BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

02 sierpnia 2026

Od Zamroczki do Pustułkowego Szponu

Zamroczka przystanęła kilkanaście metrów od żłobka, żeby uważnie patrzeć na ciemniejące niebo. Było już późno, słońce zachodziło i większość kociąt o tej porze robiła się zmęczona, ale małej kotce nie chciało się spać. Miała przecież jeszcze dużo czasu, zanim nadejdzie noc, a nie widziała powodu, dla którego miałaby go marnować.
Przez długi czas nic się nie działo, oprócz tego, że dookoła inne koty, głosem pełnym emocji, omawiały wydarzenia i swoje przygody z całego dnia. Trochę ją to nudziło. W końcu nieopodal zatrzymał się wojownik i zaczął myć sobie futro na puszystym ogonie.
Po chwili Zamroczka zauważyła, czując nagły lęk, iż kocur nie miał jednego oka. Szybko udało jej się to przezwyciężyć zaintrygowaniem, bo przyjrzała się, a przy tym zobaczyła, jak bardzo spokojny był kocur. Kojarzyła jego imię.
To chyba zastępca... Pustułkowy Szpon – pomyślała.
Koteczka przełknęła ślinę.
Wolnym krokiem podeszła do niego na tyle bliżej, by był w stanie ją widzieć. Uniósł lekko głowę, a gdy tylko wywęszył jej zapach, wypatrzył Zamroczkę i spojrzał na nią cierpliwie.
Wbiła pazurki w ziemię z wściekłością pod wpływem jego wzroku.
– Co robisz? – zapytała ciekawsko oraz uprzejmym tonem, starając się ukryć frustrację.
Czekoladowy kot otworzył pysk, chcąc coś powiedzieć, i uśmiechnął się w tajemniczy sposób. Zamroczka nie wiedziała, co planuje, dlatego na wszelki wypadek dodała:
– Bez żadnych pchlarzy ani mysich móżdżków, dobrze?

<Pustułkowy Szponie?>

Od Kalinowego Powiewu

Zgromadzenie

Kalinka siedziała w tłumie, ziewając co jakiś czas. Odkąd udało jej się chociaż trochę odpocząć i przegadać parę spraw z rodziną, była w stanie odrobinę bardziej o siebie zadbać, co działało na nią korzystnie. Emocje było jej łatwiej trzymać na wodzy, sama również wyglądała na spokojniejszą. Pod poduszkami czuła chłodną skałę, a gwar pobratymców i kotów z innych przynależności mieszał się w niezrozumiałe echo, nie próbowała zrozumieć żadnego z nich, ponieważ gdyby tylko chciała wiedzieć, o czym każdy rozmawiał i to w jednej chwili, pogubiłaby się szybko, a może nawet i... zwyczajnie nie byłaby fizycznie w stanie.
Poczuła nagłe szturchnięcie. Zmarszczyła brwi i wysunęła pazury w celu zachowania równowagi, jednak nie dało się ich wbić w skałę, dlatego porysowała nimi lekko posadzkę, czując dyskomfort teraz w łapach. Całe szczęście nie złamał się żaden z nich, więc nie odniosła szczególnych strat, może poza lekko obniżonym nastrojem związanym z nagłą może przypadkową nieprzyjemnością.
Gdy niebieskie oczy rozpoznały sylwetkę Kalinowego Powiewu, Chudy od razu podniósł wąsy do góry.
Z krwawiącą buzią i jabłkiem z jego zębem w łapie, zagaił wojowniczkę.
— Ej Kalina! — miauknął. — Sprawa jest...
Zerknęła na brązowego asystenta medyka, którego znała już za dobrze. Z jakiegoś powodu nie oczekiwała, że ktokolwiek inny by na nią wpadł. Po przyjrzeniu się otworzyła ślepia szerzej, nie mogąc zrozumieć początkowo, dlaczego miał na pysku krew. Gdy jednak zerknęła na jabłko u jego łap, powoli zaczynał malować jej się obraz w głowie, co mogło mieć miejsce. Tylko dlaczego?
— Chudy? Co zrobiłeś? — zapytała wprost, nie dostrzegając kła w łapie.
Wyprostował się dumnie, bo w końcu przed Kaliną to musiał się pokazać. Zmył z pyska swój zwyczajowy grymas, przywołując totalną powagę.
— Próbowałem zjeść jabłko — odpowiedział całkowicie poważnie.
Poruszył wąsami, siadając obok kotki i wskazując na nadgryziony owoc, przeszmuglowany dla niego przez Guziczka. Bury medyk przetarł łapą krew z pyska, a ta powolutku przestawała lecieć, chociaż nadal mógł czuć jej posmak.
— Mam do Ciebie bardzo, bardzo, bardzo ważną sprawę... taką mega ważną... — zaczął. Rozejrzał się po kotach. — Widzisz, mój brat jest zajęty, a potrzebuję, byś zajrzała mi do buzi i powiedziała którego zęba tam brakuje.
Posłał jej głupkowaty, acz poważny, krzywy uśmiech.
Vanka obserwowała niebieskookiego, który mimo pewnego dyskomfortu i tak próbował dobrze się prezentować przed nią. Gdy usłyszała o próbie zjedzenia jabłka, przez jej głowę od razu przemknęła myśl "po co"? Może był ciekaw, jak smakują. W końcu na terenach Klanu Wilka nie spotykało się jabłek, raczej... raczej na innych terenach, chociaż Kalinka nie była w zupełności pewna, gdzie. Może w Owocowym Lesie? Wskazywałaby na to nazwa społeczności. Podążając za palcem burasa, wzrokiem za palcem na czerwoną nadgryzioną kulkę, pozwoliła sobie zachować milczenie do tej pory. To była niezwykle nietypowa sytuacja. Gdy wspomniał o ważnej sprawie, raz jeszcze zwróciła swoją uwagę na niego i po niedługim namyśle westchnęła, jednak kiwnęła głową. Może dało się jeszcze tego zęba jakoś odratować…
— Dobrze, pokaż — zgodziła się jakoś... łatwiej niż sama by się spodziewała. Tutaj jednak byli otoczeni przez tak wiele kotów, nie wypadało robić scenek. W obozie mogli na siebie warczeć, tutaj było to dość ryzykowne.
Kiedy wojowniczka wyraziła chęć pomocy, podniósł do góry uszy i rozdziawił szczerbatą buzię.
— Wybornie! — miauknął zadowolony, że kotka ugięła się pod presją bycia na zgromadzeniu.
Kiedy kotka odwróciła się ku niemu, jej piękno na chwilę go oślepiło. Całkiem szybko wrócił do siebie, rozdziawiając zaraz szeroko pyszczek, by swobodnie mogła zajrzeć.
— Tychko powiechc ktochry — wybełkotał.
Miała ochotę pacnąć go po głowie, gdy tak widziała, jak się szczerzy, ale tego nie zrobiła. Wszystko sobie zaplanował doskonale... Rozdziawił mordkę, a Kalinowy Powiew zaczęła starannie przyglądać się zębom. Nie zajęło jej długo zlokalizowanie ubytku.
— Podnieś łapę — poleciła mu, a po paru uderzeniach serca chwyciła kończynę pręgusa i wetknęła mu delikatnie do pyska kawałek jego łapy, tak, żeby nie zrobić mu krzywdy i żeby jednocześnie poczuł dokładnie, gdzie nie miał kła. — Wypadł ci dokładnie ten. Górna trójka. — I po skończeniu pokazywania, trwała tak jeszcze chwilę, przyglądając się powoli gojącemu się dziąśle, ale jednocześnie trzymając łapę, jakby musiał dłużej go dotykać, żeby zapamiętać.
Kiedy kotka patrzyła, on zerkał na nocny księżyc. Był wyjątkowo ciekawy w tym momencie...
Gdy nagle dostał polecenie, wykonał je bez namysłu, a kiedy poczuł, jak Kalinowy Powiew łapie go za łapę, o mało nie wyskoczył ze skóry. Kotka pomogła mu zlokalizować ubytek, a Chudy wetknął do dziury palucha.
Kotka jednak mimo wskazania mu zęba, nie odsunęła się. Trzymała go za łapę i patrzyła w buzię, Chudy więc jako pierwszy przerwał tę interakcję.
— Aż takie ładne mam zęby? — zapytał z uniesioną brwią, nadal będąc trzymanym przez rówieśniczkę.
Położyła uszy po sobie, chociaż nie było tego widać szczególnie, jako iż była kłapoucha. Zmarszczyła brwi, gdy zorientowała się, że spędziła odrobinę zbyt dużo czasu na przyglądaniu się jego jamie ustnej. — Pff! — puściła jego łapę i poruszyła ogonem nerwowo. — Teraz nie, bo ci jednego brakuje. — Ale czy naprawdę uważała jego zęby, wczesniej i obecnie, za ładne? Jak w ogóle należało to rozumieć?
Uniósł brwi, zamykając pyszczek z lekkim, niewymuszonym uśmiechem. Słysząc jej odpowiedź, pokręcił głową.
— Wszystko dla nauki — wzruszył ramionami. — Czyli wcześniej były ładne? — zapytał, poruszając wąsami.
Położyła łapę nad jego nosem, tak żeby w razie co nie pogorszyć stanu w związku z ubytkiem w dziąśle, odsuwając się od niego, chociaż też nie jakoś szczególnie daleko. Po prostu, teraz kiedy niemal stykali się wąsami, było to zbyt blisko. Był to też w pewnym sensie sposób na pacnięcie go w łeb, ale nie tak, żeby przykuwać uwagę wielu kotów naokoło. Prychnęła i zmrużyła oczy. — Zależy to od tego, czy o nie dbałeś!
Prychnął, a mając łapę kotki na pyszczku, zmrużył oczy.
— Huh! Na pewno mam ładniejsze zęby niż połowa Klanu! — odpowiedział. — Przecież oni to banda dzikusów! Na pewno nie dbają, a na starość wszyscy będą szczerbaci!
Coś było w tym, że w momencie, gdy koty osiągały wiek, w którym mogły odejść do starszyzny za całe życie oddane służbie klanu, zęby jakoś same z siebie ulegały zepsuciu... może zależała od tego dieta i parę innych niezwykłych ważnych czynników, aczkolwiek vanka nigdy wcześniej nie zwróciła uwagi na uzębienie u starszych. Czy Trzcinniczkowa Dziupla lub jej mama, Gąsiorkowy Trzepot również doświadczali tego problemu...? I czy było to na tyle ważne dla niej, że musiała się dowiedzieć? Nie... raczej nie, skoro nawet nie wiedziała, czy dało się im te zęby z powrotem naprawić.

Od Stroczkowej Nadziei (Muszli)

Przeszłość

Wyjątkowo łagodna Pora Opadających Liści zagościła na terenach, barwiąc liczne korony drzew na najróżniejsze kolory – od czystych czerwieni, żółci aż po zieleń wymieszaną z plejadą barw, krzątając się po leśnym poszyciu. Pogoda była sielankowa wręcz, słońce przebijało się przez gęsto porośnięte gałęzie, powoli zrzucające liście z niebios. Przyjemny zefirek owiał rudo-białe futro kocura, który rozglądał się po całym obozie w poszukiwaniu konkretnego kota. Ptaki ćwierkały w najlepsze na ramionach wiekowych roślin, niosąc echem swoje najpiękniejsze melodie, a pod śnieżnobiałymi łapami samotnika uginały się delikatnie mokre paprocie, z których przy każdym najmniejszym dotyku zsypywały się mokre kropelki rosy. Stroczkowa Nadzieja dzisiaj chodził dość podenerwowany, a związane było to z nieobecnością ojca. Serce tłukło mu jak szalone, a umysł zdążył nawymyślać już przeróżnych możliwości, co mogło się stać. Nadal pamiętał ich przeprawę w poszukiwaniu nowych terenów, schronu. Potwory dwunożnych na zawsze odcisnęły piętno w umyśle młodego kocurka, wtedy zaledwie paru księżycowego, który musiał jakoś odnaleźć się w jakże strasznej, nowej rzeczywistości… Połamane kości, masa chorych i potrzebujących pomocy… od wtedy już nigdy nie spojrzał na schorowanego kota tak samo. Od zawsze jego poziom empatii był niezwykle wysoki, aczkolwiek wtedy… wtedy zwyczajnie łamało mu to serce. Potrzebował wielu rozpraszaczy, żeby jakkolwiek poradzić sobie z poleceniami, które dawała mu jego szylkretowa mentorka. Potrzebowała pomocy. Wszyscy jej potrzebowali i polegali na nich, a później tylko na nim. Z czasem pojawił się również Oset… Słońce pokonało już sporą część nieboskłonu, a jego ojciec, Szczawiowe Serce, nadal nie powrócił z samotnego patrolu, na którym zamierzał zapolować dla grupy. Normalnie Stroczek nie przejąłby się tym, szczególnie gdyby nie fakt, iż nie było to podobne do kocura. Zawsze wracał o czasie.
Wyruszył więc na poszukiwania, obawiając się, że reszta grupy zareagowałaby za późno, jeśli tylko coś niekorzystnego miało miejsce. Z całego tego zamieszania nie poinformował nawet nikogo, że sam wychodzi. Ruszył za tropem ojca, który ciągnął się w stronę rzeki. Tam, gdzie czekoladowy mówił, że będzie, a jednak nadal nie wrócił do azylu. Uchylił pysk, pozwalając przeróżnym woniom owiać siebie i prowadzić łapy. Wolał się upewnić, że wszystko było w porządku, niż potem tego wszystkiego żałować do końca życia. Wędrował i wędrował, nerwowo powiewając ogonem i węsząc niczym wygłodniały pies w poszukiwaniu najbardziej cennego skrawka jedzenia, pierwszego od miesięcy. Postawił czujnie uszy, gdy do jego nosa dotarł rybi, mokry wręcz zapach kotów Klanu Nocy.
Dlaczego zawędrował aż tutaj? — pomyślał, kładąc po sobie uszy, nie mogąc zrozumieć decyzji podjętych przez ojca. Nie wolno im było wracać na tereny klanów, dlaczego więc jego trop prowadził właśnie tutaj? Uniósł łapę, wahając się, czy powinien podążać tropem dalej. Co, jeśli zaatakowały ojca borsuki? Słyszał, że każdej przynależności dokuczały inne drapieżniki, chociaż… od jego ucieczki z Klanu Wilka minęło już tak wiele. Jego pamięć była niczym przez mgłę. Skoro dotarł aż tutaj, nie mógł się wycofać. Nagle, aromat, który do niego dopłynął, sprawił, że uchylił ślepia szerzej. Ktoś tu był. Niedawno przemierzał te tereny.
Przyspieszył kroku, od truchtu, wreszcie po sprint, jakby zależało od tego jego życie. Może zależało, ale nie był pewien, czy obecnie jego. Okrążając większe kałuże i unikając tylu zbiorników wodnych, ile był fizycznie w stanie, żeby nie zatracić energii na pływanie, natknął się na coś… nowego. Poszlakę.
Parę żółtych kwiatów, pachnących oznaczeniami zapachowymi Klanu Nocy pojawiło się przed jego ślepiami, a zaraz potem dotarł do niego zapach jego ojca. Chwycił pozostałości po kwieciu, ciemnozielonymi oczami przeskakując z jednego, na drugie z niepokojem. Ślepiami szukał wszelkich dodatkowych oznak, czegokolwiek, co mogłoby go naprowadzić dalej, gdzie był bursztynooki. Zerknął na nieopodal rosnące, śnieżnobiałe pręgowane drzewo – brzozę. Po zbliżeniu się dostrzegł krew, świeżą. Żołądek zacisnął mu się w supeł, a do gardła podeszła żółć. Liczne, szkarłatno-ciepło zabarwione liście powiewały delikatnie na wietrze, trzymając się gałązki, dzięki której miały możliwość wyrosnąć. Nie potrzebował wiele czasu, by dostrzec brązowo zabarwione kępki futra nieopodal. Stało się coś bardzo złego.
Tato, gdzie jesteś? — miał ochotę zawołać, aczkolwiek wiedział, że było to zwyczajnie głupie. Czy jego opiekun został porwany przez kota Klanu Nocy? Co powinien zrobić? Odbył parę treningów na wojownika, ale czy to wystarczyło, żeby ochronić Szczawiowe Serce przed napastnikiem, a może nawet i przed kilkoma, całym klanem wręcz? Jego następny ruch… nie należał do najmądrzejszych. Jego umysł jednak zmagał się z tak wieloma pędzącymi galopem myślami, że nie był w stanie podjąć żadnej sensownej decyzji, której później by nie żałował. Postanowił ruszyć tropem napastnika. Tak szybko, jak było to tylko możliwe. Tak, aż zaczęły go boleć mięśnie z powodu nadmiernego napinania ich w celu stałego zwiększenia swojej szybkości. W kącikach jego oczu zbierały się stale łzy, które zwiewał wiatr zmierzający wprost na jego pysk. Rude futro przylgnęło do jego policzków, a ogon powiewał w kółko.
Wtargnął do azylu, rozglądając się za jakimkolwiek czekoladowym futrem. Gdy nie spostrzegł nikogo znajomego, a zamiast tego zaczęły zbierać się naokoło niego obce koty, poczuł, jak mimowolnie kuli się na ich widok i podsuwa puchaty ogon pod siebie.

***

Teraźniejszość

Dwadzieścia księżyców. Tyle minęło od śmierci Jarzębinowego Żaru, a rudzielec miał wrażenie, jakby odeszła z tego świata do łask Klanu Gwiazdy zaledwie wczoraj. Siedząc tutaj, w dziurze, miał za dużo czasu na wszelkiego rodzaju przemyślenia. Miał wrażenie, że jedynym, co trzymało go w tym miejscu, w społecznościach klanów, był Szczawiowe Serce, jego przybrany ojciec. Teraz, w Klanie Nocy, przebywając w tym obozie już tyle księżyców, jako więzień, miał wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Wspomnienia o Świetlikach nadal były żywe w jego umyśle. Amorphina, Jarzębinowy Żar… cała grupa się rozpadła, takie miał wrażenie. Zostawił ich. Był nikim więcej, jak tchórzem. Gorzki posmak pojawił się na jego języku, gdy wspomnienia dawnych pobratymców powróciły do jego głowy. Zerknął na leżącego obok niego ojca. Jego łapa zdążyła dawno się zagoić, chociaż uraz w głowie z pewnością pozostał. Pamiętał tamten dzień, kiedy pojawili się tutaj po raz pierwszy i od wtedy zostali. Bliżej Gąbczastej Perły i Sennej Łzy, niż za czasów, kiedy żyli w Klanie Wilka. A mimo to, Stroczkowa Nadzieja, Muszla, nie miał z siostrą kontaktu. Nie wolno mu było z nią rozmawiać, dopuścić, by połączyła kropki. Ciekawe, czy zastanawiała się czasami, co się z nim działo? Może już dawno wiedziała, że przebywał w obozie Nocniaków, ale mimo wszystko zachowała milczenie? Nie był pewien, która myśl byłaby dla niego lepsza, bardziej pocieszająca… Nakrył nos puchatym ogonem i zwinął się w kłębek, wtykając łapy pod siebie i przymykając oczy. Jego dni były monotonne, ale przynajmniej mógł porozmawiać z ojcem, któremu z pewnością również nie było łatwo odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Z nowym imieniem i wymazaną przeszłością.
— Wydostanę nas stąd, tato — szepnął do starszego z determinacją, nie będąc pewien, czy kocur w ogóle go usłyszał. Musieli się ratować. Musieli jakoś polepszyć warunki swojego życia.
— Myślisz, że warto... Muszlo? — mruknął Szczawiowe Serce, a raczej obecnie znany jako Błoto. Zielonooki spojrzał na niego z niepokojem. Odkąd pojawili się w Klanie Nocy, zmuszeni byli do przyjęcia nowych imion. To prawie tak, jakby stali się innymi kotami.
— Tak. Zawsze warto. Już tak długo tutaj tkwimy... — kontynuował, otwierając ślepia i spoglądając teraz na czekoladowego kocura. Liczył na większy entuzjazm z jego strony, tak jak zawsze, kiedy to van go pocieszał tak wiele razy... a zamiast tego spotkał się z przybitym starcem, który miał już siedemdziesiąt księżyców na karku. Zastrzygł wąsami. — Proszę. Nie wolno nam się poddawać. Nie, gdy zaszliśmy już tak daleko. — Próbował desperacko go przekonać, mimo świadomości, że nie miał żadnego planu na polepszenie ich sytuacji, a jedynie chciał podnieść ojca na duchu. Za każdym razem, gdy wracał od medyczek jeszcze bardziej przygnębiony, niż przed leczeniem, Muszla zastanawiał się, czy może był niewystarczający, jako syn. Czy oferował za mało wsparcia? Czy powodem smutków więźnia był właśnie on? Pokręcił głową. Szczawiowe Serce by nigdy o nim tak nie pomyślał, prawda? Jako o kuli u łapy...

01 sierpnia 2026

Od Zamroczki do Ognikowej Słoty

Zamroczka skryła się w trawie przy wyjściu do żłobka, obserwując okolicę. Położyła się wygodnie tak, by było komfortowo. Rozejrzała się dookoła siebie, przy czym na końcu spojrzała w tył, gdzie siedziała Ognikowa Słota. Czekoladowa koteczka wróciła do patrzenia na część obozu. Widziała medyków, którzy wracali do obozu z nowo zebranymi, świeżymi ziołami i koty zbierające się na wieczorny patrol graniczny. Ruch w obozie stawał się coraz to spokojniejszy.
Nagle, kilka długości ogona przed nią, usiadła szylkretowa kotka.
Wychyliła ona głowę przez wejście żłobka.
Ognikowa Słota przywitała kotkę z szacunkiem, ale też z nutą przyzwyczajenia, jakby ją znała.
– Witaj, Zalotna Gwiazdo.
– "Zalotna Gwiazdo?" – powtórzyła w myślach Zamroczka. Czyli, że to musiała być przywódczyni Klanu Wilka i jej babcia!
Po chwili Zalotna Gwiazda ją dostrzegła, zauważając:
– Niezła kryjówka, ale nie najlepsza.
Zamroczka z lekką irytacją wyszła z trawy.
– Czy ty... – zapytała, rozchylając pysk.
– Yhm – Szylkretka skinęła głową.
Koteczka usiadła przed nią pełna nadziei.
– Chcesz się pobawić?
– Zalotna Gwiazda jest bardzo zajęta – miauknęła oschle Ognikowa Słota.
Przywódczyni zamieniła jeszcze parę słów z Ognikową Słotą i poszła, najpewniej, żeby zająć się swoimi obowiązkami. Zamroczka uznała, że była zmęczona, ale próbowała walczyć z wyczerpaniem. Zwróciła się do Ognikowej Słoty.
– Mamo, a opowiesz mi historię, taką, która nie jest... no, zmyśloną bajką? Proszę!
Ognikowa Słota zamyśliła się z nieodgadniętą miną.

<Ognikowa Słoto?>

Od Zamroczki

Był piękny i słoneczny dzień, ale mróz wciąż się przez to wszystko przebijał. Właśnie wtedy mała koteczka - Zamroczka ścisnęła zęby, mając zamiar zjeść pierwszy kęs wróbla ze sterty zdobyczy. Była za nią wdzięczna dorosłym wojownikom, bo dzięki niej cały klan, a w tym ona, Iglak i Koszmar mieli co jeść - choć niedawno pili jeszcze mleko Ognikowej Słoty. Po chwili skrzywiła łebek i ze zdumieniem rozszerzyła źrenice. Przed nią, a był tak wysoki w porównaniu z kotką, iż wydawało jej się, że raczej nad nią, stał wojownik. Miał czekoladowe futro, żółte oczy oraz pręgi, które układały się w klasyczne zawijasy. Zamroczka poczuła się przy nim maleńka niczym myszka. Pomyślała, że kiedyś już widziała go w żłobku, gdy rozmawiał z jej bratem, Iglakiem. I tak wiele nie usłyszała z ich rozmowy, nie miała wówczas ochoty na podsłuchiwanie. Za to zdała sobie sprawę z tego, że on chyba nie widział jej. Może to dlatego, że odpoczywała w kryjówce? Szybko dotarło do niej, jak długo milczała. Nie chciała sprawić wrażenia słabej lub strachliwej, więc, próbując zrobić groźną minę, pisnęła:
– Czemu się tak patrzysz? Chcesz zaprowadzić mnie do żłobka?
Jego wzrok podpowiedział koteczce, że chyba (choć nie na pewno) się nie myliła.
Kamienne Pióro? – dodała w myślach, jednak nie powiedziawszy już tego na głos.

***

Niedługo potem, dzięki stanowczości Kamiennego Pióra, Zamroczka znalazła się w przytulnym żłobku. Zmrużyła swoje błękitne ślepia, czując przyjemne ciepło. Czekoladowa koteczka wyobraziła sobie wspaniałą przyszłość. Wiedziała, że kiedyś będzie szanowana, i będzie mogła służyć swojemu klanowi, i zostanie wspaniałą wojowniczką, niezależnie od tego, ile na to poczeka! To uczucie wypełniło ją po sam koniuszek ogona.
Lubię to miejsce – przemknęło jej przez głowę, aż poczuła przeszywające ukłucie w łapie, gdy nadepnęła na igłę. Nawet nie zastanowiła się, skąd owa igła się wzięła. Spojrzała na nią ostrożnie z absolutnym brakiem zaskoczenia.
– Jak zawsze – warknęła do siebie.

Od Iglaka CD. Kamiennego Pióra

— Hej mały. Ty jesteś Iglak, prawda? Ja się nazywam Kamienne Pióro. Chcesz się pobawić? — zapytał się wielki kocur, którego pierwszy raz widział w żłobku.
Wyglądał na przyjaznego. Czy była to słabość, o której coraz częściej wspominała mu Ognikowa Słota? Chyba nie… Chciał się bawić przede wszystkim! To chyba znaczyło coś dobrego.
— Oczywiście! — zamruczał uradowany, a w jego małych brązowych oczkach aż zaiskrzyło.
— To w co chciałbyś się pobawić, Iglaku? W co teraz się bawią kocięta w żłobku? Szczególnie przy takiej pogodzie, jaka panuje na zewnątrz, to pewnie wam się bardzo nudzi — zauważył wojownik, wygładzając sobie sierść.
Przy takiej pogodzie, jaka panuje na zewnątrz? Przecież nigdy jeszcze nie bawił się w śniegu. Nawet nie był pewien, jaki ten był w dotyku. Mama im jeszcze nie pozwalała wyściubiać pyszczków poza żłobek, a co dopiero bawić się poza nim. Może powinien spróbować?
— My tylko bawimy się w środku — zwrócił na to uwagę starszego. — Jednak nie jest tak bardzo nudno. Często się siłujemy i udajemy, że polujemy!
— Polujecie? Właśnie zauważyłem, że będzie z ciebie całkiem dobry myśliwy, Iglaku! Nawet nie zauważyłem, że do mnie się skradasz! Oczywiście do momentu, kiedy poczułem twoje ostre pazury na moim ogonie — zamruczał Kamienne Pióro. — Jednak teraz wolałbym, żebyś nie atakował mojego ogona. Możesz gonić za mchem, udając, że to uciekająca zwierzyna.
Iglak na dość delikatną prośbę o nieatakowaniu ogona Kamiennego Pióra, tylko westchnął poirytowany. Najlepiej się polowało ogony innych kotów! No, chyba że tym kotem była Makowa Iluzja… Kotka miała zbyt krótki ogonek, by mógł niezauważalnie i skutecznie ją zaatakować.
Przytaknął Kamiennemu Pióru głową, na co starszy złapał mech i nim rzucił przez żłobek. Iglak bez problemu wyobraził sobie, że owa zabawka, która tak wysoko przeleciała nad jego głową to ptak. Pobiegł zaraz za kuleczką i dopadł ją, zanim ta w ogóle dotknęła ziemi. Ognikowa Słota, jedząc swój posiłek, wydawała się zadowolona pokazem sił, jakie demonstrował jeden z jej synów. Po chwili przyniósł dumny kuleczkę mchu pod nogi wojownika.
Bawili się tak przez resztę dnia. Dołączyło się nawet jego rodzeństwo, które również rywalizowało o złapanie kuleczki mchu. Iglakowi nie przeszkadzało to wcale, dopóki często udawało mu się wygrać, łapiąc udawaną zwierzynę w ostatniej sekundzie. Mieli dużo energii, a jednak tak mało czasu. Wojownik został w końcu wygnany ze żłobka przez Ognikową Słotę, która już nie mogła zdzierżyć hałasu.
— Darmozjad i leniwy pchlarz… — przeklinała pod nosem matka, kiedy kocur zdążył wyjść z ich żłobka. — Jeszcze by został na noc, gdybym go nie wygoniła… Obowiązki czekają, a Pora Nagich Drzew jest sroga… Krucze Pióro i Pustułkowy Szpon z chęcią znajdą mu zajęcie…
Iglak nie skomentował tego. Może Kamienne Pióro rzeczywiście był leniem, skoro, zamiast polować, wybrał bawienie się z nimi… Chociaż uważał, że miło spędził czas z wojownikiem, a na dodatek zaczął kiełkować mu nowy pomysł w jego małej główce. Czy powinien uciec ze żłobka, żeby pobawić się w śniegu? Wystarczyło, tylko żeby go matka nie zauważyła.

***

Pora Nowych Liści

Otoczenie się powoli zmieniało, gdyż zauważył, że śnieg zaczął topnieć. Oczywiście wykorzystał Porę Nagich Drzew bardzo dobrze, jeszcze nie jeden raz wychodząc na polanę główną obozu. Raz może z dwa mocno zmarzł, że musiano wołać po Roztargnionego Koperku, jednak medyk nie musiał się jakoś bardzo wysilać, żeby ten stanął na swoje cztery łapy, zdrowy niczym ryba.
Iglak wyściubił pyszczek ze żłobka. Tym razem legalnie. Nudziło mu się dość mocno, a pora była taka, że koty odpoczywały po całym dniu obowiązków. Kiedy tylko na uboczu zauważył Kamienne Pióro, z którym miał dobry kontakt od samego początku, stwierdził, że podejdzie do niego.
— Dzień dobry, Kamienne Pióro! — zamruczał pewnie, podchodząc ze sprytnym uśmieszkiem na pyszczku. — Znasz jakieś ciekawe historie o Mrocznej Puszczy albo o kotach, które tam się znajdują? Ognikowa Słota ma dużo takich historii, jednak wątpię, by znała wszystkie. Może czymś ją zaskoczę?

< Kamienne Pióro? >
🌲

Od Psianki

Poranek nadszedł szybciej, niż się spodziewałam. Otworzyłam oczy jeszcze zanim pierwsze promienie słońca zdążyły przebić się przez gęste korony drzew otaczających obóz. Przez krótką chwilę leżałam nieruchomo w legowisku, wsłuchując się w cichy szelest liści i odgłosy budzącego się Owocowego Lasu. Powietrze pachniało świeżą rosą oraz wilgotną korą, a gdzieś niedaleko dało się usłyszeć pierwsze świergoty ptaków. Wszystko wydawało się takie samo jak każdego innego dnia… a jednak czułam, że dzisiejszy poranek był zupełnie wyjątkowy.
Nie potrafiłam już zasnąć. Serce biło mi szybciej na samą myśl o tym, co miało wydarzyć się za kilka godzin. W głowie raz po raz wracała wczorajsza próba, podczas której Rohan sprawdziła wszystko, czego uczyła mnie przez ostatnie księżyce. Każdy skok między gałęziami, każde rozpoznane drzewo i każdy trop lisa przewijały się przed moimi oczami niczym obrazy z dawno opowiedzianej historii. Nadal trudno było uwierzyć, że mentorka uznała mnie za gotową.
Powoli podniosłam się z legowiska i przeciągnęłam, czując przyjemne napięcie w mięśniach. Dopiero teraz dotarło do mnie, że od rozpoczęcia treningu minęły zaledwie cztery księżyce. Jeszcze niedawno z niepewnością stawiałam pierwsze kroki na gałęziach, a dziś miałam stanąć przed całym Owocowym Lasem jako uczennica, która zakończyła szkolenie. Sama myśl wydawała się niemal nierealna.
Ostrożnie wyszłam z legowiska uczniów. Poranne światło przesączało się między liśćmi ogromnej topoli znajdującej się pośrodku obozu, rozświetlając drewniane pomosty oraz wijące się pomiędzy nimi ścieżki. Kilku wojowników wracało właśnie z nocnego patrolu, podczas gdy inni dopiero przygotowywali się do swoich obowiązków. Stróże porządkowali stos ziół i zdobyczy, karmicielki zajmowały się najmłodszymi, a gdzieś wysoko nad ziemią przemknęła sylwetka jednego ze zwiadowców, niemal bezszelestnie przeskakując pomiędzy gałęziami.
Przyglądałam się temu wszystkiemu z cichym uśmiechem. Jeszcze przez kilka godzin byłam jedną z uczennic. Potem wszystko miało się zmienić.
Nie czułam jednak strachu. Owszem, w brzuchu wirowało mi od emocji, ale nie był to lęk. Bardziej przypominało to ekscytację zmieszaną z niedowierzaniem. Przez ostatnie dni nieustannie zastanawiałam się, czy naprawdę zasłużyłam na zakończenie szkolenia. Rohan nigdy nie rozdawała pochwał na wyrost. Każdy komplement trzeba było u niej wypracować, a każdy błąd cierpliwie poprawić. Skoro więc powiedziała, że jestem gotowa… musiałam jej zaufać.
Mimo wszystko trudno było uwierzyć, że jeszcze kilka księżyców temu ledwo utrzymywałam równowagę na grubych konarach. Dzisiaj potrafiłam przebiegać po nich niemal odruchowo, odnajdując odpowiedni rytm własnych łap. Las przestał być dla mnie plątaniną drzew. Stał się czymś znajomym. Wiedziałam, które gałęzie uginają się pod ciężarem, gdzie najłatwiej znaleźć wiewiórki i które ścieżki najczęściej wybierają lisy. Każdy trening zostawiał we mnie kolejną lekcję.
Usiadłam na chwilę niedaleko stosu zdobyczy, bardziej próbując uspokoić myśli niż naprawdę odpocząć. Mimowolnie zaczęłam zastanawiać się nad Zewem i Łzą. Minęło już pół roku, odkąd opuścili Owocowy Las i przenieśli się do Klanu Burzy. Przez ten czas nie miałam z nimi żadnego kontaktu. Czasami wyobrażałam sobie, jak wyglądają ich treningi i czy także zbliżają się do zakończenia nauki.
Zew zapewne nadal co chwilę zamyślał się podczas spacerów. Uśmiechnęłam się pod nosem na wspomnienie wszystkich sytuacji, kiedy wpadał na innych albo zwyczajnie nie zauważał przeszkód przed własnym nosem. Miał jednak w sobie ogromną ciekawość świata i właśnie dlatego byłam niemal pewna, że świetnie odnalazłby się jako zwiadowca.
Łza pozostawała dla mnie większą zagadką. Była spokojniejsza, bardziej opanowana i potrafiła zachować zimną krew tam, gdzie ja albo Zew już dawno dalibyśmy się ponieść emocjom. Czasem zastanawiałam się, czy zdecydowała się zostać kronikarką, przewodniczką, wojowniczką, a może obrała zupełnie inną drogę. Chciałabym kiedyś ich zobaczyć. Choćby na jednym zgromadzeniu. Chociaż przez kilka chwil posłuchać o wszystkim, czego nauczyli się przez te miesiące.
Westchnęłam cicho i podniosłam wzrok ku najwyższym gałęziom topoli. Może kiedyś nasze ścieżki znowu się przetną. Moje rozmyślania przerwał ruch wysoko nade mną. Dostrzegłam sylwetkę Czereśni, który wspiął się na najniższą z charakterystycznych gałęzi górujących nad obozem. Sam jego widok wystarczył, by rozmowy wokół zaczęły stopniowo cichnąć. Koty odrywały się od swoich obowiązków i kierowały spojrzenia ku przywódcy.
Serce ponownie zabiło mi mocniej. To już. Czereśnia przez krótką chwilę milczał, pozwalając, by cały obóz zgromadził się pod rozłożystą topolą. Wojownicy wracali z patroli, stróże odkładali wykonywane przed momentem obowiązki, a uczniowie przerywali rozmowy i treningi. Nawet kociaki wychylały się ostrożnie z legowiska, ciekawie obserwując zbierających się członków Owocowego Lasu. Nad obozem panowała niezwykła cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków oraz szelestem młodych liści poruszanych delikatnym, wiosennym wiatrem.
Stałam pomiędzy pozostałymi uczniami, próbując zachować spokój. Ogon jednak zdradzał moje emocje, co chwilę poruszając się niespokojnie za moimi plecami. Wpatrywałam się w przywódcę z taką uwagą, że niemal zapomniałam oddychać. Wiedziałam, po co wszyscy zostaliśmy zwołani. Wiedziała o tym również Rohan, siedząca kilka lisich długości ode mnie z charakterystycznym spokojem wymalowanym na pysku. Kiedy nasze spojrzenia spotkały się na krótką chwilę, mentorka uśmiechnęła się do mnie niemal niezauważalnie. Ten drobny gest wystarczył, by odrobina napięcia opuściła moje barki.
Przypomniałam sobie pierwszy dzień treningu. To wtedy niepewnie stawiałam łapy na gałęziach, kurczowo wbijając pazury w korę, przekonana, że zaraz spadnę. Pamiętałam, jak Rohan cierpliwie tłumaczyła mi, że zwiadowca nie walczy z drzewem, lecz pozwala mu się prowadzić. Wtedy wydawało mi się to niezrozumiałe. Dopiero po wielu księżycach pojęłam, co miała na myśli. Gałęzie naprawdę zaczynały być przedłużeniem własnych łap, jeśli tylko przestało się z nimi siłować.
Przez głowę przemknęły mi kolejne wspomnienia. Pierwsze samodzielnie rozpoznane tropy lisa. Pierwsza udana wspinaczka na najwyższe konary. Chwile zwątpienia, kiedy wydawało mi się, że nigdy nie będę wystarczająco dobra. Każdy z tych momentów prowadził właśnie tutaj, pod ogromną topolę będącą sercem Owocowego Lasu.
— Psianko, wystąp — głos Czereśni poniósł się po całym obozie.
Poczułam, jak serce na moment zatrzymało się w piersi. Przełknęłam ślinę i zrobiłam kilka spokojnych kroków naprzód, zatrzymując się dokładnie pod najniższą gałęzią. Wokół czułam na sobie spojrzenia całej społeczności. Jeszcze kilka księżyców temu pewnie speszyłabym się pod ich ciężarem. Teraz nadal czułam tremę, ale nie była już paraliżująca. Była raczej przypomnieniem, jak ważna była ta chwila. Podniosłam głowę, patrząc prosto na przywódcę.
Czereśnia obserwował mnie przez krótką chwilę, jakby upewniał się, że naprawdę stoi przed nim ta sama kotka, która kilka księżyców wcześniej rozpoczynała szkolenie.
— Najwyższy czas, abyś dołączyła do grona zwiadowców. Wykazałaś się empatią, wytrwałością oraz niezwykłą spostrzegawczością. Czy przysięgasz pozostać lojalną naszej społeczności i czuwać nad jej bezpieczeństwem?
Słowa odbiły się echem w mojej głowie. Nie musiałam się zastanawiać.
— Przysięgam — powiedziałam to pewnym głosem. Głośniej, niż sama się spodziewałam. Na pysku przywódcy pojawił się spokojny uśmiech.
— A zatem witamy cię jako nową zwiadowczynię Owocowego Lasu! — Przez krótką chwilę świat jakby zamarł. Potem obóz wypełniły głosy.
— Psianka! Psianka! Psianka!
Imię niosło się pomiędzy pniami drzew, odbijając od koron niczym ptasi śpiew. Uśmiechnęłam się szeroko, nie potrafiąc już dłużej ukrywać radości. Rozglądałam się po zgromadzonych kotach, dostrzegając znajome pyski. Niektóre uśmiechały się szeroko, inne kiwały głowami z uznaniem. Nawet starsi członkowie społeczności wyglądali na zadowolonych. Mój wzrok odnalazł Rohan. To właśnie na niej zatrzymałam go najdłużej.
Mentorka nie należała do kotów okazujących emocje w przesadny sposób. Nie podbiegła, nie powiedziała nic głośno. Wystarczyło jednak jedno skinienie głowy i ciepło widoczne w jej oczach, żebym zrozumiała wszystko. Była ze mnie dumna. I chyba właśnie to znaczyło dla mnie najwięcej.
Poczekałam, aż głosy powoli ucichną. Dopiero wtedy zrobiłam krok w tył, wracając pomiędzy pozostałych członków społeczności. Czułam na sobie serdeczne spojrzenia wojowników, uczniów i starszych, którzy jeszcze przed chwilą wykrzykiwali moje imię. Kilka kotów skinęło mi głową, inne uśmiechnęły się ciepło, składając krótkie gratulacje, gdy przechodziłam obok. Jeszcze wczoraj byłam uczennicą. Dziś stałam wśród zwiadowców jako jedna z nich. Nie potrafiłam przestać się uśmiechać.
Emocje powoli opadały, ustępując miejsca przyjemnemu ciepłu rozlewającemu się po całym ciele. Wciąż miałam wrażenie, że wszystko działo się trochę obok mnie, jakbym obserwowała czyjąś historię. Jeszcze niedawno z podziwem patrzyłam na zwiadowców przemykających wysoko nad obozem po splątanych gałęziach drzew. Wydawali się wtedy niemal częścią lasu, cisi, szybcy i pewni każdego kroku. Teraz sama należałam do ich grona.
Mój wzrok odruchowo powędrował ku koronie ogromnej topoli górującej nad obozem. Jej gałęzie poruszały się lekko na wietrze, a młode liście szeleściły cicho, jakby sam las świętował razem z nami. Pomyślałam o wszystkich godzinach spędzonych wysoko nad ziemią. O obdartych opuszkach łap, o pierwszych upadkach na niższe konary, o chwilach zwątpienia, kiedy wydawało mi się, że nigdy nie będę poruszać się z taką lekkością jak Rohan. Każdy z tych momentów miał sens. To właśnie one doprowadziły mnie tutaj.
Zerknęłam na swoją mentorkę, która rozmawiała chwilę z Czereśnią. Mimo że ceremonia dobiegła końca, wciąż wyglądała równie spokojnie, jak zawsze. Przez krótką chwilę zastanawiałam się, czy pamiętała własne mianowanie. Czy także czuła wtedy ten sam ścisk w brzuchu, tę samą mieszaninę radości, dumy i niedowierzania? Nigdy o to nie pytałam. Może kiedyś znajdzie się odpowiedni moment.
Powoli zaczęłam oddalać się od tłumu. Potrzebowałam chwili, żeby uporządkować własne myśli. Słońce Pory Nowych Liści ogrzewało futro coraz mocniej, a delikatny wiatr przynosił zapach świeżych pąków i wilgotnej ziemi. Pora Nowych Liści dopiero się rozpoczynała. Las budził się do życia, a ja miałam wrażenie, że razem z nim zaczynał się zupełnie nowy rozdział mojego własnego. Nagle przypomniałam sobie, że to jeszcze nie koniec tego dnia.
Wieczorem miał odbyć się rytuał Poznania Oblicza Swego Mienia. Na samą myśl poczułam przyjemny dreszcz. Od najmłodszych księżyców słuchałam opowieści o Imionach Duszy. Każde z nich było inne. Każde opowiadało historię swojego właściciela i wskazywało drogę, którą miał podążać przez resztę życia. Zawsze zastanawiałam się, jakie mogłoby być moje. Czy będzie związane z lasem? Z drzewami? A może z czymś zupełnie innym, czego jeszcze nie potrafiłam dostrzec?
Nie znałam odpowiedzi. I właśnie dlatego nie mogłam doczekać się zmierzchu. Mimo ekscytacji starałam się jednak nie wybiegać myślami zbyt daleko. Wiedziałam, że rytuał nie polegał na zgadywaniu ani wymyślaniu imienia. Trzeba było pozwolić Wszechmatce poprowadzić własne serce. Purchawka wiele razy tłumaczyła mi, że Imienia Duszy nie da się odnaleźć siłą. Ono przychodzi samo, jeśli tylko jest się gotowym je usłyszeć.
Powoli wypuściłam powietrze z płuc. Byłam gotowa. Przynajmniej miałam taką nadzieję. Kiedy słońce zaczęło powoli przesuwać się ku zachodowi, a jego ciepłe światło zabarwiło korony drzew odcieniami złota i pomarańczu, czułam, że każda kolejna chwila przybliżała mnie do czegoś jeszcze ważniejszego niż samo mianowanie. Zostałam zwiadowczynią Owocowego Lasu. Teraz pozostało już tylko poznać imię, które Wszechmatka przygotowała specjalnie dla mnie.
Zmierzch nadszedł spokojnie. Słońce powoli chowało się za koronami drzew, pozostawiając po sobie ciepłe odcienie złota, pomarańczu i delikatnego różu, które rozlewały się pomiędzy gałęziami Owocowego Lasu. W ciągu zaledwie kilku chwil gwar obozu ucichł. Wojownicy kończyli ostatnie obowiązki, uczniowie wracali z patroli, a wśród koron drzew coraz wyraźniej rozbrzmiewał śpiew wieczornych ptaków. Powietrze zrobiło się chłodniejsze, niosąc ze sobą zapach wilgotnej ziemi, młodych liści i kwitnących krzewów.
Siedziałam przed legowiskiem zwiadowców, wciąż nie mogąc przyzwyczaić się do myśli, że właśnie tam od dziś było moje miejsce. Co jakiś czas odruchowo spoglądałam na prawe ucho, choć dobrze wiedziałam, że dopiero za chwilę pojawi się na nim charakterystyczne nacięcie. Niewielki znak, który dla innych mógł wydawać się jedynie blizną, dla mnie miał oznaczać coś znacznie większego. Był dowodem, że przeszłam drogę od niezdarnej uczennicy do pełnoprawnej zwiadowczyni.
Usłyszałam ciche kroki za swoimi plecami. Odwróciłam głowę i niemal od razu dostrzegłam mamę. Purchawka uśmiechała się łagodnie, a w jej złotych oczach odbijało się dogasające światło zachodu. Wyglądała spokojnie jak zawsze, choć miałam wrażenie, że pod tą spokojną powierzchnią kryła się duma, której nawet ona nie próbowała ukrywać.
— Gotowa? — zapytała cicho, na co skinęłam głową.
— Chyba tak — odparłam, a mama zaśmiała się pod nosem.
— “Chyba” oznacza, że jednak trochę się denerwujesz.
— Odrobinę. To… trochę dziwne. Dzisiaj rano zostałam zwiadowczynią, a teraz mam poznać Imię Duszy. Mam wrażenie, że wszystko wydarzyło się tak szybko. — Opuściłam wzrok na własne łapy. Purchawka podeszła bliżej i delikatnie musnęła końcem ogona mój bark.
— Tak właśnie bywa z ważnymi chwilami. Czeka się na nie przez wiele księżyców, a kiedy wreszcie nadchodzą… mijają w mgnieniu oka.
Przez moment szłyśmy w ciszy. Nie przeszkadzała mi ona. Wręcz przeciwnie. Cisza pozwalała uspokoić serce, które od rana chyba ani na chwilę nie zwolniło.
Powoli opuściłyśmy obóz. Wieczorne światło przesączało się przez młode liście, tworząc na leśnym poszyciu mozaikę złotych plam. Szłyśmy dobrze znaną ścieżką, jednak dzisiaj wydawała mi się inna. Każdy krok miał w sobie pewną uroczystość. Jakby sam las wiedział, dokąd zmierzałyśmy. Przypomniałam sobie wszystkie historie, które słyszałam jako kociak.
Starsi opowiadali, że podczas rytuału Wszechmatka odsłaniała kotu jego prawdziwe oblicze. Nie zmieniała go. Nie tworzyła na nowo. Pokazywała jedynie to, kim zawsze był głęboko w swoim sercu. Wtedy wydawało mi się to niezrozumiałe. Dzisiaj zaczynałam rozumieć.
Przez ostatnie cztery księżyce nie nauczyłam się jedynie wspinać po drzewach czy odczytywać tropów lisów. Nauczyłam się ufać własnym decyzjom. Przestałam bać się świata poza obozem. Zrozumiałam, że zwiadowca nie był tylko oczami społeczności. Był także tym, który odnajdywał drogę wtedy, gdy inni ją gubili. Ta myśl sprawiła, że mimowolnie pomyślałam o Zewie i Łzie. Minęło już sześć księżyców od naszego rozstania.
Wyrwałam się z zamyślenia dopiero wtedy, gdy Purchawka zatrzymała się przed niewielką polaną. To właśnie tutaj miał rozpocząć się rytuał. Wieczorne niebo powoli ciemniało, a pomiędzy pierwszymi gwiazdami zaczynał pojawiać się cienki sierp księżyca. Powietrze było nieruchome. Nawet liście zdawały się szeleścić ciszej niż zwykle. Mama spojrzała na mnie z ciepłym uśmiechem.
— Od tej chwili pozwól prowadzić się własnemu sercu. Nie próbuj niczego wymyślać ani szukać na siłę. Wszechmatka już zna odpowiedź. Ty masz jedynie ją odnaleźć.
Wzięłam głęboki oddech. Skinęłam głową. I zrobiłam pierwszy krok w stronę miejsca, w którym za kilka chwil miałam poznać swoje Imię Duszy. Purchawka usiadła i gestem zaprosiła mnie bliżej.
— To tutaj koty od pokoleń poznają swoje Imię Duszy.
Podeszłam powoli, nie odrywając wzroku od matki.
— Nie musisz się spieszyć. Zamknij oczy. Wsłuchaj się w las. Nie próbuj niczego wymyślać. Imienia się nie szuka. Ono samo przychodzi.
Posłusznie usiadłam obok niej i zamknęłam oczy. Na początku słyszałam tylko własny oddech. Potem coraz wyraźniej docierały do mnie odgłosy otoczenia. Szum gałęzi. Cichy śpiew wieczornych ptaków. Trzask gałązki gdzieś daleko. Delikatny powiew wiatru przesuwający się między liśćmi. Każdy dźwięk był częścią czegoś większego.
Przed oczami zaczęły pojawiać się obrazy. Nie wiedziałam nawet, czy je sobie wyobrażałam, czy naprawdę je czułam. Zobaczyłam kocięcy żłobek. Siebie biegającą z rodzeństwem. Pierwsze wyjście poza obóz. Rohan uczącą mnie stawiać łapy na gałęziach. Las pełen ścieżek. Ścieżek małych i dużych, ledwie widocznych, wydeptanych przez pokolenia kotów, prowadzących do legowisk, do granic, do domu.
W pewnym momencie zrozumiałam, że przez całe życie właśnie ścieżki prowadziły mnie naprzód. Jedna zaprowadziła mnie do Kropli, kiedy jeszcze byłam kociakiem. Inna do Borowika. Kolejna do Puchacza. Jeszcze inna do Gronostaja. Każde spotkanie zostawiało po sobie niewielki ślad, który prowadził mnie dalej.
Pomyślałam też o Zewie i Łzie. Choć od sześciu księżyców żyli już w Klanie Burzy, jakaś niewidzialna ścieżka nadal nas łączyła. Nie widziałam ich, nie znałam ich codzienności, ale wiedziałam, że gdzieś tam również idą własnymi drogami. Być może kiedyś znowu się przetną. Może właśnie na granicy. Może podczas zgromadzenia. Może wiele księżyców później.
Ale każda droga przecież dokądś prowadzi. Powoli otworzyłam oczy. Spojrzałam na Purchawkę.
— Wiem.
— Powiedz mi więc.
— Ścieżka.
Mama przez dłuższą chwilę milczała. Przyglądała mi się uważnie, jakby ważyła każde kolejne słowo.
— Dlaczego właśnie ona?
Spojrzałam przed siebie, na wijącą się między drzewami leśną dróżkę.
— Bo ścieżki prowadzą innych. Łączą miejsca i koty. Pokazują kierunek, nawet jeśli czasem wydaje się, że go nie ma. Myślę… że chciałabym być właśnie taka. — Na pysku szamanki pojawił się ciepły uśmiech.
— Dobrze wybrałaś.
Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy. Wiatr poruszył gałęziami wysoko nad nami, a księżyc wspiął się jeszcze wyżej ponad korony drzew.
— Imię Duszy nigdy nie kończy się na pierwszym członie — powiedziała w końcu. — Teraz moim zadaniem jest zobaczyć, dokąd prowadzi twoja ścieżka.
Przymknęła oczy i milczała długo. Tak długo, że niemal przestałam oddychać, jednak w końcu ponownie na mnie spojrzała.
— Twoja droga od początku prowadziła ku innym. Nie szłaś nią tylko dla siebie. Uczyłaś się, żeby pomagać. Wracałaś, żeby dzielić się tym, czego się nauczyłaś. Nawet kiedy tęskniłaś za rodzeństwem, nie pozwoliłaś, by odebrało ci to radość z odkrywania świata.
Podeszła bliżej. Delikatnie dotknęła mojego prawego ucha ostrym pazurem. Poczułam krótkie ukłucie. Potem ciepło i ciszę.
— Od tej chwili nosisz znak zwiadowcy Owocowego Lasu. — Spojrzała mi prosto w oczy. — A twoje Imię Duszy brzmi… Ścieżka Prowadząca do Domu.

Od Smoka CD. Borowika

— Idzie! Pats, Bolowiku, idzie! — wyszeptała, potrząsając lekko Borowikiem.
Kocur skrzywił się i mocniej wbił pazury w ziemię, jakby wyczekiwał odpowiedniego momentu. Jego ogon sam zaczął drżeć, wędrując od jednego boku do drugiego.
W międzyczasie kremowy kocur niczego nieświadomy zeskoczył z pnia na ziemię, gdy był już wystarczająco blisko podłoża. Wtedy momentalnie stracił jakąkolwiek przyczepność, przez co wylądował pyskiem prosto w zaspie.
Smok z trudem stłumiła śmiech, który cisnął jej się przez gardło. Widząc to, Borowik pacnął ją ogonem w grzbiet, przypominając jej, że musi pozostać cicho.
Po chwili Iskrzyk podniósł się z ziemi i gniewnie otrzepał śnieg z pyska. Ten jednak, jak na złość, miał dziś wyjątkowo zbitą strukturę i nie chciał się odkleić. Grudki białego puchu wciąż zwisały z futra na jego mordce. Wkrótce zaczął rozglądać się dookoła, wyraźnie zdezorientowany.
— Ugh! No dobra! Kto jest takim żartownisiem, co?! — warknął, coraz bardziej zirytowany.
Rozbawiony tą sytuacją bury zwiadowca przypadkiem wychylił głowę zbyt daleko z ich kryjówki. Gdy Iskrzyk niemal spojrzał prosto w ich stronę, Smok instynktownie poderwała się na dwie łapy i przednimi kończynami naparła na łeb Borowika, próbując zniżyć go do ziemi. Kocur parsknął, ale pozwolił szylkretce uratować się przed spojrzeniem kremowego zwiadowcy.
— Musisz baldziej uważać, Bolowiku! — syknęła mu do ucha, jednocześnie uderzając z frustracji końcówką ogona o podłoże.
— No... dobrze — odparł zwiadowca, po czym odsunął się od Smoka, uwalniając się spod jej łap.
Tak zajęci rozmową, nie zauważyli nawet, że Iskrzyk zmierzał prosto w ich stronę. Zorientowali się dopiero wtedy, gdy okrył ich czyjś masywny cień.
— Myśleliście, że was nie usłyszę? — zaczął, na co Smok i Borowik zamarli w bezruchu.
Szylkretka w pierwszej chwili wytrzeszczyła ślepia, jednak zaraz potem wystrzeliła do góry, prostując się na wszystkich czterech łapach i nieznacznie zadzierając brodę. Czy ta mysia papka myślała, że uczennica zamierza się przed nim kulić ze strachu? Jeśli tak, to głęboko się myliła.
— Skolo nie potlafisz nawet zejść z dzewa, to kto wie, czy wszystkie zmysły masz splawne! — odparła, marszcząc brwi.
— Ja przynajmniej potrafię normalnie mówić! — fuknął w odpowiedzi Iskrzyk.
— Widzę, że nie masz do czego się pzyczepić, więc wytykasz mi coś, czego nie potlafię zmienić, ty niedolajdo! — oburzyła się, jeżąc sierść na karku. Nienawidziła, gdy ktoś wytykał jej problemy z wymawianiem głoski “r”. Trochę się tego wstydziła, choć nigdy nie chciała otwarcie się do tego przyznać. Mimo wszystko wciąż wygłaszała swoje przemowy z podniesioną głową, choć za każdym razem denerwował ją fakt, że sepleni.
Gdy Iskrzyk i Smok mierzyli się zirytowanymi spojrzeniami, Borowik zdążył również się podnieść i przybrać nieco zmartwiony wyraz pyska.
— Powinniście przestać się kłócić — mruknął krótko.
Szylkretka zmierzyła go morderczym wzrokiem.
— No co ty nie powiesz, panie wielki mózgu! — warknęła. Po chwili, jak gdyby nigdy nic, odwróciła się od nich obu i ruszyła przed siebie. Nie zamierzała dłużej kłócić się z kremowym zwiadowcą, który najwyraźniej nie potrafił nawet wymyślić porządnej riposty.
Borowik i jego zachowanie też już zaczynało działać jej na nerwy. Zawsze wydawał się taki obojętny na wszystko i śmiertelnie poważny. Zachowywał się, jakby był od niej mądrzejszy! Znalazł się inteligent. Najpierw wymyślił z nią ten żart, a potem próbował zgrywać niewiniątko! To już było przegięcie. Kompletna przesada. Smok nie zamierzała tego tolerować! No... przynajmniej na razie. Zapewne jutro już jej przejdzie i wszystko wróci do normy.

* * *

Sajgon jak zwykle nie kwapił się do rozpoczęcia treningu na czas. Smok zdążyła już dawno wstać, wyczyścić futerko i nawet się porządnie rozciągnąć, a on wciąż spał jak zabity. Kto to widział, żeby uczeń wstawał wcześniej od swojego mentora? Przecież zwykle było na odwrót. Nieraz widziała już, jak któryś ze starszych kotów wspinał się do legowiska uczniów tylko po to, by pacnąć swojego podopiecznego łapą i zaciągnąć go na trening. Może ona też powinna zrobić to samo? Co prawda czuła, że czarnofutry chciałby ją za to udusić, ale czy miała jakieś inne wyjście? Wolała dostać burę, niż spędzić choćby uderzenie serca dłużej w tej okropnej nudzie.
Podniosła się z miejsca i ruszyła w stronę legowiska wojowników, gdy nagle drogę zastąpił jej znajomy bury kocur — Borowik. Czego znowu od niej chciał? Może jemu Czereśnia powinien przydzielić ucznia, żeby przestał tak bez celu kręcić się po obozie.
— Co chcesz, Bolowiku? Nie widzisz, że jestem zajęta? — mruknęła, przewracając oczami.
— Och. Naprawdę? Czym zajęta? — zapytał, przekrzywiając głowę.
— Idę do Sajgonu! On cały czas śpi, a mi się nudzi! — oburzyła się, marszcząc nos.
Większość uczniów pewnie cieszyłaby się, gdyby ich mentor pozwalał im dłużej spać. Smok jednak do nich nie należała. Miała problem z usiedzeniem na miejscu dłużej niż kilka uderzeń serca. Lider naprawdę źle ich dobrał! O wiele bardziej wolałaby mentora, który wstawałby skoro świt, zamiast takiego śpiocha.
— Chcesz go obudzić? No… nie wiem. A nie będzie zły? — mruknął bury, przenosząc wzrok na łapy.
— Oczywiście, że będzie! Ale już wolę to, niż nudę — odparła, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. — Chyba że masz mi coś ciekawego do powiedzenia, to może pzemyślę obudzenie go. Ale musisz się postalać.
Wzruszyła ramionami.
— Och. Och... Nie wiem, Smoku. O czym mam ci powiedzieć? — wymamrotał zakłopotany.
— Jeju! Jaki z ciebie nudziaz! Kto był twoim mentolem? — zapytała nagle, mrużąc ślepia.
— Kurka... — odpowiedział bury.
Smok westchnęła ciężko.
— Nie wiem, jak on z tobą wytzymywał! — prychnęła i już miała wyminąć pręgowanego, gdy nagle przed nią pojawił się Sajgon.
Czarnofutry przeciągle ziewnął, po czym spojrzał na szylkretkę.
— Co ty tu robisz? Przecież trening jeszcze się nie zaczął. Dopiero co wstałem — mruknął ze zdziwieniem. Po chwili przeniósł wzrok na burego zwiadowcę. — Rozmawiasz z Borowikiem? Właściwie, jeśli chcesz, możemy dziś zabrać go ze sobą na trening. Jest zwiadowcą, więc pewnie zna jakieś ciekawe sposoby na szybsze wspinanie się po drzewach, a właśnie tego chciałem cię dziś nauczyć.
Żółtooka wytrzeszczyła ślepia. Przecież potrafiła się wspinać na drzewa! Gdyby tego nie umiała, spałaby na ziemi, a nie na swoim posłaniu wysoko w koronie drzewa.
— To nonsens! Ja umiem się wspinać na dzewa, nie jestem żadną wywłoką! — oburzyła się, mierząc mentora morderczym spojrzeniem.
— To, że potrafisz dostać się na swoje posłanie, nie oznacza jeszcze, że świetnie się wspinasz. Jeszcze nie widziałem cię w akcji, a muszę ocenić twoje umiejętności, zanim w ogóle pomyślę o poleceniu cię Czereśni — stwierdził stanowczo.
Smok tylko naburmuszyła się i odwróciła wzrok. Dalsza kłótnia nie miała sensu. I tak wiedziała, że z Sajgonem nie wygra.

* * *

Finalnie udało się im wyciągnąć ze sobą Borowika na trening. Smok dreptała zaraz obok niego, a przed nimi kroczył Sajgon. Szylkretka, mimo że przed chwilą pokłóciła się trochę ze swoim burym kolegą, teraz cieszyła się, że miała z kim rozmawiać. Zazwyczaj spędzała szkolenia w ciszy, ponieważ czarnofutry nie był zbyt chętny do rozmów o byle czym.
Nim jednak zdążyli się rozgadać na jakiś temat, wojownik przystanął przed jednym z drzew. Smok natychmiast ucichła i zostawiła swojego kolegę w tyle, podchodząc bliżej mentora. Była gotowa pokazać mu, że potrafi się wspinać tak dobrze, jak sama wiewiórka! A może i lepiej!
— W takim razie pokaż mi, co potrafisz — polecił Sajgon.
Szylkretka podeszła do pnia i napięła mięśnie. Po chwili wybiła się od ziemi i zaczęła zwinnie piąć się po drzewie, nie zwracając uwagi na to, co działo się wokół. Wspinała się coraz wyżej i wyżej, aż w końcu dopadło ją zmęczenie. Dopiero wtedy zatrzymała się, a gdy spojrzała w dół, zrobiło jej się trochę słabo. Była... naprawdę wysoko! I jak miała teraz zejść z takiej wysokości?
Udało jej się przedostać na jedną z gałęzi, gdzie przysiadła i odetchnęła.
— W-widzisz, Sajgonie? Umiem się wspinać! — krzyknęła do niego, marszcząc brwi.

<Bolowiku? To telaz pomóż mi zejść>

[1230 słów + wspinaczka na drzewa]

Od Bratek CD. Kurki

Kotka bardzo zaciekawiona była dniem swojego taty. Ciekaw była, co znajduje się poza obozem, ale skoro Kurka pytał ją o dzień, to zdecydowała się powstrzymać i zacząć od opowiadania.
— Spałam długo obok Alki... — odpowiedziała kotka. — Ogrzewałam się tak, bo ciągle, wszędzie jest zimno... Ale wstałam później, Alka spała, nie chciałam jej budzić i zaczęłam szukać Gronostaja, ale nigdzie go nie było. Nigdy go nie ma, jak się budzę i potem nie mogę go znaleźć... Wyszłam jednak na ten chłód, by poszukać kogoś lub czegoś, bo tak nudno było mi leżeć. Znalazłam parę małych kamyczków, takich wielkości mojej łapki. Chciałam je położyć na sobie, w kształt pnia drzewa, ale ciągle mi spadały... Udało mi się stworzyć z nich pieniek, po wielu próbach i był on ładny, położyłam nawet czwarty kamyk i się nie przewrócił, tylko po to, by mrożący wiatr i poprzewracał je wszystkie i było to takie niemiłe. Wróciłam później do legowisk, aby znaleźć rodzeństwo, pobawić się, ale Alka i Gronostaj oboje byli nieobecni, tak nie najfajniej, śpią i się ukrywają... Ale potem Ty zjawiłeś się z daleka i udało mi się potem jednak tato Ciebie złapać! Ciekawi mnie bardzo co Ty porabiałeś, gdzie byłeś? Jak było poza obozem? Tam też wszędzie nie ma liści i jest zimno?
Kurkę mile rozweselił entuzjazm córki. Choć nie było dużo do opowiedzenia o dzisiejszym dniu, uległ pytaniom i zaczął nieco opowiadać.
— Cóż, byłem z patrolem na polowaniu, ale jest teraz pora nagich drzew, jest chłodno, trudno się poluje, jak dorośniesz, to doświadczysz też tego. Możliwe, że z powodu zimna spadnie śnieg, taki zimny biały puch, ale zbliża się też pora nowych liści. Te, co widzisz na krzewach, też będą wyrastać z pieni, tylko o różnych kształtach, kiedyś nauczysz się je rozpoznawać.
— O tym wiem — odpowiedziała Bratek. — To udało mi się zrozumieć to z rozmów Kotów wokół, no może przynajmniej część tego; to, że rosną liście...
Możesz mi jednak jeszcze poopowiadać? Nadal nie mogę się ruszyć z obozu, a leży za nim... mało wiem co...

<Kurko?>

Od Wełnistej Mszycy CD. Mglistego Snu (Śnienia)

Słuchała z uwagą słów Mglistego Snu.
— Oczywiście. Przekaże jej twoje słowa, gdy tylko uda mi się z nią spotkać — obiecała. Ostrożnie położyła swoją białą łapę na czarnej łapie kocura, by po chwili kontynuować: — Ale ty również musisz się z nią spotkać. I porozmawiać z nią sam, w cztery oczy. Jesteś jej winien rozmowy. Ona tobie również.
Brzmiało to tak prosto, wręcz banalnie, a na szali ważyło się życie kilkunastu kotów. Wełnista Mszyca zaproponowała możliwość pomocy w kontakcie z przybraną matką Mglistego Snu, Brukselkową Zadrą. Jednak, aby wcielić plan w życie, trzeba było spędzić więcej czasu niż jeden niepełny wieczór. Wiele wieczorów.
Tak jak w przypadku Brukselkowej Zadry i bliskich jej kotów pozostałych na terenach Klanu Wilka, nim ich spotkanie dobiegło końca, zdecydowała się na ponowną propozycję dołączenia niedobitków Świetlików do Klanu Burzy. Odmowa ją zabolała, lecz akceptowała ją, mimo wewnętrznego sprzeciwu.
— Jesteś do niej podobny. — Uśmiechnęła się gorzko, nieco żałując się zarówno liliowa kocica, jak i drogi jej kocur nie zdecydowali się wybrać łatwej ścieżki. Mogła mieć tylko nadzieję, ze ścieżka, która postanowili kroczyć, obejdzie się bez ofiar, a ofiara Jarzębinowego Żaru nie pójdzie na marne. — Będę wypatrywać Brukselkowej Zadry przez najbliższą kwadrę, jak i przez dwie następne będę starała pojawiać się co wieczór lub dwa przy moście. Postaram się przynieść dla was zioła, tylko muszę wiedzieć, jakich potrzebujecie — oznajmiła. — Uważaj na siebie, Mglisty Śnie. Nie mogę również i ciebie stracić ani żadnego z pozostałych Świetlików.
"Ani jednego więcej."

Aktualnie, na terenach niczyich – na przestrzeni pory nagich drzew

TW: żałoba, stan depresyjny, zaburzenia odżywiania, krew

Wełnista Mszyca umarła, pozostawiając po sobie jedynie pustą skorupę. Dni i noce zlewały się w jedno. Poczucie upływu czasu przestało istnieć. Albinoska po raz pierwszy pojęła, czym tak naprawdę jest samotność. Nie miała nikogo żywego przy sobie, do kogo mogłaby otworzyć pysk, a gdy próbowała uzyskać od Srebrzystej Skóry odpowiedź na pytania, ta niezmiennie pozostawała głucha i milcząca. Jedynie głosy zmarłego Szarej Skóry oraz Skrzypiącego Skrzypu, będące najpewniej jedynie wytworem jej wyobraźni, przybierały na sile, zaburzając postrzeganie rzeczywistości przez kocice.
Większość dni spędzała w niewielkiej norze na terenach niczyich, z której jedynie wyściubiała pysk, aby zapolować na zwierzynę, której było niewiele. Rzadko udawało jej się zaspokoić głód czy pragnienie. Zamarznięty śnieg przynosił jedynie chwilowe ukojenie.
Drobne urazy przestały mieć znaczenie, jak również pogarszający się wzrok spowodowany zbyt długim wpatrywaniem się w ziemię pokrytą śniegiem, zarówno za dnia, jak i nocą.
Nie miała ziół. Nie mogła pomóc sobie, a tym bardziej komukolwiek.
Gdy udało jej się pogodzić ze śmiercią ojca oraz Skrzypiącego Skrzypu, przyszła kolejna fala negatywnych myśli, uniemożliwiająca podjęcie decyzji. Łapy odmawiały posłuszeństwa, podobnie jak mięśnie. Marniała w oczach, lecz dla tych, których udało jej się przypadkiem spotkać, po raz pierwszy wyglądała tak od zawsze. Poczucie winy eskalowało, uniemożliwiając przespanie ciągiem, chociażby połowy czasu z godziny.
Sny zlewały się z jawą, powodując stany lękowe i omamy. W dodatku zaprowadziły ją pewnego razu na granicę Drogi Grzmotu, oddzielającą tereny Owocowego Lasu, Klanu Wilka oraz Klanu Burzy. Po śladzie spalonej ziemi na znajomych terenach będących na wyciągnięcie łapy nie było śladu, a przynajmniej nie było widać jej gołym okiem, gdyż biały puch otulił zwęgloną ziemię.
Mogła zapobiec śmierci ojca oraz Skrzypu. Wystarczyło jedynie pokonać czarny pas przecinający kocie tereny.
Śnieżnobiały śnieg został zabarwiony na czerwono, gdy kocica została odrzucona do rowu przez nadjeżdżającego Potwora. Minęła wieczność, nim udało jej się podnieść z zimnego puchu, po czym na chwiejnych nogach ruszyła poprzez ośnieżone wrzosowisko w kierunku rzeki.

<Śnienie? Jak się miewa moja ulubiona czarna owocówka?>