BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

20 sierpnia 2026

Od Bryzki do Nocnego Śpiewaka

Młódka wysunęła pazurki i wbiła je w miękkie podłoże pod sobą. Potoczyła wzrokiem po ścianach żłobka i wszystkim dookoła, co tylko jej się pojawiło. Spojrzała na Nocnego Śpiewaka, który siedział tuż obok nich i rozmawiał o czymś zawzięcie ze Skowronkiem. Szylkretka jakiś czas temu otworzyła po raz pierwszy oczy, pamiętała, jak wszystko zdało jej się niezwykle ciekawe i kolorowe. Nie sądziła, że świat otaczający ją wyglądał właśnie w ten sposób… a teraz, im więcej próbowała podróżować, tym silniejsze stawały się jej łapki i nie była zmuszona do “pełzania”, czyli ciągnięcia siebie przednimi, a tylnymi odpychania lekko od gruntu. Dzięki umiejętności chodzenia mogła podziwiać zupełnie nowe rzeczy, każda cieszyła jej oczka – jedna mniej, druga bardziej. Teraz jednak pojawiła się pewna różnica, której nie dało się przegapić – była w stanie ustać na łapkach dużo dłużej, niż wcześniej.
— Tato, pobawisz się z nami? — zapytała wysokim głosikiem, wlepiając duże patrzałki w wojownika. Kocur zamyślił się i szybko kiwnął głową. Dymny kocurek zdawało się, był delikatnie niepocieszony. Najprawdopodobniej dlatego, że skończył rozmowę z Nocnym Śpiewakiem. Niebieska dostrzegła, że odkąd tylko zyskali chociaż trochę świadomości, jej braciszek bardzo ubiegał się o uwagę rodzica, co wywoływało w niej również lekkie ukłucie, chociaż nie była jeszcze pewna czego dokładnie. Przewidziała pytanie, jakie miało paść za moment z pyska bursztynookiego. Strzepnęła małym uchem. — Pobawmy się w wyznawcę Klanu Gwiazdy i wojowników Klanu Wilka! — poprosiła, a wręcz zażądała, tym samym nie pozwalając Skowronkowi na wybór ich aktywności. Kocurek jednak, zauważywszy, że ojciec nie zaprotestował, a wręcz ucieszył się delikatnie na te słowa, wyglądał na spokojniejszego. Bryzka nie wiedziała jeszcze, o co chodziło z wyznawcami, była zbyt mała, żeby to rozumieć, dlatego dla niej była to jedynie zabawa, którą akurat tak nazwano. Dorosły odchrząknął.
— Nie przejdziecie ani skrawka dalej! Przegonię was z naszych terenów, innowiercy! — kruczofutry nastroszył sierść wzdłuż kręgosłupa, wyginając grzbiet w łuk i strzygąc wąsami, gdy jego ogon wywijał na boki niczym bicz. Bryzka spojrzała na Skowronka, a po chwili kiwnęli głowami w tym samym czasie. Rzuciła się w stronę ojca, wczepiając się w jego łapy. Braciszek zaś pochwycił futro na jego brzuchu i podciągając się ku górze, wbił małe pazurki w bark kocura, próbującego strząsnąć z siebie kociaki, oczywiście tak, żeby nie stała im się krzywda. Gdy Bryzka była już pewna swojej wygranej, siłując się z kończyną ojca od paru uderzeń serca, wyobrażając sobie siebie jako wspaniałą wojowniczkę, obsypywaną pochwałami z każdej strony, rodzic nagle zawarczał donośnie, po czym odepchnął ją lekko, przez co upadła na grzbiet, pokonana. Dymnego jednak spotkało coś dużo gorszego, ponieważ Nocny Śpiewak odwrócił łeb w jego kierunku i jednym zwinnym ruchem zdjął z siebie kociaka, jako iż był drobnej budowy, za skórę na karku. Młodziak zawisł z jego pyska, ogon podkulił domyślnie pod brzuch, a łapki miał uniesione ku górze. Zaczął nerwowo wywijać kończynami, dopóki nie położono go na gruncie. Gdy nawiązali kontakt wzrokowy z siostrzyczką raz jeszcze, rzucili się w stronę Nocy, nie dając za wygraną, mimo widocznej różnicy w sile i wzroście. Mała Bryzka sapała ze zmęczenia, jej organizm nagrzewał się, ale bawiła się na tyle dobrze, że nie mogła teraz odpuścić! Po kociarni poniósł się donośny, radosny pisk maluchów.
— Pokonamy cię, wyznawco Klanu Gwiazdy! — powiedział z determinacją Skowronek, a Bryzka uśmiechnęła się lekko, w paru susach doskakując do kruczofutrego raz jeszcze. Tym razem we dwójkę zaczęli okładać łapy starszego z wysuniętymi pazurkami, nie robiąc mu jednak nic więcej poza paroma wyrwanymi włoskami. Nocny Śpiewak miał bardzo dużo futra, dlatego na pewno nie zrobiło mu różnicy o trzy mikroskopijne czarne paseczki mniej.
— Aaah! Blerghhh… — wrzasnął nagle, z gardła wydobywał mu się dźwięk bulgotania, gdy szybko runął dramatycznie na ziemię obok nich. — Co… wy… pokonaliście… mnie…
Bryzka wydała z siebie okrzyk zwycięstwa, po czym szturchnęła brata obok, jakby chciała mu powiedzieć “patrz, wygraliśmy”! Poczłapała szybko do głowy ojca, wspinając się na nią, gryząc go i ciągnąc za uszy, czując dumę z sukcesu.

<Tatuś?>

Od Malinki (Nieboskłonnej Łapy) do Kurzej Łapy

Przeszłość…

‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁

Malinka spojrzała za siebie na niebo, a tak w zasadzie to na słońce powoli chylące się ku zachodowi. Ciągnęło ono za sobą wiele barw, które i tak końcowo przybierały jednolity odcień. Było dość pochmurno, a z owych mięciusich (zdaniem szylkretki) chmurek powoli leciały różnorodne śnieżynki.
— Mleeem! — Buraska wystawiła swój niewielki języczek i trzymała go tak, dopóki jedna z wcześniej wspomnianych śnieżynek nie ułożyła się wprost na nim. Nim jednak Zawijas, jej matka, zdążyła ją pospieszyć, ona już podbiegła do sióstr i starszej szylkretki. W tym czasie księżyc zdążył wyjrzeć zza horyzontu, zachwycając ją swoją delikatną aurą. W pewnym momencie jedna z jej siostrzyczek odezwała się cichym głosikiem:
— Łapy mnie troszkę, trochę bolą… — jęknęła Poziomka, na co ich mama na chwilkę stanęła, oglądając się na nie ze zmęczeniem, ale i swego rodzaju utrapieniem. Porzeczka stała u jej boku i przekręciła oczami tak bardzo, że nawet ona dała radę zobaczyć, choć stała dalej.
— Nie dasz rady? — westchnęła Zawijas, na co tamta pokręciła przecząco głową.
— Nie wiem… bo mnie raczej nie poniesiesz, prawda? — Koteczka zrobiła wielkie oczy, jakby próbowała ją jakoś przekonać.
— No, nie poniosę — odparła starsza.
— Ale ja mogę cię ponieść! — stwierdziła Malinka, człapiąc do siostrzyczki po to, aby następnie przycupnąć, choć nie było to jakoś bardzo potrzebne ze względu na to, że była tego samego wzrostu co Poziomka.
Chwilę wcześniej wspomniana koteczka zaraz się wdrapała na jej grzbiet i rozłożyła jak na kamieniu, na co bura szylkretka stęknęła, żółwim tempem idąc do przodu. Porzeczka szła w jej tempie zaraz koło nich, jakby je eskortowała. Ich matka jedynie przewróciła oczami i po prostu ruszyła dalej w swoim tempie, jakby nie czekając na córki, które nie były w stanie dorównać jej szybkości.
Po paru długościach kociego ogona Malinka nagle runęła na śnieg i choć można było dostrzec, że bardzo próbowała nie płakać, tak nie mogła powstrzymać gorzkich łezek, spływających po jej pyszczku. Samotniczka odwróciła się, a w jej oczach było widać zmartwienie połączone ze znużeniem.
— No już… — mruknęła, liżąc koteczkę, która pociągała nosem. — Nie płacz, bo borsuki przyjdą — ostrzegła, rozglądając się na boki, co od razu zaalarmowało Malinkę.
— Prze-przepraszam! B-bardzo, bardzo przepraszam! — Pociągnęła noskiem i próbowała powstrzymać płacz. — Ł-łapki bolą… chcę, chcę spać… — wydukała, wycierając łapką oczka i nos. Poziomka od razu przytuliła siostrzyczkę i przyciągnęła do nich Porzeczkę, która była trochę zirytowana marudzącym rodzeństwem.
— No dobra, chodźmy gdzieś się położyć i już nie marudź — miauknęła matka, na co burej zrobiło się trochę lżej.
Kiedy tylko napotkały krzaki, wykopały tam dół, w którym mogły schronić się przed pogodą, jak i niebezpieczeństwem. Malinka się ułożyła na Poziomce, a Porzeczka była schowana gdzieś między nimi, by zapewnić sobie jak najwięcej ciepła. Zanim siostry bądź matka błękitnookiej się zorientowały, buraska zdążyła już zasnąć, podczas gdy jej języczek delikatnie wystawał z jej niewielkiego pyszczka.

‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁

Tej nocy niebo było piękne, przybrało kolor głębokiej wody, która wydawała się nie mieć dna. Można było porównać je z płótnem, na którym tańcowały miliony gwiazd, ciągnących się po bezkresie drogi mlecznej, jaką była Srebrna Skóra. Malinka mogłaby wpatrywać się w ten krajobraz przez całą wieczność, najlepiej mając u boku swoje kochane siostrzyczki i mamusie. Tylko tego trzeba jej było do życia. Jak się jednak okazało, ich matka miała inne plany. Być może szylkretka była jeszcze zbyt malutka, aby zrozumieć, że ich matka zrobiła to, co zrobiła, z jakiegoś powodu, ale… Czy to było w ogóle ważne? Porzuciła je! Ją i jej siostrzyczki! Nie kochała ich? A może Malinka zrobiła coś nie tak? Może to przez to, że tak często narzekała? Te myśli cały czas dręczyły jej niewielką główkę, kiedy wpatrywała się w te malutkie, świecące punkciki gdzieś tam daleko nad swoją głową. W tym samym czasie jej siostry smacznie spały sobie w dziurze, jeszcze niczego nieświadome. Wtulone w siebie nawzajem, z lekko wystawionymi języczkami i pomrukiwaniami, chrapiące tam w tej błogiej nieświadomości, której Malinka już była świadoma. Ich matka je porzuciła. Pozostawiła tak o, znikając, kiedy one spały. I choć szylkretka chciała oglądać nocny nieboskłon, tak czuła, że musiała być blisko swoich sióstr. Szczególnie że teraz nikt ich nie chronił. Choć nie tylko z poczucia obowiązku, ale też dlatego, że bez nich… Bez nich czuła się jak motyl bez skrzydeł, jak ptak, który nie mógł ćwierkać nad ranem, jak księżyc, który nie mógł pokazać się na owym nieboskłonie, jak ryba, która nie mogła pływać… Po prostu bez nich nie mogła być… sobą.
Niebieskooka obejrzała się za siebie, aby spojrzeć na jej własne dwie gwiazdki, które jakby spadły prosto z nieba. Kochała je najbardziej na caluśkim świecie i NIC nie mogło tego zmienić. Buraska położyła swoje wychudzone ciałko, kładąc pysk na łapach, powstrzymując się od cichego, żałosnego skomlenia i choć bardzo nie chciała, w końcu ponownie usnęła, a ostatnim co widziała, zanim pozwoliła swym powiekom opaść, był bezkres nieba pełnego błyszczących konstelacji, podczas gdy pierwsze promienie słońca powoli sięgały śniegu, który już zdążył opaść na stwardniałą ziemię.

***

Aktualnie

‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁

Nie lubiła tego miejsca. Po prostu go nie lubiła. Momentami wręcz się go bała. Było małe, ciasne… Takie… Już sama nie wiedziała jakie. Gdyby znała to określenie, nazywałaby je pewnie klaustrofobicznym. Wszędzie było brudno od ziemi, a w powietrzu mieszało się zbyt wiele zapachów. Tęskniła za możliwością poczucia wiatru w futerku. Za zapachem łąki, lasu, rzeki… Za dźwiękiem strumienia płynącego w korycie, które samo wyryło. Za wonią deszczu, który wsiąkając w glebę, podbijał kurz. Za dotykiem promieni na swojej okrywie. Za ciepłym językiem jej mamusi, delikatnie przesuwającym się po główce. Choć to była już nieco inna kwestia. Malinka musiała sobie ją w końcu wybić z głowy. Ona ich nie chciała. Ona ich nie kochała. Gdyby to robiła, nie porzuciłaby ich… prawda...?
Szylkretka pokręciła głową, chcąc wyrzucić ten monolog o rodzicielce z głowy. To, co wcześniej przewijało się w jej myślach, było prawdą, jednak za każdym razem ten wywód prowadził do tego, że najbardziej tęskniła za nocnym nieboskłonem. Tak, była wdzięczna Burzakom za to, że wzięli ją i jej siostry pod swoje skrzydła, jednak nie mogła wyobrazić sobie, dlaczego trzymali je w tej stęchłej, podłużnej dziurze. Na samą myśl o tym, jak długie te całe tunele mogły być, przechodziły ją ciarki. Nie wiedzieć czemu, nie cierpiała zamkniętych przestrzeni, takich jak właśnie to miejsce. No a tak poza tym, przecież czaiło się w takim miejscu tyle niebezpieczeństw! No bo na przykład co jeśli nagle sufit zawali się na głowy wszystkich kotów, które tam przebywały? W najlepszym wypadku nikt by nie skonał, ale w najgorszym, wszyscy co do jednej duszy zginęliby w przeokropnej agonii, nie mogąc nabrać, chociaż i pół oddechu, będąc co do jednego przygniecionym przez nie wiadomo jak ciężką zbitkę ziemi, korzeni i wielu innych rzeczy. Szylkretka westchnęła, nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Był poranek, a obóz dopiero powoli budził się do życia. Wtem jakby na zawołanie, Malinka usłyszała wezwanie Zawodzącej Gwiazdy.
— Niech wszystkie koty zbiorą się na zebranie klanu!
Jego głos odbijał się od wydrążonych ścian obozu, kiedy opiekująca się nami kocica spojrzała na mnie i moje budzące się siostry.
— Chodźcie, musicie jakoś wyglądać!
— A co się dzieje, Dryfujący Fluorycie…? — spytała zaspana Poziomka, na co wieczna królowa się uśmiechnęła.
— Jestem prawie pewna, że będziecie mianowane na uczennice! — pisnęła tak, jakby bardziej się tym ekscytowała niż same siostry, których to wydarzenie dotyczyło.
Po szybkim przygotowaniu szylkretek do ich ceremonii, kotki we czwórkę wybrały się na zebranie, gdzie zebrał się już prawie cały Klan Burzy. W końcu dymny ponownie się odezwał.
— Skoro już wszyscy tutaj jesteśmy, możemy przystąpić do celu tego zebrania. Poziomko, Porzeczko, Malinko. Wystąpcie.
Poziomka poderwała się z miejsca, a na jej pyszczku widniał szeroki uśmiech, przyozdobiony nutką stresu. Porzeczka natomiast z charyzmą godną wojownika podniosła się chwilę później, podczas gdy Malinka jako ostatnia z wywołanych, starając się zachować spokój, powoli podeszła do sióstr.
— Każda z was ukończyła dziś sześć księżyców, co oznacza, że od dzisiaj zaczniecie swoje treningi. Poziomko, Twoim mentorem zostanie Śniący Obserwator, ucząc się na przewodniczkę, a od dziś będziesz nosić imię Poziomkowa Łapa.
Przez kilka uderzeń serca lider zamilkł, a jego chłodne spojrzenie przeskoczyło z mojej siostry na mnie.
— Malinko, ty pójdziesz drogą kronikarki, szkoląc się pod czujnym okiem Lotosowego Pąku. Od dziś będziesz znana jako Nieboskłonna Łapa.
Malinka, a teraz już Nieboskłonna Łapa, poczuła przyjemne ciepło, rozpływające się gdzieś w środku, a na jej pyszczku zawitał łagodny uśmiech. W końcu będzie mogła wyjść na zewnątrz! Do tego dostała nawet niezłe imię i została jej przydzielona wymarzona droga!
— Porzeczko, ty natomiast zostaniesz uczennicą Małej Bazi, przyjmując jej wiedzę, aby w przyszłości wstąpić do szeregów wojowników Klanu Burzy, natomiast Twoje imię to od teraz Chyża Łapa!
— Mam nadzieję, że wasi mentorzy przekażą wam swoją wiedzę i doświadczenie — dodał po chwili lider, gdy mentorzy stykali się nosami ze swoimi uczennicami, a już po chwili po całych tunelach roznosiły się trzy imiona, wołane donośnymi tonami przez resztę Burzaków.

Południe tego samego dnia

‎ ‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁

Lotosowy Pąk już chwilę po ceremonii oznajmił świeżo mianowanej uczennicy, że zaczną trening od razu. Dlatego więc kazał jej zjeść, aby nie ślęczała mu podczas treningu. Teraz Nieboskłonna Łapa siedziała przy myszy, przerzucając ją między łapami. Nie była głodna, ale wiedziała, że jeśli nie zje, choć tej jednej zwierzyny, to nigdzie dziś nie pójdzie. W pewnym momencie jakiś kocur starszy od niej zaczął zajadać królika, raz po raz oblizując pysk.
— Uczysz się na przewodnika, prawda? — powiedziała, nie wiedząc, jak miała zacząć rozmowę. — Jestem Nieboskłonna Łapa. Jak Cię zwą? — dodała po chwili, a jej jasne ślepia uważnie obserwowały jego mimikę, próbując określić, czy kocur był zagrożeniem dla którejś z jej siostrzyczek.

< Kurak? Mam na Ciebie oko… >
[1555 słów, trening kronikarza]

Od Śnienia CD. Smoka

Akcja dzieje się przed mianowaniem Śnienia na wojownika

— Ten cały Klan Gwiazdy ma dużo więcej sensu niż jakaś głupia Wszechmatka! — oburzyła się Smok, przewracając oczami. — Nie maltw się, postalam się wbić tym głupkom lozum do głowy! — zadeklarowała, wypinając dumnie pierś.
Śnienie przeczesał pazurami swoją brodę. Czy powinien powiedzieć kotce, żeby tego nie robiła? Nie zamierzał jej zamykać opcji przejścia na słuszną drogę, jednak na siłę przekonywanie innych do Klanu Gwiazdy też nie było w teorii rozwiązaniem. Kocur wybrał więc nie wypowiadać się na ten temat. Najwyżej Smok narobi sobie kłopotów. Oczywiście Śnienie stanąłby po jej stronie, chcąc dla kotki łagodniejszej kary, o ile ta rzeczywiście wpadłaby w kłopoty.
Wstał i przeciągnął się leniwie. Po ostatnim treningu z Kolendrą strasznie bolały go mięśnie.
— Będę uciekał do legowiska uczniów, Smoku. Jeśli będziesz chciała coś jeszcze wiedzieć o wierzeniach lub o klanach z chęcią mogę ci o tym poopowiadać. Chociaż dawno nie byłem na zgromadzeniach, tak czuję w kościach, że za niedługo będę miał okazję zobaczyć swoją rodzinę i koty, za którymi tak strasznie tęsknię. Będę mógł ci ich przedstawić.
Nie czekając na jej odpowiedź, posłał szylkretce uśmiech i odszedł w stronę legowiska uczniów. Jego zakwasy nie dawały mu żyć, a dostał tylko jeden dzień wolnego. Zamierzał go w pełni wykorzystać.

< Smoku? Jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć, pamiętaj, że zawsze służę ci opowiastką >
🌙

Od Gronostaja CD. Guziczka

Przechyliłem głowę, zerkając na tłustą zwierzynę przede mną i wgryzłem się w nią od razu.
– USZ! Mafakwa, fafo! – mruknąłem, z pełnym pyskiem, część jedzenia wypadła mi z pyszczka. – Nif tyfko… umf… mufe biefaf f bfofie i… umf…
Guziczek zaśmiał się cicho, wąsy zadrżały mu z rozbawienia.
– Spokojnie, Gronostaju, powoli. Nie mów z pełnym pyskiem, bo się zadławisz – mruknął, a po chwili dodał: – I i tak nic nie zrozumiałem.
Przełknąłem gniewnie.
– TATOOO! Muszę teraz powtarzać wszystkooo! WUSZ! – warknąłem z irytacją, kręcąc głową na boki i oblizując ząbki po posiłku. – Mówię, że… że MASAKRA! Jaśminowiec każe mi walczyć w błocie bez przerwy. Atakuje mnie znienacka. I twierdzi, że jestem NIEZDYSCYPLINOWANY! Możesz w to uwierzyć? JA, niezdyscyplinowany! Przecież… przecież ja mam tutaj ze WSZYSTKICH kotów najbardziej poukładany tryb życia i… i ZAWSZE trzymam się swoich zasad! I mam najsilniejszy wewnętrzny kodeks! TAK! Dociera to do ciebie, tato? DO NIEJ NIE!
Guziczek tylko pokręcił głową z niedowierzaniem, patrząc na mnie z tym specyficznym rodzajem ciepła, co zawsze. Nie podobało mi się to. Powinien podzielić moją irytację i złość na wadliwy system… ale w sumie, to też nie takie złe…
– To brzmi naprawdę okropnie, synu… – odparł, starając się brzmieć poważnie, ale ja widziałem, że najwyraźniej coś go tu niezmiernie BAWIŁO!
– MHM! – przytaknąłem.
Tata zamyślił się. Przez chwilę tylko na mnie patrzył, a potem spytał:
– A… działo się może ostatnio coś, co nie było masakrą…?
Zmarszczyłem brwi i się zastanowiłem.
Dziwne, dziwne… Z reguły nie zastanawiam się nad dobrymi rzeczami, które dzieją się wokół mnie. Skupiam się głównie na tych najbardziej emocjonujących i wytrącających mnie z równowagi. Ale na pewno coś się znajdzie…
– Hm. Hm. Coś niemasakrycznego…? Ojjj, ciężko będzie, tatusiu. Ale… O! WIEM! Na przykład… wczoraj, na treningu, nauczyłem się rozpoznawać tropy lisa! – machnąłem ogonem, przyglądając się uważnie reakcji ojca. – Zaraz ci powiem jak…

***

Poprzedniego dnia…

– Skup się, Gronostaju – miauknęła Jaśminowiec. – Powiem to jeszcze raz - ślad lisa wygląda jak jego głowa, tak jak mówi rymowanka: “pionowe dwa uszka, duże dwa oczka, na dole pyszczek tuż obok noska”...
– AAAAAGH! Ale to jest GŁUPIE! – warknąłem, zakrywając uszy łapami. – PRZESTAŃ TO POWTARZAĆ! Bo mi głowa eksplodujeee!
Nie cierpiałem tej rymowanki, a mimo to kotka bez przerwy ją powtarzała.
Z drugiej strony… no, nie potrafię i tak tych śladów rozpoznać, więc teoretycznie powtarzanie rymującego się zdania w kółko i w kółko powinno pomóc, zapaść w pamięć…
…Teoretycznie.
W praktyce czułem, jak gotuje mi się mózg, a wrzątek wypływa mi przez uszy.
Mentorka przekrzywiła głowę na bok.
– Nie nauczysz się, jeśli tego nie zapamiętasz. Rymowanka ma ci ułatwić wizualizację lisiego tropu. No, dalej. Powtórz za mną: “pionowe dwa uszka…”-
– Nie.
Uderzyłem głową w ziemię.
Trach.
– Powiem.
Trach.
– TEGO!
Trach. Trach. Trach.
Kotka przewróciła oczami.
– Nie histeryzuj, słonko. Pokaż mi, że to umiesz, Gronostaju, to przestanę! Dalej. Chodź za mną.
Z głośnym jękiem podniosłem się z ziemi i podążyłem za mentorką w głąb lasku.
Temat tropów zwierząt pojawiał się na naszych ostatnich treningach częściej nawet niż tarzanie się w błocie. I to nie przez brak błota… Jaśminowiec twierdzi, że skoro już opanowałem podstawy, pora przejść do uszczegóławiania mojej wiedzy i umiejętności o takie rzeczy, jak właśnie rozpoznawanie tropów czy gatunków drzew…
Z tymi drzewami to dopiero będzie jatka…
Po kilku długościach lisiego ogona się zatrzymaliśmy.
Czekoladowa usiadła na ziemi, owijając ogon wokół przednich łap. Wskazała pyskiem na ślady przed nią.
– To ślad lisa. Teraz powiedz mi dlaczego. Znajdź pyszczek i uszka. To proste, dasz radę.
Skrzywiłem się i zacząłem analizować jego kształt.
Poduszka łapy była jakby… trzema złączonymi owalami. Wyżej, po bokach, były dwa większe, pod kątem, a na samej górze dwa największe, pionowe.
Jak to było…? “Cośtam-cośtam… na dole pyszczek”... Gdzie tu niby jest pyszczek? Zupełnie nie jestem w stanie sobie tego zwizualizować, ja widzę po prostu pięć owali pod różnym kątem… A NIE JAKIŚ ZAPCHLONY PYSZCZEK! TO NIE MA SENSU!
– UGGHH! Nie widzę tego, Jaśminowcu! Gdzie ty tu niby jakieś uszka masz? Przecież to są takie… takie rozciągnięte kule po prostu! No patrz! Tu… TU! NA GÓRZE! – Uderzyłem łapką w ślad na ziemi, rozmazując go gniewnie. – Masz takie dwa bardziej podłużne i wąskie, owalnie zakończone elementy, symetrycznie ukierunkowane w sposób tworzący górę rombu. NA DOLE. – Uderzyłem ponownie. – Masz dwa mniejsze elementy ukierunkowane w tym samym rombowym trendzie, a ich brak w długości uzupełnia ta KULA, która jest wierzchołkiem rombu! TO JEST ROMB! A NIE JAKIEŚ… JAKIEŚ USZKA! – Do reszty zamazałem lisi trop, po czym zamarłem. – Oh…
Zmarszczyłem brwi. Chwila moment.
Moja mentorka przechyliła nieco głowę na bok, uśmiechając się z wyraźną satysfakcją.
– Już rozumiesz, Gronostaju?
Rozumiałem. To jest… romb. Inne tropy nie mają kształtu rombu, przynajmniej nie o takich samych kątach czy proporcjach…
To wszystko jest do policzenia.
Skrzywiłem się, odwracając głowę w bok.
– Nooo… Powiedzmy, że… że zrozumiałem… – mruknąłem.

***

– I co myślisz, tato??? Co myślisz? Jestem PRZEGENIALNY, prawda? POWIEDZ, TATO! – przyczołgałem się bliżej Guziczka, licząc na jego aprobatę. – Powiedz! Powiedz! Powiedz! – Pacnąłem go trzykrotnie łapką.
Miło, że tata pyta mnie też o dobre rzeczy, które się stały. Chociaż on. Muszę częściej z nim rozmawiać…

<Guziczku, powiedz>

[824 słowa + rozpoznawanie tropów lisów]

Od Bagna

Liliowa kotka leżała na mchu w ciemnej dziurze, przykrytej wielką kłodą, w miejscu nazywanym Wyspą Więźniów. Była całkiem sama. Muszla i Błoto dzień wcześniej opuścili wyspę, wojownicy przenieśli ich na mniejszą. Chociaż nie zamieniła z nimi ani słowa od początku swojego pobytu, kocury dodawały jej otuchy. Ach, po co ona przyprowadzała Mroka?
Nagle kłoda lekko się poruszyła, a do środka wszedł niebieski fińczyk.
– Ulewny Szkwale! – Kotka podbiegła szybko do partnera i wsunęła pysk w jego futro. – Tak się cieszę, że tu jesteś! Jak ci się udało dostać pozwolenie na spotkanie ze mną?
– Długa historia… – odmruknął kocur. – Cieszę się, że jesteś cała i zdrowa. Posłuchaj, wiem, jak możemy cię stąd wyciągnąć.
Kotka zastrzygła uszami:
– Jak?
– Otóż, kochana, może dajmy Klanowi Nocy nową krew? Nasze kociaki nie tylko byłyby naszym węzłem miłości, ale również byłyby najbardziej oddanymi wojownikami, jakich pobratymcy kiedykolwiek widzieli. Ofiarując nasze kocięta klanowi, pokażemy, że jesteśmy oddanymi kotami. Czy chciałabyś mieć potomstwo?
Bagno przez chwilę się zamyśliła. To było jej spełnienie marzeń!
– Tak, z tobą chętnie, to moje marzenie. Nasze kocięta będą śliczne! I ich babcia, gdziekolwiek teraz jest, będzie patrzyła na nie z rozkoszą i szczęściem, że nie przytrafił im się taki sam los jak jej potomstwu. Och, Ulewny Szkwale, jestem taka szczęśliwa!
Kotka zawiesiła się na szyi partnera, wdychając jego upajający zapach.
Nie wiedziała jednak, że kocur chciał ją wykorzystać jako szybką ścieżkę do odzyskania szacunku wśród innych kotów…

Od Firmamentowej Łapy

— Było blisko, spróbuj jeszcze raz! — Wzburzony Kormoran dopingował kocura, podczas gdy ten już po raz kolejny nie dał sobie rady ze złapaniem mewy. Firmament westchnął ciężko, znów przyjmując pozycję łowiecką, podczas gdy jedna ta sama mewa nadal śmiała się mu w pyszczek. Mogłoby się wydawać, że nareszcie uda się mu upolować zwierzynę, jednak ptak znów odleciał, sprawiając, że Firmamentowa Łapa wylądował na pysku. Otrząsnął się, wylizując od razu swoje zmierzwione futerko oburzony. Dlaczego nie może po prostu sobie radzić? Westchnął, kierując się głębiej w stronę lasu, nawet nie patrząc na swojego mentora. Nie zachowałby się tak normalnie, jednak w tej sytuacji musiał pobyć samemu, co tn chyba zrozumiał, bo nie usłyszał za sobą kroków wojownika. Point usiadł, patrząc na kałużę, która powstała po ostatniej ulewie. Wpatrywał się tak w swoje odbicie, przez chwilę jakby widząc w niej również odbicie Truskawkowego Pola. Od razu podniósł łapę, uderzając nią w taflę wody. Jego uwagę po chwili przykuła mała kulka mchu, która leżała obok. Podszedł do niej, wpatrując się w nią. Rozejrzał się, jakby czegoś szukając. Podniósł dwa małe listki i dwa małe kamyczki, oraz dłuższego kwiatka. Zaczął pracować sumiennie i dokładnie, tworząc po chwili… Małą myszkę z mchu. Uśmiechnął się delikatnie, patrząc na swój twór. Po chwili zdecydował, że zaniesie go do żłobka. Może to znak od Jastrzębiego Zewiu, że może przecież nie być kojarzony z matką, tak jak powiedział mu jego mentor. Nie jest jej nic winien. Dała mu życie z własnej woli, a on może z nim zrobić co tylko zechce. Wrócił do Wzburzonego Kormorana, który teraz patrzył na niego zdumiony.
— Co tam masz? — zapytał ucznia.
— Zabawkę dla kociąt. Może im się spodoba. — odpowiedział mu młodszy. Mentor nie pytał nawet o to, czemu kocur odszedł. Był mu za to w pewien sposób wdzięczny. Ruszyli w stronę obozu, a gdy dotarli, point od razu ruszył do kociąt. Wszedł do żłobka, nadal czując zapach jego dawnej karmicielki… Potrząsnął jednak głową, zwracając się do małych kulek biegnących w jego stronę.
— Fiment! Przyszedł Fiment! — Kocięta przez trudności w wymawianiu jego imienia już księżyc temu okrzyknęły go Fimentem, jednak ten nie narzekał. Uśmiechnął się, spokojnie siadając przed kociakami. Zerknął również na chwilę w stronę tych młodszych, które nadal jeszcze tuliły się do brzucha matki. Po chwili jednak z myśli wyrwały go starsze kociaki, skaczące po nim jak szalone.
— No już maluchy, już. Przyniosłem wam coś fajnego. — Schylił się i położył na ziemi zabawkę. Kocięta zaczęły ochoczo ją obwąchiwać, a po chwili nawet bawić się nią.
— Ale ładne! Wygląda jak mysz! — wykrzyknęła radośnie Dymówka, na co kocur skinął.
— Tak, zrobiłem ją specjalnie dla was. — pochwalił się młodszym, na co kocięta ruszyły w jego stronę, tuląc się do jego łapy.
— Dziękujemy Fiment! — Ciska schowała pyszczek w jego futrze, na co ten lekko zaśmiał się.
— Nie macie za co dziękować. Muszę lecieć, niestety. Ale odwiedzę was jeszcze, obiecuję. — Kocięta niechętnie puściły jego łapę, machając mu na pożegnanie. Gdy wyszedł, odwrócił się jeszcze na chwilę w ich stronę, patrząc jak bawią się przyniesioną im zabawką. Uśmiechnął się lekko, spoglądając na legowisko medyków, gdzie Jagnięcy Ukłon właśnie szkoliła Ćmią Łapę. Zwiesił łeb, po czym westchnął, odchodząc w stronę legowiska uczniów.

[520 słów]

Od Słonkowej Łapy do Dymówki

Czasy kocięce minęły jej w mgnieniu oka. Może to dlatego, że znaczną ich część spędziła, wijąc się jak malutka dżdżownica? Przez pierwsze księżyce niewiele potrafiła. Musiała się czołgać, nawigować za pomocą węchu, a także bić się z rodzeństwem o pokarm, by w końcu zmienić się w pięknego motyla — choć to ostatnie nie było zbyt ciężkie. Przynajmniej nie dla niej. Los sprawił, że urodziła się jako pierwsza, a także najsilniejsza ze swojego rodzeństwa — tak właśnie mówili jej rodzice. Ona sama nie pamiętała tego wcale. Cóż, nie mogła pamiętać. Żyjąc jednak ze świadomością, że często zapewne odpychała swoje siostry i brata od matki, by pozyskać od niej życiodajny płyn, czuła się niezwykle źle. Było to co prawda dawno. Firletka, Mysikrólik i Ćma nic z tego nie pamiętali. Lecz ona nie mogła znieść myśli o tym, że jako mały, nowonarodzony kociak potrafiła przepychać się przez najbliższe jej koty i zwracać na siebie tym uwagę. Teraz wcale nie chciała tej uwagi. Wolała siedzieć gdzieś na uboczu, w kompletnej ciszy. Naprawdę nie rozumiała, czemu jej malutka wersja była taką rozbójniczką. Chciałaby cofnąć się w czasie i z obecną świadomością znaleźć się w ciele młodego kocięcia. Wtedy na pewno zadbałaby o to, by jej rodzeństwo dostawało równą ilość mleka, a ona nie zgarniałaby dla siebie większej jego ilości.
Cóż, mimo wszystko nie potrafiła władać czasem. To, co już się stało, nigdy się nie odstanie. Czas mijał, serce uderzało za uderzeniem, a ona mogła jedynie starać się o to, by nigdy nie być już tą pierwszą. Choć wciąż, czy tego chciała, czy nie, była pierworodną. To wręcz ironiczne, że los postanowił wypchnąć ją na świat jako pierwszą, wiedząc, że w przyszłości wyrośnie na kogoś, kto zrobi wszystko, by nigdy nie być na przedzie. Może zrobił to w formie nieśmiesznego żartu, chcąc uprzykrzać życie Słonce już od najmłodszych jej dni.
A czemu akurat los? A no temu, że szylkretka tak na dobrą sprawę nie wierzyła w to, że to Klan Gwiazdy mógł jakoś maczać w tym paluchy. Wierzyła w ich istnienie, co prawda, lecz nie sądziła, by mogli zbyt dużo zdziałać w świecie żywych. Wiedziała jedynie, że liderzy otrzymują dziewięć żyć, a medycy sny od Gwiezdnych Przodków, a to były niepodważalne dowody na ich istnienie. Słonka miała tylko nadzieję, że te umarlaki pozostają jedynie w swojej gwiezdnej krainie i nie mogą zstępować na ziemię. No bo w końcu, gdyby mogli, na terenach klanów nigdy nie działyby się rzeczy złe — a jednak się działy.
Uczennica słyszała już opowieści o legendarnej wojnie z Klanem Wilka. Słyszała o śmierciach, urazach, chorobach. Wierzyła też, że Klan Gwiazdy musi być dobry, skoro wszyscy tak dobrze o nim wspominają. Dlatego doszła do wniosku, że skoro był dobry, to chciałby dobrze dla wierzących. Nie chciałby żadnych wojen, żadnego bólu i cierpienia. A jeśli naprawdę mógł ingerować w życie żywych, i mimo wszystko nie powstrzymywał ich od mordowania siebie nawzajem, to czy naprawdę był taki miłosierny? Taki dobry? Pokojowy?
W końcu Słonkowa Łapa potrząsnęła głową, czując, że zaczyna ją boleć. Czy myślała zbyt dużo? W tym wieku powinna zająć się treningami, a zamiast tego wolała rozmyślać o wierze. Tak już miała. Od samych narodzin, wręcz. Zupełnie tak, jakby urodziła się do tego, by zostać myślicielką. Na co im jednak w klanie myśliciele, skoro piszczki same się nie upolują? Żółtooka powinna wreszcie zejść na ziemię i zająć się tym, co w życiu ważne. Powinna… w ogóle cała się zmienić. Choć była wciąż młoda, już nie podobało jej się to, w jaką stronę zmierza.
Była introwertyczką. Była niezwykle nieśmiała, a rozmowa z kotami, nawet tymi, które były jej bliskie, przychodziła jej z ogromnym trudem. Czuła się niezrozumiana za każdym razem, gdy wypowiadała jakiekolwiek zdanie. Miała wrażenie, że każdy patrzy na nią jak na dziwaka, mimo że zawsze starała się brzmieć jak najzwyczajniej. Nie miała przez to przyjaciół, a rodzeństwa także unikała. Choć, och… jak bardzo chciałaby mieć kogoś, kto by ją zrozumiał. Tak bardzo, jak chciałaby mieć świetną grupkę przyjaciół, którzy nawzajem by się wspierali! Wiedziała jednak, że nigdy do tego nie dojdzie. Nie była stworzona do tego, by mieć znajomych, a co dopiero przyjaciół.
Czy był więc sens w tym, by spróbować być bardziej rozgadaną? Bardziej entuzjastyczną? Miała wrażenie, że, tak czy siak, wszyscy będą na nią dziwnie patrzeć. Prawie tak, jakby ciążyła na niej jakaś klątwa, którą widzieli wszyscy poza nią samą. W końcu co sprawiało, że za każdym razem, gdy się odzywała, koty reagowały tak nietypowo? Czy miało to jakiś związek z jej tonem głosu? Z mimiką jej pyska? Z mową jej ciała?
— Słonkowa Łapo! — rozległ się nagle głos Jenociej Kufy, wyrywając szylkretkę z zamyślenia.
Uczennica szybko się ocknęła, po czym spojrzała w stronę mentorki, która stała tuż obok niej. W myślach podziękowała jej za interwencję i przerwanie spirali myśli, po czym szybko podniosła się na wszystkie cztery łapy.
— Tak, mentorko? — zapytała, przybierając nieco zmartwiony wyraz pyska. Czy Jenot zamierzała zabrać ją na trening? No, pewnie tak. Przecież to był jej obowiązek! Słonka nie przepadała jednak za wojowniczką. Widząc nastawienie Lśniącej Gwiazdy do rodziny Trójokiego Zająca, zaczęła przypuszczać, że lider specjalnie przydzielił jej tak specyficzną nauczycielkę. Nie była przecież na tyle głupia, by żyć w błogiej nieświadomości. Miała złe przeczucia co do przywódcy, lecz nie mogła wyrazić ich na głos. Nikomu nie ufała na tyle, by się z tym podzielić.
— Zbieraj się! Jeśli chcesz choć trochę mi dorównać, musisz się postarać! — oznajmiła, mrużąc ślepia. — Nie oczekuję od ciebie, że przewyższysz mnie umiejętnościami, gdyż to niemożliwe. Nie chcę jednak, byś wyglądała jak pokraka na tle swojego rodzeństwa. Choć… to akurat żaden wyczyn. Nie wyglądają oni zbyt obiecująco — fuknęła, przewracając oczami.
Słowa Jenociej Kufy raniły Słonkową Łapę prosto w serce. Nie mogła znieść tego, że mentorka obrażała jej rodzeństwo. Mimo wszystko nie chciała wywoływać żadnego konfliktu, więc siedziała cicho i niechętnie znosiła kolejne uwagi, którymi starsza plamiła honor jej rodziny. Wolała to niż konieczność radzenia sobie z napiętą atmosferą podczas każdego treningu.
Posłusznie skinęła głową, po czym wyszła z azylu zaraz za wojowniczką. Ciekawe, co tym razem wymyśliła. W końcu obeszły już wszystkie granice Klanu Klifu, odwiedziły wszystkie lokacje, a Jenocia Kufa zdążyła również opowiedzieć Słonce o Kodeksie Wojownika. Rozpoczęły także naukę walki, która dla Słonki była istnym utrapieniem. Nie chodziło nawet o to, że szylkretka jakoś szczególnie brzydziła się przemocą. Owszem — wolałaby jej unikać — lecz podczas sparingów z Jenocią Kufą nie miała problemu z tym, by czasem jej przyłożyć. Problem polegał jednak na tym, że w trakcie walki czuła się niezwykle niezręcznie. Nigdy nie wiedziała, kiedy nadejdzie odpowiedni moment na wykonanie ruchu, choć przecież w walce żadna kolejność nie istniała. I właśnie w tym tkwił problem. Słonkowa Łapa nie potrafiła wyczuć chwili, w której powinna zamachnąć się łapą czy obnażyć kły. Potrafiła jedynie w nieskończoność wykonywać uniki, co coraz bardziej irytowało jej mentorkę, która chciała wycisnąć z tych treningów coś więcej.
— Dzisiaj znowu spróbujemy walki — ogłosiła starsza.
Prawie tak, jakby czytała jej w myślach i robiła wszystko, by spełnić najgorsze koszmary Słonkowej Łapy. Może jeśli Słonka przestanie myśleć o tym, co ją martwi, Jenocia Kufa przestanie magicznie wykorzystywać jej obawy przeciwko niej?
— Dobrze… — odparła Słonka, wlepiając wzrok w łapy.
Rozmowy z nią były ciężkie. Uczennica zawsze jedynie odpowiadała, nigdy sama nie próbując kontynuować konwersacji. Zresztą, nawet nie widziała w tym większego sensu. Czuła się lepiej, gdy ograniczała się do półsłówek, bo dzięki temu miała mniej rzeczy, których później mogłaby żałować.
— Co ty taka spięta? — fuknęła wojowniczka, po raz kolejny sprawiając wrażenie, jakby potrafiła zajrzeć do głowy swojej uczennicy. — Nie lubisz mnie? — rzuciła żartobliwie, uśmiechając się zadziornie.
Słonka prawie zakrztusiła się własną śliną.
— Co? C-co? Nie… — odparła, czując, jak serce zaczyna jej przyspieszać. — Nic takiego nie mówiłam! — dodała, starając się zadrzeć brodę, by wyglądać nieco pewniej. Nie potrafiła jednak ukryć, że jej krok stał się chwiejny i nierówny, gdy z nerwów zaczęły drżeć jej łapy.
— No przecież cię nie obedrę ze skóry, jak się do tego przyznasz! Co najwyżej zrzucę cię z klifu — kontynuowała mentorka, drocząc się z młodszą.
Co za tragedia. Prawdziwy koszmar!
— Ja… nie… — wydukała żółtooka, zaraz krzywiąc się z powodu własnych słów. Czemu nie potrafiła sklecić niczego sensownego? Przecież po coś miała język! — Nie mam problemu… do ciebie, w sensie… — zaczęła tłumaczyć, czując, jak wręcz usycha jej w gardle.
“Losie! Czemu musiałeś uczynić ze mnie taką ciamajdę? Jenocia Kufa się załamie moim zachowaniem! I moją koszmarną dykcją! Czy to wina genów, że taka jestem? Jeśli tak, to nie mogłeś wybrać dla mnie nieco lepszych? Jeśli to zaś wina wychowania, to nie mogłeś sprawić, żebym urodziła się w innej rodzinie? Lub… nie urodziła się wcale?” — wysłała cichą modlitwę do losu, po czym przełknęła głośno ślinę.
— Meh, nieważne. Lepiej nie próbuj się tłumaczyć, bo twoje jąkanie się to udręka dla moich uszu! — oznajmiła bez skrupułów wojowniczka. Zupełnie jakby w ogóle nie brała pod uwagę tego, że jej słowa mogą zranić Słonkę.
— Mhm… — mruknęła Słonka pod nosem, nie chcąc męczyć starszej swoim głosem.
Wkrótce dotarły do lasu nad klifem, gdzie Jenocia Kufa zatrzymała się, postanawiając rozpocząć właściwą część treningu i przejść do walki. Jak zwykle kotki ustawiły się naprzeciwko siebie, po czym starsza od razu przeszła do ofensywy, atakując Słonkę łapami bez wysuniętych pazurów. Szylkretka, choć w uszach wciąż dudniły jej słowa mentorki o tym, że musi zacząć ją atakować, nadal ograniczała się jedynie do wykonywania uników. W taki sposób minął im kolejny, niezbyt udany trening, aż w końcu Jenot zmęczyła się ćwiczeniem z uczennicą, która zachowywała się jak pień, i postanowiła wrócić wraz ze Słonką do obozu.
Uczennica wkroczyła do azylu, z trudem powstrzymując się od płaczu. Dlaczego ta nieszczęsna walka szła jej tak opornie? Już chciała udać się na swoje posłanie, by zwinąć się w kulkę i skryć przed resztą świata, gdy Jenot się odezwała:
— I zanieś karmicielkom coś do jedzenia! A oprócz tego weź też coś dla najstarszych kociąt, gdyż powinny one już przyjmować stały pokarm.
Słonka pociągnęła nosem, zatrzymując się w bezruchu. Przez moment obserwowała starszą kotkę, która kierowała się do swojego legowiska, a gdy ta zniknęła jej z oczu, podeszła do stosu ze zwierzyną.
Wybrała z niego kilka piszczek. Takich, które nie były ptakami. Nie chciała w końcu mieć styczności z martwymi skrzydlatymi stworzonkami, do których szacunku od narodzin uczyli ją Kukułczy Wdzięk i Trójoki Zając.
Powoli zaczęła zanosić pokarm do kociarni, robiąc to w kilku turach. Nie byłaby przecież w stanie unieść śniadania dla tylu kotów za jednym razem. Pod koniec wzięła niewielką mysz, a także ryjówkę, i ruszyła do żłobka po raz ostatni, by wręczyć je Cisce i Dymówce.
Ryjówkę podrzuciła burej koteczce, natomiast z myszką podeszła do niebieskiej młódki, która siedziała nieco oddalona od swojej matki. Położyła przed nią piszczkę.
— Hej… Co porabiasz? — zapytała nieśmiało, przekręcając głowę. Liczyła na to, że rozmowa z kotką młodszą od niej o pięć księżyców przyniesie jej choć odrobinę pocieszenia po tym, jak bardzo zepsuła swój trening.

<Dymówko?>

[1783 słowa]

Od Firmamentowej Łapy

Przeciągnął się na posłaniu. Wyszedł z legowiska uczniów, tęskno patrząc na żłobek. Dlaczego Jastrzębi Zew musiała tak prędko odejść z tego świata… Przecież kocurek tak strasznie za nią przepadał, a ona… Już tu nie jest. Zwrócił się w stronę wyjścia z obozu, czekając na resztę porannego patrolu, który pojawił się dość późno. Wzburzony Kormoran spojrzał lekko zmartwiony na zaspanego Firmamenta, jednak nie odezwał się. Chyba po prostu chciał mu dać trochę przestrzeni na przetrawienie całego zdarzenia. Wyruszyli w stronę terytorium Klanu Wilka, chcąc sprawdzić, czy rywale nie próbują przesunąć granic. Nigdy nie wiadomo… Point szedł, patrząc na otaczającą go naturę. Wszystko przemijało z czasem. Kwiaty więdły, kałuże wysychały… Wszystko jednak było takie spokojne. Tak samo jak grób Jastrzębiego Zewiu… Gdy zatrzymali się, mentor kazał mu zawęszyć. Podniósł łeb do góry z nadzieją, że wyczuje jakiś zapach.
— Patrol Klanu Wilka przechodził tędy nie tak dawno. Po swojej stronie. — Na jego odpowiedź mentor skinął głową, ruszając dalej. Dwójka wojowników, którzy wyruszyli na patrol z nimi rozdzieliła się, chcąc sprawdzić większy obszar. Kocurek spojrzał na Wzburzonego Kormorana, który szedł powoli.
— Wiem, że ciężko ci z jej odejściem, Firmamentowa Łapo. — Starszy odezwał się w końcu, zatrzymując się. — Ale musisz wiedzieć, że jesteś bardzo silny jak na tak młodego kota. Przyjąłeś tą informację bardzo… Dojrzale. Jednak pamiętaj, że gdybyś potrzebował rozmowy, lub chciał wsparcia, masz mnie, swojego ojca, brata, oraz wielu gotowych do pomocy protektorów. Więc nie wahaj się poprosić o pomoc, jeśli jej potrzebujesz.
— Tęsknię za nią. — odpowiedział po chwili uczeń. Patrzył teraz na swoje łapy, myśląc o kotce. — Była dla mnie jak matka, której nie dano mi mieć.
— Wiem o tym. Wielu wojowników od dawna spekulowało, że Truskawkowe Pole nie zechce zostać w Klanie Klifu.
— Myślisz, że mnie też widzą jako potencjalnego zdrajcę..? — spojrzał w oczy wojownika, który delikatnie się uśmiechnął.
— To, że jesteś jej synem, nie znaczy, że jesteś taki jak ona. To twoje życie, nie jej. Ja widzę cię jako wiernego przyszłego wojownika Klanu Klifu. — Na jego słowa Firmament lekko się uśmiechnął, choć w głębi duszy wiedział, że to nie tego chce od życia…

[343 słowa]

Od Modrogończyka

Modrogończyk od dłuższego czasu przyglądał się śnieżnobiałej pacjentce oraz czwórce kotów, z którymi rozmawiała. Treść ich rozmowy docierała do jego uszu, mimo że nie zamierzał podsłuchiwać. Po prostu takie były uroki rozmów na małych przestrzeniach — chcąc nie chcąc, słyszało się rozmowy innych kotów, o ile te nie siliły się na szept. Tematem przewodnim rozmowy była przyszłość kocicy w Owocowym Lesie, jak i jej brak, gdyby zapadła decyzja o tym, że z chwilą pełnego wyzdrowienia zostanie odesłana do Klanu Burzy.
— Wiesz, co Gołąbku... — zwrócił się do uzdrowiciela, który nadstawił uszu na dźwięk swojego imienia. — Uważam, że Wróżka powinna zostać w Owocowym Lesie. Jej pojawienie się na naszych terenach nie mogło być zwykłym przypadkiem, a wręcz było jawną ingerencją Wszechmatki, a nawet samego Gwiezdnego Klanu... — szepnął, zatrzymując spojrzenie na Purchawce. Szamanka znała treść koszmaru, który pod koniec Pory Opadających Liści nawiedził brązowego kocura. — Jej tułaczka, jak i sam fakt, że żyje, wygląda, jakby dwa wszechpotężne byty dobiły targu... może tak jak między Owocowym Lasem a Klanem Burzy wywiązał się sojusz, tak doszło do zawiązania sojuszu lub jakiegoś paktu między Wszschmatką a Klanem Gwiazdy? — Potarł łapą brodę, oddając się zadumie. — No bo... ona na dobrą sprawę już dawno powinna być martwa... — Ostatnie słowa wymówił tak cicho, że Gołąbek musiał przybliżyć się na długość wąsów do ucznia Purchawki. — A jednak ktoś lub coś wciąż nad nią czuwa.
Czy to, co mówił, miało właściwie sens? Czy może doszukiwał się czegoś, czego na dobrą sprawę nie było?

~~~

Dzisiejszego dnia czekała go ceremonia na uzdrowiciela, o czym został poinformowany tuż po przebudzeniu przez matkę, gdy tylko pierwsze promienie słońca wpadły do wnętrza dziupli. Był gotów podejmować samodzielnie decyzję, zarówno jeśli chodziło o sprawy medyczne, jak i duchowe. Jednak brązowy kocur wątpił, aby jego podejście zasięgania rad innych kotów zmieniło się z chwilą zakończenia jego treningu. W końcu, póki Purchawka pełniła funkcję głównej szamanki w Owocowym Lesie, to ona będzie tą, która będzie wspierać lidera oraz zastępców. On mimo zakończenia treningu będzie ja nadal obserwować, aby w przyszłości godnie zająć jej miejsce, gdy będzie starszy i bardziej doświadczony niż teraz.
— Wszystko w porządku? Nie cieszysz się?
— Cieszę, po prostu... kiedy w przyszłości zostanę głównym szamanem, to będzie znaczyło, że nie jesteś w stanie pełnić dalej jego funkcji — Przełknął ślinę. To znaczyło, że jego matka, albo odejdzie na zasłużony odpoczynek do starszyzny lub pośmiertnie zostanie jerzykiem, bądź jaskółką, która otrzyma inne zadanie od Wszechmatki niż przewodzenie spotkaniom i głoszenie jej słów. I to na jego barki spadnie głoszenie nauk Wszechmatki. — Czy to samo uczucie towarzyszy kotom, które zostają wybrane przez nowego lidera na zastępcę? — Położył łapę na sercu, które wybijało przyspieszony rytm. — Czy tata też się tak czuł, gdy jego ojciec wybrał go na swojego następcę?
Wiedział, że matka nie była w stanie odpowiedzieć mu na to pytanie. Musiał osobiście porozmawiać z Zawodzącą Gwiazdą, aby dowiedzieć się, czy jego ojcem targały podobne rozterki, jak nim samym.

~~~

Czereśnia, pomimo swojego wieku, płynnym ruchem odbił się od ziemi i z gracją znalazł się na najniższej gałęzi topoli, zwołując członków społeczności. Modrogończyk zmrużył swoje oczy, przenosząc spojrzenie z Wysokiego Słońca na brązowofutrego lidera, jak i koty znajdujące się u podnóża pnia.
— Modrogończyku, wystąp.
Kocur posłusznie poczynił krok naprzód, występując z zebranych.
— Najwyższy czas, abyś stał się uzdrowicielem. Wykazałeś się ogromnym altruizmem, a ponadto zdobyta wiedza medyczna nie ma przed tobą sekretów. Czy przysięgasz pozostać lojalnym naszej społeczności i dbać o jej zdrowie?
— Przysięgam.
— A zatem witamy cię jako nowego uzdrowiciela Owocowego Lasu!
Zebrani zaczęli głośno skandować imię zebranego, jednak Modrogończyk, zamiast cieszyć się chwilą, przeniósł spojrzenie z lidera na matkę, która znalazła się tuż pod gałęzią, na której znajdował się brązowy kocur. Czereśnia po skończonej ceremonii zamierzał najprawdopodobniej oddać się innym obowiązkom, gdy w zaledwie chwilę po tym, gdy jego łapy dotknęły ziemi, ponownie znalazł się na gałęzi, dokładnie tuż po wysłuchaniu wypowiadanych szeptem słów przez szamankę.
— To nie koniec ogłoszeń! Zgodnie z wolą Wszechmatki, jak i naszej szamanki, Purchawki, Modrogończyk został wybrany na następnego szamana. Na razie będzie pełnił funkcję uzdrowiciela, pomagając Mistral oraz Gołąbkowi w opiece nad chorymi. Będzie także pełnił funkcję pomocnika szamana, do czasu, aż nie będzie gotów przejąć w pełni jego obowiązków wraz z przejściem na emeryturę Purchawki, gdy szamanka uzna to za stosowne.
Koty ponownie zaczęły skandować imię Modrogończyka, jednak wśród nich kocur wyłapał szepty, co poniektórych osobników.

~~~

O zmierzchu rozpoczął się rytuał Poznania Oblicza Swego Mienia przez świeżo mianowanego uzdrowiciela. Przy pomocy Purchawki Modrogończyk zrozumiał, że rzeczownik jego imienia duszy będzie brzmiał tak samo, jak jego imię nadane przez matkę. A jego pełne duchowe imię brzmieć będzie Modrogończyk Wędrujący Przez Sny.

[758 słów; koniec treningu]

Od Wełnistej Mszycy (Wróżki) CD. Śnienia

Jakiś czas temu

TW: poruszany temat śmierci

Mimo że przez ostatnie księżyce Wełnista Mszyca była co chwilę wystawiana na próbę przez Gwiezdnych Przodków, ci musieli nad nią czuwać, skoro raz za razem udawało jej się umknąć ze szponów śmierci. Pożar oraz zamach w Klanie Burzy, samotne przetrwanie Pory Nagich Drzew na terenach niczyich, wypadek z udziałem Potwora, a teraz na domiar złego po raz kolejny stanęła twarzą w twarz z rudą bestią. Czy to był ten sam lis, którego spotkała jako uczennica?
Starała się ignorować obecność lisa, który podążał za nią już od jakiegoś czasu, jednak ciężko jej było pogodzić się z możliwą śmiercią z jego łap. Ostatnimi czasy kocice nawiedzały wizję, dzięki którym ponownie mogła spotkać się ze swoją matką i wtulić pysk w jej szylkretowe futro. Przyczyny jej odejścia były różne, jednak jedna z nich była najbliższa sercu kocicy. Śmierć ze starości w legowisku medyków, otoczona przez bliskie jej koty, braci oraz członków ich rodzin, które na pewno do tego czasu udało im się założyć oraz zioła, których woń utuliła ją do wiecznego snu.
Co jakiś czas zatrzymywała się, przenosząc zmęczone spojrzenie na rudego kata, który nie spuszczał z niej spojrzenia nawet na chwilę. Jego kroki z każdym kolejnym uderzeniem serca stawały się pewniejsze, coraz śmielej pokonywał dzielącą ich odległość, by zaraz ponownie wycofać się, dając złudne poczucie bezpieczeństwa. Nim zada ostatni cios, nim zakończy jej żywot, zadba o to, aby wcześniej pozostała po niej tylko pusta skorupa.
Z opóźnieniem zarejestrowała pojawienie się czterech kotów, które w jednej chwili stanęły między nią a lisem. Zgarbiła się, mając nadzieję, że nie zostanie spostrzeżona przez grupę nieznajomych i uda jej się po cichu wycofać z ich terenów.
Chwila, nieznajomych?
Poruszyła nosem, zbierając zapach nowo przybyłych. Słodki owocowy zapach mieszał się z zapachem liści, deszczu oraz spalin. Na ich tle wyróżniała się woń kocura, która mimo podobieństwa do współbratymców, miała słaby zapach czegoś znajomego. Nieśmiało podniosła spojrzenie na patrol.
Powoli postawiła krok naprzód, wpatrując się w czarnego kocura, tak dobrze jej znanego. Od ich ostatniego spotkania minęło tyle czasu. Założyła najgorsze, gdy nie udało jej się go spotkać na granicy w umówionym miejscu, jak i na terenach niczyich, w miejscu, które musiało najprawdopodobniej służyć za obóz Świetlików.
— Mglisty Śnie… — powiedziała ochrypłym głosem, omal nie rzucając się kocurowi na szyję.
— Wełnista Mszyco? Jednak żyjesz! — mruknął uradowany. — Co ci się stało… Wyglądasz na niedożywioną i potrzebujesz pomocy medycznej.
Wełnista Mszyca nie miała siły nawet odpowiedzieć mu na to pytanie.
— Musimy ją zaprowadzić do Gołąbka — mruknął Hiacynt.
— Jesteś w stanie iść, Wełnista Mszyco? — zapytał białej.
Kotka z trudem wstała na trzęsących się łapach i kiwnęła głową. Rohan i Śnienie podparli ranną, Hiacynt wyszedł na prowadzenie, a Wrona popędziła do obozu, by przekazać ważne informacje dla Gołąbka oraz Czereśni.
Początkowo bez problemu udało jej się kroczyć po trawie przy pomocy czarnego kocura oraz zwiadowczyni, zmierzając w stronę obozu Owocowego Lasu, jednak łapy w końcu odmówiły jej posłuszeństwa, a świat spowił mrok.

~~~

Została oficjalną pacjentką Owocowego Lasu. Większość pierwszych dni, a może nawet i wszystkie na terenach wyznawców Wszechmatki, spędziła na spaniu w legowisku medyków. Częściowo sama decydowała się na sen, innym razem była to zasługa ziół, które otrzymała od uzdrowicieli.
Purchawka, Mistral, Gołąbek oraz Gończyk co noc czuwali na zmianę przy niej, monitorując jej funkcje życiowe, podobnie jak sam zresztą Śnienie, który pomimo pełnienia obowiązków wojownika, w przerwach między snem decydował się towarzyszyć kocicy w procesie leczenia.
Rany, które zdobiły jej ciało, zostały profesjonalnie opatrzone, podobnie, jak jej tylna łapa. Ku uldze Wełnistej Mszycy, dzięki jej szybkiej na wpółprzytomnej reakcji, udało się uratować łapę przed amputacją. Dzięki uzdrowicielom pozbyła się również pcheł, które musiała złapać od któregoś z samotników spotkanego na terenach niczyich. Jej sierść, mimo że wciąż pozostawiała wiele do życzenia, prezentowała się lepiej niż przy pierwszym spotkaniu patrolu.
Zaciągnęła sobie ogromny dług wdzięczności wobec społeczności Owocowego Lasu.
Problem stanowił jej pogarszający się wzrok wskutek życia na lodowych połaciach, na którego nie było lekarstwa. Ostrożnie przejechała ogonem po grzbiecie Mglistego Snu, a właściwie Śnienia. To właśnie takie miano nosił teraz były Wilczak w Owocowym Lesie. Czarnofutry kocur spał głębokim snem tuż obok pacjentki z głową opartą o jej legowisko.
— Wełnista Mszyca, tak? Dobrze zapamiętałam? — zapytała Mistral, lustrując spojrzeniem pacjentkę. Albinoska skinęła głową. — Jeszcze kwadra lub dwie, dla pewności, i będziesz mogła opuścić lecznicę. Masz szczęście, naprawdę, dużo szczęścia...
To prawda, miała dużo szczęścia w tym nieszczęściu, które jej się przytrafiło. Korzystając z okazji, zasięgnęła języka Gołąbka oraz Modrogończyka na temat sytuacji w Klanie Burzy. Podobno zamach mimo dojścia do skutku został stłumiony w zalążku, a klanem władał teraz Zawodząca Gwiazda. Jak się okazało w trakcie rozmowy, Modrogończyk był jednym z dzieci nowego lidera klanu i szamanki, pod której opieką się znalazła.
Chwila, skoro klanem rządził Zawodząca Gwiazda, istniała szansa, że jej bracia również byli cali i zdrowi. Tak, jak i pozostali członkowie. Wełnista Mszyca była uradowana, słysząc, jak brązowy młody kocur wspominał, że na terenach Klanu Burzy widział kocura łudząco podobnego do niej, tylko mającego czerwone oczy.
Czy to znaczyło, że mogła bezpiecznie wrócić do domu? Jednak czy na pewno mogła, tym bardziej po tym, jak bez zająknięcia opuściła teren, obawiając się śmieci z łap Tańcującego Pierza? Czy jej bracia byli jej w stanie to wybaczyć?
— Biały Strumieniu... jesteś cały i zdrów... — mówiąc to, uroniła kilka łez, na co Modrogończyk użyczył jej końcówki swego ogona.
— Wełna... — zamruczał Śnienie, otwierając oczy i wpatrując się w pacjentkę oraz młodego szamana, który nieco spiął mięśnie, gdy poczuł na sobie spojrzenie wojownika. — Co ty wyprawiasz... Trzymaj swój ogon przy sobie, a nie wsadzasz go chorym prosto w pysk! — fuknął, na co złotooki odsunął się od Wełnistej Mszycy — Przed chwilą pewnie trzymałeś w nim zioła, która mogą podrażnić jej oczy.
— Wycierałem tylko łzy... — prychnął na swoją obronę uczeń, tłumacząc, że jego ogon jest czysty, jak łza. — Wiem, że sam byś pewnie wolał to zrobić, ale z tym kikutem za wiele nie zdziałasz... — zaśmiał się kocur, jednak momentalnie zamilkł i przełknął ślinę. — Co mówiłaś, mamo? Już idę!
Gołąbek westchnął, odprowadzając spojrzeniem młodego szamana, który znalazł się już po chwili u boku czarnej kocicy, po czym podsunął na liściu dzienną dawkę ziół, które albinoska przyjmowała.
Ból mięśni oraz głowy zniknął, jak łapą odjął. Nie była już otumaniona, słyszała własne myśli, a głosy kotów nie trafiały do niej z opóźnieniem.
— Dziękuję — skinęła głową buremu, który oddalił się w głąb lecznicy, zanosząc porcję lekarstw kolejnemu z pacjentów, który zamieszkiwał w lecznicy, podobnie, jak Wełna. — Mglisty Śnie... — urwała — Śnienie.
— Możesz używać mojego starego imienia. Prawdę mówiąc, nie lubię tych Owocniakowych imion. — Uśmiechnął się. — Wyglądasz dużo lepiej. Zdrowiej... Słyszałem o tym, co się stało w Klanie Burzy.
Po grzbiecie kocicy przeszedł niekontrolowany dreszcz. Najwidoczniej jej ciało było przeciwne temu, aby poruszać ten temat. Nie chciała o tym rozmawiać. Jeszcze nie teraz. Na razie chciała dowiedzieć się więcej na temat Owocowego Lasu, jak i sytuacji w Klanie Burzy. Czy jej bracia wiedzieli, że żyje? Że żyje i przebywa w sojuszniczej społeczności?
— Wełnista Mszyco? — Na pysku kocura pojawiło się zatroskanie.
— Śnienie... podoba mi się brzmienie twojego nowego imienia. Jest równie ładne, jak Mglisty Sen, ale mogę je szybciej wymówić — miauknęła, mrużąc lekko oczy przed promieniami słońca wpadającymi przez dziurę w drzewie. — Ja również powinnam zmienić swoje imię na krótsze, przynajmniej do czasu, aż nie zakończy się moja rekonwalescencja w Owocowym Lesie. — Zamyśliła się. Nie chciała sprawiać dodatkowo problemu Owocniakom swoim dwuczłonowym imieniem. Tylko co wybrać? Wełna? Mszyca? Nie... — Wróżka. To imię wybrali dla mnie moi rodzice, w dniu, w którym się urodziłam. Oboje byli samotnikami, więc pewnie znają prawdziwy sens jego brzmienia, ale podobno miało nawiązywać do rośliny... Co o nim sądzisz?

<Śnienie?>

Wyleczeni: Wełnista Mszyca (Wróżka)