BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 14 czerwca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

12 czerwca 2026

Od Cienistej Zjawy

Razem z Kryształową Łapą oraz Tygrysią Nocą patrolował granicę z Klanem Klifu. Rudy kocur szedł na przodzie, terminatorka w środku, a Cienista Zjawa zamykał pochód. Rozglądał się dookoła, nasłuchując odgłosów dochodzących z klifiackich terenów. Mijali właśnie Czarne Gniazda, o które udało im się poszerzyć obszar Klanu Wilka w zwycięskiej bitwie. Spojrzenie kocura sięgało jednak dalej niż czarne okręgi rozłożone poziomo na ziemi. W oddali spostrzegł piaszczysty teren, za którym rozpościerało się morze. Może kiedyś ponownie udałoby się im poszerzyć tereny klanu? Rozmarzony wizją wylegiwania się na plaży zamruczał cicho, gdy nagle spostrzegł białą postać chodzącą dookoła ogromnego kamienia (Sekretnego Tunelu). Wskoczył na jedną z opon, która znajdowała się na styku granicy, z zaciekawieniem obserwując samotnego Klifiaka. Postać poruszała się szybkim krokiem, co rusz zmieniając kierunek wokół głazu. Coś wykrzykiwała, jednak brzmienie jej słów nie dochodziło do uszu kocura. Rozbawiony jej zachowaniem parsknął, przywołując ogonem swoją terminatorkę oraz rudego wojownika. Kryształowa Łapa, jako pierwsza zbliżyła się do burego wojownika.
– Widzisz go, Kryształowa Łapo? – miauknął, a uczennica przytaknęła. – Musiał się opić słonej wody. Żeby ci nigdy do głowy nie przyszło napić się wody z morza podczas zgromadzenia, bo skończysz jak ten biedak i nie będziesz w stanie wrócić o własnych siłach do obozu.
Znudzeni obserwacją kręcącego się w kółko Klifiaka, wrócili na szlak, aby się spotkać z drugą grupą, która patrolowała tereny z Klanem Burzy. Spotkali się z nimi przy Potwornej Przełęczy. Wśród nich był jego syn, Cętkowana Łapa wraz z mentorką. Zamierzał później porozmawiać z Tropiącą Łaską na temat postępów w treningu jego syna. Mimo że kocica nie była tą, którą chciał jako pierwszy wybór na mentorkę swego syna, widział, że jako kultystka zadba o odpowiednią naukę kocura i jego szkolenie.

~~~

Do Klanu Wilka zawitała kolejna mała rudzinka, licząca na oko dwa księżyce. Cienista Zjawa lustrował spojrzeniem kociaka, który stroszył nieznacznie swoje futerko i wyginał grzbiet, gdy któryś z Wilczaków odwiedził go w kociarni i spoglądał na niego z góry. Przypominał mu Tęgosza, gdy ten był w jego wieku, nie tyle, co z wyglądu, ale i z charakteru. Cienista Zjawa od niechcenia szturchnął kociaka, przewracając go na plecy. Zamiast się skulić, jak miał to w zwyczaju robić Garbatek jako kociak, gdy Cienista Zjawa starał się dokuczyć słabszemu z kociąt Wrotyczowej Szramy, rudy złapał Cienistą Zjawę za łapę, próbując wygrać z góry spisane na przegraną starcie.
Cisowe Tchnienie spisała się, przyprowadzając ze sobą silnego kocurka. Tego właśnie potrzebował Klan Wilka. Silnych kotów, które wierzyły w Mroczną Puszczę i nie znały strachu.
– No już, koniec zabawy, Szaleju...
– Wojownik Klanu Wilka się nie poddaje – mruknął, próbując ugryźć Cienistą Zjawę w łapę. Czyżby młodzik uznał, że dzięki temu uda mu się na dobre powalić starszego? – W-walcz!
– Gdybym chciał, mógłbym cię zgnieść, jak robaka. A tego nie chcę – odtrącił go. – W przyszłości z przyjemnością się z tobą zmierzę, gdy skończysz swój trening, a twoje lewe ucho będzie wyglądać jak moje. Na razie po prostu słuchaj się Cisowego Tchnienia, a przede wszystkim Zalotnej Gwiazdy. I ich nie zawiedź. Tym bardziej szansy, jaką ci dały – mówiąc to, przeniósł spojrzenie na liderkę, która właśnie w tym momencie weszła do kociarni. Pozdrowił matkę, pozwalając jej na rozmowę z nowym nabytkiem.
Opuścił kociarnie, pozostawiając kociaka samego sobie na łasce Zalotnej Gwiazdy. Otrzepał się, lustrując spojrzeniem wojowników w sercu obozu. Spojrzenie zatrzymał na Gwiazdnicowym Blasku. Kocica dzieliła języki z Brukselkową Zadrą, która z troską pielęgnowała futro swojej przybranej córki. Liliowa pochwyciła spojrzenie Cienistej Zjawy na chwilę. Kocur zrozumiał ostrzeżenie kryjące się za nim, a mimo to zdecydował się zbliżyć do obu kocic. Zajął miejsce u boku szylkretki.
– Nie ma lepszego klanu niż Klan Wilka – zagaił, głośno zaciągając się rześkim powietrzem. Oparł się grzbietem o bok Gwiazdnicowego Blasku. – Prawda, Brukselkowa Zadro? – uśmiechnął się do liliowej. – Dzięki tobie Klan Wilka zyskał tyle wspaniałych kotów, co prawda poniektórzy okazali się końcowo parszywymi zdrajcami, jednak na całe szczęście Gwiazdnicowy Blask, Zwęglona Kukułka oraz Kryształowa Łapa do nich nie należą – zamruczał. – Kryształowa Łapa jest taka pojęta, ale zauważyłem, że różni się od pozostałych wojowników... chyba cierpi na jakąś dziwną przypadłość... dłuższe biegi jej nie służą... – wydawał się zatroskany. – Mogłaby w inny sposób przysłużyć się klanowi, jednak zgodnie z wolą matki zamierzam doprowadzić jej trening do końca. Miejmy nadzieję, że uda jej się za pierwszym razem wygrać bitwę i nie zostanie za bardzo pokiereszowana... Gwiazdnicowy Blasku – zwrócił się do szylkretki. – Chciałabyś towarzyszyć nam na jutrzejszym treningu Kryształowej Łapy? Jestem pewien, że twoja obecność na treningu będzie miała na nią dobry wpływ! I sądzę, że lepiej, aby pierwszy sparing przeprowadziła razem z tobą, a nie ze mną. Mam większe i silniejsze łapy niż ty... nie mówiąc o ostrzejszych pazurach... To jak? Zechcesz nam towarzyszyć?

Nowy Członek Klanu Gwiazdy!

 BARSZCZOWA ŁODYGA
Powód odejścia: decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: starość

Odszedł do Klanu Gwiazdy!

Od Barszczowej Łodygi

Upalne dni przysparzały kotom masę niedogodności. Brakująca woda, susza, a po kilku dniach tak ulewna burza, że strach było wyjść na zewnątrz. Wszystko były zalewane, nieostrożne kociaki mogły się nawet podtopić, gdyby wyszły na zewnątrz.
Barszczowa Łodyga, najstarszy wraz ze swoim bratem kot w Klanie, czuł, że kończy mu się czas. W starych kościach mógł wyczuć przychodzącą ku niemu śmierć. Jakby jej chłodny oddech zmierzwił mu sierść na karku… a w nocy próbowała odebrać mu duszę. Budził się bez dechu, czasem nie mógł w ogóle zasnąć. Był tym nieco zestresowany, dopóki nie zrozumiał, o co chodziło. Wystarczyło, by pogodził się z tym, że umiera. Z bólem, który mu towarzyszył przy każdym wstawaniu, myciu łap czy podnoszeniu jakichś rzeczy. Sylwetka chudnąca w oczach, oczy zachodzące mgłą oraz wąsy, które z każdym wschodem słońca opadały coraz niżej. Sierść na pysku miał całkowicie szarą, nawet na łapach mógł dostrzec takie przebłyski, jakby życie nie pozwalało mu zapomnieć, w jakim był wieku.
Barszcz na początku bał się umierać. Nie chciał zostawiać Nieustraszonego Chomika, czy Poczciwego Szakłaka, martwił się również o Biały Strumień, który był wyraźnie bardziej zdołowany, niż wcześniej. Jego obawy sięgały również aktualnych uczniów, którzy sprawiali niemałe problemy, oraz Zawodzącego Echa, który lada chwila zostanie oficjalnym Liderem i pójdzie odebrać życia. Czy Klan Burzy pozostanie zdrowy i silny? Czy Przodkowie może planują dla nich Próby?
Barszcz nie wiedział, a nie będzie miał również okazji, by otrzymać odpowiedzi na swoje pytania. Tej nocy, leżąc na swoim mchowym posłaniu, wiedział, że ten sen będzie jego najdłuższym. Biorąc ostatnie wdechy, myślał o swojej rodzinie i bliskich. Życzył Nieosutraszonemu Chomikowi dużo cierpliwości oraz siły, by mogła mierzyć się z trudnościami losu. Poczciwemu Szakłakowi chciał życzyć mnóstwo miłości i wiary w siebie, radości. Barszcz żałował, że nie był lepszym ojcem. Może z zaświatów będzie mógł zsyłać synowi jakieś dobre znaki? A Pchełka… jego córeczka, mieszkająca w Klanie Klifu, jak się miała? Była zdrowa, szczęśliwa? Nie miał okazji się dowiedzieć, będąc zbyt starym na dalekie wycieczki na Zgromadzenia czy spotkania na granicach Klanów. Uznał więc, że jest silna i na pewno daje sobie radę w tamtym Klanie.
Gdy już życzył bez słów każdemu tego, co chciał, mógł powitać śmierć. Ponownie czując chłodny oddech na karku, sztywniejące mięśnie oraz poczucie, że tracił kontrolę nad własnym ciałem. Położył bezsilnie głowę na mchu, zamknął oczy i przestał walczyć z tym uczuciem. Wziął wdech, a wraz z wydechem pozwolił, by śmierć zabrała jego duszę na Srebrną Skórkę.

Dziękuję wszystkim za możliwość stworzenia wraz z Wami interesującej fabuły! Barszczyk miał udane życie, a mi się bardzo miło nam pisało :D

11 czerwca 2026

Od Niezapominajkowej Nadziei CD. Trzcinowego Szmeru

Księżyce temu leżała obok kotki, zwierzały się sobie z sekretów, czyściły sobie nawzajem futra, dzieląc się swoimi marzeniami, a teraz kotka miała partnera, kocięta… Gdzie Niezapominajka popełniła błąd? Może powinna była spędzać z nią więcej czasu? Wbijała teraz pazury w ziemię, patrząc tępo na pazury, które nie tak dawno drapały wściekle po jej ojcu. Wzdrygnęła się, w końcu wstając. Nie była pewna co do odwiedzin kotki, jednak nie odzywanie się do niej też nie było wcale najlepszym pomysłem. Westchnęła, gdy nagle do jej boku podszedł jej ojciec. Klan Nocy nadal był pewien, że powodem jego ran były borsuki, a ona sama nie potrafiła sobie spojrzeć w oczy w odbiciu kałuży, wiedząc, że to ona go tak urządziła. On sam jednak nie wydawał się być zły. Może to było w tym wszystkim najgorsze? Teraz usiadł obok córki, zerkając na jej drgający nerwowo koniuszek ogona. Ona nadal stała, patrząc na żłobek. Jej ojciec westchnął.
— Wiesz, myślę, że powinnaś ją odwiedzić. Wiem, że to boli, ale przyda się jej teraz wsparcie, wiesz? — kocur patrzył na nią nadal, wręcz ciepłym wzrokiem. Musiała przyznać, że ciężko było się przyzwyczaić do posiadania jakiejkolwiek faktycznej rodziny obok siebie. Szczególnie wtedy, gdy nikt inny nie wiedział o ich spokrewnieniu. Przyzwyczaiła się do osamotnienia. Gdyby tak pomyśleć, to Trzcinowy Szmer była jedyną najbliższą osobą, jaką dotąd miała przy sobie. Jej futro nastroszyło się na tą myśl, jednak od razu wygładziła je językiem. Jej ojciec skinął w stronę żłobka, na co ta w końcu po chwili ruszyła się, przełykając ślinę. Myślała cały czas o tym, co powiedziała jej księżyce temu kotka i ona sama jej. Kotka zabiła członka rodziny, ale Niezapominajka nigdy jej nie oceniała za ten czyn. W dodatku wiedziała, że sama teraz nie jest niewiniątkiem. Jednak Trzcina też znała jej najskrytszy sekret, mianowicie jej pochodzenie. Łapy same w końcu poniosły ją do żłobka, co zauważyła dopiero wtedy, gdy się tam znalazła. Trzcinowy Szmer patrzyła czule na dwie kulki u swojego boku. Niezapominajkę przeszedł dreszcz na myśl, że mogły być jej. Że mogły razem znaleźć kocięta na granicy, tak jak to ją samą znaleziono. Ruszyła w stronę kotki, czując lekki dyskomfort. Głowa jej wirowała, ostatni raz widziały się gdy wróciła z Kijankowymi Moczarami po “ataku”.
— Niezapominajkowa Nadziejo? Już myślałam, że mnie nie odwiedzisz. — usłyszała dymna, co wyrwało ją z myśli po raz kolejny, a wirowanie zastąpione zostało… Smutkiem. Nie dała po sobie tego poznać, jednak kojący głos szylkretki był dla niej czymś, czego mogłaby słuchać o wiele częściej, obok siebie, jak kiedyś gdy miały legowiska tuż obok siebie. Teraz jej legowisko było puste, może nawet bliższe tego, które zajmował Żmijowiec…
— Tak, przepraszam, że nie od razu, po prostu po tym ataku…
— Nie musisz mi tłumaczyć. To musiało być straszne, atak w obozie już sam w sobie był okropny… Rannych było sporo. — odpowiedziała kotce, zakrywając kocięta ogonem, jakby borsuk znów miał się wyłonić zza rogu. Gdyby tylko wiedziała…
— Było. Szczególnie dla Kijankowych Moczar… — usiadła, patrząc na swoje łapy, turlając pod nimi jakiś kamyczek, który się pod nimi akurat znalazł.
— Wyglądał okropnie… Dobrze się ostatnio dogadujecie, chyba wspólna walka was zbliżyła do siebie, co?
— Tak, tak… Cieszę się, że przeżył. Faktycznie trochę się zbliżyliśmy. — Wspólna walka była czymś innym w głowie Trzciny, a głowie dymnej. Niezapominajkowa Nadzieja odepchnęła kamyczek w bok, czego pożałowała, bo jednak nie miała czego zrobić z łapami, a powietrze robiło się dla niej gęste. Mogłaby je ciąć pazurami. W końcu spojrzała na przylegające do jej boku puchate maluchy. Jej serce delikatnie zakłuło, jednak uśmiechnęłą się. — Jak tam twoje kocięta? Żmijowa Wić wydaje się być dość dumny z siebie, z tego co zauważyłam.

<Trzcinowy Szmerze?>

09 czerwca 2026

Od Kalinowego Powiewu

Słońce przebijało się dość ostro przez wysokie korony drzew iglastych, rzucając przepełnione gorącem promienie na grzbiety kotów, które wyłoniły się dzisiejszego dnia z legowisk. Kalinowy Powiew czuła się tak, jakby była chodzącą kulą ognia. Poduszki łap piekły ją, gdy wchodziły w kontakt z wysuszonym, twardym gruntem, nieporośniętym ani kępką trawy. Trafiła jej się akurat taka mini łysa… “połać”, która jeszcze za poprzedniej pory dumnie prezentowała swoją gęstą, trawiastą grzywę. Skwar nie służył nikomu, wody, zdawało się, było coraz mniej, a spragnionych i zmęczonych kotów coraz więcej. Jak dobrze, że Wilczacy nie musieli polować na ryby. Dla Klanu Nocy takie susze musiały być szczególnie dotkliwe, tak myślała niebieska. Co prawda na nich to również wpływało, ponieważ zwierzyna wyruszała w podróż w celu odnalezienia lepszego, większego źródełka, aczkolwiek nadal nie mogli narzekać, mieli, na razie czym napełniać brzuchy, a każdy patrol powracał z owocnych łowów.
Dzisiejsze grupki miały mieć tyle samo szczęścia, co każda inna do tej pory, a może nawet i o włos więcej. Doszły ją ostatnio słuchy, iż Klan Wilka powiększył się o następnego członka, który zresztą miał imię – Szalej. Kocica z zaciekawieniem rozglądała się w wejściu do legowiska medyka za kocurkiem, zastanawiając się, co z niego wyrośnie. Została wysłana na patrol graniczny, podczas którego jej myśli przeniosły się na inny tor, zostawiając młodego w spokoju. Żółtooka rozmyślała nad tym, czy złapanie królika sprawiłoby jej szczególną trudność – może łatwiej dla niej byłoby złowić rybę? Wyobraziła sobie siebie, wspinającą się na drzewo, tylko po to, żeby zeskoczyć z niskiej gałęzi na nic niespodziewającego się królika, skubiącego trawę gdzieś u podnóży wielkiego drzewa. Na samą myśl uśmiechnęła się nieco. Może i by jej się udało go dogonić bez konieczności wspinaczki, chociaż miały długie łapy i niezwykle wielkie uszy, albo by ją usłyszał z daleka, albo by jej zdążył uciec do jednej z pobliskich norek, które miał wykopane nieopodal, a wraz z nim jego towarzysze. Z tego, co się orientowała, Ognikowa Słota przepadała za uszakami. Chociaż Kalinowy Powiew nie miała powodów do tego, by przynosić jej takie upominki, raczej, prawda?
Przechodząc obok kociarni, w celu odłożenia swojej zdobyczy, do jej uszu doleciał znany jej głos mistrzyni. Z pewnością przeprowadzała właśnie niezwykle istotną rozmowę z nowym kociakiem, z każdym tak robiła. Co prawda zdobycz Kalinki była licha w porównaniu do takiego wielkiego grzywacza leżącego obok, czy nie mniej utuczonej wiewiórki, to Kalinowy Powiew nie miała powodów do wstydu, przyniosła dwie nornice, tyle musiało na dzisiaj wystarczyć. Zajrzała do żłobka, stawiając czujnie uszy. Spojrzenie rudego przeszło na nią prędko, a zaraz potem została również obdarzona kontaktem wzrokowym z ciemnymi, guzikowatymi oczami.
— Usiądź, Kalinowy Powiewie, opowiadam właśnie Szalejowi o tym, jak wspaniałe dostał szczęście od Mrocznej Puszczy, że trafił właśnie na nasz patrol — miauknęła, uśmiechając się szeroko i mrużąc delikatnie oczy.
Szara kocica przysiadła obok, owijając ogon wokół swoich łap. Ognikowa Słota powróciła wzrokiem do młodzika.
— Więc wracając do tego, na czym skończyliśmy… Na naszych terenach rośnie drzewo, pnące się tak wysoko, wygląda złowieszczo i krąży wokół niego wiele, wiele plotek. Większością straszy się niegrzeczne kociaki — powiedziała, układając się wygodnie. Jedną łapę podłożyła sobie pod brodę, a drugą pazurem zaczęła rysować coś na wzór obrazu w ziemi, który szybko przetarła poduszką. Ponowiła próbę uderzenie serca później. Wyrysowała dość poprzerywane, niewyraźne drzewo, aczkolwiek robiło robotę. Przypominało nawet te, o którym wspominała. — Jeśli trochę podrośniesz, to cię tam zabiorę — dorzuciła chętnie, patrząc raz jeszcze na rudego srebrnego.
Szalej przez cały ten czas milczał, raz po raz kiwając głową, żeby nie było, że nie słucha, a przynajmniej tak wydawało się wojowniczce. Może się wstydził? Albo bardzo się bał? W końcu siedziały przed nim zupełnie obce mu, dwie kocice. Chociaż teraz, należąc do klanu, musiał przyzwyczaić się do takiej kolei rzeczy. Jeszcze wiele obcych, nowych pysków mu mignie przed kufą… czy tego chciał, czy nie.

Od Tawułowej Bryzy

Czasy teraźniejsze

Mimo że wciąż był wojownikiem Klanu Klifu, czuł się bardziej jak samotnik. Większość czasu spędzał samotnie na klifach, Złotych Kłosach, a nawet kilkukrotnie zdecydował się postawić łapę na terenach niczyich. Częściej go nie było w obozie, niż był, a gdy już udało mu się zajrzeć za wnękę wodospadu, odłożyć upolowaną zwierzynę i zamienić parę słów z rodziną, szybko wyczerpywał baterię społeczną. Mimo że nie zaglądał do żłobka, doszły go słuchy, że Lśniąca Gwiazda doczekał się dwójki synów. Tawułowa Bryza miał nadzieję, że kocięta nie wdadzą się w swoich rodziców. Może dzięki Jastrzębiemu Zewowi wyrosną na lojalnych wojowników Klanu Klifu, bo wątpił, aby zarówno szylkretka, jak i rudy kocur zadbali o to, aby na pierwszym miejscu stawiali dobro i przyszłość klanu.
– Tawuła...
Wzdrygnął się, gdy usłyszał głos Pchełkowego Skoku. Porozmawiał z nią jakiś czas temu i zdecydował się wyznać, że przeprowadził rozmowę z Lśniącą Gwiazdą, która w głównej mierze kręciła się wokół jej osoby. Pamiętał, jak go nieco złoiła za to, że sam udał się przed oblicze lidera, jak i również podziękowała, że Tawuła w nią aż tak bardzo wierzy, uważając, że byłaby godna miana zastępczyni.
Wciąż uważał, że Pchełkowy Skok byłaby kotem dzięki, któremu Klan Klifu podniósłby się po tylu klęskach, które ich spotkały. Byłaby idealną zastępczynią, taką, której Klifiacy potrzebowaliby w tych czasach. Nawet jeśli w jej spojrzeniu oraz pysku krył się w tym momencie smutek. On to widział, więc pozostali wojownicy również musieli wiedzieć. Mimo to milczeli.
– Rozświetlona Skóra się o ciebie martwi – zamruczała, po czym dodała. – I nie tylko on.
– Niepotrzebnie! Wszystko jest w porządku – na jego pysk wkradł się uśmiech. – Przecież dalej jestem wojownikiem, który sumiennie wypełnia swoje obowiązki... – wskazał na kraba, którego udało mu się upolować. – Po prostu od dusznego legowiska wojowników wolę gałąź, z której mogę być bliżej Srebrzystej Skóry – miauknął.
Chcąc uspokoić swoją starszą przyrodnią siostrę, która odpowiadała za jego trening, zbliżył się do niej i zetknął czołem. Może ojca również powinien uspokoić i zapewnić, że rozmowa przeprowadzona z Lśniącą Gwiazdą była prowadzona w miarę przyjaznym tonie?
– Muszę już iść. Zapolować – miauknął, cofając się od kocicy. – Mogę mieć do ciebie prośbę, Pchełkowy Skoku? Przypilnuj, aby żaden z wojowników nie zajął mojego legowiska. Mam w nich pochowane muszle oraz kolorowe kamyki. Nie chciałbym, aby żaden obcy koci zadek na nich leżał – parsknął. – Kiedyś ponownie się na nim położę, ale na razie, niech pozostaje puste.
Czy to był swego rodzaju sprzeciw Tawułowej Bryzy wobec rządów Lśniącej Gwiazdy i jego partnerki? Być może. Jednak dobrze się czuł, nie musiał widywać zbyt często ich pysków, jak i słyszeć ich głosów. Jedynie żałował, że tak rzadko widywał się z Pchełkowym Skokiem, Promiennym Słońcem, Słonecznym Okiem, Rozświetloną Skórą oraz nawet z Jastrzębim Zewem. Cieszył się jednak, wiedząc, że z jego powodu jego bliskim nic się nie stało. Ojciec mieszkał w starszyźnie, a matka wciąż pozostawała wieczną królową. Wszystko było na swoim miejscu. No, nie wszystko, ale patrząc na jego bliskich, owszem.
Pożegnał się z siostrą, po czym ruszył z powrotem ścieżką wzdłuż klifów, prowadzących na ich szczyt. Sprawnie pokonał odcinek, który jeszcze, gdy był uczniem, budził w nim przeogromny strach. Skupił spojrzenie na rozpościerającej się przed nim trawie, po czym ruszył naprzód biegiem, wpatrując się w gwieździste niebo.

Od Modrogończyka

Gończyk smacznie spał, przytulony do swojego rodzeństwa, jak i boku matki. Czarna kocica, co jakiś czas przejeżdżała językiem po grzbiecie młodych, pielęgnując ich futerka. W końcu jednak zaintrygowana jednym ze swoich kociąt przybliżyła swój pysk i wpatrywała się w mordkę brązowego samczyka. Obwąchała malca, na co ten po raz pierwszy w ciągu dnia cicho pisnął. Zazwyczaj starał się nie wokalizować swoich potrzeb, jednak podmuch z nozdrzy prosto w jego mały pyszczek nie był tym, czego pragnął.
– Wygląda jak mały Czereśnia – mruknął jakiś kot, który przebywał razem z nimi w kociarni. – Łatwo go dostrzec, nawet z daleka. Reszta kociąt z łatwością kamufluje się w twojej sierści, Purchawko.
Kolejny pisk opuścił pysk Modrogończyka, tak jakby pragnął się pokłócić ze starszym kotem, który przeszkodził im w odpoczynku. Co prawda, to własna matka go wybudziła ze snu, ale jej to mógł wybaczyć. Najpewniej zasnąłby chwilę później, ale ktoś musiał ich odwiedzić.
– Jak je nazwałaś?
– Łza, Psianka, Zew – kocica wskazała kolejno końcówką ogona na młode, które kotłowały się u jej boku. I faktycznie, pomimo zdobiącej ich ciałka bieli, jako czarnuszki zlewały się z ciemnym futrem matki. – A mały Czereśnia nazywa się Gończyk. Modrogończyk.

~~~

Gończyk w końcu otworzył oczka i mógł na własną łapę zobaczyć, jak piękny jest świat. Siedział w wejściu do kociarni, z zaciekawieniem przyglądając się kotom, krzątającym się w obozowisku. Całkowicie stracił zainteresowanie rodzeństwem oraz starszymi kociętami. Po prostu musiał od nich odpocząć.
Ostrożnie się przesunął w bok, gdy jeden z wojowników, niosący posiłek dla matki, zbliżył się do kociarni.
– Co tam, Gończyku? Kogo tam wypatrujesz? – Sajgon poczochrał czekoladowego kocurka po łebku, starając się być miły dla kociaka, łączącego dwie społeczności. – Jeszcze chwila i opuścisz kociarnię. Póki możesz, baw się i ciesz się chwilą. Jako uczeń zatęsknisz za beztroskimi czasami w kociarni.
– Czyim uczniem zostanę? – spytał
– Mhm. Możesz zostać wojownikiem, zwiadowcą lub stróżem. Uzdrowicielem lub zielarzem, chociaż w lecznicy mamy chyba wystarczająco kotów – kocur się zamyślił.
– A szaman? Można się uczyć na szamana? Jak mama... – przechylił łebek, wlepiając spojrzenie w kocice. – Bo widzisz, Panie Sajgonie, do mnie chyba Wszechmatka przemawia, jak do mamy...
– Wszechmatka do ciebie przemawia...
– Mhm. Dzisiaj śniło mi się, że latałem. Chyba. N-nie wiem, jak to jest latać, ale miałem skrzydła i mogłem się bardzo szybko poruszać wśród drzew. Słyszałem miły głos jakiejś Pani i myślę, że to była Wszechmatka...
– No proszę. A jesteś pewny, że to nie głos Purchawki, próbującej cię wybudzić ze snu? – zaśmiał się Sajgon. – Miałem podobną sytuację. Kiedyś śniła mi się gadająca ropucha, a okazało się, że to mój mentor próbuje mnie wybudzić ze snu, abym mógł udać się z nim na trening...
Gończyk zrobił nadąsaną minę. Przecież potrafił rozróżnić głos matki. Głos Pani ze snu brzmiał całkowicie inaczej, ale również w nim było matczyne ciepło. To na pewno musiała być Wszechmatka!
Został wyminięty przez Sajgona. Oparł łebek na stopniu i westchnął. Może ten głos ze świata snów pomoże mu w podjęciu decyzji, dotyczącej tego, jaką ścieżkę powinien wybrać?

Od Kropli do Koniczyny

Kropla była szczerze zaskoczona, że dostała ucznia. I to starszego od siebie! Przez moment nie wierzyła, że ma uczyć Koniczynę – sądziła, że to jakiś głupi żart. Ale potem niebieski kocur sam do niej przyszedł.
– Kroplo? – zapytał.
– Tak…? – odpowiedziała niepewnie.
– Kiedy zaczniemy treningi?
Kotka zawiesiła się moment, jakby nadal próbując to wszystko przeanalizować. Nie udało się jej.
– Jutro – odpowiedziała cicho.
I następny dzień nadszedł dużo szybciej, niż kotka by chciała. Na początku wciąż trochę w to wszystko nie wierzyła, ale nic przecież nie mogła zrobić. Była teraz mentorką, musiała dać z siebie jak najwięcej. Dlatego, gdy tylko wywlekła się ze swojego posłania, poszła do posłania uczniów. Wzrokiem odnalazła Koniczynę i podeszła do niego.
– Powiedz mi… Co dokładnie potrafisz? – zapytała, uciekając gdzieś wzrokiem.
Nie chciała, aby niebieski musiał przechodzić drugi raz taki sam trening. Jeśli pozna dobre i słabe strony ucznia to będzie wiedziała, nad czym musi bardziej popracować.
– Wspinać się na drzewa i nawigować w tunelach.
Kotka pokiwała głową. Cóż, przynajmniej wspinaczkę miała z głowy…
– To zaczniemy od czegoś łatwego. Chodź.
Razem poszli nazbierać patyków, liści i mchu. Stróż nie odzywał się praktycznie wcale, czasem tylko wybierał lepszą rzecz.
– Teraz jest nas więcej. Więc trzeba zbudować posłania – uśmiechnęła się ciepło.
Zaczęła wyjaśniać, jak to się robi, przy okazji też pokazując. Była raczej cicha i cierpliwa, gdy Koniczyna sobie nie radził.
– Spokojnie. Za pierwszym razem nie wychodzi – poprawiła legowisko, aby to się trzymało, a potem przyjrzała się kocurowi.
Na jego ciele widniały blizny i Kropla zastanawiała się, skąd są. Nie mogła też powiedzieć, że czuła się szczególnie bezpiecznie przy kocurze, ale nie mogła narzekać. Jedynie co ją zastanawiało to, dlaczego były wojownik nie chciał znów obrać tej samej ścieżki. Byłoby łatwiej.
– Dlaczego stróż? – zapytała cicho.

<Koniczyno?>

Od Borowika CD. Iskrzyka

Zamrugałem niepewnie. Spojrzałem w ziemię, marszcząc brwi.
– Uh. Przezwisko…? W sensie…
– No, wiesz, taka ksywka! Słowo, którego mógłbym używać do… nazywania cię – zwiadowca wyjaśnił, uśmiechając się lekko.
– Znaczy… imię?
– Nieee! To coś jak… imię dla znajomych.
– Aaa… No tak, tak. Hm. To może… „Borowik”? – mruknąłem. Lekko zadrżała mi końcówka ogonka.
Nigdy jeszcze nie miałem własnego przezwiska tudzież ksywki. Z reguły wszyscy mówią mi po prostu po imieniu, ewentualnie używając słowa opisującego moją relację z nimi, na przykład „brat” albo „uczeń”. Czasem zwracając też uwagę na moje nieprzeciętne predyspozycje umysłowe, posługując się określeniami jak “Geniusz”, “Mędrzec” czy też “Wirtuoz”... uh… no dobra, może nikt tak nie mówi, ale… nie znaczy to, że nie mogliby.
– No nie! Ty już jesteś „Borowikiem”, Borowiku! Nie liczy się. Musisz wysilić kreatywność. To poważna sprawa. Z przezwiskami nie ma żartów, młody – rzekł poważnym tonem, choć widziałem, jak drgają mu wąsy z rozbawienia, którego źródła nie jestem do końca w stanie zidentyfikować.
Wyprostowałem się do siadu.
– Ale… nie, nie. Nie. Słuchaj. Bo tu… nie chodzi o to, by wymyślić mi… „ksywkę”. Chodzi o to, bym był pewnego rodzaju nośnikiem idei „ksywki”. Uh. Nie… nie muszę mieć… prawdziwej takiej. Wystarczy imię, a ono równie dobrze dla jakiegokolwiek innego kota niebędącego mną mogłoby ksywką być. No i łatwiej zapamiętać też. Tak.
Kremowy uniósł brew.
– Hmm… Niech pomyślę… – zamilkł na chwilę, faktycznie zamyślając się. – Nie.
– Ugh. Nie to nie – strzepnąłem głową.
Ułożyłem się z powrotem na brzuchu, kładąc pysk między łapami.
– A może… „kapelusik”? Albo… może… „Boro”? Nie, nie, chwila, mam! Co powiesz na…
– …wężo-żmija – wtrąciłem.
– Co? Dlaczego??
– No bo… żmije są… szybkie jak błyskawica. I ich jad potrafi zabić w kilka chwil.
– Ugh, nie! Nie chodzi o podawanie losowych słów, to trzeba skomponować!
– …architekt pożogi.
– Co? Nie! Co to w ogóle znaczy? – Iskrzyk przewrócił oczami i zawinął łapy pod siebie, oblizując zęby w głębokiej zadumie. – Grzyb. Będziesz Grzyb. Prosto i na temat.
Podniosłem powoli głowę i spojrzałem kocurowi prosto w pysk.
Jejku… Moje pierwsze prawdziwe przezwisko… które nawet nie jest moim imieniem. Ale się cieszę. Yay.
– Uh. No… Mogę być nawet Grzyb. Krótsze niż… Borowik – mruknąłem, marszcząc czoło.
Spuściłem wzrok. Przeturlałem się na prawy bok, leżąc teraz plecami do kremowego zwiadowcy. Odchyliłem ostro głowę do tyłu, patrząc na niego.
– Hm. Hmmm… No a ty możesz być Kyzr… ksi. To „Iskrzyk” od tyłu, co symbolizuje dysonans…
Nie dałem jednak rady wyjaśnić, na czym ów dysonans polega, gdyż zostałem bez skrępowania pacnięty łapą.
Zamrugałem.
– Haha! Nie ma opcji – parsknął kocur. – Grzybie.

<Iskrzykeou??>
[410 słów]

[8%]

Modrogończyk został adoptowany!

nowy właściciel: pikmi0004 (dc)