BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

01 listopada 2026

Od Lśniącej Gwiazdy CD. Migoczącej Łapy (Migoczącego Nieboskłonu)

— Dobrze — miauknął, gdy dotarli wreszcie na opustoszałą polanę. Na jego pysku pojawił się łagodny uśmiech, a głos, jak zwykle starannie wyważony, nie zdradzał niczego poza spokojną stanowczością. — Chciałbym, żebyś jeszcze raz pokazał mi pozycje z naszej ostatniej lekcji. Jestem ciekaw, ile udało ci się zapamiętać.
Migocząca Łapa przez krótką chwilę spoglądał na ojca z niepewnością, jak gdyby próbował odczytać coś z jego oblicza, zanim ostatecznie odwrócił głowę i przystąpił do ćwiczenia. Ostrożnie obniżył tułów, rozstawiając łapy w sposób, który miał przypominać pozycję zaprezentowaną mu poprzedniego dnia, jednak już po kilku chwilach stało się jasne, że jego starania nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Przednie kończyny uginały się pod niewłaściwym kątem, ciężar ciała spoczywał nierównomiernie, a zad pozostawał niepokojąco uniesiony, pozbawiając całą sylwetkę stabilności.
Co jakiś czas uczeń zerkał w stronę przywódcy, jak gdyby poszukiwał w jego spojrzeniu potwierdzenia, że przynajmniej część wykonywanych ruchów była poprawna. Być może liczył również na wskazówkę, która pozwoliłaby mu uniknąć kolejnego błędu, zanim ten zostanie zauważony. Lśniąca Gwiazda przyglądał mu się jednak bez pośpiechu, nie zdradzając ani aprobaty, ani niezadowolenia. Na jego pysku wciąż utrzymywał się ten sam subtelny uśmiech, a uszy pozostawały skierowane ku uczniowi, jak gdyby przywódca z największą przyjemnością poświęcał mu całą swoją uwagę.
Nie zamierzał mu pomagać.
Chciał zobaczyć, co Migocząca Łapa potrafił zrobić samodzielnie, bez podpowiedzi, zachęty czy nieustannego naprowadzania na właściwe rozwiązanie. Nie interesowało go wyłącznie to, czy uczeń zapamiętał poszczególne ruchy. Znacznie bardziej ciekawiło go, jak zareaguje na własne niepowodzenie, czy podejmie kolejną próbę, a może — jak zaczynał podejrzewać — ponownie spróbuje wymknąć się obowiązkowi, zanim zdąży rzeczywiście się z nim zmierzyć.
W końcu nieznacznie przechylił głowę.
— Och, Migocząca Łapo — odezwał się łagodnie, niemal z pobłażliwym rozbawieniem. — Chyba nie tak wyglądała pozycja, którą wczoraj ci pokazywałem.
Nie podniósł głosu, nie zmarszczył nawet brwi. Jego słowa zabrzmiały raczej jak delikatna uwaga, którą można byłoby skierować do kogoś, kto przypadkiem pomylił drogę, niż jak nagana ze strony nauczyciela rozczarowanego postępami swojego ucznia. Mimo to nie umknęło mu, jak szybko Migocząca Łapa wyprostował się, wyraźnie zakłopotany własnym niepowodzeniem.
— Nie potrafię…
Lśniąca Gwiazda przez moment milczał, pozwalając, by odpowiedź syna zawisła pomiędzy nimi. Następnie wypuścił powietrze nosem, a jego ogon poruszył się leniwie za grzbietem. Nie było w tym geście gwałtowności ani jawnego zniecierpliwienia, choć gdzieś pod starannie utrzymywaną powierzchnią jego myśli pojawiło się chłodne rozczarowanie. Nie samym błędem, rzecz jasna. Błędy były przecież naturalną częścią nauki i nie stanowiły dla niego niczego szczególnie niepokojącego. Znacznie mniej podobała mu się łatwość, z jaką Migocząca Łapa uznawał własne ograniczenia za coś niepodważalnego.
— Nie potrafisz jeszcze — poprawił go spokojnie, kładąc szczególny nacisk na ostatnie słowo. — To jednak dwie zupełnie różne rzeczy, nie sądzisz?
Przesunął się o kilka kroków, obchodząc ucznia łagodnym łukiem, po czym zatrzymał się przy jego boku. Nie musiał się spieszyć. Miał przed sobą całe popołudnie, a jeśli zaszłaby taka potrzeba, również następne dni. W końcu cierpliwość była jedną z tych cech, które nauczył się prezentować z niemal doskonałą swobodą.
— Wczoraj również sprawiało ci to trudność — kontynuował, przyglądając się uważnie ułożeniu jego łap. — Dlatego zastanawiam się, czy znalazłeś później chwilę, aby poćwiczyć. Wiesz, powtarzanie poznanych ruchów jest niezwykle ważne. Nawet najlepszy wojownik nie osiąga swoich umiejętności wyłącznie dzięki temu, że ktoś raz pokaże mu, jak powinien ustawić łapy.
Uniósł wzrok na syna.
— Miałeś przecież całą noc, Migocząca Łapo. Nie oczekiwałem, że następnego dnia będziesz wykonywał wszystko bezbłędnie, ale sądziłem, że przynajmniej spróbujesz utrwalić to, czego się nauczyłeś.
— Ja–
Migocząca Łapa urwał, nim zdążył wydobyć z siebie cokolwiek więcej. Jego pysk rozchylił się nieznacznie, jak gdyby wciąż poszukiwał odpowiednich słów, lecz żadna z nasuwających się odpowiedzi nie wydawała mu się dostatecznie dobra. Spuścił wzrok na własne łapy, nerwowo poruszając końcówką ogona, a jego uszy, dotychczas jedynie lekko odchylone na boki, powoli opadły jeszcze niżej. Najwyraźniej chciał coś wyjaśnić, może usprawiedliwić swoje niepowodzenie, lecz Lśniąca Gwiazda nie zamierzał pozostawiać mu zbyt wiele przestrzeni na podobne próby.
— Wiesz, Migocząca Łapo… — podjął łagodnie, niemal z ojcowską wyrozumiałością, przechylając nieznacznie głowę. — Nie stawiam przed tobą wymagań, których nie byłbyś w stanie spełnić. Pragnę jedynie, abyś zrozumiał, jak wiele od ciebie zależy.
Jego głos pozostawał spokojny, miękki i starannie wyważony, a każde kolejne słowo zdawało się wypływać z pyska z niemal nienaganną swobodą. Nie było w nim śladu zniecierpliwienia, które jeszcze przed chwilą mogło czaić się gdzieś na dnie jego myśli.
— Ty musisz być najlepszym z najlepszych — oznajmił, robiąc krótką pauzę, jak gdyby chciał dać synowi czas na przyswojenie tej myśli. — Jesteś przecież moim synem. Synem przywódcy Klanu Klifu. Czy rozumiesz, co to oznacza?
Nie oczekiwał odpowiedzi. Zresztą, nie była mu ona do niczego potrzebna.
Przesunął wzrokiem po sylwetce młodego kota, zatrzymując się na jego opuszczonej głowie i niepewnie rozstawionych kończynach. Wokół nich polana pozostawała niemal zupełnie nieruchoma; jedynie delikatne podmuchy wiatru poruszały trawą, a wysoko nad ich głowami liście szeleściły cicho, tworząc jednostajny szmer, który wypełniał przerwy pomiędzy wypowiadanymi słowami. Lśniąca Gwiazda nie spieszył się jednak z kontynuowaniem. Wiedział, że odpowiednio dobrana cisza potrafi niekiedy przemówić znacznie skuteczniej niż najstaranniej ułożone zdanie.
— Nie możesz pozwalać sobie na takie potknięcia już na początku swojego szkolenia — dodał wreszcie, a jego ton nabrał jeszcze łagodniejszego zabarwienia. — Inne koty będą na ciebie patrzeć. Będą obserwować każdy twój krok, każde twoje zwycięstwo, ale również każdą porażkę. Niektórzy z nich z pewnością będą zastanawiać się, czy rzeczywiście zasługujesz na wszystko, co otrzymasz dzięki swojemu pochodzeniu.
Wypowiadał te słowa z niemal rozczulającą delikatnością, jak gdyby dzielił się z synem niezwykle istotną, choć nieco przykro brzmiącą prawdą, którą każdy troskliwy ojciec powinien przekazać swojemu dziecku. W rzeczywistości starannie dobierał każde zdanie, układając je niczym kamienie na ścieżce, po której Migocząca Łapa miał podążyć dokładnie tam, dokąd zamierzał go poprowadzić.
— Musisz sprawić, bym był z ciebie dumny — powiedział po chwili, przyglądając mu się z pozorną czułością. — Chciałbym móc patrzeć na ciebie i widzieć wojownika, którego umiejętności będą budzić podziw całego klanu. A żeby tak było musisz naprawdę włożyć w to sporo czasu oraz poświęceń.
Przymknął na moment oczy, pozwalając, by na jego pysku zagościł wyraz zadumy. W głębi umysłu nie odczuwał jednak ani ojcowskiego wzruszenia, ani szczególnej dumy z samego faktu, że przed nim stał jego potomek. Migocząca Łapa był dla niego przede wszystkim przedłużeniem własnego imienia, kolejnym elementem obrazu, który Lśniąca Gwiazda tak pieczołowicie budował wokół swojej osoby. Nie wystarczyło mu być przywódcą, którego darzono szacunkiem. Pragnął, by jego krew, jego potomstwo i wszystko, co nosiło w sobie jego dziedzictwo, stanowiło potwierdzenie jego wielkości.
A przeciętność nie miała w tym obrazie miejsca.
— W przeciwnym razie będziesz po prostu kolejnym zwyczajnym wojownikiem — dodał, niemal niezauważalnie wzruszając barkami. — Jednym z wielu, których imiona z czasem zatrą się w pamięci klanu. Czy naprawdę tym chciałbyś być?
Tym razem spojrzał mu prosto w oczy.
Nie było w tym spojrzeniu jawnej groźby, nie pojawiła się w nim również surowość, którą można byłoby uznać za typową dla niezadowolonego nauczyciela. Przeciwnie, Lśniąca Gwiazda przyglądał się synowi z niezmąconym spokojem, pozostawiając mu przestrzeń na odpowiedź, a nawet delikatnie unosząc kąciki pyska, jak gdyby niezależnie od tego, co usłyszy, wciąż był gotów okazać mu zrozumienie.
Doskonale wiedział jednak, jaką odpowiedź otrzyma.
— Nie chcę — wymamrotał Migocząca Łapa.
W jego głosie pobrzmiewała niepewność, lecz tym razem dało się w nim usłyszeć również coś więcej. Być może obawę przed rozczarowaniem ojca, być może niechęć do wizji przyszłości, którą ten właśnie przed nim nakreślił. Uczeń podniósł nieco głowę, spoglądając na Lśniącą Gwiazdę z wyrazem, który mógłby uchodzić za nadzieję, gdyby nie towarzyszące mu napięcie. Najwyraźniej pragnął usłyszeć, że istnieje inna droga, że niepowodzenia są czymś naturalnym, a jego wartość nie zależy od tego, jak szybko zdoła opanować kolejne umiejętności.
Przywódca odpowiedział mu jedynie spokojnym uśmiechem.
— Właśnie takiej odpowiedzi się spodziewałem — zamruczał, jak gdyby usłyszał coś niezwykle pokrzepiającego. — Widzisz? Już teraz doskonale wiesz, czego pragniesz. Pozostaje jedynie nauczyć się, jak to osiągnąć.
Wyprostował się nieznacznie, po czym przesunął kilka kroków w bok, wybierając miejsce, w którym podłoże było nieco bardziej równe. Zatrzymał się, sprawdzając pobieżnie ułożenie łap na miękkiej ziemi, a następnie odwrócił głowę w stronę ucznia. W jego ruchach nie było najmniejszego pośpiechu; każdy zdawał się wynikać z naturalnej pewności siebie kota, który doskonale znał własne możliwości i nie miał potrzeby ich udowadniać.
— W takim razie pozwól, że pokażę ci to jeszcze raz — oznajmił, wykonując zapraszający gest ogonem. — Tym razem przyjrzyj mi się uważnie. Nie musisz się spieszyć, Migocząca Łapo. Lepiej poświęcić kilka dodatkowych chwil na zrozumienie ruchu, niż później tracić całe godziny na poprawianie błędów.
Obniżył tułów, płynnie przenosząc ciężar ciała na odpowiednio rozstawione kończyny. Przednie łapy ustawił pod właściwym kątem, tylne zaś nieco szerzej, dbając o to, by jego sylwetka zachowała równowagę i pozostawała gotowa do natychmiastowego wykonania kolejnego ruchu. Grzbiet ułożył w naturalnej linii, głowę trzymając na wysokości pozwalającej mu obserwować przeciwnika bez niepotrzebnego odsłaniania gardła.
— Zwróć uwagę na przednie łapy — zaczął, nieznacznie poprawiając ich położenie. — Nie powinny być ani zbyt blisko siebie, ani rozstawione tak szeroko, byś stracił swobodę ruchu. Musisz znaleźć równowagę pomiędzy stabilnością a szybkością. Pomyśl o nich jak o korzeniach drzewa: powinny mocno trzymać cię przy ziemi, ale nie mogą pozbawiać cię możliwości poruszenia się, kiedy nadejdzie odpowiednia chwila.
Przez moment pozostał w tej pozycji, pozwalając uczniowi dokładnie przyjrzeć się ułożeniu jego ciała. Następnie powoli uniósł jedną z łap, demonstrując, jak niewielka zmiana w rozłożeniu ciężaru wpływa na równowagę całej sylwetki.
— A teraz tylne kończyny. To one zapewnią ci odpowiednią siłę, kiedy będziesz musiał ruszyć do przodu albo uskoczyć przed ciosem. Nie możesz pozwolić, by ciągnęły się za tobą niczym ciężar, który musisz nieustannie dźwigać. Każda część twojego ciała powinna współpracować z pozostałymi.
Wreszcie wyprostował się, otrzepując z piersi kilka źdźbeł trawy, które przywarły do jego futra. Spojrzał na Migoczącą Łapę, a na jego pysku ponownie pojawił się ten sam nienaganny, spokojny uśmiech.
— Teraz twoja kolej. Pokaż mi, czego się nauczyłeś.
Nie ruszył się jednak z miejsca. Pozostał tuż obok, obserwując każdy ruch syna z uwagą, której nie sposób byłoby uznać za przypadkową.
— I pamiętaj — dodał jeszcze. — Będziemy powtarzać tę pozycję tak długo, aż przestaniesz wyglądać jak niezdarny kociak, a zaczniesz przypominać syna swojego przywódcy.
Ostatnie słowa wypowiedział z lekkim rozbawieniem, jak gdyby pozwolił sobie na niewinny żart, którym zamierzał rozluźnić atmosferę treningu. Jego ogon zakołysał się leniwie, a spojrzenie pozostało przyjemnie łagodne.
W jego umyśle nie było jednak miejsca na pobłażliwość.
Jeśli Migocząca Łapa potrzebował dziesięciu powtórzeń, otrzyma dziesięć. Jeśli stu — będą ćwiczyć do zmierzchu, a nawet dłużej, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Lśniąca Gwiazda nie zamierzał odpuszczać, dopóki nie uzyska rezultatu, którego oczekiwał.

***

Spodziewał się, że prędzej czy później któryś z członków jego klanu zacznie rozniecać pogłoski na temat jego przedłużającej się nieobecności. Trudno było zresztą oczekiwać czegoś innego, skoro przez tak długi czas pozostawiał swoich poddanych bez choćby najdrobniejszego wyjaśnienia, pozwalając, by ich wyobraźnia wypełniała powstałą pustkę kolejnymi domysłami. Nie przypuszczał jednak, że kreatywność niektórych z nich sięgnie aż tak daleko. Z drugiej strony, czy rzeczywiście mógł mieć im to za złe? Im dłużej milczał, tym więcej przestrzeni pozostawiał na podobne niedorzeczności, a każda kolejna chwila zwłoki sprawiała, że coraz trudniej byłoby mu przekonać ich, iż nie mieli powodów do niepokoju.
Nie zamierzał jednak pozwalać, by sytuacja wymknęła mu się spod kontroli. Plotki, choć początkowo niegroźne, miały wyjątkowo nieprzyjemną właściwość rozrastania się do rozmiarów, których nie sposób było później łatwo pomniejszyć. Wystarczyło kilka nieostrożnych słów, odpowiednio podsycone podejrzenia i odrobina niezadowolenia, by nawet najbardziej lojalne koty zaczęły zastanawiać się, czy ich przywódca rzeczywiście zasługiwał na zaufanie, którym dotychczas go obdarzały. Lśniąca Gwiazda nie miał zamiaru dopuścić do podobnego rozwoju wydarzeń. Nie po wszystkim, co osiągnął, i nie wtedy, gdy tak wiele wysiłku kosztowało go stworzenie wizerunku, który powinien pozostawać poza zasięgiem jakichkolwiek wątpliwości.
Musiał wreszcie zabrać głos.
Przeniósł powoli wzrok ku wyjściu ze swojego legowiska, przez krótką chwilę zatrzymując go na rozjaśnionym skrawku przestrzeni, do którego docierały pojedyncze promienie światła. Następnie przeciągnął się niespiesznie, prostując kończyny i pozwalając, by jego mięśnie rozluźniły się po dłuższym odpoczynku. Nie było powodu, by się spieszyć. W końcu nie zamierzał stawać przed klanem jako kot zmuszony do tłumaczenia się ze swoich poczynań, lecz jako przywódca, który z własnej woli postanowił podzielić się z poddanymi częścią wydarzeń ze swojego życia.
Opuścił legowisko i ruszył w kierunku klanowej polany, stawiając łapy z charakterystyczną dla siebie, niemal nienaturalną gracją. Jego krok pozostawał spokojny, wyważony i pozbawiony pośpiechu, a sylwetka zachowywała tę samą nienaganną postawę, którą tak chętnie prezentował podczas spotkań ze swoimi wojownikami. Nie musiał jeszcze wypowiadać ani jednego słowa, by przypomnieć im o swojej obecności. Wystarczyło, że pojawił się wśród nich.
Kiedy dotarł do klanowej mównicy, zatrzymał się na moment, pozwalając spojrzeniu przesunąć się po otaczającej go przestrzeni. Następnie wskoczył na wyznaczone miejsce i uniósł głowę, nabierając powietrza przed wydaniem donośnego nawołania. Jego głos poniósł się ponad polaną, odbijając od skalnych ścian i docierając nawet do tych kotów, które przebywały w najodleglejszych zakątkach obozu.
Kolejne wezwania rozbrzmiewały w powietrzu, aż wreszcie pierwsze sylwetki zaczęły wyłaniać się z legowisk i pobliskich przejść. Jedni przerywali wykonywane właśnie czynności, inni porzucali rozmowy, by skierować swoje kroki ku mównicy, a jeszcze inni wychylali głowy z cienia, jak gdyby chcieli najpierw upewnić się, że rzeczywiście nie przegapili czegoś istotnego. Wkrótce polana zaczęła wypełniać się coraz liczniejszym gronem kotów, a ich spojrzenia, początkowo rozproszone i nieco obojętne, stopniowo skupiały się na stojącym ponad nimi przywódcy.
Lśniąca Gwiazda obserwował ich z niewzruszonym spokojem, nie pozwalając sobie na okazanie choćby najmniejszego śladu zakłopotania. Zauważył kilka spojrzeń, w których kryła się wyraźna ciekawość, inne zaś zdradzały nieufność, której nie sposób było pomylić ze zwyczajnym zainteresowaniem. Niektórzy wojownicy wymieniali między sobą krótkie spojrzenia, jak gdyby próbowali odgadnąć, czego właściwie powinni spodziewać się po tym niespodziewanym zebraniu. Nie umknęło mu również to, że część kotów przyglądała mu się z wyjątkową uwagą, niemal uporczywie, jakby poszukiwały na jego pysku śladów wyczerpania, niepokoju lub czegokolwiek, co mogłoby potwierdzić ich wcześniejsze podejrzenia.
Pozwolił im patrzeć.
Nie miał nic przeciwko temu, by przez kilka dodatkowych chwil pozostawali w niepewności. Przeciwnie, ich zainteresowanie mogło okazać się całkiem użyteczne, o ile tylko zdoła odpowiednio nim pokierować. W końcu nie istniała lepsza okazja do przypomnienia klanowi o własnym autorytecie niż moment, w którym wszyscy jego członkowie z niecierpliwością oczekiwali na słowa przywódcy.
Pora było wygłosić kolejną mowę o dobroci, lojalności oraz wzajemnym zrozumieniu — jedną z tych, które znał niemal na pamięć, a które mimo wielokrotnego powtarzania wciąż potrafiły wywoływać pożądane reakcje. Znał przecież wartość odpowiednio dobranych słów. Wiedział, kiedy należało przemówić stanowczo, kiedy zaś pozwolić, by głos nabrał ciepła i łagodności, dzięki którym nawet najbardziej niepokojące informacje mogły zabrzmieć jak część większego, znacznie piękniejszego planu.
Kiedy uznał, że zgromadzeni zdążyli już zająć odpowiednie miejsca, powoli uniósł głowę. Na jego pysku pojawił się delikatny uśmiech, a spojrzenie, którym obdarzył zebranych, było pełne pozornej serdeczności.
— Dobrze was wszystkich widzieć — rozpoczął, pozwalając, by jego głos poniósł się ponad polaną. — Mam nadzieję, że ostatnie dni upłynęły wam spokojnie. Domyślam się jednak, że dzisiejsze zebranie wzbudziło w was nieco więcej zainteresowania niż zwykle — podjął z lekkim rozbawieniem, nieznacznie przechylając głowę. — Wraz z moim powrotem do Klanu Klifu z pewnością pojawiło się wśród was wiele pytań dotyczących tego, gdzie przebywałem przez ostatni czas, dlaczego nie mogłem wcześniej do was wrócić, a także z jakiego powodu przyprowadziłem ze sobą kilku nowych członków.
Wypowiadając ostatnie słowa, pozwolił sobie na krótkie spojrzenie w kierunku żłobka. Nie zatrzymał na nim wzroku na długo, lecz wystarczyło to, by przypomnieć zgromadzonym o obecności tych, których pojawienie się z pewnością stało się jednym z najczęściej omawianych wydarzeń ostatnich księżyców.
— Nie dziwię się wam. Każdy z nas ma prawo odczuwać zdziwienie, a być może nawet pewne zmieszanie, kiedy spotyka się z wydarzeniami, których nie potrafi od razu zrozumieć. Sam zapewne zadałbym podobne pytania, gdybym znalazł się na waszym miejscu.
Uśmiechnął się nieco szerzej, jak gdyby chciał w ten sposób rozwiać choć część narastającego napięcia. W jego głosie nie było cienia pretensji, a wręcz przeciwnie — pobrzmiewała w nim wyrozumiałość, która mogła sprawić, że nawet najbardziej podejrzliwi wojownicy poczuliby się nieco pewniej. Nie zamierzał przecież karcić ich za ciekawość. Byłoby to nie tylko niepotrzebne, ale również wyjątkowo nierozsądne. Znacznie łatwiej było zdobyć czyjeś zaufanie, kiedy pozwalało się rozmówcy uwierzyć, że jego wątpliwości są uzasadnione.
— Chciałbym was jednak zapewnić, że nie macie powodów, by obawiać się o bezpieczeństwo naszego klanu — kontynuował. — Wszystko, co wydarzyło się w ostatnim czasie, miało swoje przyczyny, choć nie wszystkie z nich są tak proste, jak mogłoby się początkowo wydawać.
Na jego pysku pojawił się wyraz łagodnej zadumy.
— Moje zaginięcie było powiązane ze znacznie większym wydarzeniem, niż moglibyście przypuszczać — oznajmił wreszcie. — Otrzymałem wizję.
Pozwolił, by ostatnie słowo wybrzmiało nieco dłużej, zanim ponownie podniósł wzrok na zgromadzonych.
— Nie była to jednak zwyczajna wizja, jakich być może niektórzy z was doświadczyli podczas snu. To, co mnie spotkało, miało znacznie większą wagę i wymagało ode mnie podjęcia decyzji, których skutków nie sposób było przewidzieć. Nie chciałbym, abyście uznali moje wcześniejsze milczenie za brak zaufania do was. Wierzcie mi, moi drodzy, gdybym mógł oszczędzić wam wszelkich wątpliwości, z przyjemnością bym to uczynił.
Uśmiechnął się ponownie, tym razem nieco smutniej, pozwalając, by w jego spojrzeniu pojawiła się nuta, którą można było odczytać jako żal.
— Nie wszystko jednak zależy od nas. Czasami musimy zaufać temu, co zostało nam wskazane, nawet jeśli droga do zrozumienia okazuje się trudniejsza, niż początkowo zakładaliśmy.
W jego głosie nie było ani krzty wahania. Każde zdanie zdawało się mieć swoje odpowiednie miejsce, każde przemilczenie zaś pozostawiało po sobie dokładnie tyle przestrzeni, ile potrzebował, by słuchacze sami wypełnili ją własnymi przypuszczeniami. Nie podał im żadnego konkretu, który można byłoby później wykorzystać przeciwko niemu, a mimo to ofiarował im coś znacznie cenniejszego z punktu widzenia jego obecnej sytuacji — historię, w którą mogli uwierzyć, ponieważ pozostawiała im wystarczająco dużo miejsca na nadzieję.
Przez moment jeszcze przyglądał się zgromadzonym, obserwując ich reakcje z niezmąconym spokojem. Wiedział, że nie wszyscy zostaną przekonani. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie potrzebował dodatkowych wyjaśnień, ktoś, komu nawet najpiękniejsza opowieść nie wystarczy, by uciszyć rodzące się podejrzenia. Nie uważał jednak, by stanowiło to szczególny problem. Zaufanie nie musiało być przecież bezwarunkowe, wystarczyło, by pozostawało dostatecznie silne, aby nikt nie odważył się podważyć jego autorytetu.
— To wszystko jest planem, zesłanym mi przez przodków — zakończył, delikatnie unosząc ogon. — I choć nie jestem jeszcze dokładnie pewien, co dostrzegli oni w tych maluchach, tak wierzę, że to wszystko ma jakiś cel. Judaszowcowa Gwiazda, mój wspaniały ojciec, otrzymał podobną wizję, gdy to ja, wraz z moją siostrą przybyliśmy do Klanu Klifu. I pomimo wielu trudności oraz chwil zwątpienia, nigdy nie przestał wierzyć, że przodkowie mówią mu prawdę.
Zamilkł na moment.
— Wy również musicie uwierzyć.
Pozwolił, by jego ostatnie słowa osiadły wśród zgromadzonych. Następnie skinął lekko głową, zachowując na pysku ten sam pogodny wyraz, z którym rozpoczął przemowę.

***

Noc przynosiła ze sobą chłód, który nieśmiało wkradał się pomiędzy skalne ściany, osiadając na trawie i muskając futra kotów przebywających jeszcze na zewnątrz. Była pora Nowych Liści, choć trudno było odnieść wrażenie, by wiosna rzeczywiście zdołała już na dobre zawitać do klanów. Ziemia wprawdzie zaczynała powoli odzyskiwać utraconą zieleń, a w niektórych zakątkach terenów można było dostrzec pierwsze oznaki budzącej się roślinności, jednak wieczorne powietrze wciąż pozostawało przenikliwie chłodne, jak gdyby cieplejsza pora roku nie była jeszcze pewna, czy powinna pozwolić sobie na całkowite odsłonięcie swojej obecności.
Wraz z upływem kolejnych chwil obozowisko stopniowo pustoszało, a codzienny gwar ustępował miejsca znacznie spokojniejszym dźwiękom. Większość kotów zdążyła już udać się do swoich legowisk, pozostawiając polanę niemal zupełnie opustoszałą. Nie oznaczało to jednak, że wszyscy poddali się nadchodzącej nocy. Wśród nielicznych sylwetek wciąż przebywających na zewnątrz, niedaleko sterty zwierzyny, można było dostrzec niebieskiego pointa, który zdawał nie przejmować się powoli pustoszejącym obozowiskiem.
Migoczący Nieboskłon siedział nieruchomo, wyraźnie pogrążony we własnych myślach, a jego spojrzenie pozostawało utkwione w jednym, bliżej nieokreślonym punkcie przestrzeni. Sprawiał wrażenie kota, który na moment zupełnie zapomniał o otaczającym go świecie, pozwalając, by własne rozważania pochłonęły go bez reszty. Nawet jeśli od czasu do czasu jego uszy drgały, wychwytując pojedyncze odgłosy dobiegające z obozowiska, nie wydawało się, by rzeczywiście poświęcał im swoją uwagę.
Lśniąca Gwiazda przyglądał mu się przez dłuższą chwilę.
Na jego pysku nie pojawił się żaden wyraźny wyraz, choć gdzieś w głębi spojrzenia można było dostrzec cień zainteresowania. Nie musiał długo zastanawiać się nad przyczyną takiego zachowania syna. Wystarczyło przypomnieć sobie temat ostatniego zebrania. Najwyraźniej młody kot wciąż rozważał coś, co usłyszał, próbując nadać temu odpowiednie znaczenie.
Ah tak.
Niektórzy potrzebowali zaledwie kilku słów, by zacząć poddawać w wątpliwość wszystko, w co dotychczas wierzyli. Inni zaś potrafili przez całe życie nie dostrzegać nawet tego, co znajdowało się tuż przed ich nosem. Migoczący Nieboskłon, jak się zdawało, należał do pierwszej grupy, choć Lśniąca Gwiazda nie zamierzał jeszcze przesądzać, czy należało uznać to za zaletę, czy raczej niedogodność wymagającą odpowiedniego ukierunkowania.
Przez moment pozostał na swoim miejscu, po czym powoli uniósł głowę i przeciągnął się, prostując przednie kończyny. Następnie podniósł się na łapy i zszedł z mównicy, zachowując charakterystyczną dla siebie płynność ruchów.
Dopiero kiedy znalazł się dostatecznie blisko, Migoczący Nieboskłon zdawał się zauważyć jego obecność. Niebieski point niemal natychmiast odwrócił głowę, kierując spojrzenie ku ojcu. W jego oczach pojawiła się niepewność, której towarzyszyło jednak coś jeszcze — ledwie dostrzegalna, cicha nadzieja, jak gdyby wciąż wracał do słów zebrania.
Przywódca dostrzegł to niemal natychmiast.
Oczywiście, że dostrzegł.
Nie skomentował jednak owej reakcji, pozwalając, by przez krótką chwilę dzieliła ich zwyczajna cisza. Zamiast tego nieznacznie przechylił głowę, przyglądając się synowi z wyrazem łagodnego zainteresowania.
— Oj, Migoczący Nieboskłonie, co z ciebie będzie? — mruknął z lekkim rozbawieniem.
Wypowiedział te słowa niemal pieszczotliwie, jak gdyby zwracał się do niesfornego kociaka, którego przyłapał na zbyt długim oddawaniu się własnym myślom. Nie było w tym jednak ani jawnej nagany, ani rzeczywistego wyrzutu. Lśniąca Gwiazda doskonale wiedział, że czasami wystarczy odrobina humoru, by rozmówca poczuł się swobodniej, a tym samym znacznie chętniej odsłonił to, co w innych okolicznościach wolałby zachować dla siebie.
Przysiadł obok niego, zachowując niewielki dystans, który nie sprawiał wrażenia chłodu, lecz pozostawiał synowi odpowiednią przestrzeń. Następnie przesunął wzrokiem po jego sylwetce, jak gdyby dopiero teraz postanowił dokładniej przyjrzeć się jego wieczornemu nastrojowi.
— Wyglądasz, jakbyś próbował rozwiązać jakąś niezwykle skomplikowaną zagadkę — zauważył, unosząc lekko brew. — Mam nadzieję, że nie zamierzasz spędzić całej nocy na wpatrywaniu się w jeden punkt.
Pozwolił sobie na cichy pomruk rozbawienia, po czym ponownie skierował spojrzenie na syna. W jego oczach nie było pośpiechu, a łagodność, z jaką się do niego zwracał, mogła sprawiać wrażenie, że nie ma niczego ważniejszego niż ta krótka, rodzinna chwila.
— Chodź, chciałbym z tobą porozmawiać. W cztery oczy.
Lśniąca Gwiazda przez moment przyglądał się synowi, zanim wreszcie uniósł głowę, a na jego pysku pojawił się jeden z tych charakterystycznych, ciepłych uśmiechów, którymi tak chętnie obdarzał swoich rozmówców. Tym razem nie zamierzał jednak rozpoczynać od żartów ani niewinnych pytań. Miał dla Migoczącego Nieboskłonu coś znacznie przyjemniejszego, a przynajmniej taką reakcję zamierzał w nim wywołać.
Lśniąca Gwiazda podniósł się z miejsca i ruszył w stronę wyjścia.
Migoczący Nieboskłon podążał za nim.
— Od mojego powrotu miałem okazję nieco uważniej przyjrzeć się temu, jak radzisz sobie w klanie — rozpoczął, spokojnie przeciągając spojrzeniem po jego sylwetce. — Oczywiście, nie ograniczałem się wyłącznie do własnych obserwacji. Rozmawiałem również z Jaśniejącymi i muszę przyznać, że ich opinie na twój temat były pokrzepiające.
Zrobił krótką pauzę, pozwalając, by jego słowa nabrały odpowiedniego znaczenia.
— Słyszałem, że dobrze się sprawujesz, że potrafisz wywiązywać się ze swoich obowiązków i uczysz innych o Klanie Gwiazdy, a także, że jesteś niezwykle lojalny wobec własnego przywódcy. To bardzo cenne cechy, Migoczący Nieboskłonie.
Wypowiadał te słowa z wyraźną aprobatą, a jego głos nabrał niemal ojcowskiego ciepła. Nie było w nim przesadnego entuzjazmu ani ostentacyjnego zachwytu, lecz subtelna nuta dumy, która mogła okazać się znacznie bardziej przekonująca niż jakiekolwiek głośne pochwały. Lśniąca Gwiazda doskonale wiedział, jak wiele znaczy dla młodego kota uznanie ze strony własnego rodzica. Wiedział również, że odpowiednio dawkowane komplementy potrafią zdziałać znacznie więcej niż najbardziej stanowcze polecenia.
— Dlatego pomyślałem, że nadszedł już czas, abyś zrobił kolejny krok — kontynuował, nieznacznie unosząc podbródek. — Chciałbym mianować cię kolejnym Jaśniejącym Skrzydłem.
Na moment zamilkł, pozwalając, by wiadomość wybrzmiała pomiędzy nimi.
Nie odrywał wzroku od syna. Obserwował jego pysk, uszy i każdy najmniejszy ruch, próbując wychwycić pierwszą reakcję na wypowiedziane przed chwilą słowa. Sam zachowywał przy tym niemal nienaganny spokój, jak gdyby przekazanie takiego wyróżnienia było dla niego czymś zupełnie naturalnym, choć w rzeczywistości doskonale zdawał sobie sprawę z jego znaczenia.
— Ale to jeszcze nie koniec.
Jego głos pozostał łagodny, choć tym razem pobrzmiewała w nim nuta szczególnej powagi.
— Stać cię na znacznie więcej. Mam nadzieję, że sam również zdajesz sobie z tego sprawę. Tytuł, który właśnie ci proponuję, nie powinien być dla ciebie ostatnim osiągnięciem. Przeciwnie, potraktuj go jako początek czegoś znacznie większego.
Przesunął końcówką ogona po ziemi, zataczając nią leniwy łuk. Nie spieszył się z dalszym wyjaśnianiem, jak gdyby chciał najpierw oswoić syna z myślą, że nie zamierza rozmawiać z nim wyłącznie o kolejnym wyróżnieniu.
— Widzisz, Migoczący Nieboskłonie, nic nie trwa wiecznie. Nawet najpotężniejsze góry z czasem ulegają zmianom, a rzeki, które dziś płyną swoim korytem, pewnego dnia mogą obrać zupełnie inną drogę. Świat nieustannie posuwa się naprzód i choć czasami trudno nam pogodzić się z tym, że pewne rzeczy muszą dobiec końca, nie możemy udawać, że zmiana nas nie dotyczy.
W jego spojrzeniu pojawiła się nuta zadumy, którą można było z łatwością odczytać jako melancholię. Lśniąca Gwiazda nie należał jednak do kotów, które zbyt długo rozpamiętywały nieuchronność przemijania. Nie zamierzał również pozwolić, by rozmowa przybrała ton pożegnania, którego wcale nie miał w planach. Wolał, aby syn potraktował te słowa jako zaproszenie do spojrzenia w przyszłość, a nie przypomnienie o tym, że pewnego dnia jego ojciec przestanie zajmować dotychczasowe miejsce.
— Pewnego dnia mnie zabraknie — powiedział w końcu, zaskakująco spokojnie. — Nie wiem, kiedy to nastąpi, i nie zamierzam udawać, że potrafię przewidzieć, ile księżyców jeszcze przede mną. Wiem jednak, że przyjdzie chwila, w której Klan Klifu będzie potrzebował kogoś, kto przejmie odpowiedzialność za jego dalsze losy.
Zrobił krótką pauzę, po czym nieznacznie przechylił głowę.
— I chciałbym, żebyś to był ty.
Słowa te wypowiedział z niemal rozczulającą szczerością. Nie było w nich wahania ani miejsca na przypadek, a jego spojrzenie pozostawało utkwione w oczach syna. Przez moment pozwolił, by cisza wypełniła przestrzeń pomiędzy nimi, po czym kontynuował, nieznacznie obniżając głos.
— Migoczący Nieboskłonie, pewnego dnia zostaniesz moim zastępcą.
Nie przedstawił tego jako odległego marzenia ani jednej z wielu możliwości, które mogłyby się ziścić w sprzyjających okolicznościach. Przeciwnie, wypowiedział te słowa z taką pewnością, jak gdyby przyszłość została już rozstrzygnięta, a jedyną niewiadomą pozostawał moment, w którym obaj będą mogli zobaczyć jej urzeczywistnienie.
— Nie wiem jeszcze, kiedy dokładnie nadejdzie odpowiednia chwila — dodał, przybierając nieco bardziej zamyślony wyraz pyska. — Nie chciałbym podejmować tak ważnej decyzji pochopnie, ani też obiecywać ci czegoś, czego nie będę mógł dotrzymać. Wiem jednak, że powinieneś zacząć przygotowywać się już teraz. Nie można przecież oczekiwać, że ktoś z dnia na dzień stanie się gotowy do kierowania całym klanem.
W tym miejscu pozwolił sobie na subtelny uśmiech.
— Zresztą, nie zamierzam pozostawiać cię samego z tym zadaniem. Będę cię obserwował, pomagał ci i, jeśli zajdzie taka potrzeba, wskazywał właściwą drogę. Masz przed sobą jeszcze wiele do nauczenia, ale jestem przekonany, że poradzisz sobie znacznie lepiej, niż przypuszczasz.
W jego głowie wszystko układało się w nadzwyczaj przejrzystą całość. Nie wystarczyło bowiem nadać Migoczącemu Nieboskłonowi odpowiedni tytuł, by uczynić go godnym objęcia przyszłego stanowiska. Potrzebował doświadczenia, które pozwoliłoby mu zrozumieć ciężar odpowiedzialności, a także odpowiednich okazji, by mógł udowodnić, że potrafi podejmować decyzje nie tylko korzystne dla siebie, lecz również dla całej wspólnoty.
— Jest coś, od czego chciałbym, abyś zaczął — podjął, zmieniając nieco pozycję i wygodniej układając przednie łapy. — Wiesz, z czym wiąże się bycie Jaśniejącym Skrzydłem? To nie tylko dodatkowe obowiązki czy większe zaufanie ze strony pozostałych kotów. To również odpowiedzialność za tych, którzy dopiero rozpoczynają swoją drogę.
Przyjrzał mu się z uwagą, po czym skierował spojrzenie ku obozowisku, gdzie pomiędzy legowiskami wciąż można było dostrzec pojedyncze poruszające się sylwetki.
— Młode koty potrzebują kogoś, kto pokaże im, jak odnaleźć się w klanie. Kogoś, kto nauczy je nie tylko wykonywania obowiązków, ale również odpowiedniego podejścia do innych, szacunku wobec starszych i lojalności wobec wspólnoty. Nie wystarczy przecież znać wszystkich zasad. Trzeba jeszcze potrafić przekazać je komuś innemu.
Ponownie spojrzał na syna.
— Dlatego chciałbym, żebyś zajął się szkoleniem jednego z tych dzieciaków, które ostatnio pojawiły się w naszym obozie. Wybierzemy ci któregoś z trójki, a ty będziesz odpowiedzialny za jego rozwój.

<Synuś? Jeśli masz pytania dotyczące swojego przyszłego ucznia to mów śmiało!>

Od Zjawowej Łapy

Kocur poczuł ciepłe promienie słońca na futrze. Przeciągnął się leniwie, wyciągając przed siebie przednie łapy, po czym przewrócił się na drugi bok. Przez chwilę poruszał końcówką ogona, a następnie wtulił pysk w miękki mech. Wokół panowała przyjemna cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków i odległym szelestem liści. Leżał tak jeszcze przez kilka uderzeń serca, rozkoszując się ciepłem poranka. W końcu jednak jedno z jego uszu drgnęło, gdy do jego uszu dotarły głosy dobiegające z polany. Otworzył jedno oko, potem drugie, i uniósł łeb na tyle, by rozejrzeć się po okolicy. Kilka kotów krzątało się już po obozie, a niektórzy uczniowie najwyraźniej zdążyli rozpocząć swoje poranne obowiązki. Zjawowa Łapa zmarszczył nos.— A miałem taki piękny sen! Złowiłem ogromnego zająca… — wymamrotał pod nosem, wpatrując się nieobecnym wzrokiem w przestrzeń. — Był prawie tak duży, jak ja!
Uczeń skoczył na łapy, gdy zorientował się, że chyba zaspał i lekkim truchtem przybiegł na środek obozu, po czym wzrokiem szukał swojej mentorki. Kątem oka zauważył czekoladowe futro Aksamitkowego Nosa i ruszył truchtem w jej stronę. Gdy kotka go zauważyła, wstała z miejsca i machnęła ogonem do swojego ucznia.
— Witaj Zjawowa Łapo, dziś pokażę ci jak się wspinać na drzewa. To bardzo potrzebna umiejętność, szczególnie dla kotów Klanu Wilka! Wiesz… — kotka mówiła do Zjawowej Łapy, lecz czarny pręgowany uczeń przestał słuchać, zniecierpliwiony.
Przeskakiwał z łapy na łapę, wpatrywał się w gadający pyszczek Aksamitkowego Nosa.
—… I dlatego właśnie musisz uważać — usłyszał zakończenie kotki. Zjawowa Łapa zamrugał.
— Mhm!
Kotka spojrzała na niego podejrzliwie.
— Czy ty mnie w ogóle słuchałeś? - zmrużyła oczy, przypatrując się Zjawowej Łapie.
— Oczywiście! — zawołał, zdenerwowany kocur.
— To o czym mówiłam? — mruknęła Aksamitny Nos.
Uczeń otworzył pysk, ale nie wydobył z niego ani jednego dźwięku. Przez chwilę wpatrywał się w mentorkę z nadzieją, że odpowiedź sama pojawi się w jego głowie. Niestety, jego umysł nie zamierzał współpracować.
— O… drzewach? — zgadł w końcu.
Aksamitkowy Nos westchnęła.
— Przynajmniej nie pomyliłeś treningu z polowaniem. — przewróciła oczami.
— Kiedy idziemy? — Kocur miauknął z westchnieniem. Nie chciało mu się stać. Jego energiczna natura nie dała mu usiedzieć w miejscu na dłużej niż kilka minut.
Aksamitkowy Nos coś mamrotała pogodnie jeszcze pod nosem, lecz po chwili machnęła swoim ogonem w stronę wyjścia z obozu, pokazując Zjawowej Łapie, że ma za nią podążać. Kocur wdzięcznie wdychał powietrze lasu, ciesząc się zapachami przyrody, zwietrzałej zwierzyny, czy jego Klanu. Wiatr wiał, delikatnie szeleszcząc liśćmi, nadając przyjemnego klimatu oraz przynosząc ochłodzenie. Podążał pomiędzy drzewami dębów za Aksamitnym Nosem. Kotka uniosła wysoko pyszczek i rozglądała się dookoła. Uważał, że już jest gotowy zostać wojownikiem, lecz gdy dumnie spytał się jego mentorki, ta nie mogła uwierzyć własnym uszom. Tłumaczyła szczerze Zjawowej Łapie, że ten nawet w połowie nie jest gotowy zostać wojownikiem.
— Pff, nie prawda. Ja jestem pewien, że już jestem gotowy — Pomyślał, przewracając oczami.
Z myśli wyrwało go wołanie Aksamitkowego Nosa, która zwolniła tempo, żeby iść koło niego. Zamrugała kilka razy, po czym spojrzała kątem oka, żeby sprawdzić jego reakcję na to, co miała zamiar zaraz powiedzieć.
— No to Zjawowa Łapo, o czym tak myślisz? Czy jesteś podekscytowany nauką wspinania na drzewa? — zapytała ucznia z błyskiem rozbawienia w oku — Czy może przypominasz sobie naszą wczorajszą rozmowę?
Kocur odwrócił wzrok gdzie indziej zawstydzony.
— No… obie opcje. —mruknął z niechęcią Zjawowa Łapa.
Gapił się w dęby, gdy nagle poczuł przesunięcie ogona po swoim boku. Wiedział, że to była jego mentorka. Zobaczył, jak patrzy na niego łagodnie.
— Hej, jesteś jeszcze młody, w tym wieku nie można zostać wojownikiem. A jak patrzeć na twoje umiejętności to tym bardziej. — mówiła szczerze, choć nie niemiło — Ale nie martw się. Nauczysz się w przyszłości, nie trzeba się śpieszyć.
Zjawowa Łapa szurał łapami po omszonej ziemi, lecz po chwili zamyślenia otrząsnął się.
— Ma racje. — pomyślał — przecież nie jestem jednym ze starszych uczniów.
Wyprostował się i ponownie podekscytowanie podskakiwał, rozglądając się dookoła. Usłyszał jakiś szelest w krzakach jeżyn w pobliżu. Zmrużył oczy i zatrzymał się na chwilę. Uderzenie serca później podbiegł do krzaka, lecz nie zdążył zajrzeć, bo usłyszał wołanie Aksamitkowego Nosa.
— Chodź, to tylko zwierzyna. Teraz nie mamy czasu, może w drodze powrotnej. — krzyknęła.
Uczeń otworzył pysk i powąchał powietrze. Wyczuł zapach wiewiórki.
— Ach. Ma rację. — pomyślał.
Prędkim krokiem pobiegł do mentorki, machając za sobą ogonem zadowolony.
— Daleko jeszcze? — zapytał, gdy zrównali tempo.
— Jeszcze chwilę, ale już naprawdę blisko. — miauknęła kotka.
Zjawowa Łapa po chwili milczenia zauważył drzewo. Gdy przechodzili obok, zastanawiał się, czy mentorce nie chodziło o to drzewo.
— Aksamitkowy Nosie, czy to właściwe drzewo? — kocur patrzył, jak kotka przygląda się wskazanemu przez niego drzewu.
— Nie, będziesz musiał się nauczyć, na które drzewa możesz się wspinać, a które się załamią. Pamiętam, jak byłam uczennicą… — pouczała kotka.
Starając się wytrzymać i nie pobiec ze zniecierpliwienia, oboje stanęli przed drzewem. Było ono wyższe od poprzedniego, choć Zjawowa Łapa widywał większe drzewa. Miało wyraźnie grubszy pień i gałęzie, dzięki którym drzewo ma mniejszą szansę na złamanie gałęzi i łatwiej będzie wbijać pazury i utrzymać równowagę. Kocur już miał ruszyć, lecz Aksamitkowy Nos zablokowała mu przejście swoim ogonem.
— Czekaj. Nauczę cię wspinać na drzewa, wielkie i małe. Na każde które napotkasz w tym lesie, choć pamiętaj, bądź ostrożny. Nie bądź lekkomyślny. Musisz być pewny, że drzewo na które chcesz się wspiąć, się nie załamie. — mruknęła mentorka — To właśnie na to drzewo wejdziesz jako pierwsze. Wbijaj mocno pazury w korę, żeby utrzymać się na pniu. Pamiętaj o zachowaniu równowagi i nie próbuj wspinać się zbyt szybko, bo możesz spaść. Zobaczymy, jak sobie poradzisz, ale najpierw uważnie obserwuj, jak ja to robię. — Aksamitkowy Nos podeszła do drzewa i zręcznie wbiła pazury w korę, po czym zaczęła wspinać się na pień drzewa. Po kilku uderzeniach serca kotka zwinnie wspięła się na drzewo. Z łatwością przeskoczyła na pierwszą gałąź, następnie na kolejną, aż w końcu dotarła do najwyższej. Po chwili zeskoczyła na ziemię, lądując miękko na łapach. Następnie odwróciła łeb w stronę swojego ucznia.
— Łał… — westchnął zachwycony Zjawowa Łapa.
— Teraz twoja kolej. Pamiętaj, co ci mówiłam. Ostrożnie, Roztargniony Koperek nie potrzebuje więcej pacjentów w legowisku medyka. — Kocur skinął pilnie głową mentorce.
— Gotowy?
Zjawowa Łapa napiął mięśnie gotowy do wybiegu.
— Leć!
Gdy tylko usłyszał polecenie Aksamitkowego Nosa, wysunął pazury i tylnymi łapami wybił się, żeby w miarę dobrze zacząć. Wbijając pazury, wspinał się coraz wyżej, choć raz czy dwa razy wzdrygał na odgłos trzaskania drewna, w które wbijał pazury, jakby bał się, że zaraz drzewo się zawali. Syknął, gdy podrapała go drobna gałązka, choć nie przestawał się poruszać do góry. Potem już czując się pewnie, wdrapał się na szczyt. Przysiadł na chwilę, lekko dysząc, by polizać obolałe pazury, po czym spojrzał na dół ciekawy reakcji kotki. Stąd Aksamitkowy Nos wyglądała jak mysz, może nawet mrówka. Kocur zastanawiał się czemu, mimo że jest bliżej słońca, to wygląda tak samo. Czy ono jest aż tak daleko? Poczuł dumę, że siedzi tak wysoko. Jeszcze nigdy nie widział takich widoków.
— Super! — usłyszał wołanie kotki — teraz musisz zejść!
Kocur popatrzył w dół na pień, pewny siebie, że da radę. Wbił ponownie pazury w korę i trochę wolniej zaczął schodzić w dół. Po kilku chwilach jednak jedna z przednich łap ześlizgnęła mu się z kory.
— Mysie Łajno! — wyrwało mu się.
Lekko zaskoczony zadrżał niemal niezauważalnie. Szybko wyciągnął łapę, ponownie wczepił pazury w pień i zatrzymał się, przywierając do drzewa całym ciałem. Nie spadł. Zaczerpnął powietrza, po czym ostrożniej poszukał kolejnego miejsca do wbicia pazurów. Tym razem przypomniał sobie słowa mentorki, zanim zdążył popełnić kolejny błąd. Powoli przesuwał się w dół, uważnie kontrolując każdy ruch. Kiedy wreszcie znalazł się wystarczająco nisko, zeskoczył na ziemię. Wylądował miękko na wszystkich czterech łapach. Przez chwilę pozostał w tej pozycji. Potem wyprostował się, otrzepał futro i uniósł dumnie głowę.
— I jak? — zapytał pewnie
— Jak na pierwszy raz, to dobrze — zamruczała pogodnie.
— Czyli zdałem? — mruknął Zjawowa Łapa.
— Tak — odpowiedziała mu kotka — Czas wracać.
Przez większość drogi nie odzywał się zbyt często. Zamiast tego wyobrażał sobie, jak opowie o treningu młodszym uczniom. W jego opowieści wspinaczka z pewnością okaże się znacznie bardziej widowiskowa, a chwila, w której prawie ześlizgnął się z pnia, zostanie przedstawiona jako wyjątkowo trudny manewr, z którego wyszedł dzięki swojej niezwykłej zręczności. Nie zamierzał wspominać o tym, jak bardzo się przestraszył.
Przecież każdy wojownik musi dbać o swoją reputację. Nawet jeśli na razie był jeszcze uczniem.
— Jutro pójdziemy polować, co o tym sądzisz? — zagadała Aksamitkowy Nos, idąc koło ucznia.
— Fajnie — miauknął.
Zjawowa Łapa rozejrzał się po znajomym otoczeniu. Przez chwilę kusiło go, by od razu opowiedzieć komuś o swojej wspinaczce, ale ostatecznie postanowił najpierw odpocząć. Odwrócił się w stronę Aksamitkowego Nosa i skinął jej głową na pożegnanie.
— Dzięki za trening. — miauknął Zjawowa Łapa. Kotka odwzajemniła gest.
— Dobra robota, Zjawowa Łapo. Pamiętaj o tym, czego dziś się nauczyłeś. — przypomniała kocurowi Aksamitkowy Nos.
— Oczywiście. — obiecał.
Zjawowa Łapa odwrócił się i ruszył w stronę legowisk. Jego ogon kołysał się za nim, podczas gdy energicznie skierował się do legowiska uczniów. Nie wiedział jeszcze, ile nauki go czeka ani jak wiele razy będzie musiał przyznać, że jego mentorka miała rację. Nienawidził tego robić. Nie chciał nigdy przyznawać, że nie ma racji, bo wtedy czuje się głupio. Zjawowa Łapa zniknął w cieniu legowiska, wciąż uśmiechając się pod nosem. Uważał, że jest już gotowy na jutrzejsze polowanie, choć wolał na razie zostać w obozie.

[1511]
[Wspinaczka na drzewa]

Od Źródlanej Łuny

⇸ ◦☽✴︎☾◦ ⇷
Paręnaście księżycy temu; zgromadzenie…

Wiatr szumiał do rytmu fal obijających się o brzegi Bursztynowej Wyspy. Księżyc błyskał swoim bladym okiem wysoko na niebie; plamy światła odbijały się słabo od futer zgromadzonych kotów.
Miejsce pod skałą przywódców zajęła w ciszy, skinąwszy jedynie łbem pozostałym kotom w geście powitania. Nie zamierzała się udzielać, ani wyróżniać z tłumu; jej pierwsza pełnia jako pełnoprawna zastępczyni przynosiła jedynie nieprzyjemnie wykręcanie wnętrzności i stroszącą się odruchowo sierść. Lubiła myśleć, że dość dobrze radzi sobie w niekomfortowych sytuacjach czy momentach, w których musi kogoś reprezentować… Jednak tej nocy na widoku czuła się dość nieswojo.
— Och! Widzę, że w Klanie Klifu zmienił się zastępca.
Niechętnie zwróciła wzrok na stojącego nad nią kota.
Może właśnie dlatego wolałaby wmieszać się w tłum, a nie prezentować się pod skałą przed wszystkimi. Już od dawna zgromadzenia zamieniły się z wyczekiwanych w ekscytacji nocy na strach przed tym, że ktoś napatoczy się jej pod łapy czy będzie usiłować kleić z nią rozmowę – szczególnie ktoś z Klanu Nocy. Jak z przymusu unikała rozglądania się po wyspie, aby przypadkiem nie natrafić wzrokiem na na znajomą, szarą sierść czy morskie oczy. Jak tchórz.
Górujący nad nią wojownik zlustrował ją wzrokiem i zajął miejsce obok, na jej nieszczęście ponownie chyląc wargi.
— Gratuluję awansu, Źródlana Łuno.
Zapach Klanu Wilka bił od kocura jak odrzucająca, gorzko-kwaśna mgła. Wzdłuż jej grzbietu przebiegł dreszcz; uniosła lekko brew i po paru uderzeniach serca skinęła głową.
— Dziękuję, Krucze Pióro.
Bezmyślnie zmarszczyła nos, przyglądając się jego ciemnej barwie futra, która na myśl przywodziła jej jednego z nieszczęsnych napastników dawnej wojny. Zmusiła się jednak do wyduszenia kolejnych słów z gardła.
— Cieszę się, że mogę służyć mojemu bratu jako jego prawa łapa.
— Nadajesz się na dobrego zastępcę — odpowiedział jej beznamiętnym tonem i polizał się po barku. — Jak ma się Klan Klifu?
Owinęła ogon wokół łap.
— Dobrze — odparła krótko. — Mam nadzieję, że w Klanie Wilka również jest spokojnie…
— W rzeczy samej.
Łuna przesunęła wzrokiem po tłumie na skale, licząc na to, że na tym zakończą się chęci rozmowy Wilczaka. Cisza, która pomiędzy nimi zapadła, mówiła jednak co innego wiszącym w powietrzu napięciem, jak gdyby drugi zastępca za zębami trzymał kolejną gadkę.
— Wiesz… Mam pewną sprawę.
Nie zdołała się powstrzymać i wywróciła oczyma. Czy Klan Gwiazdy nie mógł wybaczyć jej za wszystkie grzechy i chociaż raz jej posłuchać? Ująć cierpienia?
Mimo wszystko, zastrzygła uchem, odrobinę zaintrygowana.
— Kontynuuj.
— …podoba mi się pewna kotka.
Drgnęła na swoim miejscu pod skałą i zacisnęła wargi.
— Ale nie wiem jak jej to wprost powiedzieć. Wychodzimy razem, jesteśmy dla siebie czuli… Chyba.
Ślipia młodszego błysnęły, zaaferowane i nieco zawstydzone.
— Strasznie mi serce przy niej wali, jakbym miał dostać zaraz zawału. Albo może mam alergię, bo robi mi się przy niej ciepło. Nie znam się na tym wszystkim. Nigdy… Nie czułem czegoś takiego. Nie chcę prosić o pomoc swoich pobratymców, więc… Może- Masz jakieś pomysły..?
Niezręczność rozmowy odbijała się desperacją w oczach Wilczaka. Odchrząknęła i, po chwili zawahania, nachyliła się lekko w jego kierunku.
— Czyli… Jesteście razem?
— Tak? Nie? — Kocur zwiesił łeb. — Nie wiem… Chyba nigdy wprost nie poprosiłem jej o zostanie moją partnerką.
Uniosła brew.
— Proszę bardzo, problem sam się rozwiązał — miauknęła zwięźle i machnęła końcówką ogona. — Trzeba mówić jasno i wyraźnie. Skąd ma wiedzieć, Tobie też się kręci w głowie na jej widok?
Łeb kocura subtelnie schował się głębiej między jego barki.
— Czyli powinienem zapytać?
Powstrzymała chęć wywrócenia oczyma. Klanie Gwiazdy, czy głupota przenosiła rodzinnie? Z jednego kocura na każdego kolejnego?
— Boję się, że powie nie… — kontynuował zastępca, bezmyślnie wpatrując się we własne łapy. — Choć niby nic na to nie wskazuje, ale no… Nigdy nie myślałem, że będę chciał mieć partnerkę, a teraz czuje się zagubiony. Nie wiem jak to zrobić, jak pokazać jej, że bardzo mi zależy. Jestem w tym tragiczny…
Czy każdy z nich był taki tępy?
— Jak nie zapytasz, to nic się nie zmieni i nadal będziecie wokół siebie tańczyć — odparła, wzdychając i unosząc wzrok ku niebu. — Bądź bezpośredni. Nie bój się jej, nie odgryzie Ci głowy. Chyba; nie wiem, w jakich kotkach się lubujesz — wzruszyła ramionami — ale... Proszę, na Klan Gwiazdy, jeżeli wyprzedzi Cię i zacznie głosić Ci dowody swojej miłości, ani się waż uciec.
Przez parę uderzeń serca Łuna zastanawiała się, czy mówienie z własnego doświadczenia będzie mądrym wyborem; jednak Wilczak, który nie wie o niej nie wiele więcej poza imieniem i rangą, za daleko z tą informacją nie pójdzie. Nie zrobi jej więcej krzywdy. Nie więcej, niż już zrobił to los.
Wspomnienia Szałwiowego Serca same nasuwały się jej na język mimo bólu z nimi związanymi. Chciała dodać coś od siebie podczas rozmów pośród współklanowiczów – nawiązać do dawnej rozmowy, opowiedzieć żart czy parę ładnych słów, które od niego zasłyszała, złapać z kimś wspólny język przez zaoferowanie swojej wersji związkowych perypetii. Ponarzekać na to, że większość kocurów ma na co dzień puch i trociny w głowach i że przekonała się na własnej skórze, jaką pustką objawiają się księżyce rozłąki, o których klanowe pary mówią jak o straszliwej legendzie. Że wie, jakie to piękne uczucie wiedzieć, że cała Twoja osoba przyśpiesza bicie serca drugiego kota i że wie również, jak to jest to wiedzieć i nie móc z tego korzystać częściej niż raz na księżyc. A później już w ogóle.
Przełknęła ślinę i potrząsnęła lekko łbem.
— Cokolwiek by się nie działo, jakkolwiek byś się nie bał, to siedź na zadzie i jej słuchaj. Danie nogi w krzaki... Nie maluje dobrego wizerunku.
Krucze Pióro uciekł wzrokiem, lekko zmieszany.
— Nie, co to to nie. Nie śmiałbym uciec. Ale na pewno wolałbym być pierwszy. Tylko muszę coś zaplanować…
Zawahała się na moment.
— Zabierz ją w jakieś ważne dla was miejsce. Gadaj porządnie i wylej wszystko, co Ci na sercu leży — podsunęła. Jej ślepie zabłysnęło. — Możesz jej coś podarować. Coś sentymentalnego? Znaczenie jest ważne.
— Sentymentalnego? Mógłbym coś dla niej zrobić…
Wilczak podniósł spojrzenie na Łunę i zamyślił się.
— Może połączę jakoś krucze pióra i kocanki. Chyba niedaleko Opuszczonego Obozowiska widziałem kilka kwiatów. Co do miejsca, spotykaliśmy się często na polanie przy jeziorze. Może tam będzie idealnie…
Skinęła głową z aprobatą. Odwróciła wzrok w jego stronę, przerzucając w głowie podsunięte jej informacje.
— Tak ma na imię? Kocanka?
— Tak, Kwaśna Kocanka. Znamy się od czasów uczniostwa, choć jeszcze gdy była kociakiem, a ja ledwo zaczynałem szkolenie zwróciła moją uwagę. A potem sama została uczennicą. Wtedy zaczęliśmy dużo rozmawiać i spędzaliśmy ze sobą czas, jako pobratymcy. Cóż, trochę późno obudziliśmy się z tym, że jednak coś do siebie czujemy-
Kocur wyprostował się nagle i, przybierając obojętny wyraz pyska, odchrząknął.
— Więc… No, od jakiegoś czasu po prostu czułem, że muszę coś z tym zrobić.
Zamruczała pod nosem, lustrując kocura wzrokiem; wyglądał na ledwie kilkanaście księżyców młodszego od niej. Odwróciła spojrzenie na tłum i cmoknęła.
— Czasem to, że uczucie rozkwita późno, znaczy też, że będzie ono wam towarzyszyć do końca życia — miauknęła.
Zamilkła za moment, próbując opanować grymas wkradający się na jej pysk. Jej głos przybrał tęskną nutę.
— Będziecie mieli szansę zestarzeć się w ramionach drugiego; los nie odbierze wam szczęścia przedwcześnie, bo nie musiał wam dać go posmakować za młodu.
Uszy Kruczego Pióra poruszyły się z zainteresowaniem.
— Masz kogoś takiego? Jeśli mogę zapytać.
Wbiła wzrok w nieokreślony punkt na niebie. Każde słowo opuszczało jej wargi wbrew jej woli.
— Miałam.
Kąciki jej pyska uniosły się w niewyraźnym uśmiechu. Czuła na sobie wzrok drugiego zastępcy, jednak bała się spojrzeć mu w oczy.
— Gdziekolwiek teraz jest, myślę, że może nadal jest szansa, abyście byli razem.
Drgnęła z zaskoczeniem. Głosem Wilczaka wiodła zaskakująco miękka nuta; uchyliła ucho w jego kierunku.
— Jeśli nie teraz, to po drugiej stronie — kontynuował. — Jeśli to prawdziwa miłość, to nie da się jej tak po prostu zerwać. A jeśli się ją zrywa, to czy kiedykolwiek była prawdziwa?
Po drugiej stronie. Czy Klan Gwiazdy był na tyle łaskawy, robiąc wyjątki dla tych dusz, które wolałyby zaprzestać bytu niż nigdy nie zobaczyć już drugiej połówki swojego serca? Czy jego łąki i doliny też dzieliły granice, czy jego mieszkańcy również spoglądali krzywo na uczucie, które łamie zasadę?
— Nigdy w moim życiu nie byłam bardziej pewna czegokolwiek, niż tego, że go kochałam.
Szybkość, z jaką słowa wypadły z jej pyska, zaskoczyły nią samą. Po jej grzbiecie przeszedł dreszcz, gdy niewygodna myśl, o tym, że rozmawia z Wilczakiem do niej wróciła, ale jej wnętrzności wykręciły się niewygodnie i kontynuowała, dopóki miała szansę to z siebie wyrzucić.
— Kochałam, i nadal kocham. Widzę go w gwiazdach, na które razem patrzyliśmy, w zwierzynie, na którą polowaliśmy... W pyskach moich dzieci, w imionach, które im nadałam.
Nieco za późno zdała sobie sprawę z tego, że nie powinna była się tak zwierzać. Pozostało jej liczyć na to, że zastępca nigdy nie wykorzysta jej słów przeciwko niej samej. Zmarszczyła brwi, odrywając spojrzenie od granatowego nieboskłonu i przenosząc je na kocura.
— Będę liczyć na wasze powodzenie — ze ściśniętym gardłem zmieniła temat, poruszając końcówką ogona. — Niech los wam dopisuje.
Czarnofutry popatrzył się na nią przez parę uderzeń serca, w zamyśleniu, po czym uśmiechnął się delikatnie i skinął łbem.
— Dziękuję.

Od Brykającego Mysikrólika

Brykający Mysikrólik rozejrzała się po plaży w poszukiwaniu czegokolwiek zjadliwego. Zwierzyny nie było jeszcze tak dużo, żeby wpadała pod łapy każdemu z patroli, a Klifiacy musieli przecież coś jeść. Nie mogła też z każdego swojego wypadu wracać o pustych łapach, mogliby ją jeszcze posądzić o lenistwo i pasożytowanie. Poruszyła wąsami, otwierając pysk. Chciała wyłapać jakąkolwiek woń wskazującą na piszczkę nieopodal, wzrokiem również śledziła ogromne kamienie, na których jakiś czas temu udało jej się upolować kraby. Dzisiaj jednak było tam pusto, a po piachu nie skakał żaden z gryzoni. Do jej uszu docierał kojący szum, a grunt pod łapami sypał się głucho, gdy zostawiała ślady za sobą. Morze ostatnio wypluło na brzeg bardzo dużo różnych rzeczy; od martwych ryb, po nawet przedmioty Dwunożnych. Ryby niestety nie były pierwszej świeżości, a zjedzenie ich mogło budzić niepewność lub nawet niepokój. Zanurkowała w śmieciach i zaczęła je rozrzucać na wszystkie strony, węsząc i pazurami rozcinając miękkie odpadki. Skoro nie mogła znaleźć jedzenia, to chociaż przyda się w inny sposób.
Zależało jej na tym, żeby znaleźć coś, co mogła wręczyć któremuś z rodziców w prezencie. Myślała, że dzięki temu będzie jej łatwiej znaleźć wspólny temat z matką i może pocieszyć przygnębionego ojca. Trójoki Zając nie wyglądał najlepiej od jakiegoś czasu. Wczoraj wręcz padł na legowisko, zanim zdążył w ogóle podzielić się z nimi, co robił!
Wreszcie, jej oczy odszukały w górze coś, co odbijało blade promienie coraz cieplej grzejącego słońca, z dnia na dzień. Koteczka rozsunęła z niego brudne kamienie, wymieszane z algami i pochwyciła przedmiot w szczęki, niemal rozrywając go przypadkowo. Smakował rybą, co było z jednej strony miłe, a z drugiej zupełnie nie pasowało do tego, co wychwyciły jej oczy. W paru susach zwinnie dotarła do fal obijających się o brzeg, moczących go z pianą. Gdy zanurzyła łapki w lodowatej wodzie, wzdrygnęła się. Fale obmywały jej teraz kostki, sprawnie odbierając ciepło z ciała. Wojowniczka pokręciła głową, a potem upuściła znalezisko i pozwoliła, żeby się wymyło. Łapą jeszcze nim poszurała po dnie, aż wreszcie uznała, że nadawało się na prezent. Poduszeczkami wytaszczyła go na brzeg, żeby nie moczyć sobie całej piersi; w końcu piach bardzo lubił się lepić do futra, gdy było mokre. Nie mogła sobie też pozwolić na całkowite zamoczenie się, bo ryzykowała chorobą. Nagle ją olśniło.
Mogła to przecież postawić na miejscu spoczynku kogoś, kogo może kojarzyła. Z zadowoleniem wymalowanym na pysku ruszyła w kierunku Pogorzelisk. Nie była pewna, gdzie dokładnie leżeli jej przodkowie, aczkolwiek lepiej było to zostawić na którymś z dowolnych miejsc, niż pozwolić, żeby się zmarnowało na plaży. Może i nie dało się tego zjeść, ale przynajmniej bardzo ładnie wyglądało. Może przodkom się spodoba!

Od Diane Elizabeth Montclair

 Przeszłość, pora Nagich Drzew... 


— Wyżej głowa, Diane! — miauknięcie Sycylii ponownie rozległo się za jej plecami. — Mhm, znacznie lepiej. A teraz ogon odrobinę niżej, dobrze, słonko? Nie chcemy przecież, żebyś sprawiała wrażenie zbyt wyniosłej.
Diane posłusznie skorygowała swoją postawę, unosząc podbródek i opuszczając nieco ogon, którego końcówka dotychczas unosiła się zbyt wysoko. Starała się przy tym zachować naturalność, choć z każdą kolejną poprawką coraz trudniej było jej odróżnić swobodny ruch od tego, który należało wykonać zgodnie z zaleceniami matki. Przeszła jeszcze kilka kroków po wyznaczonej trasie, uważnie stawiając łapy i pilnując, by jej grzbiet pozostawał prosty, a spojrzenie skierowane przed siebie. Wiedziała, że nie powinna nadmiernie skupiać się na poszczególnych elementach chodu, ponieważ wówczas cała jej sylwetka stawała się nienaturalnie sztywna. Jednocześnie nie mogła pozwolić sobie na zbytnią swobodę, gdyż Sycylia bez trudu dostrzegała nawet najmniejsze odstępstwa od wyznaczonego wzorca.
Ćwiczyły już od dłuższego czasu, a mimo to lekcja wcale nie zbliżała się ku końcowi. Za każdym razem, gdy Diane nabierała przekonania, że wreszcie opanowała dany ruch, matka odnajdywała kolejny szczegół wymagający poprawy. Raz chodziło o położenie głowy, innym razem o długość kroku, a jeszcze innym o sposób, w jaki powinna przenosić ciężar ciała, by jej ruchy sprawiały wrażenie płynnych i przemyślanych. Żadne z tych poleceń nie było szczególnie trudne samo w sobie. Dopiero ich mnogość sprawiała, że zwyczajny spacer zaczynał przypominać skomplikowany układ, w którym każdy element należało dopracować z niemal przesadną starannością.
Diane nie zamierzała jednak okazywać zniecierpliwienia. Sycylia od najmłodszych lat wpajała jej, że prawdziwa elegancja nie polega wyłącznie na odpowiedniej postawie czy starannie dobranych słowach, lecz również na umiejętności panowania nad sobą. Właśnie dlatego kotka starała się przyjmować każdą uwagę z należytą uwagą, nawet jeśli w głębi duszy zaczynała odczuwać zmęczenie. Nie chciała sprawiać wrażenia, że nauki matki ją przerastają, tym bardziej że doskonale zdawała sobie sprawę z oczekiwań, jakie wobec niej żywiono.
Nie była to zresztą pierwsza lekcja tego dnia. Jeszcze przed ćwiczeniami chodu poświęciła sporo czasu na doskonalenie wymowy, podczas których Sycylia zwracała uwagę na odpowiednią intonację, wyraźne artykułowanie słów i zachowanie spokojnego tonu nawet w trakcie trudniejszych rozmów. Później przyszła kolej na pozycje, gesty oraz kilka sztuczek, które miały nauczyć Diane odpowiedniego reagowania w rozmaitych sytuacjach. Najwięcej trudności sprawiały jej jednak ćwiczenia związane z kontrolowaniem własnego ciała. Musiała nauczyć się nie poruszać ogonem zbyt gwałtownie, niezależnie od tego, czy towarzyszyła jej ekscytacja, niezadowolenie, czy nawet zwykła ciekawość.
Ostatnie z tych zadań okazywało się szczególnie wymagające. Ogon często zdradzał emocje, zanim Diane zdążyła je świadomie opanować, a przecież matka oczekiwała od niej pełnej kontroli nad każdym gestem. Kotka rozumiała sens tych ćwiczeń, choć czasami zastanawiała się, czy naprawdę można nauczyć się panować nad każdym, nawet najdrobniejszym odruchem. Nie pozwalała sobie jednak na dłuższe rozważania, gdyż zwykle kończyły się one kolejnym upomnieniem, przypominającym jej o konieczności skupienia.
Za oknem wciąż panowała zima. Śnieg pokrywał ogród równą, białą warstwą, a nagie gałęzie drzew uginały się pod jego ciężarem. Od czasu do czasu wiatr poruszał krzewami, strącając z nich drobne płatki, które opadały na ziemię niczym rozsypane okruchy. Widok ten niezmiennie przyciągał uwagę Diane, która chętnie zamieniłaby kolejne ćwiczenia na choćby krótką przechadzkę po ośnieżonych ścieżkach. Wystarczyłoby jej kilka chwil spędzonych na zewnątrz, by móc przyjrzeć się ogrodowi z bliska i przekonać się, jak zmienił się od czasu ostatnich cieplejszych dni.
Niestety, Sycylia nie podzielała jej pragnienia. Za każdym razem, gdy dostrzegała córkę siedzącą na parapecie i zapatrzoną w zimowy krajobraz, przypominała jej o obowiązkach, które wciąż czekały na wykonanie. Diane nie próbowała się sprzeciwiać. Wiedziała, że matka nie zmieni zdania tylko dlatego, że ogród wydawał się szczególnie zachęcający, a ponowne podejmowanie tematu mogłoby jedynie niepotrzebnie przedłużyć rozmowę.
— Jeszcze raz, Diane. Tym razem spróbuj nie myśleć tak intensywnie o każdym kroku — poleciła Sycylia, obchodząc córkę, by móc przyjrzeć się jej sylwetce z innej perspektywy. — Powinnaś wyglądać, jakbyś doskonale wiedziała, dokąd zmierzasz. Nie jakbyś zastanawiała się, czy przypadkiem nie stawiasz łapy zbyt daleko.
Diane pozwoliła sobie na ledwie dostrzegalny uśmiech.
— Rozumiem, mamo. Spróbuję podejść do tego nieco swobodniej.
— Właśnie o to chodzi, kochanie. Elegancja nie wymaga, żebyś przez cały czas myślała o tym, jak się poruszasz. Powinna stać się dla ciebie czymś naturalnym.
Kotka skinęła głową, po czym wróciła na początek wyznaczonej trasy. Tym razem postarała się skupić na ogólnym wrażeniu, zamiast analizować każdy ruch z osobna. Uniosła głowę, rozluźniła barki i ruszyła przed siebie, pilnując jedynie, by jej krok pozostał równy, a ogon układał się swobodnie za jej grzbietem. Starała się przy tym nie zwracać uwagi na obecność matki, choć doskonale wiedziała, że Sycylia śledzi każdy jej ruch.
Kiedy dotarła do końca trasy, zatrzymała się i odwróciła ku białej kocicy, oczekując na jej ocenę. Nie musiała długo czekać.
— Znacznie lepiej — przyznała Sycylia. — Widzisz? Kiedy przestajesz przejmować się każdym szczegółem, wszystko przychodzi ci znacznie łatwiej. Musisz jedynie nauczyć się ufać własnym umiejętnościom.
Diane przyjęła pochwałę z delikatnym skinieniem głowy. Nie pozwoliła sobie na zbyt szeroki uśmiech, choć słowa matki przyniosły jej odrobinę ulgi. Miło było usłyszeć, że jej starania wreszcie przyniosły oczekiwany rezultat, szczególnie po tak długim czasie spędzonym na powtarzaniu tych samych ruchów.
— Dziękuję. Postaram się o tym pamiętać — odpowiedziała spokojnie.
Sycylia przyjrzała jej się jeszcze przez chwilę, po czym skinęła głową, najwyraźniej zadowolona z takiej reakcji. Diane zdążyła już poznać jej zwyczaje na tyle dobrze, by wiedzieć, że pochwała niekoniecznie oznacza koniec lekcji. I rzeczywiście, ledwie zdążyła nieco rozluźnić postawę, gdy matka ponownie zabrała głos.
— Dobrze. Skoro opanowałaś już podstawy, możemy przejść do kolejnego etapu. Chciałabym, żebyś spróbowała połączyć odpowiedni chód z zachowaniem właściwej mimiki. Pamiętaj, że twoja twarz również zdradza znacznie więcej, niż mogłabyś przypuszczać.
Diane przez moment trwała w bezruchu. Jedynie końcówka jej ogona poruszyła się nieznacznie, zanim zdążyła ją powstrzymać. Natychmiast przypomniała sobie wcześniejsze uwagi matki i przywróciła mu właściwe położenie, mając nadzieję, że Sycylia nie dostrzegła tego drobnego uchybienia.
Nie westchnęła, nie przewróciła oczami ani nie pozwoliła sobie na jakikolwiek komentarz, który mógłby zostać odebrany jako przejaw zniecierpliwienia. Zamiast tego spokojnie zajęła wskazane miejsce i przygotowała się do kolejnego ćwiczenia. Wiedziała, że jej matka oczekuje od niej wiele, być może nawet więcej, niż wymagała od pozostałych dzieci, ale nie zamierzała pozwolić, by zmęczenie stanęło jej na drodze.
W jej głowie wciąż wybrzmiewały słowa Celestyna: “[...] masz predyspozycje do osiągnięcia rzeczy, których nie powierzyłaby każdemu. Chce przygotować cię do zadań, jakie mogą w przyszłości wymagać od ciebie nie tylko wiedzy, ale również rozwagi i odpowiedzialności.”
Zastanawiała się, czy to wszystko naprawdę miało doprowadzić ją do czegoś więcej. Czy za tymi treningami kryło się coś więcej.
A jeśli tak, to co mogłoby to być?

Od Brykającego Mysikrólika

Teraźniejszość

Brykający Mysikrólik patrzyła po pobratymcach, w uszach słysząc dudnienie własnego serca. Przyłożyła łapę do piersi, wypatrując jakiegokolwiek znajomego futra. Poza rudą kocicą nigdzie nie mogła znaleźć rodziców. Przez to wszystko zapomniała, że zostali wysłani na patrol. Może powinna porozmawiać z Ćmią Łapą? Niemożliwe było, żeby cynamonowa popełniła samobójstwo. Zawsze była nieco chaotyczna, jednak od zawsze nosiła na pysku szeroki uśmiech, a ponadto nic nie wskazywało na to, że mogłaby chcieć zakończyć przedwcześnie życie. Nieuwaga jednak, z drugiej strony, była niestety dużo bardziej prawdopodobna. Liliowa zastanawiała się, dlaczego ciocia wybrała się w miejsce, z którego mogła przecież spaść… szczególnie po wypadku Firletkowej Łapy. Pokręciła głową, strzygąc wąsami. Czy nikt jej w tym nie pomógł? Czuła żal do Majaczącego Kopciuszka, że tamtego dnia nie patrzył akurat w kierunku okolic, w jakich przebywała cętkowana, zamiast tego był skupiony na Klanie Wilka. Zmarszczyła brwi, gdy jej oczy się zaszkliły, a ona sama miała ochotę komuś przyłożyć. Najbardziej smuciła ją ta bezradność, bo nie mogła absolutnie nic z tym zrobić. Nie miała żadnych dowodów ani możliwości dowiedzenia się, jak było; zobaczenia tego na własne oczy. Nic nie wskazywało na to, że złoty kłamał. Było jej niezwykle szkoda rodziców, ponieważ oni od zawsze byli bliżej z ciocią, w szczególności Kukułczy Wdzięk – liliowa była w końcu jej siostrą. Sama Mysikrólik odczuwała swego rodzaju nostalgię związaną z czasami kocięcymi, gdy zielonooka odwiedzała ich czwórkę i doglądała ich, gdy rodzice potrzebowali odpoczynku. Te spotkania były rzadkie, aczkolwiek młódka dobrze wspominała każde z nich. Ciocia jej nigdy niczym nie zawiniła, nie zasługiwała na to, żeby umrzeć. Lubiła sobie z nią pożartować i wymienić opiniami od czasu do czasu. Teraz już nie mogła tego zrobić, ponieważ szylkretka dołączyła do szeregów Klanu Gwiazdy, a jej miejsce wypełniła przygnębiająca pustka, cisza.
Rozmowy z matką stały się zdawkowe. Mysikrólik miała wrażenie, jakby musiała ciągnąć rodzicielkę za język, ilekroć próbowała ją wesprzeć w dowolny sposób. Trójokiego Zająca również nie mogła zrozumieć. Wyglądał na bardzo zmęczonego i wręcz wyplutego, jakby był przy nich jedynie ciałem, ale nie umysłem. Gołębi Puch zaczęła spędzać z nimi więcej czasu, co nie było niczym złym oczywiście, aczkolwiek młoda wojowniczka czuła się z tym nietypowo.
Spostrzegła ciotkę, siedzącą u wejścia i wpatrującą się w dół. Prawdopodobnie obserwowała fale morza obijające się o ich ogromną skałę. Może odnajdywała w nich komfort tak jak wiele kotów w samym szumiącym dźwięku morza czy niosącym się echem klangorze mew. Mysikrólik podeszła do niej cichutko, skradając się. Ciotka poruszyła nieznacznie uchem, a potem odwróciła się do niej. Liliowa położyła po sobie uszy z zawiedzeniem.
— Musisz stawiać łapy ostrożniej, słychać cię — wymruczała, parokrotnie przejeżdżając językiem po swoim barku, a potem odwróciła łeb z powrotem na fale daleko pod sobą, wzdychając cicho. Młoda przysiadła tuż obok niej niezdarnie, również wlepiając wzrok w wodę. Błękitne tafle obijały się z hukiem o kamień, zostawiając za sobą białe smugi. Wodospad ryczał blisko nich, również dokładając swoją cegiełkę w burzeniu wody. Żółtooka popatrzyła przed siebie.
— Gdyby twoim mentorem był Bukowa Korona, to byś też się tak skradała — przewróciła oczami, kręcąc głową. Gołębi Puch nie odrywała wzroku od poruszenia, a Mysikrólik poczuła lekkie ukłucie. — Ciociu, tylko nie myśl o tym, żeby cokolwiek sobie robić. Najlepiej trzymaj się z dala od klifów. Dobrze, gdybyśmy teraz stąd odeszły na bezpieczną odległość — spoważniała, wlepiając wzrok w łaciatą. Wojowniczka zamrugała parokrotnie, a potem kiwnęła głową. Wycofała się o parę kroków, siadając teraz w bezpieczniejszej odległości. To pozwoliło szylkretce się uspokoić i rozluźnić mięśnie.
Skoro udało jej się ją "uratować", czym innym mogła zająć umysł i łapy w jej towarzystwie?
— Ostatnio pokazałam Jajecznej Skorupie, że można się myć w piachu, ale chyba z tego nie korzysta, bo wygląda tak samo. Chyba że wytrzepuje piach z sierści tak bardzo, bardzo dokładnie… — zaczęła, w pewnym sensie myśląc na głos. Chciała o czymś porozmawiać z kotką, żeby może polepszyć z nią relacje, jednak czarno-biała nie rwała się do konwersacji, skupiona na morzu.
Mysikrólik straciła zainteresowanie i uznała, że tym razem sobie odpuści. Przynajmniej udało jej się w jakiś sposób uspokoić i może uratować jednego członka rodziny.

31 października 2026

Od Wiciokrzewu CD. Gołąbka

— Gołąbku? — zawołał w stronę kocurka, widząc, że ten grzebie coś w ziemi. Postanowił do niego podejść i przyjrzeć się temu z bliska. — Co to ta-takiego? — zapytał, obserwując wzorki wydrążone w podłożu.
Bury zamarł w miejscu, wlepiając wzrok w szlaczki, jakby sam się nad nimi zastanawiał.
— To… nic takiego. Pomyślałem tylko, że… — zaczął, lecz urwał w połowie zdania. — Nie, nieważne. I tak miałem już wracać do obozu — dokończył, po czym wreszcie spojrzał na liliowego.
Wiciokrzew wciąż był zaciekawiony, lecz nie chciał naciskać na swojego ucznia. Skoro nie zamierzał mu powiedzieć, to nie musiał.

* * *

Teraźniejszość

Ostatnimi czasy w Owocowym Lesie nie działo się zbyt wiele — a przynajmniej nie były to rzeczy negatywne. Na dodatek zazwyczaj nie dotyczyły one Wiciokrzewu, co niezmiernie go radowało. Ostatnie, co pamiętał, to dzień, w którym Czereśnia wprowadził Radę złożoną z pięciu kotów — Purchawki, Figi, Guziczka, Płatka i Gondora. Zielonooki wciąż czuł falę dumy, która przebiegała przez jego ciało za każdym razem, gdy tylko pomyślał o tym, że to on przyczynił się do takich zmian w hierarchii. Był właściwie katalizatorem całej tej sprawy. To jemu jako pierwszemu objawiła się Wszechmatka i to on jako pierwszy usłyszał jej wolę. Wciąż nie wiedział, dlaczego zdecydowała się odezwać akurat do niego, lecz ta świadomość sprawiała, że przez ostatnie księżyce żyło mu się nieco lżej. Choć tylko nieco. Wciąż przecież był tym samym Wiciokrzewem, którego dniami i nocami dręczyły błędy przeszłości. Nadal rozpamiętywał dzień, w którym przypadkiem otruł Smugę. Na myśl o śmierci młodego, czekoladowego kocura jego żołądek wywracał się na wszystkie strony. Były uzdrowiciel nie mógł znieść myśli, że był mordercą, nawet jeśli ta sytuacja wydarzyła się ogrom czasu temu i większość kotów, które obecnie przebywały w Owocowym Lesie, zapewne już o niej nie pamiętały. W przypadku Wiciokrzewu nie było jednak mowy o czymś takim, jak “czas leczy rany”. Po ranach i tak zawsze zostają blizny, a liliowy miał ich pełno zarówno na sercu, jak i na umyśle. Jego przeszłość była naznaczona zbyt dużą liczbą porażek i błędów, by móc tak po prostu o nich zapomnieć. Nawet jeśli teraz nie był już nikim wpływowym, a jedynie uziemionym starszym, którego nikt nie pytał o mroczną przeszłość.
Z jednej strony cieszył się, że mógł teraz żyć spokojnie. Lubił również, gdy odwiedzali go uczniowie, by przynieść mu zwierzynę lub wyciągnąć z futra kleszcze, a także kocięta, by posłuchać od niego jakichś historyjek. Z drugiej zaś takie bezczynne siedzenie tylko pogłębiało jego myśli o tym, że może lepiej by mu już było, gdyby stał się jerzykiem lub jaskółką. Nie wątpił w to, że po śmierci zostanie ptakiem. W końcu Wszechmatka zdążyła mu już udowodnić, że istnieje, a także że nie jest na niego obrażona i przyjmie go w szeregi swojej skrzydlatej armii. Nie mógł doczekać się dnia, w którym wreszcie to nastąpi. Starał się jednak z całych sił, by nie odczuwać potrzeby przyspieszenia tego momentu ze względu na Mistral. Wiedział, jak bardzo białofutra była wrażliwa na jego humorki. Wiedział, że nie pozwalała mu zrobić tego, czego od wielu księżyców pragnął bardzo mocno. Wiedział też, że w razie jego odejścia w takich, a nie innych okolicznościach, zapewne nieco podupadłaby na zdrowiu psychicznym, a tego nie chciał jej robić. Była w końcu jego córką, choć sama o tym nie wiedziała, i wypadałoby, jako przykładny ojciec, jej nie dobijać. Poza tym Wiciokrzew był ciekaw, czy w ciągu swojego życia uda mu się jeszcze doczekać wnuków. Nawet jeśli te wnuki nie będą wiedziały, że tak naprawdę są z nim spokrewnione. Choć właściwie wątpił w to, że dożyje kolejnych potomków. W końcu był już całkiem stary, gdy został ojcem, toteż Mistral i Świergotek byli od niego o wiele młodsi. Nim znajdą sobie drugie połówki i będą gotowi założyć rodziny, Wiciokrzewu może już dawno nie być na tym świecie.
Zanim były uzdrowiciel zdążył pogrążyć się w myślach na temat starzenia się, przemijania i śmierci, przed jego oczami pojawił się bury kot. Liliowy uniósł na niego wzrok, dostrzegając, że przybysz trzyma w pysku niedużą ryjówkę. Wiciokrzew kojarzył tego młodzieńca. Musiał odwiedzać legowisko starszych już któryś raz.
— Gąsiorek, dobrze pa-pamiętam? — odezwał się zielonooki, próbując nawiązać jakąś konwersację z uczniem.
Bury odłożył ryjówkę przed starszym, po czym usiadł na ziemi.
— Masz rację, Wiciokrzewie — odparł młodszy, na co liliowy uśmiechnął się pod nosem.
— Dobrą ma-masz pamięć. Zde-zdecydowanie lepszą niż ja — mruknął starszy. — Choć, jak to mó-mówią, starość nie ra-radość. Lepiej ko-korzystaj ze swojego by-bystrego umysłu, nim też zacznie ci łu-łupać w kościach — kontynuował swój wywód.
Polubił spokojne, przyjazne rozmowy ze swoimi pobratymcami, odkąd całe dnie spędzał w legowisku. Szczególnie lubił konwersować z nieco młodszym pokoleniem, a to dlatego, że miał świadomość, iż kot, z którym rozmawia, nie wie nic o jego przeszłości. Mógł przez to odetchnąć i nie martwić się o to, że rozmówca już dawno nakleił na niego łatkę mordercy czy obłąkańca. W rozmowie z kociętami czy uczniami był po prostu śmiesznym staruszkiem, który nie różnił się zbytnio od stereotypowych kotów w jego wieku. No dobra — odznaczał się jedynie piórami świętych ptaków w futrze, a także ogromną chęcią dzielenia się z potomnymi informacjami na temat Wszechmatki.
— O to się nie martw! Cały czas wykorzystuję swój umysł, a ponadto i sprawne łapy! — zaczął Strusiek, który w Owocowym Lesie znany był również jako Gąsiorek i tak też zwracał się do niego starszy. Łatwiej było mu to zapamiętać, ponieważ przynajmniej wiedział, co to słowo oznacza. Co do Struśka, nie był tego pewien. — Dzisiaj byłem ze Smok na treningu i upolowałem tę ryjówkę, a także kilka myszy! Moja mentorka mówi, że idzie mi już całkiem nieźle… Mam nadzieję, że w takim razie Czereśnia zdecyduje się mianować mnie już niedługo! Nie mogę się doczekać, aż będę mógł sam wychodzić z obozu. Wtedy to będę polował i patrolował granice całymi dniami! — oznajmił, wypinając dumnie pierś.
Wiciokrzew zdążył już zauważyć, że bury miał w sobie ogromny zapał do pracy na rzecz Owocowego Lasu. Gdyby nie fakt, że był uczniem i brakowało mu jeszcze trochę księżyców, nadawałby się idealnie na radnego. Widać w nim było szczerą chęć ulepszania swojej grupy. Wiciokrzew był niemal pewien, że Gąsiorek, gdyby został radnym, rzucałby samymi dobrymi pomysłami, a Owocowy Las stałby się jeszcze lepszym miejscem, niż był teraz.
— U-uważaj tylko, żeby się nie prze-przemęczyć — ostrzegł go, wiedząc dobrze, że bury nie zważał na swój dobrostan, gdy w grę wchodziło dobro grupy.
— Ja? No co ty — mruknął Strusiek. — Ja jestem za dobry, żeby się przemęczyć! Poza tym nie ma czegoś takiego jak przemęczenie, a nawet jeśli jest, to nie jest ono wymówką, żeby siedzieć bezczynnie! — oznajmił pół żartem, pół serio.
Wiciokrzew westchnął. Wiedział, że ten zapał jeszcze kiedyś zgubi Gąsiorka, lecz nie miał teraz siły, by go przed tym ostrzec. Sam będzie musiał się nauczyć, że niekiedy powinien postawić własne dobro ponad dobrem Owocowego Lasu.

Koniec sesji

Od Pierścienia

Choroba trawiła jego umysł. Robactwo wiło się pod jego czaszką, w jego oczodołach, wgryzając się w jego skórę, paląc, drapiąc, doprowadzając do szaleństwa. Oddech, który utknął w jego piersi wiele księżyców temu, wciąż nie mógł jej opuścić. Dusił się, tonął.
To nie była jego wina. Nie była. To wszystko wina Daglezji.
Starał się być jak najlepszy. Pracował, ile tylko mógł. Jego myśli wirowały wokół treningów, walki, gonitwy za zwierzyną, wbijania kłów w jej gardło, rozdzierania delikatnych naczyń krwionośnych. Zastanawiał się, czy mysie futro smakowałoby podobnie do futra mentorki. Czym różniła się od gryzonia? Nawet uderzenia jej łap o ziemię brzmiały podobnie do niewielkiego szkodnika, gdy każdego ranka przychodziła wygonić go z legowiska uczniów; nie musiała tego robić, Pierścień nie spał od długich godzin, jednak coś powstrzymywało go przed wstaniem, przed wyjściem Daglezji naprzeciw, przed udowodnieniem jej, że nie ma racji, że nie jest najgorszym, co spotkało Owocowy Las. Zawsze czekał, w bezruchu, aż mentorka stanie nad nim i trzepnie go łapą po uszach, wzywając, by wreszcie podniósł się z posłania i zrobił coś ze sobą. Dopiero wtedy uczeń podnosił się bez słowa.
Nie wiedział już, czy wypełnia go obojętność, czy paląca nienawiść.
Błoto oblepiało jego łapy,  a zimne powietrze kłuło w płuca. Zastrzygł uszami, a jego ciało zadrżało. Daglezja coś mówiła, prawdopodobnie instruowała go, jak wykorzystać jedną z prostych technik polowania. Równie dobrze mogła jednak znajdować się wiele długości lisa od niego, gdyż jej głos wydawał się nie docierać do jego uszu. Szumy pobliskich traw zagłuszały wszystkie inne dźwięki. Wiły się wokół jego łap, przytrzymywały go w miejscu. Nie mógł się ruszyć. Wgryzały się w niego, przecinały poduszki jego łap, wyrywały futro.
Nie, nie, nie, nie mógł na to pozwolić.
Musiał uciekać.
Cofnął się nagle. Daglezja przekrzywiła głowę, patrząc na niego pytająco.
- A teraz co ci?
Warknął, rzucając się do tyłu. Grząska ziemia pod łapami wciągała go, a kamienie wbijały się w jego ciało. 
Musiał uciekać.
Coś podcięło jego łapy i przygwoździło go do ziemi. Krzyknął, jednak czuł, jak powietrze ucieka z jego płuc. Był pożerany przez błoto, topił się w nim, a coś - ktoś - przytrzymywał go, powtarzając niezrozumiałe słowa do jego ucha, aż do momentu, gdy zapadła ciemność.
Obudził się w znajomym miejscu. Jego powieki wydawały się nieznośnie ciężkie - ledwo udało mu się je podnieść. Próbował rozejrzeć się po legowisku, bez skutku. Ciało po raz kolejny go zdradziło.
- ...jak mogłeś doprowadzić się do takiego stanu? - ktoś westchnął. Poranna mgła wciąż wypełniała legowisko, zatapiając wszystkie zgromadzone koty w mlecznej poświacie. Pierścień nie potrafił rozpoznać ich pysków; skręcały się, znikały, zamieniały się w pysk Daglezji, przebrzydłej Daglezji. Syknął, chciał krzyczeć, że ma dość, że ją zabije, jeśli teraz nie odejdzie, jeśli nie da mu spokoju. Futro na jego karku uniosło się. Oddech przyśpieszył. Nie miał siły wstać, nie miał siły walczyć, a nawet gdyby dał radę, wiedział, że nie potrafił. Daglezja miała rację. Jej wzrok sięgał nawet tutaj, omiatał go i kontrolował. To ona sprawiła, że źle się czuł. To ona nasłała na niego te wszystkie koty.
Ktoś podetknął mu pod nos stos ziół. Ktoś inny położył łapę na jego karku, zbliżając jego pysk do nieznanych roślin. Skrzywił się wyraźnie, jednak nie miał siły się sprzeciwiać. Czy to była trucizna, którą Daglezja chciała go zmusić do posłuszeństwa? Czy wreszcie chciała się go pozbyć?
Nieznany smak rozpłynął się na jego języku. Dobrze. Niech tak będzie. Nie bał się śmierci, nie z jej łap. Jeśli chciała go otruć, mogła to zrobić.
Mgła wydawała się zgęstnieć, a ciepło wypełniło jego ciało.
Pierwszy raz od dawna Pierścień zasnął spokojnie.

Wyleczony: Pierścień
Trening: 584 słowa

[12%]

Od Brykającego Mysikrólika

Następnego dnia, przeszłość

Pozostałości Pory Nagich Drzew nadal utrzymywały się na terenach Klanu Klifu, rozkładając na ciągnących się połaciach trawy, biały dywan. Mysikrólicza Łapa nie mogła się doczekać, aż wreszcie będzie mogła pobawić się w śniegu i może porzucać w kogoś kulkami topiącego się puchu. Bolały od niego łapy, ale było przy tym frajdy, opłacało się! W dodatku, jeśli nie byłoby mokro, to mogła pokazać rudej swoją miejscówkę, w której zażywała kąpieli piaskowej. Skoro jej się tak podobało, to sama również powinna zacząć z niej korzystać. Dzięki temu Mysikrólik mogła pozwolić sobie na rzadszą pielęgnację futra i przy okazji nie pachnieć źle.
— To chodź, Jajeczna Skorupo! Wyruszamy. Najadłaś się? — zapytała, uśmiechając się do koleżanki. Niestety, poprzedniego dnia nie udało się pójść do miejsca, które miała na myśli, rozmawiając o kąpieli pyłowej.
— Nie zamierzasz mnie zaprowadzić na plażę, prawda? Ostatnio tyle śniegu tam nasypało, że dotąd lodowe bryły się topią — odparła wojowniczka, zrównując kroku z młodszą kotką.
Mysikrólik poczuła, jak oblewa ją zimny pot. Właśnie tam chciała ją zabrać. Skąd ona wiedziała? Pokręciła głową.
— Nie… oczywiście, że nie! — Zaczęła machać łapami na znak sprzeciwu. Musiała wymyślić coś innego, ugh! — Zabiorę cię do miejsca, w którym jeszcze nikt nie był. Znalazłam je ostatnio i będziesz pierwszą, którą tam zabiorę — uśmiechnęła się dumnie, mrużąc oczy. Jej kły zalśniły w świetle bladego słońca Pory Nowych Liści. Jajeczna Skorupa spojrzała na nią z zachwytem, kiwając głową.
— Dobrze. Nie mogę się już doczekać! Zatem chodźmy, może przed wysokim słońcem wrócimy i przy okazji na coś zapolujemy? — zaproponowała. Końcówka jej ogona poruszała się na boki lekko, jakby rzeczywiście mówiła prawdę. Oczywiście liliowa nigdy nie posądziłaby jej o kłamstwo! Jednak musiała teraz coś bardzo szybko wymyślić… Skupić się tak, jak nigdy wcześniej. Gdzie do tej pory wędrowała z Bukową Koroną, jakie miejsce mogło być tym, które było rzadko odwiedzane przez Klifiaków? Ruszyła w stronę wyjścia z obozu, a jej myśli zagłuszył donośny ryk wodospadu. Poszła tuż za koleżanką dróżką, trawa pokryta wilgocią uginała jej się pod łapami, wymieszana z topniejącym śniegiem. Poczuła pod poduszeczkami chłód.
Wyjątkowo długo milczała. Również nie słuchała za bardzo cętkowanej, która teraz się jej coś zapytała.
— Brykający Mysikróliku? To prowadzisz mnie, czy ja mam prowadzić ciebie? — zapytała z zakłopotaniem, przestępując z łapy na łapę. Liliowa spojrzała na nią bez wyrazu, ponieważ początkowo nie zrozumiała, co zostało do niej w ogóle powiedziane. Niemal wpadła na jej tył, gdy się tak zatrzymała. Z czasem jednak jej ślepia rozświetlił pewien przebłysk, gdy zrobiła parę energicznych kroków, wreszcie zatrzymując się na przykrytym, rozległym kamieniu.
— Chodź.

***

Do jej uszu doleciał szum morza, wraz ze spokojnym obijaniem się wody o brzeg. Miejsce, na które zawędrowały, było oczywiście plażą, aczkolwiek dużo mniejszą, niż ta główna, granicząca z Klanem Nocy. Tutaj również było wiele kamieni, różniło się to tym, że tu miały dużo mniej miejsca na popisy, chociaż gdyby zechciały, mogły śmiało zamoczyć łapki lub nawet i zanurzyć się całe, mimo że nie był to szczególnie mądry czy pożądany pomysł. Brykający Mysikrólik uniosła pysk ku górze i uśmiechnęła się dumnie. Udało jej się coś wykombinować na poczekaniu, w dodatku koleżanka nie marudziła! Więc wygrała. Jajeczna Skorupa zwiesiła trochę łeb, spoglądając na rozmówczynię. Położyła po sobie uszy delikatnie.
— Mysikróliku, zaprowadziłaś mnie na plażę.
— To nie plaża! — Zmarszczyła brwi, kręcąc głową. — Zależy, jak na to spojrzysz. To tylko przestrzeń z piachem i wodą, w której możesz się umyć. Myć możesz się również w piachu, którego tutaj jest dostatek! Chodź, połóż się obok mnie. — Ruchem łapy zachęciła ją do tego, żeby przysiadła naprzeciwko. Liliowa zaczęła tarzać się w lekko mokrym piachu, ukrywając wewnętrzne niezadowolenie. Materiał musiał być idealnie suchy, jeśli chciała się w nim myć. W przeciwnym razie kłosy jej się sklejały, a ona sama śmierdziała słoną wodą i czymkolwiek, co postanowiło tego razu się do niej przylepić. Ruda kotka niepewnie ułożyła się przy koleżance, a potem zaczęła naśladować ruchy wojowniczki, tarzając się w pyle. Wreszcie, wydała z siebie westchnienie.
— Jeszcze nigdy nie “myłam się” w piachu… — wymruczała, gdy otrzepała się z nadmiaru drobinek. Żółtooka zaczęła kiwać głową, jakby wysłuchiwała teraz koleżanki, która zwierzała się z najsmutniejszej rzeczy w całym jej życiu.
— Przyzwyczaisz się. Wiesz, ile czasu można dzięki temu zaoszczędzić? I sama widzisz, jakie ładne mam teraz futerko! Nauczysz się jeszcze. Spokojnie, Jajeczna Skorupo. — Musnęła łapą bok kocicy, nakładając na niego piach i zaklepując go, niczym zwilżoną babkę na plaży. Materiał zsunął się, upadając na grunt głucho.
Cętkowana otworzyła pyszczek, uśmiechając się bez przekonania, ale nie przerwała szylkretce.

Od Fląderki Do Nurowej Gracji

*akcja ma miejsce lekko w przeszłości, początek pory nowych liści*

Wraz z nastaniem Pory Nowych Liści Fląderce zaczęła doskwierać bezsenność. Mimo obietnicy złożonej księciu pełniącemu stanowisko asystenta medyka, kotka zbagatelizowała początkowe objawy choroby, które na przełomie księżyców miały kolejno rozwinąć się w halucynacje, a następnie w problemy psychiczne. W końcu już nie raz miała problem z zaśnięciem, w szczególności odkąd zamieszkała na wyspie oddalonej od obozu. "To przejściowe". Tak sobie powtarzała, ilekroć oglądała gwieździste niebo nim udało jej się zasnąć ze zmęczenia.
Razem z Komarzą Łapą skoro świt zawitała do obozu. Mimo, że co jakiś czas stawiała w nim swoje łapy, czuła się bardziej wyobcowana niż do tej pory. A dodatkowo doskwierało jej zmęczenie. Po raz kolejny się nie wyspała, co dało się zauważyć na pierwszy rzut oka. Jednak nie mogła odmówić, tym bardziej, że została wezwana na wyspę przez Błękitną Lagunę. Zastępca nakazał Fląderce przeprowadzić ogromne porządki w sercu obozu. Miała pozbyć się zbutwiałych liści, które porą nagich drzew zakrył biały puch czy wyłowić z "oczka" śmieci, które się w nim znalazły. Oprócz tego miała wyczyścić ścieżkę, na której zaległy gałęzie pobliskiego drzewa. Nie mogła się lenić, musiała działać.
Pożegnała się z synem, który najprawdopodobniej jako ostatni ze swojego rodzeństwa udał się w teren wraz se swoim mentorem. Brązowe ślipka spoczęły na legowisko uczniów, w którym mieszkali Centuriowa Łapa, Wełniankowa Łapa oraz Umykająca Łapa. Może oni też udali się w teren? Było to bardzo możliwe, bo w zasięgu spojrzenia przez większość czasu podczas wykonywania zleconych prac nie miała okazji ich zauważyć. W końcu pod wieczór kątem oka dostrzegła znajomą postać o rdzawo-białej barwie, która stała do niej tyłem. Nie widzieć czemu Fląderka z góry założyła, że ma do czynienia ze swoją córeczką, Wełniankową Łapą. Nawet jeśli jej budowa ciała, jak i wielkość różniły się od tego co udało jej się zapamiętać na temat swojej córki. Kiedy ostatni raz miała okazję z nią porozmawiać, jak i podejść i móc jej się przyjrzeć? Zobaczyć, jak bardzo się zmieniła, odkąd była małym kociakiem, który wtulał się w jej brązowe futerko, którym większość społeczności Nocniaków pogardzała. Minęło tyle księżyców, że to było oczywiste, że jej mała córeczka nie była już małą córeczką. Zmieniła się, dorosła. Lada moment mogła zostać wojowniczką, podobnie jak pozostałe dzieci Fląderki.
– Dobry wieczór, Wełnianko... Wełniankowa Łapo – miauknęła zbliżając się do kota. – Moja córeczko... jak ty wyrosłaś... – Pociągnęła nosem, starając się nie rozkleić. Ile by dała, aby móc ponownie wziąć w objęcia w tym samym momencie wszystkie swoje dzieci. Aby nie widzieć tej zrozumiałej pogardy w spojrzeniach części z nich przez pokrewieństwo z odrzutkiem. – Jak przebiegają twoje treningi pod okiem Niedźwiedziówkowego Pyłu? Dogadujecie się? – Fląderka była pełna obaw, odkąd tylko bura kocica zawitała w szeregi Klanu Nocy. Co jeśli kazała jej chorowitej córeczce trenować, aż nie padnie ze zmęczenia? – Jak z twoim zdrowiem... czy nadal doświadczasz tych napadów?
Zielone oczy przepełnione pogardą wpatrywały się w Fląderkę. Chwila... Wełnianka przecież nie miała zielonych oczu. Ani rudej plamy na pyszczku. Jednak rdzawe uszy zakończone pędzlami oraz ogon... Ach, jak mogła pomylić swoją córeczkę z synem Trzcinowego Szmeru.
– Nurowa Gracjo! J-ja przepraszam... omyłkowo wzięłam cię za moją córeczkę, Wełniankową Łapę. – Pochyliła głowę. – O-oboje macie rudy ogon i uszy, w dodatku zakończone pędzelkami... Od tyłu jesteście niemalże nie do rozróżnienia. C-czy zdarzyło się to już wcześniej, aby jakiś wojownik was pomylił?

<Nurze?>

p.s. stadia choroby Fląderki mają postępować, proszę aby nikt jej nie leczył 🤗