BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka i Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 22 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

27 marca 2026

Od Roztargnionego Koperka CD. Chudej Łapy

Jakiś czas temu

Roztargniony Koperek postanowiło wybrać się z samego rana na zbiór ziół. Nie było to jakieś nowe postanowienie, bo robiło to niemal codziennie. Czasem nie przynosiło zbyt wiele, wolało raczej wychodzić tylko dla samej idei spaceru. Tym razem znalazło przynajmniej trochę pajęczyn. Poranek był jak zwykle spokojny. Dopiero w okolicach południa zaczęli przychodzić z jakimiś skargami. A to drzazga w łapie, a to łapa skręcona. Taka była codzienność medyczki i jej asystenta. I tak było, dopóki nie zawitała do nich dwójka uczniów wojownika. Koper z pobłażliwym uśmieszkiem na ustach obserwowało, jak Chuda Łapa ciągnął za sobą cielsko Grubej Łapy. Sytuacja wyglądała na co najmniej komiczną, dopóki nie zobaczyło stanu łapy rudzielca. Pokiwało głową na boki z niedowierzaniem. Obserwowało jeszcze przez chwilę przezabawną scenkę między braćmi. Wiedziało z boku jak Chudy z trudem łapię powietrze i niemal się zaśmiało.
“Interesujący kandydaci na wojowników” prychnęło w myślach.
Podeszło do Grubej Łapy, oglądając jego stan. Zanim jednak zaczęło brać się do roboty, zauważyło drugiego ucznia. Spojrzało w stronę podchodzącego do niego burasa i zmarszczyło lekko brwi.
— CHCĘ ZOSTAĆ UCZNIEM MEDYKA! Zrób go ze mnie byle szybko! — zawył uczeń. Koper nieszczególnie spodziewało się słów, które wypowiedział. Zmrużyło oczy nieco bardziej, a następnie zaczęło się śmiać.
— Z czego się śmiejesz! — zawołał Chuda Łapa, a Koper wytarło łezkę rozbawienia z kącika oka.
— Nie, nie, nic takiego. Jesteś tylko przezabawnym uczniem — odparło, już odrobinę się uspokajając.
Chuda Łapa skrzywił się niechętnie.
— Obawiam się, że z tym to nie do mnie — dodało, kierując swój wzrok na Cisowe Tchnienie.
Kotka wzruszyła tylko ramionami.
— Jak sobie chcesz, ale to ty go uczysz — mruknęła, dalej zajmując się jednym z pacjentów.
— Chuda Łapo… Prawdopodobnie zaczynasz już wkrótce — miauknęło, kładąc swoją ogon przed łapy. — Tylko nie myśl, że to takie proste. Jesteśmy w Klanie Wilka, więc niestety musisz pobrać też wiedzę wojowniczą — mruknęło powoli. — Chociaż być może ja będę mogło czegoś cię nauczyć… — dodało szeptem.
Bury kiwnął głową.
— A teraz idź. Dopóki nie jesteś uczniem medyka, wykonuj swoje obowiązki jak najlepiej — kiwnęło głową na pożegnanie.

Po mianowaniu Chudej Łapy na ucznia medyka

Roztargniony Koperek poklepała swojego ucznia po barku.
— No to teraz czeka cię więcej nauki. Powinieneś już mieć opanowane jakąś część ziół… — miauknęło. — Wiesz może, jak leczyć bezsenność? — zapytało, wpatrując się w Chudego.
I być może dostałoby nawet odpowiedzieć, gdyby nie wejście Kryształowej Łapy. Uczennica zaczęła mówić o swojej dolegliwości, a Koper niemal od razu rozpoznało w jej opisie ból stawu. Tym bardziej że nie wyglądało to na złamanie, a nie miało też rany. Spojrzało bokiem na ucznia i wysunęło go do przodu.
— Nie widać żadnej rany na łapie, prawda? Złamania również nie ma — zaczęło. — Jak sądzisz, co jej dolega? I w jaki sposób ją wyleczyć? — zapytało, drapiąc się przez moment za uchem. — To jest, jak na razie coś, co jeszcze trochę wykracza za twoją wiedzę, więc jeśli odpowiesz źle lub niedokładnie to nic. Wytłumaczę — zapewniało z łagodnym uśmiechem.

<Chudy?>

[471 słów]

Wyleczeni: Kryształowa Łapa


26 marca 2026

Od Nocnej Łapy

Nocna Łapa zerwał się z posłania o samym poranku. Słońce ledwo świtało, kiedy uczeń wyszedł ze swojego legowiska. Rozciągnął się i zaraz już dreptał do wyjścia z obozu.
– A ty dokąd, co? – zatrzymał go damski głos. Noc odwrócił się z uśmiechem. Niedaleko łypała na niego Dyniowa Skóra.
– Obiec obóz dziesięć razy i jeszcze jeden raz na szczęście. Jak co rano. – oświadczył Noc.
– Oh. No dobra. Nie daj się zjeść czy coś. – machnęła na niego łapką.
– Nie ma szans! – zaśmiał się i ruszył przed siebie.
Jego bieg był rytmiczny i niezbyt szybki. Nie był jednak miłym spacerkiem, nie. Musiał wbić jego serce w stan szybkich uderzeń, ale nie żeby się zamordować na cały dzień.
A kiedy tak biegał mógł myślami odlecieć w inny świat, w swoje przemyślenia. Na przykład o swoim imieniu. Noc. Piękne imię. Wiele dla niego znaczy. Uważał, że doskonale odzwierciedla jego duszę. Może to trochę zawstydzające, ale patrzenie w gwiazdy sprawiało, że czuł się coraz bardziej zdeterminowany do skończenia swojego treningu. Niby gwiazdy miały być piękne, ale jednak uczeń czuł się bardziej jak ciemna noc bez gwiazd. W końcu tam, pośród tych małych lśniących punktów żyją dusze kotów, które przeklęły jego rodzeństwo. Które winne są wszystkiemu, co złe w tym świecie.
Noc zatrzymał się z ciężkim westchnieniem. To był dobry bieg. Jednak teraz należało znaleźć Tropiącą Łaskę. Czekały go dalsze ćwiczenia.
– Tutaj jesteś! – kotka czekała na niego przy wejściu. – Znowu biegałeś?
– Oczywiście! Nie mogę się rozleniwiać! – oświadczył Noc.
– No dobra. – Łaska przewróciła oczyma. – Idziemy. Dzisiaj robimy Twoje ulubione ćwiczenia. Mam nadzieję po raz ostatni, bo przyznam, że bardzo dobrze sobie radzisz.
– Tunele? – Noc zapytał prawie od razu.
– Tak… tunele. – A Łaska odpowiedziała mu nieco znudzona. Rzeczywiście Noc radził sobie w ciemnościach bardzo dobrze, a jego ciemne futro zlewało się z otoczeniem doskonale.
Tunele były ciemne i wilgotne. Nic nowego. Noc tym razem miał znaleźć swoją mentorkę pośród tych zawiłych korytarzy.
– Ja się schowam. Ty mnie szukaj. – oznajmiła o czym zniknęła w mroku. Nocna Łapa odczekał dłuższą chwilę, w głowie odliczając od czterdziestu lisów w dół.
– Chcesz czy nie, znajdę cię! – miauknął, a echo poniosło jego głos. Noc szybko przemieszczał się w tej ciemności. Nie przeszkadzało mu kompletnie, że potrzebował dłuższej chwili, aby jego oczy przywykły do wnętrz tuneli. Przemykał między zakrętami i ślepymi zaułkami. Słuchał każdego dźwięku uważnie. Węszył wokoło prawie jak pies. Wilgoć wdzierała się do jego płuc, ale kompletnie go to nie obchodziło. Tropiącą Łaskę znalazł w miarę szybko i najciszej jak tylko mógł podszedł do jej boku ze zmrużonymi oczyma i położył łapę na jej ramieniu. Kotka wrzasnęła i palnęła go łapą po głowie w odruchu. Dobrze, że pazurów nie miała otwartych.
– Noc! – odetchnęła nieco zirytowana. – Nie strasz mnie tak, bo cię przypadkiem podrapię.
– Przepraszam, następnym razem miauknę. – odparł uczeń.
– Nie… nie chrząkaj. Dobrze zrobiłeś. W tunelach powinieneś być cichy i atakować znienacka. – dodała Tropiąca Łaska. – Radzisz sobie świetnie dzieciaku.
– Jeszcze chwila i myślę, że można cię próbować wysłać na test na wojownika. Dobra! Wracamy. Zostawiam cię dzisiaj samego i poczekam przy obozie. Masz przynieść coś do jedzenia dla przynajmniej trzech kotów! – miauknęła, kiedy już szli do wyjścia. Potem rzeczywiście popędziła do przodu pozostawiając Noc samego.
Kot nie zwlekał ani chwili rozpędzając się w kierunku ciemnego lasu. Cichutko przemykał się po runie węsząc za zdobyczą. Znalazł zająca, ale to było nieco ponad jego chęci i umiejętności, więc tylko rzucił mu łapczywe spojrzenie i pobiegł dalej.
Dopadł się do myszy, za którą chwilę gonił, bo wpadła mu pod łapy, kiedy biegł. A jak już się pokazała to Noc jej nie odpuścił. Była soczysta i ktoś ze starszyzny na pewno nie pogardzi takim smaczkiem. Znalazł też wiewiórkę, która akurat chowała swoje zapasy i nie zwróciła na niego uwagi. A jego ostatnią zdobyczą były dwie ryjówki. Były nieduże więc policzył je jako jeden posiłek.
Tropiąca Łaska zmierzyła uważnym wzrokiem jego zdobycze, kiedy przechodził obok.
– Pełny pysk, widzę? – mruknął Blade Lico siedzący niedaleko stosu ze zwierzyną.
– Oczywiście. Chciałbyś tę soczystą mysz? – Nocna Łapa uśmiechnął się do starszego.
– Nieee... Ale przydałoby mi się trochę nowego mchu. – starszy kot odetchnął i spojrzał na Noc z wyraźną prośbą.
– Przyniosę Ci! – zaoferował uczeń.
– Byłoby cudownie, dziękuję. – odparł i wstał, ruszając w kierunku legowiska starszyzny. Noc za to skoczył do wyjścia, gotów do zrealizowania nowego zadania.
– Dokąd to? – jego mentorka zajrzała za nim, kiedy podchodził do wyjścia.
– Po mech dla Bladego Lica. Zaoferowałem się, że mu przyniosę świeżego mchu, nie ma co zwlekać.
– No dobrze. Tylko pamiętaj, żeby po tym trochę odpocząć. Odpoczynek…
– Odpoczynek jest istotną częścią treningu, tak wiem. Pamiętam. Pójdę spacerem, nie będę biec i się przemęczać. – przerwał jej wywód, który mu czasem powtarzała. I miała rację. Powinien też odpoczywać. To ważne dla jego ciała!
Przyniósł Blademu Licu mech i sam podszedł do zwierzyny.
– Jadłeś już? – Borsucza Puszcza zmierzyła go swoim surowym spojrzeniem.
– Nie, borsucza Puszczo. Od rana trenuję, a potem uzupełniałem mech w legowisku starszyzny. – oznajmił.
– A upolowałeś coś dzisiaj?
– Oczywiście! Tego szczura na … o! Ktoś już go zjadł! – Noc uśmiechnął się szeroko. Jak przyjemnie było przyczynić się do przetrwania klanu.
– Dobrze. Zjedz coś i odpocznij. – Borsucza Puszcza wstała ze swoją zwierzyną i odeszła na bok zjeść. Noc sam też sięgnął po jakieś jedzenie wyjmując jakiegoś nieszczęsnego ptaka.

[857 słów]
[ + nawigacja w tunelach]

Od Nocnej Łapy

Nocna Łapa wstał i rozciągnął się. Treningi należały do jego ulubionej części dnia. Tropiąca Łaska nigdy nie czekała na niego za długo. Starał się być punktualny, uporządkowany i posłuszny. To ostatnie było dla niego czasem trudne, zwłaszcza z taką mentorką. Łaska nie była zła jako nauczycielka. Wykonywała to, co było jej zadaniem, ale w jej zachowaniu czasami widać było kociaka.
– Co dzisiaj robimy? – Nocna Łapa podszedł bliżej, stając obok kotki.
– Dzisiaj wspinaczka na drzewa. Czas użyć tej Twojej siły do wspięcia się na najwyższe drzewo, jakie znajdziemy. Na sam szczyt, okej! – Tropiąca Łaska rzuciła mu wesoły uśmiech.
– No dobra! – Noc lubił wspinaczkę. Co prawda nie było to jego ulubione zajęcie, ale siedzenie w koronach drzew, pod otwartym niebem było cudownym uczuciem.
Noc był pierwszy przy pniu drzewa. Jego mentorka jednak była zaraz za nim. Potężnym susem wbiła się w powietrze, aby sięgnąć kory drzewa i zaraz znajdowała się na pierwszej gałęzi. Noc, nie chcąc pozostać jej dłużnym, sam wyskoczył i zaczął się wspinać.
– Idzie ci już całkiem dobrze. – Topola machnęła ogonem, po czym usiadła sobie wygodnie w połowie drogi do szczytu.
– Mówisz? – Noc przeskoczył na gałąź wyżej.
– Widać, że dobrze ci idzie. Mógłbyś się tylko słuchać mnie trochę bardziej. – Łaska zaśmiała się pod nosem obserwując dalszą wspinaczkę swojego ucznia.
Noc zatrzymał się dopiero na samej górze, gdzie gałązki pod jego łapami ledwo już go utrzymywały. Wyżej nie chciał już wchodzić. Nie był już małym kociakiem. Jego waga z pewnością złamałaby większość z gałązek u samego szczytu.
Noc spojrzał w niebo nad sobą. Chmury toczyły się po nim bardzo spokojnie i cichutko, jakby nie obchodziło ich życie trwające pod nimi. Gdzieś w oddali, na horyzoncie malowały się sylwetki ptaków, które szybowały na łagodnym wietrze. Korony drzew mieniły się kolorami, gotowe do porzucenia swoich liści na zimę. Wszystko było tak spokojne i piękne. Noc mogły spędzić tutaj godziny, jednak wzywały go obowiązki.
– Złaź już – Tropiąca Łaska wołała do niego już trzeci raz.
– Schodzę. Schodzę. Tylko myślałem, że widziałem wiewiórkę! – oświadczył. Nie było tu żadnej wiewiórki, ale jego mentorka nie musi tego widzieć.
Noc zszedł do połowy drzewa gdzie czekała na niego Łaska.
– W którą stronę ta wiewiórka?
– Chyba tam. – Noc wskazał w głąb lasu. – Trochę daleko. Nie wiem, czy jeszcze tam będzie.
– Nie szkodzi. Idziemy sprawdzić! Po koronach! – kotka machnęła na niego łapą przeskakując na następną gałąź.
– No dobra!
Upolowali dwie wiewiórki. Każde z nich po jednej. Noc porzucił swoją zdobycz na kamieniu na zwierzynę i udał się do legowiska. Chciał się chwilę przespać, zanim samotnie wyruszy na taki mały dodatkowy trening. Zamierzał przebiec parę razy wokół obozu. Już nie mógł się doczekać.

[431 słów]
[+ wspinaczka na drzewa]

Od Urodziwej Łapy do Przypalonej Łapy

Urodziwa Łapa spała w najlepsze. Właśnie miała przewrócić się na drugi bok, kiedy poczuła lekkie szturchnięcie w bok. Uchyliła niebieskie oczka i uniosła wzrok.
— Kropiatkowa Skórko? — mruknęła cicho, jakby nie do końca spodziewając się ujrzeć pomarańczowooką, a przecież powinna się tego spodziewać. W końcu dzisiaj miały pójść na trening, a chyba zdarzyło jej się zaspać.
— Witaj Urodziwa Łapo, nie było cię w umówionym miejscu, więc postanowiłam przyjść do ciebie. Wszystko dobrze? — spytała łagodnie jej mentorka. Szafirek pokiwała łebkiem.
— Tak, wszystko dobrze. Przepraszam, że zaspałam — miauknęła ze skruchą szylkretka. Usiadła na posłaniu i szybko doprowadziła się do porządku. Zmrużyła lekko oczka, widząc jak sierść na dolnych partiach łapek stawała się coraz dłuższa. Była z tego dumna, ale domyślała się, że sporo trawy czy innych rzeczy bardzo chętnie się w nią wplącze.
— Cieszę się, że wszystko dobrze. Nic się nie stało, ale proszę, następnym razem postaraj się być bardziej punktualna — odpowiedziała ze spokojem ciemna kotka. Urodziwa Łapa pokiwała łebkiem.
— Obiecuję! — wymruczała. Kropiatkowa Skórka skinęła łebkiem, a następnie obie kocice opuściły legowisko uczniów.
— Tak jak mówiłam, dzisiaj nauczymy się łowić ryby. Skorzystamy z tego, że nie ma jeszcze chłodniejszej pory — zaczęła ze spokojem Kropiatka. Szafirek pokiwała energicznie łebkiem. Pamiętała, że już trochę ćwiczyła z Kasztankiem, ale nie przeszkadzało jej, by pójść po raz drugi. Niestety już wtedy zauważyła, że nie mogła jeść ryb. Ubolewała nad tym, bo sporo kotów zachwalało te stworki. Jednak wolała żyć, a nie umrzeć po zjedzeniu ostatniego posiłku jakim, by była owa śliska zwierzyna.
— Dobrze, ćwiczenia czynią mistrzem w dziedzinie — odpowiedziała, odganiając smutki na bok.

***

Kiedy dotarły do zbiornika wodnego, Kropiatka zatrzymała je obie w odległości. Usiadła na ziemi i poleciła to samo niebieskiej. Szafirek wykonała jej polecenie i z uwagą spojrzała w pyszczek kotki.
— Dobrze Urodziwa Łapo, posłuchaj mnie najpierw. Potem poćwiczysz dobrze? — spytała mentorka.
— Dobrze Kropiatkowa Skórko — wymruczała uczennica. Owinęła łapy ogonem i spoglądała w pomarańczowe ślipka starszej kocicy.
— Zacznę od tego, że podczas łowienia ryb musisz uważać na swój cień. Zatem podchodzisz do wody lub na kamień w taki sposób, by nie rzucić swojej sylwetki na ryby, bo może je to spłoszyć — zaczęła ciemniejsza kotka. Szafirek skinęła lekko łebkiem.
— Nie rzucać cienia — powtórzyła cicho, jakby chciała sobie ułożyć kolejność w głowie.
— Dokładnie. Mam nadzieję, że potrafisz wykazać się cierpliwością, bo wytrawny łowca musi mieć tę cechę. Masz ją prawda? — rzekła wojowniczka.
— Chyba tak, a jeśli nie to nabędę tę umiejętność — zapewniła Szafirek. Kropiatka skinęła łebkiem.
— W porządku. Zatem jak już staniesz w odpowiednim miejscu, musisz pozostać w bezruchu. Oczywiście zwracasz uwagę czy nie ma też jakichś drapieżników. Nie zgrywaj bohaterki i jeśli widzisz jakiekolwiek zagrożenie, wycofujesz się. Nie walczysz sama, tylko informujesz kogoś, rozumiesz? — głos pręgowanej był poważny i stanowczy. Szafirek spoglądała na nią przez chwilę.
— Przyjęłam do wiadomości — mruknęła w odpowiedzi, chociaż nie była pewna czy faktycznie zawsze się dostosuje pod tą przestrogę. W końcu Szafirek lubiła kombinować i pokazywać innym jak bardzo odważna i lekkomyślna zarazem potrafiła być.
— No dobrze — mruknęła Kropiatka, chociaż nie wyglądała na przekonaną.
— Wracając do głównego tematu dzisiejszego szkolenia, kiedy ryba podpłynie na tyle blisko, wykonujesz szybkie uderzenie łapą i wyciągasz stworzonko na brzeg. Musisz być bardzo szybka, bo ryby mają to do siebie, że bywają naprawdę szybkie i zwrotne. Idąc tym tropem, musisz błyskawicznie zabić rybę, by ci nie uciekła do rzeki — dokończyła Kropiatka. Szafirek westchnęła cichutko i uniosła niebieskie spojrzenie prosto na pyszczek mentorki.
— Urodziwa Łapo czy możesz powtórzyć to, co mówiłam? Nie musi być słowo w słowo. Wystarczy jak powiesz to, co zapamiętałaś — miauknęła pomarańczowooka kotka.
— Oczywiście. Po pierwsze trzeba uważać na to, by nie rzucać cienia na taflę wody, bo w przeciwnym razie ryby się spłoszą. Po drugie trzeba być cierpliwym i stać w bezruchu. Po trzecie, kiedy ryba będzie na tyle blisko trzeba błyskawicznie uderzyć łapą i wyrzucić stworzonko na brzeg. Po czwarte należy je od razu zabić, by nie uciekło do wody — odpowiedziała i dumnie wypięła pierś do przodu. Kropiatka uśmiechnęła się i skinęła łebkiem.
— Bardzo ładnie, gotowa na praktykę? — wymruczała starsza. Szylkretka pokiwała ochoczo łebkiem.
— Jasne! — odpowiedziała podekscytowana, ale zaraz się uspokoiła. Podniosła się i zbliżyła do wody. Zatrzymała się tak jak jej mentorka kazała, uważając, by nie rzucać cienia. Zamarła w bezruchu i śledziła niebieskimi oczkami to, co działo się pod taflą. Nie wiedziała ile tak stała, ale nie odrywała wzroku od powierzchni. Jej ogon lekko kołysał się na boki, ale łapy tkwiły w miejscu jakby wzrosły w ziemię. Po kilku uderzeniach serca w końcu ujrzała lśniące zwierzątko. Zaczekała, aż ryba podpłynie bliżej, a kiedy tak się stało, uderzyła. Jej łapa śmignęła z zawrotną prędkością, wyrzucając szamoczącą się rybę na brzeg. Urodziwa Łapa nie czekała ani chwili dłużej. Od razu zabiła zwierzątko. Chwyciła je w zęby i odwróciła się do Kropiatkowej Skórki z dumą w niebieskich oczach.
— Brawo Urodziwa Łapo, doskonale ci poszło — pochwaliła ją mentorka. Szafirek poruszyła zadowolona wibrysami. Oddaliła się od wody i położyła rybę pod łapami mentorki.
— Dziękuję Kropiatkowa Skórko, twoje instrukcje były naprawdę dokładne — wymruczała zadowolona. Obie kotki spróbowały połowić razem w pewnej odległości od siebie, ale wciąż na tyle blisko, by jedna widziała drugą. Ostatecznie upolowały trzy ryby, przy czym Kropiatka dwie, a Szafirek jedną. Jednak Kropiatka mówiła, że szło jej naprawdę dobrze i następnym razem z pewnością uda jej się złowić więcej. Szafirek przyjęła jej słowa do serduszka. Wzięły swoje zdobycze i skierowały się do obozu.

***

Kiedy Urodziwa Łapa i Kropiatkowa Skórka wróciły do obozu, poszły odłożyć ryby do miejsca gdzie odkładano zwierzynę.
— Dziękuję za dziś Kropiatkowa Skórko. Obiecuję, że jutro będę punktualnie — wymruczała szylkretka. Kropiatka zaśmiała się cicho.
— Trzymam za słowo. Świetnie ci dziś poszło. Odpocznij sobie i może pogadaj z kimś, to dobry sposób na zrelaksowanie — miauknęła mentorka.
— Dobrze! Dobranoc — wymruczała do ciemnej wojowniczki.
— Dobranoc Urodziwa Łapo — pożegnała się Kropiatka i poszła w swoją stronę, a Szafirek w swoją. Niebieska skierowała się do legowiska uczniów. Wiedziała, że zastanie tam kocurka, którego wprost uwielbiała. Pamiętała jak na zgromadzeniu zaczęła naśladować swojego ojca Złocistego Widlika i przyniosło to oczekiwany skutek.
— Kasztanku? Jesteś gdzieś tutaj? — miauknęła ciepło, kiedy weszła do leża. Jej niebieskie oczka rozejrzały się po wnętrzu.
— Tu jestem Szafirko — rozległ się głos dymnego. Serce zabiło jej mocniej, ale zganiła się za to. Podeszła do kocurka i położyła się obok niego. Ich futra się ze sobą zetknęły, ale nie był to raczej widok nadzwyczajny, bo już w żłobku tak leżeli.
— Jak tam dzisiaj Kasztanku? Wszystko dobrze? Nikt ci nie dokuczał? — miauknęła cicho i liznęła go lekko w grzbiet, układając zmierzwioną sierść.
— Co dziś porabiałeś? Ja łowiłam ryby z Kropiatkową Skórką i muszę przyznać, że nie poszło mi tak źle. Złowiłam co prawda tylko jedną rybę, podczas gdy moja mentorka dwie, ale Kropiatka uważa, że poszło mi naprawdę nieźle i następnym razem będę postrachem ryb — miauknęła z lekkim rozbawieniem na końcu. Przylgnęła bliżej do Kasztanka. Rozejrzała się jakby sprawdzając czy jej brat tu był, ale Szkwalnej Łapy nigdzie nie widziała. Może to nawet i lepiej, bo na ostatnim zgromadzeniu niebieski bardzo ładnie jej powiedział, że nie potrzebuje ich towarzystwa. W ogóle strasznie rzucał się i obrażał czekoladowe koty. Ewidentnie ich ojciec przekazał mu swoją niechęć do tego umaszczenia. Urodziwa Łapa kochała kremowego piastuna, ale w kwestii postrzegania czekoladowych kotów potwornie się różnili. Wiedziała, że to nie ulegnie nigdy zmianie, bo dla niej każdy kot bez względu na kolor futra zasługiwał na szacunek, tolerancję i wsparcie. Doszło nawet do tego, że zaczęła myśleć jakby mogła chronić swoje kociaki gdyby jedno z nich było czekoladowe, ale dość szybko odganiała tę myśl. W końcu wciąż była uczennicą i młodą kotką, więc całe życie miała jeszcze przed sobą.

<Przypalona Łapo?>

[1247 słów plus nauka łowienia ryb]

Od Dryfującej Gałęzatki CD. Psotnego Nietoperza

Przez głowę Gałęzatki przechodziło wiele różnorakich myśli. Czy powinien rozmawiać z nieznajomą? Czy powinien być tak blisko granicy z Klanem Klifu? Czy gdyby ktoś teraz ich podsłuchał, mógłby uznać, że coś knują? Słysząc słowa kotki, Dryfek strzepnęło uchem, jakby lekko się wzdrygając.
— A-Ach! Mnie ciebie też bardzo miło poznać — uśmiechnął się, przebierając łapką w ziemi.
Nabrało nieco powietrza w płuca, a następnie bardzo powoli je wypuściło. Uśmiechnęło się tym razem już szczerze i spokojnie. Spojrzało w niebieskie oczy kotki, ale niestety udawało się mu to tylko przez jakieś pięć odbić serca. Od zawsze miała jakiś problem z kontaktem wzrokowym, a wraz z postarzającymi ją księżycami wcale nie było lepiej. Słysząc imię kotki, końcówka jego ogon lekko się wygięła.
— U-Um… Bardzo ładne imię. J-Ja… — zaczął, ale po chwili zbeształ się w myślach. — Myślę, że masz bardzo ładne oczy — miauknął, jednak na tyle szybko, że nie był pewien czy kotka cokolwiek zrozumiała. Gdy spytała, o co chodziło, pokręciło tylko kilkukrotnie nerwowo głową.
— Tak szukałem. Mam kolekcję. Chociaż najbardziej i tak zawsze wracam do tej, która zebrałom jeszcze jako kociak — uśmiechnęła się.
Uwielbiał mówić o swoich pasjach. Dużo bardzo wolał rozmowy o tym, co lubi. Mówienie o błahostkach i pogodzie z reguły bardzo go denerwowało. Nie wspominając już o przedstawianiu się, czego szczególnie nienawidził. Teraz gdy kotka wyglądała już na wystarczająco przyjazną, aby z nią rozmawiać, jej izolacyjny bąbel powoli się otwierał. Uśmiechał się już nieco wyraźniej niż przy początku rozmowy. Cieszył się więc, że to kotka mówiła. Podszedł nieco bliżej granicy, jednak na tyle, by nadal nie przekroczyć łapą Klanu Klifu. Teraz byli już dosyć blisko. Do niebieskiego nagle na nowo powróciły jego niepewności, ale mimo to się nie odsunął. Słuchało w ciszy kotki z łagodnym uśmiechem na pyszczku. Dotarła nawet za chwilę do wniosku, że bardzo chciałaby spotkać kotkę ponownie. Przetarło pyszczek łapką, wzdychając. Już teraz czuła, że z tej relacji może nie wyniknąć nic dobrego, mimo to cieszyła go ta rozmowa.
— Twoje imię teraz wiele tłumaczy — uśmiechnął się lekko. — Zbierasz? Ale super. Ja też! — zawołał podekscytowany.
Jak zwykle, gdy rozmowa przechodziła do czegoś, co uwielbiał, przebierał zafascynowany łapkami, a jego oczy lśniły jeszcze bardziej niż zwykle. — Ozdoby w futrze naprawdę ci pasują. Naprawdę piękne kwiaty — mruknął nagle, a po chwili zmarszczył brwi jakby nerwowo. — Wybacz. Za dużo mówię — zaśmiał się cicho i posłał kotce krótkie, ale dosyć radosne spojrzenie. — Po co żaby? Czyżby też po to, aby psocić? — zmrużyła oczy, dociekając.
Polizało się po piersi, mając nadzieję, że kotka będzie mówić dalej, ale zamiast tego ucichła. Dryfująca Gałęzatka szybko domyślił się, że teraz to on powinien coś o sobie powiedzieć. Nagle znowu jego nerwy wróciły. Łapy zaczęły się lekko trząść, a język plątał, gdy chciał cokolwiek powiedzieć. Po raz kolejny zadziałała technika wydechu.
— No więc… Głównie lubię spać. I jeść. Im jedzenie jest dziwniejsze, tym lepiej — mruknął powoli. — Ale to chyba po mnie widać — zaśmiał się, sugerując swoją śmieszna pulchność. — Lubię zbierać kwiaty, muszelki, obserwować zwierzęta. Kiedyś nawet próbowałem hodować ślimaki, ale niestety wszystkie uciekły — miauczał cicho, starając się nie zwracać uwagi na minę kotki.
Miała tylko nadzieję, że kotki nie obrzydzają małe stworzenia.
— Uwielbiam też pływać i…obserwować wodę. Tak jak teraz — dodał, mrucząc cicho. — I właściwie to nie mam jakoś szczególnie dużo znajomych — szepnęła.

<Psotny Nietoperzu?>

Od Kocięcego Rozumka (Rudzikowego Skrzydełka)

Po walce z lisem cała czwórka wróciła do obozu. Nie było śmiertelnych obrażeń wśród żadnej z kotek, ale nie obyło się też bez ran. Kocięcy Rozumek walczyła z dumą. W końcu była w tym bardzo dobra. Nie odznaczała się sprytem czy inteligencją, ale nie można było jej odmówić siły i dobrych umiejętności w walce. W końcu Słodka Dziewanna wiele ja nauczyła. Rozumek wzdrygnęła się lekko na wspomnienie o kotce. Wolała nie myśleć o tym, co czuła do swojej mentorki jako uczennica. Było to co najmniej niepoprawne, a na pewno obrzydliwe. Nawet jeśli nie do końca wiedziała, co tak naprawdę jej wtedy było. Nikt przecież jej nie wytłumaczył, że istnieje również coś takiego jak miłość dla obu kotek. Dla niej było to nie jasne, a w najgorszym przypadku nieprawdziwe i wywołujące nieprzyjemne odczucia. Od pewnego momentu miewała nawet niemal faktyczne odruchy wymiotne, gdy spotykała pary kotów tej samej płci. Nie rozumiała nawet, skąd bierze się to wszystko. Nie potrafiła sobie wyjaśnić, skąd bierze się nienawiść do nich wszystkich. Przecież powinna była kochać każde żywe stworzenie bez granic. Sprowadzać na nich bezgraniczą radość, ukazywać niewinność. Gdzie w takich chwilach spowijała ją raczej mgła składająca się z obelg. Gdyby wiedziała, skąd to się bierze byłoby to łatwiejsze. Zaakceptowanie ich. Właściwe to zaakceptowanie samej siebie. Wtedy podczas zgromadzeniowej rozmowy z Zapomnianą Koniczyną jej zawiść nawet wzrosła. Jak niby miał działać związek dwóch kocurów? Lub dwóch kotek? Rozumkowi zdecydowanie nie mieściło się to w głowie. Jej mały móżdżek nie pojmował w końcu zbyt wiele. Jej niebieskie oczka są wiecznie zapatrzone w przyszłość, nie zastanawiając się nawet nad istnieniem przeszłości. Z tymi właśnie myślami pokierowała się w tronę legowiska medyków, gdzie zajęli się jej raną na boku. Pisnęła cicho, gdy medyczka zaczęła nakładać papkę. Po chwili wyjaśniła również, że po tym spotkaniu z lisem niestety powstanie blizna. Dosyć okazała. Srebrna wzruszyła ramionami. Była dumna z tego, co odniosła wraz z resztą. Blizna w żadnym przypadku jej nie uwłaczała. Jej zdaniem była to właśnie pamiątka po przeżytej i dobrej walce z podłym zwierzęciem.
— No dobrze, a teraz odpoczywaj — mruknęła jeszcze, zajmując się innymi.

***

Wkrótce po tym usłyszała zwołanie klanu. Najpierw pomyślała, że może pora na mianowanie Chomiczej Łapy i Wydmowej Łapy, ale po chwili odpuściła sobie tę myśl. Miały być mianowane, ale podobno to za chwilę. Rozumek nie mogła zgadnąć, po co to przedwczesne zebranie. Spojrzała na Króliczą Gwiazdę pytająco.
— Lis, który do niedawna przebywał na naszych terenach, już nie żyje. Dziękuję za prawidłowe wykonanie zadania — zaczął powoli. — Zanim przejdę do uczennic, chciałbym ogłosić inną rzeczą. Kocięcy Rozumek — zwrócił się w stronę kotki. — Wykazała się nierozsądną postawą na poprzednim zgromadzeniu, za co została ukarana. W ramach pomocy przy walce ze zwierzęciem nazywam wojowniczkę jej poprzednim imieniem Rudzikowe Skrzydełko, a jej obowiązki ponownie stają się obowiązkami wojownika — dodał, uśmiechając się lekko. — Mam nadzieję, że taka głupota już się nie powtórzy — mruknął już nieco ciszej.
Rudzik kiwnęła tylko ochoczo głową, wypinając dumnie pierś. Cieszyła się jak nigdy. Nie sądziła, że kiedykolwiek będzie w stanie pomóc przy czymś wielkim. Nagle zaczęła rozumieć kocięta, które pragnęły przygód innych niż bieganie za motylkami czy skakanie na ogony starszych. Nagle zrozumiała także, że chęć zdobycia władzy jest naturalna. Szkoda tylko, że przekonała się o tym dopiero po tym beznadziejnym zgromadzeniu…

25 marca 2026

Od Chudej Łapy

TW: sekcja zwłok

Chuda Łapa został przyprowadzony przez Roztargnionego Koperka wprost do legowiska niedźwiedzia. Znaczy... Zalotnej Gwiazdy. Skłamałby, gdyby powiedział, że się nie bał. Pomimo swojej opinii o liderce była ona mimo wszystko upiorna, krwiożercza i zdawała się tylko czekać, aż ten się potknie, by zrobić sobie z niego dywanik.
Zalotna Gwiazda uniosła wzrok na przybysza i zmrużyła ślepia.
— Chuda Łapa, prawda? — mruknęła, po czym usiadła na posłaniu i zadarła brodę. — Roztargniony Koperek już mi mówił, że chciałby cię jako swojego ucznia — wyjaśniła, po czym ruchem pyska wskazała buremu, by usiadł przed nią.
Chudy spiął się momentalnie, gdy liderka wymówiła jego imię. Z ust Zalotnej Gwiazdy brzmiało tak... przerażająco.
Przełknął ślinę, nim do niej podszedł. Usiadł we wskazanym miejscu i spróbował wyprostować swój kręgosłup.
— Co... Co chcesz ode mnie? — zapytał niepewnie, zachrypniętym głosem.
Szylkretka zmarszczyła brwi.
— Co ja chcę? — powtórzyła, mierząc Chudą Łapę morderczym wzrokiem. — To ty chcesz być uczniem medyka, nie ja. Moim zadaniem jest tylko upewnić się, że się na niego nadasz.
Chudy poczuł, jak się spina, kiedy kotka złapała go za słowa. Odwrócił wzrok zażenowany i wymamrotał:
— No patrz, jak mnie załatwiła...
Po sekundzie się zreflektował. Odchrząknął, co mogło wyglądać zabawnie przez jego pysk, a później przeniósł z powrotem spojrzenie na liderkę.
— No to dawaj — miauknął. — Co muszę zrobić?
— Musisz mnie przekonać, dlaczego to akurat ty powinieneś zostać uczniem medyka — wyjaśniła. — Co sprawi, że będzie z ciebie dobry uzdrowiciel? Dlaczego to akurat tobie powinnam zaufać w kwestii leczenia moich wojowników?
Chudy się zastanowił. Poza jego komfortem, jaki zapewniłaby mu zmiana ścieżki szkolenia, musiał pomyśleć o czymś więcej.
Przymknął na chwilę oczy, a jego mózgownica pracowała intensywnie. Otworzył je po dłuższej chwili.
— Mam świetną pamięć — zaczął. — Ale pewnie ciebie to nie przekonuje do końca. Sporo kotów ma niezłą pamięć.
Pomyślał przez moment.
— Jestem lojalny, więc nie ucieknę do innego klanu. Chciałbym tu zostać i leczyć koty. Odkąd pierwszy raz przekroczyłem próg legowiska medyków, nie mogłem przestać myśleć o ziołach. Dosłownie! One do mnie przemówiły! Wołają mnie, a ja chcę odpowiedzieć na to wezwanie. Poza tym część ziół już znam! Męczyłem Roztargnionego Koperka za każdym razem, kiedy po treningu z Nadciągającym Pomrokiem coś mi dolegało. Więc jestem niemal gotowy do pracy! A to już osiągnięcie, bo krócej zajmie mi szkolenie, a co za tym idzie – szybciej będę mógł przysłużyć się klanowi. Poza tym myślę, że wojownik będzie ze mnie okropny. Marny pożytek z mojej osoby będzie miał Klan Wilka na polu bitwy. A jako medyk będę mógł skupić się w pełni na pomocy klanowi i trzymaniu wojowników przy życiu. Nie boję się nikogo i niczego, niestraszne mi brudy i smrody.
Wziął szybki wdech po wypowiedzeniu swojego monologu. Nie wiedział, co mógł więcej do niego dodać, dlatego postanowił zostawić tyle, ile już miał.
— Dlatego właśnie uważam, że to ja powinienem zostać uczniem medyka i szkolić się pod okiem Roztargnionego Koperku.
Zalotna Gwiazda wysłuchała słów Chudej Łapy.
— No dobrze... — mruknęła, przeciągając słowa. — A powiesz mi jeszcze... w co wierzysz?
Chudy zwietrzył w tym pytaniu ukrytą podpuchę. Mniejsza była o jego motywację do nauki, wiara... wiara w Klanie Wilka znaczyła więcej, niż umiejętności. Koty ma tej podstawie dyskwalifikowały inne, to też musiał dobrze odpowiedzieć.
Wziął wdech, nerwowy.
— W Mroczną Puszczę — odpowiedział prosto. — Zawdzięczam wiedzę Ognikowej Słocie.
— No ja mam nadzieję — odparła. Po tych słowach umilkła i przeniosła spojrzenie na stojącego przy wejściu Koperka, który zgodnie z zasadami musiał przysłuchiwać się tej rozmowie. Następnie znowu spojrzała na Chudą Łapę. — W takim razie niech Roztargniony Koperek wyjaśni ci, jak wygląda test na zostanie uczniem medyka. To już wszystko.
Chuda Łapa zacisnął wargi i wypuścił z płuc nadmiar wstrzymywanego powietrza. Skłonił głowę Zalotnej Gwieździe, po czym bardzo sztywnym krokiem opuścił jej leże. Gdy tylko przekroczyli próg, bury pozwolił, by całe napięcie z niego uleciało.
— Matko, to było przerażające! — miauknął. Spojrzał na Roztargnionego Koperka. — Co jeszcze mnie czeka, żeby zostać twoim uczniem? Widzisz, jaki jestem waleczny? Przetrwałem konfrontację oko w oko z lisicą! Znaczy, ekhem… Zalotną Gwiazdą.
— Idź po mysz — rozkazał mu chłodno medyk, co wręcz zmroziło krew w żyłach ucznia.
— Huh? Po kiego grzyba?
— Zostanie uczniem medyka wiąże się z przejściem pewnej próby. Idź po mysz.
— Znowu jakaś próba?! Moje chęci nie wystarczą?
Dostał jednak tak ponaglające, nieznoszące sprzeciwu spojrzenie, że poszedł posłusznie w podskokach po wspomnianą piszczkę. Złapał z obrzydzeniem za ogonek i przyniósł do medykowego legowiska.
Dostał jasne instrukcje: zrobić sekcję zwłok. Otworzyć mysz bez uczucia obrzydzenia, skrzywienia się, zawahania. Przejrzeć jej narządy.
Chudy przełknął nerwowo ślinę. Martwa leżała przed nim, a on jak jej kat stał z wysuniętym pazurem. Słyszał bicie własnego serca, szum krwi w uszach i potęgujące uczucie, że od tego momentu zależało całe jego życie.
Nieco niepewnie, niewprawnie zaczął rozcinać skórę na brzuchu. Musiał pomóc sobie drugą łapą i resztą pazurów. Nie chciał też za bardzo zniszczyć jej ciałka, bo podejrzewał, że to też było sprawdzane. Gdy naciął skórę, łapami ją złapał i rozerwał, wyobrażając sobie, że leży tutaj wiewiórka, a nie mysz.
Jego wyobraźnia nigdy nie była taka kreatywna. Przemienić mysz w wiewiórkę to był nie lada wyczyn! Pochwalił się w myślach, z otwartą buzią zaglądając do środka. Dostrzegł mnóstwo narządów, które na co dzień zjadał razem z całością. Czasem tam jakieś serce wypadło czy jelita… ale teraz miał wszystko doskonale widoczne. Pomógł sobie pazurkiem i obejrzał wszystko z cichym zachwytem.
Obrzydzenie ustąpiło ciekawości, pragnieniu zdobywania wiedzy. Nigdy nie miał takiego uczucia. Jakby normalnie… dostąpił oświecenia!
Spojrzał na Koperka i Cis, którzy siedzieli i obserwowali. Czekał na dalsze instrukcje lub finalny werdykt. Medyk nie krzyknął ani nie wytknął mu, że zrobił coś źle. Zamiast tego spojrzał prosto w oczy Chudego, co przyprawiło go o dreszcz tak dziwny, że wszystkie włoski stanęły mu dęba.
— Od jutra zaczynamy trening.

[948 słów do treningu medyka]

[19%]

Od Truskawkowego Pola CD. Wędrującego Wibrysa

Spojrzała na brata, to za siebie, to znów na brata. Zastanawiała się, czy faktycznie mogłaby okazać mu dobre serce, być serdeczną siostrą i pokazać swoje zainteresowanie. Jego pomysł był… fajny. Nawet bardzo. A kotka od dawna nie robiła prawdziwie fajnych i ekscytujących rzeczy (to przed tym, jak biła się z mewami). Postukała się pazurem po brodzie. Zamilkła na momencik. Poudawała, że się zamyśliła. Uszy jednak stały jej pionowo, a ogon uderzał w posadzkę z dużą siłą i werwą; wiedziała, że brat zna ją na tyle dobrze, że z łatwością odgadł już, jak bardzo podoba jej się ta idea. Każda głupia rzecz podobała się Truskawce. Głupie rzeczy to jej konik. 
— Och... Widzę, że nauki o wspaniałym Klanie Gwiazdy na ciebie wpłynęły i stałeś się iście przeszlachetnym kocurem. Najwyższa pora, Wędrujący Wibrysie, najwyższa pora na odmianę. —  Poklepała go po mordce już i tak podniesioną łapką. Po chwili jeszcze dodała, odpowiadając na właściwą propozycję: — No skoro aż tak ci zależy… — mruknęła, przeciągając ostatnie słowo i wywijając oczami. 
— Już nie udawaj, że robisz mi aż taką przysługę. To po to, abyś w końcu zostawiła tę o połowę młodszą kotkę, nad którą się tak pastwisz. I nie udawaj, że nie. Znam cię i to, jak szukasz sobie koleżanek. No i jakich... 
— Nie wiem, o czym mówisz, mój kochaniutki — miauknęła słodko, wstając już i powoli kierując się do wyjścia. 
— Wiesz. Wiesz bardzo dobrze. 
— Masz na myśli Wzorzystą Dal? 
— Tak, dokładnie ją. 
— Jesteś zazdrosny, że mam koleżankę? Wiesz... Ona chyba nikogo nie ma, więc wystarczy powiedzieć i coś dla ciebie zorganizuję. — Uśmiechnęła się do brata, ale ten przewrócił oczami. Wyszli z obozu. Pogoda nie była powalająca, ale przynajmniej nie padało. Jeśli będą musieli zwiewać przed Dwunogami, nie poślizgną się na mokrej glinie i nie wywiną koziołka.
— Nie żartuję, Truskawko. To już nie jest Owocowy Las, a ty nie masz sześciu księżyców. Chociaż mamy imiona wojowników, wciąż mogą kręcić na nas nosami i wyrzucić nas prosto podczas przypływu na plaże — ostrzegł, ale szylkretka parsknęła śmiechem. 
— Och, proszę cię! — zakpiła. — Słyszysz się w ogóle? Kochany mój Sekreciku, nie ma się co martwić. A wiesz czemu?
— No oświeć mnie… — burknął, wiedząc od razu, że najpewniej odpowiedź będzie tak durna, że od razu pożałuję, że pozwolił jej mówić. 
— Ponieważ kiedy ty wygrzewasz się na słońcu i niszczysz naszą reputację swoim iście ojcowskim lenistwem. — Zrobiła przerwę, aby strzepnąć mu spomiędzy uszu liść, który właśnie spadł z niewielkiego drzewka. — To ja nie próżnowałam, aby wejść w łaski innych. 
— Miej nas w opiecie, Wszechmatko, Klanie Gwiady i wszelkie duchy… — jęknął, wpatrując się w niebo. 
— Nie! Niech ich mają w opiece! — Wypięła dumnie pierś. — Bo nawet nie wiedzą, że nieważne, co myślą, są już w moich sidłach!
— Błagam, rozwiń i niech to rozwinięcie okaże się lepsze niż się niestety spodziewam. 
— Oprócz tego, że zaprzyjaźniłam się z tą biedną Wzorek, którą wiele innych kotów traktuję dość nieprzyjemnie, zwłaszcza ta szpetna Focza Fala! Nie lubię jej strasznie! 
— Świetny start, przekonałaś mnie — powiedział uszczypliwie. 
— Ah! Daj mi dokończyć! Oprócz Wzorzystej Dali mam jeszcze Trójokiego Zająca, a on jest synem Jaskółki — pochwaliła się. 
— Ćwiczyłaś dwa razy z jego uczennicą, z którą, o ile dobrze słyszałem, jedyne, co to się kłóciłaś — zauważył, przekręcając łebek. 
— No tak, ale nie z nim. Aha! No i moje koleżanki to medyczki, no... Teraz medyczka już, ale kiedy ty jeszcze byłeś ledwo żywy, ja zostałam z nimi przyjaciółeczkami. Nawet ostatnio byłam u Jagnięcego Ukłonu. Ah, jaka z niej przesłodka starsza kotka — mruknęła, przymykając ślepka, jakby mówiła o własnej babuni. 
— Szczur prawie odgryzł ci palec na patrolu… — przypomniał Wibrys. — Gdybyś do niej nie poszła, zgniłby i odpadł. Najpewniej z całą nogą. 
— No dobra, Panie Przemądrzały, a co powiesz na to — wypluła, a następnie zaszła mu drogę. Byli już w połowie drogi, a pogoda wciąż dopisywała. Mieli dużo czasu. Zmrużyła oczy, a wąsy jej drgnęły. Wędrujacy Wibrys wiedział, że nie znaczy to nic dobrego. — Wiem, że kocury są ślepe na tego typu rzeczy, nawet ci, których to bezpośrednio dotyczy, więc na pewno tego nie zauważyłeś, ale kiedy ty przesypiasz swoje wszystkie możliwości podrywu, ja nie próżnuje. 
— Och… — jęknął, szczerze zażenowany i przerażony wizją skutków, jakie może to wszystko znów za sobą pociągnąć. 
— Mam w planach, a tak w sumie już od dłuższego czasu jestem w trakcie ich realizacji, aby skokietować naszego drogiego Mirtowe Lśnienie~ — miuaknęła śpiewnie, a następnie skocznym krokiem ruszyła do przodu, czekając skrycie na reakcje brata. 

<Sekrecik?> 

Wyleczeni: Truskawkowe Pole

Od Chudej Łapy CD. Kasjopei

Chuda Łapa nadstawił uszu. Ona... nic nie wiedziała!
— Przyłazisz do Klanu i NIC o nim nie wiesz?! Mogliby Cię oszukać, a Ty byś się nie zorientowała — miauknął. — Eh, samice.
Lekko cofnęła uszy na uwagę kocura, lecz wciąż pozostawała spokojna. Końcówka jego ogona drgnęła, nim postanowił zaszczycić kotkę swoją wiedzą. Dla niego wszystko było jak chleb powszedni, jednak faktycznie jak się nad tym zastanowić, to taka przybyszka nie miała skąd zdobyć tejże wiedzy. Chudy dostrzegł w tym swoją okazję do zabłyśnięcia i zyskania w oczach pięknej samotniczki.
— No, słuchaj uważnie! — zaczął. — Przywódca to lider, jest nim Zalotna Gwiazda. Kiedyś była zastępcą, ale gdy Nikła Gwiazda był już stary, ona chyba skróciła mu życie, bo wywlekła jego martwe ciało na obóz i ogłosiła się liderką. Mamy też wojowników, to wszystkie koty po szkoleniu zdolne polować i się lać. Robią patrole kilka razy dziennie po naszych terenach. Mają uczniów i wtedy są mentorami! Czaisz? Men-to-ra-mi. Poza uczniami są królowe i to kotki w ciąży oraz karmiące z bachorami. Na koniec kocięta i starsi. O nich trzeba dbać. Nosić żarcie i w ogóle.
Pomachał łapą w powietrzu. Położył swój ogon na łapkach, zakrywając je niezdarnie.
— Nom, to chyba tyle — oznajmił, przeszukując szczeliny swojej pamięci.
Tak więc, westchnąwszy, spojrzał na starszą i czekał czy zapyta go o coś jeszcze. A może go skomplementuje? Jaki jest mądry i obeznany? Hmm?
— A medycy? Też coś wspominałeś o nich — podpytała z ciekawością.
Chudy przerwał obgryzanie jednego z pazurów, gdy usłyszał pytanie liliowej. Wziął głębszy wdech. Jak on mógł o tym zapomnieć?!
— Whoooa! — zdziwił się. — Niesłychane, że zapomniałem o nich powiedzieć. W końcu dzięki nim wciąż wszyscy dychamy. Masz u mnie punkta za spostrzegawczość!
Uśmiechnął się do niej, chociaż z uwagi na krótki pyszczek był to nieco krzywy uśmiech.
— Medycy leczą! Znają zioła na różne choroby i dolegliwości, potrafią amputować łapę, są nieziemscy! — zaczął gadać z przejęciem. — Mają specjalne miejsce na zgromadzeniach i chodzą na tajne medykowe spotkania. Podobno mogą otrzymywać sny od przodków! Takie prorocze, wiesz. Świetne nie?
Machnął ogonem z przejęciem. Zachowywał się jak rozradowany kociak, kiedy wjeżdżał temat medyków.
— Masz katar? Dają Ci zioła, sztywność kończyny? Zioła! Rany po bitwie? Zrobią Ci taki opatrunek, że blizna będzie wyglądać jak ozdoba, a nie szpecić czyjś ryj. Dlatego chcę być jednym z nich. Ale! Najważniejszym aspektem jest to, że oni się nie biją. Medycy są niemal nietykalni! Nie muszą przechodzić tych morderczych treningów, wychodzą zbierać zioła i uczą się w obozie. Idealnie dla mnie! Przecież ja umieram po spacerze w te i we wte. Ja nie wiem, co Zalotna Gwiazda miała w głowie, kiedy kazała mi iść na próbę. Nienormalna jakaś jest.
— Prorocze sny od przodków powiadasz? — zastanowiła się. — Lubisz przesiadywanie w obozie, co? — zapytała się z pomrukiem rozbawienia.
Chudy odskoczył zaskoczony. Spojrzał na nią przenikliwie.
— Skąd wiesz?! — zapytał, marszcząc brwi. Po chwili nieco się uspokoił, a zjeżone futro ułożył liźnięciem. — Ale tak! Obóz jest bezpieczny i mam tu wszystko, czego potrzeba. Nie mówiłem Ci o tym, ale jak trenowałem wspinaczkę po drzewach — tutaj zniżył głos. — To wbiła mi się drzazga!
Zrobił wielkie oczy dla efektu i zaczął gestykulować chudymi łapkami.
— A taka była duża! — oznajmił. — Bolała jak diabli, moja mentorka o mało mnie nie zjadła, taka była mną załamana. Ale co ja poradzę, że mnie drzewo ugryzło? To wina drzewa! A ja doskonale pamiętam, które to było. Pff. Nigdy już na nie nie wejdę, choćby mi płacili w wiewiórkach!
— Łatwo jest się domyślić — mruknęła z uśmiechem na zaskoczenie kocura. Przyglądała się gestykulacjom Chudej Łapy i z zaangażowaniem wsłuchiwała się w jego opowieść.
— Wiesz co, ja też nie lubię włazić na drzewa. Nie wiem za bardzo, po co miałabym to robić z własnej woli — przyznała i wyciągnęła strzępek zestarzałego mchu z jej pseudolegowiska, po czym ukształtowała go w coś, co miało przypominać wzgórze. — By się zorientować w terenie, to raczej po prostu wchodzę na wzgórze. Jeśli nie ma wzgórza, idę na oślep.
Kocurek spojrzał na jej uformowany mech. Nie myślał nigdy, by używać go w ten sposób. Jedyne co to czasem robił kulki mchu i rzucał nimi w Kalinkę. Ah, piękne czasy. Może niedługo znowu to zrobi?
— Prawda? Drzewa są fajne do dawania cienia, a nie do chodzenia po nich, hmpf! — zgodził się, kiwając głową. — Czy szłaś na oślep i tak tu trafiłaś? Czy ktoś Ci powiedział o Klanie Wilka?
— Jakiś samotnik, którego napotkałam, stwierdził, że w tym lesie jest klan, który atakuje i może nawet zabija samotników, bo jego brat zaszedł gdzieś w te okolice w nocy i znikł. Zaintrygowało mnie to i po prostu z ciekawości i z desperacji do potrzeby posiadania jakichś kotów u boku do pogadania po prostu przyszłam w miejsce, które zidentyfikowałam jako granicę — opowiedziała.
Chudy słuchał historii o tym samotniku i zastanawiał się, czy serio Wilczaki zabijały włóczęgów. Cóż, to nie był jego problem, póki nie zagrażali mu albo Nocy czy Grubemu.
Zamrugał kilka razy. Dotarło do jego mózgownicy, że się nie przedstawił. Położył swoją łapę na klatce piersiowej, biorąc wdech.
— Tak w ogóle to Chuda Łapa jestem — oznajmił.
Kotka zastrzygła uszami.
— Miło mi, Chuda Łapo. Ja się zwę Kasjopeja. Dla bliskich może nawet Kasjope. Ale za niedługo będę musiała się rozstać z tym imieniem.
Chwilę potem kotka się przedstawiła.
— Kapopeja co? — spróbował powtórzyć, z marnym skutkiem. — Ugh, nie możesz nazywać się Listek czy coś? Tylko Kojojeja. Trudniejszego nie dało się wymyślić?
Zaśmiała się na komentarz Chudzielca.
— Zdziwisz się, gdy usłyszysz imiona mojego rodzeństwa — tu zrobiła dramatyczną przerwę. — Mój brat to Cefeusz, a siostra to Andromeda. Moja matka też się nazywa Kasjopeja i wyglądam identycznie do niej.
Bury kocurek poczuł, jak mu uszy więdną od słuchania tych wymyślnych imion. Po co takie nadawać? Przecież to tylko komplikuje życie.
— Ja nawet nie będę próbować tego zapamiętywać! A poczekam też, aż dostaniesz normalne, leśne imię i wtedy będę do Ciebie mówić po imieniu! — oznajmił wszem wobec. — Ej dobra, ja się muszę zmywać, bo mnie dopadnie Pomrok. Jak coś to mnie tu nie było!
Odwrócił się na pięcie i zaczął odchodzić. Zerknął jeszcze na więźniarkę. — Jak będę mieć dobry humor, to przyjdę jeszcze kiedyś. Chyba że do tego czasu Zalotna Gwiazda Cię wypuści — miauknął chrapliwym głosem. — To nara!
— W porządku. Miewaj się dobrze, Chuda Łapo — zamruczała wesoło, kiwając lekko ogonem na pożegnanie.
Bury pognał szybciutko z powrotem do swoich obowiązków, rozstając się tym samym z Kajojeją.

<Kasjope? :3 >

[1045 słów - trening medyka]

[21%]

Od Iskrzącej Nadzieji CD. Snu (Mglistego Snu)

(Kontynuacja opowiadania Snu (które było milion lat temu, ale pomińmy ten fakt…)

✩ ★ ✩ ★ ✩

Spojrzałam w dół, skąd pochodził łagodny, kocięcy głosik. Następnie odłożyłam upolowaną przez siebie zwierzynę, aby mu odpowiedzieć.
— Tak, byłam — odparłam z uśmiechem, obserwując małego.
Jak się okazało, rozmowę ze mną zaczął przybrany syn mojej siostry – Lodowej Sałatki – z którą rozmawiałam kilka dni wcześniej. — A co Cię tu do mnie sprowadza? — szepnęłam, przyklękając przy czarnym kocurku. — Zdradzisz mi swoje imię? Poznałam już Horyzont, ale Ciebie jeszcze nie. Nie miałam takiej przyjemności.
W sumie to nie było to do końca prawdą. Jak tylko Sałatka przygarnęła swoje pociechy, to pierwszymi kotami, które poznały maluchy, byłam ja oraz Jaskółcze Ziele. Mimo to jednak chciałam dać maluchowi tę przyjemność przedstawienia się i pochwalenia swoim mianem. Dla niektórych przedstawienie się jest bardzo ważne!
— Sen, miło mi poznać — miauknął grzecznie malec, w na jego pyszczku pojawiła się ulga.
— Pięknie imię, takie dostojne i spokojne! Idealne dla ciebie! — odparłam.
— A jak ty masz na imię? — zapytał, wpatrując się we mnie swoimi żółtymi ślepiami z łagodnym uśmiechem.
— Iskrząca Nadzieja! — mruknęłam, przypominając sobie, jak bardzo lubiłam swoje własne imię. — Możliwe, że Lodowa Sałatka opowiadała ci oraz twojemu rodzeństwu coś o mnie, ponieważ jestem jej siostrą i mi też miło cię poznać, Śnie — dodałam po chwili, strzepując swoim długim, czekoladowo-białym jedwabistym ogonem.
Zanim kociak mi coś odpowiedział, obydwoje usłyszeliśmy zaniepokojony głos opiekunki mojego małego rozmówcy.
— Śnie? Idziesz z tą zwierzyną czy nie!
Kociak schylił się po parę tłustych wiewiórek, jednak zanim jeszcze je podniósł, spojrzał na mnie.
— Przyjemnie się rozmawiało, do widzenia, Iskrząca Nadziejo — rzucił nonszalancko, następnie podnosząc dwa rude stworzonka, aby popędzić do mojej zniecierpliwionej siostry.
— I wzajemnie, do zobaczenia, Śnie! — zawtórowałam mu, po czym sama złapałam średnią ryjówkę w zęby, aby ją pochłonąć.
Kocięta są takie urocze! Ach, jak ja bym chciała być na miejscu Sałatki i znaleźć takie trzy kruszynki! Chociaż najpierw przydałoby się znaleźć chociaż jakiegoś kogoś, kto by mnie chciał…

Poszukiwania biologicznego ojca dla kociąt Iskry i Miodka

✩ ★ ✩ ★ ✩

Była noc. Ciemna, zimna i wyjątkowo nienaturalnie cicha noc. Gdzieś w oddali pohukiwała sowa, sprawiając, że futro samo się podnosiło. Podniosłam spojrzenie w odcieniu lśniących gwiazd, chcąc ujrzeć, choć skrawek nocnego nieboskłonu.
Powinnam teraz być w obozie i leżeć obok swojego ukochanego partnera, wtulając się w jego miękkie, liliowe futro, ale zamiast tego, samotnie przemierzałam las w poszukiwaniu nadziei.
Ha, co za ironia losu! Kotka nosząca miano Iskrzącej Nadziei, właśnie przemierzała lasy terenu niczyjego w jej poszukiwaniu! Żałosna koteczka… Pytanie tylko po co, skoro pewnie i tak nie będzie umiała ich wychować, ani się nimi zająć?
Zadrżałam, kiedy kolejny silny podmuch wiatru zmierzwił mi moje puszyste, zadbane futerko. Czułam, że Pora Nagich Drzew nieubłaganie zbliża się wielkimi krokami.
Szkoda, że nie ma tu ze mną Miodka… On móg-
Poczułam na sobie czyiś ogon i instynktownie wysunęłam pazury.
— Co taka piękna dama robi w środku nocy w lesie całkiem sama, drżąc z zimna? Powiedz, jeśli tylko będziesz chciała, a Cię ogrzeje! Pamiętaj jednak, że wszystko ma swoją cenę. Twoją będzie rozgrzanie mojego serca po wieki wieków.
Podczas tego całego “wywodu”, nieznajomy zdjął swój ogon z mojej talii, zaczynając wokół mnie krążyć, a kiedy już skończył, stanął przede mną, ukazując mi swoje zielone tęczówki.
Zanim odpowiedziałam, obejrzałam go od góry do dołu, aby ocenić, czy jest po co się przy nim zatrzymywać. Nie oceniam zazwyczaj po wyglądzie, jednak w kwestii swojego potomstwa zależało mi na możliwie jak najlepszych genach. W końcu to moje pociechy! Moje malutkie promyczki!
Chyba wygląda w miarę okej, teraz został tylko charakter, aczkolwiek pierwszego wrażenia chyba gorszego zrobić nie mógł…” — pomyślałam, z powrotem kierując moje spojrzenie w kierunku jego oczu. — Serio, podrywasz mnie, a nawet nie znasz mojego imienia, nie wspominając już o charakterze czy czymkolwiek takim? — wytknęłam mu, a w moich oczach błysnęły iskierki rozbawienia.
Kocur jednak jedynie uśmiechnął się, nie zważając na moje słowa.
— Oh, ma pani, ależ przecież ty nie musiałaś znać mojego miana, aby zawrócić mi w głowie? A tak swoją drogą… Czy wierzysz może w miłość od pierwszego wejrzenia? Jeśli nie, to chyba będę musiał przejść obok jeszcze raz! Wyznam ci, że ja nie wierzyłem, dopóki me oczy nie padły na ciebie…
Wywróciłam oczami na zresztą kolejny już tani podryw samotnika, który znów zaczął mnie okrążać, stawiając swoje kroki z “gracją”, jakby próbował mi się podlizać. W końcu doszłam do wniosku, że on nawet nie próbował, tylko po prostu jawnie to robił.
— Pański Piesek — parsknęłam, strzepując swoim puchatym, czekoladowym ogonem.
— Istoto piękna, coś z mroku wyłoniła się wraz ze światłem onieśmielającym, ranisz me serce, choć wyglądasz na kotkę, co jej samej głos potrafi być takim kojącym. Za co, ah, za co robisz mi to piękna? Czymże ciem uraził? Czymże ciem poranił? Czymże zasłużył na gromy zsyłane z twych ślepi, chcąc zesłać mnie na coś jakby męka?
Zamrugałam kilkukrotnie niepewna tego, czy aby na pewno mi się nie przesłyszało. Westchnęłam cierpiętniczo, nie mając siły na robienie czegokolwiek. Nie wiedziałam, czy spotkam po drodze jakiegoś samotnika, który byłby skory mi pomóc, a tego dnia raczej nie pokonałabym już za dużej trasy. Mogłabym nawet spotkać kogoś, kto nie cackałby się w tańcu i zrobiłby mi krzywdę… Pokręciłam lekko głową w sumie do samej siebie.
Nie wierzę, że to robię…
— Słuchaj, nie mam pojęcia, jak masz na imię i czy mogę ci zaufać, ale przybywam na tereny niczyje w poszukiwaniu kocura, który byłby w stanie mi pomóc a jak na razie… Jesteś jedyną żywą duszą, jaką spotkałam spośród kotów.
Srebrny podniósł jedną brew, smagając ogonem.
— Kontynuuj — rzekł, siadając przede mną.
Przez kilka uderzeń serca się zastanawiałam.
Głupim byłoby od razu zdradzić mu mój cel ten podróży…”— pomyślałam, czekając jeszcze uderzenie serca.
— Jak na razie, potrzebuję miejsca, w którym mogłabym się zatrzymać i przenocować.
Pysk pręgusa rozjaśnił się, a on wstał z szerokim uśmiechem.
— To akurat mogę zrobić! Za mną, nieznajoma. Zdradzisz mi swoje imię?
Znów się zawahałam. A co jeśli kocur miał nieszczere intencje i tak naprawdę chciał zrobić mi coś?... Przełknęłam ślinę, zaczynając coraz bardziej się stresować.
Chwila moment, Iskra, opanuj się. Umiesz walczyć, przeszłaś trening z super mentorką. W razie co jakoś się obronisz!
— Jestem… Jestem Iskrząca Nadzieja… A Ty?...
Srebrny odwrócił głowę, a w jego zielonych ślepiach błysnęła radość.
— Masz przepiękne imię, Iskrząca Nadziejo. Mów mi Poświata.
W odpowiedzi niepewnie się uśmiechnęłam.
No to lecimy…” — pomyślałam, idąc za kocurem, od którego mogło zależeć, czy wrócę do domu, a jeśli tak, to czy z dobrymi wieściami.
Ciąg dalszy nastąpi…

Aktualnie

✩ ★ ✩ ★ ✩

Właśnie jadłam jeszcze ciepłą wiewiórkę, upolowaną przez Korowy Szept na patrolu łowieckim, który dosłownie chwilę wcześniej wszedł do obozu z pyskami pełnymi zwierzyny. Strzepnęłam swoim puchatym ogonem, zatapiając się w rozmyślaniach. Ostatnio coraz częściej zastanawiałam się nad losem uciekinierów z Klanu Wilka. Jak sobie radzili? Czy wszyscy jeszcze żyli? Czy czasami myśleli o swoich bliskich, których tutaj zostawili?... Od jakiegoś czasu pole moich rozmyślań powiększało się, co oznaczało rozmyślanie nie tylko o Miodowej Korze, ale i całej reszcie na większą skalę. Czułam się tak, jakby cały wszechświat, z Klanem Gwiazdy włącznie, próbował mi o nich przypomnieć. Mimo wszystko miałam nadzieję, że wiedzie im się jak najlepiej.

< Śnie? Sorry, że tak długo a tak mało o tobie:0 >