BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

23 maja 2026

Nowa Członkini Klanu Gwiazdy


KAJZERKA
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Starość (i złamane serduszko)

Odeszła do Klanu Gwiazdy!

Od Borowika

Byłem w legowisku uczniów. Leżałem na moim posłaniu. Patrzyłem w błękit nieba rozciągający się półkolem nad obozem. Jasność zachodzącego słońca ogrzewała mi grzbiet, rzucając naokoło żółtawe rozbłyski, powoli cofające się coraz dalej za mną.

* * *

Wczoraj był normalny, szary dzień. Zaczął się całkiem normalnie. Wstałem z chłodnego posłania. Zjadłem normalne śniadanie. Miałem normalny trening. Tak normalny, że nawet pamiętam, co na nim robiłem. Wróciłem do obozu. Słońce już nieco przygasło na bladym niebie. A potem zobaczyłem na środku obozu zwłoki Gąski. Wnioskuję, że były to zwłoki, bo się nie ruszała. I wszyscy byli smutni.
A Gołąbek był z nich wszystkich najsmutniejszy. Od razu przypadł do zwłok matki. Płakał. Bardzo. Nie podszedłem, by go pocieszyć. Nie pomogłoby to. Płacz pomoże. Pożegnanie sam na sam z nią też mu pomoże. Stałem więc tak w bezruchu, bez wyrazu. I patrzyłem.
Potem spadła na mnie fala kondolencji. Monologów. Słów wsparcia. Nie pomagały mi. Ale niech mówią. Skoro im to pomaga, ja mogę słuchać. Nie chcę, żeby byli smutni.
Zjadłem mdły obiad po południu. Pogrzeb był wieczorem. Tradycyjny pogrzeb. Przyjąłem na siebie drugą falę kondolencji, monologów i słów wsparcia. Posiedziałem przy zwłokach Gąski dokładnie tyle, ile wymagał obyczaj. Pożegnałem je odpowiednio podczas Ostatniego Pożegnania. Potem zjadłem mdłą kolację i poszedłem spać.
Obudziłem się dnia obecnego. On akurat był zdecydowanie dziwny. Nie miałem dziś mieć żadnego treningu. Niebo pobladło, a chmury poszarzały jeszcze bardziej, choć nie było ich ani mniej, ani więcej niż wczoraj. Inni uczniowie mieli, dlatego też zostałem w pustym legowisku sam.
Leżałem do śniadania na boku lewym. Nie zjadłem śniadania. Leżałem do obiadu na boku prawym. Nie zjadłem obiadu.
Nie myślałem o niczym konkretnym. To również było dziwne. Zawsze myślę o czymś konkretnym. Teraz nie mogę. Dlaczego nie? To nie jest trudne. Wyobrażam sobie rzecz. Cokolwiek. Liść. Kamień. Pień. Myślę o niej. Jaki ma kształt. Jaki mogłaby mieć kształt. Potem wyobrażam sobie poszczególne czynności i próbuję znaleźć zastosowanie dla przedmiotu.
Odkąd leżałem ponownie na boku lewym, patrzyłem w stary, płowy pień, a raczej przez niego. Potem skupiłem wzrok na pniu. Skupiłem na nim wzrok.
Pień.
Pień.
– Dlaczego nie mogę myśleć o zapchlonym pniu? – spytałem.
Zmrużyłem oczy. Wstałem z posłania. Żebra kłuły mnie ostro w boki od długiego leżenia. Przeszedłem po gałęzi do pnia.
Taki jesteś? Tak? Wydaje ci się, że skoro jesteś tylko zgrzybiałym pniem, to nie będę o tobie myślał? Że jesteś uprzywilejowany i możesz mi uciec? Że mój umysł na ciebie nie zasługuje? W takim razie zmuszę cię żebyś wszedł mi do głowy. Wcisnę cię w moje myśli siłą.
Wysunąłem pazury. Zamachnąłem się łapą i ostro przejechałem pazurami po korze drzewa. Pozostawiając po sobie równoległe bruzdy. Ale niezbyt głęboko. Zbyt płytko.
Zamachnąłem się jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze. Raz za razem.
Bruzdy zaczęły pokrywać pień. Kora opadała na ziemię, odsłaniając jego nagi rdzeń.
Aż z kory po mojej stronie pnia nie został już ani jeden brązowy skrawek. Jednak żaden z tych skrawków nie zapełnił mojego pustego, bezmyślnego łba. Ani jeden.

* * *

Złociste cienie całkiem już ześlizgnęły się z mojego grzbietu, słońce przykryło się lasem. Wieczór był parny od niedawnych deszczy bądź też było to tylko złudzenie, synestetyczna reakcja mojego organizmu długo wystawionego na ciepło. W fioletowości nocy, która nastąpiła po złocistym dniu, słychać było ciche skrzypienie świeżozielonych świerszczy o błyszczących odnóżach. Cyk. Cyk. Cyk.
Leżałem tyłem do pnia. Przednie łapy bolały za bardzo, by schować pazury, leżałem więc z wysuniętymi. Spomiędzy nich wystawały kawałki kory, co najmniej pięć z nich było pokrytych krwią. Nie myślałem o niczym. Ale to nie szkodzi. Nie szkodzi. Jutro znowu będzie normalny dzień. Znowu będę myślał. Już teraz zaczynam trochę myśleć na nowo.
Logika. Logika.
Każdy w swoim życiu prędzej czy później kogoś straci. Tak mówią wszelkie przesłanki świata. Uczucie straty, choć początkowo tak silne, z czasem przeminie. Wystarczy zaczekać. Rozpacz to całkowicie naturalna reakcja organizmu na stratę. Wystarczy zaczekać. Wszystko minie. Za księżyc, za dwa, za trzy… Zawsze mija.
To wcale nie tak, że po śmierci jednej z dwóch osób, którą szczerze i całym sercem kochałem, nagle zawalił się cały świat. Nic się nie zawali. Świata to zupełnie nie obchodzi. Jesteśmy bezpieczni.

[678 słów]

[14%]

Od Liliowej Łapy (Liliowej Pieśni)

Przeszłość

Liliowa Łapa wtuliła się nosem w sierść Nenufarowego Kielichu, starszej, która zginęła w trakcie napadu borsuków. Nie mogła pogodzić się z tą stratą, dla niej szara była jak członek rodziny, babka, czy kocięcy mentor. Uwielbiała słuchać jej opowieści, a sprzątanie jej legowiska nie przeszkadzało w towarzystwie kotki. Zamknęła oczy i cichutko wyszeptała:
– Dziękuję Ci za wszystko, co zrobiłaś dla mnie, zostawiłaś niezatarty ślad w moim sercu, Nenufarowy Kielichu. Nigdy Cię nie zapomnę.
Następnie wstała ze spuszczoną głową i podeszła do Ulewnego Szkwału.
– Chcę czuwać przy Nenufarowym Kielichu, więc będę po południu dłużej spać. Czy mógłbyś przekazać to Mandarynkowej Gwieździe?
– Pewnie. Zapewne poszła oceniać straty, pójdę jej poszukać - rzekł, machając ogonem na pożegnanie.
– Do rana, Ulewny Szkwale! – miałknęła i znów przytuliła się do kotki.

* * *
Tw: opis zwłok

Nastał poranek, uczennica czuła, jak wszystko ją boli. Przez całą noc leżała przy starszej, nie dopuszczając uczucia zmęczenia. Była lekko nieprzytomna, więc kot, który ją pacnął, musiał się zdenerwować, że wcześniej nie zareagowała.
– Liliowa Łapo, już czas! – Nad nią stała Różana Woń, która była nieco zła.
Kotka wstała i słuchała dalej medyczki.
– Nie mamy starszych, a więc my musimy ją pochować. Liliowa Łapo, złap z jednej strony, a ja z drugiej.
Liliowa złapała za futro starszej i wyszły z obozu. Jak najbardziej starała się, by nie zmoczyć ciała starszej; nie chciała, by ciało porosło grzybem. Wypłynęły z rzeki, dotarły na małą polankę obok łąki i tam zakopali szarą kotkę.
– Będzie mi ciebie brakować – miałknęła jeszcze i już miała wracać, gdy wpadł jej do głowy pomysł. Wzięła ziarna maku, posypała na ziemię i lekko zasypała.
– Teraz będziesz miała zawsze świeże kwiaty! – mruknęła, oddalając się – żegnaj na zawsze…
Kiedy wróciła do obozu, chciała jeszcze zobaczyć, co z mentorką.
– Witaj, Gąbczasta Perło! Jak Czosnkowa Krewetka i Senną Łza?
– Witaj, Liliowa Łapo, u Sennej widać duże zadrapania, ale wyjdzie z tego, a Czosnkowa… jeszcze się nie obudziła.
Liliowa spłaszczyła uszy i wbiła wzrok w swoje łapy.
– Gąbczasta Perło, tak sobie pomyślałam, bo test zdałam, a nie chcę, bym dostała imię wojownika bez jej udziału, czy mogę pomóc ci w legowisku? Oczywiście nie leczyć, ale doglądać rany, zbierać zioła…
Gąbczasta Perła zamyśliła się przez chwilę.
– Hmm… no dobrze, niech ci będzie. W takim razie przynieś mi podbiał – kotka wskazała łapą na roślinę z białymi kwiatami.
– Już się robi i dziękuję! - rzuciła przez ramię i wybiegła z legowiska.

* * *

Minął już ćwierć księżyca, a Liliowej podobała się ta praca. Codziennie zbierała zioła, które były poukrywane w różnych zakątkach terytorium, sprawdzała, czy rany się nie otworzyły, a przy okazji nauczyła się nieco teorii medycznej. Kto wie, może kiedyś się przyda?
Też odwiedziła Mroka. Nie mogła doczekać się spotkania z bratem, ale z drugiej strony czuła ukłucie w sercu, gdy pomyślała, że zdradza klan.
"Nie powiem mu o borsukach, to jest klanowa tajemnica" – wyszeptała do siebie w drodze, a gdy doszła na miejsce, brat już na nią czekał. Rozmowa z nim na początku była przyjemna, ale potem..
– Lilio, czy wiesz, co się stało z naszą… matką?
Kotkę lekko zatkało.
– T-tak, byłam świadkiem jej śmierci jako jedno księżycowy kociak. Zabił ją lis…
Kocur szybko podszedł do niej, owinął wokół jej ogona i polizał po głowie.
– Nigdy nie lubiłem lisów, ale teraz ich jeszcze bardziej nienawidzę. Hej, to nie twoja wina, byłaś tylko małym kociątkiem.
– Masz rację – mruknęła uczennica, dotykając jego nosa – ja też mam do ciebie pytanie.
– Dawaj – orzekł, mając figlarny błysk w oku.
– Czy pamiętasz dzień, gdy Sosna cię zabrał?
Jego błysk zniknął, a oczy zmatowiały.
– Jak przez mgłę, ale wiem, że spałem obok ciebie i Sójki, nagle do środka wszedł ojciec i powiedział, że musimy iść. Spytałem się, dokąd i dlaczego, a on z uśmiechem odparł, że musimy odejść w lepsze miejsce i żebym się nie martwił. Posłuchałem go i poszłem za nim. Chociaż bardziej się czołgałem, bo nie umiałem dobrze chodzić. Upadałem, i wstawałem, upadałem, i wstawałem, aż w końcu wybuchnął i krzyknął: "OJ MROK! PRZESTAŃ ZACHOWYWAĆ SIĘ JAK GŁUPEK I IDŹ NORMALNIE!!!"
– To okropne! – skomentowała kotka, jeżąc kark. Coraz bardziej przekonywała się do myśli, że Sosna opuścił mamę, ale nie znała powodu, a nie miała odwagi pokazać się tacie. Nigdy nie miała problemu z kotami, raz na granicy była mała sprzeczka, prawie puściła by wodzy i naskoczyłaby na jednego z klifiaków, ale Kropiatkowa Skórka ją powstrzymała. A z nim? W jego wzroku było coś, co ją niepokoiło, i nie wiedziała, czemu.
– Nie, po prostu byłem wtedy małym, słabym i głupim orzeszkiem – odpowiedział brat, czyszcząc łapę.
– On nadal tak wrzeszczy?
– Krzyczy? Czasami, jak nie zdobędę odpowiedniej ilości pokarmu, jak wycofam się z walki, jak jestem senny…
– Nie miałeś wsparcia – miałknęła uczennica, marszcząc brwi.
– On po prostu uczył mnie życia. – odmruknął, patrząc się w swoje łapy, sam chyba już nie wiedząc, co mówi. Potem znowu popatrzył na siostrę i zapytał:
– Czy wiesz gdzie jest grób matki? Chciałbym ją odwiedzić.
– Tak, jest niedaleko. Dawno u niej nie byłam. Chodź, zaprowadzę cię.
Gdy doszli, złożyli kwiaty matce i ciemnoczekoladowy mruknął:
– Spoczywaj w pokoju – potem odwrócił się do liliowej – dzięki, że pozwoliłaś wejść mi w głąb terytorium.
– Ale tylko ten jeden raz! – zaśmiała się.

– Liliowa Łapo! Chodź tu! Szybko! – ze wspomnień wyrwał ją krzyk Gąbczastej Perły. W strachu, że to coś poważnego. I było, ale nie w złym znaczeniu. Na posłaniu Czosnkowa Krewetka podniosła głowę.
–Czosnkowa Krewetko!! – wykrzyknęła z radości i przytuliła mentorkę.
–Liliowa Łapo! – zaśmiała się szylkretka – ile czasu zajęło, zanim się ocknęłam?
– Kilka dni - odmruknęła medyczna.
– Och! To pewnie masz już nowe imię, Liliowo! Jakie ci dano?
– Nie miałam ceremonii, czekałam na ciebie – uśmiechnęła się uczennica.
– Naprawdę? – zdziwiła się Krewetka – w takim razie zróbmy ją dzisiaj, jeszcze trochę do wysokiego słońca!

* * *

Nadeszło południe. Liliowa Łapa przebierała łapami, nie mogąc się doczekać wyniosłej chwili. Po długim czekaniu na liderkę nareszcie wskoczyła na drzewo i zawołała:
– Niech wszystkie koty zdolne łowić ryby w rzece zbiorą się na spotkanie klanu!
Wszyscy w mgnieniu oka pojawili się na polanie. Ulewny Szkwał promieniował radością, Urodziwa Łapa skakała, ale przestała gdy zauważyła obok niego Rogatą Łapę. Odwróciła się z pogardą i przybliżyła się do Przypalonej Łapy. Kotka czuła, że pomiędzy jej przyjaciółką a Kasztankiem jest jakaś inna relacja niż tylko przyjaźń. W końcu Mandarynkowa Gwiazda zaczęła:
– Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. – Liliowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Liliowa się nie wahała 
– Przysięgam.
– Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Liliowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Liliowa Pieśń. Klan Gwiazdy ceni twoją odwagę i poświęcenie, oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy!
– Liliowa Pieśń! Liliowa Pieśń! – rozległy się miałknięcia. Liliowa Łapa, od dzisiaj Liliowa Pieśń nie pamiętała piękniejszej chwili w życiu.


Od Niebiańskiej Poświaty CD. Wzorzystej Dali

Niebiańska Poświata, słysząc ton Dali, spuściła wzrok ku ziemi. Coś było nie tak. Przez krótką chwilę milczała, a cisza między nimi zdawała się gęstnieć z każdym oddechem, ciężka i lepka niczym mgła sunąca o świcie nad mokradłami. W jej wnętrzu rozlewało się dziwne, palące uczucie pustki — uczucie tak głębokie, że niemal odbierało jej zdolność oddychania.
Westchnęła cicho, a dźwięk ten niemal natychmiast zniknął pośród szumu rozmów, niby tylko kolejny prosty gest, jakich wiele. Zdawało się, że pogodziła się już z losem — z tym wszystkim, co mogło czekać na nią poza granicą obozu, nawet, jeśli teraz nie była jeszcze w stanie określić, co dokładnie mogłoby to być. Kąciki jej pyska uniosły się lekko w bladym, słodkim uśmiechu, który przypominał ostatni promień słońca gasnący za linią horyzontu; piękny, lecz niosący ze sobą nieuchronną świadomość nadchodzącej nocy.
— Jasne. Chodźmy — miauknęła w końcu cicho, a jej głos, choć spokojny, drżał subtelnie niczym tafla wody poruszona kroplą deszczu.
Ruszyła przed siebie wolnym krokiem, starając się iść tuż obok swojej towarzyszki, jak gdyby sama obecność Wzorzystej Dali mogła choć odrobinę uciszyć chaos szalejący w jej sercu. Opuszczając obozowisko, poczuła na grzbiecie spojrzenia kilku wojowników, które prędko jednak zmieniły swój kierunek.
Powietrze na zewnątrz było chłodne i przesycone rześką wonią morza, której słony aromat mieszał się z ciężkim zapachem sosnowej kory oraz wilgotnej ziemi. Wiatr sunął pomiędzy drzewami z cichym świstem, poruszając gałęziami tak, że wydawały z siebie melodyjne szepty. Niebiańska Poświata przymknęła na moment oczy, pozwalając, by te wonie wdarły się głęboko do jej nozdrzy. Były niemal zbyt prawdziwe, zbyt wyraziste — tak odmienne od tej trudnej do nazwania woni, jaką zwykle czuła. Może istniejąca, lecz faktycznie zbyt słaba, by faktycznie móc związać z nią jakiekolwiek emocje. Każdy oddech przypominał jej teraz, że świat wciąż żył, oddychał i trwał niewzruszenie, nawet wtedy, gdy ona sama miała wrażenie, że stoi w jednym miejscu.
Nad ich głowami niebo przybierało barwę granatu rozlanego atramentem po sklepieniu świata, a pierwsze gwiazdy zaczynały przebłyskiwać pomiędzy strzępami chmur niczym czujne oczy przodków obserwujących ziemię. Wreszcie Niebiańska Poświata odezwała się ponownie, choć jej głos był cichszy niż wcześniej.
— Więc…? — zaczęła, unosząc spojrzenie na Wzorzystą Dal. — Co chciałabyś mi powiedzieć?
— Niebo, jesteś wspaniałą kotką. Wiesz o tym, prawda? Przyjemnie się z tobą rozmawia, wyglądasz naprawdę pięknie… Ale ja po prostu tego nie czuję.
Słowa Wzorek zawisły między nimi ciężko niczym burzowe chmury, które od wielu dni zbierały się nad lasem, lecz wciąż nie chciały pęknąć deszczem. Powietrze zdawało się gęstnieć z każdym uderzeniem serca Nieba. Przez krótką sekundę patrzyła na nią w milczeniu, niezdolna odwrócić wzroku od jej błękitnych ślepi, które jeszcze niedawno rozjaśniały się ciepłem na jej widok, a teraz wydawały się dziwnie odległe i obce.
Poczuła, jak jej serce przyśpiesza nagle, bijąc tak szybko, iż mogłaby przysiąc, że próbuje wyrwać się z jej piersi i uciec gdzieś daleko, tam, gdzie nie dosięgną go te słowa. Jej źrenice rozszerzyły się lekko, a kąciki ust drgnęły niemal niezauważalnie, jak gdyby za moment miała odpowiedzieć czymś lekkim, może nawet rozbawionym, by rozproszyć napięcie, które oplatało ich niczym cierniowe pnącza. Z jej gardła nie wydobył się jednak żaden dźwięk — jedynie milczenie, gorzkie i palące, które rozlało się po jej wnętrzu niczym jad.
Westchnęła cicho, po czym posłała Wzorzystej Dali głupi, wymuszony uśmiech, choć czuła, że każdy mięsień jej pyska drży z wysiłku. Po raz kolejny miała wrażenie, że ktoś wyślizguje się spomiędzy jej łap, że oddala się coraz bardziej, biegnąc ścieżką, której ona nie mogła już dostrzec. To uczucie znała aż za dobrze — znała chłód opuszczenia, pustkę pozostającą po tych, którzy odchodzili oraz ten okrutny moment, w którym musiała uświadomić sobie, że choćby biegła za nimi aż do granicy terytorium, nigdy ich nie dogoni.
A jednak tym razem ból nie rozdzierał jej równie gwałtownie. Był inny — cięższy, cichszy i znacznie bardziej zmęczony, jakby przez ostatnie księżyce przywykła już do tracenia wszystkiego, na czym odważyła się polegać. Być może, gdyby nie chaos emocji kotłujących się pod jej skórą, byłaby w stanie spojrzeć Wzorek w oczy ze spokojem i przyznać, że gdzieś głęboko od dawna przeczuwała ten moment. Że w głębi serca sama czuła podobnie, choć panicznie bała się nazwać to uczucie.
Lecz… nie mogła. Nie potrafiła. I przede wszystkim — nie chciała.
Jej oczy, brązowe niczym stopiony karmel skąpany w świetle zachodzącego słońca, rozbłysły nagle ostrą iskierką desperacji oraz bólu tak czystego, że niemal namacalnego. Futro na karku zjeżyło jej się lekko, kiedy zrobiła krok w jej stronę, jakby sama odległość między nimi stała się czymś nie do zniesienia.
— Naprawdę? — wyszeptała drżąco, choć po chwili jej głos nabrał siły, pękając gniewem i rozpaczą jednocześnie. — Więc tak po prostu to kończysz? A te wszystkie dobre chwile? Co z nimi? Czy to wszystko już nic dla ciebie nie znaczy? Czy była to jakaś gra? Och, dlaczego dałam się tobie nabrać!
Jej ogon uderzył gwałtownie o ziemię, wzbijając drobinki kurzu, podczas gdy ona sama próbowała złapać oddech, jakby każde kolejne słowo rozcinało jej gardło ostrymi pazurami. Przed oczami przesuwały jej się wspomnienia — wspólne polowania o świcie, kiedy rosa osiadała na ich łapach niczym srebro, rozmowy prowadzone szeptem przy granicy obozu oraz spojrzenia, które wydawały się mówić więcej niż jakiekolwiek słowa. Jak mogła teraz stać przed nią i zachowywać się tak, jakby wszystko to było jedynie snem, który rozwiewa pierwszy podmuch wiatru?

<Wzorek? Tłumacz się teraz>

Od Klekoczącego Bociana CD. Mandarynkowej Gwiazdy

Podniósł brew. Nie wiedział, co powinien zrobić, co powiedzieć. Ostatnimi razy, kiedy został z swoją babką sam na sam, to po wypowiedzeniu się szczerze został okrzyczany z góry do dołu, pomimo tego, że starał się z całych sił nie być aż tak… dosadny w swoim przekazie. Nie wiedział, czy był to swoisty sprawdzian, jakaś gierka liderki, w której asystent medyczki nie został odpowiednio przeszkolony, albo może sposób kotki na wytypowanie kotów godnych i niewartych zaufania. Chociaż on sam niekoniecznie przejmował się tym, kto za nim przepada, a kto nie, to raczej wolał nie pakować się niepotrzebnie pod pazury tych, którzy faktycznie mogli jeszcze bardziej uprzykrzyć mu życie. A Mandarynkowa Gwiazda była na samym szczycie tych, u których wolał nie lądować na czarnej liście. Pomyślał przez chwile. Musiał przecież cokolwiek jej odpowiedzieć; milczenie wkurzy przywódczynię niemal tak samo, co jakiś kompletny bezsens z jego pyska. W końcu odpowiedział. 
— Nie wiem, co chcesz usłyszeć — zaczął, owijając swój ogon wokół łap. — Jeśli znów chcesz rozmawiać o mojej matce, to jedyne, co mogę ci powiedzieć, to że wróciła z dzisiejszego patrolu z kawałkiem szkła w łapie i go wyciągnąłem.
— Nie wygłupiaj się, wiesz, że nie o to mi chodziło — zganiła go nieco, ale nie była widocznie zdenerwowana. Wydawała się być w jego kierunku nieco pobłażliwa; w końcu wciąż był jeszcze młodym kotem, który ma swoje humorki. 
— Przyszła. Zająłem się nią. Chwilę porozmawialiśmy o stanie zwierzyny. To wszystko. — Końcówka ogona uderzała niecierpliwie o posadzkę. 
— Byliście tak blisko, kiedy byłeś młodszy. Niemal nierozłączni, nieprawdaż, Klekoczący Bocianie — zapytała. Kocur wzruszył barkami. 
— Najwidoczniej z tego wyrosłem — mruknął. 
— No tak... Może masz rację. — Kotka nie wyglądała na przekonaną. Nastała cisza, której towarzyszył tylko cichy pomruk natury. Biały próbował wymyśleć jakiś temat, o którym faktycznie miałby cokolwiek do opowiedzenia, co mogłoby zadowolić babkę. Wszystko było lepsze od jałowej i niezręcznej ciszy. W końcu zaczęła go ona faktycznie przerastać. Nie podobało mu się to. Nie lubił takich sytuacji. Nienawidził być stawiany pod ścianą, a wiedział, że o ile teoretycznie miał wokół siebie otwartą przestrzeń, tak ucieczka od liderki była niemożliwa. Poczuł, że coś się w nim kruszy. 
— Nie wiem, co chcesz ode mnie usłyszeć, naprawdę nie wiem — burknął, ale ostatnie słowa zabrzmiały wątlej niż by tego chciał. 
— Optymalnie chciałabym usłyszeć prawdę. 
— Jakbym kiedykolwiek kłamał… — warknął, strosząc nieco futro. — Nigdy nie skłamałem, ani prosto w twój pysk, Mandarynkowa Gwiazdo, ani kiedy twój grzbiet był odwrócony tyłem. Nie mam ku temu żadnych powodów. Nie mam zamiaru knuć, nie mam zamiaru ostrzyć kłów czy pazurów. Na ten moment jedyne, czego chcę, to nie pakować się w żadne niepotrzebne bajoro. Już i tak nigdy nie będzie mi dane żyć w sposób, w który bym chciał, więc jeśli mogę, to chciałbym po prostu cię poprosić, niekoniecznie jako podwładny, ale jako członek rodziny, abyś dała mi żyć w spokoju… — Gdzieś w środku monologu jego głos załamał się. Nie patrzył w jej pomarańczowe ślepia. Nie chciał.

<Mandarynaaaa?>

Wyleczeni: Czyhająca Murena

22 maja 2026

Od Miodowej Łapy do Makowej Iluzji

Księżyc zawisł wysoko na niebie, rzucając bladą, chłodną poświatę na śpiących już pobratymców. Kilku z nich pochrapywało głośno, inni oddychali cicho i miarowo. Niektórym podrygiwały łapy, najprawdopodobniej śniło im się, że gdzieś biegli albo przed czymś uciekali. Ciekawe czy ona chrapała? I czy drgały jej tak niekontrolowanie kończyny albo może końcówka ogona, czy uszy? Sowy pohukiwały na gałęziach donośnie, a trzepot ich skrzydeł niósł się echem po lesie iglastym. Nocne owady grały swoje melodie w najlepsze, momentami dorównując wręcz ptakom, które zajmowały się prezentowaniem własnych utworów za dnia, znacznie różniącymi się od tych, o które starała się masa pasikoników czy świerszczy. Miodowa Łapa dojrzała w legowisku uczniów połyskujące, jasne liliowe futro Jesionowej Łapy. Pręgowany bok przyjaciółki unosił się, a potem opadał spokojnie. Ciekawe co jej się śniło? Złota czując, że coraz większe znużenie rozprzestrzenia się po jej umyśle, blokując jakiekolwiek sensowne myśli, poza “jestem śpiąca”, położyła łebek na łapach i gdy zamknęła oczy, układając się tak wygodnie, jak tylko mogła, nie zajęło jej długo oddanie się w objęcia przyjemnego snu. Była coraz mniej obolała od ostatniego sparingu z Cętkowaną Łapą, nie miała mu tego za złe. Wykonywał to, co od niego oczekiwano. Tak naprawdę to nie czuła złości względem nikogo. Cieszył ją fakt, że nie zraniła się nadto i mogła spokojnie dojść do siebie. Cieszył ją również sukces młodziaka, Tropiąca Łaska miała powody do bycia dumnym ze swojego podopiecznego, a Wilczy Skowyt był wyrozumiały względem niej, mimo że odniosła porażkę. W jej oczach jednak nie wyglądało to w ten sposób, nie traktowała tego jako coś negatywnego czy jako powód do wyrzutów sumienia. Gdyby zrobiła krzywdę rudemu, czego nigdy by nie chciała zrobić, to wtedy odniosłaby prawdziwą porażkę, a sumienie nie dałoby jej spokoju chyba do końca życia.

***

Słońce powoli wspinało się nad horyzontem, zalewając złocistym światłem gęsto porośnięte tereny Klanu Wilka, otoczone przez grube lasy iglaste. Mrugając w oślepiającym blasku, Miodowa Łapa rozejrzała się i zauważywszy, że jeszcze nigdy przedtem tu nie była, zaintrygowana iskra pojawiła się w jej ślepiach. Zielona, sprężysta trawa uginała się pod jej łapami, gdy kroczyła obok mentora. Przystanęła przy kępie krzewów, wyczekując poleceń ze strony Wilczego Skowytu. Zdążyła odpocząć, jej pobudka w nocy nie przeszkodziła kotce w wyspaniu się, całe szczęście. Czuła się wypoczęta i zadowolona – szczególnie że dzisiaj przyszło jej nie dość, że nauczyć się wspinaczki na drzewa, to w dodatku obiecano jej, że zwiedzi granice Klanu Wilka. Nie wiedziała, ile ich dokładnie było, jednak niezwykle cieszyła ją ta myśl. Brązowy kocur oparł łapę o gęsto porośnięty mchem pień.
— Widzisz ten mech? Spróbuj się wspiąć na to drzewo — polecił jej, owijając ogon wokół swoich łap.
Miodowa Łapa spojrzała w górę i zauważywszy, iż wiekowa roślina pnie się wręcz pod same chmury, przełknęła nerwowo ślinę. Oparła łapę na korze, czując, że lekko jej się ześlizguje. Mech był mokry, ponieważ poranna rosa nadal się go doskonale trzymała. Mimo tego złota koteczka wbiła pazury w drewno, mając nadzieję, że chociaż to zapewni jej dobrą przyczepność. Gdy zamieszkiwała jeszcze Siedlisko, często wspinała się na przeróżne rzeczy. Najczęściej był to parapet i robiła to w celu ułożenia się wygodnie na swoim kocyku. Jednak niejednokrotnie wspinała się także po wysokim, szarym materiałowym przedmiocie, który był zbudowany chyba specjalnie dla niej, ponieważ Wyprostowani nigdy z niego nie korzystali, a jedynie zachęcali ją do tego, żeby do niego weszła i sobie w nim odpoczęła.
— Mógłbyś mi pokazać, jak to się robi? — zapytała, martwiąc się odrobinę, że jeden ruch mógłby kosztować ją jej życie.
— Ledwo położyłaś łapy na pniu. Nie spadniesz z takiej wysokości — Wilczy Skowyt westchnął, jednak spełnił jej prośbę. Miodowa Łapa spojrzała na niego lekko smutno, aczkolwiek starała się to zamaskować, żeby nie sprawiać i jemu przykrości. — Patrz uważnie, bo drugi raz nie będę pokazywał — ustawił się obok niej i zaczął sprawdzać, gdzie najkorzystniej byłoby ulokować swoje łapy. Znalazłszy wreszcie lekkie wgłębienie, wbił pazury w korę i zaczął się zgrabnie podciągać do góry. Gdy wylądował na jednej z gałęzi, złapał się drzewa z powrotem i z niego zwinnie zeskoczył, lądując na czterech łapach.
— Twoja kolej — miauknął, przypatrując się każdemu jej ruchowi. Miodowa Łapa spróbowała naśladować jego ruchy i początkowo szło jej to dość ślamazarnie – wiecznie ślizgały jej się poduszki na lekko podmokłej korze. Coś ją rozpraszało, ponieważ zaskrzeczało za głośno, albo jakiś owad leciał zbyt blisko jej uszu… mimo wszystko wreszcie udało jej się dotrzeć do pobliskiej gałęzi. Podekscytowane miauknięcie wyrwało jej się z pyszczka, a ogon podrygiwał z rozemocjonowania.
— Teraz musisz zejść na dół! — krzyknął do niej kocur z dołu, jakby chciał przypomnieć jej, że to była dopiero połowa jej sukcesu. Złotofutra pokiwała mu głową z determinacją, ale i dalszym rozpromienieniem na mordce. Skoro szło jej tak dobrze i nie zapowiadało się na to, aby cokolwiek miało pójść nie tak, to nie miała nawet powodów do obaw. Zeszła dość sprawnie, ale momentami po omacku, ponieważ mech sprawiał, że unikała miejsc drewna, które było nim porośnięte. Zrobiła to dlatego, że zaczęła rosnąć w niej obawa przed poślizgnięciem się, a potem upadkiem na sam dół i pogorszeniem sobie… Przystanęła obok wojownika, powiewając ogonem z radości. Naprawdę jej się udało! I poszło jej nawet nienagannie…! Otrząsnęła się z drobinek mchu, które znalazły jakimś sposobem drogę do jej końcówek futra.

***

Do nosa Miodowej Łapy doleciała intensywna woń sąsiedniego klanu, ale i też świeże oznaczenia zapachowe członków Klanu Wilka. Rozejrzała się, a przed nią wymalował się wyraźnie zupełnie inny, równie ciekawy krajobraz. Do uszu koteczki doleciał szum wody, który momentalnie przykuł jej uwagę. Pojedynczy, dość smutny klangor mew dał o sobie znać, razem z ogromem innych ciekawych dźwięków, które na przemian zmuszały jej uszy do zwrócenia się ku kierunkowi dobiegających do nich tych wszystkich symfonii. Zastrzygła wąsami, przekierowując wzrok na jedną z kotek, która została przydzielona do ich patrolowania granic.
— Nazywasz się Miodowa Łapa? — zaczęła, poruszając niespokojnie ogonem i na parę uderzeń serca zrywając kontakt wzrokowy, jednak wróciła niepewnie oczami do towarzyszki. Wyglądała tak, jakby długo zbierała się na powiedzenie tych słów. — Ale… ale masz, to znaczy… masz ładne, nie… piękne imię! — zagadnęła do niej ruda koteczka, dokańczając to, co chciała powiedzieć, na co Miodek uśmiechnęła się równie nieśmiało.
— Dziękuję ci bardzo, Makowa Iluzjo. Do niedawna byłam znana jeszcze jako Ula, ale Zalotna Gwiazda przydzieliła mi takie, żebym nie różniła się od was jakoś szczególnie przynajmniej pod tym względem — zamruczała w odpowiedzi, a z jej pyszczka nie chciało zejść rozpromienienie. Miała szczerą nadzieję, że nie pomyliła imienia towarzyszki. Wilczy Skowyt powiedział jej także, że Maczka jest siostrą Kocimiętkowego Wiru, co automatycznie sprawiło, że spoglądała na wojowniczkę z nawet większą sympatią. Bursztynooka wyglądała na naprawdę miłą koteczkę. Miodowa Łapa cieszyła się, że w Klanie Wilka było tak wiele życzliwych i wspaniałych kotów. Nie czuła się tu samotna, mimo że jej obecne życie bardzo różniło się od tego, które zdążyła poznać i do którego została przyzwyczajona w Siedlisku Dwunożnych.
— Miodowa Łapo, a mieszkałaś z Dwunożnymi? To znaczy… w tych wielkich, jaskrawych pudłach? Nie bałaś się? — Makowa Iluzja zagadnęła jeszcze, gdy uwaga pozostałych członków patrolu skupiła się na jakimś szmerze w krzewach po drugiej stronie. Ich mięśnie napięły się, jednak niepotrzebnie, ponieważ zza rośliny wyskoczyła wiewiórka, która momentalnie pognała na jedno z pobliskich drzew.
— Tak. Dobrze mnie chroniło przed wiatrem i nie musiałam się martwić głośnymi dźwiękami, w zasadzie wszystko w domu było bardzo ciche, co dobrze na mnie działało. Rzadko kiedy się bałam, no... może jak mnie pierwszy raz zabrali w to miejsce, od mojej mamy, ale nie mogłam narzekać. Dostawałam tam wszystko, o co mogłabym kiedykolwiek prosić. Moja właścicielka była przekochana — rozgadała się złotofutra, chociaż przed odpowiedzią pozwoliła sobie na parę uderzeń serca przerwy, ponieważ tego potrzebowała. — Czasami za nią tęsknię, ale jestem wdzięczna, że natrafiłam na wasz patrol i że przyjęliście mnie do klanu z taką życzliwością. Gdyby nie wy, to pewnie… pewnie nadal bym chodziła sama i wystraszona — zatrzymała się na moment. Nie był to łatwy temat, a z jakiegoś powodu bardzo często do niego wracała. — Tutaj jest czasami za głośno, ale… obecność kotów takich jak ty czy Jesionowa Łapa sprawia, że jestem spokojniejsza — przyznała jeszcze, poruszając spokojnie ogonem, gdy Wilczy Skowyt dał jej ruchem głowy znać, by ruszyły za nimi w celu odnowienia dalszych znaczeń zapachowych.

<Makowa Iluzjo, a ty miałaś wcześniej do czynienia z ludźmi?>
[1343 słowa, wspinaczka na drzewa]

[17% + 5%]

Od Gasnącej Łapy CD. Poczciwego Szakłaka

— Nie zasługuję na ciebie… — wymruczał czarnofutry. — Czy na pewno jesteś prawdziwy? — zażartował. — Odkąd pamiętał, byłem niemal całkowicie sam. Jak za kociaka ma się problemy z nawiązywaniem znajomości, to ciągnie się to za tobą już do końca. Pierwszym, który był mi bardzo bliski, był mój mentor, Poczciwy Dziwaczek. Jednak sezony temu zmarł, nie mogąc nawet zobaczyć swych dzieci, które niedługo później się narodziły. Byłem wtedy już wojownikiem, więc mogłem się spodziewać, że kiedyś dostanę własnego ucznia i tak też się stało, tylko że zmarł, nim ukończył szkolenie. Potem był Słoneczny Fragment, który zainteresował się mną nieco, ale i on podzielił ich los. Czuję się, jakbym to ja był główną przyczyną ich śmierci…
Nim Gasnąca Łapa odpowiedział na wyznanie Poczciwego Szakłaka, miauknął cicho:
— Nawet tak nie mów… W końcu z jakiegoś powodu mam drugi człon “Prawda”!
Po tych słowach zamilkł, próbując ułożyć w głowie sensowną odpowiedź. Właściwie nigdy nie był zbyt dobry w pocieszaniu innych kotów, więc sam nie wiedział, czemu od razu rzucił się na głęboką wodę, próbując pomóc Burzakowi. Czy naprawdę aż tak zależało mu na tym, by w tej przynależności widziano w nim wsparcie, a może po prostu zależało mu na samym Szakłaku?
Czuł ciepło ciała wojownika, a także ciężar głowy opartej na własnym barku. Nieczęsto zdarzało mu się być z kimś tak blisko — w sensie fizycznym, rzecz jasna. Ze Źródlaną Łuną raczej nie siadał wieczorami i nie pozwalał, by jej podbródek spoczywał na nim. Właściwie nigdy nie byli szczególnie przekonującą parą. Zresztą oboje chyba poddali się już z udawaniem, że są razem, gdy większość Klifiaków zaczęła twierdzić, że Królicza Prawda wcale nie wygląda jak Oszroniony Kieł ani Wzburzony Kormoran.
— To takie piękne, że przyjąłeś człon imienia po zmarłym mentorze… — mruknął w końcu kremowy, czując, że jego czas na przemyślenia właśnie się kończy. — Właściwie… ja zrobiłem dokładnie to samo! — Jego pysk nagle się rozjaśnił. — Moją mentorką była moja babcia, Gasnący Promyk. Niestety zmarła na moich oczach, gdy byłem znacznie młodszy… — kontynuował, lecz zaraz potem poczuł falę gorąca i wstydu.
Miał ochotę zakryć pysk łapami, ale jedynie wziął głęboki oddech i odparł:
— Ach, przepraszam, że tak sprowadzam temat na siebie. Nie powinienem tego robić, w końcu teraz to ty jesteś tu najważniejszy — poprawił się i kilkoma liźnięciami wygładził futro na klatce piersiowej.
Przez moment siedział cicho, skupiony na tym, jak skóra w miejscu, o które opierał się Poczciwy Szakłak, dziwnie go łaskotała. Po chwili zadarł brodę, spoglądając w niebo.
— Muszę przyznać, że masz w sobie silnego ducha. Tyle straciłeś, ale popatrz… wciąż się nie poddałeś. Nadal walczysz. I może wydaje ci się, że stoisz w miejscu albo upadasz, ale to zwykłe złudzenie! — zaczął szczerze, uśmiechając się lekko do samego siebie. — Nie każdy, kto przeszedł tak wiele, miałby dość siły, by codziennie wstawać z posłania, a do tego jeszcze być kimś tak charyzmatycznym! — kontynuował, tym razem odwracając wzrok, by kątem oka spojrzeć na Poczciwego Szakłaka. — Według mnie nie jesteś niczemu winien. To nie przez ciebie zginęły najbliższe ci koty. Wiesz co? Według mnie to świat jest ci winien przeprosiny! Tobie i wszystkim innym cudownym kotom, którym rzuca pod łapy same kłody! — oburzył się żartobliwie, uderzając krótkim ogonem o ziemię.
Szakłak milczał, ale Królik pozwalał mu na to milczenie. Siedzieli razem jeszcze przez jakiś czas, dopóki do uszu kremowego nie dotarł dźwięk zbliżających się kroków.
Odwrócił łeb, by ujrzeć przed sobą Śniącego Obserwatora. Od razu się wzdrygnął, na co Poczciwy Szakłak podniósł głowę ze zdziwieniem.
— Śniący Obserwatorze! Czyżby świat się walił? Jest dosyć wcześnie, nie powinieneś jeszcze spać? — zażartował nerwowo, delikatnie odsuwając się od czarnofutrego wojownika, który obserwował ich rozmowę.
Srebrzysty wyglądał, jakby miał ochotę przewrócić oczami, ale najwyraźniej szkoda mu było na to energii.
— Nie będziemy dziś wychodzić bardzo daleko, ale mam ci sporo do powiedzenia o Klanie Burzy. Muszę zadbać o to, byś poznał każdy szczegół naszych tradycji — odparł, po czym przeciągle ziewnął.
Gasnąca Łapa rzucił zielonookiemu przepraszające spojrzenie, po czym podniósł się z miejsca, otrzepał futro i podszedł do swojego mentora.
— A ja zadbam o to, by każdy z tych szczegółów zapamiętać! — mruknął, podążając za srebrzystym, który już dreptał w stronę wyjścia z azylu. Naprawdę zastanawiał się, czemu Śniący Obserwator tak bardzo pospieszył się z dzisiejszym treningiem. Może nie zrobiłby tego, gdyby Królik nie siedział tak blisko Poczciwego Szakłaka? Może jego mentor snuł już jakieś domysły, a w głowie rodziły mu się najróżniejsze plotki? Ile czasu minie, nim ktoś stwierdzi, że czarnofutry wojownik to zdrajca, który od dawna znał się bliżej z Klifiakiem?
— Widzę, że dobrze się bawisz w Klanie Burzy — mruknął przewodnik, gdy znaleźli się z dala od obozu.
— Jest coś dziwnego w tym, że próbuję znaleźć tu znajomych? — burknął, pusząc nieznacznie futro. Był tu ledwie kilka dni, a już czasami nie miał ochoty zakładać maski przytulnego kota.
— Znajomych?
Gasnąca Łapa westchnął ciężko na słowa mentora, któremu nagle zachciało się prowadzić konwersację. Wcześniej był taki cichy i nieobecny, a teraz będzie mu wypominał fakt, że jak normalny kot rozmawiał z drugim kotem!
— Tak, znajomych. Bardzo mi na nich zależy, bo nie uśmiecha mi się spędzać tu czasu w samotności. Przyszedłem tu szukać schronienia i szansy na lepsze jutro, a nie po to, by być jakimś dziwakiem, który do nikogo się nie odzywa — oznajmił.
Po jego słowach Śniący Obserwator najwyraźniej zmęczył się już dialogiem i umilkł, w ciszy prowadząc Gasnącą Łapę w jakieś miejsce na terenach Klanu Burzy.

* * *

Wspólnie zaczęli zbliżać się niebezpiecznie blisko granicy z Klanem Klifu, na co kremowemu aż włos zjeżył się na karku. Czyżby przewodnik chciał go tutaj zostawić, kazać wrócić do dawnego klanu i przestać mieszać się w życie Burzaków? Ale dlaczego miałby być tak zły o to, że Królik znalazł sobie towarzysza? Przecież teoretycznie nie zrobił nic złego!
Srebrzysty zatrzymał się jednak pośrodku okręgu utworzonego z wysokich skał. Nie wyglądał na rozgniewanego; właściwie wyglądał jak zwykle — sennie i nieobecnie.
— To miejsce nazywane jest Kamiennymi Strażnikami — wyjaśnił, wodząc spojrzeniem po skałach. — Legendy głoszą, że pod ziemią znajduje się coś bardzo cennego. A jeśli jeszcze tego nie zauważyłeś, Klan Burzy słynie z legend… — kontynuował, na co Królik uniósł uszy z zainteresowaniem.
— Co masz na myśli? — zapytał, a jego wibrysy zadrżały z ciekawości.
— Cóż… mogę opowiedzieć ci o Szlakach Nieba…

* * *

Z każdym kolejnym dniem Królik był coraz bardziej zachwycony Klanem Burzy. Nie spodziewał się, że koty miały tu przypisane gwieździste wzory zależnie od tego, kiedy się urodziły! Ciekawe, spod jakiego znaku był Poczciwy Szakłak… Może powinien go o to spytać? To zawsze jakiś sposób, by urozmaicić rozmowę i dowiedzieć się o sobie nawzajem czegoś więcej. Kremowy sam też chciałby wiedzieć, spod jakiego jest znaku, ale nie pamiętał nawet, w jakiej porze się urodził…
Szkoda, że nie przyszedł na świat w Klanie Burzy. Może wtedy jego życie potoczyłoby się inaczej — lepiej? Może nie zakochałby się w kotce, która wybrała innego? Może nie musiałby z obawą o własne życie uciekać z rodzinnej przynależności? Jak dobre mogłoby być jego życie, gdyby wychował się w innym środowisku? Pytań było wiele, a odpowiedzi wcale. Można się też było zastanawiać, jakie przeszkody spotkałyby go tutaj i czy mimo wszystko znów czegoś by nie zaprzepaścił, nawet jako Burzak od urodzenia.
Z rozmyślań wyrwał go znajomy pysk przemykający tuż obok.
— Poczciwy Szakłaku! — zawołał niemal odruchowo, zatrzymując się w miejscu.
Gdy czarnofutry również stanął, uczeń ruszył ku niemu prędkim krokiem.
— Tak sobie pomyślałem, że moglibyśmy wybrać się na spacer, co? Doszedłem do wniosku, że teraz moja kolej, by opowiedzieć ci trochę o sobie — oznajmił, uśmiechając się do zielonookiego.
“Co mi szkodzi?” — pomyślał. Niech wojownik wie, że nie jest sam w tym wszystkim. Niech ma świadomość, że każdy czasem się potyka i nikt nie jest idealny, dlatego nie warto katować się za każdy błąd. Może i Królik sam nie stosował się do tej zasady, ale zależało mu na tym, by chociaż inni potrafili wziąć ją sobie do serca.
— Dobrze… — odparł Poczciwy Szakłak.
Wspólnie opuścili więc progi azylu.
Gdy szli w ciszy, kremowy zaczął się zastanawiać, czy ich relacja nie rozwijała się zbyt szybko. W końcu nie znali się aż tak długo, a przed dołączeniem pręgowanego do Klanu Burzy ich spotkania nie były ani częste, ani regularne. Mimo to już dzielili się swoimi problemami i troskami. Czy tak właśnie powinna wyglądać znajomość? Przyjaźń?
Królik nigdy właściwie nie nawiązał z nikim w swoim wieku typowej, bliskiej więzi, dlatego nie wiedział, co było odpowiednie, a co nie. Pamiętał tylko, że Dyniowa Skórka od samego początku ich relacji była bardzo wylewna i nie miała oporów, by wypłakiwać się kremowemu Klifiakowi w ramię, opowiadając o stracie swojego brata. Jednak pomarańczowooki dawno już doszedł do wniosku, że nigdy nie byli sobie przeznaczeni.
Czy więc z Poczciwym Szakłakiem będzie tak samo? Zaczną dzielić się swoimi rozterkami, zbudują intensywną przyjaźń, a potem… wszystko się rozpadnie?
Na samą myśl o takim obrocie spraw przeszedł go dreszcz. Nie chciał już nigdy więcej tracić żadnego kota. Wystarczało mu to, że porzucił własne dzieci, brata i znajomych. Ledwo znosił świadomość, że zostawił ich bez słowa, i chyba nie wytrzymałby, gdyby przyszło mu zakończyć relację jeszcze z kimś.
W końcu uczeń przeciągle westchnął.
— Muszę przyznać, że w Klanie Klifu też raczej nie miałem wielu bliskich sobie kotów. Właściwie… to chyba nawet nie wiem, jak powinna wyglądać przyjaźń — stwierdził, wpatrując się w trawę kołyszącą się na wietrze. — Czy to normalne? Opowiadać sobie o wszystkim, co się przeżyło? Może to zbyt personalne… zbyt intymne? Może takie rzeczy są zarezerwowane dla bliższych relacji? — westchnął, wciąż nie patrząc na czarnofutrego wojownika. — Wiele księżyców temu spotkałem na granicy z Klanem Wilka pewną kotkę o rudej sierści i pięknych, zielonych oczach. Chyba to właśnie ona zaburzyła mi granicę między przyjaźnią a partnerstwem — zaśmiał się nerwowo, lekko kładąc po sobie uszy.

<Poczciwy Szakłaku?>

Od Psianki

Pierwszą rzeczą, jaką poczułam, było ciepło. Miękkie, spokojne i bezpieczne, otulające mnie niczym mech ukryty pod korzeniami starego drzewa. Potem pojawił się zapach mleka, mokrego futra oraz ziół, które tak mocno wypełniały żłobek, że nawet świeżo narodzone kocię potrafiło je wyczuć. Nad sobą słyszałam ciche mruczenie matki, niskie, kojące i pełne troski.
Nie widziałam jeszcze świata. Moje oczy były zamknięte, łapki chwiały się przy każdym ruchu, a wszystko wokół wydawało się ogromne i nieznane. Czułam jednak obecność innych małych ciał przyciśniętych do mojego boku, rodzeństwo. Łza wierciła się niespokojnie obok mnie, Modrogończyk spał tak spokojnie, jakby nic nie mogło go zaniepokoić, a Zew co chwilę przepychał się przez nas wszystkich, szukając najlepszego miejsca przy brzuchu matki.
Purchawka otoczyła nas ogonem niczym miękkim gniazdem. Pachniała Owocowym Lasem, deszczem osiadającym na liściach, korą drzew i słodkim aromatem owoców dojrzewających gdzieś poza obozem. W jej futrze kryły się także wonie ziół. Gorzka mięta, mokre liście i coś delikatnego, czego wtedy jeszcze nie potrafiłam nazwać.
Wokół żłobka życie toczyło się swoim rytmem. Słyszałam skrzypienie gałęzi pod łapami wojowników, odległe nawoływania zwiadowców i cichy szelest liści poruszanych wiatrem. Gdzieś wysoko nad topolą śpiewały jaskółki, a ich głosy mieszały się z dźwiękami lasu, tworząc spokojną melodię. Owocowy Las oddychał razem z nami.
— Są piękne… — wyszeptał ktoś przy wejściu do żłobka.
Purchawka zamruczała cicho i pochyliła głowę nad nami. Czułam, jak ostrożnie przesuwa językiem po naszych głowach, poprawiając futro z troską, jakbyśmy byli czymś najcenniejszym na świecie.
— Wszechmatka była dla mnie łaskawa — odpowiedziała cicho.
Nie rozumiałam tych słów. Nie wiedziałam jeszcze, kim jest Wszechmatka ani dlaczego matka mówi o niej z tak wielkim spokojem i szacunkiem. Wiedziałam jedynie, że gdy słyszałam jej głos, czułam się bezpieczna.
Po chwili Purchawka po kolei zaczęła nadawać nam imiona. Kiedy przyszła moja kolej, zatrzymała się na moment dłużej. Poczułam delikatne dotknięcie nosa na czole.
— Psianka.
Jej głos był miękki niczym poranny wiatr w Owocowym Lasku. Psianka. Moje imię.
Wtuliłam się mocniej w jej futro, wydając z siebie ciche, ledwie słyszalne mruknięcie. Nad obozem zaszumiały liście starej topoli, a jaskółki przecięły niebo swoim śpiewem, jakby cały Owocowy Las witał nas na świecie.

Od Niezapominajkowej Nadziei

Jej życie wydawało się chyba być zbyt beztroskie, a przynajmniej chyba tak stwierdził pewnego dnia Klan Gwiazdy…
Im więcej przyglądała się swoim klanowiczom, tym więcej widziała w sobie podobieństw do nich. Nie takich, które nabyła jako dziecko. Pomimo swojej dziwnej budowy, którą przybierał jedynie jeden kocur w całym klanie, nie miała wstrętu do wody, który tak ogarniał Klan Wilka, z którego pochodziła. Wiedziała o tym jedynie Trzcinowy Szmer. Choć dymna zauważała coraz częściej spojrzenia, jakie rzucali sobie ze Żmijową Wicią. Może po prostu była szalona..? Doskwiera jej samotność, bo poza kotką nie ma zbyt wielu bliższych osób w Klanie Nocy. Choć tak, bardzo dobrze dogadywała się z na przykład Szepczącą Hipnozą, to po prostu chyba była dość przywiązana do szylkretki, choć nie chciała tego przyznać. Czy ta cokolwiek czuje do niej, czy jednak preferuje kocura..? Potrząsnęła łbem, aby odsunąć od siebie te myśli. Wróciła jednak do tych innych, które zalewały ją przez ostatnie księżyce. Była pewna, że na to, że uwielbiała dźwięk rzeki i wody za kociaka musi być jakaś odpowiedź. A mogło nim być nawet pochodzenie półkrwi. Jednak czy nie miałoby to sensu, skoro Lodowa Sałata unikała wspominania ich ojca? Niezapominajkowa Nadzieja zdecydowała się wyjść na spacer, aby uniknąć tych myśli, jednak przy wyjściu zatrzymała ją Senna Łza. Ta, jak wiedziała Niezapominajkowa Nadzieja, była przyprowadzona z Klanu Wilka i rozdzielona od swojego brata. Najbliższą osobą dla niej była jej przybrana matka, Gąbczasta Perła.
— Hej, mogę się zabrać z tobą? Nie chcę wychodzić sama z obozu, a obiecałam Gąbczastej Perle, że przyniosę jej trochę mchu. — zapytała z ciepłym uśmiechem na pyszczku. Po chwili Niezapominajkowa Nadzieja skinęła, również odwzajemniając uśmiech.
— Jasne, nie ma problemu. Tak czy siak chciałam się tylko przewietrzyć, przynajmniej pomogę…
Ruszyły razem w stronę granicy z Klanem Klifu i Klanem Burzy. To tam księżyce temu odnalazł ją patrol Klanu Nocy, przygarniając ją do ich kochającego wodę domu. Spojrzała na młodszą, w końcu decydując się na zadanie pytania.
— Czy tęsknisz za bratem? — Na to pytanie młodsza lekko się spięła, nie wiadomo czemu. W końcu potrząsnęła głową.
— Tak, oczywiście, że tak… Przykro mi, że musiał zostać w Klanie Wilka. Przynajmniej ma tam ze sobą tatę… Wiesz, jego też mi brak. Był wspaniałym kocurem…
— Jak miał na imię? — zapytała młodszą dymna.
— Szczawiowe Serce. — powiedziała po chwili niepewności. — On… Znalazł mnie i brata. Teraz… Pewnie są gdzieś tam, w Klanie Wilka…
Pomimo jej słów, Niezapominajkowa Nadzieja była pewna, że skądś go kojarzyła. Jakby pysk kocura widziała jakoś częściej, niż tylko w obozie. Wie, że ten odwiedzał ją i brata w żłobku. Nie przypuszczała, że będzie w stanie zobaczyć go w roli ojca. Sama swojego nigdy nie poznała… W końcu z myśli wyrwało ją dotarcie na miejsce i słowa kotki.
— Był dobrym ojcem. Nadal jest…
— Tęsknisz za Klanem Wilka? — zapytała ją niepewnie.
— Czasami, choć chyba bardziej za bratem. Miałam przed Gąbczastą Perłą tylko jego… Ale Klan Nocy to mój dom. Dobrze się tu czuję.
Senna Łza wcisnęła jej w pyszczek uzbierany już przez siebie mech i nie dała jej nawet dojść w ten sposób to słowa. Gdy już zebrała swoją część, zwróciła się w stronę obozu i skinęła w jego stronę. Rozbawiona Niezapominajkowa Nadzieja podążyła za nią. Wkroczyła do obozu, odkładając obok legowiska medyczki mech. Kątem oka zobaczyła, jak Trzcinowy Szmer wybiega w stronę śmietniska z legowiska wojowników. Zmartwiona instynktownie już miała się skierować w tą stronę, gdy zobaczyła, jak wybiega za nią Żmijowa Wić. Zatrzymała się momentalnie, nie wiedząc co zrobić. W końcu zdecydowała, że jest to też i jej znajoma, więc może chociaż sprawdzić, czy wszystko z nią okej. Stanęła niedaleko śmietniska, nastawiając na nie ucho. Skoro już obdarzono ją dużymi uszami, to może chociaż na coś się przydadzą.
— Coś zjadłaś niezdrowego? — usłyszała w końcu Żmijową Wić. — Ostatnio mam wrażenie, że gorzej się czujesz.
— To prawda… Nie wiem, o co chodzi, jednak wolę jeszcze nie iść do Gąbczastej Perły, jeszcze nie teraz…
— Czy to nie są objawy jakiegoś przeziębienia albo zielonego kaszlu? — Czyżby faktycznie kotka była chora? Niezapominajkowa Nadzieja zamarłą lekko. Nie mogła jej przecież stracić… Przysunęła się bliżej do śmietniska, jednak poczuła, jak do gardła nachodzi jej żółć i to nie przez zapach.
— Wątpię… Chyba jestem w ciąży, Żmijowcowa Wicio.
Po słowach Trzcinowego Szmeru chyba sama miała ochotę zwymiotować. Spojrzała na swoje łapy. Nie, to niemożliwe… Czy kotka na prawdę..? Potrząsnęła głową. Przecież były ze sobą do niedawna blisko, potem ta oddaliła się i… Zostawiłą ją. Pewnie nigdy nawet nie była nią zainteresowana, a ona przecież starała się, przychodziła do niej, pomagała jej… Troszczyła się… Jak mogła być taka głupia i uwierzyć, że szylkretka faktycznie może żywić do niej jakieś uczucie? Poczuła, jak łzy zbierają się przy kącikach jej oczu. Wybiegła nie patrząc wstecz z obozu. Biegła przed siebie, nawet nie wiedząc gdzie. Dotarła nareszcie do granicy z Klanem Klifu i Klanem Burzy, dysząc ciężko. Przypomniała sobie, jak znaleziono ją, jak razem z Trzcinową Łapą odbudowywały obóz… Jak poznały się na ślubie… Jak powiedziała jej, o swoim pochodzeniu… Potrząsnęła głową zła, odsuwając pazury, wbijając je w ziemię. Poczuła się zdradzona przez wszystkich, nawet własną matkę, która…
— Wszystko w porządku? — zapytał nieśmiało stojący za nią kocur. Spojrzała w jego stronę. Dziwnie podobny do niej Kijankowe Moczary stał na polanie, teraz przypatrując się jej niepewnie. Ten chyba rozumiał ją najbardziej ze wszystkich, gdyż dzielili nie tylko wygląd, ale i może nawet temperament… Kotka westchnęła, poklepując miejsce obok siebie swoim ogonem. Czarny podszedł bliżej, w końcu decydując się na przycupnięcie przy niej. Przez chwilę milczeli, do momentu, gdy ten w końcu zdecydował się przemówić.
— Widziałem, jak wybiegasz z obozu. Stwierdziłem, że… Może potrzebujesz kogoś do rozmowy. — odezwał się w końcu starszy. Ta skinęła na jego słowa.
— Dziękuję. Ty też jesteś inni niż oni wszyscy… Jednak nigdy cię nie oceniano. — na jej słowa kocur prychnął rozbawiony.
— Tego nie wiesz. Za kociaka lubili mnie przezywać od pijawek.
— Mnie… Też. — odpowiedziała, patrząc na niego porozumiewawczo. W końcu odwróciła wzrok. — Ale moja matka, Lodowa Sałata, zawsze mnie broniła. Nigdy mnie nie oceniała jak reszta. Wierzyła we mnie. — Na te słowa kocur spiął się.
— Lodowa… Sałata..? — wypowiedział to imię powoli, jakby smakując je na języku. Kotka spojrzała na niego zdezorientowana.
— Tak..? Znałeś ją? — zapytała po chwili. Kocur spojrzał na swoje łapy, przełykając ślinę. Nie chciał spojrzeć na dymną. Unikał jej wzroku, jakby odwlekał i odpowiedź.
— Chyba… Muszę wrócić do obozu. — na jego słowa jednak kotka wyskoczyła na niego, przez co oboje przeturlali się przez polanę. Wylądowała na kocurze, trzymając łapę na jego gardle. Wokół niego były rozsiane niezapominajki, te same kwiaty, po których została nazwana. Rosnące na terenie Klanu Nocy. Ten patrzył na nią trochę przestraszony, jednak nie miała zamiaru teraz go po prostu wypuścić. Na pewno nie po przypuszczeniach, które zaczęły się powoli potwierdzać.
— Mów, kim była dla ciebie Lodowa Sałata! — syknęła, wbijając pazury głębiej.
— Jesteś szalona?! Puszczaj mnie! — próbował ją odepchnąć, jednak widząc brak skutku, w końcu zamachnął się, pazurami trafiając w jej ledwo przed atakiem zamknięte oko. Syknęła z bólu, odsuwając się od niego. Kijankowe Moczary od razu podniósł się, zmartwiony podchodząc do kotki.
— Nic ci nie jest..? Przep- — Zanim skończył ta obróciła się i również zadała mu cios, tak samo zadany w oko. Jednak ona była szybsza. Kocur wrzasnął z bólu, a ta wykorzystała okazję. Skoczyła na niego, wgryzając się w jego łapę. Oślepiony czarny wierzgał się, jednak ta powaliła go. Łzy zaczęły spływać po jej policzkach. Patrzyła na kocura oślepiona złością i nienawiścią.
— Gadaj, kim była dla ciebie moja matka!
— BYŁA MOJĄ PARTNERKĄ! — odkrzyknął z chrypą w głosie w końcu kocur. Oboje dyszeli teraz ciężko, a kotka walczyła z łzami napływającymi jej do oczu. — Byłem młody, głupi, ja… Nie miałem pojęcia, że jest w ciąży! Gdy zobaczyłem cię w obozie Klanu Nocy chciałem z nią porozmawiać, podejrzewałem, że możesz być moją córką, ale nigdy już jej nie zobaczyłem! Skąd miałem wiedzieć..?! — krzyczał dalej, jednak jego słowa tylko bardziej zdenerwowały kotkę.
— Młody? Głupi?! Powyrywam ci uszy! — Schyliła się szybko w stronę jego lewego ucha. Kocur niestety nie zdążył uniknąć jej ataku. Kolejny wrzask rozległ się na polanie. Wypluła większość ucha kocura, po czym schyliła się do drugiego, z którego zanim się wyrwał oderwała jedynie końcówkę. — Walcz, tchórzu!
Jednak Kijankowe Moczary charczał tylko. Kotka spojrzała na niego i zdała sobie nagle sprawę z tego co zrobiła. Położyła uszy po sobie, nie wiedząc, co powiedzieć.
— Kijankowe Moczary, ja…
— Niezapominajko… Gdybym tylko wiedział, że jesteś moją córką, to zrobiłbym wszystko, co w mojej mocy, aby o ciebie zadbać jeszcze bardziej niż do tej pory… — kaszlnął, wzdrygając się z bólu. Ta od razu spanikowana spojrzała na kocura teraz ze strachem.
— Nie, nie, nie..! Nie umieraj, proszę, ja… Ja nie… — po chwili potrząsnęła głową i spojrzała w bok. Zobaczyła łajno borsuka pozostałe po walce, która odbyła się w obozie. Decyzja zapadła szybko. Niczym w momencie, gdy była kociakiem, umorusała w nim łapę, oraz łapę kocura. Tuż po tym podniosła go, próbując założyć go sobie na plecy. Ruszyła w stronę Klanu Nocy, starając się nie spuścić z pleców kocura. — Uratuję cię, proszę… Wytrzymaj, tato… Jeśli ktokolwiek zapyta, co się stało, zaatakowały nas borsuki… Będzie dobrze… Będzie tak, jak… Mogło być…
Do obozu wpadła już ciągnąc kocura. Widziała, jak iskierki w jego oczach jakby gasły, jednak nie miała zamiaru się poddawać. Zaczepiła stojącego przy wejściu Latającą Rybę, który spojrzał zdziwiony na nią i kocura.
— Borsuki! Zaatakowały nas, one… Kijankowe Moczary… — Zerknęła na kocura, który oddychał ciężko. Latająca Ryba od razu podbiegł do niej i pomógł jej z zaniesieniem kocura do medyczki płaczącej Niezapominajkowej Nadziei. — Gąbczasta Perło! Proszę!
Medyczka nie zwlekała z wybiegnięciem na polanę, jednak widok zmasakrowanego kocura był dla niej szokiem. Od razu kazała go wnieść do środka. Zaczęła intensywnie pracować przy ciele poturbowanego. Niezapominajkowa Nadzieja stała w wejściu do jej legowiska, skakając wzrokiem po plamach krwi, które kocur utworzył w środku. Z letargu wyrwała ją idąca do medyczki Trzcinowy Szmer. Spojrzała na kotkę zdziwiona, skupiając się na jej ranie na oku.
— Na Klan Gwiazdy, wszystko w porządku? Co ci się stało, Niezapominajkowa Nadziejo..? — zobaczyła przebłysk troski w oku wojowniczki, ten sam, jaki darzyła ją księżyce temu. Odsunęła się jednak, sama nie wiedziała dlaczego. Ruch ten wybił z rytmu szlkretkę, jednak Niezapominajkowa Nadzieja sama nie wiedziała, co ma powiedzieć. Życzyć jej szczęścia z nowym partnerem? Spojrzała na swoje łapy, a potem na bok.
— Wszystko w porządku. Nie musisz się o mnie martwić. — Dymna stała jednak teraz roztrzęsiona, co nie umknęło oku Trzcinowego Szmeru.
— Chodź. Chyba… Potrzebujesz odpoczynku. — odpowiedziała cicho kotka, kładąc ogon na tym dymnej. Niezapominajkowa Nadzieja nastroszyła lekko futro mimowolnie, jednak skinęła głową, podążając za szylkretką. — Poproszę Klekoczącego Bociana, żeby opatrzył twoje oko…

Od Borowika CD. Wrony

Wrona popchnęła kulkę w moją stronę.
Przypadłem odruchowo do ziemi. Gdy zamszona piłeczka dotknęła mojego noska, podrzuciłem ją lekko i odbiłem w stronę Wrony przy pomocy głowy. Co jak co, ale zamszone piłeczki umiem odbijać, nie tylko turlać. Kiedyś bardzo dużo to ćwiczyłem.
Wrona otworzyła szerzej oczka, zatrzymując piłeczkę łapką.
— O łał! Ja też tak chcę! Naucz mnie odbijać wysoko!
Spojrzałem na Wronę i przekręciłem głowę lekko na bok.
— Uh. No nie wiem. To wymaga księżyców praktyki, odpowiedniej proporcji ciężaru głowy do tułowia, wyważonej siły... — wyliczałem na głos.
Nie no. Nie mogę jej odmówić przecież. Będzie smutna. Nie chcę, żeby była smutna. Z drugiej strony jak jej się nie uda, to też będzie raczej smutna. Ale na to drugie jest mniejsze prawdopodobieństwo. — …ale no, dobra. Możemy spróbować. W sumie.
Wrona niemal podskoczyła z radości, ale szybko się opanowała. Przyczołgałem się do niej i przysunąłem do siebie kulkę.
— Hm. Możemy to zrobić tak. Ja ją podrzucę. A ty… musisz z całej siły wyskoczyć w górę i ją odbić. Okej?
— Okej! — Wrona stanęła w pozycji bojowej, nerwowo poruszając ogonkiem w wyczekiwaniu.
— Uh. Dobra — wziąłem kłębek do pyska. — No to... na trzy. Raz... dwa... uh... i trzy.
Podrzuciłem piłeczkę i cofnąłem się lekko. Wrona w idealnym momencie wyskoczyła i odbiła piłeczkę główką. Było to lekko nieporadne. Niewyćwiczone. Ale jej się udało. Nie, żebym się nie spodziewał sukcesu. Wręcz przeciwnie… I nie będzie smutna. Moje obliczenia więc były trafne.
Widząc lecącą w moją stronę kulkę znowu odruchowo przypadłem do ziemi i... również nie do końca świadomie wybiłem się. Nieco za mocno. Piłka wystrzeliła hen hen wysoko, przeleciała nad legowiskiem starszyzny, po czym zniknęła za granicą obozu.
Ja i Wrona staliśmy tak i patrzyliśmy w miejsce, gdzie chwilę temu zniknął główny element naszej zabawy.
Zamrugałem.
— Ugh… — mruknąłem, odwracając wzrok lekko zażenowany. — Dobra. Tego nie było. Yyy… Czas na nową grę.

<Wrono?>
[305 słów]