BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 8 lutego, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

22 stycznia 2026

Od Bukowej Korony do Tawułowej Łapy

Jeśli było się uważnym – lub nawet nieuważnym – obserwatorem, łatwo można było spostrzec, że pewna dwójka kotów przebywała w swoim otoczeniu coraz częściej i częściej. Właściwie byli obok siebie na tyle często, że łatwiej byłoby do nich wołać jednym, złączonym imieniem! Jak brzmiałoby wtedy? Bukowa Fala? Focza Korona? Po tych propozycjach łatwo można się było domyśleć, że tą dwójką kotów była Bukowa Korona i Focza Fala! Choć wiele kotów już wcześniej mogło przypuszczać, że ci dwoje mają się ku sobie, tak teraz już śmielej można było stawiać, za ile zostaną oficjalną parą. Bo mimo że w swoim towarzystwie uśmiech nie schodził im z twarzy, jeszcze ani razu nie przyznali się do tego, że byłoby między nimi coś więcej. No, na przykład tak jak dziś:
— Widzę, że nieźle ci się tu powodzi, Bukowa Korono — odezwał się Królicza Prawda, przechodząc obok srebrnego. — Przygruchałeś sobie Fokę w dosyć krótkim czasie. Wiesz, ja wam życzę wszystkiego najlepszego na nowej drodze ży-
— Przestań — przerwał mu czekoladowy. Jego ton był chłodny i wręcz wyprany z emocji. Jeszcze niedawno roześmiany pysk Bukowej Korony był teraz nieruchomy, kamienny. Przez moment wpatrywał się w kremowego kocura, nim nie podeszła do niego Focza Fala. Gdy spojrzał w jej kierunku, nie dało się nie zauważyć, że kącik jego ust drgnął w uśmiechu, a oczy od razu się rozjaśniły.
— O czym rozmawiacie? — zapytała niebieska, unosząc jedną brew i wpatrując się w Króliczą Prawdę. Klifiak poruszył się niespokojnie, uśmiechając się niezręcznie do młodszej kotki.
— Nie masz się o co martwić. Tłumaczę tylko Króliczej Prawdzie, że nic między nami nie ma — prychnął w końcu Buk, kręcąc powoli głową. W niebieskich ślepiach wojowniczki na moment pojawił się ledwie zauważalny przebłysk bólu. Jakby ktoś właśnie wbił jej cierń w serce. — Królicza Prawdo, jak jeszcze raz ośmielisz się skomentować moje życie prywatne, przysięgam, że nie ręczę za siebie — zwrócił się do kremowego, ponownie przybierając maskę spokoju. — Może i zwerbowałeś mnie do swojej jakże “uroczej” rodzinki, ale te czasy to już przeszłość. Nie żyjemy już w siedlisku, tylko w Klanie Klifu. I życzę sobie, byś zachowywał się tak, jakbyśmy nigdy się nie znali. Nie potrzebuję tu żadnego opiekuna; jestem niezwykle zdolny i potrafię dbać o własne interesy — wyjaśniał, o mało nie zanudzając Foczej Fali na śmierć.
— Skończyłeś już? — bąknęła. — Chodźmy, szybko! Świat stoi przed nami otworem, a ty dyskutujesz z jakimś staruszkiem! Odpuść sobie i zabierz mnie na spacer! — ubiegała się, trzepocząc rzęsami przed czekoladowym.
Bukowa Korona spojrzał na pysk kremowego. Był dziwnie spokojny, jakby… pusty. Przez myśl przeszło mu nawet, że może tym razem przesadził ze swoimi słowami, lecz ten pomysł wypadł mu z głowy tak szybko, jak do niej wpadł. Przecież Królicza Prawda dobrze wiedział, że Buk nie chciał mieć z nim nic do czynienia. Zawsze starał się mu o tym jasno przypominać! Ale najwyraźniej Królik był po prostu głupim, niesłuchającym go bucem. Jeśli musi go zaboleć, by wreszcie się odczepił, to niech boli.
— Możemy iść — odparł w końcu srebrny, jednak jego ton wydawał się płaski. Jeszcze przez moment mierzył wzrokiem kufę starszego wojownika, aż w końcu nie ocknął się i nie ruszył wraz z Foczą Falą ku wyjściu z obozu.
— A jesteś tak właściwie przekonana o tym, że chodzenie na spacery podczas takich mrozów to dobry pomysł? Nie, żeby coś, ale jeśli pamięć mnie nie myli, jesteś całkiem chorowita. Czy właśnie nie pakujesz się w kłopoty? — skomentował, gdy przemierzali tereny Klanu Klifu. Na jego słowa niebieskofutra parsknęła śmiechem.
— Po prostu się przyznaj, że tyłek ci marznie! To żaden wstyd — burknęła Focza Fala, przewracając oczami. — Nawet najwięksi wojownicy mają swoje słabe punkty. Może twoim są niskie temperatury?
Bukowa Korona westchnął.
— Twoim słabym punktem jest twoja odporność! Ja próbuję być miły, a ty tak mi się odwdzięczasz… — srebrny delikatnie trącił niebieskofutrą, jednak jego głos zadrżał od śmiechu. — Jeśli po tym spacerze zachorujesz, to nie będę cię codziennie odwiedzał w lecznicy! Będziesz musiała wytrwać z tą szurniętą medyczką i jej zbłąkaną uczennicą… — zagroził jej, mrużąc lekko brwi.
— Jesteś pewny, że nie będziesz mnie odwiedzał? Może z zewnątrz jesteś taki nonszalancki, ale jestem pewna, że nie miałbyś serca, by zostawić mnie samą! — stwierdziła, prostując się śmiało. Może… może i miała rację, choć Buk nawet we własnej głowie nie chciał jej tego przyznać. Upierał się, że wcale nie zależy mu tak bardzo na Foczej Fali, ale… prawda była inna. Miał dla niej czuły punkt, choć zazwyczaj nie obnosił się z nim na głos.
— Chyba w twoich snach! — kontynuował przekomarzanki. — Byłbym zbyt bardzo zajęty wykonywaniem swoich wojowniczych obowiązków, a wiesz, jak bardzo cenię sobie pracowitość i dobrą reputację — twierdził dalej, jednak niebieskooka nie brała żadnych z jego słów na poważnie. Może to i lepiej. Cóż, przynajmniej dla niej. Dla Buka może też, bo gdyby Foka zauważyła, jak ogromnym dupkiem jest, prędko by go zostawiła. I znowu nie miałby żadnego przyjaciela, ponadto nie miałby też Króliczej Prawdy, bo przed chwilą tak potwornie go spławił.
— Może twoja reputacja byłaby lepsza, gdybyś znalazł sobie jakąś partnerkę, co? Byłaby dowodem, że jednak da się ciebie pokochać — palnęła wojowniczka, poruszając wibrysami.
— Co, proszę? — wymsknęło mu się ze zdziwienia. W jego głosie pojawiła się typowa dla niego nutka, która mówiła: wszystko z tobą dobrze? Nie uderzyłaś się w głowę?
Focza Fala od razu się speszyła, a jej mięśnie się spięły.
— A nic, nic. Tak mi się tylko powiedziało — rzuciła sucho, lecz zaraz potem wzięła głęboki wdech. — To dokąd idziemy? Może nad klif? Chyba że boisz się wysokości! — Foka uniosła brew do góry. — Czasami może się nieźle zakręcić w głowie, gdy widzi się rozległe morze pod sobą!
— Ale nie mi — zaznaczył, zadzierając brodę. — Ja nie boję się niczego. Żadnych mrozów, żadnych wysokości.
Focza Fala przewróciła oczami i tylko przyspieszyła kroku. Na horyzoncie majaczyły już drzewa, które rosły tuż przy klifie. Bukowa Korona także zaczął truchtać, by nadążyć za niebieskofutrą, która pędziła tak, że wiatr rozwiewał jej sierść. Wyglądała teraz jak lecąca kulka puchu, jako że futro miała całkiem długie i gęste. Buk oczywiście zauważył też, że Foka była dobrze odżywiona, ale tego nie mógł komentować nawet w swojej głowie, bo sam uważał, że taka pulchna sylwetka świadczy tylko o tym, że jesteś dobrym łowcą i szanowanym członkiem klanu.
W końcu dotarli do celu swojej wyprawy. Tam zatrzymali się, jak zwykle, śmiejąc się dosyć głośno. Był już wieczór – gdyby była Pora Zielonych Liści, pewnie byłoby jeszcze jasno, a tak? Chmury sprawiały wrażenie coraz ciemniejszych. Zarysy ogołoconych koron drzew coraz bardziej wtapiały się w niebo i coraz częściej wicher powiewał całkiem mocno. A mimo to dwójka kotów trwała przy swoim boku, rozmawiając nad klifem. Głównie dogryzali sobie, ale niekiedy przez konwersację przewinęły się też nieco szczersze słowa. Nie były to wyznania zbyt wielkie, ale mimo wszystko wydawały się bardzo… intymne. Choć znacznie większą ilością rzeczy dzieliła się Foka, podczas gdy Buk preferował raczej... pozostanie tajemnicą.
— …I wtedy złapałam całkiem sporego ptaka! Drzemiące Słońce był pod wrażeniem, mówię ci! — opowiadała.
Srebrny co jakiś czas potakiwał głową, zadawał jej pytania. Szczerzył się, unosił brwi, reagował tak, by wyglądać na takiego, co słucha. Foczej Fali się to podobało – a przynajmniej tak uważał Buk, bo zdawała się dosyć szczęśliwa.
— No, ale co mi tam po słowach Drzemiącego Słońca… Nie potrzebuję pochwał od niego ani zresztą żadnego innego kocura! No… może z wyjątkiem jednego — wymruczała cicho, spoglądając w pomarańczowe oczy wojownika, w których teraz odbijało się granatowe niebo, a na nim ledwo widoczne gwiazdy.
Bukowa Korona zastygł w bezruchu, nawet nie ważąc się spojrzeć na Foczą Falę.
— Widzisz… nigdy nie myślałam, że będzie mi zależeć na opinii innych, ale… potem zjawiłeś się ty — wygłosiła dosyć szybko. Nie brzmiała, jakby mówiła to z dozą emocji, ale Buk zdążył już zauważyć, że niebieskooka miała na ogół trochę problemów z wyrażaniem czułości. — Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale chyba… chyba mi na tobie zależy, wiesz? Tak myślę przynajmniej. Bardziej niż na kimkolwiek innym — mówiła dalej, tym razem także wpatrując się w otchłań przed nią. Mówiła te słowa trochę tak, jakby miała je wyćwiczone. — Wiesz, ja nie mam pojęcia, jak tak naprawdę wygląda miłość. Ale jeśli jest tym, co czuję wobec ciebie, to bardzo mnie zadowala. I… zdaję sobie sprawę z tego, że ty twierdzisz, że się w nikim nigdy nie zakochasz, ale jednak… jakbyś chciał spróbować… no wiesz, być razem i… i robić te wszystkie rzeczy, które robią pary, no… — wstrzymała oddech na kilka uderzeń serca — …chodzić na spacery i właściwie wszystko, co już dotychczas robimy jako przyjaciele, tyle że… pod inną nazwą — zaczął plątać jej się język, co widocznie ją frustrowało.
Srebrny zdawał sobie sprawę z tego, jak wiele pewności musiało kosztować ją to przemówienie. Sam nie wiedział, co czuł wobec niej. Jednak czy bycie w związku nie sprawiłoby, że wyglądałby na łagodniejszego, słabszego? W końcu miłość mogłaby go zaślepić, sprawić, że przestałby być… sobą. Czy przez miłość mógłby stracić swój zapał? Swój potencjał? Swoje pragnienie, by zostać władcą?
— To naprawdę emocjonalne wyznanie — odezwał się w końcu, owijając ogon ciaśniej wokół łap. — Jestem pod wrażeniem, że byłaś w stanie mi to wszystko powiedzieć. Jestem w stanie przystać na twoją propozycję. Możemy… spróbować — odparł, jednak wahając się nieco. — Proszę tylko, byś nikomu nie mówiła o tym, co dzieje się między nami. Jeszcze nie jestem gotowy na nic oficjalnego — kontynuował tym samym, nieco monotonnym tonem.
Gdy skończył, Focza Fala jeszcze bardziej wtuliła się w jego futro, milcząc. I tak siedzieli w ciszy jeszcze przez jakiś czas, najpewniej zastanawiając się nad tym, co przyniesie im przyszłość.

* * *

Bukowa Korona biegł teraz w pogoni za królikiem, zdeterminowany, by go złapać. Jeszcze nigdy dotąd nie starał się tak bardzo, by schwytać jakąś zwierzynę, jak teraz. I nie chodziło o to, że tak bardzo zależało mu na tym, by w mroźne dni wykarmić swoich pobratymców – och, nie. On chciał jedynie udowodnić przed sobą, że posiadanie “partnerki” nie zrobiło z niego gorszego wojownika. Miał obsesję na punkcie siebie, swoich umiejętności i kondycji. Jeśli tylko zauważał niewielką zmianę, od razu panikował. Teraz czuł się tak, jakby stąpał po polu minowym. Miał wrażenie, że w każdym momencie może stać się rozlazłym kochasiem, którego priorytetem jest rodzina. On nie chciał taki być. Nie chciał żyć takim życiem. Chciał być dowódcą, autorytetem – ale nie dla kociąt, lecz dla rosłych, silnych wojowników. Chciał wygłaszać motywujące mowy, posyłać wiernych poddanych do walki. Jak miałby przyczyniać się do rozrostu Klanu Klifu, jeśli miałby na głowie humorzastą kobietę i piszczące kocięta?
Zacisnął zęby. Łapy piekły go od wysiłku i powoli brakowało mu tchu, jednak wciąż nie odpuszczał. Gonił za biednym, spanikowanym zwierzęciem, podczas gdy krew szumiała mu w uszach. Ostatkiem sił przyspieszył i wyskoczył, lądując prosto na swojej ofierze. Zrobił to ciężko, niezwinnie, ale zrobił. Udało mu się – złapał tego uszaka. Ciężko dysząc, bez wahania przegryzł mu gardło, by ten przestał się wierzgać. Nie był specjalnie duży ani zresztą bardzo stary. Wyglądał na młodego. No cóż, Bukowa Korona zdawał się mieć nosa do niewyrośniętych ofiar. Pamiętał jeszcze, gdy udało mu się upolować tamtą niewielką kaczkę. Tym razem jednak na patrolu wraz z nim była Tawułowa Łapa – rodzeństwo Promiennej Łapy. Był tu także Rozświetlona Skóra i Drzemiące Słońce.
Wojownik wziął do pyska ciało królika i zawrócił, kierując się w stronę, z której tu przybiegł. Gdy udało mu się dołączyć do grupy, zaczął maszerować przy boku Tawułowej Łapy.
— Fy sesfes sfostfa Pomenej Fapy? — wybuczał, wciąż trzymając zwierzynę w zębach. Gdy jednak zrozumiał, że w takim stanie zbyt długo nie podyskutuje, wcisnął królika Drzemiącemu Słońcu z komentarzem:
— Ale przed wejściem do obozu mi go oddasz. Klan musi widzieć, jak bardzo się dla nich staram.
Powiedziawszy to, wrócił do białofutrej i odchrząknął.
— Jesteś siostrą Promiennej Łapy, mam rację? — zapytał, unosząc jedną brew w górę. — Nie wiem, czy ci mówiła, ale właściwie to się znamy. Opowiadała ci o tym, jak polowaliśmy na kaczki? To znaczy… ja polowałem, bardzo pomyślnie zresztą — zaczął się przechwalać. Nie zależało mu na nowej przyjaźni, a raczej na zabiciu nudy. Poza tym, jeśli kiedyś chciał zostać przywódcą, to musiał zdobywać wspólników, no nie? Kto chciałby jakiegoś boi-wróbla za lidera? O wiele większe szanse miały koty rozmowne, charyzmatyczne. — Jeśli nie, to nie masz się o co martwić! Mogę ci opowiedzieć. Mam całkiem dobrą pamięć, znam wszystkie szczegóły tamtego dnia. Oczywiście bardzo majestatycznie upolowałem wtedy to pisklę, ale nie zabrakło także śmiechów. Bo jestem całkiem zabawny, jakbyś jeszcze nie zauważyła — kontynuował. Miał świadomość, że nie każdy zrozumie jego wyrafinowanego poczucia humoru. Obawiał się też, że mózg Tawułowej Łapy może nie przyswoić jego cudowności. Ale cóż, wyjdzie w praniu. 

<Tawułowa Łapo?>

Jaskółcze Ziele urodziła!

 Jaskółcze Ziele urodziła jednego, słodkiego synka!

ZAGINĄŁ

 

POCHMURNY PŁOMIEŃ

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna zaginięcia: Poszukiwanie wygnanej partnerki

Zaginął!

21 stycznia 2026

Od Kuniego Strumyczka CD. Szałwiowego Serca

Kuni Strumyczek słuchała w milczeniu, pozwalając, by jego słowa opadły między nich niczym ciężkie liście, niesione nocnym wiatrem. Nie przerwała mu ani razu, choć każde kolejne zdanie zdawało się wbijać w jej serce drobną, uporczywą drzazgę. Widziała, jak się garbi, jak jego ogon instynktownie owija się wokół ciała, jakby próbował ochronić się przed światem — i przed nią. A jednak stał tu, nie uciekł, nie zamknął się w całkowitym milczeniu. To już samo w sobie znaczyło więcej, niż był skłonny przyznać.
Przez krótką chwilę nie odezwała się wcale. Spojrzała ponad jego pochyloną głową.
— To nie jest litość — odezwała się w końcu cicho, jej głos był spokojny, lecz stanowczy, niczym nurt strumienia, od którego wzięła imię. — Gdyby tak było, nie stałabym tu teraz. Litość jest łatwa. Współczucie… też bywa puste. Ale przyjaźń? — zawahała się na moment, po czym potrząsnęła lekko głową. — Przyjaźń nie znika tylko dlatego, że ktoś się potknął. Nawet jeśli upadł bardzo nisko. 
Zrobiła krok bliżej, choć nie na tyle, by naruszyć jego przestrzeń. Nie chciała go osaczać; chciała, by sam zdecydował, czy jeszcze potrafi stać obok innych.
— Mówisz, że rozumiesz gniew klanu. Że akceptujesz karę. — Jej spojrzenie spoczęło na jego łapach, wciąż wbitych w ziemię. — Oczywiście. Rozumiesz, że musisz ponieść konsekwencje. I nikt temu nie zaprzecza. Ale nie myl odpowiedzialności z przekonaniem, że przestałeś być wart czegokolwiek.
Jej ogon poruszył się niespokojnie, muskając kamienie pod łapami.
— Wiesz, co najbardziej mnie boli, gdy na ciebie patrzę? — zapytała ciszej. — Nie to, co zrobiłeś. Tylko to, że zachowujesz się tak, jakbyś już sam wydał na siebie wyrok. Jakby Mandarynkowa Gwiazda była tylko formalnością, a prawdziwy sąd odbywał się tutaj — dotknęła delikatnie łapą własnej piersi. — I trwał bez końca.
Zamilkła na moment, pozwalając, by cisza znów zapadła między nimi, lecz tym razem nie była ona ciężka — raczej pełna napiętego oczekiwania.
— Mówisz, że są nocniacy, którzy bardziej zasługują na miano przyjaciela. — Uniosła lekko kąciki pyska, w smutnym, krótkim uśmiechu. — Być może. Ale to nie ty decydujesz, kogo ja nim nazywam. I nie odbiorę sobie tego prawa tylko dlatego, że ty w tej chwili nie potrafisz spojrzeć na siebie łagodniej.
Jej głos stwardniał nieznacznie, choć wciąż był ciepły.
— Możesz „jakoś to przetrwać”, jeśli tego chcesz. Możesz zamknąć się w tym bólu i czekać, aż miną kolejne księżyce. Ale nie mów mi, że nie potrzebujesz nikogo obok.
Kuni Strumyczek spojrzała na niego uważnie, po raz pierwszy od początku rozmowy nie odwracając wzroku.
— Nie przyszłam tu, żeby cię ratować, Szałwiowe Serce — dodała łagodnie. — Przyszłam, bo wciąż jesteś częścią mojego świata. I jeśli naprawdę chcesz wszystko dźwigać sam… to przynajmniej pozwól innym iść obok ciebie, nawet jeśli tylko przez kawałek drogi.


<No, Szałwik! Weź się w garść, dobra?>

Kalinka została adoptowana!

 

Kalinka

Od Niebiańskiej Poświaty do Zwiewnego Maku

Chmury przelatywały leniwie po rozległym niebie, sunąc niczym blade, rozciągnięte pióra nad linią horyzontu, gdzie morze spotykało się ze światłem gasnącego dnia. Słona bryza muskająca futro niosła ze sobą chłód oraz jednostajny szum fal, które z niezmienną cierpliwością rozbijały się o brzeg. Niebiańska Poświata siedziała nieruchomo na wilgotnym piasku, wpatrując się w taflę wody, która mieniła się barwami bursztynu i purpury, jakby sam Klan Gwiazdy rozlał po niej resztki dnia.
Już od dłuższego czasu na swoim karku nosiła nie tylko nowe imię, lecz także ciężar odpowiedzialności — obowiązki, zadania oraz przywileje, które przyszły wraz z nim i których nie sposób było zignorować. A jednak… cieszyło ją to. Cieszyło ją to, że jest już wojowniczką, a jeszcze bardziej cieszyła ją świadomość, że w tej jednej, cichej chwili może odejść od obozowiska, pozostawić za sobą szepty i spojrzenia, by usiąść na plaży, wziąć głęboki oddech i pozwolić, by zachód słońca ukoił myśli.
Każdy taki widok był dla niej jak obietnica — moment, w którym nie musiała już unosić głowy wysoko, by utwierdzać wszystkich w swojej wyższości czy nieomylności. Mogła pozwolić sobie na słabość, na ciszę i samotność, na bycie jedynie kotką zapatrzoną w świat. Choć… cisza ta byłaby pełniejsza, gdyby Kołysankowa Łapa siedział obok niej. Gdyby mogła obserwować, jak jego rude futro płonie ciepłym blaskiem zachodzącego słońca, jakby sam był częścią tego krajobrazu, czymś oczywistym i niezbywalnym.
Odkąd poruszyła temat bengala podczas zgromadzenia, wszystko uległo zmianie. Jej świat zawirował, jakby grunt pod łapami stał się nagle niepewny, a ona sama poczuła się nieważka, unoszona kapryśnym wiatrem losu. Kochała go — miłością cichą, lecz intensywną, w której mieściło się uwielbienie dla jego cudownego, zdobionego pręgami futra, dla jego dobroci, lojalności i gotowości do poświęceń. A jednak księżyce mijały nieubłaganie, a ona wciąż go nie widziała. Z każdym dniem nadzieja na ponowne spotkanie kruszyła się niczym wyschnięta muszla pod naciskiem łapy, choć wbrew rozsądkowi wciąż się łudziła i wciąż przywoływała w myślach jego sylwetkę. Być może tak właśnie działała tęsknota — trzymała serce w ciągłym napięciu, napełniając je jednocześnie smutkiem i marzeniami, których nie sposób było się wyrzec.
Z jej pyska wyrwało się ciche westchnienie, przepełnione rezygnacją, gdy dotarła do niej myśl, że być może będzie musiała pogodzić się z tym, iż nigdy więcej go nie ujrzy. Że tak jak na poprzednim zgromadzeniu, rozpłynie się w tłumie obcych zapachów i sylwetek, aż w końcu stanie się jedynie wspomnieniem. Futro na jej karku nastroszyło się na samą myśl o tym, że kot, którego sekretnie adorowała, mógłby po prostu zniknąć, pochłonięty przez mgłę czasu i granic.
Strzepnęła ogonem, czując, jak w piersi rodzi się bunt, po czym syknęła cicho pod nosem, jakby sama do siebie. Nie. Nie dziś. Nie jutro. Nigdy. Nie będzie dłużej karmić się smutkiem ani biernie czekać, aż los zdecyduje za nią. Złapie go na granicy — tak jak zrobiła to ostatnim razem. I choćby miała czekać dniami i nocami, nie ustąpi, dopóki ponownie go nie ujrzy.
Wypełniona nagłym przypływem energii poderwała się na łapy, strząsając z futra drobne okruszki piasku, które przyczepiły się do niej niczym resztki wahania. Ruszyła w stronę granicy z Klanem Burzy krokiem pewnym, twardym i zdecydowanym, a w jej uszach buzowała cicha radość — myśl o tym, że znów może go spotkać, że choćby na krótką chwilę świat zacznie wirować tylko wokół niej.
Choć jej węch był dużo słabszy niż u większości wojowników, nauczyła się już rozpoznawać, gdzie mniej więcej przebiega niewidzialna bariera oddzielająca jej klan od Klanu Burzy. Ziemia zdawała się tam inna, zapachy bardziej ostre i wyraźne, a cisza — czujna. Była przekonana, że nic nie zdoła jej zaskoczyć, lecz myliła się. Jej mięśnie napięły się instynktownie, gdy zza jednego z gęstych krzewów wyłoniła się smukła koteczka o futrze ciemnym niczym bezgwiezdna noc, splamiona jedynie odłamkami bieli. Ta sama, która wtrąciła się w jej rozmowę podczas jednego ze zgromadzeń, pozostawiając po sobie nieprzyjemne wrażenie.
— O. To ty… Makowa Szkapa… znaczy się Łapa — odezwała się Niebiańska Poświata, a w jej głosie pobrzmiewała chłodna rezerwa, podszyta czujnością, która w jednej chwili przyćmiła wszystkie wcześniejsze marzenia.

<Zwiewny Maku?>

Od Gąski

Przeszłość, opowiadanie powiązane z wcześniejszymi Gąskowymi oneshotami

Niebieski kocur rozpłaszczył się na ziemi, oznajmiając, że się poddaje. Gąska, mimo swoich maleńkich rozmiarów, pokonała starszego i większego kocura, a w dodatku nawet nie musiała użyć siły. Wystarczyło uczepić się jego grzbietu, jego długiej sierści i za nic w świecie nie puszczać. Pręgus spoglądał przed siebie, aż w końcu uniósł spojrzenie na Gąskę, która wciąż utrzymywała się na jego plecach.
– Proszę, pozwól mi odejść...
Gąska przyglądała się samotnikowi, będącemu wspólnikiem kocicy, która ją oszukała. W porównaniu do czarnej koteczki niebieski nie emanował pewnością siebie. Położył po sobie uszy, ewidentnie żałując, że Rosa obłowiła się w tłuściutkie pyszczki, kosztem nieszczęścia Gąski. Bura kotka zniżyła pyszczek na wysokość głowy kocura. Instynktownie zmrużył oczy, napinając przy tym mieście, najprawdopodobniej przygotowując się na atak.
– Ty! Mysi! Móżdżku! – wykrzyknęła do ucha kocura, sprawiając, że prawdopodobnie chwilowo ogłuchł. Kocur poderwał się na równe łapy, zataczając się. Gąska zdążyła zeskoczyć z jego grzbietu, lądując tuż obok niego na trawie.
Nie współczuła mu ani trochę. Razem z siostrą zabawił się jej kosztem, decydując się na kłamstwo, gdy ona próbowała ochronić swoich bliskich. Swoją rodzinę. Cieszyła się, że jednak to ona padła ofiarą ich oszustwa, a nie jakiś inny kot. Gdyby wpadli na Jeżogłówkę lub na jej uczennicę, Kasztankę, nie wybaczyłaby im tego.
– Powinnam poinformować wojowników i zwiadowców na temat waszej obecności na naszych terenach! Nie skończyłoby się na kilku siniakach i dzwonieniu w uszach... – prychnęła. – Odejdźcie stąd i już nigdy nie wracajcie, słyszysz? Jeśli jeszcze kiedykolwiek zobaczę wasze zakłamane pyski, gorzko tego pożałujecie.
Nie była dobra w te klocki. Nie umiała grozić. Na dobrą sprawę potrafiła gdzieś w głębi serca im chyba jednak współczuć i rozumieć, dlaczego zdecydowali się na kłamstwa w zamian za otrzymywanie jedzenia. Z tego, co zrozumiała, podróżowali tylko we dwójkę. Byli zdani tylko na siebie i to nie wiadomo od ilu księżyców. Być może już jako małe, kilkuksiężycowe kocięta musieli radzić sobie sami w dziczy.
"Czy gdybym nie trafiła do Owocowego Lasu, również starałabym się wykorzystać naiwność innych kotów, aby przetrwać?"
– Deszcz! – Czarno-biała kotka podbiegła do swojego brata. – Coś ty mu zrobiła... – Wysyczała, obnażając kły i robiąc krok w przód w kierunku stróżki.
– Nic. Jedynie krzyknęłam mu do ucha. Poza chwilowym bólem uszu nic mu nie dolega... – Gąska przybrała koślawą pozycję obronną, gotowa na atak ze strony kocicy. – Zadrwiłaś sobie ze mnie. Ty i on... Naraziliście moich bliskich...
– Żalem byłoby nie wykorzystać naiwnej gąski, która sama wlazła mi pod łapy. – Schowała pazury. Pogardliwie spojrzenie, którym obdarowywała Gąskę, ustąpiło łagodnym, czułym spojrzeniu, gdy wlepiła wzrok w swojego brata. Otarła się o jego lewą stronę pyska, by ponownie łypać na burą szylkretkę.
Wyszeptała coś do brata, by po dłuższej chwili oboje zaczęli kierować się w kierunku terenów niczyich. Odchodzili. Zrezygnowali z walki, zarówno słownej, jak i fizycznej. Gąska przez długi czas obserwowała samotnicze rodzeństwo, a jej ogon raz za razem przecinał powietrze. Była zestresowana, ale również zła. I to chyba po raz pierwszy w życiu! Nawet takich emocji nie odczuwała, gdy dowiedziała się, że Orzeszek oraz Kajzerka nie są jej prawdziwymi rodzicami.
Gdy adrenalina opadła, a po rodzeństwie nie było już żadnego śladu, prócz ich zapachu, ogon Gąski powoli opadł na trawę, a ona sama przygryzła policzek i wlepiła spojrzenie w kałuże u swych łapach. Spoglądała w swoje odbicie ze smutnym wyrazem pyska.
– Naiwna Gąska... – wymamrotała, rozważając w głowie scenariusz, w którym mieszka w jednym z klanów i otrzymuje takie, a nie inne wojownicze miano.
Otrzepała się, decydując się przylizać jeden z odstających na piersi włosków, po czym ruszyła wolnym krokiem z powrotem do obozu. Poinformowała liderkę i zastępców o tym, że udało jej się przepędzić z terenów dwójkę samotników.


Brzoza urodziła!

 Brzoza urodziła trójkę radosnych kociąt!








20 stycznia 2026

Od Strzępka Do Rozkwitającego Astra

Sezon nagich drzew zawitał także i w obozie Klanu Klifu, gdyż pomimo osłony wodnej w postaci wodospadu to nadal morska bryza wkradała się do jaskini w klifie. Nie było najgorzej, lecz wojownicy mogli w jakimś stopniu odczuwać zmiany temperatury, czym nie miał się przejmować taki kociak jak Strzępek. Kocurek całe dnie mógł spędzać w miarę ciepłym legowisku u boku siostry, bądź matki — nawet jeśli ta bywała nieobecna, jej spojrzenie w ich kierunku było przepełnione bólem lub opuszczał rodzeństwo, pozostawiając z nimi Króliczą Prawdę.
Point początkowo nie był przekonany do swojego przybranego ojca, lecz powoli, z czasem stał się dla niego czymś normalnym, częścią rutyny, a nawet jego małego świata, który jak na razie ograniczał się do ścian kociarni. Podobnie było z innymi kotami, które chętnie przychodziły do żłobka, by spróbować się z nimi pobawić lub porozmawiać, co było niepewną kwestią w przypadku Strzępka — ten dość zmienne dni, gdzie o jednej porze lubił przysłuchiwać się opowieścią wojowników, a w inne obracał się do nich plecami, ignorując, jakby byli zwykłym powietrzem.
Kocurek nieco zyskał na swojej pewności co do prostolinijnego i często boleśnie szczerego traktowania innych, kiedy to kociarnię opuściła Postrzępiony Mróz oraz Naparstnica, choć teraz już Naparstnicowa Łapa. Point nie krył swojego zdziwienia i zainteresowania, jakim cudem tak nieskoordynowany ruchowo arlekin został mianowany na ucznia. Wiedza morskookiego ograniczała się jedynie do tego, że w klanie mógł podążyć ścieżką wojownika lub medyka — nic nie wiedział o protektorach, jakby nieświadomie wypierając ich istnienie ze swojej młodej główki. Może raz lub dwa słyszał określenie protektor, lecz ten nie zapamiętał go z jakiegoś powodu.
Młodzik właśnie był pochłonięty turlanie kulki mchu, gdy ta nagle się potoczyła pod łapy szylkretki przez zbyt dużą siłę, jaką włożył w to Strzępek. Kocurek zmrużył swoje ślepia, oceniając wzrokiem kotkę w wejściu do żłobka. Pierwsze, co się rzucało w oczy to to, że miała w bure futro wpleciony kwiaty astry oraz zioła. Napotykając spojrzenie kociaka, posłała mu ciepły uśmiech.

<No Aster, pierwsze koty za płoty>

Od Konwaliowej Mielizny CD. Kasztanka

To już się chyba stało tradycją, że zawsze zaraz po porannym lub popołudniowym patrolu, liliowy brał ze stosu coś dla Nenufarowego Kielichu oraz Złocistego Widlika, ewentualnie dla siebie, lecz przy obecnej porze nagich drzew każda zdobycz się liczyła — dlatego też niektórzy odmawiali w jakiś dzień swojej racji, by wystarczyło dla wszystkich.
Dzisiaj pogoda niezbyt dopisywała, gdyż nisko nad ziemią wisiała gęsta mgła, przez co każdy wojownik musiał uważać, gdzie stawia swoje kroki. Przy trójce kociąt w żłobku łatwo było o wypadek, szczególnie że zawsze się zdarzy jakiś mały uciekinier, którego można zadeptać, a tego raczej nikt nie chciał. Dlatego też Konwalia wolał trzymać się bliżej linii legowisk i trzcinowych murów. Choć w takich warunkach to najchętniej, by siedział w suchym i ciepłym legowisku. Nie był suchą łapą, lecz po prostu wszechobecny chłód jeszcze szybciej przenikał przez jego szatę, kiedy ta była mokra i przylegała do ciała.
Pierwszy patrol składał się z Lśniącej Ikry, Kijankowych Moczarów i Siwej Czapli, nie wliczając do tego młodego wojownika. Ich grupa to były wyłącznie kocury, lecz raczej nikt się tym nie dziwił szczególnie po niedawnym ataku wydry na Nocniaków. Stworzenie te mogło nadal gdzieś przebywać w okolicy i zagrażać pozostałym — już jeden uczeń zginął, więcej nie było trzeba. We czwórkę skierowali się do tunelu w murze, by następnie po paru krokach wejść do wody. Nie było innej drogi na drugą stronę brzegu, nad czym ubolewał liliowy, czując, jak chłód już zakleszcza na nim swoje szpony. Ledwo wyszedł z wody, a momentalnie zaczął niekontrolowanie dygotać — jeszcze nie miał okazji pływać w takich warunkach, a już w szczególności udać się na patrol.

***

Wkraczając do obozu, czuł, jak każda jego kość w ciele dygocze od przenikliwego chłodu, na które był wystawiony jeszcze przez chwilę, nim pospiesznie nie udało się do legowiska wojowników. Dopiero tam rozluźnił szczękę, która dotychczas była napięta, by nie zacząć szczękać zębami — miał wtedy wrażenie, że słyszy go każdy na terenie Klanu Nocy.
Nie zwlekając ani uderzenie serca dłużej, zabrał się za dokładną pielęgnację liliowej sierści, starając się, jak najszybciej pozbyć wody z jej pasem. Dopiero po kilkudziesięciu pociągnięciach językiem chłód zaczął opuszczać jego młode ciało, ustępując ciepłu legowiska, nawet jeśli te było początkowo dość znikome. Po jakimś czasie przeszedł do kolejnego etapu, jakim było ułożenie długiej szaty, by godnie się prezentować. W końcu nauki Borówkowej Słodyczy nie mogą pójść w las.
Kiedy był pewny, że jest gotowy na ponowne opuszczenie legowiska, podniósł się z posłania, by następnie wziąć dwie ukleje i najpierw wstąpić do Nenufarowego Kielichu. Starsza z uśmiechem przywitała młodego wojownika, lecz było widać w tym ciepłym geście ból oraz samotność. Kotka była obecnie jedyną personą, która przebywała w legowisku dla starszyzny. Dlatego też Konwaliowa Mielizna odwiedzał ją tak często, jak mógł — nie wiedział, jak inni członkowie klanu opiekują się żółtooką, lecz uważał, że nie miało to znaczenia, dopóki on często dotrzymywał towarzystwa Nenufarze.
Po długiej rozmowie o błahostkach wojownik podniósł się z ziemi, by z bólem opuścić starszą. Nie chciał jej samej zostawiać, lecz czekał na niego jeszcze jeden kot, ale tym razem w kociarni. Złocisty Widlik także przywitał go z uśmiechem, by następnie przyjąć od niego rybę i w czasie ich wspólnej rozmowy ją spożywać. Ich rozmowa nie skupiała się na jednym temacie, płynęła naturalnie niczym spokojny nurt rzeki. Kiedy to niebieskooki wojownik zauważył, że pewna mała kulka się do nich zbliżyła. Konwalia niemal od razu rozpoznał Kasztanka, który wraz z bratem nieco wyróżniał się, patrząc na to, że ich siostra, Werwa, z wyglądu była niemal małą kopią swojej matki. Kocurek jako jedyny był dymny ze średnią ilością bieli, gdyż ten najwięcej miał Narcyz.
— Przepraszam, czy moglibyście opowiedzieć mi bajkę na dobranoc? Jestem zmęczony, ale nie mogę zasnąć, a nie chcę męczyć mojej mamy, ona pewnie jest bardziej zmęczona ode mnie… Może opowiedzielibyście też i jej? — W końcu niepewny zadał pytanie, kierując je zapewne do Konwalii, gdyż to właśnie na nim przez parę uderzeń serca spoczywały z obawą brązowe ślepia kocurka.
Nieco zdziwiony tą prośbą, spojrzał na przyjaciela, który z ciepłym uśmiechem próbował go przekonać do podjęcia się tego. Lekko zmrużył oczy, mówiąc jasno Widlikowi, że jak coś to on ponosi konsekwencje reakcji młodzika — oczywiście, jeśli ta będzie jedynie negatywna, bo przecież liliowy nie da mu przypisać swoich zasług. Co to, to nie!
— Ależ oczywiście Kasztanku. Powiedz jeno, czego chcesz posłuchać? Mogę coś Ci niestandardowego opowiedzieć bądź legendę o tym, jak powstały koty lub o paziu królowej. Wybierz to, co chcesz usłyszeć z mojego pyska, a tak też się stanie — wymruczał Konwalia, odsuwając, podarowany przez piastuna kawałek uklei, który wrócił ponownie w okolice jego łap. Był wdzięczny, że starszy chce się podzielić rybą, lecz ta była w całości przeznaczona dla niego.

<Kasztanku? Co chce usłyszeć twa dusza?>