BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

20 lipca 2026

Od Konwaliowej Mielizny CD. Złocistego Widlika

Dawniej dość chętnie przesiadywał ze Złocistym Widlikiem, potrafiąc rozmawiać z piastunem godzinami, lecz wszystko uległo zmianie, podobnie, jak w życiu wojownika. Starszy przestał być postrzegany przez Konwalię za przyjaciela lub kogoś więcej, teraz uważał starszego jedynie za znajomego z czasów żłobka i późnego dzieciństwa.
Po opuszczeniu wyspy, będącej więzieniem dla niego i części rodziny, przestał tak często zaglądać do legowiska, gdzie Widlik doglądał kociąt. Ostatnim razem rozmawiał z kocurem, kiedy to dzieci Kropiatkowej Skórki miał z może trzy księżyce, od tamtej pory nie pojawił się w żłobku ani razu. Choć w końcu musiała nastąpić zmiana w tej sprawie, gdyż niedługo po rozmowie z Fląderką i Wymarzoną Słodyczą o własnej ucieczce, postanowił poinformować również kocura o tym. Długo się z tym wahał, lecz uważał, że jest mu to winien ze względu na ich dawną bliską relację.
Kiedy tylko wszedł do środka, nie zastał już Mysiomózgiej Łapy w środku. Kotka niedawno zginęła. Konwalia nie rozumiał jakim cudem do tego doszło, skoro czekoladowa zbyt często nie opuszczała obozu, a przynajmniej tak mu się wydawało. Nim piastun zdołał jakkolwiek zareagować na nagłe pojawienie się wojownika, ten podszedł do zielonookiego, zakrywając mu pysk ogonem. Dał mu jasno do zrozumienia, by ten nie mówił ani słowa.
— Widliku, wiem, że między nami różnie bywało, ale jest coś, co chciałbym ci powiedzieć. Odchodzę z klanu. — Nie obchodziło go już, że ktoś niepożądany może usłyszeć jego słowa lub kociaki później komuś je powtórzą. Wszystko miał już zaplanowane. W ciągu ostatnich nocy udało mu się raz wyjść z obozu i sprawdzić miejsce przy granicy, które byłoby idealne do przekroczenia i udania się w głąb terenów niczyich. — Może to niespodziewane, lecz już dłużej tutaj nie wytrzymam. Mam jedynie prośbę, byś opiekował się moją siostrą oraz Fląderką. Może brzmi to absurdalnie, byś zajął się czekoladowym kotem, jednak proszę, zrób to ze względu na naszą dawną przyjaźń. — Po tych słowach, nie dając czasu starszemu na przetrawienie tej informacji, opuścił żłobek.

«★»

Kiedy tylko powoli zaczęło zmierzchać, liliowy zaczął odczuwać pewien stres, ale też i spokój ducha, jakby świadomość tego, że już za chwilę na zawsze opuści to miejsce, sprawiło, że dotychczas niewidzialny ciężar znikał z jego barków. Będzie mógł być w końcu wolny, żyć na własnych zasadach, bez obawy, że jeden niewłaściwy gest lub słowa sprawią, iż ponownie zostanie odizolowany od pozostałych Nocniaków.
W końcu, mając pewność, że nikt zbytnio nie zainteresuje się jego wyjściem, podniósł się z posłania, które przez tyle księżyców zajmował i ruszył ku wyjściu. Niestety przy nim stał wojownik, który od razu zaczął go przewiercać wzrokiem na wylot.
— Wychodzę tylko na chwilę. Ostatnio nie było to problemem — oznajmił, a Nocniak jedynie przewrócił oczyma, lecz nic na temat wyjścia Konwalii nie powiedział. Ten uznał to za znak i niespiesznie, by nie wzbudzać podejrzeń, minął pobratymca.
Gdy tylko upewnił się, że nikt go nie widzi, ruszył biegiem do Zrujnowanego Mostu, po którym przeprawił się na drugą stronę. Po jego prawej wznosił się Brzozowy Zagajnik, a po lewej dalsza część terenów aż do niewielkiej rzeki, stanowiącej naturalną granicę. To właśnie tam czasem liliowy wędrował na patrolach i spotykał czarno białego samotnika. Liczył, że ponowne odnalezienie go nie będzie takie trudne i ten zgodzi się nauczyć dawnego klanowicza trochę o życiu na terenach niczyich.
Śnieg pod jego łapami nieco tłumił stawiane kroki w biegu, lecz również potęgował uczucie chłodu, które towarzyszyło, odkąd słońce zniknęło za horyzontem. Z ciężkim oddechem pokonał ostatnią przeszkodę, za którą zatrzymał się i z ulgą spojrzał na tereny Klanu Nocy. Już nigdy tam nie wróci, do końca swych dni będzie żył jako samotnik i żaden ród nie będzie czyhać na jego błąd. Będzie wolny i skazany tylko na siebie.

Sesja wstrzymana/zakończona

Od Konwalii CD. Fląderki

Przed rozmową z Wymarzoną Słodyczą

“A czy ty Konwaliowa Mielizno... chcesz odejść z Klanu Nocy?” — słowa Fląderki niemal non stop go nawiedzały w ostatnich dniach. Wtedy zaprzeczył, argumentując swoją decyzję troską o siostry i Borówkową Słodycz, która po opuszczeniu odosobnionej wyspy nie była sobą. Teraz jednak miał wątpliwości. Jego matki nie było, Słodka została wojowniczką, a Korzeń… Cóż, nadal była uczniem.
Obserwując z legowiska medyków źródełko, nie zauważył, nawet gdy w pobliżu pojawiła się czekoladowa kotka. Jej szylkretowe futro było istnym przekleństwem w klanie — Konwalia odkąd pamięta brązowooka była z jego powodu traktowana gorzej, podobnie jak Korzonek. On sam nie miał w klanie łatwo, choć jego futro było barwy liliowej. To jednak dla niektórych nie miało znaczenia, gdyż liczył się fakt, że jedna z jego sióstr jest czekoladowym kotem, zrodzonym z błota według bajeczek, które wciskano kociętom.
— Konwaliowa Mielizno. — Na dźwięk swojego imienia, zastrzygł uchem i przeniósł swoje jasne spojrzenie na odrzutka.
— Witaj Fląderko, coś się stało? — spytał, podnosząc się z dotychczasowego miejsca. Idealnie się złożyło, gdyż kocur chciał porozmawiać z młodszą, chcąc jej przekazać pewną decyzję.
— Nie nie, po prostu chce porozmawiać…
— Dobrze się składa, gdyż też muszę z tobą porozmawiać — przyznał i nie czekając na Fląderkę, ruszył ku wyjściu z obozu. W międzyczasie jedynie dał znak ogonem, by ta podążała za nim.
Całą drogę kocur zastanawiał się, jak to wszystko ubrać w słowa. Nie chciał być gorszy od swoich rodziców, którzy uciekli, nienawidził ich za to. A teraz? Sam chciał uciec z tego miejsca jak najdalej. Gdy dotarli nad Zrujnowany Most, wojownik zajął miejsce nad brzegiem rzeki.
— Fląderko, chce Ci coś ważnego powiedzieć — zaczął. — Ja… odchodzę. Dłużej już nie mogę tutaj być. Nie chcę, byś się martwiła moim zniknięciem, dlatego Ci o tym mówię. W dodatku chce, abyś również pilnowała moich sióstr, by wiedziały, że to nie ich wina i do samego końca starałem się, jak mogłem, by być obok nich jako najlepszy brat. Odejdę niedługo, zapewne w nocy.

Sesja wstrzymana/zakończona

Od Puszystej Łapy do Dymówki

Jakiś czas temu

Puszysta Łapa spojrzała na Serdeczną Naparstnicę. Nie był najwyższy, można by powiedzieć, że Puszek był dwa razy większy od niego. Miał króciutkie łapki i chodził wyraźnie wolno. Szli razem w ciszy, słychać było jedynie tupot ośmiu łap. Gałęzatce trochę brakowało wszechobecnej wody Klanu Nocy, w której mogło zamoczyć łapki i popływać w cieplejsze dni. Teraz podczas Pory Nagich Drzew nawet by się jej to nie przyśniło, mimo to tęsknił za tym. I za Złocistym Widlikiem. Chciałaby, żeby jej brat chodził na zgromadzenia. Lub był przynajmniej na jednym z nich. Kto wie, może kiedyś, gdy ktoś go zastąpi, będzie jeszcze im dane się spotkać? Dryfek nie był szczególnie co do tego przekonany, jednak nikt nie zabraniał mu mieć nadziei.
— Jak się miewa Psotny Nietoperz? — zapytał nagle Naparstnica, a Puszek niemal podskoczył wystraszony.
— Bardzo dobrze. Jest zdrowa, kocięta również — miauknął, czując ciepło na serduszku.
— Czy w Klanie Nocy ćwiczyłeś może wspinaczkę na drzewa? — zapytał zaraz arlekin, a Puszek pokiwał głową ochoczo. — A co z tunelami? — mruknął.
— Nigdy nie miałam treningu w tunelach. Czy to istotne w Klanie Klifu? Jest coś, co jeszcze powinienem wiedzieć? — podpytał od razu.
— Nauczę cię także trochę ziół, żebyś mógł wyleczyć podstawowe choroby — dodał, a Nerina kiwnęła głową.
Puszek spojrzała w zacieniony otwór.
— Idziesz za mną — miauknął Serdeczny, a końcowa jego ogona skinęła lekko w stronę kotki. — Nie zgub się.

***

Puszysta Łapa zaraz po treningu zabrała ze stosu niewielką wiewiórkę i ruszyła w stronę żłobka. Podsunęło zwierzątko swojej partnerce i spojrzało na ich kociaki. Poruszały się już trochę bardziej pewnie niż po porodzie, choć ich oczka nie wyglądały jeszcze na gotowe, aby ujrzeć koci świat. Najwyraźniej jednak były wystarczająco wyrośnięte, aby jedno z nich podpełzło w stronę Neriny i zaczęło szperać w jego sierści na brzuchu. Spojrzało na niebieskiego na drobną koteczkę rozczulone.
— Psotko ja chyba się popłaczę — zaczął, kierując swój pyszczek w stronę partnerki, a jego oczy zeszkliły się lekko. — Jaka ona jest urocza… — miauknął i delikatnie liznął Dymówkę po drobnej główce.
Podsunął lekko niebieską kuleczkę pod brzuch matki, a ta niemal od razu zaczęła wysysać z niej mleko.
— Myślisz, że nas słyszą? Albo rozumieją? — zapytał cichutko, głaszcząc lekko łapką niebieską koteczkę. — Kiedy zaczną mówić swoje pierwsze słowa? Chciałabym przy tym być…
Mała Dymówka odwróciła pyszczek w stronę ojca z cichym piskiem.

<Mała Dymóweczko?>

[364 słowa + nawigacja w tunelach]

Od Puszystej Łapy CD. Psotnego Nietoperza

Przeszłość

Niebieski kocur cieszył się jak nigdy. Nagle decyzja, na którą zdobyła się kilkanaście księżyców temu, zaczęła brzmieć doskonale. Zdecydowało się na przybycie do Klanu Klifu z pewnego powodu — była tam jeno (od niedawna) partnerka! Napawało go to ogromną dumą i jeszcze większą ekscytacją. Nie spodziewała się bowiem, że kiedykolwiek będzie kogoś miał. Tym bardziej że będzie to ktoś, kogo tak bardzo cenił. Zastanawiał się tylko czasem czy to właściwe. Czy przyjaciele powinni w ogóle zostawać partnerami? Gdzieś po głowie krzątało się jej takie pytanie. Wiedział jednak, że to uczucie rozkwitało już na początku. Sam fakt, że tak szybko złapał kontakt z nieznanym mu kotem, był podejrzany. Być może już wtedy nawet lubiła czarną kotkę. Wracał właśnie z patrolu, cały w skowronkach, gdy to wyrosła przed nim właśnie jeno luba. Jeszcze ze zwierzyną w pysku uniosło lekko brew. Psotka wyglądała na wyraźnie podekscytowaną. Nerina nie zdążyła nawet odłożyć na stos złapanych piszczek, a już została zaatakowana.
— Hej skarbie, muszę ci coś powiedzieć — zaczęła rozemocjonowanym głosem.
— O co chodzi Psotko? — spytał kocur, lekko przekrzywiając łebek zainteresowany.
— Będziemy rodzicami! — pochwaliła się kotka.
Puszystej Łapie wypadła zwierzyna z pyszczka.
— Naprawdę? — zamrugało kilkukrotnie.
— Tak! — miauknęła radośnie Nietoperz. — Nie cieszysz się? — zapytała, marszcząc leciutko brwi.
— Bardzo się cieszę. Tylko…nie spodziewałam się? O rany — miauknął, a jej oczy zaszły się łzami pełnymi wzruszenia. — Będziemy mieli kocięta? Maluszki? — szepnął, nagle nabywając ekscytację od partnerki. — To wspaniała wiadomość! — zawołało zadowolone jak nigdy.
Polizało partnerkę po poliku.
— W takim razie musisz o siebie bardzo dbać. Pora Nagich Drzew tuż tuż, a zapowiada się straszny ziąb! — miauknął radośnie, nucąc pod nosem. — Będę przynosił ci zwierzynę. I oczywiście pomogę przy kuleczkach. Wiesz już, ile ich będzie? Jak się o tym dowiedziałaś? — rozgadał się nagle.
Nie pamiętała, kiedy ostatnio aż tyle słów wydobyło się z jej pyszczka.

Jakiś czas później

— Psotko? — rozległ się znajomy głos Puszystej Łapy.
— Och skarbie, czekałam na ciebie z niecierpliwością. Siadaj i opowiadaj, jak tam treningi ci idą. Czy nikt w klanie ci nie dokucza? Mam komuś podrzucić żabę albo robaka do posłania? — zapytała z figlarnym błyskiem w niebieskich oczach.
Puszek spojrzał na kotkę z czułością.
— Treningi idą raczej dobrze. Chociaż ostatnio raczej więcej uczę się ziół. Najwyraźniej protektorzy muszą mieć też trochę takiej wiedzy… Ale to całkiem ciekawe I nie musisz się niczym martwić. Podrzucanie robaków innym do posłania nie będzie potrzebne — zachichotał. — Jak kocięta? Kopią? Dobrze się czujesz? — zapytał, siadając obok.
Przez Porę Nagich Drzew brakowało trochę zwierzyny. Po wizycie u dwunożnych udało mi się zgubić trochę masy, choć to głównie wina tego, że oddawał Pstoce swoje posiłki. Chciał, aby kotka wyszła z tego cało, a kocięta wyrosły na zdrowe i silne.
— Raczej dobrze, trochę kopią, ale to nic. Czuję się świetnie — zamruczała ciepło.
Nerina otarł czule swój pysk o ten kotki.
— Bardzo mnie to cieszy. Już nie mogę się doczekać, aż zobaczę ich słodkie pyszczki. Mam nadzieję, że będą podobne do ich mamusi — zaświergotała wesoło.

Przed porodem Psotki

Wracał akurat do obozu, gdy zauważył medyczkę wchodzącą akurat do żłobka. Niosła w pyszczku różne zioła i…patyk. Wiedziała, do czego służył. Podskoczyła lekko, spotykając się z pytającym spojrzeniem towarzyszących jej przy patrolu innym kotom. Podeszło do wejścia od żłobka i nastroszyło uszy, aby lepiej słyszeć. Usiadł i nerwowo strzepnęła uchem. Wolał nie przeszkadzać medykom, choć bardzo chciał już zobaczyć swoją partnerkę. Miał nadzieję, że bezpiecznie przez wszystko przejdzie. Minęło trochę czasu, lecz Nerina nie tracił swojej cierpliwości. Gdy zobaczył zadowolony pysk medyczki, zamruczał cicho.
— Możesz wejść — miauknęła cicho, a niebieski kiwnął głową.
Na głowie miał jeszcze odrobinę śniegu. Podczas polowania na mysz, niechcący wpadł na drzewo. Skończyło się to kupą śniegu na futrze, jednak na nic nie narzekał. Wszedł do żłobka z lekko mokrym futrem, zapewne wyglądając odrobinę jak przygłup.
— Cały jesteś mokry. Woda cię zaatakowała czy jak? — miauknęła cicho czarna kotka, wylizując jedno z kociąt.
Oba kocięta były już przy matce i nie zapowiadało się na to, aby przyszło ich więcej na świat. Nerinie zaświeciły się aż oczka.
— O na mój Klan Gwiazdy… — miauknął zafascynowany, podchodząc do kuleczek. — Jakie one słodkie! — miauknął, chcąc pogłaskać jedno z nich.
W ostatnim momencie jednak Psotka pacnęła go w łapę.
— Najpierw musisz wyschnąć kochanie. Nie chcę, żeby któraś z nich się przeziębiła — mruknęła, uśmiechając się ciepło. — Jak je nazwiemy? Myślałam o tym, żeby tą niebieską nazwać Dymówka. Wiesz, od jaskółki — dodała dosyć wesoło.
Nerina cieszył się, że poród nie był bardzo ciężki. Widział, że niebieskooka była zmęczona, jednak dała sobie radę. Niebieski był z niej niezwykle dumny.
— Wygląda trochę jak ja, nie sądzisz? — wypaliło nagle, a Psotka kiwnęła głową. — Może czarną koteczkę nazwiemy Ciska? Myślę, że będzie jej pasować — zasugerował.
Liznął partnerkę w polik.
— Jesteś wspaniała. I nasze kocięta również. Kocham cię moja Psotunio — mruknęła Gałęzatka, unosząc lekko kąciki ust.
Był szczęśliwy, a to nawet mało powiedziane.


<Psoteczko?>

[780 słów]

Od Roztargnionego Koperka CD. Chudego Grzbietu

Jakiś czas temu

Liliowy widział, jak Chudy Grzbiet usiłował wtargać sowę do obozu, a nawet jego późniejsze starania z Grubą Rybą. Nie miało jednak zielonego pojęcia, o co z tą sową chodziło. Trochę przerażało jeno to, że spało z martwą sową obok, zamiast Badyla. Zmarszczyło brwi. Widziało także ubytki w ziołach. Zaczęło się zastanawiać czy to nie czasem sprawka burego. Może nie widziało bezpośrednio, jak cokolwiek podkradał, ale było prawie pewne, że widziało, jak przeżuwał pokrzywy.

***

Postanowiło w końcu zaczepić młodszego asystenta. Nie mogło znieść ostatnich sytuacji, a także tego, że budził jeno każdej nocy kasłaniem. W końcu, gdy próbowało zasnąć któregoś wieczora, wstało ze swojego legowiska i samo wepchało byłemu uczniowi zioła na biały kaszel do pyska. Napomknęło coś o sowie, ale na razie postanowiło odpuścić. Stwierdziło, że zapyta innego dnia.

***

Koper przygotowało mieszankę ziół i zrobiło okład dla młodej wojowniczki.
— Mogłaś przyjść trochę wcześniej Seradelowy Nektarze. Może nie zdążyłaby się wydać infekcja. Przyjdź, jeśli infekcja się nawróci. Tylko tym razem szybciej. Nie chciałobym później musieć zrobić ci amputacji — mruknęło, odsyłając kotkę na bok.
Korzystając z tego, że Chudzielec był w tej chwili w legowisku medyka, postanowiło zacząć rozmowę. Nie było jeno to jednak dane, gdyż przyszedł kolejny pacjent. W rudym futrze niemal natychmiast rozpoznało Tygrysią Noc. Zaglądał tu na tyle często, że Koper zdążyło go nawet odrobinę poznać. Już po tym, jak mówił, rozpoznał, że ma coś z gardłem. Najprawdopodobniej infekcja. Przygotował mieszankę ziół i podał ją kocurowi. Pożegnał się z nim i wrócił do Chudzielca.
— Ej, młody. Synu… — zaczął powoli nieco gniewnym tonem. — Możesz mi właściwie powiedzieć, co ty tworzysz? I gdzie się podziały pokrzywy? I lawenda? To twoja sprawka, prawda? — zapytało, przesuwając łapą po swoim pysku. — Czy ty aby na pewno jesteś zdrowy na umyśle?


<Chudzielcu?>

Wyleczeni: Tygrysia Noc, Seradelowa Łapa (Seradelowy Nektar)

Od Mordoru do Wesołej Łapy

Ostatnie zgromadzenie

To było pierwsze zgromadzenie kotki, ale nie wydawała się z tego powodu najszczęśliwszą. Niektóre kotki nosiły w swoim futrze kwiaty i liście...Mordor z kolei w swoje półdługie futro, także w ogon wczepiała mech, gałązki, zaplątywała trawę, czasem też nanosiła błoto. Bez swojego ekwipunku postanowiła nawet nie ruszać się z terenów Owocowego Lasu. Z kolei, gdy ktoś próbował jej odebrać jej własność, wrzeszczała wniebogłosy i chcąc nie chcąc musieli się zgodzić, aby uczennica przyniosła swój śmieszny ekwipunek na zgromadzenie. Mordor szybko stwierdziła, że w razie czego przynajmniej może komuś wysmarować błotem pysk, gdyby zdenerwował ja podczas zgromadzenia. Usiadła gdzieś na uboczu, lepiąc coś z mchu i błota, jak miała w zwyczaju, gdy nagle ktoś ustał w jej figureczkę. Na skalę rozległ się pisk, który prawdopodobnie było słychać na całych terenach klanów…
— TY MASZ TRAWĘ! A tu jej nie ma! Więc to chyba nielegalne ją wnosić! — miauknęła obca kotka niczym rasowy strażnik miejsca zgromadzeń.
— AAAAAHH! — wrzasnęła zdenerwowana i rzuciła drugą uczennicę kupą błota prosto w pyszczek. — Ucisz się!!! Przeszkadzasz mi! — dodała jeszcze, piszcząc jak świnka morska, jak to miała w zwyczaju.
Zadrżała nerwowo i pokazała zęby w krzywym, wyraźnie niezadowolonym uśmiechu.
— Dostałam pozwolenie! I co telaz? Krzyczysz na mnie! Mało tego, gałązki też mam! — zawołała coraz bardziej wzburzona.
— Ooooh? Co to za błotko? Skąd się tu wziąłeś, błotny pocisku? I jak teraz wrócisz do rodziny? — miauknęła zaskoczona, kiedy łapą ściągała z siebie maź.
Nocniaczka spojrzała na kotkę, widząc, że na jej sierści znajduje się więcej błota.
— Oh, tam jest twoja rodzinka! — podeszła do obcej i oddała jej z powrotem porcję błotka, które dostała. Wtarła w i tak brudne już futro kolorowej kotki ekstra porcję.
— Oooo masz pozwolenie? Więc ja też mogę przynieść tutaj trawę? A myślisz, że uda się tu zasadzić trawę? — zapytała, jakby nie słysząc tego, co mówiła wcześniej jej rozmówczyni. — Woooow masz gałązki! Daj!
Słysząc słowa kotki, została nieco zbita z tropu. Spojrzała na druga uczennicę pytająco, a serducho karpati nadal kotłowało się zdenerwowane. Nie miała zielonego pojęcia jak zachować się w takiej sytuacji, ale bardzo chciała, żeby kotka zeszła już z jej figurki. Była wściekła, że pozwoliła jakiejś brudnej łapie zdeptać jej piękny mech!
— T-Ty jesteś jakaś głupia?! Tak nie wygląda konwersacja — miauknęła oburzona Mordor.
W końcu sama rozplanowywała sobie, jak może przejść każdą możliwą interakcję z innym kotem. Głupoty w odpowiedzi do przemocy błotnej niestety nie była w stanie przewidzieć. Gdy kotka wtarła błoto w jej futro, odskoczyła nagle jak oparzona. Zjeżyła mocno futro i zmarszczyła brwi w niezadowoleniu.
— Głupol! — zawyła zdenerwowana. — Teraz możesz sobie to błoto wsadzić w zadek! — dodała za chwilę, kołysząc nerwowo ogonem.
Strzepnęła uchem i odsunęła się jeszcze bardziej, od jak jej się wydawało, nocniaczki.
"Wszystkie koty takie są?" pomyślała, mrużąc oczy w zastanowieniu. Słysząc jej słowa, prychnęła cicho.
Przechyliła głowę na wybuch koteczki.
— Jak mam wsadzić błoto w zadek? Nie wejdzie, widzisz? — pokazała jej swoją tylną część. Usiadła ponownie i spojrzała na skałę, na której byli. Wesoła Łapa posmutniała.
Słysząc słowo klucz “widzisz”, odwróciła się gwałtownie.
"Nie wierzę! Jaki bezmóżdżek! Mam dość, chce już wyjść z tego zgromadzenia" pomyślała, piszcząc cicho.
— Przecież to skała mysi móżdżku... — odparła opryskliwie, przewracając oczami.
— Ale czemu mnie wyzywasz... — mruknęła żałośnie Rzekotka.
Odepchnęła kotkę od zdeptanej figurki, a widząc okropnie wyglądający mech, w jej oczach zakręciły się łezki.
— Ale ej, no nie... nie płacz! Nie płakusiaj, przeplasiam! Nie chciałam! Naprawię to…
— Zepsułaś mój mech... Głupia, głupia!! Nie dam cię gałązek, spadaj! — zawołała, nerwowo gryząc się w brudny od błota ogonek.
Płakała dalej, brzmiąc przy tym, jak przerażający gryzoń.
— Nie mów mi co mam lobić yyyy — rzuciła wściekłe, uświadamiając sobie nagle, że nawet nie wie, z kim właśnie chce się kłócić. — Głupku! Każdy nocniak nie ma żadnych myśli? — zapytała, kładąc uszy po sobie.
— Ale ja mam myśli! Zobacz! — miauknęła, wyglądając tak, jakby bardzo się na czymś skupiała.
Niebieska przybiła sobie piątkę z czołem.
— Dlaczego ja… — mruknęła cicho.

<Głupia nocniaczko?>

[640 słów]

Od Mordoru CD. Borowika

Dawniej

Szykreteczka dokładnie wykonywała swoją pracę. Najpierw wyrzuciła mech z legowiska i spojrzała na Borowika. Szybko zorientowała się że mech jest wszędzie tylko nie tam gdzie chciała aby się znalazł. No dobra, może jakiś kawałek meszku, który miał się znaleźć na kupce tam trafił. Większość jednak leżała na głowie ucznia. Mimo to kocur nie był zły. Pozwalał jej na dalszą naukę, nawet gdy przez przypadek wymieszała nowy mech z tym starym. Cieszyła się, że ktoś chciał już teraz czegoś ją nauczyć.
— Boloowiku! — zawołała, a kocur podskoczył lekko.
Wyglądał na nieco zamyślonego, tak jakby jego myśl na chwilę odłączyły się od świata.
— Tak? — zapytał przyjaźnie.
— Na coś się skolis? Na zwiadowcę? — zaczęła niebieska. — Moze jak skońcys tlening zostanies moim mentolem? — zapytała z nadzieją w złotych oczkach.
— Zgadza się, będę doskonałym zwiadowcą — miauknął kocur, a Mordor parsknęła cichutko śmiechem. — Z czego się śmiejesz! Też chcesz zostać zwiadowcą malutka? — zapytał rozbawiony. — Nie wiem czy zdążę skończyć trening do tego czasu… — miauknął nieco zasmucony.
— Tiak! Chcę skakać po dzewach jak wiewiólki i mama! — zawołała radośnie. — Bolowik nie będzie mógł zostać moim mentolem? Skoda… — mruknęła.
— Jestem pewien, że będziesz tak samo świetnym zwiadowcą jak ja — odparł z uśmiechem.

***

Mordor spojrzała na burego zwiadowcę siedzącego na jednej z gałęzi. Iskrzyk właśnie pokazywał jej jak uwić własne gniazdko na gałęzi i nie szło jej aż tak źle jak powinno.
“Może to zasługa Borowika?” pomyślała, marszcząc brwi.
W końcu nauczył ją trochę podczas swojej wizyty w kociarni. Dostała kilka wskazówek odnośnie tego co zrobić, aby legowisko na kasztanowca bylo trwałe, a gdy po kilku próbach się jej udało otrzepała łapki i spojrzała z uśmiechem na swoje dzieło. Czuła, że była w tym dobra.
“To trochę jak figureczki” mruknęła do siebie radośnie w myślach.
— No dobrze. Chodź pójdziemy też na polowanie — zawołał do kotki, a ta bez wahania kiwnęła głową.
Gdy już wychodzili niebieska stanęła jak wryta.
— Możemy wziąć ze sobą Borowika? Chyba się nudzi! — miauknęła, wskazując łapą na bure futro siedzącego we własnym legowisku.
Kremus kiwnął tylko głową. Zawołał drugiego zwiadowcę.
— Borowiku chcesz może powtórzyć choroby drzew? Albo zapolować na jakieś myszy. Każda łapą się przyda przy Porze Nagich Drzew! — miauknął, a Mordor spojrzała na obu, mrugając kilkukrotnie.
“Właściwie czemu to on jest twoim mentorem, a nie Borowik? Iskrzyk jest denerwujący” tupnęła łapką.
— Borowiku! — zawołała nagle. — Umiem wymówić “r”! — miauknęła z uśmiechem.

<Borowiku?>

[383 słowa + tworzenie legowisk na gałęziach drzew]

Od Mordoru CD. Iskrzyka

Przeszłość

Mordor przeciągnęła lekko łapki i wychyliła łebek ze żłobka, chcąc złapać odrobinę promieni słonecznych. I oczywiście zabrać trochę błotka czy mchu z obozu, choć do tego może nie powinna się przyznawać. Szczególnie że jej mech do figureczkę pochodził z bardzo…różnych miejsc. Niestety nie zaszła zbyt daleko, gdyż przed nią wyrosła pewna przeszkoda w formie kremowego kocura. Skrzywiła się, mając najszczerszą ochotę po prostu wyminąć irytującą przeszkodę.
— A gdzie się nasza droga panienka Moldor wybiera? — powiedział kremowy, niechcący nie poprawnie wymawiając imię koteczki. — Na przygodę czy do grobu? — dodał żartobliwie.
Karpati zmarszczyła nosek, a także brwi, aby ukazać lepiej swoją wzgardę, lecz to nadal nie odstraszyło dziwnego kocura.
— Nie jestem Moldol! Jestem Moldol!! — zapiszczała, jednak sama wymówiła swoje imię niepoprawnie. — Ugh! Lllllrrrllll! Dwa!— miauknęła jeszcze oburzona.
— Chyba nie rozumiem. Czyli jesteś Moldol, tak? — zapytał dla pewności, a mała koteczka przybiła sobie piątkę z czołem.
— Lllr! — zawołała.
— R? — kocur wyglądał, jakby coś analizował. — Mordor, tak? Miło mi cię poznać. Jestem Iskrzyk — wymruczał przyjaźnie, a kotka wyglądała, jakby chciała mu przyłożyć.
— To świetnie. Idź już. I co cię to obchodzi, gdzie idę, co? Nawet jak do globu to co do tego — zapytała, chcąc przecisnąć się między jego łapami, jednak nic z tego.
W ostatniej chwili ja złapał i odłożył na poprzednie miejsce.
— Za obozem jest niebezpiecznie, wie o tym mała dama, prawda? — zapytał, unosząc brwi.
— No i? Nawet się tam nie wybielam! Jak tak boisz się, żebym szła, to sam przynieś mi to, co potrzebuję — mruknęła niezadowolona.
— Mogę ci pomóc co najwyżej — odparł z uśmiechem.
Wyglądał, jakby należał do tych, co to lubią kocięta. Niestety małej Mordor lubić się nie dało.
— Sam sobie pomóż. Spadaj — burknęła i ostatecznie wróciła się do żłobka, tupiąc nerwowo.

W dniu mianowania

Mordor naburmuszona tupiąc łapkami, wyszła za rodzeństwem. Miała zostać uczniem i była zmuszona wybrać swoją przyszłość. Uważała, że było oczywiste, kim chciała zostać. Chciała być tak samo zwinna, jak jej mama i móc skakać po drzewach niczym rude wiewióreczki. Nawet kształt jej ciała sugerował, że urodziła się po to, aby zostać doskonałą zwiadowczynią. Uderzyła łapą w ten głupi kasztanowiec, na którym mieszkała uczniowie. Nie kusiło jej zostawanie uczniem. Nie wyobrażała sobie nawet, że będzie pod opieką jakiejś durnoty. Wolała zrobić wszystko sama. Ot co! Koteczka chciała zostać Zosią Samosią. Ponownie pacnęła drzewo łapą, spotykając się z pytającym spojrzeniem Pierścienia. Warknęła na niego cicho, a na jej głowę spadł kasztan. Spadł, jednak nie dam. Jeden z zirytowanych zachowaniem młódki uczniów postanowił zrzucić twardą część roślinki na kotkę. Mordor podjęła, znowu tupiąc nerwowo.
— Mysi móżdżek! A niech cię wrony zeźlą! Niech cię ziemia pochłonie!! — zawyła żałośnie, spotykając się ze śmiechem innych.
Usłyszała ciche chrząknięcie.
— Już dobrze? — mruknął czyjś głos.
Szylkretka odwróciła się szybko, widząc przywódcę klanu. Najwyraźniej to właśnie do niego należał ten głos. Ujrzała także zdenerwowany wzrok swoich rodziców i pełen rozbawienia wzrok Smoka. Jej pyszczek pokrył się rumieńcami. Na dzisiaj specjalnie postanowiła wymyć porządnie swoje futro. Zdołało się jej nawet wymyć wszystkie resztki błota! Oponowała Rohan tyle razy, że kotka pozwalała jej po prostu czasem chodzić z brudnym futerkiem. Od tamtego czasu niebieska praktycznie cały czas spędzała na robieniu swoich śmiesznych figurek.
Czereśnia westchnął cicho. Chyba po prostu brakowało mu słów na młodą koteczkę.
— Niech wszystkie koty Owocowego Lasu zbiorą się wokół mównicy! — zawołał czekoladowy.
Mordor zaczęła nieco nerwowo oddychać. Obraz lekko się jej rozmywał z nerwów. Obserwowało ją zdecydowanie zbyt dużo kotów. A jeszcze więcej zapewne oceniało. Zjeżyła lekko futerko i wytężyła wzrok. Wiedziała, że da sobie radę, mimo to jej łapki trząsły się bardziej niż powinny.
— Dzisiaj kocięta Gondora oraz Topoli zostaną mianowani na uczniów. Dwoje z nich pójdzie w ślady swojego ojca. Trzecie zostanie zwiadowcą tak jak ich matka. Smoku, podejdź tu, proszę — miauknął, wpatrując się w czarną szylkretkę. — Smoku, twoim mentorem zostanie Sajgon. Wierzę, że przekażę ci całą swoją wiedzę na temat tego, jak być doskonałym wojownikiem — dokończył, a koty zetknęły się nosami.
Mordor widziała w oczach siostry pewne wyzwanie. Zapewne chciała być lepsza od każdego, kogo napotka, nawet od własnego mentora.
“To takie dla niej… Typowe” pomyślała niebieska, patrząc na Pierścienia.
— Pierścieniu… — zaczął, jednak nim skończył, kocur już pojawił się we wskazanym miejscu. — Twoim mentorem będzie Daglezja. Wierzę, że przekaże ci ona wszystko, co musisz wiedzieć, o byciu wojownikiem Owocowego Lasu — mruknął, obserwując, jak kolejne koty stykają się nosami.
Mordor nawet zaczęła się zastanawiać czy to nie trochę nudne. Wszystkie ceremonie. Na jego miejscu chyba skoczyłaby z kasztanowca. Te wszechobecne ślepia… Niebieską aż przeszły dreszcze.
— Mordorze? — kotka została wyrwana z objęć własnej wyobraźni.
Podskoczyła nagle i zaczęła nerwowo kiwać głową. Podeszła we wskazane miejsce i posłała czekoladowe mu nerwowy uśmiech. Ten na szczęście to odwzajemnił, więc kotka szybko uznała, że być może aż tak się nie wygłupiła.
— Mordorze twoim mentorem zostanie Iskrzyk — zaczął kocur, a koteczka zastrzygła uchem.
Skądś kojarzyła to imię. Nie była jednak pewna skąd. Widząc jednak futro wywołanego zwiadowcy, zmarszczyła brwi.
“No nie! Tylko nie ten półgłówek!!” pomyślała, a jej pyszczek przybrał niezadowoloną minkę.
— Iskrzyku, wierzę, że przekażesz swojej uczennicy całą wiedzę na temat życia zwiadowców, a także innych istotnych informacji — zakończył jedna część przemowy, czekając, aż uczennica zetknie się nosem z mentorem.
Karpatki wzdrygnęła się lekko i wyraźnie skrzywiła pyszczek.
— Selio? To musisz być ty? — szepnęła bardzo cicho, stykając się nosem z kremusem.
Tamten nie dosłyszał jednak jej słów. Uśmiechnął się lekko.
— A więc mocą Wszechmatki zostajecie uczniami Owocowego Lasu! — wykrzyknął, a wszyscy zaczęli wiwatować.
Jeszcze chwilę towarzyszył zebranym kotom, a następnie udał się spocząć w legowisku przywódcy.
— Świetnie!. Nauczymy panienkę wspinać się na drzewa. I rozpoznawać choroby drzew. W końcu to podstawy! — zawołał Iskrzyk melodyjnym głosem.
— Nie chcę się uczyć. Spadaj — mruknęła.
Nastała chwila ciszy, a gdy Iskrzyk chciał coś odpowiedzieć, Mordor przerwała mu:
— Ej, a co to Wszechmatka? — wypaliła uczennica w stronę Iskrzyka, gdy tylko pysk Czereśni całkowicie zniknął jej z pola widzenia.
— Wiara Owocowego Lasu. Większość klanu wierzy właśnie w nią. Czuwa nad życiem naszym i całego lasu. Dba o nasze bezpieczeństwo młoda damo — odmiauknął, a Mordor zmrużyła oczy, mówiąc głową.
Nastała ponowna chwila ciszy. Niebieska rozejrzała się dookoła. Nie chciała być akurat przy tym kocurze, ale niestety nie miała większego wyboru.
— No dobrze. Skoro to wszystkie pytania to możemy iść — zamruczał wesoło.

<Iskrzyku?>

[1016 słów]

Od Rudzikowego Skrzydełka

Przed i w trakcie pożaru

Rudzik obserwowała błyskawice, niekoniecznie cokolwiek sobie z nich robiąc. Rozglądala się po okolicznych pyskach. Nie była pewna czemu aż tyle kotów było w tej chwili w obozie.
"Boją się burzy?" zachichotała pod nosem i usiadła na ziemi, chowając przednie łapki za ogonem.
Wiedziała, że dziś miało się stać coś co zaważy na jej przyszłości i nie czuła się z tym szczególnie dobrze. Niestety było już za późno. Zastrzygła uchem, słysząc głosy nieopodal. Kątem oka zauważyła Gradobijący Cień rozmawiający z Króliczą Gwiazdą.
“Zaczęło się. Będzie źle” pomyślała. Spojrzała z zainteresowaniem na rozmawiające koty. Zaczęła się zastanawiać czy sytuacja wymagała interwencji, ale ostatecznie na ten moment postanowiła sobie odpuścić. Usłyszała za to tupot czyiś łap. Obejrzała się w kierunku z którego dochodził dźwięk, widząc jednego z wojowników. Wrzeszczał i był zdecydowanie nerwowy. Zmarszczyła brwi zdenerwowana.
“Co powinnam zrobić?” zapytała samą siebie, przełykając ślinę.
Zdyszany Bąbelkowy Plusk wbiegł w centrum obozu, krzycząc:
— OGIEŃ! PALI SIĘ! — miauczał z chrypką.
Zakasłał. Bąbelkowy Plusk spojrzał na Króliczą Gwiazdę.
— ZARAZ OGIEŃ DOSIĘGNIE OBOZU! — dodał ze zdartym gardłem. Widać było jak młody wojownik się trząsł.
— Ogień? — szepnęła Rudzik do siebie i zadrżała.
Nagle jakby zawiesił się jej przez moment system.
"Co się robi w takiej sytuacji? Nie chcę spłonąć... Ogień jest...piękny. Taki rudy. Ale nie może mnie pochłonąć" pomyślała, nadal stojąc w zastygu.
Otrząsnęła się dopiero za chwilę i szybko zaczęła się rozglądać...za swoim potomstwem.
— Powinniśmy iść w stronę wody — burknął Oskrzydlony Ognik, pojawiając się obok Rudzik.
— Kurza Łapo chodź tutaj albo szybko wynoś się z obozu! — podbiegł do syna srebrnej, widząc go w tłumie. — Gdzie Perłówka? — zapytał, jednak Rudzik nadal stała jak wryta w ziemię.
Była przerażona. Mało tego. Nie była w stanie nawet kiwnąć paluszkiem u łapy, aby móc uciec. Niby się otrząsnęła, ale łapy nadal odmawiały jej posłuszeństwa. Rozejrzała się w panice.
“Czy to tak się skończy? Odbudują Klan Burzy, prawda?” pomyślała.
Jej łapy wróciły do życia dopiero, gdy ogień był już tuż za nią. Jej serce przejęła panika, ale szła spokojnie. Z wierzchu wyglądała jakby nic się nie działo, nie licząc ciągłego oglądania się dookoła. Przełknęła ślinę. Zdawało się jej, że była gotowa na wszystko, ma cokolwiek się miało wydarzyć, a jednak nie. Powłóczyła nogami niedaleko starszych i Króliczej Gwiazdy. Naprawdę nie chciała tego robić? Bo w końcu dlaczego? Co ją z tym wszystkim w ogóle naszło?
Podbiegła do reszty kotów nim płomienie odgrodziły jej drogę. Poczuła zaraz jak jej ogon staje się ciepły, a następnie nabiera coraz większej temperatury. Obejrzała się za siebie widząc jak końcówka jej ogona płonie. Prędko próbowała ugasić ogień niestety niewielka część futra zdążyła już spłonąć. Zawyła żałośnie z bólu, próbując ochłodzić ogon wiatrem, jednak na nic zdawały się jej starania. Syknęła pod nosem, zaciskając mocno zęby i rozejrzała się dookoła.
— Nie, nie — mruczała pod nosem Sójczy Błękit, puszczając Króliczą Gwiazdę i odbiegając kawałek dalej. — Nie!
— Co za ciepłe spotkanie, nieprawdaż? — zaczął Tańcujące Pierze, niby uspokajającym, ciepłym głosem. — Jesteście otoczeni — miauknął z uśmiechem.
Kocica rozejrzała się po ognistym kręgu, widząc następujące koty; Bąbelkowy Plusk, Rudzikowe Skrzydełko, Dziki Berberys, Zwiewny Mak, Gradobijący Cierń... a także kocur, który zdawał się być liderem grupy.
— Widać, że wasz przywódca już was nie uratuje, co? — szepnął, pokazując na skulonego Króliczą Gwiazdę. — Och... jak mi was szkoda. Biedne króliczki... — słodził, wyraźnie z nich szydząc.
— ...Ale nie ma teraz czasu na współczucie. Same zapędziłyście się w kąt, głuptaski — dodał jeszcze, z niespotykaną pewnością siebie.
— Króliczek jest teraz tak samo przerażony jak wy, jego poddani! — syknęła głośno Zwiewny Mak.
Królicza Gwiazda cofnął się, obnażając zęby. W jego oczach widać było jednak przerażenie, a ruchy były nieskoordynowane i gwałtowne.
— Co wy sobie wyobrażacie?!
— Nie spodziewali się tego — wymamrotała do samej siebie, zadowolona.
Rudzikowe Skrzydełko stała tam, jednak nie wyglądała na pewną czegokolwiek. W tamtej chwili raczej wolałaby być gdzie indziej, ale przecież był plan. Plan, który nagle wyleciała jej odrobinę z głowy. Obejrzała się po zebranych kotach i przełknęła ślinę widząc własną matkę. Zaczęła się bać.
“Jak po tym wszystkim osądzi mnie Klan Gwiazdy? Gwiezdne koty, których zasad nawet nie pamiętam?” pomyślała, a jej uszy lekko opadły.
Całkowicie odłączyła się od sytuacji, dopóki nie usłyszał głosu Pierza.
— Oni są przeciw nam, Rudzikowe Skrzydełko — wymamrotał, zbliżając się do niej. — Widzisz, że wolą zdechnąć z tym truchłem niż przeżyć. Godne pożałowania, pf — splunął w stronę przeciwnej grupy. — My chcemy dobrze dla naszych pobratymców... w przeciwieństwie do nich.
— Sójczy Błękit... czy ty naprawdę wierzysz, że to truchło was zbawi? My tylko wyświadczamy przysługę. Jeśli warte jest twoje życie więcej niż komar, zejdź nam z drogi — miauknął i wysunął pazury.
Rudzik przez moment poczuła jak zalewa ja krew. Miała ochotę porzucić cały plan i obronić swoją matkę.
— Nie dam jakiemuś małolatowi sobie grozić — syknęła Sójka. — Czy mózg wypadł Ci gdzieś po drodze? Pozwalasz sobie na za wiele! — uniosła wzrok prosto na Tańcujące Pierze.
— Ja... Ja wiem — mruknęła cicho. — Przepraszam — spojrzała nieco zamglonym wzrokiem na matkę, a następnie potrząsnęła głową i kiwnęła już nieco pewniej w stronę pointa.
Królik z otworzonymi w przerażeniu oczami dalej się cofał.
— Przynosicie temu klanowi większą ruinę, niż ja moimi rządami! — zawarczał, ostrzegając całą zgraję.
Skrzydełko znowu odcięła się od sytuacji. Widziała tylko jak Cierń rzucił się na przywódcę, a jej matka próbowała go strącić. Miała ochotę zacząć płakać. Nagle uświadomiła sobie, że nie chciała w tym uczestniczyć. Nie chciała, a mimo to przed nią wyrosła przeszkoda w formie płomiennej kotki. Zjeżyła futro, rozpoznając w niej Ognistą Piękność. Kotka nigdy nie wyglądała na zbyt przychylną jej czy komukolwiek z jej rodziny. Za to widziała czasem jak rozmawiała z Płomiennym Rykiem.
— Witaj Kocięcy Rozumku — miauknęła Ognista nieco zachrypniętym głosem.
Rudzik pomyślała, że musiał to być powód dymu. Lub po prostu starości. Potrząsnęła głową i zjeżyła futro.
— Widzę nawet teraz nie grzeszysz ani odrobiną rozumu. Miałam rację co do ciebie. I do twojego rodzeństwa również. Nie wspominając o twojej matce... To moje dzieci były tymi lepszymi. Nie jej — mruczała powoli, a Rudzik patrzyła na nią pytająco.
— A-A j-j-j-ja chyba nie rozumiem! — miauknęła nerwowo srebrna, oglądając się dookoła.
Chaos. Dookoła być chaos, wszechobecny. Rudzik miała nagła ochotę wbiegnąc w okoliczne płomienie.
— Sama widzisz. Właściwie już ci wszystko powiedziałam, a TY nadal nie rozumiesz. Że też Płomienny Ryk musiał cierpieć z półgłówkami. Co on widział w tej irytującej pchle? — miauczala dalej, a Rudzik zdawała się coraz bardziej rozumieć sytuację.
— Czy ty... Czy Ryk był twoim partnerem? — zapytała, jakby dla niepewności.
Wydawała się tak słaba jak starsza kotka, a przed oczami miała mroczki. Potrząsnęła nagle głową.
— Owszem. A twoja matka kotką... lekkich obyczajów. Z czego na świat przyszłaś ty, pokrako — szepnęła ruda, mrugając kilkukrotnie, aby pozbyć się dymu z oczu.
Rudzik nie mogła uwierzyć własnym uszom.
— Nie jestem pokraką... Ani też pomyłką. A-Ah... Nie jestem najmądrzejsza, ale nienawidziłaś mnie...od moich narodzin. Tak jak Ognika i Płomykówki. Jestem niemal pewna, że to właśnie ty śledziłaś mnie kiedyś podczas treningu. Chciałaś wiedzieć czy jestem przydatna, co? — oburzyła się Skrzydełko, a w jej oczach można było ujrzeć płonącą iskrę. Ogień, który tkwił jako symbol rudego rodu, ogień który teraz niszczył ich obóz, ogień, który zawsze miała w sercu, dawniej zasłaniany niczym innym jak głupotą. Zastanawiała się jaka była jej rola. Ognik zdawał się porzucić wielkość rudzielców. Może jednak to ona była tą wybraną przez ojca? Zjeżyła futro i popchnęła kotkę, a tamta odwdzięczyła się tym samym, sprawiając, że ogon srebrnej znowu zajął się ogniem.
— Nie rozumiesz? Jesteś porażką Kocięcy Rozumku. I będziesz jedną z tych, które zniszczą ten klan. Nie robisz nic dla klanu, tylko go niszczysz! — zawołała, z uśmiechem pełnym triumfu na pysku.
— Nie prawda. To TY jesteś porażką i obwiniasz mnie za swoje problemy i błędy ruda świrusko — prychnęła nerwowo, próbują ugasić płomień niszczący jej ogon. — A teraz spłoniesz, tak jak mówi twoje imię. Nigdy nie byłaś piękna, a teraz zostanie po tobie popiół — zaczęła cicho, a skończyła chichocząc.
— Raczej ty. Twój ogon nadal się pali — zasugerowała.
— Ależ skąd — mruknęła i pchnęła kotkę bliżej płomieni, nie przejmując się tym, że sama również może spłonąć.
Przez mocno zaciśnięte zęby usiłowała przejść próbę bólu. Pchnęła rudą jeszcze kilka razy, a następnie rzuciła się prosto na jej łapy, usiłując je złamać. Gdy w końcu się udało uśmiechnęła się z triumfem. Złapała kotkę szybko za kark i przysunęła bliżej ognia, następnie po prostu wpychając ją prosto w płomienie.
Futro kotki powoli zajmowało się ogniem, a Rudzik nagle zaczęła się wahać. Już chciała wyciągnąć pomocną łapę, ale w ostatniej chwili ją zabrała. Ognistą Piękność próbowała jeszcze się wydostać, ale na marne. Złamana łapa nie pozwalała jej na większy ruch. Jej wzrok ponownie się zamglił, a płuca płonęły z bólu przez dym. Wróciła do reszty towarzystwa, aby uciec od płomieni, gdzie znalazła ciało swojej matki.
— M-Mamo? Sójczy Błękicie?? — mruknęła cicho, szturchając ja lekko.
Zadrżała ze strachu. Była po tamtej stronie. Była za Króliczkiem. Nie powinno być jej żal matki. Mimo to jej serce rozdzierało jakieś okropne uczucie. Jej ciałem wstrząsnął płacz.
— Mamo? Mamo dlaczego? — zapytała jeszcze raz i wtuliła się w jej futro. — Przepraszam. Chciałam dla nas wszystkich dobrze! Czemu to się zawsze tak kończy? Czemu nie mogę być jak inne koty! I czemu urodziłaś mnie...taką bezmyślną — mruczała cicho, ale zaraz odsunęła się od matki.
Stała jak wryta w ziemi nie wiedząc co miala robić. Obserwowała jak z nieba spada deszcz a płomyki znikają. To chyba był koniec. Obmyła odrobinę swoje futro z dymu, a także część łap, obserwując innych. Zjeżyła futro z nerwów, zastanawiając się co począć. Pobiegła więc w stronę zebranych, kręcąc się dookoła. Po jakimś czasie ujrzała jak kawałek przed nią szedł Opadający Rumianek. Zaczęła się zastanawiać czy kocur czasem nikogo nie widział. Nie chciała jednak pytać i podeszła bliżej, tak aby słyszał jej kroki. Wiedziała że liliowy za nią nie przepadał więc siedziała cicho. Szylkret postanowił więc zrobić to samo. Obejrzał się do tyłu, a widząc srebrne futro, westchnął cierpiętniczo. Było mokre od deszczu. Ostatecznie najwyraźniej uznał, że jednak zacznie rozmowę, bo świdrował kotkę swoim wzrokiem.
— Gdzie reszta? — zapytał. — Czy zdążyli uciec? — mruknął cicho.
Kotka otrząsnęła się z chwilowego transu.
— Nie mam zielonego pojęcia. Prawie sama spłonęłam — mruknęła cicho, po czym oboje dotarli do zebranych.
— Na gwiezdnych, gdzie ty byłaś?! — Uskrzydlony Ognik ujął jej pysk w dwie łapy, szybko ją oglądając, chyba zastanawiając się nawet, czy jej nie przyłożyć — Nic ci nie jest? Po co się oddalałaś? Gdyby coś ci się stało, to zostawiłabyś dzieci same! Rozumiem, że możesz nie lubić spacerów ani biegania, ale mieliśmy pożar, pożar! Nie lekkie promienie słoneczne, czy lekką burzę — dodał, wyraźnie oburzony zachowaniem kotki.
Spojrzała na brata i nagle pod wpływem spadającej adrenaliny poczuła wszystko;, swój przypalony ogon i bolące łapy. Po prostu zaczęła płakać. Wzięła ogon przed siebie i ryczała jak nigdy.
— Prze-przepraaaaszam! — zawyła i zaraz zaczęła się rozglądać za swoimi dziećmi. — Ogniku przypilnowałes ich, prawda? Są bezpieczni?? Mogę ich zobaczyć? — zaczęła pytać zdenerwowana, szukając znajomych pyszczków swoich kociąt. — Dziękuję. Ja nie byłam w stanie się ruszyć. Spanikowałam! — zadrżała, jednak wiedziała, że to była tylko częściowa prawda. — W pewnym momencie spadła na mnie gałąź...i rany mój ogon — gadała dalej zachrypniętym głosem, a pyszczek się jej nie zamykał.
W jej oczach nadal były łzy, które oprócz faktycznego zmartwienia sytuacją dźwigały też ciężar zabicia rudej kotki.
— Muszę zobaczyć Kurczątko i Perłówkę — miauknęła znowu, wbijając wzrok w rudzielca.
Podszedł do nich jeden z wojowników, Cyklonowe Oko.
— Gałąź? — miauknął ze zmrużonymi oczyma. — A skąd ty sobie gałąź wyśniłaś? Nie wiem, czy pamiętasz, ale nasze tereny są łyse.
— Gałąź? Powiedziałam gałąź? — zapytała jakby samej siebie i dalej wyła. — Właściwie nie wiem co to było. Wiem, że mój ogon jest zwęglony. Widzieliście gdzieś medyków? — mruknęła i zachwiała się chcąc ruszyć dalej. — O Klanie Gwiazdy jak mnie boli gardło — mruknęła zachrypniętym głosem. — Chyba nawdychałam się dymu.
— Mamy kilka drzew przy Oku — mruknął, nie spuszczając wzroku z Rudzik — Tylko nie rozumiem po co miałabyś się tam udać — dodał, odstępując na krok.
Rudzik była może w gorącej wodzie kąpana, ale raczej nigdy nie bajarzyła.
— Jakich drzew? — mruknęła jakby przyćmiona.
— Perłówka i Kurczątko są bezpieczni z tyłu, na pewno z chęcią cię zobaczą.
Rozejrzała się po okolicznych kotach i po raz kolejny jej oczy pokryły mroczki.
— J-Ja ich też — wymruczała jeszcze i zemdlała.
Rudzik czując po chwili czyjś dotyk łap zamrugała kilkukrotnie.
— Dym... Wdzięczna Firletko co z nami będzie? Gdzie Ognik? I moje maleństwa? — zapytała cichym, zachrypniętym głosem, a po chwili przerwy stanęła na łapy.
Zwiewny Mak podeszła do Rudzikowego Skrzydełka i szturchnęła ją lekko nosem, po czym znów zrobiła krok do tyłu, do swoich kociaków. Rudzik spojrzała na Zwiewny Mak i uśmiechnęła się słabo. Odzywało się jeszcze parę kotów, gdy ponownie usłyszano głos zastępcy:
— Czy ktoś jeszcze jest w posiadaniu informacji, ktorą mógłby się podzielić? — zapytał. — Czy ktoś słyszał coś, był czegoś świadkiem, i jest w stanie nam ten moment przytoczyć?
— Ekhem — chrząknęła Pożar.
— Tak? — zapytał Echo, kierując swój wzrok na rudą kotkę.
— Widziałam ostatnio Rudzikowe Skrzydełko niedaleko granicy z Klanem Klifu. Rozmawiała z kimś na temat rządów Króliczej Gwiazdy i mówiła nawet o możliwości pozbycia się Ciebie, Zawodzące Echo. Chyba nie była to jednorazowa sytuacja, bo wielokrotnie widziałam jak idzie w tamtym kierunku — zeznała.
Rudzik uniosła ogon i zmarszczyła brwi.
— Ostatni Pożarze... — mruknęła. — Rozumiem, że masz pełne prawo mnie nie lubić, a nawet się mścić, ale możesz aż tak nie zmyślać? — zapytała, krzywiąc pysk. — Nigdy nie miałam problemu do Króliczej Gwiazdy czy Zawodzącego Echa! Czemu miałabym mieć? — mruknęła i westchnęła cicho.
Było niemal słychać trybiki przesuwające się w jej głowie. Nie przypominała sobie nawet, aby komukolwiek mówiła o tym wszystkim, więc skąd kotka wyciągnęła takie bzdury?
— Jakie masz powody, żeby tak kłamać? Czy naprawdę musisz być taka jak swoja matka Ostatni Pożarze? Patrzeć na mnie krzywo i stawiać mnie w takich sytuacjach? — miauknęła cicho. — O co wam z tym chodzi? — podpytała jeszcze, zdenerwowana oskarżeniami, które padły.
— Nie zamierzam dyskutować ze spiskowcami — odparła krótko Pożar.
— Po prostu przyznaj że kłamiesz i nie chcesz się do tego przyznać — odparła cicho. — I do tego że najzwyczajniej w świecie mnie nienawidzisz. Nigdy nie zrobiłabym krzywdy własnemu przywódcy. Nie tak kieruje mnie Klan Gwiazdy — dodała.
— To, że Ostatni Pożar za tobą nie przepada, nie sprawia że jesteś niewinna – zauważyła Złocista Wydma.
Skrzydełko sposób spojrzała na nią i westchnęła cichutko.
— Doskonale wiesz że nie to miałam na myśli i nie broń swojej przyjaciółki — syknęła cicho. — Nigdy, powtarzam nigdy nie zrobiłabym krzywdy swojemu przywódcy. Ani nikomu innemu. W rzeczywistości boję się krwi! — mruknęła. — I mam duży problem z nawet uśmierceniem myszy. Przysięgam to nie ja... — mruknęła, będąc o krok od rozpłakania się. — Nigdy nie zrobiłabym czegoś takiego. Prawda, widywałam się z kimś. Z ojcem moich kociąt. Nie ufam mu, w końcu porzucił mnie i moje potomstwo, ale zdaje się o mnie... troszczyć — uśmiechnęła się ciepło, a słowa które mówiła były tylko częściowo prawdą. — Nie mam białego pojęcia skąd wyciągnęłaś takie bzdury. W klanie jest moje rodzeństwo i maleństwa. Dlaczego miałabym robić cokolwiek co kazałoby mi ich porzucić? — mruknęła, a jej oczka stały się szklane.
Czuła się nieco dziwnie. Gryzło ją sumienie, jednak pozwalało jej nadal na wystarczjąco dobrą grę aktorską. Zastanawiała się tylko do będzie dalej. Czy nie będzie zbyt wyczerpana ciągłym zmyślaniem?
— I ona najwyraźniej przez długi czas szła za mną. Zrównaliśmy kroki gdy byliśmy bliżej miejsca spotkania — miauknął Opadający Rumianek.
Ostatni Pożar nadal była cicho, a Rudzik zmrużyła nerwowo oczka.
— Pomysły na kłamstwa ci się skończyły? — zasugerowała, ale nie z tradycyjnym dla niej chichotem, lecz mimiką pełną wyrzutu, a nawet odrazy.
— Rudzik nie miała żadnego motywu, a to co mówi ma całkowicie sens — stwierdził Ognik, unosząc wysoko ogon. — Może jest roztrzepana i najpierw myśli potem działa, ale o swoje kocięta rzeczywiście dba i poświęca im uwagę, nie mogłaby ich tak po prostu porzucić. Z resztą, Rudzik, jak zdołałem poznać, mając na to praktycznie całe życie, jest jedną z bardziej unikających konfliktów kotów, stroniących od przemocy — wypowiedział swoje słowa stanowczo i spokojnie.
Srebrna chciała się jeszcze odezwać, ale szybko ucichła słysząc słowa zastępcy. Odwróciła głowę w jego stronę i nastroszyła uszu, słuchając jej wypowiedzi.
— Proszę, przestańcie na moment — miauknął, odwracając się od Pierza. — Rudzikowe Skrzydełko, Opadający Rumianek i Oskrzydlony ognik mogą mieć rację. Nie oskarżajcie jej pochopnie. Spojrzała w tę samą stronę do zastępca i sapnęła zdziwiona, widząc mdlejącego Tańcujące Pierze. Wszyscy wyglądali jakby potrącił ich potwór. Część może nawet jeszcze gorzej.
— Klanie Gwiazdy... Czemu nas to spotyka? — mruknęła pod nosem.
— Ciebie możemy oskarżyć o wiele więcej niż o posiadanie rudego futra, na które zganiasz winę — Śpiewający Raniuszek warknęła z daleka, zastanawiając się, dlaczego kot, który jeszcze chwilę temu słaniał się na łapach, teraz zachowuje się bezczelnie, jak pan i władca — Odbiegamy od tematu, chodząc po tematach i gdybaniach, gdzie nie mamy żadnych dowodów! Padły cztery imiona. Gradobijący Cierń, Dziki Berberys, Tańcujące Pierze i Rudzikowe Skrzydełko. A o pierwszych dwóch w ogóle nie rozmawiamy — odezwała się głośniej i donośniej — Gdzie są koty których nie ma? Jestem za tym, by wysłać patrol sprawdzający okolice. Jeśli spłonęli, na pewno zostały szczątki, jeśli ktoś im natomiast pomógł, powinny być ślady. Swoją drogą, czy ktoś nie powinien obejrzeć ciał naszych podejrzanych? — spytała, patrząc spod byka na oskarżonych — Na pewno mają ślady po ewentualnej bitwie, nikt nie poddałby się po prostu i nie oddał na skazanie.
— Ekhem. Jeszcze Nieustraszony Chomik — odezwał się ktoś w tłumie.
— Racja, jeszcze ona — odparła Raniuszek.
Skrzydełko zastrzygła uchem słysząc swoje imię. Spojrzała na szylkretkę.
"Kolejny kot, który patrzy jakbym zabiła mu matkę. Chociaż Pożar mogła mieć ku temu taki powód" pomyślała.
— Wzięłabym udział w patrolu, ale oskarżeni z tego co słyszę chyba nie powinni — mruknęła cicho. — Czy ktoś mógłby pomóc mi trochę z ogonem proszę? Strasznie boli — dodała.
Wdzięczna Firletka przywołała Rudzik ruchem łapy.
Podeszła do kotki i pokazała ogon. Syknęła z bólu, a jej oczy zaszły się łzami, gdy kotka dotknęła go łapą. Wystarczyło, aby adrenalina trochę opadła i ból przyszedł do niej z jeszcze większą siłą. Nagle zaczęła czuć spalone tkanki, zastanawiałam się nawet czy zaraz nie umrze.
— J-Jest spalony. Nie odpadnie, prawda? — zapytała, mrugając oczami, aby odgonić łzy. — Czy można coś zrobić żeby nie odleciał? — uniosła pyszczek w górę, patrząc prosto w oczy liliowej.
Medyczka obejrzała ogon Rudzik.
— Nie odpadnie — zapewniła ją, po czym rozejrzała się po jaskini. — Możesz obłożyć go mchem z wodą, to powinno nieco ukoić ból. Gdy tylko będę miała dostęp do jakichkolwiek ziół, to się tobą zajmę. Na razie nic więcej niestety nie mogę zaradzić.
Kiwnęła głową, na znak że zrozumiała słowa kotki i poszła szukać mchu. Nałożyła trochę zamoczonego na ogon i faktycznie poczuła niewielką ulgę. Posłała przyjazny uśmiech w stronę medyczki, dziękując w ten sposób za pomoc.

***

Zawodzące Echo zmierzył koty wzrokiem.
— Tym samym uważam dyskusję za zamkniętą! — oznajmił, w jego głosie nuta ostrości. — Wyznaczone do tego koty zajmą się ulokowaniem podejrzanych - Tańcującego Pierza, Gradobijącego Ciernia, Dzikiego Berberysu oraz Nieustraszonego Chomika - w dołach lub ślepych odnogach tuneli — przy tym zerknął na Białego Strumienia — jeżeli takowe będą do tego odpowiednie. Bąbelkowy Plusk, Rudzikowe Skrzydełko i Zwiewny Mak nie stanowią dla nas bezpośredniego niebezpieczeństwa, więc zostaną w grupie, ale pod czujnym okiem. Co do reszty klanu - nie wiemy, w jakim stanie jest nasz obóz, więc przygotujcie się do spędzenia kilku następnych nocy tutaj, w Grocie Pamięci. Słysząc swoje imię Rudzik zastrzygła uchem i kiwnęła głową na znak, że rozumie słowa przyszłego przywódcy.
— Pod czujnym okiem również chętnie pomogę przy późniejszej odbudowie obozu — mruknęła cicho, słabym głosem.
Widocznie płuca nadal bolały ją od dymu, a gardło niemal paliło.

***

Nie zniosła dłużej tego wszystkiego. Wkrótce zaczął jej się plątać język i choć nadal nie przyznała się do swojego morderstwa to została uznana za tak samo winną. Nawet jeśli nie mieli żadnego dowodu na jej zabójstwo prócz jej miernych wyjaśnień. Werdykt był nieco inny niż się spodziewała. Błagała o śmierć, panikując, tymczasem udało się jej wyjść z tego cało. A może raczej prawie cało. Została minarem. Jednym z jej pierwszych zadań było kopanie tuneli. Ciężko pracowała, robiąc wszystko, aby na nowo moc zostać wojowniczką. Jej zapał nie spadał, nawet gdy złapała któryś z rodzajów kaszli. Nie skarżyła się, więc choroba rozwijała się nadal. Zaczęła robić wszystko co mogła, aby wydostać się z tej sytuacji, nawet jeśli doskonale wiedziała, że było już za późno. Teraz mogła modlić się najwyżej o śmierć.

Od Malutkiej

Zatem Riko został wybrany jako pierwszy z rodzeństwa. Mama zapowiedziała, że za kilka wschodów słońca zostanie zabrany do swojego nowego gniazda.
Malutka starała się teraz spędzać z nim jak najwięcej czasu. Na jakiś czas przestała rozgrywać w głowie scenariusze, żeby tylko móc być z bratem jak najdłużej.
Z Nalą też się bawiła. Jej siostra była dla niej miła. Malutka jednak wciąż zachowywała ostrożność, której przecież nigdy nie było za wiele.
— Czemu Riko dostaje prezenty, a my nie? — marudziła Nala, gdy były tylko we dwie. Mama bowiem rozkazała kotkom cieszyć się razem z Riko. Mimo że rozumiała, że jej córki wcale nie były zadowolone z jego odejścia, oznajmiła, że ich brat potrzebuje teraz wsparcia, bo dla niego to też nie było łatwe.
— Wiesz czemu — mruknęła Malutka. — Wyobraź sobie, że dla niego to jest jeszcze trudniejsze. Odchodzi sam do nieznanego gniazda, gdzie wszystko będzie dla niego nowe. Nie będzie znał nikogo. My będziemy miały mamę i siebie – próbowała pocieszyć siostrę.
— Mogliby wziąć całą trójkę — westchnęła Nala ciężko. — Ja po prostu będę za nim bardzo tęsknić. Był moim bratem… — Tu urwała, patrząc na Malutką przepraszająco. — Twoim też, wiem, przepraszam…
— On nadal JEST twoim bratem Nala. Nie był. On nadal jest naszym bratem — poprawiła ją stanowczo koteczka.
— Nawet jeśli już nigdy się nie spotkamy? — zapytała cicho siostra.
— Nie wiesz tego — zaprzeczyła Malutka. — Chodźmy lepiej do niego, zamiast obgadywać go za ogonem — zaproponowała. Siostra powstrzymała koteczkę, chwytając ją za łapkę.
— Jest teraz z mamą. Ona przeżywa to mocniej niż my. Dajmy jej się pożegnać.
— Przecież on jeszcze nie odszedł! — wybuchła Malutka. — Wszyscy zachowujecie się, jakby on umierał, a przecież spotkał go zaszczyt, został wybrany, tak jak mama mówiła! — Tu ściszyła głos. — Nie chcę, aby wychodził z tego pomieszczenie w takiej atmosferze. Powinniśmy się cieszyć razem z nim — powiedziała z przekonaniem.
— Racja… A cieszysz się?
— To chyba oczywiste, że nie?
—To, co robimy?
— Nic! — jęknęła Malutka. — Nic a nic nie możemy zrobić. Cały ten system jest niesprawiedliwy. Tak jakby wyprostowani byli jakimś bóstwem ponad nami.
— No bo są — miauknęła zaskoczona Nala. — Mają różne moce. Mogą przywracać koty do życia, poruszać się szybciej niż dźwięk swoimi potworami, mama mówiła, że potrafią nawet latać do gwiazd.
Malutka szczerze nie zdziwiłaby się, gdyby tak było. Wszyscy kręcili się wokół dwunożnych, jakby byli jakimiś bogami. Ciekawe, czy dałoby się przekonać Nalę, że wcale nie musi tak być.