BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkęW Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Mioty
Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)
Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)
Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)
06 czerwca 2026
Od Cętkowanej Łapy CD. Korowego Szeptu
To był pierwszy raz, gdy nie umiał się jakoś skupić. Miał okazję uczestniczyć w patrolu łowieckim, ale w towarzystwie Tropiącej Łaski czuł się tak, jakby był wiecznie obserwowany. Ona naprawdę myślała, że komuś powie skąd dostał te blizny. Nie miał jak, bo gdyby tylko pisnął słówkiem, to byłby nieżywy.
— Hej, ogon wyżej — jakaś wojowniczka rzuciła mu spokojnie, natychmiast podniósł swój ogon. Nie chciał wyjść na niegrzecznego i komuś przeszkadzać, nie takie miał intencje. Chciał bardzo coś upolować, ale jego humor chyba nie był dobry, czułby się znacznie swobodniej, gdyby nie było tu czekoladowej wojowniczki. — Straszysz wiewiórki — dodała niebieska szylkretka po chwili. — Polowałeś już kiedyś? — spytała wojowniczka, patrząc na niego swoimi pomarańczowymi oczami.
— Tak, polowałem nieraz, po prostu tym razem mi się ogon osunął — to głupio, że został odebrany, jakby w ogóle nie polował, skoro robił to nie raz w towarzystwie swej mentorki, Tropiącej Łaski. — Mam nadzieję, że trafi nam się coś wielkiego — liczył na dużego zająca. Jego ciocia, Ognikowa Słota, bardzo je lubiła. Miło by było zrobić jej przyjemność, gdyby razem z patrolem by go jej przyniósł.
— Skoro w takim razie chcesz, żebyśmy złapali coś pokaźnego, to postaraj się nam nie odstraszać zwierzyny, dobrze? — kiwnął głową na jej słowa, chciał tylko się rozejrzeć, gdzie najlepiej mógłby się ulokować, żeby przy gonieniu zwierzyny nie wpadać komuś pod łapy. Spotkał się z karcącym spojrzeniem Tropiącej Łaski, przełknął tylko ślinę i postanowił jednak dłużej potowarzyszyć Korowemu Szeptowi. Patrol łowiecki nie tylko się składał z Cętkowanej Łapy, Korowego Szeptu i Tropiącej Łaski, ale też w skład wchodzili: Lamentująca Toń, Dyniowa Skórka i Nadciągający Pomrok, która prowadziła patrol. U boku starszej kotki czuł się bezpieczniej. Przynajmniej miał pewność, że Tropiąca Łaska nic mu nie zrobi. Korowy Szept najwidoczniej nic sobie z tego nie robiła, skoro nie chciała go wyganiać. Patrol usłyszał coś, co nagle zaszeleściło.
— To może być to, czego szukamy, na mój znak gonimy to — Nadciągający Pomrok dała rozkaz reszcie patrolu, Cętkowana Łapa szybko przyjął pozycję łowiecką.
— Myślisz, że to może być coś większego, jak na przykład zając lub coś innego? — szepnął do Korowego Szeptu, tak się cieszył, że jest świadkiem jakiejś wielkiej akcji, chociaż jeśli się okaże, że to będzie mniejsze zwierzę, to się zawiedzie.
— Hej, ogon wyżej — jakaś wojowniczka rzuciła mu spokojnie, natychmiast podniósł swój ogon. Nie chciał wyjść na niegrzecznego i komuś przeszkadzać, nie takie miał intencje. Chciał bardzo coś upolować, ale jego humor chyba nie był dobry, czułby się znacznie swobodniej, gdyby nie było tu czekoladowej wojowniczki. — Straszysz wiewiórki — dodała niebieska szylkretka po chwili. — Polowałeś już kiedyś? — spytała wojowniczka, patrząc na niego swoimi pomarańczowymi oczami.
— Tak, polowałem nieraz, po prostu tym razem mi się ogon osunął — to głupio, że został odebrany, jakby w ogóle nie polował, skoro robił to nie raz w towarzystwie swej mentorki, Tropiącej Łaski. — Mam nadzieję, że trafi nam się coś wielkiego — liczył na dużego zająca. Jego ciocia, Ognikowa Słota, bardzo je lubiła. Miło by było zrobić jej przyjemność, gdyby razem z patrolem by go jej przyniósł.
— Skoro w takim razie chcesz, żebyśmy złapali coś pokaźnego, to postaraj się nam nie odstraszać zwierzyny, dobrze? — kiwnął głową na jej słowa, chciał tylko się rozejrzeć, gdzie najlepiej mógłby się ulokować, żeby przy gonieniu zwierzyny nie wpadać komuś pod łapy. Spotkał się z karcącym spojrzeniem Tropiącej Łaski, przełknął tylko ślinę i postanowił jednak dłużej potowarzyszyć Korowemu Szeptowi. Patrol łowiecki nie tylko się składał z Cętkowanej Łapy, Korowego Szeptu i Tropiącej Łaski, ale też w skład wchodzili: Lamentująca Toń, Dyniowa Skórka i Nadciągający Pomrok, która prowadziła patrol. U boku starszej kotki czuł się bezpieczniej. Przynajmniej miał pewność, że Tropiąca Łaska nic mu nie zrobi. Korowy Szept najwidoczniej nic sobie z tego nie robiła, skoro nie chciała go wyganiać. Patrol usłyszał coś, co nagle zaszeleściło.
— To może być to, czego szukamy, na mój znak gonimy to — Nadciągający Pomrok dała rozkaz reszcie patrolu, Cętkowana Łapa szybko przyjął pozycję łowiecką.
— Myślisz, że to może być coś większego, jak na przykład zając lub coś innego? — szepnął do Korowego Szeptu, tak się cieszył, że jest świadkiem jakiejś wielkiej akcji, chociaż jeśli się okaże, że to będzie mniejsze zwierzę, to się zawiedzie.
<Korowy Szepcie, gotowa na złapanie zwierzyny?>
[357 słów]
05 czerwca 2026
Od Kocimiętkowego Wiru CD. Ognikowej Słoty
Po skończonej rozmowie Ognikowa Słota wróciła do znajomej kotki, a następnie obie udały się na spacer poza obóz. Kocimiętka doceniała każdą chwilę spędzoną w towarzystwie swojej przyjaciółki, dlatego na jej pysku przez cały czas gościł delikatny uśmiech. Zastanawiała się, co tym razem będą robić. Czy ich spacer okaże się spokojniejszy? Może przejdą się nad jezioro i wytarzają w trawie… a może znów spędzą cały czas na polowaniu?
Ptaki i króliki często wpadały im w łapy, gdy były poza azylem. Ich spotkania nie tylko napawały je pozytywną energią, ale także przynosiły korzyści całemu klanowi. Nic, tylko pogratulować im tego, jak dobrze się dogadują i jak świetnie sprawdzają się jako członkinie Klanu Wilka! Według Kocimiętki każdy wojownik powinien znaleźć sobie bliskiego znajomego i wychodzić z nim na polowania. W końcu nic tak nie motywuje, jak przyjacielska rywalizacja.
W końcu mistrzynie dotarły do Potwornej Przełęczy, znajdującej się nieopodal granicy z Klanem Burzy. To właśnie tutaj najczęściej udawało im się znaleźć jakiegoś smacznego uszaka, który tylko czekał, aż zostanie złapany. Tym razem nie było inaczej — gdy tylko Kocimiętka wyczuła woń zwierzyny, od razu nastawiła uszy, a jej wibrysy zadrżały z ekscytacji. Mimo że w swoim życiu upolowała już wiele królików, każde kolejne łowy były dla niej równie emocjonujące. Nigdy przecież nie wiadomo, jaką drogę obierze uszak, jak szybko będzie biegł i jak zaciekle będzie się wyrywał, gdy już zostanie schwytany.
Posłała Słocie porozumiewawcze spojrzenie, po czym przywarła brzuchem do ziemi, gotowa zakraść się do ofiary. Każdy ruch wykonywała bardzo ostrożnie — nie chciała przecież spłoszyć swojego, albo czyjegoś, obiadu. Nawet jeśli zwierzyny było pod dostatkiem, dodatkowa sztuka na stosie nigdy nikomu nie zaszkodziła. A już na pewno nie Kocimiętce, która właśnie zaczynała robić się głodna.
Na myśl o tłustym króliku pociekła jej ślinka. Musiała jednak skupić się na polowaniu, więc szybko potrząsnęła głową i ponownie skoncentrowała się na uszaku, który znajdował się już bardzo blisko. Wtedy znieruchomiała, przygotowując się do skoku. Minęło kilka uderzeń serca, po czym wybiła się z ziemi i poszybowała prosto na swoją ofiarę. Udało jej się zahaczyć ją łapą, niemal przygważdżając do podłoża, jednak królik zdołał się wywinąć i rzucił się do ucieczki.
Kocimiętka fuknęła i natychmiast ruszyła za nim w pogoń. Ognikowa Słota pobiegła tuż obok niej, lecz futrzak zdążył przemknąć za granicę Klanu Burzy.
Mistrzynie zatrzymały się przed oznaczeniem zapachowym Burzaków, nie chcąc wywoływać niepotrzebnej awantury. Gdyby jakiś patrol zobaczył, że ścigają zwierzynę na cudzym terenie, raczej nie wyniknęłoby z tego nic dobrego.
— Ach, to ci pech! — mruknęła ruda, kładąc po sobie uszy. — To przez to, że źle wyskoczyłam! — dodała, powoli kręcąc głową. Najwyraźniej w ostatniej chwili omsknęła jej się łapa. — Teraz pewnie nie ma tu już czego szukać, bo każdy królik w okolicy zdążył uciec. Ale… możemy spróbować zapolować na coś innego! — zaproponowała, spoglądając na towarzyszkę.
Ognikowa Słota skinęła głową, wciąż wpatrując się w tereny po drugiej stronie granicy.
— Tak, możemy — odparła. Westchnęła, po czym przeniosła wzrok na drugą mistrzynię. — W takim razie przejdźmy się do Opuszczonego Obozowiska. Może tam uda nam się wytropić coś dobrego.
Głos szylkretki był stanowczy. Jej słowa nie zabrzmiały jak propozycja, lecz jak rozkaz, co w jej przypadku nie było niczym niezwykłym. Zielonooka uśmiechnęła się pod nosem i mruknęła:
— Jasne! Na pewno będzie tam mnóstwo myszy i wiewiórek... — stwierdziła, drepcząc tuż za Ognikową Słotą, która już ruszyła w stronę celu.
Gdy Księżycowa Łapa stał się Rozbitym Księżycem, a Kocimiętka nie musiała już zabierać go na treningi, straciła pretekst do szkolenia Garbatej Łapy. Wciąż było jej go szkoda, tym bardziej że widziała w nim zapał i determinację, jakich nie dostrzegła jeszcze u żadnego innego ucznia. Za każdym razem, gdy zabierała go na szkolenie razem z białofutrym kocurem, starał się zapamiętać jak najwięcej z jej słów, a także nauczyć się jej ruchów oraz ruchów Księżyca.
Jednocześnie trochę obawiała się, że jeśli poprosi Zalotną Gwiazdę o przydzielenie Garbatej Łapie nowego mentora, liderka ją wyśmieje. Kocimiętka wiedziała, jaką opinię miał wśród innych Wilczaków czekoladowy uczeń. Bała się, że jeśli zaczną ją z nim widywać, uznają, że postradała zmysły. W końcu dla większości był jedynie balastem, dla którego nie było już ratunku. Było jej z tego powodu niezmiernie przykro, ponieważ sama dostrzegała w nim potencjał, którego nie widział nikt poza nią.
Wahała się. Jednak gdy podczas przechadzki po obozie ujrzała Garbatą Łapę, który smutnym wzrokiem wpatrywał się w wyjście z azylu, zrozumiała, co musi zrobić. Przestały ją obchodzić krzywe spojrzenia, na które będzie musiała się przygotować. Wiedziała, że ktoś w końcu musi dać temu kocurowi szansę, a jeśli nie zrobi tego ona, nie zrobi tego nikt.
Właśnie dlatego spojrzała w stronę legowiska przywódczyni i natychmiast ruszyła w jego kierunku.
Gdy weszła do środka, owiała ją złowroga aura. Po chwili Zalotna Gwiazda uniosła wzrok na mistrzynię. Nie wyglądała, jakby odczuwała jakiekolwiek emocje. Jej pysk pozostawał niemal kamienny, przynajmniej przez kilka uderzeń serca, zanim rozjaśnił go ledwie widoczny uśmiech.
— Witaj, Kocimiętkowy Wirze. Co cię tutaj sprowadza? Jak mniemam, nie przyszłabyś tu bez powodu, więc słucham — mruknęła liderka, podnosząc się do pozycji siedzącej i owijając ogon wokół łap.
Rudofutra przełknęła ślinę i na moment odwróciła wzrok od szylkretki.
— Witaj... — zaczęła, po czym zmusiła się, by spojrzeć Zalotce w oczy. — Ja... tak sobie myślałam, że może... mogłabyś zmienić mentora Garbatej Łapie? — dodała.
Pysk przywódczyni natychmiast przybrał chłodniejszy wyraz, jakby już zdążyła negatywnie ocenić zarówno Kocimiętkę, jak i jej pomysł, zanim padły dalsze wyjaśnienia.
— Wiem, wiem... brzmi to szalenie! Ale pomyślałam, że może mogłabym spróbować go... naprawić? Widzę w nim zapał. Myślę, że gdyby dostał szansę, mógłby wyrosnąć na lojalnego wojownika Klanu Wilka! Może niekoniecznie najsilniejszego i najzwinniejszego, ale przynajmniej takiego, który nie będzie marnował naszych zapasów! — mówiła, początkowo spięta, lecz z każdym kolejnym słowem coraz bardziej pewna siebie. — Jeśli Cykoria będzie dalej go szkolić, Garbata Łapa pozostanie dla nas tylko balastem i kolejną gębą do wykarmienia. Jeśli natomiast uda mi się sprowadzić go na dobrą drogę, stanie się znacznie bardziej użyteczny dla klanu! — zakończyła.
Na jej słowa Zalotna Gwiazda ciężko westchnęła.
— Czy naprawdę chcesz marnować swój czas na kogoś takiego jak Garbata Łapa? — zapytała, patrząc na Kocimiętkę z mieszaniną politowania i współczucia. — Jeśli uda ci się zrobić z niego pożytek, to chyba pomyślę o zdegradowaniu Pustułkowego Szponu i Kruczego Pióra, żeby cię awansować. Albo od razu oddam ci swoją posadę, bo wyszkolenie tej mysiej strawy graniczy z cudem — zakpiła.
Przez chwilę obie kotki wpatrywały się w siebie w milczeniu, aż w końcu Zalotka odezwała się ponownie:
— Mimo wszystko nie zamierzam ci tego zabraniać. Możesz zabierać go poza obóz, możesz udawać jego mentorkę, ale nie liczyłabym na zbyt wiele. Garbata Łapa w ogóle nie powinien przeżyć tamtej nocy w lesie. To, że jego serce wciąż bije, jest sprzeczne z prawami natury.
Choć słowa liderki nie brzmiały zachęcająco, Kocimiętka podziękowała jej i, wciąż zdeterminowana, by wyszkolić Garbatą Łapę, opuściła legowisko.
Jeszcze wszystkim udowodni, że się mylą… O ile oczywiście czekoladowy kocur będzie chciał z nią współpracować. Jednak, pamiętając jego zachowanie podczas treningów z Księżycową Łapą, pokładała w nim spore nadzieje. Wierzyła, że jej nie zawiedzie.
Następnego dnia po rozmowie z Zalotną Gwiazdą postanowiła zabrać się za Garbatą Łapę. Wstała wyjątkowo wcześnie i nie zamierzała się ociągać, tak jak często robiła to wtedy, gdy jeszcze szkoliła Księżyca. Ale to nie była jej wina! Znaczy, może trochę była, bo jej późne wstawanie wynikało głównie z lenistwa… Nieważne. Tym razem postanowiła włożyć w tego ucznia całą swoją energię i zaangażowanie, by uczynić z niego prawdziwego Wilczaka. W końcu nie mogła oczekiwać, że same starania Garbatka wystarczą, by się czegoś nauczył. Ona sama musiała stać się idealną nauczycielką.
Gdy wsadziła łeb do legowiska uczniów, Seradelowa Łapa, Cętkowana Łapa i wszyscy inni jeszcze spali. Idealnie. Powolnym krokiem, najciszej jak potrafiła, zakradła się do Garbatej Łapy i delikatnie trąciła go łapą w bark. Po chwili kocur otworzył jedno ze swoich zielonych ślepi, wyraźnie zakłopotany. Już otwierał pysk, by coś powiedzieć, jednak Kocimiętka szybko mu przerwała:
— Cicho...! Chodź, prędko. Zabieram cię poza obóz — mruknęła, po czym rozejrzała się po wnętrzu legowiska i, nie czekając na odpowiedź Garbatka, wyszła na środek azylu.
To już samo w sobie było pewnego rodzaju testem. Jeśli młodszy zdecyduje się wstać i za nią pójść, to znaczy, że wciąż jest co ratować.
Jak się okazało, Kocimiętka nie musiała długo czekać. Garbata Łapa wyszedł z legowiska ze zmierzwionym futrem i oczami przymkniętymi ze zmęczenia. Raczej nie przykładał większej uwagi do swojego wyglądu, zapewne myśląc, że i tak nic nie jest w stanie go upiększyć.
— Świetnie! Wiedziałam, że mnie nie zawiedziesz — oznajmiła, poruszając radośnie wibrysami. — Naprawdę nie mogę patrzeć na to, jak całymi dniami gnijesz w swoim posłaniu, dlatego postanowiłam przejąć rolę Cykorii! Może nie oficjalnie, ale rozumiesz... — wyjaśniła, uśmiechając się przyjacielsko do zielonookiego.
— Mhm... — odparł, odwracając od niej wzrok.
Jednak w tej krótkiej chwili, gdy Kocimiętka złapała z nim kontakt wzrokowy, dostrzegła w jego spojrzeniu mnóstwo pytań. Jakby nie rozumiał, dlaczego chciała poświęcać mu swój czas.
— Wiem, że się tego nie spodziewałeś, ale widzę w tobie wojownika! Prawdziwego wilczackiego wojownika, który mierzy się z wieloma trudnościami. Ale przecież ty już wiesz, że wzorowy Wilczak nigdy się nie poddaje! — zaczęła, a w jej oczach błysnęła determinacja.
Nie mówiąc nic więcej, szybko ruszyła w stronę wyjścia z obozu. Już po chwili do jej uszu dobiegł odgłos kroków Garbatej Łapy. Uśmiechnęła się pod nosem i poczekała, aż oddalą się nieco od azylu.
Gdy zagłębili się w las, postanowiła zapytać:
— Powiedz mi, zupełnie szczerze. Czy Cykoriowy Cykor zabrała cię choćby na jeden trening? Nigdy nie widziałam, żebyście razem opuszczali azyl Klanu Wilka.
Po jej słowach zapanowała cisza. Zresztą, bardzo wymowna. Kocimiętkowy Wir nie potrzebowała słownego potwierdzenia, by zrozumieć, że czekoladowa wojowniczka ani razu nie pofatygowała się, by przejść z Garbatkiem po terenach Klanu Wilka.
— To przesada! Tobie próbują wmówić, że jesteś bezużyteczny i do niczego się nie nadajesz, a tak naprawdę Cykoria jest jeszcze większym balastem dla klanu! Po co nam taki rybi flak, który ani razu nie włożył w swoje obowiązki choćby kropli wysiłku? Jestem zaskoczona, że w ogóle udało jej się wygrać z Ognikową Słotą. Chyba Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd było tego dnia wyjątkowo po jej stronie. W innym przypadku Słota rozgniotłaby ją jak żałosnego robaczka! — zaśmiała się.
Na samą myśl o szylkretce zrobiło jej się cieplej na sercu. Była taka silna, taka inteligentna... Prawdziwy wzór do naśladowania. Szkoda tylko, że Cykoria najwyraźniej tego nie dostrzegała.
Przyszedł czas na kolejny trening Garbatej Łapy. Tym razem Kocimiętkowy Wir pomyślała nawet o tym, by zaangażować w niego Ognikową Słotę! W końcu była taka zwinna i tak dobrze walczyła, że czekoladowy uczeń na pewno wyciągnąłby coś z obserwowania jej ruchów. A skoro były przyjaciółkami, to czemu Słota nie miałaby wyświadczyć Kocimiętce drobnej przysługi? Na pewno zrozumie chęć rudofutrej do naprostowania Garbatka.
Właśnie dlatego, gdy tylko mistrzyni dostrzegła znajomy pysk w azylu, postanowiła niezwłocznie do niego podejść.
— Słoto, hej! — mruknęła na przywitanie, krocząc w stronę szylkretki. — Nie chciałabyś pójść ze mną i Garbatą Łapą poza obóz? Pokazałybyśmy mu, jak polować na króliki, żeby się do czegoś przydał, dobrze mówię? — zaśmiała się.
Spostrzegła jednak, że jej towarzyszka nie podzielała jej entuzjazmu.
— No co? Lepiej, żeby trochę podszkolił się w podstawach — dodała, jednak widząc brak zmian w wyrazie pyska Słoty, postanowiła porzucić ten temat. — Ach, nieważne! Nie musimy nigdzie iść — oznajmiła, robiąc krok w tył. — Ja już... udam się na swoje posłanie, wiesz, żeby trochę się jeszcze zdrzemnąć.
Jednak gdy miała już odejść, Słota w końcu się odezwała:
— Zaczekaj — miauknęła, na co Kocimiętka zamarła. — Chętnie pójdę z tobą na spacer. Zresztą, mam ci coś ważnego do powiedzenia. Tylko nie zabieraj ze sobą Garbatej Łapy — dodała, a ruda natychmiast uniosła uszy.
— Cóż, skoro nalegasz... — zachichotała.
Wspólnie opuściły obóz, kierując się w stronę Potwornej Przełęczy, gdzie zwykle chodziły polować na uszaki. Kocimiętka nie była jednak w stanie skupić się na wywęszeniu zwierzyny, ponieważ przez cały czas zastanawiała się nad tym, co jej przyjaciółka chciała jej przekazać. Nie miała żadnego pomysłu — w jej głowie panowała kompletna pustka.
Dlatego, gdy tylko dotarły na teren, na którym zwykle rozpoczynały swoje łowy, ruda postanowiła się odezwać. Wiedziała, że z polowania będą nici, jeśli nie dowie się, co takiego chce jej powiedzieć druga mistrzyni.
— Więc... co takiego masz mi do powiedzenia? Oby to było coś ważnego! — zaśmiała się, wpatrując się zielonymi ślepiami w przyjaciółkę.
W końcu mistrzynie dotarły do Potwornej Przełęczy, znajdującej się nieopodal granicy z Klanem Burzy. To właśnie tutaj najczęściej udawało im się znaleźć jakiegoś smacznego uszaka, który tylko czekał, aż zostanie złapany. Tym razem nie było inaczej — gdy tylko Kocimiętka wyczuła woń zwierzyny, od razu nastawiła uszy, a jej wibrysy zadrżały z ekscytacji. Mimo że w swoim życiu upolowała już wiele królików, każde kolejne łowy były dla niej równie emocjonujące. Nigdy przecież nie wiadomo, jaką drogę obierze uszak, jak szybko będzie biegł i jak zaciekle będzie się wyrywał, gdy już zostanie schwytany.
Posłała Słocie porozumiewawcze spojrzenie, po czym przywarła brzuchem do ziemi, gotowa zakraść się do ofiary. Każdy ruch wykonywała bardzo ostrożnie — nie chciała przecież spłoszyć swojego, albo czyjegoś, obiadu. Nawet jeśli zwierzyny było pod dostatkiem, dodatkowa sztuka na stosie nigdy nikomu nie zaszkodziła. A już na pewno nie Kocimiętce, która właśnie zaczynała robić się głodna.
Na myśl o tłustym króliku pociekła jej ślinka. Musiała jednak skupić się na polowaniu, więc szybko potrząsnęła głową i ponownie skoncentrowała się na uszaku, który znajdował się już bardzo blisko. Wtedy znieruchomiała, przygotowując się do skoku. Minęło kilka uderzeń serca, po czym wybiła się z ziemi i poszybowała prosto na swoją ofiarę. Udało jej się zahaczyć ją łapą, niemal przygważdżając do podłoża, jednak królik zdołał się wywinąć i rzucił się do ucieczki.
Kocimiętka fuknęła i natychmiast ruszyła za nim w pogoń. Ognikowa Słota pobiegła tuż obok niej, lecz futrzak zdążył przemknąć za granicę Klanu Burzy.
Mistrzynie zatrzymały się przed oznaczeniem zapachowym Burzaków, nie chcąc wywoływać niepotrzebnej awantury. Gdyby jakiś patrol zobaczył, że ścigają zwierzynę na cudzym terenie, raczej nie wyniknęłoby z tego nic dobrego.
— Ach, to ci pech! — mruknęła ruda, kładąc po sobie uszy. — To przez to, że źle wyskoczyłam! — dodała, powoli kręcąc głową. Najwyraźniej w ostatniej chwili omsknęła jej się łapa. — Teraz pewnie nie ma tu już czego szukać, bo każdy królik w okolicy zdążył uciec. Ale… możemy spróbować zapolować na coś innego! — zaproponowała, spoglądając na towarzyszkę.
Ognikowa Słota skinęła głową, wciąż wpatrując się w tereny po drugiej stronie granicy.
— Tak, możemy — odparła. Westchnęła, po czym przeniosła wzrok na drugą mistrzynię. — W takim razie przejdźmy się do Opuszczonego Obozowiska. Może tam uda nam się wytropić coś dobrego.
Głos szylkretki był stanowczy. Jej słowa nie zabrzmiały jak propozycja, lecz jak rozkaz, co w jej przypadku nie było niczym niezwykłym. Zielonooka uśmiechnęła się pod nosem i mruknęła:
— Jasne! Na pewno będzie tam mnóstwo myszy i wiewiórek... — stwierdziła, drepcząc tuż za Ognikową Słotą, która już ruszyła w stronę celu.
* * *
Teraźniejszość
Gdy Księżycowa Łapa stał się Rozbitym Księżycem, a Kocimiętka nie musiała już zabierać go na treningi, straciła pretekst do szkolenia Garbatej Łapy. Wciąż było jej go szkoda, tym bardziej że widziała w nim zapał i determinację, jakich nie dostrzegła jeszcze u żadnego innego ucznia. Za każdym razem, gdy zabierała go na szkolenie razem z białofutrym kocurem, starał się zapamiętać jak najwięcej z jej słów, a także nauczyć się jej ruchów oraz ruchów Księżyca.
Jednocześnie trochę obawiała się, że jeśli poprosi Zalotną Gwiazdę o przydzielenie Garbatej Łapie nowego mentora, liderka ją wyśmieje. Kocimiętka wiedziała, jaką opinię miał wśród innych Wilczaków czekoladowy uczeń. Bała się, że jeśli zaczną ją z nim widywać, uznają, że postradała zmysły. W końcu dla większości był jedynie balastem, dla którego nie było już ratunku. Było jej z tego powodu niezmiernie przykro, ponieważ sama dostrzegała w nim potencjał, którego nie widział nikt poza nią.
Wahała się. Jednak gdy podczas przechadzki po obozie ujrzała Garbatą Łapę, który smutnym wzrokiem wpatrywał się w wyjście z azylu, zrozumiała, co musi zrobić. Przestały ją obchodzić krzywe spojrzenia, na które będzie musiała się przygotować. Wiedziała, że ktoś w końcu musi dać temu kocurowi szansę, a jeśli nie zrobi tego ona, nie zrobi tego nikt.
Właśnie dlatego spojrzała w stronę legowiska przywódczyni i natychmiast ruszyła w jego kierunku.
Gdy weszła do środka, owiała ją złowroga aura. Po chwili Zalotna Gwiazda uniosła wzrok na mistrzynię. Nie wyglądała, jakby odczuwała jakiekolwiek emocje. Jej pysk pozostawał niemal kamienny, przynajmniej przez kilka uderzeń serca, zanim rozjaśnił go ledwie widoczny uśmiech.
— Witaj, Kocimiętkowy Wirze. Co cię tutaj sprowadza? Jak mniemam, nie przyszłabyś tu bez powodu, więc słucham — mruknęła liderka, podnosząc się do pozycji siedzącej i owijając ogon wokół łap.
Rudofutra przełknęła ślinę i na moment odwróciła wzrok od szylkretki.
— Witaj... — zaczęła, po czym zmusiła się, by spojrzeć Zalotce w oczy. — Ja... tak sobie myślałam, że może... mogłabyś zmienić mentora Garbatej Łapie? — dodała.
Pysk przywódczyni natychmiast przybrał chłodniejszy wyraz, jakby już zdążyła negatywnie ocenić zarówno Kocimiętkę, jak i jej pomysł, zanim padły dalsze wyjaśnienia.
— Wiem, wiem... brzmi to szalenie! Ale pomyślałam, że może mogłabym spróbować go... naprawić? Widzę w nim zapał. Myślę, że gdyby dostał szansę, mógłby wyrosnąć na lojalnego wojownika Klanu Wilka! Może niekoniecznie najsilniejszego i najzwinniejszego, ale przynajmniej takiego, który nie będzie marnował naszych zapasów! — mówiła, początkowo spięta, lecz z każdym kolejnym słowem coraz bardziej pewna siebie. — Jeśli Cykoria będzie dalej go szkolić, Garbata Łapa pozostanie dla nas tylko balastem i kolejną gębą do wykarmienia. Jeśli natomiast uda mi się sprowadzić go na dobrą drogę, stanie się znacznie bardziej użyteczny dla klanu! — zakończyła.
Na jej słowa Zalotna Gwiazda ciężko westchnęła.
— Czy naprawdę chcesz marnować swój czas na kogoś takiego jak Garbata Łapa? — zapytała, patrząc na Kocimiętkę z mieszaniną politowania i współczucia. — Jeśli uda ci się zrobić z niego pożytek, to chyba pomyślę o zdegradowaniu Pustułkowego Szponu i Kruczego Pióra, żeby cię awansować. Albo od razu oddam ci swoją posadę, bo wyszkolenie tej mysiej strawy graniczy z cudem — zakpiła.
Przez chwilę obie kotki wpatrywały się w siebie w milczeniu, aż w końcu Zalotka odezwała się ponownie:
— Mimo wszystko nie zamierzam ci tego zabraniać. Możesz zabierać go poza obóz, możesz udawać jego mentorkę, ale nie liczyłabym na zbyt wiele. Garbata Łapa w ogóle nie powinien przeżyć tamtej nocy w lesie. To, że jego serce wciąż bije, jest sprzeczne z prawami natury.
Choć słowa liderki nie brzmiały zachęcająco, Kocimiętka podziękowała jej i, wciąż zdeterminowana, by wyszkolić Garbatą Łapę, opuściła legowisko.
Jeszcze wszystkim udowodni, że się mylą… O ile oczywiście czekoladowy kocur będzie chciał z nią współpracować. Jednak, pamiętając jego zachowanie podczas treningów z Księżycową Łapą, pokładała w nim spore nadzieje. Wierzyła, że jej nie zawiedzie.
* * *
Gdy wsadziła łeb do legowiska uczniów, Seradelowa Łapa, Cętkowana Łapa i wszyscy inni jeszcze spali. Idealnie. Powolnym krokiem, najciszej jak potrafiła, zakradła się do Garbatej Łapy i delikatnie trąciła go łapą w bark. Po chwili kocur otworzył jedno ze swoich zielonych ślepi, wyraźnie zakłopotany. Już otwierał pysk, by coś powiedzieć, jednak Kocimiętka szybko mu przerwała:
— Cicho...! Chodź, prędko. Zabieram cię poza obóz — mruknęła, po czym rozejrzała się po wnętrzu legowiska i, nie czekając na odpowiedź Garbatka, wyszła na środek azylu.
To już samo w sobie było pewnego rodzaju testem. Jeśli młodszy zdecyduje się wstać i za nią pójść, to znaczy, że wciąż jest co ratować.
Jak się okazało, Kocimiętka nie musiała długo czekać. Garbata Łapa wyszedł z legowiska ze zmierzwionym futrem i oczami przymkniętymi ze zmęczenia. Raczej nie przykładał większej uwagi do swojego wyglądu, zapewne myśląc, że i tak nic nie jest w stanie go upiększyć.
— Świetnie! Wiedziałam, że mnie nie zawiedziesz — oznajmiła, poruszając radośnie wibrysami. — Naprawdę nie mogę patrzeć na to, jak całymi dniami gnijesz w swoim posłaniu, dlatego postanowiłam przejąć rolę Cykorii! Może nie oficjalnie, ale rozumiesz... — wyjaśniła, uśmiechając się przyjacielsko do zielonookiego.
— Mhm... — odparł, odwracając od niej wzrok.
Jednak w tej krótkiej chwili, gdy Kocimiętka złapała z nim kontakt wzrokowy, dostrzegła w jego spojrzeniu mnóstwo pytań. Jakby nie rozumiał, dlaczego chciała poświęcać mu swój czas.
— Wiem, że się tego nie spodziewałeś, ale widzę w tobie wojownika! Prawdziwego wilczackiego wojownika, który mierzy się z wieloma trudnościami. Ale przecież ty już wiesz, że wzorowy Wilczak nigdy się nie poddaje! — zaczęła, a w jej oczach błysnęła determinacja.
Nie mówiąc nic więcej, szybko ruszyła w stronę wyjścia z obozu. Już po chwili do jej uszu dobiegł odgłos kroków Garbatej Łapy. Uśmiechnęła się pod nosem i poczekała, aż oddalą się nieco od azylu.
Gdy zagłębili się w las, postanowiła zapytać:
— Powiedz mi, zupełnie szczerze. Czy Cykoriowy Cykor zabrała cię choćby na jeden trening? Nigdy nie widziałam, żebyście razem opuszczali azyl Klanu Wilka.
Po jej słowach zapanowała cisza. Zresztą, bardzo wymowna. Kocimiętkowy Wir nie potrzebowała słownego potwierdzenia, by zrozumieć, że czekoladowa wojowniczka ani razu nie pofatygowała się, by przejść z Garbatkiem po terenach Klanu Wilka.
— To przesada! Tobie próbują wmówić, że jesteś bezużyteczny i do niczego się nie nadajesz, a tak naprawdę Cykoria jest jeszcze większym balastem dla klanu! Po co nam taki rybi flak, który ani razu nie włożył w swoje obowiązki choćby kropli wysiłku? Jestem zaskoczona, że w ogóle udało jej się wygrać z Ognikową Słotą. Chyba Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd było tego dnia wyjątkowo po jej stronie. W innym przypadku Słota rozgniotłaby ją jak żałosnego robaczka! — zaśmiała się.
Na samą myśl o szylkretce zrobiło jej się cieplej na sercu. Była taka silna, taka inteligentna... Prawdziwy wzór do naśladowania. Szkoda tylko, że Cykoria najwyraźniej tego nie dostrzegała.
* * *
Właśnie dlatego, gdy tylko mistrzyni dostrzegła znajomy pysk w azylu, postanowiła niezwłocznie do niego podejść.
— Słoto, hej! — mruknęła na przywitanie, krocząc w stronę szylkretki. — Nie chciałabyś pójść ze mną i Garbatą Łapą poza obóz? Pokazałybyśmy mu, jak polować na króliki, żeby się do czegoś przydał, dobrze mówię? — zaśmiała się.
Spostrzegła jednak, że jej towarzyszka nie podzielała jej entuzjazmu.
— No co? Lepiej, żeby trochę podszkolił się w podstawach — dodała, jednak widząc brak zmian w wyrazie pyska Słoty, postanowiła porzucić ten temat. — Ach, nieważne! Nie musimy nigdzie iść — oznajmiła, robiąc krok w tył. — Ja już... udam się na swoje posłanie, wiesz, żeby trochę się jeszcze zdrzemnąć.
Jednak gdy miała już odejść, Słota w końcu się odezwała:
— Zaczekaj — miauknęła, na co Kocimiętka zamarła. — Chętnie pójdę z tobą na spacer. Zresztą, mam ci coś ważnego do powiedzenia. Tylko nie zabieraj ze sobą Garbatej Łapy — dodała, a ruda natychmiast uniosła uszy.
— Cóż, skoro nalegasz... — zachichotała.
Wspólnie opuściły obóz, kierując się w stronę Potwornej Przełęczy, gdzie zwykle chodziły polować na uszaki. Kocimiętka nie była jednak w stanie skupić się na wywęszeniu zwierzyny, ponieważ przez cały czas zastanawiała się nad tym, co jej przyjaciółka chciała jej przekazać. Nie miała żadnego pomysłu — w jej głowie panowała kompletna pustka.
Dlatego, gdy tylko dotarły na teren, na którym zwykle rozpoczynały swoje łowy, ruda postanowiła się odezwać. Wiedziała, że z polowania będą nici, jeśli nie dowie się, co takiego chce jej powiedzieć druga mistrzyni.
— Więc... co takiego masz mi do powiedzenia? Oby to było coś ważnego! — zaśmiała się, wpatrując się zielonymi ślepiami w przyjaciółkę.
<Ognikowa Słoto?>
Od Lśniącej Gwiazdy CD. Truskawkowego Pola
W przeszłości…
— Cieszę się, że mnie wspierasz — uśmiechnął się, po czym machnął lekko ogonem. — Postaram się wyjaśnić sprawę Ćmy na następnym zgromadzeniu.
Teraźniejszość…
Obozowisko Klanu Klifu zdawało się tonąć w blasku letniego popołudnia — promienie słońca odbijały się od szarych ścian otaczających wyspę w taki sposób, że nawet najbardziej pospolite skały przybierały złociste odcienie, przez co całość wyglądała niemal jak miejsce wyciosane z bursztynu i światła. Powietrze drżało od nagromadzonego ciepła, które osiadało na ziemi niczym niewidzialna zasłona, sprawiając, że każdy ruch wydawał się odrobinę wolniejszy, a każdy oddech cięższy niż zwykle. Nawet wodospad, który nieustannie rozbijał się o kamienie tysiącami srebrzystych kropli, zdawał się płynąć spokojniej, jak gdyby sam dzień zmuszał świat do zwolnienia kroku i pogrążenia się w leniwej, niemal sennej ciszy.
Pomiędzy skałami przesuwały się jednak chłodne podmuchy wiatru, które przeciskały się przez szczeliny niczym niewidzialne duchy przemierzające obozowisko własnymi ścieżkami, a choć ich obecność wydawała się niemal nierealna pośród wszechobecnego gorąca, przynosiły ukojenie wystarczająco wyraźne, by zwrócić na siebie uwagę każdego kota, kiedy muskały futro wojowników wracających z patroli oraz rozpraszały krople wody unoszące się nad wodospadem, pozostawiając po sobie krótkotrwałe uczucie świeżości, które znikało równie szybko, jak się pojawiało.
Lśniąca Gwiazda siedział niedaleko spadającej kurtyny wody, wybierając miejsce, w którym nic nie zasłaniało jego sylwetki przed światłem. Promienie osiadały na jego sierści niczym warstwa płynnego złota, podkreślając każdy odcień rudych włosów i sprawiając, że jego postać odcinała się od otoczenia wyraźniej niż sylwetki pozostałych kotów. Z pewnej odległości mógł wręcz sprawiać wrażenie istoty wyrzeźbionej ze światła. Jasność dnia bardzo skutecznie rozmywała granice pomiędzy jego futrem a otaczającym go blaskiem.
Końcówka jego ogona poruszała się od czasu do czasu po nagrzanym kamieniu, podczas gdy spojrzenie lidera przesuwało się po obozowisku z cierpliwością właściwą kotu, który nie miał dokąd się spieszyć i który był przekonany, że wszystko znajduje się dokładnie tam, gdzie powinno. W rzeczywistości jednak pod tą pozorną spokojnością kryło się nieustanne analizowanie otoczenia…
Gdyby kierował się wyłącznie własnymi pragnieniami, zapewne spędziłby cały dzień nieruchomo, pozwalając, by kolejne plany rozwijały się w jego głowie bez żadnych przeszkód, jednakże lider nie mógł sobie pozwolić na podobną bierność. Kot przewodzący klanowi nie był jedynie wojownikiem posiadającym władzę. Powinien być symbolem, wokół którego skupiają się spojrzenia pozostałych, a także ucieleśnieniem stabilności, której potrzebowała społeczność nieustannie wystawiana na próby przez los.
Dlatego jego wzrok nieustannie przesuwał się po obozowisku, zatrzymując się na uczniach wracających z treningów, których futra pokrywał kurz i drobne zadrapania, na wojownikach sortujących świeżą zwierzynę oraz na starszych siedzących spokojnie na krańcu polany. Każdemu poświęcał krótką chwilę uwagi, rozsyłając to przyjazny uśmiech, to łagodne skinienie głową, które sprawiały wrażenie całkowicie naturalnych.
W rzeczywistości jednak nic nie było przypadkowe, a Lśniąca Gwiazda doskonale wiedział, że zaufanie stanowi najtrwalszą formę kontroli. Kot mógł buntować się przeciwko strachowi, mógł nienawidzić przemocy, a nawet próbować przeciwstawić się sile, lecz znacznie trudniej było odwrócić się od kogoś, kogoś, kto był przyjazny oraz otwarty na wszystko. Z pewnością jeszcze byłoby odwrócić się od kota, którego postrzegało się jako zesłańca z gwiazd…
Na samą myśl o tym jego spojrzenie przesunęło się ku niebu, którego błękit rozciągał się wysoko ponad obozowiskiem, nieskalany ani jedną chmurą, podczas gdy słońce wisiało pośrodku nieboskłonu niczym ogromne oko obserwujące świat znajdujący się poniżej.
Jeszcze kilka księżyców temu podobne myśli wzbudziłyby w nim rozbawienie, ponieważ opowieści Judaszowcowej Gwiazdy wydawały się wówczas jedynie przesadzoną historią stworzoną po to, by nadać jego życiu większe znaczenie. Teraz jednak coraz łatwiej przychodziło mu wierzyć, że ojciec miał rację, gdyż zbyt wiele wydarzeń układało się dokładnie tak, jak powinno. Przeszkody znikały z jego drogi, przeciwnicy popełniali błędy, a on sam nieustannie znajdował się dokładnie tam, gdzie należało.
Nie oznaczało to jednak, że darzył Judasza szczególnym szacunkiem. Pomimo wszystkich opowieści o przeznaczeniu nie potrafił zapomnieć chwil, podczas których ojciec stawał pomiędzy nim a tym, co od początku powinno należeć do niego. W jego oczach Judaszowcowa Gwiazda pozostawał jednocześnie nauczycielem i przeszkodą, przewodnikiem i rywalem, kotem, który nieświadomie pomógł mu wspiąć się na szczyt, a równocześnie zrobił wszystko, by opóźnić jego drogę.
Jego spojrzenie przesunęło się następnie ku miejscu, w którym znajdował się Gąsienicowy Ogryzek, a choć na pysku lidera nie pojawiła się żadna widoczna zmiana, coś w jego oczach stwardniało na krótką chwilę. Niebieski więzień pozostawał jedynym śladem przeszłości, który nadal oddychał. Jego obecność przypominała drzazgę ukrytą głęboko pod skórą — nie powodowała jeszcze prawdziwego bólu, lecz wystarczała, by od czasu do czasu przypominać o sobie i budzić irytację.
Lśniąca Gwiazda wiedział, że problem ten będzie musiał zostać rozwiązany — sekrety pozostają bezpieczne wyłącznie tak długo, jak długo nie posiadają własnego głosu. Lecz wiedział również, że nie nadszedł jeszcze odpowiedni moment, gdyż sprawa Króliczej Prawdy pozostawała nierozwiązana…
Westchnął cicho i podniósł się z miejsca, gdyż nagrzane kamienie zaczęły oddawać zgromadzone ciepło z taką intensywnością, że nawet on zaczął odczuwać zmęczenie. Droga do legowiska zajęła mu zaledwie kilka chwil, jednak nawet podczas krótkiego spaceru nie przestał obserwować otoczenia — mijające go koty usuwały się z drogi, pochylały głowy lub zatrzymywały się na moment, by zamienić z nim kilka słów.
Każdemu odpowiadał spokojnie i uprzejmie, zdając sobie sprawę z tego, że nawet najkrótsza rozmowa może pozostawić ślad na wiele księżyców, a każdy drobny gest potrafi umocnić obraz lidera, który troszczy się o swoich wojowników.
Kiedy wreszcie położył się na mszystym posłaniu, jego spojrzenie zawisło na sklepieniu groty, którego niezmienna szarość zaczęła działać mu na nerwy bardziej, niż chciałby przyznać. Coraz częściej odnosił wrażenie, że cały Klan Klifu powinien wyglądać inaczej, ponieważ miejsce, które miało stać się sercem przyszłej potęgi, nie powinno tonąć w monotonii skał i cieni.
Pozwolił sobie na krótką drzemkę, jednakże gwar dobiegający z polany wyrwał go z odpoczynku znacznie szybciej, niż by sobie tego życzył, przez co po przebudzeniu czuł lekkie rozdrażnienie, które natychmiast ukrył pod znajomą maską spokoju.
Właściwie, to nic nie wymagało jego interwencji. Obóz, choć pełen kotów, funkcjonował dość sprawnie, patrole zostały już dawno ustalone przez Źródlaną Łunę, a zwierzyny nie brakowało.
Kiedy skierował kroki ku żłobkowi i przekroczył jego próg, jego spojrzenie niemal natychmiast spoczęło na Truskawkowym Polu oraz dwójce młodych kocurków leżących przy jej boku. Przez kilka chwil obserwował ich w milczeniu, podczas gdy jego wzrok przesuwał się pomiędzy śpiącymi maluchami a ich matką, której postawa wywołała w nim znacznie większe zainteresowanie niż same kocięta.
Nie dostrzegał w jej spojrzeniu tego rodzaju dumy, którego oczekiwał.
Nie dostrzegał również odpowiedniej czułości.
A ponieważ obrazy miały ogromne znaczenie, podobne szczegóły nie mogły pozostać niezauważone.
— Truskawkowe Pole — odezwał się łagodnie, choć pod miękkością jego głosu kryło się wyraźne oczekiwanie. — To są twoje kocięta, dlatego trudno mi zrozumieć, dlaczego patrzysz na nie tak, jakbyś oglądała potomstwo obcej królowej, zamiast własne dzieci.
Przechylił lekko głowę, podczas gdy światło wpadające przez wejście odbijało się w jego złocistych oczach.
— Nie oczekuję od ciebie zachwytu przy każdym ich oddechu ani nie zakładam, że całe twoje życie powinno zacząć krążyć wyłącznie wokół nich, jednakże wojownicy patrzą, słuchają i wyciągają własne wnioski nawet wtedy, gdy nie powinni tego robić.
Jego spojrzenie przesunęło się ku śpiącym maluchom.
— Powinnaś być z nich dumna, Truskawko, a jeśli z jakiegoś powodu jeszcze tego nie czujesz, powinnaś przynajmniej nauczyć się wyglądać tak, jakbyś czuła…
<Truskawko?>
Od Tawułowej Bryzy CD. Lśniącej Gwiazdy
Tawuła utkwił spojrzenie w swoich łapach, starając się przeanalizować pytania kocura. Starał się tym razem trzymać język za zębami, aby nie powiedzieć czegoś za dużo, czując przy tym nie tyle gniew na lidera, co na wojowników Klanu Klifu. Koty, z którymi rozmawiał, mógł policzyć na palcach jednej łapy, jednak większość z nich była najzwyklejszymi tchórzami. Jedynie co to potrafili szeptać po kątach, wyrażając mniej lub bardziej niepochlebne uwagi na temat wyboru Truskawkowego Pola na zastępcę niż te wypowiedziane przez Tawułową Bryzę. Musiałby chyba siłą zaciągnąć ich za ogon lub kryzę przed oblicze Lśniącej Gwiazdy, lecz nie miał pewności czy by faktycznie poparli jego słowa, dodając coś od siebie, czy nagle zmieniliby swoje poglądy i uznali, że nie mają żadnych zastrzeżeń względem zastępczyni. Mimo, że wiedział z czyjego pyska dochodziły szepty, nie miał zamiaru zdradzać ich imion Lśniącej Gwieździe. Może kiedyś zbiorą się na odwagę, podobnie, jak Tawuła? No i zresztą kocur musiał sam widzieć brak entuzjazmu na pyskach, co poniektórych wojowników podczas ceremonii.
Kocurowi drgnęła powieka nieznacznie, gdy zrozumiał, że ich lider naprawdę stracił resztki zdrowego rozsądku. I nieważne, co by mu się powiedziało, zdania nie miał zamiaru zmienić. Zamiast Klanu Klfiu wybrał szylkretkę. Zamiast zaufać tym, z którymi się wychowywał, dzielił języki, polował, wolał wybrać kota, którego znał zaledwie kilkanaście księżyców. Kota, który już raz wypiął się na swoją społeczność. I w dodatku porównywał ich relację do tej, która łączyła Tawułę z Pchełkowym Skokiem, w tym brak bezstronności.
A może to Lśniąca Gwiazda miał rację? Był starszy, co za tym szło, bardziej doświadczony, a Tawuła niczym mały kociak upierał się przy swoim. Mały skrzeczący kociak; taki pewnie miał jego obraz Lśniąca Gwiazda.
– Bukowa Korona... – miauknął, po chwili mrużąc oczy, decydując się ponownie wspomnieć kandydaturę brązowego kocura, który chyba był najbardziej charyzmatyczną personą w Klanie Klifu na równi z Promiennym Słońcem. – Kukułczy Wdzięk... Przepiórcza Wichura... Skrzydlata Pogoń... – Kolejno mruczał imiona wojowników. Zastanawiała się czy wspomnieć o Źródlanej Łunie i jej kociętach; łączyły ich więzy krwi, co przeczyło z jego wizją dobrze prosperującego klanu, aby lider i zastępca nie byli ze sobą powiązani. Niebieska kocica była siostrą lidera, w dodatku była kontuzjowana, a pozostała dwójka jego siostrzeńcami, którzy zresztą byli za młodzi, aby pełnić tak ważną funkcję, przynajmniej na ten moment. – Płomienne Serce, a nawet Morświnowa Płetwa... Szkoda, że Pchełkowy Skok i żaden z tych wojowników nie wydał ci się na tyle godny zaufania, aby zostać twoim zastępcą. To chyba o nas źle świadczy, jako klanie… Nie będę cię już niepokoił, Lśniąca Gwiazdo. Za pozwoleniem… – mruknął, niepewny tego, czy kocur pozwoli mu odejść.
Pochylił głowę, nie tyle w geście pozdrowienia, co w akcie bezsilności. Może mógł to rozegrać inaczej? Być może mógł, jednak poczuł również swego rodzaju ulgę, gdy mógł wyjawić Lśniącej Gwieździe, co sądzi o zastępczyni, prosto w pysk. I był mu wdzięczny, że mimo odmiennych zdań, przy których koniec końców pozostali, nie wyrzucił go już na samym początku.
Gdy w końcu udało mu się opuścić legowisko lidera, spojrzeniem starał się odszukać Promienne Słońce. Nie dostrzegł jej w miejscu, w którym się rozstali. Miał nadzieję, że siostra nie zdecydowała się udać do kociarni, aby pomówić z Jastrzębim Zewem o tym, że Tawule pająki zasnuły umysł i igrają ze swoim życiem, jak i losem.
Powoli postawił krok naprzód, kierując się bliżej wyjścia z obozu. Czuł na sobie spojrzenie kilku kotów, które siedziały najbliżej legowiska Lśniącej Gwiazdy.
"Czyżby słyszeli naszą rozmowę?"
Po drodze minął się ze Wzorzystą Dalą, która opuściła właśnie kociarnię. Obrzucił kocicę niezbyt przychylnym spojrzeniem, prychając pod nosem i przenosząc spojrzenie na wojowników siedzących najbliżej wodospadu. Wśród nich spostrzegł Pchełkowy Skok, i to na niej zatrzymał na dłużej spojrzenie. Zrezygnował ze zbliżenia się do siostry, obawiając się jej reakcji, na wyzwanie, że przed chwilą udał się do Lśniącej Gwiazdy i powiedział mu prosto w pysk, że lepszym wyborem na zastępcę byłaby ona, a nie Truskawkowe Pole.
– Co się gapisz? – wysyczał wściekły, gdy jego spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem Mysiego Postrachu. – Kwadrowy zastępca. – rzucił pogardliwe w stronę kocura, chcąc, go tym samym zawstydzić. Został wybrany przez Jaskółkę, lecz nie dane mu było otrzymać członu Gwiazdy wraz z jej śmiercią. Zamiast niego pojawił się ktoś lepszy, a przynajmniej tak do tej pory Tawuła uważał.
Przez dłuższą chwilę prowadził swego rodzaju walkę na spojrzenia z czarnym wojownikiem. W końcu jednak znudzony odpuścił i skierował się poza obóz, decydując się spędzić dzisiejszą noc w okolicy Złotych Kłosów.
Kocurowi drgnęła powieka nieznacznie, gdy zrozumiał, że ich lider naprawdę stracił resztki zdrowego rozsądku. I nieważne, co by mu się powiedziało, zdania nie miał zamiaru zmienić. Zamiast Klanu Klfiu wybrał szylkretkę. Zamiast zaufać tym, z którymi się wychowywał, dzielił języki, polował, wolał wybrać kota, którego znał zaledwie kilkanaście księżyców. Kota, który już raz wypiął się na swoją społeczność. I w dodatku porównywał ich relację do tej, która łączyła Tawułę z Pchełkowym Skokiem, w tym brak bezstronności.
A może to Lśniąca Gwiazda miał rację? Był starszy, co za tym szło, bardziej doświadczony, a Tawuła niczym mały kociak upierał się przy swoim. Mały skrzeczący kociak; taki pewnie miał jego obraz Lśniąca Gwiazda.
– Bukowa Korona... – miauknął, po chwili mrużąc oczy, decydując się ponownie wspomnieć kandydaturę brązowego kocura, który chyba był najbardziej charyzmatyczną personą w Klanie Klifu na równi z Promiennym Słońcem. – Kukułczy Wdzięk... Przepiórcza Wichura... Skrzydlata Pogoń... – Kolejno mruczał imiona wojowników. Zastanawiała się czy wspomnieć o Źródlanej Łunie i jej kociętach; łączyły ich więzy krwi, co przeczyło z jego wizją dobrze prosperującego klanu, aby lider i zastępca nie byli ze sobą powiązani. Niebieska kocica była siostrą lidera, w dodatku była kontuzjowana, a pozostała dwójka jego siostrzeńcami, którzy zresztą byli za młodzi, aby pełnić tak ważną funkcję, przynajmniej na ten moment. – Płomienne Serce, a nawet Morświnowa Płetwa... Szkoda, że Pchełkowy Skok i żaden z tych wojowników nie wydał ci się na tyle godny zaufania, aby zostać twoim zastępcą. To chyba o nas źle świadczy, jako klanie… Nie będę cię już niepokoił, Lśniąca Gwiazdo. Za pozwoleniem… – mruknął, niepewny tego, czy kocur pozwoli mu odejść.
Pochylił głowę, nie tyle w geście pozdrowienia, co w akcie bezsilności. Może mógł to rozegrać inaczej? Być może mógł, jednak poczuł również swego rodzaju ulgę, gdy mógł wyjawić Lśniącej Gwieździe, co sądzi o zastępczyni, prosto w pysk. I był mu wdzięczny, że mimo odmiennych zdań, przy których koniec końców pozostali, nie wyrzucił go już na samym początku.
Gdy w końcu udało mu się opuścić legowisko lidera, spojrzeniem starał się odszukać Promienne Słońce. Nie dostrzegł jej w miejscu, w którym się rozstali. Miał nadzieję, że siostra nie zdecydowała się udać do kociarni, aby pomówić z Jastrzębim Zewem o tym, że Tawule pająki zasnuły umysł i igrają ze swoim życiem, jak i losem.
Powoli postawił krok naprzód, kierując się bliżej wyjścia z obozu. Czuł na sobie spojrzenie kilku kotów, które siedziały najbliżej legowiska Lśniącej Gwiazdy.
"Czyżby słyszeli naszą rozmowę?"
Po drodze minął się ze Wzorzystą Dalą, która opuściła właśnie kociarnię. Obrzucił kocicę niezbyt przychylnym spojrzeniem, prychając pod nosem i przenosząc spojrzenie na wojowników siedzących najbliżej wodospadu. Wśród nich spostrzegł Pchełkowy Skok, i to na niej zatrzymał na dłużej spojrzenie. Zrezygnował ze zbliżenia się do siostry, obawiając się jej reakcji, na wyzwanie, że przed chwilą udał się do Lśniącej Gwiazdy i powiedział mu prosto w pysk, że lepszym wyborem na zastępcę byłaby ona, a nie Truskawkowe Pole.
– Co się gapisz? – wysyczał wściekły, gdy jego spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem Mysiego Postrachu. – Kwadrowy zastępca. – rzucił pogardliwe w stronę kocura, chcąc, go tym samym zawstydzić. Został wybrany przez Jaskółkę, lecz nie dane mu było otrzymać członu Gwiazdy wraz z jej śmiercią. Zamiast niego pojawił się ktoś lepszy, a przynajmniej tak do tej pory Tawuła uważał.
Przez dłuższą chwilę prowadził swego rodzaju walkę na spojrzenia z czarnym wojownikiem. W końcu jednak znudzony odpuścił i skierował się poza obóz, decydując się spędzić dzisiejszą noc w okolicy Złotych Kłosów.
<Lśniący? wstrzymanie chyba lub skip? i proszę nie odreagować na pchełce, murem za pchełką, musi być hepi, tawułe za to można pobić bita śmietana nowe imię będzie, zaklepane>
Od Migotu
Lśniąca Gwiazda opowiadał im historię. Migot siedział w bezruchu, jak zaczarowany, dokładnie słuchając każdego ze słów taty. Lśniąca Gwiazda przychodził do nich często, a odkąd Migot był bardziej świadomy, chłonął każdą z jego historii. Słuchał uważnie, starając się skupić jak najbardziej, by zapamiętać najwięcej szczegółów. Nie zawsze kończyło się to sukcesem, przecież dalej był tylko małym kociakiem, dopiero co odkrywającym wszystkie swoje możliwości, jednak z każdą wizytą Lśniącej Gwiazdy Migot starał się skupiać bardziej. Przecież to historię od samego lidera! Jego taty, który osiągnął aż tyle! Mimo młodego wieku kocurek już upatrzył sobie swojego ojca, jako autorytet i bohatera świata. A każda z jego opowieści niosła ze sobą dawkę mądrości, która mogła przydać się dwóm najmłodszym członkom Klanu Klifu. Co prawda Truskawkowe Pole również czasem opowiadała historię swoim pociechom. Były one jednak krótkie i zdecydowanie rzadsze od opowieści samego lidera. A Migot musiał przyznać, że wolał odwiedziny ojca, nawet jeśli bajek matki też słuchał chętnie.
Nim kociak zdążył się zorientować, Lśniąca Gwiazda skończył opowiadać.
– Dobrej nocy – powiedział na koniec rudy przywódca, już kierując się w stronę wyjścia.
– A jutro też przyjdziesz? – zerwał się Migot, chwiejnie podchodząc do ojca. Rudy kocur spojrzał na swojego syna. Wyraz jego pyska był spokojny, może nawet trochę troskliwy? Chyba wiedział to tylko sam lider.
– Zobaczymy. A teraz idź do spania – polecił i wyszedł ze żłobka. Na pysku Migotu rozpromienił uśmiech. Podreptał grzecznie do Truskawkowego Pola i usiadł obok Firmamentu.
– Też lubisz historię taty? – zapytał od razu, nie mogąc ukryć podekscytowania. – Ja bardzo! Tyle można się z nich dowiedzieć! – mówił, lekko sepleniąc.
– Migot idź spać – uciszyła go szybko Truskawkowe Pole, chyba bardzo niezadowolona z nadpobudliwości swojego syna w chwili, gdzie większość kotów już dawno spała.
– Dobrej nocy – powiedział na koniec rudy przywódca, już kierując się w stronę wyjścia.
– A jutro też przyjdziesz? – zerwał się Migot, chwiejnie podchodząc do ojca. Rudy kocur spojrzał na swojego syna. Wyraz jego pyska był spokojny, może nawet trochę troskliwy? Chyba wiedział to tylko sam lider.
– Zobaczymy. A teraz idź do spania – polecił i wyszedł ze żłobka. Na pysku Migotu rozpromienił uśmiech. Podreptał grzecznie do Truskawkowego Pola i usiadł obok Firmamentu.
– Też lubisz historię taty? – zapytał od razu, nie mogąc ukryć podekscytowania. – Ja bardzo! Tyle można się z nich dowiedzieć! – mówił, lekko sepleniąc.
– Migot idź spać – uciszyła go szybko Truskawkowe Pole, chyba bardzo niezadowolona z nadpobudliwości swojego syna w chwili, gdzie większość kotów już dawno spała.
Od Rogatej Łapy (Rogatego Flaminga) CD. Fląderki
Przeszłość
Przyjemne, słabe promyczki słońca zostały odebrane mu nagle, niczym drobną piszczkę, którą dopiero co podarowano kocięciu chwiejącym się na własnych łapach. Błękitne niebo zostało przestrzelone masą przerywanych, gęstych chmur, całe szczęście, białych. Flaming pomyślał więc dość pewnie, że nie czekał ich deszcz, co go pocieszyło. Może będzie mógł jeszcze się nawygrzewać… jaka szkoda, że ta pokraka mu to wszystko zepsuła. Gdyby nie ona, wykorzystałby miłe promyczki do samego końca, a teraz musiał stać tak, w cieniu i marznąć. Przynajmniej trafiła im się nie najgorsza Pora Nagich Drzew. Nie była wcale mroźna, a śniegu to on nie widział. Nie znał pojęcia ani obowiązku odśnieżania legowisk z powodu nadmiaru białych płatków z nieba, zbijających się w śliską, mroźną górę lodu, ani poduszek łap tak popękanych i twardych z powodu niesprzyjających warunków, że aż krzywiły nieszczęśnikom pyski. Dni teraz przepełnione były szarością i burością, niebo nieczęsto czyste było od chmur, dlatego ten dzień był taki wyjątkowy dla młodego księcia. Piękne kolory powoli wyłaniały się z przymarzniętych drzew, za niedługo z pewnością wszystko zakwitnie, a tereny pokryją się pięknością… oczywiście już teraz pewna piękność stąpała każdego dnia po nich, a raczej na razie tylko w obozie, jednak przyjdzie jeszcze jego czas… jeszcze pozwiedza sobie wysepki, wszystkie! Wszystkie, o których tylko usłyszał. Pokaże każdemu, jaki wspaniały jest. Poziom wody w okolicach Klanu Nocy podniósł się, ale było to na tyle nieszkodliwe, że nikt nie przykładał temu faktowi jakiejś ogromnej wagi. Jeśli byłoby blisko do powodzi, z pewnością Mandarynkowa Gwiazda, jego babka, albo Błękitna Laguna zażądaliby przeprowadzki w bezpieczniejsze miejsce, przynajmniej na czas trwania niebezpieczeństwa.
Spojrzał oceniająco na bukiet, jaki przyniosła kotka, a jego pysk wyrzeźbiony został w dość wymowną mimikę. Zrobił dramatyczną przerwę, zanim jakkolwiek się odezwał. Odchrząknął, a na kufie wymalowało mu się teraz obrzydzenie, jakby poprzedni gest nie był wystarczający.
— Te chwasty nie są tak wspaniałe, jak gwiazdy na niebie. Ledwo je przypominają — prychnął, a potem dźwignął się na swoje łapki i stanął nad prezentem, po czym szturchnął go kończyną, jakby sprawdzał, czy się nie rozsypie. Kwiaty, całe szczęście, wytrzymały to. — Gwiazdy na niebie świecą jasno, jarzą się niczym małe, blade płomyczki na ciemnym nieboskłonie. Te kwiaty nawet tego nie potrafią. Są jedynie marną imitacją czegoś tak wspaniałego — Fląderka już miała wziąć bukiet, zauważywszy, że się nie spodobał, jednak point zagrodził jej drogę, marszcząc nos. Gdy czekoladowa się wycofała, podniósł brodę ku górze i zerknął na nią z ukosa, wreszcie przymykając oczy raz jeszcze, na parę uderzeń serca. Zrobił do czekotki ruch łapy, którym polecał jej dość lekceważąco, żeby się oddaliła.
— Zostaw to i idź już sobie — powiedział stanowczo. Brązowooka kiwnęła głową i odeszła niepewnie, końcówka ogona drgała jej odrobinę. Fakt, że nie broniła się w żaden sposób, sprawiał, że w jego sercu zagościła swego rodzaju… złość, o ile było to trafne słowo. Dlaczego nie robiła sobie nic z tego? Najprawdopodobniej dlatego, że nie mogła. Flaming usadowił się wygodnie obok nich i rozejrzał dookoła. Nikt nie był w tym momencie skupiony na nim. Pochylił się więc nad prezentem i pochwycił w pysk parę kwiatów, które następnie starannie wplótł sobie w futro na kicie. Płatki rzeczywiście przypominały gwiazdy, w dodatku nie wyglądały źle. Skoro kiedyś miał posiąść gwiazdy, nie widział żadnego powodu, by nie zacząć ich nosić już teraz, od dzisiaj.
***
Teraźniejszość
Rogata Łapa, odkąd został uczniem, coraz mniej rozmawiał z matką, z dnia na dzień. Ich konwersacje stały się krótkie i dość wręcz niezręczne momentami. Nie działo się tak bez powodu – wszystko to wzięło się od rozmowy z jego mentorką, Mandarynkową Gwiazdą. Babka zasugerowała mu, że nie warto mieć kontaktu z Wężynowym Kłem, co sprawiło, że point poczuł się… zagubiony, pierwszy raz w życiu. Zbyt silne przywiązanie się do jednej kotki mogło sprawiać, że jego osądzanie innych uległoby zmianie, ponieważ nie patrzyłby przez pryzmat logiki, a emocji i tego, co czuł względem swojej rodzicielki. Matka była dla niego wszystkim. Zrezygnowanie z niej ot tak nie było wcale proste. Jednak rezygnowanie ze swojej wspaniałej opinii, jaką zdążył wyrobić sobie do tej pory w Klanie Nocy, nie było wcale rozsądniejsze czy prostsze. Musiał więc poświęcić jedną z tych rzeczy. Był kimś więcej niż tylko czyimś synem czy wnukiem. Kontakt zawsze dało się naprawić. Reputacji niekoniecznie. Raz nadszarpnięty wizerunek mógł nawiedzać go do końca życia i przypominać o sobie każdego dnia. Nocniacy nie zapominali takich rzeczy łatwo, szczególnie ci, którym zależało na plotkowaniu. Rozmyślał nad tym tak często i dużo, że chodził nierzadko rozkojarzony, gdy wracał z treningów w celu zaczerpnięcia odpoczynku i spożycia czegoś, by zapchać jakoś żołądek domagający się pożywienia. Jeśli chciał być legendą, kotem godnym naśladowania, nie mógł polegać na matce już tak bardzo. Stał się dorosłym kocurem, musiał podejmować odpowiedzialne i dobre decyzje.
— Rogata Łapo… — głos srebrnej przywrócił go do teraźniejszości, wyrywając go tym samym z widocznego zamyślenia. Wyruszył dzisiaj na drugi trening z bursztynooką, w celu ograniczenia rozmów z matką, a także polepszenia własnych umiejętności. Każda dodatkowa lekcja była z jego inicjatywy i wydawało się, babce wcale to nie przeszkadzało, mimo podeszłego już wieku. Chciał, żeby widziała, że się starał. Chciał jej uznania. Jej spojrzenie zaczynało łagodnieć, jednak nie na tyle, by nagle stała się innym kotem. Miał wrażenie, że dostrzega w jej ślepiach niekiedy uznanie, albo coś na wzór budującej się akceptacji, co sprawiało, iż miał ochotę podskakiwać z radości niczym małe kocię. Gdy szylkretka dopytywała, czy się przypadkiem nie przemęcza, odpowiadał jej dość sprytnie, na tyle, żeby mu uwierzyła nawet w małym stopniu. I najlepsze było w tym wszystkim to, że nie kłamał. Chciał być lepszy, chciał, żeby jego umiejętności były na naprawdę wysokim poziomie. Musiał się bardzo, bardzo starać. — Twoja matka ma sposób myślenia, który niekoniecznie zawsze sprzyja stabilności Klanu Nocy. Ty, jako mój wnuk… — podjęła się, robiąc chwilę przerwy, jakby potrzebowała przyzwyczaić się do tych słów, nie przerywał jej. — Powinieneś mieć własny sposób myślenia. Nie możesz stać w czyimś cieniu. Nawet w cieniu własnej matki. Kot z twoim potencjałem nie powinien ograniczać się do przeciętności. Stercząc za kimś, nie widzisz, dokąd zmierzasz, ponieważ twoja wizja jest przysłonięta przez cudze futro — powiedziała dość chłodno, a każde słowo kocur chłonął niczym gąbka wodę. Poczuł, jak coś w nim się samo z siebie napina, to co właśnie usłyszał, nie było wcale łatwe do przetworzenia. Musiał słuchać się babki. Była najwyżej postawiona i to jej zdanie liczyło się w tym momencie najbardziej. Jeden zły ruch i nie skończyłoby się to dobrze dla jego reputacji i ego… Jego końcówka ogona drgnęła, jakby ktoś go szturchnął. Nie był niczyim cieniem. Był sobą, od zawsze taki był… prawda? Czy naprawdę widziany był jako cień swojej matki? Jeśli miał wybrać między doskonałą relacją z Wężynowym Kłem a zostaniem przyszłą legendą Klanu Nocy… Jego źrenice lekko się zwiększyły. Czy dało się w ogóle wybrać tylko jedną z tych dwóch opcji? Serce młodziaka zabiło parokrotnie, niespokojnie, szybciej niż zwykle. Chciał stać się kotem godnym miana bohatera, takiego, co by każdy go chciał wspominać. Odczuwał również wewnętrzną potrzebę utrzymania kontaktu z matką. Jeśli będzie samodzielny, to będzie silniejszy, a jeśli będzie najsilniejszy, to nikt nie odważy mu się postawić…
Wreszcie skinął lekko głową. Wcale nie został postawiony przed prostą decyzją do podjęcia. Jej słowa brzmiały jak coś, za czym powinien podążać, za czym należało się rozglądać, a nie oczekiwanie, że nagle magicznie się zmieni, w to przynajmniej chciał wierzyć. Nie pozmienia wszystkiego w jeden dzień, ale może z czasem. Niebieskooki przez parę uderzeń serca milczał. Słowa Mandarynkowej Gwiazdy nie brzmiały jak rozkaz, który powinien wykonać w tej chwili, a raczej jak coś oczywistego, co do tej pory po prostu umknęło jego uwadze.
— Rozumiem, Mandarynkowa Gwiazdo — miauknął pewnie, chyląc przed babką łeb z szacunkiem. — Jeśli chcę stać się kimś więcej, nie mogę już polegać na innych, tylko w głównej mierze na sobie. Muszę przestać opierać się jedynie na tym, co poznałem do tej pory — dorzucił jeszcze, spokojnie owijając ogon wokół swoich łap. Czuł się tak, jakby powierzono mu właśnie misję bez podanych kroków, w jaki sposób powinien ją ukończyć… — I zacznę od tego teraz.
***
— Niech wszystkie koty, które umieją polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się na zebranie klanu! — donośny głos srebrzystej poniósł się echem po kotlinie obecnie cierpiącej z powodu skwaru tak dotkliwego, że mało kto miał ochotę wychodzić z legowisk. Usłyszawszy jednak głos przywódczyni, koty Klanu Nocy postawiły się przed mównicą. Całe szczęście, że otoczeni byli przez gęsto rozrzucone dookoła trzciny, one dość sprawnie blokowały przepływ promieni słońca, oferując potrzebującym miejsce do skrycia się. Starsza ułożona była na jednej z gałęzi drzew, mimo to było widać ją wyraźnie. Rogata Łapa zjawił się jako pierwszy, sadowiąc się wygodnie i wpatrując w babkę z zaciekawieniem. Czy przyszła pora na jego mianowanie? Wspominając swoją ceremonię na ucznia, przysunął ogon bliżej siebie i zauważył trochę już ususzone kwiaty, które przyniosła mu Fląderka, gdy był mniejszy. Nieważne…
— Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika — zrobiła przerwę, spoglądając na swojego wnuka. Rogata Łapa napuszył sierść dumnie, uśmiechając się. Wyprostował się również, by prezentować się lepiej. Miał świadomość, że na niego patrzyli. Musiał dobrze wyglądać! — Rogata Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia? — spytała szczerze, a jej kita uderzała delikatnie o gałąź, aż wreszcie spadł ku dołowi bezwładnie. Point nie musiał się zastanawiać nad tym długo, do tego momentu przygotowywano go od momentu narodzin.
— Przysięgam — powiedział dumnie, siląc się na nieco inny, poważniejszy ton, niż dotychczas. Na szczęście udało mu się zamaskować napięcie, które rozpierało jego serce i częściowo zaciskało gardło. Miał wrażenie, jakby wszystko działo się szybciej, niż powinno. A z drugiej strony czuł, że zasługiwał na zostanie wojownikiem szybciej, niż… Urodziwy Szafirek. Ta głupia kocurzyca. Doczekała się ostatnio swojej ceremonii. Jego futro falowało odrobinę na ciepłym wietrze, który muskał także jego frędzelki, zawijając je odrobinę.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Rogata Łapo, od tej pory będziesz znany jako Rogaty Flaming. Klan Gwiazdy ceni twoją rozsądność i pracowitość oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy — zmrużył oczy z zadowoleniem. Rogaty Flaming. Imię to rozbrzmiało w jego głowie donośnie, odrobinę inaczej, niż jego poprzednie, czyli Rogata Łapa. “Łapa” przestało już do niego należeć. Teraz był flamingiem i musiał zrobić co w jego mocy, żeby imię te przynosiło kotom na myśl coś wspaniałego, niepokonanego dopóty, dopóki to on je nosił. Przywódczyni zeskoczyła zgrabnie z drzewka i oparła łeb na jego głowie, na co łaciaty polizał ją w bark tak, jak nakazywała tradycja. Napięcie zeszło z niego dopiero wtedy, kiedy koty za nim zaczęły donośnie skandować jego imię. Wszystko było dokładnie tak, jak sobie wyobrażał, że będzie.
— Rogaty Flaming, Rogaty Flaming! — krzyczeli, a ich głosy niosły się echem po całym obozie Klanu Nocy, wychodząc może i nawet lekko poza niego. Odwrócił się wreszcie do nich, niczym największy celebryta i zmierzył ich wszystkich wzrokiem, zapamiętując, kto wrzeszczał najgłośniej, a kto zupełnie się nie zjawił. Chłonął każdy dźwięk wydobywający się z ich pysków.
***
— Chodź tutaj — rzucił do niej spokojnie, bez podnoszenia głosu, co samo w sobie różniło się od tego, do czego zdążył się z pewnością odrzutek przyzwyczaić. Gdy tylko brązowooka zauważyła go i zaczęła się zbliżać, obserwował każdy jej krok. Czy zachowywała się inaczej, czy zareagowała później niż zwykle, czy spoglądała na niego inaczej, niż tym swoim wzrokiem zbitego psa? Gdy znalazła się przed nim, nie wykrył w niej niczego nowego. Wszystko było po staremu. — Przyniesiesz mi nowe kwiaty, bo tamte już wyschły — rozkazał jej, wskazując na pojedyncze, ususzone już, śnieżnobiałe kwiaty w kształcie gwiazd.
<Fląderko, ładne te kwiaty>
04 czerwca 2026
Od Borowika CD. Mordoru
Wszechmatko. Jakie one są… słodkie.
Kociaczki.
Patrzyłem w te duże, miodowożółte oczka Mordoru i czułem, jakby świat nagle przestał być nędznym padołem rozpaczy i cierpienia.
Nie, żebym kiedykolwiek miał takie odczucia co do świata. Po prostu utwierdziłem się w tym, że tak nie jest.
– Uh… no… chyba mogę cię… naucyc. Um. Nauczyć, znaczy – mruknąłem, układając leżący na ziemi świeży mech w kwadracik.
– Naucccyc się mówi! Nie „naucyc”!!! – pisnęła mała kotka, tupiąc łapką. – Nic a nic mówic ne umies!
Uniosłem lekko brwi.
Moje wypowiedzi są zawsze poprawne pod względem wszelkich zasad czy też norm, z odpowiednio dobranym stylem oraz tonem głosu. Ale… pamiętam, że jak ja byłem kociaczkiem, to maksymalnie dwa słowa umiałem na raz powiedzieć. Dlatego nie poczyniłem konstruktywnych, acz krytycznych uwag co do jej sposobu mówienia. No bo… mi by przykro było, jakby tak ktoś mówił. A nie wolno komuś przykro robić. Tak.
– Uhh – spojrzałem w bok. – No…
Zastanawiałem się nad tym, co powiedzieć. Nic mądrego nie przychodziło mi do głowy.
– No dalejjj! Ucaj mne! – upominała się szylkretka, kładąc przednie łapy na kwadraciku z mchu pod moimi łapami, przepoławiając go.
Wzdrygnąłem się, patrząc na to.
– A…tak, tak – strzepnąłem uszami. – To słuchaj. Robimy tak. Uh. Musisz najpierw cały stary mech… Tak siup – zrobiłem gest łapką, jakbym wyrzucał go z legowiska.
Kotka otworzyła szerzej oczy, dopiero po chwili pojawiło się w nich zrozumienie.
– Aaa! Dobla!
Mordor zabrała się do roboty.
Zamaszystymi ruchami łap zaczęła wyrzucać cały mech ze swojego legowiska. Całość rozleciała się po żłobku. Kępka wylądowała prosto na mojej głowie. Nie poruszyłem się jednak.
– Gotowe! – miauknęła dumna z siebie kotka.
Jej uśmiech został jednak momentalnie zastąpiony przez przerażenie, gdy dostrzegła pełnię swojego dzieła.
– O nee! Bolowiku! Wybac! Ja pospsontammm!
Kichnąłem. Mech spadł z mojej głowy na bok. Strzepnąłem uszami.
– Nie szkodzi. Um. Potem… potem. Dokończmy to – usiadłem na ziemi. – Okej. Teraz to musisz świeży wziąć. I rozłożyć go tak… równomiernie. Połóż na środku wszystko i… rozprowadzaj naokoło…
Mordor wrzuciła świeży mech do swojego legowiska i starała się jak najdokładniej go rozłożyć. Skrzywiłem się lekko, gdy dostrzegłem, że stary mech ponownie znalazł się w środku i został wymieszany z tym czystym…
Ale dobra. Niech się uczy. Jak sobie pościeli tak się wyśpi. Znaczy… ona oraz jej rodzeństwo… plus matka czy też ojciec lub… ktokolwiek inny, kto również zdecyduje się tu spać w najbliższym czasie… I będzie na mnie, że nie umiem zwykłego mchu wymienić po tylu księżycach treningu.
Ugh. Co mi tam. Kociaczki są słodkie. Więc było warto narobić sobie dwa razy więcej pracy, by spędzić czas z Mordorem.
Kociaczki.
Patrzyłem w te duże, miodowożółte oczka Mordoru i czułem, jakby świat nagle przestał być nędznym padołem rozpaczy i cierpienia.
Nie, żebym kiedykolwiek miał takie odczucia co do świata. Po prostu utwierdziłem się w tym, że tak nie jest.
– Uh… no… chyba mogę cię… naucyc. Um. Nauczyć, znaczy – mruknąłem, układając leżący na ziemi świeży mech w kwadracik.
– Naucccyc się mówi! Nie „naucyc”!!! – pisnęła mała kotka, tupiąc łapką. – Nic a nic mówic ne umies!
Uniosłem lekko brwi.
Moje wypowiedzi są zawsze poprawne pod względem wszelkich zasad czy też norm, z odpowiednio dobranym stylem oraz tonem głosu. Ale… pamiętam, że jak ja byłem kociaczkiem, to maksymalnie dwa słowa umiałem na raz powiedzieć. Dlatego nie poczyniłem konstruktywnych, acz krytycznych uwag co do jej sposobu mówienia. No bo… mi by przykro było, jakby tak ktoś mówił. A nie wolno komuś przykro robić. Tak.
– Uhh – spojrzałem w bok. – No…
Zastanawiałem się nad tym, co powiedzieć. Nic mądrego nie przychodziło mi do głowy.
– No dalejjj! Ucaj mne! – upominała się szylkretka, kładąc przednie łapy na kwadraciku z mchu pod moimi łapami, przepoławiając go.
Wzdrygnąłem się, patrząc na to.
– A…tak, tak – strzepnąłem uszami. – To słuchaj. Robimy tak. Uh. Musisz najpierw cały stary mech… Tak siup – zrobiłem gest łapką, jakbym wyrzucał go z legowiska.
Kotka otworzyła szerzej oczy, dopiero po chwili pojawiło się w nich zrozumienie.
– Aaa! Dobla!
Mordor zabrała się do roboty.
Zamaszystymi ruchami łap zaczęła wyrzucać cały mech ze swojego legowiska. Całość rozleciała się po żłobku. Kępka wylądowała prosto na mojej głowie. Nie poruszyłem się jednak.
– Gotowe! – miauknęła dumna z siebie kotka.
Jej uśmiech został jednak momentalnie zastąpiony przez przerażenie, gdy dostrzegła pełnię swojego dzieła.
– O nee! Bolowiku! Wybac! Ja pospsontammm!
Kichnąłem. Mech spadł z mojej głowy na bok. Strzepnąłem uszami.
– Nie szkodzi. Um. Potem… potem. Dokończmy to – usiadłem na ziemi. – Okej. Teraz to musisz świeży wziąć. I rozłożyć go tak… równomiernie. Połóż na środku wszystko i… rozprowadzaj naokoło…
Mordor wrzuciła świeży mech do swojego legowiska i starała się jak najdokładniej go rozłożyć. Skrzywiłem się lekko, gdy dostrzegłem, że stary mech ponownie znalazł się w środku i został wymieszany z tym czystym…
Ale dobra. Niech się uczy. Jak sobie pościeli tak się wyśpi. Znaczy… ona oraz jej rodzeństwo… plus matka czy też ojciec lub… ktokolwiek inny, kto również zdecyduje się tu spać w najbliższym czasie… I będzie na mnie, że nie umiem zwykłego mchu wymienić po tylu księżycach treningu.
Ugh. Co mi tam. Kociaczki są słodkie. Więc było warto narobić sobie dwa razy więcej pracy, by spędzić czas z Mordorem.
[408 słów]
<Moldol?>
[8%]
Od Borowika CD. Smoka
Oh, Wszechmatko.
Czy ja właśnie byłem świadkiem porwania?
Stałem w bezruchu, bezradnie patrząc, jak Purchawka odnosi szarpiącą się na wszystkie strony Smoka prosto do żłobka.
– Huh… – mruknąłem, zmieszany.
Dziwne, dziwne. W moim krótkim, acz jakże intensywnym życiu byłem świadkiem wielu przedziwnych wypadków. Żaden z nich nie był jednak porwaniem. Chyba. Mam dość krótką pamięć.
Rozejrzałem się na boki. W moim polu widzenia kotów znajdowało się pięć i żaden z nich nie patrzył akurat w moją stronę. Przypadłem więc do ziemi.
Zacząłem ostrożnie czołgać się w stronę krzaków, gdzie mała koteczka zniknęła. Ostrożnie zacząłem przeciskać się między gałęziami. Moje futro nie było specjalnie długie, więc na razie nie zaplątało się w odstające badyle. Zerknąłem do środka kociarni przez przerwy między liśćmi.
Zobaczyłem Smoka, leżącą na legowisku tuż przede mną. Była tu sama, jej mama musiała chyba wyjść, gdy ja brawurowo walczyłem o życie w chaszczach, wykorzystując mój nieprawdopodobnie precyzyjny zmysł orientacji i zadziwiającą zwinność.
Wyściubiłem głowę spomiędzy gałęzi tuż przy ziemi, górną częścią mojego ciała znajdując się już w żłobku.
– Um. Smoku…? Czy ty żyjesz…? – mruknąłem cicho.
Mała kotka podskoczyła z przerażenia i nastroszyła się lekko, gdy usłyszała mój głos z miejsca, w którym zdecydowanie nie powinno mnie być.
– Bolowiku!!! – pisnęła głośno, ale szybko się połapała i ściszyła głos. – Co ty tu lobis?! – syknęła, rozejrzawszy się nerwowo.
– No… Przyszedłem sobie. Co miałem nie przyjść…? Yyy…chciałem sprawdzić, czy żyjesz. No. I żyjesz, jak widać. Dobrze, dobrze.
Spojrzałem na kotkę szeroko otwartymi oczami, upewniając się, czy na sto procent żyje. Zawsze wolę sprawdzić dwa razy niż potem wprowadzić kogoś w błąd.
– Okej, to pa – przeszedłem do odwrotu, wycofując się.
Próbowałem wysunąć się z krzaków. Zrobiłem jeden krok. Drugi. Trzeci. Gałęzie napięły się i popchnęły mnie z powrotem do przodu.
Ugh. No świetnie. Wiedziałem, że tak będzie. Zawsze tak jest.
– Um. Smoku. Ratunku. Utknąłem chyba. Utknęło mnie.
Zacząłem się szamotać, ale nic to nie dało przy moim niefortunnym zaklinowaniu.
– Albo nie. Albo nie. Ja dam radę sam. Chwilka.
Wgryzłem się desperacko w jedną z gałęzi, próbując nieco ją odgiąć i spróbować się uwolnić…
Jak mnie tu ktoś zobaczy, to chyba się rozpuszczę.
Czy ja właśnie byłem świadkiem porwania?
Stałem w bezruchu, bezradnie patrząc, jak Purchawka odnosi szarpiącą się na wszystkie strony Smoka prosto do żłobka.
– Huh… – mruknąłem, zmieszany.
Dziwne, dziwne. W moim krótkim, acz jakże intensywnym życiu byłem świadkiem wielu przedziwnych wypadków. Żaden z nich nie był jednak porwaniem. Chyba. Mam dość krótką pamięć.
Rozejrzałem się na boki. W moim polu widzenia kotów znajdowało się pięć i żaden z nich nie patrzył akurat w moją stronę. Przypadłem więc do ziemi.
Zacząłem ostrożnie czołgać się w stronę krzaków, gdzie mała koteczka zniknęła. Ostrożnie zacząłem przeciskać się między gałęziami. Moje futro nie było specjalnie długie, więc na razie nie zaplątało się w odstające badyle. Zerknąłem do środka kociarni przez przerwy między liśćmi.
Zobaczyłem Smoka, leżącą na legowisku tuż przede mną. Była tu sama, jej mama musiała chyba wyjść, gdy ja brawurowo walczyłem o życie w chaszczach, wykorzystując mój nieprawdopodobnie precyzyjny zmysł orientacji i zadziwiającą zwinność.
Wyściubiłem głowę spomiędzy gałęzi tuż przy ziemi, górną częścią mojego ciała znajdując się już w żłobku.
– Um. Smoku…? Czy ty żyjesz…? – mruknąłem cicho.
Mała kotka podskoczyła z przerażenia i nastroszyła się lekko, gdy usłyszała mój głos z miejsca, w którym zdecydowanie nie powinno mnie być.
– Bolowiku!!! – pisnęła głośno, ale szybko się połapała i ściszyła głos. – Co ty tu lobis?! – syknęła, rozejrzawszy się nerwowo.
– No… Przyszedłem sobie. Co miałem nie przyjść…? Yyy…chciałem sprawdzić, czy żyjesz. No. I żyjesz, jak widać. Dobrze, dobrze.
Spojrzałem na kotkę szeroko otwartymi oczami, upewniając się, czy na sto procent żyje. Zawsze wolę sprawdzić dwa razy niż potem wprowadzić kogoś w błąd.
– Okej, to pa – przeszedłem do odwrotu, wycofując się.
Próbowałem wysunąć się z krzaków. Zrobiłem jeden krok. Drugi. Trzeci. Gałęzie napięły się i popchnęły mnie z powrotem do przodu.
Ugh. No świetnie. Wiedziałem, że tak będzie. Zawsze tak jest.
– Um. Smoku. Ratunku. Utknąłem chyba. Utknęło mnie.
Zacząłem się szamotać, ale nic to nie dało przy moim niefortunnym zaklinowaniu.
– Albo nie. Albo nie. Ja dam radę sam. Chwilka.
Wgryzłem się desperacko w jedną z gałęzi, próbując nieco ją odgiąć i spróbować się uwolnić…
Jak mnie tu ktoś zobaczy, to chyba się rozpuszczę.
<Smoku?? Potrzebna interwencja>
[348 słów]
[7%]
Subskrybuj:
Posty (Atom)


