Przeszłość
Przyjemne, słabe promyczki słońca zostały odebrane mu nagle, niczym drobną piszczkę, którą dopiero co podarowano kocięciu chwiejącym się na własnych łapach. Błękitne niebo zostało przestrzelone masą przerywanych, gęstych chmur, całe szczęście, białych. Flaming pomyślał więc dość pewnie, że nie czekał ich deszcz, co go pocieszyło. Może będzie mógł jeszcze się nawygrzewać… jaka szkoda, że ta pokraka mu to wszystko zepsuła. Gdyby nie ona, wykorzystałby miłe promyczki do samego końca, a teraz musiał stać tak, w cieniu i marznąć. Przynajmniej trafiła im się nie najgorsza Pora Nagich Drzew. Nie była wcale mroźna, a śniegu to on nie widział. Nie znał pojęcia ani obowiązku odśnieżania legowisk z powodu nadmiaru białych płatków z nieba, zbijających się w śliską, mroźną górę lodu, ani poduszek łap tak popękanych i twardych z powodu niesprzyjających warunków, że aż krzywiły nieszczęśnikom pyski. Dni teraz przepełnione były szarością i burością, niebo nieczęsto czyste było od chmur, dlatego ten dzień był taki wyjątkowy dla młodego księcia. Piękne kolory powoli wyłaniały się z przymarzniętych drzew, za niedługo z pewnością wszystko zakwitnie, a tereny pokryją się pięknością… oczywiście już teraz pewna piękność stąpała każdego dnia po nich, a raczej na razie tylko w obozie, jednak przyjdzie jeszcze jego czas… jeszcze pozwiedza sobie wysepki, wszystkie! Wszystkie, o których tylko usłyszał. Pokaże każdemu, jaki wspaniały jest. Poziom wody w okolicach Klanu Nocy podniósł się, ale było to na tyle nieszkodliwe, że nikt nie przykładał temu faktowi jakiejś ogromnej wagi. Jeśli byłoby blisko do powodzi, z pewnością Mandarynkowa Gwiazda, jego babka, albo Błękitna Laguna zażądaliby przeprowadzki w bezpieczniejsze miejsce, przynajmniej na czas trwania niebezpieczeństwa.
Spojrzał oceniająco na bukiet, jaki przyniosła kotka, a jego pysk wyrzeźbiony został w dość wymowną mimikę. Zrobił dramatyczną przerwę, zanim jakkolwiek się odezwał. Odchrząknął, a na kufie wymalowało mu się teraz obrzydzenie, jakby poprzedni gest nie był wystarczający.
— Te chwasty nie są tak wspaniałe, jak gwiazdy na niebie. Ledwo je przypominają — prychnął, a potem dźwignął się na swoje łapki i stanął nad prezentem, po czym szturchnął go kończyną, jakby sprawdzał, czy się nie rozsypie. Kwiaty, całe szczęście, wytrzymały to. — Gwiazdy na niebie świecą jasno, jarzą się niczym małe, blade płomyczki na ciemnym nieboskłonie. Te kwiaty nawet tego nie potrafią. Są jedynie marną imitacją czegoś tak wspaniałego — Fląderka już miała wziąć bukiet, zauważywszy, że się nie spodobał, jednak point zagrodził jej drogę, marszcząc nos. Gdy czekoladowa się wycofała, podniósł brodę ku górze i zerknął na nią z ukosa, wreszcie przymykając oczy raz jeszcze, na parę uderzeń serca. Zrobił do czekotki ruch łapy, którym polecał jej dość lekceważąco, żeby się oddaliła.
— Zostaw to i idź już sobie — powiedział stanowczo. Brązowooka kiwnęła głową i odeszła niepewnie, końcówka ogona drgała jej odrobinę. Fakt, że nie broniła się w żaden sposób, sprawiał, że w jego sercu zagościła swego rodzaju… złość, o ile było to trafne słowo. Dlaczego nie robiła sobie nic z tego? Najprawdopodobniej dlatego, że nie mogła. Flaming usadowił się wygodnie obok nich i rozejrzał dookoła. Nikt nie był w tym momencie skupiony na nim. Pochylił się więc nad prezentem i pochwycił w pysk parę kwiatów, które następnie starannie wplótł sobie w futro na kicie. Płatki rzeczywiście przypominały gwiazdy, w dodatku nie wyglądały źle. Skoro kiedyś miał posiąść gwiazdy, nie widział żadnego powodu, by nie zacząć ich nosić już teraz, od dzisiaj.
***
Teraźniejszość
Rogata Łapa, odkąd został uczniem, coraz mniej rozmawiał z matką, z dnia na dzień. Ich konwersacje stały się krótkie i dość wręcz niezręczne momentami. Nie działo się tak bez powodu – wszystko to wzięło się od rozmowy z jego mentorką, Mandarynkową Gwiazdą. Babka zasugerowała mu, że nie warto mieć kontaktu z Wężynowym Kłem, co sprawiło, że point poczuł się… zagubiony, pierwszy raz w życiu. Zbyt silne przywiązanie się do jednej kotki mogło sprawiać, że jego osądzanie innych uległoby zmianie, ponieważ nie patrzyłby przez pryzmat logiki, a emocji i tego, co czuł względem swojej rodzicielki. Matka była dla niego wszystkim. Zrezygnowanie z niej ot tak nie było wcale proste. Jednak rezygnowanie ze swojej wspaniałej opinii, jaką zdążył wyrobić sobie do tej pory w Klanie Nocy, nie było wcale rozsądniejsze czy prostsze. Musiał więc poświęcić jedną z tych rzeczy. Był kimś więcej niż tylko czyimś synem czy wnukiem. Kontakt zawsze dało się naprawić. Reputacji niekoniecznie. Raz nadszarpnięty wizerunek mógł nawiedzać go do końca życia i przypominać o sobie każdego dnia. Nocniacy nie zapominali takich rzeczy łatwo, szczególnie ci, którym zależało na plotkowaniu. Rozmyślał nad tym tak często i dużo, że chodził nierzadko rozkojarzony, gdy wracał z treningów w celu zaczerpnięcia odpoczynku i spożycia czegoś, by zapchać jakoś żołądek domagający się pożywienia. Jeśli chciał być legendą, kotem godnym naśladowania, nie mógł polegać na matce już tak bardzo. Stał się dorosłym kocurem, musiał podejmować odpowiedzialne i dobre decyzje.
— Rogata Łapo… — głos srebrnej przywrócił go do teraźniejszości, wyrywając go tym samym z widocznego zamyślenia. Wyruszył dzisiaj na drugi trening z bursztynooką, w celu ograniczenia rozmów z matką, a także polepszenia własnych umiejętności. Każda dodatkowa lekcja była z jego inicjatywy i wydawało się, babce wcale to nie przeszkadzało, mimo podeszłego już wieku. Chciał, żeby widziała, że się starał. Chciał jej uznania. Jej spojrzenie zaczynało łagodnieć, jednak nie na tyle, by nagle stała się innym kotem. Miał wrażenie, że dostrzega w jej ślepiach niekiedy uznanie, albo coś na wzór budującej się akceptacji, co sprawiało, iż miał ochotę podskakiwać z radości niczym małe kocię. Gdy szylkretka dopytywała, czy się przypadkiem nie przemęcza, odpowiadał jej dość sprytnie, na tyle, żeby mu uwierzyła nawet w małym stopniu. I najlepsze było w tym wszystkim to, że nie kłamał. Chciał być lepszy, chciał, żeby jego umiejętności były na naprawdę wysokim poziomie. Musiał się bardzo, bardzo starać. — Twoja matka ma sposób myślenia, który niekoniecznie zawsze sprzyja stabilności Klanu Nocy. Ty, jako mój wnuk… — podjęła się, robiąc chwilę przerwy, jakby potrzebowała przyzwyczaić się do tych słów, nie przerywał jej. — Powinieneś mieć własny sposób myślenia. Nie możesz stać w czyimś cieniu. Nawet w cieniu własnej matki. Kot z twoim potencjałem nie powinien ograniczać się do przeciętności. Stercząc za kimś, nie widzisz, dokąd zmierzasz, ponieważ twoja wizja jest przysłonięta przez cudze futro — powiedziała dość chłodno, a każde słowo kocur chłonął niczym gąbka wodę. Poczuł, jak coś w nim się samo z siebie napina, to co właśnie usłyszał, nie było wcale łatwe do przetworzenia. Musiał słuchać się babki. Była najwyżej postawiona i to jej zdanie liczyło się w tym momencie najbardziej. Jeden zły ruch i nie skończyłoby się to dobrze dla jego reputacji i ego… Jego końcówka ogona drgnęła, jakby ktoś go szturchnął. Nie był niczyim cieniem. Był sobą, od zawsze taki był… prawda? Czy naprawdę widziany był jako cień swojej matki? Jeśli miał wybrać między doskonałą relacją z Wężynowym Kłem a zostaniem przyszłą legendą Klanu Nocy… Jego źrenice lekko się zwiększyły. Czy dało się w ogóle wybrać tylko jedną z tych dwóch opcji? Serce młodziaka zabiło parokrotnie, niespokojnie, szybciej niż zwykle. Chciał stać się kotem godnym miana bohatera, takiego, co by każdy go chciał wspominać. Odczuwał również wewnętrzną potrzebę utrzymania kontaktu z matką. Jeśli będzie samodzielny, to będzie silniejszy, a jeśli będzie najsilniejszy, to nikt nie odważy mu się postawić…
Wreszcie skinął lekko głową. Wcale nie został postawiony przed prostą decyzją do podjęcia. Jej słowa brzmiały jak coś, za czym powinien podążać, za czym należało się rozglądać, a nie oczekiwanie, że nagle magicznie się zmieni, w to przynajmniej chciał wierzyć. Nie pozmienia wszystkiego w jeden dzień, ale może z czasem. Niebieskooki przez parę uderzeń serca milczał. Słowa Mandarynkowej Gwiazdy nie brzmiały jak rozkaz, który powinien wykonać w tej chwili, a raczej jak coś oczywistego, co do tej pory po prostu umknęło jego uwadze.
— Rozumiem, Mandarynkowa Gwiazdo — miauknął pewnie, chyląc przed babką łeb z szacunkiem. — Jeśli chcę stać się kimś więcej, nie mogę już polegać na innych, tylko w głównej mierze na sobie. Muszę przestać opierać się jedynie na tym, co poznałem do tej pory — dorzucił jeszcze, spokojnie owijając ogon wokół swoich łap. Czuł się tak, jakby powierzono mu właśnie misję bez podanych kroków, w jaki sposób powinien ją ukończyć… — I zacznę od tego teraz.
***
— Niech wszystkie koty, które umieją polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się na zebranie klanu! — donośny głos srebrzystej poniósł się echem po kotlinie obecnie cierpiącej z powodu skwaru tak dotkliwego, że mało kto miał ochotę wychodzić z legowisk. Usłyszawszy jednak głos przywódczyni, koty Klanu Nocy postawiły się przed mównicą. Całe szczęście, że otoczeni byli przez gęsto rozrzucone dookoła trzciny, one dość sprawnie blokowały przepływ promieni słońca, oferując potrzebującym miejsce do skrycia się. Starsza ułożona była na jednej z gałęzi drzew, mimo to było widać ją wyraźnie. Rogata Łapa zjawił się jako pierwszy, sadowiąc się wygodnie i wpatrując w babkę z zaciekawieniem. Czy przyszła pora na jego mianowanie? Wspominając swoją ceremonię na ucznia, przysunął ogon bliżej siebie i zauważył trochę już ususzone kwiaty, które przyniosła mu Fląderka, gdy był mniejszy. Nieważne…
— Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika — zrobiła przerwę, spoglądając na swojego wnuka. Rogata Łapa napuszył sierść dumnie, uśmiechając się. Wyprostował się również, by prezentować się lepiej. Miał świadomość, że na niego patrzyli. Musiał dobrze wyglądać! — Rogata Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia? — spytała szczerze, a jej kita uderzała delikatnie o gałąź, aż wreszcie spadł ku dołowi bezwładnie. Point nie musiał się zastanawiać nad tym długo, do tego momentu przygotowywano go od momentu narodzin.
— Przysięgam — powiedział dumnie, siląc się na nieco inny, poważniejszy ton, niż dotychczas. Na szczęście udało mu się zamaskować napięcie, które rozpierało jego serce i częściowo zaciskało gardło. Miał wrażenie, jakby wszystko działo się szybciej, niż powinno. A z drugiej strony czuł, że zasługiwał na zostanie wojownikiem szybciej, niż… Urodziwy Szafirek. Ta głupia kocurzyca. Doczekała się ostatnio swojej ceremonii. Jego futro falowało odrobinę na ciepłym wietrze, który muskał także jego frędzelki, zawijając je odrobinę.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Rogata Łapo, od tej pory będziesz znany jako Rogaty Flaming. Klan Gwiazdy ceni twoją rozsądność i pracowitość oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy — zmrużył oczy z zadowoleniem. Rogaty Flaming. Imię to rozbrzmiało w jego głowie donośnie, odrobinę inaczej, niż jego poprzednie, czyli Rogata Łapa. “Łapa” przestało już do niego należeć. Teraz był flamingiem i musiał zrobić co w jego mocy, żeby imię te przynosiło kotom na myśl coś wspaniałego, niepokonanego dopóty, dopóki to on je nosił. Przywódczyni zeskoczyła zgrabnie z drzewka i oparła łeb na jego głowie, na co łaciaty polizał ją w bark tak, jak nakazywała tradycja. Napięcie zeszło z niego dopiero wtedy, kiedy koty za nim zaczęły donośnie skandować jego imię. Wszystko było dokładnie tak, jak sobie wyobrażał, że będzie.
— Rogaty Flaming, Rogaty Flaming! — krzyczeli, a ich głosy niosły się echem po całym obozie Klanu Nocy, wychodząc może i nawet lekko poza niego. Odwrócił się wreszcie do nich, niczym największy celebryta i zmierzył ich wszystkich wzrokiem, zapamiętując, kto wrzeszczał najgłośniej, a kto zupełnie się nie zjawił. Chłonął każdy dźwięk wydobywający się z ich pysków.
***
— Chodź tutaj — rzucił do niej spokojnie, bez podnoszenia głosu, co samo w sobie różniło się od tego, do czego zdążył się z pewnością odrzutek przyzwyczaić. Gdy tylko brązowooka zauważyła go i zaczęła się zbliżać, obserwował każdy jej krok. Czy zachowywała się inaczej, czy zareagowała później niż zwykle, czy spoglądała na niego inaczej, niż tym swoim wzrokiem zbitego psa? Gdy znalazła się przed nim, nie wykrył w niej niczego nowego. Wszystko było po staremu. — Przyniesiesz mi nowe kwiaty, bo tamte już wyschły — rozkazał jej, wskazując na pojedyncze, ususzone już, śnieżnobiałe kwiaty w kształcie gwiazd.
<Fląderko, ładne te kwiaty>