Przeszłość, jeszcze Porą Nagich Drzew
Blednąca Łapa przypadł do leśnego poszycia i zaczął skradać się ostrożnie, uważając na wszelkie wystające patyki, kamyczki, wszystko to, co mogło go w tej chwili wydać. Poduszki łap piekły go z powodu odmrożenia, a końcówek uszu nie był w stanie już wyczuć konkretniej, nos wiecznie zwilżał mu się z powodu ciepłych obłoczków, które wydobywały się z jego pyska, za każdym razem, kiedy oddychał. Czuł, jak kępki futra stroszą mu się z powodu ogarniającego go chłodu. Na wąsach powoli formowały się kryształki lodu, a załzawione oczy zaczynały szczypać. Zamrugał parokrotnie. Korony drzew szeleściły na mroźnym wietrze, kołysząc się na boki i przykrywając blade promienie słońca, które nawet nie próbowały ogrzewać kocich grzbietów. Manewrował spojrzeniem to ze swojego celu, to na grunt, na którym było pełno rzeczy. Jego łapy niemal unosiły się nad ziemią, a gładka, ułożona sierść wydawała się niczym lekki, przesuwający się cień. Wreszcie, gdy już znalazł się wystarczająco blisko, potężnym skokiem rzucił się przed siebie, pewien, że mu się uda ją złapać. Wpadł w pobliskie krzewy, czując, jak gałązki ciągną go za futro po bokach, jednak nie spowolniło go to jakoś szczególnie, bo już uderzenie serca później rozległ się wysoki pisk przerażenia, który urwał się nagle, niczym delikatna pajęcza nić, zerwana przez przypadek. Wynurzył się z zarośli, a z jego pyska zwisała bezwładnie mysz. Zastrzygł wąsami, czując przypływ lekkiej dumy w klatce piersiowej. Tą porą roku było szczególnie ciężko wykarmić pobratymców, dlatego każda, nawet połowa myszy polnej, była niezwykle istotna. W końcu mogli zawsze taką wykarmić królowe albo chociaż jednego z ich kociąt. Zdobycz została sprawnym ruchem przykryta licznymi szpilkami drzew iglastych, w tym sosen i jodeł, kocur szukał zwierzyny dalej.
Znalazł się u boku szylkretowego mentora, który mógł również pochwalić się owocnymi łowami, bo niósł w pysku grzywacza, co było ogromnym osiągnięciem podczas tak nieprzychylnej pory – w końcu ptaki wykrywały zagrożenie z dużo większych odległości, a uszy miały wyczulone na wszelki szmer. Podrywały się do wiatru z powodu samego drgnięcia wąsów. Ponadto, taki ptak mógł wykarmić dużo więcej, niż tylko jednego kota.
Nagle pośród krzewów zaszeleściło coś, co przykuło od razu uwagę dwójki. Nieproszony gość, który nie pachniał żadnym z klanów, a jedynie zwietrzałą, leśną, wręcz mokrą wonią zaczął wspinać się gorączkowo po korze drzewa, szybując wręcz po nim tak zwinnie, że ciągnęła się za nim jedynie ruda, gęsta kita i cichutki szmer.
— Goń ją.
Blednąca Łapa spojrzał na wiewiórkę i rzucił się ile sił w łapach w pogoń. Chwycił się drzewa mocno, zatapiając w nim pazury niczym wygłodniały łowca. Zaczął podciągać się ile sił w kończynach do góry, czując, jak bardzo różnił się ten raz, od jego pierwszego. Tamtego dnia mógł spaść i skręcić sobie kręgosłup. Tego dnia upoluje dla klanu więcej niż tylko małego gryzonia.
Złapał się gałęzi i podciągnął wyżej, następnie uniósłszy łapę z wysuniętymi pazurami, wyskoczył przed siebie wysoko, na parę uderzeń serca wręcz szybując niczym wiewiórka przed nim, która również podjęła się tego ruchu. Kocur miał wrażenie, jakby wraz z tą decyzją, zatrzymało mu się serce, a w płucach zabrakło nagle tlenu. Czas się zatrzymał, a mózg przestał w pełni rozumieć to, co działo się dookoła. Wzroku nie spuszczał ze swojego celu, obawiając się, że jeśli tylko to zrobi, to zgubi go już na zawsze. Nie wolno mu było! Pochwycił sąsiedniej gałęzi, która, całe szczęście, była w takiej odległości, dzięki czemu identyczny skok był możliwy. Przygniótł poduszką wiewiórkę, która zwinnie obkręciła się i wgryzła w jego palec. Zasyczał pod nosem, chyląc wreszcie łba i chwytając ją za krtań. Wystarczyło zacisnąć mocniej szczękę po to, żeby ją dobić. Już po chwili przestała się szamotać niczym dzikus, teraz zwisając mu z pyska tak, jak tamta mysz. Zszedł po korze z uwagą, lądując z gracją na chrupiącym, zmrożonym śniegu, który momentalnie zaczął szczypać go w podrażnione poduszki. Co zdążyły się ogrzać, to musiał z powrotem je narażać na takie chłody… Pszczeli Rój kiwnął mu głową, a następnie pojedynczym machnięciem ogona nakazał podążenie za nim. Przed powrotem do obozu musieli znaleźć poprzednio upolowaną zwierzynę i ją przenieść. Na szczęście albo i nieszczęście, nie było tego aż tak dużo, żeby musieli chodzić turami, dlatego wystarczyły zaledwie dwa pyski.
Idąc przez obóz do sterty zwierzyny, Pszczeli Rój powędrował do legowiska przywódczyni, swojej dawnej mentorki w celu zamienienia z nią paru słów. Blednąca Łapa nie myślał o tym szczególnie dużo, uznał, że szylkret potrzebuje z nią porozmawiać i nie wtykał w to nosa niepotrzebnie. Już moment później szylkretowa kocica zajęła swoje miejsce z elegancją, na podrapanym pniaku i odchrząknęła. Miny powoli wyłaniających się z nor pobratymców wyrażały zaciekawienie, a inne, swego rodzaju, znużenie.
— Niech wszystkie koty, na tyle dorosłe, żeby polować na zwierzynę przyjdą na zebranie klanu! — zawołała pewnie, strzepując uchem jednokrotnie, gdy weszła z nim w kontakt śnieżynka świeżo zsypana z nieba.
Do centrum zajrzało dużo więcej kotów niż przedtem. Wilczacy ustawili się na swoich miejscach, a liderka spojrzeniem przesunęła po wszystkich zebranych. Kiwnęła głową mentorowi oraz jego uczniowi. Blednąca Łapa poczuł, jak zapada mu się lekko serce. Czyli to już dzisiaj. Albo Pszczeli Rój chciał sprawdzić, czy nadszedł na to czas. Przełknął ślinę, stawiając się przed starszym. Wyprostował się, ogon położył nisko, spokojnie, a ślepia wraz z mimiką nie zdradzały więcej poza neutralnością. Wewnątrz niego grało tak wiele melodii, a jednak na zewnątrz można było to zaobserwować jedynie w postaci spinanych mięśni czy delikatnie nastroszonego futra na barkach. Szylkret również wyglądał już na gotowego, wystarczył znak z wysoko położonej mównicy…
— Walczcie!
Blednąca Łapa stał, a Pszczeli Rój zaczął go okrążać, z łbem nisko przy ziemi, mięśniami napiętymi i pazurami wysuniętymi. Błysnęły w bladym blasku, odbijając leciutko światło. Mimo dreptania wreszcie znieruchomiał, jednak nie pofatygował się do zmniejszenia między nimi ilości mysich ogonów. Rudy wystrzelił do przodu, łapami uderzając w ciało mentora z tak dużą siłą, jak tylko był w stanie z siebie wykrzesać w danej chwili. Głuchy stukot poniósł się po polanie, zwracając uwagę zebranych. Szylkret wydał z siebie zduszony okrzyk, a następnie obrócił się na pięcie, chwytając pręgusa za kark i tym samym przewracając go razem ze sobą ciężko. Uderzyli twardo o grunt, szurając masą śniegu pod sobą. Młodziak poczuł chłód pod swoim bokiem, a zaraz później ogarniający go dyskomfort w okolicach kręgosłupa, ale nie miał czasu nawet otrzepać się z nadmiaru puchu wymieszanego ze zwilżoną ziemią. Poczuł, jak mentor coraz mocniej wgryza mu się w kark, rozsyłając po całym jego ciele ogromny dyskomfort, dlatego odruchowo wysunął pazury i zamachnął się nimi przy pysku przeciwnika. Niebieskooki puścił, odsuwając głowę na bok, przez co jego uścisk łap zelżał. Młodziak wykorzystał tę okazję. Odbił się od jego klatki piersiowej, uskakując do tyłu, powiewając mimowolnie ogonem. Wylądował na czterech łapach i przez ten czas, który Wilczak poświęcił na podniesienie się, srebrny poszybował ku niemu ponownie i wczepił mu się w barki, a tylnymi łapami zaczął okładać go wzdłuż jego żeber, posyłając w powietrze kępki futra. Musiał go wymęczyć, jeśli miał wygrać. Pszczeli Rój stanął na dwóch łapach i gdy już miał upaść na grzbiet, żeby przygnieść swojego uczonego, Szalej raz jeszcze się odsunął. Był co prawda wyższy, był również silny, aczkolwiek sam Pszczeli Rój nie był chucherkiem, na które jak się dmuchnie, to odfrunie, niczym dmuchawiec. Sam również był silnym wojownikiem i przede wszystkim – dorosłym, który miał tak wiele czasu na doszlifowanie swoich umiejętności. Nie był to najłatwiejszy pojedynek, ale dało się znaleźć sposób na to, żeby jednak szala przechyliła się ku wygranej szarodzioba. Jeśli Szalej miał wygrać, musiał wykorzystać i bazować na tym, czego dowiedział się do tej pory – to on szarżował i wyskakiwał ku mentorowi, próbując go przygnieść, co nie przynosiło zbyt owocnych rezultatów, bo już uderzenie serca później szylkret wykorzystywał to na własną korzyść, chwytając go i przewracając także czy chociażby ponawiając próbę zrzucenia go, a następnie przygwożdżenia do ziemi. Zamiast atakować ślepo w pysk, barki, czy grzbiet, należało celować w filary utrzymujące jego cały ciężar, ponieważ im więcej Pszczeli Rój skakał, kłapał pyskiem, tym bardziej odsłaniał łapy. Dało się również dostrzec jego niezdarność w postaci niekorzystnego stawiania poduszek, jeśli nie miał wiele czasu na przemyślenie tego, a także wychylanie barków odrobinę za bardzo podczas kontrataku.
Dostrzegł, że za każdym razem, kiedy kocur obracał się w celu zadania ciosu, ciężar ciała na chwilę spoczywał, można by rzec, wyłącznie na jednej z dwóch przednich łap, a tym razem padło na prawą. Ruch ten powtarzał się uparcie, ponieważ szylkret nie mógł jednocześnie atakować tą łapą i na niej stać… nawet jeśli nie trwało to długo, taka chwila wystarczyła, tego właśnie potrzebował. Nagle, niczym ulga ogarniająca kota jak światło świtu powoli zmieniające niebo, a wraz z nim ułożenie chmur i kolorów na nieboskłonie, Blednąca Łapa uderzył o bark kocura z całej siły, podcinając mu jedną z przednich łap. Pszczeli Rój ze zdziwieniem runął na ziemię, pyskiem wpadając w mroźny śnieg. Czarno-kremowy uniósł sparaliżowaną kończynę, krzywiąc się i lekko panikując, gdy po poruszeniu i nadepnięciu na nią, łapa nie odpowiedziała tak, jak robiła to do tej pory – nie utrzymywała jego ciężaru, a na trzech wcale nie było łatwo ustać, jeśli w grę wchodziło bronienie się. Mimo to wyprostował się, a ogonem zamachnął ze zniecierpliwienia, próbując prawdopodobnie ukryć niepewność, o ile jakakolwiek zagościła w jego sercu.
Gdy starszy raz jeszcze spróbował ustać na tymczasowo “wyłączonej” łapie, Blednąca Łapa raz jeszcze ruszył w jego kierunku, próbując ponownie podciąć mu łapę. Szylkret, zauważywszy to, zachwiał się lekko, aczkolwiek nie przesunął, chociaż też nie zamierzał się ot tak poddawać. Zamachnął się szerokim ciosem z wysuniętymi pazurami, rozkładając łapę tak, jak tylko potrafił, jednocześnie kłami celując w jakiekolwiek miejsce na ciele uczniaka. Blednącej Łapie udało się uniknąć następnego schwytania za kark, aczkolwiek szponów już nie. Cztery ostre igły rozorały mu bok od barku niemal po biodro, momentalnie wysyłając chłodne, rwące uczucie wzdłuż ciała Szaleju. Gorąco rozlało się po jego skórze, a śnieg pod ich łapami zabarwił posoką. Mimo takiego kosztownego ryzyka wyższemu udało się raz jeszcze przewrócić mentora, tym razem jednak dociskając go obydwiema łapami, w celu uniemożliwienia mu podniesienia się. Zalotna Gwiazda przez cały ten czas przyglądała się całej akcji w ciszy, zresztą tak samo, jak reszta Wilczaków. A może to adrenalina wstrzyknęła się do mózgu Blednącej Łapy, uniemożliwiając mu jakiekolwiek skupienie się na dźwiękach dookoła?
— Dość! Blednąca Łapa wygrywa! — Werdykt został wydany, a ciepły dymek zaczął wydobywać się z sapiącego z wysiłku, pyska ucznia. Po zebranych poniosły się ciche pomruki zdziwienia, ale i aprobaty. Rudy skupił wzrok na liderce, próbując wymazać z głowy coraz bardziej dokuczający mu ból, związany z krwią skapującą mu z boku, niczym krople roztopionej wody z sopli lodu. Ból promieniował z jego tułowia, sięgając aż palców u każdej z łap, a nawet końcówki ogona.
— Blednąca Łapo, wystąp — wydała mu polecenie, które bursztynooki wykonał bez wahania. — Ja, Zalotna Gwiazda, przywódca Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków i by zrozumieć wasz szlachetny kodeks. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Blednąca Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam.
Szylkretka kiwnęła mu głową, obdarzając młodziaka spojrzeniem chłodnych, ciemnych ślepi raz jeszcze.
— Mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Blednąca Łapo, od tej pory będziesz znany jako Blednący Szalej. Klan ceni twoją spostrzegawczość i siłę oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Wilka.
Tłum zaczął głośno skandować jego nowo nadane imię. Tęczowa Łapa podbiegł do swojego kolegi i zaczął wokół niego skakać niczym kocię, które dostało nową zabawkę w postaci żywej myszki, mógł od teraz, dopóki jej nie zatłukł, się bawić w najlepsze.
— Blednący Szalej! Blednący Szalej! — zawołał, posyłając mu szczery uśmiech. Kocur kiwnął mu jedynie głową, nie będąc pewien jeszcze, czy powinien właśnie w ten sposób o sobie myśleć. Czy zasłużył na tę imię? Czy Mroczni Przodkowie byliby zadowoleni z takiego? — Chodź, pójdziemy do Cisowego Tchnienia albo Roztargnionego Koperka… albo Chudego Grzbietu, ktokolwiek jest teraz w lecznicy. Trzeba zająć się tą raną! — zachęcał go kremus, z wyraźnym zmartwieniem na mordce. Blednący Szalej, gdy tylko nawoływanie ucichło, skierował się do legowiska medyka w celu opatrzenia rany, tym samym poddając się w pewnym sensie zachętom kolegi z legowiska. Może specjalnie nie uniknął tamtego ciosu, chcąc zyskać okazję ku następnej rozmowie z Cisowym Tchnieniem? Nie mógł wieczność stać tak, na śniegu i tracić coraz to większej ilości cennej krwi. Wilczacy wracali do swoich obowiązków, a srebrny czuł dyskomfort związany z opatrywaniem rany.