BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

09 września 2026

Od Alki do Fiołek

Nagle ciemność częściowo ustąpiła jaskrawemu światłu, które sprawiło, że Alka musiała zmrużyć oczko. Po raz pierwszy było jej dane doświadczyć w pełni tego, co działo się wokół niej. Koteczka niezdarnie spróbowała się przekręcić, jednak zatrzymała się w połowie obrotu, leżąc na grzbiecie. Prosto nad nią bowiem pochylała się inna kotka.
– Ale to jest śmieszne! – zamiauczała, ale Alka nie wyczuła w jej tonie głosu złośliwości; bardziej zaciekawienie jej istotą.
– Co jest śmieszne? – liliowa usłyszała inny głos. Po chwili zdała sobie sprawę, że znajdowała się przestronnym wnętrzu plątaniny niskich krzewów, a w kociarni oprócz niej znajduje się jeszcze mnóstwo innych kotów. Próbowała je policzyć, ale udało jej się jedynie dojść do wniosku, że jej pobratymców było więcej, niż koteczka miała łapek, a dalszych liczb niestety jeszcze nie znała.
– Te nowe kocięta – usłyszała znów kotkę, która nachylała się na nią. Alka musiała się mocno wysilić, aby przewrócić się na bok i patrzeć gdziekolwiek indziej niż na szylkretkę. Ta jednak jakby nie domyśliła się idei zmiany pozycji Alki i znów wepchnęła głowę tuż przed pyszczek koteczki tak, że wszystko, co widziała to mordkę starszej. Za bardzo jednak się wstydziła, żeby poprosić ją, aby się przesunęła.
– Co w nich śmiesznego? – znów usłyszała jakiś głos, tym razem starszy. To jej noska doszła woń dorosłej kotki zmieszana z zapachem mleka.
– Nic takiego – odparła szybko szylkretka – po prostu są bardzo malutkie. To w niczym nie przeszkadza, na pewno się zaprzyjaźnimy. Jestem Fiołek – powiedziała kotka i sprawnym ruchem posadziła kocię i wyciągnęła łapkę w powitaniu.
Alka nie była pewna, co teraz należało zrobić. Bała się, że podnosząc przednią łapkę, straci równowagę, a inni będą się z niej śmiać. Co, jeśli jej nie polubią? W końcu jednak wzięła się w garść i nieśmiało wyciągnęła przed siebie kończynę, którą szylkretka energicznie potrząsnęła.
– Ona w ogóle potrafi mówić? – spytał ktoś, wyglądając niepewnie zza barku Fiołka.
– Jasne, że potrafi mówić, Drzemliku – odezwała się jeszcze inna kotka. Alka skupiła się na liczeniu. Okazało się, że kotów w żłobku jest tyle, co jej wszystkich pazurków. Nie znała liczby określającą tę ilość, ale wiedziała, że była ona całkiem spora.
Wiedziała, że inne koty nie polubią jej, jeśli będzie się zadawać z czekoladowymi osobnikami. Podobno w klanie było ich tylko troje, z czego jeden był więźniem, a dwoje było właśnie w kociarni. Musiała ich unikać za wszelką cenę, inaczej nie będzie miała przyjaciół i będzie sama jak pazurek u łapki. Wiedziała, że może zaufać Fiołek, skoro była trzykolorowa, to nie była czekoladowa, tylko szylkretowa. A jeśli jeden z jej kolorków był czekoladowy?
Rozejrzała się po żłobku. Było w nim więcej kotków o kolorze futra Fiołki, więc na pewno nie był to brązowy, w końcu takich kotów było tylko dwoje. Po tej dedukcji odetchnęła z ulgą i uśmiechnęła się nieśmiało w stronę Fiołek. Skoro kolor jej futerka nie brudził, to może zostaną przyjaciółkami?
– Cześć – pisnęła cichutko do starszej – Ja mam na imię Alka.

<Fiołek?>

Od Zwęglonej Kukułki CD. Kryształowej Łapy (Ośnieżonego Kryształu)

· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·
Przeszłość,
koniec pory zielonych liści
· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·

Żółte ślepia z uwagą odprowadzały sylwetkę szczupłej siostry, która podążała u boku Cienistej Zjawy. Młódka wraz z wojownikiem zapewne czuli na sobie nieco przygaszony wzrok Zwęglonej Kukułki, lecz żadne z nich przez choćby chwilę nie wykazywało oznak, by zaraz miało nastąpić skrzyżowanie któregoś z ich spojrzenia z tym należącym do uczennicy Sowiego Zmierzchu. Ta w duchu niemal co dzień dziękowała Przodkom, iż na jej drodze został postawiony liliowy Wilczak, a nie ktoś inny pokroju syna liderki. Dymna miała wrażenie, że już sama jego obecność wywołuje u niej lodowaty dreszcz wzdłuż kręgosłupa — uznawała to za przeczucie, które traktowała w pełni poważnie, w końcu lepiej unikać możliwego zagrożenia, niż później zorientować się w sytuacji, kiedy już będzie za późno.
Ona miała możliwość pewnej izolacji od Cienistej Zjawy i innych wojowników, jednakże jej niewinna i często naiwna siostra nie miała takiej możliwości, gdyż kocur był jej mentorem, a nie zapowiadało się, by ten prędko ją polecił Zalotnej Gwieździe. Kryształowa Łapa była skazana na przebywanie przy starszym, niczym bezbronne jagnię w samym środku grupy wygłodniałych wilków. Na to porównanie jej pysk opuściło ciche prychnięcie — zdała sobie sprawę, jak to określenie niemal dosłownie opisywało obecną sytuację uczennicy, której było daleko do obrazu klasycznego Wilczaka, którego można spotkać na zgromadzeniu lub w ich własnym azylu.
Było wyjątkowo wcześnie i większość obozu jeszcze spała, starając się jakoś wytrwać w czasie wyjątkowo skwarnej pory zielonych liści. Ta była wyjątkowo bezlitosna i nawet noce nie były momentem, który przynosiłby jakąkolwiek ulgę. Wojowniczka właśnie miała skryć się w głębi legowiska, lecz powstrzymał ją dreszcz. Dokładnie ten, który już tak dobrze znała po księżycach życia wśród Wilczaków. Przez chwilę błądziła wzrokiem po pustej polanie obozu, szukając na niej czegoś, co wybawi ją od konfrontacji z osobnikiem za nią. Nic jednak takiego się nie znalazło, więc została zmuszona do nieuniknionego. Starając się ukryć sztywność i napięcie w ciele, obróciła się na pięcie, konfrontując się pyskiem w pysk z jedną z mistrzyń. Kocimiętkowy Wir była nieco podobnego wzrostu, co Kukułka, lecz jej budowa była bardziej masywna, co zdecydowanie było widoczne w połączeniu krótkich łap i szerokiej klatki piersiowej, a głowa z wysoko usytuowanymi uszami była osadzona na mocnej szyi.
— Kocimiętkowy Wirze — mruknęła cicho wraz ze skinieniem głowy w geście powitania oraz okazania szacunku ze względu na wiek oraz rangę rudej. Ta przez chwilę utrzymywała ciszę pomiędzy ich dwójką, jakby ważyła każde kolejne słowo, które chce skierować do szylkretki.
— Wczoraj Krucze Pióro wyznaczał skład porannego patrolu granicznego. — Jej ton głosu był beznamiętny, wręcz nie pozostawiał miejsca na żadne dywagacje. — Idziesz wraz z Dyniową Skórką i Sowim Zmierzchem.
Młodsza jedynie skinęła łbem, woląc nie ryzykować gniewu mistrzyni lub kogoś jeszcze wyżej postawionego nad nią. Wystarczyło jej, że z jakiegoś powodu odkąd pamięta, Wilczaki krzywo spoglądały na nią, siostrę, Brukselkową Zadrę czy Gwiazdnicowy Blask. Może i dołączyła do klanu jako niemal osesek, lecz już wtedy była dobrą obserwatorką, mając jakoby naturalny talent do wyczuwania pewnych korelacji, które panowały w ich grupie.
Po tych słowach starsza wycofała się w głąb legowiska, zapewne mając zamiar powrócić do przerwanego odpoczynku, by wykorzystać jeszcze czas, który jej pozostał, nim będzie musiała zająć się własnymi obowiązkami w ciągu parnego dnia. Dymna uważnie ją obserwowała, aż do momentu, gdy ich spojrzenia na nowo się skrzyżowały — od razu odwróciła wzrok, uznając, że poczeka na pozostały skład patrolu przed krzakiem, gdzie zdecydowana większość klanu miała swe miejsce spoczynku.
Słońce powoli wspinało się na wciąż nieco granatowy nieboskłon, noszący na sobie ślady niedawnej dusznej nocy. Na obecny moment sklepienie ponad głową Wilczaczki oraz koronami drzew było przyozdobione pojedynczymi cirrusami, wyglądających dość niewinnie hen wysoko, lecz stanowiło to złudne wrażenie, gdyż te były jedynie zwiastunem z czasem pogarszającej się pogody. Były trochę niczym sama Kukułka — równie niewinna i niepozorna, lecz był to jeden z wielu jej obrazów, które nie każdy mógł obserwować. Na co dzień nieco wycofana, cicha, spokojna, idealne tło dla innych, statysta, któremu ten stan rzeczy odpowiada, by inni mogli grać swe główne role na planie własnego życia. A ona? Ona kierowała się własnym scenariuszem, który tylko parę razy uwzględniał przebicie się jej niepozornej persony na pierwszy plan.
Samotność i melodię budzącego się lasu zaczęły zagłuszać kroki zbliżającego się Wilczaka tuż za nią. Nie były one tak ostrożnie i delikatnie stawiane, jak te w jej wykonaniu — były ciężkie, powolne, jakoby ich właściciel nadal w jakimś stopniu spał. Kotka nieco obróciła głowę, by spojrzeć na swojego dawnego mentora z lekkim uśmiechem rozbawienia. Sowi Zmierzch chyba dość szybko zdążył się odzwyczaić od wczesnych pobudek, które do niedawna jeszcze miały miejsce w życiu ich dwójki. Z przeciągłym ziewnięciem przycupnął obok młódki, dołączając do oczekiwania na Dyniową Skórkę, która chyba nie miała w planach być dzisiaj rannym ptaszkiem.
— Jak się miewasz Sowi Zmierzchu — zagaiła cicho w pewnym momencie. Jej głos był spokojny i w pewien sposób pewny, co było znaczącą różnicą, patrząc na to, że jeszcze jako ledwo mianowana uczennica, każde wypowiadane przez nią słowo drżało z wcześniejszym wahaniem.
— Miło, że pytasz Zwęglona Kukułko — odparł z lekkim skinieniem głowy. — Muszę przyznać, że nie jest najgorzej, aczkolwiek już zdążyłem odzwyczaić się od wczesnych pobudek — przyznał.
— Jakoś mnie to nie widzi, staruszek z ciebie — zażartowała.
— Zaraz staruszek!
— Ledwo podrostek pokonał Cię w walce — przypomniała.
— Ten podrostek to zaraz w ten pusty łeb dostanie — burknął, spoglądając na uczennicę spod przymrużonych powiek.
— Uważaj, by Ci coś nie chrupnęło w tych starych kościach.
Liliowy właśnie miał odpowiedzieć na tę ripostę, kiedy to za ich plecami rozbrzmiało głośne, wręcz ostentacyjne ziewnięcie w wykonaniu Dyniowej Skórki. Ruda, kiedy tylko z nimi zrówna, skinęła głową w stronę starszego, ignorując obecność Kukułki. Na to dymna jedynie zastrzygła prawym uchem, utrzymując na pysku kamienny wyraz, jakby chwilę wcześniej wcale nie żartowała z Sowim Zmierzchem na temat jego coraz bardziej sędziwego wieku. Było to coś, co bardzo szybko wypracowała, obracając się w tak dwulicowej społeczności, jaką jest Klan Wilka — w ciągu uderzenia serca potrafiła zmienić na tyle swoje zachowanie i to tak naturalnie, że większość nawet nie zdawała sobie z tego sprawy.
— Skoro wszyscy są, to ruszamy — poinformował zielonooki, podnosząc się z dotychczasowego miejsca obok dawnej uczennicy. Pręgowana klasycznie od razu ruszyła za wojownikiem, sprawiając, że Zwęglona Kukułka wylądowała na samym końcu ich niewielkiego pochodu.

· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·

Żółtooka nie znała dzisiejszej trasy patrolu, więc musiała się zdać na dwójkę starszych wojowników przed nią. Dyniowa Skórka z pewnym zapałem rozmawiała z liliowym kocurem, co przywołało w pamięci dymnej, iż kocur kiedyś jej mówił, że kiedyś szkolił właśnie ów kotkę, choć było to księżyce temu. Fakt rozmowy ze swoim byłym mentorem raczej nie był czymś niezwykłym, lecz młódka poczuła pewne ukłucie zazdrości i smutku. Sowi Zmierzch był dla niej kimś więcej niż samym mentorem, który wyszkolił ją na wojowniczkę — to właśnie u niego mogła szukać wsparcia bez obaw, że zostanie wyśmiana lub skarcona za swoją słabość. Może i za bardzo ufała liliowemu, lecz ten czytał z niej, jak z otwartej księgi, więc pomimo początkowych starań, to nic zbytnio nie mogła przed nim ukryć. Co innego, teraz kiedy nabrała wprawy w tym wszystkim.
W teorii mogła iść do Brukselkowej Zadry czy Gwiazdnicowego Blasku, jednak… coś wewnętrznie ją powstrzymywało przed tym. Choć może to była też wina pewnych subtelnych gestów obu kocic, które na to wpłynęły. Mogły robić to nieświadomie, lecz nawet jeśli, to sam ich fakt wystarczał, aby Węgiel szukała większego wsparcia u kogoś innego.

· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·
Przeszłość,
wspomnienie,
za kociaka
· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·

Drobna koteczka z nieco wymuszonym uśmiechem właśnie starała się zadowolić swoją ekstrawertyczną i energiczną siostrę w zabawie w ganianego oraz zapasy, które miały być wynikiem, kiedy tylko jedna z młódek dogoni tę drugą. Kremowo białe kocięce łapki uderzały o ziemię tylko przez chwilę, wzbijając niewielki kurz, kawałeczki mchu i liści w powietrze, podobnie czyniły śnieżnobiałe łapki srebrnej kotki, która uciekała przed szylkretką. W pewnym momencie Kryształka potknęła się o własne łapy i poleciała do przodu, co chciała wykorzystać Węgielek, lecz w żłobku rozległ się zmartwiony głos ich przybranej matki, kotki, która znalazła ich dwójkę pod drzewem.
Brukselkowa Zadra niemal od razu znalazła się tuż przy cętkowanej, sprawiając, że dymna musiała w ciągu uderzenia serca wyhamować, by uniknąć zderzenia z opiekunką. Nie wiedziała do końca jak to uczynić, więc po prostu przestała przebierać łapami, nawet tymi, które były w powietrzu, co spowodowało, że również dostąpiła zaszczytu bliskiego i gwałtownego spotkania z ziemią, lecz w zdecydowanie bardziej bolesny sposób, niż w przypadku jej siostry.
Żółte ślepia zaszkliły się, a po chwili rozległo się pociągnięcie nosem, zwiastujący możliwy wybuch płaczu, lecz nic takiego nie nadeszło. Szylkretka w niezmiennej, nieco powykrzywianej pozycji leżała w miejscu, gdzie upadła. Nie odezwała się słowem, nie zaniosła szlochem — po prostu obolała przez parę łez obserwowała wojowniczkę, która będąc do niej tyłem, zajmowała się Kryształek. Czyżby nie usłyszała upadku Węgielek? Czemu chociaż nie spojrzała… Przecież ona również upadła, również odczuwała ból, jednak to zdawało się nie robić wrażenia na Brukselce, będącej zbyt zajętej srebrną.
W pewnym momencie do żłobka wkroczyła Gwiazdnicowy Blask, która w pierwszej kolejności podeszła do przybranej matki. Dymna jak przez mgłę słyszała ich słowa — w jej głowie pojawił się pewien promyk wątpliwości, który powoli zaczynał się zakorzeniać coraz bardziej, choć pozostając później przez długi czas uśpiony. Dopiero po dłuższej chwili pomarańczowooka wojowniczka skierowała się do drugiej z sióstr, która w międzyczasie zdążyła podnieść się z ziemi. Nie do końca rozumiała pytania przybranej starszej siostry, lecz była pewna, że chodzi jej o to, czy nic się nie stało. Dymna jedynie pokiwała głową, że wszystko w porządku — to wystarczyło, aby cętkowana wróciła do Brukselkowej Zadry.

· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·
Przeszłość,
tego samego dnia,
po patrolu
· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·

Patrząc na niektóre sytuacje z perspektywy czasu, Zwęglona Kukułka miała wrażenie, że za każdym razem miała wrażenie, że słyszy, jak coś wewnątrz niej pęka, jakoby pod naporem nieznanej siły, która co jakiś czas próbuje się przebić na powierzchnię. Kocica starała się o tym zbytnio nie myśleć, szczególnie teraz, gdy była wojowniczką — musiała być wsparciem dla siostry, która musiała się męczyć z Cienistą Zjawą. Skoro o nich mowa, żółte ślepia właśnie dostrzegły ruch w okolicy wejścia do obozowiska. Dymnej nie uszło uwadze, iż siostra widocznie jest obolała i w sumie to ledwo chodzi. Biała końcówka ogona szylkretki zadrżała, czując, jak narastają w jej sercu obawy o Kryształową Łapę i jej zdrowie pod opieką Cienistej Zjawy.
Nie chcąc ściągać na siebie uwagi uczennicy, podniosła się z dotychczasowego miejsca, które zajęła na czas odpoczynku po patrolu. Chciała zniknąć w legowisku wojowników najkrótszą drogą, lecz ta okazała się przecinać tą Kryształki do legowiska uczniów, przez co siostry niemal na siebie wpadły, choć to nie sprawiło, że Kukułka stanęła — nadal parła do przodu do krzewu, gdzie schroni się przed większością klanu.
— Hej, siostrzyczko! — mruknęła Kryształka, sprawiając, że dymna z bezgłośnym westchnieniem zatrzymała się i zwróciła głowę w stronę srebrnej. — Mam nadzieję, że nigdzie się nie spieszysz — dodała, podchodząc do niej. — Nie miałyśmy okazji dzisiaj porozmawiać, a ja jestem tak padnięta, że jak zmrużę oczy, to pewnie obudzę się dopiero następnego ranka! Tak więc pomyślałam, że może porozmawiamy teraz — kontynuowała, posyłając kotce ciepły uśmiech.
Szylkretowa skinęła głową, więc obie udały się na ubocze obozu i przysiadły w miejscu, gdzie nikt nie powinien im przeszkadzać.
— I... tak sobie myślałam, że chciałabym cię o coś spytać — miauknęła Kryształka, owijając ogon wokół łap.
— Tak? A o co? — odparła Zwęglona Kukułka, lekko przechylając łeb.
— O to, jak zostałaś tak szybko wojowniczką! Bo widzisz, ja wciąż jeszcze jestem Kryształową Łapą, a ty już Zwęgloną Kukułką, choć jesteśmy w tym samym wieku, z tego samego miotu, od tej samej matki i ojca! Ja naprawdę się staram i przykładam do treningów, ale na razie nic nie wskazuje na to, żeby Cienista Zjawa chciał polecić mnie liderce. Zdradź mi, proszę, co takiego zrobiłaś, że mianowano cię tak szybko! — westchnęła, patrząc na siostrę błagalnym wzrokiem.
Żółtooka nie była pewna, co odpowiedzieć, w końcu jej mentor okazał się bardzo dobrym nauczycielem i to nie tylko w wojowniczych sprawach. Nie wiedziała, jak wygląda sytuacja pomiędzy Kryształową Łapą a Cienistą Zjawą. Nie chciała też okłamywać siostry, robiąc jej niepotrzebnie nadzieję — nie miała przecież takiej mocy sprawczej, aby wpłynąć na starszego wojownika i zmusić go do polecenia niebieskiej liderce, tym samym kończąc jej szkolenie, o ile wygra w pojedynku, który był sądem ostatecznym i testem, czy uczeń faktycznie zasługuje na awans.
— Nie jestem pewna… Sowi Zmierzch nie jest Cienistą Zjawą, nie widziałam waszych treningów, więc nie wiem, co możesz zrobić. W moim przypadku Sowi Zmierzch nigdy się ze mną nie podzielił informacją, tego, co zrobiłam, że tak szybko zdecydował mnie polecić. Ale nie martw się, ty niedługo również zostaniesz wojowniczką — odparła z lekkim uśmiechem.

· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·
Noc,
koniec pory zielonych liści
· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·

Zwęglona Kukułka pogrążona w spokojnym, głębokim śnie nie spodziewała się tego, co może nadejść, szczególnie iż zawsze myślała, że Przodkowie mają ją w swojej opiece i nie pozwolą, aby coś złego się stało jej lub siostrze — przecież miały być jednymi z tych, którzy nawrócą Klan Wilka na właściwą drogę, czyli Klan Gwiazdy.
Przez sen poruszyła prawym uchem, jakoby w odruchu mający odgonić natrętnego owada, lecz cel tego był zupełnieinny…
“Szylkretka stała tuż przed Ciernistym Drzewem, dokładnie w miejscu, w którym była jako kociak, który miał dopiero zostać mianowany na ucznia. Obumarła już dawno roślina zdawała się mimo wszystko żyć. Żyć dzięki kotom, dla których to miejsce było święte, choć ona sama tej wiedzy nie posiadała.
Na nagły szelest tuż obok, napięła mięśnie, a ostre pazury zostały wysunięte dla pewności, że uda jej się szybko obronić przed zagrożeniem. Jakie było jej zdziwienie, kiedy ujrzała drobne kocie, chcące skryć się pomiędzy krzewami. Początkowo chciała do niego podejść, spytać o rodziców, lecz szybko uświadomiła sobie, że tym kociakiem była właśnie ona.
— Odtrącana, zraniona, a jednak serce ma miękkie. — Delikatny szept przemknął tuż obok jej prawego ucha niczym wiatr muskający liście w koronach drzew, które nie występowały w takiej formie na wilczackich terenach. — Troszczy się o innych, ale… bez wzajemności. Jakie to przykre. Nie czujesz się gorsza od nich?
Zdezorientowana gwałtownie obróciła się, lecz nikogo nie zastała za sobą, co jeszcze bardziej zbiło z ją z tropu. Przecież ktoś musiał wygadywać te kłamstwa, nie mogły się brać ot tak z powietrza.
— Czemu nadal ślepo wierzysz we wszystko, co Ci jest mówione? Przecież ten cały Klan Gwiazdy Cię nie uratuje. W końcu, gdyby tak było, nie słyszałabyś tego wszystkiego, nieprawdaż?
— To nieprawda, to czyste oszczerstwa! — zaprzeczyła, chcąc dodać coś jeszcze, lecz ciągłe szturchanie w bok skutecznie ukróciło ten mało przyjemny sen.”
— Wszystko dobrze? — Cichy głos srebrnej wojowniczki skutecznie zwrócił uwagę jeszcze przed chwilą śpiącej Kukułki.
— Czemu pytasz? — mruknęła, kątem oka sprawdzając, czy ktoś jeszcze się nie obudził. — Jeśli czymś Cię obudziłam, to się nie martw, więcej takich sytuacji nie będzie — dodała, posyłając siostrze lekki uśmiech.

<Siostro, czy mówiłam coś przez sen, że już nie śpisz?>

Od Odety

Jedno jaśniutkie futerko falowało wraz z dźwiękiem branego oddechu. Drugie, podobne, starało się ukryć w jego puchu poprzez dopasowywanie swoich wdechów i wydechów do odpowiedniego rytmu. Obydwa ciała były na tyle blisko, iż pokrywały siebie nawzajem, a ich umaszczenia zlewając się, tworzyły jedną, puszystą kulkę beżu i odcienia delikatnej szarości. Pomiędzy nimi nawet świst wciąganego powietrza stawał się jednością, łącznie tworząc rozczulającą scenę - matka i córka, leżące razem na betonie podestu wejściowego domostwa, jednocześnie dopasowując się do siebie nawzajem. Podczas gdy popołudnie rozciągało się w nieskończoność, jak to bywało w spokojne dni Pory Zielonych Liści, one także trwały bez zmartwień. W końcu miały wszystko, czego tylko były w stanie zapragnąć, wraz z dodatkiem swojego towarzystwa oraz bliskości.
Odeta, swoimi drobnymi łapkami, trącała miękki brzuch matki. Tamta nie podnosiła łba z wygodnie ułożonej pozycji gdzieś na burym podłożu, zupełnie nieprzejęta zaczepianiem, dopóki mogła spędzać czas w ciszy. Kociak nie miał nic przeciwko temu, jeśli tylko dalej mógł tak ciągnąć i tarmosić pejsy futra. Były miękkie i przyjemne pod jej poduszkami, zupełnie jak najmilszy z materiałów. Do tego stanowiły doskonałą zabawę, z całą swoją długością i możliwościami różnorakiego zakręcenia. Właśnie zajęła się zawijaniem pasma w ciasny splot, kiedy starsza odezwała się nie głośno:
– Czujesz ten zapach? – zapytała, a w jej głosie pojawiało się nie o tyle pytanie, a oczarowanie. Słowa te były jak zaproszenie do rozmowy dla małej, nawet jeśli rodzicielka nie miała takich intencji. Koteczka z pyszczkiem wypełnionym futrem znalazła trud w odpowiedzeniu w sposób zrozumiały dla innej istoty. Chociaż czego nie robi się dla rozmowy? Momentalnie puściła wypracowany zwijek, a następnie powąchała powietrze zainteresowana tym, co mogła wyczuć.
Podmuch wiatru przyniósł w ich stronę słodkawy zapach o dosyć intensywnym natężeniu, którego nie mogla zidentyfikować. Miał w sobie nutę mięty, równolegle z kwiatowym akcentem. Pomyślała o roślinach rosnących nieopodal na grządkach i powiodła po nich zaintrygowanym spojrzeniem. Bardzo lubiła różnokolorowe elementy ogrodu posadzone na każdym zakamarku dostępnej ziemi. Nazwy większości były jej jednak zupełnie obce. Wcisnęła się więc mocniej w ciepło mamy, po czym sama zabrała głos.
– Jejusiu! Co tak pięknie pachnie? To chyba najświetniejszy zapach, jaki kiedykolwiek czułam – podjęła, nie nazbyt elokwentnie, lecz autentycznie tak, jak pomyślała.
Pieszczoszka, najwidoczniej zaznajomiona z tą wonią, uchyliła jedno oko. Nie wyglądała na chętną do opowieści, lecz widocznie wiedziała, że sama wplątała się w tę sytuację.
– Widzisz tamto fioletowe ziele? – Wzrok matki powędrował w tylko jej znanym kierunku. Nie wskazała konkretnego miejsca, przez co malutka musiała podążać ślepiami za obrotem pyska kocicy w stronę krzewów zaraz za progiem, żeby tylko dostrzec prześmieszne kwiaty w intensywnej purpurze. Ich osobliwe, chuderlawe łodygi z pojedynczymi elementami kwiatowymi rozweseliły ją, nie wiedząc czemu. Chyba zwyczajnie łatwo było ją rozpogodzić. – To kocimiętka – odrzekła mama Odelki.
– Wyglądają zupełnie jak nie kwiatki. Gdzie ich płatki jak u piwonii? Nie mają nawet kolców, jak u róż! – chichotała młoda. Idea kwiatów bez prawdziwych kwiatów… Było to daleko poza zasięgiem jej obecnej wiedzy okrojonej mimochodem przez życie w czterech ścianach oraz młody wiek. Rozmówczyni wyłącznie zamknęła oczy z powrotem i nie wyraziła innej ekspresji.
– To zioła, a nie kwiaty. Mają inne zastosowanie – skorygowała po chwili milczenia delikatnym tonem, najwidoczniej rezygnując ze spokoju albo wiedząc, iż, tak czy inaczej, go nie osiągnie... – Ta roślina posiada kwiaty, ale nie są podobne do ozdobnych pąków – wytłumaczyła. Odeta z niepokojem obserwowała jej wyniosły spokój i zachodziła sobie w głowie, jak można opowiadać o czymś tak niesamowitym z tak ogromnym opanowaniem? Lśniące płatki, różnego rozmiaru listki, cała gama kolorów zamknięte w małym, niepozornym tworze natury. Coś takiego zasługiwało na większą mimikę albo chociaż odrobinę szczerego zachwytu.
Natomiast kotka mówiła o tym jak o każdej innej, powszechnej rzeczy.
– Wyprostowani bardzo lubią je hodować, lecz są one przyjemniejsze dla nas, niż dla nich – skomentowała kocica. Czy możliwe było, że zaznajomiła się z naturą na stopniu na tyle wysokim, aby mówić o niej z obojętnością? Czy to był stan, w którym piękno stworzenia już jej nie dotykało? Jak takie podejście mogło w ogóle istnieć razem z kwitnącymi ogrodami? Mrugała swoimi oczkami w oszołomieniu.
– Ciebie nie ruszają? Takie śliczności powinny zasłużyć na uwagę i kota takiego jak ty, i naszej pani, i moją. Co sprawia, że tylko ja widzę je w całej ich okazałości? – mówiła z zaciekłością godną obrończyni świętego prawa, a nie uroku rośliny. Natomiast dla niej te sprawy miały podobną wartość. Rzadko zdarzało jej się odróżniać błahostkę od poważnej sytuacji, podobnie tutaj granica się zacierała. Czuła rosnące w sobie oburzenie. Z każdym słowem wzbierała w niej energia, a tym samym poziom głośności słów. – Ten fiolet! Przykuwa oko nawet z daleka. Z tym słodkim zapachem! Jakże nie docenić takiego daru przyrody? Nie mów, jakobyś nie dostrzegała. Ja jestem pewna, że nie da się tego nie dostrzec! Przecież to... – Gadanina mogłaby trwać w najlepsze, gdyby nie została przerwana pacnięciem.
Pacnięcie spotkało czoło malutkiej, kiedy to ogon starszej zderzył się z nim. Nie było to mocne, a raczej żartobliwe. Podziałało, jak lekarstwo — malutka straciła ciąg słów! Przyglądając się matce z twarzą zatrzymaną w pół słowa, poczuła łzy zbierające się w swoich oczach zamiast strumienia słów wypływającego z pyska. Zanim jednak krople zdążyły opaść, a zaledwie pierwszy szloch opuścił jej gardło, już została porwana w ciasny uścisk.
– Przepraszam, serdeńko… – mruczała kojąco mama, tym razem używająca ogona do wytarcia oznak tkliwości. Powód wywołujący ten lament był głupkowaty, niemniej dla Odetki znaczący, tak też zalała się łzami, a kotka zaczęła żałować swoich wyborów sprzed momentu. Wykonała gest w amoku słoneczka i ciszy, zapomniawszy o nadwrażliwej stronie córki. Teraz spotkały ją tego konsekwencje, w postaci kulki futra wspinającej się bezpośrednio na nią całym swoim ciężarem, mimo wagi, która wzrosła parokrotnie od ostatniego takiego wybryku. Nie mogła jednocześnie narzekać; sama doprowadziła do tego spazmu.
Westchnęła przeciągle, układając swoje kończyny względem nowego ciężaru. – Ciii… – starała się koić rozpaczliwe szlochy swojej rozemocjonowanej pociechy. – Chcesz posłuchać o ładnym kwiatku? Opowiem ci o ładnym kwiatku… – Tylko taki pomysł zrodził się w jej głowie, więc starała się usilnie wygrzebać coś ze średniej jakości pamięci, mimo wspomnień sięgających wczesnego dzieciństwa, gdy słyszała podobne opowiadania od swojej rodzicielki. – Kotom bardziej odpowiada ten słodki zapach, który wydziela roślinka. Wyprostowani nie reagują na niego podobnie do nas. Samotnicy — koty bez właścicieli — używają jej, by rzekomo leczyć infekcję dróg oddechowych. Wiesz, kiedy kaszlesz i boli cię klatka piersiowa?
Tłumaczenie nie było dokładne, a od kanonu przekazywanego medykom odbiegały brakiem ścisłej wiedzy i informacji, lecz z każdym zdaniem uspokajały płaczkę. Skłoniły Ofelię do kontynuowania, przynajmniej do czasu kiedy pochlipywania ucichły.
– Czasem przybłędy nieświadomie nadużywają jej przyciągającego aromatu i tarzają się w niej ta tyle długo, że stają się odurzone. – Młoda wreszcie poprzestała rykowi. Na zakończenie, pieszczoszka chciała dodać jedynie ostatnią informację, jaką zdołała przywołać. – Potem, przez całe te otarcia i kroki, grządki są całe podeptane i niezdatne do późniejszego użycia – wypowiedziawszy te słowa, zrozumiała swój błąd. Na własne oczy widziała, jak smutek znów pokrywał rysy koteczki, a zaraz po tym podnosił się przeraźliwy płacz. Zastanawiała się realnie, czy nie był nawet straszniejszy i donośniejszy od poprzedniego napadu.
– Inne koty przez to umierają! Jak to bez właścicieli! – szlochała w najlepsze, a jej opiekunce nie pozostało nic, poza lizaniem, szeptaniem zapewnień i intensywnym tuleniem do siebie swojej małej histeryczki. W takich chwilach przeklinała każdego, kto mówił o byciu matką, jako o byle jakim przeżyciu… uspokajania swojego dziecka płaczącego przez kwiaty to doświadczenie, które powinno zostać od dziś uniwersalnym dla każdego.

Od Zwęglonej Kukułki CD. Brukselkowej Zadry

· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·
Przeszłość,
zaraz po mianowaniu
· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·

Jedynymi kotami, które pozostały były Brukselkowa Zadra, Gwiazdnicowy Blask i Kryształowa Łapa. Dymna czuła, jak duma ją rozpiera ze swego osiągnięcia, w końcu nie każdy byłby w stanie w tak młodym wieku pokonać kogoś tak doświadczonego, jak Sowi Zmierzch. Miała nadzieję, że najstarsza kocica z ich małego rodzinnego grona również to czuła i może nadejdą dni, kiedy to Węgiel również zacznie się liczyć w takim samym stopniu co Kryształka. Teraz przecież większość czasu w ciągu dnia i nocy będzie spędzać u boku Brukselkowej Zadry i Gwiazdnicowego Blasku. Był to początek szansy, której nie miała zamiaru zmarnować.
— Zwęglona Kukułka, no proszę! — odezwała się liliowa, podchodząc bliżej nowo mianowanej wojowniczki. — Gratuluję ci zostania wojowniczką. Wiedziałam, że nie będziesz marnować czasu, jeśli o to chodzi! — dodała, poruszając końcówką ogona z ekscytacją. — Podoba ci się twoje nowe miano? W końcu najważniejsze jest to, żebyś dobrze się z nim czuła. A jeśli jednak ci nie odpowiada... nie martw się. Najwyżej zrobimy to, co konieczne — oznajmiła starsza z chytrym uśmiechem, zerkając na Kryształkę i Gwiazdnicę, które zgodnie przytaknęły.
Swoją przybraną rodzinę zawsze postrzegała jako pacyfistów, dlatego też nie brała pod uwagę możliwości, że ich trójka pójdzie do Zalotnej Gwiazdy i siłą wymusi zmianę imienia Węgiel, na takie, które będzie jej odpowiadać. Dlatego też nie rozumiała zbytnio, o czym mówi liliowa, lecz nie to był dla dymnej najważniejsze, a fakt, iż zarówno Gwiazdnica, jak i Kryształka zgodnie przytaknęły, jakby Brukselkowa Zadra tylko z nimi podzieliła się jakimiś planami, a zawsze wycofaną młódkę nie brała nawet pod uwagę. Z tego powodu wojowniczka poczuła niewielkie ukłucie w środku, jak to już miało miejsce parę razy w jej stosunkowo krótkim życiu.
Starała się tym nie przejmować, maskując zawód uśmiechem, kiedy to podążała za kotkami, które były pochłonięte rozmową o czymś, lecz Kukułka niezbyt zwracała uwagi na temat ich konwersacji. Bardziej interesujące i zajmujące były myśli, pojawiające się w jej głowie z każdym to stawianym krokiem na końcu ich niewielkiej rodziny. Rzadko zdarzało się, by taki obrót spraw jej nie odpowiadał — dawno przywykła, że jej rolą nie było uczestniczenie na pierwszym planie większości wydarzeń, była jedynie tłem dla tych ważniejszych, by za nimi nie istniało pojęcie pustej przestrzeni, a ci nie byli postrzegani jako egoiści, persony z syndromem głównego bohatera. To właśnie było jej zadaniem, które otrzymała od Przodków i nawet nie śmiała tego zmieniać czy kwestionować.
Kiedy tylko zaczęło powoli zmierzchać, żółtooka powoli psychicznie szykowała się do samotnego czuwania, które miała odbyć w czasie nadchodzącej nocy. Ostatnim razem, kiedy miała spędzić ten czas poza bezpiecznym legowiskiem i bokiem siostry, był to moment, gdy to została wyciągnięta do lasu, aby sprawdzić, czy przeżyje. Do teraz pamięta potężne martwe drzewo, malujące się przed nią wraz z uczuciem irracjonalnej grozy czy strachu, wobec owego miejsca.
Wraz ze zniknięciem słońca za linią horyzontu, zasiadła przy wejściu do obozu, utrzymując wzrok na wysokości linii otaczającego ją lasu. Ten parę długości w głąb był kompletnie pochłonięty pomrokiem, który zdawał się przyjemnie otulać każdy z pni, krzewów, wydeptaną ściółkę leśną. Początkowo jej uszy reagowały niemal na każdy nawet najmniejszy szelest, lecz powoli z każdą upływającą chwilą, szylkretka zaczynała się rozluźniać na tyle, aby niemal niczym posąg siedzieć w miejscu, które wcześniej zajęła. Jedną oznaką, że należy do świata żywych były jej czarno kremowe boki z domieszką bieli, które spokojnie falowały w rytm oddechu wojowniczki.
W pewnym momencie szelest liści na lekkim wietrze, dalekie pohukiwania sowy i inne dźwięki nocnych łowców zaczęły się zlewać w jedno, tworząc coś na wzór cichej, delikatnej pieśni, która powoli zaczynała pieścić uszy Wilczaczki. Może i było to irracjonalne, lecz nie był to pierwszy raz, kiedy to zdawało jej się, że ten iglasty las ją wzywa do siebie, jakby zapraszał w swe ramiona, w których wszystkie troski zostaną odegnane hen za horyzont od niej. I już nawet napinała mięśnie, by powstać, lecz coś z tyłu głowy ją powstrzymywało, jakoby głos rozsądku, który usilnie próbuje się przebić przez melodię jednocześnie tak kuszącą i nierealną.

· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·
Przeszłość,
mianowanie Kryształowej Łapy
· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·

— Ośnieżony Kryształ! — Żółtooka kotka skandowała nowe imię siostry wraz z innymi członkami klanu, lecz to właśnie jej głos przebijał się przez inne. Krzyczała tak głośno, na ile pozwalały jej struny głosowe i gardło, nim zaczęła odczuwać, że powoli je nadwyręża, a jej wiwat zaczyna tracić na sile. Mimo to starała się do samego końca ciągle wypowiadać imię srebrnej, aż w końcu ekscytacja zwycięstwem Kryształki i jej ceremonią mianowania zaczęła przemijać, a Wilczaki zaczęły się rozchodzić. Nim to jednak wszystko nastąpiło, dymna kątem oka dostrzegła Brukselkową Zadrą i Gwiazdnicowy Blask, które po chwili skandowania wymieniły parę słów pomiędzy sobą.
Węgiel nieco zmrużyła ślepia, zastanawiając się, co takiego kotki mają sobie do przekazania, by robić to akurat w trakcie tak ważnej chwili dla nich wszystkich. Choć pewna ciekawość tym szybko została zastąpiona wątpliwościami oraz możliwym kolejnym przejawem odtrącania jej z ich niewielkiego grona. Starała się odgonić te myśli i skupić na gratulowaniu siostrze, lecz cały ten czas pewien cichy głos uczepił się tych podejrzeń, utrzymując je z tyłu głowy dymnej.
Reszta dnia Zwęglonej Kukułce minęła w bardzo energicznej i podekscytowanej atmosferze, której przyczyną była Ośnieżony Kryształ. Niebieskooka uznała, że nim będzie musiała odbyć czuwanie, to chce nadrobić czas, kiedy to były rozdzielone przez różnice w rangach — szylkretka początkowo chciała odmówić, mając zamiar spędzić czas w spokojniejszy sposób, lecz widok oczu siostry, które przepełniała radość oraz nadzieja, uległa. Pod wieczór sobie to wypominała, uznając, że jeśli częściej będzie kapitulować w kwestii swojej asertywności wobec cętkowanej, to cały czas, który Sowi Zmierzch jej poświęcił, pójdzie na marne, czego bardzo nie chciała, gdyż według niej oznaczało to brak szacunku dla starszego.
Wraz z nadchodzącą nocą, szylkretka zniknęła we wnętrzu legowiska wojowników, gdzie swoje posłanie miało blisko trzech innych, które należały do reszty rodziny. Starała się ułożyć na tyle wygodnie, by sen nadszedł szybciej niż powracające myśli po całym dniu. Prędko jednak się przekonał, że nie będzie to możliwe i o spokojnym wypoczynku dzisiejszej nocy może jedynie pomarzyć. Lecz dopiero kiedy pozostałe Wilczaki zapadły w sen, dymna po cichu podniosła się z mchu przeplatanego gałęziami i trawami, by tuż przy wyjściu z legowiska przysiąść i rozpocząć obserwacje opustoszałego centrum obozu. Tylko ona i Ośnieżony Kryształ przy wyjściu z azylu były jedynymi żywymi duszami.

· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·
Przeszłość,
wspólny spacer z Gwiazdnicowym
Blaskiem, Bruskelkową Zadrą, Ośnieżonym
Kryształem i Wilczym Skowytem
· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·

“— Więc, jak już mówiłam, to nie tylko zwykły spacer. Zebrałam was tutaj, by powiedzieć wam całą prawdę na temat Klanu Wilka — odchrząknęła, owijając ogonem łapy. — Mogłyście już zauważyć, że zwyczaje w tej przynależności są dziwne, czasem nawet niepokojące. Tylko głupki porzucają sześcioksiężycowe kocięta samotnie w lesie i tylko głupki każą młodym kotom bić się o awans. My mierzymy jednak wyżej. MY mamy misję do wykonania.
Umilkła na moment, mrużąc oczy.
— Wiele księżyców temu Klan Gwiazdy przemówił do mnie w śnie. Powiedział, że Klan Wilka zmierza ku samozagładzie, że muszę powstrzymać wiarę w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, nim będzie już za późno. Dowiedziałam się też wtedy, że w tej przynależności stacjonuje ohydny kult, który czci morderców i koty wyjęte spod kodeksu, a ponadto nie ma żadnych oporów przed zabiciem drugiego kota. Co kilka nocy spotykają się, by pozbawić życia napotkanych przez nich samotników, a potem jak zwierzęta smarują się ich krwią — wyznała z odrazą w głosie. — To nie jest normalne zachowanie. Nie chcę, byście kiedykolwiek pomyślały, że to, co robią te lisie serca, jest słuszne. Ich czyny można określić jedynie obleśnymi i niemoralnymi! Nie powinny mieć miejsca, a w naszym interesie leży, by tego dopilnować. Musimy jednak pamiętać o tym, że chęć naprawienia Klanu Wilka wiąże się ze sporym ryzykiem. Większość Wilczaków ma na tyle wyprany mózg, że ślepo bronią swoich wartości, nawet jeśli są kompletnie niesłuszne i durne. Jeśli kiedykolwiek dowiedzą się, że przeciwko nim spiskujemy, nie będą mieli litości. Jeśli nie pozostaniemy wystarczająco ostrożni, skończymy jako ich następne ofiary.
— Jak mamy ich rozpoznać? — Dymna wraz ze srebrną spytała dokładnie o to samo, jakby stanowiły jedność pod względem myśli.
— Mają oderwany kawałek lewego ucha.”
W tamtym momencie Zwęglona Kukułka nie kojarzyła faktu, iż jej dawnemu mentorowi brakowało fragmentu lewego ucha, gdyż była zbyt pochłonięta świadomością, że przez posiadanie tej wiedzy automatycznie stała się częścią czegoś większego — poczucie bycia potrzebnym napełniało jej pierś z każdą chwilą, kiedy to z uwagą chłonęła słowa liliowej, nawet jeśli zdawały się nieco surrealistyczne, niemające zbytnio prawa bytu. Choć wszystko to przeminęło, gdy nadszedł czas powrotu do obozu, a Brukselkowa Zadra z Ośnieżonym Kryształem na przedzie ich grupki rozmawiały o czymś.
Na ten widok dymną przeszedł chłodny dreszcz, będący niczym bezwzględny powiew wiatru, chcąc dorwać ją w swoje samotne szpony, kiedy tylko traciła ochronę w postaci poczucia przynależności do tej rodziny, bycia ważnym, zauważonym. Dopiero delikatne muśnięcie w boku ściągnęło ją na ziemię — tuż obok szła Gwiazdnicowy Blask, która z jakąś troską w oczach spoglądała na szylkretkę. Żółtooka lekko uśmiechnęła się do liliowej, jakby ten jeden gest miał ją zapewnić, że wszystko jest w należytym porządku i nie musi się martwić.

· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·
Obecnie,
początek pory
opadających liści
· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·

Delikatne promienie słońca przebijały się przez iglaste gałęzie drzew na terenie Klanu Wilka, tworząc jakże urokliwą scenerię tak niepasującą do krwiożerczych Wilczaków, którzy stanowili pewną część leśnej społeczności. Żółte ślepia z jeszcze większą uwagą niż dawniej uważnie śledziły ruch pobliskich wojowników, starając się w nich doszukać tej niemoralnej strony, o której dawniej wspominała Brukselkowa Zadra. Młódka nie mogła być pewna słów przybranej matki, lecz ta mówiła to tak przekonująco, że dymna pomimo pewnego początkowego niedowierzania, finalnie przyjęła fakt istnienia kultu w ich azylu oraz misję od Klanu Gwiazdy, którą mieli.
Niby nic od tamtego spaceru się nie zmieniło w klanie, jednak Kukułka miała wrażenie, iż teraz więcej kotów spogląda w kierunku ich rodziny mniej przychylnym wzrokiem. Nawet jeśli z zewnątrz nie było tego po niej widać, tak w środku wręcz nie umiała usiedzieć w miejscu z nerwów oraz obaw o siostrę. Zawsze postrzegała Ośnieżony Kryształ jako kotkę o mniej rozważnym podejściu do wielu spraw, a w przypadku tej sprawy każde słowo musiało opuszczać ich pyski z wcześniejszym przemyśleniem, by nie wzbudzać podejrzeń i nie ściągać na siebie groźby śmierci. Przecież skoro ci kultyści nie mieli skrupułów zabijać samotników, to zapewne podobnie było w przypadku kotów, które mogły im zagrażać przez posiadaną wiedzę, będącą jedynie przeznaczoną dla wąskiego grona.
W pewnym momencie u jej boku pojawił się Sowi Zmierzch, na co młódka poruszyła wibrysami. Dopiero niedawno uświadomiła sobie, że kocur należy do tej barbarzyńskiej części klanu, ze względu, iż wyraźnie był widoczny ubytek jego lewego ucha i tak, jak przy innych Wilczaka z podobnym znakiem nie miała wątpliwości pod względem ich możliwych czynów oraz moralności, tak liliowy stanowił pewien wyjątek. Przecież chyba dobrze go poznała podczas księżyców szkolenia na wojownika i nigdy nie wzbudzał w niej poczucia zagrożenia ze swojej strony — nawet zwierzała mu się z niektórych problemów, których doświadczyła jako uczeń. Przyjęcie do siebie faktu, iż ktoś tak bliski jest twoim wrogiem w wojnie dobra ze złem, był ciężkim zadanie, może nawet i do dzisiaj.
Starając się zachowywać normalnie, skinęła mu głową, by następnie wymienić ze starszym kilka słów, z których dowiedziała się, że była zastępstwem za Piołunowy Dym w patrolu łowieckim, w którego skład wchodził jeszcze Tygrysia Noc. Akurat oba kocury, które miały być jej towarzyszami przez znaczną część wyjścia z obozu, byli kultystami, co jedynie powodowało dodatkowe napięcie ze strony Kukułki, choć nie tak duże, aby zostało dostrzeżone przez któregoś z nich. Kukułka starała się zbytnio nie udzielać w rozmowie, odpowiadając krótko na jakiekolwiek pytania z ich strony, kiedy tylko wyruszyli całą trójką poza obóz.

· · ─────── · 𓅪 · ─────── · ·

Po patrolu miała wrażenie, że bardziej zmęczona jest pod względem psychicznym, niżeli fizycznym, gdyż przez cały czas musiała mieć się na baczności, szczególnie kiedy Sowi Zmierzch lub Tygrysia Noc ją obserwowali, bądź nieco ciągnęli za język, by również dołączyła do rozmowy pomiędzy nimi. Z ciężkim westchnieniem odłożyła upolowaną zwierzynę jako ostatnia ze składu łowców, którzy chwilę wcześniej powrócili. Żółtooka miała zamiar oddalić się do legowiska, lecz zauważając Brukselkową Zadrę, zmieniła swe plany i niemal od razu skierowała się w jej stronę.
— Brukselkowa Zadro, masz może chwilę? Chciałabym Cię spytać o coś — mruknęła, gdy tylko znalazła się tuż przed kocicą. Ta skinęła głową, a następnie ruszyła w stronę wyjścia z obozu, jakby wiedziała, że jej przybrana córka zechce zgłębić temat, który nie jest dla każdego. — Jaki jest dokładnie plan na wyznających Mroczną Puszczę oraz… czy każdy z nich jest dokładnie taki sam? Nie ma kogoś, kto jest wyjątkiem od reguły? — spytała niedługo później po opuszczeniu azylu oraz upewnieniu się, że nikt niepożądany nie usłyszy ich rozmowy.

<Matko?>

Od Nurowej Łapy do Rogatego Flaminga

Nur słyszał o swoim aktualnym mentorze dużo złych plotek. Czasem zastanawiał się, czym zawinił, że właśnie go dostał. Ale, pomijając, że Szałwiowe Serce nie spełnił oczekiwań kocura (które i tak raczej ciężko spełnić), to wydawał się raczej dość normalnym, ułożonym kotem. Nie mógł jednak go wprost zapytać, o co chodziło z tymi plotkami. Ale mógł podpytać jego rodzinę! Poza tym i tak musiałby się zacząć powoli wkradać w łaski królewskie. Nie mógł wiecznie żyć na tym, że był synem Trzcinowego Szmeru i dlatego był traktowany inaczej. Sam powinien sobie zasłużyć na takie traktowanie! Nie wiedział jednak do kogo podejść z tak… delikatnym tematem. Nie chciał nadszarpnąć nerwów i zdobyć odwrotny efekt od zamierzonego. Rogatego Flaminga wybrał tylko dlatego, że znał on jego siostrę, wydawali się dogadywać. Może przez to powie mu coś więcej? Tylko jak w ogóle zacząć temat… A jeśli mowa o Łabędzim Tanie i Rogatym Flamingu to nadal musiał od czarno-białej wyciągnąć, co jej powiedział książę.
– Książę… – Ukłonił się.
Zaczął szukać pointa od razu po swoim treningu. I tak musiał odsapnąć, nim podejdzie do Żabiego Oka, bo ta inaczej go nie weźmie. Więc równie dobrze mógł zacząć swoje dochodzenie.
– Nurowa Łapo? Coś się stało?
– Mam dość… Głupie i może, hm, niewygodne pytanie.
Nur nie stresował się często. Praktycznie wcale! Był pewny siebie i stawiał się nad większą ilością kotów. Jednak, gdy miał odezwać się do kogokolwiek z rodziny królewskiej, to nagle stawał się grzecznym, niezręcznym kocurem. Znaczy, pomijając Szałwiowe Serce – jego mentor co chwilę słuchał narzekania ucznia i jego opinii, nie zawsze szczerych, ale nadal dość krytycznych, dotyczących prowadzenia treningu. Zacznijmy od tego, że rudy normalnie też nie zacząłby tej rozmowy. Wolał jednak stać z boku, uśmiechać się ładnie, być na każde zawołanie i po prostu dobrze wyglądać. Problemem była jego ciekawość i upartość, która wygrała nad zachowaniem się niczym duch.
– Nurze, proszę, pytaj. – Flaming brzmiał na zirytowanego przedłużającą się ciszą.
– Co dokładnie zrobił Szałwiowe Serce? Czemu jest moim mentorem?

<Flamingu?>
[322 słowa]

07 września 2026

Od Perłówkowej Łapy do Zwiastunka

Walcząc na łące, do dyspozycji miało się mnóstwo przestrzeni, dzięki której można było oceniać ruchy z dystansu, odskoczyć, zmienić pozycję. Tunele przedstawiały przeciwne otoczenie – ściany były w odległości wyprostowanego ogona, sufit raz niżej raz wyżej, a ziemia pod łapami miękka i nierówna przez różne wybrzuszenia i korzenie. Nawet powietrze zachowywało się inaczej, będąc nieruchome i stęchłe, bez wiatru, który na otwartym terenie potrafił zdradzić kierunek ataku, zanim ten nastąpił.
Perłówkowa Łapa w trakcie treningu przesunęła się za daleko i ze sporym rozmachem trafiła prawym barkiem w ścianę. Nie upadła, ale ból był na tyle ostry, żeby na chwilę stracić orientację. Otrząsnęła się i kontynuowała sparing, ignorując tępe uczucie, na tyle ile mogła.
Kiedy w końcu Srebrzysta Równonoc ogłosiła koniec na dziś, uczennica nie czekała, żeby przemknąć na zewnątrz i wziąć głęboki wdech świeżego powietrza. Nie zamierzała jednak cieszyć się nim długo, bo rzecz, o jakiej najbardziej marzyła w tym momencie to swoje posłanie w legowisku.
Słońce zdążyło zawisnąć nisko nad horyzontem. Wieczorny patrol powinien był już wyruszyć, ale nocne treningi jeszcze nie. Mentorka odprowadziła ją kawałek drogi, po czym oddaliła się w kierunku starego obozu. Perłówkowa Łapa nie miała ochoty dłużej zwlekać tego dnia i zamiast tego skręciła w stronę kolejnego, bliższego tunelu.
Bark bolał ją przy każdym kroku, ale legowisko uczniów było już niedaleko. Nie było to nic na tyle poważnego, czego trochę odpoczynku nie mogło naprawić, a przynajmniej taką miała nadzieję. Myśl ta urwała się, kiedy wpadła na coś miękkiego, co natychmiast wydało z siebie pisk.
Perłówkowa Łapa zatrzymała się i spojrzała w dół. Przed nią siedział czarno-dymny kociak z charakterystycznymi pędzelkami na uszach. Wielkie niebieskie oczy wpatrywały się na nią z powagą, która bardzo kontrastowała z tym, jak mały i rozczochrany był.
— To ty — powiedział kociak, jakby wiedział, na kogo czekał.
— To ja — zgodziła się Perłówkowa Łapa.
— Wiedziałem, że przyjdziesz.
— Mhm. — Rozejrzała się po tunelu. Żadnego innego kota w zasięgu wzroku. — A co dokładnie tutaj robisz?
Wiedziała, że jakiś czas temu kilka kociaków zostało przyniesione do klanu, ale nie miała jeszcze interakcji z żadnym z nich. Jak na zawołanie kociak wyprostował się z godnością, która wymagała od niego wyraźnego wysiłku, zważywszy na rozmiar.
— Zwiastunek — przedstawił się. — I byłem prowadzony.
— Przez kogo?
Podniósł łapkę i dramatycznie dotknął jednego z pędzelków na uchu, jak gdyby to wyjaśniało wszystko.
— Przez przodków oczywiście. Masz zaszczyt być w obecności osobistego wybranka Klanu Gwiazdy — odparł, wypinając pierś i uśmiechając się, to drugie bardziej sam do siebie.
— I co takiego ci powiedzieli? — spytała monotonnym głosem, który nie wskazywał na szczególne zainteresowanie odpowiedzią.
— Że powinienem iść tym tunelem — odparł Zwiastunek bez chwili wahania. — To oczywiste. Przodkowie nie zawsze mówią wprost, często działają poprzez przeczucia i omeny, ale kiedy wizja jest wyraźna, trzeba działać. A była wyraźna. Dwaj wojownicy.
— Jeśli szukasz…
— Musiałem stąd uciec, zanim się skończyło na trzech — przerwał jej z przejęciem w głosie. — Trzy to bardzo zły znak. Jeden z najgorszych. Zapowiedź czystego nieszczęścia. Liczby mają znaczenie w wiadomościach od przodków dla wybrańców, takich jak ja. — Przechylił łeb. — Mnie ostrzegają regularnie.
Nagle rozszerzył oczy i się zjeżył.
— O nie… Widzę, że ciebie już dopadło. — Pokręcił głową z zatroskaną ekspresją. — Ale nie martw się, niech Klan Gwiazdy ma cię w opiece i może to nie musi się tak skończyć.
Kremowa kotka bardzo powoli mrugnęła.
— To! — Z lekkim zirytowaniem, jakby to, co mówił, było oczywiste i nie potrzebowało żadnych innych dopowiedzeń, wskazał na część jej futra, gdzie większą uwagę przykuwały trzy plamy koloru na białej reszcie. Wpatrywał się blisko w jej bok. — Chociaż jest tu jeszcze jedna plama, ale bardzo mała, niezauważalna. Może da się coś z tym zrobić. Tak, tak, nie obawiaj się, jeśli tylko chcesz dam ci radę od samych przodków, żeby była większa. Wtedy nie musisz się martwić tą trójką. Cztery to już dobra liczba.
Perłówkowa Łapa patrzyła się na niego trochę pustym wzrokiem podczas monologu. Gdyby nie była właśnie zmęczona, może nawet byłaby minimalnie rozbawiona ekscentryzmem kociaka. Tak długo, jak interakcja byłaby jednorazowa. W tym momencie czuła się, jakby nie zdążyła się jeszcze obudzić.
— Wezmę to do serca — odpowiedziała ironicznie.
Zwiastunek kiwał głową w zamyśleniu, nie zauważając lub ignorując jej ton głosu. Tak czy inaczej, te parę bić serca to najciszej, jak był, odkąd na niego wpadła.
Dzięki tej bardzo krótkiej chwili relatywnego spokoju absurd sytuacji w końcu miał czas dotrzeć do niej w pełni. Powiedziała sobie w duchu, że to właśnie ten rodzaj dnia. Wróciła padnięta i obolała z treningu, marząc o swoim kącie legowiska, a zamiast tego stała w bocznym tunelu i rozmawiała z kociakiem, który panicznie unikał liczby trzy.
Zaczął jej powoli wchodzić na nerwy, ale przez ulotny fragment samoświadomości, który jeszcze się jej trzymał, starała się ubrać słowa w sposób, który nie będzie zgryźliwy dla kogoś tak małego. Wzięła głęboki wdech.
— Zwiastunku — zaczęła, nie marnując dłużej przerwy w jego słowotoku. — Nie wiem, czy kociaki powinny chodzić samemu tak blisko wyjścia z obozu.
— Nie jestem sam — odparł z przekonaniem. — Jestem z przodkami.
— Przodkowie nie liczą się jako eskorta.
— Nie masz tutaj racji, ale jeśli czepiamy się szczegółów, to jestem tu też z tobą — zauważył, wyglądając na zadowolonego z siebie. — Jak ci na imię?
Początek ich rozmowy sugerowałby, że powinien to już wiedzieć, ale jeśli kotka zdążyła się czegoś nauczyć, to że nie miała teraz siły doszukiwać się logiki.
— Perłówkowa Łapa — westchnęła. — I tak się składa, że nie będę tu dłużej, więc wracaj do żłobka.

<Zwiastunku?>
[886 słów + walka w tunelach]

[18% + 5%]

Od Chyżej Łapy do Poziomkowej Łapy

Przeszłość; dzień, w którym do Klanu Burzy dołączyły nowe kocięta

Porzeczka obudziła się w żłobku na dnie stosu z sióstr. Wygramoliła się ze wśród ich szylkretowych futer i ziewnęła głośno. Tak głośno, że aż rozbudziło to Dryfujący Fluoryt.
— Nie śpisz już? — spytała cicho.
— Nie — odparła krótko i na temat nawet nie spoglądając w stronę wiecznej królowej. Po co miała się wysilać. Pff.
Rozciągnęła swoje długie ciało, zaczepiając się niechcący pazurkami o długie futro z ogona Malinki, budząc ją. Próbowała wydostać je z kłaków siostry, lecz oprócz tylko wyciągnięcia ich, ciągnęła boleśnie tym samym za jej kłosy. Aż kwiknęła.
— Ała! Co ty robisz! — miauknęła oburzona.
— Nic! Tylko przypadkowo to się stało — odparła, martwiąc się bardziej o to, czy jej pazury były w całości, niż to, czy siostrę to bolało.
Bura od razu wygięła się, by wylizać futro na ogonie, podczas gdy Porzeczka zaczęła myć swoje pazury i wyciągać spośród nich włosy kotki.
Po niedługim myciu koteczka ziewnęła ponownie i oparła się o Poziomkę, przez co zaspana podniosła łebek.
— Coś się stało? — spytała, ocierając oczka łapkami.
— Nie, tylko się obudziłam — odparła. — A oprócz mnie od razu cały żłobek — dodała jakby dumna z siebie. Siostrzyczka przeciągnęła łapy leniwie i ziewnęła.
— Jest rano, czy dzień?
— Skąd mam wiedzieć? Nie widzę nieba — parsknęła i machnęła ogonem, a szylkretka zamilkła.
Koszyczkowe siostry przez większość dnia się nudziły. Siedząc w tej norze przez cztery ostatnie księżyce, dziwne było, że jeszcze nie zgniły. Grzybki by sobie urosły na nich i nieco żywiej by było.
Porzeczka, nie mając pomysłu co robić, po prostu zaczęła się tarzać w kurzu na zimnej posadzce. Gdy wstała, wyglądała jak upiór; jej umaszczenie stało się nagle szarawe, zasłaniając wszystkie białe i rude akcenty, zostawiając tylko świecące oczy nietknięte. Wyszczerzyła zęby w uśmiechu i patrzyła w niepokojący sposób na siostry, które swoją drogą były trochę zmartwione jej zachowaniem.
— Uh… — zająknęła się Malinka. — Porzeczko, wszystko w porządku? — zapytała niepewnie.
— Jak najbardziej! — odparła, po czym wręcz prześlizgnęła się do Poziomki. — Zakurzony potwór cię złapie! Rarrh! — zaczęła udawać jakąś dziwną istotę i popchnęła niebieskooką w przód, po czym wskoczyła jej na grzbiet. Obie w śmiechu przeturlały się o koci ogon w bok, podszczypując i podgryzając siebie nawzajem. Wtedy do akcji wkroczyła bura.
— Nie martw się, Poziomko, uratuję cię! — zachichotała i odepchnęła delikatnie napastniczkę z chytrym uśmiechem, na co tą łapą ze schowanymi pazurami świsnęła przed jej pyszczkiem. Wykorzystując jej nieuwagę, Poziomka wstała i łapą pacnęła głowę półdługowłosej.
— A masz! Ty… zjawo! — miauknęła ze śmiechem, po czym spotkała się z kontratakiem; Porzeczka przekręciła się i rzuciła na ogon siostry, jednak za jej własny już Malinka zdążyła ją pociągnąć.
Przez jeszcze niedługą chwilę kotki się bawiły, lecz nagle do żłobka weszło parę kotów. Koszyczkowe siostry zatrzymały się w swojej bitewce, by spojrzeć na przybyszy. Jakaś trójka kociąt… a za nimi jakieś kotki. Porzeczka zmarszczyła brwi.
Te nowe kocięta zostały przedstawione Dryfującemu Fluorytowi jako Horoskop, Chiromancja i Zwiastunek. Jakieś głupie te imiona. Niebieskooka spojrzała na Poziomkę, która wyglądała na zainteresowaną przybyszami. To tylko bardziej zniechęciło ją do tych nowych kociąt. Z niesmakiem jeszcze na nie spojrzała, po czym po prostu odeszła sobie do swojego posłania i zaczęła zmywać z siebie kurz.
Wtedy kątem oka dostrzegła, jak Poziomka, JEJ najcudowniejsza siostra, podeszła do nich. Coś tam do nich mówiła, ale Porzeczka z wściekłości nawet się nie przysłuchała. Jej siostra powinna być cały czas u jej boku, nie gdzieś sobie podbijać do obcych kociąt! To jest okropne, aż ją zemdliło. Wróciła do mycia swojej sierści, by przestać o tym myśleć, a i tak myślała.
Nim się obejrzała, Poziomka do niej wróciła i usiadła obok niej. Kamień spadł Porzeczce z serca i udało jej się uspokoić.
— Ale oni ciekawi są! — przyznała. — Może się z nimi nawet zakoleguję! — Sierść szylkretki natychmiast się zjeżyła po usłyszeniu tego zdania, a serce zamarło. Po paru sekundach zastygnięcia w miejscu zaśmiała się niezręcznie.
— Hehe, Poziomko — zaczęła, odwracając się w jej stronę z wielkimi oczami. — Jak to zakolegować się?
— No tak… normalnie… — zająknęła się niepewnie, patrząc siostrze w oczy.
— Ojejku, ja i Malinka ci nie starczymy? — spytała, udając zranioną. — Jeśli wolisz się zadawać z byle kociakami, to na co tobie my? — westchnęła tak, jakby właśnie zwykła rozmowa miała świadczyć o braku siostrzanej miłości. Poziomka spanikowała, widząc pokrzywdzoną siostrzyczkę.
— Nie, to nie tak! — próbowała się wytłumaczyć. — Kocham was obie bardzo, bardzo i nie chcę was zastępować! Czy wybaczysz mi… za takie myślenie? — zapytała zmartwiona, a w jej oczach zabłysły łzy.
— No nie wiem… — odparła Porzeczka, udając zranioną. Nawet udało jej się wymusić łezkę, co przestraszyło siostrę.
— Nie… Porzeczko, nie płacz… — próbowała ją pocieszyć, lecz jej samej zaczęły płynąć łzy po policzkach. — P-proszę, wybacz mi… ni-nie chciałam… cię zranić… — Pociągnęła nosem, przytulając się do siostry. Szylkretka uśmiechnęła się pod nosem.
— No już… już nie płacz, nic się nie dzieje. Wybaczam ci. — Pogłaskała siostrzyczkę po głowie z troską. Poziomka spojrzała jej w oczy zapłakana.
— Na-naprawdę…?
— Naprawdę. No już, jesteś dzielna, przestań się tak mazać.
Puchata szylkretka otarła łzy i zasmarkany nosek, po czym jeszcze łkając, dodała:
— Je-jeszcze raz… prz-przepraszam! Już n-nigdy tak… nie pomyślę, tak… — przyznała, a Porzeczka z dumą ukrytą za troskliwym uśmiechem dwa razy poklepała ją po główce.

Teraźniejszość

— Porzeczko, idziesz? — Z wypoczynku obudził ją głos najmłodszej siostry. Uczennica stęknęła rozdrażniona i podniosła się z mchowego posłania.
— Idę — burknęła niechętnie, przeciągając łapy, po czym przetarła oczy. Już wcześniej siostra ją obudziła na trening, ale tego ranka akurat jakoś niespecjalnie jej się chciało ćwiczyć. Gdyby mogła, to by spała cały sezon bez przerwy niczym stary niedźwiedź.
Zdążyła minąć dłuższa chwila, zanim Porzeczka wreszcie stanęła na łapach, po czym wyszła z legowiska i przeszła do Groty Pamięci, a za nią szła jej siostra z szerokim uśmiechem.
— Jak myślisz, co dziś wymyśliła Mała Bazia? Polowanie na zające, patrolowanie, tropienie? O, o a może konkurs kto-zje-więcej? Co myślisz? — zagadała ją z charakterystyczną dla niej ekscytacją. — Malinka teraz śpi, ale jej pewnie by się spodobało patrzenie w niebo, może to będziemy robić? — Porzeczka miała tak naprawdę głęboko gdzieś co sobie paplała Poziomka. Irytowało ją to trochę, ale wolałaby już słuchać jej miauczenia niż filozofii burej siostry. Uczennica zatrzymała się przy Małej Bazi, która przebywała niby w grocie, ale jednak w średnio gotowym centrum obozu.
— No wreszcie jesteś, co ci tak długo zajęło? — miauknęła.
— No wiesz… pogoda jakaś taka dziwna, nie mogłam wstać z legowiska! Stawy mi skrzypią — odparła, teatralnie kładąc łapę na czole. Bazia westchnęła.
— No pewnie tak — mruknęła, zwracając uwagę na sztuczność wypowiadanych przez kotkę słów. — No to skoro jesteście obie, to się dzisiaj pobijecie — zaczęła z chytrym uśmiechem, trzymając uczennice w napięciu, które otworzyły pyski w zdziwieniu. Zanim się odezwały, jeszcze dodała: — No, chodźcie za mną.
Trójka kotek ruszyła ciemnym tunelem. Mentorka prowadziła je i następnie skręciła w nieco ciaśniejsze odgałęzienie tunelu, które potem stało się nieco bardziej przestrzenne. Na tyle, by koty mogły bezpiecznie się tu bić bez ryzyka zawalenia. Burzaczka się zatrzymała i odchrząknęła.
— Widzicie cokolwiek?
— Nie, jest jaśniutko, słońce nam nad głową świeci i grzeje barki — odparła sarkastycznie Porzeczka. — Oczywiście, że nie widzimy! Co to w ogóle za pytanie — prychnęła z frustracją, a Bazia się tylko roześmiała.
— No już, nie musisz wysilać swojej gęby — miauknęła. — Weźcie się trochę pobijcie, w tej absolutnej ciemności. Zobaczymy, kto jest sprytniejszy — rzekła i schowała się w miejscu, gdzie tunel się zwężał. — Jak coś, to ja tu stoję. Zaczynajcie.
Porzeczka równie dobrze mogła zamknąć oczy, a różnicy by nie było. Tutaj musiała polegać na wszystkich innych zmysłach.
Gdy usłyszała szuranie łapami o ziemię w miejscu, w którym podejrzewała, że była Poziomka, natychmiast rzuciła się na nią z odsłoniętymi zębami. Wylądowała na jej grzbiecie, pyskiem ocierając o puchaty ogon siostry. Nim ta jakkolwiek zareagowała, Porzeczka przekręciła ciało i prześlizgnęła się w pod brzuch rywalki, przy okazji tylnymi łapami podcinając te Poziomki. Przyszła przewodniczka runęła na posadzkę, a Chyża Łapa ją przyszpiliła, uniemożliwiając wyślizgnięcie się. Kotka próbowała kopać siostrę po brzuchu, lecz jej delikatna osobowość nie pozwalała na to; jej uderzenia były po prostu za słabe i bardziej przypominały głaskanie niż bicie. “Jesteś żałosna” — zaśmiała się w myślach, po czym ją puściła wolno. Onieśmielona Poziomka wstała i się skuliła.
— Już skończyłyście? — zabrzmiał zdziwiony głos wojowniczki. — Kto wygrał?
— Pf, a jak myślisz? — odparła zwyciężczyni. — To chyba jasne, że ja.
Gdyby teraz kotki nie były w zupełnej ciemności, to zobaczyłyby, jak Bazia wzrusza ramionami.
— Spróbujcie jeszcze raz, przecież nie może tak być, że jedna bitewka starczy — miauknęła, a kotki zaraz wróciły na swoje miejsca.
Uczennice zrobiły jeszcze parę podejść do walki, lecz za każdym razem, bez wyjątku, wygrywała Porzeczka. Po paru takich niedługich sesjach walk Poziomka została mocno poobijana; czy to o ścianę, o ziemię, o siostrę. Po siódmej walce Mała Bazia po prostu westchnęła zrezygnowana.
— No dobra, już starczy. Chodźmy stąd już — miauknęła, a gdy uczennice ustawiły się za nią, wyszły z tego tunelu i wyruszyły z powrotem do obozu. Gdy wreszcie dotarły do Groty Pamięci, Porzeczka dojrzała, jak bardzo poobijana była jej siostra. Aż coś ją w sercu ukłuło.
— Jak się czujesz? — spytała się z dziwnie, jak na nią, troskliwym głosem.
— Nie wiem… — mruknęła smutno. — Nie umiem się bić! A w tunelach okropnie się to robi… — przyznała, ocierając łzawiące oczy.
W ślepiach Porzeczki widniała bardzo niepodobna do niej troska.

<Poziomko? Jestem pewna, że będziesz tylko coraz lepsza.>
[1519 słów + walka w tunelach]

[30% + 5%]

Od Perłówkowej Łapy

Po wilgotnej Porze Nowych Liści łąki klanu odżyły z nawiązką. Spalone tereny zdążyły pokryć się nową trawą przez ostatnie księżyce – nie wszędzie równo i nie wszędzie gęsto, miejscami widać było jeszcze ciemniejsze plany ziemi, gdzie ogień najbardziej szalał, ale zieleń wzięła górę. Powietrze pachniało rozgrzaną trawą i słabą kwiecistą wonią, niesioną z dalszej części terytorium przez wiatr. Słońce stało wysoko i nie zamierzało nikomu odpuszczać, ale było o wiele bardziej znośne, niż to, co pamiętała z poprzedniego cyklu sezonów.
— Za tamtym krzakiem i z powrotem — powiedziała Srebrzysta Równonoc, wskazując na daleki punkt na końcu łąki.
— Ile okrążeń? — zapytała Perłówkowa Łapa.
— Tyle, ile ci dam — odparła mentorka tonem kogoś, kto odpowiadał na to pytanie już zbyt wiele razy. — Ruszaj.
Młodsza kotka bez sprzeciwu zaczęła biec, a po krótkiej chwili dołączyła koło niej Równonoc. Przez pierwsze dwa okrążenia wszystko było dla niej znajome w nie najlepszy sposób. Starała się trzymać za mentorką i dopasować swój rytm do jej rytmu, co szło jako tako tylko przez jakiś czas.
Budowa jej ciała z każdym kolejnym księżycem bardziej przypominała tą starszej kotki, ale dalej nie była w stanie go dostosować do tego samego tempa. Im dłużej biegła, tym bardziej oddech przestawał się koordynować z jej łapami i nie była żadnym sposobem w stanie tego naprawić, bez najpierw wyraźnego zwolnienia. W Porze Zielonych Liści było to bardziej uciążliwe niż kiedykolwiek wcześniej.
Srebrzysta Równonoc biegła obok spokojnym, miarowym krokiem. Perłówkowa Łapa obserwowała ją przez dłuższą chwilę. Przez wiele księżyców wchodziła w jej rytm automatycznie, jakby to był jedyny właściwy sposób biegania niebędący sprintem, i za każdym razem miała wrażenie, że stać ją było na więcej.
Minimalnie zwolniła. Bardziej ze zmęczenia, niż świadomie, ustawiła się w nieco krótszy, ale szybszy rytm kroków, a oddech się do niego dostosował. Trawa pod łapami była sprężysta, zupełnie inna niż poprzedni popiół i roztopy, i każdy krok przywracał trochę energii, zamiast ją pochłaniać.
Mentorka odłączyła się i stanęła w miejscu, w którym miałaby zawsze widok na uczennicę.
Kremowa kotka zaczęła dostrzegać coraz większą różnicę. Przez zmianę tempa kolejność stawiania łap i oddech przestały być dwoma oddzielnymi rzeczami do pilnowania, a zamiast tego stały się częścią całości, dzięki czemu resztę uwagi mogła skierować gdzie indziej.
Trawa migała pod łapami, wiatr przy każdym kroku czesał futro wzdłuż grzbietu i był przyjemnie chłodny na uszach, a łąka mijała w tempie, które zaczęło wydawać się naturalne. Gdzieś na granicy rosły wysokie kwitnące rośliny, których nazwy nie znała i ich zapach docierał do niej falami, kiedy powiew przychodził z tamtej strony. Łapy bolały ją tępo, tak jak powinny po ciężkiej pracy, a nie jak podczas Pory Opadających Liści, kiedy całe jej ciało krzyczało, żeby się zatrzymać.
W końcu usłyszała, że Srebrzysta Równonoc ją wołała. Jak tak teraz pomyślała, to chyba nie po raz pierwszy. Posłusznie skręciła w jej stronę i podbiegła truchtem, dysząc troszeczkę lżej niż ostatnim razem.
Mentorka siedziała niedaleko i przewracała leżące na ziemi, mieniące się w słońcu na niebiesko, srocze pióro.
— Jeśli masz tyle energii, to może spożytkujemy ją następnym razem na polowanie, a nie same biegi. — Kiwnęła głową.
— Możemy teraz — odpowiedziała Perłówkowa Łapa, po czym sama wydawała się zdziwiona, że to powiedziała.
Srebrzysta Równonoc zmierzyła wzrokiem jej rozczochrane od wiatru futro i machnęła łapą.
— Nie przesadzaj. Może, jak słońce będzie niżej, teraz i tak się większość zwierzyny chowa.
Wstała powoli, wzięła pióro w pysk i ruszyła w stronę powrotną. Z miejsca, w którym tego dnia trenowały, najbliższy tunel znajdował się w starym obozie.
Mentorka poszła przodem do tunelu, a Perłówkowa Łapa została na chwilę dłużej niedaleko wejścia. Nie pierwszy raz próbowała szczęścia, że coś użytecznego przy nim się napatoczy, ale przy ostatniej okazji nic wartego uwagi nie nawinęło jej się pod nos. Nie wiązała z miejscem szczególnych nadziei, ale uznała, że skoro już tu była, to warto było sprawdzić raz jeszcze.
Od ostatniego razu okolica zarosła trochę gęściej trawą, ale odsuwając ją łapą, nie zauważyła niczego ciekawego. Pochyliła się niżej przy kamieniu na ziemi, wciągając powietrze głębiej – i natychmiast tego pożałowała. Suchy piasek wleciał jej prosto do nosa i kichnęła na tyle głośno, że nawet Srebrzysta Równonoc mogła to jeszcze usłyszeć. Niezadowolona otrzepała pysk. Może jednak nie dziś.

[Event Klan Burzy: Przeszukiwanie starego obozu]
[685 słów + biegi długodystansowe]

[14% + 5%]

Od Rybitwy do Bukowej Korony

Przeszłość, niedługo po narodzinach

Tuliła się do matczynego futra, nie rozumiejąc jeszcze świata, który był wokół niej. Wiedziała tylko, że była przyczepiona do kogoś, kto dawał jej ciepło i bezpieczeństwo, które było jej potrzebne. Czuła przy sobie też inne małe kuleczki, z którymi miała dzielić przestrzeń. Miejsce, w którym było jej dane się pojawić, było jakieś szumiące. Słyszała jakieś odgłosy, było ich sporo. Kotka nie wiedziała, do kogo należały. Jedne były dosyć ciche, a drugie takie żywe i rozchodzące się po całym miejscu. Nie przeszkadzały jej nawet. Chciała wiedzieć, co znaczyły. Co mogła z nich zrozumieć na początku swego istnienia.
Próbowała przechwycić jakieś wyrazy, które się powtarzały, najbardziej powtarzało się "kociak", "kociaki", może to samo słowo, które dziwnie brzmiało. Co ono oznaczało? Co się określało tym słowem? Mała główka zaczęła pracować i odgadywać po swojemu co mogło to znaczyć, bez jeszcze otwartych oczu, gdzie jedynie co mogła ujrzeć to ciemność. To słowo w różnych tonacjach chodziło jej po głowie. Wszystko zdawało się jednak popsuć, gdy pojawił się głośny przebijający się syk. Po nim następnie do uszu już nie docierały przyjemne, sklejone dźwięki, tylko zdominowały je słowa, które kłuły jak ciernie, a sam ton był tak nieprzyjemny w słuchaniu, że jej małe futerko się podniosło.
Koteczka zaczęła piszczeć przerażona. Nie wiedziała, co się działo, dlaczego otoczenie nagle stało się dla niej tak wrogie? Następnie do niej jeszcze dołączyły inne równie przerażone piski, które chciały zakomunikować, że mimo tego, że były blisko brzucha matki, to nie czuły się bezpiecznie. Nagle głośne syki ustały, otoczenie wydawało już się umilknąć, a mimo tego, kociak nadal czuł niepokój wraz z rodzeństwem. Coś ciepłego zaczęło ją pieścić po główce.
— Już wszystko dobrze, maluszki, jestem przy was. — Po usłyszeniu matczynego głosu, przestała już piszczeć najgłośniej z rodzeństwa i wtuliła się w matkę, nie zamierzając jej odstąpić na krok.

***

Teraźniejszość

Rybitwa, jak pijany zając, biegała po całym żłobku ze Świetlikiem. Zabawa ta nazywała się gonitwą, była dosyć łatwa. Wystarczyło się ścigać, dopóki się nie zmęczy. Była to jedna z lepszych dla niej zabaw, bo była w tym najlepsza.
— Dzieci, nie biegajcie zbyt szybko! To, że jest pusto, nie znaczy, że możecie tak szaleć. — Rozżarzona Pieśń zwróciła im uwagę, jako ich matka. Świetlik się zatrzymał, a Rybitwa podczas jego ociągania się, zdążyła zrobić drugie kółko i go ominąć.
— Ślimaczysz się jak mewa w wodzie! — zawołała głośno, pokazując swój język bratu. Ten natychmiast się speszył i zaczął ją gonić. Lubiła bardzo to robić, dlatego że jej brat śmiesznie się denerwował przy tym. Nie robiła tego nawet, by być złośliwą. Zazwyczaj Świetlik byl jedynym kompanem do ich misji i zabaw, Krabik rzadko się bawiła, twierdząc, że była zbyt poważna, by się bawić w dziecinne zabawy. Brzmiało to nudno, bo przecież jak można było być takim nudziarzem i leżeć tylko obok matki? Aktualnie Krabik też to robiła przed chwilą, zerkając na nich co chwilę. Czekoladową srebrną kotkę omijało najlepsze, dzięki takiemu nastawieniu.
Bieganie w żłobku nie było łatwe, było wiele przeszkód w postaci karmicielek, gdzie trzeba było przeskakiwać przez koty, lub je omijać na około. Mając przed sobą tyle przeszkód, tym bardziej ta zabawa wydawała się atrakcyjna dzięki takim urozmaiceniom. Wcześniej przeskakiwali Dymówkę i Ciskę, niestety już nie było ich w żłobku, więc musieli po prostu przeskakiwać przez puste legowiska. Kotka szykowała się właśnie do przeskoczenia jednego z szerszych legowisk, wyglądało na to, że musiało być naprawdę dużo kociaków na nim kiedyś. Kotka szykowała się do skoku, ale nagle Świetlik ją przygniótł. Rudzielec szybko zszedł z niej.
— Przepraszam, chciałem przeskoczyć to legowisko, ale coś źle skoczyłem. — Rybitwa otrzepała się z kurzu, chciała już powiedzieć bratu, że prawie zrobił z niej miazgę, ale rozproszyły ją czyjeś kroki. Obróciła się, i zauważywszy Bukową Koronę z wielką kaczką, zawołała;
— TATA! — Od razu podbiegła szczęśliwa do ojca. Świetlik również chciał przywitać ojca. Prawie mu weszła pod łapy. Srebrny czekoladowy kocur odłożył swoją czarną kaczkę na podłoże, uśmiechając się dumnie.
— Widzicie ją? To łyska, sam ją upolowałem z małą pomocą Mysikróliczej Łapy. To znaczy ja polowałem, a ona patrzyła! Ta kaczka była zawzięta, ale ja jedną łapą ją załatwiłem! Dzięki temu możecie zobaczyć moje unikatowe umiejętności łowieckie. — Rybitwa przyglądała się wielkiemu, martwemu ptakowi. Był kilkukrotnie od niej większy, a ile tych piór! Świetlik też podszedł do ptaka, obwąchując jego ogon, by poznać jego zapach. Nawet Krabik wyszła spod łap matki, by przyjrzeć się temu monstrum! Rodzeństwo na pewno było zgodne, że ten ptak to był jakiś rarytas, większy od większości ptaków, jakie widzieli.
— Ale gigant! Zabierzesz nas kiedyś na kaczki? Chciałabym kiedyś taką złowić jak twoja. — Czekoladowa kotka podeszła do skrzydła kaczki, a następnie zabrała się za wyrywanie piór. Tyle tego było, że nie była pewna czy to wszystko się zmieści pod legowisko mamusi, w dodatku nie było to najłatwiejsze. Może więc powinna zacząć je nosić? Takie czarne pióra, na pewno byłyby fajną pamiątką po takiej kaczce. Siłowała się chwilę z piórami, aż wreszcie udało jej się wyskubać kilka lepszych, dłuższych piór i ozdobiła nimi swoje futerko.

<Bukowa Korono?>

Jesienne dolegliwości

Nadeszła Pora Opadających Liści, a z nią nowe dolegliwości!

POGODA

Pierwsza połowa jesieni okaże się bardzo przyjemna. Przez większość dni łagodne promienie słońca będą umilać wojownikom polowania. Noce staną się jednak dużo chłodniejsze. Im bliżej zimy, tym bardziej ponura i chłodna zrobi się pogoda. Ciepłe dni zostaną zastąpione przez szaro-bure. Częste, choć niekoniecznie ulewne deszcze sprawią, że sucha ziemia zamieni się w błoto. Uprasza się wychodzące z obozu koty o ostrożność w trakcie przeprawiania się przez śliskie kamienie, z których upadek groziłby poturbowaniem.

Klanu Burzy:

Żywiczna Łapa - infekcja oka
Śpiewający Raniuszek - przewianie
Zwiewny Mak - zranienie ogona
Wędrujące Niebo - ugryzienie przez szczura
Porzeczka - szkło w łapie

Klanu Klifu:
 
Trójoki Zając - biały kaszel
Czujny Pasterz - bezsenność
Srocza Błyskotka - katar
Księżycowa Aldrowanda - infekcja gardła
Słonkowa Łapa - swędząca infekcja

Klanu Nocy:

Spopielona Alga - wymioty
Wzlatująca Uszatka - infekcja ucha
Narwana Łapa - szkło w łapie
Niedźwiedziówkowy Pył - katar
Nurowa Łapa - biały kaszel

Klanu Wilka:
 
Jesionowa Szadź - zwichnięcie tylnej łapy
Podstępna Kłamczucha - kolec w łapie
Korowy Szept - przewianie
Smuklik - katar
Aronia - wymioty

Owocowego Lasu:
 
Drobinka - ból zęba
Pierścień - bezsenność
Mistral - infekcja oka
Figa - swędząca infekcja
Wrona - katar

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Konwaliowa Mielizna - szkło w łapie
Szaruga - infekcja ucha

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w kolejne stadium. Dotyczy to kotów z:

Klanu Burzy:

Złota Wydma - gorączka > osłabienie > odwodnienie
Rudzikowe Skrzydełko - infekcja ucha > tymczasowa głuchota na ucho > stała głuchota
Gasnąca Prawda - katar > kłopoty z oddychaniem 
Bąbelkowy Plusk - wymioty > odwodnienie

Klanu Klifu:
 
Niebiańska Poświata - ugryzienie przez szczura > infekcja
Oszroniony Kieł - infekcja gardła > chrypa
Wędrujący Wibrys - szkło w łapie > infekcja
Firletkowa Łapa - zranienie przedniej łapy > infekcja
Krabik - przegrzanie > ból głowy

Klanu Nocy:

Mandarynkowa Gwiazda - ból głowy > osłabienie

Klanu Wilka:
 
Piołunowy Dym - wymioty > odwodnienie
Wąsatkowy Ruczaj - ból stawu
Iglak - katar > kłopoty z oddychaniem

Owocowego Lasu:

Wszyscy wyleczeni!

Samotnicy i Pieszczochy:

Lisi Oset - zwichnięcie tylnej łapy > zwyrodnienie

Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka jesienią.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu jesieni - mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!
Proszę, by wymienione pod opowiadaniem imiona zgadzały się z imionami postaci w momencie ich zachorowania. Stare, zgadzające się z listą imię można zamieścić w nawiasie obok aktualnego imienia.