BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 22 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

10 marca 2026

Nowi Członkowie Pustki!


PUMA
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zagryzienie przez lisa

Odszedł do Pustki!

MUCHA
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zagryzienie przez lisa

Odszedł do Pustki!

Od Lisa

UWAGA: WALKA, LEKKI GORE

Był piękny, słoneczny dzień. Tak piękny, że Lis postanowił — ot, tak — wykraść się samemu z obozu, by trochę się powygrzewać.
Z powodu swego zdrowotnego problemu — dziwnej choroby, która nie pozwalała mu chodzić i biegać jak każdemu innemu kotu — nie mógł sam wychodzić. Jednak uznał, że i tak nikt się o tym nie dowie. Może uda mu się udowodnić, że on też może zrobić coś pożytecznego dla klanu!
Małymi, cichymi oraz chwiejnymi krokami zaczął zbliżać się do wyjścia z obozu. Na szczęście (lub nieszczęście, czego się zaraz dowiemy) w obozie prawie nikogo nie było. Wszyscy wojownicy oraz zwiadowcy wraz z liderką byli na patrolach czy polowaniach. Jedynie zastępcy, szaman, uzdrowiciele oraz stróże zostali, a oni zajęci byli swoimi sprawami. Takim sposobem Lisowi udało się wyjść.
— Wow… — wymknęło mu się. Terytorium zdawało się nie kończyć! Co prawda był już raz na zewnątrz, ale wciąż nie mógł uwierzyć, jak wielki jest teren Owocowego Lasu.
Jego kiwające się łapki sam poprowadziły go w jakimś kierunku. Biedny nowy uczeń nie miał jeszcze w pełni wykształconych zmysłów, nie były one tak dobre, jak u starszych terminatorów oraz dorosłych kotów, a więc nie wyczuł świeżego zapachu lisa. Prawdę mówiąc, wyczuł go, ale nie zdawał sobie sprawy z tego, jakie niebezpieczeństwo mu grozi. Lis swoimi oczami spoglądał na Lisa, który chwiejnie maszerował przez teren.
W końcu rudzielec zdecydował, że wróci do obozu.
Pewniejszymi już krokami skierował się w tamtą stronę i znów chciał niepostrzeżenie wkraść się do środka. Gdy rozmyślał, jak to zrobić, przed nim stanął jakiś kot.
— Co tutaj robisz, mały? Czy aby nie wolno ci wychodzić bez drugiego kota? — To była Orchidea, patrząca na niego łagodnie i zarazem stanowczo.
— Ja… chciałem nazbierać trochę mchu do… do… legowiska uczn… uczniów — odparł Lis.
— No dobrze, ale już tak więcej nie rób, młody. — Z tymi słowami Orchidea zaprowadziła go z powrotem do obozowiska. Widocznie Pieczarka już dowiedziała się o jego ucieczce, gdyż gniewnie machnęła ogonem, gdy mały uczeń wszedł do środka.
— Co ty sobie… — Nie dokończyła; w jej oczach ukazał się strach, a jej futro stanęło dęba. Spoglądała na wejście, gdzie znikąd pojawił się łeb, a potem całe ciało gotowego do boju najprawdziwszego lisa.
— LIS! LIS W OBOZIE! — wrzasnęła. Nie zdołała ukryć gdzieś Lisa, a więc mały został na miejscu, przypatrując się scenie z paniką w oczach. Czy ten lis przyszedł tu za jego tropem?

* * *

— Udało nam się — westchnęła Pieczarka. — Ale za jaką cenę?
W bitwie zmarło kilka kotów. Gdy lis rzucił się na Pumę, Mucha spróbował go uratować, jednak zapłacił za to życiem. Gdy lis go załatwił, przeszedł do Pumy i tym sposobem, mimo starań innych stróż, także został ofiarą kłów i pazurów. Lis (uczeń OL) został ciężko ranny. Pół jego twarzy zostało obdarte, a na prawej tylnej nodze już raczej nie stanie. Jego ogon znaczyła długa blizna. Jakim cudem taki mały uczeń mógł zostać tak ciężko ranny?

[468 słów]

Od Figi

Przeszłość, dawne Zgromadzenie. Gdy Świetliki niedawno się sprowadziły na tereny koło OL, zima.

Figa nie poszła na ostatnie zgromadzenie klanów, czego żałowała poniekąd. Możliwość zrobienia zamieszania albo obrobienia tyłków kotom z innych klanów była jedną z jej ulubionych czynności. Ich godna pożałowania liderka miała jednak inne plany wobec czekoladowej zwiadowczyni. Zostawili ją w obozie, a Figa zaczęła knuć, jak podrzuci Pieczarce pająki do legowiska…
Jeszcze tej nocy, gdy koty wróciły do obozu, Figa mogła dostrzec wyraźne napięcie na ich pyskach. Od razu dopadła do Sajgona, który szedł zamyślony. Jego kwaśna mina nie zdradzała zbyt wielu szczegółów.
— No! Dawaj, opowiadaj, co się działo! — ponagliła wojownika, a ten trzepnął nerwowo ogonem.
— Pf, nie ma dobrych wieści — burknął, siadając pod drzewem.
— Jak to? —Kotka się zdziwiła. — Nikt nie wszczął żadnej awantury? No to lipa!
— Nie, Figa, ogarnij się — syknął, a ona posłała mu gniewne spojrzenie. Nie wiedzieć kiedy oba koty się zakumplowały do takiego stopnia.
— Zrobię, co będę chciała — fuknęła.
— Pamiętasz, jak jakiś czas temu znaleźliśmy podczas patrolu ślady zapachowe?
— Tamte, co należały do jakichś włóczęgów? — dopytała.
— Tak, dokładnie. Nie zgadniesz! — miauknął, a widać po nim było wyraźne zdenerwowanie. — To byli zdrajcy z Klanu Wilka! Nikła Gwiazda wydał przed nimi ostrzeżenie podczas Zgromadzenia.
Figa zamilkła na dłuższą chwilę, przywołując moment znalezienia śladów zapachowych. Patrol mocno się nimi wtedy zaniepokoił, a Pieczarka była widocznie przerażona. Jedynie Czereśnia chodził wkurzony, ciągle omawiając coś z liderką. Po Owocowym Lesie zaczęły krążyć pogłoski, plotki, dużo niepokoju. Koty zaczęły panikować i nakręcać siebie nawzajem. Grupa włóczęgów? A co, jeśli zaatakują? Dlaczego kręcili się nieopodal Owocowego Lasu? I takie różne głosy można było zasłyszeć w tamtym czasie.
Pieczarka następnego wieczora zwołała koty. Figa widziała po jej pysku oraz nerwowo drgającym ogonie, że nie ma dobrych wieści. Nie, żeby kiedykolwiek miała. Pieczarka była chodzącym kłębkiem nerwów, a byle podmuch wiatru mógł ją przewrócić. Jasna kotka wzięła głęboki wdech, nim przemówiła z Czereśnią u boku;
— Koty Owocowego Lasu, w związku z ogłoszeniem Nikłej Gwiazdy i znalezieniem kilka księżyców temu śladów zapachowych, zbieram grupę ochotników, którzy pójdą za południową granicę na tereny niczyje i sprawdzą obecność grupy Świetlików. — Pieczarka starannie dobierała słowa, by nie wzniecać paniki, albo żeby uspokoić samą siebie. Figa nie była w stanie tego stwierdzić.
— Przewodzić będzie Czereśnia — Wskazała ogonem na Zastępcę. — Musicie mieć na uwadze ewentualną możliwość stoczenia z nimi bitwy! To wszystko, chętne koty niech zgłoszą się do Czereśni.
Fidze nie trzeba było dwa razy powtarzać. Spranie kilku samotniczych tyłków jak najbardziej jej odpowiadało!
Ruszyła więc do czekoladowego kocura, dostrzegając, że Sajgon, jak i Dereńka, a nawet Jaśminowiec również wstali, by do niego pójść. Kotka uśmiechnęła się dziarsko, ciesząc się w duchu na taką ekipę. Nie obawiała się wcale tych włóczęgów. Skoro uciekli z Klanu Wilka, to byli tchórzami! A tchórze nie będą stawiać dużego oporu, raz-dwa ich przepędzą!

Później, wciąż Pora Nagich Drzew.

Zima zaskoczyła koty, gdy podczas jednej nocy napadała gruba warstwa śniegu, przykrywając calutki obóz Owocniaków. Gdyby nie spali na drzewach, zostaliby bałwanami, a przynajmniej tak uważała Figa, patrząc, jak ochotnicy czyścili drogę. Zrobili kilka przejść do każdego z kluczowych miejsc w obozie, którymi pozostałe koty mogły sobie chodzić. Minęło ledwie kilka wschodów słońca od zebrania grupy ochotników, a Czereśnia dnia poprzedniego zakończył obmyślać cały plan, za i przeciw, więc w końcu byli gotowi.
Duża grupa kotów, bo było ich aż — tu Figa musiała policzyć — dwanaście, zebrała się przy wyjściu z obozu. Zastępca wyszedł na prowadzenie i cała ekipa ruszyła dziarsko przed siebie. W trakcie drogi rozmawiali na najróżniejsze tematy, Figa uczepiła się Jaśminowiec, dokuczając jej, oraz śmiejąc z tego, że przytyła po ciąży. Nie mogła sobie odpuścić skomentowania romansu młodszej z tym, pożal się Wszechmatko, uzdrowicielem. Następnie plotkowała z Kurką i Dereńką, a Czereśnia udawał, że nie słucha.
Brodząc w wysokim śniegu, minęli Śmietnisko. Słońce powoli przesuwało się ku szczytowej pozycji, gdy stanęli naprzeciw Drodze Grzmotu. Starsze koty z ich grupy wiedziały, jak i kiedy przekraczać to miejsce; dodatkowo zimą kręciło się tutaj mniej potworów. Pierwszy pobiegł Czereśnia z Czerwcem, za nimi Kurka, Dereńka, Guziczek i Orchidea. Figa przebiegła razem z Jaśminowiec oraz Sajgonem. Len, Hiacynt i Ziemniak byli na końcu. Wszyscy szczęśliwie nie skończyli w brzuchu potworów, więc odetchnęli z ulgą. Przekroczyli granicę gęstego lasu na terenach niczyich. Od razu do ich nozdrzy dotarł tutejszy zapach, masa zwierzyny, smrody potworów, a gdzieś pomiędzy nimi wymieszane zapachy tej bandy przybłęd. Śnieg był tutaj nieco rzadszy dzięki gęstwinie koron drzew, więc koty mogły z ulgą odetchnąć. Byli zmęczeni całym tym marszem, brodzeniem w białym puchu i zimnym, ostrym powietrzem.
Nagle Owocniaki wpadły na ślady tych przybłęd, ich ślady zapachowe, takie same, jak wtedy przy granicy z Owocowym Lasem. Ruszyli więc w kierunku źródła, przybierając na pyszczki niestrudzone wyrazy, by tamci nie mogli poznać ich zmęczenia.
Figa wraz z Czereśnią na czele oraz pozostałymi kotami dotarła do miejsca, w którym przebywali przybysze. Zastępca niestrudzenie, z pyskiem pełnym determinacji, parł przed siebie. Gdy wszyscy stanęli oko w oko z grupą samotników, Figa posłała im grożące spojrzenie. Stanęła za Czereśnią, prostując się.
Czereśnia przemówił pierwszy, jego głos był szorstki i ostry.
— Czego chcecie?! Co tutaj robicie? Wiemy wszystko o waszej grupie!
Dwa napotkane koty zdawały się być nimi mocno zaskoczone, co jednak nie ostudziło zapału Figi ani nikogo z grupy.
Byli członkowie Klanu Wilka ostrożnie podeszli do ogromnego patrolu Owocniaków.
— Jesteśmy pokojowi — powiedział jako pierwszy, czarny kocur, zasłaniając tym samym medyczkę, która zjeżyła się ze strachu. — Uciekliśmy z krwawych łapsk Klanu Wilka, a nasza grupa... Zostaliśmy tylko my oraz jeszcze jeden kot. Reszta się rozpierzchła po nieznanych terenach, szukając bezpiecznego domu.
Szylkretowa kotka odnajdując iskierkę opanowania, zrównała się z kocurem.
— Czemu jest was tutaj aż tyle?
Figa fuknęła pod nosem, przepychając się obok Czereśni, który na nią warknął.
— Ta jasne, pokojowi! — warknęła czekoladowa zwiadowczyni. — Banda z was tchórzy.
— Dlaczego wybraliście akurat to miejsce? — zapytał Czereśnia, ponownie przejmując inicjatywę. — Ostrzegam, że od waszej odpowiedzi zależeć będzie wasz los.
Figa dostała od zastępcy spojrzenie mówiące jedynie: "opanuj się!" Odwróciła głowę, rozeźlona, marszcząc nos.
Czarny rozmówca przeniósł uważne spojrzenie na Owocniaczkę. Z opanowaniem, przeczesał swoją brodę i zerknął na swoją szylkretową towarzyszkę, która intensywnie myślała nad odpowiedzią.
— Uciekliśmy, żeby znaleźć się jak najdalej od terenów Klanu Wilka. Chcieliśmy się odciąć od tyranii, która tam panuje. Nie chcieliśmy ryzykować naszych żyć, więc wyzwoliliśmy się. Tak nam powiedział Klan Gwiazdy — odpowiedział czysto dyplomatycznym głosem
— Klan Wilka to mordercy... Mówię to ja, była asystentka medyczki... Kult zabija wszystkich, którzy nie wierzą w Mroczną Puszczę, nie mogliśmy tam zostać. — Szylkretowa kotka patrzyła się śmiertelnie poważnie na Czereśnie, jakby szukała chociaż iskry zrozumienia. — Dostałam znak od przodków... Musieliśmy uciec, musieliśmy odzyskać wolność, żeby pielęgnować naszą wiarę. Inaczej by nas wszystkich zabili i oddali w ofierze nieczystym duszom Mrocznej Puszczy.
Brodaty kocur pokiwał spokojnie głową.
— Nie wiem, co powiedział o nas Nikła Gwiazda, jednak to nie my tutaj jesteśmy zagrożeniem. Chcieliśmy tylko uwolnić się z krwawych łap kultu. Na pewno nie będziemy zagrażać Owocowemu Lasowi. Nie mielibyśmy w tym żadnego interesu.
Czereśnia zdawał się nieco złagodnieć, ale tylko odrobinę. Figa machnęła ogonem arogancko, nie chcąc im do końca uwierzyć. Prawdą jednak było, że mieli słowo przeciwko słowu, o ile Nikła Gwiazda miał autorytet wśród kotów klanowych, tak informacje, jakie właśnie uzyskali, mogły im rozjaśnić sytuację w Klanie Wilka. Nie mieli pojęcia o tym, że koty zrobiły sobie krwawy kult.
— Jaki macie interes w przebywaniu akurat w okolicy Owocowego Lasu? — zapytał dyplomatycznie zastępca Pieczarki, mierząc rozmawiającą z nim dwójkę kotów. – Nie mogliście wybrać innego miejsca?
— A gdzie moglibyśmy uciec? Jestem jednym z młodszych wojowników i nie znam za wiele terenów. Poszliśmy wzdłuż Drogi Grzmotów za terytoria innych społeczności oraz za rzekę. Nie chcielibyśmy, żeby Wilczaki nas znaleźli, a ten gęsty las jest idealnym dla nas domem. Tak właśnie znaleźliśmy się tutaj — zauważył brodaty, zabierając łapki z zimnego śniegu. Zaczęli powoli marznąć.
Szylkreta napuszyła futerko z zimna. Figa zwróciła na to uwagę. Była ciekawa, jak i o ile przeżyją zimę.
— Nie chcieliśmy, żeby pobiegli naszym śladem, na tereny niczyje. Nikt nie chce umierać z łap kotów, które są naszymi krewnymi... A kult nie ma litości... — Medyczka delikatnie przysunęła się do czarnego wojownika, żeby się lekko ogrzać.
Figa oceniła go spojrzeniem. Widać, że nieopierzony. Wszyscy słuchali ich opowieści, a brzmiały wiarygodnie. Czereśnia machnął ogonem, rozluźniając nieco swoją napiętą sylwetkę. Słońce było już wysoko na niebie.
— Czyli dobrze rozumiem, że nie będziecie mieszać się w sprawy Klanów, zwłaszcza Owocowego Lasu? — zapytał, unosząc brew. — Ani w ich relacje.
Tym razem pierwsza odezwała się puchata szylkretka.
— My jedynie chcemy nieść światło Klanu Gwiazdy. Wierzymy w kodeks wojownika oraz medyka. Szkodzenie innym jest wbrew tym zasadom. Owocowy Las może czuć się bezpiecznie; nie będziemy naruszać waszych granic. Można nawet nas prosić o pomoc, gdyż tak mówi kodeks.
Czarny wojownik skinął głową.
— Tak, jak mówiłem, przybyliśmy tutaj w pokoju i nie będziemy odmawiać nikomu pomocy, gdyż sami jej potrzebowaliśmy. — Czarnofutry wojownik znów spojrzał się na jedną z kotek patrolu, która patrzyła się głównie na niego oceniająco. Figa nie wierzyła w Klan Gwiazd, słyszała, że to same stare dziadki i mają dziwne zwyczaje, toteż nie rozumiała ich fenomenu. Wiara we Wszechmatkę dawała o wiele więcej swobody, dlatego Fidze tak pasowała.
Owocniaki zaczęły szeptać między sobą. Kilka z kotów dalej zdawało się nie wierzyć przybyszom, jednak doskonale zdawało sobie sprawę, iż decyzja finalnie należy do Czereśni. Nawet Figa czy Czerwiec nie mogli na nią wpłynąć. Zastępca znany był ze swojej nieugiętości i ją doskonale prezentował.
— Jak nazywacie swoją grupę? — zapytał po kilku uderzeniach serca. — Nie wydajecie się kłamać. Jeśli przyrzekniecie nie zapuszczać się na tereny Owocowego Lasu i nie mieszać w nasze sprawy, puścimy was wolno.
Myślał jeszcze chwilę, jakby rozważał różne opcje.
— Jak również ma się rozumieć, jeśli będzie przestrzegać tych warunków, nie wydamy was innym Klanom — oznajmił wyniosłym, acz spokojnym głosem. Było w jego tonie coś, co wyczuła nawet arogancka Figa. Dwójka samotników na pewno też zrozumiała przekaz zastępcy. Jeśli Owocniaki znajdą choćby kłębek sierści należący do któregoś z ich grupy, bez wahania przejdą do działania.
— Nazywaliśmy się Świetlikami, jednak nie wiem, czy jest sens nazywania się tak, skoro ostała się nas trójka... Możecie być pewni, że nie zamierzamy przechodzić przez waszą granicę, jednak tyczy się to również was oraz umowy, jaką teraz nawiązujemy. Warunki będą spełnione, jeśli również nie wydacie nas nikomu. My chcemy jedynie iść zgodnie z kodeksem wojownika — zgodził się na stawiane warunki przez Czereśnię.
Szylkretowa medyczka jedynie przyglądała się kotom, które znajdowały się w patrolu. Kotka nie podważała słów młodszego kocura. Pachniała silną wonią ziół. Ciekawe, czy w Klanie Wilka leczy się tym samym co w Owocowym Lesie? Przez głowę Figi przeszła nawet myśl, by ich Uzdrowiciele wymienili się informacjami z tą kotką.
Figa złagodniała nieco na pysku, zauważyła też, że reszta kotów zrobiła kilka kroków w tył, jakby chcąc utwierdzić Świetliki w przekonaniu o ich zamiarach. Zresztą, chyba nikt poza Figą i Lnem nie bardzo mieli ochotę się bić w tym śniegu, z jakimiś włóczęgami. Zwiadowczynie zainteresowały z kolei informacje, jakie uzyskali. Klan Wilka... zdawał się naprawdę być złym miejscem, czy mógł w ten sposób zagrozić Owocowemu Lasowi? Czy możliwe było, iż wyciągną łapę ku innym kotom? Może Figa mogłaby ugrać coś dzięki tym informacjom.
Z jej przemyśleń wyrwał ją Czereśnia, który dumnie wyprostowany, poruszył wąsami z aprobatą. Ani na chwilę nie opuścił gardy, a mimo to nie sprawiał wrażenia bycia zagrożeniem.
— Za kogo wy nas uważacie? — burknęła Figa.
— Jesteśmy uczciwą społecznością. Możecie mieć pewność, że nie naruszymy warunków umowy. – Wypowiedział się Czereśnia.
Mglisty Sen skinął głową na słowa zastępcy, a między nimi zapadła cisza.
Czereśnia również milczał tak jak reszta jego grupy. Nastała długa, niezręczna cisza, którą przerwał zastępca po odchrząknięciu.
— To chyba będziemy się zbierać — miauknął, będąc gotowym do odejścia.
Gdy jednak dał znać ogonem grupie, iż ruszają, milczący do tej pory kremowy kocur o imieniu Len wyszedł przed szereg. Jego mina była poważna, co zaciekawiło Figę.
— Hola, hola — miauknął niskim tonem. — Coś kręcą.
Czereśnia zgromił go wzrokiem.
— Co masz na myśli? — zapytał Czereśnia, marszcząc brwi.
— Doskonale czuć na tym terenie więcej kocich zapachów niż trójki — wytknął, a mową ciała wyraźnie groził dwójce przybłądów. — Na pewno kłamali! Jest ich więcej i pewnie tylko czekają, by nas zaatakować!
— Możliwe, że tutaj się kręcą jacyś samotnicy, jednak ich nie znamy — zauważył Mglisty Sen zmęczonym głosem. — Mimo że zostaliśmy samotnikami, nie mamy władzy nad innymi kotami, które też przemierzają te lasy. Poza tym nie mielibyśmy niczego dobrego, atakując was, jeśli dokładnie to chcieliście usłyszeć.
Nagle z tłumu Owocniaków wystąpił nie kto inny, jak Ziemniak. Figa wzięła wdech, by coś powiedzieć, ale czekoladowy kocur ją uprzedził.
— Ah tak? — Uniósł brew podejrzliwie. — To dlaczego macie na sobie zapachy tych domniemanych "samotników"? Jeśli się z nimi nie spoufalacie, to nie powinniście nimi pachnieć!
— Bo przechodzimy tymi samymi drogami, co oni? — zauważył Mglisty Sen, pokazując już widoczne zmęczenie i znudzenie rozmową. — Jesteśmy już w tych lasach tak długo, że nasze zapachy zdążyły się zmieszać. Przybyliśmy na te tereny wczesną Porą Nowych Liści i do tej pory przez te lasy przeszło wiele samotników, jak i zagubionych pieszczochów. Każdy krzew i gałąź pachnie inaczej, a zapachy się mieszają. Nie jesteśmy Klanem i nie mamy granicy, żeby pachnieć, jednym zapachem. Toż to podstawy podstaw — odpowiedział już bardziej oschle do Ziemniaka. Przeniósł wzrok na Czereśnie. — Doszliśmy już do porozumienia. Marnujecie nas czas, rzucając w nas oskarżeniami, które się nawet nie pokrywają z realiami, przyszliście do nas, grożąc nam, byśmy to my nie wchodzili na wasze terytorium, jest was dwunastu wojowników, którzy umieją walczyć na nas dwoje, w tym Jarzębinowy Żar jest medyczką. To naprawdę źle wygląda. Uważam to spotkanie za zakończone.
Mglisty Sen wstał, będąc gotowym do odejścia. Otrzepał się ze śniegu i szturchnął pyskiem Jarzębinowy Żar, która ewidentnie zaczęła już zamarzać. Medyczka również wyglądała na urażoną wrogością kotów z Owocowego Lasu.
Figa prychnęła pod nosem, a Ziemniak zdawał się być nieco... zmieszany. W istocie pewnie czarny wojownik miał rację, a czekoladowy Owocniak położył uszy. Czereśnia spojrzał na niego ostro. Figa trzepnęła ogonem.
— W istocie — odezwał się Czereśnia. — Spotkanie zakończone.
Figa nie mogła stwierdzić, czy Czereśnia był wkurzony, a na pewno miał do tego prawo. Ziemniak zrobił złe wrażenie, wystawił na ośmieszenie zastępcę, ale i całą społeczność. Figa czuła, że czekoladowemu się oberwie za tę uwagę, a z drugiej strony niby Owocniaki nie mogły mieć pewności, jak długo Świetliki przebywały na tych terenach.
Niemniej, obie grupy się rozeszły, a do Czereśni lepiej było bez kija nie podchodzić.

Gdy wrócili do obozu, Czereśnia przekazał wszystko Pieczarce (zapewne celowo pomijając podejrzliwość Ziemniaka i jego próbę podważenia rzetelności Świetlików). Liderka wieczorem ogłosiła wszystko, uspokajając Klan. Figa siedziała z boku i słuchała z napuszonym ogonem.

Od Rybkowej Łapy

Rybkowa Łapa z podziwem wpatrywała się w wieżę, z której przemawiał przywódca. Podziw jednak nie był skierowany w stronę Króliczej Gwiazdy, a dwóch kociąt, które właśnie otrzymywały swoją karę: Aminka i Pierza. Kociaki z pomocą Rudzikowego Skrzydełka wymknęły się na ostatnie zgromadzenie, gdzie następnie obrażały przywódców klanów. Uczennica bardzo żałowała, że jako kocię nie miała takiej odwagi. Dopiero niedawno zmądrzała i odkryła, że liderzy to zakłamane mysie móżdżki co ciągle coś ukrywają. Tak samo, jak medycy. Rybkowej Łapie bardzo imponował wyczyn dwójki. Przeciwstawić się przywódcy w tak młodym wieku? To było coś, co Rybka bardzo ceniła. Postanowiła, że przy następnej nadarzającej się okazji porozmawia z Pierzem. Mógł przyczynić się do odkrycia prawdy przed innymi kotami.

* * *

Gdy zaczęło się ściemniać, Rybkowa Łapa podreptała do legowiska kociąt. Co prawda nie wolno było jej opuszczać legowiska medyka bez pozwolenia, ale musiała zaryzykować. W leżu zastała jedynie Pierze, co nawet ją ucieszyło. Żaden dorosły kot nie będzie im przeszkadzać lub mieć pretensji.
— Hej Pierze! Słyszałam o tym, co zrobiłeś na zgromadzeniu, i myślę, że to bardzo odważne! Ten Króliczy Bobek na to zasłużył! Ja też go nie lubię. Myślę, że coś przed nami ukrywa.
— Tak myślisz? — zaciekawił się. — A co może ukrywać? Może… może ma super słuch?
— Nieee, chodzi mi o takie wielkie tajemnice, no wiesz, typu prawda o Klanie Gwiazdy! No bo wiesz, to, co nam mówią, nie brzmi prawdziwie — Rybkowa Łapa miała nadzieję, że kocurek się z nią zgodzi. Wtedy przynajmniej jeden kot podzielałby jej zdanie.
— No właśnie! Ja myślę, że oni wszyscy są w jednym wielkim spisku. To znaczy medycy i liderzy. Cały czas gadają o "sprawach medyków i liderów" a nigdy nie zdradzają, o co chodzi. Czyli muszą coś chować!! — Uczennica wysunęła pazury — Szkoda, że nie ma więcej kotów, które myślą tak jak ja!
Maluch słuchał jej uważnie. Gdyby nie jego dziecięca naiwność i chęć zemsty, zapewne by ją nazwał rybim móżdżkiem. Ale Paskudek na szczęście taki nie był! Spojrzał na jej łapy i z papugował to, co zrobiła.
— Ej, ale ja też tak myślę! — odezwał się malec. — Mój brat pewnie też się zgodzi! — dodał, broniąc swojego kremowego braciszka. - Powinniśmy się temu króliczemu móżdżkowi zbuntować!
— Tak!! Musimy zrobić rewolucję! Niech te stare koty dostaną to, co im się należy! Może wtedy więcej z naszych pobratymców otworzy się na prawdę!! — Rybkowa Łapa dumnie wypięła pierś. Ten kociak miał więcej rozumu niż cała reszta klanu!
— O, dokładnie! — powiedział rudy. — Powinniśmy im pokazać! O tak! — Zamachnął się łapką w powietrzu. Stracił równowagę i upadł na zadek z głuchym dźwiękiem. Zawstydzony uciekł wzrokiem. — Eee... Musimy im pokazać, kto tu powinien rządzić! — dodał.
— Wszystko w porządku? — Uczennica kucnęła przy kociaku — Hmm. Ja na pewno już nie będę się słuchać Króliczej Gwiazdy. I jak chcesz, to mogę cię zabrać na następne zgromadzenie!
— Tak! — potwierdził Pierze i kiwnął głową. Na wiadomość, którą usłyszał, rozpromienił się. — Seriooo!? Dzięki, dzięki, dzięki! — miauczał podekscytowany. — Ale jak mnie znowu zobaczą, to dostanę lanie stulecia! — powiedział przestraszony. Nie chciał znowu pachnieć mysią żółcią! — A... a może pomożesz mi się wykąpać? — miauknął. — Nie chcę dalej śmierdzieć tą mysią flegmą!
— Jasne, mogę pomóc! Przyniosę mech z wodą! A z tym laniem, to mogę wziąć winę na siebie! Mnie nie obchodzą jakieś kary! — Biała kotka wybiegła z legowiska. Po chwili wróciła z namoczonym mchem. Niestety nie dała nim rady zmyć całej mysiej żółci, więc zaczęła myć kociaka językiem. Smak był obrzydliwy, ale starała się nie krzywić.
— Z tym zgromadzeniem, to mogę powiedzieć Królikowi, że zmusiłam was do przyjścia. Wtedy cała wina będzie na mnie — Uczennica uznała, że rebelia jest warta takiego poświęcenia. Pierze popatrzył na nią zdziwiony.
— Ale po co mamy tam wyjść? Aby ten królik nam spuścił lanie stuksiężyca? — spytał malec. — Co ja mam tam zrobić? — dodał z naciskiem na słowo "ja". Zapewne chciała go użyć... do czegoś.
—Jak nie chcesz, to nie musisz iść. Myślałam po prostu, że będziesz chciał się sprzeciwiać Króliczemu Bobkowi. Jak zauważy, że koty się buntują, może sam zrezygnuje ze stanowiska.
— Ale on mnie nie szanuje! — burknął. — Jestem dla niego tylko małym, śmierdzącym smarkaczem! — dodał zirytowany. — A ty zaraz będziesz pewnie... ten no... wojowniczką! Według niego kociaki nie mają głosu…
Rybkowa Łapa nie była pewna, czy w ogóle chciała być wojowniczką. Martwił ją rytuał w jaskini. Co, jeśli miał w sobie jakieś mroczne sekrety? Może wpływał na mózg i zmuszał kota do posłuszeństwa?
— Hmm. Chyba masz rację... pomyślę o czymś innym…
— A o czym? — spytał malec. Naprawdę ciekawiły go myśli Rybkowej Łapy. Była taką interesującą kotką! I w dodatku ją szybko polubił, nie tak jak tego gbura Księżyca.
— O tym, jak inaczej się buntować. Dam ci znać, jak coś wymyślę. — Terminatorka skończyła czyścić malca — Z twoim futerkiem chyba jest lepiej! Usunęłam tyle, ile się dało.
Rudy przytaknął Rybkowej Łapie.
— No dobra! Dzięki za to! — podziękował kotce. Spojrzał na wyjście ze żłobka. — Idziesz już sobie? Chyba przysypiam... — ziewnął przeciągle — Nie chcę zasnąć, gdy ty będziesz mówić.
— Idź sobie pospać. Skrzydlata Płomykówka zapewne zaraz dla mi jakieś zadanie. Uczennica wyśliznęła się z legowiska kociąt i podreptała do legowiska medyków. Czując na sobie niezadowolony wzrok Skrzydlatej Płomykówki i dwóch innych kotów, przyspieszyła kroku.

* * *

Skrzydlata Płomykówka przez cały księżyc dawała jej najnudniejsze z możliwych zadań. Mimo tego, że od utraty ogona minęły trzy księżyce i uczennica czuła się już znacznie lepiej, całe dnie tylko sprzątała i opiekowała się starszymi. Jednak był w tej całej nudzie jeden plus. Dziś mentorka nakazała jej posprzątać legowisko lidera, co oznaczało, że będzie miała okazję je przeszukać. Było całkiem możliwe, że przywódca coś w nim ukrywał. Uczennica pobiegła w stronę gniazda. Gdy już w nim była, sięgnęła po mech, na którym zwykle spał Królicza Gwiazda i zaczęła go przegrzebywać. Niestety nic w nim nie znalazła. No tak, kto trzymałby tajemnice w tak oczywistym miejscu? Gdy zaczęła ciągnąć za sobą mech, chcąc znieść go na dół i wymienić na nowy, jej uwagę przykuły prowadzące na kolejne piętro legowiska schody. Może jakiś sekret ukrywał się właśnie tam? Chyba nikt nie zauważy, jak na chwilę tam wejdzie, prawda? Rybkowa Łapa powoli weszła po stopniach. Znalazła się na samym czubku wieży, skąd widziała cały obóz. I cały obóz widział ją. W tym Królicza Gwiazda. Rybkową Łapę zamurowało. Czemu wydawało jej się, że to taki świetny pomysł? Nawet nie dostała jeszcze kary za ucieczkę, a teraz na pewno dostanie kolejną.

[1050 słów]

[Przyznano 21%]

Od Mirtowego Lśnienia

— Mirtowe Lśnienie — szepnęła do niego Pchełkowy Skok. — Mogę z tobą porozmawiać… na osobności?
Jego wargi uniosły się lekko w uprzejmym, powściągliwym uśmiechu, lecz powstrzymał się od komentarza. Skinął krótko głową i ruszył w stronę wyjścia, krocząc cicho i pewnie. W myślach zastanawiał się, co Pchełka chce mu przekazać — i czy okaże się to równie użyteczne, co interesujące.
“Co takiego Pchełkowy Skok chce mi przekazać?”
— Niezłą mamy dziś pogodę, huh? — mruknął w końcu, gdy znaleźli się już poza kamiennym łukiem wejścia do obozowiska, gdzie echo rozmów klanu zdawało się rozpływać w ciepłym powietrzu.
Dzień był niezwykle jasny — niemal przesadnie spokojny. Słońce, zawieszone wysoko na błękitnym sklepieniu nieba, rozlewało swoje złote promienie po kamiennych ścianach obozu, które zazwyczaj emanowały surowym chłodem. Dziś jednak nawet one zdawały się ogrzane, jakby przyroda na chwilę zapomniała o nieustannej surowości życia w klanie.
Trawy, wysokie i ciężkie od letniego ciepła, falowały powoli pod łagodnym podmuchem wiatru, który niósł ze sobą zapach wilgotnej ziemi i żywicy. Gdzieś w oddali odezwała się mewa, a jej przeciągły krzyk przeciął powietrze niczym cienkie ostrze, po czym znów zapadła cisza.
Szli jeszcze chwilę, aż wreszcie zatrzymali się pod gęstą koroną sosen i świerków. Tam powietrze było chłodniejsze, cięższe od aromatu żywicy oraz wilgotnej kory, która nasiąkła nocną rosą.
Rudy wojownik zatrzymał, po czym powoli uniósł głowę i skierował na Pchełkowy Skok długie, przenikliwe spojrzenie bursztynowych oczu, w których czaiła się chłodna, niemal drapieżna uważność. Jego wzrok przesuwał się po sylwetce szylkretowej wojowniczki z metodyczną dokładnością, jakby próbował odczytać z jej postawy więcej, niż mogły zdradzić wypowiedziane słowa.
Nietrudno było zauważyć w jej spojrzeniu drobną iskierkę napięcia — delikatne drżenie wąsików, niepewny ruch łapy, zbyt szybki oddech zdradzały, że coś w niej kotłowało się pod powierzchnią pozornej opanowanej postawy. Czy była to ekscytacja, która rozgrzewała jej myśli niczym płomień podsycany wiatrem, czy raczej nerwowość wynikająca z ciężaru sekretu, jaki niosła ze sobą?
Mirtowe Lśnienie przyjrzał się jej jeszcze przez krótką chwilę, oceniając ją w milczeniu, prędko odciągnął jednak od niej wzrok. Rzeczywistość była bowiem dość prosta — cokolwiek teraz czuła, czy było to napięcie, duma, czy też strach, nie miało dla niego większego znaczenia. O wiele ważniejsze było to, jakie słowa za chwilę opuszczą jej pysk i czy okażą się dla niego przydatne.
— Ja… Znalazłam trzeciego kota do pomocy… — Niebieska kotka zniżyła głos do szeptu. — To Pietruszkowa Błyskawica. Przedstawiłam jej po krótce plan, jaki chcemy wykonać, więc już wie co i jak. Pozostaje tylko... dogadać szczegóły.
Uszy Mirtowego Lśnienia zastrzygły lekko, gdy słowa Pchełkowego Skoku wreszcie zostały wyrzucone w wir powietrza. Przez krótką chwilę nie odpowiedział. Zamiast tego trwał w milczeniu, pozwalając, by cisza powoli wypełniła przestrzeń między nimi.
Nowa wojowniczka sama w sobie nie była przecież niczym niezwykłym. W gruncie rzeczy każdy kot mógłby stać się „trzecim”, jeśli tylko byłby gotów stanąć po właściwej stronie konfliktu. Sam fakt znalezienia pomocnika nie robił więc na nim większego wrażenia. Znacznie bardziej przykuła jego uwagę inna część wypowiedzi — ta krótka, pozornie niewinna wzmianka o tym, że plan został już komuś przedstawiony.
“Przedstawiłam jej plan.”
Końcówka jego ogona poruszyła się powoli po ziemi, muskając miękką warstwę igliwia i zostawiając w niej ledwie widoczny ślad. W jego głowie zaczęły pojawiać się pytania, jedno po drugim, ciche, lecz natrętne jak krople wody spadające z gałęzi po nocnym deszczu.
Jak wiele wiedziała Pietruszkowa Błyskawica?
Czy Pchełkowy Skok zdradziła jedynie zarys ich zamiarów, czy może — kierowana zbyt łatwą ufnością — pozwoliła, by z jej pyska wymknęło się znacznie więcej?
Uniósł na rozmówczynię spojrzenie, które na pierwszy rzut oka wydawało się spokojne, niemal życzliwe.
— Cieszę się, że znalazłaś kogoś, kto byłby w stanie nam pomóc — odezwał się łagodnym tonem. — W tych czasach każdy kot gotów działać dla dobra Klanu Klifu jest na wagę złota. Twoja inicjatywa naprawdę zasługuje na pochwałę.
Zrobił krótką pauzę, jakby pozwalając jej przyjąć te słowa.
— Powiedz mi jednak… — dodał po chwili, lekko przechylając głowę — jak wiele wyjawiłaś Pietruszkowej Błyskawicy?
Oczy Pchełkowego Skoku rozbłysły, gdy tylko do jej uszu dotarły słowa pochwały.
— Powiedziałam jej, że chcemy chcemy zatrzymać Jaskółkę, by nie odbierała żyć i nie mogła zająć miejsca Judaszowcowej Gwiazdy. — Wyjaśniła potulnie. — I wspomniałam, że chciałabym... b-byś to Ty został L-Liderem.
Jego wąsy drgnęły lekko, gdy przetrawił jej odpowiedź. Przez moment wyglądał, jakby zwyczajnie nad tym rozmyślał, choć w rzeczywistości ważył każdą możliwość — każde słowo, które mogło paść wcześniej między nią a Pietruszkową Błyskawicą.
— Cieszę się, że wyjawiłaś jej już jakieś szczegóły — odezwał się spokojnie. Ton miał niemal aprobujący, jakby mówił do kogoś, kto dobrze wykonał swoją część zadania.
Jego ogon powoli przesunął się po ziemi.
— Ujawniłaś jej, że jestem w to zamieszany? — zapytał po chwili, unosząc lekko głowę.
Kotka zastrzygła uszami. Kiwnęła głową na jego pytanie.
— Tak. — Miauknęła. Niebieska pogrzebała łapą w ziemi. — Tylko ona... m-mówiła, że wolałaby, by to m-medycy wybrali Przywódcę. Żeby zostawić tę decyzję Przodkom...
Uciekła wzrokiem gdzieś w bok.
— Aha... I Pietruszka powiedziała, ż-że nie pomoże nam, jeśli będziemy chcieli z-zabić Jaskółkę. O-Ona by chciała ją wygnać.
Jego źrenice rozszerzyły się wyraźnie, a końcówka ogona zaczęła nerwowo drgać.
Czy Pchełkowy Skok naprawdę postanowiła wyjawić tej kotce niemal cały ich plan, nie zastanawiając się nawet nad konsekwencjami? Pietruszkowa Błyskawica wiedziała zbyt wiele, a kot, który wiedział zbyt wiele, zawsze był albo mógł stać się problemem. Nie mógł przecież po prostu przystać na jej warunki — oznaczałoby to oddanie kontroli komuś, kto nie należał do jego gry. A jednak, jeśli naprawdę była gotowa stanąć przeciwko Jaskółce, odrzucenie jej mogło okazać się zwykłym marnotrawstwem.
Końcówka jego ogona powoli przestała drgać, gdy w jego głowie zaczęła formować się znacznie wygodniejsza możliwość.
— Myślę, że Pietruszka z całą pewnością będzie idealnym trzecim kotem — mruknął w końcu spokojnie, choć w jego słowach nie było ani odrobiny szczerości. — A co do jej warunków… sądzę, że jestem w stanie na nie przystać.
„Co teraz zrobisz, Mirtowe Lśnienie?” — przemknęło mu przez myśl. Ta kotka mogła przecież go wydać, a wtedy jego plan mógłby runąć, zanim jeszcze naprawdę się rozpocznie — a on nigdy nie sięgnąłby po to, czego pragnął najbardziej. Po władzę.
Jeśli jednak Pietruszkowa Błyskawica naprawdę wyzwie Jaskółkę na pojedynek, wszystko może potoczyć się dokładnie tak, jak powinno. A potem… wystarczy już tylko jeden właściwy ruch. Bo gdy Jaskółka przestanie stanowić problem, nic nie będzie stało na przeszkodzie, by pozbyć się również Pietruszkowej Błyskawicy...
Tak. Zabije tą wojowniczkę zaraz po tym, jak zabije Jaskółkę. A jeśli ktoś jeszcze odważy się stanąć mu na drodze — jeśli jakikolwiek kot postanowi wtrącić się w sprawy, które go nie dotyczą — pozbędzie się też i go. Myśl ta była w nim dziwnie spokojna, niemal uporządkowana, jakby stanowiła naturalny element większego planu, który od dawna dojrzewał w jego umyśle.
Bo przecież prędzej czy później nadejdzie dzień, w którym żaden kot nie będzie już dla niego przeszkodą. Dzień, w którym wszystkie głosy sprzeciwu ucichną, a w Klanie Klifu pozostaną jedynie wojownicy doskonali — lojalni, zdyscyplinowani, posłuszni rozkazom swojego przywódcy tak bezwarunkowo, jak las poddaje się rytmowi pór roku. Wojownicy, którzy nie będą kwestionować jego decyzji, nie będą podważać jego wizji, nie będą próbować zatrzymywać go na drodze, którą sam uznał za właściwą.
I wiedział…
Nie — był niemal pewien, że Klan Gwiazdy będzie go wspierał.
Przodkowie, którzy z wysokości srebrzystego nieba obserwowali losy żywych kotów, z pewnością dostrzegą w nim siłę, której potrzebuje klan, dostrzegą determinację zdolną poprowadzić go ku wielkości. Będą wskazywać mu drogę, prowadzić jego kroki przez mrok i niepewność, aż wreszcie doprowadzą go dokładnie tam, gdzie od powinien się znaleźć. Na szczyt.

Od Kropli

Kotka nadal nie czuła się pewnie. Ani na wysokich drzewach, ani tworząc legowiska, ani nazywając zioła. Mimo to, w głębi duszy wiedziała, że potrafi już wszystko. A szerokie uśmiechy i słowa otuchy, które zawsze rzucał Fruczak, po skończonych treningach tylko ją o tym upewniały. Nadal wydawało jej się, że może być lepsza, bo Smuga już się mianował, a Purpura trenował na wojownika. No i Czerwiec, jej ojciec, który był zwiadowcą… Jej chęć pozostania w obozie nadal była ogromna, a możliwość bycia tuż przy Miodunce ją pocieszała, ale czasem Kropli było głupio, że tylko ona uczy się na stróża.
— Stróż też jest bardzo ważną rolą. — zapewnił Fruczak, gdy ponownie wracali do obozowiska ze wspinania się na drzewa.
— A jeśli i z nią nie podołam? — westchnął uczeń.
— Ty nie podołasz? — Mentor się zaśmiał. — Niemożliwe!
Kotka nie odezwała się, bo naprawdę wierzyła w swoje słowa. Może i jej rola wcale nie była wymagająca, to Kropla bała się, że i tego nie będzie umieć. Do obozu wrócili już w ciszy, chociaż uczennica po prostu rozmyślała co gdyby.
— Uważam, że powinnaś spróbować — rzucił mentor, nim się rozeszli.
Więc Kropla chodziła z tą myślą przez kolejne kilka dni. Rozważała swoje za i przeciw chociaż tych pierwszych prawie nie miała. Wiedziała jednak, że ostatecznie i tak zostanie mianowana, a gdyby zrobili to przeciw jej woli, to byłaby jeszcze gorsza. Ostatecznie więc pewnego dnia kotka cierpliwie czekała przy legowisku stróży, dopóki nie zobaczyła Fruczaka. Jak raz poderwała się na łapy praktycznie od razu i podeszła do niego szybkim krokiem.
— Jestem gotowa — rzuciła, zaskakująco pewnie siebie.
Czarno biały przez kolejne kilka dni powtarzał kotce podstawowe informacje — jak zbudować dobre legowisko, jak wspinać się dobrze na drzewa i jakie zioła są na co. Wreszcie jednak, wraz z Wysokim Słońcem, kocur wprowadził Kroplę na środek obozu. Wszyscy, którzy mogli stali w kole, szepcząc coś między sobą, a na mównicy stała Pieczarka, z ciepłym uśmiechem
— Słyszałam, że chcesz się mianować. — Zeskoczyła, aby stanąć naprzeciwko kotki.
— T…Tak.
— Dobrze więc. Najwyższy czas, abyś dołączyła do grona stróży! — Ktoś za wiwatował, ale uczennica nie była w stanie stwierdzić kto dokładnie. — Wykazałaś się swoją spostrzegawczością i pomocą. Czy przysięgasz więc pozostać lojalnym naszej społeczności i troszczyć się o jej serce?
— Przysięgam — mruknęła cicho.
Liderka jednak usłyszała, bo uśmiechnęła się i odwróciła w stronę innych.
— Powitajmy więc Kroplę jako nowego stróża Owocowego Lasu!
Koty zaczęły radośnie wiwatować jej imię, rodzice i rodzeństwo zamruczało, ocierając się o kotkę. Kropla tylko przez moment cieszyła się byciem w centrum uwagi, lecz gdy zaczęło być to dla niej za dużo, uciekła gdzieś w swój kąt. Wraz ze zmierzchem przyszedł do niej Fruczak, uśmiechając się dumnie.
— Pora na rytuał.
Kotka niepewnie poszła za dawnym już, mentorem, przeczekała rytuał i dzielnie pozwoliła sobie naciąć ucho, tak jak nakazywała jej wiara.

Nowy Członek Pustki!

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Utonięcie

Odszedł do Pustki!

Od Wędrującej Łapy (Wędrującego Wibrysa) CD. Truskawkowej Łapy (Truskawkowego Pola)

dawno temu
Jagnięca Łapa okazała się jedną z naprawdę nielicznych, którzy od samego początku nie próbowali w żaden sposób umniejszać im z powodu ich pochodzenia. W pełni zadbała o to, by pod względem zdrowia niczego im nie brakowało i by jak najszybciej wrócili do formy.
Jego stan wymagał zdecydowanie więcej uwagi niż Miłostki, co było dla niego niezwykle irytujące, zważywszy na to, że to przecież on uważał się za tę rozsądniejszą jednostkę, a więc wszelkie choróbska powinny omijać go szerokim łukiem, choćby z czystego szacunku dla jego ostrożności.
Niedola długo go nie opuszczała, co zdawało się tak naprawdę znacznie bardziej przeszkadzać jego siostrze, niż jemu samemu. Do tego stopnia, że przy pierwszej możliwej okazji, pointka opuściła go w towarzystwie ich niby-mentora. Niby, bo trudno było mówić o jakimkolwiek szkoleniu, skoro niezbędną wiedzę mieli już w posiadaniu od dawien dawna.
Mimo wszystko nie dręczyło go poczucie winy z powodu bezczynności. Lubił siedzieć w miejscu i nic nie robić — miał to po ojcu. Nie taka jednak była jego rola, by spać całymi dniami, gdy powinni zadbać o to, by jak najlepiej prezentować się w nowym miejscu. Na razie cały ten ciężar spoczął na barkach Truskawkowej Łapy.
Gdy tylko stale towarzyszące mu uczucie chłodu pozostało jedynie nieprzyjemnym wspomnieniem, wziął się do roboty. Pierwotna niemożność samodzielnego opuszczania obozu niezwykle go zniechęcała. O ile pierwsze wyprawy w towarzystwie Motorowego Lśnienia wydawały się czymś logicznym — w końcu musieli zapoznać się z terenami — tak każdy kolejny raz wywoływał w nim narastający ból głowy.
Rudy okazał się jednak całkiem znośny. Spokojny, momentami co najwyżej sprawiał wrażenie lekko znużonego faktem, że ciągnie się za nim dwójka przerośniętych uczniaków. Mimo wszystko dało się go tolerować. Ewidentnie wojownik starał się trzymać ich na dystans, ale Wędrująca Łapa nie miał go za co winić. Nie był przecież jedynym, który nieszczególnie darzyli ich dwójkę zaufaniem.
Płowy błędnie założył, iż przeniesienie do legowiska uczniów poprawi ich sytuację. Czuł się tam niedopasowany jak bocian wśród zgrai kaczek. Ponadto, pomimo zmiany imienia, Miłostka bywała Miłostką, wdając się zbyt często w zbędne dyskusje.
Obiecał sobie, że nie będzie już pilnował jej na każdym kroku. Nie było tu żadnego odpowiednika Lnu, przez którego musiałby się o nią zamartwiać. Zresztą, byli na tyle dorośli, iż naprawdę musiał dać jej więcej przestrzeni. Liczył na spokojne i bezpieczne życie dla nich obojga, ale nie podobało mu się, że gdy tylko ona coś odwalała, wszyscy od razu mogli skojarzyć to z nim.
Bo byli rodzeństwem. Bo przyszli tu razem.
Bo oboje ośmielili się zapragnąć oddychać tym samym powietrzem co „prawdziwi” Klifiacy.

***

Leniwie przeciągnął się w przymałym posłaniu, nie mając odwagi ubiegać się o więcej materiału na jego rozbudowanie. Ostatnie blaski słońca zadawały się powoli gasnąć nad ternami, co tylko pogłębiało jego senność. I gdy już zdawał się począć pochrapywać, ruda pointka niespodziewanie zawisła nad nim z miną sugerującą, że całe zło tego świata jest jego winą.
Uśmiechnął się lekko, widząc, jak uchyla pysk.
— Chyba wkrótce dadzą nam uzyskać miano wojowników, nie sądzisz? — Ubiegł ją w pół słowa, łapą trącając poszarpane futro na jej boku.
— Moglibyśmy mieć je już dawno, ale ktoś postanowił być wiecznie chory — prychnęła, odtrącając jego kończynę. — Ja tu oszaleję przez ciebie. Pewnie chcą nas mianować za jednym razem, a przez twoją słabość się to tylko przeciąga.
— Gdybym nie musiał ciągle dodatkowo stresować się twoją głupotą, to moje zdrowie miałoby się lepiej — stwierdził. — Tak to cierpiałem za nas dwóch.
— Ja też byłam chora, ale jakoś potrafiłam wyzdrowieć w tempie normalnego kota. Nie każdy jest takim niedorajdą jak ty — fuknęła.
— Jeśli ja jestem niedorajdą, to ty jesteś mysim móżdżkiem — skwitował, czując w tym momencie, że wzrok zebranych w legowisku kotów spoczywa na nich zbyt uważnie. — Dobra, cichutko. Już pora dla kociaków do spania.
Oczywiście nie były to słowa, które mogłyby uspokoić kotkę. Wręcz przeciwnie, czego był w pełni świadomy, nadto ją rozjuszyły.
— Ty się dobrze czujesz? — Skrzywiła się. — Kociaków? Masz na myśli siebie? Gratuluję samoświadomości.
— Mentalnie nadal nie wyszłaś ze żłobka — zauważył, wzruszając ramionami.
— Wyszłam. I to zdecydowanie szybciej niż ty.
To była ciężka decyzja, ale od razu zdecydował się zamilknąć, pozwalając jej żyć w satysfakcji z wygranego pojedynku słownego. Nie obyło się jednak bez jej powtarzalnych komentarzy o sukcesie, toteż bardzo poważnie zaczął rozważać spanie na środku obozu, byleby odpocząć od niej na dłuższą chwilę.
Chłodny kamień pod łapami wydawał się w tej chwili znacznie przyjemniejszy niż dalsze słuchanie jej triumfalnych wywodów.

***

Dni mijały szybciej, niż mógłby się spodziewać. W końcu treningi z Mirtowym Lśnieniem zmieniły się w pełnoprawne, nieraz samodzielne wypady na polowania. Rudzielec wydawał się dobrym nauczycielem, ale będąc w tym wieku, dla Wędrującej Łapy było to wręcz upokarzające — bycie zmuszonym do podążania za kimś krok w krok.
Odkąd tu trafili, lider zdawał się nie opuszczać swojego legowiska. Toteż zdziwiło ich niezmiernie, gdy ten przerażający starzec, ledwo co, bez żadnych uprzedzeń, wyczłapał się ze swojej groty. W żadnych czeluściach myśli Sekrecikowych ten kocur nie był w stanie wyglądać nawet za młodu na tyle dostojnie, by jego ojciec, ten stary, poczciwy Miodek, miał z kimś takim sympatyzować. Może w tych wszystkich opowieściach chodziło mu o kogoś innego?
— Miejmy to już z głowy — westchnął brązowy, powoli przewracając oczami. — Ta dwójka już zbyt długo rozpycha się wśród uczniaków.
Nie było nawet pewności, czy słowa te miały zostać jedynie wyburczane pod nosem, ale każdy kot w centrum obozu z pewnością był w stanie je usłyszeć.
Mimowolnie Wędrująca Łapa i Truskawkowa Łapa spojrzeli po sobie. Nie było nikogo, do kogo ten opis pasowałby bardziej niż do nich, nawet jeśli brzmiał uwłaczająco.
A jednak w tych słowach kryła się nadzieja. Zmiana, do której dążyli, odkąd tylko zapadła chaotyczna decyzja o opuszczeniu Owocowego Lasu. Przynajmniej dla niego była ona gwałtowna, bo nigdy tak naprawdę nie kwestionował, od kiedy pointka planowała już swoją ucieczkę.
— Wędrująca Łapo, Truskawkowa Łapo, wystąpcie.
Starszy kocur zdawał się zachwiać, próbując ustać na mównicy, ale jego mina nadal pozostawała groźna.
— Zgodnie z tym, co do mnie doszło, poznaliście już dostatecznie wszelkie zasady klanu i kodeksu. Nie ma co przedłużać — chrząknął. — Ja, Judaszowcowa Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tych uczniów. Trenowali pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ich wam jako kolejnych wojowników.
Na moment nad obozem zapadła cisza, przerywana jedynie odległym, rytmicznym dźwiękiem uderzania fal o skały.
W końcu lider przekierował na nich łaskawie swój wzrok.
— Czy przysięgacie przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam — wyrwało się jako pierwszej Truskawce, która zdecydowanie bardziej miała dość bycia uczniem i nie mogła doczekać się tego momentu.
— Przysięgam — powtórzył za nią płowy.
Byli już świadkami mianowań innych, a jednak wciąż było w tym coś... dziwnie uroczystego. Cztery klany prowadziły się według tych samych zasad, a społeczeństwo, w którym ich dwójce przyszło się wychowywać, patrzyło na to zupełnie inaczej.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję wam imiona wojowników. Od tej pory będziecie znani jako Wędrujący Wibrys i Truskawkowe Pole.
Zdawałoby się, że wypowiadana wielokrotnie formuła powinna mieć dalszy ciąg, ale Judaszowiec najwyraźniej raczył ją pominąć. W końcu ich mianowanie było jedynie formalnością.
Tak samo, jak przy ich przybyciu, ze strony tłumu nie było słychać żadnego entuzjazmu, choć większość kotów zdawała się już przywyknąć do ich obecności, co i tak mogli uznawać za względny sukces.
Skinęli jedynie głowami, świadomi, że zgodnie z wolą Gwiezdnych nie wolno im było teraz wymienić ani jednego słowa. Mieli spędzić wartę przy granicach obozu w milczeniu, aż do porannego wyjścia pierwszego patrolu.
Wieczór powoli zapadał nad klifem. Nie wiedział, czy tak właściwie nie będą to najpiękniejsze chwile jego życia. Przez tak długi czas nie usłyszy ani na moment biadolenia ze strony siostry.
Jedynym, do czego wciąż nie potrafił przywyknąć, były ich nowe imiona. Nawet gdy zwracał się do rudej nadanym tu mianem, w jego głowie pozostawała tą parszywą, niewdzięczną Miłostką, z którą przeżył zdecydowanie za dużo.
Gdy zajęli swoje miejsca na tę noc, wbił spojrzenie w dal, próbując udawać, że widok morza jest niezwykle wzruszający i że to naprawdę wspaniałe, iż będzie mógł oglądać je od teraz, każdego dnia, aż do końca swojego życia.
Ciemna tafla wody połyskiwała w oddali, a fale rozbijały się ponuro o częściowo zatopione skały. Wzdrygnął się i tylko raz ukradkiem zerknął w stronę kotki. Pysk miała skierowany w zupełnie inną stronę, więc nie był w stanie odczytać jego wyrazu.
Czy była zadowolona, że oficjalnie zostali wojownikami w tym miejscu? Z pewnością miała mu za złe, że tak długo to trwało, ale na to akurat nie miał większego wpływu.
Zmarszczył nos.
A może jednak żałowała porzucenia Owocowego Lasu?
Wyprostował się gwałtownie, jakby sama myśl sprawiła mu ból.
Nie. To z pewnością by się nie wydarzyło.

***
teraźniejszość
Nie mógł zdecydować, czy rutyna była czymś miłym, czy okropnym. Czasem lubił tę monotonię i spokój, innym razem zaczynało go to przytłaczać.
Zastrzygł uchem, przysłuchując się tematowi rozmów siedzących na uboczu wojowników. Wspominali co rusz o dwunożnych, widzianych już po raz kolejny nieopodal plaży. Poniekąd go to zaintrygowało, a gdy tak o tym myślał, doszedł do wniosku, że nigdy nie miał bezpośredniego kontaktu ze wspominanymi istotami.
Od czasu mianowania wyjątkowo unikali się z Truskawkowym Polem. Nie było to celowe. Każde z nich chciało skosztować życia na własną łapę. Fakt, że ich posłania pozostawały blisko siebie, sprawiał jednak, że i tak widywali się z bliska częściej, niż by chcieli.
Wieczorami. Bo rankami, gdy wstawał, jego siostry nigdy nie było. Nie przeszkadzało mu, że wypadał przy niej na mniej pracowitego. Starał się zawsze jak mógł, by dorównać ilością upolowanej zwierzyny innym kotom z patrolu, próbując przy tym nie myśleć, ile piszczek naniosła tego dnia do obozu Truskawka.
Wspomnianą kotkę znalazł w przeciwległym od legowisk kącie jaskini. W pełni pochłonięta pielęgnacją swojego futra zdawała się nawet nie zauważyć, gdy ruszył wprost w jej kierunku.
— Już się tak nie upiększaj. Z twoim charakterkiem i tak mało który wytrzyma — rzucił zaczepnie.
Gdyby zaszedł do niej z czymś miłym do powiedzenia, to by znaczyło jedno. Zachorował. Ewentualnie to nie byłby on, tylko ktoś niezwykle do niego podobny.
W jej spojrzeniu momentalnie wyłapał poddenerwowanie.
— Na twój krzywy pysk za to żadna by nie wytrzymała, patrząc nawet chwilę bez zwrócenia posiłku — stwierdziła, wyjątkowo spokojnym jak na nią tonem. — Masz jakąś sprawę, czy przyszedłeś denerwować mnie dla zasady? Naprawdę, Wędrujący Wibrysie, liczyłam, że wydoroślałeś... Nawet zmiana otoczenia ci nie pomogła. Dla ciebie nie ma już ratunku. — Pokręciła głową z rezygnacją.
Przez moment między nimi zawisła znajoma cisza. Ta sama, która od księżyców poprzedzała kolejne, coraz to bardziej dziecinne docinki.
Uśmiechnął się lekko.
Tęsknił czasem za tym.
— Akurat przybyłem w innym celu — mruknął, mrużąc oczy. — Wyciągam wręcz do ciebie pomocną łapkę w zaoferowaniu ciekawszej formy spędzenia czasu. Skoro i tak nie uganiasz się chwilowo za nikim, to chodź. Chciałbym coś zobaczyć.
Skrzywiła się.
— Co zobaczyć? Chcesz znowu założyć się o jakąś głupotę i ujrzeć po raz kolejny swoją dramatyczną porażkę? Pewnie, jestem chętna — rzuciła z zadowoleniem.
Parsknął.
— To potem — uznał. — Teraz chciałbym zobaczyć jakiegoś dwunożnego.
Pointka zdawała się z początku oszołomiona.
Najpewniej tym, że to, co mówił, mogło być dla niej rzeczywiście interesujące.
— No i? — mruknęła. — Nie słyszałeś, że ktoś już widział ich nad wodą? To kwestia krótkiego spaceru. Już mógłbyś ruszyć to tłuste... 
— Przyszedłem z braterskiej serdeczności zaoferować ci miły, wspólny wypad. Nie mieliśmy jeszcze okazji uczcić naszej pełnoprawnej przynależności do klanu — zauważył, patrząc na nią wyczekująco.
— Nie, nie musisz się martwić, że nie umiem znaleźć sobie innego towarzystwa niż własna siostra. Mam taki kaprys, by być dzisiaj dla ciebie... miłym.

<Truskawkowe Ciastko Pole?>

09 marca 2026

Od Księżycowego Odłamka

 – Myślisz, że Zawodzące Echo sobie dobrze radzi? Czy sobie poradzi... – Dryfujący Fluoryt siedziała wraz z Księżycem przed legowiskiem starszych, ciesząc się wieczorem i ostatnimi promieniami słońca, które wszystko wdzięcznie zamieniały w miedziany kolor. Najwidoczniej jej wzrok powędrował ku wieży, która rozbudziła kilka martwiących myśli w głowie, które zdawały się nie dotykać w ten sam sposób kronikarza. Żył w swojej bańce, nie martwił się tym, kto przejmie władzę tak długo, jak nie podepcze podstawowych praw moralności, a Zawodzące Echo zdawał się być odpowiednim kandydatem, chociaż nie był tak bliski serca Księżyca, jak to było w przypadku Dryfującej. Dlatego nie miał takich zmartwień. Innym jego, obecnym utrapieniem była natomiast Baziowa Łapa, która pomimo jęczenia i marudzenia na temat bólu swojej głowy, odmawiała przez dłuższy czas odwiedzenia medyków w celu zdiagnozowania problemu, chociaż Księżycowy Odłamek zdołał jej powiedzieć już wiele razy, że bóle głowy mogą się przerodzić w coś więcej i być objawem przegrzania i odwodnienia i gwiezdni wiedzą czego jeszcze. W końcu jednak uległa, jednak nie dlatego, że zirytowany jej marudzeniem kronikarz jej kazał, a dlatego, że bóle głowy się nasiliły i młodsza kotka zaczynała mieć przez nie problemy z zaśnięciem. Wciąż się zastanawiał, dlaczego niektórzy mieli takie obiekcje przed pozbawieniem się bólu. W pewnym momencie zaczynał mieć poważne rozmyślania na temat tego, czy przypadkiem połowa z kotów będących w klanie to nie masochiści, nawet spytał o to Baziową Łapę, co prawda sarkastycznie, ale odpowiedź jako taką uzyskał (zdegustowane i oceniające spojrzenie pewnie też, ale nie mógł ich zobaczyć).
,,Po prostu nie przepadam za zapachem ziół, to wszystko. Przestań być dziwny, mam przez ciebie ciarki, bleh." 
Tak, obecnie sam za lecznicą nie przepadał, głównie przez Zawilca i możliwością zostania sam na sam z Wróżką... ale na pewno nie przez zapach się tam unoszący. 
A teraz, właśnie dlatego, dla tego bólu głowy, dla towarzystwa, oba dorosłe koty siedziały na zewnątrz lecznicy, czekając, aż Baziowa Łapa skończy swoją wizytę. Dryfujący Fluoryt zabrała się z nimi całkiem przypadkiem, a Księżyc z chęcią zaakceptował towarzystwo starszej kotki. W końcu tyle się od niej dowiedział przez ten czas! Wiedział już na przykład, że jej imię pochodzi od nazwy kamienia, który kiedyś należał do kolekcji w jej szopie i że istniał w różnych kolorach. Od niebiesko zielonych, po fioletowe... chociaż niewiele mu to mówiło. Wspominała również o perłach, o których sam czasem słyszał, o magicznych kamieniach zmieniających kolor pod światło, o sznurach srebrzystych lśniących bardziej niż zadbane futro, w które wplątane były opale, będące jak krople rosy na pajęczynie. Słuchał o diamentach, które były jak wygładzony lód nigdy nie topniejący, o selenitach, celestynach i ametystach, o kryształach kolor zmieniających, co nazwy wśród kotów nie miały, o ostrych odłamkach od nocy czarniejszych, które razem tworzyły niezwykłą łąkę i gdyby tylko dało zamienić się je na kwiaty... I gdy tak opowiadała o tych wszystkich cudownych kamieniach, których nie sposób było znaleźć na tak pospolitej ziemi jak tereny klanów, to aż sam zaczynał tęsknić do jej melancholicznych słów, które opisywały przeszłość. Jej przeszłość, co prawda, ale tak wyraźną, że zdołała dotknąć duszy Księżyca. Mówiła również często o tym, jak to czakra przepływa przez ciało i jak owe wszystkie kamienie na nią działają... i o grzybach często różnych opowiadała, o ich kształtach, kolorach i jak pięknie niektóre barwiły wapienne kamienie... tym razem jednak, jak zgadywał, tematem nie były cudowne, z nieba opadłe gwiazdy, a Echo, który zdawał się lada chwila mieć objąć stanowisko lidera, chociaż pewnie sam dymny nie chciał o tym myśleć. 
,,Kto by chciał?" 
Skoro przekazanie żyć nie wyszło, to pewnie jedynym sposobem teraz była śmierć, a mało kto czeka na odejście w zaświaty swojego rodzica, szczególnie, że Królicza Gwiazda był ostatnim bliskim członkiem rodziny Echa. 
– Czy sobie radzi, tak. Czy sobie poradzi, pewnie tak. – odpowiedział w końcu, po dłuższym zastanowieniu. – Zależy od tego, kogo wybierze na zastępcę... – dodał, chociaż nie był pewien, czy pocieszył tym Fluoryt. 
– Tak, tak... tylko teraz te ślady samotników na granicy... boję się, że mogą się odważyć przekroczyć oznaczenia graniczne, coraz odważniej stawiają kroki, a już tyle było z nimi problemów – wydusiła z siebie cichym, zmartwionym głosem. – Nie za dużo tych problemów, wszystkich na raz nagromadzonych? Jak gdyby świat miał się walić nam na głowy. 
– Samotnicy na granicy? 
– O tak, nie słyszałeś? – zdawała się jakaś zaskoczona, szybko szukając informacji w głowie – O, oh, czekaj moment  – poczuł lekki powiew przed swoim pyskiem, jakby łapę uniosła, by go zatrzymać od mówienia. – Rzeczywiście, wspominał o tym Burzowe Chmury jedynie Echu i Cyklonowi, chyba nie chcą jeszcze zbyt wielu informacji zdradzać i wprowadzać pobudzenia, tak mi się zdaje. Pewnie się jeszcze chcą upewnić – myślała na głos. Księżyc kiwnął krótko głową, z cichym ,,jasne, jasne", upewniając kotkę, że nikomu nie będzie rozpowiadał niezbyt potwierdzonych informacji. Czasem zapominał, że wojowniczka, chociaż tak różna od zastępcy, to będąca z nim w zażyłej, przyjaznej więzi. Nic więc dziwnego, że kilka ciekawych informacji mogła posiadać. 
– To tylko samotnicy, Zawodzące Echo sobie radził z gorszymi rzeczami – zapewnił kotkę, krzyżując łapy podczas leżenia – Z resztą, jeśli nie da, to zawsze może zrobić jak Piaszczysta Zamieć i oddać pałeczkę komuś innemu. To nie tak, że się zapadnie w sobie pod ciężarem obowiązków, zdaje się mieć inną energię od... – przerwał. Od wiadomo kogo. Królicza Gwiazda wciąż się jakoś trzymał ale widać było, jak mocno podupadł na zdrowiu i srebrny dziwił się, dlaczego gwiezdni jeszcze nie pozwolili mu odejść. 
– Zostałam nafaszerowana zielskiem jak wilczaki trucizną – nowy głos, wraz ze zbliżającymi się, znajomymi krokami, świadczył o końcu wizyty u medyka, oraz niezbyt zadowolonym, najpewniej wyleczonym pacjencie. Baziowa Łapa stanęła przed dwójką starszych od siebie znajomych, ciągnąc za sobą powiew ziół. – Nigdy więcej nie zachoruję. 
– Skoro tak mówisz... 

wyleczeni: Baziowa Łapa

Od Gąski

Kotka siedziała nieopodal Drogi Grzmotu w rowie, a jej pyszczek był mokry od łez. Była zła na siebie, ale również na Deszcza. Żałowała słów, które wypowiedziała, jednak nie zamierzała przepraszać. Deszcz nie był jedynym kotem, który kogoś stracił. Na dobrą sprawę, Gąska mogła również zrzucić winę na niego i jego zmarłą siostrę w związku ze śmiercią Cienia, jak i zniknięciem Osetka. Pociągnęła nosem, mocno opatulając się swoim ogonkiem. Nie wróciła na czas do obozu.Dopiero gdy księżyc górował nad Owocowym Lasem, kotka wślizgnęła się do obozu i po cichu zajęło swoje gniazdo. Położyła pysk na jego krańcu, wlepiając spojrzenie w śpiącego, czy właściwie czuwającego ojca. Kocur otworzył oczy, wpatrując się w Gąskę, jednak nic nie powiedział. Zamknął oczy i tym razem naprawdę zasnął. Gąska poszła w jego ślady.

~~~

Gąska przeciągała się wśród źdźbeł wysokiej trawy, zastanawiając się, dokąd powinna się udać. Czy powinna odszukać Osetka? A może powinna udać się w całkowicie przeciwną stronę, aby zobaczyć jakie tereny rozpościerają się za Owocowym Lasem.
Zdawała sobie sprawę, że najpewniej sprawi przykrość swoim rodzicom i prawdopodobnie rodzeństwu, jednak ostatnimi czasy była najzwyczajniej w świecie smutna, przesiadując w obozie. Przebywanie w towarzystwie Deszcza było katorgą, a opowieści o Wszechmatce jej nie bawiły, jak kiedyś. Wtykanie nosa w futro Kajzerki również nie poprawiało jej humoru, a ojciec, próbujący ją pogodzić z Deszczem po prostu ją denerwował. Kotka kilkukrotnie ugryzła się w język, gdyż nie chciała sprawić czarno-białemu przykrości.
Otrzepała się z pyłków kwiatów, które osiadły na jej futerko, po czym żwawym krokiem zbliżyła się do granicy, decydując się na dobry początek pokręcić wokół rodzimych terenów, gdy wtem do jej uszu doszedł szelest, a chwilę później poczuła ciężar na swoim ogonku.
– Mamusia! – zawołało kocie, by chwilę później tuż za nim spomiędzy wysokiej trawy wyłonił się jeszcze jeden kociak.
Tego Gąska nie przewidziała.