BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

02 lipca 2026

Nowa Pieszczoszka!


 

MALUTKA
0 księżycy


Od Wzorzystej Dali

Leżała na średnio-wysokim drzewie obok studni. Z głową opartą o gałąź i piórem sierpówki między zębami rozmyślała, o wszystkim i o niczym. Chociaż tak naprawdę myślała o Psotce. Przypominała sobie wszystkie spacery, polowania. Miała tyle szans. Tyle szans, żeby wyznać swoje uczucia. A ona głupia tego nie zrobiła. Wypierała się tego. Ale właściwie po co? Bała się, że straci swoją szansę? W takim razie gratulacje. Udało jej się to. Przez jej ciało przebiegł zimny dreszcz spowodowany wiatrem. Obróciła powoli łapą pióro i jeszcze raz rozgryzła jego końcówkę. Takie gryzienie piór mogło wydawać się innym kotom dziwne. To był po prostu jej sposób na rozładowanie emocji, w tym przypadku żalu. Zamiast zaciskać szczęki i powstrzymywać łzy po prostu powoli, delikatnie niszczyła pióro, które i tak swojemu właścicielowi nie było już potrzebne. Jeszcze raz myślami odpłynęła w kierunku ich ostatniego wyścigu po plaży. Ten śmiech… te oczy… Westchnęła. Wszystko przepadło. Popatrzyła w kierunku kaczego bajorka. Stały tam dwa koty. Nie mogła powiedzieć kto dokładnie, bo byli za daleko. Nie zmieniało to faktu, że wolała teraz zostać sama. Całkowicie sama. Wstała powoli i przeciągnęła się. Potem przeskoczyła na inną gałąź, podeszła kilka kroków i przeskoczyła na jeszcze inną. Przemieszczała się tak, aż nie dotarła na granicę złotych kłosów. Tam zeszła z drzewa i zaczęła kroczyć pomiędzy szczątkami zboża, aż nad granicę. Uśmiechnęła się smutno. To tu przychodziła polować z Psotnym Nietoperzem. Nigdy nic nie udawało jej się łapać. Dopiero teraz zrozumiała dlaczego, po prostu w jej obecności nie potrafiła skupić się na polowaniu. Teraz również nie zamierzała łapać żadnej myszy. Nie miała na to siły ani chęci. W końcu położyła się na ziemi przy granicy z terenami niczyimi i wpatrzyła się w niebo. Zupełnie jak pierwszy raz, kiedy zawitała na tereny Klanu Klifu. Chociaż wtedy chmury były jaśniejsze i nie zwiastowały załamania pogody.
– Dzień dobry! – usłyszała wysoki, słodki głosik. Zjeżyła się. Kto to był?! Jak najszybciej podniosła się i obróciła się do samotniczki. Była mniej więcej w jej wieku. Była smukła i lekko niższa. Jej futro było praktycznie całkowicie białe, nie licząc uszu, szczytu głowy i pręgowanego ogona. Te elementy były w kolorze rudym. Kotka nosiła również na ogonie i jednej z łap dziwny przedmiot prawdopodobnie pochodzenia dwunożnych. Były to jasnofioletowe, lekko przejrzyste kamyczki nawleczone na sznurek. Wspomnienia z czasów bycia pieszczoszką były u niej mgliste, ale kojarzyła małą dwunożną robiącą takie rzeczy. Samotniczka wpatrywała się w nią jasnoniebieskimi, błyszczącymi oczami.
– Kim jesteś? – Wzorzysta Dal zapytała niepewnie.
– Nazywam się Konwalijka! Bardzo miło mi cię poznać…
– Wzorzysta Dal – podpowiedziała samotniczce.
– …Wzorzysta Dali. Konwalijka i Dalijka! Nie uważasz, że to słodkie? – ruda zaklaskała w łapy. Szylkretka poruszyła wąsami z rozbawieniem. Konwalijka wydawała się naprawdę miłą koleżanką. Nie potrafiła do końca powiedzieć dlaczego, ale od razu poczuła do niej zaufanie. Może ten dzień jednak może być trochę lepszy?

Od Kruczego Pióra


Ustalał patrole, gdy podeszła do jego boku Kwaśna Kocanka. Kotka wiedziała, jak sprawić, aby poczuł się lepiej. Najwyraźniej zobaczyła, że jest dzisiaj nie w humorze, gdyż usiadła obok, stykając się z nim futrami. Poczekała, aż skończy rozdzielać patrole, po czym w końcu odezwała się.
— Ktoś tu chyba jest spięty. Spacerek? — zapytała, przesuwając ogonem po jego plecach. Kocur spojrzał na nią kątem oka.
— Nie pogardzę. — po jego słowach oboje wstali, zmierzając w stronę wyjścia z obozu. Nie wiedząc czemu czuł na sobie wzrok drugiego zastępcy, Pustułkowego Szponu. Ostatnio według Kruka Zachowywał się dość dziwnie. Oby tylko niczego nie planował. Od tych myśli odciągnęła go kotka, która trzepnęła go po pyszczku delikatnie ogonem. Kocur spojrzał na nią delikatnie zarumieniony, jednak nie na tyle, aby to zauważyła.
— Ociągasz się, czy co? Czyżby wielki Krucze Pióro wyszedł z kondycji i wprawy? — zaśmiała się, na co kocur prychnął.
— Dobre sobie, nigdy w życiu. Patrzysz na przyszłego lidera Klanu Wilka. Ja nie wyjdę z wprawy. — odpowiedział, lekko napuszając futro. Kotka przewróciła oczami.
— Skoro tak mówisz, to… Złap mnie! — Pobiegła w stronę lasu. Widocznie go zaskoczyła, bo dopiero po chwili pobiegł za nią. Manewrował między drzewami niczym zając, bezszelestnie i szybko. Jednak w tym momencie czuł się bardziej jak wojownik goniący ofiarę. A gdy już ją dogonił, wyskoczył na nią, przez co dwójka kotów przeturlała się w dół, lądując przy jeziorze. Skończył jak księżyce temu przy podobnej sytuacji nad kotką. Wpatrywał się znów w jej oczy, wręcz wpadał przez nie w trans… Jednak… Po chwili zszedł z niej, potrząsając głową. Czemu… Tak się czuł? Jakby jego serce biło szybciej, a przecież nie powinien sobie pozwolić na coś takiego. Ma być przyszłym liderem. Zimnym. Stanowczym. A aktualnie kotka przyprawia go o zawał serca, a on umrzeć jeszcze nie chce. Ta spojrzała na niego zmartwiona.
— Wszystko w porządku? — Kotka obejrzała go.
— Tak, tylko… Chyba mam jakieś kołatania serca. — odpowiedział, po czym zdał sobie sprawę z tego, jak to brzmi. Odchrząknął, patrząc w bok. — Nic czym trzeba by się martwić.
— Brzmi, jakby jednak trzeba było. — kotka brzmiała na lekko rozbawioną. Kocur westchnął, po czym usiadł. Przez chwilę długo myślał, chyba… Musiał z nią nareszcie porozmawiać.
— Sprawiasz, że… Dziwnie się czuję. — wyznał w końcu. Kotka usiadła obok, patrząc na niego zdezorientowana. — Że mam takie ciepło, w klatce piersiowej. Nie wiem, czym jest, ale wiem, że czasami też bije mi szybciej przez ciebie serce. Jesteś mi bardzo bliska, ale nie wiem, co to za uczucie. — Srebrna spojrzała w jego zielone jak korony iglastych drzew oczy.
— Żartujesz? — zapytała go, na co ten lekko się speszył.
— No, nie… Nie wiem, nie ważne zapomnij. — Wstał, już chcąc odejść, jednak kotka złapała go łapą za ogon. Odwrócił się w jej stronę, patrząc na nią pytającym wzrokiem.
— Może… To uczucie jest czymś więcej, niż tylko ciepło. Krucze Pióro, może ty po prostu się… We mnie zakochałeś? — zapytała niepewnie. Czarny chwilę patrzył na nią, po czym nerwowo się zaśmiał.
— Że co? Ja? Ja… Nigdy nie czułem… Miłości. Czy tak właśnie wygląda? — zapytał niepewnie po chwili. Naprawdę był zielony w uczucia. Kotka skinęła głową. Przełknął ślinę, usiadł znów obok niej, po czym spojrzał na zachodzące słońce, na co ta zrobiła to samo.. Powoli, niepewnie przeniósł ogon, na ogon kotki, a ona ani drgnęła. Nie odsunęła się.
— To… Może ja faktycznie się zakochałem..?

01 lipca 2026

Od Niezapominajkowej Nadziei


Dzisiejszego dnia miał się odbyć ślub Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici. Nie była zbyt chętna na przyjście. Ciężko patrzyło jej się na to, jak traci swoją miłość. Jej serce rwało się na kawałeczki. Czasami zdawała sobie sprawę w momentach takich, jak ten, że jest całkiem sama. Kijankowe Moczary wieczorem przed ślubem wsparł ją na duchu, oraz pomógł jej wpleść więcej kwiatków w jej futro, jak i pofalować je lekko dzięki zasolonej wodzie. Jednak po co miała wyglądać tak pięknie, skoro Trzcinowy Szmer nawet na nią nie spojrzy… Jej własny prezent był zrobiony przez nią i ojca, była to aranżacja kwiatów (niezapominajek), muszelek oraz trzcin wbitych w niektóre miejsca. Na samym środku znajdowała się piękna perła. Nie duża, ale jednak pokaźna. Do góry wspinały się paprotki, tworzące jakby rączkę od koszyczka, a zawiązany był gałązkami z liśćmi i kwiatami. Odłożyła prezent, po czym zdała sobie sprawę, że to drugi ślub na którym jest. Na pierwszy w sumie się włamała, no i ją prawie wyrzucono.
— Cześć, Niezapominajkowa Nadziejo! Co przyniosłaś? — Z jej myśli wyrwała ją Ćmie Mżenie. Odwróciła się do kotki, uśmiechając się.
— Cześć Ćmo. Oh, chodzi ci o prezent? O, ten tutaj. Bardzo się starałam, ciężko było zrobić tą rączkę… Ale jednak po paru bróbach się udało. Spojrzała na przedmiot. Widać było, że Niezka się starała.
— Łał, naprawdę ci wyszło! Ja robiłam razem z Hipnozką korony dla pary młodej.... robiłyśmy to wczoraj wieczorem i dzisiaj rano... prawie się podknęłam w rzece... ALE MAM! ISTNIEJĄ — Dumnie przedstawiła ozdoby z muszelkami. Jedna miała liść trzciny, a druga miała żmijowiec. — nie masz pojęcia ile zajęło nam znalezienie żmijowca. Po za tym, to są takie wiesz, zakładasz za ucho i to sie jakoś trzyma.... nie pytaj jak, ale trzyma się. Wola Gwiezdnych była łaskawa jeśli chodzi o ten twór.
Niezapominajka zaśmiała się, patrząc na kotkę
— Cóż, macie talent! Ja sama nie wiem jak mój koszyk sie utrzymał. Właśnie, gdzie Hipnoza?
— Zniknęła w odmętach gwaru obozowego — odpowiedziała jej kotka.
— Ah, no tak…
— Proszę wszystkich o zajęcie miejsc. Niechaj ceremonia się zacznie! — Dymna spojrzała na Mandarynkową gwiazdę. Jej ciało delikatnie zamarło. Odwlekała ten moment bardzo długo… chciała, aby nie nadszedł… Zajęła z Ćmą miejsca niedaleko przodu ceremonii. Podniosła listki i wyprostowała się. Łabądek powoli zaczęła iść w kierunku liderki co jakiś czas upuszczając pojedyncze listki. Kiedy dotarła na miejsce, ukłoniła się ładnie i zajęła miejsce koło brata. Żmijowcowa Wić kroczył za komicznie skupioną córeczką. Kiedy odchodziła na bok, odprowadził ją wzrokiem. Prędko jednak przeniósł swoją uwagę całkowicie na Mandarynkową Gwiazdę, ale i Trzcinowy Szmer. Niezapominajka nerwowo wbiła pazury w ziemię. Trzcina zajęła miejsce przy ołtarzu. Stanęła naprzeciw Żmijowcowej Wici i skupiła swój wzrok na Mandarynkową Gwiazdę.
— Zebraliśmy się tu dzisiaj żeby uczcić miłość Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici oraz przypieczętować ją oficjalną więzią! — ogłosiła liderka, po czym popatrzyła przez chwilę na oboje państwa młodych, moment później przekierowując wzrok na zgromadzonych. — Jeśli ktokolwiek chce wyrazić sprzeciw niech zrobi to teraz.
Wszyscy wpatrywali się w parą młodą z uśmiechami. Natomiast Niezapominajkowej Nadziei brakowało tchu. Patrzyła na swoje pazury, które wbite były w ziemię. Jej łapy trzęsły się, a w uszach szumiała krew. W końcu nie wytrzymała. Wstała, patrząc desperacko na Trzcinowy Szmer.
— Nie zgadzam się! — na jej krzyk zdziwione westchnienia przeszły całą wyspę, a na pyszczku Trzcinowego Szmeru wymalowany był szok i niedowierzenie. Niezapominajkowa Nadzieja sama nie wierzyła, że to powiedziała… Nigdy nawet nie słyszała takiej kwestii. Czyżby przodkowie byli przeciwni ślubowi? Wybranek szylkretki zamrugał dwa razy, potem znowu dwa razy… Brwi poszybowały mu do góry, a wzrok odnalazł Niezapominajkową Nadzieje. Zmarszczył się z pytajacym wyrazem pyska.
— He..? — kocur był tak samo zdziwiony, jak ona sama. Mandarynkowa Gwiazda patrzyła na parę młodą pytającym wzrokiem. Ćmie Mżenie, która siedziała obok dymnej, wpatrywała się w nią zdziwiona. Niezapominajka po chwili niepewności zdecydowała się znów przemówić.
— Trzcinowy Szmerze, ja… Nie mogę na to pozwolić. Wydarłaś ze mnie moje serce wybierając Żmijowca zamiast mnie. Dzieliłyśmy ze sobą tak wiele chwil, byłam przy tobie, gdy było ci ciężko. Proszę, ja… — zdała sobię sprawę z tego, jak desperacko brzmiała. Być może znak zauważony na jej ostatniej przechadzce, trzciny oraz niezapominajka w strumyku, jednak nie oznaczał tego, co myślała. A może nawet i był zwykłym zbiegiem okoliczności. Teraz delikatnie skuliła się, widząc, że inne koty zerkają na nią z… obrzydzeniem. Czuła się jak księżyce temu w Klanie Wilka. A tylko ona, Trzcinowy Szmer, wiedziała o jej pochodzeniu. Być może tylko ona wiedziałaby jak teraz sie czuje. Ale nie wie, bo… jej nie kocha. Liderka nachyliła się bliżej państwa młodych i szepnęła:
— Chcecie ją wyrzucić?
Żmijowiec odchrząknął i skakał wzrokiem między Trzinowym Szmerem, a liderką.
— Cóż... Jest to skomplikowana sytuacja i może "wyrzucenie" nie było by zbyt... taktowne, ale możemy ją... wyprosić? — zaproponował, ale prędko dodał jeszcze, starając się jak najbardziej, aby jego słowa nie brzmiały jak jakiś swoisty atak. — Chociaż myśle, że najlepiej będzie jeśli to Trzcinowy Szmer zadecyduję, ja nie jestem w żaden sposób związany z Niezapominajkową Nadzieją...
Niezapominajka spojrzała na Ćmie Mżenie obok siebie po tym, jak wzdrygnęła się na jej dotyk. Była roztrzęsiona, sama nie wiedziała, co się z nią dzieje. Co ona narobiła..? Teraz to już na pewno Trzcinowy Szmer jej nienawidzi… Patrzyła na nią teraz przepraszająco… Jednak ta na pytanie liderki skinęła cicho głową. Łzy cisnęły się jej do oczu. Spojrzała na ziemię. Nie mogła nic zrobić. Trzcina chyba nigdy nic do niej nie czuła. Nie była nawet jej znajomej. Czy był sens się o nią troszczyć, skoro ta sama wolała wybrać kocura, który ledwo z nią rozmawiał..? Tak strasznie się zawiodła. Była jednak pewna, że tak tego nie zostawi. Trzcinowy Szmer złamała jej serce… Teraz siedziała pomiędzy Hipnozą a Ćmą, zastanawiając się, czy Klan Gwiazdy w ogóle nad nią czuwa, skoro zaufała takiej… żmii. Tak, pasowała do żmijowca idealnie, bo sama była… żmiją. Wzniosła tylko na chwilę wzrok na kotkę. 
— Dobrze więc, Trzcinowy Szmerze. Przykro mi, że księżyce spędzine razem nie znaczyły dla ciebie nic, w porównaniu do mnie. — wysyczała przez zęby z nastroszonym futrem. Na widok podniesionego futra wściekłej kotki kocur niemal mechanicznie się wyprostował i delikatnie przesunął się tak, aby jego ciało zasłaniało szylkretkę siedzącą dalej w szoku obok niego. Zmierzył Niezapominajkę oburzonym, nieco obrzydzonym wzrokiem. Mandarynkowa Gwiazda machnęła ogonem na Błękitną Lagunę, żeby do niej podszedł. Tego było już za wiele. Zastępca oczywiście chwilę później pojawił się koło niej.
— Wyprowadź ją stąd proszę. I dopilnuj, żeby tu nie wróciła do końca wieczoru. — rozkazała stanowczo. Kocur skinął głową i poszedł wykonać swoje zadanie. Nie miała zamiar stawiać oporu. Było to bez sensu. Błękitna Laguna spojrzał na nią nieco zniesmaczony, ale widziała w nim i iskierkę współczucia. Razem z nim wyszła z wyspy, nie zostawiając po sobie niczego oprócz zranionego serca i nieodwzajemnionych uczuć. Cóż mogła rzec, najwyraźniej kotka po prostu nie chciała mieć z nią nic do czynienia… Szła teraz z wyspy, u boku Błękitnej Laguny. Czuła tak mocny zawód… Kocur szedł w chwilę w ciszy, aż w końcu westchnął i odezwał się.
— Wiesz, widziałem, jak spotykasz się czasami w Trzcinowym Szmerem. Trochę się zdziwiłem, gdy wybrała Żmijowca, jednak z drugiej strony byli sobie bliscy. Może po prostu byłaś dla niej tylko przyjaciółką. Przykro mi, Niezapominajko. Jednak musisz wiedzieć, że to, co zrobiłaś, niesie za sobą konsekwencje. Co jeśli już nawet tym dla ciebie nie będzie? Przyjaciółką? — słowa kocura sprawiły, że jej futro paliło się ze strachu. Co jeśli faktycznie tak będzie..? — Przemyśl to. Wracam na wyspę, a ty wracaj do obozu. Miłego wieczoru, Niezapominajko.
Gdy ten odszedł, została sama. Po długiej chwili wpatrywania się w ziemię, jej oddech zaczął drżeć. Odszukała pierwszego lepszego drzewa, po czym z rozrywającym jej serce krzykiem i łzami w oczach zadała w nie cios. Zostawiła na nim pokaźne zadrapanie, utrącając sobie pazura lub dwa, na co pisnęła. Spojrzała ja swoją zakrwawioną łapę, bez jakiejkolwiek emocji. Westchnęła, odwracając się w stronę obozu.

Od Gołąbka do Bursztynowej Łapy

Gołąbek wraz z Mistralem, swoją nową mentorką, wybrał się na poszukiwanie ziół leczniczych blisko granicy z Klanem Burzy. Zapasy w legowisku powoli się kończyły, a chorych i obolałych nie brakowało. Trzeba je było więc jak najszybciej uzupełnić. Mistral była już trzecią mentorką Gołąbka. Niedawno stracił drugiego nauczyciela, Wiciokrzewa, po tym, jak ten niechcący otruł swojego pacjenta i za karę został przeniesiony do legowiska starszyzny. Uczeń zupełnie nie winił medyka za to, co się stało. Śmierć pacjenta była przecież błędem, niecelowym działaniem. Dlatego też błąd ten, pomimo tego, jak bardzo był straszny, nie popsuł jego mniemania o mentorze. Nadal kochał go tak bardzo, jak kochał go wcześniej i bardzo często odwiedzał go w legowisku starszych, by podnieść go na duchu.
Po kilkunastu minutach wędrówki Gołąbek i Mistral znaleźli się przy poletku z ziołami. Bury zaczął zrywać intensywnie pachnące łodygi, kładąc je na ziemi do późniejszego zebrania. Silny zapach ziół sprawił, że uczeń zupełnie nie poczuł zbliżającego się do granicy patrolu. Dopiero po powitalnym okrzyku jednego z Burzaków zauważył stojące przy linii oznaczeń koty, najprawdopodobniej mentora z uczniem. Gołąbek nagle przypomniał sobie o obietnicy danej Oświeconej, dziwnej pieszczoszce, którą spotkał kilka księżyców temu. Poprosiła go, by przekazał Klanowi Burzy o nowej religii, którą utworzyła: wyznawaniu Dwunożnych. Bury nie wiedział, co Burzaki miałyby zrobić z tą informacją, ale obietnica to obietnica, musiał więc ją spełnić.
– Zaraz wracam. Muszę coś przekazać – powiedział mentorce. Ta jedynie kiwnęła głową, nadal zajęta zbieraniem leczniczych roślin.
Gołąbek podszedł do patrolu, skinieniem głowy witając się z przybyszami. Wstydził się rozmawiać z obcymi, ale musiał wykorzystać szansę na przekazanie dziwnej informacji.
– Ja… Mam dla was wiadomość od pieszczoszki o imieniu Oświecona – powiedział niepewnym głosem. – Kazała mi przekazać, że zakłada nową religię, religię Dwunożnych. I… umm… podobno szuka członków.
Oba koty z klanu Burzy patrzyły się na niego z ogromnym zdziwieniem. Czyżby myślały, że on też ma zamiar wyznawać Dwunożnych?
– Ja tylko to przekazuję. Nie mam z tym nic do czynienia – rzucił szybko, uciekając wzrokiem na bok. – Poznaliście już kiedyś tą Oświeconą? Kiedy z nią rozmawiałem, mówiła tak, jakby was znała.

[339 słów]

Od Nura CD. Łabądka

Pogoda robiła się coraz to brzydsza, Mama powiedziała mu, że to zmiana pory roku. Według jej słów nadchodziła Pora Nagich Liści. W każdym razie – było zimno. Nur nie mógł siedzieć w wodzie z mamą ani nie mógł kręcić się po okolicy z Żabią Łapą. Siedział więc w żłobku z siostrą. Rodzeństwo naprawdę się różniło. I wyglądem i charakterem. Nur nie mógł powiedzieć, że nie lubił bawić się z siostrą, ale nie mógł też stwierdzić, że to uwielbia. Było to bardziej zabicie wolnego czasu. Tym razem na to też nie miał ochoty. Leżał więc na ziemi, wpatrując się w drzwi żłobka. Miał nadzieję, że zaraz przyjdzie ktoś ciekawy.
Między łapami miał prezent od ojca – ostatnio kocur zaczął przynosić takie prezenty też Nurowi, a nie tylko Łabądce. Van był z siebie dumny, bo według niego prezent od jego ojca równał się, z tym że zrobił coś dobrze. Nie do końca był pewien co, ale ważne, że nie objawiał żadnych cech zdrajcy. Trzcinowy Szmer opowiadała mu o jego przodkach, a kocurek bał się, że zdrada może płynąć we krwi i jego krew też może być zakażona. Dlatego musiał zachowywać się jak najlepiej i wyplenić to ziarenko, zanim będzie za późno!
— Dzień dobry, braciszku! — z letargu jego myśli wyrwała go siostra.
Spojrzał na nią i kiwnął głową na przywitanie.
— Ładny dziś dzień, nieprawdaż? — uśmiechnęła się, na co Nur przewrócił oczyma.
Chciałby, żeby dzień był ładny. Wtedy mógłby popływać albo polować na mech! Może nawet namówiłby mamę na jakiś spacer po obozie?
— O! A co tam masz pomiędzy łapami? Nigdy czegoś takiego nie widziałam, mogę zobaczyć? — zapytała, trzepocząc rzęsami.
Kocurek znał te jej tanie sztuczki, ale nie mógł się z nią przecież kłócić. Takie zachowanie nie było dostojne. Podniósł więc łapy ujawniać kamień.
— Dostałem od taty — wypiął dumnie pierś. — Pewnie za to, jak dobrze pływam!
Zauważył wzrok kotki i od razu zakrył kamyk łapkami.
— Jest prezentem dla mnie.
Łabądka jednak nadal patrzyła na niego tymi swoimi wielkimi oczami. Nur spodziewał się, że kotka może go zaraz o coś posądzić… A nie chciał problemów. Skrzywił się na samą myśl. Nie powinien być zachłanny… To była raczej zła cecha. Westchnął więc cicho.
— Chcesz go tylko zobaczyć? — zapytał.
Czarna arlekinka pokiwała energicznie głową. Rudzielec nie do końca jej wierzył – widział, ile miała kamieni w swojej kolekcji. On właściwie nie potrzebował nawet tego kamienia, ale był prezentem od ojca, więc miał największą wartość. Mimo to rudzielec odsunął się od kamienia, pozwalając siostrze się przyjrzeć. Łabądka jednak wzięła kamień w swoje łapy, na co Nur się zjeżył.
— Zostaw — syknął.

< Łabądku?>

Od Psianki CD. Kropli

Po mianowaniu na ucznia

Na dźwięk znajomego głosu odwróciłam uszy, a po chwili uśmiechnęłam się szeroko. Przez moment wpatrywałam się w Kroplę z lekkim zaskoczeniem. Dawno jej nie widziałam. Jeszcze zanim moje rodzeństwo przeprowadziło się do Klanu Burzy, często kręciła się przy żłobku, pomagała karmicielkom i zaglądała do kociaków. Wtedy wydawała mi się ogromna, niesamowicie odpowiedzialna i... właściwie trochę tajemnicza. Nigdy nie mówiła zbyt wiele, ale zawsze była gdzieś obok, gotowa pomóc. Dopiero teraz zauważyłam, że w jej cichym sposobie bycia kryło się coś więcej niż zwykła nieśmiałość.
— Kropla! — odpowiedziałam z wyraźną radością. — Dawno cię nie widziałam. Jak się masz?
Nie zdążyłam jednak usłyszeć odpowiedzi, bo zaraz padło kolejne pytanie. Uniosłam lekko brwi, słysząc wzmiankę o zwiadowcach. Na końcu Kropla niemal od razu zaczęła się wycofywać ze swoich słów, spuszczając wzrok i przepraszając, jakby samo zadanie pytania było czymś niewłaściwym. Mimowolnie zrobiło mi się trochę przykro. Nie dlatego, że zapytała, ale dlatego, że wyglądała, jakby spodziewała się, że ktoś zaraz będzie miał do niej pretensje. Usiadłam spokojnie obok niej, zostawiając między nami trochę przestrzeni. Pamiętałam jeszcze z dzieciństwa, że nie przepadała za zbyt bliskim kontaktem, więc nie chciałam jej tego narzucać.
— Wiesz... właściwie to trochę twój interes — odpowiedziałam z cichym śmiechem. — Bo kiedyś byłam prawie pewna, że sama zostanę stróżem.
Na samą myśl o tamtym dniu uśmiechnęłam się jeszcze szerzej.
— Pamiętasz? Bawiłyśmy się w pomocników. Ty byłaś wielkim stróżem, a ja twoją pomocniczką. Leczyłyśmy kawałek mchu i ratowałyśmy wyimaginowane kociaki. Byłam wtedy przekonana, że nie istnieje ważniejsza praca na świecie — zaśmiałam się pod nosem, kręcąc lekko głową.
— W sumie nadal uważam, że jest bardzo ważna. Bez stróżów obóz pewnie szybko przestałby działać tak, jak powinien. Po prostu... z czasem odkryłam, że mnie ciągnie trochę gdzie indziej.
Mój wzrok sam powędrował ku wyjściu z obozu.
— Na samym początku, wszystko wydawało mi się obce. Nawet zwykły spacer poza obozem był czymś zupełnie nowym. Było tyle zapachów, śladów i miejsc, których wcześniej nigdy nie widziałam. Pamiętam, że nie mogłam przestać się rozglądać. Chciałam wiedzieć, dokąd prowadzi każda ścieżka, kto tędy przechodził i co znajduje się za kolejnym wzgórzem.
Westchnęłam cicho, choć na pysku wciąż gościł lekki uśmiech.
— Chyba właśnie wtedy zrozumiałam, że chciałabym zostać zwiadowczynią. Nie dlatego, że praca stróża przestała mi się podobać. Po prostu... poczułam, że las mnie woła. Że chcę go poznawać i pomagać klanowi właśnie w taki sposób.
Przez krótką chwilę przyglądałam się Kropli. Wyglądała na zmęczoną, ale nie tylko fizycznie. Bardziej tak, jakby od dawna nosiła na barkach coś bardzo ciężkiego. To dziwne uczucie ścisnęło mnie gdzieś w środku.
— Ale wiesz co? — odezwałam się znacznie ciszej. — Ja naprawdę cię pamiętam — uśmiechnęłam się ciepło.
— Pewnie myślisz, że dla ciebie to były zwykłe obowiązki. Przychodziłaś do żłobka, pomagałaś karmicielkom i wracałaś do swoich zajęć. Ale dla mnie to nie było takie zwyczajne. Byłaś jedną z pierwszych dorosłych kotek, które pokazały mi, że pomaganie komuś może być czymś naprawdę fajnym — pokręciłam lekko głową. — Nawet jeśli wtedy ratowałyśmy tylko kawałek mchu.
Na chwilę zamilkłam, a potem uśmiechnęłam się pod nosem, przypominając sobie ostatni trening.
— W sumie... ostatnio miałam chyba jeden z najfajniejszych treningów, odkąd zostałam uczennicą — poruszyłam lekko końcówką ogona.
— Rohan zabrała mnie naprawdę daleko od obozu. Dalej niż zwykle. Powiedziała, że zwiadowca powinien umieć czytać las tak, jak wojownik czyta mowę ciała przeciwnika. Wtedy jeszcze nie bardzo rozumiałam, o co jej chodziło. Przecież las jest po prostu... lasem.
Parsknęłam cicho śmiechem.
— Okazało się, że byłam strasznie głupia — spojrzałam na Kroplę z rozbawieniem. — Zatrzymała się nagle i kazała mi spojrzeć pod łapy. Byłam pewna, że zaraz pokaże mi jakiś wyjątkowy kwiat albo zioło. A ona tylko zapytała: "co tu widzisz?". Powiedziałam, że błoto.
Pokręciłam głową z lekkim zażenowaniem.
— Rohan tylko westchnęła i powiedziała, żebym przyjrzała się uważniej. Dopiero wtedy zobaczyłam odciski łap. Byłam pewna, że należą do psa. Takiego dużego. Nawet byłam z siebie dumna, że cokolwiek zgadłam — rozciągnęłam uśmiech. — A ona powiedziała, że to lis.
Na moment spuściłam wzrok.
— Nie mogłam zrozumieć, skąd to wie. Dla mnie wszystkie tropy wyglądały prawie identycznie. Cztery palce, poduszka i tyle. Wydawało mi się, że trzeba mieć jakiś niezwykły dar, żeby widzieć między nimi różnicę.
Westchnęłam cicho.
— Ale Rohan usiadła obok mnie i zaczęła tłumaczyć wszystko bardzo powoli. Pokazywała, gdzie lis stawia łapy, jak głęboko odciska pazury, dlaczego ślady układają się właśnie w taki sposób. Nawet nie zauważyłam, kiedy minęło pół dnia.
Mój ogon poruszył się z wyraźnym ożywieniem.
— Później znaleźliśmy kolejne tropy. Tym razem borsuka. Jeszcze inne zostawił zając. Rohan ciągle zadawała mi pytania. Czasami odpowiadałam dobrze, częściej źle, ale ani razu się nie zdenerwowała — zaśmiałam się cicho.
— Chociaż chyba raz naprawdę miała mnie dość. Uparcie twierdziłam, że ślad należy do lisa, a okazało się, że zostawił go zwyczajny kot z naszego klanu. Do tej pory mi to wypomina.
Na wspomnienie mentorki uśmiechnęłam się jeszcze szerzej.
— Ale wiesz co? Chyba właśnie to lubię najbardziej. To uczucie, kiedy nagle zaczynasz dostrzegać rzeczy, których wcześniej w ogóle nie widziałaś. Teraz kiedy wychodzę z obozu, nie patrzę już tylko przed siebie. Patrzę pod łapy, na krzaki, na połamane gałązki. Zastanawiam się, kto tędy przechodził i jak dawno temu — podniosłam wzrok ku niebu.
— To trochę tak, jakby cały las opowiadał historię, tylko większość kotów nawet nie wie, że można ją przeczytać — odwróciłam głowę z powrotem w stronę Kropli.
— I właśnie dlatego chyba zostałam zwiadowczynią. Bo ciągle mam wrażenie, że jeszcze niewiele umiem. Że każdego dnia mogę nauczyć się czegoś nowego. Nie wiem, czy będę najlepszą zwiadowczynią w klanie... ale bardzo chciałabym kiedyś spojrzeć na ślady w ziemi i od razu wiedzieć, kto tędy szedł, dokąd zmierzał i czy powinien mnie zaniepokoić.
Uśmiechnęłam się nieco szerzej.
— Rohan mówi, że z czasem przestanie to być zgadywanka, a stanie się czymś naturalnym. Mam nadzieję, że ma rację. Bo naprawdę chciałabym kiedyś znać las tak dobrze, jakby był moim własnym legowiskiem — w tym momencie przerwałam.
Spojrzałam na Kroplę, która przez ten czas nie mówiła za wiele. Oh, Wszechmatko, tak się rozgadałam, że nie dałam jej dojść do słowa! Co ze mnie za uczennica, kiedy nawet nie potrafię zamknąć pyszczka w odpowiednim momencie!
— Wybacz mi Kroplo, trochę się rozgadałam… — mruknęłam zakłopotana.

<Kroplo?>
[1004 słowa + rozpoznawanie tropów lisów]

Od Cisowego Tchnienia

Ostatnio nie mogła za bardzo skupić się na wykonywaniu swoich codziennych obowiązków. Nadal je robiła, ale nie myślała o tym zupełnie, wszystko robiąc jakby z pamięci. Jej myśli nadal krążyły wokół zabójstwa Bladego Lica. Bez namysłu sporządziła okład na swędzącą infekcję Kruczego Pióra, zaaplikowała go i pożegnała zastępcę. Potem miała zająć się Makową Iluzją. Poszła do magazynku ziół i wzięła odpowiednie zioła na katar z ich miejsc. Z przewidywalnego rytmu wybiła ją dopiero pusta skrytka na trucizny.

***

Retrospekcja, jak już była z Bladym zaprzyjaźniona. W trakcie jego choroby

Coś na gorączkę, coś na ból głowy, coś na katar, jeszcze trochę ziół na kaszel… Niby mogłoby wystarczyć. Mogłaby po prostu pójść do starszego i go wyleczyć. Ale… czemu miałaby leczyć zdrajców? Wtedy do jej głowy wpadł pomysł. Co, jeżeli dawałaby mu regularnie małe ilości roślin trujących? W długotrwałym stosowaniu spowodowałoby to osłabienie organizmu. Jakby ktoś się pytał, można by zrzucić na wiek. Tak! To było genialne! Dzięki temu organizm Bladego Lica nie mógłby sprawnie walczyć z chorobą, co dawałoby jej więcej wymówek na podawanie mu ziół. Stworzyła mechanizm, który sam się napędza! Była geniuszem! Uśmiechnęła się i ucięła mały kawałek trującego ziela. Teraz mieszanka była gotowa.

***

Prawie otruła Makową Iluzję. Kiedy to do niej dotarło, aż się zjeżyła. Musiała się bardziej pilnować. Nikt nie mógł się dowiedzieć.
– Cisowe Tchnienie? Nie możesz czegoś znaleźć? – usłyszała pytanie Roztargnionego Koperku.
– Wszystko w porządku – miauknęła, po czym wzięła zawiniątko w zęby i wróciła do swojej pacjentki.

Wyleczeni: Krucze Pióro, Makowa Iluzja

Od Kasztanka (Przypalonego Kasztana) CD. Trzcinowego Szmeru

Przeszłość

— Co tam u ciebie słychać Kasztanku? Jak się czujesz? O czym chciałeś porozmawiać?
— Czy… czy koty związane z… z… z M-Mandarynkową Gwiazdą są z samego Klanu Gwiazdy? No… no bo znałaś moje imię, a… a nigdy wcześniej ci się nie przedstawiłem — zapytał, czując narastający niepokój, ale próbował zgrywać odważnego przed starszą kocicą, żeby nie wyszedł przypadkiem na takiego, co się boi własnego cienia, mimo że właśnie takim był. Trzcinowy Szmer uśmiechnęła się lekko.
— Tak. Mamy moc naszych pradawnych przodków, dzięki której możemy kontrolować wiele rzeczy, jak na przykład sny lub wskazać kotu drogę, która może dla niego wydawać się niemożliwa lub bardzo odległa.
Kociak zrobił wielkie oczka. Czy naprawdę mogli tak wiele? Czy zatem wiedzieli, co mu się śniło? Może mogli czytać też w myślach? To dopiero byłoby straszne… nie mógłby zachować zupełnie niczego, niczego dla siebie! Jego kikut napuszył się lekko, a pazurki wielkości igły wpychały się powoli w grunt pod jego łapkami, chociaż z malutkim naciskiem, bo nawet nie był ciężki, więc nie mógł wyrządzić wielkich szkód, całe szczęście.
— Naprawdę?! — zapytał, rozglądając się dookoła, jakby ktoś inny miał odpowiedzieć mu na to pytanie.
— Możemy też sprawić, żeby cała zwierzyna zniknęła ze stosu, ale wolimy mieć na nim przynajmniej jedną piszczkę, żebyśmy mieli co jeść.
Kasztanek wyraźnie się zamyślił, jego umysł zaczął analizować, na ile to, co do niego zostało właśnie powiedziane, było zgodne z prawdą. Nie miał powodów ku temu, żeby nie wierzyć doświadczonej i dorosłej wojowniczce, kocicy z jego klanu, więc musiała zatem mówić prawdę. Jednak skoro koty potrafiły tak wiele, to dlaczego on nigdy nie poczuł nawet ukłucia, stuknięcia, nic, co by mu powiedziało, że ktoś właśnie obserwuje jego sen? I co najważniejsze, czemu nigdy wcześniej sam nie był w stanie zajrzeć komuś do głowy w celu zaobserwowania czyjegoś snu? Nie mógł tego zrozumieć. Trzcinowy Szmer popchnęła lekko kulkę mchu, a on podążył za nią jakoś odruchowo wzrokiem.
— A czy… czy w moich myślach i snach też potraficie czytać? — pytał dalej, nie wątpiąc ani trochę w to, co właśnie słyszał. Trzcinowy Szmer parsknęła cicho.
— Nie. Gdybyśmy potrafili, już wcześniej bym wiedziała, o co chciałeś mnie zapytać — miauknęła najpierw z kamienną twarzą, a po uderzeniu serca zachichotała, chociaż nie złośliwie. Kociak zmarszczył brwi, jakby nie dotarło do niego jeszcze to, co właśnie usłyszał… Nagle zadarł łeb ku górze znowu. Co?! Nie mogli? Czyli… to po co mu to powiedziała…?

Teraźniejszość

Nadeszła chłodna Pora Opadających Liści, która dość sprawnie przegoniła nieprzyjemne ukropy, wybijające niekorzystnie koty z ich rutyny, jeśli nie mogli sobie pozwolić na ochłodzenie się w którymś ze zbiorników wodnych. Przypalony Kasztan zrobił krok ku żłobkowi, jednak szybko się zorientował, że w rzeczywistości wchodzi właśnie z pustymi łapami. Nawiązał przypadkowy kontakt wzrokowy z Trzcinowym Szmerem, a u jej brzucha leżały dwa kocięta, pogrążone w rozmowie. Wojownik wycofał się pospiesznie, czując z tyłu głowy mrowienie. Tak, jakby ktoś śledził go wzrokiem. Otworzył szerzej ślepia i rozejrzał się na boki, aczkolwiek każdy był zajęty sobą, jedni dzielili się językami, drudzy chichotali w najlepsze, rozłożeni na polance… Chwycił w zęby najlepiej wyglądającą rybę i tym razem pewniej, acz nadal niezupełnie szczególnie śmiało zajrzał do legowiska. Zerknął na szylkretkę, uśmiechając się do niej lekko nerwowo, ale szczerze.
— Trzcinowy Szmerze, czy mogę wejść? — poprosił z nadzieją, na co kocica z lekkim zdziwieniem pokiwała głową.
— W porządku. Tylko uważaj na kocięta — odparła. Kasztan przysunął się do kotki, kładąc tuż obok niej zwierzynę. Brązowooka przysunęła ją do siebie łapą, po czym oderwała pierwszy kęs i gdy go zjadła, kolejny zaproponowała małej Łabądce najpierw, potem Nurowi, po tyle samo. Przypalony Kasztan uśmiechnął się lekko, spoglądając na trójkę. Trzcinowy Szmer polizała parokrotnie kocięta po główkach, a one, po skończonym posiłku, wystrzeliły w jeden z kątów legowiska, ponieważ coś przykuło ich uwagę.
— Nurze, zobacz, co znalazłam! — młodzik doskoczył tam w paru susach.
— Co cię do nas sprowadza, Przypalony Kasztanie?
Przypalony Kasztan po chwili spiął się lekko, próbując jakoś rozluźnić mięśnie. Przełknął nerwowo ślinę, gdy zorientował się, że znowu wgapiał się w nią jak w kota ze Srebrnej Skóry. Łatwo odpływał myślami.
— Ach…! C-czy pamiętasz, jak powiedziałaś mi kiedyś, że porozmawiamy na poważniejsze tematy? Czy… czy teraz nadszedł ten czas? — zapytał, patrząc na karmicielkę z niepewnością. — Trzcinowy Szmerze, a… — zatrzymał się na chwilę, nie zamykając pyska. — J-jak to jest… opiekować się kociętami? Jak to robicie…? Ze… Żmijowcową Wicią? — dopytywał, przypomniawszy sobie o Nurze oraz Łabądce, którzy teraz wyglądali na szczególnie zajętych jakimś kamieniem u ich łap. — Ja… przepraszam, jeśli wam przeszkadzam. Naprawdę nie chciałem, ale… ale… może mi się to kiedyś przydać, tak myślę — kontynuował dość nieśmiało.
Pamiętał ich rozmowę, którą przeprowadzili, gdy był jeszcze malutkim kociakiem. Wtedy to on znalazł się u boku szylkretki, która szybko go pocieszyła i to w dość prosty sposób. Kto by pomyślał, że ten właśnie sposób stanie się jego ulubionym i że właśnie ten sposób kojarzył także od Złocistego Widlika, a nawet… Urodziwego Szafirka. Wojownik próbował ukryć stres, jednakże zapachu nie był w stanie zamaskować, nieważne jak bardzo by się nie starał. Nawet nie był pewien, dlaczego tak się denerwował. Chociaż… wiedział, tak, raczej. Przecież… czy nie przeszkadzał karmicielce właśnie?
— Jesteś blisko z Urodziwym Szafirkiem, prawda? Praktycznie nierozłączni — uśmiechnęła się starsza, a końcówka jej ogona poruszała się spokojnie po posłaniu pod nią.
Ucho dymnego drgnęło, a niedługo po tym kiwnął nieśmiało głową.
— T-tak… — wydobyło się z jego pyska prawie że szeptem, co było dziwne, ponieważ nigdy nie ukrywał szczególnie ich relacji, ale też nie nazywał jej w żaden sposób. Nadal się uczył, jak powinien się zachowywać przy kimś, kto był… twoim partnerem. Było to niezwykle istotne. Wyróżnienie drugiego kota do takiego miana… nie każdy przecież był dla niego taki ważny, tylko jedna kotka, która była przy nim zawsze, odkąd tylko pojawiła się w żłobku. Na samą myśl o szylkretce zamruczał cicho.

<Trzcinowy Szmerze? Kocięta są bardzo słodkie>

Od Ostatniego Pożaru

Wreszcie znalazły trochę wolnego czasu, żeby spokojnie się przejść. Niby na to właśnie czekała, ale teraz kiedy to miało się rzeczywiście wydarzyć, czuła ogromny stres. Co, jeśli powie coś nie tak? Co, jeśli wszystko zepsuje? Czuła się tak dziwnie. Zazwyczaj podchodziła do wszystkiego na luzie, myśląc, że jakoś to się ułoży. Ale teraz nie potrafiła. Nawet nie wiedziała dlaczego. Starała się uśmiechać przez cały spacer. Złocista Wydma nie powinna psuć sobie nastroju przez jej ponure myśli. W końcu dotarły do Przybrzeżnego Oka. Usiadły obok siebie. Pożar zwiesiła trochę głowę i na chwilę przestała się uśmiechać. Kremowa od razu to zauważyła.
– Co się stało?
Westchnęła. Nie było szans odwlec Sahary od tej myśli. W końcu… nie powinny mieć przed sobą sekretów. Przynajmniej jeżeli chciały, żeby to wyszło. A Pożar nie mogła pozwolić temu szczęściu wyślizgnąć się, kiedy już było w jej zasięgu.
– Nie wiem… Po prostu… Co, jeżeli to wszystko nie wyjdzie?
Była samotniczka wydawała się zaskoczona.
– Czemu miałoby nie wyjść? Przecież… chyba obie tego chcemy? Kochamy się i chcemy być szczęśliwe razem… tak?
No właśnie. “Kochamy się”. Tylko że ruda nigdy tego nie powiedziała. Nawet w myślach. Nie dlatego, że nie chciała tego związku. Wręcz przeciwnie. Bała się, że będzie jak z Dzwonkiem. Że powie, że ją kocha, a potem ją porzuci. Wtedy wyszłoby na to, że ją okłamała. Kłamała wiele razy w życiu, ale ten jeden raz naprawdę bała się, że to zrobi. Łzy napłynęły do jej oczu.
– Co, jeżeli wszystko zepsuję? Okłamię nas, zawiodę cię? Może ja nie potrafię uszczęśliwiać innych? Tylko każdego krzywdzę… – pojedyncza z łez spadła do stawu, marszcząc jego taflę. – A ciebie nie chcę krzywdzić… Za bardzo mi na tobie zależy.
Poczuła ciepły dotyk przytulającej się do niej kotki.
– Wszystko będzie dobrze. Nic nie zepsujesz, a ja cię nie zostawię. Zaufaj mi. Proszę.