BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 3 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

23 kwietnia 2026

Od Wzorzystej Dali CD. Truskawkowego Pola

Zamarła na chwilę. Miała obgadywać Pchełkowy Skok? Nie… Nie mogła tego zrobić. Mniejsza, że nie miała żadnych rzetelnych informacji, Pchełkowy Skok była jej koleżanką, chodziły razem na spacery. To nie w porządku…
– Wiesz, to byłoby plotkowanie… – odparła zmieszana. Od razu przerzuciła swoją uwagę na kwiaty.
– Myślisz, że te astry by mi pasowały? – zapytała, próbując zmienić temat. Ruda nawet na nie nie spojrzała.
– Tak, tak mogą być. Naprawdę nic o Pchełce nie słyszałaś? Te twoje koleżanki nic ci nie mówią?
Zmarszczyła brwi i napięła się. Koleżanki mówiły jej dużo! Nie ukrywały nic przed nią! Przecież się lubiły! Uspokoiła się jednak. Truskawka na pewno nie miała nic złego na myśli. Po prostu jest bardzo ciekawa. W sumie… mogłaby jej powiedzieć… To nic złego… W końcu z Truskawką była dużo bliżej… Pchełka na pewno by zrozumiała… albo i nie, w końcu nie musiała wiedzieć.
– To ty nie wiesz, że jej się podoba Mirtowe Lśnienie? Wszyscy o tym mówią!

* * *

Nie wiedziała, jak się z tym wszystkim czuć. Wcześniej nie zwracała uwagi na sprawy polityczne. W końcu Jaskółka miała być pierwszym nowym przywódcą, odkąd ją tu przywiało. Jednak druga zmiana w tak krótkim czasie była dziwna. Starała się tym nie przejmować. W końcu wszystko było dobrze. Była jeszcze inna sprawa, przez którą czuła się nieswojo. Zawsze trzymała się jak najdalej od władzy i związanych z nią kotów. W ten sposób czuła się komfortowo i bezpiecznie. Wolała myśleć o plotkach i o tym, jakich kwiatów będzie szukać na następnym spacerze, a nie o władzy i strategiach dyplomacyjnych. Zawsze myślała też, że władzę będą miały koty dużo starsze od niej, z którymi i tak nie zamierzała rozmawiać. A tu niespodzianka. Truskawkowe Pole została zastępczynią. Teraz nie wiedziała, co robić. Stresowała się. Czy nadal będą mogły się przyjaźnić, czy koleżanka będzie miała już ważniejsze sprawy na głowie? A jeżeli nadal będą utrzymywały kontakt, to jak bardzo ich relacja się zmieni? Dla świętego spokoju wolałaby już się do niej nie odzywać. Ale z drugiej strony na samą taką myśl było jej smutno. No i nie zamierzała sobie robić wroga z zastępczyni. Truskawka też mogłaby poczuć się urażona. Siedziała w obozie, starając się nie patrzeć w miejsca, gdzie mogła przebywać kotka. Kontakt wzrokowy w tym momencie byłby zbyt wymagający. Nagle tuż zza swoich pleców usłyszała:
– Wzorzysta Dali!
Krew zmroziła jej się w żyłach. Co robić? Mówić jak do przełożonej czy jak do koleżanki? Jej ciało postanowiło w tym momencie kliknąć wszystkie guziki naraz. Jednocześnie uśmiechnęła się (być może za szeroko), obróciła się do zastępczyni i powiedziała (zdecydowanie zbyt szybko):
— Tak jest, Truskawkowe Pole?

<Truskawa?>

Od Pożarowej Łapy Do Tańcującego Pierza

Wreszcie chociaż chwila spokoju. Ognista Piękność wreszcie postanowiła zabrać jej kochane dzieci gdzieś dalej od niej. Dzięki temu przynajmniej nie musiała męczyć się z Bursztynem memlącym wszystko, co jest w zasięgu jego pyska (i jakimś cudem rzeczy poza zasięgiem też). Dzięki temu nie musiała się też kisić w kociarni z Kocięcym Rozumkiem. Tak, Pożar była świadoma zmiany imienia drugiej karmicielki, ale definitywnie preferowała używać tego. Wybrała wyjście ze żłobka w celu przewietrzenia się, spożycia posiłku i ucieczki od marnej podróbki czystorudego kota. Zdążyła już zjeść pliszkę i wydłubać wszystkie zawieruszone pióra spomiędzy zębów. Położyła się obok wejścia do żłobka, opierając swoje łapy na jednym z korzeni pnia, po czym ułożyła na nich głowę. Obserwowała klan. Widziała wygrzewających się starszych, koty wchodzące i wychodzące z lecznicy i okropnie głośnych uczniów. Przez dłuższą chwilę jej wzrok zawisł na siedzącym gdzieś na uboczu biało-rudym kocurze z pędzelkami na uszach i kwiatami w futrze. Słyszała czasem, jak wołali na niego Pierzasta Łapa. Był to rzekomy oprawca jej jakże niewinnego synka. Na oko miał z kilkanaście księżyców. Zazwyczaj uczniowie w tym wieku nie kłócą się już z kociakami. Może ten był opóźniony w rozwoju. Było w tym klanie kilku takich. Przez chwilę myślała, żeby nie skonfrontować się z nim. W końcu musi dbać o bezpieczeństwo swojego idealnego synusia. Szybko porzuciła ten pomysł. W końcu teraz miała czas dla siebie, a nie na wydzieranie się na jakiegoś szczyla. No i Bursztyn musiał się wreszcie nauczyć nie drażnić borsuka. Przestała patrzeć na kocura i skierowała wzrok pusto przed siebie, akurat na drugi tunel wejściowy do obozu. Zobaczyła tam paniusię “lepszą od jej matki” wraz z “przyjaciółką” Pożar. Instynktownie wbiła pazury w korzeń i odwróciła wzrok. Furia gotowała się w niej, nie mogąc się uspokoić. Odczepiła łapy od drewna i skierowała się w stronę kota, który według niej był Pierzastą Łapą. Aktualnie był to cel do wyładowania złości. Kiedy była blisko, krzyknęła
– Pierzasta Łapa tak?! Ty tak często lubisz grozić kociakom?!

<Pierze? Masz wkurzoną matkę do ogarnięcia>

Od Mandarynkowej Gwiazdy CD. Klekoczącego Bociana

Kiedy kocur wyszedł, medyczka kontynuowała szeptem.
– Podobno widziano ją w towarzystwie Wężynowego Kła. To dziwne, nie kojarzę, żeby się lubiły.
Srebrna otworzyła szerzej oczy z zaskoczenia. To rzeczywiście mogło mieć związek z tą sprawą. Chyba sytuacja była bardziej zawiła, niż myślała…

* * *

Róża opowiadała jej jeszcze inne rzeczy, ale każde kolejne zdanie brzmiało jak coraz to większa bzdura. Bardzo lubiła kuzynkę i była jej wdzięczna za wiele rzeczy, ale czasami kwestionowała, czy ma równo pod sufitem. Nie zamierzała już słuchać więcej, o tym, jak błysk jej łososiowej perły mógł przepowiadać przyszłość Klanu Nocy.
– Pójdę już.
– Ale pamiętaj, to wszystko może być spiskiem mew! – wyszeptała na pożegnanie medyczka. Pomarańczowooka westchnęła i wyszła. Na głównej polanie obozu znowu wpadła na Klekoczącego Bociana. To już zaczęło robić się podejrzane. Miała uwierzyć, że po raz kolejny znalazł się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie? Aż musiała to sprawdzić. Tu i teraz.
– Klekoczący Bocianie, możemy na słówko? – zapytała, tonem głosu dając jednak do zrozumienia, że to był bardziej rozkaz, niż pytanie. Młody asystent medyczki niepewnie skinął głową. Oboje skierowali się do wnętrza pnia wielkiego sumaka. Był to idealny moment, bo Błękitna Laguna przynajmniej na chwilę przestał się wokół niego kręcić. W środku Mandarynka bardzo szybko zaczęła rozmowę.
– Jak tam u matki? – rzuciła niby od niechcenia jak zwykłą formalność. W rzeczywistości w świetle ostatnich wydarzeń był to dość strategiczny ruch. Klekoczący Bocian wzruszył ramionami.
– Dobrze. – postanowił odpowiedzieć równie dyplomatycznie. Przywódczyni wypuściła powietrze nosem, nieusatysfakcjonowana tą zdawkową odpowiedzią. “Do brzegu” słyszała w głowie. “Nie, trzeba subtelnie” pouczyła się w myślach. Jednak ktokolwiek zna Mandarynkę, wie, że jest ona wieloma rzeczami, jednak definitywnie nie jest subtelna.
– Zawsze jesteś taki cichy? – zapytała, brzmiąc trochę pretensjonalnie.

<Klekot?>

Od Kurki CD. Borowika

Następnego dnia Kurka zabrał Borowika z powrotem pod drzewa. Mniejsze tym razem, pomimo dezaprobaty ucznia.
– To nie to samo drzewo! – odparł Borowik, zapierając się łapkami.
– Nie to samo, to prawda. Jednak wspinaczkę zaczyna się od niższych konarów, w razie upadków. Tamto drzewo jeszcze zobaczysz, nie raz. Będziesz miał go jeszcze dość! A teraz popatrz. To jest olcha. – Kurka wskazał na drzewo. – Przyjrzyj się jej, powąchaj. Ma specyficzny zapach i własny, wyjątkowy kształt liści, które niestety pokażą się dopiero za sezon.
– Ale po co mam to pamiętać? – Borowik zajrzał na drzewo. – Mieliśmy się wspinać!
– Wiedza o drzewach to jedna z wielu umiejętności, jakie zwiadowca musi opanować. Dobrze jest wiedzieć, na co się wspinasz, gdyż każde drzewo ma swoje własne zalety i wyzwania. Ta Olcha jest młoda, więc ma jeszcze miękką korę i niskie gałęzie. Potem, to drzewo rośnie prosto i wysoko, przez co staje się wyzwaniem do wspinaczki. Jeśli tego nie wiesz, łatwo z niej spadniesz. Ale dobra… Tyle o drzewie! Teraz! Wspinaczka na nie! – Kurka oświadczył.
Dłuższą chwilę zajęła mu demonstracja poprawnej techniki. Jeszcze dłuższą dokładne pokierowanie kociaka, aby sam poprawnie stosował technikę i posiadał właściwą pozycję.
– Ćwiczenie czyni mistrza. – oświadczył kociakowi, kiedy nie udało mu się po raz kolejny. – Ja sam na drzewo nauczyłem się wchodzić szybko… ale schodzić nauczyłem się dopiero po moim 10 księżycu. – poklepał go po głowie. – Jeszcze raz!
I w końcu udało mu się wejść na najniższą gałąź.

Kurka raczej nie bał się wyzwań. Nie bał się wielu rzeczy, przynajmniej do czasu. Jego życie z Guziczkiem było niczym innym jak przyjemnością. Spokojne noce, długie spacery. Teraz jednak doszły do tego jeszcze treningi pewnego upartego kotka.
Borowik, imiennik jego zmarłego brata, był… specyficzny. Kurka już zdążył się zorientować, że działa bardzo mocno na rutynie i obietnicach. Dlatego też młody zwiadowca nie mógł sobie pozwolić, na zbyt długie spanie w sierści swojego ukochanego, gdyż kociak jadł śniadanie o regularnych porach i zaraz był gotowy do treningu. I Kurka musiał być gotowy razem z nim.
Dlatego też o tak wczesnej porze był już na nogach. Osobiście, tego dnia nie chciało mu się nic. Najchętniej spędziłby ten czas ze swoim ukochanym, ale obowiązki wzywały.
– Dzień dobry Borowiku. Widzę, że już gotowy do treningu. – Przywitał się Kurka z kociakiem. Ten spojrzał na niego i kiwnął łebkiem.
– Co ja ci wczoraj obiecałem? – Kruka podrapał się za uchem. Dzisiaj naprawdę miał marny dzień.
– Że będziemy się więcej wspinać. – odparł kociak.
– No tak. Wspinaczka. Dobrze. – Kurka pokiwał łebkiem. – Najważniejsza umiejętność zwiadowcy. Chociaż robiliśmy to też wczoraj. – przyznał Kurka.
– Obiecałeś. – Borowik zmrużył oczy.
– Wiem. I obietnicy dotrzymam. Dzisiaj znajdziemy brzozę, co byś miał jakieś wyzwanie! Jutro. Nauka polowania! Nie… jutro patrol wieczorem, przepraszam. Prawie o nim zapomniałem. Patrolować też musisz się nauczyć, a Pieczarka się zgodziła, żebyśmy wzięli cię ze sobą. Trzeba to wykorzystać! Za dwa dni powtórka z polowania! – miauknął zwiadowca. – A teraz ruszamy! Brzozy nas wzywają!

<Borowiku?>
[trening Borowika]

[474 słów]

[5%]

Od Nocnej Łapy (Nocnego Śpiewaka) CD. Chudej Łapy

Za czasów ucznia

Noc zakręcił się w miejscu wkurzony. Dzisiaj było wyjątkowo ciepło jak na jesień z zimą zaraz za pasem, dodatkowo, niewyobrażalnie sucho. Jego sierść nastroszyła się, jakby ją ktoś potraktował piorunem i nie chciała współpracować. Zwłaszcza grzywka, która uporczywie opadała mu na oczy, przeszkadzając w porannym patrolu i później treningu. Dlatego teraz poirytowany wchodził do obozu. Widząc brata wybierającego w stosie zwierzyny, skierował się właśnie tam. Może ktoś go w końcu wysłucha, bo Tropiąca łaska chyba miała dość jego złego humoru na dzisiaj. W pysku niósł wiewiórkę, która jakimś cudem zaplątała mu się pod zęby, bo w końcu dzisiaj mało co widział! Noc podszedł bliżej i pacnął zajętego brata łapą w bok. Chudy przerzucał piszczkę za piszczką, wyraźnie wybrzydzając. Kiedy Noc go pacnął, dostał w zamian szybkie, wściekłe spojrzenie, które zaraz potem się rozmyło.
— Co tam masz? — Spytał się Nocy.
Noc odłożył wiewiórkę na kamień, aby móc się porządnie wypowiedzieć.
— Wiewiórkę. Pomyślałem, że może chcesz chudzielcu. — Noc uśmiechnął się do brata. Ach. Ten to jednak poprawia mu trochę humor w takie trudne dni. — Trochę chuda co prawda i chyba ślepa, bo wlazła mi prosto pod łapy, ale jest. Może głupia, a nie ślepa. W każdym razie. Jedz, bo zaraz cię wiatr zdmuchnie!
Chuda Łapa zgarnął zwierzę z uśmiechem.
— Ty to jesteś uzdolniony! Nie jak pozostali, pożal się Mroczn... Przodkowie, wojownicy! — Odparł. — To, to dopiero jest okaz! Zaczął powoli ją oskubywać z sierści. — Nie zdmuchnie, nie bój się! Trudniej się mnie pozbyć, niż niektórzy myślą!
— Ktoś chce się ciebie pozbyć? Nuh-uh ! Nie pozwalam. — zaśmiał się Nocna Łapa i sam sięgnął po piszczkę. Schylił głowę, a jego grzywka znowu wepchnęła mu się w oczy. — UGH! Pożalę ci się. Mam dzisiaj taką ochotę znaleźć jakiś ostry kamień i obciąć moje włosy! Wpadają mi do oczu tak uporczywie! A o włosach na ogonie i plecach już nie wspomnę. Chodzę jak nastroszony jak jeż! No ja nie mogę!
Chudy zmrużył oczy i patrzył na brata bez słowa.
— Ty to masz problemy. Gdybyś miał sierść tak, jak tamten ptak na stosie to by kłopot był z bańki.
— Dudek? — Noc przekręcił głowę, przerzucając swoje kudły łapą na bok i zerkając, na co wskazywał brat. Zamrugał dwa razy i zamilkł w zastanowieniu. — Wiesz co? A może powinienem właśnie! — oświadczył. — Może powinienem się tak zrobić. Z tymi kośćmi w uchu i takimi włosami... myślisz, że wyglądałbym dobrze? — Noc wziął swoje kłaki w obie łapy i spróbował podnieść w naśladownictwie nieszczęsnego ptaka na stosie. Z marnym skutkiem niestety. Chudy obserwował chwilę brata w milczeniu, a Noc dalej próbował. Jego sierść uciekała mu spod łap, opadając na pysk.
— Nie lepiej na żywicę spróbować? — Zapytał Chuda Łapa, grzebiąc pazurem w zębach.
— Na żywicę? — Noc zerknął na brata. — Całkiem, całkiem niezły pomysł! — oświadczył i cmoknął. Porwał jedną piszczkę, pożerając ją w paru kęsach, oblizał usta i spojrzał na brata.
— Nie masz zakazu wychodzenia z obozu nie? — uśmiechnął się szeroko. — Nie chcesz pomóc bratu... nastawić włosów na szpic?
— Pytasz dzika czy sra w lesie, braciszku! — Noc uśmiechnął się na reakcję brata, który właśnie wstał, aby się podrapać. — Ja z moim bratem mamy tylko genialne pomysły!
— No... szkoda, że na pomysłach się kończy. — Noc machnął ogonem niezadowolony. Ten jego brat to mu pomógł tak wiele, jak nic. — Jak nie masz żywicy, to wypadałoby znaleźć trochę nie? Nie oberwało ci się zakazem wychodzenia za ten nasz odpał?
Chudy uśmiechnął się.
— Koper o mało mnie nie zabił! Ale zakazu nie dostałem. — Chudy wyszczerzył kły do Nocy. — Tylko oeeesu tak mnie łeb po tym bolał, jak nigdy dotąd! Wtedy naprawdę myślałem, że umieram! Ale warto było! Kocimiętka jest genialna, ale teraz Koper trzyma łapę na zapasach... ehh. Ale myślę, że chyba nie będę chciał tego prędko powtórzyć. A Tobie ta twoja mentorka od siedmiu boleści dała jakąś karę?
— Tak. Wylądowałem ze starszyzną głównie. No i jakieś roboty wokół klanu i... co najdziwniejsze... zakaz treningów? Chyba nie chce mnie w ogóle widzieć już, hah! — Noc podrapał się po tyle głowy. — Ale jest okej. Ja lubię pomagać starszyźnie, a wokół klanu i tak pracowałem nawet jak nikt nie dawał mi kary, więc... no. Najdziwniejszy jest brak treningów, ale starszyzna trzyma mnie w napięciu! — zaśmiał się.
— Ja nie lubię. Raz jak jeszcze uczyłem się na Wojownika to zaniosłem im jedzenie, ale były tylko myszy na stosie. A ja nienawidzę myszy! — Miauknął z wyrzutem. — No i musiałem się zmusić, więc chciałem to zrobić jak najszybciej i tak jakoś wyszło, że jedną rzuciłem w tego ślepego. Okazało się potem, że to wujek Kaliowego Powiewu... Ależ ona mnie wtedy skrzyczała... jak to jest, że cokolwiek robię to ona się na mnie złości? Chyba choleryczka jakaś, ja to nie wiem! W końcu próbuję tylko przetrwać z dnia na dzień, pff.
— Rzuciłeś w starszego?! — Noc się najeżył. — To się nie dziwie Kalinie, że cię okrzyczała. Też bym to wtedy zrobił! — Noc przyznał. — Nawet jak jesteś moim kochanym bratem. Ale! Każdy popełnia błędy... nawet ja! — miauknął. — W każdym razie. Może zejdźmy z tematu błędów? I wróćmy do problemów z dzisiaj? Żywica! Wiesz mój najlepszy przyszły medyku, gdzie to znaleźć?
Chudy wyprostował się, nagle znacznie weselszy.
— Ajaaaaak! — Miauknął. — Najwięcej jej będzie przy świeżo złamanych gałęziach! Musimy iść do lasu poszukać. Najwyżej urwiemy gałązkę i poczekamy, aż wypłynie. Zaczął iść w kierunku wyjścia z obozu. — Będę najlepszym medykiem w całym lesie!
Noc jednak wiedział jak urobić swojego brat pod swoje potrzeby. Chudy rozpływał się pod komplementami. I dobrze. Czasem każdy musi usłyszeć coś miłego o sobie! — To ruszajmy. Przy okazji nazbieram trochę mchu dla starszyzny! I tak... będziesz najlepszym medykiem! — oświadczył Nocna Łapa uśmiechając się szeroko do brata.
Ruszyli razem do lasu. Całe szczęście, że Klan Wilka ma wszędzie dookoła różnego rodzaju drzewa, to też nie musieli daleko szukać. Były iglaste, liściaste, do wyboru do koloru.
— Daj no te kudły, zobaczymy czy tyle wystarczy. — Oznajmił Chudy, biorąc w szczupłe łapki tę odrobinę żywicy, którą znaleźli.
— Okej... — Noc nachylił się pod łapy brata, który zaczął wcierać w jego kłaki żywicę. Było to dziwne uczucie, ale jego włosy stały tam gdzie poukładał je chudy. Noc zaraz sam dołączył do stawiania swoich kłaków. I wyszło nawet śmiesznie, bo teraz był cały zaczesany do tyłu i do góry... jak dudek ! HAHA!
— Ja chyba potrzebuję kałuży! Chcę się zobaczyć!
— Poszukajmy jakiejś! — Oznajmił Chuda Łapa. — Przyda mi się też, bo mam posklejane łapki od tej żywicy. Powinny być jakieś, bo przecież padało niedawno.
Szybko oboje odnaleźli kałużę i to całkiem niemałą! Noc przez chwilę podziwiał się w wodzie, dopóki Chuda Łapa nie wsadził tam swoich łap. — Muszę przyznać, że mi do twarzy mi z takimi kłakami! Muszę częściej się tak nosić! — oświadczył przesuwając łapą po sztywnych kłakach. Chudy zachichotał pod nosem, czego Noc nie skomentował.
— No, no! Tylko poderwij jakiegoś porządnego kota, a nie pierwszego lepszego. — Oznajmił Chudy, kończąc myć łapy.
Zapadła chwilę ciszy.
— Nocna Łapo, dlaczego tak zmieniasz swój wygląd? Nie jesteś odpowiednio przystojny już teraz?
— Oczywiście, że poderwę kogoś porządnego! — Noc zerknął na brata z szerokim uśmiechem. — A zmieniam swój wygląd, bo... nie wiem. Wiem, że jestem przystojny i w ogóle, ale ja raczej nie robię tego dla innych, wiesz? Czuję się dobrze jak coś w sobie zmieniam i się upiękniam... ale nie wiem, czy inni się dobrze z tym czują i jeśli mam być szczery... powiewa mi to! — oświadczył głośno. Czuł się dumny ze swojego wyglądu i nie czuł się ani trochę źle zmieniając go ciągle i nieustannie!
— Oh... to dobrze. — padła odpowiedź. — Ja to chyba... Nie chcę aż tyle zmieniać. Dobrze mi tak jak jest. Chociaż... sierści mógłbym mieć trochę więcej! Ale jak już zostanę najlepszym medykiem to stworzę maść na porost sierści. Wtedy będę taki przystojny jak ty i Gruby! Bo wy obaj macie takie bujne grzywy.
— Bujna grzywa nie czyni cię od razu pięknym. Moim zdaniem, może nie masz dużo sierści, ale ma bardzo ładny kolor! Bardzo ładne pręgowanie! W ogóle, Chudy! Przecież ty masz takie śliczne oczka. Myślę, że twoja przyszła ukochana będzie w nie patrzeć godzinami! — noc pacnął łapą w plecy delikatnie. — Ale to prawda... więcej sierści by ci się przydało... albo nawet jeśli tylko żeby nie wypadała... dla twojego zdrowia, nie tylko dla piękności. — Noc otrzepał łapę gdzie zostało parę kłaczków Chudego. Chudy rzucił mu krzywe spojrzenie, zmarszczył brwi i spojrzał w kałużę. Zapadła chwila ciszy. Nad nimi tylko jesienne liście kołysały się na wietrze, a ptaki śpiewały w oddali. Ich odbicia w tej kałuży były trochę różne, ale Noc kochał swojego brata ponad wszystko inne. Jego bliskość jest komfortowa i uspokajająca.
— Słyszałeś, że oczy są zwierciadłem duszy? — Chudy zapytał nagle. Niewiele brakowało, a Nocy niewiele brakowało, żeby się cały najeżył.— Może kiedyś wyhoduję taką grzywę jak Ty. Wtedy to mi będziemy ją kleić na żywicę. — Dorzucił, uśmiechając się krzywo.
Noc zajrzał na brata wpatrzonego w kałużę. — Wiem... a twoje są zawsze takie... hymm... zdeterminowane? — Noc musiał znaleźć odpowiednie słowo. — Moim zdaniem to właśnie w nich jest piękne. I ktoś to w końcu doceni. — oparł się o bok brata. — Wiesz... w sumie masz nie dużo tych włosów... ale! — Nocna Łapa wygrzebał trochę żywicy na łapy ze swoich kłaków i przejechał łapami po czubku głowy brata nastawiając jego sierść do góry na irokeza. — Myślę, że ilość nie przeszkadza w dobrej zabawie — oświadczył noc próbując nie zaśmiać się z wyglądu brata
Chudy pozwolił, aby łapa Nocy przejechała po jego głowie z resztą żywicy. Te 3 włoski, które tam miał, stanęły dęba pod wpływem substancji. Wyglądał jak przylizany dudek z rzadkim irokezem na głowie. Miał swoją zwyczajową, zmęczoną minę.
— Masz rację. — Przyznał cicho Chudy — Chyba jestem zbyt zgorzkniały! Zabawmy się jutro... wrzućmy komuś pająka do legowiska!
— Dobra! A teraz łap trochę mchu. Na pewno się wam przyda a ja potrzebuję go dla starszyzny — oświadczył Noc od razu chwytając jakiś bardziej suchy mech. I po chwili już tuptali do obozu.

<Chuda Łapo?>

Od Nocnej Łapy (Nocnego Śpiewaka) CD. Bielinki

Noc odetchnął cichutko pod nosem. Było dzisiaj tak spokojnie. Takie dni zawsze były dla niego piękne i pełne wartości. Względna cisza pozwalała, aby otaczający ich las śpiewał się wesoło, nawet w tak gołej porze. Noc przechadzał się po obozie. Właśnie wrócił z patrolu i chciał sobie coś zjeść, jednak drogę zagrodził mu pewien kociak. Noc spojrzał na Bielinkę. Jeszcze niedawno pogryzła jego ogon, a teraz szła w jego stronę.
– Hej ty! Jak na ciebie mówią? – krzyczała. Chyba do niego. Noc nie był do końca pewien. Rzucił na nią okiem, a koteczka podeszła bliżej. Tak. Mówiła do niego, okej!
– Och. E… Nocny Śpiewak. – odparł. Jak ją ostatnio spotkał, to jeszcze miał na imię Nocna Łapa. Ach… jak dobrze jest być wolnym od obowiązków ucznia oraz irytacji Tropiącej Łaski! Kotka przestąpiła z łapy na łapę, jakby szykowała się do uderzenia w niego. No… odważna jest z pewnością. Noc zawahał się. Właściwie to współczuł komukolwiek, kto dostanie tego małego potwora jako ucznia. Ta znajdźka była naprawdę problematyczna, kto wie, czy nie niebezpieczna. Noc przekrzywił głowę.
– Co robisz poza żłobkiem w taką zimną porę, Bielinko? – w końcu się jej spytał. Kotka najeżyła się jak jeż na to pytanie. Powiedział coś nie tak? Czyżby kociak zaraz miał się na nią rzucić? Marna była szansa, że z nim wygra, ale próbować zawsze mogła. Naprawdę… ktokolwiek dostanie to stworzenie jako ucznia, skończy marnie. Siwy ze stresu. Jak dobrze, że ja jestem jeszcze za młody na ucznia. Ta myśl go pocieszała. Spojrzał znowu na kotkę przed sobą. Ta miała wściekłe oczka. Ile agresji może być w tak małym ciele? Jak to się tam mieści!? Tyle pytań, tak niewiele odpowiedzi…

<Bielinko?>

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Ognikowej Słoty

— Zabiorę cię znowu na polowanie na króliki, jak za starych czasów — dodała Ognikowa Słota, układając się wygodnie na kamieniu. — Dostałaś też własnego ucznia, prawda? Księżycową Łapę… — zagadnęła, zwracając wreszcie uwagę rudej mistrzyni z powrotem.
— Tak! Uczy się naprawdę pilnie. Pracujemy wspólnie nad jego płaczliwością i niepewnością. Ma dobre serce — wyjaśniła prędko, poruszając nieznacznie kikutem ogona. Jej wzrok w pewnym momencie uciekł gdzieś za szylkretkę, jakby coś tam w oddali było ciekawsze, niż ona.
— Pod twoim okiem sobie poradzi. Wystarczy, że ktoś pokaże mu, jak zachowywać się jak przykładny Wilczak — odparła brązowooka pewnie, mrużąc na chwilę ślepia, jakby słońce zaświeciło jej prosto w pysk.
Kocimiętka po chwili wróciła spojrzeniem do towarzyszki, chcąc odnieść się do jej poprzednich słów. Przez moment myślała o polowaniu na króliki, aż w końcu doszła do wniosku, że może…
— Nie chcesz zapolować na ptaki? Wystarczająco się uganiałyśmy za tymi uszakami, może czas spróbować czegoś innego — zaśmiała się miękko, patrząc na Słotę z nadzieją i ekscytacją iskrzącymi w jej ślepiach. — Myślisz, że jak zjem wystarczająco takich upierzonych piszczek, to wyrosną mi skrzydła? — zaczęła się zastanawiać, kompletnie zapominając o sensie tej rozmowy. — Och… chciałabym być ptakiem; chciałabym być wolna jak one. O niczym innym nie marzę, oprócz tego, by zatrzepotać rozłożystymi skrzydłami! — mówiła dalej, aż dopóki Ognikowa Słota nie odchrząknęła. Ten cichy dźwięk sprowadził rudofutrą na ziemię — przynajmniej na moment.
— Mi pasuje. Nieważne, na co będziemy polować. Ważne, żeby pod koniec dnia reszta Wilczaków miała czym zapełnić brzuchy — stwierdziła mistrzyni, skinąwszy głową.
Zielonooka na słowa przyjaciółki podniosła się z miejsca, nastawiając uszy w stronę wyjścia.
— W takim razie ruszajmy od razu! Po co mamy marnować czas — oznajmiła, już wykonując pierwszy krok do przodu. Zazwyczaj nie pchała się do niczego z aż takim zapałem, ale dziś uznała, że nie ma nic złego we wspólnym polowaniu z bliskim kotem.
Szylkretka w końcu podążyła za swoją towarzyszką, dorównując jej kroku. Obie żwawo ruszyły przez las, rozglądając się wokół i uważnie węsząc, by odnaleźć trop jakiejś skrzydlatej istoty.

* * *

Siedziała przy Miodowej Łapie, starannie wylizując swoje rude futerko. Niedawno wróciła z patrolu, na którym zabrudziła swoje łapy lepkim błotem. Pogoda w Porze Nagich Drzew im nie dopisywała. Było brudno, ponuro i ulewnie — ale przynajmniej nie zalegały grube warstwy śniegu. Kotom nie doskwierał też przenikliwy chłód, co dla Kocimiętki było dużym plusem. Nie miała za dobrej tolerancji na zimno i drżała z każdym mroźniejszym podmuchem. Choć teraz już sama nie wiedziała, czy wolałaby już to zimno, czy użeranie się z tymi wszechobecnymi kałużami…
— Lubisz Wilczy Skowyt? — zagadnęła nagle Miodowa Łapa, wyrywając rudą z rozmyślań. — Został moim mentorem. Nie znam go jeszcze za dobrze, wiesz? — przyznała, spoglądając w przestrzeń przed sobą.
Zielonooka zmarszczyła nos i prychnęła z poirytowaniem.
— Chyba żartujesz! — fuknęła oburzona Kocimiętka, kręcąc głową. — Nie znoszę go. Rozumiesz, że na jednym ze zgromadzeń zaczął mnie obrażać? Mnie! Mnie obrażać! — oburzyła się jeszcze bardziej, pusząc futro na grzbiecie.
Złocista uczennica zamrugała ze zdziwieniem i trochę się skuliła, jakby nie spodziewając się tak gwałtownej reakcji wojowniczki.
— Och… — odparła po jakimś czasie. — A jeśli mogę spytać… To, czym są te zgromadzenia? — dopytała, powoli odzyskując swój typowy, radosny ton, który wcześniej został zaburzony przez słowa Kocimiętki.
— Nic wielkiego. Znaczy, w sumie… są dosyć ważne. Twój mentor pewnie już ci opowiadał o tym, że wraz z nami żyje jeszcze kilka klanów. Na zgromadzeniach wszystkie koty znad morza spotykają się na wyspie, dzielą nowinkami. To czas pokoju, podczas zgromadzeń nie można się nawzajem atakować ani obrażać — zaczęła wyjaśniać.
— Chwilunia… To na co dzień możecie ze sobą walczyć? — dopytała zdumiona kotka.
Mistrzyni zachichotała pod nosem. Biedna pieszczoszka, trafiła do nieodpowiedniego miejsca… Klan Wilka był niezwykle brutalny. Walki i zagrażające życiu testy były tu codziennością.
— Cóż, z własnymi pobratymcami raczej nie możesz się bić. Przynajmniej nie proszona. Ale jeśli któryś z obcoklanowców wtargnie na tereny Klanu Wilka, masz obowiązek go przegonić. Czasem wystarczą słowa, a czasem trzeba użyć… siły — odparła Kocimiętka beztroskim tonem, jakby to była codzienność.
Złocista uczennica nie wyglądała jednak na zachwyconą takim stanem rzeczy.
— Ale to głupie! Dlaczego musimy się dzielić? Nie możemy wszyscy… stworzyć jednego, wielkiego klanu i razem w nim zamieszkać? — zastanowiła się na głos, na co ruda ponownie parsknęła śmiechem.
— Dobre sobie! Nasze zwyczaje zbyt bardzo się różnią, by nagle wszyscy byli w stanie się ze sobą połączyć. Jest lepiej, gdy żyjemy osobno — stwierdziła zielonooka, jednak Miodowa Łapa wciąż wyglądała na zmieszaną.
— Dla chcącego nic trudnego… Na pewno dałoby się coś wymyślić! — drążyła dalej.
Kocimiętkowy Wir powoli irytowała się podejściem złotej do spraw klanowych. Przybyła tu nie wiadomo skąd i chce zmieniać porządek, który panuje tu od sezonów!
— Może i by się dało, ale po co! Od tylu księżyców żyjemy w taki sposób i nikt nie narzeka. No, może oprócz ciebie. Ale ty jesteś “miastowa”, więc nie oczekuję, że od razu zrozumiesz, jak to wszystko tu funkcjonuje — odparła mistrzyni, może trochę przesadzając z tym aroganckim tonem.
— To, że coś działa, nie znaczy, że nie może być jeszcze lepsze… — mruknęła Miodowa Łapa pod nosem, na co zielonooka nawet nie miała siły zareagować. Co się będzie wykłócać z jakąś paniusią, która świat widzi w różowych kolorach.
— Nieważne. Najpierw się mianuj, a potem dopiero zmieniaj inne koty — podsumowała. — Właściwie… może przejdziesz się ze mną na spacer? — zaproponowała po chwili rudofutra, unosząc uszy do góry. Jakby ten patrol nie wymęczył ją wystarczająco, przejdzie się jeszcze po wilczackich terenach z puchatą pańcią…
— Cóż, chyba nic nie stoi mi na przeszkodzie… — stwierdziła, uśmiechając się do starszej kotki.
— Świetnie! Może weźmiemy jeszcze ze sobą Ognikową Słotę, co? Rozmawiałyście już? W ogóle to może nauczymy cię polować na króliki! Musisz uwierzyć, że jesteśmy w tym świetne. Polujemy na te uszaki lepiej niż niejeden Burzak! — pochwaliła się, wypinając dumnie pierś.
— Nie rozmawiałam nigdy z tą kotką, ale mogę to zmienić — odpowiedziała Miodowa Łapa.
Kocimiętka ruchem głowy nakazała towarzyszce, by poszła za nią. Wspólnie udały się do legowiska wojowników, gdzie odpoczywała szylkretowa kocica.
— Słoto! Co powiesz na polowanie na króliki z gościem specjalnym? — zapytała, odsuwając się, by ukazać stojącą za nią złocistą kotkę. — Ta-da! Miodowej Łapie przyda się mały trening, a kto wyszkoli ją lepiej, niż my? — stwierdziła, przewracając oczami. Po chwili podeszła do mistrzyni i dodała szeptem:
— A ja nie lubię tego Wilczego Skowytu. Pewnie niczego pożytecznego jej nie przekaże!

<Ognikowa Słoto?>

22 kwietnia 2026

Od Tańcującego Pierza CD. Śpiewającego Raniuszka

Tańcujące Pierze po otrzymaniu nowego imienia zyskał jakąś reputację, podczas gdy Gadożerowa Łapa był obrzucany brzydkimi rzeczami. I choć na zewnątrz każdemu mówił, że bardzo współczuł Lodówce, która miała za brata mordercę, to w głębi duszy... cieszył się. Był niewinny, a każdy mu uwierzył. No, nie każdy. Śpiewający Raniuszek była pewnym odstępstwem, co bardzo irytowało kocura. Czemu nie odpuściła? To było tak dawno... trzy księżyce temu! I wciąż myśli, że znajdzie coś po tylu dniach. Pff, nawet on tak rozpaczliwie nie chciał odpowiadać podczas przesłuchań Echa.
Wyszedł z obozu samotnie. Rude, ogniste i zdrowe futro kontrastowało z szaro-białym nieboskłonem, który najwidoczniej nie miał ochoty pokazywać słońca, swojego szczęścia i życia. No cóż, Pierze nic na to nie poradzi. Nie miał akurat kontroli nad pogodą, ale kto wie... w przyszłości...?
Spacer był nawet przyjemny; mało ptaków odeszło przez łagodną Porę Nagich Drzew. Szedł lekko, nucąc sobie pod nosem i machając głową w rytm swej muzyki. Ciekawe, czy Księżycowy Odłamek potrafił śpiewać. Jak wróci ten drań, to kuzyn nie będzie mógł rozróżnić pięknego śpiewu wróbli od złotego, miodowego głosu Tańcującego Pierza!
Och, akurat wtedy łapy zaprowadziły go na granicę z Klanem Wilka. Uśmiech zniknął, a na pyszczku pojawiła się zaduma, może przemyślenie całego wydarzenia sprzed trzech księżyców. Czy gdyby Krecik mu nie sprzedała wróbla, to wszystko potoczyłoby się inaczej? A może…
… Nie, nie mógł teraz myśleć, gdy przed nim biegała w tę i we w tę w krzaczorach jakaś dzikuska. Cofnął się i, nie wiedząc, co to za zwierzę, zaczął obserwować z ciekawości. Chwilę mu zajęło, że to pokręcone, zlepione futro i wielkie, zmęczone oczy... to była Śpiewający Raniuszek! Wstrzymał powietrze, wyraźnie zaskoczony; zapomniał już, jak kocica wyglądała. W wspomnieniach była nawet ładna... ale teraz!? To jakieś monstrum, a nie ta wredna suka. Może się pomylił co do Raniuszka. Wcale nie była ładna. To był BLEF z dzieciństwa!
Jeszcze nie zmył makijażu sprzed ostatniego swojego zgromadzenia. Będzie musiał sobie poważnie pogadać z Aminkową Łapą... stał się pewnie pośmiewiskiem na tle wszystkich klanów! Po raz kolejny! Trochę wstydził się akcji z Klifiakiem, ale nie mógł nic z tym już zrobić. Miał nadzieję, że następny makijaż wypali i kocur go nie rozpozna. I tym razem poprosi Bąbelkowy Plusk, nowego faworyta w rodzinie.
Na pyszczku Tańcującego Pierza uformował się tajemniczy, szeroki uśmiech. Lisie oczy zalśniły. Zanim Raniuszek zorientowała się, zaskoczyła ją obecność dziwnego, choć melodyjnego i miłego dla ucha głosu:
— Śpiewko... przecież wiesz, że zostałem uniewinniony~ — rozległ się za nią radosny świergot. Złoty rycerz patrzył na damę z góry, ponieważ różnica ich wzrostu... była dosyć wyraźna, można było rzec. — Po co kontynuujesz to szaleństwo? Odpocznij. Klan Burzy potrzebuje silnych i zdrowych na umyśle wojowników, a nie... — cmoknął — ... tego, co teraz sobą reprezentujesz.
— Właśnie, silnych i zdrowych na umyśle wojowników — powtórzyła, unosząc głowę z niesmakiem, by spojrzeć na Pierze. — Do których się nie zaliczasz. Nie wiem, czemu jesteś taką zarazą i dlaczego uważasz, że wszystko ujdzie ci płazem, ale twoje ,,uniewinnienie" nie potrwa zbyt długo. Nie oszukasz mnie, tak jak reszty tych błaznów, wiem czym jesteś. Mordercą. I wiem, jak bardzo nie lubisz brać na siebie odpowiedzialności za swoją własną głupotę. Rozwydrzone kocię. Nawet, jeśli konsekwencje dotyczą zabicia kota. Pozbawiłeś innego kota życia! I nawet nie miałeś tyle ogłady, by przyjąć na siebie odpowiedzialność za to! Nie widzisz, co robisz? Słodka Dziewanna przez to cierpi, Gadożerowa Łapa przez to cierpi, klan został pozbawiony wojownika, gdziekolwiek staniesz rozsiewasz tylko chaos, cierpienie i swoje wszy głupoty. Co ty masz w gło- nie, to głupie pytanie, w końcu oboje wiemy, że nic. — parsknęła, drżąc lekko z nerwów, jakby zaczynała żałować, że w ogóle się urodziła w tym klanie — Z resztą popatrz na siebie... — parsknęła oceniająco, lustrując kocura z góry na dół, zatrzymując się na dłuższą chwilę na jego pysku, z nieco... powątpiewającym wyrazem. — Nie dość, że morderca to wstyd dla klanu. Jak ty możesz- jak...- — urwała, unosząc łapę do pyska, przykładając ją do czoła na moment z zawodem i niedowierzaniem. Była tym wyraźnie zmęczona.
“... I nawet nie miałeś tyle ogłady, by przyjąć na siebie odpowiedzialność za to!” Hm. Czy rozsądny kot o zdrowym umyśle przyznałby się do morderstwa? Nie był na tyle głupi jak te baranki ofiarne. Nie. On był lepszy. Wiedział, co go spotka…
… Dlatego będzie musiał zagrać z nią w pewną grę.
— Och? Doprawdy? — mruknął, unosząc brwi do góry. Przyjął maskę zdziwienia, choć na pysku wciąż miał ten swój ładny uśmiech. - Ogarnęło cię szaleństwo, Śpiewający Raniuszku. Wierzysz w coś, co nie miało miejsca. I miejsca nigdy nie miałoby. Czemu nie odpuścisz? - mówił, podchodząc bliżej z każdym zdaniem. Stan Skrzeczącej Pokraki... i jej słowa... to było jak miód dla jego uszu oraz języka. Ach, nie wiedząc czemu, nawet mu się to podobało. Próbowała udowodnić coś, czego już nie udowodni. Zmarszczył brwi, gdy dzieliły ich tylko wibrysy, a na pysku rozgościł się smutek, a może i nawet współczucie.
— Ach, ty moja... myślałem, że masz więcej rozumu niż śliny w tym swoim pyszczku - zaczął pieszczotliwie. Pokręcił głową, a wtedy z nieba zaczęły spadać łzy. Mżawka zostawiła swój ślad na futrze Tańcującego Pierza. Zatrzepotał białymi rzęsami i spojrzał na chwilę w górę, pozwalając sobie na moment nieprzyjemnej ciszy. Zwrócił się do wojowniczki:
— Twoja matka już pojęła, co tu się dzieje. Szybciej, niż własna córka... coś nieprawdopodobnego - mówił głębokim głosem, z poważnym wyrazem pyska. - Czy nie widzisz tych zepsuć? Czyżbyś nie dostrzegała zbliżającego się chaosu, gorszego nawet ode mnie? — zapytał z żartem na końcu, a wtedy znów powrócił do swojego uśmieszku. Przechylił głowę do boku. — Naprawdę ci współczuję. Współczuję... głupoty i szaleństwa. Chcesz udowodnić sobie, że jesteś potrzebna? A może nic nie znajdziesz i zrozumiesz w końcu, że marnujesz każdą sekundę na takie przeszukiwania~? Nie masz dowodów. Nie masz nawet jakiegokolwiek poparcia u Zawodzącego Echa, a co dopiero u Króliczej Gwiazdy. Przeszukujesz to miejsce... z czym? Z nadzieją? Obłuda! Cokolwiek cię prowadzi do tego miejsca, to tylko własne szaleństwo. Odpocznij od tego... Obwiniasz mnie, jakby to reszta kotów nie zaczyna spiskować przeciw obecnej władzy. Czemu to zawsze ja, Śpiewko? Może jestem twoją obsesją? Ta ciągła gonitwa za mną zaczyna być... trochę nudna, że tak to ujmę.
— O czym ty do mnie teraz mówisz? — zaczęła z niedowierzaniem wymalowanym na pysku, cofając się o krok. — Co to ma do rzeczy? Nie mówimy teraz o spiskach, o Króliku ani o... na Gwiezdnych! Jesteś jeszcze bardziej połamany, niż zakładałam. Jaka władza, o czym ty teraz bredzisz, nie zmieniaj tematu, Szczurzy Bobku, nie uciekniesz od prawdy. Tak bardzo wmówiłeś sobie swoją niewinność i nieomylność, że zacząłeś w nią wierzyć? Zabawne. — jej głos z każdym kolejnym słowem nabierał coraz więcej ostrego, mocnego wydźwięku, drażniącego uszy — I jeszcze wrobiłeś w to wszystko brata Lodówkowej Łapy. Mam nadzieję, że jesteś z siebie dumny, chyba ją lubisz? Myślisz, że gdyby poznała prawdę, to by cię pochwaliła? — parsknęła, wykrzywiając swój pysk w czymś, co przypominało uśmiech... albo skwaszony grymas — I co ma do tego moja matka? Z resztą, jesteś w błędzie, Zawodzące Echo wspiera moje działania. Rozmawiałam z nim, z liderem również. A jedynym zepsuciem jesteś teraz ty. Ty i twój brat. Oboje jesteście zaślepieni swoim własnym ego, patrzysz w górę, a nie widzisz, co masz pod łapami, i naprawdę chętnie zobaczę, jak się w końcu o coś potkniesz i pysk rozwalisz, wpadając w jakąś wielką, głęboką dziurę bez wyjścia. I wierz mi, chętnie taką wykopię, specjalnie dla ciebie.
Uśmiech nie zniknął, nawet nie drgnął. Co miał jej więcej odpowiedzieć? Ta biedulka nie wiedziała nawet, jaka jest pora dnia. Była zepsuta. Głęboko zepsuta... ale nawet i z czymś takim da się popracować. Wystarczy tylko cierpliwość i odpowiednie słówka.
— I ty wciąż z tym... cały czas powtarzasz te same informacje. W kółko, i w kółko... w kółko, i w kółko! Nie znudziło ci się to? Jesteś tak ślepa, że nie zauważasz, co się dzieje w klanie - powiedział, widocznie rozbawiony. Zachichotał. Kiedy się uspokoił, spojrzał na swoje łapy i wymamrotał bez emocji następne słowa:
— Kto kopie dołki... ten sam w nie wpada. A ty coś za bardzo chcesz mi te dołki kopać. Poza tym... — spojrzał na nią z uśmieszkiem. — Jesteś ciągle tylko na mnie i na tym swoim kochanym Gadożerku skupiona... - wypowiedział ostatnie zdanie teatralnie. - Nie sądzisz, że lecenie na dwa fronty... nie jest ryzykowne~? — wymruczał i puścił jej oczko. — Czyżbym był... kimś więcej, Śpiewko? — dodał pewnie, wręcz prowokująco.
— Obrzydzasz mnie... — wypluła z siebie pod koniec jego monologu, gdy wydobyła się wreszcie z szoku i otępienia. Nie słuchał. Nie, inaczej, nie chciał słuchać, to na pewno i wszelkie słowa, które miały mu przemówić do rozsądku, po prostu spływały po nim jak po kaczce. Był w pewien sposób niebezpieczny, w końcu to nie mądrych należy się obawiać, tylko tych, co myślą, że są mądrzy. A Pierzasty się idealnie w te słowa wpasowywał. — Nie tknęłabym się nawet kijem przez mech. — wypluła z siebie, nagle wzburzona. Nie wiadomo było, czy chciała rzucić się do gardła kocura, wydrapać mu oczy, rozpłakać się czy zwymiotować. Obrzuciła go nienawistnym spojrzeniem, zanim skręciła w bok, by kocura wyminąć i szybkim krokiem skierować się do obozu.
— Cóż, to samo mógłbym powiedzieć o tobie! — miauknął z uśmiechem. Tak jak przeczuwał; udawanie głupiego nie było takie złe. Nawet ta Skrzecząca Pokraka się na to nabrała...
— Jesteś obrzydliwa, ślepa i obsesyjna. W dodatku już nie emanujesz tym pięknem, co kiedyś, tylko... śmierdzisz, cuchniesz. Gnijesz. Bąbelkowy Plusk dobrze zrobił, oddalając się od takiej wariatki jak ty... — wymamrotał, gdy kotka go wyminęła. Specjalnie to zrobił.
— Tak jak kiedyś? — warknęła, ze zirytowaniem kładąc po sobie uszy. Chciała sobie odejść, a ten jeszcze coś miauczy pod nosem. — Ha! I to ty masz dla *mnie* być ,,kimś więcej"? Posłuchaj ty sam siebie! Najpierw masz obsesję na punkcie mojego legowiska, potem chodzisz i mi zajmujesz czas, drażniąc i irytując. Co, zwietrzało i zaczynasz tęsknić za moim zapachem? Jak mam to szczeniackie zachowanie odebrać, co? Może ty mi powiesz, Paskudku — gderała szybko, z krzywym ~~uśmiechem~~ grymasem na pysku, drgając ze zirytowaniem ogonem — Co, aż tak cię to boli, że nie widzę w tobie nic atrakcyjnego? W mordercy? Powiedz, jak śpisz w nocy, to widzisz mnie, czy swoje zakrwawione łapy? — parsknęła, odwracając gwałtownie głowę w jego stronę.
Westchnął ciężko. Cokolwiek powie, to ta kotka znowu zacznie mówić swoje. Może musiała się na niego wydrzeć? Ognik mu czasem mówił o emocjach i niektóre lekcje zapamiętywał. Może nie tylko ona codziennie miała złe dni tak jak niektórzy w klanie.
Na jej krzyki i obelgi jedynie zdołał wzruszyć obojętnie szerokimi barami, skrzywił się nieco. I to jej zdaniem miał obsesję na tej kreaturze?— I co ja mam ci powiedzieć, co? Skoro takie dwa zdania cię wkurzyły, to może masz jakieś kompleksy, Śpiewający Raniuszku? — rzekł zmieszany. — ... Chcesz się nimi podzielić?
Nie odpowiedziała. Zamiast tego uniosła wysoko ogon i dumnie podreptała dalej, biorąc trzy głębokie wdechy po drodze. Tańcujące Pierze odprowadził ją wzrokiem i usiadł. Kiedy zniknęła z pola widzenia, zgarbił się.
— Ach, te kotki…
Po czym wstał i ruszył za Śpiewką, zachowując pewien dystans. Przez to wszystko miał bardzo zepsuty humor. Może Lodówkowa Łapa będzie chciała coś porobić razem, bo z Śpiewającym Raniuszkiem przewidywał tylko zgrzyty.

< Skrzecząca Pokrako? Na pewno nie chcesz porozmawiać o własnych kompleksach? >

Od Cisowego Tchnienia

Przeżuła ostatni kęs swojej piszczki, uśmiechając się do Bladego Lica. Ten odwzajemnił tylko gestem skinieniem głowy. Już zauważyła, że biały nie był zbyt wylewny w uczuciach. Zupełnie jej to nie przeszkadzało. I tak potrafili nawiązać więź.
— Dziękuję za jemiołuszkę.
— Nie ma sprawy, do zobaczenia innym razem. Muszę już iść — pożegnała się i wyszła z legowiska starszyzny, kierując się do lecznicy.
— O, Cisowe Tchnienie. Dobrze, że jesteś. Zajmiesz się Kwaśną Kocanką? Ja tylko dokończę sortowanie ziół i pójdę poszukać Chudej Łapy.
Roztargniony Koperek nie musiało nawet jej pytać, gdzie była. I tak wiedziało. Wszyscy wiedzieli. I dobrze. Niebieska medyczka rzuciła tylko spojrzeniem w stronę pacjentki. Miała wyraźnie zaczerwienione jedno ucho. Łatwo było wydedukować, co jej dolegało. Cis wzięła trochę aksamitki i podeszła do kotki. Przełamała łodygę rośliny i wysączyła jej sok do środka ucha srebrnej. Normalnie byłaby pewnie podirytowana na sam widok córki Srebrzystej Łuny, ale dziś (i w ogóle ostatnio) miała lepszy humor. Szybko pożegnała kotkę i spojrzała na swojego asystenta. Odkładało właśnie ostatnie liście na odpowiednie sterty. Wtedy usłyszała jakby świst. Wydawał się dobiegać z jeno strony. Popatrzyła na klatkę piersiową liliowego. Unosiła się nierówno. Podeszła do jeno, zgarnęła kilka jagód jałowca z ich miejsca i położyła je przed nim.
— Cisowe Tchnienie…
— Zjedz.
I tyle wystarczyło.

Wyleczeni: Kwaśna Kocanka, Roztargniony Koperek

Od Trzcinowego Szmery CD. Żmijowcowej Wici

— Uważaj żebym ja cię przypadkiem nie wytarzała! — zaśmiała się na zaczepkę kocura. — To jednak się cieszę, że mam krótkie futerko i moje dzieci mają szansę na wygodne życie.
— Wiesz... W życiu trzeba zawsze wybierać między prezencją a wygodą. Niektórzy przesadzają w jedną lub drugą stronę, ale liczy się, że znajdzie się równowaga. Na przykład spójrz na mnie. — Wypiął pierś i podniósł łeb do góry, gładząc się po kryzie jedną z łap. — Ja nie dość, że jestem urodziwy i zadbany, chociaż nie śmierdze śliną i nie błyszczę się od niej tak jak moja siostra Wężyna, to jeszcze świetnie sobie radzę z moimi obowiązkami. Ale taka podzielność, zachowanie tak niesamowitej równowagi, jest bardzo trudne, a dla wielu w ogóle niemożliwe do pogodzenia.
— Czyli wszystkiego, czego szukam, mam tutaj? Kocura do tańca oraz zadań bojowych? — powiedziała rozbawiona, pół żartem, pół na poważnie.
Z ich długiej rozmowy wynikało, że typ kocura, który chciałby również kocięta, był cały czas pod jej nosem. Jednak, czy teraz nie wyszłaby na zdesperowaną kocicę, żeby rzucać się na przyjaciela i zakładać z nim rodziny? Tak bez żadnych emocji romantycznych? Pamiętała, co mówiła Porą Zielonych Liści Złocistemu Widlikowi, że chciała tylko własne kocięta, nieważne jakim kosztem. Zastrzygła zakłopotana uchem, samej nie wiedząc, co sądzić o jej myśli, która wdarła się do jej umysłu niczym żmija.
— Chociaż powiedziałabym, że czasami się zapominasz i zdarza ci się świecić od śliny — dodała już szybciej, żeby nie brzmieć podejrzanie. Wskazała na jego kryzę, gdzie miała być tam domniemana ślina.
Zerknął w to miejsce, a jego oczy zalśniły ze wstydu. Odwrócił wzrok i wydął policzki.
— To pewnie dlatego, że dzieliłem rano języki z Rosiczkową Kroplą... Ona ma te same geny co Wężynowy Splot, więc trudno jej zrozumieć, że nie każdy lubi pachnieć niczym wnętrze pyska — wyburczał. Początkowo był tak zmieszany ową uwagą, że zapomniał o pierwszej części wypowiedzi kotki. Wcisnął pysk głębiej w puchatą pierś.
— Jeśli nie przeszkadza ci to jedno zbyt wylizane pasemko, to najwidoczniej tak. Nie wiem, jakim cudem jeszcze myślisz, że znajdziesz coś lepszego niż to, co siedzi ci przed pyskiem. No chyba że próbujesz ukarać swoje niepokalane pociechy jakąś wrodzoną głupotą; wtedy polecam mojego brata. On już ma dużo doświadczenia.
Trzcinowy Szmer zmieszana widziała, że Żmijowcowa Wić również nie wyglądał na zrelaksowanego ich rozmową.
— Nie zamierzam ich pokarać i wątpię bym chciała jeszcze bardziej się podkładać Mandarynkowej Gwieździe, skoro nie ufa twojemu bratu... Poza tym... — zawahała się. — Wydajesz się równie zmieszany co ja. Na pewno chcesz o tym rozmawiać? — Dała Kocurowi możliwość zakończenia rozmowy.
Osobiście chciałaby jeszcze pociągnąć ten temat, bo dałaby naprawdę wiele, by mieć własne kocięta, a tym bardziej z kimś z klanu, jednak była to ich pierwsza taka długa rozmowa, która stopniowo zmieniała się z żarcików i śmieszków na poważniejsze tematy. Ważne pytanie też brzmiało, czy Żmijowcowa Wić również tego chciał? Inaczej nie musieli wchodzić w głębsze i bardziej niewygodne pytania.
— Bo wiesz wcale nie musimy... — Nawet nie umiała dokończyć zdania. Chociaż, czy musiała? Żmijowcowa Wić na pewno ją rozumie.
Położył uszy po sobie. Wąsy mu zadrgały. Widziała, że próbował uciec wzrokiem.
— N-nie... Przecież tylko sobie żartujemy — zaśmiał się. — Chyba, że... Chyba że nie żartujemy... — Słowa ledwo opuściły jego ściśnięte gardło.
Pokręciła poważnie głową.
— Nie żartujemy. Nie brzmimy, jakbyśmy żartowali — powiedziała ostrożnie, jednak na tyle stanowczo, by jej przyjaciel się namyślił.
Odkaszlnął speszony.
— T-tak... Tak, to prawda. Dwójka dorosłych kotów nie żartuje na takie tematy. Na pewno nie, kiedy oboje mają ten sam cel — powiedział. — Ale wiesz... Jeśli robisz to z jakiegoś żałosnego poczucia winy, bo nie umiem sobie nikogo znaleźć, to nie mów tego na głos. — Spróbował nieco rozluźnić atmosferę.
Trzcinowy Szmer uśmiechnęła się delikatnie rozbawiona zdaniem kocura.
— Oczywiście głuptasie, że nie robię tego, bo jest mi ciebie żal. Mam inne cele, które, o dziwo, pokrywają się z twoimi. Wiesz... Jeszcze mamy czas, więc możesz na spokojnie przemyśleć naszą rozmowę. Jak będziesz chciał, to możemy jeszcze później o tym porozmawiać — wstała ociążale i lekko pacnęła go ogonem, jak to miała w jej zwyczaju. — Widzimy się jutro na patrolu, ja za to uciekam na polowanie — urwała ich rozmowę.

* * *
Po rozmowie z Mandarynkową Gwiazdą


Trzcinowy Szmer nie śmiała się sprzeciwić żądaniom Mandarynkowej Gwiazdy, szczególnie po ostatnich wydarzeniach. Wiedziała, że przywódczyni miała ją w garści, a ona u niej dług wdzięczności, za to, że ją również nie zdegradowała do roli ucznia albo więźnia, tylko dlatego, że jej rodzice okazali się zdrajcami.
Miała od teraz pilnować Żmijowcową Wić i zamierzała wypełnić swoje zadanie celująco. Wątpiła, czy kocur rzeczywiście był w stanie zagrozić tronu Mandarynkowej Gwieździe. Wiedziała, jak buras strasznie się starał odbudować zaufanie u liderki, jednak Wężynowy Kieł wraz z Błękitną Laguną musieli to wszystko zepsuć. Był to przykry widok dla Trzcinowego Szmeru i sama została wciągnięta w ten wir podejrzeń oraz walkę o władzę, jako szpieg jej ukochanego przyjaciela, z którym ostatnio zbliżyły ich wspólne cele.
Weszła do obozu, wymijając wszystkich i siadając obok Żmijowcowej Wici.
— Cześć, chcesz pójść na trening wraz ze mną i Rezedową Łapą? Musisz troszkę przycisnąć do rywalizacji Lawendową Łapę, a Rezedowej Łapie przyda się wycisk. Trzeba ukatrupić lenistwo! — zaśmiała się i szturchnęła kocura.
Wojownik prychnął na jej zaczepkę i poprawił swoją kryzę, która została niezdarnie skołtuniona.
— Jasne, rywalizacja uczniów dobrze im zrobi — odpowiedział, jednak nie zauważyła w jego oczach dawnej iskry, która świadczyła, że kocur się z nią przekomarza. Wyglądał na zamyślonego i zawstydzonego. Wiedziała, o czym tak rozmyślał.
Machnęła ogonem do Rezedowej Łapy, który właśnie plotkował wśród uczniów oraz do Lawendowej Łapy, która znajdowała się również w tej grupce młodych kotów, żeby do nich podeszli.
— Nie musisz się aż tak tym przejmować, liczy się cel, a nie tylko sama droga, Żmijowcowa Wicio — powiedziała przyciszonym głosem, żeby nikt inny ich nie podsłuchał. — Taka jest część życia i przyszła ta pora na nas.
Kocur przez chwilę milczał.
— Może jeszcze nie teraz… Zbliża się pora Nagich Drzew, lepiej by było się przygotować, żeby kocięta nie przeżywały tych strasznych mrozów.
Skinęła krótko głową, nie mając czasu na odpowiedź, gdyż ich uczniowie do nich podeszli.
— Idziemy na sparing — ogłosiła, lustrując uważnie ostrym wzrokiem swojego ucznia.
Bez ociągania, wszyscy w czwórkę wyszli z obozu. Oboje mentorów było zamyślonych. Wiedziała, co dokładnie zaprząta myśli Żmijowcowej Wici, jednak w jej głowie odbijał się poważny wyraz pyska Mandarynkowej Gwiazdy, która uczyniła ją szpiegiem Żmijowcowej Wici. Czy dobrze postępuje, chcąc wejść w związek z kocurem, którego szpiegowała? Co powiedziałaby na to przywódczyni? Co było dla niej ważniejsze? Rozkaz przywódczyni, czy jej marzenie, w posiadaniu kociąt? Mogła przecież połączyć obie rzeczy w jedną. Posiąść potomstwo oraz pilnować Żmijowcową Wić. Kiedy wylądowałaby w żłobku, to wymagałaby, żeby buras ją często odwiedzał, więc mogłaby mieć go ciągle na oku. To było sprytne.

* * * 
Aktualne

Pora Nagich Drzew była naprawdę brzydka, jednak nie tak straszna, jak poprzednia. Mrozy nie zaganiały kotów do legowisk, tylko była plucha i często padało. Osobiście Trzcinowemu Szmeru to nie przeszkadzało, gdyż jej futerko szybko schło w legowisku wojowników oraz woda, to był nieodłączny żywioł, z którym jako wojowniczka Klanu Nocy miała ciągłą styczność.
Weszła do obozu i rzuciła stertę zwierzyny, jedną mizerną kaczkę. Cały patrol nie miał dzisiaj dobrego dnia, jednak zwierzyny i tak nie brakowało. Po słowach Żmijowcowej Wici wyobrażała sobie, że będzie się trzęsła na posłaniu każdej nocy, kiedy tylko mocniej zawieje wiaterek, i zgodziła się, że nie byłby to odpowiedni czas na planowanie kociąt. Jednak pogoda okazała się łaskawa, tak jakby chciała, żeby to właśnie ona mogła mieć swoje kocięta.
Z legowiska wojowników wyszedł akurat Żmijowcowa Wić. Sam Klan Gwiazdy położył go przed nią, jak na tacy. Nie miał szans jej uniknąć. Podeszła do niego żwawym krokiem i zagrodziła mu drogę.
— Chcesz wyjść na krótki spacer? Myślę, że miałeś nawet dużo czasu do zastanowienia się — mruknęła przyciszonym głosem.
Ich pyski były bardzo blisko siebie, a wibrysy się ze sobą stykały.

< Żmijowcowa Wicio? Jakiś plan na kociaki? 🐱💞🐱>