BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 8 lutego, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

29 stycznia 2026

Od Zalotnej Gwiazdy

Przed mianowaniem Chudego, Grubego i Nocy

Zalotna Gwiazda ostatnio łapała się na tym, że coraz częściej rozmyślała nad wyborem zastępcy – kogoś, kto w razie jej śmierci, miałby zająć się całym Klanem Wilka. Musiał być to ktoś godny, a przede wszystkim… musiał to być któryś z tej dwójki kotów – Pustułkowy Szpon lub Krucze Pióro. Obiecała im przecież, że jeśli jej pomogą, otrzymają szacunek i władzę, więc warto byłoby tej obietnicy dotrzymać. W przeciwnym razie, kto wie, może zaczęliby się buntować. Nie mogła na to pozwolić – potrzebowała ich jako swoich pachołków. Potrzebowała ochrony, kogoś, kto w kryzysowych sytuacjach uciszy szmery i szepty spiskowców. Przekazując tak ważną rangę któremuś z tej dwójki, miała nadzieję, że zagwarantuje sobie ich uznanie, a także uzyska ich zaufanie. Zastanawiała się tylko, czy ten z braci, który nie zostanie wybrany na stanowisko jej prawej łapy, sam nie nastawi się przeciwko Zalotce, czując się oszukany i zdradzony. Na to też nie mogła pozwolić – ale skoro musiała wybierać spomiędzy tej dwójki, a nie mogła zostawiać jednego bez władzy… to, co powinna zrobić?
Wpatrywała się w solidną ścianę swojego nowego legowiska. Wciąż miała wrażenie, że czasem do jej nosa docierał zapach Nikłej Gwiazdy, a w powietrzu kręciła się jeszcze nitka jego futra. Miała przygniatające wrażenie, jakby dusza poprzedniego lidera wciąż była tu obok i wciskała ją w kąt. Czasem, gdy wiedziała, że nikt jej nie usłyszy, zdarzało jej się nawet mamrotać coś pod nosem, jakby do jego ducha. Nigdy jednak nie otrzymywała odpowiedzi. Może popadała już w obłęd? Nie, jeszcze nie dziś, jeszcze nie teraz.
Nastroje były napięte, a rzeczy do zrobienia piętrzyły się i piętrzyły. Kto, jak nie ona, by sobie z nimi wszystkimi poradził? Za rogiem było jeszcze mianowanie tej trójki kociąt – Grubego, Chudego i Nocy. Powinna wybrać im mentorów. Dobrych mentorów, żeby miała pewność, że przyszłość Wilczaków spocznie w dobrych, silnych łapach. Zależało jej, by kolejne pokolenia były coraz bardziej oddane Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd. Nie mogła dopuścić do kolejnej ucieczki, albo co gorsza – do konfrontacji z bandą dzikusów, oślepionej blaskiem Klanu Gwiazd.
W końcu Zalotna Gwiazda odchrząknęła doniośle, a jej ogon uderzył o podłoże starej, borsuczej nory. “Myśl, Zalotka, myśl” – powtarzała sobie w głowie, jednocześnie obserwując życie toczące się poza jej posłaniem. Widziała pełne życia koty, gawędzące ze sobą nawzajem. Ciekawe, czy kiedyś rozglądali się po obozie i dostrzegali, jak z cienia obserwuje ich para przenikliwych, brązowych ślepi. Co wtedy czuli? A może inaczej – co Zalotka by chciała, by czuli? Zdrajcy mieli się jej bać. Mieli wiedzieć, że rządzi twardą łapą i ma nosa do kotów nielojalnych. Ci, którzy byli po jej stronie, mieli odczuwać respekt, żeby im się nigdy nie zaczęło wydawać, że są w stanie Zalotną Gwiazdę pokonać.
— Odpływasz myślami… — chrząknęła niemal bezgłośnie do samej siebie. Przez kilka uderzeń serca wpatrywała się pusto w przestrzeń przed nią, aż w końcu gwałtownie podniosła się z miejsca. To zrobiwszy, poczęła stawiać kroki ku wyjściu. Ku mównicy. Wydawało jej się, że już wie, co zrobić. Czuła w sercu, ale i umyśle, co było najbardziej słuszne. Może klan zacząłby buczeć, może nie będą zgodni z jej decyzją – ale to ona tu miała władzę. Póki jej przynależność była silna, zwarta i oddana, niewiele mogli narzekać zwykli członkowie. Mimo wszystko szanowała, na przykład, Mroczną Wizję. Czarnofutra w końcu niegdyś zajmowała się małą Zalotką, gdy ta stawiała pierwsze kroki. Teraz nie były ze sobą szczególnie blisko, lecz szylkretka wciąż szanowała zdanie starszej.
Finalnie przywódczyni udało się zgrabnie wspiąć na pieniek. Wbiła w niego swoje pazury i rozejrzała się wokół, mierząc wzrokiem każdego kota, który o tej porze przesiadywał poza legowiskiem.
— Klanie Wilka! — zawołała, prostując się dumnie, niczym paw. Gdy tak czujnie omiatała spojrzeniem azyl, nie można było mieć wątpliwości, że jej przodkowie nieraz pełnili rangę lidera. Zalotna Gwiazda zdawała się mieć smykałkę do rządzenia we krwi.
Gdy przed mównicą zebrała się dosyć pokaźna ilość kotów, kontynuowała:
— Obiecałam wam, że niedługo doczekacie wyboru zastępcy. Oto więc jestem, by wygłosić przed wszystkimi, kogo uznałam za godnego pełnienia tej funkcji — ogłosiła.
Wilczacy wymieniali teraz między sobą zaciekawione spojrzenia. Atmosfera szybko stała się napięta. Koty szeptały do uszu kotów stojących obok, najpewniej obstawiając swoje wybory. Ciekawe, ile z nich myślało, że ma jakieś szanse. Sowi Zmierzch, Blade Lico, Lamentująca Toń… Może, gdyby nie ta umowa, wybrałaby kogoś z tej trójki?
— Mój wybór może was poniekąd zdziwić. Wiedzcie jednak, że nie jest on symbolem mojej słabości, lecz umiejętności planowania. Moja decyzja została przeze mnie dobrze przemyślana i powiadam wam, na przestrzeni księżyców jestem pewna, że przyniesie nam same pozytywne skutki — mówiła dalej, trzymając publiczność w napięciu. Uwielbiała tak robić.
Na moment zapadła cisza. Nawet ten gwar szeptów już ucichł, pozostawiając po sobie jedynie oczekiwanie. Zalotna Gwiazda nigdy, tak właściwie, nie zastanawiała się nad tym, jaką formułkę powinna wypowiedzieć. Zazwyczaj wypowiadała się tak, jak podpowiadało jej serce. Czy i tym razem przyniesie jej to gromkie oklaski, czy może niechęć?
— Wypowiadam te słowa, czując wokół obecność naszych Przodków. Mam nadzieję, że zaakceptują mój wybór i poprą moje słowa, natychmiast uciszając każdego, kto ośmieli się sprzeciwić ich woli — mówiła, choć właściwie bardziej przypominało to modły, niż ogłoszenie. — Od dziś pomagać mi w prowadzeniu Klanu Wilka ku doskonałości będzie… Krucze Pióro, a także jego brat – Pustułkowy Szpon!
Wypowiedziawszy to, spojrzała w niebo. Na moment wszyscy umilkli, podążając za spojrzeniem liderki. Wtem jednak po lesie rozległo się krakanie, jakby same duchy Przodków gratulowały już nowym zastępcom. Zalotna Gwiazda przeniosła wzrok na resztę Wilczaków.
— Mroczni Przodkowie przemówili! Wybór został zaakceptowany!

* * *

Zalotna Gwiazda pierwszym, co zrobiła po ogłoszeniu nowych zastępców, było zabranie ich na schadzkę po lesie. Nie był to jednak byle jaki spacerek. Szylkretka zamierzała wyjaśnić im teraz, z czym wiąże się bycie jej przednimi łapami, a także, z czym będzie się to wiązać w przyszłości.
Nie miała zbyt wiele czasu, by przemyśleć, w jaki sposób wszystko powinno działać, lecz mimo tego czuła, że wspierana przez duchy z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd, nie palnie jakiejś głupoty. Jak dotąd Przodkowie mogli być z niej dumni. Nie wyglądało na to, by w najbliższym czasie miał wybuchnąć przeciwko Zalotce jakiś bunt – no, chyba że była to jedynie cisza przed burzą.
Liderka nie odeszła bardzo daleko od obozu. W takiej śnieżycy nie chciała wyciągać swoich nowych zastępców gdzieś dalej – jeszcze by się przewiali. W końcu przystanęła, będąc tyłem do Kruczego Pióra i Pustułkowego Szponu.
— Jak się czujecie? — zapytała, zwracając pysk w ich stronę.
— Raczej dobrze. W klanie nareszcie panuje jakiś porządek, to trzeba przyznać. — Kruk jako pierwszy odpowiedział kotce.
— Na tyle, na ile może się czuć jednooki zastępca — wtórował Pustułek, choć wyraźnie zamyślony.
Zalotna Gwiazda skinęła głową. Czyżby drugi brat nie cieszył się swoją nową posadą? W takim razie łatwiej będzie im ustalić, kto powinien objąć władzę po niej. Mimo wszystko była trochę zawiedziona; na pewno walka po jej śmierci nie będzie tak zacięta, jakby tego chciała. Westchnęła cicho.
— Zależy mi na tym, by nawet po moim odejściu mieć pewność, że do władzy w Klanie Wilka będą dochodzić tylko najsilniejsi — wyznała.
Krucze Pióro zastrzygł uchem, patrząc teraz na kotkę zaciekawiony.
— Co masz przez to na myśli?
— To Klan Wilka, patrząc na to, że aby zostać wojownikami musieliśmy odbyć walkę to zapewne podobnie będzie z pozycją przywódcy — wyjaśnił czekoladowy bratu.
Przywódczyni zwróciła się w stronę jednookiego, wskazując na niego pazurem.
— Dobrze mówisz — powiedziała, robiąc krok w stronę zastępców. — Po mojej śmierci macie obowiązek zmierzyć się ze sobą nawzajem.
Na chwilę umilkła, jakby pozwalała tym słowom wsiąknąć w świadomość kocurów.
— Wygrany zajmie się klanem, a przegrany… — urwała na ułamek sekundy, mrużąc oczy — …jego losem zadecyduje ten, który stanie się nowym liderem — dokończyła, przenosząc wzrok z Pustułka na Kruka, a potem z Kruka na Pustułka. Dymny kocur patrzył przez chwilę na Zalotkę, myśląc nad jej słowami. W końcu skinął, zgadzając się z jej wolą.
— Dobrze, Zalotna Gwiazdo. Skoro tego sobie życzysz, to wypełnimy twoją wolę.
To wyśmienicie, że miała takich wiernych asystentów. Nie był to jednak koniec jej wymagań ani planów. Zalotna Gwiazda zastanawiała się, czy Krucze Pióro i Pustułkowy Szpon faktycznie dotrzymają danego słowa, czy też po jej odejściu pozwolą, by w klanie zapanowała sielanka. Myśl o tym wyraźnie nie dawała jej spokoju.
— Byłabym również wdzięczna, gdyby moi wszyscy następcy wybierali na stanowisko zastępcy dwójkę kotów i kazali im zmierzyć się ze sobą w walce — powiedziała spokojnie, lecz w jej głosie pobrzmiewała powaga. — Tylko w ten sposób wygrany wykaże, że rola lidera naprawdę mu się należy. Natomiast reszta klanu nie będzie miała wątpliwości co do siły swojego przywódcy — kontynuowała, przenosząc na nich uważne, niemal przeszywające spojrzenie.
Fakt, czy ta wizja zostanie spełniona, nie będzie już od niej zależał. Mimo to miała nadzieję, że bracia uszanują jej wolę i zrozumieją, iż Zalotna Gwiazda kierowała się pragnieniem, by Klan Wilka nigdy nie trafił w łapy słabego lidera.
— Oczywiście, Zalotna Gwiazdo — odpowiedział czekoladowy.
Szylkretka skinęła głową.
— W takim razie to wszystko, o ile nie macie żadnych zastrzeżeń czy propozycji.
Po jej słowach zapanowała cisza. Brązowooka wymamrotała coś pod nosem, po czym ruszyła w stronę obozu.

Od Trzcinowego Szmeru CD. Gąbczastej Perły

Trzcinowy Szmer niedawno wróciła do obozu z udanego polowania, więc dobry humorek jej dopisywał. Odłożyła do dziupli dwa soczyste okonie, które powinny nasycić do końca brzuszki starszyzny albo medyczek.
Nagle zza jej pleców wydobyło się cichy i przerażający dźwięk:
— Uuu, to ja, duch Zimorodkowego Życzenia… Swoim najściem przeszkodziłaś mi w procesie podróży na Srebrną Skórkę… Czy ty wiesz, co to znaczy?
Po tym zdaniu szylkretka odwróciła głowę wyraźnie zaskoczona, a jej oczom ukazała się Gąbczasta Perła. Na widok medyczki zmienił jej się wyraz pyska i odetchnęła z ulgą.
— Ach, to tylko ty! Kiepsko bym się czuła, gdybym była przyczyną, przez którą Zimorodkowe Życzenie nie zaznałaby spokoju — zaśmiała się, przypominając sobie, jak to obie poszły nad opuszczony most, żeby sprawdzić, czy jest nawiedzony. Były to przepiękne czasy. — Nie spodziewałam się, że weźmie cię na wspominki! To było trochę temu… aż dziwne, że nikt nas nie nakrył na opuszczeniu obozu.
Dymna wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
— Pf! Oczywiście, że nas nikt nie nakrył! Nie doceniasz naszych umiejętności — stwierdziła, kręcąc powoli głową.
Przez chwilę panowała cisza, dopóki Gąbka nie mruknęła:
— Hm… Chcesz się gdzieś przejść? Trzeba wykorzystać czas, póki jest ciepło!
— Masz rację, powinniśmy skorzystać z pogody. Dobry spacer nam nie zaszkodzi — posłała jej uśmieszek. — Jak tam Senna Łapa? — zarzuciła temat rozmowy.
Obie wyszły z obozu i skierowały się w stronę Kolorowej Łąki.
— Nie wiem, ostatnio… rzadziej ze mną rozmawia. Pewnie to nic wielkiego, w końcu jest teraz uczennicą. Na pewno ma głowę zajętą treningami i nowymi obowiązkami — stwierdziła spokojnie, po czym spojrzała na Trzcinę z chytrym uśmieszkiem wymalowanym na pysku. — No a ty? Kiedy planujesz założyć rodzinę? — zachichotała.
Na pytanie Gąbczastej Perły na temat zakładania rodziny, zamrugała, czując, jak końcówki uszu zaczynają ją szczypać.
— Um... Nie wiem? — powiedziała niemrawo. — Na tę chwilę nawet nie mam partnera, a co dopiero być królową w żłobku... Samej mogło ci się ostatnio obić o uszy, jak to Krabowe Paluszki obgadywała relacje moje ze Zmierzchającą Falą oraz Kropiatkową Skórą. Nie mam nic do Kropiatkowej Skóry, ale czuje, że mi ukradła szansę na zdobycie jego serca — przyznała ciężko.
Obie kotki przepłynęły rzekę i znalazły się na Kolorowej Łące. Trzcinowy Szmer położyła się wśród kwiatów i rozciągnęła się, jak najbardziej mogła, by jej futro szybko wyschło.
— Wydaje mi się, że Zmierzchająca Fala nic do mnie nie czuł, co było czymś więcej niż przyjaźń... Powiedziałam mu o swoich problemach oraz wątpliwościach po egzekucji Pluskającego Potoku, a on mnie wysłuchał. Troszczył się o mnie, kiedy nie mogłam jeść, kiedy po prostu siebie zaniedbywałam, jego empatia i pomocność, jednak nie były podszyte zauroczeniem, tylko zwyczajnym klanowym zobowiązaniem. Tak jak każdy pobratymiec powinien dbać o drugiego pobratymca... Nie wiem, czy kiedykolwiek będę mieć kocięta i kochającego partnera, Gąbczasta Perło, możliwe, że ja po prostu na nie nie zasługuje... — Posłała jej smutny uśmiech.
Nie chciała, żeby ta rozmowa, która na początku była wesoła, się tak zmieniła przez jej wątpliwości i żale. Jednakże czuła, że te rzeczy ją mimo wszystko przerastają, a Gąbczasta Perła nie była jakimś tam zwykłym kotem, tylko zadatkiem na przyjaciółkę oraz medyczką klanu. Jej specjalnością było zajmowaniem się chorymi kotami, jak i tymi które miały złe samopoczucie.
Uśmieszek z pyska medyczki zniknął. Podeszła bliżej i ogonem pogłaskała Trzcinowy Szmer po boku.
— Pewnie Klan Gwiazdy ma dla ciebie inną ścieżkę.
— Nie wiem, czy jestem w stanie zaakceptować ich plan… Chciałabym mieć własną rodzinę, patrzeć jak moje kocięta stają się wojownikami. Chcę dać Klanie Nocy koty, na które zasługują… Chcę być z kotem, który mnie kocha.
Podparła swój pysk o łapy, wdychając zapach polnych kwiatów.
— Klan Gwiazdy cię kocha. Przodkowie dadzą ci kota, który naprawdę cię kocha, jak i kocięta... Nie jest nim Zmierzchająca Fala, nie został on przypisany tobie. Jednak nie możesz wątpić w miłość przodków dla Klanu Nocy.
Trzcinowy Szmer podniosła na nią wzrok. Czuła chwilowe ukojenie, na myśl, że przodkowie nie odmawiają jej posiadania potomstwa ani kochającego partnera.
— Chcę wierzyć, że masz rację.
Gąbczasta Perła posłała jej serdeczny uśmiech, doceniając jej wiarę.

***

Aktualnie

Pora Nagich Drzew dokuczała Klanu Nocy jak nigdy dotąd. Koty uciekały do legowisk, kiedy miały na to okazje. Trzcinowy Szmer nie dziwiła się wcale, sama chętnie położyłaby się w cieple i ucięłaby sobie długą drzemkę. Wiatr, który z wielką siłą napierał na obóz, gwizdał i zarzucał siarczystym mrozem.
“Nie ma mowy, że czekam tutaj, aż zbiorą się wszyscy na patrol graniczny! Muszę się gdzieś schować, zanim mnie przewieje!”.
Nie zastanawiając się zbytnio, wskoczyła do lecznicy i otrzepała się ze śniegu.
— Cześć, Trzcinowy Szmerze! Co tutaj porabiasz? Mogę ci w czymś pomóc?
Spojrzała się na medyczkę i głupio się uśmiechnęła. Nie planowała przeszkadzać nikomu w pracy, a w szczególności kotom z rodu.
— Szczerze, nie planowałam cię odwiedzić… No i nie potrzebuje opieki medycznej. Czy masz chwilę na przyjacielskie pogaduszki, Gąbczasta Perło?
Klekocząca Łapa, który krzątał się po lecznicy, posłał jej dziwne spojrzenie. Pewnie młody nie miał większego dystansu do reszty klanu. Może uważał, że ona im przeszkadza?
— Nie przeszkadzasz nam. Klekocząca Łapa jedynie dostał zadanie ode mnie. Musi posprzątać składzik, a przy okazji lepiej zapoznać się z ziołami. Jednak ja mam wolny czas. O czym chcesz pogadać? Masz jakąś plotkę? — Na jej pysku pojawił się chytry uśmieszek.
Gąbczasta Perła podeszła do niej i swoim ogonem utuliła swoje łapki. Trzcinowy Szmer czuła lekką zazdrość. Też chciałaby mieć tak długie futro, nie byłoby jej wtedy zimno!
— Niestety nie mam żadnych plotek… Jest nudno i zimno.
— Doprawdy? Aż tak ci nudno? Ostatnio narzekałaś na plany przodków względem ciebie, jednak chyba nie widzisz znaków, jakie ci wysyłają.
Medyczka była niezwykle czymś ucieszona, co lekko zdezorientowało Trzcinowy Szmer.
— Co masz na myśli?
— O pewną kotkę, która coraz częściej przebywa w twoim towarzystwie. — Szturchnęła ją w bark — Nie mów, że jesteś tak ślepa?
Trzcinowy Szmer od razu połączyła kropki. Gąbczastej Perle chodziło o Niezapominajkową Nadzieję.
— Skąd jesteś w stanie powiedzieć, czy jest to coś więcej? Może jestem dla niej tylko przyjaciółką? Może potraktuje mnie tak samo, jak zrobił to Zmierzchająca Fala? Nie wiesz tego… Już robiłam sobie nadzieję do jednego kota, nie zamierzam popełnić tego samego błędu.
— Poczekaj.
Przekrzywiła głowę. Nie rozumiała, czemu miała czekać. Przecież Niezapominajkowa Nadzieja mogła powiedzieć jej o swoich uczuciach w każdej chwili, jednak tego nie robiła. Pewnie nie czuła do niej nic więcej niż platoniczną miłość. Kotka miała już otworzyć pysk i sprzeciwić się Gąbczastej Perle, jednak ta nie pozwoliła dojść jej do głosu.
— Wiem, co chcesz powiedzieć, jednakże musisz się mnie posłuchać. Poczekaj, Trzcinowy Szmerze. Nie każdy kot jest w stanie wypluć z siebie te słowa, które chcesz usłyszeć. Dla niektórych mają o wiele większą wagę. Natomiast Niezapominajkowa Nadzieja ma jeszcze czas, żeby ci powiedzieć o swoich uczuciach. Tak samo może być to dla niej bardzo stresujące. Nie każdy jest tak odważny.
— Rozumiem… — Z lekkiego poddenerwowania, oblizała wąsy.
— Jednak nie rozmyślaj dużo nad tym — westchnęła Gąbczasta Perła, ucinając tym samym temat. — W czymś jeszcze ci pomóc?
“Nie przyszłam tutaj po pomoc!” — zacisnęły na chwilę zęby.
— Tak, chcesz jeszcze gdzieś wyjść na spacer? Oczywiście, po moim patrolu. Inni jeszcze się zbierają… — pokręciła głową z dezaprobatą. — Może do tej pory zmieni się pogoda i chociaż na chwilę znajdzie się luka pogodowa. Co ty na to?

<Gąbczasta Perło?>

Od Drobnej Łapy (Drobnego Ukojenia)

Leżała w legowisku uczniów, odpoczywając po dość długim dniu. Nalatała się w tę i z powrotem, pomagając trochę medyczkom, potem jeszcze poszła na trening z Pomocnym Wróbelkiem, odwiedziła Naparstnicową Łapę i odpowiedziała na trochę pytań kocurka.
— Wszystkie koty zdolne do samodzielnego polowania, niech się zbiorą! — po obozie Klanu Klifu rozległ się głos Judaszowcowej Gwiazdy, a Drobna Łapa, aż zastrzygła uszami na dźwięk jego słów i podniosła się z mchu, szybko ogarniając swoje futro w kilku ruchach języka. Ruszyła w stronę wyjścia z legowiska, a wkrótce potem pod skałę. Usiadła pod nią i czekała. Reszta kotów dobiegała szybko na spotkanie i po kilku krótkich chwilach wszystkie koty uniosły wzrok na ich lidera z wyczekiwaniem.
— Drobna Łapo, podejdź — głos czekoladowego kocura nie pozostawiał żadnej innej opcji, ale niebieska kotka też nie miała zamiaru zwlekać i czym prędzej wyszła przed inne koty, zatrzymując się w miejscu. Czy to była ta chwila? Czy w końcu zostanie mianowana? Jej siostra, Niebiańska Poświata, całkiem niedawno skończyła swój trening, więc może teraz była jej kolej. Jej wibrysy zadrżały z niecierpliwością.
— Drobna Łapo, ja, Judaszowcowa Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego protektora. Drobna Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię protektora. Drobna Łapo, od tej pory będziesz znany jako Drobne Ukojenie. Klan Gwiazdy ceni twoją empatię i chęć niesienia pomocy oraz wita cię jako nowego protektora Klanu Klifu — Judaszowcowa Gwiazda zakończył formułę, po czym zeskoczył ze skały i stanął przed córką Postrzępionego Mrozu i dotknął pyszczkiem jej czoła, a arlekinka na krótką chwilę przyłożyła mordkę do jego barku i tym samym ceremonia była zakończona.
Chwilę po tym każdy zebrany kot zaczął wykrzykiwać nowe imię kocicy, dokańczając tę część ceremonii. Klifiaczka była wzruszona, uradowana, że w końcu została mianowana, że udało jej się, że dała radę… a serce jej rosło, gdy widziała, jak jej pobratymcy celebrują jej chwilę.
— Drobne Ukojenie! Drobne Ukojenie! Drobne Ukojenie!... — Chór głosów ucichł dopiero po dłuższej chwili. A nowo mianowaną protektorkę rozpierała duma.

28 stycznia 2026

Od Wilczego Skowytu CD. Chudego

Czekoladowy wojownik spojrzał w dół, gdy zobaczył czarnego kociaka i zaczął myśleć co mu odpowiedzieć. Po chwili namysłu dał mu odpowiedzi na jego pytanie oraz prośbę:
— Jestem Wilczy Skowyt, czy twoja matka nie będzie zła, że spacerujesz po obozie z nieznanym ci wojownikiem? — Przykucnął, aby chociaż trochę dorównać wzrostem młodziakowi. Chudy trząsł się, ale nie z zimna, tylko ogólnie przez kondycję jego ciała. Bury pociągnął nosem i podrapał się w bok, z którego posypało się nieco sierści, niedługiej i w złym stanie. Słysząc pytanie wojownika, o mało się nie zakrztusił śliną.
— Ja nie mam matki! — odpowiedział. — Opiekują się nami opiekunki, ty ignorancie! Mieszkasz w tym klanie i nie wiesz?!
Wilczy Skowyt westchnął.
— Co za okropny dzieciak… — burknął pod nosem, po czym dodał:
— Nie interesują mnie sprawy żłobkowe, a tobie by się przydało szacunku do starszych chuderlaku — odpowiedział, już tym razem głośniej, z niechęcią do wyszczekanego kociaka, który jak widać, nie miał za grosz szacunku.
— Jeśli się dobrze będziesz zachowywać, zaprowadzę cię do stosu — odparł i zaczął wylizywać łapy.
— Bla, bla, bla! – cmoknął pod nosem, słuchając wywodu Wilczego Skowytu. — Nie przesadzaj! Chcesz, żebym umarł tu z głodu? Będę cię nawiedzać jako duch! Zobaczysz!
— Młody! Słuchaj no mnie, zaczynasz mi działać na nerwy i z wielką przyjemnością zaprowadzę cię do medyczki, aby przez cały księżyc karmiła cię ziołami! A są naprawdę ohydne! — parsknął. Ten kociak był dla niego nieznośny. Już lepiej znosił częste ględzenie swoich kociąt niż jego. — A jak umrzesz z głodu, to przynajmniej nikt nie będzie marudzić mi, ani innym kotom nad uchem. — Chciał już odejść, ale się powstrzymał. Mógł z nim jeszcze chwilę podyskutować o szacunku, ale wiedział, że Chudy i tak się nie posłucha.
— Ziołami?! Zwariowałeś!? — przeraził się Chudy, odskakując w tył, żeby Wilczy nie mógł go sięgnąć.
— Jesteś potworem! — krzyknął swoim skrzekliwym głosem. — Mi jest zimno, jestem głodny i jeszcze muszę znosić takiego ponuraka jak ty! Mało tego TY CHCESZ, żebym ja umarł z głodu! Poczekaj tylko, jak powiem o tobie mojej opiekunce! Ona złoi ci skórę tak, że się nie pozbierasz!
Wilczy Skowyt się zaśmiał
— Czekam! Niech mi wyrwie ogon i uszy! — Wojownik dalej się śmiał, ignorując wyzwiska Chudego.
W końcu się uspokoił i postanowił powiedzieć coś, co może by zaspokoiło potrzeby pręgowanego kociaka.
— Dobrze, pójdziemy do stosu ze zwierzyną. Ale jak zjesz, to migiem wracasz to legowiska. Zgoda?
Chudy od razu zmienił swoje nastawienie, słysząc, że kocur jednak nie będzie czekał, aż on umrze z głodu. Wyprostował się, eksponując wystające spod skóry kości.
— Ha! Wiedziałem, że porządny z ciebie kot! — miauknął dziarsko i z wysoko uniesionym ogonkiem podszedł do czekoladowego. — Się wie! Nie będę przecież jeść na tym mrozie!
— W takim razie chodźmy. — Widząc zmianę w zachowaniu Chudego, powolnym krokiem zaczął kierować się do stosu ze zwierzyną. Na polanie nie było widać za dużej ilości innych kotów. Prawdopodobnie chowali się w legowiskach przed mrozem. Gdy przed Wilczym Skowytem ukazała się niezła kupka już nie doskonale świeżej zwierzyny, choć nadal zdatnej do jedzenia, odparł:
— Chudy, proszę cię bardzo. O to twoje smaczne królestwo. Do wyboru do koloru. — Usiadł obok stosu i wpatrywał się w czarnego kociaka.
Bury kocurek zaczął się rozglądać za jakimś smakołykiem. Nagle jego uwagę przykuł puchaty, szaro-rudy ogon. Wyciągnął zimną piszczkę spod sterty chudych myszek.
— Hmmm... — Obejrzał ją. — Dam szansę tej. Wygląda względnie, w porównaniu z resztą.
Zadarł nosa i odwrócił się do Wilczego.
— Pozwolę ci odeskortować mnie do żłobka! — oznajmił.
— Odeskortuje cię nawet do samej opiekunki — odpowiedział. — Nawet cię polubiłem, wiesz? Miałem podobny charakter jak ty, jak byłem kociakiem — dodał z uśmiechem na pysku. Może nawet mógłby częściej z młodym wychodzić, aby prowadzić go do stosu ze zwierzyną. — Wiewiórki są pyszne, pamiętaj o tym! Najlepsze są te pulchne z ognisto rudym futrem!

<Chudy?>

Od Mglistego Snu CD. Zapomnianej Koniczyny

Mglisty Sen patrzył się na Zapomnianą Koniczynę, który właśnie prowadził przed nim dramatyczny monolog. Kiedy skończył, między nimi pojawiła się ciężka cisza, która z każdym uderzeniem serca wprawiała dwójkę w większy dyskomfort.
— Nie stracisz mnie, bo nie zamierzam nic sobie zrobić. Jestem przy was wszystkich, troszczę się o Świetliki tak, jak tylko mogę. Kiedy tylko wyzdrowiejesz, to możesz być pewien, że z chęcią będę z tobą polował oraz bez zastanowienia przyjmę twoją pomoc w każdej postaci. Jednak teraz… Nie jest to czas na takie przepychanki i wodzenie nosem. Świetliki również potrzebują cię, więc dbaj o swoją złamaną łapę.
Zapomniana Koniczyna posłał mu zawiedzione spojrzenie. Pewnie liczył na ciągnięcie tego drażliwego tematu, który nie był w ogóle priorytetem.
— Jak tam chcesz… — prychnął gorzko łaciaty i odsunął się od niego.
“Czyżby się na mnie obraził? Ech… No trudno…” — pokręcił głową, milcząc.
Odszedł od łaciatego i skierował się do lasu. Musiał się uspokoić i zająć ważniejszymi sprawami. Podczas polowania mógł sobie wszystko na spokojnie ułożyć w głowie oraz złapać coś na ząb dla pozostałych. Mieli i tak mało kotów, które były w pełni sprawne, dlatego wojownicy harowali, kiedy tylko mogli. Czarny wojownik jednak podczas polowania był aż za bardzo pochłonięty w swoich myślach i nie zdołał złapać zbyt wiele. Wrócił do Świetlików z małą myszką w pyszczku.

***

Po pochowaniu Amorphiny, zmierzch

Siedział na polanie i czyścił swoje ubłocone łapy, dokładnie wylizując brud spomiędzy pazurów. Jako nieliczny mógł czynić honory i wraz z Miodową Korą oraz Jarzębinowym Żarem pochowali białą samotniczkę na obrzeżach lasku, gdzie nie tak dawno zaczęli swoją przygodę. Świetliki mieli właśnie pierwszego przodka, który reprezentował ich w Klanie Gwiazdy.
— Mówiłeś, że nie pozwolisz nikomu umrzeć, Mglisty Śnie. — Odwrócił się w stronę Zapomnianej Koniczyny, który właśnie podszedł do niego. Łaciaty patrzył się uważnie na jego poplamione błotem futro. — Mogę pomóc ci się wyczyścić, za bardzo się uflogałeś.
Westchnął i skinął krótko głową na znak zgody. Zapomniana Koniczyna zamruczał cicho i wygodnie usiadł obok niego, zaczynając również czyścić jego czarne futro. Czas mijał, a na niebie zaczęli pojawiać się pierwsi przodkowie.
— Jak myślisz, czy Amorphina jest tam na Srebrnej Skórze? Skoro nie jesteśmy klanem, czy jak umrzemy, trafimy do Klanu Gwiazdy? Czy skończymy jak zapomniani samotnicy?
Mglistemu Snu nie spodobały się te pytania.
— Wszyscy trafimy do Klanu Gwiazdy. Nikt z nas nie zrobił niczego, za co przodkowie mogliby nas ukarać — zapewnił swojego przyjaciela, na co tamten lekko się wzdrygnął. — Coś się stało?
— Nie, po prostu przeszły mnie dreszcze…
Zmrużył swoje złotawe oczy i uważnie przyjrzał się Zapomnianej Koniczynie. Jednakże teraz tamten kocur udawał, że nie zauważył jego spojrzenia i starannie kończył pielęgnacje jego futerka.
— Gotowe! Teraz nie będę musiał spać obok flei w legowisku — zamruczał rozbawiony łaciaty oriental.
Mglisty Sen również zamruczał, jednak myślami wrócił do pierwszego zdania, jakie jego przyjaciel do niego skierował. “Mówiłeś, że nie pozwolisz nikomu umrzeć, Mglisty Śnie”, rozbrzmiewało w jego umyśle, niczym echo w jaskini. Czy on był aż tak tragicznym przywódcą Świetlików? Bardzo możliwe, że się nie nadawał, nie był w ogóle doświadczonym kotem. Był stosunkowo młody i po kryjomu aż nadto ambitny. Tylko, jak tu można powiedzieć o sobie, że jest się ambitnym, jak nie wykazuje się chęci do przejęcia inicjatywy? Czy on w ogóle kiedykolwiek zostanie przywódcą?

***

Teraźniejszość

— Miodowa Koro, Szczawiowe Serce, Kosaćcowa Grzywo, Zapomniana Koniczyno! Chodźcie, idziemy do obozu. Musimy skorzystać z okazji. Nie wiemy, kiedy pojawi się następny roztop, który pozwoli nam kopać lecznicę. Musimy również zacząć kopać legowisko przywódcy!
Wojownicy, których zawołał z polany, podbiegli do niego. Grupa była raczej zgrana oprócz Miodowej Kory i Kosaćcowej Grzywy, którzy piorunowali się wzrokiem.
— Ruszajmy, nie mamy czasu do stracenia. Mam nadzieję, że wszyscy, chociaż znaleźliście chwilę, żeby zjeść. — Kocury przytaknęły krótko głową. — Chodźmy w takim razie.
Patrol wyszedł z prowizorycznego obozu i ruszyli w głąb lasu. Mglisty Sen cieszył się skromnym roztopem oraz kilkoma dniami słońca. Musieli to wykorzystać, żeby chociaż trochę ruszyć budowę obozu. Wszyscy nie odzywali się podczas podróży. Dopiero kiedy dotarli na miejsce docelowe, odezwał się Miodowa Kora:
— Zatem, jak się dzielimy?
— Proponowałbym, aby trzy koty poszły do poszerzania lecznicy, a dwa do kopania nory dla legowiska lidera — zauważył Szczawiowe Serce. — Lecznica, jest już prawie skończona. Troje wojowników w zupełności starczy, żeby ją dzisiaj skończyć. Trzeba jedynie wynieść gruzy oraz lekko ją poszerzyć.
Kosaćcowa Grzywa, który dotąd siedział cicho, przepchał się do przodu.
— Ja mogę czynić honory i zacząć kopać norę dla przyszłego przywódcy Świetlików, czyli dla mnie — zaśmiał się i od razu ruszył do ściany obok lecznicy. Między korzeniami znajdowało się podwyższenie z usypanych kamieni, które wojownik musiał sobie upatrzyć. Kocur swoimi łapami sprawdził ziemię i krzyknął do nich:
— Łatwo będzie się kopało tę norę! Ziemia jest równie miękka, co w lecznicy!
— Kto idzie pomóc Kosaćcowej Grzywie? Miodowa Koro? — spytał liliowego, który krótko pokręcił przecząco głową. — Szczawiowe Serce?
Ów wojownik posłał krótkie spojrzenie jemu, a potem Zapomnianej Koniczynie, któremu końcówka lekko drgała.
— No dobrze.
Szczawiowe Serce dołączył szybko do Kosaćcowej Grzywy, który intensywnie zaczął kopać norę dla lidera. Natomiast ich trójka ruszyła do lecznicy, w której rzeczywiście nie było zbyt wiele do zrobienia. Miodowa Kora zabrał się za poszerzanie ścian, natomiast on wraz z Zapomnianą Koniczyną wynosili gruzy. Praca szła sprawnie, a błoto, które powstało przez roztopy, chlupotało pod ich poduszkami łap. Zanim się obejrzeli, zaczęło zmierzchać.
— Lecznica jest już gotowa — oznajmił Miodowa Kora, wychodząc z legowiska zrobionego dla Jarzębinowego Żaru.
— Na dzisiaj starczy mi już kopania — mruknął Kosaćcowa grzywa, który zeskoczył z kamiennego podwyższenia. — I tak nie widzę, co tam robię.
— To prawda — zawtórował mu Szczawiowe Serce. — Nie widzę już własnych łap w tej norze…
Mglisty Sen rozejrzał się po nich i skinął głową. Wszyscy byli zmęczeni, brudni, głodni i wychłodzeni. Sam czuł, jak jego futerko go przestało grzać.
— W takim razie wracajmy — podjął. — Postarajmy się jeszcze coś złapać podczas powrotu i dopiero wtedy będziemy mogli odpocząć.
Miny wojowników lekko zrzedły, pewnie myśleli, że to już koniec obowiązków na dzisiaj. Jednak żadne z nich nie protestowało. Każdy wiedział, że jeśli się nie upoluje niczego, to nikt nie będzie miał czego jeść w ciepłym posłaniu. Wyszli z nowego obozowiska po korzeniach starego drzewa i ruszyli w kierunku, gdzie obecnie przebywały Świetliki.

***

Wrócili do Świetlików cali brudni, zmęczeni, a część z nich trzymała pożywienie, którym musieli się podzielić z pozostałymi. Mglisty Sen osunął się na swoim posłaniu, był niewyobrażalnie głodny oraz wyziębiony. Skulił się, chcąc wytworzyć chociaż trochę ciepła. Musiał się ogrzać. Nie obchodził go ssący głód, chciał się trochę rozgrzać.
— Mglisty Śnie, nie przeszkodzi ci, jeśli cię ogrzeje?
Podniósł wzrok na Zapomnianą Koniczynę, który wziął ze stosu dwie myszy i grzecznie stał przed nim, czekając, aż mu odpowie.
— Jasne, nie musisz się nawet pytać. Każdy jest z nas wychłodzony-
— Oj nie rób z siebie teraz takiego bohatera, który dba o wszystkich.
Łaciaty przysunął się do niego i oddał swoje ciepło. Mglisty Sen zamruczał pod nosem. Doceniał gest swojego przyjaciela.
— Jak wrażenia po dniu ciężkiej pracy w obozie? Odpadają łapy, nieprawdaż?

<Zapomniana Koniczyno?>

Od Strzępka CD. Szron

Pora nagich drzew nie była litościwa, szczególnie na zboczach klifu, gdzie za wodospadem mieścił się obóz klanu. Legowiska powoli traciły dawne ciepło i w nocy jedynym ratunkiem były blisko siebie leżące ciała, ogrzewające siebie nawzajem. Łatwiej miały koty z dłuższymi szatami, lecz te i tak mogły poczuć mroźne powietrze przy mocniejszych podmuchach, dlatego też wzajemna bliskość była czymś niezastąpionym w tym okresie.
Strzępek nie narzekał na bliskość swojej rodzicielki, skupiając się jedynie na jej ciepłym futrze, które ogrzewało jego małe kocięce ciałko. Ten gest jednak nie był przepełniony troską kotki czy też matczyną czułością, a przynajmniej nie w taki sposób, w jaki to sobie młody point wyobrażał. Świadomość ta bolała, lecz z każdym dniem morskooki uczył się to ignorować, poświęcając uwagę siostrze, której też nie było łatwo. Nie raz widział, jak Szron reagowała rozdrażnieniem, gdy budziła się wtulona w brzuch Źródlanej Łuny. Nie mogło też umknąć jego uwadze to, że kotka w ostatnich dniach wolała spoczywać pod ogonem ich matki, jakby to miało pomóc przed pojawiającym się oburzeniem, gdy starsza spoglądała na nią z przeróżną mieszanką emocji w ostałym po walce ślepiu.
Point spokojnie odpoczywał u boku matki, czując nagle kopnięcia na swoim ciele. Nawet nie musiał otwierać oczu, by wiedzieć, że to jego siostra nieco go skopała w czasie prób odsunięcia się od wojowniczki. Po chwili na dźwięk tak dobrze znanego prychnięcia uchylił łaskawie swe powieki, by przyglądać się poczynaniom siostry. Ta właśnie kierowała się w stronę mchu w kącie legowiska, mając gdzieś możliwość zachorowania.
— Strzępku, nie… — zaczęła królowa, kiedy ten podniósł się i zaczął kierować w stronę Szron. Tylko na jedno uderzenia serca przystanął i machnął swoim ogonkiem w geście ignorancji, dając jasno do zrozumienia Źródlanej Łunie, że nie powstrzyma go przed udaniem się za siostrą.
— Będziesz chora — powtórzył słowa matki, układając się tuż obok Szron, mając gdzieś to, że sam też może się pochorować.
— I co z tego? W lecznicy tesz mają legowiszka — powiedziała, plując lekko przez swój zdeformowany pysk. — Ale będziesz muszał być tu szam.
— Zostawisz mnie? Nie ma już nawet Naparstnicy — zauważył, co spotkało się jedynie z wywróceniem oczami przez niebieskooką.
— On i tak był nudny... Nie zoształ wojownikiem. — Uderzyła ogonem. — Moszesz pochorować szię ze mną.
Na dalsze słowa siostry lekki uśmiech pojawił się na jego białym pysku. Kochał Szron, a nieco niewyraźne słowa z powodu jej zdeformowanego pyszczka sprawiały, że Strzępek nie umiał się oprzeć siostrze, dlatego ta często mogła liczyć na jego poparcie w różnych kwestiach. Choć było to też spowodowane tym, że kocurek nie chciał jej zbytnio opuszczać czy też zostawiać samej w towarzystwie matki — kotka znacznie bardziej okazywała niechęć w stronę rodzicielki niż jej brat.
— Hahaha — zaśmiał się krótko, a jednocześnie cicho, jakby wszechobecny chłód nie pozwalał mu na więcej. — Skoro tego chcesz, to tak będzie siostro — oznajmił, wtulając się w nią, by tej nie było tak zimno. Miał wrażenie, że czuje, jak ta się obok niego trzęsie z powodu chłodu, panującego w kociarni. — Zawsze będę tuż obok ciebie, będziesz mogła liczyć na moje wsparcie — zapewnił, nie zdając sobie sprawy, że mogła to być obietnica bez pokrycia w kolejnych księżycach ich życia.

<Siostro?>

Od Strzępka CD. Płomiennego Serca

Kociak z całkowitą uwagą słuchał słów starszej, chłonąc każdą część wypowiedzi. To był jedyny sposób, aby poznał świat poza żłobkiem, a przynajmniej dopóki nie dostąpi ceremonii mianowania na ucznia.
Wtem niespodziewanie jego skupienie uleciało, ustępując miejsca oburzeniu. Od razu położył uszy po sobie, a futerko się nastroszyło. Obecnie wyglądał jak mała puchata kulka, która wkurzona wpatrywała się morskimi ślepiami w rudą. Wszystko to było spowodowane jedynie propozycją ze strony kotki.
— Mowy nie ma! Nigdzie nie idę! — oznajmił stanowczo i dość głośno.
— Czemu? — spytała zdziwiona wojowniczka.
— Nie i tyle — mruknął, tracąc nieco na zaciętości. Z jakiegoś powodu nie chciał się z nią dzielić faktem, że nie opuści siostry, choćby na chwilę, kiedy ten będzie zwiedzać obóz z Płomiennym Sercem. A w tym czasie Szron będzie musiała znosić wzrok ich matki, pełen bólu, gdy tylko jej oko spoczywało na rodzeństwie. Zdawać się mogło, że Strzępka to nie rusza, lecz on podświadomie potrzebował atencji, uwagi, dlatego jego zachowanie wobec innych było bardzo zmienne. Kiedy tylko widział, że drugi kot traci nim zainteresowanie, kocur zmienił taktykę, by rozmówca w dalszym ciągu poświęcał mu uwagę. Dokładnie jak w przypadku Płomiennego Serca — point początkowo ignorował ją, gdyż ta mu poświęcała czas, lecz kiedy zaczęła się wycofywać, to Strzępek nabrał ochoty do rozmowy.
— Nie chce zostawiać siostry… — mruknął pod nosem, wpatrując się w swoje łapki, które były nagle znacznie ciekawsze od postaci rudej wojowniczki.

<Płomienne Serce?>

Od Rybkowej Łapy Do Białej Łapy

Rybkowa Łapa wraz ze swoją mentorką Skrzydlatą Płomykówką, Kwiecistą Knieją i kilkoma innymi kotami została przydzielona do popołudniowego patrolu łowieckiego. Sterta zdobyczy kurczyła się w zastraszającym tempie, a wiele brzuchów nie zostało jeszcze napełnionych. Kwiecista Knieja, zajęta rozmową ze Skrzydlatą Płomykówką, wysłała wcześniej Rybkową Łapę po swojego ucznia, Białą Łapę, który, dzięki zachmurzonemu niebu, powinien być w stanie wyjść z legowiska bez narażania zdrowia. Uczennica podreptała w stronę leża, rozglądając się za białym kocurkiem.
— Hej, Biała Łapo! Kwiecista Knieja chce z tobą iść na patrol łowiecki. Niebo jest całkowicie zachmurzone, więc powinno być w porządku — powiedziała przyjaźnie, machając ogonem w stronę gawędzących ze sobą mentorów. Biała Łapa kiwnął głową i skierował się w stronę wyjścia z obozu, gdzie czekała już reszta kotów wybierająca się na polowanie.
Jak to w porze nagich drzew, zwierzyny było mało. Pomimo długich poszukiwań patrolowi udało się złowić jedynie jedną chudą mysz i ptaka ze złamanym skrzydłem, którego Rybkowa Łapa znalazła pod drzewem, gdy ten bezskutecznie próbował wzbić się w powietrze. Trzęsące się z zimna koty z opuszczonymi ogonami wracały do obozu, rozczarowane wynikiem łowów — złapane zwierzęta zapełnią żołądki góra dwóch wojowników, a w obozie na posiłek czekało ich znacznie więcej.
Rybkowa Łapa postanowiła zagadać do Białej Łapy. Na początku chciała zapytać o jego nadwrażliwość na światło, ale uznała, że może być to niestosowne. Wybrała więc inny temat.
— Myślisz, że nasi przodkowie naprawdę mieszkają w gwiazdach? To wydaje się trochę dziwne. Wszyscy o tym cały czas opowiadają, ale nikt nigdy tego nie udowodnił. Szkoda, że tylko medycy mogą iść do miejsca spotkań. Dlaczego my nie możemy widzieć naszych przodków tak jak oni? Chciałabym wiedzieć, czy mój tata naprawdę z nimi jest, czy Słodka Dziewanna tylko tak mówi, żeby mi i rodzeństwu nie było przykro…

<Biała Łapo?>
[287 słów]

27 stycznia 2026

Od Wąsatki (Wąsatkowej Łapy) CD. Grubego

— Ale skoro ci nie odpadł, może możemy go od nowa zrobić. Taki jaki ma Noc, tylko z... hm... — zastanowiła się, po czym podskoczyła podekscytowana w miejscu. — Wiem! Z ziemi! Ozdobimy go liściami, żeby był pomarańczowy, jak ty!
Gruby zamrugał parę razy.
— Wątpię, że to pomoże... — mruknął, podnosząc się z leża.
— Nie mów nie, dopóki nie spróbujesz! — rzuciła bojowo Wąsatka, na co Gruby pokręcił łebkiem i sam zaczął się rozglądać za liśćmi, które najbardziej pasowały kolorem do jego rudej szaty.
Młódka cieszyła się z faktu, że jej nowy kolega tak bardzo zaangażował się w poszukiwania materiałów na jego nowy pyszczek. Gdy już skończą, Gruby będzie wyglądał tak, jak inne kociaki w żłobku! A przynajmniej… ich większość, bo był tu jeszcze Chudy. Jemu chyba też kufa odpadła.
— Ej, Gruby! — odezwała się nagle, podnosząc uszy do góry, co nie działo się zbyt często, bo kotka zazwyczaj trzymała je wzdłuż głowy.
Rudy zwrócił głowę w jej stronę, ponownie nieco naburmuszony – a może raczej zrezygnowany. Wąsatki nie zniechęcił jednak jego zmieszany wyraz.
— Czy twojemu bratu też taki zrobimy? — zapytała, podchodząc bliżej kociaka. — Za niedługo zostaniemy uczniami! Na pewno łatwiej wam obu będzie ze zwykłymi pyszczkami. — Wąsatka spojrzała na liście, które już zebrali. — Chudy jest brązowy, jak ziemia. Nie musimy zbierać dla niego listków… no, chyba że znalazłbyś jakieś w kolorze jego futerka… — zastanowiła się, uciekając wzrokiem gdzieś w bok.
— To nie będzie konieczne. Chudy sobie poradzi — stwierdził rudofutry.
Wąsatka wzruszyła ramionami. Skoro Gruby tak mówił, to pewnie miał rację. W takim razie wszystko, co zebrali, może zostać wykorzystane, by zrekonstruować kufę pomarańczowookiemu! Kocur powinien cieszyć się z tego, że znalazł sobie tak kreatywną i dobroduszną koleżankę. Nie każdy byłby chętny na udzielenie pomocy biednemu kociakowi, który urodził się bez połowy pyska.
— Świetnie! — mruknęła w końcu czarno-biała, pochylając się nad zgromadzoną kupką ziemi i rdzawych liści. Po chwili wzięła jeden z nich i przyłożyła go do mordki Grubego, następnie przechylając łebek i mrużąc oczy. — Hm… ten całkiem dobrze pasuje do koloru twojego futerka!

* * *

Teraźniejszość

W żłobku może i udało jej się zdobyć kilku przyjaciół, ale jako uczeń… z kim miała się zadawać? Jasne – wciąż rozmawiała z Chudym i Grubym, ale nie mogła przecież przesiadywać w kociarni całymi dniami! Była już prawie dorosła, a to znaczyło, że powinna spać jak uczniowie, jeść jak uczniowie i żyć jak uczniowie.
Wąsatkowa Łapa słyszała już o jakiejś Makowej Łapie, ale rudofutra kotka wydawała się dosyć… stara. Czy wciąż powinna być uczniem? Oprócz niej była też Cykoriowa Łapa i Aksamitkowa Łapa. Wszystkie w czwórkę spały pod jednym sufitem, ale zazwyczaj nie odzywały się do siebie słowem. Może kotki były po prostu zmęczone po swoich treningach?
Wąsatka nie wiedziała, jak to wygląda u innych, ale jej na razie podobało się, gdy wychodziła z Pustułkowym Szponem z obozu, a ten pokazywał jej granice i opowiadał o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd. Była zafascynowana tą… wiarą, jak to określał czekoladowy. Gdy była młodsza, słyszała już o niej kilka słówek, ale nigdy nie przywiązywała do nich zbyt dużej uwagi. Pustułek jednak jasno określił, że Mroczna Puszcza jest bardzo ważna w ich życiu i jeśli będzie się starać, to przyszykuje dla niej jakąś niespodziankę z tym związaną. Wąsatka uwielbiała niespodzianki!
Teraz czarno-biała leżała na swoim posłaniu, obserwując śnieżycę szalejącą poza legowiskiem i ciesząc się z tego, że nie musi teraz ćwiczyć. Pustułkowy Szpon zabrał ją na trening już z samego ranka, więc teraz, wieczorem, mogła odpoczywać. I nie martwić się o to, że takie wichry mogłyby ją zwiać do innego klanu! Na przykład… Klanu Klifu czy Klanu Burzy – bo Pustułek mówił, że z nimi graniczą.
Uczennica zastanawiała się, kiedy uda jej się spotkać kota z innej przynależności. Czy wyglądali tak samo, jak oni? A może w niczym ich nie przypominali? Tak bardzo chciałaby się dowiedzieć!
Nagle do legowiska wkroczyła, dysząc ciężko, czekoladowa, pręgowana kocica. Miała wilgotne futro i łapy oblepione grudkami śniegu. Poruszała się powoli, jakby z trudem. Jej zmęczony, zdezorientowany wzrok błądził po różnych zakątkach legowiska, aż w końcu Cykoriowa Łapa opadła ciężko na swoje posłanie. Aksamitkowej Łapy i Makowej Łapy jeszcze tu nie było.
“Na krety! Co jej się stało?” – pomyślała Wąsatka.
Przez moment obserwowała uczennicę w bezruchu, dopóki nie zdecydowała się do niej podejść. Usiadła nieopodal, owijając ogon wokół łapek.
— Cykoriowa Łapo? — zapytała, trącając kotkę paluchem. — Co ci się stało? Wyglądasz jak wielka kula śnieżna! — burknęła.
Cykoriowa Łapa odpowiedziała jej jedynie ciężkim westchnieniem. Nie wyglądała na kogoś w najlepszym stanie…
Wąsatkowa Łapa przyłożyła łapę do jej pyska.
— Halooo! Umierasz? — buczała do ucha czekoladowej, która w końcu drgnęła.
Cykoriowa Łapa kłapnęła zębami tuż przy pysku Wąsatki, marszcząc nos.
— Ej, ej! Co tak agresywnie? — fuknęła Wąsatka, odsuwając się od starszej uczennicy.
— Idź sobie! — wychrypiała czekoladowa. — Potrzebuję odpocząć!
— Nie odpoczniesz w takim przemoczonym posłaniu! Ten śnieg zaraz stopnieje i co? — naciskała, podczas gdy jej ogon przecinał powietrze niczym bicz. — Będziesz pływać, a nie odpoczywać!
— Co cię to wszystko obchodzi!? Patrz na swój czubek nosa! — wycedziła przez zęby Cykoriowa Łapa, wsuwając pysk między łapy.
“Jaka ona uparta!” – myślała Wąsatka. Ciekawe, co jej się stało. Może poza obozem robaki ją pogryzły? O ile w Porze Nagich Drzew w ogóle istniały owady – czarno-biała zdążyła już zauważyć ich brak w powietrzu. Trochę ją to zdziwiło, ale jeszcze nie miała okazji zapytać o to taty. Jak to się działo, że gdy zaczynało się robić zimno, wszystkie muchy, komary i osy chowały się… no właśnie, gdzie? A gdy się ocieplało, nagle wracały?
A jeśli nie pogryzły jej robaki, to może poparzyły ją pokrzywy? Choć to również nie miało sensu. Wszelka roślinność przykryta była teraz grubą warstwą perlistego puchu. Zupełnie tak, jak Cykoriowa Łapa w tym momencie.
— Jesteś chora? — zapytała w końcu, jakby olśniona. — Tata mi mówił o medyce! Mogę cię do niej zaprowadzić. Czyni cuda! — oznajmiła, szczerząc swoje mlecznobiałe kiełki.
— Medyce? — wymamrotała zdziwiona, po czym pociągnęła nosem. — Chyba o medyku, pacanie. Nie potrzebuję go — uparła się starsza.
Wąsatka wiedziała już jednak, że musi jakoś zaciągnąć Cykorię do lecznicy albo… lecznicę do Cykorii. W zależności od tego, co będzie łatwiejsze – choć z nastawieniem pręgowanej chyba prostsze było to drugie.
— Na moje oko, to potrzebujesz.
— Które? Te zdrowe, czy te, które od ciebie ucieka? — Starsza ostatecznie podniosła głowę, załzawionymi ślepiami wpatrując się w Wąsatkę. Jej oddech był świszczący, jakby z trudem wydostawał się na zewnątrz. Sama kotka chrząkała co jakiś czas; była wyraźnie chora.
— Nie żartuj sobie! Nie dziwię się, że przegrałaś z Cienistą Zjawą, skoro chodzisz taka zmizerniała! Rusz wreszcie zad do lecznicy i weź zioła od me-… — przerwała, mrużąc oczy ze zirytowania. W końcu prychnęła, poruszając wibrysami. — Skoro chcesz być takim osłem, to sobie nim bądź. Tylko spróbuj nie nasmarkać na legowiska obok.
Nadęła policzki i wróciła na swoje leże, zawijając się w ciasną kulkę. Jednak najwyraźniej jej słowa podziałały, gdyż już po chwili pręgowana podniosła się z miejsca, a po legowisku uczniów rozniósł się dźwięk jej kroków. Wyszła na zewnątrz.
Wąsatkowa Łapa szybko przewróciła się na drugi bok, obserwując, jak starsza skręca w stronę lecznicy. Nareszcie! Przynajmniej nie będzie ryzykować tego, że się zarazi. Bardzo nie chciałaby chorować akurat po rozpoczęciu swojego treningu – Pustułkowy Szpon na pewno nie byłby zadowolony z takiego obrotu spraw. Zależy mu przecież na tym, by wychować swoją samozwańczą córkę na jak najdumniejszą wojowniczkę Klanu Wilka!

* * *

Może interakcje z innymi uczniami po prostu nie były dla niej. Na całe szczęście jeszcze tylko kilka dni, aż Gruby i Chudy dołączą do grona terminatorów i znowu będą mogli rozmawiać ze sobą wieczorami oraz lepić sobie nawzajem pyski z ziemi, a może i śniegu! Wąsatka co prawda nie wiedziała, czy dwójka braci za nią przepada, ale nie zwracała na to uwagi. Ważne, że to ona ich lubiła, nie?
Nawet jeśli teraz nie tolerowali jej obecności, to za jakiś czas zostaną zmuszeni, by się do niej przyzwyczaić, bo Wąsatka nie zamierzała odpuszczać sobie prób zaskarbienia ich zaufania w najbliższych księżycach! Poza tym… sama nie była też zbyt bystra, jeśli chodzi o emocje innych kotów. Chudy mógł na nią wrzeszczeć, mógł nawet marszczyć się jak ususzony liść, a ona i tak uważałaby, że to tylko jego sposób na okazywanie szczęścia.
Wąsatkowa Łapa wsunęła łebek do kociarni, by rozejrzeć się po zgromadzonych tam kotach. Dostrzegła Chudego, Noc, Kalinkę, Księżycka i, rzecz jasna… Grubego! Od razu się uśmiechnęła i, nie czekając na aprobatę Gąsiorkowego Trzepotu czy Jaskółczego Ziela, wparowała do środka.
— Cześć, Gruby! — przywitała się z kociakiem. — To takie ekscytujące, że jestem już uczniem i zyskałam nowe imię, co nie? Ciekawe, kiedy ciebie Zalotna Gwiazda mianuje! Tylko wiesz, musisz uważać, bo zanim to nastąpi, musisz odbyć samotną noc w lesie! — westchnęła, rozsiadając się obok pomarańczowookiego, jakby była panem tego miejsca. — Podczas takich mrozów to potwornie ciężkie, ale mi się udało! Myślisz, że sobie poradzisz? — zaczęła go wypytywać. — Musisz być tylko zdeterminowany i dobrze nastawiony, a ze wszystkim sobie poradzisz! Mówię ci!

<Gruby?>

[1439 słów]

Wyleczeni: Cykoriowa Łapa

Od Mirtowego Lśnienia CD. Pchełkowego Skoku

Niebo nad obozowiskiem zaczynało powoli gasnąć, jakby niewidzialna łapa zanurzała je w barwach różu, miedzi i tlącego się ognia. Smugi światła przeciągały się między koronami drzew niczym krwawe blizny, zapowiadając nieuchronny zachód słońca i noc, która miała przynieść coś więcej niż zwykły chłód. Każde uderzenie serca Mirtowego Lśnienia dudniło w jego piersi z niepokojącą regularnością, będąc ponurym przypomnieniem, że czas — ten zdradliwy sprzymierzeniec i bezlitosny wróg — właśnie się kończył.
Choć stres sprawiał, że jego rude futro jeżyło się niespokojnie, a mięśnie pozostawały napięte jak cięciwa gotowa do strzału, pod tą warstwą lęku tliła się ekscytacja, dzika i niebezpieczna niczym ogień. Zbliżali się do chwili, której nie dało się już odwlec, do punktu bez powrotu. Prawdziwa walka wreszcie miała się rozpocząć — ta jedyna, ta właściwa, na którą czekał całe życie, nawet jeśli głęboko w sobie wiedział, że nie był jeszcze gotów, by ponieść jej konsekwencje.
Przełknął ślinę, gdy na skraju obozowiska dostrzegł Pchełkowy Skok. Kotka porządkowała przejście, zbierając z ziemi liście, jakby próbowała nadać światu porządek, którego w rzeczywistości już dawno w nim nie było. Na widok jej sylwetki jego serce zabiło szybciej, boleśnie, jakby chciało wyrwać się z piersi. To była chwila, której nie mógł już dłużej odkładać. Jeśli pragnął ruszyć naprzód — ku władzy, ku przeznaczeniu, ku krwi — musiał wykonać ten pierwszy krok.
Ruszając w jej stronę powoli, niemal ostrożnie, czuł, jak napięcie ściska mu barki, a każdy krok zdaje się zbyt głośny w ciszy obozu. Zatrzymał się tuż przed nią, unosząc pysk z wymuszoną dumą, za którą krył się chaos myśli.
— Dobrze cię widzieć, Pchełko — odezwał się spokojnie, choć w jego wnętrzu wrzało, kipiało, jakby burza próbowała wyrwać się na powierzchnię. — Może wybierzemy się na krótki spacer? Jest kilka spraw, o których chciałbym z tobą porozmawiać…
Kotka drgnęła lekko, wyraźnie zaskoczona. Z pyszczka wypadła jej garść liści, które rozsypały się bezładnie po ziemi. Spojrzała na kocura, a z jakiegoś trudnego do nazwania powodu wszystkie mięśnie w jej ciele napięły się jednocześnie, jakby instynkt ostrzegał ją przed tym, co miało nadejść.
Kiwnęła głową, a na jej pyszczku odmalowała się determinacja wymieszana z niepewnością — delikatna równowaga, gotowa w każdej chwili runąć.
— Ciebie również dobrze widzieć — odpowiedziała cicho. — Z m–miłą chęcią.
Mirtowe Lśnienie skinął krótko głową i machnął ogonem, po czym podreptał w stronę wyjścia z obozowiska. Szli w milczeniu, a każdy krok oddalał ich od znajomego zapachu klanu i zbliżał ku temu, co nieznane. Gdy obóz został daleko za nimi, a drzewa zaczęły zamykać się wokół niczym czujni strażnicy, kocur zatrzymał się i spojrzał na szylkretkę.
— No więc… — zaczął cicho, niemal szeptem, jakby bał się, że ktoś mógłby ich podsłuchać. — Kiedy Judaszowcowa Gwiazda umrze, Pikująca Jaskółka wyruszy po swoje życia. Będzie wtedy niemal sama. Jedynym kotem, który jej będzie towarzyszył, okaże się Ćmi Księżyc.
Zawiesił głos, mrużąc oczy, jakby wpatrywał się nie w Pchełkę, lecz w wizję przyszłości, która rysowała się przed nim mrocznie i kusząco.
— I właśnie to moglibyśmy wykorzystać.
Pchełkowy Skok zamrugała kilkukrotnie.
— Ćmi Księżyc m–może narobić nam problemów… — szepnęła, przywołując wspomnienia kotki, której oddanie zasadom i obrządkom było powszechnie znane. — Powinniśmy… jakoś ją oddzielić od Jaskółki…
Mirtowe Lśnienie milczał przez dłuższą chwilę. Wiedział, że Pchełkowy Skok ma rację — Ćmi Księżyc nie mogła być świadkiem tego, co planowali. Jej obecność byłaby niczym cierń wbity w łapę, niczym spojrzenie Gwiezdnego Klanu, którego nie sposób było zignorować. Westchnął cicho i przełknął ślinę, jakby sam smak tych myśli był gorzki.
— Jest niewidoma — powiedział w końcu niskim, stłumionym głosem. — To powinno ułatwić sprawę.
— A–ale może nabrać podejrzeń… — odpowiedziała Pchełka, jej uszy drgnęły niespokojnie. — Nie l–lepiej będzie ich rozdzielić? Żebyś mógł… no wiesz.
Pogrzebała łapą w suchych liściach, nie mogąc zmusić się do wypowiedzenia na głos słowa, które zawisło między nimi jak złowieszcza obietnica.
— Pojęcia nie mam, jak chcesz ich rozdzielić — odparł zwięźle, marszcząc pysk. W jego głosie pobrzmiewał sceptycyzm, a ogon drgnął nerwowo, zdradzając napięcie, którego nie potrafił już w pełni ukryć.
— To jak w takim razie chcesz to zrobić? — zapytała szczerze, unosząc pysk i nadstawiając uszu. — Chcesz się zakraść t–tam, zanim one dotrą na miejsce? Czy to nie będzie sprzeczne z wolą Przodków? Nie powinniśmy jej... — tutaj zniżyła głos — pozbawiać życia w świętym m-miejscu…
W jego oczach przemknął cień wahania, gdy zastanawiał się, ile prawdy powinien jej powiedzieć. Czy naprawdę miałby zaprzepaścić swoją jedyną szansę przez martwe duchy…? Nie. Nie mógł pozwolić, by strach nim rządził. Nie mógł pozwolić, by duchy przodków stanęły między nim, a władzą. Już dawno o tym postanowił — i miał zamiar się tego trzymać.
Jego łapy zadrżały lekko.
— My tylko… wykorzystamy to, co sami nam dali — miauknął miękko, niemal potulnie, jakby każde słowo było starannie dobrane i wygładzone, pozbawione ostrych krawędzi. Po chwili ciężko westchnął, a powietrze, które opuściło jego płuca, zdawało się drżeć od niewypowiedzianych intencji. Jego spojrzenie nie opuszczało Pchełkowego Skoku ani na moment — śledził każdy ruch jej uszu, każdy ledwie zauważalny skurcz mięśni, desperacko poszukując w niej zgody… lub sprzeciwu.
— Przodkowie nie chcieliby, aby Pikująca Jaskółka objęła władzę — kontynuował spokojnie, niemal jakby cytował dawno zapamiętaną prawdę. — Zrozumieją, że nawet jeśli jej dusza — tak ciemna, jaka jest — spocznie w ich świętym miejscu, to stanie się to dla większego dobra.
Las wokół nich zdawał się zastygać. Cienie wydłużały się, oplatając pnie drzew niczym czarne języki ognia, a zapach wilgotnej ziemi mieszał się z chłodem nadchodzącej nocy. Wojowniczka westchnęła cicho, lecz w tym dźwięku pobrzmiewało zmęczenie tak głębokie, jakby nosiła je w sobie od wielu księżyców. Obydwoje wiedzieli, jak misterny i kruchy był ten plan — i jak straszliwe mogłyby być konsekwencje, gdyby choć jeden jego element zawiódł. Zbyt wiele myślenia. Zbyt wiele decyzji. Zbyt wiele krwi, jak na jedno, pozornie proste życie, które zamierzali ukrócić.
— Myślisz… że jej dusza powędruje do K–Klanu Gwiazd? — zapytała w końcu niebieska, unosząc wzrok. Jej oczy błyszczały niepokojem, gdy spojrzała na niego. — Za swoje czyny p–powinna trafić do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd, by odpokutować. Byśmy m–mogli wreszcie odpocząć…
Mirtowe Lśnienie zmrużył oczy, wpatrując się w jej pełne wątpliwości spojrzenie. Jego pysk pozostał niewzruszony, gładki niczym maska, spod której nie przedostawała się żadna emocja. Jedynie ogon poruszył się leniwie, powoli, jakby każde drgnięcie było dokładnie przemyślane.
— Kto wie, Pchełko… — odezwał się po chwili, głosem niskim, spokojnym i niebezpiecznie pewnym. — Dusza Pikującej Jaskółki nie należy już do nas. Jeśli Przodkowie zechcą ją przyjąć, tak się stanie. A jeśli nie… — urwał na moment, pozwalając ciszy zgęstnieć — …wtedy jej ciemność sama znajdzie swoje miejsce.
Zawiesił głos, jakby ważne było, by każde słowo wniknęło w jej umysł, zakorzeniło się tam i zaczęło kiełkować.
— Gdy już zniknie, nikt nigdy o niej nie usłyszy. Ani ty, ani ja nie będziemy musieli się nią martwić… aż do dnia, w którym przyjdzie nam umierać.
— Możesz sobie wyobrazić życie bez niej? — zapytała cicho. — To uczucie… ulgi?
Jej wzrok powędrował pomiędzy drzewa, w głąb lasu, gdzie ciemność była gęstsza, a przyszłość — niepokojąco pusta. Rudzielec milczał przez dłuższą chwilę, a potem delikatnie zastrzygł uszami, jakby dopiero teraz wracał do rozmowy.
— Mirtowe Lśnienie? — odezwała się niepewnie, zerkając na niego spod rzęs. — P–Podziwiam cię. J–Jestem ci wdzięczna, że chcesz ze mną odmienić nasz K–Klan.
Kocur nie odpowiedział od razu. Obserwował ją w półmroku, jakby ważył znaczenie jej słów, badał ich szczerość. Jego oczy błysnęły cicho, odbijając resztki gasnącego światła, a ogon ponownie poruszył się wolno.
— Podziwiasz mnie? — powtórzył półgłosem, z nutą przekory, lecz w jego tonie pobrzmiewał cień ciepła. — Cieszę się, że patrzysz na mnie w ten sposób. Ale pamiętaj… — nachylił lekko głowę — …to nie ja odmieniam klan. To my razem zmieniamy jego los.
Uśmiechnął się nieznacznie, ledwie dostrzegalnie, po czym westchnął cicho, jakby już w myślach był kilka kroków dalej.
— Właśnie… Medycy mogą wchodzić w kontakt z Klanem Gwiazd, racja?
— Tak, mogą — odpowiedziała, kiwając głową. — T–To oni otrzymują wizje od Przodków. N–Niestety nie wiem, jak to dokładnie wygląda.
Jego wąsy zadrżały lekko. W jego umyśle powoli krystalizował się nowy pomysł — chłodny, wyrachowany i niebezpiecznie kuszący. Na moment zamilkł, jakby sam oceniał jego wagę, po czym uniósł pysk. W jego oczach pojawił się lodowaty błysk.
— A co, jeśli walka stoczy się właśnie pod okiem Ćmiego Księżyca? — miauknął spokojnie, niemal łagodnie. — Jeśli ją wygramy, będzie to znak. Dowód, że Klan Gwiazd chciał, aby wszystko potoczyło się właśnie w ten sposób.
Zamilkł, pozwalając, by myśl zawisła między nimi niczym ostrze. Wiedział, że medyczka nigdy nie poparłaby brutalnego starcia… Ale co, jeśli ujrzałaby tylko część prawdy? Jeśli Pikująca Jaskółka nie miałaby umrzeć natychmiast? Myśl ta sprawiła, że jego spojrzenie stwardniało. Najwyraźniej czasem wystarczyło pokazać dokładnie tyle, ile inni byli gotowi zobaczyć.
— C-Chcesz sprowokować Pikującą Jaskółkę? — Zapytała niepewnie. — Czy może bardziej... Wepchnąć ją w jakąś... pułapkę?
Mirtowe Lśnienie nie odwrócił wzroku. Przeciwnie — pozwolił, by jego chłodne, przenikliwe spojrzenie spoczęło na niej dłużej, niż było to konieczne. W kącikach jego pyska drgnęło coś na kształt subtelnego, bardzo bladego uśmiechu.
— Wiesz, Pchełko… — odezwał się w końcu cicho — niekoniecznie jedno musi wykluczać drugie.
Kocur zrobił krótką pauzę, jak gdyby ważył każde słowo.
— Musimy jednak działać ostrożnie. Nie mogę stanąć z nią do walki sam – to byłoby zbyt oczywiste. Zbyt łatwe do podważenia.
Burknął coś pod nosem.
— Potrzebujemy trzeciego ogniwa — dodał niskim głosem. — Kogoś, kto odważy się rzucić jej wyzwanie… i sprawi, że wszystko będzie wyglądało bardziej naturalnie.


<Pchełko?>