BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

09 sierpnia 2026

Od Lipieńka

Nie wiedziałem jeszcze, czym był świat. Nie wiedziałem, czym był Klan Nocy, czym był żłobek ani dlaczego wokół mnie znajdowało się tyle obcych, przytłumionych głosów. Wiedziałem tylko, że było ciepło. Ciepło i ciasno. Wokół mnie znajdowało się rodzeństwo, a gdzieś nad nami biło ogromne, znajome serce. Przez większość czasu spałem, wtulony w miękkie ciało matki. Od czasu do czasu poruszałem łapkami, zupełnie nieświadomy tego, co robiłem. Nie znałem jeszcze własnego ciała. Nie wiedziałem, gdzie kończy się moja łapa, gdzie zaczynał ogon ani dlaczego czasem coś łaskotało mnie po nosie. Świat był dla mnie zaledwie mieszaniną zapachów, ciepła i dźwięków.
Potem wszystko nagle zaczęło się zmieniać. Zacisnąłem maleńkie łapki, kiedy ciało mamy gwałtownie się napięło. Nie rozumiałem, co się działo. Przez chwilę było spokojnie, a później znów poczułem ruch, który zmusił mnie do przesunięcia się razem z resztą rodzeństwa. Jeden z kociaków zapiszczał. Ja również wydałem z siebie cichy, zduszony pisk, choć nie wiedziałem nawet dlaczego. Było coraz mniej miejsca. W końcu stało się coś, czego nie potrafiłem nazwać. Ciepło nagle zniknęło, a ja zostałem wypchnięty w coś zupełnie nowego. Zimno.
To była pierwsza rzecz, którą naprawdę poczułem. Moje maleńkie ciało zadrżało, a z pyska wyrwał mi się żałosny pisk. Przez chwilę nie wiedziałem, co robić. Wszystko było inne. Powietrze drażniło mój nos, pod łapami nie było już rodzeństwa, a zamiast przyjemnego ciepła poczułem chłód, który zdawał się przenikać przez moje cienkie futerko. Potem poczułem język. Duży, szorstki język przesunął się po moim grzbiecie. Zadrżałem, ale po chwili przestałem piszczeć. Znajomy zapach mamy otulił mnie niczym miękkie posłanie. Wtuliłem pyszczek w jej futro, próbując odnaleźć to ciepło, które znałem jeszcze sprzed chwili.
Nie wiedziałem, że właśnie wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z moją matką. Nie wiedziałem też, że urodziłem się jako trzeci. Wokół mnie znajdowały się już dwie siostry. Jedna pachniała rudym futerkiem, druga czernią i mlekiem. Nie potrafiłem ich zobaczyć, ale słyszałem ich ciche piski. Gdzieś dalej odzywały się obce głosy. Niektóre były spokojne, inne nerwowe. Jeden z nich brzmiał szczególnie nieprzyjemnie, choć nie rozumiałem jeszcze żadnych słów. Próbowałem poruszyć łapą. Nie wyszło mi. Spróbowałem jeszcze raz i tym razem udało mi się przesunąć ją o kawałek. Zadrżałem z zadowolenia, zupełnie nieświadomy, że był to najprostszy ruch na świecie.
Wtedy poczułem kolejne skurcze. Nie wiedziałem, że tym razem na świat przyjdzie mój brat. Wiedziałem tylko, że znowu zrobiło się głośno, a ciało mamy znów się napięło. Schowałem pyszczek w jej sierści, czekając, aż wszystko się uspokoi. W końcu nastała cisza. Była inna niż wcześniej. Spokojniejsza. Poczułem, jak coś miękkiego dotykało mojego boku. Pachniało podobnie jak ja. Kolejne rodzeństwo. Nie miałem pojęcia, że właśnie tak wyglądała moja rodzina. Nie znałem jeszcze słowa „rodzina”. Nie znałem słowa „odrzutek”. Nie wiedziałem, że moja matka bała się o mnie jeszcze zanim zdążyłem pierwszy raz zaczerpnąć powietrza. Nie wiedziałem, że ktoś spojrzy kiedyś na moje futro i uzna, że jestem gorszy. Nie wiedziałem, że kolor mojego ciała będzie miał dla innych większe znaczenie niż to, kim sam się stanę.
Na razie liczyło się tylko ciepło. Powoli przesunąłem się w jego stronę, niezgrabnie przebierając łapkami. W końcu znalazłem to, czego szukałem. Przytuliłem się do mamy, a po chwili zacząłem łapczywie szukać mleka. Byłem głodny. Bardzo głodny. W pewnym momencie poczułem, jak ogon mamy otulał mnie od góry. Jej język przesunął się po moim grzbiecie, a ja odpowiedziałem cichym pomrukiem. Nie znałem jeszcze jej imienia. Nie wiedziałem, kim była. Dla mnie była po prostu ciepłem, zapachem i bezpiecznym miejscem. Gdzieś nad nami rozległ się głos.
— Lipieniek.
Nie wiedziałem, co to znaczyło. Nie wiedziałem, że to ja. Po chwili poczułem, jak coś dotyka mojego policzka. Delikatnie, ostrożnie. Mama. Przycisnąłem się do niej mocniej. Nie mogłem jeszcze zobaczyć świata. Nie mogłem wiedzieć, jak wyglądało niebo, rzeka ani noc, o której tak często będą opowiadać mi starsi. Nie mogłem zobaczyć własnego burego futra, czarnych pręg ani białych znaczeń. Nie wiedziałem nawet, że na mojej piersi pręgi układały się w kształt przypominający serce. Nie wiedziałem nic. I może właśnie dlatego wszystko wydawało się takie fascynujące.
Zacisnąłem maleńkie łapki na futrze mamy i zasnąłem, otoczony rodzeństwem. Nie wiedziałem jeszcze, że pewnego dnia będę zadawał pytania, których nikt nie będzie chciał słuchać. Nie wiedziałem, że kiedyś zapytam, dlaczego jedni są ważniejsi od drugich. Nie wiedziałem, że nie wystarczy mi odpowiedź: „bo tak było od zawsze”. Na razie byłem tylko małym, burym kociakiem. Lipienkiem. I po raz pierwszy zasnąłem w świecie, który pewnego dnia spróbuję zmienić.

Od Fiołka do Centurii

Trzciny okalające wyspę kołysały się i szumiały, a ich długie łodygi uginały się pod naporem mocnych powiewów chłodnego wiatru. Długie futro koteczki odruchowo napuszyło się, aby ochronić ją przed niezbyt sprzyjającą temperaturą. Jej uszy odwróciły się do tyłu, kiedy powietrze rozdarł ostry wrzask mewy. Szylkretka jej nie widziała, ale mogła tylko się domyślać, że ptaki wszczęły kłótnię o rybę, którą jeden z nich złowił.
Wiedziała, że niedługo też będzie łowić ryby, dla klanu jako uczennica. Miała nadzieję, że będzie w tym najlepsza ze swoich rówieśników. Wtedy wojownicy i starsi uczniowie patrzyliby na nią z większym podziwem i na pewno chcieliby się z nią zaprzyjaźnić. Nie mówiąc już o kociakach takich jak wiecznie piszczący Orzechówka i Drzemlik, którzy na pewno będą ją błagać o porady.
Lekko się skrzywiła na myśl o kociętach Świteziankowego Jeziora. Co prawda, to całe zamieszanie wokół nich ucichło i teraz trochę więcej kotów przebywających w żłobku patrzyło na nią, ale Fiołek wciąż nie zapomniała tych okropnych czasów, kiedy wszystko kręciło się wokół nowo narodzonych. Zabrali jej uwagę piastuna, a także karmicielek. Na pewno zrobili to celowo! Po prostu jej nie lubili i w ten sposób jej dokuczali. Albo nawet znęcali się nad nią. Myśleli sobie, że byli najważniejsi w całej kociarni i szylkretka nie mogła się doczekać, aż im pokaże, że była od nich znacznie lepsza. Wtedy będą żałować tego, co narobili.
O wiele lepiej czuła się przy młodych Fląderki. Co prawda nie zawsze wiedziała, czy powinna się z nimi bawić, ani co o nich myśleć, skoro ich matka była odrzutkiem. Nie chciała być traktowana z taką pogardą jak ona ani być gorszą od swojej siostry, Jasności, czy w ogóle kogokolwiek przez to, że się z nimi zadawała. Jednak, kiedy spędzała z nimi czas, czuła się dobrze, bo wiedziała, że była uważana od nich za lepszą. Czy tak było, nie miała pojęcia. Sama nie doświadczyła niczego złego ze strony czekoladowych kotów, ale chyba z jakiegoś powodu nikt ich nie lubił… W każdym razie przyjemnie było móc się z kimś bawić bez presji ciągłego udowadniania, że była lepsza.
Rozejrzała się po obozie. Rozpierała ją energia! Chciałaby się z kimś pobawić, więc szukała wzrokiem jakiegoś kota, z którym byłoby przyjemnie. Rozglądała się przede wszystkim za pobratymcami ze żłobka. Spojrzenie jej zielonych oczu padło na czarno białą koteczkę. Centuria siedziała niedaleko żłobka przy kępie paproci, wygładzając długimi pociągnięciami języka sierść na piersi. Może warto z nią nawiązać przyjaźń? Nie spędzały na razie ze sobą dużo czasu, głównie dlatego, że czarnobiała była dość cicha i sama z siebie zazwyczaj nie podchodziła do innych. Fajnie byłoby poznać ją bliżej. Może okaże się dobrą przyjaciółką?
Koteczka wstała, żeby do niej podejść, jednak zawahała się w pół kroku. Centuria była czarno biała, a Fiołek miała na swojej sierści również rude plamy. Czy nie była przez to gorsza? Nie miała przecież tak idealnego futerka, jak kocię Fląderki, nie łączyła w sobie harmonii gwiazd i nocnego nieba, a wszystko przez ten ogień, który w sobie miała według historii o powstaniu świata.
Zaraz jednak porzuciła te rozmyślania. Centuria była kociakiem odrzutka, nikt nie powinien uznać jej za lepszą od Fiołka. A przynajmniej taką szylkretka miała nadzieję. W razie czego jednak zaczęła rozmowę popisywaniem się, tak na wszelki wypadek, żeby na pewno Centuria nie uznała jej za gorszą od siebie.
— Centurio! Patrz, jak umiem wysoko skakać! — zawołała, podbiegając bliżej. Wzięła rozbieg i przeskoczyła nad grzbietem siedzącej czarno białej koteczki. Ledwo jej się udało, ale próbowała udawać, że zrobiła to z łatwością. Serce jej łomotało. Była o długość wąsa od ośmieszenia się przed koleżanką ze żłobka. Całe szczęście, że nie wpadła na pomysł przeskoczenia nad jej głową.

<Centurio? Daj atencji>

Od Wełnianki do Drzemlika

Wełnianka rozpoczęła swój dzień dość zwyczajnie – podniosła biało-rudy kuper z mięciutkiego posłanka, przeciągnęła się leniwie, wtulając jeszcze do końca w ciepłe futerko mamy, po czym wstała, mało co nie wywracając się o własne łapy. Już jakiś czas temu w kociarni pojawiło się nowe towarzystwo – dzieci tej dziwnej, cichej kocicy, która zawsze wciskała się w najciaśniejszy żłobkowy kącik, aby przypadkiem nie było jej widać. Początkowo miała zakaz podchodzenia do nich, bo według Fląderki i ich piastuna były jeszcze zbyt małe, aby się z nimi bawić. Dość niechętnie przyjmowała te tłumaczenia, omijając dwie kuleczki szerokim łukiem – chociaż czasami było to ciężkie…
Ucieszyła się, więc gdy poprzedniego wieczora zauważyła, jak szkraby bawiły się z którymś ze starszych od niej kociąt. Co prawda było już zbyt późno, aby sama dołączyła do ich gry w berka, ale postawiła sobie za cel zaprzyjaźnić się z nimi od razu następnego dnia!
Dlatego też, gdy tylko słońce wzniosło się ku górze, a jego skąpe promienie oświetliły jej mały, słodki pyszczek, ona już wiedziała, co powinna zrobić.
Spojrzała w kierunku miejsca, w którym zazwyczaj odpoczywała Świteziankowe Jezioro. Karmicielka leżała jeszcze na swoim posłaniu, wyglądając dość smętnie, jak zresztą zawsze, gdy tylko Wełnianka ją widziała. Nie miała pojęcia, co tak dręczyło starszą kocicę, ale jej samej czasami udzielał się jej smutek. Zmarszczyła nieco brwi, troszkę rozczarowana – początkowo nie zauważyła bowiem w tamtych stronach żadnego ruchu. Miała już ogłosić kapitulację i zaakceptować swoją porażkę, uznając, że kocięta prawdopodobnie jeszcze spały, ale nagle zauważyła ruch w kąciku oka. Odwróciła się w tym kierunku prędko. Wzrok jej nie mylił!
Powolnym, nieco sennym jeszcze krokiem, poruszał się po żłobku błękitny kocurek, którego sierść upstrzona była licznymi ciapkami. Futerko to przypominało kotce nieco niebo z gwiazdami w bezchmurną noc.
Uśmiechnęła się pod nosem, po czym przykucnęła. Nowy kolega nie zdążył jej jeszcze zauważyć – był to więc idealny czas na jej niespodziewany atak! To znaczy, na zaproszenie go do wspólnych harców.
Wełnianka przygotowała się do natarcia. Naprężyła mięśnie nóg, po czym wyskoczyła, lądując praktycznie na drugim kociaku i przewracając go na ziemię.
— Cześć! Jestem Wełnianka, a ty? — zapytała radosnym głosem, zupełnie nie przejmując się faktem, że malec leżał wbity w ziemię z jej białą łapką prosto na swoim pysku.

<Drzemliku?>

Od Kazarka CD. Wrony

Dołączenie do społeczności było jego marzeniem. Kazarek jednak czuł, że chciał spróbować w Klanie Wilka. Przesiadując na ich terenach, widział, że pyski Wilczaków były poważne i ponure, ale jednocześnie było w nich coś tajemniczego, jakby ich wyrazy skrywały coś więcej, czego nie mógł na ten moment dostrzec. Te koty z Owocowego Lasu wydawały się tak miłe, że aż odmówienie im było trudne.
— J–Ja sam nie wiem. — Zerknął na czarną dymną z oklapniętymi uszami. Nigdy nie widział kota z oklapniętymi uszami. Tak się wsłuchał w jej głos, że na pierwszy rzut oka nie zauważył tego.
— A po drugie czemu od r–razu, no, pazurów używacie? — Nie chciał, żeby nowo poznany kot wbił mu swoje pazury w skórę. On przecież tylko zioła zbierał, a rośliny szybciej odrastały niż martwa zwierzyna.
— Czasami jest to konieczne, ale tylko w skrajnych przypadkach, gdy na samotników nie działają ostrzeżenia. Nie możemy przecież wpuszczać byle kogo do naszej grupy. Nie każdy samotnik ma dobre intencje. — Dymna, gdy skończyła, zaczęła wylizywać sobie futerko na łapie. Te koty rzeczywiście były bardzo terytorialne, jak mówił Cętkowany Tęgosz. Przekroczysz tylko kawałek granicy i już po tobie.
— Ale mimo tego, chyba nie chcesz na serio mnie zadrapać? — Było to bardziej pytanie, niżeli stwierdzenie, bo naprawdę już nie wiedział, czy kotka by go nie zaatakowała za to, że jej odmówił.

<Gniewasz się, że nie przyjąłem twojej oferty?>

Od Psianki

Przed mianowaniem

Droga powrotna z wyspy była zaskakująco cicha. Większość kotów rozmawiała jeszcze półgłosem o wydarzeniach zgromadzenia, wymieniając się spostrzeżeniami albo śmiejąc z drobnych sytuacji, które wydarzyły się między przemówieniami. Ja jednak szłam kilka kroków za resztą patrolu, pozwalając, by chłodny, nocny wiatr rozwiewał moje futro. W głowie miałam taki mętlik, że nawet nie próbowałam włączać się do rozmów. Tyle wydarzyło się jednego wieczoru, że nie wiedziałam, od czego zacząć porządkowanie własnych myśli.
Jeszcze rano zdawałam próbę na zwiadowczynię. Wciąż pamiętałam dumę w oczach Rohan, kiedy oznajmiła, że poradziłam sobie ze wszystkim, czego ode mnie oczekiwała. Nadal trudno było mi uwierzyć, że już następnego dnia miałam oficjalnie dołączyć do grona zwiadowców Owocowego Lasu. Wydawało mi się, że minęła zaledwie chwila od momentu, gdy pierwszy raz niepewnie próbowałam wspiąć się na drzewo, a teraz potrafiłam bez zawahania przeskakiwać między gałęziami i rozpoznawać tropy pozostawione przez lisa. Wszystko wydarzyło się tak szybko… a mimo to największe emocje tego dnia wcale nie były związane z moją próbą. Były związane z rodzeństwem.
Kiedy tylko dotarliśmy na wyspę, odruchowo zaczęłam rozglądać się po tłumie. Wiedziałam, że szanse na szybkie odnalezienie znajomych pysków były niewielkie. Koty z czterech klanów mieszały się ze sobą, rozmawiały, śmiały się, wymieniały nowinki. Dla mnie wszystkie wydawały się wyższe. Co chwilę ktoś zasłaniał mi widok ogonem albo barkiem, przez co musiałam stawać na palcach i wyciągać szyję, próbując wypatrzeć biało-czarne futro Łzawej Łapy albo ciemniejszą sylwetkę Milknącej Łapy. Im dłużej szukałam, tym bardziej zaczynałam myśleć, że może żadne z nich nie przyszło. Wtedy natknęłam się na dwóch uczniów z innych klanów.
Kurza Łapa od razu wydał mi się sympatyczny, choć trochę zaskoczyła mnie jego powaga. Obok niego stał drugi kocur o imieniu tak długim i skomplikowanym, że chyba nigdy nie zapomnę własnego zakłopotania. Próbowałam je powtórzyć chyba trzy razy i za każdym razem wychodziło mi coś zupełnie innego.
Frina…? Firanentowa…? Firankowa…?
Na samo wspomnienie poczułam, jak uszy robią mi się ciepłe. Na szczęście Firmamentowa Łapa zareagował śmiechem i cierpliwie powtórzył swoje imię. Chyba nie obraził się za moją pomyłkę, a ja odetchnęłam z ulgą. Było mi trochę głupio, ale jednocześnie nie mogłam przestać myśleć o tym, jak niezwykłe było poznawanie kotów z innych klanów. Każdy miał inne doświadczenia, inne zwyczaje i nawet wierzył w coś innego. Kiedy wspomniałam o Wszechmatce, obaj słuchali z takim zainteresowaniem, jakbym opowiadała im najpiękniejszą legendę świata. To było… miłe.
Najbardziej jednak zapamiętałam moment, gdy zapytałam Kurzą Łapę o moje rodzeństwo. Serce niemal wyskoczyło mi z piersi, kiedy potwierdził, że znał Milknącą Łapę i Łzawą Łapę. Każde jego kolejne słowo chłonęłam z ogromną uwagą. Dowiedziałam się, że Łza uczyła się bardzo szybko. Nie zdziwiło mnie to ani trochę. Zawsze była ambitna i chciała być najlepsza. Potem wspomniał o Zewie… a właściwie Milknącej Łapie. Powiedział tylko, że “radzi sobie”. Niby nic wielkiego, ale przez resztę wieczoru zastanawiałam się, co dokładnie miał na myśli. Czy naprawdę wszystko było dobrze? Czy może ukrywał przede mną coś, czego nie chciał mówić obcej kotce?
Nie zdążyłam jednak długo nad tym rozmyślać. Nagle gdzieś za moimi plecami rozległ się głośny plusk. Odwróciłam się odruchowo i zobaczyłam coś, od czego aż zamarłam. Gronostaj zniknął pod powierzchnią wody, a chwilę później Alka próbowała wyciągnąć go na brzeg… tylko po to, żeby sama również wpaść do wody. Przez ułamek sekundy wszyscy patrzyli na nich w osłupieniu, zanim Kurka bez chwili zawahania rzucił się do wody.
Pobiegłam za nim, ile sił w łapach. Wiedziałam, że nie mogłam wskoczyć do rzeki, sama narobiłabym tylko więcej problemów. Gdy tylko Kurka wyciągnął Alkę na brzeg, od razu złapałam ją za kark i odciągnęłam dalej, robiąc miejsce na Gronostaja. Wszystko działo się tak szybko, że dopiero po chwili dotarło do mnie, jak niewiele brakowało do tragedii. Alka oczywiście próbowała uciec.
Dotąd nie wiem, skąd wzięłam odwagę, żeby zastąpić jej drogę. Była prawie mojego wzrostu, ale wyglądała tak, jakby za chwilę znowu chciała gdzieś pobiec. Zanim zdążyłam się zastanowić, zaczęłam ją strofować, a gdy próbowała mnie wyminąć, złapałam ją za ogon i odprowadziłam z powrotem do Kurki. Nawet teraz uśmiechnęłam się pod nosem na wspomnienie tego, jak oburzona wykrzykiwała, że sama kiedyś zostanie zwiadowczynią i na pewno nie będzie mnie słuchać.
Może rzeczywiście kiedyś nią zostanie. Oby tylko wcześniej nauczyła się nie wskakiwać do lodowatej wody. Dopiero po tym całym zamieszaniu odnalazł mnie Milknąca Łapa.
Na sam dźwięk jego głosu odwróciłam się tak szybko, że prawie wpadłam na przechodzącego wojownika. Nie widzieliśmy się od sześciu księżyców. To strasznie długo. Wystarczająco długo, żeby z drobnego kociaka wyrósł wyższy ode mnie uczeń. Wystarczająco długo, żebyśmy oboje zaczęli podążać zupełnie innymi ścieżkami.
Rozmawialiśmy chyba tylko kilka chwil, ale dla mnie mogłyby trwać całą noc. Opowiadałam mu o zdanej próbie zwiadowczyni, o Rohan i o tym, jak bardzo nie mogłam doczekać się ceremonii. On z kolei opowiedział mi o swoim treningu, o Klanie Burzy i… o Łzawej Łapie.
To właśnie ta część rozmowy najbardziej utkwiła mi w pamięci. Nie spodziewałam się, że ich relacje staną się aż tak trudne. Zawsze wyobrażałam sobie, że skoro trafili do jednego klanu, będą mogli wspierać się każdego dnia. Tymczasem z jego słów wynikało coś zupełnie odwrotnego. Słuchałam go uważnie, próbując znaleźć odpowiednie słowa pocieszenia, ale jednocześnie czułam, jak robi mi się zwyczajnie smutno. Rodzeństwo powinno być dla siebie oparciem. Najbardziej zabolało mnie jednak coś zupełnie innego. Nie zobaczyłam Łzawej Łapy ani przez chwilę.
Przez całe zgromadzenie wypatrywałam jej sylwetki. Kiedy rozmawiałam z Kurzą Łapą. Kiedy pomagałam Kurce ratować Gronostaja i Alkę. Nawet wtedy, gdy żegnałam się z Milknącą Łapą, mimowolnie rozglądałam się po wyspie. Może właśnie rozmawiała z kimś po drugiej stronie. Może była zajęta obowiązkami uczennicy medyczki. A może po prostu nasze ścieżki tego wieczoru ani razu się nie przecięły.
Bardzo chciałam wierzyć, że następnym razem będzie inaczej. Zanim dotarliśmy do obozu, podniosłam wzrok ku rozgwieżdżonemu niebu. Zastanawiałam się, czy Wszechmatka specjalnie pozwoliła mi spotkać tylko jednego z rodzeństwa. Może chciała przypomnieć mi, że nawet jeśli nasze drogi się rozeszły, więzi między nami wcale nie zniknęły. Nadal byliśmy rodziną. Nadal tęskniliśmy za sobą.
Wtuliłam nos głębiej w puszystą kryzę i uśmiechnęłam się do własnych myśli. Jutro miałam zostać zwiadowczynią Owocowego Lasu. Chciałam wierzyć, że gdzieś daleko Milknąca Łapa zasypiał z myślą o naszej rozmowie, a Łzawa Łapa, nawet jeśli się nie spotkałyśmy, również była bezpieczna. To wystarczyło, by tej nocy zasnąć z odrobinę lżejszym sercem.

Od Kurzej Łapy CD. Białego Strumienia

Los chciał, aby mały uciekinier został uczniem albinosa, którego miał prawo poznać wcześniej na… dość nielegalnej wędrówce. Żadnej myśli za tymi oczami nie było, gdy Królicza Gwiazda kazał mu wystąpić. Świadomość powagi tej sytuacji jeszcze nie sięgała umysłu młodzika. Nie zdołał jej w pełni ukształtować.
Na “groźbę” swojego mentora tylko skinął głową. Niepewnie usiadł koło niego. Patrzył, jak jego siostra dostaje zwykłe życie. Kurzą Łapę jednak nie za bardzo obchodziła różnica między tym a tym. Raczej zamartwiał się, gdzie będzie spał.
Nie zdawał sobie wtedy sprawy, co teraz na niego czekało.

***

Podczas ostatniego zgromadzenia…

Odchodząc od Firmamentowej Łapy, srebrzysty rudzielec natknął się na własnego mentora. W szacunku skinął mu łbem na powitanie i przybliżył.
— Dobry wieczór, Biały Strumieniu! — miauknął, a lekki uśmiech wkradł się na jego wiecznie chłodny pyszczek.
Przewodnik wiele dla niego znaczył.
Obrzucił ucznia spojrzeniem czerwonych oczu. Poruszył wąsami, pusząc nieco sierść.
— Dobry wieczór — odpowiedział łagodnie. — Jak Ci się podoba zgromadzenie klanów?
Zamyślił się.
— Nooo... dobrze. Chociaż nasi sojusznicy są trochę niekompetentni. Ostatnio jedna z Klifiaczek chciała mnie nabrać na przyniesienie jej zwierzyny. Powinni zainwestować w lepszych mentorów, takich jak ty!
Przewodnik westchnął, gdy słuchał, jak uczeń obgadywał z nim mieszkańców Klanu Klifu.
Słysząc komplement, poruszył ogonem i uniósł brew.
— Nie przymilaj mi się tak, nie ominie Cię sprzątanie wejść do tuneli — odpowiedział. — Może nie masz szczęścia do poznawania nowych kotów?
Prychnął na słowa Białego Strumienia.
— Albo to koty są pechowe.
Przewrócił oczyma na słowa mentora.
— No i... seeerio znowu muszę? — wymamrotał, patrząc na niego swoją tajną techniką, którą wypracował na przestrzeni księżyców; zwana też "słodkimi oczkami". — Za każdym razem jak sprzątam te wejścia... mam wrażenie, że coś mnie obserwuje…
— Być może. Mało rozmawiam z Klifiakami.
Przewrócił oczami na wypowiedź rudego.
— A Ty znowu o tym... — westchnął. — Sprawdzaliśmy je tyle razy... na nic nie wpadliśmy, pamiętasz?
Młodszy zmarszczył brwi.
— Naprawdę tam coś jest. Niby jakim sposobem Lotosowy Pąk mógł zostać ugryziony przez szczura? — ściszył głos. — Przecież był śnieg... pożar…
Starszy uniósł brwi.
— Może kilka skryło się w tunelach. Jeśli chcesz, spróbuj je wyłapać. Przewodnicy nie trenują polowań, ale życzę powodzenia — odparł. — Akurat skontrolujesz wejścia.
Zmroziło go na wypowiedź mentora.
— Ale…!
— Im więcej ich sprzątniesz, tym sprawniej będzie Ci to szło — odpowiedział. — Po mianowaniu jeszcze mi podziękujesz.
Gapił się na niego pustym okiem. Czy on nie zdawał sobie sprawy, ile ich tam mogło być? Zwłaszcza że do tej pory tak głęboko nie wchodził do tuneli. Ostatnim razem dalej zapuścił się, biorąc ze sobą nieświadomego zagrożenia Milknącą Łapę... Co on sobie właściwie wyobrażał? Nic tam nie było, a mimo to...
— Dobra. Jeszcze ci przyniosę ich zęby jako trofeum! — powiedział odważnie, przyjmując to wyzwanie.
Albinos się skrzywił.
— Zęby? — powtórzył sceptycznie. — Nie lepsze będą ogony?
— Ogony szybko się zepsują.
Biały Strumień zrobił chwilę przerwy, patrząc na ucznia.
Kurza Łapa wiedział, iż jego mentor nie był wcale taki głupi. Po prostu nie mieli jasnych dowodów wskazujących na faktyczne istnienie populacji szczurów w tunelach.
— Aha — zaczął biały kocur ponownie. — Tylko nie daj się ugryźć jak Lotos. Ponoć piekielnie boli i lubi wdać się zakażenie.
Po odpowiedzeniu uczniowi, wstał, by powoli odejść ku reszcie Klanu Burzy.
Srebrny rudzielec niczym cień podążył wiernie za albinosem. Nie, żeby to było zadziwiające. Od ich pierwszego spotkania tak się złożyło, że Kurza Łapa został wyciągnięciem łap nocnych tego, który nie mógł wyjść za dnia.

***

Ranek; kilka godzin po zgromadzeniu…

Cudowny dzień, aby wybrać się na szukanie skarbów wraz z ciotką, Ostatnim Pożarem. Tak naprawdę oboje się do siebie nie odzywali i tylko szli w małym odstępie, zmierzając w tym samym celu do legowiska wojowników w spalonym obozie. Grzebiąc, szukali nawet pod posłaniami. Nie byli aż tacy źli w myszkowaniu, ale ruda kocica tym razem nie umiała niczego znaleźć. Kurza Łapa również nie znalazł ważnych przedmiotów w legowisku wojowników.
Postanowił zrobić sobie przerwę. Usiadł w spalonym obozie i obserwował pływające po niebie i nurkujące w chmurach ptaki. Po bezczynnym leżakowaniu postanowił wspomóc niestabilną emocjonalnie krewną w dalszych poszukiwaniach.
Podczas dalszego szukania, Kurza Łapa pod stertą przypalonego mchu znalazł dwa... Gładkie, szare z charakterystycznymi, jasnymi paseczkami, płaskie kamyczki! Ciekawe do kogo należały? Po zapytaniu Ostatniego Pożaru ciotka odpowiedziała, że być może znalazł przedmioty bliskie sercu Dryfującego Fluorytu.
Postanowił zatrzymać te piękne drobiazgi. Kto wie, może się jeszcze przydadzą w niedalekiej przyszłości? Skoro Fluoryt tu nie zaglądała, być może jej nie zależało na nich aż tak bardzo. Może później jej odda. Wziął je w zawiniątko niezbyt elegancko, po czym ruszył w stronę Groty Pamięci.
Wchodząc do piwnicy, zobaczył stojącego w centrum albinosa. Uczeń najpierw schował kamyczki pod swoim posłaniem, po czym ruszył do przewodnika. Czy oczekiwał rudzielca?
— Dzień dobry, Biały Strumieniu — przywitał się kulturalnie i skinął mu głową. — Czy jest coś ważnego do zrobienia? — zapytał młodzieniec.
Nagle coś mu wpadło do głowy.
— Czy za niedługo będę mianowany? — zadał kolejne pytanie, a jego ciemne oczy zalśniły. Naprawdę chciałby już przestać spać w tym syfie, jak to się określało inaczej “legowiskiem uczniów”.
Miał nadzieję, że Białemu Strumieniowi nie chodziło o polowanie na szczury.

<Mentorze?>
[Event w Klanie Burzy: przeszukiwanie starego obozu]

Od Porzeczki

Wieczór przed porzuceniem kociąt

Słońce chyliło się już ku zachodowi, malując niebo różnymi barwami, a gołębie chmury topiły się w blasku promieni, posuwając się leniwie w ich stronę. Świeży śnieg chrupał pod łapami Zawijas i jej kociąt, które właśnie wędrowały wzdłuż drogi grzmotu, zostawiając za sobą wyraźny szlak wydeptany przez ich łapy. Czwórka szylkretek zmierzała przed siebie, a ich droga wydawała się nieskończona. To jest, aż niebo trochę pociemniało, zostawiając ledwie delikatną poświatę księżyca w trzeciej kwadrze do dyspozycji kotów. Wtedy jedna z kotek, Poziomka, odezwała się:
— Łapy mnie troszkę, trochę bolą… — jęknęła, a jej mama stanęła na chwilę, a w jej oczach widać było znużenie. Porzeczka stała u boku siostry i przekręciła oczami, słysząc jej marudzenie.
— Nie dasz rady?
— Nie wiem… bo mnie raczej nie poniesiesz, prawda? — Koteczka zrobiła wielkie oczy, jakby próbowała przekonać Zawijas.
— No, nie poniosę — westchnęła.
— Ale ja mogę cię ponieść! — stwierdziła Malinka, która podreptała do siostry i przykucnęła. — Wskakuj mi na plecy — miauknęła z pewnością, a Poziomka zaraz się wdrapała na jej grzbiet i rozłożyła jak na kamieniu. Bura szylkretka stęknęła i zaczęła się powoli przemieszczać przed siebie. Porzeczka szła w jej tempie zaraz koło nich, jakby je eskortowała. Matka przewróciła oczami i po prostu ruszyła dalej w swoim tempie, jakby nie czekając na córki.
Po paru długościach lisiego ogona Malinka nagle runęła na śnieg rozłożona niczym żaba na liściu i ryknęła płaczem. Poziomka szybko zlazła z siostry, a Zawijas w uderzenie serca do nich wróciła. W jej oczach było widać zmartwienie połączone ze znużeniem, jakby jej dzieci ją obciążały tak bardzo, jak gdyby siedziały w trójkę jej na grzbiecie całymi dniami.
— No już… — mruknęła, liżąc koteczkę, która pociągała nosem. — Nie płacz, bo borsuki przyjdą — ostrzegła, rozglądając się na boki, co od razu zaalarmowało Malinkę i przestała wyć.
— Prze-Przepraszam!! B-bardzo, bardzo przepraszam! — Pociągnęła noskiem i próbowała wstrzymać płacz. — Ł-Łapki bolą… chcę, chcę spać… — wydukała, wycierając łapką oczka i nos. Poziomka od razu przytuliła siostrzyczkę i przyciągnęła do nich Porzeczkę, która była trochę zirytowana marudzącym rodzeństwem.
— No dobra, chodźmy gdzieś się położyć i już nie marudź — miauknęła matka.
Kotki zeszły z trasy i schowały się przy najbliższych krzewach. Razem wykopały małe zagłębienie w ziemi niemal przy samych korzeniach, by mogły się schronić przed wiatrem. Zawijas ułożyła się, a córeczki zaraz się do niej dokleiły w poszukiwaniu ciepła. Kotka już powoli przestawała produkować mleko, więc tylko przez chwilę kocięta mogły sobie pozwolić na picie go.
Zanim zasnęły, matka odsunęła się od nich, lecz wciąż zasłaniała je swoim ciałem. Malinka się ułożyła na Poziomce, a Porzeczka była schowana gdzieś między nimi, by zapewnić sobie jak najwięcej ciepła, zwłaszcza że ona miała wśród sióstr najkrótsze, choć nie krótkie, futerko. Dlatego utulenie się między długowłosymi siostrzyczkami było najlepszą decyzją.
Odkąd tylko pamiętały, ciągle się gdzieś przemieszczały. Było to przez ich mamę, która bardzo nie lubiła spędzać zbyt dużo czasu w jednym miejscu. Poziomka nie była najwytrwalsza, dlatego to zwykle przez nią się zatrzymywały gdzieś na dłuższą chwilę. Malinka nie marudziła aż tyle, co siostra, ale też było po niej widać, że trochę ją męczyło to ciągłe włóczenie. Porzeczka zaś uwielbiała się ruszać, wędrować i podążać za mamą. Więcej jej do szczęścia nie było potrzebne. No, może oprócz sióstr, bo kochała je bardzo, ale na swój sposób.
Dosyć prędko kotkę dopadł sen.

08 sierpnia 2026

Od Drzemlika

Drzemlik zatopił kły w małej, nieruchomej rybce. Zostały złapane z myślą o nich? Jeśli tak, było to niezwykle miłe ze strony tego, kto postanowił je upolować. Zdobycz pachniała bardzo intensywnie, a w dotyku była śliska, chociaż mniej niż ślimaki. One raczej się kleiły…
Ryby… były smaczne. Nawet bardzo. Rozumiał, dlaczego prawie każdy mieszkaniec Klanu Nocy posilał się właśnie nimi, niżeli zwierzyną futerkową, o której nie miał jeszcze pojęcia. Gdyby ktoś powiedział mu teraz, że zdobycz mogła być pokryta futerkiem, tak jak on, zrobiłby duże oczka i nie potrafiłby sobie tego wyobrazić, dopóki by nie zobaczył. Nadal ciężko było mu zrozumieć, że już za niedługo zmuszony będzie całkowicie odstawić mleko mamy, zresztą tak samo, jak Orzeszka. Ugniatanie boku karmicielki przynosiło mu ukojenie. Zawsze, gdy czuł się niepewnie, przytulas do mamusi mu pomagał, a łapy potrafiły same rozładować napięcie, które się budowało w nim.
Posiłek, który został im podrzucony, posiadał łuski, aczkolwiek były one tak mikroskopijne, że wyrywanie ich jedna po drugiej zajęłoby cały dzień i może nawet dłużej. Zmieniały teksturę podarku. Mimo to Orzechówka chwyciła ząbkami istotkę, a następnie paroma zwinnymi pociągnięciami zaczęła wyrywać przeszkadzające jej, twarde elementy. Drzemlik dostrzegł, że w słońcu mieniły się na tak wiele przeróżnych, pięknych kolorów…
— Orzeszko, mogłabyś je wykorzystać do wianków! — miauknął zafascynowany. Chciałby taki wianek, co by miał tyle samo kolorów, co skrzydła ważek, a może i więcej. Każdy by chciał! Kto nie przepadał za tak wspaniałymi kolorami? Koteczka zmierzyła wzrokiem malutkie tarcze, z uznaniem kiwając spokojnie główką. Ujęła jedną w łapki, przyglądając się jej niczym najwybitniejszy specjalista we własnym fachu, oceniając wzrokiem czy się nadawały. Niebieski poruszył delikatnie wąsami z rozbawienia. Jego siostrzyczka była taka mądra! Miała dar do tworzenia rzeczy wspaniałych.
— Racja — mruknęła, zbierając je wszystkie w jednym stosiku. Dobrze, gdyby mogła je później umyć w pobliskim zbiorniku wodnym, w którym kociaki uczyły się pływać. Maluch miał ochotę dzisiaj zanurzyć łapki, jednak… ze względu na niedogodną pogodę, nie otrzymał na to pozwolenia. Mógł się łatwo przeziębić, a nie chciał sprawiać nikomu problemów ani martwić mamy. Dlatego pluskanie się w cieczy musiał odłożyć na kiedy indziej. Nie smucił się tym długo, bo już moment później znalazł dla siebie jakieś zajęcie, a woda nie powinna mu nigdzie uciec. A teraz… schylił się i przytrzymał łapą rybę, żeby mu się przypadkiem nie wyślizgnęła spod mordki. Srebrzysty wzrok miała utkwiony w nicości, a pyszczek na wieki uchylony. Po jego podniebieniu rozpłynął się charakterystyczny, intensywny smak. Zaczął żuć kawałek bladego mięsa, uważając przy tym, żeby mu nie wypadło z mordki. Nie dokopał się jeszcze do ości, całe szczęście. Przez wszystkie te nowości zdążył już się wytarzać cały w odorze, dlatego nie jadł tylko on ryby, a jadło razem z nim prawie całe jego futerko i przy okazji mama, która później musiała ścierać z niego tę woń. Drzemlik czuł się szczęśliwy, że poświęcała mu tyle uwagi. Cieszył się również, że mógł spróbować takiej pysznej nowości. Miał nadzieję, że Orzeszce również smakowało.
— Hej, a wiesz, co tu mam? — zagadnął do siostrzyczki, a gdy przekierowała żółte ślepia na niego, poruszył uchem. Łapą przetarł ziemię i pochwycił aksamitnie wyschnięty liść. — To…! Hmm… — zatrzymał się na moment, chociaż wcale nie długo. — Tym oto liściem złapałem rybkę w zbiorniku! — pochwalił się dumnie, mimo że było to oczywiste kłamstwo. Orzeszka uniosła jedną brew do góry, jednak nie sprawiło to, że Drzemlik odwołał swoje słowa.
— Jak dużą? — zapytała cętkowana, najwidoczniej nie chcąc go urazić.
— Taaaaaką! — I położył się plackiem na ziemi, z podekscytowaniem wywijając ogonkiem. Uśmiechnął się szeroko do siostrzyczki. — Była tak wielka, większa od naszej mamusi i od nas! Większa od całego żłobka!

Od Muszli

Wilgotny wiatr nieprzychylnej Pory Nowych Liści targał futrem rudego kocura, kładąc mu kłosy płasko po pysku, a nad głową wisiały gęste, gołębie chmury, zwiastujące niedługo planujący nadejście deszcz. Czuł mokry grunt pod łapami, zwilżony mech, który porastał prawie każdy zakątek obozu rybojadów. Całe szczęście, że przynajmniej nie zawitały do Nocniaków dzisiaj przymrozki, ponieważ mokre futro połączone z chłodem nie mogło zwiastować niczego dobrego, więcej chorób nie było potrzebne ani jemu, ani jego ojcu. Napuszył trochę swoją sierść w celu uchronienia się od wiatrów.
Muszla wyszedł u boku jednego ze strażników dość niepewnie. Mimo że przebywał w tym miejscu już dość długo, bo od przynajmniej pięciu księżyców, miał wrażenie, jakby zaledwie wczoraj tu przyszedł. Jakby ząb czasu nie dotknął nikogo, nadal czuł się jak zagubiony uczeń, który – mimo przygotowań i to długich – został wrzucony na głęboką wodę i musiał sobie jakoś poradzić, jednocześnie wspierając resztę bliskich mu kotów. Dzisiaj Mandarynkowa Gwiazda nakazała wezwać go przed własne oblicze, a rudy van od razu zaczął się martwić. Do jego głowy napływało pełno przeróżnych myśli, co mogło się z nim teraz stać. Bał się, że zostanie wygnany, a ojca będzie zmuszony pozostawić samego. Byli tak naprawdę na łasce srebrnej kocicy i mogła zrobić z nimi, co tylko jej się podobało. Nie był nawet pewien, dlaczego miałby stąd wybyć, skoro nie sprawiał problemów, aczkolwiek więźniowie byli balastem dla klanu i dobrze o tym wiedział... więc ta obawa nie była taka oderwana od rzeczywistości, jak by chciał, żeby była. Wszedł do wnętrza pnia u boku łaciatego kocura, zastępcy, który wycofał się uderzenie serca później na znak i zaczekał przy wejściu. Usiadł przed pręguską, chyląc łeb w geście szacunku. I tkwił tak jeszcze przez jakiś czas, nie wiedząc, czy to on powinien rozpocząć konwersację, czy zdać się na głowę klanu. O jego uszy obiły się słówka o rodzie królewskim, ale nie był nawet pewien, jak powinien się do niej zwrócić, żeby pokazać, że wiedział, iż była postawiona – oczywiście – wyżej od niego. Pomarańczowooka odchrząknęła po paru uderzeniach serca, jakby oczekiwała, że to właśnie on zacznie konwersację.
— Muszlo, chciałabym dzisiaj zamienić z tobą kilka słów o Twojej przyszłości i przeszłości — zaczęła. — Ty i Błoto jesteście więźniami już dość długo i czas, byście odpracowali swoje księżyce spędzone na terenach Klanu Nocy. Najpierw jednak chciałabym się dowiedzieć, czy zamierzacie zostać tu na stałe.
Zerknął na pręgowaną, czując ulgę, że zakończyła trwającą między nimi ciszę. Wsłuchał się w jej słowa, nie przerywając jej ani razu. Gdy skończyła, kiwnął głową. — Tak... chciałbym zostać tu na stałe, najlepiej z Błotem. Zrobimy co w naszej mocy, żeby odpracować wszystkie te księżyce — obiecał szczerze, myśląc, co dalej najkorzystniej byłoby dodać. Starsza w odpowiedzi skinęła głową. Van zaczął dostrzegać w tym momencie siwe włoski na jej pysku. Pamiętał ją z czasów zgromadzeń, chociaż też nie aż tak wyraźnie. Wiedział jedynie, że kiedyś spotkał się z tym widokiem… czy bardzo zmieniła się od tamtego czasu?
— W porządku, chciałabym zapytać, skąd tak właściwie jesteście. Należeliście wcześniej do jakiejś grupy albo o jakiejś słyszeliście?
Kocur z jakiegoś powodu nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Ze względu na to, iż byli uciekinierami z Klanu Wilka, nie wolno było im wspomnieć nawet słówka o Wilczakach, jako iż Klan Nocy był jednym z klanów, który miał pojęcie o istnieniu sąsiadów, dlatego mogli połączyć kropki, o ile ktokolwiek przejął się nagłą nieobecnością tak wielu kotów. Wspomnienia o miejscu, do którego trafił niedługo po porzuceniu przez rodziców wraz z siostrzyczką, Łezką, nadal migotały w jego umyśle, jednak jak przez mgłę. Tym, co najbardziej zapadło mu w pamięci, było oczywiście testem na ucznia. Samotna noc spędzona w lesie, jako kociak. Czy w ciągu całego swojego życia słyszał o samotniczych grupach? Nie mógł sobie teraz przypomnieć. Musiał improwizować, nawet jeśli w przyszłości mogło kosztować go to spokój umysłu. Czy Mandarynkowa Gwiazda miała pojęcie o wszystkich samotniczych społecznościach? Miał nadzieję, że nie.
— Pochodzimy z Betonowego Świata. Do tej pory podróżowaliśmy sami, jednak chłodna pora zmusiła nas do wkroczenia do lasu. Usłyszałem raz, że w leśnym poszyciu aż roi się od myszy, a pod zmrożonym lodem ryby obijają się o siebie i przede wszystkim, nie ma grupy obok grupy, nie jest tak duszno i tłoczno. Chwyciliśmy się czegokolwiek, nie mogliśmy pozwolić na to, byśmy pomarli z głodu. W mieście było zbyt wiele grup, z którymi nie byliśmy w stanie... walczyć, a przynajmniej nie wiecznie, bo było nas za mało, zaledwie dwójka przeciwko całej bandzie — opowiadał, czując się tak, jakby nawet jedno źle powiedziane słówko mogło sprawić, że żałowałby go do końca.
— Co w takim razie robiliście na naszych terenach?
Na to pytanie poczuł, jak lekko zapada mu się serce, chociaż próbował tego po sobie nie okazać.
— Przegoniono nas z naszego dotychczasowego miejsca zamieszkania, grupy rosły w siłę, werbując do swoich szeregów coraz więcej kotów — zaczął, krzywiąc się delikatnie. — Myślałem, że może mimo wszystko uda nam się tam zostać, jednak teraz myślę, że to niemożliwe. Zbyt niebezpieczne. — Zerknął na przywódczynię raz jeszcze, chociaż nie wyzywająco, a ze skruchą. — Nie chcieliśmy sprawiać problemów, przepraszam, że tak wtargnęliśmy na wasze tereny — kontynuował, okazując szczery żal związany z tym, co miało miejsce. Nie lubił, gdy coś negatywnego działo się z jego powodu, miał wrażenie, że wszystkie te nieszczęśliwe sytuacje były przynajmniej w jakiś sposób spowodowane przez niego, nawet jeśli na niektóre z nich nie mógł znaleźć w głowie żadnego prawdziwego powodu ku takiemu tokowi myślenia.
— Nadal nie tłumaczy to przekroczenia granicy zapachowej — zauważyła, a Muszla czuł się tak, jakby ktoś wbił w niego ostry patyk. — Tereny niczyje są chyba w stanie pomieścić samotników. Chyba że któryś z was skusił się na naszą zwierzynę.
Kocur poruszył nieznacznie ogonem, próbując przypomnieć sobie najwięcej z tamtego dnia. Nie zajęło mu to długo, zresztą to nie było też tak, że miał z wielkimi detalami wymieniać, co po kolei robił danego dnia, dwadzieścia księżyców temu. Może wystarczyło powiedzieć prawdę. Spochmurniał odrobinę. — Błoto to mój ojciec. Ruszyłem za nim tamtego dnia, bo długo nie wracał do naszego tymczasowego schronu, bardzo się o niego martwiłem. Powiedział, że będzie szedł brzegiem rzeki, dlatego w miarę wiedziałem, gdzie powinienem go szukać. Gdy szedłem jego tropem, z czasem natknąłem się na wyrwane kępki futra, płatki kwiatów, a nawet ślady krwi i nigdzie nieopodal go nie było. Pod wpływem impulsu ruszyłem dalej za zapachem, obawiając się najgorszego. Zaprowadziło mnie to prosto tutaj — wyjaśnił, czując, jak robi mu się chłodno w gardle. Tym razem nie kłamał. — Nie jestem pewien, czy Błoto upolował coś na tych terenach. Ja jedynie chciałem upewnić się, czy wszystko z nim w porządku...
Liderka zwęziła oczy w szparki, a więzień nie był w stanie stwierdzić, czy mu uwierzyła, czy nie.
— W porządku — skinęła głową. — Błękitna Laguno, możesz odprowadzić go na wyspę.
I po paru uderzeniach serca do legowiska wszedł łaciaty kocur. Nim się Stroczek, a raczej… Muszla obejrzał, znalazł się z powrotem w dziurze więźniów. Czy ta rozmowa była pierwszym krokiem ku temu, żeby polepszyć obecne warunki życia Muszli oraz Błota? Chciał w to wierzyć. Chciał, żeby ojciec mógł swój pozostały czas na tym świecie spędził na ciepłym, miłym legowisku wśród kotów, które nie traktowałyby go źle. Wierzył w dobroć Nocniaków, nawet jeśli bardzo się momentami bał.

Od Drzemlika do Lipieńka

Drzemlik wylegiwał się wygodnie w wyłożonym pierzem posłaniu, tuląc się do puchatego, pręgowanego brzucha matki. Gdyby wsłuchał się dobrze, może usłyszałby bicie jej serca oraz pracujące płuca. Zza gołębich, lekkich chmur zajrzało do obozu Klanu Nocy słońce, promieniami obdarowując koty wraz z przyjemnym dla oka, ciepłym pobłyskiem. Szary maluch patrzył na siostrę, której bok unosił się, a potem opadał spokojnie. Na zewnątrz pogoda była dość przyjemna, gdy uchylił ślepia i został przywitany przez ciepło, wpadające do kociarni. Chmury przemierzały niebo, a wiatr powiewał co jakiś czas niewidocznie wręcz, włoskami mchu. Maluch okręcił się na drugą stronę, gdy zrobiło się mu zbyt ciepło. Jego futerko było jaśniejsze niż te jego bliskich, dlatego nie potrafił wyobrazić sobie, jak szybko one musiały się nagrzewać, skoro przyciągały dodatkowo słońce… w każdym razie, potarł policzkami, a potem noskiem o kłosy dorosłej kocicy z zadowolonym pomrukiem, w ten sposób ciesząc się zapachem mamy i usiadł prosto. Zaczął lizać niezgrabnie kończynę i próbował umyć sobie przestrzeń za uchem. Świteziankowe Jezioro obserwowała go przez cały ten czas, nic nie mówiąc jednak. Nie był brudny, dzisiaj już mama któryś raz ułożyła mu niesfornie układające się, krótkie włoski. Drzemlik próbował jedynie nauczyć się trochę samodzielności. Ostatnio udało mu się wymyć łapkę z paprochów, chociaż potem pluł nimi przez cały dzień, ponieważ miniaturowe rzepy na języku trzymały się tych brudów tak zaciekle, jakby ich życie od tego zależało! Jego wąsiki zafalowały z rozbawienia na samą myśl. Nawet jeśli wtedy nie było mu do śmiechu, teraz patrzył na to przychylniej. Musiał wyglądać wtedy bardzo zabawnie.
— Mamo, czy mogę pobawić się z kociętami Fląderki? — zamruczał do zwęglonej, zwracając jej uwagę na sobie raz jeszcze. Po niedługim namyśle kiwnęła lekko głową. Domyślał się, że będzie musiał śledzić jej gesty co jakiś czas, w razie, gdyby kazała mu wrócić. Na zgodę z jej strony zareagował radosnymi mruknięciami, żeby nie zbudzić Orzeszki, a w jego oczkach zatańczyła czysta ekscytacja. — Dziękuję, mamusiu! — podszedł do jej piersi i wtulił się w nią, jeszcze zanim nie podreptał w stronę czwórki, starszych od niego o parę dni kociaków. A dokładniej do jednego z nich, ponieważ wydawało mu się, że siedział taki sam i smutny. Nie chciał, żeby ktokolwiek był smutny, a gdyby tego było mało, to sam!
Gęste trzcinowe mury otulały obóz, uniemożliwiając promieniom słońca dalszego wpadania do legowisk zbudowanych we wnętrzu krzewów. Oczom malucha ukazał się drugi kociak o smukłej budowie i puchatym wyglądzie. Miał długie łapy, dzięki czemu był odrobinę wyższy od Drzemlika. Wyraz pyszczka miał zaciekawiony i łagodny. Nakrapiany podszedł do niego z zadowoleniem na mordce.
— Cześć! Nazywam się Drzemlik, a ty? — zamiauczał z zadowoleniem, przyglądając się Nocniakowi. Brązowy czaił się i rozglądał na boki, czy nikt przypadkiem na niego nie patrzył w danej chwili. Z dorosłych oczywiście, jeden kociak nie robił mu chyba szczególnej różnicy, skoro go nie pogonił od razu.
— Lipieniek — przedstawił się, zjeżdżając pomarańczowymi oczkami z przedmiotu pod swoją łapą. Drzemlik powędrował lusterkami w kierunku tego, co trzymał nowopoznany kolega. — Chodź, zwiedzimy obóz! — powiedział nagle łaciaty, a jego wąsy zafalowały lekko. I w tej chwili przedmiot pod poduszką przestał być istotny w obliczu wizji tak wielkiej przygody. Zwęglony zrobił duże oczka, wracając źrenicami do mamy. Czy Świteziankowe Jezioro by mu pozwoliła? Czy nie gniewałaby się na niego? Jednak zauważywszy, że karmicielka obecnie odpoczywała, poczuł lekkie ukłucie niepokoju. Może nie powinien iść? Złocisty Widlik w tej chwili upewniał się, czy z Komarem wszystko w porządku, bo szlochał cichutko. Możliwe, że uderzył się w łapę i potrzebował jakoś rozładować emocje. Biedny.
Lipieniek, zauważywszy reakcję niebieskiego, pokręcił głową i przekroczył próg pewnie. Drzemlik nie chciał być w tyle za kolegą, dlatego również poszedł.
Obóz Klanu Nocy był ogromny! Ilość legowisk, rzeczy dookoła… wszystko było takie ciekawe i niezwykle jaskrawe. Grunt pod łapkami był mokry i lepił się do poduszek kocięcia, chociaż pręgus nie wydawał się tym szczególnie przejęty. Świeże powietrze przeczesywało jego malutki grzbiet, posyłając wzdłuż niego ciarki podekscytowania. Tak wiele zapachów mieszało się ze sobą, że aż się zdziwił. Miał wrażenie, jakby postawiono przed nim obraz z jego snów. Ciężko mu było uwierzyć, że jakiekolwiek miejsce mogło być tak piękne! Wielkimi ślepkami lustrował każdą najmniejszą rzecz, gdy nagle wpadł przypadkowo w kolegę. Nie znaleźli się aż tak daleko od kociarni, bowiem każdy kot, który by z niej wystawił, choćby pół pyska, by ich dostrzegł bez problemu. Niebieski upadł na zadek z cichym sapnięciem, a Lipieniek wytrzymał zderzenie, chociaż zerknął na Drzemlika z lekkim poirytowaniem. Strzepnął uchem.
— Zobacz na to! — I palcem wskazał na lekkie wgłębienie, a w nim swego rodzaju, nietypowa konstrukcja, po której pełzała masa ślimaków z powodu opadów, które miały miejsce dzisiejszej nocy.
— Co to jest? — zapytał, nie mogąc zrozumieć, na co patrzył. Przekrzywił delikatnie główkę na bok. Owady leżały w mokrej dziurze, nie kiwając nawet palcem w celu poruszenia się. Były intensywnie żółte, zabarwione masą czarnych pasów wzdłuż kręgosłupów. Skrzydła miały przezroczyste, jednak nie wydobywał się z nich dźwięk bzyczenia. Zamiast tego pełzała po nich masa ślimaków z dużymi muszlami. Drzemlik sięgnął łapką po jednego, zastanawiając się, czym były te istotki.
— Może weźmy po jednym i zaniesiemy to Złocistemu Widlikowi? On pewnie będzie wiedział — buras się widocznie zamyślił, a żółtooki pochwycił w tej chwili jednego z oblepionych śluzem gości obozu Klanu Nocy, kiwając przy tym główką na zgodę. Lipieniek zaś pazurkami wielkości igły, uniósł jedną z martwych os.
— Jest mokry i zimny! I się lepi do moich palców — zaraportował Drzemlik w formie ciekawostki, a nie po to, żeby się żalić w związku z tym. Był tak naprawdę zafascynowany nowymi istotami. Musiał jakoś muszlę chwycić zębami, bo przecież wszystkie łapy zajęte były przez obowiązek chodzenia… Dlatego też schylił się i ujął szczękami winniczka.

<Lipieńku, ja nie wiem, że to podziemne osy, ale już martwe. Może nas nie użądlą, a ślimak stanie się naszym nowym zwierzaczkiem>