Brakowało jej Firletkowej Łapy, tutaj, mimo że nigdy nie przyznałaby się do tego nikomu, nawet własnym rodzicom. Chciała zgrywać dorosłą i samodzielną. Taką, co nie przejmowała się wszelkiego rodzaju tragediami, jakie spotykały jej rodzinę. Dzisiaj łapała się na tym, iż rozglądała się po kotach w swoim wieku w poszukiwaniu arlekina, mimo że doskonale wiedziała, iż niedawno wypuszczono go z legowiska medyczek, a obecnie trwała jego rehabilitacja. Formalnie powrócił do legowiska uczniów i miał się chyba dobrze, ale ona unikała go od jakiegoś czasu. Wydawało jej się, jakby stał się zupełnie innym kotem, którego nie znała. To nie był jej Firletkowa Łapa. Zachowywał się inaczej, wyglądał inaczej.
Poderwała się na łapy, a następnie otrzepała z futra wszelkiego rodzaju drobinki i zamachnąwszy się, posłała kulkę w stronę jego legowiska. Może w ten sposób będzie im łatwiej znaleźć wspólny temat do rozpoczęcia konwersacji. Mieli sobie naprawdę wiele do powiedzenia. To mogło zadziałać tylko, jeśli oczywiście zauważy pewną zmianę. Niech ma, powinien być wdzięczny, że mu oddała dobrowolnie własną zabawkę! Bo równie dobrze mogła ją sobie zachować i by jej nawet nie zobaczył! Zerknęła na własne łapki ze zmieszaniem. W głowie pojawił jej się obraz braciszka. Liliowa kocica zmarszczyła nos na samą myśl. Dlaczego Trójoki Zając nie zrobił więcej? Czemu Kukułczy Wdzięk nie odsunęła jej brata od klifu, skoro było ryzyko, że spadnie? Miała rodzicom za złe tamten pamiętny dzień, nawet jeśli nie było jej przy tym. Nie mogła wiedzieć, czy dało się temu zapobiec. Jej umysłu kurczowo trzymały się słowa, że tak. Gdyby nie nieuwaga, to niebieski nadal miałby cztery sprawne łapy i nienaganną pamięć. Nadal byłby sztywniakiem, który nie potrafił się dobrze bawić. Teraz był cichym cieniem samego siebie, z którym nawet nie mogła pożartować jak za starych czasów. Nie mogła mu dokuczać, bo w kącikach oczu zbierały jej się łzy. Nie potrafiła zrozumieć, czemu ktokolwiek pozwolił na taką sytuację. Chciała wtulić się w liliowe futro matki i usłyszeć, że wszystko będzie dobrze, po staremu. Zepsułaby Firletce stojak i by się wspólnie o niego kłócili aż po wieczór, potem by zasnęli wtuleni w siebie do wielu historii o ptasich przewodnikach i następnego dnia mogłaby mu dorzucić kolejnego psikusa. Na pewno coś by wymyśliła. Może Ćma także by się przyłączyła i bawiliby się we trójkę, a Słonka czuwałaby nad nimi, odciążając lekko matkę.
Koteczka potrząsnęła łbem, a uszy położyła po sobie. Jeśli będzie tu siedzieć cały dzień, to nie dość, że Bukowa Korona się na nią zdenerwuje, to w dodatku zmarnuje niepotrzebnie czas, który mogłaby równie dobrze przeznaczyć na naukę i mieć to z głowy. Nie było sensu w rozmyślaniu nad czymś, na co nie miała żadnego wpływu. Wykrzywiła pysk w niezadowolonym wyrazie. Mimo tych myśli, równie dobrze w idealnym świecie mogłaby na czas trwania treningu wpatrywać się w zamarznięte fale morskie, obijające się lodowymi sopelkami o piaszczysty brzeg wymieszany ze śniegiem, tworzący wielkie, zbite, twarde bryły i by poszła stamtąd spokojniejsza, niżeli gdyby słuchała gadania jednookiego. W rzeczywistości jednak zmuszona była słuchać kocura. Uniosła dumnie głowę i wyszła z legowiska wreszcie.
W centrum był niemały ruch. Wielu wojowników wybierało się właśnie na poranny patrol. W jednym z nich mignęło jej kremowe futro ojca. Ostatnio mało z nim rozmawiała. Panujący chłód w jamie momentalnie uderzył w nią, a mroźne pazury Pory Nagich Drzew wprawiły jej łapy w lekkie drżenie. Poduszeczki łap stały się zimne, a ona sama napuszyła sierść, żeby nie tracić ciepła tak szybciutko. Wodospad był zamarznięty i czuła się aż dziwnie, nie słysząc nieustannego ryku, do którego zdążyła się przyzwyczaić odkąd przyszła tutaj na świat. Czekoladowy kocur już na nią czekał. Ogon miał owinięty wokół łap, jedna z brwi uniosła się ku górze.
— Dłużej się nie dało? Później będzie zimniej i będziesz narzekać — prychnął, a koteczka poruszyła nieznacznie kikutem ogona.
— Nie będę! Od tego mam futro, żeby mnie grzało — patrzyła na niego, czekając, aż wreszcie wyruszą. Bursztynooki podniósł się wreszcie i skierował w stronę wyjścia z obozu.
— Uważaj, żebyś się po drodze nie potknęła z powodu swojego jakże bujnego futra.
Młódka poczuła, jak wzdłuż kręgosłupa jej kłosy się podnoszą. Miała ochotę mu wygarnąć, jednak wiedziała, że nie zaprowadziłoby jej to donikąd. Musiała sobie tym razem odpuścić, mimo że wewnątrz niej aż zawrzało. Kocur był niezwykle zapatrzony w siebie i nawet prawdopodobnie nie zrobiłby sobie za wiele z jej wywodu, a może i dostałoby jej się po głowie za wszczynanie kłótni na środku obozu, gdzie każdy mógł ich usłyszeć, obserwować. Dlatego też przewróciła oczami, już powoli rozmyślając nad tym, jakiego psikusa mogła podarować swojemu mentorowi. Igły z drzewa wydawały się w porządku rozwiązaniem. Kłułyby go w zad i może byłby mniej wredny!
Patrol zdążył wyruszyć, w sercu Klanu Klifu zrobił się dużo mniejszy tłok. Lśniąca Gwiazda ostatnio do nich powrócił, jednak Mysikrólicza Łapa nie przykładała temu szczególnej wagi, mimo że to wcale nie było byle co. Klan Klifu wręcz wrzał od nowości. Koteczka jakoś nigdy nie interesowała się takimi ogłoszeniami, ponieważ nie miała na to przestrzeni w głowie. Była zdania, że ktoś o wyższej randze się tym z pewnością zajmie. Musiała uczyć się podczas treningów, zapamiętywać, a w dodatku myśleć również o tym, co spotykało jej rodzinę. Nie miała czasu na zastanawianie się, co działo się z ich przywódcą, od tego były inne koty. Całe szczęście, wypadki nie były szczególnie częste, więc mogła być przynajmniej o tyle spokojniejsza. Nadal myliły jej się niektóre punkty kodeksu wojownika, jednak pracowała nad tym. Jeszcze się wyuczy.
Znalazłszy się wraz z mentorem poza ogromną jaskinią, dopiero teraz poczuła prawdziwy ziąb. Poduszeczki łap piekły ją z powodu mrozu, a w uszach powolutku traciła czucie. Starała się oszczędzać energię na cokolwiek, co wymyślił dla niej dzisiaj kocur. Dlatego też nie odzywała się do niego za bardzo, ale i on sam nie mówił nic, przynajmniej dopóki nie dotarli do jednego ze wgłębień. Koteczka zamrugała ze zdziwieniem, wpatrując się w przestrzeń przed sobą. Tunel był przysłonięty oprószonymi śniegiem krzaczkami. W oddali majaczyło Pogorzelisko, czyli kawał martwej ziemi, teraz gęsto posypanej puchem. Były to pozostałości po pożarze, o który liliowa nigdy nie dopytywała szczególnie wiele, chociaż może powinna. Był to cmentarz, najprawdopodobniej tam spoczywali jej przodkowie. Koteczka została oprowadzona po terenach, już kojarzyła, gdzie co się znajdowało, aczkolwiek nigdy nie puściła się po nich sama, a może powinna. Niezwykle bardzo słuchała się mentora jak na nią. Płacząca wierzba poruszała nagimi gałęziami na wietrze, zrzucając z siebie kawałek daru Pory Nagich Drzew. Miała nadzieję, że kiedyś zostanie tam pochowana cała jej rodzina, w chwale. Nie zastanawiała się jeszcze, z czym sama by chciała zostać pochowana. Była młoda i całe życie było dopiero przed nią…
Spojrzała na tunel ponownie. Bukowa Korona poruszał końcówką ogona z podenerwowaniem.
— Zapamiętaj tę ścieżkę, bo będziesz musiała nią wrócić, ale bez mojej pomocy. Jeśli się zgubisz, będziesz musiała jakoś odnaleźć wyjście, a jeśli będzie dużo dalej od tego miejsca, wrócisz tutaj i mnie znajdziesz — polecił jej, a potem ruchem gęstej kity nakazał podążać za sobą. Wydawało jej się to bardzo proste – wystarczyło w końcu porobić parę kroków i się wrócić, prawda? W końcu skoro miał czekać tutaj, a ona wchodziła jednym wejściem, to nie mogło być to aż takie trudne. Jak daleko mogły wić się wszystkie te korytarze?
Do jej nosa uderzył ziemisty, trochę przytłoczony mrozem zapach. Koteczka początkowo czuła się ściśnięta, ponieważ jej ciało stykało się z wąskimi korytarzami. Szła tuż za mentorem, węsząc w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby ją nakierować, gdy już przyjdzie czas, aby wyłoniła się sama. Tlenu było tutaj odczuwalnie mniej, również odniosła wrażenie, iż było tutaj cieplej, mimo srogiej, nieprzychylnej pory. Nawet jeśli próbowała się rozglądać, to przed jej oczami nie majaczyło nic poza kamieniami oraz ciemnością, dlatego też im głębiej się zanurzała, tym mniej widziała. W pewnym momencie, gdyby nie szuranie łap o podłoże, nie miałaby pewności czy kocur szedł nadal przed nią, czy może zdążył odejść do jednej z wielu odnóg. Wilgotna ściana posklejała jej końcówki futerka, plącząc je na boku. Klifiaczka zmarszczyła nos, nadal depcząc wręcz po piętach wojownikowi. Zastanawiała się, jak on dawał radę się przecisnąć przez te szpary, skoro był od niej większy.
Wreszcie dwójka dotarła do większej jaskini, do której może i nie docierało światło, jednak dało się wyczuć trzy różne odnogi. Liliowa zastanowiła się przez parę uderzeń serca, czekając na słowa srebrnego. Będzie musiała wybrać jeden i nim wrócić żywa. Ze szczelin nie wydobywał się żaden zapach, nie było widać również światła, dlatego musiała chwycić się innej strategii.
— Wszystkie te trzy korytarze różnią się szerokością. Musisz wybrać jeden i nim wyjść na powierzchnię, a potem jakoś dotrzeć do miejsca startowego.
Powiedziawszy to, wycofał się do tunelu i po chwili kroki ucichły. Musiał zatem wrócić albo chciał, żeby tak myślała. Przysiadła, odsuwając się trochę od wejścia jakby w obawie, że zostanie dostrzeżona przez Bukową Koronę. Ryzyko było duże, a na nagrodę się nie zapowiadało. Kto o zdrowych zmysłach by ryzykował własnym życiem? Zamierzała tutaj odczekać wystarczająco długo i potem wrócić po śladach wojownika. Skoro sobie poszedł, nie mógł przecież wiedzieć, czy faktycznie postąpiła tak, jak jej rozkazał, tak? Najwyżej mu powie, że wynurzyła się po drugiej stronie i wróciła podziemiami. Wróciła do celu? Jeszcze nie, ale wróci.
Dlatego też z zadowoleniem wycofała się, gdy wydawało jej się, iż siedziała tutaj już całą wieczność. Znajome rozwidlenie musnęła łapami, trzymając się jednej ze ścian. Prosta droga, w paru miejscach musiała skręcić, jednak sam tunel do tego zachęcał, oferując tylko taką drogę. Wystający korzeń ze ściany musnął jej futro wzdłuż kręgosłupa, co wywołało u niej skonfundowanie. Gdy tędy szła, nie było żadnej gałęzi. Może tamtego razu udało jej się ją ominąć? Może miała ugięte łapy i dlatego jej nie dotknęło? Mniej więcej w tej chwili podłoże powinno opadać, a zamiast tego wznosiło się aksamitnie ku górze. Zawęszyła, gdy do jej głowy zaczęły napływać myśli, że z pewnością się zgubiła. Nie, to niemożliwe, przecież… szła tędy wcześniej. Tędy szedł Bukowa Korona, gdy ją prowadził, tak? Uchyliła pysk, by jakakolwiek woń wraz z ziemistym zapachem doleciała do jej pyszczka. Posmakowała zefirku, z zaskoczeniem dochodząc do wniosku, że wcale nie podążała tropem srebrnego. ,,Co jest? Dlaczego ta droga tak bardzo się różni?”, zadawała sobie wewnętrznie pytanie.
Wreszcie, natrafiła na ślepy zaułek. Jej pyszczek zetknął się ze ścianą, a futro napuszyło. Nie rozumiała tej sytuacji. W którym momencie dokładnie popełniła błąd? Oczy miała otwarte, jednak nie widziała zupełnie nic. Poduszeczką musnęła ścianę raz jeszcze, jakby potrzebowała w tej chwili zapewnienia, że jej się nie wydawało. Los jej płatał konkretne figle.
— Świetnie, właśnie tego mi było teraz potrzeba! Dzięki ci ktokolwiek to wykopał! — krzyknęła, jednak nieważne jak głośno by się nie wyrażała, dźwięk ginął w głuchej ciszy, rozchodząc się po krętych korytarzach. Łapą uderzyła w ścianę tylko po to, żeby nią po chwili pomachać z bólu. Była twarda i zimna, to wywołało w niej tylko większą frustrację. Nie powinna tutaj siedzieć, nie tak chciała spożytkować nadpłatę energii.
Odwróciła się na pięcie i ruszyła tam, skąd przyszła, ale znacznie wolniej. Robiła co w jej mocy, żeby tylko nie panikować. Tutaj ilość tlenu była odmierzona i każdy ruch godny mysiego móżdżka mógł ją wiele kosztować. Również kończyny nie miały przecież nieskończonych zasobów siły, więc wymagało to od niej ruszenia głową. Wróciła do miejsca, w którym rozstała się z mentorem. Jego zapach był teraz zwietrzały, jednak nadal wyczuwalny. Mieszał się z tym należącym do niej.
Koteczka zaczęła węszyć i po zbadaniu przestrzeni, miała ochotę uderzyć się w głowę. Ruszyła zupełnie nie tym tunelem, którym powinna była. Szybko odszukała ten, którym – miała nadzieję – rzeczywiście tutaj przybyła. Dobrze, że nikogo nie było obok, bo z pewnością zostałaby wyśmiana.
Ocierała się o ścianę, czując powoli narastające zmęczenie w jej łapach. Im dłużej tu była, tym coraz konkretniej dygotały jej łapy na zimnie. Prawdopodobnie, gdyby tylko padało tu nawet choćby blade światło, z pyszczka udałoby jej się dostrzec ciepłą chmurkę, szybciutko rozwiewaną przez lżejszy wiatr. Była niezwykle wdzięczna Klanowi Gwiazdy za to, że jej nie wiało po kostkach. Wtedy zagrożenie życia byłoby konkretniejsze i możliwe, że nie pozwoliłoby jej na skupieniu się nad czymkolwiek. Chciała stąd wyjść.
Tym razem nie napotkała żadnych korzeni, gałęzi, czy czegokolwiek innego. Z każdym kolejnym krokiem jej źrenice zwężały się, a w oddali dostrzegła malutką plamkę światła. Miała ochotę rzucić się w jej kierunku niczym do łap matki w celu przytulenia się do nich, aczkolwiek przestrzeń sprawnie ograniczała jej ruch. Gdy tylko poszerzyła się na tyle, żeby mogła poprawnie rozprostować łapy, rzuciła się pędem, a od wyskoczenia na powierzchnię dzieliła ją coraz mniejsza odległość.
Wyskoczyła wręcz stamtąd, dysząc ze zmęczenia. W płuca nabierała mroźne powietrze, jej bok unosił się prędko i opadał równie szybciutko. Bukowa Korona siedział nieopodal, wpatrując się w swoją uczennicę. Trzepnął kitą, gdy do niego podeszła, gotowa, żeby wrócić wreszcie do azylu. Już jej nawet nie robiło teraz różnicy to, że nic nie upolowała i jeszcze nie zdążyła zjeść choćby połowy piszczki. Miała już na dzisiaj dość.
— Myślisz, że nie wiem, że nie spróbowałaś nawet jednego tunelu? Masz mnie za ptasi móżdżek? — zapytał, strzygąc wąsami. — Nie zaliczam ci dzisiejszego treningu. Odpracujesz go jutro. Dzisiaj już wracamy, bo się ściemnia, a nocą temperatura spada nawet konkretniej i przebywanie poza obozem byłoby po prostu nierozsądne. Chodź.
Mysikrólicza Łapa napięła mięśnie. Na początku ją zamurowało. Przecież ruszyła jednym z nich! Okazał się kozim rogiem!
— Przecież poszłam jednym z nich! Zaprowadził mnie donikąd, dlatego zrobiłam co w mojej mocy, żeby się wydostać na powierzchnię-... — miauknęła gniewnie i gdy już miała dodać więcej, wyrażając otwarcie swój sprzeciw, wojownik przerwał jej w połowie zdania, marszcząc brwi.
— Wy, kotki, myślicie, że jesteście takie sprytne! Powiem ci coś; beze mnie byś dzisiaj nawet nie nauczyła się, że na terenach Klanu Klifu są tunele. Nie dyskutuj, wracamy.
I po tych słowach Mysikrólicza Łapa rzeczywiście się uciszyła. Początkowo myślała, że o wszystkim powie swoim rodzicom. Potem jednak przypomniała sobie, że przecież od teraz była uczennicą i musiała się słuchać własnego mentora, ponieważ to od niego zależało czy zostanie wojowniczką, czy nie.
,,Jeszcze mu pokażę, temu zarozumiałemu kocurowi! Jeszcze zobaczy, do czego jestem zdolna!”, myślała sobie, spoglądając w jego kierunku z ogromnym niezadowoleniem. Jak on w ogóle mógł! Zachował się tak, jakby dzisiaj nie zrobiła absolutnie nic i tylko zbijała bąki, a to była czysta nieprawda! Nawet jeśli właśnie taki miała zamiar, to w rzeczywistości faktycznie skorzystała z chociaż jednej z odnóg. To było takie niesprawiedliwe! W dodatku nadal bolała ją trochę łapa. Ale co się nauczyła, to jej. Przynajmniej wiedziała już który tunel gdzie prowadził, mniej więcej. Pozostały jeszcze dwa inne, których może nie będzie potrzebowała. Zamierzała wyrobić sobie sposób, który umożliwiłby jej wyjście z każdego z tuneli, jeśli tylko przyszłoby jej kiedyś znowu się tutaj zapuścić, co było tak naprawdę bardzo możliwe, skoro Klan Klifu miał dostęp do podziemnych korytarzy. Miała cichą nadzieję na to, że może jutrzejszego dnia Bukowa Korona zmieni zdanie i zabierze ją na plażę, a tam potrenują coś nowego, ciekawszego.
[2581 słów + nawigacja w tunelach]
[52% + 5%]