BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

28 czerwca 2026

Od Cisowego Tchnienia CD. Chudego Grzbietu

Popatrzyła na Chudy Grzbiet bez żadnego konkretnego wyrazu na pysku. Niektórzy mogliby powiedzieć, że to zmęczenie czy apatia. Oczywiście tak naprawdę nie miało to nic wspólnego z prawdą. W końcu ją i Blade Lico nic nigdy nie łączyło. Przynajmniej nie z jej strony. Nikt jednak jej nie podejrzewał. Wszyscy przywykli do widoku ponurej medyczki.
– Chudy Grzbiecie, nie mam czasu na takie rozmowy – rzuciła ostro, po chwili się poprawiając. – Muszę sobie poradzić sama.
Kocur zatrząsł się. Trudno powiedzieć czy powodem był ton medyczki, czy po prostu jej obecność.
– Jasne… Po prostu… myślałem, że może… męczy cię wyglądanie na n-nieprzejętą…
Źrenice jej oczu zwężyły się, ale szybko to ukryła, oglądając się za siebie. Czy… on wiedział? Nie. Na pewno nie. Najmłodszy z medyków nigdy nie grzeszył inteligencją. Do tego nic przecież takiego nie powiedział. Musiała się uspokoić. Wszystko było w porządku.
– Pójdę sprawdzić, czy Roztargniony Koperek nie potrzebuje pomocy – mruknęła tylko. Idąc w kierunku swojego legowiska, odtwarzała w pamięci wspomnienia, przypominając sobie, jak do tego wszystkiego w ogóle doszło.

***

Retrospekcja, dawno, 1-2 księżyce po ucieczce świetlików

W końcu zaakceptowała to. Pogodziła się z faktem, że jej dzieci okazały się zdrajcami i zdecydowały się opuścić Klan Wilka. I tak nie mogła nic z tym zrobić. Nie miała nawet siły już się z tym dłużej kłócić. Co się stało, to się nie odstanie. Nie zmieniało to faktu, że czuła się źle z tym że wszyscy w jej rodzinie okazywali się zdrajcami. Czy to płynęło w ich krwi? Czy to ona za tym wszystkim stała?
– Czy ja też zdradzę? – wyszeptała pytanie skierowane do mrocznych przodków, wpatrując się w wieczorne, bezgwiezdne, zakryte chmurami niebo. Po dźwięku potwora przejeżdżającego może długość ogona od niej przerzuciła wzrok na strumyk u jej łap. Niby zwykła woda… Wtedy zobaczyła szkarłat. Krew w wodzie. Dalej wpatrywała się w taflę wody… Leżał tam trup. Biały kot z krwią na łapach i pysku i ranami na ciele. Wyglądał znajomo. Zupełnie jak… Blade Lico. To ostrzeżenie? Czy rozkaz? Jedno było pewne: musiała zabić starszego, zanim on miałby szansę skrzywdzić klan. Z pędem myśli jak najszybciej skierowała się do obozu. A gdyby tylko spojrzała jeszcze raz w wodę, zobaczyłaby, że ani po trupie, ani po krwi nie było żadnego śladu…

***

Powrót do teraźniejszości

Ze wspomnień wyrwał ją odgłos kroków kogoś wchodzącego do lecznicy. Obejrzała się na niego. Chudy Grzbiet. Zmrużyła oczy. Musiała być przy nim bardziej uważna. Mógł wiedzieć za dużo. Musiała upewnić się, że w razie czego pozbędzie się go, zanim będzie za późno. W końcu już raz to zrobiła.

<Chudy?>

Od Firletki

Poranek jak każdy inny. Zamiast przyjemnego, powietrza Pory Zielonych Liści teraz z zewnątrz przypływała deszczowa woń i szum, który był amplifikowany przez wszechobecny grzmot wodospadu u wyjścia z obozu. To oczywiste, że pierwszym celem po pobudce zaledwie dwu księżycowego kocięcia jest doczłapanie się do matczynego brzucha i wypicie mleka. Niestety, gdy Firletka, który obudził się jako pierwszy z rodzeństwa, zamierzał to zrobić, Kukułczy Wdzięk odgrodziła syna od brzucha łapą. Skonfundowany podniósł wzrok na rodzicielkę.
— Firletko, jako jedyny jeszcze nie spróbowałeś zwierzyny. Tylko chcesz mleko — zniżyła do niego swoją głowę. — Nie dostaniesz mleka, jeśli nie zjesz jak dorosły kot.
Niebieski skrzywił pyszczek w niesmaku, gdy na myśl przyszła mu wizja jedzenia zwierzątka, które jeszcze niedawno było żywe. Sama myśl go przerażała, co dopiero zrobienie tego! Brr, okropne.
— Ale… — zaczął, lecz mama mu przerwała:
— Nie ma, ale, Firletko. Całe życie nie będziesz żył mlekiem — pokręciła głową. Kocurek westchnął i usiadł obok śpiących sióstr. Kukułka przewróciła oczami i szturchnęła syna nosem. — No już, nie obrażaj się. Zaraz na pewno ktoś przyniesie jakąś mysz i ją spróbujesz.
Parę chwil później, gdy siostry się obudziły i już zaczynały zabawę, jeden z uczniów przyniósł dwie myszy, a zaraz potem przyniósł dla innej karmicielki ptaka. Firletka zauważył skrzywione, zniesmaczone spojrzenie, gdy zobaczyła martwe upierzone zwierzątko w pysku kota. Gdy tamten wyszedł, ona przybliżyła się do kociąt.
— Pamiętajcie dzieci, że ptaki są święte. Nie wolno wam ich jeść. To straszne, że one muszą ginąć i cierpieć, bo tak chcą koty — wytłumaczyła, po czym westchnęła i zajęła się swoją myszą. Cały czas miała oko na to, by Firletka zjadł choć trochę myszy.
Ten zamknął oczy, zmarszczył nos i wgryzł się w gryzonia. Spodziewał się okropnego smaku… ale tak naprawdę, było lepsze, niż to sobie wyobraził. Wciąż jednak wolał mleko. Zjadł parę kęsów, a resztę zostawił siostrom. Odwrócił się do Kukułki.
— Czy teraz mogę mleko? — spytał, a kotka się uśmiechnęła.
— No dobra, niech ci będzie — westchnęła.

Od Kurki CD. Guziczka

Kurka odetchnął cichutko. Stresował się bardzo w ogóle proponowaniem jakiejkolwiek kotce rodzicielstwa, w końcu nie było to takie oczywiste. W samym owocowym lesie nie było nikogo… nie tyle, ile odpowiedniego, co pasującego Kurce. Jeżogłówka weszła na jego drogę na jednym z patroli.– Dzień dobry Jeżogłówko. – przywitał się z kotką, zeskakując z gałęzi drzewa, na którym siedział. Szylkretka zmrużyła oczy i uśmiechnęła się do niego przyjaźnie.
– Dzień dobry. Kurka tak? – spytała, przyglądając mi się uważnie.
– Tak. – zwiadowca kiwnął głową. – Piękny dzisiaj dzień, czyż nie?
– Idealny na spokojny spacer! – zamruczała wędrująca medyczka. – Jest tak spokojnie i słonecznie.
– Prawda. Idealny czas na odpoczynek i dobre polowanie.
– À propos… Nie upolowałbyś mi może czegoś w zamian za trochę ziół? Na pewno się wam przydadzą. – kotka przestąpiła z łapy na łapę. Kurka uśmiechnął się szeroko. W końcu ta trójka kotów w pewnym sensie także należała do ich społeczności. Nie widział nic złego w podzieleniu się małym kąskiem.
– Oczywiście. Usiądź sobie, wrócę jak najszybciej. – odpowiedział Kurka, po czym wrócił na drzewo.

Kurka siedział z Guziczkiem w ich małym gniazdeczku na szczycie drzewa wojowników i cichutko rozmawiał z nim na temat dzieci. Oczywiście... to była ostatnio rozmowa, która dręczyła ich oboje w kółko.
– Dereńka jest… wiesz… wolna i może by się zgodziła? – Kurka zmarszczył nos na swoje własne słowa. Kotka była ładna, przyjazna, ale z charakteru mogłaby suszyć im głowy.
– Jest już starsza. Nie ma co motywować jej do noszenia kociąt. – Guziczek odetchnął równie cicho. – Jaśminowiec ma partnera, prawda?
– Len. Jest z Lnem. – dwójka zwiadowców znowu zamilkła na chwilę.
– Prościej by było poczekać na znajdźki…– mruknął Guziczek.
– Nie ma się co poddawać. – Kurka polizał go za uchem. – Znajdziemy kogoś.
– Wiem… Daglezja może? – Guziczek podniósł oczy na niebo.
– Nie dziękuję. Ona ma… specyficzny charakter. Nie sądzę, że w ogóle by się zgodziła. – Kurka podrapał się nerwowo po nosie. Nie chciał wypowiadać się zbyt pochopnie czy dobitnie o kimkolwiek, jednak kotka była… taka, jaka była. Kurka wolałby uniknąć jakiegokolwiek wiązania się z nią. Jeszcze zażyczyłaby sobie czegoś absurdalnego w zamian.
– Masz rację. Jest raczej… Wybuchowa. – Guziczek sam zmarszczył nosek. Wyglądał niezwykle uroczo, kiedy to robił. Kurka mógłby wpatrywać się w niego godzinami, jednak mieli teraz ważniejszy temat na głowie.
– A może… Może… – Kurka zastanowił się chwilę. – Jeżogłówka? Może ona by się zgodziła?
– Ta… wędrowczyni? Ta z tej bandy co plątają się po terenach Owocowego Lasu? – Guziczek nastawił uszu.
– Yhymmm… Ona jest niezwykle miła i … może by się zgodziła? – zaproponował Kurka nieśmiało.
– Warto spróbować. Daje nam to też brak jakikolwiek problemów potem z kotami w obozie czy sporów o rodzicielstwo!
– Tak… to dobry pomysł.

Jeżogłówka się zgodziła na ich propozycję. Prawie nawet bez wahania. I w ten sposób Guziczek i Kurka doczekali się swoich maluchów. Oczywiście zwiadowcy, oboje dopilnowali, aby kotka była usytuowana wygodnie, najedzona i zdrowa. Rozpieszczona można by rzec. W końcu nosiła ich dzieci i będzie pojawiać się w ich życiu, czy jako ciocia, czy jako mama. Kurka nie był pewien, ale ani jednej, ani drugiej opcji by jej nie odmówił. W końcu to też jej dzieci.
Guziczek i Kurka byli więc wniebowzięci, kiedy Mistral wysunęła się ze żłobka z uśmiechem i wpuściła ich do środka. Trzy małe kuleczki leżały przy brzuchu Jeżogłówki, która posłała im szeroki uśmiech.
– Myśleliście już nad imionami? – spytała. Może sama miała jakieś propozycje?
– A jakie mamy tutaj skarby? Kotki? Koty? – guziczek nachyliła się nad nimi. Jeden z kociaków prychnął na niego, kiedy zbliżył się za bardzo.
– Dwie koteczki i kocurek. – odparła Jeżogłówka.
– Dla każdego po jednym imieniu? – guziczek zerknął na swojego partnera. Kurka przytaknął mu z szerokim uśmiechem. – To… kocurek może Gronostaj?
– A Szylkreteczka, Bratek? – zaproponowała Jeżogłówka, na co oba koty jej przytaknęły. Potem zapadła chwila oczekiwania.
– Alka… – mruknął Kurka cichutko. – Czekoladowa kotka będzie się nazywać Alka.
– Piękne… Piękne… Nasze dzieci Kurka… Nie mogę w to uwierzyć. – Guziczek miał łezki w oczach.
– Są piękne… – potwierdził Kurka. – Nie mogę się doczekać, aż zaczną rozrabiać!

<Guziczku?>



Od Przypalonej Łapy (Przypalonego Kasztana) CD. Rezedowej Łapy

― Tak, nooo... Usłyszałem o tym i chciałem zapytać, czy faktycznie ty upolowałeś tą łyskę, czy była to twoja mentorka ― odparł Przypalona Łapa, odwracając wzrok od starszego ucznia. ― No bo podobno te łyski są bardzo duże i trudne do upolowania... ― dodał po chwili, marszcząc lekko brew, jakby chciał coś jeszcze dodać, ale zdecydował, że może lepiej skończyć zdanie na tych słowach.
Rezeda nie odpowiedział od razu. Jego wyraz twarzy był taki sam, choć źrenice się zmniejszyły, a jego ogon drgnął lekko. Po chwili Rezeda pochylił się nad Przypaloną Łapą.
― Sądzisz, że nie mógłbym upolować dużego ptaka? Nie jestem aż tak mały, wiesz? ― odpowiedział Rezeda, patrząc prosto na pysk kocurka, z tym samym uśmiechem, choć teraz wydawał się prawie jakby szorstki.
Przypalona Łapa położył po sobie uszy, spoglądając na kocura niepewnie. Jeśli zrobi jeden niepoprawny ruch, mógł oczekiwać, że zaraz dostanie po pysku. A przynajmniej takie myśli zaczęły mu napływać do głowy, gdy poczuł ciepły oddech kocura na swoich policzkach, wąsy podrygiwały mu teraz nerwowo, a ślepia ledwo co udawało mu się utrzymać na tych należących do starszego. Chciał jedynie dowiedzieć się, jak to się stało, że mu się udało.
― A-ach… no, tak, wiem, nie jesteś mały ― odparł pręgowany, ledwo kryjąc strach, jaki zaczynał rozprzestrzeniać się po jego klatce piersiowej. Myśli pędziły już w przeróżne strony, a tą, która najbardziej go interesowała, jakoś zawsze sprawnie omijały. Co zrobić, żeby uczniak mu nic nie zrobił? Może wystarczyło jedynie przytakiwać, nie posiadając ani krzty własnego zdania? Chyba właśnie w ten sposób najprędzej i najłatwiej było uniknąć wyrwanych strzępek futra i ewentualnej bójki, albo fizycznej, albo słownej. W żadną z tych dwóch nie był ani trochę dobry, więc musiał uważać na to, co robił i co mówił do kotów.
― No, ja myślę, że ty wiesz! Jeszcze byś mi próbował podskoczyć. Kiedyś ci powiem, jak tylko dorośniesz, bo teraz jesteś zbyt mały i głupi, żeby to zrozumieć ― odpowiedział mu Rezedowa Łapa, odsuwając się delikatnie i dalej chwaląc się, jakich to rzeczy on nie osiągnął w tak młodym wieku. ― No, czekam! ― powiedział nagle, co sprawiło, że kocur postawił czujnie uszy, a wzrokiem zaczął błądzić po pysku Nocniaka. Na co on czekał?!
― Nie rozumiem… ― wymamrotał Kasztan, łapy zaczęły mu dygotać. Gdzie była Urodziwa Łapa? Nie… ach, nie powinien myśleć, że kotka będzie go bronić w każdej chwili. Musiał sam się nauczyć jak postępować w takich sytuacjach. Ale to było trudne… potwornie trudne. Był zbyt tchórzliwy. Słaby. Naiwny.

***

Przypalonemu Kasztanowi chyba udało się dotrzeć do poziomu Rezedowej Łapy. Chociaż sam nie był w pełni pewien, co powinien przez to rozumieć. Co oznaczało być na poziomie rudego? Czy stałby się wtedy… lepszy? I co najważniejsze – czy Urodziwy Szafirek nadal by go kochała? Nocniak był od niego starszy, a jednak to Przypalony Kasztan otrzymał miano wojownika, a także imię wcześniej, niż uczniak. Czy powinien się pochylić raczej nad tą sprawą, niżeli tym, czy należało być jak drugi kot…? Rezedowej Łapie został zmieniony mentor, ponieważ Trzcinowy Szmer musiała przenieść się do żłobka w związku z ciążą, która była z dnia na dzień coraz bardziej u niej widoczna, była to więc kwestia czasu, aż urodzi. Zresztą… już urodziła. Nur oraz Łabądek zasiadywali swoje miejsca w żłobku, a raczej tego nie robili, ponieważ rodzice dbali o to, żeby się nie nudziły i nie przegrzały upalną porą, doglądając z uwagą swoich pociech. Teraz kiedy się ochłodziło, nadal nie siedziały w ramach legowiska całymi dniami, co nieco dziwiło Kasztanka. On się bardzo bał wychodzić samemu. Ale one nie wychodziły przecież same… Może to z nim był problem. Został wytypowany do jednego z wielu patroli, a z nim Rezedowa Łapa i jego nowa mentorka, Wzlatująca Uszatka.
― Ach! Rezedowa Łapo… chciałbym cię spytać ― powiedział dymny, wyrywając się wreszcie z zamyślenia, znalazłszy się przed kocurem. ― Pamiętam, że przynieśliście kiedyś do obozu łyskę. To ogromne ptaki. Jak ci się udało ją upolować? Słyszałem, że to właśnie ty ją złapałeś ― zagadnął. Miał wrażenie, jakby już kiedyś spytał o coś podobnego, to było dziwne… ― Albo…? Nie, to chyba nie ty…
― Jak nie ja! Oczywiście, że ja ją upolowałem i przyniosłem. Nie widzisz moich mięśni, słabiaku?! ― powiedział kocur, prężąc się teraz dumnie i wypinając pierś, strosząc futro niczym jeż. Polizał się wreszcie parokrotnie po kłosach, gdy zauważył, że brązowookiego wręcz zamurowało. ― Jeśli będziesz godny i się zgodzę, to pozwolę ci pójść na jeden z treningów razem ze mną. Nauczysz się czegoś, nieuku. Każdy Nocniak powinien wiedzieć, jak złapać łyskę. W końcu często je jemy ― mówił, a mina wojownikowi coraz bardziej rzedła. Jak on mógł wpatrywać się w tego kota, kiedyś, jak w obrazek?
― Ja już jestem wojownikiem. A ty nadal tkwisz w legowisku uczniów ― podkreślił nerwowo, strzepując podrygującym z emocji uchem. Powinien był się ugryźć w język, ach! Rezedowa Łapa zacisnął szczęki, a jego ogon na parę uderzeń serca zastygł w bezruchu.
― Najlepsi uczą się dłużej. Mandarynkowa Gwiazda się nad tobą zlitowała, mianując cię szybciej, żeby cię z klanu nie wyrzucili ― wielokolorowy ogon uczniaka powiewał na wietrze, gdy patrzyli na siebie jeszcze przez parę uderzeń serca w ciszy. Przypalony Kasztan westchnął. Z klanu to jego wyrzucą, jeśli się nie postara bardziej… skoro nadal był uczniem, to niemożliwe, żeby był taki zdolny, a nikt nie zauważył jeszcze jego geniuszu czy potencjału. Z tego, co obiło się o jego uszy, Trzcinowy Szmer nie była zbyt zadowolona z postępów swojego ucznia, a raczej ich braku. Był leniwy i jedyne, co potrafił, to się wymądrzać. ― A Urodziwy Szafirek się za tobą ugania tylko dlatego, że jest ślepa. Jest tyle wspaniałych kocurów w Klanie Nocy, a ona woli chodzić za tobą, niedorajdą… hahaha! ― kontynuował, a wyraz pyska Przypalonego Kasztana zmienił się tak szybko, że aż sam Nocniak lekko się zdziwił. W sercu mu zawrzało, a umysł przyćmiła swego rodzaju mgła. Zrobił krok ku Rezedowej Łapie, a pręgus spojrzał na niego z drwiną, po czym parsknął. ― Myślisz, że dasz mi radę? To dawaj, tchórzu! ― podjudzał go dalej, a w głosie nie dało się usłyszeć nawet krzty niepewności.
Wojownik spojrzał na niego raz jeszcze jakby wyrwany z transu. Nie… nie mógł tego zrobić. Nie mógł.
― Paplaj sobie... ― zmarszczył brwi, ukazując kły w złowrogim grymasie. ― Jeśli ci to poprawia humor ― dopowiedział chłodno, odwracając się na pięcie w celu dołączenia do Wzlatującej Uszatki. Czy Rezedowa Łapa każdą rozmowę musiał przemieniać w wyścig o to, kto był, według niego, lepszy? Nie rozumiał go. Nigdy go nie rozumiał, nawet jeśli próbował zrozumieć. Musieli coś upolować, w końcu nie mogli wrócić do obozu z pustymi łapami. Przypalony Kasztan wszedł pomiędzy drzewa, węsząc i nasłuchując, czy kocica może ich przypadkiem nie woła. Dymny przysiadł przy brzegu, wpatrując się w spokojną taflę i wypatrując najmniejszego ruchu pod powierzchnią. Atmosfera parę uderzeń serca temu zrobiła się tak nieprzyjemna, że nie zamierzał tkwić w tamtym miejscu ani chwili dłużej. Takie nagłe odcięcie się pozwoliło mu pozbierać na spokojnie myśli.

<Rezedowa Łapo?>

Od Rudzikowego Skrzydełka do Kurzej Łapy

Wszyscy usiedli w kółku przy Kamiennych Strażnikach. Polecono reszcie, aby wychodzili w odstępach, aby nie wzbudzać podejrzenia. Na szczęście każdy posłuchał się poleceń.
Była ich tylko ósemka czy dziewiątka, bo po pięciu kotach niektórym mogło się odechcieć liczenie, ale i ta liczba zdawała się satysfakcjonować przywódcę buntu.
Tańcujące Pierze nosił na pysku o szlachetnych rysach chłód. Szmaragdowe oko skanowało po kolei swoim wybrańców, zatrzymując się w końcu na swojej towarzyszce — Chomik. Skinął jej głową, a następnie wyprostował się i omiótł raz jeszcze zebranych.
— Witajcie — przywitał się, choć dosyć twardo, pewnie. Mogłoby się zdawać, że po śmierci Aminkowej Łapy na długo towarzysze nie ujrzą tego samego kota, co wcześniej. — … Zebraliśmy się tu w celu wam dobrze znanym, jeśli Bąbelkowy Plusk i nasza Chomik dostarczyli każdemu niezbędne informacje — skinął Bąbelkowi głową, wymusił się na krótki uśmiech aprobaty i wrócił wzrokiem do zgromadzonych. Tym razem wbił wzrok w Ciernia, który siedział naprzeciw. Uniósł podbródek, kontynuując:
— Klan Burzy… nasz dom z każdym dniem marnieje w naszych oczach. To naprawdę przykre… widzieć swoje ukochane miejsce, które zmienia się w coś zupełnie nierozpoznawalnego — zaczął ostrożnie, zbierając potrzebne reakcje członków jego rebelii. — Króliki tego nie rozumieją, moi mili. Nie widzą dalej niż czubek własnego nosa i nie myślą bez pomocy przywódcy, który nie potrafi prowadzić własnym klanem. Te króliki to nic innego niż koty, które wierzą ślepo w rację Klanu Gwiazdy, ale czy Klan Gwiazdy by pozwolił takiemu kocurowi przejąć stery, wiedząc, że prędzej czy później przestanie w ogóle się angażować w klanowe sprawy!? — mówił i uniósł jedną brew. — Lecz my… my jesteśmy zającami. Zające widzą, co się dzieje. Widzą te pęknięcia, te… anomalie, które z czasem wypełzły z najciemniejszych zakamarków świata i które postanowiły nas osłabić, ale my się nie poddamy! — miauknął zachęcająco.
— Widzicie, co się dzieje w Klanie Burzy. Dostrzegacie zepsucia, które mają czelność nazywać się naszymi “pobratymcami”. Jesteście świadomi zagrożenia i możliwych konsekwencji, jeśli pozostawimy Króliczą Gwiazdę przy życiu — ściszył głos przy wypowiedzeniu imienia przywódcy — Jeśli pozwolimy jego linii rodu dalej terroryzować nasz klan. My wiemy, co robić. My wiemy, jak uratować naszych bliskich i nieświadomych pobratymców, którzy czekają, aż im się w końcu otworzy oczy na bolesną, lecz prawdę pozwalającą wreszcie zacząć kwestionowanie ślepej wiary w rację Królika.
Spojrzał kątem oka w stronę swojej towarzyszki, po czym na Berberysa, który siedział na prawo nieco dalej. Zamyślił się na chwilę, po czym podjął:
— Jednakże nie tylko ode mnie zależy podjęcie tak ważnej decyzji. Zające muszą współpracować, aby żaden nie został złapany czy pozostawiony w tyle w szczękach drapieżników.
Tańcujące Pierze mówił niejednoznacznymi szyframi, porównaniami i metaforami. Nie każdy mógł zrozumieć jego tok myślenia.
— … Potrzebuję od was wszystkich swojego głosu. Każdy ma prawo do zadania pytania lub zaproponowania działania. Nie będziemy nikogo uciszać. Nie tak jak ci parszywi… ugh! — prychnął i uciekł wzrokiem w bok zirytowany. Lodówka siedziała niepewnie między Berberysem a przywódcą. Przysunęła się bliżej do Pierza, stykając się z nim bokami. Rudy rozluźnił mięśnie i westchnął ciężko. Mogło się zdawać, że ta dwójka rozumiała własne potrzeby bez zbędnych słów. — … Nieważne… — wymamrotał ciszej. — Kto chce się podzielić własnymi myślami? — miauknął szybko i głośniej.
Rudzikowe Skrzydełko niewiele myśląc, podniosła się ze swojego miejsca. Wydała z siebie ciche, przygotowawcze charknięcie i uniosła wzrok, rozglądając się po zgromadzonych.
— Pozwól, że pierwsza się odezwę! — miauknęła, z uśmiechem na pyszczku.
Z miejsca było widać, że nie wygląda na poważną, nawet jeśli tak się czuła. Nie jej wina, że nie potrafiła nawet powagi udawać.
— Wiele księżyców już minęło, ale Królik dalej uparcie gnije w swoim legowisku. Do tego wyznaczenie na zastępcę własnego syna? Echo...może nie będzie “najgorszym” przywódcą, ale z pewnością znajdą się od niego lepsi — nabrała powietrza w pierś, czuła jak jej łapy odrobinę dygoczą. — Klan Burzy z księżyca na księżyc słabnie, a nikt poza nami nawet tego nie spostrzegł. Ich oczy zasnuwają pajęczynki — miauknęła, jednak przerywając na moment. — Naprawdę zadziwia mnie to, że te stare, “czarne” — miauczała dalej, akcentując ostatnie słowo. — …kocurzysko nadal żyje. Czas jego rządów ustać powinien już dawno, a ja zrobię, co mogę, aby pomóc w ich obaleniu! — zakończyła przemowę i skinęła lekko głową, szczerząc ząbki w uśmiechu.
Dziki Berberys przyjrzał się dokładnie Rudzikowemu Skrzydełkuu, która w sumie powiedziała to samo, co Tańcujące Pierze. Odchrząknął głośno i spojrzał na młodego rudego wojownika.
— Od czego zaczynamy? Po prostu mamy pozbyć się królika? Co z zastępcą oraz kociakami z sojuszu? Wygląda mi na to, że Zawodzące Echo chciałby odciąć wszystkich innych od władzy i zrobi taki sam ustrój, jak w Klanie Nocy. Nie powinniśmy do tego dopuścić — powiedział ponurym ściszonym głosem. — Chyba naszym planem nie jest mordowanie każdego, kto nie jest po naszej stronie. Nikt z nas raczej nie zabiłby kociąt, a Zawodzące Echo jest w stanie się obronić, więc to ryzykowne…
Najstarsza działaczka tego buntu spojrzała po zebranych, wysłuchała trzy pierwsze koty, które się odezwały. Następnie chciała sama coś zaproponować.
— Jestem za pozbyciem się Króliczej Gwiazdy w pierwszej kolejności, lecz nie wiadomo co z Echem, o ile Królicza Gwiazda jest w takim wieku, że z łatwością nawet kichnięcie mogłoby mu zaszkodzić, tak Zawodzące Echo trzyma się solidnie — rozmyślała nad następnymi słowami, które miała wypowiedzieć.
— Łzę i Zew bym oszczędziła, są za młodzi, by mieli odziedziczyć posadę po ich ojcu. Gdyby Zawodzące Echo miał wybrać kociaki, które dopiero opuściły żłobek, byłby z tego niezły szum. On ma w czym wybierać w tym klanie, mimo tego jestem za tym, by jedno z was zaczęło już się mu podlizywać, może wtedy będzie większa szansa, że weźmie was pod uwagę, jak pozbędziemy się Królika. — te słowa kierowała w stronę reszty kotów.
Gradobijący Cierń siedział cicho z boku, przyglądając się Pierzowi, przy którym była ta sama kotka, którą to odnalazł księżyce temu i uratował. Miał co do niej mieszane uczucia, gdyż wcześniej bardzo się o nią troszczył, lecz teraz… Gdy reszta wyraziła swoje zdanie, zdecydował się w końcu odezwać.
— Osobiście uważam, że zabicie Króliczej Gwiazdy jest naszym priorytetem. Musimy sobie jednak zadać pytanie, czy Zawodzące Echo nie stanie się taki sam, jak on, skoro jest jego rodziną. Nie daleko pada jabłko od jabłoni. Myślę, że będziemy go musieli obserwować, jeśli nie mamy zamiaru go zabijać, ale powtórzenie akcji byłoby zbyt ciężkie i ryzykowne. Nie możemy tak po prostu chodzić i zabijać koty. — Spojrzał na swoje łapy, myśląc o ojcu. Wbił pazury w ziemię, teraz podnosząc wzrok na niebo. — Jeśli… Jeśli uda się nam jednak faktycznie zbliżyć do Zawodzącego Echa, jesteśmy w stanie zwerbować go na wybranie jednego z nas. Wtedy ryzyko się zmniejszy. Myślę, że on sam nie jest zadowolony z rządów tego mysiego łajna.
Zwiewny Mak trzymała się trochę z boku, uważnie słuchając wypowiedzi każdego kota po kolei.
W końcu odetchnęła i zabrała głos.
— Myślę, że najlepiej byłoby najpierw pozbyć się Króliczej Gwiazdy, tak jak większość z was proponowała. Zgadzam się także z Dzikim Berberysem, nie powinniśmy zabijać kociaków — Mak rozejrzała się, po czym mówiła dalej — Starszych też można oszczędzić, są zbyt słabi, żeby się nam sprzeciwić.
Jeśli chcecie, to ja mogłabym trochę się podlizać Zawodzącemu Echu.
Gdy wyraziła swoją opinię, chrząknęła i znów zasiadła z boku, czekając na następną wypowiedź.
Dziki Berberys napiął swoje mięśnie, kiedy pomyślał, że jego brat mógłby zostać zastępcą, gdyby tylko odpowiednio się zakręcił wokół Zawodzącego Echa.
— Nawet jeśli by Zawodzące Echo miał wybrać jedno z nas na zastępcę, to pewnie nie nas, bo nie mieliśmy uczniów. Według niego nie jesteśmy wystarczająco doświadczeni na tę rolę — sprostował brata dość chłodno.
Rudy obserwował swoich towarzyszy szmaragdowym, zmrużonym okiem. Po długim słuchaniu reszty przebił się i zabrał głos:
— Królicza Gwiazda to łatwy cel do wyeliminowania, a jego syn... Echo będzie większym problemem, słusznie. Nie sądzę, abyśmy dali radę obu wyeliminować bez ciekawskich oczu — rzekł, kręcąc głową. — I nie musimy wcale eliminować tego potomstwa. Zew i Łza to drobne, wciąż kształcące się umysły. Im szybciej do nich dotrzemy i ukażemy prawdę o ich ojcu i dziadku... wtedy zrozumieją, z kim powinni się naprawdę sprzymierzyć. Starsi nie budzą we mnie żadnego zainteresowania. To tylko stare prukwy. Jedyną pożyteczną czynnością u nich jest odliczanie do własnej, niefortunnej śmierci we śnie — miauknął bez ani grama współczucia. — ... Barszczowa Łodyga był bratem Króliczej Gwiazdy. Żył i umarł. Mimo to Królik nadal się trzyma, choć ledwo... czas tyka. Nie mamy uczniów, nie mamy też aprobaty Echa, tak jak dobrze rzekł Berberys. Potrzebujemy jednak kota, który spełni te kryteria; który odkryje tę makabryczną prawdę, jaką kryje za plecami pobratymców Echo.
Omiótł wzrokiem wszystkich towarzyszy. Zatrzymał się na Zwiewnym Maku i zamilkł. Wyraźnie się nad czymś zastanawiał.
— Zwiewny Mak. Muszę z tobą porozmawiać na osobności... później.
Skinął kotce głową, po czym spojrzał na Rudzikowe Skrzydełko i uniósł brew.
— Rudzikowe Skrzydełko — zaczął — Twoje dzieci już rozpoczęły trening. Kurcza Łapa poszedł ścieżką przewodników... bardzo ważna posada w klanie. Perłówkowa Łapa dostała Srebrzystą Równonoc za mentorkę — mówił. Zmarszczył brwi — Chcę, abyś zbliżyła się do nich i dowiedziała czy można im ufać. Nie wiadomo, co im namieszają w głowach przez te kilkanaście księżyców treningu. Musimy mieć pewność, że albo otworzą oczy na prawdę, albo nie będą nam przeszkadzać.
Skończył swoją przemowę do rudej i się wyprostował, obdarzając tym razem bystrym, szmaragdowym okiem Dzikiego Berberysa. Zmrużył je i wtedy wbił spojrzenie w Ciernia.
— Oboje macie rację. Nie możemy skończyć jak Klan Nocy — pokręcił głową. — Ale Echo nie jest głupi. Jest nawet mądrzejszy, chytry i na pewno ma mocne plecy. W dodatku myślę, że kocha własnego ojca. Gdyby nie miłość, rządy Króliczej Gwiazdy skończyłyby się szybciej, niż każdy by sądził. Lub wiara, dzięki której nie kwestionuje decyzji Klanu Gwiazdy. W każdym razie musimy być ostrożni. Nie zdziwiłbym się, gdyby miał w klanie krety — parsknął gorzko. — Dlatego potrzebujemy kogoś kompetentnego; kogoś, kto włamie się tam i zdobędzie informacje... — wbił wzrok w ziemię i zamilkł.
Po śmierci Aminkowej Łapy stał się mniej pewny, co do ich sukcesu, owszem, jednakże musiał dalej grać. Nie było odwrotu. To nie on kupił bilet; to on zaplanował występ.
Ruda kotka zamrugała kilkukrotnie, analizując słowa młodszego wojownika. Kiwnęła mu głową.
— Oczywiście. Zrobię, co mogę, aby Kurczątko i Perłówka nam nie przeszkadzali. Mam szczere nadzieje, że nie będą się buntować przeciw zmianom — odparła. — Wierzę, że moje kocięta zrozumieją sytuację — dodała cicho, choć w jej głosie było słychać drobną obawę.
Chciała jeszcze coś wtrącić na temat starszych, ale ostatecznie postanowiła trzymać pysk zamknięty.
Pierze wymusił się na uśmiech.
— Doskonale.
Dziki Berberys jedynie posłał przeciągłe spojrzenie Gradobijącemu Cierniu. Nie był pewien, który z nich powinien się przypodobać Zawodzącemu Echu, ale mogli oboje spróbować.
— Ja tylko dodam, że jeśli będą jakieś koty, które przez przypadek zobaczą jak pozbywamy się Królika, to żeby klan nic nie wiedział, to ich też możemy uciszyć — miauknęła srebrzysta szylkretka.
Gradobijący Cierń przeniósł spojrzenie na Pierza, przeszywając go nim, jednak ten nie zostawał mu dłużny. W końcu zdecydował się odezwać.
— Zgadzam się. Nie boimy się ubrudzić sobie łap trochę bardziej, niż już mamy w planach. — po jego słowach nastała dłuższa cisza — A więc? Nie mamy całego dnia, a zniknięcie tylu kotów na dłuższy czas może wzbudzić podejrzenia.
Tańcujące Pierze ciężko westchnął i wstał. Lodówkowa Łapa siedziała dalej, bacznie go obserwując.
— Jeśli nikt nie ma czegoś do powiedzenia, proponuję, abyśmy się rozeszli. Nie możemy wejść wszyscy od razu do obozu, oczywiście. W parach lub pojedynczo, ale w dłuższym odstępie. Nie możemy wzbudzać podejrzeń.
Spojrzał na Zwiewny Mak. Najwyraźniej miał z nią naprawdę odbyć poważną rozmowę na osobności.

Następnego dnia

Rudzikowe Skrzydełko zauważyła rudą kulistą kreaturę nieopodal wyjścia z obozu. Podbiegła do Kurczątka i zaczepiła go łapką.
— Dzień dobry Kurza Łapo! Mogę wybrać się z tobą? Idziesz na spacer czy na jakiś trening? — zapytała z uśmiechem na pyszczku.
Gdy musiała przebywać z kociętami w żłobku, szczerze nie przepadała za swoim potomstwem. Teraz gdy już nie musiała przez cały czas ich pilnować, chętnie nękała uczniów, gdy wychodzili z obozu. Nie czuła potrzeby kontaktu z Perłówką i Kurczątkiem, teraz z kolei to oni nie potrzebowali raczej aż tyle kontaktu z matką. Mimo to Skrzydełko widocznie próbowała naprawić swoje szkody.
Kurza Łapa zamrugał zmęczonymi oczami i spojrzał na matkę głębokimi, granatowymi oczami.
— Chyba tak — odpowiedział obojętnie.
Wydawał się zmęczony.

<Kurza Łapo?>

Od Kasztanka (Przypalonego Kasztana) CD. Konwaliowej Mielizny

— Ależ oczywiście Kasztanku. Powiedz jeno, czego chcesz posłuchać? Mogę coś Ci niestandardowego opowiedzieć bądź legendę o tym, jak powstały koty lub o paziu królowej. Wybierz to, co chcesz usłyszeć z mojego pyska, a tak też się stanie — wymruczał Konwalia, odsuwając podarowany przez piastuna kawałek uklei, który wrócił ponownie w okolice jego łap. Kociak śledził ruchy starszego, nie myśląc – przynajmniej nie od razu – nad tym, co właśnie działo się przed jego oczami. Dopiero po paru uderzeniach serca niezbyt przychylne myśli zaczęły napływać do jego głowy masowo, wprawiając go w stan co najmniej taki, jakby przed nim wyłonił się właśnie ogromny sum, mający w planach pożreć go w jednym kawałku. Pokręcił głową.
— O p-paziu królowej, proszę — powiedział cicho i nieśmiało, odwracając lekko wzrok, jakby prosił o zbyt wiele. Tej historii jeszcze nikt mu nie opowiadał, a przynajmniej nie przypominał sobie, by ktokolwiek o tym mu wspomniał. Skoro był członkiem Klanu Nocy, wypadało znać przynajmniej krążące wokół legendy. O powstaniu kotów wiedział, Złocisty Widlik bardzo dbał o to, by każdy Nocniak był niezwykle doedukowany pod tym względem.
Konwaliowa Mielizna poruszył spokojnie ogonem, a jego szata zaczęła poruszać się aksamitnie na wietrze. Wyglądała tak, jakby poświęcił pielęgnacji dłuższą chwilę, co tak naprawdę nie byłoby czymś dziwnym. Większa część kotów dbała o to, by prezentowali się akceptowalnie, a może nawet i lepiej. Poza Kasztankiem, który z nerwów wyrywał sobie włoski z grzbietu, z każdym dniem obserwując coraz to wyraźniejsze i nowsze zmiany w swojej szacie. Stawały się twardsze, krótsze, a miejscami pojawiały mu się już łyse przerzedzenia.
— Więc w porządku — powiedział starszy, sadowiąc się wygodnie. Złocisty Widlik dodawał mu otuchy. Kociak mrugał wielkimi oczkami, wpatrując się w liliowego. Może jego szata kiedyś będzie równie bujna? Może powinien był zapytać o to… ale oczy zaczynały mu się powolutku kleić. Nie miał też odwagi już, żeby zmienić zdanie. — Pewnego razu pojawił się motyl, któremu serce skradła królowa mrówek. Motyl nie był w stanie pogodzić się z niemożnością związania się ze swoją miłością. Od ich pierwszego wejrzenia, wtedy jeszcze, gdy mrówka była wolną, piękną uskrzydloną księżniczką, motyl codziennie wylatywał w nadziei, że spotka ją choćby jeszcze jeden raz. On, w przeciwieństwie do niej, nigdy nie pogodził się ze swoim losem i tym, jak dzielące ich różnice uniemożliwiały im bycie już razem, co doprowadziło do jego śmierci — mówił, a Kasztankowi serce zaczęło bić szybciej.
— D-dlaczego umarł? — pisnął, nerwowo poruszając kikutem.
— Zamiast latać wysoko, nad kwiatami polnymi oraz obok pąków drzew, fruwał nisko. Pewnego dnia zapuścił się szczególnie daleko, ponieważ aż nad rzekę, w której ku jego niezwykłej radości, dostrzegł wyczekiwaną przez niego ukochaną, której widokiem nie mógł się cieszyć od tak dawna. Zniżał swój lot i zniżał wiecznie, chcąc objąć wybrankę swego serca, nie zauważywszy aż do ostatniej chwili, że postać, którą ujrzał na powierzchni tafli, była zaledwie jego własnym odbiciem. Moment realizacji był też jego ostatnią chwilą życia. Pochłonięty został przez ciemne głębiny. Motyl zyskał miano “pazia królowej” przez swoją dozgonną miłość — zakończył, parokrotnie przejeżdżając językiem po swojej piersi, ponieważ futro nieprzyjemnie zaczęło mu się uginać pod podmuchami wiatru. — Jak się domyślasz, z każdej opowieści dobrze jest wyciągać wnioski. Ta historia posiada ich kilka i każdy tłumaczy je na własny sposób. Pierwszym, o jakim wspominają koty, jest wierność rodzinie lub zaufanie swojemu przeznaczeniu, w celu uniknięcia losu, jaki podzielił paź. Drugim natomiast respektowanie zasad i sił natury, które nigdy nie będą sprzyjały komuś, kto stara się je zmienić — zakończył, spoglądając na malca u swoich łap. Kasztanek tak się zamyślił, że nawet nie zajarzył wystarczająco szybko, iż był to koniec opowieści. Kiwnął główką, myśląc nad tym, co właśnie zostało mu przekazane.
— D-dzi-i-ękuję, K-konwaliowa Mielizno — powiedział, chyląc przed nim główkę. — J-ja wrócę już do żłobka — poinformował, odwracając się na pięcie i drepcząc zaskakująco szybko z powrotem do jamy, chociaż dla wojowników nie wyglądało to pewnie szczególnie na prędki krok. Miał nadzieję, że teraz uda mu się spokojnie zasnąć. Może powtórzy to mamie, chociaż ona to pewnie już dawno słyszała i wiedziała o tej historii… Nagle kolejne słowa dotarły do jego uszu, czego się już nie spodziewał, jako iż zdążył się pożegnać, a nawet delikatnie wycofać.
— Kasztanku, Złocisty Widlik pójdzie z tobą. Uważaj na siebie — liliowy odprowadził go wzrokiem, a już uderzenie serca później podszedł do malucha Złocisty Widlik, który musiał przypilnować, żeby brązowooki na pewno dotarł do kociarni. Poczuł ciepło bijące od kocura, który teraz puszystym ogonem otulił malca, żeby na pewno nie zmarzł w tak nieprzychylną pogodę.

***
Nadeszła Pora Opadających Liści, sprawnie przeganiając ukropy i upały, wyganiające koty z powrotem do legowisk, albo, jak w przypadku Nocniaków, do wysepek z mocno nagrzaną wodą. W zbiornikach aż roiło się od ryb, a nawet i ptactwa, z czego każdy bardzo ochoczo i słusznie korzystał. Żaby powoli wycofywały się już do swoich zbiorników, szykując na nadejście Pory Nagich Drzew. Kotom pozostało dalsze korzystanie z ich terytorium. Przypalony Kasztan wracał właśnie z jednego z patroli łowieckich, w pysku niosąc kaczkę. Wskoczył cały do wody w celu złapania jej, gdyby zrobił to uderzenie serca później, odleciałaby mu sprzed nosa. Teraz odczuwał tego skutki, gdy woda obficie sączyła się z jego przydługich kłosów, mocząc pod sobą ziemię. Nawet jeśli otrzepał nadmiar, to i tak nie przyniosło mu to ukojenia. Chłodne podmuchy wiatru wprawiały go w dreszcze, ale było warto.
Podszedł do swojej partnerki, Urodziwego Szafirka i odłożył u jej łap swoją zdobycz.
— To dla ciebie — powiedział, po czym zetknęli się nosami.
— Dziękuję, Kasztanku! — odpowiedziała koteczka, niemal podskakując z radości. Zarumieniła się lekko, przednią łapą przebierając w trawie pod nimi. Kocur nie był pewien, jak powinien się do niej zwracać. Czy teraz, jako partnerzy, należało zachowywać się inaczej? Tak, raczej tak… raczej nie powinien traktować jej już tylko jako znajomej, przyjaciółki, a kogoś więcej. Ale nie był pewien, jak okazywało się miłość, może poza obdarowywaniem prezentami czy spędzaniem czasu z drugą połówką.
Miał wrażenie, jakby dzięki niej z każdym dniem “oddychało mu się” coraz lepiej. W jej obecności był bardziej skłonny, by uwierzyć, że nie każdy jego ruch był zły, a wiele, tak naprawdę, były w porządku, a wręcz wskazane. Bardzo dużo jej opowiadał o sobie, jednak na osobności. Dbał również o to, żeby nie przytłaczać jej tym wszystkim. Nie wybaczyłby sobie, gdyby miała go dość, ponieważ żalił się za wiele. Ona też miała kłopoty, z pewnością. Nie był jedynym na tym świecie ze zmaganiami. W dodatku nie mógł pozwolić na to, żeby ktokolwiek inny dowiedział się o jego kłopotach. Dzielenie się własnymi obawami niekiedy nie polepszało jego sytuacji, ponieważ zawsze, gdy szukał potwierdzenia czy zapewnień o parę razy zbyt dużo, robiło mu się jedynie gorzej, a natarczywe myśli wracały masowo. Próbował je wygłuszyć, wsłuchując się w gwar rozmów w obozie Klanu Nocy, ale często i to nie przynosiło ukojenia na szczególnie długo, ponieważ o zmroku wszystko to wracało do niego ze zdwojoną siłą.
Konwersacja między dwójką nie trwała długo, niestety, ponieważ już parę uderzeń serca Szafirek musiała wyruszyć na swój własny patrol, więc polizała parokrotnie dymnego w policzek, uprzednio obiecując im wspaniałe spędzenie czasu we dwójkę gdy tylko wróci, a kocur miał wrażenie, jakby z każdym jej kolejnym krokiem ku wyjściu, był opuszczany niczym zagubione kocię bez matki, dopiero uczące się chodzić i zwiedzać wielki świat dookoła…
Przypalony Kasztan pobłądził wzrokiem po obozie. Zatrzymał ślepia na liliowym kocurze, który obecnie także wyglądał na lekko zmęczonego, prawdopodobnie również niedawno wrócił z patrolu albo polowania. Przypalony Kasztan ruszył niepewnym ruchem w kierunku znajomego mu kocura. Czy powinien z nim rozmawiać? W końcu dawno się do niego nie odzywał. Dymny miał kłopot w utrzymywaniu relacji… odkąd Szafirek stała się dla niego kimś więcej, poświęcał cały swój czas właśnie jej, tym samym poświęcając kontakt z innymi kotami. Znalazłszy się wystarczająco blisko, pochylił łeb przed starszym.
— Konwaliowa Mielizno… witaj? — powiedział, karcąc się w głowie za ton, jakim nacechował całe to “powitanie”. Nie powinien brzmieć, jakby go o to pytał, a jednak… — Ach… ja, nie… nie wiem… to zabrzmiało dziwnie… Przepraszam — mówił, kręcąc teraz parokrotnie głową ze wstydu. Pędzelki na uszach trzepały nerwowo na wietrze, obijając się aksamitnie o jego uszy.

<Konwaliowa Mielizno? Cześć…>

Od Trzcinowego Szmeru CD. Nura

— Dobrze mi idzie? — Nur spojrzał na nią swoimi wielkimi zielonymi oczkami.
— Jak na początki, to świetnie.
Jej syn dał się unieść wodzie, jednak co jakiś czas gwałtownie się poruszał, szukając równowagi. Było to oczywistym błędem, które wykonywały wszystkie koty na początku nauki pływania. Asekurowała go ogonem, by ciągle się nie przewracał.
Ona natomiast dobrze czuła pod łapami muł. Miała stabilny grunt, chociaż lepki. Wodę miała do szyi. Musiała wyglądać również dość śmiesznie, gdyż wyobrażała samą siebie, jako kaczkę, która sunie po tafli.
Obeszła swoje dziecię dookoła i mruczeniem nakłaniała je do podążania za nią. Nur oczywiście pokracznie, jednak efektywnie dopływał do jej pyska.
— Świetnie! — pochwaliła go. — Teraz spróbuj wrócić na ląd. Widzę, że masz nosa do pływania. Machasz łapkami jak wyderka.
Ten widok, jak malec wiosłował swoimi dużymi łapkami, był istnie uroczy. Kocurek uśmiechnął się na jej pochwałę.
— Spróbuję!
— Oczywiście, skoro tutaj dopłynąłeś, to i dotrzesz na mieliznę.
Jak powiedziała, tak Nur zrobił. Kiedy wyszedł z wody, zadowolony wytrzepał swoje mokre futerko.
— Udało mi się! — krzyknął do niej.
— Pięknie! A teraz tutaj wracaj! Jeszcze nie skończyliśmy pływać!
Uradowany syn z powrotem wszedł do wody. Tak też spędzili resztę dnia na pływaniu i chlapaniu się. Nur dobrze radził sobie w wodzie i sama widziała, że kocurek odziedziczył po niej uwielbienie do pływania i moczenia sobie łap. Była z niego dumna, co młodziak na pewno zaobserwował.

***

Na drugi dzień zrobiło się nieco chłodniej, a sama Trzcinowy Szmer zauważyła, że niektóre liście powoli zaczęły żółknąć. Zaczynała się Pora Opadających Liści! Napuszyła delikatnie futerko, przy mocniejszym podmuchu wiatru i obejrzała się na wodę, gdzie Nur “bawił się” z Żabią Łapą. Dwójka raczej rozmawiała i moczyła sobie łapki, zamiast pluskać się bez opamiętania. Chociaż, czasem, czy to nie lepiej? Każdy podmuch wiatru mógł spowodować kocięcy kaszel u syna, a tego raczej nie chciała.
Nagle z wejścia do obozu wszedł Żmijowcowa Wić. Kocur wrócił z patrolu łowieckiego, gdyż w pysku trzymał dość wielkiego suma. Trzcinowy Szmer nie wiedziała, jak kocur zdołał upolować tak wielką rybę, jednak była pewna, że ten bardzo się poświęcił, gdyż z długiego futra wojownika ciekła woda bez opamiętania. Żmijowcowa Wić położył przed nią suma i zerknął na Nura.
— Czy powinienem teraz podejść do niego? Jakoś porozmawiać?
— Może zaczekaj chwile. Niech skończy rozmawiać z Żabią Łapą. Lepiej, żeby miał jakieś przyjaciółki, a nie tylko wpatrywał się w koty.
— To może pójdę najpierw do Łabądka?
— Nie. Zaczekasz. Łabądek też jest zajęta. Bawi się z Ropuszkową Łapą — wskazała na córeczkę, która siedziała ze starszą koleżanką przy stercie zwierzyny.
Żmijowcowa Wić posłusznie pokiwał głową. Pewnie obawiał się kolejnej rozmowy z Trzcinowym Szmerem. Już miał jedną i cudem wyszedł z niej bez zwiędniętych uszu i powyrywanych wąsów. Oboje przeczekali, aż młodzi przestaną rozmawiać i kiedy Żabia Łapa odeszła na trening z własną mentorką, Trzcinowy Szmer wypchnęła swojego partnera, by w końcu pobawił się ze Żmijowcową Wicią. Kocur jedynie rzucił jej urażone spojrzenie i skierował się z wielką rybą do swojego syna.
Nur na widok ojca się zdziwił, a sama podsłuchując, dowiedziała się, że buras podjął temat polowań oraz opowiadania o wielkim sumie, który kiedyś zaatakował jednego z Nocniaków. Trzcinowy Szmer zamruczała z rozbawienia, pamiętając, jak to Żmijowcowa Wić uwielbiał straszne historie. Pamiętała sama, jak była jeszcze kociakiem, a on uczniem i ich bliższa znajomość wzięła się od opowiadań, które powodowały jeżący się ogon ze strachu.

***

Zapadła już noc, a oni właśnie siedzieli w legowisku. Łabądek wraz z Nurem leżeli blisko jej brzuszka. Gładziła ich swoim ogonem, aż usną. Na jej córeczkę bardzo szybko to zadziałało, jednak jej syn, nadal patrzył na nią swoimi wielkimi zielonymi oczami.
— I jak poszła rozmowa z ojcem? Hm? Całkiem wielkiego suma upolował dla ciebie, nie sądzisz? — zamruczała i polizała go po główce. — Może, jak uśniesz, to przyśni ci się, jak wyciągasz z wody ryby, jak dzielny wojownik.

< Synu? >
🎍

27 czerwca 2026

Jeżogłówka urodziła!

 Jeżogłówka urodziła trójkę kociąt!




Od Wełnistej Mszycy CD. Brukselkowej Zadry

**skip, teraźniejszość, a dokładniej tuż po śmierci Aminkowej Łapy**

Wełnistę Mszycę od dobrych kilku dni dręczyły koszmary z udziałem Tańcującego Pierza. Postać młodego rudego kocura owładniętego furią po utracie brata, Aminkowej Łapy, co noc jawiła się w umyśle medyczki początkowo pod postacią lisa, nawet jeśli w ciągu dnia nie miała okazji na niego wpaść w obozie. Kotka najzwyczajniej w świecie zaczęła go unikać po ich ostatniej konfrontacji w lecznicy w dniu, w którym Aminkowa Łapa dołączył na Srebrzystą Skórę. Natomiast nocna mara przez większość czasu trwania snu była tak realistyczna i obarczała winą asystentkę Wdzięcznej Firletki, jednak bywały również noce, w których kocur znużony jej tłumaczeniem, tracił cierpliwość i w akcie zemsty rzucał się jej do gardła. Wówczas albinoska wybudzała się ze snu z krzykiem.
Dzisiejszej nocy było podobnie, jednak tym razem w porę udało jej się wcisnąć pyszczek w mech, aby stłumić krzyk i nie wybudzić mieszkańców Skruszonego Drzewa. Nie chciała dodawać im dodatkowych zmartwień, których mieli w ostatnim czasie wystarczająco dużo.
Wełnista Mszyca ostrożnie podniosła się ze swojego posłania i po cichu wyszła na zewnątrz lecznicy. Obawiała się, że wpadnie na Białego Strumienia lub Lotosowy Pąk, których mogła zmartwić swoim stanem, a dokładniej podkrążonymi i zaczerwionymi oczami, jednak na szczęście jej bracia najprawdopodobniej znajdowali się poza obozem. Nie zdziwiłaby się, gdyby Lotos znajdował się w tym momencie w Grocie Pamięci, mieszając barwniki na zbliżające się ceremonię co poniektórych uczniów, a Biały umacniał ściany korytarzy w tunelach.
Może ona również powinna wymknąć się z obozu? Mogła spróbować odszukać Mglistego Snu oraz pozostałych Świetlików, aby się upewnić czy są cali, jak i ponownie zaproponować im azyl w Klanie Burzy. Mogła również spróbować zasięgnąć języka samotników spotkanych na granicy na temat niebieskiego niewiadomego kota, którego ciało zdobiły rozety i prawdopodobnie wciąż gdzieś tam przebywał więziony przez Dwunożnych. Mogła również mimo obaw udać się na granicę z Klanem Wilka z nadzieją, że uda jej się spotkać z Brukselkową Zadrą. Mogła spróbować wykonywać te wszystkie rzeczy naraz, jednak najpierw musiała załatwić jeszcze jedną sprawę.
– Tak mi przykro, Aminkowa Łapo... Przepraszam, że nie zareagowałam w porę i nie byłam w stanie ci pomóc... – szepnęła, mając nadzieję, że jej słowa dotrą do gwieździstych uszu zmarłego ucznia. Mimo, że widziała wiele śmierci kotów, głównie starszych, to właśnie śmierć młodego kocura w ostatnim czasie nią najbardziej wstrząsnęła. Głównie dlatego, że gdyby kocur przyszedł do medyków wcześniej, gdy zamiast dławiącego kaszlu z krwią doskwierała mu początkowo chrypka, mógł uniknąć śmierci. Nie rozumiała, dlaczego kocur zwlekał z zawitaniem do medyków.Czyżby się obawiał, że Wdzięczna Firletka oraz Wełnista Mszyca nie zechcą mu pomóc? – Tańcujące Pierze ma pełne prawo być na mnie zły i obwiniać mnie o twoją śmierć... Gdybym mogła, oddałabym ci jedno ze swoich żyć, a nawet to jedno jedyne, które posiadam...
Zamilkła, gdy kątem oka spostrzegła biało-niebieską postać opuszczającą legowisko wojowników. Był to nie kto inny jak Szara Skóra, jej ojciec. Stary wojownik o krępej budowie ciała przeciągnął się w wejściu, po czym dostrzegając swoją córkę siedzącą niedaleko wyjścia z obozu, zbliżył się do niej. Przez dłuższy czas milczał, aż w końcu jego pysk opuściły słowa, wyrażające niezadowolenie dotyczącego wyglądu córki.
– Twoje podkrążone oczy wyglądają paskudnie, nie mówiąc o twojej skołtunionej brudnej sierści. Wyglądasz jak przybłęda, a nie posłaniec Klanu Gwiazdy. Doprowadź się do porządku, bo inaczej skalasz moje, swoje i twoich braci dobre imię. Jesteście córą i synami Srebrzystej Skóry. Jesteście wyjątkowi i macie pozostać nieskazitelni. – Prychnął. – Nie możesz pozwolić, aby śmierć jakiegoś zwykłego kota aż tak na ciebie wpłynęła. W szczególności jednego z tych problematycznych kotów... Wystarczy, że już jeden z nich namieszał ci w głowie. Klan Gwiazdy najwyraźniej jeszcze czuwa nad tobą, skoro nadal pozbywa się otaczających cię rozpraszaczy.
Nie oczekiwała od swojego ojca jakichkolwiek przejawów empatii. Nie chcąc wdawać się w nim dyskusję, zapewniła go, że później zadba o poprawę swojego wyglądu. Szara Skóra odchrząknął, by chwilę później podniósł się i opuścił obóz.
Wełnista Mszyca westchnęła. Zadbanie o siebie w tym momencie było ostatnią rzeczą, na którą miała ochotę. Zamiast tego zamierzała w ciągu najbliższych dni porozmawiać ze wszystkimi członkami Klanu Burzy, zarówno z tymi, z którymi rozmowa przychodziła jej z łatwością, jak i z kotami, którzy nie darzyli jej jakimkolwiek dobrym uczuciem. Z tymi, z którymi znała się od narodzin, jak i również z tymi, którzy zamieszkali w klanie parę wschodów słońca temu. Liczyła na to, że rozmowa z współklanowiczami i prośba, aby nie bagatelizowali rozwijających się objawów chorób, jak i zwracali uwagę na pozostałych wojowników sprawi, że już nigdy nie powtórzy się podobna sytuacja. Mogła również poprosić brata, aby udostępnił jej na parę godzin w ciągu dnia Grotę Pamięci i za zgodą Króliczej Gwiazdy, Zawodzącego Echa i Wdzięcznej Firletki mogła zwołać zebranie klanu, podczas którego opisać przebieg groźnych chorób i uczulić wojowników na ich charakterystyczne symptomy. Wspólnie mogli zadbać, aby tragedia, jakiej doświadczyli przyczyniła się do czegoś dobrego.

wstrzymanie sesji lub koniec sesji

Od Firletki

Mysikrólik ganiała za piórkiem zniczka, które zgubiła ich siostra, Ćma, a czego nawet nie udało jej się przyuważyć. Miała w zamiarze schować je tak, żeby nie mogła go znaleźć, a potem kazać jej go poszukać, żeby miała jakieś zajęcie... ale... przez całe to zamieszanie i fakt, iż pierze było tak malusie, że łatwo mogło umknąć nawet czujnym ślepiom kociaka, szczególnie na tle ciemnej, zimnej posadzki, wyłożonej suchymi paprociami, a także tuż na niej gęsto uplecionymi posłaniami, Mysikrólik wpadła na Firletkę, który przenosił właśnie jakieś gałązki w celu ułożenia ich do swojej, swego rodzaju, "budowli". Gdy na skupionego na swoim zadaniu kociaka wpadła jego siostra, ten niemal dramatyzując, przeturlał się przez całą długość swojego ciała, aż wylądował na brzuchu. Szylkretka, zauważywszy wynalazek, zerknęła na brata podejrzliwie.
— Co knujesz, Firletko? — zapytała, marszcząc jedną z brwi. Zachowywała się tak, jakby wcale nie przewróciła go uderzenie serca temu.
Mlasnął niezadowolony i z oburzeniem spojrzał na Mysikrólika.
— Nawet przeprosić nie umiesz? — parsknął. — A co tata mówi! Jak wpadniesz na kogoś, to coś się mówi! — wypomniał jej, próbując jakoś stworzyć iluzję większego. Tak naprawdę, wystarczyło, by ona go pacnęła łapą w nos, a on już znowu by leżał.
— To ty mi wpadłeś pod łapy! — oburzyła się, marszcząc brwi. Machnęła łbem w kierunku przedmiotów raz jeszcze. — I nie odpowiedziałeś mi na moje pytanie, a zadajesz kolejne! To niegrzeczne — wypomniała mu, mimo że całe to zamieszanie było spowodowane właśnie przez nią. Już otworzył pyszczek, aby odeprzeć jakoś argument siostry, ale zaciął się. Zmarszczył brwi i fuknął.
— Za to, że nie patrzysz pod łapy, nie odpowiem na twoje pytanie — stwierdził i naburmuszony odwrócił się do niej tyłem. Wziął w zęby patyki i potargał je ze sobą dalej, próbując obejść siostrę łukiem.
Mysikrólik ruszyła za bratem, nie próbując tego nawet ukryć. Skoro nie zamierzał jej powiedzieć, to dowie się poprzez obserwację. Tym razem o dziwo uważała, żeby przypadkiem nie nadepnąć mu na ogon, chociaż momentami była bardzo blisko ku temu. Gdy znalazł się w kącie żłobka, odstawił patyki, a gdy się odwrócił, stanął nos w nos z siostrą. Aż go to przestraszyło na tyle, by lekko podskoczyć.
— To miało być tajne! — wymamrotał przez zęby prosto w pysk Mysikrólika. Otworzyła oczka szerzej, usłyszawszy słowa brata. Teraz to na pewno musiała się dowiedzieć, co ukrywał!
Odwróciła lekko wzrok, spoglądając na niego teraz lekko z ukosa, a jej mordka uniosła się w lekkim uśmieszku.
— Szykujesz prezent dla rodziców? — zaczęła dociekać, zastanawiając się, jak mógłby wyglądać taki prezent z patyków... może jakaś podstawka pod wszystkie te pióra, które wiecznie były rozrzucone po całej kociarni?
Zmarszczył nosek. Skąd wiedziała?
— Zobaczysz, jak nie będzie już tajne. Ale gdy jest tajne, to nie może być nie-tajne. O tajnych rzeczach to tylko jeden kot wie! — tak naprawdę jego celem było spróbowanie ułożenia sylwetki ptaka z patyków, a na nią poukładać wszystkie piórka, by się nie pogubiły. Tata ostatnio mu pomógł w ułożeniu ptaka z samych piór, więc teraz on mógł się wykazać swoją własną wizją.
Mysikrólik uśmiechnęła się chytrze.
— Hej, Ćmo, zobacz to! — zawołała do siostry, chcąc zwrócić i jej uwagę na to wszystko. Firletka zamarł. Zaraz kolejny kot będzie wiedział o jego tajemnicy! Stał w bezruchu, obawiając się, że zaraz to, co tajne już nie będzie takie tajne. Ciemka, owszem, podeszła, jednak już uderzenie serca później dwie siostry zaczęły się ze sobą siłować, żartobliwie ciągnąc się za uszy, dając w ten sposób Firletce, chociaż chwilę wytchnienia. Gdy ten zrozumiał, że Mysikrólik znowu tylko sobie robiła z niego żarty, kamień mu spadł z serca.
Podczas gdy siostry się siłowały, ten posłał wściekłe, wręcz mordercze spojrzenia szylkretce.