BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Klifu!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

04 lipca 2026

Od Malutkiej

Wyprostowani odwiedzali kocięta coraz częściej. Mama mówiła, że to dlatego, że chcą, aby były one do nich przyzwyczajone. O ile Malutkiej nie przeszkadzały te wizyty, to nie lubiła być budzona tylko po to, aby ktoś mógł ją ponosić.
Drzwi były już otwarte cały czas, jednak nie można było wyjść na zewnątrz. Tylko Luna to potrafiła. Aby przedostać się za próg, należało pokonać wielką białą siatkę, która rozpościerała się tam, gdzie wcześniej były zamknięte drzwi. Mama potrafiła przeskoczyć ją jednym susem, ale zanim Malutka będzie w stanie tak zrobić, minie wiele czasu.
Biała koteczka usłyszała głosy. Wyprostowani!
Po chwili zjawiło się dwóch dwunożnych, innych niż ci, którzy zazwyczaj odwiedzali kocięta. Mieli długie, białe obroże. Malutka spojrzała pytająco na mamę, a ta po raz pierwszy przy dwunożnych zjeżyła się.
– Kocięta, do legowiska – zakomenderowała stanowczym tonem.
Malutka jako pierwsza dotarła do pudła i schowała się w nim razem z Nalą i Riko. Luna wcisnęła się zaraz za nimi i popchnęła je w głąb posłania.
– Co się dzieje mamo? – zapytał się Riko.
Mama nie odpowiedziała. Odwróciła się przodem do wyjścia i zaczęła ocierać się o wyprostowanych, którzy usiłowali włożyć swoje łapy do jej legowiska. Luna, choć spięta, mruczała. Po chwili jeden z dwunożnych podniósł ją, a drugi złapał Riko i wsadził go do innego pudła.
– Mamo, co się dzieje?! – zawołała zdenerwowana Nala.
– Nic – westchnęła ta, objęta łapami wyprostowanego – zabierają was do obcinacza.
– Do kogo? – pisnęła Malutka sekundę przed tym, jak sama została zgarnięta do pudła, w którym znajdował się Riko. Po chwili dołączyła do nich Nala.
– Nie ma się czego bać – miauknęła mama, choć jej pysk mówił co innego – bądźcie dzielne. Niedługo się zobaczymy. To tylko rutynowe badania.
Malutka miała wrażenie, że jej mama nie mówi po kociemu. Obcinacz, badania i różne inne słowa… Miała nadzieję, że Luna wytłumaczy jej to, kiedy kocięta wrócą.
Twarda srebrna kratka na drzwiach została zatrzaśnięta, a całe pudło zachwiało się. Malutka zrobiła okrągłe oczy.
– Lecimy! – wykrzyknęła z ekscytacją. Może ten cały obcinacz nie był taki zły, skoro można było latać! Zorientowała się też, że pierwszy raz w życiu opuszcza pomieszczenie. Obserwowała, jak przelatują nad siatką, a później pokonują kolejne nieznane pokoje.
– To hałaskrzynia! – zawołała Nala, wskazując łapką na blachę
– Potwór! – przeraził się Riko.
– Cii… – uciszyła ich Malutka. Ona chciała podziwiać widoki w drodze na badania. Była ich bardzo ciekawa.

Od Malutkiej

Ściany pomieszczenia wybrzuszyły się, a drewniana część powierzchni została odłamana. Prostokątny kształt zniknął z nieprzyjemnym skrzypieniem. Luna zamruczała:
– Nie bójcie się kocięta. Drzwi się otworzyły, wyprostowani przyszli.
Malutka zdała sobie sprawę, że cała się nastroszyła. Zerknęła ukradkiem na Nalę. Ona siedziała przy mamie z gładko ułożonym futerkiem. Zatem czy tylko ona przestraszyła się tego otwarcia drzwi?
Dziura w ścianie była tak jasna, że koteczka musiała zmrużyć oczka. Wtedy z otworu wyłoniła się najdziwniejsza postać, jaką biała kiedykolwiek widziała. Co prawda mama już wcześniej opisywała jej wyprostowanych, ale to nie przygotowało Malutkiej na ten widok.
Dwunożny, który do nich przyszedł, był niezwykle wysoki. Przednie i tylnie łapy znacznie różniły się od siebie. Miał żółte, krótkie futro tylko na głowie i niebieskie oczy. Najdziwniejsze było jednak to, co miał na sobie. Mama nosiła czerwoną obróżkę, ale to, w co ubrany był wyprostowany, przekraczało wszystkie wyobrażania Malutkiej. Nie potrafiła nawet do końca tego opisać.
– To jest Ela – miauknęła mama – Tak mówią na nią inni wyprostowani.
– Cześć Ela! – wykrzyknęła Nala z podekscytowaniem. – Czy to ona zabierze mnie ze sobą, tak jak mówiłaś?
Luna zaśmiała się.
– Nie, na to jeszcze przyjdzie czas. To jest moja wyprostowana – odrzekła mama pewnie i z uniesionym ogonem podeszła do dwunożnej. Otarła się głową o jej nogę i zamruczała gardłowo. Samica schyliła się i pogłaskała Lunę po grzbiecie.
Riko i Nala tańczyli wokół dwunożnej, więc Malutka też do niej podeszła. Była ona bardzo głośna i energiczna. Zupełnie nie pasowała do spokojnej energii mamy. Biała koteczka na próbę uniosła wysoko ogon, tak jak robiła to wcześniej Luna, i spróbowała zamruczeć, ale chyba średnio jej to wyszło. W każdym razie wyprostowana prawie zmiażdżyła ją swoją dużą łapą. Kicia ugięła się nie zadowolona, ale nie uciekła, napotkawszy surowe spojrzenie mamy.
Wtedy dwunożna wyjęła coś z worka. Obróżki!
Pochyliła się nad jej siostrą i założyła jej fioletową obróżkę. Wymamrotała coś, co brzmiało mniej więcej jak Nla-la. Nala!
Po chwili przykucnęła przy jej bracie i zapięła mu na szyi zielony sznurek, szczebiocąc Ri-ko.
Gdy przyszła kolej na Malutką, wyprostowana przechyliła głowę i założyła jej niebieską obróżkę. Biała koteczka pozwoliła jej ją zapiąć, uważnie nasłuchując, czy ta powie jej imię. Nic takiego jednak się nie stało.
– Mamo? – miauknęła Malutka – Dlaczego nie powiedziała mojego imienia?
Luna wzruszyła ramionami.
– Najwyraźniej jeszcze nie wie, jak będzie ono brzmiało.
Malutka poczuła, że w oczkach zbierają jej się łzy.
– Zatem kiedy je poznam? – miauknęła z pretensją.
– Wtedy, kiedy przyjdzie na to czas – odparła mama, ziewając. Malutka poczuła, że nikt nie traktuje jej poważnie. Miała nadzieję, że to się zmieni, gdy tylko zostanie nazwana

Od Malutkiej

Zatem musiała się starać i robić te wszystkie rzeczy, o których wspomniała mama, aby nie trafić do rzeki. Jedną z nich było jedzenie karmy z pudełeczka.
Malutka na próbę podeszła do miski i wspięła się na tylne łapki, aby dosięgnąć brązowych kulek. Nie pachniały zbyt apetycznie.
– Mamo, Malutka próbuje ci zjeść jedzenie! – wrzasnął Riko.
Biała koteczka obróciła się przestraszona, a wtedy straciła równowagę i upadła wraz z miską, która przekręciła się do góry nogami. Kulki z głuchym grzechotaniem rozsypały się po posadzce.
– Kocię, co ty wyprawiasz! – wysyczała Luna z furią w oczach.
Malutka skuliła się. Nie chciała zrobić niczego złego! Chciała tylko pokazać wyprostowanym, że potrafi jeść z miski!
– Nie możesz jeszcze jeść karmy, jesteś za mała! Mogłabyś się zatruć – warknęła – Popatrz tylko jakiego bałaganu narobiłaś – mama przekręciła miskę łapą tak, że znowu stała prosto – Posprzątaj to z Nalą i Riko – poleciła zrezygnowana.
– Mamo, to niesprawiedliwe! – jęknęła Nala. Luna rzuciła jej surowe spojrzenie, a ta zamilkła.
Malutka miała ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu. Nie chciała ryzykować drugim przewróceniem miski, więc zaczęła gromadzić kulki w jednym stosiku. Była to dobra zabawa, choć jej rodzeństwo nie wydawało się podzielać jej zdania. Gdy przechodziła obok Riko, ten uderzył ją barkiem i spojrzał na nią ze złością.
– Uważaj jak chodzisz, Maluchu – warknął – Nie rób więcej nic takiego, bo nie mam zamiaru znowu po tobie sprzątać.
To nie było sprawiedliwe! Malutka mogłaby poradzić sobie sama. Poza tym nie zrobiła tego specjalnie! Nie wiedziała, że jest jeszcze za mała na karmę.
Gdy skończyli układać kulki w kupkę, Luna wrzucała je z powrotem do miski.
– Przynajmniej wyprostowani nie widzieli wyczynów Malutkiej – powiedziała Nala z przekąsem.
– Oj widzieli – odparła mama ponuro.
– Jak to? – zaciekawił się Riko
Luna wskazała łapą dziwny przedmiot wystający ze ściany.
– To jest wszechwidzące oko. Dzięki temu wyprostowani mogą nas obserwować, nawet jeśli ich tu nie ma. Wszystko co robicie jest oceniane. Więc zastanówcie się, zanim popełnicie kolejną głupotę – ostatnie słowa mama skierowała prosto do Malutkiej, która położyła po sobie uszka.
– Przepraszam, nie wiedziałam! – zaczęła się tłumaczyć, na co Nala prychnęła pogardliwie i wyszeptała coś do Riko. Spojrzenie Luny złagodniało.
– Wiem, że nie chciałaś Malutka. Zadbam o to, aby to się nie powtórzyło – biała kocica otoczyła córeczkę ogonem – A teraz wszyscy odpocznijcie. Niedługo przyjdą do was wyprostowani.
Malutka posłusznie spełniła polecenie mamy. Jej słowa napawały ją ekscytacją, ale też strachem. Co jeśli się źle zachowa? Co jeśli jej nie polubią. I co to jest rzeka?
Postanowiła, że zapyta się o to mamy trochę później, bo na razie wyglądało na to, że limit pytań się wyczerpał.

Od Malutkiej

Kolejne chwile spędzone z mamą i rodzeństwem wcale nie należały do najprzyjemniejszych. Malutka nie rozumiała wiele, choć słuchała uważnie Luny i dużo myślała nad usłyszanymi słowami.
Po jakimś czasie biała kocica ruchem ogona zawołała do siebie kocięta. Gdy te przyszły i wtuliły się w mamę, ta zaczęła mówić:
– Jak już wiecie, gdy osiągniecie dwa księżyce, zostaniecie wybrane przez swoich wyprostowanych – zaczęła Luna.
Malutka zacisnęła ząbki, zatrzymując pisk w gardle. Dwa księżyce wydawały jej się bardzo krótkim okresem, nie była pewna, czy będzie gotowa rozstać się z mamą i rodzeństwem tak szybko. Uznała jednak, że na razie jest na tym świecie zaledwie od kilku wschodów słońca i jeszcze będzie z rodziną przez długi czas. Poza tym, ciekawie będzie poznać świat za pomieszczeniem.
– Jak będzie wyglądać wybór? – zapytała się pewnym głosem Nala. Malutka zazdrościła jej takiego opanowania. Jej samej zapewne zadrżał by głos.
– To proste – pośpieszyła mama z odpowiedzią – gdy podrośniecie, wyprostowani zaczną do was przychodzić i was oglądać. Musicie być mili, dawać się głaskać, bawić się z nimi, biegać za piłeczką, a najważniejsze: mruczeć i ocierać się o nich kolana. Oni to uwielbiają. Wtedy was polubią i zabiorą. Jeśli będziecie mieć szczęście, może jeden wyprostowany weźmie was wszystkich, chociaż rzadko to się zdarza. Do tego czasu musicie nauczyć się jeść z miseczki i załatwiać się do kuwety. Musicie też spać przez całą noc.
– Noc? – dopytał Riko.
– Czas, kiedy jest ciemno. To jest noc. Wtedy na zewnątrz zachodzi słońce i widać gwiazdy. Nie możecie wtedy w tym czasie wychodzić z legowiska.
Malutka przechyliła ze smutkiem głowę.
– A co jeśli nie będę mogła spać? – zapytała.
– To sobie poleżysz – mruknęła sfrustrowana Luna, jakby to właśnie jej pytanie było głupie. Może dlatego, że było trzecie, a mama już traciła cierpliwość. Biała koteczka skuliła się, a kocica kontynuowała:
– Podsumowując, musicie załatwiać się do kuwety, jeść z miseczki, pić z miseczki i nie rozchlapywać wody, przesypiać całe noce, a gdy przyjdą wyprostowani, macie mruczeć i ocierać się o nich, dawać się głaskać i się bawić, pozwalać im na podnoszenie was i generalnie robienia z wami co chcą. Pod żadnym pozorem nie uciekajcie, nie stroszcie się, nie syczcie i nie daj matko nie drapcie ich!
– A co jeśli mnie nie polubią? – zasmuciła się Malutka.
Nala nachyliła się do siostry, a koteczka dostrzegła błysk w jej błękitnych oczach.
– Takie kocięta… Wrzucane są do rzeki! – wysyczała malutkiej prosto do ucha.
– Nie wiem, Malutka, jeszcze nigdy nie było takiej sytuacji. Zawsze ktoś zabierał kocięta – odpowiedziała jej mama, najwyraźniej nie słysząc słów drugiej córki.
Biała koteczka spięła się. Nie mogła trafić do rzeki! Nie wiedziała jeszcze, co to za jedna, ale nie brzmiała zachęcająco.

Od Malutkiej

Biała kotka siedziała na miękkim kocu. Poznała już swoje rodzeństwo, Nalę i Riko, oraz zwiedziła całe pomieszczenie.
Nie było ono wprawdzie duże, ale znajdowało się w nim wiele ciekawych rzeczy. Oprócz legowiska mamy, w którym ta spędzała najwięcej czasu, koteczka zaobserwowała interesujący pojemnik, do którego jej rodzicielka robiła kupę.
– Mamo? – miauknęła biała cicho.
– Tak, kocię?
Wszystkie pytania nagle wyparowały jej z głowy. Właściwie to na odwrót. Miała ich tyle, że nie wiedziała od czego zacząć.
– Mam kilka pytań – oznajmiła więc. Mama skinęła głową, zatem kontynuowała:
– Dlaczego sikasz do pojemnika?
Kocica zaśmiała się i zamruczała.
– To jest kuweta. Wyprostowani dali mi ją, aby moje legowisko pozostało czyste – wyjaśniła.
Kocię uniosło uszka. Nigdy nie myślało o tym w ten sposób. Ona zawsze załatwiała swoje potrzeby pod siebie i wcale nie uważała, że to niechlujne, w końcu mama zawsze po niej sprzątała.
– Gdy trochę podrośniesz, też będziesz musiała jej używać – zapowiedziała mama.
– A kto to są ci wyprostowani? – kontynuowało kocię z pytaniami.
– Niebawem ich zobaczysz. Dają nam jedzenie i schronienie, oraz się z nami bawią. Każdy kot ma swojego. Gdy trochę podrośniesz, jeden z nich przyjedzie po ciebie i zabierze cię.
– Zabierze mnie? Jak to, gdzie?
Mama uśmiechnęła się.
– Prawdopodobnie do jego gniazda. Wszystkie kocięta trafiają do swoich domów prędzej czy później.
– Ale po co? – Biała koteczka dalej nic nie rozumiała.
– Zrozumiesz, gdy trochę podrośniesz, kocię.
Koteczce nie podobało się, że mama już trzy razy w ciągu tej konwersacji użyła zwrotu “gdy trochę podrośniesz”. Wcale też nie lubiła tego, że mama mówiła do niej “kocię”.
– Dlaczego Nala i Riko mają imiona, a do mnie mówisz po prostu “kocię”? – wybuchła w końcu.
Mama poruszyła ogonem.
– Ponieważ wyprostowani ich już tak nazwali. Dopóki to samo nie stanie się u ciebie, będziemy do ciebie się zwracać “Malutka”.
Malutka. Zatem to było jej imię, dopóki wyprostowani nie nazwą jej inaczej. Nie podobało jej się to ani trochę, ale stwierdziła, że nie ma co się martwić na zapas. Na pewno wkrótce i ona zostanie nazwana.
– Mamo? Skąd będę wiedziała, jak nazwą mnie wyprostowani? – zapytała niepewnie.
– Poznasz to. Będą mówić do ciebie innym głosem, powtarzając jedno słowo – odparła.
– A ty mamo? Masz jakieś imię?
– Tak. Wyprostowani zdecydowali, że pasuje do mnie “Luna”.
Malutka miała jeszcze wiele pytań, bo prawie niczego nie rozumiała. Z jakiegoś powodu jednak była bardzo zmęczona myśleniem, mówieniem i siedzeniem, dlatego klapnęła przy mamie i niezadowolona wtuliła pyszczek w jej futro.
Może uda jej się dowiedzieć czegoś więcej, kiedy się obudzi.

Od Malutkiej

Było bardzo spokojnie. Prawie zupełnie cicho. Jedynym dźwiękiem było miarowe “bum”, które znała od zawsze. Było też bardzo ciepło. Czuła się… dobrze. Rytmiczne poruszanie się świata działało na nią uspokajająco i kołysało ją do snu.
Bardzo szybko jednak zaczęło się robić ciasno. Szybko zorientowała się, że oprócz niej są jeszcze dwie inne istoty.
W pewnej chwili poczuła, jakby cały świat się skurczył. Coś pchało ją do przodu. Nie wiedziała, co się dzieje. Uderzała łapkami o ściany wszechświata, a także w pozostałych.
Nagle jednej istoty zabrakło. Wciąż miała poczucie, że musi się wydostać.
Wtedy została sama. Znów poczuła się jak dawniej, kiedy mogła swobodnie się poruszać i nie wpadać na nikogo.
Zorientowała się, że jednak wcale nie było tak, jak kiedyś. Było tak, jakby ktoś pchał ją do przodu. Przez chwilę nic, a później znowu parcie. Gdy to stało się nie do wytrzymania, przestała walczyć z tym uczuciem i po prostu skierowała główkę w tę stronę, którą podpowiadał jej instynkt.
Po chwili poczuła przejmujące zimno. Zaczęła krzyczeć, protestować i piszczeć. Nigdy wcześniej nie czuła chłodu. To nawet nie było najgorsze. Pod sobą wyczuwała coś twardego! Nikt jej nie ostrzegł, że po drugiej stronie będzie tak niewygodnie. Gdyby wiedziała, wcale by nie uległa temu poczuciu, które kazało jej wyjść.
Wtedy jednak zapomniała o wszystkim, bo poczuła pewien zapach. Choć była to pierwsza woń, jakiej dane jej było zasmakować, to wątpiła, aby coś pachniało lepiej od niej.
Podążyła za tym słodkim zapachem i poczuła coś ciepłego i miękkiego na swoim ciele. Z jakiegoś powodu wiedziała, że to był jej świat. Gdy dostała się do sutka i zaczęła ssać mleko, słuchała miarowego “bum”. W jakiś sposób jej świat się powiększył, a pozostałe mieszkające w nim istoty również przeniosły się na drugą stronę.
Nie wiadomo czemu była bardzo zmęczona, przecież nic takiego nie robiła. Na chwilę przed zaśnięciem usłyszała słowa:
– Witajcie na tym świecie, kocięta.

03 lipca 2026

Nowy Członek Klanu Nocy!

Od Niezapominajkowej Nadziei

przed ślubem.

Nowa ranga wywołała zdziwienie Klanu Nocy. Niezapominajkowa Nadzieja sama była zdziwiona, w końcu to ona mogła być u boku Trzcinowego Szmeru w tej roli, zresztą, myślała, że Mandarynkowa Gwiazda nie ufa kotce. Chciała jej pogratulować, ale z drugiej strony nie była w pełni pewna co do rozmowy z kotką na takie tematy. Jednak czy nie pasowałoby jej pogratulować..? Westchnęła, po czym ruszyła do żłobka, gdzie aktualnie rezydowała nadal Trzcinowy Szmer. Do środka weszła niepewnie, gdyż nadal czuła się tam nieswojo. Karmicielka obserwowała teraz kocięta, które biegały po żłobku, bawiąc się ze sobą. Niezapominajkowa Nadzieja skinęła głową na przywitanie, na co szylkretka odpowiedziała tym samym.
— Gratuluję nowej rangi. Musisz być bardzo z siebie dumna. — Zaczęła dymna, rozglądając się trochę.
— Tak, Żmijowcowa Wić jest strasznie dumny, szczególnie z kociąt. — Odpowiedziała zadowolona, liżąc swoje pociechy. Cóż, nie o to zapytała Niezapominajka. Wbiła lekko pazury w ziemię.
— Cieszę się… Przyszłam na chwilę, bo zaraz wybieram się na patrol.
— Miłego patrolu i dziękuję za odwiedziny, Niezapominajko. — odpowiedziała jej Trzcinowy Szmer z lekkim uśmiechem.

teraźniejszość

Niezapominajkowa zebrała się przy reszcie kotów przygotowywujących się do wyjścia. Dzisiaj jak te księżyce temu również wybierała się na patrol, jednak już teraz czuła, że nie mogła odwiedzić kotki… Dlaczego była tak głupia? Po co jej to było, po co się wogóle odezwała… Na znak Kijankowych Moczar wyruszyli spod obozu. Czasami Niezapominajka zastanawiała się, kiedy ojciec zostanie starszym. W końcu kiedyś chyba musi. Niby był silny, ale jednak wydawało się jej czasami, że przydałaby się mu za niedługo emerytura. Dotarli do granicy z pustym terytorium. Podobno to tu znaleziono Szczawiowe Serce i jego syna. Kotka czasami sama zastanawiała się, czy czekoladowy zechce ją wydać Klanowi Nocy. Potrząsnęła łebkiem. Parol rozdzielił się, a ona sama została z ojcem. Spojrzała na niego z lekkim uśmiechem. Mieli zamiar sprawdzić granice, więc rozdzielenie się zawsze było najlepszym pomysłem na przeczesanie szybko terenu. Teraz szła u jego boku, a ich futra prawie się stykały. Niezapominajkowa Nadzieja szła dość przybita, co jej ojciec wyłapał dość szybko.
— Jak tam się trzymasz? — zapytał kocur.
— Nie najlepiej. Po prostu nie mogę uwierzyć, że tak zaprzepaściłam swoją szansę u Trzcinowego Szmeru. — głos kotki załamał się lekko.
— Wiem, o co ci chodzi. Ja sam pluję sobie w brodę do dziś, że nie dałem więcej Lodowej Sałacie. Jest mi tak przykro z tego powodu. — powiedział to cicho, a jego głos był pełen bólu. Niezapominajkowa Nadzieja już miała coś powiedzieć, gdy usłyszała coś w krzakach. Nie czuła jednak zapachu zwierzyny. Czuła kota. Czyżby samotnik wtargnął na ich terytoria?
— Słyszałeś? — zapytała ojca. Ten skinął głową, patrząc na zarośla. — Myślisz, że to jakiś samotnik?
— Trzeba będzie się przekonać. Hej, wyłaź stamtąd! — na słowa kocura szelest ucichnął. Czyżby wystraszyli samotnika? Po chwili jednak usłyszeć można było cichy płacz. Płacz kocięcia. Kotka podbiegła do krzaku, delikatnie go uchylając. To, co zobaczyła, sprawiło, że zachciało się jej wymiotować. Pomiędzy zaroślami siedział mały kociak, tulący do siebie nieżywe ciało, prawdopodobnie swojej siostry. Ruda kotka nie oddychała już, a wokół niej zbierały się muchy. Kocurek wystraszony spojrzał na dymną, sycząc.
— Hej, spokojnie, spokojnie… Nie skrzywdzę cię… — powiedziała kojąco kotka, próbując uspokoić młodszego. Nie wiedziała co robić. — Gdzie są twoi rodzice..?
— Oni… Nie wiem… Porwano nas, dwunożni, oni nas porwali… Zabrali do tych dużych klocków w których mieszkają… M- my chcieliśmy uciec, ale nie wiedzieliśmy, gdzie jest mama i tata… I znaleźliśmy się tu, ale Rufina, ona… Ona upadła i teraz nie chce wstać! — zapłakany kocurek tulił się do swojej siostry. Niezapominajkowa Nadzieja przełknęła ślinę.
— Ona… Nie żyje… Nie możesz już nic dla niej zrobić, tak strasznie mi przykro maluchu… Chodź, zabiorę cię w bezpieczne miejsce.
— Nigdzie nie idę! Zostanę przy niej, ona musi się obudzić, musi… — płakał, co niestety nie pomagało w uspokojeniu go. Niezapominajkowa Nadzieja kucnęła obok, lekko dotykając ogonem boku jego siostry. Spojrzała w niebo.
— Klan Gwiazdy, nasi przodkowie, będą ją mieli w opiece. Obiecuję ci to. Przyjmą ją do siebie i będzie tam bezpieczna, na niebie, jako jedna z gwiazd. — powiedziała, na co kocurek wciagnął smarka, patrząc na niebo.
— Klan Gwiazdy..?
— Tak. To koty, które umarły, Spoglądają na nas, zawsze. Na twoją siostrę też, jak i na ciebie. Być może… Zaprowadzili cię tu do Klanu Nocy. Może miałeś tu trafić.
— Klan Nocy? Co to?
— Miejsce z którego pochodzę. — odpowiedziała, jednak miała świadomość, że to nie jest prawdą. — Jest tam wiele kotów, nawet takich w twoim wieku. Choć, zabiorę cię tam i będziesz tam bezpieczny. Ale najpierw pochowamy twoją siostrę.
— Na pewno będę bezpieczny..?
— Na pewno. — kotka zerknęła na Kijankowe Moczary, który już w ciszy kopał dziurę. Gdy już skończył, włożyli tam ciało rudej kotki, a następnie zasypali je ziemią. Wyciągnęła ze swojego futra kwiat niezapominajki, po czym położyła na zasypaną górkę. Kociak siedział teraz wtulony w jej łapę, patrząc na kwiaty w jej futrze.
— Też mogę taki mieć..? — zapytał z nadzieją.
— Tak, oczywiście. — wyciągnęła kolejną niezapominajkę i wplotła ją w futro kociaka. Ten uśmiechnął się lekko, podziwiając kwiat. Po dłuższej chwili siedzenia w krzakach i modlitwy nad kotką udało się namówić małego aby poszedł z nimi. Kotka podniosła to za futro na karku i niosła teraz do obozu. Gdy już dotarli, musiała porozmawiać z Mandarynkową Gwiazdą. Podeszła do jej legowiska, a gdy ta zgodziła się niezadowolona na jej wejście, weszła do środka.
— Mandarynkowa Gwiazdo, znaleźliśmy kociaka na patrolu granic. — na jej słowa liderka odwróciła się, patrząc na znajdkę. Przez chwilę wydawała się być niepewna, jednak westchnęła.
— Trzcinowy Szmer ma kocięta w jego wieku. Zanieś go do niej. Wygląda na wygłodzonego. Jeśli chodzi o pozostanie w Klanie Nocy, nie widzę przeszkód. Potrzebne nam młode silne koty… — po jej odpowiedzi Niezapominajkowa Nadzieja podziękowała, zabierając kociaka do żłobka. Gdy weszła do środka, Trzcinowy Szmer spojrzała na nią, zdziwiona z wizyty, szczególnie po jej wybryku na ślubie, jednak gdy zobaczyła kociaka, wszystko stało się jasne.
— Na Klan Gwiazdy, on jest wychudzony… Gdzie ty go znalazłaś..? — zapytała wystraszona o dobro małego. Zapewne instynkt macierzyński kotki nie działał tylko przy jej kociętach. Niezapominajkowa Nadzieja spojrzała na niego zmartwiona.
— Na granicy. Podobno uciekł od dwunożnych, a jego siostra… Nie żyje. Pochowaliśmy ją w miejscu, w którym ich znaleźliśmy… — odpowiedziała cicho, gdy kociak ułożył się u boku Trzcinowego Szmeru. Kijankowe Moczary wejrzał do środka, przynosząc miekką, małą rybę, którą będzie w stanie pogryźć młodszy. Niezapominajka odebrała od kocura jedzenie, podając je małemu. Ten od razu wsunął szybko rybę, a uszy aż trzęsły się mu. Dymna spojrzała na Trzcinowy Szmer, która przyglądała się małemu z czułością. Być może to kociak jest kluczem do zbliżenia się do kotki… Jeśli jest na to oczywiście jeszcze jakakolwiek szansa…

Od Rogatego Flaminga do Łabądka

Ślub

— Co masz dla nowożeńców, Ulewny Szkwale? — Rogaty Flaming podszedł do fińczyka, zaciekawiony jego zawiniątkiem. Usadowił się obok, patrząc na kocura. Sam również miał prezent, ale... postanowił go na razie schować! Musiał zobaczyć, co mieli inni. Oczywiście jego prezent był najlepszy i z pewnością spodoba się najbardziej. Musiał najzwyczajniej w świecie się rozejrzeć...
Niebieski uśmiechnął się, zauważywszy, iż książę do niego podszedł i przy nim przysiadł.
— Sądze, książę, że na pewno dzięki nim w Klanie Nocy będzie bardziej stabilnie. Trzeba w końcu kogoś, kto przypomni, że królewski autorytet jest ważny w klanie — zrobił chwilę przerwy. — A co książę sądzi o naszych nowych namiestnikach? — zagadał, poprawiając się lekko na swoim miejscu, w dość nietypowy, a może nawet i niewygodny sposób...
Namiestnicy to była nowa ranga, którą obdarzono czwórkę kotów, z którymi, tak naprawdę, point nie miał szczególniejszych interakcji może poza paroma zamienionymi słowami i faktem, iż każdego dnia się widywali przez to, że żyli w jednym obozie. Może powinien, jako iż działali tuż obok rodu królewskiego, dowodząc kotom położonym niżej od siebie, jeśli wymagała tego sytuacja.
Żmijowcowa Wić był jego przyrodnim bratem, ale sam Rogaty Flaming nie czuł się w ten sposób, nie łączyła go nigdy szczególniejsza więź z kocurem, point był raczej zapatrzony w siebie i martwił się własnymi sprawami. W końcu musiał pomyślnie przejść trening i zostać wojownikiem! Zasłuży sobie na to miano po tak ciężkiej pracy. Skoro jednak słynęli z dobrej opinii i nie chwalili czekotów, może rzeczywiście Klan Nocy czekały lepsze czasy. U Flaminga pojawiło się lekkie niezadowolenie, że niebieski zmienił tak nagle temat. Jak on śmiał kierować rozmowę, w którą stronę mu się podobało? Liliowa Pieśń źle wpływała na kocura... — Wstydzisz się swojego prezentu, Ulewny Szkwale? — przypomniał się, a końcówka jego ogona podrygiwała z lekkiego podirytowania. Musiał wiedzieć, czy jego zawiniątko było lepsze. Oczywiście w jego mniemaniu było, ale może Szkwał lepiej znał gust nowożeńców... nie, przecież czemu by miał... To Rogaty Flaming wiedział najlepiej. A pytał kocura tylko po to, żeby upewnić się, że jego pozytywna opinia o księciu się nie zmieniła. Zastrzygł długimi, śnieżnobiałymi wąsami.
Uwagę kocura także przykuła nietypowa pozycja, jaką przybrał łaciaty i uniósł brew, ale wojownik postanowił, że najpierw sam odpowie na zadane mu pytanie, sprawnie wybijając go z coraz to wyżej rosnących podejrzeń wobec nietypowego zachowania kompana. — To porządne koty. Dopóki nie mówią dobrze o kotach czekoladowej maści, to będzie dobrze — powiedział pewnie, mrużąc niebieskie ślepia. — Klan Nocy potrzebuje miłych chwil, szczególnie po tylu tragediach, nie sądzisz? — kontynuował, licząc na bardziej wylewną konwersację dla zabicia czasu. Nie obchodziło go to szczególnie, co działo się w przeszłości, jeśli nie dotyczyło to osobiście jego, albo jego babci, Mandarynkowej Gwiazdy. No i oczywiście matki, kochanej szylkretki, która teraz siedziała dumnie napuszona z futrem tak ulizanym, że aż lśniła w chłodnym blasku księżyca.
— Nie, że się wstydzę, ale nie wiem, czy będzie wystarczający dla kotów tak wysoko postawionych w hierarchii, zdecydowanie wyżej ode mnie — odparł wreszcie fińczyk, gdy został nieco przyparty do muru. W przeciwnym razie nadal by ignorował zadane mu pytanie, skandal! — Wątpię, że będą dobrze mówić o nich, zwłaszcza po tym, jak ta Mysiomózgowa Łapa wpuściła nam bestię do obozu. Jak chciała tego borsuka, to mogła go wpuścić do swojej nory, wtedy ten większy by ją zjadł, szukając tego mniejszego i byłoby mniej problemu — kontynuował ze słyszalnym zamyśleniem. — Sądzę, że owszem, mam nadzieję, że takich miłych chwil będzie tylko przybywać!
— Nawet nie wypada dobrze o nich mówić — podkreślił książe, nawet usatysfakcjonowany odpowiedzią kocura siedzącego obok. Flaming był jeszcze kociakiem, kiedy Mysiomózga Łapa wpuściła do obozu borsuka i nieszczególnie go to obchodziło, raczej był skupiony na tym, żeby to jemu było dobrze. Bardzo irytował go fakt, iż nie pozwalano mu spać, bo to albo trzeba było go chronić, albo przenieść, albo wiecznie budzić... dobrze, że teraz, jako wojownik, mógł sobie spać tyle, ile mu się żywnie podobało. — Czekoladowe koty są problemem i zsyłają na naszą wspaniałą społeczność same nieszczęścia, zawsze muszą wymyślić coś, żeby nam nie było dobrze za długo — przejechał językiem parokrotnie po swojej piersi, ponieważ jeden z kosmyków mu się wykrzywił, a musiał prezentować się olśniewająco. — Ale ty to na pewno wiesz, ponieważ jesteś mądry, w porównaniu do twojej siostry — dopowiedział jeszcze, a na samą myśl o niebieskiej szylkretce jego pysk przyzdobił lekki grymas. Wypędził go jednak i machnął parokrotnie łapą.
— Pomyśleć, że nawet są tak uciążliwe, że siedzą w naszych umysłach. Na szczęście możemy je wyprzeć i jak Książę, powiedział cieszyć się ceremonią ślubną.
— Ale co my tam. Po co mamy rozmawiać o przykrościach, skoro celem dzisiejszego spotkania jest zabawa. Zabawmy się, nie ma co strzępić języka na te pokraki — zaśmiał się, a końcówka jego ogona uderzała lekko o grunt, jakby żyła własnym życiem. Przy wypowiedzeniu tych słów szturchnął lekko w bark, przyjacielsko, fińczyka, a za nim zamigotało liliowe futro. Rogaty Flaming odwrócił się i ujrzał liliową kocicę, jego pysk momentalnie przybrało niezadowolenie, uszy położył po sobie, a serce zastukotało, nie spodziewając się jej tutaj. — Co TY tu robisz? — powiedział chłodno, wpatrując się w zielonooką. Nie była zaproszona!
— Poproszę wszystkich o zajęcie miejsc. Niechaj ceremonia się zacznie! — rozległ się donośny głos Mandarynkowej Gwiazdy. Ulewny Szkwał udał, że nic nie miało miejsca, przy okazji nadal próbując chować za sobą liliową, zajmując tym samym swoje miejsce. Point spojrzał w stronę babki na czas, kiedy mówiła, a potem ulotnił się do przestrzeni wyznaczonej dla niego, co jakiś czas łypiąc wrogo ślepiami w kierunku wojowniczki. Kisił w sobie jakimś cudem emocje, żeby przypadkiem nie wybuchnąć złością i nie zostać wyrzuconym z wysepki. Nie mógł pozwolić na to, żeby jakaś kotka mu zrujnowała opinię wyrobioną o nim. Im więcej na nią patrzył, tym bardziej zasiewało to w jego sercu niezadowolenie, dlatego wreszcie zerknął na nią ostatni raz, a potem na Mandarynkową Gwiazdę, teraz już zwyczajnie, oczekując dalszego rozwoju wydarzeń. Trzcinowy Szmer ustawiła się przy ołtarzu, tam czekał na nią już Żmijowcowa Wić.
— Zebraliśmy się tu dzisiaj, żeby uczcić miłość Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici oraz przypieczętować ją oficjalną więzią! — ogłosiła, po czym popatrzyła przez chwilę na oboje państwa młodych, moment później przekierowując wzrok na zgromadzonych. — Jeśli ktokolwiek chce wyrazić sprzeciw, niech zrobi to teraz.
Z tłumu podniosła się dymna kotka, a uderzenie serca później rozległo się donośne:
— Nie zgadzam się! — na jej krzyk zdziwione westchnienia przeszły całą wyspę, a na pyszczku Trzcinowego Szmeru wymalowany był szok i niedowierzanie. Książę poruszył się lekko, nie spodziewał się takiej sytuacji, ale też nie miał żadnych oczekiwań, no może poza podziwianiem jego za sam fakt istnienia, ale to była część każdego dnia... Spojrzał na zielonooką z zaintrygowaniem. Miała odwagę i czelność przerwać taką ceremonię? Musiała mieć rybią strawę zamiast mózgu albo najadła się za dużo ryb! Srebrna kocica u szczytu zmarszczyła brwi z zaskoczeniem, point chłonął każdą reakcję niczym gąbka wodę, niczym podekscytowane kocię, w myślach dopowiadając sobie, jak dalej mogło się to potoczyć, próbując tym samym mimowolnie zgadnąć przyszłość. Niezapominajkowa Nadzieja popatrzyła na parę z pytaniem w oczach.
Nagle jego uszy wyłapały jakiś szept, a potem przemówił Ulewny Szkwał, zaczepiając go. Point zaś nie odpowiedział na pierwszą część, zbyt zajęty całą aferą, musiał przecież coś mieć od życia, bycie księciem w końcu nie jest takie łatwe...
— Co za hańba, że Niezapominajka musi rujnować ten ślub, a nawet to nie początek tej uroczystości!
Rogaty Flaming trzepnął gniewnie ogonem, a niebieski odwrócił się ku kocicy za nim, chowając ją przed czujnym spojrzeniem Flaminga. Urodziwy Szafirek, ta przebrzydła ropucha, również znalazła się u ich boku i zgrywała rybiego móżdżka, kryjąc swoją przyjaciółkę. Wojownik nagle odwrócił się z powrotem ku niezadowolonemu kocurowi, klepiąc się po brzuchu parokrotnie, niczym foka.
— To chyba mi w brzuchu burczy, em... To przez ten chaos.
Point zerknął na niego ze zdziwieniem, gdy fińczyk poklepał się po brzuchu, niczym foka. Nigdy nie widział podobnego gestu u kocura. Czy uważał go za głupiego? Poprawił swoją wspaniałą grzywę, unosząc pysk wysoko i spozierając na niego zniechęcony.
— Zaraz coś zjesz, słuchaj teraz... słuchaj, słuchaj — mówił, próbując z powrotem wczuć się w słuchanie, jednak po chwili usłyszał desperackie, żałosne "bul, bul" co znowu wybiło go z rytmu. Uderzył łapą o grunt, po czym syknął, napinając mięśnie. Od niezbyt nieprzyjemnych słów odciągnął go wrzask gdzieś blisko, któregoś z kotów. Książę usadowił się na swoim miejscu, chyba właśnie tego potrzebował. W sercu mu wrzało, krew się gotowała, a pazury miał uszykowane, by przypomnieć niektórym, gdzie było ich miejsce. Później sobie porozmawia z tą rybo-kocicą i może jej równie durną przyjaciółką! Już ostatnio miał nieprzyjemności z nimi, same problemy. Ktoś jeszcze mógłby nawrzeszczeć na te dwie głupie kotki.
Niezapominajka została wyprowadzona z wyspy przez jego ojca, Błękitną Lagunę. Nie stawiała żadnego oporu, a na pysku miała wymalowany jedynie smutek. Spojrzał na łaciatego z nadzieją, ale błękitnooki jedynie skinął głową. Flaming liczył na to, że może i jego poproszą do pomocy, ale najwidoczniej nie było takiej potrzeby.
Wesoła Łapa wyrosła obok niego niczym z ziemi.
— Panie Książę Rogaty Flamingu, kiedy idziemy jeść?
Kocur spojrzał na Wesołą Łapę, która postanowiła go zaczepić pierwsza. Miał ochotę przewrócić oczami, ale miał być dla niej wzorem do naśladowania, więc... napuszył pierś dumnie i poprawił sobie łapą frędzelki na uszach, które mu się lekko zaplątały. — Jak tylko się wszyscy uspokoją — powiedział pewnie, ruchem ogona zachęcając młódkę do tego, żeby usiadła obok. W tym momencie robiło mu różnicę, czy była gdzieś blisko, bo jeśli była, to mogła się od niego uczyć nawet w tym momencie. Wydawało się, że ta chwila nastąpi za parę uderzeń serca, więc nie trzeba będzie długo czekać. Koteczka usadowiła się tuż obok mentora, również się pusząc, dokładnie tak, jak on, przypominając szary dmuchawiec.
— Proszę o uwagę! Kontynuujemy ceremonię!
— BUL, BAL, BLABUL! — wywrzeszczała Liliowa Pieśń, trzepiąc się pomiędzy futrami bliskich jej kotów. Mandarynkowa Gwiazda pomasowała poduszkami grzbiet nosa z zażenowaniem.
Wesoła Łapa uśmiechnęła się szeroko, a jej koncentracja w związku z ceremonią wyparowała szybciutko.
— A, Panie Książę Rogaty Flamingu, ma Pan przepięęęęęęknee futerko dzisiaj!
Wreszcie ktoś to zauważył! Pysk starszego rozświetliła duma, gdy siedział tak z uniesionym łbem, a obok niego jego uczennica, Wesoła Łapa. — Starałem się! W końcu muszę prezentować się najlepiej — powiedział z zadowoleniem, a już po chwili do jego uszu dotarła kontynuacja słów Mandarynkowej Gwiazdy, dlatego zamknął pysk, akurat swoją babkę-mentorkę szanował i to bardzo. Ruchem ogona polecił młódce obok też, żeby nic teraz nie mówiła.
— Trzcinowy Szmerze, Żmijowcowa Wici czy w obliczu wszystkich zebranych tu kotów przysięgacie sobie miłość, wierność, uczciwość i wspólne dzielenie łowów nawet po śmierci?
Buras oczy miał wlepione w oblicze Trzcinowego Szmeru.
— Przysięgam.
Szylkretka zamrugała uradowana, patrząc się na swojego wybranka.
— Przysięgam.
— Zatem mocą nadaną mi przez Klan Gwiazdy ogłaszam was mężem i żoną! Niech wasza miłość nieprzerwanie rozjaśnia wasze życia niczym świetliki na łąkach Porą Zielonych Liści!
— JESZCZE RAZ! JESZCZE RAZ! PANIE KSIĄŻĘ ROGATY FLAMINGU, ON JĄ POLIZAŁ AAAAAAAAAAAAA, czy to nie piękne????
Kocur kiwnął głową, skoro każdy teraz mógł wrzeszczeć, to czemu miałby tego bronić swojej uczennicy... I tak ta wrzawa ją zagłuszy, raczej, więc nie przyniesie mu wstydu. Dopóki nie warczała czegoś w stylu "czekoty są najlepsze, powinny rządzić nami, całym Klanem Nocy!" to nie widział kłopotu.
— Wspaniale! W takim razie zaczynamy rzut żabą! — zawołała Trzcinowy Szmer do gości. Czekając, aż się ustawią, złapała w łapki żabę, stanęła tyłem do tłumu, by rzucić na oślep. Płaz poleciał na widownię, podskakując ile sił w kończynach. Wreszcie pochwyciła go Ćmie Mżenie, a już po paru uderzeniach serca wystartowała do niej Wesoła Łapa, krzycząc coś niezrozumiałego dla kocura. Przyglądał się poczynaniom własnej uczennicy, nie interweniując, przynajmniej dopóki nie zrobiłaby czegoś nie tak. W wyrwaniu żaby też nie widział niczego złego, więc nie uznał, by trzeba było cokolwiek z tym robić. A poza tym... nie tylko on tu był, żeby reagować! On się miał prezentować ładnie, wspaniale i dawać przykład każdemu.
Zauważywszy, z jaką łatwością jego uczennica została odepchnięta, skrzywił nieznacznie pysk. Musiała pokazać, że ich treningi nie poszły na marne! "Walnij jej, Wesoła Łapo!" — myślał sobie, a gdy młódka się podniosła, w jego sercu zagościła nadzieja. Jeszcze nie wszystko stracone. Mogła się wykazać. Ignorując zupełnie to, co mówiła (bo nie było to o czekotach), przyglądał się jej ruchom i szukał miejsc, które dało się udoskonalić przy przyszłych szkoleniach. Powinien nauczyć ją, jak się ustawić, żeby jej nikt nie mógł odepchnąć. Wymagało to siły, ale to nic, czego by się nie dało nauczyć (a tak przynajmniej myślał, z pewnością). Następne zwinne ruchy koteczki sprawiły, iż pochwyciła żabę.
Rogaty Flaming otworzył ślepia szeroko, gdy żaba skoczyła prosto na jego pysk. Gdy zetknęła się z jego nosem, wrzasnął, próbując łapami ją zdjąć z siebie. Siłował się z nią przez parę uderzeń serca, niemal zderzając się z paroma innymi kotami, jednak nie było to dla niego istotne, powinni mu zejść z drogi! Wreszcie strzepnął ją poduszką, chociaż pozostawiła po sobie jakieś drobinki ziemi, a same palce miała pokryte swego rodzaju mokrą mazią. Zmarszczył nos, a pysk wykrzywił w obrzydzeniu. Gdy już miał krzyknąć coś do Wesołki, wojowniczka ugryzła małą w ogon i to dość mocno. Rogaty Flaming przygniótł istotkę łapą, odskakując w bok, żeby dwie siłujące się kotki nie uderzyły w niego, wypuścił ją przypadkowo w kierunku swojej uczennicy.
Oczy niebieskiej się zaszkliły.
— Auć to boli! — pisnęła, kładąc uszy po sobie i zaczynając płakać.
Ćmie Mżenie odpuściła sobie na jakiś czas odbicie swojej nagrody, bo, nie czekając długo i nawet nie przepraszając młodej, odeszła gdzieś na bok, więc płaz wrócił w łapki pręguski. Kotka przetarła łzy i spojrzała na stworzenie. Jej wielkie oczka patrzyły każda w innym kierunku. Pociągnęła nosem. Po chwili dotknęła żabę łapką.
— Nie zjadaj mi oczu, potrzebuję ich do podziwiania Pana Księcia Rogatego Flaminga — zaczęła, nadal pociągając nosem. — Przez Ciebie tamta kotka mnie ugryzła, wiesz? Powinnaś pójść do kąta za karę! Ale tutaj nie ma kątów... więc ci się upiecze!
Point podszedł do płaczącej blisko Wesołej Łapy, po czym ruchem ogona zachęcił ją do tego, żeby wstała, przy tym oglądając ją pospiesznie, czy nie miała nigdzie wyrwanych kępek futra, jakby mógł w jakikolwiek sposób ocenić na tej podstawie, jak bardzo była poobijana. — No już. Wesoła Łapo, jaki prezent przyniosłaś dla nowożeńców? — zapytał. Nie robił tego dlatego, że się o nią martwił... tylko po to, żeby mu nie przynosiła wstydu, nie mogła tak łatwo się rozpłakiwać! No, może trochę się zmartwił, jak się tak skuliła... może liliowa szylkretka jej zrobiła krzywdę. — Musimy im go podarować — mówił.
Kotka spojrzała, cała poklejona od ziemi, brudu, śliny, pewnie śluzu żaby i łez, na swojego mentora, który wygląda jak cud zesłany przez przodków. Pociągnęła nosem i wstała, ocierając łzy.
— Chlip — mruknęła. — Wianek zrobiłam... leży o tam na liściu — pokazała łapką na zlepek krzywych gałązek i listkami znalezionymi dookoła obozu. — Myśli Pan, Panie Księciu Rogaty Flamingu, że im się spodoba? — zapytała z nadzieją w oczach.
W jego ślepiach pojawił się przebłysk obrzydzenia, gdy zorientował się, w jakim stanie była jego uczennica, ale nie mógł z tym za wiele zrobić, nie żeby też chciał cokolwiek robić. Jak wrócą, to powinna doprowadzić siebie do porządku, albo może niech zrobi to któryś z jej rodziców. Podążył wzrokiem i jego oczyska wychwyciły wianek. W źrenicach pojawiła mu się swego rodzaju frustracja. Jego prezent nie wyglądał tak wspaniale! — Tak, na pewno im się spodoba — zapewnił, po czym zachęcił ją do tego, żeby go wzięli. Podszedł do wianka. — Nieśmy go razem, wtedy zobaczą, jak nam bardzo zależy! — kontynuował i chwycił wianek od jednej strony, a drugą, delikatnie, przysunął ku młodej.
Poszli wreszcie ku Trzcinowemu Szmerowi oraz Żmijowcowej Wici i stanęli przed górą prezentów. Ruchem głowy ich przywitał i posłał lekki uśmiech, żeby nie było, że chodzi naburmuszony. — Żmijowcowa Wici, Trzcinowy Szmerze, to dla was od nas — powiedział oficjalnie, spoglądając na dwójkę. Miał nadzieję, że Wesoła Łapa doda coś od siebie, bo on sam nawet nie wiedział, jakich kwiatów tu użyto, nie znał tych gatunków, bo nigdy się nad tym nie zastanawiał.
— Użyłam do niego gałązek! I liści, które znalazłam! Wybierałam takie łaaadne, bo wy jesteście ładni! — miauknęła, jakby powiedziała największy komplement tego świata.
— Piękny prezent. Mama i tata na pewno docenią pański gest — zwróciła się bezpośrednio do Flaminga, taktycznie ignorując jego uczennicę.
Point spojrzał na jedno z dwóch kociąt, do tej pory nie patrzył na nie jakoś szczególnie... bo zajęty był wiankiem i prezentowaniem się, jak najlepiej tylko mógł, no i też robieniem dobrego wrażenie na kim tylko to było możliwe, oprócz kotów czekoladowych, ale nie było tu Fląderki czy Mysiomózgiej Łapy, to nie było mowy o dalszych nieszczęściach. Ukłoniła się tak, jakby jej to przychodziło naturalnie. Kiwnął jej głową. Właśnie takiej reakcji oczekiwał, ale sam nie wiedział, co powinien dodać, jako iż jego uczennica wyjaśniła szybko jakie to były gatunki, a także co nieco o samym wianku, więc od niego nie pozostawało nic więcej. Oczywiście, zawsze dało się zrobić miejsce na powiedzenie także o własnych wspaniałych zasługach, ale czy ze wszystkiego musiał się spowiadać, każdemu? Każdy widział, że był wspaniały. Szacunek mu się należał. Młódka sprawnie zignorowała niebieską pręguskę, całą uwagę skupiając na poincie.
— Jak podoba się panu ślub? Mogę w czymś pomóc? — zapytała. — Może przesuniemy się na bok, żeby zrobić miejsce dla innych gości?
Point przesunął się lekko, chociaż sam nie uważał, żeby zajmował jakoś szczególnie dużo miejsca (mimo że zajmował, bo nie był najmniejszy). — Czy wiesz może, czy twoi rodzice mają dobre stosunki z tamtą kocicą, o? — wskazał ogonem Urodziwy Szafirek, a potem Liliową Pieśń, a na jego pysku wymalował się niesmak. Jeśli mieli, nie świadczyło to dobrze także o jego przyrodnim bracie. Nawet jeśli nie czuł się względem niego w ten sposób, mogło to w pewnym sensie przynosić ujmę ich rodzinie, im, jako dzieciom Wężynowego Kła. — Nie cieszy mnie ich obecność. Chwalą koty maści czekoladowej, uważając naszą wspaniałą tradycję, przekazywaną z pokolenia na pokolenie, za głupią, niewłaściwą. W dodatku, gdyby tego było mało... — zrobił dramatyczną przerwę, obserwując, jak zareaguje na to młódka. Musiał wykorzystać każdą okazję, jaką tylko mógł, do obgadywania kotów, które mu się nie podobały, bo jak śmiały go zwyzywać, ostatnio? Tak podle... Nawet Fląderka miała więcej w głowie, niż one dwie razem wzięte, pokazując im, że to właśnie one były w błędzie, a nie on, wspaniały kot, członek rodu królewskiego. — Nie mają za grosz szacunku do rodu królewskiego. Jeszcze nam nieprzyjemności przyniosą... — kontynuował, poruszając co jakiś czas końcówką ogona. Zastanowił się jeszcze nad tym, co vanka powiedziała parę uderzeń serca temu. — Nie sądzisz, że to absurd? — kontynuował. Tak naprawdę nie dał jej pełnej swobody we własnej odpowiedzi, bo już na początku podkreślił swoją niechęć, a wręcz obrzydzenie czekoladowymi kotami, a zresztą z innym podejściem spotkał się jedynie dwa razy i to u tychże właśnie kocic. Podświadomie wyrobił sobie względem niej oczekiwania, jakie miał wobec jej odpowiedzi, która miała dopiero nadejść.
Łabądek popatrzyła w stronę wskazanych kotek.
— Przykro mi, proszę pana, ale nie znam odpowiedzi na pańskie pytanie — odpowiedziała, a na resztę wypowiedzi kocura zakryła pyszczek łapką. — To okropne! Istny skandal! Naprawdę przepraszam za to, że te dwie kotki tak panu psują nastrój. Moi rodzice na pewno nie mogliby mieć z nimi dobrych relacji, skoro nie szanują rodu królewskiego! — odpowiedziała bardzo przejmująco.
Point otarł z policzka wyimaginowaną łezkę. Poczuł swego rodzaju déjà vu, bo nie był to pierwszy raz, kiedy narzekał właśnie na tę dwójkę, ale też i satysfakcję, ponieważ miał wrażenie, że udało mu się kolejnemu kotu przekazać prawdę, o której wiedzieli, tak mu się zdawało, nieliczni, skoro nadal otaczali się właśnie nimi. Pierwszy raz robił to w towarzystwie Ulewnego Szkwału, który zareagował dość podobnie, co sprawnie poprawiło mu humor. Tak tez było w tym przypadku, dobrze, że nawet młode koty wiedziały, co było właściwe, a co nie.
— Miło widzieć, że są jeszcze młode koty, które wiedzą, jak należy się zachowywać. Nie wszyscy są wychowywani równie dobrze — kontynuował, zauważywszy gest łapką, ale nawiązując też do szacunku, jakim go obdarzono i darzono nadal. Mówił tak, jakby on sam nie był młody... i niestety wiele kotów byłby w stanie wymienić w myślach, według niego. Tak naprawdę nawet on nie praktykował takich gestów, uważał, że on miał jedynie prezentować się dobrze, a jako iż wyglądał dość odmiennie w porównaniu do reszty, to nie było o to wcale trudno, no i jeszcze ten lotos na czole! Chociaż i tak najważniejszym dla niego w tym momencie było to, że kotka nie zareagowała jakoś inaczej względem tego, co jej powiedział, niż od niej oczekiwał. Potrafił przemawiać rozsądnie, właśnie przekazał kociakowi coś, czego niektórzy wojownicy nie byli w stanie pojąć, był wspaniały. No właśnie, nie tylko on to dostrzegał, skoro został mu przydzielony uczeń w tak młodym wieku! Jaka szkoda, że nie każdy wyniósł z gniazda podobnych wartości, może żyłoby im się wtedy dużo lepiej.
Koteczka wyprostowała się z dumą na komplement i skinęła głową.
— Dziękuję, proszę pana, to zaszczyt.
— Wystarczy panie książę Rogaty Flamingu — podkreślił. Z każdym kolejnym samym "panie" czuł się tak, jakby mu raz po raz opadał uśmiech z pyska.

<Słynę ze skromności, Łabądku>

Od Lilakowej Łapy CD. Migotu

Lilakowa Łapa siedziała właśnie niedaleko legowiska medyka, tuż obok gniazda, w którym Klan Klifu trzymał zwierzynę. Kotka była obecnie dosyć zamyślona, jej myśli były mocno skupione na niedawnej porażce na treningu. Lilakowa Łapa czuła wstyd. Nie, dosyć że przez mały rozmiar miała problemy z walką, to jeszcze najwyraźniej nie była najlepsza w polowaniu. Czuła się wręcz zasmucona, że jej mentorka, Przepiórcza Wichura skrytykowała ją dziś za pójście z wiatrem podczas polowania. Jak mogła zapomnieć, by tego nie robić? Czy teraz Przepiórczy Wicher uzna ją za zbędną mróweczkę, którą była? Te pytania krążyły niczym ptaki szybujące po niebie po głowie Lilakowej Łapy. Była wpatrzona w zimną kamienną podłogę jaskini, w której znajdował się obóz jej klanu. Była skupiona na tym tak mocno, że nie zauważyła, pewnego młodego białoszarego kocura biegnącego w jej stronę. Zostałoby i tak na dłużej, gdyby nie to, że zwrócił jej uwagę słowami, które powiedział:
— Ej, ty kupo futra! — krzyknął do uczennicy kocurek, lekko dysząc przy okazji. — Schowaj mnie!
Mówiąc to, wskoczył za nią. Nie schował się zbytnio przez fakt tego, że byli podobnych rozmiarów. Kotka już chciała zaprotestować zarówno z faktu, że nie chciała tak po prostu kogoś ukryć, jak i z tego, że nie życzyła sobie być nazywaną kupą futra. Szybko zorientowała, się kim był jednak kociak. Syn samego Lśniącej Gwiazdy... Gdy zrealizowała to sobie poczuła się głupio, myśląc o samym odmawianiu jemu. W końcu był kimś ważnym, kimś do kogo powinna być zwłaszcza lojalna. Słyszała kiedyś, że Klan Nocy miał tych całych książąt i księżniczki. Nie rozumiała czemu Klan Klifu tego nie miał. W końcu synowie przywódcy na pewno będą kimś wielkim, słyszała, że obecny przywódca był synem poprzedniego (chyba adoptowanym, ale nie robiło jej to wielkiej różnicy, skoro przygarnął go sam przywódca, to najwidoczniej od małego musiało widać, że będzie kimś wybitnym). Pewnie jeden z synów Lśniącej Gwiazdy też nim zostanie. Zresztą czy to ważne? Czy Migot był nieco takim nieoficjalnym Księciem Klanu Klifu? Czy Klan Klifu powinien mieć książąt i księżniczki? Czy Migot był dobrym materiałem na przyjaciela oraz, czy chciałby się z nią zadawać? Te pytania zaczęły chodzić po głowie liliowej kotki. W końcu jednak postanowiła mu odpowiedzieć:
— Tak! — rzekła półszeptem, dodając potem. — Nie wiem, przed czym uciekasz, ale w legowisku uczniów powinno być bezpiecznie! Chodź ze mną, Migocie! Byle szybko!
Zaczęła iść, a kocurek za nią. Lilakowa Łapa przypominała sobie, że powinna podziękować Klanowi Gwiazdy, że większość kotów była poza obozem na patrolach więc nikt ich nie zaczepił oraz nie spytał, co robili. Zrobiła to szybko mimo swojego braku wiary. Chciała być lojalna i pomóc synowi przywódcy, i coś czuła, że trudno byłoby jej wymyślić coś w razie potencjalnych kłopotów. Przede wszystkim, jeśli by w nie wpadli, chyba musiałaby wziąć winę na siebie, czyż nie? Nie mogła wpakować w kłopoty syna przywódcy. W każdym razie szli dosyć szybkim krokiem, a jako że obóz nie był specjalnie duży, szybko znaleźli się w tunelu, który prowadził do legowiska uczniów. W ciągu ledwo paru bić serca znaleźli się w jaskini, w której spali uczniowie.
— Jesteśmy! Chodź, położysz się gdzieś w kącie i będziemy udawać, że cię nie ma — zaproponowała.
— Nie wsypiesz mnie, prawda? — spytał kocurek.
— Tak! A mogę cię o coś zapytać, Migocie? — spytała w nagłym przypływie odwagi. — Myślisz, że chciałbyś się ze mną jeszcze kiedyś pozadawać? Tak wiesz, jak już wyjdziesz z kryjówki.

<Migoooooot? Patrz, kupa futra chcę być twoją znajomą>
[553 słów]