BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot u samotników!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 1 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

09 lutego 2026

Od Lisa CD. Iskrzyka

Lis popatrzył na braciszka.
— Przecież wiesz, że… nie wolno nam tego robić, Iskrzyku. Dostaniemy karę, a ja nie chcę kary.
Kocurek spojrzał na niego i zmrużył oczka.
— Boisz się…? — zapytał kiwającego się rudaska.
— Starsi są podobno bardzo fajni! Inni mówili, że opowiadają cudowne historie… i są szanowani. Nie możemy robić im psikusów — odparł Lis i przekręcił główkę na bok.
— Pójdę do nich i poproszę, żeby opowiedzieli mi historię. Nie chcę robić złych rzeczy. Jak chcesz, to dołącz do mnie.
Lis, kiwając się na różne strony, odszedł do starszych.
— Cześć! — miauknął głośno, gdy się tam znalazł. W legowisku był tylko jeden starszy. Wyglądał groźnie… tak wydawało się maluchowi.
— Mały brudasek się znalazł, hm? — rzekł starszy. Lis podwinął ogon.
— Ja... chciałem zobaczyć… jak… jak tu wygląda i tak dalej… — wyjąkał kocurek z ubłoconymi łapkami. Starszy stanął nad kociakiem.
— Nie z tymi ubłoconymi łapami, mały — warknął i powrócił na swoje miejsce, zasypiając. Lis w popłochu wybiegł i pognał do braciszka, przewracając się wiele razy.
— Iskrzyku, Iskrzyku! Ten starszy chciał mnie zjeść! — wykrzyknął do kremuska. — Nigdy więcej tam nie wrócę! — wyszeptał przerażony rudas. Jego brat westchnął.
— Nie wymyślaj, Lisku. Te staruchy tylko się lenią i lenią. Nie jedzą kociaków.
— Ale on był taki straszny, Iskrzyku! Jeśli mi nie wierzysz, sam tam pójdź!

<Iskrzyku?>

Od Pchełkowego Skoku Do Pietruszkowej Błyskawicy

Jesienny poranek zaczął się całkiem wietrznie. Zimne powietrze wkradło się do legowisk wojowników, budząc niektórych z nich, w tym Pchełkowy Skok. Kotka poczuła biegnący wzdłuż pleców dreszcz, po czym niechętnie wstała. Rozciągnęła się, ziewnęła. Wychodząc, spojrzała w stronę legowiska lidera. Wszyscy wiedzieli, że Judaszowa Gwiazda odejdzie niedługo z tego świata. Z każdym wschodem słońca Pchełka czuła jak zbliża się ich czas. Czas rewolucji.Myśląc o tym, przypomniała sobie swoją rozmowę z Mirtowym Lśnieniem o trzecim ogniwie. Rudy kocur uważał, że potrzebowali kogoś jeszcze, a Pchełka podzielała jego zdanie. Rozmawiając z różnymi kotami, szukała potencjalnego pomocnika, aż w końcu do głowy przyszła jej nie kto inny jak Pietruszka. Przyjaciółka wojowniczki, z którą ostatnio rozmawiała dużo mniej, miała odpowiednie predyspozycje. Była silna i mądra, a takiego kota potrzebowali.
Dlatego też dzień zaczęła od wykręcenia się z polowania, by w to miejsce zaprosić Pietruszkę na spacer. Potrzebowała wyprowadzić ją gdzieś poza obóz, by niechciane uszy nie usłyszały ich rozmowy…

Złapała wspomnianą nieco później przy stosie ze zwierzyną. Zaproponowała wspólny posiłek, a następnie niedługą wędrówkę, bo wiedziała też, iż Pietruszka ma dużo na głowie. Kotka się zgodziła i niedługo później obie pałaszowały piszczki. Co prawda Pchełka bardzo sztywno się zachowywała, co na pewno nie umknęła uwadze spostrzegawczej starszej. Pchełka stresowała się na myśl o nadchodzącej rozmowie oraz o tym wszystkim. Stres odzwierciedlał się w jej codziennych czynnościach, częściej leciały jej rzeczy z łapek lub się zamyślała, co skutkowało potem nieznaniem szczegółów patroli czy polowań.

Gdy zjadły, Pchełka wstała i krótkim ogonkiem dała znać, że pójdzie pierwsza. Wyprowadziła je obie głównym wyjściem i zaprowadziła w stronę Pogorzeliska, ale nie dotarły tam. Zatrzymały się pod niedużymi drzewami, które rosły po drodze. Pchełka z duszą na ramieniu odwróciła się do swojej przyjaciółki, którą znała od dziecka. Codziennie nosiła i dbała o pióro, które od niej dostała. W końcu wzięła głęboki wdech, spojrzała w jej oczy i zapytała;
– Pietruszko… C-Co sądzisz o Jaskółce?
Kotka zdawała się chwilowo zaskoczona nagłym pytaniem o kremową zastępczynię.
– Co masz na myśli? – dopytała.
– No wiesz… o niej jako o Liderce – miauknęła. – J-Judaszowcowa Gwiazda niedługo… i ona go zastąpi.
Rozejrzała się nerwowo tak, jakby buszujące nieopodal wiewiórki miały je podsłuchiwać.
– Nie lubię Jaskółki – odpowiedziała stanowczo, odwracając wzrok gdzieś w bok. – Znam… jej sekret. Nie chcę, by została Przywódcą.
Pchełka pokiwała głową powoli, analizując jej wypowiedź i próbując ułożyć w głowie odpowiednio pytanie. Pogrzebała łapą w ziemi, stresując się. Co, jeśli Pietruszka ją znienawidzi? Uzna za jakąś nienormalną, pchającą się w łapska śmierci? Za nieodpowiedzialną, może nawet jakąś skrajną?
Te wszystkie myśli doprowadziły do tego, że Pchełka skuliła się nieco. Przysiadła na trawie pokrytej liśćmi, a Pietruszka od razu wyłapując zmianę w jej nastroju, dosiadła się. Pchełka poczuła dotyk jej miękkiego ogona na swoim boku i nieco pomogło jej się to rozluźnić.
– Pietruszko… ja Cię bardzo kocham, wiesz? – powiedziała szczerze, drżącym głosem. – Nie znienawidzisz mnie?
– Za co? – Kotka zdawała się mocno zdezorientowana.
– C-Chcemy wraz z Mirtowym Lśnieniem z-zatrzymać Jaskółkę przed o-odebraniem żyć i z-zostaniem Przywódczynią… oraz z-zająć ją Mirtowym Lśnieniem. I m-my… znaczy ja… c-chciałam prosić Cię o pomoc. Pomoc w zatrzymaniu jej… t-to dla dobra nas wszystkich! U-Uważamy, że ona nie powinna dojść do władzy… – Natłok myśli sprawił, iż zaczęła się ponownie mocno jąkać. Emocje, jakie czuła, na pewno jej w tym nie pomagały, to też nie była do końca pewna, co Pietruszka z tego wszystkiego zrozumiała.
Odważyła się jednak podnieść wzrok i spojrzeć na pyszczek starszej.
– P-Pomożesz nam…?

<Pietruszka?>

Od Żmijowcowej Wici CD. Mandarynkowej Gwiazdy

Rodzina jego najlepszej przyjaciółki okazała się być zdradzieckimi szujami. Żmijowiec nigdy nie był blisko ani z Baśniową Stokrotką, ani z Dryfującą Bulwą, a tym bardziej nie ze starszym rodzeństwem Trzcinowego Szmeru, zwłaszcza po tym, co zrobił Pluskający Potok. Nie wierzył w zbytnio w teorie spiskowe, nie miał w zwyczaju łączyć w głowie faktów na siłę, aby tylko doszukać się jakiegoś niewidocznego znaku czy niemożliwej poszlaki. Nie lubił gdybania na takie tematy. Już wystarczało mu, że cały klan kładł się przed jakimś tajemniczym Klanem Gwiazdy, który miał w sobie tyle prawdziwości, co opady śniegu podczas Pory Zielonych Drzew. Cała ta sprawa jednak nie dawała mu spokoju. To wszystko było niczym swędzący noc, z którym nic nie możesz zrobić; nieważne jak mocno tarłbyś go łapą, to i tak nic nie da, gdyż irytujące uczucie powróci niemal momentalnie, kiedy przerwiesz czynność. Nie mógł o tym wszystkim powoli myśleć. Wszystko przypominało mu o tym, że w Klanie Nocy kryję się jakaś większa zagadka. Widział puste, zimne legowiska, na których jeszcze niedawno spali podstarzali Stokrotka i Bulwa, a nawet jedno zdecydowanie bliżej mchu jego i Trzcinki, które zajmowała Porywisty Sztorm. Jeśli by się skupił, najpewniej dalej umiałby odróżnić cząstkę ich zapachu. Widział wyraz pyska Trzcinowego Szmeru, która z całych sił próbowała pokazać, że to wszystko jej nie rusza, że jest ponad tymi plotkami. Sam kocur nie wątpił w lojalność przyjaciółki i, na szczęście, większość Nocniaków, a w tym i dawna mentorka wojowniczki, raczej podzielało tę opinię, ale i tak, nawet to nie mogło uchronić jej od podszeptywań, ledwo usłyszanych gdybań czy zrezygnowanych i często nieco przestraszonych pytań, które wszyscy zdawali się zadawać. Czasami miał wrażenie, że od kiedy się urodzili, nie było w Klanie Nocy spokojnego czasu.
Wrócił z polowania. Często ostatnio wychodził sam, chociaż wielokrotnie był ganiony przez przemądrzałą siostrę czy właśnie ciemnooką przyjaciółkę. Machał na to wszystko ogonem, mówiąc, że jeśli ktoś ma go obranego za cel, co za różnica czy wykończy go dziś, czy za kilka wschodów słońca. Udawał rozbawienie i nonszalancje, ale musiał przyznać przed samym sobą, że niejednokrotnie podczas tych jednoosobowych łowów, kiedy krzak zaszeleścił zbyt głośno, zbyt blisko, zbyt nienaturalnie, zalewała go fala zimnego potu. Pora Nagich Drzew powoli opuszczała tereny, ale to "powoli" było słowem klucz. Chociaż zwierzyny stale przybywało, nie mógł powiedzieć, że polowania były całkowicie udane, a zdobycz liczna. Wciąż starał się z całych sił, aby ponownie zaistnieć w oczach Mandarynkowej Gwiazdy, chociaż powoli tracił nie tylko cierpliwość (z której nie słynął), ale też nadzieje, że kiedykolwiek odkupi czymś swoje nieprzemyślane, ale niekoniecznie głupie zachowanie sprzed wielu, wielu księżyców. Teraz stał pod jej legowiskiem, z pyska zwisał mu niezbyt pokaźny leszcz, którego udało mu się wyłowić dzisiejszego poranka, zanim jeszcze rozdzielił się ze Zmierzchającą Falą i Kropiatkową Skórką. Wszedł do środka po uprzednim zapowiedzeniu się. Srebrna kocica nie wyglądała zbyt dobrze, ale kto by się dziwił... on też najpewniej nie wyglądałby znakomicie, gdyby miał na karku cały klan i jeszcze widmo zdrajców, drapieżników i samotników.
— Przepraszam za najście, ale rozmawiałem z Błękitną Laguną i powiedział, że zapewne jeszcze dzisiaj nie jadłaś, więc pomyślałem, że przyniosę coś — powiedział, kiedy podniósł łebek po delikatnym ukłonie. Liderka zerknęła na niego, to na rybę, a to z powrotem na bury pysk.
— Czy reszta klanu już jadła? — zapytała.
— Ci, których ściskał głód, a powrócili już z polowań czy treningów, zapewne tak. Leszcza złapałem osobiście, więc nie martw się tym. Zwierzyny znów będzie dostatek. Może to jeszcze nie ten czas, ale coraz częściej koła widać na tafli wody, a myszy już zaczęły harcować w tataraku — próbował przekonać kotkę.
— Połóż ją, zjem później — oznajmiła, a Żmijowiec wykonał polecenie. Przez moment stał w niepewnej ciszy, nie wiedząc, czego tak faktycznie chciał. Znaczy... wiedział, o co chciałby zapytać, o czym chciałby porozmawiać, ale wiedział też, że jest to paskudnie kiepski pomysł, zwłaszcza w takim niepewnym czasie. — Żmijowcowa Wicio, czy tylko po to tu przyszedłeś? Czego chcesz? — zapytała, ale jej głos nie był wrogi, bardziej... zmęczony.
— Nie chce niczego — mruknął, chociaż był to fałsz.
— Ty zawsze czegoś chcesz, nawet jeśli nie zdajesz sobie z tego do końca sprawy — odpowiedziała kocica i westchnęła. Wojownik zaśmiał się smętnie pod nosem.
— Może to prawda... — zgodził się i usiadł, owijając ogon wokół łap. — Może... nie jest to sprawa, która musiała zostać poruszona teraz, ale skoro już i tak zawracam ci głowę... Słyszałem, że jakiś czas temu patrol Trzcinowego Szmeru napotkał samotnika, a do tego ta masa kociąt, które cały czas odnajdujemy... Nie jestem przesądny, nie mam nic do kotów spoza klanu. Sam urodziłem się tutaj tylko dlatego, że uznano, że mojej matce można zaufać... A-ale to dziwne, prawda? Ta Niedźwiedziówka i jej kocięta... Ponownie, nie mogę nic mówić z wyprzedzeniem, gdyż to niemal taka sama sytuacja, co z nami, ale... Ah... Przepraszam Mandarynkowa Gwiazdo... Czasami mam wrażenie, że jestem błyskotliwszy niż faktycznie, ale najwidoczniej moje wyobrażenie siebie wybiega zdecydowanie za bardzo przed rzeczywistość — zaśmiał się smutno. Było mu nieco głupio, próbował ukryć zażenowanie i wstyd, który wykwitł mu na policzkach, ale białe futerko nie pomagało.
— Co masz na myśli, dokończ — poleciła liderka.
— Wiesz, że nie przestanę wracać do sytuacji z samotnikami, prawda? Wiesz, że nie pozwolę zaginać tym poszlakom, które znalazłem na ciałach Sterletowej Łuski i Rozpędzonej Ważki... Nie-nie wiem dokładnie jakie może być powiązanie tej całej sprawy z tym, co dzieje się teraz, ale nie mogę przestać myśleć, że jakieś musi być. — Przełknął ślinę. Nie podnosił głowy, wpatrywał się w swoje łapy, ale mówił dalej: — Daj mi, proszę, chociaż pozwolenie, abym mógł zająć się tą sprawą, jeśli nie chcesz zawracać głowy innym kotom, mogę to robić samodzielnie, nie potrzebuję partnera, nie boję się samotników; jeśli chcą, niech spróbują mnie dogonić...

<Mandarynko?>

Wiosenne Dolegliwości

Nadeszła Pora Nowych Liści, a z nią nowe dolegliwości!

POGODA

Nawet po tych długich, siarczyście mroźnych księżycach mróz nie daje o sobie zapomnieć. Wiatr wciąż wieje, śnieg zamienił się w obfity deszcz, a słońce nieśmiało skrywa się za chmurami. Chociaż z czasem pokrywa śnieżna stopnieje, koty szybko zauważą, że nie jest to całkowicie dobra rzecz, zwłaszcza po kilku dniach dużych opadów. Chociaż świat wydaję się być bury i mokry, wszystko powoli rodzi się do życia i wraz z promieniami słońca, które zawitają w drugiej połowie wiosny, powróci również soczysta zieleń i dziarska zwierzyna.

Dolegliwości odczuwają wymienione niżej koty z:

Klanu Burzy:

Trzmiela Łapa - infekcja ucha
Barszczowa Łodyga - ból głowy
Chomik - biały kaszel
Sójcza Łapa - wymioty
Szafirkowy Wiatr - kolec w łapie

Klanu Klifu:
 
Trójoki Zająć - kleszcz
Tygrysek - niestrawność
Różeńcowa Łapa - infekcja gardła
Jastrzębi Zew - niestrawność
Pietruszkowa Błyskawica - swędząca infekcja

Klanu Nocy:

Gąbczasta Perła - bezsenność
Czosnkowa Krewetka - infekcja oka
Wężynowy Kieł - ból stawu
Lawenda - kocięcy katar
Rezedowa Łapa - zranienie ogona

Klanu Wilka:
 
Gruba Łapa - wybicie barku
Zalotna Gwiazda - kleszcz
Kwaśna Kocanka - zielony kaszel
Borsucza Puszcza - infekcja ucha
Makowa Łapa - ugryzienie przez szczura

Owocowego Lasu:
 
Puma - kłopoty z oddychaniem
Lis - zwichnięcie przedniej łapy
Purchawka - bezsenność
Ziemniak - swędząca infekcja
Kropla - przewianie

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Gałązka - gorączka
Poziomkowa Polana - kłopoty z oddychaniem
Zielone Wzgórze - bezsenność

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w kolejne stadium. Dotyczy to kotów z:

Klanu Burzy:

Oskrzydlony Ognik - ból głowy > osłabienie > migreny
Pozłacana Pszenica - ugryzienie przez szczura > infekcja
Przeplatkowy Wianek - ból stawu > sztywność stawu
Burzowe Chmury - gorączka > osłabienie
Zwiewny Mak - przewianie > katar
Ciernista Łapa - szkło w łapie > infekcja

Klanu Klifu:
 
Bożodrzewny Kaprys - katar > kłopoty z oddychaniem > duszności
Słoneczna Łapa - infekcja oka > tymczasowa ślepota na oko

Klanu Nocy:

Słodka Łapa - niestrawność > wymioty > odwodnienie
Szałwiowe Serce - biały kaszel > zielony kaszel
Czyhająca Murena - bezsenność > halucynację
Niedźwiedziówka - gorączka > osłabienie
Korzenna Łapa - swędząca infekcja > podrażniona skóra

Klanu Wilka:
 
Barczatkowy Świt - ugryzienie przez szczura > infekcja > niemożność stawania na łapę

Owocowego Lasu:

Rokitnik - infekcja gardła > chrypa 

Samotnicy i Pieszczochy:
 
 Baśniowa Stokrotka - wymioty > odwodnienie > omdlenia
Rysi Trop - ból zęba > psucie się zęba
Jaskier - ugryzienie przez szczura > infekcja

Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka wiosną.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu wiosny - mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!

Od Mirtowego Lśnienia

Mijały kolejne dni od chwili, gdy po raz ostatni odważył się poruszyć temat zasadzki z Pchełkowym Skokiem, a cisza, która po tym zapadła, nie przyniosła mu ulgi — przeciwnie, narastała w nim niczym stado niewidzialnych wrogów, krążących cierpliwie wokół jego myśli i tylko czekających, aż popełni jeden, ledwie dostrzegalny błąd. Każda chwila od tamtej rozmowy zdawała się być napięta jak ścięgno gotowe do pęknięcia, a czas, który wcześniej jedynie ich ponaglał, teraz bezlitośnie ściskał mu gardło, przypominając kleszcza wczepionego w ogon ofiary — nieubłaganego, zimnego i nie do strząśnięcia.
Odkąd rozpoczęli planowanie tej akcji, dni przestały mieć wyraźne granice, a noce nie przynosiły odpoczynku. Myśl o śmierci Judaszowcowej Gwiazdy czaiła się tuż pod powierzchnią jego świadomości, pulsując w rytm serca, tak blisko, że chwilami zdawało mu się, iż dzielą ich od niej jedynie pojedyncze uderzenia — szybkie, urywane, zdradzające strach, którego nie potrafił już dłużej ignorować.
Mirtowe Lśnienie w końcu ułożył się na swoim legowisku, starannie osłaniając pysk chłodnym, wilgotnym mchem, jakby w ten sposób próbował odgrodzić się od świata i własnych myśli. Zapach ziemi i kamienia był znajomy, lecz tej nocy nie koił — jedynie przypominał mu o miejscu, w którym tkwił, i o roli, której nie potrafił z siebie zrzucić. Powieki ciążyły mu coraz bardziej, a zmęczenie, nagromadzone przez ostatnie księżyce niepewności, zaczęło wreszcie zbierać swoje żniwo. Jego oddech zwolnił, przeradzając się w ciche, niemal nieobecne pochrapywanie, a pysk mimowolnie rozchylił się, gdy jedną łapą przekroczył granicę snu.
Przez krótką, bolesną myśl przemknęło mu jeszcze, że jutro znów się obudzi — w tym samym miejscu, w tym samym cieniu, pełniąc tę samą rolę, która powoli, lecz konsekwentnie doprowadzała go na skraj obłędu.
W końcu jednak napięte dotąd mięśnie rozluźniły się, a myśli, jedna po drugiej, zaczęły cichnąć, gasnąc niczym dogasające gwiazdy wraz ze wszystkimi zmartwieniami, jakie towarzyszyły mu każdego dnia.


***


Niebo było intensywnie błękitne, aż nienaturalnie jasne, jakby ktoś starannie oczyścił je z wszelkiej groźby. Ostrość tego koloru kontrastowała z miękko nastroszonymi obłokami, sunącymi leniwie po nieboskłonie, a spokojny wiatr muskał futra wojowników Klanu Klifu z delikatnością piórka. Kamienna posadzka obozu lśniła w blasku słońca, odbijając światło w ciepłych refleksach, które zdawały się oblekać wszystko w aurę bezpieczeństwa i porządku.
Otrzepał się odruchowo, jakby strząsał z siebie resztki snu, po czym wyszedł z legowiska — dopiero wtedy uderzyła go myśl, że nie spoczywał na zwykłej półce wojownika, lecz w legowisku przywódcy. Serce zabiło mu szybciej, lecz nie z lęku, a z dziwnego, obcego uczucia spełnienia. Jeszcze raz przeciągnął się, przejechał szorstkim językiem po futrze na piersi i rozejrzał się po obozowisku.
Koty tętniły życiem. Rozmowy splatały się ze śmiechem, a w samym sercu obozu panowała atmosfera radości, jakiej nie pamiętał od wielu księżyców. Każda twarz była rozluźniona, każdy uśmiech szczery. Kilku wojowników spojrzało w jego stronę — nie z obawą czy niepewnością, lecz z cichym uznaniem — po czym wrócili do swoich pogaduszek, jakby jego obecność była czymś naturalnym, oczywistym.
— Cześć, Lśniąca Gwiazdo — odezwała się kotka o niebieskim, szylkretowym futrze, podchodząc bliżej. — Dobrze cię widzieć. Hah… Wiesz, może to wszystko miało sens. Może ten cały wyścig o władzę musiał się wydarzyć, żeby Klan Klifu mógł rozpocząć nowy żywot. Z nowym kotem stojącym na jego czele.
Skinął głową, czując, jak coś ciepłego ściska mu pierś. Jeszcze raz spojrzał na wojowników rozsianych po obozie — rozpoznawał każdego z nich. Każde futro, każdą parę oczu. Wszystko było boleśnie bliskie, znajome, jakby należało do niego od zawsze. Uśmiechnął się lekko, po czym zerknął kątem oka na Pchełkowy Skok.
— Gdy patrzę na te wszystkie koty — odezwała się cicho — na to, jak się uśmiechają, jak patrzą na ciebie nie tylko jak na figurę wartą respektowania, ale też jak na przyjaciela… Po prostu trudno mi uwierzyć, że to wszystko naprawdę się nam udało.


***

Otworzył gwałtownie oczy.
Nad nim rozciągał się znajomy, nierówny kamień. Ta sama półka. To samo mszyste posłanie. Powietrze było chłodne i ciężkie, a cisza obozu nie niosła ze sobą ani radości, ani światła. Sen rozwiał się jak mgła o świcie, pozostawiając po sobie jedynie gorzki posmak niespełnienia.
Nie był liderem. Nie był Lśniącą Gwiazdą. Nie był nawet kimś, na kogo inne koty spoglądały ze szczególnym szacunkiem.
Przełknął ślinę, a z jego gardła wyrwało się ciche, pełne frustracji syknięcie, gdy jego żółte, bursztynowe oczy powędrowały powoli ku legowisku w którym spoczywał lider, ku legowisku Judaszowcowej Gwiazdy.
Od nowego życia wciąż zdawały się dzielić go jedynie uderzenia serca.
Jedynie uderzenia serca…

08 lutego 2026

Nowy członek Pustki!

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: zamarznięcie

Odszedł do Pustki!

Od Gąski

Owocowy Las został postawiony na łapy skoro świt w związku z zaginięciem Cienia. Kocur opuścił legowisko medyków, gdy Wiciokrzew oraz Poranek doglądali chorych lub odsypiali poprzedni dzień ciężkiej pracy. Gąska, gdy tylko usłyszała o zaginięciu swojego mentora, czym prędzej udała się do lecznicy, z nadzieją, że schorowany kocur być może skrył się w głębi legowiska, aby się ogrzać lub po prostu był przebodźcowany ilością kotów we wnętrzu pnia i potrzebował znaleźć ustronne miejsce. Niestety była w błędzie.
Teraźniejsza pora nagich drzew była sroga. Zimno szczypało w nos, a ilość śniegu, która zaległa w obozie sprawiała, że koty musiały drążyć tunele, aby wydostać się na zewnątrz. Pogoda nie sprzyjała komuś takiemu jak Cień. Gąska w związku posiadaniem krótkiej sierści nie raz trząsła się z zimna na zewnątrz, a co dopiero musiał czuć łysy kocur, który nie posiadał ochronnej warstwy przed zimnem postaci sierści i nawet w legowisku przy lekkich mrozach lub zimnym wietrze dygotał? Na samą myśl ścisnęło ją serce, starając się zrozumieć, dlaczego jej mentor postąpił tak bardzo nieodpowiedzialnie. Co nim kierowało?
– Złapałem jego trop! – oznajmił donośnym tonem Mucha, sprawiając, że wszystkie koty, które znajdowały się w legowisku, przeniosły na niego spojrzenie. Futro oblepione było przez biały puch, a w spojrzeniu iskrzyła się determinacja. – Jest świeży. Musiał się wymknąć na zewnątrz zaraz po wyjściu pierwszego patrolu.
Gąska zastrzygła uchem na tę informację. Od wyjścia patrolu nie minęło zbyt wiele czasu, więc istniała szansa, że nie oddalili się jakoś bardzo daleko, tym bardziej Cień. Jeśli ktoś by ruszył ich śladem, pędząc ile sił w łapach, na pewno by ich dogonił; patrol czy też zaginionego.
Dwójka braci oznajmiła gotowość do drogi. Nim jednak ogon Muchy zniknął poza lecznicą, Gąska pośpiesznie poderwała się z miejsca i zaoferowała pomoc przy poszukiwaniach kocura, jak i pomoc z przeprowadzeniem go z powrotem do lecznicy. Musieli działać szybko, jego zdrowie i życie było zagrożone.
– Możesz iść. Ale nie możesz nas spowalniać – mruknął kocur, na co Gąska w odpowiedzi przytaknęła. – Każda sekunda jest na wagę złota.
Nim opuściła lecznicę, na uderzenie serca przeniosła spojrzenie na posłanie Kajzerki. U boku kocicy znajdował się Orzeszek. Kocur wymienił porozumiewawczo spojrzenie z córką, pozwalając jej udać się na poszukiwanie swojego mentora.

~~~

Gąska powoli przemierzała zaspy, starając się dorównać dwójce kocurów na przedzie. Mucha co jakiś czas zerkał na młodszą koteczkę przez ramię, aby się upewnić, czy nie została w tyle i się nie zgubiła. W trakcie drogi kotka próbowała przekazać kocurom miejsca, w których jej mentor lubił przesiadywać, gdy oddalał się na samotne spacery, pozwalając jej na chwilę luzu w trakcie treningu.
Córka Orzeszka i Kajzerki była podobna do Cienia, być może właśnie dlatego został jej mentorem. Oboje byli cisi, jednak w obecności niebieskiego kocura to Gąska stawała się ekstrawertykiem. Ktoś musiał, inaczej trening uczennicy nie ruszyłby z miejsca.
W ciągu trwania treningu bura szylkretka zdołała poznać mentora na tyle, aby wiedzieć, że był dobrym, lecz smutnym kotem, pełnym kompleksów i strachu przed odrzuceniem przez pobratymców. Trudno było z nim rozmawiać, zazwyczaj rozmowa była krótka, a informacje, którymi się z nią dzielił, były zdawkowe. Nie winiła go jednak za to. Starała się wspierać na tyle, ile mogła, chcąc, aby jej zaufał. Aby nie musiał się obawiać swojego własnego ucznia, bojąc się, że Gąska może go wyśmiać lub poprosić o zmianę mentora. Nie potrafiła jednak zrozumieć, dlaczego postanowił wyjść na zewnątrz, gdy na zewnątrz panował mróz. Nie potrafiła odpowiedzieć na pytania kocurów, które o to dopytywały, przeklinając pod nosem jego bezmyślne zachowanie.
– P-przestańcie! – zawołała, szczękając zębami z zimna. Śnieg wzmógł się, tak samo, jak i wiatr, utrudniając pochód naprzód kotom. – Na pewno miał ważny powód, aby wyjść na zewnątrz – miauknęła, sprawiając, że kocury się uciszyły. Chciała w to również wierzyć. Jednak ich wcześniejsze uwagi sprawiły, że naprawdę zaczęła wątpić w to, czy jej były mentor naprawdę miał ważny powód, aby ryzykować swoim zdrowiem i życiem. Sama ledwo wytrzymywała na mrozie. Co mogło być aż tak ważne, że zdecydował się wyjść na zewnątrz?
Zatrzymali się przy Konającym Buku, na którym urywał się trop stróża. Mucha oparł się przednimi łapami o "most" węsząc, gdy Sajgon przechadzał się po powalonym pniu, starając się złapać ponownie trop.
– Gąsko! – miauknął nagle czarny kocur. Stróżka skupiła spojrzenie na wojowniku, który skinął w bok, w miejsce tuż pod kłodą.
Oba kocury zeskoczyły z pnia, a Gąska zsunęła się ze skarpy. Zatrzymała się tuż przy Cieniu, który skulony leżał na brzegu. Przednie łapki miał podkulone pod brzuchem, a tylne częściowo przymrożone do ziemi wraz z ogonem. Na lodzie widać było ślady krwi, kocur najprawdopodobniej starał się sam wyswobodzić, jednak nie miał wystarczająco siły. Na przednich łapach również znajdowała się krew, nie wspominając o popękanej skórze od mrozu na grzbiecie. Jego blada skóra jeszcze chyba nigdy nie była, aż tak blada sprawiając, że kocur zlewał się z otaczającym go puchem.
Gdy stróż zdał sobie sprawę, że został otoczony przez trójkę kotów, napiął mięśnie, a z jego pyska wydobył się niezrozumiały charkot.
– Cii... Spokojnie. – miauknęła Gąska, podchodząc do swojego mentora. Chciała go uspokoić, aby nie wpadł w panikę i dodatkowo nie skaleczył swojej delikatnej i wyziębionej skóry.
– Na Wszechmatkę, Cieniu, co ci strzeliło do głowy, aby w taki ziąb zapuszczać się w teren. I to nad wodę! – zawołał Sajgon, po czym chrząknął. – Mucha, pomóż mi go wyswobodzić!
– -ja... – wymamrotał Cień, dygocząc z zimna. Gąska pośpiesznie zajęła miejsce obok mentora, starając się go ogrzać swoim małym ciałkiem. Lepsze to niż nic. – G-głos...
– Głos? – spytała, jednak kocur nie kontynuował myśli. Zmrużył oczy i położył pysk na śniegu. – Głos kazał ci wyjść z obozu? – zagaiła. To była pierwsza myśl, która przyszła jej do głowy, nie widziała jednak czy trafna.
Bracia drapali pazurami po lodzie, jednak bezskutecznie. Skóra kocura przymarzła na dobre. Nawet próba wyswobodzenia kocura siłą odpadała. Sprawiliby mu jedynie dodatkowy ból i cierpienie, narażając na bolesną śmierć.
– G-gąsko... – Gdy kocur zakasłał, siląc się na wymówienie imienia swojej uczennicy, w kotce coś pękło. Z oczu pociekły jej łzy, które starała się przed łysym kocurem ukryć. Położyła głowę na jego grzbiecie, co jakiś czas zerkając na wojowników.
– I jak wam idzie? J-jest taki zimny... – miauknęła, mając nadzieję, że kocury wezmą się do roboty i uda im się w końcu rozbić lód.
– To na nic! – zawołał po pewnym czasie Mucha, po czym uderzył ogonem w warstwę śniegu. – Nie damy rady go wyciągnąć... Musiał spaść z buku i stracić przytomność w tej kałuży, która zdążyła zamarznąć...
– Mucha – skarcił brata czarny kocur.
– Poczekajcie. Pomogę wam... – Gąska odeszła od boku stróża, a jego ciałem przeszły drgawki. Mimo że kotka z całych sił drapała w lód, ścierając przy tym swoje pazurki, nie była w stanie wystarczająco go skruszyć. Cień był nadal uziemiony. Dostrzegając, że to bezskuteczne, ponownie zajęła miejsce tuż obok niego, chcąc go ogrzać, a buty kocur zajął miejsce z drugiej strony.
Czarny kocur zaproponował udanie się z powrotem do obozu po kogoś, kto pomógłby im z twardym lodem. Gąska przytaknęła, mając nadzieję, że mają jeszcze wystarczająco czasu. Jednakże, gdy sylwetka Sajgona zanikła pomiędzy padającym śniegiem, zrozumiała, że to była najprawdziwsza walka z czasem.
Nie mogli zostawić Cienia samego, jednak również sami nie mogli czuwać przy nim przez kolejne godziny. Gąska czuła jak ledwo czuje swoje łapki, a jej nosek, jak i uszy zaczynały ją boleć z zimna. Wymieniła spojrzenie z Muchą, który ledwo był w stanie usiedzieć w jednej pozycji, co jakiś czas ją zmieniając.
Oddech Cienia stawał się płytszy. Miał częściej zamknięte oczy niż otwarte, pomimo prób ocucenia go i próśb, aby nie zasypiał.
– Gąska? Mucha? Co wy wyprawiacie?
Żmija spoglądała z góry na koty, stojąc na powalonym pniu drzewa służącym za most. Chwilę zajęło niebieskiej zrozumieniem, że ten kamień, do którego się tulą, wcale nie był kamieniem, lecz jej synem. Złotooki kot zeskoczył na dół, wołając pozostałych członków patrolu.
Gąska odsunęła się, pozwalając rodzicowi zbliżyć się do umierającego dziecka. Nawet jeśli Cień był dorosły, nadal był czyimś dzieckiem, czyimś kociakiem. Nawet jeśli jego relacja z rodzicami, jak i z innymi kotami była trudna, na jego pysku zagościł słaby uśmiech na widok rodzica. Gąska przeniosła spojrzenie na Muchę, który ruchem łapy dał jej znać, aby zbliżyła się do niego. Kocur zasugerował ponowienie próby wyswobodzenia uwięzionego spod lodu, tym razem przy pomocy kotów z patrolu.

~~~

Mimo że Sajgon przyprowadził dwa inne koty, nadal nie byli stanie wyswobodzić z lodu Cienia. Nawet z pomocą powracających kotów z patrolu. Atmosfera zrobiła się nerwowa, a kilka kotów przejęło pałeczkę, nakazując powrót częściej grupy do obozu i poinformowaniu o zdarzeniu.
– Nie możemy pozwolić sobie na więcej ofiar... Zaraz wszyscy zamarzniemy lub przy dobrych wiatrach co najwyżej przeziębimy, a lecznica już i tak pęka w szwach!
Gąska przyglądała się w ciszy, jak ogon Żmii delikatnie przejeżdżał po grzbiecie łysego kocura. Mimo że jego zielone oczy pozostały zamknięte, ten wciąż nadal oddychał. Słabo, siląc się na każdy jego pełniejszy chaust.
Część kotów zdecydowała się pozostać jeszcze przez chwilę przy kocurze, w tym Gąska. Nie udało jej się mieć dobrej relacji z kocurem, czego żałowała, jednak nie chciała na niego naciskać. Sama nie lubiła, jak ktoś naruszał w nachalny sposób jej przestrzeń osobistą. Żałowała jednak, że nie dane było jej mieć wystarczająco czasu, aby ją polepszyć. Aby Cień mógł jej zaufać na tyle, aby jej się nie obawiać; w szczególności tego, że mogła być na niego zła, czy mieć pretensje. Bo nie była. Nie ważne, jaki Cień był, szanowała go, jak żadnego innego kota i nawet starała się spoglądać na świat jego oczami, chcąc go zrozumieć.
Cień otworzył swoje oczy, które miały mglisty kolor. Błysk w jego oczach z każdym uderzeniem gasł. Gąska zbliżyła się do niebieskiego i ze łzami w oczach zetknęła się z byłym mentorem czołem, przepraszając go i dziękując za wszystko. Miała nadzieję, że w życiu po życiu kocur odnajdzie szczęście. I że kiedyś, gdy się ponownie spotkają, kocur będzie jej ufał.
W drodze powrotnej koteczka zastanawiała się nad słowem, które kocur wymówił, nim nie był w stanie wydobyć z siebie już żadnego dźwięku oprócz kaszlu i szczekania zębami. "Głos". Czy jej interpretacja słowa, zdania czy też jego myśl była dobra? Czy jakiś głos go wzywał, nakazując udać się w teren podczas zawiei?
"Czy tym głosem była Wszechmatka?"
Gąska zatrzymała się, zerkając przez ramię w kierunku Konającego Buka. Miejsca, które zostało grobem Cienia. Mucha delikatnie uderzył bokiem o bark szylkretki i pokręcił głową, prawdopodobnie chcąc ją odwieść od powrotu do mentora, z którym się już pożegnała.

🪿🪿🪿

Od Tawułowej Łapy CD. Pchełkowego Skoku

Czas płynął nieubłaganie, a Tawuła z księżyca na księżyc nie tyle, co poprawiała swoje umiejętności polowania czy walki, jak i również kroczek po kroczku wyzbywała się swoich słabości. Opuszczanie obozu głównym wyjściem wciąż stanowiło wyzwanie dla córki Rozświetlonej Skóry, jednak uczennica coraz chętniej przystawała na częstsze propozycje ćwiczenia padające z pyska mentorki. Dlatego, gdy Pchełkowy Skok po przywitaniu się z siostrą, zaproponowała podjęcie próby zejścia wzdłuż zbocza, przystała na to niemalże od razu.Razem z szylkretką wyszły na zewnątrz, zatrzymując się lisią długość ogona od urwiska. Tawuła nieco pewniej poruszała się po zboczu, jednak sama myśl, że porą nagich drzew szlak ten będzie ośnieżony oraz oblodzony sprawiało, że jej serce przyspieszało bicia.
Z pyska Pchełkowego Skoku padła pochwała, gdy uczennica dość zwinie, jak i z otwartymi oczami pokonała fragment trasy, przy którym zazwyczaj zamierała w bezruchu. Wciąż jednak nie decydowała się spojrzeć w dół zbocza.
W trakcie ćwiczenia minęły się z kilkoma kotami, które powracały do obozu, niosąc w pyskach upolowane ptactwo. Wśród nich był drugi z ojców Tawułowej Łapy, Mroźny Wicher. Tawuła skinęła na powitanie rodzicowi, który odpowiedział jej tym samym, decydując się na chwilę zatrzymać i odłożyć zdobycz na bok.
– Widzę, że z coraz większą pewnością poruszasz się wzdłuż zbocza – zamruczał, wpatrując się w córkę. W jego spojrzeniu widać było dumę, na co Tawuła z radością poruszyła swymi wywiniętymi uszami zakończonymi pędzelkami. – Lada moment, a będziesz z niego zbiegać, tak jak Promienna Łapa – parsknął, posyłając córce uśmiech. – Pchełkowy Skoku, czy miałabyś coś przeciwko, abym jutrzejszego dnia spędził czas ze swoją córką i przeprowadził jej trening? – zwrócił się do szylkretki, która nie miała żadnych obiekcji wobec spędzenia czasu swej uczennicy z ojcem.
Po skończonej rozmowie i ustaleniu, że jutro Tawułowa Łapa będzie ćwiczyć wraz z ojcem nawigację w tunelach, kocice udały się na plażę, na której Tawuła miała ćwiczyć otwieranie krabów. Biała kotka w końcu zrozumiała, dlaczego Jastrzębi Zew nie przepadała za tymi stworzeniami. Jednak nawet zaciśnięcie szczypiec na nosie Tawuły nie zniechęciło jej, aby zrezygnować z dzisiejszego treningu, jak i zjedzenia mięsa kraba, który był ulubionym przysmakiem koteczki.

* * *

Skoro świt opuściła wraz z ojcem obóz, zapuszczając się w okolicę granicy z Klanem Wilka oraz z Klanem Burzy. Niedaleko z nich znajdował się tunel, w którym uczennica miała ćwiczyć nawigację. Tawuła zaciekawiona podziemnym labiryntem bez zawahania się zniknęła w jego wejściu, tuż za niebieską kitą ojca. Niebieskooki szedł na przodzie, opowiadając córce o sieci podziemnych korytarzach. Co jakiś czas zatrzymywał się, każąc córce węszyć i zwracać uwagę na charakterystyczne znaki, pomagające jej w określeniu swego położenia.
– Czujesz i słyszysz szum wody? Znajdujemy się niedaleko wodospadu, jak i obozu. Gdybyś skręciła w prawo, a potem w lewo i przeszła korytarzem, na którego ścianie widnieje skamieniała muszla ślimaka, wróciłabyś do obozu – wyjaśnił, na co Tawuła pokiwała łebkiem, starając się zapamiętać cenną uwagę ojca. Zazwyczaj korzystała z tego korytarza w obecności Pchełkowego Skoku, dlatego nie do końca zwracała uwagę na otaczającą ją przestrzeń. Musiała jednak nauczyć się poruszać sama wzdłuż korytarzy. – Chodźmy dalej.
Przez długi czas kluczyli pod ziemią, a uczennica starała się zapamiętać wszystkie cenne rady ojca. W końcu kocur skręcił w odnogę, na której końcu widać było światło.
Tawuła zmrużyła oczy, gdy wystawiła mordkę na zewnątrz. Gdy je ponownie otworzyła, zaskoczył ją widok, który się rozpościerał tuż przed nią. Złote Kłosy.

* * *

Nim zdecydowali się na powrót do obozu, Mroźny Wicher zaproponował poćwiczenie jeszcze wspinaczki na drzewach, niedaleko Złotych Kłosów. Mimo lęku wysokości, Tawuła dość sprawie dotarła na najniższą gałąź. Trzymała się częściej niższych partii drzewa, nie decydując się dosięgnąć jego korony.
– Może jednak spróbujesz przejść o jedną gałąź wyżej? – zaproponował ojciec, na co Tawuła pokręciła przecząco głową. – No dalej! Wiem, że sobie poradzisz.
– N-nie chcę... wystarczy mi to, gdzie jestem – odmiauknęła, nie decydując zdobycia szczytu drzewa.
Przeskakiwała po niższych gałęziach drzew, aż w końcu zmęczona, zeskoczyła na trawę. Mroźny Wicher pochwalił córkę, ale również skarcił, za to, że odmówiła podjęcia próby wspięcia się na wyższą gałąź. Nie był jednak szczególnie zły. Zdawał sobie sprawę, że kotka potrzebowała czasu, jednak zależało mu, aby nie zniechęcała się od razu.

* * *

Zimny morski wiatr targał futrem Tawuły, gdy szła wzdłuż klifu. Dzisiaj jedynie dwa razy zatrzymała się podczas przeprawy do obozu. Odłożyła upolowaną w trakcie powrotu zdobycz na stosiku, po czym odprowadziła spojrzeniem ojca, który zajął miejsce obok Kukułczego Wdzięku i Pietruszkowej Błyskawicy. Tawuła nie zdecydowała się dołączyć do ciotki i przybranej kuzynki, zamiast tego spojrzeniem starała się odszukać Pchełkowego Skoku. Chwilę jej zajęło zlokalizowanie szylkretki, gdyż stała w głębi, aniżeli w sercu obozu. U jej boku znajdował się przybrany syn Judaszowcowej Gwiazdy, Mirtowe Lśnienie. Kotka przez chwilę przypatrywała się w oba koty, aż w końcu zdecydowałam się do nich zbliżyć.
– Pchełkowy Skoku... – miauknęła, zwracając tym samym uwagę mentorki, która nerwowo spojrzała w jej stronę. Najwyraźniej Tawuła musiała ją zaskoczyć swoją obecnością, jak najzwyczajniej w świecie przeszkodziła jej podczas rozmowy z rudym kocurem. – Skończyłam na dzisiaj trening z Mroźnym Wichrem. Ćwiczyliśmy razem nawigację w tunelach oraz wspinaczkę na drzewa... – urwała, gdy Mirtowe Lśnienie skupił na niej swoje spojrzenie. Kocur chrząknął, po czym wymieniwszy porozumiewawcze spojrzenie z Pchełką, oddalił się, znikając w legowisku wojowników. – P-przepraszam. Przeszkodziłam wam... – Położyła po sobie uszy, czując, jak pieką ją policzki. Nie była przecież małym kociakiem, aby z każdym swoim postępem dzielić się z innymi kotami, a jednak! Cieszyła się, że mogła pochwalić się swojej mentorce, jak i siostrze, że zrobiła kolejnego dnia spore postępy. Nawet jeśli w związku z tym przeszkodziła jej w rozmowie z rudym kocurem.

<Pchełko?>

[900 słów + nawigacja w tunelach + polowanie oraz nauka otwierania krabów + wspinaczka na drzewa]

[Przyznano 18% + 5% + 5% + 5%]

Od Fląderki CD. Klekoczącej Łapy

Klekocząca Łapa miał absolutną rację. Mimo że nie chciała sprawiać kłopotów, pragnąc spokojnie żyć w klanie, raz za razem spotykało ją, jej bliskich i koty dookoła niej pasmo nieszczęść.Czy naprawdę chodziło tylko o jej przeklęty kolor sierści? A może jeszcze o coś innego. Chyba tylko przodkowie znali na te pytania odpowiedzi.
– P-przepraszam... – wyszeptała ledwo słyszalnie w odpowiedzi. Wbiła spojrzenie w swoje łapki, zastanawiając się nad słowami kocura, gdy ten kończył opatrywać jej bok. Naprawdę miał rację, w końcu był mądrym kocurem w przeciwieństwie do odrzutka. No i w dodatku był księciem. Mądrym księciem, który posiadał wiele talentów. – P-przepraszam, że sprawiłam wam wszystkim tyle kłopotu, w szczególności tobie książę Klekocząca Łapo. – Zacisnęła oczy, starając się ukryć grymas spowodowany pulsującym bólem z rany, jak i uczuciem swędzenia, gdy kocur skończył wymieniać opatrunek i nieco się cofnął od pacjentki, dając jej przestrzeń. – I... dziękuję. – powiedziawszy to, skłoniła lekko łebek.
Jej cichy głos na pewno dotarł do uszu kocura. Wiedziała, że powinna już wcześniej mu podziękować, jednak wyleciało jej to z głowy, głównie za sprawą różnych innych wydarzeń, które miały miejsce w klanie. Zamierzała wszystko powoli nadrobić i spróbować się jakoś odwdzięczyć młodemu księciu za uratowanie życia. Miała wobec niego dług, który prawdopodobnie do końca swego życia nie uda się jej spłacić.
Klekocząca Łapa przez chwilę wpatrywał się we Fląderkę zastygniętą w miejscu ze schyloną głową. Nie odezwał się, zamiast tego jego pysk opuściło prychnięcie.
Fląderka uniosła spojrzenie na księcia, prostując się. Czyżby źle się pokłoniła? A może powinna okazać w inny sposób swoją wdzięczność za ratunek, jak i sam fakt, że biało-czarny się nią zajmuję. Niepewnie rozejrzała się dookoła, mając nadzieję, że ktoś mógłby jej podpowiedzieć, co zrobiła nie tak i dlaczego Klekocząca Łapa wyglądał na... złego? Niestety oprócz niej i księcia nie było nikogo w legowisku.
– Dlaczego taka jesteś? – padło w końcu z pyska księcia.
Fląderka kolejny raz nie potrafiła zrozumieć sensu kryjącego się za pytaniem Klekotka. O co mu mogło chodzić? Dlaczego była czekoladowa? Dlaczego była wybrakowana? Dlaczego... dlaczego?
Usiadła na ziemi, starając się znaleźć odpowiedź, która byłaby godna uszu księcia.
– Przepraszam, nie rozumiem – miauknęła, kuląc się. Uniosła jedną z łapek, by zaraz położyć ją na drugą, która przez cały czas spoczywała na posadzce.
– No właśnie, nie rozumiesz – mruknął. Jego oczy do tej pory szeroko otwarte, jeszcze chwilę temu skupione na precyzyjnym owinięciu pajęczyny wokół boku Fląderki, zwęziły się w szparki. – Nie przeszkadza ci to, nawet w najmniejszym stopniu, że nie zostałaś mianowana na uczennicę wojownika? – zagaił być może ze zwykłej ciekawości. Czy jego wcześniejsze pytanie dotyczyło właśnie roli, czy też właściwie jej braku?
Uszko Fląderki opadło wzdłuż pyszczka. Czy to był jakiś test, mający sprawdzić, czy nie została dotknięta klątwą, na którą chorowały czekoladowe koty? A może po prostu książę się zgrywał i chciał ten jeden jedyny raz wysłuchać, co odrzutek miał do powiedzenia?
– N-nie... niespecjalnie – wydukała z przestrachem w głosie, tak jakby od jej odpowiedzi zależało jej życie. Być może właśnie tak było? – Uważam, że twoja babcia, Mandarynkowa Gwiazda podjęła bardzo dobrą decyzję, nie decydując się mianować mnie na ucznia i nie wybrała dla mnie mentora. Z-znam swoje miejsce i wiem, że nie byłabym w stanie dorównać pozostałym uczniom. N-nawet z byciem odrzutkiem nie potrafiłam sobie poradzić. – Nawiązała do sytuacji z wydrami, gdy nawet siedzenie z boku na brzegu ją przerosło i sprowadziła na swoją siostrę śmierć. – G-gdybym została uczennicą, pozostali uczniowie mogliby być niezadowoleni moją obecnością w legowisku czy obecnością na wspólnych treningach... P-poza tym koty czekoladowe nie powinny zgłębiać tajników polowania czy walki, a tym bardziej medycyny. T-tak jest bezpieczniej, dla wszystkich.
Przez pysk kocura w zaledwie kilka sekund przewinęły się przeróżne reakcje na jej oczywisty wywód.
Książę otworzył pysk, jednak Fląderce nie było dane usłyszeć tego, co miał do powiedzenia. Do lecznicy wróciła Gąbczasta Perła.
– Klekocząca Łapo! – zawołała niewyraźnie, trzymając w pysku sporą kępkę mchu. – Potrzebuje twojej pomocy! Teraz! – dodała, tak jakby przewidując to, że kocur wymruczał właśnie przez zęby "Zaraz...".

* * *

Większość pory nagich drzew spędziła w ciepłej leczniczy, wychodząc jedynie na zewnątrz za potrzebą. Rana na boku zdążyła już się prawie zagoić dzięki profesjonalnej opiece medycznej. Ślad po wydrzych pazurach był niemalże niezauważalny pośród jej brązowego futerka.
Fląderka obserwowała, jak medycy krzątali się po lecznicy, sugerując medykamenty i zajmując się pozostałymi chorymi kotami.
Fląderka ostrożnie przeciągnęła się na posłaniu, decydując się zbliżyć do Różanej Woni i Klekoczącej Łapy. Po cichu zbliżyła się do medyków, zajmując odpowiednią odległość, aby zbytnio im nie przeszkadzać.
– Jeszcze księżyc i wrócisz do kociarni – miauknęła Różana Woń, nie podnosząc spojrzenia znad ziół. – Miałaś szczęście w nieszczęściu, że zostałaś zraniona pod pory opadających liści, Fląderko. Dzięki temu mogłaś wypoczywać w lecznicy, gdy na zewnątrz panował ziąb.
– W-wiem to i wstydzę się tego – podjęła, obserwując, jak długie białe łapy przerzucały na stosik zioła niedające się do podania im chorym. – Gdy ja wygrzewałam się w lecznicy, pozostałe koty ciężko pracowały. W-wiem, że nie powinnam, ale... czy mogłabym wam jakoś pomóc? – zagadnęła, przenosząc spojrzenie na księcia, który w odpowiedzi wzruszył ramionami. – Zdaję sobie sprawę ile pajęczyny, liści i maści zostało zużytych na moją ranę. Może mogłabym po nią pójść...
– Tylko koty z rodu królewskiego mogą zajmować się medycyną, Fląderko. Przecież powinnaś to wiedzieć. – Pysk Różanej Woni się wykrzywił, jednak po chwili westchnęła. – Jak skończymy segregację, pomożesz mi wynieść stare zioła na zewnątrz. W tym samym czasie ty Klekocząca Łapo powtórzysz nazwy nowo poznanych ziół i ich zastosowanie – zwróciła się do wnuka kuzynki, decydując się wyjawić jego następne zadanie.
Kocur nie wyglądał na zadowolonego, jednak nie wyraził jawnie swej niechęci. W ciszy kontynuował segregację liści, odkładając na kupkę obok liście, które nie wyglądały zachęcająco do spożycia.
Fląderka powróciła na swoje legowisko. Przez ten czas pobytu do medyków rzadko ktokolwiek ją odwiedzał. Raz, a może dwa zajrzał do niej Rezedowa Łapa, jednak w jego spojrzeniu zamiast współczucia widziała coś na kształt żalu. Tak jakby kocur pragnął odnaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego to Centuriowa Łapa odeszła, a Fląderka przeżyła.
Oprócz brata nie miała nikogo w Klanie Nocy. Nikogo z kim mogłabym dłużej porozmawiać. Co prawda w ostatnim czasie zbliżyła się bardziej niż dotychczas do rodziny królewskiej piastującego funkcje medyków, jednak tylko dlatego, że od kilkunastu wschodów słońca przebywała z nimi dzień w dzień, non stop. Rozmawiała z nimi, odpowiadała na pytania, jednak zazwyczaj to któryś z medyków musiał zainicjować rozmowę.
Nawet z księciem udało jej się częściej rozmawiać i koteczka miała wrażenie, że spojrzenie ucznia podczas rozmów z nią nieco się zmieniło. Wydawało się łagodniejsze, jednak może to za sprawą tego, że wyzdrowiała i lada moment opuści lecznice? Tak, to pewnie dlatego na pysku Klekotka kotka częściej dostrzegała uśmiech. Książę na pewno wolał zajmować się wojownikami, królowymi, starszyzną czy innymi uczniami, niż odrzutkiem, który pasożytował przez te kilka wschodów słona, nie dając nic od siebie w zamian.

<Książę Klekotku? Może zechcesz opowiedzieć z nudów odrzutkowi o tym, jak wygląda zgromadzenie i Bursztynowa Wyspa>

Od Wełnistej Mszycy

Nadeszła pora nagich drzew, a wraz z nią Wełnista Mszyca zyskała więcej zmartwień niż dotychczas. Biały puch otulił kwieciste dywany i zielone pagórki. Wojownicy częściej wracali z pustymi łapami, a każda zdobycz była na wagę złota. To samo dotyczyło zapasów ziół w składziku. Wełnista Mszyca robiła, co mogła, aby spod warstw śniegu wykopać nadające się zioła do użytku w lecznicy, jednak często i ona wracała z pustymi łapami do obozu.
Kotka zatrzymała się przy Kamiennych Strażnikach, unosząc spojrzenie na monumenty ustawione w kręgu. Mimo posiadania prawie trzydziestu księżyców na karku budowla wciąż zapierała dech w piersiach kocicy, jak i historia skarbu skrywanego pod ziemią.
Medyczka przywołała w myślach informacje, którymi podzielił się z nią Mglisty Sen. Na zgromadzeniu medyków znajdowali się medycy z Klanu Wilka. Albinoska zastanawiała się, czy były to koty, którym nie udało się uciec wraz z towarzyszami, czy może jednak były to podstawione koty przez lidera i ten cały kult. Jednak jeśli sięgnęła pamięcią, zarówno Cisowe Tchnienie oraz Roztargniony Koperek zachowywali się normalnie w trakcie prowadzenia rozmów na zgromadzeniach na Bursztynowej Wyspie, jak i na spotkaniu medyków.
"Czy Klan Gwiazdy pozwoliłby na to, aby na tej świętej ziemi stanęła łapa kultysty?"
Wpatrywała się w las rosnący na terenach Klanu Wilka. Jej marzenie o zjednoczeniu dwóch tak podobnych, a zarazem różnych klanów legło nim na dobre miało możliwość przejścia do fazy pierwszej.
Nie widziała się z Mglistym Snem od ich ostatniego spotkania. Miała nadzieję, że on i jego towarzysze są bezpieczni. Pragnęła z nim jeszcze raz ponownie spotkać, a nawet zaproponować możliwość spotkania się z ich liderem, a także liderami sojuszniczych społeczności, aby zapewnić im bezpieczeństwo.

* * *

Wpatrywała się w swój odcisk, który odcisnęła na ścianie w Grocie Pamięci tuż po zakończeniu spotkania medyków. Mimo że Wdzięczna Firletka pozwoliła jej już wcześniej używać miana asystenta, dopiero teraz mogła pozostawić po sobie ślad na ścianie. Sama ceremonia również się różniła od typowej Ceremonii Dorosłości; jej była o wiele, wiele skromniejsza. Oprócz pozostałych medyków towarzyszył jej ojciec oraz bracia, jak i najbliżsi przyjaciele.
Mimo że na jej pyszczku widniał uśmiech, czuła w sercu niepewność. Wplątała się w coś, w co na dobrą sprawę nie powinna się wplątywać, częściowo wplątując w to, jakby nie patrzeć sam Klan Burzy.
"Za wiedzę się płaci."
Przeniosła spojrzenie na Króliczą Gwiazdę, który zsunął się ostrożnie z podwyższenia, z zamiarem powrotu do legowiska lidera.
"Jeszcze nie teraz..."
Ponownie utkwiła spojrzenie w fioletowym śladzie na ścianie, po czym spojrzała na rdzawy odcisk Białego Strumienia znajdujący się tuż obok śladów pozostałych przewodników.

* * *

Od ostatniej rozmowy z Wilgową Goryczą nie spotkała kocura na granicy już ani razu. Z jednej strony żałowała, że to tak się wszystko potoczyło. Wciąż pamiętała o ostrzeżeniu Mglistego Snu, jednak w pewnym sensie żałowała, że drugi z wilczaków, z którym udało się zbudować relację, okazał się prawdopodobnym wyznawcą Mrocznej Puszczy i kimś, z kim nie powinna się zadawać.
Westchnęła, odkładając rumianek na kamyku, mając nadzieję, że pora nowych liści, która miała lada moment nadejść, wynagrodzi niedogodności pory nagich drzew.
– Zajrzę do starszyzny – poinformowała Zawilcową Koronę, do którego przyszedł Kminkowy Szum wraz z jednym ze swoich synów.
Sprawnie przemknęła pomiędzy Skruszonym Drzewem i zniknęła w legowisku starszych.

* * *

Klan Burzy stracił kolejny dwóch starszych stażem lojalnych wojowników, jak i również Klan Gwiazdy zbyt wcześnie upomniał się o Kołysankową Łapę. Gdy dowiedziała się, że brata Księżycowej Łapy zaatakował lis, albinoska zaczęła się zastanawiać czy to ten sam lis, co zaatakował ją, gdy była uczennicą. Wraz z pozostałymi medykami przygotowała należycie ciała zmarłych do przeprowadzenia ceremonii pochówku, dekorując je mieszaniną lawendy i pozostałych ziół, mających zamaskować zapach śmierci.
Słodka Dziewanna wraz ze swoimi córkami zbliżyła się do zimnego ciała starszej. Delikatnie otarła się pyskiem o policzek przybranej matki, po czym wraz z trójką młodych uczennic oddaliła się na bok, by móc w ciszy i spokoju opłakiwać cynamonową kotkę.
Wełnista Mszyca spojrzała w kierunku Zawilcowej Korony, po czym skupiła spojrzenie na Księżycowej Łapie i Śniącej Łapie. Tego dnia stracili kolejnych członków rodziny. Musiało być im ciężko. Kotka ostrożnie zbliżyła się do niewidomego kocura, delikatnie ocierając się barkiem o jego bok, w ciszy zajmując miejsce tuż obok niego.

* * *

Lotosowa Łapa został pełnoprawnym kronikarzem, zastępując tym samym Czuwającą Salamandrę, która zdecydowała się odejść na zasłużoną emeryturę. Człon Łapa w imieniu brata został zastąpiony przez człon Pąk. Fioletowooki z dumą wpatrywał się w swój odcisk na ścianie w Grocie Pamięci.
Wełnista Mszyca żałowała, że ich matka nie mogła brać udziału w ceremonii. Co prawda wiedziała, że kocica dogląda swego potomstwa z niebios, jednak to nie było w stanie zastąpić jej obecności.
Albinoska próbowała odnaleźć odcisk matki na ścianie. Było to trudne, zważywszy na ilość odciśniętych łap w Grocie Pamięci, jednak po chwili dostrzegła kształt łapy, podobny do tego, który pozostawiała kotka na miękkiej ziemi.
– Jestem z was dumny – zamruczał Szara Skóra, wypinając dumnie pierś, tak jakby, to on, a nie Lotos był mianowany.