BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 1 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

02 marca 2026

Letnie dolegliwości!

Nadeszła Pora Zielonych Liści, a z nią nowe dolegliwości!

POGODA

(wkrótce zostanie uzupełniona)

Dolegliwości odczuwają wymienione niżej koty z:

Klanu Burzy:

Krokusowa Kruchość - ból zęba
Poczciwy Szakłak - katar
Strzępotkowy Kokon - infekcja ucha
Baziowa Łapa - ból głowy
Rybkowa Łapa - bezsenność

Klanu Klifu:
 
Drobne Ukojenie - kolec w łapie
Świetlista Walka - przegrzanie
Focza Fala - gorączka
Jenocia Kufa - wybicie barku
Oszroniona Łapa - kłopoty z oddychaniem

Klanu Nocy:

Borówkowa Słodycz - wymioty
Klekocząca Łapa - infekcja ucha
Kropiatkowa Skórka - kleszcz
Przypalona Łapa - ugryzienie przez szczura
Fląderka - biały kaszel

Klanu Wilka:
 
Wrotyczowa Szrama - infekcja gardła
Tygrysia Noc - biały kaszel
Cienista Zjawa - ból stawu
Kamienne Pióro - infekcja oka
Księżycek - kocięcy kaszel

Owocowego Lasu:
 
Sajgon - swędząca infekcja
Kolendra - ugryzienie przez szczura
Czerwiec - gorączka
Całunka - ból głowy
Przypływ - bezsenność

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Przebiśnieg - gorączka
Mistral - zwichnięcie przedniej łapy
Miodowa Kora - ból zęba

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w kolejne stadium. Dotyczy to kotów z:

Klanu Burzy:

Wszyscy wyleczeni!

Klanu Klifu:
 
Bożodrzewny Kaprys - katar > kłopoty z oddychaniem > duszności > astma
Słoneczna Łapa - infekcja oka > tymczasowa ślepota na oko > stała ślepota
Pietruszkowa Błyskawica - swędząca infekcja > podrażniona skóra

Klanu Nocy:

Korzenna Łapa - swędząca infekcja > podrażniona skóra > miejscowe łysienie

Klanu Wilka:
 
Gruba Łapa - wybicie barku > sztywność kończyny
Kwaśna Kocanka - zielony kaszel > czarny kaszel

Owocowego Lasu:

Wszyscy wyleczeni!

Samotnicy i Pieszczochy:
 
 Baśniowa Stokrotka - wymioty > odwodnienie > omdlenia
Gałązka - gorączka > osłabienie
Poziomkowa Polana - kłopoty z oddychaniem > duszności
Zielone Wzgórze - bezsenność > halucynacje

Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka latem.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu lata- mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!

Morświnowa Płetwa urodziła!

 Morświnowa Płetwa urodziła dwójkę słodkich, puchatych kociąt!


01 marca 2026

Od Klekoczącej Łapy

Strach zalewał mu grzbiet. Nie był pewien czy kiedykolwiek pamiętał, aby tak bardzo się czymś stresował. Dobrze pamiętał zastrzyk adrenaliny, kiedy zwierzyna znajdowała się zaraz pod jego nosem, kiedy nurt niespodziewanie zrobił się szybszy, a ryba znacznie silniejsza i przepełniona większymi chęciami przeżycia, niż się spodziewał, ale to... To było coś całkowicie innego. Miał wrażenie, że nie słyszy nic, co dzieje się w odseparowanej części legowiska medyków, w którym od jakiegoś czasu przebywał Szałwiowe Serce. Wojownik od całego incydentu ze zdradą i kochanicą z Klanu Klifu (co w swoją drogą kompletnie Klekotka nie interesowało) był bardzo skryty i raczej nie miał w zwyczaju zbyt często dzielić się z innymi opowieściami o swoim zdrowiu. Najpewniej dlatego wszystkie łagodne i wczesne stadia jego choroby przemknęły w sposób niezauważony. Dopiero kilka wschodów słońca temu, kiedy na jednym z patroli zaczął niemal nie wypluwać swoich płuc, kasłać i łapać się za pierś. Odesłano go wtedy do obozu i umieszczono w miejscu, gdzie nikt nie złapie tego paskudnego choróbska. I tak wszyscy dziwili się jakim cudem wcześniej udało im się nie zarazić.
Teraz było źle. Bardzo źle.
Całą trójkę, która była wtedy pochłonięta jeszcze w głębokim śnie, obudził przed świtem atak okropnego kasłania. Gąbczasta Perła była pierwszą, która dobiegła do boku chorego i próbowała namówić go do wyssania wody z mchu, który ułożyła wieczorem przy boku legowiska. Najpewniej pomogłoby to, chociaż trochę, gdyby nie fakt, że wojownik ledwo umiał się ruszać. Był wyczerpany walką z zielonym kaszlem, walką z napadami kaszlu i ciągłymi drgawkami i gorączką. Klekocząca Łapa, który co prawda za wujem nie przepadał, nie mógł patrzeć na te wychudzoną i zmarnowaną sylwetkę, która jeszcze tak niedawno była pokaźna i górująca nad innymi kotami. Był niczym cień dawnego siebie. Załzawione oczy wpatrywały się w sylwetki medyczek i ucznia. Kocurek miał wrażenie, jakby patrzył w ślepia kociaka, a nie dorosłego kocura.
— Klekocząca Łapo, biegnij po kocimiętke, już! — wrzasnęła Gąbka, próbując uspokoić księcia. Terminator niemal nie wywrócił się o własne łapy, kiedy próbował w miejscu okręcić swoje ciało. Wyskoczył i pognał do składziku, gdzie wręcz mechanicznie złapał przyjemnie pachnące liście. Był tak zestresowany, że nie miał nawet chwili, aby zachłysnąć się odurzającym aromatem. Między susami mignęła mu postać Różanej Woni, która musiała również pognać po inne medykamenty.
Wpadł z powrotem i rzucił zawiniątko pod dymne łapy. Asystentka nie marnowała czasu i od razu podsunęła ją prosto pod pręgowany pysk, niemal nie wciskając zioła prosto do niego.
— Zjedz to, zjedz, bo zaraz spotkasz się ze Sroczą Gwiazdą — wycedziła Gąbczasta Perła przez zęby.
Klekotek zrobił kilka kroków do tyłu. Serce waliło mu w piersi. Miał wrażenie, że wszystko dzieje się tak szybko, a jednocześnie jest rozciągnięte w nieskończoność. Bał się. Faktycznie, szczerze się bał. Nie chciał być blisko wuja, który mimo zjedzenia sporej dawki kocimiętki i widocznej poprawy, wciąż charczał, a po grzbiecie przechodziły mu gorączkowe dreszcz. Miał wrażenie, że powietrze w pomieszczeniu jest brudne i gęste. Miał wrażenie, że on też zaraz zachoruję i umrze w męczarniach. Chciał uciec. Chciał odejść jak najdalej. Zdał sobie sprawę, że prócz przerażenia jedyne co czuje, to nie strach o to, że kocur umrze, a jego rodzina będzie zdruzgotana, a bardziej obrzydzenie, które kierował całkowicie w stronę sapiącego, walczącego ze śmiercią pointa. Nie zauważył nawet, że Róża krzyczy do niego. Dopiero kiedy uderzyła go łapą w nos, ocknął się i odwrócił w jej kierunku. Była wściekła.
— Czemu tu stoisz! Biegnij po świeży mech. Ile razy mamy do ciebie mówić, Klekocząca Łapo?! — Po tych słowach przypadła do boku księcia, ignorując kompletnie młodszego. Białasek wybiegł z izolatki niczym jastrząb, łapczywie pochłaniając świeże, nieskażone powietrze poranku. Obóz był jeszcze pusty, ledwo dotykały go promienie światła. Złapał kraniec mchu, który leżał przy wyjściu. Słyszał, jak kasłanie Szałwiowego Serca staje się cichsze i mniej gryzące. Odetchnął przez zaciśnięte na mchu zęby. Rozluźnił napięty grzbiet i skierował się w kierunku rzeki. Długo jeszcze jednak zajęło, aby wyrzucił z głowy obraz choroby, która szargała ciałem kocura.

Wyleczeni: Szałwiowe Serce

Od Zalotnej Gwiazdy

Zgromadzenie

Pierwsze zgromadzenie jako przywódca. Poważna sprawa. W Klanie Wilka zaszło sporo zmian od ostatniego zgromadzenia, a dziś oczy wszystkich zgromadzonych miały spocząć właśnie na niej – nowej liderce Wilczaków.
Zalotna Gwiazda odczekała, aż przy wyjściu zbiorą się wszystkie koty, po czym bez słowa wyprowadziła je z obozu i ruszyła ku Bursztynowej Wyspie. Na miejsce dotarli jako drudzy. Szylkretka bez wahania wskoczyła na skałę i rozsiadła się obok srebrnej kocicy. Skinęła jej głową na powitanie.
— Dobry wieczór, Mandarynkowa Gwiazdo.
Pręgowana przywódczyni obróciła ku niej głowę.
— Dzień dobry, chyba się wcześniej nie spotkałyśmy — zauważyła, na co Zalotka uśmiechnęła się nieznacznie.
— Masz rację. Jestem Zalotna Gwiazda, nowa przywódczyni Klanu Wilka — oznajmiła, prostując się dumnie. W końcu nie każdy miał zaszczyt osiągnąć tak wiele.
Mandarynka skinęła głową.
— Jak się mają sprawy w waszym klanie? — zapytała spokojnie.
— Bardzo dobrze. Będzie co ogłaszać, gdy przyjdzie czas na przemowy — odparła szylkretka, wciąż się uśmiechając. Miała tylko nadzieję, że żaden Wilczak nie zrobi tej nocy niczego głupiego, by zepsuć jej humor. — A jak u was?
Srebrna zamilkła na moment, po czym odparła niemal bez emocji:
— Nie jest źle. Nie jest też dobrze.
Zalotna Gwiazda uniosła jedną z brwi do góry.
— A czemuż to? Czy wydarzyło się u was coś przykrego? — zapytała. Właściwie mieli ze sobą sojusz, więc wypadałoby wiedzieć, czy Klan Nocy jakoś sobie radzi. — W razie czego pamiętaj, że możesz zwrócić się do Klanu Wilka o pomocną łapę — zapewniła ją jeszcze.
— Klan Nocy nie potrzebuje pomocy. Potrafimy rozwiązać swoje własne problemy — mruknęła pręgowana, wciąż tym samym, poważnym tonem.
— Rozumiem, ale w końcu od czegoś są sojusznicy — wyjaśniła spokojnie, po czym ciaśniej owinęła ogon wokół łap. — Widzę, że dziś na zgromadzeniu całkiem sporo Nocniaków — zmieniła temat, omiatając Bursztynową Wyspę wzrokiem.
Na jej słowa Mandarynkowa Gwiazda nieznacznie wypięła pierś.
— Owszem. Klanu Nocy nie brakuje członków — pochwaliła się.
— To świetnie. Nam też.
Potem na moment zapanowała cisza, dopóki srebrna nie postanowiła jej przerwać:
— Co się stało z Nikłą Gwiazdą? Jeśli mogę wiedzieć.
Wtedy Zalotka zdała sobie sprawę z tego, że w sumie nie wymyśliła, jaką bujdę powinna wcisnąć innym klanom. Nie powie im przecież, że własnołapnie zamordowała poprzedniego lidera.
— Cóż, nie oszukujmy się, był już w podeszłym wieku. Pewnego dnia znaleźliśmy go martwego w swoim posłaniu. Odszedł spokojnie do Klanu Gwiazdy i pewnie obserwuje mnie teraz z góry. Nie ma się jednak o co martwić, los Klanu Wilka jest w dobrych łapach — odparła po jakimś czasie, nie dając po sobie poznać, że kłamie.
— Rozumiem. — Znów kocice zaprzestały rozmowy na kilka uderzeń serca. — A czy myślałaś może o wzmocnieniu naszego sojuszu?
Szylkretka westchnęła.
— Miałam... kilka spraw do nadrobienia. Przez ostatnie księżyce, Nikła Gwiazda zaniedbał nieco swoje obowiązki, choć nie winię go za to — mruknęła, wiedząc dobrze, że w rzeczywistości między innymi właśnie jego słabość i niezdolność do kierowania klanem były powodem morderstwa. — Nie myślałam nad wzmocnieniem sojuszu, ale jestem skłonna do zmiany.
— Masz konkretnego kota na myśli? — Mandarynka odparła bez wahania.
Pytanie srebrnej nieco zbiło szylkretkę z tropu. Chodziło jej o... miot sojuszniczy, tak?
— Jeśli mówisz o zorganizowaniu miotu, to... mam w klanie kilku zaufanych członków.
— Na przykład?
Zamyśliła się na moment.
— Jeśli chodzi o kocury... są to Krucze Pióro, Pustułkowy Szpon, Cienista Zjawa... A co do kotek, uważam, że Tropiąca Łaska czy Kocimiętkowy Wir byłyby dobrymi matkami. Jest też Pszczeli Rój, biologicznie to kotka, ale... uważa się za kocura. Jest moim dawnym uczniem, dobrze go znam — zaczęła wymieniać. — A jak wygląda sytuacja u ciebie?
Mandarynka spuściła wzrok na łapy, jakby się nad czymś zastanawiała.
— Musiałoby być to któreś z moich dzieci, Błękitna Laguna, Czyhająca Murena lub Pierzasta Kołysanka.
— Ile mają księżyców? — zapytała Zalotka, jakby ich rozmowa była najnormalniejszą rzeczą na świecie. Jakby nie rozmawiały właśnie o potencjalnych losach dwóch, niewinnych kotów.
— Około sześćdziesięciu.
Szylkretka skinęła głową, po czym podrapała się pazurem po brodzie.
— Hm... Krucze Pióro i Pustułkowy Szpon to bracia. Mają trochę poniżej pięćdziesięciu księżyców. Cienista Zjawa ma natomiast nieco więcej niż dwadzieścia. Kocimiętka jest w podobnym wieku co do niego i Tropiącej Łaski. A Pszczeli Rój... ma około czterdziestu księżyców — oznajmiła spokojnie.
Pręgowana wydała z siebie ciche “mhm”, oznajmiając Zalotnej Gwieździe, że przyjęła jej słowa do wiadomości.
— Masz może jeszcze jakiś inny pomysł na wzmocnienie relacji między naszymi klanami?
Brązowooka rzuciła wzrokiem w stronę Judaszowcowej Gwiazdy, po czym prześlizgnęła nim po Króliczej Gwieździe.
— Cóż, nie ukrywam, że byłoby wybornie, gdybyśmy dzielili wspólną granicę... — oznajmiła, wciąż wpatrując się w dwóch liderów, których klany oddzielały Klan Wilka od Klanu Nocy. — Nie sądzę jednak, że jest to możliwe do wykonania pokojowo. Szkoda.
Wtedy, gdy Mandarynkowa Gwiazda milczała, szylkretka dosłyszała czyjeś szepty, dobiegające zza jej pleców. Odwróciła głowę po to, by niespodziewanie dostrzec... dwa kociaki! Co one tu na Mrocznych Przodków robiły!

* * *

Szylkretka leżała w swoim legowisku, odpoczywając. Niedaleko niej siedziała Wrotyczowa Szrama, z której uczyniła sobie nieoficjalną służkę. Co prawda nie był jej potrzebny żaden kot, by jej przynosił, podawał i sprzątał, ale wolała mieć kontrolę nad liliową. Nie chciała, by mogła spotykać się za jej plecami z Brukselkową Zadrą i spiskować. Zalotna Gwiazda planowała złamać wojowniczkę i uczynić jej ostatnie księżyce w Klanie Wilka najgorszymi, jakimi się tylko dało. Ale cóż, należało jej się, czyż nie? Kosaćcowa Grzywa sam wyznał, że Wrotycz była jednym z tych kotów, które otrzymały sen od Klanu Gwiazdy. Nie można jej było ufać. Była już zbyt pochłonięta propagandą tych Gwiezdnych Szczurów, ale… może gdyby doczekała się kociąt, te mogłyby się na coś przydać…
Było dosyć wcześnie rano, a brązowooka jeszcze nie miała czasu uporządkować swojego futra. Podniosła się na łapy i zrobiła kółko po swojej norze, by rozprostować kończyny, po czym przysiadła obok dymnej kocicy.
— Co za piękny dziś dzień, prawda, Wrotyczowa Szramo? — mruknęła, uśmiechając się prześmiewczo.
Wojowniczka skinęła jedynie głową.
Zalotna Gwiazda zaczęła jeździć językiem po swoim futrze, aż natknęła się na coś podejrzanego. Zaprzestała czyszczenia okrycia i przyjrzała mu się uważniej – gdzieś między kosmykami jej futra siedział brzydki, napęczniały pasożyt. Kleszcz. Kotka skrzywiła się nieco, uderzając końcówką ogona o ziemię.
— Paskudne pasożyty — fuknęła, kręcąc powoli głową.
Podniosła się z miejsca i bez słowa opuściła swoje legowisko, kierując się w stronę lecznicy. Dawniej odwiedziny w tym miejscu wydawały jej się niekomfortowe ze względu na surową Cisowe Tchnienie, ale teraz czuła, że nikt nie może jej już podskoczyć.
Weszła pewnie do środka, napawając się zapachem ziół, który tak dobrze znała z dzieciństwa. Gdy się rozejrzała, kątem oka dostrzegła, że Roztargniony Koperek zajmowało się teraz Makową Iluzją. Ledwo co została wojowniczką, a już chorowała? Zdecydowanie była słabym ogniwem Klanu Wilka, ale lepszy rydz niż nic.
— Widzę, że praca wre — skomentowała, siadając przed niebieską szylkretką. — W mojej skórze zagnieździł się jakiś parszywy pasożyt — oznajmiła, nosem wskazując na kleszcza.
Cisowe Tchnienie skinęła w jej stronę głową i odeszła, zapewne po to, by wyjąć ze składzika kulkę mchu nasączoną mysią żółcią. Po chwili medyczka przyłożyła ją do miejsca wskazanego przez Zalotkę, a kleszcz odpadł. Liderka odetchnęła z ulgą.
— Dziękuję, Cisowe Tchnienie.
Powiedziawszy to, machnęła ogonem i opuściła lecznicę, by wrócić do swojej nory. O czym to ona myślała? Ach, tak. O tym, by zmusić Wrotyczową Szramę do wydania na świat potomstwa.

Wyleczeni: Zalotna Gwiazda, Makowa Łapa (Makowa Iluzja)

Od Berberysowej Łapy CD. Makowej Łapy (Zwiewnego Maku)

— Hej, Berberysowa Łapo, zjemy razem? — zaproponowała mu Makowa Łapa.Berberysowa Łapa ochoczo pokiwał głową i usiadł obok siostry, która od razu zaczęła smacznie zajadać się tłustym ptakiem, którego wybrała ze sterty zwierzyny. On natomiast wybrał myszkę, nawet lubił ich smak, jednak króliki były najsmaczniejsze, szczególnie te tłuste. Ich mięso rozpływało się w pyszczku.
Oboje spędzili resztę dnia razem, rozmawiając i brykając na polanie pod czułym okiem rodziny. Berberysowa Łapa widział ciepłe spojrzenia Motylkowej Łączki oraz Jagodowego Marzenia.

* * *
Mianowanie Makowej Łapy na wojowniczkę

Berberysowa Łapa siedział obok swoich braci i Jagodowego Marzenia, patrząc uważnie, jak właśnie jego siostra została mianowana na wojowniczkę. Bardzo cieszył się szczęściem Zwiewnego Maku, dostała bardzo ładne imię, które pasuje do charakteru oraz delikatnej budowy czarnej kotki.
“Jak to szybko minęło… Mam wrażenie, że ledwo co zostaliśmy mianowani na uczniów, a Zwiewny Mak jest już wojowniczką… Czy to oznacza, że jestem gorszy, bo nie jestem w stanie tak szybko się wyszkolić?”
Speszony spojrzał na ich ojca, który siedział w tłumie Burzaków. Widział doskonale, jego surowe rysy pyska, jednak w oczach odbijało się ciepło oraz… Duma? Duma, której jeszcze nie widział u Świerszczowego Skoku. Przynajmniej tamten jeszcze nie obdarzył go takim spojrzeniem.
Czując zazdrość, wbił swoje pazury głęboko w ziemię, a swoje spojrzenie przekierował na swoje łapy. Nie złożył życzeń siostrze, nie umiał spojrzeć na nią, jak przedtem. Teraz nie była to tylko jego siostra, była to też rywalka. Rywalka o uznanie rodziny.

* * *
Aktualne

Po długim czasie deszczów i pluchy Pory Zielonych Liści, w końcu przyszedł czas, kiedy na niebie zamiast ciemnych chmur, przewijają się leniwie białe obłoki, które rzadko kiedy śmiały zasłonić słońce. Ciepłe dni oraz kwitnąca soczysta zieleń sprawiały, że większość Burzaków wychodziła z chęcią poza obóz na polowania oraz patrole graniczne. Jednym z tych kotów był właśnie Berberysowa Łapa, który właśnie przemierzał zielone połacie w poszukiwaniu kwiatów. Było ich pełno i każdy był przepiękny, jednak nie każdy pasowałby do jego posłania.
Zatrzymał się nagle, widząc w oddali czarną figurę kota siedzącego wśród łączki kwiatów. Zastrzygł uchem i dłużej się patrzył na nieznajomego. Może był to samotnik? Powinien go przegonić.
“Ehh… Akurat w takim pięknym momencie. Nie mógł się pokazać jakiemuś patrolowi granicznemu, tylko ja mam brudzić krwią kwiaty?” — westchnął.
Bezszelestnie zaczął skradać się do kota, jednak bliżej mu się przyglądając, zaprzestał tej czynności. To była jego siostra! Czując, jak zaczynają go parzyć końcówki uszu ze wstydu nad własną pomyłką.
Wyłonił się spomiędzy kwiatów i podszedł bliżej swojej siostry.
— Hej! Zwiewny Maku, co dzisiaj porabiasz? Dawno ze sobą nie rozmawialiśmy… — Przysiadł obok siostry i spojrzał się w dal, skąd widział, jak na łapie, dalekie terytoria Klanu Klifu oraz ów klif wraz z morzem, gdzie zamieszkiwał ów klan.
Zwiewny Mak zaskoczona się odwróciła. Kotka postawiła uszy i znów wyłożyła się na słońcu.
— Lubię zrobić sobie czasem przerwę od obowiązków wojowniczki — miauknęła do niego.
Widząc, że jego siostra odpływa gdzieś myślami, westchnął przeciągle i rozłożył się obok niej. Wspólnie wygrzewali się na wiosenny słońcu, do momentu aż niebo zaczęło zmieniać na pomarańczowe kolory.
Nagle Zwiewny Mak poruszyła się gwałtownie, jakby coś wpadło do główki.
— Słuchaj...czy jesteś zazdrosny o to, że dostałam imię wojowniczki przed tobą? — zadała mu nagle pytanie, którego się nie spodziewał.
Zastrzygł uchem speszony. Siostra tak szybko go rozgryzła? Jak to było w ogóle możliwe? Nie zamierzał pokazać, po sobie, że jest zazdrosny! Zazdrość to przecież zła cecha, każdy to wie, a on nie zamierzał pokazywać swoich wad.
— Skądże! — zaprzeczył — Może ci się tylko tak wydawać, jednak tak nie jest. Poza tym teraz to wychodzisz z jakimiś insynuacjami. Rozmawiałem z Motylkową Łączką i mówiła mi, że dłuższe szkolenie to nic złego.
Kotka odetchnęła z ulgą.
— Oczywiście — zamruczała, przyciskając swój policzek do policzka brata.
Lekko się wzdrygnął, na tak nagłą oznakę czułości od Zwiewnego Maku, szczególnie po tym, że ją przed chwilą okłamał. Nie wiedząc, co ma powiedzieć, siedzieli tak przez kilka uderzeń serca, aż kotka nie spojrzała na niebo.
Słońce coraz bardziej się zniżało, a odcienie fioletu i granatu, zaczęły pojawiać się na niebie. To była kwestia czasu, aż pojawią się pierwsze białe punkciki na niebie.
Siostra zerwała się na cztery łapy i przeciągnęła leniwie.
— Miłego dnia, Berberysowa Łapo! — miauknęła nagle na pożegnanie.
Berberysowa Łapa siedział wryty, nagłym pożegnaniem wojowniczki. Nie zdążył nawet jej odpowiedzieć bądź zapytać, czemu ta nagle odchodzi, gdyż siostra popędziła truchtem w stronę obozu.
Czy spieszyła się na wieczorny patrol? A może nie chciała z nim siedzieć, mogła wyczuć jego kłamstwo. Nie dowie się tego już tego, gdyż kotka znikała za następnym pagórkiem, a on nie mógł odprowadzić jej dalej wzrokiem.
“Raczej mi też przydałoby się wracać… Wątpię, by Śnieżycowa Chmura puściłaby mi taką samotną wycieczkę płazem…” — westchnął przeciągle i ruszył śladami swojej siostry prosto do obozu.

< Siostro? >
[ 776 słów ]

Od Trzcinowego Szmeru

Śmierć Porywistego Sztormu

Mróz, który panował w obozie, był nie do wytrzymania. Pora Nagich Drzew była na bardziej mroźna, niż mogli się tego spodziewać sami Gwiezdni. Mimo nieprzyjaznych warunków pogodowych, koty i tak musiały wychodzić na patrole oraz łowić dla siebie pożywienie. Nawet jeśli okrzyknięto zdrajcami jej rodziców, tak Klan Nocy musiał płynąć dalej, jak ta rzeka.
Trzcinowy Szmer właśnie krzątała się po obozie, miała jeszcze kilka rzeczy do zrobienia i musiała wziąć trening jej własnego ucznia, Centuriową Łapę. Przygotowała nawet dla kocura plan treningowy, mieli łowić dzisiaj ryby, chciała pokazać, jak lód jest niebezpieczny oraz jakim wyzwaniem jest dla nich rzeka, która w większości jest skuta lodem.
Właśnie wychodziła od Gąbczastej Perły i miała już zawitać w legowisku uczniów, kiedy do obozu wpadł patrol graniczny, na którym brakowało jej siostry. Lśniąca Ikra, Czosnkowa Krewetka i Rosiczkowa Kropla wyglądali na przerażonych. Coś musiało się stać.
Trzcinowy Szmer stanęła, jak wryta i wpatrywała się na niebieskiego wojownika, który wyszedł na przed grupy.
— Porywisty Sztorm dołączyła do Klanu Gwiazdy — obwieścił Lśniąca Ikra.
Po obozie rozległ się szum zszokowanych kotów, w tym jej. Czemu jej rodzina nagle okazywała się zdrajcami lub przychodziła po nich śmierć? Czy na nią też coś czyha w niedalekiej przyszłości? Czemu Klan Gwiazdy zajął się jej rodziną? Czy naprawdę tak szpecili swoją krwią ten klan?
Harmider zdezorientowanych Nocniaków przerwał znów Lśniąca Ikra, który podniósł wyżej ogon, by uciszyć wszystkich dookoła.
— Porywisty Sztorm pokłóciła się z resztą podczas patrolu. Przechodziliśmy akurat koło zamarzniętej rzeki, kiedy postanowiła udowodnić nam niewinność jej rodziców. Pomimo naszych przestróg weszła na zamarzniętą taflę, jak możecie się domyślić, lód załamał się pod jej łapami. Szybko zniknęła pod wodą. Było to na tyle gwałtowne, że nikt z nas nie zdążył do niej dobiec. Niestety wejście po jej ciało było ryzykowne dla reszty patrolu i z bolącym sercem nie udało nam się sprowadzić jej do obozu na ostatnie pożegnanie — miauknął niebieski wojownik z wyraźnym smutkiem.
Trzcinowy Szmer ugięła się na własnych nogach.
“Nawet nie mają ciała?” — jęknęła bezsilnie w myślach.
Chciała krzyczeć i płakać, nad stratą, jednak nie umiała. Nie miała na to sił, nie miała już sił na nic. Będzie musiała odwołać trening ze swoim uczniem albo poprosić kogoś, by zajął się Rezedową Łapą. Teraz jedynie, co chciała, to pobycie sam na sam w legowisku. Chciała wtulić w ciepłe posłania i zamknąć przed światem.

* * * 

— Masz, Trzcinowy Szmerze, to mak. — Podsunęła jej pod nos Gąbczasta Perła, która zatroskana przyszła ją odwiedzić w legowisku wojowników — Pomoże, ci w żałobie. Ostatnio w Klanie Nocy są same złe wieści… Przykro mi, że musiała przydarzyć się waszej rodzinie taka tragedia.
Trzcinowy Szmer milczała. Nie umiała spojrzeć się nawet na medyczkę, chciała być wiecznie twarda i pokazywać, że nie ruszają jej losy kotów, które stają w obronie zdrajców, nawet jeśli te koty są z jej własnej rodziny. Właśnie, w tym był problem. Kochała własną rodzinę, jednak nie mogła być dla nich lojalna, kiedy okazują się mordercami lub później zastraszają Klan Nocy, jakimiś zbezczeszczonymi zwłokami zwierzyny.
Miała tyle pytań do Porywistego Sztormu. Czemu chciała bronić, koty, które przy pierwszej lepszej okazji najchętniej by ją zabiły? Czemu musiała wchodzić na ten głupi lód? Przez nią właśnie straciła całe swoje rodzeństwo. A może to właśnie była wina rodziców? Baśniowa Stokrotka oraz Dryfująca Bulwa nie mieli ich na pierwszym miejscu. Widziała, jak matka z obrzydzeniem patrzyła się na jej relację z Niezapominajkową Nadzieją.
— Przekażę komuś, by zajął się twoim uczniem, podczas twojej chwilowej niedyspozycji.
— Poproś Żmijowcową Wić, czy mógłby podszkolić Rezedową Łapę. Ufam mu, że dobrze go zajmie na ten jeden dzień.
— Nie jestem przekonana, żebyś spędziła jeden dzień w legowisku wojowników… Nosisz na swoim sercu wiele żalu oraz jesteś podczas żałoby. Powinnaś odpocząć kilka dni, dojść własnemu umysłu do zdrowia, a nie przemęczać się — zauważyła z troską Gąbczasta Perła.
“Nie mam czasu na użalanie się nad sobą” — odpowiedziała jej gorzko w myślach.
Zapadła między nimi cisza i żadna z nich nie chciała jej przerwać. Dymna medyczka w końcu się podniosła i delikatnie pogładziła ją po barku, zanim wyszła na polanę. Trzcinowy Szmer została sama. Zlizała ziarno maku i zwinęła się w ciasny kłębek.
“Jak trzeba być głupim, żeby wchodzić na lód…” — pomyślała gniewnie, wyobrażając sobie całe zajście.

* * *
Aktualne

Na ich tereny zawitała Pora Zielonych Liści, a z nią roztopy oraz najróżniejsze dolegliwości, które rozprzestrzeniały się Nocniakach, jak jakaś epidemia. Chociaż nie wszystkie dolegliwości były związane z chorobami. Najlepszym przykładem był sam jej uczeń, który zaciął się ostrym kamieniem, od tych przebrzydłych dwunożnych, na jednym z treningów.
Teraz stali przed wejściem do lecznicy i gromiła go wzrokiem. Od paru dłuższych chwil starała się kocura zaciągnąć do środka, jednak ten skutecznie stawiał opór.
“Niedorzeczne! Jak można być aż tak upartym?!”
Wściekła na Rezedową Łapę, zamiatała ogonem ziemie.
— Ruszaj tam do środka, nie chcę więcej powtarzać! — prychnęła na niego.
— A nie możemy najpierw dokończyć treningu? Nie chcę siedzieć tak długo w legowisku medyka!
— Nie możemy dokończyć treningu, bo cały jeszcze się potniesz, fajtłapo! Właź do środka albo dostaniesz karę!
— Karę?! Niby za co?!
— Właśnie za to, co teraz robisz! Właź! — tracąc cierpliwość, pchnęła go w stronę lecznicy.
Kocurek wpadł do środka, omal się nie wywracając. Ona weszła zaraz za nim i swoim ciałem zasłoniła wyjście na zewnątrz, żeby młodszy nie uciekł.
— W czym mogę pomóc? — zabrzmiał znudzony głos Różanej Woni.
Czarno biała medyczka siedziała na swoim posłaniu i z nieukrywaną niechęcią podeszła do nich.
— Rezedowa Łapa zaciął się kolorowym szkłem od dwunożnych, podczas treningu — powiedziała pokrótce, zanim jej uczeń zdołał choćby otworzyć pysk — Rana jest na ogonie.
— Hmm… Dobrze więc — mruknęła starsza od niej kocica i zakrzątała się w lecznicy, po to, by wyjść z jakimiś ziołami oraz pajęczyną.
Trzcinowy Szmer nie przywiązywała większej wagi do roślin, które używały medyczki w medycynie. Nigdy nawet nie starała się ich pojąć, po prostu dawała im działać, nie kwestionując ich wyborów, których zresztą i tak by nie zrozumiała. Była zbyt ciężko pracującą wojowniczką, żeby jeszcze interesować się listkami.
Różana Woń szybko oporządziła Rezedową Łapę i machnięciem ogona nakazał im opuszczenie lecznicy. Medyczka nie musiała dwa razy prosić. Przekaz był aż nadto jasny oraz ona, jak i jej uczeń nie chcieli dłużej tam przebywać, jeśli nie było to konieczne.
— Dziękujemy, Różna Woni — miauknęła na odchodne i wyszła na polanę — Natomiast ty, Rezedowa Łapo, pójdziesz po jakiś smaczny kąsek z dziupli na zwierzynę i dasz Różanej Woni w podzięce. Dzisiaj masz wolne, jutro dopiero zabiorę cię do Brzozowego Zagajniku.
— No dobrze… — jęknął, niezadowolony Rezedowa Łapa i ciągnąc za sobą swój ogon w opatrunku, poszedł w kierunku kłody przy źródełku.
Trzcinowy Szmer pokręciła jedynie głową i ruszyła do legowiska wojowników, gdzie powinien znajdować się przy odrobinie szczęścia, jej kolega, Zmierzchająca Fala. Czy działo się coś ciekawego w jego relacji z Kropiatkową Skórą?

Wyleczeni: Rezedowa Łapa

Od Berberysowej Łapy CD. Białej Łapy (Białego Strumienia)

Berberysowa Łapa o mało się nie wywrócił. Pomasował łapką swój bok, który pulsował z bólu. Przeniósł swój wzrok na kota, który musiał się zagapić i wpaść na niego.Był to Biała Łapa, który również nie był zadowolony z ich spotkania, chociaż kiedy czerwonooki dłużej mu się przyjrzał, to jego pysk złagodniał.
— Wybacz, Berberysowa Łapo — miauknął. — Nie zauważyłem cię, wracasz z treningu?
Berberysowa Łapa zamrugał zaskoczony. Spodziewał się nieprzychylnego komentarza lub uwagi, jednak kolega z legowiska nie był na niego zdenerwowany. Mógł nawet powiedzieć, że z czerwonych oczu kocura, błyszczała szczera ciekawość.
— Tak, właśnie odpoczywałem po polowaniu, jednak Śnieżycowa Chmura ma mnie jeszcze zabrać na wieczorny patrol graniczny — ziewnął zmęczony.
Strasznie nie chciało mu się nocą wychodzić poza obóz, żeby patrzeć na puste granice. Przecież Klan Nocy ani Klan Wilka nie będą się czaili na granicach ich klanu. Co chcieliby niby zyskać? Puste tereny z dużą liczbą tuneli? Berberysowa Łapa nie był pewien, czy Klanie Nocy umiałby się poruszać pod ziemią. Natomiast, co do Klanu Wilka, był mniej pewien. Raczej Klan Burzy opisywał te koty, jako dość krwiożercze i gotowe do mordowania. Czy dla takich kotów walka w tunelach była ciężka? Nikt nie miał pewności, czy są tam jakieś tunele w tym lesie.
— Berberysowa Łapo?
Głos rozmówcy wybił go z zamyśleń.
— Huh? — mruknął, wyciągnięty żywcem z jego rozmyślań.
— Mówiłem, że nocami można zobaczyć więcej ciekawych rzeczy, których nie każdy kot może zobaczyć dniem.
— Na przykład?
— Sam się przekonasz. Byłeś już wcześniej na jakimś wieczornym spacerze, polowaniu lub właśnie patrolu?
Berberysowa Łapa pokręcił przecząco głową. Jego mentorka raczej starała się szkolić go, kiedy na niebie wisiało wysoko słońce. Nocą spał jak zabity wraz z innymi w legowisku uczniów. No prawie z wszystkimi. Albinosi akurat wtedy wychodzili na zewnątrz, gdyż w dzień słońce było dla nich mordercze.
— Serio? Nie możesz czasem mi coś szepnąć, co dokładnie jest tak wspaniałego, czego nie widziałem za dnia? Wystarczy mi, że w nocy chodzimy, co księżyc na zgromadzenia — zauważył, ziewając przy tym.
Biała Łapa jednak pokręcił stanowczo głową.
— Uhh… No dobra. Jednak nie chciałbyś ze mną pójść na ten patrol? Byłoby milej, chodzić z kimś innym niż z moją mentorką. Śnieżycowa Chmura za dużo gada, nie umiem tego znieść — westchnął.
— Czemu nie? Chętnie zrobię coś przydatnego.

* * *

Na niebie pojawił się wysoko księżyc, a Gwiezdni migotali na Srebrnej Skórze. Koty zbierały się w legowiskach i kładły się spać, natomiast on wraz z resztą patrolu właśnie robili wymarsz poza obozowisko Klanu Burzy.
Berberysowa Łapa z żalem rzucił ostatnie spojrzenie za siebie i ciągnąc ogon za sobą, szedł obok starszego ucznia, który ze swoimi spokojnymi oczami, obserwował okolice.
— I co? Nie uważasz, że tutaj nie jest ładnie? Te opadające liście, świetliki oraz pohukiwania sowy w oddali? — Albinos jako pierwszy przerwał ciszę.
Znudzonym wzrokiem omiótł ich terytorium. Nocą nie widział zbyt wiele, szczególnie jeśli chodzi o krajobrazy.
— Trochę ciemno jest, prawie jak w norze… — powiedział pod nosem.
Nie urzekało go piękno nocy, szczególnie jeśli cały dzień miał pracowity. Wszystko dookoła niego właśnie spało, a kolory nie były tak intensywne, jak za dnia. Jeszcze musieli sprawdzać granice. Co się stanie, jeśli ktoś ich zaatakuje? Jedno z nich musiałoby pobiec do obozu, żeby powiadomić o tym Klan Burzy. Berberysowa Łapa wiedział jedno, że na pewno nie byłby to on. Prędzej by zasnął, niż by dobiegł tam cały w jednym kawałku.
Patrol szedł przy granicy z Klanem Nocy. Szum oraz przyjemny ciepły wiatr smagał ich futerka. Kocur czuł, jak wszystko zmaga jego senność. Jakby mógł, to nie musiałby wracać nawet do obozu, żeby położyć się w posłaniu. Wystarczy mu ta piękna zielona trawa, która nie miała okazji ujrzeć prawdziwych upałów Pory Zielonych Liści. W tym sezonie lato było chłodne, więc teraz kiedy się skończyło, roślinność była zielona i soczysta, wcale nie zmęczona gorącem. Pora Opadających Liści na tę chwilę też nie straszyła koty swoją surowością. Berberysowa Łapa mógł powiedzieć, że nawet nie czuł na tę chwilę zmian w zwierzynie, bądź w temperaturach. Jedynym znakiem o zmianie pory sezonu były zmieniające się powoli na złote barwy liście na niektórych drzewach.
Po sprawdzeniu granic patrol ruszył truchtem do obozowiska, na wzniesieniu.
— I co sądzisz o patrolach wieczornych? Noc ma dużo do zaoferowania — powiedział Biała Łapa, kiedy już weszli na polanę obozu.
Berberysowa Łapa przystanął z łapy na łapę.
— Taaak… — mruknął przeciągle. Niezbyt mu się podobało, jednak nie chciał zranić, uczuć kolegi z legowiska — Było całkiem przyjemnie, jednak chyba jestem rannym ptaszkiem. Uwielbiam, kiedy słońce grzeje moje futerko w południe albo rankiem. Może wtedy byśmy poszli na patrol? Wtedy przynajmniej widać o wiele lepiej, kolory, no i otwierają się kwiaty. Powinniśmy to wykorzystać, zanim Pora Opadających Liści całkowicie nam to odbierze.
Zaproponował albinosowi, na co ten lekko zawiedziony pokiwał głową.
— Naturalnie — odpowiedział tamten, przenosząc wzrok na legowisko uczniów — To chyba pora na sen.
— Taaak… Jestem mega śpiący… — ziewnął głośno.
Oboje zniknęli w norze, okrytą krzewami, w której spali inni uczniowie.

* * *
Aktualne

Pora Nagich Drzew przeminęła, a świadczyły o tym roztopy oraz plucha, jaka panowała na otwartych terenach Klanu Burzy. Deszcz od ostatnich kilku dni nie przestawał padać, a słońce pojawiało się sporadycznie, akurat, kiedy znajdowała się, mała luka, między ciemnymi chmurami. Berberysowej Łapie nie podobała się do końca ta pogoda. Brakowało mu słońca i ciepła, które rozlewało się po całym jego futrze.
Właśnie wyszedł z legowiska uczniów prosto na polanę, na której Burzaki kotłowały się, żeby pójść na patrole. Westchnął bezsilnie i ruszył do Śnieżycowej Chmury, która z niecierpliwością na niego czekała.
— Długo się wybudzasz. Co robiłeś w nocy? — prychnęła markotnie.
— Spałem.
Mentorka posłała mu wymowną minę, jakby miała go po dziurki w nosie. Spokojnie, on też za nią nie przepadał i nie miał dla niej cierpliwości. Widać było jak na łapie, że nie pasują do siebie charakterami. Kotka była zbyt ekstrawertyczna, głośna i irytująca. Nie cierpiał jej chęci wyróżnienia się między innymi wojownikami. W swojej głośności nie miała nic w sobie wyjątkowego. Najchętniej by plotkowała i chciała się nim chwalić, jednak Berberysowa Łapa wiedział, że nie był również wyjątkowym uczniem, żeby ktokolwiek mógł się nim chwalić. Skoro nie robiła tego jego własna rodzina, która w teorii najlepiej go znała, to czemu miałby to zrobić jakiś inny Burzak?
— Pójdziemy dzisiaj na polowanie przy granicy z Klanem Klifu. Musisz jeszcze popracować nad szybkością, żeby nie zaganiać na inne terytorium naszej zwierzyny.
Przytaknął jedynie głową i rozejrzał się po innych uczniach, którzy wygłupiali się przed legowiskiem uczniów, a ich mentorzy czekali, aż się uspokoją. Młodziaki miały tyle życia w sobie oraz energii, której sam Berberysowa Łapa mógł pozazdrościć.
“Pewnie Śnieżycowa Chmura chciałaby, żebym właśnie tak się zachowywał i dokonywał głośnych przedsięwzięć… No cóż… Nie urodziłem się taki jak Zwiewny Mak, nie było mi dane być kimś wielkim…”
Na samą myśl o siostrze, zrobiło mu się przykro. Nie widział w niej wsparcia ani autorytetu, tylko kota z rodziny, któremu udało się wpasować w oczekiwania Świerszczowego Skoku oraz Jagodowego Marzenia.
— Mogę z wami iść na polowanie? — odezwał się Biały Strumień.
Biały kocur nie tak dawno przeszedł mianowanie na wojownika, stał się dorosłym kocurem, świeżą krwią, która zasilała szeregi wojowników. Czemu chciał iść z nimi na polowanie? Nudziło mu się? Patrząc po minie jego mentorki, mógł stwierdzić, że również nie rozumiała wojownika.
— Na pewno chcesz iść z nami na polowanie? — dopytała go niepewnie Śnieżycowa Chmura — Wiesz przecież, że Berberysowa Łapa jeszcze nie poluje najlepiej. Jak coś, to patrol łowiecki, któremu przewodzi Zwiewny Mak, nie pogardziłby kolejnymi łapami wojownika do polowania.
Na szpileczkę od własnej mentorki, zareagował westchnieniem. Zabolało go to bardzo, jednak nie chciał tego okazywać. Zacisnął mocniej zęby i strzepnął gniewnie ogonem.
— Za dużo mają już w tamtym patrolu kotów. Wolałbym pójść z wami, jeśli to nie problem.
— No dobrze… — zdziwiona wojowniczka, poruszyła wąsami i ogonem strzepnęła w kierunku wyjścia z obozu, nakazując, tym samym by wyruszali.

* * *

Znajdowali się przy granicy z Klanem Klifu. Biegli we trójkę szukając dobrego miejsca na zaczęcie polowania, aż w końcu dotarli do niewielkich zarośli, które działały, jako miejscowy znak orientacyjny. Zatrzymali się, a Śnieżycowa Chmura rozejrzała się krótko po okolicy.
— Tutaj może zaczniemy. Nie wyczułam żadnego zapachu patrolu łowieckiego i nie było tutaj żadnego kota ostatnimi czasy. Mamy szansę na dobre polowanie i lekcję dla ciebie Berberysowa Łapo. Pamiętaj o podstawach, o których ci mówiłam, królik cię szybciej usłyszy, a mysz wyczuje, a polujemy na tą pierwszą zwierzynę, więc uważaj, gdzie stawiasz łapy. Zrozumiałeś?
Pokiwał głową, zerkając na Biały Strumień, który ciągle obok niego siedział. Nie miał czasem sam polować?
— Dobrze, więc możesz szukać tropów, a ja będę cię obserwować z dala. Musisz się nauczyć polować sam. — Przeniosła wzrok na albinosa, który jeszcze również nie poruszył się od dłuższej chwili — Ty również Biały Strumieniu. Nie chcesz, żeby twój kolega nie umiał wcale polować, nieprawdaż?
Kocur przełknął ślinę i również skinął głową. Niechętnie odsunął się od Berberysowej Łapy i ruszył wraz ze Śnieżycową Chmurą dalej, gdzie mieli go obserwować, jak poluje.
Berberysowa Łapa odprowadził ich wzrokiem, wziął kilka szybkich wdechów i z nosem przy ziemi, ruszył szukać śladów królików. Miał wielką nadzieję, że uda się mu złapać coś po szybkości i wrócić do obozu. Nie chciał siedzieć tutaj w tym topniejącym śniegu z wypaloną skóra na karku od wwiercającego się spojrzenia Śnieżycowej Chmury. Na dodatek obserwował go były kolega z legowiska, więc też dobrze by było, gdyby pochwalił się przed albinosem swoimi umiejętnościami łowieckimi.
Nagła woń oznaczeń zapachowych Klanu Klifu i zapach królika dotarły do jego nozdrzy. Zatrzymał się i przypłaszczony do ziemi i osłonięty wysokimi kłosami traw, obserwował okolicę. Nie musiał długo czekać, żeby doszły go odgłosy pogoni za szarakiem, które się nasilały.
“Biegną w moją stronę! Będę miał łatwą zdobycz!”
Ucieszony, wpatrywał się, jak z wysokich traw wyłania się goniona zwierzyna oraz niska szylkretowa kotka, która w porę wyhamowała, respektując granicę.
“Ha! Czasami uczciwość nie popłaca! Teraz będziesz bez zwierzyny!” — wyśmiał kotkę w myślach.
Wystrzelił do przodu, zostawiając kryjówkę za sobą, nie pozwalając królikowi uciec do najbliższej nory, których i tak mieli pełno na ich terytorium. Chwycił zwierzynę za kark. Kręgosłup zwierzaka chrupnął, a jego mięśnie się rozluźniły. Oto w taki sposób zdobywa się łatwe łupy!
— Hej! To królik z terenu Klanu Klifu! — prychnęła liliowa szylkretka po drugiej stronie granicy.
Berberysowa Łapa zmierzył ją wzrokiem i uśmiechnął się pod nosem.
“Ta kotka wygląda przezabawnie! Jest taka niska. Czy ona w ogóle udźwignęłaby tego królika? Przecież ta zwierzyna jest za wielka na takiego kota.” — wyśmiał kotkę w myślach i wyprostował się, pusząc lekko ogon, by tamta zobaczyła różnicę między nimi.
Mimo że był nadal uczniem, tak przewyższał Klifiaczkę swoim wzrostem. Kotka była na pewno od niego starsza, mógł to powiedzieć po jej miauknięciach. Musiała być wojowniczką.
— Od kiedy niby Klan Klifu poluje na króliki? To zwierzyna należy do Klanu Burzy i została upolowana na naszym terytorium! — warknął ostrzegawczo.
Chciał jeszcze po wkurzać nieznajomą mu szylkretkę, jednak z oddali usłyszał, miaukniecie swojej mentorki. Przekręcił oczyma i na pożegnanie, wystawił język Klifiaczce. Złapał z powrotem królika i ruszył w głąb terytorium, gdzie czekała na niego Śnieżycowa Chmura.

* * *

Wrócili do obozu, po udanym polowaniu. Odłożyli króliki na stercie zwierzyny i wzięli sobie po myszy.
— Biały Strumieniu? Zechcesz ze mną zjeść? — zaproponował starszemu koledze.

< Biały Strumieniu? >
[ 1825 słów ]

Od Ćmiego Księżyca

Przeszłość; kiedy Tygrysek i Aldrowanda byli jeszcze kociętami.

— Jakim cudem to ty skończyłeś z taką chrypą, a nie twój brat — mruknęła pod nosem Ćmi Księżyc, próbując odszukać w swoich zapasach zapach aksamitki. Ostatnimi czasy była niesamowicie niespokojna. Nie wiedziała co się z nią dzieje, nie wiedziała, w jaki sposób miałaby się uspokoić i powrócić do tej chłodnej i niewzruszonej persony, którą tak długo reprezentowała. Szturchnęła ogonem liść, na którym lśnił lepki miód. Przeklęła pod nosem. Za srebrną kocicą rozbrzmiał cichy tupot łap.
— Pomogę Pani — zaproponował Różeńcowa Łapa. Jego głos był cienki i lekko chropowaty. Kocur odkaszlnął, ale jego iskra świeciła jasno i radośnie. Przypominała medyczce iskrę jej zmarłego brata.
— Mhm... — zgodziła się. Nie lubiła, kiedy ktoś ją wyręczał, ale nie miała już siły. Chciała jak najszybciej zająć się gardłem czekoladowego, aby zająć się swoimi sprawami. Wskazała nosem w kierunku, w którym leżeć powinien być miód, ale który nieco przemieściła. Uczeń wziął go w pysk i zawrócił, aby poczekać na bladooką poza składzikiem. Ćma złapała pączek aksamitki i pomknęła za nim. — Zjedz kwiaty najpierw; mają gorszy smak — poleciła i odwróciła się. Była potwornie niewyspana. Od samego rana zajmowała się Jastrzębim Zewem i najnowszymi nabytkami Klanu Klifu. Była pewna, że cokolwiek, co dolegało tej dwójce, a co jakimś cudem oszczędziło małą Aldrowandą, musiało przylepić się do kociaków, kiedy jeszcze żyli poza klanem. Nie miała pojęcia, jakie mogło być jego źródłem, nie wiedziała przez to, w jaki sposób sobie z tym poradzić. Ciągle wysyłała kogoś, aby przynosił im świeży, nasączony wodą mech, świeżą zwierzynę, która ostatecznie i tak prędko lodowała znów poza układem pokarmowym. Dopiero znaleziona mięta i kilka jagód jałowca, które bała się początkowo podawać kociakowi, pomogły z bólem brzucha i mdłościami, a nawet biegunką. Miała nadzieję, że w końcu uda jej się zmrużyć oko na dłużej niż kilka chwil. Nie zauważyła nawet, że przez moment jej myśli odleciały w kompletnie inne, niedostępne miejsca. Dopiero głos kocurka, który zrobił w jej stronę kilka kroków, przyciągnął ją z powrotem na ziemie.
— Wszystko w porządku? Mogę coś jeszcze zrobić? Coś pomóc? — zapytał, przekrzywiając mordkę.
— Nie, nie... — burknęła, może zbyt nie miło, zbyt ostro. Różańcowa wyszeptał jeszcze tylko ciche podziękowania i wybiegł, chcąc zapewne znaleźć Pasterza, który już wyrywał sobie kępki futra zza uszu, wiedząc, że jego młodszy braciszek nabawił się bólu gardła. Ćmi Księżyc westchnęła ciężko i przycisnęła czoło do zimnej, kamiennej ściany. Zrobiła kilka głębokich, drżących oddechów. Miała ochotę pozostać w tej pozie do końca świata, do końca swojego życia. Czasami zastanawiała się, czy nie byłoby prościej, jakby odebrano jej słuch czy węch. Oczy zawsze mogła zamknąć; mogła zadecydować, kiedy odda się mrocznej pustce, ale o ile nie wypełni sobie uszu mchem lub nie zatka nosa jagodami... dźwięki i zapachy atakują ją z każdej strony i nie dają spokoju. Nic nie daje jej spokoju. A to jedyna rzecz, której teraz tak naprawdę pragnęła.

Wyleczeni: Różeńcowa Łapa, Tygrysek, Jastrzębi Zew

Od Poranku

*jakiś czas temu*

Siedział cicho w legowisku. Łapami co chwilę przekładał rośliny, układając je w równe kupki na ziemi. Każde z osobna obserwował i co jakiś czas wszystkie dokładnie przeliczał. Mimo zmiany pory roku śnieg i mróz dalej były wszechobecne dookoła, co skutecznie uniemożliwiało nowym ziołom rozwój. Automatycznie w głowie Poranku tworzyło to pewnego rodzaju alert, który kazał mu sprawdzać, czy na pewno mają wszystkiego w odpowiednich ilościach. W końcu brak jakiejkolwiek rośliny mógł spowodować wiele problemów, patrząc na ilość chorych i nieprzyjemną pogodę, sprzyjającą wyziębieniom. Jednak pogoda ta była też pełna plusów, takich jak brak słońca, czy mniejsza konieczność opuszczania legowiska przez rudego uzdrowiciela. W taką pogodę bez jakiejś wyraźniej konieczności wyjścia mógł bez problemu siedzieć u siebie, przeglądając swoje chwasty, ale w główniej mierze jednak unikając kontaktów z innymi pobratymcami. W końcu kto bez urazu czy choroby odwiedziłby rudego uzdrowiciela? "Siostry" - zdał sobie sprawę i chwycił kolejne zioło. One zawsze znalazły chwilę, by przyjść do swojego brata, chociaż by powiedzieć obok, ponieważ ten dalej nie zdradzał im swoich sekretów i problemów. Nawet jeśli widział on wyraźne zirytowanie wymalowane na ich pyskach. Ale co miał zrobić? Nie chciał im robić pod górkę.
Podniósł głowę znad ziół, słysząc kroki. Odwrócił się w stronę wyjścia z legowiska i zobaczył tam dwa znajome pyski — Pumę i Purchawkę. Ze stresem ściskającym jego żołądek zwrócił się do dwójki kotów. Przecież musiał wrócić do swojej pracy.

Wyleczeni: Purchawka, Puma

Od Wiciokrzewu do Mistral

Przeszłość

Nie był już u Tramontany przez kilka dni i chyba nawet wiedział, czemu tak odwlekał tę wizytę. Gdy widział ją po raz ostatni, poród był już niezwykle bliski. Wtedy zostawił jej w zapasie więcej zwierzyny, by móc nie przychodzić tam jak najdłużej. Nie był jednak pewien, czemu tak bardzo nie chciał zobaczyć swoich potomków. Może bał się, że się do nich przywiąże? Może obawiał się tego, że okażą się słabe tak, jak on? Tramontana będzie nim na pewno zawiedziona. Na pewno będzie go obwiniać za to, że przeniósł na nie swoje wady. Bał się tam pójść. Bał się spojrzeć kotce w oczy – ale wiedział, że w końcu będzie musiał. Chyba by sobie nie wybaczył, gdyby kotka zmarła z głodu czy powikłań po porodzie. Musiał przynajmniej zadbać o to, by ona i jej kocięta były bezpieczne, nim wyruszą w samodzielną podróż. Trochę wstydził się tej myśli, ale oczekiwał dnia, gdy jego ścieżka z Tramontaną się rozejdzie. Wychodzenie na takie długie “spacery” co kilka dni mogło się w końcu wydać podejrzane. Tym bardziej dla Ziemniaka, który obserwował każdy ruch Wiciokrzewa, mimo tego, że Osetka już nie było. Czekoladowy jednak wyraźnie się uspokoił od zniknięcia ucznia i nie zaczepiał już tak często uzdrowiciela. Jednak czy strata przybranego syna była warta tego spokoju?
Wiciokrzew spiął mięśnie na myśl o czarno-białym kocurze. Od razu poczuł, jak żal ścisnął mu serce. Jak mógł pozwolić na to, by uczeń tak po prostu zniknął? Bez żadnego śladu? Wydawać by się mogło, że po prostu rozpłynął się w powietrzu. Zniknął tak niespodziewanie, jak się pojawił. W końcu liliowy był równie zdziwiony, gdy natknął się na samotnego kociaka na terenach Owocowego Lasu, jak wtedy, gdy ten nagle zniknął.
Teraz postanowił wstać z posłania. Zerwał się z niego i bez słowa zaczął kuśtykać do wyjścia z obozu, tak roztargniony, że zapomniał zabrać ze sobą podstawowe zioła. Mógł się tylko modlić o to, że poród Tramontany przebiegł łagodnie, a kotka okaże się zdrowa. Szedł tam na tyle prędko, że po jakimś czasie zaczął słyszeć dudnienie swojego serca w uszach. Nie zatrzymywał się jednak – był zdeterminowany, by dotrzeć do białofutrej dosyć szybko. Nie polował nawet na nic po drodze, gdyż stwierdził, że zrobi to już po zobaczeniu kociąt.
Wkrótce przed jego oczami zaczął pojawiać się zarys wejścia do nory, w której tymczasowo przyszło żyć Tramontanie. Do tego czasu bardzo się zmęczył tym szybkim tempem, ale mimo wszystko nie zwalniał, aż dopóki nie stanął w progu schronienia. Białofutra żyła w starej, opuszczonej lisiej norze, która w głównej mierze znajdowała się pod ziemią. Liliowy wszedł do niej ostrożnie, zanurzając się w półmroku. I wtedy ją dostrzegł. Samotniczka o białym futrze wpatrywała się w niego swoimi błękitnymi ślepiami, a obok jej brzucha spokojnie spała dwójka latorośli. Jedna z nich wyglądała niemal tak jak jej matka, druga zaś była rudo-biała. Żadne z kociąt nie wyglądało podobnie do Wiciokrzewu. Liliowy uśmiechnął się na tę myśl.
— Jak je na-nazwałaś? — zapytał uzdrowiciel, poruszając powoli wibrysami.
Samotniczka przejechała językiem po główce białofutrej koteczki.
— Tę nazwałam Mistral. To dla mnie bardzo ważne imię… — wyjaśniła, a potem spojrzała na łaciatego kocurka. — Ten… nie ma imienia, bo chciałam, byś ty go nazwał. Żebyśmy mieli po tobie jakąś pamiątkę — zaśmiała się, po czym wróciła spojrzeniem do Wiciokrzewu.
Liliowy nie musiał się długo zastanawiać.
— To mo-może… Świergotek?

* * *

Gdzieś między odwiedzinami Tramontany musiał jeszcze zmieścić czas na obowiązki w Owocowym Lesie. Porządkował składzik z ziołami, wyrzucając z niego te wysuszone czy gnijące. Było już coraz cieplej, kwiaty zakwitały. Nie minie dużo czasu, nim uzupełnią zapasy nowymi, świeżymi roślinami. Dawało mu to nadzieję, pocieszało go to. Mimo że stracił tak bliskiego mu kota, starał się nie zaniedbywać zdrowia swoich pobratymców. Właściwie… to nawet czuł się trochę dumny z siebie, że przez większość dni był w stanie podnieść się z posłania i pomagać Purchawce i Porankowi.
Gdy tak siedział i układał zioła, nagle do lecznicy wszedł inny kot. Wnętrze od razu wypełniło się zapachem samotnika, przez co Wiciokrzew zjeżył futro i gwałtownie odwrócił głowę w stronę przybysza. Okazał się nim Jaskier, przez co kamień spadł mu z serca.
— Ach, przepraszam, że cię wystraszyłem. Chciałem tylko zapytać, czy nie macie trochę aksamitki, bo wdała mi się infekcja w ranę… — wyjaśnił, podchodząc do uzdrowiciela.
— Ma-mamy — oznajmił zielonooki, po czym przyjrzał się składzikowi. Po chwili wyciągnął z niego pomarańczowe kwiecie i wręczył je samotnikowi. — Poradzisz so-sobie?
Jaskier uśmiechnął się i odparł:
— Oczywiście.
Powiedziawszy to, chwycił roślinę w zęby i udał się do wyjścia z obozu.

* * *

tw: krew

To już pewnie ostatnie spotkanie, jakie odbędzie z Tramontaną. Kocięta powinny być już teraz na tyle duże, by przeżyć podróż na dalsze tereny. Czuł się dziś wyjątkowo spokojny; gotowy, by wyruszyć do białofutrej i się z nią pożegnać. Miał tylko nadzieję, że będzie im się dobrze powodzić, że znajdą jakiś przytulny zakątek i będą żyć pod dostatkiem. Nawet cieszył się z tego, że mógł się do czegoś przydać i pomóc tej samotniczce znaleźć szczęście. Przynajmniej ona będzie mogła spoglądać na swoje potomstwo i cieszyć się z tego, że są przy niej. Nie będzie się też już musiała martwić o to, kto zajmie się nią na starość, bo przy swoim boku będzie miała Mistral i Świergotka.
Wiciokrzew zdecydował się nie zwlekać. Spokojnym krokiem zaczął dreptać w stronę wyjścia z obozu, gdy nagle zatrzymał go Ziemniak.
— Hej, dokąd się wybierasz?! — zaczepił go, stając mu na drodze. — Nie zasługujesz na spacerki wśród śpiewu ptaków i promyczków słońca — zakpił czekoladowy, przewracając oczami.
Wiciokrzew poczuł się zakłopotany. O co mu znowu chodziło? Co tym razem zrobił?
— Pu-puść mnie… — wymamrotał, kładąc po sobie uszy.
— Albo co? — fuknął wojownik. — Jesteś słaby! Nic mi nie zrobisz, mysia strawo! Nie potrafisz się nawet przełamać i wyleczyć Rokitnika, bo się go boisz! — mówił złośliwie, szczerząc zęby.
— O czym ty mó-mówisz…?
— Nie udawaj głupszego, niż jesteś! Purchawka musiała się zająć Rokitnikiem, bo tobie nie chciało się tyłka ruszyć, by podać mu jakieś zioła! — miauknął z wyrzutem, patrząc na uzdrowiciela z takim jadem, że można by go pomylić z wężem. — W ogóle nie dbasz o członków Owocowego Lasu! I ty się dziwisz, że Osetek uciekł?
Liliowy zagryzł zęby na swoim języku tak mocno, że chwilę potem poczuł metaliczny posmak krwi rozpływający mu się po podniebieniu.
— Dosyć te-tego… — wymamrotał, próbując wyminąć wojownika. Ten jednak złapał go za ogon, nie pozwalając wyjść. Zielonooki zamarł w miejscu i dopiero wtedy czekoladowy go puścił.
— Lepiej podaj mi zioła na swędzenie, zamiast się szlajać niepotrzebnie po terenach Owocowego Lasu! — zażądał Ziemniak.
Kocur wiedział, że jeśli nie da czekoladowemu tego, czego chce, ten mu nie odpuści. Nie miał wyboru; musiał się zgodzić.
Ruchem głowy wskazał na lecznicę, po czym powoli zaczął kuśtykać w jej stronę. Głowę miał zwieszoną, a humor doszczętnie zniszczony. Ten dzień zapowiadał się dobrze, ale teraz liliowy stracił całą motywację do czegokolwiek. Gdy wszedł do legowiska, szybko wyjął ze składziku korzeń żywokostu, przeżuł go na papkę i nałożył ją na zaczerwienione miejsca na skórze Ziemniaka.
— Jeśli mi nie przejdzie, zwalam to na twoją nieumiejętność! — rzucił czekoladowy, wychodząc na zewnątrz.
Zielonooki wpatrywał się za nim, a gdy ten zniknął, obserwował tępo punkt przed sobą. Nie wiedział, ile czasu spędził w bezruchu, ale wkrótce niebo zaczęło różowieć. Pojawiły się na nim również przebłyski pomarańczowego i żółtego.
“Tramontana… Czeka na mnie” – pomyślał, a w jego oczach wezbrały się łzy.
Musiał iść. Musiał się w końcu poruszyć. Nie mógł zawieść białofutrej kotki.
W końcu zmusił swoje ciało do wstania, a potem do powłóczenia się ku wyjściu z azylu. Jego kroki były powolne; kocur wyglądał, jakby w każdej chwili mógł się załamać i upaść na ziemię. A mimo to nie pozwolił na to, by ktokolwiek mu pomagał. W ciszy opuścił obóz.
Gdy dotarł na miejsce, od razu jego uwagę przykuły plamy krwi przy wejściu. Serce podeszło mu do gardła, a umysł na moment zaszedł mgłą. Miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje albo, co gorsza… zemdleje. Postanowił jednak nie martwić się na zapas. “Może to krew zwierzyny, tak?” – próbował się uspokoić.
Wziął głęboki wdech, ale całe jego ciało drżało. Jego łapy wciąż się trzęsły, gdy wślizgiwał się do lisiej nory, gdzie powinna czekać na niego Tramontana…
Jednak od razu, gdy wsadził do niej głowę, w jego nozdrza uderzył silny, duszący zapach krwi, zmieszany z wonią lisa. Zamrugał kilkakrotnie, próbując przyzwyczaić się do ciemności, aż w końcu jego oczom ukazało się zmasakrowane ciało samotniczki.
Futro, które niegdyś było piękne, aksamitne i śnieżnobiałe, teraz było postrzępione i lepkie od szkarłatu.
— Tra-Tra-Tramont… — odezwał się, lecz głos ugrzązł mu w gardle.
Ciało, które przed nim leżało, w niczym nie przypominało tej kotki, którą znał. Upadł przy niej, łapami oplatając jej krwawiącą szyję. Dopiero wtedy kątem oka dostrzegł dwa skulone kocięta, przyciśnięte do siebie w rogu nory.
Wzrokiem prześledził sylwetkę Tramontany. Jej bok wciąż ledwo zauważalnie unosił się i opadał. Jedno zmrużone oko nagle poruszyło się i spojrzało prosto na niego.
— A-a-ale… j-jak… j-j-jak to… — mamrotał, czując, jak jego serce bije na tyle mocno, że mogłoby mu zaraz połamać wszystkie kości, byleby tylko wydostać się na zewnątrz.
Spojrzał w bok, na dwójkę żywych kociaków. Jego wzrok zatrzymał się na młódce tak podobnej do matki. Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami, nie rozumiejąc, co dzieje się wokół niej. Wyglądała, jakby oczekiwała, że kocur zapewni ją, że wszystko będzie dobrze. Ale Wiciokrzew w tym momencie nawet sobie nie potrafił obiecać, że poradzi sobie z tą sytuacją.

* * *

Wrócił do obozu bardzo późnym wieczorem. W pysku niósł jedno kocię, natomiast na jego grzbiecie spoczywało drugie. Jego łapy były bordowe od zaschniętej krwi, a spojrzenie zmęczone i niemal nieobecne. Nawet nie myślał o tym, jak wytłumaczy się przed pobratymcami. Wiedział tylko, że te dzieci od dzisiaj muszą zamieszkać w Owocowym Lesie. Tu będą bezpieczne. Nie wiedział nawet, czy zamierza brać udział w ich wychowaniu, ale coś mu podpowiadało, że nie zostawi ich pod opieką kogoś obcego. To w końcu jego własne potomstwo. Biologiczne. Miał teraz szansę, by nie popełnić tych samych błędów co przy Osetku. Mógł zająć się tymi dziećmi i już nigdy nie pozwolić nikomu na to, by zostały mu odebrane.
Po przekroczeniu progu azylu od razu nagromadziły się wokół niego zaciekawione, ale i nieco przerażone koty. Uzdrowicielowi udało się jedynie odłożyć kocięta na ziemię, lecz zaraz potem jego obraz zaszedł czernią.
Stracił przytomność.

<Mistral?>

Wyleczeni: Jaskier, Rokitnik, Ziemniak