BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka i Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Miot w Owocowym Lesie!
(Brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 12 kwietnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

06 kwietnia 2026

Od Króliczej Prawdy CD. Poczciwego Szakłaka

— Głuchy jesteś czy niemy? — zapytał Królik, choć tym razem przynajmniej otrzymał odpowiedź. Burzak pokręcił przecząco głową. — To weź coś powiedz, a nie liczysz — dodał pręgowany, a jego wąsy zadrżały z irytacji.
— Ja… Nie gapiłem się — wymamrotał czarnofutry, niemal bezgłośnie. — Ale prawda, masz piękne i lśniące futro… — mruknął, chyba nie zastanawiając się nad sensem tych słów. Dopiero po chwili coś w jego głowie zaskoczyło. — Zapomnij. — rzucił i nieco spłoszony podniósł się z dotychczasowego miejsca.
Królik zaśmiał się, zdumiony słowami obcego. Nie spodziewał się, że pierwszy lepszy Burzak zacznie mu prawić takie komplementy!
— Nie musisz się już tak podlizywać, i tak cię stąd nie przegonię — miauknął rozbawiony, powoli kręcąc głową. Czarnofutry nie wyglądał na zachwyconego, ale to nic. — Tak w ogóle, nazywam się Królicza Prawda — przedstawił się, skoro już “ustalili”, że nie są sobie wrodzy.
Nieznajomy odwrócił wzrok od kremowego, przez moment się wahając.
— Poczciwy Szakłak — mruknął w końcu, chyba jedynie z grzeczności. Następnie zamilkł i zrobił krok w tył.
Królik otworzył pysk, by coś powiedzieć, lecz ostatecznie także pozostał cicho.
— To… pójdę już sobie. Uczeń na mnie czeka — oznajmił i, odwróciwszy się od Burzaka, pognał w stronę Pasterzowej Łapy.
Kocur miał spróbować zapolować na coś sam, jednak przez cały ten czas siedział na tyłku, przyglądając się rozmowie dwóch kotów.
— Gratuluję zmarnowania czasu — rzucił Królik, podchodząc do kremowego ucznia. Jego humor od razu się pogorszył, a mina zrzedła. Co mu tam po jakimś komplemencie, skoro miał takiego krnąbrnego młodzieńca do wyszkolenia.
— Nie zmarnowałem czasu! — uparł się Pasterz. — Gdybym poszedł zapolować i się zgubił, dopiero wtedy bym go zmarnował, szukając ciebie! — zaczął się bronić, ale na Króliku te wymówki nie robiły wrażenia.
— Przecież masz nos, czyż nie? Zostawiłbyś za sobą trop i wrócił jego śladem — burknął, nawet nie patrząc na ucznia. Zamiast tego podszedł do tuneli, by kontynuować zaplanowany trening.

* * *

Przed zniknięciem Fiołki

Jego matka wreszcie została liderką! Nie odebrała jeszcze co prawda żyć i nie miała drugiego członu “Gwiazda”, ale to tylko kwestia czasu. Musi tylko wyleczyć się po odbytej walce z mewami, a wtedy zostanie Pikującą Gwiazdą! A może jednak Jaskółczą Gwiazdą? To drugie bardziej do niej pasowało.
W każdym razie… Królik czuł lekki zawód przez to, że to nie jego kremowa wybrała na swojego zastępcę. Albo przynajmniej jego brata! Zamiast tego powierzyła tak ważną rolę komuś takiemu, jak… Mysi Postrach. Jednak kocur był jej uczniem, więc jej wybór miał też trochę sensu. Właściwie to nawet więcej, niż gdyby wybrała któregoś ze swoich synów. Tym bardziej po tym, że w młodości uciekli z Klanu Klifu, znikając z niego na kilka dobrych księżyców. Teraz niby się zreflektowali, ale kto im zaufa, że już nigdy nie popełnią takiej głupoty?
Poza tym na Królika niektórzy wciąż patrzą z podejrzliwością przez fakt, że Wzburzony Kormoran i Oszroniony Kieł niekoniecznie są do niego podobni. Jednak czy to była jego wina? Jak już, to Źródlana Łuna go oszukała, wmawiając mu, że jest ojcem! — przynajmniej tak by powiedział, gdyby chcieli go oskarżać. Prawda jest jednak taka, że sam się zgodził na udawanie jej partnera i rodzica tych kociąt…
Zresztą, co ci Klifiacy się tak uwzięli? Foczej Fali urodziły się dwa kociaki — Fiołka i Złamanek. Żadne z nich nie przypomina ani swojej matki, ani ojca, a jednak każdy wierzy, że to ich dzieci. No, a tak swoją drogą, to powinien chyba pogratulować pierwszorazowemu tacie. Nawet jeśli ten nie do końca chce mieć z nim cokolwiek do czynienia.
Już miał się zbierać do żłobka, gdy nagle zauważył chodzącą po obozie Pikującą Jaskółkę. Tak właściwie, to dawno z nią nie rozmawiał… Postanowił do niej podejść, by nadrobić ten stracony czas.
— Hej, mamo — mruknął, stając obok kremowej kotki. — Cieszysz się, że w końcu możesz rządzić Klanem Klifu? — zapytał, uśmiechając się przyjaźnie.
— Daj spokój. Mysi Postrach został już mianowany na zastępcę i nie zamierzam tego zmieniać — odparła, nawet na niego nie patrząc.
— No coś ty! Nie przyszedłem tu błagać o awans — fuknął, przewracając oczami. — Już nawet z własną matką nie można porozmawiać? — dodał żartobliwym tonem, chcąc jakoś rozluźnić atmosferę. Dziś Pikująca Jaskółka wydawała się nie w humorze — może w ogóle nie powinien do niej zagadywać…
— Można, można, tylko jak jest mniej zajęta — odpowiedziała, wciąż nie zwracając głowy w jego kierunku.
— A czym tak jesteś zajęta? Planujesz rewanż na Klanie Wilka, czy o co chodzi? — drążył dalej, nie chcąc matce odpuścić. — Przydałoby się w końcu wyrównać rachunki. Niby pozbawiłem jednego Wilczaka oka, ale spójrz na Źródlaną Łunę! Tak ją poturbowali, a potem jeszcze zabrali nam kawałek terenów… — zaczął się użalać.
Jaskółka w końcu spojrzała na niego, mierząc go morderczym spojrzeniem.
— Nie przypominaj mi o tym — burknęła, wzdychając ciężko. — Jeszcze kiedyś się im odpłacimy. Może niekoniecznie za mojego czy twojego życia, ale kiedyś nadejdzie ten dzień — stwierdziła pewnie, po czym bez słowa odeszła od Króliczej Prawdy.
Kremowy spuścił wzrok na łapy. Nie była to może jego najdłuższa rozmowa z matką, ale zawsze coś, prawda? Może w przyszłości spróbuje trochę więcej z nią rozmawiać, by odnowić ten kontakt. Właściwie, odkąd uciekł, Jaskółka wydaje się nim trochę zawiedziona. Może i sobie to wymyślił, a może taka po prostu była rzeczywistość… Takich wielkich błędów nie wybacza się ot tak, a już na pewno nie zapomina.

* * *

Korzystając z tego, że mewy zostały już przegonione z terenów Klanu Klifu, postanowił wybrać się na spacer. Do niedawna samotne schadzki były zabronione, bo zawsze istniało ryzyko, że zaatakuje cię wielki, rozgniewany ptak. Teraz jednak Klifiacy pozbyli się problemu i wszystko wróciło do normy. Na jak długo? Tego nie wiedział nikt — jednak Królik uważał, że już wkrótce znowu się coś posypie. Nie wiedział jeszcze co, ale miał złe przeczucie.
Nie zamierzał jednak zbyt długo się tym przejmować. Trzeba korzystać, póki życie sprzyja. Udał się więc na granicę z Klanem Burzy. Zamierzał przejść się wzdłuż granic Klanu Klifu i dotrzeć nad brzeg, by powdychać trochę morskiego powietrza i poobserwować taflę wody. Może nawet poczekałby aż do zachodu, by popatrzeć na słońce chowające się za horyzontem i to piękne, pomarańczowo-różowe niebo? Na pewno pomogłoby mu to się odprężyć — choć nie żeby miał czym się szczególnie stresować. Nie musiał się już nawet martwić tym, co znowu wymyśli Pasterzowa Łapa, bo kocur wreszcie został Czujnym Pasterzem.
W końcu Królik zatrzymał się, gdy dotarł na granicę z Burzakami. Tu postanowił chwilę odpocząć, bo wędrówka zaczęła już dawać mu się we znaki. Jak to mówią... starość nie radość.

<Poczciwy Szakłaku? Jesteś tam?>

Od Rohan

Całodzienny skwar i prażące słońce powoli zaczynały ustępować chmurom i przelotnym deszczom. Chociaż końcówki dnia podczas Pory Zielonych Liści były niezwykle przyjemne, a wizja chłodnego wieczoru często była na tyle przyjemna, że można było zapomnieć o fakcie, że najpierw trzeba było przeżyć męczący południa, tak większość Owocniaków z wielką ulgą powitała pogorszenie się pogody. Gondor był jednym z tych kotów. O ile nie musiał się martwić o przegrzanie, które mogło być niezwykle uciążliwe dla tych o ciemnym futrze, tak jego gęsta szata nie pozwalała na ulatywanie potu, który zbierał się zaraz przy skórze i sprawiał, że często miał z nią problemy. Za każdym razem, kiedy przychodził nieco chłodniejszy dzień, kiedy wiatr dął mocniej znad terenów Klanu Burzy i niósł ze sobą lekki zapach morskiej bryzy, ten od razu wykładał się na zacienionym kamieniu i próbował przewietrzyć wszystkie owłosione zakamarki. Rohan często pomagała mu o nie zadbać, nie chcąc, aby partner znów obtarł się między nogami a brzuchem lub piersią. Nie lubiła, kiedy całymi nocami narzekał jej do ucha. Po całych dniach spędzonych osobno wolała, aby ten wspólny sen był czymś przyjemnym, niekoniecznie wypełnionym jego ciągłymi wakrami i zgrzytami. 
Mówił jej wtedy, że ona zwyczajnie nie rozumie, że nigdy nie miała takiego problemu i po prostu nie wie, jak bardzo uciążliwe to może być. No i faktycznie może i była to prawda, ale znowu on nie rozumiał, jak okropne było, kiedy nagle łapie cię deszcz i zamiast pozostawać na wierzchniej warstwie, od razu przenika do skóry i oblepia chłodną pelerynką. O życiu podczas Pory Nagich Drzew nawet nie miała siły wspominać. Aby się nie kłócić, zwyczajnie kończyli przepychanki na tym, że koty powinny posiadać dwie różne szaty, które zmieniałyby się zależnie od pory roku. Wtedy wszystkim lepiej by się żyło. 
Na szczęście teraz panował ta pora, ten czas, kiedy wszystkim żyło się lekko i przyjemnie. Prawda, deszcz mógł zaatakować niespodziewanie w każdej chwili, ale słońce nie parzyło w karki, a mróz nie piekł w łapy i nosy. Zwierzyna grasowała niczym szalona, niczym ślepa na wszelakie patrole łowieckie czy inne drapieżniki. Podobnie jak Owocniacy, była oślepiona wizją pełnego brzucha i wykarmionego potomstwa. Świat obfitował we wszystko. 
W Owocowym Lesie również w nieszczęście...
Kiedy para kotów dołączyła do społeczności, liczyła na spokój, bezpieczeństwo i dostatek. Może i spodziewali się większej liczby zadań i odpowiedzialności, ale nie byli przygotowani na epidemie, która po kolei przenosiła się na kolejne koty. Początkowo nie obawiali się jakoś niesamowicie mocno; w końcu chorzy byli jedynie ci, którym już i tak nie pozostało zbyt dużo czasu. W końcu jednak zachorowali również Czerwiec i Szafran, których Rohan i Gondor zdążyli poznać w obozie lub gdzieś na patrolach. To były zdrowe i silne koty, które powinny mieć jeszcze niezliczone księżyce życia przed sobą, a teraz tarmosiła je przedziwna choroba, jak gdyby również ich pyski były posiwiałe, a oczy przykryte bielmem. Wtedy dawne pieszczochy po raz pierwszy faktycznie zaczęły żałować swojej decyzji. Zwłaszcza że podczas pierwszych treningów dowiedzieli się, że Owocowy Las jest jedynie jedną z pięciu grup dzikich kotów, które zamieszkują okoliczne lasy, łąki i plaże. Czy gdyby poszli gdzieś dalej, to ominęłaby ich ta tragedia? Co jeśli jeden z nich będzie musiał odejść i pozostawić tego drugiego? 
"To był mój pomysł, moje widzimisie, moja przygoda…" — powtarzała w głowie Rohan, wpatrując się w kocura, który szedł obok niej. Nie chciała go martwić. Nigdy nie mówiła takich rzeczy na głos; wiedziała, że kocur od razu by na nią nasyczał i powiedział, że ma przestać wygadywać głupoty, bo on nie jest kociakiem i gdyby sam nie chciał dołączyć do Owocowego Lasu, nie zrobiłby tego. Nawet jeśli nie była to prawda. Gondor zawsze zrobiłby wszystko, aby tylko być u jej boku. 
— Podoba wam się u nas, moi drodzy? — zapytała nagle Purchawka, która tym razem im towarzyszyła. Kocica była przyjemna w obyciu i bardzo ciepła; bardzo za nią przepadała. Nie utraciła swojej pozytywnej iskierki, nawet kiedy po obozie szalała zaraza, a nikt nie wiedział, skąd mogła się wziąć i co mają z nią robić. 
— Jest tu nieco… zamieszania, ale wspaniale jest mieć ciepłe miejsce do spania, do kogo pysk otworzyć i nieco więcej obowiązków podczas dnia. Nuda jest paskudna — odezwał się Gondor, zanim jego ukochana w ogóle zdążyła otworzyć pysk. 
— Fakt, niefortunny czas… — wtrącił się Topola, który prowadził grupkę czterech kotów. Od kiedy jego partnerka przeniosła się do kociarni, gdzie miała wyczekiwać przyjścia na świat swojego późnego potomstwa, szkolenie burej przejęła Jeżyna. Zwiadowczyni była jednak zajęta tego poranka, gdyż musiała iść na patrol. Uczennica miała do wyboru towarzyszyć jej lub wybrać się na zbieranie ziół z partnerem, jego nauczycielem i szamanką. Decyzja była natychmiastowa.
— Tobie to chyba nie wypada tak mówić, Topolo — zganiła go żartobliwie dymna. Kocur zdał się nieco… zakłopotać? Czyżby nawet się zarumienił? Odwrócił wzrok niczym nastoletni zakochany. Zaśmiał się pod nosem. 
— No, może u nas nie jest najgorzej — wymruczał, wpatrując się w ziemię przed sobą. 
— Lepiej późno niż wcale, co? — zaczepił go żółtooki. Oczywiste było, że biały dogadywał się o wiele bardziej ze swoim mentorem niż jego druga połówka. Rohan musiała przyznać, że cieszyła się niesamowicie ze zmiany nauczycielki. Jeżyna zdawała się być o wiele milsza i bardziej wyrozumiała. Może nawet uda jej się dokończyć trening, zanim Figa wymknie się z powrotem do legowiska zwiadowców… To by było niesamowicie piękne… 
"A może macierzyństwo nieco ją ociepli? Nieco załagodzi ten ogień, który skrzy jej w ślepiach, ostudzi gniew, który z niej kipi za każdym razem, kiedy łapa zsuwała mi się z śliskiej, gładkiej gałęzi..." —  rozmarzyła się niemal. 
— A ty, moja droga? Niezwykle cicho sobie tam drepczesz, niczym nie ty! — zaczepiła ją Purchawka. Białe uszy stanęły pionowo i natychmiastowo odwróciły się w kierunku szamanki. 
— Uh... Ja po prostu tak sobie… rozmyślam — wydukała. 
— A o czym to? Czasami dobrze wyciągnąć nasze myśli z głowy i przenieść je na język, rzucić na wiatr, aby Wszechmatka mogła je usłyszeć i odpowiedzieć nam, ukoić nasze nerwy — zachęciła zezowata. 
— Mm... Myślę, że to niepotrzebne, to tylko takie głupotki, nic więcej — zaśmiała się srebrna. Gondor przeciągnął ogonem po jej grzbiecie, ale nic nie powiedział. Był kotem czynu. 
— Skoro tak uważasz — zakończyła Purchawka i ruszyli dalej nieco prędzej. Postanowili zrobić kółko wokół obozu, aby nigdy nie oddalać się zbyt mocno. W każdej chwili ktoś mógł potrzebować szamanki, a ta nie wybaczylaby sobie, gdyby akurat zabrakło jej w najbardziej krytycznym momencie. Nawet jeśli tego samego poranku przywitali kolejnego malucha, który miał szkolić się pod okiem jednego z uzdrowicieli. Nigdy nie było za dużo łap do pomocy; zwłaszcza tych faktycznie przeszkolonych i chętnych do pomocy i poświęceń. 
Nagle Topola stanął. Wryty niemal w ziemię postawił uszy na sztorc i napiął całe swoje ciało. Końcówka ogona drgała mu w skupieniu; zaczął węszyć. 
— Czujecie to? — zaczął niepewnie. Cała pozostała trójka zaczęła głęboko zaciągać się powietrzem. Pyski mieli uchylone, a oczy przymknięte, jakby pozbawienie siebie jednego ze zmysłów miało wyostrzyć pozostałe. Faktycznie zapach był wyczuwalny, cierpki, delikatnie słodki i bardzo duszący. 
— Stęchlizna... Zapach śmierci — wydukała Purchawka, robiąc jeden niepewny krok do przodu, w stronę źródła swądu. — Ale to bardzo, bardzo starej śmierci...
— Może powinniśmy być bardziej ostrożni — wymruczała Rohan, patrząc na szamankę, która z każdym uderzeniem serca zbliżała się do zarośli, które porastały brzeg rzeki.
— Może to znów te parszywe stwory! — ostrzegł Gondor. Topola spiął się jeszcze bardziej; nikt nie chciał, aby kotka skończyła jak biedny Orzeszek. Od śmierci starszego wszyscy unikali bobrów niemal z taką samą pieczołowitością co lisów. — Panno Purchawko, nie wiem, czy to dobry pomysł. — Spróbował zatrzymać ją jeszcze raz. Kotka jednak nic sobie z tego nie robiła. W końcu para kocurów ruszyła za nią. Rohan chwilę stała w bezruchu, ale ostatecznie również ruszyła za resztą. Serce waliło jej w piersi ze strachu. 
Panowała niemal całkowita cisza. Smród nabierał na sile z każdym krokiem. Powoli szczypał w oczy i sprawiał, że do pysków napływała ślina. Karpati miała wrażenie, że łapy się zaraz pod nią ugną i puści pawia prosto pod nie. W końcu jednak stanęli przed bujnymi zaroślami. Muchy brzęczały dziko, a ich śpiew dudnił kotom w głowie. 
— Nie słychać rzeki — zauważył Topola, kładąc uszy po sobie. 
— Tylko śpiew śmierci — wymruczała szamanka, robiąc ostatni krok wgłąb krzaków. Kiedy tylko zrobiła w nich przejście, zapach uderzył w resztę Owocniaków, która stała za nią. Uczennica zakaszlała i zakryła nos łapą. Jej partner, zamroczony, zrobił pół kroku do tyłu. Wojownik udawał niewzruszonego, ale oczy zaszły mu łzami. 
Ich oczom okazało się wielkie jelenie truchło w zaawansowanej fazie rozkładu. Rogacz leżał na boku, a jego nogi, brzuch i pierś (lub to, co z nich zostało) spoczywały w wodzie, której swąd wprawiał całą grupę w zawroty głowy. Nad taflą unosiła się chmara robactwa, która czarną warstwą oblepiała posklejane brązowawe futro olbrzyma. W niektórych miejscach widać było biel kości, gdzieniegdzie zgniłą zieleń zepsutego mięsa lub grubej skóry. Tylne nogi zostały już całkiem ogołocone przez wodne bakterie i inne żyjątka. Łeb za to wydawał się w niemal idealnym stanie. Być może coś jedynie nadgryzło kawałek ucha lub szczęki; oczy jednak wciąż były bystre i zdawały się wpatrywać prosto w grupę kotów. 
Stali w szoku. Nie tego się spodziewali. 
Chociaż tego nie chcieli, mniej zdziwiłby ich widok kota, który został zaatakowany przez bobry i pozostawiony na pastwe robactwa. To nie sprawiłoby, że cała okolica przesiąknie stęchlizną. 
— Spójrzcie na wodę… — odezwała się w końcu Purchawka.
— H-huh... — mruknął zaskoczony biały. 
— Stoi... A powinna płynąć — dodał Topola. — Śmierdzi niczym niewymieniany mech... — Skrzywił się z obrzydzeniem. 
— A-ale czemu? — zapytała Rohan, próbując uciec swądu, ukrywając się za partnerem. Ten jednak zdał sie już przesiąknąć przez ich futra, aż do ich skóry, a nawet kości. 
— N-nie wiem… — powiedziała najpierw szamanka, ale po chwili dodała, odwracając się do nich: — Nie. Jednak wiem... To one, to one i ich obozy na rzekach... Ich konstrukcje z gałęzi nie pozwalają rzece płynąć dalej… O-ostatnio Wiciokrzew i Mistral widzieli je nieco za obozem na rzece. One... One odcięły Owocowy Las od wody. Od dobrej wody. 
— Czy próbujesz powiedzieć, że to wszystko, co dzieje się teraz w obozie, w legowisku starszych, to… to wina bobrów? I tego martwego jelenia? — zapytał wojownik, a jego uszy położyły się płasko. 
— Tak. Jestem niemal tego pewna. — Szok niemal emanował od kocicy. — My musimy coś zrobić... One nas zabiją, wytrują jeden po drugim… 
— Ale dlaczego reszta kotów nie choruje? Tylko ta garstka? Przecież to nawet nie jest zaraźliwe… Kolendra jest zdrowy, chociaż każdą wolną chwilę spędza ze swoją ukochaną — zauważył Gondor, próbując w międzyczasie lepiej przyjrzeć się zwłokom. 
— B-bo nie wychodzą z obozu — wydukała srebrna buraska zza niego. Trzy pary oczu przeniosły się na nią. Zanim powiedziała coś jeszcze, przerwała jej dymna. 
— Tak. Wojownicy, zwiadowcy, uczniowie, a nawet i stróże... Oni wszyscy wychodzą z obozu i piją wodę z rzeki, która wciąż biegnie, która nie jest przesiąknięta larwami i śmiercią. A starsi... A starszych zatruwaliśmy wodą z bliska, zaraz z brzegu przy obozie… — Ostatnie słowa stały się niemal jękiem. Smutek i żal wymalowały się na pysku kotki. Poczucie winy ściskało jej serce. 
— Purchawko... Jakże mogliście wiedzieć? — odezwał się łagodnie Topola. Położył ogon na ciemnym grzbiecie, a zezowata zacisnęła oczy na krótką chwilę.
— To nie wasza wina… Chcieliście jak najlepiej zadbać o swoich przyjaciół — rzekł Gondor. — Teraz najważniejsze, aby jak najszybciej zanieść te wieści do Pieczarki i Czereśni. Nie możemy zwlekać; dla reszty może być jeszcze szansa na wyleczenie. 
— Tak, tak, to nie czas na obwinianie siebie. Najpierw wróćmy i zabrońmy wszystkim picia wody, która nie płynie — zadecydował wojownik. Szamanka w końcu kiwnęła głową. Cała czwórka wystrzeliła w kierunku obozu. 
W końcu mogli coś zrobić. W końcu nie byli bezradni niczym krety pozostawione na powierzchni. W końcu była jakakolwiek szansa, że dotknięte choróbskiem koty będą w stanie wyzdrowieć i powrócić do swoich rodzin, przyjaciół i obowiązków. Musieli tylko działać szybko i sprawnie. Musieli się zmobilizować i wykazać ogromną troskę. A co najważniejsze... Musieli coś w końcu zrobić z tymi przerośniętymi, mokrymi szczurami. Nie mogą czuć się spokojnie, dopóki ich zębiska ścinają ich owocowe drzewka, wgryzają się w ciała kotów i brukają się ich krwią. Nie było na nie miejsca w idealnym świecie, do którego uciekli Gondor i Rohan, w którym Topola chciał wychować swoje pociechy, w którym Purchawka miała szerzyć szlachetną wiarę w Wszechmatkę. 

[1999 słów]

Od Dryfującej Bulwy do Przebiśniegu

Starszy kocur poszedł na samotne polowanie. Był dosyć głodny i chciał przy okazji wyżywić żonę. Trochę musiał się odzwyczaić od życia, gdzie nie musiał tak często polować, bo miał z tyłu głowy, że zawsze jak wróci do obozu, to będzie miał stosik ze świeżymi rybami, które upolowali inni. Szedł sobie z ziem niczyich do pobliskiej rzeki. Podszedł do niej, próbując wypatrywać ryb, jednak jedyne co mu się rzucało w oczy to spadające liście Pory Opadających Liści na powierzchnię wody, którą niósł ze sobą prąd wodny. Na szczęście liści nie było dużo, nie chciał jednak skupiać się na liściach i popatrzył w wodę. Bury kocur zobaczył jakiś cień w wodzie, skoczył na cień, już mając rybę w łapie. Chciał już ją zabić, ale zauważył jakiś inny cień... BORSUK?! Tak się wystraszył, że wpadł do wody głową. Nie dość, że rozbolała go głowa, to się wodą zakrztusił. Szybko wyszedł na powierzchnię, gdzie było sucho, mimo tego nadal się krztusił wodą. Kaszlał niezwykle głośno, mimo to usłyszał coś zza krzaków. Czy to był ten borsuk?
To coś podeszło spokojnie do kocura, zdziwione, że tak ktoś na jeno zareagował. Było to w dużej odległości od niego, choć nie umiał się skupić, na jakiej, bo nadal się krztusił, a oczy miał tak załzawione, że nie umiał określić co to.
— A Tobie to co? Myślałam, że koty z wiekiem zdobywają wiedze, a nie ją tracą. Ryby nie powinny Cię zjeść — słysząc, że to gada, jeszcze bardziej się zakrztusił. Gadający borsuk?! Klanie Gwiazdy, czego jeszcze nie było na tym świecie... Miał tylko nadzieję, że to go nie zje.
— Nie zbliżaj się do mnie! Chce jeszcze żyć — położył się wyczerpany na ziemi, ocierając łzy z oczu. Jak dobrze, że przestał się krztusić, już myślał, że spotka się z Pluskającym Potokiem. Chciał się obrócić, ale coś się rzuciło na niego, śmiejąc się i szydząc. Nie mógł na razie wstać. Poczuł łapę, która go przyciskała do ziemi. Przynajmniej teraz wiedział, że to nie był borsuk. Bo łapy takiego, zwykle były większe od kocich. Przynajmniej teraz wiedział, że błędnie ocenił sytuację.
— Za późno, wielka ja dokończę robotę, abyś nie musiał już tonąć nigdy — dokończyć robotę?! Czy ona chciała go zabić? Klanie Gwiazdy, ratuj!
— Ki–... kim jesteś! Nie zabijaj mnie, mam rodzinę! — zawodził błagalnie, chcąc żyć, tak bardzo nie chciał zostać zabity przez jakąś samotniczkę. Chciał jeszcze zobaczyć swoją żonę i przeżyć starość, nie chciał tak skończyć.
Kotka po jakimś czasie wreszcie go puściła, przewracając oczami. Był zdziwiony, bo myślał, że go zadrapie, ale w sumie dobrze dla niego. W takim wieku rany się nie goiły dobrze. Gdyby miał jakąś dostać teraz, to...
— A to mówią, że pieszczochy nie nadają się do życia w lesie — zaśmiała się głośno, po czym podeszła do wody. Łapą lekko chlapnęła na niego.
— Masz moją łaskę — parsknęła. — Znajdź może jakiegoś sieciarza, który się Tobą zaopiekuje, bo nie wiem, czy tak się zachowując, przeżyjesz — jakiego sieciarza, o czym ona mówiła? Pewnie jakieś dziwne stworzenie.
— Nie, dzięki— nie potrzebował żadnego sieciarza, czymkolwiek to było. Zmierzył ją wzrokiem. Skąd ona była, że znała takie słownictwo? Może była pieszczoszką? Chociaż raczej była, bo mu to zasugerowała. Mieszkając na farmie kiedyś z Jabłkowym Plackiem, też widział dwunożnych którzy dbali o farmę, może więc ci sieciarze to był rodzaj dwunożnych którzy dbali o coś innego?
— Na pewno? Bo jak pieszczoch w sumie już się poddajesz — dodała nieznana kotka, nie próbując odpowiedzieć na jego pytanie. — A teraz może poszedłbyś z drogi i się stąd usunął. To jest moje miejsce na ryby — jej miejsce? Od kiedy niby? Nie chciał już mieć problemów z młodą kotką, więc odszedł bez żadnego pożegnania. Nie chciał się kłócić o głupie miejsce nad rzeką, mógł złowić coś gdzieś dalej. Stary kocur poszedł z nurtem rzeki i pustymi łapami, szukając lepszego miejsca na łowienie ryb.

<Nieznajoma?>

Od Borowika CD. Gołąbka

— Ugh...
No ładnie. Znowu to samo.
Oczywiście wiedziałem, co to zwierzyna. Widziałem też już kiedyś, jak wygląda. Jednak zupełnie obraz nie połączył mi się z nazwą ani z opisem. To samo z roślinami.
Gdybym dostawał ładny kamyczek za każdym razem, gdy mylę zwierzynę z roślinami, to miałbym... zero, bo ja się nie mylę. A to było tylko takie...
No.
Wyjątek potwierdzający regułę.
Ja działam na podstawie logiki. A miałem dokładnie takie same szanse przy wyborze, by trafić na właściwe jedzenie, jak i na niewłaściwe.
Ale teraz Gołąbek smutny. Niedobrze.
Stałem w miejscu, nie ruszyłem nawet łapką, by iść do naszej matki, więc Gołąbek oświadczył.
— Zaczekaj tu. Zaraz wrócę z mamą!
I odbiegł w stronę legowiska.
Smutny. Smutny.
Teraz dopiero, gdy mój zadaniowy i pełen determinacji nastrój opadł, zrozumiałem, co tak naprawdę tu się stało.
Gołąbek musiał włożyć swój czas i pracę w zrobienie tego... ładnego kółeczka wokół... no, czymkolwiek to było. Nie rozumiem, po co. Ale rozumiem, że mu smutno.
Potrząsnąłem główką, próbując pozbyć się z gardła tego dziwnego ścisku, uczucia, które ciężko było mi opisać, ale które nawiedzało mnie często.
Przełknąłem. Niezbyt pomogło.
Na szczęście w popełnianiu błędów jestem tak samo dobry, jak w ich naprawianiu.
Czas na magiczne wzorki.
Zacząłem sunąć pyszczkiem po ziemi, idąc tyłem. Narysowałem wokół okręgu kwiatków dwa następne okręgi, od ostatniego odchodziło osiem linii.
Wykonałem kilka kolejnych kroków, aż moje dzieło było gotowe.
Usiadłem przed okręgami na ziemi, cały umorusany w piasku i pyle.
Kichnąłem.
Nie pomogło.
Chwila.
A nie. Już dobrze.
Po niedługim czasie zobaczyłem wynurzającą się z legowiska postać brata.

<Gołąbku?>

Od Białego Strumienia

Nastała przepiękna Pora Opadających Liści pełna wilgotnych zapachów i niechybnej wizji Pory Nagich Drzew. Wszystkie stworzenia czuły tę samą presję, by jak najlepiej przygotować się na przyjście Pory Nagich Drzew. Biały Strumień widział to również w obozie, kiedy przemykające prędko koty zbierały zapasy ziół i mchu, często również rzeczy takich jak gałązki służące do napraw. Niektórzy brali żywicę z drzew, korę czy różne przydatne głupoty. Albinos z kolei pracował w pocie czoła u boku pozostałych przewodników nad zabezpieczeniem tuneli przed śniegami Pory Nagich Drzew. Wyleczył swoje oparzenia, jednak Wełnista Mszyca wciąż chciała, by do niej zaglądał na kontrolę, za co w głębi duszy był wdzięczny. Nie było nic lepszego od uczucia, iż ktoś o Ciebie dbał.
Właśnie… Co do uczuć…
Biały Strumień zdawał się zaleczyć ranę w sercu zrobioną przez Drobne Ukojenie. Miał nadzieję jednak spotkać ją któregoś dnia, być może ma zgromadzeniu, by w pysk mu powiedziała, co o nim sądzi. Nie chciał grać w podchody, domyślać się, czy to faktycznie oznaczało odrzucenie go, nim na dobre zaczął starać się o jej względy. Nie lubił takich gierek. Jeśli miała coś do niego - niech mu powie to w twarz, wtedy będzie mniej bolało.
Tak więc albinos zabezpieczał wejścia, sprawdzał ściany, które przez wilgoć lubiły się osuwać, a także dbał o konserwację Groty Pamięci czy Łapkowa, do których czasami zanosił różne zabawki.
Jednego wieczora zakończył pracę dosyć późno. Było już całkiem ciemno, kiedy jego łapy stanęły przy wyjściu z tunelu na obóz. Jego smukłe ciało bardzo sprawnie wyślizgnęło się z ziemistej jamy. Miał nieco brudną sierść na bokach, więc zanotował w głowie, by je przemyć przed snem.
Wiatr wiał w specyficzny sposób, mógł to wyczuć niemal od razu, gdy zerknął dookoła, czując jego muskanie. Wziął wdech, jednak nie poczuł nic niepokojącego, dlaczego więc…?
Ruszył, spychając to dziwne uczucie w tył głowy. Wszedł pomiędzy krzewami na teren obozu, a dokładnie w tym samym czasie Zawodzące Echo przymierzał się do wejścia w to miejsce. Biały Strumień dostrzegł jego ciemne futro, skinieniem głowy zamierzał pozdrowić zastępcę. Gdy tylko spuścił wzrok, Zawodzące Echo minął jego osobę, ale ciemny pysk przerażającego kocura zatrzymał się przy uchu młodszego. Cichy, delikatny, acz stanowczy ton rozbrzmiał w jego bębenkach, gdy syn Króliczej Gwiazdy szepnął mu kilka słów.
Po czym odszedł.
Tak po prostu. Zostawił go w tym krzewie, w tej nagle przytłaczającej ciszy. Liście leżące na trawie zaskrzypiały, kiedy nadepnął na nie łapą. Poczuł się nieswojo. Młodego przewodnika zastanowił powód, dla którego Echo wyraźnie czekał, aż kocur wróci do obozu. Czy w takim razie znał jego rozkład dnia tak dokładnie? Był w stanie przewidzieć, że dzisiaj zejdzie mu się dłużej, czy może specjalnie na niego czekał?
Odwrócił głowę, jednak po ciemnym kocurze nie został nawet ślad.
Zastanowił się nad tym dłuższą chwilę, jednak nie mógł wpaść na nic konkretnego. Zamrugał powoli czerwonymi oczyskami, nim ruszył ponownie ku legowisku na spoczynek.

Od Nieustraszonego Chomika do Wełnistej Mszycy

Przeszłość

Kotka leżała w norze. Pilnowali ją strażnicy po śmierci Norniczego Śladu, od której minęło zaledwie kilka wschodów słońca. Możliwe, że chciała zamordować Przeplatkę, ale nie żałowała tego ani trochę. Jedyne co by zmieniła, gdyby miała zrobić to ponownie, to by ją zabiła, zanim ta popatrzyłaby na Nornicę, która patrzyła na nią. Dlaczego w sumie się wahała? Przecież miało pójść tak łatwo. Może jednak nie umiała jeszcze zabić? Może to nie był jeszcze ten moment? Miała w sumie czas na takie rozmyślania, pilnował ją jakiś kot, a nikt nie zawracał jej głowy. Wszyscy uznawali ją za zdrajcę, ale ona sama wiedziała, że nim nie była. Tylko Przeplatka, która obróciła cały klan przeciwko niej. Jednym uchem usłyszała, że ktoś rozmawia ze strażnikiem, była to uczennica Przeplatki. Co u licha ona chciała? Weszła z jakimiś pytaniami, czemu niby miała zaszkodzić jej mentorce.
— Czemu niby? Ona planowała wcześniej zabić nas! Dlatego my chcieliśmy zabić ją, ale wszystko tak się złożyło, że to teraz ja tu siedzę, a moja druga matka nie żyje zabita przez tego Świerszcza! — Skoro Przeplatkowy Wianek przewidziała ich plan, to mogła podjąć inne kroki, przykładowo powiadomić o tym lidera, ale nie, wymyśliła coś innego. Więc mogła tak naciągać. Chciała coś jeszcze dodać, ale w wejściu pojawił się strażnik, który się wtrącił. Burzowe Chmury.
— Królicza Gwiazda chce, żebyś zajęła się tunelami — odparł chłodno niebieski dymny. Czy wszyscy mieli gdzieś to, co chciała powiedzieć? Skinęła leniwie głową, wręcz od niechcenia i minęła się z białą uczennicą. Najwyraźniej wszyscy mieli gdzieś jej perspektywę. Każdy wolał historyjkę o tym, jak bez sensu córka próbowała zabić matkę, zamiast tego, że to Przeplatka zaplanowała pierwsza, przed ich planem, by ich zabić. Życzyła swojej byłej matce, by umarła za to, co jej zrobiła. Przeplatka nie zasługiwała na to, by spokojnie sobie żyć! To Norniczy Ślad powinna być na jej miejscu! To ona powinna umrzeć! Gdy już wychodziła z obozu, zauważyła niebieską srebrną szylkretkę, której posłała tylko ostre spojrzenie. Niech ta prukwa umrze. Niech ją lis ukąsi. Niech dostanie najbardziej zgniłą zwierzynę ze stosu! Chciała tylko, by Przeplatkowy Wianek od tego dnia miała się tylko gorzej.

***

Była już znowu wojowniczką, zdawało się, że czas szybko minął, ale nie dla niej. Wszystko straciła przez swoją zapchloną matkę, niewiele czasu jej zostało na cieszenie się życiem. Jeszcze ten żyjący Zawilcowa Korona! Przyprawiało ją to od mdłości. Świerszcz mógł się bardziej postarać go zabić, a on jeszcze żył?! Miała nadzieję, że ten kleszcz też łatwo zniknie z powierzchni Klanu Burzy. Właściwie skoro jeden ze współpracowników Przeplatki był załatwiony, to teraz w lecznicy był lepszy zastępca kremowego, Wełnista Mszyca. Choć jej wygląd był czymś nietypowym, niewpisującym się w normalny kanon piękna, to albinoska miała to coś, co ciekawiło Chomika. Co ciągnęło ją do bliższego zapoznania się z kotką. Chciała jakoś pomóc klanowi, więc wpadła na to, że pozbiera z Mszycą zioła, o ile się zgodzi. Weszła do legowiska medyków, widząc Wdzięczną Firletkę i Wełnistą Mszycę.
— Witaj, Wełnista Mszyco, potrzebujecie może ziół? Jest teraz Pora Spadających Liści, a po niej Pora Nagich Drzew i pomyślałam, że może przydałaby się wam pomoc w zbieraniu zapasów — biała albinoska patrzyła na nią swymi fioletowymi ślepiami, wydawała się zaskoczona jej propozycją, ale potem się uśmiechnęła.
— Dziękuję, że pytasz, właśnie wieczorem chciałam zebrać parę potrzebnych ziół. Od kiedy ubyło Zawilcowej Korony, to jest mniej łap w lecznicy, a ja nie mogę w dzień wychodzić poza legowisko, słońce niezbyt dobrze mi służy. Rozumiem, że chciałaś spytać, czy teraz mam czas, ale to nic nie szkodzi! Wiele kotów czasami przez pomyłkę zapomina o tym — Chomik uśmiechnęła się tylko. Rzeczywiście, panowała niezręczna cisza w lecznicy, pewnie przez zniknięcie Zawilcowej Korony.
— Jasne, to do zobaczenia wieczorem — wojowniczka wyszła z lecznicy, korzystając z pięknego popołudnia, skierowała się do wyjścia z obozu, by upolować królika samodzielnie.

***

Był późny wieczór, nie było już słońca na niebie. Chomik udała się do lecznicy. Zastała tam Mszycę.
— Gotowa? — spytała młoda medyczka, wojowniczka bez oporu odparła.
— Jasne, możemy iść — kotki wyszły z obozu, księżyc dopiero wschodził, a Chomik mogła wtedy zgłębić tajemnicę boskości Mszycy. Grzebały tam gdzieś w łąkach w celu znalezienia kwiatów lub zielsk. Chomik zauważyła coś, więc wzięła parę kwiatów. Mszyca zaś wzięła mlecze, medyczka po drodze powiedziała jej, że potrzebuje jakiegoś krwiściągu i jakieś inne zioła, tylko to na początku zapamiętała, bo biała kotka tyle tych ziół wymieniała, że Chomik się dziwiła, jak można znać tyle rodzaj zielsk. Ona jedyne zielsko, jakie znała to trawy z kłosami i nic więcej, już więcej rodzajów zwierzyn znała niż to! Podczas dalszego szukania czegokolwiek Chomik dotknęła lekko ramienia Mszycy. Medyczka obróciła łeb w jej stronę.
— Powiedz mi, jak się czujesz ze świadomością, że jesteś jakąś cząstką Klanu Gwiazdy? Twój wygląd już w sam sobie pokazuje, że to już nie jest przypadek, żaden zwyczajny kot nie ma innych kolorów oczu niż niebieski, zielony, złoty, pomarańczowy i brązowy, za to ty masz fioletowe — na początku skoro Norniczy Ślad nie wierzyła, że albinosy były od białego pawia, to kotka myślała tak samo. Teraz gdy Nornica nie żyła, to Chomik z wiekiem zaczęła już samodzielnie myśleć bez nikogo i samej rozmyślać głębiej nad jakimiś sprawami i rzeczami nieznanymi. Chomik doszła do wniosku, że może albinosy rzeczywiście coś niosły ze sobą. Jakiś omen? Ich aura była zbyt nietypowa, by ją zignorować, także i Chomik nie powinna ignorować Mszycy, jeśli by była wcieleniem Klanu Gwiazdy. Wtedy musiałaby się z nią nawet bardziej liczyć niż z Króliczą Gwiazdą i Zawodzącym Echem, oni po prostu byli zwyczajnymi kotami, jak każdy w klanie, jak ona. Mszyca i jej rodzeństwo to było jednak coś innego.
— Hmmm — biała koteczka zamyśliła się na jej pytanie.
Nieustraszony Chomik jeszcze dodała;
— Wiem, że to dość skomplikowane pytanie, ale jestem ciekawa samego zdania kogoś, kto jest złączony z białym pawiem — miała nadzieję, że jej pytanie nie było niemiłe czy coś.

<Mszyco, czy ty jesteś kocim Jezusem?>

Od Bukowej Korony CD. Zszarzałej Łapy (Wzburzonego Kormorana)

— Nic tu po nas — rzucił, mając zamiar odejść i to jak najszybciej.
— Jak to? Co z krabami? — spytał zdziwiony Zszarzała Łapa.
— Mówię, nic tu po nas, więc idziemy. Chyba że chcesz zostać zabrany do ich siedliska, jeśli tak to droga wolna. Jednakże wtedy możesz być pewnym, że nie zostaniesz wojownikiem, a to czy jeszcze zobaczysz siostrę lub innych jest bardzo wątpliwą kwestią — warknął Buk, chwilę przed tym, jak point został pochwycony przez to wyprostowane stworzenie.
Od razu rozległy się syki i wrzaski ucznia, który wymachiwał łapami z wysuniętymi pazurami, próbując jakoś zranić Dwunoga, który go porwał. Ten jednak zdawał się nie reagować na starania kota, jakby był dla niego tylko śmieszną zabawką.
— Co jest! — wymamrotał pod nosem Bukowa Korona, nim spiął mięśnie i rzucił się na odkryte nogi napastnika. Nie mógł pozwolić na to, by to łyse stworzenie porwało mu ucznia! Może i nie zawsze się dogadywali, ale był za niego odpowiedzialny. Gdyby coś mu się stało, Buk mógłby mieć niemałe problemy.
Zacięcie drapał Dwunoga, aż ten wydał z siebie pełen bólu okrzyk. Korzystając z jego nieuwagi, Zszarzałej Łapie udało się oswobodzić z uścisku i spaść na ziemię, by następnie pędem ruszyć przed siebie. Nawet się nie obejrzał!
Tymczasem srebrny stał najeżony niebezpiecznie blisko Dwunożnego. Ten jednak stracił nim zainteresowanie, o wiele bardziej przejęty ranami, jakie Buk mu zadał.
“Właśnie tak! Ze mną się nie zadziera!” — pomyślał, mając ochotę splunąć w stronę tego łysego stworzenia. Powstrzymał się jednak i dał nogę, starając się dogonić swojego ucznia.

* * *

Teraźniejszość

Nie mógł uwierzyć w to, że doczekał się kociąt z Foczą Falą. Nie chciał nawet o tym myśleć! Czy te dzieci w ogóle były jego? Bo jak nie, to mógłby przecież zrzucić całą odpowiedzialność na kogoś innego… Choć musiał przyznać, że nie widział, by niebieskofutra kręciła się szczególnie często przy kimś innym.
Tak czy siak — nie zamierzał użerać się z tymi pasożytami. Nieważne, że miały cząstkę jego złotej krwi. Oby tylko nie przyniosły mu w przyszłości wstydu! Najchętniej pozbyłby się ich w ogóle. Wrzucił do rzeki, podrzucił Wilczakom — cokolwiek, byle tylko nie musieć ich widzieć.
Nie będzie to jednak takie łatwe. Jeden błąd mógłby go kosztować całą, wypracowaną dotychczas reputację w Klanie Klifu. Zostałby uznany za psychola. Mordercę.
Mógł się w ogóle nie pchać do tego związku, to miałby święty spokój. Teraz było już za późno, by się wycofać. Gdyby teraz zerwał ze swoją partnerką, reszta nazwałaby go zapewne bezdusznym. W końcu jak śmiał porzucać kotkę w ciąży? Jak mógł pozwolić na to, by te kocięta wychowywały się bez ojca?
No właśnie. Musiał poczekać przynajmniej do momentu, gdy latorośle zostaną wojownikami. Inaczej musiałby codziennie zmagać się z oceniającymi spojrzeniami swoich pobratymców, a tego nie chciał. Chyba spaliłby się ze wstydu.
Wracając ze spaceru, przyszło mu na myśl, by zabrać ze stosu piszczkę i zanieść ją Foczej Fali. W ten sposób nie będzie mu robić problemu o to, że w ogóle się nią nie przejmuje. Cóż, prawda była taka, że to stwierdzenie było… prawdziwe — ale lepiej by było, gdyby nikt się o tym nie dowiedział.
Chwycił w zęby pierwszą lepszą mysz leżącą na stosie i ruszył w stronę żłobka. Zanim do niego dotarł, poczuł, jak po jego grzbiecie przeszedł nieprzyjemny dreszcz — jakby jakaś obca siła mówiła mu, by tam nie wchodził. A może to nie była żadna siła? To pewnie jego godność próbowała go odciągnąć od tego miejsca. Zupełnie tak, jakby postawienie łapy w kociarni miało odebrać mu męskość i siłę.
W końcu zanurzył pysk w półmroku żłobka, wypatrując wzrokiem Foczej Fali. Kotka leżała spokojnie na swoim posłaniu; miała zmrużone oczy i oddychała miarowo, jakby właśnie zasypiała. Nawet jeśli — trudno. Bukowa Korona złożył jej wizytę teraz, więc musi się do tego dostosować.
— Focza Falo, przyniosłem ci jedzenie — oznajmił, podchodząc do ledwo kontaktującej karmicielki. Nim otworzyła w pełni oczy, rzucił jej pod pysk zwierzynę i przez moment stał w bezruchu, przyglądając się jej ze skupieniem.
Gdy w końcu się ocknęła, Buk potrząsnął łbem i zrobił krok w tył, już chcąc wyjść ze żłobka.
— Śpieszy ci się gdzieś? — mruknęła nagle niebieskofutra, na co kocur zamarł.
Nim odpowiedział, strzepnął ogonem i fuknął coś pod nosem.
— Chciałem iść się przewietrzyć — stwierdził, zadzierając brodę.
Karmicielka zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem, mrużąc ślepia. Nie wyglądała na przekonaną wymówką wojownika.
— Czy przewietrzenie się jest dla ciebie ważniejsze niż pobyt z partnerką? — zapytała z wyrzutem, co przykuło uwagę Morświnowej Płetwy, która niedawno także doczekała się kociąt.
— Musisz mi to wypominać przy innych? — burknął w stronę Foki, przewracając oczami. Co o nim pomyśli liliowa kotka? Pewnie, że jest zwykłym dupkiem! Właściwie… może była to prawda, ale w każdym razie nie dla Bukowej Korony, który uważał się za najinteligentniejszego kota pod słońcem.
— Ach, przepraszam, księżniczko. Masz rację. Nie powinnam o tym rozmawiać, bo ci reputacja spadnie! — odparła Foka, na co Morświn zachichotała.
Kocur westchnął gniewnie, smagając ogonem powietrze.
— Nie denerwuj mnie — rzucił tylko i, odwróciwszy się na pięcie, wybył ze żłobka. Tym razem nie zamierzał się nawet zatrzymywać, choćby skały srały. Pewnym krokiem ruszył do wyjścia z obozu, by udać się na kolejny w ciągu dnia spacer.
Cóż, schadzek nigdy za dużo — tym bardziej, gdy w obozie czeka na ciebie nadąsana partnerka.

* * *

Zawędrował aż nad granicę z Klanem Wilka. Może zrobił to bez większego celu, a może podświadomie, wciąż mając w głowie myśli o tym, że może lepiej byłoby sprzedać te dzieci Wilczakom… W końcu co to za problem? Nikt nie musi się o tym dowiedzieć. Focza Fala może i kilka łez by uroniła, a potem przecież by jej przeszło, prawda? Nie miała w zwyczaju rozwodzić się długo nad niedogodnościami. Może w dodatku los by się do niego uśmiechnął i niebieskofutra od razu by z nim zerwała? Marzenie!
Wojownik tak się zamyślił, że nawet nie zauważył momentu, w którym trzepot skrzydeł na niebie zrobił się podejrzanie głośny i znajomy. Nim zrozumiał, że jakiś ptak zbliża się w jego stronę, został uderzony w tył głowy. W jego uszach rozległo się głośne skrzeczenie i świst powietrza. Był na tyle skonfundowany i zakłopotany, że przez moment nie potrafił się poruszyć, nie rozumiejąc, co się wokół niego dzieje. Dopiero po chwili to do niego dotarło, gdy duże, białe ptaszysko wylądowało kilka lisich ogonów przed nim. Nie był to byle jaki skrzydlaty szczur — to była mewa.
— Na Klan Gwiazdy! Czy ci Klifiacy nawet jednej rzeczy nie potrafią zrobić dobrze?! Te mewy miały stąd zniknąć! — syknął srebrny, zszokowany obecnością ptaka na terenach Klanu Klifu. Jak to możliwe, że jeden z nich się tu ostał? Czy podczas ataku znajdował się poza gniazdem? Może przyleciał tu z Klanu Nocy? Nieważne, jak tu się dostał. Ważne, że był żądny krwi i właśnie zadarł z Bukową Koroną!
Srebrny obnażył zęby. Miał właśnie szansę na to, by odpłacić się gatunkowi tych latających szkodników. One odebrały mu oko, a on odbierze im życie! Wysunął pazury, napinając mięśnie. Przez moment wpatrywał się w swój cel — aż nagle wystrzelił do przodu, rzucając się na białego ptaka.
Udało mu się przewrócić mewę, powalając ją na plecy. Nim jednak zdążył sięgnąć kłami do jej szyi, ptak kłapnął dziobem tuż przy jego zdrowym oku. Buk spanikował, nagle truchlejąc. Gdy się ocknął, odpychnął mewę i ciężko upadł na ziemię. Nie mógł pozwolić, by całkowicie go oślepiła! Wtedy nie byłby już wojownikiem, a jedynie ciężarem dla Klanu Klifu — a tego by nie zniósł. Razem z okiem przepadłyby wszelkie szanse, by kiedykolwiek stanąć na czele tej przynależności.
Nim zdążył zaatakować mewę po raz drugi, ta skoczyła w jego stronę, chaotycznie machając skrzydłami. Może akurat nie była wtedy w gnieździe, gdy Klifiacy pozbawiali się jej towarzyszy? Po raz pierwszy widział w mewie tyle nienawiści i urazy! Była tak rozwścieczona, że bez wahania zbliżała się do srebrnego, skrzecząc na cały głos. Pomarańczowooki musiał przyznać, że jej taktyka była skuteczna — trudno mu się było skupić, gdy nie słyszał nawet własnych myśli.
Nieco zmieszany zaczął się cofać, choć prędko łapy poczęły mu się plątać. Próbował nadążyć za ptakiem, który cały czas wykonywał niewielkie skoki w jego stronę, ale w końcu omsknęła mu się łapa i padł na ziemię. Mewa zaskrzeczała głośniej, jakby chciała go wyśmiać, po czym wyciągnęła szyję i rzuciła się na Buka z dziobem.
Kocurowi udało się obrócić na plecy, unikając ataku ptaszyska. Mewa jednak dostrzegła szansę i przygwoździła go do gleby, rozciągając szeroko skrzydła. Buk wyciągnął przednie łapy, próbując odciągnąć je od siebie, ale na niewiele się to zdało — ptak dziobem dobierał się do jego pyska, celując prosto w zdrowe oko.
Bukowa Korona miotał się, unikając ciosów. Myśl, że straci drugie oko, wypełniała go przerażeniem — był zdecydowany zrobić wszystko, by go chronić. Rzucał pyskiem na boki, pozwalając, by mewa dziobała go wszędzie, tylko nie w pobliżu zdrowego oka.
Jednak taki układ musiał się w końcu skończyć. W pewnym momencie zagapił się i dostrzegł, jak dziób zbliża się wprost na jego ślepie. Natychmiast zamarł. Czas wokół niego jakby zwolnił, serce podeszło do gardła, a umysł wypełniła pustka. Wizje gnicia w legowisku starszyzny pojawiły się przed jego oczami. Był przekonany, że to już koniec — że skrzydlaty szczur po raz drugi go pokonał.
Lecz wtedy nagle… poczuł się lżejszy. Mewa została z niego strącona i zepchnięta na bok. Buk odwrócił głowę i dostrzegł, że obcy kocur właśnie siłuje się z ptakiem. Nim srebrny zdążył się ocknąć, biały ptak odleciał.
Ciemnofutry kot stał, dysząc ciężko. Wzrok miał wbity w niebo, uważnie obserwując oddalającą się mewę.
“Kto to jest?” — pomyślał, szybko podnosząc się na równe łapy. Nie mógł pozwolić, by obcy zbyt długo widział go w takim stanie.
Postanowił podejść do niego, by dowiedzieć się, kto uratował mu życie. No, może nie dosłownie — choć Buk uważał, że wraz ze stratą oka przepadłaby też jego przyszłość.
— Hej, kim jesteś? — zapytał, stając obok nieznajomego. Wtedy zauważył, że Wilczakowi także brakowało jednego oka. Uśmiechnął się pod nosem. Czyli nie był w tym sam.
Od tego dobroczynnego towarzysza nie dostał jednak żadnej odpowiedzi. Zamiast tego obcy rzucił się na niego, powalając go na ziemię i przyciskając pazur do jego szyi.
— Co ty wyprawiasz! — syknął Buk, marszcząc brwi. Po kija ten kot mu pomagał, skoro chciał go teraz zabić?
— Myślisz, że po ocaleniu ci życia tak po prostu cię puszczę? — zakpił ciemnofutry. — W takim razie jesteś jeszcze głupszy, niż myślałem! Choć muszę przyznać, że już przegrywając z tą mewą, pokazałeś mi, że nie grzeszysz mądrością — kontynuował, wciąż przyciskając czekoladowego do ziemi.
To było dla Buka upokarzające. Nigdy nie spodziewał się, że w jednym dniu aż dwa razy może otrzeć się o śmierć — i to w ciągu kilku uderzeń serca!
— Dobra, dobra. To, czego w takim razie chcesz? — fuknął, próbując wcisnąć głowę w ziemię, bo pazur obcego znajdował się niebezpiecznie blisko jego gardła.
— Zapłaty.
— No wiem, że zapłaty! Ale jakiej? — zdenerwował się Buk. Na jego słowa łapa Wilczaka drgnęła, jakby chciał przypomnieć, że jeden niewłaściwy ruch i będzie po nim.
— Jakiejkolwiek. Wymyśl coś mądrego, to pozwolę ci żyć — odparł nieznajomy. Jego ton nie pozostawiał wątpliwości, że nie żartował. — Nawet jeśli ograniczysz swoje wędrówki na granicę z Klanem Wilka, i tak cię znajdę. Nie będziesz już bezpieczny — dodał jeszcze, nim odsunął się od Buka, pozwalając mu wstać.
Srebrny podniósł się, otrzepał z trawy i brudu, który przykleił się do jego futra podczas szamotaniny. Może faktycznie powinien był zostać z tą nieszczęsną Foczą Falą… Czy Klan Gwiazdy karał go za jego zachowanie wobec partnerki? Skinął głową w stronę Wilczaka i mruknął:
— Spotkajmy się tu o tej samej porze za cztery dni.
Powiedziawszy to, minął kocura i ruszył chwiejnie w stronę obozu, wciąż zdumiony tym, co właśnie się wydarzyło. Nie miał pojęcia, co powinien dać temu psycholowi. Był jednak na tyle obolały, że nie miał siły nad tym rozmyślać. Zastanowi się dopiero wtedy, gdy wróci do obozu i odpocznie.

* * *

Dwa dni po ataku mewy i spotkaniu z tym szemranym Wilczakiem, Focza Fala zaczęła rodzić. Buk słyszał jej wrzaski, widział wbiegającą do żłobka Jagnięcy Ukłon — a mimo to długo mu zajęło, by zebrać się i w końcu do niej przyjść. Nim to zrobił, leżał na swoim posłaniu, słysząc wokół szepty swoich pobratymców. Zastanawiali się, dlaczego jedynie obserwował kociarnię, zamiast ruszyć do niej pędem.
Poszedł dopiero wtedy, gdy sytuacja już trochę się uspokoiła i miał pewność, że nie będzie musiał uspokajać niebieskofutrej. Raczej nigdy nie był zbyt dobry w pocieszaniu innych, więc nawet jeśli przyszedłby tam wcześniej, nie przydałby się na nic. Jagnięcy Ukłon i Aldrowanda wciąż jeszcze siedziały przy Foce, gdy srebrny wsadził łeb do środka.
— Dobry wieczór… — mruknął cicho, ze zwieszoną głową kierując się w stronę karmicielki. Przysiadł obok niej, owijając ogon wokół łap. Okazało się, że kotka zdążyła już wydać na świat potomstwo — dwoje kociąt. Jedno z nich miało czarne futerko, drugie natomiast było niemal całe białe.
Gdy Jagnięcy Ukłon i jej uczennica zrozumiały, że Bukowa Korona mógłby chcieć porozmawiać na osobności ze swoją partnerką, pożegnały się z nimi i wróciły do lecznicy.
— Więc… jak ich nazwałaś? — zapytał czekoladowy, wlepiając wzrok w ścianę żłobka.
Pręgowana przez chwilę nie odzywała się, jedynie oddychając ciężko, jakby wciąż jeszcze była zmęczona po porodzie. Dopiero po chwili przeniosła wzrok na kocura, który nawet na nią nie patrzał.
— Kocurek to Złamanek, a kotka to Fiołka — oznajmiła bez wahania. Specjalnie nadała im imiona tak szybko, by Buk nie mógł nic zaproponować? Cóż, jak na nią było to całkiem możliwe.
— Złamanek? Dlaczego Złamanek? — burknął wojownik. — To obraza dla tego kociaka. Ma wyrosnąć na silnego wojownika, a nie na złamasa — stwierdził Bukowa Korona, unosząc brodę wyżej.
Niebieskooka przewróciła oczami.
— Bo złamałeś mi serce, mysi móżdżku — bąknęła karmicielka, po czym odwróciła wzrok od partnera i zaczęła lizać swoje kocięta po głowach.
— W ogóle nie są do nas podobni — skomentował jeszcze, zaciskając szczękę.
Kotka zignorowała jego słowa, wciąż jeżdżąc szorstkim językiem po czołach swoich latorośli. “Jak ona śmie udawać, że mnie nie słyszy?” — pomyślał Buk, podnosząc się z miejsca. Skoro nie zamierzała się do niego odzywać, to on nie będzie bez celu tu siedział. Śmierdziało tu mlekiem i miłością — czekoladowy nie mógł pozwolić na to, by ta woń osiadła mu na futrze i odebrała mu męskość.
Nim wyszedł, w jego głowie narodził się plan. Niecny plan.
— Wychodzę — rzucił płasko i smagnął powietrze ogonem, by następnie skierować się do swojego posłania.

* * *

Noc. Warta.
Bukowa Korona siedział przy wyjściu z obozu, czekając, aż wszelkie szepty ucichną i zostaną zastąpione rytmicznymi oddechami jego pobratymców. Czuł, jak całe jego ciało niemal pulsuje przez ciężko bijące serce. Zgadał się z tym obcym kocurem, by tej nocy wręczyć mu zapłatę za uratowanie. Wszystko musiało być zrobione ostrożnie, by nikt go nie nakrył. A jeśli coś miałoby wyjść na jaw, to po prostu ucieknie do miasta, odnajdzie swoją rodzinę i będzie żył z nimi, jakby nic się nie stało… o ile jeszcze nie umarli.
Czas mijał, a azyl Klanu Klifu cichł coraz bardziej. W końcu wszyscy zamilkli i mogłoby się nawet wydawać, że w obozie nie ma ani jednej żywej duszy. To właśnie wtedy Buk uznał, że musi działać. Choć musiał przyznać, że całkiem obawiał się tej akcji, to czy miał w ogóle wybór? Sam ten kot zagroził mu, że jeśli nie odda mu tych kociąt, srebrny nigdy nie będzie już bezpieczny. Ile w tym prawdy — tego nie wiedział, ale wolał dmuchać na zimne.
W końcu ostrożnie podniósł się z miejsca i zwrócił się w stronę kociarni. Raz jeszcze objął wzrokiem azyl, upewniając się, że nie obserwują go żadne ciekawskie oczy. Gdy był już przekonany, że każdy z kotów smacznie śpi, ruszył do przodu.
Wchodząc do żłobka, zauważył Foczą Falę. Kotka zwinięta była w kłębek, a pod jej ogonem leżał kocurek — Złamanek. Jego siostra natomiast leżała odrobinę dalej. Na tyle, by Foka się nie obudziła, gdyby Fiołka została zabrana. “Miały być dwa…” — pomyślał Buk. Jednak zabranie czarnofutrego od matki byłoby zbyt ryzykowne.
Srebrny rozejrzał się jeszcze po kociarni, uważnie sprawdzając Morświnową Płetwę, Agatówkę, Błyskotkę i resztę kotów w niej przebywających. Każdy z nich leżał spokojnie, ze zmrużonymi oczami, a ich klatki piersiowe miarowo unosiły się i opadały. Musieli spać.
Bukowa Korona ostrożnie podszedł do swojej córki i delikatnie złapał ją za skórę na karku. O dziwo młódka nawet nie drgnęła. Gdyby się jednak obudziła, mogłaby zacząć piszczeć, co obudziłoby resztę. Na szczęście spała jak zabita.
Wojownik wycofał się ze żłobka i prędko ruszył w stronę wyjścia z obozu. Do granicy z Klanem Wilka niemal przez cały czas biegł, chcąc jak najszybciej uwinąć się ze swoją misją. Jak się okazało, na miejscu czekał już na niego Wilczak.
— Tylko jeden? Miały być dwa — odezwał się, jeszcze zanim Buk zdążył odłożyć Fiołkę na ziemię. — Chyba Klan Klifu musiałby się walić, żebym ci to wybaczył — fuknął, marszcząc brwi.
Srebrny położył córkę przed łapami ciemnofutrego i mruknął:
— Drugi był zbyt blisko matki. Gdybym go zabrał, mogłaby się obudzić. A, i jeśli ktoś spyta, powiedz, że zobaczyłeś kunę z kociakiem i go uratowałeś.
Wilczak nie wyglądał na przekonanego, ale bez słowa zabrał Fiołkę i wycofał się w głąb swoich terenów. Buk natomiast nie marnował czasu i ruszył z powrotem do azylu Klanu Klifu.
Gdy wpadł do obozu, od razu pobiegł do żłobka.
— Fiołka zniknęła! — krzyknął, budząc wszystkich w kociarni. Wszyscy wyglądali na zaspanych i ledwo przytomnych, co tylko pomagało jego wymówce. — Kuna ją porwała! Próbowałem ją dogonić, ale gdzieś zwiała! — mówił dalej, patrząc prosto w oczy Foczej Fali, która wciąż nie do końca kontaktowała ze światem.

* * *

Rankiem Bukowa Korona zaproponował, że wraz ze Wzburzonym Kormoranem pójdzie poszukać Fiołki. Niestety, gdy tylko wyszli z obozu, przekonali się, że w powietrzu nie było ani tropu kuny, ani młodej koteczki.
— Wiatr musiał rozwiać ich zapach — stwierdził srebrny, a jego głos załamał się na pokaz. Musiał udawać zdruzgotanego ojca, bo inaczej zaczną coś podejrzewać. — Co teraz zrobimy? Musimy znaleźć Fiołkę, musimy! — mówił dalej, wręcz spanikowanym głosem.
Point musiał być nieźle zdziwiony, po raz pierwszy widząc swojego mentora w takim stanie.

<Wzburzony Kormoranie?>

Od Płomiennego Serca do Błyskotki

Od kiedy Płomykówka dowiedziała się, że ma zostać ciocią, to chodziła w skowronkach. Chyba od śmierci Trójki polubiła zajmować się małymi kulkami puchu, bo nie chciała, aby te czuły się samotne. Ale może nawet i lubiła to wcześniej, gdy sama jako kociak patrzyła na braci zmartwiona, bo ci znów zrobili coś głupiego. Sama już dawno temu porzuciła myśl posiadania własnych potomków, lecz gdy Drzemiące Słońce przyznał, że spodziewa się kociaków to Płomienne Serce tylko czekała na dzień, w którym te się urodzą. Dla dobra maluchów nawet poszła na wojnę.
Nie mogła przyjść od razu, gdy kuleczki przyszły na świat, bo sama wtedy nie była jeszcze na siłach. Ani fizycznie, ani psychicznie. Gdy tylko jednak udało jej się zebrać, to przyszła do żłobka.
— Cześć, Morświn — uśmiechnęła się do matki kociąt.
Nigdy nie rozmawiała z nią dużo, chociaż po tym, jak okazała się partnerką jej brata, to próbowała trochę zacieśnić z nią więzi. Mimo to nie były one ze sobą szczególnie blisko. Starały się jednak traktować jak rodzinę, którą w jakiś sposób były.
— Witaj, Płomienne Serce.
— Maluszki śpią? — rozejrzała się.
— Błyskotka chyba nie — wskazała szylkretkę leżącą w rogu. — Tylko jest dość nieśmiała.
— Jak tatuś — zachichotała ruda.
Powoli podeszła do małej kuleczki i usiadła obok. Blisko, aby kociak ją widział, ale nie na tyle, aby się przestraszył.
— Hej. Jestem siostrą twojego tatusia — przywitała się z kotką. — Możesz mi mówić ciocia Płomykówka.

<Błyskotko?>

Od Płomiennego Serca

Podczas bitwy z mewami

Płomienne Serce przez długi czas wahała się, czy iść na wojnę. Mewy były ogromne, niebezpieczne, a ona nie chciała umierać. Jednak ptaki wyrządziły tak wiele krzywdy, w dodatku mogły zrobić jej jeszcze więcej. A niedługo mieli urodzić się jej bratankowie. Więc nie chciała pozwolić… nie, nie mogła pozwolić na to, aby jeszcze jakiś kociak został skrzywdzony. Tylko dlatego stanęła wraz z innymi zainteresowanymi do walki.
Bała się. Była przerażona. A jednak dość pewnym krokiem szła za Judaszowcową Gwiazdą. Obok niej było tak wiele kotów. Z niektórymi z nich rozmawiała, innych widziała tylko z widzenia. Lecz teraz wszyscy mieli to samo zadanie – pokonać mewy i przeżyć. Żywiła się nadzieją i tylko ona sprawiła, że ruda nie odwróciła się i nie odbiegła przerażona.

***

Wszystko działo się tak szybko; wrogowie nie czekali. Mewy atakowały dość bezmyślnie, mimo to i tak udało im się zaatakować Psotnego Nietoperza. Płomykówka, zauważywszy to, nie czekała. Rzuciła się na mewę, ściągnęła ją na ziemię, lecz zaraz oberwała skrzydłem i szybko się odsunęła.
A potem już nie myślała, co robi. Po prostu skakała, atakowała, starała się zabić ptaszyska, które narobiły jej klanowi tak wiele szkód. Wiedziała, że już nieraz zabijała zwierzęta – podczas polowań. Lecz, gdy w którymś momencie wraz z innymi udało jej się zabić pierwszą z wielu mew i poczuła na ustach smak krwi… Nagle zrobiło jej się niedobrze. Ptaki były zagrożeniem dla jej rodziny, lecz same po prostu starały się przetrwać.
Tak to działało – walczysz o przeżycie. Ale nagle kotka zamiast martwego ciała mewy zobaczyła martwe ciało Trójki. Jej małego braciszka… Tak sponiewierane, chociaż tak młode.
Opuściła gardę. Tylko na chwilę. Na kilka uderzeń serca. To był jej błąd. Nagle poczuła ból. Odskoczyła szybko, z sykiem i spojrzała w górę. Jakaś mewa chciała ją złapać, zakończyć jej życie. Nie udało jej się, lecz ruda czuła, że z zadrapania będzie blizna. Czuła krew, która wsiąkała w jej futro…
Szybko się otrząsnęła. Dała znać innym kotom, że nadal jest w stanie walczyć i to zrobiła. Mimo bólu walczyła do samego końca. Zabiła tak wiele stworzeń, z którymi może jednak mogli żyć w spokoju.
Wygrali. Chociaż wiele kotów było w słabym stanie i skończyło na wakacjach u medyka, to wygrali. Jedynym kotem, który zmarł był Judaszowcowa Gwiazda. To nie były dobre wieści, lecz Płomienne Serce i tak odetchnęła z ulgą.

***

Nawet gdy leżała z innymi poszkodowanymi u medyczki, nie mogła przestać myśleć. O tym, czego się dopuściła. Ile żyć zabrała i ile będzie musiała jeszcze zabrać w dalekiej przyszłości. Musiała walczyć, aby inni byli bezpieczni. Musiała zabijać, aby sama przeżyć.
Tylko że Płomykówce nigdy o to nie chodziło. Nigdy nie chciała zabijać, sprawiać, że inni cierpieli. Chciała dobra na tym świecie – nawet jeśli nie było ono możliwe.

05 kwietnia 2026

Od Nieustraszonego Chomika do Pierzastej Łapy

Przeszłość

Nie ukrywała, że nabijała się z tego, że kociaki Kminkowego Szumu dostały srogą karę. Nawet ona za próbę morderstwa dostała lżejszą karę niż Rudzikowe Skrzydło i te bachory. Chomik nie nosiła obrzydliwego, karnego imienia, a oni już tak. Chyba naprawdę go wkurzyli na tym zgromadzeniu. Dobrze, że to nie ona wkurzyła przywódcę. Podczas sprzątania obozu, poczuła piekielny smród żółci. Pochyliła się, a obok jej łapy akurat pojawił się jeden ze smrodów Kminku i to dosłownie. Nie dało się obok niego wytrzymać.
— Ej ty! Jesteś Paskudek... lub Smrodek? Wszystko mi jedno, mógłbyś zwiększyć swój dystans? Jesteś tak wyczuwalny, że liście, które sprzątam, więdną od razu — Klanie Gwiazdy, za co karzesz tym smrodem? Jak on się nie odsunie od niej o parę kroków, to ona sama go zaraz wywali z obozu.
— Coooo?! A ty się lepiej nie odzywaj, stara prukwo! — krzyknął rozjuszony kociak. — Rybkowa Łapa mnie umyła! To pewnie smród Aminka! — wytłumaczył zdenerwowany. — Nie wiesz nawet, co mówisz! — dodał, a na jego pysk wkroczył nikczemny, chytry uśmieszek. Dmuchnął w swoją grzywkę. — Może dlatego jesteś tym więźniem… — pysk Chomika zrobił się czerwony. Jak ten bachor śmiał? Już mu pokaże!
— Ja dam ci za chwilę tę starą prukwę, ptasi móżdżku, będziesz fruwał po całym obozie! — syknęła w stronę kocura, a jej ogon się ruszał dość dynamicznie. — Oczywiście nie ja ci ją dam… — powiedziała ze złowieszczym uśmiechem. Niech się tylko Brzoza dowie, a życie nie będzie już mu miłe. Wiedziała, że Brzoza miała twardą łapę do swoich pociech, więc to ona załatwi mu lanie. — W końcu rodzice sami wiedzą, jak doprowadzić swoje pociechy do pionu, nie sądzisz? — dzieciak nie będzie jej terroryzował. Mały szczyl ujrzy swobodę jak świnia niebo! Już ona o to zadba.
— Ej, Ej! — pisnął przerażony kociak. Najwyraźniej trafiła w sedno. — Ty… ty lepiej pilnuj swoich dzieci! — burknął rudy. — Bo… bo jednego już tu nie ma…! — dodał ciszej. Nie uśmiechał się. Cofnął się o kilkanaście kroków, obawiając się, że kotce może odbić. Popatrzyła na niego prosto, nie miał prawa używać Ciszy tylko po to, by ją osłabić.
— Nie muszę nikogo pilnować. Umarł, bo tunele go zakopały. Ale życie wojowników to nie tylko droga usłana tęczą i ładnymi porankami, dlatego uczniowie są uczeni, by przetrwać najtrudniejsze warunki. Skoro więc nie umiał przetrwać tunelu, to oblał tę próbę — popatrzyła na niego ostrym wzrokiem. Cisza i tak był dla niej nikim. Tylko porażką. Spodziewała się, że nie przetrwa. Był niemy, a to była słabość, której nie można było usunąć z życia. — Nic nie wiesz o mnie, zapchlony inspekcie. Widać, do czego prowadzi bezstresowe wychowanie! Właśnie do takich wybryków natury, które jedyne co robią, to kłapią dziobami, jakby myślały, że mają aktualnie prawa.

***

Teraźniejszość

Tragedia działa się za tragedią, ale to chyba był już dla niej dzień jak co dzień. Ponoć Gadożerowa Łapa otruł Strzępotkowy Kokon, za to białas twierdził, że to był Pierzasta Łapa. Szczerze nikomu nie wierzyła. W tym momencie zauważyła jej ulubionego rudzielca, na którego widok już rzygała ekscytacją, oczywiście mowa tu była o słynnym Pierzu. Postanowiła zaczepić kocura.
— Witaj, Pierzu, ponoć z tego, co słyszałam, wrabiają cię! — Pierzowi chyba nie było do śmiechu, no cóż, nie jej problem.
— Czego chcesz, starucho! — wrzasnął jej w pysk, chciała już mu coś powiedzieć, ale przypomniała sobie, że musi bardziej uważać, bo dopiero co odzyskała rangę.
— Pogadać, bo raczej nie możesz mi tego zabronić, zwłaszcza z tego, co wiem, to musisz czuć się osamotniony bez rodziców — słyszała o domniemanej ucieczce Kminkowego Szumu z jego samotniczką. Ich ucieczka była korzystna dla niej tylko, dlatego że wzięli tego przeklętego Zawilca. Ciekawe czy Pierze też za nim tęsknił?

<Pierzasta Łapo?>