BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka i Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Miot w Owocowym Lesie!
(Brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 12 kwietnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

07 kwietnia 2026

Od Jesionowej Łapy CD. Ognikowej Słoty

Wczesny śpiew ptaków wybudził Jesionową Łapę z płytkiego snu. Z jakiegoś powodu kotka walczyła całą noc z bezsennością, która nigdy przedtem jej nie dokuczała. Przerzucała się z boku na bok, aż zasnęła niedługo przed porankiem.
Uczennica przetarła oczy i ziewnęła sennie, po czym wyciągnęła łapy przed siebie, by się przeciągnąć. Wzięła głęboki wdech, po czym wstała i wyszła przed wejście do legowiska uczniów. Tam zaczęła poranne mycie się z nadzieją, że się jakoś rozbudzi. W tym czasie powietrze zaczęło nabierać jeszcze resztek ciepła pozostałego po Porze Zielonych Liści. Drzewa już dawno zaczęły gubić złoto-czerwone liście, odsłaniając lekko zachmurzone niebo, na którym widać było cudowną kompozycję porannych barw.
Dziś miała za zadanie zająć się starszyzną. Dokładniej miała ich nakarmić, wyścielić im legowiska na nowo i obejrzeć się za kleszczami w ich sierści.
Jesionowa Łapa przeciągała językiem po swoim długim futrze, oczyszczając je z resztek mchu oraz drobinek kurzu. Tak samo zadbała o łabędzie pióro, nadając mu świeży błysk. Wylizała dokładnie swoje poduszki łap, podczas gdy reszta obozu budziła się do życia. Dojrzała jak wychodzi poranny patrol, a inny, prawdopodobnie łowiecki, już się powoli szykował. Poprawiła jeszcze sierść na plecach, a ze żłobka już było widać pierwsze spacerki kociąt.
Gdy była samotniczka skończyła pracę nad swoim wyglądem, zdecydowała, że czas, chociażby zajrzeć do starszyzny. Podeszła pod wejście do ich legowiska i stwierdziła, że teraz jest odpowiednia pora na znalezienie surowca do ich posłań. Pręguska zaszła do miejsca, które wskazał jej poprzedniego dnia Tygrysia Noc za najlepsze do pobierania mchu. Zerwała z drzew wielkie płaty i rozdzieliła na pięć równych porcji, na tyle dużych, by zmieścić kota jej rozmiarów. Następnie uformowała je mniej więcej na kształt posłań, usztywniając ich krawędzie gałązkami i zaczęła je nosić kolejno jedno po drugim. Starała się utrzymywać kupy mchu w jednym kawałku, chociaż niewielkie części poodpadały po drodze. Liliowa doniosła je do legowiska, a starsi się powoli ulokowali w swoich nowych łożach. Od razu też zajęła się przynoszeniem im jedzenia, po czym wyniosła stary mech. Można by rzec, że uczennica za bardzo się postarała przy konstrukcji posłań, ale ona za bardzo się tym nie przejmowała. Gdyby mogła, to wsadziłaby jeszcze do nich parę kwiatów lawendy czy rumianku, ale słyszała, że niektóre koty nie lubią ich zapachu, więc wolała nie ryzykować.
Gdy wracała z wynoszenia mchu, wpadła na Tygrysią Noc.
— Jak tam, wyrobiłaś się? — zapytał z uśmiechem.
— Prawie. Zostało mi pozbycie się kleszczy ze skóry starszyzny — odpowiedziała kotka.
— Akurat chciałem ci przedstawić jak to ogarnąć. Chodź, trzeba wziąć mech — skinął ogonem w stronę wyjścia, gdzie zaraz oboje się udali.
Wrócili w miejsce, gdzie Jesionowa Łapa wyrzuciła mech i wzięli w zęby kilka kępek. Po drodze z powrotem dojrzała gdzieś rozmawiającą z kimś Ognikową Słotę, z którą na niedługą chwilę nawiązała kontakt wzrokowy. Nie wiadomo czemu uczennica poczuła się nieswojo. Wciąż się nie zaaklimatyzowała w klanie, a wzrok niektórych kotów wciąż przyprawiał ją o ciarki.
Tygrysia Noc przedstawił jej, jak pobierać mysią żółć. Podczas tej czynności kotka niemal nie skisła przez ohydną woń, drażniącą jej nos przyzwyczajony do świeżych zapachów kwiatów. Na tym etapie pożegnał ją mentor, który musiał zmykać na patrol łowiecki.
Gdy skończyła, skierowała się do legowiska starszyzny, gdzie zajęła się swoim ostatnim obowiązkiem. Na miejscu najpierw zapytała, czy ktoś z obecnych borykał się z nieznośnymi pasożytami. Usłyszała skargi od trzech kotów i natychmiast zabrała się do roboty. Nie trwało to zbyt długo, zgrabnie uporała się z kleszczami, a starsi serdecznie podziękowali.
Kocica wyszła i skierowała się do najbliższego zbiornika wodnego, by zmyć z siebie i swoich łap obrzydliwą woń pozostawioną przez mysią żółć. Gdy skończyła mycie, wylizała swoje futro, by przyspieszyć jego suszenie się. Usiadła na moment na brzegu jeziora, na chwilę skupiając się tylko na sobie, póki była sama. Odetchnęła z wielką satysfakcją zakończonych obowiązków. Gdy wróci, na pewno jeszcze coś znajdzie dla siebie do roboty. Gdy skończyła swoje delektowanie się spokojem i ciszą, wróciła do obozu.
Jesionowa Łapa rozejrzała się po polanie zaraz po zajściu z powrotem. Stwierdziła, że zmiecie opadłe z drzew liście, żeby nie siedzieć całkowicie bezczynnie. Nie miała serca zjeść czegokolwiek, póki nie zrobi więcej roboty. I tak już cały księżyc jadła bez wyściubiania nosa z nory niczym pasożyt, więc mimo głodu zajęła się sprzątaniem. Nie lubiła nieporządku, w końcu matka zawsze pilnowała, by ich jaskinia była w stanie idealnym bezustannie.
Liliowa zaczęła zamiatać liście na jeden stos na poboczu obozu, by nikomu nie przeszkadzał. Gdy skończyła połowę roboty, Tygrysia Noc podszedł do niej z pulchnym drozdem w pysku. Upuścił go przed jej łapami.
— Jadłaś coś dzisiaj? — zapytał z troską w głosie.
— Umm… — zastanowiła się. — Nie, nie jadłam nic — na tą odpowiedź rudzielec skulił uszy.
— W takim razie jedz. Nie chcemy, byś nam tu padła — usiadł, otulając łapy ogonem. — I nie zamęczaj się za bardzo. Też zasługujesz na odpoczynek — wymruczał z uśmiechem.
Kotka spojrzała na ptaka i westchnęła, dając sobie spokój. Najwyżej po posiłku dokończy zamiatanie.
Przykucnęła i zajęła się jedzeniem drozda, czując, jak soczysty smak mięsa rozpływa jej się w pysku.
— Widziałem, jak zajęłaś się starszymi. Oby tak dalej, a za niedługo już zaczniemy treningi dotyczące walki — jego wąsy zadrżały z ekscytacji. — Chciałbym już zobaczyć, jak walczysz.
— Uwierz mi, jak na byłego samotnika jestem dość dobra w walce — Jesionowa Łapa znalazła okazję do przechwalania się. Kocur się zaśmiał i wstał.
— To się okaże, a teraz ja się zmywam. Może jeszcze się miniemy dziś — odparł i odwrócił się. — Do zobaczenia, Jesionowa Łapo — i odszedł do swoich obowiązków, machając ogonem na pożegnanie, podczas gdy kotka kończyła jeść.
Gdy już miała wstać, nagle wyrosła przed nią szylkretowa mistrzyni.

<Ognikowa Słoto?>

Od Gołąbka do Poranku

Przed mianowaniem

Cały świat Gołąbka załamał się po tym, jak okazało się, że koty mogą być złe i celowo robić złe uczynki. Prawda o śmierci Osetka załamała kociaka do tego stopnia, że od kilku dni nie ruszał się ze swojego legowiska. Za dwa wschody słońca miało się odbyć jego mianowanie, ale zupełnie nie miał na nie siły. Cieszył się, że zezwolono mu być uczniem uzdrowiciela, jednak panujący w jego sercu żal zupełnie przygniatał szczęście, nie dając mu cieszyć się swoją nową ścieżką nauki. Gołąbek nie wiedział, czy jeszcze kiedykolwiek wyjdzie ze żłobka.

***

Gołąbek obudził się z popołudniowego snu. Przed nim leżała świeża zdobycz, lecz od jej widoku i zapachu jedynie go zemdliło. Popchnął mysz w stronę legowiska brata, który bawił się z Gąską na środku obozu. Może on będzie miał na nią ochotę. Gołąbek już miał ponownie położyć głowę na mchu i zamknąć oczy, gdy nagle usłyszał szelest ptasich skrzydeł. Chwilę potem przed żłobek spadł jerzyk. Ptak był niezmiernie wychudzony, jego oddech wydawał się słaby, a oczy bezmyślnie spoglądały w niebo. Zaskoczony i przerażony kociak podszedł do ptaka.
– Ojej, ojej, ojej! – wyszeptał zmartwiony. Święty ptak spadł prosto przed niego, a do tego wyglądał, jakby był bliski śmierci. W tej chwili wciąż jednak żył. Może uda się go jeszcze uratować? Gołąbek skierował się do swojego legowiska, odrywając z niego duży kawał mchu. Podszedł z powrotem do ptaka, małymi łapkami przenosząc go na mech, tak, by po obu jego stronach zostało trochę miejsca. Złapał mech za obie strony i na tak powstałych prowizorycznych noszach zaniósł ptaka do legowiska uzdrowicieli.
Gołąbek wdrapał się po prowadzącym do legowiska pniu. W środku dostrzegł Poranka (lub Chwasta, jak czasami siebie określał) zajętego ziołami.
– Poranku…? Chwaście…? – Gołąbek nie był pewny, jakiego imienia ma użyć. – Czy możesz, proszę, zerknąć na tego ptaka? Chcę tylko wiedzieć, co mu jest! – Gołąbek podejrzewał, że jerzyk był po prostu wygłodzony i upadł z braku sił. Nie spodziewał się, że Poranek da mu jakieś zioła. Rozumiał, że były potrzebne na chorobę. Kociak postanowił, że jeśli Poranek potwierdzi, że ptak jest zwyczajnie wygłodzony, to się nim zajmie. Codziennie będzie mu wykopywać glisty, aż dojdzie do pełni sił. Skoro Wszechmatka dała mu powód do wyjścia z legowiska, on nie zamierzał go zmarnować.

[365 słów]

<Poranku?>

Od Przypalonej Łapy CD. Rezedowej Łapy

Przeszłość

Stokrotki. Ciekawe jak wyglądały w ogóle stokrotki, co to było? Zwierzyna? Może lotna, może potrafiła nurkować i łapać ryby? Z pewnością umiała pływać o niebo lepiej od niego. On w płytkim zbiorniku machał łapami na boki, zawsze jakimś cudem prawie się topiąc. Gdyby nie Złocisty Widlik, to najprawdopodobniej już dawno głębiny by go pożarły. Nie potrafił się unosić, trzymanie pyszczka ponad wodą sprawiało mu trudności. Kasztanek zmarszczył brwi, po chwili je wygładzając i kręcąc głową intensywnie na boki, jakby w obawie, że swoją inną mimiką zmartwi brązowookiego, co odbiegało mocno od prawdy. On go absolutnie nie interesował. Oczywiście, że lubił niespodzianki! Każdy je lubił, więc gdyby on za nimi nie przepadał, to by odstawał od reszty nawet bardziej, a nie chciał tego. Nie chciał im dawać kolejnych powodów do wytykania go palcami. Zaczął ugniatać małymi łapkami podłoże pod sobą, unikając kontaktu wzrokowego z terminatorem.
— R-rozumiem…! Nie, nie mam… — pisnął, odpowiadając na pytanie.
— No, zmykaj już, mama z pewnością się za tobą rozgląda, a nie chcesz narobić mi kłopotów — Rezedowa Łapa pokręcił głową, popychając lekko młodziaka w stronę kociarni. — Jutro zobaczysz. Przyniosę ci stokrotek i się przekonasz, co ci dadzą. Pamiętaj to, czego się dzisiaj nauczyłeś! Możesz powiedzieć reszcie kociąt, tylko nie mów, skąd to wiesz — zachichotał pod nosem, gdy znaleźli się już przed wejściem do wgłębienia. Rezedowa Łapa przesunął go w głąb łapą. Kasztanek stracił równowagę, po czym uderzył przypadkowo jedną z kończyn o wystający korzeń wiekowej rośliny. Ból poniósł się po całym jego ciałku, ciarki wstrząsnęły nim, jeżąc mu futerko wzdłuż kręgosłupa. Upadł głucho na bok, początkowo mając wrażenie, jakby nie mógł się podnieść, mimo wymachiwania łapami w powietrzu. Zawrzeszczał z przerażeniem, a rudy uczeń zawahał się przez parę uderzeń serca. Czmychnął wreszcie do centrum, w którym akurat był spory ruch, jakby chciał uniknąć konsekwencji własnych czynów, jakby go w tłumie nikt nie mógł wykryć. Ból zaczął pulsować, dźgając go niczym mikroskopijne igły. Serce zaczęło bić mu szybciej, uszy zaczął mocno dociskać do głowy, a oczy mrużyć z dyskomfortu. Najbardziej bolał go chyba pyszczek, na który wylądował. Złocisty Widlik podszedł do niego pospiesznie, stawiając go na łapy i otrzepując z kurzu, dopytując, co dokładnie go bolało.
— Łapy! I broda, boli mnie bardzo. Wszystko mnie boli, ał! Chyba przegryzłem sobie język — zapłakał niewyraźnie, po jego podniebieniu rozpłynął się metaliczny posmak krwi, a po policzkach zaczęły masowo spływać słone łzy, które skapywały na posadzkę głucho, rozpływając się równie szybko, co się pojawiły. Może tylko sobie to wmówił? Może tak naprawdę wcale mu się nic nie stało i sam doprowadził do tej sytuacji, o mało co nie zsyłając na swojego kolegę nieszczęście? Lepiej dla Nocniaka, żeby nie zadawał się z tym malcem. Jeszcze mu przyniesie pecha na całe życie i co wtedy… I wtedy już nie pozbiera sobie stokrotek.

***

Teraźniejszość

Rezedowa Łapa ostatnio nauczył się, jak polować na łyski, o czym dowiedział się terminator dzięki plotkom, roznoszącym się po kotach niczym pyłki przenoszone przez wiatr. Przypalona Łapa co prawda nigdy nawet nie widział tych ptaków, wszystko przez to, że zanim w ogóle udało mu się go skosztować, to zjedli go ci zamieszkujący żłobek i ci z legowiska starszych. Zobaczył tylko czarne pióra. Mimo wszystko ciekawiło go, ile siły potrzeba było na upolowanie tak, z tego co słyszał, wielkiej zdobyczy. Oczywiście sama Trzcinowy Szmer ją złapała, więc… może, najprawdopodobniej lepiej byłoby, gdyby poszedł to właśnie do niej z pytaniami, aczkolwiek pomyślał, że Rezedową Łapę szybciej będzie o to zapytać.
I prawie się wycofał ze swojego pomysłu, martwiąc się, że to głupie, jednak znalazł się już przed znanym mu terminatorem. Dziwiło go, że nadal się uczył… w końcu Szkwalna Łapa, nie… Ulewny Szkwał doczekał się już swojego mianowania na wojownika i to parę wschodów słońca temu. Czyżby Mewi Puch uczył lepiej? Może sam fińczyk po prostu chłonął wiedzę niczym gąbka, dużo szybciej? Może Przypalona Łapa robił głupio, że postanowił raz jeszcze zagadać do tego ucznia? W końcu jak był młody, to on mu nagadał wiele, wiele nietypowych rzeczy, w które dymny bardzo długo wierzył. Dopiero ostatnio zaczął poddawać je wątpliwości, dochodząc do wniosku, że jego zachowanie było jedynie formą dogryzienia mu. Prychnął pod nosem, czując, jak zaczyna rosnąć w nim lekka frustracja. Czuł się wyrzutkiem, a terminator, który śmiał się z niego w jego najbardziej wrażliwym stanie, niczego mu nie ułatwiał. Zerknął na pysk rudego, który czekał najwidoczniej na słowa z jego strony. Łaciaty prędko spuścił wzrok. Gniew opuścił go, zakryty nagle przez intensywny wstyd. Jaki był z niego mysi móżdżek, że w ogóle wpadło mu do głowy, by jego pomysły kiedykolwiek były dobre! Poruszył kikutem nerwowo.
— Rezedowa Łapo — podjął się, przełykając bolesną gulę w gardle. Otworzył oczy szeroko, kuląc się lekko przed starszym. Nocniak odczekał parę uderzeń serca przed udzieleniem odpowiedzi.
— Co tam? Na pewno zastanawiasz się, jak udało mi się upolować tamtego wielkiego ptaka? Ale ty go nawet na oczy nie widziałeś pewnie, ach! — miauknął, kładąc łapę na piersi dumnie, mierzwiąc futro na niej lekko.
Przypalona Łapa zmarszczył brwi, strzygąc wąsami. Nie taka wersja zdarzeń do niego dotarła, ale może się mylił. Może to Rezedowa Łapa sam ją złapał. Nie znał go na tyle dobrze, nic o nim tak naprawdę nie wiedział. Oprócz tego, że był inny. Inny na pewno od niego samego i bardziej pewny siebie.
— Tak… Skąd wiedziałeś? — zapytał, prostując się, ale stając krzywo. Ciężko było zgrywać pewnego siebie. Może jeśli zacznie nad tym pracować i robić to częściej, to mu będzie lepiej wychodziło. Miał nadzieję. Wstrzymał powietrze, zmuszając płuca do zatrzymania się przez parę uderzeń serca. Czuł bicie organu w uszach, domagającego się tlenu.
— No wiesz, skoro jestem najlepszym terminatorem Klanu Nocy, to niektóre rzeczy muszą mi przychodzić naturalnie. I takie czytanie w myślach innym jest jedną z nich. Dlatego uważaj sobie, co myślisz, bo to do mnie szybko dotrze! — powiedział pewnie, unosząc brodę ku górze.
Przypalona Łapa polizał się parokrotnie po piersi, próbując się jakoś uspokoić. Jak to było w ogóle możliwe, to tak się dało? Dało się czytać w myślach innym kotom? Czy dało się tego nauczyć jak on to w ogóle…? Ach, nie, na pewno robił sobie z niego znowu żarty, to nie mogło być przecież prawdą. To nie mogło być prawdziwe.
— Mhm… — wymruczał z trudem. Nie chciał w to wierzyć. To było surrealistyczne! To by oznaczało, że rudy wiedział, kiedy dymny w niego wątpi. Kiedy myśli o nim nieprzychylnie… czy nie przetrzepałby mu łba, gdyby to wiedział?

<Rezedowa Łapo, a ty o czym myślisz?>

06 kwietnia 2026

Od Kurki do Borowika

Kurka machnął ogonem i uchylił oczy. Chłód powoli wdzierał się w każdy kąt lasu i pól. Na szczęście młodego zwiadowcy, on sam wtulony był w sierść Guziczka, który jeszcze słodko spał.
Kurka poczekał, aż jego ukochany się obudzi. Guziczek już po chwili ziewał i rozciągał się nieco.
– Dzień dobry. – miauknął do swojego towarzysza. Kurka nachylił się i polizał młodszego po nosie.
– Dzień dobry. – przywitał się z nim i powoli wplątał z ich mieszaniny łap, aby stanąć i rozciągnąć się porządnie. – Wczesny poranek dzisiaj? Zabierasz gdzieś swojego ucznia?
– Tak. Idziemy na poranny patrol z Szafranem i Kolendrą. – Guziczek się podniósł i otarł o jego bok, zanim ruszył zgrabnie po gałęziach w kierunku ziemi. Kurka podążył za nim.
Kiedy oboje znaleźli się na ziemi, Kurka ostatni raz otarł się o bok ukochanego. Potem poszli w swoje strony.
Kurka nachylił się po jakąś chudszą mysz, wybierając to, co byłby w stanie łatwo zjeść z kupki dostępnych rzeczy. Wtedy też podeszła do niego Pieczarka.
– Dzień dobry Kurko! – przywitała się wesoło.
– Dzień dobry Pieczarko! Jak mija dzień? – zapytał zwiadowca, uśmiechając się do niej.
– Na ten moment bardzo dobrze! – oświadczyła liderka, schylając się po posiłek. – Mamy dzisiaj wielkie ogłoszenie. Dzieci Gąski są już gotowe na awans na uczniów!
– Jak ten czas płynie! Jeszcze przed chwilą były ledwo takie o małe! – Kurka machnął łapą zaraz nad ziemią.
– To prawda! A tu patrz! Dzisiaj będą spać w nowym miejscu! – Pieczarka uśmiechnęła się szeroko. – Gołąbek trafi pod oko Poranka.
– O! Będzie nowy uzdrowiciel? Miło to słyszeć! Na pewno sobie dobrze poradzi!
– To prawda! A jego brat będzie ćwiczył na zwiadowcę! – oświadczyła.
– Zwiadowców nigdy za mało!
– To prawda!

I Kurka mógłby przysiąc, że za żadne skarby się nie spodziewał, że Pieczarka tego samego dnia spojrzy na niego, wskaże go łapą i odda mu pod opiekę tego małego kociaka. Borowik nazywał się jak jego brat. Ten sam, który rzucił się za Czajką jak maniak. Ten sam, który utopił się w rwących wodach rzeki. Jednak to nie był ten sam Borowik. Ten był mniejszy, cichszy i unikał kontaktu wzrokowego za wszelką cenę.
Następnego dnia po mianowaniu Kurka wstał wcześnie. W końcu należało się zabrać za trenowanie tego malucha. Napawanie go wiedzą i nowymi umiejętnościami. Obudził ucznia zwiadowcy i zjadł z nim śniadanie, wszystko w ciszy. Kurce to w żadnym wypadku nie przeszkadzało.
– Dzisiaj, drogi Borowiku, przejdziemy się po naszych terenach. – oświadczył mu po zakończeniu jedzenia i oblizaniu się.
– Po co? – kociak zmarszczył nos i przetarł oczy.
– Ponieważ musisz znać miejsce, w którym mieszkasz. Nie chciałbym, żebyś się zgubił, więc przez pierwsze treningi poznasz nasze tereny bardzo dobrze. – kot pokiwał głową poważnie. Jego mentorka zrobiła z nim to samo. Poznał te tereny bardzo dogłębnie. – I może poćwiczymy odrobinę wspinaczkę na drzewa. Ułatwi ci to wchodzenie do legowiska.
– No dobrze. – kociak zawinął ogon na swoje łapki.
– Ruszajmy więc!
– Dzisiaj? – kociak nastroszył się nieco.
– Po to obudziłem cię tak wcześnie. Przejście całych terenów zajmuje naprawdę długo. Wrócimy wieczorem na kolację.
– Tak długo?!
– Z przerwami, oczywiście. Nie oczekuję, że będziesz ciągle iść, haha! Jakbyśmy mieli ciągle, iść to pewnie przeszlibyśmy bardzo szybko, ale wtedy niczego się nie nauczysz. Tylko zmęczysz! – oświadczył Kurka.
– Musimy? Nie chce mi się iść tak długo! – poskarżył się kociak.
– Musimy. Przykro mi, ale to część treningu. Bez znajomości terenu, nic innego nie przyjdzie ci łatwo! Trening w nieznanych miejscach nigdy nie jest prosty, dlatego najpierw się je poznaje. Idziemy! – Kurka zachęcił go machnięciem łapy. Borowik rzucił na niego okiem, po czym opuścił łepek, odetchnął i wstał. – Będzie dobrze. Złapię ci jakiś obiad po drodze, obiecuję.
– No dobrze… Może to być mysz?
– Jeśli takową spotkamy, tak!

Przechadzka po terenach rzeczywiście zajęła im sporo dnia. Kurka tak jak obiecał, złapał dzieciakowi obiad, jak i opowiedział mu o całym owocowym lesie, pokazując mu jego wszelkie zakamarki, zwłaszcza swoje ulubione. Owocowy Lasek, gdzie spędzał wieczory na długich spacerach. Konający Buk, gdzie Kurka uwielbiał pływać. Chociaż teraz było to nieco trudniejsze, kiedy wody w rzece ubyło z powodu bobrów. Upadłą Gwiazdę, gdzie można było się całkiem nieźle bawić, jak i schować przed resztą świata. Chociaż bywało też niebezpiecznie. Kurka upewnił się też, że Borowik pozna drogę grzmotu. Zaprowadził go do niej zaraz obok Dębowej Ostoi. Ich ostatni przystanek.
Usiadł kawałek od drogi, wbijając w nią wzrok i poklepał trawę obok siebie.
– To jest droga grzmotu. Tędy jeżdżą potwory. Bardzo ciężkie, bardzo niebezpieczne. Od tej strony dzielimy las z nikim, jednak od strony wrzosowisk, tych za rzeką, jest Klan Burzy. W każdym razie. Musisz tu być bardzo ostrożny. Najlepiej w ogóle nie ryzykować i nie podchodzić. Powąchaj powietrze. – Kurka polecił. Kociak zmarszczył się na ten parszywy zapach. – Nie czuć tutaj nic, tylko wydzieliny potworów. Dlatego należy słuchać, kiedy jadą. Czuć łapami ich drgania.
– Drgania? – kociak spojrzał na szarą nawierzchnię.
– Tak. Potwory są bardzo ciężkie. Niebezpieczne. Kiedy pędzą drogą, to wszystko wokół drga. O! Czujesz to. Jedzie potwór. Schyl się. – Kurka położył łapę na plecach malca, przyciskając go do ziemi, chowając ich oboje w trawie. Potwór przejechał z hukiem i zaraz zniknął w oddali. Kociak nastroszył się jak sowa.
– Spokojnie. Tak daleko od drogi nic nam nie grozi. Najważniejsze, żebyś wiedział czego oczekiwać. Wtedy będziesz bezpieczny, kiedy będziesz mógł sam wychodzić z obozu. A teraz… wracajmy. Wyśpisz się, najesz. Jutro zaczniemy wspinaczkę na drzewa, ale po południu. Żebyś się wyspał po tak ciężkim treningu…

<Borowiku?>
[875 słów - trening Borowika]

Od Kurki CD. Guziczka

Spędzanie czasu tak blisko z guziczkiem było bardzo przyjemne. Spacery, skradanie w cieniu drzew pocałunków-czego więcej można życzyć sobie od życia? Kurka z pewnością nie miał żadnych wątpliwości, że miał wszystko, czego chciał!
Tego wieczoru przechadzali się po ich ulubionym miejscu, Owocowym Lasku. Początek pory opadających liści pięknie malował drzewa na różne kolory, a ciepłe resztki słońca przyjemnie grzały. Kurka z Guziczkiem szkliw ze złączonymi ogonami i barkami opartymi o siebie nawzajem, dopóki nie doszli do wyjątkowo ładnie oświeconego miejsca. Tam usiedli sobie w wilgotnej trawie, wtuleni w siebie. I zapadła chwila miłej ciszy, dopóki Guziczek, wpatrzony w Kurkę jej nie przerwał.
– Gdybyśmy mieli mieć dzieci… – zatrzymał się na chwile. – To chcemy przygarnąć jakieś zguby, czy może poprosić jakąś kotkę? – zapytał.
Kurka zamrugał parę razy zaskoczony pytaniem. Może nie powinien być zaskoczony. W końcu są zadeklarowani, zakochani w sobie po uszy. Może to czas myśleć nad takimi rzeczami. Co Kurka chciałby zrobić? Hmmm… Zwiadowca przymknął oczy i oparł się o futro ukochanego mocniej, mrucząc cicho.
– Nigdy o tym nie myślałem, ale… jak teraz wkładam w to całe serce, to… myślę, że fajnie mi to obojętne. Niby fajnie byłoby poprosić kotkę, mieć pewność, że to nasza krew i kości i... a nóż jedno z kociąt wyglądałoby jak ty! Taki mały Guziczek, haha. – Kurka polizał Guziczka po poliku, układając jego sierść.
– Mówisz? Taki mały ja? No ja nie wiem! Jak byłem mały to w końcu, byłem całkiem niegrzeczny…
– Nie, żebym ja był lepszy! – Kurka się zaśmiał. – Oboje zapewniliśmy, że Kajzerka osiwieje młodo!
– Tak. To prawda. – Guziczek uśmiechnął się szeroko na wspomnienie mamy.
– W każdym razie. Miło byłoby poprosić kotkę, ale… z drugiej strony jakoś… tak niekomfortowo mi z myślą, że... no wiesz… zwłaszcza jakby to był ktoś z naszej społeczności. Może to bezpodstawny strach, ale jednak… jest w tym coś takiego. Ale… to nic nieznaczące wątpliwości. Myślę, że jakby nadarzyła się okazja na jakiekolwiek kocięta to… czemu nie! Kotka czy znajdki. Nie obchodzi mnie to, najważniejsze, że… z Tobą. – Kurka położył łapkę na łapce Guziczka i spojrzał mu głęboko w oczy. – Najważniejsze, że z Tobą!
– Dobrze. Będę miał to na uwadze. – Guziczek pokiwał łebkiem.
– Doprawdy? – Kurka zaśmiał się pod nosem zaczepnie. – A ty? Co byś preferował? Poprosić kotkę czy czekać na znak z nieba i znaleźć znajdki? A może mój nieprzewidywalny i szalony ukochany chce włamać się do dwunogów i ukraść kocięta od nich, po jednym z każdego domu? – zażartował sobie Kurka.
– To byłoby szalone! – Guziczek zaśmiał się razem z nim. – Ale nie niemożliwe!
– Nawet o tym nie myśl! – Kurka pacnął go łapą, pomimo że to był po części jego pomysł. – Nie pozwolę ci! Zbyt ryzykowne! Zresztą! To był tylko żart!
– Wiem, wiem. – Guziczek otulił ogon wokół łap Kurki i polizał go po nosie. – Obiecuję nie włamywać się do domów dwunożnych!
– I poprawnie! – Kurka pokiwał łebkiem z wyolbrzymioną powagą. – A teraz… jakie jest twoje zdanie? Bo branie pod uwagę tylko mnie, byłoby niesprawiedliwe! – Kurka przytulił się do Guziczka, nastawiając uszu na jego odpowiedź. – Co Ty byś chciał?

<Guziczku?>

Od Ognikowej Słoty CD. Kocimiętkowego Wiru

Przeszłość

Pierwsze promienie przyjemnego, ciepłego słońca wpadały do legowiska wojowników, ogrzewając bladymi ramionami ich unoszące się powoli, a potem opadające boki. Świerszcze śpiewały swoje najlepsze melodie, żwawo żegnając się z nocą, do której było im tak tęskno każdego dnia. Sowy lądowały na gałęziach, pozwalając sobie wreszcie na odpoczynek po dość owocnych, wieczornych łowach. Na ich miejsce wepchnęły się świergoczące sroki, walczące o terytorium. Ich skrzeczenie niosło się echem po lesie, wraz ze śpiewem kosów, który ginął w gęsto porośniętych drzewach iglastych. Czarna szylkretka przeciągnęła się w swoim legowisku, prostując długie, pręgowane łapy. Posłanie zaszeleściło pod jej bokiem, gdy zabrała się za niezwykle wczesną toaletę. Ułożyła paroma zwinnymi liźnięciami krnąbrne, wystające kłosy, musiały zmierzwić się podczas jej snu. Postawiła czujnie uszy. Pochrapywanie pobratymców dotarło do niej, jedni oddychali głośniej, jakby mieli przytkany nos albo zapchane płuca, inni zaś dużo ciszej, milej. Bez kłopotów z nabieraniem oddechu.
Ona i Kocimiętkowy Wir miały się dzisiaj wybrać na spacer, więc musiała prezentować się akceptowalnie… nie… dobrze! Doskonale. Idealnie. Ziewnęła, wyginając grzbiet w łuk i trzęsąc odrobinę ogonem, czując ulgę związaną z porannym rozprostowaniem kończyn. Zmrużyła oczy, mrugając nimi parokrotnie, żeby przyzwyczaiły się do światła. Reszta Wilczaków jeszcze smacznie spała, lada moment mieli się budzić w celu wyruszenia na poranne patrole czy polowania w grupkach.
Ognikowej Słocie naprawdę zależało na humorze przyjaciółki. Dla żadnego innego kota nie wstawałaby tak wcześnie ani nie dbała o futro tak dokładnie, zastanawiając się, czy aby na pewno prezentowała się idealnie, jak zawsze. W końcu ruda była jednym z najważniejszych kotów w jej życiu! Nie mogła pozwolić na to, by Kocimiętka płakała z powodu jakiegoś głupiego kocura, ich dzisiejszy spacer był obowiązkowy. Wizja zapolowania na króliki bardzo ją zachęciła – co prawda jej ulubioną zwierzyną były zające, aczkolwiek nie odbiegały smakiem bardzo od królików. Najzwyczajniej w świecie do upolowania królika potrzeba było jednego… maksymalnie dwóch kotów, a na zająca nawet i czterech. Było to wyzwanie, którego chciała się kiedyś podjąć. Nie dość, że wykarmiłby więcej pysków, to w dodatku mogłaby się raz jeszcze wykazać! A uwielbiała to robić. Uwielbiała sprawiać, by matka była z niej dumna i chwaliła ją. Oczywiście, po udanych łowach, pochwaliłaby się priorytetowo swojej mamie! I siostrze, i każdemu.
Wyminęła parę rozłożonych bezwładnie ogonów śpiących jeszcze kotów. Gdyby dzisiaj nie miała co robić, prawdopodobnie nadepnęłaby komuś na kitę tylko po to, żeby go zirytować. Tym razem jednak nie miała nawet na to czasu. Pochyliła się nad rudą i posyłając jej lekki uśmiech, musnęła jej bok ogonem. Kocimiętkowy Wir wyglądała tak uroczo, gdy spała.
— Kocimiętko?
Ognikowa Słota pokręciła głową, czując, że jej poduszki łap robią się gorące. Jej mina nagle spoważniała, a wąsy drgnęły. Gdy wojowniczka przebudziła się wreszcie, chwilę zajęło jej przyzwyczajenie się do jasności, jaka zapanowała w dziurze.
— Daj mi… jeszcze kilka uderzeń serca, dobrze? — zapytała pręgowana, subtelnie się uśmiechając.
Szylkretka przysiadła obok, kiwnąwszy krótko głową. Niebo było szarawe z powodu wczesnego ranka. Chmury ciągnęły się po nim leniwie, zasłaniając jedynie kawałek. Polizała nagle parokrotnie łapę, przejeżdżając nią po uchu. Napuszyła sierść na piersi, chroniąc się przed lekko chłodnymi podmuchami wiatru.
Po jakimś czasie Kocimiętkowy Wir wreszcie się przygotowała, więc nie było sensu czekać na nic więcej, pozostawało im jedynie wreszcie wyruszyć. Wyszły wspólnie z obozu bez większych kłopotów, kierując się spokojnym krokiem w stronę łąki niepokrytej ani jednym drzewem. Kocica zawęszyła, uchylając pysk, pozwalając powietrzu, aby owinęło jej policzki. Do jej nosa dotarł zapach, którego poszukiwały wspólnie. Na wystających krzewach jeżyny zbierało się aksamitne, jasne futerko, a w błocie wyrobione były wyraźne ślady. Wojowniczka zmrużyła oczy, uśmiechając się szeroko.
— Kocimiętko, jak się dziś czujesz? Spałaś dobrze? — zapytała, ruchem ogona wskazując na ślady, jakie wytropiła. Były świeże, to pewnie kwestia czasu, aż wytropią zdobycz. — Możemy zrobić tak; ja ustawię się w lekko zasłoniętym miejscu, a ty zajdziesz królika z drugiej strony i go zapędzisz prosto w moje łapy — przedstawiła, powiewając spokojnie ogonem.
Zielonooka pokiwała głową, nucąc sobie jakąś melodię pod nosem. Może o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd? Zamruczała z aprobatą, chociaż bez przekonania.
— Dzisiaj już mi lepiej. Cieszę się, że mogłyśmy wspólnie wyjść — odparła, chowając różowy język. Wilczaczka nie była pewna parę uderzeń serca temu, czy kotka ją w ogóle słuchała, więc te słowa sprawiły, że nie musiała się zastanawiać nad takimi rzeczami, przynajmniej na jakiś czas. Gdyby jej nie odpowiedziała, to zapytałaby jeszcze raz. Chociaż czemu jej tak bardzo na tym zależało, na odpowiedzi?
W oddali zaczął malować się ogromny przedmiot dwunożnych, a między wysokimi źdźbłami trawy…
Coś zaszeleściło w kłosach, docierając do uszu Ognikowej Słoty. Kocica przypadła do ziemi, tak samo zresztą postąpiła jej kompanka. Kocimiętkowy Wir nagle wytrzeliła przed siebie, niczym poparzona, goniąc za królikiem ile sił w łapach. Czarna szylkretka wyskoczyła do przodu również, zaganiając nagle zwierzę prosto w łapy kompanki, czując, jak szybko bije jej serce. Co prawda zrobiły to inaczej, niż zaplanowała, aczkolwiek finalnie wszystko się powiodło, więc najwidoczniej sposób łowów nie miał aż tak wielkiego znaczenia tym razem. Ruda kocica wgryzła się w kark zawodzącej zwierzyny, unieruchamiając ją i pozbawiając życia jednym zwinnym ruchem. Przytrzymała ją łapą, w razie, gdyby miała się wyrwać. Oczy Ognikowej Słoty zabłysły z usatysfakcjonowaniem. Bardzo cieszyły ją owocne łowy, a jeszcze bardziej cieszył ją widok szczęśliwej kompanki.

***

Teraźniejszość, zanim Barczatkowy Świt umarła

Od jej ostatniej, konkretniejszej rozmowy z Kocimiętkowym Wirem minęło już trochę. W życiu Słoty od tamtego czasu nastało parę zmian – jedną z ważniejszych było z pewnością to, że zaczęła dogadywać się ze swoim bratem, Cienistą Zjawą. No i oczywiście została mianowana na mistrzynię wraz ze swoją siostrzyczką i Kocimiętkowym Wirem właśnie. Odkąd kocur przeszedł swój test na kultystę, można było powiedzieć, że wręcz zapomniała mu cały żal, jaki żywiła względem niego. Zmienił się, zaczął wreszcie starać i przestał lenić. W dodatku poznała swojego malutkiego bratanka. Miała szczerą nadzieję, że wyrośnie na porządnego kota.
Podeszła do Kocimiętkowego Wiru, która właśnie korzystała z ostatnich przyjemnych promieni słońca kolorowej Pory Opadających Liści. Spadające liście tańczyły na wietrze, porywane przez porządniejsze podmuchy. Drzewa iglaste nie sypały się tak często, więc nie musiała martwić się gnijącymi liśćmi pod łapami. Chociaż nie brzydziła się tym, więc robiłoby to różnicę jedynie podczas polowania i patrolowania granic. Słońce zawisło wysoko na niebie, mając dobry wgląd na każdego kota, który nie ukrywał się pod bezpiecznym dachem legowisk lub koron drzew. Za niedługo Pora Nagich Drzew przypomni o sobie, pozbawiając ich wielokolorowych traw oraz bladego, lekko grzejącego blasku, przysłaniając całe tereny zaspami śnieżnymi, zmuszając zdobycz do tego, aby wycofała się do swoich norek w celu uchronienia się od bezlitosnego chłodu. Mistrzyni ułożyła się tuż obok przyjaciółki na kamieniu, spoglądając na nią figlarnie.
— Kocimiętko — uśmiechnęła się, przysuwając się bliżej rudej, chcąc zwrócić jej uwagę tylko na sobie. Gdy ich futra zetknęły się, Ognikowa Słota zamruczała. Tęskniła za rozmowami z bliską jej kotką. Bardzo cieszył ją fakt, że wreszcie znalazła na to czas.
Ruda zamrugała, spoglądając na brązowooką. — Ognikowa Słoto, doszły mnie słuchy, że zostałaś ciocią? Pogodziłaś się z Cienistą Zjawą? — zagadnęła, przyjacielsko trącając ją w bok.
Szylkretka nie zmazywała rozpromienienia ze swojej mordki. Pokiwała łbem żwawo, poruszając lekko końcówką ogona.
— Tak, cieszę się, że jest już między nami lepiej, w końcu to mój brat. Pamiętam, jak nie dogadywałam się z nim za bardzo, ale nie możesz mi się dziwić. Masz rację, został ojcem! Tęgosz jest przesłodki. Jest bardzo grzeczny i lubi słuchać wszelkiego rodzaju opowieści. Nawet jeśli nie dopytuje tak żywo o każdą, to i tak widać, że słucha. Jestem pewna, że z Cienistą Zjawą jako ojcem wyrośnie na porządnego kota — zamruczała, przesuwając poduszką łapy po odrobinę nagrzanym kamieniu. Tym razem rzeczywiście miała to na myśli, nie było żadnego powodu, dzięki któremu mogłaby zwątpić we własne słowa czy nadzieje. Przekręciła lekko głowę w stronę Kocimiętkowego Wiru, wbijając w nią uważniejsze spojrzenie. — Teraz, odkąd zostałyśmy mianowane na mistrzynie, będziemy spędzać ze sobą więcej czasu — podsunęła spokojnie. — Zabiorę cię znowu na polowanie na króliki, jak za starych czasów — dodała, układając się wygodnie na kamieniu. W jej piersi pojawiło się ciepłe uczucie. — Dostałaś też własnego ucznia, prawda? Księżycową Łapę… — zagadnęła, zwracając wreszcie uwagę mistrzyni z powrotem, jakby dopiero teraz sobie o tym przypomniała.
— Tak! Uczy się naprawdę pilnie. Pracujemy wspólnie nad jego płaczliwością i niepewnością. Ma dobre serce — wyjaśniła prędko, poruszając nieznacznie kikutem ogona. Jej wzrok w pewnym momencie uciekł gdzieś za szylkretkę, jakby coś tam w oddali było ciekawsze, niż ona. Może zwróciły jej uwagę kłócące się ze sobą wrony, pokrakujące coraz to głośniej i głośniej na grubych gałęziach?
Ognikowa Słota spojrzała na Kocimiętkę, rozproszenie Wilczaczki nie umknęło jej. Miała o Księżycowej Łapie dość neutralną, chylącą się raczej ku negatywnej opinię. Koty płaczliwe nie mogły zagrzewać miejsca długo w Klanie Wilka. Tutaj trzeba było być silnym i walczyć o swoje. A takie koty tego nie potrafiły. Gdyby jeszcze był leniwy, to prawdopodobnie historia Cykoriowego Cykora by się powtórzyła. Albo i gorzej, jego by może faktycznie przepędzili. Chociaż… może potrzeba było kota, który robiłby brudną robotę. Może, jeśli tylko Zalotna Gwiazda nie wyrzuciłaby go, mógłby usługiwać innym i się przydać na coś.
— Pod twoim okiem sobie poradzi. Wystarczy, że ktoś pokaże mu, jak zachowywać się jak przykładny Wilczak — odparła Ognikowa Słota pewnie, mrużąc na chwilę ślepia, jakby słońce zaświeciło jej prosto w pysk. Miała szczerą nadzieję, że jej przyjaciółka go naprostuje i wskaże plastycznemu umysłowi kierunek, w jakim powinien zmierzać.

<Kocimiętko, kiedy zapolujemy ponownie na króliki?>

Nowa członkini Pustki!

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zmiażdżenie przez pień drzewa

Odeszła do Pustki!

Od Księżycowej Łapy do Kocimiętkowego Wiru

Księżycowa Łapa przeciągnął się lekko, słysząc głos swojej mentorki. Podrapał się za uchem, a jeden z pędzelków zaplątał mu się odrobinę koło łapy. Fuknął cicho i machnął głową, niechcący uderzając siedzącego obok innego ucznia, który wyglądał na co najmniej oburzonego. Księżycek przeprosił, a następnie szybko uciekł do Kocimiętkowego Wiru.
— Dziś idziemy aż na tereny Opuszczonego Obozowiska — mruknęła kotka, strzepując uchem.
Biały kocurek kiwnął lekko głową, przebierając łapką w ziemi.
Niebieskooki szedł za mistrzynią, najszybciej jak potrafił, ale i tak zdarzało mu się potknąć o jakiś korzeń czy inne roślinki. Gdy byli już w pobliżu Opuszczonego Obozowiska, oboje zmarszczyli brwi.
— Co to? Jest strasznie głośne. Ciekawe co będzie, jak podejdziemy bliżej? — zapytał uczeń.
— Nie jestem pewna czy to dobry pomysł — odparła kotka, nieprzekonana machając odrobinę nerwowo ogonem.
— Chcę zobaczyć co to — mruknął cicho Księżycek z lekko zmrużonymi oczami.
— Idziesz zaraz za mną, jasne? Tam musi być niebezpiecznie — westchnęła kotka.
W końcu i tak musiała sprawdzić teren. Przepłynęli przez rzekę, a wtedy okazało się, że ta i tak wygłuszała dźwięki za nią. Podeszli bliżej, a przed ich oczami ukazał się przerażający krajobraz. Niektóre z drzew za rzeką leżały ścięte na ściółce leśnej. Inne z kolei posiadały już tylko swój kawałek. A obok nich jeszcze bardziej straszne potwory. Księżycowa Łapa schował się szybko za Kocimiętkowym Wirem. Po chwili dwunożni powychodzili ze swoich hałaśliwych puszek i ruszyli gdzieś na bok, prawdopodobnie robiąc sobie przerwę. Księżycek widząc to, odszedł kawałek od mentorki, szukając czegoś interesującego. Szedł tak chwilę, dopóki nie zobaczył jakiegoś futra pod jednym z obalonych drzew. Najpierw wydawało się mu, że być może było to jakieś inne zwierzę, ale gdy podszedł nieco bliżej, poznał szylkretowe futro jednej z wojowniczek Klanu Wilka. Biały zjeżył się lekko i szybko podbiegł do rudej kotki.
— Gdzie ty… — zaczęła kotka, ale widząc wystraszony pysk ucznia, zmarszczyła brwi.
— A…Aa… Pani Wirek — zaczął z drżącym głosem. — Tam — szepnął, wskazując na przygniecione ciało. — Tam jest…kotka. Pani mentorko tam chyba jest Barczatkowy Świt. Ona…chyba nie żyje — zawył żałośnie, a kotka ruszyła we wskazaną przez ucznia stronę.
Przyjrzała się ciału, stwierdzając, że kotka faktycznie była martwa.
— Masz rację. Musimy zgłosić to Zalotnej Gwieździe — mruknęła kotka, wzdychając przeciągle.

<Pani mentorko?>

[354 słowa]

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Mrocznej Wizji

Dawno temu

— Ale dlaczego Lodowy Omen nigdy się na mnie nie gniewa? Jest taka… pozbawiona emocji! — zaprotestowała.
— A dlaczego miałby się na ciebie gniewać? Zapewniam cię, że byłaby zła, gdybyś zrobiła coś naprawdę niestosownego — mruknęła Mroczna Wizja, a jej wibrysy lekko zadrżały z rozbawienia. — Po co mamy okazywać emocje? Zachowanie spokoju to często najlepsza broń. Inni nie wytrącą cię z równowagi ani nie poznają twoich słabości — miauknęła. Jednak Kocimiętkowa Łapa wciąż była zmieszana.
— Ale czy takie nieokazywanie emocji nie jest… ciężkie? — spytała, próbując zrozumieć tok myślenia Mrocznej Wizji. — Poza tym okazywanie słabości przed kimś, komu się ufa, jest chyba normalne… no nie? Tak mi się wydaje — mówiła dalej. Czy to nie na tym polegało całe zaufanie? Na tym, by otworzyć się przed drugim kotem i niczego przed nim nie ukrywać? — Czy moja mentorka nie ma nikogo, komu mogłaby zaufać? Czy mi nie ufa? — zastanawiała się, czując, że to za dużo informacji jak na jej prymitywny móżdżek.

* * *

Po dostaniu awansu

Cieszyła się, że udało jej się wskoczyć na wyższą rangę w Klanie Wilka. Bycie mistrzynią to już nie przelewki! Zdecydowanie miała się czym chwalić przed innymi — tym bardziej że wraz z nią awansowały Nadciągający Pomrok i Ognikowa Słota, czyli córki Zalotnej Gwiazdy. To oczywiste, że im ufała, ale czy każdy spodziewał się tego, że lubi także Kocimiętkę? Zapewne nie. Rudofutra sama zresztą nie wiedziała, dlaczego liderka patrzyła na nią przychylnie. Może dlatego, że szybko została mianowana? Może dlatego, że przyjaźniła się z Pomrokiem i Słotą? Na pewno obie kotki szepnęły coś o zielonookiej swojej matce i przez to jej ufała. Powinna im za to podziękować? Nie… Chyba nie. I tak nie miała pewności, czy faktycznie maczały palce w awansie Kocimiętki.
Wiedziała jednak, z kim o zostaniu mistrzynią chciała koniecznie porozmawiać. Z Makową Iluzją, oczywiście, ale oprócz niej chciała też zagadać do swojej matki — Dyniowej Skórki. Wojowniczka musi być z niej naprawdę dumna! Kocimiętka może i nie urodziła się wśród Wilczaków, ale przez swój pobyt wśród nich z całą pewnością zyskała całkiem dobrą reputację. Przynajmniej wśród niektórych… bo z Wilczym Skowytem raczej nie było jej po drodze. To jednak żadna strata, bo czekoladowy nie cieszył się uznaniem ani wśród swoich pobratymców, ani liderki.
W końcu Kocimiętce udało się znaleźć w obozie swoją matkę. Od razu do niej podbiegła, szczerząc się jak małe kocię.
— Mamo! Mamo! Czy to nie ekscytujące, że zostałam mistrzynią? — mruknęła, poruszając wibrysami z zadowolenia.
Dyniowa Skórka aż podskoczyła, nie spodziewając się tak nagłego spotkania.
— Nie strasz mnie tak! — odparła najpierw, po czym spojrzała na córkę i uśmiechnęła się nieznacznie. — Ach, tak… To bardzo ekscytujące — stwierdziła, pochylając się, by liznąć ją po czole.
Kocimiętka cofnęła się, wydając z siebie cichy chichot.
— Przestań! Teraz jestem już poważną mistrzynią w Klanie Wilka. Nie mam czasu na czułości — fuknęła żartobliwie, przewracając oczami.
— Więc pewnie nie masz też czasu, żeby przejść się ze starą matką na spacer… — miauknęła Dyniowa Skórka, wzdychając dramatycznie.
Kocimiętka otwarła szerzej oczy i zatrzęsła swoim krótkim ogonkiem.
— Ależ mam! Na spacer zawsze mam czas — oznajmiła, stawiając uszy do góry. — Poza tym to nie musi być zwykły spacer, a dodatkowy patrol! Upolujemy coś razem i proszę, już nasza schadzka będzie miała jakiś cel — dodała, kiwając ochoczo głową.
— No, skoro tak mówisz… Możemy iść na ten twój spacero-patrol — odpowiedziała Dynia, po czym smagnęła powietrze ogonem i ruszyła w stronę wyjścia z obozu.
— Świetnie! — skwitowała młodsza, niemal przyklejając się do boku swojej matki.

* * *

Wraz z matką zaczęły spacerować wzdłuż brzegu jeziora. Była niemal końcówka Pory Nowych Liści i większość roślin zdążyła już zakwitnąć. Słońce grzało im w grzbiety, lecz nie na tyle, by można je było nazwać uporczywym. Ponadto rude futerka obu kotek rozwiewał przyjemny, wiosenny wiatr. Czy mogło być lepiej? Kocimiętka aż zaciągnęła się świeżym powietrzem, delektując się tą spokojną chwilą w towarzystwie jednej z najbliższych jej kotek.
— Chciałabym, żeby było już tak zawsze — odezwała się w końcu Kocimiętka, przerywając ciszę.
Dyniowa Skórka przez moment nie odpowiadała, jakby zastanawiała się nad słowami córki.
— Tak… ja też — mruknęła w końcu. — Dobrze, że twojej siostrze udało się wygrać tę walkę i zostać wojowniczką. Mało brakowało, by ją wyrzucili z klanu! — dodała z przejęciem.
— No! Mówiłam jej, żeby się śpieszyła, ale kazała mi się nie martwić — odparła mistrzyni. — Wiesz, powiedziała mi, że jeszcze zostanie najlepszą wojowniczką Klanu Wilka. Ale na to już chyba za późno, nie? — westchnęła, odwracając wzrok od matki i spoglądając na taflę jeziora. — Cieszę się, że udało mi się odnaleźć w nowej przynależności, ale… szkoda, że Mak chyba nie czuje się tu aż tak dobrze. Myślisz, że lepiej by jej było, gdyby została samotniczką? — spytała.
Dyniowa Skórka spięła się i burknęła:
— Nie chcę o tym myśleć. Wolę żyć z przekonaniem, że dobrze zrobiłam, zabierając was tutaj. — Jej głos był ciężki, jakby przygnębiony. — Twój ojciec to łajnojad! Wierzę, że dobrze wam wszędzie tam, gdzie go nie ma — zaśmiała się, próbując rozluźnić atmosferę.
Kocimiętka skinęła głową.
— Masz rację. Nie wiem, jak mogłam go wcześniej tak idealizować! — odparła z obrzydzeniem.
— Idealizowałaś go? — miauknęła wojowniczka. Po chwili strzepnęła ogonem i pokręciła głową. Kocimiętka nie spodziewała się takiej reakcji.
— Nie mówiłam ci? — zdziwiła się. Była pewna, że już o wszystkim matce powiedziała. — Dałabym sobie głowę urwać, że wszystko ci wyśpiewałam! — dodała. Czy naprawdę nigdy nie powiedziała Dyniowej Skórce o tym, że Królik ją zdradzał? Na pewno powiedziała o tym Makowej Iluzji, co do tego nie miała nawet najmniejszych wątpliwości — ale jak to się stało, że nie przekazała tej informacji własnej matce?
— Nie przypominam sobie… — przyznała rudofutra.
— Och! Nie martw się… już ci powiem — mruknęła Kocimiętka, uśmiechając się smutno do matki. — Ale nie wiem, czy spodoba ci się to, co usłyszysz…

* * *

Teraźniejszość

Nie spodziewała się dostać ucznia — a jednak stało się. Teraz Księżycowa Łapa był pod jej opieką i musiała zrobić wszystko, by jak najlepiej go wyszkolić i nie zawieść Zalotnej Gwiazdy. W końcu liderka liczyła na to, że Kocimiętce uda się nieco naprostować białofutrego młodzieńca, gdyż jak na razie uchodził on za raczej delikatnego i płaczliwego kota — zupełnie niepasującego do wzoru Wilczaka.
Dziś wróciła już z treningu i resztę dnia miała dla siebie. Postanowiła wykorzystać wolny czas na odwiedzenie legowiska starszyzny. Liczyła na to, że może Mroczna Wizja będzie miała dla niej kilka rad odnośnie wychowania Księżycowej Łapy.
Kocimiętka zabrała ze stosu świeżą piszczkę i poszła prosto do legowiska. Zanurzając głowę w jego półmroku, od razu wypatrzyła byłą mistrzynię. Podeszła do niej, kładąc zwierzynę tuż przed jej łapami.
— Witaj, Mroczna Wizjo — przywitała się, pochylając przed kotką głowę. — Doceniam twój wkład w Klan Wilka i… chciałabym poprosić o kilka rad — mruknęła ostrożnie, siadając przed starszą. — Chodzi o Księżycową Łapę… Jest bardzo emocjonalny. Zależy mi na tym, by go zahartować, tylko… nie mam pojęcia, jak to zrobić. Może ty będziesz wiedziała?

<Mroczna Wizjo?>

Od Króliczej Prawdy CD. Poczciwego Szakłaka

— Głuchy jesteś czy niemy? — zapytał Królik, choć tym razem przynajmniej otrzymał odpowiedź. Burzak pokręcił przecząco głową. — To weź coś powiedz, a nie liczysz — dodał pręgowany, a jego wąsy zadrżały z irytacji.
— Ja… Nie gapiłem się — wymamrotał czarnofutry, niemal bezgłośnie. — Ale prawda, masz piękne i lśniące futro… — mruknął, chyba nie zastanawiając się nad sensem tych słów. Dopiero po chwili coś w jego głowie zaskoczyło. — Zapomnij. — rzucił i nieco spłoszony podniósł się z dotychczasowego miejsca.
Królik zaśmiał się, zdumiony słowami obcego. Nie spodziewał się, że pierwszy lepszy Burzak zacznie mu prawić takie komplementy!
— Nie musisz się już tak podlizywać, i tak cię stąd nie przegonię — miauknął rozbawiony, powoli kręcąc głową. Czarnofutry nie wyglądał na zachwyconego, ale to nic. — Tak w ogóle, nazywam się Królicza Prawda — przedstawił się, skoro już “ustalili”, że nie są sobie wrodzy.
Nieznajomy odwrócił wzrok od kremowego, przez moment się wahając.
— Poczciwy Szakłak — mruknął w końcu, chyba jedynie z grzeczności. Następnie zamilkł i zrobił krok w tył.
Królik otworzył pysk, by coś powiedzieć, lecz ostatecznie także pozostał cicho.
— To… pójdę już sobie. Uczeń na mnie czeka — oznajmił i, odwróciwszy się od Burzaka, pognał w stronę Pasterzowej Łapy.
Kocur miał spróbować zapolować na coś sam, jednak przez cały ten czas siedział na tyłku, przyglądając się rozmowie dwóch kotów.
— Gratuluję zmarnowania czasu — rzucił Królik, podchodząc do kremowego ucznia. Jego humor od razu się pogorszył, a mina zrzedła. Co mu tam po jakimś komplemencie, skoro miał takiego krnąbrnego młodzieńca do wyszkolenia.
— Nie zmarnowałem czasu! — uparł się Pasterz. — Gdybym poszedł zapolować i się zgubił, dopiero wtedy bym go zmarnował, szukając ciebie! — zaczął się bronić, ale na Króliku te wymówki nie robiły wrażenia.
— Przecież masz nos, czyż nie? Zostawiłbyś za sobą trop i wrócił jego śladem — burknął, nawet nie patrząc na ucznia. Zamiast tego podszedł do tuneli, by kontynuować zaplanowany trening.

* * *

Przed zniknięciem Fiołki

Jego matka wreszcie została liderką! Nie odebrała jeszcze co prawda żyć i nie miała drugiego członu “Gwiazda”, ale to tylko kwestia czasu. Musi tylko wyleczyć się po odbytej walce z mewami, a wtedy zostanie Pikującą Gwiazdą! A może jednak Jaskółczą Gwiazdą? To drugie bardziej do niej pasowało.
W każdym razie… Królik czuł lekki zawód przez to, że to nie jego kremowa wybrała na swojego zastępcę. Albo przynajmniej jego brata! Zamiast tego powierzyła tak ważną rolę komuś takiemu, jak… Mysi Postrach. Jednak kocur był jej uczniem, więc jej wybór miał też trochę sensu. Właściwie to nawet więcej, niż gdyby wybrała któregoś ze swoich synów. Tym bardziej po tym, że w młodości uciekli z Klanu Klifu, znikając z niego na kilka dobrych księżyców. Teraz niby się zreflektowali, ale kto im zaufa, że już nigdy nie popełnią takiej głupoty?
Poza tym na Królika niektórzy wciąż patrzą z podejrzliwością przez fakt, że Wzburzony Kormoran i Oszroniony Kieł niekoniecznie są do niego podobni. Jednak czy to była jego wina? Jak już, to Źródlana Łuna go oszukała, wmawiając mu, że jest ojcem! — przynajmniej tak by powiedział, gdyby chcieli go oskarżać. Prawda jest jednak taka, że sam się zgodził na udawanie jej partnera i rodzica tych kociąt…
Zresztą, co ci Klifiacy się tak uwzięli? Foczej Fali urodziły się dwa kociaki — Fiołka i Złamanek. Żadne z nich nie przypomina ani swojej matki, ani ojca, a jednak każdy wierzy, że to ich dzieci. No, a tak swoją drogą, to powinien chyba pogratulować pierwszorazowemu tacie. Nawet jeśli ten nie do końca chce mieć z nim cokolwiek do czynienia.
Już miał się zbierać do żłobka, gdy nagle zauważył chodzącą po obozie Pikującą Jaskółkę. Tak właściwie, to dawno z nią nie rozmawiał… Postanowił do niej podejść, by nadrobić ten stracony czas.
— Hej, mamo — mruknął, stając obok kremowej kotki. — Cieszysz się, że w końcu możesz rządzić Klanem Klifu? — zapytał, uśmiechając się przyjaźnie.
— Daj spokój. Mysi Postrach został już mianowany na zastępcę i nie zamierzam tego zmieniać — odparła, nawet na niego nie patrząc.
— No coś ty! Nie przyszedłem tu błagać o awans — fuknął, przewracając oczami. — Już nawet z własną matką nie można porozmawiać? — dodał żartobliwym tonem, chcąc jakoś rozluźnić atmosferę. Dziś Pikująca Jaskółka wydawała się nie w humorze — może w ogóle nie powinien do niej zagadywać…
— Można, można, tylko jak jest mniej zajęta — odpowiedziała, wciąż nie zwracając głowy w jego kierunku.
— A czym tak jesteś zajęta? Planujesz rewanż na Klanie Wilka, czy o co chodzi? — drążył dalej, nie chcąc matce odpuścić. — Przydałoby się w końcu wyrównać rachunki. Niby pozbawiłem jednego Wilczaka oka, ale spójrz na Źródlaną Łunę! Tak ją poturbowali, a potem jeszcze zabrali nam kawałek terenów… — zaczął się użalać.
Jaskółka w końcu spojrzała na niego, mierząc go morderczym spojrzeniem.
— Nie przypominaj mi o tym — burknęła, wzdychając ciężko. — Jeszcze kiedyś się im odpłacimy. Może niekoniecznie za mojego czy twojego życia, ale kiedyś nadejdzie ten dzień — stwierdziła pewnie, po czym bez słowa odeszła od Króliczej Prawdy.
Kremowy spuścił wzrok na łapy. Nie była to może jego najdłuższa rozmowa z matką, ale zawsze coś, prawda? Może w przyszłości spróbuje trochę więcej z nią rozmawiać, by odnowić ten kontakt. Właściwie, odkąd uciekł, Jaskółka wydaje się nim trochę zawiedziona. Może i sobie to wymyślił, a może taka po prostu była rzeczywistość… Takich wielkich błędów nie wybacza się ot tak, a już na pewno nie zapomina.

* * *

Korzystając z tego, że mewy zostały już przegonione z terenów Klanu Klifu, postanowił wybrać się na spacer. Do niedawna samotne schadzki były zabronione, bo zawsze istniało ryzyko, że zaatakuje cię wielki, rozgniewany ptak. Teraz jednak Klifiacy pozbyli się problemu i wszystko wróciło do normy. Na jak długo? Tego nie wiedział nikt — jednak Królik uważał, że już wkrótce znowu się coś posypie. Nie wiedział jeszcze co, ale miał złe przeczucie.
Nie zamierzał jednak zbyt długo się tym przejmować. Trzeba korzystać, póki życie sprzyja. Udał się więc na granicę z Klanem Burzy. Zamierzał przejść się wzdłuż granic Klanu Klifu i dotrzeć nad brzeg, by powdychać trochę morskiego powietrza i poobserwować taflę wody. Może nawet poczekałby aż do zachodu, by popatrzeć na słońce chowające się za horyzontem i to piękne, pomarańczowo-różowe niebo? Na pewno pomogłoby mu to się odprężyć — choć nie żeby miał czym się szczególnie stresować. Nie musiał się już nawet martwić tym, co znowu wymyśli Pasterzowa Łapa, bo kocur wreszcie został Czujnym Pasterzem.
W końcu Królik zatrzymał się, gdy dotarł na granicę z Burzakami. Tu postanowił chwilę odpocząć, bo wędrówka zaczęła już dawać mu się we znaki. Jak to mówią... starość nie radość.

<Poczciwy Szakłaku? Jesteś tam?>