— Ogon trzymajcie nisko, pazury na razie schowajcie, napnijcie mięśnie u łap i zniżcie się do przykucu — mówił Nocny Śpiewak, spoglądając na dwójkę swoich kociąt, doskonale się bawiących i jednocześnie uczących nowej, przydatnej pozy, a mianowicie… pozycji łowieckiej! Kruczoczarny obszedł ich dookoła, uważnie dopatrując się wszelkiego rodzaju niedociągnięć w nieidealnych posturach kociąt. Skowronek wyprostował się dumnie niczym paw, a następnie przykucnął nisko przy ziemi, spoglądając na ojca z nadzieją. Ogon sterczał mu ku górze niczym antenka, a jedna z tylnych łap była delikatnie wykręcona do boku. Bryzka zaś poprawiła małym językiem parokrotnie futerko na swojej piersi, z entuzjazmem patrząc przed siebie i uginając łapy w łokciach, żeby klatką piersiową muskać wręcz podłoże pod sobą. Tylne łapy zaś zgięła, aczkolwiek na tyle nisko, że najzwyczajniej w świecie się położyła. Kocur nosem popchnął delikatnie dymnego kocurka, w celu poprawienia przybranej przez niego pozy. — Skowronku, musisz rozluźnić mięśnie i pozwolić, by ogon ci opadł na sam dół. Jeśli będziesz polował na jakąkolwiek zwierzynę, a twój ogon będzie sterczał w najlepsze ku górze, dostrzegą cię w gęstym, leśnym poszyciu i uciekną, zanim uda ci się w ogóle do nich zbliżyć. Zwierzyna, szczególnie Porą Nagich Drzew jest niezwykle płochliwa. Wojownicy nie mogą pozwalać sobie na żadne niedociągnięcia podczas zachodzenia pożywienia. Oczywiście na każdy rodzaj mamy inne techniki polowania, jednak ja nauczę was dzisiaj takiej, która działa zazwyczaj przy każdym typie, jeśli tylko dobrze się ją wykona.
Bryzka kiwnęła z zapałem głową, a jej braciszek słuchał z uwagą porad ojca.
— Tatusiu, a co jest nie tak w mojej pozycji? Chyba że wszystko idealnie? — zapytała z uśmieszkiem, łudząc się na to, że za pierwszym razem perfekcyjnie wykonała polecenie, mimo że nigdy wcześniej nie miała okazji zobaczyć Wilczaków ćwiczących tę technikę. Skowronek pokręcił głową i prychnął z niezadowoleniem, gdy uwaga ojca przeszła na nią. Może Bryzka sobie to jedynie dopowiedziała? Nocny Śpiewak zerknął na swoją córeczkę i przyjrzał się jej dokładnie, w milczeniu. Kiwnął wreszcie głową.
— Za bardzo napinasz mięśnie. Do czasu, kiedy przyjdzie ci podejść zwierzynę, łapy będą tak cię boleć, że większość energii zmarnujesz na to, żeby nie mieć częstych skurczów. Musisz sprawnie wybierać moment, w którym najkorzystniej jest je spiąć i wykorzystać to w polowaniu. Musisz się podnieść, o tak. — I mówiąc to, ugiął łapy podobnie do niej, aczkolwiek brzuch miał dużo wyżej, razem z klatką piersiową, a pysk zwrócony przed siebie, z uszami czujnie postawionymi. Spróbowała raz jeszcze, wykorzystując tym razem rady, które jej przekazał ojciec. Po paru próbach wreszcie udało jej się, a dwójka spotkała się z mruknięciem aprobaty ze strony dorosłego. Zastrzygł wąsami, to nie był koniec dzisiejszego nauczania.
— Dbajcie też o to, żeby uszy zawsze mieć zwrócone w kierunku swojego celu. Każdy szmer jest dla was istotny i nie możecie rozpraszać się tym, czy akurat w tej chwili wiatr szeleści koronami drzew, tylko tym, czy przykładowo nornik, którego podchodzicie, nie jest o krok od czmychnięcia do swojej norki nieopodal, czy nadal skubie ziarenko w swoich łapkach — umilkł na chwilę, widząc, że dwójka próbuje jeszcze udoskonalić swoje obecne pozy, jednocześnie słuchając go z ogromną uwagą. — Teraz idźcie naprzód tak leciutko, a jednocześnie szybko, jak tylko jesteście w stanie.
Bryzka niemal nie wpadła na Skowronka, który ją prześcignął już na samym początku. Był wysunięty trochę do przodu już wcześniej, gdy dopiero próbowali ustawić się tak, jak powinni. Niebieska zmarszczyła nieznacznie brwi, a jej bok zafalował z lekkiej frustracji.
— Hej, oszukujesz! Byłeś przede mną, Skowronku! — zawołała do niego, marszcząc nos. Kocurek odwrócił się do niej ze skonfundowaniem wymalowanym na pyszczku.
— Ale… Bryzko, naszym zadaniem nie jest ściganie się, a wykonanie polecenia od taty, czyli pokazanie, jak szybko jesteśmy w stanie się skradać — miauknął do niej spokojnie, próbując jakoś załagodzić między nimi sytuację. Gdy Bryzka się nad tym zastanowiła chwilę… to… miał rację, ale nadal czuła lekkie ukłucie w sercu. Chciała być pierwsza. Może braciszek da jej fory albo nie będzie musiał? Westchnęła cicho.
— No dobrze. — I po tych słowach kontynuowali "szkolenie", szybko łapiąc to, co przekazywał im Nocny Śpiewak. Może nie było to idealne, ale kociaki czuły powód do dumy z siebie. Każda chwila spędzona z tatą była wspaniała! Nawet jeśli niekoniecznie zawsze im wychodziło.
BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.W Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Mioty
Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)
Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)
Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)
29 sierpnia 2026
Od Bryzki
Bzyczek wyprostował się dumnie, a następnie wysunął pazurki u jednej z przednich łap i zaczął je oglądać, jednocześnie spoglądając z ukosa na koteczkę, szykującą się do wyskoku w jego stronę. Wyszczerzył się przebiegle. Był od niej większy i miał świadomość o swojej przewadze. Niebieska nagle tyłem poruszyła to na prawo, to na lewo, wreszcie czując, że nadszedł na to czas. Mógł się chwalić tymi swoimi pazurkami, ale ona również je miała! Co prawda mniejsze, ale urosną jej! To, że były wielkości cienkich igiełek świerkowych nie oznaczało, że nie potrafiła nimi nic zrobić. Gdyby zechciała, mogłaby mu wyrwać parę kosmyków futra.
Bryzka wyciągnęła łapy przed siebie, wysuwając się do przodu i tym samym wskakując na czekoladowego kocurka, który przybrał pozycję bojową. Ogon miał nastroszony i uniesiony wysoko, a kły obnażył w złowrogim grymasie, udając groźnego przeciwnika, coś na wzór lisa. Masywne łapy dobrze trzymały się podłoża, razem z napiętymi mięśniami. Dlatego nie było dziwnym więc, że szylkretce nie udało się go powalić. Kocur zamachnął się łapą i chybił. Zeskoczyła z niego, czując, że chwieje się i miejsce to przestało być bezpieczne. Wykorzystała chwilę jego nieuwagi sprawnie, nurkując mu pod brzuchem i gryząc go w tylną łapę. Gdy kocur nagle przestał się bawić, gryzła go jeszcze przez chwilę, wreszcie wycofując się i patrząc na niego pytająco.
— Co się stało, Bzyczku? Nie bawimy się już? — zapytała skonfundowana. Kocurek wzrok utkwiony miał w owadzie, który krążył nad ich głowami.
— Bawimy, ale… złapmy najpierw tę muchę! — powiedział z determinacją. Bryzka wcześniej nie zwróciła na niego uwagi, a czekoladowy już owszem. I przeszkadzał mu na tyle, że musiał w trakcie ich zabawy go pogonić. Brązowy spozierał ku górze, śledząc trzepoczącą skrzydłami kropkę, której bzyczenie fascynowało młódkę. Kocur napiął mięśnie u tylnych łap i wyskoczył wysoko, pazurami niemal muskając insekta. Szylkretka poczuła, jak serce zabiło jej szybciej z ekscytacji. Tak blisko! Już by go miał!
Postanowiła, że również spróbuje go złapać. Dlatego też rozpoczęła gonitwę za muchą, oczywiście posyłając w powietrze masowo kawałki posłań i ich nadmiar, często potykając się o wystające przedmioty, ale nadal z determinacją prąc naprzód. Wreszcie, wpadła z impetem w kocurka, który zachwiał się i przewrócił, upadając na bok z szurnięciem i grymasem na mordce. Po głowie przejechał mu wystający patyk, drapiąc go. Bryzka poczuła ból w okolicach głowy, a łaciaty wydał z siebie zduszony okrzyk. To nie jego chciała złapać...!
— Uważaj! Już ją miałem, no… aj… — zmarszczył brwi, poduszką masując miejsce, które zostało podrażnione, jednocześnie krzywiąc się z lekkiego dyskomfortu. Gdy odsunął od swoich kłosów łapkę i spojrzał na nią, dostrzegł cieniutką stróżkę krwi. Bryzka zerknęła na niego ze zdziwieniem. Do jej nozdrzy dotarł metaliczny zapach szkarłatu, z którym nie spotkała się nigdy wcześniej. Patrzyła na wąski paseczek czerwonej cieczy spływającej po brwi kolegi. Zranił się. Czy powinna coś zrobić? Nie krzyczał, to może go nie bolało.
— Mi też niewiele brakowało… — wymruczała, a mucha, jak na złość, krążyła teraz niebezpiecznie blisko dwójki. Bzyczek w pewnym momencie przygwoździł ją łapą do gruntu, wymachując ogonem na boki. Udało mu się!
— Ha! Mamy ją! — ogłosił z zadowoleniem, gniotąc ją jeszcze przez jakiś czas, jakby nie chciał jej wypuścić. Zdawało się, że zapomniał o nieprzyjemności sprzed chwili, to dobrze. Szylkretka patrzyła wielkimi oczami na łapę, która lada moment mogła się unieść i z powrotem wypuścić owada. Nie chciała, żeby go puszczał. Bo będą musieli go łapać znowu, a tak się napracowali, żeby go pochwycić!
Bryzka wyciągnęła łapy przed siebie, wysuwając się do przodu i tym samym wskakując na czekoladowego kocurka, który przybrał pozycję bojową. Ogon miał nastroszony i uniesiony wysoko, a kły obnażył w złowrogim grymasie, udając groźnego przeciwnika, coś na wzór lisa. Masywne łapy dobrze trzymały się podłoża, razem z napiętymi mięśniami. Dlatego nie było dziwnym więc, że szylkretce nie udało się go powalić. Kocur zamachnął się łapą i chybił. Zeskoczyła z niego, czując, że chwieje się i miejsce to przestało być bezpieczne. Wykorzystała chwilę jego nieuwagi sprawnie, nurkując mu pod brzuchem i gryząc go w tylną łapę. Gdy kocur nagle przestał się bawić, gryzła go jeszcze przez chwilę, wreszcie wycofując się i patrząc na niego pytająco.
— Co się stało, Bzyczku? Nie bawimy się już? — zapytała skonfundowana. Kocurek wzrok utkwiony miał w owadzie, który krążył nad ich głowami.
— Bawimy, ale… złapmy najpierw tę muchę! — powiedział z determinacją. Bryzka wcześniej nie zwróciła na niego uwagi, a czekoladowy już owszem. I przeszkadzał mu na tyle, że musiał w trakcie ich zabawy go pogonić. Brązowy spozierał ku górze, śledząc trzepoczącą skrzydłami kropkę, której bzyczenie fascynowało młódkę. Kocur napiął mięśnie u tylnych łap i wyskoczył wysoko, pazurami niemal muskając insekta. Szylkretka poczuła, jak serce zabiło jej szybciej z ekscytacji. Tak blisko! Już by go miał!
Postanowiła, że również spróbuje go złapać. Dlatego też rozpoczęła gonitwę za muchą, oczywiście posyłając w powietrze masowo kawałki posłań i ich nadmiar, często potykając się o wystające przedmioty, ale nadal z determinacją prąc naprzód. Wreszcie, wpadła z impetem w kocurka, który zachwiał się i przewrócił, upadając na bok z szurnięciem i grymasem na mordce. Po głowie przejechał mu wystający patyk, drapiąc go. Bryzka poczuła ból w okolicach głowy, a łaciaty wydał z siebie zduszony okrzyk. To nie jego chciała złapać...!
— Uważaj! Już ją miałem, no… aj… — zmarszczył brwi, poduszką masując miejsce, które zostało podrażnione, jednocześnie krzywiąc się z lekkiego dyskomfortu. Gdy odsunął od swoich kłosów łapkę i spojrzał na nią, dostrzegł cieniutką stróżkę krwi. Bryzka zerknęła na niego ze zdziwieniem. Do jej nozdrzy dotarł metaliczny zapach szkarłatu, z którym nie spotkała się nigdy wcześniej. Patrzyła na wąski paseczek czerwonej cieczy spływającej po brwi kolegi. Zranił się. Czy powinna coś zrobić? Nie krzyczał, to może go nie bolało.
— Mi też niewiele brakowało… — wymruczała, a mucha, jak na złość, krążyła teraz niebezpiecznie blisko dwójki. Bzyczek w pewnym momencie przygwoździł ją łapą do gruntu, wymachując ogonem na boki. Udało mu się!
— Ha! Mamy ją! — ogłosił z zadowoleniem, gniotąc ją jeszcze przez jakiś czas, jakby nie chciał jej wypuścić. Zdawało się, że zapomniał o nieprzyjemności sprzed chwili, to dobrze. Szylkretka patrzyła wielkimi oczami na łapę, która lada moment mogła się unieść i z powrotem wypuścić owada. Nie chciała, żeby go puszczał. Bo będą musieli go łapać znowu, a tak się napracowali, żeby go pochwycić!
Od Rozbitego Księżyca do Nowiu (Nicości)
Tw: krew, walka, śmierć
Rozbity Księżyc przekręcił się z boku na bok. Było dosyć późno, ale wyjątkowo coś nie pozwalało mu na sen. Spojrzał na śpiącego nieopodal Tęgosza i mruknął coś pod nosem. Powoli wyczłapał z legowiska wojowników i zmrużył oczy, aby widzieć trochę lepiej w ciemnościach. Podszedł do wyjścia z obozu. Dzisiejszym wartownikiem był znajomy rudzielec.
— Dobry wieczór Tygrysia Noc. Mogę wybrać się na spacer? Wkrótce wrócę. Chcę tylko rozprostować kości, nie mogę zasnąć — miauknął, kiwając mu głową.
— Nie możesz przejść się tutaj? — zapytał podejrzliwie.
— Nie chcę nikogo obudzić. Proszę — zapytał ponownie.
— No dobra. Idź, ale koniecznie wróć przed świtem — mruknął w końcu.
Księżyc dopiero poza wyjściem odetchnął z ulgą. Podrapał się za uchem i mimo senności ruszył w stronę Ciernistego Drzewa. Gdy był prawie na miejscu coś, a może raczej ktoś skoczył na jego plecy, boleśnie, wbijając w nie pazury. Wierzgnął się mocno i zasyczał, niemal od razu, ściągając z siebie wroga. Zjeżył futro i wysunął lekko zęby, rzucając ostrzeżenie temu, który próbował go zaatakować. Przed jego oczami pojawiła się ciemna kotka, równie niezadowolona co on sam. Rzuciła się do ataku, ale Rozbity niemal od razu poznał, że kotka robi to prawdopodobnie po raz pierwszy. Kotka była słabsza nawet od Garbatej Łapy, z którym dawniej miał treningi, ale mimo to zaatakowała. Nie sądził, aby, kiedykolwiek ćwiczyła, lecz były to tereny Klanu Wilka, których musiał bronić. Nie miał zielonego pojęcia jak mógł dopuścić do tego, aby ktoś z tak mizernym doświadczeniem dał radę go zaskoczyć. Biały skoczył zaraz na kotkę w kontrataku, wbijając swoje zęby w jej ucho, odrywając jego część. Niebieskooki musiał bronić siebie i klanu, ale nie rozumiał, dlaczego kotka jeszcze nie uciekła przerażona z podkulonym ogonem.
— Kim ty jesteś? I co tu robisz? — zapytał w końcu, nadal niechętnie nastawiony to samotniczki.
— Kwadra. I wiesz co? Nie powinno to obchodzić takiego małego, puchatego koteczka jak ty — odsyknęła, a Księżyc niemal czuł, jak kotka splunęła na niego kwasem.
„Oczywiście uderza tam, gdzie najbardziej boli. Szkoda, że tylko w słowach” pomyślał biały, odwracając na moment wzrok.
Kwadra, korzystając z chwili nieuwagi młodszego zaatakowała ponownie, tym razem za wszelką cenę, próbując dostać się do karku futrzastego. Biały odtrącił kotkę, nim było za późno i zaatakował ją w ten sam sposób, licząc na to, że kotka w końcu odpuści i nigdy więcej nie wróci w te tereny. Jego zęby wbiły się w gardło Kwadry, lecz stało się coś, czego kocur nie do końca się spodziewał. Z miejsca w skórze, do którego trafiły jego kły trysnęła krew. Rozbity odsunął się, patrząc na kotkę w panice. Położyła się na ziemi, jej wzrok był nieobecny. Oczy Księżyca zaszły się łzami.
— P-Przepraszam! — zawył żałośnie, szturchając prawie martwą kotkę.
Kotka zamknęła oczy, a jej ostatnim ruchem było wskazanie łapą w okoliczny krzaczek.
— N-Nie s-skrzywdź go. Z-Z-Zaopiekuj się nim... — wycharczała jeszcze, a jej głowa padła na ziemię.
Biały szturchnął kotkę nosem. Jego oczy były pełne łez, a futro posklejane przez próby ataku Kwadry. Zaszlochał, ale wtem poczuł, jak coś gryzie go w ogon. Obejrzał się, widząc czarne kocię w wieku około dwóch księżyców. To był moment, w którym wojownik zaczął ryczeć nawet gorzej.
— Tii! Cio źrobiłeś mamjie! — zawył żałośnie kociak, podchodząc do truchła swojej matki.
Zaczepił kotkę łapą. Następnie otarł swój policzek o jej. Oczka malucha zaszły się łzami. Księżyc spojrzał na kociaka nieobecnym wzrokiem. Przełknął ślinę i ruszył w stronę krzaka, który wskazała wcześniej kotka. Leżało tam białe kocię. Jego klatka piersiowa nie poruszała się jednak. Drugie, żyjące kocię, jak usłyszał Księżyc schowało się w krzaki kawałek dalej. Złapał martwą Kwadrę za kark i zaczął ciągnąć w stronę rzeki. Chciał przepłynąć z ciałem na drugi brzeg, ale w pewnym momencie upuścił ciało, które zablokowało się między kamieniami.
— Psiakrew! — zaklął, wychodząc z rzeki.
Spojrzał na mokre futro w wodzie.
„Może przynajmniej nie popłynie do Klanu Klifu” pomyślał, przełykając ciężko ślinę. Ciało było mimo wszystko po drugiej stronie, choć nadal w rzece. Przepłynął na zielone tereny za rzeką. Spojrzał na Drogę Grzmotu.
„Dałbym radę przenieść ją tam?” pomyślał, a zaraz po tym zaczął szarpać ciało kotki.
— To na nic… — mruknął i wrócił do kociaka. Wziął białe kocię i zakopał poza terenami Klanu Wilka, a następnie obmył się porządnie.
Biały nabrał powietrza w płuca i podszedł do kryjówki czarnego.
— Idziesz ze mną — miauknął w końcu, bez żadnego ostrzeżenia, łapiąc młodego za kark.
Zielonooki zaczął się uporczywie wierzgać, usiłując wydostać się z silnego uścisku zębów białego.
— Nje chcię! Ziostaw mnje! Wolę źdechnąć niź iść ź tobą! — wył maluch, a gdy Księżyc położył go na ziemi, mały od razu zaczął uciekać. Schował się znowu w krzaku. Biały westchnął ciężko.
— Chodź — miauknął starszy kocur.
Nie wiedząc do końca co robić odczekał chwilę, aż jego futro wyschnie. Sądził, że w tym czasie czarny do niego przyjdzie jednak na marne. Wrócił więc do obozu sam z nadzieją, że jutro kociak nadal tam będzie. Kiwnął na powitanie Tygrysiej Nocy.
— W-Wróciłem — szepnął Rozbity.
Rudy wyglądał jakby miał o coś zapytać, ale chyba w ostatniej chwili się powstrzymał, widząc niechętną mimikę białego. Niebieskooki, gdy tylko wszedł do legowiska wojowników, niemal od razu padł.
Wszedł do legowiska wojowników i niemal od razu padł.
„Jestem mordercą…” mówił sobie co rusz, zakrywając uszy łapami. Udało mu się zasnąć dopiero o świcie.
Trochę później
Nie spał zbyt długo, obudził go koszmar. Zerwał się na łapy i wyszedł z obozu. Kawałek dalej udało mu się nawet upolować mysz. Skierował się w miejsce nocnej walki z Kwadrą, aby poszukać kociaka. Był dokładnie w tym miejscu, a z jego kryjówki wystawał ogon. Rzucił mysz na ziemię i rozszarpał jej futerko, po czym podsunął zwierzynę młodemu.
— Bierz. Jesteś wychudzony — miauknął, nie mając zielonego pojęcia, czy kociak mógł w ogóle już przyjmować pokarm stały.
Mięso było jednak dosyć miękkie, a kociak miał już zęby (czego dowiedział się, patrząc na swoje pogryziony ogon). Odsunął się kawałek i patrzył na futrzaka. Mały podszedł i powąchał stworzonko. Zaczął je powoli, nieporadnie przeżuwać. Oczka mu łzawiły, ale mimo to jadł z trzęsącymi się uszami.
„Był głodny. Mogłem złapać mu coś już wczoraj…” pomyślał biały, patrząc na czarnego.
— Jestem Rozbity Księżyc. Wojownik Klanu Wilka — szepnął, gdy mały zaczął kończyć zwierzynę.
Zielone ślepia spojrzały w te niebieskie.
— Jeśtem Nów. Moja siostla miała na imjię Pełnia. Mama… ona nje umjiała walcić ani pojować, ale… dbała o naś! Nie jak tata! — miauczał maluch, a Księżyc przełknął ślinę.
Ewidentnie nie wiedział, co zrobić z kociakiem. Nie miał nawet zielonego pojęcia jak powinien się nim zaopiekować.
„Czy on potrzebuje jeszcze mleka?” pomyślał zaraz, strzepując uchem.
— Dobrze Nowiu. Chcesz zostać wielkim wojownikiem? — zapytał w końcu z nadzieją.
To jedyne, co mógł zrobić dla jego matki.
— Wielkim wojownikiem? Będę… walcić? — zapytał cicho.
— Walczyć. Polować. Oczywiście — wyszeptał starszy, a zaraz po tym przyszło mu coś na myśl. — Myślisz, że ktoś będzie cię kiedyś szukał? — zapytał. — Może zmienimy ci imię co? Co powiesz na Nicość? Brzmi… mrocznie — uśmiechnął się łagodnie niebieskooki.
Maluch kiwnął tylko głową, wpatrując się w białego pustymi oczami. Rozbity podniósł się z ziemi i ruszył w stronę obozu.
— Idziemy? — zapytał, oglądając się na kociaka.
— Tiak — miauknął smutno Nicość, włócząc się za starszym.
Księżyc wziął kociaka i w miarę możliwości wrzucił na swój grzbiet, a następnie ruszyli w stronę obozu. Gdy byli na miejscu czarny instynktownie schował się w długim futrze białego. Weszli do legowiska medyka. Księżyc kiwnął głową w stronę Kopra.
— Co tym razem cię do mnie sprowadza Rozbity Księżycu? — zapytało Koper z uśmiechem.
Biały przykucnął lekko, pozwalając młodemu zejść z grzbietu. Czarny futrzak chował się za białym tylko nieśmiało zza niego wyglądając. Wyszedł zaraz dumnie, wypinając pierś. Mimo to wyglądał na smutnego.
— Jeśtem Niciość! — miauknął w końcu, a Księżyc westchnął, opuszczając uszy.
— Mógłbyś go obejrzeć? I… przypilnować. Nie wiem, co może wpaść mi do głowy. Muszę porozmawiać z Zalotną Gwiazdą — miauknął, po czym wyszedł, aby poinformować przywódczynię o nowym przybytku Klanu Wilka.
<Nicość?>
Od Ciski CD. Ćmiej Łapy
Koteczka zacisnęła ząbki, gdy Ćmia Łapa sprawnie wyciągała kolec.
– I... już po wszystkim! – oznajmiła uczennica medyka. Wyglądała na zadowoloną, że mogła pokazać swoje nabyte zdolności.
– Dziękuję – wymruczała ciska, stawiając łapkę na ziemi i ruszając w stronę wyjścia z legowiska.
– Cisko, czekaj! – zawołała za nią starsza kotka. – Musisz jeszcze wylizać ranę i nie stawiaj jej na ziemi, bo się pobrudzi!
Koteczka spłonęła rumieńcem. Dlaczego o tym nie pomyślała? Teraz Ćmia Łapa weźmie ją za nierozważną. Kociak zawstydzony zabrał się za mycie łapki. Spokojnymi ruchami myła po kolei dolną część poduszeczki, potem środkową i górną. W końcu łapka była czysta. Ciska podziękowała uczennicy, a następnie czym prędzej opuściła legowisko, teraz już uważając na skaleczenie.
***
Minęło już parę dni od tego zdarzenia. Ciska już niemal zapomniała o ranie na łapce i dopiero później o niej sobie przypomniała. Podniosła kończynę do góry i spojrzała. Jak na jej oko, wszystko było git. Ale ona się w końcu nie znała, lepiej było pójść z tym do medyka... Legowisko Jagnięcego Ukłonu i jej uczennic znajdowało się pod leżem starszych. Kociak z ciekawością zajrzał do środka, po czym ostrożnie się rozejrzał. W legowisku była tylko Ćmia Łapa i druga medyczka, Księżycowa Aldrowanda. Jagnięcy Ukłon gdzieś zniknęła. Ciska podeszła do młodszej uczennicy, po czym miauknęła.
– Hej, Ćmia Łapo, czy to na pewno się dobrze goi?
< Ćmia Łapo? Spojrzysz na to? >
Od Ciski
Tym razem jej się udało. Psotny Nietoperz spała w żłobku razem z Dymówką, a Puszystej Neriny nigdzie nie było widać. Ciska podeszła do wodospadu. Wyciągnęła łapkę i... Siła spadającej wody była tak ogromna, że koteczka cudem nie znikła z powierzchni obozu. Kociak odskoczył, po czym polizał z zażenowaniem łapkę, którą wystawił do wody. Ciska odnotowała w myślach fakt, iż była ona zimna. Nagle zauważyła porzuconą kupkę ziemi, leżącą obok, a na niej... rosła zielona roślinka. Ciska z ciekawością podeszła, I powąchała roślinkę. Miała ziemisty, roślinny zapach. Nic szczególnego. A jednak było w niej coś przyciągającego. Roślinka miała delikatną łodyżkę, z której wyrastały dwa listki, zmierzające w przeciwne strony. Koteczka z ostrożnością sięgnęła ząbkami i ją zerwała. Bez problemu łodyżka przerwała się, a roślinka poszybowała cicho, upadając u jej łap.
***
– Mamo? – miauknęła Ciska, szturchając Psotnego Nietoperza. Jej matka zamrugała.
– O co chodzi, kochanie? – mruknęła sennie. Kociak delikatnie uniósł zerwaną roślinkę.
– Co to jest? – zapytała. Nieco było jej z tym nieswojo, bo może nie powinna przerywać matce drzemki, by zadać pytanie o coś takiego błahego, ale trudno. Już to zrobiła. Jej matka rzuciła okiem na roślinkę.
– To koniczyna – powiedziała psotny nietoperz. Sięgnęła po koniczynę i włożyła ją za ucho swojej córki. – Wyglądasz w niej bardzo ładnie – dodała.
Ciska pobiegła w stronę wodospadu, gdzie utworzyła się kałuża wody. Wstąpiła na jej krawędź i spojrzała na swoje odbicie. Z wody spoglądała na nią czarna pręgowana koteczka, o złotych oczach. Za uchem miała zieloną koniczynkę. Kotka się uśmiechnęła. Mama miała rację, wyglądała w tej koniczynce pięknie!
Od Ciski do Dymówki
Ciska wiedziała już coraz więcej rzeczy. Rozpoznawała wiele zapachów kotów z jej klanu i zaczęła je rozróżniać. Wiedziała, że woda przy wyjściu z obozu była nazywana wodospadem. To dobra nazwa. W końcu to spadająca woda. Wodo-spad. Ciekawe, jaki w dotyku on był.... Kociak ośmielony powoli podreptał do przodu. Wystawiła łapkę i już chciała dotknąć wody, gdy znikąd pojawiła się koło niej Psotny Nietoperz. Jej matka złapała ją za kark i odsunęła od wody.
– Nie możesz wychodzić, Cisko – miauknęła starsza kotka, odstawiając ją z dala od wyjścia z obozu. Czemu to zrobiła? Ciska wcale nie chciała wyjść! Wbiła smutny wzrok w swoje łapki. Po chwili cicho odeszła. Nie biegała publicznie, nie czuła się z tym jeszcze pewnie, bo nie miała opanowanej tej umiejętności do swojego maksimum. A jakby wywaliła się publicznie na łebek? Lepiej nie ryzykować. Mimo że podrosła od ostatniej próby, dalej nie do końca ufała swoim łapkom. Koteczka usiadła koło żłobka i przypatrzyła się stercie zwierzyny, bo okazało się, że tak nazywa się wielkie gniazdo leżące na środku obozu. Ciska jeszcze nigdy nie jadła prawdziwej zwierzyny. Nie była pewna, czy tak po prostu może ja sobie wziąć. Niby była Pora Nowych Liści i kocięta mogły jeść przed innymi, ale koteczka nie była pewna. Może mogłaby zapytać matki? Niby dobry pomysł, ale... a co jeśli Ciska nie może wziąć sobie tej zdobyczy? A co jeśli się tym zbłaźni, bo to, że nie może, byłoby oczywiste? Nie, zdecydowanie nie może się zapytać, to zbyt duże ryzyko. Rozglądała się po obozie, lecz nic nie wpadało jej w oko. Zaczęła machać lekko ogonem. Jej spojrzenie ciągle zsuwało się do sterty zdobyczy. Chciała spróbować zjeść prawdziwe jedzenie. A może by tak...? W jej głowie pojawił się pomysł. Weszła cicho do żłobka i odszukała Dymówkę.
– Hej, może zapytamy się mamy czy możemy spróbować zjeść coś ze sterty? Zapytasz się jej?
<Dymówko? Proszę, idź się zapytaj>
Od Milczka CD. Fiołek
Jakiś czas temu
Milczek zaatakował siostrę łapą z wysuniętym pazurkami. Zamiast, jednak pisków i ucieczki zaczęła na niego krzyczeć.
— Ty… Ty mysia strawo, ja tylko się chciałam pobawić! A ty mnie atakujesz!? Co z ciebie za kot! — prychnęła z oburzeniem. — Zachowujesz się jak lis z cierniem w łapie, co cię gryzie?!
W końcu przyszła do nich Senna Łza. Najwidoczniej raz w życiu zainteresowała się tym, że coś dzieje się dookoła niej…
— Co się dzieje?
— On mnie podrapał! Z wysuniętymi pazurkami! — poskarżyła się mamie, decydując się na nową strategię i przybierając jak najbardziej zraniony wyraz pyska. — Krew mi leci, chciał mnie zabić! Gdybym nie była taką świetną wojowniczką, już bym się witała z Klanem Gwiazdy!
Milczek uniósł lekko brwi i parsknął śmiechem.
„Irytująca pchła robi z siebie ofiarę i korzysta z tego, że nie mogę mówić” pomyślał, machając ogonem na boki.
Zaczął szukać swojej zwierzyny. Złapał ją w kły i rzucił przed przyszywaną siostrę.
— Nie o to chodziło! Nie chciałam twojej zwierzyny, tylko chciałam się pobawić! — miauknęła Fiołek, marszcząc niezadowolona nosek. — A ty mnie podły lisie zaatakowałeś!
Milczek strzepnął uchem, przewracając oczami.
„Faktycznie mogłem źle zrozumieć” pomyślał i położył uszy po sobie.
Spojrzał na Senną Łzę, która przyglądała się ich rozmowie.
— Milczku nie możesz atakować Fiołki, jeśli chce się bawić. Musisz jej jakoś to… pokazać — miauknęła.
Kremowy widział, jak bardzo kotka powstrzymywała się, żeby zamiast słowa „pokazać” użyć „powiedzieć”. Arlekin zamachnął się ogonem na drugą stronę niezbyt zadowolony.
— Phephlasam? — mruknął cicho w stronę Fiołki, bawiąc się pazurkiem w ziemi.
<Fiołek?>
Od Lulkowego Ziela
Siedem kotów panów Hugo
CW/TW: myśli samobójcze, rezygnacyjne i intruzywne (mocno opisane), depresja, paraliż senny, opisy traumy
Przeszłość
Po jakimś czasie, spędzonym głównie w towarzystwie swoim i, ewentualnie, okazjonalnie Andory, Lulkowi dane było poznać inne koty, najwyraźniej dzielące z nim dach nad głową. Słyszał już o nich od samego kocura, ale wcześniej nie zdarzyło mu się ich widzieć na własne oczy. Według łysielca ich dwunożni jedynie jemu ufali bezgranicznie w to, że nie rzuciłby się do gardła obcemu, choremu kotu — czym on sam niesamowicie się chlubił, zapewne napawając się tym, jak ogromnie lepszy był od tych wszystkich, których nazywał dzikusami.
Po przeprowadzeniu jednak narady ze swoją kliką — w taki sposób określał on innych kocich mieszkańców domu — postanowił w końcu również i ich zapoznać z najnowszym, żałosnym nabytkiem — ku niezadowoleniu samego zainteresowanego. Ostatnie, na co miał ochotę, to poznawanie nowych kotów. Ten dobitny brak entuzjazmu Andorze absolutnie nie przeszkadzał.
Nie pytając Lulka o zdanie, pewnego dnia zebrał więc całą grupę, po czym wspólnie i w porozumieniu wparował do lulkowego pokoju, wcześniej otwierając drzwi, poprzez pełen gracji skok na wystającą z nich klamkę.
— Oto nasz najnowszy towarzysz — obwieścił tym samym dumnym tonem, którego używał, gdy poznali się po raz pierwszy. Brzmiał wówczas jak lider, ważna persona, gospodarz tego całego przedsięwzięcia. I prawdopodobnie właśnie to miał na celu. — Przywitajcie go. Pierre i Jean nazwali go Edragon, Eklerek czy jakoś podobnie, ale on woli imię Lulu.
Były ogrodnik nie silił się nawet na próby poprawienia szczurowato wyglądającego kocura. Zaakceptował już swój los dawno temu, wiedząc, że ten raczej nie zmieniłby zdania co do nazywania go per Lulu. Tak właściwie nie do końca mu to przeszkadzało. W jakiś sposób taka forma imienia miała mniej męski wydźwięk.
Uniósł łeb, przyglądając się po kolei każdemu z kotów. Poza samym Andorą było ich pięć — w różnych barwach, kształtach i rozmiarach. Nikt z nich nie pasował do tej układanki nawet w najmniejszym stopniu, a przez to… wyglądało to tak, jakby pasowali wszyscy. Lulkowe Ziele poruszył nieco wąsami, próbując wysondować atmosferę.
Nie bał się ich, bynajmniej. Przebywał w tym momencie w stanie tak głębokiej, wewnętrznej pustki, że bardzo szczerze absolutnie nie obchodziło go to, czy nie chcieli go tu przypadkiem zabić. Przyjąłby to. Po prostu nie miał ochoty (ani energii) na żadne kłótnie, przepychanki i inne głupoty. Wyglądało jednak na to, że przybysze byli rzeczywiście pokojowo nastawieni. Ułożył więc łeb na łapach, wpatrując się w nich dość znużonym wzrokiem złotych ślepi.
— Andoro, czemu ty musisz to wszystko robić takie… dramatyczne i niezręczne? Potem zawsze zapada taka głupia cisza — odezwał się jeden z głosów, który w związku z jego brzmieniem Lulek zinterpretował jako należący do wiekowej kocicy. — Nazywam się Rustyk. Andora nieco nam o tobie opowiadał.
Starsza przedstawiła się, uśmiechając się do niego jowialnie, szczerząc przy tym żółtawe zęby. Kilku z nich już jej brakowało. Poza tym prezentowała się dość uprzejmie, jakby była godna zaufania — miała zielone oczy oraz czekoladowe, pręgowane, długie futro, w wielu miejscach pokryte już siwizną. Przy tym była ogromna i bardzo puszysta, trochę jak borsuk. Na jej szyi znajdowała się obroża, dopasowana do koloru jej bystrych, chociaż nieco już mętnych ślepi.
— Miło mi cię poznać… — wymamrotał pod nosem Lulek, przenosząc swój wzrok na resztę kotów.
A więc musiał jakoś przetrwać ten istny rytuał upokorzenia, hojnie zaserwowany mu przez wspaniałomyślnych gospodarzy.
Nie udało mu się po tym przedstawieniu zapamiętać imiona wszystkich lokatorów tego konkretnego leża dwunożnych. Zupełnie szczerze — nawet się nie starał. Niezbyt go oni obchodzili. Ale, stety bądź niestety, był zmuszony do kontaktu z nimi w miarę często. Od kiedy tylko ich właściciele (według słów Andory — Pierre oraz Jean) zauważyli, że ich słodkie kotki dogadują się w miarę dobrze, zawsze zostawiali ich w jednym, przestronnym pokoju, gdy tylko każdego ranka opuszczali domostwo. Piecuchy nazywały to miejsce bawialnią i całkiem lubiły tu przebywać. Legowisko to było bardzo przestronne, wyposażone w zabawki, poidła i wydrążone, srebrne kamienie z jedzeniem. Znajdowało się tam również sporo sztucznych drzew, gałęzi do wspinania i innych, zupełnie niepodobnych do niczego rzeczy, przez jego nowych znajomych określanych jako kartony.
On, ze względu na swój brak mobilności, miał wyznaczony własny kącik — w budce jednego z tak zwanych drapaków. Spędzał więc tam niemalże cały dzień na miękkim kocu podarowanym mu przez jednego z dwunożnych samców, starając się zasnąć — z naciskiem na starając.
Było to bowiem bardzo trudne, o ile nie niemożliwe, zważywszy na żywe pogawędki, drapanie, zabawy, skoki, biegi i inne dalekie od spokojnych rzeczy, które wiecznie wyprawiały się na dole. Zazwyczaj to ignorował. Czasami warczał lub syczał na pieszczochy, aby zamknęły swoje śmierdzące króliczymi bobkami mordki. Ostatecznie posuwał się nawet do proszenia ich, chociaż cierpiały na tym szczątki pozostałe z jego dawno już nadszarpniętej godności. Nic z tego jednak nie działało, więc na końcu akceptował swoją sromotną klęskę i po prostu się poddawał. Jakiekolwiek zmiany w ich zachowaniu były bardzo nietrwałe — i tak po zaledwie kilkunastu (przy dobrych wiatrach — może kilkudziesięciu) uderzeniach serca powracali oni do swoich głośnych ustawień fabrycznych.
-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-
Wiele wody upłynęło w przecinającej tereny Klanu Nocy rzece, zanim Lulkowe Ziele zdecydował, iż izolacja mu nie służyła. Jasne, nie chciał bratać się z hałaśliwymi, gadatliwymi pieszczochami, — które w jego oczach stanowiły jeden organizm, bez żadnych niuansów w charakterze — lubił zdawać się bardziej tajemniczy, niż w rzeczywistości był i nieszczególnie chciał ujawniać kulisy swego przybycia tutaj, do czego zapewne zostałby ostatecznie zmuszony, ale…
Wciąż toczył bardzo jednostronną batalię z własnym niespokojnym umysłem. Pomimo lulkowej przewagi liczebnej, — w końcu w drużynie swoich narządów miał jeszcze serce, żołądek, płuca… — w żenujący sposób przegrywał każdą jedną bitwę tej durnej wojny. Sam nie wiedział już, o co walczył. Szczerze pogodził się już z nieuniknioną porażką, ale przy ostatniej próbie kapitulacji coś poszło drastycznie nie tak. Reszta jego organizmu powiedziała stanowcze nie umieraniu, wobec czego znalazł się właśnie w tym miejscu — otoczony przez głupie pieszczochy, jedząc głupie jedzenie, śmierdząc jak głupi dwunożni i czując, jak każda głupia kość w jego głupiej tylnej kończynie wraca na swoje głupie miejsce po tym, jak zapewne została pogruchotana na setki ultramałych, głupich kawałeczków. Wszystko tu było głupie.
A on zwłaszcza.
Bo jak miał to nazwać? Dostał ewidentny znak, — od Gwiezdnych, Matki Natury, Świata, własnego ciała czy jakiejkolwiek innej siły wyższej bądź niższej, jaka obserwowała go skądś — że miał żyć. Taki był nakaz i basta. Nie miał w tym temacie za dużo do gadania. Mu w sumie… też tak naprawdę nie śpieszyło się na drugą stronę. Cokolwiek by po niej się nie znajdowało — raj, nicość, potępienie — nie interesowało go to. W pewnym sensie nawet się cieszył, że jego próba samobójcza zakończyła się fiaskiem…
“Jak wszystko w twoim głupim życiu, ty bezużyteczna kupo lisiego łajna. Nawet zabić się nie umiesz porządnie.”
… no, ale niestety zawsze była też ta druga strona medalu. Jego mózg. Niby źródło rozumu, rozwagi i ogólnie wszystkiego, co w nim było mądre. Teoretycznie powinien chcieć żyć, prawda? To byłoby właśnie logiczne rozwiązanie. Bo jaki sens miałoby w jego wykonaniu dążenie do autodestrukcji? Ale najwyraźniej nie dane było mu posiadanie kooperatywnego umysłu, który działałby wspólnie z nim, a nie przeciw niemu. Masz ci los.
“Na Klan Gwiazdy, Lulek… naprawdę ci odbiło, skoro uznajesz swój mózg za oddzielny, rozumny byt. Po prostu nie chcesz wziąć na siebie odpowiedzialności za te wszystkie myśli i własne głupie poczynania. Nikt inny nie jest temu winny. Jedynie ty.”
Ten głos w głowie, który najwyraźniej nie chciał być nazywany jego umysłem, niesamowicie Lulka przerażał. Znał go dobrze. Brzmiał jak on. Przybierał w jego wyobraźni postać wyglądającą jak on. Śmiał się, płakał, krzyczał jak on. Ale to nie był on. To nigdy nie był on. To było coś innego, dziwnego, obcego, co przejęło jego głos, aparycję, wszelkie manieryzmy. Właśnie po to, aby zalęgnąć się w jego głowie jak jakiś pasożyt i szeptać mu prosto do ucha rzeczy, o których sam Lulek nigdy by nie pomyślał. Bo przecież nie był taki, jak to paskudne stworzenie. To nie była jego wina.
“Nie, ty lisi pomiocie. To kompletnie jest twoja wina, a ty jak zwykle szukasz tylko kogoś, na kogo mógłbyś ją zwalić. Boo-hoo, jestem Lulkowe Ziele, najbardziej niewinny kot na świecie, który brzydzi się tak bardzo rzeczami, które sam wymyśla!”
Westchnął cierpiętniczo, wpychając pysk głęboko w koc. Tak było każdego dnia, a po zachodzie słońca robiło się tylko gorzej. Dołączały senne mary. Znowu przed oczami miał obraz powodzi, słyszał rwanie ciała, do którego doszło na Zgromadzeniu, czuł zapach krwi, teraz także smród potwora i jego lśniące ślepia, gdy ten zbliżał się, aby go pożreć. Nie mógł się ruszyć nawet, gdy już się obudził. Mógł tylko oddychać ciężko, patrząc się prosto w ścianę, gdy jego ciało leżało bezwładnie na kolorowym kocyku, a coś uciskało jego klatkę piersiową niczym duszący go wąż. To były najbardziej przerażające chwile jego życia — gdy wciąż dzwoniło mu w uszach, przed oczami widział przebłyski świeżo minionego koszmaru, chciał upewnić się, że już wszystko to minęło. Ale nie mógł. Ten stan zawsze mijał prędzej czy później mijał, ale czas, w którym trwał, dłużył się niemiłosiernie, boleśnie. Jego serce biło szybko, jakby chciało wyrwać się z jego klatki piersiowej, słyszał szum krwi przepływającej przez naczynia w uszach. I nigdy nie chciał zasnąć ponownie.
Długo zresztą po takim epizodzie nie potrafił nawet zmrużyć oka. Zdarzały się noce, gdy po takiej “pobudce” już nie zasypiał. Pozostawał wybudzony, zestresowany. Czuwał aż do wschodu słońca, a potem czuł się jak świeżo wykopany z grobu trup. I ciągle nie opuszczały go wówczas te obrzydliwe myśli, podsuwane mu przez wstrętnego pasożyta. Towarzyszyły mu ciągle, nieprzerwanie, jak najlepszy kompan — z taką różnicą, że tego przyjaciela najchętniej utopiłby w mulistej rzece, trzymając mu łeb pod powierzchnią wody tak długo, aż jego ciałem nie zaczęłyby wstrząsać pośmiertne konwulsje.
“Już to kiedyś o kimś mówiłeś… A tak, o Szepcie! Pragnąłeś udusić go mchowym leżem, wrzucić do rzeki, gdy ten spał, rozerwać na kawałki w taki sposób, aby czuł każde jedno drapnięcie! No, ale ty wcale nie jesteś okrutny, zły i podły. Tylko pragniesz śmierci niewinnego kota, który okazywał ci wyłącznie wdzięczność, życzliwość i uwielbienie. Zupełnie normalne!”
W każdym razie, z tego właśnie powodu, Lulek zdecydował się na przerwanie samoizolacji — pewnego ranka po prostu witając się z innymi i, w miarę naturalnie, choć dalej nieco niezręcznie, przyłączając się do ich codziennej pogawędki.
-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-
— Mówiłeś, że zwykłeś zajmować się roślinami — zagaiła go pewnego dnia Rustyk, bezceremonialnie zajmując miejsce w budce tuż obok tej, w której niezmiennie leżał on sam. — To ciekawe. Myślałam, że leśni medycy zbierają zioła z dziczy, a nie sami je hodują?
Lulek całkiem lubił przebywać ze starą kocicą. Była mądra, choć trochę dziwna, ale z każdej jej wypowiedzi biło ciepło, sprawiające, że z jakiegoś powodu od razu wzbudzała u rozmówcy zaufanie. Przynajmniej u niego tak to działało. Chociaż nigdy nie rozmawiali ze sobą zbyt dużo — zaledwie kilka razy na osobności, zwykle ich konwersacje miały miejsce w czasie tych grupowych. Nieco zdziwiło go więc jej pytanie. Mimo to, uniósł nieco łebek, komunikując chęć prowadzenia tej rozmowy.
— Nie byłem medykiem — odparł, wzdychając cicho. Czasami zastanawiał się, jakby się sprawdził w tej roli. Czy byłby dobry? A może byłby tak samo beznadziejny, jak w każdej innej profesji? Nie miał co nad tym gdybać, bo tak czy siak jego urodzenie zadecydowało w tej materii za niego. — Byłem ogrodnikiem. Tylko w Klanie Nocy mieliśmy taką rolę. Zajmowałem się sadzeniem i pielęgnacją różnych roślin. Wiem też trochę o owadach, bo wykorzystywaliśmy je, by walczyć z różnymi szkodnikami naszych upraw.
Czekoladowa kocica słuchała go z uśmiechem na mordce, kiwając głową. Gdy skończył mówić, od razu otworzyła własny pysk.
— Co ty mówisz! To bardzo ciekawe, wiesz, Lulu? Nigdy o czymś takim nie słyszałam, jak skonam… A zwiedziłam kawał świata, doprawdy! To by było bardzo wygodne, jak tam o tym myślę.
— Tak? — przechylił łeb w bok, czekając na jakieś rozwinięcie tej wypowiedzi.
— Ano. Kiedyś byłam uzdrowicielką, młody. Wszystkiego musiałam szukać sama i upychać po dziuplach. W zamian za usługi lecznicze dostawałam od innych kotów to, czego potrzebowałam — pożywienie, ochronę. Zwłaszcza porą nagich drzew było ciężko. Na zimne czasy zawsze przenosiłam się do miasta. Wtedy ani nie było lekarstw, ani nikomu nie uśmiechało się za to płacić, trzeba było robić inne rzeczy, psiakrew… — Rustyk zawiesiła na chwilę głos, wgapiając się w pustą przestrzeń. Po chwili trzepnęła głową, jakby wybudziła się właśnie z transu. — No, ale to już za mną. Teraz mam jedzenie i ciepły kąt zawsze, a nie tylko wtedy, gdy ktoś uzna, że sobie na to zapracowałam.
— Tak, to na pewno wygodne… — Pokiwał głową. Zastanawiał się, co kocica miała na myśli. Miała polować? Z tego, co mówiła, to chyba nie umiała… I sposób, w jaki zawiesiła głos… To brzmiało jak coś smutnego. — Nie brakuje ci, no wiesz, wolności? Możliwości pójścia gdziekolwiek tylko zechcesz?
— Czasami — zaśmiała się swoim charakterystycznym, chrapliwym głosem. — Ale za wolność się płaci. A ja jestem już na to za stara, Lulu — miauknęła enigmatycznie, poprawiając łapy i podwijając je pod siebie.
Chyba mógł jej przyznać rację, chociaż sam tak naprawdę nie wiedział. Czy był kiedyś prawdziwie wolny? Był dzikusem, według Andory. Ale czy to była wolność? Wciąż komuś podlegał, obowiązywały go zasady, kodeksy, ścisła, nawet bardziej restrykcyjna niż w innych klanach hierarchia. Zawsze ktoś był ponad nim, pod nim, on od kogoś zależał, a ktoś zależał od niego. Był jak robotnica w pszczelim ulu, nieistotnym, łatwo zastępowalnym robakiem. Ale, tak właściwie… Czy kiedykolwiek mu to przeszkadzało? To znaczy, oczywiście — nie cierpiał tego, że inni, zwłaszcza jego bracia i siostra traktowali go jako gorszego od siebie, adresowali z wyższością i nigdy w pełni nie doceniali jego zasług. Ale klanowe życie samo w sobie było… komfortowe. Ustrukturyzowane, rutynowe i proste, gdy nie zdarzały się przypadkowe katastrofy pokroju powodzi. Lub gdy nie musiał oglądać egzekucji zdrajców. Lub gdy nikogo nie rozszarpywano na strzępy podczas Zgromadzenia. Tak właściwie, to chyba jednak wcale tego nie lubił…
— Powiedz mi, Lulu… — Głos starszej wyrwał go z zamyślenia. — Jakie imię nadała ci twoja matka? To bardzo ważna rzecz. Imię matczyne wiele o tobie mówi, zawsze należy je zachować. Chyba, że było nadane ze złych pobudek. Matka Styksa nazwała go początkowo Wszą, psiakrew. Takie imię należy zmienić.
Nie przerywał jej, gdy mówiła, cierpliwie czekając na swoją kolej, aby udzielić odpowiedzi na zadane przez kocicę pytanie. Zdążył już zauważyć, że ta uwielbiała się rozgadywać na każdy możliwy temat, a kiedy już zaczęła, to pysk prawie nigdy się jej nie zamykał.
— Lulek — odparł, gdy pręguska zrobiła przerwę w swojej wypowiedzi, prawdopodobnie, aby złapać tchu. — Nazwała mnie Lulek.
— Och, dziecino. — Wyciągnęła się w jego stronę, ogonem muskając jego czoło. — Przyjmij moje kondolencje. Żadna matka nie powinna nazywać swojego dziecka od trującego chwasta, psiakrew…
Nie wiedział, co miał jej na to odpowiedzieć, więc po prostu gorzko się zaśmiał.
-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-
— Czy w Klanie Nocy było fajnie? — zapytał go pewnego dnia Styks, najmłodszy z kotów mieszkających u Pierre’a i Jeana.
Styks był bardzo odmienny od Andory. Tak właściwie prawie wszyscy mieszkańcy domu byli bardzo różni — co było faktem, który przez dłuższy czas Lulek usilnie wypieral. W każdym razie konkretnie Styks pachniał jak kotka, choć się nią nie czuł i był mały, chuderlawy i jednolicie czarny. Oraz wyjątkowo gadatliwy, energiczny i ciekawski, co równocześnie drażniło, jak i w pewien sposób rozczulało byłego ogrodnika. Chyba robił się stary, bo w jakiś sposób nie przeszkadzał mu ten dziecięcy urok, wciąż niezaprzeczalnie przez kocurka posiadany. Nie było w tej infantylności zresztą nic dziwnego — gdyby żył w którymś z leśnych klanów, wciąż byłby zaledwie uczniem, zapewne zresztą całkiem niedawno mianowanym. Ale, na jego szczęście lub nie, Styks był z miasta, o czym często sam mówił, dokładnie opowiadając każdy fragment swego krótkiego (jak na razie) życiorysu. Zresztą, co nieco usłyszał również od Rustyk.
Od samego początku musiał walczyć o przetrwanie. Po przejściu na pokarm stały został sprzedany za kilka myszy i ładną butelkę kotu, który niedługo później sam skończył jako płaska plama krwi i futra na jednej z licznych w mieście dróg. Zziębniętego, przemoczonego i wygłodzonego malucha ostatecznie przygarnęła Rustyk, wraz z którą trafił ostatecznie do tego leża dwunożnych. Lulek spojrzał na niego, mrugając, nie wiedząc, co mu odpowiedzieć. Na tle jego wczesnych przeżyć, dzieciństwo Lulka było sielanką! Klan zapewniał mu wszystko, czego potrzebował. Miał ciepłe miejsce do spania, opiekę i naukę ze strony piastunki, towarzyszy do zabawy, żuki i śliczne kamyki. Matka nieszczególnie go lubiła, ale nie podejrzewałby jej, przynajmniej wówczas, o chęć sprzedania go za trochę strawy i jakieś śmieci. Jego młodość była więc, w ogólnym rozrachunku, dobra. Mimo to, wzbraniał się przed odpowiedzeniem, iż było tam fajnie. Nie chciało to przejść przez jego gardło. Gdy tylko myślał o Klanie Nocy, niemalże od razu przypominała mu się powódź, śmierć i fakt, że nikt go już tam nie chciał. Zapewne każdego dnia hucznie celebrowali jego zniknięcie — o ile od razu o nim nie zapomnieli. W końcu jednak się odezwał, czując na sobie naglący wzrok kocura.
— Było… dobrze. Na początku. Na pewno lepiej, niż u ciebie. Potem było bardzo źle. — Po wypowiedzeniu tych słów odwrócił się tyłem do młodszego, sygnalizując tym samym koniec rozmowy.
— Jesteś jak Kaszmir, wiesz? — mruknął młodziak znudzonym głosem, pacając Lulka w pysk drobną łapą. — On też nigdy nie chce mówić, skąd przyszedł. Ja i Rustyk wiemy, że z miasta. Długo śmierdział miastem. Ale wcale tego po nim nie widać. Koty z miasta są inne, twarde, opryskliwe, walczą o swoje. On jest tylko oschły i cichy, wszystkich unika, zwłaszcza innych kocurów.
Były ogrodnik pokiwał jedynie głową. Nieszczególnie interesowały go powody, dla których Kaszmir zachowywał się tak, a nie inaczej. Nie znał go i był on mu zupełnie obojętny. Był jeszcze bardziej wycofany niż on sam i niemal nigdy się nie odzywał, a jeśli już to robił, to był przy tym zupełnym przeciwieństwem swych miejskich pobratymców — odpowiadał zdawkowo, jednym bądź dwoma wyrazami. I nigdy nie patrzył rozmówcy w oczy, ale nie ze strachu. Z pogardy. W jego towarzystwie odzywał się tylko do Rustyk lub Madonny, bardzo okazjonalnie również do Styksu. Jego, Andory i Oksymoronu unikał jak żywego ognia. Poza tym faktem, wiedział o nim tyle, że miał ciemne, dymne futro, nadszarpane ucho, dużo blizn i jedynie trzy kończyny wciąż połączone z resztą korpusu.
— Nie dziwię się mu… — stwierdził zdawkowo Lulek, z trudem przewracając się na drugi bok.
— Rustyk kiedyś mi mówiła, że chyba go kojarzy. Ale wtedy był jeszcze młody, ładny i miał na imię Antinous, czy jakoś tak, więc ona nie wie, czy to na pewno był on. Podobno był partnerem jakiegoś szefa gangu, czy coś takiego… Tylko nie wiem, czemu już nie lubi kocurów…
— Nie wiem, czy chcę słuchać o nim plotek… — mruknął, choć wiedział, że to nie zniechęci młodziaka w żaden sposób.
— … No, ale pewnego dnia tamten kocur zniknął i pozostała po nim jedynie krew. Dużo krwi. Wszyscy myśleli, że umarł.
“Uciekł,” pomyślał Lulek, z nieco większą ciekawością słuchając w tym momencie historii opowiadanej przez Styks. “Jak ja. Zostawił po sobie plamę krwi i koty, które myślały, że umarł. Ale on kogoś miał. Kogoś, komu na nim zależało. A za mną… czy za mną ktoś tęskni?”
Spojrzał w kierunku okna, wyglądając przez szybę nostalgicznie, jakby miał z niej zobaczyć tereny Klanu Nocy. Dłużej już nawet nie próbował wysłuchiwać czarnego kocurka, który po pewnym czasie i tak stracił wątek, i poszedł bawić się sztuczną myszą.
-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-
Jeśli Lulek czegoś nienawidził, to było to mieszanie go w życie uczuciowe innych kotów. Zawsze, gdy Śnieżka zaczynała temat swojego nowego zauroczenia, — któż to tym razem mógł być? — automatycznie skręcało go w środku — z powodu marnotrawienia czasu (kto chciał słuchać jej ckliwych historyjek o tym, że Szałwiowe Serce nie zwracał na nią uwagi?), oczywiście. Z żadnego innego. Tym razem jednak padło na jego współlokatorów, towarzyszy i (samozwańczych) przyjaciół, Andorę i Oksymoron. Obaj byli jednymi z najbardziej dramatycznych, beznadziejnych romantyków, jakich w życiu spotkał — a to był wyczyn, biorąc pod uwagę, że większość swojego życia spędził w towarzystwie zdecydowanie zbyt kochliwej Śnieżnej Mordki. Obaj więc wypłakiwali się właśnie pod jego drapakową budką, wyglądając groteskowo obrzydliwie z opuchniętymi od łez oczami i glutami zwisającymi z nosów. On mógł jedynie wywrócić oczyma, ostatecznie i tak kończąc jako studnia na ich gorzkie żale.
Ukochana Andory zwała się Paella. Była piękna i zjawiskowa, a do tego tak samo łysa, jak on — z taką różnicą, że jej idealnie różowiutkiej skórki nie pokrywały żadne ciemniejsze plamki. Poza tym była posiadaczką ślicznych, niebieskich oczu i nosiła różowy sweterek, który komponowałby się świetnie z tym noszonym przez kocura. Ze względu na ich odpowiadające sobie fizjonomię, zdaniem wszystkich idealnie do siebie pasowali. Mogliby mieć armię szczurzych dzieci, które do końca życia nosiłyby kolorowe sweterki i te dziwne, białe mazidła, gdy tylko robiło się trochę cieplej. Lulek wiedział więc już o niej wszystko, posiadając wiedzę niemalże na poziomie samego Andory — i wcale nie przeszkadzała mu w tym jego chwilowa niemobilność, bowiem sam łysol znał ją jedynie z obserwacji. Nigdy nie zamienił z nią nawet słowa, gdyż, na jego nieszczęście, Paella niemalże wcale nie opuszczała swojego domostwa, wyglądając tylko co jakiś czas przez okno, podążając wzrokiem za przelatującymi ptakami i chowając się z powrotem za ścianą, gdy już jej się ta rozrywka znudziła. Ba, jej imię znał tylko dlatego, że chodzili oni do tego samego weterynarza i udało mu się je podsłuchać, gdy kotka była wywoływana na wizytę. Tak, brzmiało to dokładnie tak samo żałośnie, gdy Lulek usłyszał tę historię na żywo. Musiał się fizycznie zmusić, aby jego pysk nie wykręcił się w zażenowaniu. Lulka i Andorę w wiedzy o wybrance tego drugiego różniło więc jedynie ujrzenie jej na własne oczy — ale po tym opisie były Nocniak wiedział, że niewiele go omijało, bo wybranka serca kocura była równie szpetna, co on sam. Wolał tę ostatnią kwestię jednak przemilczeć.
— Och, Lulu, moje serce tak boli! Tak to boli, nawet nie wiesz, jak bardzo! Ona jest tam, moja ukochana. Me serce rwie się do niej, a ona… Ona siedzi za szybą, odgrodzona ode mnie, od moich uczuć. Powiedz, czy kiedyś uda mi się stopić jej lodową powłokę? — zapytał płaczliwym, zdecydowanie zbyt dramatycznym tonem, kładąc się na gładkiej podłodze. Wypłakiwał więcej żali w drewniane panele, które skutecznie wyciszały jego zawodzenia — Lulek nie był więc w stanie stwierdzić, co do końca mówił. Poza tym, że było to na pewno kolejne przepełnione tragedią wyznanie miłości. Siedzący obok Oksymoron, równie zapłakany, co jego towarzysz, smarkał właśnie nakrapiany nos w jego kolorowy sweter, na co były ogrodnik jedynie odrobinę się skrzywił.
W każdym razie, Oksymoron przynajmniej posiadał jakieś realne życie miłosne. Nie to, aby Lulek był w tej materii wielkim specjalistą, bo sam takowego nigdy nie miał — ale tutaj miał wyraźne podstawy, aby wydać taki osąd. Co jakiś czas bowiem przez otwarte okno w innym pokoju przychodził do nich obcy kot. Niechlujny, z odstającym, pełnym kołtunów futrem i odbarwioną, w wielu miejscach rozerwaną obrożą. Sam otwierał sobie drzwi do bawialni, wskakując na klamkę, po czym ignorował wszystkich, zmierzając od razu w stronę Oksymoronu i wtulając się w jego idealnie puszyste, miękkie, perfekcyjnie zadbane, rude futerko. Wtedy wszyscy już wiedzieli, że kocury cały ten dzień spędzą razem, dzieląc się językami, przytulając i przyciszonymi głosami rozmawiając na jakieś obrzydliwie urocze tematy. Według słów Madonny i Rustyk, obcy nazywał się Kartel i był tak zwanym niczyjem. To znaczy, nie należał do nikogo, a raczej do żadnego dwunoga. Wałęsał się, gdzie chciał, jadł, u kogo chciał i spał tam, gdzie tylko zapragnął. Był zwykłym włóczęgą, kompletnie wolnym duchem, pozbawionym jakiegokolwiek przywiązania do przyziemnych rzeczy — na przykład takich, jak koncept wierności.
Opisywana powyżej rutyna zakochanych nie sprawdzała się bowiem, gdy Kartel wpadał do nich pachnąc innym kotem. Zazwyczaj była to jakaś kotka z sąsiedztwa, której nigdy nie miał okazji poznać. Wiedział jedynie, że nazywała się Lady Gaga, nie lubiła Madonny (ze wzajemnością) i czasem starała się flirtować z Andorą (bez wzajemności).
W każdym razie, gdy ten kochanek marnotrawny zjawiał się w ich domu, śmierdząc jak ich skacząca z kwiatka na kwiatek sąsiadka (słowa Madonny, nie jego), w Oksymoronie budziła się furia, którą Lulkowi ciężko było opisać konwencjonalnymi słowami. Chyba najbliżej uchwycenia sedna tego uczucia byłyby różnorakie onomatopeje, ale i one nie oddałyby złożoności tego stanu w pełni. Oksymoron bowiem, jak, zgodnie z jego własną opinią, każda artystyczna dusza, czuł głębiej i silniej, niż jakiekolwiek inne stworzenie na tym łez padole. W przeciwieństwie do zwyczajnego pospólstwa, jego emocje były wyszukane i piękne, same w sobie stanowiąc swego rodzaju sztukę, bo pochodziły od Jego Wspaniałości we własnej kociej osobie. Niezależnie od tego, jak szlachetne by one nie były, doprowadzały z grubsza do tego samego, co emocjonalne wybuchy plebejskiego robaka — Kartel zazwyczaj dość prędko uciekał tam, gdzie pieprz rośnie, pozbawiony pewnej części futra, zaopatrzony w krwotok z nosa, obrzucony stosem nieszczególnie wyszukanych bluźnierstw i dramatycznie porzucony przez swojego ukochanego ze słowami, aby się już tu więcej nawet nie próbował pokazać. I to działało — przez jeden dzień, bo następnego włóczęga zjawiał się ponownie, w pysku trzymając marne kwiatki wykopane z ogródka sąsiadów, przyprawione obietnicą poprawy, która nigdy nie następowała.
Dzisiaj przypadał dzień, w którym to druga połówka rudzielca opuściła ich domostwo w mgnieniu oka, tak prędko, jakby w wyniki tego szaleńczego biegu miała zgubić własny ogon. Pech chciał, że nałożyło się na to rutynowe rozpaczanie Andory z powodu jego niedostępnej, uwięzionej w zamku (czymkolwiek był zamek) damy, której on nie mógł uratować. Lulek więc skończył z dwoma beksami, w głębi ducha nawet nie odczuwając zwyczajowej irytacji. Mógłby nawet powiedzieć, że trochę im współczuł, a zazwyczaj obecna w nim zazdrość odrobinę zelżała.
“Może to i lepiej, że nigdy się nie zakochałem. Ani nikt nie zakochał się we mnie. To wygląda… boleśnie.” zastanowił się, czując w środku swego rodzaju ciepło. Nigdy wcześniej tak o tym nie pomyślał.
-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-
Lulek czuł, że jego pogruchotane kości stopniowo powracały na dedykowane im miejsca. Musiał poczekać jeszcze trochę czasu, ale przynajmniej był już pewien, że rzeczywiście znajdował się na dobrej drodze do wyzdrowienia ze swojego urazu. To nieco podnosiło go na duchu. Liczył na to, że odzyskana możliwość nieskrępowanego ruchu pomogłaby w łagodzeniu jego negatywnego, nieokiełznanego myślotoku. Mógłby w końcu swobodnie chodzić po domostwie, a nie jedynie leżeć, przykuty do jednego, konkretnego miejsca i gapić się w ścianę naprzeciwko, nie mając innych bodźców do odciągnięcia uwagi.
Musiał przyznać przed sobą — bo przed nikim innym w życiu by tego nie zrobił — że rozmowy z pieszczochami rzeczywiście działały na niego dobrze. Najwyraźniej kontakt z innymi i zaprzestanie izolacji naprawdę potrafiło zmienić wiele. Wcześniej sam unikał wszystkich, odtrącał ich, antagonizował, nawet, gdy chcieli jedynie pomóc lub wyrażali realną troskę o jego dobrostan. Bez konkretnego powodu… Stał się kotem, którego nienawidził. To on był tym pasożytem — i obecnie był zażenowany tym, jak późno to przyjął to do wiadomości. Chociaż podświadomie chyba zawsze to wiedział. To właśnie o tym mówił mu ten głos, prawda? Ale on nie chciał dopuścić do siebie tej myśli. Wolał przypisać wszystkie te wątpliwe zasługi wyimaginowanemu, wewnątrzczaszkowemu robakowi, którego mógł antagonizować do woli, nie poświęcając nawet chwili na refleksję nad własną osobą.
Nawet, jeśli myśląc te podłe rzeczy, mówiąc te kąśliwe słowa i podejmując te okrutne, raniące innych decyzje nie czuł się jak on-on, to musiał to w końcu ze sobą skonfrontować.
To był on.
Zgniły, brzydki, zepsuty od wewnątrz i zewnątrz, toczony przez wstrętne czerwie nienawiści. Humorzasty, złośliwy, emocjonalnie odrętwiały, smutny, wściekły, przepełniony radością i rozpaczą jednocześnie. Pełen goryczy i zazdrości wobec każdego, komu cokolwiek szło lepiej niż jemu.
Ale mimo to, wewnątrz jego chuderlawego ciałka tliła się iskierka nadziei — może po to właśnie los dał mu drugą szansę? Pozwolił mu naprawić błędy przeszłości? Pogodzić się ze sobą i w końcu samemu sobie wybaczyć? Stać się nowym, lepszym kotem?
Nie wiedziało, ale musiało spróbować.
Od Lulkowego Ziela
Jasne światła
CW/TW: trochę obrzydliwe opisy; myśli i próba samobójcza; intruzywne myśli; uzależnienie; wymioty
Przeszłość
Oczy go piekły, powieki ledwo wytrzymywały w pozycji uniesionej, pyszczek miał odrętwiały, gardło obolałe, zdarte i suche jak piach, a głowa pulsowała mu jakby coś próbowało wydostać się ze środka jego czaszki na zewnątrz. Po brodzie płynęła mu niewielka strużka śliny, wyczuwalna, ale niemartwiąca dla jego niezbyt dobrze działającego jeszcze mózgu. W tym momencie czuł, że nie myślał. Zwyczajnie nie był w stanie. Jakby zawartość jego czaszki zmieniła się w glutowatą maź. Każda jedna czynność jego umysłu sprawiała, że ból głowy wyłącznie się pogarszał. Wiedział tylko, że było tu przeraźliwie zimno, światło raziło go tak, jak nigdy wcześniej, a w powietrzu unosił się zapach strachu, krwi, potu, moczu i czegoś dziwnego, czego nie potrafił określić. Zamknął oczy, pragnąc odgrodzić się od niepotrzebnych bodźców. Słyszał coś, choć nie wiedział, co dokładnie — wszystko zlewało się w jednolitą, płynną kakofonię. Chciał zatkać uszy, ale jego słaba, drżąca łapa napotkała po drodze na jakąś dziwną, twardą przeszkodę, która ani drgnęła nawet, gdy Lulkowe Ziele włożył w ten ruch całą pozostałą mu siłę.
Niechętnie rozchylił powieki, przeklinając jasne światło, drażniące jego wrażliwe gałki oczne. Z ogromnym trudem uniósł głowę. Czuł się, jakby starał się wybudzić o poranku po wzięciu zbyt dużej porcji maku. Och, mak… Przyjąłby go teraz z szeroko otwartymi łapami. Tęsknił za czasami, gdy ten miał na niego jeszcze tak silny wpływ!
Spojrzał w bok, próbując zlokalizować przeszkadzający mu obiekt. Świat początkowo wirował, a obiekty wokół wiły się niczym węże, co wyłącznie wywołało u niego mdłości.
— Litości… — jęknął rozpaczliwie, ledwo powstrzymując wymioty.
Zamknął oczy, tylko na momencik… i znowu zasnął, pogrążając się w głębokiej, błogiej nieświadomości.
-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-
Gdy ponownie się wybudził, świat dookoła przestał się kręcić. Dziwna mieszanina dźwięków ustała, przechodząc w cichy szum. Obecny wcześniej smród strachu i płynów ustrojowych zniknął, przekształcając się w delikatną woń kwiatów i czegoś, czego nie potrafił rozpoznać. Powieki nie ciążyły mu już tak podle, Czuł się więc nieco lepiej. Cóż, do czasu…
Do czasu, aż nie poczuł tego okropnego, przeszywającego bólu w tylnej łapie i dole pleców. Nigdy nie doznał czegoś tak przerażająco dotkliwego. Próbował się odwrócić, spojrzeć na swoją nogę, — pewien, że ta była co najmniej złamana — lecz coś krępowało jego ruchy, uniemożliwiając mu skontrolowanie sytuacji. Dopiero po kilkudziesięciu uderzeniach serca uspokoił się i przestał szamotać, akceptując tę beznadziejną sytuację. Aby odwrócić uwagę od bolącej kończyny, Lulkowe Ziele uniósł nieco łeb, rozglądając się dookoła, chcąc jakoś ocenić swoje obecne położenie.
To, co widział, było… trudne do opisania. Nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkał. Był wewnątrz czegoś. Otaczały go barwne ściany, a on sam spoczywał na czymś miękkim, zapewne na legowisku — ale budującym je materiałem zdecydowanie nie był mech, trawy ani nic, co on już dobrze znał.
Naprzeciw niego znajdowało się duże przejście, nieco osłonięte jakimiś dziwnymi, zwisającymi materiałami. Wokół było schludnie, czysto. Nie zauważył niczego niepokojącego, ale nie był pewien, czy mógł czuć się bezpiecznie. Nie miał pojęcia, czym to miejsce było. Wiedział już, że żył, to było bardziej niż pewne — doświadczał tego boleśnie każdym elementem swojego ciała. Skrzywił się na samą myśl o tym. Czyżby porwał go potwór? To o tym w swoich historiach opowiadała im Kotewkowy Powiew? Znalazł się w jamie dwunożnych?
Westchnął ciężko, starając się zmusić swój mózg do wznowienia pracy — został jednak wytrącony z rytmu przez czyjeś chrząknięcie. Odwrócił się w jego stronę o tyle, o ile mógł, dostrzegając jedynie część sylwetki nieznajomego. Reszta zasłonięta była przez te dziwne, krępujące ruchy coś na jego szyi.
— Witaj — rzekł tajemniczy kot, ostatecznie zbliżając się na tyle, że wzrok dzikusa mógł objąć całe jego jestestwo. Był łysy i gruby. Na swoim ciele miał dziwne, kolorowe coś, a tam, gdzie ów przedmiot nie sięgał widoczna była pomarszczona skóra, pokryta tu i ówdzie ciemnymi plamami. — Witaj w naszych skromnych progach, przyjacielu. Zapewne jesteś zdziwiony tym… wszystkim, co tu się dzieje. Pozwól, że zaznajomię cię z twoją nową rzeczywistością.
Lulkowe Ziele przyglądał się przybyszowi szeroko otwartymi, żółtymi ślepiami. Wpatrywał się w niego tak, jakby ten właśnie obwieścił mu, że za oknem latają jeże. To jednak zdawało się go nie zrażać.
— Wiem, wiem, jesteś przestraszony, zszokowany, zdezorientowany, skonfundowany i… pewnie jeszcze jakieś określenia pasowałyby do obecnie odczuwanych przez ciebie emocji, czyż nie? Wszyscy nowi tak reagują. Ale tutaj naprawdę nie ma się czego bać. Nasi dwunożni to wspaniałe, dobroduszne istoty. Zawsze zbierają takie biedne, zagubione duszki, jak ty, i przynoszą je tutaj, aby się nimi zająć. Jest nas tu całkiem sporo. Chociaż ja byłem pierwszy — powiedział z nieukrywaną dumą, wypinając do przodu łysą, pomarszczoną pierś. — Nazywam się Andora, ale czasami zwą mnie również Surowym Kurczakiem lub Golcem. To honorowe miana, tak nazywają mnie jedynie nasi państwo. Ciebie natomiast nazwali Edredon, cokolwiek to znaczy.
— To taki ptak — wychrypiał Lulkowe Ziele, ledwo wykrztuszając z siebie te słowa. Nie polubił kocura. Zdawał się być butny, pyszny, jakby czuł się o wiele lepszy od niego. Jak Żmijowiec. Nawet trochę go przypominał. Dałby sobie odgryźć łapę, że gdyby Andora nie był łysy, to on i jego brat wyglądaliby jak dwie krople cuchnącej, mulistej wody. — I wcale się tak nie nazywam.
— O, mówisz? No proszę — miauknął pieszczoch, niezbyt entuzjastycznie. — Jesteś dziki, nie? Widać to po tobie. Nie odnajdujesz się tu. Wyrywali ci mnóstwo kleszczy i dali tę dziwną, śmierdzącą wodę na pchły. Ale nie jesteś z miasta, mieszczuchy czuć dymem. Ty pachniesz jak kwiaty, grzyby i zioła z ogródka sąsiadów, więc jesteś leśniakiem. Wy macie jakieś dziwne imiona. I jeszcze dziwniejsze przywiązanie do nich, ale to nie moja sprawa. Jak cię tam zwano? I co tam robiłeś? Nie wyglądasz na… jak to oni ich tam zwali? Bojownika? Jesteś strasznie wynędzniały, zwłaszcza jak na kocura. Nawet jak na wasze mizerne standardy.
Coś go wewnętrznie zakłuło, gdy ten durny piecuch wytknął jego sylwetkę — a jeszcze bardziej, gdy z jego śmierdzącego bobkami pyska wydobyło się to jedno słowo. Kocur. Nocniak wzdrygnął się na sam ten wyraz.
— Lulkowe Ziele… — odparł, zbierając się na jakiś rodzaj odwagi. Och, jakże ten łysy lisi bobek go irytował! Uważał, że od razu go rozgryzł, czyż nie? Że już wszystko o nim wiedział? — I nie, nie jestem wojownikiem. Zajmuję się roślinami.
— Jejuniu, paskudnie was tam wszystkich nazywają. Będę na ciebie mówić Lulu, dobra? Ta wersja jest słodsza — miauknął, chociaż wcale nie brzmiało to jak pytanie. Bardziej jak pewne obwieszczenie. — Roślinami, tak? Ja też. Często wykopuję ziemię z doniczek albo podjadam kwiaty, gdy państwo nie patrzą. Ale oni tego nie lubią, zawsze się za to obrażają, więc chyba nie będziesz mógł tu tego robić.
Lulkowe Ziele nie miał nawet siły komentować tych słów. Po prostu odwrócił głowę na tyle, na ile pozwalało mu to krępujące ruchy ustrojstwo na jego szyi, po czym zamknął oczy, ignorując swojego niechcianego towarzysza.
-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-
Lulkowe Ziele nie był pewien, ile czasu minęło. Na pewno więcej, niż parę wschodów słońca. Choć czy na pewno? Zamknięty i unieruchomiony w czterech ścianach gniazda dwunożnych nie był w stanie zorientować się co do położenia księżyca ani fazy, w jakiej się znajdował — dane mu było więc zaledwie zgadywać, co utrudnione było przez fakt, że wszystkie dni zlewały się mu w jednolitą, zwartą całość. Większość nich przesypiał, czasami nawet nie wiedząc, czy przypadkiem nie pominął którejś doby całkowicie. Poza tym obserwował dziwny, okrągły przedmiot wiszący tuż przed nim, który co jakiś czas wydawał rytmiczne dźwięki — Andora nazwał ów artefakt zegarem — lub wzrokiem podążał za latającą po jego więzieniu muchą. Niewiele więcej mógł zresztą porabiać w swoim stanie.
Od łysego pieszczocha dowiedział się, że krępujący ruchy mechanizm zamontowany na jego szyi zwał się kołnierzem i został tam umieszczony przez dwunożny odpowiednik ichniego medyka. Zgodnie z najlepszą wiedzą od swojego prywatnego eksperta dowiedział się także, że to właśnie w tym legowisku znajdował się, gdy otworzył oczy po raz pierwszy, bo prawdopodobnie przeżył coś, co jego przymusowy kompan nazwał cięciem, po czym wciśnięto jego tył w białą, twardą substancję — tak zwany gips. Cokolwiek to wszystko znaczyło. Łysy kocur użył o wiele za dużo słów, których Lulek sensu absolutnie nie pojmował — ale głupio mu było się do tego przyznać. Kiwał więc jedynie głową co jakiś czas, udając, że przyjął do informacji wszystko, co ten mu przekazał. Zrozumiał tyle, że jego próba samobójcza zakończyła się porażką, wskutek której skończył z jakimiś poważnymi obrażeniami tylnych łap i biodra — chociaż to wydedukował głównie empirycznie, a nie dzięki jego pomocy. Andora nie potrafił mu powiedzieć, co dokładnie się stało, ale w lulkowej opinii musiało to być złamanie, prawdopodobnie dość rozległe. Był przekonany, że już nigdy po czymś takim nie stanie, ale piecuch uspokoił go, mówiąc coś o tym, że ogrom z kotów, które tu trafiały, był w znacznie gorszym stanie, z którego wychodził ostatecznie bez większego szwanku — co najwyżej z bliznami lub nie do końca prostym chodem. To pozwoliło nieco odetchnąć z ulgą (byłemu?) Nocniakowi — chociaż w sumie nie wiedział, czemu.
Zastanawiał się nad tym spędzając kolejną samotną godzinę w swoim więzieniu. Czy on chciał chodzić? Nie planował przecież wracać do Klanu Nocy, prawda? Prawda — a skoro takie miał podejście, to do czego przydałyby mu się sprawne nogi? Przecież i tak nic go już w życiu nie czekało. Tak naprawdę fakt, że jeszcze dychał, zawdzięczał wyłącznie złośliwości losu i własnemu pechowi. Nic, co chciał osiągnąć, nigdy mu nie wychodziło — najwyraźniej liczyło się do tego również umieranie. Och, jakim zgorzknieniem go to wszystko napełniało! Miotały nim emocje, których nie potrafił prosto sklasyfikować. To była jakaś dziwna mieszanka, połączenie wszystkich uczuć, jakie dotychczas poznał. Gniew, smutek, żal, rozgoryczenie, ulga, wewnętrzny spokój, radość, nostalgia.
Czy tęsknił za klanem? Być może. Czuł ukłucie gdzieś głęboko za każdym razem, gdy jego wstrętni porywacze (znani także jako jego nowi właściciele lub pod imionami Pierre i Jean) przynosili mu na spodku brejowatą, pachnącą jak ryby papkę. Jej konsystencja pozastawiała wiele do życzenia, ale nie planował jak na razie umierać z głodu. Był to proces o wiele zbyt długi i bolesny, aby chciał się na coś takiego porywać. Zresztą, po kilku pierwszych kęsach szło się przyzwyczaić do żelowej faktury, a kiedy zamknął oczy, to potrafił sobie nawet wyobrazić, że znowu był z rodziną. Dzielił z nimi posiłek, leżąc przy źródełku w centrum obozu. Rosiczka i Wężynka śmiały się z jakiegoś durnego dowcipu opowiedzianego przez ich srebrną przyjaciółkę, Tojad leżał wtulony w bok Borówki, zachwycając się nią jak zwykle, a Żmijowiec jadł rybę, tym razem nie znajdując w jej wnętrzu żadnych obślizgłych robali…
Zwłaszcza nocami, gdy budziły go ryki potworów i krzyki podrostków dwunożnych, zbierało mu się na takie nostalgiczne przemyślenia. Czasami nawet zdarzało mu się uronić łzę, chociaż nie miał ku temu żadnego powodu. Dostał to, czego chciał. Sam o tym zdecydował. Postanowił uciec, wyrwać się, zakończyć to wszystko — swoje życie, nie tylko to klanowe, życie jako całość. Cudem (niefortunnym) przeżył, czego absolutnie nie miał w planach, a teraz? Żałował? Przecież był tak pewien swojej decyzji, najpewniejszy, jaki kiedykolwiek był! To była głupota. A jednak… tak bardzo mu tego wszystkiego brakowało. Wspólnego zajmowania się ogrodem z Pierzastą Kołysanką, dostarczania ziół medyczkom i krótkiej pogawędki z kotkami, nawet rozmów z jego parszywym rodzeństwem.
Zastanawiał się, czy żałowałby także, gdyby naprawdę umarł. Czy także zmieniłby zdanie, cierpiąc z powodu podjęcia tak bezwzględnie trwałego wyboru? A może by się cieszył? Nie czułby już bólu, czyż nie? Żadnego jego rodzaju, zarówno fizycznego, jak i tego psychicznego, który stanowił jego największy problem. Zakładając, rzecz jasna, że po odejściu zachowałby świadomość własnego istnienia. Takie przekonanie było żywe w Klanie Nocy. Niemal każdy wierzył w moc przodków, żyjących bez żadnych cierpień na nocnym nieboskłonie, obserwujących ich z góry. Śnieżna Mordka zawsze mu o tym wszystkim mówiła, zwłaszcza, gdy on nie chciał słuchać. Znała każdą legendę, każdą opowieść Kotewkowego Powiewu na pamięć. Była nimi szczerze zafascynowana, kompletnie wierząc w każdą jedną bajkę, jakby była niezaprzeczalnym, namacalnym wręcz faktem. Wieczorami, gdy byli jeszcze uczniami, zwierzyła się mu kilka razy z wrażenia, iż ktoś tam, na górze, wśród tych wszystkich ślicznych gwiazd nad nią czuwał — i nad nim na pewno też. On zazwyczaj zbywał ją prychnięciem. Szczerze w to wątpił.
Teraz jednak, gdy zamykał swoje żółte ślepia, widział malujące się na nicości białe kropki, coś jak mroczki, ale ukryte pod jego powiekami. Wyglądały jak gwiazdy, a gdy wystarczająco długo odpoczywał w ten sposób, potrafiły nawet tworzyć skomplikowane gwiazdozbiory. Na nowo rozpalało to w nim jakiegoś rodzaju nadzieję, mały płomyczek radości, nawet, gdy podświadomie uważał je za zaledwie wytwory jego przemęczonego umysłu.
Wychodziło na to, że jego srebrna nie-koleżanka miała rację. Tylko sam Lulkowe Ziele nie był przekonany, czy ów ktoś na pewno życzył mu dobrze. Rozumiał tylko jeden przekaz płynący z jego czynów — musiał żyć, czy tego chciał, czy nie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
