Poza typowymi polowaniami, odbywaniem patroli granicznych i dbaniem o porządek w obozie na niektórych wojowników Klanu Burzy czekał jeszcze jeden obowiązek, znacznie bardziej żmudny i mniej wdzięczny od pozostałych. Pełnienie warty przy więźniach wymagało skupienia i siły, choć skazani, przynajmniej z perspektywy Żywicy, zdawali się już na tyle pogodzeni ze swoim losem, że nie planowali żadnych kolejnych przewrotów. W końcu liczba przewinień, których się dopuścili, dawno przekroczyła tę, jaką można było przypisać przyzwoitemu członkowi klanu.
Początkowo nie sądziła, że w ogóle zostanie przydzielona do tego zadania, biorąc pod uwagę jej niewielkie doświadczenie i niepozorną posturę. Śpiewający Raniuszek uchodziła jednak za kotkę, która nie dawała sobie w kaszę dmuchać, dlatego po dłuższej rozmowie i namyśle zaproponowano, by ruda dla wprawy towarzyszyła koleżance podczas warty. Szylkretce tak naprawdę dopiero co przeszedł niezrozumiały dla Żywicy foch. Nadal nie potrafiła odgadnąć, z jakiego powodu Raniuch się na nią dotychczas gniewała.
— Tak właściwie jestem tu bezużyteczna, sama dałabyś radę ich pilnować — zauważyła Żywica, mając z tyłu głowy, że do tego rodzaju obowiązków często wyznaczano tylko jednego kota. Po obozie cały czas ktoś się kręcił, więc gdyby w pobliżu więziennego legowiska wydarzyło się coś niepokojącego, z pewnością szybko zwrócono by na to uwagę.
— Nie marudź, dotrzymasz mi chociaż towarzystwa — odparła Raniuszek, spoglądając z ukosa w stronę wnętrza legowiska więźniów. Jej jaśniejsza część pyszczka wykrzywiła się w wyrazie jawnego obrzydzenia.
Żywica zastanawiała się czasem, czy w innych klanach odsetek przestępców był równie wysoki jak u nich, a może i jakimś cudem nawet większy. Z przeróżnych opowieści, którymi straszono ją za kociaka, zdążyła wywnioskować, że w tym klanie już od dawna znajdowało się wiele jednostek o wątpliwej moralności. Przymykanie oka na ich przewinienia prędzej czy później prowadziło zaś do tragicznych konsekwencji, nierzadko kończących się rozlewem krwi.
Nigdy nie lubiła nawet mijać tego miejsca. Może tylko sobie to wmawiała, a może było to zaledwie wytworem jej przewrażliwienia, jednak woń unosząca się w tej okolicy zdawała się niemal ją dusić, wywołując przy tym nagły, trudny do wyjaśnienia niepokój. Nie potrafiła wskazać konkretnego powodu swojego dyskomfortu, a mimo to za każdym razem, gdy znajdowała się w pobliżu, miała ochotę jak najszybciej się oddalić.
Otrząsnęła się z nieprzyjemnych myśli, wyprostowała i ponownie zerknęła na Raniuszek.
— Co masz później w planach? — zagadnęła.
— W jakim sensie później?
— Po warcie — doprecyzowała ruda. — Może chciałabyś pójść rozprostować kości? Nie wiem, ile zdołam tu usiedzieć... — mruknęła.
Bardziej niż sam bezruch doskwierał jej długi brak dostępu do światła. Przywykła do swobodnego poruszania się po otwartych terenach, a siedzenie w jednym miejscu, z dala od słońca i świeżego powietrza, szybko zaczynało ją męczyć.
Nie, żeby miała na co marudzić, patrząc na los tych, którzy obecnie znajdowali się za jej plecami.
Śpiewający Raniuszek parsknęła krótkim śmiechem.
— Dopiero co zaczęłyśmy, ale jasne, czemu nie — odparła, brzmiąc nawet na całkiem zadowoloną z propozycji.
Żywiczna Kropla odrobinę się rozluźniła i wygodniej rozsiadła na swoim miejscu, pozwalając spojrzeniu swobodnie wędrować po otoczeniu. Gdy wykonywane zadanie nie wymagało od niej większego skupienia, często nachodził ją natłok myśli.
Przyglądając się obecnemu składowi więźniów, mogła jedynie próbować odgadnąć, co kryło się w ich głowach. Były to jednak rozważania dość jałowe, ponieważ z perspektywy jej własnego, wyższego poczucia moralności, trudno było jej znaleźć jakiekolwiek powody, dla których kot miałby dopuścić się morderstwa, nie licząc obrony własnej bądź słabszych od siebie.
Sama myśl o pozbawieniu kogoś życia budziła w niej obrzydzenie, odpychała ją i wywoływała delikatny dreszcz przebiegający pod skórą. Zawiść, zazdrość, urażona duma... Czy to właśnie te przyziemne uczucia potrafiły popchnąć kogoś do czynów, których nie dało się już cofnąć? Z pewnością nie były to cechy, które pochwalałby Klan Gwiazdy.
W końcu jej spojrzenie zatrzymało się na charakterystycznie rudym futrze, należącym do kocura, którego imię w ostatnim czasie coraz częściej przewijało się w rozmowach wojowników. Połyskliwy Kogut dopuścił się otrucia własnej matki, współpracując przy tym z Łzawą Łapą. Fakt, że zamordowana kotka sama wcześniej była więźniem, dodawał całej sprawie absurdu.
Czasami do myśli Żywicznej Kropli wracało to, co zza młodu wydawało jej się nie do końca zrozumiałe i zdawało się wynikać z prywatnych konfliktów dwóch kotek, aniżeli czegoś poważniejszego. Jej zmarła już babcia, Ognista Piękność, zawsze spoglądała z niesmakiem na Sójczy Błękit i każdego z jej potomków. Z tego powodu też Ostatni Pożar zabraniała Żywicy i Bursztynowi utrzymywać kontakty z kimkolwiek spokrewnionym z Sójką. Jeśli otruta Rudzikowe Skrzydełko rzeczywiście należała do tej części rodziny, może faktycznie było w nich coś przeklętego?
Taki wniosek szybko jednak tracił sens, gdy Żywica brała pod uwagę Oskrzydlonego Ognika, któremu ufała bezgranicznie, oraz Skrzydlatą Płomykówkę, która zdobyła szacunek lidera i objęła stanowisko zastępczyni. Ponadto sama siostra osadzonego, Zwisająca Perłówka, wydawała się sumienną i prawą wojowniczką. Na ile ich zachowanie było jedynie pozorem, a na ile to Żywica pozwalała, by rodzinna nieufność i dawne uprzedzenia wpływały na jej osąd?
Gdyby zaczęła z takiego powodu żywić urazę, oznaczałoby to, że wierzy w słowa matki. Tej samej matki, która ostatecznie wybrała inne kocięta, jakby ona i Bursztyn byli jedynie starym mchem zalegającym w legowisku.
Wymagali wymiany.
W obliczu tego wszystkie zrodziła jej się pewna zagwozdka, choć nie była pewna, czy powinna robić cokolwiek w celu jej rozgryzienia. Pomimo niechęci wobec matki, nigdy by jej nie skrzywdziła. I z tego powodu nagle, jakby wbrew sobie, zapragnęła pojąć, co działo się w umyśle Połyskliwego Koguta.
— Śpiewko, ja wiem, że to, co teraz powiem, będzie brzmiało nierozsądnie i bezsensownie, ale myślisz, że mogłabym porozmawiać z... — zawahała się, sama nie dowierzając, do czego zmierza. — Połyskliwym Kogutem?
Raniuszek spojrzała na nią tak, jakby Żywica właśnie oznajmiła jej, że kogoś zamordowała.
— W jakim celu? To znaczy, wiesz, nic nie stoi na przeszkodzie, jeśli odczuwasz taką potrzebę, ale... może i nie jesteś już fizycznie małym kociakiem, ale móżdżek chyba nadal masz równie mały co wtedy...
Żywica lekko zachłysnęła się powietrzem, starając się nie okazać urażenia.
— Nie jestem naiwna, nie łudzę się o cokolwiek dobrego. Nawet nie sądzę, że to wszystko ma jakieś drugie dno i nie zamierzam słuchać żadnych wyjaśnień. Po prostu chcę o coś zapytać.
Śpiewający Raniuszek wciąż nie wyglądała na przekonaną. Jej spojrzenie mówiło wyraźnie, że uważała cały pomysł za co najmniej niedorzeczny, ale najwyraźniej nie zamierzała próbować odwieść Żywicy od jej zamiarów. Właściwie z każdą chwilą zdawała się mieć coraz bardziej gdzieś, co poczyni ruda.
— Mhm. Dla niego nie ma już jakiegokolwiek ratunku, ale rób co chcesz. Będę tu. Krzycz w razie czego.
Żywiczna Kropla lekko skinęła głową. Dotąd z Kogutem nie zamienili ze sobą więcej niż kilku przypadkowych słów. Nie mogła powiedzieć, że dobrze go znała, nie wiedziała, jaki był naprawdę. Jego dalszy los w Klanie Burzy zdawał się niepewny, a okazja do rozmowy z nim mogła się już nie powtórzyć. Nie uważała, że jakiekolwiek, odległe więzy krwi, które ich łączyły, mogły mieć wpływ na jej ruch.
Ciekawość bywała zgubna właśnie dlatego, że rzadko pozwalała kotu rozsądnie ocenić, kiedy lepiej odpuścić.
Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w rudego kocura, próbując zdecydować, czy powinna dać sobie spokój. Nie zdawała sobie sprawy, jak długo to robi, dopóki Połyskliwy Kogut nie poruszył uszami i nie skierował pyska w jej stronę. Jego spojrzenie spotkało się z jej wzrokiem. Odwrócenie głowy w tej chwili byłoby jednak jeszcze bardziej podejrzane.
Postąpiła o te parę kroków bliżej. Kocur zdawał się być nieco zdezorientowany. Być może domyślił się, że stał się tematem rozmowy. Albo nawet ją słyszał.
W końcu odezwał się spokojnie, bez cienia złości czy wyraźnej niechęci.
— Coś się stało?
Żywica zamrugała, dopiero teraz uświadamiając sobie, że właściwie nie przygotowała sobie żadnego początku tej rozmowy.
— Nie, to znaczy... — zaczęła, po czym urwała, zirytowana własnym niezdecydowaniem. Poruszyła końcówką ogona i zmusiła się, by nie uciekać spojrzeniem. — Jak... Jak się trzymasz?
Wypadało zacząć łagodnie, jeśli rzeczywiście chciała wyciągnąć jakiekolwiek konkrety.
<Kogucie?>