BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

29 maja 2026

Od Stroczka (Stroczkowej Nadziei) CD. Roztargnionego Koperku

Przeszłość

Uśmiechnęło się lekko i ruszyło z powrotem ku legowisku medyka. Położyło wiewiórkę przed Stroczkiem, lekko mu ją podsuwając.
— Może być? — zapytało, kierując swój wzrok na kociaka. Po chwili usłyszało drobne łapki obok siebie. — Też się poczęstuj, Łezko. Wątpię, aby Stroczek mógł zjeść całą wiewiórkę — zaśmiało się, odsuwając nieznacznie od maluchów.
Stroczek poczuł, jak Łezka budzi się i rozsuwa go delikatnie, żeby mieć lepszy dostęp do wiewiórki. Kocurek wgryzł się w zdobycz dość nieudolnie, próbując oderwać od niej, chociażby kawałek. Rdzawy meszek utknął mu między zębami, jednak nie przejął się tym jakoś szczególnie. Był głodny, a nie skupiony na tym, czy mu coś lata pomiędzy zębami, czy nie. Gdy wreszcie mu się udało kawałek oderwać, zamruczał z zadowoleniem, chwytając po coraz więcej kęsów. Łezka nie zamierzała zostawać w tyle – także najadła się tak, jak tylko mogła, jednak już zrezygnowała z przesuwania brata. Położyła się wygodnie na legowisku, oblizując policzki po posiłku. Rudy oblizał policzki z zadowoleniem także, czując, jak ciepły posiłek go całego ogrzewa. Na samą myśl miał ochotę zwinąć się w kłębek i pójść z powrotem spać, jednak wiedział, że gdyby przymknął teraz oczka i spróbował oddać się w objęcia snu, nie byłby w stanie zasnąć, przynajmniej nie od razu. Zamruczał cichutko.
— Czy… czy pobawiłobyś się z nami? — zapytał niepewnie, robiąc duże oczka do asystenta medyka. Koper uśmiechnęło się raz jeszcze, kiwając ochoczo głową. Z pyszczka Łezki wydobył się lekki pisk ekscytacji, gdy zaczęła uciekać przed goniącym ją kocurem. Sam Stroczek także w pewnym momencie wpadł w wir zabawy, ponieważ już po paru uderzeniach serca poczuł, jak ktoś ostrożnie szturcha go w bok, a potem do jego uszu doleciało głośne:
— Berek! — i już wiedział, że to on musiał gonić wszystkich. Ruszył więc pędem za największym kocurem, mając nadzieję, że jego będzie łatwiej złapać, niż siostrzyczkę, która była zresztą takich rozmiarów, co on.

Koniec sesji

Od Przypalonego Kasztana CD. Urodziwej Łapy (Urodziwego Szafirka)

— To idziemy? Jak myślisz, które miejsce będzie najlepsze? Brzozowy Zagajnik czy może Kolorowa Łąka? — zaczęła myśleć na głos. Była taka pora roku, że może łąka byłaby ciekawszą opcją? Chociaż drzewa wcale nie brzmiały źle. Może udaliby się na plażę i popatrzyli na wodę? To też był dobry pomysł.
— A może pójdziemy na plażę? — zasugerowała łagodnie.
Przypalony Kasztan pokiwał głową. Na plaży mogli spędzić miło czas, szczególnie że widok tam niejednemu zapierał dech w piersiach. Musiał zgrywać odważnego, nie znał innego sposobu na polepszenie swojego obecnego stanu. Może jeśli będzie udawał jakiegoś innego kota, to mu się odmieni i przestanie bać się każdego kroku, niczym myszka chowająca się w norze przed zagrożeniem? W głębi duszy naprawdę chciał wybrać się na plażę. Nie miał wielu okazji tam przebywać, więc może dowiedziałby się dzisiaj czegoś nowego, nie tylko o krajobrazie, ale też i o swojej przyjaciółce…
— Możemy… możemy dzisiaj pójść na plażę, a następnym razem w te dwie pozostałe lokacje, póki sprzyja pogoda — powiedział cicho, czując narastającą dumę w piersi, że udało mu się tak wiele powiedzieć i to bez zająknięcia się! Nawet jeśli zrobił przerwę, to nie mogła być ona aż tak kłopotliwa, prawda? Jeśli w morzu pływały ryby, nie mogli na nie zapolować. Nocniak nie chciał ryzykować reakcji alergicznej u bliskiej mu kotki, nie potrafiłby jej pomóc, a nie zapowiadało się na to, żeby któryś z medyków zainteresował się ich wypadem, co mogło być swoją drogą… czymś dobrym, o ile oczywiście będą trzymali się zakazu zbliżania się do ryb. Zastrzygł wąsami. Śpiew ptaków poniósł się echem po obozie, a rechot żab wtórował im w najlepsze. Nie byłoby dziwnym, gdyby po drodze spotkali bociana czy żurawia, w końcu one lubiły żerować na tych istotkach, a teraz był ich wysyp. W niemal każdym zbiorniku wodnym widać było malutkie, czarne plamki. Były to kijanki, które każdego dnia pokonywały taką samą drogę w celu dopłynięcia do pożywienia tylko po to, aby nocą schować się i tak w kółko. Larwy ważek, a nawet i pijawki korzystały z takiej okazji zapełnienia brzuchów, a zresztą kijanek było tak wiele, że pewnie nawet populacja żab czy ropuch nie odczuje różnicy… Porą Nowych Liści ptaki również, a wręcz w szczególności, mogły liczyć na zapełnienie brzuchów niedaleko obozu Klanu Nocy. Ciekawe jak smakowały kijanki? Żaby lubiły wygrzewać się w ciepłych promieniach słońca, konsystencja ich mięsa była dość żylasta i smakowała tak, jakby ktoś połączył ptaka z rybą... Szczególnie zabawnie wyglądały wtedy, kiedy zasiadywały sobie dumnie na liliach wodnych. Trawa uginała się pod łapami dwójki. Przypalony Kasztan wpatrywał się w rozpromieniony pyszczek Szafirka. Gdy nawiązali kontakt wzrokowy, jego serce przyspieszyło, czego nie mógł za dobrze zrozumieć. Czy była to oznaka strachu? Stresu? Posłała mu szeroki uśmiech. Zawsze jak się stresował, to czuł w okolicach serca uczucie, jakby przebiegł ogromną odległość i dostał zadyszki, jednak nie była ona obecna ani w płucach, ani nie objawiała się bolącymi łapami. Tylko dyskomfortem w gardle i klatce piersiowej, a w szczególności w sercu. Koteczka zawsze była taka radosna i wyglądała tak, jakby nie doskwierała jej żadna troska w życiu, mimo że nie było to prawdą. Zresztą sama, tak naprawdę, chwilę temu powiedziała mu o sytuacji z Rogatą Łapą. Dymny jednak nie mógł niestety zbyt wiele na to poradzić – bał się, że point zrobi mu krzywdę. Był przekonany, iż jeśli kiedykolwiek doszłoby do ich starcia, mimo że był starszy i powinien nabyć większą wiedzę i znać więcej, czuł się tak, jakby w porównaniu do niego, to on był tutaj tym zagubionym kocięciem. A on doświadczonym wojownikiem. Rogata Łapa był masywnym kocurem i powalenie kogoś takiego, kim był Przypalony Kasztan, nie stanowiłoby dla niego najmniejszego problemu. Jednak brązowooki nie mógł pozwolić na to, żeby ktokolwiek dokuczał Szafirkowi. Jemu mogli, ale jej nie. To było… niedopuszczalne.
Ich łapki wciąż były ze sobą w kontakcie, ale im to nie przeszkadzało. Właściwie to był to już ich zwyczaj i rutyna. W końcu się podniosła i ruszyła z kocurem u boku do wyjścia z obozu.

***

Słońce wspinało się po niebie powoli, przeganiając wszelkie niedogodności w postaci chmur. Błękitne, intensywne kolory malowały się na nim, gdy dwójka dotarła nad plażę. Piasek wdrapywał się wojownikowi między pazury oraz poduszki łap. Nie był pewien, czy powinien zareagować w jakiś szczególny sposób, dlatego nie zareagował na to wcale, przynajmniej tak, żeby było to widać – nie chciał martwić Szafirka. Przyjemny wiatr wiał im w pyszczki, rozwiewając długie kłosy futer. Dwójka stykała się bokami. Klangor mew niósł się echem, zagłuszany przez donośny szum fal obijających się o brzeg. Piana zanikała dopiero po paru uderzeniach serca. Im bliżej wody byli, tym chłodniejszy stawał się grunt. Zresztą przestały mu się już rozjeżdżać łapy, a teraz pod poduszkami czuł coś twardego. Coś, co mu chrupało przy każdym kroku. Muszelki? Niebieskooka zaczęła zbierać parę z nich, ułożyła swój zbiór w malutką stertę u własnych łap. Słońce grzało ich w plecy, a znad morza docierała świeża, chłodna bryza. Gdyby przysunęli się jeszcze bliżej wody, to moczyłaby im łapy.
— Co zrobisz z tymi muszelkami…? — zagadnął cicho, robiąc co w swojej mocy, żeby tylko się nie jąkać. Nie miał tutaj powodów do obaw, przecież szylkretka by go nigdy nie zaatakowała. Nigdy nie sprawiła mu przykrości. Dlaczego więc czuł drżenie w łapach? Czemu więc jego głos drżał za każdym razem, kiedy z nią rozmawiał? Bał się jej? Jeśli tak dlaczego?
— Wepnę nam w futerka. Będziemy mieli takie same, zobacz, o…! — zaświergotała radośnie, następnie przysunęła łapą parę różowych muszelek różnego rozmiaru i kształtu. Żadna z nich nie była pokruszona. Niektóre były niebieskie, ciemnoniebieskie, inne śnieżnobiałe z dodatkiem żółci i pomarańczowego. Znalazła się nawet taka dość zabawna, płaska, wydłużona, czarna niczym smoła. Wojownik wysunął łapę i chwyciwszy mokry, ciemny przedmiot w poduszki, uniósł go i przyjrzał mu się dokładnie, mrużąc ciemne ślepia. Powierzchnia odbijała światło, tworząc na posadzce wiele przepięknych kolorów. Parę podmuchów wiatru przypomniało o sobie, dzięki czemu szybko wyschła, stając się matowa i bez szczególniejszego wyrazu. To również go zaskoczyło. Skoro było takie ciekawe na zewnątrz, to co kryło się w środku?
Kasztanek, wysunąwszy pazury, wetknął jeden z nich do środka. Zaczął lekko siłować się ze zwierzyną, co było opłacalne dla niego, ponieważ już po chwili udało mu się bez złamania muszelki otworzyć dom, który należał do… małży. Spojrzał na białą istotkę wewnątrz z lekkim zdziwieniem. Konsystencją przypominała śliskiego, mokrego ślimaka, jednak nie pozostawiała za sobą śluzu i nie brudziła jego poduszki jakoś szczególnie, co było miłe. Zmierzchająca Fala opowiadał mu o nich i wspomniał również, że nie warto było na nie polować, ponieważ nie dało się nimi najeść, a momentami ciężko było je znaleźć, jeśli nie było odpływu. Trzeba było nałapać ich bardzo dużo, żeby nakarmić przynajmniej jednego kota. Mało komu chciało się moczyć łapy taką Porą Opadających Liści czy Porą Nagich drzew, a przy innych porach mieli dostęp do dużo większej i korzystniejszej zwierzyny. Chociaż w czasach wielkiego głodu, dobrze było się za nimi rozglądać, bo przyciągały ptaki na plażę, dlatego można było używać ich jako przynęty… z rybami było podobnie. Też były łase na łatwy posiłek. Zresztą kto by nie był? Dodatkowo – kąpiele, gdy było tak zimno, mogły skończyć się chorobami, a dokładanie medykom pracy nie było niczym miłym. Na pewno nie ucieszyliby się, gdyby ktoś wpadł do obozu i oznajmił, że się wyszorował w lodowatej wodzie, a potem pociągał nosem i zarażał resztę bliskich.
Morze dzisiaj znajdowało się dość daleko, więc najprawdopodobniej za niedługo zje sporą część plaży… Również dzięki temu dwójka mogła poszperać w tym, cokolwiek wypluło. Schylił łeb i spróbował łapą wygrzebać mieszkańca muszli, żeby móc wczepić tę konkretną w futro Szafirka. Kojarzyło mu się z nim, mogło to być dość samolubne, ale… chciał, żeby kotka miała coś, co przypominałoby jej o nim. Kasztanowi udało się wreszcie go wyskrobać, a jako nagrodę otrzymał wgląd we wnętrze muszli. Było jasne i odbijało światło na najróżniejsze kolory, tak naprawdę było ich nawet więcej, niż na czarnej skorupce. Małż nie miał żadnego szczególnego smaku, a zapachem przypominał rybę. W międzyczasie Urodziwa Łapa także wybrała jakąś muszelkę… i to niejedną.
— Szafirku, a czy masz alergię też na małże? Kraby? Albo żaby? Smakują podobnie do ryb, ale nie mają łusek — zapytał, zastanawiając się teraz nad tym, co usłyszał od koteczki ostatnio. Jeśli by miała, to wychodziłoby na to, że może spożywać jedynie zwierzynę futerkową i opierzoną. Albo ewentualnie jaszczurki, ale na ich terenach nie było ich wiele. Krabów nie umiał rozłupywać, ale może mógłby się nauczyć w przyszłości, jeśli Szafirek mogła je jeść. — Czy jadłaś kiedyś jaszczurki? Jest ich sporo pod kamieniami Porą Zielonych Liści — tak samo, jak żaby, uwielbiały się wygrzewać w promieniach słońca. Różniło się to jednak tym, że one najczęściej rozkładały się wygodnie na kamieniach, a ich mokrzy sąsiedzi na liściach, które akurat przypałętały się na taflę z drzewa. Im dłużej przebywał z pręguską, tym mniejsze poddenerwowanie czuł. On sam chyba nigdy nie miał okazji zjeść jaszczurki. Było ich mało, a w dodatku były szybkie. Ilości chrząstek czy twardych elementów raczej odstraszała sporo kotów. Jeszcze z możliwych opcji pozostawały ślimaki… miał wrażenie jednak, że ślimaki zarezerwowane były specjalnie dla starszyzny, więc nie chciał ich nawet proponować w obawie, że może uczennica odebrałaby to jako coś obraźliwego.
— Na małże, ryby i żaby? Nic mi na ten temat nie wiadomo, więc nie wydaje mi się — odparła pogodnie i uśmiechnęła się do kocura. Mogliby na nie zapolować zatem, żeby sprawdzić. Tylko czy nie byłoby to lekkomyślne? Co, gdyby jednak okazało się, że ma na nie uczulenie? Musiałby wtedy jakoś jej pomóc. Zawładnęła nim obawa, że nie byłby w stanie, że nie poradziłby sobie.
Kotka przekrzywiła łebek, słysząc pytanie o jaszczurki i pokręciła łebkiem, a on śledził jej reakcje.
— Nie, nigdy nie jadłam. Ciekawa jestem, jak smakują, ale niestety nie ma ich wiele na naszych terenach — miauknęła nieco smutno, ale zaraz się rozpromieniła. Pokiwał głową. — Ale to nic! Mamy sporo innych fajnych opcji, a ja jeszcze nie znalazłam swojego ulubionego przysmaku. A ty? Masz jakiegoś faworyta? — spytała pogodnie. Szkoda, że nie miała...
— Nie… ja chyba lubię wszystko to, co moi bliscy — wyznał, poruszając nieznacznie łapą, jakby zawstydzony. Miał powody do wstydu. Każdy w jego wieku miał już wyrobione jakiekolwiek zdanie na ten temat. Jedni uwielbiali uklejki, inni ptaki wodne – łyski, kaczki, całą masę innych opierzonych istot… Pewnie znalazłby się ktoś, kto uwielbiał żaby, chociaż on sam nie wiedział, czy mu pasował taki smak. Czy miał w ogóle swój gust? Może obrzydzały go ptaki? Czy drażniło go to, że trzeba było je tak długo skubać i to wszystko tylko po to, żeby dostać się do mięsa? Ryby nie były zresztą lepsze. Należało albo poświęcić sporą część mięsa, a raczej skóry, na rzecz uniknięcia łusek albo trzeba było je z nich skubać, raczej nikt nie chciał się nimi udławić, zresztą gryzienie ich nie było nawet wskazane... Może denerwował go rdzawy meszek na ciałach wiewiórek, który często wchodził między zęby? Nie, nie robiło mu to tak naprawdę żadnej różnicy. Zawsze jadł po to, żeby się napchać, a nie po to, żeby cieszyć się z jedzenia… Prawdopodobnie, gdyby kamienie miały jakiekolwiek wartości odżywcze, jadłby właśnie je, żeby zaspokoić ssący głód. Powinien sobie wyrobić własny gust.

***

Nie czuł się dobrze, udając kogoś, kim absolutnie nie był. Nie czuł się również dobrze, jak był sobą, zachowywał się tak, jak podpowiadało mu ciało oraz jego umysł. Nie potrafił nikogo obronić, ponieważ był słaby. Mógłby zgrywać księcia, kota pewnego siebie, pozbawionego jakichkolwiek trosk, ale gdzie by go to zaprowadziło? Czy pomogłoby mu to w czymkolwiek? Dusiłby się w swoim ciele, zmuszając umysł do udawania obcego. Oszukiwałby swoich bliskich i wszystkich wokół, a jako iż nie był wcale dobry w udawaniu, w swoim mniemaniu, to od razu by się dowiedzieli i może zostałby przekreślony w ich oczach.
Czy jego życie miało jakiekolwiek znaczenie? W obliczu dwóch wieczności – przeszłości, w której go nie było i pojawił się dopiero ostatnio, oraz przyszłości – w której już go nie będzie, jednak ile mu jeszcze pozostanie, tyle wykorzysta, był jedynie kolejnym kotem, który przyszedł na świat i odejdzie w ten czy w inny sposób, zostawiając po sobie jedynie kości, które zresztą również nie były wieczne. Skoro absolutnie nie potrafił się zmienić, przynajmniej na tyle, na ile by chciał, co mu zatem robiło za różnicę to wszystko i dlaczego tak mu zależało na tym, aby stać się kimś zupełnie innym, mimo że całe życie funkcjonował w tenże sposób? Co mu po nowym imieniu, skoro oprócz myśli, nie potrafił wcale stać się nagle pewniejszym siebie, ambitniejszym i mniej przerażonym? Głupi myślał, że wraz z nowym imieniem, stanie się magicznie nowym sobą, bez pracy i bez wysiłku w to włożonego, bez obowiązku starania się jakkolwiek o inne ja. Co powinien zrobić, żeby osiągnąć stan, w którym każdy by za nim przepadał, a on wreszcie nie musiałby zamartwiać się za każdym razem, kiedy jedyny kot, który spędzał z nim dużo czasu ciągle, nagle odchodził do kogoś innego? Co prawda nigdy na wieczność, ale dla dymnego czasami tyle to trwało, gdy tak siedział i nie wiedział co ze sobą zrobić, jednak z grzeczności udawał, że jest wielce zajęty, żeby tylko drugiemu kotu nie napłynęło wyrzutów sumienia czy żalu. Czy dało się jeszcze go jakkolwiek zmienić, w dowolny sposób?
…Dla przynajmniej jednego kota tak. Jego życie miało znaczenie. To było już wiele, dla niego naprawdę wiele, a dla każdego innego najprawdopodobniej tyle, co nic. Przypalony Kasztan, mimo że takim by go nikt nie nazwał, zachłannym, to właśnie takim się czuł – jakby od każdego brał coraz więcej i więcej, jakby kontakt z nim sprawiał, że drugi kot stawał się wrakiem swojego dawnego ja, kimś gorszym, ponieważ zadawał się z tak żałosną istotą, jak Kasztan. Nocniak nie wiedział, skąd brały się u niego takie myśli, aczkolwiek nigdy nie był w stanie ich uciszyć na tyle, żeby nie psuły mu humoru na całą resztę dnia. Najczęściej atakowały go w nocy, jeśli nie udało mu się siebie wymęczyć za dnia na tyle, by paść na pysk o zmierzchu. Nawet jeśli bardzo miło spędzał czas u boku Urodziwego Szafirka, to nie potrafił ot tak porzucić myśli, że może jednak tak naprawdę nie był nikomu potrzebny. Poruszył się nieznacznie, szylkretowa koteczka otworzyła jedno oko, a po chwili drugie, aż wreszcie podniosła głowę i spojrzała ze zmartwieniem na kocura, który teraz leżał i trząsł się w legowisku. Prawdopodobnie parokrotnie zawołał kogoś przez sen, ale nie był pewien, kogo.
— Kto ci dokucza we śnie, Kasztanku? — szepnęła, po czym podeszła do niego bardzo ostrożnie, następnie pochyliła łeb nad nim i parokrotnie przejechała szorstkim językiem po jego głowie, na której jeszcze niedawno widniało parę nieregularnie rozłożonych miejsc, rzadko porośniętych włosami. Teraz zdążyło ich sporo odrosnąć, dlatego poza nieco inną teksturą, wyglądem nie różniły się jakoś szczególnie od reszty. Poczuł się znowu niczym w żłobku, u boku Złocistego Widlika.
Przypalony Kasztan nagle zamarł, a z jego pyszczka wydobyło się jedynie westchnięcie. Czy myślał tak, jak mówiły mu jego myśli? Czy naprawdę miał o sobie tak niekorzystne zdanie? Przełknął nerwowo ślinę. Jeśli będzie pytał jedynie siebie, to nigdy nie dostanie szczerej odpowiedzi. A zresztą, czy od kotów by dostał coś bardziej szczerego? Do bólu? Byłoby to bardziej trafne, niż jego myśli, które znały go na wylot?
— Szafirku, nienawidzisz mnie? Myślisz, że jestem niepotrzebny na tym świecie? — zapytał półszeptem, patrząc na nią wielkimi oczami tylko po to, żeby zaraz położyć łeb na łapach i zacząć unikać kontaktu wzrokowego.
Nic nie miało znaczenia. I tak kiedyś umrze, kiedyś wszyscy o nim zapomną i nie będzie to miało absolutnie żadnego znaczenia. Jeśli mu się nie podobało, to zawsze mógł kogoś poprosić, żeby ukrócił jego cierpienia. Ale czy wtedy nie sprawiłby bólu kotom, którym na nim zależało? Jego mięśnie rozluźniły się, myśli, że nic nie miało znaczenia pomagały, bo miał poczucie, iż nie ma nic do stracenia. Ale miał. I nie działało to na dłuższą metę, przynajmniej jeśli chciał stać się pewniejszy siebie, a nie znienawidzić siebie całkowicie, nawet bardziej, za więcej rzeczy.
Szylkretka zamarła w połowie ruchu. Jej serce przyśpieszyło, a oczy błysnęły od niewypowiedzianych jeszcze emocji. Wojowniczka położyła się przed nim, by ich pyski były na tym samym poziomie.
— Spójrz na mnie Kasztanku — zaczęła i delikatnie szturchnęła jego nosek swoim. — Gdybym cię nienawidziła czy bym spędzała z tobą czas? Wspierała cię na każdym kroku i broniła przed obelgami innych kotów? Czy gdybym darzyła cię takimi negatywnymi odczuciami, kładłabym łapę na twoją, albo pozwoliła, by twoja dotknęła mojej? Czy bym tak podbiegła do ciebie z gratulacjami? — zaczęła cicho. Przymknęła na chwilę. — Miałam ci to powiedzieć po znalezieniu odpowiedniego prezentu, ale czuję, że nie ma na to czasu. Kasztanku, nie darzę cię tylko przyjaźnią, już dawno nie. Darzę cię czymś głębszym, cieplejszym i wyjątkowym czyli miłością — dokończyła czułym szeptem. Urodziwy Szafirek przytuliła kocura bliżej siebie.
Poczuł coś w rodzaju wewnętrznego szturchnięcia. Jego serce zaczęło bić szybciej, a uszy położył po głowie, jednak po chwili wróciły do normy. Nocne podmuchy wiatru targały jego dwukolorowymi pędzelkami.
— Ale nie potrafię cię obronić przed Rogatą Łapą-... — zatrzymał się, a po jego policzkach zaczęły spływać łzy. Nie rozumiał zachowania kotki do tej pory. Czy miłość nie wyglądała w inny sposób? Już sam nie był pewien. Czy skoro darzyła go tak silnym uczuciem, kim dla siebie w takim razie byli? I co on mógł z tym zrobić, żeby polepszyć swój obecny stan w życiu? Spojrzał się na nią tępo, w jego oczach dało się dostrzec sporo emocji, nie wiedział, która byłaby korzystniejsza, zresztą chyba nie to było w tej chwili istotne… — Ja chyba nigdy nie doświadczyłem miłości, przed poznaniem ciebie — powiedział cicho, dość niepewnie. Czy ktokolwiek oprócz Szafirek stawiał się tak za nim? Rozmawiał z nim tak wiele? Kocurek przeprowadził sporo konwersacji ze Złocistym Widlikiem, ale nie wiedział, jak nazwać ich relację. W zasadzie spotykał się z podobną sytuacją teraz, aczkolwiek wyglądało to inaczej. — Czy… czy w takim razie jesteśmy partnerami? Czy nie ubliżałoby ci to? — zapytał szczerze. I czy nie byłoby to za wcześnie? Partnerzy zachowywali się w ten sposób, tak? Tak przynajmniej wywnioskował ze wszystkich tych opowieści, którymi został obdarzony za czasów kocięcych, ale też i częściowo uczniowskich. Znaczy… jemu pewnie było do tego daleko. I czy był w ogóle gotów na tak poważną relację? Znaczna większość kotów wiązała się na całe życie niczym łabędzie. Czy byłby dobrym partnerem, dla kogoś tak wspaniałego, jak Szafirek? Gdyby zostali partnerami, nie musiałby się martwić, że ktoś zgarnie Szafirek dla siebie. Mógłby spędzać z nią tak wiele czasu, ile tylko chciał. Czy nie postrzegał tej relacji dość… egoistycznie? Czy przynosiłaby ona korzyść komukolwiek, oprócz tylko jemu?

<Czy jestem złym kotem, Szafirku?>

Od Łzy

Noc zdawała się ciągnąć bez końca, rozlewając się wokół Łzy ciężką, nieprzeniknioną ciemnością, która pochłaniała wszystko — dźwięki, zapachy, światło, a nawet samo poczucie czasu, przez co młoda koteczka nie była już w stanie określić, jak długo błąka się po tej martwej pustce. Nie widziała nad sobą gwiazd ani srebrzystego blasku księżyca, nie czuła chłodu ziemi pod łapami ani znajomej woni mchu, mleka czy futra innych kotów, podczas gdy jedynym towarzyszem jej wędrówki pozostawała wszechobecna czerń, ciągnąca się zarówno przed nią, jak i za nią niczym bezkresne morze mroku.
Szła ostrożnie przed siebie, stawiając kolejne kroki z rosnącą niepewnością, gdyż im dłużej przemierzała pustkę, tym bardziej zaczynało docierać do niej, że otaczająca ją ciemność nie zmienia się ani odrobinę — jakby sama przestrzeń pozostawała nieruchoma, a ona błądziła w miejscu, skazana na nieskończone krążenie po czymś, czego nie rozumiała. W jej drobnym sercu rodził się powoli niepokój, który początkowo przypominał jedynie lekkie ukłucie pod futrem, lecz z każdym kolejnym oddechem rozrastał się coraz bardziej, obejmując jej myśli, mięśnie oraz oddech lodowatym uściskiem.
Kiedy obejrzała się za siebie w desperackiej nadziei, że dostrzeże choć cień znajomej sylwetki, przekonała się jedynie, iż mrok za jej plecami wygląda dokładnie tak samo jak ten przed nią, przez co nagle ogarnęło ją przerażające poczucie osamotnienia, tak ogromnego, że niemal odebrało jej zdolność oddychania. Chciała zawołać Purchawkę, chciała usłyszeć głos rodzeństwa albo chociażby irytujące miauknięcie któregoś z innych kociąt, lecz gdy w końcu wydobyła z siebie ciche „mamo?”, jej własny głos zabrzmiał obco, krucho i nienaturalnie, po czym natychmiast został połknięty przez ciszę.
Wtedy właśnie strach zaczął przeradzać się w panikę.
Łza przyśpieszyła kroku niemal instynktownie, podczas gdy jej błękitne oczy rozpaczliwie próbowały odnaleźć w ciemności cokolwiek, co mogłoby przypominać drogę, światło albo choćby zarys czyjejś sylwetki, jednak niezależnie od tego, jak bardzo wytężała wzrok, wszędzie dostrzegała jedynie tę samą bezduszną pustkę. Im szybciej się poruszała, tym gwałtowniej biło jej serce, a gdy ostrożny chód przemienił się w bieg, zaczęła odczuwać, jak napięcie obejmuje całe jej ciało — mięśnie paliły przy każdym ruchu, oddech rwał się coraz bardziej, a łapy stawały się ciężkie, jakby sama ciemność próbowała zatrzymać ją w miejscu.
Mimo narastającego zmęczenia nie potrafiła się zatrzymać, ponieważ świadomość, że wokół niej nie istnieje absolutnie nic poza pustką, wydawała się znacznie bardziej przerażająca od bólu czy wyczerpania. Biegła więc dalej, aż w końcu jej siły zaczęły opuszczać ją tak gwałtownie, iż zwolniła, dysząc ciężko i próbując zaczerpnąć powietrza, które nagle wydawało się dziwnie zimne oraz ciężkie.
Jej spojrzenie desperacko przesuwało się po otaczającym ją mroku, podczas gdy ona sama coraz wyraźniej czuła, że chce płakać, krzyczeć albo po prostu wtulić się w czyjeś futro, jednak nawet łzy nie chciały napłynąć jej do oczu, jakby miejsce, w którym się znajdowała, odbierało jej zdolność do okazywania słabości. Właśnie wtedy, gdy zaczynała wierzyć, że pozostanie tam całkowicie sama już na zawsze, dostrzegła coś przed sobą.
Nie potrafiła określić, czym właściwie była owa sylwetka, ponieważ zdawała się jednocześnie odległa i niezwykle wyraźna, jakby ktoś wyciął jej kształt z samej ciemności i naznaczył bladym, srebrzystym blaskiem. Nadzieja uderzyła w Łzę tak gwałtownie, że niemal zapomniała o własnym zmęczeniu, wobec czego poderwała się natychmiast do biegu, a z jej gardła wyrwał się urwany, pełen ulgi pisk.
Nie zdążyła jednak zrobić nawet kilku kroków.
Jej oczy otworzyły się gwałtownie, a mrok natychmiast ustąpił miejsca porannemu światłu, które przesączało się przez liściastą kopułę żłobka złotawymi smugami, rozświetlając miękkie legowiska, śpiące sylwetki kociąt oraz poruszające się leniwie na wietrze paprocie. Powietrze pachniało mchem, mlekiem oraz znajomym ciepłem obozowiska, podczas gdy cichy szelest liści i spokojne oddechy innych kotów sprawiały, iż wszystko wokół niej wydawało się niemal boleśnie żywe.
Łza usiadła gwałtownie, łapczywie nabierając powietrza, ponieważ mimo iż koszmar już się skończył, jej serce wciąż tłukło się w piersi tak mocno, jakby część niej nadal pozostawała uwięziona pośród tamtej pustki. Nerwowo rozejrzała się wokół siebie, upewniając się, że Purchawka śpi tuż obok, iż jej rodzeństwo znajduje się bezpiecznie w swoich legowiskach, a niedaleko nich spoczywają również Pierścień, Smok, Mordor oraz Rohan, pogrążeni jeszcze w spokojnym śnie.
Choć widok ten powinien przynieść jej ulgę, drżenie wciąż nie opuszczało jej łap, wobec czego przysunęła się bliżej matki i kilkukrotnie dotknęła jej futra, próbując wybudzić ją z płytkiego snu.
Purchawka poruszyła się lekko, po czym uniosła głowę, kierując ku córce zmęczone, zaspane spojrzenie, w którym mimo wyraźnego wyczerpania nadal tliła się ciepła troska.
— Mamuś… — zaczęła Łza cicho, podczas gdy jej głos pozbawiony był typowej dla niej pewności siebie. — Śnił mi się zły sen…
Dymna kotka przez krótką chwilę przyglądała się córce uważnie, dostrzegając rozszerzone źrenice, drżenie łapek oraz strach wciąż czający się pod jej futrem, nim bez słowa przysunęła ją bliżej siebie i otuliła ogonem, którego ciepło natychmiast przyniosło Łzie odrobinę ukojenia.
— Nie było cię… ani nikogo — wyrzuciła z siebie szybko, jakby obawiała się, że jeśli nie opowie o wszystkim od razu, ciemność ponownie ją pochłonie. — Wszędzie było tak strasznie czarno, a ja byłam tam całkiem sama i nie mogłam znaleźć nikogo…
Purchawka przesunęła językiem po czubku jej głowy, próbując uspokoić córkę jednostajnym, czułym gestem.
— Spokojnie, Łezko, to był tylko sen, który nie może zrobić ci krzywdy, ponieważ jesteś tutaj, razem z nami, a ja nigdzie się nie wybieram. Twoja siostra i bracia również są obok ciebie, więc nie musisz się bać.
Łza milczała przez moment, wtulając się mocniej w bok matki, podczas gdy resztki koszmaru nadal zaciskały się wokół jej serca lodowatymi palcami.
— Na pewno…? — spytała w końcu cicho, unosząc ku Purchawce przestraszone spojrzenie.
Przez moment Purchawka milczała. Jej wzrok wędrował z miejsca na miejsce.
— Oczywiście — potwierdziła w końcu.
Łza westchnęła cicho, po czym powoli ułożyła głowę na miękkim mchu. 
To był tylko zły sen. Nic więcej.

Od Białej Łapy (Bielinki)

Zgromadzenie

Biała Łapa spojrzała w oczy kocurka z Klanu Klifu. Dlaczego on się tak na nią gapił?
— Co chcesz, śmierdzielu? — wysyczała.
Kot odpowiedział równie agresywnie, z lekką nutą obrażenia:
— Odczep się ode mnie — burknął. — Jestem Złamana Łapa. Coś jeszcze chcesz wiedzieć? — Spojrzał na nią, ledwo co obracając głowę.
— Phi. Złamana Łapa! Pewnie dlatego, że połamałeś kości, walcząc z prawdziwymi wojownikami! — zaśmiała się szyderczo.
— Dobre sobie… Uważaj na słowa księżniczko, bo ci zaraz wyrwę struny głosowe i nie będzie czym komentować — warknął obcy kocurek i wysunął krótkie pazury, wkurzony.
Biała Łapa poczuła wściekłość i wysunęła ostre pazury. Jak on mógł ją tak obrażać! W mgnieniu oka zapomniała, że na wyspie obowiązuje rozejm. Z rykiem rzuciła się na ucznia Klanu Klifu i przyszpiliła go do ziemi.
Czarny kocurek wrzasnął gniewnie i próbował się wyrwać, machając łapami z wysuniętymi pazurami na lewo i prawo, wyrywając sobie futro z pleców i ogona.
Biała Łapa upadła na ziemię, lecz szybko się podniosła i zadrapała lekko ucznia. Poczuła prawdziwego ducha walki! Tu drapnięcie, tu ugryzienie… to było cudowne!
Dymny syknął i tym razem to on rzucił się na kotkę.
— Jak śmiesz mnie dotykać! — Podrapał ją po pysku, po czym wyrzucił kłęby białego futra spod pazurów.
Biała Łapa ryknęła na całą wyspę i rzuciła się z mocą na Złamasa. Do tego jakaś czarno-biała kotka z Klanu Burzy próbowała ich rozdzielić. Biała Łapa odepchnęła ją z impetem i wgryzła się w ucho kocurka.
Złamana Łapa syknął i odskoczył daleko od Białej Łapy.
— Skończ ryczeć i się uspokój! Zaatakowałaś mnie z błahego powodu! Psychopatka! — syknął sfrustrowany Klifiak.
Biała Łapa poczuła ostre pieczenie na ramieniu, lecz zauważyła parę ranek na ciele Złamanka i poczuła głęboką satysfakcję.
W tym momencie podeszła do nich Nadciągający Pomrok.
— Biała Łapo!
Pomrok złapała młodą kotkę za kark i szarpnęła nią do tyłu, odsuwając ją od Złamanej Łapy.
— Czy wam już kompletnie mózgi zniknęły?!
Zaraz po tym podszedł także Lśniąca Gwiazda ze złością wymalowaną na pysku.
— Złamana Łapo — powiedział stanowczo, choć bez krzyku, nadając swojemu głosowi ostrze autorytetu. — Wracaj do swojego mentora, zanim naprawdę będziesz chodzić z połamaną kończyną.
Przez krótką chwilę jego spojrzenie zatrzymało się na uczniu Klanu Klifu.
Biała Łapa z furią w oczach odwróciła się do Nadciągającego Pomroku.
— Zamknij pysk! To moja walka, nie twoja! Ty nie masz tu nic do roboty.
Rozwścieczona kotka schowała pazury i ugryzła ogon Klifiaka, po czym usiadła wściekła i owinęła ogon ciasno wokół łap.
Złamana Łapa pisnął z bólu spowodowanym ugryzieniem w ogon. Rzucił się ponownie na Białą Łapę i zaczął ja gryźć po łapach, sprawiając, że ta odskoczyła, wydając z siebie dziwny dźwięk.
Wojowniczka z jej klanu stanęła nad nią, wykrzywiając pysk.
— Pamiętaj, jakie jest twoje miejsce! — syknęła Nadciągający Pomrok, kładąc po sobie uszy, po czym mało delikatnie przesunęła uczennicę łapą tak, aby wysunąć się na przód.
Złamana Łapa w tym czasie palnął głupotę do Pomroku, coś o tym, aby kotka się zamknęła czy coś takiego.
W trakcie kłótni między Pomrokiem a Klifiakiem nikt z nich nie zauważył, jak Biała Łapa czaiła się, aby skoczyć na Złamaną Łapę.
Ponownie wysunęła pazury i chlasnęła Złamasa po pysku, wyrywając mu kępkę futra z czoła, po czym wturlała się pod niego i mocnymi łapami odepchnęła go daleko od siebie.
— Mam cię, mysia paszo! — wrzasnęła.
— Biała Łapo! — rozległ się krzyk Nadciągającego Pomroku.
Wojowniczka ponownie złapała kotkę za kark i, także ponownie, odciągnęła ją od Klifiaków. Sierść stanęła jej na karku.
Przycisnęła kotkę do ziemi.
— Jeszcze jeden taki ruch, a już nigdy nie wystawisz nawet nosa z obozu!
Złamana Łapa obok splunął i zaczął przeklinać uczennicę.
— Wariatka!
Biała Łapa syknęła i próbowała wyrwać się Nadciągającemu Pomrokowi, po czym jej oczy zabłysły ze złości na słowo “wariatka”
— Mysia paszo! Lepiej przestań tak się do mnie odzywać!
Po czym machnęła swoją długą grzywką i spojrzała na trójkę kotów zabójczym spojrzeniem.
Tymczasem Lśniąca Gwiazda rozmawiał — a może raczej kłócił się — ze Złamasem. W końcu uczeń się poddał i ze smętną miną usiadł obok.
Gdy obaj uczniowie tak siedzieli, całkowicie uciszeni, Lśniąca Gwiazda i Nadciągający Pomrok zaczęli małą, cichą kłótnię o to, kto zaczął walkę, a potem się dogadali, że nie ma to teraz znaczenia. Na razie musieli zająć się uczniami.

***

Po długiej chwili milczenia Biała Łapa usłyszała przeprosiny od Złamasa.
— No dobra. Jak chcesz. A tak w ogóle, to mogę ci coś o sobie powiedzieć — stęknęła. Pozycja leżąca nie była jej ulubioną!
Zaczęli pogawędkę. Po jakimś czasie Biała Łapa zaczęła czuć ekscytację, zaciekawienie i troszkę strachu. Jakim cudem Złamas był dokładnie w jej wieku? Przypomniała sobie, że kiedyś ktoś jej powiedział, że w Klanie Klifu zaginęła maleńka koteczka, Fiołka. O ile dobrze pamiętała, mówiono, że stało to się w tym czasie, gdy ona się urodziła. I w miocie był także Złamanek. Czy ona jest z Klanu Klifu? Czy ten wkurzający futrzak…to jej brat?

***

W obozie Biała Łapa spoglądała w górę, na liderkę.
Zalotna Gwiazda ze złością migoczącą w oczach wpatrywała się w niegrzeczną uczennicę.
— Biała Łapo, przez twoje zachowanie na zgromadzeniu muszę cię ukarać. Czuję się zawstydzona przez to, co zrobiłaś. Twoją karą będzie zdegradowanie cię z roli uczennicy do kociaka na jakiś czas. Od dziś, aż twoja kara przeminie, znów będziesz znana jako Bielinka. Ognikowa Słota będzie cię pilnować w żłobku.
Biała Łapa — a raczej Bielinka — z niedowierzaniem, lecz i błyskiem skruchy, spuściła wzrok. Świetnie. Znów była kociakiem. Pomyśleć, że młodsi od niej może staną się wojownikami szybciej, gdy ona będzie uczyć się podstaw.
Kotka wymamrotała “dobrze” i odeszła smętnie, gdy Zalotna Gwiazda odwołała zebranie. Czekało ją parę nieprzyjemnych księżyców w żłobku!

Od Lśniącej Gwiazdy CD. Tawułowej Bryzy

Westchnął cicho, przeciągle, niczym wojownik przygnieciony ciężarem odpowiedzialności większym, niż powinien dźwigać samotnie.
— Powiedz mi… — odezwał się w końcu głosem miękkim jak mech wyściełający legowiska starszyzny — czy żaden kot nie zasługuje na drugą szansę? Czy przodkowie odrzucają każdego, kto choć raz zbłądził ze ścieżki, którą dla niego wyznaczono? Gdyby tak było… połowa klanów dawno rozsypałaby się w pył, a las pełen byłby jedynie duchów żałujących własnych błędów.
Na moment opuścił spojrzenie, jakby naprawdę rozmyślał nad losem tych wszystkich kotów, które kiedyś upadły.
— Klan Gwiazdy nie oczekuje od nas doskonałości, Tawułowa Bryzo. Oczekuje od nas wyborów. Tego, co robimy po własnych błędach.
Mówił miękko, niemal kojąco, lecz pod tą łagodnością kryło się coś cięższego — subtelny nacisk oplatający rozmówcę niczym cierniste pnącze. Każde jego słowo zdawało się starannie wygładzone, pozbawione ostrych krawędzi, a jednak pozostawiało po sobie trudny do zignorowania ciężar.
— Truskawkowe Pole mogłaby odejść, tak jak odeszła z Owocowego Lasu — przyznał po chwili, z zadziwiającą wręcz łatwością. — Mogłaby porzucić Klan Klifu przy pierwszym trudzie, przy pierwszym rozczarowaniu albo strachu. A jednak tego nie zrobiła.
Uniósł wzrok z powrotem na Tawułową Bryzę.
— Dołączyła do nas z własnej woli. Nie dlatego, że była głodna. Nie dlatego, że została zmuszona czy osaczona przez los. Wybrała Klan Klifu, ponieważ dostrzegła w nim coś, czego najwyraźniej brakowało jej wcześniej. Spokój. Wartość. Cel.
Lekki uśmiech przemknął przez jego pysk — ciepły, niemal melancholijny.
— I każdego dnia wybiera go ponownie.
Zapadła krótka cisza, podczas której wiatr zaszeleścił wysoko w koronach drzew, a gdzieś w oddali rozległ się pojedynczy krzyk nocnego ptaka.
— Ty natomiast — podjął ciszej — oceniasz ją tak, jakby zdrada już się wydarzyła. Jakby jej szansa na cokolwiek dobrego została przekreślona w momencie, w którym przybyła na nasze tereny.
Powoli zrobił krok bliżej. Nie był to ruch agresywny — przeciwnie, jego postawa nadal pozostawała spokojna i otwarta — lecz mimo to coś w tym geście sprawiało, że przestrzeń między nimi zdawała się nagle ciaśniejsza.
— A teraz posłuchaj mnie uważnie, Tawułowa Bryzo.
Jego głos nie stwardniał. Jeśli już, stał się jeszcze łagodniejszy, bardziej aksamitny, przez co ukryte pod nim ostrze było trudniejsze do dostrzeżenia.
— Zarzucasz mi, że wybrałem Truskawkowe Pole dlatego, iż jest mi bliska. Że moje uczucia przesłoniły mi osąd. — Delikatnie przechylił głowę. — A jednocześnie próbujesz przekonać mnie, że kotka będąca twoją siostrą… oraz twoją dawną mentorką… byłaby wyborem bardziej odpowiednim.
Przerwał na moment, pozwalając, by znaczenie własnych słów spokojnie osiadło pomiędzy nimi.
— Nie sądzisz, że to lekka hipokryzja?
Uśmiechnął się delikatnie, po czym parsknął cicho — nie wyglądało to jak złośliwy gest, raczej jak niewinne rozbawienie. Jak gdyby stojący przed nim wojownik był jedynie zagubionym kociakiem, który z desperacką niemal upartością próbował udowodnić swoją rację.

<Tawuło?>

28 maja 2026

Od Łzy CD. Borowika

Łza wpatrywała się przez chwilę w wróbelka leżącego tuż przed jej łapkami z wyraźnie trudnym do ukrycia obrzydzeniem. Kilka piórek przykleiło się do wilgotnej od śliny ziemi, a jedno z nich poruszyło się lekko pod wpływem wiatru, muskając jej łapkę. Natychmiast cofnęła ją o pół kroku, marszcząc drobny nosek.
Fuj.
Jak można było wypluwać jedzenie prosto przed kogoś?
I jeszcze wyglądać przy tym tak spokojnie.
Jej błękitne ślepka przesunęły się z wróbelka na Borowika, który leżał rozciągnięty na ziemi z pyskiem opartym o piasek i patrzył na nią z tak szczerą dobrodusznością, że przez moment naprawdę nie wiedziała, co właściwie powinna odpowiedzieć. Większość kotów reagowała na jej słowa inaczej — albo czuła się urażona, albo próbowała jej zaimponować, albo po prostu robiła to, czego chciała. Borowik natomiast zdawał się przyjmować wszystko dokładnie takim, jakie było. Albo raczej… takim, jakim wydawało mu się, że było.
To było… dziwne.
Dobra, może nie wiedziała wiele o świecie, lecz jednego była pewna — jej podniebienie z całą pewnością nie jest gotowe na TAKI posiłek od TAKIEGO dziwoląga.
Łza zamrugała powoli, po czym natychmiast przybrała na pyszczek swój najładniejszy, najbardziej promienny uśmiech — ten sam, którym zwykle rozbrajała Purchawkę, gdy chciała dostać większą porcję świeżego mchu albo wymigać się od reprymendy.
— Oh, Borowiku… — zamruczała słodko, przeciągając jego imię niczym coś wyjątkowo uroczego. — To naprawdę bardzo hojny prezent.
Pochyliła się lekko nad wróblem, choć wciąż starała się go nie dotykać bardziej, niż było to absolutnie konieczne. Zapach świeżej zdobyczy mieszał się z wonią śliny ucznia, co sprawiało, że jej wąsy drgały z rosnącym dyskomfortem.
Ale przecież nie mogła tego okazać.
Nie po tym, jak ją pochwalił.
— I masz rację — dodała po chwili z poważnym skinieniem głowy, jakby właśnie omawiali coś niezwykle istotnego. — Jestem malutka. W sensie… nie tak malutka jak inne kociaki, oczywiście. Purchawka mówiła, że jestem całkiem duża jak na swój wiek. Ale nadal potrzebuję jedzenia, żeby wyrosnąć na naprawdę wyjątkową kotkę.
Ostatnie słowa wypowiedziała z ogromnym przekonaniem.
Delikatnie przesunęła łapką po ziemi obok wróbelka, starając się wyglądać elegancko mimo wyraźnego obrzydzenia, które niemal przebijało się przez jej maskę uprzejmości.
— Chociaż… — zaczęła ostrożnie, unosząc spojrzenie na Borowika — może najpierw ty powinieneś zjeść trochę więcej? Jesteś strasznie duży. Duże koty chyba potrzebują jeszcze więcej jedzenia niż małe kociaki.
W jej głosie pobrzmiewała słodycz, lecz pod nią kryło się coś jeszcze — subtelna próba odsunięcia od siebie śliną oblepionej zdobyczy bez urażania wojownika.


<Borowiku?>

Od Iskrzyka do Wrony

Słońce grzało świat, było nawet aż za ciepło. Całe szczęście, faktycznie, wiał wiatr, jednak ten był bardziej delikatną bryzą. Z niewyobrażalną ulgą, gdy patrzyło się na niebo, widać było, że ciemne chmury powoli wędrowały na niebie coraz bliżej obozu, było to... marnym pocieszeniem. W każdym razie Iskrzyk siedział dzisiejszego poranka spokojnie na drzewie. Słońce przedostające się przez liście grzało mu kremowe nieco ciemniejsze niż reszta ciała plecy. Jasne pazury miał mocno wbite w korę klonu. Kocur obserwował resztę obozu z wysoka. Był ciekawy, co robiła reszta kotów Owocowego Lasu, a tak miał świetny widok właśnie na to. Jednakże mimo tego, jeśli popatrzyło się na jego kremowy pyszczek, było widać obojętną minę. Kocur nudził się dziś niemiłosiernie. Także, gdy nagle myśl o porozmawianiu z kimś zawitała do jego głowy, chętnie powitał ją z otwartymi łapami. Wyprostował się więc powoli, próbując nie spaść z gałęzi i poszedł do miejsca, z którego wyrastała gałąź. Parę uderzeń serca potem i już był na ziemi. Rozejrzał się po obozie, zauważając młodego, a raczej młodą czarno białą koteczkę. Definitywnie wrona, patrząc na to, że miała oklapnięte uszy oraz inne cechy, których nie dzielił obecnie żaden inny uczeń. Postanowił więc podejść i przywitać się z nią:
— Witam, jak tam życie bywa? — zapytał Iskrzyk nadal naprawdę znudzony. Było to widoczne zarówno na jego pysku, jak i z głosu. O droga Wszechmatko! Ile by dał, żeby pójść teraz poza obóz...!

<Wronisławo?>

Od Cętkowanej Łapy CD. Księżycowej Łapy (Rozbitego Księżyca)

Czekał na znak Zalotnej Gwiazdy, żeby ruszyć. W międzyczasie siedział obok Seradelowej Łapy i jak zwykle obgadywał inne koty. Było to jego pierwsze zgromadzenie, słyszał, że będą na nim wszystkie klany, ci innowiercy. Musiał ich jakoś znieść dla dobrego prezentowania się.
— Jak dobrze, że Garbata Łapa nie idzie, nie ma czym się specjalnie chwalić w jego przypadku. Taki jest szpetny, że wygląda jakby Wrotyczowa Szrama rodziła go na środku drogi grzmotu — zapomniał przez chwilę, że był jej bratem, ale Seradela najwidoczniej nie przejęła się tym.
— Szkoda, że jeszcze Zalotna Gwiazda wzięła Białą Łapę, wygląda, jakby nie tylko miała pogryźć Wilgową Gorycz, ale i też resztę zgromadzenia. Oby nam nie przyniosła siary swoim roztargnieniem jak u wściekłego lisa — srebrna swobodnie gadała o młodszej uczennicy, która była na długość ogona od niej, ale ona nigdy raczej nie przejmowała się zbytnio innymi.

Zgromadzenie i rozmowa z Księżycową Łapą z perspektywy Cętkowanej Łapy

Będąc już na zgromadzeniu, oddzielił się od Seradelowej Łapy, by przyjrzeć się innym kotom, jedyne co i tak mógł to na nie patrzeć z dystansem. Wiedział, że z Gwiezdnymi móżdżkami nie może gadać, bo jeszcze będą mu świecić tą propagandą o Klanie Gwiazdy, jakby nie wiedzieli, że Mroczna Puszcza to lepsza alternatywa.
— Tęgosz! Więc zabrali cię na zgromadzenie. Cześć — przywitał się jakiś biały uczeń, szybko obrócił głowę, sądził przez chwilę, że to jakiś kot z innego klanu, ale przypomniał sobie, że był z jego klanu jednak ten bieluch. — Mogę Ci tak mówić, prawda? Hmm... Księżycek! Księżycowa Łapa! — przedstawił się nawet, obsypał go radością, jako że był synem Jaskółczego Ziela, szanowanej wojowniczki w obrębie jego rodziny to mógł z nim gadać.
— Nie mam problemu do tego, Księżycowa Łapo. Jakoś dużo tu tych lisich łajn co mają ego wyżej niż zad. Dobrze, że u nas takie coś się nie rozprzestrzeniło — spojrzał na koty wokół spojrzeniem bez emocji, a następnie zlustrował wzrokiem Księżyca. Był Wilczakiem, więc mogli się ponabijać razem z gwiezdnych wyznawców.
Bieluch zmarszczył brwi na to, co powiedział przed chwilą rudy uczeń, czy coś wpadło mu do oka?
— Jak ty się wyrażasz na temat innych. Strasznie niemiło! — miauknął Księżycowa Łapa. — I po co te wulgaryzmy jeszcze? — zapytał, liżąc się po łapce, unikając kontaktu wzrokowego z nim, przez to, co Tęgosz odebrał, jako ignorancję. — Możesz nie lubić innych, ale trochę szacunku... Lisie łajna? — klanowicz skrzywił pyszczek. — Sam się zachowujesz w... ten sposób — on sam się zachowuje w ten sposób? Czyli jak? Bo zachowywał się w tej chwili wzorowo i nie robił problemu, wyrażając własne zdanie na temat innowierców. Koty, które nie wierzyły w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd były słabe i zepsute, to miał prawo po nich jechać, jak chciał.
Czy on więc zasugerował, że głupsze koty od nich samych ma szanować? Chyba Księżycowa Łapa nie będzie jego znajomym w przyszłości.
— I co z tego? Co mnie oni obchodzą? Chyba twój klan powinien bardziej cię interesować niż obce koty z innego klanu — musiał w przyszłości powiedzieć zaufanym dorosłym, że z Księżycem jest coś nie halo. — A ty myślisz, że mamy wszyscy się kochać. Jedyny klan, który możemy szanować na ten moment to Klan Nocy, mamy z nimi sojusz, więc to jest uzasadnione. Reszta jest dla nas neutralna, Księżycu, uwierz mi, że po zgromadzeniu nikt nie będzie pozytywnie o nas myślał. To nie jest rzeczywistość, gdzie wszyscy się kochamy i trzymamy się za łapki jak w żłobku! To twarde pilnowanie swoich spraw i żeby nasze klany nie były słabe. Zwłaszcza naszego. — Zlustrował go jeszcze wzrokiem. — Jako kot który wyznaje naszych walecznych przodków, to powinieneś to wiedzieć, nie sądzisz? — no chyba powinien, był od niego starszy, a gadał jak jakiś kociak, co dopiero urwał się ze żłobka, lub jak jakiś kot co żył długo pod kamieniem.
— Powinni mnie obchodzić wszyscy. Jeśli masz do tego jakiś problem, to tego nie komentuj! — oburzył się w końcu po jego wywodzie Księżycowa Łapa. — Żaden z klanów nie jest słaby! — miauknął, nie wyglądając przekonująco dla Cętkowanej Łapy, po co więc gadał takie farmazony, skoro sam nie był pewny, co mówił? Doszedł do wniosku, że chyba Księżyc na serio to zagubiony kot w czasoprzestrzeni.
— Powinni cię obchodzić? Czy zatem możesz się nazywać lojalnym wobec naszego klanu, skoro cię obchodzą wszyscy? Kiedyś będziesz musiał wybrać między swoim klanem a tymi "wszystkimi". Nie mówiąc już, że nie ma wiecznie pokoju. Kiedyś możemy wpaść w konflikt z nieprzyjaciółmi i wtedy będziesz musiał pomyśleć drugi raz nad tym, co powiedziałeś i przemyśleć czy na pewno będzie warto przejmować się tymi kotami, co nie trzeba. Kot, który chce stawać za każdym, prędzej czy później traci równowagę i upada z niczym, bo najbardziej stabilnie stoi się na czterech łapach, a nie po jednej łapie na każdej z klanów, nie mówiąc już o Owocowym Lesie i samotnikach, którzy ciebie też jakoś obchodzą! — spojrzał na niego z pogardą, czy takie słowa mogły padać od kota, który dłużej trenował od niego, który w teorii powinien być bardziej doświadczony życiowo i pod względem wiary?
— Jestem lojalny, ale jaki sens ma obrażanie innych bez powodu? — zapytał biały Wilczacki uczeń. — Niektórzy na to akurat może zasługują... — mruknął cichutko Księżyc, ciekawe tylko o kim teraz myślał, to mówiąc? — Ale chodzi o to, że nie można wszystkimi gardzić, jeśli nic ci nie zrobili. Możesz nazywać ich, jak chcesz, ale dopiero, gdy będziesz wiedzieć, że zabrali ci zwierzynę czy kogoś zaatakowali. No i oczywiście było to po twoich narodzinach — prychnął biały, Cętek chciał dodać, że gdy była pradawna wojna Klanu Wilka z Klanem Klifu, to on też pewnie się nie urodził wtedy, ale powstrzymał się. — Nie nazywaj mnie nielojalnym. Po prostu powinno się mieć szacunek do innych. I to wszystko — Cętkowana Łapa już się męczył powoli długą rozmową z kimś tak tępym.
— Mam solidne powody, a najlepiej powinieneś sam wiedzieć, czemu tak ich traktuje, a nie inaczej. To matka Ci nie mówiła lub ktoś inny? — czy on mógł zamknąć tę swoją jadaczkę? Rzygać mu się chciało od tego ścieku głupoty. Spojrzał jeszcze na białą zołzę, która biła się z jakimś uczniem z Klanu klifu, chyba ją Księżyc miał na myśli, mówiąc, że niektórzy na to zasługują, jednak po swoim zamyśleniu wrócił do rozmowy. — Mój drogi Księżycu, ty chyba czegoś nie rozumiesz. Szacunek, który musisz okazywać, należy się jedynie wyższym rangom w twoim klanie, jak i jemu samemu za to, że w nim żyjesz, nie jakimś losowym kotom, które zapewne, mają cię gdzieś, bo jesteś z innego klanu. Takie podejście do innych jest zgubne, ktoś mógłby cię wykorzystać do niewłaściwych celów za twoją naiwność bardziej poszerzoną niż ten tłum na tym zgromadzeniu, a chyba byś tego nie chciał, co nie? — spojrzał na niego, muskając go ogonem po policzku. Chcąc go zmanipulować, żeby zmienił swój światopogląd, żeby uratować nie tylko Księżyca, ale i Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd od utraty potencjalnego wyznawcy. — Oczywiście nie mówię tego jako obrazę, żebyś nie brał tego dosłownie. Jesteśmy klanowiczami z jednego klanu i nie chcę, by kiedyś stało się tobie lub innym coś poważnego przez poglądy, które cię tylko krzywdzą, czynią cię słabym. Mówię to jako dobry kolega, który chce, żebyś był kimś silnym i docenionym w klanie, bo na razie niestety o tobie źle mówią w naszym klanie. Wierz mi, nie chcę więcej słyszeć o tym, jak nieprzyjemnie gdzieś szepczą w kącie na twój temat — kłamał, Księżycowa Łapa go nie obchodził, tak naprawdę chciał mieć pewność, że nie będzie dalszym pośmiewiskiem klanowym. Przynajmniej może Księżyc, jeśli się skusi zmienić swój pogląd, to będzie mu wdzięczny, że klan go w końcu będzie lubić. Oczywiście Księżycowa Łapa, zamiast być wdzięczny, za jego troskę to prychnął cicho jak obrażona kotka.
— Mówiła. Borsucza Puszcza również. Chociaż wtedy nie słuchałem — odparł Księżyc, krzywiąc pyszczek. Szkoda, że Księżycowa Łapa jej nie słuchał, może wtedy nie byłby chodzącym żartem. — Nie jestem naiwny... — Księżycowa Łapa nadal desperacko próbował być przekonujący, ale Cętkowana Łapa widział jak poglądy białego kocura są kruche. — Nie chciałbym — odparł po chwili jego rozmówca, odsuwając się od niego. — Chyba nie powinno cię obchodzić to, co o mnie mówią. To raczej moja sprawa. Może wolałbym być silnym wojownikiem, ale mogę najwyżej... znosić tę obrazę — znosić? Dla niego te jego znoszenie tego wyglądało jak ignorancja własnego położenia społecznego, które u Księżyca i tak było kiepskie. Jeśli Księżyc się nie weźmie w garść, to będzie nadal popychadłem, które będzie siebie pytać, czemu nikogo nie ma. Takie podejście było denerwujące, nie chciał zupełnie nic zmienić i się dziwił, że nikt go nie brał na poważnie.
— Możesz ją nosić, to nie trudne, ale co z nią zrobisz? Niestety nad twoją rodziną wisi złe widmo, nie mówiąc o tym, że twoja ciocia, Iskrząca Nadzieja, miała w przeszłości partnera i syna, ale oni uciekli i są znienawidzonymi zdrajcami. Zdradzę ci coś, moja babcia nienawidzi zdrajców lub kotów z nimi związanych — uśmiechnął się w grymasie, widząc, że Księżycowa Łapa odchodzi, to rudzielec się przybliżał. — Jako, jednak że jestem twoim dobrym współklanowiczem, to powiem ci jak się tego wyzbyć. Wystarczy, że musisz ciężko pracować dla klanu i naszych mrocznych przodków, a wtedy Zalotna Gwiazda, a z nią cały klan będzie uważał cię za przyszłego dobrego wojownika tego klanu — nie pozwoliłby sobie, by jakaś słaba jednostka niszczyła klan, już byli tacy w przeszłości. Więc następnych anomalii nie powinno być. On naprawi Księżyca, Ognikowa Słota mówiła, żeby każdym kosztem nawracać takich, a on to zrobi za wszelką cenę. — Co ty na to, żeby w przyszłości spotkać się na jakimś grupowym treningu? Ja ty i Seradelkowa Łapa z naszymi mentorami. Myślę, że Zalotna Gwiazda nam pozwoli na to! Powinniśmy w grupie stawać się silniejsi, zwłaszcza ty u mojego boku, nie zamierzam sobie wyobrażać, że mój kolega ma być samotny z powodu wrednych kotów — oczywiście raczej nikt nie był dla niego wredny, chciał dać fałszywe poczucie Księżycowi, że tylko on go rozumie.
— Co ma moja rodzina do tego, jaki jest... — zaczął bieluch, ale nagle ucichł. — Nie jestem zdrajcą. Nienawidzę ich. A moje powiązania z nimi nic nie znaczą — odparł dalej cicho, niezbyt pewnie. — Ciocia Iskierka również nic nie zawiniła — miauknął. Ciocia Iskierka? Czy on śmiał kotkę, która związała się ze zdrajcą nazywać ciocią? Co za żenada, na szczęście Księżycowa Łapa przestał się cofać i bardziej zaczął rozważać jego słowa. — Czyli... Mam się starać. Bardziej się starać? — zapytał niepewnie biały uczeń, odwracając swój wzrok w stronę rudego. — Ja... Ja bardzo chętnie! — uśmiechając się, ale zaraz spoważniał. Czuł tryumf nad białym i nędznym kocurem, który okazywał tylko słabość.
— W końcu miło słyszeć, że w czymś się zgadzamy! — ciepłe słowa wydobyły się z jego pyska, będąc dla ucha, kojące. Będzie pewny, że indoktrynacja Księżycowej Łapy będzie prosta jak złapanie ptaka ze złamanymi skrzydłami.
— Wiedziałem, że można na ciebie liczyć, oby nienawiść do tych, co skrzywdzili twoją rodzinę została jak najdłużej. Żebyś mógł pokazać innym, że się mylą i może mnie, Księżycu? — było to pytanie retoryczne na końcu, jeśli chodziło o jego osobę, bo raczej Księżyc nie może się przed nim bardziej zniżyć. Równałoby się, z tym że może by miał w przyszłości tak bardzo przerąbane, jak Biała Łapa teraz. Księżycowa Łapa na jego słowa tylko przewrócił oczami, czy znowu miał wszystko gdzieś co do niego mówił?
— Wydaje mi się, że trochę za dużo sobie pozwalasz. Mogę być "lepszy", ale nie do końca obchodzi mnie opinia innych. Raczej... Brakuje mi innych. Błędne koło — Księżycowa Łapa po tym milczał przez chwilę, myśląc nad czymś. — Czy Seradelowa Łapa nie będzie miała nic przeciwko mojemu towarzystwu? Wydajecie się bliscy sobie — zapytał biały uczeń, będąc zapewne ciekawy ich relacji. Pierwsze Cętkowana Łapa usłyszał od niego, że pierwsze go nie obchodzi opinia innych, po czym następnie, że mu ich brakuje, czyżby hipokryzja? Księżyc gubił się w swojej narracji, zgrywając samotnika, ale nie ucieknie od swojego klanu i osądu innych.
— To nie błędne koło, jeśli ci brakuje innych, to stając się kimś silniejszym i bardziej pracowitych uzyskasz więcej kotów jako towarzyszy. Tak to działa w naszym klanie, wolimy towarzystwo tych, którzy pracują ciężkim kosztem na nasz klan, takie jednostki przyciągają nas. Nie ci, co są słabi i którzy nas hańbią, takim przykładem jest Biała Łapa, która nie umie się zachować aktualnie na zgromadzeniu — biały kocur musnął go w pysk jednym z jego pędzelków, ale on uśmiechnął się bardziej.
— Seradelkowa Łapa chętnie przyjmie twoje towarzystwo. Co do naszej bliskości to gadamy ze sobą, bo zwykle mamy razem treningi za sprawą mojej babci, także rozmawiamy w tematach związanych z naszym szkoleniem i tym, co będziemy robić w następnych treningach. To nic personalnego, bardziej coś służbowego — mówił tu szczerze, na razie oprócz wspólnego celu stawania się silnym nie mieli jakoś bliskiej relacji, była ona na razie taka neutralna, ale nie zła. Bardziej z goryczką zazdrości i jego pamiętliwości jak kotka go pokonała w pierwszej walce.
— Biała Łapa nie wygląda mi na słabą! — wykrzyknął Księżyc, próbując bronić jej, ale ona aktualnie blisko nich biła się z uczniem Klanu Klifu, nie pokazując ani trochę klasy. — Ale za to na... niezbyt inteligentną — biały kocur powiedział coś odmiennego, myślał, że będzie walił referat, jak on nie ma prawa nikogo obrażać znowu, aż się zdziwił. — Chyba wychodzi na jedno i to samo — podsumował bieluch, przyglądając się własnym łapom. — Rozumiem. Wyglądacie raczej na przyjaciół, ale co ja tam wiem — cętkowany kocur rozejrzał się po zebranych, zwłaszcza Białej Łapie, która siedziała obok Nadciągającego Pomroku, a następnie kontynuował rozmowę. — Miałem bardziej na myśli, że nas hańbi, bo dosłownie zaatakowała jakiegoś ucznia, przez to pokazała nas jako dzikusów. To, co jednak mówisz o niej, też jest trafne — cieszył się, że zaczął jakoś wpływać na jego rozumowanie, które było zepsute.
— Jak chcesz, mogę cię z nią zapoznać, może jest wredna z charakteru czasem, ale to jej charakter. Tak rozmawiając o naszych wielkich przodkach i o byciu ambitnym wojownikiem to może się tobą zainteresuje — Księżycowa Łapa, słysząc jego propozycje, to pokiwał głową ochoczo rozweselony.
— Chętnie ją poznam! Lubię poznawać nowe koty! — powiedział rozmówca rudego. — I ciebie bliżej także. Najchętniej poznałabym każdego ucznia i wojownika w swoim wieku w Klanie Wilka... Tylko że za mną nie przepadają — nie przepadają, bo był tępy szczerze, ale rudzielec chciał to zmienić.
— Nie martw się, dla mnie jesteś kimś równym, z kim mogę rozmawiać — starał się pompować w swojej ofierze sztuczną nadzieję, by nie wydawać się zbyt oschłym. Na chwilę przestał gadać z białasem, słuchając swojej babci na skale. Nie chciał słuchać farmazonów na początku, tylko bardziej się skupił na końcu, czyli na nowych mianowanych uczniach a na wzmiance o Białej Łapie, że nie pocieszy się długo swoją rangą, poczuł satysfakcję z tego, jaką karę dostała Biała Łapa. — Widzisz, nawet Zalotna Gwiazda nie postrzega tego liliowo białego bachora pozytywnie — jego oczy się rozbłysły złośliwymi iskrami. Księżycowa Łapa po przemówieniu Zalotnej Gwiazdy obrócił do niego głowę.
— Zdziwiłbym się, gdyby postrzegała go pozytywnie — parsknął z uśmiechem na pysku. Cętkowana Łapa musiał przyznać, że akurat mu się to udało z tą gadką, gdyby Księżycowa Łapa byłby taki jak typowy Wilczak, to może by się dało z nim normalnie gadać. Jako że Zalotna Gwiazda była już ostatnim przywódcą, który przemawiał na skale liderów, to po jakimś czasie klany zbierały się do domu. Księżycowa Łapa odszedł od niego, a on obojętnie szedł z Seradelową Łapą z powrotem do obozu.

***

— Chcesz, żeby ten odklejeniec z nami trenował? Czy ten samotnik co cię zaatakował, zabrał ci połowę rozumu?! — Seradelowa Łapa syknęła w jego stronę, gdy się dowiedziała, że chciał zaangażować Księżycową Łapę na jeden trening z nimi.
— Nie brzmi to mądrze, ale jest z nim coś nie tak. Zalotna Gwiazda powinna to zobaczyć podczas treningu, nie mieści mi się w głowie, że jakiś mazgaj będzie nas uniżać do poziomu reszty klanów, że mamy lubić ich wszystkich! Jakby wcale Klan Klifu kiedyś nas nie zaatakował, z tego, co słyszałem jako kocię — tłumem wracali do Klanu Wilka ze zgromadzenia, na szczęście Księżycowa Łapa wydawał się daleko od nich i nie słyszał, jak go obgadują.
— Mam nadzieję, że będzie z nami trenował bardzo krótko lub w ogóle, Zalotna Gwiazda nie zgodzi się na twój pomysł! On nie jest nawet godny obok mnie stawać, nie wiem, jak można puścić uszami naukę o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd. Trzeba być chyba niezłą amebą — słysząc jej marudzenie, odechciewało mu się momentami realizować ten plan, ale jego babcia musi widzieć z bliska jak ta ciota dosłownie, przynosi wstyd klanowi i przodkom. Może jak go skarci, to się wyprostuje jakoś moralnie, on raczej nie był Garbatą Łapą, żeby się nie dało.

***

Stali już w komplecie przy wyjściu z obozu, trochę szkoda, że musieli długo czekać aż "królewicz" z łaski swojej się przebudzi. Im dłużej się nie budził, tym częściej Seradelowa Łapa przewracała oczami, a nawet mentorka białasa była lekko zawstydzona przed przywódczynią, że jej uczeń nie umie się wcześniej wybudzić, to musiała wysłać Cętkowaną Łapę po niego.
— Skoro to już wszyscy, to możemy ruszyć — przywódczyni dała znak, a koty wyszły z obozu, wkraczając w iglasty las.

***

Księżycowa Łapa przez całą drogę wydawał się kłębkiem energii i jeszcze był taki radosny, jakby nie doszło do ich sprzeczki. Czy biały kocur miał zawsze taki zaciesz na pysku? Zatrzymali się przy jakiejś wielkiej dziurze w ziemi, czy będą polować na krety? Ten ziemny korytarz wyglądał na dosyć głęboki i stromy. Jedno zawahanie i mogliby skończyć niekorzystnie...
— Skoro mamy trening grupowy, to pomyślałyśmy nad tym, że powinniście poćwiczyć przemieszczanie się w tunelach. Raczej nie jesteśmy Burzakami, by z nich skorzystać na co dzień, ale gdyby nam kiedyś było dane walczyć z nimi, to wtedy nie powinniście być zaskoczeni, jak was wciągną pod ziemię — Burzaki wciągały pod ziemię koty? Nie sądził, że ich sąsiedzi zdążyli już całkowicie uosobić się z królikami. Zalotna Gwiazda skończyła mówić, następnie zabrała głos Kocimiętkowy Wir.
— Ten tunel jest długi, więc zajmie wam dużo czasu, ale nie martwcie się. Ten akurat nie ma żadnych innych korytarzy, więc wystarczy, że pójdziecie prosto, a wyjdziecie. Macie jakieś obawy? — ruda mistrzyni spojrzała na swego białego ucznia, jego wyraz, gdy jego własna mentorka go zapytała, zmienił się na jeszcze bardziej radosny, jak u kilkuksiężycowego kociaka.
— Nie mam żadnych! — odparł Księżyc, z wielkim entuzjazmem, który mógł usłyszeć cały las. Kocimiętka jeszcze spojrzała na Tęgosza i Seradelę, obaj zgodnie kiwnęli głową, że nie mają żadnych obaw co do tuneli.
— To właśnie to, co powinniście powiedzieć jako uczniowie Klanu Wilka, w tym klanie nie ma miejsce na strach! Także widzimy się przy okolicach wyjścia z tunelu — Zalotna Gwiazda podsumowała, po czym zabrała ze sobą dwie wojowniczki. Gdy trzej uczniowie zostali sami, to Cętkowana wymienił spojrzenie z Seradelową Łapą, kto idzie pierwszy. Sam chciał prowadzić ich małą grupę, ale kotka się wepchnęła pierwsza bez żadnego słowa. Cętek zobaczył to i szybko poszedł za nią, nie zamierzał iść trzeci za obrazą klanową, jaką był Księżycowa Łapa, nie chciał wyjść gorzej. Rudzielec wokół siebie widział tylko ciemność, z tyłu nikt nie szedł, więc miał na szczęście dużo miejsca, czyżby Księżycowa Łapa się zląkł? Poczuł, że coś nadepnęło mu na ogon. Był to chyba biały uczeń. No cóż, musieli siebie znieść podczas tułaczki przez tunel.

***

Nie było żadnego światła, które umożliwiło im widzenie przez długą dziurę w ziemi, Cętek był tylko zdany na Seradelową Łapę, która prowadziła pierwsza. Dobrze, że wchodząc głębiej, tunel jakby stał się szerszy, bo na początku było tak ciasno, że myślał, że się udusi. Że jeszcze było szeroko, to jeszcze było bardziej słychać ich tuptanie łap. Cętkowana Łapa słyszał kroki Seradeli i z tyłu Księżycowej Łapy, spojrzał oczywiście na tył, by się upewnić czy białas jeszcze żył, patrząc na kocura z tyłu, widział tylko zgarbioną sylwetkę, kota, który wstał lewą łapą, gdy go budził.
— Coś ty taki mało energiczny, Księżyc? Mówiłeś, że chcesz towarzystwo, to masz! Powinieneś się cieszyć, że spędzasz ze mną czas i Seradelkową Łapą — jego rozmówca wyglądał, jakby nie słuchał, jedyne czym poruszył to jednym uchem, następnie zmrużył niebieskie oczy.
— To mnie nie budź. Trzeba było wysłać po mnie panią Wirek — burknął. — Zaraz mi przej... — ziewnął bieluch. — Nie mogłem spać w nocy, wybacz — miauknął, przecierając co jakiś czas niebieskie ślepia. Może rzeczywiście kocurek był taki sobie, bo się nie wyspał? Już rudy miał nadzieję, że wybudził w nim ducha Mrocznej Puszczy.
— Niestety Kocimiętkowy Wir kazała mi iść po ciebie i jakoś tak wyszło — poprawił jedno z futer policzkowych, trochę niezbyt się elegancko układało, od kiedy miał widoczną bliznę, którą sprawiła    mu Tropiąca Łaska.
— Też bym nie spał z wiedzą, że moje pierwsze zgromadzenie i wrażenie zostały zepsute przez Białą Łapę. Teraz nasi sąsiedzi pewnie o nas źle myślą, a nie mogą myśleć, że nie mamy kultury. Ja akurat nie wiem, jak ona wpadła na taki genialny pomysł, żeby się bić z jakimś uczniem z innego klanu na zgromadzeniu! Jak tak bardzo chciała, to miała tyle czasu, by robić z kimś zapasy na granicy, gdzie by nikt nie widział, a tak każdy widział! Mam nadzieję, że dostanie nauczkę, bo zachowuje się jak roztargniony kociak! — ta Biała Łapa, następna do wyprostowania, choć już nie wiedział, czy trudniej nawrócić przygłupa, czy dzikuskę. Księżycowa Łapa kiwnął tylko mu głową, niezbyt zadowolony. Słysząc jego następne słowa, zastrzygł uchem, sprawiając, że zgięło się lekko pod ciężarem pędzelka.
— Akurat to było moje... — zaczął biały, przez chwilę się namyślając. — Trzecie zgromadzenie? — mruknął ze zmrużonymi oczami kocur, jakby chciał się upewnić czy rzeczywiście dobrze liczył. — Takie sytuacje się zdarzają. Raz na zgromadzenie dołączyły kociaki z Klanu Burzy. To się zdarza, jeszcze się uczą nawet posiadania mózgów — zaśmiał się ciepło, bieluch. — Będzie można ich oceniać, dopiero gdy wyrosną na okropnych wojowników. Teraz lepiej sobie odpuścić! — biały uczeń uśmiechnął się. Cętkowana Łapa mógłby uznać ten uśmiech za głupkowaty, jak za każdym razem, gdy próbował mu wmawiać, jak bardzo powinien tolerować wszystko, co żywe. Jednak coś zauważył intrygującego w tym wyrazie jego pyska, jednak rudzielec nie umiał pojąć tego, co niby miałoby to być, wiedział, tylko że to uczucie dawało mu spokój. Chociaż może miał tylko takie wrażenie, bo byli teraz w tunelu gdzie dostęp do powietrza był ograniczony, co nie pozwalało rudzielcowi dobrze myśleć.
— W sumie nie mogę tego powiedzieć, że nie masz racji, nie będę jej na razie oczerniał, skoro będzie od tego Zalotna Gwiazda — zadaniem jego babci było wymierzenie Białej Łapie stosownej kary. Jak uczennica ją dostanie, to wtedy będzie mógł się nad nią pastwić. Na wspomnieniu białego o tym, że raz na zgromadzenie wtargnął kociak, to poczuł rozbawienie. — Naprawdę? Wzięli kociaka na zgromadzenie? To nie żłobek od takich rzeczy, jak dobrze, że nam za czasów młodości nie rodziły się takie pomysły — gdyby on by przyszedł na zgromadzenie jako kociak, to by nie został zapewne uczniem, tylko musiałby czekać dużo księżyców, pomagając starszym, czyszcząc ich osiwiałe futro żółcią i czyszcząc zużyte posłania śmierdzące rozkładem. Okropieństwo!
Księżycowa Łapa kiwnął głową.
— Oczywiście. Mam nadzieję, że będzie przez kilka księżyców czyścić legowiska w żłobku, u starszych i w lecznicy. Resztę mógłbym nazwać nawet w miarę przyjemną w porównaniu do tamtych. Musi się nauczyć — podsumował, liżąc się po piersi. Słysząc zdziwienie rudzielca, pokiwał ochoczo głową. — Mhm! I mało tego. Podobno była to wojowniczka. Cała trójka dostała jakieś okropne imiona, ale ponoć to już przeszłość. Chociaż doceniam ich za odwagę — miauknął lekko rozczulony. — Słyszałem, że chcieli stworzyć nowe klany. Pewnie zabawnie się tego słuchało... Chociaż nie chciałbym być w skórze kota, który dał się im na to przekonać! — odparł.
— Przyjemną? Kara nie może być przyjemna. Ja bym jej jeszcze dowalił ograniczenie, że nie może wychodzić z obozu i jakieś wredne imię, może Wściekła Łapa? Albo Rozdrażniona Łapa, co myślisz? — jakieś okropne imię musiało być, najlepiej takie, które sprawiło, że byłaby pośmiewiskiem. Oczywiście wtedy nie mogłaby wejść z nim na zgromadzenie, właśnie! — I jeszcze może zakaz chodzenie na dwa najbliższe zgromadzenia klanów — pomyśleć, że takie pomysły mu przychodzą, jak obgaduje innych za plecami. Taką Białą Łapę lub w tym momencie tych niecnych Burzaków. — Ja też nie! Cztery klany zupełnie nam wystarczą, nie wyobrażam sobie mieć kolejnych irytujących sąsiadów — wizja tego, że miałby powstać następny klan, nie była dla niego zadowalająca. Zapewne ten klan i tak by szybko upadł, patrząc na to, że jakaś zgraja głupich Burzaków miała go tworzyć.
— Właśnie, kiedy będziesz mianowany? Taki wiek, w którym jesteś, ponoć jest najlepszy, bo później mając tak dwadzieścia pięć księżyców lub więcej to można wylecieć. Choćby ten Gruba Łapa, dla mnie to mógłby zostać wykopany już z klanu. Widać u niego szczyt lenistwa i jeszcze ta masa! Wojownicy będą musieli go toczyć, żeby się go pozbyć! — no ten rudy grubas nie był przydatny dla klanu, takiego kota pewnie nawet nie dało się trenować. Zapewne swymi ciężkimi krokami od razu odstraszał zwierzynę, a wspinając się na drzewo, od razu spadał jak ulany żołądź lub samo drzewo pod nim skrzypiało.
Księżyc prychnął cicho.
— Mówiłem tylko na temat własnych doświadczeń, po wielu dniach męczących treningów z walki czasem przyjemnie było wymieniać legowiska — mruknął biały, posyłając kocurowi przyjazny uśmieszek. Cętkowana Łapa nie widział raczej przyjemności w składaniu legowisk, to raczej zajęcie dla mięczaków. — Wściekła Łapa? Brzmi interesująco — zaśmiał się bieluch.
Wysłuchał jego opinii na temat zgromadzeń i zamyślił się przez krótką chwilę.
— To na pewno, większość karanych uczniów nie chodzi na zgromadzenia — odparł Księżycowa Łapa. Jakoś przyjemnie im zlatywał ten czas w tunelach, można powiedzieć, że nie odczuwali, ile go ubyło.
— Ej gaduły! Widać już wyjście, więc może zwiększycie swoje tempo? — Seradelowa Łapa posłała im spojrzenie, następnie odwróciła się i poszła szybciej, aż w końcu im zniknęła z pola widzenia. Wtedy Cętkowana też to zauważył, źródło światła.
— Księżyc, chodź! Nie możemy być gorsi od Seradelki! — rudzielec rzucił się do biegu, a za sobą czuł, że depcze mu po łapach Księżyc.
Wszyscy uczniowie już byli na powierzchni, a ich mentorki trzymały piszczki w pyskach.
— Czekaliśmy na was, już zdążyliśmy coś upolować w międzyczasie, gdy wy przemieszczaliście się tunelami. Skoro jesteście jednak cali, to wasz trening uznaje za zaliczony, wracamy do obozu — odparła Zalotna Gwiazda, na chwilę upuszczając swoją zwierzynę, po czym znowu ją podniosła. Mistrzynie szły ze zdobyczami, a uczniowie szli z polepszoną wiedzą o tunelach. Cętkowanej Łapie się podobał ten trening, był taki jeden ze spokojniejszych, właściwie to tylko w grupie miał wrażenie, że nie miał takiego wycisku jak w samotności z Tropiącą Łaską.
— Jak ci się podobał trening, Księżycowa Łapo? Może będziemy częściej trenować, żebyś był lepszy, co ty na to? — obrócił się w stronę syna Jaskółczego Ziela, na razie zapowiadało się dobrze, jeśli chodzi o jego indoktrynacje, oby dalej nie było gorzej i żeby Księżyc mu się nie buntował.

<Księżycowa Łapo?>
[4309 słów + Nawigacja w tunelach]

Od Księżycowej Łapy (Rozbitego Księżyca)

Jakiś czas przed mianowaniem na ucznia

Księżycek leżał spokojnie wtulony w matkę z przymkniętymi senni oczyma. Żłobek spowijał spokój. Pozostałe kocięta spały i zapowiadało się, że biały kocurek również zasypiał. Nie był jednak w stanie, słysząc niespokojne bicie serca swojej matki. Przed kilkunastoma odbiciami serca wróciła do żłobka. Białofutry natychmiast przylepił się do matki, patrząc na nią zmartwionymi oczkami. Widząc wzrok matki, będący pełen złości i zawodu, zaskomlał cicho.
— Mamusiu? Co się stało? To moja wina? — zapytał, liżąc mamę troskliwie drobnym języczkiem w poliku. — Nie denerwuj się — miauknął i połaskotał Jaskółkę pędzelkiem w policzek.
— Nie… Jest dobrze — odmruknęła tylko i uśmiechnęła się zmęczona. — Zaraz przyjdzie do nas babcia, dobrze? — miauknęła, poprawiając futerko kocięcia.
— Babcia Puszcza! — zawołał radośnie, a jego duże, niebieskie oczka zaświeciły oczka.
Księżycek uwielbiał babcię Borsuk. Była taka poważna i dumna, a biały z całą pewnością uwielbiał jej słuchać, chociaż niezbyt wiele z jej opowieści zostawało faktycznie w jego głowie. Z reguły tylko słuchał, radośnie tuptając łapkami, a faktyczna wiedza przemykała gdzieś bokiem. Tym razem najwyraźniej miało być tak samo, jednak zmartwiony wzrok matki mówił maluchowi, że tym razem powinien słuchać. Faktycznie słuchać. A co więcej, przynajmniej udawać, że rozumiał. Gdy przyszła starsza kotka, usiadł w pobliżu mamy i spojrzał bokiem na Kryształkę i Kukułkę. Obie kotki spały głęboko, cicho pochrapując. Zamrugał oczami i uśmiechnął się ciepło w stronę Borsuczej Puszczy.
— Dzień dobry babciu! — miauknął radośnie, podchodząc do kotki, aby przywitać się z nią przytulasem.
Starsza, jak zwykle nie odwzajemniła gestu, położyła jedynie łapę na głowie młodszego i czekała aż odsunie się sam. Długofutry nie za bardzo wiedział, dlaczego to robiła i nie chciała go przytulić, mimo to nigdy się nie poddawał. Usłyszał opowieści. Babcia opowiadała mu ściszonym głosem i świetności naszych przodków będących w Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd. Księżycek, choć zafascynowany tą opowieścią nie wydawał się zbyt wiele zrozumieć. Kiwał tylko posłusznie główką, udając, że docierały do niego słowa Borsuk.

Dzień przed mianowaniem na wojownika

Przez ostatnie kilka dni trening Księżycowej Łapy wydawał się bardziej intensywny niż zwykle. Kocimiętkowy Wir bez przerwy wyciągała swojego ucznia poza obóz, aby ćwiczyć nowe ruchy, dzięki którym ponoć miał umieć swobodnie pokonać swojego przeciwnika. I choć ćwiczył on głównie z Garbatą Łapą, nie mógł zarzucić swojej mentorce braku wiedzy. W rzeczywistości pomimo tak beznadziejnego oponenta pokazywały się jakieś efekty tych walk. To właśnie według nich, a także wytężenia jego mięśni w ciągu ostatnich kilku dni, Księżycowa Łapa stwierdził, że musiał nadchodzić czas jego mianowania. To był także moment, w którym wziął sobie do serca słowa wszystkich jego bliskich i postanowił przebrnąć przez ten czas aż do swojego mianownika na wojownika. Wydawało się mu, że wymagano od niego więcej niż przeciętnego ucznia. Może było to jednak tylko przez fakt, że był słaby, a jego trening istnie mizerny? Uczniowi pozostawało tylko zgadywać odpowiedź na to pytanie. Bez przerwy próbował zrozumieć to, co wszyscy chcieli mu przekazać. Słyszał wiele plotek na swój temat, a także na temat Jaskółczego Ziela. Słyszał, że miał być doskonałym, przydatnym potomkiem, który będzie niczym dar zesłany od Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. Kocur nie był w stanie nawet nazwać innej wiary niż ta, o której opowiadała mu babunia, gdy jeszcze był małym kocięciem. Nie słyszał nawet nigdy o Klanie Gwiazdy, chyba że od innych pobratymców. Dla Księżycowej Łapy brzmiało to jednak nieco nieprawdziwie. Ostatecznie wiara została mu nadana i nie planował zmieniać swojego losu, bo ot, tak sobie to wymarzył. Poza tym ostatnimi czasy nie miał nawet czasu zbyt wiele myśleć nad takimi błahostkami jak Klan Gwiazdy. Myśli zaprzątały mu najczęściej treningi, czasem przeplatane z krótkimi rozmyślaniami na temat rozmów z innymi. Zastanawiało go przede wszystkim czy rzeczywiście był słaby. Czy ucznia, który przykładał się do swoich treningów, lecz nie osiągał w nich ogromnych sukcesów, można było nazwać beznadziejnym? Przez własny móżdżek nie był nawet w stanie porządnie sypiać w nocy. Poprzednia noc była szczególnie ciężka, gdyż na zewnątrz była burza, której kocur bał się, pomimo swojego wieku. Czy to również była oznaka słabości? Czy strach był zły? Nie był w stanie odpowiedzieć na wszystkie swoje pytania. Cieszył się, gdy pani Wirek pozwoliła mu na skończenie trochę szybciej. Dlatego słońce nie zdążyło jeszcze porządnie zejść z nieboskłonu, w Księżycek już dawno pochrapywał w swoim legowisku.

Aktualnie

Księżycową Łapę zżerał stres. Zdążył już wykopać niewielki dołek obok legowiska uczniów, a to wszystko przez to, że wstał odrobinę zbyt wcześnie na swoje mianowanie. Dlatego siedział zaraz obok tej dziury z nadzieją, że magicznie się w niej znajdzie, a która go zakopie. Ufał jednak, że może tam zostaną jego zmartwienia i całe nerwy. Nie udało się to, choć kopanie i umorusane białych łapek dały mu swego rodzaju poczucie zrelaksowania. Zrobił porządek dookoła siebie, a w końcu wymył dokładnie białe futerko. Gdy było wystarczająco czyste i niemal lśniące uznał, że był w pełni gotowy. Po chwili koty zaczęły wychodzić ze swoich legowisk, aby wspólnie spotkać się przy Miejscu Przemówień. Szylkretka wywołała z tłumu jakiegoś kota, a Księżycowa Łapa dosyć szybko rozpoznał w nim swoją byłą towarzyszkę. Pamiętał, ile czasu spędzał z cętkowaną jako kocię i że właściwie wychował się z nią i jej siostrą Kukułką. Musiał więc najpierw ochłodzić swoje emocje. Wiedział, że to nie było miejsce na litość czy pobłażania. Jeśliby nie wygrał, musiałby zmierzyć się z innym uczniem lub gorzej, z Kocimiętkowym Wirem. Nie sądził, aby kiedykolwiek dal sobie radę z pokonaniem Mistrzyni swojego klanu. Biały nie mógł jednak stwierdzić, że znajomość Kryształowej Łapy nie była mu przydatna. Znał kilka jej słabości i mógł zagrać odrobinę nieczysto, aby wygrać. Faktycznie wygrać, wygrać łatwiej. Niebieskookiego przeszły dreszcze z ekscytacji. Uśmiechnął się, a słysząc kolejne słowa Zalotnej Gwiazdy, zbliżył się do kotki, spodziewając się pierwszego ataku z jej strony. Gdy ta jednak nie zdecydowała się na cios, uśmiechnął się ni ciepło, ni to złośliwie. Zakasłał cicho i ujrzał panikę w oczach kotki. W jego ślepiach można było za to ujrzeć radosny błysk. Zaatakował kotkę i bez problemu ja pokonał. Próbowałam się bronić, lecz na marne. Plan kocura był wystarczająco dobry. Zalotna Gwiazda przyglądała się obydwóm, po chwili kiwając głową. Księżycek wypiął dumnie pierś i uśmiechnął się. Wcale nie był słaby.
— No dobrze, przejdźmy do mianowania — zaczęła po krótkiej ciszy szylkretka. — Ja, Zalotna Gwiazda, przywódczyni Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Księżycowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia? — wypowiedziała swoją regułkę, wpatrując się w oczy ucznia.
— Przysięgam — Księżycową Łapę niemal przeszły ciarki, jednak po zamknięciu na chwilę oczu, był już prawie całkowicie spokojny.
— Mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Księżycowa Łapo, od tej pory będziesz znany jako Rozbity Księżyc. Klan ceni twoją zwinność i umiejętności tropienia oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Wilka — mruknęła jeszcze, a po chwili wróciła do swojego legowiska.
Rozbity Księżyc słyszał za to jeszcze wiele wiwatów na swoją cześć, a także wiele gratulacji. Był to również moment, gdy rozmawiał z matką pierwszy raz od rozpoczęcia treningu na ucznia wojownika. Od kotki również dostał gratulacje, jednak musiał stwierdzić, że nic dla niego nie znaczyły. Pokiwał tylko głową i posłał kotce nieszczery uśmiech.
— Mogę być, kimkolwiek chcesz, ale po tym nie nazywaj się moją matką — burknął bardzo cicho, nie będąc nawet pewnym, czy kotka usłyszała jego słowa.

[1199 słów]

Od Iskrzyka do Mordoru

Słońce delikatnie grzało świat, oświetlając przy okazji swymi jasnymi promieniami świat. Wiatr poruszał gałęziami, a te kołysały się powoli jakby w jakimś tańcu. Szumiały przy tym delikatnie, nie wystarczająco jednak by zagłuszyć śpiew ptaków rozchodzący się po okolicy. Szum liści wydawał się za to wpasowywać w ptasie pieśni, tworząc coś w rodzaju piosenki cieszącej uszy znajdujących się w obozie kotów. Kremowy niczym piasek kocur wychodził powoli znajdującego się wśród kalin legowiska. Uśmiech na jego pysku był widoczny z daleka, widać było, że nie żałował czasu spędzonego w legowisku starszyzny. Iskrzyk nigdy nie żałował spędzania czasu z bratem, nawet jeśli potrafił nudzić się tam niemiłosiernie. Ziewnął delikatnie, mimo wszystko musiał być nadal nieco zmęczony. Kremowy dzisiejszej nocy nie mógł zbytnio spać, skutki tego Iskrzyk odczuwał dotąd. W każdym razie gdzieś z tyłu głowy był nawet nieco zirytowany. Kto nie byłby, gdyby nie mógł spać niemalże całą noc, a z rana musiałby pracować? Starał się jednak tego nie okazywać, gdyż nie planował dziś urazić kogokolwiek, to nie było w jego zamyśle. Wracając jednak do innych rzeczy, kocur wykonał krok do przodu. Nie było mu jednak dane pójść dalej, gdyż kontem oka ujrzał małą jasną kulkę. Owa kuleczka definitywnie próbowała wyjść ze żłobka, oj czyżby jakiś kociak próbował wyruszyć na przygodę? Kocur podszedł więc przed żłobek i stanął przed młodą koteczką. Ta tylko spojrzała się na niego złocistymi jakby znudzonymi oczami. Mordor, tak brzmiało jej imię, cokolwiek to znaczyło. Córka Rohan i Gondoru, w sumie Iskrzyk też nie wiedział, co to znaczyły ich imiona… W każdym razie odezwał się, starając brzmieć przyjaźnie (w końcu rozmawiał teraz z kociakiem):
— A gdzie się nasza droga panienka Moldor wybiera? — Powiedział kremowy, niechcący nie poprawnie wymawiając imię koteczki. Nie zwracając na to uwagi, powiedział żartobliwie — Na przygodę czy do grobu?

<Mordorku?>