BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 22 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

25 marca 2026

Od Chomiczej Łapy do Śpiewającej Łapy

Ogłoszenie Śmierci Cichej Łapy

Cicha Łapa jakoś długo nie wracał ze swojego treningu w tunelach, nawet jego siostra wróciła szybciej... Czyżby tak długo kazano im kopać lub czegoś szukać? Wątpiła to, Cicha Łapa nie miał żadnych talentów, jedyne co umiał to nie mówić. Rudą Lisówkę to martwiło, za to ona starała się udawać, że też się martwi, w końcu była dobrą aktorką.
– Nie powinni go aż tak przemęczać. Mam nadzieję, że nic mu się nie stało – powiedział jej zmartwiony partner. Nie wiedziała, czym się tak wielce martwił. Cisza nic nie znaczył.
– Nie obawiaj się, jest z nim Strzępotkowy Kokon, Jagodowe Marzenie i Ciernista Łapa. Są z nim sami dorośli, więc zanim się obejrzymy, to wrócą, może po prostu mają pracowity wschód słońca – rudzielec wydawał się uspokoić, na co Chomik tylko się uśmiechnęła. Paru wojowników wparowało do obozu. To byli oni, jak dobrze się złożyło!
– Cicha Łapa-... Tunel zawalił się na Cichą Łapę! – wypowiedział Ciernista Łapa w nerwach. To chyba musiała cofnąć to, że niby dobrze się złożyło. Ruda Lisówka był w szoku, szybko podbiegł do ucznia.
– Jak się na niego zawalił?! Co to niby ma znaczyć! – wykrzyknął do grupy treningowej, w której był Cicha Łapa. Strzępotkowy Kokon był zbyt przerażony, by coś powiedzieć. Przed Ciernistą Łapę weszła Jagodowe Marzenie.
– Przykro mi, Ruda Lisówko i Chomiczo Łapo, niestety wasz syn zapuścił się do jednej z niezabezpieczonych odnóg i nie zdążyliśmy go wyciągnąć – była tym dość zszokowana tą informacją. Informacją, że jej syn nie żył. Nie umiała tego strawić.
– Chcesz mi niby powiedzieć, że żaden z was nie mógł go uratować?! Było was trzech i pozwoliliście memu synowi umrzeć?! Powinniście się nim lepiej zająć! Wszyscy tutaj wiedzą, że mój syn jest niemy, nawet nie mógł wykrzyczeć o pomoc i nikt nie był obok niego jeszcze, gdy się zapuścił do niezabezpieczonego miejsca! Jesteście żałośni! – Burzak syknął na nich, Chomicza Łapa myślała, że już na nich się rzuci, ale na szczęście między nimi pojawił się Zawodzące Echo.
– Dosyć! To nie jest niczyja wina, nikt nie mógł przewidzieć, że ten tunel zasypie się na twego syna, Lisówko – Ruda Lisówka miał w oczach wymieszaną zarówno furię, jak i ból, którą Chomik mogła zauważyć. Naprawdę mu zależało na ich synu, nawet jeśli był kaleką... nie to, co jej.
– Łatwo ci mówić! Gdy będziesz miał kiedyś swoje potomstwo i jakiemuś stanie się krzywda, to wtedy może mnie zrozumiesz – jej partner odszedł od nich, a Chomicza Łapa poszła za nim go pocieszyć i uspokoić.

***

Przed walką z lisem

Nie odczuła za bardzo negatywnie śmierci Cichej Łapy. Jak dobrze, że Klan Gwiazdy już go zabrał. Jedynie był chodzącą hańbą dla jej wspaniałej rodziny. Teraz została jej jedynie Śpiewająca Łapa, jej wspaniałe oczko w głowie! Pamiętała jak nadal była taką małą kuleczką, jak to możliwe, że tak urosła? Chomik było smutno, że nie mogła jeszcze ten jeden raz owinąć łapami słodkiej kuleczki szczęścia. Niestety jednak dzieci dorastały, a ona musiała się pogodzić, że jej córeczka dorastała. Aktualnie Śpiewająca Łapa siedziała gdzieś w obozie, kotka podeszła do swojej córeczki.
– Witaj, Śpiewająco Łapo, jak ci idą treningi? – spytała swoją córkę.
– Cześć – Śpiewająca Łapa przywitała się, prostując się. – Bardzo dobrze, Słodka Dziewanna jest naprawdę świetną mentorką i całkowicie rozumie moje potrzeby – rzekła. – Chociaż jak tak teraz myślę, to bycie uczniem Cyklonowego Oka też musi być fajne... jest całkiem rozgarnięty – odpowiedziała dymna.
– Cieszę się, że twoja mentorka o ciebie dba, każdy mentor powinien taki być dla swojego ucznia. Musi ci ona niestety wystarczyć, bo Cyklonowe Oko wziął ten niewychowany futrzak, Pierzasta Łapa. Pamiętaj, gdyby ktoś ci dokuczał, to zgłoś to do mnie, wtedy zrobię z nim porządek! Nie pozwolę na to, by ktoś dręczył moją kochaną córeczkę – polizała ją z czułością po czole. Jej mały skarbek! Jak dobrze, że jest utalentowana, cieszyła się przynajmniej, że Śpiewająca Łapa odziedziczyła wszystko, co najlepsze po niej i Rudej Lisówce.
– Spokojnie mamo, to tylko niedouczona pluskwa, nie ma sensu się nad nim wywnętrzać. Sama sobie potrafię poradzić z czymś takim – zamruczała kotka cicho, gdy ona ją polizała po czółku. – W ogóle się dziwię, że dali mu normalnego mentora i trening, zamiast nauczyć z początku ciężkiej pracy i od razu kazać mu kopać tunele. Może wtedy na niego też by się za-... ekhm, może też by się na niego spłynęło oświecenie i zacząłby zachowywać się jak normalny kot. Rozmawiałam z nim jeszcze, jak byliśmy w żłobku, ciężko uwierzyć, by cokolwiek zrozumiał. Całe szczęście, że leży w legowisku daleko od nas… – bardzo dobrze, niby po co miał to słyszeć? A nawet gdyby słyszał to, by nic z nimi nie zrobił. – Zawodzące Echo był zbyt dla niego łaskawy. Nie mówiąc już o tym, że za hańbienie klanu na zgromadzeniu powinien tunele kopać dodatkowo, choć nie wiem, czy to mu by pomogło. Patrząc na niego, szybciej by się dokopał martwy do końca ziemi, niż by zmądrzał.
Chomik miała coś do zaproponowania dla swojej córeczki.
– Wiesz, że za niedługo idę walczyć z lisem, także jak go pokonam, to chcesz jakąś pamiątkę? Jak go dorwę w swoje sidła to nawet ci jego całe futro dam! – już marzyła o kawale lisa, którego zabierze do obozu jako zwycięzca.
– Rzeczywiście słyszałam, uważaj na siebie, dobrze? Zawsze może być ich więcej, niż jeden – jej córka mruknęła nieco zmartwiona.
– Mogliby wysłać na nich tamtych dwóch i tą kotkę niespełna rozumu, która ich na zgromadzenie zabrała. Tsk. Ale futro... um... – uczennica zacisnęła wargi na moment. – Może jak już to... coś małego?
Coś małego... w sumie czemu nie? Jakiś ząbek lub łapka by mogły być jako prezencik dla jej córusi.
– To przyniosę ci coś małego, obiecuję, że będzie to tak piękne jak ty – z czułością podkreśliła to, tak bardzo chciała jej dać coś wspaniałego po pokonaniu lisa. Każdy by pewnie chciał truchło takiego drapieżcy, ale takie upominki były tylko dla wybranych.

<Córcia?>

Od Białego Strumienia CD. Drobnego Ukojenia

Od czasu Zgromadzenia czuł bardzo dziwne, mieszane uczucia. Sam siebie nie rozumiał, co bardzo go drażniło. Nie lubił mieć takich niejasnych sytuacji. Przesiadywał całe dnie w tunelach, naprawiając je, sprawdzając, pomagając innym kotom, ale łapał się na tym, że odliczał wschody słońca. Do czego? Ano, do spotkania z pewną kotką. Ich ostatnia wizyta na granicy minęła im bardzo spokojnie. Rozmawiali dużo, co Białego również dziwiło. Nie sądził nigdy wcześniej, że kotka, która go tak drażniła będzie w stanie być tym, z którym zacznie spędzać długie godziny na rozmowie. A takie chwile były najlepsze. Mogli mówić cokolwiek – byle słyszeć swoje głosy nawzajem.
Na samo wspomnienie czuł mrowienie w żołądku. Podczas ostatniego zgromadzenia zdobył się na odwagę, by otwarcie, chociaż szeptem, mówić szczerze to, co myślał. Chociaż nie zdarzało mu się kłamać, tak nigdy wcześniej nie powiedział nikomu tył komplementów podczas jednej nocy. Najlepsze było w tym to, że on naprawdę tak uważał. Nie chciał jedynie, by kotce było miło, żeby się uśmiechnęła. On serio, kiedy patrzył na nią, widział najjaśniejszą gwiazdę z nieboskłonu. Jej futro zdawało się zrobione z najdelikatniejszego włosia, jakie kiedykolwiek spotkał, a oczy wyglądały niczym najrzadsze kryształy. Charakter z kolei… ah ten jej charakter. Biały nie mógł się nadziwić temu, jak bardzo ją podziwiał. Miała tyle trudności w życiu, klanie, a mimo to wciąż znajdowała siłę na uśmiech. Uśmiech w jego kierunku, odpowiedź na komplementy od niego. Nie mógł być bardziej szczęśliwy, a jednocześnie zagubiony. W myślach, uczuciach, tym, co powinien, czego nie. Nigdy wcześniej nie posiadał takich dylematów, tylu niewiadomych, jednak… Była taka jedna myśl, która nie dawała mu spokoju.
Czy to wciąż była przyjaźń, czy może coś więcej?
Gdy nadszedł w końcu umówiony dzień, nie posiadał się ze skrytej ekscytacji. Biały Strumień nie należał do ekspresyjnych kotów, dlatego jego radość, którą inni okazaliby jako podekscytowaną rozmowę, chwalenie się na prawo i lewo, u niego była gubieniem się w myślach. Co by jej powiedział tego wieczoru? Czy powinien zerwać po drodze kwiat i włożyć za jej uszko? A może powstrzymać się od robienia kolejnego kroku w obawie, by jej nie spłoszyć?
Chodził rozkojarzony, a wszystko leciało mu z łap. Miał problem skleić odpowiedź na proste pytanie, czym drażnił innych przewodników. Ale co mógł poradzić? Tego wieczoru miał zobaczyć Drobną!

~☆~

Nadeszła noc, więc Biały Strumień wślizgnął się cicho do jednego z tuneli. Tego, którego używał za każdym razem, który miał już wydeptaną ścieżkę z jego łap. Zawsze prowadził go w jedno miejsce, do jednej kotki.
Wyszedł z tunelu, gdy księżyc był na niebie, zasłoniony przez chmury. O dziwo, było ciemno, aż niepokojąco. Czy zbierało się na deszcz?
Poczuł nagle chłodny powiew wiatru, który przywiał zapach morskiej bryzy wymieszany z leśnymi nutami. Usiadł tam, gdzie zawsze i czekał.
I czekał. Gdy minęło trochę czasu, a kotki nie było na horyzoncie, wstał i rozciągnął kości. Przeszedł się wzdłuż granicy w nadziei, iż może Drobne Ukojenie czekała w innej części, niż zwykle. Kiedy jednak dotarł do Kamiennych Strażników, nie dostrzegł nigdzie jej jasnego futra. Wrócił więc, decydując się pójść w drugi koniec granicy.
Po jakimś czasie poszukiwań, do jego głowy zaczęły nachodzić dziwne myśli. Nie znalazł jej ani na jednym, ani na drugim końcu granicy ich klanów. Nie było kotki również w umówionym miejscu. Minęła już niemal cała noc, a po Drobnym Ukojeniu nie było nawet śladu.
Czy ona… Czy ona go wystawiła? Może…
Potrząsnął głową. Idiotyczne myśli. Dlaczego? Czemu jej nie spotkał? Co zrobił źle? Nie był wystarczająco kompetentny, by zabiegać o jej względy? Może Drobne Ukojenie wcale go nie lubiła tak, jak mu się zdawało?
Dlaczego więc nie powiedziała mu tego w twarz na zgromadzeniu? A on teraz jak ciołek chodził tu i tam, nerwowo rozglądając się dookoła. Co się stało? Dlaczego…?
Zacisnął powieki i usiadł bezradnie na trawiastej równinie. Nie mógł poradzić nic na napływające do jego oczu łzy. Pozwolił, by spłynęły smętnie po jasnych policzkach.
Oczywiście, że go nie chciała. Był odmieńcem, w dodatku z obcego klanu. Co z tego, że mieli sojusz? W porównaniu z innymi potencjalnymi kandydatami wypadał bardzo słabo. Ani wyjść na spacer w piękny, słoneczny dzień, ani czerpać radości ze wspólnych patroli bądź polowań.
Zacisnął zęby, a łzy zaczęły intensywniej płynąć. Nigdy się tak nie czuł, nawet wtedy, gdy współklanowicze uznawali go i jego rodzeństwo za zesłane przez Klan Gwiazdy, a przez to traktowali ich inaczej. Jak ozdoby.
Był tak pochłonięty czarnymi myślami, że nie zauważył, kiedy zaczęło wstawać słońce. Dopiero wszechobecny na całym grzbiecie, okrutny, piekący ból dał mu o tym znać.
Wrzasnął, zrywając się z miejsca. Wpełzł do swojego wspaniałego, znanego i bezpiecznego tunelu. Czuł, jak jego grzbiet płonie, a tylne łapy drżą z bólu, przerażenia.
— Jak ja mogłem być tak lekkomyślny — zganił się na głos, płacząc obficie. On, najsztywniejszy chyba kocur z całego Klanu Burzy. Zawsze taki ostrożny, powściągliwy.
Zdołał dotrzeć do obozu, cały drżący i naburmuszony. Nie dość, że do spotkania nie doszło, to jeszcze przegapił porę powrotu. Był zły, obrażony na cały świat i obolały. Wytarł niedbale łzy z policzków, nim wpełzł do legowiska medyków. Kiedy Wełnista Mszyca go dostrzegła, o mało nie wyszła z siebie. Na wszelkie pytania, co się stało, odmawiał odpowiedzi. Czuł wstyd i zażenowanie. Samym sobą. Nie chciał, by ktokolwiek usłyszał tę historię, by wytykał go palcami.
Po otrzymaniu pomocy od siostry oraz Zawilcowej Korony skulił się w najdalszym, najciemniejszym kącie legowiska medyków. Na wszystkich syczał i warczał, samemu zamykając się w sobie ze swoimi problemami. Na dodatek wypadł z obowiązków przewodnika na kilka ładnych wschodów słońca. Będzie miał więc dużo czasu, by odpowiednio obwiniać się we własnej głowie.

<Drobne Ukojenie? 💛>

Od Mglistego Snu CD. Szczawiowego Serca

Mglisty Sen widział, jak Szczawiowe Serce źle przechodził śmierć Jarzębinowego Żaru. Chciał z całych sił pomóc wszystkim Świetlikom, jednak nie było to takie proste. Co miałby zrobić? Wskrzesić szylkretową medyczkę? Miał na barkach całą grupę, patrole i pilnowanie Rysiego Tropu. Wiedział, że nie będzie mógł w nieskończoność dźwigać tego wszystkiego, kiedyś będzie musiał odpuścić.
Siedział właśnie w obozie, na korzeniach drzewa, które prowadziły prosto do werwy w ziemi, gdzie znajdował się ich bezpieczny obóz. Widział, jak czekoladowy van kręci się po posłaniach bez żadnego celu.
— Szczawiowe Serce! — zawołał wojownika z góry.
Kocur smętnym wzrokiem spojrzał się na niego i powoli do niego dołączył.
— Tak, Mglisty Śnie? — spytał smętnym głosem.
— Pójdziemy razem na polowanie? No i zobaczyć, czy jest jeszcze w lesie Czereśniowy Pocałunek oraz Gałązka. Dawno ich nie widziałem, a z tego, co pamiętam, to powinny cię uczyć pływać — przypomniał sobie o istnieniu obu samotniczek. — Właśnie, jak tam idzie ci łowienie ryb? Jesteś w stanie już na nie polować, by pomóc nam w wykarmieniu Świetlików?
Szczawiowe Serce mizernie pokręcił głową przecząco. Wyglądał jak zbity pies. Czy to w ogóle dobrze, że postanowił się go spytać o progres nauk w łowieniu ryb? Może Czereśniowy Pocałunek straciła do niego cierpliwość i zaprzestała nauk bez wstępnych ustaleń z Jarzębinowym Żarem, bądź z nim?
Na Klan Gwiazdy, przecież my umrzemy Porą Nagich Drzew z takim zapałem…” — pomyślał, czując, jak w środku rośnie w nim złość.
Czemu nie umiał sobie poradzić z przewodzeniem Świetlikami? To nie była wina śmierci Jarzębinowego Żaru, przecież każdy był w żałobie po medyczce, lecz niektórzy całkowicie uciekali od obowiązków. Sam również chciałby siedzieć całymi dniami w legowisku, zapominając o świecie. Czy ktoś pytał się go, czy chce oglądać markotne pyski, snujące się po obozowisku? Oczywiście, że nie chciał! Tylko każdy z nich musiał coś jeść, więc musiał wyznaczać patrole, jak i polować.
Oboje weszli w głąb lasu, kierując się w miejsce, gdzie zazwyczaj znajdowały się obie samotniczki. Zdążyli upolować dwie myszki podczas podróży. Kiedy dotarli pod drzewo, gdzie znajdowało się legowisko Czereśniowego Pocałunku oraz Gałązki, wspięli się sprawnie po konarze i stanęli na jednych z gałęzi, by zajrzeć do przytulnego gniazdka, które okazało się… puste? Zapach kotek był zwietrzały, musiały już dawno opuścić to miejsce.
Zdziwiony, posłał pytające spojrzenie na wojownika.
Czy wiedziałeś o tym?
— Szczawiowe Serce? Kiedy ostatnio widziałeś Czereśniowy Pocałunek oraz Gałązkę? — wydusił z siebie niewyraźnie, przez trzymaną w pysku mysz.

<Szczawiowe Serce?>

Od Dzikiego Berberysu (Berberysowej Łapy) CD. Modliszkowej Ciszy

Berberysowa Łapa wpatrywał się w Modliszkową Ciszę, który go chyba pochwalił? Ciężko było mu powiedzieć, jaki był dokładny przekaz starszego wojownika, gdyż kocur brzmiał dość sarkastycznie. Nie znali się też dobrze, raczej mijali się na polanie oraz na różnych patrolach, poza tym dzieliła ich ogromna przepaść wiekowa.
— Mam taką nadzieję, że zostanę dumą rodziny, dlatego chciałbym dobrze polować i nie zamierzam kwestionować rozkazów Śnieżycowej Chmury — przyrzekł, chociaż jego głos był dość nieśmiały. Był to jego bodajże drugi patrol, był przecież świeżym uczniem.
Kocur skinął powoli łebkiem, słuchając Berberysu.
— Jestem pewien, że zostaniesz. Może i nawet dumą klanu.
Oskrzydlony Ognik przerwał mu, chrząkając wciąż ze zwierzyną w pysku, najwyraźniej przypominając starszemu.
— Wybacz, Berberysowa Łapo. Musimy już wracać.
Berberysowa Łapa rozszerzył oczy na pochwałę od Modliszkowej Ciszy. Właśnie go pochwalono! Zamruczał pod nosem pocieszenie. Chciał porozmawiać jeszcze z wojownikiem, jednak nie było teraz na to okazji, skoro Oskrzydlony Ognik tak mówił. Skinął im jedynie głową i odprowadził wzrokiem, jak tamci wracają z polowania, w kierunku obozu.

***

Koniec Pory Nowych Liści

Pora Zielonych Liści była przepiękna i dzisiejszym patrolom dopisywała pogoda. Berberysowa Łapa przemierzał właśnie terytorium, będąc na patrolu granicznym. Podziwiając kolorowe kwiaty oraz przyrodę, która budziła się do życia, niechcący wpadł na wojownika, który szedł przed nim.
— Przepraszam! — miauknął, ocierając swój łepek. — Zagapiłem się, Modliszkowa Ciszo, wybacz...
Nie wiedział czemu ciągle na siebie wpadali. Czy los chciał na siłę nakłonić ich do rozmowy?
Modliszkowa Cisza lekko zirytowany odwrócił się, by spojrzeć, który z kotów na niego wpadł. Gdy ujrzał rudo białego ucznia, westchnął cicho i wyrównał krok z Berberysową Łapą.
— Nic się nie stało. Jak postępy w treningu? — zapytał.
— Coraz lepiej. Chciałbym przegonić w nauce mojego brata, Ciernistą Łapę... Mam wrażenie, że wszyscy patrzą na niego przychylnie, szczególnie ojciec! — prychnął i na chwilę się rozkojarzył, kiedy przeleciał niedaleko nich nawet ładny owad. Wrócił jednak myślami do rozmowy. — Wcale nie jest to wyczynem, znalezienie jakichś kociaków. Ja też bym tak umiał. Dlatego nie mogę się doczekać, aż będziemy mieć test na wojownika. Będę musiał go pokonać w tunelach!
Uczeń był bardzo poważny. Rozmowa o jego bracie nie była przypadkowa. Chciał wiedzieć, co starszy wojownik sądził o Ciernistej Łapie. Przeniósł na starszego swój wzrok.
Modliszkowa Cisza przez dłuższą chwilę zastanawiał się co odpowiedzieć.
Prawdę mówiąc, nigdy nie rozmawiał ze wspomnianym uczniem.
— Ciężka praca przerasta talent. Dlaczego tak właściwie chcesz go pokonać? — zapytał, wbijając wzrok w młodszego kocura.
Czy chciał powiedzieć wszystkie jego powody, dlaczego chciałby pokonać Ciernistą Łapę? No może wszystkich nie, jednak część mógł powiedzieć.
— Ciągle ma szansę, by się wykazać, a los rzuca mu pod łapy kolejne zasługi. Już i tak za mentorkę dostał mamę, a Świerszczowy Skok patrzy się na niego z dumą... Pewnie jest jego ulubionym synem — prychnął z obrzydzeniem.
— Rozumiem. Czujesz się odrzucony? — zapytał, swoim klasycznym chłodnym tonem.
Zerknął na starszego i z wahaniem przytaknął głową. Nie umiał tego powiedzieć głośno, spaliłby się ze wstydu, tym bardziej że wiedział skąd wydobywał się jego zły stosunek do rodzeństwa. Wszystko było przez jego zazdrość.
— A czy to takie ważne? — wzruszył ramionami, udając, że bagatelizuje ten problem. — Ważne, żeby zmieszać go z błotem i pokazać się przed innymi, że jestem lepszy.
Kocur uniósł delikatnie brew, patrząc na zachowanie młodszego.
— I co się stanie jak już go „zmieszasz z błotem”? Co zyskasz? — zadał kolejne pytanie, jakby próbował odgadnąć, co kryje się pod puszystą czupryną ucznia.
Zamilkł na chwilę. Czy powinien dalej ujawniać starszemu swoje brudne wnętrze? Byli na patrolu i raczej inni też mogli usłyszeć ich rozmowę. Miał tylko nadzieję, że odbiorą jego dość przykre słowa za frustrację, która panuje między rodzeństwem, ze względu na rywalizację. Po części tak było, jednak wiele negatywnych emocji brało się już z czasów żłobka.
Strzepnął gniewnie ogonem.
— Wtedy będę lepszy i to mi już powinno wystarczyć. Zaraz powinni mnie mianować. Jako wojownik będę się starał jeszcze bardziej, by zaistnieć w Klanie Burzy. Czuję się tutaj ciągle, jak jakiś przypadkowy kot, choć się tutaj urodziłem.... Moja siostra ma już ucznia, a ja nadal błądzę po patrolach i znoszę niezadowolony wzrok mojego ojca. Po prostu chce być lepszym od mojego rodzeństwa.
Dalszą część patrolu rozmawiał jeszcze ze starszym wojownikiem. Modliszkowa Cisza wydawał się bardzo zaciekawiony jego światopoglądem oraz nastawieniem do rodzeństwa, które było dość nieprzychylne. Czy tamten chciał mu pomóc? Chociaż, czy miało to w ogóle jakieś znaczenie? Modliszkowa Cisza był od niego o wiele starszy i w dodatku niespokrewniony. Kocurowi nie powinno zależeć nad jego losem oraz jego rodzeństwa.

***

Dziki Berberys przemierzał przez obozowisko do sterty zwierzyny, gdy natrafił na leżącego i wygrzewającego się w ostatnich promieniach słońca Modliszkową Ciszę.
— Dzień dobry, Modliszkowa Ciszo, chociaż powinienem powiedzieć, dobry wieczór.
Zerknął na niebo, na którym zaczęli pojawiać się pierwsi Gwiezdni, chociaż Słońce, jeszcze nie zaszło za horyzontem.
— Dawno nie rozmawialiśmy, a mi udało się zostać wojownikiem szybciej, niż Ciernistej Łapie. Można do ciebie się dosiąść?

<Modliszkowa Ciszo?>

Od Mglistego Snu CD. Miodowej Kory

Po umieszczeniu Rysiego Tropu w izolatce

Księżyc wisiał wysoko nad ich głowami, a w obozie panował spokój. Aktualnie na warcie przy izolatce stał Szczawiowe Serce, którego zdążył wyznaczyć, zanim kocur chciał uciec na nocne polowanie. Nie wszystkie koty chciały zmierzyć się z długą wartą, pilnując więźniarki, i on sam im się nie dziwił.

* * *
Po śmierci Jarzębinowego Żaru, Pora Zielonych Liści

Widząc, że Miodowa Kora siedzi zgarbiony na polanie głównej, postanowił, że podejdzie do kocura. Ostatnio Klan Gwiazdy nie był dla nich łaskawy, a w szczególności dla kocura.
— Witam Miodowa Koro, czy chciałbyś wyjść ze mną na krótkie polowanie? Chciałbym też z tobą porozmawiać.
— Hmm? — Wystawił uszy, wyglądał na zdziwionego, że czarny kocur chce z nim rozmawiać — Oczywiście, parę zwierząt się przyda do wykarmienia reszty. — Wstał na cztery łapy.
— W takim razie przejdziemy się nad rzekę. W te upały zwierzyna raczej woli siedzieć w chłodniejszych miejscach — zaproponował.
Nie czekając na odpowiedź, ruszył do wyjścia. W drodze nad rzekę zwolnił i spojrzał na Miodową Korę.
— Ostatnio dla Świetlików Klan Gwiazdy, nie jest łaskawy... — zaczął rozmowę po długiej ciszy. — Jednak widzę, że u ciebie również nie jest najlepiej, Miodowa Koro. Ostatnio prawie wcale nie rozmawiasz z Porywistym Dębem. Mogę spytać, czemu? Jesteście rodziną — zauważył zmartwiony.
Na ostatnie pytanie zaczął lekko machać ogonem, ale potem odpowiedział.
— Porywisty Dąb dowiedział się w końcu prawdy, dlaczego reszta rodziny została w klanie wilka i nie uciekła z nami... Od tej pory nie rozmawiamy ze sobą. Nie dziwię mu się, z ucieczką odebrałem mu rodzinę i kotkę którą kochał. — Na ostatnie zdanie obrócił się do rzeki, nie chcąc patrzeć czarnemu kocurowi w oczy.
— Ach... Więc to tak wygląda... — mruknął pod nosem, nie siląc się na kontakt wzrokowy z liljowym. — Zamierzasz odbudować waszą relację? Wiem z doświadczenia, że zbyt długa cisza może bardziej zaszkodzić, niż wyleczyć rany. Jesteście jednak rodziną, a Świetliki urosną w siłę, jeśli będziemy się trzymać razem. Od śmierci Jarzębinowego Żaru wszystko się sypie... Powinienem jakoś temu zapobiec i zagwarantować wam godne miejsce do życia w tym lesie.
— To miło, że się starasz i pokładasz dużo nadziei w tej grupie, tylko jest problem. — Spojrzał na Mglisty Sen i to poważnie — Niestety, muszę ci powiedzieć, że, szczerze, tracąc łącznik z Klanem Gwiazdy, już jesteśmy skazani na porażkę. Jeśli więc zrobimy coś źle jak poprzednio, nie mamy gwarancji, że przodkowie nam wytkną nasze błędy i wskażą nam lepszą drogę. Nie mówiąc już o tym, że grupa jest teraz bardziej rozdzielona przez moją siostrę. Niektórzy już pewnie stracili nadzieję i są niepewni tego, co nasz czeka, szczerze ja też na ten moment nie wiem w którą stronę idziemy.
Mglisty Sen pokiwał smutno głową. Z każdym dniem tracił więcej nadziei i siły w przywództwo Świetlikami, a ciężar, jakim była Rysi Trop w izolatce, utrudniał zdobywanie zasobów oraz ich zarządzanie. Zawsze musiał mieć jakiegoś kota, który musiałby pilnować więźniarkę, a Pora Zielonych Liści oraz upały nie pomagały im wcale. Mogli się jedynie cieszyć, że ich dom był bardzo gęsto zalesiony, dzięki czemu mieli dużo cienia.
Przystanął nad rzeką i lekko wszedł do wody, pozwalając, by fale lekko obmywały mu poduszeczki łap. Poziom w rzece był bardzo niski i niewiele im było potrzebne, by przedostać się na drugą stronę, gdzie znajdowało się już terytorium Klanu Nocy.
— Jeśli miałbyś szansę zostać moim zastępcą, czy podjąłbyś się tego, czy prędzej wolałbyś odejść z tych terenów i żyć własnym życiem, z dala od problemów, które na nas sprowadziłem.
Liliowy się zawahał.
— Byłbym zaszczycony, choć się obawiam, że niektórzy mogą mi nie zaufać.
Widząc wątpliwości wymalowane na pysku Miodowej Kory, westchnął.
— Może i masz rację... Ja zaczynam mieć wątpliwości, czy Świetliki mnie uważają za przywódcę. Mam wrażenie, że nie mam tutaj faktycznej władzy i jej nigdy nie będę mieć. Jakby było to takie proste, to ogłosiłbym upadłość Świetlików i wolałbym, żeby każdy z nas rozeszło się w swoją stronę... — mówił cicho i poważnie. — Jarzębinowy Żar mówiła mi, że za bardzo ufam tej grupie. Wierzę w nas, choć przyszłość nasza jest krucha. Teraz mam wrażenie, że rozumiem, co miała na myśli. Przejrzałem na oczy, kiedy jest już za późno... Chcę, żeby to wszystko trzymało się kupy, jednak z dnia na dzień widzę, że tak nie będzie. Zaraz skończy się Pora Zielonych Liści i będzie coraz mniej zwierzyny oraz będzie zimniej. Możemy nie przeżyć, jeśli będziemy nadal uparci, żeby trzymać się tego przeklętego miejsca. Mimo że chciałbym ciebie, jako mojego zastępcę, tak samo nie trzymałbym urazy, gdybyś z własnym synem poszukał miejsca bezpiecznego, gdzie moglibyście zamieszkać sami, zdala od Klanów, Świetlików i wszystkich problemów, które ciążą nam na karku. Byłbym spokojny i wiedziałbym, że jesteście bezpieczni.
— Nie obwiniaj się, najwyżej było takie nasze przeznaczenie. Jesteś kotem o dobrym sercu, dlatego zostanę twoim zastępcą, ale gdybym chciał kiedyś odejść i ci powiem to, nie martw się o mnie, a gdybym nigdy nie wrócił lub bym odszedł i ci nie powiedział, to znajdź własną ścieżkę i znajdź miejsce najlepsze dla wszystkich.
Skinął mu głową. Słowa Miodowej Kory uspokoiły sumienie Mglistego Snu. Może to wszystko nie miało sensu i teraz liczyło się, żeby każdy odnalazł swoją ścieżkę.
— Rozumiem. Niech będzie dokładnie tak, jak Gwiezdni mają w planach.

< Miodowa Koro? >

Nowy członek Klanu Wilka!

Od Cienistej Zjawy

Otrzymał ucznia, a właściwe to uczennicę – Kryształową Łapę. Miał nadzieję, że młódka nie przesiąkła za młodu propagandą Klanu Gwiazdy, a jeśli tak się stało, w związku z wychowaniem przez Brukselkową Zadrę, kocur miał zamiar sprawić, aby kotka w przyszłości wyznawała tę samą wiarę, co on. Oczywiście nie od razu. Musiał mieć pewność, że kocica go nie zdradzi, gdyby zaczął ją nauczać o wierze w Mroczną Puszczę. Pragnął, aby jego pierwszy uczeń był lojalnym Wilczakiem, a kto wie, może i w przyszłości wspaniałym kultystą. Musiała nim być. Nie mógł przecież wyszkolić zdrajcy, czczącego ten zakłamany Klan Gwiazdy. Inaczej zawiódłby matkę.
— Dzisiaj połączymy teorię z praktyką. Będziemy ćwiczyć wspinaczkę na drzewa, a przy okazji poznasz pozostałe tereny należącego do naszego klanu — oznajmił uczennicy. — Czy twoja matka opowiadała ci, że na naszych terenach znajduje się Opuszczone Obozowisko? — spytał, jednak nie pozwolił kocicy dojść do słowa. — Leży niedaleko Potwornej Przełęczy, po drugiej stronie Spalonej Zatoczki. Przejdziemy przez nie. No dalej, Kryształowa Łapo! Nie ociągaj się! — ponaglił kotkę.

~~~

Po skończonym treningu, który jak na początek minął dość znośnie, Cienista Zjawa odprowadził terminatorkę z powrotem do obozu, po czym sam ruszył w kierunku granicy z Klanem Klifu. Zatrzymał się przy Czarnych Gniazdach, będących niczym innym, jak porozrzucanymi oponami. Kocur zastanawiał się, czy Klan Klifu kiedyś spróbuję odbić podbitą ziemię. Z przyjemnością stoczyłby walkę z tymi krabojadami i pokazał im, gdzie raki zimują.
Ucho kocura drgnęło nagle, gdy rozpoznał znajomy głos w pobliżu. Odwrócił się, spoglądając znużony na samotniczkę, kryjącą się za jednym z głazów. Gdyby nie ta szrama na pół pyska, która była jej znakiem rozpoznawczym, może mógłby ją jeszcze wziąć za głupią Klifiaczkę.
Kocica rozejrzała się dookoła, a gdy się upewniła, że nikogo oprócz nich nie ma, zmniejszyła dzielącą ich odległość.
— Gdzie twój ochroniarz, hm? — spytał kocur, wpatrując się w zielonooką.
Musiała być jednak naprawdę głupia, skoro zdecydowała się kolejny raz wkroczyć na tereny Klanu Wilka.

~~~

Pora Opadających Liści

Jakie było zdziwienie Cienistej Zjawy, gdy na terenach Klanu Wilka po dłuższym czasie zastał liliowego starszego samotnika. Zaskoczył go brak obecności rudej samotniczki u jego boku. Tam, gdzie on, tam i ona. Byli przecież nierozłączni! No, prawie. Nie, żeby liczył na to, aby ponownie ją ujrzeć... była przecież zapchloną samotniczką, nikim więcej! A po ostatnim ich spotkaniu szczerze wątpił, że uda im się ponownie spotkać. Na samą myśl poczuł pieczenie w okolicach policzka, zdobionego przez ślad jej pazurów.
Liliowy schylił się, sięgając po coś, co kryło się w wysokiej trawie, pomiędzy jego przednimi łapami. Piszczka?! Czyżby ten staruch postradał zmysły, decydując się ukraść zwierzynę z klanowych terenów?
Nie. To coś, co zwisało z pyska starca, wcale nie było piszczką. Wcale nie było ptakiem, małą wiewiórką, a tym bardziej nornicą. Starzec trzymał małe kocię, a sądząc po jego wyglądzie, nie miało nawet dwóch księżyców. Być może nawet pełnego jednego nie miało.
Cienista Zjawa przeklął pod nosem, przenosząc spojrzenie na swoją uczennicę. Kryształowa Łapa po dłuższej chwili zarejestrowała obecność samotnika. Kocur rozkazał uczennicy zostać w zaroślach, aby nie przeszkadzała w ich rozmowie. Również obawiał się, że staruch mógłby zdecydować się na to, by zaatakować niedoświadczoną kotkę. Lepiej, aby miała więcej czasu na ucieczkę, zważywszy na to, że po biegu, od którego zależałoby jej życie, najpewniej by wypluła płuca. Miał nadzieję, że ta dziwna dolegliwość kocicy, jaką był kaszel po ćwiczeniu biegów, jak i innych siłowych ćwiczeń minie razem z wiekiem.
Bury ruszył w stronę kocura, pokonując połowę dzielącej ich odległości.
— Musisz być skończonym idiotą, skoro zignorowałeś moje ostrzeżenie, a w dodatku narażasz zdrowie i życie tego kocięcia. Czego chcesz?
Bury przeniósł spojrzenie na kocię, które starszy trzymał w pysku. Wątpił, że ten malec był dzieckiem liliowego, w końcu był on stary. Może to jego wnuk albo jakaś znajda. A może...
Wzdrygnął się, gdy starszy w niezbyt delikatny sposób upuścił kocię.
— Kocięcia? Chyba chciałeś powiedzieć parszywej larwy. Gdyby nie ono, ona by wciąż żyła... zabiliście ją... oboje... ty i on...
— O czym ty...
Zamarł. Ponownie spojrzał w kierunku kocięcia, nie racząc się do niego nachylić, aby się upewnić czy wszystko jest z nim w porządku. Ruszało się, zakwiliło podczas uderzenia o podłoże, więc żyło. Przynajmniej jeszcze.
Cienista Zjawa bez większych emocji spoglądał na owoc swego romansu z samotniczką. Samotniczką, która według słów samotnika nie żyła.
— Że niby to coś jest moim kocięciem... dobre sobie! — prychnął. — Wy samotnicy macie coraz durniejsze pomysły na podrzucanie własnych młodych do naszego klanu. Zabierz go i zanieś z powrotem do matki, bo pewnie bidulka odchodzi od zmysłów.
— Posłuchaj mnie uważnie. Gdybym nie obiecał Południcy przynieść ci tego kocięcia, najprawdopodobniej leżałbyś na tej ziemi w kałuży krwi. Zamierzam spełnić jej ostatnią wolę, nawet jeśli bardziej jestem skory do obicia ci tej przygłupiej mordy... Zaopiekujesz się nim, jak na rodzica przystało, albo...
— Albo, co? Zdajesz sobie sprawę, że mogła cię okłamać... Na pewno nie jestem jedynym kocurem, którego spotkaliście — zauważył. Łypnął złowrogo na malca, którego barwa futra była identyczna, jak u samotniczki.
“Wykapana matka” – pomyślał.
Jedynie pręgowanie się różniło tam, gdzie znajdowało się rude futerko. Cienista Zjawa był w stanie dostrzec cętki. Identyczne z tymi na jego granitowej sierści.
Mógł być jego ojcem. Mógł. Jednak, zamiast po prostu zabrać ze sobą młode, postanowił przez dłuższą chwilę kwestionować ojcostwo. Dostrzegł, że liliowy tracił cierpliwość.
Cienista Zjawa ziewnął i przeciągając każdy swój kolejny ruch, zbliżył się do kocięcia. Obwąchał go i delikatnie szturchnął nosem, upewniając się, czy nic mu nie jest. Kociak cicho pisnął.
— Twoja zmarła towarzyszka na pewno nie jest zadowolona, że w taki sposób traktujesz jej kocię — mruknął. — Ja również. Tym bardziej, jeśli to jest faktycznie moje młode. — W głosie kocura kryła się groźba.
Ostrożnie pochwycił rudego kocurka za skórę na karku, decydując się go zabrać ze sobą do obozu Klanu Wilka. Zdawał sobie sprawę, że takiego młode wymagało matczynego ciepła i obecności, a przede wszystkim mleka. Nie był pewien czy w klanie mają jakąś królową, a nawet jeśli nie, mogli przecież znaleźć jakąś karmiącą kotkę i zmusić ją do odchowania przyszłego kultysty.
Nie racząc spojrzeć na starszego kocura, oddalił się od niego, kierując się w stronę, gdzie czekała na niego uczennica. Położył przed nią swego potomka. Kotka powoli zbliżyła się do malucha, wyłaniając się z zarośli. Obwąchała go, po czym wlepiła pytające spojrzenie w swojego mentora.
— Kryształowa Łapo — zwrócił się do uczennicy poważnym tonem. Uszy koteczki stanęły dęba. Wpatrywała się w mentora z przestrachem. — Zanieś tego kociaka czym prędzej do obozu, do medyków. Gdyby ktoś pytał o jego tożsamość, powiedz, że jest to wnuk Zalotnej Gwiazdy, w dodatku mój syn. Resztę wyjaśnię sam, jak wrócę. Muszę jeszcze tylko coś załatwić... — mruknął, spoglądając w kierunku, z którego przed chwilą przyszedł. — A i dla twojej wiadomości, jeśli coś mu się stanie podczas drogi do obozu, zostaniesz ukarana i możesz się pożegnać z mianowaniem na wojownika.
Uczennica ostrożnie podniosła kociaka z podłoża. Bez słowa pospiesznie się oddaliła w kierunku obozu. Tymczasem Cienista Zjawa ruszył tropem liliowego kocura, który po spełnieniu ostatniej woli zmarłej kocicy zamierzał opuścić tutejsze tereny.

~~~

Cienista Zjawa prychnął pod nosem, gdy wkroczył do obozu. Na tyle ile mógł, na tyle pozbył się zapachu samotnika, jak i zaschniętej krwi z sierści. Tuż przy stosie ze zwierzyną dostrzegł leżącą niebieską arlekinkę, która dyszała.
Kocur spojrzał w kierunku legowiska medyków, w którym krzątali się Cisowe Tchnienie i Roztargniony Koperek.
— Kryształowa Łapo — przywołał do siebie uczennicę, która ledwo co była w stanie ustać na swoich łapach. Arlekinka posłusznie podniosła się spod stosu i zbliżyła do mentora. — Widzę, że kocię trafiło do obozu w jednym kawałku. Spisałaś się. — Zdecydował się na pochwałę znajdy. Liczył, że dzięki temu kotka przyłoży się do treningu i zostanie jego dumą, a nie porażką. Nie chciał, aby jego pierwszy uczeń zginął z jego łap. — Jutrzejszy trening zaczniemy nieco później.
Po rozmowie z Kryształową Łapą zdecydował się zajrzeć do medyków. Według słów Roztargnionego Koperka z kocięciem było wszystko w porządku, malec był silny. Pozostawała teraz tylko jeszcze jedna sprawa. Trzeba było młodemu znaleźć mamę, która mogła go wykarmić przez kolejne dwa księżyce. Pech chciał, że w klanie nie mieli żadnej ciężarnej kotki, a tym bardziej kotki z młodymi. Przynajmniej nie zdawał sobie z tego sprawy.
Gdy Cienista Zjawa miał zaproponować przyprowadzenie jakieś samotniczki do klanu, Cisowe Tchnienie podzieliła się z nim informacją, która sprawiła, że wściekły opuścił lecznicę i czym prędzej skierował się do żłobka.
— To chyba jakiś żart... — wysyczał, stojąc nad Wrotyczową Szramą, u której boku znajdowało się dwoje kociąt, które musiały się narodzić podczas jego nieobecności w obozie. Gdyby kotka posiadała długi ogon, a nie kikut, otuliłaby młode, skrywając je przed wściekłym spojrzeniem Cienistej Zjawy. Kocur poczuł odruch wymiotny.
“Kto jest ojcem tych kociąt? Nie... To nieważne. Nie mogę pozwolić, aby kocię mogące być moim synem, wykarmiła Wrotyczowa Szrama”.
Cienista Zjawa opuścił żłobek, zamierzając się sprzeciwić oddaniu jego potomka pod opiekę liliowej kocicy. W tym samym momencie medycy właśnie zmierzali do kociarni z małą rudzinką. Malec dawał wszystkim wokół znać, że jest bardzo głodny. Między medykami a Cienistą Zjawą doszło do pyskówki na środku obozu. Kocur nie chciał, aby kocię umarło z głodu, ale nie mógł dopuścić, aby to coś, co zalęgło się w żłobku ze swoimi larwami, wykarmiło przyszłego kultystę i wnuka Zalotnej Gwiazdy. A skoro mowa o Zalotnej Gwieździe...
— Co to za harmider? — Liderka zbliżyła się do trójki kotów i kocięcia, którego trzymał w pysku za fałdę skóry Roztargniony Koperek. Spojrzenie zatrzymała na piszczącym kociaku, który domagał się mleka. — Co to za kocię?
“Czyli Kryształowa Łapa jeszcze im nie mówiła”.
— To twój wnuk, matko. I mój syn.

Wrotyczowa Szrama urodziła!

Wrotyczowa Szrama urodziła dwójkę kociąt!


Od Werbeny

TW: opisy ran, śmierci, ataku psa

Słońce jeszcze nie zdążyło porządnie się rozlać po terenach tej ziemi, nie wypełniło jeszcze dolin ani nie zdołało zahaczyć się o korony drzew, ale świat już zdążył zadrżeć z przyniesionego przez Porę Zielonych Liści ciepła.
W oddali falowało morze żółci, tam, gdzie graniczyło z zasiadającym sklepieniem niebieskim. Obfito wypełnione trawy złotymi kłosami, wysokie i delikatne, takie, które uginały się przy każdym najlżejszym podmuchu wiatru, który zdawał się przeczesywać trawy niewidzialną łapą, jak własne futro. Pozłacane kłosy szeleszczały cicho, jakby szeptały do siebie ciepłe słówka i sekrety, których Werbena nie była w stanie jeszcze zrozumieć. Każde źdźbło kiwające się razem z podmuchami wiatru zdawało się żyć własnym rytmem. Pachniało tam sucho, nagrzaną od słońca ziemią i czymś jeszcze, takim lekkim, wręcz słodkawym, kojarząc się z czymś kojącym, a jednocześnie obcym. Ten zapach nie był czymś dobrze jej znanym. Nie była to znajoma ścieżka, nie wiedziała, co się kryje w tych wysokich trawach, ani co ją tam będzie czekać, jednak chciała je pozwiedzać. Chciała przez nie biegać beztrosko, zwiedzać je bez końca i zatonąć. Mała czarna sylwetka poruszyła się niespokojnie, ocierając się o łapy większej sylwetki obok niej.
— Mamo — odezwała się Werbena, podnosząc wzrok i zatrzymując się nim na spokojnym pysku Lukrecji. — Możemy tam iść? — zapytała samotniczkę. Głos jej był spokojny, taki neutralny, ale nawet przed własną matką nie była w stanie ukryć tej naturalnej ciekawości, jaką kocięta posiadają.
Uniósłszy łapkę, wskazała przed siebie. Czekała cierpliwie. Nie rzuciła się do biegu, tak jak inne kociaki by to zrobiły, tylko patrzyła. Zielone, okrągłe oczka koteczki były szeroko otwarte, uważnie przyglądając się złocistej łące, jakby starała się zapamiętać każdy ruch trawy.
Lukrecja zwolniła, a później całkowicie zatrzymała się. Usłyszawszy pytanie córki, jej ciało napięło się niemal niedostrzegalnie, a uszy uniosły wyżej, skutecznie wyłapując każdy dźwięk, który mógł kryć się w trawach.
— Nie wiem... — mruknęła cicho bura, bardziej do siebie niż do córki. — Tereny nie należą do nas.
— A do kogo? — zapytała szybciej, niż tego pragnęła. Pytanie to samo wyrwało jej się z pyska.
— Kotów z klanów. Lepiej trzymać się od nich z daleka. Nie są przyjaźni — wytłumaczyła Lukrecja, pragnąc zakończyć tę rozmowę jak najszybciej. — Przynajmniej nie w stosunku do nas.
Werbena zrobiła kolejny krok bliżej, przyciskając do futra matki. Nie odezwała się od razu. Poczekała chwilę.
— Chcę zobaczyć — powiedziała w końcu. Krótko. Prosto. Bezpośrednio. Wypowiedziała to, jakby była to zwyczajna kocięca zachcianka, a nie złamanie świętych zasad między klanowiczami a samotnikami. — Tato. Możemy? — zmieniła swoje podejście, zaczepiając teraz ojca.
Klon stał długość lisa od nich. Niebieskie oczy samotnika przesunęły się najpierw po horyzoncie, a następnie po falującej trawie, aż w końcu zatrzymały się na małej, puchatej sylwetce przy boku ukochanej. Klon westchnął, czując, jak ta mała słodka duszyczka go urabia, by zdobyć to, co chcę...
— Możemy... — odezwał się, poprawiając swoją postawę. —Nic złego się nie stanie, jeśli pójdziemy tylko kawałek. Na chwilę, by Werbena mogła zobaczyć, jak tam jest. Zrozumieją to.
Werbena odsunęła się od matki i ponownie podniosła na nią wzrok. Tym razem nie mówiła wiele, jedynie kąciki jej pyska delikatnie uniosły się, sugerując uśmiech. Ogon kotki drgnął, a ciałko rozluźniło.
— Widzisz — mruknęła cicho — tata mówi, że możemy... — Kociak nie uśmiechał się szeroko, ale sposób, w jaki ogonek kotki drgał z podekscytowania, wskazywał na to, jak młodsza tylko pragnie wyrwać do przodu i rzucić się w złociste trawy.
— Chodź, Werbeno. Trzymaj się blisko — uśmiechnął się Klon, na co szylkretka energicznie pokiwała głową.
Droga, którą musiała kocia rodzina przekroczyć, nie była szeroka, ale była niebezpieczna. Musieli przedostać się przez most nad rzeką, by dostać się do wymarzonych kłosów Werbeny. Chociaż nie mogło to być aż tak trudne... Od drogi biło ciepło, a pył swędził ją w nosek. Unosił się tu zapach czegoś dziwnego, wręcz ostrego.
— Dziwnie tu pachnie — skomentowała krótko Werbena, marszcząc nosek, gdy zatrzymała się na skraju. Lukrecja postawiła łapę przed nią, blokując kotkę przed wejściem na drogę.
— Bo to nie miejsce dla nas. Drogi i miasta nigdy nie były miejscem bezpiecznym, dlatego pachnie ci obco, maleńka — odpowiedziała łagodnie, muskając córkę nosem między uszami. Kocica mimo starań nie potrafiła ukryć tego, jak mięśnie jej się napinają.
— Nie ma co zwlekać! — rzucił beztrosko ojciec szylkretki, przejeżdżając mokrym językiem po policzku partnerki. — Hop i po sprawie.
— Hop?
— Hop — odpowiedział z lekkim uśmiechem na pysku.
Lukrecja chwyciła córkę ostrożnie za kark, a potem wszystko wydarzyło się nagle. Szybkie kroki, dźwięk łap odbijających się o gorącą drogę, ciepło bijące z góry i ziemi, a uderzenie serca później poczuła miękkość pod łapami. Byli na drugiej stronie, bezpieczni.
Trawa po drugiej stronie była przyjemna, jednak pachniała tak obco. Wysokie i złociste, leniwo kołyszące się źdźbła pachniały słodko.
Gdy Lukrecja odstawiła Werbenę na ziemię, ta szepnęła krótkie, ciche:
— Miękkie... — wymruczała, robiąc krok w kierunku złocistego pola. Kłosy dotknęły jej łapki.
Później kolejny krok. Rośliny ocierały jej się o boki.
Następny. Zanurzyła się wśród traw, które sięgały wyżej niż jej niska, kocięca sylwetka, otulając ją ze wszystkich stron jak kocyk.
— Werbeno, nie oddalaj się! — zawołała Lukrecja, ruszając za córką.
— Jestem tutaj! — wymruczała radośnie, rzucając się w pszenicę, lądując na grzbiecie.
Klon delikatnie się uśmiechnął, towarzysząc swojej partnerce.
— Widzę, że podoba ci się tutaj? — zapytał kocur.
— Tak, tak! Jest tutaj cudownie! Ta trawa jest taka mięciutka… Łaskocze moje łapki! — przeturlała się młodsza szylkretka, a jej zielone oczka zabłysnęły niczym gwiazdki na nocnym niebie. Był to wspaniały dzień, ale coś się… Zmieniło. Wiatr zdawał się zatrzymać, ptaki przestały śpiewać, jednak Werbena bawiła się dalej, nie zauważając, jak rodzice jej nerwowo się rozglądają i nieznacznie zbliżają do córki, szeptając między sobą.
— Czujesz to..? — zapytał Klon, kładąc ogon na grzbiecie burej.
— Tak… — odparła zmartwiona matka kotki. Atmosfera stała się cięższa, a napięcie między nimi zdawało się gasić szczęście kotów. Klon zastygł, a ciało jego zdawało się napinać jak struna.
— Lukrecjo… — zaczął, ale było już zbyt późno. Samotniczka znalazła się przy dymnej, a Klon podążył za nią. Bura stanęła blisko kociaka, jakby chcąc skryć ją w jej własnym cieniu.
— Werbeno, ciszej — szepnęła bura.
— Ciszej?
— Jak myszka. Dasz radę? — zapytała, uśmiechając się do córki. — Jesteś już duża i taka mądra… Baw się ciszej, aż ci nie pozwolę wrócić do śmiania i biegania. — Okryła ogonem kotkę i spojrzała na nią czule. Werbena pokiwała głową. Umiała być cicho. Była dużą dziewczynką.
Wtedy coś się zmieniło. Poczuła zapach. Nie przypominał niczego, co mogła znać. Był on ciężki, gryzący ją w nos i bardzo intensywny, jakby chciał wypalić jej nosek. Poczuła, jak dreszcz przebiega jej po plecach, a w uszach rozbrzmiały słowa ojca, który zawsze tłumaczył jej to samo. Najpierw poczujesz zapach zagrożenia. Później je usłyszysz. Na koniec...
Przerwała, gdy coś usłyszała. Cichy dźwięk wydobywający się z wysokich traw. Niski. Gardłowy. Drżący i groźny, jakby wydobywał się z samego serca piekła. Nie znała tego dźwięku, ale dostrzegła, jak ciała rodziców jej się napinają, jak futro na ich grzbietach i ogonach się stroszy.
Trawy przed nimi nagle się rozchyliły, ale nie pod wpływem wiatru, a jakby coś je rozdarło od środka. W tej nienaturalnie wyglądającej luce w polu pojawił się ruch. Szybki i ciężki, niepasujący do innego kota.
Najpierw zobaczyła cień, przygarbioną sylwetkę.
Później zobaczyła oczy, błyszczące się w cieniu.
Na koniec ujrzała zęby, ostre niczym noże.
Powróciła myślami do słów ojca. Najpierw poczujesz zapach. Później usłyszysz dźwięk. Będzie już za późno, gdy ujrzysz jego cień.
Uderzenie przyszło natychmiast. Lukrecja nie zdążyła się cofnąć, nie zdążyła odtrącić córki.
— LUKRECJO! — krzyk Klona przeciął powietrze niczym ostrze. Werbena nigdy nie słyszała, by kocur tak głośno krzyczał. Rzucił się na ratunek partnerce, ale łapy kocura nigdy jej nie sięgnęły.
Pies uderzył w Lukrecję z mocą, jakiej Werbena nie znała. Cielsko bestii wpadło w nią niczym kamień, a złote kłosy ugięły pod ich ciężarem, łamiąc się i szeleszcząc. Szczęki głęboko zacisnęły się na barku burej, rozszarpując skórę i mięso do kości, gdy brutalny krzyk wyrwał się z pyska samotniczki.
Lukrecja nie mogła w taki sposób odejść.
Miała wiele powodów do życia. Miała córkę i kochającego partnera, którzy razem wypełniali jej życie szczęściem i radością. Czego mogła pragnąć więcej, się zastanawiała...
Odpowiedź była prosta. Pragnęła szansy. Szansy, na przeżycie kolejnego dnia. Szansy na podjęcie lepszych decyzji. Szansy na wychowanie jedynej córki, na bycie matką, jakiej Werbena pragnęła.
Dlatego postanowiła walczyć. Syknęła, pod ciężarem psa, zaczęła się wyrywać, szarpać, wbijać pazury w obce futro tej brutalnej istoty, pozostawiając długie, czerwone linie. Obserwowała, jak sok życia spływa po pysku i barkach psa, a następnie plami jej futro. Kącik pyska kocicy delikatnie poruszył się w górę. Pies warczał, szczekał, kłapał zębami tuż przy jej pysku, pazury jego wbijały jej się w brzuch, a rany ją piekły niemiłosiernie. Siła psa była przytłaczająca. Poczuła, jak ten łapie ją za kark. Jak potrząsnął nią niczym zdobyczą, a gdy poczuła, jak traci czucie w łapach, odrzucił ją na bok jak śmiecia. Ciało jej potoczyło się przez trzciny, zatrzymując się kilka długości lisa od nich. Lukrecja już się nie podniosła.
Pies przeniósł wzrok w przeciwną stronę. W stronę Werbeny. Kotka stała w miejscu, wpatrzona w istotę, której zrozumieć nie umiała, której serce biło innym rytmem.
Werbena nie potrafiła walczyć. Nie wiedziała, jak szarpać się w szczękach czegoś tak potężnego. Nie wiedziała, jak wbijać pazury, tak by rany zapiekły, tak by blizny powstały. Dymna jedynie ścisnęła oczka i skuliła się, pragnąc, by to wszystko się skończyło. Następne uderzenie było bolesne, gdy pies rzucił się na nią. Ciężar istoty tak wielkiej w porównaniu do jej drobnej sylwetki, którą mógł skruszyć łapą niczym gałązkę, był przytłaczający. Poczuła, jak łapa psa przygniata ją do ziemi, jak odbiera jej to oddech z piersi, a wszystko zaczyna wirować. Ostre pazury rozdarły jej bok, następne szarpnięcie przecięło skórę, a kolejne zapiekło ją w pyszczek. Z gardła kociaka wyrwał się wysoki, przerażony pisk. Poczuła, jak coś ciepłego spływa po jej pysku, po jej boku. Coś ciepłego, wilgotnego i lepkiego. Ciecz ta spływała po jej futrze, po pysku, po łapach. Zapach tego był nowy, obcy, ciężki i metaliczny. Zamrugała, gdy lepka maź przysłoniła jej oczko, a później coś zgasło, coś ją zabolało. Pies nią ponownie szarpnął, zacisnął szczęki na karku, a zamiast obrazu pojawiła się ciemność, jakby ktoś jednym podmuchem wiatru zgasił połowę świata Werbeny.
— ZOSTAW JĄ! — ryknął Klon, rzucając się do walki z psem bez wahania. Uderzył w niego całą swoją siłą, jaka mieściła się w jego kocim ciele. Samotnik wbił ostre pazury w jego bok, szarpał i drapał, a gdy odrzucił kociaka, walka oficjalnie się zaczęła.
Klon był kotem szybkim. Zwinnym. Ruchy jego zawsze były precyzyjne, umiał on wiele. Unikał ciosy bezbłędnie, unikał szczęk psa, ranił go, gdy tylko nadarzyła się taka okazja, pozostawiając ślady, które będą zdobiły tę bestię wiecznie.
Właśnie wtedy coś poszło nie tak.
Klon stracił równowagę, nie zdążył odskoczyć. Pies się rzucił, złapał samotnika, a szczęki jego ścisnęły się na gardle Klona.
Szarpnięcie bestii było krótkie, ale brutalne. Dźwięk chrupnięcia rozszedł się po polu bitwy. Z pyska kocura wydobył się cichy charkot, a uderzenie serca później ciało jego zwiotczało niemal natychmiast. Oczy kocura przygasły, pies nim szarpnął, odrzucając je bez wysiłku. Kocur przeleciał przez trawy, uderzył o brzeg rzeki z pluskiem, zsuwając się częściowo do wody. Krew zaczęła się rozlewać powoli. Najpierw zabarwiła rzekę na szkarłatną czerwień, którą nurt starał się rozmyć. Później wsiąknęła w ziemię, zabarwiła trawę, splamiła kłosy. Smugi krwi ciągnęły się po ziemi.
— Klonie.. — wyrwało się z pyska Lukrecji. Podniosła się. Zachwiała. Upadła. — Werbeno... Schowaj się, uciekaj, błagam... — wyszeptała. Głos samotniczki drżał, łamiąc się przy każdym słowie. Lukrecja nie zdążyła powiedzieć nic więcej. Pies stanął przy jej boku, rzucił się ponownie, a Lukrecja już nie próbowała się bronić. Była zbyt słaba. Szczęki i tym razem zamknęły się na jej szyi, przyciskając ją do ziemi. Wystarczyło jedno szarpnięcie, by wszystko ucichło. Werbena nie pamiętała, gdy zaczęła się ruszać. Czołgała się, wpychając się w pole pszenicy, które drapały ją w rany. Wcześniej ciepłe i przyjemne pola przypominały miejsce z horroru. Ból towarzyszył każdemu ruchowi, każdemu oddechowi, powoli rozrywając ją od środka. Skuliła się, gdy znalazła bezpieczne miejsce. Pragnęła zniknąć, wybudzić się z tego koszmaru, zlać się z otoczeniem lub stać się niewidzialną.
Bestia dalej krążyła. Wąchał powietrze, zatrzymywał się przy ciałach rodziców kociaka, ciężko na nie dysząc. Ślina zmieszana z krwią kapała mu z pyska.
Serce waliło jej w piersi, nie wiedziała, ile czasu minęło, ale pies odszedł. Niebezpieczeństwo minęło, ale Werbena nie odważyła się wystawić nosa poza swoją bezpieczną kryjówkę. Czekała, słuchała. Liczyła uderzenia swojego serca, chcąc się uspokoić. Bała się. W podobnej sytuacji Lukrecja już dawno by ją tuliła, a Klon by opowiadał historie ze swojego dzieciństwa, by zająć czymś córkę. Wiedziała, że już nigdy tak się nie stanie.
Łapki jej drżały, gdy zrobiła krok naprzód. Całe ciało ją bolało, a pół pyska miała przysłonione tą samą lepką substancją o metalicznym zapachu i czerwonej barwie. Niepewnie wyszła z traw.
Pole było teraz ciche, martwe. Ptaki milczały, a jedyny dźwięk to szum pobliskiej rzeki. Przejechała wzrokiem po polu bitwy. Trawa była splamiona krwią, pszenica połamana i nienaturalnie wygięta, a w miejscu, w którym wcześniej znajdowało się ciało Klona pozostała jedynie szkarłatna plama wraz z zabarwioną na czerwoną wodą, która rozmywała się coraz bardziej z każdym uderzeniem serca. Na widok ten kotka wydała z siebie dźwięk, podobny to stłumionego szlochu.
— Mamusiu... — wyszeptała. Jej głos był cichy, drżący, jakby nie chciała dać znać bestii o swoim istnieniu. — Mamusiu, proszę cię... Wstań już... — zapłakała. Nie otrzymała odpowiedzi.
Szturchnęła bure futro kocicy nosem.
— Mamo, proszę... Będę grzeczna... Ja- Ja już nigdy nie poproszę, by iść tam, gdzie ty nie chcesz... — pisnęła cicho, jąkając się. — Wstań, mamo, proszę... Taty nie ma… — zapłakała. Głos jej się łamał. Był przepełniony rozpaczą, gdy wtuliła się w jej ciało. Futro jej jeszcze było gorące, znajome, przepełnione jej zapachem, ale przesiąknięte krwią — gęstą i lepką. Werbena czuła ją wszędzie. Na swoim pysku, na łapach, na języku.
— Kocham cię mamusiu — wymamrotała przez łzy. Przycisnęła się mocniej, jakby mogła ją wybudzić, jakby ciepło mogło do niej wrócić. Drobne ciałko Werbeny drżało, a ból pulsował, rozlewając się po całym jej ciele. Czuła jak robi się słaba, jak jej główka robi się ciężka. Powoli zamknęła swoje oczy, pozwalając sobie odpłynąć w futrze matki, jakby licząc, że wybudzi się z tego koszmaru.

──── ≽^• ˕ •^≼ ────

Słońce zaczynało znikać za horyzontem, rozlewając swoje ostatnie pomarańczowe promienie po ziemi, nadając światu kolor rdzy. Dopiero gdy świat zaczął gasnąć, Werbena się obudziła. Delikatnie się ruszyła, podniosła główkę i wszystko ją zabolało. Powietrze zdawało się inne niż rano. Chłodniejsze.
Usłyszała szelest, cichy i niepewny, gdzieś w oddali. Werbena drgnęła, co przyniosło kolejną falę bólu. Leżała dalej wtulona w coś, co jeszcze kilka godzin temu było ciepłe.
Teraz było zimne i sztywne.
Klatka piersiowa Lukrecji już nie poruszała się. Krew, która wcześniej była lepka i świeża była juz zaschnięta, sklejając futro burej w twarde, szorstkie pasma. Zapach Lukrecji również zanikał. Był mniej intensywny, bardziej obcy, mieszając się z metalem. Jej pyszczek drgnął, a nosek wcisnęła w futro martwej, zimnej kocicy, jakby pragnęła zapamiętać jej zapach na wieki. Normalny kociak by dalej płakał, piszczał, krzyczał, jednak dymna nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Milczała, patrzała na świat ze strachem, a rozpacz ściskała jej gardło.
Kolejny szelest, tym razem bliżej, głośniej. Werbena zesztywniała, gdy pojawiły się trzy sylwetki.
Pierwsza była smukła, liliowa kocica z żółtymi, błyszczącymi oczami oraz futrem przeplecionym piórami.
Obok niej pojawił się drugi, trochę mniejszy, niebieski i cętkowany kocur.
Trzeci szedł nieco z tyłu. Rudy, zdecydowanie najspokojniejszy z trójki.
Gdy dostrzegli masakrę przed nimi, zatrzymali się wszyscy nagle. Ich ciała padły na ciało, na krew, na małą, czarną sylwetkę przy nim.
— Na Klan Gwiazdy... — wyrwało się Gąsienicowemu Ogryzkowi.
Kukułczy Wdzięk zamarła, a ciało jej napięło. Spojrzenie wojowniczki przesunęło się powoli po martwej sylwetce, po zaschniętej krwi, po śladach walki na terenach, aż nie zatrzymało się na małej, trzęsącej się sylwetce Werbeny,
— Hej... Spokojnie — odezwała się cicho. Głos jej był słodki, miękki, ale nie dało ukryć się w nim napięcia. — Co się stało, maleńka? — przemówiła, robiąc jeden krok bliżej. Stąpała ostrożnie, powoli, jakby jeden zbyt gwałtowny krok miałby spłoszyć młodszą kotkę.
Werbena w odpowiedzi na ruch wojowniczki cofnęła się minimalnie. Koty te pachniały tak inaczej, obco. Nie pachnieli jak mama bądź tata.
— Hej hej! Nic ci nie zrobimy... — powiedział szybciej niebieski, zauważając reakcję szylkretki. — Wszystko będzie dobrze.
Kukułczy Wdzięk podeszła bliżej.
— Nie musisz się bać... — dodała łagodnie do wypowiedzi drugiego wojownika.
W tym czasie Drzemiące Słońce obszedł kociaka ostrożnie. Zbliżył się do niej, pochylił nad ciałem, spojrzał na rany i dotknął nosem. Ciało było zimne, sztywne. Rudy powoli uniósł głowę, by następnie pokręcić głową na towarzyszy.
— Nie żyje — powiedział kocur cicho, pozwalając, by słowa te zawisły w powietrzu niczym wyrok.
— Pies? — wtrąciła liliowa.
Niebieski skinął głową.
— Na to wygląda.
Kukułczy Wdzięk spojrzała smutno na kociaka wtulonego w ciało swojej matki. Czuła, jak serce jej się łamie na ten widok. Nie potrafiła sobie wyobrazić, jak się teraz czuje maleństwo...
— Musimy ją zabrać, nie może tu zostać — powiedziała spokojnie, choć dalej stanowczo.
Gąsienicowy Ogryzek nie czekał na następne polecenie. Powoli podszedł bliżej, a głos jego przybrał typowy, przesłodzony ton.
— Hej mała...
Zatrzymał się obok dymnej. Werbena nie odpowiedziała, tylko patrzyła na niego swoim jednym okiem. Nie uciekała, nie piszczała, nie płakała. Było to obce dla nich. Kocur powoli pochylił się nad kociakiem i ostrożnie chwycił ją za kark. Była lekka jak piórko. Jej ciało zwisało z pyska kocura, jakby nie miała już siły na walkę.
— Wracamy do obozu — powiedziała cicho Kukułczy Wdzięk, dając znak do odwrotu. Trójka wojowników ruszyła do obozu Klanu Klifu, a w pysku jednego z nich zwisała mała obca koteczka. Złociste pole powoli znikały w oddali, a śpiew ptaków powrócił, jakby próbując ukryć to, co się wydarzyło.
Przez całą drogę Werbena milczała. Czuła się, jakby połknęła cierń i nie mogła go wypluć. Nie wiedziała, co teraz z nią będzie.

Nowa członkini Klanu Klifu!