– Myślicie, że będzie burza? – w końcu zapytała jaśniejsza z szylkretek.
– Może? Powinniśmy wracać, czy idziemy dalej? – padło najważniejsze pytanie tego dnia. Żabka nie lubiła migać się od obowiązków. Ostatnimi czasy patroli było coraz mniej i mniej. Zamiecie i burze nie sprzyjały nauce. Żabia Łapa nie chciała wracać, ale to starsze od niej wojowniczki wiedziały znacznie lepiej.
– Myślę, że nie ma sensu iść dalej. – Lawendowa Rozkosz machnęła łapą. – Jeszcze nas złapie i będzie dramat.
– Dramat czy nie, ktoś musi odnowić granice. Ostatnie dni nie pozwoliły nam nawet od nich dość. Wiatr, śnieg, zamieć, załamany lód na rzece. – Czosnkowa Krewetka mlasnęła niechętnie. – Idziemy. Nawet jak złapie nas burza, to przynajmniej przed nią powinniśmy zdążyć oznaczyć, chociaż pół granicy.
I tak zrobili. Szli dalej i szybciej. Do granicy doszli, jeszcze jak chmury wydawały się migotać bielą, chociaż widoczność zmniejszała się coraz bardziej. Wkrótce śnieg był jedynym, co Żabka widziała i czuła. Lawendowa Rozkosz szła zaraz przed nią, a widać było tylko czubek jej ogona. Uczennica musiała więc wierzyć i ufać swoim towarzyszom, że wiedzą dokąd idą.
Na jej szczęście tak było. Dłuższą chwilę patrol walczył ze śniegiem i uporczywym wiatrem aż nie zdołał się schować w starym, pustym pniu. Miejsca było niewiele, ale kotki nie potrzebowały go więcej. Wszystkie cztery i tak przylgnęły do siebie, aby zatrzymać jak najwięcej ciepła.
– Trzeba było wracać… – mruknęła pod nosem Lawenda.
– Przejdzie niedługo. – Wężynowy Splot mruknęła pod nosem. Niewiele brakowało, a jej głos zgubiłby się w szumie wichru na zewnątrz. – Skończymy potem patrol i wrócimy. – dodała. Żabka nie skomentowała tego. Odechciewało się jej coraz bardziej i bardziej tego patrolu, ale już teraz ciężko by się było z niego wycofać. Na jej drodze stały trzy dorosłe wojowniczy i, co gorsza, wielka zamieć. Zamieć, która wyła i huczała i obijała się o ich nieszczęsne schronienie.
Żabka była głęboko wtulona między kotkami, które wepchnęły ją najgłębiej, jak się dało. Była im za to wdzięczna, gdyż ich futra całkiem dobrze ją izolowały, zimno jednak dalej przesiąkało głęboko do jej kości. Było to koszmarne uczucie i Żabka z chęcią by się go pozbyła. Kotki siedziały w tej dziurze przez dłuższy czas. Kiedy burza przeszła, noc była już prawie całkiem na niebie. Resztki chmur nadal rzucały śnieg na ziemię, więc powrót do obozu nie był najprzyjemniejszy. Dodatkowo Wężynowy Splot rzeczywiście kontynuowała ich patrol. Poszło im to szybko, gdyż każdy chciał już wrócić do ciepłego łóżka.
Rzeka przywitała ich zdrową skorupą lodu i wydeptanymi ścieżkami w śniegu. Jak dobrze, że nikt nie musiał pływać w taką pogodę. Koty tak szybko by pozamarzały. Lód skrzypiał pod ich łapami, uginał się, ale nie pękał. Żadnego załamania. Zmarznięta i głodna, Żabia Łapa weszła do obozu i spojrzała na zamarznięte źródełko. Z niechęcią podeszła do niego i polizała go odrobinę. Śnieg i wilgoć zebrana na wierzchu była wystarczająca, aby zabić pragnienie, jakie ją napadło. Potem udała się od razu do swojego legowiska. Szybko jednak zwątpiła w swoją decyzję. Burza nadal szumiała w jej uszach i odbijała się zimnem po kościach. Zmieniła trajektorię na legowiska wojowników. Rysi Bór właśnie wychodził ze środka.
– Nie pomyliły Ci się legowiska młoda damo? – spytał się jej, rzucając jej ciekawskie spojrzenie.
– Nie. Szukam mojej mamy. Jest w środku? – Żabia Łapa spojrzała na niego swoimi wielkimi oczętami. Kot skrzywił się nieco.
– Tak. – odparł krótko i ruszył w dalszą drogę, gdziekolwiek szedł. Żabia Łapa otrzepała resztki śniegu z sierści i wsunęła się do środka. Jej mama leżała w legowisku i rozmawiała z ojcem. Dobrze i niedobrze. Oba koty w miarę szybko zauważyły, jak do nich zmierza. Zmierzchająca Fala prawie od razu spoważniał.
– Coś nie tak, Żabia Łapo? Szukasz nas? – zapytał zmartwiony.
– Jest okej. – odparła. – Bez dramatu. Ale burza złapała nas na patrolu i jest mi niezwykle zimno. – mruknęła. Wcisnęła się pomiędzy rodziców. Pomimo że urosła była zadowolona, że jej tato był nadal od niej większy.
– Rozumiem. – jej mama zaśmiała się pod nosem i wyłożyła swój gruby ogon na córce.
– Przyniosę ci coś do zjedzenia. Przyda ci się. Musisz odzyskać siły po takiej burzy. – jej tato wstał i zanim Żabka zdążyła mu odmówić, już go nie było.
– Nie potrzebuję… – i tak za nim zawołała.
– Potrzebujesz. – jej mama polizała ją po grzywce. – Zimno jest bardzo wyczerpujące dla ciała. Musisz o siebie zadbać skarbie, bo się pochorujesz. Zjesz, co ci tato przyniesie, okej? – spojrzała jej w oczy.
– Dobrze mamo. – odparła Żabka i mocniej wtuliła się w rodzicielkę. Miło było znowu znaleźć się w jej objęciach po tak długim czasie. Ostatni raz tak spała, kiedy była kociakiem. A nawet wtedy częściej tuliła się do sióstr niż mamy. Jej oczy przymknęły się, kiedy ciepło schronienia i komfort mamy, na nią wpływały. Przebudził ją dopiero tato, który położył średnią rybę przed nią. Ta była zimna i marnie wyglądająca, ale to jak większość zdobyczy w tę porę roku.
– Dziękuję. – Żabka prawie połknęła to co dostała, ku zadowoleniu swojego taty. Potem Zmierzchająca fala ułożył się wygodnie obok swojej rodziny i zamknął córkę w objęciach sierści i ciepła. Jej rodzice spędzili chwilę, myjąc ją i mierzwiąc jej grzywkę. Żabka szybko zasnęła, a jej rodzice wrócili do swojej rozmowy.
Kiedy Żabka się obudziła, nadal leżała częściowo na swojej mamie, otoczona jej zapachem i ogonem.
– Dzień dobry, śpiochu. – przywitała się z nią kotka.
– Dzień dobry… – odparła Żabka. Jakoś ciężko się jej mówiło, ciężko oddychało. Kiedy oblizała się po nosie, aby go nawilżyć, skrzywiła się. Z jej nosa ciekł katar, jakby była to rzeka. – Nie…
– Och skarbie. – odetchnęła Kropiatkowa Skórka, po czym dała córce jeszcze jedno liźnięcie. – Chyba nie udało ci się uniknąć choroby. Idziemy do medyka. Chodź.
Żabka nie opierała się rozkazom mamy. Rozciągnęła się i pomimo zmęczenia w kościach ruszyła za rodzicielką. Ta przybrała bardzo powolne tempo i pozwoliła córce oprzeć się o swój bok. Żabka nigdy nie była chora i nie chciała być. Jednak los zadecydował inaczej.
Gąbczasta Perła przyjęła ich w środku z uśmiechem.
– Potrzebujecie czegoś? – zagadnęła księżniczka.
– Tak. Moja córka mi się rozchorowała. – odparła Kropiatkowa Skórka i pchnęła łapką córkę do przodu. Żabia Łapa podeszła bliżej i pociągnęła nosem. Kotka szybko ją zbadała i zacmokała.
– Nic poważnego. Zwykły katar. – oświadczyła. Jeśli zwykły katar jest taki koszmarny, to jak czuje się kot znacznie bardziej chory? Żabka chyba nie chciała się o tym przekonać. – Chwileczkę. Już...już… – kotka pogrzebała w ziołach, których ubywało z każdym dniem coraz bardziej. Uczennica nagle poczuła się, jakby nie zasługiwała na nie. W końcu to był tylko zwykły katar. Pewnie by jej niedługo przeszedł.
– Nie potrzeba. Katar to nie takie zło… – mruknęła uczennica.
– Potrzeba. Teraz to katar, ale przy tym zimnie wkrótce to będzie pełna infekcja. Proszę, zjedz to. Przeżuj dokładnie i jutro rano przyjdź jeszcze raz. – Gąbczasta Perła podała jej odrobinę ziół. Żabka nie sprzeciwiała się medykowi. To byłoby nie na miejscu. Ona wiedziała lepiej co robi, niż jakaś uczennica.
Więc pojawiła się też następnego dnia rano, po spędzeniu nocy w legowisku swoich rodziców, ku niezadowoleniu niektórych wojowników. Ciśnienie w jej głowie i sam katar wkrótce się z nią rozstały i Żabka mogła odetchnąć pełną piersią z zadowoleniem.
– Dziękuję Gąbczasta Perło. Gdybyśmy mieli inną pogodę, przyniosłabym ci coś ładnego w podziękowaniu. – mruknęła Żabka. Księżniczka uśmiechnęła się do niej szeroko.
Następnego dnia Żabia Łapa dopadła do Lawendowej Rozkoszy, która z niezadowoleniem wzięła ją na patrol ze sobą. Jak dobrze jest móc znowu oddychać.
[1389 słów]
Wyleczeni: Żabia Łapa
