BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

01 września 2026

Od Fląderki

Fląderka przyglądała się swoim kociętom, które będąc pogrążone we śnie, leżały wtulone w jej czekoladowe futerko. Dzisiaj, zamiast klanowych legend zdecydowała się opowiedzieć kociakom o białym kocię mającego czerwone oczy, którego kiedyś spotkała.
– Być może wy również będziecie mieli okazję go spotkać i z nim porozmawiać. Od innego starszego kota, który należał do tego samo klanu, usłyszałam, że ten biały kot i jego rodzeństwo jest wyjątkowe. Sądzę, że może być kimś ważnym w Klanie Burzy, kimś na podobieństwo członka rodu królewskiego... – zamyśliła się, zastanawiając się, czy mogła w ten sposób mówić o Białym Strumieniu. – Jeśli go kiedyś spotkacie na zgromadzeniu, pozdrówcie go ode mnie – poprosiła, mając nadzieję, że te kocięta, które dostąpią zaszczytu mianowania na ucznia, będą pamiętać o jej małej prośbie.
Nie zdziwiłaby się, gdyby kocięta zapomniały i matczynej prośbie, zajęte własnymi obowiązkami czy poznawaniem swoich rówieśników. A z tego, co udało jej się zauważyć, jej kocięta dogadywały się z kociętami Sennej Łzy, co niekoniecznie odpowiadało przybranej córce Gąbczastej Perły. Nawet ich "babcię" wydawał się drażnić wybór kompanów przez przybrane wnuki.
Fląderka przeniosła spojrzenie na wyjście ze żłobka. Potencjalne mianowanie jej kociąt miało odbyć się lada moment. Kto by się spodziewał, że te książce tak szybko miną. Dopiero, co spotkała ich ojca, po czym medycy oznajmili, że spodziewa się kociąt. Później w oczekiwaniu na narodziny, została zastępczą mamą Pyzy i Bzyczka. Na samą myśl o dwójce sierotek poczuła ukłucie w sercu. Zastanawiała się, czy są szczęśliwi w Klanie Wilka i czy nie czują żalu do Klanu Nocy przez wzgląd, że zostali oddani. Żałowała, że nie może utulić ich do snu, jak to dotychczas robiła.
Zaczęła myśleć o innych kotach, które były jej bliskie, ale także odeszły – do przodków lub w nieznane. Centuriowa Łapa, Rezedowa Łapa, Mysiomózga Łapa, a nawet Konwaliowa Mielizna. Tęskniła za wspólnymi nocami, gdzie dzieliła ze zdegradowaną wojowniczką legowisko i grzały się nawzajem wtulone w swoje futra. Wymarzona Słodycz, mimo że była spokrewniona z Trzcinowym Szmerem, na dobrą sprawę została sama. Podobnie zresztą jak Fląderka. Dlatego też zaproponowała kocicy wspólną opiekę nad młodymi Flądry. Zastanawiała się również, czy Mandarynkowa Gwiazda pozwoliłaby szkolić rdzawej kocicy Centurie. Uczenie niemej kotki na pewno byłoby wymagające, sama opieka była wymagająca, jednak Flądra starała się sprostować każdej potrzebie czarnej kotki i była pewna, że Wymarozna Słodycz również by sprostała.
– J-jutro spróbuję porozmawiać z Mandarynkową Gwiazdą... może mi się uda poprosić o kilka minut rozmowy. Chciałabym, abyście wszyscy mogli zostać wojownikami. Ty również Komarze – mówiąc to, polizała po grzbiecie znajdujące się najbliżej niej srebrzyste kocie. – I może zainteresuje ją mój wybór potencjalnych mentorów dla was. Wiem, że te koty zadbają o waszą edukację najlepiej, jak mogą.

🐟🐟🐟

Od Drzemlika CD. Lipieńka

Drzemlik pokiwał głową, lekko oszołomiony z powodu całej tej sytuacji. Do tej pory nigdy nie widział kotów, które latały. Mimo wszystko zrozumiał każde powiedziane do niego słowo. Spojrzał na ślimaka i musnął jego muszlę delikatnie łapą, zaraz po geście Lipieńka, jakby w celu zachęcenia zwierzaka do wynurzenia się ze swojej “jaskinii”. Śluz wewnątrz schował się ciaśniej do skorupy, a zwęglony kocurek zmarszczył delikatnie brwi. Bardzo by chciał, żeby istotka już się obudziła. W końcu chcieli go nazwać, a on, jeśli miał jakikolwiek pomysł, to już zdążył o nim zapomnieć. Jego kolega parę uderzeń serca temu zawisł w powietrzu i kołysał się tak jeszcze parę razy, zanim wreszcie puścił łodygę i wylądował z pluskiem na brzuchu. Niebieski przeniósł wzrok, tym razem na znajomego, mając szczerą nadzieję, że nie zrobił sobie krzywdy. Chciał mu jakoś poprawić humor.
— Chyba jest nadal śpiący. Może poczekamy, aż się wyśpi i wtedy wyjdzie i go nazwiemy? — zaproponował, poruszając lekko ogonkiem. Tak, jak do tej pory oni się wysypiali każdego dnia. Nie chciał mu odbierać możliwości porządnego zaznania odpoczynku. Lipieniek zastanowił się jeszcze parę uderzeń serca, a uśmiech odrobinę mu zrzedł.
— Ale przynieśliśmy mu jedzenie… jeśli nie zje go za niedługo, to namoknie i może już mu nie będzie smakowało — zauważył słusznie, łapą przysuwając mech, o który przecież tak zawzięcie walczył jeszcze chwilę temu. Drzemlik zamruczał.
— Racja… to musimy jakoś go zachęcić do tego, żeby wyszedł. Ślimaczkuuuu? — miauknął, próbując zajrzeć do skorupki bez dotykania jej. Pupil jednak ani drgnął. Lipieniek śledził wzrokiem kompana, a potem poruszył się nieznacznie.
— Ja mam lepszy pomysł. Może tutaj jest mu zimno. Zanieśmy go do żłobka i wtedy pomyślimy, co dalej. Tam się ogrzeje i w dodatku będzie mu mniej mokro! Mało kto lubi być mokry, poza nami, Nocniakami! — powiedział z determinacją. Niebieski kocurek nie widział w tym pomyśle nic złego, dlatego też zgodził się szybko, zgarniając sprawnie tyle rzeczy dla malucha, ile był fizycznie w stanie.
Podnieśli się ze swojego miejsca i przemaszerowali do żłobka ostrożnie. Drzemlik w pyszczku trzymał mech, a Lipieniek ślimaka. Kolega niósł go niezwykle ostrożnie, a jednak i tak niebieski miał wrażenie, jakby ząbki kociaka były niedaleko od wbicia się w delikatną osłonkę. Widział na niej parę rysek pasujących do kształtu kłów, ale na szczęście zero ubytków. Odetchnął lekko w duchu.
— Wiesz Lipieńku, że uczę się już do tego, żeby zostać wojownikiem? Potrafię odtworzyć chwyty bitewne i… pozy polowania! — Pochwalił się Drzemlik, co było oczywiście kłamstwem – nie rozpoczął z nikim treningu, a wszystkie chwyty wymyślił sam. Jednak mógł być z tego dumny, bo nie każdy kociak przecież tak robił. Brązowy pewnie by mu odpowiedział, gdyby nie miał pełnego pyska. Gdy dotarli wreszcie nad jedno z posłań, położyli na kamieniu z mchem muszlę, pilnując, żeby nie wyślizgnęła się i nie przeturlała dalej. Lipieniek przyjacielsko szturchnął go w bark.
— Drzemliku, to może za ten czas, co czekamy, pokażesz mi, co potrafisz? Też chciałbym się już powoli do tego szykować. W końcu jestem od ciebie odrobinę starszy — powiedział pręgus. Żółtookiemu zatańczyły iskierki podekscytowania w lusterkach.
— Oooo, naprawdę chciałbyś się ode mnie uczyć? Dobrze więc! Zatem… przykucnij! — I na jego polecenie starszy przypadł nisko do ziemi, wpatrując się na niego z wyczekaniem. Mięśnie miał napięte, a ogon wysoko postawiony, niczym antenka. — Teraz… musisz postawić czujnie uszy! Iiiii… wypchnij tylną łapę do tyłu, a przednią do przodu. Połóż się na boku i gotowe!
Lipieniek spojrzał na niego, unosząc jedną brew do góry. Wyprostował się i przysiadł, owijając ogonem swoje przednie łapki. Teraz były mokre przez to, że na zewnątrz też było.
— Ale jak mam w takiej pozycji na cokolwiek zapolować? — zapytał, a zwęglony spojrzał na niego w zamyśleniu.
— Hmmm… w ten sposób zwierzyna sama do ciebie podejdzie! Nie będziesz musiał nic robić, tylko poczekać — zapewnił go entuzjastycznie. Nigdy wcześniej nie ustawiał się w ten sposób, a każdy ruch do tej pory wymyślił na poczekaniu. Doskonale się bawił. — Może nazwiemy go Ślimaczek Drzemlika i Lipieńka? — zaproponował po chwili ciszy, a bury wyraźnie się zamyślił, rozważając tę propozycję. Wreszcie, zwęglony sam położył się na boku, wysuwając łapki przed siebie, rozciągając się w ten sposób i wskutek delikatnego przesunięcia cielskiem kamienia, ślimak stoczył mu się na futro, zatapiając w krótkich kłosach.
— Ojej! Masz go na sobie. Daj, zdejmę go z ciebie — zaproponował Lipieniek, wyrwany z chwilowego odpłynięcia myślami, na co żółtooki pokiwał energicznie głową, niemal nie zrzucając pupila na grunt. Nie chciał przecież, żeby spadł! Musiał trwać w bezruchu. Dlatego też przestał się ruszać, kątem oka próbując śledzić, co działo się ze ślimakiem.

<Lipieńku?>

Od Kameliowej Łapy (Kameliowego Wianka)

Zimny wiatr poranka zdawał się wciskać pod futra kotów Klanu Burzy niczym niewidzialny cień, który z każdą chwilą odbierał resztki ciepła i pozostawiał po sobie jedynie nieprzyjemny chłód. Niebo szczelnie zasnuwały ciężkie, ołowiane chmury, spod których nie przebijał się nawet najdrobniejszy promień słońca, przez co całe obozowisko tonęło w szarej, przygaszonej poświacie. Powietrze wydawało się ciężkie od wilgoci, a poruszane wiatrem wrzosy kołysały się ospale, szeleszcząc cicho pomiędzy kamieniami. Był to jeden z tych dni, podczas których najrozsądniej byłoby po prostu pozostać pod ziemią i przeczekać kapryśną pogodę z nadzieją, że kolejny świt okaże się znacznie łaskawszy.
Ruda Lisówka najwyraźniej nie zamierzał jednak pozwolić swojej uczennicy na taki luksus.
Rudy wojownik wsunął się do legowiska uczniów spokojnym, równym krokiem, a jego błękitnawe spojrzenie szybko odnalazło białą sylwetkę Kameliowej Łapy. Przez kilka uderzeń serca przyglądał się jej w milczeniu, jak gdyby sam fakt, że siedziała już wyprostowana, zamiast spać wraz z pozostałymi uczniami, wydał mu się czymś zaskakującym. Wokół nich wciąż panowała cisza, przerywana jedynie miarowym oddechem śpiących kotów i cichym szelestem mchu, gdy któryś z uczniów poruszał się przez sen.
— Nie śpisz? — zapytał łagodnie, zerkając przelotnie na pozostałe legowiska. — Przecież ledwo zaczął się ranek.
Kameliowa Łapa zastrzygła uchem. Jej spojrzenie powoli odnalazło sylwetkę mentora, lecz nie potrafiła utrzymać z nim kontaktu wzrokowego dłużej niż przez krótką chwilę. Niemal natychmiast spuściła oczy na własne łapy.
— Ach... no tak... — odparła z bladym uśmiechem, w którym słodycz mieszała się z wyraźnym zmęczeniem. — Nie mogłam zasnąć. Próbowałam kilka razy, ale im dłużej leżałam, tym bardziej miałam wrażenie, że moje myśli po prostu... nie chcą się uspokoić.
Na moment zamilkła, po czym odwróciła głowę w stronę Tojada, który spał spokojnie z nosem schowanym pod ogonem. Serce Kameliowej Łapy biło zbyt szybko jak na tak cichy poranek, a niepokój, którego nie potrafiła nazwać, coraz mocniej zaciskał się wokół jej piersi.
— Jak myślisz... ile jeszcze księżyców spędzę jako uczennica? — zapytała w końcu cicho, kładąc uszy po sobie. — Mam wrażenie, że to trwa w nieskończoność. Codziennie uczę się czegoś nowego, codziennie robię wszystko, czego ode mnie oczekujesz, a mimo to nadal stoję w tym samym miejscu.
Jej oddech lekko przyspieszył.
— Czuję się... bezużyteczna. Jakbym nie robiła wystarczająco dużo dla klanu. Wszyscy wokół wykonują swoje obowiązki, polują, patrolują granice, opiekują się innymi, a ja wciąż słyszę tylko, że jeszcze nie jestem gotowa.
Każde kolejne zdanie wypowiadała coraz szybciej, a jej głos niebezpiecznie wspinał się ku wyższym tonom. Choć usiłowała nad sobą panować, nie potrafiła zatrzymać narastającej desperacji. Najbardziej przerażała ją myśl, że pozostali mogli dostrzegać w niej dokładnie to samo, co ona sama widziała każdego ranka — uczennicę, która potrzebowała znacznie więcej czasu niż powinna.
Ruda Lisówka nie odpowiedział od razu.
Pozwolił, by cisza wybrzmiała pomiędzy nimi, a dopiero po chwili skinął lekko głową.
— Chodź — powiedział spokojnie. — Wyjdźmy stąd.
Odwrócił się i wyszedł z legowiska, zatrzymując się dopiero kilka ogonów dalej. Kameliowa Łapa zawahała się jedynie przez moment, po czym ruszyła za nim posłusznie. Gdy stanęła u jego boku, uniosła ku niemu wzrok z cichą nadzieją, że znajdzie odpowiedź na pytania, których sama nie potrafiła już uciszyć.
Coraz częściej miała wrażenie, że bez czyjegoś wsparcia rozsypałaby się na kawałki.
Nie wiedziała jednak, czy taka była od zawsze.
Być może wszystko zmieniło się dopiero na wyspie Klanu Nocy, gdzie strach i bezsilność na dobre wrosły w jej pamięć. Odkąd wróciła, wspomnienia sprzed tamtych wydarzeń stawały się coraz bardziej zamglone, jakby należały do zupełnie innej kotki.
Lisówka zatrzymał się dopiero przy wyjściu z obozu. Przez chwilę wpatrywał się w szare niebo, jak gdyby sam szukał odpowiednich słów.
— Nie wszystko da się przyspieszyć — odezwał się w końcu cicho. — Wiem, że chciałabyś już odzyskać wojownicze imię i znowu poczuć się częścią patroli, ale pośpiech bardzo rzadko prowadzi do czegoś dobrego. Czasami trening trwa dłużej, niż sami byśmy tego chcieli, jednak długość szkolenia nie świadczy ani o twojej wartości, ani o tym, jakim wojownikiem zostaniesz.
Odwrócił ku niej pysk, a jego spojrzenie złagodniało.
— Robisz postępy, Kameliowa Łapo. Być może sama ich nie dostrzegasz, ponieważ patrzysz na siebie znacznie surowiej niż ktokolwiek inny, ale uwierz mi... dzień, w którym ponownie otrzymasz wojownicze imię, zbliża się z każdym kolejnym wschodem słońca.
— Ale ja... nie jestem w stanie powtarzać sobie tego przez następny księżyc... — jęknęła, a jej uszy przywarły do głowy, podczas gdy ogon nerwowo smagnął ziemię. — Ja naprawdę muszę w końcu otrzymać wojownicze imię. Błagam, powiedz mi... czego mi brakuje? Co robię źle?
W jej głosie pobrzmiewała desperacja, której nie potrafiła już ukryć. Nie pytała z ciekawości. Szukała odpowiedzi, której mogłaby się uchwycić, choćby była bolesna.
Ruda Lisówka zadrżał ledwie dostrzegalnie.
Przez krótką chwilę przyglądał się swojej uczennicy w milczeniu, jak gdyby starannie dobierał słowa, które nie pogłębiłyby jej niepokoju. W końcu na jego pysku pojawił się łagodny, niemal ojcowski uśmiech.
— Niczego ci nie brakuje — odparł spokojnie. — Po prostu potrzebujesz jeszcze trochę cza—
— Nie. — przerwała mu natychmiast.
Jej odpowiedź przecięła powietrze szybciej, niż zdążył dokończyć zdanie.
— Nie potrzebuję czasu. Potrzebuję rozwiązań.
Zapadła cisza.
Lisówka westchnął cicho, po czym odwrócił wzrok ku wrzosowiskom falującym pod naporem wiatru. Przez kilka uderzeń serca wydawał się nad czymś zastanawiać, aż w końcu przechylił lekko pysk i ponownie spojrzał na Kameliową Łapę.
— Skoro tak bardzo chcesz wiedzieć... — odezwał się w końcu, jakby każde kolejne słowo musiał najpierw dokładnie przemyśleć. — Nadal największą trudność sprawiają ci biegi długodystansowe.
Kotka milczała przez dłuższą chwilę, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczami, jakby próbowała znaleźć w jego słowach coś, czego mogłaby się uchwycić. Wiedziała, że miał rację — przynajmniej częściowo — lecz gdzieś głęboko w niej narastało zmęczenie ciągłym czekaniem. Nie chciała już słyszeć, że potrzebuje więcej czasu. Chciała wreszcie udowodnić, że jest gotowa, chciała stanąć przed całym klanem i usłyszeć słowa, na które czekała od tak wielu księżyców.
— Dobrze. Więc zaczynajmy. — Jej głos zabrzmiał bardziej stanowczo, niż się spodziewała. — Jeśli trzeba, poświęcę cały dzień na naukę.
Lisówka przyglądał jej się przez moment, po czym jedynie lekko skinął głową.
— W porządku.

***

Wiatr uderzał w nią ze wszystkich stron z uporem, którego nie sposób było zignorować. Sunął szerokimi falami ponad rozległą polaną, przeczesując wysokie źdźbła traw i wprawiając je w jednostajny, kołyszący taniec, po czym z całą siłą rzucał się na Kameliową Łapę. Szarpał jej gęste, śnieżnobiałe futro, wciskał się pomiędzy pojedyncze włosy i chłodził rozgrzane od wysiłku ciało, jak gdyby usiłował zmusić ją do zatrzymania się, zanim jeszcze zdoła nabrać właściwego tempa.
Zimne podmuchy raz po raz uderzały ją w bok lub smagały pysk, zmuszając do mrużenia oczu, lecz mimo to nie zwalniała. Zaciskała szczęki i biegła dalej, starając się ignorować narastające zmęczenie mięśni oraz nieprzyjemne napięcie, które od samego rana nie opuszczało jej ciała. Miała wrażenie, że ciężar spoczywa nie tylko na barkach, lecz także gdzieś głęboko pod żebrami, skąd rozlewał się po całym wnętrzu niczym zimno wsiąkające w kamień podczas jesiennego deszczu.
Jej futro, które zazwyczaj skutecznie chroniło ją przed chłodem nawet podczas najzimniejszych nocy, tym razem wydawało się zaskakująco bezużyteczne. Każdy powiew bez trudu przenikał przez gęstą sierść, pozostawiając po sobie nieprzyjemny dreszcz. Po chwili doszła jednak do wniosku, że to chyba nie wiatr był prawdziwym źródłem tego uczucia.
To nie pogoda sprawiała, że drżała.
To własne myśli.
Stres ściskał ją mocniej niż lodowaty podmuch, przez co nawet najprostsze czynności wydawały się dziwnie obce i trudniejsze niż zwykle. Otwarta polana, na której trenowała już niezliczoną ilość razy, dziś nie wydawała się znajoma. Rozległa przestrzeń sprawiała wrażenie większej niż kiedykolwiek wcześniej, a ciężkie chmury wiszące nad głową potęgowały uczucie niepokoju, jakby cały świat obserwował ją w milczeniu, czekając na wynik próby.
Na razie jednak nic szczególnego się nie działo.
Rozgrzewała mięśnie spokojnym truchtem, pozwalając, by ciało stopniowo przyzwyczajało się do wysiłku. Co pewien czas zatrzymywała się, wyciągała przednie łapy, rozluźniała barki, wyginała grzbiet i ostrożnie napinała mięśnie zadu, dokładnie tak, jak uczono ją przez ostatnie księżyce. Każdy ruch wykonywała niemal odruchowo, lecz myśli wcale nie podążały za ciałem. Krążyły gdzieś daleko, nieustannie wracając do jednego pytania.
Czy naprawdę jest gotowa?
Serce biło jej gwałtownie, odbijając się echem w uszach. Miała wrażenie, że za chwilę wyrwie się z piersi i pogna przed siebie szybciej od niej samej, zostawiając ją samą z własnym zwątpieniem.
Nie rozumiała tego uczucia.
Przecież podobne ćwiczenia wykonywała już wcześniej. Biegała z Lisówką niezliczoną ilość razy. Wielokrotnie ścigali się przez wrzosowiska, pokonywali nierówności terenu i ćwiczyli wytrzymałość, a jednak żaden wcześniejszy trening nie sprawiał, że oczekiwanie stawało się niemal nie do zniesienia.
Dzisiejszy dzień był inny.
Nie potrafiła wyjaśnić dlaczego.
Po prostu to czuła.
Zatrzymała się na moment i wzięła kilka głębokich oddechów. Chłodne powietrze wypełniło płuca, lecz zamiast przynieść ukojenie, jedynie jeszcze wyraźniej uświadomiło jej, jak szybko bije serce. Powoli uniosła wzrok.
Lisówka właśnie kończył rozciąganie. Przeciągnął się leniwie, rozluźniając barki, po czym wyprostował sylwetkę. Gdy spojrzał w jej stronę, ich oczy spotkały się na krótką chwilę.
Kameliowej Łapie przemknęło przez myśl, że jego spojrzenie jest zadziwiająco przenikliwe. Nie było w nim ani surowości, ani niecierpliwości, lecz coś znacznie trudniejszego do opisania — spokojna uważność wojownika, który potrafił dostrzec znacznie więcej, niż sam dawał po sobie poznać. Przez jedno uderzenie serca miała wrażenie, że Lisówka widzi wszystkie jej obawy, choć nie wypowiedziała ich na głos.
Nie zapytał jednak o nic.
Może rozumiał, że istnieją lęki, z którymi każdy kot musi zmierzyć się sam.
— Przyśpieszymy trochę, a później przejdziemy do pełnego sprintu — odezwał się spokojnie, ruszając przed siebie pewnym, równym krokiem. — Nie rzucaj się od razu całym ciałem do przodu. Najpierw znajdź własny rytm. Dopiero później pozwól, by szybkość przyszła sama.
Kameliowa Łapa słyszała każde słowo, które wypowiadał Lisówka, choć jego głos zdawał się docierać do niej z oddali, przytłumiony przez szum wiatru, szelest wysokich traw oraz przyspieszone bicie własnego serca. Wiedziała, że powinna uważnie słuchać, ponieważ zawsze starała się to robić. Szacunek, którym darzyła swojego mentora, sprawiał, że jego rady przyjmowała z powagą i skupieniem, chłonąc każde pouczenie niczym wyschnięta ziemia pochłaniająca pierwsze krople długo wyczekiwanego deszczu. Tym razem jednak słowa Lisówki nie chciały pozostać w jej pamięci, jakby jej umysł nie był w stanie zatrzymać żadnego z nich na dłużej.
Nie wynikało to z braku szacunku ani z niechęci do słuchania. Przeciwnie, Kameliowa Łapa bardzo chciała zrozumieć wszystko, co mentor próbował jej przekazać, lecz pod powierzchnią tej chęci narastało coś znacznie silniejszego, coś, czego nie potrafiła już dłużej ignorować. Pragnienie biegu wypełniało ją od środka i zdawało się płynąć razem z krwią, wprawiając mięśnie w delikatne napięcie oraz każąc łapom niecierpliwie przesuwać się po wilgotnej ziemi.
Polana rozciągała się przed nią szeroko, niemal bezkresnie, a jej powierzchnię pokrywały wysokie trawy, które pod naporem chłodnego wiatru pochylały się raz w jedną, raz w drugą stronę. Ich źdźbła ocierały się o siebie z cichym, jednostajnym szelestem, tworząc dźwięk przypominający odległy szept lasu. Ziemia była jeszcze wilgotna po wcześniejszym deszczu i pachniała świeżością, mokrymi korzeniami oraz mchem, którego woń unosiła się gdzieś pomiędzy zapachami traw.
Jej pierwsze kroki były jeszcze pełne ostrożności, lecz z każdym kolejnym susłem ciało zaczynało przypominać sobie naturalną lekkość ruchu. Pazury lekko zagłębiały się w wilgotną glebę, zapewniając jej stabilne oparcie, a mięśnie pracowały coraz płynniej, reagując na każdy ruch niemal bez udziału świadomości.
Wraz z biegiem zaczęło ustępować napięcie, które od wielu dni nie pozwalało jej zaznać spokoju. Kameliowa Łapa czuła, jak ciężar zalegający gdzieś pod żebrami stopniowo się rozprasza, jakby każdy kolejny krok pozostawiał za nią cząstkę niepokoju. Myśli, które jeszcze przed chwilą tłoczyły się w jej głowie, traciły swoją ostrość i znaczenie, rozpływając się pod wpływem rytmicznego ruchu. Przypominały ślady pozostawione na wilgotnej ziemi, które wiatr zacierał niemal natychmiast po tym, jak się pojawiły.
Jeszcze przed chwilą każda z tych myśli wydawała się ciężka niczym mokry kamień, lecz teraz Kameliowa Łapa nie potrafiła już przypomnieć sobie większości z nich. Pozostał jedynie rytm jej oddechu, miarowe uderzenia łap o ziemię oraz szum wiatru przesuwającego się przez trawy.
Z każdym kolejnym krokiem przyspieszała.
Jej łapy zaczęły uderzać o twardą ziemię z coraz większą pewnością, wzbijając spod opuszek drobne grudki wilgotnej gleby, które rozpadały się w powietrzu, zanim zdążyły opaść na trawę. Mięśnie barków, grzbietu i tylnych łap pracowały zgodnie, napinając się i rozluźniając w płynnym rytmie, który pozwalał jej poruszać się szybko bez utraty równowagi. Nawet gdy pod jedną z łap przemknął ukryty pod trawą korzeń, jej ciało zareagowało natychmiast, korygując krok, zanim zdążyła o tym pomyśleć.
Wiatr, który wcześniej smagał jej futro i wciskał chłód między włosy, przestał wydawać się przeciwnikiem. Zamiast tego zaczął towarzyszyć jej w biegu, chwytając za sierść na bokach i karku, rozwiewając ją za plecami oraz chłodząc rozgrzaną skórę. Przynosił ze sobą zapach mokrych traw, odległego lasu i deszczu, który prawdopodobnie wkrótce miał ponownie spaść na ziemię. Kameliowa Łapa wciągała głęboko powietrze, pozwalając, by chłód wypełniał jej płuca, a następnie wypuszczała je w rytmie kolejnych susów.
Jej serce biło coraz szybciej, lecz zamiast niepokoju przynosiło jej to dziwną, niemal upajającą pewność. Każde uderzenie zdawało się mówić jej, że jest silniejsza, niż sądziła, a każdy kolejny oddech dodawał jej sił. Strach, który jeszcze niedawno zaciskał się wokół jej wnętrza niczym cierniowy krzew, powoli odsuwał się coraz dalej. Nie zniknął całkowicie, lecz przestał mieć nad nią władzę.
Kameliowa Łapa biegła coraz szybciej.
Otwarta przestrzeń rozciągała się przed nią, a granica polany zdawała się oddalać z każdym kolejnym susem. Wysokie trawy rozmywały się po bokach w zielonoszare smugi, pojedyncze krople wody strącone z ich źdźbeł osiadały na jej sierści, a chłodny wiatr przeciskał się pomiędzy włosami. Gdzieś wysoko nad polaną przemknął samotny ptak, którego ciemna sylwetka na moment odcięła się od szarego nieba, zanim zniknęła za koronami drzew.
Kameliowa Łapa nie zwracała jednak uwagi na nic poza drogą przed sobą.
Ciężkie niebo przestało mieć znaczenie, podobnie jak chłód, wilgoć i narastające zmęczenie. Wszystko, co jeszcze przed chwilą wydawało jej się ważne, zostało gdzieś daleko za nią. Liczył się jedynie ruch, który pozwalał jej przez chwilę zapomnieć o wątpliwościach i obawach. Po raz pierwszy od dawna czuła, że jej ciało oraz myśli poruszają się w tym samym kierunku, bez żadnego oporu.
Nie zauważyła nawet chwili, w której zrównała się z Lisówką.
Dopiero kiedy dostrzegła go kątem oka, zdała sobie sprawę, że mentor biegnie teraz tuż obok niej. Jego oddech był cięższy niż wcześniej, a sierść na bokach poruszała się przy każdym szybkim wdechu, lecz spojrzenie pozostawało skupione i czujne. Kameliowa Łapa rzuciła mu krótkie spojrzenie, które trwało zaledwie kilka uderzeń serca, po czym ponownie zwróciła wzrok przed siebie.
Wtedy poczuła, że może pobiec jeszcze szybciej.
Nie zastanawiając się nad tym, wysunęła się przed mentora. Jej ciało samo znalazło właściwy rytm, a łapy niosły ją z niezwykłą lekkością, jakby przez wszystkie księżyce treningu czekała właśnie na ten moment. Nie obejrzała się za siebie, ponieważ po raz pierwszy nie czuła potrzeby sprawdzania, czy ktoś za nią nadąża.
Biegła dalej, pozwalając, by wiatr rozwiewał jej futro, a ziemia usuwała się spod łap w szybkim, niemal nieprzerwanym rytmie.
Wtedy zza pleców dobiegł ją donośny głos Lisówki.
— Kameliowa Łapo! Wystarczy!
Zwolniła dopiero po kilku kolejnych susach, ponieważ jej ciało potrzebowało chwili, by podporządkować się rozkazowi. Najpierw wydłużyła odstępy pomiędzy krokami, potem stopniowo zmniejszyła tempo, aż w końcu zatrzymała się na środku polany. Przez moment stała z pochyloną głową, ciężko dysząc, podczas gdy jej boki gwałtownie unosiły się przy każdym oddechu.
Chłodne powietrze wypełniało jej płuca, lecz gardło wciąż piekło od wysiłku. Czuła wilgoć na sierści oraz delikatne drżenie mięśni, które przypominało jej o tym, jak wiele sił włożyła w ostatnią część próby. Mimo zmęczenia nie czuła jednak żalu, że się zatrzymała. W jej wnętrzu wciąż pozostawała lekkość, której nie zaznała od bardzo dawna.
Odwróciła się i spojrzała na mentora.
Lisówka zatrzymał się kilka kroków dalej, również ciężko dysząc. Jego boki unosiły się szybko, a oddech przez chwilę zagłuszał nawet szum traw. Mimo zmęczenia na jego pysku pojawił się jednak uśmiech, niewielki, lecz pełen szczerego zadowolenia.
Przez kilka chwil nie mówił nic.
Po prostu patrzył na nią.
Kameliowa Łapa znała to spojrzenie. Widział ją jako uczennicę, która przez wiele księżyców popełniała błędy, potykała się, podnosiła i próbowała ponownie, lecz tym razem w jego oczach dostrzegła coś więcej niż zwykłą aprobatę. Dostrzegła dumę, której Lisówka nawet nie próbował ukrywać.
— Brawo... udało ci się... — powiedział w końcu pomiędzy ciężkimi oddechami. — Przeszłaś test na wojowniczkę, Kameliowa Łapo.
Kameliowa Łapa znieruchomiała.
Przeszła.
Naprawdę przeszła.
Wszystkie księżyce treningów, wszystkie porażki i chwile zwątpienia, każde bolesne ćwiczenie oraz każdy sukces nagle połączyły się w jedną, niezwykle prostą prawdę. Wszystko, przez co przeszła, doprowadziło ją właśnie tutaj.
Przypomniała sobie pierwsze treningi, kiedy każda nowa umiejętność — niezwykle prosta dla każdego innego burzaka — wymagała od niej ogromnego wysiłku. Pamiętała dni, w których wracała do obozu ze zmęczonymi łapami i obolałym ciałem, zastanawiając się, czy kiedykolwiek stanie się wojowniczką, jaką chciała być. Pamiętała również te nieliczne chwile, gdy udało jej się zrobić coś lepiej niż wcześniej, a Lisówka pozwalał sobie na krótkie, dumne spojrzenie.
Teraz wszystkie te wspomnienia wróciły jednocześnie.
W jej gardle pojawiło się wzruszenie, tak silne, że przez chwilę nie była w stanie odpowiedzieć. Serce nadal biło jej szybko, lecz tym razem nie miało to nic wspólnego z wysiłkiem. Czuła ciepło pod powiekami i delikatne drżenie wąsów, gdy próbowała powstrzymać napływające łzy.
Nie chciała płakać, ponieważ wydawało jej się, że powinna powiedzieć coś godnego tej chwili.
Nie znalazła jednak żadnych odpowiednich słów.
Lisówka nie naciskał.
Po chwili odezwał się ponownie, tym razem znacznie ciszej.
— Wiem, wiem… Mówiłem ci, żebyś poczekała. Jednak… Naprawdę dobrze opanowałaś większość umiejętności. Zasługujesz na to, by w końcu zyskać nowe imię.
Kameliowa Łapa uniosła na niego wzrok, lecz odpowiedź nadal nie chciała przejść jej przez gardło. Wszystko, co mogła powiedzieć, wydawało jej się zbyt małe wobec tego, co czuła. Przez wszystkie księżyce marzyła o tej chwili, a teraz, kiedy wreszcie nadeszła, rzeczywistość wydawała się niemal zbyt wielka, by mogła ją objąć.
Jeszcze przed chwilą była uczennicą, która ciągle próbowała udowodnić, że jest gotowa, by zostać wojowniczką. Teraz wiedziała, że jej czas jako Kameliowej Łapy powoli dobiega końca. Niedługo stanie przed całym klanem, a imię, które nosiła przez tak wiele księżyców, zostanie zastąpione imieniem, które będzie należało już tylko do niej.

***

— Ja, Zawodząca Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go ją jako kolejnego wojownika.
Kameliowa Łapa słyszała każde słowo, lecz niemal żadne nie pozostawało w jej myślach na dłużej.
Siedziała nieruchomo, próbując zachować powagę należną ceremonii, jednak jej wnętrze przepełniało tak wielkie szczęście, że trudno było jej skupić się na czymkolwiek.
— Kameliowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Kameliowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Kameliowy Wianek. Klan Gwiazdy ceni twoją dobroć i rozwagę oraz wita cię jako nową wojowniczkę Klanu Burzy.
Wokół niej zaczęły rozbrzmiewać głosy klanu.
— Kameliowy Wianek!
Imię powtarzało się coraz głośniej, podchwytywane przez kolejne koty, aż w końcu cała przestrzeń obozu wypełniła się wołaniem. Kameliowy Wianek słuchała go z szeroko otwartymi oczami, czując, jak serce przepełnia jej się dumą oraz wdzięcznością.

31 sierpnia 2026

Od Księżycowego Odłamka

 (dawno temu zaraz po porwaniu) 

Skulił się w swoim nowym, małym, drucianym więzieniu, próbując usłyszeć cokolwiek, co pozwoliłoby mu określić gdzie się znajduje, jednak patrząc na jego sytuację, mógł jedynie zgadywać, że pewnie w jakimś gnieździe dwunożnych. Jego teoria wcale nie była błędna. 
Znajdował się w średniej wielkości pokoiku pachnącym kurzem, do którego napływały dwa główne źródła zapachów. 
Jeden z uchylonego okna, który zamiast świeżego powietrza przyniósł jedynie stęchliznę spalin, oraz drugi, przedostający się przez szparę pod drzwiami, który był o wiele ciekawszy i przyjemniejszy, dzielący się z gośćmi zapachami kuchennymi, do których należały wonie, jakich Księżyc nigdy wcześniej nie czuł. Bardzo długo był cicho, najpierw próbując przedostać się przez metalowe pręciki klatki, a gdy to się nie udało i zaczynał popadać w coraz większą rozpacz i frustrację, pozostało mu zawodzić tak długo, aż się nie zmęczył i znowu nie skulił w kulkę, kiwając się na boki i nucąc sobie pod nosem na uspokojenie. Jak długo ma tu siedzieć? Dzień? Miesiąc? Wieczność? I właściwie to po co? Przecież mieli tyle miejsca, po co mieliby go trzymać, jako, dla przykładu, zakładnika? Zmarszczył na krótko nos - nie, to nie miało najmniejszego sensu. Minęły kolejne godziny, podczas których zaglądano do niego ze dwa razy, podsuwając jedzenie (odmówił zjedzenia dziwnie pachnącej papki, aż nie przynieśli mu czegoś lepszego, co nie śmierdziało podejrzanie) lub wydając dźwięki, które, jak zgadywał, pewnie były mową dwunożnych. Nie robili mu na razie krzywdy, więc pozwolił sobie na chwilę normalnego oddychania, zamiast zatrzymywania powietrza w płucach na dłuższą chwilę tylko po to, by potem westchnąć ciężko, gwałtownie. 
Dzięki temu wszystkiemu (znaczy, uspokojeniu), zdołała dotrzeć do niego mała, aczkolwiek istotna informacja, że wszędzie, gdzie by nie odwrócił pyska, czuć było intensywny zapach innego kota. Być może jego nos już tak bardzo przywykł do smrodu wielu kotów, że ta jedna woń nie rzuciła mu się jako pierwsza do głowy, a może to wina jego nieuważności, niemniej jednak, informacja trzasnęła go w pysk z zaskoczeniem. Co więcej, właściciel zapachu był całkiem blisko. Na tyle blisko, że gdy dwunożny w końcu wyszedł, a słońce zaczęło tracić swój żar, ustępując długim cieniom, zza wysokiej, zagłuszającej dźwięk bariery (potocznie zwanej drzwiami), odezwał się po chwili wahania cichy głos. 
- Śmiesznie pachniesz - dało się słyszeć zza drzwi. Zanim odpowiedział, usłyszał odgłos drapania pazurami o drewno, głośną prośbę o wpuszczenie do środka, a zaraz potem odgłos dwunożnego, który najpewniej odmówił, bo drzwi pozostały zamknięte. Może to i dobrze. Z pyska drugiego kota wydostało się krótkie sapnięcie zawodu. - Nigdy nie rozumieją... ty tak czasem śpiewasz? Moi dwunożni pozamykali resztę drzwi, żeby cię nie słyszeć - zamruczeli z rozbawieniem - Ale oni tak mają, nie znają się. - kolejne szuranie i zirytowane wypuszczenie powietrza, spowodowane niepowodzeniem. Księżyc poruszył uchem szczęśliwy, że ma do kogo chociaż pysk otworzyć i dzielić wspólny język, nie ważne, czy okaże się ten ktoś wrogiem czy przyjacielem. 
- Kim jesteś? To twój obóz? - spytał, ze zdumieniem słysząc w uszach dźwięk własnego głosu. 
- Jestem Pralinka - przedstawiła się dumnie - Pani i władca tego domu. 

jezu zdążyłam. 
wybaczyć proszę za wypociny, dawno takich z siebie nie wyplułam paskudnych. 

Od Bryzki CD. Skowronka

Bryzka nawiązała kontakt wzrokowy z braciszkiem i pokręciła po paru uderzeniach serca łebkiem, śmiejąc się pod nosem, jednocześnie mrużąc oczka, jakby nie mogła w to wszystko uwierzyć.
— No co! Zobaczysz, wygram! — powtórzył się dymny z determinacją, moszcząc się na swoim miejscu. Ich boki się stykały, a śpiew świerszczy zaczął coraz to dokładniej docierać do legowiska zbudowanego z gęsto porośniętych krzewów.
Skowronek wpadł na Miodowy Ul i Jesionową Szadź! Gdyby tylko widział swój pyszczek, gdy otrzymał ochrzan… Na samą myśl w oczach Bryzki zakręciło się coś ze złośliwości. Miała ochotę jakoś mu to wypomnieć, żeby w porównaniu do niego, była tą lepszą, jednak tak się złożyło, że porzuciła tę myśl. Zdjęła mu pazurkiem z dymnych kłosów ostatni paproch z mchu, chichrając się przy tym cicho.
— Głupio wyglądasz, taki oblepiony przez te paskudztwa — miauknęła mu, wycierając z powieki łezkę spowodowaną nadmiernym śmianiem się. — Widziałeś ich miny, gdy wepchnąłeś im się prosto na łapy? — dodała, podwijając lekko ogon ku górze, niczym wiewiórka i zaniosła się dawką śmiechu. Z każdym nabieranym powietrzem podnosił się odrobinę wyżej. Miodowy Ul, zaraz po tym, gdy kocurek wpadł głównie na nią, zaczęła dopytywać go, czy wszystko było w porządku, Jesionowa Szadź zaś obserwowała go, jakby w celu znalezienia jakiegoś zranienia. W złota końcu była większa i co za tym idzie, to raczej dymny bardziej ucierpiał na tym zderzeniu, niżeli ona, dorosła karmicielka. Szylkreteczka jednak uznała tę sytuację za niezwykle zabawną. A zabawna była głównie dlatego, że to nie ona na nie wpadła. Nie wyobrażała sobie siedzieć tak, ze spłaszczonymi uszami przy głowie i zgarniać ochrzan za zabawę!
Kocurek położył po sobie lekko uszy, ale po uderzeniu serca uśmiechnął się raz jeszcze, po czym szturchnął ją lekko w bark. Wiedział, że tylko się z nim droczyła.
— Pfff! Bryzko! — powiedział jej, nie dokańczając jednak zdania. Wyglądał tak, jakby wytworzył w głowie nowy, misterny plan, w którym tym razem to ona miała być tą zgarniającą nieprzychylne słówka. Koteczka zadarła brodę ku górze dramatycznie, uniosła ogon wysoko i zaczęła maszerować przez żłobek, aczkolwiek nie obrała sobie żadnego konkretnego kierunku. Chciała jedynie się podroczyć z bratem i poudawać chwilę, że go wcale nie słuchała. Kocurek wstał ze swojego miejsca i po chwili zrównał z nią kroku, próbując ją prześmiewczo naśladować w chodzie. Kocica nagle popchnęła go na jedno z pustych posłań, uskakując na bok w razie, gdyby planował pociągnąć ją ze sobą. Wieczór był chłodny, dlatego zamierzała zapewnić mu ostatnią rozrywkę na dziś, żeby się rozgrzać! I przy okazji sobie wzajemnie podokuczać, ale to tak z miłości.
Kruczoczarny wydał z siebie cichutki okrzyk zaskoczenia, gdy przysłoniła go wysuszona ściółka. Głośny szelest poniósł się po kociarni, a zaraz po nim donośny śmiech koteczki, gdy Skowronek wygrzebał się ze “słomy” i próbował odszukać ją wzrokiem. W momencie, w którym nawiązali kontakt wzrokowy, szylkretka zapiszczała i rzuciła się w ucieczkę, a potem rozpoczęła się wielka pogoń po żłobku. Wymijała posłania starannie, chociaż i tak niejednokrotnie nadepnęła na czyjś ogon lub ściółkę, posyłając ją prosto na pyszczek Skowronka.
— Nie złapiesz mnie! — podjudzała go, gnając przed siebie niczym mała łasica. Ogon wywijał jej na boki, a uszy położone miała tak płasko przy głowie, że aż zaczynały ją z tego powodu boleć. Nie skupiała się na tym jednak szczególnie, jako iż najważniejsze w tej chwili było to, by brat jej nie dogonił!

<Braciszku?>

Od Bryzki

Bryzka oblizywała swoją łapę, którą miała niestety okazję zabrudzić. Większą część pyłu udało jej się już zdjąć ze śnieżnobiałych, drobnych, acz gęstych pasm. Teraz pozostało… przednimi kłami chwyciła swoje pazurki w celu wysunięcia ich lepiej i wyczyszczenia skóry, chowającej zestaw igiełek. Na świat ostatnio przyszło naprawdę wiele kociaków. Nie dość, że Kwaśna Kocanka urodziła trójkę kwilących obecnie maluchów, to jeszcze Miodowy Ul wraz z Jesionową Szadzią… patrząc na malutkie kulki przyciśnięte do boku matek, szylkretka czuła swego rodzaju ciepło w sercu. Jeszcze nie tak dawno temu ona również była taka malutka. Patrząc na niektórych wojowników… nadal była dosyć mała. Ale według niej była już duża! Wielka! Już nawet mogła jeść pokarm stały, a nie tylko mleko. Po skończeniu pielęgnacji popatrzyła na stojącego przed rodzeństwem Nocnego Śpiewaka. Trzymał w pysku ryjówkę. Dzisiaj po raz pierwszy miała spróbować zwierzyny. Nie mogła się doczekać! Na sam widok zwierzątka oczka jej zalśniły z fascynacji. Po chwili zerknęła z ukosa na Skowronka, a potem z powrotem na ojca.
— Tato, ale ja jestem taka głodna! Nie najem się jednym. Czy przyniósłbyś drugiego? — miauknęła błagalnie, robiąc do niego duże oczka. Bursztynooki zamyślił się na chwilę.
— Jesteś pewna? Ten nornik jest dużą porcją jak na was dwójkę — przyznał, unosząc jedną brew do góry. Po chwili jednak pokiwał głową, gdy zauważył, że Bryzka nie zamierzała zmienić zdania. Zależało jej na tym, żeby mieć całą sztukę dla siebie! A tego mógł zjeść jej brat, ten nornik już chwilę leżał… ona chciała zjeść świeżego! — Dobrze. Zaraz wrócę.
— Hurra! — Szylkretka zastrzygła wąsami, uśmiechając się szeroko. Skowronek spojrzał na nią podejrzliwie.
— A co jest z tym nornikiem nie tak, że nie chcesz go zjeść ze mną? — zapytał, przybliżając się do niej trochę. Bryzka przewróciła oczami.
— Bo tym się nie najem, skoro mam się podzielić z tobą! A jeśli dostaniemy osobno, to każdy zje sobie tyle, ile będzie chciał — wyjaśniła mu, wzdychając przed udzieleniem odpowiedzi. Męczyło ją to. Dlaczego Skowronek nie mógł się domyślić? Młodziak kiwnął głową, po czym zabrał się do jedzenia. Początkowo nie był pewien, jak powinien w ogóle rozpocząć – czy wyrwać te kępki brązowego futra, czy może wgryźć się razem z nim w mięso i po prostu je zignorować. Niebieska zaś wypatrywała ojca w wejściu do żłobka, nie mogąc się doczekać swojej porcji! Pachniała nieziemsko. Dźwięki wydawane przez posilającego się brata tuż obok trochę ją dekoncentrowały, ale nie robiła w tej chwili nawet nic, co by wymagało skupienia. Wreszcie sylwetka wojownika znalazła się z powrotem kociarni, z następnym nornikiem. Na sam widok młódce aż ślinka pociekła. Gdy starszy położył przed nią zdobycz, spojrzała raz jeszcze na dymnego. Kocur zdążył zjeść już połowę. Nie mogła być gorsza! Musiała zjeść przed nim.
Dlatego wgryzła się w zdobycz łapczywie, odrywając zbyt duży kawałek. Przyjemny posmak rozpłynął jej się po podniebieniu, aż postawiła uszy ze zdziwienia. Nornik był dużo smaczniejszy, niż przypuszczała. Zaczęła go żuć tak długo, aż wreszcie zmieścił jej się cały w pyszczku i był nawet akceptowalnie zmielony. Przełknęła duży kęs, sięgając po drugi. Z nim również uporała się dość szybko, jednak ta porcja przeszła jej dość opornie przez gardło. Z każdym kolejnym gryzem jedzenie stawało się coraz to mniej przyjemne do konsumowania, aż wreszcie zaczął boleć ją brzuch, ze względu na ilość połykanego w jednej chwili jedzenia. Zaburczało jej cicho, a koteczka pomasowała łapą miejsce, które jej doskwierało. Jej mina przypominała taką, jakby miała zaraz zwrócić to, co przed chwilą zjadła. Skowronek zaś zajadał się powoli w najlepsze tym, co dał mu ojciec. Trochę mu teraz tego zazdrościła; w końcu ona nie mogła się już tym cieszyć. Sam widok nadgryzionej nornicy sprawiał, że miała ochotę zwymiotować. Spojrzała na kocura, który w tej chwili wylizywał swoją łapę, jednocześnie mając oko na maluchy. Zauważywszy, że coś doskwierało młódce, zmartwił się trochę.
— Nie smakuje ci, Bryzko? — zapytał, strzygąc wąsami. Koteczka pokręciła głową.
— Smakuje, ale… to za duża porcja — powiedziała, czując cofającą się do jej gardła żółć. Przełknęła ją z niesmakiem, wystawiając język w geście obrzydzenia. Chyba taka ilość jej zaszkodziła…
Bursztynowe oczy Wilczaka zalśniły ze zmartwieniem, ale i pewną dawką stanowczości.
— Oczy chciały więcej, niż brzuch mógł zmieścić, co? — pokręcił głową, uśmiechając się delikatnie. — Dobrze. To zostaw, ja dokończę. Boli cię brzuch? — zadał następne pytanie, a niebieska szylkretka poczuła, jak zaczyna jej się lekko kręcić z tego wszystkiego w głowie. Czuła się tak, jakby zjadła ogromną piłkę mchu, a nie parę kęsów zwierzyny. Pokiwała lekko główką na słowa kocura. Nocny Śpiewak przysunął się odrobinę, po czym pochwycił zwierzątko i w paru zwinnych ruchach pochłonął je całe, żeby nie marnować jedzenia. — Czy chcesz iść do medyka? Chudy Grzbiet cię obejrzy. Żebyś mi tylko się nie pochorowała! — powiedział kruczoczarny. Końcówka jego ogona poruszała się w niespokojnym rytmie. Brzózka położyła się plackiem na brzuchu, poczuła się odrobinę lepiej. — Nie... poleżę sobie chwilę i powinno mi się polepszyć — zapewniła ojca, przez cały ten czas nawet nie spoglądając na Skowronka. Nie chciała, żeby widział ją w takim stanie, mimo że takie życzenie było awykonalne. Położyła łeb na swoich łapkach i przymknęła oczy w nadziei, że zaśnie i może, gdy się obudzi, poczuje się lepiej.

Od Węgorza

Węgorz był niezbyt przekonany co do pomysłu Kongera… niezbyt zaskakujące. Zwęglony kocur nie lubił miasta, nie lubił się tam zapuszczać, niezbyt mu się widziało być złapanym i znowu siedzieć w smętnym szarym budynku z klatkami. Kradnięcie jedzenia z parapetu było idiotyczne, mogli po prostu coś upolować, ostatnio zielonookiemu coraz lepiej to szło.
— Czy my naprawdę musimy tam iść? Przecież teraz w lesie jest pełno zwierzyny… a oni są niebezpieczni i w ogóle nie chcę się tam zapuszczać. — Młodszy kocur marudził całą drogę pomimo tego, że truchtał za starszym. — Niepotrzebne narażanie się — burknął.
— Cicho, młody. Las jest bardziej niebezpieczny, mało jeszcze wiesz o życiu, a zachowujesz się, jakbyś miał co najmniej osiemdziesiąt księżyców na karku.
— Ale-...
— Cicho. — Jego przybrany ojciec uciął dyskusję, zanim Węgorz mógł wytoczyć jakikolwiek kolejny argument. Zielonooki coś tam zabrzęczał pod nosem, ale już więcej się nie odezwał, aż dotarli do jednego z domów na skraju lasu.
— Jeśli coś ci się stanie, to nie będę cię ratował — skłamał Węgorz, siadając na słupie od ogrodzenia… jakby coś się stało Kongerowi, to od razu by próbował cokolwiek zadziałać. Nie doczekał się odpowiedzi, bo jego nieoficjalny ojciec ruszył w stronę domu.
Konger wślizgnął się do domu przez otwarte okno i wkrótce wyskoczył z obiecującym łupem w pysku, zamieszkujący dom Dwunożny nie był zadowolony z tego faktu, bo wkrótce za sobą usłyszeli krzyki i wrzaski, ale obydwa koty były już za daleko, aby właściciel skradzionego jedzenia mógł cokolwiek im zrobić.

Od Drobnego Ukojenia

Pora Zielonych Liści rozpoczęła się na dobre, zsyłając z nieba kotom przyjemne promyczki słońca. Jednak pomimo tego, że pogoda nie doskwierała jakoś specjalnie, to łapa kotki nadrabiała w uprzykrzaniu protektorce życia. Bóle były doprawdy nieznośne, w najgorsze dni próbowała unikać jakiegokolwiek poruszania się. Jednak pomimo tego wszystkiego miała dość dobry humor, wszakże jej relacja z Białym Strumieniem poprawiła się znacznie od czasu, kiedy wszystko sobie wyjaśnili i pomimo nieporozumienia, udało się uratować ich… no właśnie, co?
Drobna nie była pewna czy chciała przypinać do tego łatkę “przyjaźni”, bo… przecież nie zachowywała się z Białym Strumieniem tak, jak z jakimkolwiek innym kotem. Było to zdecydowanie inne, nie mogła być pewna, co do odczuć albinosa, co trochę ją stresowało. Wydawało jej się, że Burzak dzielił jej niezbyt określone uczucia, ale nie miała dobrego odniesienia, jak kocur zachowywał się w stosunku do innych kotów, w końcu widziała go jedynie, jak byli sami… co nie dawało zbyt dobrego porównania.
Wschodzące słońce grzało grzbiet niebieskiej kocicy, wyszła na spacer już jakiś czas temu, kiedy niebo dopiero zaczęło się rozjaśniać. Drobne Ukojenie wyciągnęła się wygodnie w wysokiej trawie. Nie chciała się teraz zamęczać myśleniem o tym wszystkim, na pewno wszystko się rozwiąże w swoim czasie… tylko w jaki sposób?

Od Milczącej Łapy do Wymarzonej Słodyczy

Milczek spojrzał zafascynowany na kotkę przed nim. Nazywała się chyba jak dobrze pamiętam Wymarzona Słodycz. Gdyby mógł zadałby już jej milion pytań, co było zapewne widać po jego wzroku. Zmierzchająca Fala zostawił ich akurat na chwilę, aby znaleźć jeszcze jednego chętnego na patrol, ale sytuacja między dwójką zdawała się być dosyć niezręczna. Szylkretka patrzyła ciepło na młodego kocurka, najwyraźniej nie widząc co powiedzieć. Młodziak zasłyszał nawet gdzieś informację, że jej rodzice należą do innego klanu. Wojowniczka była, więc dla kremusa co najmniej interesująca.
— Wszystko dobrze Milcząca Łapo? — zapytała w końcu troskliwie, choć dosyć niepewnie kotka, a kocurek kiwnął głową.
— Zmierzchająca Fala mówił, że mam pomóc ci nauczyć się łowić ryby. Trochę razem potrenujemy — zaświergotała kotka, wpatrując się w czyste niebo.
Zmierzchająca Fala wrócił w końcu do towarzystwa, sprowadzając ze sobą nowe. Kocurowi towarzyszka teraz niezbyt zadowolony Morszczynowy Wąs. Młody arlekin mógłby stwierdzić, że wyglądał na zburzonego ze snu zimowego jak niedźwiedź czy inne zabawne stworzenia, o których wspominali mu, gdy był w żłobku. Cała grupa ruszyła w stronę Zrujnowanego Mostu, gdzie Morszczynowy Wąs zaczął polowanie kawałek dalej, a reszta grupy stała na kawałkach drzewa. Milczek wpatrywał się w rzekę, łagodnie machając ogonem.
— Uspokój trochę ten ogon, bo wpadniesz do wody — zasugerował dymny kocur, a kremus kiwnął głową na zgodę.
Skierował swoje oczy na Wymarzoną Słodycz, której właśnie udało się wyłowić śmieszna zieloną rybkę o kolczastych płetwach. Milczek przyglądał się chwilę złowione mu stworzeniu, aby zapamiętać jego wygląd.
— To jest okoń. Bywa trudny do złapania, chociaż tym razem się udało — miauknął Zmierzchająca Fala.
— Teraz twoja kolej — miauknęła ciepło Słodycz, ale widząc przerażone spojrzenie ucznia z od razu zorientowała się, że nie uważał, gdy pokazywała mu instrukcję. Nachyliła się nad taflą wody i w odpowiednim momencie włożyła prędko łapę do wody, aby po chwili wyciągnąć z niej kolejne pożywienie. Milczek spróbował zaraz po kotce, gdy obok nich zaczęła nadciągać podwodna ławica rybek. Ledwie zdążył jednak wsadzić swoje łapsko w wodę, towarzystwo rozproszyło się płochliwie uciekając.
— To płotki. Trudno jest je złapać nawet wojownikom. Nurt jest dosyć spokojny, dlatego tu są — wyjaśnił Fala, a Milczek kiwnął głową.
Kremus spróbował jeszcze raz i jeszcze raz, aż w końcu za którąś próba udało mu się złowić raczej niewielkiego okonia. Wypiął pierś dumny jak paw.
— Nauhc whecej! — miauknął Milczek, patrząc na Wymarzoną Słodycz.
„Ona przynajmniej wydaje się nie wymagać ode mnie wszystkiego na teraz, zaraz” pomyślał kremus.


<Wymarzona Słodycz?>

[391 słów + łowienie ryb]

Od Wężynowego Splotu do Rogatego Flaminga

Przez ostatnie parę księżyców, dni Wężynowego Splotu wyglądały bardzo podobnie. Kocica budziła się po wschodzie słońca i zaczynała swoją pielęgnację, po której spotykała się z innymi wojowniczkami w obozie na plotki. Ten konkretny dzień różnił się od wszystkich pozostałych tym, że Juniorka w obozie siedziała całkowicie sama. Nie przepadała ona za samotnością. Od jakiegoś czasu, będąc bez żadnego towarzysza obok, do głowy wpadały jej depresyjne myśli nie do zagłuszenia, perfekcyjnie wręcz rujnując wojowniczce cały dzień. Tęskniła za czasami, kiedy jeszcze tak łatwo było wybronić się jej z jakichkolwiek zarzutów, teraz jednak coraz częściej dostrzegała swoje wady i docierało do niej, to jak słaba była w rzeczywistości. Aktualnie szczególnie ważne było dla niej udowodnienie, że jednak tak jak zawsze sądziła, była najlepsza i idealna, co wcale, tak łatwo nie przychodziło. Dalej była dobrą aktorką i potrafiła przed innymi udawać silną i pewną siebie, chociaż w środku była załamana. To wszystko zaczęło się z utratą brata, a potem następnego, wciąż jednak miała przy sobie Rosiczkową Kroplę i… Niestety Żmijowcową Wić. Utrata siostry najpewniej by ją dobiła… Juniorka energicznie potrząsnęła głową, nie chcąc o tym myśleć, oby tylko nic nie wykrakała. Jeśli jednak to Żmijowiec by odszedł, cóż, to z pewnością podbudowałoby zielonooką. Nagle jednak przypomniała sobie o czymś kluczowym, w końcu miała jeszcze jednego brata, a w zasadzie pół-brata. Jej zielone spojrzenie szybko obiegło obóz w poszukiwaniu młodego wojownika, gdy w końcu dostrzegła go siedzącego w słońcu niedaleko źródełka. Mowa oczywiście o Rogatym Flamingu – żałosnej próbie Wężynowego Kła wdarcia się do rodziny królewskiej. Na samą myśl o tym Wężynka prychnęła ze śmiechu. Rozumiała matkę, lecz sądziła, że dało się to zrobić w o wiele lepszy sposób, niżeli zachodząc w ciążę z zastępcą!
Wężynowego Splotu do tej pory z Flamingiem łączyła jedynie ta sama matka i prawdopodobnie te same wartości wpojone do łbów. Nigdy nie czuła potrzeby integracji z kocurem, obawiała się, że mógł wyrosnąć na drugiego Żmijowca (co nie było komplementem) i już od momentu jego narodzin widziała w nim konkurencję. Miał dużo lepszy start niż Juniorka, sam fakt, że na czole kocurka była ta brudna plama rodu! Ona, w przeciwieństwie do księcia, musiała zapracować na swoją pozycję i zaufanie członków klanu. Nie dostała tego razem z opuszczeniem brzucha matki. Wężynka przymrużyła oczy, intensywniej wpatrując się w drugiego kota, a w głowie analizowała całą jego postać. Rogaty Flaming szybko stał się faworytem matki przez ten właśnie krwisto czerwony znak na czole, co potwornie frustrowało Juniorkę, bo przecież to ona do tej pory była oczkiem w głowie Wężynowego Kła. W każdej kłótni z rodzeństwem rodzicielka obierała jej stronę i to zawsze jej prawiła najpiękniejsze komplementy. Dlaczego przestała patrzeć na swoją ukochaną pierworodną z tym samym błyskiem dumy w oku co kiedyś? Teraz wolała spoglądać w stronę najmłodszego syna… Ugh! To nie powinno tak wyglądać! Przecież logiczne, że Rogaty Flaming nie dorastał Juniorce do pięt! Źrenice szylkretki zwęziły się, pokazując, jak powoli ogarniała ją furia. Z trudem przełknęła ślinę, zatapiając się w nowych zarzutach w stronę pointa, które pojawiały się w jej głowie. On nigdy nie wybawił żadnego kota z okrutnej paszczy śmierci, nie przeżył też wielkiej powodzi ani w zasadzie w żadnym stopniu nie pomógł swojemu klanowi! Był równie bezużyteczny, co obślizgły robal wyjęty z gleby! To tak niesprawiedliwe! Złość wojowniczki przekroczyła wszelkie granice, a ona sama czuła się całkowicie bezradna, bo co mogła uczynić? Jak miała wrócić na pierwsze miejsce w rankingu Wężyny, skoro Flaming miał być spełnieniem marzeń kocicy o wstąpieniu w szeregi najbardziej wpływowych kotów w Klanie Nocy? Panika zaczęła ściskać serce Juniorki, które gwałtownie przyspieszyło z momentem zrozumienia, że straciła to, co było dla niej w życiu najcenniejsze, czyli miłość matki. Zdawała sobie sprawę z konkurencji w postaci Żmijowca, lecz miała nadzieję, że była w stanie go przebić, jednak teraz, gdy na jej drodze stanął kolejny silny rywal, czuła, że nie miała najmniejszych szans na powrót do łask Wężynowego Kła. Musiała się uspokoić, w tym celu wojowniczka zamknęła oczy, odpuszczając chwilowo temat Rogatego Flaminga i skupiła się na wyrównaniu swojego oddechu. Z każdym uderzeniem serca Juniorce coraz łatwiej było złapać tlen, ale jej nastrój ani trochę się nie poprawił. Nie mogła z tym zwyciężyć w ten sposób, potrzebowała się na kimś wyżyć i doskonale wiedziała już kogo obrać na swoją ofiarę. Wycelowała swe ślepia prosto w spokrewnionego księcia, podnosząc się jednocześnie z miejsca. Serce biło kotce jak szalone, uszy miała położone, a ogon drżał nerwowo. Pozornie pewnym krokiem z wysoko uniesioną brodą ruszyła w stronę kocura, układając w głowie plan działania. Z każdym postawieniem poduszki, dystans między kotami zmniejszał się razem z pewnością Wężynowego Splotu. Obawiała się przegranej kłótni, ale teraz było już za późno. Do tej pory kocur zapatrzony był w jakiś odległy punkt, jednak gdy starsza przyrodnia siostra stanęła przed nim łaskawie, zwrócił na nią uwagę, posyłając pytające spojrzenie.
— Mógłbyś sunąć zad? — zapytała spokojnie Wężynka, intensywnie wpatrując się w kota, chcąc tym samym wywrzeć na nim presję.

<Rogaty Flamingu?>