Przez ostatnie dni zacząłem zauważać coś nietuzinkowego. Co jakiś czas na karku odczuwałem mrowienie, a gdy się odwracałem, jedynym kotem, którego widziałem, było Drobinka. Patrzące się na mnie. Nie to, żeby to było coś nowego. Gdy aktualnie sięgam pamięcią wstecz, to wychodzi na to, że zawsze się na mnie patrzyło. Nigdy wcześniej nie wydawało mi się to niczym dziwnym, brałem to raczej za swego rodzaju cechę, tak jak moją jest niepatrzenie się na pobratymców, to jeno cechą jest patrzenie właśnie. Były też inne, że tak powiem etapowe powody mojego braku reakcji na ową czynność przyglądania się mojej osobie.
Jako kociak ignorowałem to, bo dla kociaków nie ma rzeczy dziwnych. A to przez fakt, że wszystko dla nich jest tak naprawdę nowe i dzieje się po raz pierwszy, wszelkie zdarzenia traktują więc w taki sam sposób, nie skupiają się na jednym.
Jako uczeń byłem uzależniony od treningu i zafiksowany na staniu się władcą wszechświata. Potem umarła Gąska. Jak teraz o tym myślę, to wychodzi, że wtedy właśnie Drobinka patrzyło się najwięcej. Nie zwracałem na to uwagi, bo byłem całkowicie pogrążony w żałobie rozpaczy, próbując wypełnić pustkę w moim sercu jeszcze bardziej wykańczającymi treningami, w dodatku byłem półprzytomny przez brak snu i jedzenia… ale ten epizod można pominąć.
Teraz… nie mam treningów. Jestem już zwiadowcą. Patrole, jak i wszystkie inne zadania mam regularnie. Mam więc czas na skupienie się na rzeczach od reguły tej odstających. Jako że wreszcie rozwinąłem moje umiejętności społeczne, zdecydowałem się na konfrontację z Drobinką. Pewnego dnia, gdy znowu poczułem na sobie jeno wzrok drążący mi dziurę w karku, podszedłem. I przemówiłem.
– Uh. A ty to… co się patrzysz tak…? Na mnie – mruknąłem, patrząc na jeno spode łba.
– Borowiku… j-ja… – zaczęło niepewnie, rozglądając się nerwowo dookoła, najprawdopodobniej próbując znaleźć logiczną wymówkę.
Nie przerywałem patrzenia się moimi zmęczonymi oczami w jeno jeszcze bardziej zmęczone oczy. Chyba ten zabieg (jak i wyraźnie mnogość nocy bez snu) podziałały.
– Właściwie to… od jakiegoś czasu… chciałom z tobą porozmawiać. Z tobą i z Gołąbkiem…
Zamrugałem.
– W jakim celu? Uh – strzepnąłem głową na boki. – On jest zajęty. Dużo kotów się ostatnio rozchorowało. Możesz powiedzieć mi najpierw. Skoro ja nie jestem zajęty.
Drobinka spuściło spojrzenie w dół, skrobnęło ziemię łapą dwukrotnie. Spojrzało na mnie. I westchnęło głęboko, jakby od dawna jeno płuca nie miały szansy się wypełnić.
– Dobrze, Borowiku… – powiedziało ciszej. – Powiem… powiem ci wszystko… Choć teraz już trochę za późno, prawda…? Teraz to już… nie ma znaczenia…
***
Pod wieczór przeszedłem wzdłuż terenu obozu z wiewiórą w pysku. Skierowałem się do legowiska starszych. Gdzie mieszkały starsze koty. Gdy byłem już wystarczająco blisko, dojrzałem kotkę, której szukałem. Orchidea. Leżała sobie spokojnie przed wejściem, grzejąc się przy ostatnich promieniach zachodzącego słońca.
Zatrzymałem się tuż przed nią, rzucając na nią cień. Upuściłem wiewiórę pod jej łapy.
– Uh. O nie. Chyba… nie powinno się jeść przed snem. Wybacz. Teraz to sobie uświadomiłem. W tym momencie. Ale za późno. Musisz ją zjeść teraz – mruknąłem. – Ano. I hej. Orchideo. Od tego… zacząć powinienem był. Ale już za późno. Um… – zmarszczyłem brwi. Co ja gadam w ogóle. Nie o tym miało być. Skup się.
– Oh, dziękuję, dziękuję, Borowiku, jak to miło z twojej strony! – mruknęła ciepłym głosem, uśmiechając się do mnie. Myślę - choć to tylko moja teoria - że gdyby zamienić miejscami słońce z Orchideą, to nic by się nie zmieniło. No, może poza tym, że świat by się rozpuścił przez płonącego olbrzyma na powierzchni. Jest jedną z najbardziej pozytywnych kotek, które znam.
– Uh. Tak, tak… A ten. W ogóle… przyszedłem. Tak. I chciałem poinformować cię, że… przyjdę jeszcze co najmniej kilkadziesiąt razy. Dopóki będziesz żyć. Bo… wychodzi na to, że jeżeli mnie Drobinka nie wkręciło, to teoretycznie niebiologicznie jesteś moją prawie babcią. Chyba. Uh. Mogłem… mogłem to źle zinterpretować równie dobrze. Choć przekaz był dość jasny…
– Oh, Borowiku… – zaczęła starsza.
– Bez… bez sensu, że tak… wyszło. Wszystko – przerwałem.
Nie było to kulturalne. Ale nie mogę teraz przestać mówić. Bo gdy usłyszę, jak ona mówi coś smutnego, to już żadnego dźwięku z siebie nie wydobędę do końca dnia. – Ale jeśli wolno mi zauważyć, statystyka wygląda tak, że na trzech utraconych rodziców przypada jeden nowy plus inny członek rodziny. Nie jest to zły bilans… nie, nie. Nie aż tak…
<Orchideo, nowa babciu…?>