BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

19 sierpnia 2026

Od Borowika CD. Śnienia

Siedziałem sobie ukryty w cieniu liści, obserwując obóz z wysokości. Wcale nie wypatrywałem żadnego konkretnego kota. A już na pewno nie nikogo o futrze koloru zachodzącego słońca, pokrytego gdzieniegdzie białymi chmurkami. Co to, to nie.
Zerknąłem w dół na brodatego kocura i stojącą obok mamę Płatka. Nie znałem jej za dobrze, ale skoro była mamą, w dodatku kogoś równie miłego, jak Płatek, to musiała być miła również.
Gdy usłyszałem wołanie czarnego, momentalnie odbiłem się od gałęzi i runąłem w dół, lądując zgrabnie na czterech łapach.
– Hm. Cześć, Śnienie. Cześć, Poin…
Zachwiałem się na łapach po skoku z takiej wysokości. Na szczęście szybko odzyskałem równowagę.
Potrząsnąłem głową.
– No. Hm. Cześć, Śnienie i Poinsecjo. Możemy… na spacer iść. Tak.
– Świetnie! – odparł brodaty. – Nie ma co siedzieć w obozie przy tak ładnej pogodzie.
Ruszyliśmy, kierując się w stronę Owocowego Lasku. Ja po jego lewej, mama Płatka po prawej.
– Ano… Gratuluję… mianowania, tak w ogóle. Nie mówiłem wcześniej chyba… To dość… niespodziewane – mruknąłem, odwracając się co jakiś czas za siebie, wcale nikogo nie wypatrując.
Czarny uniósł lekko brwi i parsknął lekko.
– Co, nie spodziewałeś się, że kot spoza Owocowego Lasu dałby radę ukończyć wasz trening?
Zmarszczyłem brwi. Nie no, nie to miałem na myśli.
Ugh. Strasznie jestem dziś rozproszony. Muszę się bardziej skupić. Bo jeszcze powiem komuś coś przykrego i nawet się nie zorientuję…
Skup się.
– Co? Uh. Nie, nie. Nie rozważałem tego ani przez jedną chwilę mojego życia. Zaskakujące, że wcześniej ci nie pogratulowałem… Bo… bo ja cieszę się. Że teraz mogę chodzić tak sobie po lesie z kimś o tak wyśmienitej brodzie… to znaczy, o tak wybitnych zdolnościach łowieckich i… i ten… i… innych… takich. No, właśnie.
– Przyznaj wreszcie, Borowiku, tu zawsze chodziło tylko i wyłącznie o moją brodę. Tylko dlatego zostałem przez was przyjęty – zażartował, przechylając lekko głowę.
– Uh. Nie no… Nie powiedziałbym, że tylko przez to, ale… uh… nawet jeśli, to… to… okazałeś się też przy okazji… genialnym wojownikiem…
Byłem dumny ze Śnienia, że uniezależnił się od swojej brody. Teraz tak naprawdę mógłby ją zgolić i nadal prawdopodobnie byłby kimś. Nawet jeśli to dzięki niej, jak twierdzi, znalazł tu swoje miejsce, jego życie już od niej nie zależy. Jest wolny.
Śnienie uniósł brwi w lekkim zdziwieniu, po czym uśmiechnął się miękko.
Wtedy odezwała się mama Płatka.
– Borowiku – zagadnęła, zmieniając naszą konfigurację i stając tuż przy mnie. – Widziałam, że niedawno rozmawiałeś z moim synem.
Zerknąłem w niebo, wypatrując ewentualnego zagrożenia z powietrza.
– Uh. No, czy ja wiem, czy tak niedawno… – Oblizałem pysk. – Wyszliśmy z nim na spacer może raz czy dwa, w Porze Nagich Drzew… To dość… obiektywnie… dawno.
– Ah, tak… – miauknęła, zamyślając się na chwilę. – Czy nie uważasz, że ktoś tak, delikatnie mówiąc, niesamodzielny i o wciąż, moim zdaniem, nie całkiem poukładanych priorytetach jest odpowiednim towarzystwem dla mojego syna?
Zmarszczyłem brwi, nie odrywając wzroku od koron drzew.
– Uh. Uważam… kogo… czego… co?
Muszę przyznać, że nie do końca skupiłem się na jej słowach, które jedynie przelały się przez mój przewód słuchowy i zniknęły bez śladu.
Poinsecja chyba chciała wyjaśnić, kogo-kto-czego-co-uważam, bo otworzyła właśnie pysk, ale ja zdążyłem się już rozproszyć.
Zamarłem na chwilę.
Przypadłem nagle do ziemi, zerkając z fascynacją na czarnego kocura, blokując mu drogę.
– Śnienie. Nie ruszaj się. Na brodzie usiadł ci motylek. Patrz, trzepocze skrzydełkami…
Przyglądałem się malutkiemu stworzonku z fascynacją, a gdy odleciało, wodziłem za nim wzrokiem, aż całkiem zniknęło między liśćmi drzew.
– No, już odleciał. Nie ważne. – Wstałem, otrzepując się nieco z piasku. – O, w ogóle, to gdzie idziemy? Będziemy polować czy jak?

<Śnienie???>

Od Muszli

Wilgotny wiatr nieprzychylnej Pory Nowych Liści targał futrem rudego kocura, kładąc mu kłosy płasko po pysku, a nad głową wisiały gęste, gołębie chmury, zwiastujące niedługo planujący nadejście deszcz. Czuł mokry grunt pod łapami, zwilżony mech, który porastał prawie każdy zakątek obozu rybojadów. Całe szczęście, że przynajmniej nie zawitały do Nocniaków dzisiaj przymrozki, ponieważ mokre futro połączone z chłodem nie mogło zwiastować niczego dobrego, więcej chorób nie było potrzebne ani jemu, ani jego ojcu. Napuszył trochę swoją sierść w celu uchronienia się od wiatrów.
Muszla wyszedł u boku jednego ze strażników dość niepewnie. Mimo że przebywał w tym miejscu już dość długo, bo od przynajmniej pięciu księżyców, miał wrażenie, jakby zaledwie wczoraj tu przyszedł. Jakby ząb czasu nie dotknął nikogo, nadal czuł się jak zagubiony uczeń, który – mimo przygotowań i to długich – został wrzucony na głęboką wodę i musiał sobie jakoś poradzić, jednocześnie wspierając resztę bliskich mu kotów. Dzisiaj Mandarynkowa Gwiazda nakazała wezwać go przed własne oblicze, a rudy van od razu zaczął się martwić. Do jego głowy napływało pełno przeróżnych myśli, co mogło się z nim teraz stać. Bał się, że zostanie wygnany, a ojca będzie zmuszony pozostawić samego. Byli tak naprawdę na łasce srebrnej kocicy i mogła zrobić z nimi, co tylko jej się podobało. Nie był nawet pewien, dlaczego miałby stąd wybyć, skoro nie sprawiał problemów, aczkolwiek więźniowie byli balastem dla klanu i dobrze o tym wiedział... więc ta obawa nie była taka oderwana od rzeczywistości, jak by chciał, żeby była. Wszedł do wnętrza pnia u boku łaciatego kocura, zastępcy, który wycofał się uderzenie serca później na znak i zaczekał przy wejściu. Usiadł przed pręguską, chyląc łeb w geście szacunku. I tkwił tak jeszcze przez jakiś czas, nie wiedząc, czy to on powinien rozpocząć konwersację, czy zdać się na głowę klanu. O jego uszy obiły się słówka o rodzie królewskim, ale nie był nawet pewien, jak powinien się do niej zwrócić, żeby pokazać, że wiedział, iż była postawiona – oczywiście – wyżej od niego. Pomarańczowooka odchrząknęła po paru uderzeniach serca, jakby oczekiwała, że to właśnie on zacznie konwersację.
— Muszlo, chciałabym dzisiaj zamienić z tobą kilka słów o Twojej przyszłości i przeszłości — zaczęła. — Ty i Błoto jesteście więźniami już dość długo i czas, byście odpracowali swoje księżyce spędzone na terenach Klanu Nocy. Najpierw jednak chciałabym się dowiedzieć, czy zamierzacie zostać tu na stałe.
Zerknął na pręgowaną, czując ulgę, że zakończyła trwającą między nimi ciszę. Wsłuchał się w jej słowa, nie przerywając jej ani razu. Gdy skończyła, kiwnął głową. — Tak... chciałbym zostać tu na stałe, najlepiej z Błotem. Zrobimy co w naszej mocy, żeby odpracować wszystkie te księżyce — obiecał szczerze, myśląc, co dalej najkorzystniej byłoby dodać. Starsza w odpowiedzi skinęła głową. Van zaczął dostrzegać w tym momencie siwe włoski na jej pysku. Pamiętał ją z czasów zgromadzeń, chociaż też nie aż tak wyraźnie. Wiedział jedynie, że kiedyś spotkał się z tym widokiem… czy bardzo zmieniła się od tamtego czasu?
— W porządku, chciałabym zapytać, skąd tak właściwie jesteście. Należeliście wcześniej do jakiejś grupy albo o jakiejś słyszeliście?
Kocur z jakiegoś powodu nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Ze względu na to, iż byli uciekinierami z Klanu Wilka, nie wolno było im wspomnieć nawet słówka o Wilczakach, jako iż Klan Nocy był jednym z klanów, który miał pojęcie o istnieniu sąsiadów, dlatego mogli połączyć kropki, o ile ktokolwiek przejął się nagłą nieobecnością tak wielu kotów. Wspomnienia o miejscu, do którego trafił niedługo po porzuceniu przez rodziców wraz z siostrzyczką, Łezką, nadal migotały w jego umyśle, jednak jak przez mgłę. Tym, co najbardziej zapadło mu w pamięci, było oczywiście testem na ucznia. Samotna noc spędzona w lesie, jako kociak. Czy w ciągu całego swojego życia słyszał o samotniczych grupach? Nie mógł sobie teraz przypomnieć. Musiał improwizować, nawet jeśli w przyszłości mogło kosztować go to spokój umysłu. Czy Mandarynkowa Gwiazda miała pojęcie o wszystkich samotniczych społecznościach? Miał nadzieję, że nie.
— Pochodzimy z Betonowego Świata. Do tej pory podróżowaliśmy sami, jednak chłodna pora zmusiła nas do wkroczenia do lasu. Usłyszałem raz, że w leśnym poszyciu aż roi się od myszy, a pod zmrożonym lodem ryby obijają się o siebie i przede wszystkim, nie ma grupy obok grupy, nie jest tak duszno i tłoczno. Chwyciliśmy się czegokolwiek, nie mogliśmy pozwolić na to, byśmy pomarli z głodu. W mieście było zbyt wiele grup, z którymi nie byliśmy w stanie... walczyć, a przynajmniej nie wiecznie, bo było nas za mało, zaledwie dwójka przeciwko całej bandzie — opowiadał, czując się tak, jakby nawet jedno źle powiedziane słówko mogło sprawić, że żałowałby go do końca.
— Co w takim razie robiliście na naszych terenach?
Na to pytanie poczuł, jak lekko zapada mu się serce, chociaż próbował tego po sobie nie okazać.
— Przegoniono nas z naszego dotychczasowego miejsca zamieszkania, grupy rosły w siłę, werbując do swoich szeregów coraz więcej kotów — zaczął, krzywiąc się delikatnie. — Myślałem, że może mimo wszystko uda nam się tam zostać, jednak teraz myślę, że to niemożliwe. Zbyt niebezpieczne. — Zerknął na przywódczynię raz jeszcze, chociaż nie wyzywająco, a ze skruchą. — Nie chcieliśmy sprawiać problemów, przepraszam, że tak wtargnęliśmy na wasze tereny — kontynuował, okazując szczery żal związany z tym, co miało miejsce. Nie lubił, gdy coś negatywnego działo się z jego powodu, miał wrażenie, że wszystkie te nieszczęśliwe sytuacje były przynajmniej w jakiś sposób spowodowane przez niego, nawet jeśli na niektóre z nich nie mógł znaleźć w głowie żadnego prawdziwego powodu ku takiemu tokowi myślenia.
— Nadal nie tłumaczy to przekroczenia granicy zapachowej — zauważyła, a Muszla czuł się tak, jakby ktoś wbił w niego ostry patyk. — Tereny niczyje są chyba w stanie pomieścić samotników. Chyba że któryś z was skusił się na naszą zwierzynę.
Kocur poruszył nieznacznie ogonem, próbując przypomnieć sobie najwięcej z tamtego dnia. Nie zajęło mu to długo, zresztą to nie było też tak, że miał z wielkimi detalami wymieniać, co po kolei robił danego dnia, dwadzieścia księżyców temu. Może wystarczyło powiedzieć prawdę. Spochmurniał odrobinę. — Błoto to mój ojciec. Ruszyłem za nim tamtego dnia, bo długo nie wracał do naszego tymczasowego schronu, bardzo się o niego martwiłem. Powiedział, że będzie szedł brzegiem rzeki, dlatego w miarę wiedziałem, gdzie powinienem go szukać. Gdy szedłem jego tropem, z czasem natknąłem się na wyrwane kępki futra, płatki kwiatów, a nawet ślady krwi i nigdzie nieopodal go nie było. Pod wpływem impulsu ruszyłem dalej za zapachem, obawiając się najgorszego. Zaprowadziło mnie to prosto tutaj — wyjaśnił, czując, jak robi mu się chłodno w gardle. Tym razem nie kłamał. — Nie jestem pewien, czy Błoto upolował coś na tych terenach. Ja jedynie chciałem upewnić się, czy wszystko z nim w porządku...
Liderka zwęziła oczy w szparki, a więzień nie był w stanie stwierdzić, czy mu uwierzyła, czy nie.
— W porządku — skinęła głową. — Błękitna Laguno, możesz odprowadzić go na wyspę.
I po paru uderzeniach serca do legowiska wszedł łaciaty kocur. Nim się Stroczek, a raczej… Muszla obejrzał, znalazł się z powrotem w dziurze więźniów. Czy ta rozmowa była pierwszym krokiem ku temu, żeby polepszyć obecne warunki życia Muszli oraz Błota? Chciał w to wierzyć. Chciał, żeby ojciec mógł swój pozostały czas na tym świecie spędził na ciepłym, miłym legowisku wśród kotów, które nie traktowałyby go źle. Wierzył w dobroć Nocniaków, nawet jeśli bardzo się momentami bał.

Od Diane Elizabeth Montclair

Diane ruszyła w stronę miejsca, w którym najczęściej przebywał Celestyn, choć tym razem jej kroki były nieco szybsze niż wcześniej. Starała się jednak panować nad własnym pośpiechem, pamiętając o słowach Sycylii, która zawsze powtarzała, że nawet największe podekscytowanie nie powinno odbierać kotce gracji ani rozwagi.
Celestyn siedział w szerokiej smudze światła, która wpadała do wnętrza przez częściowo odsłoniętą szybę.
Diane zatrzymała się kilka kroków od ojca.
Przez krótką chwilę po prostu mu się przyglądała. W jego spokojnej sylwetce było coś, co zawsze pomagało jej zebrać myśli, dlatego nie czuła przy nim tego samego napięcia, które towarzyszyło jej rozmowom z Sycylią. Mimo to chciała odpowiednio dobrać słowa. W końcu prosiła go o coś, na czym naprawdę jej zależało.
— Tato?
Celestyn odwrócił głowę, a na jego pysku pojawił się łagodny uśmiech.
— Tak, Diane? Chciałaś ze mną porozmawiać?
Diane podeszła bliżej, wskoczyła na parapet i usiadła przy oknie. Przez moment patrzyła przez okno, pozwalając, by widok ogrodu ponownie pochłonął jej uwagę. Z tej perspektywy nie mogła dostrzec wszystkich szczegółów, które tak bardzo ją ciekawiły, lecz właśnie przez to jej wyobraźnia pracowała jeszcze intensywniej.
— Rozmawiałam z mamą — powiedziała w końcu. — Chciałam poprosić ją, żeby wyszła ze mną do ogrodu, ale odmówiła. Powiedziała, że najpierw powinnam zająć się swoimi obowiązkami i nauczyć się panować nad tym, jak bardzo chciałabym tam pójść.
Celestyn przyjrzał jej się uważnie.
Diane opowiedziała mu o rozmowie z Sycylią znacznie spokojniej, niż początkowo zamierzała. Nie chciała, aby zabrzmiało to tak, jakby skarżyła się na matkę. Wprost przeciwnie — rozumiała jej argumenty i sama przyznawała, że były rozsądne. Mimo wszystko gdzieś pod tym zrozumieniem kryło się rozczarowanie, którego nie potrafiła całkowicie ukryć.
Celestyn dostrzegł je bez trudu.
— Rozumiem, że mimo wszystko nadal bardzo chciałabyś zobaczyć ogród.
Diane skinęła głową.
— Tak. Szczególnie teraz, kiedy wiem, że jeszcze nigdy naprawdę go nie oglądałam. Mogłam jedynie patrzeć przez okno i zastanawiać się, jak wyglądają te wszystkie rośliny z bliska.
Jej wzrok znów powędrował ku szybie.
Tym razem jednak nie ograniczyła się do podziwiania barw. Próbowała wyobrazić sobie fakturę liści pod łapą, zapach ziemi rozgrzewanej przez słońce oraz chłód rosy, która z pewnością wciąż kryła się w cieniu. Wydawało jej się, że ogród ma własny świat, zupełnie inny od tego zamkniętego w ścianach domu, i właśnie ta myśl budziła w niej największą ciekawość.
— Chciałabym też spróbować stworzyć własny bukiet — dodała po chwili. — Nie wiem jeszcze, czy potrafiłabym dobrać pasujące do siebie kwiaty, lecz chciałabym spróbować.
Celestyn przez moment milczał.
— W takim razie tym bardziej powinnaś zobaczyć go z bliska.
Diane uniosła głowę.
— Naprawdę?
— Oczywiście.
Celestyn wstał, lecz zanim zeskoczył z parapetowej półki, jeszcze raz spojrzał przez okno.
— Jeśli chcesz nauczyć się sztuki, musisz najpierw nauczyć się patrzeć. A tego nie da się zrobić wyłącznie przez szybę.
Te słowa wydały jej się niezwykle trafne. Jeżeli naprawdę chciała kiedyś tworzyć, musiała nauczyć się dostrzegać to wszystko.
Diane podniosła się.
— Tylko mama powiedziała, że najpierw powinnam wykonać swoje obowiązki.
Celestyn uśmiechnął się pod nosem.
— I w tej kwestii ma całkowitą rację. Nie zamierzam namawiać cię do ich zaniedbania. Zajmij się tym, co do ciebie należy, a kiedy skończysz, możemy wyjść.
Diane poczuła, jak ciepło rozlewa się po jej piersi.
Nie chciała okazać przesadnego entuzjazmu, zwłaszcza po rozmowie z Sycylią, dlatego jedynie skinęła głową, choć końcówka jej ogona zdradziła ją, poruszając się z ledwie powstrzymywaną radością.
— Dobrze, tato. Postaram się wszystko zrobić jak najlepiej.
— Wierzę w ciebie.

18 sierpnia 2026

Od Diane Elizabeth Montclair

Kotka znalazła Sycylię niedługo później, kiedy ta zajmowała się porannymi obowiązkami, porządkując rzeczy pozostawione w domostwie i doglądając wszystkiego z tą samą starannością, z jaką zwykła podchodzić do każdego szczegółu codzienności.
Diane przez moment nie odzywała się, obserwując matkę z lekkim wahaniem. Wiedziała, że przy Sycylii powinna szczególnie uważać na sposób, w jaki się zachowuje, ponieważ matka przywiązywała ogromną wagę nie tylko do słów, które wypowiadała, lecz także do postawy, gestów i sposobu poruszania się.
Kremowa koteczka odruchowo wyprostowała więc grzbiet i uniosła głowę nieco wyżej, a następnie ruszyła w stronę matki spokojnym, miarowym krokiem. Starała się, aby jej ogon nie zdradzał podekscytowania, choć trudno było jej całkowicie ukryć drżenie końcówki.
— Mamo? Jeśli nie przeszkadzam, chciałabym o coś zapytać.
— Nie przeszkadzasz.
Sycylia przyjrzała jej się nieco dokładniej, jakby próbowała odgadnąć powód tej ostrożności.
— Zastanawiałam się... czy zechciałabyś wyjść ze mną do ogrodu? Oczywiście, jeśli masz czas.
Sycylia przerwała wykonywaną czynność i powoli zwróciła głowę ku córce. W jej spojrzeniu nie było jeszcze ani zgody, ani odmowy; jedynie spokojne zainteresowanie, które sprawiło, że Diane niemal natychmiast wyprostowała grzbiet i bardziej świadomie ułożyła łapy przy sobie.
— Do ogrodu?
— Tak, mamo.
Diane odpowiedziała niemal natychmiast, lecz zaraz potem zamilkła, jakby przypomniała sobie, że Sycylia nie przepadała za zbyt pochopnymi reakcjami. Wzięła więc spokojniejszy oddech i pozwoliła, aby między nimi zapadła krótka cisza, podczas której z zewnątrz dobiegł cichy śpiew ptaka. Głos niósł się przez uchylone okno, mieszając się z delikatnym szelestem liści poruszanych porannym wiatrem.
— Dlaczego tak bardzo ci na tym zależy?
Diane spuściła wzrok, czując, że jej początkowa pewność siebie zaczyna powoli znikać. Jeszcze przed chwilą wydawało jej się, że wystarczy poprosić, a potem wraz z matką będzie mogła przejść przez próg i wreszcie zobaczyć z bliska wszystko to, co od wczoraj przyciągało jej uwagę. Teraz jednak przypomniała sobie, że Sycylia lubiła znać powód każdej decyzji, zwłaszcza jeśli dotyczyła ona czegoś, co wymagało odłożenia codziennych obowiązków.
— Chciałabym spędzić z tobą trochę czasu poza domem. Wczoraj ogród wydał mi się wyjątkowo piękny i pomyślałam, że dobrze byłoby zobaczyć go z bliska, szczególnie teraz, kiedy rośliny tak bujnie rosną — odpowiedziała, po czym w jej oczach pojawił się cieplejszy blask. — Zauważyłam też kilka kwiatów, które mogłyby dobrze wyglądać w bukiecie…
W miarę jak mówiła, Diane zaczęła odzyskiwać odrobinę śmiałości.
— Bukiet?
— Tak. Pomyślałam, że mogłabym zrobić coś dla ciebie i Celestyna, jeśli nie mielibyście nic przeciwko.
Na pysku Sycylii pojawił się cień uśmiechu, tak subtelny, że Diane niemal mogła pomyśleć, iż tylko jej się przywidziało.
— To bardzo miły pomysł, Diane. Doceniam, że chciałabyś zrobić coś własnymi łapami.
Sycylia na moment umilkła.
— Nigdy wcześniej tam nie byłaś?
Diane pokręciła głową.
— Nie, mamo.
— Więc wszystko, co tak cię zachwyciło, widziałaś tylko przez okno?
— Właśnie dlatego jestem taka ciekawa, jak ogród wygląda naprawdę. Z daleka kwiaty wydają się niemal jednolitą plamą barw, a chciałabym zobaczyć ich płatki, liście i wszystkie drobne szczegóły.
W jej głosie pojawiło się coś więcej niż zwykła ciekawość. Było w nim szczere zauroczenie, którego nie próbowała już ukrywać.
— Rozumiem więc, że bardzo zainteresowałaś się ogrodem.
— Od wczoraj trudno mi przestać o nim myśleć.
— I dlatego chciałaś wyjść od rana?
Diane poczuła lekki wstyd.
— Tak... chyba rzeczywiście. Przepraszam, mamo.
Sycylia westchnęła cicho, lecz w jej głosie nie było gniewu. Przeciwnie, kiedy odezwała się ponownie, jej ton stał się nieco łagodniejszy.
— Nie przepraszaj za samo zainteresowanie czymś pięknym. Cieszę się, że dostrzegasz urok natury i że budzi ona w tobie chęć tworzenia. Musisz jednak nauczyć się panować nad własnym entuzjazmem. To, że czegoś pragniesz, nie znaczy, że powinno wydarzyć się natychmiast.
Diane skinęła głową.
— Rozumiem. Najpierw powinnam pomyśleć o swoich obowiązkach.
— Właśnie tak. Obowiązki nie stają się mniej ważne tylko dlatego, że za oknem czeka coś ciekawszego.
Diane zerknęła mimowolnie w stronę okna.
— Widzę jednak, że bardzo chciałabyś tam pójść.
— Tak — przyznała Diane cicho. — Ale nie będę nalegać, jeśli uważasz, że to nie jest odpowiednia pora.
Sycylia uśmiechnęła się delikatnie.
— I dobrze, że przyszłaś zapytać.
Diane podniosła wzrok.
— Czy to oznacza, że mogę?
— Nie.
Nadzieja, która pojawiła się w oczach Diane, zgasła równie szybko.
— Nie chcę, żebyś odebrała moją odmowę jako karę. Nie zrobiłaś niczego złego. Ogród jest piękny, ale trzeba uważać na rośliny, błoto, owady, a przede wszystkim pamiętać o właściwym zachowaniu.
Diane słuchała w skupieniu.
— Rozumiem. Jeśli kiedyś pozwolisz mi wyjść, postaram się zachowywać tak, jak należy.
— Tego właśnie oczekuję.
— Będę chodzić spokojnie i uważać, gdzie stawiam łapy. Jeśli będę chciała coś obejrzeć albo dotknąć, najpierw zapytam.
Sycylia skinęła głową.
— I pamiętaj, że dobre maniery nie zostają za drzwiami. Nawet wśród kwiatów powinnaś mówić spokojnie, zwracać uwagę na innych i panować nad swoim podekscytowaniem.
— Postaram się, mamo.
Mimo odmowy wciąż czuła lekkie rozczarowanie, które zacisnęło się gdzieś pod jej sercem niczym cienka nić. Nie zamierzała jednak pozwolić, aby przesłoniło jej ono wdzięczność za samą rozmowę. W końcu ogród nadal znajdował się za oknem, a jego piękno nie zniknie tylko dlatego, że będzie musiała jeszcze trochę poczekać.
— Skoro tak, zajmę się tym, co powinnam, a później... — urwała na moment, po czym dodała z odrobiną nadziei: — może zapytam jeszcze tatę, czy zechciałby mi towarzyszyć.
Sycylia przyjrzała jej się przez chwilę, po czym skinęła głową.
— Możesz go zapytać. Jeśli Celestyn uzna, że to odpowiednia chwila, nie będę miała nic przeciwko.

Od Diane Elizabeth Montclair

Dzień od ostatniego opowiadania... 

Następnego ranka Diane obudziła się wcześniej, niż zamierzała.
Przez kilka długich uderzeń serca pozostawała nieruchoma, wtulona w miękkie posłanie, z przymkniętymi powiekami i uszami nastawionymi na najcichsze odgłosy dobiegające z innych pokoi. Domostwo pogrążone było jeszcze w porannym spokoju; gdzieś w oddali skrzypnęła drewniana deska, przez ścianę przemknął stłumiony szmer, a potem wszystko ponownie ucichło. Jedynym wyraźnym dźwiękiem był śpiew ptaka, który dochodził zza uchylonego okna i brzmiał tak lekko, jakby jego właściciel nie musiał martwić się niczym poza tym, by jak najpiękniej rozpocząć nowy dzień.
Diane otworzyła oczy.
Pierwszą rzeczą, o której pomyślała, był ogród.
Nie było to już tylko wspomnienie wczorajszego widoku, który tak długo przyciągał jej wzrok. Teraz ogród stał się niemal namacalną myślą, która zakorzeniła się gdzieś głęboko w jej umyśle i przez całą noc nie pozwalała jej o sobie zapomnieć. Wciąż pamiętała intensywny błękit nieba, złociste promienie przesączające się pomiędzy liśćmi oraz soczystą zieleń roślin, która wydawała się niemal nierzeczywista.
A przede wszystkim pamiętała, jak bardzo chciała znaleźć się pośród niej.
Podniosła się powoli i przeciągnęła, a następnie ruszyła w stronę parapetu. Chłodne, poranne powietrze natychmiast musnęło jej pysk, gdy tylko zbliżyła się do szczeliny między ramą a skrzydłem.
Ogród wyglądał inaczej niż poprzedniego dnia.
Nie dlatego, że rzeczywiście się zmienił, lecz dlatego, że poranne słońce nadawało mu zupełnie nowe oblicze. Trawa pokryta była rosą, której drobne krople lśniły w pierwszych promieniach niczym rozsypane po ziemi kryształki. Liście uginały się pod ich ciężarem, a niektóre kwiaty wciąż pozostawały częściowo zamknięte, jakby dopiero budziły się ze snu. Nad rabatami unosiła się delikatna mgiełka, która powoli rozpływała się wraz z każdym kolejnym promieniem słońca.
Diane przycisnęła nos do chłodnej powierzchni szyby.
Zapach ogrodu był subtelniejszy niż wczoraj, lecz właśnie przez to wydawał jej się jeszcze piękniejszy. Czuła wilgotną ziemię, trawę, liście i słodką woń kwiatów, która mieszała się z chłodem poranka.
— Dzisiaj — szepnęła.
Jej ogon poruszył się lekko.
— Dzisiaj na pewno wyjdziemy.

CDN.

Od Ćmiej Łapy do Jagnięcego Ukłonu

Przeszłość

Ćmia Łapa przygotowywała układy z ziół, kiedy do legowiska wkroczyła zadyszana Psotny Nietoperz z wiadomością:
– Rozżarzona Pieśń rodzi!
Jagnięcy Ukłon, Księżycowa Aldrowanda oraz Ćmia Łapa popędziły do żłobka, w którym zastały ciężko oddychającą rudą królową i dzieci niebieskiej karmicielki, Dymówkę i Ciskę.
– Psotny Nietoperzu, wyprowadź twoje pociechy na zewnątrz. Ćmia Łapo, nasącz mech miodem. Księżycowa Aldrowando, przynieś zioła dla rodzącej. – Wydała rozkazy Jagnięcy Ukłon, a kotki zabrały się do ich wykonywania. Aldrowanda szybko wzięła zawiniątko ze skalnej półki, a uczennica nasączyła mech w miodzie, który był dobrze schowany.
Niebieskooka podała liście malin i trybulę, krótkoogonowa dała jej mech z klejącym miodem, a Aldrowanda uspokajała rodzącą.
– AGHFFF! – wydusiła z siebie ruda.
– Dasz radę, Rozżarzona Pieśni. Już widzę pierwszego kociaka!
Na świecie pojawiła się mała czekoladowa kulka. Ćmiej Łapie przypominał on pewnego wojownika…
Od razu wzięła się za jego wylizywanie. To była kotka. Mała po chwili zaczęła piszczeć i lekko się wiercić.
– Brawo, Rozżarzona Pieśni, masz zdrowego kocurka! Tfu, koteczkę! – pocieszyła ją uczennica. Znowu się zakręciła…
Po chwili na świecie pojawiła się druga kulka, tym razem była ona w połowie ruda, w połowie biała.
Ćma bez wahania zaczęła ją wylizywać pod włos. Trochę dłużej to trwało niż przy jej lub jego siostrze, ale bez żadnych komplikacji kociak zaczął oddychać. Był to kocurek.
– Masz syna! – krzyknęła do rodzącej.
– Już prawie, Rozżarzona Pieśni, ostatnie kocie! – powiedziała Aldrowanda, uciskając jej brzuch.
Po chwili na świat przyszło ostatnie kociątko, było ono również podobne do pewnego wojownika Klanu Klifu… To była kotka.
– Urodziłaś śliczną córeczkę! – powiedziała w eter.
Karmicielka położyła głowę na podłożu legowiska z wycieńczenia. Kremowa wyjęła jej mech z pyska, a Jagnięcy Ukłon przyniosła kotce jej kociaki.
Ruda z rozczuleniem popatrzyła na swoje dzieciątka. Przybliżyła je łapą do siebie, a maluchy zaczęły ssać mleko.
– Idę zawiadomić Psotnego Nietoperza – oznajmiła Księżycowa Aldrowanda i wyszła ze żłobka.
– Dobrze się dziś spisałaś. – Uśmiechnęła się niebieskooka mentorka do swojej podopiecznej.
– Dziękuję, Jagnięcy Ukłonie. – Zawstydziła się lekko, a przynajmniej zrobiła taką minę.
– Tylko nie myl płci! – zaśmiała się, lekko dotykając nosem jej głowy.

<Jagnięcy Ukłonie?>
[333 słowa + asystowanie przy porodzie]

Od Wełnianki do Lipieńka

Jeśli była jedna rzecz, której Wełnianka szczerze nie cierpiała – poza byciem ignorowaną przez starszych, zmuszaną do pójścia spać zaraz po zachodzie słońca czy jedzenia tych paskudnych, smakujących mułem ryb, które jej mamusia zwała karpiami (fuj!) – to była to nuda. Okropna, nieprzerwana nuda. Jej koledzy z miotu Sennej Łzy opuścili chwilowo żłobek, aby rozprostować łapki na spacerze z mamą. Królowa zabrała wraz z nimi Milczka, którego rodzeństwo w tajemniczych okolicznościach zniknęło niedawno ze żłobka. Wełnianka nie tęskniła za nimi szczególnie, nie zdążyła wszak nawiązać z nimi zbyt silnej więzi – ale jednak w ich legowisku zrobiło się przez to znacznie ciszej i trochę samotniej…
Biało-ruda miała plan, aby zaprosić do zabawy Drzemlika i, być może, również jego siostrę, ale niestety i oni byli tym razem nieobecni. Zgodnie ze słowami piastuna zabrani zostali do medyków na wizytę kontrolną – czy coś takiego. W każdym razie koteczka nudziła się okropnie, leżąc na swoim mchowym łóżeczku i licząc zabawki zawieszone pod sufitem kociarni. Za każdym razem ich ilość była inna, co niesamowicie ją frustrowało – jak i frapowało. Przecież nie mogły się przemieszczać, a nigdy nie widziała, aby ktoś je zrzucał lub zawieszał nowe!
W pewnym momencie ta niesamowicie pasjonująca czynność została jej przerwana. Zastrzygła uszami, słysząc ciche szuranie dobiegające z ich kącika w kociarni. Uniosła łebek, szeroko otwierając duże, brązowe ślepka. Och, jej braciszek w końcu się obudził! Uśmiechnęła się pod nosem łobuzersko. Przykucnęła nisko na łapkach, przygotowując się do skoku i – hyc! – wybiła się z piaszczystego podłoża, lądując tuż na nim.
— Cześć, leniuchu! — miauknęła rozbawiona, gdy ten jeszcze dość skonfundowanym, ledwo obudzonym wzrokiem przyglądał się jej z nieskrywaną konsternacją. — Te, no… Jasne coś już dawno wzeszło, a ty się wciąż leniłeś!
— Masz na myśli słońce? — zapytał, po czym zgrabnie zrzucił siostrę z siebie, prędko wstając i otrzepując się z ziemi. — Ale ty jesteś dzikuską, wiesz? Nawet nie dasz mi spokojnie wstać…
Brat wystawił psotnie język w jej stronę, po czym dał jej lekkiego kuksańca. Ta odwdzięczyła mu się tym samym, po czym oboje zaczęli się śmiać.
— Wiesz co, Lipieńku — zaczęła po chwili, zatrzymując się na moment, aby w głowie poszukać odpowiedniego słowa (które jak na złość nie chciało do niej przyjść!). — Zastanawiałam się nad…
— Nad? — Przechylił łebek w bok, siadając i owijając ogon wokół łapek, wylizując przy okazji sterczące niezgrabnie po spaniu futerko.
— No wiesz… Ach, nie lubię tego, że brakuje mi… Słów, tak. — Spuściła łebek, wpatrując się przez chwilę w podłożę, sfrustrowana. — Pamiętasz historie, które opowiadał nam Złocisty Widlik?
— Pewnie, że tak — odparł od razu, chociaż bez wielkiego entuzjazmu. Wełnianka nie spodziewała się po bracie innej odpowiedzi. On zawsze lubił wchodzić piastunowi w słowo i dopytywać o powód, dla którego dana opowieść potoczyła się tak, a nie inaczej. Był widocznie zirytowany, gdy kremowy zrzucał wszystko na karb tradycji.
— No, więc… Tam była taka jedna, o pochodzeniu małych kotów. I o tym, co je przynosi.
— O ptakach?
— Właśnie, tak, dziękuję! Tego słowa mi brakowało… — westchnęła cicho, po czym kontynuowała, na nowo ożywiona dzięki pomocy burasa. — W każdym razie, zastanawiam się, jak to działa. Skoro wszyscy mamy inne kolory… A każdy kolor przynosi inny ptak… To czy każde z nas przyniósł ktoś inny? — Zdawała się tym pytaniem szczerze przejęta, jakby odpowiedź udzielona przez kocurka miała nieść za sobą jakieś wielkie konsekwencje.

< Lipieńku? >

Słonkowa Łapa została adoptowana!

Nowy właściciel: kruliik. [Discord]

Od Fiołka do Wężynowego Splotu

Wpatrywała się w legowisko medyków, zastanawiając się, czym obecnie zajmowała się Gąbczasta Perła. Konstrukcję ze splątanych pnączami tataraku i gałęzi sumaka tworzących zadaszenie zdobiły żółte jaskry. To nie było jedyne miejsce w obozie, gdzie rośliny kwitły, zachwycając swoimi żywymi kolorami i zapachami. Gdzie nie spojrzeć, widać było przeróżne kwiaty, a Fiołek mogła tylko zastanawiać się, jak pięknie wyglądała Kolorowa Łąka, o której opowiadali starsi i wojownicy.
Wiedziała, że niedługo ją zobaczy, wtedy kiedy zostanie mianowana na uczennicę. Żałowała tylko, że stanie się to pewnie, dopiero kiedy nadejdzie Pora Opadających Liści. Gdyby teraz stała się łapą, miałaby o wiele łatwiej. Widziała, ile zdobyczy wnosiły do obozu koty powracające z patroli myśliwskich. Zwierzyny zdecydowanie nie brakowało, co w połączeniu z przyjemną temperaturą sprawiało idealne warunki do szkolenia.
Zobaczyła kawałek dymnej sierści medyczki, a iskierki w jej oczach zamigotały z zadowolenia. Bardzo lubiła Gąbczastą Perłę, która często odwiedzała ją, Jasność i Senną Łzę w żłobku. Ruszyła w jej kierunku, po chwili jednak zobaczyła, że ta kierowała     się do wyjścia z obozu, a chwilę później już jej nie było. Pewnie poszła zbierać zioła. Fiołek skrzywiła się z rozczarowaniem. Nie zdążyła zagadać do kotki.
Rozejrzała się więc po obozie, ponieważ poczuła to dziwne uczucie, które zawsze towarzyszyło jej, kiedy była zbyt długo sama. Coś jakby kłuło ją w klatce piersiowej, coś nie dawało spokoju, jakiś niepokój nie pozwalał jej usiedzieć w miejscu. Ledwo się powstrzymywała przed głośnym zamiauczeniem na cały obóz, aby ściągnąć na siebie uwagę innych.
Podeszła do grupki wojowników, rozmawiających w cieniu sumaka tworzącego legowisko Mandarynkowej Gwiazdy. Wśród nich był Błękitna Laguna, jego czarna gwiazdka na łapie, którą pokazywał coś swoim rozmówcom i krwistoczerwony znak lotosu na czole od razu rzuciły się koteczce w oczy.
— Ty, Zmierzchająca Falo, poprowadzisz patrol na wybrzeże niedaleko Bursztynowej Wyspy. Słyszałem, że ostatnio pływa tam dużo ryb, więc na pewno coś znajdziecie. — Te słowa doleciały do uszu Fiołka, kiedy podeszła bliżej i niezbyt dyskretnie usiadła między wojownikami, kiwając z powagą głową, jakby zastępca mówił do niej.
Dymny przytaknął i już chciał odejść, aby poszukać sobie chętnych do polowania, ale spojrzenie jego pomarańczowych oczu spotkało się ze wzrokiem koteczki.
— Ehm… Potrzebujesz czegoś, Fiołko? — zapytał życzliwie i opiekuńczo, co ściągnęło na szylkretkę uwagę reszty wojowników.
— Idę z wami na patrol! — oświadczyła zdecydowanym głosem i wstała, dumnie podnosząc ogon do góry.
Na chwilę zapadła niezręczna cisza, a Zmierzchająca Fala przestąpił z łapy na łapę, jakby niepewny co odpowiedzieć, aby jej nie urazić.
— Kociaki nie mogą chodzić na patrole. — Kropiatkowa Skórka włączyła się do rozmowy, spokojnie patrząc na nią swoimi ładnymi oczami. — Nie martw się, już niedługo zostaniesz uczennicą. A potem wojowniczką.
— Ale ja chcę teraz! — zawołała zezłoszczona.
Machnęła wściekle ogonem, a futro na jej grzbiecie się nastroszyło. Błękitna Laguna coś jeszcze powiedział tonem pełnym pogardy i krytyki do jej zachowania, jednak Fiołek już nie chciała tego słuchać. Ostentacyjnie tupiąc, skierowała się na środek obozu.
Nagle złość minęła, kiedy w jej głowie powoli zakiełkował plan. Już nie chciała iść na patrol. Teraz miała lepszy pomysł. Odczekała chwilę, aż wojownicy wrócą do swoich spraw i kiedy nikt na nią nie patrzył, powoli podeszła do źródełka. Pochyliła głowę i napiła się, chociaż wcale nie była spragniona. Rozejrzała się po obozie ostatni raz. Najbliżej stała Wężynowy Splot, która wylizywała swoje długie, szylkretowe futro i nie zwracała uwagi na koteczkę.
Nagle Fiołek przechyliła się i z głośnym piskiem na całą wyspę wpadła do źródełka. Planowała później powiedzieć klanowi, że ktoś ją wepchnął. Cała zanurzyła się pod powierzchnią wody, jej tylna łapka dotknęła dna. Spróbowała się odepchnąć, jednak jej pazurki ześlizgnęły się po kamykach i boleśnie wykręciły. Zawyła z bólu, tym samym nabierając wody do pyska. Poczuła kłucie w płucach. Potrzebowała powietrza! Zaczęła szybciej machać kończynami. Nie umiała jeszcze pływać! Co ona sobie wyobrażała?!
Na chwilę udało jej się wynurzyć pysk i głośno charcząc, wypluła wodę, a następnie zdążyła nabrać odrobinę powietrza, zanim znowu się zanurzyła.
Dlaczego była taka głupia?! Nie mogła pokazać się z gorszej strony! Teraz nikt jej nie będzie traktował poważnie, no bo co za Nocniak topił się w źródełku do picia?! I to wszystko tylko dlatego, że Błękitna Laguna nie chciał jej wziąć na patrol. No teraz to na pewno nie weźmie! Płuca bolały ją coraz bardziej, rozpaczliwie machała łapkami, czekając na ratunek.

<Wężynowy Splocie?>

Od Diane Elizabeth Montclair

Wzrok Diane powędrował ku lekko uchylonemu oknu, przez które do wnętrza domostwa sączył się ciepły, letni blask, a wraz z nim wpadały ledwie wyczuwalne powiewy powietrza, niosące na sobie zapach mokrej ziemi, młodych liści oraz kwiatów rozkwitających w ogrodzie. Za szybą rozciągał się jej ulubiony widok — ten, który potrafił uciszyć nawet najbardziej niespokojne myśli i sprawić, że choć na krótką chwilę zapominała o wszystkim, co ograniczało ją do czterech ścian. Ogród lśnił w słońcu niczym ukryty skarb, którego piękno zmieniało się z każdym mijającym dniem, a każda kępa trawy, każdy krzew i każdy delikatny kwiat zdawały się mieć własną, cichą opowieść.Niebo rozciągało się wysoko ponad dachami, bez jednej choćby chmurki, która mogłaby przesłonić jego głęboką, niemal nieprawdopodobną błękitność; było tak intensywne, że Diane przez moment poczuła, jakby samo spojrzenie w jego stronę miało moc wywabienia z niej wszystkich trosk. Słońce zawisło wysoko, rzucając na ziemię jasne plamy światła, pomiędzy którymi tańczyły cienie poruszających się na wietrze gałęzi. Roślinność również zdawała się bujniejsza niż zaledwie kilka księżyców temu — soczyste liście rozpościerały się szeroko ku niebu, młode pędy uginały się pod ciężarem świeżych kwiatów, a źdźbła traw kołysały się leniwie, jakby cała ziemia oddychała w spokojnym rytmie lata.
Diane przyglądała się temu wszystkiemu z niemal dziecięcym zachwytem, czując, jak tęsknota za wyjściem na zewnątrz narasta w niej z każdym kolejnym oddechem. Pragnęła poczuć pod łapami miękką, nagrzaną słońcem ziemię, zanurzyć nos wśród pachnących roślin i pozwolić, by lekki wiatr zmierzwił jej kremowe futro, a przede wszystkim chciała choć na chwilę znaleźć się pośród tej zieleni, która wydawała się tak bliska, a jednocześnie pozostawała poza jej zasięgiem.
Nie oznaczało to jednak, że jej domostwo było szpetne lub pozbawione własnego uroku.
Wręcz przeciwnie — ciepłe promienie słońca wpadały do środka szeroką, złocistą smugą, przesuwając się powoli po drewnianej podłodze i rozświetlając drobinki kurzu, które wirowały w powietrzu niczym maleńkie iskry. Jasność osiadała na meblach, ścianach i miękkich przedmiotach pozostawionych w pobliżu okna, nadając wszystkiemu delikatny, niemal baśniowy blask, przez który zwyczajne wnętrze nabierało niezwykłego charakteru. W powietrzu mieszały się znajome zapachy domu z wonią ogrodu, a Diane miała wrażenie, że granica pomiędzy bezpiecznym schronieniem a światem natury zaczyna powoli zanikać.
Ten widok obudził w niej coś, co znała doskonale.
Potrzebę tworzenia.
W jej wyobraźni niemal natychmiast pojawiły się obrazy barw i kształtów, splatające się ze sobą tak szybko, że z trudem nadążała za własnymi myślami. Widziała już bukiet, który mogłaby ułożyć z kwiatów rosnących w ogrodzie — złocistych, kremowych i jasnych niczym promienie słońca przedzierające się przez liście — a każdy z nich dobrałaby z największą starannością, tak aby nawet najmniejszy płatek współgrał z pozostałymi. Mogłaby związać łodygi cienką trawą albo ozdobną wstążką, jeśli tylko udałoby jej się taką znaleźć, a potem z dumą podarować gotowe dzieło Celestynowi i Sycylii.
Już teraz wyobrażała sobie ich miny.
Widziała, jak ich oczy rozszerzają się z zachwytu, jak na pyskach pojawiają się uśmiechy, a w spojrzeniach rozkwita szczere uznanie, które dla Diane znaczyło znacznie więcej niż jakiekolwiek słowa. Chciała sprawić im radość, pozostawić w ich łapach coś stworzonego własnymi siłami i jednocześnie przekazać im to, czego sama nie zawsze potrafiła powiedzieć.
Och, jak cudownie byłoby wyjść na zewnątrz całą rodziną.
Ta myśl sprawiła, że w piersi Diane pojawiło się przyjemne, lecz zarazem bolesne ciepło. Wyobraziła sobie ich wszystkich razem pośród ogrodu, spacerujących pomiędzy roślinami, zatrzymujących się przy najpiękniejszych kwiatach i rozmawiających o rzeczach, które w czterech ścianach domu wydawały się odległe.
Cały świat zdawał się po prostu wołać Diane.
Zapraszał ją do siebie każdym poruszeniem liścia, każdym zapachem niesionym przez wiatr i każdym promieniem światła, który padał na ziemię tuż za oknem. Natura była tak blisko, niemal na wyciągnięcie łapy, a mimo to kotka mogła jedynie patrzeć, czując, jak pragnienie znalezienia się pośród zieleni staje się coraz silniejsze.
Wysoko ponad ogrodem rozbrzmiewały ptasie trele, zlewające się w jedną, wielobarwną melodię, której nie sposób było przypisać żadnemu pojedynczemu głosowi. Gdzieś pośród liści brzęczały owady, pracowicie krążąc pomiędzy kwiatami, a delikatne podmuchy wiatru poruszały roślinnością, wywołując szelest przypominający cichy szept. Powietrze drżało od ciepła, nasycone zapachem lata, świeżej zieleni i rozgrzanej ziemi, a promienie słońca przesuwały się po ogrodzie niczym płynne złoto.
Przez chwilę pozostawała więc nieruchoma, zapatrzona w ogród, pozwalając, by ciepło słońca ogrzewało jej futro.
I po raz pierwszy pomyślała, że może nadeszła w końcu ta pora. Że może powinna nareszcie poznać ten czarodziejski ogród. Że może gdyby spróbowała, udałoby się jej namówić rodziców na to, by ją tam zabrali…