BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 22 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

14 marca 2026

Od Źródlanej Łuny CD. Mirtowego Lśnienia

Dawno temu…

Od momentu, w którym Blask postawił łapę w żłobku, obserwowała go uważnie. W jej głowie nadal wybrzmiewały słowa, którymi uraczył ją podczas swojej ostatniej wizyty… Chociaż wiedziała, że tak naprawdę, to źle dla niej nie chce. Chyba.
— Jak myślisz… Czy Pikująca Jaskółka to dobre następstwo?
Uniosła brwi. No, tego się nie spodziewała. Zerknęła kątem oka na śpiącą w kącie Jastrzębi Zew.
— Jest zbyt pewna siebie — miauknęła po paru uderzeniach serca. — A gdy coś nie pójdzie po jej myśli, to zachowuje się, jakby miała gałąź tam, gdzie promienie słońca nie sięgają.
Blask spojrzał na nią beznamiętnie.
— Czyli?
— Myślę, że moje słowa mówią same za siebie.
Brak reakcji. Z westchnieniem położyła pysk na łapy.
— Czyli, nie przepadam za nią — kontynuowała. — Nie widzę jej w roli dobrej przywódczyni. Jak dojdzie do władzy… To ten klan jeszcze bardziej zejdzie na psy. Nie popieram wyboru ojca, ale kim ja w tym momencie jestem, żeby mówić mu, co zrobił źle — uśmiechnęła się sztucznie.

Parę dni przed mianowaniem Strzępka i Szronki na wojowników…

Wpatrywała się w oddalające się wzdłuż ścieżki sylwetki jej dzieci wraz z ich mentorami. Promienie słońca przedzierały się przez nurt wodospadu i malowały jasne wzory na skalnej podłodze.
W kąciku oka błysnął jej skrawek rudego futra. Jej uwaga padła na Mirtowe Lśnienie, który ze zmarszczonymi brwiami przyglądał się rozdzielającej patrole Pikującej Jaskółce. Bez słowa podeszła do brata od boku, również spoglądając na zastępczynią w ciszy.
Po paru chwilach milczenia doszła do wniosku, że albo czekał, aż sama się odezwie, albo wprost nie chciał z nią rozmawiać.
— Rozumiem, że ty też nie darzysz jej żadnym pozytywnym uczuciem— mruknęła. Zwrócona do niego stroną z pustym oczodołem nie zdołała dojrzeć, czy słowa wywołały na jego pysku jakąkolwiek reakcję. — Masz zamiar jedynie ględzić nad tym, że jest prawą łapą ojca… Czy wziąć sprawę we własne łapy?
Nie była nawet pewna tego, co miała przez to na myśli. Ale Blask nie wydawał się typem kota, który stał by bezradnie i ględził nad własnym losem.


<Blasku?>

Od Mistral Do Lisa

Mistral musiała przyznać, że zwyczaje panujące w Owocowym Lesie są co najmniej dziwne. Pomimo przebywania w tejże społeczności jakiś dwóch księżyców, to nadal nie rozumiała tego całego systemu uczeń, zwiadowca, wojownik, stróż. Tramontana czasem opowiadała o kotach żyjących w lesie, którzy nie byli samotnikami, co niebieskooka lubiła wysłuchiwać — opowieści o głupich klanowcach, które jedynie, co robią, to wywołują wojny i konflikty między sobą. Stąd też wyrobiona już opinia Mistral na temat Owocniaków i całej reszty.
Czemu kocięta mające raptem parę księżyców muszą już wiedzieć, co chcą robić w przyszłości i to, co wybiorą, będzie słuszną decyzją? Biała nieraz próbowała się czegoś dowiedzieć od Fruczaka lub Wiciokrzewu, lecz Ci odpowiadali niemal identycznie.
— Nikt nie wie, czy podjęty wybór będzie słuszny, jednak później zawsze istnieje opcja przemianowania się — wyjaśnił czarny kocur, owijając ogon wokół przednich łap. — Czasem jednak zdarzają się przypadki, kiedy to kocię nie ma wyboru i na przykład zostaje stróżem.
— Na przykład jak ten Lis? — spytała, choć jej głos raczej nie był neutralny, a wręcz przeciwnie. W tej krótkiej wypowiedzi stróż mógł zbyt dobrze usłyszeć, że młódka jest dość mocno negatywnie nastawiona do innych kotów, choć zapewne jeszcze bardziej nie przepadała za tymi pokroju ów ucznia.
— Każdy kot w Owocowym Lesie jest mile widziany oraz potrzebny — zganił ją starszy, na co ta jedynie przewróciła oczami. Przecież nikt oprócz Tramontany nie będzie jej pouczać.
— Ta cała wasza Wszech coś jest zbyt łaskawa — fuknęła, oddalając się w kąt legowiska. Na to starszy jedynie ciężko westchnął, przenosząc swoją uwagę na rudego brata kotki.
Ta po dłuższym czasie spojrzała za siebie, by upewnić się, czy stróż faktycznie jest zajęty, młódka ruszyła się z dotychczasowego miejsca, aby po cichu opuścić bezpieczną kociarnię. Jej planem było udanie się do uzdrowicieli, gdyż ci byli znacznie ciekawsi niż Fruczak i Świergotek w żłobku. Niestety te plany nie uwzględniały obecności Lisa w legowisku uzdrowicieli, a ich samych nie było w zasięgu wzroku kotki.
— Idiota — fuknęła w jego stronę.

<Lisie?>

Od Zszarzałej Łapy (Wzburzonego Kormorana) CD. Oszronionej Łapy (Oszronionego Kła)

— Byliście na plaży do późna? — spytał zaniepokojony. Jednym z dużych minusów osobnych treningów było to, iż kocur przez ten czas nie wiedział, co się dzieje z jego jedyną siostrą. Może i był nieco nadopiekuńczy w tej kwestii, jednakże Szron była dla niego wszystkim, a możliwa strata kotki była czymś, czego nie potrafił sobie wyobrazić.— Potem poszlijmy na patrol poszukiwawczy… znowu. — Drugie słowo dodała ciszej, aby nie usłyszała go Jagnięcy Ukłon. — Myszleliszmy, że mamy jakisz trop, ale to znowu tylko te paszkudne mewy. Panoszą szie tutaj tak, że już niemal pachną, jak koty.
— Prawda... W końcu będzie trzeba coś z tym zrobić... — przyznał, zastanawiając się, kiedy kolejny kot ucierpi z powodu tego ptactwa.
— A ty? Co robiłesz dzisziaj i wczoraj? — spytała, aby po chwili wziąć kęs wróbla, który w większości został już pozbawiony brązowego upierzenia.
— Raczej nic szczególnego… Chociaż Bukowa Korona katuje mnie ostatnio treningami ze wspinaczki, jakby chcąc mnie pogrążyć jeszcze bardziej lub… Może pomóc z moim lękiem wysokości? — Pozwoli sobie na insynuacje, co mogło kierować wojownikiem, że ten w ostatnich dniach tak mocno kładł nacisk na coś, co dotychczas niemal przerastało pointa. — Poza tym natknęliśmy się ostatnio na Dwunożnych na plaży! Jeden omal mnie nie porwał — przyznał Strzępek, pilnując się z natężeniem głosu, by nie przeszkadzać medyczce. Srebrna nie chcąc przeszkadzać w rozmowie pomiędzy rodzeństwem, udała się zapewne do składziku, gdzie trzymano wszystkie zapasy medykamentów. Jednakże to nie mogło spowodować, że mimo wszystko ich słowa w jakimś stopniu będą się nieść między skalnymi ścianami legowiska.

«★»

— Jeszcze raz — zarządził czekoladowy, kiedy morskooki wylądował w miejscu, gdzie jeszcze chwilę wcześniej stał wojownik.
— To bez sensu! — fuknął, prostując się. Od rana Bukowa Korona ćwiczył z nim walkę, nie mając w planach podzielić się informacją, kiedy to zakończą.
— To samo powiesz przeciwnikowi na polu walki? “Bez sensu”? Myślisz, że jakiś Wilczak podzieli twoje zdanie, odpuści ci, daruje życie? Nie! Więc rusz ten zapchlony ogon i próbuj do skutku.
Trzeba było przyznać, że srebrny dość w specyficzny sposób motywował swojego ucznia, lecz najważniejsze było, że działa.

«★»

— Ja, Judaszowcowa Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Zszarzała Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Zszarzała Łapo, od tej pory będziesz znany jako Wzburzony Kormoran. Klan Gwiazdy ceni twój intelekt i siłę, oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Klifu.
Starszy powtórzył jeszcze raz całą formułkę, mianując Oszronioną Łapę na wojowniczkę. Dopiero po tym Judaszowcowa Gwiazda zeskoczył z miejsca przemówień i po kolei dotknął pyskiem ich głów, a oni jego barku. Później nastąpiło czuwanie rodzeństwa, podczas którego nie mogli ani słowa zamienić.

<Szron, końcu nadszedł ten dzień>
[451 słów]

Od Przypalonej Łapy CD. Niedźwiedziówkowej Łapy

Słońce powoli wspinało się po niebie, gdy Przypalona Łapa otworzył oczy w legowisku terminatorów. Ptaki ćwierkały w najlepsze, a duchota jak przyszła, tak nie chciała odejść. Ostatnio Szkwalna Łapa wymienił mu posłanie, co było z jednej strony miłe, a z drugiej… nie podobało mu się to. Nie wiedział, czy terminator nie podrzucił mu do łoża ciernistych igieł, czy innych przykrości. Nawet jeśli sprawdzał swoje legowisko już parę razy, to nadal miał jakieś nietypowe wrażenie z tyłu głowy, że niektórzy chcą dla niego jak najgorzej. Odkąd opuścił żłobek, nie musiał przynajmniej codziennie patrzeć na Lilię. Ona wydawała się najmniej zasługiwać na jego zaufanie. Nie sądził też, żeby ją to jakoś szczególnie przejmowało. Chciał myśleć o kotce jak najmniej, w końcu nie przyprawiała go o miłe myśli. Ostatnio także Szafirek doczekała się własnego mianowania, teraz znana była jako Urodziwa Łapa. Niebieska szylkretka wydawała mu się w porządku, nadal pamiętał ich zabawy, podczas których wydawało się, że rozumie, że Kasztanek nie jest w pełni mobilny, jak można byłoby się tego spodziewać u reszty kociąt. Na myśl o niebieskookiej, uśmiechnął się delikatnie, jednak prędko zmył rozpromienienie z pyska, liżąc się po piersi z lekkim poddenerwowaniem. Rozejrzał się prędko, czy nikt nie siedział i się nie wgapiał w niego.
Westchnął z ulgą, zauważywszy, że nikogo już nie było w legowisku. Musieli wyruszyć na treningi. Otworzył oczy szerzej, zorientowawszy się, że on przecież dzisiaj też miał czego się uczyć! Wyskoczył z nory, niemal nie wpadając na jednego z Nocniaków. Wylądował bardzo niezgrabnie, cudem się nie przewracając.
— Przypalona Łapo, wyspany? — zapytał Zmierzchająca Fala, ruchem ogona polecając młodzikowi, żeby wyszedł tuż za nim. Przypalona Łapa zerknął ze zdziwieniem na Urodziwą Łapę, która posłała mu figlarny uśmiech. Prędko odwrócił wzrok, spozierając na swoje łapy. Miał ochotę zapytać mentora, co będą dzisiaj robić, aczkolwiek nie znalazł w sobie wystarczającej odwagi. Szczególnie że tuż za nim kroczyła Kropiatkowa Skórka. Buraska nie wyglądała na niemiłą, jej pyszczek zdobił aksamitny uśmiech, co odrobinę zbiło z tropu brązowookiego. Zupełnie zapomniał o pytaniu, jakie zadał mu kocur. Chociaż skoro się nie przypomniał, to może nie miało to aż tak wielkiego znaczenia.
Postanowił, że nie będzie się tym przejmował, przynajmniej na tyle, na ile pozwalała mu na to jego głowa. Rozejrzał się dookoła – otaczała ich masa wysepek, każda z nich otulona przez wodę. Po paru uderzeniach serca Zmierzchająca Fala wszedł do jednego ze zbiorników, tafla wody wzburzyła się, obijając delikatnie o brzeg. Przypalona Łapa podążył śladem wojownika, najpierw maczając jedną łapę, a potem wchodząc cały. Lekki, przyjemny chłód rozprzestrzenił się po jego ciele, które zdążyło trochę się nagrzać z powodu upalnych promieni słonecznych.
Łapami chwycił się gruntu sztywno, początkowo lekko ślizgając się na zwilżonej trawie. Wdrapał się wreszcie, mając nadzieję, że nikt nie zwrócił uwagi na jego lekki trud. Bursztynooki czekał już na niego, nachylony nad wodą. Przypalona Łapa przekręcił łebek na bok, oglądając się jeszcze przez ramię, chcąc upewnić się, czy Kropiatkowa Skórka wraz z Urodziwą Łapą również nadążają. Obydwie koteczki wynurzyły się z wody dużo szybciej niż on. Poczuł lekkie, nieprzyjemne ukłucie w sercu, po czym wrócił wzrokiem na swojego mentora.
Przysiadł tuż obok niego, również patrząc w taflę.
— Jeśli się dobrze przyjrzysz, to dostrzeżesz ryby. Nauczę cię dzisiaj, jak na nie polować. Spójrz — kocur palcem wskazał na wodę, na której nie odbijał się jego cień. Łaciaty kocur, gdy tylko dostrzegł własne odbicie w cieczy, zwrócił uwagę na coś jeszcze – w oku mignęła mu ciemna plamka. Ryby? — Kluczowym jest, żebyś pilnował swojego cienia. Ryby są niezwykle wrażliwe na tego typu rzeczy, tak samo, jak na wszelkie wzburzenia w wodzie. Niestety spłoszyłeś tą, ale nic się nie martw. Za moment z pewnością przypłynie kolejna. Oczywiście każdy Nocniak posiada swój własny sposób na polowanie na nie, niektórzy nawet rezygnują z nich, ponieważ za nimi nie przepadają… — rozgadał się, nie odrywając ślepi od wody. — Ryby najbardziej lubią trzymać się albo dna, z którym się doskonale zlewają ze względu na swój kolor, albo brzegu, żeby mieć szybki dostęp do tlenu, a także pożywienia w postaci robaków — wojownik nagle zanurzył łapę w wodzie, wyciągając z niej siłą rybę. Istotka zatrzepotała nad wodą, wijąc się niczym wąż. Zmierzchająca Fala chwycił zdobycz zębiskami, podpierając ją przednimi łapami. Przy całym tym chaosie udało mu się nachlapać na każdego po trochu. Przypalona Łapa zmarszczył nos, gdy krople wody zmoczyły mu pysk na nowo. Wlepił wielkie oczka w zdobycz mentora.
Ryba próbowała zeskoczyć z mokrej trawy, na której ją położono, dusząc się z powodu braku dostępu do cieczy. Kocur przytrzymał ją łapą, ruchem ogona polecając swojemu podopiecznemu, żeby spróbował także coś złowić.
Przypalona Łapa zmrużył ślepia, próbując wypatrzeć w lśniącej tafli rybę. Zanurzył łapę, wysuwając pazury. Jego poduszka dotknęła jakiejś śliskiej powierzchni. Momentalnie próbował wyrzucić ją ponad wodę, chcąc zrobić coś identycznego, co jego mentor. Zamiast widowiskowego wyłowienia, wypchnął zdobycz jedynie na trawę, nieopodal tej, należącej do kocura. Jego łup był dużo mniejszy, co łaciaty dostrzegł od razu. Położył po sobie uszy, niepewnie spozierając w miejsce, w którym jeszcze parę uderzeń serca temu był Zmierzchająca Fala. Zamiast niego dojrzał Urodziwą Łapę.
— Gratulacje, Kasztanku! — miauknęła radośnie, z zachwytem wpatrując się w zdobycz. — Ja też bym chciała coś złapać, pokażesz mi, jak to się robi? — zapytała entuzjastycznie, wbijając wzrok w Przypaloną Łapę.
Łaciaty kocur zmieszał się odrobinę, wracając spojrzeniem na własne łapy, aczkolwiek po paru uderzeniach serca pokiwał niepewnie głową.
— M-musisz uważać, żeby nie rzucać cienia na wodę. Bo to płoszy ryby — mruknął, na co terminatorka pokiwała głową z zapałem.
— O tak? — dopytała, odsuwając się odrobinę, jednak nadal siedziała na tyle blisko, żeby móc dosięgnąć wody.
Kocurek pokiwał głową. Urodziwa Łapa zanurzyła łapę w wodzie, po chwili wyciągając z niej rybę. Zwierzyna wylądowała na trawie, ocierając się o jeden z głazów. Ponadto odrobinę dalej, niż dwie poprzednie, na co szylkretka zareagowała cichym chichotem. Przypalona Łapa postawił czujnie uszy, był pełen podziwu, że poszło jej to z taką łatwością, a nawet nie tłumaczył jej za wiele, o ile cokolwiek.

***

Parę dni później

Przypalona Łapa wrócił z treningu wraz ze swoim mentorem. Dzisiejszy dzień był dla niego męczący, głównie ze względu na nielitościwą pogodę. Nie mógł doczekać się, aż promienie słońca przestaną grzać tak mocno. W końcu nie chciał nabawić się jakichś niedogodności, nie chciał sprawiać nikomu kłopotów.
W pewnym momencie w tłumie kotów dopatrzył Niedźwiedziówkową Łapę. Poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku. Odkąd został uczniem, matka wcale z nim nie rozmawiała, a on sam także nie starał się o kontakt. Może warto byłoby z nią porozmawiać? W końcu, jakby nie patrzeć, byli rodziną. Z tego, co słyszał od innych, to… rodzina powinna trzymać się razem. Zastrzygł nerwowo wąsami, próbując zebrać w sobie odwagę. Wreszcie podszedł do niej o chwiejnych łapach.
— Mamo? To znaczy… Niedźwiedziówkowa Łapo? — miauknął niepewnie, spoglądając na rodzicielkę. Kocica odwróciła łeb w jego kierunku ze skonfundowaniem. Ciekawe czy zastanawiała się, czego mógł od niej chcieć?

[1116 słów, umiejętność łowienia ryb]

<Mamo, porozmawiasz ze mną?>

Od Wiciokrzewu CD. Cierń

Cierń patrzyła na niepewnego Wiciokrzewa w obecności dwóch młodych kociaków. Fruczaka aktualnie nie było w żłobku, więc mieli przynajmniej trochę prywatności. Oba kociaki szybko zauważyły obecność dwóch kotek. Podbiegły do nich. Jedno z nich zaczęło polować na ogon srebrnej, a drugie zaczęło trącać łapą jedną z roślin przyklejonych do Cierń. Łysa kotka popatrzyła na dwie puchate kuleczki, a potem na Wiciokrzewa i się uśmiechnęła.
Liliowy dawno nie widział, by pysk wojowniczki rozpromienił się w jego obecności. Zazwyczaj kotka nie była zadowolona z faktu, że musiała przebywać w pobliżu swojego słabego syna, który nie spełniał jej oczekiwań. Czyżby dostała kamieniem w głowę? A może była już u schyłku życia i naszło ją na zmiany?
Wiciokrzew wzdrygnął się na tę myśl. Może i nie zawsze było mu po drodze z matką, jednak mimo wszystko szanował ją i był do niej przywiązany. W końcu to ona go wychowała; przez wiele księżyców była też jego jedyną rodziną i najbliższym kotem. Nie wyobrażał sobie życia bez niej, nawet jeśli mogłoby ono wyjść na lepsze. Bez Cierń nie byłby sobą. Nie miałby wspomnień z Osetkiem, nie przyjaźniłby się z Fruczakiem i nie doczekałby się własnych kociąt.
Z drugiej strony nie musiałby też z początku czuć wstydu przez swoje zainteresowanie ziołami. Nie musiałby zmuszać się do treningów na wojownika ani brać udziału w bitwie z sępem, podczas której stracił jedną z łap. Ale jak to się mówi – coś za coś, czyż nie?
Odwzajemnił uśmiech łysej kocicy, a w jego oczach pojawiła się iskra ciepła. Dobrze, że przynajmniej nie zamierzała traumatyzować Mistral i Świergotka. Może nawet chciała się odkupić za te wszystkie księżyce, przez które skrzywdziła Wiciokrzewa?
Nie był rzecz jasna w stanie wybaczyć jej wszystkiego do końca, lecz wciąż ją kochał. Zresztą nigdy nie przestał, choć ich relacja była bardzo zawiła i niezrozumiała – nawet dla niego. Kotka raz zachowywała się tak, jakby nie chciała mieć z nim do czynienia, lecz wtedy, gdy próbował połknąć trujące jagody, stała się wręcz innym kotem. Czasem zielonooki chciałby wejść do jej głowy, by usłyszeć wszystkie jej myśli i zrozumieć jej czyny – wiedział jednak, że to niemożliwe, a na zapytanie wprost było już za późno. Może powinien po prostu zapomnieć o przeszłości i cieszyć się teraźniejszością?

* * *

Dzień śmierci Cierń

Dzień jak co dzień. Zaczął się bardzo niewinnie, bo od wizyty Sajgonu w lecznicy. Liliowy podał mu zioła na swędzącą infekcję, bo objawy czarnofutrego pasowały właśnie do niej. Nie było to nic nadzwyczajnego – Wiciokrzew w swoim życiu już nieraz miał okazję zmierzyć się z taką chorobą, a także wieloma innymi. Bycie uzdrowicielem naprawdę nieraz wzmacniało psychicznie kota. Liliowy musiał przyznać, że nawet już nie mdlał tak często na widok krwi i nie obrzydzała go ona tak bardzo, jak kiedyś. O ile oczywiście nie pojawiała się w tak ogromnych ilościach, jak wtedy, gdy Tramontana została zabita przez lisa…
Zielonooki wciąż pamiętał jej białe futro splamione szkarłatem i nieobecne, zmrużone ślepia. Nie był z nią co prawda silnie związany, przez co łatwiej było mu się pogodzić z jej śmiercią, ale znacznie bardziej martwił go stan Mistral i Świergotka. Czy kocięta będą w przyszłości pamiętać ten przeklęty dzień? Czy jako uczniowie będą budzić się w środku nocy, zalane zimnym potem, z majaczącym obrazem zakrwawionego ciała przed oczyma? Miał nadzieję, że nie. Kocur sam wiedział, jak to jest być świadkiem śmierci jako młody kot. Wciąż jeszcze pamiętał pochówek Gęgawy i desperackie próby uratowania Padliny, który na jego oczach przepadł w odmętach rwącej rzeki.
Nagle z tych rozmyślań wyrwał go znajomy głos. Wręcz bardzo znajomy.
— Hej, wujku! — przywitała się z nim Całunka, pogodnym krokiem wchodząc do lecznicy. W jej oczach błyszczał jednak ból.
Liliowy od razu zwrócił się w jej stronę, gotów podać jej jakieś zioła, by poczuła się lepiej. Była w końcu jego rodziną, a oprócz tego i pobratymcem, więc musiał się o nią troszczyć.
Czekoladowa przystanęła tuż przed nim, po czym złapała się za głowę i wydała z siebie ciche syknięcie. Tak stała przez chwilę, dopóki chwiejnie nie stanęła znów na równych łapach.
— Boli mnie głowa — oświadczyła, choć dla Wiciokrzewa było to już oczywiste.
Skinął głową i ruszył do składziku, by następnie wyciągnąć z niego pęd maliny. Podszedł z nim do szylkretki i położył przed jej łapami.
— Zje-zjedz. Powinno przejść — polecił.
Uczennica bez wahania chwyciła pęd w zęby i zaczęła go przeżuwać. Liliowy przyglądał się jej przez moment, po czym ponownie zwrócił się w stronę składziku – tym razem, by trochę go uporządkować. Wyciągając z niego zioła, zauważył, że niektóre z nich zmieszały się ze sobą i porozrzucane były po różnych kątach. Nie mógł pozwolić na to, by panował tu taki nieład! Świergot na pewno by się to nie podobało.
A mówiąc o Świergot – to właśnie na jej cześć został nazwany rudo-biały kocurek. Nosił imię Świergotek, choć jeszcze nie wiedział, co ono znaczy. Gdy tylko podrośnie razem z Mistral, opowie im o liliowej szamance. Była na tyle ważnym kotem w jego życiu, że należy jej się pamięć.
Pręgowany nawet nie zauważył, kiedy zaszło już słońce, a w lecznicy zaczęło robić się coraz ciemniej. Teraz skończył już porządki w składziku i od jakiegoś czasu leżał na swoim posłaniu, skupiając się na oddechu, by jego głowa nie zasnuła się nagle licznymi myślami. Było w miarę cicho – dopóki do uszu uzdrowiciela nie zaczęły docierać poddenerwowane szepty i rozgoryczone stęknięcia.
Zaalarmowany podniósł uszy na sztorc i szybko wygrzebał się z lecznicy, przedostając się na polanę, na której nagle zgromadził się niemal cały Owocowy Las. Zacisnął zęby i przedarł się przez tłum kotów stojących w okręgu.
I gdy wyszedł na sam przód, stanął jak wryty.
Tuż przed jego łapami leżało nieruchome ciało. Nie byle jakie, lecz kompletnie pozbawione futra i przyozdobione licznymi roślinami. Tylko jeden kot w Owocowym Lesie był tak wyjątkowy – a tym kotem była jego matka.
Serce momentalnie podeszło mu do gardła, a umysł wypełniła pustka.
Cierń… umarła?
Nie. Nie, nie. Nie mogła umrzeć. Przecież tylko spała, prawda? Na pewno spała. Na pewno zaraz otworzy oczy, ponarzeka na wszystkich, zacznie jojczyć. Tak jak miała w zwyczaju. Tak jak Wiciokrzew doświadczał tego już w przeszłości. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Dlaczego akurat dziś miałaby już nigdy nie otworzyć swoich zielonych oczu?

[*]

Wyleczeni: Całunka, Sajgon

Nowy członek Pustki!


BLASK
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zabicie przez Cienistą Zjawę

Odszedł do Pustki!

Od Cienistej Zjawy

TW: śmierć

Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy Cienista Zjawa wyruszył na żer. Bez pośpiechu przemierzył rzekę, korzystając z kamyków, służących za most łączący brzegi, i pewnym krokiem stanął na terenach niczyich. Zaciągnął się zapachem traw, próbując również pochwycić woń odpowiedniej ofiary, godnej złożenia Wielkim Przodkom. Nie chciał przyprowadzać słabej jednostki, uznając, że tylko silny przeciwnik byłby w stanie zadowolić Mroczne Duchy. Zrezygnował z udania się tropem dwóch kocic z młodymi. Nie dlatego, że chciał im okazać łaskę. Odległość ich odcisków na błocie świadczyła o skrajnym wycieńczeniu całej ich grupy. Z pięciu różnych śladów nagle zrobiły się trzy, co świadczyło o tym, że matki pochwyciły w pewnym momencie dwójkę młodych za karki. Dodatkowy balast spowodował, że ich kroki były bardziej powłóczyste. Na pewno udałoby mu się przekonać kocice, aby się za nim udały, gdyby zaoferował im pomoc oraz schronienie, jednak kocur szczerze wątpił, udałoby im się dotrzeć w jednym kawałku. Liczna, lecz marna zdobycz. W dodatku schorowana, u kresu swoich sił.
"Przodkowie uznaliby, że z nich zakpiłem, gdybym przyprowadził przed oblicze kultystów koty na skraju wycieńczenia."
Poruszył nosem, starając się pochwycić woń innego kota. Przez chwilę węszył, gdy wraz z wiatrem dotarł do niego zapach innego kocura. Młody. Nie pachniał chorobą. Być może to właśnie z nim przyjdzie stanąć Cienistej Zjawie do walki i to go przyprowadzi przed oblicze Matki Kultu.
Wyszedł na teren pokryty krótką trawą i już miał ruszyć tropem samotnika, gdy kątem oka dostrzegł w oddali poruszający się, biały punkt. Zmarszczył brwi, krzywiąc pysk w grymasie na myśl, że nie wyczuł zapachu zmierzającego w jego kierunku kota. A to wszystko wina wiatru, wiejącego w przeciwną stronę. Obcy go wyczuł i zauważył.
Cienista Zjawa strzepnął uchem, zdając sobie sprawę, że ma do czynienia z inwalidą. Kocur z trudem pokonywał kolejne dzielące ich odległości, w dodatku w pewnym momencie przewrócił się. lądując na brzuchu. Nie podniósł się. Cienista Zjawa zbliżył się do starca, który próbował złapać powietrze. Zmierzył go spojrzeniem, czując obrzydzenie do jego białej sierści. Dopiero, gdy biały otworzył oczy i przeniósł wzrok na pysk wilczaka, fala bólu rozlała się po jego głowie. Kocur nieco gwałtowniej niż miał zamiar, odskoczył od białej zjawy.
– W-wybacz. Pewnie cię przestraszyłem – podjął starszy, kaszląc i zdając sobie sprawę, co mogło wywołać taką, a nie inną reakcję młodszego. Położył po sobie uszy. – Mój wygląd nie tylko niepokoi inne koty, ale również Dwunożnych... D-dziękuję, że mnie nie zignorowałeś.
– W twoim stanie nie powinieneś opuszczać swojego legowiska, dziadku – zauważył, zastanawiając się, czy przypadkiem nie ma do czynienia z jakimś członkiem rodziny medyczki Klanu Burzy. W końcu koty o ich typie urody były czymś niespotykanym, nierealnym. Był jeszcze ten jeden, którego oczy były w kolorze krwi. Czy miał do czynienia z jakimś ich dziadkiem lub ojcem? To by wyjaśniało podobieństwo.
– Dokąd zmierzasz? Może mógłbym ci jakoś pomóc? – spytał z udawaną troską.
Jasnota – tak miała kocica, której biały kocur poszukiwał. Jej oraz ich kociąt, trójki, które teraz najprawdopodobniej były już dorosłymi kotami. Kocur poruszył uchem. Trójka... trójka... chyba widział pozostałe dwa, białe dziwadła na zgromadzeniu, których barwa oczu wyróżniała się na tle pozostałych białych kotów.
Podobno Blask przeczesał cały Betonowy Świat, w dodatku dwukrotnie, a nawet zszedł do kanału w poszukiwaniu kocicy. Podobno jakaś pieszczoszka w końcu po jakimś czasie przerwała milczenie i wyjawiła, mu, że podobna kotka z młodymi jakiś czas temu udała się w kierunku terenów niczyich, prosto w dzicz.
– Chyba wiem, gdzie twoja partnerka się udała i znalazła schronienie. Klan Burzy, mówi ci to coś?
– N-nie... – Pokręcił głową, a Cienista Zjawa zdecydował się opowiedzieć kocurowi co nieco o czterech klanach.
Pomógł białemu podnieść się z ziemi, po czym, asekurując go, wspólnie udali się poprzez tereny niczyje w kierunku Klanu Burzy. Podczas ich krótkiego spaceru poprzez polanę, Cień odkrył, gdzie samotnicy mają swoje stałe kryjówki w ziemi. Mógł wrócić z cenną informacją do klanu.
– Twoja ukochana prawdopodobnie zmieniła imię po dołączeniu do klanu – zamruczał, podpierając ogonem starszego. – Ale, jestem pewien, że to ta sama kotka, o której mi opowiadałeś. Są identyczne – zapewniał kocura. – A twoja córka, żebyś wiedział! Doprawdy urodziwa z niej kocica!
Zarówno biały, jak i bury nie dopytywali ani o wygląd kociąt, ani ich imiona czy płeć. Trójka. Trójka kociąt i Jasnota. Być może kocur nie zapamiętał ich imion, a upływ czasu zrobiło swoje. Na wspomnienie córki, kocur uśmiechnął się i wspomniał, że pamięta ją, gdy była małą kruszynką, która ledwo co otworzyła swoje niebieskie (przed wybarwieniem) oczka. Podobno równie chorowitą, jak za młodu siostra Cienia.
Po ciągnącej się w nieskończoność podróży, oba kocury zatrzymały się tuż przed rzeką, którą pozostało im przekroczyć. Nim jednak biały ruszył koślawo na przód, na spotkanie z rodziną, z którą został rozdzielony, Cienista Zjawa skoczył w jego kierunku i przyszpilił go do ziemi. Zdezorientowany albinos wymachiwał kikutem, starając się zranić przeciwnika. Bezskutecznie. Drugą łapą udało mu się wyrządzić szkodę w postaci wbicia pazurów w łapę napastnika.
– Wybacz. Nie pozwolę ci się z nimi w tej chwili spotkać, ale dopilnuję, abyście za niedługo się spotkali... Chcesz, żebym im coś przekazał?
– Gra...
Trzask.
Białe futro na szyi samotnika zabarwiło się czerwienią. Mimo, że kocur był słabą i marną jednostką, kultysta zdecydował się zaciągnąć go przed oblicze pozostałych kotów, kryjących się w mroku. Czy jeśli im wmówi, że w imię Mrocznych Przodków pozbył się ucieleśnienia Klanu Gwiazdy, to inni mu uwierzą? Kupią ta ckliwą historię? Czy śmierć starca mogli użyć jako znaku, omenu wśród kultystów, jakoby Mroczna Puszcza zwyciężyła Klan Gwiazdy i wciąż czuwała nad swoimi wiernymi?

Od Ognikowej Słoty CD. Pustułkowego Szponu

Przeszłość

Śnieg prószył obficie, małe drobinki z nieba sypały na grzbiety pobratymców, którzy liczyli na ładniejszą pogodę dzisiaj. Gołębie chmury rozciągały łapy po niebie, a wiatr, jaki im przy tym towarzyszył, nie zapowiadał się na ani trochę miły czy taki, w którym chciałoby się siedzieć. Wycie docierało do każdej najmniejszej szczeliny. Pora Nagich Drzew także powoli zaczynała objawiać się na bokach Wilczaków w postaci lekko malujących się żeber i zapadniętej skóry. Niektórzy jedli gorzej albo przez brak apetytu, albo z powodów własnych, które można byłoby zgadywać, ale nie było to konieczne. Szylkretka jadła w porządku. Oczywiście straciła lekko na wadze, jednak nie było to nic, co by jej dokuczało czy było nadto widoczne. Jej półdługie futro sprawnie maskowało wszelkie niedogodności, nikt nie mógł zarzucić jej czegoś, co by jej nie było na łapę. Nadal była w pełni sił i gdyby chciała, mogłaby pójść na kolejną przechadzkę w postaci patrolu czy polowania.
Ognikowa Słota podniosła łeb, spozierając na wojownika. Pamiętała, jak kiedyś opowiadał jej o wojnie z Klanem Klifu, zresztą kocur miał dużo ciekawych opowieści, których mogła wysłuchać. Żył na tym świecie dłużej niż ona, z pewnością by coś znalazł. Ona sama także mogła mu co nieco opowiedzieć, jeśli tylko uznałaby to za stosowne w danej chwili. Młodszym i kotom w swoim wieku mogła przechwalać się, ile mogła, dorośli jednak nie wierzyli w każdą bajeczkę, jaką próbowała sprzedać swoim pobratymcom. Oni raczej sami budowali własne zdanie na temat poszczególnych kotów, biorąc pod uwagę wiele rzeczy, naprawdę dużo wpływało na opinię o drugim kocie. Schyliła łeb przed starszym, po chwili doleciała do niej reszta pytania. Uśmiechnęła się, zauważywszy, że przytrzymuje swoją zdobycz łapą.
— Z chęcią — odmiauknęła, wybierając sobie nornicę z góry. — Obawiasz się, że ci ktoś podkradnie? — zapytała lekko niewyraźnie przez posiłek w pysku.
— Nie, ale zawsze lepiej dmuchać na zimne. To taki stary nawyk — odparł, po czym chwycił wiewiórkę w szczęki i odszedł nieco na bok. Ognikowa Słota podążyła jego śladem, sadowiąc się wygodnie tuż obok, gdy już dotarli do miejsca docelowego.
— Widziałeś moją walkę z Wilgową Łapą? On się wiecznie tak przechwalał, zgrywał najmądrzejszego i najlepszego, a tu proszę… Wiedziałam, że on tylko tak gada, a mało robi — powiedziała, co jakiś czas odrywając kawałki nieco wilgotnego mięsa. Przełknęła kolejny kęs. Było nie najgorsze, chociaż jadła lepsze. — Mam nadzieję, że jeśli kiedyś dostanę ucznia, to będzie się tak bardzo starał, jak ja. Nie chcę, żeby przynosił wstyd Klanowi Wilka, w końcu to nie świadczyłoby też dobrze i o mnie. Chyba nikt by takiego nie chciał — dorzuciła, zastanawiając się, jaką mentorką by była. Z pewnością najlepszą. W końcu była zawsze na pierwszym miejscu. Chciała uczyć tak, jak Zalotna Krasopani. Intensywne, obfite treningi robiły z kotem przeróżne rzeczy. Uczyły go tak wiele, w dodatku później nie przynosił – zazwyczaj – wstydu klanowi, a to niezwykle istotna cecha.
Wojownik pokiwał głową.
— Oczywiście, nikt nie chciałby szkolić lenia, na którego nie da się wpłynąć. Dlatego też mamy taki system, a nie inny. Jeśli taki kot nie ukończy treningu w czasie, to może pożegnać się ze swoim ciepłym miejscem, które u nas wygrzewa. Klan Wilka nie potrzebuje słabych czy tchórzliwych kotów. Tutaj koty uczą się przetrwania, dzięki czemu mają lepszą odporność i są bardziej wytrzymałe. Jeśli jest się w Klanie Wilka, to widziało się już wiele rzeczy i mało co z nich jest nowymi — miauknął, prawie kończąc wiewiórkę. Jej kita podrygiwała bezwładnie na wietrze, futro miała nadal nastroszone, chociaż wiatr je sprawnie przygładzał. Tak samo, jak poduszki Pustułkowego Szponu.
— Cieszę się, że moje rodzeństwo nie jest słabe. Tak naprawdę to nie mogłoby być, naszą mamą jest przecież Zalotna Krasopani — przyznała. — Jeśli byłoby inaczej, to nie sądzę, bym była w stanie znaleźć w sobie sympatię dla kogoś leniwego. Tchórzliwego, słabego. Brzydzę się takimi kotami. Równie dobrze mogłyby zostać pieszczochami, bo tylko tam ich chcą. Żaden szanujący się klan nie będzie trzymał jednostek, które próbują wymigać się od wszelkiego rodzaju wysiłku fizycznego. Bo gdy przyjdzie czas na ochronę klanu, to oni będą pierwsi do ucieczki z niego.

<Co o tym myślisz, Pustułkowy Szponie?>

Nowa Członkini Klanu Gwiazdy!

MŻĄCY PRZELOT
Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: udar cieplny

Odeszła do Klanu Gwiazdy!

Od Mżącego Przelotu CD. Ćmiego Księżyca

Jakiś czas temu…

Martwiła się. Księżyc, wiszący wysoko na niebie, swoją niepełną tarczą zapewniał ją, że przyszła dobrego dnia. O dobrej porze. Jednak na plaży nie widziała żadnej innej duszy; ani śladu jej ulubionej medyczki.
Wolnym krokiem ruszyła wzdłuż brzegu, wpatrując się w zasnute mgłą klify. Czy Ciemka zapomniała? Nie, to nie w jej stylu. Może… Może była zajęta. Jej bródka zadrżała. Wiedziała, że nie powinna się tym tak przejmować; klifiaczka była dorosłą, pracowitą kocicą. Może obowiązki zatrzymały ją w obozie. Może była zbyt zmęczona – Mżawka nie chciałaby przecież, aby ta traciła cenne godziny snu, by z nią plotkować… Powinna stawiać siebie na pierwszym miejscu. Jednak jej myśli odruchowo wracały do momentu, gdy po wielu księżycach rozłąki Ciemka ukazała jej się z bladymi ślipkami i o jeden zmysł w plecy.

Na granicę wracała regularnie. Na tyle, na ile mogła – od momentu afery z Szałwiowym Sercem wszyscy byli bardziej uważni. Po cichu zastanawiała się, czy w Klanie Klifu kochankę księcia również spotkał podobny los. Czy to dlatego Ciemka unikała spotkań? Nie chciała ściągać na nie żadnych podejrzeń? Nie, żeby łączyło je cokolwiek więcej niż przyjaźń, ale… Każdy mógłby paść ofiarą plotek. Nie chciałaby tego dla niej.
Gdy zobaczyła ją w kręgu medyków na jednym ze zgromadzeń, czuła, jakby kamień spadł jej z serca. Wszystko musiało być dobrze. Żadnych kłopotów, żadnych uszczerbków na zdrowiu zamaskowanych jako "dar od przodków"… Nadal była sceptyczna co do tego, czy utrata wzroku mogła być czymś dobrym.
Cieszyła się, ale nie odważyła postawić łapy bliżej przyjaciółki. Czy powinna? Czy Ciemka chciała by ją teraz zobaczyć? Przysiadła na chłodnej skale, wpatrując się w nią z oddali. Wargi same wywinęły się jej w podkówkę, gdy patrzyła, jak inni medycy coś do niej mówią. Zazdrość, ale i smutek kuły ją w gardło; po paru uderzeniach serca odwróciła pysk. Nie… Nie powinna się tak czuć. Ciemka na pewno miała dobry powód, aby trzymać się na dystans. Ciemka na pewno tym się tak nie przejmowała. Nie powinna histeryzować.

***

Słońce piekło ją w grzbiet, nie dając ani chwili wytchnienia. Żwawym krokiem prowadziła patrol wzdłuż plaży, za nią Morszczynowa Łapa oraz Rosiczkowa Kropla z własnym uczniem.
Poranki były jeszcze znośne. Właśnie dlatego zgłosiła się na pierwszy patrol; mogłaby uniknąć ciągania Morszczyna po lesie w okolicach południa i ukryć się przez falą gorąca. Treningi z nowym podopiecznym nie były złe, ale nie miała ochoty się przemęczać. Całkiem lubiła kocurka. Trochę z niego gbur, i chęci do współpracy za wiele w sobie nie miał… Ale przynajmniej miała co robić.
Dzień zapowiadał się całkiem dobrze. Do momentu, w którym na piasku, w oddali, zaczął odznaczać się jakiś ciemny kształt. Zmarszczyła brwi. Nie przypominała sobie skały w tamtym miejscu. Jednak z każdym krokiem plama przestawała przypominać kamień, tylko bardziej… Kocią sylwetkę. Przemokniętą, z ciężkim futrem i ranami na grzbiecie.
Słowa utknęły jej w gardle. Srebrzysta barwa sierści była okropnie znajoma; podobnie jak odchylony do tyłu łaciaty pysk z parą bladych ślipi. Policzek kotki, dokładniej Ćmiego Księżca, w połowie zatapiany był przez morskie fale.
Dopadła do ciała przyjaciółki szybciej, niż ktokolwiek zdążył pisnąć chociażby słowo. Drżące łapy trąciły poranione barki, a później zaczęły szarpać. Ciemka nie reagowała. Od jej ciała bił nienaturalny chłód, a z futra woda ściekała strużkami. Z pyska Mżawki wydarł się cichy jęk. To musiał być sen. Nosem popchnęła głowę medyczki, jednak ta jedynie wcisnęła srebrzysty policzek głębiej w piasek. Jej niewidzące – już na stałe – oczy straciły blask.
— Może- Może ja pójdę po Mandarynkową Gwiazdę — dotarł do niej niewyraźny głos Rosiczkowej Kropli.
Nie, nie. Po co wołać Mandarynkę? Nie mogła jej tu znaleźć. Nie mogła znaleźć tutaj Ciemki; spojrzałaby na nie surowym wzrokiem i zakazała medyczce się z nią spotykać. Wystarczyłoby poczekać, aż srebrna obudzi się, i- I poczuje się lepiej, i wtedy Mżawka odprowadzi ją na granicę, i wszyscy będą mogli o tym zapomnieć-
Wcisnęła pysk w futro na szyi przyjaciółki. Na plaży można było usłyszeć jej niewyraźne, bezsensowne zawodzenie, w połowie zagłuszane przez morskie fale, i niewiele poza tym.

***

Jej głowa spoczywała na skale, niczym ociężała. Oczy, zwrócone ku niebu, nieobecnym wzrokiem wodziły za słońcem i plamami, które pozostawiało po sobie za jej powiekami.
Nikt nie zadawał jej pytań; może Mandarynka czekała, aż przestanie histeryzować. Nie pytała, czemu jej pysk mokry był od łez, a nos zasmarkany. Czemu kurczowo trzymała się ciała klifiaczki i nie chciała dać go sobie odebrać i zakopać, aby nie gniło na słońcu. Sama nie wiedziała, co mogłaby jej wtedy odpowiedzieć. To wszystko nadal wydawało się jej takie nierealne.
Myśli zlewały się jej w jeden strumień, jak gdyby rozpuszczane przez gorąc, płynąc zgrabnie jedna za drugą. Czy mogło by się to potoczyć jakoś inaczej? Czy mogłaby znaleźć ciało jakiegokolwiek innego kota, tylko nie jej drogiej Ciemki? Nie była pewna, ile leżała tak na plaży. Na ich ulubionej skale, pod promieniami słońca, które już teraz boleśnie parzyło jej skórę. Czy gdyby postarała się bardziej, gdyby była bardziej natrętna i podeszła do niej na zgromadzeniu, Ciemka uważała by bardziej i nie przytrafiło by jej się- Nawet nie chciała myśleć o tym, co jej się przytrafiło. Nie chciała wiedzieć. Ciemka powinna być w swoim obozie, zajmować się swoimi chorymi. Nie w otoczeniu nieznajomych, podczas gdy ona uciekała jak tchórz.
Całe ciało Mżawki było tak ciężkie. Nie poruszała się nawet o długość wąsa, mając wrażenie, że jej łapy zamieniają się jednocześnie w giętkie trzciny, jak i garście rzecznego mułu. Mimo pustego żołądka czuła się, jak gdyby miała zwrócić swoje nieistniejące śniadanie.
Ciemka była młoda, młodsza od niej. W Klanie Klifu miała swoją rodzinę, o której opowiadała, gdy nie miała ochoty dzielić się historiami o pacjentach. Czy wiedzieli, co się z nią stało? Czy też za nią płakali?
Plamki światła przed jej ślepiami przybierały różne kształty, przyprawiając ją o zawroty głowy. Szum morza zaczynał brzmieć jak znajome szepty. Odchyliła głowę do tyłu. Jej świadomość powoli zaczynała gdzieś odpływać; palce u łap mrowiły jej nieprzyjemnie, a myśli ucichły, ich zawiłość rozpłynęła się do jednego, dobrze znanego już wszystkim imienia.