BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Wojna z Klanem Wilka i samotniczkami zakończyła się upokarzającą porażką. Klan Klifu stracił wielu wojowników – Miedziany Kieł, Jerzykową Werwę, Złotą Drogę oraz przywódczynię, Liściastą Gwiazdę. Nie obyło się również bez poważnych ran bitewnych, które odnieśli Źródlana Łuna, Promieniste Słońce i Jastrzębi Zew. Klan Wilka zajął teren Czarnych Gniazd i otaczającego je lasku, dołączając go do swojego terytorium. Klan Klifu z podkulonym ogonem wrócił do obozu, by pochować zmarłych, opatrzeć swoje rany i pogodzić się z gorzką świadomością zdrady – zarówno tej ze strony samotniczek, które obiecywały im sojusz, jak i członkini własnego Klanu, zabójczyni Zagubionego Obuwika i Melodyjnego Trelu, Zielonego Wzgórza. Klifiakom pozostaje czekać na decyzje ich nowego przywódcy, Judaszowcowej Gwiazdy. Kogo kocur mianuje swoim zastępcą? Co postanowi zrobić z Jagienką i Zielonym Wzgórzem, której bezpieczeństwa bez przerwy pilnuje Bożodrzewny Kaprys, gotowa rzucić się na każdego, kto podejdzie zbyt blisko?

W Klanie Nocy

Ostatni czas nie okazał się zbyt łaskawy dla Nocniaków. Poza nowo odkrytymi terenami, którym wielu pozwoliły zapomnieć nieco o krwawej wojnie z samotnikami, przodkowie nie pobłogosławili ich niemalże niczym więcej. Niedługo bowiem po zakończeniu eksploracji tajemniczego obszaru, doszło do tragedii — Mątwia Łapa, jedna z księżniczek, padła ofiarą morderstwa, którego sprawcy jak na razie nie odkryto. Pośmiertnie została odznaczona za swoje zasługi, otrzymując miano Mątwiego Marzenia. Nie złagodziło to jednak bólu jej bliskich po stracie młodej kotki. Nie mieli zresztą czasu uporać się z żałobą, bo zaledwie kilka wschodów słońca po tym przykrym wydarzeniu, doszło do prawdziwej katastrofy — powodzi. Dotąd zaufany żywioł odwrócił się przeciw Klanowi Nocy, porywając ze sobą życie i zdrowie niejednego kota, jakby odbierając zapłatę za księżyce swej dobroci, którą się z nimi dzielił. Po poległych pozostały jedynie szczątki i pojedyncze pamiątki, których nie zdołały porwać fale przed obniżeniem się poziomu wód, w konsekwencji czego następnego ranka udało się trafić na wiele przykrych znalezisk. Pomimo ciężkiej, ponurej atmosfery żałoby, wpływającej na niemalże wszystkich Nocniaków, normalne życie musiało dalej toczyć się swoim naturalnym rytmem.
Przeniesiono się więc do tymczasowego schronienia w lesie, gdzie uzupełniono zniszczone przez potop zapasy ziół oraz zwierzyny i zregenerowano siły. Następnie rozpoczęła się odbudowa poprzedniego obozu, która poszła dość sprawnie, dzięki ogromnemu zaangażowaniu i samozaparciu członków klanu — w pracach renowacyjnych pomagał bowiem niemalże każdy, od małego kocięcia aż po członków starszyzny. W konsekwencji tego, miejsce to podniosło się z ruin i wróciło do swojej dawnej świetności. Wciąż jednak pewne pozostałości katastrofy przypominają o niej Nocniakom, naruszając ich poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza z krążącymi wśród kotów pogłoskami o tym, że powódź, która ich nawiedziła, nie była czymś przypadkowym — a zemstą rozchwianego żywiołu, mszczącego się na nich za śmierć członkini rodu. W obozie więc wciąż panuje niepokój, a nawet najmniejszy szmer sprawia, że każdy z wojowników machinalnie stroszy futro i wzmaga skupienie, obawiając się kolejnego zagrożenia.

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 7 grudnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

17 stycznia 2026

Od Kasztanka do Konwaliowej Mielizny

Kasztanek niespokojnie przestąpił z łapy na łapę, gdy chłodne podmuchy wiatru omiotły jego pyszczek. Panowała mgła tak gęsta, że gdyby chcieli, mogliby ją pociąć pazurem, niczym świeżo zerwany liść z drzewa. Otaczały go niezliczone zapachy, a zgiełk głosów wszędzie wokół w niczym mu nie pomagał. Rozejrzał się nerwowo po żłobku, kto by mu mógł opowiedzieć jakąś historię na dobranoc? Dostrzegł nagle jakiś ruch – do kociarni wstąpił wojownik – dokładniej Konwaliowa Mielizna. Maluch przyjrzał mu się uważniej, zastanawiając się, czy może on, wraz ze Złocistym Widlikiem mogliby mu coś opowiedzieć. W końcu kremus pierwsze co zrobił, to podszedł do Nocniaka, nie rozglądając się za bardzo po norze. Wyglądali na pochłoniętych własną rozmową, dymny nie rozumiał z niej za wiele, zresztą nie mógł na tyle się skupić, żeby wyłapać cokolwiek sensownego z tej konwersacji. Zakradł się do nich bliżej, spozierając dużymi oczkami na dwójkę. Spojrzał na własne łapy, gdy go dojrzeli, aczkolwiek nie przerwali własnej rozmowy. Poczuł nieprzyjemne ukłucie w brzuchu, które zaczęło rosnąć, wraz z jego niepewnością. Próbował z tym walczyć, jak tylko umiał. Zbliżył się jeszcze bardziej o chwiejnych łapach, czekając na moment, aż będzie mógł wnieść swoje słówka.
— Przepraszam, czy moglibyście opowiedzieć mi bajkę na dobranoc? Jestem zmęczony, ale nie mogę zasnąć, a nie chcę męczyć mojej mamy, ona pewnie jest bardziej zmęczona ode mnie… Może opowiedzielibyście też i jej? — wydukał, poruszając kikutem nerwowo. Mogli go spławić niczym on tamtego żuka ostatnio. Modlił się w myślach, żeby jednak tak nie zrobili i pomogli mu w uspokojeniu się, to byłoby bardzo miłe. Czy mógł liczyć na coś identycznego, jeśli samemu nic pożytecznego jeszcze nie zrobił dla innych? Był w ogóle w stanie jakoś przydać się reszcie klanu? Wymagano tego od niego?

<Konwaliowa Mielizno, opowiesz mi o czymś, proszę?>

Od Kasztanka

Kasztanek postawił uszy zaalarmowany, usłyszawszy brzęczenie żuka nieopodal. Nie miał pojęcia, co to było. Czy było groźne? Odgryzie mu wąsy? Może zadrapie jego bok? Odwrócił łeb w jego kierunku, kładąc po sobie uszy. Cokolwiek to było, nie zapowiadało się wcale dobrze. Nie brzmiało, jakby było sympatyczne. Futro samo mu się podniosło, zaczął syczeć, próbując brzmieć i wyglądać na groźnego, jednak mimo to, prezentował się bardzo mizernie. Owad z daleka wydawał się także mały, mniejszy od Kasztanka. Gdy pręgus podreptał w jego kierunku niepewnie, okazało się, że jest dużo większy, niż kocię przypuszczało. Pisnął głośno, próbując uciec z powrotem w głąb legowiska. Postawił kikut wysoko, strosząc go, niczym malutki jeżyk własne kolce. Na jego nieszczęście, robak pognał prosto za nim, trzepocząc głośno skrzydłami. W pewnym momencie obił się o wystającą gałązkę, z głośnym dźwiękiem, następnie opadł na jedno z posłań. Zaczął gorączkowo wspinać się po nim, zaczepiając małymi nóżkami o wyścielone mchem łoże, jakby próbował uciec lub zaatakować ponownie jak najszybciej. Kasztanek schował się za jednym z posłań, wyglądając z przerażeniem za robakiem. Nie musiał długo go szukać – gdy tylko wychylił łeb, żukowi udało się wspiąć na najwyższe miejsce, tym samym spróbował wzbić się w powietrze ponownie. Kasztanek uniósł łapę, wysuwając swoje małe pazurki. Żuk, znalazłszy się wystarczająco blisko, poczuł, jak mała kończyna trąca go mocno, zmieniając kurs lotu. Kasztanek przygwoździł go do ziemi, poruszając bardzo nerwowo kikutem. Krzyknął, wypuściwszy owada raz jeszcze, gdy dotknął poduszką śliskiej, nieprzyjemnej tekstury. Po paru uderzeniach serca, wykorzystując chwilę nieuwagi istotki, przygniótł go swoim cielskiem, próbując jakoś unicestwić zagrożenie. Żuk zaczął głośno brzęczeć, wysuwając skrzydła, które po chwili schował. Próbował odsunąć się od kocięcia, brązowookiemu chodziło głównie o to, żeby go stąd wygonić. Bo co jeśli ktoś go z nim zobaczy? Jeszcze pomyślą pewnie, że gada z żukami, bo z kotów nie ma z kim. Jeszcze nie poznał zbyt wielu członków Klanu Nocy.

Od Kasztanka do Złocistego Widlika

— Dlaczego jestem uznawany za dziwnego? — zapytał pod nosem smutno, spoglądając na swoje rodzeństwo z szeroko otwartymi oczkami. Odwrócił ślepia speszony, gdy nawiązał kontakt wzrokowy z jednym z nich. Podrapał się za uchem, marszcząc nos. Nie mógł tego zrozumieć – co mogło być dziwnego we wpatrywaniu się w ścianę? Czy kocięta nie robiły tak cały czas? A co jeśli jego bliscy tak naprawdę mieli rację i nikt go tutaj nie zaakceptuje przez to, że jest… inny? ale z drugiej strony – pewnie nawet wojownicy przyłapywali się na zamyśleniu, to nie mogło być coś, za co Kasztanek powinien być wytykany palcami, prawda? Niemożliwe, że tylko on tak robił. Co złego mogło być w rozmyślaniu nad tym, co przytrafiło ci się danego dnia? Czy nie uczyło to niczego tego, który nad tym dywagował? Z pewnością coś z tego wynosił, przecież nie bez powodu tak długo to analizował. Młodzik sięgnął łapkami swojego boku, małymi pazurkami ciągnąc się za pręgowane futerko. Zaplątał się w kołtunie, przypadkowo szarpiąc za niego łapą. Zauważywszy to, pisnął, próbując się desperacko wyswobodzić. Po chwili szamotaniny udało mu się, chociaż nie obyło się bez dyskomfortu z tym związanym. Poczuł ból, jakby ktoś ciągnął go za skórę tylko po to, aby zaraz zobaczyć kłos na pazurakch, który należał do niego. Zamrugał, wpatrując się w drobną kępkę. Co mógł zrobić, żeby w przyszłości uniknąć takiej sytuacji? Czy za mało dbał o swoje futro? Może jego mama, Niedźwiedziówka, powinna częściej pomagać mu w dbaniu o siebie? Czy Narcyz oraz Werwa to widzieli? Oby nie. Próba umycia się wyszła mu dość ślamazarnie, jednak próbował się nauczyć. Czekała go jeszcze długa droga. Może gdyby zaobserwował to u kogoś, to by prędzej to podłapał? Znanej mu dwójce kociąt szło to lepiej niż jemu. On wiecznie albo wyrywał sobie małe kępki futra, albo mierzwił je, jakby wystawiono go na najsilniejszy wiatr, jaki mógł kiedykolwiek poczuć na wibrysach. Zatrząsł łapkami nieprzyjemnie, wyobraziwszy sobie chłód, który by go wtedy dopadł. To musiało być potworne!
Kasztanek rozglądał się po żłobku. Początkowo chciał podejść do swojego braciszka i spróbować zainicjować z nim zabawę, aczkolwiek rozmyślił się, zauważywszy Złocistego Widlika nieopodal. Nie znał go za dobrze. Tak naprawdę to nie zamienił z nim jeszcze ani słowa. Wiedział jedynie, że ten przesiaduje tu i dogląda kociąt, chyba takich jak on. Kocur był dużo starszy od niego, dymny nie był pewien, czy zostałby zaakceptowany przez niego, czy nie pogoniłby go. Bo w końcu kto chciałby rozmawiać z dziwadłem? Przybliżył się odrobinę. Najgorsze, co mógł zrobić, to odepchnąć go, prawda?
— Jestem dziwny? — zapytał dorosłego, podnosząc bródkę w jego kierunku, spoglądając na niego z poddenerwowaniem. Położył uszy po sobie i skulił się, gotów otrzymać reprymendę za swoje zachowanie. Tylko co on takiego zrobił, żeby sobie na takową zasłużyć?

<Złocisty Widliku?>

16 stycznia 2026

Od Rozżarzonej Pieśni CD. Źródlanej Łuny

Ruda kotka już nie wiedziała, ile wschodów słońca minęło, odkąd znalazła się w Klanie Klifu, od mianowania na wojowniczkę i przyjęcie nowego imienia. Podobno szczęśliwi czasu nie liczą, lecz czy ona była szczęśliwa wśród Klifiaków? Oczywiście, lecz dopóki nie zostało jej boleśnie przypomniane, że w oczach niektórych nadal będzie zdradzieckim Wilczakiem, nawet jeśli ona sama osobiście nie brała udział w żadnym otwartym konflikcie między dwoma klanami. Mimo wszystko starała się żyć normalnie, spełniając się jak najlepiej ze swoimi obowiązkami, dlatego często bywało, że dobrowolnie zgłaszała się na większość patroli, spędzając niemal całe dnie poza obozem. Choć pod żadnym pozorem nie zbliżała się do granicy z Klanem Wilka z obawą, że pomimo tylu księżyców ci nadal ją rozpoznają i z radością odpłacą się za odejście.
Unikała jak ognia tamtych terenów, nawet jeśli czasem przepełniała ją tęsknota za Brukselkową Zadrą i Kwitnącym Kalafiorem. Co jakiś czas jej myśli uciekały w kierunku tych dwóch kotek, które pozostawiła wśród wyznawców Mrocznej Puszczy. W jej sercu tliła się mała nadzieja, że może jeszcze kiedyś jakkolwiek ujrzy białą kotkę w podeszłym wieku, podobnie jak swoją matkę i Wrotyczową Szramę.
Z samego rana, kiedy obóz w większości był jeszcze pogrążony we śnie, bezszelestnie, jak na jej dość mocną budowę i szerokie łapy — choć te odkąd przybyła do Klanu Klifu nabrały nieco zgrabniejszego wyglądu. Przy czym nadal w nich kryje się duża siła, jak na kotkę, lecz teraz w dodatku miał się u niej aspekt skoczności, a lęk wysokości nie doskwierał tak bardzo, jak gdy z Piołunowym Dymem ćwiczyła wspinaczkę na drzewa — teraz bez problemu docierała lub zeskakiwała, jak teraz, z półki skalnej, którą zajmowała od dnia mianowania.
Dzisiejszy poranny patrol miała odbyć z Gołębim Puchem, Morświnową Płetwą i Skrzydlatą Pogonią. Z całego ich grona to cicha czarna kotka była najstarsza, dlatego też to ona miała przewodzić ich grupą, choć zadanie to okazało się dość uciążliwe, gdyż ledwo po wyjściu z obozu biało-czarny kocur zaczął nieco dokazywać, próbując podjąć rozmowę z liliową lub czarną wojowniczką. Obie niestety należały do tych bardziej nieśmiałych, przez co Żar musiała zająć się Skrzydłem, prowadząc z nim rozmowę na wszelkie tematu. Nie był to dla niej żaden problem, lecz czasem przejawiał zbyt dużą bezpośrednią, poruszając kwestie, które były nieco niewygodne do konwersacji dla starszej. Wtedy też szybko ratowała się jakąś ciekawostką medyczną, na co jego zapał malał, a ona to wykorzystywała, otrzymując jakiś czas spokoju, dopóki młodszy nie podejmował na nowo kolejnych rozmów.

***

Znowu spędziła cały dzień poza obozem, biorąc później udział w polowaniu z Foczą Falą i Drzemiącym Słońcem. Wróciła nad klif, dopiero gdy słońce powoli chyliło się ku horyzontowi, a powietrze odczuwalnie zaczęło się ochładzać. Czując podmuch słonej bryzy na pysku, lekko się uśmiechnęła, zauważając po chwili majaczącą sylwetkę pewnej niebieskiej wojowniczki.
Źródlana Łuna była jakimś swego rodzaju wsparciem dla niej, nawet jeśli ta na początku spoglądała na rudą z widoczną podejrzliwością i nieufnością, to wraz z paroma wspólnym polowaniami, wywiązała się między nimi nić porozumienia. Wbrew pozorom starsza pomogła jej się jakoś odnaleźć w nowym świecie. Do dziś dnia pamiętała słowa karmicielki, gdy ta niespodziewanie ją spytała, co może zrobić, by inni nie patrzyli na nią, jak na Wilczaka o lisim sercu.
“— Nic nie możesz zrobić — miauknęła w końcu, odwracając pysk w stronę uczennicy. — Nie zmienisz tego, jak inni patrzą na… Twój były klan — kontynuowała, krzywiąc się nieznacznie — a zarazem na Ciebie. Nie jesteś w stanie. Może z czasem im… Nam ta niechęć minie.”
Jakiś czas nie rozmawiała ze Źródlaną Łuną, gdyż ta była pochłonięta treningami Promiennej Łapy, a teraz opieką nad dwójką jaśniutkich kociąt. Ruda ich raczej z bliska nie widziała, lecz zdarzało się, że któreś z nich kręciło się bliżej wyjścia, a wojowniczka mogła ujrzeć ich niemal białe futerka. Kocięta zawsze napawały ją nieopisanym ciepłem w sercu, dlatego też w Klanie Wilka chętnie zaglądała do żłobka, by się z nimi pobawić.
Podchodząc bliżej żółtookiej, zauważyła, że przy jej łapach spoczywa ledwo zaczęta marna nornica.
— Mogę dołączyć? — zapytała, będąc ciekawą, jak się miewa starsza. Nie wierzyła zbytnio plotkom, krążącym wśród innych kotów. — Nie wyglądasz na zajętą.
— Skoro nalegasz. — Wzruszyła jedynie barkami, a już chwilę później Rozżarzona Pieśń leżała obok Łuny. — Możesz dokończyć — miauknęła, przesuwając piszczkę w jej stronę. — Nie mam apetytu, a widziałam, że dzisiaj spędziłaś cały dzień poza obozem. Pewnie jesteś głodna.
— Nach. Jakoś nie odczuwam głodu, lecz ty powinnaś jeść, w końcu masz pod opieką dwójkę małych szkrabów, które roznosi energia, jak to kocięta — oznajmiła, odsuwając nornicę na poprzednie miejsce. — W ogóle jak się miewasz? Maluchy niedługo zostaną uczniami, więc będziesz mieć więcej czasu dla siebie. Może przyjdę jutro do was i trochę się nimi zajmę. — Chciała kontynuować, jak nakręcona katarynka, lecz widząc nieco zbolałą minę wojowniczki, zaprzestała swojej paplaniny i w ciszy wyczekiwała, aż ta coś powie. Z doświadczenia wiedziała, że robi się lżej na sercu, gdy z kimś się podzieli problemem, dlatego też przed ucieczką polowała razem z Piołunowym Dymem, który był dobrym słuchaczem, a dawniej także zaglądała częściej do wilczej starszyzny, by posłuchać ich opowieści. W końcu to im wyznała, że opuszcza klan, nikt więcej nie wiedziała, a ona była pewna, iż jej decyzja nie opuści pysków Trzecinniczkowej Dziupli, Srebrzystej Łuny i… Kwitnącego Kalafioru. Teraz nieco żałowała, że nie porozmawiała z Brukselką o wszystkim — może zostałaby dłużej w klanie, by później opuścić go wraz z rodzeństwem i resztą rodziny. Brzmiało to pięknie, lecz uczucie bycia zamkniętej jak ptak w potrzasku nie napawał jej przyjemnymi uczuciami.
Pogrążona we własnych myślach nawet nie skupiła się na możliwej odpowiedzi Klifiaczki i dopiero szturchnięcie sprowadziło ją na ziemię z przepraszającym uśmiechem.

<Łuno? Jak powiesz, co ciąży na sercu, będzie łatwiej>

Od Smugi CD. Kasztanki

Przeszłość, końcówka pory zielonych liści

Minęło raptem parę wschodów słońca od momentu, gdy Smuga został uczniem, a jego mentorem został jeden ze starszych wojowników, jakim był Żagnica, niebieski van o żółtych oczach, jak te należące do jego kolejnego podopiecznego. Czekoladowy bicolor musiał się nieco przyzwyczaić do specyficznego charakteru, jaki ów Owocniak posiadał, lecz młodszy niemal od razu poczuł, że rzucane w jego stronę uwagi i sarkastyczne odpowiedzi nie są niczym groźnym dla niego — wręcz przeciwnie, dawało mu to pewną namiastkę osobowości Figi, która chętnie przychodziła do żłobka, aby po docinać Szafran. Dzięki temu bicolor był w stanie podłapać niektóre zwroty, które zaczął próbować wobec niektórych kotów — głównie padało na Żagnice, który szybko odbijał piłeczkę, przez co Smuga musiał zacząć samemu wymyślać riposty.
Starszy ostatnie dni poświęcił na zapoznanie ucznia z terenami Owocowego Lasu oraz sprawdzenia możliwości syna zwiadowcy. Pewnym od początku było, że ten nie będzie w stanie walczyć dokładnie tak samo, jak inni wojownicy, gdyż po prostu jego genetyczna budowa mu na to nie pozwoli. Choć pomimo tego Żagnica nie miał zamiaru odpuszczać młodszemu treningów opierających się na pracy fizycznej, głównie związanej z siłą. Dość szybko Smuga przekonał się, iż jego mentor nie będzie zbytnio pobłażliwy w czasie jego szkolenia.
Z samego rana, zaraz po porannym patrolu zwiadowców, wyruszyli do Dębowej Ostoi, gdzie van miał upatrzone idealne miejsce do ćwiczeń. Pomiędzy drzewami czekoladowy mógł dostrzec parę gałęzi, kamieni, a nawet zasypanych dołów. Ten widok wyrwał z jego piersi ciężkie westchnienie, gdyż już wiedział, co mentor na dzisiaj dla niego przygotował. Widząc kątem oka reakcję czekoladowego, przebiegły uśmiech wkradł się na biały pysk wojownika, co nie uszło uwadze młodszemu, który domyślał się, że Żagnica będzie czerpać niezaprzeczalną satysfakcję z jego męczarni.
— Sądząc po twojej minie, doskonale wiesz, co dziś przygotowałem — zaczął starszy.
— O zgrozo, niestety tak — mruknął.
— Jeszcze mi za to podziękujesz, a teraz bierzemy się do pracy. Zaczniemy od kopania dołów, by te twoje łapki to raczej nigdy jeszcze nie widziały wysiłku — rzucił kąśliwie, podchodząc bliżej kawałka terenu, gdzie były widoczne ślady po poprzednich dziurach w ziemi.
— Bo kopanie dołów jest jakże potrzebne — prychnął, przewracając oczami.
— Ataki naszych wojowników opierają się na sile i wytrzymałości. Przy twojej dość wątłej, jeszcze, budowanie wytrzymałość będzie mieć kluczową rolę, także rusz ten leniwy zad i kop — wyjaśnił, choć jego wypowiedź zakończyła się nieco poirytowanym fuknięciem. Jednak mimo tego Smuga nadal odmawiał przystąpienia do ćwiczenia. — Rusz tym mysim móżdżkiem. Nie masz szans bycia wojownikiem…
— Pocieszające.
— Nie skończyłem jeszcze — syknął. — A więc nie masz szans bycia wojownikiem, który będzie się wpisywać w nasz schemat. Przekuj słabość na swoją korzyść. Twoja budowa jest idealna do szybkich, zwinnych, gwałtownych ruchów, jak przystało na zwiadowcę przemieszczającego się wysoko nad ziemią. Jednak poszedłeś na przekór temu, dlatego wykorzystaj, to co odziedziczyłeś po Czerwcu i ćwicz wytrzymałość. Zwiększysz szanse, że prędzej przeciwnik padnie z wysiłku niż od ofensywy z twojej strony — wyjaśnił, z każdym zdaniem kierując się do Smugi, by końcowo stanąć tuż nad nim, spoglądając z góry na młodszego. — Ćwicz łapy, wytrzymałość i oczywiście siłę, by mieć z czego zadać ostateczne ciosy, a teraz jazda!

***

Wysokie słońce już minęło, a czekoladowy ledwo stał na łapach, włócząc nimi, kiedy starał się dotrzymać kroku Żagnicy. Starszy dumny z siebie szedł pierwszy, jakby wypad do Dębowej Ostoi był zwykłym spacerkiem — cóż, faktycznie tak było, ale tylko dla wojownika. Smuga coś mruknął pod nosem, zapewne do swoich wyimaginowanych przyjaciół, wkraczając do obozu, by akurat usłyszeć, jak van oznajmia, iż bliżej zachodu słońca będą iść jeszcze na polowanie.
Gdyby wzrok mógł zabijać, to żółtooki kocur już dawno leżałby martwy po drodze z treningu. Bicolor ledwo czuł swoje kończyny, które zdecydowanie na dziś zaprzestały współpracy. Pochłonięty posyłaniem nienawistnego spojrzenia w kierunku, w którym zniknął Żagnica, młodszy nie zauważył, gdy wpadł na leżącego ucznia. Nawet nie miał siły utrzymać pionu, poddając się grawitacji, która zafundowała mu bliskie spotkanie z ziemią.
— Czy. — Usłyszał tuż obok słaby głos. — Wszystko czy dobrze? — Po dłuższej chwili dziwnie brzmiące zdanie opuściło pysk rudej kotki, o którą się potknął.
Z widocznym zmęczeniem podniósł się na proste łapy, by móc ujrzeć uczennice. Kojarzył ją ze żłobka, kiedy to przylegała blisko swojej szylkretowej matki, kiedy pewna wredna zwiadowczyni zjawiała się w legowisku. Nie rozumiał nieco postępowania cioci Figi, lecz nigdy w to nie ingerował, woląc wszystko z boku obserwować.
— Dziwnie mówisz — powiedział wprost, co miało być jedynie stwierdzenie zauważonej rzeczy niż przytykiem. — Inaczej niż inni — dodał, przyglądając się nieco starszej od niego koteczce. — Fajnie.
Widząc nieco zdziwiony i zaskoczony wyraz pyska uczennicy, cicho zachichotał.
— Smuga jestem i to raczej ja powinienem pytać, czy wszystko dobrze — oznajmił z lekkim uśmiechem, licząc, że wygląda przyjaźnie, jednak gest wyglądał na nieco sarkastyczny, co nie było umyślne. — Jesteś uczniem stróża? Widywałem Cię czasem w obecności Gąski — wyjaśnił, siadając po chwili, jakby miał zamiar porozmawiać trochę z żółtooką.

<Kasztanko? Jak coś to on tylko tak wrednie wygląda>

[789 słów]

Nowy Członek Pustki!

 

ADRAMELEK

Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna odejścia: Pożądlenie przez pszczoły

Odszedł do Pustki!

15 stycznia 2026

Od Pustułkowego Szponu

Tw: silna obraza, dokładne opisy, tortury, śmierć

Pora opadających liści powoli dobiegała końca, a życie Pustułkowego Szpona zaczęło się jako tako układać. Nawet jeśli jego plany nieco pokrzyżowała mała kulka, którą wyłowił z wody, by ta nie podzieliła losu dawnej zastępczyni, a zarazem jego matki. Koteczka traktowała go jak swojego ojca, co początkowo było mu w niesmak, lecz z czasem przyzwyczaił się do nowej roli, jako przybrany rodzic. Pomimo bycia synem kultystek miał w sobie jeszcze jakieś minimalne kocie odruchy, a przynajmniej wobec młodszych osobników. Wąsatka była obecnie jego jedną z nielicznych słabości, ponieważ oprócz niej były nimi Mroczna Wizja oraz Krucze Pióro, nawet jeśli z bratem nie dogadywał się najlepiej w ostatnich księżycach. Nie miał zamiaru nikogo z rodziny tracić, a przynajmniej nie przez jakiś wypadek — Warczący Lis zmarł z powodu zmiażdżenia głowy przez lisa, a Makowy Nów przez utonięcie. Żadne z nich nie odeszło z powodu starości.
Doskonale wiedział, że jego mentorka i zarazem już jedyna mistrzyni w klanie była w sędziwym wieku, lecz miał nadzieję, że chociaż ona spokojnie zamknie na zawsze oczy w legowisku starszyzny lub wojowników. Nawet gdyby chciał to nie będzie swojej matki zmuszać, by już zaniechała wykonywania obowiązków jako wojowniczka klanu.
Właśnie wracał z popołudniowego patrolu granicznego, kiedy podeszła do niego czarna kotka. Od razu skinął w jej stronę głową.
— Witaj matko — powiedział, zwracając się do niej nieco bardziej oficjalnie niż dawniej. Może pozostało mu to po ostatniej rozmowie z liliową zastępczynią lub po prostu czuł, że już nie jest tak blisko ze swoją rodzicielką jak dawniej.
— Dobrze Cię widzieć Pustułkowy Szponie — wymruczała, stając obok syna, by położyć swój zadbany ogon na jego czekoladowym grzbiecie. W porównaniu do braci on nigdy niczym się nie wyróżniał — no może oprócz bycia najsłabszym i najmniejszym za kociaka, a teraz szramą na pół pyska oraz brakiem oka. Jego sierść nie wyglądała na tak objętościową, jak u Warczącego Lisa ani nie posiadała mniej standardowego, pospolitego umaszczenia niczym Krucze Pióro. Był tą szarą myszką wśród braci, robiąc jedynie za ich to, by ci mogli się jeszcze bardziej wyróżniać dzięki kontrastowi między nimi.
— Masz do mnie jakąś sprawę? — spytał, spoglądając na nią jedynym okiem, które mu się ostało po dawnej wojnie z Klanem Klifu.
— Owszem, lecz może się przy tym przejdziemy? — zaproponowała starsza, lecz nawet nie czekała syna, gdyż po wypowiedzeniu słów od razu ruszyła w stronę tunelu w krzewach.
— A więc o czym chciałaś pomówić? — zaczął, kiedy tylko odeszli wystarczająco od obozu.
— O niedawnej ucieczce zdrajców — mruknęła, obserwując reakcję kocura.
Pustułkowy Szpon od razu napiął wszystkie mięśnie, a jego ciało zaczął przepełniać żar gniewu, zemsty i chęci mordu. Jego lewe ślepie wręcz płonęło od łaknienia rozlewu krwi. Widoczna nagła zmiana w zachowaniu syna, satysfakcjonowała starszą, gdyż oznaczało to, że lojalność klanowi i rodzinie była wyżej u niego niż miłość do jakiejś słabej wroniej strawy.
— Wiecie, gdzie się udali? — spytał z nutą nadziei w głosie, lecz to nie była nadzieja na to, że przeżyli i mają się dobrze, o nie. Ta nuta była całkowicie przesiąknięta pożądaniem śmierci i przelania posoki tych, którzy odważyli się zostać zdrajcami.
— Nie, lecz chciałabym się o coś zapytać. — Na zaprzeczenie kotki, prychnął pod nosem niezadowolonym z takiego obrotu spraw. — Jaki obecnie masz stosunek do Poziomkowej Polany? — Na sam dźwięk imienia swojego dawnego ukochanego, sierść nastroszyła się wzdłuż kręgosłupa i ogon gniewnie przecinał powietrze. Pazury wbijały się w leśne poszycie, przy każdym kroku zabierając coraz więcej obumarłych suchych liści. Po chwili przystanął i chowając szpony w jednej z łap, zmiażdżył listowie, krusząc je na drobne kawałki. Podobnie uczynił w przypadku drugiej przedniej kończyny.
— Nienawidzę, z całego serca nienawidzę. Łaknę jego śmierci z moich łap. Nie chciał być ze mną to nie będzie z nikim — wysyczał, przepełniając każde słowo jadem wobec kremowego kocura.
— A Mglisty Sen? — dopytywał, wiedząc, że czekoladowy odwiedzał często młodszego, kiedy czarny był kociakiem.
— Brzydzę się nim, gardzę — dodał bez zastanowienia.
Mistrzyni jedynie skinęła głową na odpowiedź, której oczekiwała ze strony wojownika. Teraz miała pewność, że Pustułkowy Szpon nadaje się, by wstąpić w szeregi kultu. Że ten nie został kompletnie zaślepiony przez miłość do tej mysiej strawy i boi-wróbla.

***

Po spacerze i rozmowie z matką czuł w kościach, że zapewne chodziło o jego dołączenie do kultu. Wystarczająco długo był wojownikiem, a w dodatku wykazał się lojalnością wobec klanu, więc ta kwestia raczej nie będzie podważona przez innych członków.
Reszta dnia minęła mu we względnym spokoju, choć z tyłu głowy ciągle jego myśli krążyły wokół tematu i grupy kotów wierzących w Mroczną Puszczę. Nawet w momencie, gdy Wąsatka jak zwykle dopadła go na polanie, kiedy tylko pojawił się w zasięgu jej wzroku. Niemal nikt nie był w stanie w pełni przypilnować tej czarno-białej kulki futra. Łatwiej było, gdy do akcji wkraczał Pustułkowy Szpon, jako jej przybrany ojciec, którego względnie się słuchała, będąc przekonywana późniejszą możliwością spędzenia czasu z wojownikiem. Tym razem zgodził się na zabawę z koteczką, by odciążyć królowe przebywające w żłobku, choć te już niedługo nie będą musiały się użerać ze znajdą, gdyż Wąsatka niedługo osiągnie odpowiedni wiek, by zostać uczniem. Nieco obawiał się jej nocy, gdyż zawsze istniało ryzyko, że zginie, jak w przypadku Pajęczynki od Srebrzystej Łuny lub Niezapominajki. Mimo wszystko przywiązał się do tej energicznej kulki, nawet jeśli ta czasem bywała nieznośna to i tak w jakimś stopniu zaczął ją kochać, jak własne.
Wieczorem koteczka po długich zabawach w końcu usnęła, upatrując sobie ciepły bok kocura. Ten nie miał serca jej budzić czy choćby odstępować na krok, lecz musiał wrócić do swojego legowiska. Delikatnie podniósł się na łapy i z ostrożnością wziął ją do pyska, by przenieść bliżej jednej z karmicielek. W podziękowaniu skinął wojowniczce głową, a następnie opuścił żłobek. Po cichu pokonał polanę, by znaleźć się tuż przed legowiskiem wojowników, lecz powstrzymał go widok jarzących się w ciemnościach zielonych ślepi matki, która siedziała w pobliżu wyjścia. Jej czarna sierść niemal całkowicie się zlewała z otoczeniem, lecz mimo to był w stanie dostrzec subtelny ruch, wskazujący, aby ten podszedł do starszej.
Kiedy był obok, podniosła się z miejsca i kładąc ogon na grzbiecie syna, ruszyła w stronę tunelu. Nie wiedział, czy robi to w geście dumy, czy raczej matczynej troski, zważając na brak oka u czekoladowego. Przez to kalectwo miewał ciągle problemy z dokładnym ocenianiem odległości i wysokości, dlatego też miewał dni, gdy ledwo dwie piszczki z polowania przynosił. W dodatku jego pole widzenia zostało ograniczone, więc łatwiej było go zaatakować od ślepej strony, lecz dzięki dawnym treningom z Makowym Nowiem przystosował się do nowej rzeczywistości.
Udali się we dwójkę w stronę Opuszczonego Obozowiska, gdzie patrol parę dni temu wyczuł obecność samotników. Mroczna Wizja zatrzymała się na linii drzew tuż przed wydeptaną polaną, gdzie nadal znajdowały się ślady dawnej obecności dwunożnych. Kotka bez słowa zabrała swój ogon z jego grzbietu, a następnie ruchem głowy wskazała na teren przed nimi. Doskonale wiedział, co musi zrobić, w końcu od kociaka był wychowywany, aby przejść ceremonię i dołączyć do kultu.
Trzepnął końcówką ogona, by następnie po cichu zacząć przemierzać Opuszczone Obozowisko, przechodząc co jakiś czas obok legowisk wyprostowanych lub przez to, co po nich pozostało. Każdy najmniejszy niepożądany szelest sprawiał, że kocur przystawał, by bacznie rozejrzeć się dookoła. Wtem niespodziewanie od boku wbiegł w niego jakiś kot, który wraz z nim poleciał na kawałek beżowej skóry, zaplątując się w niej. W pierwszej chwili panika ogarnęła Wilczaka, lecz po chwili opanował niepożądane uczucie, skupiając się na wydostanie z tego czegoś. Już po chwili materiał zaczął wydawać charakterystyczny dźwięk rozrywania, kiedy tylko czekoladowy wysuniętymi pazurami zaczął go ciąć. Samotnik nadal się miotał, próbując oswobodzić z pułapki, lecz jedynie pogarszał swoją sytuację, a w tym czasie Pustułkowy Szpon wydostał się z plątaniny skóry. Na widok ciągle miotającego się kota jedynie głośno prychnął.
Miał ogromną nadzieję, że tym samotnikiem okaże się jeden ze zdrajców, który przecenił swoje możliwości i postanowił go zaatakować. Po chwili patrzenia, jak jego ofiara nadal się szamocze, przycisnął ją łapą, wbijając pazury w jej ciało, a do jego uszu doszło syknięcie z bólu. Był to miód dla jego uszu, minimalny uśmiech wkradł się na jego pysk.
— Krew się leje, kości pękają, skórę rozrywają, a dech opuszcza ciało twe. Śmierć na każdym kroku czyha na ciebie, ratunku już nie ma dla ciebie — zaczął podśpiewywać, przesuwając łapą w swoją stronę, tnąc przy tym beżową skórę z legowiska dwunogów oraz skórę samotnika, który zawył z bólu. Dopiero po chwili zauważył, że wokół niego stoi z niecałe dziesięć kotów, w tym jego brat, matka, a także sam Nikła Gwiazda. Lider z widoczną satysfakcją chłonął widok, jaki się przed nim rozgrywał, będąc świadkiem kolejnego dołączenia do kultu przez wojownika swojego klanu. Po chwili jednooki przeniósł wzrok na brata, który bez większych emocji z uwagą obserwował jego poczynania. Następna była Mroczna Wizja, w której oczach młodszy dostrzegł dumę, jaką może odczuwać matka z powodu syna. Ledwo zauważalnie skinęła głową, dając znak, by ten jeszcze nie zabijał ofiary. Dlatego też odszukał głowę nieszczęśnika i zatapiając w niej pazury, uderzył nią parę razy o ziemi, by ten stracił przytomność.
— Rytuał wiążący odbywa się pod Ciernistym Drzewem — wyjaśniła jego matka. Na co ten w końcu puścił łeb samotnika i sprawnie pozbył się beżowej skóry. Dopiero teraz kocur mógł się przyjrzeć kotu, który postanowił go zaatakować. Tuż przed nim leżało ciało płowego zwęglonego kocura, którego półdługie futro było pokryte szerokimi zawijasami układającym się w pręgowanie klasyczne. Samotnik był nieco mniejszy od niego, więc nie miał zbytnio problemów, by wciągnąć jego ciało na swój grzbiet — nie chciał niczyjej pomocy, wystarczyło, że przez brak oka niektórzy traktowali go, jak nie wiadomo jaką kalekę.
Kiedy dotarli do odsłoniętego terenu przy Ciernistym Drzewie, księżyc znajdował się już wysoko na niebie, co jakiś czas przebijając się przez chmury sezonu opadających liści. Dopiero tuż przed gęstszym murem cierni, wojownik zrzucił ze swojego grzbietu nieprzytomnego — wcześniejsze uderzenia musiały być naprawdę mocne, skoro jego ofiara nie odzyskała świadomości w czasie drogi do samotnego drzewa. W tym czasie wszyscy kultyści ustawili się w półkolu, wracając do wcześniejszej obserwacji poczynań nowego członka, którym miał zaraz zostać czekoladowy. Ten nie spiesząc się z tym, pochylił łeb, by wyszeptać słowa niosące śmierć wprost do ucha samotnika:
— Krew się leje, kości pękają, skórę rozrywają. — Z każdym słowem posuwał się coraz dalej. W pierwszej części położył łapę na boku drobniejszego i powoli zaczął zatapiać w jego ciele swoje pazury. Przy wzmiance o kościach włożył całą siłę oraz ciężar, by połamać żebra płowego. Z jego pyska wydobył się przeraźliwy zawód bólu, lecz Wilczaka nad nim to nie ruszało. Jedynie zaczął sunąć szponami wzdłuż jego ciała, co było nawiązaniem do ostatnich dwóch słów.
Kiedy tylko przeorał cały jego bok, przeniósł zakrwawioną łapę na łopatkę męczennika i ponownie powtórzył słowa oraz wcześniejsze ruchy, choć tym razem po wbiciu pazurów, zjechał nimi poniżej łokcia kocura i dopiero wtedy złamał jego kości. Podobnie postąpił z trzema pozostałymi kończynami. Samotnik zdążył zedrzeć sobie gardło od agonalnych krzyków i obecnie ledwo żywy leżał zdany na łaskę jednookiego. Ten po chwili zacmokał, jakby z dezaprobaty, że te katusze tak szybko minęły. Stając centralnie przed pyskiem płowego, podniósł jego głowa za podbródek łapą, z której na ziemię spływała posoka konającego.
— Dech opuszcza ciało twe — powiedział Pustułkowy Szpon, przenosząc uścisk na odsłonięte gardło swojej ofiary. Drobniejszy ze strachem w oczach nawiązał kontakt wzrokowy z czekoladowym, który niewzruszony zacisnął palce z pazurami na newralgicznym miejscu, przebijając zapewne jakieś naczynie krwionośne, gdyż z pyska samotnika zaczęła wypływać krew, a jego miażdżone gardło opuszczało słabe charczenie.
Długo to nie trwało, gdyż już po paru uderzeniach serca, ciało pręgowanego zwiotczało. Zielonooki puścił zwłoki, by następnie przenieść wzrok na kultystów, a w tym czasie jego matka rozpoczęła zwięzłą przemowę, chwaląc go za chęć przystąpienia do ceremonii, kultu, a także wymieniając jego osiągnięcia, jakimi było poświęcenie części wzrok w wojnie z Klanem Klifu, uratowanie Nikłej Gwiazdy przed atakiem zdrajcy, a także lojalność klanowi w kluczowej godzinie. Kiedy tylko skończyła, dała znak ruchem głowy, by ten stanął przed nią.
— Ja, Mroczna Wizja, Wielki Kapłan kultu Mrocznej Puszczy, naznaczam cię w imię naszych przodków. Czy jesteś gotowy przyjąć na siebie nasze znamię jako dowód inicjacji?
— Tak — odpowiedział bez zastanowienia. Już dawno nie było odwrotu.
— Zatem otrzymasz ode mnie znak, który pozostanie z tobą aż do śmierci i zawsze będzie przypominał ci o przynależności do kultu. — Kotka wyciągnęła łapę w stronę jego głowy, by następnie oderwać kawałek jego lewego ucha. Pomimo szczypania i pulsowania w miejscu znaku, słuchał uważnie dalszych słów: — Tej nocy, zgodnie z wolą Mrocznej Puszczy, przyjmujemy cię oficjalnie jako pełnoprawnego członka naszej grupy. Wierzymy, że będziesz wiernie służyć naszym przodkom i działać na rzecz kultu, abyśmy nigdy nie upadli.
Po tym postąpiła dwa, może trzy kroki, by zanurzyć łapę w krwi samotnika, a następnie odcisnął posokę na jego czole, co wiązało się z wiwatami i skanowaniem przez kultystów, niczym w czasie mianowania na ucznia lub wojownika. Lecz to nie był jeszcze koniec, gdyż czekał go rytuał wiążący, który polegał na złożeniu hołdu Mrocznej Gwieździe tuż nad jego grobem. Dlatego też mistrzyni położyła ogon na jego grzbiecie i poprowadziła do odpowiedniego miejsca, przekazując przy okazji formułkę, którą miał zaraz wypowiedzieć.
— Wielki Mroczna Gwiazdo. Wspaniały liderze Klanu Wilka. Składam ci hołd... — zaczął, kiedy tylko zatrzymali się i starsza nieco wycofała do tyłu do reszty kultystów. Wojownik naciął pazurem swoją łapę, pozwalając, by jego krew wsiąkała w ziemię. — Podarowuję ci moją krew, która jest esencją życia. Niech będzie dowodem mojej lojalności po wsze czasy. Chwała ci o panie… — dokończył, skłaniając łeb, podobnie jak reszta Wilczaków.
Od tej nocy oficjalnie stał się członkiem Kultu Mrocznej Puszczy w Klanie Wilka.

Od Zapomnianej Koniczyny CD. Mglistego Snu

Przeszłość

Nowy księżyc, nowe możliwości.
Ruda siostra jego drogiego przyjaciela uciekła (nie wiadomo, z jakiej przyczyny), zostawiając dwójkę dzieci Brukselki i Wrotycz same.
Zapomniana Koniczyna, bo tak już się nazywał, sądził, że w jakiś sposób Sen zbliży się do niego przez to wydarzenie. Nic bardziej mylnego; wojownik tylko jeszcze bardziej się zdystansował; mniej chodzili na nocne wyprawy wzdłuż jeziora. Starszy wyglądał na zmęczonego, skupionego na jakimś celu, patrzącego gdzieś w dal — byle nie na niego. Młodszy może i by to zniósł, gdyby nie jego ostatni grzech. 
"Czyżby Sen dowiedział się, że to on zabił Plamistą Łapę?" — taka myśl przeskakiwała mu przez głowę i nawiedzała co dzień, gdy nie budził się otulony ciepłą nocą, zwaną Mglistym Snem.
W końcu zebrał w sobie odwagę, aby zwrócić się do przyjaciela i w końcu zapytać o jedną, ważną rzecz.
Stanął przed nim bojowo, patrząc z determinacją w jego oczy.
Po chwili jego spojrzenie złagodniało, a on sam uśmiechnął się ciepło i łagodnie; jakby stwarzał tylko pozory i nie gotował się w środku, gdy się nakręcał.
— Witaj, witaj! — zawołał, zbliżając się w stronę wojownika. — Stęskniłeś się za mną, że mnie nie uznałeś za przeszkodę, jak wcześniej? — dodał z drwiącym, niewinnym uśmieszkiem, za którym krył się smutek. Pochylił się tak, że ich nosy prawie że się ze sobą stykały. — Nawet jeśli... — Odsunął się, dając Mglistemu Snu przestrzeń i spojrzał na swoje łapy.
 — Nieważne — wymamrotał nagle. — Pewnie stanąłeś tylko dlatego, bo masz dla mnie kolejną misję — parsknął i ponownie się uśmiechnął, wracając wzrokiem do kocura.
Ten tylko popatrzył na przyjaciela zdezorientowany.
– Przepraszam, jeśli zachowuję się dziwnie i że wyglądam, jakbym cię unikał. Nie miałem takich intencji, jednak ostatnio dużo się dzieje i... chyba nie jestem tak silny, jak myślałem... – westchnął przygnębiony.
Koniczyn przewrócił oczyma na przeprosiny Snu, po czym podszedł i dał mu przyjacielskiego kuksańca w bok.
— Bo nigdy nie byłeś silny — rzekł nieco zirytowany. Naprawdę nie podobało mu się to, jak inni polegali na młodym wojowniku.
— Jestem silny... — zapewnił go cicho Sen.
— Zrzucili na ciebie zbyt dużo odpowiedzialności, a ledwo, co odstawiłeś mleko — miauknął Koniczyna, zagłuszając przy tym słowa kocura, po czym strzepnął ogonem i prychnął, odwracając głowę w bok.
Sen zastrzygł uchem zirytowany. W pierwszej chwili wyglądał, jakby miał ochotę rzec coś niemiłego, jednakże szybko się uspokoił.
— Przynajmniej nie jestem już mentorem Wilgowej Łapy. On był ciężkim uczniem... Ale, hej, może chciałbyś się przejść ze mną na spacer nad jeziorem oraz w stronę Drogi Grzmotu,, dzielącą nas od Owocowego Lasu?
Łaciaty spojrzał kątem oka na przyjaciela, nieco zainteresowany tym pomysłem.
— Możemy, możemy... — wymamrotał. — Ale teraz, tak? — po czym uśmiechnął się.
Widząc uśmiech kocura, Sen rozchmurzył się nieco i skinął głową.
— Tak, teraz; a jeśli się uda, może jeszcze coś złowimy — dodał i skierował się w stronę wyjścia.
— W to nie wątpię! — powiedział figlarnie łaciaty. — Po prostu się z tobą droczę — dodał i zachichotał.
Zapomniana Koniczyna już zapomniał o gniewie, który dotąd się w nim gotował. Może za bardzo się nakręcił? Mglisty Sen na pewno by o nim nie zapomniał! W końcu miał... bardzo dużo pracy. Widząc, że przyjaciel nieco się rozchmurzył, poczuł ,,motylki" w brzuchu. Chwilę mu tez zajęło, aby pojąć, że idą łowić.
— Czekaj! — zawołał, podbiegając do starszego — Ale ja nie umiem łowić! — dodał zmartwiony, po czym nagle spojrzał zawstydzony w bok. Chyba Sen wcale nie mówił o łowieniu ryb. — Chyba, że chodzi ci o łowienie normalnej zwierzyny... To umiem! I to na pewno lepiej od ciebie. — Po czym spojrzał na niego wyzywająco.
Chwilę tak stali w ciszy, po czym Zapomniana Koniczyna odchrząknął.
— To co, idziemy? — rzekł, przechylając głowę w bok. — Nie chciałbym siedzieć dalej w tym zapyziałym obozie i w kłakach Kosaćcowej Grzywy! — zaśmiał się.
Starszy zamruczał rozbawiony.
— Oczywiście, że idziemy polować na naszą zwierzynę. Wątpię, aby Wilczaki umiały łowić ryby.
Mglisty Sen patrzył przez chwilę z utęsknieniem na łaciatego wojownika, po czym pokiwał głową.
— Idziemy! — Dał mu przyjacielskiego kuksańca w bok i wyszedł z obozu.
Zapomniana Koniczyna podskoczył energicznie i wydał z siebie pisk. Popchnął Sen w stronę wyjścia i pospieszył go.
— No właśnie! — rzekł entuzjastycznie, idąc za nim. — Nie jesteśmy tymi głupimi Nocniakami, co...
Stanął słabo.
Nagle posmutniał, a smutek zamienił się w gniew. Zmarszczył brwi i spojrzał w bok. Klan Nocy nie kojarzył mu się z niczym pozytywnym. Może i żyły tam jakieś koty z długim pyskiem, ale szanse wciąż były tak nikłe, jak Nikła Gwiazda, że akurat to któryś z nich jest jego ojcem.
— ...który zabrał moją Niezapominajkę — wymamrotał przez zaciśnięte zęby. Kopnął pobliski kamyk w niedalekie krzaki i prychnął, wyraźnie zdenerwowany.
— No i widzisz? Ta głupia Niezapominajkowa Łapa może zniszczyć piękny dzień! — powiedział teatralnie po chwili. — Lecz na pewno coś mogłoby ostudzić mój gniew... — po czym spojrzał ze złośliwym uśmieszkiem na przyjaciela.
Nagle wyprzedził Mglisty Sen i zawołał:
— Kto ostatni do zatoczki, ten szczur!
Po czym zniknął za sosnami i świerkami.
— Hej! Czekaj! — krzyknął za nim Sen, kiedy Zapomniana Koniczyna tak niespodziewanie wyskoczył przed siebie. — Nie mam aż tak długich nóg!
Młodszy kocur śmiał się jak kociak, gdy pędził przez las. Słowa czarnego przyjaciela nadal mu wybrzmiewały w uszach, jakby wciąż krzyczał o tym, że nie miał aż takich długich łap, co on!
Zwinny niczym mysz pomknął przez bór sosnowy, przemykając między drzewami, przeskakując krzewy i kłody. A śmiał się przy tym wniebogłosy!
Zdezorientowany Sen popatrzył po przyjacielu. Jego pysk zmieniał się tak dynamicznie, że Mglisty Sen nie nadążał za emocjami, jakie buzowały w łaciatym.
Sen pobiegł za nim, starając się przyspieszyć, aby zrównać się z tamtym. Nagle Koniczyna ujrzał, jak Mglisty Sen go doganiał; zamiast przyspieszyć, biegł wolniejszym tempem, dopóki tamten go nie doścignął. Kiedy mu się udało, posłał Zapomnianej Koniczynie szeroki uśmiech, całkowicie zapominając o swoich dotychczasowych problemach, jakie na nim ciążyły kilka uderzeń serca temu. Był teraz wolnym kotem, któremu nie straszne były wyroki Klanu Gwiazdy. Łaciaty odwzajemnił szeroki uśmiech, szczerząc śnieżnobiałe zęby — wśród nich znalazł się żółtawy kieł, który wystawał mu od urodzenia. Zachichotał i wrócił wzrokiem na drogę, próbując nie uderzyć w jakąś choinkę.
— Dajesz mi fory; ja szybciej nie pobiegnę. Nie jestem kotem z Klanu Burzy — westchnął Sen.
Zapomniana Koniczyna czuł, jak w jego uszach szumi krew, a jego oddech przyspieszył. Pewnie dałby radę pobiec jeszcze sprintem, jednak wolał nie ryzykować zwichnięciem łapy. Istniała możliwość, że jeszcze wywróci się na jakimś roztopie albo potknie się o gałąź, czy korzeń.
Biegł długo, dopóki nie zauważył, że jego drogi przyjaciel zaczął się męczyć. Natychmiast zwolnił i wrócił do niego, dysząc ciężko, choć wciąż z promiennym uśmiechem.
— Ja też nie jestem! — odpowiedział mu dopiero wtedy, gdyż wcześniej myślał tylko o biegu. — A biegam szybciej i dłużej od ciebie! — dodał i dał mu przyjacielskie szturchnięcie w bark. — Co ty, chyba straciłeś kondycję... — zażartował i spojrzał na niego ze złośliwymi, skośnymi oczami, jak na niego przystało.
Nagle jego spojrzenie złagodniało i usiadł przy nim. Niespodziewanie zetknął się z nim futrem i niewinnie uciekł wzrokiem w górę... obwijając również sobie ogon wokół ciemnej łapy przyjaciela. Westchnął lekko.
— Jak sobie to wszystko wyobrażasz? — spytał go cicho, przyjemnym głosem, wpatrując się w błękitne niebo. — To... "wszystko".
A bardziej chodziło mu o tę "ucieczkę".
Kocur zamyślił się na chwilę, nie wiedząc do czego bije jego przyjaciel, jednak po chwili połączył kropki.
— Wyobrażam sobie, że będzie to bardzo ciężkie, jednak opłacalne. Każdy z nas będzie mógł być w końcu sobą. — Posłał mu ciepły uśmiech. — Szczerze, chciałbym, żeby nam wszystkim dobrze się powodziło, żeby nikt nie musiał się martwić, czy przeżyje następny dzień w tym lesie. Chcę być tam z całą moją rodziną... wiem, że nie ma już w klanie Zaćmionego Horyzontu, jednak Gwiazdnicowy Blask wraz z Brukselkową Zadrą zasługują na spokój.

***
OBECNIE; przed zrośnięciem się łapy Zapomnianej Koniczyny

Liście przyjemnie szumiały, zderzając się ze sobą w zgodzie jak i niezgodzie. Po błękitnym niebie sunęły leniwie białe obłoczki, które nie chciały zniknąć. Nieco chłodny wiaterek mierzwił im sierść, pozwalając im na ochłodę w ten jakże upalny, ale i nerwowy dzień.
Koty biegły, szły i siedziały, cały ich ,,obóz” chodził niby na szpilkach sosnowych igieł. Jedna chudzina próbowała w czymkolwiek pomóc, jednakże złamana łapa wciąż dawała się w znaki. Zamiast tego, Zapomniana Koniczyna obserwował, jak inni przetaczają ciężkie głazy, grzebią w ziemi i przynoszą zwierzynę. Jednakże chudzina ta się nudziła, i to bardzo, więc zamiast dalszego obserwowania, spróbował reszcie w jakikolwiek sposób pomagać. Poszukał jakichkolwiek przydatnych materiałów w pobliżu. Z pomocą Amorphiny znaleźli wspólnie dużą kępkę mchu. Pochylił się wtedy i zabrał większą część, pozwalając białej kotce wziąć resztę. Wrócili do obozu o wiele wcześniej, niż zamierzali. Kot polecił samotniczce, by wzięła mech i położyła go w odpowiednie miejsce, dopóki nikt nie przetworzy ich w posłania. Szczęki Zapomniana Koniczyna miał mocne, trzeba było przyznać. A zwłaszcza energiczny ruch.
I jakże śmiercionośne kły.
Chwastów ubywało, a dumny kot usiadł na swoim posłaniu, patrząc na czysty obóz. Na chwilę, tak na małą chwilkę, można było ujrzeć ciepły, beztroski uśmiech.
Może to był jego upragniony, bezbolesny skarb?
Może to była jego, na zawsze nieszkodząca, kocimiętką?
Jego uśmiech szybko jednak został zastąpiony kamiennym wyrazem pyska i smutnymi, żałującymi ślepiami, które nadal sięgały po dawną przeszłość i kurczowo się jej trzymały.
Jakby było bolesnym skarbem.
Jakby było szkodzącą kocimiętką.
Zapomniana Koniczyna był świadomy konsekwencji działań grupy, już nawet przed ucieczką. Ile stracili... ale ile mogli jeszcze stracić, nie próbując? Natarczywe myśli, "A co, jeśli..." nieustannie go nawiedzały, a wraz z tym — wszystkie jego złe uczynki.
"To ty go zabiłeś..."
"Wszystko w porządku..."
"Potwór!"

Słowa te jednocześnie się na nim mściły, pozostawiając kocura w okropnym stanie. Pomijając złamaną, nienaturalnie wygiętą łapę, Koniczyn nie wyglądał już na pięknisia, którym był, aby przypodobać się pewnemu przyjacielowi; wyglądał... źle. Po prostu źle. Może to przez tę łapę i ograniczony ruch? I owszem, mogą być przyczyną, ale jeszcze większą byłyby natarczywe, pesymistyczne i krzywdzące myśli Koniczynka. Biedny kocurek, och, jakże on biedny...
Ale czy byłby on biedny, wiedząc, iż to on zamordował jeszcze biedniejszą Plamistą Łapę, siostrę Poziomkowej Polany, który wraz z nimi uciekł spod kłów Wilczaków?
— Hej.
Rozległ się niewzruszony, obojętny dźwięk za plecami Mglistego Snu. Zapomniana Koniczyna spojrzał w bok, dając koledze chwilową ulgę.
— Czy... chciałbyś porozmawiać? — zapytał.
Sen zastrzygł uchem na prośbę swojego przyjaciela i się odwrócił w jego stronę.
— Jasne... — powiedział po chwili i podszedł ostrożnie do leżącego kocura. — O czym chciałbyś porozmawiać?
Usiadł przed nim, wlepiając w łaciatego swoje nieobecne, zamyślone spojrzenie.
Kocurowi na pewno nie umknęło zaskoczenie Zapomnianej Koniczyny. Łaciaty przyjaciel sądził dotychczas, że Mglisty Sen nie znalazłby dla niego czasu; a tu, proszę!
Zatrzepotał kilka razy białymi rzęsami, po czym potrząsnął głową i parsknął. Może źle odbierał jego zachowanie? Może Mglisty Sen... wciąż o nim pamiętał. Jednakże, gdy spojrzał w bursztynowe ślepia przyjaciela, dostrzegł w nich nieobecność, jak gdyby kocur był gdzie indziej. Zapomniana Koniczyna zmarszczył brwi i wstał. W pierwszej chwili chciał na niego nakrzyczeć, ale natychmiast złagodniał pod spojrzeniem spokojnych oczu wojownika. Fuknął i obrócił głowę w bok, nieco zirytowany.
— Cóż... — wymamrotał i spojrzał na swoje łapy. — Zauważyłeś pewnie, że przez tą ucieczkę zaczęliśmy się od siebie oddalać. A może... nie zauważyłeś? — miauknął zdenerwowany. — Ale... nieważne. Może to ty masz mi coś do powiedzenia? — rzekł szybko, unosząc jedną brew. Sam już nie wiedział, co mówił. Wszystko mu się już mieszało, schodziło do punktu: "Zabiłem Prążkowaną Kitę, a potem Plamistą Łapę".
— Może chciałbyś mi powiedzieć prosto w pysk, o co ci chodzi? Myślałem, że może po tej ucieczce wszystko wróci do normy, że znów będzie jak dawniej... — głos łaciatego się załamał. — Że znów... będzie jak wcześniej. A ty? Jeszcze bardziej mnie odsunąłeś na rzecz jakichś ,,Świetlików!" — warknął. — Czyżbyś zapomniał o Zapomnianej Koniczynie? — dodał rozjuszony. — A może już nie jestem ci potrzebny? — mówił głośniej. — A może byłem tylko śmiesznym kotem, który był bratem twojej dawnej miłości i sprawiał ci radość do czasu, gdy się nie znudziłeś!? — krzyknął nagle.
Ptaki poderwały się z gałęzi, w obawie o swe życie. Stworzenia schowały się w norkach. Nawet ślimak, przechodzący nieopodal nich, zniknął pod swoją muszlą, nie chcąc dalej uczestniczyć w narastającej kłótni.
Po wypowiedzeniu tych słów, do oczu kocura napłynęły łzy, a on sam trząsł się z nadmiaru emocji.
Mina Snu natomiast się nie zmieniła. Wysłuchał w ciszy swojego przyjaciela.
W końcu się poruszył, a jego głos był spokojny i zmęczony, jakby wcale nie rozumiał tego, co właśnie wykrzyczał Zapomniana Koniczyna.
— Jakbyś nie zauważył, ty też jesteś częścią Świetlików — podjął w kóncu. — Masz złamaną łapę i nadal potrzebujesz opieki oraz jedzenia, a ja staję na wąsach, by ogarnąć tą całą grupę oraz żebyś, między innymi, coś jadł.
— Zapomnianą częścią Świetlików... — poprawił go szybko i cicho Koniczyna z wyraźnie urażonym i zirytowanym tonem głosu.
Przewrócił oczyma nadal oburzony i zerknął w bok, patrząc na przyjaciela. 
"Nie potrzebuję żadnej opieki!" — pomyślał. 
"I tak nikt się mną nie zajmuje. Nie jestem żadnym bachorem!"
Wypuścił gwałtownie powietrze z nosa, gdy już Mglisty Sen skończył.
Milczał. Gapił się głupio na czarnego wojownika, jakby go tam wcale nie było.
Wyraźnie posmutniał i wtedy ich spojrzenia się ze sobą zetknęły. Westchnął ciężko i podszedł do niego niezgrabnie.
— Posłuchaj, ja... martwię się o ciebie... — wypowiedział te słowa przyciszonym głosem. — Martwię się, że te całe obowiązki cię przytłoczą. I... — Wciągnął powietrze i zamknął na chwilę oczy. — I... że nie będziesz tym Snem, jakiego znałem... którego lubię. I za którego oddałbym własne życie... — miauknął smutno i spojrzał na swoje łapy.
"Lub nawet zabił" — dodał w myślach.
W świetle słońca jego oczy były zaszklone. Wystarczyło jeszcze chwilę poczekać, aż Koniczyn ich utopi morzem łez. Trząsł się wyraźnie z emocji, które go przerastały; nigdy się tak nie czuł, a przynajmniej nigdy tego nie okazał przy swoim przyjacielu.
Sen westchnął z rezygnacją i pozwolił się oprzeć przyjacielowi o siebie.
— Nic mi się nie stanie. Jest to przytłaczające, jednak nie sprawi to, że zmienię się całkowicie... Ktoś musi stać na pieczy tego wszystkiego, chociaż mam wrażenie, że bardziej nad tym wszystkim czuwa Jarzębinowy Żar. Ją też trzeba trochę odciążyć. Natomiast tobie jeszcze nie zagoiła się łapa, a bylibyśmy o wiele spokojniejsi, gdybyś w spokoju doszedł do siebie. Wiesz bardzo dobrze, że każda sprawna łapa jest nam potrzebna, nieprawdaż?
Młodszy przytaknął niechętnie kocurowi i spojrzał w bok. Uspokoił się, czując ciepłe futro Snu.
Westchnął ciężko i spuścił głowę.
— Z chęcią poczekałbym cierpliwie na zagojenie łapy, ale miło byłoby spędzić czas ze swoim przyjacielem — odparł mu niechętnie i oparł głowę o jego bok. Puls kocura się ustabilizował, a on sam patrzył zamyślony przed siebie.
— Wiesz... — zaczął cicho. — Brakowało mi ciebie. Twojego głosu, twoich, jakże dojrzałych, mądrości, gdy mruczysz mi do ucha... — Kocur słabo się uśmiechnął — Twojego ciepła. I spokoju, którym wręcz... emanujesz... — wymamrotał i westchnął. — Podczas gdy ja, Zapomniana Koniczyna, zwykle byłem kłębkiem nerwów i istnej nienawiści do kota, który... zabił... mojego pierwszego przyjaciela. Nawet nie wiem, czy jest sens nazywać go przyjacielem; w końcu to tylko zwierzę, które zdechło. — Spojrzał smutno w bok. — Litowałem się nad Biedronkiem, bo chciałem w końcu poczuć się za coś odpowiedzialny. I... zawiodłem. I pozostałeś mi tylko ty, mój Śnie. —Przełknął głośno ślinę i zamknął oczy, nasłuchując. I zakończył dramatycznie drżącym szeptem, niemal bezdźwięcznie:
— Nie chcę cię stracić, mój przyjacielu.
Dopiero wtedy dał kocurowi dojść do głosu.
Koniczyn zatrzepotał wiecznie śnieżnymi rzęsami, czując, jak serce zaczęło mu walić, a obraz podwajać się i potrajać. Miał wrażenie, jakby jego nogi przerodziły się w coś miękkiego i mógł w każdej chwili się wywrócić. Nie wiedział czemu.
On nie dowie się o tym; pomyślał z szeroko otwartymi oczyma.
Wkradł się na jego pyszczek słodki, aczkolwiek i mroczny uśmiech.
Przenigdy.
On już tego dopilnuje.

<Mój… “przyjacielu”?>

Od Brukselkowej Zadry

Odkąd Kwitnący Kalafior odeszła w zaświaty, halucynacje Brukselkowej Zadry tylko się pogorszyły. Pamiętała te dni, w których również odkładała wizyty u medyka… Wtedy to białofutra ją ratowała, przekonując, by zadbała o swoje zdrowie. Teraz… już jej nie było. Nie było nikogo, kto twardo kazałby jej udać się do lecznicy. Chyba że pewnego dnia Kalafior pojawi się przed jej oczyma w postaci zwidu i przekona ją, by wzięła się w garść i wróciła do swojego dawnego stanu. Stanu, w którym, na dobrą sprawę, nie była już od kilku… może kilkunastu długich księżyców.
Nie pamiętała dokładnego dnia, w którym wszystko zaczęło się sypać, ale od tamtego momentu było już tylko gorzej. Może gdyby Klan Gwiazdy nie zdecydował się zesłać jej przepowiedni, wszystko potoczyłoby się inaczej? Może nie musiałaby wybierać między wolnością a pozostaniem w Klanie Wilka, by spełnić swój obowiązek… Obowiązek, który starała się wykonać, sprowadzając do klanu trójkę kociąt, wychowując je, a także Wilczka – na wiernych Klanowi Gwiazdy. Jednak na co było to wszystko, skoro te wszystkie koty uciekły? Na co były te trudy, skoro nawracanie zmieniło się w uciekanie od problemu?
Nie widziała już sensu w dalszym robieniu… właściwie czegokolwiek, w imieniu Gwiezdnych Przodków. Z Klanu Wilka i tak odeszła już większość kotów, która miała jakieś zadatki na bycie kimś dobrym. W końcu kto jej został? Wilczy Skowyt, o którym plotka ostatnio kręci się od kota do kota po obozie? Gwiazdnicowy Blask? Wrotyczowa Szrama, która ostatnio zdaje się jej unikać? Na pewno było jeszcze więcej kandydatów, ale czy to mimo wszystko wystarczy? Kultystów i kotów wiernych Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd, było, tak czy siak, znacznie więcej. Byli silniejsi, lepiej wyszkoleni, zmuszani od najmłodszych lat do przekraczania własnych granic.
Brukselkowa Zadra westchnęła. Leżała teraz w legowisku starszyzny, jej futro skąpane w mroku, jakby czyhał na nią zły omen – szpony Mrocznej Puszczy. Zwietrzały zapach Kwitnącego Kalafiora kręcił się w jej nosie, gdy odpoczywała na posłaniu swojej matki. Choć “odpoczywała” to zdecydowanie za dużo powiedziane. Brukselka czuła się raczej tak, jakby tu gniła. A wizje tego, jak przez próg zostaje wyniesione zimne ciało białofutrej, wcale jej nie pomagały; tylko spędzały jej sen z powiek.
Zastanawiała się, jak miała dojść do siebie, skoro co jakiś czas słyszała niezrozumiałe szepty, widziała przed oczami plamy, czuła zapachy, których nie miała jak wyczuć w tym zatęchłym legowisku. Czy popadała w obłęd? Czy to wszystko było jakąś karą – a może testem od Klanu Gwiazdy? Brukselka czuła, że aby spać spokojnie, potrzebowała wyjaśnień. Potrzebowała zapewnienia, że Gwiezdni Przodkowie jeszcze nad nią czuwają, że wciąż ją widzą. Ufają jej. Liczą na nią. Oczekują, że spełni ich prośbę i spróbuje naprawić ten zdeprawowany klan.
Czuła, że z każdym kolejnym dniem traci wiarę w Gwiezdnych Przodków. Jednak gdy myślała o tym, ile już straciła z ich powodu, zaczynała czuć się źle z faktem, że poddaje się właśnie teraz. Gdy kazali jej uśmiercić jedną z ważniejszych postaci w Klanie Wilka, nie zawahała się. Gdy musiała przeżyć okres rozłąki z Wrotyczową Szramą – wtedy jeszcze Głupią Łapą – przetrwała go i nawet nie myślała o tym, by kiedyś porzucić Klan Gwiazdy i podporządkować się zasadom panującym w Klanie Wilka.
Właśnie dlatego, gdy do legowiska starszyzny wtargnęły pierwsze promienie słońca, Brukselka zerwała się na równe nogi. Było to tak nagłe i niespodziewane, że Srebrzysta Łuna i Borsucza Puszcza, które już nie spały, natychmiast zwróciły oczy w jej stronę. Zdawało się nawet, że niebieska kotka chciała coś powiedzieć, lecz w tym momencie liliowa zacisnęła zęby i chwiejnym, słabym krokiem ruszyła do przodu. Minęła poranny patrol przy wyjściu i żwawym tempem skierowała się ku wierzbie rosnącej za rzeką.
Tej samej wierzbie, pod którą otrzymała przepowiednię. Pod którą po raz pierwszy spojrzała na Głupią Łapę i Zabłąkaną Łapę inaczej – czego nie mogła powiedzieć o Kosaćcowej Łapie. Brukselka urodziła się, już żywiąc do niego nienawiść i żadne gadki o tym, że Klan Gwiazdy mu zaufał, nie mogły tego zmienić.
Droga do wierzby była długa i pełna trudności, ale mimo wszystko pręgowana się nie wycofała. Nie zawróciła, nie podkuliła ogona i nie zatopiła się ponownie w legowisku swojej zmarłej matki. Przebrnęła nawet przez rzekę, choć z ogromnym trudem. Gdy dotarła pod pień, łapy piekły ją od wysiłku. Ociekała wodą, drżała z zimna. Ze zmęczenia załamały się pod nią nogi, ale przynajmniej czuła, jakby Gwiezdni Przodkowie byli tuż obok.
Otworzyła pysk, by prosić ich o radę, o pomoc, lecz nie wydobył się z niego żaden dźwięk, który choć w minimalnym stopniu przypominałby istniejące słowo. Zamiast tego Brukselka zaczęła ciężko dyszeć, próbując złapać oddech. Czuła, że nie da rady wrócić do obozu – że w drodze powrotnej nie będzie miała dość siły, by sprzeciwić się nurtowi rzeki. Już żałowała, że w ogóle tu przyszła. A może wcale nie?
Może jej przeznaczeniem było umrzeć właśnie tutaj. Umrzeć blisko Klanu Gwiazdy. W miejscu, w którym zabranie jej ducha na Srebrną Skórę nie będzie problemem – o ile w ogóle zasługiwała na to, by na niej osiąść.
Nie była w stanie dłużej utrzymać otwartych oczu. Jej powieki stały się ciężkie i żadna siła, jaka jeszcze pozostała w ciele Brukselkowej Zadry, nie była w stanie zatrzymać ich w górze. Usnęła.

.𖥔 ݁ ˖˙✦

Gdy ponownie otworzyła oczy, nie czuła już chropowatej kory, o którą chwilę temu oparła opuszki przednich łap. Nie czuła bólu, jaki towarzyszył jej od dnia śmierci matki. Jej łapy były lekkie, oddech miarowy, spokojny, ciało zdawało się samo kroczyć po miękkiej, aksamitnej wręcz trawie, która w dotyku przypominała kotce o ciepłym brzuchu jej matki, gdy jeszcze za kociaka kuliła się u jej boku. Rozejrzała się. Przed nią znajdowało się znajome drzewo, jednak tym razem lśniło bielą, a jego kosmki spokojnie hulały na wietrze. Wokół było dość ciemno, lecz trawa i pojedyncze kwiaty iskrzyły srebrem, niczym śnieg w środku Pory Nagich Drzew. Za rzeką jednak, która otaczała wyspę, wojowniczka nie była w stanie dostrzec niczego więcej poza nieprzeniknionym mrokiem.
Umarła? Czy znalazła się w Klanie Gwiazdy, czy może Przodkowie uwięzili ją w miejscu gdzieś pomiędzy rajem a krainą tak przesiąkniętą zapachem krwi i złem, że nawet najgorsi mordercy poczynali w nim żałować swoich czynów? Omiotła to miejsce wzrokiem jeszcze raz, starając się wypatrzyć coś, co mogła poprzednim razem przegapić. Może wystający spomiędzy korony drzewa koniuszek ogona, może czyjeś czujne spojrzenie śledzące jej kroki, a może łapę upstrzoną gwiazdami, należącą do kota siedzącego na jednej z gałęzi wierzby.
A może to wszystko było jedną wielką halucynacją? Nigdy wcześniej nie zdarzały się z takim nasileniem, ale po tak ogromnym wysiłku Brukselka była przekonana, że wszystko jest możliwe.
— Halo? — mruknęła w końcu, gdy się do tego przełamała. Słowa odbiły się echem w jej głowie, dudniły w uszach. Czujnie nasłuchiwała, czy gdzieś obok coś nie zadrży, nie zaszmera. Jeśli naprawdę był to kolejny sen zesłany przez Klan Gwiazdy, to co chcieli przekazać jej tym razem?
Po polance rozszedł się czyjś perlisty śmiech. Dobiegał wprost z korony wierzby, toteż i tam powędrowały oczy wojowniczki. Już po chwili dostrzegła parę błękitnych ślepi należących do malutkiej postaci, niemającej więcej niż sześć księżyców, o charakterystycznej, przepołowionej, białej plamce na klatce piersiowej.
— Cześć, Brukselkowa Zadro! — miauknęło przyjaźnie kocie.
W pierwszej chwili Brukselkowa Zadra kilkakrotnie zmrużyła oczy, jakby ogarnięta nagłym szokiem. Zaczęła błądzić w zakamarkach swojego umysłu, próbując odnaleźć w nim obraz kotki choćby trochę podobnej do kociaka stojącego przed nią.
— Pajęczynka? — wydukała w końcu, ze zdziwieniem marszcząc brwi. Czy koteczka miała jej do przekazania jakąś wiadomość? Jeśli Brukselki nie zawodziła pamięć, młoda buraska zmarła podczas czuwania. Jej życie zostało odebrane przez sowę.
Ta młódka miała przed sobą tyle pięknych chwil… dokładnie tak jak Brokuł, który – przynajmniej z perspektywy Wilczaków – dzielił z nią podobny los.
— Ja! — odpowiedziała radośnie koteczka, niezdarnie poczynając zsuwać się w dół drzewa, zaczepiając i puszczając się pazurkami. Nie, żeby musiała to robić. W Klanie Gwiazdy niemożliwym było uszkodzenie się poprzez upadek, ale Pajęczynka wolała zachować ostrożność.
Kiedy w końcu sukcesywnie wylądowała zadkiem na trawce przed łapami Brukselkowej Zadry, zadarła łepek do góry i wyszczerzyła się.
Liliowa nie mogła powstrzymać ciepłego uśmiechu, który wkradał się na jej lico. Wyraz ten nieczęsto pojawiał się na pysku Brukselki; gdyby teraz obserwował ją któryś z pobratymców, najpewniej uznałby, że wojowniczka została podmieniona.
— Co tu robisz, Pajęczynko? — zapytała łagodnie, delikatnie przekręcając głowę. Buraska charakterem nijak nie przypominała Horyzont czy Sna, ale mimo to pręgowana nie mogła przestać myśleć o dwójce kotów, które straciła. Gdyby tylko mogła cofnąć czas, zrobiłaby to. Nie była jednak pewna, czy wtedy, choć z bólem serca, oddałaby te kocięta pod opiekę innej kotce, czy trudziłaby się jeszcze bardziej, by utrzymać tę rodzinę przy sobie.
Koteczka spoważniała, nadymając przy tym policzki, by wyglądać groźniej.
— Przyszłam ci pomóc! — oznajmiła dumnie i oficjalnie, zadzierając ogonek do góry.
Jej głos wyrwał Brukselkę z wcześniejszych rozmyślań. Uniosła brwi do góry, trochę zdziwiona, choć nie było ku temu powodu. To oczywiste, że od kilku dni zaniedbywała swoich bliskich, swoje obowiązki, a nawet… siebie. Jednak trochę nie dowierzała, że Gwiezdni Przodkowie zesłali akurat Pajęczynkę, czyli młodziutkiego kociaka, by ta jej pomogła.
— To bardzo miłe z twojej strony, Pajęczynko — odezwała się powoli. — A jak konkretnie chcesz mi pomóc?
Pajęczynka odchrząknęła, jakby właśnie w głowie przywoływała jakiś wierszyk i potrzebowała przed tym zaczerpnąć powietrza. Zapewne podobnie zachowywałaby się przed recytacją kodeksu wojownika podczas treningów, lecz nie było jej to dane. Jej oczy zalśniły nagle jaskrawą bielą, roznosząc światło wszędzie wokół.
— Byłaś dzielna, Brukselkowa Zadro. Pozostałaś wierna swym przodkom do końca, wycierpiałaś więcej niż niejeden kot, jaki chodzi po tych terenach. Jesteś jedną z ostatnich, która nie porzuciła misji powierzonej jej przez Klan Gwiazdy. — Głos małej Pajęczynki uległ zmianie, jakby jednocześnie przemawiało wiele kotów. — Nie obawiaj się jednak. Twoje poświęcenie zostanie wynagrodzone. Dajemy ci szansę na wysłanie ku nam jednego życzenia i dopełnimy wszelkich starań, by ono się spełniło. Zastanów się jednak dobrze – tę decyzję możesz podjąć tylko raz, a jej skutki będą nieodwracalne.
Przez jej głowę w ciągu uderzenia serca przemknęła niezliczona ilość zdań i próśb. Mogła prosić o tak wiele, a jednocześnie o tak mało… Musiała sama postawić sobie pytanie, na czym w tym momencie zależy jej najbardziej. Mogła prosić o to, by uciekinierom dobrze się powodziło, by przebrnęli przez wszelkie trudności i nie musieli zbędnie cierpieć. Mogła prosić o to, by Zaćmionemu Horyzontowi, o ile kotce udało się przetrwać, powodziło się i aby przeżyła swoje życie w spokoju. A jednak… jedno z życzeń wyraźnie częściej pojawiało się w jej umyśle. I choć Brukselka próbowała je stłumić, uznając je za głupie, nie mogła się mu oprzeć. Bo co, jeśli Gwiezdni Przodkowie będą w stanie dać Kwitnącemu Kalafiorowi drugie życie? Lepsze… takie, jakie sobie wymarzyła – białofutra zawsze pragnęła być wolna i chyba nigdy do końca nie przyzwyczaiła się do zwyczajów, jakie panowały w Klanie Wilka. Brukselka wiedziała, że to nie była droga, którą kocica chciała podążać. Wiedziała, że tam, wśród innych Wilczaków, nigdy nie czuła się jak jeden z nich.
Może i przyjęli ją formalnie, lecz nie… duchowo. Bo Kwitnący Kalafior nie była taka… taka jak inne Wilczaki. Nigdy nie przyjęła wiary w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, a gdy Pokrzywowy Wąs opowiadał Brukselce i jej rodzeństwu o Mrocznej Puszczy, milczała. Jakby odczuwała dyskomfort.
Liliowa wzięła w płuca głęboki wdech. Słowa Pajęczynki i innych Przodków ciążyły na niej jak ból, który odczuwała odkąd zmarła białofutra. “Zastanów się jednak dobrze – tę decyzję możesz podjąć tylko raz, a jej skutki będą nieodwracalne” – słyszała gdzieś z tyłu głowy, powtarzane jak mantrę. Gdy zmierzała w to miejsce, nie sądziła, że zostanie postawiona przed wyborem tak ciężkim, i mimo że buraska jej nie pospieszała, Brukselka czuła, jakby uciekał jej czas.
— Ja… — zaczęła. W jej głosie brzmiało niedowierzanie. — To ciężka decyzja, ale… — kontynuowała, przeciągając słowa, jakby między nimi wciąż się zastanawiała — tak bardzo chciałabym, by…
Zmrużyła delikatnie oczy i zwróciła je ku swoim łapom, szukając w czymś ukojenia. Miała wrażenie, że jej głowa zaraz pęknie.
— Nie marzę o niczym innym, lecz o tym, by moja mama mogła przeżyć swoje życie raz jeszcze, po swojemu. Nie ograniczana przez… partnera, kocięta, rówieśników, przywódcę... Chcę, by wreszcie miała prawo głosu. By, gdy tylko dorośnie, mogła podejmować za siebie decyzje, by nic ją nie powstrzymywało — dokończyła, w końcu zwracając spojrzenie swoich żółtych oczu w stronę Pajęczynki. — Czy… czy jest to możliwe?
Klan Gwiazdy milczał przez parę uderzeń serca. Brukselska zdążyła nawet zwątpić w to, czy jej życzenie było w zakresie możliwości przodków, lecz nim udało jej się otworzyć pyszczek, ktoś ją uprzedził.
— Twoja prośba jest szlachetna. Choć dla kogoś zdawać by się mogła samolubna, gdyż dotyczy spełnienia twoich własnych potrzeb, tak stoi za tym coś większego. Moc, której nikt nie może ci odebrać. Miłość. Na świecie nie ma drugiej takiej siły, która mogłaby na równi stanąć z uczuciem miłości do kogoś nam bliskiego. Twoje serce jest czyste. Nie prosisz o bogactwa, o pozycję, a o dobre życie dla chorej matki... Klan Gwiazdy spełni twoją prośbę — mówiła Pajęczynka. — Przybądź pod Świetlistą Wierzbę nim miną dwa księżyce. Na twej drodze stanie nie jedna przeszkoda, jednak ty, Wybrana, przeciwstawisz się im. Gdy już odnajdziesz swą drogę i staniesz u stóp drzewa, okrąż je i zadrap w korę dwukrotnie. To ostatni krok, jaki musisz postawić w tej przygodzie — dokończyła.
Brukselkowa Zadra była zdziwiona postawionymi przed nią wymaganiami, lecz skinęła głową. Okrążyć drzewo? Zadrapać korę dwukrotnie? Nie wiedziała, dlaczego miałaby to robić, ale skoro Klan Gwiazdy tak przykazał, najwyraźniej nie miała wyjścia.
— Dziękuję… — wyszeptała, pochylając łebek przed Pajęczynką. — Nie zawiedziecie się na mnie, obiecuję — dodała jeszcze, starając się jednocześnie przekazać Gwiezdnym Przodkom, że nie zamierza się poddać w ratowaniu Klanu Wilka. Z całą pewnością nie zrobi wszystkiego sama; będzie potrzebowała wsparcia przyjaciół i rodziny. Chciała jednak dać do zrozumienia, że w razie potrzeby chętnie poprowadzi rebelię.
Wtem jeszcze raz przez jej głowę przemknęła myśl o uciekinierach. Czy Klan Gwiazdy wiedział, co się z nimi działo?
— Hej, a… czy wiecie, co dzieje się z tymi, którzy uciekli z Klanu Wilka?
Pajęczynka zatrzęsła łebkiem, a jej oczy przestały lśnić. Postawiła parę niepewnych kroków w stronę wojowniczki, starając się z całą mocą Klanu Gwiazdy nie stracić równowagi. Kiedy podniosła główkę, jej ślepia wydawały się zasmucone.
— Nasi przodkowie... Nie są w stanie ich dosięgnąć... — szepnęła z żalem w głosie. — Przez wpływy Mrocznej Puszczy na terenach Klanu Wilka, mamy niewielki zasięg działania. Najmocniejszy jest tu, pod Świetlistą Wierzbą, jednak dalej? Teraz kroczą pod obcym niebem. Nie naszym. Lśnią na nich cudze gwiazdy, które... Które mogą nie być tak przychylne. — Pajęczynka przełknęła głośno ślinę. Klan Gwiazdy zapewne wiedział o każdym występku, jakiego dopuścili się uciekinierzy. — Co do ich bezpieczeństwa... Również niewiele wiemy... A-ale nim zgubiliśmy ich trop- — Bura kotka już chciała dokończyć opowieść, gdy jakaś iskierka spadła na jej nosek. Pajęczynka kichnęła, milknąc. — Nie, nieważne... Przepraszam. Nie powinnaś tu tak długo przebywać. Twoi bliscy zaczną się martwić.
Liliowa była zawiedziona faktem, że o grupce uciekinierów nie było nic wiadomo. Czy udało im się przeżyć? Czy znaleźli bezpieczne schronienie? Tego mogła się tylko domyślać. Miała jednak nadzieję, że Mglistemu Snu nic się nie stało – chyba by sobie nie wybaczyła, gdyby jej własny syn został ciężko ranny, a może nawet zmarł.
I może tak naprawdę wcale nie była dobrą matką, zostawiając go samego z tamtą grupą? A może bez niej był szczęśliwszy. Bez niej i bez Wrotyczowej Szramy, za którą nie przepadał, odkąd odkrył, że jego biologiczny ojciec się w niej zakochał.
Brukselka westchnęła, raz jeszcze pochylając głowę przed buraską w podzięce.
— Rozumiem — mruknęła. — Mam tylko nadzieję, że nic poważnego im się nie stało — dodała ciszej.

.𖥔 ݁ ˖˙✦

Niedługo później Brukselkowa Zadra otworzyła ślepia. Przed jej oczami wciąż widniała wierzba, pod którą zasnęła. Za nią ciągnęła się rzeka, a nad nią rozpościerało się szare niebo. Jeszcze nie zmierzchało, ale z całą pewnością minęło już trochę czasu, odkąd opuściła obóz. Powinna wracać.
Napełniona nową energią bez problemu podniosła się z ziemi, choć jeszcze rano ledwie tu dotarła, a ból przeszywał jej ciało niemal przy każdym kroku. Teraz czuła się znacznie lżej, choć i tak – w porównaniu ze snem – rzeczywistość była przytłaczająca. Odkąd się obudziła, miała wrażenie, jakby wszystkie jej problemy ponownie spoczęły na barkach.
Pocieszała ją jednak myśl, że Klan Gwiazdy szykuje dla niej coś więcej. Jakąś nagrodę, niespodziankę. Nie zastanawiała się nad tym, w jaki sposób chcą podarować Kalafiorowi drugie życie, lecz czuła, że się nie zawiedzie.

* * *

Gdy wróciła do obozu, od razu podbiegła do niej Gwiazdnicowy Blask. Zaczynało się już ściemniać – Brukselki nie było prawie cały dzień, a poza tym wyglądała jak siedem nieszczęść: wilgotne, zmierzwione futro, zmęczone oczy, rwany oddech i drżące łapy. Szylkretka natychmiast podparła ją własnym ciałem, by się nie przewróciła.
— Mamo! Gdzie byłaś cały dzień? Martwiliśmy się o ciebie… — mruknęła nerwowo, choć w jej głosie pobrzmiewała też ulga, jakby właśnie spadł jej kamień z serca.
Faktycznie – może nie powinna znikać bez słowa, ale wtedy czuła, że musi to zrobić. Nie miała innego wyjścia. Wolała odejść bez pożegnania i zrobić cokolwiek, zamiast spędzić kolejny dzień w bezruchu.
— Nie martw się, Gwiazdko… Miałam sprawę do załatwienia — wyjaśniła, nie zdradzając szczegółów. — Opowiem ci później, gdy przyjdzie na to czas — dodała jeszcze, po czym odsunęła się od córki i zaczęła kuśtykać w stronę legowiska starszyzny.
Nim jednak do niego dotarła, Gwiazdnicowy Blask zagrodziła jej drogę.
— Nigdzie nie idziesz! Musisz iść do medyka, proszę! Inaczej jeszcze zachorujesz. Jest zimno, łatwo się przeziębić — miauknęła, zaciskając zęby. Zachowywała się teraz bardzo podobnie do Kwitnącego Kalafiora… no, może nie do końca. Ale zamysł miały ten sam.
— Dobrze, dobrze. Pójdę do tego medyka — westchnęła, uśmiechając się słabo, na co Gwiazdnica wypuściła ze świstem powietrze z płuc.
Razem z córką ruszyła do lecznicy, zastanawiając się, czy spotka tam Roztargnionego Koperka, czy Cisowe Tchnienie. Trochę obawiała się, że jeśli będzie tam jej brat, zauważy, do jakiego stanu się doprowadziła. Oprócz skrajnego zmęczenia i zapewne wychłodzenia cierpiała też na bezsenność i doświadczała halucynacji. Miała świadomość, że mogłyby ustąpić, gdyby tylko poprosiła o kilka ziarenek maku. Zawsze jednak miała problem z proszeniem pobratymców o pomoc i zazwyczaj wolała trzymać swoje problemy w sobie.
Gdy postawiła łapę w legowisku medyków, do jej nozdrzy od razu dotarł zapach ziół, a także – choć być może była to tylko kolejna halucynacja – zwietrzała woń Jarzębinowego Żaru. Brukselka miała wrażenie, jakby szylkretowa kocica wciąż tu była, jakby ściany przesiąknięte były jej zapachem i obecnością. Rozejrzała się zdezorientowana, dopóki z półmroku nie wyłoniła się sylwetka liliowego kota, łudząco do niej podobnego.
W ciszy Roztargniony Koperek podeszło do Brukselki, obserwując ją od góry do dołu.
— Daruj sobie te oględziny. Daj mi kilka ziarenek maku i coś na wzmocnienie, bo jestem wyczerpana — rzuciła twardo, jakby mimo swojego stanu nie chciała, by Koperek pomyślało, że źle sobie radzi.
Liliowe skinęło głową i sięgnęło po zioła do składziku. Brukselka nie znała ich nazw, lecz bez wahania je zjadła. Choć nie chciała tego przyznać – nawet przed sobą – zależało jej na tym, by wyzdrowieć i wrócić do dawnego stanu. Może nie wyglądała na kogoś, kto naprawdę chce pomocy, lecz w rzeczywistości była to jedyna rzecz, jakiej pragnęła. By ktoś ją zauważył. I jej problemy.
Było to jednak mylące. Gdyby ktoś zapytał Brukselkę wprost, czy coś jej dolega, i tak odpowiedziałaby, że nie. Sprawiała wrażenie, jakby sama nie wiedziała, czego chce…
— Dziękuję — mruknęła, gdy skończyła jeść mieszankę ziół przyniesioną przez Koperka. Liliowe nie odezwało się do niej przez całą wizytę, lecz wojowniczka nie miała tego jeno za złe. Po śmierci matki znów trochę się od siebie oddalili. Brukselkowa Zadra zastanawiała się, jak Koperek radziło sobie ze stratą kogoś tak bliskiego; to jednak nie był czas ani miejsce na takie rozmowy. Zapyta je… kiedyś. Ewentualnie.

Wyleczeni: Brukselkowa Zadra

14 stycznia 2026

Od Smugi CD. Kropli

Dni były coraz chłodniejsze, dlatego też Smuga z coraz większą niechęcią opuszczał w miarę ciepłe posłanie na kasztanowcu, gdzie mieściło się legowisko uczniów. Żagnica jednak nie posiadał w swoim słowniku słowa takiego jak litość lub taryfa ulgowa. Wojownik nie dawał po sobie poznać, by coraz mroźniejsze wschody słońca robili na nim jakiekolwiek wrażenie, lecz on miał wiele takich sezonów za sobą, a Smuga? Przez pierwsze księżyce to z przyjemnością grzał swoje cztery litery w żłobku u boku matki, od której biło przyjemne ciepło.
W mroźne poranki uwielbiał się oddawać tym wspomnieniom, mając najszczerszą ochotę wrócić na jeden sezon do kociarni. Niestety mógł tylko o tym pomarzyć i mieć nadzieje, że to rozgrzeje jakoś jego biedne ciało. Nie dość, że budową przypominał zwiadowcę, to jeszcze jego krótka sierść nie stanowiła najlepszej ochrony przy niższych temperaturach. Z trudem powstrzymywał szczękanie zębami, kiedy tylko schodził z drzewa, by wyruszyć na trening zaraz po powrocie porannego patrolu. Nigdy nie wychodzili wcześniej, co zastanawiało ucznia. W drodze do miejsca docelowego Smuga postanowił poruszyć ten temat:
— Czemu nigdy nie wychodzimy wcześniej, przed pierwszym patrolem? — Właśnie szli wzdłuż szerokiego koryta rzeki, która sprawiała wrażenie, jakby sięgała brzegu wyżej niż w innych dniach.
— Ojciec Ci nie mówił? — spytał z nutą zaskoczenia. — Do czego to doszło, bym musiał wychowywać nie swoje bachory… — mruknął pod nosem, co nie uszło uwadze mniejszemu.
— Kogo nazywasz bachorem? Choć może nawet lepiej, dalej mi do grobu i Wszechmatki — odgryzł się bicolor.
— A ty co, gorliwy wierzący? — sarknął starszy, patrząc przed siebie, a dokładniej na majaczący w oddali Konający Buk.
— Jeśli masz przez to na myśli kota, co sobie przypomni o istnieniu Wszechmatki raz na sezon to owszem.
— Jakoś mnie to nie dziwi — podsumował Żagnica z wrednym uśmiechem na pysku.
— Odezwał się stary dziad — fuknął pod nosem czekoladowy.
— Wracając do tematu — zaczął van, przewracając oczami na fuknięcie ucznia. — Nie opuszczamy obozu przed pierwszym porannym patrolem zwiadowców, gdyż tak naprawdę dzielimy tereny z lisami, które przenoszą wściekliznę.
— Lisami? — powtórzył, a jego oczy zaświeciły się z zaciekawienia. — Nigdy żadnego nie widziałem — przyznał.
— I niech tak pozostanie. Śmierdzą i nie można im ufać — podsumował wojownik, przyspieszając kroku, by dać jasno do zrozumienia, że rozmowa na ten temat dobiegła końca. Młodszy trzepnął ogonem nieco niezadowolony, że jego mentor tak szybko uciął tę kwestię, lecz bez zbędnego gadania także przyspieszył, by zrównać z kocurem. Dopiero po chwili zaczął rozpoznawać okolicę oraz kierunek, w którym się udają.
— Idziemy znowu do Śliwowego Gaju? — spytał zaciekawiony.
— Nie — rzucił starszy. — Przekroczymy Konający Buk. Nie będzie mi nikt mówił jak mam szkolić ucznia, a tym bardziej kot, który nosił imię Chmurka — wysyczał, mając na myśli Orchideę. — Uważa się, za nie wiadomo kogo, bo liderka jest jej partnerką — dodał, przecinając gniewnie ogonem powietrze za sobą.
Ostatnie zdanie utwierdziło Smugę w jego podejrzeniach, że ten mówi o liliowej wojowniczce, z którą niedawno mieli wspólny trening. Z daleka widać było, że Żagnica nawet w najmniejszym stopniu nie toleruje młodszej kotki. Czekoladowy nie znał powodu tej nienawiści, lecz ta wiedza nie była mu potrzebna do szczęścia. Istniała szansa, że może coś gdzieś usłyszy na ten temat między plotkującymi kotami w obozie — kocur nie był plotkarzem, lecz uważał, że plotki są dobrym źródłem jakiejś niewielkiej wiedzy, która ma swoje odniesienie w rzeczywistości.
— Nie wiem, czego ona się boi, przecież to jak wchodzenie po drzewie, tylko że nad wodą oraz do przodu, a nie w górę — mruknął pod nosem wojownik. Zdecydowanie ten chował urazę od ostatniej wymiany zdań między nim a Orchideą.
— Często łatwiej jest powiedzieć niż zrobić — rzucił od niechcenia młodszy, co spotkało się z gniewnym spojrzeniem mentora. — Znaczy… Ja tak nie uważam, w końcu dla chcącego nic trudnego, nie? — wybronił się.
Żagnica jedynie zmierzył go wzrokiem i skierował się do powalonego drzewa. Młodszy podążył za nim, podchodząc do wystających nad ziemią korzeni, by spojrzeć na płynącą wodę. Podobno to właśnie w niej zginął niedawno ledwo mianowany wojownik.
— No to właź, chyba że jest z ciebie boi-myszka — oznajmił.
Czekoladowy nie miał zbyt dużego wyboru, więc z należytą ostrożnością wdrapał się na śliski pień. Jeszcze mu było życie miłe, więc od razu wysunął pazury, posuwając się niewielkimi krokami naprzód, co raczej nie zadowalało jego mentora, lecz ten siedział cicho, jakby brał pod uwagę, że młodszy robi to pierwszy raz. W połowie długości jedna z tylnych łap osunęła mu się, odłamując spróchniały kawałek kory.
— Dalej nie idę! — głośno zaprotestował, wczepiając się mocno pazurami w miejsce, gdzie się zatrzymał, nie mając zamiaru pokonać pozostałej połowy przed nim. Van coś rzucił pod nosem do siebie, by następnie z wprawą wskoczyć na buk i podejść do ucznia. Chwycił go zębami za skórę na karku i niczym kocie zaczął nieść na brzeg, z którego wyruszyli.
— Pamiętaj, umiesz liczyć, licz na siebie. Nie zawsze będzie obok ktoś większy i silniejszy, by cię wyciągnąć z opresji. Także był to ostatni raz, jasne?
— Jasne… — odpowiedział ciut niepewnie, nadal będąc przepełnionym strachem, choć stał już na stabilnym gruncie.

***

Wrócili wcześniej do obozu, niż zakładał Żagnica, lecz widząc stan Smugi, postanowił mu ten jeden raz odpuścić, a bardziej to nie marnować swojego czasu na próbę nauki czegokolwiek kotu, który nadal trzęsie się jak mysz z obawy o własne życie. Bicolor był mu w duchu wdzięczny, że mimo wszystko jego mentor nie jest skończonym bucem.
Już nieco mniej przestraszony podszedł do stosu ze zwierzyną, z której wybrał sobie mysz. Następnie oddalił się nieco, by na spokojnie porozmawiać z wyimaginowanymi przyjaciółmi. Przez treningi rzadko to robił, a ta czynność pozwalała mu się skupić na czymś innym.
Pochłonięty rozmową, usłyszał po chwili kroki zbliżającego się kota. Przenosząc wzrok, ujrzał Kroplę, która z lekkim uśmiechem dołączyła do Smugi, po drodze biorąc coś ze stosu dla siebie do zjedzenia.
— Smacznego, Smugo — mruknęła, siadając obok niego.
— Dziękuję! Nawzajem — zerknął na nią. — Co dziś porabiałaś? Wyszłaś z obozu, prawda?
— Tak. Fruczak wziął mnie na wspinaczkę. — Widocznie się wzdrygnęła, co nie uszło uwadze kocurowi, który po chwili spoglądał w żółte oczy siostry. — Jako wojownik uczysz się tego cały czas, prawda? Jak ty się nie boisz, że spadniesz…?
— Może nie cały czas, ale co jakiś czas Żagnicy się o tym przypomni — wyjaśnił. — Nie boję się? Ale oczywiście, że się obawiam upadku, dlatego też nie pcham się na wyższe gałęzie. Dziś Żagnica zabrał mnie nad Konający Buk. To stare drzewo, które tworzy przejście na drugą stronę rzeki, jest śliskie i w niektórych miejscach spróchniałe. W połowie drogi tylna łapa mi się osunęła, a ja ze strachu nie chciałem ruszyć dalej. Żagnica musiał mnie jak kociaka nieść z powrotem — przyznał, czując się nieco zażenowanym tą sytuacją, lecz wiedział, że Kropli może opowiedzieć o wszystkim, a ta go będzie wspierać.
— Bałeś się? Ty? — powtórzyła z niedowierzaniem.
— Tak, niemożliwe, nie? — zachichotał. — Ale dzięki temu otrzymałem kolejną ważną lekcję oraz dowiedziałem się, że mój mentor nie jest skończonym bucem — dodał, kończąc swoja wypowiedź krótkim śmiechem, na co Kropla mu zawtórowała. — A tobie jak poszła wspinaczka? Lepiej niż mi pokonanie Konającego Buku? — zapytał, by następnie wziąć kęs piszczki, oczekując na odpowiedź siostry.

<Kroplo?>
[1147 słów]