BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

30 czerwca 2026

Od Brukselkowej Zadry CD. Zwęglonej Kukułki

Dawno, dawno temu

Był ciepły wieczór w Porze Zielonych Liści. Brukselkowa Zadra wraz ze swoją najdroższą przyjaciółką — Wrotyczową Szramą — siedziała właśnie nad brzegiem jeziora. Znajdowały się mniej więcej w tym samym miejscu, w którym pręgowana kocica przed wieloma księżycami wyłowiła z wody czekoladowego kociaka. Zdążył już dorosnąć i otrzymać wojownicze imię, a mimo to Brukselce wydawało się, jakby wydarzyło się to zaledwie wczoraj.
Patrząc na wartki nurt rzeki, zastanawiała się nad przebiegiem swojego życia. Czas płynął równie szybko, jak woda, a może nawet szybciej. Mogłaby przysiąc, że jeszcze kilka dni temu bawiła się w żłobku z Brokułem, by zaraz potem patrzeć, jak porywa go sowa. Kilka dni później otrzymała sen od Klanu Gwiazdy, a chwilę później walczyła już na śmierć i życie z Jadowitą Żmiją. Jak to się stało? Miała na karku już tyle księżyców, a mimo to czuła, jakby przyszła na świat zaledwie przed chwilą. Jakby wszystkie przeżyte dni wciąż mogła policzyć na palcach.
— Wrotyczowa Szramo? — zagadnęła, opierając głowę na barku przyjaciółki.
Dymna spojrzała na nią swoimi pięknymi, brązowymi oczami. Wyraz jej pyska pozostawał spokojny i pełen mądrości.
— Czy ty też czasem masz wrażenie, że twoje życie trwało ledwie kilka uderzeń serca? — spytała Brukselka. — Wiesz, nie zdarza mi się często nad tym rozmyślać. Wolę chwytać dzień i żyć chwilą, ale czasami nie potrafię powstrzymać się od zatrzymania na moment i pomyślenia o tym wszystkim, co już przeżyłam.
Wrotyczowa Szrama zamyśliła się przez chwilę, po czym powoli przeniosła spojrzenie na przyjaciółkę.
— Tak, Brukselko… Miewam wrażenie, jakby to wszystko wydarzyło się zaledwie wczoraj. Choć cieszę się z upływu czasu. Nie chciałabym już nigdy wrócić do dni, kiedy nosiłam miano Głupiej Łapy i byłam pośmiewiskiem całego klanu — stwierdziła z cichym westchnieniem. — Na szczęście to już przeszłość. Teraz mam nowe imię, ciebie oraz nasze przybrane kocięta, które kocham z całego serca — zamruczała, ugniatając ziemię łapami.
Przez dłuższą chwilę siedziały w komfortowej ciszy, wsłuchując się w szum płynącej rzeki i śpiew ptaków.
— Powiedzieć ci ciekawostkę? — odezwała się nagle Brukselka, uśmiechając się pod nosem.
Wrotyczowa Szrama skinęła głową, od razu skupiając całą uwagę na towarzyszce.
— Rodzice opowiedzieli mi kiedyś, że chcieli nadać mi imię Seradelka. Właściwie to mój ojciec chciał, ale Kwitnący Kalafior mu na to nie pozwoliła. Uznała, że Brukselka będzie do mnie bardziej pasować. Chyba miała rację, co? — zaśmiała się ciepło, mrużąc ślepia. — Nie wyobrażam sobie, że mogłabym nazywać się Seradela. Uważam, że Brukselkowa Zadra naprawdę do mnie pasuje. Nie mówię, że Seradelka to brzydkie imię, ale cieszę się, że ostatecznie to moja matka mnie nazwała.
Było to zgodne z prawdą. Białofutra kotka od zawsze pozostawała największym autorytetem Brukselki.
— Seradelka? — powtórzyła dymna. — Nawet ładne. Może jeśli kiedyś znajdziemy kolejne porzucone kocięta, jedno z nich nazwiemy właśnie tak? — zaproponowała.
Pręgowana wyprostowała się i spojrzała na swoje łapy.
— W sumie… czemu nie? — miauknęła. — Chciałabym, żebyśmy jeszcze kiedyś natknęły się na taką gromadkę porzuconych maluchów. Czuję, że dobrze wychowałyśmy Sna, Horyzont i Gwiazdnicę. Myślisz, że chcieliby mieć rodzeństwo? — zamyśliła się.
Mimo wszystko ani Brukselka, ani Wrotyczowa Szrama nie planowały biologicznego potomstwa. Przynajmniej nie z kotami z klanu. Obie wolały kotki, dlatego romantyczna relacja z kocurem w ogóle nie wchodziła w grę. A nawet gdyby, sama myśl o posiadaniu kociąt z kimś innym budziła w Brukselce dziwny dyskomfort. Nie nazwałaby tego zdradą, lecz w jej odczuciu było to czymś bardzo podobnym.

* * *

Zalotna Gwiazda zwołała wszystkie koty, by zebrały się w kręgu na terenie azylu. Brukselkowa Zadra w kościach czuła, co to oznaczało. Zwęglona Łapa wydawała się już na tyle doświadczoną uczennicą, by móc w końcu awansować i przyjąć miano wojowniczki. Czyżby nadszedł właśnie jej wielki dzień? Jeśli tak, będzie o krok bliżej od poznania całej prawdy na temat Klanu Wilka, gdyż Brukselka zamierzała opowiedzieć swoim córkom o kulcie dopiero wtedy, gdy obie zostaną wojowniczkami — czyli już niebawem. Wreszcie poczuje, że nie zawiodła Klanu Gwiazdy. Wreszcie będzie miała pewność, że nie porzuciła swojej misji i wciąż drzemie w niej determinacja z młodzieńczych lat.
— Zwęglona Łapo, twój mentor uważa, że jesteś gotowa, by zostać wojownikiem Klanu Wilka. By sprawdzić słuszność jego słów, odbędziesz walkę ze Sowim Zmierzchem. — Chłodny głos Zalotnej Gwiazdy rozległ się po całym azylu. — Jeśli wygrasz, otrzymasz nowe imię i zostaniesz pełnoprawnym wojownikiem, jednak jeśli przegrasz, będziesz kontynuować naukę jako uczeń.
Brukselkowa Zadra spięła mięśnie, czując, jak pod futrem momentalnie robi jej się gorąco. Czy szylkretowej kotce uda się zwyciężyć w walce ze swoim mentorem? Czy liliowy nie okaże się bardziej doświadczony i silniejszy? W końcu miał na karku o wiele więcej księżyców, przeżył już sytuacje, o których Zwęglona Łapa nawet nie śniła. Z pewnością znał więcej chwytów i sztuczek... Ta myśl sprawiła, że Brukselka poczuła mocniejsze bicie serca. Zazwyczaj starała się zachowywać zimną krew, lecz w takich chwilach nie potrafiła ukryć emocji.
Wkrótce okazało się jednak, że nie miała powodów do zmartwień. Jej córka okazała się gotowa do awansu. Bez większego trudu pokonała liliowego kocura dzięki swojemu sprytowi. Była naprawdę inteligentna i doskonale wiedziała, jak zwyciężyć nad przeciwnikiem, który przewyższał ją siłą i masą.
Gdy Zalotna Gwiazda wypowiedziała formułkę mianowania, Brukselkowa Zadra natychmiast zaczęła skandować nowe imię swojej przybranej córki. Nawet nie zdążyła się nad nim dłużej zastanowić ani ocenić, jak bardzo pasuje do szylkretki. To nie miało teraz znaczenia. Liczyło się tylko to, by wykrzyczeć je jak najgłośniej, aby Węgielka wiedziała, że jej matka jest z niej dumna.
Dopiero gdy okrzyki zaczęły cichnąć, a pozostali Wilczacy rozeszli się do swoich obowiązków, Brukselkowa Zadra wraz z Kryształową Łapą i Gwiazdnicowym Blaskiem podeszły do świeżo mianowanej wojowniczki.
— Zwęglona Kukułka, no proszę! — odezwała się liliowa, podchodząc bliżej szylkretowej. — Gratuluję ci zostania wojowniczką. Wiedziałam, że nie będziesz marnować czasu, jeśli o to chodzi! — dodała, poruszając końcówką ogona z ekscytacją. — Podoba ci się twoje nowe miano? W końcu najważniejsze jest to, żebyś dobrze się z nim czuła. A jeśli jednak ci nie odpowiada... nie martw się. Najwyżej zrobimy to, co konieczne — oznajmiła z chytrym uśmiechem, zerkając na Kryształkę i Gwiazdnicę, które zgodnie przytaknęły.

* * *

W końcu nadszedł też czas mianowania Kryształowej Łapy, która zwlekała z nim nieco dłużej niż jej siostra. Nie oznaczało to jednak, że Brukselka kochała ją mniej albo była nią zawiedziona. Nic z tych rzeczy. Wspierała obie swoje przybrane córki jednakowo, starając się, by żadnej nie faworyzować ani nie odpychać. Za wszelką cenę chciała uniknąć błędów, które popełniła, wychowując Sna, Horyzont i Gwiazdnicę. Choć nie uważała, że źle traktowała swoje wcześniejsze przybrane kocięta, czuła, że wiele mogła zrobić lepiej. Może gdyby była bardziej opiekuńcza i częściej okazywała im wsparcie, Mglisty Sen i Zaćmiony Horyzont nadal trwaliby u jej boku, zamiast opuszczać Klan Wilka?
Teraz bardzo żałowała swojej decyzji. Gdy wybuchł konflikt pomiędzy Wrotyczową Szramą a czarnofutrym kocurem, bez wahania stanęła po stronie przyjaciółki, przez co jej relacja z synem wyraźnie się pogorszyła. Gdyby tylko wiedziała, że kilka księżyców później dymna kotka zdradzi ją, wybierając służbę u boku Zalotnej Gwiazdy, już wtedy kazałaby jej nigdy więcej się do nich nie odzywać. Być może nawet zgodziłaby się uciec wraz ze Snem i resztą grupy, by rozpocząć życie jako samotnik.
Wtedy jednak nie miałaby okazji poprosić Przodków o reinkarnację swojej matki. Nie byłoby Kryształki ani Węgielki. Wszystko miało więc swoje dobre i złe strony. Może właśnie tak powinna patrzeć na własne decyzje — nie rozpamiętywać ich bez końca, lecz cieszyć się tym, co udało jej się osiągnąć. Wreszcie czuła się naprawdę szczęśliwa. Miała u boku trzy wspaniałe córki oraz Wilczego Skowyta.
Kryształowa Łapa pokonała w walce swojego mentora — Cienistą Zjawę. Gdy cały klan zaczął skandować jej nowe imię, Brukselkowa Zadra nachyliła się do stojącej obok Gwiazdnicowego Blasku i szepnęła:
— Myślisz, że są już gotowe, by poznać prawdę? — spytała. Szylkretka przerwała wykrzykiwanie imienia swojej siostry i odwróciła głowę w stronę starszej kotki. — Chciałam poczekać, aż obie zostaną wojowniczkami. No i są.
Gwiazdnicowy Blask skinęła powoli głową.
— Tak. Myślę, że są już gotowe — odparła cicho, po czym ponownie dołączyła do skandowania nowego imienia swojej siostry.

* * *

Teraźniejszość

Brukselkowa Zadra długo zbierała się do tego, by w końcu zabrać swoje córki poza obóz, by opowiedzieć im o kulcie. Nawet nie wiedziała, dlaczego tak było. Czy się stresowała? Czy bała się, że nałoży na nich zbyt dużą presję całą tą wiedzą? Być może. Wiedziała, że posiadanie takich informacji było nielegalne dla niewtajemniczonych kotów. Gdyby ktokolwiek dowiedział się o tym, że Brukselka i bliskie jej koty wiedzą o Klanie Wilka znacznie więcej niż przeciętny Wilczak, mogłoby się to skończyć nieprzyjemnie. Najpewniej śmiercią co najmniej jednego kota. Choć Zalotna Gwiazda była na tyle paranoiczna, że najchętniej pozbyłaby się wtedy każdego kota, który kiedykolwiek musnął futrem Brukselkę i koty z jej najbliższego otoczenia!
Liliowa siedziała właśnie przed legowiskiem wojowników, zastanawiając się nad tym, czy na pewno chce do niego wejść, by zawołać do siebie swoich bliskich. W końcu westchnęła jednak ciężko, myśląc o tym, że nie może tak odwlekać tej ważnej chwili. Inaczej może ona nigdy nie nadejść, co tylko sprawi, że Gwiezdni Przodkowie będą zawiedzeni liliową — a tego obawiała się najbardziej. Tym bardziej po tym, jak postanowili wysłuchać jej prośby i dać Kwitnącemu Kalafiorowi drugą szansę na ziemi.
— Wilczy Skowycie! — mruknęła wpierw, łapiąc kocura przed wejściem do legowiska wojowników.
Gdy czekoladowy podniósł uszy do góry, podeszła do niego i po upewnieniu się, że nikt jej nie podsłuchiwał, szepnęła mu do ucha:
— Pójdziesz jako ostatni. Pilnuj tyłów.
Krótko i zwięźle.
Wilczy Skowyt skinął głową na jej polecenie, udając się gdzieś w kąt obozu, by zacząć niepozornie czyścić swoje futro.
Brukselkowa Zadra zanurzyła się natomiast w półmroku legowiska z szerokim uśmiechem wymalowanym na pysku.
— Gwiazdnico, Kryształko, Kukułko! — przywitała się z nimi. — Co powiecie na rodzinny spacer? Dawno nie miałyśmy okazji wspólnie porozmawiać — oznajmiła, nie tracąc iskry w oczach. Jeśli miała udawać, musiała to przynajmniej robić wiarygodnie.
Wszystkie trzy kotki zgodziły się, by wyjść z nią poza obóz, toteż wkrótce to uczyniły. Brukselka zaczęła prowadzić je w stronę Opuszczonego Obozowiska, chcąc jak najbardziej oddalić się od gniazda Wilczaków. Jednocześnie co chwilę oglądała się za siebie, by upewnić się, że nikt ich nie śledzi, a także czy Wilczy Skowyt już za nimi podąża. W drodze nie wydarzyło się jednak nic niepokojącego i już wkrótce bezpiecznie dotarły do celu.
— Trochę długi ten spacer — zauważyła Kryształka, siadając ciężko.
Pozostałe kotki także usiadły, znajdując się teraz w kręgu.
— Bo to nie zwykły spacer. Zebrałam was tu w ważnym celu, lecz wpierw musimy poczekać na Wilczy Skowyt — mruknęła, przybierając poważny wyraz pyska.
Na zmianę jej tonu Kryształka aż drgnęła, zdziwiona.
W końcu zza krzewów wyłonił się znajomy, czekoladowy pysk, który dosiadł się do zgromadzonych kotek.
— Jest bezpiecznie. Nikt za wami nie szedł, za mną też nie. Żaden z Wilczaków nie powinien nas podsłuchiwać — zeznał, prostując się dumnie.
Cętkowana podziękowała mu skinieniem głowy za troskę i zaangażowanie, po czym spojrzała na swoje najmłodsze córki, które wpatrywały się w nią zmieszane i skonfundowane. Jeszcze nie wiedziały, co takiego się święci…
— Więc, jak już mówiłam, to nie tylko zwykły spacer. Zebrałam was tutaj, by powiedzieć wam całą prawdę na temat Klanu Wilka — odchrząknęła, owijając ogonem łapy. — Mogłyście już zauważyć, że zwyczaje w tej przynależności są dziwne, czasem nawet niepokojące. Tylko głupki porzucają sześcioksiężycowe kocięta samotnie w lesie i tylko głupki każą młodym kotom bić się o awans. My mierzymy jednak wyżej. MY mamy misję do wykonania.
Umilkła na moment, by przypomnieć swoim córkom o powadze tej sytuacji. Po chwili zmrużyła oczy.
— Wiele księżyców temu Klan Gwiazdy przemówił do mnie w śnie. Powiedział, że Klan Wilka zmierza ku samozagładzie, że muszę powstrzymać wiarę w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, nim będzie już za późno. Dowiedziałam się też wtedy, że w tej przynależności stacjonuje ohydny kult, który czci morderców i koty wyjęte spod kodeksu, a ponadto nie ma żadnych oporów przed zabiciem drugiego kota. Co kilka nocy spotykają się, by pozbawić życia napotkanych przez nich samotników, a potem jak zwierzęta smarują się ich krwią — wyznała z odrazą w głosie. — To nie jest normalne zachowanie. Nie chcę, byście kiedykolwiek pomyślały, że to, co robią te lisie serca, jest słuszne. Ich czyny można określić jedynie obleśnymi i niemoralnymi! Nie powinny mieć miejsca, a w naszym interesie leży, by tego dopilnować. Musimy jednak pamiętać o tym, że chęć naprawienia Klanu Wilka wiąże się ze sporym ryzykiem. Większość Wilczaków ma na tyle wyprany mózg, że ślepo bronią swoich wartości, nawet jeśli są kompletnie niesłuszne i durne. Jeśli kiedykolwiek dowiedzą się, że przeciwko nim spiskujemy, nie będą mieli litości. Jeśli nie pozostaniemy wystarczająco ostrożni, skończymy jako ich następne ofiary.

<Córeczko?>

Od Pajęczej Nici CD. Majaczącej Łapy

Przechyliła delikatnie łeb, aby przyjrzeć się dokładniej jej podobiecznemu.
Piorunował ją spojrzeniem tych dziwacznych, zielonych oczu, jakby nieszczególnie podobał mu się wybór mentora. Czyżby to przez Kukły pochodzenie? Zmarszczyła nos, nawet na moment nie odrywając od niego wzroku. Przecież to takie małe było, pewnie nic o niej nie słyszało. A skąd kocurek przybył? Czy widziała go kiedyś w żłobku? Nie, chyba nie. To pewnie dopiero przypałętał się do klanu, ale żeby już się tak puszył i kręcił nosem? Ha! Co za cudak.
Jeszcze chwilę napawała swe oczy widokiem, zanim bez słowa skinęła łepetynką i, odwróciwszy się, poczęła iść w stronę wyjścia z obozowiska.
— Granice — mruknęła, bardziej do siebie niż do niego, bo nawet na moment nie przystanęła, aby upewnić się, czy Majacząca Łapa za nią podąża.
Kątem oka tylko dostrzegła, jak uniósł ogon z zainteresowaniem.
— To znaczy? — zapytał, marszcząc brwi w niezadowoleniu. — I dlaczego takim tonem? — prychnął cicho, ale mimo to poszedł za mentorką, utykając lekko.
Pajęcza Nić spojrzała na ucznia przez ramię, ale nie zwolniła kroku. Czemu tak wolno łaził? Przeniosła wzrok na jego poharataną tylną łapę. Czyżby przydarzyło mu się to, gdy dołączył do klanu? A może urodził się z taką niedoskonałością?
— Pokażę ci tereny — wyjaśniła zwięźle.
— A, tak. Jasne — odparł krótko Majacząca Łapa, a po chwili (bo najwidoczniej chodzenie w milczeniu to zbyt wiele dla takich, jak on) dodał jeszcze:
— Czy to naprawdę potrzebne? Nie można jakoś połączyć tej teorii z praktyką?
— Nie. — Strzepnęła uchem. Nie planowała dodawać nic więcej, ale po chwili namysłu, aby na pewno zaspokoić jego ciekawość, odezwała się po raz kolejny:
— Dzisiaj zobaczysz tylko granice.
Kocurek chciał chyba dodać coś jeszcze, ale po chwili wahania najwidoczniej powstrzymał się, bo Kukła nic już od niego nie usłyszała. Szli przez chwilę w milczeniu; promienie słońca muskały delikatnie ich karki, a subtelna woń zwierzyny docierała do ich nozdrzy. Wkrótce zielona trawa zaczęła rozrzedzać się i ustępować martwej, zwęglonej ziemi. Wojowniczka przechyliła delikatnie łeb i zatrzymała się, wlepiając oczy w gałęzie wierzby.
— Pogorzelisko — rzuciła sucho. — Tutaj chowani są wojownicy, liderzy są pod samą wierzbą. — Mówiąc to, wskazała ogonem przed siebie.
— Pogorzelisko... Co za okropna nazwa. Mam nadzieję, że zbyt szybko się tutaj nie pojawię — parsknął kocurek, przewracając oczami.
Starsza tylko wzruszyła ramionami.
— Dopóki jesteś posłuszny i uważnie robisz, co każę, nie masz się czym martwić; nic nie zje kiełka.
Jeszcze chwilę stali przy cmentarzu, zanim Kukła odwróciła się, niemal od razu ruszając w przeciwnym kierunku.
Jej wzrok wylądował na jego delikatnie ukróconej kończynie i skrzywionym pysku; utykał, bo szedł nieco wolniej, niż spodziewałaby się po tak żywym uczniu; póki co jednak nie miała zamiaru mu tego wypominać. Albo sam to zgłosi, albo po treningu zaciągnie go za futro do Jagnięciego Ukłonu i wszystko wyjaśni się samo.
— Chodź. Będziesz mógł jeszcze dzisiaj spróbować swoich sił w polowaniu, jeśli wyrobimy się ze wszystkim — rzuciła przez ramię, posyłając krótkie spojrzenie podążającemu za nią uczniowi. Oczywiście kłamała, bo w obecnym stanie ten maluch nie dałby sobie rady z taką ilością wysiłku. Nie wyglądał na przyzwyczajonego do brakującej łapy.
Gdy tak szli w milczeniu, myślami Kukła powędrowała do ostatniego spotkania z Balladą oraz Pacynką. Co działo się teraz z siostrami? Czy Wielena powróciła już do Marionetki, a Pacynka wciąż realizowała jej plan? Słowa ciotki były jasne — nic się nie uda, jeśli nie będą współpracować, więc czy spełnianie idei zmarłej wciąż miało jakikolwiek sens? Strzepnęła ogonem.
Pragnęła powrócić do starej piwnicy, odnaleźć Pararelę i rozpocząć spokojne życia, z dala od klanów. Może Pacynka, po usłyszawszy jej marzeń, zapragnęłaby do niej dołączyć? Byłoby wspaniale! Razem zamieszkałyby w jakiejś starej szopie i żyłyby w spokoju, nie martwiąc się klanami czy innymi barbarzyńcami…
Zatrzymała się przy wysokim drzewie, upstrzonym sporym gniazdem.
— Sowi Strażnik — oznajmiła, przechylając wzrok, aby spojrzeć na Majaczącą Łapę. — Jeden kot pełni tutaj wartę przez pół dnia, potem ktoś inny go zamienia.

<Majacząca Łapo?>
[630 słów]

Nowy członek Pustki!


SKRZELOWY SZEPT
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Starość

Odszedł do Pustki!

Od Złocistego Widlika CD. Trzcinowego Szmeru

Przeszłość

Kremowy podniósł wzrok na Trzcinowy Szmer. Uśmiechnął się szczerze. Bardzo lubił kotkę.
— Cześć, Trzcinowy Szmerze! — wymruczał na powitanie. Na słowa o plotce zamruczał rozbawiony. Cieszył go entuzjazm kotki.
— Pewnie, siadaj — miaułknął pogodnie i zrobił jej miejsce obok siebie.
— To, co tam ciekawego masz do powiedzenia? — spytał, poruszając lekko wibrysami. Trzcinowy Szmer zasiadła obok niego, ciasno owijając ogon wokół swoich łap.
— Myślę, że niedługo będziesz mógł się spodziewać kolejnych kociąt w żłobku — zamruczała, zerkając z wyjścia żłobka, gdzie na polanie siedzieli przytuleni do siebie Zmierzchajaca Fala oraz Kropiatkowa Skóra. Noskiem wskazała na zakochaną parę.
— Może po Porze Nagich Drzew będą tutaj nowe kuleczki! Podążył wzrokiem za kotką. Przyjrzał się Zmierzchającej Fali i Kropiatkowej Skórce. Uśmiechnął się na myśl o nowych pyszczkach w żłobku.
— Słodkie, malutkie pyszczki — wymruczał. W tej chwili miał pod opieką dwójkę kociąt nie licząc zdradzieckich kotek, które to zostały cofnięte do tej rangi.
— Cieszę się, że kolejne koty znalazły do siebie drogę, a Klan Nocy rozwija się w najlepsze. To wspaniała informacja — dodał ciepło.
— Skoro jesteśmy w temacie kociąt. Jak myślisz? Kogo Szumek dostanie na mentora? — przeniósł wzrok na kociaka i się uśmiechnął.
— Hmmm... — zamyśliła się, wodząc wzrokiem po polanie pełnej Nocniaków.
— Może Siwa Czapla? Mu by się przydał uczeń, chociaż Mandarynkowa Gwiazda mogłaby jeszcze podsunąć Niezapominajkową Nadzieję, Ćmie Mżenie lub świeższych wojowników. Dryfująca Gałązka, Morszczynowy Wąs lub Senna Łza się też mogą nadać, natomiast Ulewny Szkwał jest zdecydowanie jeszcze za młody. Oczywiście cieszę się, że tak szybko stał się wojownikiem, jednak, czy czasem nie za szybko? Mój Rrezedowa Łapa nadal się szkoli, a jest przecież od niego o wiele starszy. Może muszę go bardziej docisnąć… — Złotek położył uszy po sobie. Odszukał wzrokiem swojego syna, który mignął mu gdzieś na polanie.
— Jestem z niego dumny, naprawdę. Jednak też uważam, że jest trochę za młody. Trzcinowy Szmerze, on ma tylko dziesięć księżyców...ja wtedy jeszcze się uczyłem pod okiem Kotewki. Byłem mianowany wieku trzynastu księżyców — mruknął cicho w odpowiedzi. Instynkt ojcowski zdecydowanie brał tu górę.
— Może potrzebował więcej czasu. Jestem pewien, że śmierć Centurii się na nim mocno odcisnęła — wyszeptał z bólem w głosie.
— Ja również w wieku trzynastu księżyców dopiero zostałam mianowana na wojowniczkę. Może Mandarynkowa Gwiazda widzi w nim coś, czego my nie widzimy? Jeśli masz jakieś obawy, to również możesz pójść do liderki, by nie dostawał jeszcze ucznia, ze względu, że sam jest jeszcze za młody. Natomiast od śmierci Centuriowej Łapy minęło już kilka księżyców, nie można ciągle zasłaniać się jedną tragedią przed treningami. Nieszczęścia chodzą po Klanie Nocy i nikt nie ma łatwo, ja też nie uważam, żeby mnie Klan Gwiazdy rozpieszczał. Moja rodzina się sypie i jest w niełasce u Mandarynkowej Gwiazdy, poza mną. Czuję wzrok pozostałych na sobie, jednak wytrwale, codziennie wypełniam swoje obowiązki, najlepiej, jak tylko mogę. Rezedowa Łapa powinien wziąć się w garść. — prychnęła zła na swojego ucznia.
— Ostatnio nie popisał się na polowaniu, już nawet prędzej Fląderka by coś złapała, niż on! Za lenistwo, nigdy nie zostanie wojownikiem! Nawet tego dopilnuje. — Widlik westchnął cicho. Być może gdyby Fląderka nie miała czekoladowego futra, to może byłaby naprawdę wspaniałą wojowniczką, ale z jakiegoś powodu taką barwę miała.
— Wiesz Trzcinowy Szmerze? Uważam, że Mandarynkowa Gwiazda wie, co robi, więc zaufam naszej liderce — odpowiedział ze spokojem.
— Tak, rozumiem. Nie można wiecznie uciekać od treningów. Gdybym tak robił, to Kotewka nie zdążyłaby mnie wytrenować. Mam nadzieję, że się otrząśnie. W końcu moje dwie córki też są coraz bliżej mianowania. Jeszcze zostaną mianowane przed nim. Nie przeszkadza mi to, ale rozumiem, jak bardzo ci zależy na tym by dokończyć ten trening — odpowiedział.

Obecnie

Piastun od jakiegoś czasu dzielił żłobek ze Trzcinowym Szmerem i jej kociętami. Był to cudowny widok, szczególnie gdy sobie przypomniał, jak bardzo Trzcina tego pragnęła. Kocięta z własnej krwi, do dziś pamiętał te słowa. Miał wrażenie jakby szylkretka odżyła od momentu narodzin młodych. Życzył jej najlepiej, jej kociętom i Żmijowcowi również. Dzisiejszego dnia postanowił z nią pogadać, gdy maluchy zajmowały się sobą. Podniósł się i zbliżył do kotki.
— Dobry dzionek Trzcinowy Szmerze — przywitał się z kocicą. Na jego pysku widać było uśmiech. Bardzo lubił Trzcinę. Polubił ją już, gdy był jeszcze kociakiem. Czasem zapominał, że ma ponad czterdzieści księżyców, własną rodzinę i niezmienną rolę w Klanie Nocy od księżyców i wracał do tamtych dni. Nigdy nie żałował obranej ścieżki. Nie miał ku temu żadnych powodów, chociaż czasami lubił się zastanawiać, jak bardzo byłby inny gdyby obrał ścieżkę wojownika. Za myślenie nie karano, więc mógł poświęcić na to czas. Szczególnie nocą, kiedy wszystkie wspomnienia wracały do niego niespodziewanie i gwałtownie. Zastanawiał się też, co było słychać u jego brata, który odszedł z klanu. Miał nadzieję, że wszystko było u niego dobrze.
— Pozwól, że to powiem, ale…nie mówiłem? Wiedziałem, że doczekasz się własnych młodych — wymruczał pogodnie, siadając obok niej.

<Trzcinowy Szmerze? A nie mówiłem?>

Od Puchacza do Gołąbka

Tego ranka obudził go wyjątkowo zimny podmuch wiatru. Przeszedł go dreszcz i spróbował zwinąć się w ciaśniejszy kłębek, żeby zatrzymać jak najwięcej ciepła, ale bez skutku. Do tego kora z gałęzi drapała jego bok przez dziurawe posłanie. Z tego powodu powoli usiadł i ziewnął. Ani trochę się nie wyspał. Kto w ogóle wymyślił legowiska na gałęziach drzew? Nie było tutaj żadnej ochrony przed wiatrem i deszczem. W ogóle dziwna sprawa. Niby na tułowiu i łapach czuł zimno, ale miał wrażenie, jakby jego głowa była nieustannie ogrzewana ostrymi promieniami słońca. Do tego tak bolała. Spojrzał w górę. Nie, to nie słońce. Niebo było gęsto zasnute chmurami. Skierował wzrok z powrotem na swoje łapy. Czuł się naprawdę okropnie. I tym razem nie z powodu Wrony. Bolało go gardło i miał wrażenie, jakby coś utrudniało przepływ powietrza w jego nosie i ustach.
– Puchaczu wstawaj! Czas na trening! – usłyszał głos matki. Niechętnie i ospale wstał, przeciągnął się i zszedł z drzewa. Był przygotowany na kolejny patrol poranny czy inne bieganie po drzewach, mając nadzieję, że zdąży skończyć trening, zanim spadnie deszcz. Jego plany zostały jednak zupełnie zmienione, kiedy tylko matka go zobaczyła. Popatrzyła na niego z troską.
– Puchaczu… nie wyglądasz najlepiej. Odwołuję dzisiejszy trening. Musisz iść do medyka – rozkazała. Uczeń zwiadowcy zmarszczył nos. Dawno nie był u medyków. Może kilka razy za kociaka, kiedy wbiegł w ścianę i Topola musiał koniecznie się dowiedzieć, czy nic mu nie jest. Pamiętał za to, że kiedyś zabrali do lecznicy jego siostrę, bo zaczęła kichać. Mówiła, że kazali jej przełknąć jakieś gorzkie zioła. Na samą myśl czekoladowy miał ochotę zwrócić swój ostatni posiłek. Niestety fakty były takie, że rzeczywiście czuł się fatalnie. Figa też nie wyglądała, jakby miała mu odpuścić. Stała przed nim i patrzyła na niego ponaglająco. Chyba wymówki tym razem nie przejdą. Westchnął i włócząc łapami po ziemi, skierował się do zielarni. Tam zastał burego kocura lekko starszego od niego.
– Gołąbku… chyba jestem chory – powiedział, żeby zwrócić na siebie uwagę ucznia uzdrowiciela. Brzmiało to komicznie, bo pomarańczowooki miał zatkany nos. Gołąbek odwrócił się z uśmiechem, ale kiedy tylko popatrzył na niego przez chwilę, wyraz ten zniknął z jego pyska. Bury rozszerzył oczy jakby w zdumieniu wymieszanym ze zmartwieniem. Czy aż tak źle wyglądał? Czemu wszyscy od razu zwracali na to uwagę?
– Puchaczu… to mi wygląda na biały kaszel. Czemu nie przyszedłeś wcześniej?
– Bo wcześniej czułem się dobrze – odpowiedział poirytowany.
– No tak… – uczeń uzdrowiciela skinął głową i odwrócił się od niego, żeby pogrzebać w składziku ziół. Po chwili położył przed nim dwa listki. Były szaro-zielone i włochate. Trochę podobne do pokrzywy, o której nieprzyjemnej naturze przekonał się podczas jednego z pierwszych treningów. Przez to skojarzenie był bardzo niechętny do spożycia medykamentu. Gołąbek jednak nie przestawał się na niego patrzeć.
– No już. Nie bój się, nie pogryzą cię – zażartował, jakby odczytał myśli młodszego. Puchacz przewrócił oczami. Tak może sobie mówić do kociaków. Ale jak mus to mus. Obwąchał jeszcze liście przed zjedzeniem. Ku jego zdziwieniu miały dość przyjemny zapach. Ku jego jeszcze większemu zdziwieniu, kiedy wziął je do pyska, nie były wcale gorzkie. Nawet dość smaczne. Wrona wyolbrzymiała. Możliwe, że jest to jedyna rzecz, w której był od niej lepszy – tolerowanie smaku ziół.
Wyleczeni: Puchacz

<Gołąbku?>
[526 słów]

[11%]

Od Kamiennego Pióra CD. Korowego Szeptu

Szylkretowa wojowniczka leżała obok niego, a on uważnie słuchał jej słów.
— Też byliśmy dość niezgrabni za dzieciaka — mówiła powoli, jakby szukała odpowiednich wyrazów i zastanawiała się nad wypowiedzią. — Może się zrazić, oczywiście. Ale chyba musimy pozwolić, aby czas to pokazał.
Kamienne Pióro powoli pokiwał głową, chociaż tak naprawdę nie chciał tego robić. Próbował z całych sił wyrzucić te nieprzyjemne wspomnienia z czasów, kiedy byli uczniami, z głowy. Nie chciał pamiętać o swoich ciągłych porażkach, o tym stresie, który nie opuszczał go ani na dzień. Wolał udawać, że zawsze wszystko mu wychodziło, że nigdy nie miał żadnych problemów. Tak było po prostu lepiej. I łatwiej.
Kiedy się jednak nad tym zastanowił, doszedł do wniosku, że dziwnie jest uciekać przed własną przeszłością, przed swoimi wspomnieniami. Co było, to było, więc czemu nie mógł się z tym pogodzić? Co to za wojownik, który nie potrafi się zmierzyć sam ze sobą?
— Tak, masz rację — odparł szybko, żeby Korowy Szept nie zaczęła się dziwić, dlaczego tak długo nie odpowiada.
Następnie wrócił do rozmyślań. Próbował sobie przypomnieć to wszystko. Został mianowany na ucznia, a Wilczy Skowyt został wyznaczony na jego mentora. Kamienne Pióro, wtedy jeszcze Kamienna Łapa był bardzo podekscytowany. Po jakimś czasie jednak wszystko zaczęło się psuć, nic nie szło po jego myśli. Pamiętał, jak przy całym klanie pobił się z bratem i że prawie nikt mu nie kibicował. Pamiętał dwie przegrane bitwy, przez które został wojownikiem najpóźniej z całego rodzeństwa. Pamiętał, jak ciągle mylił się na treningach i jak słabo mu szło w porównaniu do rówieśników.
I pamiętał… Korę. Wtedy Korową Łapę. To z nią zawsze mógł porozmawiać, to ona zawsze go rozumiała, to ona w niego wierzyła i to przy niej czuł się bezpiecznie.
A więc jednak spotkało mnie coś miłego za czasów, kiedy byłem uczniem”, stwierdził w myślach z zadowoleniem.
— Ale… ty mi bardzo pomogłaś. Zawsze we mnie wierzyłaś. Dziękuję ci, Korowy Szepcie. Nie wiem, czy już ci to mówiłem, czy nie, ale bardzo dużo ci zawdzięczam — miauknął, a następnie spuścił wzrok na swoje łapy z zawstydzeniem w oczach. Nigdy nie był dobry w rozmowy z innymi.

Od Pożarowej Łapy (Ostatniego Pożaru) CD. Monarcha Pierwszego

Popatrzyła na kocura wrogo i napięła mięśnie. Czy on próbował teraz wyplątać się z kłopotów rozmową o kolorze oczu?
– Wynoś się stąd – warknęła. Samotnik zmarszczył brwi i cofnął się o krok.
– Cóż to za agresja? Nic przecież nie zrobiłem, dlaczego jaśnie pani tak się gniewa?
– Polowałeś na terenach Klanu Burzy. Poza tym przekroczyłeś granicę.
– Zwierzyny żadnej nie zabrałem! Łapy mam puste! – niebieski zaczął się bronić. To jeszcze bardziej zirytowało pomarańczowooką. Wypieranie się przewinień, które mu wypunktowała.
– Zjeżdżaj teraz albo rozoram ci skórę.
To wystarczyło. Kocur już bez słowa jak najszybciej oddalił się od niej.

***

Dzisiaj została wybrana do patrolu łowieckiego. Niestety Złocista Wydma miała w tym czasie pójść z patrolem granicznym. Miała nadzieję na wspólne polowanie i szczerą rozmowę. Chciała jakoś doprecyzować to, co wydarzyło się kilka dni temu. Czy były… partnerkami? Takie pytanie nie padło, a zachowywały się, jakby tak było. Z drugiej strony bała się pytać. Bała się, że to wszystko znowu pójdzie za szybko i równie szybko zniknie. Nie chciała ponownie zostać sama. Nie chciała też, żeby Sahara została sama. Tak bardzo zależało jej na kotce. Chciała spędzić z nią resztę swojego życia. Łapała się na tym, że nocami trzyma się jej kurczowo, jakby bała się, że inaczej kotka zniknie. Tak bardzo jej na niej zależało. Ale teraz musiała przynajmniej spróbować skupić się na polowaniu. Bardzo szybko oddzieliła się od reszty grupy. Długo próbowała coś wywęszyć, ale czuła tylko wilgoć, a wiatr co chwila zmieniający kierunek jeszcze bardziej jej to utrudniał. Nie zauważyła, nawet kiedy niebo przykryły ciemne chmury. Zauważyła za, to kiedy zaczęło padać. Padało mocno. Istna ulewa. Futro przesiąkało jej wodą, a wiatr targał nim na wszystkie strony. Musiała się gdzieś schronić. Była za daleko od obozu, za to tuż obok upadłego potwora. Szła pod wiatr, nie do końca widząc cokolwiek przez krople deszczu co chwila rozbryzgujące się o jej pysk. W końcu dotarła. Weszła do środka przez wyrwę w ścianie tworu dwunożnych. Była bezpieczna. Deszcz i wiatr nie mogły jej tu dosięgnąć. Westchnęła z ulgą. Wtedy jednak do jej nozdrzy doszedł zapach samotnika. Momentalnie obróciła łeb i wbiła przenikliwe spojrzenie w niebieskiego kocura.

<Monarchu?>

Od Gołąbka CD. Mordoru

Gołąbek zaśmiał się lekko, słysząc, jak Mordor próbuje wymówić swoje imię. Jeszcze niedawno to on był malutkim, sepleniącym kociakiem.
– Ja jestem Gołąbek. Ale nie od ptaka, tylko od grzyba – chociaż uczeń nadal był dość nieśmiały, rozmowa z pobratymcami szła mu znacznie lepiej niż kiedyś. Szczególnie z kotami, które potrzebowały jego pomocy. Bury skończył nakładać okład z ziół i pajęczyn na ranę Mordoru, instruując, by ta nie zdejmowała go samodzielnie.
– Musisz zostawić okład na swojej łapce. Inaczej rana może się nie zagoić. Nie powinno to zająć długo – powiedział cichym głosem i zabrał się za odkładanie ziół i pajęczyn na miejsce. – Proszę, przypilnuj jej – tym razem zwrócił się do Rohana.
Kocica przytaknęła, łapiąc córkę za kark i pomimo pisków protestów wyniosła ją z legowiska.

***

Gołąbek siedział przed legowiskiem uzdrowicieli, sortując swoje ususzone kwiaty. Nie zostało mu ich wiele, ale powinno mu ich wystarczyć na kilkukrotne przystrojenie futra. Kiedy kwiaty zostały już posortowane, uczeń usiadł przed nimi, zastanawiając się, które tym razem przykleić na swoje futro. Może stokrotki? Bury złapał leżący przy ścianie legowiska patyk z żywicą i zaczął nakładać ją na swoje futro. Następnie poprzyklejał stokrotki w miejscach z żywicą, starając się, by nie zgubić zbyt wielu płatków. Białe kwiatki bardzo mu się podobały. Pasowały do białych miejsc na jego futrze, a na dodatek nadal lekko pachniały.
Uczeń uznał, że teraz najlepiej będzie sprawdzić, jak ma się łapka Mordoru. Chciał się upewnić, że opatrunek zadziałał, jak należy i że w ranę nie wdało się żadne zakażenie. Poszedł do żłobka i przywołał do siebie kociaka. Kiedy oglądał jej łapkę, jedna ze stokrotek odczepiła się, spadając na nos Mordoru i brudząc go żywicą.

<Mordorze?>
[269 słów]

[5%]

Od Łabądki CD. Trzcinowego Szmeru

Ze żłobka patrzyła, jak mama ustawia wszystkie inne kociaki do pionu. Zakryła pyszczek łapką i zachichotała. Dobrze im tak. Teraz nikt nie będzie jej ochlapywać! Fakt, że mama okrzyczała jej rówieśników za coś zupełnie innego, nie robił żadnej różnicy. Bo co z tego, że lekko podkoloryzowała fakty? Po chwili Trzcinowy Szmer wróciła do żłobka i zaproponowała jej wplecenie kwiatów w futro. Koteczka przeskanowała je wzrokiem i zmarszczyła nosek. Czy one były jakieś ładne? Nieszczególnie. Ale skoro tata je przyniósł… Na pewno były wyjątkowe. Może rosły wyłącznie w jednym tajnym miejscu, które znał tylko on? Na pewno poprosi go, żeby ją tam zaprowadził, jak tylko będzie uczennicą! Skinęła łebkiem i usiadła. Po chwili jej kryza już była udekorowana kwieciem. Wstała i z wysoko podniesionym ogonem i dumnie uniesioną głową wyszła ze żłobka, żeby pokazać się innym kociakom.

***

Była przeszczęśliwa! Właśnie dostała specjalne odznaczenie na pysku namalowane przez samą Mandarynkową Gwiazdę! Może nie był to jej wymarzony królewski lotos, ale nadal! Teraz żadna Żabia Łapa nie będzie mogła konkurować z jej urodą! Bardzo chciała zapytać mamę, o co właściwie z tym wszystkim chodzi. Nie jej wina, że nie mogła się skoncentrować na zebraniu klanu! Niestety mama i tata poszli gdzieś. Pytała Złocistego Widlika, kiedy wrócą, lecz ten odpowiadał jej tylko, że musi być cierpliwa. Fukała wtedy oburzona. Nie będzie jej mówić, co ma robić! Do tego upoważnieni są tylko mama i tata. Siedziała w wejściu do żłobka i przeglądała się w kałuży w oczekiwaniu na powrót Żmijowcowej Wici i Trzcinowego Szmeru.

<Mame?>

Od Puchacza CD. Wrony

Siedział na gałęzi legowiska uczniów, wijąc dla siebie posłanie. Oczywiście, że nie był w stanie się skupić. Na ogół miał z tym problemy, ale teraz było to jeszcze gorsze. Popatrzył na puste miejsce obok swojego posłania. Jeszcze niedawno sypiała tam jego siostra. Teraz przeniosła się już na drzewo zwiadowców. Jak on miał z nią w ogóle konkurować?! Na osty i ciernie, trenował ją przywódca! Jak on miał kiedykolwiek ją prześcignąć? Nie mógł! Ich szanse po prostu nie były równe! On się starał! Robił, co mógł! Ale to wszystko nie wystarczyło! Bo nie miał jeszcze swojego mianowania. Matka pewnie nie chce go już trenować. Bo po co? I tak ma już jedno świetne dziecko. Tę swoją perełkę, oczko w głowie. A on przecież nawet nie miał prawa się wściekać. To zaszczyt mieć w rodzinie taką obiecującą personę. On był przecież tylko niewdzięcznym mysim bobkiem! Z tej całej wściekłości na siostrę, matkę i całą resztę Owocowego Lasu wysunął pazury i wbił je mocno w mech, rozdzierając go.
– Lisie łajno! – zaklął. To prawda, był mysim móżdżkiem. Nic nie potrafił. Ledwie umiał upolować mysz! Był zbędnym balastem dla społeczności i rodziny. Lepiej by było, gdyby stąd zniknął. Gdyby uciekł. Ale nie mógł. Ściągnąłby na rodziców i siostrę tylko więcej kłopotów. Musi się po prostu wreszcie wziąć w garść. Chociaż… dla takich porażek jak on chyba było już miejsce tylko wśród stróży. Powoli rozluźnił mięśnie i popatrzył się jeszcze raz na to, co zrobił. Kształt posłania był w miarę dobry, tylko było trochę dziurawe i kępki po prostu wyskakiwały z niego, nie robiąc sobie nic z faktu, że nie w tym miejscu powinny być. No trudno. Na takim będzie musiał spać do następnej ulewy. Westchnął ciężko, kładąc uszy po sobie.
– Puchaczu! Puchaczu, chodź!
Wyprostował się i postawił uszy na sztorc. Świetnie. Siostra przyszła wcierać mu w pysk to, co i tak już go męczyło po nocach. Powiódł wzrokiem za dźwiękiem i zobaczył uśmiechniętą czarno-białą, truchtającą w kierunku jego legowiska. No trudno. Teraz musiał się uśmiechnąć, pogratulować i mieć nadzieję, że kotka pójdzie sobie, zanim nie będzie już mógł utrzymywać tego całego teatrzyku. Zszedł z drzewa. Wrona czekała już na niego cała w skowronkach.
– Nie uwierzysz!
– Co? Mianowali cię zastępcą? – ukrył swoje rozgoryczenie za żartem. Kotka pacnęła go łapą.
– Nie! Jeszcze! – podkreśliła ostatnie słowo. – Odkryłam swoje imię duszy!
– Super! – powiedział z udawanym entuzjazmem. W rzeczywistości nie wierzył zupełnie w te całe bajki o Wszechmatce czy innym bycie znad chmurki.
– Jestem Skrzydło Tnące Powietrze! – wyszeptała z ekscytacją.
– Lepiej zostań przy Wronie – skomentował. Siostra udała oburzenie.
– Jak śmiesz! Raniące słowa wypowiadasz braciszku!
Puchacz uśmiechnął się lekko rozbawiony. Jaka szkoda, że ich relacja nie mogła być taka prosta… Wolałby tylko sobie tak ciągle żartować i nie przejmować się tym, jak wypadnie na jej tle. Kiedy tak patrzył na nią, czuł się ze sobą źle. To nie jej wina, że on nie może się teraz mianować. To wszystko przez niego… Jak może ciągle w myślach ją przeklinać?! Własną siostrę?! A potem jeszcze udaje, jakby wszystko było w porządku! Okłamywał ją. Był dwulicowym lisim łajnem. Z drugiej strony nie mógł jej tak po prostu powiedzieć tych wszystkich raniących rzeczy, które często wkradają się do jego głowy. Krzywdziłby ją. Chociaż… czy teraz robi coś lepszego?
– Puchaczu? – siostra pomachała łapą przed jego oczami. – Wrona do Puchacza! Co jest z tobą bracie?
Pomrugał kilka razy i pokręcił głową.
– Ja… nic…

<Wrono?>
[556 słów + tworzenie legowisk na gałęziach drzew]

[11% + 5%]