BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

24 czerwca 2026

Od Gąbczastej Perły CD. Trzcinowego Szmeru

— Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o kociętach, Zmierzchającej Fali oraz partnerstwie?
— Owszem. Mówiłaś, że jednak nie jesteście razem. Czy coś się zmieniło? Odbiłaś go Kropiatkowej Skórce, skoro o tym mówisz? Nie mów, że to zrobiłaś!
— Oczywiście, że nie! Kropiatkowa Skórka to moja przyjaciółka, nie mogłabym tego zrobić! Tym bardziej że są ze sobą szczęśliwi oraz mają swoje małe urwisy.
— Okej… To do czego bijesz w takim razie?
— Do tego, że znalazłam kandydata na ojca dla moich przyszłych kociąt!
— Na Klan Gwiazdy! — Gąbczasta Perła wytrzeszczyła oczy. — Kto to?
— Żmijowcowa Wić.
Po pysku medyczki przeszło wiele różnych emocji. Od zdziwienia po ekscytację. Kotka poprawiła się na posłaniu, zapominając, że miała co jakiś czas jeść jej okonia.
— I jak? Już się staraliście o kocięta? Były jakieś komplikacje, czy potrzebujesz w tym medycznej pomocy? — zalała ją morzem pytań. — No, chyba że chcesz mi wszystko opowiedzieć dokładnie, ale to już na uszko — spojrzała na nią sugestywnie.
— A tego to już nie musisz wiedzieć! — prychnęła speszona, odwracając wzrok. — Możesz być pewna, że plan wejdzie w życie, a ja potrzebuję coś wykombinować z Rezedową Łapą, który nadal nie jest choćby o wąs od mianowania! Musisz go trochę postraszyć. Może członkini rodu królewskiego się posłucha w końcu!
Gąbczasta Perła przewróciła oczami na wzmiankę o rudym uczniu.
— To nie do mnie takie prośby! Powinnaś już dawno pójść do Mandarynkowej Gwiazdy i powiedzieć jej, żeby wyrzuciła z klanu tego darmozjada. Nie zapowiada się, żeby wyrosło z niego coś porządnego — mruknęła, machając zbywająco łapą. — Powinien się cieszyć, że dostał tak świetną mentorkę, a zamiast tego woli się lenić. To już naprawdę ciężki przypadek!
Dymna tak bardzo się rozgadała, że aż zapomniała o tym, co wcześniej powiedziała jej Trzcinka. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że rozmawiały o partnerstwie, zakładaniu rodziny i o Żmijowcowej Wici.
— No dobra, ale co nam tam będzie humor psuł jakiś niesforny młodziak. Lepiej mi opowiadaj... czemu akurat Żmijowiec? Nie mówię, że nie jest niczego sobie, ale wiesz. Nie spodziewałabym się, że skończysz właśnie z nim! — przyznała, uśmiechając się zadziornie do towarzyszki. — W sumie jest z niego całkiem dobry wojownik. Jestem pewna, że wasze dzieci będą silne i piękne, tak jak ich mamusia! — dodała.
Trzcinowy Szmer odwróciła wzrok, lekko zawstydzona.
— Och, daruj sobie te komplementy! — miauknęła, śmiejąc się pod nosem.
— Daj spokój, w tych czasach nie zawsze jest kogo chwalić! Spójrz na przykład na Klekoczącego Bociana. Jeśli mam być szczera, to medyk z niego dosyć marny! — przyznała szeptem, jakby bała się, że młodszy ją usłyszy. — Ale oczywiście bez urazy. I nie mów mu nawet o tym, że tak go tutaj obgaduję! Bo znienawidzi mnie jeszcze bardziej... o ile to w ogóle możliwe.

* * *

Klekoczący Bocian przez ostatnie dni wydawał się wyjątkowo bezużyteczny. Nawet bardziej niż zwykle! Dymna zastanawiała się, co jest powodem tej zmiany, lecz nie na tyle ją to ciekawiło, by chciało jej się spytać o to osobiście. Może to przez te upały, które utrzymywały się nawet dłużej, niż powinny? Nieważne. W każdym razie liczyła na to, że szybko się ocknie i wróci do aktywnego wykonywania swoich obowiązków, bo jak nie, to będzie musiała go przywrócić do zmysłów siłą! Poza tym ostatnio zaczęła się trochę obawiać o następstwo czarno-białego kocura. Jak na razie ona sama nie wybierała się na emeryturę, a Klekotek także był młody, lecz co potem? Nie było zbyt wiele kotów z młodego pokolenia, które należałyby do rodu. Jedynym z nich był Rogaty Flaming, w którym tkwiła cała nadzieja na sprowadzenie na ten świat przyszłego medyka.
Całe te gdybania na temat potomstwa sprawiły, że pomyślała o Trzcinowym Szmerze. Dawno jej nie odwiedziła! Była u niej tylko wtedy, gdy kocięta rodziły się i gdy były bardzo małe. Potem jej wizyty w żłobku ograniczyły się, choć teraz zapragnęła odwiedzić swoją znajomą i spytać, czy wszystko dalej jest w porządku. Choć prawda była taka, że od narodzin kociąt minęło już całkiem sporo księżyców, toteż Trzcinka powinna już w większości dojść do siebie. Zresztą, kto jak nie ona! Była porządną wojowniczką w Klanie Nocy, jedną z najlepszych. Szkoliła ją w końcu sama Mandarynkowa Gwiazda! To zaszczyt być szkolonym przez członkinię rodu, gdy samemu się do niego nie przynależy. Ostatnio dostąpiła go też Rzekotka, która za nauczyciela dostała wspomnianego wcześniej Rogatego Flaminga. Ciekawe tylko, dlaczego ona? Czy wyróżniała się czymś spośród kociąt? Ciężko było stwierdzić, gdyż Gąbczasta Perła nie interesowała się tak bardzo losami potomstwa Kropiatkowej Skórki i Zmierzającej Fali — choć może powinna? W końcu Kropiatka była dawniej głównym tematem jej plotek, oskarżona o bycie szpiegiem. Teraz miała już trochę spokoju, lecz Gąbka wciąż posiadała wobec niej pewne uprzedzenia. Niej, jak i Szepczącej Hipnozy.
Finalnie dymna zdecydowała się wyjść z lecznicy. Wpierw ruszyła w stronę stosu ze zwierzyną, by wybrać z niego dwa soczyste kąski. Dla niej i dla Trzcinowego Szmeru, którą zamierzała odwiedzić. Jej kocięta zapewne przyjmowały już stały pokarm, lecz tym razem będą musiały jedynie patrzeć na to, jak ich matka zajada się piszczką, ponieważ dymna nie miała tyle miejsca w pysku, by zabrać ze sobą więcej zwierzyny.
W końcu ruszyła do kociarni. Weszła do niej, jak prawdziwa księżniczka, i od razu zwróciła na siebie wzrok szylkretowej wojowniczki, która ogonem otulała dwójkę swoich pociech. Na szczęście właśnie drzemały, więc przynajmniej nie będą wiedziały, co ich omija.
Gąbka podeszła do swojej znajomej z szerokim uśmiechem wymalowanym na pysku i położyła przed nią jedną z ryb, które zabrała uprzednio ze stosu.
— Jak tam u ciebie, Trzcinko? — spytała, poruszając radośnie wibrysami. — Mam nadzieję, że maluchy nie wymęczają cię zbyt bardzo. Nur i Łabądek, mam rację? — dodała, przenosząc wzrok na puchate kuleczki futra. Gdy nie piszczały ani biegały po żłobku, były naprawdę urocze. Przypominały jej trochę Łezkę i Stroczka, gdy byli młodsi. I choć wciąż kochała znalezione wtedy kocięta, tak myśl o Szczawiowym Sercu, nieznacznie ją obrzydziła. Jak ona mogła zakochać się w kocie o brzydkim, czekoladowym futrze? Wstyd jej się było do tego przyznawać. Nawet przed kimś takim jak Trzcinowy Szmer.
— No, a poza tym chciałam jeszcze spytać, jak Żmijowcowa Wić spisuje się jako ojciec! Odwiedza cię czasem, opiekuje się kociętami? Jeśli się leni, to ja chętnie mu przypomnę, gdzie leży jego partnerka i kocięta! — zaśmiała się, lecz pod płaszczem tego rozbawienia kryła się też śmiertelna powaga.

<Trzcinowy Szmerze?>

Od Szaleju

Szalej zauważył, że w jego legowisko zostały starannie wplecione białe kosmyki futra, które nawet nie należały do niego. W końcu gdzieś musiały trafić te wszystkie pozostałości po ich ostatniej “walce”, jednak nie sądził, żeby wykorzystanie ich w ten sposób było korzystne czy mądre… Nie chciał na nie patrzeć. Z jakiegoś powodu, nie powinno robić mu to różnicy, jednakże w tym przypadku robiło. Jakąś, nie kolosalną, ale jakąś. Wzrokiem pobłądził po kociarni. Słońce już dawno zaszło, wysoko na niebie wisiał księżyc, rzucając bladą poświatę na las iglasty, a wiatr wdzierał się pomiędzy gęsto porośnięte legowisko krzewem, próbując dosięgnąć kociąt, aczkolwiek nie wychodziło mu to wcale, na szczęście. Pomarańczowe ślepia przystanęły wreszcie na Tęczy, który leżał tak, jakby złamano mu kręgosłup. Był wygięty w nienaturalny sposób i niemożliwe było, żeby komukolwiek wygodnie się spało w takiej pozycji. Kocurek podszedł do niego, przyglądając się mu dokładnie. Do jego uszu docierało cichutkie pochrapywanie, dwukolorowy bok unosił się, a potem opadał spokojnie. Jasne łapy wierzgały w powietrzu delikatnie, musiało mu się zatem coś śnić. Nagle przewrócił się na drugi bok, mierzwiąc sobie i tak rozczochrane już futro, jednak oprócz tego, wysuszone paprocie wsunęły mu się pod kłosy, z pewnością dźgając go w skórę. Srebrny wycofał się do swojego posłania, skubiąc z niego starannie wplecione kłaki. Nie dodawały leżu jakiejś szczególnej wygody, a na myśl przynosiły jedynie nieciekawe wspomnienia.
Gdy wreszcie uporał się z tym, chwycił w pysk włoski. Kuły go w język. Zamierzał pójść ku śmietnisku, żeby się ich pozbyć, jednak w wejściu zatrzymała go Ognikowa Słota, która najwidoczniej albo nie spała, albo zbudziło ją chwilowe poruszenie w żłobku, nad którym czuwała.
— Gdzie się wybierasz, tak późno, Szaleju? — zapytała neutralnie, patrząc na młodziaka. Usiadła wygodnie obok niego i otuliła własne łapy ogonem, mrużąc delikatnie oczy, choć nie zamykała ich całkowicie. Kocurek skinął głową posłusznie.
— Zamierzam pójść do śmietniska w celu wyrzucenia tych kłaków — wyjaśnił, upuszczając przed swoje łapy zawartość łoża. Jego wytłumaczenie było w pełni zgodne z prawdą i nie miał nawet krzty powodów ku temu, żeby kłamać. O każdym jego wyjściu mistrzyni wiedziała, chociaż rozumiał jej zmartwienie, o ile można było w ogóle ująć to w te słowa.
— Przeszkadzają ci? — zagadnęła, a końcówka wielokolorowej kity zaczęła podrygiwać, niczym żmija.
— Bez różnicy.
— Robi ci to różnicę, skoro chcesz się ich pozbyć. Zostań do rana. Jak wzejdzie słońce, to podrzucisz je starszyźnie. Trzcinniczkowa Dziupla z pewnością się ucieszy z takiego daru. Jak podrośniesz, to może nawet i dane ci będzie zmienić mu łoże, chociaż nie wyczekiwałabym tego momentu — parsknęła, śmiejąc się przez parę uderzeń serca. Szalej zmarszczył brwi, po raz pierwszy pozwalając sobie na bardziej ekspresyjną mimikę przy jakimkolwiek Wilczaku. Tak, fakt, miało to dla niego znaczenie, jednak czy mistrzyni mogła się mu dziwić? Kto by chciał futro kogoś, kto niemal cię zabił? W dodatku nie pokonał jej samemu, więc nie zaliczało się to nawet jako trofeum, trzymanie tego było bezsensowne. — Poinformuj mnie, jak będziesz chciał wyjść, to pójdę z tobą lub wyślę kogoś, żeby ci towarzyszył. A teraz wracaj do spania, bo nie urośniesz. Na pewno chcesz zostać uczniem niedługo, czyż nie? — przywróciła go jeszcze do rzeczywistości, ogonem teraz pchając lekko ku posłaniu, samemu także uważając między łapami, żeby nie nadepnąć na niczyj ogon, chociaż na taki Bielinki to by może nie było szkoda. No, pewnie oprócz uszu obecnie śpiących, bo z pewnością obwieściłaby to całemu Klanowi Wilka, nie szanując pory nocnej.

Od Szaleju

— Ty kupo lisiego łajna, ty mysi móżdżku, wiewiórczy bobku! Jak śmiesz włazić mi pod łapy, przebrzydła, brudna kreaturo?! — posypały się niezbyt przychylne słowa w stronę nieszczęśnika, który chciał jedynie pozwiedzać żłobek w celu znalezienia dla siebie zajęcia, gdy Ognikowa Słota musiała wyjść na jakąś chwilę. Nauczył się już, że starsi wiedzieli dużo, dużo więcej. Będzie musiał w takim razie złożyć im kolejną wizytę, może dowie się czegoś więcej o Błękitnej Gwieździe, czy masie innych, wspaniałych głów Klanu Wilka, którzy czuwali nad nimi z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. Bielinka bardzo sprawnie wykorzystała nadaną jej okazję do poznęcania się nad młodziakiem, bo już uderzenie serca później skoczyła na niego, przygwożdżając go do ziemi. Mały Szalej poczuł, jak jego głowa obija się głucho o grunt, chociaż w uszach mu zadzwoniło, a przed ślepiami po raz pierwszy w krótkim życiu pojawiły się mroczki. Instynkt nakazywał mu walczyć albo umrzeć. Zaczął więc kopać jej brzuch z całej siły, jego chude niczym igiełki pazury wyrywały małe kępki gęstego futra, aczkolwiek kocica była od niego starsza i większa, a przede wszystkim – silniejsza, więc jego los był od początku przesądzony, nawet jeśli nie chciał sobie dać tego wmówić od razu. Długa grzywka ciemnookiej muskała go po pysku, gdy już chyliła się ku temu, żeby zatopić kły w jego gardle.
Młodziak zaczął wić się pod nią niczym wąż, gdy nagle w kocicę wbiegł malutki Tęcza, wprawiając ją w lekkie zachwianie, tak potrzebne dla niego rozproszenie. Obróciła łeb ku drugiemu kocięciu, kłapiąc szczęką w jego kierunku. Niemal sięgnęła jego policzka, jednak on szybko uniknął jej ciosu. Srebrny sprawnie to wykorzystał, wyślizgując się spod jej wielkich, niezdarnych łap. Gdyby Mroczna Puszcza chciała go dzisiaj wpuścić we własne szeregi, szczęki kocicy zacisnęłyby się już. Biegiem rzucił się ku jednej z gałęzi, jej liście okryły go, zapewniając schronienie choć niepełne, a w dodatku jakże kruche… łamało się pod naciskiem.
— Wracaj tu, ptasia strawo! Myślisz, że mi uciekniesz na tych swoich malutkich, nieumiejących niczego łapkach?! Zgniotę cię jak robaka, ty nic nieznaczący szczeniaku! — wrzeszczała łaciata, w paru zwinnych susach doskakując do maluchów i patrząc nieprzychylnym spojrzeniem teraz ku dwójce. Zaczęła warczeć niczym pies, a w oczach jarzyły jej się iskry tak jaskrawe, że można było porównywać je do płomieni. Z pyska buchał jej ciepły oddech, futro na grzbiecie nastroszyło się niczym u jeża.
Nagle w progu pojawiła się Ognikowa Słota, a Bielinka, zauważywszy to, napięła mięśnie, po czym wycofała się odrobinę, nie spuszczając kocicy z oczu. Szylkretka dotarła do nich bardzo sprawnie, ogonem wywijając na boki niczym wirujący poza zbiornikiem wodnym węgorz.
— Nudzi ci się, Bielinko, jak widzę. W takim razie ja ci już znajdę zajęcie. Przydasz się na coś wreszcie — powiedziała poważnie, mierząc ją morderczym wręcz wzrokiem, choć pysk rozświetlał chytry uśmiech. Futro na pysku brązowookiej powiewało w rytm wpadającego do legowiska zefirku Pory Opadających Liści, łaskocząc także spanikowaną dwójkę.
Chwyciła Bielinkę za kark okrutnie, niedbale, po paru uderzeniach serca wychodząc z nią z kociarni. Łaciata wierzgała łapami, jednak bez skutku, a pysk wykrzywił się w grymasie, jakby sprawiało jej to dyskomfort.
— Puszczaj mnie, głupia kocurzyco! — poniosło się jeszcze donośnym echem za nimi, gdy mistrzyni wyprowadziła niesforne kocie w wieku uczniowskim. Szalej, dysząc, spojrzał na Tęcze, który również nie wyglądał obecnie na wypoczętego. Jego serce pędziło galopem, niczym koń puszczony wolno na łące. Był gotów przysiąc, iż Wilczak obok słyszał jego bicie. Mógł dzisiaj zginąć, a gdyby nie ten denerwujący kremowy kocur, najprawdopodobniej nie udałoby mu się wyswobodzić na czas, nie wyszedłby z tego cało. Nacisk szerokich łap był na tyle mocny, a jego chwyty bitewne tak wątłe, iż nie dało się z tego wyjść inaczej, cało.
— Co to było…? — powiedział między sapnięciami kremus, wzrokiem wracając jeszcze do wyjścia, jakby z obawą, że Bielinka lada chwila wróci.

Od Szaleju

— Przenieś te liście i połóż je o tam, zbierz je w jedną staranną kupkę — dostał polecenie od Ognikowej Słoty, która najwidoczniej postanowiła, że musiał zapracować na jej historyjkę. Szalej kiwnął jednokrotnie głową, nie miał i tak nic lepszego do roboty. Chwycił więc liście delikatnie w pysk, dużymi oczami lustrując przestrzeń przed sobą. Przyspieszył lekko kroku, chcąc mieć to zadanie już za sobą, pragnął posłuchać więcej o ich mrocznych przodkach. Znalazłszy się blisko, do jego główki napłynęła płonna (wtedy tego jeszcze nie wiedział) nadzieja, szybko jednak los zażyczył mu, żeby się przekonał.
— Hej, ty! — do jego uszu dotarły słowa, które normalnie by zignorował, gdyby nie fakt, iż drogę zagrodził mu kremowy kocurek. — Nazywam się Tęcza, a ty? Może chcesz posłuchać o tym, czego się ostatnio dowiedziałem? Otóż… — zmrużył na moment oczy, co Szalej prędko wykorzystał. Wyminął go zwinnym ruchem, kierując się ku małej kupce liści, gotów by wykonać powierzone mu zadanie. Niebieskooki, zauważywszy szybko, iż jego kompana wcięło, poruszył nerwowo ogonem i podskoczył do niego z powrotem. — Ej, no, nie bądź taki! To naprawdę interesujące. Prooszę! — kontynuował, a rudy srebrny nie zmieniał mimiki swojego pyska. Spojrzał na kremowego chłodno, bez większego zainteresowania.
— Ognikowa Słota kazała mi ułożyć te liście w stertę, przeszkadzasz mi — odparł monotonnym tonem.
— Ach! W takim razie ci pomogę, chodź, ułożymy je razem. Ale posłuchasz mnie, jak skończymy?
Szalej miał zamiar protestować dalej, jednak skoro nie usłyszał ani słówka sprzeciwu ze strony czarnej szylkretki, nie zamierzał nie skorzystać z takiej okazji… Denerwował go ten nadmiernie rozmowny kocurek, aczkolwiek jeśli dzięki niemu szybciej ukończy zadanie i wróci do słuchania opowieści Ognikowej Słoty, to warto było to znieść… chociaż nie wiedział, czy takie towarzystwo w pełni mu odpowiadało. Nie znał tu zbyt wielu kotów, oprócz oczywiście medyków i paru wojowników z widzenia, a także, oczywiście, przywódczyni – Zalotnej Gwiazdy. Tęcza nie robił na nim wrażenia jak reszta starszych.
— Opowiesz mi coś o sobie? Może o swojej rodzinie? — próbował nawiązać dalszy kontakt z rudzielcem, a w jego oczkach nadal kręciła się iskra swego rodzaju nadziei, że może tym razem uda mu się dotrzeć do kolegi z legowiska. Mówił niezwykle szybko, dość chaotycznie.
— Nie — nie zamierzał mu przedstawiać o sobie czegokolwiek, nie musiał nic wiedzieć. Nie było sensu, żeby wiedział, iż Szalej pochodzi z rodziny samotników, którzy go porzucili. Nieudany związek, który zaowocował w niepotrzebne nikomu kocię.
— Słuchaj, bo właśnie o tym chciałem ci powiedzieć, bo to jest naprawdę ciekawe i nie wiem, czy wiesz, ale jak są szyszki pod drzewem... Jak zauważysz je, zazwyczaj oznacza to, iż na jednej z gałęzi zasiaduje dzięcioł, ponieważ one wyjadają z nich nasionka i rozrzucają je dookoła, nie myśląc za wiele nad tym, że kogokolwiek mogłoby to obchodzić. Je interesuje jedynie to, by napchać czymś żołądki, a dla nas jest to znak, że w pobliżu może czyhać zwierzyna. Wspaniałe, nie? — powiedział, szturchając srebrnego lekko w bark, a wzrok Szaleju przetoczył się na kocurka raz jeszcze. Musiał to zasłyszeć od któregoś z Wilczaków, to była w zasadzie przydatna, ale i logiczna informacja. Jasne łapy przebierały, układając liście w stosik, a te ciemniejsze pomagały, żeby stosik nie upadł na dół, niczym mokre kamienie nałożone na sobie.

Od Trzcinowego Szmeru CD. Mandarynkowej Gwiazdy

— Trzcinowy Szmerze, chciałabym powierzyć ci zadanie… obserwacji… Żmijowcowej Wici — powiedziała przyciszonym głosem liderka.
Trzcinowy Szmer zdusiła w środku siebie zaskoczenie i posłusznie skinęła głową. Rozkaz przywódczyni był czymś świętym i zamierzała najlepiej się spisać, jak tylko mogła.
— Tak jest, Mandarynkowa Gwiazdo — powiedziała posłusznie.

***

Czas mijał, a ona uważnie obserwowała Żmijowcową Wić i regularnie zdawała raporty Mandarynkowej Gwieździe, które raczej nie były ciekawe, gdyż przyjaciel, którego tak strasznie musiała pilnować, był wyjątkowo ciężko pracującym kotem. Widziała, jak strasznie starał się zostać zauważonym przez samą liderkę, więc w sumie stwierdziła, że będzie mu pomagać. Nie musiała też jakoś bardzo się wysilać, żeby podbić pijar Żmijowcowej Wici, skoro tak dobrze się spisywał. Widziała za każdym razem, jak pomarańczowe oczy przywódczyni dziwnie się iskrzyły, kiedy tylko przedstawiała jej, co porabiał bury wojownik.

***

Od momentu, kiedy była przy Nadziei, widziała, jak Mandarynkowa Gwiazda patrzyła na nią oraz Żmijowcową Wić z nieukrywaną ciekawością. Może i stara kocica starała się to zamaskować, jednak nie zawsze jej to wychodziło, a w szczególności, kiedy pierwszy raz przyszła do żłobka.
Trzcinowy szmer leżała na posłaniu, czuła bardzo dobrze, że tego samego dnia będzie poród. Ostrzegała ją przed tym sama Gąbczasta Perła oraz Różana Woń, która mimo tego, że była na emeryturze i już nie zajmowała się leczeniem pobratymców, to czasami ewidentnie chciała się jeszcze poczuć potrzebna.
Jej brzuch był wielki i ciężki. Bolał przy każdej próbie wstania i pójścia na śmietnisko lub dokładniejszego umycia futerka.
Do środka weszła nagle Mandarynkowa Gwiazda, na ten widok Złocisty Widlik wraz z dwoma czekoladowymi kotkami podniósł się z posłań i przywitał srebrną kocicę skinieniem głowy. Zmierzchająca Fala wraz z Kropiatkową Skórką z ciekawością popatrzyli na liderkę, gdyż nie był to codzienny widok, żeby kocica odwiedzała żłobek. Trzcinowy Szmer również była zdziwiona, jednak nie miała tyle siły, by wstać, a Żmijowcowa Wić usiadł wyprostowany, jak struna, jednak nie opuszczał jej boku.
— Dzień dobry, Mandarynkowa Gwiazdo. Przyszłaś nas odwiedzić? Trzcinowy Szmer ma się dobrze — zapewnił kocur.
Zastrzygła uchem zirytowana komentarzem kocura. Nie było jej wcale tak dobrze. Było jej niewygodnie, kocięta kopały oraz bolał ją brzuch. Nie było wcale dobrze. Nawet, już nie wspominając o porodzie. Chciałaby go przeżyć, to po pierwsze, a po drugie wiedziała, że ból i męczarnia dopiero się zaczną, kiedy przyjdą pierwsze skurcze.
Przywódczyni jakby czytając jej w myślach, tylko prychnęła i strzepnęła ogonem.
— Czekanie na poród oraz samo wypchnięcie kociąt na ten świat nie jest czymś łatwym ani przyjemnym, Żmijowcowa Wici. Nie jest jej dobrze, wiem, co mówię — Mandarynkowa Gwiazda nawet nie raczyła usiąść. — Nie przyszłam na długo, chciałam tylko zobaczyć, jak się ma Trzcinowy Szmer przed porodem.
— Nie jest najlepiej ani najgorzej — zauważyła, starając się poprawić na posłaniu.
— Mandarynkowa Gwiazdo, czy przyjdziesz do nas, kiedy Trzcinowy Szmer urodzi?
Mandarynkowa Gwiazda zamyśliła się na chwilę. Skinęła w końcu głową.
— Owszem. Chcę wiedzieć, jak wyglądają nowi członkowie Klanu Nocy.
Każdy inny przyjazny kot powiedziałby to w pełnym ciepła miauknięciu, jednak była to Mandarynkowa Gwiazda, która zawsze pokazywała swoją władczość oraz pozycje. Jednak Trzcinowy Szmer znała swoją byłą mentorkę i widziała w szczegółach jej mimiki oraz zachowaniu, że jest ciekawa i zadowolona z nowych kociąt. Srebrna odwróciła się na pięcie i wyszła ze żłobka, pozostawiając ich wszystkich w zaciszu, gdzie bawiły się kruszynki Zmierzchającej Fali oraz Kropiatkowej Skórki.

***

Gąbczasta Perła wraz z Klekoczącym Bocianem przyjęli jej poród. Trwało to dość długo, jednak wszystko poszło zgodnie z planem i żadne kocie nie było przeklęte jakimiś wadami. Dwie małe kuleczki leżały przy jej brzuszku i ssały mleko. Kocurek i kotka. Nur i Łabądek.
Ze zmęczenia czuła, jak zamykają się jej oczy, jednak przed zaśnięciem poczuła dwa znane jej bardzo zapachy. Żmijowcowej Wici, który czuwał przy niej i oglądał swoje maleństwa oraz Mandarynkowej Gwiazdy. Liderka rozmawiała z wojownikiem, jednak Trzcinowy Szmer już nie usłyszała dokładnie słów, gdyż odleciała w krainę snów.

***

Kocięta stawały się coraz większe, a zainteresowanie Mandarynkowej Gwiazdy na ich punkcie było coraz większe. Trzcinowy Szmer cieszyła się z tego powodu, bo może w przyszłości te kocięta będą miały lepiej niż pozostała część Nocniaków.
Trzcinowy Szmer tak samo zdążyła odbyć rozmowę wraz ze Żmijowcową Wicią na temat ślubu. Kochali się przecież platonicznie, mieli dwójkę dzieci, o które strasznie chcieli dbać. Kocur na początku nie był pewien tego wszystkiego, jednak po namyśle zgodził się na jej propozycje. Przecież Łabądek i Nur nie mogli mieć rodziców, których nic nie wiązało. Zraniłoby to ich małe serduszka. Nie chciała, żeby kocięta były tylko owocem ich umowy. Znaczyły przecież bardzo wiele dla nich. Były ich całym światem.
Swoje pociechy zostawiła pod czujnym okiem Złocistego Widlika i oboje poszli do legowiska przywódczyni. Weszli między korzenie sumaka i usiedli przed obliczem Mandarynkowej Gwiazdy.
— Co was tutaj sprowadza? Coś się stało z kociętami?
— Nie, Mandarynkowa Gwiazdo. Kocięta mają się dobrze. Chcieliśmy tylko prosić o udzielenia nam ceremonii ślubnej.
Żmijowcowa Wić skinął głową.

< Mandarynkowa Gwiazdo? >
🎍

Od Trzcinowego Szmeru CD. Niezapominajkowej Nadziei

Akcja dzieje się kilka dni po porodzie

— Jak tam twoje kocięta? Żmijowcowa Wić wydaje się dość dumny z siebie, z tego, co zauważyłam.
Popatrzyła się na Niezapominajkową Nadzieję. Widziała w jej oczach ból i nawet zazdrość. Były zżyte nawet bardzo, do pewnego czasu nawet sądziła, że zostaną partnerkami, jednak młodsza wojowniczka bardzo długo nie wykazywała niczego więcej od siebie. Trzcinowy Szmer nie usłyszała od księżyców dwóch słów, które powinny paść z pyska Niezapominajkowej Nadziei. Wtedy wszystko inaczej mogło się potoczyć.
Trzcinowy Szmer jednak nie żałowała swoich decyzji. Inaczej przecież nie miałaby przy swoim brzuszku dwóch malutkich kuleczek, które były z jej krwi oraz Żmijowcowej Wici. Łabądek oraz Nur byli teraz dla niej całym jej światem, a nie wyznanie uczuć od kotki, która po prostu egzystowała w obozie.
— Nur oraz Łabądek są naprawdę cudnymi kociętami, Niezapominajkowa Nadziejo. Jeszcze nie są na tyle duże, żeby brykać, jednak uwierz mi na słowo, że zostaną wspaniałymi wojownikami. Widać po Nurze, że ma sylwetkę po swoim dziadku, czyli Dryfującej Bulwie, a Łabądek to czysty Żmijowcowa Wić — delikatnie polizała swoje pociechy językiem, a te cichutko zakwiliły.
Niezapominajkowa Nadzieja lekko się skrzywiła, jednak postanowiła obwąchać maluchy. Trzcinowy Szmer jednak szybko zakryła je swoim ogonem. Dymna wyprostowała się gwałtownie i rzuciła jej pełne urazy spojrzenie.
— Wiesz, że mogły być to nasze kocięta? Mogłyśmy być to my i byłabyś bardziej kochana, niż ci się wydaje… — wyszeptała z pełnym bólem Niezapominajkowa Nadzieja, mając zamiar już wyjść ze żłobka.
— W takim razie miej pretensje do siebie, Niezapominajkowa Nadziejo — powiedziała twardo, jednak było słychać w tym nutkę żalu. — Mogłaś powiedzieć te słowa o wiele wcześniej. Miałam dość czekania. Chciałam kociąt, więc je dostałam. Mogłaś zadbać o to, żeby zostać ze mną. Jednak wybrałaś milczenie i trzymanie mnie na słodkie słówka oraz codzienne rozczesywanie sierści, to jednak jest za mało. Chciałabym ci powiedzieć, że to są nasze kocięta i że jesteś mile widziana, jednak musisz pamiętać, że to jak potoczyło się twoje życie, jest tylko i wyłącznie zależne od ciebie. Czasami stanie i czekanie jest najgorszą opcją, bo ja nie czekam. Ja walczę. A teraz możesz stąd wyjść. Jak będziesz chciała, to odwiedzisz mnie jutro.
Niezapominajkowa Nadzieja wpatrywała się w nią przez jeszcze kilka uderzeń serca, jednak dla Trzcinowego Szmeru wydawało się, że była to wieczność. Bez słowa wojowniczka opuściła żłobek, a w przejściu wyminęła się ze Żmijowcową Wicią, który właśnie niósł dla niej okonia. Trzcinowy Szmer szybko się rozchmurzyła i przyjęła z chęcią rybę oraz wojownika, który został na całą noc, pilnując jej oraz swoich kociąt.

< Niezapominajkowa Nadziejo? >
🎍

Od Trzcinowego Szmeru CD. Wzorzystej Dali

Akcja ostatniego odpisu, przed ciążą.

— Tak, tak… Wiesz, ja już może pójdę… ty też pewnie musisz wracać już do swoich koleżanek z patrolu… — miauknęła pośpiesznie Wzorzysta Dal.
Trzcinowy Szmer uniosła jedną brew. Czy właśnie Wzorzysta Dalia ją wyganiała spod granicy? Nie dość, że znajoma z sąsiedniego klanu zachowywała się podejrzanie, to jeszcze rozkazywała jej o odejściu, jakby to Trzcinowy Szmer przekroczyła granicę z Klan Klifu.
— Nigdzie nie idę, Wzorzysta Dalio — ciągle nazywała ją po imieniu, którym Klifiaczka przedstawiła się na zgromadzeniu. — Jestem po swojej stronie granicy i nic nie robię, co mogłoby sprowokować ciebie do ataku — znacząco popatrzyła na łapy szylkretowej Klifiaczki i poruszyła z niesmakiem wąsami. — Jednak jestem w stanie stwierdzić, że to ty zachowujesz się podejrzanie i jesteś niepokojąco blisko oznaczeń zapachowych. Czy na kogoś czekałaś może? A może masz szpiega?
Rzeczywiście mogła być troszkę łagodniejsza dla swojej koleżanki z sąsiedniego klanu, jednak nadal oba klany ze sobą konkurowały. Może rzeczywiście teraz Klifiacy zamierzali szpiegować Nocniaków? Nie mogła tego wykluczyć o podejrzliwość względem konkurencji, zrozumiałby każdy. — Przecież trzeba być lojalnym swojemu klanowi, nieprawdaż?
Wzorzysta Dal skuliła się i położyła po sobie uszy. Ewidentnie nie spodziewała się nagłej zmiany Trzcinowego Szmeru. Była zawsze dla niej miła, o ile można to było nazwać zawsze. Widziały się na zgromadzeniu, a wtedy był obowiązkowy pokój i zgoda między klanami. Teraz jednak nie było rozejmu. Były wojowniczkami, które nie mogły całkowicie sobie ufać.

< Wzorzysta Dalio? >
🎍

Od Trzcinowego Szmeru CD. Fląderki

Siedziała właśnie i przesłuchiwała uważnie Rezedową Łapę, który skończył polować z własną siostrą. Ptak, którego złapali, był w całkiem dobrym kawałku i sama była zaskoczona, że jej uczeń zdołał ów zwierzynę upolować.
— To był pomysł Fląderki... — napomknął kocur.
Przeniosła wzrok na czekoladową szylkretkę, która nagle się zawstydziła.
— Nie mój, tylko innych wojowniczek. W-widziałam, jak polowały na podobnego ptaka i zastosowały podobną technikę… — odpowiedziała ściszonym głosem Fląderka.
No tak… Przecież, jej uczeń nie zdołałby upolować cokolwiek innego niż płotkę. Nauka zaczęła się przecież odbijać od niego niczym krople deszczu po pajęczynie. Dobrze wiedziała, że główną zasługę tutaj można było powierzyć Fląderce.
Czasami szczerze żałowała, że to właśnie Rezedowa Łapa nie był czekoladowym kotem, znienawidzonym przez wszystkich innych, a Fląderka mogłaby mieć każdą inną maść i zostać jej uczennicą. Miała większy potencjał niż którekolwiek z jej rodzeństwa.
Trzcinowy Szmer westchnęła głośno i machnęła ogonem, dając znak, żeby we trójkę wracali do obozowiska. Kiedy już dotarli do serca Klanu Nocy, odesłała odrzutka do żłobka, tam, gdzie nadal miała swoje posłanie, natomiast Rezedową Łapę zamierzała skonfrontować z jego brakami. Nie chciała mu robić nadziei, że nadawał się na wojownika. Miał jeszcze długą podróż przed sobą, jeśli chodziło o naukę oczywiście. Nie zamierzała iść do Mandarynkowej Gwiazdy, aby poprosić ją, żeby mianowała kocura. Był problemem, którego nie dało się przepchać, a ona nie zamierzała przebierać w słowach, żeby ta wiadomość go mniej zabolała. Ona w jego wieku była już dawno wojowniczką, a on nawet nie był blisko mianowania. Nie było postępów. Stał w miejscu.

***

Jeszcze przed porodem

Mandarynkowa Gwiazda właśnie ogłosiła Klanowi Nocy, że Rezedowa Łapa będzie się uczył pod czujnym okiem Wzlatującej Uszatki, ze względu na stan, w jakim aktualnie znajdowała się ona. Brzuch stawał się coraz większy, nie miała tyle sił i zalecano jej odpoczynek, a kopnięcia kociąt stawały się coraz silniejsze. Nosiła w swoim brzuchu nowe życie i nie zamierzała brudzić sobie łap w przepychaniu się z nieukiem.
Chciałaby powiedzieć, że tęskniła za nauką Rezedowej Łapy, jednak byłoby to kłamstwem. Miała go dość. Nie chciała go już więcej uczyć. Nie była pewna, czy to przez nią, że nie była tak dobrym nauczycielem, jakby tego oczekiwała Mandarynkowa Gwiazda, czy po prostu kocur nie przyjmował owej wiedzy.
Wzlatująca Uszatka szybko wzięła w obroty jej byłego ucznia i zniknęli z obozu. Natomiast ona przeprowadziła się do żłobka, gdzie resztę dnia doglądała ją Gąbczasta Perła wraz ze Złocistym Widlikiem. Przygotowali jej posłanie oraz przynosili wodę wraz z ziołami. Co jakiś czas skakał wokół niej Żmijowcowa Wić, upewniając się, że wszystko było na miejscu i czy została odpowiednio przyszykowana do najbliższych dni w kociarni.
Temu wszystkiemu przyglądała się Fląderka. Nie pytana, nie podchodziła i nie próbowała pomagać, jednak Trzcinowy Szmer wyraźnie czuła jej spojrzenie na sobie przez ten cały czas.
Kiedy przyszła noc, jako jedyna nie mogła zasnąć, więc wyszła przed żłobek, by popatrzeć się w gwiazdy. Przyjemny wiaterek muskał jej wibrysy, a szum wody był niczym kołysanka. Jednak nadal nie była zmęczona. Zaraz do niej podeszła Fląderka. Chyba ta ją naprawdę polubiła. Czekoladowa koteczka nieśmiało się uśmiechnęła i spojrzała się jej wielkimi ciemnymi oczami w duszę Trzcinowego Szmeru.
— Dziękuję Pani Trzcinowy Szmerze, że tak długo Pani uczyła mojego brata. Pewnie już wiele umie i zaraz zostanie wojownikiem, tak jak bardzo tego chciał — zamruczała cichutko, ale z ogromną wdzięcznością. — Czuję, że Wzlatująca Uszatka tylko go sprawdzi i nie będzie musiała nic go douczać, bo jest taki świetny i naprawdę się on stara-
— Twój brat jest do niczego, Fląderko — przerwała jej zimnym głosem.
Zapadła między nimi głucha cisza. Kotka nadal patrzyła się na nią, będąc całkowicie zbita z tropu.
— Słucham… A-ale jak to?
— Nie stara się. Tyle mojej pracy poszło na marne. Mam wrażenie, że nic się nie nauczył przez tyle czasu. Wątpię, by udało mu się zostać dobrym wojownikiem, i nie chcę go brać pod swoje skrzydła, nawet jeśli urodzę i odchowam własne kocięta — przeniosła swój ostry wzrok na Fląderkę. Czekoladowa była wstrząśnięta i z otwartym pyszczkiem wpatrywała się w nią. — On nie zasługuje na nauczanie… W przeciwieństwie do ciebie. Chłoniesz wodę niczym suchy mech i starasz się mimo tego, że nie masz mentora. Żałuję, że nie mogłam cię uczyć zamiast Rezedowej Łapy… — powiedziała szeptem.
Fląderka siedziała jednak cicho. Trzcinowy Szmer mogła zauważyć, jak ciemne oczka czekoladowej szylkretki stają się bardziej szkliste. Chciałaby przeprosić odrzutka, za te słowa, jednak tak naprawdę nie mogła tego zrobić. Nie okłamała ją, a uczucia były czymś zbędnym… Powinna potraktować to jako gorzki komplement. Gdyby tylko czekoladowa szylkretka była każdym innym szylkretem, to zostałaby z pewnością doskonałą uczennicą, a później jeszcze wojowniczką lub piastunką. Jednak jej nie było to dane.
— Wracaj do spania — nakazała jej. — Ja również pójdę się przespać. Przynajmniej się postaram.

< Fląderko? >
🎍

Od Trzcinowego Szmeru do Liliowej Pieśni

Był wczesny ranek, jednak upał dawał się we znaki. Koty budziły się i stawiały się przed Błękitną Laguną. Pojedyncze pomruki zmieniały się w gwar, budząc innych. Zaczął się w taki sposób nowy dzień.
Trzcinowy Szmer, jednak dawno temu już wstała. Nie mogła spać, gdyż czuła, że i tak całe dnie przesypiała w żłobku. Nie czuła się produktywnie, chociaż zajmowanie się jej maluszkami sprawiało, że ciągle czuła się wykończona. Nie chodziła na patrole ani nie polowała, a jednak codziennie myślała, że odpadną jej zaraz łapy.
Obserwowała uważnie, jak patrole wychodzą z obozu. Kto wchodzi, a kto zostaje. Kto idzie na patrol łowiecki, a kto na graniczny. Przywitała się z Gąbczastą Perłą, która wyszła wraz z Klekoczącym Bocianem na spacer. Towarzyszyli im również Pierzasta Kołysanka oraz Szepcząca Hipnoza, który od zawsze nie wyglądał najlepiej. Czuła, że kocur musiał mieć jakieś problemy, jednak nie była przekonana jakie. Po prostu czas mijał, każdy zajmował się sobą i nie miała nawet okazji zapytać.
Jednak jej uwagę przykuła jedna z młodziutkich wojowniczek. Ile mogła mieć księżyców? Około dwudziestu? Chodziło o Liliową Pieśń, którą, jak dobrze pamięta, przyprowadzono do obozu Klanu Nocy, jako jedno z zagubionych kociąt. Liliowa może i nie była prawdziwą Nocniaczką z krwi i kości, jednak w tych czasach, kto był rodowitym kotem Klanu Nocy?
Trzcinowy Szmer skinęła jej na przywitanie głową. Nie rozmawiały zbyt często. Sama nie wiedziała, o co dokładnie mogłaby pytać młodszą. Czy znalazła sobie jakiegoś kochanego Nocniaka i zamierza założyć rodzinę? Przecież kotka była jeszcze na to za młoda. Nie miały po prostu tematu do rozmów, więc nigdy nie ciągnęła ją za jęzor. Była dla niej jedną z twarzy, które widzi codziennie, ale nie są tak blisko niej, jakby tego się chciało.
Liliowa Pieśń skinęła jej zadowolona głową i szczęśliwa wybiegła z polany obozu. Odprowadziła wojowniczkę wzrokiem, po czym sama zniknęła, tylko w wejściu do kociarni.

***

Zrobiło się chłodniej, a ona siedziała w cieniu żłobka, obserwując, jak jej kochana dwójka kociąt bawi się w kąciku zabaw. Chociaż słowo “bawią się” jest wielkim nadużyciem, gdyż Nur bardziej był wycofany, a bardziej takie sprawiał pozory. Stawał się obserwatorem i wyglądał, jakby oceniał, każdego z odpoczywających wojowników Klanu Nocy. Może miał to po niej? Dzisiaj obserwowała, jak pozostali pracowali, to Nur mógł po prostu ją kopiować.
Łabądka natomiast brodziła w wodzie, stawiając wysoko swoje łapki. Chodziła dostojnie i z gracją, niczym łania, jednocześnie przeglądając się w odbiciu tafli. Dziwna jak cały tatuś.
Jej uwagę przykuło liliowe futerko młodej wojowniczki, którą już obserwowała rano. Kotka właśnie wróciła z terenów i z zamyślona o mało nie wpadła na leżącego Szałwiowe Serce. Liliowa Pieśń szybko jednak wróciła na ziemię i przeprosiła księcia. Korzystając z jej rozczochrania, machnęła do niej ogonem, przyzywając kotkę do siebie. Siedziała cały dzień bez Żmijowcowej Wici, nie chciała tego nikomu mówić, ale czuła się trochę samotna. Nie pogardziłaby żadnym towarzystwem, a w szczególności jakiegoś młodego kota. Znaczy, nie uważała się jeszcze za starą, jednak nie zdarzało się jej, żeby rozmawiała z młodszymi od siebie.
— Tak, Trzcinowy Szmerze? Czegoś potrzebujesz? — spytała lekko zawstydzona Liliowa Pieśń.
— Widziałam, że często wychodzisz na patrole i jesteś nawet blisko z Gąbczastą Perłą. My również jesteśmy przyjaciółkami, więc może powinnam cię jeszcze lepiej poznać. Co słychać w tym waszym młodzieńczym świecie? — spytała z grzeczności.
Zapach liliowej był bardzo przyjemny, jednak zarazem Trzcinowy Szmer miała wrażenie, że coś kryła. Jakby maskowała… Chociaż nie była pewna. Nie powinna chyba podejrzewać o nic złego Nocniaczkę, która całym sercem starała się wpasować do swoich pobratymców.

< Liliowa Pieśni, czy coś ukrywasz? >
🎍

23 czerwca 2026

Od Lilakowej Łapy

!!Uwaga, w części snu jest usiłowanie morderstwa!!

Minęło już wiele, wiele uderzeń serca od ostatniego zobaczenia obozu Klanu Klifu przez liliową kotkę. Ta siedziała tuż przed drogą grzmotu, ta była od dłuższego czasu pusta. Ani jeden potwór dwunożnych nie przebiegł (a może raczej przetoczył się, w końcu potwory dwunożnych miały coś w rodzaju kół zamiast normalnych łap) na niej od czasu kiedy tu przyszła. Słońce lśniło jak by z całej swojej siły. A wiatr rozwiewał liście oraz ciężkie futro Litai pozwalając się jej nieco ochłodzić. Świat wydawał się ucieleśnieniem radości, Litai była szczęśliwa wraz z nim. Cieszyła się na każde świergotanie ptaka, każdego robaka przelatującego jej koło nosa. Kotka wiedziała, że na kogoś czeka, nie do końca wiedziała jednak na kogo. Za to wiedziała, że podziwiała owego osobnika, że kochała owego osobnika, że ten kot dbał o nią. Szeroki uśmiech gościł na jej małym pysku, czuła się taka podekscytowana… Zupełnie jakby miała zobaczyć dawno niewidzianego członka rodziny. Ciekawe kto to? Na pewno nie Cicha Łapa, brata widziała na co dzień. Im bardziej próbowała sobie przypomnieć kto to, tym bardziej zdawała sobie sprawę z tego, że po prostu nie wiedziała, kim był ów kot… Aż nagle go, a raczej ją wyczuła. Ten sam wiatr rozwiewający jej futro przywiał do niej ten znajomy, lubiany przez nią zapach róż. Nie wiedziała jednak, skąd go znała, od kogo dokładnie pochodził. Kim dokładnie była kotka, od której pochodził? Jedyne co wiedziała to, że była kimś dla niej ważnym. Ta mocno różana woń kojarzyła się z bezpieczeństwem, z troską, czymś dobrym. Na pysku Litai zagościł jeszcze szerszy uśmiech i ta zachichotała delikatnie niczym radosne kocie. Nagle podobna do niej kotka wyłoniła się ze zbóż obok drugiego końca drogi grzmotów. Choć Litai ledwo ją widziała przez odległość, ucieszyła się niemiłosiernie. Wykrzyknęła z całej siły w swoich płucach te słowa:
— Mamo! Mamusiu! — ton głosu kotki przypominał płacz kociaka, a łzy naleciały do jej dużych niebieskich niczym niebo oczu.
— Na co zwlekasz córeczko? Chodź do mnie, Litai! — ton matki kotki choć radosny, był i pełen tęsknoty. Zupełnie jakby wyczekiwała na swoją córkę od dawna…
— Idę, mamo! — krzyknęła bez większego zastanowienia jej córka.
Wstała i zaczęła biec w jej stronę. Nie zwracała uwagi na krzyczące ptaki latające nad nimi. Szybko weszła na drogę grzmotu. Jej krótkie łapy i ciężkie futro nie spowalniały jej jak zazwyczaj… Dziwne, jednak teraz nie mogła zwracać na to uwagi. Musiała biec jak najszybciej. Biegła niczym wygłodniały kot za jedynym źródłem jedzenia, jedynym źródłem ratunku od śmierci. Szybko znalazła się po drugiej stronie drogi, przytulając się do kocicy. Szczęśliwe łzy płynęły z oczu Litai. Jednak jedno pytanie zaczęło krążyć w jej głowie. Czemu ją zostawiła? W nagłym przypływie odwagi postanowiła zadać pytanie:
— Mamo? Czemu mnie zostawiłaś? — zapytała, nadal wtulona w futro matki. Wtuliła się nawet w nią bardziej, spoglądając w jej oczy błagalnym wzrokiem.
Nagle twarz matki Litai przybrała złowrogi, zimny wyraz. Kotka syknęła na Litai. Ta zaczęła się wycofywać wystraszona, gdy nagle usłyszała potwora dwunożnych za nią. Stanęła więc w miejscu, tylko po to by jej własna matka podbiegła do niej i własnym rozpędzonym ciałem wepchnęła ją pod koła kolejnego przejeżdżającego potwora...
Był to dokładny moment, w którym Lilakowa Łapa się obudziła. Czuła własny pot na swoich łapach. Dookoła niej było ciemno, wszyscy w legowisku uczniów już dawno spali. Liliowa szybko wtuliła swój pysk w kupę futra, którą miała na szyi. Zamknęła duże niebieskie oczy, próbując nie wypuścić z nich żadnych łez. Z marnym skutkiem. Nie udało jej się to, te szybko popłynęły po jej policzkach, prędko wchłaniając się w jej futro. Myśli biegały po jej głowie niczym zwierzyna uciekająca przed swoją marną śmiercią z łap kota. Kotka czuła się żałośnie. Otworzyła oczy, pozwalając wypłynąć łzom z jej ślepi. Płynęły gęsto, na tyle, że wśród tych myśli pojawiło się porównanie ich do strumienia. Była mimo tego nagłego wybuchu płaczu cicho, niezdolna do wydobycia jakiegokolwiek dźwięku ze swojego pyska. Przez chwile rozważała, by obudzić brata, ale uznała, że posiadanie złego snu nie jest warte jego zmęczenia kolejnego dnia. Niska koteczka nie rozumiała czemu nadal tęskni za matką. Czemu nadzieja, że wróci, w jest w niej żywa. W końcu, gdy ich rodzice zostawili ją oraz jej brata mogło coś im się stać, mogli umrzeć, gdyby nie znalazł ich patrol Klanu Klifu. Matka najpewniej miała ich gdzieś, tym bardziej ojciec. Lilakowa Łapa nie rozumiała czemu kochała kogoś, kogo jednocześnie nie potrafiła nawet zapamiętać. Zwłaszcza że czuła się skrzywdzona przez to, co matka, o ile tak może ją nazywać, zrobiła z ojcem. Nawet jeśli nie miała pewności czy powinna czuć się skrzywdzona, w końcu tylko ją porzuciła. Czuła się źle, źle z tym uczuciem. W końcu czy bycie w Klanie Klifu było aż tak złe? Jednak nadal, marzenie o ponownym wtuleniu się w futro matki by znów ją zobaczyć, było żywe. To było głupie. Dwunożni przecież nie pomagali Klanowi Klifu, byli więc wrogami. Tak samo pieszczochy, nie chciała być pieszczochem. Bycie pieszczochem byłoby zdradą Klanu Klifu. Musi być lojalna Klanowi Klifu. Lilakowa Łapa bardzo chciała, żeby ją ktoś teraz przytulił, powiedział, że to jest okej, że ona robi i czuje dobrze, że wszystko jest dobrze. A jednak bała się o to poprosić. Czasem po prostu chciała się ukryć, tak żeby zobaczyć, jak dużo kotów o nią faktycznie dba i poszłoby jej szukać, z tyłu jej głowy często był strach, że znów ją zostawią, odrzucą. To głupie. W końcu w jej życiu są takie cudowne koty jak Cicha Łapa, jej mentorka… A jednak, co jeśli kiedyś by ją porzucili? Zamknęła więc oczy ponownie, próbując powstrzymać więcej łez. Odetchnęła głośno, próbując się uspokoić. Nie dało jej to ukojenia, tylko naniosło zapachy innych kotów, których próbowała nie obudzić. Jedyne co sprawiło, to że czuła się nieco winna. Nie chciała, by inni lokatorzy legowiska uczniów byli niewyspani. Wiedziała, że musi się uspokoić. Postarała się więc usiąść na tej myśli i poszukać rozwiązania. Jedyne co wpadło jej do głowy, to spróbować przytulić się do Cichej Łapy. Niezbyt dobrze widziała kocura w pozbawionym światła legowisku. Czuła jednak jego zapach. Kocur pachniał dosyć charakterystycznie, leśne powietrze było niemalże identyczne z tym zapachem. Kocur leżał blisko jej głowy, odwrócony do niej plecami. Kotka rozciągnęła się nieco i położyła głowę obok jego boku, wtulając pysk w jego futro. Było ono dosyć miękkie. Zapach brata sprawił, że kotka uspokoiła się nieco, łzy przestały lecieć tak gęsto. W końcu jest tu, nie ucieknie od niej. Nie porzuci jej, nie odrzuci jej, zostanie przy niej. Teraz i być może na zawsze. Oby na zawsze. Po dłuższym czasie łzy przestały wylewać się z oczu kotki. Uspokojona już liliowa zamknęła je w nadziei, że zaraz uśnie... Nie zdarzyło się to. Kotka leżała tam aż do rana, ze świadomością, że z głupiego w jej oczach powodu będzie rano zmęczona.

[1108 słów]