BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 22 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

14 marca 2026

Nowy członek Pustki!


BLASK
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zabicie przez Cienistą Zjawę

Odszedł do Pustki!

Od Cienistej Zjawy

TW: śmierć

Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy Cienista Zjawa wyruszył na żer. Bez pośpiechu przemierzył rzekę, korzystając z kamyków, służących za most łączący brzegi, i pewnym krokiem stanął na terenach niczyich. Zaciągnął się zapachem traw, próbując również pochwycić woń odpowiedniej ofiary, godnej złożenia Wielkim Przodkom. Nie chciał przyprowadzać słabej jednostki, uznając, że tylko silny przeciwnik byłby w stanie zadowolić Mroczne Duchy. Zrezygnował z udania się tropem dwóch kocic z młodymi. Nie dlatego, że chciał im okazać łaskę. Odległość ich odcisków na błocie świadczyła o skrajnym wycieńczeniu całej ich grupy. Z pięciu różnych śladów nagle zrobiły się trzy, co świadczyło o tym, że matki pochwyciły w pewnym momencie dwójkę młodych za karki. Dodatkowy balast spowodował, że ich kroki były bardziej powłóczyste. Na pewno udałoby mu się przekonać kocice, aby się za nim udały, gdyby zaoferował im pomoc oraz schronienie, jednak kocur szczerze wątpił, udałoby im się dotrzeć w jednym kawałku. Liczna, lecz marna zdobycz. W dodatku schorowana, u kresu swoich sił.
"Przodkowie uznaliby, że z nich zakpiłem, gdybym przyprowadził przed oblicze kultystów koty na skraju wycieńczenia."
Poruszył nosem, starając się pochwycić woń innego kota. Przez chwilę węszył, gdy wraz z wiatrem dotarł do niego zapach innego kocura. Młody. Nie pachniał chorobą. Być może to właśnie z nim przyjdzie stanąć Cienistej Zjawie do walki i to go przyprowadzi przed oblicze Matki Kultu.
Wyszedł na teren pokryty krótką trawą i już miał ruszyć tropem samotnika, gdy kątem oka dostrzegł w oddali poruszający się, biały punkt. Zmarszczył brwi, krzywiąc pysk w grymasie na myśl, że nie wyczuł zapachu zmierzającego w jego kierunku kota. A to wszystko wina wiatru, wiejącego w przeciwną stronę. Obcy go wyczuł i zauważył.
Cienista Zjawa strzepnął uchem, zdając sobie sprawę, że ma do czynienia z inwalidą. Kocur z trudem pokonywał kolejne dzielące ich odległości, w dodatku w pewnym momencie przewrócił się. lądując na brzuchu. Nie podniósł się. Cienista Zjawa zbliżył się do starca, który próbował złapać powietrze. Zmierzył go spojrzeniem, czując obrzydzenie do jego białej sierści. Dopiero, gdy biały otworzył oczy i przeniósł wzrok na pysk wilczaka, fala bólu rozlała się po jego głowie. Kocur nieco gwałtowniej niż miał zamiar, odskoczył od białej zjawy.
– W-wybacz. Pewnie cię przestraszyłem – podjął starszy, kaszląc i zdając sobie sprawę, co mogło wywołać taką, a nie inną reakcję młodszego. Położył po sobie uszy. – Mój wygląd nie tylko niepokoi inne koty, ale również Dwunożnych... D-dziękuję, że mnie nie zignorowałeś.
– W twoim stanie nie powinieneś opuszczać swojego legowiska, dziadku – zauważył, zastanawiając się, czy przypadkiem nie ma do czynienia z jakimś członkiem rodziny medyczki Klanu Burzy. W końcu koty o ich typie urody były czymś niespotykanym, nierealnym. Był jeszcze ten jeden, którego oczy były w kolorze krwi. Czy miał do czynienia z jakimś ich dziadkiem lub ojcem? To by wyjaśniało podobieństwo.
– Dokąd zmierzasz? Może mógłbym ci jakoś pomóc? – spytał z udawaną troską.
Jasnota – tak miała kocica, której biały kocur poszukiwał. Jej oraz ich kociąt, trójki, które teraz najprawdopodobniej były już dorosłymi kotami. Kocur poruszył uchem. Trójka... trójka... chyba widział pozostałe dwa, białe dziwadła na zgromadzeniu, których barwa oczu wyróżniała się na tle pozostałych białych kotów.
Podobno Blask przeczesał cały Betonowy Świat, w dodatku dwukrotnie, a nawet zszedł do kanału w poszukiwaniu kocicy. Podobno jakaś pieszczoszka w końcu po jakimś czasie przerwała milczenie i wyjawiła, mu, że podobna kotka z młodymi jakiś czas temu udała się w kierunku terenów niczyich, prosto w dzicz.
– Chyba wiem, gdzie twoja partnerka się udała i znalazła schronienie. Klan Burzy, mówi ci to coś?
– N-nie... – Pokręcił głową, a Cienista Zjawa zdecydował się opowiedzieć kocurowi co nieco o czterech klanach.
Pomógł białemu podnieść się z ziemi, po czym, asekurując go, wspólnie udali się poprzez tereny niczyje w kierunku Klanu Burzy. Podczas ich krótkiego spaceru poprzez polanę, Cień odkrył, gdzie samotnicy mają swoje stałe kryjówki w ziemi. Mógł wrócić z cenną informacją do klanu.
– Twoja ukochana prawdopodobnie zmieniła imię po dołączeniu do klanu – zamruczał, podpierając ogonem starszego. – Ale, jestem pewien, że to ta sama kotka, o której mi opowiadałeś. Są identyczne – zapewniał kocura. – A twoja córka, żebyś wiedział! Doprawdy urodziwa z niej kocica!
Zarówno biały, jak i bury nie dopytywali ani o wygląd kociąt, ani ich imiona czy płeć. Trójka. Trójka kociąt i Jasnota. Być może kocur nie zapamiętał ich imion, a upływ czasu zrobiło swoje. Na wspomnienie córki, kocur uśmiechnął się i wspomniał, że pamięta ją, gdy była małą kruszynką, która ledwo co otworzyła swoje niebieskie (przed wybarwieniem) oczka. Podobno równie chorowitą, jak za młodu siostra Cienia.
Po ciągnącej się w nieskończoność podróży, oba kocury zatrzymały się tuż przed rzeką, którą pozostało im przekroczyć. Nim jednak biały ruszył koślawo na przód, na spotkanie z rodziną, z którą został rozdzielony, Cienista Zjawa skoczył w jego kierunku i przyszpilił go do ziemi. Zdezorientowany albinos wymachiwał kikutem, starając się zranić przeciwnika. Bezskutecznie. Drugą łapą udało mu się wyrządzić szkodę w postaci wbicia pazurów w łapę napastnika.
– Wybacz. Nie pozwolę ci się z nimi w tej chwili spotkać, ale dopilnuję, abyście za niedługo się spotkali... Chcesz, żebym im coś przekazał?
– Gra...
Trzask.
Białe futro na szyi samotnika zabarwiło się czerwienią. Mimo, że kocur był słabą i marną jednostką, kultysta zdecydował się zaciągnąć go przed oblicze pozostałych kotów, kryjących się w mroku. Czy jeśli im wmówi, że w imię Mrocznych Przodków pozbył się ucieleśnienia Klanu Gwiazdy, to inni mu uwierzą? Kupią ta ckliwą historię? Czy śmierć starca mogli użyć jako znaku, omenu wśród kultystów, jakoby Mroczna Puszcza zwyciężyła Klan Gwiazdy i wciąż czuwała nad swoimi wiernymi?

Od Ognikowej Słoty CD. Pustułkowego Szponu

Przeszłość

Śnieg prószył obficie, małe drobinki z nieba sypały na grzbiety pobratymców, którzy liczyli na ładniejszą pogodę dzisiaj. Gołębie chmury rozciągały łapy po niebie, a wiatr, jaki im przy tym towarzyszył, nie zapowiadał się na ani trochę miły czy taki, w którym chciałoby się siedzieć. Wycie docierało do każdej najmniejszej szczeliny. Pora Nagich Drzew także powoli zaczynała objawiać się na bokach Wilczaków w postaci lekko malujących się żeber i zapadniętej skóry. Niektórzy jedli gorzej albo przez brak apetytu, albo z powodów własnych, które można byłoby zgadywać, ale nie było to konieczne. Szylkretka jadła w porządku. Oczywiście straciła lekko na wadze, jednak nie było to nic, co by jej dokuczało czy było nadto widoczne. Jej półdługie futro sprawnie maskowało wszelkie niedogodności, nikt nie mógł zarzucić jej czegoś, co by jej nie było na łapę. Nadal była w pełni sił i gdyby chciała, mogłaby pójść na kolejną przechadzkę w postaci patrolu czy polowania.
Ognikowa Słota podniosła łeb, spozierając na wojownika. Pamiętała, jak kiedyś opowiadał jej o wojnie z Klanem Klifu, zresztą kocur miał dużo ciekawych opowieści, których mogła wysłuchać. Żył na tym świecie dłużej niż ona, z pewnością by coś znalazł. Ona sama także mogła mu co nieco opowiedzieć, jeśli tylko uznałaby to za stosowne w danej chwili. Młodszym i kotom w swoim wieku mogła przechwalać się, ile mogła, dorośli jednak nie wierzyli w każdą bajeczkę, jaką próbowała sprzedać swoim pobratymcom. Oni raczej sami budowali własne zdanie na temat poszczególnych kotów, biorąc pod uwagę wiele rzeczy, naprawdę dużo wpływało na opinię o drugim kocie. Schyliła łeb przed starszym, po chwili doleciała do niej reszta pytania. Uśmiechnęła się, zauważywszy, że przytrzymuje swoją zdobycz łapą.
— Z chęcią — odmiauknęła, wybierając sobie nornicę z góry. — Obawiasz się, że ci ktoś podkradnie? — zapytała lekko niewyraźnie przez posiłek w pysku.
— Nie, ale zawsze lepiej dmuchać na zimne. To taki stary nawyk — odparł, po czym chwycił wiewiórkę w szczęki i odszedł nieco na bok. Ognikowa Słota podążyła jego śladem, sadowiąc się wygodnie tuż obok, gdy już dotarli do miejsca docelowego.
— Widziałeś moją walkę z Wilgową Łapą? On się wiecznie tak przechwalał, zgrywał najmądrzejszego i najlepszego, a tu proszę… Wiedziałam, że on tylko tak gada, a mało robi — powiedziała, co jakiś czas odrywając kawałki nieco wilgotnego mięsa. Przełknęła kolejny kęs. Było nie najgorsze, chociaż jadła lepsze. — Mam nadzieję, że jeśli kiedyś dostanę ucznia, to będzie się tak bardzo starał, jak ja. Nie chcę, żeby przynosił wstyd Klanowi Wilka, w końcu to nie świadczyłoby też dobrze i o mnie. Chyba nikt by takiego nie chciał — dorzuciła, zastanawiając się, jaką mentorką by była. Z pewnością najlepszą. W końcu była zawsze na pierwszym miejscu. Chciała uczyć tak, jak Zalotna Krasopani. Intensywne, obfite treningi robiły z kotem przeróżne rzeczy. Uczyły go tak wiele, w dodatku później nie przynosił – zazwyczaj – wstydu klanowi, a to niezwykle istotna cecha.
Wojownik pokiwał głową.
— Oczywiście, nikt nie chciałby szkolić lenia, na którego nie da się wpłynąć. Dlatego też mamy taki system, a nie inny. Jeśli taki kot nie ukończy treningu w czasie, to może pożegnać się ze swoim ciepłym miejscem, które u nas wygrzewa. Klan Wilka nie potrzebuje słabych czy tchórzliwych kotów. Tutaj koty uczą się przetrwania, dzięki czemu mają lepszą odporność i są bardziej wytrzymałe. Jeśli jest się w Klanie Wilka, to widziało się już wiele rzeczy i mało co z nich jest nowymi — miauknął, prawie kończąc wiewiórkę. Jej kita podrygiwała bezwładnie na wietrze, futro miała nadal nastroszone, chociaż wiatr je sprawnie przygładzał. Tak samo, jak poduszki Pustułkowego Szponu.
— Cieszę się, że moje rodzeństwo nie jest słabe. Tak naprawdę to nie mogłoby być, naszą mamą jest przecież Zalotna Krasopani — przyznała. — Jeśli byłoby inaczej, to nie sądzę, bym była w stanie znaleźć w sobie sympatię dla kogoś leniwego. Tchórzliwego, słabego. Brzydzę się takimi kotami. Równie dobrze mogłyby zostać pieszczochami, bo tylko tam ich chcą. Żaden szanujący się klan nie będzie trzymał jednostek, które próbują wymigać się od wszelkiego rodzaju wysiłku fizycznego. Bo gdy przyjdzie czas na ochronę klanu, to oni będą pierwsi do ucieczki z niego.

<Co o tym myślisz, Pustułkowy Szponie?>

Nowa Członkini Klanu Gwiazdy!

MŻĄCY PRZELOT
Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: udar cieplny

Odeszła do Klanu Gwiazdy!

Od Mżącego Przelotu CD. Ćmiego Księżyca

Jakiś czas temu…

Martwiła się. Księżyc, wiszący wysoko na niebie, swoją niepełną tarczą zapewniał ją, że przyszła dobrego dnia. O dobrej porze. Jednak na plaży nie widziała żadnej innej duszy; ani śladu jej ulubionej medyczki.
Wolnym krokiem ruszyła wzdłuż brzegu, wpatrując się w zasnute mgłą klify. Czy Ciemka zapomniała? Nie, to nie w jej stylu. Może… Może była zajęta. Jej bródka zadrżała. Wiedziała, że nie powinna się tym tak przejmować; klifiaczka była dorosłą, pracowitą kocicą. Może obowiązki zatrzymały ją w obozie. Może była zbyt zmęczona – Mżawka nie chciałaby przecież, aby ta traciła cenne godziny snu, by z nią plotkować… Powinna stawiać siebie na pierwszym miejscu. Jednak jej myśli odruchowo wracały do momentu, gdy po wielu księżycach rozłąki Ciemka ukazała jej się z bladymi ślipkami i o jeden zmysł w plecy.

Na granicę wracała regularnie. Na tyle, na ile mogła – od momentu afery z Szałwiowym Sercem wszyscy byli bardziej uważni. Po cichu zastanawiała się, czy w Klanie Klifu kochankę księcia również spotkał podobny los. Czy to dlatego Ciemka unikała spotkań? Nie chciała ściągać na nie żadnych podejrzeń? Nie, żeby łączyło je cokolwiek więcej niż przyjaźń, ale… Każdy mógłby paść ofiarą plotek. Nie chciałaby tego dla niej.
Gdy zobaczyła ją w kręgu medyków na jednym ze zgromadzeń, czuła, jakby kamień spadł jej z serca. Wszystko musiało być dobrze. Żadnych kłopotów, żadnych uszczerbków na zdrowiu zamaskowanych jako "dar od przodków"… Nadal była sceptyczna co do tego, czy utrata wzroku mogła być czymś dobrym.
Cieszyła się, ale nie odważyła postawić łapy bliżej przyjaciółki. Czy powinna? Czy Ciemka chciała by ją teraz zobaczyć? Przysiadła na chłodnej skale, wpatrując się w nią z oddali. Wargi same wywinęły się jej w podkówkę, gdy patrzyła, jak inni medycy coś do niej mówią. Zazdrość, ale i smutek kuły ją w gardło; po paru uderzeniach serca odwróciła pysk. Nie… Nie powinna się tak czuć. Ciemka na pewno miała dobry powód, aby trzymać się na dystans. Ciemka na pewno tym się tak nie przejmowała. Nie powinna histeryzować.

***

Słońce piekło ją w grzbiet, nie dając ani chwili wytchnienia. Żwawym krokiem prowadziła patrol wzdłuż plaży, za nią Morszczynowa Łapa oraz Rosiczkowa Kropla z własnym uczniem.
Poranki były jeszcze znośne. Właśnie dlatego zgłosiła się na pierwszy patrol; mogłaby uniknąć ciągania Morszczyna po lesie w okolicach południa i ukryć się przez falą gorąca. Treningi z nowym podopiecznym nie były złe, ale nie miała ochoty się przemęczać. Całkiem lubiła kocurka. Trochę z niego gbur, i chęci do współpracy za wiele w sobie nie miał… Ale przynajmniej miała co robić.
Dzień zapowiadał się całkiem dobrze. Do momentu, w którym na piasku, w oddali, zaczął odznaczać się jakiś ciemny kształt. Zmarszczyła brwi. Nie przypominała sobie skały w tamtym miejscu. Jednak z każdym krokiem plama przestawała przypominać kamień, tylko bardziej… Kocią sylwetkę. Przemokniętą, z ciężkim futrem i ranami na grzbiecie.
Słowa utknęły jej w gardle. Srebrzysta barwa sierści była okropnie znajoma; podobnie jak odchylony do tyłu łaciaty pysk z parą bladych ślipi. Policzek kotki, dokładniej Ćmiego Księżca, w połowie zatapiany był przez morskie fale.
Dopadła do ciała przyjaciółki szybciej, niż ktokolwiek zdążył pisnąć chociażby słowo. Drżące łapy trąciły poranione barki, a później zaczęły szarpać. Ciemka nie reagowała. Od jej ciała bił nienaturalny chłód, a z futra woda ściekała strużkami. Z pyska Mżawki wydarł się cichy jęk. To musiał być sen. Nosem popchnęła głowę medyczki, jednak ta jedynie wcisnęła srebrzysty policzek głębiej w piasek. Jej niewidzące – już na stałe – oczy straciły blask.
— Może- Może ja pójdę po Mandarynkową Gwiazdę — dotarł do niej niewyraźny głos Rosiczkowej Kropli.
Nie, nie. Po co wołać Mandarynkę? Nie mogła jej tu znaleźć. Nie mogła znaleźć tutaj Ciemki; spojrzałaby na nie surowym wzrokiem i zakazała medyczce się z nią spotykać. Wystarczyłoby poczekać, aż srebrna obudzi się, i- I poczuje się lepiej, i wtedy Mżawka odprowadzi ją na granicę, i wszyscy będą mogli o tym zapomnieć-
Wcisnęła pysk w futro na szyi przyjaciółki. Na plaży można było usłyszeć jej niewyraźne, bezsensowne zawodzenie, w połowie zagłuszane przez morskie fale, i niewiele poza tym.

***

Jej głowa spoczywała na skale, niczym ociężała. Oczy, zwrócone ku niebu, nieobecnym wzrokiem wodziły za słońcem i plamami, które pozostawiało po sobie za jej powiekami.
Nikt nie zadawał jej pytań; może Mandarynka czekała, aż przestanie histeryzować. Nie pytała, czemu jej pysk mokry był od łez, a nos zasmarkany. Czemu kurczowo trzymała się ciała klifiaczki i nie chciała dać go sobie odebrać i zakopać, aby nie gniło na słońcu. Sama nie wiedziała, co mogłaby jej wtedy odpowiedzieć. To wszystko nadal wydawało się jej takie nierealne.
Myśli zlewały się jej w jeden strumień, jak gdyby rozpuszczane przez gorąc, płynąc zgrabnie jedna za drugą. Czy mogło by się to potoczyć jakoś inaczej? Czy mogłaby znaleźć ciało jakiegokolwiek innego kota, tylko nie jej drogiej Ciemki? Nie była pewna, ile leżała tak na plaży. Na ich ulubionej skale, pod promieniami słońca, które już teraz boleśnie parzyło jej skórę. Czy gdyby postarała się bardziej, gdyby była bardziej natrętna i podeszła do niej na zgromadzeniu, Ciemka uważała by bardziej i nie przytrafiło by jej się- Nawet nie chciała myśleć o tym, co jej się przytrafiło. Nie chciała wiedzieć. Ciemka powinna być w swoim obozie, zajmować się swoimi chorymi. Nie w otoczeniu nieznajomych, podczas gdy ona uciekała jak tchórz.
Całe ciało Mżawki było tak ciężkie. Nie poruszała się nawet o długość wąsa, mając wrażenie, że jej łapy zamieniają się jednocześnie w giętkie trzciny, jak i garście rzecznego mułu. Mimo pustego żołądka czuła się, jak gdyby miała zwrócić swoje nieistniejące śniadanie.
Ciemka była młoda, młodsza od niej. W Klanie Klifu miała swoją rodzinę, o której opowiadała, gdy nie miała ochoty dzielić się historiami o pacjentach. Czy wiedzieli, co się z nią stało? Czy też za nią płakali?
Plamki światła przed jej ślepiami przybierały różne kształty, przyprawiając ją o zawroty głowy. Szum morza zaczynał brzmieć jak znajome szepty. Odchyliła głowę do tyłu. Jej świadomość powoli zaczynała gdzieś odpływać; palce u łap mrowiły jej nieprzyjemnie, a myśli ucichły, ich zawiłość rozpłynęła się do jednego, dobrze znanego już wszystkim imienia.

Od Wścibskiej Łapy CD. Paskudka

Wścibska Łapa patrzyła się na kociaka z bardzo poważną miną. Musiała wyznać mu, że nie będzie mogła już dłużej z nim spiskować. Będzie musiał poradzić sobie bez niej.
— Muszę ci coś wyznać. Nie będę mogła z tobą dłużej spiskować — przyznała się, grzebiąc łapą w ziemi. — W końcu odkryłam, co muszę zrobić, i musi się to stać jak najszybciej.
— A co musisz zrobić? — Paskudek ze zdziwieniem przekręcił łebek.
— Muszę odejść z klanu — ton głosu kotki jasno wyrażał, że nie żartowała. — Nie mam zamiaru tu dłużej tkwić. Nie w tym zakłamanym, zatęchłym miejscu. Ono staje mi na drodze do poznania całkowitej prawdy.
Paskudek wydawał się zupełnie zdezorientowany tym, co mówiła Rybka. No trudno. Kocurek zrozumiał prawdę o zakłamaniu postawionych wyżej kotów, ale możliwe, że na zrozumienie innych, trudniejszych rzeczy był jeszcze za mały. Wcale mu się nie dziwiła. Nie był jeszcze nigdy poza obozem (prócz wypadu na zgromadzenie), więc nie miał jak doświadczyć rzeczy, które stworzyły istoty wyższe. Ona jednak ich doświadczyła. Nie dała się omamić głupiemu medykowi i liderowi. Nie nabrała się na zasady kodeksu wojownika. Wiedziała, że to dwunożni są odpowiedzią na wszystko, co ją nęciło.
— Będę mieszkać poza klanem — wyznała Rybka. — I muszę się tam przeprowadzić jak najszybciej. Do dwunożnych.

[201 słów]

<Paskudku?>

Od Zwiewnego Maku CD. Czajki

Zwiewny Mak rozszerzyła oczy. Czy to naprawdę był… Czajka?
— Czajko! — zawołała Zwiewny Mak i podeszła bliżej drogi grzmotu.
Kocur po drugiej stronie pozostał cicho. Było widać, że nie wie, co ma rzec.
Wojowniczka spojrzała w lewo, potem w prawo i przebiegła do kocura.
— Dlaczego… dlaczego nie przychodziłeś? Czekałam każdej nocy… myślałam, że już nie chcesz się ze mną spotykać.
Głos kotki drżał i był desperacki, jakby kotka pragnęła, by kocur odpowiedział.
Czy już jej nie lubił… albo nie kochał?
Zwiewny Mak jakiś czas temu zrozumiała, że uczucie, które odczuwała w trakcie spotkań z Czajką, to miłość. Jednak teraz kotka nie była pewna, czy kocur to odwzajemnia.
Jej wzrok wbity był w pysk Czajki. Nie było widać na nim żadnych emocji.
— Przyjdziesz jeszcze kiedyś? — spytała Mak.
Jej oczy się zaszkliły.
Czarny ogon kotki opadł i leżał na ziemi, gdy kotka czekała na odpowiedź ukochanego. W końcu ona sama powiedziała:
— Wiem… chyba wiem, czemu nie przychodziłeś. To jest trudne… wiesz, ja jestem z Klanu Burzy, ty z Owocowego Lasu… ale ja… ja cię kocham… — na końcu jej głos zmienił się w szept pełen uczucia jak i strachu. Teraz wystarczyło tylko czekać, aż Czajka odpowie. — Wiesz, ja zawsze mogę przejść do Owocowego Lasu… jeśli nie chcesz się już spotykać potajemnie w nocy!

Od Kasjopei do Ognikowej Słoty

Liliowa pręguska zbudziła się wśród kwiatów lawendy, a jej nos zalany został jej kojącym zapachem. Poczuła na swojej skórze ciepło letniego poranka. Westchnęła błogo, przeciągając się wśród łodyg kwiecia. Wytarzała się w nich, zatrzymując na swoim futrze ich intensywny zapach. Zaraz po tym przeszła do szybkiej porannej kuwety, porządkując swoje skołtunione po śnie futro. Wylizała również łabędzie pióro, by oczyścić je z brunatnej ziemi, która splamiła śnieżnobiałe pierze, a po tym ulokowała je niezgrabnie z powrotem za ucho. Po swojej stylizacji wreszcie wstała w celu zapolowania. Musiała przecież coś zjeść, bo trzeba wyruszyć zaraz ponownie w trasę. Może dziś znajdzie jakąś grupę, do której będzie mogła się przyłączyć? Samotność na nią dobrze nie wpływała, potrzebuje kontaktu z innymi kotami albo oszaleje.
Wyruszyła ona w stronę najbliższego wrzosowiska. Tam fauna była na tyle bujna, że na pewno znajdzie tam dla siebie jakiś syty kąsek. Po drodze zaczęła odczuwać, jak ciepło zamienia się w gorąco, a słońce niemiłosiernie świeciło w jej oczy. Po dotarciu szybko wyczuła zapach królika, a następnie podążyła tropem, jaki za sobą zostawił. Gdy wreszcie go zobaczyła, przypadła do ziemi i zaczęła swoje skradanie. Stawiała łapy na ziemi lekko, starając się być cichszą od myszy. Gdy królik się odwrócił niespodziewanie w stronę Kasjopei, oboje się poderwali w bieg. Podczas niedługiej pogoni samotniczce udało się przygnieść zwierzątko do ziemi, uniemożliwiając dalszą ucieczkę. Spojrzała mu w oko, po czym natychmiast wgryzła się w krtań zdobyczy. Przez moment się miotało, ale gdy kocica poczuła gorzki smak krwi, natychmiast wyzionęło ducha. Zdobycz zabrała na niewielki zalesiony skrawek obok pola lawend, w którym spała i tam zajęła się jedzeniem w cieniu drzew.
Po posileniu się natychmiast wyruszyła dalej, by zawędrować jak najdalej, póki nie było jeszcze pełnego słońca. Szła wzdłuż rzeki, która teraz przez upał bardziej przypominała niezgrabny strumyk. Co jakiś czas robiła sobie postoje na napicie się, a jedyne ukojenie od słońca przynosiły okazjonalne cienie rzucane przez bialutkie chmury. Po drodze wróciła myślami do rodziny. Jak się czuli po jej odejściu? Czy w ogóle powinno ją to przejmować? Możliwe, że nie, ale zachowanie jej rodziny wciąż sprawiało, że pręguska stawiała sobie kilka pytań. Czy od zawsze Andromeda donosiła na Kasjope, czy tylko ten jeden raz? A ojciec to chyba w ogóle nie wiedział, w jakiej kwestii bronił matkę. Nie zdziwiłaby się, więc gdyby okazało się to prawdą. Kocur był tak zaślepiony starszą kotką, że od razu bezwarunkowo stawał po jej stronie, nie ważne, jakie bzdury ona by opowiadała. Zielonooka aż westchnęła z irytacją i przystanęła na niewielkim wzniesieniu, obserwując teren przed sobą.
Widziała miks lasu i łąk, gdzieniegdzie przerywane rzekami czy strumieniami. Może tam kogoś znajdę - pomyślała, po czym zawęszyła. Poczuła, jak wiatr zwiewa w jej stronę mieszankę zapachów kotów. Na pewno trafiła w dobre miejsce. Najpierw musi jednak znaleźć cień, bo słońce zaczęło już piec ją w cielsko.
Zaszła do lasu, który wprowadzał do terenów Klanu Wilka, o którym Kasjopeja jeszcze nie miała pojęcia. Na skraju zalesienia i pól spotkała niskiego szarego kocura, który na swój sposób przypominał kotce jej ojca.
— Przestrzegam cię, nie zaszywaj się dalej! — rzekł kocur, gdy tylko spotkali się wzrokiem. — Tam samotnicy, gdy wejdą raz, to więcej nie wyjdą!
Kasjopeję zaintrygował fakt znikających kotów. Zastanowiła się przez moment.
— A wiadomo, dlaczego tak jest? I jeśli tak jest, po co tu jesteś? — zapytała zaciekawiona.
— Klan tutejszy jest wrogi kotom z zewnątrz. Gdy w dzień tam zaszedłem, uszedłem z życiem, ale mój brat przedtem wlazł i nie wylazł, a była noc — opowiadał kocur, widocznie wzdrygając się na wspomnienie o krewnym. — Jestem tu, bo o cień nie łatwo, a w tym miejscu tu jest jeszcze bezpiecznie. Granica jest głębiej w las. Aczkolwiek trzyma mnie tu nadzieja o spotkanie brata.
Pręguska wsłuchiwała się w każde słowo kota, zastanawiając się, czy może lepiej byłoby pójść gdzie indziej. Ryzykować życiem czy może odpuścić?
— Rozumiem. Jest więcej klanów?
— Oj tak, kilka. Nie znam ich dobrze, powierzchownie tylko. Tu najgroźniej, lecz o cień najlepiej. Gdy pogoda przestanie gotować mi skórę, opuszczę to miejsce, bo na razie życie mi miłe — skwitował i natychmiast zaszył się w zaroślach, prędko pozostawiając Kasjopeję samą.
Samotniczka zastanowiła się przez moment. Może dołączyłaby do tego klanu? Skoro w ciągu dnia da się ujść z życiem, to może warto spróbować. Najwyżej straci życie. I tak nikt na nią nie czekał. Najpierw musiałaby zapolować. Ptactwa powinno tu być wystarczająco. Srebrna pręguska w takim razie zabrała się do polowania. Weszła nieco głębiej w las i zaczęła nadsłuchiwać. Tu i ówdzie usłyszała dzięcioła, tam gołębia, a gdzieś indziej jeszcze brzmiał śpiew sikory przerywany okrzykami kosa. Bardzo dobrze szło jej rozpoznawanie dźwięków ptaków, ale z polowaniem na nie szło jej nieco ciężej. Przypadła do ziemi między krzewami z widokiem na jałowce i kopiec mrówek. Oset uczył, że przy krzewach z owocami można się spodziewać wielu ptaków, ale to Andromedzie najlepiej szło polowanie na nie. Kasjopeja raczej wolała myszy czy inne gryzonie, do tego zajęczaki.
Kotka czekała na idealny moment, ale większość potencjalnych zdobyczy niemal natychmiast uciekała. Po długim oczekiwaniu przyleciał dzięcioł i zajął się wyskubywaniem mrówek. Był obrócony do kotki plecami, idealnie, by ta mogła się podkraść. Zanim poderwał się do lotu, ta szybko zajęła się przygwożdżeniem ptaka do ziemi, łamiąc przy tym jego kręgosłup. Spojrzała na niebo i zauważyła, że przybiera ono już nieco złotawą barwę, oznaczając nadciągający zachód słońca. Może teraz nie powinna iść do klanu. Raczej lepiej dla niej czekać do rana. Kotka westchnęła i przekąsiła dzięcioła, a następnie wybrała się, by znaleźć miejsce na sen.
Wyszła ona na nieco bardziej otwarty teren. Teraz gdy słońce schowało się za horyzontem, mogła spędzić wieczór w chłodnym, otwartym miejscu. Znalazła polankę ukwieconą rumiankiem, na co się uśmiechnęła. Nie była to lawenda, lecz jego zapach był dla niej równie kojący. Położyła się i wytarzała w białym kwieciu i przeciągnęła się. Po długim dniu wreszcie czas na wypoczynek.

***

Zbudziły ją ciepłe promienie porannego słońca, zapraszając ją do ucieczki w cień. Na niebie nie dało się zaobserwować żadnej chmury, zapowiadając dzień o bardzo ostrym i nieprzerwanym słońcu. Kotka wytrząsnęła z futra wszystkie kwiecia lawendy, by zastąpić je rumiankiem, uprzednio na szybko porządkując swoją już skołtunioną sierść. Następnie wybrała się z powrotem w las i zawęszyła. Wyczuła różnorodne zwierzęta. Cały ranek spędziła na polowaniu. Udało jej się złapać gołębia i ryjówkę, którą zjadła na pierwszy posiłek, a ptaka zostawiła jako prezent dla członków klanu. Gdy spojrzała w niebo, zaobserwowała słońce, które ledwo co się wspięło na szczyt. Czas najwyższy jest odnaleźć granicę klanu.
Po drodze zastanawiała się nad możliwymi pytaniami zadanymi w jej stronę. Na przykład: po co chce dołączyć do klanu? Najlepszym wytłumaczeniem byłaby potrzeba należenia do jakiejś grupy kotów, bo samotne życie nie było ambicją Kasjopei. A dlaczego akurat ten klan? Może po prostu lubi przesiadywanie w lesie, a poza tym tylko o tym klanie cokolwiek wie na ten moment. Westchnęła i się skupiła na drodze. Co chwilę stawała w miejscu, odkładając gołębia na bok, by móc wyczuć jakiekolwiek oznaczenia granicy. Po kilku takich postojach wywęszyła punkt, w którym zapach innych kotów stał się intensywniejszy niż gdziekolwiek indziej na drodze pręguski. Przystanęła i wzięła głęboki oddech. Teraz gdy już stała na granicy potencjalnych morderców samotników, nie było odwrotu. Jej poduszki łap zaczęły swędzieć przez nerwowe pocenie się. Dreptała w tę i z powrotem, próbując się opanować. Po kilku chwilach udało jej się przestać tak stresować i tylko oczekiwała jakichkolwiek kotów. Wtedy usłyszała szelest. Kotka stała z wiatrem, więc to koty czuły jej zapach, nie na odwrót. Usiadła i zaczekała cierpliwie. Zza drzew wyszła trójka kotów: dwa szylkrety i jeden bury kocur. Kasjopeja cofnęła lekko uszy, lecz w jej oczach wciąż było widać spokój i opanowanie.
— Czego tu szukasz, samotniku? — syknęła kotka o ciemnorudym zabarwieniu z czarnymi oraz białymi smugami. Spoglądała na liliową z uniesioną brodą i wyraźną pogardą w brązowych ślepiach.
— Jeśli jesteś tu tylko z kaprysu, radzę odejść — mruknął kot o kremowo-czarnym szylkretowym futrze, będąc raczej z tyłu grupy. Bury kocur zaś jedynie analizował Kasjopeję wzrokiem od góry do dołu.
— Chciałabym do was dołączyć — rzekła.
Odpowiedziała jej cisza i szybkie jakby obrzydzone spojrzenia między nieznanymi jej kotami.
— Taa, po to, by zapchlić nam klan — warknął wreszcie czarny pręgus, a reszta pozostała milcząca.
— Nie mam pcheł — parsknęła liliowa pręguska. — I mówię poważnie.
Przez kilka uderzeń serca trwała nieprzyjemna cisza między patrolem rzucającym pogardliwe spojrzenia w stronę samotniczki.
— To się okaże — skwitowała szylkretka, wbijając swój wzrok w oczy Kasjopei z niesmakiem.

<Ognikowa Słoto?>

Od Brukselkowej Zadry CD. Wełnistej Mszycy

— Brukselkowa Zadro — Wełnista Mszyca podjęła nagle. — Czuję, że Klan Wilka... Nie. — Pokręciła łebkiem. — Wiem, że Klan Wilka nie jest bezpiecznym miejscem dla kogoś takiego, jak ty czy ja. Nie jest odpowiednim miejscem, w którym powinny przychodzić na świat kocięta czy trenować młodzi uczniowie. Gęste korony drzew uniemożliwiają dotarcie gwieździstemu blasku do waszego obozu, pozwalając tym samym, aby mrok otulał serca i umysły większości twych braci. Dlatego chcę, żebyś wiedziała, że ty i koty, które czczą Gwiezdnych, mogą liczyć na moją pomoc, jak i myślę, że mogłyby liczyć na znalezienie bezpiecznego miejsca w Klanie Burzy, jeśli bylibyście gotowi na zmianę. Nie chcę już nikogo więcej z was stracić.
Liliowa zaniemówiła. Nie spodziewała się usłyszeć takiej propozycji od albinoski. Odejść? Z Klanu Wilka? Nie po to pozwoliła swoim bliskim uciec, samemu zostając w wilczackich szeregach, by teraz z nich odchodzić. Skinęła jednak głową w podzięce za troskę.
— Przepraszam, ale nie mogę… — odparła po chwili, biorąc głęboki wdech. — Nie mogę opuścić Klanu Wilka, choć masz rację, czasem jest tu trochę niebezpiecznie… — kontynuowała, próbując nadać głosowi żartobliwy ton, by rozluźnić atmosferę. — Jednak nie mogę zostawić tu kotów, które są tak bliskie memu sercu. Nie każdy z nich zdecyduje się na przejście do Klanu Burzy, a ja nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś im się stało, podczas gdy ja bezpiecznie siedziałabym w waszym azylu — tłumaczyła, przenosząc spojrzenie na swoje łapy. — Zresztą jestem już zbyt stara na takie zmiany. Który z Burzaków ucieszyłby się z kolejnego starucha do wykarmienia? Wiesz, przyjęcie przez Króliczą Gwiazdę to jedno, a bycie zaakceptowanym przez Burzaków to drugie. Nie chcę was zamęczać swoją obecnością — dodała, jakby poprzednie słowa nie były wystarczającym powodem, by zostać w Klanie Wilka.
Wełnista Mszyca nie wyglądała na ucieszoną, ale też nie była zawiedziona. Na jej pysku pojawiło się zrozumienie.
— Cóż, nie zmuszę cię do zmiany decyzji ani nie podejmę jej za ciebie — mruknęła w końcu białofutra, odwracając wzrok od Brukselkowej Zadry. — Oby Klan Gwiazdy miał cię w opiece. Muszę już wracać, ale gdy tylko nadarzy się okazja, spotkajmy się znów.
Pręgowana bez wahania zgodziła się na tę propozycję. Albinoska miała dobre serce. Troszczyła się o innych i każdemu starała się pomóc. Ponadto łączyło je całkiem sporo – w końcu obie znały Mglistego Sna, a teraz zamartwiały się o niego po stokroć.
Wojowniczka obdarzyła albinoskę ciepłym uśmiechem, po czym odwróciła się i zniknęła między wysokimi pniami drzew iglastych oraz gęstymi krzewami. Miała nadzieję, że już niedługo ich ścieżki skrzyżują się po raz kolejny.

* * *

Brukselkowa Zadra miała wrażenie, że Klan Wilka tylko rósł w siłę. Zalotna Gwiazda nie ociągała się z ceremoniami, których ostatnio było całkiem sporo. Na posadzie mistrzów zasiadały teraz trzy kotki – Kocimiętkowy Wir, Nadciągający Pomrok i Ognikowa Słota. Oprócz tego na ucznia został mianowany Księżycek, syn Jaskółczego Ziela. Czarnofutra kotka była dla Brukselki, można by rzec, znajomą. Zdarzało im się zamienić ze sobą kilka słów, tak więc pręgowana nie ociągała się, gdy kilka księżyców temu usłyszała wieść, że Jaskółka doczekała się kocięcia.
Jednak najważniejszym wydarzeniem ostatnich czasów było dla Brukselki mianowanie jej przybranych kociąt. Kryształka zwała się teraz Kryształową Łapą, a Węgielka nosiła miano Zwęglonej Łapy. Liliową z lekka niepokoił fakt, że dostały one na mentorów koty silnie związane z Miejscem, Gdzie Brak Gwiazd. Czyżby liderka przejrzała już wszystkie koty wierzące w Klan Gwiazdy, które żyją w wilczackim azylu? Czy specjalnie dobierała mentorów tak, by na jej oczach wyrastało pokolenie jeszcze silniej oddane mrokowi? Czy w takim przypadku próba nawrócenia Wilczaków była wciąż możliwa? Ten klan i tak już dawno był zepsuty. Wyżarty przez bezgwiezdne dusze, przegniły od środka. Może ucieczka naprawdę była jedynym rozwiązaniem? Cóż, z całą pewnością najłatwiejszym.
Brukselkowa Zadra miała już na karku mniej więcej siedemdziesiąt księżyców, co tylko potęgowało jej wrażenie, że czas ucieka jej przez palce. Obiecała Gwiezdnym Przodkom, że się nie podda, że jeszcze naprawi swoich zaślepionych pobratymców. Czy wtedy kłamała? Przyjęła tak chciwie nagrodę od Klanu Gwiazdy, a teraz zachowywała się, jakby ten rozdział w jej życiu został już zamknięty. Nie próbowała podszeptywać innym właściwych przekonań, nie próbowała budzić niepewności w kotach, które jeszcze dało się uratować. Pozwalała, by ci, którzy mieli szansę na nawrócenie, jeszcze bardziej pogrążali się w wierze w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd.
Tak nie powinien postępować kot, w którym Gwiezdni pokładali tak wiele nadziei.
Żółtooka westchnęła ciężko, opierając głowę na łapach. Czuła, jak ogarnia ją bezsilność. Ze śmiercią matki zdążyła się już pogodzić, teraz czując, że Kryształka jest jakby jej innym wcieleniem. Wciąż jednak nie mogła przełknąć faktu, że oczekiwano od niej o wiele więcej, niż w rzeczywistości robiła. Może i wykonywała pojedyncze rozkazy wydane przez Gwiezdnych, jednak na dłuższą metę nie robiła niczego z własnej woli. Pomysły, które miała na sprowadzenie Klanu Wilka na dobrą drogę, rozpływały się gdzieś w rutynie.
Teraz zresztą, gdy Wrotyczowa Szrama zaczęła się od niej dystansować, cały czas trzymając się boku Zalotnej Gwiazdy, Brukselka straciła ostatnie strzępki motywacji, jakie w niej drzemały. Kompletnie nie rozumiała tej zmiany w nastawieniu dymnej wojowniczki. Co musiało się jej stać, by tak drastycznie zmieniła swoje usposobienie?
Może Mglisty Sen miał rację. Może bronienie jej racji nie było warte napiętej relacji z synem. Może czarnofutry już od dawna widział więcej niż Brukselkowa Zadra. Tak bardzo chciałaby mu opowiedzieć o wszystkim, co dzieje się teraz w Klanie Wilka – i tak bardzo chciałaby przeprosić go za wszystkie słowa, które z jej pyska mogłyby jakkolwiek go urazić.
By się nieco odprężyć i przewietrzyć, postanowiła udać się na spacer. Na klanowe tereny zawitała już słoneczna Pora Zielonych Liści, która przyjemnie ogrzewała las, jednocześnie nie męcząc zbytnio Wilczaków. Poszczęściło im się, że na swoich terenach mieli tak dużo cienia. Brukselka nie wyobrażała sobie spacerów w pełnym słońcu; chyba padłaby z przegrzania! Teraz przyszło jej też do głowy, że gdyby nie te wszystkie okrutne zwyczaje, Klan Wilka mógłby być naprawdę pięknym klanem. Na ich terenach nie brakowało rzek, jezior, rozległych lasów i kwiecistych polan. Nie była co prawda pewna, jak wyglądają tereny w innych zakątkach klanów, ale wiedziała, że inni mogliby tylko pomarzyć o takim borze.
Łapy zaniosły wojowniczkę wprost nad granicę z Klanem Burzy. Nie myślała o tym, by spotkać Wełnistą Mszycę, lecz najwyraźniej gdzieś z tyłu głowy i tak kłębiła się nadzieja, że znów się ujrzą. Może medyczka sprzeda Brukselce kilka rad? Była co prawda młodsza i zapewne mniej doświadczona przez życie, ale w końcu jej posada w dużej mierze opierała się na kontakcie z Przodkami. To ona była o nich nauczana już od urodzenia – dla niej byli czymś normalnym, naturalnym. Natomiast liliowa, choć wierzyła w ich słuszność, w tematach ich dotyczących czasem czuła się jak kocię we mgle.

<Wełnista Mszyco? Jesteś tam gdzieś?>

Od Latającej Ryby do Słonecznego Fragmentu

Skutecznie ignorując rozgadane towarzystwo, które od rana rozprawiało o kolejnych dziwactwach w klanie, zdecydowała się opuścić teren obozu. Przedzierając się między gęstwiną trzcin, pozwoliła sobie na odrobinę samouwielbienia, przyglądając się niektórym wykończeniom uzyskanym wskutek jej ciężkiej pracy. Gdy przesuwała się dalej, mimowolnie wychwytywała wśród łodyg miejsca niedorobione, krzywo ułożone. Fragmenty, przy których na pewno nie maczała łap. Inni najwyraźniej nie przykładali się wówczas solidnie do roboty tak jak ona.
Zadrżała lekko, gdy wyszła nad brzeg. Incydent z powodzią był już tylko odległym wspomnieniem, a wraz z nadejściem upałów poziom wody wyraźnie opadł. Teraz nurt był spokojniejszy, niemal leniwy. Jeśli tylko dobrze się zaparła, potrafiła przeprawić się na drugą stronę całkiem sprawnie. A przy takim słońcu wystarczyła chwila, by futro znów było suche i nienaganne.
Korzystała z tej łaskawości natury coraz częściej, wybierając samotne polowania. Nawet po ostatnim spotkaniu z niewidomym kocurem przy granicy Klanu Burzy uznała te okolice za w miarę bezpieczne. Nie była na tyle szybka, by dorwać króliki przemykające z sąsiednich terenów, lecz za to roiło się tam od gryzoni. A to w zupełności jej wystarczało.
Poranny patrol, w którym brała udział, był żałośnie powolny. Z jej potrzebą produktywności nie było mowy, by uznała to za wystarczający wysiłek na cały dzień.
Kolorowa Łąka w pełni zasługiwała na swoją nazwę. Wysokie trawy mieszały się z plamami kwiatów w dziesiątkach odcieni, tworząc niemal przesadnie barwny krajobraz. Ktoś mógłby powiedzieć, że piękno tkwi w prostocie, ale gdy tylko zerknęła na własne futro, utwierdzała się w przekonaniu, że nic nie dorówna prawdziwej wyjątkowości. Wyróżnianie się z tłumu było przecież znacznie bardziej godne podziwu.
Dziś była jednak ostrożniejsza. Nie zbliżała się do granicy tak jak poprzednio, raczej obserwowała ją uważnie z bezpiecznej odległości. Powtarzała sobie, że tym razem nic jej nie zaskoczy. Z bojowym nastawieniem i siłą, jaką niosły jej łapy, z pewnością poradziłaby sobie z każdym zagrożeniem.
Zresztą skoro Burzacy wysyłali na granicę ślepców, trudno było uznać ich za szczególnie groźnych.
Na moment nawet zapomniała, że przyszła tu polować. Krążyła po łące powoli, z dumnie uniesioną głową, obserwując okolicę. Nie żeby specjalnie kusiła los, ale gdzieś z tyłu głowy czaiła się ciekawość, czy znów natknie się na dziwacznie pręgowanego kocura. Nie zdążyła wtedy dokładnie przyjrzeć się jego futru, a gdy coś wyglądało choć odrobinę inaczej niż zwykle, trudno było jej przejść obok tego obojętnie.
Na wszelki wypadek zerknęła na siebie, wygładzając sierść krótkim ruchem języka. Nie daj Klanie Gwiazd, by ktoś uznał, że kręci się tu z powodów niegodnych porządnej wojowniczki. W końcu było wręcz przeciwnie — dbała o bezpieczeństwo. W teorii ich wspólne, w praktyce myślała tylko o sobie.
Najpewniej jednak większość kotów o tej porze kryła się w cieniu pod koronami drzew. Ona sama zdecydowanie wolała upał niż jakąkolwiek formę deszczu. Nawet lekka mżawka potrafiła zepsuć jej dzień do tego stopnia, że najchętniej zaszyłaby się w najbliższej suchej norze.
Kiedy ponownie spojrzała w stronę granicy, znieruchomiała.
Tym razem nie była pusta.
Kremowy kot, wysoki i smukły, dostrzegł ją szybciej, niż by sobie tego życzyła. Jego futro nie wyróżniało się niczym szczególnym, choć uwagę przyciągały dziwnie wykręcone uszy i wyjątkowo puchata kita.
Spięła się odruchowo, lekko nastroszona. Była odważna, ale fakt, że znalazł się tak blisko granicy, mógł świadczyć o złych zamiarach. Może planował podwędzić zwierzynę z ich terenów? Ha. Nie było szans, by przepuściła taką okazję do przegonienia intruza. To byłoby coś, czym mogłaby się później pochwalić przed całym klanem.
Odchrząknęła, czując że to właśnie ten moment, gdy powinna przemówić. Była wystarczająco wysoka i dobrze zbudowana, by obcy od razu zrozumiał, że nie ma do czynienia z byle chucherkiem.
— Szukasz kogoś?
Zamarła.
To nie były jej słowa.
To kocur odezwał się pierwszy, patrząc w jej stronę z zaskakującym spokojem.
— Nie? — wybełkotała, wyraźnie zbita z tropu. — Ja... Po prostu zobaczyłam, że ktoś za bardzo się kręci nie przy swojej granicy, więc postanowiłam zareagować — dodała szybko, odzyskując resztki opanowania.
— Podszedłem, bo uznałem, że masz jakąś sprawę — odparł. — Nie przy swojej? Granica jest tak samo wasza jak i nasza, ale cóż, to nieważne. Najwyraźniej oboje podjęliśmy błędne założenia. Zdarza się.
Jego głos był ciepły, a ton zupełnie pozbawiony wrogości. To ją zmyliło. W swojej wyobraźni była już gotowa na bójkę. Pełna majestatu, nieugięta, przegoniłaby kocura jak najdalej.
— Tak... Nic tu po tobie — zasugerowała w końcu.
Nie mogła odejść pierwsza. Musiała zachować choćby pozory dominacji i przekonać samą siebie, że to ona przepędza przybysza. Nawet jeśli kremowy kocur wcale nie wyglądał, jakby planował przekroczyć granicę.
Stała więc wyprostowana, z wysoko uniesioną głową.
Przynajmniej tak wyglądało to w jej wyobrażeniach.
W rzeczywistości była lekko skulona, napięta i nadzwyczaj czujna. Każdy szmer za jej plecami sprawiał, że ogon drgał niespokojnie. Nie mogła się jednak odwrócić. Nie mogła spuścić go z oczu.
Wróg to wróg. Nawet jeśli się uprzejmie uśmiecha.
Kremowy kocur przez chwilę milczał, jakby rozważał jej słowa. Ogon poruszał się powoli, zamiatając trawy.
— Rozumiem — odezwał się w końcu spokojnie. — Czyli pilnujesz granic.
Uniosła wyżej podbródek. Do czego dążył?
— Oczywiście.
— W samotności?
To pytanie zabrzmiało zbyt niewinnie.
— Ja sama wystarczę, by wytropić każde zagrożenie i je odgonić — odparła szybko. — Nie potrzebuję nikogo więcej do tego.
Kocur skinął głową, jakby przyjmował tę odpowiedź bez zastrzeżeń. Jego spojrzenie na moment przesunęło się po łące, zatrzymując gdzieś za jej plecami.
— W takim razie masz dobry wzrok — stwierdził.
Uszy drgnęły jej lekko, niespokojnie.
— Słucham? — mruknęła, tłamsząc w sobie dozę niepewności. Chodziło o to, że go wypatrzyła? Cóż, to nie było ciężkie, jego kremowa barwa wyróżniała się na tle zieleni.
— Coś się tam rusza — powiedział nagle.
Latająca Ryba poczuła, jak po jej grzbiecie przebiega nieprzyjemny dreszcz.
Przez krótką chwilę walczyła z chęcią obejrzenia się za siebie. To byłby błąd. Pokazałaby słabość.
— Próbujesz mnie rozproszyć? — prychnęła.
— Gdybym próbował, zrobiłbym to trochę subtelniej.
Trawy zaszeleściły. Cicho, ale wyraźnie, a to wystarczyło, by cała zesztywniała.
Kremowy wojownik nie ruszył się ani o krok. Nadal patrzył w jej stronę. Spokojnie, niemal z zaciekawieniem.
— Jeśli to coś z twojej strony granicy — powiedział łagodnie — to chyba twój problem.
Na moment zapadła cisza. A potem w wysokiej trawie znów coś poruszyło się ciężko. Wysokie źdźbła zaszeleściły jeszcze raz, tym razem głośniej.
Ogon Ryby nastroszył się niemal natychmiast, a mięśnie napięły do skoku, choć sama nie była pewna, czy zamierza walczyć, czy raczej rzucić się do ucieczki.
Z wysokiej zieleni wyrwał się... zając.
Długouchy przemknął tuż obok niej, niemal ocierając się o jej łapę, po czym pomknął dalej przez łąkę, jakby cała sytuacja w ogóle go nie obchodziła.
Podskoczyła gwałtownie, a z jej pyska uciekł zduszony okrzyk.
Przez ułamek chwili stała nieruchomo, z szeroko otwartymi oczami i nastroszoną sierścią, patrząc w ślad za uciekającym zwierzęciem. Dopiero gdy cisza zagościła na dobre, powoli się wyprostowała.
Niestety miała nieprzyjemne przeczucie, że kremowy kocur widział wszystko.
Otrzepała łapę z przesadną starannością, jakby to, jak teraz wygląda, było najważniejszą sprawą na świecie.
— No... — mruknęła w końcu, starając się nadać głosowi choć odrobinę godności. — Najwyraźniej uznał, że nie warto ze mną zadzierać. Taka sugestia dla ciebie.
Zając był już dawno poza zasięgiem wzroku, a ona stała jeszcze chwilę, czując jak jej własna duma powoli zwija się gdzieś w środku. Najchętniej odwróciłaby się i odeszła, ale to oznaczałoby przyznanie się do porażki. A na to absolutnie nie mogła sobie pozwolić.
Uniosła więc podbródek i wskazała ogonem w stronę granicy.
— No dobrze — rzuciła chłodno. — Skoro już widzę, że wszystko jest tu bezpieczne, to możesz sobie iść.
Stała w miejscu, sztywna jak patyk, pewna tego, że nie ma najmniejszego zamiaru odejść pierwsza.

<Słońce?>