BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

16 lipca 2026

Zaginęła!


 Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna zaginięcia: Ucieczka z klanu

Zaginęła!

Od Skrzydlatej Płomykówki CD. Krokusowej Kruchości

Ciche westchnienie opuściło biały pysk starszej. Ona nie miała takich rozterek, gdyż jej partner nie był spiskowcem oraz już nie stąpa swymi jasnymi łapami pośród żywych. Zapewne Skrzypiący Skrzyp teraz spogląda na nią ze Srebrnej Skóry, może w towarzystwie Sójczego Błękitu. Cętkowana obecnie jedynie miała brata i siostrę, z którymi różnie jej się układało, gdyż z Ognikiem nie była tak blisko, jak z Rudzik, której głównie starała pilnować, by nie narobiła problemów. Oczywiście różnie to wychodziło, czego przykładem jest okres, gdy pręgowana była znana jako Kocięcy Rozumek oraz teraz gdy siedzi z innymi zdrajcami klanu. Czasem dopadało ją poczucie winy, że nie dostrzegła niczego wcześniej, żadnych oznak tego, że Rudzikowe Skrzydełko coś planuje z innymi. Czuła się, jakby zawiniła jako siostra.
Szybko jednak odgoniła kłębiące się myśli, mając zamiar skupić się na rozmowie z burą, a nie na własnych żalach. Przecież sama jej ostatnio mówiła, by była silna, bo ma dla kogo — dla siebie. W dodatku miała jeszcze Oskrzydlonego Ognika, który zapewne też musiał odczuwać negatywne emocje w związku ze sprawą ich siostry. Zanotowała w głowie, by przy następnej okazji porozmawiać z rudym i skierowała swoje jasne ślepia na wojowniczkę, która wyglądała, jakby zaczynała żałować tak wylewnej odpowiedzi na jej obawy.
— Zjedz coś, w końcu należy Ci się za tak daleką wyprawę i to z takim obciążeniem, jakim były te przyniesione gałęzie. Spisałaś się, Krokusowa Kruchości — wymruczała w stronę kotki, ruchem głowy wskazując na piszczkę, która leżała nietknięta u łap zielonookiej. — Ja muszę wracać do obowiązków, lecz w razie czego nie bój się podejść i mnie od nich wyratować — dodała, kładąc na chwilę ogon na grzbiecie wojowniczki w geście wsparcia. Po tym wstała i odeszła, znikając w jednym z tuneli.
Może i nawiązując relację z Krokus oraz prowadząc z nią tak wylewne rozmowy, w których ukazywała nieco więcej emocji niż zwykle, traciła na swej tajemniczości, z której dotychczas słynęła, lecz jeśli chciała przekonać ku sobie więcej kotów, to musiała wykazać się bardziej charyzmatycznym podejściem. Miała zamiar każdemu niedowiarkowi udowodnić to, jak bardzo był w błędzie, uważając, że srebrna nie nadaję się na zastępczynię, a może i z czasem na liderkę. Dawniej nawet nie myślała o tym, by zajść tak wysoko w klanowej hierarchii, a teraz? Wymyślała strategię, jak to wszystko rozegrać, aby zmniejszyć szansę na kolejny przewrót wśród Burzaków. Czy jej obecne podejście było okrutne? Możliwe, lecz zdawała sobie sprawę, że konieczne, jeśli chce przetrwać na tym stanowisku jak najdłużej. Oczywiście nie miała zamiaru nigdy się posuwać do czynów, łamiących kodeks wojownika lub przeczących zasadom moralnym, aż tak zepsuta do szpiku kości nie była. Wszystko, co robiła, była z myślą o przyszłości klanu.
Jej białe łapy zaprowadziły ją tunelem w głąb terenów, sprawiając, że cętkowana zabrała się za pracę, jaką było zebranie kamieni i tej nieszczęsnej gliny na budowę ścian w legowiskach. Pierwszy budulec zbierała spod śniegu, który wyraźnie był nie ruszony, a pod nim kryły się kamienie średniej wielkości, mogących stanowić pewne wyzwanie dla najmłodszych uczniów. W czasie ich transportu do obozu w pobliże legowiska medyków oraz żłobka nie zwracała uwagi na to, czy Krokus nadal przebywa w miejscu, gdzie ją pozostawiła, czy wzięła się za inne zadanie. Zastępczyni była skupiona na własnej pracy, w czasie której zbytnio nie myślała, co było pewnego rodzaju wytchnieniem — mogła oddać się męczącej pracy fizycznej bez zbędnego rozmyślania, pochłonięta rytmem powtarzalnych ruchów.
Kiedy tylko kolejna sterta kamieni powstała obok poprzedniej, niebieskooka skierowała się do legowiska medyków, chcąc zapytać o jakieś większe liście, które mogłyby posłużyć do przenoszenia gliny. Na jej szczęście parę sztuk ostało się w czasie pożaru i były zdatne do użytku. Skrzydlata Płomykówka podziękowała głównej medyczce, a następnie skierowała się do wyjścia z obozu, gdyż kojarzyła, że glinę znajdzie w bardziej podmokłym miejscu. Przybrzeżne Oko było kawałek drogi, więc to miejsce odpadało. Bliżej miała brzeg większego zbiornika wodnego, który był odnogą rzeki, która swój bieg kończyła w morzu na terenach Klanu Nocy. Ze sporymi liści w pysku skierowała w tamtym kierunku, a kiedy tylko była na miejscu przystąpiła do wydobycia materiału.

»» ———— ⚜ ———— ««

Wracając do obozu, miała wrażenie, że zaraz kręgi w szyi jej strzelą i to raz, a porządnie, lecz nie miała ochoty kolejny raz chodzić w tę i z powrotem, więc teraz dźwigała tyle gliny, ile mogła wziąć na jeden raz. W drodze modliła się, by użyczone liście wytrzymały ciężar i w czasie wyprawy się nie podarły.
Nie okazując żadnych oznak zmęczenie, odłożyła budulec tuż obok kamieni, a następnie skierowała się do legowiska wojowników, mając zamiar paść na chłodną posadzkę jaskini, która ukoi jej rozgrzane ciało. Dopiero gdy rozłożyła się na ziemi niczym żaba na liściu, pozwoliła sobie na okazanie zmęczenia. W legowisku o tej porze mało, kto przebywał, gdyż inni wojownicy byli pochłonięci pracami nad obozem lub szkoleniem uczniów. Nawet nie zauważyła, kiedy to przymknęła powieki na nieco dłużej, nie mając sił wcześniej umyć się z błota i gliny, zdobiących jej łapy aż po same łokcie — przynajmniej nikt nie mógł jej zarzucić, że nic nie pomagała, leżąc i z boku obserwując postępy prac.
Wybudziła się, dopiero gdy następnego dnia Poczciwy Szakłak szturchał ją łapą w bok. Gdy tylko uchyliła ciężkie powieki i skierowała niebieskie ślepia na kocura, ten bez słowa wskazał ruchem głowy wyjście z legowiska, by samemu po chwili wyjść. Srebrna na to nieco zmrużyła oczy, zauważając, że ostatnio wojownik zdawał się znowu wyjątkowo cichy i wycofany.
“Za dużo tych kocurów do pogadania…” — stwierdziła, gdy zanotowała w głowie, by również zielonookiego zaczepić do rozmowy.
Po podniesieniu się z dotychczasowego miejsca i udaniu się ponownie do Wdzięcznej Firletki po kolejne liście zdała sobie sprawę, że dziś ominęła poranne zebranie oraz ubrudzona z wczoraj paraduje po obozie. Z tego faktu przymknęła powieki na chwilę, by po paru uderzeniach serca skupić na ponownym zbieraniu gliny.

»» ———— ⚜ ———— ««

Kierując się do legowiska wojowników na chwilowy odpoczynek, nie spodziewała się zastać tam nowe posłanie i to w miejscu, gdzie zwykle sypiała. Unosząc jedną brew, podeszła do łoża, zauważając po chwili na nim pióra, na których unosił się znikomy zapach pewnej kotki.
— No proszę — mruknęła, wcześniej pozwalając sobie na krótkie parsknięcie śmiechem. Nie pomyślałaby, że ktoś wykona taki gest, szczególnie Krokusowa Kruchość, z którą o wiele więcej rozmawiała dopiero w ostatnich dniach.

<Krokus?>

Event Klanu Burzy:
Zebranie kamieni oraz gliny na budowę ścianek w przyszłym legowisku medyka oraz żłobku

15 lipca 2026

Od Monarcha Pierwszego do Borowika

Niebieski kocur postanowił poszukać szczęścia gdzie indziej, bo ostatnio miał problem, by zapolować na cokolwiek na innych terenach. Oczywiście była to wina śnieżnej pory roku, ale jednak i tak był zaskoczony takim obrotem spraw. Postanowił spróbować na terenie, gdzie jeszcze go nie było lub był bardzo rzadko. Wybrał się w tym celu na tereny Owocowego Lasu. Uznał to miejsce za bezpieczniejsze od Klanu Wilka. Będąc zupełnie szczerym, Klan Wilka w ogóle go nie interesował. Wolał nie ryzykować życiem i zdrowiem, gdyby wpadł na te agresywne pyski. Po jakimś czasie marszu dotarł w końcu do Owocowego Lasu. Skierował się w stronę dużych skupisk drzew. Miał do wyboru miejsce, gdzie przeważały dęby, drzewa owocowe czy drzewa śliwkowe. Uznał, że nie będzie decydował się na jedno miejsce, odwiedzi wszystkie, jeśli zwiększyłoby to jego szanse na upolowanie zwierzyny. Jako pierwsze miejsce odwiedził tę część gdzie były dęby. Tutaj wyczulił swoje zmysły, by przypadkiem nie mieć randki z lisem lub lisami, gdyby miał pecha. Poza tym naprawdę chciał coś upolować. Zawęszył i wyczuł zapach stworka. Oblizał cicho pysk, przyjął pozycję łowiecką i zaczął się powoli zbliżać do ofiary. Gdy był na tyle blisko, wybił się z tylnych łap i skoczył. Zatopił kły w karku zwierzyny i zabił ją na miejscu. Wypiął dumnie pierś, ale wtedy poczuł na sobie czyiś wzrok. Zawarczał ostrzegawczo.
— Nie oddam ci tego owocowy paniczu — rzekł niewyraźnie, cofając się nieco. Nie zamierzał oddawać swojego posiłku. Nie obchodziło go, że upolował je na terenie Owocowego Lasu. To stworzenie było jego.
— Jeśli zechcesz mi ją odebrać, podejmę próbę walki bez wahania — dodał jeszcze. Jego puszysty ogon przeciął powietrze. Monarch wysunął pazury. Chłodne czasy wymagały innych środków.

<Borowiku? Wybacz mi, ale nie chcę głodować.>

Od Źródlanej Łuny CD. Strzępka (Wzburzonego Kormoranu)

⇸◦☽✴︎☾◦⇷
Dawno temu...

Kamienne ściany żłobka chroniły jego lokatorów przed chłodnym wiatrem. Strzepnęła uchem, ze znudzeniem przenosząc spojrzenie na wyjście z legowiska i centrum obozu poza nim. Koty przesuwały się między wnękami w skale, podchodziły do stosu ze zwierzyną, znikały za falą wodospadu…
Nie usłyszała tupotu drobnych łapek. Strzępek wcisnął nos w jej futro; następne na jej brzuchu spoczęły łapki i miękki policzek. Napięła mięśnie. Nie mogła przyzwyczaić się do wszystkich niespodziewanych, nieświadomych swojego wpływu na nią dotyków.
Strzępek uniósł na nią pytający wzrok, cofając się o długość wąsa.
— No już, już… — wymamrotała. — Po co ci było wystawiać nosa na zewnątrz?
Westchnęła i poruszyła ogonem. Przyciągnęła nim kociaka bliżej, okrywając jego ciałko kosmykami ciemniejszego futra.
Znaczenia na pyskach, łapkach i ogonach jej kociąt były niemal takie same, jak te Szałwiowego Serca. Odcień szarości był jednak jaśniejszy, delikatniejszy, i barwy praktycznie nie kontrastowały ze sobą. Czy z wiekiem ściemnieją? Czy jeszcze bardziej będą przypominać swojego ojca? Strzępek i Szron, dwoje potomków księcia, o futrach w tych samych barwach, tych samych turkusowych ślipiach, w które niegdyś spoglądała wieczorami, imionach rozpoczynających się na ten sam ostry, charakterystyczny dźwięk... Czy świadomie im je nadała? Czy Klan Gwiazdy karał ją za jej grzechy, zsyłając z gwiazd koty, które przypominać będą jej o partnerze do końca jej życia?

⇸◦☽✴︎☾◦⇷
Parę księżycy później…

Klan Klifu zebrał się w grocie. Strzepnęła uchem, ignorując mniej-przychylne spojrzenia niektórych pobratymców, unosząc wysoko łeb i wpatrując się w wejście do legowiska lidera.
Judaszowcowa Gwiazda wychylił oprószony siwizną pysk z jaskini. Skłoniła lekko podbródek w geście powitania, po czym przeniosła wzrok na dwójkę kotów, czekającą wewnątrz okręgu utworzonego przez resztę Klifiaków. Strzępek i Szron, o wylizanych pyszczkach i ułożonym futerku, spoglądający w górę na lidera. Widziała cień niezdecydowania w oczach syna, jak i zniesmaczenie malujące się na pysku pointki; jednak dwójka przyszłych uczniów siedziała cicho, oczekując ceremonii.

Bukowa Korona i Trójoki Zając. Mentorzy kolejno Zszarzałej i Oszronionej Łapy – jeden wzbudzał u niej obawę i niezadowolenie, a drugiego przyjęła z aprobatą oraz skinieniem głową. Wierzyła, że Szron dogada się z wujem, jednak do przybłędy, którego przyprowadził ze sobą Królicza Prawda przy powrocie do Klanu Klifu… Miała mieszane uczucia. Przynajmniej tyle, że pod nieobecność Buka trening Strzępka również rozpocznie Trójoki Zając; może kremowy zdąży przemówić mu do rozsądku, zanim rozpocznie się plecenie bajeczek przez drugiego mentora.
Była wolna. Wolna od żłobka, wolna od pilnowania kociąt od wschodu słońca do jego zachodu, a czasem i dłużej. Mogła powrócić do roli wojowniczki, udawania się z patrolami łowieckimi i granicznymi poza obóz i, co najważniejsze, znikania wszystkim z widoku na dłużej niż parę chwil.
Koty zaczęły się rozchodzić, a w centrum pozostali tylko Pikująca Jaskółka i Trójoki Zając z dwójką nowo nabytych uczniów po jego bokach. Odwróciła od nich wzrok, przeciągnęła się, po czym podniosła na łapy i skierowała w stronę wodospadu. Przesunęła się po kamiennej ścieżce, czując na sobie czyiś wzrok, który zniknął, gdy zawinęła za zakrętem i schowała się za strumieniem wody. Czas wrócić do spacerów starą trasą; nie tą blisko obozu, a tą bliżej… Granic.

⇸◦☽✴︎☾◦⇷
Teraźniejszość; jakiś czas temu…

Oprószony puchem piasek ciągnął się przed nią, znikając pod falami, poruszającymi jednocześnie chmurami białego śniegu, który zbierały z brzegu. Strzepnęła ogonem, obracając pysk w stronę morza.
Nadal przychodziła na plażę. Przesiadywała na tym samym kamieniu, patrzyła na te same gwiazdy. Nie przytulała się jednak do tego samego, ciepłego boku, który zawsze jej tam kiedyś towarzyszył. Nie patrzyła w te same błyskające w ciemności ślepia, nie słuchała tego samego barwnego śmiechu. Sama nie wiedziała, czy sprawiała sobie tym jedynie więcej bólu, czy jednak koiła coś w swojej duszy, uciszając naglący głos w swojej głowie. Może spotkasz go na granicy, mówił jej. Może podejdzie do Ciebie, przeprosi za księżyce nieobecności i wszystko będzie jak dawniej. Nic nie będzie jak dawniej. Może on zdoła okazać miłość Oszronionemu Kłowi i Wzburzonemu Kormoranowi. Może okazałby się lepszym rodzicem niż Ty, i może w końcu chociaż przypominalibyście normalną rodzinę…
Potrząsnęła łbem. Jej pazury nieświadomie zagłębiły się w zmarznięty piasek, a sierść na karku nastroszyła się. Z zimna, czy ze strachu? Bała się tego, że już nigdy z kocurem nie porozmawia, czy wręcz przeciwnie – tego, że spotka go przypadkiem i nie będzie wiedziała, co zrobić? Strach przed spotkaniem, czy przed jego brakiem? Jaka była różnica? I tak nic by się nie zmieniło na lepsze; nie była pewna, czy rzuciłaby się kocurowi w ramiona, czy żądała wyjaśnień. Jak bardzo zmienili się przez te wszystkie księżyce? Co teraz o niej myślał? Czy w ogóle to robił? Czy umiałaby mu zaufać, tak jak kiedyś, gdy prowadził ją na skryte zakątki plaży czy pobliskiej polany, leżał po jej prawym boku, gdzie nie mogła widzieć jego następnego ruchu, i wprowadzał ją za młodu w dzikie, morskie fale? Czy weszłaby w nie ponownie, gdyby tylko chciał ją przez nie przeprowadzić?
Łapy zaprowadziły ją na granicę, w miejsce, gdzie piasek powoli mieszał się z połaciami trawy; tej pory Nagich Drzew ledwo widocznymi. Zatrzymała się. Charakterystyczny zapach Klanu Nocy unosił się wraz z wiatrem, ostry, jednak przynoszący jej już od dawna więcej otuchy niż zniesmaczenia. Przycupnęła na ziemi, ciasno owijając łapy ogonem i wbijając wzrok w korony drzew w oddali, ledwo malujące się na horyzoncie. Z jednej strony łąka, z drugiej morskie odmęty, z tyłu pnące się w górę klify. Wiatr szumiał w jej uszach, muskając kosmyki jej futra. Nerwowo przekręciła głowę, lustrując wzrokiem granicę.
Czuła się strasznie na widoku. Jak gdyby coś, lub… Ktoś, miał wyskoczyć z niewidocznego dla niej punktu i… I co?
Spotykając się na tej samej polanie z Szałwiowym Sercem nigdy tego tak nie odczuwała. Drzewa i klify nie odsunęły się, a plaża nie poszerzyła. Wszystko uparcie zatrzymało się w czasie. Czy to ona była tak zaślepiona uczuciem, aby ignorować oczywiste niebezpieczeństwo? Nie wiele trzeba było, aby ktoś ich zobaczył; tu, czy na zgromadzeniach. Czy tak właśnie się stało? Nadal się nad tym zastanawiała. Czyja była to wina?

⇸◦☽✴︎☾◦⇷
Paręnaście wschodów słońca temu…

Wiatr zawzięcie szumiał między drzewami. Uniosła głowę i uchyliła pysk, oddalając się na parę kroków od patrolu. Kątem oka zerknęła na koty, które wyznaczyła sobie do polowania, i skinęła im łbem na znak, aby się rozeszli.
— Zbierzemy się niedługo w tym samym miejscu — oznajmiła jeszcze ochrypłym głosem, po czym zerknęła na niebo i płynące w kierunku horyzontu światło. — Zanim słońce zniży się do linii drzew.
Rolę zastępcy na czas niedyspozycji Truskawkowego Pola przyjęła z powagą i wysoko uniesionym podbródkiem. Wyznaczała patrole, zdawała raporty bratu, wykonywała polecone przez niego zadania… Mimo wszystkich wątpliwości, które tymczasowa rola ze sobą przyniosła, uważała, że szło jej całkiem dobrze. Gdyby tylko pełniła tę rolę oficjalnie, gdyby tylko rzeczywiście jej łapy stały bliżej władzy, która wisiała jej tuż przed nosem i śmiała się z niej.
Zapuściła się pomiędzy drzewa obok studni. Wyminęła kamienną budowlę, podchodząc bliżej pni i ich łysych gałęzi, by zawęszyć pomiędzy korzeniami. Niemal zawsze udawało jej się wrócić do obozu co najmniej z jedną przyzwoitą sztuką zdobyczy w pysku; liczyła na to, że i tak będzie tym razem. Zastrzygła uszyma i uchyliła wargi, zwracając pysk w głąb lasku, skąd sporadycznie dobiegał do niej melodyjny świergot ptaków i trzepot skrzydeł. Właśnie tego szukała.
Zazwyczaj ptaki były jedną z tej trudniejszej zwierzyny – tej, którą sobie najczęściej odpuszczała. Zazwyczaj wybierała ofiarę, która nie mogła wzbić się w powietrze i spocząć na wysokiej gałęzi, poza jej zasięgiem, gdzie swoim ptasim śpiewem śmiałaby się z tego, że jej łapy na stałe już będą dotykać ziemi. Korony drzew stały się dla niej nieosiągalne; trzy łapy nie zawsze wystarczały, by zaczepić się o śliską korę i wciągnąć całe ciało do góry, a fantomowy ból, który towarzyszył jej do teraz, nawet tyle księżycy po straceniu kończyny, nadal nasilał się przy zmianach pogody czy intensywnym wysiłku fizycznym. Nie chciała zaciskać zębów w drodze do góry, lub, co gorsza, stracić kontroli nad pozostałymi łapami i runąć z powrotem na ziemię. Więc omijała ptaki szerokim łukiem… Mimo to, tego dnia postanowiła być uparta.
Podążyła za ptasimi trelami, wyostrzając słuch i wzrok. Jej kroki, mimo wysokiej, sięgającej aż po łokcie warstwy śniegu, były uważne i wymierzone. Nigdy nie osiągnęła już tej samej zwinności i precyzji, która towarzyszyła jej za młodu, jednak nauczyła się modyfikować pozycję łowiecką i wszystkie znane jej ruchy na własną korzyść; wyuczonymi ruchami utrzymując równowagę podczas bycia pochylonym nad ziemią, rekompensując przy tym ogonem za utraconą kończynę, stawiając łapy pod specyficznym kątem, czy wykorzystując siłę pozostałej jej lewej nogi, odpychając się od kamieni i pni drzew, aby zdobyć większą prędkość w wyskoku na ofiarę. Zatoczyła koło, przemykając między korzeniami, a jej spojrzenie prędko zatrzymało się na właścicielu barwnego głosu.
Niepozorna sikorka, unosząca drobny dziób do góry i grzebiąca siwą łapką w śniegu. Odwrócona do niej tyłem, nieświadoma niebezpieczeństwa.
Wstrzymała oddech i, jak najciszej, przypadła do ziemi. Przesunęła się parę kroków w bok, aby znaleźć się w ślepym punkcie ptaka, po czym cofnęła tylną łapę na tyle, aby oprzeć ją o wystający korzeń; odepchnięcie się od niej da jej więcej precyzji w wyskoku naprzód, aniżeli gdyby miała odbić się prosto od ziemi. Naprężyła grzbiet, uniosła ogon i…
Wyskoczyła. Sikorka nie odwróciła się do niej do ostatniego momentu; pazury drasnęły jej pióra, szczęki zawisły nad jej głową… Była jednak za wolna. Ptak zaskrzeczał, śmiejąc się z niej, po czym machnął skrzydłami i wzbił się w powietrze. Z jej gardła wyrwało się warknięcie.
— Zapchlone ptasie zady!
Nim jednak zwierzę zdołało się oddalić, z krzewów obok wypadł niewyraźny, pręgowany kształt. Niebieska smuga wyskoczyła w górę, łapiąc sikorkę między zęby, po czym wylądowała na ziemi.
Wzburzony Kormoran spoglądał na nią z przekrzywioną głową, nastroszonym futrem i jej zbiegłą zdobyczą w pysku.
Oczywiście, że takie było jej szczęście. Oczywiście, że musiała płaszczyć się przed synem. Przez chwilę zapomniała nawet o tym, że zabrała go ze sobą na patrol; po odejściu Króliczej Prawdy starała się spędzać w jego otoczeniu nieco więcej czasu, nawet, jeżeli wtedy nie rozmawiali. Czy nawet na siebie nie patrzyli. Nie była pewna, jak dobrze jej dzieci znoszą nieobecność kocura – nie wiedziała nawet, czy pomimo tego, że kremowy poświęcał im więcej uwagi niż ona, był w ich oczach lepszym opiekunem. Mogłaby z nimi o tym porozmawiać… Jednak to nigdy nie było takie łatwe, jak wszyscy jej wmawiali.
Zamrugała, po czym z westchnieniem podniosła się z ziemi. Zdała sobie sprawę z niezręcznej ciszy, która zapadła pomiędzy nią a pointem; strzepnęła ogonem i uchyliła pysk.
— Szybki jesteś.

Słońce chyliło się ku zachodowi nad morskimi falami. Podbiegła do stada ptaków od tyłu, naskakując na nie, aby poderwały się do lotu w kierunku właściwego łowcy. Szałwiowa Łapa, zaledwie parę uderzeń serca po jej ruchu, wyrwał się w powietrze. Ze swojego miejsca obserwowała mięśnie napinające się na jego ciele i futro połyskujące w wieczornym blasku. Uczeń zwinnym ruchem zacisnął krzywe szczęki na szyi rybitwy, tym samym zabierając ją wraz z nim na ziemię.
Uśmiech kocura, gdy tylko upuściła zwierzynę i podniósł na nią wzrok, był nadzwyczaj piękny.
— Dzięki wielkie! To było niezłe!


Potrząsnęła głową. We wszystkim umiała znaleźć podobieństwo; wyglądzie, zachowaniu, a teraz nawet technice polowania… Ta sama oprószona szarością mordka, ciasnym chwytem trzymająca zdobycz, te same silne łapy.
Końcowo nie wytrzymała presji – nie sprzeciwiła się głosom obijającym się o ściany jej czaszki, a popłynęła z nurtem ich sugestii.
— Dobry z ciebie łowca. Zupełnie tak, jak z twojego ojca — kontynuowała, odbiegając wzrokiem gdzieś do góry, na łyse korony drzew. Kątem oka dostrzegła zdziwienie malujące się, mało dyskretnie, na pysku syna. — No, tego prawdziwego.
Parsknęła i zwróciła głowę prosto na Wzburzonego Kormorana.
— Nie patrz tak na mnie. Myślę, że wszyscy przejrzeli już moją pośpiesznie składaną bajeczkę na temat jego tożsamości… Może jedynie mój ojciec nadal w nią wierzy, jeśli Klan Gwiazdy po śmierci nie pokazał mu prawdy i tego, ile razy kłamałam mu prosto w pysk.


<Synu?>

Od Monarcha Pierwszego do Kurzej Łapy

Monarch przemierzał właśnie tereny Klanu Burzy, mrucząc sobie jakąś wymyśloną melodię pod nosem. Śnieg mu nie przeszkadzał. Biały puch nie sprawiał, że wyglądał jak szczur. Był kotem z reguły pogodnym, ale gdy wyglądał tak paskudnie, wszystko go irytowało. Normalnie szedł nad staw ewentualnie w okolice wielkich kamieni, ale tym razem dotarł do obumarłych drzew. Stąd było niedaleko do Klanu Wilka, ale kocur nigdy tam nie był. Nie słyszał dobrych informacji o tamtym klanie. Nie zamierzał zginąć z łap jakiegoś z tych kotów. Szczególnie, że miał tak wiele życia jeszcze przed sobą. W planach miał zostać ojcem, partnerem lub przywódcą małej grupki kotów. Jednak ten ostatni punkt był dość trudny do osiągnięcia. Strzepnął uchem niezadowolony.
— Jakoś to zrobię. Tylko muszę znaleźć odpowiednie koty, a nie pierwsze lepsze — mruknął do siebie, ale właśnie wtedy do jego szpiczastych uszu dobiegł cichy szelest. Niebieski odwrócił się idealnie w momencie, gdy skoczył w jego stronę jakiś uczniak. Uchylił się, unikając zderzenia.
— Hej, hej spokojnie. Nie możesz tak wyskakiwać, jak królik po spotkaniu lisa. Możesz zrobić sobie krzywdę lub komuś — prychnął z lekkim rozbawieniem. Usiadł na śniegu, przyglądając się błękitnym spojrzeniem młodszemu.
— Co tu robisz tak całkiem sam? Nie boisz się, że wpadniesz w czyjeś łapki? — spytał, przechylając lekko łeb. Spodziewał się zastać ucznia z jakimś opiekunem, chociaż jakiś czas temu rozmawiał z inną uczennicą. Ona również była bez opiekuna. Nie wiedział, czy to był przejaw głupoty, czy wiara w umiejętności. W każdym razie w obu przypadkach ci uczniowie mieli szczęście, że wpadli akurat na niego, albo to on powinien dziękować za spotkanie uczniów nie wojowników.

<Kurza Łapo? Czy jesteś królikiem?>

Od Źródlanej Łuny

⇸◦☽✴︎☾◦⇷
Kilkanaście księżycy temu…

Wiatr muskał kosmyki jej futra. Poruszyła lekko uchem, zwracając je w kierunku Mirtowego Lśnienia.
Oboje siedzieli przed jednym z kopców na cmentarzu Klanu Klifu. Ziemia, nosząca jeszcze ślady łap i wydzielająca charakterystyczny, zatęchły zapach wilgoci, przykrywała ciało Judaszowcowej Gwiazdy.
Śmierć ojca, pomimo jego podeszłego wieku, była dla niej czymś szokującym. Widok rozszarpanego, zakrwawionego ciała, które wojownicy zaciągnęli do obozu, nadal przyprawiał ją o dreszcze. Opuściła spojrzenie. Dlaczego nie mógł odejść w spokoju i wygodzie własnego legowiska, w towarzystwie bliskich? Dlaczego swoje ostatnie tchnienie wydał w szponach drapieżnego ptaka? Dlaczego Pikująca Jaskółka nie sprzeciwiła się mu, nie kazała mu zostać w obozie? Zacisnęła zęby. Momentami żałowała, że nie zgłosiła się do walki; od razu jednak ganiła samą siebie za tak głupie myśli. Co by zdziałała? Wojowniczka o trzech łapach, która męczy się przy biegu na parę długości drzew, naprzeciw mewie, która w swoich szponach umie uśmiercić dorosłego kota? Gdyby znalazła się wtedy na polu walki, zapewne przyniosłaby klanowi jedynie więcej bólu i tragedii.
Przeniosła wzrok z własnych pazurów na nagrobek, a później na wieczorne niebo. Gwiazdy migotały nad horyzontem, układając się w znane, zarówno jej, jak i Blaskowi, wzory; niektóre lśniące jaśniej od innych. Czy jedna z nich należała teraz do Judaszowcowej Gwiazdy? Mrugała, podczas gdy ojciec spoglądał na nich, brnąc wzrokiem przez te wszystkie kłamstwa, które oboje wciskali mu za życia? Co o nich teraz myślał?
Westchnęła. Robiło się późno.
Podniosła się z ziemi i przeciągnęła się. Oczy Mirtowego Lśnienia spoczęły na niej przez parę uderzeń serca, zanim wróciły do wpatrywania się w ciemniejący nieboskłon; wyminęła go, muskając ogonem jego bark, po czym ruszyła w drogę powrotną do obozu.

⇸◦☽✴︎☾◦⇷

Głos Lśniącej Gwiazdy niósł się po obozowisku.
— Klanie Klifu — zaczął, spoglądając na zebrany tłum. — Nasza przyszłość nie jest czymś, co po prostu nadejdzie. To coś, co musimy zbudować… Wspólnie.
Jej brat jednak dopiął swojego. Siedziała teraz przed nim, będąc świadkiem jego sukcesu, jak i nowego początku jego życia.
Od momentu, w którym stanął w obozie i oznajmił śmierć Pikującej Jaskółki, a zarazem jego, zabrany własną łapą, awans na przywódcę Klanu Klifu.

Masz zamiar jedynie ględzić nad tym, że jest prawą łapą ojca… Czy wziąć sprawę we własne łapy?

Nie powinna nigdy nawet w to wątpić.
— Klan Klifu powinien rozrastać się, piąć się ku górze, aż w końcu dosięgnie gwiazd — kontynuował Blask. — Jednak by tak się stało, potrzebuję kogoś, kto mnie wesprze… kogoś, kto nie tylko rozumie tę drogę, ale jest gotów nią podążać bez wahania.
Zamilknął na parę uderzeń serca.
— I tym kimś będzie Truskawkowe Pole.

⇸◦☽✴︎☾◦⇷
Parę księżycy temu...

Nigdy nie udało jej się zrozumieć, czemu tak właściwie jej brat wybrał szylkretkę na zastępcę. Truskawkowe Pole nie wyróżniała się niczym szczególnym, przynajmniej według niej; przeciętne umiejętności, przeciętny wygląd, przeciętny, jak na Klan Klifu, zmienny i wybuchowy charakter… Nawet jej pochodzenie nie malowało interesującego obrazu na tle innych kotów, gdyż nie brakowało u nich wojowników z krwią samotniczą – nawet takich jak Blask, czy nawet ona sama.
Gdy spoglądała na rosnący powoli brzuch zastępczyni i obracającego się wokół niej Lśniącą Gwiazdę, w jej głowie zaczynało powoli układać się wyjaśnienie. Czy jej brat po prostu potrzebował kogoś, kogo będzie mógł owinąć sobie wokół pazura? Kogoś, kto będzie przytakiwał mu łbem w momentach, które tego wymagają, a gdy straci swoją wartość, odsunie go w bok, jak to teraz robił z własną partnerką, zaganiając ją do żłobka?
Nie była pewna, jak teraz ma spoglądać na brata. Jednak, słuchając jego słów, głoszonych znad kamiennej paszczy jego legowiska, wpatrywała się w niego bez większych emocji, z podbródkiem uniesionym do góry.
— Dodatkowo — miauknął jeszcze, po skończeniu jednego ze swoich regularnych przemówień, nim koty zdążyły się oddalić — na czas pobytu mojej zastępczyni, Truskawkowego Pola, w żłobku, chciałbym wyznaczyć kogoś, kto przejmie jej rolę.
Zastrzygła uszyma.
— Obowiązki zastępcy na najbliższe księżyce przejmie Źródlana Łuna.
Wokół niej rozległy się szmery; nie była pewna, czy pełne aprobaty, czy wręcz przeciwnie, sprzeciwu, jednak… Nie skupiała się na nich. Uchyliła wargi, chcąc coś powiedzieć, po czym zrezygnowała z tego pomysłu. Spojrzała Lśniącej Gwieździe w oczy i skinęła głową.
To aż śmieszne, że najbliżej władzy, o którą zawsze po cichu rywalizowała z bratem, gdy Judaszowcowa Gwiazda jeszcze żył, znajdowała się właśnie teraz, tymczasowo, na zastępstwo, z jego łaskawej łapy.
Czy była to przemyślana decyzja, czy jej brat jedynie wymienił pierwszego lepszego kota, na którym spoczął jego wzrok? Czy zrobił to dlatego, by choć na chwilę spełnić jej marzenie, będąc jego świadomym, czy przeciwnie, myślał o bólu, który sprawi jej, odbierając jej później tę rolę?
Gdy tłum rozpłynął się, a koty wróciły do swoich legowisk, poczekała, aż Blask zeskoczy z mównicy i stanie obok. Zwróciła w jego stronę pysk i, zanim sama odwróciła się na pięcie i odeszła, uchyliła wargi.
— Postaram się dorównać Twojej partnerce — mruknęła, spoglądając na niego kątem oka — w jej nieziemskich umiejętnościach przewodzenia grupą.

⇸◦☽✴︎☾◦⇷
Teraźniejszość; jakiś czas temu…

Wieczorne słońce rzucało przez wodospad plamy bladego światła.
— Nie zamierzam ukrywać przed wami prawdy — miauknął Lśniąca Gwiazda. — Królicza Prawda opuścił obozowisko.
Uniosła wzrok na brata.
Mogła się tego spodziewać. Wojownik od momentu, w którym Blask przejął władzę, po podejrzanych okolicznościach zniknięcia Pikującej Jaskółki, po obozie snuł się z niewyraźną miną na pysku. Nawet ona, odczuwając zanik i tak już kończących się czułości “ojca” jej dzieci, które, jak gdyby według umowy, prawie zniknęły z momentem, w którym Szron i Strzępek osiągnęli dorosłość, domyśliła się, że coś jest nie tak. Za każdym razem, gdy popierała w jakikolwiek sposób rządy brata, na pysk Króliczej Prawdy wstępował ten sam zmieszany wyraz.
— Nie znamy jeszcze wszystkich powodów jego decyzji — mówił dalej przywódca. — Być może kierował nim strach. Być może zagubienie. Klan Gwiazdy jeden wie, co dzieje się w sercu kota, który decyduje się odejść od własnego klanu.
Czy znowu zawaliła? Czy presją, która na niego wywierała od dawna, presją kłamania w pysk całemu klanowi, własnej rodzinie, przyczyniła się do jego odejścia? W którym momencie zadecydował, że wymagano od niego za dużo? Kiedy jego dom, już po raz drugi, stał się tylko miejscem, w którym co noc nerwowo zamykał oczy, by następnego dnia ze złością wpatrywać się w poczynania Lśniącej Gwiazdy, gdy nikt nie patrzył?
Z każdym mijającym księżycem czuła się jak coraz gorszy kot. Ta mniej racjonalna, skaczącą do pochopnych myśli część jej serca, krzyczała na nią i waliła pięściami o jej pierś. Czy naprawdę była taka okropna, że nawet kot, który kiedyś był w niej zauroczony, którego zmusiła do udawanego związku, na rzecz dobra jej kociąt… I jej samej; kogo teraz próbowała okłamać. Którego tak naprawdę nie łączyły z nią żadne więzy romantyczne… Postanowił ponownie opuścić Klan Klifu?

Od Monarcha Pierwszego CD. Promiennego Słońca

Przeszłość

Przechylił nieco łebek na jej słowa, marszcząc lekko nosek. Zaskoczenie? Tak, było to zaskoczenie. Kotka mówiła, że była z miasta, ale coś mu się nie zgadzało.
— Z miasta? Na pewno? Nie byłaś przypadkiem jednym z tych no kotów klanowych? — spytał, strzygąc szpiczastymi uszami. Przetarł oczy łapą, chyba powinien spać częściej lub dłużej, a nie szlajać się po świecie. Odskoczył lekko do tyłu, gdy wiewiórka spadła z drzewa o mało, co nie lądując na jego głowie.
— Celność jak widzę też dobra — mruknął, siadając na ziemi poniżej drzewa. Obserwował kotkę przez chwilę.
— A ty? To była twoja wiewiórka, ale skoro to podarek nie wypada go odtrącać prawda? — spytał, a zaraz westchnął.
— Dziękuję — rzekł jeszcze. Podniósł się na łapy, wziął wiewiórkę w pysk.
— Wynagrodzę ci ten podarek, słowo Monarcha — odparł. Po czym skinął kotce głową na pożegnanie i odszedł.

***

Od kilku dni pałętał się po tych terenach. Wyjątkowo nie zapuszczał się na teren Klanu Burzy. Tym razem okradł Owocowy Las ze zwierzyny. Upolował dwa stworzonka, chociaż do najłatwiejszych zadań to nie należało. Wypiął dumnie pierś i ruszył z nadzieją, że odnajdzie kocicę, która dała mu jakiś czas temu wiewiórkę. Dotarł w okolice drzewa, a następnie zawęszył. Ruszył odnalezionym szlakiem stworzonym przez zapach. Po kilkunastu krokach dostrzegł szylkretowe futro koteczki.
— Dobry szlachetna panienko — wymruczał niewyraźnie przez zwierzynę w pysku. Podszedł do kocicy, ale zatrzymał się w odpowiedniej odległości. Wypuścił zwierzynę z pyska. Wyczyścił jasny pyszczek.
— Jak obiecałem, przyniosłem prezencik ode mnie. Tamta wiewiórka była naprawdę dobra. Mam nadzieję, że to stworzonko ci zasmakuje — to mówią, podsunął kotce jedno z dwóch zwierzątek. Uśmiechnął się łagodnie.
— To jak ci się tu podoba? Ach i chyba się nie przedstawiłem. Nazywam się Monarch Pierwszy, ale możesz mi mówić Monarch lub Pierwszy — dodał jeszcze, nim umilkł. Czekał cierpliwie na odpowiedź kotki. Zastanawiał się, czy szylkretka z nim pogada, czy po prostu odejdzie. Uszanuje obie te opcje.

<Promienne Słońce? Smakuje ci posiłek?>

Od Monarcha Pierwszego CD. Skrzydlatej Płomykówki

Monarch przebywał niedaleko Klanu Burzy, więc jak to on lubił wpaść na stare śmieci. Wyjątkowo dzisiaj był najedzony, więc nie przyszedł tu polować. Był tylnymi łapami na drodze i przednimi na terenie Klanu Burzy, kiedy doszedł do niego głos jakiejś kotki. Przeniósł na nią zaciekawione spojrzenie. Kotka miała dziwną ozdobę na grzbiecie. W ogóle rudofutra wyglądała dość osobliwie. Zupełnie jak sowa. Chyba nigdy nie spotkał kogoś takiego. Słysząc, że to teren Klanu Burzy, podniósł łapę do piersi i położył na sercu.
— Och, to teren Klanu Burzy? Nie wiedziałem, od niedawna jestem w tej okolicy. Nie wiem, gdzie są jakie klany. — wymamrotał ze skruchą. Oczywiście, że miał tego świadomość, jednak był świetnym aktorem i udawanie niezapoznanego z terenami wyszło mu idealnie.
— Bardzo szlachetną panią przepraszam. Nie chciałem pani niepokoić. Pani ani klanu — mruknął, spuszczając wzrok na łapy. Idealny obraz skruchy. Stał tak przez krótką chwilę, a następnie podniósł nieco łebek. Spojrzał na nią błękitnymi oczami.
— Ach pewnie panią to nie interesuje, ale gdzie moja kultura osobista. Nazywam się Monarch Pierwszy — miauknął cicho, a następnie lekko skłonił pyskiem z szacunkiem. W tym przypadku mógł zadbać o lepsze zaprezentowanie się przed kocicą. Przynajmniej nie rzucała się na niego jak ta ostry pazurek. Zatem dało się pogadać dorzecznie z kimś z tego klanu.
— Co szanowną panią sprowadza na granice klanu? Tu blisko drogi jest strasznie niebezpiecznie, ale wygląda mi pani na w pełni świadomą tych zagrożeń. Och czy mówię może za dużo? Proszę mi wybaczyć — miauknął, siadając na skrawku drogi.

<Skrzydlata Płomykówko? Piękna damo czy przeszkadzam?>

Od Wrony CD. Śnienia

Przeszłość

Wrona lekko uśmiechnęła się do byłego członka Świetlików i odparła:
– Naprawdę bardzo dobrze, dziękuję. Myślę, że wspinam się bez zarzutu, całkiem dobrze poluje i walczę. Niedługo skończę dziesięć księżyców, może Czereśnia zgodzi się na mianowanie mnie wtedy? – poruszyła ogonem, idąc w kierunku pnia. Czereśnia akurat skończył rozmowę.
– Chodź, Wrono, trzeba zanieść zwierzynę dla pobratymców.
– Dobrze, Czereśnio! – kotka podniosła z zadowolenia ogon do góry i podążyła za mentorem.

Teraźniejszość

Tegoroczna Pora Nagich Drzew była wyjątkowo mroźna. Wrona przemierzała obóz pełen śniegu, zostawiając w nim głębokie ślady. Nagle do jej oklapłych uszu dotarł chichot. Obróciła się w stronę dźwięku, dobiegał on z legowiska wojowników, a raczej pod nim. Siedzieli tam Kolendra, Szafran oraz najnowszy nabytek – Poinsecja. Grupka kotów mierzyła obóz wzrokiem, szepcząc coś do siebie. Kotkę to już irytowało. Otóż to nie był rzadki widok, od paru dni ta banda ciągle kogoś obgadywała. Tak często, że nawet uczniowie zniżali głos, aby nie stać się celem siatki szpiegowskiej. Kotka miała tego dość, na dodatek usłyszała, że mówią źle o uszach jej oraz jej matki. Miała już tego po dziurki w nosie.
– Z czego tak się śmiejecie? – zapytała.
Grupka popatrzyła na nią ze zdziwieniem, a Poinsecja nawet z niesmakiem.
– Śmiejemy się z żartów Kolendry – odpowiedziała spokojnie Szafran, która zazwyczaj była trzecią kotką, gdy mówiło się o plotkującej bandzie.
– Szafranie, nie musisz się spowiadać przed uczennicą – rzekła Poinsecja, rzucając zawadiacko wzrok w stronę Wrony.
– Poinsecjo, to już nie uczennica, przecież od trzech księżyców jest zwiadowcą! – poprawił ją Kolendra.
– Och! Przepraszam, po prostu jest taka młoda… zazdroszczę.
Dymna nie umiała stwierdzić, czy liliowa mówi prawdę, czy sobie żartuje.
– W każdym razie, chcę tylko powiedzieć, że plotki, które rozpuszczacie są raniące i bulwersujące. Niektóre koty chodzą wściekłe, niektóre przestały się śmiać. Proszę was, zaprzestanie tego.
Kolendra kiwnął głową. Nie wiedziała, czy cokolwiek do nich doszło, ale trudno, najwyżej będzie drugi raz.
Odeszła w stronę stosu zwierzyny i zauważyła czarnego, brodatego ucznio-wojownika, Śnienie, który jadł ze spokojem nornicę. Postanowiła do niego zagadać.
– Witaj Śnienie! Jak dzień mija?

<Śnienie?>

Od Kurzej Łapy do Perłówkowej Łapy

Przeszłość

Gapił się w drewniany sufit, jakby został na nim namalowany sam Klan Gwiazdy. Wiercił się w posłaniu matki, nie mogąc znaleźć dogodnego miejsca na obserwowanie. Miał wrażenie, że dni i noce od jakiegoś czasu są tym samym, co dla niego kiedyś była Rudzikowe Skrzydełko i mleko, którego już niestety ruda nie chciała produkować i Kurczątko musiał za to jeść jakieś… szare myszki, które szybko się kończyły. Jedna nie satysfakcjonowała kocurka; on chciał więcej, więcej i więcej… dziwne, że nie przytył. Ba, stawał się coraz dłuższy i rósł w górę. Jedyne, co pozostało z małego kocięcia to jego pusty wzrok i neutralny wyraz pyska.
Granatowe, wielkie oczy przeskanowały otoczenie i wstał, zanim w wejściu pojawiła się jego siostra. Perłówka, bardziej ekscentryczne dziecko Rudzik, próbowała przekonać brata do zabawy w chowanego. Wiele nie musiała powiedzieć, bo prawdę mówiąc, Kurczątko był bardzo znudzony obecnym stanem życia. Próbował schować się w głośnym, kamiennym słupie, ale prędko został przyłapany na gorącym uczynku przez Śnieżycową Chmurę i zaniesiony z powrotem do żłobka. I tak zabawa się skończyła. Dosyć szybko, jednakże lepiej niż inne wersje zdarzeń.

***

Kurza Łapa rzucił mokrym mchem w Perłówkę. Znajdowali się w Łapkowie, prawdopodobnie chcąc zrobić coś użytecznego razem.
— Broń się! — pisnął z uśmiechem. Młodzieniec zdawał się powracać do swojej osoby, ale za każdym razem, gdy mówiono o nim w pozytywnym sensie, Kurczak żenująco zadziwiał. To tak, jak z dwunożnymi i ich podrobionymi zającami. Powiedzą coś miłym głosem i zdechną od zauroczenia. Przykra, lecz romantyczna sprawa, czyż nie?
Perłówka odwróciła głowę na dźwięk słów brata idealnie, żeby zimny mech uderzył ją prosto w twarz.
— To nie czas na gry — prychnęła, otrzepując pysk.
Kotka miała trochę mchu we własnej łapie i z uśmieszkiem rzuciła nim z powrotem, przyjmując żartobliwie postawę bojową.
Kurczak parsknął i wyszczerzył ząbki do siostry.
Nie spodziewał się kontrataku ze strony Perłówkowej Łapy. Zaskoczony, zdjął z siebie mokry mech. Zamrugał, spojrzał na nią i uśmiechnął się złośliwie.
— A, masz! — zawołał, rzucając z impetem zimnym mchem. Zachichotał.
Rodzeństwo rzucało się mchem przez parę set uderzeń serca, dopóki zabawa nie stała się nudna dla Kurzej Łapy. Brat odchrząknął i zaczął z powagą (jak gdyby to on nie zainicjował tej gry):
— No dobra, dobra… wystarczy. Zróbmy coś z tym mchem, zanim przyjdzie Skrzydlata Płomykówka… albo Cyklonowe Oko. Nie marzy mi się siedzieć na zadzie całego dnia, słuchając ich przemowy na temat naszego zachowania.
Rodzeństwo spoważniało i poszukało więcej materiałów. Kurza Łapa przytargał więcej zajęczego puchu na miejsce pracy. Zaczęli od prostego segregowania, ale syn Rudzikowego Skrzydełka nie umiał pojąć czarnej magii, jaką to było ułożenie z tak małej ilości mchu wielkiego posłania. Pozostawił tworzenie legowisk Perłówkowej Łapie, której nawet się podobała ta praca. Kurza Łapa natomiast przynosił jej niezbędne przedmioty i obserwował.
Po zrobieniu trzech legowisk siostra padła na plecy i oznajmiła, że nic więcej nie zrobi. Uczeń przewodnika pożegnał się z nią, ruszając z powrotem do starego obozu. Może tym razem coś odkryje?
Kurza Łapa, znowu myszkując w legowisku lidera, znalazł coś wreszcie przydatnego. I to nie było akurat mokre posłanie. Skryte we wnęce między cegłami zawiniątko z liśćmi znajdował się spory zapas nasion maku. Uczeń triumfalnie zawył w starym obozie. W końcu! Prędko zszedł z kamiennego słupa z zawiniątkiem, starając się niczego nie wysypać z nadmiaru emocji. Pokaże Wdzięcznej Firletce, na pewno będzie z niego dumna! I to jeszcze te ziarna były nienaruszone. Ciekawe, co w sumie było tyle ważnego w maku dla Króliczej Gwiazdy… albo Zawodzącej Gwiazdy, nim się stał przywódcą.
[Event Klan Burzy: Przeszukiwanie starego obozu.]
[Event Klan Burzy: Uwicie nowych posłań z zapasu traw, puchu i mchu.]

<Perłówkowa Łapo? Pobawimy się jeszcze?>