BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy i Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

13 maja 2026

Od Fląderki CD. Trzcinowego Szmeru

Fląderka wraz ze swoim bratem, Rezedową Łapą, zniknęła pomiędzy sumakami, które otaczały ze wszystkich stron kociarnię. Złocisty Widlik pomógł im w oprawieniu zwierzyny. Rudy Kocur zaniósł kawał mięsa partnerce Błękitnej Laguny i młodemu księciu, natomiast przed łapami Fląderki spoczęły piórka oraz części, które przydałyby się medykom. Zgodnie z tym, co powiedziała im wcześniej bura szylkretka, kotka przeniosła w wyznaczone miejsce pióra, a resztę rzeczy zabrała ze sobą do lecznicy. Gdy wystawiła łebek z kociarni, spostrzegła leżącą nadal na trawie wojowniczkę. Z powodu pakunku trzymanym w pysku, nie odezwała się do niej. Przeszła tuż za nią i zajrzała do legowiska medyków. Nim jednak zniknęła w jego wnętrzu, spostrzegła, jak jej brat udaje się do legowiska starzyzny z kawałkiem zdobyczy.
Różana Woń odebrała od odrzutka pakunek, w który piastun zawinął przydatne ptasie części. Fląderka przyglądała się im, zastanawiając się, do czego użyją je czarne kocice oraz książę. Skinieniem głowy główna medyczka podziękowała za przyniesione rzeczy i dała znać, że Fląderka może odejść.
Trzcinowy Szmer przez ten czas nie ruszyła się z miejsca. Fląderka powoli zbliżyła się do mentorki swojego brata, korzystając z faktu, że ten nie znajduje się obok niej.
– Pani Trzcinowy Szmerze... – zaczęła cicho, zwracając uwagę buraski. – Chciałam p-podziękować za to, że zabrała mnie pani na trening brata. Cieszę się, że mogłam być przydatna i pomóc w przyniesieniu zdobyczy do obozu.
– Nie często masz możliwość udania się nad rzekę, prawda? – Fląderka jej przytaknęła. Odkąd Centuriowa Łapa odeszła, mało który kot chciał ją zabrać nad rzekę, w obawie, że swoją obecnością przyciągnie drapieżniki. – Nawet komuś takiemu jak ty przyda się czasem wyjść poza obóz, aby rozprostować łapy i oczyścić umysł. A nawet pobrodzić na płyciźnie, w szczególności w upalny dzień. – Przeciągnęła się. – Co sądzisz o reszcie terenów Klanu Nocy?
– S-są piękne... – odparła krótko. Mimo to na jej pyszczku zagościł uśmiech, gdy pomyślała o terenach przez, które dzisiejszego dnia przeszli. Pogoda również im dopisała. – G-Gdyby mogła, zamieszkałaby na stałe przy Zrujnowanym Moście… Pani Trzcinowy Szmerze! Cieszę się, że to Pani uczy mojego brata! – miauknęła nieco głośniej niż chciała. Jednak po raz pierwszy miała możliwość spędzenia tak dużo czasu z wojownikiem, który był tak dobrze wytrenowany. Nie licząc rodziny królewskiej. Cóż się jednak dziwić, podobno mentorką pani Trzciny była sama Mandarynkowa Gwiazda! – Jestem pewna, że dzięki Pani naukom zostanie dzielnym wojownikiem.
Spostrzegła, jak kąciki pyska burej kotki uniosły się ku górze.
– Cóż. Twój brat ma potencjał, aby zostać dzielnym wojownikiem, ale czeka go jeszcze długa droga i musi się bardziej przykładać do treningów.
Jeszcze chwilę rozmawiała z mentorką Rezedowej Łapy, po raz kolejny dziękując za zabranie jej poza obóz, by w końcu pożyczyć dobrej nocy wojownicze i skierować się do kociarni. Rezedowa Łapa uniemożliwił jednak siostrze udania się na spoczynek; kocur pokonał dzielącą odległości między starzyzną, a kociarnią i zagrodził jej wejście. Łebkiem skinął w kierunku krańca obozu, będącego idealnym miejscem, aby pogadać na osobności, bez zbędnych gapiów. Fląderka posłusznie udała się za bratem, wiedząc, że ten na pewno wyrazi swoje niezadowolenie w związku z tym, że towarzyszyła mu na jego treningu.
– I przyniosłaś pecha – prychnął kocur, tuż po tym, jak smagnął swym ogonem w policzek kotki. Musiał być zły, że pomimo powrotu do obozu ze zdobyczami Trzcinowy Szmer była nim zawiedziona. W dodatku nie oznajmiła tego na boku, gdy byli sami, tylko przy Fląderce. Kotka była w stanie zrozumieć, dlaczego brązowooki był wściekły. Został upokorzony w towarzystwie odrzutka. Dziwnie było obserwować brata w trakcie ćwiczeń. Kocur często przechwalał się tym, jak dobrze idzie mu na treningach, gdy prawda była całkowicie inna. – Następnym razem, gdy Trzcinowy Szmer zaprosi cię na mój trening, błagam, wymyśl na poczekaniu jakąś wymówkę i nie idź z nami w teren. – Mlasnął językiem. – I mam nadzieję, że przed chwilą nie poprosiłaś jej, aby cię trenowała! To moja mentorka. Jeszcze czego, odrzutku!
– N-nie!… po prostu jej podziękowałam… – Dotknęła łapką policzka, w którą została uderzona końcówką ogona przez brata. – za to, że cię uczy... Trzcinowy Szmer to dobra i mądra kotka. Nie mogłeś trafić na lepszego nauczyciela, Rezedowa Łapo.

~ ~ ~ timeskip do ostatnich, aktualnych wydarzeń z udziałem borsuków ~ ~ ~

Fląderka próbowała przeanalizować ostatnie wydarzenia, które miały miejsce w klanie. Czy można było im jakoś zapobiec? Czekokotka spoglądała zmartwioną na Korzonek, której kolejny raz nie tyle co zmieniło rangę, ale i imię. Mysiomózga Łapa. Kotka zachowała się nieodpowiedzialnie, zabierając ze sobą szczenię dwójce borsuków, które musiało być jego rodzicami. Czy jej nieodpowiedzialne zachowanie było objawem jakiejś choroby, a może i klątwy?
– Mysiomózga Łapo... dobrze się czujesz? – spytała zmartwiona stanem kotki. Niestety siostra Słodkiej Łapy jej nie odpowiedziała. Wyglądała na smutną, być może dlatego, że przyczyniła się do śmierci dwójki kotów. Może trapiło ja również coś innego? Zwinęła się w kłębek i odwróciła głowę w kierunku ściany.
"Muszę porozmawiać ze Słodką Łapą o stanie Mysiomózgiej Łapy".
Jak pomyślała, tak też zrobiła. Starała się odnaleźć Słodką Łapę w obozie, jednak, jak się dowiedziała od Rosiczkowej Kropli, kotka udała się na trening. Podziękowała i oddaliła się, pamiętając, aby po powrocie kocicy z treningu porozmawiać z nią o jej siostrze. Nie chciała, aby kotka cierpiała z powodu choroby, na którą być może zdążyła zapaść. Trzeba było jej pomóc ograniczyć jej postęp. Jednak... Czy to znaczyło, że Flądrze również nie pozostało zbyt wiele czasu? I ona również zrobi coś głupiego, jak Korzonek i od tego momentu będzie z nią tylko gorzej?
Podczas nagłego wycofywania uderzyła tyłem w czyjś bok. Przestraszona wlepiła spojrzenie w burą kotkę, która, zdając sobie sprawę, że tym, kto wpadł na nią, była Fląderka, odpuściła sobie wyzwiska.
– Pani Trzcinowy Szmerze! Najmocniej Panią przepraszam... – Ile razy w ciągu swojego życia zderzyła się z mentorką swojego brata? Straciła rachubę. – Och... och... – miauknęła zdając sobie sprawę, że w miejscu, w którym się zderzyła z kocicą znajduje się rzep. Przeniosła spojrzenie na swój ogon, jak i okolicę grzbietu, na którym znajdowały się w różnej odległości od siebie powbijane osty.
Skąd one się wzięły?! Czyżby książę Rogata Łapa zrobił jej psikusa? Rozmawiała z nim, nim udała się zbadać stan drugiej czekoladowej mieszkanki Klanu Nocy. Chyba, że zebrała je po prostu po drodze, gdy sunęła ogonem po ziemi. Tak, na pewno tak było! Nieudolnie próbowała powyciągać osty powbijane w futerko.

<Trzcino? >

Od Truskawkowego Pola CD. Wzorzystej Dali

Rozbawienie rozlało się po jej ciele, kiedy ujrzała zmieszany pyszczek Wzorzystej Dali. Panika, która niemal odebrała jej śline i zacisnęła pazury na gardle, dodała jej samej nieco animuszu i pewności siebie. Wąsy jej zadrgały, a na mordkę wpłynął pobłażliwy uśmieszek. 
— Oh, moja droga, a po co ty od razu z tymi grzecznościami, co? — zapytała, a jej ogon od razu odnalazł grzbiet niebieskookiej. Pogłaskała ją kilka razy, a następnie, kiedy nie dostała odpowiedzi wystarczająco prędko, ponagliła: — No? 
— To chyba tak teraz wypada, Truskawkowe Pole… — mruknęła, wciąż bardzo niepewna tego, z kim tak naprawdę ma doczynienia. 
— Oj, znowu, że niby wypada. — Machnęła łapą, przymykając ślepia. — No przestań już, bo jak tak dalej pójdzie, to cie wymienie na kogoś, kto ma więcej luzu od ciebie — zażartowała, chociaż dobrze wiedziała, co faktycznie miała na celu wywołać używając uwagi tego typu. 
— No nie wiem... Wszyscy będą się do ciebie zwracać z szacunkiem, a ja? — Przekrzywiła łebek. 
— Uwierz, że zanim ktokolwiek zacznie mi bić jakieś pokłony czy całować łapki, to jeszcze dużo czasu minie. Ba! Ja mogę nawet tego nie dożyć. — Tu akurat była szczera i z młodszą koleżanką, i z samą sobą. Wiedziała, że na pewno w Klanie Klifu ma teraz więcej przeciwników niż zanim została zastępczynią. Wiedziała, że było w szeregach wiele innych kotów, które były lepiej przygotowane do pełnienia tej posady. No ale oni nie mieli jej uroku osobistego i umiejętności interpersonalnych, dzięki którym owinęła sobie wokół łapki nowego lidera, zanim ten jeszcze w ogóle miał jakiekolwiek możliwości wspięcia się na tron. Nie zdawała sobie nawet sprawy z tego, że tak naprawdę fakt, że została wyróżniona, miał swoje źródło w takim samym toku myślenia, do którego doszedł Lśniąca Gwiazda. Stety lub niestety, ale miał on rację; Truskawka nie miałaby jakiegokolwiek celu w sprzeciwianiu się mu. Może i nie należała do najbardziej błyskotliwych kotów, ale była na tyle kumata, że zdawała sobie sprawę z tego, że prócz rudego kocura, swojego brata i może właśnie Wzorzystej Dali, która była zwyczajnie zbyt w nią wpatrzona, nie miała praktycznie nikogo, kto by się za nią wstawił w złej chwili. Była całkowicie zdana na innych. Zwłaszcza na przywódce. Nie mogła sobie pozwolić na samowolkę czy robienie czegoś, co chociaż było zgodne z jej poglądami i osądami, mogłoby nie spodobać się Lśniącej Gwieździe. On nie był jej bratem. On nie był gotowy wskoczyć za nią w nieznane tylko po to, aby nie wpadła pod potwora dwunożnych lub nie skończyła jako pokarm dla lisów. On nie był czymś pewnym. 
— Na pewno dostrzegą, że jesteś świetna! — wtargnęła Wzorek. — W końcu Mirto- Lśniąca Gwiazda miał jakiś konkretny powód, że cię wybrał, prawda? Na pewno bardzo ci ufa, a to najważniejsze. Wystarczy, że będziesz odpowiedzialnie wykonywać swoje obowiązki i... — zacięła się. Słowa wypowiadała prędko, nieco niezgrabnie, jakby bała się, że Truskawce zaraz wszystko się odwidzi i znienawidzi ją za te braki w elokwencji, na które przecież sama przed sekundą jej pozwoliła ze szczerym sercem. 
— To, to ja wiem. Ale wiesz, jest to, o czym my dwie akurat wiemy obie bardzo dobrze, co nie? — Wpatrywała się w niebieskie oczka wymownie, jakby czekała, aż młodsza odczyta jej myśli. 
— O-o czym?
— Jesteśmy przybłędy. I ty, i ja, i też wielu innych, z którymi dzielimy legowisko, a na których "prawowite" Klifiaki, a przy tym też taka Jaskółka, zawsze patrzyły z góry. Wiesz, co to znaczy, że ktoś taki jak ja został tak wyróżniony? — Zrobiła dramatyczną pauzę i mówiła dalej, nachylając się nieco w dół, aby dodać swoim słowom tajemniczości. — To znaczy, że wstępujemy na wygraną pozycję, moja droga…
W sumie nawet nie wiedziała, jaki sens miała cała ta rozmowa. Nie było jej w Klanie Klifu źle, a na pewno nie z powodu jej połowicznie Owocowego pochodzenia. Wiadomo, widziała, jak patrzy na nią taka Oszroniony Kieł, ale z drugiej strony ona na większość kotów patrzyła w taki nieprzyjemny sposób, a dodatkowo była niesamowicie szpetna, więc Truskawka czuła względem niej nieco… zrozumienia; też byłaby taka na wszystko wściekła, gdyby miała taki paskudny pysk. Z drugiej strony znała, głównie od Jagniecego Ukłony, historie o bardzo nieprzyjemnym traktowaniu, którego była ofiarą. Nie żeby jakoś szczególnie obchodziło ją to w teorii, ale lubiła medyczkę i wiedziała, że jeśli istniał na tych terenach kot, który nie zasłużył na złe słowa, to była nim właśnie kremowa staruszka. Obce korzenie były jedną z niewielu rzeczy, które łączyły obie szylkretki, a więc może okażą się dobrym punktem zaczepienia. Zwłaszcza teraz po awansie Truskawki, kiedy Wzorek najwidoczniej zaczęła zastanawiać się, czy owa znajomość dalej ma taki sam sen co wcześniej.

<Wzorzystaaaa?>

Od Borowika CD. Puchacza

Usłyszałem piskliwy głosik kociaka. Przywarłem do ziemi, wciąż z wiewiórą w pysku. Lubię jeść wiewióry. Chociaż ich futerko zawsze zostaje mi w buzi i muszę je wypluwać cały dzień.
— Hm… Nyapfyafde pfyfyyfaf… mnfe…? — spytałem, śmiertelnie poważnie.
— Co??? — kociak rozszerzył oczka i przechylił główkę na bok w głębokiej konsternacji. — Co ty mówisz??!
Wyplułem wiewiórę na ziemie. Fuj. Futerko na języczku.
— Pytam — splunąłem futrem na ziemię. — Czy naprawdę mnie wyzywasz. Jesteś malutki. Możesz zginąć, rzucając wyzwanie mnie, Borowikowi, dojrzałemu, średniozaawansowanemu uczniowi zwiado… — nie zdążyłem dokończyć. Puchacz całkowicie znienacka skoczył na mnie.
Odruchowo zrobiłem przewrót w bok, przez co kociak spudłował. Spadł na ziemię lekko niezgrabnie, ale nie stracił równowagi. Zamachał nerwowo grubym ogonkiem.
— Walcz! A nie gadasz! — wykrzyknął, uśmiechając się. Celem tego uśmiechu miało być najprawdopodobniej rzucenie mi wyzwania i prowokacja, ale z racji tego, że Puchacz to uroczy kociak, to tylko poczułem zalewającą mój mózg słodycz.
— Hm… Wiesz, chyba nie mam dziś ochoty…
Podszedłem do mojej wiewióry i wziąłem ją do pyska.
— Itfak nye jeftef nafet ma moim pfofomie…
— Co?! No weź! — Puchacz wyglądał na wyraźnie zawiedzionego i podreptał za mną. — Tylko chwilkę! Nie bądź taki, Borowiku! Ale z ciebie zrzęda i nie umiesz się bawić i nie… — odwróciłem się do niego, zamachnąłem głową i cisnąłem w kociaka wiewiórą. Gdy mały był jeszcze oszołomiony, położyłem się na nim, przygniatając go do ziemi przednimi łapkami i głową.
— Wygrałem. Fajna walka w sumie — mruknąłem.
— BOROWIKU! — pisnął, szamoczący się kociak. — To nie fair!!! Tak nie wygląda walka!!! Puść mnieee! Połamiesz mi kręgosłup!
— Hm. Kręgosłup? Ja tu nic takiego nie widzę… Jesteś za mały na kręgosłup. Musisz jeszcze trochę podrosnąć.
— Wcale… że… nie! Nic nie wiesz o kręgosłupach! — piszczał dalej.
Mały dalej się wiercił i próbował uwolnić.
— Ugh… — zdjąłem łapki z Puchacza i odczołgałem się tyłem od niego, dając mu przestrzeń.
Nie umiałem zbyt długo cieszyć się taką wygraną. Zdecydowanie wolałem kociaki uśmiechnięte. A nie zdenerwowane. Nie chce mi się pojedynkować. Ale nigdy nie potrafię im odmówić…
Kociak otrzepał swoje futerko nerwowo.
— Niech ci będzie… To jak według ciebie wygląda pojedynek, hm?
Pomarańczowe oczy Puchacza zabłysły niebezpiecznie.

<Puchaczu?>

Od Borowika CD. Wrony

— Uh… No… no dobra… Opowieść…
Trochę się wkopałem. Opowieść. Oczywiście, mój trening był jednym wielkim ciągiem niefortunnych zdarzeń i dramatycznych przygód, na pewno by się coś znalazło wartego opowiedzenia… tylko teraz nie mogłem sobie niczego przypomnieć. Nie mogę też powiedzieć, że moje umiejętności gawędziarskie są specjalnie wybitne… bo nie są. Za to ostatnio zdałem sobie sprawę z tego, jak uwielbiam kociaki. A konkretniej uśmiechnięte kociaki. I zrobię wszystko, żeby takie były jak najczęściej. To mój kolejny życiowy cel. Poza zostaniem dyktatorem wszechświata.
— Hmm… No dobra. Mam coś — usiadłem na ziemi i potrząsnąłem głową na boki. Wrona ułożyła się przede mną i patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, czekając na moją epicką historię. — Pewnego razu… uh… podczas jednego z treningów, ćwiczyłem kamuflaż. Byłem już w tym całkiem… prawie… niezły. Choć mistrzem bym siebie nie nazwał… aczkolwiek nie mogę też powiedzieć, że byłem beznadziejny czy nawet średni… uh…
Troszkę się zagubiłem, próbując oszacować mój ówczesny poziom. Ale Wrona nie zwróciła uwagi, obserwowała mnie z wyczekiwaniem.
— I co? I co się stało??
Zmarszczyłem brwi.
— No… Zaczęło się jak… zwykły trening, Kurka kazał mi sam sobie wymyślić kamuflaż, a potem się schować, on miał szukać. Ale… pech chciał, że… nie do końca rozróżniam kolor gliny od koloru błota. Może dlatego, że mają ten sam kolor w pewnych okolicznościach. No i… w skrócie… wlazłem do gliny. Wlazłem na drzewo. Glina zaschła. I się przykleiłem. I… nie mogłem zleźć. Koniec.
Wrona otworzyła szeroko oczka w prawdziwym przerażeniu, które jednak szybko udało jej się opanować.
— O jejku! I… I jak w końcu zszedłeś?? Kurka… ściągnął cię?
— No… w sumie, to nie zszedłem. Kurka miał szukać, więc szukał, ale tylko Wszechmatka wie gdzie. Nie znalazł mnie na tym drzewie, bo mimo wszystko… kamuflaż był dość dobry. Pod wieczór spadł deszcz. Glina się rozpuściła. I ześlizgnąłem się po pniu w dół. No i… no, mentor mnie znalazł wtedy. I przegrałem. Nie mam na to… dowodów, ale jestem pewien, że obserwował mnie od dłuższego czasu i specjalnie czekał, aż sam zejdę…
— To naprawdę straszne, Borowiku… — mruknęła cicho.
— No… Dlatego dam ci taką radę. Jak coś pachnie jak glina i ma konsystencję jak glina…najprawdopodobniej jest to glina. I lepiej w nią nie włazić.
— Ohhh… Tak bym chciała już być duża! I mieć mianowanie i też takie przygody! No… może nie konkretnie takie, ale… przygody! Będę najlepsza na całym świecie!
— Hmm… — mruknąłem.
Nie uśmiechnąłem się. Ale… było blisko. Zawsze, gdy jestem przy kociakach, czuję, że moje serce staje się co najmniej o dwie trzecie większe. Mam nadzieję, że to tylko złudzenie lub metafora, bo inaczej jest to sygnał poważnych problemów zdrowotnych…
— Na pewno będziesz. Musisz tylko ciężko pracować. Ja w ciebie nie wątpię, Wrono.

<Wrono?>

Od Kurczątka

Dni w żłobku potwornie dłużyły się Rudzikowemu Skrzydełku. Kurczątko o śmiesznym wyglądzie i jego siostrzyczka, Perłówka, będąca zabójczo podobna do swojej babci, leżeli właśnie koło niej, najwyraźniej budząc się z drzemki. Koteczka jednak, zamiast przebudzić się w prawidłowy sposób, rozciągnęła się tylko na futrze matki i mlasnęła kilkukrotnie. Rodzicielka spojrzała na kocurka, który był wyraźnie rozbudzony.
— Dzień dobry, maluchu... — miauknęła, nieco zmęczonym po kolejnej nieprzespanej nocy głosem.
Kociak spojrzał kotce w oczy, które wydawały się w takim samym odcieniu jak jego, jeśli nie ciemniejsze. Przechylił głowę, otworzył pyszczek, ale zaraz go zamknął. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Kocurek wciąż swym nieprzyjemnym spojrzeniem gapił się w Rudzika.
Kotka lekko zmrużyła oczy na niezbyt przychylne spojrzenie syna i westchnęła, myjąc mu futerko na czubku głowy. Próbował wyrwać się z objęć Rudzika, wyraźnie pokazując, że nie podobał mu się szorstki język matki.
— Nie jesteś niemową, prawda? — zmrużyła oczy. — No dawaj, i bez tego jesteś wystarczającą ofiarą losu — mruknęła cicho, ale spokojnym tonem głosu.
Kociak, wyraźnie zaniepokojony słowami rodzicielki, cofnął się. Niestety zahaczył o śpiącą Perłówkę i się przewrócił na plecy. Przez swoją lekką wagę kotka tylko go popchnęła z powrotem do ich matki. Niepewnie uciekał przed gromiącym go wzrokiem Rudzikowego Skrzydełka, jakby faktycznie coś nabroił. Zawstydzony Kurczątko szurał jedną łapką, tworząc kółeczka w posłaniu.
Matka, widząc reakcję malucha, westchnęła tylko.
— Wolałabym już być wojowniczką — mruknęła cicho, a następnie spojrzała na kociaka z czymś na wzór troski. — No już, nie bój się. Kurczątko, kochanie. Powiesz dla mnie mama? — uśmiechnęła się łagodnie, ale jej wzrok wyglądał na dosyć zmęczony.
Kociak spojrzał na Rudzika, po czym na jej usta. Wypowiadała sylaby, słowa, całe zdania. Miał powtórzyć, tylko powiedzieć zwykłe "mama". Wziął głęboki wdech i wydech, jakby przygotowywał się na starcie z przeciwnikiem. Otworzył pyszczek, wypowiadając słowa... nie, to nie było "mama", to była chrypka. Skrzydełko westchnęła i uśmiechnęła się lekko.
— No, dobrze, masz jeszcze czas... — mruknęła kocica.
Kurczątko zaczął intensywnie kaszleć. Może było mu sucho w gardle? Lub struny głosowe jeszcze nie chciały z nim współpracować. Fakt, miał już księżyc, ale nie wydawał się bardzo gadatliwy jak reszta, na przykład weźmy ancymonka Bursztyna. Syn Pożarowej Łapy miał na swoim koncie już kilka przypałów i wciąż z nimi siedział w żłobku. Na szczęście Kurczątko niezbyt się nim interesował.
— Hej, maluchu, chyba nie jesteś chory co? — mruknęła, opatulając kociaka odrobinę bardziej. — Nie chcę zabierać cię do medyka. Może powinnam? Czy to źle, że nie mówisz? — mruknęła, najwyraźniej gadając sama do siebie. — Na pewno masz na to jeszcze czas... — miauknęła, lekko tuląc swój policzek do Kurczątka. — Wyglądasz bardziej głupio niż swoja mama — zaśmiała się łagodnie.
Kurczątko tylko skulił się w małą, czerwono-białą kuleczkę, policzkiem opierając się o ciepłe ciało rodzicielki. Zamknął oczy i zaczął się wiercić, próbując znaleźć najlepszą pozycję do spania. Najwyraźniej pytania kotki też zbył, jakby nie istniały.
— Hmm... No dobrze. Dobranoc, mały — miauknęła, uśmiechając się lekko.

12 maja 2026

Od Wrony CD. Borowika

Wrona popatrzyła na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą był żuk. Następnie zerknęła na Borowika i wymruczała:
— Dziękuję.
Uczeń się uśmiechnął i podniósł łapę.
— Nie ma za co!
Dymna popatrzyła na niego swoimi małymi oczkami.
— A jak to jest być uczniem zwiadowcy? — spytała.
— Bardzo dobrze. Kurka to dobry mentor. Lubię chodzić po drzewach, więc nie mam problemu z tym.
— Ja też bym chciała kiedyś spróbować! — pisnęła z ekscytacją kotka. — Byłabym prawie ptakiem!
— Ale nie próbuj z niego zeskakiwać… — mruknął Borowik.
— Oczywiście, że nie będę! — parsknęła zwisłoucha. — Wskoczę na ptaka i polecę!
— Cóż, ja nie wiem, czy to dobry pomysł… — rzekł uczeń z zakłopotaniem.
— Och, no dobrze, nie będę, ale możesz mnie czegoś nauczyć? Proszęęęę?
Borowik się zastanowił, w końcu udzielając odpowiedzi:
— No dobrze. Nauczę cię skradania blisko — mruknął, przybliżając brzuch do ziemi. — Rób to, co ja — rzekł, posuwając się do przodu. — Delikatnie stawiaj łapy do przodu. Uważaj też na kruche gałązki czy suche liście. A kiedy jesteś blisko celu… Odbij się od podłoża i wysuń łapy! — powiedział, zaraz po tym to czyniąc. Zaatakował liścia przed sobą i nabił go na jeden z pazurów.
— Ale fajne! Ja też chcę! — mruknęła kotka i mocno wybiła się w powietrze. Co prawda nie aż tak jak Borowik, ale udało jej się złapać malutką gałązkę. — Jej! Udało mi się! — wykrzyknęła dymna i pobiegła do ucznia.
— To twoja pierwsza zdobycz! — zaśmiał się kocurek. — Czy teraz chciałabyś posłuchać jakichś opowieści?
— Tak! Opowiedz mi, proszę!

<Borowiku?>

Od Wrony CD. Puchacza

Wrona przechyliła łepek na to, co jej brat powiedział.
— Czy ty sugerujesz, że mamy udawać, że wyszliśmy poza obóz, upolowaliśmy zwierzynę i już umiemy się odnaleźć w lesie?
Puchacz chciał już ją przekonywać, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, ona odmiałknęła; 
— Ale ekstra!
Puchacz uśmiechnął się i poruszył ogonem.
— W takim razie ruszajmy! — rzekł i przypadł do pozycji skradania. Wrona przekręciła oczami i podreptała w kierunku stosu. Musieli być bardzo, ale to bardzo ostrożni.
— Zastępco Wrono? — zapytał kocurek, który zaczął się turlać po podłodze, niby tajniak. Zastępco? O co mu chodziło?
— O czym ty mówisz, Puchaczu?
— Ja jestem przecież szefem gangu, a ty, w takim razie, jako iż jesteś na razie jego jedynym członkiem, to jesteś zastępcą. Wracając, widzisz nasz cel? Musimy wziąć po jednej, nawet takiej małej zdobyczy…
Jeżeli Puchacz coś mówił, dymna nie usłyszała tego, ponieważ była zbyt skupiona na swoim celu, co sprawnie utrudniało jej skupienie się na tym, co ma do powiedzenia Puchacz. Musiała dobrze rozplanować akcję. Gondor – zapewne dla Rohan – wziął nornicę i odszedł do żłobka. Dookoła nikogo nie było.
— Teraz! — syknęła i wystrzeliła w powietrze.
— Hej! Ja mówię, kiedy ruszamy! — miauknął do kotki i pobiegł za nią.
Kociaki dotarły do stosu i wzięły pierwszą lepszą ryjówkę z niego, a następnie wróciły w szuwary.
— Udało się! — rzekł podekscytowany Puchacz.
— To, co teraz robimy, “ser Wielki Puchaczu”?

<Bracie?>

Od Puchacza do Figi

Po swoim ostatnim wybryku tata nie chciał już wychodzić z nim na dwór. Wronie chyba się nie oberwało. Nie wiedział, bo siostra aktualnie ucinała sobie drzemkę, a tata zrobił mu wielkie kazanie o tym, że śpiących kotów się nie budzi, szczególnie karmicielek, więc Rohan też odpadała. Obrażony na cały świat Puchacz kucał w wejściu do żłobka. Jeżąc futro, demonstrował swoje nieukontentowanie i obserwował co dzieje się na zewnątrz. Wtedy to zobaczył. Swoje wybawienie. Puchata czekoladowa kotka z białymi łapami i plamą w kształcie serca na piersi kroczyła dumnie przez obóz. Jej żywe, zielone oczy popatrzyły na niego i zastępczyni zaczęła zmierzać w jego stronę. Aż zaczął podskakiwać z radości. To mama! Mama! Ta super mama, która nie zabrania mu się bawić! W końcu kotka weszła do żłobka, zetknęła się nosami z partnerem i popatrzyła na swoje pociechy. Nie czekając ani chwili dłużej czekoladowy podbiegł do niej.
— Mamo! Mamo! Zabierz mnie na przygodę! Prooooooooooooszę!!!
Kotka popatrzyła na swoją śpiącą córkę, przeniosła wzrok z powrotem na syna i wzruszyła ramionami.
— Czemu nie? — pożegnała się z Topolą, po czym ponownie się do niego zwróciła. — To chodź, mały.
Oboje wyszli z kociarni. W sumie to Figa wyszła, a Puchacz za nią podskakiwał. Wreszcie nie będzie się nudzić!
— To co będziemy robić? Wespniemy się na drzewa? Pobijemy się z borsukiem? Pójdziemy na polowanie? Ocalimy Owocowy Las?

<Figo?>

Od Puchacza do Kurki

— Tato! Tato! Tato! No daj nam pójść dalej! No weź! — to właśnie słyszał teraz Topola. Czuł też pewnie szarpanie za futro na łapie. Spowodowane było to synem uczepionym jego kończyny i próbującym (niezbyt uprzejmie) przekonać go do zmiany zdania, dotyczącego zwiedzania obozu. Niestety nie przynosiło to żadnych efektów. Po chwili odpuścił. Odbiegł gdzieś indziej. To się już zaczynało robić nudne. Siostrę już atakował, tatę męczył, próbował swoich świetnych pomysłów na ucieczkę… Co tu jeszcze robić? Szybko porzucił te nudne rozmyślania, bo zauważył listek na ziemi. Najwyraźniej musiał tu spaść z drzewa pod wpływem wiatru. Zaczaił się na niego… i skoczył. Niestety listek, zamiast znaleźć się pod jego łapami, chwilę wcześniej poderwany podmuchem wiatru wirując, poleciał troszkę dalej. Zirytowany, ale zdeterminowany kocurek spróbował jeszcze raz. Znowu to samo. I jeszcze raz. W końcu złapał swoją zdobycz. Wbił w nią swoje małe, ostre jak szpileczki pazurki i zaczął memłać. Kiedy zbadał smak liścia i doszedł do wniosku, że myszy czy inne piszczki smakują dużo lepiej, porzucił go na ziemi i obrócił się za siebie. Tam zauważył, że był tuż za linią. Po chwili zobaczył również zmrużone oczy ojca uważnie go obserwujące. Niechętnie wrócił na odpowiednią stronę “granicy”. Po chwili znowu wykonał sus za linię. Topola nie spuszczał z niego wzroku. Jeszcze kilka razy skakał, to w jedną, to w drugą, aż czarno-biały postanowił dać sobie z nim spokój, rozproszony przez swoje drugie dziecko. Tyle wystarczyło. Po kolejnym skoku za linię Puchacz od razu puścił się pędem w inną część obozu. Udało mu się wyminąć kilka kotów i przebiec może ze trzy długości lisa, zanim nie wpadł na jakiegoś kocura. Poczuł nieprzyjemną wilgoć na futrze, kiedy się z nim zderzył. Cofnął się kilka kroków i popatrzył na swoją przeszkodę. Zwiadowca był mokry! Dziwne… przecież dzisiaj nie padało… Z grymasem i wyrazem zdumienia na pyszczku popatrzył mu w oczy.

<Kurko?>

Od Puchacza do Smugi

Znowu byli na dworze. I znowu tata nie pozwolił im po prostu pochodzić po obozie. Dla Puchacza to było nie do pomyślenia. Przecież on potrzebował ruchu! Najpierw obóz, potem tereny Owocowego Lasu, a potem gdziekolwiek go tam wywieje. Był poszukiwaczem przygód, a nie jakimś bez przerwy siedzącym na czterech literach dziwakiem! Próbował wymyślić i przetestować różne plany ucieczki. Na początku próbował wejść do jakiegoś legowiska i schować się za losowym kotem, a potem kiedy Topola wszedł do żłobka, Puchacz pobiegł gdzieś indziej. Wtedy szybko został zdradzony przez tych, którzy mieli go ukrywać. Przebiegł raz po trawniku, tłumacząc się potem, że tam nie było narysowanej linii. Oczywiście to biało-czarnego nie przekonało. Próbował nauczyć się wspinać na drzewa, żeby wspiąć się na to drzewo, które wyznaczało granicę. Nie miał za bardzo planu na to, co stanie się potem, ale to nieważne, bo i tak mu się nie udało. Aktualnie pieczołowicie pracował nad tajną akcją przesuwania granicy. Zmazywał jej kawałek, po czym rysował go troszkę dalej. Szło to bardzo wolno i aż dziw, że jeszcze się mu nie znudziło. Chyba nigdy tak długo nie siedział w miejscu, nie licząc wtedy, kiedy spał. Na szczęście pewien wojownik zainteresował się poczynaniami małego kocurka i postanowił do niego podejść. Wyglądał prawie tak jak on. Różnili się tylko kolorem oczu, ułożeniem bieli i oczywiście wzrostem. Do tego wojownik miał w futrze dużo piór różnego kształtu i rozmiaru. Puchacz podskoczył ze szczęścia na widok kota do rozmowy.
— Cześć, jestem Puchacz! — przedstawił się (oczywiście głośno, bo im będzie głośniejszy, tym bardziej będzie siebie słyszeć, a bardzo to lubił). — Fajne masz piórka! Ile wielkich strasznych ptaków pokonałeś, żeby je zdobyć? — zapytał, szturchając te, które znajdowało się najbliżej niego.

<Smugo?>