BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 14 czerwca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

04 czerwca 2026

Od Bursztynu (Bursztynowej Łapy) CD. Pożarowej Łapy

 dawno dawno temu żłobek i drama z Pierzem

Kocurek wcale nie zląkł się wściekłej dawczyni genów. Co prawda puścił jej ucho, ale tylko po to, by wyszczerzyć się szeroko z wiszącym glutem z nosa.
– Ile razy ci powtarzałam, że masz zostawić moje uszy w spokoju?! I na Klan Gwiazdy przestań smarkać! Tak ma wyglądać przyszły wielki wojownik?!
Przetarł łapą po nosie niechlujnie, patrząc na matkę znad łapska wielkimi, szeroko otwartymi oczami. 
– A co z tego? Mogę smarkać i być wielki! – napuszył się dumnie, zaraz zwracając uwagę bardziej na ogon Pożar niż na to, co rzeczywiście mówiła – A do tego tszeba trenować!
– Ilu widziałeś wojowników z katarem? – zapytała nadal zirytowana.
– Ostatnio taki jakiś błotnisty miał i był w lecznicy! – pochwalił się donosicielskim głosem, lekko jakby wyśmiewającym, gdy pomerdał dupką, rzucając się na puchaty ogon. Ten jednak machnął i wzbił się w górę tak, żeby zrzucić z niego kociaka, nie robiąc mu przy tym krzywdy.
– Był błotnisty, pasowało mu. Ty jesteś rudy i masz się do takich nie porównywać.
Przeturlał się kawałek po ziemi, wcale nie zrażony, nastawiając się na kolejny atak. 
– Dobra, to będę połykał! – zadeklarował, pociągając mocno nosem. Jak się uda, to wszystko przejdzie do gardła, a potem, kto wie! Może zdobędzie zapalenie oskrzeli czy coś. Pożar westchnęła ciężko, kładąc swoje czoło na łapach w wyrazie zażenowania i zawodu, których jednak malec nie był w stanie odczuć. 
– Mame, a czemu mam tylko jedną siostrę? – spytał nagle – Nie, żebym nie chciał, ale Pierzasta Łapa ma więcej, ale braci, czemu? A wy nie chcieliście mi dać brata?
Kotka widocznie nie miała ochoty tłumaczyć malcowi jak się tworzy dzieci, natomiast zainteresowała się tym, o kim mówił Bursztyn. Przynajmniej coś jeszcze z macierzyństwa jej zostało i jako typowa matka postanowiła zbadać, z kim zadaje się jej syn. A powody tego zainteresowania już nie są ważne. 
– Kto to ten Pierzasta Łapa? Jak wygląda?
– A taki śmieszny wysoki i chciał się ze mną bić! – pochwalił się, kiwając na boki – I prawie wygrałem, wiesz? To od teraz jest mój rywal! I ma dwóch braci a ja nie mam żadnego – dodał już nieco skarżąco.
– Widać go teraz na dworze? Jeśli tak, to pokaż, który to
Wychylił się, zerkając na dziurę na zewnątrz, przez moment mrużąc oczy. Fajnie, że mama się interesuje jego nowym kolegom, bo był naprawdę fajny! Ale nie odpowiedziała mu przez to na jego pytanie, a on serio chciał mieć brata. 
– HMMM chyba nie, może trenuje! – miauknął z werwą. – Mamo, a z kim ja będę trenować, z tobą?
– Na pewno nie. – powiedziała szybko, pierwszy raz ciesząc się z nieuzyskania tytułu wojownika do tego momentu. – Ale ty weź bardziej uważaj, bo jak cię pobije uczeń to prędko nie zapolujesz.
– A czemu?
– Sprawdź to się sam przekonasz – syknęła cicho, po chwili poprawiając się – Nieważne, po prostu tak nie rób.
Zamrugał zaskoczony. 
– Ale czemu mnie nie będziesz trenować!
– Zapytaj Króliczej Gwiazdy – zażartowała, na co kocurek najpierw się zmieszał, a potem uznał, że właśnie taki będzie jego następny cel, biorąc słowa matki jako kolejne wyzwanie. 

◂𓂃٭⋆☼⋆٭𓂃▹

Gdy usłyszał, że mama pokłóciła się z jego nowym kolegą, sierść stanęła mu dęba. Czemu go nie polubiła? Teraz Pierze kiedy obok niego przeszedł, to posłał mu side eye! Nawet nie porozmawiał! Szkoda, że Bursztyn nie był świadom, że powodem tego była majacząca ognista postać mamy, rzucająca zza jego pleców w stronę młodszego ucznia ostrzegawcze, aczkolwiek w pewien sposób wypełnione satysfakcją spojrzenie. Malec w przeciwieństwie do niej wyglądał na bardzo zbitego i rozzłoszczonego. 
– Czemu się z nim pokłóciłaś? Pierzasta Łapa jest fajny, zostaw go, powinniśmy go lubić! – miauknął wieczorem w jej kierunku marudnym tonem. 
– Gdyby wiedział, gdzie jego miejsce, nie byłoby problemu. – kotka wyglądała na wyraźnie rozdrażnioną i poruszanie z nią teraz tego tematu nie było najmądrzejszym posunięciem. Bursztyn pewnie by to wiedział i już zdążyłby się nauczyć, gdyby nie miał pcheł w mózgu. 
– Ale teraz siary narobiłaś, mame no! Nie musisz się wtrącać, ja sobie sam poradzę, z resztą to był sparing! – próbował tłumaczyć, drgając z irytacją ogonem. Pewnie gdyby miał drzwi w zasięgu ręki, to by nimi trzasnął. Niestety ich nie posiadał, więc jedyne co mógł, to trzaskać na boki ogonem. 
– Co, głupio ci przed kolegą? Narobiłam ci wstydu? – wypluła z siebie – A nie głupio ci, że ten twój pożal-się-gwiezdnym kolega mnie zaatakował i upokorzył? – górująca nad nim postać wściekłej matki w końcu spowodowała, że resztki pewności siebie uleciały z jego ciała. Złość i frustracja co prawda pozostały, ale jak na razie stłamszone były przez poczucie winy. W końcu nie chciał, by mamie się coś stało! Ale czemu została zaatakowana? Uszy kocurka poleciały na boki, kiedy patrzył w jej zwężone oczy. 
– Prze-przepraszam... 
– Nie zadawaj się z nim więcej, nie chcę o nim słyszeć. – wyprostowała się, wygładzając swoje futro i idąc w stronę legowiska. Bursztyn bezradnie zerknął na Żywicę, która przyglądała się wszystkiemu z boku i już po chwili wzrosła w nim nowa irytacja i buntownicze nastawienie. Nie wiedział tylko, w czyją stronę było ono kierowane. 

◂𓂃٭⋆☼⋆٭𓂃▹

Został mianowany trochę później od swojej siostry, ale za to nie można mu było zarzucić braku energii i zapału. Gdy tylko usłyszał swoje nowe imię oraz imię swojego mentora, który okazał się być Poczciwym Szakłakiem (żałował, że jednak nie dostał Tańcującego Pierza, bo jednak chciałby z nim trochę poprzebywać, a po dramie mama pilnowała go bardziej niż zwykle, szczególnie od momentu, w którym Bursztyn zrujnował świętą piwnicę...) to niemal wystrzelił na przód by zetknąć się nosami ze starszym mentorem, zostawiając przy okazji, całkiem niechcąco, glutowy odcisk na Szakłaku. 
– Wybierz sobie miejsce na legowisko, jestem pewien, że Żywiczna Łapa już przygotowała ci jakieś miejsce obok siebie. Jak skończysz się mościć, to wieczorem wyjdziemy na trening, zgoda? – do uszu rudzielca dotarło pytanie, a gdy skierował z powrotem wzrok (który teraz skakał rozpromieniony po wszystkich zgromadzonych) na Szakłaka, mógł dostrzec, jak ten z nawet całkiem dobrze ukrywanym obrzydzeniem wyciera sobie nos. Młodziak uśmiechnął się szeroko. 
– Jasna sprawa, Panie Mentorze! – zgodził się wesoło, już dostrzegając Żywicę, która chyba cieszyła się z obecności swojej mniejszej, szalonej podpory po chwili rozłąki. Jednak nie tylko ona jedyna obserwowała dzisiejszą ceremonię. Zaraz obok siedziały dwie rude istoty, jedna bardziej, druga mniej rozpromieniona. 
– W końcu udało ci się opuścić ściany żłobka, co? Daj z siebie wszystko. – Dzwonkowy Świst wyciągnął łapę, by potarmosić czuprynę swojego syna w momencie, gdy ten zdołał podejść na odpowiednią odległość. 
– Będę najlepszy! 
– I takiego właśnie zapału potrzebujemy. 
– Dzwonkowy Świście, idziesz? – jakiś kawałek dalej rozległo się wołanie Rudej Lisówki, który należał do patrolu szykującego się do wyjścia, który pewnie został nieco dłużej w obozie by poczekać na Dzwonka, chcącego być świadkiem mianowania jednej ze swoich pociech na ucznia. 
– Już, już. – odpowiedział w ich stronę nieco głośniej, wstając z miejsca i rzucając Bursztynowi pokrzepiające spojrzenie – Powodzenia z treningiem. 
– A mogę już iść teraz z wami? 
– Następnym razem. Poczciwy Szakłak chyba nie byłby zachwycony z faktu, że ukradłem mu ucznia – zaśmiał się jeszcze, zanim powędrował żywym truchtem w stronę reszty patrolu, a gdy zniknął za krzewiastą kurtyną, uśmiech Pożarowej Łapy wyraźnie zbladł, gdy znów spojrzała na kocurka. 
– Postaraj się mnie nie zawieść. Tym razem. – syknęła cicho, oddalając się zaraz potem spokojnym krokiem, zostawiając dwójkę rodzeństwa, spoglądających na siebie porozumiewawczo samych.

<Matko moja? Zobaczysz będzie dobrze.>
[1173 słów]


Od Smoka CD. Mordoru

— Ić siobje! — pisnęła Mordor, machając nerwowo ogonkiem na boki. — Pseskadzas!! — zawyła z wściekłości.
— Smok, Mordor. Nie kłóćcie się — mruknął Gondor, a Mordor spojrzała na niego i zmrużyła wrogo złote oczka.
— Nu!! Ucis! — miauknęła, wskazując łapką na czarnofutrą.
Na te słowa Smok cała się najeżyła. Nikt nie będzie na nią łapą wskazywał! Wydała z siebie bojowy okrzyk — choć w tym przypadku był to raczej pisk — i niezdarnie wybiła się od ziemi na tylnych łapach, rzucając się prosto na swoją siostrę.
Obie upadły na ziemię z hukiem, czemu towarzyszyły przerażone głosy dwójki rodziców.
— Misia stlafo! — burknęła czarna szylkretka, przygważdżając Mordor do ziemi i przykładając łapę do jej policzka. — Ni becies mi mófic, co mam lobic! — dodała, wymachując ogonkiem na boki.
W tej samej chwili na miejsce zdarzenia przybiegł białofutry kocur i ostrożnie odciągnął Smoka od siostry. Jednak gdy tylko wypuścił ją ze swoich szczęk, szylkretka niemal jak namagnesowana znów przylgnęła do Mordor, chcąc jej nakopać.
Gondor ponownie złapał młodą buntowniczkę za skórę na karku i tym razem zaniósł ją do Rohan. Gdy Smok została opuszczona na ziemię, ponownie próbowała się wyrwać, lecz tym razem przeszkodziła jej w tym łapa mamy.
— Oj nie! Nigdzie się nie wybierasz po tym, jak nawywijałaś! — zagroziła srebrzysta, kręcąc głową z rezygnacją.
— Ale to Moldol zacela! Ja sie tyko blonilam! — odparła oburzona, po czym rozejrzała się wokół. Jej wzrok w końcu natrafił na jasną szylkretkę, na co Smok skwasiła się i posłała jej pełne złości spojrzenie. Jeszcze kiedyś się na niej zemści!

* * *

Czas na zemstę w końcu nadszedł. Smok poruszała się już znacznie sprawniej, a to oznaczało jedno — walczyła lepiej! Na pewno lepiej od Mordor i Pierścienia razem wziętych!
Właśnie dlatego, gdy jej siostra, niczego nieświadoma, siedziała na posadzce żłobka, Smok postanowiła zakraść się do niej od tyłu. Gdyby zauważyła to Rohan, najpewniej od razu by się odezwała i zepsuła efekt zaskoczenia, ale na szczęście zajmowała się teraz Pierścieniem i myła jego futerko po tym, jak ostatnio zapomniała to zrobić. Taka była roztrzepana...
Gdy czarna szylkretka znalazła się wystarczająco blisko, rzuciła się na Mordor. Najpierw uderzyła ją w kark, przez co jasnofutra pochyliła się do przodu. Smok straciła jednak przyczepność i zamiast triumfalnie powalić siostrę, sama wylądowała przed nią na ziemi, podczas gdy Mordor zaczęła coś burczeć pod nosem.
Smok szybko się otrzepała i z niewzruszonym wyrazem pyska zwróciła się do siostry:
— Malny z ciebie będzie Owocniak! — stwierdziła, wypinając dumnie pierś. — Ja zostanę wojownikiem i wszyscy będą mnie wielbić! — ciągnęła, śmiejąc się z nieuwagi siostry.

<Siostlo?>

Od Smoka do Pierścienia

Jej mianowanie zbliżało się już wielkimi krokami. Smok nie mogła się go doczekać! Słyszała już nieco o rolach w Owocowym Lesie i chyba najbardziej spodobała jej się ranga wojownika. Wtedy zostałaby... smoczym wojownikiem! Każdy wróg na polu bitwy drżałby na jej widok! Każdego przeciwnika pokonałaby jednym skinieniem palca! Owocniacy by ją pokochali, nazywaliby ją najlepszą wojowniczką na całym świecie! Tak, tak... już sobie to wyobrażała! Już niemal widziała przed sobą tę władzę i potęgę. Była tą wizją tak podekscytowana, że aż łapy świerzbiły ją, by zacząć skakać po całym żłobku.
Nie mogła zbyt długo opierać się tej chęci. W końcu podniosła się na cztery łapy i skocznym, energicznym krokiem zaczęła krążyć wokół swojej mamy.
— Mamo! Mamo! Ja zostanę wojownikiem! — mruczała radośnie, aż w końcu przypadkiem nie wpadła na leżącego Pierścienia. O mały włos się o niego nie przewróciła, ale w ostatniej chwili udało jej się odzyskać równowagę.
Zirytowana prychnęła, patrząc na srebrzystego kocurka z pogardą.
— Patz, gdzie leżysz, niedolajdo! — fuknęła, na co Rohan uderzyła końcówką ogona o ziemię.
— Młoda damo! Lepiej pilnuj swojego słownictwa — zauważyła, na co Smok jedynie się naburmuszyła. Gdyby to tata zwrócił jej uwagę, zapewne pokazałaby mu język i dalej obrażała swojego brata, ale mama miała wobec niej... odrobinę więcej autorytetu.
— Phi! — mruknęła Smok, ponownie odwracając wzrok w stronę Pierścienia. — Nie mogę się doczekać, aż zostaniemy uczniami! Lepiej się pilnuj, bo nie znasz dnia ani godziny, w któlej skopię ci tyłek na tleningu! — zaśmiała się chytrze, wysuwając pazurki i dla żartu przyjmując pozycję bojową.

<Blacie?>

Od Iskrzyka CD. Borowika

Zwiadowca spojrzał na Borowika nieco zmieszanym wzrokiem. Nie do końca wiedział, o co młodemu kotu chodziło, ale po chwili powiedział:
— Bierz młody, bierz, tylko przynieś mi coś w zamian — powiedział nieco zmieszany Iskrzyk. Kremowy nadal był nieco zmieszany poczynaniami ucznia, ale mimo to postanowił, że może oddać mu swoją zwierzynę… No pod warunkiem, że dostanie coś w zamian, burczało mu przecież nieco w brzuchu.
— Dobrze! — odpowiedział Borowik nieco zbyt głośno oraz energicznie jak na gust Iskrzyka.
Młody pręgus szybkim krokiem poszedł do stosu zwierzyny, nie minęło zbyt dużo czasu, a młodzik już przyszedł z młodym wróblem w pysku i położył go tuż przed łapami kremowego.
— No to wymiana, młody? — zapytał bez większych emocji, odpychając od siebie wiewiórkę.
— Dobrze — odrzekł Borowik, po czym wziął wiewiórkę i usiadł obok Iskrzyka, by ją zjeść.
Nastała chwila ciszy. Kremowy zwiadowca ani uczeń nie mówili nic. Zapewne by tak pozostało, gdyby nie to, że Iskrzyk zauważył zbliżającą się do nich Kasztankę. Kocur rzekł więc:
— O! Cześć, Kasztanko! — powiedział Iskrzyk do przechodzącej obok niego i Borowika kotki. Kotka zatrzymała się na dźwięk jego głosu, więc korzystając z okazji, spojrzał w jej zielone niczym liście kasztanowca oczy. Uśmiechnął się do niej delikatnie i ponownie rzekł do niej — Jak tam mija życie?
— Ja… — rzekła kotka cichym, niemal niesłyszalnym tonem. Spojrzała na ziemię z dala od oczu Iskrzyka. Jej zielone oczy utkwiły na równie zielonej trawie. Kasztanka po chwili odpowiedziała kocurowi nieco niespokojnym tonem, czyżby się stresowała? — Tak…

<BOROWIK?>

Od Wrony CD. Smoka

Dymna kotka popatrzyła na kotkę karpati, która przed chwilą była uczepiona jej łapy.
Następnie przez zadane jej pytanie popatrzyła na swoje uszy. Kiedy jeszcze siedziała w żłobku, lubiła bawić się jej uszami, więc nie zdziwiła się, gdy Smok się nimi zainteresowała. Też je lubiła, te uszy były jej częścią.
– Już się z nimi urodziłam – odpowiedziała.
– Ale fajnie! Mnie mamusia mówi, że te białe klopeczki są bardzo rzadkie! – pisnęła ze szczęścia.
– To bardzo fajnie, ale one cię nie obronią przed lisami – płynnie zmieniła temat.
– Ale może by ich nie było, a ja tak strlaaaasznie chcę wyjść! – fuknęła, przewracając się na plecy.
– Słuchaj, jeżeli będziesz odstawiała takie numery, możesz sobie zrobić krzywdę.
– I kto to mówi… – wtrącił się Gondor.
– Panie Gondorze, ja wiem, że wcześniej robiłam dziwne rzeczy, ale już zmądrzałam!
– A, a co ona lobiła? – spytała Smok swojego ojca.
– No cóż… – zaczął. – Ona i jej brat biegali po całym żłobku, robili tajniacką akcję ze zwierzyną ze stosu, wspinali się na krzewy i inne takie.
– Ooo… – szylkretka zrobiła wielkie oczy.
– Lepiej mnie nie naśladuj! – dodała kłapoucha.
– Ale ja też chcę się powspinać! – oznajmił zezłoszczony kociak.
– Chodź, Smoku, pójdziemy na spacerek – rzekł Gondor i przysunął ogonem do siebie córkę.
Wtedy dymnej wpadł do głowy pewien pomysł.
– Panie Gondorze, może jak pan z córką pójdzie na spacer, to może poszlibyście ze mną do Owocowego Lasku, Czereśnia dał mi dzień wolnego za szybkie postępy i chętnie bym… potrenowała pana córkę.
– Trenować w tym wieku? – rzekł zszokowany i nieco oburzony biały kocur.
– Wie pan, takie talenty trzeba szkolić jak najwcześniej…
Gondor już miał protestować, ale gdy zobaczył powagę we wzroku uczennicy, od razu się uspokoił.
– Trening! Trening! Ploszę, tato… – zaskomlała Smok.
– No dobrze, ale nie uciekasz i trzymasz się blisko mnie i Wrony, bo jeżeli gdzieś znikniesz, to wyjście będzie naszym ostatnim, zrozumiano?
– Zrozumiano! – podskoczył kociak i ruszył w kierunku wyjścia.
Słońce mocno grzało, aż za mocno, Wrona była cała gorąca pod jej długim i grubym futrem. Popatrzyła na bok, poziom wody w rzece znacznie się obniżył. Jeżeli tak dalej pójdzie, to wkrótce mogą wystąpić problemy z nawodnieniem, ale na razie się tym zbytnio nie przejmowała, i tak nie miała na to zbytnio wpływu. Nagle poczuła słodki zapach, który poinformował ją, że zbliża się do celu. Po tym sygnale uczennicy ukazał się zagajnik pełen jabłoni, grusz i śliw. W blasku słońca wyglądało to naprawdę prześlicznie.
– Ale tu śliiicznie! – pisnęła Smok, chcąc już popędzić do przodu, ale szybko się opamiętała.
– Czas na twój trening. Panie Gondorze, pan może gdzieś sobie usiąść, jeśli pan chce.
Biały skinął głową i odwrócił się w stronę śliwy, jeszcze zdążył się popatrzeć na dymną z powątpiewaniem w oczach.
– Dobrze, Smoku, twoim zadaniem będzie powalenie mnie. Jeśli ci się to uda, to gratuluję.
Szylkretka skinęła głową i przyjęła pozycję bojową. Ruszyła i skoczyła na plecy uczennicy, która delikatnie próbowała zepchnąć kociaka. Ta przeszła na wysokość karku i pociągnęła lekko dymną za futro.
– Agh! Pokonany! – zawarczała.
Wrona bujnęła się w prawo i upadła.
– Heh! Ale łatwo! – miauknęła kotka.
– Wiesz, w walce nie zawsze kogoś możesz zagryźć, to jest niezgodne z wolą Wszechmatki.
– To jak inaczej mam pokonać przeciwnika? – marudziła karpati.
– Uderzając go z boku – odpowiedziała.
Szylkretka od razu pobiegła z boku i uderzyła nauczycielkę od boku. Kłapoucha nie stanowiła żadnego oporu i się przewróciła.
– Phi! Taki z ciebie uczeń, że nawet udezenia z małego palca nie umiesz wytsymać! – zaśmiała się z wyższością. Wronie podniosło się ciśnienie, o nie, żaden kociak nie będzie się tutaj mądrzyć!
– W takim razie, skoro taka silna jesteś, spróbuj walnąć w oczy.
– Takie łatwe? No, ale jeśli tak chcesz… – zamruczała i z wyciągniętymi łapkami skoczyła do przodu. Uczennica się lekko odchyliła, przez co koteczka zrobiła fikołka, a następnie dymna złapała ją za kark.
– Hej, puszczaj! – Smok się wyrywała, lecz bez skutku. – To nie fail! Tatooo!
– Przecież ty taka silna jesteś, to dla ciebie pikuś!
– Och, proszę! Puść mnie! – nadal wrzeszczała.
– Jak sobie życzysz – już miała ją puścić, gdy nagle się opamiętała i delikatnie położyła kociaka na ziemi.
– Czemu to zlobiłaś! Jesteś okropna! – fuknęła karpati.
Kłapoucha westchnęła i miauknęła:
– Ja po prostu chronię cię od późnego mianowania, bo jak ktoś się dowie, że tak duży kot zachowuje się, jak mały kociak i przechwala się, na przykład ja, i powie to przywódcy, może to skutkować o przesunięciu ceremonii, a wiesz, Czereśnia to mój mentor muszę mu takie rzeczy mówić, ale gdy się w porę opamięta, sprawa idzie w niepamięć.
Najwyraźniej szylkretka się przestraszyła, gdyż miauknęła:
– Pzepaszam cię, Wlono, poniosło mnie.
– Nic nie szkodzi – liznęła kociaka między uszami. – Może chcesz zobaczyć moje świeże legowisko? Ale tylko wtedy, jeżeli twój tata się na to zgodzi i będziesz się trzymała blisko mnie, bo jest ono na jabłoni, ale nie wysokiej.
– Dobze, idę zawołać tatę – kotka podbiegła w podskokach z krzykami do białego kocura, po jej minie można było stwierdzić, że wszystko poszło po jej myśli.
– Możemy iiiść! – mruknęła szylkretka.
Gdy podeszli do drzewa, Wrona wzięła Smoka i wskoczyła na najniższą gałąź, za nimi szedł nieco zmartwiony Gondor.
– Wow! Ale tu ładnie! – rzekła zachwycona kotka, zaczynając się bawić zawieszonym piórem.
– Wybudowałam je razem z Czereśnią i Iskrzykiem – oznajmiła uczennica, siadając i owijając ogonem kociaka.
– Wlono? Jak zostanę uczniem, to też będę takie budować?
– Zapewne tak – mruknęła łagodnie do karpati.
– Nie mogę się już doczekać! Będzie super! Nauczę się polować na nornicę, walczyć i wiele innych superlaśnych rzeczy!

***

Był już wieczór, niebo przybrało kolor różowo turkusowy. Gondor, Wrona i Smok wracali ze spaceru. Szylkretka opowiadała im sen.
– I w nim była taka wieeeelka jaszczurka, któla chciała mnie zjeść, ale ja się jej nie dałam i znokautowałam ją jednym silnym ciosem!
– Och, już się bałam, że nie wrócicie z tego spaceru! – to była Rohan, która dotknęła się nosami z rodzinką.
– Mamo, mamo! Wiesz, jak było fajnie? Nauczyłam się nieco walczyć, zobaczyłam legowisko na drzewie, i szukałam kamyczków w wodzie!
Starsza karpati rozszerzyła źrenicę ze strachu, lecz Wrona ją uspokoiła wzrokiem.
– Pani córka jest naprawdę odważna! – mruknęła, a Smok dumnie wypięła pierś.
– Mamo, mogę jeszcze pogadać z Wloną? Plooooszę.
– Ech, no dobrze, ale jak drugi raz przyjdę, to masz iść do żłobka! – miauknęła Rohan, machnęła ogonem i podreptała z powrotem do swojego legowiska.
– Smoku, czy już wiesz, na kogo chcesz się szkolić? – spytała dymna, leżąc na kupce liści.
– Eee, czekaj, daj mi się zastanowić… – odpowiedziała szylkretka.

<Smoku?>
[1036 słów]

03 czerwca 2026

Od Smoka CD. Rohan

Smok faktycznie wróciła na swoje poprzednie miejsce. Jej naburmuszony pyszczek pokazywał jednak, jak bardzo nie spodobał jej się ten fakt. Położyła policzek na łapach matki i wpatrywała się z tęsknotą w promienie, które wpadały przez wyjście na obóz.
— Żebyś się nie nudziła, to możemy poćwiczyć mówienie, a twój tatuś na pewno ucieszy się, kiedy będzie już zdrowy, jeśli powiesz do niego “tata”. Co ty na to? Będziesz taka dzielna i podejmiesz się tego wyzwania, Smoczku? — zapytała Rohan, wcześniej też kładąc pyszczek na swoich przednich łapkach.
Szylkretka fuknęła pod nosem, obrażona na mamę za to, że nie pozwoliła jej się bawić. Chciała ją nawet zmusić do drzemki, a to już była sroga przesada! Po chwili Smok ziewnęła przeciągle. Nieważne, że mama z dziesięć razy powtórzyła słowo “tata” — ona nie zamierzała czegokolwiek po niej powtarzać! Nie po tym, jak okropna i podła się okazała!
Mimo wszystko coraz trudniej było jej utrzymać oczy otwarte. Powieki ciążyły jej niemiłosiernie, a ziewnięcia wydobywały się z jej pyszczka coraz częściej. Smok potrząsnęła łebkiem, próbując odpędzić senność. Nie zamierzała w końcu dawać mamie satysfakcji i przyznawać, że może miała rację co do tej drzemki.

* * *

Smok była już nieco starsza. Rozumiała znacznie więcej z tego, co działo się wokół niej, a przede wszystkim jej zasób słownictwa był większy. Teraz potrafiła już powiedzieć “tata”, rzecz jasna! Jednak większy problem miała z wypowiedzeniem słowa “brat” i “siostra”. Za każdym razem, gdy próbowała tak zwrócić się do Pierścienia czy Mordor, brzmiało to raczej jak “blat” i “siostla”. Strasznie ją to frustrowało, dlatego postanowiła poradzić się w tej sprawie u mamy.
— Mamo! — wrzasnęła, podchodząc skocznym krokiem do srebrzystej kotki. — Mamo, a czemu ja mam ploblem z powiedzeniem słowa bl… bl… blat… i... siostla! Jak ty to mówisz, to bzmi inaczej! — mruknęła zirytowana, strzepując ogonem. — Moldol ma tak samo… Mamo, czy to nolmalne? — zastanowiła się, mierząc Rohan pytającym wzrokiem.

<Mamo?>

Od Lśniącej Gwiazdy CD. Tawułowej Bryzy

— Muszę przyznać, że im dłużej cię słucham, tym bardziej odnoszę wrażenie, iż sam nie dostrzegasz pewnej sprzeczności we własnych słowach. Mówisz bowiem, że nie oceniasz Pchełkowego Skoku przez pryzmat więzów, a jednocześnie opowiadasz o niej z takim przekonaniem, z jakim nie wspominasz o żadnym innym wojowniku. Mówisz o jej oddaniu, jej wysiłku oraz jej rozwoju, ponieważ miałeś okazję obserwować ją przez większą część swojego życia. Czy nie sądzisz, że właśnie dlatego tak bardzo w nią wierzysz?
Na jego pysku wciąż spoczywał ten sam spokojny uśmiech.
— Nie twierdzę, że się mylisz. Nie twierdzę nawet, że Pchełkowy Skok byłaby złym zastępcą. Zastanawiam się jednak, czy dostrzegasz, że prosisz mnie o całkowitą bezstronność, podczas gdy sam patrzysz na sytuację przez pryzmat własnych doświadczeń.
Przez moment milczał, pozwalając słowom wybrzmieć.
— Powiedziałeś również, że powinienem słuchać swojego klanu, że potrzebujemy lidera wsłuchującego się w głosy wojowników po wszystkich tragediach, które nas spotkały. Powiedz mi więc szczerze... ilu wojowników pytałeś o zdanie? Ilu z nich powiedziało ci, że nie ufa Truskawkowemu Polu? Ilu otwarcie sprzeciwia się mojej decyzji?
Jego głos pozostawał miękki, choć pytania padały jedno po drugim.
— Czy przemawiasz w imieniu klanu, czy może przemawiasz w imieniu własnych obaw?
Lider poruszył lekko uszami.
— Wspomniałeś także o Owocowym Lesie, ponieważ obawiasz się, że wybór Truskawkowego Pola może zachwiać naszymi relacjami z tamtą społecznością. Ja jednak nie wierzę, że prawdziwy sojusz jest tak kruchy, by rozpadł się wyłącznie dlatego, że jedna kotka odnalazła swoje miejsce gdzie indziej. Gdybyśmy zaczęli podejmować decyzje wyłącznie ze strachu przed reakcją innych klanów czy społeczności, wówczas przestalibyśmy być gospodarzami własnego losu.
Jego ogon owinął się spokojnie wokół łap.
— A jeśli chodzi o kocięta to właśnie ten argument utwierdza mnie w przekonaniu, że dokonałem właściwego wyboru. Wojownik, który potrafi troszczyć się o własną rodzinę, znacznie lepiej rozumie wartość społeczności niż ktoś, kto nigdy nie musiał dźwigać podobnej odpowiedzialności. Kilka księżyców spędzonych w żłobku nie odbierze Truskawkowemu Polu ani doświadczenia, ani mądrości, ani oddania wobec klanu.
Lśniąca Gwiazda zrobił krótki krok w stronę Tawułowej Bryzy, choć w jego postawie nie było nawet śladu agresji.
— Powiedziałeś mi również, abym nie popełniał błędów mojego ojca. Uwierz mi jednak, że każdego dnia zastanawiam się nad jego decyzjami znacznie częściej, niż mogłoby się wydawać. I nie zamierzam pozwolić, by strach kierował moimi wyborami.
Przez moment przyglądał się wojownikowi w milczeniu.
— Nie potrzebuję zastępcy, którego zaakceptują wszyscy, ponieważ taki kot nigdy nie istniał i nigdy istnieć nie będzie. Potrzebuję zastępcy, któremu ufam, który rozumie wartości Klanu Klifu i który pozostanie wierny tej społeczności nawet wtedy, gdy inni zaczną wątpić.

<Sorka, ale zdania nie zmienię. Więcc… Dalej chcesz się kłócić, czy odejdziesz z honorem, Tawuło?:)>

Od Szaleju

Kocurek poczuł, jak matka chwyta go za skórę na karku. Jego łapki stały się sztywne, a ogon sam z siebie poszybował ku górze, chroniąc brzuch. Serduszka, z rozpaczą, niedługo przed tym zaczęła dużo opowiadać mu o klanach. Oczywiście jedynie tyle, na ile tylko starczyło czasu i siły. Zapewniała go, że wyruszą tam niedługo, najlepiej najszybciej, szczególnie po takiej jakże przykrej sytuacji… Żonkil nigdy nie zachowywał się agresywnie względem młodziaka, aczkolwiek może kocica wolała dmuchać na zimne. Szczególnie po tak zawziętej kłótni, jaka miała miejsce nie tak dawno temu, a której świadkiem był niestety maluch. Ojciec za każdym razem pachniał nowymi kotami, dokładniej kotkami, na co matka zwracała uwagę, ale długo to ignorowała. Patrzył na wściekle plujących na siebie rodziców, którzy nie pomyśleli nawet, żeby odejść kawałek, żeby przypadkiem nie usłyszał, czego dotyczyła kłótnia. Nie była to pierwsza sprzeczka, jednak z pewnością ostatnia, przynajmniej z nim obok nich.
Wreszcie został odłożony na gruncie, jego łapki zetknęły się z suchą, nieprzyjemną trawą, która dźgała go w poduszki boleśnie. Jego chude ciałko pokrywały rzadkie włoski, zdążyły nabrać już na tyle koloru, żeby jego przyszłe umaszczenie wybijało się wyraźniej. Zastrzygł wąsami.
— Zostań tutaj — poleciła mu, popychając go nosem w stronę otwartej przestrzeni, żeby nie chował się między wysuszonymi gałęziami krzewów. — Już… już więcej się nie zobaczymy, żegnaj — powiedziała, a po jej policzkach zaczęły masowo spływać łzy, które szybko wytarła łapą. Pręgus uniósł łeb ku górze, przyglądając się wyrazowi pyska matki. Mówiła, że tutaj będzie mu lepiej, zaopiekują się nim lepiej niż ona i Żonkil. Odwróciła łeb, nie chcąc patrzeć już na swojego syna i odwróciła się na pięcie, biegiem rzucając się przed siebie, w stronę, z której przyszła. Niedawno jadł, dlatego nie musiał martwić się przynajmniej burczącym brzuchem. Ogromne drzewa iglaste rozgałęziały się wysoko nad jego główką, gdy siedział tak między naruszonymi, prostymi źdźbłami trawy.
Nie był pewien, ile tak siedział, jednak jego łapy zdążyły zacząć go świerzbić. Nie chciał tu siedzieć, nie było tu niczego ciekawego, na czym mógłby zawiesić wzrok. Otaczały go wielkie krzewy, które przysłaniały mu lwią część nowego krajobrazu.
Poczłapał więc w kierunku jednego z rozłożystych drzew i znalazłszy się przy wystających korzeniach, wysunął pazurki i wczepił się nimi, niczym małymi igłami w grubą korę. Zaczął chwiejnie wspinać się, aż nagle jego chwyt stał się wątpliwy i runął na ziemię, uderzając w bok. Chmura pyłu ulotniła się wraz z jego szurnięciem, maluch zakasłał parokrotnie, gdy gryzący dym wdał się do jego płuc. Na szczęście nie ważył wiele, tak więc nie stało mu się nic szczególnego. Otrzepał się z kurzu.
Skłamałby, gdyby powiedział, że… się nie bał. Nawet jeśli miał kilka okazji oddalić się od zmęczonej matki, jeszcze jak byli w innym miejscu, w domu, to przynajmniej wiedział, że gdzieś obok będzie kotka, żeby go w razie co zgarnąć czy ochronić. Tutaj jednak cała ta ochrona została od niego odebrana, został wrzucony w zupełnie nowe, nieznane miejsce. Usadowił się na korzeniu, owijając chudy ogonek wokół swoich łap.
Do jego uszu nagle doleciały głosy. Nie wiedział, do kogo należały, aczkolwiek dźwięk łamiącej się trawy pod łapami nieznajomych stanął się czymś, czego nie mógł ignorować. Wreszcie spomiędzy krzewów wyszła wysoka, niebieska szylkretowa kocica, której oczy były niezwykle ciemne. Otaczała ją swego rodzaju aura, która zmusiła rudego do najeżenia futerka wzdłuż kręgosłupa.
— Co tu robisz? Gdzie twoja matka? — zapytała, chociaż szybko pokręciła głową. Kocię zasyczało, gdy zbliżyła łeb do niego i machnął łapką z wysuniętymi pazurami w jej kierunku, żeby się odsunęła. Obca, o dziwo, zrobiła krok do tyłu i zmarszczyła nos. Obok niej wyrósł kolejny kot, wyglądał od niej inaczej, jednak również towarzyszyła mu intensywna, ziołowa woń, której maluch nie rozumiał. Dlaczego tak bardzo śmierdzieli?
— Czuję zwietrzały zapach samotnika — miauknęła ciemnooka.
Spojrzało na kocicę, po czym machnęło ogonem.
— Musimy zabrać go do obozu. Z pewnością został tu porzucony — powiedział stanowczo cętkowany, po czym podszedł powoli do kocurka.
Kocię zmarszczyło brwi, jednak prędko zrezygnował z takiego wyrazu. Skoro więcej nie zobaczy się z matką… może rozsądnie byłoby z nimi pójść. Sam nie pożyje długo, ponieważ nie nauczył się jeszcze polować. Jeśli te koty były takie wspaniałe i potężne, mógł dorastać w ich towarzystwie.
— Jak się nazywasz, mały? — miauknęło, oglądając kociaka. — Pójdziesz z nami?
— Nie mam imienia — powiedział stanowczo, usiłując w ten sposób ukryć strach, jaki rozrastał się niczym gałęzie drzew w jego serduszku. Zszedł niezgrabnie z korzenia, ustawiając się obok dwójki. — Pójdę.
Głupio byłoby odrzucać taką propozycję. Matka opowiadała mu nieco o klanach, aczkolwiek on nigdy nie słuchał na tyle, a szkoda. Nie sądził, że jego spotkanie z kotami z tych społeczności nastąpi tak szybko. Zresztą na mało co był przygotowany. Jako dwu księżycowy kociak nie zdążył odkryć nawet połowy rzeczy, które dla reszty kociąt z pewnością były już oczywiste.
Koperek kiwnęło głową, jakby pociesznie, a Cisowe Tchnienie nie wyglądała tak, jakby robiło jej to jakąkolwiek różnicę. Kocię ruszyło pierwsze, zupełnie w nie tę stronę, co trzeba. Koperek uśmiechnęło się lekko, rozbawione.
— Chodź, to w drugą stronę — mruknęło, przybliżywszy się do kociaka. — Nie wolisz, żebym cię poniosło? — zapytało i już schyliło łeb, czekając tylko na znak ze strony młodzieńca.
Maluch pokręcił głową. Nie sądził, żeby to było jakoś szczególnie daleko. W dodatku, jeśli teraz pokaże im, że jest wytrzymały, to może ewentualnie reszta, a w tym oni, będą spoglądać na niego jak na silnego kocura, którym był!
— Nie, dam radę — jego zdawkowe odpowiedzi nie były niczym nowym, nie rozgadywał się nigdy wcześniej jakoś szczególnie, więc zalewanie go pytaniami też nie zachęcało go jakoś nadto do wylewania z siebie niczym strumyczkiem informacji i rozbudowanej pogawędki.
— Jak tylko zaczną boleć cię łapy, to mi powiedz, dobrze? — usłyszał jeszcze, na co machnął lekko ogonem. Nie zaczną go boleć! Nie mogło być tak źle.

***

Łapy zaczęły boleć go szybciej, niż się spodziewał, jednak nie zamierzał się do tego przyznawać. Widać to było niestety po jego ruchach, coraz bardziej ociężałych. Położonych uszach i ogonie usilnie trzymanym w górze, choć z coraz większymi kłopotami. Roztargniony Koperek podniosło wreszcie kociaka, na co on westchnął z ulgą, szybko przymykając pysk, żeby przypadkiem nie pomyśleli sobie, że właśnie tego mu było trzeba.
Przed jego oczami zaczęły majaczyć gęsto rozłożone krzewy, napierające na siebie wręcz, a do nosa przylatywała coraz wyraźniej ta woń, z którą pierwszy raz miał do czynienia w miejscu, gdzie zostawiła go matka. Czy dotarli już do tego całego obozu? Przekroczyli tunel, a maluch nadal zwisał z pyska jednego z medyków.
Weszli do ciemnej nory. Kociak został odłożony do wygodnego, za dużego dla niego posłania. Usadowił się wygodnie, spoglądając w górę.
— Cisowe Tchnienie, powinniśmy go nazwać. Ty go znalazłaś, więc… ty go nazwij — polecił medyczce, na co ta spojrzała na niego, zmarszczyła brwi i po chwili przewróciła oczami.
— Szalej — miauknęła, niczym od niechcenia i odwróciła się, sięgnąwszy jakichś roślin. Zaczęła je przekładać, a Roztargniony Koperek kiwnęło głową.
Szalej. Właśnie tak miał się od dzisiaj nazywać. To ogromne miejsce, porośnięte dookoła przez krzewy oraz gruby las iglasty, miało od dziś stać się jego domem. To tutaj miał wracać po każdej ewentualnej przechadzce i nauczyć się życia w nowej, ogromnej społeczności.

Nowy członek Klanu Wilka!

Od Migotu

Gorące słońce wisiało nad terenami klanów, oświetlając im drogę, ale również, co było bardziej pasującym określeniem na porę Zielonych Liści, nieprzyjemnie grzejąc wszystkich dookoła. Na niebie próżno było szukać choć jednej chmurki, a ochłody szukali wszyscy, nawet koty z Klanu Klifu. Mimo lokalizacji ich obozu duchota była wszechobecna. Jedyną ulgą mógł być wodospad, znajdujący się przed wejściem do ich obozu oraz zimne ściany jaskini. Przynajmniej dla części kotów, do których młody Migot się nie zaliczał.
Leżał w żłobku, wiercąc się co chwilę z gorąca. Oczy miał szczelnie zamknięte, jednak uszy wyczulone na, chociażby najmniejszy dźwięk. Otaczały go znajome zapachy, mleka, matki i brata... A przynajmniej tak myślał jego układ nerwowy, ponieważ tak mały kociak nie mógł jeszcze tego w pełni stwierdzić. Jednak jedno było pewne - czuł się bezpiecznie w miejscu, w którym przebywał.
– Witaj Truskawkowe Pole – przywitał się ktoś nagle, wchodząc do żłobka. Migot od razu lekko ruszył głową, mimo tego, że nie rozumiał słów. Obcy zapach wtargnął do kociarni, zatapiając się w nozdrza małego kocurka. Po chwili znów rozległ się jakiś głośniejszy dźwięk, a później następny i następny. Oba koty ze sobą rozmawiały, naturalnie ciekawiąc tym kociaka. Podświadomie chciał wiedzieć, co się dzieje, nawet jak nie był w stanie się tego dowiedzieć. Jeszcze nie teraz.