BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

23 października 2026

Od Skowronkowej Łapy do Słonecznej Łapy

Pierwsze promienie słońca przedzierały się przez nagie jeszcze w wielu miejscach korony drzew, oświetlając leśną ściółkę, na której powoli pojawiały się oznaki Pory Nowych Liści. Powietrze było rześkie, a wśród gałęzi rozbrzmiewały głosy powracających ptaków. Po długiej, chłodnej porze świat znów nabierał barw, choć nie wszędzie można było dostrzec już świeżą zieleń. Dla mnie był to jednak wystarczający powód do radości. W końcu Pora Nowych Liści oznaczała nie tylko więcej zwierzyny i przyjemniejsze spacery, ale również nowe pióra, kwiaty i liście, z których mogłem przygotować kolejne ozdoby do swojego futra.
Zanim jednak pozwoliłem sobie na swobodne włóczenie się po lesie, czekał mnie trening z Sowim Zmierzchem. Mój mentor postanowił tego dnia skupić się na dwóch umiejętnościach, które, jak twierdził, mogły przydać mi się w przyszłości podczas wykonywania obowiązków wojownika. Pierwszą z nich była nawigacja w tunelach. Na samą myśl o ciasnych, ciemnych korytarzach początkowo byłem podekscytowany. Wydawało mi się, że wystarczyło zapamiętać kilka zakrętów, kierować się zapachem i po prostu iść przed siebie. Szybko jednak przekonałem się, jak bardzo się myliłem.
W głębi tuneli światło słoneczne nie docierało niemal wcale, a znajome odgłosy lasu stopniowo cichły, ustępując miejsca szelestowi przesuwającej się pod łapami ziemi oraz pojedynczym kroplom wody spadającym z sufitu. Musiałem znacznie bardziej polegać na węchu i słuchu, a także uważnie zapamiętywać kształt korytarzy. Sowi Zmierzch co jakiś czas zatrzymywał się i zadawał mi pytania o drogę powrotną. Nie zawsze potrafiłem odpowiedzieć od razu. Zdarzyło mi się nawet pomylić dwa podobne rozwidlenia, przez co musiałem ponownie zastanowić się nad kierunkiem, z którego przyszliśmy.
Nie byłem zachwycony własnymi pomyłkami, ale starałem się ich nie okazywać. Chciałem, żeby mój mentor widział we mnie ucznia, który potrafił przyznać się do błędu i wyciągnąć z niego wnioski. Ojciec zawsze wydawał mi się taki pewny siebie, kiedy opowiadał o swoich doświadczeniach. Czasami zastanawiałem się, czy on również miewał trudności z nauką nowych rzeczy, czy może od samego początku wszystko przychodziło mu z łatwością. Oczywiście rozsądniejszą odpowiedzią było to pierwsze, ale i tak trudno było mi przestać porównywać się do Nocnego Śpiewaka.
Po zakończeniu ćwiczeń w tunelach przeszliśmy do wspinaczki na drzewa. Ta część treningu wydawała mi się znacznie przyjemniejsza. Lubiłem przebywać wśród gałęzi i obserwować świat z góry, a możliwość dostrzeżenia czegoś, co umykało uwadze kotów poruszających się po ziemi, zawsze mnie fascynowała. Nie oznaczało to jednak, że wspinaczka była prosta. Musiałem nauczyć się odpowiednio rozkładać ciężar ciała, mocno chwytać korę pazurami i ostrożnie wybierać kolejne miejsca, na których mogłem oprzeć łapy. Kilkukrotnie zatrzymywałem się, by upewnić się, że następny ruch nie skończy się nieprzyjemnym upadkiem.
Najbardziej kusiło mnie, by jak najszybciej dotrzeć na samą górę. Za każdym razem, gdy dostrzegałem kolejną gałąź, od razu chciałem się na nią dostać, nie zawsze zastanawiając się nad tym, czy rzeczywiście była odpowiednio stabilna. Sowi Zmierzch musiał mi przypominać, że pośpiech nie pomagał w nauce, a ostrożność nie była oznaką tchórzostwa. Choć nie przepadałem za ciągłym słuchaniem podobnych uwag, wiedziałem, że mój mentor miał rację. Nie zamierzałem przecież skończyć z obolałymi łapami, tylko dlatego, że chciałem udowodnić, jak dobrze sobie radziłem.
Kiedy wreszcie zakończyliśmy trening, czułem zmęczenie w mięśniach, ale byłem też zadowolony. Nie wszystko poszło po mojej myśli, jednak nauczyłem się kilku rzeczy, które mogły przydać mi się podczas kolejnych wypraw. Pożegnałem się z Sowim Zmierzchem, a następnie ruszyłem w stronę lasu, postanawiając wykorzystać resztę dnia na spokojny spacer. Nie chciałem od razu wracać do obozu. Poza tym miałem nadzieję, że uda mi się znaleźć jakieś ciekawe skarby, które wzbogaciłyby moje ozdoby.
Moje spojrzenie wędrowało od jednego skrawka ziemi do drugiego. Przy nasadzie ogona i wokół szyi wciąż nosiłem pióra, zasuszone liście oraz kwiaty, które zacząłem zbierać jeszcze pod koniec Pory Opadających Liści. Wtedy pomysł wydawał mi się niezwykle prosty. Wystarczyło znaleźć coś ładnego, odrobinę żywicy i soku z mniszka, a następnie ostrożnie przymocować zdobycz do futra. Nie przewidziałem tylko, że niektóre ozdoby z czasem stracą kolor, a inne zaczną się kruszyć. Mimo to nie miałem serca ich wyrzucać. Każda przypominała mi o miejscu, w którym ją znalazłem, albo o chwili, podczas której wpadłem na pomysł, by ją zachować.
Teraz jednak nadszedł czas na zmiany wraz z nadejściem Pory Nowych Liści. Dni Pory Nagich Drzew powoli odchodziły w zapomnienie, a ja chciałem, żeby moje ozdoby również odzwierciedlały nadchodzącą porę. Marzyły mi się świeże, zielone listki, delikatne kwiaty i może jakieś niewielkie piórko o ciekawym wzorze. Nie miałem jeszcze konkretnego planu. Zwykle najpierw zbierałem wszystko, co przyciągnęło moją uwagę, a dopiero później zastanawiałem się, jak można to ze sobą połączyć. Niekiedy efekt wyglądał naprawdę dobrze, a innym razem musiałem zaczynać od początku. Nie przeszkadzało mi to jednak, bo samo tworzenie sprawiało mi mnóstwo przyjemności.
Przystanąłem przy niewielkim skupisku młodych roślin, schylając łeb, by przyjrzeć im się z bliska. Nie wszystkie potrafiłem rozpoznać, dlatego ostrożnie obwąchałem ich delikatne listki. Nie chciałem przecież przypadkiem zerwać czegoś, co mogło okazać się trujące albo po prostu nie nadawało się do ozdabiania futra. Właśnie wtedy kątem oka dostrzegłem ruch pomiędzy drzewami.
Podniosłem głowę i zamrugałem, rozpoznając złotą sylwetkę należącą do jednego z uczniów naszego klanu. Słoneczna Łapa! Kojarzyłem go z obozu, ale nie przypominałem sobie, żebym miał okazję porozmawiać z nim dłużej. Może wymieniliśmy kiedyś kilka słów, a może po prostu widywałem go podczas codziennych obowiązków. W każdym razie teraz nadarzyła się dobra okazja, by to zmienić. Lubiłem poznawać inne koty, a szczególnie interesowało mnie to, czym zajmowały się w wolnym czasie. Każdy miał przecież jakieś własne zainteresowania, nawet jeśli nie zawsze było je widać na pierwszy rzut oka.
Uśmiechnąłem się szeroko i ruszyłem w jego stronę, zupełnie zapominając o zmęczeniu po treningu. Mój puchaty ogon uniósł się nieco nad grzbietem, a przyczepione do futra piórka zafalowały przy każdym kroku. Dopiero gdy znalazłem się bliżej, przypomniałem sobie, że moje ozdoby nie wyglądały już tak imponująco, jak kilka księżyców temu. Jedno z piór było postrzępione, a zasuszony kwiat przy szyi niemal całkowicie stracił swój pierwotny kolor. Mimo to nie zamierzałem się ich pozbywać, przynajmniej dopóki nie znalazłem czegoś, czym mógłbym je zastąpić.
— Hej, Słoneczna Łapo! — zawołałem pogodnie, zatrzymując się niedaleko niego. Przez chwilę przyglądałem mu się z zaciekawieniem, po czym zerknąłem na otaczający nas las. — Co tu robisz? Też wybrałeś się na spacer? Ja właśnie szukam czegoś ciekawego do swoich ozdób!
Na moment skierowałem wzrok ku ziemi, jakby spodziewając się, że w samym środku naszej rozmowy dostrzegę jakiś wyjątkowo piękny kwiat. Niestety, nic takiego się nie wydarzyło. Zamiast tego ponownie skupiłem uwagę na kocurze. Jego długie, złote futro wyglądało w promieniach słońca naprawdę efektownie. Jasna sierść na prawej połowie pyszczka przyciągnęła moje spojrzenie, podobnie jak pręgi na klatce piersiowej, które układały się w kształt przypominający słońce. Przez chwilę zastanawiałem się, czy sam mógłbym stworzyć ozdobę pasującą do jego umaszczenia. Może coś w odcieniu zieleni? Albo niewielki kwiat o jasnych płatkach? Pomysłów miałem już kilka, choć oczywiście nie zamierzałem od razu narzucać mu własnych wizji.
Usiadłem wygodniej na ziemi, owijając łapy ogonem. W głowie wciąż krążyły mi myśli o porannym treningu. Miałem ochotę opowiedzieć komuś o tunelach i wspinaczce, zwłaszcza że wciąż pamiętałem, jak trudno było mi odnaleźć drogę w ciemnych korytarzach. Z drugiej strony nie chciałem od razu zasypywać Słonecznej Łapy opowieściami, zanim w ogóle zdążył odpowiedzieć na moje pytanie. Czasami zdarzało mi się mówić za dużo, a później dopiero zauważałem, że drugi kot nie miał nawet okazji wtrącić ani słowa. Postanowiłem więc tym razem trochę się powstrzymać.
— Miałem dzisiaj trening z Sowim Zmierzchem — dodałem po chwili, zerkając na niego z wyraźnym ożywieniem. — Uczyliśmy się nawigacji w tunelach i wspinaczki na drzewa. Myślałem, że to drugie będzie łatwiejsze, ale trzeba uważać na każdą łapę. A w tunelach wszystko wygląda podobnie! Prawie pomyliłem drogę powrotną.
Parsknąłem cichym śmiechem, przypominając sobie jedną z chwil, gdy stałem przed rozwidleniem i próbowałem udawać, że doskonale wiedziałem, gdzie powinienem skręcić. Nie byłem pewien, czy Słoneczna Łapa uznałby tę historię za zabawną, ale mnie samemu trudno było się nie uśmiechnąć na wspomnienie własnej pewności siebie, która zniknęła niemal natychmiast po tym, jak Sowi Zmierzch poprosił mnie o wskazanie właściwej drogi.
— Ale chyba nie było tak źle. Przynajmniej teraz wiem, że nie powinienem pędzić przed siebie, kiedy nie mam pojęcia, dokąd idę — stwierdziłem, wzruszając lekko barkami. — Chociaż wspinaczka była całkiem fajna. Z góry wszystko wygląda inaczej. Można zobaczyć miejsca, których normalnie w ogóle się nie zauważa.
Przez moment wyobrażałem sobie, jak wyglądałby las z najwyższego drzewa, na jakie udałoby mi się wejść bez pomocy mentora. Być może dostrzegłbym wtedy gniazda ukryte między gałęziami albo miejsca, w których rosły kwiaty niewidoczne z ziemi. Ta myśl sprawiła, że niemal natychmiast nabrałem ochoty, by kiedyś spróbować ponownie. Oczywiście najlepiej po wcześniejszym upewnieniu się, że drzewo rzeczywiście nadawało się do wspinaczki. Nie chciałem przecież, żeby Sowi Zmierzch musiał mnie później szukać, bo postanowiłem wejść zbyt wysoko.
Po chwili przypomniałem sobie jednak, po co właściwie zatrzymałem się w tej części lasu. Spojrzałem na własne ozdoby, a następnie znów na Słoneczną Łapę. Może on również lubił zbierać coś, co można było znaleźć podczas spacerów? Nie każdy musiał interesować się tym samym, ale właśnie dlatego rozmowy wydawały mi się takie ciekawe. Można było dowiedzieć się o kimś czegoś zupełnie niespodziewanego.
— A tak w ogóle, widziałeś kiedyś, jak ktoś ozdabia sobie futro? — zapytałem, przechylając łeb i wskazując pyskiem na piórka przy szyi. — Zacząłem to robić pod koniec Pory Opadających Liści. Zbierałem wtedy ostatnie kwiaty, kolorowe liście i pióra, a potem przyczepiałem je do sierści za pomocą żywicy i soku z mniszka. Nie wszystko trzyma się idealnie, ale większość jakoś przetrwała Porę Nagich Drzew!
Unosząc nieco głowę, próbowałem zaprezentować mu swoje ozdoby z jak najlepszej strony. Jedno z piór przekrzywiło się niezgrabnie, więc poprawiłem je łapą, mrucząc pod nosem z niezadowoleniem. Zaraz jednak ponownie się uśmiechnąłem. Przecież nie musiały być doskonałe. Najważniejsze, że były moje, a każda z nich miała własną historię.
— Teraz chcę zrobić sobie coś na Porę Nowych Liści. Myślałem o świeżych listkach, może jakichś drobnych kwiatach… Tylko muszę jeszcze znaleźć coś odpowiedniego. Nie chcę zerwać pierwszej lepszej rośliny, bo niektóre są przecież całkiem podobne do siebie — wyjaśniłem, zerkając na rośliny, które wcześniej oglądałem. — A ty? Lubisz zbierać kwiaty? Albo robić coś z tego, co znajdziesz w lesie?
Zamilkłem wreszcie, pozostawiając mu przestrzeń na odpowiedź. Wciąż jednak patrzyłem na niego z zainteresowaniem, a końcówka mojego ogona poruszała się lekko po ziemi. Nie wiedziałem jeszcze, czy Słoneczna Łapa podzielał moje zamiłowanie do przyrody, ale miałem nadzieję, że uda nam się znaleźć wspólny temat. W końcu nie każdego dnia trafiała się okazja, by porozmawiać z kimś z własnego klanu poza zwyczajowymi spotkaniami w obozie.
Wiatr Pory Nowych Liści poruszył gałęziami nad naszymi głowami, przynosząc ze sobą zapach wilgotnej ziemi i świeżej roślinności. Przymknąłem na moment oczy, delektując się tą krótką chwilą spokoju. Po porannym treningu dobrze było odpocząć, a jeśli przy okazji udałoby mi się znaleźć nowego towarzysza do leśnych wędrówek, tym lepiej.
— Wiesz co? Jeśli też lubisz kwiaty, możemy kiedyś poszukać ich razem — zaproponowałem z entuzjazmem, zanim zdążyłem się nad tym dłużej zastanowić. — Znam kilka miejsc, w których powinny niedługo zakwitnąć nowe rośliny. A jak niczego nie znajdziemy, to zawsze możemy po prostu pospacerować. Las jest ciekawszy, kiedy ma się komu pokazywać wszystkie te małe rzeczy, których inni nawet nie zauważają.
Uśmiechnąłem się do niego zachęcająco, czekając, co odpowie. Byłem gotów wysłuchać zarówno opowieści o jego własnych zainteresowaniach, jak i zwyczajnej odpowiedzi, że kwiaty wcale go nie obchodziły. W końcu nie każdy musiał być taki jak ja. A kto wie, może Słoneczna Łapa pokaże mi coś, czego sam nigdy wcześniej nie zauważyłem?

<To jak, Słoneczna Łapo?>
[1894 słowa + wspinaczka na drzewa + nawigacja w tunelach]

Poinsecja urodziła!

Poinsecja urodziła trójkę zdrowych kociąt o bardzo ciekawych umaszczeniach!



22 października 2026

Od Gradobijącego Ciernia

— Tak..? O co chodzi, Gradobijący Cierniu? — Zapytał go lider.— Można na osobności..? — Tuż po tym, jak zadał to pytanie, poczuł na sobie spojrzenie kotów, które stały obok. — Cóż, fakt, nie powinienem o to pytać...
— Niech będzie. Ale przed moim legowiskiem będzie stało dwóch wojowników. — odpowiedź Zawodzącej Gwiazdy zdziwiła Ciernia, ale szybko skinął głową, idąc za nim. Przed legowiskiem lidera stanął Cyklonowe Oko i Oskrzydlony Ognik.
— A więc? Cóż to za sprawa?
— Ja… Podczas przeszukiwania legowiska Króliczej Gwiazdy kilka księżycy temu znalazłem zioła. A dokładniej to macierzankę. — Po jego słowach Zawodząca Gwiazda zastanowił się chwilę.
— Macierzankę..? — Spojrzał na ziemię.
— Tak, przekazałem je wtedy Łzawej Łapie. Z tego, co kojarzę, jest ona używana na uspokojenie. Chciałem dawno ci to przekazać, ale… Nie wiedziałem, czy będę w stanie to powiedzieć w cztery oczy, a jeśli nie, to czy chciałbyś, aby wojownicy byli tego świadomi.
— A czy ktoś w takim razie o tym wie? — zapytał go w końcu.
— Nie. Wie tylko Łzawa Łapa. Wątpię, że chwaliła się, kto znalazł te zioła i skąd były.
— Dobrze. Dziękuję ci za tą informację, Gradobijący Cierniu. — Powiedział po chwili, wstając. — Rozumiem też twoje zawahanie w przekazaniu jej. Ale wiedz, że mówiąc to, zyskujesz moje zaufanie. Może i większość Klanu Burzy je straciła, ale ja mam wielkie nadzieje na to, że jesteś w stanie odkupić swoje winy. — Po tych słowach wskazał na wyjście z legowiska, na co srebrny skinął.
— Dziękuję, Zawodząca Gwiazdo. — Zdołał z siebie wydusić, po czym wyszedł.

✦•┈๑⋅⋯ ⋯⋅๑┈·✦

Przeszukiwał znów półki medyków, z nadzieją, że uda się coś jeszcze znaleźć. Może i zbliżała się wiosna, ale śnieg póki co nie topniał… W pewnym momencie przeszukując legowisko z ziołami zauważył, że przy jego wejściu jest wnęka, zasłonięta spalonymi gałązkami. W tej właśnie wnęce ostał się mały pęczek listków miodunki plamistej. Kocur podniósł zawiniątko, wychodząc z legowiska, odszukując wzrokiem medyczki. Ta właśnie rozmawiała z jednym z wojowników, który chyba właśnie rozmawiał z nią o trapiącym kilku szukających w zgliszczach bólu gardła. Podszedł do niej, siadając przed nią w odległości, która mogła wydawać się dla niej bardziej komfortowa. Położył przed sobą zawiniątko i podsunął w jej stronę.
— Znalazłem je w legowisku medyków. Może się do czegoś przydadzą.
— Dziękuję, Gradobijący Cierniu. — odpowiedziała, wąchając je niepewnie, po czym podnosząc w pysk. Skinęła mu głową i odeszła w stronę tymczasowego obozu.

Event Klanu Burzy: Przeszukanie legowiska medyka, zakończone powodzeniem; znaleziono listki miodunki plamistej

Od Łabędziej Łapy (Łabędziego Tanu) CD. Nurowej Łapy (Nurowej Gracji)

Dawno, kontynuacja

Jeszcze raz przejrzała się w wodzie i przejechała łapą po ozdobie. Słysząc jednak dalszą część zdania, zdjęła ją. Nie będzie mu żadnych kamyków szukać! Do tego… nie mogła mu powiedzieć tej informacji. Kontakty z Panem Księciem Rogatym Flamingiem były jedyną rzeczą, która rzeczywiście wyróżniała ją na tle brata… no może oprócz nieziemskiej urody i czarującej osobowości… No i ta wiadomość była już trochę przestarzała… Podeszła do brata i odłożyła ozdobę obok niego. I tak wymyśli coś, żeby pożyczyć ją innym razem.
– Dziękuję, ale radzę ci znaleźć jakieś popychadło z niższej klasy, bo ja ciebie wyręczać nie będę – powiedziała słodko, a jednocześnie słychać było w jej głosie cień pretensji. – A teraz wybacz, ale idę odbyć wartościową rozmowę. Ciao, braciszku!
Zanim kocur zdążył się obejrzeć, końcówka jej ogona już zniknęła w wyjściu z legowiska.

***

Niedługo przed mianowaniem Nura, przed konfrontacją z matką

Została tego dnia wyznaczona na patrol z Panem Księciem Rogatym Flamingiem, Wzlatującą Uszatką i Rysim Borem. Od razu po wyjściu z obozu członek rodu królewskiego przejął dowodzenie, pomimo bycia jednym z młodszych członków grupy. Reszta oczywiście się podporządkowała. Łabędzi Tan bardzo szybko przyspieszyła kroku, zrównując tempo z pointem, aby nie pozostać z plebsem na tyłach i dotrzymać towarzystwa księciu. W końcu jako namiestniczka była jedynym odpowiednim do tego kotem z zebranych. Na przywitanie skinęła głową, nie mogąc wykonać pełnego ukłonu z uwagi na bycie w ciągłym ruchu.
– Dzień dobry, Panie Książę Rogaty Flamingu.
– Dzień dobry, Łabędzi Tanie – kocur odwzajemnił powitanie i zanim zdążyła zacząć jakiś spokojny temat, kontynuował. – Tak się składa, że chciałem z tobą o czymś porozmawiać.
– Oczywiście, słucham.
– Czy uważasz, że godny namiestnik powinien wypytywać członków rodu, o wady innych książąt i księżniczek?
Na to pytanie prawie stanęła jak wryta. Zatkało ją. Jedyne co w tej chwili przychodziło jej do głowy to “co?”. Po kilku uderzeniach serca odzyskała mowę:
– Oczywiście, że nie, skąd takie pytanie?
– Tak się składa, że ostatnio podszedł do mnie twój brat; Nurowa Łapa. To o co dokładnie mnie zapytał, nie jest w tej chwili ważne, natomiast jest to absolutnie niedopuszczalne.
– Zgadzam się. Porozmawiam z nim po powrocie i dopilnuję, aby to się więcej nie wydarzyło.
Tak też zrobiła. Po wejściu do obozu uprzejmie pożegnała się z członkami patrolu i zaczęła szukać Nurowej Łapy. Nie było to trudne, bo kocur siedział na środku wyspy przy źródełku. Powolnym, eleganckim krokiem z uśmiechem podążyła w jego stronę. Kiedy była już obok niego miauknęła:
– Dzień dobry, braciszku kochany! Jak ci dzień mija? – jej ton był spokojny i beztroski, ale jej oczy wyraźnie dawały sygnał „musimy porozmawiać”. Uczeń spojrzał na nią dopiero po tym, jak zadała pytanie.
— Witaj, siostro — odpowiedział, wstając. — Jest w porządku. Co cię tu sprowadza?
Nie słuchała zbytnio jego odpowiedzi na jej pytanie. I tak jej to w tym momencie nie obchodziło.
– Chęć spędzenia czasu z moim ulubionym bratem! – odpowiedziała. – Przeszedłbyś się ze mną na spacer?
Rudy westchnął i przestąpił z łapy na łapę.
— Możemy się przejść. I tak za długo siedziałem. Prowadź.
Jej uśmiech wypełnił się satysfakcją. Odwróciła się od brata i wyszła przed nim z obozu. Postanowiła wybrać miejsce, gdzie raczej nikt ich nie znajdzie, ale nie na tyle ukryte, żeby obecność ucznia bez mentora była tam interesująca. Dlatego właśnie zaprowadziła ich na plażę. Usiadła wystarczająco daleko od wody, żeby fale nie zmoczyły jej futra i zachęciła brata do zrobienia tego samego naprzeciwko niej. Kiedy to uczynił, zaczęła powoli zbliżać się do sedna sprawy. Aczkolwiek jak to idealna panienka z wyższej sfery Klanu Nocy, lubiła owijać w bawełnę.
– Rozmawiałam na patrolu z Panem Księciem Rogatym Flamingiem. Podobno ostatnio poszedłeś do niego z jakimś pytaniem.
— Tak. Pytałem go o coś. Coś, co mnie zaciekawiło. Czyżbym nie mógł? — Spojrzał na siostrę. Czyli chyba się nie dowie, o co dokładniej poszło. No cóż, najważniejsze jest to, żeby to teraz zatuszowali.
— Rodzina Królewska może mi dać najszczersze odpowiedzi. Tylko oni się tutaj jakkolwiek liczą.
Mówił prawdę. Nie mogła się z tym nie zgodzić, bo sama opierała dużo swojego życia na tej zasadzie. Zamrugała jednak na jego brak refleksji. On naprawdę nie rozumiał?
– Nie możesz tak po prostu pytać kogoś o plotki dotyczące rodu! Szczególnie kogoś z tej rodziny! – wykrzyknęła, porzucając na chwilę swoją sceniczną personę. Nur położył się, zerkając w stronę wody. Ewidentnie nie brał tej rozmowy tak poważnie, jak ona. W końcu to nie on obiecał być odpowiedzialnym za swoje rodzeństwo i to nie on ryzykował swoją dotychczasową nieskazitelną reputacją w imię rodziny.
— Chciałem tylko poznać prawdę. Jako uczeń mam prawo wiedzieć o swoim mentorze wszystko.
Zacisnęła zęby i uszczypnęła się w szczyt nosa z niedowierzaniem. “Nie jeśli jest księciem!”, wykrzyknęła w myślach.
– Jest z rodu królewskiego. Po prostu załóż, że jest świetnym kotem – palnęła. – Musiałam się za ciebie tłumaczyć… Następnym razem pozostaw kontakty z rodem mi, dobrze?
Nur przewrócił oczami i kiwnął głową.
— Nie musiałaś się za mnie tłumaczyć. Ale rób, jak uważasz. — Zerknął na nią. — Ale nie będę nic więcej potrzebował. Zostanę za niedługo mianowany i będę najlepszym wojownikiem. — Uśmiechnął się pewnie, po czym wstał. — Dzięki za wypad siostrzyczko, ale przestań marnować czas na takie głupoty.
Położyła po sobie uszy z irytacji i niedowierzania. Przecież on ją pociągnie na dno! Czy nikt w tej rodzinie nie widział, ile dla nich robiła?! Zaraz znowu sobie coś wymyśli, a potem ona po raz kolejny za to oberwie. A kto ją wtedy uratuje?! No właśnie nikt! W końcu spróbowała się opanować. Wzięła powoli wdech i wydech, po czym wstała i się uśmiechnęła.
– Możemy już iść – miauknęła swoim zwyczajowym tonem i zaczęła iść w stronę obozu. Teraz i tak już go nie przekona. Mogła tylko mieć nadzieję, że nie zrobi więcej głupich rzeczy i że nie będzie musiała świecić za niego oczami.

<Nurze?>

Od Żywicznej Kropli do Krokusowej Kruchości

Coraz chętniej wyściubiała nos poza obóz. Zresztą, trudno było nazywać obozem miejsce, w którym przyszło im teraz żyć. Żywiczna Kropla wciąż nie potrafiła przywyknąć do nowej rzeczywistości klanu i nic nie wskazywało na to, by miało się to w najbliższym czasie zmienić. Pod ziemią legowiska wydawały jej się ciaśniejsze, nawet jeśli niektóre z nich były znacznie przestronniejsze od tych, w których mieszkali wcześniej.
Może po ostatnich wydarzeniach nie powinna była samotnie włóczyć się po otwartych polanach, jednak czy pod ziemią rzeczywiście było bezpieczniej? W końcu nawet obóz, który miał zapewniać im schronienie, stał się miejscem tragedii. Łatwiej było jej odetchnąć na świeżym powietrzu, gdzie przynajmniej widziała, co ją otacza i nie musiała obawiać się, że ktoś niespodziewanie wyłoni się zza jej pleców.
Otwarte tereny Klanu Burzy miały swoje zalety i wady. Trudno byłoby ukryć się na nich przed potencjalnym zagrożeniem, ale z drugiej strony równie trudno było przeoczyć zbliżającego się intruza. Wystarczyło zachować czujność, obserwować okolicę i nie zapuszczać się bezmyślnie w miejsca, z których nie dałoby się szybko uciec. Przynajmniej tak próbowała sobie tłumaczyć, że samotne spacery wcale nie były aż tak nierozsądne.
Kiedy śnieg ostatecznie ustąpił, odsłaniając wilgotną ziemię, coraz częściej można było natknąć się na pierwsze kwiaty. Żywica już dawno porzuciła swoje zamiłowanie do zbierania wszystkiego, co tylko wpadło jej w oko, ale wciąż nie potrafiła przejść obojętnie obok wyjątkowo pięknych okazów.
Najczęściej trafiała na przebiśniegi, które przebijały się przez resztki śnieżnej pokrywy. Ich delikatne, białe płatki niewątpliwie miały swój urok, lecz Żywica nie potrafiła docenić ich tak, jak być może powinna. Biel zbyt mocno przypominała jej śnieg, a przecież właśnie od niego wszyscy tak bardzo pragnęli odpocząć. Miała już serdecznie dosyć chłodu i zmarzniętych łap, dlatego z nadzieją wypatrywała intensywniejszych barw, które zwiastowałyby, że ciepła pora naprawdę zagościła na ich terenach.
Tego dnia nie zamierzała zbliżać się do granic. Naiwnością byłoby wierzyć, że każdego razu natknie się na samotnika gotowego opowiedzieć jej o miejscu pobytu brata, a najlepiej od razu zaprowadzić ją do niego. Nawet gdyby jakimś cudem udało jej się odnaleźć kogoś, kto znał Bursztyna, wcale nie oznaczało to, że uzyskałaby odpowiedzi, których szukała.
Co więcej, sama nie była już pewna, czy rzeczywiście chciałaby go zobaczyć.
Trzymała się więc niezbyt daleko obozu, od czasu do czasu grzebiąc łapą w ziemi i rozglądając się za czymś, na czym mogłaby zawiesić wzrok. Nie szukała niczego konkretnego.
Nie minęło wiele czasu, nim natrafiła na kogoś, kto najwyraźniej również uznał ten dzień za doskonałą okazję do spaceru.
Żywica przystanęła, skupiając spojrzenie na szarobrązowym futrze poprzeplatanym rudymi łatami. Rozpoznała Krokusową Kruchość, z którą zdarzało jej się już odbywać wspólne patrole. Ich znajomość nie wykraczała jednak poza kilka zdawkowych powitań i pożegnań, wymienianych przy okazji spotkań w obozie lub podczas wykonywania klanowych obowiązków. Żywica wiedziała o niej niewiele więcej niż to, że była siostrą Srebrzystej Równonocy. Znajomej zdarzało się czasem wspominać o Krokus w rozmowach, ale ruda nie potrafiła przypomnieć sobie, czego dokładnie dotyczyły te opowieści. Najwyraźniej nie poświęcała im wówczas zbyt wiele uwagi.
Teraz jednak zainteresowała się tym, co robiła jej towarzyszka. Tuż obok jej łapy leżały dwie barwne rośliny.
Żywica zatrzymała się na kilka kroków od niej i przez moment po prostu patrzyła. Dopiero gdy zielone ślepia Krokus napotkały jej spojrzenie, zdała sobie sprawę, jak osobliwie musiała wyglądać. Stała bez ruchu, wpatrując się w drugą wojowniczkę od dłuższej chwili.
Odchrząknęła cicho, próbując otrząsnąć się z zakłopotania. Nie chciała, by Krokus pomyślała sobie o niej coś nieprzyjemnego. Wystarczająco niezręcznie było podchodzić do kogoś, z kim dotąd nie zamieniło się więcej niż paru słów, a jeszcze gorzej byłoby zostać uznaną za dziwaczkę, która bez powodu śledzi innych wzrokiem.
Jej uwagę ponownie przyciągnęły kwiaty leżące przy łapie kotki. To wydawało się bezpiecznym tematem.
— Um... Często zbierasz tutaj kwiaty? — wypaliła w końcu, przerywając ciszę, która zdążyła już nieprzyjemnie się przeciągnąć.
Krokusowa Kruchość strzepnęła uchem i spuściła wzrok na swoje znaleziska.
— Och, dawno tego nie robiłam, ale poza Porą Nagich Drzew zdarza mi się to dość często — odpowiedziała.
Żywiczna Kropla pokiwała głową ze zrozumieniem, może odrobinę zbyt gorliwie, jakby chciała w ten sposób udowodnić, że doskonale pojmuje sens jej słów.
— Ach, no tak — wymamrotała. — A co właściwie potem z nimi robisz? Zbierasz je gdzieś albo przechowujesz?
Zrobiła krok w jej stronę, próbując lepiej usłyszeć odpowiedź. Szum wiatru i jej niezbyt niezawodny słuch sprawiły, że nie wszystkie słowa Krokus docierały do niej wyraźnie. Dopiero gdy się przesunęła, zauważyła, że wyraz pyska starszej wojowniczki nieco się zmienił. Krokus nie patrzyła już na nią, lecz na jej łapę.
Żywica zmarszczyła brwi, a następnie odruchowo cofnęła się o pół kroku. Podniosła kończynę i dopiero wtedy dostrzegła, co zrobiła.
Prosto pod jej łapą leżał zdeptany kwiat.
Miał wyjątkowo piękny, głęboki odcień fioletu, który wyróżniał go spośród otaczającej zieleni. Teraz jednak płatki były przygniecione do ziemi, a delikatna łodyżka wygięła się pod ciężarem jej ciała. Żywica przez moment wpatrywała się w zniszczoną roślinę, jakby samo uporczywe przyglądanie się mogło sprawić, że kwiat znów się wyprostuje.
Poczuła, jak ciepło napływa jej do uszu. Nie była pewna, czy powinna od razu przeprosić, czy może najpierw sprawdzić, jak bardzo Krokus była niezadowolona. Na szczęście starsza wojowniczka nie wyglądała na szczególnie rozgniewaną. Wręcz przeciwnie, na jej pysku pojawił się lekki uśmiech, w którym Żywica dopatrzyła się nawet odrobiny rozbawienia.
To wcale jednak nie poprawiło jej samopoczucia. O wiele łatwiej byłoby znieść wyraźną naganę niż świadomość, że ktoś może uważać jej niezdarność za zabawną.
— Raczej wymieniam je na te, które mam już w futrze — wyjaśniła Krokus, przechylając lekko głowę. — Czasem zabieram kilka do swojego posłania, ale niestety szybko się gubią.
Żywica dopiero teraz zauważyła, że w sierści kotki rzeczywiście tkwiły drobne kwiaty.  Całość sprawiała wrażenie przemyślanej, choć zarazem swobodnej kompozycji, jakby Krokus po prostu wybierała te rośliny, które najbardziej jej się podobały i umieszczała je tam, gdzie akurat znalazło się dla nich miejsce.
— A właściwie czego tutaj szukasz? — zapytała po chwili szylkretka. — Oddaliłaś się od patrolu czy sama też coś zbierasz?
— Chciałam po prostu rozprostować łapy. Nie przepadam za tym całym siedzeniem pod ziemią — przyznała Żywica, odruchowo zerkając w stronę obozu, którego wejście pozostawało niewidoczne z tego miejsca. — I... lubię patrzeć, jak zmienia się przyroda. Każda pora jest piękniejsza od poprzedniej, dopóki nie nadchodzi Pora Nagich Drzew.
Na samą myśl o długich, zimnych księżycach, przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz. Nie miała pojęcia, jak można było tęsknić za porą, podczas której ziemia twardniała od mrozu, rośliny zamierały, a każdy spacer kończył się powrotem do obozu z lodowatymi łapami. 
Nie potrafiła zapomnieć o zdeptanej roślinie. Przeniosła ciężar ciała z jednej łapy na drugą, czując się coraz bardziej niezręcznie. Krokus nie robiła jej wyrzutów, ale to wcale nie oznaczało, że Żywica mogła po prostu zignorować własną wpadkę.
— Cóż... Nie wiem, czy chciałaś zebrać ten kwiatek, ale... — zaczęła, po czym urwała na moment, szukając odpowiednich słów. — Jeśli wybaczysz mi tę zniewagę, mogę poszukać z tobą kolejnego. Nawet ładniejszego.
Sama nie była pewna, czy propozycja zabrzmiała przekonująco. Nie znała Krokus na tyle dobrze, by wiedzieć, czy ta w ogóle miała ochotę na jej towarzystwo, a tym bardziej na wspólne poszukiwania kwiatów. Może wolała spędzać czas w samotności i nie potrzebowała, by ktoś kręcił się jej pod łapami? Żywica nie chciała narzucać się ze swoją obecnością, ale równocześnie nie zamierzała odchodzić bez spróbowania naprawienia szkody.
— Mogę też porobić za asekurację — dodała nieco żywiej, próbując obrócić całą sytuację w żart. — Gdyby ktoś jeszcze chciał ci coś zadeptać...
Dopiero po wypowiedzeniu tych słów uświadomiła sobie, jak niedorzecznie to zabrzmiało. Przecież nie mogła obiecać, że uchroni wszystkie kwiaty przed łapami nieuważnych kotów, skoro sama właśnie udowodniła, jak łatwo o taki wypadek. Mimo to uśmiechnęła się nieśmiało, licząc, że Krokus dostrzeże w jej propozycji przede wszystkim dobre intencje.

<Krokus?>

Nowa członkini Klanu Wilka!

20 księżyców

Od Zalotnej Gwiazdy CD. Cętkowanego Tęgosza

Polowanie na samotników

Pierwszy raz od wielu księżyców Ognikowa Słota miała okazję wykazać się podczas polowania na samotników. Mimo że spory kawał czasu przesiedziała w żłobku, niańcząc swoje, a także cudze kocięta i opowiadając im o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd, jej umiejętności wciąż pozostawały na wysokim poziomie. Przywódczyni z satysfakcją obserwowała, jak jej przybrana córka pcha czarnofutą samotniczkę w stronę okręgu utworzonego przez kultystów. Kocica miała na ciele kilka świeżych ran, zapewne zadanych jej przed chwilą przez mistrzynię, a jednak uwagę Zalotki przykuło coś jeszcze. Pysk samotniczki zdobiły dwie blizny, które przecinały się nawzajem, tworząc ranę w kształcie litery “X”. Wyglądały na dawno zagojone. Były nietypowe, lecz szylkretka nie miała czasu, by dłużej się nad nimi zastanawiać, a tym bardziej zapytać o nie samotniczkę. Rozległ się głos Nadciągającego Pomroku, która wyznaczyła swoją siostrę do zabicia czarnofutrej, więc Ognikowa Słota nie traciła czasu i od razu stanęła do walki z przeciwniczką.
Szybko polała się krew. Ognikowa Słota wyraźnie przewyższała obcą umiejętnościami, a czarnofutra na próżno próbowała zadać jej poważniejsze ciosy. Samotniczka była słaba w porównaniu z członkinią Klanu Wilka, która miała za sobą księżyce treningów pod okiem samej liderki. Nic dziwnego, że walka zakończyła się zwycięstwem mistrzyni. W końcu żółtooka upadła na ziemię, tuż pod łapami Zalotnej Gwiazdy. Liderka, chcąc nie chcąc, wciągnęła w nozdrza haust powietrza. Jej nos połaskotał silny zapach krwi, lecz wydawało jej się, że kryje się w nim jeszcze inna woń. Bardzo znajoma, której nie miała okazji wyczuć od wielu księżyców.
Wzrok liderki spoczął na ciele samotniczki, a jej brwi zmarszczyły się w skupieniu. Dlaczego kotka roztaczała wokół siebie ten konkretny zapach? Czy to możliwe, że obie wonie były do siebie aż tak podobne? A może tylko jej się wydawało, że należała ona do pewnego kota?
Nie mogła jednak zastanowić się nad tym dłużej, gdyż nagle usłyszała szelest, który wyrwał ją z zamyślenia. Postawiła uszy i rozejrzała się wokół. Nie dostrzegła niczego nadzwyczajnego, lecz domyśliła się, że coś musiało być na rzeczy. Ognikowa Słota podniosła się na równe łapy, ale zanim Zalotna Gwiazda zdążyła cokolwiek powiedzieć, przemknęła obok niej Kocimiętkowy Wir.
— Sprawdzę to — zadeklarowała, znikając wśród krzewów.
Przywódczyni nie przywiązywała do tego większej wagi. Czym niby mógł być ten szelest? Pewnie jakaś zwierzyna niefortunnie zabłąkała się w miejsce, w którym kultyści właśnie odbywali spotkanie. Zalotka miała teraz większe zmartwienie, ponieważ wciąż nie rozumiała, dlaczego czarnofutra samotniczka roztaczała wokół siebie woń tak niezwykle podobną do… zapachu Cienistej Zjawy.
Co ciekawe, nawet Ognikowa Słota nie zwróciła na to uwagi. Może w takim razie przywódczyni tylko się wydawało? A może jej przybrana córka była zbyt podekscytowana zabiciem samotniczki, by zwracać uwagę na coś tak niepozornego, jak nikła woń na jej futrze, przypominająca zapach kota, który dawno powinien już nie żyć?
Zalotna Gwiazda poruszyła końcówką ogona z frustracji. Z nieznajomej już dawno uszło życie. Leżała na ziemi w kompletnym bezruchu, a pod nią rozlewała się kałuża krwi. Teraz było już za późno na jakiekolwiek pytania. Czy w takim razie jej przypuszczenia nigdy nie zostaną ani potwierdzone, ani rozwiane? Nie mogła znieść tej myśli. Pragnęła poznać odpowiedzi na swoje pytania tu i teraz, a jednak dzieliła ją od nich bariera nie do pokonania. Dusza samotniczki najpewniej wędrowała teraz po zaświatach, a może, skoro nie wierzyła ani w Klan Gwiazdy, ani w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, po prostu zniknęła na zawsze.
Wreszcie, po jakimś czasie, zielonooka kotka wróciła. Futro miała zmierzwione, a sama sapała z powodu przemierzenia tak sporego odcinka, niestety po nic. Wróciła o pustych łapach.
— Uciekła mi! — powiedziała, poruszając niespokojnie końcówką ogona.
Zalotna Gwiazda domyśliła się, że za tym szelestem kryła się jakaś samotniczka. Naturalnie oburzyłby ją fakt, że Kocimiętkowy Wir pozwoliła jej uciec, lecz w ułamku uderzenia serca w jej głowie pojawiła się pewna nadzieja. Co, jeśli te samotniczki się znały? Co, jeśli uda jej się odnaleźć tamtą kotkę, która zwiała, i siłą wyciągnąć od niej odpowiedzi na temat czarnofutrej? Oczywiście szanse na to, że były ze sobą jakkolwiek związane, były równie niskie co szanse na to, że Zalotna Gwiazda odnajdzie zbiegłą samotniczkę, lecz zawsze warto pomarzyć, czyż nie?
— W którą stronę odbiegła? — zapytała wtem Ognikowa Słota.
— Uciekła do Betonowego Świata…
Świetnie. Przynajmniej teraz już wiedziała, gdzie powinna szukać samotniczki. Zachwyciła się tą myślą, lecz nagle zauważyła, że jej córka ze zdenerwowaniem wpatruje się w Kocimiętkowy Wir. Odchrząknęła.
— To samotniczka, nie może się nam równać. Nie zagraża nam — oznajmiła.

* * *

Zalotna Gwiazda znalazła się na skraju lasu. Panowała noc, a niebo, które rozciągało się nad terenami Klanu Wilka, było zupełnie pozbawione gwiazd. Stała w bezruchu, zastanawiając się nad tym, jak w ogóle się tu znalazła i dokąd powinna się udać. Dlaczego strażnik w ogóle pozwolił jej wyjść z azylu w środku nocy? Czy powinna do niego wrócić? Nie pamiętała niczego, co zrobiła w ciągu ostatnich kilku godzin, co trochę ją przerażało. Czy na starość umysł zaczął płatać jej figle? Czy to był znak, by zrezygnowała ze swojej pozycji przywódcy i odeszła do starszyzny? Czy to znak, że już niedługo jej żywot dobiegnie końca? Miała nadzieję, że jednak nie. Nie mogła zostawić całego klanu pod opieką kogoś innego. Tym bardziej nie teraz, gdy wisiało nad nim widmo niebezpiecznej grupy samotników. Mimo że w miarę ufała swoim zastępcom i wiedziała, że którykolwiek z nich zostanie liderem, poradzi sobie z tym problemem, tak przed śmiercią wolała mieć pewność, że Klan Wilka jest bezpieczny.
Już miała zawracać i zapomnieć o tym, że w ogóle tu zawędrowała, gdy nagle dostrzegła przed sobą ślady łap. Były świeże i dałaby sobie głowę urwać, że jeszcze chwilę temu ich tu nie było. Czy wcześniej ich nie zauważyła, czy może tak naprawdę wcale nie istniały i były jedynie wymysłem jej starczego umysłu? Zalotna Gwiazda postanowiła mimo wszystko podążyć ich śladem. W końcu kto o tak późnej porze mógłby przechadzać się po terenach Klanu Wilka? Na pewno nie był to żaden Wilczak, a co za tym idzie, musiał to być samotnik! O ile te ślady istniały naprawdę, a nie były, tak jak pomyślała przed chwilą, jedynie jakimś zwidem.
Trop zaprowadził ją w kierunku terenów samotniczych, gdzie urywał się przy kamieniach prowadzących przez rzekę na drugi brzeg. Zalotna Gwiazda omiotła wzrokiem terytorium za strumieniem, lecz nie dostrzegła na nim nic ciekawego. Potem spuściła głowę i przyjrzała się uważniej śladom łap, nabierając powietrza, by spróbować wyczuć jakąś nikłą woń. Wtedy poczuła ten sam zapach, który unosił się nad ciałem czarnofutrej samotniczki. Czy to możliwe, że były to odciski łap należące do samotniczki, która uciekła Kocimiętkowemu Wirowi?
Zalotna Gwiazda ponownie podniosła głowę, by sprawdzić, czy odciski ciągną się również po terenach należących do samotników. Wtedy dostrzegła na drugim brzegu ciemną sylwetkę innego kota. Odruchowo odskoczyła do tyłu, a futro na jej karku całe się zjeżyło. Białe oczy intruza lśniły na tle jego ciemnego pyska, wpatrując się spokojnie w przywódczynię. Szylkretka chciała syknąć coś w jego stronę, lecz z jej gardła nie wydobywał się żaden dźwięk. Jej oddech gwałtownie przyspieszył, a w głowie zaczęło jej się kręcić. Nim się obejrzała, cała jej wizja zaszła czernią…

* * *

TW: Zalotka potrafi jeszcze chodzić (i zabiła kolejnego kota)

Gdy Zalotna Gwiazda otworzyła oczy, spostrzegła, że znajduje się w swoim legowisku. Jej serce wciąż biło szybciej, niż powinno, a do tego kręciło jej się w głowie. Na zewnątrz było dość ciemno. Wiedziała to, gdyż do środka nie wpadało zbyt dużo światła i szylkretka widziała jedynie nikłe zarysy otaczających ją ścian. Spuściła wzrok na własne łapy, zastanawiając się nad tym, co się właśnie wydarzyło. Teraz zrozumiała, że cała ta sytuacja z dziwnym kotem była jedynie jej snem. Czy ten sen był przypadkiem, czy może jakimś znakiem od Mrocznych Przodków? Wyglądał tak, jakby zmarli chcieli jej coś przekazać. Może chodziło o to, że ten kot, ten samotnik, który uciekł Kocimiętkowemu Wirowi, niedługo zjawi się w miejscu, które widziała we śnie?
“Może idzie tam właśnie teraz?” — w jej głowie nagle pojawiła się myśl. Mimo że była nagła i pozornie głupia, Zalotna Gwiazda czuła, że nie mogła jej zignorować. Czy powinna teraz wyruszyć? Czy nie będzie to dziwne? W końcu był dopiero bardzo wczesny ranek, a koty, które miały wyjść na pierwszy patrol, zapewne wciąż jeszcze spały. Choć… jeśli tamta samotniczka naprawdę czekała teraz na nią na terenach samotniczych, to musiała ją odnaleźć. Musiała ją odnaleźć i z nią porozmawiać.
Postanowiła nie marnować więcej czasu. Podniosła się z posłania i pewnym krokiem zaczęła zmierzać w stronę wyjścia, przy którym stała Ośnieżony Kryształ. Białofutra kotka przeniosła na nią swoje zmartwione spojrzenie i rozdziawiła pysk, jakby chciała coś powiedzieć.
— Wychodzę tylko na chwilę — oznajmiła przywódczyni, tym samym uciszając wojowniczkę.
Nie myśląc o niej ani uderzenia serca dłużej, ruszyła w stronę terenów, które widziała we śnie. Jej krok szybko stał się nierówny, ponieważ ze starości nękały ją bóle stawów. Była jednak zdeterminowana, by dotrzeć do rzeki, licząc na to, że ujrzy tam poszukiwaną samotniczkę. Czuła, że ten sen nie był przypadkowy. Czuła w kościach, że Mroczni Przodkowie maczali w tym swoje paluchy.
W końcu udało jej się dotrzeć na skraj lasu. Zza horyzontu powoli wychodziło już słońce i jego nikłe promienie zaczęły oświetlać posiwiały pysk liderki. Zalotka zmrużyła oczy i zaczęła rozglądać się po polanach, licząc na to, że ujrzy na nich sylwetkę kota. Nikogo jednak tam nie było. Chciała już postąpić krok do przodu, by podejść bliżej rzeki, lecz wtem zza jej pleców dobiegł ją głos.
— Zalotna Gwiazdo.
Szylkretowa natychmiast odwróciła pysk w stronę źródła dźwięku, a to, co ujrzała, zmroziło jej krew w żyłach.
Cienista Zjawa.
Stał tuż za nią, wyglądając niemal tak samo, jak w dniu, w którym ogłosiła jego chwalebną śmierć całemu klanowi. Zalotna Gwiazda napięła mięśnie, zamierając w bezruchu. Przez chwilę nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Co on tu robił? Przecież miał nie żyć! W oczach wszystkich Wilczaków już dawno był trupem, a jednak stał teraz przed nią i był jak najbardziej żywy. Szylkretka poczuła, jak ogarnia ją niepokój. Cieniowi brakowało jednej z łap. Ponadto jego pysk ozdobiony był blizną, o której Zalotna Gwiazda miała okazję usłyszeć wiele razy w ciągu ostatnich kilku księżyców. Charakterystyczne “X” przecinało pysk jej przybranego syna.
— Skąd ty się tu wziąłeś? Dlaczego w ogóle żyjesz?! — warknęła, strzepując ogonem z frustracją.
Nic z tego nie rozumiała. Czuła się w tym momencie zagubiona i oszukana. Może wciąż tylko śniła?
— Dlaczego miałbym nie żyć, matko? Czy założyłaś, że umarłem? — zapytał bury, postępując krok w jej stronę. — Zniknąłem bez słowa na kilka księżyców, wiem… Lecz nie zależało to ode mnie. Mogłem co prawda wrócić wcześniej i wstyd mi, że nie próbowałem — kontynuował, patrząc przepraszająco na Zalotkę. — Zrozumiałem jednak swój błąd i chciałbym prosić cię o to, by znalazło się dla mnie miejsce w Klanie Wilka. Żałuję tych wszystkich dni i nocy, które spędziłem poza nim.
Zalotna Gwiazda nie potrafiła uwierzyć w to, co słyszy. W to, co widzi, zresztą też. Czy to wszystko było zwidem? A może ktoś podszywał się pod jej syna?
— W twoich snach! — wypluła, cała się jeżąc.
Nie wiedziała, dlaczego tak bardzo złościła się na syna. Najwyraźniej składało się na to kilka czynników. Na przykład to, że wciąż nie rozumiała, jakim cudem stał przed nią prawie cały i zdrowy. Albo to, że jeśli Cień wróci do Klanu Wilka, odznaczenie Powiernika Cienia nie będzie miało już sensu. Albo to, że zostawił ją i całą swoją rodzinę na kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt księżyców, i wolał żyć jako samotnik.
— Słucham? — mruknął, przekrzywiając głowę.
Szylkretka wbiła wzrok w ziemię, czując, jak zdumienie i panika opanowują całe jej ciało. Nie mogła pozwolić mu na powrót do Klanu Wilka. Nie mogła pozwolić na to, by zburzył całą narrację na temat jego śmierci, którą wykreowała. Czy wtedy jej pobratymcy uznaliby ją za kłamcę? Czy nie chcieliby się przeciwko niej zbuntować? Zalotna Gwiazda pragnęła jedynie tego, by po jej śmierci jej imię budziło respekt. Nie mogła pozwolić na to, by jeden kot zniszczył wszystko, co budowała przez całe swoje życie.
Wysunęła pazury, podnosząc wzrok na Cienistą Zjawę. W końcu jedyny kot, który nie zniszczy jej reputacji, to martwy kot. Nie zastanawiając się nad tym ani chwili dłużej, rzuciła się na swojego przybranego syna, chcąc dobrać się do jego szyi. Ten wykonał unik, lecz szylkretka nie próżnowała. Zamachnęła się na niego ponownie, delikatnie muskając futro na jego barku.
— Co ty wyprawiasz?! — miauknął zdziwiony, lecz przywódczyni nie miała czasu na rozmowy. Podejmowała kolejne próby ataku, wymachując łapami na oślep, jednak bury kocur cały czas robił uniki lub blokował jej ciosy. Co dziwne, sam nie próbował jej zaatakować. Czy był za słaby, by skrzywdzić kotkę, która go wychowała?
Zalotna Gwiazda syczała i warczała, zdenerwowana tym, że nie była już tak sprawna, jak niegdyś. Gdyby tylko była teraz u szczytu swoich umiejętności, pokonałaby go jednym skinieniem pazura! Cienista Zjawa już dawno leżałby bez życia u jej łap. A jednak męczyła się teraz na darmo, usiłując dosięgnąć go swoimi szponami.
— Przestań się opierać! I tak nie wyjdziesz z tego żywy! — splunęła, a wtedy buras zamarł na moment.
Wykorzystując tę chwilę słabości, przywódczyni rzuciła się na niego i wbiła pazury w jego szyję. Zanim pociągnęła je w swoją stronę, napotkała jego spojrzenie. W pomarańczowych ślepiach Cienistej Zjawy kryło się wiele sprzecznych emocji, ale przede wszystkim przerażenie.
Zalotna Gwiazda czuła, że powinna się odezwać. Że powinna choć spróbować wyjaśnić mu swój tok rozumowania, nim na zawsze odeśle go do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. W jej głowie panowała jednak pustka. A może bardziej cisza, gdyż nie mogła zignorować wspomnień z czasów, gdy Cień był jedynie małym kocięciem, które właśnie migotały przed jej oczami. Kto by pomyślał, że to wszystko tak się skończy…
W pewnym momencie ziemia została zbrukana krwią. Zalotka w końcu przemogła się i rozcięła swojemu synowi szyję. Jeszcze przez moment Cienista Zjawa wpatrywał się w nią, stojąc na równych nogach i wykrwawiając się coraz bardziej z każdym uderzeniem serca. Po chwili jednak wydał ostatnie tchnienie i z głuchym hukiem opadł na glebę. W akompaniamencie nagłego krzyku zaczął dławić się krwią.
Zalotna Gwiazda podniosła uszy. W jej uszach rozbrzmiało przeszywające “Tato!”, a następnie poczuła, jak ktoś rzuca się na nią z boku i sprawnym ruchem powala ją na ziemię. Potem ujrzała przed sobą czarno-biały pysk, ozdobiony żółtymi, wystraszonymi oczami. Po chwili w świetle wschodzącego słońca zabłysnęły czyjeś pazury. Szylkretka zmrużyła ślepia, gotowa na to, by otrzymać cios. Do niczego takiego jednak nie doszło. Zamiast tego usłyszała ciche łkanie i poczuła, jak kot, który przed chwilą przygwoździł ją do ziemi, odsuwa się od niej.
Otworzyła oczy i rozejrzała się wokół. Samotniczka pochylała się właśnie nad martwym ciałem kocura i cała drżała. Dlaczego nie odważyła się jej skrzywdzić? Dlaczego nazwała Cienistą Zjawę swoim ojcem? Zalotka czuła się jeszcze bardziej skonfundowana niż wcześniej. Była na tyle zszokowana, że przez gardło nie potrafiło jej przejść choćby jedno słowo. Mogła jedynie wpatrywać się tępo w czarno-białą kotkę, zadając sobie pytania.
— Dla-dlaczego go zabiłaś?! — wydukała w końcu nieznajoma, zwracając ku niej wzrok.
Wyglądała, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, lecz jej również odebrało mowę. Czy w takim razie były zmuszone do patrzenia na siebie nawzajem? W pewnym momencie Zalotka nie potrafiła już znieść pełnego wyrzutu wzroku samotniczki, dlatego zmrużyła oczy.
— Ja… — westchnęła jedynie, nie wiedząc nawet, co powiedzieć.
Zamiast dokończyć zdanie, podniosła się z miejsca i otrzepała z drobinek ziemi. Samotniczka wciąż wpatrywała się w nią zaszklonymi oczami, wywołując w niej emocje, których nigdy nie spodziewała się odczuć. Trudno było jej nawet określić, co teraz czuje. Czy męczyło ją poczucie winy? Żal?
— Wróć ze mną do obozu, a wszystko ci wyjaśnię — oznajmiła po jakimś czasie, niespokojnie poruszając wibrysami.
Nieznajoma zmarszczyła brwi i obnażyła kły.
— Nigdzie z tobą nie idę, morderczyni! Zabiłaś mi ojca! Powinnaś teraz zgnić! — oburzyła się, kładąc po sobie uszy.
Zalotna Gwiazda wiedziała, że tak się stanie. Nie zamierzała się jednak kłócić z samotniczką. Zamiast tego podeszła do ciała Cienistej Zjawy i chwyciła je za kark. Zaczęła ciągnąć je w stronę rzeki, podczas gdy czarno-biała obserwowała ją w szoku.
— Co… Co ty robisz?! — pisnęła, pozostając w bezruchu, gdy szylkretka coraz bardziej zbliżała się do brzegu.
W końcu liderka zaciągnęła ciało swojego syna do wody, pozwalając mu odpłynąć z nurtem. Nie chciała, by którykolwiek z Wilczaków odnalazł truchło burego podczas patrolu, dlatego zdecydowała się użyć tej samej taktyki, którą zastosowano po śmierci Dyniowej Skórki.
Potem powróciła do swojej “wnuczki”, która wciąż stała w miejscu, gdzie gleba zabarwiła się na czerwono.
— Idziesz ze mną, czy tego chcesz, czy nie — rozkazała twardo, na co żółtooka głośno przełknęła ślinę. Widać było, że się waha. Jednak czy miała jakiś wybór? Mogła albo pójść z Zalotką, albo do końca życia zadawać sobie pytania dotyczące tego dnia.
Następnie przywódczyni ruszyła w stronę azylu. Już po chwili usłyszała za sobą stukot łap samotniczki, a na jej pysk wślizgnął się niechciany uśmiech. Szybko jednak przybrała poważną minę, a poczucie triumfu, które na uderzenie serca pojawiło się w jej wnętrzu, szybko zostało zastąpione pustką. Wciąż nie mogła uwierzyć w to, co stało się przed chwilą. Naprawdę zamordowała własnego syna. Jej pazury tego dnia zatopiły się w jego szyi, a krew splamiła ziemię. Jakby tego było mało, poznała też swoją wnuczkę, o której istnieniu nie wiedziała, i której istnienie w ogóle nie powinno być możliwe.
— Jak się nazywasz? — postanowiła w końcu spytać, nim dotarły do azylu.
Spotkała się jednak z ciszą. Gdy już chciała ponownie się odezwać, by zbesztać samotniczkę, ta w końcu przemówiła:
— Sroka — wyznała niechętnie.
Zalotna Gwiazda mruknęła coś niezrozumiałego pod nosem. Zastanawiała się teraz nad losem kotki. Czy powinna od razu uczynić z niej uczennicę? W końcu, jakby nie patrzeć, była jej rodziną. Z drugiej strony każdy samotnik, który kiedykolwiek dołączył do Klanu Wilka, na początku był więźniem. Tym bardziej że Zalotka miała już pomysł, jak sprawdzić, czy Sroka zasługuje na zostanie członkiem ich społeczności. W końcu, skoro miała na pysku ten sam znak co koty, które zaatakowały Rozbitego Księżyca i Nadciągający Pomrok oraz porwały Tropiącą Łaskę, to na pewno musiała coś o nich wiedzieć, prawda? Musiała wiedzieć, gdzie znajduje się ich baza. Musiała wiedzieć, jak do niej dojść, a także jak zaprowadzić tam patrol Wilczaków, by mogli odbić intruzom to, co zostało im odebrane.
Jeszcze przed wejściem do obozu liderka rozkazała Sroce wytarzać się w ziołach, a sama również zamaskowała zapach Cienistej Zjawy, który na niej osiadł.
Gdy wreszcie wkroczyła do azylu, przykuła uwagę wszystkich kotów, które właśnie siedziały w środku, próbując się rozbudzić. Przywódczyni rozkazała Ośnieżonemu Kryształowi zaprowadzić Srokę do legowiska więźniów, a następnie wspięła się na mównicę i omiotła swoich pobratymców wzrokiem.
— Niech wszystkie koty zdolne do samodzielnego polowania stawią się w centrum obozu! — oznajmiła donośnie i poczęła obserwować, jak Wilczaki zmieniają się w rozbiegane mrówki, próbując przedostać się pod mównicę.
Gdy wszyscy wojownicy i uczniowie już się obudzili i zebrali, liderka przemówiła:
— Udało mi się sprowadzić do nas kotkę, samotniczkę. Należy ona do tej samej grupy samotników, która kilka dni temu porwała jedną z naszych najbardziej zasłużonych wojowniczek, Tropiącą Łaskę! Oznacza to, że już niedługo wyznaczę koty, które wraz z naszą nową więźniarką udadzą się na misję odbicia Tropiącej Łaski od tych okrutników! — zaczęła z powagą. — Nasz nowy nabytek nazywa się Sroka, a jej obecność przy granicy z terenami samotniczymi uświadomiła mi, jak niebezpieczne jest wędrowanie w tamtych okolicach. Właśnie dlatego ogłaszam, że od dziś, aż do odwołania, macie zakaz zbliżania się w tamtą stronę! Od dzisiaj nie możecie wychodzić dalej niż za Cierniste Drzewo! — kontynuowała.
Po skończonej przemowie zeszła z mównicy, a jej wzrok spoczął na rudofutrym kocurze, który właśnie zyskał siostrę, choć nawet o tym nie wiedział. I raczej nigdy już się nie dowie.

<Cętkowany Tęgoszu?>

21 października 2026

Od Żywicznej Kropli

Słońce przyjemnie ogrzewało jej kark, gdy zatopiła zęby w grzbiecie chudego królika. Zwierzę jeszcze przez dłuższą chwilę szamotało się pod jej łapą, usiłując wyrwać się z uścisku, lecz w końcu osłabło, a jego ruchy ustały. Żywica zacisnęła szczęki mocniej, upewniając się, że zdobycz nie zdoła już uciec, po czym podniosła ją z ziemi i zaniosła do miejsca, w którym wcześniej uzgodnili z resztą patrolu, że będą zakopywać upolowane gryzonie.
Koty rozeszły się po okolicy, oddalając się od siebie na tyle, by przeszukać większy obszar, ale wciąż pozostając w zasięgu własnego wzroku. Kameliowy Wianek łatwo było wypatrzyć między krzewami dzięki jasnej, niemal lśniącej bieli jej futra. Opadający Rumianek i Pląsająca Łapa znaleźli się najdalej od pozostałych, najwyraźniej traktując wyjście poza obóz jako kolejną okazję do treningu. Gadożerowy Pysk na chwilę zniknął jej z oczu, by zaraz wyłonić się zza pobliskiego krzewu z dwiema wiewiórkami zwisającymi z pyska. Ich rude ogony kołysały się przy każdym jego kroku, uderzając lekko o siebie nawzajem.
Żywica odwróciła się i wróciła w okolice miejsca, w którym dopadła królika. Przeszła jeszcze kilka kroków, rozglądając się za czymś większym i bardziej pulchnym, co mogłaby z dumą przynieść do obozu. Taka forma polowania wyjątkowo jej odpowiadała. Nie musiała silić się na rozmowę ani podtrzymywać niczyjego zainteresowania, a jednocześnie nie była całkiem sama, w razie niebezpieczeństwa wystarczyłoby głośniejsze zawołanie, by pozostali ruszyli jej na pomoc. Mogła skupić się na tropieniu, nie przejmując się niczym więcej.
Przykucnęła nisko, polegając przede wszystkim na wzroku. Słuch często ją zawodził, ciche szmery ginęły wśród szelestu liści, przez co nie zawsze potrafiła wychwycić obecność zwierzęcia, zanim to zdążyło się poruszyć. Oczy jeszcze do niedawna rekompensowały jej tę niedogodność, lecz ostatnia infekcja sprawiła, że widzenie w lewym oku nieco się pogorszyło. Pech chciał, że to właśnie ono pozostawało odsłonięte, podczas gdy niesforny kosmyk futra przysłaniał drugie.
Ruszyła naprzód, ciągnąc ogon po ziemi. Zostawiała za sobą wyraźny ślad, który w razie dłuższej gonitwy mógłby pomóc jej odnaleźć drogę powrotną, gdyby zanadto oddaliła się od pozostałych. Znajdowali się stosunkowo blisko granicy dzielącej ich od terenów Owocowego Lasu, a tym samym od Drogi Grzmotu, dlatego należało zachować wzmożoną czujność. Właśnie tutaj często trafiały się jednak większe kąski, prawdopodobnie uciekające na te obszary przed kotami patrolującymi pobliskie tereny.
Przesuwała spojrzeniem po kolejnych krzewach, wypatrując choćby najmniejszego ruchu. Co jakiś czas spomiędzy gałęzi zrywały się do lotu drobne ptaszyny, najpewniej zajęte poszukiwaniem pożywienia w ściółce. Żadnej z nich nie dostrzegła jednak dostatecznie wcześnie, by choćby pomyśleć o próbie schwytania. Zresztą, nie przepadała za polowaniem na wszystko, co miało skrzydła. Widok zdobyczy umykającej w ostatniej chwili w niebo był wyjątkowo irytujący, a ona nie miała ochoty tracić sił na bezskuteczne skoki.
Zatrzymała się na moment i uważnie przyjrzała terenom po drugiej stronie granicy. Przez chwilę nie działo się nic szczególnego, aż nagle między krzewami przemknęła większa, ciemna sylwetka. Nieznajomy pokonał spory kawałek terenu jednym, długim susem, a Żywica natychmiast zesztywniała, śledząc go wzrokiem. To z pewnością nie była zdobycz, którą mogłaby zanieść do obozu na kolację.
Z tej odległości jego czarne futro wydawało się matowe i pozbawione blasku. W wielu miejscach sierść była posklejana, a na łapach i bokach osiadł piasek, jakby kocur od dłuższego czasu przemierzał nieprzyjazne tereny. Żywica uniosła głowę, a wtedy ich spojrzenia się spotkały. Błękitne oczy nieznajomego przykuły jej uwagę, lecz nie na tyle, by od razu zapomnieć o zagrożeniu, jakie mógł stanowić. Instynkt podpowiadał jej, że nie było to żaden z wojowników sąsiadującego klanu, a jakiś samotnik, któremu zdarzyło podążać się Drogą Grzmotów. Ci z Owocowego Lasu nie pchaliby się bezmyślnie na ich tereny.
Przez krótką chwilę strach sparaliżował jej ciało. Rozsądek podpowiadał, by natychmiast zawrócić i powiadomić patrol o obcym kocurze kręcącym się w pobliżu granicy. Coś innego nie pozwalało jej jednak odwrócić wzroku. Serce, które wciąż boleśnie reagowało na wspomnienie brata, przypomniało jej, że to właśnie niedaleko tego miejsca po raz ostatni widziała Bursztyna.
Wyprostowała się, starając się nie zdradzić niepewności. Nie oglądała się za siebie. Gdyby ktoś z patrolu ją zauważył, mogłaby przynajmniej zapewnić, że próbowała przepędzić intruza. Nie miała jednak zamiaru odwracać się plecami do nieznajomego. Jeszcze rzuciłby się na nią z zaskoczenia i zagryzł, zanim zdążyłaby choćby pisnąć. Nie mogła przecież zginąć tak młodo. Sama myśl o tym, jak bardzo złamałoby to serce jej ojca, wystarczyła, by mocniej wbiła pazury w ziemię.
— Czego tu szukasz? — zapytała.
Jej własny głos zabrzmiał donośniej, niż się spodziewała. Zaskoczyło ją to, ale zarazem poczuła z tego powodu pewną satysfakcję.
Nieznajomy dopiero teraz zdawał się naprawdę ją dostrzec. Spojrzał w jej stronę, a następnie odezwał się cicho, bez wyraźnej zaczepki.
— Polowałem na królika, ale uciekł mi gdzieś w te okolice. Szukam swojej zguby.
Żywica nie zamierzała urządzać mu przesłuchania, by upewnić się, czy chodziło o tego samego długouchego, którego ledwo co upolowała. W duchu jednak od razu poczuła ukłucie dumy. A więc to ona była szybsza. Pierwsza dopadła skubańca i nie miała zamiaru przejmować się tym, że ktoś inny również miał na niego chrapkę.
— Już go nie znajdziesz. Sama dopiero co go złapałam, więc nie masz tu czego szukać. Dla własnego bezpieczeństwa lepiej zawróć i nie kręć się więcej w pobliżu tych terenów.
Kocur przyjrzał jej się uważnie, jakby próbował ocenić, czy naprawdę zamierza go przepędzić, czy jedynie stara się wyglądać i brzmieć groźnie. Nie przyjął jednak bojowej postawy ani nie nastroszył sierści. Po prostu skinął głową, jakby jej słowa nie stanowiły dla niego większego problemu.
— Tak? Nie wiedziałem, ale nie zamierzam sprawiać kłopotów. Do widzenia — odparł spokojnie.
Po tych słowach zwyczajnie się odwrócił i ruszył przed siebie, nie próbując nawet wdawać się w dalszą dyskusję. Jego uszy pozostawały jednak skierowane do tyłu, jakby uważnie nasłuchując, czy Żywica nie postanowi ruszyć za nim albo zaatakować go, gdy tylko straci czujność.
Kotka przez chwilę obserwowała jego oddalającą się sylwetkę, gotowa wreszcie wrócić do swoich obowiązków. Wtedy jednak dopadło ją zwątpienie.
Naprawdę sprawiał wrażenie pałętającego się tu bezmyślnie samotnika, więc co jeśli znał Bursztyna? Może był jednym z kotów, z którymi jej brat postanowił odejść i wiedział, gdzie teraz rudzielec przebywał?
Powinna była ugryźć się w język. I to porządnie. Takie rozwiązanie z pewnością byłoby rozsądniejsze niż to, na które zdecydowała się w następnej chwili.
— Poczekaj! — zawołała za odchodzącym kocurem.
Nieznajomy zatrzymał się, lecz zrobił to wyjątkowo powoli, jakby nie był przekonany, czy rzeczywiście chce reagować na jej wezwanie.
— Mnie wołasz?
Żywica niechętnie skinęła głową. Już samo przyznanie, że potrzebowała czegoś od obcego kota, budziło w niej irytację, zwłaszcza, że zaledwie kilka uderzeń serca wcześniej stanowczo kazała mu odejść.
— Dopiero co mnie przeganiałaś — zauważył.
— Mam pytanie — odpowiedziała, zerkając na moment za plecy. Upewniła się, że w pobliżu nie widać nikogo z patrolu, po czym ponownie skupiła wzrok na czarnym. — Czy... znasz może takiego rudego... ciemnorudego, kocura? Ma zielone oczy w kolorze... — Urwała, szukając odpowiedniego określenia. Nie chciała wypowiedzieć imienia Bursztyna, jakby samo jego przywołanie mogło zdradzić obcemu coś, czego nie powinien wiedzieć. Zresztą, opisanie brata wprost byłoby znacznie prostsze, gdyby nie jego szczególna cecha, którą Żywica zdążyła już uznać za idealny sposób na wbicie mu pazura, nawet pod jego nieobecność. — W kolorze gila, który ciągle wystaje mu z nosa — dokończyła. — To bardzo charakterystyczna cecha jego wyglądu.
Czarny kocur wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę z niedowierzaniem. Żywica niemal mogła sobie wyobrazić, jak próbuje zdecydować, czy właśnie usłyszał najdziwniejszy opis w swoim życiu, czy też ma do czynienia z kimś, kto celowo robi sobie z niego żarty. W końcu nieznajomy lekko odchrząknął i rozejrzał się na boki.
— Co będę miał z tego, że udzielę ci odpowiedzi? — zapytał.
Żywica zacisnęła szczęki, czując, jak jej cierpliwość zaczyna się kurczyć. Oczywiście. Dlaczego miałby po prostu odpowiedzieć na zwykłe pytanie? Najwyraźniej nawet rozmowa z samotnikiem musiała wiązać się z jakimś targowaniem.
— Dobry uczynek na sumieniu — stwierdziła sucho.
— Mało kuszące, ale sprzyja mi dzisiaj dobry humor, więc mogę cię oświecić — oznajmił, przytakując lekko głową. — Wiele kotów przewinęło mi się przed oczami, a wśród nich niejeden rudy. Nie zwracałem szczególnej uwagi na to, czy coś dyndało im z nosa — dodał z wyraźnym niesmakiem. — Niewykluczone, że spotkałem kogoś takiego, jak opisujesz, ale mogło to być na tyle dawno temu, że zupełnie wyleciało mi z pamięci.
Żywica westchnęła i przewróciła oczami. Trudno było o bardziej bezużyteczną odpowiedź. Cała ta wymiana zdań nie przyniosła jej niczego poza irytacją i przypomnieniem, że Bursztyn wciąż pozostawał gdzieś daleko, poza jej zasięgiem. Strzepnęła ogonem, próbując ukryć rozczarowanie pod pozorem obojętności.
— Dzięki za chęci — wydusiła z siebie. — Na przyszłość lepiej uważaj, kiedy zapuszczasz się w te okolice. Te tereny należą do Klanu Burzy, a nie każdy będzie dla ciebie tak miły jak ja.
Samotnik przekrzywił lekko głowę. Na jego pysku pojawił się wyraz szczerego zdumienia, jakby właśnie usłyszał coś, czego zupełnie się nie spodziewał.
— To ty byłaś miła? — zapytał. — W takim razie rzeczywiście strach poznawać innych...
Żywica parsknęła, choć trudno było uznać to za oznakę prawdziwego rozbawienia. Bardziej przypominało to krótkie prychniecie, w którym irytacja mieszała się z niechętnym uznaniem, że obcy potrafił odpowiedzieć jej złośliwością na złośliwość. Nie zamierzała jednak dać mu satysfakcji i ciągnąć tej rozmowy dalej.
Tego dnia nie dowiedziała się niczego, ale przecież nie był to pierwszy ani ostatni samotnik, który mógł pojawić się w pobliżu granicy. Jeśli Bursztyn rzeczywiście trzymał się teraz takich kotów, istniała szansa, że prędzej czy później natknie się na kogoś, kto będzie wiedział o nim więcej. Może następnym razem trafi na rozmówcę bardziej kompetentnego.
Z tą myślą odwróciła się i bez większego zastanowienia zrobiła kilka kroków w stronę miejsca, w którym wcześniej polowała. Dopiero po chwili przypomniała sobie o ostrożności i obejrzała się przez bark, chcąc sprawdzić, czy nieznajomy rzeczywiście odszedł. Po czarnym kocurze nie było już jednak śladu.

Od Gradobijącego Ciernia

Wszedł do legowiska medyka, które spowite było zapachem spalonych ziół. Zapach mocno dusił go, wręcz paląc jego nozdrza. Spojrzał na stojącego obok wejścia do legowiska wojownika, który miał go pilnować. Srebrny strzepnął ogonem, lekko poddenerwowany. Nadal czuł się bardzo ograniczony, cóż, nie dziwił się Klanowi Burzy, że mieli do niego ograniczone zaufanie. Nie zmienia to faktu, że mu się to nie podobało. Zaczął przeglądać półkę z ziołami, sprawdzając, czy jakieś jeszcze się nadają do spożycia. Może choć jedno ziółko zachowało się, nadal ma swoje właściwości lecznicze… Niestety, kocur nic nie mógł znaleźć. Zrezygnowany opadł na tyłek z sapnięciem, zwieszając uszy. Nadal jednak myślał o znalezionych w legowisku Króliczej Gwiazdy ziołach. Czy serio powinien powiedzieć o tym liderowi..? Westchnął, odwracając się do wyjścia. Razem z wojownikiem, który pilnował go akurat tego dnia, szedł już w stronę wyjścia z obozu, kierując się w stronę tymczasowego obozu, jednak akurat naprzeciw nich szedł Zawodząca Gwiazda. “Jesteś mordercą jego ojca, Gradobijący Cierniu. Nie powinieneś nawet na niego patrzeć, co dopiero się zbliżać.” Głos Pierza zadzwonił w jego uszach, na co kocur skrzywił się. Pokręcił głową, zatrzymując się. Na ten nagły ruch Cyklonowe Oko, który go pilnował, zatrzymał się również, patrząc na niego ostrożnie.
— Hej, co z tobą? — warknął do Ciernia, ale ten patrzył nadal na lidera.
— Zawodząca Gwiazdo… Możemy porozmawiać?

Event Klanu Burzy: przeszukiwanie starego obozu

Od Ostatniego Pożaru CD. Zwiastunka (Zwiastującej Łapy)

Uniosła brew.
– Myszy?
– Ogony! Trzy! – jeszcze raz podkreślił z oburzeniem Zwiastunek. Ruda westchnęła ciężko. Nie miała w tej chwili siły na takie rozmowy z dziećmi. Zamiast odpowiedzieć na pytanie, po prostu wstała.
– Chodźcie, idziemy do łapkowa.

***
*niedługo po mianowaniu dzieci na uczniów*

Echo nie zamierzał przywrócić dzieciakom ich imion. Pytała to o to razem ze Złotą Wydmą, ale nie dostały pozytywnej odpowiedzi. Ona dała sobie spokój dość szybko. I tak nigdy jej w tym klanie nie słuchali, więc co miało się zmienić? Sahara za to nie dawała za wygraną. Kiedy już kolejny raz wyszła z legowiska lidera z niezadowoloną miną, teraz bardziej niż wcześniej, podeszła do niej i musnęła ją ogonem.
– Nie martw się. Dzieci dadzą sobie radę, chyba im to jakoś bardzo nie przeszkadza… Lepiej pójdź się zdrzemnąć. – zaczęła ją pocieszać. Kremowa skinęła głową i oddaliła się w kierunku legowiska wojowników. Ona za to skierowała wzrok na wracającego z treningu syna. Ten również szybko popatrzył na nią i kiedy tylko Śpiewający Raniuszek pozwoliła mu odejść, podbiegł do niej.
– Jak było na treningu? – zagadnęła.
– Okropnie! Śpiewający Raniuszek w ogóle nie rozumie mojego daru! – widząc, że Ostatni Pożar zupełnie go nie rozumiała, kontynuował. – Powiedziałem jej, że powinniśmy odbudować obóz, zamiast mieszkać w jaskiniach, a ona powiedziała, że ja nie mam w tym nic do powiedzenia! A kto będzie odbierać znaki ostrzegające przed zagładą klanu?! Co, jeżeli przez bycie pod ziemią, moje pędzelki będą rzadziej nawiązywały kontakt z gwiezdnymi?!
Popatrzyła na Zwiastującą Łapę, nie wiedząc, co powiedzieć. Gadał kompletnie od rzeczy, ale nie chciała się z młodym kłócić.
– Wiesz, to chyba zadanie medyków…

<Zwiastun?>