BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

24 października 2026

Od Łzawej Łapy

Wzięła kilka głębokich oddechów, usiłując uspokoić kołatanie serca, które z każdą chwilą stawało się coraz bardziej uporczywe. Chłodne powietrze wypełniało jej płuca, lecz nie przynosiło upragnionej ulgi, a jedynie potęgowało nieprzyjemne uczucie drapania w gardle. Łzawa Łapa przełknęła ślinę, starając się pozbyć narastającego dyskomfortu, jednak ten uparcie powracał, jak gdyby jej własne ciało próbowało ostrzec ją przed czymś, na co umysł zdążył już wyrazić zgodę. Nie potrafiła jednoznacznie określić, co właściwie wywoływało w niej tak silne napięcie. Czy była to świadomość tego, co za chwilę zamierzała zrobić, czy może myśl o wszystkim, co nieodwracalnie zakończy się wraz z podjęciem tej decyzji? Trudno było jej rozstrzygnąć, gdzie kończył się strach przed nieznanym, a zaczynało zmęczenie rzeczywistością, która od dłuższego czasu nie dawała jej żadnego powodu do radości.
Myśl o wspólnej ucieczce pojawiała się w jej głowie coraz częściej, ilekroć spędzała czas z Połyskliwym Kogutem. Znała go na tyle dobrze, by chcieć podzielić się z nim swoimi zamiarami, a sama obecność przyjaciela sprawiała, że perspektywa opuszczenia dotychczasowego miejsca wydawała się nieco mniej przytłaczająca. Zastanawiała się jedynie, jak powinna zacząć rozmowę i w jaki sposób wyjaśnić mu, że nie zamierza dłużej czekać na zmianę swojego losu.
Za każdym razem, gdy nadarzała się okazja, odkładała rozmowę na później, później zirytowana własnym niezdecydowaniem. Nie wynikało ono jednak z obawy przed jego reakcją, a przynajmniej taką wersję przedstawiała samej sobie. Po prostu chciała mieć pewność, że zostanie właściwie zrozumiana, a jej słowa zabrzmią wystarczająco stanowczo, by nie pozostawić miejsca na niepotrzebne dyskusje.
W końcu uznała, że dalsze zwlekanie nie ma sensu. Nie istniał żaden idealny moment, na który warto byłoby czekać, a każda kolejna chwila poświęcona na układanie w głowie odpowiednich zdań jedynie niepotrzebnie odwlekała realizację planu. Skoro zamierzała odejść, musiała zacząć działać, a pierwszym krokiem było wtajemniczenie rudego w swoje zamiary.
Kiedy tylko poczuła więc na sobie wzrok przyjaciela, podeszła do niego bez zbędnego wahania, choć w jej wnętrzu nadal kotłowały się myśli, które od kilku dni nie dawały jej spokoju. Zatrzymała się przed nim, unosząc nieco głowę, i przez krótką chwilę przyglądała mu się w milczeniu, jak gdyby chciała upewnić się, że poświęci jej wystarczająco dużo uwagi. Nie zamierzała owijać sprawy w bawełnę ani udawać, że chodzi o coś błahego. Miała mu do powiedzenia coś ważnego i oczekiwała, że potraktuje jej słowa poważnie.
— Hej, Kurak. Słuchaj, ja już tutaj nie wytrzymam. Rozumiesz? — zaczęła szeptem, a choć starała się nadać swojemu głosowi pozory opanowania, pod wypowiadanymi słowami kryło się drżenie, które z każdym kolejnym uderzeniem serca stawało się coraz trudniejsze do powstrzymania. — Odebrali mi wszystko. Wszystko, na co tak długo czekałam. Mój tytuł, moje miejsce, całą tę radość z bycia częścią klanu. Nienawidzę Echa, Firletki, Płomykówki i wszystkich innych, przez których muszę tu siedzieć.
Ostatnie słowa niemal uwięzły jej w gardle, lecz Łzawa Łapa nie pozwoliła sobie na przerwanie, jak gdyby obawiała się, że jeśli choć na chwilę umilknie, zabraknie jej odwagi, by ponownie otworzyć pysk i wypowiedzieć na głos wszystko to, co od tak dawna gromadziło się w jej wnętrzu.
Jej uszy odchyliły się nieznacznie na boki, kiedy wspomnienia ponownie napłynęły do jej umysłu, natarczywe i ostre niczym ciernie wbijające się w delikatną skórę. Jeszcze niedawno potrafiła wyobrazić sobie przyszłość, w której będzie uwielbianą przez współklanowiczów medyczką, znającą lekarstwo na każdą ranę oraz chorobę. Że w chwili potrzeby to w jej stronę zwrócą się ich pyszczki. Że będzie ważna, tak jak jej tato i dziadek. Teraz jednak te obrazy wydawały się odległe jak wspomnienia z obcego życia, a miejsce, które jeszcze do niedawna uważała za własne, stało się jedynie więzieniem, w którym każdy dzień przypominał jej o tym, co utraciła.
Przełknęła ślinę, usiłując zdusić narastający ucisk w gardle, po czym zacisnęła pazury w podłożu tak mocno, że miała wrażenie iż ziemia zgina się pod ich naciskiem.
— Uciekniemy — dodała po chwili, tym razem ciszej, lecz w jej głosie nie pozostało już niemal nic z wcześniejszego drżenia. Zamiast niego pojawiła się chłodna stanowczość, która zdawała się zaskakująco dobrze pasować do napięcia malującego się na jej pysku. — Rozumiesz? Musimy stąd wyjść, bo nie zamierzam spędzić reszty życia, czekając, aż łaskawie pozwolą mi wrócić do tego, co robiłam wcześniej. Nie będę ich prosić o coś, co sami mi odebrali. Mam już tego wszystkiego dość.
Podniosła głowę i spojrzała na Połyskującego Koguta, szukając w jego oczach czegoś, co mogłoby utwierdzić ją w przekonaniu, że nie jest jedyną osobą zdolną dostrzec absurd sytuacji, w której się znaleźli. Chciała wiedzieć, że nie będzie musiała mierzyć się z tym wszystkim sama, że przynajmniej jedna bliska jej osoba wciąż z nią pozostanie.
W jej wyobraźni plan zdążył już nawet nabrać kształtów, choć wciąż pozostawał bardziej zbiorem gwałtownych myśli niż rzeczywistym zamierzeniem. Wiedziała, kiedy mniej więcej strażnicy zmieniają warty, mogliby więc uciec, kompletnie omijając ich wzrok. A potem już tylko wejść w tunel, który pozwoli im oddalić się od klanu oraz przybliżyć do wolności. Nie zastanawiała się nad wszystkimi przeszkodami, jakie mogły stanąć im na drodze, lecz w tej chwili sama możliwość odejścia wydawała jej się czymś znacznie bardziej znośnym niż perspektywa pozostania w miejscu, w którym każdy zakątek przypominał jej o upokorzeniu.
Połyskujący Kogut przez dłuższą chwilę milczał.
Ta cisza napewno oznaczała, że rudy próbuje zebrać myśli i znaleźć odpowiednie słowa, by wyrazić zgodę, której tak bardzo potrzebowała. Obserwowała go uważnie, dostrzegając, jak jego sylwetka nieznacznie sztywnieje, a uszy poruszają się niespokojnie, reagując na odgłosy dobiegające z dalszej części otoczenia. Jego spojrzenie raz po raz uciekało w bok, zatrzymując się na kamieniach, posłaniach innych więźniów, wszystkim, co mogło odciągnąć jego uwagę od niej samej.
Rozumiała go.
Sama przecież czuła, jak niebezpieczna jest myśl, którą właśnie wypowiedziała, i potrafiła zrozumieć, że perspektywa opuszczenia klanu nie należała do najłatwiejszych. Ucieczka oznaczała nie tylko pozostawienie za sobą znajomych pysków i bezpiecznego schronienia, lecz także konieczność stawienia czoła światu, w którym nie można było liczyć na pomoc współplemieńców ani na ochronę zapewnianą przez granice własnego terytorium. Jednak przecież poradziliby sobie, prawda? Ona mogłaby szukać ziół, w razie gdyby dopadła ich choroba, a on mógłby łapać im zwierzynę, by byli najedzeni. Potem może dołączyliby do jakiegoś klanu. Może. A nawet jeśli nie, to wciąż byłoby im znacznie lepiej niż tu.
Najlepsi przyjaciele na zawsze. Nieważne gdzie.
— Łzawa Łapo, ja… — zaczął w końcu, a jego głos zabrzmiał niepewnie, jak gdyby każde kolejne słowo wymagało od niego pokonania niewidzialnej przeszkody. — Nie jestem pewien, czy byłbym w stanie uciec wraz z tobą. Chyba łatwiej będzie mi pozostać. Ale mogę ci trochę pomóc. No wiesz, w planowaniu.
Och.
Przez ułamek chwili Łzawa Łapa po prostu na niego patrzyła, próbując zrozumieć, co właściwie usłyszała. Nie spodziewała się, że od razu zgodzi się odejść. Wiedziała przecież, jak wiele miał do stracenia i jak przerażająca musiała wydawać mu się myśl o życiu poza klanem. Mimo to jakaś jej część wciąż wierzyła, że jeśli przedstawi mu wystarczająco dobry powód, jeśli pokaże mu, że mogliby sobie poradzić, znajdzie w sobie odwagę, by przynajmniej rozważyć tę możliwość. Że ich przyjaźń będzie dla niego równie ważnym argumentem, jak dla niej.
Tymczasem on już podjął decyzję. Zostawał. A jej oferował pomoc w zaplanowaniu ucieczki, w której sam nie zamierzał uczestniczyć.
Nie poruszyła się, nie odpowiedziała, nawet nie drgnęła końcówką ogona. Przez moment próbowała jeszcze znaleźć w jego słowach coś, czego mogłaby się uchwycić — dowód na to, że wciąż chciał być po jej stronie, że nie zostawiał jej całkiem samej z tym wszystkim. Przecież nie odmówił jej pomocy. Nie odwrócił się od niej. A jednak trudno było jej nie dostrzec, jak niewiele znaczyła ta pomoc w obliczu tego, o co naprawdę go prosiła.
Jeszcze przed chwilą wyobrażała sobie, że mogliby odejść razem, że mimo strachu i niepewności znaleźliby sposób, by ułożyć sobie życie na własnych zasadach. Teraz ta wizja zaczynała rozpadać się na jej oczach, ustępując miejsca rzeczywistości, której nie chciała przyjąć. Nie chodziło nawet o samą odmowę. Bolało ją to, że kiedy postawiła przed nim coś, co uważała za szansę dla nich obojga, on nie potrafił dostrzec w tym niczego, dla czego warto byłoby zaryzykować.
Gniew, który jeszcze przed momentem zdawał się nie mieścić w jej drobnym ciele, powoli przygasał, pozostawiając po sobie coś znacznie trudniejszego do nazwania. Nie była już tak wściekła, jak mogłaby się spodziewać. Nie miała nawet siły, by próbować go przekonywać. Zamiast tego poczuła narastającą gorycz, cichą i ciężką, podszytą niedowierzaniem, że tak bardzo się pomyliła.
Chciało jej się śmiać.
Oczywiście, że nie chciał iść. Oczywiście, że w chwili, w której potrzebowała go najbardziej, potrafił zaoferować jedynie kilka ostrożnych rad, nie narażając przy tym ani własnego bezpieczeństwa, ani wygodnego miejsca, które wciąż zajmował w klanie. Jak mogła oczekiwać czegoś innego? W jej życiu każdy był rozczarowaniem.
Ojciec.
Brat.
Mentorka.
Dlaczego w tym przypadku — w jego przypadku — miałoby to wyglądać jakkolwiek inaczej?
Z każdą sekundą coraz wyraźniej odczuwała, jak sympatia do przyjaciela wyślizguje się z jej serca, pozostawiając po sobie miejsce dla niechęci, która rosła w niej z niepokojącą łatwością. Jeszcze przed chwilą jego obecność dawała jej odrobinę pocieszenia, stanowiąc ostatni punkt oparcia w świecie, który zdawał się systematycznie odbierać jej wszystko, co miała. Teraz jednak nawet wspomnienie ich wcześniejszych rozmów, wspólnych chwil i drobnych gestów życzliwości zaczęło wydawać jej się czymś pozbawionym znaczenia, niemal żałosnym w obliczu tego, jak niewiele był gotów dla niej zrobić.
Jej wzrok stwardniał, a źrenice zwęziły się nieznacznie, kiedy powoli uniosła podbródek. Na pysku pojawił się grymas odrazy, którego nie próbowała już ukrywać, i choć nie wypowiedziała ani słowa, Połyskujący Kogut musiał dostrzec zmianę, jaka w niej zaszła. Wystarczyło jedno spojrzenie, by zrozumiał, że jego odpowiedź nie tylko jej nie zadowoliła, ale również przekreśliła coś, czego być może sam nie uważał za tak kruche.
Rudy natychmiast spuścił wzrok.
Przez chwilę obserwowała go w milczeniu.
— Ach. Jasne. W porządku — miauknęła wreszcie; jej głos stał się tak chłodny i obojętny, że niemal nie przypominał tego samego głosu, którym jeszcze przed chwilą wyjawiała mu swoje najskrytsze myśli. — Wiedziałam, że tylko na to ciebie stać.
Wypowiedziała te słowa z pozorną lekkością, choć każde z nich pozostawiało w jej wnętrzu nieprzyjemny osad. Z trudem powstrzymała się przed dodaniem czegoś jeszcze, przed wyrzuceniem z siebie wszystkich myśli, które cisnęły jej się na język. Pragnęła powiedzieć mu, jak bardzo ją zawiódł, jak niewiele znaczyła dla niego ich przyjaźń i jak żałosne wydawało jej się przekonanie, że można komuś pomóc, jednocześnie odmawiając mu własnego towarzystwa w chwili próby.
Nie zrobiła tego jednak.
— Nie chcę twojej pomocy. Znaczy ona dla mnie tyle, ile dla ciebie nasza przyjaźń.
Ostatnie słowo wybrzmiało w jaskini ostrzej, niż zamierzała, odbijając się cichym echem od kamiennych ścian, nim wreszcie ucichło w głębi schronienia. Łzawa Łapa nie spuściła wzroku. Nie pozwoliła sobie na choćby najmniejszy gest zawahania, choć w jej wnętrzu wszystko paliło ją z gniewu, smutku oraz bólu. Chciała, żeby Połyskujący Kogut zrozumiał, jak bardzo ją zranił. Żeby pojął, że właśnie przekroczył granicę, której nie zamierzała tak łatwo ponownie przed nim otworzyć. A jednak, mimo całej złości, jaka się w niej kotłowała, jakaś część jej samej wciąż czekała na słowa, które mogłyby jeszcze wszystko zmienić.
Może wystarczyłoby, żeby przyznał, że się boi, ale mimo to spróbuje.
Może gdyby powiedział, że nie potrafi porzucić wszystkiego bez wahania, lecz nie chce też zostawiać jej samej, potrafiłaby go zrozumieć. Nie musiał przecież od razu zgadzać się na ucieczkę. Chciała jedynie wiedzieć, że ich przyjaźń znaczy dla niego na tyle dużo, by przynajmniej spróbował wyobrazić sobie życie poza klanem. Że nie jest jedyną, która gotowa byłaby zaryzykować dla nich obojga.
Jednak Połyskujący Kogut milczał.
Z każdą kolejną chwilą nadzieja, której Łzawa Łapa tak uparcie się trzymała, stawała się coraz trudniejsza do utrzymania. W końcu przestała na niego czekać. Nie chciała już słuchać kolejnych wyjaśnień ani zastanawiać się, czy gdyby ujęła to inaczej, jego odpowiedź byłaby inna. Nie miało to znaczenia. Powiedział, co powiedział, a ona musiała pogodzić się z tym, że nie zamierzał odejść razem z nią.
Między nimi zapadła cisza, cięższa niż wszystkie wcześniejsze, pozbawiona choćby cienia porozumienia. Łzawa Łapa jeszcze przez moment trwała w bezruchu, jakby liczyła na to, że przyjaciel wreszcie się odezwie. Kiedy jednak nic się nie wydarzyło, po prostu odwróciła się i odeszła na drugi koniec jaskini. Usiadła na swoim mizernym posłanku, nie zaszczycając go już ani jednym spojrzeniem.
Być może właśnie tak miała zakończyć się ich przyjaźń. Nie gwałtowną kłótnią, nie dramatycznym rozstaniem, lecz kilkoma słowami wypowiedzianymi w gniewie i ciszą, która nadeszła po nich. Ciszą, przez którą wszystkie wspólne chwile nagle nabrały innego znaczenia. Przecież jeszcze niedawno wierzyła, że bez względu na to, co przyniesie im przyszłość, zawsze będą mogli na siebie liczyć. Teraz nie była już tego taka pewna.
Nie wiedziała, co czekało na nią poza granicami klanu. Nie miała pewności, gdzie znajdzie schronienie, jak poradzi sobie z samotnością ani czy rzeczywiście uda jej się poczuć, że jej życie mogło obrać jakiś lepszy kierunek. Perspektywa ucieczki wciąż napawała ją strachem, ale po raz pierwszy od dłuższego czasu nie strach wydawał się najgorszy. Znacznie trudniejsza do zniesienia była myśl, że mogłaby zostać tutaj tylko dlatego, że zabrakło jej odwagi, by odejść bez tych, na których jej zależało.
Nie mogła przecież bez końca czekać, aż ktoś zdecyduje się zrobić z nią ten krok. Nie mogła uzależniać własnej przyszłości od obietnic, których nikt nie zamierzał złożyć.
Jeśli Połyskujący Kogut wybrał pozostanie w klanie, miała prawo wybrać coś innego.
Ta myśl nie przyniosła jej ulgi. Nie ukoiła bólu ani nie sprawiła, że nagle przestała tęsknić za tym, co jeszcze przed chwilą wydawało jej się możliwe. Pomogła jej jednak zrozumieć jedno: nie musiała już dłużej czekać.
Podniosła wzrok i rozejrzała się po jaskini. Wszystko wyglądało tak samo jak wcześniej, a mimo to coś nieodwracalnie się zmieniło.
Nie było już niczego, co mogłoby ją powstrzymać przed ucieczką.
A skoro tak, mogła odejść jeszcze tej nocy.

***

Pozostali więźniowie powoli zapadali w sen, jeden po drugim pogrążając się w niespokojnej ciszy, którą od czasu do czasu przerywało jedynie ciche westchnienie albo szelest futra ocierającego się o podłoże. Łzawa Łapa zadbała o to, by zająć miejsce jak najdalej od pozostałych kotów. Sama ich obecność napawała ją niechęcią, której nie zamierzała ukrywać nawet przed samą sobą. Nie potrafiła znieść widoku ich zmęczonych pysków, przygarbionych sylwetek ani spojrzeń, w których dostrzegała zbyt wiele rezygnacji. Nie chciała mieć z nimi nic wspólnego.
Leżała zwinięta w ciasny kłębek, z oczami przymkniętymi na tyle, by sprawiać wrażenie pogrążonej we śnie. Starała się oddychać spokojnie, miarowo, nie zdradzając najmniejszym ruchem, jak wiele wysiłku kosztowało ją zachowanie pozorów obojętności. W rzeczywistości każdy mięsień jej ciała pozostawał napięty, a serce biło z taką siłą, że przez chwilę obawiała się, iż jego łomot rozniesie się po całej izolatce i zaalarmuje obserwującego strażnika. Nie mogła jednak pozwolić sobie na nerwowe wiercenie się ani na niepotrzebne rozglądanie. Musiała czekać. Czekać na odpowiednią chwilę.
Nagle ciszę przerwało ciche westchnienie.
Łzawa Łapa natychmiast skupiła się na dobiegającym z zewnątrz dźwięku. Nie otworzyła oczu, choć jej uszy drgnęły nieznacznie, wychwytując odgłos kroków oddalających się od wejścia do izolatki. Przez krótką chwilę nie potrafiła stwierdzić, czy strażnik rzeczywiście opuszczał swoje stanowisko, czy jedynie zmieniał pozycję, by wygodniej ułożyć się na zimnym podłożu. Nie mogła pozwolić sobie na pochopne działanie. Jeden fałszywy ruch wystarczyłby, by przekreślić wszystkie jej starania.
Kroki rozległy się ponownie, tym razem nieco wyraźniej, po czym zaczęły stopniowo cichnąć. Towarzyszył im delikatny szelest, a następnie głuchy odgłos, jak gdyby ktoś otarł się barkiem o nierówną ścianę tunelu. Po chwili zapadła cisza.
Łzawa Łapa odczekała jeszcze kilka uderzeń serca, walcząc z pokusą natychmiastowego poderwania się na łapy. Dopiero gdy uznała, że nie słyszy już niczego, co mogłoby świadczyć o obecności strażnika, ostrożnie przechyliła głowę. Miała mocno przymknięte oczy, a każdy jej ruch był powolny i niepozorny, tak by nawet gdyby ktoś wciąż obserwował wnętrze izolatki, mógł uznać go za zwyczajne wiercenie się przez sen.
Przez szczelinę między powiekami dostrzegła puste wyjście.
Serce zabiło jej jeszcze mocniej, tym razem jednak towarzyszyło temu coś, czego od dawna nie czuła — nagły przypływ nadziei. Niewielki, niepewny, a jednak wystarczający, by rozproszyć na moment ciężar zalegający w jej piersi.
Łzawa Łapa podniosła się ostrożnie, uważając, by jej łapy nie zaszurały o kamienne podłoże. Każdy ruch wydawał jej się teraz nienaturalnie głośny, a nawet najdrobniejszy szelest futra brzmiał w jej uszach niczym ostrzeżenie. Zerknęła jeszcze na pozostałych więźniów, lecz żaden z nich nie zdradzał oznak przebudzenia. Nie miała zamiaru zastanawiać się nad tym, co pomyśleliby o jej ucieczce, gdyby jednak któryś otworzył oczy. Nie obchodziło jej to. Liczyło się wyłącznie wydostanie na zewnątrz.
Wyszła z legowiska, wchodząc do leżącego obok niego tunelu.
Był on wąski, a jego ściany nierówne. Gdzieniegdzie podłoże wznosiło się łagodnie, by zaraz potem opadać w dół. Mimo wszystko droga nie okazała się długa.
Z każdym kolejnym krokiem powietrze stawało się nieco chłodniejsze, a duszna woń stęchlizny stopniowo ustępowała miejsca zapachowi mokrej ziemi i czegoś jeszcze — czegoś świeżego, czystego, co natychmiast przywołało w jej pamięci wspomnienie świata znajdującego się poza podziemiami. Wkrótce dostrzegła przed sobą nikłą poświatę, ledwie widoczną na tle ciemności.
Światło.
Przyspieszyła odruchowo, niemal zapominając o konieczności zachowania ostrożności.
Łzawa Łapa zatrzymała się na moment, oszołomiona nagłą zmianą otoczenia. Nad jej głową rozciągało się ciemne niebo.
Było zimno. Przejmująco zimno.
A jednak nigdy wcześniej nie czuła tak wielkiej wdzięczności za chłód, wiatr i śnieg. Po dniach spędzonych w dusznych, wilgotnych tunelach nawet mroźne powietrze wydawało jej się cudowne. Wzięła głęboki oddech, pozwalając, by jego świeżość wypełniła jej płuca, a następnie przymknęła oczy, rozkoszując się przez krótką chwilę świadomością, że znów znajduje się pod otwartym niebem.
Udało jej się.
Naprawdę udało jej się wydostać.
Myśl ta powracała do niej z niedowierzaniem, niemal tak, jakby musiała powtórzyć ją sobie kilkakrotnie, aby ostatecznie uwierzyć we własne szczęście. Kąciki jej pyska uniosły się nieznacznie, tworząc ledwie dostrzegalny uśmiech, w którym mieszały się ulga, triumf i cień wyczerpania. Nie był to uśmiech beztroski ani radosny w sposób, w jaki uśmiechałaby się, osiągając upragniony cel w sprzyjających okolicznościach. Był raczej ostrożnym wyrazem nadziei, która przetrwała mimo wszystkich upokorzeń, rozczarowań i chwil, w których niemal przestała wierzyć, że cokolwiek może jeszcze potoczyć się po jej myśli.
Powoli otworzyła oczy i odwróciła głowę, spoglądając po raz ostatni na ciemny otwór tunelu, z którego przed chwilą wyszła.
Przejście wyglądało teraz znacznie mniej groźnie niż wówczas, gdy przeciskała się przez nie w niemal zupełnej ciemności, a mimo to na jego widok poczuła nieprzyjemny skurcz w żołądku. Wiedziała, co pozostawiła za sobą: duszne powietrze, zimne ściany, śpiących więźniów i Połyskującego Koguta...
Zastanawiała się, co pomyśli, kiedy rano obudzi się i odkryje, że zniknęła. Czy najpierw poczuje niepokój, rozglądając się pośród pozostałych więźniów i próbując zrozumieć, dokąd mogła się udać? Czy może odetchnie z ulgą, przekonany, że przynajmniej nie będzie dłużej znosić jej widoku?
A może poczuje żal.
Łzawa Łapa chciała wierzyć, że choć przez krótką chwilę będzie mu jej brakować. Zarazem jednak sama myśl, że mogłaby jeszcze oczekiwać od niego jakiejkolwiek reakcji, wywołała w niej gwałtowną falę niechęci.
Dlaczego wciąż miało ją obchodzić, co czuje kot, który nie potrafił zdobyć się na odwagę, by stanąć u jej boku?
Zmarszczyła lekko nos, a jej ogon poruszył się niespokojnie, omiatając zaśnieżone podłoże. Wspomnienie jego spuszczonego wzroku, niezręcznego tonu i ostrożnie sformułowanej odmowy nadal pozostawało świeże, niemal boleśnie wyraźne. Być może rzeczywiście łatwiej było mu pozostać. Być może to ona wymagała zbyt wiele, oczekując, że porzuci wszystko, co znał, i zaryzykuje własną przyszłość w imię jej wolności. Nie zamierzała jednak teraz przyznawać mu racji, ponieważ taka myśl oznaczałaby konieczność spojrzenia na własne rozczarowanie z zupełnie innej perspektywy.
A na to nie była jeszcze gotowa.
— Sama sobie poradzę — wymamrotała pod nosem.
Uniosła głowę, pozwalając, by zimny wiatr owiał jej pysk, i ruszyła przed siebie.
Nie obejrzała się ponownie.
Być może Połyskujący Kogut będzie żałował swojej decyzji. Być może nie poświęci jej nawet jednej myśli, kiedy tylko zrozumie, że nie zamierza wrócić. A może, podobnie jak ona, będzie powtarzał sobie, że właśnie tak musiało się to zakończyć, ponieważ niektóre więzi nie wytrzymują próby, przed którą stawia je życie.
Nie mogła tego wiedzieć.
Mogła jedynie iść dalej, z sercem wciąż pełnym gniewu, z rozczarowaniem ukrytym głęboko pod żebrami i z nadzieją, która, choć krucha, nadal tliła się w niej niczym ostatnia iskra w dogasającym ognisku.
Tym razem jednak nie zamierzała pozwolić, by ktokolwiek ją zgasił.

Od Ćmiej Łapy (Ćmiego Lotu) do Księżycowej Aldrowandy

Kotka poruszyła wąsami. Połowa księżyca lśniła na niebie. To jej pierwszy raz! Lekko szturchnęła mentorkę, która zasnęła.
– Jagnięcy Ukłonie, już czas!
Mentorka spała zwinięta w kłębek. Była jakoś tego dnia wyjątkowo nie w formie, widziała to. Jednak, gdy została szturchnięta, uchyliła powieki.
– Już? Ach tak, tak... – miauknęła w odpowiedzi, podnosząc się na łapy.
– Ruszamy... – mruknęła cicho i ruszyła nieco sztywno.
Kremowa pomogła mentorce wstać, aby mogła na spokojnie rozprostować nogi. Obejrzała się na Firletkę, śpiącego w najlepsze i wyszli z legowiska. Na nich czekał już Firmamentowa Łapa, który wziął ją z drugiej strony. Popatrzyła się przyjaźnie na Firmamenta, nie dając po sobie poznać, że żywiła do niego nieuzasadnioną urazę, związaną z Migotem, tym egocentrycznym chwaście... Ech, musi przestać o nim myśleć. Ciekawe, jak zareagował na to, że jego brat szkoli się na medyka skoro, tak bardzo ich nie lubi…
"Ćmia Łapo, to niedorzeczne! To, że ma brata głupka, nie oznacza, że on taki jest! Byłabyś hipokrytką!" – pomyślała, a następnie ruszyli. Chyba po prostu...nie chciała, by ktoś zajął jej miejsce u boku Jagnięcego Ukłonu, u medyczek…
Po długiej przeprawie w końcu dotarli do tunelu. Niebieska szylkretka westchnęła, a Jagnięcy Ukłon wysunęła się nieco naprzód.
– Teraz trzymajcie się blisko mnie i zapamiętajcie drogę, bo nie wiadomo kiedy przyjdziecie tu już beze mnie – miauknęła łagodnie, choć po jej oczach było widać, że myśli o śmierci ją nawiedzały.
Żółtooka chciała ją rozweselić.
– Nawet tak nie mów, Jagnięcy Ukłonie! – zamruczała, a następnie pochyliła się do Księżycowej Aldrowandy.
– Aldrowando, może ja z Firmamentem weźmiemy brzegi a ty przód? Boje się, że może być za stromo dla Jagnięcego Ukłonu, co myślisz?
– Dobry pomysł, Ćmia Łapo. – mruknęła szylkretka.
– Ćmia Łapo, nic nie poradzę, że jestem coraz starsza – mruknęła starsza medyczka, a gdy decyzja o asekuracji padła bez jej zgody pokręciła łbem.
– Spokojnie, nic mi nie będzie – mruknęła, ale towarzyszące jej koty się przegrupowały. Nie czekając na ich protesty, wysunęła się i ruszyła pierwsza, a Niebieska szylkretka widząc to, poszła na tyły grupy.
– Zapamiętajcie wszystkie skręty – poinstruowała ich, a następnie poprowadziła ich w głąb tunelu.
– Może jesteś już coraz starsza, ale kipisz energią kociaka! – zaśmiała się Ćma, przy okazji patrząc na drogę: prawo, lewo, prosto, lewo, lewo…
Starsza kocica uśmiechnęła się rozbawiona.
– Tak twierdzisz? O widzę światełko w tunelu – miauknęła.
–To światełko sadzawki! Musisz jeszcze trochę poczekać! – Ćma się zaśmiała.
Gdy dotarli, Ćmia Łapa oniemiała.
Popatrzyła się na piękną, Księżycową Sadzawkę, która mieniła się jak wszystkie gwiazdy na niebie. Tak, to było jej powołanie, a przynajmniej tak czuła. Machnęła główką w stronę Gąbczastej Perły oraz Wdzięcznej Firletki na przywitanie i siadła przy wodzie.
Chciała z kimś porozmawiać, lecz nie wiedziała z kim. Zastanawiała się, dlaczego nie było Łzawej Łapy, tej czarno białej kotki. Hm, może była chora? Jeśli tak, życzyła jej zdrowia.
Po chwili młodsza kotka podeszła do Ćmiej Łapy i spojrzała na jej mordkę. – Cześć, jestem Bryzowa Łapa. Fajne masz pióra w futrze – miauknęła, również wpatrując się w migoczące obiekty, jakby chcąc w ten sposób dowiedzieć się, na co patrzyła kremowa. – A jak ty się nazywasz? Dużo macie ziół na terenach? Czy wszystko przykrył śnieg? Dużo chorych mieliście tym razem? Nam się udało sprawnie ich wyleczyć, chociaż magazynek został lekko szarpnięty przez to... – zrobiła chwilę przerwy. – Ale nazbieramy więcej niebawem, jak tylko się ociepli! – uśmiechnęła się do pręguski.
Kremowa uśmiechnęła się do Bryzowej Łapy, ale za nim odpowiedziała, zaczęła się przysłuchiwać rozmowie Jagnięcego Ukłonu z Wdzięczną Firletką. Nie musiała natężać słuchu, gdyż była zaraz obok nich.
– W pewnym sensie – odparła szylkretka, przenosząc wzrok na medyczkę Klanu Klifu. – Nie pamiętam spotkania, na które nie przyszłam bez towarzystwa mojego mentora, asystenta czy chociażby ucznia.
Zamilkła na moment, jakby coś jej utkwiło w gardle.
– Parę księżyców temu przyjęłam na uczennicę kotkę z mojego klanu – miauknęła w końcu – jednak… straciła ona moje zaufanie. Złamała kodeks medyka, wiedząc, że postępuje źle i nie byłam w stanie oddać jej w przyszłości obowiązku opieki nad klanem, wiedząc, czego się dopuściła.
Szylkretka westchnęła cicho.
– Liczę na to, że Klanowi Burzy niedługo urodzi się kot godny tej roli – dodała. – Chciałabym przekazać swoją wiedzę następnemu pokoleniu, zanim Klan Gwiazdy zabierze mnie do siebie.
Ćmiej Łapie było żal Burzaczki. Biedna Wdzięczna Firletka... Nigdy by sobie czegoś takiego nie wyobrażała. Westchnęła w myślach i popatrzyła na uczennicę, najprawdopodobniej pochodzącej z Klanu Wilka.
– Witaj, jestem Ćmia Łapa. Na szczęście, u nas też raczej wszyscy zdrowi. – miauknęła – te pióra są od zniczka, mojego ptasiego patrona – zamruczała.
Kotka poruszyła ogonem z zaciekawieniem.
– Ptasi patron? Czym jest Ptasi patron? – To wiara w Klanie Klifu? Wierzycie w ptaki?
Ćmia Łapa zachichotała.
– Nie, wierzymy w Klan Gwiazdy, to taka tradycja rodzinna, otrzymujesz swojego ptasiego patrona, który ma cechy, do których chcesz się upodobnić i cię strzegą. To dla nas taki duchowy przewodnik.
Rozmowę przerwał głos Jagnięcego Ukłonu.
– Witam was wszystkich w tę piękną, chociaż mroźną noc – zaczęła, omiatając wszystkich kobaltowym spojrzeniem.
– Jak pewnie wiecie Ćmi Księżyc odeszła. Niemniej chciałam i tak oddać jej hołd, bo dzięki niej mogłam nauczyć kolejne pokolenie medyków – miauknęła, a następnie na chwilę umilkła, zamykając oczy. Kiedy je otworzyła, przeniosła wzrok wpierw na Księżycową Aldrowandę.
– Wystąp – miauknęła łagodnie. Kiedy kotka wykonała polecenie, Jagienka kontynuowała.
– Ja, Jagnięcy Ukłon, medyczka Klanu Klifu wzywam moich wspaniałych Przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała wytrwale, aby poznać drogę medyka i pod waszym okiem nieśc pomoc kotom w Klanie Klifu. Aldrowandowa Łapo, czy przysięgasz wiernie podążać ścieżką kodeksu medyka, trzymać się z daleka od rozlewu krwi i nieść pomoc wraz z ukojeniem, nawet za cenę swojego życia?
Słysząc swoje stare imię, lekko się uśmiechnęła.
– Przysięgam na życie moje, moich pobratymców i Gwiezdnych – odparła Aldrowanda.
Kocica spoglądała na córkę z dumą w kobaltowych oczach. Słysząc jej odpowiedź, skinęła łebkiem.
– Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię medyka. Aldrowandowa Łapo, od dzisiaj będziesz zwana Księżycową Aldrowandą. Wielcy Przodkowie doceniają twoją dobroć i chęć niesienia pomocy oraz witają cię jako pełnoprawnego medyka Klanu Klifu. Noś imię z dumą i radością. Bądź kojącą bryzą dla rannych i chorych – miauknęła. Odczekała moment, by imię rozbrzmiało, a następnie przeniosła wzrok na Ćmę.
– Ćmia Łapo, wystąp – kontynuowała spokojnie.
Była zdziwiona nagłym wystąpieniem, co prawda Jagnięcy Ukłon robiła jej test, ale nie myślała, że to ostateczny. Już nie będzie uczennicą.
Kiedy młodsza wykonała polecenie, rudzinka kontynuowała.
– Ja, Jagnięcy Ukłon, medyczka Klanu Klifu wzywam moich wspaniałych Przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała wytrwale, aby poznać drogę medyka i pod waszym okiem nieść pomoc kotom w Klanie Klifu. Ćmia Łapo, czy przysięgasz wiernie podążać ścieżką kodeksu medyka, trzymać się z daleka od rozlewu krwi i nieść pomoc wraz z ukojeniem, nawet za cenę swojego życia?
Ćma popatrzyła w niebieskie oczy Jagnięcego Ukłonu, później na sadzawkę, a następnie odparła:
– Przyrzekam na Klan Gwiazdy, że będę godną uzdrowicielką i łącznikiem przodków.
Starsza kotka uśmiechnęła się i również spojrzała z dumą w oczach na uczennicę. Skinęła łebkiem na jej słowa.
– Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię medyka. Ćmia Łapo, od dzisiaj będziesz zwana Ćmim Lotem. Wielcy Przodkowie doceniają twoją troskę i czyste serce oraz witają cię jako pełnoprawnego medyka Klanu Klifu. Noś imię z dumą i radością. Bądź dla cierpiących niczym chłodna woda w gorące dni – miauknęła.
Skłoniła łebek. Ćmi Lot... Piękne imię musi się tylko jeszcze przyzwyczaić, że od dzisiaj jest pełnoprawną medyczką. Tak bardzo była wdzięczna już teraz swej dawnej mentorce za jej nauki…
Kremowa mówiła dalej.
– Chciałam również ogłosić, że Klan Klifu ma kolejnego ucznia medyka, Firmamentowa Łapo, witamy w gronie medyków i powodzenia na ścieżce szkolenia – po tych słowach wycofała się i usiadła.
– Aha… – miauknęła Bryzowa Łapa i odeszła w tłum, czekając na jakieś spektakularne wydarzenia.
Ćmi Lot popatrzyła na wszystkich dookoła, a jej wzrok zatrzymał się na Księżycowej Aldrowandzie.
Duma szylkretowej medyczki nie umiała znaleźć ukrycia w jej wnętrzu, promieniowała więc ona jasno jak blask słońca. Najwyraźniej była dumna z siebie, z Ćmiego Lotu i swego ucznia. Swoim ogonem musnęła delikatnie bok Firmamentowej Łapy, Ćmie rzuciła ciepłe spojrzenie.
Kremowa to odwzajemniła.
Nastał ten wielki czas poznania, co Klan Gwiazdy chciał im przekazać. Patrzyła na Jagnięcy Ukłon, by zrobić to samo. Kotka o kobaltowych oczach wypiła trochę wody i ułożyła się do snu.
Ćmi Lot zrobiła to samo. Woda z sadzawki smakowała gwiazdami, była chłodna i orzeźwiająca. Następnie się położyła, dotykając nosem zimnej tafli wody.
Przed oczami uczennicy rozciągał się widok na wysoki, stromy klif. Szara, zimna skała prześwitywała przez cienką warstwę gleby. W tych warunkach przeżyć mogły jedynie najlepiej przystosowane rośliny. Ciemne iglaste krzewy rosnące niemal przy ziemi były nieustannie szargane silnym wiatrem. Nie ustępowały jednak. Ich chęć przetrwania utrzymywała je przy życiu, zmuszała do ciągłego rozrastania się, ciągłej walki.
Ku szczytowi klifu pięła się wąska, lecz widoczna ścieżka, wyraźnie wydeptana przez kota, który mimo najlepszych chęci nie potrafił ukryć swojego tropu. W powietrzu unosił się silny, lecz znajomy zapach; ulotna natura snu uniemożliwiała jednak dopasowanie go do jednej, konkretnej osoby. Ścieżka bliskiego Klifiakom, lecz jednocześnie tak dalekiego kota musiała być niegdyś miejscem, gdzie pięły się iglaste krzewy – na ziemi wciąż leżały ich połamane, martwe gałązki. Ten afront wydawał się wzbudzić złość w porastającej klif naturze, która pozwoliła roślinom na wyciągnięcie swych łapczywych pędów ku wydeptanej ziemi, wciąż pamiętającej obecność intruza. Śledziły go, polowały na niego, by zemścić się za odebranie tego, co należało do nich.
Sympatia kazała ratować kota, ostrzec go przed zbliżającym się niebezpieczeństwem, jednak... Czy na nie zasłużył? Czy to nie była sprawiedliwość?
Klifiacy nie mieli czasu na rozwiązanie. Ich myśli zostały zagłuszone przez głośny huk. Czy to klif walił się, łamiąc splecione ze sobą gałęzie krzewów i zgniatając ich liście, czy to znajomy kot runął do ciemnej otchłani, tracąc podłoże, niegdyś utrzymywane przez korzenie – nie mogła wiedzieć, to okaże się dopiero w przyszłości. Wszystko zamieniło się w czerń, a zebrane koty obudziły się w miejscu spotkania.
Ćmi Lot obudziła się z walącym sercem, przypominając sobie sen, który myślami ciągle do niej wracał. Nadal nie dawał jej spokoju fakt, że bliski członek jej rodziny był przestępcą i że Migot może ma rację, ale babka nie żyła i cierpi w Mrocznej Puszczy, więc o kim mowa? Jej podświadomość podsuwała jej Lśniącą Gwiazdę, ale może to był efekt tłumionej obsesji. Na pewno chodziło o kota, który okrył hańbą tereny Klanu Klifu. No cóż, to była jej pierwsza zagadka i będzie próbować ją rozwiązać.

***
Następny dzień

Kotka myślała o śnie, nie dając się poddać obsesji. Poświęciła swoje kamyki do planowania na rzecz interpretacji snu i przypomniał jej się jeden, być może ważny szczegół: iglaki pomściły swoich pobratymców, gdyż ten kot wytorował sobie ścieżkę z trupów drzewek. To nie było jednorazowe morderstwo czy jeden incydent, to była ścieżka do celu po trupach. Szykowało się zdemaskowanie winowajcy, lecz co jeśli nie zareagują w porę? Co, jeśli się pomyli? Co, jeśli klan będzie w niebezpieczeństwie i pobratymcy przegrają?
“Klanie Gwiazdy, jeśli mnie słyszysz, daj mi jeszcze jeden znak, błagam cię. Czy myśli podskórnie chcą mnie wprowadzić w kozi róg? Błagam was o przodkowie, skińcie głową lub zaprzeczcie!”
Z jej myśli wyrwały ją odgłosy łap wchodzących do legowiska.
– Witaj Ćmi Locie jak po spotkaniu?
– Witaj, Księżycowa Aldrowando. Nadal nie mogę uwierzyć, że jestem już medyczką! Już przeniosłam swoje rzeczy, będą w małej wnęce w legowisku. A co u ciebie?

<Aldrowando?>
[1834 słów]

Od Migoczącego Nieboskłonu CD. Serdecznej Naparstnicy

*Dawno*

Odkąd został mianowany, Migoczący 
Nieboskłon czuł się z dnia na dzień coraz lepiej. Stres, który towarzyszył mu od księżyców, powoli zaczynał z niego schodzić, a co najważniejsze — już nie musiał pomagać starszyźnie z wyciąganiem kleszczy! Nawet sam Klan Gwiazdy nie był w stanie określić, jakie szczęście obejmowało kocura, gdy tylko zdawał sobie sprawę, że historię z tą ohydną, żółtą mazią już nie wrócą. Teraz miał już inne zajęcia, które zresztą były o sto razy lepsze. Migot uwielbiał patrole. Na nich pierwszy raz miał wrażenie, że robi coś pożytecznego dla klanu, nawet jeśli nauka i trening również przynoszą jakieś korzyści. Jednak nie są one tak znaczące, jak rzeczywiste przyniesienie do obozu zwierzyny.
Szedł z uniesioną, jak zwykle, głową przez obóz. Jako wojownik czuł się jak król, co zdecydowanie było widać, nawet po sposobie, w jaki chodził. Chociaż za czasów uczniowskich samoocena Migotu lekko spadła, to od razu po mianowaniu wszystko wróciło do dawnej normy. Kocur znów był tym samym wrednym Migotem co zawsze, tym razem tylko z nieco innym imieniem. A o jego powrocie pobratymcy zdążyli już się przekonać. Przynajmniej większość. Ta niewielka grupka, którą to ominęło, miała dowiedzieć się w swoim czasie. A wśród nich znajdował się Serdeczna Naparstnica, który to bezkarnie plątał się innym pod łapy, wliczając w to syna samego lidera.
– Przepraszam... – wymamrotał protektor, który chwilę wcześniej niemal wpadł na młodszego. Zdecydowanie było widać, że nie zwracał on większej uwagi na Migota, który odebrał to, jak słowną urazę, czy nawet największy cios, skierowany prosto w jego serce.
Migoczący Nieboskłon nie odezwał się ani słowem na przeprosiny kocura. Zamiast tego wpatrywał się w niego ze szczerym zdumieniem z tak olewczej postawy oraz z żywym ogniem, z wiadomych przyczyn. Chociaż nie spodziewał się, że coś takiego zadziała, protektor nie poszedł dalej, czując na sobie palące spojrzenie. Po chwili odwrócił się w stronę wojownika.
– Przepraszam – powtórzył, na co Migot lekko się uśmiechnął.
– Nie uczyli cię manier? Nie wypada tak kogoś olewać – mruknął wojownik, chcąc pokazać swoją wyższość nad starszym kocurem. Ten otworzył pysk jakby chciał coś powiedzieć, jednak po chwili go zamknął, chyba zdając sobie sprawę z absurdu całej tej sytuacji, a zwłaszcza z zachowania Migoczącego Nieboskłonu, które zdecydowanie było nie na miejscu. Przynajmniej według protektora, ponieważ sam Migot w ogóle tak nie myślał. Ba, ta myśl nawet nie śmiała przyjść mu do głowy! Bo w końcu jak on, syn samego lidera, nowy wojownik, tak utalentowany i doceniany, mógłby się mylić? Odpowiedź była prosta - nie mógł. A każdy kto chciał się o to kłócić, był krytykowany, tak samo jak Serdeczna Naparstnica, gdy wiele księżycy temu został obrażony przez małego Migota, który bezkarnie go wyśmiewał.
Protektor ewidentnie wyciągnął coś z tamtego spotkania, ponieważ nic nie odpowiedział wojownikowi i bez słowa sobie poszedł, chyba wiedząc, jak skończyłaby się kłótnia z kimś takim jak Migoczący Nieboskłon.

***
*Przed powrotem Lśniącej Gwiazdy*
 
Wraz z innymi kotami patrolował tereny Klanu Klifu, chcąc ustalić, co się stało z ich liderem. Lśniąca Gwiazda nie wrócił do obozu, zostawiając cały klan i nie mówiąc nikomu, gdzie się podział. Sytuacja była napięta. Tak właściwie mogła liczyć się każda minuta, bo równie dobrze lider mógł leżeć gdzieś pod drzewem - już martwy lub prawie martwy. Takie myślenie zdecydowanie nie pomagało Migotowi, który szczerze bał się o ojca. Chociaż wiedział jak bezsensowne było stwierdzenie, że kocur umarł (w końcu jego ojciec był potężnym wojownikiem), ten niepokój zawsze gdzieś był.
Otworzył lekko pysk chcąc wyłapać więcej zapachów. Nic to jednak nie dało, ponieważ wszystko dookoła było zasypane śniegiem, który był w stanie maskować większość odorów, zwłaszcza takich, które mogły pojawić się nad ranem.
W końcu kocur zamknął pysk i syknął coś pod nosem. To było tak niemożliwe jak szukanie kleszczy u starszyzny. Lśniąca Gwiazda mógł być wszędzie, a oni nie byli w stanie przeszukać całego świata.

***
 
Czy był zestresowany całą tą sytuacją? Tak. Czy chciał by ktoś to zauważył? Nie. Dlatego Migoczący Nieboskłon starał się robić wszystko, by tylko zająć swoje myśli. Nie był już tym bezradnym kociakiem, któremu zaginęła matka. Teraz był zdecydowanie nie bezradnym wojownikiem, któremu zaginął ojciec. Chociaż różnica była niewielka, dalej była i tego trzymał się Migot. Przecież nie mógł zachowywać się jak zrozpaczony kociak! Wolał brać na siebie więcej obowiązków i częściej chodzić na patrole. Wtedy przynajmniej był pożyteczny i nikt nie mógł powiedzieć, że coś było nie tak. Nawet jeśli większość i tak wiedziała. Przecież pobratymcy wiedzieli, że Truskawkowe Pole również uciekła, więc nie trudno było o współczucie również w tej sytuacji. Ale kocur nie chciał współczucia. Nie potrzebował go. Lśniąca Gwiazda nie uciekł jak Truskawkowe Pole, nie zostawiłby klanu i swoich synów, on był inny. W przeciwieństwie do kotki, on był przy Migocie i Firmamencie. Klan Klifu znaczył dla niego wszystko, Migot był o tym przekonany, przecież to właśnie tata uczył go o znaczeniu lojalności! Kto jak kto, ale Lśniąca Gwiazda był najbardziej lojalnym i honorowym kotem, jakiego Migoczący Nieboskłon znał. Dlatego nie wierzył w żadne plotki dotyczące ucieczki lidera. Sam nawet kłócił się z innymi, gdy coś takiego sugerowali. W końcu jak tak można! Wątpić w lojalność samego lidera? To coś co nigdy nie powinno mieć miejsca.
Podszedł do stosu ze zwierzyną, by wybrać sobie mały kąsek. W tym całym zamieszaniu nie mógł zapomnieć o posiłkach. Zgrabnie wyminął siedzących przy stosie uczniów i zaczął szukać czegoś dla siebie. Na początku nie zwracał na nich większej uwagi, jednak słysząc, że prowadzą między sobą "poważną" rozmowę, nie mógł się powstrzymać przed podsłuchaniem kilku słów.
– Jestem ciekaw czy w ogóle wróci – mruknął jeden z trójki.
– Musi! Przecież to lider. Migot westchnął cicho. Nie wiedział nawet, czego się spodziewał, przecież oczywistym było, że ich rozmowa będzie na temat zniknięcia lidera. Ten temat był teraz na połowie pysków Klanu Klifu.
– A jak myślicie, co się stało? – odezwał się kolejny, na co Migot szybko zaczął przebierać w zdobyczach. Nie chciał tego słuchać.
Strącił łapą małą mysz z góry, a następnie wzrokiem przeleciał pozostałą zwierzynę. Przez porę Nagich Drzew szału nie było, ale coś dla niego zawsze udawało się znaleźć.
– Moim zdaniem uciekł. Przecież gdyby coś się stało byłyby jakieś ślady! – powiedział jeden z uczniów, na co niebieski szybko się wyprostował.
– Lśniąca Gwiazda nie uciekł – wtrącił się ostro i z pogardą spojrzał na trójkę uczniów.
– Skąd wiesz? – zapytała od razu Krabowa Łapa, spoglądając na dwójkę rodzeństwa.
– Lśniąca Gwiazda jest lojalnym członkiem naszego klanu. Jest wspaniałym wojownikiem i co ważniejsze przywódcą. Nie uciekłby za żadne skarby, lojalność i honor są u niego na pierwszym miejscu – wyjaśnił.
– To w takim razie co się stało?
– Cokolwiek to było, Lśniąca Gwiazda wróci. Nigdy nie zostawi klanu, zwłaszcza nie w taki sposób. A jeśli tak myślicie, to jesteście mysimi móżdżkami i musicie się jeszcze dużo nauczyć – stwierdził Migot z nutą złości w głosie.
– Ej! – oburzyła się Krabowa Łapa.
– Taka prawda – mruknął niebieski i schylił się po swój kąsek. Następnie wyprostował się, rzucił przelotne spojrzenie na trójkę pokrak i ruszył do legowiska wojowników. Miał nadzieję, że cokolwiek pozostanie w głowach tych uczniów.
Szybko jednak zdał sobie sprawę, że ta nadzieja nic mu nie da.
– Skoro Lśniąca Gwiazda nie uciekł, to gdzie jakiekolwiek ślady, że coś się stało, hm? – krzyknęła za nim Krabowa Łapa, ewidentnie najbardziej zaangażowana w rozmowę z Migotem. Ten westchnął cicho.
– Nie wiem. Może to dlatego, że jest śnieg, hm? – zapytał ironicznie, starając się przedrzeźniać kotkę. – Zresztą co tobie do tego? Jesteś tylko uczennicą!
– Ale też mam prawo do wiedzy, co się dzieje w moim klanie!
– Lśniąca Gwiazda nie uciekł. Nie zostawiłby klanu – powtarzał wojownik, już zirytowany całą rozmową. – Jest wspaniałym przywódcą, twoim zdaniem ktoś taki by uciekł jak tchórz? – zapytał, jednak zanim kotka zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, w zasięgu wzroku Migotu pojawił się mały protektor. Szybko zawołał do siebie Serdeczną Naparstnicę, nawet nie pozwalając uczennicy dojść do głosu.
– Ej, skoro jesteś protektorem, to tłumaczysz różne rzeczy, nie? – odezwał się do Napastnicy, chcąc to załatwić jak najszybciej.
– Można tak powiedzieć, ale...
– Wytłumacz jej, że Lśniąca Gwiazda nie uciekł – przerwał mu Migoczący Nieboskłon od razu przechodząc do rzeczy.

<Serdeczna Naparstnico? Weź się na coś przydaj>

Od Smuklikowej Łapy do Bryzowej Łapy

Porą Nagich Drzew, po ceremonii mianowania na ucznia

Smuklik tuż po przeprowadzce do legowiska uczniów wymościł sobie całkiem wygodne i ciepłe gniazdko, które należało wyłącznie do niego. Jeszcze wczoraj, nim został uczniem, dzielił legowisko z piątką kotów: mamami i trójką rodzeństwa, lecz teraz każde z czwórki świeżo mianowanych uczniów posiadało własne posłanie. Pręgus nieco tęsknił za możliwością wtulenia się w bok jednej z matek, czy przepychaniem rodzeństwa na drugi bok, aby wyciągnąć spod ich zadka przygnieciony ogon.
– Smukliku... Smuklikowa Łapo? – szepnęła Pyzata Łapa, delikatnie szturchając bok kocurka. Legowisko siostry Bzyczącej Łapy znajdowało się na wyciągnięcie łapy od legowiska Smuklikowej Łapy. – Śpisz?
– N-nie śpię – wymamrotał. Leniwie przekręcił się na drugi bok, aby móc spojrzeć na starszą kotkę. – Ale chciałbym już spać, bo chcę się wyspać. Jutro z samego rana Kalinowy Powiew zabiera mnie na pierwszy trening w teren i...
– Nie przeziębiłeś się podczas testu?
Kocur zamrugał, nie odrywając spojrzenia od pyzatego lica starszej koleżanki. Jej pytanie całkowicie go zaskoczyło. Zdezorientowany podrapał się po nosie, przekrzywiając nieznacznie głowę.
– Nie? A powinienem?
– Nie, głuptasie. – Zaśmiała się. – Po prostu tobie i twojemu rodzeństwu oraz kociętom Kruczego Pióra przypadł test srogą porą. Ostatnio byłeś chory, kichałeś, tak głośno, że słyszałam cię z drugiego końca obozu... i tuż po przeprowadzce znowu kichnąłeś. W dodatku podwójnie! No i zmartwiłam się, że przemarzłeś podczas testu i znowu będziesz chory, a dopiero co zostałeś przecież mianowany. Sądzę, że powinieneś poprosić medyków o zioła na wzmocnienie, aby nie przegapić żadnego treningu z Kalinowym Powiewem. W szczególności pierwszego!
Postawa Pyzatej Łapy kojarzyła mu się z zachowaniem Miodowego Ula oraz Jesionowej Szadzi. Szylkretowa kocica najwidoczniej wolała działać zaradczo, niż pozwolić chorobie się rozwinąć. Z takim podejściem Pyzata Łapa śmiało mogłaby zostać medyczką i Smuklikowa Łapa był pewien, że dzięki niej w klanie nie byłoby żadnego chorego kota.
– Brzmisz, jak moje mamy, Pyzata Łapo – parsknął, wtulając mordkę w posłanie. – Ale wiesz co, masz rację. Nie zaszkodzi zajrzeć ponownie do medyków i zażyć zioła na wzmocnienie... Ale to już za dnia... dzięki nim żadna choroba nie będzie mi straszna i ukończę trening wieku dziesięciu księżyców! – ostatnie zdania wymruczał na wpół śpiąco.
Pyzata Łapa zaśmiała się na deklarację kocurka.
– Twoje mamy są bardzo miłymi kocicami, więc zgaduję, że żadna cię nie naciska, abyś szybko został wojownikiem... tym bardziej że jesteś uczniem dopiero jeden dzień. Co innego tyczy się kociąt Kruczego Pióra lub wnucząt Zalotnej Gwiazdy... po co się chcesz spieszyć?
– Jak to po co... – Ziewnął. – To przecież oczywiste! Wojownik ma więcej praw...
– I obowiązków...
– No właśnie! Ja się wręcz palę do tych obowiązków. Chcę móc przewodzić patrolami, granicznymi i łowieckimi. Chcę zyskać uznanie mistrzyń oraz zastępców. Chcę być dumą moich mam oraz taty...
– Ej! Ciszej bądźcie! – burknął Skowronkowa Łapa i otulił się ciaśniej swym ogonem, skrywając w jego pasmach swoją mordkę. – Proszę.
Smuklikowa Łapa zastrzygł uszami, po czym siląc się na szept, zadał koleżance pytanie:
– A ty czemu nie chcesz się spieszyć w zostaniu wojownikiem, Pyzata Łapo?
– Nie powiedziałam, że nie chcę... zostanę wojowniczką, wówczas, gdy moja mentorka uzna, że jestem gotowa. Skoro nią jeszcze nie jestem, to po prostu nie jestem jeszcze gotowa, aby stoczyć walkę i tyle. – Wzruszyła ramionami. – Moi rodzice nie są żadnymi ważnymi kotami w Klanie Wilka, dzięki czemu nie odczuwam presji i mam jeszcze czas na treningi.
– Hm... Bzycząca Łapa kiedyś mi opowiadał, że wasza mama w Klanie Nocy jest odrzutkiem? Cóż to takiego?
– Przybrana mama. Ale kocham ją, jakby była prawdziwą – doprecyzowała, przybierając smutny wyraz pyszczka. – Ja i Bzyczek trafiliśmy pod jej opiekę, tuż po dołączeniu do Klanu Nocy. Odrzutek to kot, który nigdy nie rozpoczął treningu na wojownika i zajmuje się drobnymi pracami w obozie, jak wymiana mchu czy sprzątanie. Dlatego też jej imię nie ma drugiego członu i nadal przedstawia się swoim kocięcym imieniem.
– Czyli jakby miała przez całe życie karę. Jakby nie udało jej się spędzić nocy w lesie.
– Poniekąd tak. Nigdy przenigdy nie była też na zgromadzeniu... no i jeszcze dochodzi do tego uprzedzenie do kotów o brązowym kolorze futra... – westchnęła. – Ale cóż poradzić.
– Twoje futerko jest bardzo śliczne, Pyzata Łapo – rzekł pokrzepiająco. – Twojej przybranej mamy na pewno też.
– Dziękuję. Twojej mamy i twojego brata odcień futra też jest śliczny. Wpadają w odcień brązu, ale różnią się od mojego. Porą Zielonych Liści na pewno będzie błyszczeć w promieniach słońca, mieniąc się różnymi tonami kolorów.
Między kotami na dłużej zaplanowała cisza, którą zdecydował się przerwać Smuklikowa Łapa.
– Dobranoc, Pyzata Łapo.

~~~

Kolejnego dnia, skoro świt, Smuklikowa Łapa był już na łapach i pomimo nocnych rozmów ze starszą szylkretową kotką, udało mu się z łatwością wyrwać z objęć Morfeusza. Oczekująco wpatrywał się w swoją mentorkę, która znajdowała się u jego boku w samym środku obozu, nie mogąc się doczekać informacji na temat dzisiejszych planów treningowych. Nauka podstaw polowania. A może...
— Co będziemy dzisiaj robić, Kalinowy Powiewie? — zapytał, a jego ogon zafalował z podekscytowania.
— Dzisiaj odwiedzimy legowisko medyków. Chudy Grzbiet przekaże nam parę cennych informacji, które musi znać każdy wojownik — miauknęła i odwróciwszy się na pięcie, zaczęła iść w tamtym kierunku, a śnieg chrupał pod jej łapami.
Smuklikowa Łapa zamierzał zajrzeć do medyków tuż po zakończeniu swojego treningu, a tu proszę, mentorka uznała, że właśnie w tym momencie powinni złożyć im wizytę i poznać podstawy medycyny. Może mógł podczas tej wizyty poprosić o zioła na wzmocnienie? No pewnie, że tak! Chyba...
Posłusznie udał się za swoją mentorką, kierując się w stronę legowiska medyków. Do złudzenia przypominał małą kaczuszkę, która dreptała tuż za swoją mamą wraz z rodzeństwem, z tą różnicą, że Smuklikowa Łapa był sam. Nie zdołał nawet wejść do wnętrza legowiska, a ostry zapach przeróżnych mieszanek ziół podrażnił jego nos. Na samą myśl o ziołach, które ostatnim razem musiał przełknąć, wykrzywił pysk. Czy zioła na wzmocnienie również były gorzkie? Czy jeśli tak, to czy uda mu się poprosić o miód na osłodę i pozbycia się goryczy z podniebienia?
Nim się zorientował, został biernym słuchaczem rozmowy dwójki kotów, jak i monologu kocura, gdy ten dzielił się z wojowniczką i jej uczniem przydatną wiedzą medyczną. Z tego, co udało mu się zauważyć, Kalinowy Powiew całkiem dobrze dogadywała się z ich chudym medykiem, Chudym Grzbietem. Cóż, nic dziwnego. Wydawać by się mogło, że ta dwójka była w zbliżonym do siebie wieku. Może nawet byli przyjaciółmi ze żłobka i wspólnie bawili się kulą mchu? Nurtujące go pytanie o relację dwójki kotów o mało co nie opuściło na głos jego pyszczka, lecz w tym samym momencie przeniósł spojrzenie na krzątającą się nieopodal Bryzową Łapę. Nim się spostrzegł, postawił uszy na sztorc i zbliżył się do uczennicy Chudego Grzbietu.
– Dzień dobry, Bryzowa Łapo – zagadał, zerkając przez ramię kotki na zioła, które znajdywały się tuż przed nią. – Co porabiasz...?
– Cześć, Smukliku... Smuklikowa Łapo – odmiauknęła, nie racząc zaszczycić niebieskiego spojrzeniem swoich pomarańczowych oczu. Mimo że kocurek nie był w stanie tego dostrzec, pysk uczennicy poruszał się delikatnie, tak jakby koteczka szeptała jakieś zaklęcie. W końcu dotknęła łapą jednej z kupek, na której znajdował się fragment krzewu o drobnych liściach i małych, żółtych kwiatach i wygięła łebek do tyłu, aby móc spojrzeć na młodego ucznia. – Robię porządki i uczę się kolejnych lekarstw. Żarnowiec miotlasty. Zapamiętaj!
Smuklik zaskoczony prośbą, a może i rozkazem, nerwowo pokiwał głową, nie rozumiejąc, dlaczego miał zapamiętać nazwę wspomnianej rośliny.
– A ten... żarnowiec iglasty...
– Miotlasty – poprawiła go szylkretka.
– No właśnie, on. Na co on jest?
– Jest bardzo pomocny w leczeniu złamanych kończyn oraz ran. Wystarczy przeżuć na papkę i nałożyć go na ranę...
– A zioła na wzmocnienie...
– Hm?
– Czy mogłabyś dać mi dawkę ziół na wzmocnienie, jeśli wiesz, gdzie się znajdują... – Przeniósł spojrzenie na pozostałe zioła, które medycy mieli uporządkowane. – Miałem poprosić o to Chudy Grzbiet, ale nie chcę mu przeszkadzać w rozmowie z Kalinowym Powiewem... – mówiąc to, przeniósł spojrzenie na swoją mentorkę i mentora Bryzowej Łapy. – Coś mi mówi, że są przyjaciółmi ze żłobka. Tak jak my... i Skowronkowa Łapa, Bzycząca Łapa, Pyzata Łapa, Niedźwiedzia Łapa, Księżycowa Łapa, Ślepowronowa Łapa... – zaczął wymieniać kolejne imiona kociąt, z którymi spędzał czas w żłobku, sam nie wiedząc na dobrą sprawę dlaczego.

<Bryzowa Łapo? Pamiętaj, aby dać mu też ten miód haha>
[1307 słów]
🐝

Od Zwinka do Kostki

Pora Nowych Liści była naprawdę piękna! Mały rudzielec uwielbiał wychodzić na spacery z rodzicami, którzy zadbali, by ich dzieci mogły zwiedzić każdy kąt i poznać inne koty. Kociaki rosły jak na drożdżach. Paprotek był co prawda nieco wyższy od Zwinka, ale z kolei Zwinek był wyższy od Dzwonkówki. Jego sierść z każdym księżycem nabierała coraz to bardziej intensywnej rudości. Zwinek był ciekawy czy dorówna kolorem Kasztance.
Któregoś dnia siedział w żłobku normalnie, tak jak zawsze, próbując zagadywać Poinsecję. Kotka była co najmniej niezainteresowana, co zresztą bardzo dobitnie mu oznajmiała. Kasztanka również dostawała uwagi, że powinna pilnować swojego bachora.
— Oj chyba mnie nie polubi — mruknął smutno syn Purpury.
— Nie łam się, synku — odparła Kasztanka.
— No ale ciebie też nie lubi. Taty też. To mnie też, bo jestem waszym synem — wyjaśnił, a Kasztanka przyłożyła łapę do czoła. Westchnęła.
— Ty to ty i my to my. Nie trać nadziei — próbowała pozostać dobrej myśli.
Zwinek nie był przekonany. Może jej dzieci go polubią? Bo wychodziło na to, że sama rodzicielka nie chciała mieć nowych znajomych!
Niedługo później rozpoczął się poród Poinsecji. Przybyli uzdrowiciele, a Zwinek nie byłby sobą, gdyby nie próbował zapuścić żurawia. Dostał kopniaka od Poinsecji na dzień dobry, więc uciekł w popłochu. Na resztę patrzył z daleka, aż sprawy się nie zakończyły. Kiedy Zwinek zdążył zasnąć, ale Kasztanka jeszcze nie, usłyszeć można było popiskiwanie trzech malutkich rodzynków. Poinsecja zachowywała się bardzo opiekuńczo, jednak nie życzyła sobie żadnych odwiedzin poza ojcem kociąt i jej pierwszym synem.

~*~

Księżyc później, kiedy maluchy już mówiły i widziały, słyszały, Zwinek pomyślał, że to dobry moment, by spróbować się zaprzyjaźnić. Wiedział jednak, iż Poinsecja stała na straży jak lisica, dlatego poczekał, aż wyszła na spacer, a dzieci zostawiła z Koniczynem.
Już z daleka słyszał jazgotanie jednego z nich, Sosenka.
— No i potem było tak — mówił zawzięcie ciemny kocurek. Jego uszy podskakiwały przy każdym ruchu głową. — Że on. — Wskazał na brata. — Mnie popchnął. No to ja jego też popchnąłem!
Zwinek usiadł nieopodal i czekał na dogodny moment, by podejść. Kiedy po dłuższym czasie nie znalazł takowego, bo kocurek cały czas nawijał, westchnął jedynie. Takowe westchnienie musiał usłyszeć Sosenek, gdyż odwrócił się i zmierzył go spojrzeniem.
— No co?
— Ty to chyba lubisz słuchać swojego głosu — stwierdził głośno Zwinek.
Sosenek zamrugał parę razy.
— No i co z tego?
— Nie no nic. — Uśmiechnął się Zwinek. — Hej — zwrócił się do drugiego z braci, który posłał mu uśmiech.
— Tak?
— Jak masz na imię? Wybacz, ale ciągle mi to umyka!
— Rdeścik.
— Jak?
— R-d-e-ś-c-i-k — cierpliwie przeliterował wspomniany syn Koniczyna.
Zwinek podrapał się niezręcznie po pyszczku, posyłając mu przepraszający uśmiech.
— Bardzo trudne imię — stwierdził rudy. — Będę na ciebie wołać Uszaty, dobrze?
Uśmiechnął się szeroko i czmychnął, nim dopadł go Sosenek. Przeszedł pod krzakiem, zauważając bardzo kolorowe futro. Kojarzył je, była siostrą tamtych kocurków, ale nigdy nie widział jej bawiącej się z nimi. Cóż… Może po prostu za mało uważnie patrzył, w końcu większość dnia spędzał na zewnątrz. Kotka też miała garbaty nosek oraz wielkie uszy tak jak jej bracia i mama. Nie podniosła na niego wzroku, kiedy podszedł bliżej. Zachował kulturalny odstęp i wyciągnął szyję, by dojrzeć skryty pyszczek młodszej.
— Hej — zaczął ostrożnie. — Wszystko w porządku?
Odpowiedziało mu niemrawe poruszenie się.
— Ummm… przypomnisz mi swoje imię? — Podrapał się po karku. — Totalnie mi wyleciało, jestem całkiem zapominalski, jeśli o to chodzi… Ja jestem Zwinek!
Wciąż cisza. Zwinek nie był do tego przyzwyczajony, toteż nie do końca wiedział, jak powinien obchodzić się z kotką. Pomyślał więc, że po prostu będzie kontynuować w nadziei, iż ona nie była głucha i nie gadał na marne.
— Hmm — mruknął cicho. Po chwili wpadł na super pomysł na zaczepienie kotki. — Masz prześliczne futro! Jest takie niecodzienne, ciekawe jak powstał na nim taki wzór? — Chwila ciszy z jego strony. — Czy oczy również masz takie piękne?
Komplementy! Przecież wszystkie samice kochały pochwały, zwłaszcza swojego wyglądu, o który zazwyczaj bardzo dbały.
Czekał teraz, nie wiedząc zbytnio na co, ale w nadziei na odpowiedź.

<Kostko? Szybko nim Twoja matka wróci i mnie wykopie>

Od Wrotyczu

Przed narodzinami kociąt Poinsecji

Świat wywrócił się do góry łapami - może nie z dnia na dzień, lecz wystarczyło, żeby zachwiać codzienność uczennicy. Widziała oznaki; słyszała plotki. Gdzieś w środku czuła, że coś się zbliżało. A mimo to, uparcie temu zaprzeczała, nie dopuszczała do głowy tego, co nadchodziło.
Rosnący brzuch jej mentorki sprawiał, że czuła niepokój. Widziała ich relacje; przypatrywała się temu wszystkiemu z daleka. Przestała być ważna. Przestała być potrzebna. Blask surowych ślepi Poinsecji sprawiał, że czuła zbierające się łzy. Rutyna ich codziennych treningów została przerwana na nieokreślony czas. Wrotycz nie była gotowa na rozwój sytuacji. Żaden z jej scenariuszy tego nie przewidywał.
Pogrążona w tym smutku, jedynie uświadamiała sobie, jak samotna była w tej społeczności. Miała ją i tylko ona dla niej się liczyła. Teraz już jej nie było przy niej. Wybrała jego. Porzuciła ją - całe życie jedynie ją porzucali. Była wiecznie niechciana i zbędna. Wbiła pazury, w drżącą wraz z nią, gałąź drzewa. Świat stawał się szary. Pusty. Podobnie zresztą jak ona.
Znów była pusta.
— Wrotycz — męski głos dotarł do jej uszu.
Odwróciła się, by jedynie potwierdzić swoje podejrzenia. Kremowy kocur wpatrywał się w nią z widocznym niezadowoleniem. Położyła po sobie uszy, licząc, że to załagodzi sytuację.
— Powinnaś poważniej to potraktować. W twoim wieku to wstyd wciąż być uczniem — mruknął, unosząc ogon do góry.
Wrotycz skierowała wzrok na własne łapy. Nie zamierzała wątpić w słowa kocura, w Owocowym Lesie byli młodsi od niej wojownicy i czuła, że odstawała na tle pozostałych.
— Ciesz się, że Czereśnia ma takie miękkie serce — dodał ciszej. — Ja nie zamierzam się tak ośmieszać i bawić się z tobą jak Poinsecja. Potrafisz się wspinać po drzewach? Tropić i odróżniać zwierzynę? — widząc jak kręci łbem, westchnął zirytowany. — To, czego ty się uczyłaś przez ten cały czas? Nieważne, nie chcę tego słuchać. Właź na to drzewo. Jak tu wrócę, chcę cię widzieć na tamtej gałęzi.
Uczennica zadrżała, spoglądając na jedną z wyższych gałęzi. Spojrzała zrozpaczonym wzrokiem na mentora, lecz ten nie zdawał się tym przejmować. Może i nawet był w pewien sposób tym rozbawiony.
Wbiła pazury w konar, próbując przypomnieć sobie słowa Poinsecji, lecz na samą myśl o kotce, czuła jak zbiera się w niej żal. Smutek pomieszany z tęsknotą za nią. Może i drobna złość - wybrała Koniczynka. Zostawiła ją samą, mimo wszystkich słów i zapewnień, jakimi wcześniej ją karmiła.
— Płacząc nad drzewem, nie sprawisz, że dostaniesz się na jego szczyt — usłyszała kpiący komentarz.
Trzepnęła ogonem, starając się odgonić od siebie wszystkie buzujące w niej emocje. Wyciągnęła łapę przed siebie i wbiła pazury w korę. Raz za razem, coraz bardziej dysząc, znajdowała się wyżej. Chociaż nieco, lecz jeden nieostrożny ruch sprawił, że straciła przyczepność. Stóg śniegu przyjął ją chłodno w swe ramiona. Nieprzyjemne uczucie zimna, szybko ją oprzytomniało. Podniosła się, lekko obolała, i zabrała się za kolejną próbę. I kolejną. W pewnym momencie nie liczyła już upadków, które przy narastającej frustracji stawały się coraz częstsze.
W pewnym momencie osiągnęła cel. Cała poobijana, zmarznięta i wyczerpana. Po Lenie jednakże nie było śladu. Widoczne z drzewa kroki kocura znikały gdzieś za krzakami jeżyn. Nie wiedziała, co teraz powinna zrobić. Niepewność czy mentor uwierzy jej na słowo, nasilała się, gdy tylko myślała o nowym nauczycielu. Więc została na gałęzi. Skulona i oprószona śniegiem. Czekała.

[530 słów + wspinaczka na drzewa]

23 października 2026

Nowy Członek Klanu Gwiazdy!


LŚNIĄCA IKRA

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Starość

Odszedł do Klanu Gwiazdy!

Od Żywicznej Kropli do Połyskliwego Koguta

Poza typowymi polowaniami, odbywaniem patroli granicznych i dbaniem o porządek w obozie na niektórych wojowników Klanu Burzy czekał jeszcze jeden obowiązek, znacznie bardziej żmudny i mniej wdzięczny od pozostałych. Pełnienie warty przy więźniach wymagało skupienia i siły, choć skazani, przynajmniej z perspektywy Żywicy, zdawali się już na tyle pogodzeni ze swoim losem, że nie planowali żadnych kolejnych przewrotów. W końcu liczba przewinień, których się dopuścili, dawno przekroczyła tę, jaką można było przypisać przyzwoitemu członkowi klanu.
Początkowo nie sądziła, że w ogóle zostanie przydzielona do tego zadania, biorąc pod uwagę jej niewielkie doświadczenie i niepozorną posturę. Śpiewający Raniuszek uchodziła jednak za kotkę, która nie dawała sobie w kaszę dmuchać, dlatego po dłuższej rozmowie i namyśle zaproponowano, by ruda dla wprawy towarzyszyła koleżance podczas warty. Szylkretce tak naprawdę dopiero co przeszedł niezrozumiały dla Żywicy foch. Nadal nie potrafiła odgadnąć, z jakiego powodu Raniuch się na nią dotychczas gniewała.
— Tak właściwie jestem tu bezużyteczna, sama dałabyś radę ich pilnować — zauważyła Żywica, mając z tyłu głowy, że do tego rodzaju obowiązków często wyznaczano tylko jednego kota. Po obozie cały czas ktoś się kręcił, więc gdyby w pobliżu więziennego legowiska wydarzyło się coś niepokojącego, z pewnością szybko zwrócono by na to uwagę.
— Nie marudź, dotrzymasz mi chociaż towarzystwa — odparła Raniuszek, spoglądając z ukosa w stronę wnętrza legowiska więźniów. Jej jaśniejsza część pyszczka wykrzywiła się w wyrazie jawnego obrzydzenia.
Żywica zastanawiała się czasem, czy w innych klanach odsetek przestępców był równie wysoki jak u nich, a może i jakimś cudem nawet większy. Z przeróżnych opowieści, którymi straszono ją za kociaka, zdążyła wywnioskować, że w tym klanie już od dawna znajdowało się wiele jednostek o wątpliwej moralności. Przymykanie oka na ich przewinienia prędzej czy później prowadziło zaś do tragicznych konsekwencji, nierzadko kończących się rozlewem krwi.
Nigdy nie lubiła nawet mijać tego miejsca. Może tylko sobie to wmawiała, a może było to zaledwie wytworem jej przewrażliwienia, jednak woń unosząca się w tej okolicy zdawała się niemal ją dusić, wywołując przy tym nagły, trudny do wyjaśnienia niepokój. Nie potrafiła wskazać konkretnego powodu swojego dyskomfortu, a mimo to za każdym razem, gdy znajdowała się w pobliżu, miała ochotę jak najszybciej się oddalić.
Otrząsnęła się z nieprzyjemnych myśli, wyprostowała i ponownie zerknęła na Raniuszek.
— Co masz później w planach? — zagadnęła.
— W jakim sensie później?
— Po warcie — doprecyzowała ruda. — Może chciałabyś pójść rozprostować kości? Nie wiem, ile zdołam tu usiedzieć... — mruknęła.
Bardziej niż sam bezruch doskwierał jej długi brak dostępu do światła. Przywykła do swobodnego poruszania się po otwartych terenach, a siedzenie w jednym miejscu, z dala od słońca i świeżego powietrza, szybko zaczynało ją męczyć.
Nie, żeby miała na co marudzić, patrząc na los tych, którzy obecnie znajdowali się za jej plecami.
Śpiewający Raniuszek parsknęła krótkim śmiechem.
— Dopiero co zaczęłyśmy, ale jasne, czemu nie — odparła, brzmiąc nawet na całkiem zadowoloną z propozycji.
Żywiczna Kropla odrobinę się rozluźniła i wygodniej rozsiadła na swoim miejscu, pozwalając spojrzeniu swobodnie wędrować po otoczeniu. Gdy wykonywane zadanie nie wymagało od niej większego skupienia, często nachodził ją natłok myśli.
Przyglądając się obecnemu składowi więźniów, mogła jedynie próbować odgadnąć, co kryło się w ich głowach. Były to jednak rozważania dość jałowe, ponieważ z perspektywy jej własnego, wyższego poczucia moralności, trudno było jej znaleźć jakiekolwiek powody, dla których kot miałby dopuścić się morderstwa, nie licząc obrony własnej bądź słabszych od siebie.
Sama myśl o pozbawieniu kogoś życia budziła w niej obrzydzenie, odpychała ją i wywoływała delikatny dreszcz przebiegający pod skórą. Zawiść, zazdrość, urażona duma... Czy to właśnie te przyziemne uczucia potrafiły popchnąć kogoś do czynów, których nie dało się już cofnąć? Z pewnością nie były to cechy, które pochwalałby Klan Gwiazdy.
W końcu jej spojrzenie zatrzymało się na charakterystycznie rudym futrze, należącym do kocura, którego imię w ostatnim czasie coraz częściej przewijało się w rozmowach wojowników. Połyskliwy Kogut dopuścił się otrucia własnej matki, współpracując przy tym z Łzawą Łapą. Fakt, że zamordowana kotka sama wcześniej była więźniem, dodawał całej sprawie absurdu.
Czasami do myśli Żywicznej Kropli wracało to, co zza młodu wydawało jej się nie do końca zrozumiałe i zdawało się wynikać z prywatnych konfliktów dwóch kotek, aniżeli czegoś poważniejszego. Jej zmarła już babcia, Ognista Piękność, zawsze spoglądała z niesmakiem na Sójczy Błękit i każdego z jej potomków. Z tego powodu też Ostatni Pożar zabraniała Żywicy i Bursztynowi utrzymywać kontakty z kimkolwiek spokrewnionym z Sójką. Jeśli otruta Rudzikowe Skrzydełko rzeczywiście należała do tej części rodziny, może faktycznie było w nich coś przeklętego?
Taki wniosek szybko jednak tracił sens, gdy Żywica brała pod uwagę Oskrzydlonego Ognika, któremu ufała bezgranicznie, oraz Skrzydlatą Płomykówkę, która zdobyła szacunek lidera i objęła stanowisko zastępczyni. Ponadto sama siostra osadzonego, Zwisająca Perłówka, wydawała się sumienną i prawą wojowniczką. Na ile ich zachowanie było jedynie pozorem, a na ile to Żywica pozwalała, by rodzinna nieufność i dawne uprzedzenia wpływały na jej osąd?
Gdyby zaczęła z takiego powodu żywić urazę, oznaczałoby to, że wierzy w słowa matki. Tej samej matki, która ostatecznie wybrała inne kocięta, jakby ona i Bursztyn byli jedynie starym mchem zalegającym w legowisku.
Wymagali wymiany.
W obliczu tego wszystkie zrodziła jej się pewna zagwozdka, choć nie była pewna, czy powinna robić cokolwiek w celu jej rozgryzienia. Pomimo niechęci wobec matki, nigdy by jej nie skrzywdziła. I z tego powodu nagle, jakby wbrew sobie, zapragnęła pojąć, co działo się w umyśle Połyskliwego Koguta. 
— Śpiewko, ja wiem, że to, co teraz powiem, będzie brzmiało nierozsądnie i bezsensownie, ale myślisz, że mogłabym porozmawiać z... — zawahała się, sama nie dowierzając, do czego zmierza. — Połyskliwym Kogutem?
Raniuszek spojrzała na nią tak, jakby Żywica właśnie oznajmiła jej, że kogoś zamordowała.
— W jakim celu? To znaczy, wiesz, nic nie stoi na przeszkodzie, jeśli odczuwasz taką potrzebę, ale... może i nie jesteś już fizycznie małym kociakiem, ale móżdżek chyba nadal masz równie mały co wtedy...
Żywica lekko zachłysnęła się powietrzem, starając się nie okazać urażenia.
— Nie jestem naiwna, nie łudzę się o cokolwiek dobrego. Nawet nie sądzę, że to wszystko ma jakieś drugie dno i nie zamierzam słuchać żadnych wyjaśnień. Po prostu chcę o coś zapytać.
Śpiewający Raniuszek wciąż nie wyglądała na przekonaną. Jej spojrzenie mówiło wyraźnie, że uważała cały pomysł za co najmniej niedorzeczny, ale najwyraźniej nie zamierzała próbować odwieść Żywicy od jej zamiarów. Właściwie z każdą chwilą zdawała się mieć coraz bardziej gdzieś, co poczyni ruda.
— Mhm. Dla niego nie ma już jakiegokolwiek ratunku, ale rób co chcesz. Będę tu. Krzycz w razie czego.
Żywiczna Kropla lekko skinęła głową. Dotąd z Kogutem nie zamienili ze sobą więcej niż kilku przypadkowych słów. Nie mogła powiedzieć, że dobrze go znała, nie wiedziała, jaki był naprawdę. Jego dalszy los w Klanie Burzy zdawał się niepewny, a okazja do rozmowy z nim mogła się już nie powtórzyć. Nie uważała, że jakiekolwiek, odległe więzy krwi, które ich łączyły, mogły mieć wpływ na jej ruch.
Ciekawość bywała zgubna właśnie dlatego, że rzadko pozwalała kotu rozsądnie ocenić, kiedy lepiej odpuścić.
Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w rudego kocura, próbując zdecydować, czy powinna dać sobie spokój. Nie zdawała sobie sprawy, jak długo to robi, dopóki Połyskliwy Kogut nie poruszył uszami i nie skierował pyska w jej stronę. Jego spojrzenie spotkało się z jej wzrokiem. Odwrócenie głowy w tej chwili byłoby jednak jeszcze bardziej podejrzane.
Postąpiła o te parę kroków bliżej. Kocur zdawał się być nieco zdezorientowany. Być może domyślił się, że stał się tematem rozmowy. Albo nawet ją słyszał. 
W końcu odezwał się spokojnie, bez cienia złości czy wyraźnej niechęci.
— Coś się stało?
Żywica zamrugała, dopiero teraz uświadamiając sobie, że właściwie nie przygotowała sobie żadnego początku tej rozmowy.
— Nie, to znaczy... — zaczęła, po czym urwała, zirytowana własnym niezdecydowaniem. Poruszyła końcówką ogona i zmusiła się, by nie uciekać spojrzeniem. — Jak... Jak się trzymasz? 
Wypadało zacząć łagodnie, jeśli rzeczywiście chciała wyciągnąć jakiekolwiek konkrety. 

<Kogucie?> 

Wierzba urodziła!

Śniący Obserwator przyprowadził do Klanu Burzy słabą, ciężarną kocicę, która po paru wschodach słońca wydała na świat dwójkę kociąt. 




Od Wilczego Skowytu CD. Koszmaru

Przeszłość

Kocur, słysząc słowa kociaka, podrapał się po głowie, po czym ciężko westchnął. — Masz rację, przepraszam, Koszmarze. Nie powinienem był się tak do Ciebie odzywać. Mam nadzieję, że rozumiesz. Ciężki dzień miałem. — Uśmiechnął się lekko do kociaka. Rzeczywiście nie powinien był od razu tak ostro do niego wyskakiwać. — Mam nadzieję, że taki szanowany wojownik jak ty mi wybaczy! — Wystawił lekko łapę do przodu, mając nadzieję, że bury kociak mu przybije piątkę.
Kociak z udawaną arogancją przybił piątkę i siadł elegancko naprzeciwko wojownika.
— Może taki dzielny wojownik jak ty pokaże mi, jak się walczy? — mruknął, po czym zamrugał brązowymi oczyma. Może i bawił się trochę z kociakiem i próbował go denerwować swoimi słowami, ale chyba mu to nie wychodziło i do dzieci miał wyjątkowy talent.
— A ty umiesz? — zaśmiał się lekko kociak na słowa czekoladowego. Wilczy Skowyt mu przytaknął i po chwili odpowiedział:
— Oczywiście, że umiem! Taki wojownik jak ja musi umieć walczyć! — Uśmiechnął się, po czym wypiął dumnie pierś.
Kociakowi oczy rozbłysnęły na słowa wojownika.
— To pokaż!
Zaśmiał się bardziej słodko, niż chciał.
— Pokazałbym ci, gdybyś był starszy. Gdy jesteś w takim wieku, jest to niebezpieczne — czekoladowy kocur mruknął z mniejszym entuzjazmem, nie chciał zasmucić kociaka, ale czasami trzeba było. Nie mógł pokazać małemu kociakowi przecież, jak się walczyło, bo jeszcze by mu zrobił krzywdę. — Jakby twoja mama zobaczyła, że „walczyłem’’… a raczej cię atakowałem, to zrobiłaby ze mnie pokarm dla wron.

<Koszmarku?>