BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

06 sierpnia 2026

Od Wzorzystej Dali

Dzień stworzenia rangi Jaśniejących Skrzydeł

– Jeszcze kilka razy przećwiczymy te manewry i będziesz walczyć jak prawdziwa wojowniczka! – zapewniła Jajeczną Łapę, wchodząc do obozu. Po chwili obie kotki przystanęły.
– Możesz już iść – poleciła rudej, końcówką ogona wskazując Kurzą Łapę, która siedziała przy legowisku uczniów. Uczennica uśmiechnęła się i odtruchtała w kierunku siostry. Wzorzysta Dal powiodła jeszcze za nią wzrokiem, zanim nie podeszła do gniazda ze zwierzyną, żeby wybrać sobie piszczkę. Podniosła jedną małą mysz. Nie była zbyt głodna, mała przekąska mogła jej wystarczyć. Złapała zwierzątko za ogon i przeniosła do miejsca przy ścianie jaskini naprzeciwko skalnych półek, gdzie spali wojownicy. Jadła mysz, rozglądając się po obozie. Widziała uczniów ćwiczących ze sobą walkę, kociaki ganiające się przed żłobkiem i wiele kotów, które tak jak ona spożywały właśnie posiłek po patrolu czy treningu. Jej uwagę przykuło jednak coś innego – ruda sylwetka wyłaniająca się z legowiska przywódcy. Lśniąca Gwiazda zaczął niespiesznym krokiem wchodzić na mównicę. Szybko przełknęła ostatnie kęsy zdobyczy i przysunęła się bliżej. Kiedy kocur zaczął mówić, jej myśli odbiegały do wspominanych kotów. Truskawkowe Pole – niby były przyjaciółkami, ale jakoś lżej jej się zrobiło, wiedząc, że już nie będzie musiała ciągle martwić się o balansowanie na granicy znajomości i profesjonalizmu. Pchełkowy Skok – nie rozmawiała z nią dużo, ale jakoś będzie jej brakować jej mordki na spotkaniach ich grupy znajomych. O ile do kolejnego takiego spotkania w ogóle dojdzie… Kiedy Źródlana Łuna została wyznaczona na następną zastępczynię, po prostu skinęła głową z uznaniem. Wtedy ponownie rozległ się głos przywódcy, który mimo swojego ciepła, potrafił wywołać u niej dreszcz niepokoju.
— Jednak zmiany nie kończą się na tym.
Słuchała dalszej przemowy jak zahipnotyzowana, mimo tego nadal nie mogła pozbyć się tego dziwnego odczucia, które zawsze tkwiło gdzieś z tyłu jej głowy.
– Psotny Nietoperzu, Postrzępiony Mrozie, Wzorzysta Dali, Skrzydlata Pogoni, Różencowe Serce… – zamarła na chwilę, kiedy usłyszała swoje imię – …wystąpcie.
Niepewnie przemknęła przez tłum i stanęła przed mównicą razem z resztą wywołanych.
— Mocą autorytetu przywódcy Klanu Klifu nadaję wam tytuły Jaśniejących Skrzydeł.
Wysiliła się na lekki uśmiech i spojrzała na resztę jaśniejących skrzydeł. Wszyscy cieszyli się z nowego tytułu, przynajmniej takie odnosiła wrażenie. W takim razie czemu ona czuła się… przytłoczona? Nigdy nie chciała być jakkolwiek blisko władzy. Kiedy jest się blisko przywódcy, można tylko sprowadzić na siebie kłopoty i zyskać wrogów. Nie chciała tego tytułu, “prestiżu” i nowych obowiązków. Chciała tylko spokojnie żyć w Klanie Klifu jako Wzorzysta Dal – zwykła wojowniczka. Niestety została wrzucona na głęboką wodę, a sama nawet nie była pewna czy potrafiła pływać.

***

– Twój bark ma się dobrze. Możesz już z niego korzystać tak jak wcześniej – oznajmiła Jagnięcy Ukłon na wizycie kontrolnej. Rzeczywiście jej bark miał się o wiele lepiej niż wtedy, kiedy wybiła go podczas patrolu kilka wschodów słońca temu. Uśmiechnęła się do medyczki.
– Dziękuję. Do zobaczenia innym razem! – pożegnała się i wyszła z lecznicy. Planowała teraz pójść na samotny spacer, ale podeszła do niej Źródlana Łuna.
– Lśniąca Gwiazda chce cię widzieć w swoim legowisku. Poczekaj na mnie przed wejściem. Muszę jeszcze kogoś znaleźć.
Skinęła głową, starając się stłumić w sobie niepokój. Niestety nie wychodziło jej to ani trochę. Wezwanie do stawienia się w leżu lidera było gdzieś na szczycie jej góry lęków. Mimo tego posłusznie poszła we wskazanym jej kierunku. Kiedy weszła pomiędzy przypominające kły bestii stalagnaty, przeszedł ją dreszcz. Na miejscu siedział już Skrzydlata Pogoń – jeden z jej bliższych znajomych od czasu stworzenia nowej rangi. Jeżeli nie siedziała gdzieś samotnie, to tylko z nim i Różeńcem. Zawsze wychodziło to trochę przypadkowo, ale zdążyła przyzwyczaić się do ich towarzystwa. Było to lepsze niż samotność, czy okazjonalne rozmowy z Konwalijką, której przez odmienne przynależności nie mogła tak dużo mówić. Niestety po ogłoszeniu ciąży Psotnego Nietoperza przez dość długi czas były to jej jedyne opcje.
– O co może chodzić? – zapytała głosem, który był na skraju zmienienia się w drżący.
– Pewnie o wygnanie Gąsienicowego Ogryzka – miauknął czarno-biały. No tak. Ta jedna zapowiedziana misja, w której tak bardzo nie chciała uczestniczyć. Miała na jej temat złe przeczucie, jakby wiedziała, że coś musi pójść nie tak. Niestety mało miała w tej sprawie do gadania. Słowo przywódcy było rozkazem dla każdego wojownika, a szczególnie jaśniejącego skrzydła. Wtedy do ich dwójki dołączył Różeńcowe Serce razem z zastępczynią. Ta ogłosiła ich przybycie Lśniącej Gwieździe, po czym zostawiła ich samych. Wojownicy zajęli miejsca dość blisko przywódcy, ona zaś pozostała przy wejściu. Miała nadzieję, że nie zostanie to odebrane negatywnie. Chociaż w tym momencie dużo bardziej martwiła się ukryciem stresu. Końcówka jej ogona drżała, a ona sama ledwo powstrzymywała swoje futro od najeżenia się. Nie była też w stanie patrzeć liderowi w oczy. Co chwilę uciekała wzrokiem w kierunku łap swoich, czy jego. “Tylko nie wysuwaj pazurów, tylko nie wysuwaj pazurów” powtarzała w myślach jak mantrę, mając nadzieję, że to zadziała. Przez cały ten stres i skupienie, by wyglądać jak najspokojniej, słyszała tylko niektóre słowa rudego. Mieli wygnać Gąsienicowego Ogryzka. Czyli Skrzydlata Pogoń zgadł. Wyruszali za kilka wschodów słońca… mieli go doprowadzić aż do siedliska dwunożnych. Trochę daleki cel, ale skoro więzień dopuścił się tak haniebnych czynów… Nie chciała o tym myśleć. Szybko przerzuciła uwagę na mgliste wspomnienia swojej drogi z betonowego świata na tereny Klanu Klifu. Nie była pewna absolutnie wszystkiego, ale to chyba musiało wystarczyć. W końcu chyba tylko ona ze składu patrolu kiedykolwiek była w mieście. Zmiana tonu Lśniącej Gwiazdy wyrwała ją ze wspomnień.
— Dlatego nie możecie mu ufać — powiedział ciszej. — Ani przez jedno uderzenie serca.
Przywódca przeleciał po nich wzrokiem.
— A jeśli uznacie, że zamierza uciec... jeśli spróbuje zwrócić się przeciwko wam lub narazi któregokolwiek z was na niebezpieczeństwo…– zapauzował. — Natychmiast pozbawcie go życia.
Przełknęła ślinę na tę myśl. Oby nie musieli tego robić. Nigdy nie wybaczyłaby sobie, gdyby jej łapy zbrukała krew.

***

To był ten dzień. Zeszłego wschodu słońca dostali dodatkowe informacje od przywódcy. Wtedy powiedział im dokładny czas akcji – następnego dnia w nocy. Poinformował ich również o wyznaczeniu tej nocy na strażnika obozu Postrzępionego Mrozu, która nie powinna ich zatrzymywać. Pomimo tych wszystkich ustaleń nie czuła się ani trochę pewniej. Wręcz przeciwnie, każda wzmianka o ich zadaniu sprawiała, że jej stres tylko się napędzał. Kiedy miała zasnąć, by złapać choć trochę odpoczynku przed długą wędrówką, leżała tylko na posłaniu. Wszelkie próby zwijania się w coraz ciaśniejszy kłębek nie pomagały. Nie mogła nawet poprosić medyków o ziarna maku, bo czuła, że zapytana o wyjaśnienie pęknie i powie coś, czego nie powinna. W końcu udało jej się odpłynąć ze zmęczenia spowodowanego zamartwianiem się tym wszystkim. Nie spała długo. Miała wrażenie, że praktycznie od razu poczuła delikatne szturchnięcie Różeńcowego Serca. Nie potrzebowała czasu na rozbudzenie się. Adrenalina sprawiła, że od razu stanęła na nogi i cicho zeszła za innymi z półek wojowników. Wszelkie cienie odgłosów ich kroków szybko zniknęły w szumie wodospadu, gdy wymienili się skinieniami głowy z Postrzępionym Mrozem i wyszli z obozu. Niedługo dotarli do jaskini więźnia. Patrol zatrzymał się przed nią. Do środka wszedł tylko Skrzydlata Pogoń. Dzięki światłu księżyca widziała zarys sylwetki wojownika, gdy ten pochylił się nad śpiącym więźniem. Chwilę później usłyszała cios. Bez pazurów, ale taka pobudka musiała boleć. Na ten dźwięk połączony z sykiem więźnia wzdrygnęła się.
– Co się dzieje? – usłyszała ciche przerażone miauknięcie.
– Idziesz z nami – warknął czarny, po czym, kiedy tylko cętkowany wstał, popchnął go w kierunku wyjścia.
– To nie moja wina! Zostałem wrobiony! – pisnął żałośnie Gąsieniczek, próbując odzyskać równowagę.
– Zamknij pysk wronia strawo! – syknął pomarańczowooki, wysuwając pazury, które błysnęły w świetle księżyca. Wydawało jej się, że zobaczyła, jak po policzku więźnia spływają łzy, ale ten już nic nie powiedział. Wyszedł z jaskini, nawet nie próbując uciec. I tak nie miał jak, bo ona wraz z Różeńcem odgradzali mu drogę. Kocury z patrolu dopadły więźnia, otaczając go z dwóch stron tak, żeby móc zareagować od razu w przypadku próby ucieczki. Ona wysunęła się na prowadzenie i zaczęli iść w stronę granicy. Przez jej ciało co chwilę przechodziły dreszcze, nie była pewna czy ze stresu, czy z powodu zimnego wiatru. W końcu poczuła gryzący smród drogi grzmotu. Zatrzymali się na jej skraju i poczekali, aż nadarzy się odpowiedni moment, by ją przekroczyć. Ta chwila trwała pewnie zaledwie kilka uderzeń serca, ale dla niej była to wieczność. W tym momencie wszystko mogło pójść źle. Wystarczyłoby, żeby Gąsieniczkowy Ogryzek spróbował uciec w czasie przekraczania drogi, a nie tylko on skończyłby pod kołami potworów.
– Teraz! – krzyknęła i zaczęła biec. Twarda nawierzchnia obcierała poduszki jej łap, dopóki nie stanęła znów na trawie po drugiej stronie. Obejrzała się za siebie. Wszyscy dotarli w jednym kawałku. Westchnęła cicho z ulgą. Nie było jednak czasu na uspokojenie oddechu. Musieli jak najszybciej wykonać zadanie i wrócić do obozu. Patrol podążał dalej brzegiem drogi grzmotu.

***

tw: okaleczenie, krew

Nie minęło długo, zanim nie dostrzegli jasnych świateł ulicznych latarni. Wzorzysta Dal ucieszyła się, kiedy w końcu weszli pomiędzy domostwa dwunożnych. To był już koniec. Mogli go teraz po prostu tu zostawić i wrócić do obozu. Stanęła na chodniku, pozwalając, by Skrzydlata Pogoń, Różencowe Serce i Gąsieniczkowy Ogryzek ją wyprzedzili. Obróciła się gotowa, by rozpocząć drogę powrotną gdy nagle usłyszała zduszony okrzyk. Momentalnie przygotowała się do walki i ponownie obróciła się w kierunku kocurów. Ku jej zdziwieniu, to nie żaden z jaśniejących skrzydeł był źródłem dźwięku, a Gąsieniczkowy Ogryzek, który teraz leżał przyszpilony do ziemi przez liliowego. Zanim zdążyła zorientować się, co się dokładnie wydarzyło, zobaczyła, jak Skrzydlata Pogoń bierze zamach i celuje dokładnie w oczy niebieskiego. Patrzyła, jak jego pazury rozdzierają tkankę wrzeszczącego i wyrywającego się więźnia. Krew leciała dużymi strumieniami z pyska Gąsieniczka i spływała tuż pod ich łapy. Wojownicy odeszli od rannego, nadal krzyczącego kocura. Ona zaś nie była w stanie się ruszyć. Po prostu tam stała i patrzyła z niedowierzaniem, jak jej koledzy z legowiska patrzą bez współczucia na kota, którego przed chwilą pozbawili wzroku. Czuła jak łapy trzęsą się pod nią, kiedy szkarłatna posoka spłynęła pod jej przednie nogi. Jednak nie płakała. Nie widziała powodu. Pomimo bycia świadkiem czegoś, co uważała za barbarzyństwo, nie czuła potrzeby uronienia ani jednej łzy. Nie była smutna, po prostu nie rozumiała. Co w tym dziwnego? Nie czuła nawet potrzeby pomóc cętkowanemu, kiedy widziała, jak go atakują. Wyraziła na to zgodę. Klifiacy popatrzyli na nią.
– Wzorzysta Dali, wszystko w porządku? – zapytał Różeńcowe Serce. Teraz widziała w nim zmartwienie, troskę. W Skrzydle z resztą podobnie. Nadal byli sobą. Nie zmienili się ani trochę. W takim razie… od początku tacy byli? Skoro tak, to chyba nie powinno jej to przeszkadzać… prawda? Otrząsnęła się.
–...Tak. Wszystko… w porządku – miauknęła cicho, podnosząc jedną łapę, z której spadła kropelka krwi. Popatrzyła na nią jeszcze jak zahipnotyzowana i wzdrygnęła się, po czym odwróciła się w kierunku, z którego przyszli.
– Chodźmy już.
Kiedy tej nocy opuszczali betonowy świat ich futro zaczął moczyć deszcz. Lecz ona wiedziała jedno – jej “niewinne” łapy na zawsze pozostaną splamione krwią, której nie może zmyć.

Wyleczeni: Wzorzysta Dal

Od Diane Elizabeth Montclair

Był środek dnia. Za oknem rozpościerało się niebo o tak głębokim, intensywnym odcieniu błękitu, że zdawało się nie mieć końca. Co pewien czas przecinały je długie, mlecznobiałe smugi, ciągnące się przez sklepienie niczym ślady pozostawione przez niewidzialne stworzenia, a pomiędzy nimi leniwie sunęły niewielkie obłoki o miękkich, nieregularnych kształtach. Niektóre przypominały puszyste kłębki mchu, inne rozciągały się w cienkie pasma, jakby wiatr z wolna rozczesywał ich brzegi.
Diane siedziała przy oknie tak cicho, że można by pomyśleć, iż sama stała się częścią otaczającego ją krajobrazu. Jej szeroko otwarte oczy nieustannie błądziły po bezkresnym błękicie, próbując dostrzec w nim coś więcej niż tylko barwy i światło. Był to jedyny fragment świata zewnętrznego, jaki mogła oglądać każdego dnia. Była niska, a więc jej perspektywa była naprawdę ograniczona — pozostawało jej jedynie niebo.
A jednak właśnie ono wystarczało, by rozbudzić wyobraźnię.
Nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Za każdym razem wydawało jej się inne, choć nie umiała jeszcze zrozumieć dlaczego. Czasami było jasne i niemal oślepiające, innym razem pokrywały je ciężkie, szare chmury, które zdawały się połykać całe światło dnia. Dziś jednak wyglądało spokojnie, niemal pogodnie, jakby nic na świecie nie mogło zmącić jego niezmiennego piękna.
W sercu Diane rodziło się znajome uczucie.
Ciekawość.
Zastanawiała się, jak pachnie powietrze tam, gdzie kończy się dach domu. Czy wiatr, który wprawiał firanki w ruch, był równie miękki, jak wyglądał? A przede wszystkim — co znajdowało się dalej, poza błękitem, którego końca nie potrafiła dostrzec?
Powoli odwróciła głowę w stronę ojca, który odpoczywał nieopodal, i przez chwilę wpatrywała się w niego w milczeniu, jakby próbowała zdecydować, czy zadać nurtujące ją pytanie.
— Tato? Byłeś kiedyś... o tam? — odezwała się w końcu cicho, unosząc łapkę i wskazując nią nie tyle na okno, ile na rozciągające się za nim bezkresne sklepienie.
Ojciec podążył wzrokiem za jej gestem. Na moment uniósł głowę wyżej, a w jego oczach pojawił się rozbawiony błysk.
— Tak wysoko? — zaśmiał się cicho. — Nie, słonko. Żaden kot nie potrafi wspiąć się aż tam.
Zamilkł na krótką chwilę, jakby wspomnienia same odnalazły go szybciej niż kolejne słowa.
— Ale jeśli pytasz o świat poza tym domem... to tak. Byłem na zewnątrz kilka razy.
Diane natychmiast nastawiła uszu. Jej ogon drgnął z podekscytowania, a źrenice rozszerzyły się tak bardzo, że niemal pochłonęły bursztynowe tęczówki.
— Naprawdę? — wyszeptała z niedowierzaniem.
Ojciec skinął głową.
— Naprawdę. Trawa łaskocze w opuszki łap, kiedy jest jeszcze mokra od porannej rosy. Słońce świeci nawet jaśniej, niż lampy, które zdobią sufit, a wiatr... wiatr niesie tyle zapachów naraz, że trudno je wszystkie zapamiętać. Czasem czuć kwiaty, czasem wilgotną ziemię, a czasem obecność zwierząt, których nawet nie widać.
Diane słuchała z zapartym tchem.
Każde kolejne słowo budowało w jej wyobraźni obraz miejsca, którego nigdy nie widziała, lecz które zdawało się istnieć tuż za cienką taflą szkła. Nagle okno przestało być dla niej zwykłym fragmentem ściany. Stało się granicą między światem, który znała od urodzenia, a drugim — ogromnym, pachnącym i pełnym tajemnic, czekającym cierpliwie na dzień, w którym będzie mogła postawić na nim swoje pierwsze kroki.
— A kiedy ja będę mogła tam pójść? — zapytała Diane niemal natychmiast, nie odrywając wzroku od błękitnego sklepienia. W jej głosie pobrzmiewała dziecięca nadzieja, której nie potrafiła jeszcze ukrywać. — Tak bardzo chciałabym zobaczyć trawę... i kwiaty. Chciałabym przekonać się, czy naprawdę są takie miękkie i kolorowe, jak opowiadasz. A może spotkałabym też innego kota... albo Wyprostowanego.
Ojciec uśmiechnął się łagodnie.
Wyciągnął łapę i delikatnie pogładził ją po czubku głowy.
— Jesteś jeszcze bardzo mała, słonko — odparł cicho. — Twoje łapki dopiero uczą się pewnie stąpać po podłodze, a świat za tym oknem jest znacznie większy i bardziej nieprzewidywalny, niż może ci się wydawać.
Diane spuściła uszy.
Choć przeczuwała, jaka padnie odpowiedź, mimo wszystko poczuła lekkie ukłucie zawodu. Zdawało jej się, że skoro potrafi już samodzielnie chodzić, bawić się z rodzeństwem i zadawać tyle pytań, to jest również gotowa zobaczyć wszystko, o czym dotąd jedynie słyszała.
— Ale ja będę ostrożna... — wymruczała niemal błagalnie. — Obiecuję. Nie oddalę się ani na krok.
Ojciec cicho się zaśmiał.
— Właśnie dlatego, że jesteś ostrożna, chcę, żebyś jeszcze trochę poczekała. Czasami największą odwagą jest umiejętność cierpliwego czekania na właściwy moment.
Diane westchnęła cichutko.
— Rozumiem…
Widząc rozczarowanie malujące się na jej pyszczku, ojciec pochylił się nieco bliżej.
— Ale... — zaczął z lekkim uśmiechem. — Mogę wnieść cię na parapet. Stamtąd zobaczysz znacznie więcej niż z podłogi. Co ty na to?
Uszy Diane natychmiast wystrzeliły ku górze.
— Ojej! Naprawdę?
— Naprawdę.
Nie czekając ani chwili dłużej, ostrożnie chwycił ją za kark. Diane instynktownie wtuliła się na moment w jego pierś, czując znajome ciepło futra oraz spokojny rytm bijącego serca. Chwilę później znalazła się wysoko — znacznie wyżej, niż kiedykolwiek wcześniej.
Parapet wydał jej się ogromny.
Usiadła ostrożnie przy samej szybie, a oczy rozszerzyły się z zachwytu.
Świat nagle urósł.
To, co wcześniej było jedynie skrawkiem błękitu, odsłoniło przed nią swoje dalsze oblicze.
Tuż pod oknem rozciągał się ogród. Gęste źdźbła soczyście zielonej trawy poruszały się zgodnym rytmem pod podmuchami letniego wiatru, przypominając fale na niewidzialnym, zielonym jeziorze. Pomiędzy nimi rozkwitały kwiaty w odcieniach żółci, fioletu i bieli, których płatki kołysały się lekko na smukłych łodygach, jakby prowadziły ze sobą cichy taniec.
Przez chwilę Diane zapomniała nawet mrugać.
Świat był o wiele większy, niż kiedykolwiek przypuszczała.
Nagle coś przemknęło przez ogród.
Mały ptak sfrunął na trawę, przekrzywił głowę, po czym kilkoma szybkimi podskokami znalazł się przy jednym z kwiatów. Jego pióra połyskiwały w słońcu, a drobny dzióbek nieustannie poruszał się, jakby prowadził rozmowę z samym sobą.
— Tato... — wyszeptała Diane, niemal bojąc się, że głośniejszy dźwięk mógłby spłoszyć niezwykłego gościa. — Co to jest?
Ojciec stanął obok niej i również spojrzał przez szybę.
— To ptak. Jeden z wielu mieszkańców ogrodu.
Koteczka śledziła go z zapartym tchem, obserwując, jak po chwili rozkłada skrzydła i jednym, lekkim ruchem unosi się w powietrze. Przez kilka uderzeń serca szybował ponad trawą, aż wreszcie zniknął wśród gałęzi pobliskiego drzewa.
Diane długo patrzyła za miejscem, w którym zniknął.
Coraz mocniej czuła, że za szybą kryje się świat nieskończenie bogatszy od tego, który znała. Świat pełen nieznanych zapachów, dźwięków i stworzeń, z których każde zdawało się opowiadać własną historię.

Od Diane Elizabeth Montclair

Akcja dzieje się po ostatnim opowiadaniu...

Poczuła, jak ciężar snu niechętnie ustępuje miejsca świadomości. Jej powieki zadrżały lekko, nim powoli uniosły się ku górze, wpuszczając do zmęczonych jeszcze oczu miękkie światło nowego dnia. Przez drobne gardło przetoczyło się długie, przeciągłe ziewnięcie, któremu towarzyszyło leniwe wyciągnięcie przednich łapek. Pazurki na krótką chwilę wysunęły się z opuszków, zahaczając o miękką tkaninę posłania, po czym z powrotem skryły się w futrze, gdy całe jej ciało przeszył przyjemny dreszcz rozluźnienia. Powietrze wydawało się inne niż poprzedniego wieczoru. Było cieplejsze, przesycone delikatnym zapachem poranka oraz świeżo przygotowanego jedzenia.
Diane uniosła głowę nieco wyżej, pozwalając spojrzeniu powędrować po dobrze znanym pokoju. Niedaleko długiego, kolorowego prostokąta, którego powierzchnia nieustannie zalewała pomieszczenie zmieniającymi się obrazami i migoczącym światłem, siedziała jej siostrzyczka. Drobna koteczka była wtulona w bok ojca, raz po raz zadzierając pyszczek ku tajemniczym barwom przesuwającym się po gładkiej tafli urządzenia. Diane wciąż nie rozumiała, czym właściwie był ów niezwykły prostokąt. Zdawało jej się jedynie, że żyje własnym rytmem, ponieważ z każdą chwilą zmieniał kolory, kształty i światło, jakby w jego wnętrzu istniał zupełnie odrębny świat.
Onufry natomiast najwyraźniej nie zamierzał jeszcze opuszczać krainy snów. Leżał zwinięty w niewielki, puszysty kłębek tuż obok Sycylii, której ciepłe futro niemal całkowicie osłaniało jego drobne ciało. Od czasu do czasu poruszał uszami lub drgały mu wąsy, jak gdyby śnił o czymś niezwykle zajmującym, lecz poza tym pozostawał zupełnie nieruchomy, oddychając spokojnym, miarowym rytmem.
Dopiero po chwili wzrok Diane odnalazł okno.
Przez krótką chwilę wpatrywała się w nie z cichą nadzieją, że ponownie ujrzy znajomy taniec jasnych firanek. Wspomnienie poprzedniego wieczoru odżyło w jej pamięci z niezwykłą wyrazistością — miękkie fale materiału, cichy szelest i wrażenie, jakby miała przed sobą żywą istotę, której sekrety pozostawały poza zasięgiem jej dziecięcego rozumu.
Tym razem jednak wszystko wyglądało inaczej.
Firanki zwisały nieruchomo, pozbawione życia, które jeszcze wczoraj zdawało się je wypełniać. Ich fałdy opadały spokojnie ku podłodze, nie wykonując nawet najmniejszego ruchu. Okno zostało zamknięte przez któregoś z Wyprostowanych, dlatego poranny wiatr nie miał już sposobności, by wsunąć się do wnętrza pokoju i ponownie porwać materiał do swojego cichego tańca.
Diane poczuła delikatne ukłucie rozczarowania.
Jeszcze przez kilka uderzeń serca nie odrywała od firanek wzroku, jakby liczyła na to, że za chwilę poruszą się same, wbrew wszystkiemu, co powiedziała jej matka.
— Dobrze, że wstałaś, Diane — powitała ją Sycylia.
Jej głos był ciepły, miękki niczym futro, w które koteczka wtulała się każdej nocy, a mimo to pobrzmiewała w nim nuta stanowczości, której Diane nie potrafiła jeszcze w pełni zrozumieć.
— Każdy dzień przynosi coś nowego do poznania — ciągnęła Sycylia, poprawiając łapą futerko Onufrego, który przez sen cicho zamruczał. — Ale zanim świat zacznie odkrywać przed tobą swoje tajemnice, powinnaś nauczyć się tego, co pozwoli ci poruszać się po nim z godnością.
Diane przekrzywiła lekko głowę. Słowo godność zabrzmiało dla niej obco, choć sposób, w jaki wypowiedziała je matka, sprawił, że wydało się czymś ważnym. Zrobiła kilka niepewnych kroków w stronę legowiska, aż usiadła naprzeciwko Sycylii, ciasno owijając ogon wokół drobnych łapek.
— Widzisz? — Sycylia skinęła delikatnie głową. — Właśnie tak. Kiedy rozmawiasz ze starszym kotem, dobrze jest usiąść spokojnie i słuchać, zamiast wiercić się lub rozglądać na wszystkie strony. Dzięki temu okazujesz, że darzysz go szacunkiem.
Koteczka niemal odruchowo wyprostowała grzbiet, choć po chwili jej spojrzenie ponownie uciekło ku nieruchomym firankom. Dostrzegłszy to, Sycylia uśmiechnęła się tylko pobłażliwie.
— Ciekawość jest piękną cechą — powiedziała cicho. — Nie pozwól jednak, by zagłuszała dobre maniery. Są chwile, kiedy warto obejrzeć świat, i takie, kiedy wypada poświęcić uwagę temu, kto do ciebie mówi.
Uszy Diane drgnęły z lekkim zakłopotaniem. Powoli odwróciła wzrok od okna i ponownie spojrzała matce prosto w oczy.
— Przepraszam... — wymruczała niemal szeptem.
Na pysku Sycylii pojawił się wyraz cichej satysfakcji. 
— Nie musisz przepraszać za to, że świat cię zachwyca — odparła łagodnie, muskając nosem czoło córki. — Pamiętaj tylko, że dobre serce poznaje się nie po wielkich słowach, lecz po małych gestach. Po cierpliwości. Po uważnym słuchaniu. Po życzliwości wobec tych, którzy są obok ciebie.
Diane skinęła głową, choć nie była jeszcze pewna, czy rozumie wszystkie słowa matki. Wiedziała jednak jedno — skoro wypowiadała je Sycylia, musiały być równie ważne jak nauka ostrożnego stawiania pierwszych kroków czy rozpoznawania zapachu własnej rodziny. A jeśli tak było, postanowiła zapamiętać je najlepiej, jak tylko potrafiła.

Od Diane Elizabeth Montclair

Diane siedziała w milczeniu, nieporuszona niczym drobna figurka wyrzeźbiona ze złocisto-kremowego kamienia, podczas gdy jej szeroko otwarte, dziecięce oczy z niegasnącą ciekawością śledziły każdy, nawet najdrobniejszy ruch jasnych firanek, których miękka tkanina falowała pod naporem chłodnego, wieczornego wiatru. Delikatne pasma materiału unosiły się i opadały z zadziwiającą lekkością, jak gdyby nie podlegały prawom świata, który koteczka znała od chwili narodzin, lecz tańczyły według melodii niesłyszalnej dla żadnego z obecnych w pokoju stworzeń. Raz przylegały do szyby niczym białe skrzydła ogromnego ptaka, by po chwili znowu odsunąć się od niej i zatańczyć w półmroku, jak duchy utkane z księżycowego światła.
W oczach Diane nie były jedynie kawałkami materiału.
Były czymś żywym.
Czymś, czego nie potrafiła nazwać, a czego istnienie wydawało się równie niezwykłe, co niepojęte!
Przez całe swoje krótkie życie znała jedynie istoty, które poruszały się z własnej woli — matkę, rodzeństwo oraz Wyprostowanych, których obecność od początku stanowiła naturalny element otaczającego ją świata. Wszystko inne pozostawało nieruchome, wiernie zawsze tkwiąc na swoim miejscu, chyba, że ktoś żywy postanowi akurat to szturchnąć. A te blade firanki poruszały się same, jak gdyby posiadały własny rozum, własne zamiary i własny, ukryty przed światem język.
Im dłużej na nie patrzyła, tym bardziej ogarniało ją osobliwe uczucie, którego nie umiała jeszcze nazwać. Nie był to wyłącznie zachwyt ani zwykła ciekawość — było to coś znacznie głębszego, jakby los pozwolił jej dostrzec maleńki fragment tajemnicy, której istnienia dotąd nawet nie podejrzewała. W dziecięcym sercu rodziło się przeświadczenie, że za miękkim tańcem materiału kryje się coś więcej, coś nieuchwytnego, co pozostawało poza granicami jej zrozumienia.
Pokój pogrążony był w spokojnym półmroku, którego nie zdołały całkowicie rozproszyć ciepłe lampy zawieszone wysoko pod sufitem. Ich złociste światło rozlewało się miękkimi smugami pozostawiając pomiędzy meblami długie, łagodne cienie. Z lekko uchylonego okna napływał chłodniejszy powiew niosący zapach wilgotnej ziemi, nocnych kwiatów i odległego lasu, którego ciemne sylwetki zdawały się szeptać własne opowieści pod osłoną zapadającego zmroku.
Za szybą dzień dogasał powoli, jak płomień świecy pozostawionej na wietrze. Granat nieba stawał się coraz głębszy, z wolna pochłaniając resztki różowego blasku zachodu, a pierwsze gwiazdy zaczynały nieśmiało przebijać się przez ciemniejące sklepienie, migocząc delikatnie niczym srebrzyste krople rosy zawieszone na niewidzialnych pajęczynach.
Diane ostrożnie uniosła się z miękkiego legowiska, którego ciepło jeszcze przez krótką chwilę obejmowało jej drobne łapki. Posłanie przypominało puszysty obłok — miękkie, sprężyste i przyjemnie nagrzane ciałami śpiących kotów. Przez moment zawahała się, nie chcąc budzić rodzeństwa, którego maleńkie boki unosiły się i opadały w rytmie spokojnych oddechów. Jej brat poruszył przez sen wąsami, siostra z kolei zamruczała cicho, wtulając nos głębiej w bok Sycylii.
Gęsta, śnieżnobiała sierść matki nadal otaczała Diane przyjemnym ciepłem, a jej znajomy zapach — mieszanka mleka i czegoś niezwykle kojącego, co od zawsze kojarzyło jej się z bezpieczeństwem — zdawał się zatrzymywać koteczkę przy legowisku. Mimo to ciekawość okazała się silniejsza od instynktu pozostania blisko rodziny.
Zrobiła pierwszy, niezwykle ostrożny krok.
Potem drugi.
Każde uderzenie maleńkich łapek o podłogę wydawało jej się niemal nienaturalnie głośne, choć w rzeczywistości były to ledwie słyszalne stuknięcia. Serce biło jej szybciej niż zwykle, a uszy mimowolnie obracały się ku tajemniczo falującym firankom, jak gdyby spodziewała się, że za chwilę przemówią lub wykonają jakiś jeszcze bardziej niezwykły ruch.
Sycylia poruszyła się lekko.
Z początku był to jedynie niemal niezauważalny ruch uszu, później delikatne drgnięcie ogona, aż wreszcie kotka uniosła ciężkie od snu powieki. Przez krótką chwilę wpatrywała się w oddalającą się córkę, jakby próbowała zrozumieć, co mogło skłonić tak młode kocię do opuszczenia legowiska o takiej porze. Na jej pysku odmalowało się wyraźne zaskoczenie.
Nie spodziewała się podobnej odwagi ani tym bardziej zainteresowania czymkolwiek poza własnym rodzeństwem i matczynym ciepłem.
Zmieszanie mieszało się z rozbawieniem, a gdzieś głęboko pod nimi kryła się również cicha ciekawość.
— Mamo?...
Cichy głos Diane zabrzmiał tak delikatnie, że niemal rozpłynął się pomiędzy szelestem firanek a cichym pomrukiem siedzących na kanapie Wyprostowanych.
Jej uszy uniosły się nieznacznie, gdy poczuła na grzbiecie spojrzenie rodzicielki. Mimowolnie skuliła barki, nie wiedząc jeszcze, czy za chwilę zostanie zgromiona za oddalenie się od legowiska, czy też matka zwyczajnie pozwoli jej zaspokoić ciekawość.
— Czy... mogłabym zobaczyć... to?...
Końcówka jej ogona uniosła się niepewnie, wskazując falujące przy oknie firanki z ostrożnością właściwą komuś, kto właśnie pyta o możliwość dotknięcia najrzadszego skarbu świata.
Na krótką chwilę zapadła cisza.
Słychać było jedynie miękki szelest materiału tańczącego z wieczornym wiatrem oraz odległy śpiew nocnych owadów dobiegający zza uchylonego okna.
Po chwili Sycylia parsknęła śmiechem.
Nie był to jednak gwałtowny wybuch wesołości, lecz ciepły, głęboki dźwięk, który rozszedł się po pokoju niczym kręgi na spokojnej tafli jeziora.
— Diane... — odezwała się Sycylia łagodnym tonem, w którym pobrzmiewało rozbawienie. — To tylko zwykłe firanki, poruszane przez wiatr wpadający przez uchylone okno. Nic więcej. Naprawdę sądzisz, że coś tak pospolitego zasługuje na aż tyle twojej uwagi?
Nie odpowiedziała.
Jedynie raz jeszcze skierowała spojrzenie ku firankom, które wciąż poruszały się z tą samą łagodną gracją, jak gdyby słowa Sycylii nie miały dla nich najmniejszego znaczenia. W ich nieustannym tańcu nadal dostrzegała coś, czego nie potrafiła ubrać w myśli — coś ulotnego, pięknego i odległego niczym gwiazdy migoczące za oknem.
Po chwili jednak spuściła wzrok i cicho zawróciła ku legowisku.
Sycylia westchnęła cicho, po czym otuliła córkę swoim puchatym ogonem.
Wkrótce Diane poczuła, jak powieki się jej sklejają, oddech zwalnia a wszystkie dźwięki wokół nietyle ucichły co zmieniły się w kojącą melodię.

Od Ośnieżonego Kryształu do Nadciągającego Pomroku

Niedawno do głowy przyszedł jej pewien pomysł, jak mogłaby pomóc Brukselkowej Zadrze w nawracaniu Wilczaków na wiarę w Klan Gwiazdy. Czuła się podekscytowana faktem, że wreszcie się na coś przyda w oczach matki, zamiast tylko bezczynnie siedzieć. W końcu liliowa nie przekazała jej całej prawdy o Klanie Wilka tylko po to, by Kryształka teraz się leniła! Trochę obawiała się jednak zrealizować swój plan, bo wiedziała, że niektóre Wilczaki potrafiły być naprawdę niebezpieczne. Pozostawało jej mieć nadzieję, że trafi raczej na takie neutralne, które dadzą się przekonać, iż wiara w Klan Gwiazdy jest tą właściwą. O ile takie jeszcze istniały.
Gdy o tym pomyślała, przypomniał jej się młody kocurek, który niedawno został uczniem — Tęczowa Łapa. Na pewno nie miał jeszcze zbyt dużej styczności z wiarą w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd! A nawet jeśli już coś o niej słyszał, to z pewnością nie był do niej tak przywiązany, jak starsze pokolenie. Może więc powinna do niego zagadać? Wybrać się z nim na spacer? Tylko czy kocurek zaufałby jej na tyle, by wyjść z nią sam na sam poza obóz? I jak zareagowałaby na to jego mentorka? Kryształka uznała, że najlepiej byłoby porozmawiać z nim wieczorem, gdy zakończy już trening, by nie przeszkadzać mu w obowiązkach.
Nagle, gdy rozejrzała się po obozie, dostrzegła przy wyjściu Gwiazdnicowy Blask i Tęczową Łapę. Czyżby wybierali się na patrol? Ośnieżony Kryształ postanowiła do nich podejść, uśmiechając się szeroko do swojej przybranej siostry. W jej towarzystwie nawrócenie kremowego ucznia będzie banalnie proste!
— Cześć! — przywitała się z dwójką kotów. — Idziecie na patrol? Może mogłabym do was dołączyć? Czuję już Porę Nowych Liści w powietrzu, a to znaczy, że zwierzyny będzie coraz więcej! — zaproponowała.
— No pewnie! Chętnie spędzę trochę czasu z siostrzyczką — odparła liliowa szylkretka.
Przez moment wszyscy wpatrywali się w siebie, aż w końcu Kryształka przechyliła głowę.
— To... kiedy wychodzimy? — zapytała. Skoro wszyscy byli już gotowi, to czemu wciąż stali w miejscu? Nie mieli przecież czasu do stracenia!
Gwiazdnicowy Blask zamrugała kilka razy, wyraźnie zdziwiona tym pytaniem.
— Czekamy jeszcze na Nadciągający Pomrok — wyjaśniła.
Uśmiech Kryształki nieco przygasł. Przecież mistrzyni była córką Zalotnej Gwiazdy… Na pewno mocno wierzyła w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd. Nie była tym typem Wilczaka, którego dałoby się jeszcze uratować przed mrokiem. Ona sama była jego ucieleśnieniem.
Nim biało-niebieska zdążyła rozwinąć tę myśl, usłyszała za plecami znajomy odgłos kroków. Domyślała się, do kogo należały.
— Co ona tu robi? — odezwała się Nadciągający Pomrok, stając obok Ośnieżonego Kryształu. — Nie została wyznaczona na patrol — dodała, mierząc wojowniczkę podejrzliwym spojrzeniem.
— Postanowiłam, że do was dołączę! — wyjaśniła Kryształka z szerokim uśmiechem. — Nie mam teraz nic do roboty, a skoro mogę przydać się Klanowi Wilka, to czemu nie pójść na dodatkowy patrol? — miauknęła, widząc nieprzekonany wyraz pyska starszej kotki.
Mistrzyni przez chwilę milczała, po czym bez słowa ruszyła przed siebie. Reszta patrolu natychmiast podążyła za nią.
Kryształka starała się trzymać jak najdalej od Nadciągającego Pomroku, jednocześnie dyskretnie zwalniając tempo Gwiazdnicowego Blasku i Tęczowej Łapy. Zależało jej, by choć przez chwilę znaleźć się z kremowym uczniem nieco dalej od dymnej mistrzyni. Nie chciała przecież, by zaczęła ją podsłuchiwać, gdy będzie opowiadała Tęczy o Klanie Gwiazdy. Mogłoby się to skończyć czymś bardzo nieprzyjemnym, a tego Kryształka wolała za wszelką cenę uniknąć.
Gdy minęło już trochę czasu, a Nadciągający Pomrok wyraźnie skupiła się na patrolu, biało-niebieska spojrzała wymownie na siostrę, jakby próbowała porozumieć się z nią bez słów. Gwiazdnicowy Blask jedynie przechyliła głowę, najwyraźniej nie rozumiejąc, co Kryształka chciała jej przekazać.
Ta westchnęła cicho i przeniosła wzrok na Tęczową Łapę, posyłając mu ciepły uśmiech.
— Hej, Tęczo! — mruknęła, zwracając na siebie jego uwagę. — Jak idą ci treningi z Makową Iluzją? — zagaiła, nie chcąc od razu przechodzić do tematu wiary. Gdyby zrobiła to od razu, kremowy mógłby poczuć się przytłoczony, a tego przecież nie chciała. Musiała podejść do sprawy rozsądnie, by nie zaprzepaścić pierwszej misji, którą sama sobie wyznaczyła.
Młodszy kocurek spojrzał na nią i odwzajemnił uśmiech.
— Bardzo dobrze! Podobno szybko się uczę — pochwalił się, prostując dumnie. — Moja mentorka mówi, że świetnie robię uniki! Zdążyłem już nawet stoczyć sparing z Białą Łapą. To dopiero była zabawa! Była na mnie taka zła! Ciągle próbowała mnie złapać, ale jej się nie udawało! A nawet jak już mnie dorwała, to i tak zawsze zdołałem się wyrwać. Gdybyś tylko widziała jej minę! — rozgadał się bez żadnych oporów.
Ośnieżony Kryształ zdziwiła się jego otwartością. Tak naprawdę była dla niego zupełnie obcą kotką. Nie rozumiała, dlaczego tak łatwo się przed nią otworzył, ale uznała, że po prostu taki miał charakter. W końcu każdy był inny — może Tęczowa Łapa był po prostu wyjątkowo towarzyski.
— Och, naprawdę? — mruknęła Kryształka. — Widzę, że wyrośnie z ciebie dobry wojownik. Obyś tylko nigdy nie użył swojej siły w złych celach… — dodała tajemniczo, odwracając od niego wzrok.
Kremowy natychmiast nastawił uszy, a w jego oczach rozbłysło zaciekawienie.
— Jakich złych celach? Co masz na myśli? — dopytywał.
Biało-niebieska już miała odpowiedzieć, gdy nagle dostrzegła mordercze spojrzenie Gwiazdnicowego Blasku. Przez chwilę milczała, zastanawiając się, o co mogło chodzić liliowej szylkretce.
— Słyszałeś już o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd? — zapytała w końcu, ignorując zachowanie siostry.
Gwiazdnica westchnęła ciężko, ale nie zaprotestowała. Przynajmniej nie słowami.
— Tak, słyszałem! Opowiadali mi o nim jeszcze w żłobku — odparł radośnie Tęczowa Łapa, a w jego oczach zalśniła duma. Czyżby myślał, że Kryształka zamierza go za to pochwalić? Biedaczek. Jeszcze nie wiedział, jak bardzo się mylił. — Podobno żyją tam moi przodkowie. Choć właściwie… nie moi. Wasi. Chyba że przodkowie mojego taty i siostrzyczki też się liczą? — zastanowił się na głos.
Biało-niebieska zdążyła już zauważyć, że był z niego straszny gaduła.
— Tak, ich przodkowie tam żyją. Ale to niedobrze — przyznała, a jej pysk wyraźnie posępniał. — Bo widzisz… ja sama nie jestem już taka pewna, czy powinniśmy wyznawać Mrocznych Przodków. To przecież koty, które za życia czyniły zło. Do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd trafiają mordercy i inni źli wojownicy, a my przecież nie powinniśmy dążyć do krzywdzenia innych. Mam rację, Tęczowa Łapo? — zapytała, kładąc uszy po sobie.
Kremowy patrzył na nią przez chwilę z lekko rozchylonym pyszczkiem, wyraźnie zaskoczony. Wyglądał, jakby nie wiedział, co odpowiedzieć.
Zanim jednak zdążył wydobyć z siebie choćby słowo, Kryształka z impetem na coś, a raczej na kogoś, wpadła. O mało nie straciła równowagi, a gdy w końcu ją odzyskała i kilkakrotnie zamrugała, tuż przed sobą ujrzała Nadciągający Pomrok.
— Strasznie cię przepraszam! — pisnęła. — Nie chciałam na ciebie wpaść, to był przypa-
Nie zdążyła jednak dokończyć, dymna napięła mięśnie i skoczyła na młodszą kotkę, powalając ją z nóg i przygważdżając do ziemi.
— Co ty za farmazony pleciesz, Ośnieżony Krysztale?! — warknęła, niemal obśliniając przy tym biało-niebieską. — Chcesz, żebym powiedziała Zalotnej Gwieździe, że kwestionujesz słuszność naszej wiary? — syknęła, wysuwając pazury i wbijając je w delikatną skórę Kryształki. — Najwyraźniej zbyt dobrze ci się żyje z tymi wszystkimi kępkami futra, skoro tak bardzo zależy ci na tym, żeby zostały wyrwane — zagroziła.
Młodsza zadrżała pod ciężarem łap szylkretki, nie wiedząc nawet, co powiedzieć. Nie spodziewała się tak gwałtownej reakcji starszej kocicy. Nie przypuszczała nawet, że ta ich usłyszała.
— Na-Nadciągający Pomroku... Ja... — zaczęła, chcąc ją przeprosić.
W tej samej chwili mistrzyni zamachnęła się łapą. Cios było tak szybki, że Kryształka nawet go nie zauważyła. Dopiero po chwili poczuła piekący ból nad nosem, a z powstałej rany cienką strużką zaczęła spływać krew.
— Zachowaj te przeprosiny na moment, w którym staniesz przed liderką i będziesz musiała tłumaczyć się z tych herezji, które wygłaszasz — splunęła Nadciągający Pomrok, po czym w końcu zeszła z jasnofutrej, pozwalając jej podnieść się i otrzepać z ziemi.
Ośnieżony Kryształ wpatrywała się w mistrzynię z niedowierzaniem. W jej niebieskich oczach lśnił ból i strach. Futro na pysku splamiła szkarłatna krew, a po policzkach spłynęło kilka łez, których nie zdołała powstrzymać.

<Nadciągający Pomroku?>

Od Gasnącej Łapy (Gasnącej Prawdy) do Skrzydlatej Płomykówki

Zgromadzenie

Najbardziej na świecie bał się tego, że spotka kogoś, kto go rozpozna. Co wcale nie było niemożliwe. Na Bursztynowej Wyspie roiło się od Klifiaków i nie było wątpliwości, że gdzieś wśród nich znajdowali się dawni znajomi Królika. Być może był tu Trójoki Zając, Wzburzony Kormoran albo Oszroniony Kieł. Co do jednego kremowy był jednak pewny — Źródlana Łuna pełniła teraz rolę zastępczyni i siedziała nieopodal pozostałych zastępców. Kocur czuł ogromną chęć, by jej pogratulować, lecz wiedział, że nie powinien. Nie miał nawet jak do niej podejść. Zresztą, ona pewnie i tak nie chciałaby z nim rozmawiać po tym, jak tak bezczelnie uciekł z Klanu Klifu.
Siedział więc smutno gdzieś na uboczu, przygnębionym wzrokiem przeskakując po kotach zgromadzonych na wyspie. Miał ochotę zwinąć się w kłębek, zajmować jak najmniej miejsca i zmniejszyć szanse na to, że ktoś go rozpozna. Jednak wtem podeszła do niego młodsza kotka. Miała kremowe, pręgowane futerko, krótki ogonek i żółte oczy, do złudzenia przypominające te należące do Kukułczego Wdzięku. Czy to...? Nie, niemożliwe.
— Dzień dobry, proszę pana. Jak pan ma na imię?
— Uch, och! Dobry wieczór, młoda damo... Mam na imię Gasnąca Łapa — odpowiedział nieco speszony, gdy koteczka się do niego odezwała.
Wpatrywał się w jej pyszczek w milczeniu, nie potrafiąc pozbyć się wrażenia, że kogoś mu przypominała.
— Jak panie Gasnąca Łapo układa się w Klanie Burzy?
Kremowy miał ochotę zapytać młodszą, czy była spokrewniona z Trójokim Zającem albo chociaż z Kukułczym Wdziękiem, lecz nie potrafił się do tego przemóc. Jeśli naprawdę była jego bratanicą, to czy chciał opowiadać jej o tym, jak bardzo zawiódł jej ojca? Przecież równie dobrze mógł wciąż być w Klanie Klifu. Mógł odwiedzać ją i jej rodzeństwo w żłobku, bawić się z nimi kulkami mchu i patrzeć, jak dorastają. Zamiast tego siedział tu teraz jako uczeń Klanu Burzy i udawał, że ta kotka wcale nikogo mu nie przypomina.
— Jak układa mi się w Klanie Burzy? Cóż... chyba całkiem dobrze. Oprócz tego, że wciąż jestem uczniem! — zaśmiał się nerwowo, próbując się rozluźnić.
Po chwili uniósł uszy i spojrzał na nią z zainteresowaniem.
— A jak u ciebie, młoda damo? Wszyscy w rodzinie zdrowi? Lśniąca Gwiazda dobrze was traktuje? — zapytał łagodnym tonem.
Zastanawiał się, czy przywódca nadal ścigał rodzinę Pikującej Jaskółki, czy może w końcu odpuścił po tym, jak pozwolił Królikowi zostać wśród Burzaków. Kremowy był mu za to wdzięczny, choć mimo wszystko wciąż za nim nie przepadał i nadal uważał, że rudy mógł stanowić zagrożenie dla jego bliskich.
Kotka uśmiechnęła się lekko.
— Tak, Lśniąca Gwiazda pozwolił mi zostać uczennicą medyka, bardzo się z tego powodu cieszę. Pan akurat sformułował pytanie tak, jakby pan chciał sprawdzić, czy Lśniąca Gwiazda nas źle traktuje... Czy pan jest moim wujkiem? Niech pan się nie krępuje, nie mam panu za złe, że pan nas opuścił.
Wpatrywał się w nią z wyraźnym zakłopotaniem i zdziwieniem. Przez chwilę nie potrafił znaleźć odpowiednich słów, a po kilku uderzeniach serca zamrugał parę razy, przybierając jeszcze bardziej zmieszany wyraz pyska.
— Oczywiście, że chcę sprawdzić, jak sprawuje się lider klanu, z którym mamy sojusz. Tym bardziej teraz, gdy... sytuacja mojego klanu nie jest najlepsza. Musimy wiedzieć, czy możemy liczyć na kogoś kompetentnego — odparł w końcu, prostując się i próbując przybrać pewniejszą postawę. Nie chciał przecież pokazać, że jej słowa go zaskoczyły.
Zmarszczył lekko nos, słysząc dalszą część jej wypowiedzi.
— Nie wiem, o kim mówisz, młoda damo. Pierwszy raz w życiu widzę cię na oczy, więc trudno mi stwierdzić, czy rzeczywiście jesteśmy spokrewnieni — wyjaśnił spokojnie. — To, że mamy podobne futro i oboje posiadamy krótkie ogony, jeszcze o niczym nie świadczy. Czy gdybym zobaczył dwa czarne koty stojące obok siebie, od razu uznałbym, że są rodzeństwem albo kuzynostwem? Oczywiście, że nie.
— Hm, może pana z kimś pomyliłam, przepraszam bardzo. Pan jest bardzo podobny do Trójokiego Pyska — stwierdziła, po czym usiadła. — No cóż, zawsze chciałam poznać jego brata...
Kremowy wzruszył ramionami na słowa młodszej kotki, choć w środku poczuł, jak żołądek zaciska mu się ze stresu.
— Przykro mi, młoda damo. Nie znam nikogo o imieniu Trójoki Pysk — westchnął. — Radzę ci się jednak nie poddawać. Wierzę, że jeszcze kiedyś uda ci się odnaleźć kota, którego szukasz.
Na chwilę umilkł, zastanawiając się, co mógłby powiedzieć, by jej pomóc.
— Może Trójoki Pysk wspominał ci kiedyś o nim? Albo mówił, gdzie mógł pójść? Jeśli masz jakiekolwiek wskazówki, na pewno łatwiej będzie ci go odnaleźć — mruknął łagodnie, starając się brzmieć na szczerze przejętego i zaangażowanego.
Żółtooka westchnęła.
— No cóż, chętnie bym się pobawiła z wujkiem... ale cóż. Nie będę już panu przeszkadzać. Do widzenia! — uśmiechnęła się.
Kremowy westchnął ciężko.
— Dobrze, młoda damo. Lepiej porozmawiaj z kimś w swoim wieku, zamiast marnować czas na jakiegoś staruszka — mruknął żartobliwie, choć poczucie winy zaczęło go gryźć, gdy obserwował, jak kotka odchodzi.
Miał szansę. Miał szansę przyznać się do tego, że był jej wujkiem. Miał szansę być może naprawić to wszystko, co zniszczył kilka księżyców temu. Lecz czy naprawdę chciał to zrobić?
Był taki żałosny. To nie byłby pierwszy raz, gdy przepraszał Trójokiego Zająca i innych swoich bliskich. Na pewno tym razem nie zaakceptowaliby jego przeprosin. Uznaliby je za nieszczere, skoro już tyle razy udowodnił im, że nie potrafi się zmienić.

* * *

Odkąd wrócił ze swojego pierwszego zgromadzenia po trafieniu do Klanu Burzy, często o nim rozmyślał. Czy tamta kremowa kotka naprawdę mogła być jego… bratanicą? Czy naprawdę Trójoki Zając w końcu wyznał miłość Kukułczemu Wdziękowi, zostali parą, a nawet doczekali się kociąt? To było bardzo możliwe; w końcu kremus musiał kiedyś założyć rodzinę. Nie mógł do końca swoich dni pozostać bezdzietny i bez miłości. To znaczy, mógł, oczywiście, lecz Królik mu tego nie życzył. Wierzył, że posiadanie własnych dzieci było czymś pięknym i przynosiło kotom wiele radości, dlatego miał nadzieję, że tamta kremowa koteczka naprawdę była córką Zająca.
Zastanawiał się też, czy była jedynaczką, a jeśli już miała rodzeństwo, to ile. I jak wyglądali? Czy również byli tak uderzająco podobni do Trójokiego Zająca? A może któreś z nich bardziej przypominało Kukułczy Wdzięk? Och, tak bardzo chciałby ich wszystkich zobaczyć! Chociaż raz w życiu mógłby się postarać, być dobrym kotem i stać się dla nich prawdziwym wujkiem. Odwiedzałby je w żłobku, bawił się z nimi i opowiadał im przeróżne historie ze swojego życia. Zrobiłby wszystko, by dać im wsparcie i otuchę, których wcześniej nie potrafił podarować Mak, Kocimiętce, Kormoranowi i Szronce. Chciał jakoś odpokutować swoje winy. Naprawdę chciał. Lecz teraz nawet nie miał ku temu okazji.
Lśniąca Gwiazda nie pozwoliłby mu wrócić do Klanu Klifu, a on sam nie miał pod opieką żadnego kocięcia. Może gdyby w końcu został mianowany, dostałby chociaż ucznia? W ten sposób mógłby wnieść jakiś wkład w odbudowę Klanu Burzy, szkoląc przyszłego wojownika. Na razie jednak sam wciąż był uczniem i miał wrażenie, że jedyne, co robi, to utrudnia wszystkim życie. A przede wszystkim przynosi sobie wstyd. Był już przecież całkiem starym kotem, a nadal nosił uczniowskie imię. Nawet podczas rozmowy z kremową kotką czuł zażenowanie, przedstawiając się jako Gasnąca Łapa. Był przekonany, że żółtooka zaraz zapyta, dlaczego jest taki stary, a wciąż się uczy, lecz na całe szczęście nawet o tym nie wspomniała. A może jednak zwróciła na to uwagę, tylko nie chciała mówić tego na głos? Ciężko było stwierdzić, bo przecież Królik nie potrafił czytać w cudzych myślach.
Śniący Obserwator chyba miał już dosyć treningów z kremusem, przez co odbywały się one coraz rzadziej. Królik zastanawiał się więc, dlaczego srebrzysty po prostu nie powie Zawodzącej Gwieździe, że Gasnąca Łapa jest gotowy zostać pełnoprawnym wojownikiem Klanu Burzy. W końcu znał już niemal całe tereny na pamięć, potrafił polować na swoich imienników i całkiem nieźle dogadywał się z pobratymcami. Czuł się Burzakiem i chciał nim zostać również oficjalnie.
Dlatego, gdy minął przewodnika w jednym z podziemnych korytarzy, mruknął za nim:
— Śniący Obserwatorze, czy mogę na słówko? — zapytał, nieznacznie kładąc po sobie uszy, jakby chciał pokazać, że nie ma żadnych złych zamiarów.
Młodszy zatrzymał się, sennie mrużąc ślepia, po czym skinął głową i podążył za Królikiem na zewnątrz. Gdy znaleźli się nieco dalej od azylu, uczeń odezwał się ponownie:
— Wiem, że nie powinienem o to pytać, ale zastanawiam się… kiedy w końcu zostanę wojownikiem? Uważam, że spędziłem jako uczeń już wystarczająco dużo czasu i z tak wspaniałym mentorem, jak ty, nauczyłem się wszystkiego, co potrzebne. Oczywiście wiem, że ostateczna decyzja należy do ciebie i nie chcę wywierać na tobie żadnej presji ani cię popędzać. Och, co to, to nie… — urwał, odwracając wzrok od Śniącego Obserwatora i modląc się w duchu, by nie zabrzmiał zbyt nachalnie. Przecież wcale nie o to mu chodziło.
Srebrzysty wyglądał, jakby przez chwilę się zastanawiał. W końcu jednak wzruszył ramionami.
— Ach, niech ci będzie — stwierdził, po czym gwałtownie zawrócił i ruszył z powrotem do obozu.
Gasnąca Łapa szybko pognał za nim. Zastanawiał się, czy przewodnik zgodził się na mianowanie tylko po to, by kremowy przestał zawracać mu głowę, czy naprawdę uważał, że na to zasłużył.
Zresztą… czy to w ogóle miało znaczenie? Najpewniej i tak nie będą utrzymywać ze sobą bliższego kontaktu, gdy Królik zostanie wojownikiem. Najważniejsze było to, że wreszcie nim zostanie i nie będzie już musiał przedstawiać się uczniowskim imieniem. No i będzie mógł samodzielnie opuszczać obóz, choć jeszcze nie wiedział, czy odważy się z tego korzystać. Wciąż bał się tego, co mogliby powiedzieć jego bliscy, gdyby któregoś dnia spotkali go na granicy.

* * *

Gasnąca Łapa stał w Grocie Pamięci, a przed nim leżał skrawek kory, na którym połyskiwał rdzawy barwnik. Kremowy czuł, jak serce wali mu w piersi tak mocno, że był niemal pewien, iż każdy kot, który go otaczał, mógł to usłyszeć — a może nawet wyczuć w postaci drgań.
— Ja, Zawodząca Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady panujące w Klanie Burzy. Polecam wam go jako kolejnego wojownika — odezwał się dymny, mierząc pręgowanego skupionym wzrokiem. — Gasnąca Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić ten klan nawet za cenę życia?
Kremowy uśmiechnął się, czując, jak całe jego ciało wypełnia radość.
— Przysięgam — odparł bez chwili wahania.
— Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Gasnąca Łapo, od tej pory będziesz znany jako Gasnąca Prawda. Klan Gwiazdy ceni twoją determinację i zaangażowanie oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy — zakończył Zawodząca Gwiazda, po czym skinął głową w stronę Królika.
Ten zaś poczuł, jakby na krótką chwilę serce przestało mu bić. Zanurzył poduszkę łapy w pomarańczowej mazi i odwrócił się w stronę ściany, na której widniały już dziesiątki odcisków w różnych rozmiarach i barwach. Na pysku kremowego wciąż gościł ciepły, pełen wdzięczności uśmiech, gdy odbijał własną łapę pośród wielu innych.
Wreszcie mógł poczuć się częścią Klanu Burzy.
Cieszył się, że zdecydowali się go przyjąć. Tego dnia był niezwykle wdzięczny liderowi, który kilka księżyców wcześniej negocjował z Lśniącą Gwiazdą, by bursztynowooki nie musiał wracać do Klanu Klifu. Królik czuł, że pozostanie mu za to dłużny do końca życia. Gdyby nie jego litość, być może skończyłby martwy z łap rudego przywódcy. Wtedy na pewno nie poznałby swojej — być może — bratanicy. Nie rozwinęłaby się też jego relacja z Poczciwym Szakłakiem, a utraty właśnie tego obawiał się chyba najbardziej.
Jak widać, jego ucieczka miała swoje konsekwencje i przyniosła mu trochę nerwów, lecz nie mógł powiedzieć, że była pozbawiona pozytywów. Nawet jeśli wciąż nosił na barkach ciężar dawnych błędów, dziś po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł, że naprawdę znalazł swoje miejsce.

* * *

Po zakończeniu swojego czuwania był zmęczony i jedyne, o czym marzył, to by w końcu zwinąć się w kłębek na swoim nowym posłaniu i zasnąć. Miał tylko nadzieję, że Poczciwy Szakłak zadbał o to, by mogli spać obok siebie! Byli w końcu najlepszymi przyjaciółmi, a już niedługo może i kimś więcej… Wypadałoby więc, by nawet sen dzielili ze sobą.
Półprzytomny wlókł się w stronę legowiska wojowników, gdy omal nie wpadł na Skrzydlatą Płomykówkę — samą zastępczynię. Przeraził się, że kotka mogłaby go za to zganić, więc natychmiast położył uszy po sobie i skłonił lekko głowę na znak przeprosin.
— Nie chciałem na ciebie wpaść, Skrzydlata Płomykówko. Jestem trochę zmęczony, wiesz… po tym całym czuwaniu — wyjaśnił, uśmiechając się słabo do rudej kotki. Wiedział, że czasami przebywała z czarnofutrym wojownikiem i często z nim rozmawiała. Nie miał jednak pojęcia, o czym. — Czy Szakłacz... To znaczy, czy Poczciwy Szakłak został przydzielony do jakiegoś patrolu, czy powinienem szukać go w obozie? Pewnie będzie chciał ze mną porozmawiać — zapytał z nadzieją, licząc na to, że z tej krótkiej wymiany zdań wywiąże się nieco dłuższa rozmowa. Być może o Poczciwym Szakłaku.

<Skrzydlata Płomykówko?>

Od Kazarka do Opadającego Rumianka

Cynamon wyszedł z nory. Chciał przejechać plecami po drzewie, bo strasznie go swędziało w tym miejscu. Oczywiście tylko głowę uchylił i poczuł, że wiatr tak wieje, że lekko go przesuwało. Najlepiej to by do nory wrócił, ale jak siedzieć w norze, gdzie nie ma już zapachu świeżych wrzosów? Zwykle je zbierał na terenach, gdzie zaś czuł dużą ilość kotów, jednak przecież nie ukradnie tym kotom jedzenia, tylko kwiatki, więc raczej nie powinny go zjeść za to.

***

Zgrabnie z Drogi Grzmotu przeszedł na tereny Klanu Wilka, następnie przepłynął rzekę, nadal tam będąc, aż w końcu przekroczył granicę zapachową, która już pachniała królikami. Teraz aktualnie szedł w stronę wrzosów, by zebrać ich trochę. Na szczęście były blisko granicy, więc bez wahania schwytał kilka świeżych pączków. Jakiś Burzak go zauważył, czego nie był świadomy. Jednak kot, zamiast zaatakować, przyglądał mu się.
— Ty. Co ty właściwie robisz? — Kazarek usłyszał jakiś głos. Powoli obrócił się i zobaczył jakąś kotkę, która go wołała. Jego futro lekko się podniosło, bo nie spodziewał się tu kogoś.
— No, kwiatki sobie zbieram. — Raczej nieznajoma kotka powinna to od razu zauważyć, bo niczego skomplikowanego nie robił.
— Ale dlaczego akurat tutaj? — mruknęła, przewracając oczami. — Na terenach samotników mało macie kwiatuszków? — nieznajoma miauknęła pieszczotliwym głosem, mrugając przy tym pokaźnymi rzęsami. — Wiesz, że te twoje kwiaty mogą się okazać cennymi ziołami dla naszych medyków? — zasugerowała, unosząc brew.
— Bo najbardziej mi zależy na wrzosach, a nigdzie indziej nie rosną niż tu. — Zresztą, co ona miała do niego? Póki nie atakowała go, to mógł zbierać spokojnie wrzosy do swojego legowiska. Obca mówiła też coś o medykach i że wrzosy też są przydatnymi ziołami, choć nie wiedział o tym.
— A w jaki sposób? Ci medycy są obeznani w ziołach?

<Nieznajoma lub czymkolwiek jesteś, możesz rozwinąć te właściwości wrzosów?>

Od Kazarka CD. Kobczyka

— Przezorny zawsze ubezpieczony. — Spoglądał z nieufnością na liść, bo co, jakby chciała go otruć? Przecież liście ze śniegu nie wyrastały, więc musiała to znaleźć daleko poza terenami albo miała swoją tajną skrytkę na to. Po prostu był bardzo ciekawy właściwości tego liścia, ogólnie interesowały go zioła, ale wiedzę na ich temat uzyskał od dalekich krewnych, którzy mieszkali blisko gniazd Dwunożnych.
Czekoladowa kotka nie skomentowała jego słów, zamiast tego pozwoliła sobie na milczenie, przynajmniej do pewnego czasu.
— Jesteś z okolicy? — zapytała, będąc ciekawa, od jakiego czasu tu mieszka. — Czy... słyszałeś o klanach?
Kazarek mógł tak patrzeć na to zioło, ale prędzej czy później, musiał je zjeść. Także zjadł je niechętnie, trochę się krzywiąc od jego smaku. Nieznajoma wydawała się mieć znudzenie w oczach. Nie zdziwiło go to, pewnie i tak nie był jakiś interesujący dla kogoś jako kot, bardziej jako gotowa przystawka do zjedzenia. Może czekoladowa kotka nie była jakoś bardzo nim znudzona, skoro go pytała, czy mieszka w okolicy, ale mama niby jemu zawsze mówiła, żeby nie podawać swojej lokalizacji nieznajomym. Problem był taki, że nawet teraz nie znał nawet lokalizacji swoich rodziców, co było niezręczne.
— Owszem, mieszkam tu, no od długiego czasu, właściwie to przez przypadek taki. No bo Potwór Dwunożnych prawie mnie hen, hen wygonił. — Nie wiedział, ile już tu był, co go smuciło.
— Tak, coś słyszałem, ale to tylko o tym Klanie Wilków, tym takim co go nazwali od psów wyjących. — Chciał już spytać, skąd wiedziała o klanach, ale każdy samotnik, którego spotykał, coś o nich wiedział. Także takie pytanie jej było zbędne.

<Kobczyk, teraz będę dla ciebie ciekawszy?>

Od Iglaka CD. Koszmaru

— I co, braciszku? Mam cię! — powiedział z triumfem w głosie jego brat, który przygwoździł go ziemi.
Iglak zaśmiał się. Oczywiście, że może tam niechcący wpadł w pułapkę braciszka, jednak słyszał po jego oddechu, że ten jednak trochę go zmęczył. Czyżby jego uniki były całkiem dobre?
— Czasami chyba muszę przegrać, żeby przypadkiem wam smutno nie było. Wiesz… Ja z wyglądu najbardziej przypominam naszego zasłużonego wujaszka — powiedział pół żartem, pół nie, wspominając Cienistą Zjawę, który został głośno ogłoszony zmarłym, zanim ci się nawet urodzili. Tylnymi łapkami odepchnął swojego brata, by mógł wstać.
Jego brat był lepiej zbudowany od niego i z tego, co już zdążył zauważyć Iglak, Koszmar był od niego cięższy. Czy to dobrze? Raczej nie. No, chyba że celem Koszmaru jest zostanie grubasem. To też jest jakaś opcja.
— Może teraz pobawimy się w polowanie? Co ty na to? Zabawa w walkę trochę mi się znudziła — wskazał nosem bratu na ogon Ognikowej Słoty, który spokojnie leżał na posłaniu.
Matka była do nich tyłem i zajmowała się aktualnie wylizywaniem Zamroczki. Jeśli zapolują na ogon matki, to pewnie przerwą jej pielęgnowanie siostrzyczki. Jednak może kotka nie będzie na nich tak zła?
Z błyskiem w oczach zastrzygł uszami. Nie mogli teraz rozmawiać, bo inaczej ich matka domyśli się, że została na nią zastawiona zasadzka. Koszmar na początku wpatrywał się w niego, jakby nie do końca rozumiał, co właśnie ten chce zrobić. Jednak po upływie kilku uderzeń serca, jego brat dostał olśnienia, łącząc sprawnie kropki. Jego mina zdradzała, że się waha. Iglak znakomicie zna naturę Koszmaru. Wie, że kocurek nie obawia się niebezpieczeństw i stawia im czoło. Jednak, czy to wystarcza, żeby zrobić psikusa Ognikowej Słocie?
— Boisz się, Koszmarze? — spytał brata z denerwującym uśmieszkiem na pyszczku.
— Co?! Absolutnie nie! — prychnął buras oburzony, jakby Iglak śmiał go posądzić o słabość.
— To śmiało.
Koszmar wpatrywał się w niego przez kilka uderzeń serca, po czym skradając się, ruszył pierwszy na niespodziewającą się Ognikową Słotę. Iglak, nie spiesząc się, ruszył zaraz za nim. Nie miał żadnego złowieszczego planu w swoim małym rozumku, przynajmniej dotąd. A co jeśli by wystawić brata na złość kochanej mamusi? Trochę by na niego nawrzeszczała albo coś syknęła niemiłego. Byłyby to całkiem śmieszne.
Skradając się tak, oboje zbliżali się do celu. Na dodatek w powietrzu czuć było napięcie. Czy im się uda? On skradał się wolniej, pozwalając bratu zaatakować jako pierwszemu. Jednak brat był bardzo niezdarny. Bardzo. A byli już blisko.
— Co robicie? — Ognikowa Słota odwróciła się w ostatniej chwili. A jej brązowe oczy wbiły się w nich obu.
Ups?

***

Iglak wraz z Koszmarem siedzieli przed żłobkiem. Zostali przyłapani na gorącym uczynku i dostali dość suchą reprymendę od Ognikowej Słoty. Uszy go bolały z głośności, z jaką został wyrażony zawód szylkretki. Siedzieli tak w milczeniu dłuższą chwilę, jednak Iglak stwierdził, że powinien ją prezerwać.
— To w co teraz chcesz się pobawić?

<Koszmarze? Brat cię naprawdę lubi, nie masz co się stresować. Nie jesteś słabiakiem>

Od Fiołka do Złocistego Widlika

Szylkretowa koteczka siedziała na swoim posłaniu i niezbyt dyskretnie obserwowała Świteziankowe Jezioro rozmawiającą z ich piastunem. Bura poprzedniego wschodu słońca urodziła dwójkę kociąt. Na czas porodu Fiołce i innym kociętom nie wolno było wchodzić do żłobka, aby nie przeszkadzać karmicielce. Koteczka wciąż pamiętała lekkie ślady krwi znaczące posłanie królowej, kiedy Senna Łza wyganiała ją i Jasność ze żłobka. Gąbczasta Perła mówiła, że to normalne, o ile krwawienie nie jest zbyt obfite, jak to było w przypadku tej czekoladowej samotniczki, której kociaki zostały zaadoptowane przez Klan Nocy. Ściółka oczywiście już dawno została wymieniona na nową i nie było na niej ani śladu po szkarłatnych smugach.
Szylkretka nie wspominała tamtego wschodu słońca przyjemnie. Babcia cały czas siedziała w żłobku ze Świtezianką, tak samo, jak ich piastun. Każdy zachowywał się, jakby bura i jej nowo narodzone kociaki były najważniejsze, a Fiołek już się w ogóle nie liczyła. Nikt nie zwracał na nią uwagi, nikt nie chciał się z nią pobawić, ani chociaż pogadać z nią o czymś innym niż o porodzie.
Złocisty Widlik instruował teraz Świteziankowe Jezioro, jak radzić sobie z maluchami, mówił coś o masowaniu maluchom brzuszków po karmieniu, sprawdzał, czy wszystkie ładnie piją mleko i badał ich zachowanie. Następnie zwrócił się do Fląderki i spytał, kiedy ostatnio odwiedziła legowisko medyków z Wełnianką i Centurią. Fiołek przez chwilę zastanawiała się, czy kociaki Fląderki są chore. Uznała, że aby dowiedzieć się więcej, skuteczną metodą będzie podsłuchiwanie. Rozmowa jednak zaraz przybrała nudny charakter, przy czym szylkretka nie rozumiała połowy zdań, które koty między sobą wymieniały.
Chwilę później Pyza podeszła do kremowego kocura i się go o coś zapytała, jednak Fiołek nie słyszała konkretnych słów. Piastun długo mówił w odpowiedzi, a tymczasem szylkretka przestała podsłuchiwać i zaczęła zastanawiać się, co mogłaby zrobić, żeby ściągnąć na siebie uwagę Złocistego Widlika. Wiedziała, że obecnie w żłobku było sporo kociąt, jednak chyba piastun mógłby wygospodarować jej chociaż trochę czasu?
Wcale nie podobało jej się to, że teraz kiedy Świteziankowe Jezioro urodziła, wszystko kręciło się wokół niej i jej maluchów, Orzechówki i Drzemlika. Nie można było się bawić w żłobku, ani nawet w nim głośno mówić, żeby nie obudzić tych dwóch wrzodów na ogonie. Oczywiście one mogły piszczeć od jednego wschodu słońca do następnego i nikt nie był na nie za to zły. A jeśli Fiołek coś powiedziała zbyt głośnym szeptem, od razu czuła na sobie karcące spojrzenia ze wszystkich stron. Wolała jednak tak, niż żeby wszyscy się zachowywali, jakby jej nie było.
Może poprosi Złocistego Widlika, żeby opowiedział jej jakąś historię…? Nie, wtedy łatwo będzie innym kociakom i karmicielkom odciągnąć uwagę piastuna od niej. W takim razie najlepiej byłoby wyciągnąć go poza żłobek, może tam się razem pobawią…
Jej oczka zalśniły, kiedy wpadła na genialny pomysł. Pójdą do Kącika Zabaw! Zawsze chciała tam wpaść, ale nie mogła bez opiekuna, a ze Złocistym Widlikiem świetnie by się tam bawiła. Może nawet nauczyłby ją pływać? Wtedy byłaby o krok bliżej do zostania wojowniczką. I byłaby lepsza od reszty kociaków ze żłobka. Nie wiedziała co prawda, czy inni umieją pływać, czy nie, ale nawet jeśli to chciałaby to robić lepiej od nich. Poza tym pływanie musi być świetną zabawą.
Wstała, przeciągnęła się, następnie z podniesionym ogonkiem podeszła do piastuna, zgrabnie wślizgując się między niego a Pyzę. Niech sama się sobą zajmie!
— Złocisty Widliku… — zaczęła, aby zwrócić na siebie jego uwagę.
— Tak, Fiołko?
— Pójdziemy do Kącika Zabaw, proszę? Może byś mnie nauczył pływać… Co ty na to?
Uśmiechnęła się delikatnie, w myślach modląc się do wszystkiego, co możliwe, żeby piastun się zgodził i nie zostawił jej samej.

<Złocisty Widliku? Pójdziemy?>