BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot u samotników!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 1 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

12 lutego 2026

Od Dryfującej Łapy CD. Złocistego Widlika

Kiedyś

Niebieski przyglądał się bratu, przyglądając się każdej z jeszcze śpiących przy nim kulek. Dryfująca Łapa była przekonana, że wytłumaczenie kociętom tego, że ich opiekunka nie żyje, będzie co najmniej ciężkie. Położyło uszy lekko po sobie, zmartwione stanem brata.
— Ach tak, dzień dobry Widliku — zamruczał, usiłując samym tym miauknięcie mnie poprawić humor kocurowi, jednak już sam pomruk ze strony brata najwyraźniej był pomrukiem aprobaty.
Słysząc odpowiedź Złocistego, uśmiechnął się słabo.
— Wiesz, byłoby dziwne, gdybyś był szczęśliwy… — rzuciła, nie do końca przejmując się tym, jak to brzmi. Usiadła nieopodal, przyglądając się każdemu z kociąt. Dryfująca Łapa poniekąd uważał, że były naprawdę urocze. Samo chciałoby kiedyś mieć dzieci.
— Wiem, że byliście bardzo blisko Widliku. Dlatego teraz tu jestem — zaczęła powoli. — Jeśli potrzebujesz pomocy przy kociętach czy też futra, które możesz przytulić to…jestem obok. Zawsze pomogę ci, jak umiem — uśmiechnął się słabo, drapiąc się nerwowo łapą po nosku. — Wybacz, nie jestem zbyt świetny w pocieszaniu — zaśmiał się cicho z lekko szklanymi oczami.
Gałęzatka od zawsze miał z tym problem. Humor innych za bardzo wpływał też na niego. Wrażliwość i empatia nie pozwalała jej na nieprzejmowanie się każdym możliwym kotem. Nawet jeśli czasem kogoś nie lubił często i tak po cichu się zamartwiał.
Gdy usłyszało słowa kremowego, zastrzygło uszami i pośpiesznie kiwnęło głową. Podszedł nieco bliżej ściany, rozglądając się za biało czarną muszelką. Podniosło ją delikatnie pyszczkiem i położyło obok brata.
— Chodziło o tą? — zapytała, podnosząc wzrok na Widlika. — Chyba bardzo lubisz muszelki — uśmiechnęło się lekko.

[241 słów]

Od Dryfującej Łapy do Słodkiej Łapy

Niebieski kocur spojrzał na swojego mentora z uniesioną brwią, w drwiącym uśmiechu.
— Znowu zaczynasz? — mruknął niezadowolony Skowronek. — Ta mysz nie będzie czekać na ciebie cały dzień. Przysięgam, że jeśli nie złapiesz, chociaż trzech piszczek to będziesz wymieniał lęgowiska przez następny księżyc — westchnął cierpiętniczo, na co dostał tylko rozbawione spojrzenie ucznia. Dryfująca Łapa z radosnym uśmiechem podeszła do mentora i wyciągnęło dumnie pierś.
— Jeszcze trochę i będę wyższy — rzuciło tylko, a następnie, aby nie zesłać na siebie gniewu siły wyższej, postanowiło, przycupnąć do ziemi. Z całych sił próbował utrzymać swój ogon w stałej pozycji, choć futro z jego okrągłego brzuszka lekko haczyła o podłoże. Gdy tylko to poczuła, szybko zachłysnęła się powietrzem, wciągając nieco przeszkadzającą część ciała. Po chwili było już gotowe do ataku, jednak usłyszało nieopodal tupot najprawdopodobniej ośmiu łap. Nadstawiło jedno z uszu i zacisnęło zęby, nieco przyspieszając polowanie na głupią mysz. Wolała, aby ta nie uciekła podczas rozmowy ze zbliżającymi się kotami. Minęło może odbicie serca, a uczeń miał już w pyszczku szarpiące się ciało zwierzęcia, które równie szybko zostało pozbawione swojej duszy. Dryfująca Łapa zaskomlał cicho, czując smak krwi na zębach. Wczoraj za niesubordynację nie mogło nawet zjeść kolacji, co teraz doprowadzało jeno do niemal szaleńczego głodu. Wiedziało jednak, że zjedzenie stworzenia mogło skutkować kolejną tak dla niego okrutną głodówką, to też powstrzymał się, po prostu przełykając ślinę. Odwróciło się, aby schować piszczkę nieopodal, gdy za sobą usłyszało głosy, które z pewnością należały do dwóch kotów. Świteziankowe Jezioro rozmawiała wraz Rozpromieniony Skowronkiem. Obok nich stała także Słodka Łapa, wpatrując się w niebo. Dryfująca Łapa, widząc słodziaśną koleżankę z legowiska miał ochotę po prostu z niej zakpić. Zamiast tego uśmiechnęło się szeroko, kiwając w jej stronę głową. Spojrzał na uczennicę, która wpatrywała się w niebo. Podniósł więc głowę, ale sam nie zauważył tam nic szczególnego. Zdecydowanie wolał to, co na lądzie i w wodzie. Ponownie zwrócił uwagę na kotkę i uśmiechnął się słabo, nie wiedząc jak zacząć rozmowę.
— Wygląda dziś naprawdę ładnie... Widać księżyc, a jest przecież dzień! — mruknęła kotka do siebie. Opuściła lekko wzrok, nie spodziewając się, że rzeczywiście kogoś zobaczy. Poderwała się z miejsca, jednak widząc, że to tylko Dryfująca Łapa odetchnęła z ulgą. — O-oh, hejk- to znaczy cze-eść... Ja yyy, przepraszam, nie wiem, czemu tak zareagowałam... E-e... Wszystko okej? W sensie nie wiem... Jak ci mija dzisiejszy dzień?... Uh... — zaczęła nerwowym głosem, co spowodowało zdezorientowanie Dryfka. — Yy... Przepraszam... Moje umiejętności społeczne... One nie są jakieś super dobre... T-to znacz- mmmm... Nie ważne… — wymamrotała w końcu półszeptem, nerwowo błądząc gdzieś wzrokiem byle żeby nie patrzeć na towarzysza rozmowy. Dryfująca Łapa zaczęła cicho chichotać, przez co spotkała się ze zdziwionym spojrzeniem Słodkiej.
— Spokojnie — uśmiechnął się lekko, patrząc na kotkę nieco pobłażliwym wzrokiem. — Nic się nie dzieje Słodka Łapo — zapewniało, choć z nerwów jeno też trzęsły się nieco łapy. — Ja… Ja też nie jestem do końca…uhhh…uspołecznione! — mruknęła, z odrobinę nerwowym śmiechem. — Ale too nic? — zapytał, jakby nie będąc pewnym. — Razem mamy wszystko, chcesz się zaprzyjaźnić? — rzucił, zanosząc się chichotem.
Nie do końca rozumiało, dlaczego nagle tak bardzo zaczęło ciągnąć go do kotki. Mogłoby nawet stwierdzić, że Słodką Łapą często trochę to drażniła swoim zachowaniem. Postanowiła jednak na moment odrzucić to odczucie na bok, chcąc poznać młodszą uczennicę.

[529 słów]

Od Dryfującej Łapy CD. Konwaliowej Łapy (Konwaliowej Mielizny)

Dawniej

Dryfująca Łapa machnęła ogonem lekko poirytowany. Uniósł brwi, słysząc dziwną odpowiedź i się zaśmiał.
— Dziwne rzeczy do mnie mówisz. Możesz bardziej po kociemu? — zaśmiało się w głos, liżąc się krótko po piersi. — A nie? — mruknął po chwili, całkowicie poważnie. — Jak dla mnie masz wystarczająco przerażający pyszczek. Do tego ta kwaśna mina… Rozchmurz się trochę, bo inaczej faktycznie wszyscy pomyślą, że przynosisz pecha! — prychnął, ale po chwili jakby spoważniał. — Wyglądasz, jakbyś zjadł ropuchę. Coś nie tak powiedziałam? — zapytała, przechylając nieznacznie głowę w bok.
— Ach więc o tę plotkę chodzi… Nie wiem, skąd są te bzdury! — zawołał oburzony, lekko uderzając końcówką ogona o ziemię. — Chyba w to nie wierzysz co — prychnął nagle liliowy, przewracając oczami. — Niecodzienny jesteś — skomentował krótko po chwili, najwyraźniej usiłując w ten sposób uciąć tę żenującą rozmowę.
— Nie no ja w to nie wierzę. Po prostu bawią mnie plotki — uśmiechnął się lekko. — Rzadko kiedy mają w sobie choćby ziarenko prawdy, ale wiesz… Ci, którzy plotkują o tobie, chociaż pokazują, że masz ciekawe życie. Skoro o tobie mówią, to znaczy, że jesteś interesujący lub…po prostu dziwny. A ja lubię tych dziwnych — uśmiechnął się, a po chwili ustał, jakby ktoś mu przyłożył w pyszczek.
Już po tym zaczął iść cicho zaraz obok. Wyglądało to tak, jakby przybił sobie mentalną piątkę z czołem. Konwaliowa Łapa odsunął się nieznacznie i westchnął.
— Rozumiem. Już myślałem, że coś z tobą nie tak — mruknął, kręcąc głową z powątpiewaniem. — Strasznie gadatliwy jesteś jak na pozornie cichego kota — burknął po chwili, na co dostał głupawy uśmiech.
— Och no co ty nie powiesz — prychnął Dryfek.

[256 słów]

Od Dryfującej Łapy CD. Klekotka (Klekoczącej Łapy)

Kiedyś

Niebieski kocur otworzył leniwie oczy, spoglądając na jednego ze swoich towarzyszy. Czyjeś jasne futro raziło jeno w oczy, sprawiając, że miała ochotę ponownie je zamknąć. Mrugnął kilka razy, przekręcając się na bok, gdzie spotkała się natychmiast z tyłkiem innego kota. Podskoczyło wzburzone, wybiegając zawstydzone z legowiska. Przynajmniej nikogo nie dotknęło, znajdźmy plusy w tej sytuacji. Usiadło przy legowisku i zaczęło leniwie myć swoje futerko. Podniosło pyszczek nieco wyżej i zaciągnęło się przyjemnie nasączonym wilgocią powietrzem. Otwarte oczy od razu napotkały piękne jesienne liście, które zabarwione co prawda głównie na złoto, zapierały dech w piersiach.
“Dziś zdecydowanie będę miało lepszy humor” pomyślało z drobnym uśmiechem na pyszczku. Nawet nie obudził jej tym razem mentor! Wstał sam z siebie i tak wcześnie, że sam był w szoku. Radośnie przyglądał się porannemu życiu klanu, nie mając najmniejszej ochoty wychodzić poza obóz. Obserwowało wszystkie koty, te wyspane bardziej i te mniej. Niektóre też były kapryśne tak jak on każdego ranka budzony przez Rozpromienione go Skowronka. Kremowy kocur zdawał się uwielbiać treningi, chociaż niekoniecznie z marudnym Dryfującą Łapą. Gałęzatka sama czasem zauważała, jak bardzo była irytująca, ale nieszczególnie jej to przeszkadzało. Według kocura Skowronek nie powinien budzić jej tak wcześnie. Z tego właśnie powodu przeszła jeno przez głowę bardzo głupia myśl. Miało ochotę wejść jak gdyby nigdy nic do legowiska wojowników. Zaczęło się więc powoli skradać ku wejściu, a gdy było już na tyle blisko, aby faktycznie moc tam być… Boom! Ktoś wpadł na nią z impetem. Dryfująca Łapa zirytowany tym dotykiem odskoczył szybko, wylizując swoje futro.
— Co ty kombinujesz mysi móżdżku? — zaśmiał się kocur przed nim, w którym uczeń od razu rozpoznał swojego mentora.
— Jaaa? Nic — burknęła niezadowolona, że jej plan tak szybko przepadł.
— Co ja się z tobą mam… — zaczął, choć po chwili wyglądał tak, jakby ktoś mu przyłożył w tył głowy. — Czekaj, a czemu ty nie śpisz? — zapytał zdziwiony, przyglądając się natychmiast swojemu uczniowi. — Jesteś chory? Coś cię boli i nie możesz spać? Czy może w ogóle nie spałeś całą noc?? — uniósł brwi, na co Dryfująca Łapa się zaśmiał.
— Och tak jasne. Zapisz koniecznie ten dzień! Też jestem w szoku — uśmiechnęła się, a jej pierś zaczęła rozpalać jakaś minimalna duma.
— I jesteś w dobrym humorze? Co to za wydarzenie? — zaśmiał się kocur, kręcąc po chwili głową. — Idziemy dziś łowić ryby! — zawołał, kierując się ku wyjściu.

Wieczór

Paskudnie bolały jeno łapy. Leżał jak zbity na kwas w jabłko obok legowiska uczniów, a najchętniej nie ruszałby się stamtąd przez następne trzy księżyce. Nie mogła zliczyć, ile razy wpadła do wody, zanim faktycznie udało się jej złowić jakąś rybę. Ostatecznie złapało może trzy. Niezbyt zadowalająca liczba, biorąc pod uwagę, że na to łowienie poświęcili cały dzień. Dlatego naprawdę zdenerwował się, gdy usłyszał wołanie Szałwiowego Serca. Jego ogon drgnął w podirytowaniu, ale oczywiście nie dał tego po sobie poznać. Z krótkim westchnięciem podeszła do ucznia ze słabym uśmiechem. Po chwili trochę ten uśmieszek naprawił, tak aby zdawał się mniej wymuszony. Przymknął oczy i zacisnął zęby.
— O żabach? Od… Klekoczącej Łapy…? Brzmi zabawnie — uśmiechnęło się, przełykając nerwowo ślinę. — Na moje oko, to ty niezbyt z innymi rozmawiasz — mruknął cicho, odsuwając się nieznacznie, gdyż szybko uznał, że jest nieco za blisko.
A dla niego każda odległość ogólnie była dziwnie bliska. Niebieski dopiero po chwili zorientował się, że młodszy kocur skupiał akurat uwagę na czymś innym. Tuż przed nim przechodziła niewielka gąsieniczka.
— Jej futro jest tak miękkie, jak moje? — zapytał Klekocząca Łapa, na co Dryfek tylko zamrugał kilka razy.
— Co? — zapytała, ale po chwili jakby się otrząsnęła. — Nie wiem... Ale możemy to sprawdzić! — dorzucił po chwili, usiłując nie odstraszyć nowo poznanego kolegi.
Gdy dotknęło opuszkiem łapki małego stworzonka, te szybko zwinęło się w kulkę.
— Boi się — miauknął książę. — Jest miękki? — zapytał ponownie, patrząc na niebieskiego.
— Tak, ale bardziej miękki, jak…mech? — zamyśliła się. — Lubisz zwierzęta? — zapytał, nerwowo stąpając w miejscu. — Uhhhh… Żaby? Och, a jadłeś kiedyś żabę?! — miauknęła przez moment jakby radośniejsza, czego skutkiem było mówienie o jej ulubionym temacie, czyli jedzonku.

[651 słów + łowienie ryb]

10 lutego 2026

Od Żmijowcowej Wici CD. Trzcinowego Szmeru

Przełknął głośno kawałek mięsa i zerknął na wojowniczkę.
— Może i nie jestem kotem, którego inni nazwaliby przykładem cnót i dóbr, ale... chyba nie jestem aż takim draniem, aby pastwić się dodatkowo nad Szałwiowym Sercem — przyznał, drapiąc się pazurem po brodzie.
— Nie mówiłam, że masz się na nim pastwić — naprostowała kotka, a następnie nachyliła się bliżej kocura i szepnęła: — Chodzi o to, że w jej łaskach zrobiło się wolne miejsce. Czeka tylko, aż ktoś się tam wślizgnie. Chyba nie pozwolisz, aby był to Tojadowa Kryza albo ktoś inny, co?
— Dla twojej wiadomości... — zaczął wyniośle. — Ja już sobie uwiłem gniazdko w łaskach liderki, niemusze się martwić, że ktoś je zajmie.
— Mhm... Myślę, że Szałwiowe Serce też tak myślał.
— Och! Na zgniłe małże, Trzcinowy Szmerze, to nie to samo! — oburzył się.
— No już królewno, nie gniewaj się. Wiesz, że robie to wszystko dla twojego dobra. — Pogłaskała go ogonem po grzbiecie. Kocur jedynie podniósł wyżej łeb.
— To mój przyjaciel, nie będę pastwił się nad nim czy korzystał z jego niefortunnej sytuacji — burknął, wciąż trzymając głowę nad szylkretką.
— On wie, że jesteście przyjaciółmi — zapytała, podnosząc brew.
— Oczywiście. Najlepszymi. — Odtrącił swoim ogonem jej ogon i owinął go sobie wokół łap.
— Aleś się nafuczał... Wiem, że jesteś wpatrzony w Szałwiowe Serce, jak w obrazek, ale żeby aż tak się tym przejmować... A może jesteś zazdrosny, co? — Uśmiechnęła się zadziornie i znów przybliżyła pyszczek. Wojownik zjeżył się nieco i dmuchnął jej prosto w nos. Trzcinka odsunęła się i kichnęła. — A do tego jaki ślepy na własne uczucia...
— Masz algi zamiast mózgu, mówił ci to ktoś?!
— Jeśli ja mam algi, to ty masz całkowitą, piszczącą pustkę, wiesz? — Słodki uśmieszek nie opuszczał jej mordki, kiedy kontynuowała zaczepianie zielonookiego. — Och mój biedny towarzyszu... Może gdybyś powiedział Szałwiowemu Sercu, nie byłby teraz wygnańcem ze złamanym serce. — Pokiwała głową z udawanym żalem.
— Ach! Przestań już te swoje wygłupy! Jesteś niemożliwa! — warknął. Wstał i nie bacząc na swoją ledwo nadgryzioną piszczkę, zaczął odchodzić. Trzcinka jednak zdążyła rzucić jeszcze kilka słów.
— Przede mną możesz uciec, ale nie przed swoim prawdziwym ja!

* * *
Aktualnie

Wiedział, że nie ważne jak ciężka będzie sytuacja, Trzcinowy Szmer jest silna i nie przejmuję się zwykłymi pomówieniami czy plotkami, zwłaszcza tymi, które nie są rozpowiadane przez nią. Żmijowiec musiał przyznać, że było to dość ciekawe doświadczenie, kiedy to ktoś tak tobie bliski był na językach wszystkich, a ty sam nie do końca mogłeś dołączyć do tych wścibskich szeptów, nieważne jak mocno twoje wścibskie szepty chciały wyjść na światło dzienne. Wiedział, że koty czekają na podwinięcie się szylretowej łapy, wiedział, że patrząc jej na tył głowy, kiedy zostają wybrani na wspólny patrol, że trochę bardziej pilnują swoich tyłów podczas polowań z wojowniczką. On nie mógłby mieć tego wszystkiego bardziej w nosie. I o dziwo jego podejście podzielała Mandarynkowa Gwiazda, ale nie było to aż tak niespodziewane, patrząc na to, że to ona był mentorką jego przyjaciółki.
Nie był jednak ślepy i nieprzejęty samym faktem, że najwidoczniej od wielu, wielu księżyców w Klanie Nocy panoszyła się zgraja zdrajców. Oczywiście wszyscy zauważyli już po śmierci Pluskającego Potoku, że jego ojciec dziwacznie się zachowuję, ale jego partnerka zawsze była przecież przykładną wojowniczką. Próbował nie mówić zbyt wiele o jej rodzinie, kiedy jadali razem, polowali razem, plotkowali razem, ale musiał przyznać, że momentami było ciężko. Był wścibski i ciekawski z natury. Wiedział, że żeby osiągnąć spokój ducha musi wiedzieć WSZYSTKO na KAŻDY temat, który jest aktualnie na językach innych Nocniaków. W takich momentach robił wszystko, aby Trzcinka wiedziała, że zawsze będzie po jej stronie, nawet jeśli z boku ich relacja wyglądała bardziej tak, że to Żmijowiec jako pierwszy mógłby wrzucić ją do głębokiego bagna.
Dzień nie był szczególnie ładny, ale po tej straszliwej Porze Nagich Drzewa każdy dzień, gdzie widać było przynajmniej cienką wiązkę promieni słonecznych, był nieco piękniejszy od pozostałych. Kocur wracał właśnie z porannego patrolu. Chociaż nie pamiętał, kiedy ostatnio całej grupie udało się powrócić z pełnym pyskiem do obozu, nie mógł był całkowicie zadowolony. Nie wiedział, czy to paranoja, czy prawda, ale na każdym kroku, który stawiał przy granicy, miał wrażenie, że czuje lekki zapach samotnika... lub samotników. Za każdym razem jeżył się nieco, za każdym razem stawał się trochę bardziej rozedrgany i milczący. Nawet docinki Wężynowego Splotu, która również brała udział w zwiadach, nie mogły wprawić go w inny humor. Nie odgryzał się, nie prychał... Siostra w pewnym momencie przestała widząc, jak bardzo rozchwiany jest jej brat, który tak często (zawsze) ma wszystko głęboko w nosie. Zwłaszcza po tym, jak niemal nie skoczył na Rezedową Łapę, która wyłoniła się nagle z krzaków obok, najpewniej również biorąc patrol za coś, czym nie był. Zaraz za uczennica pokazał się pstrokaty łeb Trzcinowego Szmeru.
— Nie powinieneś mylić czterech kotów z myszą, Rezedo... — mruknęła, kiedy terminator zmarszczył nos i odwrócił się do niej.
— Nie pomyliłem się! Myślałem, że to jakaś parszywa zgraja!
— To pewnie wina Wężyny — mruknął Żmijowiec, odwracając się do siostry. — Jeśli w tym klanie jest kot, który pachnie jedynie śliną i swoim ozorem, to ona.
— Powinieneś znaleźć sobie jakieś kreatywniejsze obelgi... — prychnęła Wężynowy Splot. — Od kocięcia powtarzasz to samo.
— I od kocięcia liczę, że w końcu dostrzeżesz, że jest to problem. — Odwrócił się od niej, nie chcąc się niepotrzebnie irytować. Chociaż to on zaczął, nie miał w sumie ochoty na przekomarzanki. — Dużo wam zostało Trzcinowy Szmerze? Wracamy już do obozu, możemy się zebrać w jedną grupę i spróbować zapolować przy Zrujnowanym Moście — zaproponował, a kotka skinęła łbem. Rezedowa Łapa od razu przylepił się do Słodkiej Łapy, która szła kilka kroków przed swoją mentorką, a Trzcinka pozostała u boku Żmijowca.
— Coś ty taki najeżony? Boisz się, że siostra ci odgryzie ogon — zapytała, próbując poprawić humor i jemu, i zapewne sobie.
— Żebyś się nie zdziwiła, do czego ona jest zdolna... — Posłał do tyłu wymowne spojrzenie.
— W końcu ktoś, kto nie mnie podejrzewa o wbijanie pazurów w plecy — mruknęła.
— Świat byłby za piękny, gdyby ktoś wziął Wężynę lub Tojada pod swój pazur, a nie ciebie. Ba! Zapewne wtedy zacząłbym nawet wierzyć w Klan Gwiazdy — powiedział bury.
— Nie mów tak... Nie chciałbyś tego — skarciła go przyjaciółka, posyłając nieco zbyt mordercze spojrzenie. Zielonooki machnął na to ogonem.
— Może tak, może nie... — wypluł i przez moment panowała nieco ciężka cisza. Mimo obiecania sobie, że nie będzie niepotrzebnie zaczynał tego typu rozmowy, słowa same wyszły na światło dzienne: — Wszystko u ciebie okej, prawda? Znaczy... Prócz tego, że cała twoja rodzina jest albo martwa albo zdradziła klan...

<Trzcina?>

09 lutego 2026

Od Ciernistej Łapy

Jego mianowanie w końcu nadeszło. Patrzył teraz na lidera z dumą w oczach, podrygując koniuszkiem ogonka. Królicza Gwiazda spojrzał na niego i jego rodzeństwo.
— Zebraliśmy się tu dziś, aby mianować czwórkę młodych kotów na uczniów.
Cierń czuł dreszczyk ekscytacji. Jako pierwszą wywołano jego siostrę.
— Mak, ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczennicą. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Makowa Łapa. Twoim mentorem będzie Cyklonowe Oko. Mam nadzieję, że przekaże ci on całą swoją wiedzę.
Kotka zetknęła się nosem z mentorem, po czym usiadła u jego boku. Nadeszła kolej następnego kota.
— Berberysie, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Berberysowa Łapa. Twoim mentorem będzie Śnieżycowa Chmura. Mam nadzieję, że przekaże ci ona całą swoją wiedzę.
Teraz to Berberysowa Łapa lekko poddenerwowany dotknął swoim nosem nosa kotki. Również usunął się na bok.
— Pyłku, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Pyłkowa Łapa. Twoim mentorem będzie Skrzypiący Skrzyp. Mam nadzieję, że przekaże ci on całą swoją wiedzę.
Również odeszli na bok po zetknięciu się nosami. Nareszcie. Pora na Ciernia. W końcu najlepsze zostawia się na koniec, prawda? A on właśnie taki był. Najlepszy z najlepszych. Wypiął dumnie pierś, rozglądając się po tłumie kotów. Któż dostąpi tego zaszczytu trenowania go? W końcu lider zaprosił go do przodu, a on dumnie kroczył przed siebie, w końcu zatrzymując się przed nim.
— I nareszcie, Cierń. Również ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Ciernista Łapa. Twoim mentorem będzie Jagodowe Marzenie. Mam nadzieję, że przekaże ci ona całą swoją wiedzę.
Zdziwiony spojrzał na matkę. Na prawdę? To ona będzie go trenowała? Fuknął lekko. Choć może i to lepiej? Berberysowa Łapa na pewno będzie mu zazdrościł! Poza tym spędzi z matką o wiele więcej czasu niż reszta jego rodzeństwa. Ochłonął, teraz lekko z gracją stykając się nosami z matką. Ciekawe, czy wszyscy teraz mu zazdroszczą! No i czy podziwiają go. W końcu wygląda dzisiaj bezbłędnie! Cały klan teraz wykrzykiwał ich imiona, a on czuł się tak, jakby to jego rozbrzmiewało najgłośniej. W końcu wszyscy po złożonych jemu i jego rodzeństwie gratulacjach rozeszli się, a on sam od razu podszedł do swojej mamy.
— Wybieramy się na trening dziś, czy jutro? — zapytał nonszalancko, przecież wcale nie ekscytował się jak kociak. To krok w dorosłość, a on musiał pokazać, że nie jest niewychowany.
— Możemy nawet dziś. Jeśli tylko chcesz. — odpowiedziała mu kotka, na co ten skinął.
— Im więcej będziemy trenować, tym lepiej, prawda?
— W rzeczy samej. A więc zbieraj się, Ciernista Łapo. — skinęła w stronę wyjścia z obozu. Kocura aż świerzbiły łapy na fakt, że będzie wreszcie zaczynał swój trening, że zobaczy w końcu tereny poza obozem. Gdy wyszli z niego poczuł delikatny powiew wiatru. Muskał go lekko po futrze, co zdecydowanie było przyjemnym uczuciem. Podążył za swoją matką, która kierowała go w stronę granic terytorium. Zapewne chciała go z nimi zapoznać, pomyślał od razu. Po dłuższej wędrówce wzdłuż granicy z Owocowym Lasem, o którym przy okazji opowiedziała mu matka, zatrzymali się przy wielkim, niezidentyfikowanym obiekcie. Kocur patrzył na niego przez długą chwilę, w końcu poddając się ze zgadywaniem. Spojrzał na kotkę z pytającym wyrazem twarzy.
— Co to jest? Wygląda dziwnie… Jakby wcale nie powinno tu być. — stwierdził kocur.
— Bo nie powinno. Nazywamy to Upadłym Potworem. Jego druga część znajduje się na terytorium Owocowego Lasu, oraz Klanu Wilka. Nie jest wytworem przyrody, tylko dwunożnych. — odpowiedziała mu szylkretka. Chwilę jeszcze przyglądali się potworowi, zanim przeszli dalej. Dotarli do Martwego Szlaku, o którym opowiadał mu jeden z odwiedzających jego i rodzeństwo uczniów. Ciarki przeszły jego ciało, jednak szybko otrząsnął się. Przecież nie był słabiakiem! Nie mógł po sobie pokazać czegoś takiego, co to to nie. Spojrzał na Jagodowe Marzenie, która otworzyła pyszczek aby zacząć opowiadać o tym miejscu.
— Martwy Szlak. To miejsce, w którym obumarła roślinność. Pewnie znasz opowieści krążące na temat tego miejsca, jednak nie wierzyłabym w nie na twoim miejscu w pełni. Ruszajmy dalej.
Kolejne miejsce jakie odwiedzili to Kamienni Strażnicy. Opowieści powoli nudziły się Ciernistej Łapie. Skoro był pod nimi skarb, to czemu nikt go nigdy nie wykopał? Wydawało się to być jednym wielkim oszustwem. Chciał już nauczyć się walki! Tak, był niecierpliwy. I to bardzo. Ale czy można mu się było dziwić? Kto by chciał słuchać nudnych bajeczek… Nareszcie jego matka wskazała w stronę obozu, co oznaczała, że wracają. Nie mógł się doczekać tego, że następnego dnia będą w końcu uczyli się walki. Gdy rozszedł się z szylkretką zatrzymał się przy stercie zwierzyny, wybrał sobie dorodnego zająca i skierował się w stronę Berberysowej Łapy, który zjadał gdzieś niedaleko tą samą zdobycz. Przysiadł przy nim, wylizując swoje futerko nonszalancko. Brat od razu zauważył go i uśmiechnął się.
— Ciernista Łapo! Jak tam szkolenie z mamą? — gdy wypowiedział te słowa lekko spojrzał w bok. Czyżby zazdrościł mu mentorki? No tak, bardzo zżył się z matką, pewnie to dlatego. Uśmiechnął się triumfalnie.
— Wspaniale, zwiedziliśmy praktycznie całe terytorium! Powiedziałbym nawet, że znam je już całe na pamięć. — odpowiedział.
— To świetnie… — odpowiedział zdawkowo, wgryzając się znów w posiłek. Cierń jednak zdecydował się drążyć.
— A twoja mentorka?
— Moja? Cóż… Poopowiadała mi o kodeksie wojownika. No i chyba tyle. — odpowiedział bratu. Czyli faktycznie, Ciernista Łapa na razie bawił się lepiej! Skończył szybko posiłek i wstał, strzepując ogonem.
— Muszę lecieć, przydałoby się zribić sobie miejsce w legowisku uczniów i wyspać się na jutro. Na razie!

***

Następnego dnia obudził się dość wcześnie. Przeciągnął się na miękkim mchu, po czym wyszedł z legowiska. Od razu dostrzegł matkę rozmawiającą z jednym z wojowników. Dumnie kroczył w ich stronę, zatrzymując się tuż obok niej, witając się z rozmówcą matki. Ta pożegnała się szybko i wyruszyli z obozu. Dotarli do rozciągłego terytorium, gdy w końcu mentorka przemówiła.
— Dzisiaj nauczymy się polować na króliki. Nie będzie to łatwym zadaniem, ale wydaje mi się, że mu podołasz.
Czy podoła? Oczywiście, że tak. Przecież jest świetny! Od razu zaczął dokładnie analizować pozycję, jaką przedstawiła mu matka, jednak po dłuższej chwili, gdy sam już ją zastosował i czekali, aż jakiś królik wyjdzie z nory, zaczął się nudzić. W końcu zobaczyli go. Mały brązowy królik wyszedł ze swojego schronienia i rozglądał się po polanie. Jego matka podkradła się trochę bliżej, a gdy już była na tyle blisko, aby móc zaatakować, podbiegła i zabiła go, wgryzając się w jego kark. Ciernista Łapa nie zdążył nawet wszystkiego dokładnie zarejestrować, a cała akcja zdążyła się zakończyć. Jego matka przyniosła zdobycz i skinęła w stronę łąki. Cóż, wygląda na to, że teraz jego kolej. Czekał przez dłuższą chwilę, gdy w końcu z trawy wyłonił się królik. Od razu pobiegnął przed siebie, a gdy wyskoczył zdążył w ostatniej sekundzie wylądować na króliku, zanim ten zniknął w trawie. Walczył dzielnie, próbując podrapać drapieżnika, jednak nie zdołał uciec uczniowi. Finalnym ciosem zabił zwierzynę, triumfalnie zanosząc ją do matki. Ta z aprobatą skinęła mu głową.
— Bardzo dobrze. Wracajmy, robi się późno. Lepiej być wcześniej w obozie.
Skinął jej głową i wziął swoją zdobycz, podążając za nią. Był z siebie dumny, jak mógłby nie być! Jak na pierwsze polowanie poszło mu bardzo dobrze. Ciekawe co powie Berberysowa Łapa!

1200 słów
polowanie na króliki

Od Niedźwiedziówki do Kasztanka

tw: poród

Miała wrażenie, że im dłużej była w ciąży, tym mniej poczytalna się stawała. Nie podobała jej się wizja, że właśnie w jej brzuchu przebywały cztery żywe istoty, którymi teraz już do końca swojego życia będzie musiała się opiekować. Będzie musiała wysłuchiwać ich lamentów i żalów, jednocześnie udając, że ją to cokolwiek obchodzi. A nie obchodziło wcale. I nie będzie obchodzić.
Nie chciała żyć nudnym życiem pokornej matki – zależało jej na tym, by w Klanie Nocy knuć i wspinać się na wyżyny hierarchii. Jak na razie koty nie patrzyły tu na nią zbyt przychylnie, ale już planowała, jak może to zmienić. Ten plan nie zawierał jednak czwórki bachorów.
Niedźwiedziówka zamierzała, przynajmniej na razie, zachowywać się jak wzorcowa Nocniaczka. Gdy już być może dostanie jakiegoś mentora, na pewno zamierzała bardzo przykładać się do treningów. Będzie ćwiczyć dwa razy ciężej od każdego ucznia w tym klanie, jednocześnie starając się popisać przed kimkolwiek, kto był tu ważny – przywódcą, zastępcą i całą resztą.
Jeszcze nie do końca wiedziała, jak to wszystko funkcjonuje, ale nie było to dla niej przeszkodą. Jeszcze się dowie. Jeszcze omami jakiegoś frajera i sprawi, że ten skoczy za nią w ogień. Dokładnie tak, jak zrobiła to z Burzowymi Chmurami i Słonecznym Fragmentem.
W tym momencie leżała w miarę spokojnie, wpatrując się w sufit swojego legowiska. Czuła się obserwowana przez kocura, który – jak już się dowiedziała – nazywał się Złocisty Widlik. Nie zwracała jednak na niego większej uwagi. Zresztą… to nawet dobrze, że wzbudzała czyjeś zainteresowanie, prawda? Może kiedyś do niego zagada, gdy już zmuszą ją do opiekowania się tymi pokrakami przez następne sześć księżyców.
No właśnie, sześć! Kto to widział? Przez tyle czasu byłaby w stanie zabić już co najmniej dwa koty, a także wzniecić jakiś bunt. No, ale mimo wszystko zawdzięczała tym kociętom swój pobyt w Klanie Nocy. Gdyby w momencie znalezienia przez patrol nie była w ciąży, pewnie wyrzuciliby ją na zbity pysk ze swoich terenów. Szkoda, że nie mogła się ich pozbyć jakoś… gdy już ją tu przyjęli. Może dzięki temu zyskałaby też współczucie Nocniaków, gdyby zaczęła tak bardzo rozpaczać nad ich stratą.
Jej nienarodzonym dzieciom chyba nie spodobał się ten pomysł, bo Niedźwiedziówka nagle poczuła spazm bólu, który rozszedł się po całym jej ciele. Nie mogła się powstrzymać od wydania stłumionego krzyku, a także zgięcia się w pół i zagryzienia wargi. Jej szamotanie się wzbudziło uwagę łaciatego kocura, który aż podniósł się ze swojego posłania, by do niej podejść.
— Wszystko w porządku? — zapytał, choć bez większego niepokoju. Jakby był to obowiązek, a nie akt wykonany z troski.
Niedźwiedziówka zamachnęła się łapą, jakby chciała go uderzyć, ale spudłowała. Jak on śmiał zadawać takie pytanie, skoro widział, że nic nie jest w porządku? Wiła się tu jak dżdżownica, a on naprawdę miał czelność pytać, czy wszystko jest w porządku?! Czy on w ogóle miał oczy?
— Zawołaj pomo- — warknęła przez zęby, jednak kolejna fala bólu nie dała jej dokończyć.
Potem słyszała oddalające się kroki, które nadzwyczajnie głośno dudniły jej w uszach. Ból przyćmiewał jej myśli, jej wizję.
“Jak pozwolić Pacynka mogła na to, by znaleźć się w takiej sytuacji? Tak bezbronna wobec spojrzeń i woli cudzej?” – słyszała w myślach głos Marionetki. Gdzieś między zlewającymi się uderzeniami serca złapała się nawet za głowę, próbując pozbyć się głosu ciotki z umysłu. “Czy Pacynka pojmuje, że Słoneczny Fragment i Burzowe Chmury w kłamstwo swe wciągnęła? Prawda prędzej czy później ją dopadnie, a wtedy wszystko, co dotychczas zdobyła, w proch się obróci…”.
Niedźwiedziówka miała wrażenie, że na chwilę omdlewa, tylko po to, by znów odzyskać świadomość. Pamiętała jedynie urywki. Niespokojne głosy, rozkazy. Czasem ukradkiem otwierała oczy i widziała panujące w żłobku zamieszanie, tylko po to, by zaraz jej wizja zaszła czernią.
Z tego wszystkiego wyłapała też rozmowę medyczek:
— Ten… patrz, Różana Woni, on… nie rusza się.
— Musiał umrzeć przy porodzie. Lepiej, by ta samotniczka się o tym nie dowiedziała.
— Mam go zabrać?
— Zabrać. Zakopać. Cokolwiek, by nie wiedziała o jego istnieniu.
Wtedy leżała nieruchomo, oddychając ciężko. Oczy miała zamknięte, wyglądała niczym trup. A jednak jej klatka piersiowa powoli unosiła się i opadała. Każdy założył, że zemdlała, że nie jest świadoma tego, co dzieje się wokół. Bujda. Była świadoma, i to jak.
Wcale nie straciła przytomności, nie zasnęła. Była po prostu na tyle zmęczona, że każdy, nawet najmniejszy ruch wywoływał u niej ból. Nawet jeśli bardzo chciała wygarnąć tym dwóm kotkom, że to, co robią, jest podłe, po prostu nie potrafiła.
Nie było tak, że zależało jej na tym kocięciu – bo nie zależało. Im mniej, tym lepiej. Nie lubiła być jednak oszukiwana i gdy medyczki próbowały zataić przed nią istnienie jednego z kociąt, aż krew się w niej gotowała.
W każdym razie w takim stanie, na pograniczu snu i jawy, nie utrzymała się zbyt długo. W końcu naprawdę usnęła, mogąc odpocząć.

* * *

Niedźwiedziówka od porodu miała problemy ze snem. Bywały noce, w których ani razu nie zmrużyła oka. Nie, żeby to miało większe znaczenie, bo w końcu i tak całymi dniami gniła nieszczęśliwie na swoim posłaniu. Nie musiała się wysilać, a właściwie… nawet nie mogła. Z jednej strony trochę do tego dążyła, z drugiej czuła się jak w klatce. Jak wtedy, gdy jako kocię była zamknięta w tej zapchlonej piwnicy. Tyle że teraz było jeszcze gorzej, bo musiała znosić popiskiwania tych okropnych, śmierdzących stworzeń, których nawet w myślach nie potrafiła nazwać swoimi dziećmi.
Za każdym razem, gdy kierowała wzrok ku nim, w piersi narastała nienawiść. Gniew, złość, obrzydzenie… Wyjątkiem była jedynie Werwa, która wyglądała zbyt podobnie do swojej zmarłej cioci – Wieleniego Szaku – by bura mogła traktować ją z taką samą odrazą.
Mimo że tak bardzo nie cierpiała swoich dzieci, postarała się nawet o imiona. Musiała zachować pozory miłej, potulnej matki, dlatego teraz po żłobku hasały Werwa, Narcyz i Kasztan. Nawet swojemu martwemu kociakowi nadała imię – Pajączek. Choć tak naprawdę nie był to jej pomysł, a bardziej podszept Marionetki. To właśnie ciotka podpowiedziała jej, by od teraz zwracać się do nieżyjącego kociaka właśnie tak. No dobrze, ale właściwie, dlaczego miałaby się w ogóle do niego zwracać? A no dlatego, że w jej głowie zakorzeniło się przekonanie, że Pajączek był złotym kociakiem. Lepszy niż Narcyz i Kasztan, na tym samym poziomie co Werwa. Co z tego, że nigdy go nie zobaczyła. Ona to czuła. Była pewna, że Pajączek wyrósłby na kogoś wielkiego w Klanie Nocy. Że pomógłby jej w realizacji planu zdobycia władzy w tej głupiej społeczności. Nie, to co te dwa… nieudane twory.
Gdy zapadła już noc, a cała dzieciarnia w końcu zasnęła, Niedźwiedziówka wpatrywała się tępo w ciemność przed sobą. Gdzieś z tyłu słyszała spokojny, równy oddech Złocistego Widlika. Miała wrażenie, jakby wszystkie jej myśli rozpłynęły się w powietrzu, a w głowie zapanowała pustka. Przynajmniej do chwili, gdy znów nie usłyszała głosu, który nawiedzał ją od kilku dni:
“Nikt nie obserwuje Pacynki. Może zrobić, co tylko zechce” – odezwała się Marionetka. Choć ciotki nie było tu w postaci materialnej, bura mogła przysiąc, że widziała jej szeroki uśmiech przed oczami. “Śmiało, Pacynko, śmiało. Wszyscy wiemy, jak bardzo nie cierpisz tych kociąt!” – kontynuowała, niemal wdzierając się do myśli Niedźwiedziówki, odcinając ją od wszystkiego innego. Bura czuła się tak, jakby duch ciotki wprost opętywał jej ciało. “Żaden Nocniak się nie dowie, a Pacynka będzie mogła jedynie wzbudzić w nich współczucie!”.
Zanim zdążyła się powstrzymać, poczuła w pysku odgryziony ogon. Nie należał on do żadnej myszy czy nornicy. Och, nie… Jej wzrok padł na ledwo przytomnego Kasztana. Kocurek wiercił się po podłodze, powoli budząc ze snu, jeszcze półprzytomny. Niedźwiedziówka pamiętała tylko przez mgłę to, co wydarzyło się przed chwilą. Dlaczego to zrobiła? Jak to zrobiła? Kiedy zdążyła chwycić ten ogon i wyrwać go z nasady?
W przypływie paniki zerwała się z miejsca i chwiejnym, przyspieszonym krokiem ruszyła ku wyjściu ze żłobka. Na zewnątrz uderzył ją lodowaty, ostry wiatr, który wręcz szeptał do jej uszu. Opuszczając obóz, zatrzymała się dopiero nad wartko płynącą rzeką, która oddzielała wysepkę azylu od reszty terenów.
Strzepnęła sfrustrowana ogonem i spojrzała na wzburzoną, ciemną wodę pod stopami. Bez wahania pozbyła się dowodu, pozwalając, by nurt porwał go daleko, ku morzu. Teraz pozostawało tylko wrócić i udawać, że całą noc przespała spokojnie. Co będzie rano? Tego nie wiedziała. Nie zamierzała nawet zgadywać, ale i tak miała wrażenie, jakby jej żołądek wywrócił się na drugą stronę.

* * *

Z każdym kolejnym dniem coraz częściej znikała ze żłobka, by szwendać się po obozowej polanie, i coraz rzadziej zajmowała się swoimi dziećmi. Jednocześnie oczywiście starała się sprawiać wrażenie zwykłej, tylko nieco roztrzepanej matki, która mimo wszystko kocha swoje kocięta nad życie, a jedynie gubi się w tym całym rodzicielstwie. Odkąd dostała mentorkę – Wężynowy Kieł – znacznie łatwiej było usprawiedliwiać swoje zniknięcia. Tłumaczyła, że wojowniczka miała jej do przekazania coś naprawdę ważnego, coś, co zainteresowało ją na tyle, że zapomniała wrócić do swoich trzech latorośli.
Zazwyczaj nikt nie kwestionował jej nieobecności, choć czasem same kocięta pytały, gdzie była tak długo. Wtedy wciskała im wszystkie te kity, a że ani Narcyz, ani Werwa, ani Kasztan nie wiedzieli zbyt wiele o świecie, raczej nie sprzeczali się ze swoją matką.
Niedźwiedziówka nie potrafiła nawet określić, ile księżyców minęło od jej porodu. Każdy dzień wyglądał dla niej niemal tak samo – nawet jej myśli były identyczne, bo co ranek modliła się o to, by te dzieci wyfrunęły już z gniazda. By zostały im nadane dwuczłonowe imiona, przydzieleni mentorzy i by zostali wysłani na treningi oraz patrole – byleby bura widywała ich jak najrzadziej i mogła dalej wdrażać w życie swoje plany.
Tym razem leżała grzecznie na swoim posłaniu, wpatrzona w ścianę przed sobą. Robiła wszystko, byle tylko odciąć się od otaczających ją piskliwych głosów kociąt. Starała się też na nie nie patrzeć, bo nawet nie ręczyła za siebie. Czasami samo dostrzeżenie jednego z tych małych łajnojadów było dla niej na tyle frustrujące, że mogłaby na miejscu wydłubać mu oczy. Czego jednak… nie robiła, bo wolała, by nie wyrzucili jej z klanu. Jeszcze nie teraz.

<Kasztan?>

Od Lisa CD. Iskrzyka

Lis popatrzył na braciszka.
— Przecież wiesz, że… nie wolno nam tego robić, Iskrzyku. Dostaniemy karę, a ja nie chcę kary.
Kocurek spojrzał na niego i zmrużył oczka.
— Boisz się…? — zapytał kiwającego się rudaska.
— Starsi są podobno bardzo fajni! Inni mówili, że opowiadają cudowne historie… i są szanowani. Nie możemy robić im psikusów — odparł Lis i przekręcił główkę na bok.
— Pójdę do nich i poproszę, żeby opowiedzieli mi historię. Nie chcę robić złych rzeczy. Jak chcesz, to dołącz do mnie.
Lis, kiwając się na różne strony, odszedł do starszych.
— Cześć! — miauknął głośno, gdy się tam znalazł. W legowisku był tylko jeden starszy. Wyglądał groźnie… tak wydawało się maluchowi.
— Mały brudasek się znalazł, hm? — rzekł starszy. Lis podwinął ogon.
— Ja... chciałem zobaczyć… jak… jak tu wygląda i tak dalej… — wyjąkał kocurek z ubłoconymi łapkami. Starszy stanął nad kociakiem.
— Nie z tymi ubłoconymi łapami, mały — warknął i powrócił na swoje miejsce, zasypiając. Lis w popłochu wybiegł i pognał do braciszka, przewracając się wiele razy.
— Iskrzyku, Iskrzyku! Ten starszy chciał mnie zjeść! — wykrzyknął do kremuska. — Nigdy więcej tam nie wrócę! — wyszeptał przerażony rudas. Jego brat westchnął.
— Nie wymyślaj, Lisku. Te staruchy tylko się lenią i lenią. Nie jedzą kociaków.
— Ale on był taki straszny, Iskrzyku! Jeśli mi nie wierzysz, sam tam pójdź!

<Iskrzyku?>

Od Pchełkowego Skoku Do Pietruszkowej Błyskawicy

Jesienny poranek zaczął się całkiem wietrznie. Zimne powietrze wkradło się do legowisk wojowników, budząc niektórych z nich, w tym Pchełkowy Skok. Kotka poczuła biegnący wzdłuż pleców dreszcz, po czym niechętnie wstała. Rozciągnęła się, ziewnęła. Wychodząc, spojrzała w stronę legowiska lidera. Wszyscy wiedzieli, że Judaszowa Gwiazda odejdzie niedługo z tego świata. Z każdym wschodem słońca Pchełka czuła jak zbliża się ich czas. Czas rewolucji.Myśląc o tym, przypomniała sobie swoją rozmowę z Mirtowym Lśnieniem o trzecim ogniwie. Rudy kocur uważał, że potrzebowali kogoś jeszcze, a Pchełka podzielała jego zdanie. Rozmawiając z różnymi kotami, szukała potencjalnego pomocnika, aż w końcu do głowy przyszła jej nie kto inny jak Pietruszka. Przyjaciółka wojowniczki, z którą ostatnio rozmawiała dużo mniej, miała odpowiednie predyspozycje. Była silna i mądra, a takiego kota potrzebowali.
Dlatego też dzień zaczęła od wykręcenia się z polowania, by w to miejsce zaprosić Pietruszkę na spacer. Potrzebowała wyprowadzić ją gdzieś poza obóz, by niechciane uszy nie usłyszały ich rozmowy…

Złapała wspomnianą nieco później przy stosie ze zwierzyną. Zaproponowała wspólny posiłek, a następnie niedługą wędrówkę, bo wiedziała też, iż Pietruszka ma dużo na głowie. Kotka się zgodziła i niedługo później obie pałaszowały piszczki. Co prawda Pchełka bardzo sztywno się zachowywała, co na pewno nie umknęła uwadze spostrzegawczej starszej. Pchełka stresowała się na myśl o nadchodzącej rozmowie oraz o tym wszystkim. Stres odzwierciedlał się w jej codziennych czynnościach, częściej leciały jej rzeczy z łapek lub się zamyślała, co skutkowało potem nieznaniem szczegółów patroli czy polowań.

Gdy zjadły, Pchełka wstała i krótkim ogonkiem dała znać, że pójdzie pierwsza. Wyprowadziła je obie głównym wyjściem i zaprowadziła w stronę Pogorzeliska, ale nie dotarły tam. Zatrzymały się pod niedużymi drzewami, które rosły po drodze. Pchełka z duszą na ramieniu odwróciła się do swojej przyjaciółki, którą znała od dziecka. Codziennie nosiła i dbała o pióro, które od niej dostała. W końcu wzięła głęboki wdech, spojrzała w jej oczy i zapytała;
– Pietruszko… C-Co sądzisz o Jaskółce?
Kotka zdawała się chwilowo zaskoczona nagłym pytaniem o kremową zastępczynię.
– Co masz na myśli? – dopytała.
– No wiesz… o niej jako o Liderce – miauknęła. – J-Judaszowcowa Gwiazda niedługo… i ona go zastąpi.
Rozejrzała się nerwowo tak, jakby buszujące nieopodal wiewiórki miały je podsłuchiwać.
– Nie lubię Jaskółki – odpowiedziała stanowczo, odwracając wzrok gdzieś w bok. – Znam… jej sekret. Nie chcę, by została Przywódcą.
Pchełka pokiwała głową powoli, analizując jej wypowiedź i próbując ułożyć w głowie odpowiednio pytanie. Pogrzebała łapą w ziemi, stresując się. Co, jeśli Pietruszka ją znienawidzi? Uzna za jakąś nienormalną, pchającą się w łapska śmierci? Za nieodpowiedzialną, może nawet jakąś skrajną?
Te wszystkie myśli doprowadziły do tego, że Pchełka skuliła się nieco. Przysiadła na trawie pokrytej liśćmi, a Pietruszka od razu wyłapując zmianę w jej nastroju, dosiadła się. Pchełka poczuła dotyk jej miękkiego ogona na swoim boku i nieco pomogło jej się to rozluźnić.
– Pietruszko… ja Cię bardzo kocham, wiesz? – powiedziała szczerze, drżącym głosem. – Nie znienawidzisz mnie?
– Za co? – Kotka zdawała się mocno zdezorientowana.
– C-Chcemy wraz z Mirtowym Lśnieniem z-zatrzymać Jaskółkę przed o-odebraniem żyć i z-zostaniem Przywódczynią… oraz z-zająć ją Mirtowym Lśnieniem. I m-my… znaczy ja… c-chciałam prosić Cię o pomoc. Pomoc w zatrzymaniu jej… t-to dla dobra nas wszystkich! U-Uważamy, że ona nie powinna dojść do władzy… – Natłok myśli sprawił, iż zaczęła się ponownie mocno jąkać. Emocje, jakie czuła, na pewno jej w tym nie pomagały, to też nie była do końca pewna, co Pietruszka z tego wszystkiego zrozumiała.
Odważyła się jednak podnieść wzrok i spojrzeć na pyszczek starszej.
– P-Pomożesz nam…?

<Pietruszka?>

Od Żmijowcowej Wici CD. Mandarynkowej Gwiazdy

Rodzina jego najlepszej przyjaciółki okazała się być zdradzieckimi szujami. Żmijowiec nigdy nie był blisko ani z Baśniową Stokrotką, ani z Dryfującą Bulwą, a tym bardziej nie ze starszym rodzeństwem Trzcinowego Szmeru, zwłaszcza po tym, co zrobił Pluskający Potok. Nie wierzył w zbytnio w teorie spiskowe, nie miał w zwyczaju łączyć w głowie faktów na siłę, aby tylko doszukać się jakiegoś niewidocznego znaku czy niemożliwej poszlaki. Nie lubił gdybania na takie tematy. Już wystarczało mu, że cały klan kładł się przed jakimś tajemniczym Klanem Gwiazdy, który miał w sobie tyle prawdziwości, co opady śniegu podczas Pory Zielonych Drzew. Cała ta sprawa jednak nie dawała mu spokoju. To wszystko było niczym swędzący noc, z którym nic nie możesz zrobić; nieważne jak mocno tarłbyś go łapą, to i tak nic nie da, gdyż irytujące uczucie powróci niemal momentalnie, kiedy przerwiesz czynność. Nie mógł o tym wszystkim powoli myśleć. Wszystko przypominało mu o tym, że w Klanie Nocy kryję się jakaś większa zagadka. Widział puste, zimne legowiska, na których jeszcze niedawno spali podstarzali Stokrotka i Bulwa, a nawet jedno zdecydowanie bliżej mchu jego i Trzcinki, które zajmowała Porywisty Sztorm. Jeśli by się skupił, najpewniej dalej umiałby odróżnić cząstkę ich zapachu. Widział wyraz pyska Trzcinowego Szmeru, która z całych sił próbowała pokazać, że to wszystko jej nie rusza, że jest ponad tymi plotkami. Sam kocur nie wątpił w lojalność przyjaciółki i, na szczęście, większość Nocniaków, a w tym i dawna mentorka wojowniczki, raczej podzielało tę opinię, ale i tak, nawet to nie mogło uchronić jej od podszeptywań, ledwo usłyszanych gdybań czy zrezygnowanych i często nieco przestraszonych pytań, które wszyscy zdawali się zadawać. Czasami miał wrażenie, że od kiedy się urodzili, nie było w Klanie Nocy spokojnego czasu.
Wrócił z polowania. Często ostatnio wychodził sam, chociaż wielokrotnie był ganiony przez przemądrzałą siostrę czy właśnie ciemnooką przyjaciółkę. Machał na to wszystko ogonem, mówiąc, że jeśli ktoś ma go obranego za cel, co za różnica czy wykończy go dziś, czy za kilka wschodów słońca. Udawał rozbawienie i nonszalancje, ale musiał przyznać przed samym sobą, że niejednokrotnie podczas tych jednoosobowych łowów, kiedy krzak zaszeleścił zbyt głośno, zbyt blisko, zbyt nienaturalnie, zalewała go fala zimnego potu. Pora Nagich Drzew powoli opuszczała tereny, ale to "powoli" było słowem klucz. Chociaż zwierzyny stale przybywało, nie mógł powiedzieć, że polowania były całkowicie udane, a zdobycz liczna. Wciąż starał się z całych sił, aby ponownie zaistnieć w oczach Mandarynkowej Gwiazdy, chociaż powoli tracił nie tylko cierpliwość (z której nie słynął), ale też nadzieje, że kiedykolwiek odkupi czymś swoje nieprzemyślane, ale niekoniecznie głupie zachowanie sprzed wielu, wielu księżyców. Teraz stał pod jej legowiskiem, z pyska zwisał mu niezbyt pokaźny leszcz, którego udało mu się wyłowić dzisiejszego poranka, zanim jeszcze rozdzielił się ze Zmierzchającą Falą i Kropiatkową Skórką. Wszedł do środka po uprzednim zapowiedzeniu się. Srebrna kocica nie wyglądała zbyt dobrze, ale kto by się dziwił... on też najpewniej nie wyglądałby znakomicie, gdyby miał na karku cały klan i jeszcze widmo zdrajców, drapieżników i samotników.
— Przepraszam za najście, ale rozmawiałem z Błękitną Laguną i powiedział, że zapewne jeszcze dzisiaj nie jadłaś, więc pomyślałem, że przyniosę coś — powiedział, kiedy podniósł łebek po delikatnym ukłonie. Liderka zerknęła na niego, to na rybę, a to z powrotem na bury pysk.
— Czy reszta klanu już jadła? — zapytała.
— Ci, których ściskał głód, a powrócili już z polowań czy treningów, zapewne tak. Leszcza złapałem osobiście, więc nie martw się tym. Zwierzyny znów będzie dostatek. Może to jeszcze nie ten czas, ale coraz częściej koła widać na tafli wody, a myszy już zaczęły harcować w tataraku — próbował przekonać kotkę.
— Połóż ją, zjem później — oznajmiła, a Żmijowiec wykonał polecenie. Przez moment stał w niepewnej ciszy, nie wiedząc, czego tak faktycznie chciał. Znaczy... wiedział, o co chciałby zapytać, o czym chciałby porozmawiać, ale wiedział też, że jest to paskudnie kiepski pomysł, zwłaszcza w takim niepewnym czasie. — Żmijowcowa Wicio, czy tylko po to tu przyszedłeś? Czego chcesz? — zapytała, ale jej głos nie był wrogi, bardziej... zmęczony.
— Nie chce niczego — mruknął, chociaż był to fałsz.
— Ty zawsze czegoś chcesz, nawet jeśli nie zdajesz sobie z tego do końca sprawy — odpowiedziała kocica i westchnęła. Wojownik zaśmiał się smętnie pod nosem.
— Może to prawda... — zgodził się i usiadł, owijając ogon wokół łap. — Może... nie jest to sprawa, która musiała zostać poruszona teraz, ale skoro już i tak zawracam ci głowę... Słyszałem, że jakiś czas temu patrol Trzcinowego Szmeru napotkał samotnika, a do tego ta masa kociąt, które cały czas odnajdujemy... Nie jestem przesądny, nie mam nic do kotów spoza klanu. Sam urodziłem się tutaj tylko dlatego, że uznano, że mojej matce można zaufać... A-ale to dziwne, prawda? Ta Niedźwiedziówka i jej kocięta... Ponownie, nie mogę nic mówić z wyprzedzeniem, gdyż to niemal taka sama sytuacja, co z nami, ale... Ah... Przepraszam Mandarynkowa Gwiazdo... Czasami mam wrażenie, że jestem błyskotliwszy niż faktycznie, ale najwidoczniej moje wyobrażenie siebie wybiega zdecydowanie za bardzo przed rzeczywistość — zaśmiał się smutno. Było mu nieco głupio, próbował ukryć zażenowanie i wstyd, który wykwitł mu na policzkach, ale białe futerko nie pomagało.
— Co masz na myśli, dokończ — poleciła liderka.
— Wiesz, że nie przestanę wracać do sytuacji z samotnikami, prawda? Wiesz, że nie pozwolę zaginać tym poszlakom, które znalazłem na ciałach Sterletowej Łuski i Rozpędzonej Ważki... Nie-nie wiem dokładnie jakie może być powiązanie tej całej sprawy z tym, co dzieje się teraz, ale nie mogę przestać myśleć, że jakieś musi być. — Przełknął ślinę. Nie podnosił głowy, wpatrywał się w swoje łapy, ale mówił dalej: — Daj mi, proszę, chociaż pozwolenie, abym mógł zająć się tą sprawą, jeśli nie chcesz zawracać głowy innym kotom, mogę to robić samodzielnie, nie potrzebuję partnera, nie boję się samotników; jeśli chcą, niech spróbują mnie dogonić...

<Mandarynko?>