BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 22 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

11 marca 2026

Od Zszarzałej Łapy CD. Bukowej Korony

Strzępek musiał przyznać, że jego mentor raczej nie znał słowa litość lub nawet nie posiadał go w swoim słowniku. Point już nie wiedział, ile wojownik go ciąga po terenach klanu, jednak Wysokie Słońce intensywnie grzało ich w odsłonięte grzbiety. Na szczęście uczeń miał nieco łatwiej niż wojownik ze względu, że on jako młody point nadal był dość jasny, natomiast Bukowa Korona na plecach był pokryty sierścią w odcieniu brązu, która skuteczniej przyciągała promienie górującego słońca. Jednakże żadnemu z nich nie przyszło do głowy narzekać, choć i tak z czasem pogoda zaczęła się drastycznie zmieniać. Jasna kula na niebie została przysłonięta szarymi chmurami, a nagłe porywy wiatru próbowały ich powalić swoją gwałtownością i raptownością. Później już wszystko potoczyło się znacznie szybciej i z nieboskłonu poczęły spadać chłodne krople deszczu. Zszarzała Łapa w duchu był wdzięczny, że pogoda nad nimi się zlitowała i dalszą drogę mogą pokonać w bardziej przystępnych warunkach.
— Zaraz się na dobre rozpada, powinniśmy się sprężać — oznajmił wojownik, przyspieszając kroku.
Uczeń nie protestował, gdyż mimo wszystko wolałby uniknąć większego oberwania chmury. Świadomość tego, ile by mu zajęło ogarnięcie się po ulewie, sprawiało, że odechciewało mu się czegokolwiek, nawet dalszego marszu. Jednakże musieli coś przynieść do obozu, co mogłoby wykarmić parę kotów, dlatego też udali się na plażę.
Dotychczas Zszarzała Łapa nie miał styczności z Dwunożnymi, dlatego, kiedy ujrzał ich w pobliżu morza, jego wzrok był skupiony na każdym ich ruchu. Te zdawały się wykonywane w pośpiechu, jakby i te wysokie stworzenia wolałby uniknąć mocniejszego deszczu. Morskooki nawet nie dostrzegł, że jeden z kociąt Dwunogów zatrzymało się i spogląda w ich stronę, dopiero kiedy poczuł szturchnięcie w bark, oderwał wzrok od tych dziwnych stworzeń, by skierować je na swojego mentora.
— Nic tu po nas — rzucił, mając zamiar odejść i to jak najszybciej.
— Jak to? Co z krabami? — spytał zdziwiony, zapominając na moment o Dwunożnym, który powoli się do nich zbliżał.
— Mówię nic tu po nas, więc idziemy. Chyba że chcesz zostać zabrany do ich siedliska, jeśli tak to droga wolna. Jednakże wtedy możesz być pewnym, że nie zostaniesz wojownikiem, a to czy jeszcze zobaczysz siostrę lub innych jest bardzo wątpliwą kwestią — warknął Buk, chwilę przed tym, jak point został pochwycony przez to wyprostowane stworzenie.
Strzępek od razu zaczął syczeć, wymachiwać łapami z wysuniętymi pazurami, jednakże Dwunożny miał inne plany, co do ucznia i nie miał zamiaru tak łatwo go wypuścić. W ciągu paru kolejnych uderzeń serca do walki wkroczył Bukowa Korona, który zaczął wykonywać cięcia pazurami na jednej z nóg oprawcy morskookiego. Po chwili rozległ się krzyk bólu, a dotychczas trzymany kocurek, wylądował ciut niezgrabnie na ziemi, by następnie ruszyć biegiem w stronę obozu. Nawet nie oglądał się, by sprawdzić, czy jego mentorowi nic nie jest i czy nie został porwany zamiast niego. Dopiero na bezpiecznym klifie zwolnił, mając wrażenie, że zaraz płuca wypluje. Jego rozszalałe serce wręcz galopowało w klatce piersiowej, nieprzyjemnie obijając się o żebra. Musiał przyznać, że chyba jeszcze nigdy w życiu nie czuł się tak pozbawiony tchu, nawet po morderczych treningach czekoladowego nie był tak padnięty, jak teraz.

<Bukowa Korono? Mam nadzieję, że przetrwałeś>
[502 słowa]

Od Pchełkowego Skoku CD. Szakłakowej Barwy (Poczciwego Szakłaka)

Kotka podskoczyła na dźwięk ruchu w zaroślach. Od razu dostrzegła pomiędzy krzewami oczy, takie same, jak jej.
— Witaj, siostro — powiedział Szakłak, wyłaniając się z mroku. Jego czarne futro idealnie zlewało się z panującą ciemnością, dzięki czemu był niezauważalny. — Wybacz, że Cię tak nastraszyłem — dodał, stając tuż przed granicą. — Jak Ci dziś dzień minął? Jak tam Twój obiekt westchnień? — spytał.
Pchełka nieco się zakłopotała pytaniami. Rozejrzała się na boki, niby to czegoś szukając wzrokiem, a jednak układając w głowie odpowiedź.
— Dobry wieczór, braciszku — odpowiedziała, po czym nieśmiało otarła się o brata.
Zamruczała przy tym, a Szakłak objął jej bok ogonem, oddając przytulasa. Szylkretka westchnęła, wciągając zapach Klanu Burzy do płuc. Był przyjemny; bo należał do jej brata. Przymknęła na dłuższą chwilę oczy.
— Życie płynie p-powoli — szepnęła. — Mirtowe Lśnienie z-zdaje się mnie nie zauważać. Nie tak… jakbym c-chciała — dodała cicho.
Odsunęła się od brata i spojrzała na jego pyszczek. Był przystojny jak ich ojciec, Barszcz, a jednocześnie dostojny, niczym Jastrząb. Piękne, gęste futro dodawało mu powagi, którą zdobył z wiekiem, a Pchełka nie mogła się nadziwić, jak on wyrósł. Pamiętała go jako kulkę sierści, jeszcze tak niedawno temu… A teraz? Oboje byli wojownikami.
— P-Przejdziemy się? — zaproponowała po chwili.

~ Skip time do teraz, bo trochę się porobiło ~

Pchełkowy Skok przy ostatnim spotkaniu z Burzakiem ustaliła następną wizytę, o ile można było to tak nazwać. Mieli kilka miejsc, w których się spotykali i rotowali między nimi, by nie zostawiać zbyt wiele zapachów, ani nie zwiększać szansy, że ktoś ich nakryje i wyciągnie błędne wnioski. Przyjaźnie międzyklanowe były dopuszczalne, jednak rodzeństwo wolało nie ryzykować… zwłaszcza że Judaszowcowa Gwiazda potrafił zaskoczyć.
Nadszedł upalny wieczór, zwieńczony przepięknym zachodem słońca, który miała nadzieję zdążyć obejrzeć wraz z bratem. Była akurat po popołudniowym patrolu, a doskonale wiedziała, że do wieczornego zostało jeszcze sporo czasu. Poza tym, Klan Klifu w związku z mewami, był dużo ostrożniejszy, a ich wyjścia poza obóz zaplanowane co do joty. Wojowniczka jednak nie przejmowała się aktualnie drapieżnymi ptakami, chociaż powinna. Zabiły mnóstwo kotów, w tym ostatnio prawdopodobnie Ćmę, za którą Klifiacy wciąż płakali. Szylkretka jednak nigdy nie była blisko z kotką, a jej żałoba za nią trwała krótko. Bardziej martwiła się o ich plan, który wraz z Mirtowym Lśnieniem dopinali na ostatni guzik. Jeśli Ćma przestała stanowić dla kotów przeszkodę, to chyba pozostała tylko Jaskółka…? Tak?
Zielonooka idąc przez plażę, stawiała szybkie, krótkie kroki. Piach wciąż parzył, a ona nie mogła pozwolić sobie na wizytę u medyczki. Nie dziś ani w najbliższym czasie. Klan jej potrzebuje sprawnej, Mirtowe Lśnienie jej potrzebował. Przynajmniej kotka chciała w to wierzyć, wciąż głęboko po uszy zakochana w rudym synu lidera.
Dotarłszy na granicę, słońce wciąż zachodziło za horyzont, co przy Kamiennych Strażnikach było wspaniale widoczne. Widok zapierał dech w piersiach, a ona szeroko się uśmiechnęła, ukazując rząd białych zębów.
Usłyszawszy kroki po drugiej stronie granicy, zerknęła w tamtym kierunku. Dostrzegła swojego brata, do którego zerwała się na równe łapy. Pędziła przez te kilka długości zająca, niemal wpadając mu w ramiona. Otarła się prędko o brata.
— Szakłaku! — Westchnęła szczęśliwa. — Spójrz, jaki mamy piękny zachód słońca! Wygląda niczym zwiastun czegoś dobrego.
Czegoś tak dobrego, jak…śmierć aktualnego lidera. Pchełka nie skłamałaby, gdyby powiedziała, że odliczała wschody słońca do tego jednego wydarzenia. Jakby zależało od niego jej życie, a… poniekąd przecież tak było. Nie mogli dopuścić kremowej zastępczyni do władzy, bo cały Klan Klifu będzie cierpiał. Pchełkowy Skok, patrząc tak w dal, w głębi serca szczerze cieszyła się, że ich lider jest taki stary, że zaraz umrze, a oni będą mogli wykonać swój plan. Nigdy nie pomyślałaby, iż będzie wyczekiwać czegoś takiego, a jednak.
Gdy zachód się zakończył, a pomarańcz na niebie zastąpiła piękna purpura, spojrzała ponownie na brata.
— Planuję mu wyznać miłość — oznajmiła cicho, ale pełna nadziei.

<Szakłaczku? Zaczynamy z grubej rury!>

Nowi samotnicy!

 




Wernyhora



Od Mandarynkowej Gwiazdy CD. Żmijowcowej Wici

Przed mianowaniem trzypaku znajdek

Wszystko szło zgodnie z planem. Wszystkie koty z powiązaniami z Baśniową Stokrotką zostały uziemione, a ich bliscy wzięci na obserwację. Klan Nocy przetrwa kolejną walkę. Wyszła rano ze swojego legowiska i jak normalny wojownik wzięła zwierzynę z dziupli. Usiadła i powoli zaczęła konsumować pokarm. Obserwowała, jak klanowicze rozpoczynają swój typowy dzień. Niestety ta sielanka została gwałtownie przerwana. Wężynowy Kieł pewnym siebie krokiem z uniesioną głową wyszła z lecznicy i oznajmiła:
– Jestem w ciąży! – i nic nie byłoby w tym szczególnie dziwnego, gdyby nie następne zdanie. – I to nie byle jakiej! Moje dziecko będzie w rodzinie królewskiej!
Mandarynka prawie zakrztusiła się kawałkiem ryby. Co?! Jakim cudem?! Panika wezbrała w niej, przerywając mury chłodu. Rozejrzała się po zgromadzonych. Było tylko dwóch potencjalnych ojców. Szybki rzut okiem na Szałwiowe Serce wystarczył jednak, żeby go wykluczyć. Wojownik sam wyglądał na zdziwionego, jakby widział latające kamyki. Spojrzała więc na Błękitną Lagunę. Jego pysk był… Tej ekspresji nie dało się wpisać w klasyczne opisowe ramki. Jednak ewidentnie nie można było określić jej jako “zdziwionej”. Mimo że już zdążyła przełknąć nieszczęsny kawałek pokarmu, nadal czuła jakby jej gardło się ściskało. Czuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła. Porzuciła resztkę ryby na ziemi i chwiejnym krokiem podeszła do szylkretki. Chciała się śmiać. Powiedzieć, że to przecież tylko żart… przecież to niemożliwe… Tylko właściwie czemu nie miałoby to być możliwe? Ledwo była w stanie patrzeć przed siebie, jej wzrok ciągle uciekał. Otworzyła pysk, ale nie była w stanie wypowiedzieć żadnych słów. Ciężarna uśmiechnęła się.
– Och! Mandarynkowa Gwiazdo! Chciałabyś może pójść na jeszcze jeden krótki spacer, zanim ulokuję się w żłobku?
Czyli to nie był żart. Bezwiednie powłóczyła łapami za szylkretką do wyjścia z obozu. Dopiero wtedy była w stanie wykrztusić jedyne wyrazy, jakie teraz zajmowały jej mózg.
– Ale… jak? Kiedy? Wy…? – w tym momencie nie wyglądała na chłodną przywódczynię. Ponownie na jej twarzy gościł podobny wyraz, co wtedy, kiedy jeszcze jako uczennica zobaczyła zwłoki Błotnistej Plamy zwisające z pyska babki. Widząc to, Wężyna przybrała twarz zatroskanej koleżanki.
– Och, Mandarynko... – wymruczała przeciągle. – To długa historia, a ty nie wyglądasz dobrze. Ostatnio masz tyle zmartwień na głowie... Powinnaś odpoczywać. Kiedyś zdradzę ci szczegóły, jednak na razie naszym priorytetem powinno być zdrowie naszej ukochanej liderki – kąciki pyska szylkretki powędrowały do góry. – W końcu nasza krew się połączy. To wspaniałe, czyż nie?
Ostatnie kilka słów wybrzmiały niczym grzmot w jej głowie. Brzmiały zbyt znajomo. Nie chciała tego znowu. Nie teraz, kiedy na chwilę odzyskała jasność umysłu, nie teraz, kiedy szepty wreszcie ustały. Nie wiedziała, czy rzeczywiście to usłyszała, czy to tylko nadmiar emocji. Postawiła krok w tył, po czym odwróciła się od zielonookiej i praktycznie przesprintowała z powrotem do swojego legowiska. Miała wrażenie, że coś ją goni. Te zielone spojrzenie… Szybko oddychając, dotknęła łapą policzka, jakby miała tam znaleźć krew. Na szczęście nic jej nie było. Ale czy to mogło jakkolwiek uspokoić niepokój kotki?

***

Niestety pomimo jej początkowych lęków, nie był to koszmar. Wężyna rzeczywiście była w ciąży i nieważne ile razy Mandarynka pytała, odpowiedź medyczek była niezmienna. “W końcu nasza krew się połączy. To wspaniałe, czyż nie?” cały czas zadawała sobie to pytanie, nie mogąc jednak pozbyć się głosu, który słyszała, gdy było ono wypowiadane. Chciała powiedzieć, że to wspaniałe, że ona i Wężyna wreszcie będą rodziną… Tylko nie tak to miało wyglądać. Czuła się zawiedziona. Przede wszystkim sobą, że nie dała rady tego przewidzieć i temu zapobiec. Czuła rozdzierający ból odrzucenia. I pewne obrzydzenie. Tym, że Wężyna najprawdopodobniej wykorzystała jej syna. I tym, że nadal nie potrafiła jasno określić uczuć, które do niej czuła. Nieważne jak bardzo próbowała, nie mogła wymyślić zbiegu zdarzeń, w którym ta sytuacja byłaby pozytywna. Myśl o tym, że zauroczyła ją partnerka jej syna, sprawiała, że chciała wymiotować. Nie mogła patrzeć im w oczy. A szczególnie Błękitnej Lagunie. Była na niego wściekła, mimo że nie miała o co. A góra faktów, o których ten nie mógł się nigdy dowiedzieć, po raz kolejny się powiększyła.
– Mandarynkowa Gwiazdo? – o wilku mowa. Nie odpowiadała. Nie wiedziała, co mogła powiedzieć. Nie wiedziała nawet, czy chciała cokolwiek mówić. Miała nadzieję, że ten sobie pójdzie, ale zamiast tego kocur po prostu wszedł do środka. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, zebrała całą stanowczość, jaką w tej chwili mogła w sobie znaleźć i powiedziała:
– Wyjdź.
Zaskoczony zastępca popatrzył na nią.
– Ale-
– Wyjdź.
Widząc, że tu nic nie osiągnie, czarno-biały poddał się i opuścił legowisko.

***

Jakimś cudem wyszła ze swojego legowiska. Ostatnimi czasy to się nie zdarzało. Ciężar, który niezmiennie czuła, jak i uczucie zapadającego się serca, zazwyczaj powstrzymywały ją od ruchu. Tym razem jednak Błękitna Laguna nie wyszedł z jej legowiska, więc zrobiła to ona sama. Patrzyła na śpiącą, odwróconą tyłem od niej Wężynowy Kieł. Nadal nie wiedziała, jak się z tym wszystkim czuje. Trudno było się tego dowiedzieć, skoro nie wiedziała, co się w ogóle dzieje. Nadal też nie podjęła decyzji, co się stanie, kiedy Wężynowy Kieł urodzi. Czy będzie kochać kociaka ze szczególną troską? Jakiś instynkt w środku podpowiadał jej, że musi chronić go przed każdym zagrożeniem. Z drugiej strony, kiedy o nim myślała, gotował się w niej ogień. Wielka furia, która mogłaby pochłonąć tereny wszystkich klanów razem wziętych. Nie czuła, że będzie w stanie zaakceptować kociaka jako wnuka, ani w ogóle jako członka Klanu Nocy. Przeszkadzała jej ta niepewność. Ta cisza, którą słyszała w głowie. Zazwyczaj w takich momentach Pierzasty Wdzięk mówiła jej co robić. I chyba tego jej brakowało. Wolałaby podjąć najgorszą decyzję niż być pozostawiona jak zagubiony kociak. Nagle usłyszała pytanie Żmijowcowej Wici, który przysiadł się do niej. Nie wiedziała zupełnie, jak ma się zachować. Jej myśli się mieszały. Jedne mówiły “Możesz mu ufać”, inne kazały uciekać. Zamarła w miejscu. Zanim ułożyła plan działania, zdążyła już zgubić treść pytania.
– Ja… nie… wiem…

<Żmij?>

Od Latającej Ryby do Księżycowego Odłamka

Kotka z należytą sumiennością praktykowała jedną, prostą, zasadę.
To, co działo się dookoła niej, nie miało większego znaczenia, dopóki nie dotyczyło jej samej.
Z tego też powodu wszelkie boleści Klanu Nocy, dziwaczne związki książąt-konfidentów ze staruszkami, zdrady stanów i tego typu melodramaty, zwisały jej koło nosa. Wychodziła z założenia, że póki jej ogon był bezpieczny, nic więcej nie powinno zaprzątać jej myśli.
Dzisiejszy dzień należał do tych przyjemniejszych. Wody między wyspami były spokojniejsze niż zwykle, a słońce wiszące wysoko nad horyzontem przyjemnie ogrzewało jej futro. Dzięki temu pływanie stało się znośniejsze, a noce spokojniejsze, choć i tak ograniczała moczenie się do absolutnego minimum. Zdecydowanie wolała ląd. Zwłaszcza teraz, gdy wraz z rozkwitem pory roku zwierzyny nie brakowało, a ona mogła z czystym sumieniem polować na suchym, stabilnym podłożu.
Samotność nigdy jej nie przeszkadzała. Inni wojownicy stanowili raczej miły dodatek — widownię, która powinna z należytą uwagą podziwiać jej futro i nie szczędzić komplementów.
Mimo to zazwyczaj trzymała się większych patroli. Gdzieś z tyłu głowy wciąż czaiło się wspomnienie paskudnych zgrai samotników, więc gdy zapuszczała się sama, wybierała raczej okolice bliżej granic innych klanów. Co mógł jej zrobić jakiś Burzak albo Klifiak? Nawet by jej nie podskoczyli — dwie siebie warte zgraje nieudaczników. Do Wilczaków również nie pałała sympatią, lecz na szczęście ich tereny leżały znacznie dalej. Sojusz czy nie, pod nosem miała już wystarczająco dużo kotów, których ledwie tolerowała.
Zawahała się, gdy przyszło jej przepłynąć rzekę. Jedyną istotą, którą naprawdę tolerowała w wodzie, było jej własne odbicie. Czasem zatrzymywała się nad spokojną taflą i przyglądała swojemu pysku ozdobionemu ciemną smugą. Dwubarwne tęczówki sprawiały, że czuła się wyjątkowa. Zresztą, w jej mniemaniu wszystko w niej było piękne. I niemal idealne.
Teraz jednak ostrożnie stawiała kroki, czując się nieswojo bliżej granicy. Sama nie potrafiła do końca wyjaśnić, co ją tu przyciągnęło. Chęć zmierzenia się z własnymi lękami brzmiała absurdalnie, bo przecież nigdy nie przyznałaby, że jakiekolwiek posiada. O nie. Była silna. Wspaniała. Mądra. I przede wszystkim niezwykle skromna.
Zastrzygła uchem, gdy wśród traw rozległ się cichy szelest. Po chwili dostrzegła drobną mysz — niewielką, stanowiącą najwyżej przekąskę dla kocięcia, ale wciąż lepszą niż nic. Są przecież tacy, którzy całymi dniami wygrzewają się w słońcu, i była ona, pracowita oraz zawzięta. To się przecież liczyło. Przykucnęła, krzywiąc się lekko, gdy piach musnął jej brzuch. Znowu pół dnia spędzi na pielęgnacji futra. Postąpiła kilka kroków bliżej, skupiona na drobnej sylwetce wśród traw, lecz wtedy rozległ się kolejny szelest — głośniejszy, sugerujący coś znacznie większego. Gwałtownie zadarła pysk, płosząc mysz, która natychmiast zniknęła w zieleni. W tej samej chwili dostrzegła jedynie ulotny błysk szarej sierści wymykającej się z krzewów. Nie zastanawiała się długo, gdyż instynkt kazał jej ruszyć biegiem.
Coś ją goniło. Na pewno. Nie słyszała za sobą żadnych kroków, lecz upór i wola przetrwania mówiły jej, by się nie zatrzymywać. Pędziła wzdłuż wody, czując jak łapy uderzają o ziemię coraz szybciej, a serce wali jej w piersi. Wyhamowała dopiero wtedy, gdy na jej drodze ni stąd, ni zowąd wyrósł skulony, jasny kot. Obróciła gwałtownie łeb, spodziewając się ataku, jednak za plecami panowała cisza. Zamiast krwiożerczego drapieżnika, w niedużej od siebie odległości dostrzegła zająca — tłustego, szarego i zupełnie nieświadomego zamieszania.
Wzdrygnęła się. Zwiewała przed... Nie, tu na pewno było coś jeszcze. A tego długouchego podrzucili jej Gwiezdni. To była jedyna sensowna wersja wydarzeń
— Śniący? — Doszedł do jej uszu cichy głos, należący do przeszkody, która powstrzymała ją od dalszych pędów. — Nie... Nie pachniesz jak Śniący...
Zmrużyła oczy. A ten skąd się tu wziął? Była niepowtarzalna i widząc ją, powinien od razu wiedzieć, że z kimkolwiek jej nie pomylił, na pewno tym kimś nie jest. Nawet nie potrafiła powtórzyć tego imienia, które wymajaczył — nie było warte jej uwagi. Zazwyczaj w takich sytuacjach po prostu by się wycofała, nie wdając się w rozmowy z kimś spoza klanu, jednak tym razem coś ją zatrzymało. Futro kocura było… specyficzne. Nie w tym zapierającym dech stylu co jej własne, ale jego niebieskawe pręgi przyciągnęły na chwilę jej uwagę.
— Nie — prychnęła w końcu. — Ja pachnę ładnie. A ten twój... ktokolwiek, z pewnością śmierdzi. Zresztą jak każdy z waszej bandy.
Wciągnęła ze świstem zapach unoszący się w powietrzu. Burzak? Skrzywiła się i rozejrzała po okolicy. Nie było mowy, by przekroczyła granicę. To nie byłoby do niej podobne. Brzydzili ją, a z własnej woli nigdy nie postawiłaby na cudzych terenach łapy.
Kocur wzdrygnął się, co z początku ją wystraszyło, gdyż spodziewała się nagłego ataku z jego strony.
— Nie wiem, nie wąchałem cię — odparł po chwili ciszy, raczej beznamiętnym tonem. — Może też śmierdzisz. Na przykład rybami. — Zdawało się, że albo był pewny siebie, albo wiedział coś, czego kotka wiedzieć nie mogła, a czas miał wszystko pokazać.
Z początku, rzecz jasna, nastroszyła się na te słowa. Akurat śmierdzenie i ryby wzajemnie się wykluczały, jednak czego mogła się spodziewać po kocie z innego klanu? Logiczne że nie wiedział, co dobre. Na dodatek uparcie trzymał spuszczony pysk, przez co nie mogła nawet zaznaczyć swojej wyższości samym spojrzeniem. Było to wyjątkowo irytujące — jakby celowo odmawiał jej tej drobnej przyjemności.
— Najwidoczniej masz problemy z węchem — rzuciła chłodno.
Dopiero po chwili przypomniała sobie, że to nie były jej tereny. Rozsądek podpowiadał, że powinna się wycofać, zanim rozmowa przerodzi się w coś bardziej kłopotliwego. Nie chciała problemów — w końcu to nie jej wina, że goniła ją jakaś bestia i nie miała lepszego miejsca do ucieczki. Tak przynajmniej wolała to sobie tłumaczyć.
Mimo to nie potrafiła tak po prostu odejść. Coś w wyglądzie kocura uparcie przyciągało jej uwagę. Jego futro nie było wcale takie zwyczajne, jak początkowo sądziła. Najbliżej było mu chyba do pręgowania cętkowanego, lecz nadal nie oddawało to w pełni jego wzoru. Plamy były większe, bardziej rozlane, a jaśniejsze środki tworzyły zaskakująco harmonijną całość. Nic wyjątkowego w porównaniu z jej wdzięcznymi spiralami, a jednak widok ten dziwnie ją drażnił. Jakby niechętnie musiała przyznać, że było w nim coś interesującego.
— Uh, z głową zresztą też masz coś nie tak. Ktoś wchodzi na tereny twojego klanu, a ty co? Zero postawy obronnej? Widać, że pozamienialiście się na rozumy z królikami — stwierdziła z wyraźną dezaprobatą. Najwyraźniej tylko w jej przypadku ładne futro szło w parze z rozsądkiem.
— Ah, tak, to... Nie, żebym mógł coś z tym zrobić. Znaczy, niby bym mógł, ale mało by z tego wyszło? Zawsze mogę wrzasnąć i ktoś mi przyjdzie pomóc, po prostu gardło będzie boleć. A co, wyglądam groźnie? Dałbym radę cię przegonić? — wyjaśnił tonem którym mógłby oceniać czyjąś sytuację, a nie swoją, jakby aktualne możliwe niebezpieczeństwo go nie dotyczyło. — I z nosem mam wszystko w porządku, z głową chyba też — dodał. — A skoro jesteś świadoma, że jesteś nie na swoich terenach, to to nie tak, że z tobą jest coś nie tak? — spytał szczerze, przekręcając głowę. — Po co tu weszłaś, jesteś masochistką czy coś?
— Słucham? — burknęła odruchowo, krzywiąc się. — Oczywiście, że nie, zresztą nie dałbyś mi rady, ale...
Urwała w pół słowa. Dopiero teraz, gdy jego pysk nie był już pochylony ku ziemi, dostrzegła coś, co sprawiło, że jej myśli nagle się rozproszyły.
Oczy kocura były niezwykle blade. Puste. Pozbawione ciemnych źrenic, po których zawsze najłatwiej było odczytać, co myślał rozmówca. Patrzyły w jej stronę, a jednak jakby wcale jej nie widziały.
I nie chodziło o to, że zrobiło jej się głupio. Po prostu poczuła się dziwnie. Stała przed nim w całej swojej okazałości, z tym pięknym futrem i idealnie ułożonymi smugami, a on nawet nie miał szansy tego dostrzec. To było w pewien sposób przykre. Może wcale nie byłby takim ignorantem, gdyby mógł zobaczyć, z kim rozmawia. Może nawet nie wiedział, że jego własna sierść wcale nie była tak nijaka jak u co drugiego wojownika.
Przez dłuższą chwilę milczała, rozglądając się dookoła. Był tu sam, blisko granicy. Nie żeby szczególnie zależało jej na losie obcych kotów, ale nawet ona potrafiła uznać, że nie był to zbyt mądry pomysł.
— Ciebie wygnano, czy coś? — palnęła w końcu. — Czy Burzacy mają bezmyślność w naturze? Sam przylazłeś na granicę, wiedząc że… no… — zawahała się, marszcząc nos — no wiesz, nie widzisz? — Poczuła się nagle trochę niezręcznie z własnej bezpośredniości. — Nikt cię nie kocha, że pozwala ci tak beztrosko pakować się pod nos potencjalnego zagrożenia? — mruknęła. — Na Klan Gwiazd, kocięta też tak zostawiacie same sobie przy granicach? I że was jeszcze wszystkich nic nie powybijało...
Ostatnie słowa zabrzmiały bardziej jak zdezorientowane burknięcie niż prawdziwa złośliwość. Nadal nie była pewna, co właściwie powinna teraz myśleć. Zupełnym przypadkiem zawędrowała na nieswoje rejony, ale teraz zdawało jej się zbyt późno, aby tak po prostu zawrócić.

<Księżycu?>

Od Czajki CD. Zwiewnego Maku

Przeszłość

Po niedawnych wydarzeniach w Owocowym Lesie czuł się naprawdę dobrze przy kotce z Klanu Burzy. Może ich wiara, tradycje się różniły, jednak Czajce to nie przeszkadzało, aby rozwijać relację międzyklanową. Jego brązowe oczy zdobił figlarny błysk, a krok tak lekki, jakby unosił się w powietrzu — było to coś odrealnionego, niespotykanego wcześniej. Jak dotąd przy nikim tak się nie czuł, co nieco zaprzątało jego głowę, kiedy tylko wracał z potajemnych spotkań ze Zwiewnym Makiem. Jednakże czy mimo wszystko dobrze postępował? W końcu z tego, co się orientował, to związki między kotami z dwóch różnych przynależności wśród klanów były zakazane. Może i nie byli w jakiejś tak poważnej relacji, jednakże niebieski był świadkiem tego, jak Burzak bez pozwolenia i specjalnego powodu przekracza granicę. Czy to było coś, czego chciał? Ukrywanie się w cieniu z możliwymi uczuciami? Tajemne schadzki, aż nie zostaną nakryci? Albo później, jeśli by faktycznie wkroczyli w o wiele bliższą relację i Zwiewny Mak zaciąży? Kociaki pozostaną w Klanie Burzy czy jednak pójdą z nim do Owocowego Lasu?
Machnął poirytowany ogonem, kiedy tylko zmierzał na kolejne ich spotkanie. Od jakiegoś czasu obiecywał sobie, że w końcu powie Mak o swoich obawach, jednakże za każdym razem okazywał się istnym tchórzem i zamiast tego poruszał inny temat. Czy aż tak bardzo się bał reakcji czarnej na słowa, które mu zaczynały ciążyć?

Obecnie

Czajka finalnie nic nie powiedział Zwiewnemu Makowi. Zamiast tego niespodziewanie przestał się pokazywać na ich spotkaniach, może i było to kiepskie zagranie, jednak kocur nie wiedział, jak inaczej postąpić, a w dodatku kolejne wydarzenia w Owocowym Lesie skutecznie odciągały jego myśli od jakichkolwiek schadzek z Burzaczką.
Dlatego też, kiedy w czasie patrolu spotkał na granicy znajomą kotkę, poczuł, jak stres zawiązuje mu żołądek na supeł, a w gardle tworzy gule.

<Zwiewny Maku?>

Od Paskudka do Wścibskiej Łapy

— Nuuuuda. Straaaaaszna nuda.
Przez dziury starego pnia przedostawały się rażące promienie słońca. Ptaszki ćwierkały, kwiatuszki kwitły, a takie kociaki jak Pierze paliły się w piekle… to znaczy, w żłobku. Oczywiście, że tam; w końcu miał karę. Może i nie cuchnął tak bardzo, jak Smrodek, bo Paskudek wykorzystał potencjał języka i naiwność Rybkowej Łapy  zaraz, Wścibskiej Łapy!  do wyczyszczenia jego śmierdzącego futerka. No cóż, coś kosztem czegoś. A skoro zahaczyliśmy o ten temat, to warto wspomnieć, skąd taka nagła zmiana imienia uczennicy. Otóż podczas sprzątania legowiska przywódcy, a przynajmniej tak się tłumaczyła, koteczka podobno zajrzała nie tam, gdzie potrzeba, a nawet ukazała się przed całym klanem, wchodząc na górę kamiennej wieży. Co za wstyd! Nawet Pierze tak się nie czuł na zgromadzeniu. Być może był to efekt nienawiści, która przyćmiła jakąkolwiek garstkę nieśmiałości w kociaku.
Pierze leżał przed żłobkiem, wpatrując się w błękitne niebo. Widział przed sobą latające, czarne kropki, niby muszki, ale działo się to tylko, gdy kocurek spoglądał prosto w niebo. Może i ostatnimi czasy miewał problemy ze snem, ale to nic takiego! Miał nadzieję, że to z czasem minie.
Tylko garstki chmur leniwie sunęły po rozgrzanym, niebieskim ogniu. Mimo że ten kolor miał się kojarzyć z Porą Nagich Drzew to dziś dawał do popisu. Może to słońce jest takie ciepłe — pomyślał. Zmarszczył brwi, przymrużając oczy w szparki. A czemu słońce? A może tak naprawdę słońce nazywa się księżyc, a księżyc… słońce? Kocurek uwielbiał kwestionować wszystko, co mu mówiono. Może to dlatego wciąż nie był uczniem.
Bąbelkowa Łapa wrócił ze swoich pierwszych łowów. Pierze wstał, słysząc szum wokół wyjścia z obozu. Zawołał Aminka, który klął w tym czasie Króliczego Bobka. Musieli zobaczyć czy temu szczęściarzowi udało się coś upolować.
— Bąbel, chodź no tu! — podbiegł rudy do młodszego o kilkaset uderzeń serca kocurka. Rzucił się wręcz na niego, przyszpilając do ziemi. Mimo wszystko to Paskudek wciąż wygrywał; był większy, silniejszy, odważniejszy… no i przystojniejszy! Pewnie będzie musiał znaleźć Bąblowi partnerkę, bo biedak zostałby sam aż do śmierci!
— Ej, złaź ze mnie! — pisnął czekoladowy.
— Dobra, dobra… nie musisz tak dramatyzować! Nic ci nie robię, widzisz? — odsunął się z uśmieszkiem, pozwalając braciszkowi wstać. Dmuchnął w swoją długą, iglastą i gęstą grzywkę, chcąc choć na chwilę ujrzeć Bąbelkową Łapę w pełnej okazałości. — No dobra… jak tam leci, stary? — przeszedł w końcu do rzeczy Paskudek. Kątem oka spojrzał na stertę zwierzyny niedaleko. — Złapałeś coś? Chociaż coś… bardziej jadalnego niż twój własny cień? — zachichotał wraz z Aminkiem.
Bąbelkowa Łapa oburzył się na jego słowa.
— Nieprawda! Ja… yyy… — wskazał prędko łapą na jakąś obślinioną wiewiórkę. — Ja to złapałem! Sam!
Baziowa Łapa spojrzała na niego spod byka.
— Łżesz! To ja to złapałam! — powiedziała i wymierzyła mu bolesnego kuksańca w bok. Bąbel omalże nie stracił równowagi.
Smrodek zaczął się śmiać jak psychopata, a Paskudek złowieszczo rechotać.
— Ale z ciebie frajer, Bąbel!
— I kłamca! — dodał z boku Aminek.
Bąbel patrzył na nich z szeroko otwartymi oczyma. Cofnął się, a oczy stały się szkliste. Pierze nie zdążył zareagować, a uczeń zaczął ryczeć. Bąbelkowa Łapa uciekł, potykając się o własne lub czyjeś łapy.
Aminek i Pierze popatrzyli po sobie, a potem wzruszyli ramionami.
— Przeeejdzie mu! — miauknęli jednocześnie, pewni w swoich słowach.
— Bąbel to po prostu mięczak — dodał Aminek.
Pierze mu przytaknął.
— Hej! Pierze! Tutaj!
Kocurek obejrzał się. Spojrzał prosto w oczy Wścibskiej Łapy.
— Cześć, Rybkowa Ła…
— Chcesz może porozmawiać?
— Uhhh… no… jasne! — odparł zmieszany. Czy czasem nie powinna teraz zmieniać tych swoich posłań? Ciekawe czy to nie jest ich kolejny parszywy test…

<Wścibska Łapo? O czym mamy dzisiaj spiskować, partnerko w zbrodni?>

Od Poczciwego Szakłaka CD. Króliczej Prawdy

Końcówka poprzedniego sezonu

Czy było mu ciężko niemal samemu w Klanie Burzy? Owszem. Zdawało mu się, że Przodkowie w jakiś sposób mszczą się na nim, jednakże powód pozostawał nieznany. Sam Szakłak nie wiedział czym sobie na to wszystko zasłużyć — zdawało mu się, że jedynie cudem jego umysł prawidłowo pracuje, ochraniając się od możliwego obłędu. Chociaż czy uważanie się za przyczynę śmierci aż dwóch kotów było oznaką szaleństwa? Czarny naprawdę tak uważał i z tego też powodu starał się jak mógł, unikając jakichkolwiek dłuższych kontaktów z obawą, że i na kolejnego Burzaka ściągnie niechybną śmierć. Najchętniej, by zapadł się pod ziemię lub odszedł z klanu, zrobiłby wszystko, aby uchronić pobratymców przed swoją personą. Myślał, że jeśli będzie większość dni spędzał w legowisku wojowników, to nikt nie znajdzie na niego czasu, jednakże nie wziął pod uwagę dwójki sióstr, a szczególnie jednej z nich, Rudzikowego Skrzydełka, która była niezwykle zawzięta, aby go gdzieś ze sobą wyciągnąć.
Srebrna dla niego była nieco niczym trajkotająca przeszkoda, niepozwalająca mu się oddać w objęcia marazmu. Nie wiedział, czy kotka robiła to specjalnie, czy po prostu martwiła się o jego stan, jednakże starszy zaczął być bardziej nerwowy i mniej cierpliwy, jakby próbował poprzez zmianę nastawienia odstraszyć niebieskooką. Jednakże i ta taktyka nie działa, więc kocur musiał co innego wymyślić i dość szybko mu się to udało — postanowił samotnie opuszczać obóz na niemal całe dnie. Wtedy też nikt nie miałby do niego pretensji, że nie wywiązuje się ze swoich obowiązków, plus mógłby paroma piszczkami zrekompensować swoją pechową egzystencję w Klanie Burzy. Tym też sposobem rozpoczęły się jego codzienne zniknięcia z obozu, choć nie spodziewał się wtedy, że nawiąże jakąkolwiek znajomość, która nie będzie w obrębie Burzaków.

«★»

Czarny wojownik ciężkim, wręcz zmęczonym, zmarnowanym krokiem przemierzał granicę z Klanem Klifu. Otwarte tereny po stronie Klanu Burzy zdawały się tracić jakiś swój urok, kiedy Klifiacy mieli dostęp do morza, plaży, klifów i innych miejsc, skąd na spokojnie można było podziwiać, jak słońce powoli znika za horyzontem, sprawiając wrażenie, jakby tonęło w toni otwartej wody. Szakłak przysiadając parę długości lisa od granicy, skierował swój matowy wzrok w kierunku, w którym zawsze Burzacy zmierzali w czasie zgromadzenia na Bursztynową Wyspę. Nigdy niedane było mu zobaczyć wschód lub zachód słońca, gdyż kiedy docierali na miejsce, jasne niebo ustępowało Srebrnej Skórze, by Przodkowie mogli z uwagą ich obserwować w noc pokoju.
Nawet nie zdawał sobie sprawy, że oprócz niego w pobliżu ktoś jeszcze się znajduje — dopiero zbliżająca się sylwetka kremowego wojownika z Klanu Klifu, skutecznie ściągnęła jego myśli na ziemię. Wziął głębszy wdech, by sprawdzić, czy przez przypadek nie przekroczył granicy, nie wyczuwając wcześniej znacznika zapachowego, jednak nic takiego nie miało miejsca. Nieco nerwowo się rozejrzał dookoła, licząc na to, że Klifiak nie zmierza do niego, tylko do jakiegoś innego Burzaka, który musiał dołączyć do Szakłaka, kiedy ten myślami był gdzie indziej.
Na jego nieszczęście wszystko wskazywało na to, że kremus kroczy w kierunku granicy właśnie z jego powodu. Zauważając zmrużone oczy ze strony nieznajomego, zaczął się zastanawiać, czy przez przypadek nie wygląda jakoś podejrzanie lub gorzej, jednak był pewny, że jego pysk nie jest osnuty jakąkolwiek emocją. Wyglądał bardziej jak jakiś oderwany od rzeczywistości lub wyprany z emocji obserwator.
— Co się gapisz? — zapytał wprost, przechylając lekko głowę. — Czy to moje piękne, lśniące futro tak cię onieśmiela, czy jesteś niskich lotów szpiegiem? — prychnął.
W pierwszej chwili Burzak chciał zaprzeczyć twierdzeniu, że jest szpiegiem, jednakże jego chęci minęły się z celem, gdyż musiał stwierdzić, że on cały zdaje się oblepiony na tyle marazmem i letargiem na otaczający go świat, iż nawet otwarcie pyska i wypowiedzeniu paru słów stało się czymś zbyt wymagającym. Dlatego też w odpowiedzi jedynie spuścił wzrok, zastanawiając się jak przekazać inaczej wojownikowi, że nie stanowi żadnego zagrożenia dla niego.
— Głuchy jesteś czy niemy? — Padło kolejne pytanie, choć tym razem Klifiak otrzymał odpowiedź w postaci pokręcenia przecząco głową. — To weź coś powiedz, a nie liczysz — dodał pręgowany. Szakłakowi zdawało się, że ten zaczyna być coraz bardziej być poirytowany jego obecnością.
— Ja… Nie gapiłem się — wymamrotał cicho, niemal bezgłośnie. — Ale prawda, masz piękne i lśniące futro… — mruknął, zbytnio nie zastanawiając się nad sensem tych słów. Dopiero po chwili do niego to dotarło. Chciał jedynie potwierdzić słowa nieznajomego, gdyż jego samego czarne futro był matowe i mniej zadbane niż parę księżyców temu. — Zapomnij. — rzucił i nieco spłoszony podniósł się z dotychczasowego miejsca, mając zamiar odejść, nim jeszcze bardziej się pogrąży w zażenowaniu.

<Klifiaku?>

Od Konwaliowej Łapy (Konwaliowej Mielizny) CD. Dryfującej Łapy

Przeszłość, za ucznia — wspólny patrol

“Że ja dziwny?! Wypraszam sobie! Co najwyżej to inni są dziwni” — fuknął w myślach na słowa Dryfującej Łapy. Zastanawiał się przez moment, czy by go może nie wepchnąć później do wody, gdyż nie dość, że rozsiewa jakieś plotki o Konwalii, to jeszcze stwierdza, że ten jest dziwny. Do czego to doszło? Jednak swoje myśli zachował dla siebie, nie wypowiadając ich na głos.
— Rozumiem. Już myślałem, że coś z tobą nie tak — mruknął, kręcąc głową z powątpiewaniem. — Strasznie gadatliwy jesteś jak na pozornie cichego kota — burknął po chwili. W odpowiedzi otrzymał głupawy uśmiech starszego.
— Och no co ty nie powiesz — prychnął żółtooki. Liliowy przewrócił oczami, skupiając się na dalszej drodze. Nie był do końca pewny, czy to wyjście będzie się wiązać jedynie z patrole, czy jednak Zmierzchająca Fala ma coś jeszcze w planach.

Obecnie

Przebywając w izolacji, miał wyjątkowo dużo czas na rozmyślania o swoim życiu, Klanie Nocy i w sumie wszystkim, czego złapie się jego umysł. W takim tempie zdawać, by się mogło, że ktoś inny oszaleje, co mogło nastąpić także w przypadku, jednakże towarzystwo współwięźniów, czyli Borówkowej Słodyczy, Rysiego Boru i Rozpromienionego Skowronka. Zapewne, gdyby nie ta trójka, to liliowy skończyłby już jako obłąkaniec.
Właśnie był w trakcie rozmowy z pozostałymi wojownikami, którzy zostali bezpodstawnie odizolowani na wyspie, kiedy do jego uszy dotarło wołanie coś znajomego głosu. Zdziwiony jakimikolwiek odwiedzinami przez kogoś spoza kotów wyznaczonych do przynoszenia im jedzenia, skierował swoje niebieskie spojrzenie na strażników i jak się okazało Dryfującą Łapę. Posłał przepraszające spojrzenie starszym, by następnie podejść do ucznia.
— Witaj Dryfująca Łapo. Co Cię tu sprowadza? Nadal żeś uczeń? — spytał, zachowując odległość, w której wartownicy nie patrzyli na niego krzywo, kiedy tylko zbyt blisko podejdzie.

<Dryfująca Łapo? Dość… niecodzienne okoliczności rozmowy>

Od Cienistej Zjawy

Co był z niego za Wilczak, a tym bardziej kultysta, skoro pozwolił rudo-białej samotniczce wkroczyć na ich teren? Jego futro, jak i pazury były przesiąknięte krwią samotników. Nie zabił ich zbyt wielu jak starsi kultyści. Na razie pamiętał wszystkich swoich ofiar wyrazy pyska, nim z ich ciał uleciało życie. Zastanawiał się, czy jeśli liczba ofiar wzrośnie, to nadal będzie każdy z nich pamiętał. Powinien chyba pamiętać, czyż nie?
Stojąc nieopodal kocicy, obserwował, jak ta bez strachu przed nim powoli chłepcze wodę z sadzawki.
— Skończyłaś?
Nie odpowiedziała. Powoli obróciła łebek w kierunku Cienistej Zjawy, prezentując swoje prawy profil pyska. Mimo że była urodziwą kotką to jej pysk, a właściwie jego część u większości klanowiczów wzbudziłaby odruch wymiotny, a może nawet u szczególnie wrażliwych omdlenia. Miała coś jeszcze do zrobienia na świecie, skoro podczas tej potyczki nie straciła życia.
Jednak Cienista Zjawa potrafił dostrzec w niej coś, czego inni wojownicy nie dostrzegali. Nieznajoma była silna, niekoniecznie fizycznie, ale psychicznie na pewno. Nie obawiała się burego, jak i faktu, że znajduje się na jego terenie. Stała wyprostowana, z dumnie uniesioną głową. Uśmiechnęła się.
— Jedna iskra starczy, by wzniecić pożar.
Z gardła Cienistej Zjawy wydobyło się ostrzegawcze syknięcie. Czy miał rozumieć jej słowa jako groźbę?
— Szukam kogoś — kontynuowała, ignorując postawę wojownika świadczącą o gotowości rzucenia jej się do gardła. — Pomożesz mi w poszukiwaniach?