BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

27 maja 2026

Od Łzy do Mordor

Niebo nad żłobkiem płonęło feerią barw tak żywych i miękkich zarazem, jakby ktoś rozlał po sklepieniu niebios swoje najpiękniejsze sny. Smugi pomarańczu przeplatały się z głębokim fioletem oraz złotawą żółcią, tworząc obraz niemal nierealny — zbyt doskonały, by mógł należeć do zwyczajnego świata mokrej ziemi, splątanych korzeni i ostrych kamieni. Zachodzące słońce, choć chyliło się już ku kresowi swej dziennej wędrówki, wciąż zdawało się walczyć z nadchodzącym chłodem, rzucając pomiędzy wysokie sosny i świerki ostatnie, rozpaczliwie ciepłe promienie, które muskały futra kotów niczym delikatne łapy troskliwej matki. Liściasta “kopuła” żłobka szemrała cicho ponad głowami kociąt, poruszana lekkim, wieczornym wiatrem, który przeciskał się pomiędzy gałęziami z ostrożnością drobnego zwierzęcia obawiającego się zakłócić panujący tu spokój. Chłodne podmuchy poruszały źdźbła trawy, przynosząc ze sobą wilgotny zapach mchu i igliwia, a czasami również ledwie wyczuwalną woń świeżej zdobyczy dobiegającą z obozowiska. W pobliżu słychać było cienkie piski młodszych kociąt oraz cichy śmiech opiekunek, lecz wszystkie te dźwięki zdawały się przytłumione przez ciężką, senną atmosferę późnego wieczoru.
Dla większości mieszkańców żłobka wiatr stanowił jedynie nową okazję do zabawy — coś, za czym można było gonić, co można było próbować złapać łapkami lub obwiniać za nagłe zatańczenie liści po ziemi. Dla Łzy jednak był wyłącznie irytującym utrapieniem.
Siedziała z podwiniętymi łapkami przy wejściu do żłobka, a jej jasne futerko falowało lekko pod wpływem chłodnych podmuchów, co doprowadzało ją do coraz większego rozdrażnienia. Nie cierpiała zimna. Nie cierpiała uczucia, gdy wiatr mierzwił jej sierść w nieładzie, odbierając jej schludność oraz godność, którą — nawet jeśli była jeszcze jedynie kocięciem — uważała za coś absolutnie naturalnego i należnego sobie. W jej własnym wyobrażeniu świat powinien być miejscem o wiele bardziej rozsądnym; miejscem, w którym słońce nigdy nie gasło całkowicie, deszcz nie zamieniał ziemi w cuchnące błoto, a wszystkie spojrzenia nieustannie skupiały się właśnie na niej.
Bo przecież powinny.
Łza uważała, że istnieją koty stworzone do tego, by błyszczeć pośród innych niczym gwiazdy na nocnym niebie — i była absolutnie przekonana, iż ona należy właśnie do takich kotów.
Ziewnęła przeciągle, odsłaniając swoje drobne kły, po czym leniwie omiotła spojrzeniem żłobek. W kącie Purchawka układała mech dla swoich kociąt, mrucząc coś pod nosem swoim ciepłym, spokojnym głosem, który Łza zwykle ignorowała niemal równie skutecznie, jak ignorowała opowieści o Wszechmatce. Wiedziała jedynie tyle, że ta tajemnicza istota potrafiła przemieniać zmarłych w ptaki — wróble, jerzyki i inne pierzaste stworzenia, których Łza nigdy specjalnie nie podziwiała. Trudno było jej zrozumieć, dlaczego ktokolwiek miałby zachwycać się taką mocą. Gdyby ona była Wszechmatką, sprawiłaby raczej, że świat stałby się piękniejszy. Wygodniejszy. Bardziej odpowiedni.
Jej wzrok zatrzymał się w końcu na Mordogończyku.
Brązowy kocurek siedział nieopodal, samotnie przesuwając łapką po stercie suchych liści, jakby sama ich szeleszcząca obecność mogła go czymś zająć. Wyglądał spokojnie, niemal naiwnie spokojnie, a widok ten wzbudził w Łzie znajome ukłucie potrzeby — tej samej, która kazała jej stale upewniać się, że inni pozostają blisko niej, skupieni wyłącznie na niej.
Jej oczy rozbłysły miękkim blaskiem.
Powoli podniosła się z miejsca i ruszyła ku niemu lekkim, pewnym krokiem, a jej ogon zakołysał się z subtelną elegancją.
— Gończykuu… — zamruczała słodko, niemal śpiewnie. — Nie chciałbyś do mnie dołączyć?
Ton jej głosu był przyjazny, ciepły, niemal czuły — lecz pod tą aksamitną warstwą kryło się coś znacznie twardszego. To nie była prośba. Łza nie przywykła prosić.
Mordogończyk uniósł lekko uszy i spojrzał na nią swoimi bursztynowo-żółtymi oczami, w których zamigotało coś dziwnego, czego nie potrafiła od razu nazwać. Wahanie. Niepewność. Być może nawet strach.
I właśnie to zirytowało ją najbardziej.
Przez krótką chwilę miała wrażenie, że wieczorne cienie zaczynają rozmywać kontury jego sylwetki, lecz szybko zrozumiała, że to nie zmrok płata jej figle — to jej brat naprawdę się zawahał.
Jak śmiał.
— Mordogończku? — powtórzyła, tym razem z delikatnym naciskiem, który wibrował pod słodką melodią jej głosu niczym ukryty cierń pod miękkim mchem.
Brązowy kocurek spuścił wzrok na swoje łapki. Jego ogon drżał lekko, a futro przy karku uniosło się niemal niezauważalnie.
— Chciałbym się z tobą pobawić, siostrzyczko… — zaczął ostrożnie, jakby każde słowo mogło rozgniewać ją bardziej niż poprzednie. — Ale nie podoba mi się to, że jesteś dla mnie taka… niemiła.
Łza poczuła, jak coś gorącego i nieprzyjemnego zaciska się w jej piersi.
Niemiła?
To słowo zabrzmiało wręcz absurdalnie.
— W sensie… — ciągnął Mordogończyk coraz ciszej, zbierając resztki odwagi — mogę dalej się z tobą bawić, ale… czy mogłabyś mnie chociaż przeprosić?
Przez moment zapadła cisza, zakłócana jedynie szelestem liści ponad ich głowami.
A potem futro Łzy zaczęło powoli unosić się z oburzenia.
Przeprosić?
Ona?
Jej błękitne oczy zwęziły się niebezpiecznie, gdy wpatrywała się w brata z mieszaniną gniewu oraz szczerego niedowierzania. Jakim cudem on w ogóle ośmielił się oczekiwać czegoś takiego? To przecież on powinien czuć wdzięczność, że chciała poświęcać mu swój czas.
Chrząknęła ostentacyjnie, unosząc lekko pyszczek.
— Przepraszać? Braciszku… — zaczęła z przesadną łagodnością, pod którą wrzała już irytacja. — Kiedy ja niby byłam dla ciebie niemiła?
Mordogończyk skulił się odrobinę, lecz mimo to odpowiedział:
— A jak nazwałaś mnie głupim szczurem?
W jego głosie nie było złości. Tylko ciche zranienie, które Łza uznała za wyjątkowo męczące.
Prychnęła więc jedynie, odwracając wzrok ku ciemniejącemu niebu.
— To nie moja wina, że wyglądasz, jakbyś nim był! — mruknęła z ostentacyjnym lekceważeniem.
Odwróciła łeb w bok gwałtowniej, niż było to konieczne, a jej futro falą przesunęło się po drobnych barkach. Wąsy zadrżały jej lekko z irytacji, podczas gdy ogon wykonał krótkie, nerwowe smagnięcie po ziemi, rozrzucając kilka suchych liści. Nie chciała już patrzeć na Mordogończyka — a przynajmniej nie chciała, by zauważył, jak bardzo zirytowały ją jego słowa.
Bo jakim cudem to on śmiał stawiać jej warunki?
W jej małym sercu buzowało oburzenie ciężkie i gorące niczym letnie powietrze przed burzą. Przecież dawała mu swoją uwagę. Swoje towarzystwo. To powinno wystarczyć. Powinno sprawiać, że czułby wdzięczność, nie zaś domagał się przeprosin jak jakiś obrażony starszy wojownik.
— Aha, i nie ma opcji, żebym ciebie przepraszała! — dodała wyniośle, unosząc lekko podbródek. — Od dziś będę bawić się z kimś zupełenieee innym.
Przedostatnie słowo przeciągnęła z dziecięcą teatralnością, lecz pod tą przesadną nutą kryła się bardzo prawdziwa potrzeba — potrzeba ukarania go. Chciała, żeby poczuł ukłucie zazdrości. Żeby patrzył, jak odchodzi do innych kociąt, podczas gdy on zostaje sam pośród chłodniejącego żłobka.
Przez krótką chwilę błądziła spojrzeniem po otoczeniu.
Wieczór coraz śmielej wciskał się pomiędzy gałęzie żłobka, a miękkie światło zachodzącego słońca ustępowało miejsca granatowym cieniom rozlewającym się pod zielonymi ścianami. W oddali Purchawka dalej zajmowała się legowiskami, podczas gdy Zew oraz Pisanka próbowali bez większego sukcesu złapać wirujący liść porwany przez wiatr. Powietrze pachniało mokrą ziemią, mlekiem oraz chłodem nadchodzącej nocy.
Wtedy właśnie dostrzegła Mordor.
Szylkretowa koteczka siedziała nieopodal, częściowo ukryta w cieniu paproci. Nie była dużo starsza od Łzy, lecz mruczała coś do siebie z dziwnym spokojem, bawiąc się jakimiś kośćmi. Błękitne oczy Łzy natychmiast rozbłysły.
Och, idealnie.
Posłała Mordogończykowi ostatni, złośliwie triumfujący uśmieszek — taki, który miał jasno mówić: widzisz? nie jesteś mi potrzebny — po czym ruszyła w stronę szylkretowej kotki.
Jej krok był lekki, przesadnie ostrożny, niemal wystudiowany. Łza jeszcze nie rozumiała w pełni znaczenia słowa „majestat”, lecz instynktownie próbowała poruszać się tak, jak wyobrażała sobie ruch wielkich przywódców z opowieści starszyzny — z gracją, której nikt nie powinien ignorować. Głowę trzymała wysoko, pierś lekko wypiętą, a końcówka jej ogona wyginała się w elegancki łuk.
Zatrzymawszy się przed Mordor, uniosła pyszczek z szerokim, słodkim uśmiechem.
— Cześć! Jestem Łza, miło cię poznać! — zamiauczała melodyjnie, po czym jej oczy błysnęły rozbawioną pewnością siebie. — Ale jeszcze milej będzie ci poznać mnie.


<Mordor?>

Od Złocistego Widlika CD. Konwaliowej Mielizny

Przeszłość

Kremowy kocur przeniósł wzrok na Konwaliową Mieliznę. Posłał mu szczery uśmiech.
— Hej Konwalio — wymruczał łagodnie. Wojownik dość często go odwiedzał, a Złotkowi to nie przeszkadzało. Ich relacja się ociepliła, a oni unikali rozmów na temat czekoladowej maści u kotów, przez co nie mieli nieporozumień. Chyba faktycznie wyrośli na tyle, że nauczyli się ze sobą rozmawiać.
— Och tak, niedawno byli tacy malutcy — mruknął cicho.
— Czas zbyt szybko leci Konwalio, bo spójrz na nas. Niedawno byliśmy uczniami, a teraz jesteś wojownikiem, a ja piastunem. Do tego w klanie nastąpiło tyle zmian, że czasem jestem przerażony tym — mruknął. Choć od śmierci Kotewki trochę czasu minęło, Widlik wciąż czuł, jakby to było wczoraj. Bardzo za nią tęsknił, ale wierzył, że księżniczce było lepiej tam u góry. No i była tam ze swoimi bliskimi. Widlik zastanawiał się, czy i on tam kiedyś trafi, a przede wszystkim czy Kotewkowy Powiew na niego patrzy, czy o nim zapomniała. Zdawało mu się, że był blisko ze zmarłą piastunką, ale to mogło mu się tak tylko wydawać. Westchnął cicho.
— Wiesz, że cię lubię prawda Konwalio? — mruknął cicho, przenosząc wzrok na swoje łapy. Mimo różnego podejścia wojownik był jego przyjacielem. Przynajmniej dla Widlika. Pokręcił lekko głową, odganiając nadmiar rozmyślań. Skupił się na towarzyszu.

Aktualnie

Złocisty Widlik siedział w żłobku delikatnie zgarbiony. Odkąd jego brat odszedł, czuł straszną pustkę. Wiedział, że Dryfująca Gałęzatka planował to od jakiegoś czasu, a mimo tej świadomości nie był na to gotowy. Oczywiście szanował decyzję niebieskiego i kochał go w dalszym ciągu. Miał nadzieję, że Gałęzatka był szczęśliwy w miejscu, gdzie trafił. Nie tylko on kogoś stracił, bo odeszli również bliscy Konwaliowej Mielizny. Jednak w ich przypadku to był jeden z gorszych wyborów, jakie mogli podjąć. Zostawili swoje dzieci w tym czekoladową kotkę. Co prawda Widlik nie darzył Mysiomózgiej Łapy pozytywnymi uczuciami, ale bycie porzuconym było najgorszym możliwym uczuciem. Nie życzył tego nawet wrogowi, bo sam nie chciał być tak potraktowanym.
— Konwalio — miauknął w stronę kocura, który wszedł do żłobka. Kremowy podszedł do niego i otarł się o jego bok.
— Chodź, posiedzimy razem. Wiem, że pewnie tego potrzebujesz mimo wszystko — zaproponował z troską w głosie. Poprowadził kocura na posłanie. Usiadł i poklepał łapą miejsce obok siebie.
— Śmiało, nie gryzę — zażartował cicho, a jego zielone oczka błysnęły. Chciał jakoś rozluźnić atmosferę, ale domyślał się, jak ciężkie mogło to być. Przynajmniej spróbował. Przeniósł wzrok na dzieci Kropiatkowej Skórki. Kociaki miały już trzy księżyce, a przecież niedawno były takie malutkie. Zresztą co on mówił, jego dzieci były już wojownikami. Pokręcił lekko łbem na wspomnienie o trójce swoich kociąt. Miały naprawdę piękne imiona i zdecydowanie zasłużyły na swoje miano. Martwiła go jednak Urodziwy Szafirek. Szylkretka nie zachowywała się tak jak większość kotów. Próbował jej pokazać to, co przyjął tak dobrze Ulewny Szkwał i Lawendowa Rozkosz, ale w przypadku niebieskookiej było to po prostu niewykonalne. Miał tylko nadzieję, że jego córka nie wpadnie w kłopoty przez swoje mięciutkie serduszko.

<Konwaliowa Mielizno? Pogadamy?>

Od Jesionowej Łapy CD. Miodowej Łapy

Kocica cały dzień zasuwała na najwyższych obrotach, zapominając nawet o swoim łabędzim piórze, które zostało wetknięte w jej posłanie. Stwierdziła, że weźmie na siebie jak najwięcej obowiązków, by w końcu być pełnoprawną wojowniczką. Przynajmniej to była jej wymówka. Ona po prostu chciała spędzić jak najwięcej czasu z dala od swoich myśli. Bardzo polubiła Miodową Łapę. Ledwo mogły się nazwać przyjaciółkami, ale Jesionowa Łapa już wiedziała, że to jedyny kot, z którym może tu normalnie porozmawiać. Miodka była sympatyczna i czuła, jakby rozświetlała rzeczywistość wśród ponurych kotów, dla których najważniejsza jest bezwzględna posłuszność wobec przestarzałych i ścisłych zasad. Jesionka była im posłuszna, oczywiście, lecz nigdy w pełni ich nie zaakceptuje w swoim sercu.
Podczas gdy kotka wracała z już drugiego tego dnia patrolu łowieckiego, pojedyncze i rzadkie jak mgła chmury ścigały się po błękitnym niebie, który od bliskiego zachodu słońca zaczął nabierać bladożółtych smug lekko nad horyzontem. Do uszu byłej samotniczki dobiegały wesołe trele ptactwa wypoczywającego w koronach drzew, a gdzieniegdzie widać było, jak drobne zwierzęta przelatywały z jednego drzewa na drugie, wydając donośny trzepot skrzydeł. Uczennica natychmiast rozpoznała wesoły śpiew kosa. Ten dźwięk kojarzył się jej z dawnym miejscem zamieszkania, jeszcze z rodziną. To tam, na czubkach drzew niedaleko ich legowisk, te czarne ptaki nawoływały niezwykle intensywnie. Ich trele i melodie zawsze wprowadzały ją w błogostan i nostalgię.
Gdy patrol znalazł się w obozie, liliowa pręguska odstawiła swoje dwie myszy i jednego skowronka na stertę. Wiosna naprawdę przyniosła ze sobą ogrom pożywienia. Przynajmniej każdy pójdzie spać najedzony. Wtedy podeszła do niej Miodowa Łapa. Na pyszczku miała wymalowany uśmiech i entuzjazm.
— Witaj, Słoneczko! — przywitała się wesoło, a na dźwięk jej słów Jesionowa Łapa się lekko spięła z niewyjaśnionego powodu. Nawet jeśli Miodka to zauważyła, nie dała tego po sobie poznać. — Od rana się nie widziałyśmy. Co sprawiło, że tak wcześnie znikłaś z legowiska?
— No, poranny patrol, potem parę obowiązków, a jeszcze potem dwa patrole łowieckie. Typowe… zajęcia rutynowe — starała się wytłumaczyć, lecz złota uczennica tylko zachichotała.
— Na spokojnie, nie mam ci nic za złe — wymruczała, kładąc łapę na piersi, jakby przysięgała na swój honor. Zielonooka uśmiechnęła się ciepło.
— Wiesz… myślałam trochę i co powiesz na oglądanie gwiazd dzisiejszej nocy? Niebo jest dziś przejrzyste i jestem pewna, że uda nam się zobaczyć wszystkie gwiazdozbiory. Tylko byśmy musiały się udać gdzieś, gdzie drzewa nie będą nam przeszkadzać w obserwacji… — zastanowiła się na moment.
— O rety, z chęcią pooglądam z tobą gwiazdy! — podekscytowała się, a jej wąsy zadrżały ze szczęścia. — Co powiesz na ten brzeg jeziora zaraz za obozem? Jest blisko, więc jestem pewna, że ktoś na pewno pozwoli nam tam pójść! — jej niebieskie oczy wręcz błyszczały, jak te gwiazdy, entuzjazmem i dreptała z łapy na łapę, jakby już ją swędziały, by wybiec poza obóz.
— Możemy się zapytać Tygrysiej Nocy — wymruczała liliowa, obdarowując Miodową Łapę ciepłym spojrzeniem, a ta kiwnęła głową i rozejrzała się wokoło, zapewne szukając kocura wzrokiem, a Jesionka poszła jej śladem. Akurat wtedy mentor wynurzył się z legowiska wojowników. Obie kotki podeszły do niego w paru zgrabnych susach.
— Hej, Tygrysia Nocy, mamy pewne pytanie — zaczęła złota uczennica, a kocur nadstawił uszu z zaciekawieniem.
— Tak?
— Chciałabym razem z Miodową Łapą wyjść na brzeg jeziora za obozem w nocy. Pooglądać gwiazdy — dodała szybko Jesionowa Łapa.
— Obserwacje gwiazd, hm? — uśmiechnął się rudzielec. — Tylko we dwójkę i tylko na brzeg? — dopytał się dla pewności.
— Tak, chciałabym poopowiadać jej co nieco o tym, co opowiadała mi moja mama na temat gwiazdozbiorów. A mam dużo do przekazania — doprecyzowała, a Miodka jej przytaknęła. Kocur zastanowił się chwilę.
— Dobrze. Załatwię sobie wartę na noc i dopilnuję, byście na pewno wróciły — oznajmił, a kotki się uśmiechnęły.
— Dziękujemy, Tygrysia Nocy! — niebieskooka wymruczała, a Jesionowa Łapa kiwnęła głową z wdzięczności.

***

Gdy wreszcie zapadł zmrok, a kocur wszedł na nocną wartę, kotki udały się nad jezioro. Gdy szły, Miodowa Łapa położyła swój ogon na boku koleżanki, trochę by się nie zgubić, a trochę by ogrzać ją swoim gęstym i puchatym futrem. Noce wciąż były chłodne, ale większej kotce to niespecjalnie przeszkadzało. Wyczuła jednak niewielkie drżenie złotej kotki, jakby mimo gęstej sierści wciąż doskwierało jej zimno, a może podekscytowanie. Młodsza spojrzała w górę na pyszczek liliowej z szerokim uśmiechem.
— W końcu spędzimy trochę czasu same — zachichotała, na co Jesionce się zrobiło ciepło na sercu. Miała rację; jak na razie to one były razem tylko wśród innych kotów. Teraz mogły się rozgadać na całego.
— Fakt — wymruczała wesoło w odpowiedzi. Wtedy też skończyły się drzewa, a ziemia zaczynała tonąć w wodzie. Liliowa zanurzyła w niej łapę, jakby kontemplując. Gdy Miodka się przyjrzała jej ruchowi, Jesionowa Łapa szybko prysnęła jej kroplami po pyszczku i obie się zaśmiały, podczas gdy złota się otrzepywała.
— Hej! Tak nie ładnie! — parsknęła figlarnie i rzuciła się na większą kotkę, która z zaskoczenia upadła pod jej ciężarem.
Zaczęły się siłować, turlając się na boki, aż nie skończyły niemal w wodzie. Miodowa Łapa wzięła górę nad koleżanką i obie się zaśmiały.
— Jesteś coraz lepsza.
— Dziękuję, słoneczko — uśmiechnęła się i wypuściła liliową, która podniosła się na łapy i się otrzepała. — To dalej, opowiadaj mi o tych gwiazdeczkach.
Obie usiadły na brzegu, mając idealny widok na nocne, rozgwieżdżone niebo. Gdzieś z tyłu było słychać świerszcze, a spokojna tafla jeziora odbijała każdy świecący punkt na niebie, podczaspodczas gdy półksiężyc się po nim powoli wspinał. W oddali słyszalne było pohukiwanie sowy, jakby ogłaszając wszem wobec, że akurat tam jest jej terytorium.
— Każdy gwiazdozbiór ma swoją nazwę i historię. Są, na przykład, takie gwiazdozbiory jak gwiazdozbiór smoka, żyrafy, ryb czy właśnie kasjopei. To kasjopeja jest moją opiekunką i ona mnie strzeże. Przynajmniej według mojej mamy.
— Jaka jest historia Kasjopei? — spytała złota.
— Ona ma dosyć ciekawą historię, ale nie uważam jej za taką świętą, jaką ją malują — zaczęła. — Była to kotka niezwykle urodziwa, jako najstarsza z miotu. Dodatkową dumę jej sprawiało poniżanie swoich sióstr, Ryb, które były pół wodnymi stworzeniami. Pewnego dnia zrobiła zawody, kto jest najprzystojniejszym kocurem, który mógłby zostać jej partnerem i ojcem jeszcze cudniejszego dziecka. Padło na Cefeusza, władcę cudownej wyspy, na której nigdy nie zaznawano zmartwień, który zaś stał się ojcem Andromedy, kotki, której wygląd rozświetlał nocne niebo, a jej sierść była biała, jak tarcza księżyca w pełni. Duma Kasjopei rozzłościła jej siostry, Ryby, które skradły jej córkę i uwięziły na podwodnej wyspie. Kasjopeja, jako samolubna królowa, którą zawsze była, wysłała Perseusza, znajomego pół-nadkota, by uratował Andromedę za nią. Ten nie tylko ją uratował, ale też i ją wziął sobie za partnerkę i z nią uciekł. Kasjopeja się jednak nie przejęła stratą córki i żyła szczęśliwie dalej. Zmarła ona w polu lawendy, a pośmiertnie razem z Cefeuszem trafili na nocne niebo pod postacią gwiazdozbiorów. Zresztą tak samo, jak Perseusz i Andromeda jakiś czas później — opowiadała liliowa, po czym łapą wskazała fragment nieba. — To tam widać konstelację kasjopei, te najjaśniejsze gwiazdy układają się w takie jakby schodki, tak to nazwała matka — Miodowa Łapa przyjrzała się i zastrzygła uszami.
— W domostwie Wyprostowanych jest coś takiego jak “schody”. Po nich wchodzi się wyżej, na inny poziom ziemi — odparła. — Poza tym, Kasjopeja brzmi jak pusta lala. W ogóle nie przypomina cię. Jesteś o wiele bardziej zdolna i sympatyczna! Ona pewnie umiała tylko być ładna — dodała, najpierw naburmuszona, a potem jej głos zmiękł, gdy zaczęła mówić o Jesionowej Łapie, która uśmiechnęła się ciepło.
— Dziękuję, Miodowa Łapo. Wiele to dla mnie znaczy. Bo wiesz… jednak Kasjopeja to moja patronka, więc zostałam niemal skazana na to, by wiecznie myśleć o tym, czy nie jestem może… no wiesz… próżna tak jak ona — westchnęła, a jej entuzjazm z lekka przygasł. Złota od lekko ją szturchnęła łapą.
— Hej, nie martw się, słoneczko. Tak jak powiedziałam, jesteś zdolna, bystra i kochana. Nie jesteś skazana, by być jak ta twoja “patronka”. W końcu jesteś sama swoja — podniosła ją na duchu. Jesionowej Łapie jakby kamień spadł z serca. Wtuliła pysk w futro na szyi Miodki.
— Dziękuję, że jesteś — wymruczała z wdzięcznością.
— Nie ma sprawy — chwilę siedziały jeszcze w ciszy, wpatrując się w niebo. Zielonooka szukała wzrokiem następnych gwiazdozbiorów, podczas gdy niebieskooka skuliła się w bochen i zaczęła się wpatrywać w taflę jeziora. Przez parę długich chwil trwała idealna cisza. Nie było niezręcznie, a wręcz przyjemnie.
— Wiesz, moimi ulubionymi kwiatami zawsze były lawendy — rzekła Jesionka. — Odkąd jestem w Klanie Wilka, nie znalazłam nigdzie żadnej. Tęsknię trochę za jej zapachem — wyjaśniła. Miodowa Łapa zastanowiła się przez moment, jakby szukając w pamięci, który to był kwiat.
— To ten taki wysoki fioletowy? O wielu kwiatkach na łodyżce? — dopytała się.
— Tak, dokładnie.
— W domostwie, gdzie mieszkałam, widziałam lawendę. Pani postawiła ją na szafie, trochę jakby ukrywała ją przede mną. Jednak szybko uschła.
— A właśnie, jak się mieszkało u ludzi? Moja matka niegdyś pozwalała się dokarmiać przez nich, gdy była Pora Nagich Drzew. Nie wspominała więcej.
— Bardzo przyjemnie się u nich mieszkało! Zawsze ciepło, spokojnie. Koty z zewnątrz też były i czasem z nimi pogadałam. Ale pewnego dnia pani przestała się pojawiać, a pan zaczął mnie gdzieś zabierać i zostawiać na całe dnie w takim dziwnym domu na kołach, a sam znikał. Raz tak coś zaryczało, że aż uciekłam do lasu… i skończyłam tu — opowiadała złota, a Jesionka się zastanowiła moment.
— Chciałabyś kiedyś wrócić?
— To… skomplikowane. Z jednej strony jak jestem tu, to ty też tu jesteś! I dużo innych, przyjaznych kotów. Ale dom u wyprostowanych był całkowicie bezpieczny. Ale w takim popłochu byłam przy ucieczce, że nie wiem, jak mogłabym wrócić. Jest, jak powinno być — wymruczała przekonująco. Widać było jednak, że coś jeszcze mogło kotkę gryźć w sercu.
— Zgadzam się. Czasu nie cofniemy, ale chociaż przyjemnie jest w klanie. Zwłaszcza z kimś tak sympatycznym u boku — odparła spokojnie.
— Jak dobrze, że siebie mamy, co nie, słoneczko? — dodała z uśmiechem, a pręguska przytaknęła z cichym pomrukiem zadowolenia.

<Jak dobrze, że jesteś, Miodowa Łapo.>

Od Rozżarzonej Pieśni CD. Jagnięcego Ukłonu

Przeszłość

Nie znała zbyt dobrze Ćmiego Księżyca, lecz nie trudno było dostrzec, że jej nagła śmierć odbiła się echem na wielu kotach, szczególnie tych, które były blisko dawnej medyczki, jak Jagnięcy Ukłon. Ruda nieco obawiała się o dobrostan srebrnej, gdyż odnosiła wrażenie, że ta była wyjątkowo blisko zmarłej — oczywiście w charakterze mentor uczeń, a później medyk asystent.
Znajdując chwilę w ciągu dnia, udała się do pręgowanej.
— Jagnięcy Ukłonie? — zawołała starszą, wchodząc w głąb legowiska. Zapach ziół od razu dotarł do jej nozdrzy, poczuła, jak wspomnienia z Klanu Wilka nieprzyjemnie wracają do niej.
Nawet jeśli wśród Wilczaków czuła się obca, to w legowisku medyków zawsze odnajdywała spokój w trudniejszych chwilach. Jarzębinowy Żar poświęciła swoją przyszłość, by uczyć młódkę ziół i chorób, nawet jeśli wiedziała, że ta nigdy nie osiągnie takiego poziomu, jak inni medycy. Żar była jej za wszystko wdzięczna, choć pod koniec jej pobytu w Klanie Wilka czuła ukłucie zazdrości, kiedy tylko widziała brata z medyczką. Miała wrażenie, jakby kocur nagle z brudnymi łapami wszedł pomiędzy ich relacje, spychając ją na dalszy plan i skupiając uwagę szylkretki tylko na sobie.
— Ach, Rozżarzona Pieśnio. Witaj i wybacz, że cię nie usłyszałam — mruknęła cicho. — Czy wszystko w porządku? Potrzebujesz pomocy z jakimś urazem? Może chciałabyś o czymś pogadać? Jeśli tak jestem do usług — miauknęła.
Żółtooka dostrzegła jej nieco wymuszony uśmiech, na co nieco się skrzywiła.
— Jagnięcy Ukłonie, ze mną wszystko w porządku, lecz… Czuję, że to ty tym razem potrzebujesz pomocy. Wiem, że śmierć Ćmiego Księżyca była nagła, jednak to ty teraz potrzebujesz największego wsparcia po jej stracie.
W międzyczasie podeszła bliżej medyczki i usiadła naprzeciwko niej. Nie obchodziło ją, że ktoś może zaraz przyjść, na przykład Aldrowandowa Łapa — nie miałaby oporów przed przegonieniem każdego, kto zakłóciłby rozmowę ich dwójki. Chciała pomóc srebrnej, być wsparciem dla niej, szczególnie w tak trudnych chwilach, jak te.

<Jagnięcy Ukłonie?>

Od Rezedowej Łapy CD. Narcyzowej Łapy

Przeszłość

Trawa pod poduszkami Rezedowej Łapy była miękka, prawie jakby pióra zamiast źdźbła. Bieg przez łąkę był tak łatwy i lekki, jakby wcale nie biegł, ale zamiast tego się unosił. Przed nim przemieszczała się sylwetka. Zawsze był parę kroków przed nim; nigdy nie mógł jej dogonić; nigdy nie był w stanie zobaczyć jej pysk.
Ale nagle poczuł ból w ogonie, jakby ktoś nagle złapał go za czubek, przez co wykozłował. I wtedy się obudził. No tak. To był tylko sen. Kolejny, ten sam, który powtarzał się w kółko. Kocur podniósł głowę, mrugając powoli… Narcyzowa Łapa. Coś mruknął do niego. Rezedowa Łapa nawet niezbyt zakodował, co powiedział.
― Ślepy jesteś? ― mruknął, a raczej warknął, marszcząc lekko brwi, jego głos zachrypnięty, i przesunął obiema łapami po pysku. Może i lepiej, że się obudził. Ten sen i tak zawsze kończył się koszmarem, budząc go w zimnym pocie.
Musiał być to akurat Narcyz, który go obudził? Ktoś inny może nie pogorszyłby jego samopoczucia. Z rana nie był on zbyt przyjemny do rozmów. Szczególnie że nigdy nie był wyspany, nieważne, jak wcześnie poszedł spać. Zresztą, kiedy on ostatnio poszedł spać wcześnie? Nie mógł spać w nocy.
― Nie jestem ślepy. Mogłeś schować ogon pod łapy, to bym nie nadepnął ― odparował Narcyzowa Łapa, na co Rezeda tylko rzucił mu spojrzenie.
― Raczej nie będę przejmować się tym, że jakaś ślepota nadepnie mi na ogon ― mruknął Rezedowa Łapa, przesuwając swój ogon do swojego pyska. Narcyz był ciężki. Nie bolało go bardzo, ale nadal czuł to w ogonie. Było to dość irytujące. Narcyz był młodszy od niego, a był jego wzostu i ważył pewnie więcej niż on. Tak szczerze, młodszy kocur po prostu go wkurzał. Udawał jakby był niewadomo kim, ale wszyscy widzieli, że po prostu próbuje sie dowartościować... Rezeda pewnie nie powinien wypowiadać się na ten temat. W końcu on nie był lepszy, ale bez przesady. On przynajmniej faktycznie coś z tego zyskiwał.

<Narcyz?>
[314]

[6%]

Od Narcyzowej Łapy do Rezedowej Łapy

Jakiś czas temu

Przewrócił się na drugi bok i zamrugał kilka razy, aby wyostrzyć wizję. Pogodny świergot ptaków docierał do uszu śpiących uczniów, a pierwsze, poranne promienie słońca przebijały się przez liściaste okrycie, rozświetlając ściany legowiska. Narcyzowa Łapa strzepnął ogonem i usiadł, rozespanym wzrokiem przemykając po spokojnych mordkach rówieśników. Część z nich wciąż jeszcze spała. I kto miał być jego towarzyszem rozmów?
Zazwyczaj Narcyz budził się nieco później — dopiero, gdy Lśniąca Ikra przychodził i kazał mu szybko wstawać, bo zaraz przegapią poranny patrol, na który często go zabierał.Uczeń przez chwilę rozważał obudzenie Narwanej Łapy, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu — wolał nie ryzykować siniakiem na powitanie.
Schylił się, aby przylizać odstające futro na piersi; musiał się w końcu jakoś prezentować…
Tym razem było jednak inaczej.
Powietrze było gorące, parne; niemal zalegało w nozdrzach. Nawet, gdyby chciał, nie mógłby spać dłużej.
Uniósł łapę i przejechał po niej różowym ozorkiem, aby po chwili poprawić kilka kosmyków sierści na łebku.
Gdy skończył już swoją poranną pielęgnację, bardzo ostrożnie podniósł się na równe łapy i rozciągnął zdrętwiałe kończyny, po czym zlazł z posłania. Rozejrzał się po legowisku i, uważając, aby nikogo nie obudzić, ruszył przed siebie. Prawie uderzył w czyjąś łapę i omal nie usiadł na czyimś pysku, ale finalnie udało mu się dotrzeć do wyjścia.
No, prawie.
Akurat, gdy światło dnia musnęło jego nos, a delikatny powiew wiatru zmierzwił jego sierść, poczuł coś twardego pod łapami. Na dodatek włochatego.
Jak oparzony odskoczył w bok, dosłownie wpadając na ucznia, któremu chwilę temu nadepnął na ogon.
Spuścił spanikowany wzrok, aby zobaczyć, kto okazał się tym nieszczęśnikiem — na mchowym posłaniu odpoczywał nie kto inny, jak Rezedowa Łapa. Jego rudawe futro poruszyło się nieznacznie, gdy uniósł łeb, aby spojrzeć na młodszego. Narcyz tylko uśmiechnął się krzywo.
— Ooh, hej… Rezedo. Nie rób takiej krzywej miny, ktoś musiał cię obudzić! — zaświergotał nerwowo.

<No to co, kolego?>

[307 słów]

Od Iskrzyka

Dzień zapowiadał się na wyjątkowo spokojny, aż zbyt spokojny... Przynajmniej było tak w odczuciu Iskrzyka. Kremowy kocur był dzisiaj wyjątkowo znudzony, także postanowił odwiedzić swojego brata. Doszedł do wniosku, że jeśli on się nudził, to lis musiał tym bardziej! W końcu rudy kocur został starszym w kwiecie wieku, kto by na jego miejscu nie byłby wiecznie znudzony? W każdym razie wziął nieco chudawą i rdzawą wiewiórkę ze stosu i wszedł do legowiska starszych. Przed bursztynowymi oczami Iskrzyka ujawniło się parę kotów. Od razu rozpoznał dwie śpiące stare kotki, Przypływ i Pieczarkę. Obie starsze obecnie musiały mieć coś na rodzaj popołudniowej drzemki, Iskrzyk nigdy nie rozumiał, czemu starsi czasem tyle śpią, ale nie kwestionował tego zbytnio, w końcu jak młody kocur ma zrozumieć starych? Zresztą Iskrzyk mimo wszystko szanował starszych, nie zamierzał zamęczać ich tak głupim pytaniem. Jego ślepia za to szybko padły jednak na innego kota, leżącego w swoim legowisku niedaleko ściany z kaliny. Jego rude futro wyraźnie odróżniało się od zielonych liści. Obecnie jego łapy były ułożone pod nim i był zwrócony tyłem wobec Iskrzyka. Trzęsła mu się przy tym delikatnie głowa, co było dla niego typowe. Wydawało się, że nie zauważył wchodzącego do legowiska brata. Iskrzyk nie chciał próbować jeszcze wyrzucić z pyska wiewiórki, którą niósł w pysku, nie chciał też potencjalnie wystraszyć Lisa. Był bowiem przekonany, że jego brat nie powitałby takiej niespodzianki z zachwytem. Podszedł więc dwa kroki w przód, tupiąc przy tym głośno, tak by narobić troszkę dźwięku. Był pewien, że szelest zwróci uwagę Lisa. Nie mylił się, faktycznie tak było. Rudzielec potrząsnął uchem i odwrócił głowę. Musiał na chwile zapomnieć, że nie ma jednego oka, gdyż zwrócił pysk w bok częścią twarzy, którą stracił księżyce temu. Iskrzyk postanowił postawić rudą zwierzynę na ziemi i przywitał się z Lisem:
— Hej! Głodny? — zapytał kremowy, po czym zaczął delikatnie mruczeć, bardzo cieszył się, że mógł poświęcić bratu trochę czasu.
— Cześć — odmruknął Lis, próbując wstać. Kocur jak zwykle trząsł się, próbując zachować równowagę. Dodał też po chwili: — Trochę…
— Zostań w miejscu, brat — Iskrzyk powiedział z troską i uśmiechnął się tylko szeroko, po czym wziął puchatą wiewiórkę za ogon. Szybkim krokiem przeszedł przez legowisko starszyzny, nie chciał przecież zmuszać brata do chodzenia.
— Nie musisz się nade mną litować — odrzekł bez większych emocji w głosie rudy. Lis mimo to posłuchał się brata, jednak ten, zamiast usiąść, po prostu postanowił rozłożyć się na swoim legowisku.
— Nie lituje się, braciszku, troszczę się — odmruczał Iskrzyk, stawiając wiewiórkę w łapach brata. Położył się obok, tak by Lis mógł się na nim nieco oprzeć podczas jedzenia. Dodał też, gdy lis próbował coś powiedzieć, nie dając mu się tak odezwać: — Hej podzielisz się tą wiewiórką?
— Jasne — mruknął Lis, po czym spróbował wbić swoje jasno białe ząbki w rudą zwierzynę, nie trafił za pierwszym razem, lecz po drugim od razu udało się mu wbić zęby w mięso.
— Przypominasz mi tak trochę taką wiewiórkę, wiesz? Oblepić cię gliną, zwłaszcza końcówkę ogona oraz brzuszek i będziesz idealnym wiewiórczym olbrzymem! — rzekł, śmiejąc się delikatnie z własnego żartu, po czym zajął się próbą oderwania z faktycznej, prawdziwej wiewiórki jakiegoś mniejszego kawałka mięsa.
Lis mruknął tylko coś, aczkolwiek za cicho by Iskrzyk mógł usłyszeć odpowiedź z jego strony, po czym wziął kolejnego gryza rudawego stworzonka.
— Wiesz, jak tylko będę mógł, mogę ogarnąć ci trochę gliny, Lisie, co ty na to? — powiedział, przerywając na chwile jedzenie. Od czasu wypadku brata było mu go jakoś dziwnie nazywać Lisem. W końcu to lisy skrzywdziły mu brata, kto z resztą chciałby się nazywać po zwierzęciu, które wyrządziło ci tyle krzywdy? Może powinien dać mu jakąś ksywkę? W każdym razie nie słysząc dłuższej odpowiedzi od brata, rzekł: — Jeśli nie chcesz przypominać wiewiórki, możemy przemalować cię na psa! Domaluje się błotkiem jakieś pręgi, łatki! Nie wiem, czy psy mogą mieć pręgi, ale co ty na to?
— Myślę, że... Może być — odmiauknął Lis, po czym wrócił do podjadania pozostałych już z wiewiórki resztek.
— No cóż, brat, już będę iść... Ale obiecuję, że jeszcze dziś do ciebie zajrzę! — wymruczał Iskrzyk, po czym wstał.
Kremowy kocur nie czekał zbytnio na odpowiedź Lisa. Szybkim krokiem wyszedł z legowiska starszych i tyle jak przynajmniej na teraz Lis go widział.

Od Rzekotki do Niedźwiedziówkowego Pyłu

Pora Zielonych Liści, Pora Zielonych Liści! Rzekotka nie miała pojęcia, o co chodziło, ale podobał jej się widok ze żłobka! Wszyscy stali się jakby szczęśliwsi a świat wypełniły kolory i nooooowe zapachy. Koteczka jeszcze nigdy nie widziała takich kwiatów, jakie teraz ich tata przynosił do zabawy, ani takiej zwierzyny!
— Czy te ryby wracają do wody na Porę Zielonych Liści? — zapytała, kiedy nadeszła pora śniadania, a do jedzenia wszyscy dostali po rybce.
Zmierzchająca Fala parsknął pod nosem i pokręcił głową.
— Nie, one tam mieszkają Porą Nagich Drzew. Po prostu była zamarznięta rzeka i trudniej się na nie polowało — wyjaśnił.
— Jaka była rzeka? — dopytała.
— Zamarznięta.
— Jakaaa? — przechyliła główkę, wbijając wzrok w ojca.
— Taka, że nie mogliśmy w niej polować — westchnął zrezygnowany.
— Aha! Teraz rozumiem! Czyli Porą Zielonych Liści można łapać rybki, bo rzeka na to pozwala?
— Pozwala…? Oh, masz rację. Pozwala nam Porą Zielonych Liści i Porą Nowych Liści, oraz Porą Opadających Liści — odpowiedział. — Jedz już i nie gadaj.
— Czemu?
— Bo siostry Ci zjedzą!
— O NIE! — miauknęła przejęta, biorąc się za swoją porcję. Nie mogła pozwolić na zabranie swojej rybki! To było jej śniadanie, a nie Żabci czy Ropuszki.
Gdy skończyła, poszła do Kropiatkowej Skórki, żeby wyczyściła jej sierść. Robiła to najlepiej, więc koteczka bardzo chętnie korzystała z usług matuli, nawet jeśli mogła sama się myć. Wolała tak. Wyglądała lepiej i było jej przyjemnie, kiedy mamusia tak ją wylizywała. Z każdym pociągnięciem języka robiła się coraz bardziej śpiąca, kołysząc się na boki. Po chwili jednak oprzytomniała.
— Przytulasek! — miauknęła, odwracając się i wlepiając w matkę.
— Ojej, ojej — mruknęła rozbawiona królowa.
— Kocham tulaski — rozmarzyła się malutka, chowając nosek w sierści Kropiatki. Pachniało tak ładnie, a jakie było miękkie… Rzekotka mogłaby spędzić w nim resztę życia!
— Skarbie, muszę na stronę — szepnęła po dłuższej chwili matka.
— Coooo? To ja z Tobą! Na stronę! Na stronę! — zaczęła głośno skandować, jednak królowa ją uciszyła ogonem.
— Możesz iść, ale nie krzycz tak — pouczyła córkę.
Po chwili obie były przy wyjściu ze żłobka. Rzekotka otworzyła szerzej oczy, widząc wielgachny obóz oraz mnogość kotów. Stała z rozdziawioną buzią, więc matula, która ją znała, umknęła szybko w krzaki, póki córka stała oniemiała. Kropiatka wiedziała, że Rzekotka nigdzie nie odejdzie; w końcu jej najlepszym zajęciem było siedzenie w miejscu i patrzenie. Ze spokojną głową więc poszła sobie na stronę.
Rzekotka z kolei stała tak, dopóki nie dostrzegła ciemnego futra. Takie trochę podobne do Ropuszki, ale inne. No i ten kot miał maskę na pysku! Taką białą… wyglądała upiornie!
Podeszła do niej na swoich serdelowatych łapkach.
— Dzień dobry! — przywitała się według nauk rodziców. — Jestem Rzekotka i mam dwa księżyce! Twoja twarz wygląda upiornie i pewnie będzie mi się śnić po nocach!
Oznajmiła z błyszczącymi oczkami. Następnie zaatakowała przytulakiem jedną z łap wojowniczki.
— A teraz pora na przytulanie! Mama mi mówiła, że koty lubią komplementy — zaczęła mówić dalej. — I wtedy chętniej się tułają! Więc ja dałam Ci komplement i przytulas. Prawda? Tak? Powiedz! Powiedz!
Z każdym słowem coraz bardziej przyklejała się do kończyny Niedźwiedziówki.

<Niedźwiedziówko?>

Od Borowika CD. Łzy

Yay. Skończyłem trening na dziś. Mojej pamięci nie udało się niestety zapisać, co dokładnie robiliśmy z Kurką, gdyż byłem zbyt skupiony. Zawsze tak mam na treningu. Wiem za to, że po drodze udało mi się złapać wróbelka. W kontekście pożywienia, wróbelki są strategicznie lepsze niż wiewióry - ich futro nie wchodzi mi między zęby, bo też futra nie mają. Miałem sporą nadzieję zjeść go dziś na kolację, z uwagi na to, że ominęły mnie ostatnie trzy posiłki. Niektórzy powiedzieliby, że jest to jeden z objawów żałoby po śmierci matki. Ja jednak nie zgodzę się z tą teorią.
No właśnie.
Pożegnałem się z Kurką i skierowałem się w stronę legowiska uczniów. Wtem zatrzymał mnie czyjś znajomy, słodki głosik. Spojrzałem w dół. O. To Łza.

***

Zmarszczyłem brwi.
Zamrugałem.
Wyplułem wróbelka na ziemię, tuż obok Łzy, która skrzywiła się wyraźnie i odsunęła pół kroczku.
– Um. Nie rozumiem – spytałem, gwałtownie kręcąc na boki głową. – To znaczy wróbel dobry czy wróbel niedobry? Twoja wypowiedź jest… uh… co najmniej wieloznaczna.
Zgubiłem się. Zawsze się gubię, kiedy koty mówią coś wieloznacznego. Łza jest małym kociaczkiem. Kociaczki kocham. Szkoda tylko, że wychodzi na to, że tak samo jak dorosłe koty, kociaki mówią w ten specyficzny sposób, który mnie dezorientuje. Ale nie szkodzi, nie szkodzi. Kociaczkom wybaczę.
Mała westchnęła głośno, przewracając oczkami. Uniosła lekko brwi, patrząc na mnie z profilu.
– No dobrze, dobrze, już wyjaśniam. Nie mówiłam poważnie, że jest dobry. Myślałam, że każdy powinien się domyślić… Ale jak widać, ty nie. Jeśli chcesz, Borowiku, mogę mówić do ciebie… prostszym językiem - wyjaśniła spokojnie, uśmiechając się do mnie tak, jak Gąska się uśmiechała, gdy za kociaka wbiegłem głową w głaz. To znaczy tak miło. Miło, tak. Lubię, jak się ktoś do mnie miło uśmiecha. Na szczęście koty robią to często.
– Oh… Tak, tak, w sumie możesz – otworzyłem szerzej oczy ze zdziwieniem i z lekką ulgą. – Bardzo miło z twojej strony. Dobrze rozmawia się z kimś, kto mówi tak o, a nie tak… no. Wszyscy coś mieszają… niepotrzebnie… Dzięki, Łzo. Że ty pomyślałaś. Że nie mieszasz. Miły z ciebie kociaczek.
Otrzepałem uszy.
Przez pyszczek małej koteczki przeszło coś w rodzaju lekkiego zakłopotania i dezorientacji, ale zniknęło niemal od razu zastąpione czymś na kształt radości.
– Oh… Tak, tak, wiem, Borowiku! Nie martw się, nie każdy jest stworzony do… powiedzmy, umysłowych rzeczy. Gdybyś kiedykolwiek potrzebował pomocy w bardziej skomplikowanych zadaniach, to zawsze jestem tu dla ciebie! – odparła piskliwie, ale niewątpliwie ciepło, unosząc lekko główkę.
Przypadłem do ziemi i położyłem pysk na piasku, świdrując wzrokiem Łzę.
– Hm. Słodkie, słodkie – mruknąłem. – No. A chcesz wróbla? Mówisz, że jest malutki. Idealny na przekąskę. Ja miałem go zjeść. Ale ty taka miła dla mnie. I malutka. Za malutka. Znaczy, musisz jeść. Jeść więcej wróbla.
Łza jest naprawdę malutka. Za malutka jak na kota. Chociaż równie dobrze może być to po prostu cecha kociaków. Ale co ja tam wiem.
Popchnąłem nosem wyplutego wróbelka w jej stronę. Milutkie te kociaczki.

<Łzo?>
[487 słów]

Od Wrony CD. Mistral

Przeszłość

Wrona spojrzała na uczennicę zielarstwa. Ona nie była już mała, ona była już uczniem, a to oznaka dojrzewania. Jednak Mistral nie miała nerwów z materiału, z którego dwunożni robili potwory, więc odmiauknęła:
– Dobrze i przepraszam! – rzekła i susem pobiegła dalej.

Teraźniejszość

Wrona biegła do wyjścia z obozu, gdzie czekać miał na nią Czereśnia. Wiatr lekko muskał jej sierść i trzepotał jej uszami, gdy cięła powietrze, przebiegając pomiędzy różnymi przeszkodami na drodze. Gdy dotarła do mentora, zatrzymała się z poślizgiem i zaczęła przebierać łapkami.
– Witaj, Czereśnio! Czego dzisiaj będziemy się uczyć?
– Witaj, Wrono. Dowiesz się, jak dojdziemy na miejsce.
Ruszyli z obozu, szli wzdłuż rzeki, przeprawili się przez nią dzięki konającemu bukowi, minęli rozlewisko i nareszcie dotarli do celu: Dębowej Ostoi. Przez tę całą drogę myślała o Puchaczu i zgromadzeniu.
– Pewnie musisz być zmęczona treningami – miauknął wtedy brat.
– Niezbyt, jest naprawdę fajnie. Ostatnio Czereśnia pokazał mi całe terytorium. Wrzosowa Polana jest naprawdę piękna! Gdy tak szłam, o mało co się nie przewróciłam i nagle przeszył mnie ból w kręgosłupie, on się zaniepokoił, ale mi przeszło, więc odpowiedziałam, że wszystko dobrze. Potem zaczęliśmy się śmiać i wróciliśmy do obozu.
Wtedy też czekoladowy zrobił minę zazdrości. Co było fajnego w bólu kręgosłupa? Rozumiała, że uczył ją lider, ale jego uczył zastępca! Musi z nim kiedyś porozmawiać…
– Wrono, dzisiaj będziemy się uczyć czegoś, bez czego zwiadowca nie jest zwiadowcą. Wspinaczki na drzewa.
– Aaa, dlaczego musieliśmy pójść aż do Dębowej Ostoi?
– Dlatego, że dąb ma bardzo chropowatą korę, czujesz? – lider oparł łapę o drzewo, a kłapoucha za nią.
– Tak, czuję, zdecydowanie bardziej chropowatą od jabłoni.
– W takim razie teraz patrz uważnie – rzekł Czereśnia. – Najpierw ugnij tylne łapy, jak przy polowaniu, tylko skieruj siłę odrzutu do góry. Następnie mocno się odbij w stronę drzewa i zaczep pazurami o korę – powiedziawszy to, skoczył i przykleił się do dębu. – Ramiona nie mogą być za szeroko. Potem lekko uginasz tylne łapy, wybijasz się w górę i znów się zaczepiasz pazurami. By zeskoczyć, możesz lekko zejść, po prostu przenieś łapy, a następnie odepchnij się od drzewa i obróć swoje ciało – powiedziawszy to, zrobił to i wylądował gracko na ziemi. – Twoja kolej.
Wrona napięła mięśnie tylnych kończyn, wybiła się i zaczepiła pazurami o chropowatą korę. Wzięła wdech, zebrała siły w łapach i wyskoczyła, by znaleźć się wyżej. Chciała pokazać mentorowi, że jest silna i nadzwyczaj ambitna, więc powtarzała to, dopóki nie znalazła się na wysokości gałęzi.
– A teraz zejdź! – krzyknął czekoladowy, a dymna zrobiła to, o co poprosił. – Dobrze sobie z tym poradziłaś, jutro będziemy pracować w Owocowym Lasku na drzewach – powiedział tonem bez emocji, ale w oczach kotka dostrzegła dumę. – Zanim wrócimy do obozu, upolujmy coś – dodał, idąc w kierunku rzeki.

***

Gdy wrócili do obozu, Wrona dostała zadanie, aby dać coś do jedzenia uzdrowicielom. Wzięła dwie nornicę i jedną ryjówkę, i ruszyła do legowiska leczących.
– Witajcie, Wiciokrzewie, Gołąbku i Mistral! Przyniosłam wam coś do jedzenia – dała każdemu pod łapy pożywienie i siadła przy białej kotce. – Słyszałam, że zostałaś zielarką. Gratuluję!
– Dzięki – mruknęła, odgryzając kawałek nornicy.
– Mama mi opowiadała, że dawno temu to stanowisko zostało obsadzone przez kogoś. Jak podoba ci się ta praca, na czym ona polega i czy wiesz, dlaczego tak długo było puste?

<Mistral?>
[524 słowa + wspinaczka na drzewa]