo. — To jednak dwie zupełnie różne rzeczy, nie sądzisz?
Przesunął się o kilka kroków, obchodząc ucznia łagodnym łukiem, po czym zatrzymał się przy jego boku. Nie musiał się spieszyć. Miał przed sobą całe popołudnie, a jeśli zaszłaby taka potrzeba, również następne dni. W końcu cierpliwość była jedną z tych cech, które nauczył się prezentować z niemal doskonałą swobodą.
— Wczoraj również sprawiało ci to trudność — kontynuował, przyglądając się uważnie ułożeniu jego łap. — Dlatego zastanawiam się, czy znalazłeś później chwilę, aby poćwiczyć. Wiesz, powtarzanie poznanych ruchów jest niezwykle ważne. Nawet najlepszy wojownik nie osiąga swoich umiejętności wyłącznie dzięki temu, że ktoś raz pokaże mu, jak powinien ustawić łapy.
Uniósł wzrok na syna.
— Miałeś przecież całą noc, Migocząca Łapo. Nie oczekiwałem, że następnego dnia będziesz wykonywał wszystko bezbłędnie, ale sądziłem, że przynajmniej spróbujesz utrwalić to, czego się nauczyłeś.
— Ja–
Migocząca Łapa urwał, nim zdążył wydobyć z siebie cokolwiek więcej. Jego pysk rozchylił się nieznacznie, jak gdyby wciąż poszukiwał odpowiednich słów, lecz żadna z nasuwających się odpowiedzi nie wydawała mu się dostatecznie dobra. Spuścił wzrok na własne łapy, nerwowo poruszając końcówką ogona, a jego uszy, dotychczas jedynie lekko odchylone na boki, powoli opadły jeszcze niżej. Najwyraźniej chciał coś wyjaśnić, może usprawiedliwić swoje niepowodzenie, lecz Lśniąca Gwiazda nie zamierzał pozostawiać mu zbyt wiele przestrzeni na podobne próby.
— Wiesz, Migocząca Łapo… — podjął łagodnie, niemal z ojcowską wyrozumiałością, przechylając nieznacznie głowę. — Nie stawiam przed tobą wymagań, których nie byłbyś w stanie spełnić. Pragnę jedynie, abyś zrozumiał, jak wiele od ciebie zależy.
Jego głos pozostawał spokojny, miękki i starannie wyważony, a każde kolejne słowo zdawało się wypływać z pyska z niemal nienaganną swobodą. Nie było w nim śladu zniecierpliwienia, które jeszcze przed chwilą mogło czaić się gdzieś na dnie jego myśli.
— Ty musisz być najlepszym z najlepszych — oznajmił, robiąc krótką pauzę, jak gdyby chciał dać synowi czas na przyswojenie tej myśli. — Jesteś przecież moim synem. Synem przywódcy Klanu Klifu. Czy rozumiesz, co to oznacza?
Nie oczekiwał odpowiedzi. Zresztą, nie była mu ona do niczego potrzebna.
Przesunął wzrokiem po sylwetce młodego kota, zatrzymując się na jego opuszczonej głowie i niepewnie rozstawionych kończynach. Wokół nich polana pozostawała niemal zupełnie nieruchoma; jedynie delikatne podmuchy wiatru poruszały trawą, a wysoko nad ich głowami liście szeleściły cicho, tworząc jednostajny szmer, który wypełniał przerwy pomiędzy wypowiadanymi słowami. Lśniąca Gwiazda nie spieszył się jednak z kontynuowaniem. Wiedział, że odpowiednio dobrana cisza potrafi niekiedy przemówić znacznie skuteczniej niż najstaranniej ułożone zdanie.
— Nie możesz pozwalać sobie na takie potknięcia już na początku swojego szkolenia — dodał wreszcie, a jego ton nabrał jeszcze łagodniejszego zabarwienia. — Inne koty będą na ciebie patrzeć. Będą obserwować każdy twój krok, każde twoje zwycięstwo, ale również każdą porażkę. Niektórzy z nich z pewnością będą zastanawiać się, czy rzeczywiście zasługujesz na wszystko, co otrzymasz dzięki swojemu pochodzeniu.
Wypowiadał te słowa z niemal rozczulającą delikatnością, jak gdyby dzielił się z synem niezwykle istotną, choć nieco przykro brzmiącą prawdą, którą każdy troskliwy ojciec powinien przekazać swojemu dziecku. W rzeczywistości starannie dobierał każde zdanie, układając je niczym kamienie na ścieżce, po której Migocząca Łapa miał podążyć dokładnie tam, dokąd zamierzał go poprowadzić.
— Musisz sprawić, bym był z ciebie dumny — powiedział po chwili, przyglądając mu się z pozorną czułością. — Chciałbym móc patrzeć na ciebie i widzieć wojownika, którego umiejętności będą budzić podziw całego klanu. A żeby tak było musisz naprawdę włożyć w to sporo czasu oraz poświęceń.
Przymknął na moment oczy, pozwalając, by na jego pysku zagościł wyraz zadumy. W głębi umysłu nie odczuwał jednak ani ojcowskiego wzruszenia, ani szczególnej dumy z samego faktu, że przed nim stał jego potomek. Migocząca Łapa był dla niego przede wszystkim przedłużeniem własnego imienia, kolejnym elementem obrazu, który Lśniąca Gwiazda tak pieczołowicie budował wokół swojej osoby. Nie wystarczyło mu być przywódcą, którego darzono szacunkiem. Pragnął, by jego krew, jego potomstwo i wszystko, co nosiło w sobie jego dziedzictwo, stanowiło potwierdzenie jego wielkości.
A przeciętność nie miała w tym obrazie miejsca.
— W przeciwnym razie będziesz po prostu kolejnym zwyczajnym wojownikiem — dodał, niemal niezauważalnie wzruszając barkami. — Jednym z wielu, których imiona z czasem zatrą się w pamięci klanu. Czy naprawdę tym chciałbyś być?
Tym razem spojrzał mu prosto w oczy.
Nie było w tym spojrzeniu jawnej groźby, nie pojawiła się w nim również surowość, którą można byłoby uznać za typową dla niezadowolonego nauczyciela. Przeciwnie, Lśniąca Gwiazda przyglądał się synowi z niezmąconym spokojem, pozostawiając mu przestrzeń na odpowiedź, a nawet delikatnie unosząc kąciki pyska, jak gdyby niezależnie od tego, co usłyszy, wciąż był gotów okazać mu zrozumienie.
Doskonale wiedział jednak, jaką odpowiedź otrzyma.
— Nie chcę — wymamrotał Migocząca Łapa.
W jego głosie pobrzmiewała niepewność, lecz tym razem dało się w nim usłyszeć również coś więcej. Być może obawę przed rozczarowaniem ojca, być może niechęć do wizji przyszłości, którą ten właśnie przed nim nakreślił. Uczeń podniósł nieco głowę, spoglądając na Lśniącą Gwiazdę z wyrazem, który mógłby uchodzić za nadzieję, gdyby nie towarzyszące mu napięcie. Najwyraźniej pragnął usłyszeć, że istnieje inna droga, że niepowodzenia są czymś naturalnym, a jego wartość nie zależy od tego, jak szybko zdoła opanować kolejne umiejętności.
Przywódca odpowiedział mu jedynie spokojnym uśmiechem.
— Właśnie takiej odpowiedzi się spodziewałem — zamruczał, jak gdyby usłyszał coś niezwykle pokrzepiającego. — Widzisz? Już teraz doskonale wiesz, czego pragniesz. Pozostaje jedynie nauczyć się, jak to osiągnąć.
Wyprostował się nieznacznie, po czym przesunął kilka kroków w bok, wybierając miejsce, w którym podłoże było nieco bardziej równe. Zatrzymał się, sprawdzając pobieżnie ułożenie łap na miękkiej ziemi, a następnie odwrócił głowę w stronę ucznia. W jego ruchach nie było najmniejszego pośpiechu; każdy zdawał się wynikać z naturalnej pewności siebie kota, który doskonale znał własne możliwości i nie miał potrzeby ich udowadniać.
— W takim razie pozwól, że pokażę ci to jeszcze raz — oznajmił, wykonując zapraszający gest ogonem. — Tym razem przyjrzyj mi się uważnie. Nie musisz się spieszyć, Migocząca Łapo. Lepiej poświęcić kilka dodatkowych chwil na zrozumienie ruchu, niż później tracić całe godziny na poprawianie błędów.
Obniżył tułów, płynnie przenosząc ciężar ciała na odpowiednio rozstawione kończyny. Przednie łapy ustawił pod właściwym kątem, tylne zaś nieco szerzej, dbając o to, by jego sylwetka zachowała równowagę i pozostawała gotowa do natychmiastowego wykonania kolejnego ruchu. Grzbiet ułożył w naturalnej linii, głowę trzymając na wysokości pozwalającej mu obserwować przeciwnika bez niepotrzebnego odsłaniania gardła.
— Zwróć uwagę na przednie łapy — zaczął, nieznacznie poprawiając ich położenie. — Nie powinny być ani zbyt blisko siebie, ani rozstawione tak szeroko, byś stracił swobodę ruchu. Musisz znaleźć równowagę pomiędzy stabilnością a szybkością. Pomyśl o nich jak o korzeniach drzewa: powinny mocno trzymać cię przy ziemi, ale nie mogą pozbawiać cię możliwości poruszenia się, kiedy nadejdzie odpowiednia chwila.
Przez moment pozostał w tej pozycji, pozwalając uczniowi dokładnie przyjrzeć się ułożeniu jego ciała. Następnie powoli uniósł jedną z łap, demonstrując, jak niewielka zmiana w rozłożeniu ciężaru wpływa na równowagę całej sylwetki.
— A teraz tylne kończyny. To one zapewnią ci odpowiednią siłę, kiedy będziesz musiał ruszyć do przodu albo uskoczyć przed ciosem. Nie możesz pozwolić, by ciągnęły się za tobą niczym ciężar, który musisz nieustannie dźwigać. Każda część twojego ciała powinna współpracować z pozostałymi.
Wreszcie wyprostował się, otrzepując z piersi kilka źdźbeł trawy, które przywarły do jego futra. Spojrzał na Migoczącą Łapę, a na jego pysku ponownie pojawił się ten sam nienaganny, spokojny uśmiech.
— Teraz twoja kolej. Pokaż mi, czego się nauczyłeś.
Nie ruszył się jednak z miejsca. Pozostał tuż obok, obserwując każdy ruch syna z uwagą, której nie sposób byłoby uznać za przypadkową.
— I pamiętaj — dodał jeszcze. — Będziemy powtarzać tę pozycję tak długo, aż przestaniesz wyglądać jak niezdarny kociak, a zaczniesz przypominać syna swojego przywódcy.
Ostatnie słowa wypowiedział z lekkim rozbawieniem, jak gdyby pozwolił sobie na niewinny żart, którym zamierzał rozluźnić atmosferę treningu. Jego ogon zakołysał się leniwie, a spojrzenie pozostało przyjemnie łagodne.
W jego umyśle nie było jednak miejsca na pobłażliwość.
Jeśli Migocząca Łapa potrzebował dziesięciu powtórzeń, otrzyma dziesięć. Jeśli stu — będą ćwiczyć do zmierzchu, a nawet dłużej, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Lśniąca Gwiazda nie zamierzał odpuszczać, dopóki nie uzyska rezultatu, którego oczekiwał.
***
Spodziewał się, że prędzej czy później któryś z członków jego klanu zacznie rozniecać pogłoski na temat jego przedłużającej się nieobecności. Trudno było zresztą oczekiwać czegoś innego, skoro przez tak długi czas pozostawiał swoich poddanych bez choćby najdrobniejszego wyjaśnienia, pozwalając, by ich wyobraźnia wypełniała powstałą pustkę kolejnymi domysłami. Nie przypuszczał jednak, że kreatywność niektórych z nich sięgnie aż tak daleko. Z drugiej strony, czy rzeczywiście mógł mieć im to za złe? Im dłużej milczał, tym więcej przestrzeni pozostawiał na podobne niedorzeczności, a każda kolejna chwila zwłoki sprawiała, że coraz trudniej byłoby mu przekonać ich, iż nie mieli powodów do niepokoju.
Nie zamierzał jednak pozwalać, by sytuacja wymknęła mu się spod kontroli. Plotki, choć początkowo niegroźne, miały wyjątkowo nieprzyjemną właściwość rozrastania się do rozmiarów, których nie sposób było później łatwo pomniejszyć. Wystarczyło kilka nieostrożnych słów, odpowiednio podsycone podejrzenia i odrobina niezadowolenia, by nawet najbardziej lojalne koty zaczęły zastanawiać się, czy ich przywódca rzeczywiście zasługiwał na zaufanie, którym dotychczas go obdarzały. Lśniąca Gwiazda nie miał zamiaru dopuścić do podobnego rozwoju wydarzeń. Nie po wszystkim, co osiągnął, i nie wtedy, gdy tak wiele wysiłku kosztowało go stworzenie wizerunku, który powinien pozostawać poza zasięgiem jakichkolwiek wątpliwości.
Musiał wreszcie zabrać głos.
Przeniósł powoli wzrok ku wyjściu ze swojego legowiska, przez krótką chwilę zatrzymując go na rozjaśnionym skrawku przestrzeni, do którego docierały pojedyncze promienie światła. Następnie przeciągnął się niespiesznie, prostując kończyny i pozwalając, by jego mięśnie rozluźniły się po dłuższym odpoczynku. Nie było powodu, by się spieszyć. W końcu nie zamierzał stawać przed klanem jako kot zmuszony do tłumaczenia się ze swoich poczynań, lecz jako przywódca, który z własnej woli postanowił podzielić się z poddanymi częścią wydarzeń ze swojego życia.
Opuścił legowisko i ruszył w kierunku klanowej polany, stawiając łapy z charakterystyczną dla siebie, niemal nienaturalną gracją. Jego krok pozostawał spokojny, wyważony i pozbawiony pośpiechu, a sylwetka zachowywała tę samą nienaganną postawę, którą tak chętnie prezentował podczas spotkań ze swoimi wojownikami. Nie musiał jeszcze wypowiadać ani jednego słowa, by przypomnieć im o swojej obecności. Wystarczyło, że pojawił się wśród nich.
Kiedy dotarł do klanowej mównicy, zatrzymał się na moment, pozwalając spojrzeniu przesunąć się po otaczającej go przestrzeni. Następnie wskoczył na wyznaczone miejsce i uniósł głowę, nabierając powietrza przed wydaniem donośnego nawołania. Jego głos poniósł się ponad polaną, odbijając od skalnych ścian i docierając nawet do tych kotów, które przebywały w najodleglejszych zakątkach obozu.
Kolejne wezwania rozbrzmiewały w powietrzu, aż wreszcie pierwsze sylwetki zaczęły wyłaniać się z legowisk i pobliskich przejść. Jedni przerywali wykonywane właśnie czynności, inni porzucali rozmowy, by skierować swoje kroki ku mównicy, a jeszcze inni wychylali głowy z cienia, jak gdyby chcieli najpierw upewnić się, że rzeczywiście nie przegapili czegoś istotnego. Wkrótce polana zaczęła wypełniać się coraz liczniejszym gronem kotów, a ich spojrzenia, początkowo rozproszone i nieco obojętne, stopniowo skupiały się na stojącym ponad nimi przywódcy.
Lśniąca Gwiazda obserwował ich z niewzruszonym spokojem, nie pozwalając sobie na okazanie choćby najmniejszego śladu zakłopotania. Zauważył kilka spojrzeń, w których kryła się wyraźna ciekawość, inne zaś zdradzały nieufność, której nie sposób było pomylić ze zwyczajnym zainteresowaniem. Niektórzy wojownicy wymieniali między sobą krótkie spojrzenia, jak gdyby próbowali odgadnąć, czego właściwie powinni spodziewać się po tym niespodziewanym zebraniu. Nie umknęło mu również to, że część kotów przyglądała mu się z wyjątkową uwagą, niemal uporczywie, jakby poszukiwały na jego pysku śladów wyczerpania, niepokoju lub czegokolwiek, co mogłoby potwierdzić ich wcześniejsze podejrzenia.
Pozwolił im patrzeć.
Nie miał nic przeciwko temu, by przez kilka dodatkowych chwil pozostawali w niepewności. Przeciwnie, ich zainteresowanie mogło okazać się całkiem użyteczne, o ile tylko zdoła odpowiednio nim pokierować. W końcu nie istniała lepsza okazja do przypomnienia klanowi o własnym autorytecie niż moment, w którym wszyscy jego członkowie z niecierpliwością oczekiwali na słowa przywódcy.
Pora było wygłosić kolejną mowę o dobroci, lojalności oraz wzajemnym zrozumieniu — jedną z tych, które znał niemal na pamięć, a które mimo wielokrotnego powtarzania wciąż potrafiły wywoływać pożądane reakcje. Znał przecież wartość odpowiednio dobranych słów. Wiedział, kiedy należało przemówić stanowczo, kiedy zaś pozwolić, by głos nabrał ciepła i łagodności, dzięki którym nawet najbardziej niepokojące informacje mogły zabrzmieć jak część większego, znacznie piękniejszego planu.
Kiedy uznał, że zgromadzeni zdążyli już zająć odpowiednie miejsca, powoli uniósł głowę. Na jego pysku pojawił się delikatny uśmiech, a spojrzenie, którym obdarzył zebranych, było pełne pozornej serdeczności.
— Dobrze was wszystkich widzieć — rozpoczął, pozwalając, by jego głos poniósł się ponad polaną. — Mam nadzieję, że ostatnie dni upłynęły wam spokojnie. Domyślam się jednak, że dzisiejsze zebranie wzbudziło w was nieco więcej zainteresowania niż zwykle — podjął z lekkim rozbawieniem, nieznacznie przechylając głowę. — Wraz z moim powrotem do Klanu Klifu z pewnością pojawiło się wśród was wiele pytań dotyczących tego, gdzie przebywałem przez ostatni czas, dlaczego nie mogłem wcześniej do was wrócić, a także z jakiego powodu przyprowadziłem ze sobą kilku nowych członków.
Wypowiadając ostatnie słowa, pozwolił sobie na krótkie spojrzenie w kierunku żłobka. Nie zatrzymał na nim wzroku na długo, lecz wystarczyło to, by przypomnieć zgromadzonym o obecności tych, których pojawienie się z pewnością stało się jednym z najczęściej omawianych wydarzeń ostatnich księżyców.
— Nie dziwię się wam. Każdy z nas ma prawo odczuwać zdziwienie, a być może nawet pewne zmieszanie, kiedy spotyka się z wydarzeniami, których nie potrafi od razu zrozumieć. Sam zapewne zadałbym podobne pytania, gdybym znalazł się na waszym miejscu.
Uśmiechnął się nieco szerzej, jak gdyby chciał w ten sposób rozwiać choć część narastającego napięcia. W jego głosie nie było cienia pretensji, a wręcz przeciwnie — pobrzmiewała w nim wyrozumiałość, która mogła sprawić, że nawet najbardziej podejrzliwi wojownicy poczuliby się nieco pewniej. Nie zamierzał przecież karcić ich za ciekawość. Byłoby to nie tylko niepotrzebne, ale również wyjątkowo nierozsądne. Znacznie łatwiej było zdobyć czyjeś zaufanie, kiedy pozwalało się rozmówcy uwierzyć, że jego wątpliwości są uzasadnione.
— Chciałbym was jednak zapewnić, że nie macie powodów, by obawiać się o bezpieczeństwo naszego klanu — kontynuował. — Wszystko, co wydarzyło się w ostatnim czasie, miało swoje przyczyny, choć nie wszystkie z nich są tak proste, jak mogłoby się początkowo wydawać.
Na jego pysku pojawił się wyraz łagodnej zadumy.
— Moje zaginięcie było powiązane ze znacznie większym wydarzeniem, niż moglibyście przypuszczać — oznajmił wreszcie. — Otrzymałem wizję.
Pozwolił, by ostatnie słowo wybrzmiało nieco dłużej, zanim ponownie podniósł wzrok na zgromadzonych.
— Nie była to jednak zwyczajna wizja, jakich być może niektórzy z was doświadczyli podczas snu. To, co mnie spotkało, miało znacznie większą wagę i wymagało ode mnie podjęcia decyzji, których skutków nie sposób było przewidzieć. Nie chciałbym, abyście uznali moje wcześniejsze milczenie za brak zaufania do was. Wierzcie mi, moi drodzy, gdybym mógł oszczędzić wam wszelkich wątpliwości, z przyjemnością bym to uczynił.
Uśmiechnął się ponownie, tym razem nieco smutniej, pozwalając, by w jego spojrzeniu pojawiła się nuta, którą można było odczytać jako żal.
— Nie wszystko jednak zależy od nas. Czasami musimy zaufać temu, co zostało nam wskazane, nawet jeśli droga do zrozumienia okazuje się trudniejsza, niż początkowo zakładaliśmy.
W jego głosie nie było ani krzty wahania. Każde zdanie zdawało się mieć swoje odpowiednie miejsce, każde przemilczenie zaś pozostawiało po sobie dokładnie tyle przestrzeni, ile potrzebował, by słuchacze sami wypełnili ją własnymi przypuszczeniami. Nie podał im żadnego konkretu, który można byłoby później wykorzystać przeciwko niemu, a mimo to ofiarował im coś znacznie cenniejszego z punktu widzenia jego obecnej sytuacji — historię, w którą mogli uwierzyć, ponieważ pozostawiała im wystarczająco dużo miejsca na nadzieję.
Przez moment jeszcze przyglądał się zgromadzonym, obserwując ich reakcje z niezmąconym spokojem. Wiedział, że nie wszyscy zostaną przekonani. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie potrzebował dodatkowych wyjaśnień, ktoś, komu nawet najpiękniejsza opowieść nie wystarczy, by uciszyć rodzące się podejrzenia. Nie uważał jednak, by stanowiło to szczególny problem. Zaufanie nie musiało być przecież bezwarunkowe, wystarczyło, by pozostawało dostatecznie silne, aby nikt nie odważył się podważyć jego autorytetu.
— To wszystko jest planem, zesłanym mi przez przodków — zakończył, delikatnie unosząc ogon. — I choć nie jestem jeszcze dokładnie pewien, co dostrzegli oni w tych maluchach, tak wierzę, że to wszystko ma jakiś cel. Judaszowcowa Gwiazda, mój wspaniały ojciec, otrzymał podobną wizję, gdy to ja, wraz z moją siostrą przybyliśmy do Klanu Klifu. I pomimo wielu trudności oraz chwil zwątpienia, nigdy nie przestał wierzyć, że przodkowie mówią mu prawdę.
Zamilkł na moment.
— Wy również musicie uwierzyć.
Pozwolił, by jego ostatnie słowa osiadły wśród zgromadzonych. Następnie skinął lekko głową, zachowując na pysku ten sam pogodny wyraz, z którym rozpoczął przemowę.
***
Noc przynosiła ze sobą chłód, który nieśmiało wkradał się pomiędzy skalne ściany, osiadając na trawie i muskając futra kotów przebywających jeszcze na zewnątrz. Była pora Nowych Liści, choć trudno było odnieść wrażenie, by wiosna rzeczywiście zdołała już na dobre zawitać do klanów. Ziemia wprawdzie zaczynała powoli odzyskiwać utraconą zieleń, a w niektórych zakątkach terenów można było dostrzec pierwsze oznaki budzącej się roślinności, jednak wieczorne powietrze wciąż pozostawało przenikliwie chłodne, jak gdyby cieplejsza pora roku nie była jeszcze pewna, czy powinna pozwolić sobie na całkowite odsłonięcie swojej obecności.
Wraz z upływem kolejnych chwil obozowisko stopniowo pustoszało, a codzienny gwar ustępował miejsca znacznie spokojniejszym dźwiękom. Większość kotów zdążyła już udać się do swoich legowisk, pozostawiając polanę niemal zupełnie opustoszałą. Nie oznaczało to jednak, że wszyscy poddali się nadchodzącej nocy. Wśród nielicznych sylwetek wciąż przebywających na zewnątrz, niedaleko sterty zwierzyny, można było dostrzec niebieskiego pointa, który zdawał nie przejmować się powoli pustoszejącym obozowiskiem.
Migoczący Nieboskłon siedział nieruchomo, wyraźnie pogrążony we własnych myślach, a jego spojrzenie pozostawało utkwione w jednym, bliżej nieokreślonym punkcie przestrzeni. Sprawiał wrażenie kota, który na moment zupełnie zapomniał o otaczającym go świecie, pozwalając, by własne rozważania pochłonęły go bez reszty. Nawet jeśli od czasu do czasu jego uszy drgały, wychwytując pojedyncze odgłosy dobiegające z obozowiska, nie wydawało się, by rzeczywiście poświęcał im swoją uwagę.
Lśniąca Gwiazda przyglądał mu się przez dłuższą chwilę.
Na jego pysku nie pojawił się żaden wyraźny wyraz, choć gdzieś w głębi spojrzenia można było dostrzec cień zainteresowania. Nie musiał długo zastanawiać się nad przyczyną takiego zachowania syna. Wystarczyło przypomnieć sobie temat ostatniego zebrania. Najwyraźniej młody kot wciąż rozważał coś, co usłyszał, próbując nadać temu odpowiednie znaczenie.
Ah tak.
Niektórzy potrzebowali zaledwie kilku słów, by zacząć poddawać w wątpliwość wszystko, w co dotychczas wierzyli. Inni zaś potrafili przez całe życie nie dostrzegać nawet tego, co znajdowało się tuż przed ich nosem. Migoczący Nieboskłon, jak się zdawało, należał do pierwszej grupy, choć Lśniąca Gwiazda nie zamierzał jeszcze przesądzać, czy należało uznać to za zaletę, czy raczej niedogodność wymagającą odpowiedniego ukierunkowania.
Przez moment pozostał na swoim miejscu, po czym powoli uniósł głowę i przeciągnął się, prostując przednie kończyny. Następnie podniósł się na łapy i zszedł z mównicy, zachowując charakterystyczną dla siebie płynność ruchów.
Dopiero kiedy znalazł się dostatecznie blisko, Migoczący Nieboskłon zdawał się zauważyć jego obecność. Niebieski point niemal natychmiast odwrócił głowę, kierując spojrzenie ku ojcu. W jego oczach pojawiła się niepewność, której towarzyszyło jednak coś jeszcze — ledwie dostrzegalna, cicha nadzieja, jak gdyby wciąż wracał do słów zebrania.
Przywódca dostrzegł to niemal natychmiast.
Oczywiście, że dostrzegł.
Nie skomentował jednak owej reakcji, pozwalając, by przez krótką chwilę dzieliła ich zwyczajna cisza. Zamiast tego nieznacznie przechylił głowę, przyglądając się synowi z wyrazem łagodnego zainteresowania.
— Oj, Migoczący Nieboskłonie, co z ciebie będzie? — mruknął z lekkim rozbawieniem.
Wypowiedział te słowa niemal pieszczotliwie, jak gdyby zwracał się do niesfornego kociaka, którego przyłapał na zbyt długim oddawaniu się własnym myślom. Nie było w tym jednak ani jawnej nagany, ani rzeczywistego wyrzutu. Lśniąca Gwiazda doskonale wiedział, że czasami wystarczy odrobina humoru, by rozmówca poczuł się swobodniej, a tym samym znacznie chętniej odsłonił to, co w innych okolicznościach wolałby zachować dla siebie.
Przysiadł obok niego, zachowując niewielki dystans, który nie sprawiał wrażenia chłodu, lecz pozostawiał synowi odpowiednią przestrzeń. Następnie przesunął wzrokiem po jego sylwetce, jak gdyby dopiero teraz postanowił dokładniej przyjrzeć się jego wieczornemu nastrojowi.
— Wyglądasz, jakbyś próbował rozwiązać jakąś niezwykle skomplikowaną zagadkę — zauważył, unosząc lekko brew. — Mam nadzieję, że nie zamierzasz spędzić całej nocy na wpatrywaniu się w jeden punkt.
Pozwolił sobie na cichy pomruk rozbawienia, po czym ponownie skierował spojrzenie na syna. W jego oczach nie było pośpiechu, a łagodność, z jaką się do niego zwracał, mogła sprawiać wrażenie, że nie ma niczego ważniejszego niż ta krótka, rodzinna chwila.
— Chodź, chciałbym z tobą porozmawiać. W cztery oczy.
Lśniąca Gwiazda przez moment przyglądał się synowi, zanim wreszcie uniósł głowę, a na jego pysku pojawił się jeden z tych charakterystycznych, ciepłych uśmiechów, którymi tak chętnie obdarzał swoich rozmówców. Tym razem nie zamierzał jednak rozpoczynać od żartów ani niewinnych pytań. Miał dla Migoczącego Nieboskłonu coś znacznie przyjemniejszego, a przynajmniej taką reakcję zamierzał w nim wywołać.
Lśniąca Gwiazda podniósł się z miejsca i ruszył w stronę wyjścia.
Migoczący Nieboskłon podążał za nim.
— Od mojego powrotu miałem okazję nieco uważniej przyjrzeć się temu, jak radzisz sobie w klanie — rozpoczął, spokojnie przeciągając spojrzeniem po jego sylwetce. — Oczywiście, nie ograniczałem się wyłącznie do własnych obserwacji. Rozmawiałem również z Jaśniejącymi i muszę przyznać, że ich opinie na twój temat były pokrzepiające.
Zrobił krótką pauzę, pozwalając, by jego słowa nabrały odpowiedniego znaczenia.
— Słyszałem, że dobrze się sprawujesz, że potrafisz wywiązywać się ze swoich obowiązków i uczysz innych o Klanie Gwiazdy, a także, że jesteś niezwykle lojalny wobec własnego przywódcy. To bardzo cenne cechy, Migoczący Nieboskłonie.
Wypowiadał te słowa z wyraźną aprobatą, a jego głos nabrał niemal ojcowskiego ciepła. Nie było w nim przesadnego entuzjazmu ani ostentacyjnego zachwytu, lecz subtelna nuta dumy, która mogła okazać się znacznie bardziej przekonująca niż jakiekolwiek głośne pochwały. Lśniąca Gwiazda doskonale wiedział, jak wiele znaczy dla młodego kota uznanie ze strony własnego rodzica. Wiedział również, że odpowiednio dawkowane komplementy potrafią zdziałać znacznie więcej niż najbardziej stanowcze polecenia.
— Dlatego pomyślałem, że nadszedł już czas, abyś zrobił kolejny krok — kontynuował, nieznacznie unosząc podbródek. — Chciałbym mianować cię kolejnym Jaśniejącym Skrzydłem.
Na moment zamilkł, pozwalając, by wiadomość wybrzmiała pomiędzy nimi.
Nie odrywał wzroku od syna. Obserwował jego pysk, uszy i każdy najmniejszy ruch, próbując wychwycić pierwszą reakcję na wypowiedziane przed chwilą słowa. Sam zachowywał przy tym niemal nienaganny spokój, jak gdyby przekazanie takiego wyróżnienia było dla niego czymś zupełnie naturalnym, choć w rzeczywistości doskonale zdawał sobie sprawę z jego znaczenia.
— Ale to jeszcze nie koniec.
Jego głos pozostał łagodny, choć tym razem pobrzmiewała w nim nuta szczególnej powagi.
— Stać cię na znacznie więcej. Mam nadzieję, że sam również zdajesz sobie z tego sprawę. Tytuł, który właśnie ci proponuję, nie powinien być dla ciebie ostatnim osiągnięciem. Przeciwnie, potraktuj go jako początek czegoś znacznie większego.
Przesunął końcówką ogona po ziemi, zataczając nią leniwy łuk. Nie spieszył się z dalszym wyjaśnianiem, jak gdyby chciał najpierw oswoić syna z myślą, że nie zamierza rozmawiać z nim wyłącznie o kolejnym wyróżnieniu.
— Widzisz, Migoczący Nieboskłonie, nic nie trwa wiecznie. Nawet najpotężniejsze góry z czasem ulegają zmianom, a rzeki, które dziś płyną swoim korytem, pewnego dnia mogą obrać zupełnie inną drogę. Świat nieustannie posuwa się naprzód i choć czasami trudno nam pogodzić się z tym, że pewne rzeczy muszą dobiec końca, nie możemy udawać, że zmiana nas nie dotyczy.
W jego spojrzeniu pojawiła się nuta zadumy, którą można było z łatwością odczytać jako melancholię. Lśniąca Gwiazda nie należał jednak do kotów, które zbyt długo rozpamiętywały nieuchronność przemijania. Nie zamierzał również pozwolić, by rozmowa przybrała ton pożegnania, którego wcale nie miał w planach. Wolał, aby syn potraktował te słowa jako zaproszenie do spojrzenia w przyszłość, a nie przypomnienie o tym, że pewnego dnia jego ojciec przestanie zajmować dotychczasowe miejsce.
— Pewnego dnia mnie zabraknie — powiedział w końcu, zaskakująco spokojnie. — Nie wiem, kiedy to nastąpi, i nie zamierzam udawać, że potrafię przewidzieć, ile księżyców jeszcze przede mną. Wiem jednak, że przyjdzie chwila, w której Klan Klifu będzie potrzebował kogoś, kto przejmie odpowiedzialność za jego dalsze losy.
Zrobił krótką pauzę, po czym nieznacznie przechylił głowę.
— I chciałbym, żebyś to był ty.
Słowa te wypowiedział z niemal rozczulającą szczerością. Nie było w nich wahania ani miejsca na przypadek, a jego spojrzenie pozostawało utkwione w oczach syna. Przez moment pozwolił, by cisza wypełniła przestrzeń pomiędzy nimi, po czym kontynuował, nieznacznie obniżając głos.
— Migoczący Nieboskłonie, pewnego dnia zostaniesz moim zastępcą.
Nie przedstawił tego jako odległego marzenia ani jednej z wielu możliwości, które mogłyby się ziścić w sprzyjających okolicznościach. Przeciwnie, wypowiedział te słowa z taką pewnością, jak gdyby przyszłość została już rozstrzygnięta, a jedyną niewiadomą pozostawał moment, w którym obaj będą mogli zobaczyć jej urzeczywistnienie.
— Nie wiem jeszcze, kiedy dokładnie nadejdzie odpowiednia chwila — dodał, przybierając nieco bardziej zamyślony wyraz pyska. — Nie chciałbym podejmować tak ważnej decyzji pochopnie, ani też obiecywać ci czegoś, czego nie będę mógł dotrzymać. Wiem jednak, że powinieneś zacząć przygotowywać się już teraz. Nie można przecież oczekiwać, że ktoś z dnia na dzień stanie się gotowy do kierowania całym klanem.
W tym miejscu pozwolił sobie na subtelny uśmiech.
— Zresztą, nie zamierzam pozostawiać cię samego z tym zadaniem. Będę cię obserwował, pomagał ci i, jeśli zajdzie taka potrzeba, wskazywał właściwą drogę. Masz przed sobą jeszcze wiele do nauczenia, ale jestem przekonany, że poradzisz sobie znacznie lepiej, niż przypuszczasz.
W jego głowie wszystko układało się w nadzwyczaj przejrzystą całość. Nie wystarczyło bowiem nadać Migoczącemu Nieboskłonowi odpowiedni tytuł, by uczynić go godnym objęcia przyszłego stanowiska. Potrzebował doświadczenia, które pozwoliłoby mu zrozumieć ciężar odpowiedzialności, a także odpowiednich okazji, by mógł udowodnić, że potrafi podejmować decyzje nie tylko korzystne dla siebie, lecz również dla całej wspólnoty.
— Jest coś, od czego chciałbym, abyś zaczął — podjął, zmieniając nieco pozycję i wygodniej układając przednie łapy. — Wiesz, z czym wiąże się bycie Jaśniejącym Skrzydłem? To nie tylko dodatkowe obowiązki czy większe zaufanie ze strony pozostałych kotów. To również odpowiedzialność za tych, którzy dopiero rozpoczynają swoją drogę.
Przyjrzał mu się z uwagą, po czym skierował spojrzenie ku obozowisku, gdzie pomiędzy legowiskami wciąż można było dostrzec pojedyncze poruszające się sylwetki.
— Młode koty potrzebują kogoś, kto pokaże im, jak odnaleźć się w klanie. Kogoś, kto nauczy je nie tylko wykonywania obowiązków, ale również odpowiedniego podejścia do innych, szacunku wobec starszych i lojalności wobec wspólnoty. Nie wystarczy przecież znać wszystkich zasad. Trzeba jeszcze potrafić przekazać je komuś innemu.
Ponownie spojrzał na syna.
— Dlatego chciałbym, żebyś zajął się szkoleniem jednego z tych dzieciaków, które ostatnio pojawiły się w naszym obozie. Wybierzemy ci któregoś z trójki, a ty będziesz odpowiedzialny za jego rozwój.
<Synuś? Jeśli masz pytania dotyczące swojego przyszłego ucznia to mów śmiało!>