— A… Aa… Pani Wirek… — zaczął drżącym głosem. — Tam… — szepnął, wskazując na przygniecione ciało. — Tam jest… kotka. Pani mentorko, tam chyba jest Barczatkowy Świt! Ona… chyba nie żyje! — zawył żałośnie, a ruda kotka ruszyła we wskazaną przez ucznia stronę.
Przyjrzała się ciału, stwierdzając, że kotka faktycznie była martwa.
— Masz rację. Musimy zgłosić to Zalotnej Gwieździe — mruknęła kotka, wzdychając przeciągle.
Nie znała zbyt dobrze Barczatki, właściwie nie znała jej prawie wcale. Nie były blisko i odkąd tylko Kocimiętka dołączyła do Klanu Wilka, rozmawiała z nią nie więcej niż pięć razy. Mimo wszystko widok ciała pozbawionego życia wciąż nie był niczym przyjemnym i ścisnął zielonooką za serce.
Barczatkowy Świt nie zasługiwała na taki los. Nie zasługiwała na to, by zostać przygniecioną przez Dwunożnych, którzy panoszyli się na terenie nienależącym do nich! Powinni stąd zniknąć jak najszybciej, zanim ich poczynania pociągną za sobą więcej śmierci wśród Wilczaków. Kocimiętka nie wyobrażała sobie, co by było, gdyby to Dyniowa Skórka, Makowa Iluzja czy Ognikowa Słota miały zostać przygniecione przez pień, który został na nie zrzucony przez te wyprostowane bestie!
Poza tym Barczatka miała w Klanie Wilka rodzinę. Miała partnera, dwójkę dzieci. Jak Tropiąca Łaska i Tygrysia Noc zareagują na śmierć swojej matki? To na pewno będzie dla nich chociaż trochę wstrząsające — w końcu nikt nie chciał tracić swoich rodziców. Kocimiętka dobrze wiedziała, jak to jest żyć tylko z jednym rodzicem i jak to jest odczuwać tęsknotę za kimś, kto już nie istnieje… Może i jej ojciec nie umarł, ale na pewno nie był już tą wersją siebie, jaką ceniła rudofutra. Był kimś innym, kimś obcym. Gdyby naprawdę był sobą i kochał mamę, nigdy nie znalazłby sobie jakiejś innej partnerki!
Mistrzyni jeszcze raz obejrzała ciało Barczatkowego Świtu, po czym mruknęła:
— Nie wyciągniemy jej stamtąd. To takie przykre, że jej rodzina nawet nie będzie mogła odbyć czuwania przy jej ciele… — przerwała, by spojrzeć w stronę swojego ucznia. — Jeśli zauważysz kiedyś Dwunożnego, to uciekaj od niego jak najdalej! Nie ma po co ryzykować. No, a ponadto nie zbliżaj się do żadnych ich wynalazków, bo widzisz, jak to się kończy! — prychnęła, po czym jej wzrok posmutniał. — Biedna Barczatkowy Świt… Może wystraszyła się tego hałasu i wspięła się na to drzewo, które akurat było przewracane przez te potwory? — zaczęła zastanawiać się na głos, lecz już po chwili głową wskazała Księżycowej Łapie, by się stąd zbierał.
Razem zaczęli zmierzać w stronę obozu, a Kocimiętkowy Wir już zastanawiała się nad tym, co powie Zalotnej Gwieździe. Na pewno nie będzie zadowolona z faktu, że Dwunożni stanowią teraz zagrożenie dla jej klanu — ale na pewno coś wykombinuje, by się ich pozbyć! Rudofutra ufała liderce i była pewna, że uda jej się wymyślić jakiś plan, dzięki któremu przegoni tę zarazę.
Przez Dwunożnych zniknął kolejny kot — Borsucza Puszcza. Zalotna Gwiazda wciąż nie wymyśliła żadnego planu, a przynajmniej nie podzieliła się nim ze swoimi pobratymcami. Obiecała jednak, że w końcu zajmie się tą sprawą i Dwunożni jeszcze pożałują, że tak zaczęli się tu panoszyć, a Kocimiętka nie miała powodów, by jej nie ufać. Pozostało tylko czekać i modlić się do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd o to, by nikt z jej bliskich nie ucierpiał w międzyczasie.
Jeśli chodzi o bliskich, rudofutra zauważyła ostatnio, że Nadciągający Pomrok straciła czubek lewego ucha. Chciała zapytać, skąd wzięła się ta rana, ale jakoś nie miała do tego głowy. Dostrzegła jednak, że Ognikowa Słota, Zalotna Gwiazda i kilka innych kotów także miało identyczne oznaczenia na uchu. Czy wynikało to z jakiejś wilczackiej tradycji, z którą Kocimiętka była niezaznajomiona, czy może był to zwykły przypadek? Może po terenach Klanu Wilka grasowały jakieś kuny, które miały wyjątkową chrapkę na lewe uszy kotów. Ciekawe, kiedy przyjdzie czas na Kocimiętkę i jej jakieś dzikie zwierzę zeżre kawałek ucha…
No, ale po co gdybać, skoro można było od razu zapytać któregoś z gagatków bez ucha, co mu się właściwie przytrafiło. Ofiarą padła Jaskółcze Ziele, która akurat przechodziła obok rudofutrej.
— Hej, hej, Jaskółko, Jaskółeczko! — mruknęła Kocimiętka, podnosząc się z miejsca.
Starsza zatrzymała się, wyraźnie zdziwiona tym, że prawie obca wojowniczka chciała z nią tak pilnie porozmawiać.
— Nie martw się, rozmowa nie potrwa długo! Chciałam cię tylko o coś spytać — oznajmiła, podchodząc do czarnofutrej. Gdy była już wystarczająco blisko, wpierw wlepiła wzrok w jej postrzępione ucho, a dopiero potem spojrzała jej prosto w oczy. — Chodzi o to, że dużo Wilczaków ma takie nacięcia! Ostatnio identyczne pojawiło się u Nadciągającego Pomroku i zaczęło mnie to zastanawiać — zaczęła, na co Jaskółka wyraźnie zbladła. — Skąd je macie?
Wojowniczka przełknęła ślinę, uśmiechnęła się niezręcznie i zrobiła krok w tył.
— To nic. P-przypadek — odparła. Kocimiętka spostrzegła, że starsza napięła mięśnie, jakby była gotowa do ucieczki.
— Ja ci nie wierzę! — uparła się rudofutra, marszcząc brwi. — No proszę, powiedz mi, czemu macie te na-
— Dobra, dobra! Wyjdźmy poza obóz, tylko nie krzycz więcej — burknęła w końcu wojowniczka, strzepując gniewnie ogonem.
Kocimiętkowy Wir uśmiechnęła się szeroko, a w jej oczach błysnęły triumfalne iskierki.
— Świetnie! W takim razie chodźmy — poleciła, żwawym krokiem kierując się w stronę wyjścia.
Jaskółka, nieco mniej chętnie, podążyła za pręgowaną kotką, widocznie w złym humorze.
Starsza wojowniczka szła w milczeniu, wpatrując się w swoje łapy, jakby właśnie kwestionowała wszystkie życiowe decyzje, które zaprowadziły ją w to miejsce.
Zielonooka widziała zmianę nastroju u Jaskółczego Ziela, ale nawet nie przywiązała do tego większej uwagi. Zresztą raczej nie miała zwyczaju zaprzątać sobie głowy takimi szczegółami, więc gorzka mina wojowniczki jej nie zniechęciła.
— Więc? Co masz mi do powiedzenia? Czy po terenach Klanu Wilka grasują jakieś dzikie zwierzęta, które polują na wasze uszy? — zaczęła się zastanawiać, na co Jaskółka podniosła głowę w zdziwieniu. W jej żółtych oczach błysnęło coś na kształt nadziei. — Powinnam się jakoś przed nimi chronić? Ja nie chcę stracić ucha!
Starsza zachichotała cicho, po czym odparła:
— Nie grożą ci. Ale faktycznie istnieją. Wychodzą tylko nocą, są zwinne i w mroku niemal niewidoczne! Jedyne, co dostrzeżesz, to ich błyszczące oczy i pyski umazane w krwawych śladach.
Po grzbiecie Kocimiętkowego Wiru przeszedł dreszcz.
— Rany! Brzmią groźnie… ale dlaczego mówisz, że mi nie zagrażają? — mruknęła, unosząc brew.
— No, bo… nie urodziłaś się w Klanie Wilka. Ani ty, ani twoja matka. One polują tylko na czystokrwistych Wilczaków — stwierdziła, kiwając z przekonaniem głową.
— Uff! A czy tylko polują na uszy, czy mogą też odebrać komuś życie? Teraz to się martwię o Nadciągający Pomrok i Ognikową Słotę… Czy im coś grozi? — zaczęła dopytywać, a jej serce przez moment zabiło szybciej. Bardzo nie chciała żyć ze świadomością, że na jej koleżanki polują jakieś dzikie bestie!
— Cóż, nie mogę cię okłamywać… mogą. Ale tylko wtedy, jeśli twoja dusza jest nieczysta, skażona przez Klan Gwiazdy — oznajmiła Jaskółcze Ziele, wpatrując się przed siebie z poważnym wyrazem pyska.
— Ach, w takim razie nic im nie grozi! Dobrze wiedzieć. Dziękuję, Jaskółko — miauknęła rudofutra, lekko trącając starszą wojowniczkę w przyjacielskim geście. — Gdyby nie ty, dalej zastanawiałabym się nad pochodzeniem tych nacięć! Teraz na szczęście wszystko już jest jasne, więc możemy wracać do obozu.
Czarnofutra odetchnęła z ulgą.
— Tak, wracajmy już.
Na szczęście jej uczeń robił postępy. Może nie jakieś ogromne, ale jednak! Przynajmniej nie był nadzwyczaj uparty ani krnąbrny jak na przykład Cykoriowy Cykor. Z tego, co słyszała od Ognikowej Słoty, ta kotka to prawdziwy koszmar! W ogóle się nie słucha, nie chce się uczyć… ale teraz przynajmniej awansowała i nie musi być już niczyim problemem. No, może poza Garbatą Łapą. Kocur musiał szkolić się pod okiem tak paskudnej wojowniczki! Kocimiętce aż zrobiło się żal młodszego, ale zaraz przypomniała sobie, że on też jest raczej słaby i pewnie nic porządnego i tak by z niego nie wyrosło, nawet gdyby sama Zalotna Gwiazda została jego mentorką. Liderka miała rację — Cykoria i Garbatek pasowali do siebie jak ulał.
Rudofutra przeciągnęła się na swoim legowisku. Leżała i myślała już wystarczająco długo — w końcu nadszedł czas na prawdziwą pobudkę i zajęcie się codziennymi obowiązkami. Nie było ich może dużo, ale nie mogła z nimi zwlekać! Księżycowa Łapa sam się przecież nie wyszkoli a stos zwierzyny nie napełni.
Spokojnym krokiem wyszła z legowiska i skierowała się do tego, w którym drzemali uczniowie Klanu Wilka. Przyszłość klanu leżała właśnie w ich łapach! Jednak gdy wsunęła głowę do środka, dostrzegła jedynie Księżycową Łapę i Garbatą Łapę. Czy to możliwe, że Kocimiętka przyszła po swojego ucznia jako ostatnia? W sumie nic dziwnego — często zdarzało jej się wstawać dosyć późno. Chociaż słońce wciąż nie było jeszcze wysoko.
— Księżycowa Łapo, idziemy na trening! — zawołała, zwracając uwagę białofutrego. Nie spał już, więc przynajmniej nie musiała go budzić.
Gdy uczeń podszedł do niej, a ona miała już wychodzić, nagle zamarła. Jej serce znów ścisnął żal. Biedny Garbata Łapa… taki samotny i smutny leżał w kącie legowiska. Może jednak warto byłoby dać mu szansę? Może jeszcze dałoby się wyprostować jego grzbiet i wyszkolić go na kota godnego miana Wilczaka? Inaczej pozostanie tylko bezużytecznym pasożytem podjadającym im zwierzynę.
Zielonooka nachyliła się do Księżycowej Łapy i szepnęła:
— Może weźmiemy go ze sobą? No popatrz tylko, jaki jest przygnębiony… Cykoriowy Cykor pewnie ani razu nie zabrała go poza obóz!
Białofutry nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Pręgowana, nie czekając na jego reakcję, podeszła do czekoladowego ucznia.
— Hej, Garbata Łapo! Może pójdziesz z nami na trening? — zapytała, uśmiechając się do kocura. — Mój uczeń musi z kimś poćwiczyć walkę, więc może się przydasz.
Początkowo młodszy spiął mięśnie i jeszcze mocniej skulił się w kłębek, ale po chwili uniósł uszy, a w jego oczach pojawiła się iskra determinacji.
— Ja? Z wami? Na trening? — zapytał, jakby nie dowierzał własnym zmysłom.
— No pewnie! — odparła Kocimiętkowy Wir.
W końcu cała trójka wyruszyła poza azyl.
Kocimiętka zaprowadziła dwóch młodych uczniów do Potwornej Przełęczy. Na miejscu zatrzymała się, pozwalając, by wiatr rozwiał jej futro, a potem zaciągnęła się świeżym powietrzem. Pora Nowych Liści zawitała na wilczackie tereny, barwiąc korony drzew na zielono. Rośliny powoli odżywały, a zwierzyny było coraz więcej.
— Uwielbiam tu polować na króliki razem z Ognikową Słotą! Kiedyś ci pokażę, jak to się robi, Księżycowa Łapo. Tobie może też, Garbata Łapo… ale to zależy od tego, jak będziesz się zachowywał na tym treningu! Muszę widzieć, że się starasz, a nie że jesteś niepotrzebnym balastem dla klanu! — fuknęła, na co czekoladowy skinął głową. — Dobrze, to może zaczniemy od sparingu? Księżycku, wykaż się swoimi dotychczas nabytymi umiejętnościami! — poleciła, spoglądając raz po raz na dwójkę uczniów.
Po chwili odsunęła się od nich i kontynuowała:
— Ustawcie się naprzeciwko siebie! Jak dam znak, rzucicie się na siebie i spróbujecie zawalczyć. Tylko bez pazurów! Wygrywa ten, któremu pierwszemu uda się przygwoździć przeciwnika do ziemi na dłużej niż pięć uderzeń serca!
W duchu modliła się, by biały kocur poradził sobie z przeciwnikiem. Przecież był starszy, bardziej doświadczony i miał prosty kręgosłup. Musiał wygrać!
Przyjrzała się ciału, stwierdzając, że kotka faktycznie była martwa.
— Masz rację. Musimy zgłosić to Zalotnej Gwieździe — mruknęła kotka, wzdychając przeciągle.
Nie znała zbyt dobrze Barczatki, właściwie nie znała jej prawie wcale. Nie były blisko i odkąd tylko Kocimiętka dołączyła do Klanu Wilka, rozmawiała z nią nie więcej niż pięć razy. Mimo wszystko widok ciała pozbawionego życia wciąż nie był niczym przyjemnym i ścisnął zielonooką za serce.
Barczatkowy Świt nie zasługiwała na taki los. Nie zasługiwała na to, by zostać przygniecioną przez Dwunożnych, którzy panoszyli się na terenie nienależącym do nich! Powinni stąd zniknąć jak najszybciej, zanim ich poczynania pociągną za sobą więcej śmierci wśród Wilczaków. Kocimiętka nie wyobrażała sobie, co by było, gdyby to Dyniowa Skórka, Makowa Iluzja czy Ognikowa Słota miały zostać przygniecione przez pień, który został na nie zrzucony przez te wyprostowane bestie!
Poza tym Barczatka miała w Klanie Wilka rodzinę. Miała partnera, dwójkę dzieci. Jak Tropiąca Łaska i Tygrysia Noc zareagują na śmierć swojej matki? To na pewno będzie dla nich chociaż trochę wstrząsające — w końcu nikt nie chciał tracić swoich rodziców. Kocimiętka dobrze wiedziała, jak to jest żyć tylko z jednym rodzicem i jak to jest odczuwać tęsknotę za kimś, kto już nie istnieje… Może i jej ojciec nie umarł, ale na pewno nie był już tą wersją siebie, jaką ceniła rudofutra. Był kimś innym, kimś obcym. Gdyby naprawdę był sobą i kochał mamę, nigdy nie znalazłby sobie jakiejś innej partnerki!
Mistrzyni jeszcze raz obejrzała ciało Barczatkowego Świtu, po czym mruknęła:
— Nie wyciągniemy jej stamtąd. To takie przykre, że jej rodzina nawet nie będzie mogła odbyć czuwania przy jej ciele… — przerwała, by spojrzeć w stronę swojego ucznia. — Jeśli zauważysz kiedyś Dwunożnego, to uciekaj od niego jak najdalej! Nie ma po co ryzykować. No, a ponadto nie zbliżaj się do żadnych ich wynalazków, bo widzisz, jak to się kończy! — prychnęła, po czym jej wzrok posmutniał. — Biedna Barczatkowy Świt… Może wystraszyła się tego hałasu i wspięła się na to drzewo, które akurat było przewracane przez te potwory? — zaczęła zastanawiać się na głos, lecz już po chwili głową wskazała Księżycowej Łapie, by się stąd zbierał.
Razem zaczęli zmierzać w stronę obozu, a Kocimiętkowy Wir już zastanawiała się nad tym, co powie Zalotnej Gwieździe. Na pewno nie będzie zadowolona z faktu, że Dwunożni stanowią teraz zagrożenie dla jej klanu — ale na pewno coś wykombinuje, by się ich pozbyć! Rudofutra ufała liderce i była pewna, że uda jej się wymyślić jakiś plan, dzięki któremu przegoni tę zarazę.
* * *
Teraźniejszość
Przez Dwunożnych zniknął kolejny kot — Borsucza Puszcza. Zalotna Gwiazda wciąż nie wymyśliła żadnego planu, a przynajmniej nie podzieliła się nim ze swoimi pobratymcami. Obiecała jednak, że w końcu zajmie się tą sprawą i Dwunożni jeszcze pożałują, że tak zaczęli się tu panoszyć, a Kocimiętka nie miała powodów, by jej nie ufać. Pozostało tylko czekać i modlić się do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd o to, by nikt z jej bliskich nie ucierpiał w międzyczasie.
Jeśli chodzi o bliskich, rudofutra zauważyła ostatnio, że Nadciągający Pomrok straciła czubek lewego ucha. Chciała zapytać, skąd wzięła się ta rana, ale jakoś nie miała do tego głowy. Dostrzegła jednak, że Ognikowa Słota, Zalotna Gwiazda i kilka innych kotów także miało identyczne oznaczenia na uchu. Czy wynikało to z jakiejś wilczackiej tradycji, z którą Kocimiętka była niezaznajomiona, czy może był to zwykły przypadek? Może po terenach Klanu Wilka grasowały jakieś kuny, które miały wyjątkową chrapkę na lewe uszy kotów. Ciekawe, kiedy przyjdzie czas na Kocimiętkę i jej jakieś dzikie zwierzę zeżre kawałek ucha…
No, ale po co gdybać, skoro można było od razu zapytać któregoś z gagatków bez ucha, co mu się właściwie przytrafiło. Ofiarą padła Jaskółcze Ziele, która akurat przechodziła obok rudofutrej.
— Hej, hej, Jaskółko, Jaskółeczko! — mruknęła Kocimiętka, podnosząc się z miejsca.
Starsza zatrzymała się, wyraźnie zdziwiona tym, że prawie obca wojowniczka chciała z nią tak pilnie porozmawiać.
— Nie martw się, rozmowa nie potrwa długo! Chciałam cię tylko o coś spytać — oznajmiła, podchodząc do czarnofutrej. Gdy była już wystarczająco blisko, wpierw wlepiła wzrok w jej postrzępione ucho, a dopiero potem spojrzała jej prosto w oczy. — Chodzi o to, że dużo Wilczaków ma takie nacięcia! Ostatnio identyczne pojawiło się u Nadciągającego Pomroku i zaczęło mnie to zastanawiać — zaczęła, na co Jaskółka wyraźnie zbladła. — Skąd je macie?
Wojowniczka przełknęła ślinę, uśmiechnęła się niezręcznie i zrobiła krok w tył.
— To nic. P-przypadek — odparła. Kocimiętka spostrzegła, że starsza napięła mięśnie, jakby była gotowa do ucieczki.
— Ja ci nie wierzę! — uparła się rudofutra, marszcząc brwi. — No proszę, powiedz mi, czemu macie te na-
— Dobra, dobra! Wyjdźmy poza obóz, tylko nie krzycz więcej — burknęła w końcu wojowniczka, strzepując gniewnie ogonem.
Kocimiętkowy Wir uśmiechnęła się szeroko, a w jej oczach błysnęły triumfalne iskierki.
— Świetnie! W takim razie chodźmy — poleciła, żwawym krokiem kierując się w stronę wyjścia.
Jaskółka, nieco mniej chętnie, podążyła za pręgowaną kotką, widocznie w złym humorze.
* * *
Zielonooka widziała zmianę nastroju u Jaskółczego Ziela, ale nawet nie przywiązała do tego większej uwagi. Zresztą raczej nie miała zwyczaju zaprzątać sobie głowy takimi szczegółami, więc gorzka mina wojowniczki jej nie zniechęciła.
— Więc? Co masz mi do powiedzenia? Czy po terenach Klanu Wilka grasują jakieś dzikie zwierzęta, które polują na wasze uszy? — zaczęła się zastanawiać, na co Jaskółka podniosła głowę w zdziwieniu. W jej żółtych oczach błysnęło coś na kształt nadziei. — Powinnam się jakoś przed nimi chronić? Ja nie chcę stracić ucha!
Starsza zachichotała cicho, po czym odparła:
— Nie grożą ci. Ale faktycznie istnieją. Wychodzą tylko nocą, są zwinne i w mroku niemal niewidoczne! Jedyne, co dostrzeżesz, to ich błyszczące oczy i pyski umazane w krwawych śladach.
Po grzbiecie Kocimiętkowego Wiru przeszedł dreszcz.
— Rany! Brzmią groźnie… ale dlaczego mówisz, że mi nie zagrażają? — mruknęła, unosząc brew.
— No, bo… nie urodziłaś się w Klanie Wilka. Ani ty, ani twoja matka. One polują tylko na czystokrwistych Wilczaków — stwierdziła, kiwając z przekonaniem głową.
— Uff! A czy tylko polują na uszy, czy mogą też odebrać komuś życie? Teraz to się martwię o Nadciągający Pomrok i Ognikową Słotę… Czy im coś grozi? — zaczęła dopytywać, a jej serce przez moment zabiło szybciej. Bardzo nie chciała żyć ze świadomością, że na jej koleżanki polują jakieś dzikie bestie!
— Cóż, nie mogę cię okłamywać… mogą. Ale tylko wtedy, jeśli twoja dusza jest nieczysta, skażona przez Klan Gwiazdy — oznajmiła Jaskółcze Ziele, wpatrując się przed siebie z poważnym wyrazem pyska.
— Ach, w takim razie nic im nie grozi! Dobrze wiedzieć. Dziękuję, Jaskółko — miauknęła rudofutra, lekko trącając starszą wojowniczkę w przyjacielskim geście. — Gdyby nie ty, dalej zastanawiałabym się nad pochodzeniem tych nacięć! Teraz na szczęście wszystko już jest jasne, więc możemy wracać do obozu.
Czarnofutra odetchnęła z ulgą.
— Tak, wracajmy już.
* * *
Rudofutra przeciągnęła się na swoim legowisku. Leżała i myślała już wystarczająco długo — w końcu nadszedł czas na prawdziwą pobudkę i zajęcie się codziennymi obowiązkami. Nie było ich może dużo, ale nie mogła z nimi zwlekać! Księżycowa Łapa sam się przecież nie wyszkoli a stos zwierzyny nie napełni.
Spokojnym krokiem wyszła z legowiska i skierowała się do tego, w którym drzemali uczniowie Klanu Wilka. Przyszłość klanu leżała właśnie w ich łapach! Jednak gdy wsunęła głowę do środka, dostrzegła jedynie Księżycową Łapę i Garbatą Łapę. Czy to możliwe, że Kocimiętka przyszła po swojego ucznia jako ostatnia? W sumie nic dziwnego — często zdarzało jej się wstawać dosyć późno. Chociaż słońce wciąż nie było jeszcze wysoko.
— Księżycowa Łapo, idziemy na trening! — zawołała, zwracając uwagę białofutrego. Nie spał już, więc przynajmniej nie musiała go budzić.
Gdy uczeń podszedł do niej, a ona miała już wychodzić, nagle zamarła. Jej serce znów ścisnął żal. Biedny Garbata Łapa… taki samotny i smutny leżał w kącie legowiska. Może jednak warto byłoby dać mu szansę? Może jeszcze dałoby się wyprostować jego grzbiet i wyszkolić go na kota godnego miana Wilczaka? Inaczej pozostanie tylko bezużytecznym pasożytem podjadającym im zwierzynę.
Zielonooka nachyliła się do Księżycowej Łapy i szepnęła:
— Może weźmiemy go ze sobą? No popatrz tylko, jaki jest przygnębiony… Cykoriowy Cykor pewnie ani razu nie zabrała go poza obóz!
Białofutry nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Pręgowana, nie czekając na jego reakcję, podeszła do czekoladowego ucznia.
— Hej, Garbata Łapo! Może pójdziesz z nami na trening? — zapytała, uśmiechając się do kocura. — Mój uczeń musi z kimś poćwiczyć walkę, więc może się przydasz.
Początkowo młodszy spiął mięśnie i jeszcze mocniej skulił się w kłębek, ale po chwili uniósł uszy, a w jego oczach pojawiła się iskra determinacji.
— Ja? Z wami? Na trening? — zapytał, jakby nie dowierzał własnym zmysłom.
— No pewnie! — odparła Kocimiętkowy Wir.
W końcu cała trójka wyruszyła poza azyl.
* * *
— Uwielbiam tu polować na króliki razem z Ognikową Słotą! Kiedyś ci pokażę, jak to się robi, Księżycowa Łapo. Tobie może też, Garbata Łapo… ale to zależy od tego, jak będziesz się zachowywał na tym treningu! Muszę widzieć, że się starasz, a nie że jesteś niepotrzebnym balastem dla klanu! — fuknęła, na co czekoladowy skinął głową. — Dobrze, to może zaczniemy od sparingu? Księżycku, wykaż się swoimi dotychczas nabytymi umiejętnościami! — poleciła, spoglądając raz po raz na dwójkę uczniów.
Po chwili odsunęła się od nich i kontynuowała:
— Ustawcie się naprzeciwko siebie! Jak dam znak, rzucicie się na siebie i spróbujecie zawalczyć. Tylko bez pazurów! Wygrywa ten, któremu pierwszemu uda się przygwoździć przeciwnika do ziemi na dłużej niż pięć uderzeń serca!
W duchu modliła się, by biały kocur poradził sobie z przeciwnikiem. Przecież był starszy, bardziej doświadczony i miał prosty kręgosłup. Musiał wygrać!
<Księżycowa Łapo?>
[1760 słów]