BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

08 listopada 2026

Jenocia Kufa urodziła!

 Jenocia Kufa urodziła dwójkę kociąt, które bezsprzecznie czeka wielka przyszłość w Klanie Klifu!


Od Zwęglonej Kukułki CD. Ślepowrona (Ślepowronowej Łapy)

· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·
Przeszłość, pora
opadających liści
· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·

Zwęglona Kukułka zmarszczyła brwi. Nadal nie była pewna co do dawania tak młodemu kociakowi myszy do jedzenia.
— Kukułko, proszę! — miauknął przeciągle i cicho. — No chociaż jeden mały kęs!
Przez jeszcze parę uderzeń serca uważnie przypatrywała się kocurkowi, jakby rozważając wszystkie za i przeciw aż w końcu ciche westchnienie opuściło jej pysk. Dla Ślepowrona mógł być to znak, iż jego prośby zostały wysłuchane. Pewności jedynie mógł nabrać, dopiero kiedy szylkretka delikatnie wzięła w pysk mysz, a następnie odłożyła ją przed łapami młodzieńca.
— Dasz radę, czy porozrywać Ci na kawałki? — spytała.
— Jestem już duży — odparł dymny, a wojowniczka skinęła jedynie głową. Skoro zielonooki chciał spróbować, to nie będzie mu tego zabraniać.

· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·
Obecnie, koniec
pory nowych liści
· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·

Odkąd sama zaczęła szkolić własnego ucznia, dawna rutyna porannego wstawania ponownie weszła jej w krew. Za każdym razem, gdy czekała na Słoneczną Łapę, wspomnieniami wracała do dni, kiedy to ona sama była uczennicą, a Sowi Zmierzch był niezastąpionym wsparciem w wielu kwestiach, nawet jeśli był kultystą. Właśnie, był kultystą, jej wrogiem, jego moralność i wiara była zatruta mrokiem Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd i intencjami jego mieszkańców. Jednak czemu w takim razie kocur nie pozbył się jej na samym początku, tylko szkolił? Czy chciał poczuć satysfakcję, jeśli przyjdzie co do czego i staną przeciwko sobie w walce na śmierć i życie? To był prawdziwy cel liliowego? I wtedy to wszystkie księżyce były jedynie kłamstwem, którym była cały ten czas karmiona? A może jednak nie był tak zły, jak opowiadała Brukselkowa Zadra, gdy przekazywała jej i siostrze informacje o kulcie?
Dotychczasowy trans został przerwany przez ruch przy wyjściu z legowiska uczniów. Po chwili u boku Wilczaczki pojawił się złoty kocur. Skinęła mu jedynie głową na powitanie, jak co dzień, a następnie bez słowa ruszyła ku gęstmy obwarowaniu wokół obozu. Tunel w krzewie wyprowadził ich poza bezpieczny azyl, by skierować swoje kroki w stronę Czarnych Gwiazd, gdzie miał się odbyć dzisiejszy trening.
Zwęglona Kukułka w porównaniu do swojego mentora był zdecydowanie mniej małomówna i częściej wykorzystywała możliwość wspólnych treningów z innymi uczniami i mentorami. Było to głównie taktyczne posunięcie, gdyż wtedy rola mówcy spadała na drugiego wojownika, gdzie, dzięki czemu ona mogła się ograniczyć jedynie do pojedynczych uwag, wyjaśnień, korekt u swojego podopiecznego. Nie było to jednak spowodowane tym, iż nie lubiła Słonecznej Łapy — po prostu nie czuła się na tyle pewna swej wiedzy od Sowiego Zmierzchu, by przekazywać ją dalej. W dodatku uważała, iż w klanie było wielu innych bardziej doświadczonych wojowników w nauczaniu, lecz większość z nich miała własnych uczniów.
Tym razem, jednak trening przy Czarnych Gniazdach miała sama przeprowadzić. Starała się nie pokazywać po sobie, iż od wewnątrz zżera ją stres i presja.
Nim przeszli do głównej części, szylkretka wyjaśniła kilka ćwiczeń z wykorzystaniem porozrzucanych Czarnych Gniazd. Gdy tylko Słoneczna Łapa był wystarczająco rozgrzany, przeszli do krótkiego sparingu z wykorzystaniem otoczenia — kotka nie wątpiła w przyszłości w siłę ucznia, kiedy tylko zbuduje masę mięśniową i nabierze krzepy godnej dorosłego wojownika oraz Wilczaka. Jednak chciała, aby złoty potrafił również wykorzystać pole walki, by zdominować starcie i przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę.
Może i nie była idealnym, czy też najlepszym możliwym mentorem w klanie, jednak chciała, by ten młody terminator miał umiejętności, które pozwolą mu przeżyć na tym świecie, ale i wśród bliskich, jeśli, by doszło do nieoczekiwanych zdarzeń. Oczywiście nie życzyła mu wszystkiego najgorszego — wręcz przeciwnie, widziała, iż złoty jest energiczny, radosny, ciekaw, niczym Ośnieżony Kryształ. Srebrna pomimo wieku nadal przejawiała zachowania bardziej zbliżone do tych kocięcych, niżeli tych dojrzalszych okresów w życiu. To zawsze Węgiel była ta bardziej poważna, zdystansowana, doszukująca się drugiego dna we wszystkich postępowaniach bliżej nieznanych jej kotów.
Rozproszona myślami nie była w porę zareagować, kiedy to Słoneczna Łapa odrzucił ją tylnymi łapami od siebie, a następnie skoczył wprost na jej klatkę piersiową. Momentalnie poczuła, jak traci dech, a płuca z każdą próbą zaczerpnięcia oddechu emanują niemal paraliżującym bólem. Początkowo mogła jedynie wykonywać krótkie wdechy i wydechy, co z lekkim strachem obserwował Agrest. Dymna z zaciśniętymi powiekami z bólu powoli odzyskiwała dech, a adrenalina opadała, pozwalając się jej uspokoić.
— Przepraszam… — mruknął młodzieniec ze skruchą w głosie.
— Nic… Nic się nie stało… To był mój błąd… Dobrze… Dobrze to wykorzystałeś — odparła ze słyszalnym trudem, gdyż co parę słów musiała przerywać, by wywalczyć normalny oddech.

· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·

Z obawy o swoją mentorkę, kocur zaproponował, by przerwać trening i dokończyć do kiedy indziej, gdy stan wojowniczki się poprawi. Ta nie oponowała i pozwoliła swojemu uczniowi poprowadzić ich z powrotem do obozu. Zielonooki utrzymywał tempo, które było odpowiednie do Kukułki, która nadal miała lekkie problemy z braniem pełnego oddechu. Ta była mu niezmiernie wdzięczna, gdyż była świadoma, że nie każdy uczeń, by postąpił podobnie, jak Agrest.
W azylu od razu skierowali się do legowiska medyków, woleli oboje dmuchać na zimne i już na samym początku wykluczyć możliwe cięższe urazy.
W borsuczej norze zastali Roztargnionego Koperka, który był zajęty Makową Iluzją i jej łapą, z której po chwili wyciągnęło kolec. Chudy Grzbiet i Bryzkowa Łapa znajdowali się gdzieś w głębi legowiska, a do uszu szylkretki docierały jedynie ich przytłumione głosy. Główny medyk wskazał na wolne posłanie, by wojowniczka je zajęła i chwilę poczekała, aż ktoś będzie się nią zająć. W międzyczasie, żółtooka oddelegowała Słoneczną Łapę, by zajął się innymi obowiązkami lub po prostu odpoczął po treningu.
Po chwili w legowisku zawitał kolejny Wilczak, tym razem ze zwierzyną w pysku. Zapewne dostał od mentora zadanie, by przynieść medykom nieco piszczek. Dopiero po chwili Kukułka rozpoznała w uczniu Ślepowrona.

<Ślepowronie?>

Wyleczeni: Makowa Iluzja

07 listopada 2026

Od Rozżarzonej Pieśni

✦ .  ⁺   . ✦ .  ⁺   . ✦
Zgromadzenie 24.10.2026
✦ .  ⁺   . ✦ .  ⁺   . ✦

Wolałaby pozostać w obozie, niżeli chodzić na zgromadzenia, lecz wmawiała sobie, że robi to dla swoich dzieci, by być dla nich wsparciem. Choć po tych sześciu księżycach z nimi oraz niemal codziennymi kłótniami z Foczą Falą, miała ochotę jeszcze trochę odpocząć od tych rozrabiaków. Krabowa Łapa wyglądała, jakby była gotowa podejść do losowego kota i rozpocząć sprzeczkę. Zanurzona Łapa i Świetlikowa Łapa szli tuż obok, rozmawiając o swoich treningach.
— Tylko grzecznie, dobrze? Zróbcie to dla mamy i bądźcie przykładnymi Klifiakami. Szczególnie ty Krabik — powiedziała, nim pozwoliła rodzeństwu się oddalić, niknąć gdzieś w tłumie już zebranych kotów.
Swoje kroki skierowała w stronę Owocniaków, kojarząc, iż oni z reguły byli bezproblemowymi kotami, oraz nikt z nich nie rozpozna w niej dawniej Wilczaczki, Zaćmionego Horyzontu.`
W miarę spokojnie przechadzała się pomiędzy kotami, od których było czuć słodkawy zapach drzew owocowych. Przez chwilę zastanowiła się, jak oni to robią, że nawet po porze nagich drzew ich zapach jest tak wyraźny, ale i przyjemny dla nosa. Ona miała wrażenie, że nawet po księżycach nad morzem w Klanie Klifu nadal śmierdzi lasem iglastym. To jedynie potęgowało uczucie bycia obcym w nowym miejscu.
Właśnie miała zagadać do biało rudego kocura, kiedy zdała sobie sprawę, że od parunastu kroków czuje czyjeś spojrzenie na sobie. Uczucie te utrzymywało się niemal od samego momentu, gdy to wkroczyła pomiędzy Owocniaków. Początkowo myślała, że to jakiś Klifiak ją jeszcze obserwuje, lecz teraz nabrała pewności, że jej obserwatorem był ktoś z Owocowego Lasu. Zatrzymała się, zaczynając szukać kota, który śledzi jej ruchy.
W pewnym momencie natrafiła na żółte spojrzenie czarnego kocura z brodą. W tej chwili zamarła, a wszystko wokół przestało mieć znaczenie. Szmery rozmów rozbrzmiewały w oddali, a przechodzące koty obok były jedynie kolorowymi smugami. Jak zahipnotyzowana utrzymywała kontakt wzrokowy z kotem, który tak do złudzenia przypominał jej brata.
"Nie wierzę... To... Nie może być on... Nie może..." — pomyślała, czując, jak oczy powoli zachodzą łzami. W międzyczasie czarnofutry osobnik przeszedł między kotami w jej kierunku, aż w końcu stanęli naprzeciwko siebie.
— Zaćmiony Horyzoncie? Czy to ty? — zapytał cicho.
Już dawno nie słyszała tego imienia, kompletnie wymazując te księżyce ze swojego życia. Wszystko jednak wróciło po wypowiedzi kocura. Jego głos był dojrzały, lecz ruda nadal mogła w nim odszukać to dawne brzmienie, które pamiętała za młodzieńczych czasów, gdy nadal była w Klanie Wilka i nigdy nie myślała o odejściu od rodzeństwa, pozostawieniu ich samych.
— Ja... Przepraszam! — powiedziała, zalewając się łzami, by następnie podejść do brata i zacząć wypłakiwać się w jego ramię. Kompletnie zignorowała dziwne spojrzenia dookoła, wyrazy zdziwienia czy inne reakcje na to. Teraz liczyło się to, że spotkała brata, całego i zdrowego.
Kocur zamruczał głośno i przytulił ją do siebie.
— Wybaczam ci. Bałem się, że napadli na ciebie samotnicy lub chciałaś wrócić do naszych biologicznych rodziców... Cieszę się, że masz się całkiem dobrze i jesteś całą i zdrowa.
— Także jestem rada, iż nic Ci nie jest. Myślałam, że pozostałeś z Brukselkową Zadrą i Gwiazdnicowym Blaskiem w klanie, a plan Jarzębinowego Żaru się nie powiódł lub nie doszedł do skutku.
Emocje z jej strony powoli opadały, a łzy nie płynęły wodospadami po rudych policzkach.
— Czuję ciągle twój wzrok — mruknęła, robiąc dwa kroki do tyłu, by samej móc spojrzeć w pełni okazałości na czarnofutrego. — Widzę, że ktoś tu wydoroślał — zażartowała, posyłając Snu zaczepny uśmiech. W tym momencie czuła się, jakby nadal byli młodymi wojownikami, a różne zaczepki stanowiły codzienność, jak to zwykle u rodzeństwa bywa.
— Plan ucieczki się udał, a później Nikła Gwiazda podobno okrzyknął nas niebezpiecznymi zdrajcami. Pewnie Klan Wilka nam tego jeszcze nie wybaczył... — zerknął z obawą na wysoki kamień, gdzie siedziała Zalotna Gwiazda. — Jestem też ciekaw, jak tam radzi sobie Brukselkowa Zadra wraz z Gwiazdnicowym Blaskiem.
Na zaczepkę siostry posłał jej uśmiech.
— Cóż, to podobne do Nikłego. Miło jest zobaczyć, że to lisie łajno już nie stąpa po terenach klanów, a większość Wilczaków zapewne zdążyła zapomnieć o tych niebezpiecznych zdrajcach lub podzielili los Nikłej Gwiazdy — przyznała, również na chwilę spoglądając na skałę liderów. — Ostatnim razem rozmawiałam z Roztargnionym Koperkiem. Podobno Brukselkowa Zadra ma się dobrze i nawet znalazła kolejne kocięta. Wtedy te znajdki były, ale ona sama nie została wybrana przez Zalotną Gwiazdę. Właśnie! Skoro mowa o kociętach, to sama się ich doczekałam — dodała, będąc dumna ze swych pociech, nawet jeśli czasem nieco rozrabiały lub nie dawały biednej zmęczonej mamie odpocząć.
— Zostałaś matką? Nie spodziewałem się, że dożyje do tego dnia... Zaskoczyłaś mnie siostro. Gdzie masz swoje kocięta? Chcesz im przedstawić swojego braciszka? — zaśmiał się, przeczesując łapką brodę.
— Owszem, choć czasem bycie rodzicielką jest męczące i nie przesadzaj, tak starzy nie jesteśmy. Choć ty z tą brodą to bym miała wątpliwości — mruknęła zadziornie. — A co do tych kociąt to bladego pojęcia nie mam. Takie małe to i ruchliwe, że cudem chyba je teraz odnajdę w tłumie i zbiorę w jedno miejsce.
— Tą brodą robię furorę w Owocowym Lesie. Kocury chciałyby chwalić się tym samym co ja, tylko zastanawiam się, jak długą mogę ją zapuścić. Oczywiście im dłuższa, tym bardziej utrudnia mi w codziennych polowaniach... Wyobrażasz sobie mnie teraz bez brody? Bo ja nie. — Głową kiwnął, żeby zaprosić do rozmowy Wróżkę. Kiedy albinoska usiadła, przysiadł przy niej bliżej, co nie uszło uwadze cętkowanej. — Za to ja mogę ci przedstawić Wróżkę. Pewnie kojarzysz ją ze zgromadzeń. Była medyczką w Klanie Burzy i przez ostatnie zawirowania u naszych sojuszników, została w Owocowym Lesie. I mogę powiedzieć, że bardzo dobrze się dogadujemy...
— No w sumie to tak, jak u mnie z grzywką. Nieodłączny element wyglądu, aczkolwiek mógłbyś nieco ją skrócić, szczególnie dla swej wybranki — mruknęła, posyłając kocurowi dwuznaczne spojrzenie. Musiałaby go nie znać, by wiedzieć, że albinoska już mu kompletnie zawróciła w głowie. — Uroczo razem wyglądacie, mam nadzieję, że również będę mogła poznać wasze dzieci. Oczywiście nie naciskam na was ani nic, aczkolwiek pewnie będziecie wspaniałymi rodzicami. W ogóle miło Cię poznać Wróżko, jak już zauważyłaś, jestem siostrą tego tutaj, Rozżarzona Pieśń.
Wróżka uśmiechnęła się i również się przywitała kulturalnie.
— Może jeszcze skrócę, chociaż wydaje mi się, że Wróżka lubi całkiem moją brodę. Kocięta też by polubiły. Skąd to nowe imię? Zmienili ci na siłę? Czy podoba ci się, jak brzmi? Rozżarzona Pieśń jest całkiem ładne, jednak od kocięcia byłam Horyzontem... Więc nie ukrywam, że ciężko będzie mi się przestawić.
— Ja bym uważała na twoim miejscu, maluchy uwielbiają polować na wszystko, co się rusza. Twoja broda będzie idealną ofiarą — odparła. — Ach nie, spokojnie. Judaszowcowa Gwiazda mianował mnie na uczennicę, Rozżarzoną Łapę, a następnie Rozżarzoną Pieśń. W obu przypadkach nie oponowałam, wręcz przeciwnie. Zmiana imienia pozwoliła mi odciąć się od tego, co pozostawiła w Klanie Wilka. Mówię tu o tych mniej przyjemnych doświadczeniach oraz odczuciach.
— Och... Rozumiem... Ja mam za to na odwrót. Teraz gdy jestem w Owocowym Lesie, musiałem przyjąć imię jednoczłonowe. Nie podobało mi się to i w sumie nadal nie jestem tym zachwycony, jednak Śnienie brzmi całkiem dobrze i nadal do mnie pasuje. Niestety Mglisty Sen miał w sobie więcej powagi i zaznaczał ten wysiłek włożony w szkolenie, a tutaj jestem po prostu Śnieniem. Jednak na towarzyszy nie mogę narzekać. Chyba dobrze mi w Owocowym Lesie, chociaż wiary nie zmieniłem.
— Hm, może mógłbyś poprosić, by inni zwracali się do ciebie dawnym imieniem? Owocowy Las raczej jest tolerancyjny z tego, co słyszałam.
— Może i tak... Jednak widzę, że wszyscy trzymają się tego schematu, więc również ja. Wymagam jedynie od Koniczyny oraz Poziomka, żeby do mnie mówili starym klanowym imieniem. Poza tym wiesz, że Koniczyn dorobił się potomstwa? Pamiętasz go prawda? Nie mogę w to uwierzyć, ale również jestem z niego dumny. Kociaki jego są naprawdę urocze. — Wróżka w międzyczasie przeprosiła i poszła porozmawiać z innymi kotami. — A ty? Znalazłaś może, jakiegoś przystojnego Klifiaka? Masz kogoś?
— Ciekawie, czyli wychodzi na to, że tylko ty braciszku pozostałeś w tyle.
Na pytanie o partnera uśmiech na jej pysku zniknął, zastąpiony chłodną maską oraz pewnego rodzaju bólem.
— W Klanie Klifu nikogo nie znalazłam, jedynie jeden z wojowników zgodził się na to, by odegrać rolę ojca. Moje dzieci mają za ojca samotnika. Kiedy dowiedziałam się o ciąży, chciałam mu powiedzieć, ale zniknął z naszych terenów. Wziął, wykorzystał i zostawił.
Widocznie posmutniał na wieści siostry, by następnie ją przytulić jako formę wsparcia.
— Przykro mi, że musiałaś przejść przez coś takiego. Jednak kochasz swoje kocięta i na pewno ty jesteś dla nich całym ich światem. Po tym, co przeżyłaś jesteś zapewne silniejsza. Przepraszam cię, że poruszyłem dość trudny temat.
— Spokojnie. Przecież nie wiedziałeś, że to temat tabu u mnie. Chyba wolałabym ponowną walkę z mewami niż ponowne spotkanie tego lisiego serca.
— Z mewami? To w Klanie Klifu walczycie z ptakami? Dziwnie tam u was... Chociaż w Owocowym Lesie ptaki czczą, jako bóstwo. Troszkę dziwne mają tam wierzenia…
— Mewy to przekleństwo klifów i morza, panoszą się i zagrażają uczniom, czy też starszym wojownikom. Dla nas dziwne, by my wierzymy w Klan Gwiazdy, oni w coś innego, nie bądź hejterem Śnienie.
— Nie jestem hejterem! — udawał oburzenie. — Po prostu ja się nie zastanawiam, jeśli jestem głodny nad tym, czy zjeść lub nie jeść jaskółki. Na szczęście moje, moją ulubioną piszczką jest mysz. — Zaśmiał się.
— Hejter z ciebie i tyle. Masakra, oby Wróżka Cię w tym temacie naprostowała, inaczej nie przyznaje się do ciebie, braciszku — zażartowała, odzyskując dość szybko humor.

Od Rozżarzonej Pieśni

✦ .  ⁺   . ✦ .  ⁺   . ✦
Przeszłość,
zgromadzenie 26.06.2026
✦ .  ⁺   . ✦ .  ⁺   . ✦

Było to jej bodajże drugie zgromadzenie jako członkini Klanu Klifu. Podczas pierwszego obawiała się mimo wszystko, że jakiś Wilczak ją rozpozna, jednak jej obawy się nie ziściły, więc teraz z nieco lżejszym ciężarem na sercu stała wśród innych kotów na zgromadzeniu. Kolejny raz łudziła się, że ujrzy matkę, bądź siostrę, lecz i tym razem ich nie dostrzegła. Ciche westchnienie opuściło jej pysk, chwilę przed tym, gdy za jej plecami rozległ się głos jakiejś kotki.
— Cześć Klifiaczko! Masz bardzo ładną grzyweczkę. Jestem Rudzikowe Skrzydełko! — miauknęła radośnie z szerokim uśmiechem.
— Um, cześć. Dziękuję... — mruknęła, starając się grzywką zakryć szpetną bliznę na pysku po walce z mewami. Niestety naderwanego ucha nie mogła tak ukryć, przez co czuła się niczym zdrajczyni, gdyż z tego powodu nieco przypominała członkinie kultu z Klanu Wilka. — Jestem Rozżarzona Pieśń, miło poznać — mruknęła, starając się ukryć wszelkie negatywne myśli, które postanowiły ją w tym momencie nawiedzić. — Jesteś z Klanu Burzy? — spytała, odwzajemniając uśmiech srebrnej, choć jej nie był aż taki szeroki.
— A-a! Nie ma za co! — odparła wesoło srebrna, przyglądając się nowo poznanej kotki. — M-Mi również? — odparła jakby niepewnie. — Zgadza się! Rudy Burzak z krwi i kości! — odparła, kiwając głową. — Co ukrywasz pod grzywką? Skąd masz takie krótki ogonek? Skąd te wszystkie blizny? — wypytywała na jednym może dwóch wydechach.
Cętkowana zamrugała kilka razy, nie spodziewając się nagle takiej tyrady pytań. Nie była kompletnie na to przygotowana, więc trochę zajęło jej przyswojenie do siebie każdego z nich, by móc w mniejszym lub większym stopniu na nie odpowiedzieć. Nim jednak odpowiedzi opuściły jej pysk, pierwszy wybrzmiał lekki śmiech na stwierdzenie Rudzikowego Skrzydełka o byciu Burzakiem z krwi i kości.
— Krótki ogon mam od urodzenia, podobnie jak- — urwała, zdając sobie sprawę, że kotka będzie zapewne dopytywać o rodzeństwo. — Blizny mam głównie z walki z mewami, która odbyła się jakieś parę księżyców temu — wyjaśniła, pomijając kwestie ukrywania czegoś pod grzywką.
— Ty za to masz niespotykane uszy, inne niż u innych kotów — zauważyła, chcąc odciągnąć nieco myśli srebrnej od swojej persony.
— Od urodzenia? Wooow — miauknęła zachwycona, ponownie patrząc na ogonek. — Jest śmieszny. Taki króciutki. Musi być fajnie, jak nic nie przyczepia ci się do ogonka! — wzięła własny puchaty ogonek do przodu, pokazując zaplątane w niego listki. — Widzisz? Są straszne... — rzuciła. — Blizny... Też jedną mam. Na boku, po walce z lisem. Udało mi się go przepędzić razem z innymi Burzaczkami! — wypięła dumnie pierś. — Ach, uszy! — zawołała, poruszając nimi. — Faktycznie. Są tak samo śmieszne, jak twój ogonek. Koty z takimi uszkami i krótkim ogonkiem muszą wyglądać strasznie głupio, nie sądzisz Piosnko? — mruknęła.
— Może i nic się nie przyczepia, ale trudniej z utrzymaniem równowagi, szczególnie kiedy wymaga tego sytuacja lub miejsce. Do teraz pamiętam, jak spadłam na mentora, gdy ten uznał, że dobrym pomysłem będzie nauka wspinaczki — przyznała z lekkim śmiechem, przypominając sobie biednego Piołuna, który wtedy skończył pod rudą. — Musiałaś chyba dobrze walczyć, skoro masz tylko jedną. Sama mam wrażenie, że w takim tempie na moim ciele skończy się miejsce na kolejne szramy i będę mieć ich więcej niż rudej sierści — dodała, w międzyczasie spoglądając na swój tułów, który nosił wszelkie ślady przeszłości Żar.
— Według mnie bardziej wyjątkowo niż śmiesznie, w końcu krótkie ogony nie są jakieś częste, a twoje uszy tym bardziej, gdyż nie kojarzę innego kota z takimi.
Rudzik na wzmiankę o Klifiaczce spadającej z drzewa prosto na mentora, parsknęła śmiechem. Zaraz jednak zakryła pyszczek.
— Walczyłam dobrze! Przepędziłam tego śmierdziela! I faktycznie...nie oberwałam wtedy jakoś bardzo. Miałam też kilka mniejszych ran, ale zagoiły się bez większego problemu. Tę bliznę z reguły przykrywa futro, więc z reguły nie mam się o co martwić! — miauknęła. — Lubię blizny. Pokazują, kim jesteśmy i co przeżyliśmy! Prawda? Musiałeś duuużo przeżyć Rozżarzona Pieśnio. Mimo to twoje futro nadal wygląda na zadbane, a ty na szczęśliwą. To ciekawe! — machnęła ogonem, siadając wygodniej na skale.
Sama przyjrzała się blizną rudej w zamyśleniu.
— W-Wyjątkowo? Być może! — rzuciła radośnie. — Twoje blizny też są wyjątkowe, co nie? Każdy ma takie cechy — dodała. Zmrużyła lekko niebieskie oczy i sięgnęła łapą w stronę grzywki kotki. Nie zastanawiała się jakoś długo, jednak jej ruch nie należał do najszybszych. — Tu też jest blizna. Zapewne równie wyjątkowa — szepnęła z drobnym uśmieszkiem.
Horyzont musiała przyznać, że bardzo dobrze rozmawiało jej się z kotką. Odnosiła wrażenie, że odkąd opuściła Klan Wilka, jej życie jakoś wyjątkowo dobrze się układa, jakby był to zwiastun czegoś, co miało niedługo wybrzmieć niczym nagłe grzmoty w czasie sztormu na morzu.
— Niecodzienna preferencja — zażartowała ze śmiechem, który co chwilę wybrzmiewał w czasie ich rozmowy. Ucichła, dopiero kiedy Rudzik skierowała swoją łapę w stronę jej grzywki. Całe jej ciało zamarło, a oddech urwał, jakby ruda mentalnie nastawiała się na reakcje rozmówczyni, nawet jeśli tą chwilę wcześniej mówiła, że lubi blizny. — Miałam szczęście, że nie straciłam wtedy oka... — mruknęła, starając się ukryć własne rumieńce.
— Niecodzienna? — powtórzyła, wydając z siebie ciche mruknięcie. — Może uważam blizny nawet za coś ładnego. Znaczy, mogą mieć za sobą straszne historie, ale naprawdę są bardzo ciekawe — kiwnęła lekko głową, na potwierdzenie własnych zdań. — Wygląda trochę strasznie co? Ale jest twoja. Trochę straszna. Jak ty. Dobrze, że chociaż oko jest — miauknęła, nie odsuwając się od kotki.
— Ja straszna? Hah, no może trochę, ale to zapewne zasługa tych blizn — mruknęła, wpatrując się prosto w oczy Burzaczki. Musiała przyznać, że jej ślepia były jasne i niemal tak samo niebieskie, jak niebo w bezchmurne dni. — W ogóle czemu wcześniej powiedziałaś, że jesteś rudym Burzakiem z krwi i kości? Większość z was jest ruda?
— Tylko troszkę. Są równie straszne co śmiesznie atrakcyjne. Pewnie lubi cię dużo kocurów! — uśmiechnęła się podekscytowana. — Nie. Po prostu rudzi są lepsi — odparła nagle, a uśmiech zszedł z jej pyska. — Ci nierudzi nie powinni nazywać się Burzakami — mruknęła.

Od Nocnego Śpiewaka CD. Bryzki (Bryzowej Łapy)

Kiedy Byzka i Skowronek byli jeszcze kociętami.

Noc nie mógł się nacieszyć swoimi maleństwami. Najpierw tak drobnymi, jak kwiatuszki, delikatnymi jak niezapominajki na wietrze. A potem te dwa łobuzy uchyliły oczka. Te cztery piękne ślepia, które wbijały się w niego jak w obrazek. Prawie od razu Nocny Śpiewak mógł stwierdzić, że te dwa maluchy będą jego całym światem. Może nawet trochę bardziej niż jego dotychczasowa rodzina.
Pierwsze tygodnie były rutyną. Nocny Śpiewak robił wszystko to, co leżało w jego obowiązkach wojownika, po czym znikał w żłóbku. Nie mógł się nacieszyć tymi tygodniami, zanim miną odpowiednie księżyce i jego dzieci wylecą z jego bezpiecznych objęć.
— Dzień dobry Skowronku. — Przywitał się z synem u samego próg. Młodzik był bardzo chętny do przebywania ze swoim tatą. Opowiadał mu przeróżne historie, słuchał uważnie opowieści o Mrocznej puszczy i był bardzo podekscytowany każdą minutą spędzoną ze swoim ojcem.
— Dzień dobry, tato! — i zaraz zaczęła się kolejna rozmowa, która pewnie trwałaby w nieskończoność, gdyby nie córeczka Nocy. Bryzka podskoczyła do nich z szerokim uśmiechem.
— Tato, pobawisz się z nami? — zapytała. I jak Noc mógłby odmówić? Na pewno nie swoim dzieciom. — pobawmy się w wyznawcę Klanu Gwiazdy i wojowników Klanu Wilka! — zaproponowała, jak dostrzegła niepocieszoną minę swojego brata.
Nocny Śpiewak uśmiechnął się szeroko, zarówno zadowolony z propozycji, jak i zachowania swojej córeczki. Uwzględniała swojego brata w swoich zabawach i to cieszyło Noc. Wyglądało na to, że się będą dogadywać i pozostało tylko prosić przodków, aby tak pozostało na dłużej niż tylko w trakcie ich kocięcych lat.
— Oczywiście… — szepnął do siebie. Ich więź powinna pozostać tak silna, jak Nocy, Chudego i Grubego. — Nie przejdziecie ani skrawka dalej! Przegonię was z naszych terenów innowiercy! — ogłosił Noc i napinając się jak łuk. I wkrótce został zaatakowany przez dwie kuleczki futra. Opadł na podłogę żłobka z dramatem opadającego drzewa i zaległ tam przez chwilę udając martwego. Dopóki jego kochana córeczka nie zaczęła zaczepiać go za uszy. Noc roześmiał się i łapą przyciągnął ją tylko bliżej do siebie, zaraz sięgając po syna, a kiedy oba kociaki były w jego ramionach, zaczął je dokładnie myć.
I wkrótce oba kociaki drzemały słodko, jeszcze odrobinę za małe, żeby brykać cały dzień.

Dzień za dniem i noc za nocą, Nocny Śpiewak zaglądał na niebo i liczył wygląd księżyca. Musiał się całkiem wysilić, aby znaleźć oblicze jasnego okręgu na niebie, ale uporczywie czekał. Czekał i liczył, że ten moment nadejdzie i nie. Chciał, aby jego dzieci rosły zdrowe i silne, jednak nie chciał jeszcze wypuszczać ich w uczniowskie lekcje i objęcia mentorów. Nie był do końca na to gotowy. Chciał jeszcze swoim malcolm tyle pokazać. Któregoś wieczoru słuchając Skowronka, naszła go pewna myśl. Jego maluchy były tak duże. Już tak duże, że w ich głosach przestał słyszeć nieśmiałość. Zamiast niezapominajek na silnym wietrze te dwa kwiatki zamieniły się w piękne lilie, dryfujące na jeziorach. Silne, ale jeszcze tak proste w manipulacji przez fale. Tak chłonne.
— To był bardzo ciekawy dzień… — Noc polizał Skowronka za uchem, po czym wstał. — Mam dla was niespodziankę. Chodźcie ze mną. Bryzka, ty też.
Noc wysunął się ze żłobka. Jego dzieci posłusznie wysunęły się za nim. Wojownik zajrzał na gałęzie zakrywające ciemniejące powoli niebo i podjął dość ryzykowną decyzję. Jednak jego maluchy zasługiwały na dozę piękna, zanim utkną na całą noc zamknięte w objęciach lasu. Powoli prowadził swoje dzieci w dobrze znanym sobie kierunku poza obozem.
—Tato? Dokąd idziemy? – zagadnęła Bryzka.
— Niespodzianka.
— Czy to już nasza próba? Bycia w lesie? — Jego synek zapytał, przylegając dość mocno go jego boku.
— Jeszcze nie, chociaż to już niedługo. Dzisiaj nie zostajecie sami i nie idziemy daleko. Już prawie. Wiem, że jest zimno i robi się ciepło, ale już… niedaleko. — mruknął Noc z uśmiechem. Zaprowadził ich na małą polankę. Tutaj drzewa wyciągały swoje gałęzie ku górze, jednak nie stykały się i nie mieszały ze sobą Przygarnął oba łobuzy do siebie, aby zagrzać je trochę na chłodzie powietrza i zagadał je. Bryzka i Skowronek bardzo chętnie słuchali jego opowieści o przodkach, aż nie zaczęli ziewać.
— Pokażę wam coś… zanim wrócimy spać…— Noc uśmiechnął się szeroko. Ciemność pokrywała już praktycznie każdy kawałek lasu. — Popatrzcie w górę.
Sam wojownik nie zadarł głowy, tak jak zrobiły to jego dzieci. Jeszcze nie. Mógł się za to przyglądać, jak Bryzka uchyliła pyszczek, jak Skowronkowi rozszerzyły się oczy w zaskoczeniu i podziwie. — Nie mogliście wychodzić poza żłobek, a nasz obóz pokrywają gęste gałęzie… A niebo jest takie piękne w tak chłodne noce. — Noc uniósł oczy w kierunku nieba. Było wyjątkowo przejrzyste, gdyż księżyc toczył się powoli ku swojej pełni. Było Jasne, wbijające się w fiolety, błękity i róże, które ostały się jeszcze z resztek słońca, obsypane tysiącami małych kropek. — Tam na górze… czasem coś spada. Zostawia za sobą sznur jasnego światła, a potem znika razem z nim. Słyszałem, że jeśli się to zjawisko zaobserwuje i pomyśli o swoich marzeniach wystarczająco silnie… to się spełnią.
Tej Nocy Śpiewak otulił swoje dzieci szczelniej ogonem, chciał je zagrzać. Ich wyprawa w końcu nie należała do najbezpieczniejszych. Wkrótce na jego maluchy czekała także próba… Już tak niedaleko.

Jego dzieci przetrwały. Nie uważał, że mogłoby być inaczej. W końcu Skowronek i Bryzka mieli w sobie tyle zapału i siły. Zawsze. Byli jego oczkiem w głowie. Więc jakiż był jego szok i niedowierzanie, kiedy Bryzka, a raczej już Bryzowa Łapa, trafiła pod krzywe łapy jego brata. Uczennica medyka… Z jej zaparciem i siłą, Noc uważał, że spisałaby się jako wojownik bez wątpienia, jednak… Skoro ta droga wydawała się dla niej ścieżką, którą chce obrać, nie zamierzał jej zatrzymywać. Wręcz przeciwnie. Po skończonym mianowaniu podszedł do córki.
— Jestem z ciebie bardzo dumny. — oświadczył. Przytulił ją mocno do swojego boku. — Bardzo dumny. Z was obu. — sięgnął po syna i przycisnął go do swojej piersi. — Chudy Grzbiet i Sowi Zmierzch zajmą się wami doskonale!

Niedługo potem Noc otrzymał swojego własnego ucznia. Niedźwiedzia Łapa bywał niepewny i nieco przerażony konceptem wchodzenia na drzewa. Nie wychodziło mu to też za mocno, ale miał inne zalety. Inne talenty.
Któregoś pięknego dnia Noc przystanął pod jednym z wysokich świerków. Niedźwiedzia Łapa przestąpił z łapy na łapę obok niego.
— Nie chcę się już wspinać… — odparł. Jego uszy były położone w dół, a oczy wielkie i błagalne.
— Nie unikniesz tego. Żeby być wojownikiem w Klanie Wilka, musisz umieć, chociaż odrobinę się na nie wspinać. Pomaga to unikać kontaktów z psami, lisami, borsukami, a nawet dwunogami. Nawet jeśli nie robisz tego dobrze czy zgrabnie jest to umiejętność, której ci nie odpuszczę. Nauczysz się, chociaż na te drzewa uciekać… — oznajmił Noc. Z zacięciem spojrzał na swojego ucznia, który pogrążył się w chwili zamyślenia.
— No dobrze. — w końcu zgodził się ze swoim mentorem. Nie, żeby miał jakiś większy wybór. Noc nie zamierzał mu tego odpuścić. Była to w końcu jego słabość, a takową należało wyeliminować.
Niedźwiedzia Łapa był niecierpliwy. Jego pozycja polowania była niedokładna, a jego kroki trochę zbyt nierozważne. To były ich pierwsze ćwiczenia i Śpiewak już wiedział, że będzie musiał tego dzieciaka nieźle przećwiczyć w umiejętności skupienia. Nie czekał na to. Nie była to część treningu, jaka ekscytowała dla żadnego ucznia. Nocny Śpiewak machnął ogonem z irytacją. Czekała go przeprawa przez mękę.
Następnego dnia odpuścił trening o poranku i kazał swojemu uczniowi zażyć sporej ilości snu, gdyż ich planem było wyjść w nocy. I tak też zrobili. O zmierzchu zniknęli w odmętach lasu. Dorosły wojownik zaprowadził swojego ucznia prosto na jakąś polanę i posadził ich na samym jej środku.
— Zi… Zimno trochę. — odparł młody kocur. Nocny Śpiewak przysunął go więc bliżej siebie. — Dziękuję.
— Proszę cię bardzo. A teraz. Spójrz na niebo. — polecił uczniowi. Ten zadarł głowę w zastanowieniu. — Co widzisz?
— Gwiazdy? I… chmury. — odparł kocur.
— Policz… Ile widzisz chmur. — Nocny śpiewak sam spojrzał w górę. — Cierpliwie i powoli. Napawać się tą pięknością, ale licz je. Jak przesuwają się po niebie. Sprawdź. ile jesteś w stanie wskazać osobnych gwiazd. — uczeń zmrużył oczy i po cichu mruczał do siebie odpowiedzi. Ale uspokoił się. Skupił. Może i dla niego niebo okaże się czymś wyjątkowo bliskim jak dla Śpiewaka.
Jednak mimo to Śpiewak widział do pewnego czasu w Niedźwiedziej Łapie prawie same słabości. Może był silnym kotem, jednak jego rozpraszanie się sprawiało, że ta siła nie odnajdywała odpowiedniego upustu. Dlatego też zaskoczony był, kiedy zabrał młodego kota do tuneli. Chciał przedstawić mu swoje ulubione zajęcia za czasów uczniowskich. Pamiętał. jak straszył Tropiącą Łaskę w tych tunelach, za co mu się czasem obrywało.
— Tunele… to nie żart. Ciemność, jaka cię tam otacza, nie jest taka jak ciemność nocy. — wyjaśnił Niedźwiedziej Łapie pokrótce, po czym weszli do środka. Jak się okazało Nocny Śpiewak nie musiał się martwić o nic. w przypadku tego kociaka. Jego uczeń od razu podchwycił jego wskazówki, a wewnątrz tuneli czuł się jak w domu. Nocy, nieco ulżyło. Jednak w tym niecierpliwym uczniu krył się jakiś talent!

Więc życie toczyło się swoim biegiem, tak jak to często bywa, kiedy rutyna wedrze się w nie siłą. Nocny Śpiewak pilnował, aby Niedźwiedzia Łapa chłonął wiedzę. Pilnował, aby Skowronek nabrał odrobinę samodzielności, poza cieniem swojego ojca. I pilnował, aby jego córka pamiętała, że istnieje.
Tego pięknego dnia zajrzał do medyków z uśmiechem. Jego brak rzucił mu podejrzliwe spojrzenie, praktycznie od progu.
— Coś ci dolega? — zagadnął.
— Samotność. — odrzekł Noc wkładając w tę odpowiedź całą siłę dramatu, jaką mógł.
— Doprawdy? — Chudy odwrócił oczami i odetchnął ciężko. Bryzowa Łapa zerknęła na nich kątem oka.
— Mogę ukraść Ci moją córkę, tak na jeden wieczór. — Nocny Śpiewak puścił bratu oko na jego reakcję. Ten tylko uniósł brew i się zastanowił. Po czym wzruszył ramionami i odpowiedział jednym słowem.
— Możesz.
I tak w ten sposób Bryzowa Łapa szła spokojnie obok swojego taty. Nocny Śpiewak spojrzał na nią od czasu do czasu. Jego łapy automatycznie poprowadziły go w znane mu już miejsce. Tam, gdzie po raz pierwszy pokazał swoim dzieciom nocne niebo. Teraz kiedy słońce chyliło się ku horyzontowi, całe to niebo wymalowane było błękitem, różem i fioletem. Pięknem, innymi słowy.
— Powiedz mi… Jak ci idzie trening medyka? Jak się czujesz w swojej roli?

<Bryzko?>

Od Smuklikowej Łapy (Smuklikowego Żądła)

Smuklikowa Łapa wraz z Bzyczącą Łapą przemierzali gęsto zalesione tereny Klanu Wilka, kierując się w stronę styku leśnej granicy z otwartą polaną, na której w oddali jawiło się Cierniste Drzewo. Pręgus od ostatniego razu, gdy miał okazję zbliżyć się do drzewa, zmienił względem niego, jak i otaczającej go aury, nastawienie. Gdyby mógł, z chęcią udałby się w tym momencie pod jego pień i złożył dziękczynną modlitwę. Niestety Kalinowy Powiew i Kamienne Pióro wyrazili zgodę na to, aby oba kocury, skoro chcą udać się na polowanie tylko we dwójkę i przetestować swoje umiejętności, ruszyli w teren pod dwoma warunkami: nie mogli opuszczać lasu, po którym mogli poruszać się na planie okręgu oraz Smuklikowa Łapa miał słuchać się bardziej doświadczonego Bzyczącej Łapy. Smuklik zamierzał się stosować do zasad mentorów, zastanawiając się, czy to przyzwolenie na opuszczenie obozu bez nich nie było swego rodzaju testem, który przyspieszy ich ceremonię mianowania na wojownika.
— Czujesz to, Smuklikowa Łapo? — Bzycząca Łapa głośno wciągnął powietrze przez swoje nozdrza, przystając na leśnej ścieżce. — To przedsmak bycia wojownikiem.
Smuklikowa Łapa poczuł mrowienie w opuszkach, gdy słowa kocura odbiły się echem w jego umyśle.
„Przedsmak bycia wojownikiem”.
Codziennie skoro świt stawał w wyznaczonym miejscu w sercu obozu, oczekując na swoją mentorkę. Stosował się do jej poleceń i słuchał cennych rad. Starał się być powodem dumy niebieskiej kocicy, w szczególności, że był jej pierwszym uczniem. Tym bardziej musiał zadbać o to, aby nie stać się rozczarowaniem kocicy. Znał swoje możliwości i nie zatajał potrzeby odpoczynku. Udało mu się stworzyć silną więź z mentorką, opartą na szacunku oraz zaufaniu. Smuklikowa Łapa uważał, że każdy uczeń powinien mieć podobnie wyglądającą relację ze swoim mentorem. Szlifowanie umiejętności to jedno, lecz równie cenny był rozwój relacji z drugim kotem, aby zrozumieć, że jako jednostka możesz wiele, ale jako para lub grupa jeszcze więcej. Tym bardziej podczas polowania, a już na pewno walki.
— Czuję. — Zaciągnął się powietrzem. — Pachnie świerkami i trawą po deszczu... Nie mogę się doczekać, aż będę mógł przewodzić patrolem!
Rozmarzony wizją kroczenia na przodzie patrolu, poruszył wąsami. Czy jeśli uda im się wykazać podczas dzisiejszego patrolu łowieckiego i nie złamać żadnej z zasad, to ich mentorzy uznają ich za gotowych do pełnienia funkcji wojownika? Jednak... jeśli Kalinowy Powiew i Kamienne Pióro zgłosiliby swoich uczniów ubiegających się o rangę wojownika tego samego dnia, to czy Smuklikowa Łapa i Bzycząca Łapa byliby zmuszeni do stoczenia ze sobą walki? Ta wizja ani trochę nie spodobała się pręgusowi. Smuklik nie chciał, aby to brat Pyzatej Łapy był tym, przez którego byłby zmuszony do stoczenia kolejnej walki, gdyby za pierwszym razem mu się nie poszczęściło. Sam również nie chciał też być tym, który zagrozi reputacji Bzyka w klanie, gdyby jednak udało mu się pokonać starszego kocura. Oboje musieli za pierwszym razem wyjść zwycięsko z boju i zyskać wojownicze miano! Jednak, aby tego dokonać, nie mogli zostać swoimi przeciwnikami.
Smuklik zawiesił spojrzenie na Bzyczącej Łapie na dłuższy czas. Jego długie, masywne łapy zakończone białymi skarpetkami uderzały o leśne podszycie. Brązowy był wyższy o Smuklika o głowę, jednak niebieski wierzył w to, że w przyszłości niewiele będą się od siebie różnić pod względem wysokości.
Bzycząca Łapa wyrwał się do przodu w tym samym momencie, w którym nozdrza Smuklika wypełniła woń ich dzisiejszego posiłku. Królik. Najprawdopodobniej jakiś nieudolny Burzak podczas próby pochwycenia uszaka zagonił go wprost na tereny Klanu Wilka.
„Niech Przodkowie wynagrodzą ci tę hojność w kociętach”.
Smuklik dołączył do pościgu. Biegł ile sił w łapach za starszym kocurem i ich zwierzyną, która raz za raz umykała za pieńkiem.
— Zagrodzę mu drogę! — zawołał, biegnąc po zewnętrznej stronie i odbijając na prawo. Dokładnie w tę w stronę, w którą powinien przy następnym łuku skręcić uszak. To był jeden jedyny raz, gdy podczas pościgu komunikowali się werbalnie.
Królik odbił się od przewróconej kłody swoimi tylnymi łapami, umykając przed pazurami Smuklikowej Łapy. Ten błąd wybił nieco kocura z rytmu, jednak spojrzenie Bzyczącej Łapy sprawiło, że niebieski za bardzo się nad nim nie rozwodził. Zamierzał użyć tej samej techniki, lecz tym razem musiał skupić się w pełni i zagrodzić królikowi trasę, gdy Bzyk będzie miał go na wyciągnięcie łapy.
Pościg trwał krótko, lecz każda miniona sekunda była cenna. W końcu po lesie rozległ się pisk królika, który nie brzmiał ani trochę przyjemnie. Trwał on zaledwie uderzenie serca; Bzycząca Łapa szybko skrócił cierpienie zwierzęcia.
— Dobra robota, Bzycząca Łapo! — Niebieski zbliżył się do ucznia, który z dumą prezentował zdobycz. — Czeka nas dzisiaj wyśmienita uczta.
— Potrawka z królika, specjał Klanu Burzy... zamawiam udko! — Oblizał się, będąc gotów zatopić zęby w króliczym cielsku. — Właściwie... może, zamiast go zjeść... zabierzemy go do obozu? Mamy w końcu powód do świętowania.
Na pysku Smuklikowej Łapy zagościł uśmiech. Tropiąca Łaska została odbita z łap samotników. Bezpiecznie została sprawdzona do klanu przez koty, którymi przewodziła Kocimiętkowy Wir. Rany widniejące na ich ciałach sugerowały, że nie była to łatwa wyprawa, a jednak udało im się! Klan Wilka po raz kolejny okazał się najlepszym klanem ze wszystkich klanów!
— To świetny pomysł. Możemy jeszcze na coś zapolować i... — Urwał dokładnie w tym samym momencie, w którym jego nozdrza wypełnił obcy zapach. Podobny do woni, która znajdowała się na futrze czarno-białej więźniarki. Woń Betonowego Świata. — Czujesz to?
Bzycząca Łapa skrył zdobycz w krzewie i ruchem ogona wskazał, aby Smuklik za nim podążył. Udali się na skraj, gdzie woń samotnika była bardziej wyczuwalna. Jego odciski łap oraz zapach sugerowały, że mają do czynienia z kotką. Kotką, która stawia pewnie kroki na wilczackich terenach i kieruje się... prosto do obozu!
— Powinniśmy...
Bzycząca Łapa nie słuchał Smuklika. W jego oczach jawił się gniew. Czyżby pomyślał o swojej siostrze, która miała odbywać trening dokładnie w tej okolicy, do której najprawdopodobniej zamierzał udać się samotnik? Tor jego trasy pozostawał niezmienny. Pręgus zrównał się z czekoladowym, w pewnym momencie nawet go wyprzedając. Potężne łapy dudniły po poszyciu, gotowe rzucić się z wysuniętymi pazurami na intruza.
Przy złamanym świerku dostrzegli brązową postać. Młodzi uczniowie postanowili użyć tej samej techniki, jakiej użyli do upolowania królika. Porozumiewali się bez słów, jedynie ruchem ogona, głowy lub spojrzeniem. Smuklik jako pierwszy stanął oko w oko z kocicą, której pysk był naznaczony charakterystyczną blizną. Dokładnie taka samą, jaką miała Sroka. W spojrzeniu nieznajomej w pierwszej chwili ukazało się zaskoczenie, być może z powodu tego, że to nie dorośli wojownicy, a młodzi uczniowie, aspirujący na wojowników, zamierzali pokrzyżować jej plany.
Smuklikowa Łapa wygiął grzbiet w łuk, skupiając na sobie całą uwagę czekoladowej nieznajomej, gdy w tym samym momencie z impetem uderzył ją barkiem Bzycząca Łapa. Kocica wydała z siebie ostrzegawcze syknięcie, jednak nie wysunęła pazurów, gdy zablokowała kolejny atak brata Pyzy. Broniła się, starając się zachować między sobą a uczniami bezpieczną odległość. Oba kocury zagroziły jej przejście, a ich postawa ciała przyjacielsko sugerowała, aby zabrała się i powróciła stamtąd, skąd tu przyszła.
— Czego tu szukasz, głupia samotniczko? Zachciało się wam uprowadzić kolejne koty z naszego klanu? Po moim trupie! — Uderzył łapą z wysuniętymi pazurami w grunt.
— Nie liczyłam na ciepłe powitanie, ale nie sądziłam, że wpadnę na dwa przerośnięte kocięta w gorącej wodzie kąpane... Gdzie wasi mentorzy? — Oboje zignorowali pytanie kocicy. — Ty chowaj pazury, a ty... nawet nie próbuj mnie zajść od tyłu — zwróciła się do Smuklikowej Łapy, który zamierzał wskoczyć na plecy kocicy i ją unieruchomić. — Nazywam się Cykoria. Jestem... to znaczy byłam członkinią Klanu Wilka, na długo przed waszymi narodzinami. Chcę się spotkać z Zalotną Gwiazdą lub kimś innym, kto pełni aktualnie funkcję lidera.
— Twoja blizna na pysku sugeruje coś innego! Pochodzisz z Betonowego Świata, a nie z Klanu Wilka! Nigdy nie słyszałem o jakimś Cyko... — Urwał, zdając sobie sprawę, że to imię brzmiało jakoś znajomo.
— Cykoria jest uciekinierką! Jeśli nią jesteś, musisz być doprawdy głupia, uznając, że to dobry pomysł zapuszczać się na tereny Klanu Wilka. Powinnaś wiedzieć, co spotyka koty twojego pokroju! Tym bardziej te, które bratają się z wrogiem...
— Czy nie wyraziłam się wyraźnie? Chcę się spotykać z waszym przywódcą, a nie tracić czas na dwójkę uczniów, którzy pozjadali rozumy!
Gdzieś pięć lisich ogonów od trójki kotów rozległ się trzask, a w lesie dało się wyczuć trzy obce wonie, owiane zapachem spalin. Oba kocury słyszały odgłos biegu, jak i dyszenia. Z zarośli wyłoniły się trzy postacie; barczystej postawy czarno-biały kocur, wielkością zbliżony do Bzyczącej Łapy, może nawet z lekka wyższy; drobnej postawy chudy młody kocur o szarej okrywie. Wyglądał prawie, jak Smuklikowa Łapa, jednak był pointem posiadającym krótki, zakrzywiony ogon. Ostatnia z grupy wyłoniła się szylkretowa kocica o kryzie do złudzenia wyglądającej jak lwia grzywa. Na jej pysku jawił się grymas, a jej złote oczy skakały ze Smuklikowej Łapy, na Bzyczącą Łapę, by w końcu zatrzymać się na Cykorii.
— Strzyga? Co ty wyprawiasz... Czemu udałaś się poza miasto...? Dlaczego rozmawiasz z jakimiś podrostkami...? Ty chyba nie...
— Ugh... Jeszcze was brakowało... Wracam do domu, czy to jasne?! Zjeżdżajcie stąd albo zafunduję wam specjalne wilczackie przywitanie!
— Zdrajczyni! — wysyczał barczysty kocur, wysuwając się naprzód grupy.
Smuklikowa Łapa był gotów zaciągnąć samotniczkę określającą się jako byłą Wilczaczkę na audiencję u Zalotnej Gwiazdy, jednak nie spodziewał się, że ich spotkanie przybierze taki, a nie inny obrót wydarzeń. Nie wierzył czekoladowej w ani jedno słowo. Mogła podawać się za zbiegłą kocicę, licząc, że zaprowadzą ją do klanu. A co jeśli ta Cykoria wcale nie zbiegła, tylko została uprowadzona jak Tropiąca Łaska? A ta kotka, z którą rozmawiali, mogła być szpiegiem.
Szylkretowa kocica jako pierwsza rzuciła się w kierunku Strzygi. Niemal w tym samym czasie Bzycząca Łapa wdał się w bój z barczystym samotnikiem, a Smuklikowa Łapa stanął do walki ze swoim rówieśnikiem. Walka była zacięta. Szylkretka, która miała na pysku bliznę, zresztą jak oba kocury i sama Cykoria, musiała żywić jakąś urazę do czekoladowej, gdyż drapała na oślep, wykrzykując nie do końca zrozumiałe dla Smuklikowej Łapy słowa.
Smuklikowa Łapa mimo początkowych obaw, raz za razem coraz śmielej atakował kota z Betonowego Świata. Gdy ten przyjechał pazurami po jego policzku, zrozumiał, że bez walki nie uda się dojść z nimi do porozumienia. Porozumienia dotyczącego tego, kto wyjdzie z potyczki jako zwycięzca i żywy.
Point był równie szybki, co młody Wilczak. Jednak na pewno był mniej zwinny z powodu urazu ogona. W jego spojrzeniu jawiła się furia. Zatracił się w walce.
W przeciwieństwie do niego Smuklikowa Łapa starał się obserwować otoczenie, jak i pozostałe koty. O brązową kocicę niespecjalnie się martwił, ci samotnicy na pewno wyświadczyliby Klanowi Wilka przysługę, gdyby pozbyli się kocicy, jednak ta zaciekle walczyła, gryząc i drapiąc tę, która dowodziła ich małą grupą. Smuklik martwił się o Bzyczącą Łapę. Samotnik, z którym przyszło walczyć czekoladowemu, był od niego starszy, i to sporo.
— Ej, ty, laluś, na mnie się patrz! — Kolejne draśnięcie w policzek, tym razem głębsze. — To ja jestem twoim przeciwnikiem!
Smuklikowa Łapa odepchnął od siebie przeciwnika, starając się trzymać go na dystans. Nie mógł pozwolić, aby ta przybłęda bezkarnie go atakowała. On sam również nie pozostał bierny na ataki, odpłacając się draśnięciami na grzbiecie pointa. Nawet w pewnym momencie udało mu się na chwilę zbliżyć do niego na tyle, aby pochwycić białe ucho w zęby i je wyrwać.
Splunął, chcąc się pozbyć metalicznego posmaku w pysku.
Gdy minął szok, point rzucił się z wysuniętymi pazurami na Smuklikową Łapę, uczepiając się jego piersi i brzucha. Razem przekoziołkowali parę metrów.
Point górował nad Smuklikiem jak niegdyś Bzycząca Łapa. Jednak na pysku Bzyczka malował się szeroki uśmiech, a nie rząd ostrych zębów.
„Mamo Jesionowa Szadzi... Mamo Miodowy Ulu...”.
W umyśle kocurka pojawiły się obrazy jego matek. Braci. Siostry. Tygrysiej Nocy. Bryzowej Łapy.
Ci samotnicy nie mogli wchodzić na tereny Klanu Wilka, jak do siebie, i krzywdzić bliskich pręgusa. Już jedną skrzywdzili. Smuklik nie pozwoli im skrzywdzić nikogo więcej!
Pozwolił zranić się w brzuch. Rana była płytka, lecz dzięki temu zagraniu zbliżył swój pysk do szyi pointa. Samotnik zbyt późno pojął swój błąd. Młodociane szczęki zacisnęły się na gardle kocura. Samotnik zaczął się szamotać, próbując bezskutecznie wyswobodzić się z uścisku. Z każdym uderzeniem serca jego ruchy stawały się wolniejsze, jak i charkot wydobywający się z jego pyska stawał się coraz cichszy. Dopiero mając pewność, że samotnik naprawdę dokonał żywota, Smuklik rozluźnił szczęki i odepchnął od siebie martwego przeciwnika.
Pierwsze zabójstwo.
Ciężko było mu opisać to, co czuł w tym momencie. Nie zamierzał zabijać kocura. A może chciał w ten sposób myśleć. Klan Wilka różnił się od pozostałych klanów. Mogli przeganiać samotników, ale jeśli ci zamierzali zagrozić czy to pojedynczej jednostce, większej grupie lub całemu klanowi, mogli stanąć też do walki.
Czerwone krople skapnęły z umorusanej brody pręgusa. Gdyby to była krew zwierzyny, najpewniej oblizałby pysk, jednak nie miał ochoty smakować tej należącej do samotnika.
Martwego samotnika.
Gdzieś z tyłu z opóźnieniem dochodziły do uszu Smuklikowej Łapy odgłosy walki, która była przesądzona. Szylkretowa kocica krzyczała wniebogłosy, dotykając łapami swojego pyska w miejscu, w którym znajdowały się oczy. A raczej to, co z nich pozostało. Cykoria oślepiła swoją przeciwniczkę, która pojmując sytuację, w której się znalazła, na oślep zaczęła biec przed siebie.
„Ona umrze dzisiejszego dnia. Z powodu ślepoty lub z powodu utraty zbyt dużej ilości krwi”.
Smuklikowa Łapa potrząsnął głową, skupiając spojrzenie na Bzyczącej Łapie. Starszy uczeń dawał sobie radę, walcząc na równi z przeciwnikiem. Jednak, gdy samotnik pojął, że został sam, zaczął atakować bardziej zaciekle. Tak, jakby chciał przynajmniej jednego kota zabrać ze sobą. Przetoczył się wraz z Bzyczącym Łapą po błocie, wpychając pysk czekoladowego wprost do mułu.
Smuklik wystrzelił jak z procy, uderzając czarno-białego barkiem. Niestety, jego uderzenie poza rozproszeniem przeciwnika nie zadało mu większych obrażeń. To jednak wystarczyło, aby Bzyk mógł się wyswobodzić i spróbować zmienić przebieg walki.
Czarno-biały przyparty do muru, upatrzył sobie Smuklikową Łapę jako nowy cel. Był mniejszy, jego ataki były słabsze, ale nadrabiał szybkością i zwinnością. Nim jednak udało mu się zbliżyć do pręgusa, Bzycząca Łapa przyjechał pazurami po brzuchu samotnika, zadając mu bardzo głęboką ranę.
— Smukliku... Cały jesteś?
Dostrzegając, że czekoladowy zatoczył się na łapach, Smuklik w ułamku sekundy dopadł do boku kocura i użyczył mu swojego barku, na którym Bzyk położył brodę.
— Chyba... chyba jestem cały. A ty, Bzyku? Proszę, powiedz, że wszystko jest dobrze...
Bzycząca Łapa nie mógł odejść. Nie. Po prostu nie!
— Jest cały. Poza płytkimi ranami oberwał jedynie na grzbiecie, jednak nie wymaga pilnej wizyty u medyków. Wyliże się — miauknęła kocica. — To, że ledwo stoicie na łapach, to normalna reakcja po stoczeniu prawdziwej walki po raz pierwszy. Tym bardziej, gdy pozbawiasz także kogoś życia... — Cykoria przeniosła spojrzenie na swoich niegdyś towarzyszy z Betonowego Świata. — Czy teraz mi wierzycie, że nie jestem szpiegiem?
— Nadal ci nie ufam, ale Zalotna Gwiazda musi się dowiedzieć o twojej obecności na terenach, jak i o tych dwóch truchłach...
— Trzech. Tamta również zaraz padnie.
Smuklikowa Łapa nie skomentował uwagi pręgowanej. Spojrzał wymownie na starszego kocura. To on przewodził ich patrolem, to on był starszy i to pod jego opieką znajdował się młodziak. I zdaniem Smuklikowej Łapy, zachował się wzorowo podczas stresującej sytuacji.

~~~

Cykoriowy Cykor szła między uczniami, będąc traktowana niczym więzień. Może i Smuklikowa Łapa odczuwał lekką sympatię względem kocicy, gdyż ta nie chciała wykorzystać ich osłabienia i stoczyć z nimi kolejnej walki, jednak nadal spoglądał na nią nieufnie. Przez całą drogę do obozu kocica milczała. A im bliżej niego byli, tym bardziej wydawać by się mogło, że traciła na pewności siebie.
Smuklikowa Łapa spodziewał się, że wiele kotów skupi na nich swoje spojrzenie, zaprzestając wykonywania innych czynności, gdy tylko dostrzegą ich trójkę w zasięgu wzroku. Wodnikowa Łapa na widok brata, którego ciało ozdobione było draśnięciami pazurów, jak i pysku we krwi, zniknęła w tłumie kotów. Wątpił, aby kocicę obrzydził ten widok. Najpewniej udała się poinformować matki o stanie ich syna, zakładając najgorsze.
Bzycząca Łapa odłożył przy stosie królika, którego upolował przed spotkaniem czekoladowej samotniczki.
— Spójrz... czy to nie Cykoriowy Cykor?
— Ten znak... taki sam jak ten u Sroki i tych samotników...
— Zdrajczyni!
— Co ona tu robi...
— Że też ma czelność pojawiać się na terenach po tylu księżych nieobecności!
Coraz więcej kotów wychodziło z legowisk, chcąc zrozumieć, dlaczego dwójka uczniów przyprowadziła do obozowiska kocicę, która księżyce temu po raz ostatni była przez nich widziana. Smuklikowa Łapa był zirytowanym hałasem, który był niczym innym, jak mieszaniną rozmów.
— Co to za zamieszanie...
Tłum rozstąpił się niemalże natychmiast, gdy szylkretowa kocica opuściła swoje legowisko. Zalotna Gwiazda zbliżyła się do dwójki uczniów oraz Cykoriowego Cykora, patrząc na nich podejrzliwym spojrzeniem. Ruchem ogona dała znać, aby w trójkę udali się wraz z nią do legowiska lidera. Smuklik niechętnie wypełnił rozkaz liderki, gdyż najchętniej teraz rzuciłby się na swoje posłanie w legowisku uczniów, a jeszcze wcześniej tuż przed snem wypielęgnował swoje futerko.
— Czy możecie mi wyjaśnić, dlaczego nie ma z wami waszych mentorów i dlaczego towarzyszy wam Cykoriowy Cykor, której pysk zdobi ta blizna?
Smuklikowa Łapa wraz z Bzyczącą Łapą starał się krótko, ale również szczegółowo opowiedzieć o przebiegu dzisiejszego dnia, który zaczął się niepozornie, jak każdy inny dzień. Wspomnieli o tym, że za zgodą mentorów mogli dzisiejszego dnia tylko we dwójkę udać się na patrol łowiecki. Podali dokładne lokacje miejsc, w których mogli przebywać i w których faktycznie byli. Przebieg polowania, jak i spotkanie Cykoriowego Cykora przytoczył na jednym wdechu. Przebieg walki.
Zalotna Gwiazda w milczeniu przysłuchiwała się opowieści uczniów, obdarowując ich oceniającym spojrzeniem.
— Rozumiem... Bzycząca Łapo, Smuklikowa Łapo. Tuż po opuszczeniu mojego legowiska macie zaprowadzić Cykoriowy Cykor do legowiska więźniów. Masz szczęście, akurat wczoraj opustoszało i nikt nie będzie zakłócał ci spokoju.
Zdanie skierowane do brązowej kocicy brzmiało niczym groźba. Smuklik posłusznie opuścił legowisko wraz ze starszym uczniem, odprowadzając Cykorię do wspomnianego legowiska, jeszcze chwilę temu zamieszkiwanego przez Srokę.
Po wypełnieniu rozkazu kocury miały zniknąć w legowisku medyków, starając się zignorować pytania pozostałych kotów, gdy wtem z legowiska lidera znowu wyłoniła się szylkretka. Tym razem swoje kroki skierowała w stronę mównicy, na którą pomimo wieku wdrapała się bez większego problemu.
— Jak myślisz, Smuklikowa Łapo, mamy przechlapane?
— N-nie wiem, Bzycząca Łapo.
— Niech wszystkie koty zdolne do samodzielnego polowania zbiorą się pod mównicą! — rozkazała donośnym, nieco zachrypniętym głosem.
Jej posiwiały pysk rozświetlały ostatnie wiosenne promienie słońca, a spojrzenie uważnie śledziło zbierające się koty. Era Zalotnej Gwiazdy powoli dobiegała końca, lecz kotka nie zamierzała zaniedbywać swoich obowiązków.
Odczekała kilka uderzeń serca, aż ostatnie koty zajęły swoje miejsca. Wokół mównicy zgromadził się tłum, otaczając Bzyczącą Łapę i Smuklikową Łapę, którzy stali najbliżej niej. Ich futra były splamione szkarłatem, jakby przed chwilą walczyli o tytuł wojownika, choć nie zostało zwołane w tym celu zgromadzenie.
— Niektórzy z was mogli już zauważyć w naszym azylu mniej lub bardziej znajomy pysk. To kotka o imieniu Cykoriowy Cykor, która wiele księżyców temu zbiegła z Klanu Wilka, a teraz, z niewiadomych przyczyn, postanowiła do niego powrócić. W ciągu najbliższych dni zamierzam dowiedzieć się od niej więcej. Jak już mogliście zauważyć, nosi na pysku znak, który posiada również Sroka, a także inni członkowie podmiejskiego klanu — oznajmiła, wodząc wzrokiem po zgromadzonych. — Nie będziemy jednak dziś skupiać się na uciekinierce. Na uznanie zasługuje przede wszystkim dwójka uczniów, która przyprowadziła ją do obozu. Dzięki nim być może dowiemy się więcej o samotniczej grupie, która niedawno porwała jedną z naszych wojowniczek i zaatakowała Mrocznym Przodkom winny patrol.
Przeniosła wzrok na oba kocury.
— Bzycząca Łapo, Smuklikowa Łapo. Wykazaliście się dziś odwagą, sprytem i umiejętnościami walki, pokonując trójkę samotników. Udowodniliście, że wasze treningi przyniosły owoce, a wasza postawa zasługuje na uznanie całego klanu. Nie widzę powodu, by wymagać od was dalszych księżyców nauki. Oboje jesteście gotowi, by przyjąć imiona wojowników.
Zamilkła, pozwalając, by pośród zgromadzonych rozszedł się szmer rozmów.
— Ja, Zalotna Gwiazda, przywódczyni Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Bzycząca Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam! — odrzekł natychmiast czekoladowy uczeń.
— Zatem mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Bzycząca Łapo, od tej pory będziesz znany jako Bzyczący Trzmiel. Klan ceni twoją siłę i zaangażowanie oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Wilka.
Następnie zwróciła się ku drugiemu uczniowi.
— Ja, Zalotna Gwiazda, przywódczyni Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Smuklikowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Śnił. To był sen. Zaczął się niepozornie, potem przerodził się w koszmar, by ponownie wrócić na właściwe tory. Smuklik aż zapomniał, jak się oddycha. Czy dobrze usłyszał? Zalotna Gwiazda przed chwilą mianowała na wojownika Bzyczącą Łapę, a teraz to on był mianowany? Ale przecież wciąż był zbyt młody, aby dostąpić zaszczytu mianowania.
— Przysięgam! — Mimo obaw i pytań cisnących mu się na pyszczek, niemalże natychmiast odpowiedział, nie chcąc, aby liderka się rozmyśliła.
— Zatem mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Smuklikowa Łapo, od tej pory będziesz znany jako Smuklikowe Żądło. Nie ukończyłeś jeszcze dziesięciu księżyców, lecz dzisiejszymi czynami dowiodłeś, że odwaga i spryt nie zależą od wieku. Klan Wilka wita cię jako nowego wojownika!
Szmer został zastąpiony przez skandowanie dwóch mian nowych wojowników.
— Bzyczący Trzmiel! Smuklikowe Żądło!
Kocurek wśród tłumu dostrzegł swoje matki, u których boku znajdowała się Wodnik. Z drugiej strony okręgu zauważył Kalinowy Powiew. Czy mentorka była z niego dumna, podobnie jak i mamy?
Pregus zatrzymał spojrzenie na swoim przyjacielu.
Jeszcze dzisiaj rano zastanawiał się, czy, gdyby zostali oboje poleceni przez swoich mentorów, musieliby stoczyć ze sobą walkę. A teraz zamiast uczniowskich mian posiadali te wojownicze. Smuklik z trudem stłumił parsknięcie.
— Udało się nam, Bzyczący Trzmielu... — miauknął, a jego słowa zagłuszane były przez wykrzykiwanie imion wojowników. — Udało się nam! Jesteśmy wspaniali! Silni osobno, a razem jesteśmy niepokonani! — Podskoczył, pozwalając dać ujście dobremu humorowi. Kto by się nie cieszył z ceremonii mianowania na wojownika. Tym bardziej tak wyjątkowej, różniącej się od pozostałych.
— Tak... udało się nam, Smuklikowe Żądło — zaśmiał się, lekko szturchając barkiem młodszego kocura. — Moje gratulacje! Zaimponowałeś Zalotnej Gwieździe! I to jeszcze jak! Coś czuję, że w przyszłości zaproponują ci związek z Zamroczoną Łapą. Musisz ich uświadomić, że straciłeś jednak głowę dla Bryzowej Łapy już jako kociak! — zaśmiał się donośnie, ukazując białe zęby.
A po skończonej ceremonii, wspólnie udali się do legowiska medyków. Na szczęście ich rany, w małej ilości, miały pozostać jako pamiątka dzisiejszego dnia. Reszta miała w przeciągu kwadr zagoić się, o ile będą stosować się do zaleceń medyków. Smuklikowe Żądło przymknął oczy, gdy Bryzowa Łapa nakładała na jego policzek maść. Szylkretowa kocica coś do niego mówiła, jednak ten zdołał w ciągu uderzenia serca odpłynąć do krainy snów. A później, jak nic, czekała na niego rozmowa z matkami, jak i gratulacje z ich strony. Teraz jednak liczył się odpoczynek i przyzwyczajenie się do nowego miana.

[3720 słów]

Nowy członek Klanu Wilka!

6 księżyców

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Tropiącej Łaski

Kocimiętka nie była zachwycona tym, że Zalotna Gwiazda wybrała ją do misji odbicia Tropiącej Łaski. Właściwie miała wrażenie, że przywódczyni zrobiła to specjalnie. Być może chciała ją w ten sposób ukarać. W końcu to przez Kocimiętkowy Wir Sroce udało się wtedy uciec i powiadomić swoich wspólników o istnieniu grupy, która im zagrażała. To przez nią Nadciągający Pomrok i Rozbity Księżyc zostali zaatakowani, a szylkretowa wojowniczka porwana.
Rudofutra nie była jednak zniechęcona do tej misji, tylko dlatego, że traktowała ją jako karę. Najbardziej nie podobało jej się to, że musiała teraz nadstawiać karku, by uratować kultystkę. I to taką, która niedawno pozbawiła życia jej własną matkę. Kocimiętka nie potrafiła znieść myśli, że musi ryzykować własnym zdrowiem, by uwolnić morderczynię Dyniowej Skórki z łap samotników. Wcześniej nie była negatywnie nastawiona do Tropiącej Łaski. Właściwie nawet ją szanowała, ponieważ Zalotna Gwiazda zdawała się ją lubić. Tamtej nocy wszystko się jednak zmieniło. Kocimiętka nie potrafiła już patrzeć na szylkretową wojowniczkę tak samo, jak wcześniej. Widziała w niej jedynie brutalną wyznawczynię Mrocznej Puszczy, która niczym nie różniła się od pozostałych członków kultu.
Choć była to dość drastyczna myśl, zielonooka skrycie miała nadzieję, że misja zakończy się niepowodzeniem. Oczywiście nie życzyła nikomu krzywdy. Nie chciała być taka jak inni i nie zależało jej na tym, by którykolwiek z czwórki kotów, z którymi miała wyruszyć do Betonowego Świata, został poważnie ranny. Nie czułaby się jednak zawiedziona, gdyby samotnikom udało się przepędzić Wilczaków z miasta. Może wtedy Tropiąca Łaska mogłaby zostać z nimi na dłużej, a nawet na zawsze.
Kocimiętkowy Wir westchnęła ciężko, obserwując, jak do legowiska wojowników wpada coraz mniej światła. Zbliżał się wieczór, co oznaczało, że musieli wkrótce wyruszyć, jeśli chcieli dotrzeć na miejsce w nocy. Mistrzyni podniosła głowę i rozejrzała się wokół. Przesunęła wzrokiem po każdym z wojowników, z którym miała udać się na patrol, po czym wstała z miejsca.
— Zaraz wyruszamy — oznajmiła, ruszając w stronę wyjścia.
Następnie skierowała się do legowiska więźniów, by wyprowadzić stamtąd Srokę. Wraz z nią stanęła przy wyjściu z azylu i czekała na pozostałą czwórkę.
Jako pierwszy zjawił się przy niej Rozbity Księżyc. Przywitał się z nią krótko, po czym osunął się gdzieś na bok. W międzyczasie Wilczy Skowyt leniwie do nich podszedł.
— Na kogo jeszcze czekamy? — zapytał zachrypniętym głosem.
Nim ktokolwiek zdążył mu odpowiedzieć, na miejscu pojawił się również Cętkowany Tęgosz, a następnie Skowronkowa Rozkosz.
— Cześć wam! — młody przywitał się pogodnie. — Jak długo będziemy iść? Nigdy nie byłem w okolicach Betonowego Światu! Czy są tam jakieś ładne kwiaty? — zapytał, uśmiechając się szeroko.
— Nim nadejdzie świt, będziemy na miejscu, o ile nic nam nie przeszkodzi i będziecie trzymać tempo... — odpowiedziała mu Sroka.
— Super! Czyli powinniśmy szybko wrócić i wszystko opowiem mojemu tatusiowi! — odparł kocurek.
Po chwili więźniarka przeniosła spojrzenie na Kocimiętkowy Wir, a potem jej złote oczy spoczęły na Rozbitym Księżycu.
— Mój ojciec mawiał, że białe koty przynoszą pecha. Jeśli naprawdę zależy wam na odbiciu waszej towarzyszki, może lepiej będzie, jeśli on zostanie w obozie…
— Byłoby lepiej, gdybyś to ty została ze swoją grupą tam, gdzie wasze miejsce. Wtedy nasza towarzyszka nigdy nie zostałaby zabrana — odparł białofutry przesłodzonym głosem. — Jak na razie jedyny kto nam przynosi nieszczęście to ty i twoja parszywa banda.
Mistrzyni wpatrywała się w Srokę i Rozbitego Księżyca zmęczonym wzrokiem. Nie miała już nawet ochoty ani siły, by się na nich złościć. Patrol nie zdążył jeszcze opuścić azylu, a atmosfera już zaczęła się zagęszczać. Kocimiętkowy Wir zaczęła wątpić w to, czy wszyscy dotrą do Betonowego Świata w jednym kawałku, jeśli nie przestaną kłócić się o takie błahostki.
— Prosiłabym was, żebyście zachowywali się odpowiednio do swojego wieku — oznajmiła, spoglądając to na białofutrego kocura, to na żółtooką kotkę. — Kolor futra członków tego patrolu nie wpłynie na to, czy misja się powiedzie, czy nie. No chyba, że dalej będziecie się przezywać z tak błahego powodu i na miejscu ściągniecie na siebie niepotrzebną uwagę — dodała.
Przez moment wszyscy stali w ciszy, aż w końcu mistrzyni machnęła ogonem i wyszła z obozu.
— Ruszajmy, nie ma co marnować czasu.
Dotychczas na przedzie grupy znajdowała się Kocimiętkowy Wir, jednak gdy dotarły na drugą stronę mostu, będącym zwykłymi śliskimi kamieniami, przewodzenie przypadło Sroce. W końcu szóstka kotów dotarła do Drogi Grzmotu. Sroka bez zawahania się postawiła swoje białe łapy na chropowatej powietrzni. Wystarczyło parę susów, by znalazła się po drugiej stronie.
— Na co czekacie? — spytała, dostrzegając na pyskach Wilczaków konsternację. — No dalej, szybko! Póki nie ma żadnego Potwora!
Mistrzyni spojrzała po swoich pobratymcach. Choć nie przepadała za nimi zbyt bardzo, nie mogła pozwolić na to, by któryś z nich został rozdeptany przez Potwora Dwunożnych! W przeciwnym razie chyba nie miałaby czego szukać w Klanie Wilka. W końcu to ona dowodziła patrolem i to na jej barkach spoczywało bezpieczeństwo całej ekipy. Miała więc szczerą nadzieję, że w Betonowym Świecie nie narobią zbyt wiele hałasu i nie obudzą członków samotniczej bandy, którzy według planu mieli spać i nie stanowić większej przeszkody.
Kocimiętkowy Wir odchrząknęła, wycofując się na tył grupy.
— Szybko, przechodźcie! — zaczęła poganiać czwórkę kotów, jednocześnie nerwowo rozglądając się na boki. Obawiała się, że zaraz dostrzeże świecące oczy tych bestii.
Gdy powietrze rozciął ryk Potwora, a Skowronek znalazł się na Drodze Grzmotu, Kocimiętkowy Wir cała się spięła. Nim jednak zdążyła krzyknąć, młody odskoczył do tyłu, unikając uderzenia. Kamień spadł jej z serca, gdy zobaczyła, że wojownik wciąż był cały i zdrowy.
Kiedy wszyscy członkowie patrolu znaleźli się po drugiej stronie, Kocimiętka wreszcie przekroczyła Drogę Grzmotu i stanęła obok Sroki, posyłając jej ponaglające spojrzenie.
— W Betonowym Świecie drogi różnią się od znanych wam Dróg Grzmotu. Łączą się i przeplatają ze wszystkich stron. Jeden fałszywy ruch i po tobie. I to nie są jedyne czyhające na was ze wszystkich stron niebezpieczeństwa, o ile będziemy poruszać się po ziemi. Czy kiedykolwiek mieliście okazję wspinać się po dachach? Nie? — westchnęła Sroka, gdy grupa pokręciła łbami. — To jak wspinaczka po drzewach... no prawie
— Nie, Sroko. Nie będziemy ryzykować upadku z wysokości — mruknęła rudofutra, przypominając sobie ogromne budynki, których złowrogie cienie często przykrywały ziemię, gdy jeszcze mieszkała w Betonowym Mieście z rodzicami. Na obrzeżach znajdowały się co prawda nieco mniejsze budowle, po których być może dałoby się przemieszczać, jednak Kocimiętka nie sądziła, by byli w stanie skakać między tymi większymi. O ile w ogóle zdołaliby się na nie wspiąć.
— A no… Daleko nam zostało? Powinniśmy się chyba pospieszyć — mruknął nagle Wilczy Skowyt, spoglądając na resztę kotów.
Sroka zmarszczyła pysk, gdy większość kotów wpatrywała się na nią wyczekująco.
— Już niedaleko... — fuknęła. — Cierpliwości. Kocimiętkowy Wirze... Sama widzisz, twoim towarzyszom zależy na szybkim dotarciu do bazy grupy, której byłam jeszcze chwilę temu członkinią i odbiciu waszej drogiej... towarzyszki. Droga w Betonowym Świecie wzdłuż dróg, po których poruszają się Potwory, będzie niebezpieczna. Tym bardziej dla niego. — Wskazała pyskiem na Skowronka. — Szybciej i bezpieczniej będzie, przemieszczając się po dachach i murach. Po prostu wyobraźcie sobie, że to są drzewa, które otaczają ze wszystkich stron wasze tereny.... a ich gałęzie są stałe lub giętkie, śliskie lub chropowate. Poza tym dla mieszkańców Betonowego Świata będziemy rzucać się w oczy, poruszając się sześcioosobową grupą na ziemi... jeśli naprawdę wam zależy na odbiciu tej kotki i wyjściu z tego bez szwanku, posłuchajcie mnie. Kogoś, kto połowę swojego życia spędził w Betonowym Świecie i rozumie jak on działa! Jeśli nie ONI to inna grupa może udaremnić wam akcję ratunkową…
Kocimiętce nie podobał się plan Sroki. Nie sądziła, by miał zadziałać, dlatego postanowiła, że zanim wyruszą w dalszą drogę, przedyskutuje go z nią. Nie mogła pozwolić na to, by misja odbyła się inaczej, niż to sobie wyobrażała. W końcu to ona dowodziła tym patrolem i to ona wydawała rozkazy.
— Skoro wiesz, że w Betonowym Świecie koty również przemieszczają się na wysokościach, to co broni im zaatakować nas właśnie tam? Obawiam się, że nie obejdziemy się bez walki, Sroko. A jeśli już mamy walczyć, to raczej na ziemi niż na murach czy dachach, na których koty, które zapewne od maleńkości uczyły się po nich poruszać, mają przewagę. Nie zamierzam narażać patrolu na takie ryzyko, skoro możemy tego uniknąć. Zakładam, że nie będzie dla nich trudne strącić nas na dół — mruknęła, mierząc czarno-białą podejrzliwym wzrokiem. — Wolę zginąć w walce, niż zostać kaleką przez nieszczęśliwy upadek z wysokości — dodała.
— Gdyby nas zechcieli zaatakować, gdy będziemy na wysokościach, martwych kotów nie byłaby szóstka, a większa ilość... nawet samotnicy zamiast otwartego ataku, wolą obserwować i wyczekiwać dogodnego moment, aby uderzyć. Poza tym, jeśli będziemy poruszać się na wysokości, wtopimy się w tłum. Tym bardziej, jeśli to ja będę szła na przedzie... większość kotów uzna, że jesteście potencjalnymi członkami Felidae. Niektórzy z własnej woli zostają do nich wcielonych, inni nie mają tego szczęścia…
Kocimiętkowy Wir uniosła brew do góry.
— Tłum? Proszę cię, jest środek nocy! Obawiam się, że i tak nie unikniemy tego, że będziemy odstawać, no chyba, że ci twoi dawni przyjaciele jednak nie śpią po nocach i wolą szlajać się po dachach. Wtedy może będziemy mogli rozmawiać o jakimś “wtapianiu się w tłum” — mruknęła. — Poza tym łatwiej uciekać, gdy jest się na ziemi. Jeśli wrogów zrobi się za dużo, kiedy będziemy na jakimś dachu, istnieje duże ryzyko, że nie damy rady się stamtąd wydostać. A mówiąc “my”, mam na myśli Wilczaków. Ty mogłabyś zostawić nas na pastwę losu i uciec, skoro jesteś taka doświadczona i dobrze znasz Betonowy Świat — kontynuowała, nie zamierzając ustąpić Sroce. Wciąż nie była przekonana, czy powinna ufać jej radom, zwłaszcza że czarno-biała mogła mieć powody, by poprowadzić patrol na pewną śmierć. — No jasne. Najlepiej będzie wprowadzić nas w niebezpieczne miejsce, którego nie znamy, a potem nas zostawić. Przykro mi, Sroko, lecz mimo wszystko jesteś więźniem. Nie masz powodu, by pomagać nam swoimi radami, a ja nie mam powodu, by ci ufać.
— Cieszę się, że co do jednego jesteśmy zgodne. I niestety, moi “przyjaciele” wolą szlajać się po zmierzchu, podobnie jak co poniektóre jednostki u was... — Sroka spojrzała wymownie na przywódczynię ich grupy. — W Betonowym Świecie życie zaczyna się po zmroku. Tyczy się to kotów, jak i Dwunożnych oraz gryzoni. Przeważnie śpimy za dnia, rzadziej w nocy. Podobnie z polowaniem czy innymi aktywnościami. Zawsze ktoś czuwa, gdy inni śpią. I przykro mi to mówić, ale nie mam powodu, aby narazić was na niebezpieczeństwo... — mruknęła. — Myślisz, że dobrowolnie zgodziłam się na oszpecenie swojego pyska? Oboje jesteście tacy sami…
Kocimiętce ta samotniczka coraz bardziej działała na nerwy. A mogła jej wtedy nie ratować…
— Czyli co? Zamierzasz wejść z grupą pięciu rosłych kotów między całą masę innych kotów? I to jeszcze na dachu? Pachnąc nami, a nie twoją dawną grupą? Kto ci uwierzy, że jesteśmy twoimi więźniami? Nie było cię w Betonowym Świecie przez jakiś księżyc, a teraz nagle wracasz do niego z zakładnikami, którzy mogliby cię pokonać jednym skinieniem palca, gdyby tylko chcieli? Jeśli ktoś się skapnie, że nasza obecność w Betonowym Świecie to podstęp, będzie po nas, rozumiesz? — zdenerwowała się. — Wystarczy jeden kot, który uzna naszą obecność za podejrzaną, a zaraz cały, jak to powiedziałaś, “tłum” rzuci się nam do gardeł. Przynajmniej na ziemi możemy skryć się w jakichś uliczkach czy między srebrnymi głazami, a na dachach nie ma dokąd uciec. Będziemy otoczeni wyłącznie przez samotników, którzy nie zawahają się przed tym, by poderżnąć nam gardła — mówiła dalej, lecz po chwili dotarło do niej, że chyba nie zdoła przemówić Sroce do rozsądku, nieważne, jak głupie wydawały jej się jej argumenty.
W końcu odwróciła się do reszty patrolu.
— A może wy macie coś w tej sprawie do powiedzenia? — spytała. — Chętnie wysłucham waszych propozycji odnośnie do tego, jak powinniśmy poruszać się po Betonowym Świecie.
— Moim zdaniem lepiej będzie przejść ziemią. Na dachach może być niebezpiecznie, któremuś z nas osunie się łapa i co wtedy? Gdy przejdziemy dołem, unikniemy możliwego wypadku — mruknął Wilczy Skowyt, po czym spojrzał na mistrzynię.
— Górą czy dołem, mi to na serio obojętnie. Umiem w końcu walczyć na wysokości, jak i na ziemi — wtrącił Cętkowany Tęgosz.
— J-ja… uważam, że Sroka ma rację… Ona tam mieszka i nie miałaby powodu, aby nas okłamywać! — wydukał niezręcznie dymny.
Gdy rudofutra usłyszała głos Skowronkowej Rozkoszy, na moment wstrzymała oddech, nie dowierzając własnym uszom.
— Mieszka? Chyba raczej mieszkała, póki siłą nie wzięliśmy jej jako zakładniczki i nie umieściliśmy w jakiejś dziurze pod ciągłym nadzorem — odparła szorstko. Widząc jednak, że dymny wyraźnie stresuje się tą sytuacją, postanowiła nieco złagodzić ton. — To znaczy, mam na myśli, że ma wszelkie powody, by nas nienawidzić. Gdyby to ciebie porwano i zabrano do tego podmiejskiego klanu, chyba też nie byłbyś zbyt zadowolony, prawda? — mruknęła, tym razem łagodniej. — Rozumiem, że Sroka może z pozoru wydawać się całkiem… przyjazna… lecz nie każdy kot jest taki, jak nam się wydaje. Ty oczywiście jesteś jeszcze młody, więc zakładam, że wiele przed tobą i sporo się jeszcze nauczysz — dodała.
— Uch… no niby nie byłbym… ale ciężko mi sobie wyobrazić taką sytuację! — odparł cicho kocur, wpatrując się w swoje łapy. — A nie ma jakiejś… okrężnej drogi? Albo może pójdziemy na kompromis… nie chce się kłócić — wydukał.
Wtem Sroka postanowiła wtrącić się do rozmowy:
— No właśnie, co powiesz na kompromis, Kocimiętkowy Wirze? Wystarczająco czasu już zmarnowaliśmy na rozmowę, a czas nas nagli. Zawsze może część przejść dołem, a część górą i wszyscy będą zadowoleni.
Mistrzyni już otwarła pysk, by się odezwać, gdy nagle przerwał jej Rozbity Księżyc:
— Tam, gdzie Sraka, nie idę na pewno — mruknął, jakby go oświeciło. — Obie opcje są równie niebezpieczne. Z kotami możemy walczyć, z upadkiem z wysokości już nie.
Kocimiętkowy Wir westchnęła ciężko. Powoli zaczynała powątpiewać w to, czy przy takim nastawieniu uda im się wrócić do azylu w jednym kawałku. Skoro nie potrafili dogadać się w tak prostej sprawie, a połowa patrolu już zdążyła znienawidzić drugą połowę, to z każdą chwilą zapewne będzie tylko gorzej.
— Obawiam się, Sroko, że nie masz racji — zaczęła, ignorując nieco słowa białofutrego kocura. — Musimy trzymać się razem, a nie rozdzielać. Weź pod uwagę, że większość kotów w tym patrolu jest w Betonowym Świecie po raz pierwszy. Nie pozwolę na to, by jedna z grup gdzieś się zgubiła, a potem, zamiast szybko wrócić z Tropiącą Łaską do obozu, będziemy musieli szlajać się po niebezpiecznym mieście i szukać siebie nawzajem — dodała. — Poza tym, jeśli jedna z grup zostanie zaatakowana, druga nie będzie miała jak jej pomóc. Przynajmniej w szóstkę mamy większe szanse na pokonanie członków podmiejskiego klanu.
— Skoro mamy wszystko ustalone, możemy ruszać dalej, nie zwlekając ani chwili dłużej — skwitowała Sroka, najwidoczniej poddając się już w dyskusji z mistrzynią.
Kocimiętkowy Wir nie czuła się usatysfakcjonowana wymianą zdań z samotniczką, lecz ostatecznie skinęła głową i zgodziła się podążyć za nią w stronę Betonowego Świata.
Tak dawno tam nie była… Zastanawiała się, czy widok wszystkich tych budynków przywoła jakieś wspomnienia z dzieciństwa. Nie ukrywała jednak, że wolałaby, aby tamte chwile pozostały w odmętach jej pamięci. Wtedy była jedynie głupim kociakiem, który wierzył, że ojciec wciąż kocha ją i jej siostrę. Jak bardzo się myliła… Dobrze, że to wszystko miała już za sobą. Teraz jednak musiała zmagać się z nowymi problemami, które spotkały ją w Klanie Wilka. Cóż, najwyraźniej nigdzie na świecie nie mogło być idealnie.
Droga od Drogi Grzmotu do miasta była znacznie dłuższa niż od rzeki do Drogi Grzmotu, ale po dłuższej wędrówce patrolowi wreszcie udało się dotrzeć na obrzeża miasta. Zaczynały się tam pierwsze budynki, a sieć ulic stawała się coraz gęstsza. W dodatku spod łap Wilczaków szybko zniknęła trawa, ustępując miejsca szarej, chropowatej powierzchni.
Rudofutra przez cały czas trzymała uszy postawione, starając się zachować czujność. Potwory Dwunożnych nie jeździły tędy tak często, lecz zielonooka nie wiedziała, czy wynikało to z faktu, że wciąż nie dotarli do centrum, czy może z tego, że była noc. Sroka wspominała, że Dwunożni budzili się tu po zmierzchu, ale czy rzeczywiście tak było? W końcu oni również, jak wszystkie inne żywe istoty, musieli kiedyś odpoczywać. Nawet myszy i króliki spały nocą, więc dlaczego te wyprostowane stworzenia miałyby być wyjątkiem?
Patrol krążył po mieście jeszcze przez jakiś czas, aż w końcu Kocimiętka prychnęła coś pod nosem i zatrzymała się na rozwidleniu dróg. Zaraz potem przystanęła również reszta, spoglądając na nią ze zdziwieniem.
— Sroko, czy wiesz, gdzie dokładnie twój klan przetrzymuje więźniów? — postanowiła się upewnić. — To znaczy, czy ich legowisko znajduje się w głównej bazie, czy może przetrzymujecie ich w innym miejscu? Nie chcę, żebyśmy w razie czego poszli do głównego skupiska kotów tylko po to, by na miejscu odkryć, że Tropiącej Łaski tam nie ma.
— W przeciwieństwie do was, nie przetrzymujemy więźniów w miejscu, w którym odpoczywamy i jemy. Są dwa miejsca, w którym mogą przetrzymywać Tropiącą Łaskę. Jedno jest na wschód, drugie na zachód miasta. Do tego pierwszego miałam okazję dwukrotnie się udać, natomiast zachodniego znam jedynie przybliżoną lokalizację. Musi być w jednym z nich. Jestem tego pewna — wyjaśniła Sroka.
Kocimiętkowy Wir była nieco zirytowana tym, że nie znali dokładnego położenia więzienia. Na domiar złego nie pamiętała już nawet, po której stronie wschodziło i zachodziło słońce.
— Czyli teraz na rozwidleniu pójdziemy w lewo? Bo możemy też iść prosto — mruknęła, rozglądając się wokół. — Ale jeśli nie jesteś pewna, gdzie dokładnie znajduje się to miejsce, to może powinniśmy podejmować decyzje grupowo? Skoro i tak tylko od losu zależy, czy uda nam się dotrzeć tam, gdzie przetrzymują Tropiącą Łaskę — zaproponowała, po czym rozejrzała się po członkach patrolu, by następnie znów przenieść wzrok na Srokę. — Masz chociaż jakiś opis miejsc, których szukamy? Jeśli to budynki takie jak każde inne, to chyba spędzimy tu najbliższy księżyc, zanim je znajdziemy.
— Zaufacie mi? — miauknęła samotniczka, wpatrując się w Kocimiętkę swoimi dużymi, złotymi oczętami. — Wdrapię się na pobliski budynek i zorientuje się w naszym położeniu. Jak już mówiłam, nie mam potrzeby, aby was wystawić czy narazić na niebezpieczeństwo... Zajmie mi to chwilę i będę w stanie przestawić wam najlepszą, moim zdaniem, opcję drogi. Obok zachodniego znajdował się park oraz dziwna szpiczasta budowla, przy której zbierało się dużo Dwunożnych.
Mistrzyni uniosła brew. Nie miała jednak powodu, by nie zgodzić się na propozycję Sroki. Miała tylko nadzieję, że budynek, do którego się udadzą, okaże się tym właściwym.
— Niech ci będzie — stwierdziła. — Tylko się pośpiesz i wróć tu, zanim twoi koledzy zdążą nas wywęszyć — dodała jeszcze, mierząc Srokę ponaglającym spojrzeniem.
Nie trzeba było samotniczce powtarzać dwa razy. Odbijając się od ziemi, bez problemów wdrapała się na sąsiadujący murek wzdłuż drogi, którą się poruszali, by chwilę później znaleźć się na balustradzie jednego z balkonu kamienicy.
— Wyglądacie, jak mrówki — mruknęła, spoglądając na koty znajdującego się na chodniku. — Droga do celu jest prosta. Wystarczy skręcić w lewo i poruszać się wzdłuż portu, przejść obok szpiczastej budowli i małego lasu.
Kocimiętkowy Wir skinęła głową, mimo iż w rzeczywistości nie miała pojęcia, jak prowadziła ta droga, którą wskazała kocica. Po chwili Sroka zeszła z budynku i ponownie dołączyła do piątki kotów, by następnie skręcić w lewo na rozwidleniu i machnąć ogonem, zachęcając resztę do podążenia za nią.
Rudofutra nie miała zbyt dużego wyboru. Rozejrzała się po członkach patrolu, po czym ruszyła za samotniczką, aż wreszcie zrównała się z nią krokiem. Za sobą słyszała tupot łap swoich pobratymców, którzy szli w kompletnej ciszy. Może to i lepiej? Gdyby zaczęli hałasować, na pewno ściągnęliby na siebie uwagę kotów z podmiejskiego klanu. Zarówno tych wędrujących ulicami, jak i tych, które siedziały teraz gdzieś na wysokościach.
Zielonooka uśmiechała się pod nosem, ponieważ przez dłuższy czas nie usłyszała w pobliżu ani jednego obcego miauknięcia. Czy mogło to oznaczać, że droga po ziemi wcale nie była taka niebezpieczna? Ponadto Potwory Dwunożnych, ani zresztą sami Dwunożni, nie pojawiali się tu zbyt często. Właściwie Kocimiętka nie dostrzegła jak dotąd ani jednego.
Gdy udało jej się nieco rozluźnić i przestać być w ciągłej gotowości do ucieczki, nagle z uliczki wybiegł przed patrol samotnik. Jego pysk naznaczony był taką samą blizną jak pysk Sroki i tamtej czarnofutrej kotki, którą zamordował kult. Kocimiętka zamarła w bezruchu, a futro na jej karku całe się zjeżyło.
Obcy nie był zbyt dużych rozmiarów. Był bardzo chudy, a jego matowe, pręgowane futro miało barwę trudną do określenia w panujących ciemnościach. Samotnik również zastygł w bezruchu na widok szóstki kotów, a jego żółte ślepia wytrzeszczyły się, gdy spojrzał na grupę Wilczaków z przerażeniem.
Nim Kocimiętka zdążyła zareagować, przemknął obok niej Cętkowany Tęgosz, chcąc zaatakować obcego. Nie udało mu się to jednak, a zamiast tego przywalił o ścianę budynku. Gdyby nie fakt, że znajdowali się w Betonowym Świecie, gdzie niebezpieczeństwo czyhało na nich na każdym kroku, mistrzyni może i by się zaśmiała. Teraz jednak czuła, jak supeł zaciska jej się na żołądku. Miała nadzieję, że wojownik szybko pokona tego zabliźnionego kocura.
Wpatrywała się w ich zaciętą walkę, co jakiś czas zastanawiając się, czy Tęgosz poradzi sobie z tym chudzielcem. Ostatecznie jednak udało mu się go zabić, przez co Kocimiętka odetchnęła z ulgą.
Wtem Sroka wyminęła ciało i kontynuowała wędrówkę w stronę więzienia.
— To była płotka. Nie chce mi się wierzyć, że poruszał się sam po zmroku... Jego towarzysz lub towarzysze muszą być niedaleko! — oznajmiła, na co zielonooka zmarszczyła brwi.
Nie chciało jej się wierzyć w to, że samotniczka mówi prawdę. Na pewno chciała ich tylko wystraszyć. Dlaczego ten samotnik nie mógłby być sam? Czy jego obecność naprawdę zwiastowała pojawienie się większej grupy przeciwników? Kocimiętka przełknęła ślinę i ruszyła za Sroką, która nawet nie czekała na resztę.
— Chodźcie, szybko — mruknęła jeszcze, oglądając się na Wilczaków. — Im prędzej wrócimy do obozu i rany Cętkowanego Tęgosza zostaną opatrzone, tym lepiej — oznajmiła.
Po jej słowach między Wilczakami wywiązała się rozmowa, lecz zielonooka nie starała się brać w niej udziału ani się na niej skupiać, toteż nie usłyszała ani jednego słowa. Wolała skoncentrować się na zachowaniu czujności, teraz już wiedząc, że to miejsce naprawdę może być niebezpieczne.
W pewnym momencie wydało jej się, że słyszy za sobą kroki. Zatrzymała się gwałtownie i odwróciła, a wtedy spostrzegła zapłakaną samotniczkę biegnącą w ich stronę. A konkretniej — w stronę białofutrego wojownika.
— Rozbity Księżycu! — krzyknęła mistrzyni, lecz było już za późno. Obca kotka odbiła się od ziemi i poszybowała wprost na kocura, uczepiając się jego pleców. Miała krótką sierść, najpewniej liliową lub niebieską, a na jej ciele widniało kilka białych plam. Jej oczy również miały żółtą barwę, a pysk, oprócz łez, zdobiła dobrze wszystkim znana blizna w kształcie litery “X”.
Kocimiętka obserwowała, jak dwójka kotów zaczęła ze sobą walczyć. Samotniczka nie była zbyt silna. Właściwie wyglądała na dosyć wychudzoną i lichą. Mistrzyni wcale to nie dziwiło. W końcu Betonowy Świat nie wyglądał na miejsce, w którym tłuste myszy same pchały się pod łapy. Jeśli już, był raczej pełen brudu i chorób, więc nic dziwnego, że dotychczas napotkani samotnicy z tego dziwnego podmiejskiego klanu nie byli okazami zdrowia. Na pewno nie mogli równać się z dobrze odżywionymi Wilczakami, którzy spędzali wiele księżyców na przygotowaniach do objęcia roli wojownika. Nawet po zakończeniu treningów wciąż doszkalali się pod okiem mistrzów. W przeciwnym razie nie byliby tak silni, a pokonywanie zbłąkanych samotników nie przychodziłoby kultystom równie łatwo.
Były uczeń mistrzyni na szczęście zwyciężył w walce, zabijając samotniczkę, która się na niego rzuciła. Kocimiętka domyśliła się, że kotka współpracowała z tamtym samotnikiem, którego pokonał Cętkowany Tęgosz, i dlatego teraz cała była we łzach. Cóż, może akurat w kwestii tego, że samotnicy nie poruszają się tutaj w pojedynkę, Sroka miała rację.
— U was w Klanie Wilka też macie przecież oznaczenia na ciele dotyczące przynależności do społeczności, prawda? — odezwała się nagle czarno-biała samotniczka. — Nie chce mi się wierzyć, że tyle kotów straciło lewy fragment ucha podczas walki. Chyba że toczycie bój ze złodziejami końcówek uszu…
Kocimiętkowy Wir zamarła na jej słowa. No tak, Sroka przecież wiedziała o istnieniu kultu w Klanie Wilka. Ruda zmusiła się do zachowania kamiennego wyrazu pyska. Przecież nie zależało jej już na tym, by pilnować, żeby kult nie został odkryty. Mimo wszystko… wciąż tkwiło w niej jakieś zakorzenione poczucie odpowiedzialności, które popychało ją do tego, by zaatakować Srokę. Gdyby nie śmierć Dyniowej Skórki i jej gdybanie, najpewniej już teraz zwarłaby się z zakładniczką w śmiertelnym uścisku, szamocząc się z nią po twardym, chropowatym podłożu, które pokrywało Betonowy Świat.
— Tak… w sumie tak to właśnie wygląda — odpowiedział jej Skowronkowa Rozkosz. — Przepraszam, nie chciałem cię urazić, Sroko — dodał jeszcze po chwili, po czym rozejrzał się po towarzyszach. — Musimy ich zabijać…? Nie wystarczy ich postraszyć? Nie chciałbym, aby ktoś przez nas cierpiał — mruknął nieśmiało.
Mistrzyni nie rozumiała, dlaczego dymny odpowiedział Sroce. Przecież nie wiedział nic o istnieniu kultu. Czy postanowił ją okłamać? Kocimiętkowy Wir westchnęła, nie chcąc dłużej się nad tym zastanawiać.
— Nie musielibyśmy ich zabijać, gdyby to oni nie chcieli zabić nas i porwać jednej z naszych wojowniczek — zauważyła.
Po jej słowach Sroka znów wysunęła się na czoło grupy, prowadząc ją w stronę docelowego budynku. Rudofutra czuła, jak żołądek wywraca jej się przy każdym kolejnym kroku. Czy naprawdę chcieli ryzykować życie, by uratować jakąś głupią kultystkę? Przecież Tropiąca Łaska zabiła swoją pobratymkę. Zabiła matkę Kocimiętki. Pręgowana nie chciała tu być, a tym bardziej przewodzić temu patrolowi. Obawiała się, że w końcu weźmie nad nią górę chęć przeszkodzenia Wilczakom w odbiciu czekoladowej szylkretki i ktoś odkryje, jakie naprawdę wyznaje przekonania. Musiała trzymać swoje emocje i uprzedzenia na wodzy, jeśli nie chciała zostać znienawidzona przez wszystkich Wilczaków — a przynajmniej przez wszystkich kultystów.
Wkrótce szóstce kotów udało się dotrzeć do budynku więzienia. Była to wysoka, kwadratowa budowla, delikatnie zwężona w dole. Kocimiętkowy Wir zadarła brodę, by przyjrzeć jej się dokładniej. Ściany były brzydkie — brązowo-szaro-białe. Całe obdrapane, brudne i przesiąknięte wilgocią. Ruda skrzywiła się na ten widok. Czy to naprawdę tutaj przetrzymywano więźniów? W takim razie głęboko im współczuła, gdyż to miejsce wyglądało gorzej, niż opisywane było Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd.
W ścianie, na którą spoglądała Kocimiętkowy Wir, znajdowało się kilka otworów, przez które do środka musiało wpadać powietrze. Zielonooka dałaby sobie łapę uciąć, że w innych budynkach otwory te były strzeżone przez niewidzialną barierę. Tutaj jednak pozostawały zupełnie odsłonięte. Bez wątpienia dałoby się przez nie dostać do środka — problem w tym, że znajdowały się zbyt wysoko.
— Co teraz? — zwróciła się do Sroki. — Wiesz, którędy tam wejść? — dodała, unosząc jedną brew.
Samotniczka spojrzała na nią tak, jakby mistrzyni zadała jej najbardziej absurdalne pytanie na świecie.
— Jak już mówiłam, byłam w tym miejscu dwa razy. Jedne z drzwi prowadzących do środka są uszkodzone, co pozwalało nam dostać się do budynku bez obawy, że zatrzasną się za nami i nie będziemy w stanie ich otworzyć — zaczęła wyjaśniać, lecz zielonooka niewiele z tego rozumiała.
— Drzwi? — spytała zakłopotana. — Co to niby jest, Sroko? Pamiętaj, że nie wychowaliśmy się w Betonowym Mieście, a te wszystkie określenia na rzeczy należące do Dwunożnych są nam obce — zauważyła, marszcząc brwi.
— Zaraz się dowiecie — stwierdziła czarno-biała, spoglądając na resztę patrolu. — Chodźcie — rzuciła po chwili i ruszyła wzdłuż ściany budynku, a Wilczaki podążyły za nią. Uważnie przyglądała się mijanym wejściom, najwyraźniej szukając tego, o którym przed chwilą wspominała.
Czy to te prostokąty nazywano drzwiami? Na ścianach było ich kilka. Niektóre były białe, inne nawet niebieskie! Żadne z nich nie miały jednak widocznych uszkodzeń. Przynajmniej tak wydawało się Kocimiętkowemu Wirowi, dopóki jej uwagi nie przykuła ciemna plama na jednym z nich. Najpewniej właśnie tam znajdowało się przejście, o którym mówiła Sroka.
Samotniczka od razu przyspieszyła, zmierzając w stronę uszkodzonych drzwi, lecz wtem mistrzyni złapała ją za ogon. Nie chciała podnosić głosu, obawiając się, że wewnątrz mogą znajdować się strażnicy. Musiała jednak zatrzymać Srokę, zanim ta wpakowałaby ich wszystkich w kłopoty. Najpierw należało omówić plan odbicia Tropiącej Łaski.
Żółtooka odwróciła pysk w stronę rudofutrej. Nie wyglądała na zadowoloną, ale trudno było jej się dziwić.
— Byłabyś łaskawa mnie puścić? — miauknęła, z trudem zachowując spokój.
Kocimiętkowy Wir rozluźniła zgryz i wypuściła ogon samotniczki z pyska.
— Nie możemy tam po prostu wejść. Najpierw musimy ustalić jakiś plan — odezwała się stanowczo. — Ilu jest w środku strażników? Gdzie powinniśmy szukać Tropiącej Łaski? Nie możemy przecież błądzić tam w nieskończoność. Im dłużej będziemy przebywać w środku, tym większe ryzyko, że zwrócimy na siebie niechcianą uwagę albo obudzimy pozostałych więźniów. Zakładam, że nie jest tam sama, a ja nie wyobrażam sobie, żebyśmy wszyscy mieli przeciskać się przez tę niewielką dziurę w... drzwiach — kontynuowała.
— Wiem, Kocimiętkowy Wirze. Nie jestem głupia — odrzekła Sroka. — Nie mogę jednak powiedzieć wam, jak dokładnie wygląda to miejsce. Mimo wszystko byłam jedynie zwykłą członkinią podmiejskiego klanu i nie wiem wszystkiego na temat więzienia. Chciałam najpierw rozejrzeć się i przypomnieć sobie jego układ.
Pręgowana zmrużyła ślepia. Nie zamierzała jednak dłużej tracić czasu na dyskusje. W końcu to ona tutaj dowodziła. Wyminęła samotniczkę, nie czekając na jej dalsze wyjaśnienia, i ruszyła w stronę uszkodzonych drzwi. Ostrożnie wsunęła głowę przez powstały otwór i rozejrzała się po wnętrzu budynku. Dostrzegła jedynie ciemny korytarz, od którego odchodziło kilka bocznych przejść. Nie zamierzała jednak zapuszczać się dalej bez reszty patrolu. Kto wie, co mogło na nią czekać w środku?
Wycofała się i wróciła do pozostałych.
— Ilu może być tam samotników? Tak na oko? — zapytała, na co Sroka zmrużyła ślepia.
— Nie wiem. To więzienie jest mniejsze, więc zakładam, że na tym piętrze może czterech, pięciu, sześciu... — przyznała niepewnie.
Zielonooka skinęła głową.
— W takim razie chyba nie będą dla nas problemem? — zaczęła, tym razem nie siląc się już na szept. Zamiast tego celowo podniosła głos. Wszyscy spojrzeli na nią ze zdziwieniem. — Pokonaliśmy już dwóch, a nie ma na nas nawet zadrapania! No, prawie, ale powiedzmy sobie szczerze: tutejsi samotnicy i tak są potwornie słabi — zakpiła, uśmiechając się zadziornie.
— Co ty wyprawiasz? — syknęła cicho Sroka, nerwowo strzepując ogonem. — Zaraz ktoś cię usłyszy! — dodała zdenerwowanym głosem.
— No i co z tego, Sroko? — odparła Kocimiętkowy Wir, wciąż mówiąc głośno. — Skoro są tacy silni, niech przyjdą się z nami zmierzyć!
Samotniczka zwęziła źrenice, a futro na jej karku zjeżyło się. Otworzyła pysk, by odpowiedzieć, lecz w tej samej chwili do uszu Wilczaków dotarł odgłos kroków. Wszyscy zamarli. Nagle w otworze w drzwiach pojawił się pysk samotnika. Kot natychmiast obnażył zęby i syknął na nieproszonych gości.
— Kim wy jesteście?! Czego tu chcecie?! — warknął, po czym wyszedł z budynku, stanąwszy pyskiem w pysk z Kocimiętkowym Wirem. Zaraz za nim z otworu wyłoniła się jeszcze czwórka równie rozwścieczonych kotów. Ustawiły się obok siebie, mierząc patrol nienawistnymi spojrzeniami.
— Przyszliśmy odzyskać to, co nasze — odpowiedziała rudofutra, marszcząc brwi.
Wtem samotnik niespodziewanie wysunął pazury i zamachnął się łapą, celując w pysk mistrzyni. Ta nie zdążyła uskoczyć, przez co łapa obcego uderzyła w jej policzek.
Zielonooka parsknęła gniewnie, napięła mięśnie i rzuciła się na napastnika. Oboje zaczęli szamotać się na ziemi, a już chwilę później do uszu Kocimiętkowego Wiru dotarły warknięcia pozostałych samotników. Rzucili się oni na Wilczaki, rozpoczynając walkę.
W końcu rudofutra zdołała odepchnąć od siebie przeciwnika. Korzystając z chwili, w której ten był jeszcze oszołomiony, rzuciła się w stronę uszkodzonych drzwi. Nim jednak zdążyła przecisnąć się przez otwór, poczuła, jak ktoś chwyta zębami jej tylną łapę. Odwróciła się, cała zjeżona i nabuzowana, i dostrzegła Srokę rzucającą się na napastnika. Dzięki jej pomocy pręgowanej udało się uwolnić łapę i dostać do środka budynku.
Pobiegła korytarzem, aż dotarła do pierwszej odnogi. Było ich kilka, a Kocimiętkowy Wir obawiała się, że nie starczy jej czasu, by przeszukać je wszystkie. Mimo to szybko skręciła w jedną z nich, poruszając się sprawnie, ale bezszelestnie. Nie chciała przecież obudzić więźniów.
W ten sposób przeszukała już dwie odnogi, lecz bezskutecznie. Dopiero w trzeciej, gdy zajrzała do pomieszczenia pełnego śpiących, wychudzonych kotów, jej uwagę przykuło czekoladowe, szylkretowe futro. To bez wątpienia musiała być Tropiąca Łaska. Podeszła bliżej wojowniczki. Obok niej znajdowały się jeszcze dwa koty: starsza kocica i zapewne jej dziecko. Oboje wyglądali na słabych i schorowanych. Na ten widok serce Kocimiętkowego Wiru ścisnęło się z żalu.
Nie. Przyszła tu tylko po Tropiącą Łaskę. Nie obchodziło jej, kim była ta dwójka samotników ani dlaczego znaleźli się w więzieniu. Ale… ten kociak… Nie mógł przecież być niczemu winien, prawda? Zielonooka przełknęła ślinę i podeszła bliżej. Pochyliła się nad młodym i jego matką. Gdy westchnęła, ich futra zakołysały się nieznacznie.
Nagle samotniczka otworzyła oczy, a całe jej ciało momentalnie się spięło. Najpierw odszukała wzrokiem kocurka, po czym owinęła go ciaśniej ogonem, jakby chciała osłonić go przed jakimś zagrożeniem. Dopiero wtedy spojrzała na Kocimiętkowy Wir. W jej oczach malował się ból i strach. Przez kilka chwil uważnie przyglądała się pyskowi mistrzyni, jakby próbowała rozstrzygnąć, czy może jej zaufać.
— Ty… ty do nich nie należysz? — zapytała słabym, zachrypniętym głosem. — Nie masz na sobie tej… blizny.
Pręgowana skinęła głową, czując, jak serce podchodzi jej do gardła.
— Przyszłam tu, żeby uratować moją… znajomą — odrzekła, przenosząc wzrok na Tropiącą Łaskę.
Wciąż wpatrywała się w szylkretkę, gdy nagle poczuła, jak samotniczka kładzie łapę na jej własnej.
— Proszę, błagam… Zabierz ze sobą mojego synka… — wyrzuciła z siebie desperacko, nie tracąc ani chwili. — On… nie przeżyje tu dłużej! Proszę, proszę… Zabierz go ze sobą. Zasługuje na lepsze życie… — łkała, a w jej głosie pobrzmiewała rozpacz, której Kocimiętka nie mogła zignorować.
W międzyczasie kociak zdążył się obudzić i teraz obserwował całą scenę z konsternacją wymalowaną na pysku. Najwyraźniej nie rozumiał, dlaczego matka tak bardzo błaga obcą kotkę.
— Nie! — zaprotestował nagle, otwierając szerzej ślepia. — Nigdzie nie idę, mamo! Nie mogę cię tu zostawić! — Zaczął się wyrywać, lecz jego matka nie zwracała już na niego uwagi. Cały czas wpatrywała się w Kocimiętkowy Wir błagalnym wzrokiem.
— Ja… — zaczęła zielonooka. Zawahała się na moment, czując ciężar tej decyzji. Nie znała ani samotniczki, ani jej syna, i przecież przyszła tu w zupełnie innym celu. Mimo to nie potrafiła spojrzeć w oczy zrozpaczonej matce i odmówić. — Zabiorę go ze sobą — postanowiła w przypływie chwili, wiedząc, że inaczej gryzłoby ją poczucie winy.
— Dziękuję! Dziękuję ci, wybawicielko! Ja i Moroz jesteśmy ci dozgonnie wdzięczni! — wymamrotała samotniczka.
Kocimiętkowy Wir słyszała, jak wiele wysiłku kosztowało ją wypowiedzenie tych słów. Każde z nich zdawało się wymagać od niej ogromnego trudu, a mimo to nieznajoma nie przestawała wyrażać wdzięczności. Widok ten ścisnął serce mistrzyni. Nie wiedziała, co powiedzieć.
Następnie nieznajoma zwróciła się do synka.
— O mnie się nie martw, Morozku… Jakoś sobie tutaj poradzę — zapewniła go.
Mistrzyni nie miała jednak czasu, by dłużej zajmować się samotniczką. Odwróciła się od niej i przeniosła wzrok na czekoladową. Zaczęła trącać ją łapą, próbując ją obudzić.
— Tropiąca Łasko! Obudź się! — szepnęła jej do ucha, nie przestając potrząsać jej barkiem. — Wynosimy się stąd — oznajmiła, choć w środku coraz bardziej narastał w niej niepokój. Tamta samotniczka narobiła już zbyt dużo hałasu. Musiały się spieszyć. Jeśli szylkretka zaraz się nie ocknie, Kocimiętkowy Wir była gotowa nawet ją ugryźć, byle tylko wyrwać ją z tego snu.

* * *

Mistrzyni szła tuż za Tropiącą Łaską, mając srebrzystego kociaka u boku. Obie kotki zmierzały już ku wyjściu, choć Kocimiętkowy Wir mogłaby przysiąc, że gdzieś niedaleko słyszała kroki innych kotów, a także ich nikłe głosy. Czy ze zmęczenia dostawała już do głowy? Gdy znalazły się w głównym korytarzu, a od wyjścia dzieliło je tylko kilka lisich ogonów, Kocimiętkowy Wir zdecydowała się spojrzeć za siebie. Momentalnie jednak zdała sobie sprawę z tego, że wolałaby tego nie robić — okazało się, że kolejni strażnicy musieli zostać zaalarmowani hałasem z zewnątrz lub nawet samą rozmową między dwiema kotkami i zaczęli biec w stronę uciekającej trójki.
Zielonooka przyspieszyła, doganiając Tropiącą Łaskę, która już przeciskała się przez wyjście. Modliła się tylko w duchu, by nikomu z Wilczaków nie stało się nic poważnego podczas walki. Musieli teraz uciekać. Czy gdyby ktoś nie był w stanie biec, zostałby tu pozostawiony na pastwę losu? Na Mrocznych Przodków. Nie przemyślała tego!
Nim jednak zdążyła się tym zestresować, udało jej się pchnąć Moroza ku wyjściu i samej się wydostać. Stanęła tyłem do drzwi, szybko rozglądając się po swoich pobratymcach, by upewnić się, że każdy z nich żyje. Wypuściła powietrze z płuc, czując, jak kamień spada jej z serca. Wszyscy byli zdrowi. Kroki i głosy za nią były jednak coraz głośniejsze. Kocimiętkowy Wir nie zważała na to, że jej pobratymcy byli wyraźnie zdziwieni obecnością kolejnego gościa.
— Szybko! Musimy stąd uciekać! — wrzasnęła, czując, jak sierść jeży jej się na grzbiecie z nerwów.
Wilczaki prędko rzuciły się przed siebie, pozostawiając martwe ciała samotników przed budynkiem więzienia. Rudofutra zaczekała, aż wszyscy zaczną biec, i dopiero wtedy ruszyła ich śladem, pilnując tyłów. Nie zdawała sobie jednak sprawy z tego, że wyruszyła zbyt późno i już po chwili poczuła, jak ktoś rzuca się na nią od tyłu, wskakując na jej grzbiet. Mistrzyni ugięła się pod naporem ciężaru, odruchowo wydając z siebie stęknięcie. Wilczaki zniknęły już za rogiem ulicy, a ona poczuła, jak adrenalina rozlewa się po jej ciele. Zaczęła się wierzgać, w końcu strącając samotnika ze swoich pleców. Kot przeturlał się po ziemi, lecz nim zielonooka zdążyła jakkolwiek kontynuować z nim walkę, dopadł ją kolejny strażnik. Przekoziołkowała wraz z nim przez kilka długości lisich ogonów, splatając się z nim w uścisku.
Przez głowę przemknęła jej myśl, że to już jej koniec. Została tu sama, przeciwko dwóm kotom. W miejscu, w którym się urodziła, a które mimo to było jej zupełnie obce. W pewnym momencie została przygwożdżona przez przeciwnika do podłoża. Już miała kopnąć go tylnymi łapami w brzuch, gdy nagle spostrzegła, jak ktoś podbiega do niej z boku — i nie był to kolejny strażnik. Zamiast tego kocia sylwetka rzuciła się na strażnika, który przyszpilał mistrzynię do ziemi. Zielonooka, gdy tylko poczuła, że ciężar z niej zszedł, podniosła się na wszystkie łapy. Kotką, która ją uratowała, była Sroka.
Przez chwilę stała zdziwiona. Nie spodziewała się tego, że samotniczka po nią przyjdzie.
— Na co czekasz?! Uciekaj! — krzyknęła żółtooka, gdy udało jej się odrzucić od siebie strażnika.
Kocimiętkowy Wir szybko otrząsnęła się ze zdziwienia i zaczęła czym prędzej biec u boku Sroki.

* * *

Kocimiętkowy Wir czuła się trochę źle, maszerując obok swoich pokiereszowanych przez samotników pobratymców. W końcu to ona wymyśliła ten plan. To ona zaczęła hałasować, by przyciągnąć uwagę strażników. To ona skazała Wilczaków na walkę, a co za tym idzie — również na rany, które odnieśli. Sama natomiast nie miała na sobie ani jednego draśnięcia. Nie miała na skórze żadnej rany, która mogłaby ją szczypać. Odczuwała jedynie pieczenie w łapach związane ze zmęczeniem — jednak czy nie każdy członek tej grupy czuł się teraz tak samo? Musieli uciekać co sił przed samotnikami z podmiejskiego klanu, a teraz również wracać polanami z Betonowego Świata do Klanu Wilka.
Kocimiętka musiała przyznać, że droga do miasta zajęła im mniej czasu, lecz wcale jej to nie dziwiło. Teraz zatrzymywali się znacznie częściej i na dłużej, by ponownie wylizać swoje rany, a także dać łapom odpocząć. Nie dało się jednak zignorować faktu, że im wyżej wschodziło słońce i im więcej czasu mijało, tym bardziej podirytowani wydawali się jej pobratymcy. Mistrzyni słyszała, jak raz po raz każdemu z nich burczało w brzuchu. Sama również była głodna, a do tego spragniona. Nie mogła się doczekać, aż wreszcie wróci do azylu, coś przekąsi, a potem położy się na swoim posłaniu i prześpi aż do następnego ranka. Jeszcze kilka księżyców temu pomyślałaby o tym, by ułożyć się przy Ognikowej Słocie i nacieszyć jej obecnością, lecz teraz wolała samotność. Wciąż w głębi serca kochała partnerkę, ale ich relacja nie była już tak intensywna i szczera jak niegdyś.
Zielonooka pokręciła głową, nie chcąc zadręczać się tymi myślami podczas podróży. Musiała skupić się na tym, by zaraz nie paść z wyczerpania, a nie na rozmyślaniach o swojej skomplikowanej relacji z szylkretową mistrzynią. Nawet jeśli miała teraz na to czas i ochotę, a wcześniej starała się raczej unikać tego tematu.
Kocimiętkowy Wir zastanawiała się, czy powinna zapytać resztę, czy wszystko w porządku. Domyślała się jednak, że ich reakcje mogą być różne. W końcu gołym okiem było widać, że wszyscy byli raczej zmęczeni i na skraju wyczerpania. Zapewne nie będzie im się nawet chciało odpowiadać, dlatego mistrzyni zdecydowała się trzymać język za zębami. Bała się, że jeśli zaczęłaby teraz rozmawiać i zgrywać nieco żywszą od reszty, w końcu wygarnęliby jej, że posłała ich na morderczą walkę z samotnikami, a sama uniknęła bitwy. Nie licząc, rzecz jasna, krótkiego starcia z dwójką strażników, które szybko zostało przerwane przez Srokę.
Po kilku kolejnych godzinach marszu i przerwach, a także po przebyciu Drogi Grzmotu, przed Wilczakami zaczęła rysować się znajoma rzeka. Serce Kocimiętki zabiło szybciej, a ona sama rozwarła wyschnięty pysk, już nie mogąc się doczekać, by zanurzyć go w chłodnej wodzie. Rozejrzała się po swoich pobratymcach, a w jej oczach zalśniły iskierki ekscytacji.
— Nareszcie! — zaczęła pewnym głosem. — Już zaraz dotrzemy do obozu — dodała, na co reszta Wilczaków również nieco się rozpogodziła. Choć tylko na chwilę. Potem znów wszystkich przygniotło zmęczenie. Przynajmniej teraz byli zdeterminowani, by dotrzeć do rzeki.
Kocimiętkowy Wir mogłaby przysiąc, że udało im się nawet przyspieszyć tempo. Od Drogi Grzmotu do rzeki nie zrobili już ani jednej przerwy i zatrzymali się dopiero przed kamieniami, po których mieli przeskoczyć na tereny Klanu Wilka. Wówczas cały patrol, bez wyjątku, ustawił się wzdłuż brzegu i zaczął chłeptać wodę. Rudofutra przez chwilę była przekonana, że ten moment był najlepszym w jej życiu. Zimna, orzeźwiająca woda wypełniła jej pysk, skutecznie uwalniając ją od uczucia, jakby miała w nim pustynię.
Wszystko, co dobre, szybko się jednak kończy. W końcu mistrzyni przestała pić i odsunęła się od brzegu.
— Ruszajmy dalej. W końcu zostało nam jeszcze napełnienie brzuchów — mruknęła, po czym oblizała mordkę, z której skapywały krople wody.
Jej pobratymcy w końcu również odsunęli się od rzeki i zaczęli po kolei przeskakiwać po kamieniach, by przedostać się na drugi brzeg. Kocimiętka przekroczyła ją jako ostatnia i przez moment miała wrażenie, że nie zdoła utrzymać równowagi i wpadnie prosto w toń rzeki. Jej zmęczone łapy niemal się pod nią uginały, lecz ostatecznie mistrzyni udało się bezpiecznie dotrzeć na terytorium, do którego należała. Nienawidziła go. Nie cierpiała Klanu Wilka. Lecz w tym momencie jedyne, czego pragnęła, to właśnie bezpiecznego azylu, w którym jedzenia na stosie było pod dostatkiem.
Ostatnia prosta. Wilczaki dotarły do obozu bez problemu, mając drogę do niego wyrytą w pamięci. Kocimiętka zakładała, że byliby w stanie dotrzeć tam nawet na oślep, gdyby zaszła taka potrzeba! Jednak wtedy nie mogliby dostrzec reakcji kotów na ich powrót — a te były doprawdy różne. Przed wejściem do azylu mistrzyni wysunęła się naprzód grupy, by móc przyjrzeć się pyszczkom swoich pobratymców. Niektóre rozjaśniły się z ekscytacji, na innych pojawiła się ulga. Na niektórych dostrzec można było również zdziwienie, zapewne wtedy, gdy ich wzrok spoczął na nowym kocie — Morozie. Kocimiętkowy Wir przystanęła na środku obozu, a za nią ustawiła się reszta grupy. Przez moment napawała się reakcjami innych, a także widokiem znajomego azylu, aż w końcu ujrzała przed sobą Zalotną Gwiazdę, która zdążyła już wyjść ze swojej nory.
— Zapraszam, Kocimiętkowy Wirze — mruknęła, po czym odwróciła się i ruszyła w stronę swojego legowiska.
Mistrzyni najpierw podeszła jeszcze do stosu i zabrała z niego dosyć sporego królika, po czym wraz z nim zanurzyła się w półmroku jamy. Nie sądziła, by wypadało jeść w obecności liderki, lecz wiedziała, że inaczej nie będzie w stanie zdać jej raportu z misji — bo właśnie tego oczekiwała przywódczyni.
— Więc, Kocimiętkowy Wirze, opowiadaj śmiało. Jak zachowywali się członkowie patrolu? Jak zachowywała się Sroka? I przede wszystkim, dostrzegłam wśród was jakiegoś obcego kota. Kim on jest? Nie ma tej blizny co inni członkowie podmiejskiego klanu, więc skąd się wziął wśród was? — zaczęła zadawać pytania, podczas gdy mistrzyni zatopiła zęby w piszczce.
Wzięła pierwszy, soczysty i niezwykle smaczny kęs. Mięso uszaka wręcz rozpływało się w jej pysku, dając zielonookiej wrażenie, jakby to sami Przodkowie łaskotali ją po języku. Coś pięknego. Szybko jednak zmusiła się do przerwania tej chwili przyjemności i przełknęła kawałek mięsa, by skupić się na rozmowie z Zalotną Gwiazdą.
— Członkowie patrolu? Raczej zwyczajnie. Zaciekle walczyli ze strażnikami, podczas gdy ja szukałam Tropiącej Łaski w budynku więzienia. Co do tego kota, to nazywa się Moroz i również znalazłam go właśnie tam. Był razem ze swoją umierającą matką w tym samym pomieszczeniu co Tropiąca Łaska. Jego matka się obudziła i zaczęła mnie błagać, żebym zabrała go ze sobą i dała mu lepsze życie. Ja… — urwała na moment, by przełknąć ślinę i wbić spojrzenie w królika. — Cóż, nie mogłam tak po prostu zostawić tam tego kota. Na pewno przyda nam się jeszcze więcej członków, prawda? Wilczaków nigdy nie będzie za wiele — rzuciła żartem, chcąc ukryć swoje zaniepokojenie tym, czy Zalotna Gwiazda będzie zadowolona z nowego gościa.
— Mhm… Cóż, skoro już go tu przywlokłaś, to głupio byłoby kazać mu wracać taki kawał do Betonowego Miasta, czyż nie? — odezwała się szylkretka, uśmiechając się lekko do Kocimiętki, która zadarła brodę i nawiązała kontakt wzrokowy z liderką. — Mianuję go jeszcze dzisiaj, jak tylko skończymy rozmawiać, a więc opowiadaj dalej. Co ze Sroką? — dopytywała.
Zielonooka zastanawiała się nad tym, co powinna odpowiedzieć. Czy powinna wspomnieć o tym, że Sroka zauważyła nacięcia na uszach dużej liczby kotów? Nie. Przecież czarno-biała kotka uratowała jej życie. Nie mogła jej tak wkopać przed liderką.
— Sroka? Zachowywała się jak prawdziwy, rodowity Wilczak — przyznała w końcu, odwzajemniając uśmiech szylkretki. — I nawet nie żartuję! Doprowadziła nas do budynku więzienia bez żadnych oporów, a potem ramię w ramię walczyła u boku Wilczaków przeciwko swoim dawnym pobratymcom. W dodatku muszę przyznać, że uratowała mi życie. Gdy zaczęliśmy uciekać, dopadła mnie dwójka samotników. Myślałam, że to mój koniec — przyznała, trochę zawstydzona. — Jednak Sroka musiała zauważyć moją nieobecność i postanowiła się cofnąć, by mi pomóc — kontynuowała.
Zalotna Gwiazda skinęła głową, a w jej oczach pojawiło się coś na kształt radości i zadowolenia. Może nawet dumy. Tylko co wywołało w niej takie emocje? Czy tak bardzo cieszyła się z tego, że zakładniczka zaaklimatyzowała się wśród Wilczaków?
— To teraz opowiedz mi o całym przebiegu tej wyprawy, od momentu, gdy wyszliście z obozu, aż do waszego powrotu — zażądała.
Kocimiętkowy Wir skinęła głową, lecz nim zaczęła opowiadać, wzięła jeszcze kilka kęsów królika. Następnie przystąpiła do streszczenia całej misji.
Trwało to dosyć długo, lecz ostatecznie udało jej się dokończyć sprawozdanie. Wtedy też wraz z Zalotną Gwiazdą opuściła legowisko przywódczyni. Szylkretka od razu wdrapała się na mównicę, a Kocimiętkowy Wir ustawiła się przed nią, przygotowując się na to, że zaraz z każdej strony otoczy ją tłum kotów.
— Niech wszyscy członkowie Klanu Wilka zbiorą się pod mównicą! — oznajmiła liderka.
Gdy koty opuściły swoje legowiska niczym mrówki wychodzące z kopca, Zalotna Gwiazda zaczęła przesuwać wzrokiem po zgromadzonych pyskach.
— Zebraliśmy się tu przede wszystkim, by pogratulować wybawcom Tropiącej Łaski! — zaczęła, uśmiechając się do zgromadzonych Wilczaków. — Ta szanowana wśród nas wojowniczka nie miałaby dziś okazji zasnąć wśród znajomych pysków, gdyby nie szóstka odważnych i silnych kotów. Kocimiętkowy Wir, Rozbity Księżyc, Wilczy Skowyt, Cętkowany Tęgosz, Skowronkowa Rozkosz, a także nasza zakładniczka — Sroka — zasługują dziś na szczególną pochwałę. Każdy z nich udowodnił, że w razie zagrożenia my, jako Wilczacy, jesteśmy w stanie połączyć siły i przezwyciężyć każdą przeszkodę! — kontynuowała, wypinając dumnie pierś. — Doszły mnie również słuchy, że Sroka, choć dołączyła do nas dopiero niedawno, już ma zadatki na przykładnego Wilczaka. W nagrodę za doprowadzenie patrolu do celu i pomoc w odbiciu Tropiącej Łaski zdecydowałam się podjąć pewien krok. Sroko, wystąp!
Mistrzyni nie była zdziwiona postępowaniem liderki. Wiedziała, że kotka będzie chciała jakoś wynagrodzić więźniarkę.
Gdy żółtooka przedostała się przez tłum i stanęła przed mównicą, szylkretka kontynuowała:
— Nie będę trzymać cię w ciasnym legowisku więźniów, Sroko. Widzę w tobie ogromny potencjał na to, byś została jedną z najszlachetniejszych wojowniczek w Klanie Wilka. Wiem, że pod okiem odpowiedniego mentora nauczysz się każdego skrawka terenu na pamięć, a także wspinać się na drzewa czy nawigować w tunelach. Jestem pewna, że to Ognikowa Słota będzie dla ciebie odpowiednią mentorką i przekaże ci całą potrzebną wiedzę — wygłosiła, patrząc na młodszą kotkę z niemal matczyną dumą. — Sroko, od dzisiaj będziesz zwała się Sroczym Cieniem. Przysługują ci te same prawa co reszcie uczniów, lecz wiedz, że twoim nowym mianem pragnę uhonorować twoje zasługi dla Klanu Wilka. Mam nadzieję, że w przyszłości pokażesz mi, że postąpiłam słusznie i nie okryjesz swojego wojowniczego imienia hańbą — dokończyła, po czym pozwoliła Ognikowej Słocie zetknąć się nosem ze Sroką.
Kocimiętkowy Wir czuła się teraz zmieszana całą tą sytuacją. Dlaczego Zalotna Gwiazda tak bardzo lubiła czarno-białą kotkę? Czy aby na pewno były dla siebie nieznajomymi? Dlaczego ta zwykle chłodna i poważna liderka zachowywała się przy Sroce, jakby była jej matką?
— Jest jeszcze jeden kot, który dziś wstąpi w szeregi uczniów. Morozie, wystąp — poleciła.
Srebrzysty kocurek wysunął się z tłumu.
— Od dziś, aż do otrzymania imienia wojownika, będziesz się nazywać Soplową Łapą. Twoją mentorką będzie Biały Barszcz. Mam nadzieję, że przekaże ci całą swoją wiedzę — mówiła dalej. — Może i nie przeżyłeś nocy w lesie, lecz wierzę, że twoja podróż z Betonowego Miasta aż do azylu Klanu Wilka jest świadectwem twojej wytrzymałości — dodała jeszcze, po czym zwróciła się do biało-liliowej wojowniczki:
— Biały Barszczu, jesteś gotowa do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałaś od swojego mentora, Sowiego Zmierzchu, doskonałe szkolenie i pokazałaś swoją siłę oraz zaciekłość. Będziesz mentorką Soplowej Łapy i mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzę.
Po jej słowach jasnofutra kotka zetknęła się nosem ze srebrzystym kocurkiem, a chwilę później rozległy się okrzyki:
— Sroczy Cień! Soplowa Łapa! Sroczy Cień! Soplowa Łapa!
Po zakończonej ceremonii Kocimiętkowy Wir zagoniła wszystkich uczestników wyprawy do medyków. W lecznicy szybko zrobiło się tłoczno, a Chudy Grzbiet zaczął krzyczeć na koty, by ustawiły się w kolejce. Rudofutra skończyła więc wraz z czekoladową szylkretką na jej końcu, podczas gdy medycy opatrywali Cętkowanego Tęgosza i Rozbitego Księżyca. Zielonooka nie mogła ukryć, że w obecności Tropiącej Łaski jej mięśnie wbrew jej woli się spinały, a futro stawało dęba.
Morderczyni.
Czuła niesmak na podniebieniu, gdy wpatrywała się w łapy czekoladowej. Nie mogła uwierzyć, że śmiała nimi tknąć Dyniową Skórkę. Nie potrafiła sobie nawet tego wyobrazić.
— No, Tropiąca Łasko, to może opowiesz mi, jak minął ci pobyt w Betonowym Świecie? — postanowiła zagadnąć szylkretkę, licząc na to, że podczas rozmowy uda jej się choć trochę jej dogryźć.

<Tropiąca Łasko?>