BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

31 maja 2026

Od Smoka do Zewu

Nie no, teraz to już w ogóle nie uda jej się uciec ze żłobka! Podjęła aż dwie próby wydostania się z azylu, by pozwiedzać tereny Owocowego Lasu, i ani razu nie zakończyły się one sukcesem. Z każdą taką nieudaną akcją poziom trudności kolejnej rósł, bo koty wokół coraz lepiej znały zachowanie Smoka i to, co mogło z niego wyniknąć.
Właśnie dlatego postanowiła, że tym razem będzie zachowywać się nienagannie, by uśpić czujność rodziców i reszty Owocniaków. Dzięki temu, zamiast ruszyć w stronę wyjścia z kociarni, spokojnie i grzecznie podeszła do jednego z czwórki kociąt Purchawki. Był to czarny, dymny kocurek o krótkim ogonie, który akurat przyglądał się progowi żłobka, jakby sam również planował ucieczkę.
— Kolego, hej! — mruknęła, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę.
Gdy kocur wreszcie uraczył szylkretkę spojrzeniem, ta od razu kontynuowała:
— Nie wiem, czy wiesz, ale nazywam się Smok. Trochę tu nudno, nieplawdaż? — westchnęła ciężko, kręcąc głową. — Właśnie dlatego pomyślałam, że z tobą polozmawiam! O ile, oczywiście, jesteś ciekawy. Bo jeśli jest z ciebie nudziaz, to możesz stąd zmiatać! — dodała, szczerząc swoje kiełki.
Czarnofutry przez moment wpatrywał się w Smoka, jakby próbował rozszyfrować tę chaotyczną plątaninę słów.
— Co? Masz jakiś ploblem, lozlazły ślimaku? — prychnęła, wysuwając pazurki. — Bo jeśli tak, to mogę zabić tę nudę nieco mniej pokojowym sposobem! — zagroziła mu, już napinając mięśnie, by wyskoczyć w jego stronę.

<Kolego?>

Od Smoka do Wrony

Rohan zdążyła już dowiedzieć się o ostatniej ucieczce Smok, więc teraz obserwowała kotkę znacznie uważniej. Zdawało się też, że czasami specjalnie powstrzymywała się przed zaśnięciem, by nie stracić małej urwiski z oczu choćby na jedno uderzenie serca. Nigdy nie wiadomo było, co takiego Smok mogłaby odwalić w tak krótkim czasie, ale zapewne wiele...
Teraz kotki wpatrywały się w siebie podejrzliwie, jakby bawiły się w to, która pierwsza mrugnie. W końcu Rohan wzięła głęboki wdech i mruknęła:
— A co powiesz na spacer po obozie... pod nadzorem taty? — zaproponowała młódce, uśmiechając się lekko. — W ten sposób będziemy mieć pewność, że nic ci się nie stanie, a ty będziesz mogła trochę pozwiedzać tutejsze zakamarki!
Czarno-ruda nie chciała jednak tego słuchać. Gdy tylko mama wspomniała o tacie, prychnęła i odwróciła łepek od Rohan, udając oburzoną.
— Nie będę chodzić z tatą po obozie! To wstyd! — oznajmiła, gniewnie uderzając końcówką ogona o ziemię. — Albo pozwolisz mi pospacelować samemu, albo ucieknę pod twoją nieuwagę! — dodała, ponownie spoglądając na matkę.
— Nie, nie. To ja tu stawiam warunki! Albo pójdziesz z tatą, albo nie pójdziesz wcale — mruknęła Rohan, powoli kręcąc głową.
Wtedy Smok zrozumiała, że nawet jeśli wyjdzie ze żłobka z Gondorem, i tak będzie w stanie od niego zwiać. W jednej chwili zmieniła więc zdanie.
— No... dobze! Mogę wyjść z tatą — prychnęła, jakby od niechcenia, po czym podniosła się z miejsca i rozejrzała po żłobku.
Trochę czasu minie, nim białofutry zjawi się w kociarni, więc musiała czymś się zająć.
Uznała, że dobrym pomysłem będzie w końcu zapoznanie się z nowymi towarzyszami ze żłobka. Niestety większość z nich właśnie ucinała sobie drzemkę — poza jednym. Był to czekoladowy kocurek o żółtych ślepiach, który siedział pośród swojego śpiącego rodzeństwa.
Smok podeszła do niego, nawet niespecjalnie starając się nie obudzić pozostałej trójki.
— Cześć! Jak ci na imię? — zapytała od razu, jednak nie czekając na odpowiedź kocurka, kontynuowała: — Ja się nazywam Smok! Fajnie, plawda? Nie wiem, co to słowo oznacza, ale na pewno coś lównie potężnego, jak ja! — zaczęła się przechwalać. — Wiesz, że już udało mi się uciec ze żłobka? Widziałam, co takiego znajduje się poza jego ścianami! Och, jak było niebezpiecznie! Gdy tylko wysunęłam nos z kocialni, pzeleciał pzede mną taki oglomny ptak! Z długimi szponami i ostlym dziobem! — kontynuowała, dumnie wypinając pierś. — Plawie mnie złapał, ale i tak poszłam dalej! I wtedy spotkałam oglomnego lisa! I wspięłam się na jego plecy! — mówiła dalej, a w jej oczach błyszczała ekscytacja. — Niestety... później TWOJA mama mnie od niego zablała! — fuknęła gniewnie w stronę czekoladowego, marszcząc nosek.
— Huh? — odparł kocurek, wyraźnie nie nadążając za opowieścią Smok. — Ja... Ja mam na imię Gończyk — mruknął w końcu, po czym przechylił głowę. — A ty... naprawdę widziałaś lisa? W takim razie opowiedz mi, jak wygląda! — zażądał.
Szylkretka otworzyła szeroko oczy.
— Jak wygląda? No, cóż...
Nim jednak zaczęła go opisywać, w żłobku rozległ się znajomy głos. To tata zawitał w progach kociarni!
— Ja muszę już spadać! Ja wychodzę ze żłobka, a ty się dalej w nim malnuj! — zachichotała, wystawiła Gończykowi język, po czym pobiegła do Gondora.
Uderzyła w jego przednią łapę i zaczęła pchać ją do przodu.
— Tato! Tato! Ja chcę na zewnątz! Mama się zgodziła! — mówiła, jednocześnie próbując wypchnąć Gondora poza kociarnię.
— Dobrze, już idziemy... — mruknął białofutry, ruszając z miejsca.
Biedaczek nie miał nawet czasu przywitać się z partnerką i resztą swoich pociech, bo Smok nie dawała mu ani chwili spokoju.
Gdy znalazła się w obozie, od razu rozejrzała się wokół, wypatrując nowej ofiary, która mogłaby zabrać ją poza azyl. Tak bardzo skupiła się na poszukiwaniach, że odeszła nieco dalej od swojego taty. Ten natychmiast przytrzymał ją łapą i przysunął bliżej siebie, obawiając się, że kotka zaraz znowu ucieknie.
— Daj mi spokój! — fuknęła szylkretka, zirytowana zachowaniem ojca.
Już miała kontynuować obrażanie starszego, gdy nagle tuż obok przemknęła czarnofutra kotka o zabawnych uszach. Smok natychmiast wysunęła pazurki i podbiegła do niej, uczepiając się jej tylnej łapy.
— Ty! Plędko! Poza obóz! — powiedziała, zanim uczennica zdążyła się zatrzymać, zaskoczona.
— Oj nie, nie tym razem! — rozległ się głos białofutrego kocura, który szybko dogonił czarnofutrą kotkę, do której przyczepiona była jego latorośl. — Nie zmusisz kolejnego ucznia do tego, by pokazał ci tereny Owocowego Lasu!
Szylkretka pokazała mu język, jednak widząc jego rozgniewane spojrzenie, szybko puściła łapę starszej kotki i wróciła do ojca.
Nim jednak uczennica zdążyła odejść, Smok rzuciła w jej stronę:
— Ej, a czemu ty masz takie dziwne uszy? — zapytała, mrużąc podejrzliwie ślepia.

<Śmiesznoucho?>

Od Smoka do Borowika

Smok i jej rodzeństwo rosło jak na drożdżach. Jednak wraz z łapami szylkretki rosła też jej chęć ucieczki ze żłobka i zaznania wolności.
Właśnie tak — po tych dwóch księżycach jej zapał do odkrywania świata wcale nie osłabł, a wręcz przeciwnie! Z każdym kolejnym dniem spędzonym pod okiem Rohan coraz bardziej świerzbiły ją łapy, by rzucić się do wyjścia z kociarni i pobiec jak najdalej przed siebie. W końcu siedzenie w żłobku było nudne, nawet jeśli teraz musiała dzielić go z dodatkową czwórką kociąt, do których jeszcze nie miała okazji zagadać. Może przynajmniej one okażą się warte jej uwagi…? Kiedyś na pewno się tego dowie, gdy w końcu otworzy do nich pyszczek.
Słyszała tylko, że dwójka z nich już niedługo zniknie z Owocowego Lasu i przejdzie do jakiejś innej przynależności, ale nie pamiętała dokładnie której. Ach! Oni to się mieli dobrze. Ona też chciała podróżować, a nie siedzieć w tym zapyziałym Owocowym Lesie!
Ze złości aż kichnęła, a całe jej niewielkie ciałko zadrżało. Szybko obróciła głowę, by upewnić się, że nie obudziła mamy. Gdy dostrzegła, że powieki Rohan są przymknięte, uśmiechnęła się chytrze i chwiejnie podniosła się na łapki.
— Pzygodo! Nadchocę! — mruknęła pod nosem, kierując wzrok ku wyjściu, przez które do środka wpadały ciepłe promienie słońca.
Mama opowiadała jej już o porach roku. Obecnie panowała Pora Zielonych Liści, czyli najcieplejsza z nich wszystkich. Dobrze się składało, bo przynajmniej Smok miała pewność, że nie zamarznie na zewnątrz.
Szybko pognała w stronę wyjścia ze żłobka, jednak nim zdążyła je przekroczyć, rozległ się zdumiony głos Purchawki. Szylkretka niewzruszenie biegła dalej, aż wypadła z kociarni i wpadła na jakiegoś starszego kocura. Miał krótkie, bure futro i inteligentne ślepia, ale wzrostem ledwo przewyższał Smoka!
— Sybko! Biez mnie na plecy i uciekaj stąd! — wydukała pospiesznie, po czym wybiła się na łapkach, próbując wspiąć się po boku ucznia na jego grzbiet.
Ten jednak zamarł w bezruchu, patrząc na młodszą koteczkę z wyraźnym zaskoczeniem.
Wtem ze żłobka wybiegła Purchawka, która od razu zlokalizowała małe źródło chaosu i złapała je za skórę na karku, ściągając szylkretkę z boku burego kocura. Posłała mu przepraszające spojrzenie i zaczęła wycofywać się do kociarni, lecz Smok zaczęła wierzgać się i wiercić.
— Puść mnie, mysia papko! — syknęła gniewnie, po czym zwróciła się do ucznia: — Co tak stoisz?! Latuj mnie!

<Bury koleżko?>

Nowa członkini Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd!

Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: Starość
Zasłużenie: Przynależność do kultu, czczenie Mrocznej Puszczy, liczne morderstwa

Odeszła do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd!

Od Mrocznej Wizji

Wstawające słońce rzucało promienie na obóz Klanu Wilka, oświetlając legowisko starszych. Mroczna Wizja z dumą obserwowała, jak jej syn, Pustułkowy Szpon, przydziela koty do porannych patroli. Pewnego dnia zostanie liderem Klanu Wilka. Spełni oczekiwania rodziców, w przeciwieństwie do niej, która nigdy nie potrafiła dorównać ojcu. I już nigdy tego nie dokona.
Ta myśl jednak nie napełniała jej bólem, który od zawsze jej towarzyszył. Dziś Mroczna Wizja była spokojna. Wiedziała, że Klan Wilka, z przewodniczącą mu córką Zarannej Zjawy, będzie miał się dobrze przez jeszcze wiele księżyców.
Lubiła myśleć, że po części przyczyniła się do tego sukcesu. Kult rozrastał się, a ona była jego Wielką Kapłanką. Być może jednak sprawiła, że Jadowita Żmija i Błękitna Gwiazda są z niej dumni. Wierzyła, że patrzą się na nią z góry i czuwają nad nią.
Spojrzała w niebo w zamyśleniu. Przez całe życie służyła przodkom. Poświęciła się w imię kultu Mrocznej Puszczy. Niczego nie żałowała. Zabijanie weszło jej w nawyk, stało się to dla niej tak naturalną czynnością, jak oddychanie. Gdy odbierała kolejne życia i składała je duchom w ofierze, czuła się częścią czegoś większego. Czasami miała wrażenie, że podczas rytuałów wypełnia ją nieznana dotąd energia, która dodaje jej siły i pozwala trwać.
Na tym jednak się kończyły jej relacje z przodkami. Kiedyś, kiedy była kocięciem, wierzyła, że jest wcieleniem Mrocznej Gwiazdy i że jest kimś wyjątkowym. Dziś rozumiała to w trochę inny sposób. Choć nigdy nie otrzymała żadnej wizji od Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd, to wiedziała, że jej mentorka i rodzice ją obserwują. Jej wiara była na tyle silna, że przez całe życie nigdy nie zwątpiła w słuszność swojego działania. Czuła, że pomagając innym kultystom odnaleźć swoją drogę, spełnia się w służbie. Zawsze dawała z siebie wszystko.
Koty przydzielone do patroli przez Pustułkowego Szpona właśnie opuściły obóz, kiedy ze swego legowiska wyszła Zalotna Gwiazda. Mroczna Wizja podniosła się i schyliła głowę z szacunkiem. Leniwie przeciągnęła się i zbliżyła do liderki Klanu Wilka.
— Jak się dziś miewasz, Mroczna Wizjo? — zapytała starszą. W jej oczach czarna kotka ujrzała troskę i niepokój. — Nie wyglądasz dziś najlepiej.
Mroczna Wizja przez chwile miała wrażenie, że nie stoi przed nią liderka klanu, a jej matka, Zaranna Zjawa. Ta iluzja trwała jednak zaledwie kilka uderzeń serca. Starsza zastrzygła uszami.
— Wszystko w porządku, Zalotko, dziękuję — odparła spokojnie, zgodnie z prawdą. Nie czuła się bowiem inaczej niż zwykle. Liderka wpatrywała się w nią przez jeszcze chwilę, a później pokiwała głową.
— Gdybyś czegoś potrzebowała, daj mi znać — miauknęła. Mroczna Wizja pochyliła głowę.
— Chciałabym wybrać się na spacer. Muszę rozprostować kości — wyznała starsza i już miała wychodzić z obozu, kiedy Zalotka powstrzymała ją koniuszkiem ogona.
— Pozwól, że pójdę z tobą — poprosiła.

*****

Las roztaczający się na terytorium Klanu Wilka wyglądał dziś inaczej niż zazwyczaj, jednak Mroczna Wizja nie potrafiła powiedzieć, jakie zaszły zmiany. Dwie kotki szły przez chwilę w milczeniu, a miękkie podszycie uginało się pod ich łapami.
— Zaczęła się już Pora Zielonych Liści — odezwała się w końcu Mroczna Wizja.
Zalotna Gwiazda jedynie pokiwała głową. Czarna kotka czuła, że liderkę przepełnia smutek, jednak nie potrafiła określić, co się stało.
— Na naszym terytorium jest mnóstwo zdobyczy, w którą nasz klan może się zaopatrzyć — kontynuowała.
— Mroczna Wizjo? — spytała Zalotna Gwiazda, zatrzymując się przy Spalonej Zatoczce. — Chciałam ci podziękować, za opiekę nade mną. Wiem, że moja matka bardzo cię ceniła.
Mroczna Wizja spojrzała na kotkę zaskoczona.
— Dziękuję — odparła. Zalotna Gwiazda tylko skinęła głową, jakby trudno jej było powiedzieć cokolwiek więcej.
Dziwne… Mroczna Wizja miała wrażenie, jakby świat nagle stracił kolory. Już wcześniej czuła, że las jest inny. Teraz ledwo poznawała własne terytorium, które znała tak dobrze, które było jej tak bliskie. Czuła ciepło liderki idącej obok niej i była jej wdzięczna, że wybrała się na spacer razem z nią. W przeciwnym wypadku nie wiedziała, czy dałaby radę dojść z powrotem do obozu.
— Chcesz się zatrzymać, Mroczna Wizjo? — zapytała się jej Zalotna Gwiazda smutnym głosem.
— Poproszę — odparła kotka. — Jesteśmy przecież zmęczone po pogoni Nocnego Kwiatu, która z Liściastym Futrem postanowiła spotkać się z Klanem Gwiazdy. Czy je złapałyśmy? — zapytała się liderki, bo choć zdarzyło się to przed chwilą, nie mogła sobie przypomnieć. — Ach tak, Zaranna Zjawa wydłubała Liściastemu Futru oko. Teraz medyczka nigdy nie będzie już widzieć tak, jak dawniej.
— Tak, Mroczna Wizjo — powiedziała liderka.
— Czemu twój głos tak dziwnie brzmi, Zalotna Gwiazdo? Czemu jest taki ochrypły? To pewnie przez pożar — zrozumiała starsza kotka. — Musiałaś nawdychać się dymu. Całe szczęście tu jesteśmy bezpieczne. Choć wierzbowa zatoczka spłonie, my jesteśmy przy wodzie.
— Tak, Mroczna Wizjo — powtórzyła Zalotka. — Nic nam tu nie grozi.
— Czemu jest ci smutno? Pójdę do obozu i powiem Zarannej Zjawie, nic się nie martw.
— Nie… nie idź. Niedługo się spotkacie i wszystko jej opowiesz. Chcesz usiąść, Mroczna Wizjo?
— Poproszę. Jesteśmy przecież zmęczone po polonii Nocnedo Fiatu i Liciasteto Futla. Czy je zlapalysmy? Czy nam sieł udalo?
Poczuła, jak opiera się o bok Zalotnej Gwiazdy i nagle leżała już przy wodzie, tuż obok swojej liderki, która z zamkniętymi oczami wtulała pysk w jej sierść. Nagle Mroczna Wizja zobaczyła wszystko wyraźnie, jak gdyby ktoś przetarł jej oczy.
— Umieram, prawda, Zalotko? — powiedziała Mroczna Wizja słabym wzrokiem. — Nie smuć się, będę patrzeć na ciebie z góry. Obiecuję, że cię nie zostawię.
— Żegnaj, Mroczna Wizjo — powiedziała liderka. — Byłaś wspaniałą córką, uczennicą, wojowniczką, mistrzynią, matką, partnerką, Wielką Kapłanką kultu Klanu Wilka i starszą, a także najlepszą przyjaciółką.
Wtedy dookoła Mrocznej Wizji wszystko zawirowało. Zobaczyła, jak Zalotka zamyka jej oczy i wtula się w jej ciało. Ona stała nad nimi, a obok poczuła ciepły oddech.
— Twoja służba jeszcze się nie skończyła, Mroczna Wizjo — usłyszała przy uchu. Obróciła się, jednak nikogo nie ujrzała.
— Mamo? — zapytała. — Jadowita Żmijo?
— Nie ma jej wśród nas. Chodź, czeka na ciebie ktoś inny.
Mroczna Wizja musnęła nosem Zalotną Gwiazdę, wciąż czuwającą obok jej ciała. Przeniknęła przez nią jak… duch. Obrzuciła ostatni raz terytorium Klanu Wilka, a w górze dostrzegła ciemny las. Pod drzewem, w cieniu, stała bardzo dobrze jej znana postać.

[*] Mroczna Wizja, pierwsza postać, którą doprowadziłam od samego początku, do samego końca, postać miesiąca w styczniu, spoczywaj w spokoju w Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Mrocznej Wizji

Mroczna Wizja podniosła wzrok na Kocimiętkę, czekając na jej reakcję.
— A… a co, jeśli mi się nie uda? Jeżeli zawiodę wszystkich? — zapytała niepewnie rudofutra.
— Pracuj nie dla innych, lecz dla Klanu Wilka. Niby to samo, ale twoje nastawienie się zmieni. Zamiast naprawiać porywczego ucznia, pomyśl, że kształtujesz przyszłego wojownika, który będzie bronił godności klanu.
Kocimiętkowy Wir pokiwała niepewnie głową.
— Mroczna Wizjo… Wcześniej wspomniałaś o pewnej kotce. Co się z nią stało?
Starsza przeciągnęła się z zadowoleniem. Zapowiadało się na długą opowieść…

* * *

TW: Krew, brutalność

Mistrzyni wzięła sobie do serca opowieść o Nocnym Kwiecie, którą opowiedziała jej czarnofutra starsza Klanu Wilka. Najwyraźniej wyszło jej to na dobre, bo Księżycowa Łapa radził sobie coraz lepiej na treningach i wszystko wskazywało na to, że wkrótce Kocimiętka pójdzie do Zalotnej Gwiazdy i ogłosi, że jej uczeń jest już gotowy, by zawalczyć o swój nowy tytuł. Niezmiernie cieszyło to zielonooką. Gdy po raz pierwszy ujrzała tego płaczliwego, wątłego kocurka, nie sądziła, że uda jej się tak dobrze go wyszkolić!
Była jednak ciekawa, kogo liderka wybierze do walki z Księżycową Łapą. Mistrzyni modliła się, by przeciwnik białofutrego ucznia nie przewyższał go umiejętnościami i żeby Księżyc z łatwością wygrał. Pokazał już swoje techniki podczas walki z Garbatą Łapą, przez co Kocimiętka pokładała w nim duże nadzieje. Byłaby wręcz wniebowzięta, gdyby jej pierwszy w życiu uczeń przyniósł jej dumę i zwyciężył w swojej pierwszej walce! Nawet Ognikowej Słocie nie udało się tego dokonać, choć nie znaczyło to, że pręgowana ją za to winiła. W końcu Cykoriowy Cykor była dosyć ciężkim przypadkiem i żaden mentor nie potrafiłby sobie z nią poradzić. Chyba nawet sama Zalotna Gwiazda miałaby problem z poskromieniem tej krnąbrnej kocicy!
Kocimiętkowy Wir siedziała właśnie w kącie obozu, wylizując swoje futro. Był już wieczór, a trening z Księżycową Łapą miała na ten dzień za sobą. Zamierzała podejść do któregoś z pobratymców — może Nadciągającego Pomroku albo Ognikowej Słoty — i jeszcze chwilę porozmawiać przed snem, gdy nagle okrył ją cień.
Podniosła głowę, a jej oczom ukazała się starsza Klanu Wilka — Mroczna Wizja. Dawniej kotka była mistrzynią, co skłoniło Kocimiętkę do skinienia głową na znak szacunku.
— Dobry wieczór, Kocimiętkowy Wirze — przywitała się czarnofutra, uśmiechając się nieznacznie do młodszej.
— Dobry wieczór! Czy coś się stało, że opuściłaś legowisko starszych? — zapytała z przejęciem, przekręcając głowę.
— Czy musi się coś dziać, bym chciała przejść się po obozie? — odparła Mroczna Wizja.
Rudofutra od razu energicznie pokręciła głową.
— Ależ nie! Po prostu... trochę się zdziwiłam — przyznała, szczerząc się niezręcznie.
Starsza przez moment milczała, wpatrując się w mistrzynię, jakby nad czymś intensywnie rozmyślała. W końcu zapytała:
— Nie chciałabyś przejść się ze mną poza obóz?
Kocimiętkowy Wir zamrugała kilkakrotnie. Czy to nie było przypadkiem niebezpieczne? Gdy ostatnim razem starsza opuściła obóz, już do niego nie wróciła — została porwana przez Dwunożnych...
— Jesteś pewna, że to bezpieczne? Borsucza Pu-
Mroczna Wizja zmrużyła ślepia, jakby miała zaraz wyśmiać zielonooką za tę odpowiedź.
— Daj spokój. Mam już ponad sto księżyców na karku. Nawet jeśli Dwunożni zechcieliby mnie porwać, nie byłaby to wielka strata — zaśmiała się, po czym strzepnęła ogonem i bez dalszych wyjaśnień ruszyła w stronę wyjścia z azylu.
Kocimiętka oczywiście podążyła tuż za nią, zachwycona faktem, że Mroczna Wizja zaszczyciła ją wspólnym spacerem.
Kotki zmierzały w stronę Ciernistego Drzewa. Choć szły w ciszy, czarnofutra raz po raz spoglądała na młodszą mistrzynię, jakby analizowała każdy jej ruch. Ruda była tym zachowaniem nieco zdezorientowana, ale mimo wszystko starała się zachowywać naturalnie. Szła dumnie, chcąc sprawiać wrażenie porządnej członkini Klanu Wilka.
— A więc... jak idzie ci trening z Księżycową Łapą? — zapytała w końcu starsza.
Zielonooka odetchnęła i nieco się rozluźniła.
— Świetnie! Twoje słowa bardzo mi pomogły, a Księżyc spisuje się znakomicie. Walczy i poluje jak prawdziwy mistrz! Jestem pewna, że już niedługo wstąpi w szeregi wojowników — zaczęła chwalić ucznia, poruszając wibrysami z ekscytacji.
— No widzisz — odrzekła Mroczna Wizja, uśmiechając się lekko. — Wiedziałam, że ci się uda.
Zamilkła na chwilę, po czym mruknęła:
— A powiedz mi, jak u niego z wiarą?
Pręgowana zawahała się.
— Wierzy w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, oczywiście! Gdyby było inaczej, nie mogłabym go nazywać swoim uczniem — zażartowała, przewracając oczami. — Ma przecież dobrą matkę. Naprawdę polubiłam Jaskółcze Ziele! Na pewno opowiadała mu o Mrocznej Puszczy, gdy siedziała z nim w żłobku.
Czarnofutra skinęła głową ze zrozumieniem.
Kocimiętkowy Wir nie wiedziała, dlaczego starsza tak ją wypytuje, ale uznała, że może to jedynie próba nawiązania rozmowy albo zwykła chęć upewnienia się, że ruda nadaje się na stanowisko mistrzyni.
— A jak wygląda to u ciebie? Zakładam, że również wierzysz w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, ale czy zamierzasz szerzyć tę wiarę wśród młodszych pokoleń? — Mroczna Wizja zdawała się zdeterminowana, by dowiedzieć się o Kocimiętce jak najwięcej. — I czy sama zamierzasz kiedyś mieć kocięta, by umocnić Klan Wilka?
— Cóż, jeszcze się nad tym nie zastanawiałam. Nie mam partnera, ale gdybym kiedyś go miała, to chętnie sprawiłabym sobie kilka puchatych kuleczek! — mruknęła szczerze. Choć nigdy nie podobał jej się żaden osobnik płci przeciwnej, myślała, że może miłość przyjdzie do niej z czasem. — No i to oczywiste, że opowiadałabym im o Mrocznej Puszczy! Zresztą pewnie nie tylko ja! Jestem bardziej niż pewna, że Ognikowa Słota często przychodziłaby w odwiedziny. Nie mogłabym się doczekać, aż zostaną uczniami i pokazałybyśmy im, jak polować na króliki! — zachwyciła się, już wyobrażając sobie, jak wraz z szylkretką szkoli swoje latorośle.
— Czyli mam rozumieć, że Ognikowa Słota jest ci bliska? — miauknęła nagle Mroczna Wizja.
Kocimiętka zachichotała i odwróciła wzrok.
— No tak, przyjaźnimy się jeszcze od czasów uczniowskich! Bardzo cenię jej towarzystwo. Często razem wychodzimy na polowania, a poza tym wiem, że Słota lubi czasem odwiedzać kocięta, by upewnić się, że są na dobrej drodze — wyjaśniła.
— Więc skoro tak ją lubisz, jak zareagowałabyś na jej śmierć?
Ruda przełknęła ślinę, wyraźnie zbita z tropu. Dlaczego Ognikowa Słota miałaby umierać? Pytania Mrocznej Wizji robiły się coraz dziwniejsze...
— Nie wiem... Na pewno byłoby mi smutno, bo jest w końcu dosyć ważna zarówno dla mnie, jak i dla Klanu Wilka, ale starałabym się dalej wykonywać swoje obowiązki jako mistrzyni! — odparła, wciąż przekonana, że starsza jedynie sprawdza, czy nadaje się na swoje stanowisko. — Wojownicy w końcu sami się nie podszkolą, prawda? Byłoby słabo, gdyby po śmierci Słoty Klan Wilka stracił aż dwie mistrzynie!

* * *

Gdy Mroczna Wizja skończyła już zadawać te dziwne pytania Kocimiętce, skierowały się w stronę granicy z Klanem Klifu. Ruda zastanawiała się, jak długo jeszcze będą tak chodzić. Musiała przyznać, że choć starsza miała już sporo księżyców na karku, wciąż miała energii za dwóch! Nie potrzebowała żadnych przerw na odetchnięcie podczas tego długiego spaceru, co dziwiło mistrzynię, która najchętniej przysiadłaby teraz w ciepłym świetle słońca i odpoczęła. Nie mogła jednak wyjść na słabą przed tak ważną osobistością, dlatego za każdym razem, gdy chciała ponarzekać na ból łap, gryzła się w język.
— Kocimiętko — mruknęła nagle Mroczna Wizja, chcąc zwrócić uwagę młodszej.
— Tak? — odparła od razu, a jej ucho drgnęło.
— Gdy ostatnio tędy przechodziłam podczas spaceru, wyczułam coś dziwnego. Pójdziesz ze mną to sprawdzić? — dodała, przyjmując zmartwioną minę.
— No pewnie! — Kocimiętka nawet się nie zawahała. Co takiego mogło zaniepokoić byłą mistrzynię? Zielonooka liczyła na to, że nie będzie to nic wielkiego, ale możliwości było sporo. Wiele rzeczy mogło pachnieć “dziwnie”.
— Wydaje mi się, że zapach dochodził z tuneli... — kontynuowała czarnofutra, skręcając w stronę wejścia do jednego z nich.
Czyżby jakaś mysz się w nich zgubiła, umarła, a potem zgniła? A może utknął w nich jakiś Klifiak? Kocimiętka słyszała, że niektóre podziemne ścieżki prowadzą aż do terenów drugiego klanu! Oby tylko w tych ciasnych korytarzach nie spotkała swojego głupiego ojca — Króliczej Prawdy. Choć tak właściwie nawet nie było na to szans! Podobno zwiał z Klanu Klifu, a także okazał się niebezpieczny i niezrównoważony psychicznie. Kocimiętka nie wiedziała, co wcześniej widziała w swoim tacie i dlaczego wydawał jej się taki miły i zabawny. Był zupełnym przeciwieństwem! Był zdrajcą, oszustem!
Tak bardzo sfrustrowała się na myśl o kremowym kocurze, że nawet nie zauważyła, kiedy dokładnie znalazła się pod ziemią, a w jej nozdrza uderzył wręcz paraliżujący smród. Miała ochotę jak najszybciej stąd zwiać, nim ta woń sprawi, że zwróci ostatnio zjedzony posiłek. Widząc jednak, jak Mroczna Wizja brnie przed siebie, postanowiła zachować wszelkie komentarze dla siebie.
Po dłuższym czasie błądzenia po śmierdzących tunelach czarna kotka gwałtownie się zatrzymała, a mistrzyni niemal na nią nie wpadła.
— Na Mroczną Puszczę! Spójrz, Kocimiętko...! — westchnęła zaskoczona, odsuwając się, by zielonooka mogła spojrzeć na to, co znajdowało się na podłożu tunelu.
Z początku młodsza wpatrywała się w to coś z konsternacją wymalowaną na pysku, niepewna, czemu właściwie się przygląda. Gdy już chciała spytać o to Mroczną Wizję, nagle zaczęła dostrzegać zarysy kości. Były oblepione mięsem, splamione krwią. Wyglądały tak, jakby ich właściciel został brutalnie rozszarpany przez... niedźwiedzia!
— To... jakiegoś kota? Ciężko stwierdzić... — mruknęła rudofutra, odsuwając się od resztek, by stanąć obok starszej. — Jak myślisz, do kogo należą? Chyba nie do żadnego Wilczaka, prawda? Może to jakiś Klifiak się tu zabłąkał... — zaczęła się zastanawiać, mrużąc ślepia i przechylając głowę.
— Nie wiem, Kocimiętko... To może być wszystko! — odparła Mroczna Wizja.
Mistrzyni przeniosła wzrok na starszą.
— Co z nimi robimy? Chyba nie pozwolimy, żeby tak sobie tu leżały i gniły, prawda? — miauknęła, delikatnie krzywiąc się od smrodu gnijącego mięsa. — Na pewno żadnego ucznia nie zachęciłoby do treningu znalezienie takiej... niespodzianki — dodała, lecz zaraz potem zdała sobie sprawę, że jeśli będą chciały się tego stąd pozbyć, będą musiały zrobić to własnołapnie.

* * *

Kilka dni później

Od tego dziwnego spaceru z Mroczną Wizją minęło już kilka dni. Kocimiętkowy Wir zdążyła o nim zapomnieć i skupić się na teraźniejszości. W końcu to wszystko, co się wydarzyło, było tylko zwykłym przypadkiem, prawda? A ona nieraz widziała już szczątki jakiegoś zwierzęcia, więc to, co wtedy zobaczyła, nie wywarło na niej zbyt dużego wrażenia. Zawsze mógł to być jakiś martwy kot… czyż nie?
Czyż... nie?
Ale raczej tak nie było! Więc po co się tym przejmować? Śmierć tego stworzenia zapewne była jedynie przypadkiem. Z całą pewnością codziennie w tych okolicach umierało przynajmniej jedno zwierzę, więc zobaczenie trupa nie powinno być czymś nadzwyczajnym.
Tego dnia Kocimiętka ponownie została zaczepiona przez Mroczną Wizję, której tym razem towarzyszyła Ognikowa Słota.
— Masz chwilę na spacer, Kocimiętko? Tym razem pomyślałam, że może przejdziemy się wraz ze Słotą, skoro tak się lubicie — mruknęła czarnofutra, niewinnie uśmiechając się do rudej mistrzyni.
— Nie widzę ku temu żadnych przeszkód! — odparła zielonooka. — Czy tym razem też chcesz mnie wykorzystać do sprawdzenia czegoś podejrzanego? — zażartowała po chwili, gdy Mroczna Wizja wraz z szylkretową kocicą zaczęły kierować się ku wyjściu z azylu.
— Tego nie wiem, Kocimiętko. Jednak gdybyśmy faktycznie znalazły kolejnego trupa, chyba zaczęłoby to wyglądać podejrzanie, prawda? Wtedy musiałybyśmy się zastanowić, czy po terenach Klanu Wilka nie zaczęły grasować lisy albo inne dzikie zwierzęta...
Mistrzyni skinęła głową, zgadzając się ze słowami starszej.
— Tak, tak! Ale nawet jeśli jakieś groźne drapieżniki postanowiły się tu rozgościć, to Zalotna Gwiazda z całą pewnością skutecznie je stąd przegoni! — miauknęła pewnie.
Resztę drogi spędziły w ciszy, przysłuchując się jedynie ćwierkotowi ptaków. Atmosfera zmieniła się dopiero wtedy, gdy do nozdrzy kotek zaczął docierać silny, metaliczny zapach krwi. Kocimiętce od razu futro stanęło dęba, co Ognikowa Słota musiała zauważyć. Szylkretowa mistrzyni dała swojej towarzyszce kuksańca, po czym szepnęła jej do ucha:
— Weź się w garść, Kocimiętko.
Ruda ze zdziwienia zamrugała kilka razy, po czym westchnęła, starając się rozluźnić. Nie było jednak wątpliwości, że zmierzały w stronę źródła tego zapachu.
W końcu do niego dotarły. Okazało się, że między krzewami spoczywało martwe ciało. Tym razem bez wątpienia należało do kota, choć było nie mniej poturbowane. Całe oblepione zaschniętą krwią i niemal przykryte kocem składającym się z much i innych owadów.
Kocimiętka instynktownie przylgnęła ciałem do swojej przyjaciółki, jednak ta odepchnęła ją od siebie, mierząc ją chłodnym, niemal morderczym wzrokiem. Wtedy też w ich stronę odwróciła się Mroczna Wizja.
— To niemożliwe! — wydukała zdumiona. — Kocimiętko, chyba jakimś dziwnym trafem przyciągasz do siebie śmierć... — dodała, po czym jej wzrok spoczął na pysku rudej, dokładnie go analizując.
Kocimiętka stała w bezruchu, wciąż zastanawiając się nad dziwnym zachowaniem Ognikowej Słoty. Kotka nigdy wcześniej nie była wobec niej tak surowa. Co się stało, że nagle stała się tak twarda i zdystansowana?
— Najwyraźniej... — odparła pręgowana, po czym spojrzała na stojącą obok mistrzynię, bardziej przejęta nią niż truchłem leżącego przed nimi kota.

* * *

Znalazła się w lesie. Nie była tu sama. Oprócz niej gdzieś niedaleko znajdowała się grupa Wilczaków, a także Tygrysia Noc i Tropiąca Łaska. Nie była tu bez powodu. Zabrali ją tutaj w środku nocy, by wytropiła samotnika i przyprowadziła go w wyznaczone miejsce. Dlaczego? Tego jeszcze nie wiedziała, ale czuła, że nie ma miejsca na sprzeciw. Musiała znaleźć jakąś ofiarę, musiała być posłuszna kotom, które wydały jej rozkaz. Było ich naprawdę sporo, choć nie był to cały Klan Wilka. Wśród nich znajdowała się między innymi Zalotna Gwiazda, a także Ognikowa Słota i Nadciągający Pomrok. Ciekawe, jaki miały z tym związek…
W końcu do jej nosa dotarł zapach obcego kota, innego niż Tygrysek, Trop czy pozostałe koty, które znała. To musiał być ktoś obcy — jakiś samotnik. Od razu jej serce przyspieszyło, a zmysły się wyostrzyły. To była jej szansa! Koniecznie musiała odnaleźć tego włóczęgę i na niego zapolować, nim ucieknie, a ona zostanie z pustymi łapami. Nie wiedziała, co się stanie, gdyby do wschodu słońca nie przyprowadziła Wilczakom samotnika, ale wolała nie ryzykować. Bała się gniewu Mrocznej Wizji, liderki i swoich przyjaciółek, a domyślała się, że nie byłyby zachwycone, gdyby Kocimiętka nie podołała powierzonemu jej zadaniu.
Kocimiętkowy Wir mknęła wśród krzewów, próbując odnaleźć samotnika. W końcu, gdy wyjrzała zza jednego z nich, dostrzegła średniej wielkości, kremowego kota o bursztynowych oczach. Wyglądał uderzająco podobnie do jej ojca, co dodatkowo wzbudziło w niej gniew i pragnienie rozlewu krwi. Lepiej trafić nie mogła. Gdyby znalazła jakiegoś niewinnego kota, mogłaby mieć większe opory przed zabiciem go, ale skoro trafił jej się ktoś taki, mogła bez trudu wyobrazić sobie, że na jego miejscu stoi Królicza Prawda.
Zmarszczyła brwi, napinając mięśnie łap. Nie będzie miała ani grama litości wobec tego kocura. Bezszelestnie wybiła się od ziemi, szybując wprost na samotnika, który aż do momentu zderzenia z rudofutrą nie miał pojęcia, że przebywa ona w pobliżu. Kremowy wydał z siebie parsknięcie, przetaczając się wraz z mistrzynią po ziemi.
— Co to ma być?! — krzyknął, w końcu zatrzymując się i spychając z siebie Kocimiętkę. — Co ty wyprawiasz? Przecież nic nie zrobiłem! — dodał, patrząc na kotkę w zdumieniu. — Jest środek nocy, na litość! — kontynuował zdenerwowanym głosem, mrużąc oczy.
Ruda jednak nie odpowiedziała. Jedynie syknęła i ponownie ruszyła do ataku. Uderzyła w niego z impetem, powalając go na ziemię, po czym zamachnęła się łapą i przeorała mu pysk. Przez cały ten czas wyobrażała sobie, że na jego miejscu leży jej zdradziecki ojczulek, który tak szybko porzucił ją, jej siostrę i matkę.
— Wariatka! Mysie łajno! — warknął samotnik, próbując się oswobodzić z uścisku Kocimiętki. Treningi z Lodowym Omenem wiele jednak dały, bo ruda wyrosła na silnego kota, którego nie dało się tak łatwo pokonać.
Mistrzyni ponownie zamachnęła się łapą i uderzyła kremowego w pysk. Potem jeszcze raz. I kolejny. Rozchlapywała wokół siebie krew, kierowana czystą złością i żądzą zemsty. Nie zauważyła nawet momentu, w którym samotnik przestał się wierzgać i wreszcie pogodził się ze swoim losem. Gdy w końcu ocknęła się z transu, szybko z niego zeszła i stanęła obok, zdając sobie sprawę z tego, że miała przyprowadzić go na miejsce kultu raczej żywego…
Szybko przypadła do ziemi, a wtedy zauważyła, że jego klatka piersiowa wciąż się unosi. Kremowy zaczął wydawać z siebie pełne bólu stęknięcia, na co zielonooka odetchnęła z ulgą.
— Wstawaj, szczurzy bobku! — syknęła, trącając obcego łapą.
Ten drgnął i przewrócił się na bok, kaszląc mocno. Kocimiętka prychnęła, po czym złapała kremowego za kark i zaczęła ciągnąć go w stronę czekających na nią Wilczaków.
Gdy dotarła na miejsce, nie było tam jeszcze Tygrysiej Nocy ani Tropiącej Łaski. Zapewne wciąż nie znaleźli żadnej ofiary, co oznaczało, że Kocimiętka jako pierwsza wytropiła samotnika.
Kiedy wypuściła kremowego z pyska, podeszła do niej Mroczna Wizja.
— Co mu się stało? — spytała, mierząc zwijającego się z bólu kocura chłodnym wzrokiem.
Zielonooka zawahała się na moment.
— Nie chciał za mną iść, więc musiałam go do tego zmusić — odparła, strzepując uchem. Nie wiedziała, czy czarnofutra przyjmie takie wyjaśnienie, ale nie miała w zanadrzu niczego lepszego.
— A czy jesteś w stanie go dobić? — dodała starsza, wycofując się w tłum kotów otaczających Kocimiętkę ciasnym okręgiem.
Zielonooka przeniosła wzrok z Mrocznej Wizji na kremowego kocura, który wciąż zdezorientowany wił się po ziemi i mamrotał coś niezrozumiałego pod nosem. Potem zmarszczyła nos i podeszła do niego, patrząc wprost na jego szyję. Szybkim ruchem nachyliła się nad nim i zacisnęła szczęki na delikatnej skórze okalającej jego gardło. Jej podniebienie szybko zalało się krwią, ale nie przestała, póki ciało kremowego nie zwiotczało. Dopiero wtedy podniosła brudny od posoki pysk, a krople szkarłatnej cieczy zaczęły rytmicznie spływać z jej brody, uderzając o ziemię.
— Kocimiętkowy Wir pokazała nam tej nocy, że jest godna wstąpienia do kultu! Jej ceremonia przebiegła pomyślnie, a ja doceniam jej bezwzględność i brak skruchy. Właśnie takie cechy cenimy zarówno w obecnych kultystach, jak i w przyszłych! — wygłosiła Mroczna Wizja, ponownie wysuwając się z tłumu.
Kocimiętka zrobiła krok w jej stronę, stając naprzeciw starszej. Nim zdążyła jakkolwiek zareagować, czarnofutra kontynuowała:
— Ja, Mroczna Wizja, Wielki Kapłan kultu Mrocznej Puszczy, naznaczam cię w imię naszych przodków. Czy jesteś gotowa przyjąć na siebie nasze znamię jako dowód inicjacji?
Rudofutra nie miała czasu się zastanowić.
— Tak — palnęła instynktownie, czując, że to jedyna właściwa odpowiedź.
— Zatem otrzymasz ode mnie znak, który pozostanie z tobą aż do śmierci i zawsze będzie przypominał ci o przynależności do kultu.
W mgnieniu oka starsza dosięgła zębami lewego ucha mistrzyni i szybkim ruchem oderwała jego fragment, który następnie z głuchym dźwiękiem upadł na splamione krwią podłoże.
— Tej nocy, zgodnie z wolą Mrocznej Puszczy, przyjmujemy cię oficjalnie jako pełnoprawnego członka naszej grupy. Wierzymy, że będziesz wiernie służyć naszym przodkom i działać na rzecz kultu, abyśmy nigdy nie upadli — zakończyła przemowę.
Po tych słowach Mroczna Wizja podeszła do martwego ciała samotnika, zamoczyła palce w jego krwi i odcisnęła szkarłatny znak na czole Kocimiętkowego Wiru. W tej samej chwili rozległy się wiwaty.
— Kocimiętkowy Wir! Kocimiętkowy Wir! Kocimiętkowy Wir! — krzyczały koty.
A więc te zwierzęta, które grasowały po terenach Klanu Wilka i o których opowiadała jej Jaskółcze Ziele… tak naprawdę były kotami. Przez cały ten czas to kultyści urywali uszy innym, a ona głupia myślała, że to sprawka jakichś kun!

Koniec sesji

30 maja 2026

Od Kuniego Strumyczka

Zmierzch powoli rozpościerał nad lasem swój ciemny, aksamitny płaszcz, którego krawędzie zdawały się utkane z cieni oraz ostatnich strzępów gasnącego dnia, podczas gdy niebo przybierało coraz głębsze odcienie fioletu, granatu i srebra, a resztki słonecznego blasku kurczowo trzymały się koron najwyższych drzew, jak gdyby same nie chciały jeszcze ustąpić miejsca nadchodzącej nocy. Chłodna bryza przesuwała się pomiędzy pniami sosen, świerków oraz dębów, poruszając gałęziami w sposób przypominający cichy szept, który ginął pośród szumu liści, a powietrze stawało się coraz świeższe i bardziej rześkie, niosąc ze sobą zapach wilgotnej ziemi, kory oraz rzecznej wody.
Leśna muzyka również zaczynała się zmieniać, ponieważ śpiew ptaków, który jeszcze niedawno rozbrzmiewał pomiędzy drzewami, stawał się coraz rzadszy, aż w końcu ustępował miejsca spokojniejszym odgłosom wieczoru, przez co wśród leśnej gęstwiny dominował jedynie szmer poruszanych wiatrem gałęzi oraz równomierny plusk rzecznego nurtu, który zdawał się płynąć niezmiennie, niewzruszony troskami i zmartwieniami zamieszkujących las kotów.
Pośród tej łagodnej, powoli zapadającej ciszy Kuni Strumyczek zmierzała ku wyspie, na której znajdowało się obozowisko, stawiając kroki niespiesznie i niemal mechanicznie, podczas gdy sucha ściółka uginała się pod jej łapami, wydając ciche trzaski mieszające się z odgłosami wieczornego lasu. Jej spojrzenie pozostawało utkwione gdzieś przed sobą, lecz nie dlatego, że obserwowała drogę szczególnie uważnie, a raczej dlatego, że nie potrafiła zmusić się do podziwiania otaczającego ją krajobrazu, który zwykle budził w niej zachwyt oraz spokój.
Choć na jej pysku nadal gościł charakterystyczny dla niej łagodny uśmiech, który na przestrzeni księżyców stał się niemal nieodłącznym elementem jej wyglądu, w jej oczach można było dostrzec coś znacznie bardziej kruchego — przygaszony blask, świadczący o zmęczeniu oraz rozczarowaniu, które osiadło gdzieś głęboko pod futrem. Nie była przyzwyczajona do podobnych powrotów, ponieważ za każdym razem, gdy opuszczała obozowisko z zamiarem polowania, robiła to z niemal instynktownym przekonaniem, że wróci z jakąś zdobyczą, nawet jeśli miałaby być ona niewielka i mało imponująca.
To przekonanie było tak naturalne, tak głęboko zakorzenione w jej umyśle, że niemal nie zastanawiała się nad możliwością niepowodzenia, dlatego też świadomość, iż wracała do klanu z pustymi łapami, ciążyła jej bardziej, niż chciałaby przed sobą przyznać. Nie chodziło nawet o sam brak zwierzyny, ponieważ wiedziała doskonale, że żaden wojownik nie odnosi sukcesu podczas każdego polowania, lecz o nieprzyjemne uczucie niespełnienia, które towarzyszyło jej od chwili, gdy zrozumiała, że mimo wszystkich starań nie zdołała upolować nawet najmniejszej myszy.
Porażka ta była niewielka i z pozoru zupełnie nieistotna, a jednak osiadła na jej barkach niczym nasiąknięty wodą mech, który choć nie wydaje się szczególnie ciężki, z czasem zaczyna coraz bardziej spowalniać każdy krok oraz odbierać energię. Im dłużej o tym myślała, tym bardziej zaczynała zastanawiać się nad tym, kiedy ostatnim razem wróciła do obozowiska bez zdobyczy, lecz niezależnie od tego, jak bardzo próbowała sięgnąć pamięcią wstecz, nie potrafiła odnaleźć podobnego wspomnienia.
Przez krótką chwilę rozważała nawet zawrócenie, ponieważ jakaś część jej umysłu uporczywie podpowiadała, że wystarczyłoby jeszcze trochę poszukać, zajrzeć pomiędzy kolejne zarośla, sprawdzić granice terytorium albo przeczesać okolice rzeki, a prędzej czy później natrafiłaby na jakąś nornicę, mysz lub szczura, którego mogłaby przynieść do klanu. Myśl ta wydawała się kusząca, szczególnie że zmrok nie zapadł jeszcze całkowicie, a ona wciąż miała dość sił, by kontynuować polowanie.
Jednak wraz z kolejnymi krokami przypomniała sobie coś znacznie ważniejszego od własnej dumy, ponieważ doskonale wiedziała, że życie wojownika nigdy nie było drogą usłaną sukcesami, a żaden kot, niezależnie od doświadczenia czy umiejętności, nie był w stanie zwyciężać za każdym razem. Wiedziała również, że przodkowie nie oczekują doskonałości, ponieważ gdyby tak było, żaden wojownik nie zasługiwałby na ich uznanie.
Porażki istniały po to, by przypominać o pokorze, cierpliwości oraz konieczności dalszej nauki, a nie po to, by odbierać odwagę lub podważać własną wartość, dlatego też im dłużej rozważała wszystko, czego nauczyło ją życie, tym wyraźniej czuła, że ciężar zalegający na jej barkach zaczyna powoli słabnąć.
Zrozumiała bowiem, że wyszła z obozowiska nie dlatego, że ktoś wydał jej rozkaz, ani dlatego, że oczekiwała pochwał czy uznania, lecz dlatego, że chciała zrobić coś dobrego dla swojego klanu, podczas gdy sama możliwość przyniesienia dodatkowego kawałka zwierzyny sprawiała jej szczerą radość. To właśnie ta myśl, prosta i ciepła, sprawiła, że coś w jej sercu rozluźniło się niemal natychmiast, ponieważ nagle uświadomiła sobie, iż sama chęć działania była czymś wartościowym, nawet jeśli tym razem nie została nagrodzona sukcesem.

29 maja 2026

Od Stroczka (Stroczkowej Nadziei) CD. Roztargnionego Koperku

Przeszłość

Uśmiechnęło się lekko i ruszyło z powrotem ku legowisku medyka. Położyło wiewiórkę przed Stroczkiem, lekko mu ją podsuwając.
— Może być? — zapytało, kierując swój wzrok na kociaka. Po chwili usłyszało drobne łapki obok siebie. — Też się poczęstuj, Łezko. Wątpię, aby Stroczek mógł zjeść całą wiewiórkę — zaśmiało się, odsuwając nieznacznie od maluchów.
Stroczek poczuł, jak Łezka budzi się i rozsuwa go delikatnie, żeby mieć lepszy dostęp do wiewiórki. Kocurek wgryzł się w zdobycz dość nieudolnie, próbując oderwać od niej, chociażby kawałek. Rdzawy meszek utknął mu między zębami, jednak nie przejął się tym jakoś szczególnie. Był głodny, a nie skupiony na tym, czy mu coś lata pomiędzy zębami, czy nie. Gdy wreszcie mu się udało kawałek oderwać, zamruczał z zadowoleniem, chwytając po coraz więcej kęsów. Łezka nie zamierzała zostawać w tyle – także najadła się tak, jak tylko mogła, jednak już zrezygnowała z przesuwania brata. Położyła się wygodnie na legowisku, oblizując policzki po posiłku. Rudy oblizał policzki z zadowoleniem także, czując, jak ciepły posiłek go całego ogrzewa. Na samą myśl miał ochotę zwinąć się w kłębek i pójść z powrotem spać, jednak wiedział, że gdyby przymknął teraz oczka i spróbował oddać się w objęcia snu, nie byłby w stanie zasnąć, przynajmniej nie od razu. Zamruczał cichutko.
— Czy… czy pobawiłobyś się z nami? — zapytał niepewnie, robiąc duże oczka do asystenta medyka. Koper uśmiechnęło się raz jeszcze, kiwając ochoczo głową. Z pyszczka Łezki wydobył się lekki pisk ekscytacji, gdy zaczęła uciekać przed goniącym ją kocurem. Sam Stroczek także w pewnym momencie wpadł w wir zabawy, ponieważ już po paru uderzeniach serca poczuł, jak ktoś ostrożnie szturcha go w bok, a potem do jego uszu doleciało głośne:
— Berek! — i już wiedział, że to on musiał gonić wszystkich. Ruszył więc pędem za największym kocurem, mając nadzieję, że jego będzie łatwiej złapać, niż siostrzyczkę, która była zresztą takich rozmiarów, co on.

Koniec sesji

Od Przypalonego Kasztana CD. Urodziwej Łapy (Urodziwego Szafirka)

— To idziemy? Jak myślisz, które miejsce będzie najlepsze? Brzozowy Zagajnik czy może Kolorowa Łąka? — zaczęła myśleć na głos. Była taka pora roku, że może łąka byłaby ciekawszą opcją? Chociaż drzewa wcale nie brzmiały źle. Może udaliby się na plażę i popatrzyli na wodę? To też był dobry pomysł.
— A może pójdziemy na plażę? — zasugerowała łagodnie.
Przypalony Kasztan pokiwał głową. Na plaży mogli spędzić miło czas, szczególnie że widok tam niejednemu zapierał dech w piersiach. Musiał zgrywać odważnego, nie znał innego sposobu na polepszenie swojego obecnego stanu. Może jeśli będzie udawał jakiegoś innego kota, to mu się odmieni i przestanie bać się każdego kroku, niczym myszka chowająca się w norze przed zagrożeniem? W głębi duszy naprawdę chciał wybrać się na plażę. Nie miał wielu okazji tam przebywać, więc może dowiedziałby się dzisiaj czegoś nowego, nie tylko o krajobrazie, ale też i o swojej przyjaciółce…
— Możemy… możemy dzisiaj pójść na plażę, a następnym razem w te dwie pozostałe lokacje, póki sprzyja pogoda — powiedział cicho, czując narastającą dumę w piersi, że udało mu się tak wiele powiedzieć i to bez zająknięcia się! Nawet jeśli zrobił przerwę, to nie mogła być ona aż tak kłopotliwa, prawda? Jeśli w morzu pływały ryby, nie mogli na nie zapolować. Nocniak nie chciał ryzykować reakcji alergicznej u bliskiej mu kotki, nie potrafiłby jej pomóc, a nie zapowiadało się na to, żeby któryś z medyków zainteresował się ich wypadem, co mogło być swoją drogą… czymś dobrym, o ile oczywiście będą trzymali się zakazu zbliżania się do ryb. Zastrzygł wąsami. Śpiew ptaków poniósł się echem po obozie, a rechot żab wtórował im w najlepsze. Nie byłoby dziwnym, gdyby po drodze spotkali bociana czy żurawia, w końcu one lubiły żerować na tych istotkach, a teraz był ich wysyp. W niemal każdym zbiorniku wodnym widać było malutkie, czarne plamki. Były to kijanki, które każdego dnia pokonywały taką samą drogę w celu dopłynięcia do pożywienia tylko po to, aby nocą schować się i tak w kółko. Larwy ważek, a nawet i pijawki korzystały z takiej okazji zapełnienia brzuchów, a zresztą kijanek było tak wiele, że pewnie nawet populacja żab czy ropuch nie odczuje różnicy… Porą Nowych Liści ptaki również, a wręcz w szczególności, mogły liczyć na zapełnienie brzuchów niedaleko obozu Klanu Nocy. Ciekawe jak smakowały kijanki? Żaby lubiły wygrzewać się w ciepłych promieniach słońca, konsystencja ich mięsa była dość żylasta i smakowała tak, jakby ktoś połączył ptaka z rybą... Szczególnie zabawnie wyglądały wtedy, kiedy zasiadywały sobie dumnie na liliach wodnych. Trawa uginała się pod łapami dwójki. Przypalony Kasztan wpatrywał się w rozpromieniony pyszczek Szafirka. Gdy nawiązali kontakt wzrokowy, jego serce przyspieszyło, czego nie mógł za dobrze zrozumieć. Czy była to oznaka strachu? Stresu? Posłała mu szeroki uśmiech. Zawsze jak się stresował, to czuł w okolicach serca uczucie, jakby przebiegł ogromną odległość i dostał zadyszki, jednak nie była ona obecna ani w płucach, ani nie objawiała się bolącymi łapami. Tylko dyskomfortem w gardle i klatce piersiowej, a w szczególności w sercu. Koteczka zawsze była taka radosna i wyglądała tak, jakby nie doskwierała jej żadna troska w życiu, mimo że nie było to prawdą. Zresztą sama, tak naprawdę, chwilę temu powiedziała mu o sytuacji z Rogatą Łapą. Dymny jednak nie mógł niestety zbyt wiele na to poradzić – bał się, że point zrobi mu krzywdę. Był przekonany, iż jeśli kiedykolwiek doszłoby do ich starcia, mimo że był starszy i powinien nabyć większą wiedzę i znać więcej, czuł się tak, jakby w porównaniu do niego, to on był tutaj tym zagubionym kocięciem. A on doświadczonym wojownikiem. Rogata Łapa był masywnym kocurem i powalenie kogoś takiego, kim był Przypalony Kasztan, nie stanowiłoby dla niego najmniejszego problemu. Jednak brązowooki nie mógł pozwolić na to, żeby ktokolwiek dokuczał Szafirkowi. Jemu mogli, ale jej nie. To było… niedopuszczalne.
Ich łapki wciąż były ze sobą w kontakcie, ale im to nie przeszkadzało. Właściwie to był to już ich zwyczaj i rutyna. W końcu się podniosła i ruszyła z kocurem u boku do wyjścia z obozu.

***

Słońce wspinało się po niebie powoli, przeganiając wszelkie niedogodności w postaci chmur. Błękitne, intensywne kolory malowały się na nim, gdy dwójka dotarła nad plażę. Piasek wdrapywał się wojownikowi między pazury oraz poduszki łap. Nie był pewien, czy powinien zareagować w jakiś szczególny sposób, dlatego nie zareagował na to wcale, przynajmniej tak, żeby było to widać – nie chciał martwić Szafirka. Przyjemny wiatr wiał im w pyszczki, rozwiewając długie kłosy futer. Dwójka stykała się bokami. Klangor mew niósł się echem, zagłuszany przez donośny szum fal obijających się o brzeg. Piana zanikała dopiero po paru uderzeniach serca. Im bliżej wody byli, tym chłodniejszy stawał się grunt. Zresztą przestały mu się już rozjeżdżać łapy, a teraz pod poduszkami czuł coś twardego. Coś, co mu chrupało przy każdym kroku. Muszelki? Niebieskooka zaczęła zbierać parę z nich, ułożyła swój zbiór w malutką stertę u własnych łap. Słońce grzało ich w plecy, a znad morza docierała świeża, chłodna bryza. Gdyby przysunęli się jeszcze bliżej wody, to moczyłaby im łapy.
— Co zrobisz z tymi muszelkami…? — zagadnął cicho, robiąc co w swojej mocy, żeby tylko się nie jąkać. Nie miał tutaj powodów do obaw, przecież szylkretka by go nigdy nie zaatakowała. Nigdy nie sprawiła mu przykrości. Dlaczego więc czuł drżenie w łapach? Czemu więc jego głos drżał za każdym razem, kiedy z nią rozmawiał? Bał się jej? Jeśli tak dlaczego?
— Wepnę nam w futerka. Będziemy mieli takie same, zobacz, o…! — zaświergotała radośnie, następnie przysunęła łapą parę różowych muszelek różnego rozmiaru i kształtu. Żadna z nich nie była pokruszona. Niektóre były niebieskie, ciemnoniebieskie, inne śnieżnobiałe z dodatkiem żółci i pomarańczowego. Znalazła się nawet taka dość zabawna, płaska, wydłużona, czarna niczym smoła. Wojownik wysunął łapę i chwyciwszy mokry, ciemny przedmiot w poduszki, uniósł go i przyjrzał mu się dokładnie, mrużąc ciemne ślepia. Powierzchnia odbijała światło, tworząc na posadzce wiele przepięknych kolorów. Parę podmuchów wiatru przypomniało o sobie, dzięki czemu szybko wyschła, stając się matowa i bez szczególniejszego wyrazu. To również go zaskoczyło. Skoro było takie ciekawe na zewnątrz, to co kryło się w środku?
Kasztanek, wysunąwszy pazury, wetknął jeden z nich do środka. Zaczął lekko siłować się ze zwierzyną, co było opłacalne dla niego, ponieważ już po chwili udało mu się bez złamania muszelki otworzyć dom, który należał do… małży. Spojrzał na białą istotkę wewnątrz z lekkim zdziwieniem. Konsystencją przypominała śliskiego, mokrego ślimaka, jednak nie pozostawiała za sobą śluzu i nie brudziła jego poduszki jakoś szczególnie, co było miłe. Zmierzchająca Fala opowiadał mu o nich i wspomniał również, że nie warto było na nie polować, ponieważ nie dało się nimi najeść, a momentami ciężko było je znaleźć, jeśli nie było odpływu. Trzeba było nałapać ich bardzo dużo, żeby nakarmić przynajmniej jednego kota. Mało komu chciało się moczyć łapy taką Porą Opadających Liści czy Porą Nagich drzew, a przy innych porach mieli dostęp do dużo większej i korzystniejszej zwierzyny. Chociaż w czasach wielkiego głodu, dobrze było się za nimi rozglądać, bo przyciągały ptaki na plażę, dlatego można było używać ich jako przynęty… z rybami było podobnie. Też były łase na łatwy posiłek. Zresztą kto by nie był? Dodatkowo – kąpiele, gdy było tak zimno, mogły skończyć się chorobami, a dokładanie medykom pracy nie było niczym miłym. Na pewno nie ucieszyliby się, gdyby ktoś wpadł do obozu i oznajmił, że się wyszorował w lodowatej wodzie, a potem pociągał nosem i zarażał resztę bliskich.
Morze dzisiaj znajdowało się dość daleko, więc najprawdopodobniej za niedługo zje sporą część plaży… Również dzięki temu dwójka mogła poszperać w tym, cokolwiek wypluło. Schylił łeb i spróbował łapą wygrzebać mieszkańca muszli, żeby móc wczepić tę konkretną w futro Szafirka. Kojarzyło mu się z nim, mogło to być dość samolubne, ale… chciał, żeby kotka miała coś, co przypominałoby jej o nim. Kasztanowi udało się wreszcie go wyskrobać, a jako nagrodę otrzymał wgląd we wnętrze muszli. Było jasne i odbijało światło na najróżniejsze kolory, tak naprawdę było ich nawet więcej, niż na czarnej skorupce. Małż nie miał żadnego szczególnego smaku, a zapachem przypominał rybę. W międzyczasie Urodziwa Łapa także wybrała jakąś muszelkę… i to niejedną.
— Szafirku, a czy masz alergię też na małże? Kraby? Albo żaby? Smakują podobnie do ryb, ale nie mają łusek — zapytał, zastanawiając się teraz nad tym, co usłyszał od koteczki ostatnio. Jeśli by miała, to wychodziłoby na to, że może spożywać jedynie zwierzynę futerkową i opierzoną. Albo ewentualnie jaszczurki, ale na ich terenach nie było ich wiele. Krabów nie umiał rozłupywać, ale może mógłby się nauczyć w przyszłości, jeśli Szafirek mogła je jeść. — Czy jadłaś kiedyś jaszczurki? Jest ich sporo pod kamieniami Porą Zielonych Liści — tak samo, jak żaby, uwielbiały się wygrzewać w promieniach słońca. Różniło się to jednak tym, że one najczęściej rozkładały się wygodnie na kamieniach, a ich mokrzy sąsiedzi na liściach, które akurat przypałętały się na taflę z drzewa. Im dłużej przebywał z pręguską, tym mniejsze poddenerwowanie czuł. On sam chyba nigdy nie miał okazji zjeść jaszczurki. Było ich mało, a w dodatku były szybkie. Ilości chrząstek czy twardych elementów raczej odstraszała sporo kotów. Jeszcze z możliwych opcji pozostawały ślimaki… miał wrażenie jednak, że ślimaki zarezerwowane były specjalnie dla starszyzny, więc nie chciał ich nawet proponować w obawie, że może uczennica odebrałaby to jako coś obraźliwego.
— Na małże, ryby i żaby? Nic mi na ten temat nie wiadomo, więc nie wydaje mi się — odparła pogodnie i uśmiechnęła się do kocura. Mogliby na nie zapolować zatem, żeby sprawdzić. Tylko czy nie byłoby to lekkomyślne? Co, gdyby jednak okazało się, że ma na nie uczulenie? Musiałby wtedy jakoś jej pomóc. Zawładnęła nim obawa, że nie byłby w stanie, że nie poradziłby sobie.
Kotka przekrzywiła łebek, słysząc pytanie o jaszczurki i pokręciła łebkiem, a on śledził jej reakcje.
— Nie, nigdy nie jadłam. Ciekawa jestem, jak smakują, ale niestety nie ma ich wiele na naszych terenach — miauknęła nieco smutno, ale zaraz się rozpromieniła. Pokiwał głową. — Ale to nic! Mamy sporo innych fajnych opcji, a ja jeszcze nie znalazłam swojego ulubionego przysmaku. A ty? Masz jakiegoś faworyta? — spytała pogodnie. Szkoda, że nie miała...
— Nie… ja chyba lubię wszystko to, co moi bliscy — wyznał, poruszając nieznacznie łapą, jakby zawstydzony. Miał powody do wstydu. Każdy w jego wieku miał już wyrobione jakiekolwiek zdanie na ten temat. Jedni uwielbiali uklejki, inni ptaki wodne – łyski, kaczki, całą masę innych opierzonych istot… Pewnie znalazłby się ktoś, kto uwielbiał żaby, chociaż on sam nie wiedział, czy mu pasował taki smak. Czy miał w ogóle swój gust? Może obrzydzały go ptaki? Czy drażniło go to, że trzeba było je tak długo skubać i to wszystko tylko po to, żeby dostać się do mięsa? Ryby nie były zresztą lepsze. Należało albo poświęcić sporą część mięsa, a raczej skóry, na rzecz uniknięcia łusek albo trzeba było je z nich skubać, raczej nikt nie chciał się nimi udławić, zresztą gryzienie ich nie było nawet wskazane... Może denerwował go rdzawy meszek na ciałach wiewiórek, który często wchodził między zęby? Nie, nie robiło mu to tak naprawdę żadnej różnicy. Zawsze jadł po to, żeby się napchać, a nie po to, żeby cieszyć się z jedzenia… Prawdopodobnie, gdyby kamienie miały jakiekolwiek wartości odżywcze, jadłby właśnie je, żeby zaspokoić ssący głód. Powinien sobie wyrobić własny gust.

***

Nie czuł się dobrze, udając kogoś, kim absolutnie nie był. Nie czuł się również dobrze, jak był sobą, zachowywał się tak, jak podpowiadało mu ciało oraz jego umysł. Nie potrafił nikogo obronić, ponieważ był słaby. Mógłby zgrywać księcia, kota pewnego siebie, pozbawionego jakichkolwiek trosk, ale gdzie by go to zaprowadziło? Czy pomogłoby mu to w czymkolwiek? Dusiłby się w swoim ciele, zmuszając umysł do udawania obcego. Oszukiwałby swoich bliskich i wszystkich wokół, a jako iż nie był wcale dobry w udawaniu, w swoim mniemaniu, to od razu by się dowiedzieli i może zostałby przekreślony w ich oczach.
Czy jego życie miało jakiekolwiek znaczenie? W obliczu dwóch wieczności – przeszłości, w której go nie było i pojawił się dopiero ostatnio, oraz przyszłości – w której już go nie będzie, jednak ile mu jeszcze pozostanie, tyle wykorzysta, był jedynie kolejnym kotem, który przyszedł na świat i odejdzie w ten czy w inny sposób, zostawiając po sobie jedynie kości, które zresztą również nie były wieczne. Skoro absolutnie nie potrafił się zmienić, przynajmniej na tyle, na ile by chciał, co mu zatem robiło za różnicę to wszystko i dlaczego tak mu zależało na tym, aby stać się kimś zupełnie innym, mimo że całe życie funkcjonował w tenże sposób? Co mu po nowym imieniu, skoro oprócz myśli, nie potrafił wcale stać się nagle pewniejszym siebie, ambitniejszym i mniej przerażonym? Głupi myślał, że wraz z nowym imieniem, stanie się magicznie nowym sobą, bez pracy i bez wysiłku w to włożonego, bez obowiązku starania się jakkolwiek o inne ja. Co powinien zrobić, żeby osiągnąć stan, w którym każdy by za nim przepadał, a on wreszcie nie musiałby zamartwiać się za każdym razem, kiedy jedyny kot, który spędzał z nim dużo czasu ciągle, nagle odchodził do kogoś innego? Co prawda nigdy na wieczność, ale dla dymnego czasami tyle to trwało, gdy tak siedział i nie wiedział co ze sobą zrobić, jednak z grzeczności udawał, że jest wielce zajęty, żeby tylko drugiemu kotu nie napłynęło wyrzutów sumienia czy żalu. Czy dało się jeszcze go jakkolwiek zmienić, w dowolny sposób?
…Dla przynajmniej jednego kota tak. Jego życie miało znaczenie. To było już wiele, dla niego naprawdę wiele, a dla każdego innego najprawdopodobniej tyle, co nic. Przypalony Kasztan, mimo że takim by go nikt nie nazwał, zachłannym, to właśnie takim się czuł – jakby od każdego brał coraz więcej i więcej, jakby kontakt z nim sprawiał, że drugi kot stawał się wrakiem swojego dawnego ja, kimś gorszym, ponieważ zadawał się z tak żałosną istotą, jak Kasztan. Nocniak nie wiedział, skąd brały się u niego takie myśli, aczkolwiek nigdy nie był w stanie ich uciszyć na tyle, żeby nie psuły mu humoru na całą resztę dnia. Najczęściej atakowały go w nocy, jeśli nie udało mu się siebie wymęczyć za dnia na tyle, by paść na pysk o zmierzchu. Nawet jeśli bardzo miło spędzał czas u boku Urodziwego Szafirka, to nie potrafił ot tak porzucić myśli, że może jednak tak naprawdę nie był nikomu potrzebny. Poruszył się nieznacznie, szylkretowa koteczka otworzyła jedno oko, a po chwili drugie, aż wreszcie podniosła głowę i spojrzała ze zmartwieniem na kocura, który teraz leżał i trząsł się w legowisku. Prawdopodobnie parokrotnie zawołał kogoś przez sen, ale nie był pewien, kogo.
— Kto ci dokucza we śnie, Kasztanku? — szepnęła, po czym podeszła do niego bardzo ostrożnie, następnie pochyliła łeb nad nim i parokrotnie przejechała szorstkim językiem po jego głowie, na której jeszcze niedawno widniało parę nieregularnie rozłożonych miejsc, rzadko porośniętych włosami. Teraz zdążyło ich sporo odrosnąć, dlatego poza nieco inną teksturą, wyglądem nie różniły się jakoś szczególnie od reszty. Poczuł się znowu niczym w żłobku, u boku Złocistego Widlika.
Przypalony Kasztan nagle zamarł, a z jego pyszczka wydobyło się jedynie westchnięcie. Czy myślał tak, jak mówiły mu jego myśli? Czy naprawdę miał o sobie tak niekorzystne zdanie? Przełknął nerwowo ślinę. Jeśli będzie pytał jedynie siebie, to nigdy nie dostanie szczerej odpowiedzi. A zresztą, czy od kotów by dostał coś bardziej szczerego? Do bólu? Byłoby to bardziej trafne, niż jego myśli, które znały go na wylot?
— Szafirku, nienawidzisz mnie? Myślisz, że jestem niepotrzebny na tym świecie? — zapytał półszeptem, patrząc na nią wielkimi oczami tylko po to, żeby zaraz położyć łeb na łapach i zacząć unikać kontaktu wzrokowego.
Nic nie miało znaczenia. I tak kiedyś umrze, kiedyś wszyscy o nim zapomną i nie będzie to miało absolutnie żadnego znaczenia. Jeśli mu się nie podobało, to zawsze mógł kogoś poprosić, żeby ukrócił jego cierpienia. Ale czy wtedy nie sprawiłby bólu kotom, którym na nim zależało? Jego mięśnie rozluźniły się, myśli, że nic nie miało znaczenia pomagały, bo miał poczucie, iż nie ma nic do stracenia. Ale miał. I nie działało to na dłuższą metę, przynajmniej jeśli chciał stać się pewniejszy siebie, a nie znienawidzić siebie całkowicie, nawet bardziej, za więcej rzeczy.
Szylkretka zamarła w połowie ruchu. Jej serce przyśpieszyło, a oczy błysnęły od niewypowiedzianych jeszcze emocji. Wojowniczka położyła się przed nim, by ich pyski były na tym samym poziomie.
— Spójrz na mnie Kasztanku — zaczęła i delikatnie szturchnęła jego nosek swoim. — Gdybym cię nienawidziła czy bym spędzała z tobą czas? Wspierała cię na każdym kroku i broniła przed obelgami innych kotów? Czy gdybym darzyła cię takimi negatywnymi odczuciami, kładłabym łapę na twoją, albo pozwoliła, by twoja dotknęła mojej? Czy bym tak podbiegła do ciebie z gratulacjami? — zaczęła cicho. Przymknęła na chwilę. — Miałam ci to powiedzieć po znalezieniu odpowiedniego prezentu, ale czuję, że nie ma na to czasu. Kasztanku, nie darzę cię tylko przyjaźnią, już dawno nie. Darzę cię czymś głębszym, cieplejszym i wyjątkowym czyli miłością — dokończyła czułym szeptem. Urodziwy Szafirek przytuliła kocura bliżej siebie.
Poczuł coś w rodzaju wewnętrznego szturchnięcia. Jego serce zaczęło bić szybciej, a uszy położył po głowie, jednak po chwili wróciły do normy. Nocne podmuchy wiatru targały jego dwukolorowymi pędzelkami.
— Ale nie potrafię cię obronić przed Rogatą Łapą-... — zatrzymał się, a po jego policzkach zaczęły spływać łzy. Nie rozumiał zachowania kotki do tej pory. Czy miłość nie wyglądała w inny sposób? Już sam nie był pewien. Czy skoro darzyła go tak silnym uczuciem, kim dla siebie w takim razie byli? I co on mógł z tym zrobić, żeby polepszyć swój obecny stan w życiu? Spojrzał się na nią tępo, w jego oczach dało się dostrzec sporo emocji, nie wiedział, która byłaby korzystniejsza, zresztą chyba nie to było w tej chwili istotne… — Ja chyba nigdy nie doświadczyłem miłości, przed poznaniem ciebie — powiedział cicho, dość niepewnie. Czy ktokolwiek oprócz Szafirek stawiał się tak za nim? Rozmawiał z nim tak wiele? Kocurek przeprowadził sporo konwersacji ze Złocistym Widlikiem, ale nie wiedział, jak nazwać ich relację. W zasadzie spotykał się z podobną sytuacją teraz, aczkolwiek wyglądało to inaczej. — Czy… czy w takim razie jesteśmy partnerami? Czy nie ubliżałoby ci to? — zapytał szczerze. I czy nie byłoby to za wcześnie? Partnerzy zachowywali się w ten sposób, tak? Tak przynajmniej wywnioskował ze wszystkich tych opowieści, którymi został obdarzony za czasów kocięcych, ale też i częściowo uczniowskich. Znaczy… jemu pewnie było do tego daleko. I czy był w ogóle gotów na tak poważną relację? Znaczna większość kotów wiązała się na całe życie niczym łabędzie. Czy byłby dobrym partnerem, dla kogoś tak wspaniałego, jak Szafirek? Gdyby zostali partnerami, nie musiałby się martwić, że ktoś zgarnie Szafirek dla siebie. Mógłby spędzać z nią tak wiele czasu, ile tylko chciał. Czy nie postrzegał tej relacji dość… egoistycznie? Czy przynosiłaby ona korzyść komukolwiek, oprócz tylko jemu?

<Czy jestem złym kotem, Szafirku?>

Od Łzy

Noc zdawała się ciągnąć bez końca, rozlewając się wokół Łzy ciężką, nieprzeniknioną ciemnością, która pochłaniała wszystko — dźwięki, zapachy, światło, a nawet samo poczucie czasu, przez co młoda koteczka nie była już w stanie określić, jak długo błąka się po tej martwej pustce. Nie widziała nad sobą gwiazd ani srebrzystego blasku księżyca, nie czuła chłodu ziemi pod łapami ani znajomej woni mchu, mleka czy futra innych kotów, podczas gdy jedynym towarzyszem jej wędrówki pozostawała wszechobecna czerń, ciągnąca się zarówno przed nią, jak i za nią niczym bezkresne morze mroku.
Szła ostrożnie przed siebie, stawiając kolejne kroki z rosnącą niepewnością, gdyż im dłużej przemierzała pustkę, tym bardziej zaczynało docierać do niej, że otaczająca ją ciemność nie zmienia się ani odrobinę — jakby sama przestrzeń pozostawała nieruchoma, a ona błądziła w miejscu, skazana na nieskończone krążenie po czymś, czego nie rozumiała. W jej drobnym sercu rodził się powoli niepokój, który początkowo przypominał jedynie lekkie ukłucie pod futrem, lecz z każdym kolejnym oddechem rozrastał się coraz bardziej, obejmując jej myśli, mięśnie oraz oddech lodowatym uściskiem.
Kiedy obejrzała się za siebie w desperackiej nadziei, że dostrzeże choć cień znajomej sylwetki, przekonała się jedynie, iż mrok za jej plecami wygląda dokładnie tak samo jak ten przed nią, przez co nagle ogarnęło ją przerażające poczucie osamotnienia, tak ogromnego, że niemal odebrało jej zdolność oddychania. Chciała zawołać Purchawkę, chciała usłyszeć głos rodzeństwa albo chociażby irytujące miauknięcie któregoś z innych kociąt, lecz gdy w końcu wydobyła z siebie ciche „mamo?”, jej własny głos zabrzmiał obco, krucho i nienaturalnie, po czym natychmiast został połknięty przez ciszę.
Wtedy właśnie strach zaczął przeradzać się w panikę.
Łza przyśpieszyła kroku niemal instynktownie, podczas gdy jej błękitne oczy rozpaczliwie próbowały odnaleźć w ciemności cokolwiek, co mogłoby przypominać drogę, światło albo choćby zarys czyjejś sylwetki, jednak niezależnie od tego, jak bardzo wytężała wzrok, wszędzie dostrzegała jedynie tę samą bezduszną pustkę. Im szybciej się poruszała, tym gwałtowniej biło jej serce, a gdy ostrożny chód przemienił się w bieg, zaczęła odczuwać, jak napięcie obejmuje całe jej ciało — mięśnie paliły przy każdym ruchu, oddech rwał się coraz bardziej, a łapy stawały się ciężkie, jakby sama ciemność próbowała zatrzymać ją w miejscu.
Mimo narastającego zmęczenia nie potrafiła się zatrzymać, ponieważ świadomość, że wokół niej nie istnieje absolutnie nic poza pustką, wydawała się znacznie bardziej przerażająca od bólu czy wyczerpania. Biegła więc dalej, aż w końcu jej siły zaczęły opuszczać ją tak gwałtownie, iż zwolniła, dysząc ciężko i próbując zaczerpnąć powietrza, które nagle wydawało się dziwnie zimne oraz ciężkie.
Jej spojrzenie desperacko przesuwało się po otaczającym ją mroku, podczas gdy ona sama coraz wyraźniej czuła, że chce płakać, krzyczeć albo po prostu wtulić się w czyjeś futro, jednak nawet łzy nie chciały napłynąć jej do oczu, jakby miejsce, w którym się znajdowała, odbierało jej zdolność do okazywania słabości. Właśnie wtedy, gdy zaczynała wierzyć, że pozostanie tam całkowicie sama już na zawsze, dostrzegła coś przed sobą.
Nie potrafiła określić, czym właściwie była owa sylwetka, ponieważ zdawała się jednocześnie odległa i niezwykle wyraźna, jakby ktoś wyciął jej kształt z samej ciemności i naznaczył bladym, srebrzystym blaskiem. Nadzieja uderzyła w Łzę tak gwałtownie, że niemal zapomniała o własnym zmęczeniu, wobec czego poderwała się natychmiast do biegu, a z jej gardła wyrwał się urwany, pełen ulgi pisk.
Nie zdążyła jednak zrobić nawet kilku kroków.
Jej oczy otworzyły się gwałtownie, a mrok natychmiast ustąpił miejsca porannemu światłu, które przesączało się przez liściastą kopułę żłobka złotawymi smugami, rozświetlając miękkie legowiska, śpiące sylwetki kociąt oraz poruszające się leniwie na wietrze paprocie. Powietrze pachniało mchem, mlekiem oraz znajomym ciepłem obozowiska, podczas gdy cichy szelest liści i spokojne oddechy innych kotów sprawiały, iż wszystko wokół niej wydawało się niemal boleśnie żywe.
Łza usiadła gwałtownie, łapczywie nabierając powietrza, ponieważ mimo iż koszmar już się skończył, jej serce wciąż tłukło się w piersi tak mocno, jakby część niej nadal pozostawała uwięziona pośród tamtej pustki. Nerwowo rozejrzała się wokół siebie, upewniając się, że Purchawka śpi tuż obok, iż jej rodzeństwo znajduje się bezpiecznie w swoich legowiskach, a niedaleko nich spoczywają również Pierścień, Smok, Mordor oraz Rohan, pogrążeni jeszcze w spokojnym śnie.
Choć widok ten powinien przynieść jej ulgę, drżenie wciąż nie opuszczało jej łap, wobec czego przysunęła się bliżej matki i kilkukrotnie dotknęła jej futra, próbując wybudzić ją z płytkiego snu.
Purchawka poruszyła się lekko, po czym uniosła głowę, kierując ku córce zmęczone, zaspane spojrzenie, w którym mimo wyraźnego wyczerpania nadal tliła się ciepła troska.
— Mamuś… — zaczęła Łza cicho, podczas gdy jej głos pozbawiony był typowej dla niej pewności siebie. — Śnił mi się zły sen…
Dymna kotka przez krótką chwilę przyglądała się córce uważnie, dostrzegając rozszerzone źrenice, drżenie łapek oraz strach wciąż czający się pod jej futrem, nim bez słowa przysunęła ją bliżej siebie i otuliła ogonem, którego ciepło natychmiast przyniosło Łzie odrobinę ukojenia.
— Nie było cię… ani nikogo — wyrzuciła z siebie szybko, jakby obawiała się, że jeśli nie opowie o wszystkim od razu, ciemność ponownie ją pochłonie. — Wszędzie było tak strasznie czarno, a ja byłam tam całkiem sama i nie mogłam znaleźć nikogo…
Purchawka przesunęła językiem po czubku jej głowy, próbując uspokoić córkę jednostajnym, czułym gestem.
— Spokojnie, Łezko, to był tylko sen, który nie może zrobić ci krzywdy, ponieważ jesteś tutaj, razem z nami, a ja nigdzie się nie wybieram. Twoja siostra i bracia również są obok ciebie, więc nie musisz się bać.
Łza milczała przez moment, wtulając się mocniej w bok matki, podczas gdy resztki koszmaru nadal zaciskały się wokół jej serca lodowatymi palcami.
— Na pewno…? — spytała w końcu cicho, unosząc ku Purchawce przestraszone spojrzenie.
Przez moment Purchawka milczała. Jej wzrok wędrował z miejsca na miejsce.
— Oczywiście — potwierdziła w końcu.
Łza westchnęła cicho, po czym powoli ułożyła głowę na miękkim mchu. 
To był tylko zły sen. Nic więcej.