BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 3 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

27 kwietnia 2026

Od Niedźwiedziówkowej Łapy (Niedźwiedziówkowego Pyłu) CD. Narcyzowej Łapy

Niedźwiedziówkowa Łapa stała nieopodal stosu ze zwierzyną, uważnie mu się przyglądając. Co tym razem powinno znaleźć się w jej żołądku? Ryba? Ogon Kasztanka, a może jakiś ptak? Kiedyś w końcu by o tym zadecydowała, lecz przerwał jej piskliwy głosik:
— Mamo. — Narcyzowa Łapa pociągnął za spływające jej z grzbietu futro i uśmiechnął się elegancko. — Prawie się dzisiaj utopiłem.
Bura zamrugała kilka razy i nawet zdziwiona przymknęła ślepia, lecz gdy już słowa syna do niej dotarły, uśmiechnęła się sztucznie, jakby złośliwie.
— Szkoda, że prawie — wycedziła przez zęby, wciąż się szczerząc. Nim jednak Narcyz zdążył coś odpowiedzieć, zaraz strzepnęła ogonem, uciszając go. — Musisz pokazać tej Muśniętej Iskrze, że z ciebie dobry materiał na Nocniaka — mruknęła, zachowując się tak, jakby nie wypowiedziała wcześniejszych słów. “Pajączek zapewne już by miał rangę wojownika!” — myślała, lecz nie przyznała tego na głos. — Będzie mi za ciebie wstyd, jeśli cię okrzykną leniwą niedorajdą. A chyba nie chcesz, żeby mi było za ciebie wstyd, czyż nie?
— Ależ skądże! — odparł Narcyz, prostując się i wypinając pierś niczym dumny paw. Dobrze, że przynajmniej zapału mu nie brakowało; o ile tylko nie udawał zaangażowanego przed matką, a na treningach się obijał.
— Świetnie. Jak zauważę, że się lenisz, to osobiście porozmawiam z Muśniętą Iskrą i każę jej wyrwać ci wszystkie kłaki — oznajmiła, wciąż zachowując pogodny wyraz pyska.
— Chwila… Muśniętą Ikrą? Jej? — zapytał nagle czarno-biały, przekręcając głowę. — Mój mentor to Lśniąca Ikra. Jest ko-
— Shh! — przerwała mu Niedźwiedziówka, kręcąc łbem. — Nie interesuje mnie żadna Leśna Igła. To, jak się nazywa, nie wpływa na to, jak masz się zachowywać podczas treningów — stwierdziła, po czym bez słowa odwróciła się od swojego syna i zniknęła w legowisku uczniów. Trochę wstyd, że wciąż musiała spać pod jednym dachem wraz ze swoimi dziećmi, ale była w stanie jakoś to przełknąć. I tak była od nich o stokroć zdolniejsza, lepsza i piękniejsza.

* * *

Trochę długo Mandarynkowa Gwiazda trzymała ją jako ucznia. Ponadto teraz Niedźwiedziówka musiała użerać się na treningach z Algową Strugą, bo Wężynowy Kieł skrzywdziła się, wydając na świat jakieś brzydkie kocię, które w dodatku zostało odrzutkiem. Bura starała się interesować rodziną królewską i wszystkim, co z nią związane, toteż nie umknął jej fakt, że Flaming nie nosił na czole tej krzywej plamy niby-lotosu. W ogóle by się tym pewnie nie zajmowała, gdyby nie fakt, że pragnęła mieć dobre stosunki z najważniejszymi osobistościami w Klanie Nocy. A by mieć z nimi dobre stosunki, wypadałoby mieć jakieś pojęcie o ich życiu.
Algowa Struga też nosiła na czole ten lotos, ale nie była już tak istotna, jak reszta swojej rodziny. Była stara, trochę dziwaczna i raczej nie wtrącała się w obecne kontrowersje w rodzinie królewskiej. Można by rzec, że była “emerytowana” — ale na dobry początek relacja z nią musiała Niedźwiedziówce wystarczyć.
— Czemu wszyscy tak nienawidzicie czekoladowych kotów? — zapytała raz bura, gdy wraz ze swoją mentorką odbywały trening. Zatrzepotała niewinnie rzęsami, wpatrując się wprost w brązowe oczy księżniczki.
— Wężynowy Kieł jeszcze ci nie opowiadała? — odparła Algowa Struga, trochę zdziwiona. — U nas w Klanie Nocy już od kilku pokoleń krąży opowieść o tym, jak powstały różne koty — zaczęła wyjaśniać. Jej pysk przybrał skupiony wyraz. — To długa historia, więc proponuję usiąść.
Niedźwiedziówka skinęła głową, na co wojowniczka zatrzymała się i przysiadła, owijając łapy ogonem.
— Kontynuując… Mówi się, że na początku nasz świat spowity był ciemnością. Nie było w nim niczego, prócz czerni, pustki — mówiła, podczas gdy bura utrzymywała z nią kontakt wzrokowy i co jakiś czas potakiwała z zaangażowaniem głową. — Dopiero chęć naszych przodków do życia sprawiła, że kawałki nieba zaczęły się kruszyć, dając początek nowemu życiu… — Jej oczy zalśniły na moment, lecz zaraz potem Alga odchrząknęła i potrząsnęła łbem. — Z odłamków czarnego nieba powstały koty czarne, a z okruchów Srebrnej Skórki zrodziły się koty białe. Powstały też koty czarno-białe, które stanowią połączenie barw czarnego nieba i Srebrnej Skórki. Są harmonią, są… ponad wszystkim — wyjaśniała, a potem jej wzrok zaczął błądzić po futrze Niedźwiedziówki. — Tacy jak ty z początku także mieli gładkie, jednokolorowe futra. Odcisnęły się jednak na nich szlaczki zarysowane w korze drzew i w taki sposób powstały pręgi.
Była samotniczka uśmiechnęła się z dumą. Kto wie, czy prawdziwą, czy tylko udawaną…
— Niezwykle piękna legenda! Moje kociaki zostały obdarowane jakże pięknymi kolorami futra, takimi wpasowującymi się w wasze wierzenia. Ale wciąż nie wiem, co z tymi czekoladowymi kotami… — przyznała Niedźwiedziówka.
— Racja. Nie mam czasu, by opowiedzieć ci o wszystkich maściach, ale jestem w stanie zdradzić ci jeszcze, że koty czekoladowe powstały z lepkiego błota — mruknęła, lecz gdy to mówiła, jej mina nieco zrzedła.
— Więc… nie należy im ufać, bo gdy za bardzo się do nich zbliżysz, wciągną cię do swojego bagna?
Alga drgnęła.
— Tak. Mniej więcej — odparła, lecz trochę bez przekonania.
— Nie wierzysz w to, prawda? — zapytała Niedźwiedziówka, na co wojowniczka otworzyła szerzej oczy i nagle podniosła się z miejsca.
— Temat skończony. Właściwie to myślę, że jesteś już wystarczająco przystosowana do życia w Klanie Nocy. Wrócimy do obozu i przekażę tę informację Mandarynkowej Gwieździe.

* * *

— Niech wszystkie koty, które są zdolne do samodzielnego polowania, zbiorą się na zebranie klanu! — rozległ się głos liderki. Algowa Struga zrobiła tak, jak obiecała. Przekazała srebrzystej kotce, że Niedźwiedziówka jest już gotowa na awans.
Była samotniczka dumnie wkroczyła między tłum, ustawiając się w pierwszym rzędzie kotów. Gdy Mandarynka nawiązała z nią kontakt wzrokowy, kontynuowała:
— Niedźwiedziówkowa Łapo, wystąp — rozkazała, co bura posłusznie wykonała. — Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódczyni Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejną wojowniczkę. Niedźwiedziówkowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia? — zapytała, mierząc kotkę poważnym, lodowatym spojrzeniem.
— Przysięgam — przyznała brązowooka, starając się brzmieć wiarygodnie. Jakby wymawiała to słowo z pewnością, ekscytacją. Jakby przez te kilka księżyców stała się fanatyczką Klanu Gwiazdy i wszystkich tradycji, które panowały w rybnej społeczności.
— Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Niedźwiedziówkowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Niedźwiedziówkowy Pył. Klan Gwiazdy ceni twoje zaangażowanie i pracowitość oraz wita cię jako nową wojowniczkę Klanu Nocy — zakończyła Mandarynkowa Gwiazda.
Nim bura zdążyła wykreować jakąś myśl odnośnie do swojego imienia, rozległy się krzyki:
— Niedźwiedziówkowy Pył! Niedźwiedziówkowy Pył!
Tłum zaczął skandować jej nowe imię. Bura rozejrzała się, a jej uwagę przykuł pysk Narcyzowej Łapy. To takie zabawne, że był w nią zapatrzony… Przecież nawet nie starała się być dla niego autorytetem czy wsparciem.

* * *

TW: Śmierć

Swoje mianowanie postanowiła uczcić pierwszym samotnym spacerem. Nie musiała zastanawiać się dwa razy — wiedziała, dokąd chce pójść. Przekraczając próg obozu, od razu skierowała się ku granicy z Klanem Burzy. W jej sercu tliła się nadzieja, że spotka tam pewnego niebieskiego kocura. Tak bardzo podobnego do Pajączka… Zapewne to właśnie on był jego ojcem, choć bura nie miała już pewności. Werwa i Narcyz mieli uszy identyczne jak Słoneczny Fragment, ale Pajączek i Kasztan przypominali raczej Burzowe Chmury. Czy to możliwe, by miot miał dwóch ojców? A może to jakieś okrutne zrządzenie losu sprawiło, że dwoje z jej kociąt było tak uderzająco podobne do dymnego wojownika?
Westchnęła ciężko. Po co właściwie zaprzątała sobie głowę takimi rzeczami? Co ją obchodziły kocięta, co ją obchodzili dawni partnerzy… Choć, jeśli miała być szczera, w tym momencie obchodzili ją całkiem mocno. Chciała spotkać Burzę albo Słońce, powiedzieć im kilka starannie dobranych słów, pokazać, jak dobrze radzi sobie w Klanie Nocy… Zasiać w nich nadzieję, że jeszcze zobaczą swoje dzieci — a potem zniknąć. Nie przyjść na umówione spotkanie, wystawić ich. Czy to nie byłoby zabawne? Owszem, pod warunkiem, że za kilka księżyców znów by ich spotkała i mogła wysłuchiwać, jak bardzo się o nią martwili. No, przynajmniej w przypadku Burzowych Chmur, bo Słoneczny Fragment raczej nie dawał sobą tak łatwo manipulować. On prędzej potrząsnąłby nią za kark, niż pozwolił wciągnąć się w jej gierki.
Zanim jednak zdążyła się w tym wszystkim zatracić, dotarła na znajome tereny. Polany wyglądały dokładnie tak, jak je zapamiętała. Aż ścisnęło ją w środku. Kiedyś bywała tu często. Kiedyś była dla Burzy kimś wyjątkowym. Traktował ją niemal jak boginię. Robił wszystko, czego od niego chciała — bronił jej, polował, obsypywał komplementami… I co najzabawniejsze, był święcie przekonany, że odwzajemnia jego uczucia.
Nie miała jednak czasu, by dłużej rozpamiętywać przeszłość. Powietrze przeciął znajomy głos.
— Pacynko! Pacynko!
Zamarła na moment. Jej żołądek ścisnął się boleśnie, a futro na karku stanęło dęba. Rozejrzała się gwałtownie i po chwili dostrzegła go — Burzowe Chmury. Jego sylwetka wyraźnie odcinała się na tle zieleni, a oczy błyszczały podekscytowaniem i niedowierzaniem, gdy biegł w jej stronę.
— Och! Burzowe Chmury! — odpowiedziała, choć w jej głosie zabrzmiała nuta zawodu. Szybko odchrząknęła, próbując się opanować. Nie mogła sobie teraz pozwolić na takie potknięcia.
Kocur pewnie przekroczył granicę i podbiegł do swojej byłej “partnerki”. Rzucił się na nią, o mało jej nie przewracając. Na ten gest Niedźwiedziówka odskoczyła jak poparzona, przez co spotkała się ze zdziwionym spojrzeniem Burzy.
— Nie! Nie możesz mnie dotykać — warknęła, może nieco zbyt ostro.
Niebieski odsunął się od niej, kładąc po sobie uszy. Wyraz pyska burej od razu złagodniał.
— Chodzi o to, że jak Nocniacy wyczują twój zapach, to będzie po mnie! — zaczęła się tłumaczyć.
Wojownik skinął głową, przez moment wciąż wyglądając jak skrzywdzone szczenię. Jego smutek zniknął jednak tak szybko, jak się pojawił. Wąsy dymnego zadrżały, a oczy znów zalśniły.
— Co ty robisz w Klanie Nocy! Byłem przekonany, że umarłaś, wyparowałaś…! To niemożliwe, że cię tu spotkałem! — ucieszył się, a jego ciało drgnęło, jakby znów chciał przytulić się do swojej byłej partnerki, ale z trudem się powstrzymał. — Wędrowałem tymi polanami i nagle zauważyłem znajomą sylwetkę w oddali, ale nie sądziłem, że to naprawdę ty… Myślałem, że umysł płata mi jakieś figle. Jak to się stało, że zadomowiłaś się w Klanie Nocy?
Niedźwiedziówka jak zwykle uśmiechnęła się z politowaniem.
— Ach, jakoś tak wyszło. Nie raczyliście przyjąć mnie w swoje progi, więc musiałam szukać pomocy gdzie indziej… — mruknęła, trochę smutno, jakby chciała w Burzy wywołać poczucie winy.
— To oni nie raczyli! Dobrze wiesz, że wtedy rzuciłbym się na każdego, kto sprzeciwiłby się twojej obecności w obozie Klanu Burzy… — przyznał szczerze.
— Wtedy? Czyli już ci na mnie nie zależy? — zapytała, unosząc jedną brew do góry. — Jeszcze mi powiedz, że znalazłeś sobie jakąś inną w Klanie Burzy! — oburzyła się nagle, a jej końcówka ogona zadrżała ze złości i oburzenia. Dobrze jej szedł ten teatrzyk. Obrazi się na niego i zostawi samego z własnymi myślami — z najgorszym wrogiem każdej żyjącej istoty.
— Skąd takie przypuszczenia! W moim sercu nie ma miejsca dla innej — uparł się, próbując jakoś udobruchać burą. Ta jednak odwróciła od niego wzrok i spuściła głowę.
— Och, nie musisz mnie okłamywać… Nie zabronię ci przecież szukania szczęścia u innych kotek — westchnęła ponuro, pociągając nosem.
— Przestań gadać głupoty!
Niedźwiedziówkowy Pył jednak milczała.
— Może… zmieńmy temat, co? Jak się nazywasz w Klanie Nocy? Bo raczej nie Pacynka, prawda? — zapytał, choć w jego głosie pobrzmiewała nuta niepewności.
— Niedźwiedziówka.
— Niedźwiedziówka co?
— Niedźwiedziówkowy Pył.
Dymny skinął głową, po czym ucichł. Zrobiło się trochę niezręcznie, dopóki jego pysk nie rozjaśniał, a z gardła nie uciekły słowa:
— Mówiłaś, że oczekujesz kociąt. To prawda? Nie okłamałaś mnie, czyż nie?
Wojowniczka spięła mięśnie na wzmiankę o dzieciach. Nie kłamała, a szkoda. Wolałaby raczej nie mieć tych pasożytów z tyłu głowy.
— Nie okłamałam. Jest ich trójka — przyznała bez większych emocji. Imion postanowiła jeszcze nie zdradzać, by w razie czego kocur nie mógł mieć pewności, że jest ich ojcem, gdyby spotkał ich na zgromadzeniu czy granicy.
— To świetnie! Nie mogę się doczekać, aż wreszcie je zobaczę… Przyprowadzisz je na granicę i będziemy mogli być jak prawdziwa rodzina, mam rację? Może… może nawet dołączę do Klanu Nocy, żeby móc być z wami przez cały czas! Pójdę do Mandarynkowej Gwiazdy i powiem jej, że cię kocham… Że jestem ojcem trójki przyszłych wojowników i należy mi się miejsce w nocniackim azylu! — stwierdził, ciesząc się jak małe dziecko. — Co sądzisz o tym pomyśle? Mogę pójść z tobą nawet teraz! Zaprowadzisz mnie do liderki i będziesz towarzyszyć w rozmowie. Co ty na to?
Spotkał się jednak z ciszą. Przenikliwą ciszą.
— Nie — odparła krótko Niedźwiedziówka. Jej głos był pewny.
— Dlaczego? Myślisz, że mnie nie przyjmie? — dopytał zmartwiony.
— Mandarynkowa Gwiazda? Nie wiem, mogę zgadywać. Wiem jednak, gdzie na pewno cię przyjmą — mruknęła.
— Gdzie…?
— W zaświaty.
Burzowe Chmury zastygł w bezruchu, a na jego mordce pojawiło się zdumienie. Przez moment wpatrywał się w pysk swojej byłej partnerki, jakby próbował wyczytać z jej brązowych oczu jej intencje.
— Słucham? — miauknął, cofając się o krok.
Niedźwiedziówka jednak nie odpowiedziała, a jedynie uśmiechnęła się szerzej. W odpowiedzi dymny zrobił kolejny krok, a potem jeszcze drugi. Zaczął się cofać, aż w końcu nie rzucił się pędem w którąś ze stron.
Bura nie zamierzała marnować czasu. Od razu pognała w pogoni za nim, zdeterminowana do tego, by wygrać ten wyścig na śmierć i życie. Mroźny wiatr owijał jej ciało i szczypał w oczy, ale nie pozwalała sobie na stracenie ofiary z pola widzenia. Biegła tak, jakby zależała od tego jej przyszłość — bo po części tak było.
W końcu Burzowe Chmury zwolnił. Biegł przez tereny Klanu Nocy, a teraz przed jego łapami rysowało się długie i szerokie jezioro. Nie próbował zawrócić, nie próbował czmychnąć na tereny Klanu Burzy. Odwrócił się przodem do burej, dysząc ciężko.
— Czego… chcesz? — wysapał, marszcząc brwi. — Zachowujesz się… dziwnie — przyznał łamiącym się głosem.
Brązowooka powolnym krokiem ruszyła w jego stronę. Serce biło jej w piersi z wysiłku, ale starała się zrobić wszystko, by nie dać po sobie poznać, że jest zmęczona. Gdzieś w połowie drogi wysunęła pazury, a gdy była wystarczająco blisko, wyskoczyła do przodu tak zwinnie, jak żaba.
Niebieski wojownik wykonał unik, lecz zaraz później Niedźwiedziówka przydzwoniła mu w pysk łapą. To na moment go ogłuszyło, co bura wykorzystała. Z całej siły skoczyła na niego, starając się go przewrócić. Wkrótce Burza przetoczył się po ziemi, lądując w płytkiej wodzie. To musiało go rozbudzić, bo zaraz się podniósł i zakasłał kilka razy. Otwarł pysk raz jeszcze, teraz, by coś powiedzieć, jednak Nocniaczka nie dała mu dojść do słowa.
Ponownie rzuciła się na niego, popychając go w głąb jeziora. W końcu udało jej się znowu go przewrócić, a potem przyszpilić łapą do dna zbiornika. Burza zaczął się szamotać, lecz nie odważył się strącić z siebie kotki. Może za bardzo ją kochał, by to zrobić? Położył swoje łapy na jej klatce piersiowej, ale nie wysunął nawet pazurów. Nie chciał zrobić jej krzywdy. Wiedział, że nadszedł jego czas.
Gdy kocur zwiotczał, sięgnęła zębami po jego skórę na karku i wywlokła go jeszcze dalej od brzegu. Nie było na nim żadnych śladów kłów czy pazurów, bo tego dnia nie odbyła się tu żadna walka. Jego śmierć mogła wyglądać jak nieszczęśliwy wypadek podczas pływania, a może jak celowe odebranie sobie życia… Kto wie.
W drodze powrotnej do obozu rozszalała się burza. Ta Pora Nagich Drzew była wyjątkowo ulewna. Ciężkie krople deszczu rozmywały ślady łap i zapach Burzowych Chmur na terenach Klanu Nocy. Poza tym wojowniczka mogła później powiedzieć, że to deszcz tak bardzo zmoczył jej futro.
Gdy dotarła do azylu, była przemoczona do suchej nitki. Woda spływała z jej futra, a ciało drżało z zimna. Nim zdążyła przemknąć do legowiska wojowników, wpadła na kogoś.
Narcyzowa Łapa.
Zamilkła, wpatrując się w jego dwukolorowe ślepia.

<Narcyzowa Łapo?>

Od Chudej Łapy (Chudego Grzbietu)

Przyszła zima. Znienawidzona pora roku Chudej Łapy, który łaził cały markotny. Tu zimno, tam mokro, a tam to w ogóle beznadzieja. Jego kara się skończyła, nie musiał już wymieniać legowisk, wycierać samicom nosów i karmić starszych, z czego się cieszył. Nadal jednak nie zakolegował się z wujkiem Kalinki, którego kiedyś wystraszył. Miał z tyłu głowy to w planach, ale wykonanie okazało się o wiele trudniejsze. Do tej pory go unikał, nie żeby to było trudne, bo kocur jest niewidomy. Ale w przyszłości, jeśli zdąży, to chciałby go chociaż przeprosić za tamto. Może Kalinowy Powiew nie będzie wtedy na niego taka zła…
Podrapał się za przekłutym kością uchem, a drobinki skóry poleciały na biały śnieg. Chrupał zabawnie pod łapami, ale Chudemu nie było do śmiechu. Ostatnio o mało nie spotkał się ze śmiercią- tym razem naprawdę! Chociaż wtedy po kocimiętce też miał blisko do bram Mrocznej Puszczy… ale! Gdy dwunożni wyciągnęli łapy po Nocnego Śpiewaka, Chudego zmroziło. Borsucza Puszcza została finalnie przez nich zabrana, czego dowiedział się od brata, bo on sam już dawno z tego miejsca uciekł, gdzie pieprz rośnie. Nigdy nie biegł tak szybko w swoim życiu i oby nie musiał tego powtarzać. Niemalże wypluł płuca, kryjąc się gdzieś w zaroślach, gdzie później znalazł go Noc.
Takie to miał przygody ten młody medyk. Gdyby Przodkowie dali mu wybór, to wolałby mniej… atrakcyjne życie. A tak tu to, tam tamto. I tak leciało. Roztargniony Koperek pewnie bał się puszczać go samego gdziekolwiek w obawie, żeby znowu nie wpakował się w tarapaty. Gdzie Chudy nawet nie próbował! To kłopoty znajdowały jego.
Pewnego dnia, wieczorem, Zalotna Gwiazda zwołała koty. Wskoczyła ze skrzypieniem kości na ścięty pień. Chudy patrzył. Coś tam ogłosiła, a następnie podeszła do niej Cisowe Tchnienie. Kotka zwróciła oczy na Chudą Łapę, a po jego plecach przebiegł naprawdę dziwny dreszcz. Położył uszy po sobie i nerwowo przełknął ślinę. Cis ogonem go zawołała. Podszedł niepewnie, po chwili się prostując, bo w końcu był na oczach całego klanu. Nawet jeśli połowy nie lubił, niech widzą go w jego pięknej okazałości!
— Ja, medyczka Klanu Wilka, Cisowe Tchnienie, wzywam moich walecznych Przodków, by spojrzeli na tego oto ucznia — zaczęła, a Chudy rozdziawił buzię w szoku. Czy on naprawdę dożył tego momentu?! — By z waszą pomocą służył klanowi przez długie przyszłe księżyce. Chuda Łapo, czy przysięgasz podążać drogą medyka, trzymać się z daleka od klanowych wojen i chronić wszystkie koty, nawet za cenę życia?
Bury przełknął ślinę. Wizja oddania życia za kogokolwiek kto nie był jego braćmi, średnio mu się widziała, ale nie mógł tego powiedzieć. Przełknął ślinę, trzęsąc się na zimnie. Wziął wdech, podniósł szczurowaty ogon i odpowiedział swoim zdartym głosem z wyschniętego gardła:
— Przysięgam.
Cis wzięła wdech ponownie, spojrzała na ucznia, który przysporzył im tyle zmartwień, bólów głowy, nerwów i pewnie wszystkiego, co można z… jakąś dziwną mieszanką uczuć. Jakby niby go nie lubiła, ale też przywykła do jego obecności, a może chciała mu naklepać za krzakiem za wszystkie przysporzone problemy… Ciężko było stwierdzić.
Chudy zmarszczył brwi. Może mu się przywidziało?
— Z mocą Przodków nadaję ci imię medyka. Chuda Łapo, od dziś będziesz znany jako Chudy… Grzbiet.
Buremu szczęka opadła. Widział kątem oka uśmieszek Zalotnej Gwiazdy pod nosem, a po klanowych kotach przeszedł szmer.
— Przodkowie doceniają twój… zapał oraz pilną naukę i witają cię jako nowego medyka Klanu Wilka.
Cały klan zaczął skandować jego imię. Mógłby przysiąc, że część z nich była prześmiewcza, a druga poważna. Widział w tłumie wzruszonych braci, więc się do nich uśmiechnął. Czego się w sumie spodziewał… być Chudą Gałęzią? Albo Chudym Pazurem? Czy takie imiona do niego pasowały bardziej, aniżeli Chudy Grzbiet, który przecież no… nie ukrywajmy, leżał na nim jak ulał.
Koty się rozeszły, a świeżo upieczony medyk sztywnym krokiem zszedł na śnieg. Z jednego się cieszył, teraz będzie mógł rozstawiać koty typu Bielinka po kątach, bo jest poważnym panem medykiem. Koty nie będą mogły już go tak zbywać ani olewać tego, co mówi, czy unikać zaleceń. Hehehe… może nie będzie tak źle?

Od Mglistego Snu CD. Wełnistej Mszycy

Aktualne

Mglisty Sen siedział w ciemnościach jego własnego legowiska przywódcy. Starał się ograniczać wychodzenie na zewnątrz, zostawiając tym samym obowiązki pilnowania Rysiego Tropu na Zapomnianej Koniczynie, Kosaćcowej Grzywie oraz Poziomkowej Polanie. Reszta Świetlików zniknęła w dziwnych przypadkach na przestrzeni Pory Zielonych Liści oraz Pory Opadających Liści, co tylko bardziej dobiło czarnego kocura. Porywisty Dąb oraz Miodowa Kora zostali złapani przez dwunożnych, a Szczawiowe Serce wraz z ich jedynym medykiem rozpłynęli się na ich terytorium. Ślady zapachowe tej dwójki były wyczuwalne przy rzece. Może odnaleźli szczęśliwe życie w Klanie Nocy? Jest szansa też, że zostali doręczeni do wygłodniałych zemsty, łapsk Wilczaków. Czy Nikła Gwiazda nadal rządził Klanem Wilka? Szczerze w to wątpił. Kocur był już bardzo stary, a władzę po nim pewnie wpadły w łapska następnych kultystów, więc nie sam nie miał, czego szukać w jego starym domu.
Westchnął głośno, przeciągając się, by rozciągnąć swoje zastane mięśnie.
“Po śmierci Jarzębinowego Żaru wszystko zaczęło się psuć… Nie mamy żadnego medyka…”
Gdy zabrakło mu medyków, poczuł się naprawdę samotny. Może i miał Zapomnianą Koniczynę, z którym i tak spędzał czas, jednak to nie było to samo uczucie wsparcia, jak od Jarzębinowego Żaru oraz Stroczkowej Nadziei. Z kim dawno jeszcze nie rozmawiał? Z Brukselkową Zadrą, Gwiezdnicowym Blaskiem i jego mentorką, Wrotyczową Szramą. Tęsknił też za Zaćmionym Horyzontem. Czy jego ruda siostra nadal żyła?
Zamknął mocno powieki. Tak bardzo chciał się komuś pożalić i opowiedzieć, jak trudno mu jest w tych czasach bez pomocy szylkretowej medyczki oraz ze wszystkimi przeciwnościami losu. Komu mógłby się zwierzyć?
Czerń przed oczami zniknęła, a umysł podsunął mu bardzo znajomy obraz kotki o fioletowych oczach. To była Wełnista Mszyca! Czy powinien pójść porozmawiać z medyczką Klanu Burzy? Również nie widział dawno owej kotki. Czy powinien narażać siebie oraz pozostałych na ujawnienie? Pozostali dadzą sobie radę. Nie miał kogo bronić. Nie byli już wielką grupą, tylko resztkami, niczym prawie rozłożona wronia karma na ciemnej Drodze Grzmotu.
“Porozmawiam z nią” — postanowił w myślach.
Otworzył swoje żółte ślepia i ciężkim krokiem ruszył do wyjścia z legowiska przywódcy.

* * *

Wysoko na niebie błyszczeli Gwiezdni, a on stał na granicy z Klanem Burzy, gdzie ostatnio widział się z albinoską. Jak na Porę Nagich Drzew noc była naprawdę ciepła, a brak białego puchu umożliwiał mu łatwiejsze wtopienie się w cienie nocy.
Czekał już dość długo. Nie wiedział, czy kotka przez tak długi czas, jaki się nie widzieli, chodziła na nocne spacery w to samo miejsce, na wszelki wypadek, jeśli on chciałby z nią porozmawiać.
Miał już wracać, kiedy na horyzoncie pojawiła się biała sylwetka. Kot szedł w jego kierunku powoli, do momentu, kiedy oboje byli w stanie rozpoznać pyski. Wełnista Mszyca popędziła w jego kierunku i zatrzymała się przed nim z ucieszoną miną.
— Mglisty Śnie! Jak ja dawno ciebie nie widziałam! Co słychać, czy wasza grupa dobrze sobie radzi tej zimy? — Przytuliła go mocno, a swoimi fioletowymi stęsknionymi oczyma, wpatrywała mu się w głęboko w duszę.
— Ja też się za tobą bardzo stęskniłem — przyznał, wahając się, czy powinien od razu mówić, że mało ich zostało, a Świetliki się rozpadły po utracie kolejnego medyka.
Kotka zauważyła, że coś jest na rzeczy i zmartwiona poruszyła wąsami.
— Co się u was dzieje? Coś się stało.
Nie zamierzał jej okłamywać, z resztą specjalnie po tutaj przyszedł. Skinął smutno głową.
— Jest tragicznie… Jarzębinowy Żar zmarła, a większa część Świetlików rozpłynęła się w powietrzu. Nie wiem, gdzie oni się aktualnie znajdują, jednak wiem, że pewnie jest im lepiej niż z nami. Bez pomocy medycznej z więźniem na barkach…
— Bardzo przykro mi to słyszeć, Mglisty Śnie. Nie mogłeś wcześniej do mnie przyjść? Chętnie bym wam pomogła. — Położyła łapę na jego łapie w formie wsparcia.
— Teraz nie naprawię swoich błędów z przeszłości oraz wypadkowych, które sprawiły, że jestem w takim miejscu, jakim jestem teraz… Jestem wraz z Zapomnianą Koniczyną, Poziomkową Polaną, Kosaćcową Grzywą, no i jeszcze Rysim Tropem, jednak ona powinna być pod stałym nadzorem.
— Jak to pod stałym nadzorem? Jest więźniem? — Przekrzywiła lekko głowę.
Czarny przytaknął jej głową i po chwili opowiedział Wełnistej Mszycy wszystko, co dokonała Rysi Trop. Albinoska słysząc o rzezi, jakiej dokonała była kultyska, zjeżyła się cała. On natomiast pokiwał smutno głową.
— Nie możemy jej wypuścić z izolatki, bo jest wielka szansa na to, że zrobi również i nam krzywdę, a do tego nie możemy dopuścić. Nie możemy wykonać na niej egzekucji, gdyż jest to niezgodne z naukami Klanu Gwiazdy, a wypuszczenie jej wolno, jest ryzykowne. Wtedy wszyscy w lesie byliby zagrożeni.
— Teraz już rozumiem… W Klanie Burzy, również nie jest kolorowo. Nadeszły dość ponure czasy, szczególnie po ostatnich zbrodniach. — Kotka otwierała już pyszczek, by opowiedzieć mu o zajściach, jednak ten pokręcił głową.
— Nie musisz mi nic mówić. To, co dzieje się w Klanie Burzy, może tam zostać. Koty spoza klanów nie powinny wiedzieć o waszych rozterkach.
— To dlaczego, ty pozwalasz, na to by klanowe koty wiedziały, co się dzieje u ciebie?
Poruszył się niespokojnie i swoimi żółtymi oczyma, spojrzał na daleki, ciemny las, który wcześniej był jego domem.
— Chciałem, żebyś przekazała Brukselkowej Zadrze, że przepraszam, że z nimi nie zostałem. Chciałbym, żeby wiedziała, że żyję i mimo przeciwności losu staram się nie poddać. Możesz również powiedzieć, że Rysi Trop okazała się zdrajczynią i morderczynią oraz o śmierci Jarzębinowego Żaru.

< Wełnista Mszyco? Czy zostaniesz moją posłanką? ✉️🦋>

Od Borowika

Podczas mojego krótkiego, acz intensywnego szkolenia udało mi się do perfekcji opanować wspinaczkę na drzewa i ich rozpoznawanie. Znaczy, może nie do perfekcji, ale do… znacznego… a raczej…jakiegoś… stopnia… być może. Albo i nie. No, w każdym razie, nie jestem już nowicjuszem. Ze spokojem mogłem teraz podejść do zdobywania nowej umiejętności, to jest walki. Nie nazwałbym siebie mistrzem, nie mam zbyt rozwiniętego refleksu czy też masy specjalnie rozbudowanej masy mięśniowej, ale…
Ugh.
Dobra. Nie ważne. Nie idzie mi po prostu. Ale zacznie iść. Wiem to. Wszystko jest do wypracowania. Trzeba tylko czasu i determinacji. A ja mam i to i to.
Na dziś z Kurką zaplanowany miałem tego typu właśnie trening. Byłem dziś dość zaspany. Zmęczony. Niby tak mam codziennie. Ale gdybym pospał choćby chwilkę dłużej, równie dobrze mógłbym w ogóle nie wstawać, a dzień uznać za stracony. Tak to dokładnie działa.
Siedziałem na środku obozu, czekając na mojego mentora. Codziennie na niego czekam. Ale nie dlatego, że się spóźnia. Tylko dlatego, że ja, by uniknąć spóźnienia, jestem tu o wiele wcześniej… Czuję, że mam zaległości. Zaległości trzeba nadrabiać. Tak. Muszę je nadrobić.
— Dzień dobry, Borowiku — oznajmił Kurka lekko zachrypniętym głosem. — Co my dziś mamy…?
— Walka. Walka dziś. Tak. Będziemy…walka. Walczyć, znaczy.
— Ah tak, tak, racja…
Kurka ziewnął. Przekręciłem lekko głowę na bok.
— Chodźmy. Chodźmy, no. Już. Już — powiedziałem niecierpliwie i podskoczyłem lekko, wyprężając ogonek.
Nie ma co zwlekać. Dzień ledwo się zaczął, ale zaraz przecież się skończy. Więc trzeba iść. No i poszliśmy. Dowlekliśmy się na małą polankę w lesie. Zdaje mi się, że mogłem ją już wcześniej widzieć…
— Tego miejsca ci jeszcze nie pokazywałem, Borowiku. Tutaj będziemy ćwiczyć walkę.
Aha. Czyli jednak pomyłeczka.
Kurka zaczął tłumaczyć mi podstawy. Podstawowe pozycje. Podstawowe ataki. Podstawowe techniki samoobrony. Było tego dużo. I było to według mnie bez sensu. Walka – jak wynika z moich źródeł - jest chaotyczna i bezcelowa. Wspinaczka na drzewa? Okej. Bo to fajne dość. Tropienie? Też. A walka? Ugh. I tyle.
— Dobrze, Borowiku. Spróbuj mnie zaatakować. Nie wysuwaj na razie pazurów.
— Um…
Zamrugałem. Rozejrzałem się niepewnie na boki.
To jest strasznie żenujące… Czuję się nieswojo atakując tak ważną w moim życiu figurę jak mój mentor. Ja nigdy bym się nie ośmielił tak potraktować jakiegokolwiek starszego kota.
Zrobiłem dwa małe kroczki w jego stronę, a potem machnąłem łapką dwa razy. Nawet go nie dotknąłem. Nawet nie miałem zasięgu. Skrzywiłem się.
Kurka uniósł lekko brwi i uśmiechnął się zachęcająco.
— No, dalej! Wyobraź sobie, że jestem… wściekłym lisem!
— Wściekłych lisów się nie atakuje. Wchodzi się na drzewo i czeka, aż same odejdą. Bo są wściekłe i groźne i jak ugryzą, to można się rozchorować.
Kurka westchnął i przewrócił oczami, lekko rozbawiony z jakiegoś nieznanego mi powodu. Wściekły lis to nie zabawa. W końcu sam dawał mi właśnie takie rady w trakcie poprzednich treningów…
— Racja… No to może inaczej… Broń się!
Nawet nie drgnąłem, gdy mentor znienacka na mnie skoczył. Nie zareagowałem. A po chwili już leżałem na plecach, przyciśnięty do ziemi. Zmarszczyłem lekko brwi w konsternacji.
— Um. Ale że jak...? Którą techniką...?
— Sam miałeś wybrać, Borowiku! — powiedział z niedowierzaniem.
— Mogłeś mnie uprzedzić… — mruknąłem.
Niefajnie. Zjeżyło mi się futerko.
Kurka westchnął. Odsunął się ode mnie i usiadł.
— W prawdziwej walce przeciwnik nie da ci forów, Borowiku. Będziesz musiał liczyć tylko na siebie i swoje umiejętności.
— Nie mam żadnych umiejętności — stwierdziłem.
— Iii właśnie po to jestem tu ja! Zobaczysz, załapiesz to w lot! Dalej, wstawaj! Przed nami duuużo pracy!
No to wstałem. Jak mówią, że mam wstać, to wstaję.
 
* * *

Trening trwał… długo. Oj długo… Gdybym powiedział, że nie zrobiłem żadnego postępu, byłoby to kłamstwem. Bo postęp zawsze jest podczas treningu. Często nieświadomy. Mam nadzieję, że tak właśnie jest i tym razem, bo świadomego brak...
W końcu, spóźnieni na posiłek, wróciliśmy do obozu. Mój mentor był wyraźnie zmęczony, wyraźnie zmęczony byłem i ja. A to nietypowe. Z reguły w takich sytuacjach nawet wyglądam nie inaczej niż zwykle…
Pożegnał się ze mną, mówiąc ciche "do jutra". Chciałem odpowiedzieć tym samym, ale gdy otworzyłem usta, moje gardło nie wydało żadnego dźwięku. Nie miałem siły.
Doczołgałem się do legowiska i gniewnie skuliłem się na moim posłaniu, chowając pyszczek w ogonku. Całkiem opuściły mnie zapał i determinacja. A potem zasnąłem.
Leżałem tak długo. Ominął mnie posiłek. Wieczór. Noc. Ja leżałem. Rozmyślałem.
Aż się wkurzyłem.
Nie. Nie. Koniec. Dosyć tego.
Tak nie może być. Tak nie może być.
Nie mogę leżeć i leżąc nie robić tym samym nic.
Otworzyłem oczy, marszcząc brwi. Nie raziło mnie światło, lecz kłuło w oczy zimno gwiaździstej nocy. Podniosłem się zdecydowanie na cztery łapki i opuściłem legowisko, nie oglądając się na nic ani na nikogo. Moja determinacja powróciła i dała mi całkiem nową energię do działania. Łapki oraz moja urażona duma poniosły mnie z powrotem na tamtą polanę. Znalazłem ją bez trudu, choć wcale konkretnie jej nie szukałem.
I trenowałem.
Szło mi źle. A nawet niedobrze. W kółko powtarzałem zapamiętane sekwencje oraz ruchy mojego mentora, analizowałem efektywność, kolejność, siłę. Zmęczenie nie miało znaczenia.
Prychnąłem z frustracją, gdy po raz kolejny zostałem powalony na ziemię. Zmierzyłem zdecydowanym spojrzeniem miejsce, gdzie na ziemi zmaterializowały się i skupiły moje ograniczenia i słabości. Metaforycznie. To nie był tylko trening, była to istna walka o dominację wewnętrznych sprzeczności.
Muszę być najlepszy. Najlepszy w tym, w czym mogę być.
To nie tak, że przez moje niskie poczucie własnej wartości odczuwam potrzebę udowodnienia wszystkim – łącznie ze mną – czegoś odwrotnego. Ja po prostu chcę być najlepszy. Czuję, że mogę.
Najpierw obrona. Muszę się bronić, bo jestem malutki. Tak jak mówił Kurka.
Broń się.
No to się broniłem.
Zacząłem od podstaw. Odskoki i przewroty w bok. Znalazłem sobie pierwszego przeciwnika – drzewo o szerokim pniu. Skakałem wokół niego, próbując zrobić jak najmniejszą liczbę skoków by je okrążyć, w jak najkrótszym czasie. Najpierw w lewo. Potem w prawo. Potem na przemian. Potem zacząłem wplatać między skoki przewroty.
Skok w lewo. Przewrót w prawo. Przewrót w przód. Skok w tył. Powtórz.
Cztery elementy sekwencji to liczba optymalna do zapamiętania.
Turlałem się i skakałem wokół drzewa, a turlałem się i skakałem tak długo, aż… zrobiło mi się niedobrze…i potem…
Ale to, co było, jest nieważne! Liczy się to, co być może. A może być tylko lepiej.
Następnie, gdy te ruchy wydały się w miarę opanowane, przeszedłem do kontrataku. Do zemsty. Na wszystkich, którzy kiedykolwiek sprawili, że w siebie zwątpiłem.
Na drzewach.
Za cel i uosobienie tych wszystkich drzew obrałem sobie jedno, z widocznym na pniu wcięciem. W nie właśnie próbowałem celować. Wybijałem się z ziemi i starałem się wbić moje pazurki jak najbliżej celu.
Spiąłem się do pierwszego skoku i odbiłem się od ziemi, wysuwając pazurki. Nie udało mi się wbić, udało mi się za to po raz kolejny w ostatnim czasie przetestować wytrzymałość mojej czaszki. Jak na razie się trzyma.
Powtórz.
Aż w końcu wszystkie elementy, których nauczyłem się tego dnia, połączyłem w jedną, długą sekwencję uników i ataków.
Powtórz. Powtórz.
Wystarczy. Jest…dobrze.

* * *

Wróciłem do legowiska przed świtem. Bolały mnie pazurki, cały byłem brudny od ziemi i ściółki leśnej, w wyniku turlania się i innych nocnych aktywności. Zauważyłem, że w sumie ja to cały czas chodzę umorusany. Nie wiem, dlaczego.Położyłem się ostrożnie na moim posłaniu. Tym razem już spokojny. Nie czułem już tamtej frustracji i zmęczenia. Moje ambicje ponownie są wygórowane, a determinacja jest nieproporcjonalnie duża w stosunku do mojego rozmiaru. Teraz spać.

[1222 słów]

26 kwietnia 2026

Od Rohan Do Borowika

Chociaż od mianowania jej partnera minęły może dwa lub trzy wschody słońca, ona sama nie spodziewała się, że jej dzień nadejdzie tak prędko. Co prawda ostatni trening, który odbyła z Jeżyną, był nieco… podejrzany, ale myślała, że to po prostu rozgrzewka lub próbna próba? Zwłaszcza że nie wyobrażała sobie, żeby Figa pozwoliła, aby ktokolwiek inny przeprowadzał sprawdzian Rohan; w końcu nieważne, kto dłużej zajmował się jej szkoleniem, oficjalnie to srebrna była jej mentorką, a bura jedynie ją zastępowała na czas ciąży i odchowania kociąt. Tym bardziej, że maluchy już biegały po całym obozie, rzucały się na wszystko, na co tylko mogły, no i coraz więcej czasu spędzały pod okiem ojca; to wszystko pokazywało, że powinna się spodziewać powrotu pod łapy zielonookiej w niedalekiej przyszłości. Przynajmniej na sam koniec szkolenia. 
Ale tak się nie stało. Po tym, jak udało jej się dogonić wiewiórkę, za którą goniła przez przynajmniej trzy różne dęby i klony, a ruda kuta w końcu zawisła jej nieżywa z pyska, Jeżyna oznajmiła, że zdała swój test na zwiadowczynię, no i że jutro nie musi wstawać na poranny trening… Że już nigdy nie będzie musiała wstawać na poranny trening, chyba że sama doczeka się terminatora, czego sama jej życzy. 
Tak też się stało. Wróciły wspólnie do obozu, a cała droga minęła im na przyjemnych pogaduszkach i wszystkim i o niczym. Wyjawiła kotce, że bardzo się cieszy z tak szybkiego skończenia treningu, nie tylko dlatego, że obawiała się powrotu Figii i jej temperamentu, ale też dlatego, że znów będzie mogła spędzać czas ze swoim partnerem. Zwłaszcza że zaczynała faktycznie myśleć o zostaniu mamą. Ta wizja już długo mieszkała w jej głowie, ale wolała nie pchać się pod ten sam dach, gdzie aktualnie przebywała jej mentorka, tylko po to, aby potem kontynuować trening. Teraz nie tylko była wolna od obowiązków ucznia, ale i od czekoladowej, która oznajmiła już na samym początku ciąży, że kiedy tylko maluchy skończą być od niej zależne, to wszystkie obowiązki w żłobku przejmie Topola. Wszyscy o tym wiedzieli; pewnie dlatego Czereśnia był tak skłonny mianować ją zastępczynią, kiedy jeszcze przebywała w kociarni. Może też dlatego zaufała Jeżynie w temacie zakończenia treningu Rohan; chciała móc zająć się wyłącznie nowymi obowiązkami, bez potrzeby niańczenia jakiejś dawnej piecuszki. 

Następnego dnia doszło do mianowania zwiadowczyni. Owocowy Las zaczął znów być spokojny i zbalansowany. Koty były zgodne, że Czereśnia będzie dobrym i stanowczym liderem, a oboje, Figa i Kolendra, na pewno zrobią wszystko, żeby się wykazać; społeczność była w dobrych łapach. Chociaż maluchów nie było dużo, tak dwójka była na tyle żywotna i rozbiegana, że wszystkim wydawało się, że po obozie biega ich przynajmniej dziewiętnaścioro. Myśl, że za niedługo to ona mogła zasilić to miejsce, które tak prędko stało się jej domem, sprawiała, że ciepło rozlewało się po jej ciele. Ale teraz musiała skupić się na mianowaniu, potem porozmawia z Gondorem.
— Rohan, wystąp do przodu — przemówił Czereśnia, a kotka wykonała polecenie. W tłumie widziała Figę, która siedziała u boku Jeżyny. Nieco dalej na tyłach biedny Topola próbował uspokoić swoje pociechy; ucho matki nawet nie drgnęło w ich kierunku. Srebrna buraska uśmiechnęła się pod nosem na myśl, że jej maluchy mogą być podobne, a jej partner musiałby zmagać się z tymi problemami. Musiała zmusić się do powrotu do rzeczywistości; to nie był czas na bujanie z głową w chmurach. — Najwyższy czas, abyś została pełnoprawną zwiadowczynią Owocowego Lasu. Twoim treningiem zajmowała się Figa, ale i również Jeżyna, które obie oświadczyły, że wykazałaś się duża energią do nauki oraz zapałem, aby każdego dnia polepszać sytuację w naszej społeczności. Czy przysięgasz więc, że pozostaniesz jej lojalna i będziesz czuwać nad bezpieczeństwem swoich pobratymców? — zapytał kocur.
— Przysięgam — zawołała, zapewne nieco za głośno. 
— W takim razie witamy cię jako nową zwiadowczynię Owocowego Lasu — zakończył, a jej imię zaczęło rozbrzmiewać wokół tłumu zebranych kotów. Podbiegła do partnera, któremu jeszcze niedawno gratulowała własnej ceremonii mianowania. Potem przyszła do nich Jeżyna, a nieco za nią Figa, która jednak nie powiedziała zbyt wiele. Po chwili wszystko się uspokoiło i wszyscy wrócili do swoich poprzednich zajęć. 
Rohan po raz ostatni skierowała się w kierunku drzewa, gdzie sypiała jako uczennica. Chciała zabrać kilka rzeczy, które trzymała pod zajmowanym przez siebie mchem. Wspięła się prędko po konarze i mrucząc melodyjkę pod nosem, dotarła do swojej gałęzi. Wyciągnęła piórko sójki, popielatego gołębia, a na koniec to należące do rdzawego rudzika. Chciała się odwrócić, ale poczuła, że na kogoś wpada. Odwróciła się niezdarnie, a przed pyskiem wyrósł jej niewielki, bury kocurek. 
— Och, wybacz mi, Borowiku, uwierz lub nie, ale kompletnie cię nie zauważyłam ani nie usłyszałam ani nie poczułam… — wydukała. Nie chciała zrobić mu krzywdy lub, co gorsza, niechcący zrzucić go z drzewa. — Jestem trochę roztrzepana; wiesz, to mój ostatni raz tutaj, więc tylko zabierałam swoje rzeczy. Nie wiem, czy też tak robisz, ale lubiłam trzymać je pod legowiskiem; wtedy nie spadały na dół i nie trzeba ich było gonić po obozie. Ah! A może chciałbyś któreś z tych piórek, co? Nie potrzebuję wszystkich trzech. Wybierz sobie, które podoba ci się najbardziej — zaproponowała, a następnie wyciągnęła łapkę, w której trzymała swoje skarby. 

<Borowik?>

Od Serdecznej Naparstnicy do Promiennej Łapy

Niezmiernie cieszył go fakt, że wreszcie dostąpił zaszczytu otrzymania rangi pełnoprawnego protektora. Teraz nie musiał już wstawać wczesnym rankiem i planować dnia pod kaprysy Rozkwitającego Astra. Miał więcej swobody, ale jednocześnie oznaczało to więcej wolnego czasu, którego nie wiedział, jak spożytkować. Godziny, które zwykle spędzałby na treningu, teraz… były puste.
O ile żaden kot nie postanowił mu się pożalić i wygadać, nie miał co robić, przez co czuł się jeszcze bardziej niepotrzebny w Klanie Klifu. Cały czas zmagał się z tą myślą. Co dzień budził się z przekonaniem, że gdyby zniknął, inni nawet by tego nie zauważyli. Ile można mieć w klanie protektorów? Pomocny Wróbelek, Rozkwitający Aster i Drobne Ukojenie byli wystarczający — i Naparstnica najchętniej nie wtrącałby im się w pracę. Nie miał jednak wyboru. Musiał z nimi współpracować, by dbać o zdrowie Klifiaków, choć na razie czuł się tak nieistotny, jak drugi ogon.
By wyciszyć umysł, postanowił się przejść. W ten sposób nie będzie zawadzał pobratymcom i nie będzie musiał nikomu udowadniać, że dobrze wykonuje swoją rolę. Każdy zasługuje na krótką przerwę wśród natury, czyż nie? Nikt nie powinien mieć mu za złe takiego spaceru.
Już miał wychodzić, gdy nagle przykuł go głos innego kota:
— Hej! Zaczekaj! — krzyknął obcy.
Serdeczna Naparstnica zamarł, po czym odwrócił pysk. Przed nim ukazała się znajoma, srebrzysta kotka — Świetlista Walka. Jego starsza siostra, z którą nie rozmawiał zbyt często… choć może powinien. W końcu byli w tym wszystkim razem.
— Słucham? — mruknął spokojnie, choć łapy już świerzbiły go, by ruszyć przed siebie.
— Gdzie idziesz? — zapytała wojowniczka, uśmiechając się przyjacielsko. — Mogłabym pójść z tobą? Jak to mówią, rodzina musi trzymać się razem, więc pomyślałam, że moglibyśmy się trochę zintegrować! — wyjaśniła, poruszając radośnie wibrysami.
Biało-niebieski wolałby przechadzać się w ciszy, ale nie miał powodu, by odmawiać siostrze. Przecież chciała dobrze. Nie powinien unikać kontaktu z innymi kotami, bo nie na tym polegało życie. Powinien cieszyć się z ich obecności i tego, że w ogóle chcą z nim rozmawiać. Choć czasem było to naprawdę ciężkie do zrealizowania.
— Um… No jasne. Możesz iść… — wymamrotał, odwracając wzrok od Świetlistej Walki. — Ze mną, w sensie — poprawił się jeszcze, by srebrna nie odebrała jego poprzednich słów w zły sposób.
— Świetnie! Dokąd się udamy? — zapytała, wymijając protektora i zmierzając ku wyjściu.
Niebieskooki szybko ją dogonił i razem z nią skierował się w głąb terenów Klanu Klifu.
— Nie wiem… Może nad granicę z Klanem Wilka? — zaproponował nieśmiało, na co kotka zamilkła. Spojrzała na niego i przechyliła głowę.
— A to czemu? — zapytała. Klan Klifu raczej nie miał dobrych relacji z wilczackimi sąsiadami, więc w jej oczach faktycznie mogło to wyglądać dziwnie.
— Nie czujesz tego? — odparł, czując, że może podzielić się swoimi spostrzeżeniami z siostrą. Nikomu innemu nie miał odwagi ich zdradzić, ale przecież Świetlista Walka była częścią jego rodziny. — Na jednym ze zgromadzeń… spojrzałem w oczy liderki Klanu Wilka. Wydaje się taka znajoma, ale nie wiem, czy nie majaczę… Mógłbym jednak przysiąc, że na plecach ma dokładnie takie same białe piegi jak ja! — zaczął, a jego ogon lekko zadrżał. — Może to przypadek, a może… chodzi o coś głębszego?
Srebrna przez moment patrzyła na niego z lekkim zdziwieniem, nim opanowała wyraz pyska.
— Czy ja wiem… — mruknęła, odwracając wzrok od brata. — Może masz rację, ale nie rozumiem, jak miałaby być z nami związana. Postrzępiony Mróz nie mówiła nigdy o rodzinie w Klanie Wilka, Złota Droga również.
Na słowa wojowniczki twarz Serdecznej Naparstnicy pociemniała. Okłamała ją. Okłamała je. Postrzępiony Mróz wcisnęła im kłamstwo o tym, że ich ojcem jest Złota Droga. Bujda! Ich prawdziwym rodzicem był jakiś zapchlony, zdradziecki obcoklanowiec. To przez niego tak się męczą!
Nawet nie zauważył, że teraz z jadem i nienawiścią wlepiał wzrok w siostrę.
— Dobrze się czujesz? — odezwała się nagle Światełko, co wreszcie sprowadziło go na ziemię.
— T-
Nie dokończył. Jego serce zabiło mocniej, a w głowie nagle się zakręciło. Czy powinien mówić jej o tym wszystkim, czy może lepiej byłoby, gdyby kotka żyła w świecie wypchanym słodkimi kłamstwami? Przynajmniej nie musiała cierpieć tak bardzo z powodu świadomości bycia przeklętą, jak on sam.
— Wszystko w porządku — zapewnił ją po chwili, uśmiechając się nerwowo.
Świetlista Walka skinęła głową, ale w jej chodzie i zachowaniu nagle coś się zmieniło. Jej kroki zrobiły się nieco mniej pewne, bardziej chwiejne i nierówne, jakby walczyła o to, by zachować równowagę. Naparstnicy zdawało się też, że jej oddech przyspieszył.
— A ty…? Też się dobrze czujesz? — zapytał, choć w głębi duszy wiedział, jaka będzie odpowiedź.
Wojowniczka zignorowała jego słowa, idąc naprzód jak w transie. Jeszcze przez kilka uderzeń serca maszerowali w milczeniu, aż nagle kotka zwolniła gwałtownie.
— Odpocznijmy… — mruknęła cicho, zatrzymując się całkowicie. Jej uszy drgnęły nerwowo, jakby nasłuchiwały czegoś, czego nie było. Po chwili spojrzała na protektora, a jej spojrzenie stało się puste.
— Co jest nie tak? — zapytał kocur, podchodząc bliżej siostry.
Klifiaczka rozwarła pysk, ale w jednej chwili jej całe ciało zesztywniało. Nim biało-niebieski zdążył jakkolwiek zareagować, runęła ciężko na ziemię, a jej łapy zaczęły gwałtownie, niekontrolowanie drżeć. Oddech stał się urywany, nierówny.
Serdeczna Naparstnica stał w bezruchu, wpatrując się w siostrę w zdumieniu i przerażeniu. Jego umysł krzyczał, by się poruszył, ale ciało nawet nie drgnęło. Był jak sparaliżowany, uwięziony we własnej skorupie. Obserwował, jak Świetlista Walka zachowywała się, jakby ktoś ją opętał, i nie był w stanie jej pomóc.
— Hej! Co tam się dzieje! — usłyszał nagle, na co drgnął gwałtownie, w końcu odzyskując kontrolę nad ciałem. Odwrócił się, a przed oczami dostrzegł biegnącą czekoladowo-rudą kotkę, uczennicę. Jeszcze do niedawna dzielił z nią legowisko.
— Pro-Prom… — wydukał, zanim został przez kotkę popchnięty.
— Co jej zrobiłeś?! — krzyknęła starsza, mierząc Naparstnicę morderczym wzrokiem.
— Ja? N-nic! — zaczął się bronić, ale wciąż czuł się wybity z rytmu przez dziwne zachowanie siostry.
— O tym już zdecyduje Lśniąca Gwiazda! — mówiła dalej, co jeszcze bardziej dobijało protektora.
— Mówię ci, że nic jej nie zrobiłem! — jego ton zrobił się szorstki i chłodny. — Byłem z nią na spacerze, rozmawiałem, jak gdyby nigdy nic, a ona nagle upadła i zaczęła się trząść! — tłumaczył kotce. — To moja siostra! Naprawdę uważasz, że byłbym w stanie jej coś zrobić?! — warknął, zdenerwowany na Promienną Łapę.
W międzyczasie Świetlista Walka przestała się trząść. Leżała teraz bezwładnie na ziemi, ale jej oddech stał się rytmiczny i z każdą chwilą się uspokajał. Przeniosła swoje nieprzytomne spojrzenie na dwójkę kłócących się kotów.
— Z kim tu przyszłaś? Szybko, idź po kogoś starszego! — polecił Serdeczna Naparstnica. Nie mógł mieć pewności, że jakiś dorosły kot będzie wiedział, co zrobić w tej sytuacji, ale mógł mieć chociaż nadzieję.

<Promienna Łapo?>

Od Oszronionej Łapy (Oszronionego Kła) CD. Króliczej Prawdy

Time skip do teraz

Z czystą wściekłością przyglądała się wszystkiemu, co działo się ostatnimi czasy w Klanie Klifu. Nie mogła opisać słowami, jak niesamowicie zawiedziona i zaszokowana była, kiedy zamiast babki z pięknym nowym mianem, z wypiętą piersią i błogosławieństwem Klanu Gwiazdy, do obozu wpełzł Mirtowe Lśnienie i ogłosił jej ucieczkę. Nie wierzyła w to. Zwyczajnie nie wierzyła, że ta ambitna i dążąca do celu kotka, z którą przecież dzieliła krew krążącą w żyłach, mogła tak zwyczajnie… zniknąć. Bez celu, bez powodu. Miała mieć przecież pod łapami cały klan, miała w końcu dostać to, czego tak bardzo pragnęła. Jaki miałby być sens jej czynów? Oczywiście Szron podłuchała niektóre koty mówiące, że to zapewne nie kwestia wyboru, a Jaskółka zwyczajnie nie przeżyła z powodu ran, które miał zadać jej Gąsienicowy Ogryzek. No i o ile młoda wojowniczka nie ukrywała ogromnej wrogości względem niebieskiego, tak nie do końca wierzyła w tę całą bajeczkę. Jeśli nie miała zamiary ufać Mirtowemy Lśnieniu, który wepchnął się na stanowisko lidera, chociaż powinno ono przypaść Mysiemu Postrachowi, którego wybrała w końcu Pikująca Jaskółka we własnej osobie, w kwestii ucieczki, to dlaczego miała zaufać mu, kiedy mówił, że to Gąsieniczek zbrukał sobie łapy krwią. Przecież rudego również nie było w obozie (a tak przynajmniej jej się zdawało), kiedy kremowa wybierała się po przyjęcie żyć. To wszystko śmierdziało niczym kupa starej, ukiszonej przez słońce zwierzyny. 
Nie mogła się doczekać, aż babka zostanie liderką. Wierzyła w nią niesamowicie; wiedziała, że to jej prawdziwe powołanie, które wiecznie było od niej odsuwane, aż w końcu miała się doczekać i wynieść Klan Klifu na sam szczyt. Doczekała się tylko po to, aby jeden wojownik wszystko zniszczył. 
"Jeden lub dwóch wojowników" — pomyślała, a gorycz napłynęła jej na język. Skrzywiła się. Nie wiedziała nawet, z kim może o tym szczerze porozmawiać. O ile wszyscy byli zgodni, że wybór zastępcy był jakimś żartem, bo przynajmniej połowa wojowników nadawała się na to stanowisko lepiej niż kotka, którą wybrał sobie nowy lider, tak z samego faktu, że rudzielec został samozwańczym przywódcą, nikt nie wydawał się jakoś szczególnie niezadowolony. To jeszcze bardziej rozjuszało pointkę. Czemu nikt nic nie robił? Czemu Mysi Postrach tak potulnie oddał stanowisko, które prawowicie było należne mu? Przecież musiał nadawać się do tego lepiej, skoro Pikująca Jaskółka wybrała go, a nie właśnie Mirtowe Lśnienie. Wybory babki zawsze były prawidłowe, a osądy przemyślane i prawe; gdyby wuj miał być lepszym materiałem na przywódce, wybrałaby go. Przez moment przemknęła jej nawet myśl, że może czarny kocur również był w to wszystko jakoś zamieszany. Ta myśl jedynie bardziej ją zdenerwowała. 
"Klan pełen wroniej strawy, pełen kolaborantów i fałszywych przyjaciół..." — burknęła. Miała dość tej strony swojej rodziny. Matka była jedynie skorupą prawdziwej wojowniczki, a wuj na pewno miał na sumieniu więcej niż chciałby kiedykolwiek komukolwiek zdradzić. Mogła liczyć tylko na ojca i stryjka. Wiedziała, że oni na pewno nie sa po stronie Lśniącej Gwiazdy, nawet jeśli nie są też całkowicie mu przeciwni. A na pewno nie tak otwarcie, jak Oszroniony Kieł. Nie wiedziała do końca, co myśleć w tym momencie o bracie. Czy uważał tak, jak ona? Czy też podzielał jej opinie o babce i o tym, że na pewno byłaby optymalnym wyborem? Musiała się dowiedzieć, ale nie teraz. Teraz nie było sensu; widziała, jak Wzburzony Kormoran zbiera się do wyjścia na patrol wraz z Gołębim Puchem, Pajęczą Nicią i tą przybłędą. Jedną z czterech, które ostatnio postanowiły zatruć szeregi Klanu Klifu. Na samą myśl sierść stawała jej na karku. Miała dość tej zarazy. Jakby już sama myśl, że taka sama nie-Klifiaczka stoi właśnie na stanowisku zastępcy, nie była wystarczająca. Warknęła do samej siebie.
— Dzień dobry, Oszroniony Kle, nie idziesz na patrol? — Głos ojca wyrwał ją niespodziewanie z nienawistnych przemyśleń. Była tak zajęta tym, co dzieje się w jej głowie, że nie usłyszała jego kroków. Kocur stał obok niej, a z pyska zwisała mu spora jak na Pore Nagich Drzew mysz. 
— Nie — rzuciła twardo. Wczoraj wróciła z patrolu bardzo późno, więc wbrew swoim nawykom obudziła się bardzo późno. 
— Czy w takim razie zjesz ze mną? — zapytał, wskazując łapą na gryzonia. Kotka skinęła głową, chociaż najpierw wolałaby zapolować, a nie napychać się niczym darmozjad. — Wyglądasz na zdenerwowaną.
— Bo jesztem... — wyburczała, schylając się po pierwszy kęs. W głowie dziękowała Przodkom za łagodną pogodę; nienawidziła kościstych piszczek. 
— Młodość powinnaś spędzić na czymś innym niż przejmowaniem się każdą sprawą w klanie — poradził z dobroci serca. Wiedziała, że Królicza Prawda ma tylko dobre intencje, ale nie mogła zamaskować zirytowania na swoim pysku. Właśnie dlatego mieli wiecznie takie problemy, bo koty przeznaczały swoje życie hedonistycznym zapędom. Takie przynajmniej było jej zdanie. 
— Nie wydaję mi szię... Gdyby wszyszcy chociaż trochę ruszali głowami om maleńkoszci, nie muszielibyszmy wiecznie zmagać szie z takimi problemami — rzuciła, wpatrując się w powoli pustoszejący, poranny obóz. 
— Nie powiedziałem, że masz działać bez pomyślunku. Na to jesteś za mądra. — Zabrał kilka kęsów zwierzyny. 
— Tak, jesztem. Ja nigdy nie dałabym jakiejsz przybłędy na sztanowiszko zasztępcy. Tak szamo nie zrobiłaby tego babka. Nawet ja jesztem w Klanie Klifu dłużej niż Truszkawkowe Pole, a jesztem niemal trzykrotnie młodsza. To niepoważne. To podejrzane. To wszystko, nie tylko szprawa zasztępcy. Nie podoba mi szię to, wszysztko mi szię nie podoba. Jeszcze nasz wszystkich zanieszie na dno — wywarczała pod nosem. 

<Tatek?>

Od Promiennej Łapy CD. Jagnięcej Łapy (Jagnięcego Ukłonu)

tw: żałoba

Jakiś czas temu

Promyk siedziała i całą sobą wchłaniała słowa Jagienki. Kotka mówiła i mówiła, a Promyk tylko nastawiała uszu. Coś jednak w tym śmierdzącym miejscu było ciekawe i nie były to zioła! Kotka miała takie… ciekawe życie. Znacznie ciekawsze niż to, co Promienna Łapa mogła przeżyć przez całe swoje życie w tym zacisznym klanie. Nic nie zapowiadało żadnych zmian dla młodej uczennicy. Zawsze tylko to samo polowanie, to samo łóżko, ten sam patrol wokół tej samej granicy. Praca medyka wydawała się być chociaż odrobinę ciekawsza. Jednak Promyk nie oddałaby swojego treningu na wojownika za nic w świecie. Nawet jeśli to trochę monotonne.
— Zanudzić?! W żadnym wypadku Jagienko! Wszystko, co mówisz jest… bardzo ciekawe! — Promyk uniosła uszy, chyba po raz pierwszy odkąd weszła do tego śmierdzącego miejsca. — Twoje życie jest takie ciekawe, że aż chce się siedzieć i słuchać godzinami! Z pewnością przeżyłaś więcej niż ktokolwiek inny w tym klanie! — Promyk machnęła ogonem i nachyliła się nieco w kierunku kotki, aby spojrzeć jej w oczy. — Dziękuję, że się ze mną tym podzieliłaś! — uśmiechnęła się szeroko do niej.

Promyk odwiedzała Jagienkę, kiedy miała okazję. Kotka była ładna, przyjazna i ciekawa, nawet jeśli przesiadywała w takim cuchnącym miejscu jak dziura medyka. Było warto, tak więc uczennica wykorzystywała każdy pretekst, aby się tam zjawić, jeśli nawet żeby zamienić parę słów z kotką.
Zwłaszcza że Jagienka niedawno otrzymała swoje pełne imię. Jagnięcy Ukłon… pasowało do niej bardzo.
— Cześć Jagnięcy Ukłonie! — mruknęła Promyk, kiedy zastała medyczkę w jej legowisku.
— Dzień dobry Promienna Łapo. Co cię dzisiaj sprowadza? — kotka przechyliła głowę na jej widok i uśmiechnęła się. Promyk od razu zrobiło się nieco raźniej, zwłaszcza że ostatnio nikt się nią za bardzo nie przejmował. Źródlana Łuna była zajęta dziećmi, a Psotka zaangażowana była w swoje własne sprawy. Jej brat ciągle skakał od kota do kota, więc nie poświęcał jej za wiele czasu. A Tawuła? No cóż. Ona już była wojowniczką i rzadko zwracała na nią uwagę. Czasami zamieniły słówko czy dwa jak to z siostrami bywa, ale ta więź, którą miały za kocięcia się trochę rozmyła. Promyk czuła się trochę samotna i odizolowana pośród tłumu kotów. Dlatego też znajomy uśmiech poprawił jej humor.
— Przyniosłam trochę mchu i pajęczyn. Psotny Nietoperz mnie po nie wysłała, bo dzisiaj nie było treningu. — Kotka machnęła ogonem niezadowolona, po odłożeniu patyka z dziełem jakiegoś pająka. — Mewy robią się coraz bardziej nieznośne… — dodała po chwili.
— Dziękuję! — Jagienka zdjęła z jej pleców mech, który odłożyła na jego właściwe miejsce. — Mewy… aż tak dużo problemów sprawiają? — Promyk przytaknęła na jej słowa.
— Tak… W końcu… Zrzuciły mojego wujka z klifu, kiedy z nimi walczył. — Promyk nieco spochmurniała.
— Chcesz o tym porozmawiać? — Jagienka posłała jej zmartwione spojrzenie. Promyk uśmiechnęła się. Jej oczy nadal były bardzo śliczne, jeju!
— Nie trzeba. Tęsknię za nim, ale każdego to kiedyś czeka. Już się z tym trochę pogodziłam. Chociaż trochę cicho w moim życiu bez niego. — przyznała. Ale rzeczywiście. Nie płakała za nim jakoś mocno, ale tęskniła bardzo. — Ale pomyślałam, że… Mogłabym wziąć po nim imię.
— Oh… To bardzo słodko z Twojej strony! — Jagienka usiadła niedaleko i zmierzyła ją tymi swoimi łagodnymi ślepiami.
— Wiem. Promienne Słońce… przynajmniej tak mogę go zapamiętać! — Promyk uśmiechnęła się szeroko. — Przynajmniej jego kawałek!
— Promienne Słońce! Brzmi bardzo pięknie!
— Nie piękniej niż Twoje imię! Jagnięcy Ukłon tak dobrze do ciebie pasuje! — mruknęła uczennica. — Idealnie odzwierciedla całą Ciebie!
— Tak myślisz? — Jagienka opuściła wzrok, a Promyk zaczęła kiwać intensywnie łebkiem.

Niedługo przed atakiem na mewy

Promyk siedziała, wpatrując się we własne łapy. Zakaz wychodzenia z obozu trzymał ją w miejscu jak na smyczy. Bardzo krótkiej smyczy. Energia rozpierała ją od środka, a mimo to Promyk siedziała w miejscu. Czekała. Czekała na moment, kiedy będzie mogła pozbyć się problemu, który jej doskwierał.
Bowiem kiedy nie mogła biegać po lesie i zajmować swoich łap pracą, jej myśli krążyły. I jej to nie odpowiadało. Każda z tych myśli wywoływała u mniej coraz większy dyskomfort. Uczucia nie były jej silną stroną, zwłaszcza te negatywne. Więc smutek, złość i żal jaki czuła były czymś nietypowym, czymś niechcianym. Nie mogła z tym nic jednak zrobić. Wokół obozu nie było wystarczająco pracy dla wszystkich łap i właściwie nie miała czym się zająć. Psotny Nietoperz wyszła z porannym patrolem na polowanie i nie wzięli jej ze sobą. To było normalne. Czasem ją ze sobą brali, czasem nie. Ale dzisiaj wyjątkowo nie pogardziłaby szansą na dobre polowanie i zażycie słońca. Świeżego powietrza! Siedzenie w miejscu tak ją irytowało!
— No dobra! Znajdź sobie coś do roboty! — Mruknęła i wstała. Jednak jej myśli nie opuszczały jej. Wspomnienia wujka i ich rozmów przy wyjściu do obozu. Jej tatko, który codziennie poprawiał jej grzywkę, kiedy za bardzo opadała jej na oczy. Ten sam tatko, którego ciało przyniesiono do obozu. Ten sam tatko, którego już nie zobaczy. Żal ścisnął jej serce i łzy wypełniły oczy, ale żadna z nich nie uciekła. Promyk nie chciała płakać. Mewy zabrały jej tak wiele, nie zabiorą jej siły! Zemści się! W końcu już zapisała się do tego całego ataku! Może od razu zdobędzie swoje imię.
Na razie jednak utknęła w obozie, w którym nikt od niej niczego nie chciał. Wszyscy mieli swoje sprawy i nikt nawet nie chciał z nią pogadać. Napięcie w obozie można było wręcz ciąć pazurem, więc nic dziwnego. Promyk nie miała im tego za złe, chociaż było jej trochę samotnie. Jej łapy, może trochę nieświadomie, poprowadziły ją pod wejście do legowiska medycznego. Może Jagienka będzie miała chwilę albo będzie potrzebowała pomocy.
— Cześć Jagnięcy Ukłonie. — W kroku Promiennej Łapy brakowało tej żwawości i energii, która jej zazwyczaj towarzyszyła. I Jagienka wyglądała, jakby to dostrzegła do razu.
— Wszystko okej? — spytała. — Potrzeb jesz czegoś? Problem medyczny czy może chcesz pogadać? — Promyk spojrzała na starszą kotkę.
— Nie wiem. Chyba stresuję się walką z mewami…

<Jagnięcy Ukłonie?>
[939  słów]

[19%]

25 kwietnia 2026

Od Ciernistej Łapy

Czasami nadal słyszał zapadające się kamienie. Czuł wokół siebie kurz, który osiadał na ziemi po tym, jak tunel zawalił się. Na biednym uczniu, który był niczemu winien… Cicha Łapa nie był w stanie zawołać o pomoc…

***

Jego matka z rana zarządziła trening wraz ze Strzępotkowym Kokonem oraz Cichą Łapą. Koty ruszyły w stronę tuneli, aby poćwiczyć walkę. Ciernista Łapa szedł naburmuszony obok młodszego. Nie widziało się mu zbytnio trenować z tak młodym wręcz kociakiem, ale cóż, nie miał chyba za bardzo wyboru… Może chociaż uda się z nim pogadać.
— Hej, Cicha Łapo. Skąd w sumie takie imię? Masz bardzo cichy głos? A może… Cicho się skradasz? W sumie zastanawiało mnie to od jakiegoś czasu. — Nie odbył nigdy rozmowy z kocurkiem, toteż nie miał pojęcia o jego chorobie. Młodszy nie odezwał się, nie dając odpowiedzi uczniowi, co lekko go podirytowało. — Hej? Głuchy jesteś?
Z młodszego kocurka wydał się tylko cichy wydmuch powietrza, gdy otworzył pyszczek. Czyżby nie potrafił mówić? Cóż, może chociaż nie odstraszy zwierzyny, choć Ciernistej Łapie zrobiło się trochę głupio. Skąd miał wiedzieć? Jego matka zatrzymała się przed tunelem, wraz z mentorem Cichej Łapy.
— Nauczycie się dzisiaj walki w tunelach, przy okazji pogłębimy tunele.. Macie jakieś pytania? — Na słowa kotki oboje pokręcili łbami. Pierwszy do środka wszedł Strzępotkowy Kokon, za nim Cicha Łapa, Ciernista Łapa, a na końcu Jagodowe Marzenie. Gdy weszli do środka, jego matka zaczęła tłumaczyć jeden z ważniejszych ruchów kocurom. Ciernista Łapa przysłuchiwał się jej, a Cicha Łapa jedynie potakiwał czasami. W końcu przyszedł czas na zademonstrowanie tego, czego się nauczyli. Ciernista Łapa stanął na jednym końcu, a Cicha Łapa na drugim. Gdy Jagodowe Marzenie dała znak, srebrny kocur wyskoczył na młodszego. Ciernista Łapa przybił go do ściany tunelu, a ten zaczął młócić łapami. W końcu udało się mu odepchnąć go. Ich łapy przecinały powietrze w tunelu, z każdym ciosem Ciernista Łapa męczył się coraz bardziej. W końcu Cicha Łapa miał zamiar skoczyć w jego stronę, ale kocur uniknął jego ataku. Młodszy wylądował na ścianie, jednak triumf i zadowolenie z wygranej Ciernistej Łapy nie trwało zbyt długo.
— Już wystarczy, Ciernista Łapo. Walki na dzisiaj dość, ale musimy jeszcze pogłębić tunele. To też bardzo ważne zadanie wojowników. — Wskazała na rozwidlenie, na co Ciernista Łapa westchnął. Rozdzielili się, jednak mentorzy pozostawali blisko uczniów. W pewnym momencie podczas nudnego kopania Ciernista Łapa zauważył, że Cicha Łapa idzie w stronę jednego z dalszych tuneli. Nikt inny tego nie zauważył, a mentorzy skierowali się w drugą stronę. Kocur westchnął i po jakimś czasie zdecydował się jednak podążyć śladami młodszego.
— Cicha Łapo? Hej, Cicha Łapo! Zaraz wychodzimy, gdzie jesteś? — wywoływał, jednak spotykał się z brakiem odpowiedzi. No tak, młodszy przecież był niemową… Ciernista Łapa w końcu zatrzymał się, ponieważ… Tunel zakończył się. Jednak to nie był jedyny powód jego pozostania w miejscu. Ziemia wyglądała na zawaloną, wystawała z niej jedynie małą łapka… Ciernista Łapa patrzył na ten widok jakby był on nieprawdziwy. Podszedł powoli, obwąchał łapę… To bez wątpienia Cicha Łapa. Zaczął kopać, jednak ziemia zawalała się tylko bardziej… — Jagodowe Marzenie! Strzępotkowy Kokonie! Pomocy!
Kocur krzyknął z desperacji w stronę mentorów. Ci najwyraźniej usłyszeli jego wołanie, gdyż po chwili przybiegli na miejsce, spotykając się z okrutnym widokiem… A Ciernista Łapa był tak bezradny…

W koszmarach nadal nawiedzało go to wydarzenie, toteż obudził się z nastroszonym futrem. Czy śmierć ucznia była jego winą..? Może gdyby wcześniej podążył za nim, zatrzymał go… Skulił się znów w kłębek, próbując nie myśleć o okrutnym zdarzeniu z przeszłości…

571 słowa

[11%]

Od Ciernistej Łapy

Jeszcze chwilę temu odbywał rozmowę z bratem i siostrą na temat przejęcia władzy, teraz natomiast musiał polować dla swojego klanu. Czuł, że jest za stary na chodzenie wszędzie z mentorem, przez co często wychodził na polowania sam. Szara Skóra chyba przez śmierć jego rodziny nie chciał się wtrącać w jego przetrawianie całej sytuacji, gdyż nie miał nic przeciwko jego wychodzeniu, albo po prostu nie chciał sobie z tym radzić. Po śmierci matki starał się tym bardziej, gdyż myślał, że zostanie mianowany jako jej uczeń i pokaże jej swą siłę, jednak najwyraźniej nie mogło być tak kolorowo. Skradał się teraz w stronę zająca, który chował się w wyższej trawie. Cóż, chyba nieskutecznie, gdyż chwilę potem był już w kłach kocura, który mocno wgryzł się w jego szyję po tym, jak na niego naskoczył. W jego oczach widział przerażenie, a teraz czarny zając zwisał mu z pyska. Zastrzygł uchem, chwilę myśląc. Zabicie lidera nie może być tak łatwe jak zabicie tego zająca, pomimo jego wieku. Strzepnął ogonem zwracając się w stronę obozu. Niosąc zdobycz w jego myślach kotliło się wiele emocji. Wiele pytań… „Czy Królicza Gwiazda uważa cię za takiego, jak twój ojciec?” Ciernista Łapa zatrzymał się na tę myśl, a może i głos w jego głowie. Potrząsnął głową.
— Nie, on… Po prostu… Jest mysim móżdżkiem. Dlatego mnie nie mianował… — odpowiedział swoim myślom pod nosem, jednak zatrzymał się patrząc na zająca zwisającego mu z pyska. „A co jeśli jednak to dlatego? Co jeśli boi się, że również kogoś zabijesz? Może masz coś w sobie z niego? Może sam w pewnym momencie szkolenia skrzywdziłbyś kogoś innego?” — Nie! Nigdy bym tego nie zrobił, przecież… Przecież nie jestem mordercą! — wypalił, wypuszczając zająca na trawę. Dźwięk zwierzyny uderzającej w ziemię od razu zwrócił na nią jego wzrok. Wysunął pazury chwytając zająca za gardło. Nie jest morcercą. Ale czy zabiłby kogoś, na kim mu nie zależy? Czy jego ojcu zależało na jego matce? Co, jeśli to dlatego ją zabił? Kocur wbił pazury głebiej w gardło zająca, rozrywając je szybkimi ruchami, podczas gdy głosy w jego głowie męczyły go dalej. „Będziesz mordercą jak on.” „Na twoich łapach również spocznie krew.” „Jesteś nikim, Ciernista Łapo. Nie zostałeś nawet mianowany, a twoje rodzeństwo już tak.” Kocur wbił mocno łapę w miejsce, gdzie przed chwilą było gardło królika, rozbryzgując jego krew, po czym położył się na ziemi, zakrywając uszy łapami, które drżały od emocji.
— Nie jestem taki jak on, nigdy nie będę! Chcę tylko sprawiedliwości, nie zemsty, sprawiedliwości! — Podniósł się z ziemi dysząc ciężko. W jego oczach można pewnie było dostrzec szaleństwo. Patrzył na zmasakrowaną ofiarę. Po chwili gdy jego oddech uregulował się, oraz przestał słyszeć szum krwi w uszach, jak i okrutne głosy, odwrócił się i odszedł od zająca. Tak zmasakrowany i tak nie mógł zostać posiłkiem dla klanu. Zanim dotarł do obozu zauważył w sadzawce zebranej deszczówki, jak szkarłatna krew zdobi jego pysk i łapy, a raczej oszpeca. Czy tak… Wyglądał jego ojciec gdy… Od razu zanurzył głowę w wodzie, praktycznie się nią zakrztuszając gdy już ją wyciągnął, kaszląc. Wszedł w nią jeszcze łapami, teraz otrząsając sie. Powoli stawiając kroki wrócił do obozu, gdzie przy stercie zwierzyny siedział Szara Skóra. Ten patrzył na niego zdziwiony, zapewne jego stanem, gdyż był w połowie mokry.
— Nieudane polowanie? — zapytał ucznia.
— Niestety. Najwyraźniej. — odpowiedział jedynie Ciernista Łapa, po czym odszedł od kocura.

550 słów

[11%]