BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 14 czerwca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

05 czerwca 2026

Od Rogatej Łapy (Rogatego Flaminga) CD. Fląderki

Przeszłość

Przyjemne, słabe promyczki słońca zostały odebrane mu nagle, niczym drobną piszczkę, którą dopiero co podarowano kocięciu chwiejącym się na własnych łapach. Błękitne niebo zostało przestrzelone masą przerywanych, gęstych chmur, całe szczęście, białych. Flaming pomyślał więc dość pewnie, że nie czekał ich deszcz, co go pocieszyło. Może będzie mógł jeszcze się nawygrzewać… jaka szkoda, że ta pokraka mu to wszystko zepsuła. Gdyby nie ona, wykorzystałby miłe promyczki do samego końca, a teraz musiał stać tak, w cieniu i marznąć. Przynajmniej trafiła im się nie najgorsza Pora Nagich Drzew. Nie była wcale mroźna, a śniegu to on nie widział. Nie znał pojęcia ani obowiązku odśnieżania legowisk z powodu nadmiaru białych płatków z nieba, zbijających się w śliską, mroźną górę lodu, ani poduszek łap tak popękanych i twardych z powodu niesprzyjających warunków, że aż krzywiły nieszczęśnikom pyski. Dni teraz przepełnione były szarością i burością, niebo nieczęsto czyste było od chmur, dlatego ten dzień był taki wyjątkowy dla młodego księcia. Piękne kolory powoli wyłaniały się z przymarzniętych drzew, za niedługo z pewnością wszystko zakwitnie, a tereny pokryją się pięknością… oczywiście już teraz pewna piękność stąpała każdego dnia po nich, a raczej na razie tylko w obozie, jednak przyjdzie jeszcze jego czas… jeszcze pozwiedza sobie wysepki, wszystkie! Wszystkie, o których tylko usłyszał. Pokaże każdemu, jaki wspaniały jest. Poziom wody w okolicach Klanu Nocy podniósł się, ale było to na tyle nieszkodliwe, że nikt nie przykładał temu faktowi jakiejś ogromnej wagi. Jeśli byłoby blisko do powodzi, z pewnością Mandarynkowa Gwiazda, jego babka, albo Błękitna Laguna zażądaliby przeprowadzki w bezpieczniejsze miejsce, przynajmniej na czas trwania niebezpieczeństwa.
Spojrzał oceniająco na bukiet, jaki przyniosła kotka, a jego pysk wyrzeźbiony został w dość wymowną mimikę. Zrobił dramatyczną przerwę, zanim jakkolwiek się odezwał. Odchrząknął, a na kufie wymalowało mu się teraz obrzydzenie, jakby poprzedni gest nie był wystarczający.
— Te chwasty nie są tak wspaniałe, jak gwiazdy na niebie. Ledwo je przypominają — prychnął, a potem dźwignął się na swoje łapki i stanął nad prezentem, po czym szturchnął go kończyną, jakby sprawdzał, czy się nie rozsypie. Kwiaty, całe szczęście, wytrzymały to. — Gwiazdy na niebie świecą jasno, jarzą się niczym małe, blade płomyczki na ciemnym nieboskłonie. Te kwiaty nawet tego nie potrafią. Są jedynie marną imitacją czegoś tak wspaniałego — Fląderka już miała wziąć bukiet, zauważywszy, że się nie spodobał, jednak point zagrodził jej drogę, marszcząc nos. Gdy czekoladowa się wycofała, podniósł brodę ku górze i zerknął na nią z ukosa, wreszcie przymykając oczy raz jeszcze, na parę uderzeń serca. Zrobił do czekotki ruch łapy, którym polecał jej dość lekceważąco, żeby się oddaliła.
— Zostaw to i idź już sobie — powiedział stanowczo. Brązowooka kiwnęła głową i odeszła niepewnie, końcówka ogona drgała jej odrobinę. Fakt, że nie broniła się w żaden sposób, sprawiał, że w jego sercu zagościła swego rodzaju… złość, o ile było to trafne słowo. Dlaczego nie robiła sobie nic z tego? Najprawdopodobniej dlatego, że nie mogła. Flaming usadowił się wygodnie obok nich i rozejrzał dookoła. Nikt nie był w tym momencie skupiony na nim. Pochylił się więc nad prezentem i pochwycił w pysk parę kwiatów, które następnie starannie wplótł sobie w futro na kicie. Płatki rzeczywiście przypominały gwiazdy, w dodatku nie wyglądały źle. Skoro kiedyś miał posiąść gwiazdy, nie widział żadnego powodu, by nie zacząć ich nosić już teraz, od dzisiaj.

***

Teraźniejszość

Rogata Łapa, odkąd został uczniem, coraz mniej rozmawiał z matką, z dnia na dzień. Ich konwersacje stały się krótkie i dość wręcz niezręczne momentami. Nie działo się tak bez powodu – wszystko to wzięło się od rozmowy z jego mentorką, Mandarynkową Gwiazdą. Babka zasugerowała mu, że nie warto mieć kontaktu z Wężynowym Kłem, co sprawiło, że point poczuł się… zagubiony, pierwszy raz w życiu. Zbyt silne przywiązanie się do jednej kotki mogło sprawiać, że jego osądzanie innych uległoby zmianie, ponieważ nie patrzyłby przez pryzmat logiki, a emocji i tego, co czuł względem swojej rodzicielki. Matka była dla niego wszystkim. Zrezygnowanie z niej ot tak nie było wcale proste. Jednak rezygnowanie ze swojej wspaniałej opinii, jaką zdążył wyrobić sobie do tej pory w Klanie Nocy, nie było wcale rozsądniejsze czy prostsze. Musiał więc poświęcić jedną z tych rzeczy. Był kimś więcej niż tylko czyimś synem czy wnukiem. Kontakt zawsze dało się naprawić. Reputacji niekoniecznie. Raz nadszarpnięty wizerunek mógł nawiedzać go do końca życia i przypominać o sobie każdego dnia. Nocniacy nie zapominali takich rzeczy łatwo, szczególnie ci, którym zależało na plotkowaniu. Rozmyślał nad tym tak często i dużo, że chodził nierzadko rozkojarzony, gdy wracał z treningów w celu zaczerpnięcia odpoczynku i spożycia czegoś, by zapchać jakoś żołądek domagający się pożywienia. Jeśli chciał być legendą, kotem godnym naśladowania, nie mógł polegać na matce już tak bardzo. Stał się dorosłym kocurem, musiał podejmować odpowiedzialne i dobre decyzje.
— Rogata Łapo… — głos srebrnej przywrócił go do teraźniejszości, wyrywając go tym samym z widocznego zamyślenia. Wyruszył dzisiaj na drugi trening z bursztynooką, w celu ograniczenia rozmów z matką, a także polepszenia własnych umiejętności. Każda dodatkowa lekcja była z jego inicjatywy i wydawało się, babce wcale to nie przeszkadzało, mimo podeszłego już wieku. Chciał, żeby widziała, że się starał. Chciał jej uznania. Jej spojrzenie zaczynało łagodnieć, jednak nie na tyle, by nagle stała się innym kotem. Miał wrażenie, że dostrzega w jej ślepiach niekiedy uznanie, albo coś na wzór budującej się akceptacji, co sprawiało, iż miał ochotę podskakiwać z radości niczym małe kocię. Gdy szylkretka dopytywała, czy się przypadkiem nie przemęcza, odpowiadał jej dość sprytnie, na tyle, żeby mu uwierzyła nawet w małym stopniu. I najlepsze było w tym wszystkim to, że nie kłamał. Chciał być lepszy, chciał, żeby jego umiejętności były na naprawdę wysokim poziomie. Musiał się bardzo, bardzo starać. — Twoja matka ma sposób myślenia, który niekoniecznie zawsze sprzyja stabilności Klanu Nocy. Ty, jako mój wnuk… — podjęła się, robiąc chwilę przerwy, jakby potrzebowała przyzwyczaić się do tych słów, nie przerywał jej. — Powinieneś mieć własny sposób myślenia. Nie możesz stać w czyimś cieniu. Nawet w cieniu własnej matki. Kot z twoim potencjałem nie powinien ograniczać się do przeciętności. Stercząc za kimś, nie widzisz, dokąd zmierzasz, ponieważ twoja wizja jest przysłonięta przez cudze futro — powiedziała dość chłodno, a każde słowo kocur chłonął niczym gąbka wodę. Poczuł, jak coś w nim się samo z siebie napina, to co właśnie usłyszał, nie było wcale łatwe do przetworzenia. Musiał słuchać się babki. Była najwyżej postawiona i to jej zdanie liczyło się w tym momencie najbardziej. Jeden zły ruch i nie skończyłoby się to dobrze dla jego reputacji i ego… Jego końcówka ogona drgnęła, jakby ktoś go szturchnął. Nie był niczyim cieniem. Był sobą, od zawsze taki był… prawda? Czy naprawdę widziany był jako cień swojej matki? Jeśli miał wybrać między doskonałą relacją z Wężynowym Kłem a zostaniem przyszłą legendą Klanu Nocy… Jego źrenice lekko się zwiększyły. Czy dało się w ogóle wybrać tylko jedną z tych dwóch opcji? Serce młodziaka zabiło parokrotnie, niespokojnie, szybciej niż zwykle. Chciał stać się kotem godnym miana bohatera, takiego, co by każdy go chciał wspominać. Odczuwał również wewnętrzną potrzebę utrzymania kontaktu z matką. Jeśli będzie samodzielny, to będzie silniejszy, a jeśli będzie najsilniejszy, to nikt nie odważy mu się postawić…
Wreszcie skinął lekko głową. Wcale nie został postawiony przed prostą decyzją do podjęcia. Jej słowa brzmiały jak coś, za czym powinien podążać, za czym należało się rozglądać, a nie oczekiwanie, że nagle magicznie się zmieni, w to przynajmniej chciał wierzyć. Nie pozmienia wszystkiego w jeden dzień, ale może z czasem. Niebieskooki przez parę uderzeń serca milczał. Słowa Mandarynkowej Gwiazdy nie brzmiały jak rozkaz, który powinien wykonać w tej chwili, a raczej jak coś oczywistego, co do tej pory po prostu umknęło jego uwadze.
— Rozumiem, Mandarynkowa Gwiazdo — miauknął pewnie, chyląc przed babką łeb z szacunkiem. — Jeśli chcę stać się kimś więcej, nie mogę już polegać na innych, tylko w głównej mierze na sobie. Muszę przestać opierać się jedynie na tym, co poznałem do tej pory — dorzucił jeszcze, spokojnie owijając ogon wokół swoich łap. Czuł się tak, jakby powierzono mu właśnie misję bez podanych kroków, w jaki sposób powinien ją ukończyć… — I zacznę od tego teraz.

***

— Niech wszystkie koty, które umieją polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się na zebranie klanu! — donośny głos srebrzystej poniósł się echem po kotlinie obecnie cierpiącej z powodu skwaru tak dotkliwego, że mało kto miał ochotę wychodzić z legowisk. Usłyszawszy jednak głos przywódczyni, koty Klanu Nocy postawiły się przed mównicą. Całe szczęście, że otoczeni byli przez gęsto rozrzucone dookoła trzciny, one dość sprawnie blokowały przepływ promieni słońca, oferując potrzebującym miejsce do skrycia się. Starsza ułożona była na jednej z gałęzi drzew, mimo to było widać ją wyraźnie. Rogata Łapa zjawił się jako pierwszy, sadowiąc się wygodnie i wpatrując w babkę z zaciekawieniem. Czy przyszła pora na jego mianowanie? Wspominając swoją ceremonię na ucznia, przysunął ogon bliżej siebie i zauważył trochę już ususzone kwiaty, które przyniosła mu Fląderka, gdy był mniejszy. Nieważne…
— Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika — zrobiła przerwę, spoglądając na swojego wnuka. Rogata Łapa napuszył sierść dumnie, uśmiechając się. Wyprostował się również, by prezentować się lepiej. Miał świadomość, że na niego patrzyli. Musiał dobrze wyglądać! — Rogata Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia? — spytała szczerze, a jej kita uderzała delikatnie o gałąź, aż wreszcie spadł ku dołowi bezwładnie. Point nie musiał się zastanawiać nad tym długo, do tego momentu przygotowywano go od momentu narodzin.
— Przysięgam — powiedział dumnie, siląc się na nieco inny, poważniejszy ton, niż dotychczas. Na szczęście udało mu się zamaskować napięcie, które rozpierało jego serce i częściowo zaciskało gardło. Miał wrażenie, jakby wszystko działo się szybciej, niż powinno. A z drugiej strony czuł, że zasługiwał na zostanie wojownikiem szybciej, niż… Urodziwy Szafirek. Ta głupia kocurzyca. Doczekała się ostatnio swojej ceremonii. Jego futro falowało odrobinę na ciepłym wietrze, który muskał także jego frędzelki, zawijając je odrobinę.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Rogata Łapo, od tej pory będziesz znany jako Rogaty Flaming. Klan Gwiazdy ceni twoją rozsądność i pracowitość oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy — zmrużył oczy z zadowoleniem. Rogaty Flaming. Imię to rozbrzmiało w jego głowie donośnie, odrobinę inaczej, niż jego poprzednie, czyli Rogata Łapa. “Łapa” przestało już do niego należeć. Teraz był flamingiem i musiał zrobić co w jego mocy, żeby imię te przynosiło kotom na myśl coś wspaniałego, niepokonanego dopóty, dopóki to on je nosił. Przywódczyni zeskoczyła zgrabnie z drzewka i oparła łeb na jego głowie, na co łaciaty polizał ją w bark tak, jak nakazywała tradycja. Napięcie zeszło z niego dopiero wtedy, kiedy koty za nim zaczęły donośnie skandować jego imię. Wszystko było dokładnie tak, jak sobie wyobrażał, że będzie.
— Rogaty Flaming, Rogaty Flaming! — krzyczeli, a ich głosy niosły się echem po całym obozie Klanu Nocy, wychodząc może i nawet lekko poza niego. Odwrócił się wreszcie do nich, niczym największy celebryta i zmierzył ich wszystkich wzrokiem, zapamiętując, kto wrzeszczał najgłośniej, a kto zupełnie się nie zjawił. Chłonął każdy dźwięk wydobywający się z ich pysków.

***

Od jego mianowania nie minęło jakoś szczególnie długo, jednak on miał wrażenie, jakby zaledwie uderzenie serca temu stał się oficjalnie wojownikiem. Słońce prężnie grzało każdego, kto zdecydował się w taką pogodę wyjść z legowisk. Starszym ostatnimi czasy doskwierały upały, ponieważ nawet wewnątrz jam bywało cieplej, niż zwykle, a to niesamowicie uprzykrzało normalne oddychanie. Ważki przelatywały szczęśliwie nad źródełkiem na środku obozu, a na samej powierzchni zadomowiła się roślina wodna, korzystająca z tak przychylnej i wspaniałej dla niej pogody. Wewnątrz wody krzątały się małe istotki, najprawdopodobniej owady bądź ich larwy, pragnące przybrać jak najszybciej na masie, żeby mogły niedługo ulotnić się z tego miejsca i rozpocząć nowe życie ze swoją nowiutką parą przezroczystych, kolorowych skrzydeł. Rogaty Flaming siedział przed legowiskiem wojowników, czyszcząc sobie łapę, do której przyczepiły się jakieś niechciane paprochy. Zaczął lustrować wzrokiem obóz, dość dyskretnie, z ukosa, doszukując się jednego, konkretnego kota. Nigdy w życiu by nie szukał go po nic innego, jak żeby dla własnych korzyści. Jego oczom rzuciła się wreszcie łaciata, czekoladowa sierść dobrze znanej mu kotki.
— Chodź tutaj — rzucił do niej spokojnie, bez podnoszenia głosu, co samo w sobie różniło się od tego, do czego zdążył się z pewnością odrzutek przyzwyczaić. Gdy tylko brązowooka zauważyła go i zaczęła się zbliżać, obserwował każdy jej krok. Czy zachowywała się inaczej, czy zareagowała później niż zwykle, czy spoglądała na niego inaczej, niż tym swoim wzrokiem zbitego psa? Gdy znalazła się przed nim, nie wykrył w niej niczego nowego. Wszystko było po staremu. — Przyniesiesz mi nowe kwiaty, bo tamte już wyschły — rozkazał jej, wskazując na pojedyncze, ususzone już, śnieżnobiałe kwiaty w kształcie gwiazd.

<Fląderko, ładne te kwiaty>

04 czerwca 2026

Od Borowika CD. Mordoru

Wszechmatko. Jakie one są… słodkie.
Kociaczki.
Patrzyłem w te duże, miodowożółte oczka Mordoru i czułem, jakby świat nagle przestał być nędznym padołem rozpaczy i cierpienia.
Nie, żebym kiedykolwiek miał takie odczucia co do świata. Po prostu utwierdziłem się w tym, że tak nie jest.
– Uh… no… chyba mogę cię… naucyc. Um. Nauczyć, znaczy – mruknąłem, układając leżący na ziemi świeży mech w kwadracik.
– Naucccyc się mówi! Nie „naucyc”!!! – pisnęła mała kotka, tupiąc łapką. – Nic a nic mówic ne umies!
Uniosłem lekko brwi.
Moje wypowiedzi są zawsze poprawne pod względem wszelkich zasad czy też norm, z odpowiednio dobranym stylem oraz tonem głosu. Ale… pamiętam, że jak ja byłem kociaczkiem, to maksymalnie dwa słowa umiałem na raz powiedzieć. Dlatego nie poczyniłem konstruktywnych, acz krytycznych uwag co do jej sposobu mówienia. No bo… mi by przykro było, jakby tak ktoś mówił. A nie wolno komuś przykro robić. Tak.
– Uhh – spojrzałem w bok. – No…
Zastanawiałem się nad tym, co powiedzieć. Nic mądrego nie przychodziło mi do głowy.
– No dalejjj! Ucaj mne! – upominała się szylkretka, kładąc przednie łapy na kwadraciku z mchu pod moimi łapami, przepoławiając go.
Wzdrygnąłem się, patrząc na to.
– A…tak, tak – strzepnąłem uszami. – To słuchaj. Robimy tak. Uh. Musisz najpierw cały stary mech… Tak siup – zrobiłem gest łapką, jakbym wyrzucał go z legowiska.
Kotka otworzyła szerzej oczy, dopiero po chwili pojawiło się w nich zrozumienie.
– Aaa! Dobla!
Mordor zabrała się do roboty.
Zamaszystymi ruchami łap zaczęła wyrzucać cały mech ze swojego legowiska. Całość rozleciała się po żłobku. Kępka wylądowała prosto na mojej głowie. Nie poruszyłem się jednak.
– Gotowe! – miauknęła dumna z siebie kotka.
Jej uśmiech został jednak momentalnie zastąpiony przez przerażenie, gdy dostrzegła pełnię swojego dzieła.
– O nee! Bolowiku! Wybac! Ja pospsontammm!
Kichnąłem. Mech spadł z mojej głowy na bok. Strzepnąłem uszami.
– Nie szkodzi. Um. Potem… potem. Dokończmy to – usiadłem na ziemi. – Okej. Teraz to musisz świeży wziąć. I rozłożyć go tak… równomiernie. Połóż na środku wszystko i… rozprowadzaj naokoło…
Mordor wrzuciła świeży mech do swojego legowiska i starała się jak najdokładniej go rozłożyć. Skrzywiłem się lekko, gdy dostrzegłem, że stary mech ponownie znalazł się w środku i został wymieszany z tym czystym…
Ale dobra. Niech się uczy. Jak sobie pościeli tak się wyśpi. Znaczy… ona oraz jej rodzeństwo… plus matka czy też ojciec lub… ktokolwiek inny, kto również zdecyduje się tu spać w najbliższym czasie… I będzie na mnie, że nie umiem zwykłego mchu wymienić po tylu księżycach treningu.
Ugh. Co mi tam. Kociaczki są słodkie. Więc było warto narobić sobie dwa razy więcej pracy, by spędzić czas z Mordorem.

[408 słów]
<Moldol?>

Od Borowika CD. Smoka

Oh, Wszechmatko.
Czy ja właśnie byłem świadkiem porwania?
Stałem w bezruchu, bezradnie patrząc, jak Purchawka odnosi szarpiącą się na wszystkie strony Smoka prosto do żłobka.
– Huh… – mruknąłem, zmieszany.
Dziwne, dziwne. W moim krótkim, acz jakże intensywnym życiu byłem świadkiem wielu przedziwnych wypadków. Żaden z nich nie był jednak porwaniem. Chyba. Mam dość krótką pamięć.
Rozejrzałem się na boki. W moim polu widzenia kotów znajdowało się pięć i żaden z nich nie patrzył akurat w moją stronę. Przypadłem więc do ziemi.
Zacząłem ostrożnie czołgać się w stronę krzaków, gdzie mała koteczka zniknęła. Ostrożnie zacząłem przeciskać się między gałęziami. Moje futro nie było specjalnie długie, więc na razie nie zaplątało się w odstające badyle. Zerknąłem do środka kociarni przez przerwy między liśćmi.
Zobaczyłem Smoka, leżącą na legowisku tuż przede mną. Była tu sama, jej mama musiała chyba wyjść, gdy ja brawurowo walczyłem o życie w chaszczach, wykorzystując mój nieprawdopodobnie precyzyjny zmysł orientacji i zadziwiającą zwinność.
Wyściubiłem głowę spomiędzy gałęzi tuż przy ziemi, górną częścią mojego ciała znajdując się już w żłobku.
– Um. Smoku…? Czy ty żyjesz…? – mruknąłem cicho.
Mała kotka podskoczyła z przerażenia i nastroszyła się lekko, gdy usłyszała mój głos z miejsca, w którym zdecydowanie nie powinno mnie być.
– Bolowiku!!! – pisnęła głośno, ale szybko się połapała i ściszyła głos. – Co ty tu lobis?! – syknęła, rozejrzawszy się nerwowo.
– No… Przyszedłem sobie. Co miałem nie przyjść…? Yyy…chciałem sprawdzić, czy żyjesz. No. I żyjesz, jak widać. Dobrze, dobrze.
Spojrzałem na kotkę szeroko otwartymi oczami, upewniając się, czy na sto procent żyje. Zawsze wolę sprawdzić dwa razy niż potem wprowadzić kogoś w błąd.
– Okej, to pa – przeszedłem do odwrotu, wycofując się.
Próbowałem wysunąć się z krzaków. Zrobiłem jeden krok. Drugi. Trzeci. Gałęzie napięły się i popchnęły mnie z powrotem do przodu.
Ugh. No świetnie. Wiedziałem, że tak będzie. Zawsze tak jest.
– Um. Smoku. Ratunku. Utknąłem chyba. Utknęło mnie.
Zacząłem się szamotać, ale nic to nie dało przy moim niefortunnym zaklinowaniu.
– Albo nie. Albo nie. Ja dam radę sam. Chwilka.
Wgryzłem się desperacko w jedną z gałęzi, próbując nieco ją odgiąć i spróbować się uwolnić…
Jak mnie tu ktoś zobaczy, to chyba się rozpuszczę.

<Smoku?? Potrzebna interwencja>
[348 słów]

Od Ulewnego Szkwału CD. Liliowej Łapy (Liliowej Pieśni)

Dwa zgromadzenia temu (przeszłość)

Koty, które były na zgromadzeniu, wracały do obozu szczęśliwe i zadowolone, chciały po powrocie wtopić się w posłania. Zresztą to samo chciał zrobić Ulewny Szkwał, który na razie u boku Lawendowej Łapy oraz Szumiącej Łapy, rozmawiał z nimi o zgromadzeniu. Koty spokojnie wchodziły do obozu i już było czuć pewien smród, niebieski fińczyk zaczął wdychać powietrze.
— To borsuk?! Borsuk! Musimy wejść tam, może dzieje im się krzywda?! — Ulewny Szkwał zaczął biec jak szalony, przecież w obozie był jego ojciec i Liliowa Łapa! Co, jeśli borsuk ich teraz rozszarpywał? Za nim również zaczęli biec Lawenda i Szumek, także będąc w panice. Oni, jak i reszta kotów wybranych na zgromadzenie zastali w obozie ślady krwi w dużej ilości, a także mocniejszy borsuczy odór. Niebieski kocur oddalił się bardziej od dwójki, a jego klatka piersiowa ruszała się nienaturalnie, myślał, że już mu serce wyskoczy. Jak doszło do takiej masakry? Gdzie u licha ten borsuk? Ruszał nerwową głową, widząc tylko koty z lekkimi bliznami lub z niczym. Do takich kotów należała Liliowa Łapa, która podbiegła do niego. Widząc ją żywą, miał ochotę ją wyściskać, ale oczywiście tego nie zrobił.
— Lilio, czemu tu czuć ten borsuczy smród, jak Klan Gwiazdy kocham! Nic ci nie jest? — kotka wyglądała na całą, ale może miała jakieś ukryte obrażenia?
— Nie, mi nic nie jest. W porównaniu do innych kotów — jej głos się trochę łamał, a on pobladł mocno.
— Czy wśród tych kotów, jest m-mój ojciec? — trochę na końcu umiał ledwo co się wysłowić, ale wizja rozszarpanego Złocistego Widlika była nie do zniesienia, kocur chyba by się poryczał jak kociak, gdyby jego ojciec został zamordowany przez borsuczą strawę.
— Nie, on jest cały, borsuki na szczęście nie tknęły ścian żłobka. Rozpromieniony Skowronek próbował zaatakować pierwszy borsuka, ale on go zmiażdżył i n-...nie przeżył. Jeszcze m-moja men-ntorka... ona jest w tak ciężkim stanie, że nie wiem, co z nią będzie... Gd-dyby nie ten drugi b-borsuk — po liliowych policzkach spływał strumień łez, a jej głos był niestabilny, gdy wspominała o Czosnkowej Krewetce. Widząc Lilię w takim stanie, Szkwał trochę się obwiniał, że nie mógł pomóc swoim klanowiczom, gdy zaatakowały ich borsuki. Zbliżył się do niej, sprawiając, że ich futra się zetknęły, następnie polizał jeden z jej łzawych policzków, by odgarnąć nadmiar łez.
— Jestem pewny, że wyzdrowieje, jak i reszta kotów, których dotknęła krzywda ze strony borsuków — tak siedział w jej towarzystwie, zobaczył, że był duży ruch w legowisku medyków, co chwilę jakieś koty wchodziły i wychodziły spanikowane, jeszcze na środku wystawiono ciała Rozpromienionego Skowronka i Nenufarowego Kielichu, wojownik doszedł po tym dobijającego wniosku, że nie tylko dwa koty ucierpiały przez atak drapieżników.

***

Teraźniejszość

Po ataku borsuków wszystko ucichło, niektóre koty chodziły normalnie po obozie, a nawet zakładały rodziny. Oczywiście Senna Łza bez jednej kończyny była zależna od lecznicy, a oprócz tego wszystko przebiegało zwyczajnie. Choć mentorka teraz Liliowej Pieśni i Rysi Bór nadal byli w lecznicy z powodu swego stanu zdrowia. Chciał zajrzeć do ojca, pewnie był wyczerpany następną dzieciarnią, a jeszcze dojdzie ta od Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici. Wparował do żłobka, słysząc głośną dzieciarnię, akurat jego ojciec rozmawiał z Trzcinowym Szmerem, gdy kremowy go zobaczył, to się rozchmurzył i podszedł do swojego synka.
— Witaj, Szkwale, widzę, że przyszedłeś mnie odwiedzić, moje dziecko — widział u piastuna lekkie zmęczenie w oczach, rzeczywiście Porą Zielonych Liści żłobek był bardzo żywy.
— Oczywiście, powinieneś mieć przynajmniej chwilę oddechu od tych mlekojadów! Mnie już by głowa bolała kilka księżyców od tych pisków — niebieskiego lekko zaswędziało gardło, po czym kaszlnął, zasłaniając się łapą.
— Bolała głowa? Mnie tam sprawia przyjemność, gdy kociaki beztrosko się bawią, to część mojej profesji, którą kocham, choć nie mogę im pozwolić za wiele, bo rozniosą żłobek. Powiedz mi, synu, jak tam u Liliowej Pieśni? Jesteście może razem? Spędzacie ze sobą dużo czasu i jakoś się tak zastanawiam — Ulewny Szkwał słuchał spokojnie ojca, jak opowiadał o tym, że kochał swoją profesję. Wojownik podziwiał, że to była pasja jego ojca. Miał już zakasłać, ale o wspomnieniu o tym, czy jest z Lilią to nie dość, że kaszlnął, to w dodatku zakrztusił się śliną.
— Jesteśmy tylko przyjaciółmi, tato, nic więcej. Jak chcesz uzyskać satysfakcjonującą odpowiedź, to zadaj podobne pytanie Urodziwemu Szafirkowi na temat Kasztana — jego siostra bardziej kręciła jakieś romanse, to niech ją spyta o to. On nie myślał o takich rzeczach jak partnerzy, myślał raczej o tym, jak wykonywać starannie swoje obowiązki i wykonywał nadal swoją tajną misję śledzenia Rosiczkowej Kropli.
— Nie pesz się tak, synu, Liliowa Pieśń to taka fajna kotka, jestem pewny, że gdyby taki synek jak ty podszedł do niej, to by nie miała nic przeciwko — na Klan Gwiazdy... czuł wstyd, jak jego ojciec to mówił. Złocisty Widlik brzmiał w tym momencie, jak jakiś staruch co go chce zeswatać. Kaszlnął kolejny raz w swoją łapę, miał wymówkę, by się ulotnić.
— A weź, tato! — zawstydził się, lekkie rumieńce były widoczne, on z Lilią byli tylko najlepszymi przyjaciółmi i nie myślał o czymś głębszym. — Idę do medyka, zanim twoje spekulacje sięgną zenitu — oddalił się od ojca, idąc w stronę medyka, to gdybanie ojca go zmęczyło. Wszedł do lecznicy, znowu kaszląc, Gąbczasta Perła spojrzała na niego.
— Widzę, że masz kaszel, już ci coś podam — księżniczka obojętnie powiedziała to do niego, po czym dała mu zioła, wojownik był zmieszany jej zachowaniem.
— Dzięki? — zjadł lekarstwo, zastanawiając się, czemu Gąbczasta Perła zachowała się w ten sposób, nic przecież jej nie zrobił. Rzadko stawiał łapę w lecznicy, nie chciał urazić rodziny królewskiej. Spojrzał tylko w ziemię, nic nie mówiąc.

***

Aktualna Pora Zielonych Liści była tak upalna, że myślał tylko, czy nie pójść w okolice morza. Siedział w cieniu, czując, że słońce przez ten sezon będzie jego wrogiem, tęsknił za Porą Zielonych Liści, która była deszczowa i błotnista, przynajmniej wtedy było chłodno. Lawendowa Rozkosz dzieliła się piszczką z Szumiącą Łapą, a Urodziwy Szafirek wyszła z Kasztankiem na spacer. Chciał tak iść nad morze, chciał usłyszeć ten szum fal i wskoczyć do wody nie myśląc o upale. Ulewny Szkwał leżał plackiem, wyglądał w tym momencie jak taki wielki dywan.
Jemu też by się przydało towarzystwo, Liliowa Pieśń wychodziła z legowiska medyka, żeby odwiedzić Czosnkową Krewetkę. Od kiedy wojowniczka leżała w lecznicy przez borsuka, to liliowa stale ją odwiedzała.
Może jej też by się przydało towarzystwo? Niedbale wstał i skierował się w jej stronę.
— Cześć, Liliowa Pieśni, dzisiejszy wschód słońca jest tak upalny! Może chciałabyś odwiedzić ze mną morze w celu zapomnienia o nim? — pływanie w morzu i gonienie mchu na plaży brzmiało jak dobra wizja spędzenia dnia, tylko czy Lilia też ją podzielała? Koteczka uśmiechnęła się.
— Dobry pomysł! Czuje, że za chwilę moje długie futro przylepi się do ziemi, jak stąd najszybciej nie wyjdziemy — nagle dystans między nimi się zmniejszył. Kotka podeszła do niego na długość wąsa z zadowoleniem na pysku. Szkwał nie wiedział, co powiedzieć, trochę był skrępowany. Kocurowi więc pozostało iść tylko w stronę wyjścia z obozu. Gdy wojownik tam szedł, wojowniczka nie ustępowała go na krok.

***

Postanowili zawędrować przez wysepki do morza. Przez las czuliby większy wpływ słońca, niż między lądami, które oddzielała woda.
— Dobrze, że co chwilę woda nawilża nam futra, ten sezon jest jeszcze gorszy niż poprzedni — odparł kocur, co chwilę ocierając czoło.
— Tak, mamy szczęście. Pewnie inne klany, które nie mają zbytnio dostępu do wody, to muszą wiecznie się chować w obozie. Tacy, choćby, Burzacy mają najgorzej ze wszystkich klanów, bo niby jak oni radzą z taką pogodą? — Liliowa Pieśń mruknęła. Rzeczywiście Szkwał się chwilę nad tym zastanowił, jak taka Srebrzysta Równonoc znosiła upały? Trochę mu brakowało rozmów z kotką, ale jednak teraz rozmawiał z Lilią, nie z Burzaczką.
— Może po prostu jak niebo jest zachmurzone, to wychodzą. Choć wątpię, że u nich chmury występują, mimo tego my się nie chowamy przed słońcem, wykonujemy nasze obowiązki, tak jak należy. Może oprócz kociaków, może trochę im zazdroszczę, że nie muszą zbytnio się przemęczać w taką pogodę — kocur rozmyślał sobie, jak pewnie kociaki Zmierzchającej Fali musiały wygrzewać swoje życie na legowiskach cały dzień, chociaż nie powinien im zazdrościć, ale przez taką pogodę oddałby cokolwiek by na chwilę nic nie robić przez długi czas. Mógłby robić więcej, gdyby miał krótsze futro, ale jego było tak długie i gęste, że szybko się ogrzewał i czuł, jak tylko jego futro pogarszało sprawę.
— Nie zazdrość im! Przynajmniej my mamy wiele przywilejów, a one je uzyskają, gdy będą uczniami. Chociaż patrząc na kociaki Kropiatkowej Skórki to tak szybko rosną! Niedawno jak odwiedzałam żłobek, by pomagać królowym, to były małymi kuleczkami. Myślisz, że jak Rzekotka, Żabka i Ropuszka będą uczennicami, to może dostaniemy dwie z nich na uczennice? Zawsze się zastanawiałam, jak to być mentorką, jestem pewna, że może chętnie bym wzięła pod swe łapy jedną małą kulkę, by z nią rozrabiać! — brzmiało to ciekawie z pyska Lilli, ale nie był pewny czy Mandarynkowa Gwiazda da im uczniów, byli trochę za młodzi. Chociaż on dostał Słodką Łapę, ale jednak umiała więcej, gdy była przekazana jemu.
— Cieszyłbym się, choć myślę, że masz większe szanse. Ja już mentorowałem Słodką Łapę przez chwilę, choć nie ukrywam, drugiego chętnie bym sobie przywłaszczył — Liliowa Pieśń bardziej zasługiwała na ucznia w tym momencie niż on, przecież dużo kotów i tak się rodziło, to raczej też będzie miał kiedyś swojego ucznia, którego wychowa na porządnego wojownika z moralnością. Koty przepłynęły wszystkie wysepki, docierając do morza.
— Dzięki, że tak myślisz, sądzę, że może dogadałabym się z Rzekotką, lub może z Żabką, lub Ropuszką? W sumie wydają się wszystkie takie ciekawskie i energiczne! Ale kogokolwiek Mandarynkowa Gwiazda da mi na ucznia, to będę zadowolona — liliowa wojowniczka tak bardzo się cieszyła z tej drobnej rzeczy, aż Szkwał się sam uśmiechnął, patrząc na nią. Czuł przez chwilę, idąc z nią, że jakoś czas upływa wolniej, fale się uspokajają, a nawet słońce zdaje się bardziej znośne.
— Lilio, a jak tam u twojego brata? Czasami widzę, że wychodzisz samotnie, jakby nie mam nic do tego, że spotykasz się z Mrokiem, ale uważaj na siebie. Niektórzy wojownicy, jak to odkryją, to będziesz mieć kłopoty — Mrok to chyba był jedyny czekoladowy kot, do którego był nastawiony neutralnie. To było z powodu tego, że był bratem Lilli i może tego, że nie było go w Klanie Nocy. Co do reszty nie ukrywał nienawiści, choćby do ojca Lilli i reszty czekokotów, które były w jego obozie.
Liliowa Pieśń nie spodziewała się, chyba że on wiedział to, ale potem jej pysk był spokojny.
— Jest dobrze u niego, gdy zostałam wojowniczką, to teraz mogę go odwiedzać częściej. Dzięki za troskę, ale nie musisz się o mnie martwić — zapewnienie kotki mu nie wystarczało, według kodeksu powinno się wyganiać samotników, jeśli jednak ktoś to odkryje, to Lilia może zostać zdegradowana do bycia uczniem, lub jeszcze gorzej. Rodzina królewska umiała być nieustępliwa w swoich decyzjach, co szanował, lecz nie chciałby, żeby rodzina królewska patrzyła na nią źle, bo wtedy cały klan też zacznie. Ulewny Szkwał stwierdził, że skoro już chodzą tym brzegiem, to mogliby już wejść do morza, kocur oddalił się na chwilę od towarzyszki, mocząc łapy w morskiej wodzie, lecz wchodząc coraz głębiej, poczuł jakiś kamyk. Spojrzał na swoją łapę, następnie na kamień, w który uderzył. Kamyczek był w kolorze liliowym, nawet bardzo intensywnym. Przypominał mu o Liliowej Pieśni, byłby on idealnym podarunkiem dla niej.
— Coś się stało, Szkwale? — koteczka popatrzyła na kocura, który stał i gapił się w wodę.
— Nie, jest wszystko dobrze — zanurzył głowę w wodzie i wyłowił kamień swymi kłami, a następnie podszedł do Lilli. Upuścił go przed nią.
— Wziąłem go dla ciebie, ma nawet podobny kolor jak ty — próbował wytrzepać kamień z piachu, ale piach nie chciał zejść. Może upał sprawi, że szybciej zejdzie.

Wyleczeni: Ulewny Szkwał

<Liliowa Pieśni?>

Od Oskrzydlonego Ognika

 Krążył bez konkretnego celu po granicach, co jakiś czas węsząc i rozglądając się na boki. Chociaż nie... może miał cel? Jednak był on tak marny i bez szans na powodzenie, że równie dobrze mogłoby go nie być. Zbyt wiele kotów zginęło, uciekło lub rozpadło się w najbliższym czasie, w dodatku stracili kronikarza i im dłużej o tym myślał, tym w większy chaos popadał. Musiał więc przewietrzyć głowę, zrozumieć znaki wysyłane przez przodków, pod płaszczykiem wymówki, że chce poszukać śladów porwanego kota. Okłamywał sam siebie. 
,,Czy to czas? Czy to moment, by działać? Czy przez fakt, że zbyt długo zwlekałem, klan, który powinienem chronić i doprowadzić na wyżyny swojej świetności, właśnie upada?" 
Z rozdrażnieniem i obawą drgnął ogonem, zamiatając powietrze. 
,,Ale co, jeśli nie będą chcieli przyjąć pomocnej ręki, wyciągniętej, by nakarmić? Co, jeśli ugryzą?" 
Westchnął cierpiętniczo, nie mogąc dojść do konkretnej konkluzji. Klan im się sypał, nie mieli godnych reprezentantów, stracili medyka, większość wojowników to starcy, za mało mieli tych młodszych, w dodatku czegoś bardzo brakowało. Ah, gdyby tylko Królicza Gwiazda... nie, nie mógł go winić, w końcu to tylko mały, biedny śmiertelnik, którego spotkały nieszczęścia. To nie jego wina, nie, nie... to na Ogniku spoczywała odpowiedzialność. Na nim, TYLKO na nim. Dźwigał ten ciężar, sam się w końcu zgodził go przyjąć... Był jego, tylko jego i nikogo innego. 
- Czy nie tak, przodkini? - westchnął miękko w stronę nieba, szukając oczami odpowiedzi w chmurach, i jak się okazało bez większego zaskoczenia; na próżno. Westchnął jeszcze, gdy do jego nosa dotarł zapach obcego kota. Zaraz przekrzywił lekko głowę w stronę zapachu, by zobaczyć ziemistą plamę upstrzoną w proste pręgi, przemieszczającą się szybko przy granicy. Na moment przystanęła, a gdy dostrzegła, że została zauważona, zamarła w miejscu. Mierzyli się przez chwilę wzrokiem w ciszy i wtedy właśnie, nagle, wojownik przerwał spojrzenie zerkając na to, co owa plama miała w pysku. Czyżby królik? 
Wystarczyło mrugnięcie, by doszło do realizacji, a plama całkowicie się rozmazała, złączając z trawami. Złodziej, który został przyłapany, próbował szybko czmychnąć z miejsca zdarzenia. 
,,O" rozbrzmiało w jego głowie krótko, gdy to rzucił się w pogoń za złodziejem i aż westchnął z zaskoczenia, gdy obcy okazał się być całkiem poważnym desperatem. Tak wielkim, że aż postanowił bez zachowania żadnej ostrożności pobiec w stronę drogi grzmotu, najpewniej z zamiarem jej przekroczenia, a przynajmniej tak się Ognikowi wydawało. 
- Hej! Hej poczekaj! - krzyknął za złodziejem w momencie, w którym serce nagle i mocno zabiło mu w piersi. Plama zniknęła w momencie, gdy po drodze przemknął potwór, ale do uszu kocura nie dotarł żaden pisk opon czy grzechot rozgruchotanych kości. Gdy dotarł na miejsce, czarna powierzchnia była nienaruszona. Jak to, czyżby złodziej ot tak wyparował? Zamrugał kilkukrotnie, nim znalazł odpowiedź. Po drugiej stronie drogi stała bura kotka, która patrzyła się na niego czujnie, czekając na ruch Ognika. Pobiegnie za nią, czy da jej odejść? Kilka chwil minęło w ciszy, nim samotniczka w końcu rozmarzła, dreptając szybko w swoją stronę, a kocur mógł w spokoju zawiesić wzrok na czymś, co najprawdopodobniej było wąskim, obrośniętym gęsto trawą tunelem, prowadzącym pod drogą na stronę owocowego lasu. Kotka jednak wcale z drugiej grupy nie pochodziła, był tego pewien. Nie tylko odróżniała się od nich zapachem, ale również poszła w innym kierunku, przebiegając szybko pomostem na drugi brzeg rzeki. 

ᔕ◦∙⚜∙◦ᔓ

Sprawa złodzieja nie dawała mu spokoju. Ogólnie w klanie nie działo się dobrze, a teraz jeszcze ktoś podkradał im zwierzynę. Korzystając z porannego chłodu, wyszedł by poszwędać się przy granicach w nadziei na złapanie złodziejaszka. Nie miał jednak interesu w karaniu go, ani przeganianiu, by pokazać kto jest ,,panem i władcą tego miejsca", a ze zwyczajnej ciekawości. Zwierzyny powinno być teraz więcej, w końcu śnieg nie piętrzył się już od dawna na ziemi, a jedynym utrapieniem był skwar słońca, przez co śmiało można było szukać jedzenia w okolicach zbiorników wodnych i w zacienionych miejscach. Czy chociaż wśród pól! Chociaż jednak odwiedzał znajomy tunel i dziwną konstrukcję dwunożnych, nigdy więcej nie natrafił na chociażby ślad po burej kotce. Powoli zaczął tracić nadzieję, że znów się pojawi, w końcu raz przyłapana mogła nie chcieć wracać w to samo miejsce, a realizacja tego w jakiś sposób sprawiała, że kocur z automatu zaczynał się nudzić. Czy jednak w tym dniu mogło mu się poszczęścić? Może jednak nie warto było tracić nadziei na małą rozrywkę w szukaniu sprawcy? 
Po otoczeniu rozpłynął się znajomy zapach intruza sprawiając, że Oskrzydlony przypadł gwałtownie do ziemi, nauczony już, że nie miał co liczyć na spokojną konwersację. Dopiero wtedy, upewniwszy się, że osłaniają go trawy, zaczął zmysłami szukać swojego celu, który udało mu się usłyszeć już jakiś czas później. Nerwowy krok i świeża, delikatna woń krwi świadczyła o udanym polowaniu i chęci jak najszybszego opuszczenia miejsca zbrodni. Drgnął uchem. Czyżby kierowała się znów do tunelu? 
,,Może warto spróbować" przemknęło mu przez myśl, gdy powoli się wycofał, chcąc z bezpiecznej odległości okrążyć samotniczkę, jednocześnie jej nie płosząc. Plan zakładał zagrodzenie jej jedynej bezpiecznej drogi ucieczki, jednocześnie licząc na to, że będzie na tyle rozumna, by nie przebiegać na oślep po jezdni. Oczywiście, gdyby miała zamiar to zrobić, Ognik by jej przeszkodził, w końcu nie chodzi o to, by pozbywać się swojego możliwego przyszłego rozmówcy. 
Kotka jednak, jak większość żyjących stworzeń, posiadała zmysł węchu. I to całkiem sprawny nawet, niestety na niekorzyść Ognika. Uszy postawiła na sztorc, węsząc w koło i przyspieszając, kierując się wprost do tunelu. Tak, jak zakładał. 
- Znów uciekasz? Może tym razem dasz mi moment, by się przedstawić. - zagrodził jej drogę, stawiając twardo łapę przed wejściem, zmuszając samotniczkę do gwałtownego zatrzymania. Zdezorientowana kotka zaczęła oczami szukać wyjścia, kurczowo trzymając w pysku złowioną, jak zgadywał rudzielec; na terenach Klanu Burzy, nornicę. Zaintrygowany zaczął podążać swoim ciałem, głównie głową, za wzrokiem kotki, która właśnie zaczęła kierować się niepewnie w bok. 
- Hej hej, tutaj jestem, nie tam... chyba nie chcesz wylecieć pod łapy potworów, prawda? - uśmiechnął się przyjaźnie - Wcale nie musisz tego robić, nic ci nie zrobię, a nawet odblokuję tunel! O proszę, widzisz? Pusty, przejrzysty... taki, jaki znasz - zagderał, odstępując rzeczywiście na krok od sekretnego tunelu. Wciąż go jednak pilnował i kotka zdawała sobie z tego sprawę. Nie dał jej tak szybko odejść, tylko czego chciał? Mógł sobie jedynie wyobrażać, jak bardzo stresująca była to sytuacja dla obcej, dlatego musiał jakoś szybko myśleć, niemniej jednak, słowa nie załatwią wszystkiego. Jak bardzo teraz żałował, że nie miał przy sobie czegoś, co by mogło pozwolić ją przekupić, jak, dla przykładu, świeżo upolowany królik. 
- Wciąż jednak wolałbym najpierw porozmawiać, albo chociaż dowiedzieć się, jak masz na imię? Nie interesuje mnie przeganianie samotników tak długo, jak nie mącą i nie zabijają kotów na naszych granicach. Powiedz... nie wpadł może w twoje łapy ostatnio jakiś kot, a nie koniecznie zwierzyna? Czy może nie widziałaś żadnego niebieskiego kocura o krótkim futrze... lub też o bardzo ciekawym, długim, kremowym? - spytał, przyglądając się badawczo kotce, która w szoku rozszerzyła oczy. Gdyby zaczął mydlić o przyjacielskich zamiarach to byłoby chyba jeszcze gorzej, niż gdyby uruchomił oskarżenie wątek, a może przy okazji się czegoś dowie odnośnie niedawnych zaginięć. W końcu gdyby był kotką, to sam by sobie nie uwierzył o zapewnieniu przyjaźni. Zaczął obserwować, jak samotniczka kręci gorączkowo głową na boki. 
- Nie? 
Pokiwanie głową. 
- Czyli widziałaś, nie widziałaś, czy nie uznałaś ich za swój nowy pokarm? - dopytywał cierpliwie i lekko. Kotka jeszcze raz pokręciła głową, przez chwilę poszukała wzrokiem pomocy aż po chwili bicia się z myślami, odstawiła swoją złodziejską zdobycz na trawę. 
- Ja nie... nikogo nie zabiłam. Nie widziałam, ja... przysięgam, nic nie wiem - wydudkała gorączkowo acz cicho, drżąc delikatnie z niesioną nieco sierścią. 
- Co za ulga, już myślałem, że nie potrafisz mówić - westchnął z delikatnym uśmiechem, pół żartem, przymykając oczy. - Oczywiście dobrze też, że nie jesteś sprawcą, prawda? Wtedy byłby kłopot... - dodał mimochodem, otwierając oczy - Nie mniej jednak, dziękuję za pomoc. Wiesz, niezbyt dobrze się ostatnio u nas dzieje, tyle wypadków i czasem trzeba poszukać sprawcy, ryzykownym jest wchodzenie tutaj o tej porze, gdy klan śpi na ostach. - kotka poruszyła się nerwowo. Zastanawiał się, czy takie ostrzeżenia wystarczą, czy wciąż wygląda jak obcy creep. Dla bezpieczeństwa obstawił to drugie. 
- Czy jest jakiś konkretny powód, dla którego upatrzyłaś sobie akurat tereny Klanu Burzy? Oczywiście nie musisz odpowiadać, jeśli nie chcesz, jednak jako strażnik tych terenów miałbym prawo wiedzieć? - mógłby przysiąc, że widział, jak pysk samotniczki raz się otwiera, raz zamyka przy chwili zawahania, końcowo, na jego nieszczęście, zamykając się na dobre. Czyżby to był koniec i wykorzystał limit słów i zdobytej wiedzy na ten moment? Jaka szkoda. Świdrował kotkę jeszcze przez chwilę spojrzeniem, podczas gdy ta skrupulatnie unikała jego wzroku. W końcu westchnął. 
- Nie pozostaje mi więc nic innego, jak puścić się wolno? - zagderał, w końcu zwracając na siebie jej uwagę. Wstał, odchodząc kilka kroków dalej od tunelu, dając wystarczająco przestrzeni dla intruza, by ten mógł spokojnie przemknąć w stronę tunelu. Wciąż jednak było czuć wiszące w powietrzu zawahanie. 
,,Rozumiem, też bym sobie nie ufał w takiej sytuacji" przemknęło mu przez myśl. W końcu jednak ruszyła. Mozolnie, na paluszkach i w spięciu, wcześniej schylając się po swoją zdobycz, nie spuszczając jednak z wojownika oczu. Obserwował jej poczynania z lekkim wyrazem pyska. 
- A w zamian za puszczenie cię wolno, czy mogę liczyć w zamian na coś drobnego? - drgnęła, kładąc już łapę w cieniu przejścia, patrząc na niego w stresie. - Nic wielkiego, a jednak bardzo chciałbym usłyszeć, jak ci na imię. - dokończył, znów widząc wahanie w postawie kotki. Zerknęła to na tunel, to na niego, to jej wzrok powędrował gdzieś w dal i pod łapy. Ciężka decyzja do podjęcia, skoro aż tyle jej zajmowała. W końcu zamarła, wypluwając mysz na podstawioną pod pysk łapę. 
- Źdźbło - przedstawiła się niemal szeptem, przez co nie dość, że musiał nastawić mocno uszu, to w dodatku chwilę mu zajęło, by zrozumieć co właściwie powiedziała. 
- Mimo mi cię poznać, Źdźbło. Mnie zwą Oskrzydlony Ognik. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy - i że podałaś mi swoje prawdziwe imię, pomyślał. Kotka chwyciła szybko mysz w pysk i zniknęła w tunelu, pozostawiając Ognika z myślą, że gdyby ktoś go teraz przyłapał, byłby w niemałych tarapatach. 

Od Bursztynu (Bursztynowej Łapy) CD. Pożarowej Łapy

 dawno dawno temu żłobek i drama z Pierzem

Kocurek wcale nie zląkł się wściekłej dawczyni genów. Co prawda puścił jej ucho, ale tylko po to, by wyszczerzyć się szeroko z wiszącym glutem z nosa.
– Ile razy ci powtarzałam, że masz zostawić moje uszy w spokoju?! I na Klan Gwiazdy przestań smarkać! Tak ma wyglądać przyszły wielki wojownik?!
Przetarł łapą po nosie niechlujnie, patrząc na matkę znad łapska wielkimi, szeroko otwartymi oczami. 
– A co z tego? Mogę smarkać i być wielki! – napuszył się dumnie, zaraz zwracając uwagę bardziej na ogon Pożar niż na to, co rzeczywiście mówiła – A do tego tszeba trenować!
– Ilu widziałeś wojowników z katarem? – zapytała nadal zirytowana.
– Ostatnio taki jakiś błotnisty miał i był w lecznicy! – pochwalił się donosicielskim głosem, lekko jakby wyśmiewającym, gdy pomerdał dupką, rzucając się na puchaty ogon. Ten jednak machnął i wzbił się w górę tak, żeby zrzucić z niego kociaka, nie robiąc mu przy tym krzywdy.
– Był błotnisty, pasowało mu. Ty jesteś rudy i masz się do takich nie porównywać.
Przeturlał się kawałek po ziemi, wcale nie zrażony, nastawiając się na kolejny atak. 
– Dobra, to będę połykał! – zadeklarował, pociągając mocno nosem. Jak się uda, to wszystko przejdzie do gardła, a potem, kto wie! Może zdobędzie zapalenie oskrzeli czy coś. Pożar westchnęła ciężko, kładąc swoje czoło na łapach w wyrazie zażenowania i zawodu, których jednak malec nie był w stanie odczuć. 
– Mame, a czemu mam tylko jedną siostrę? – spytał nagle – Nie, żebym nie chciał, ale Pierzasta Łapa ma więcej, ale braci, czemu? A wy nie chcieliście mi dać brata?
Kotka widocznie nie miała ochoty tłumaczyć malcowi jak się tworzy dzieci, natomiast zainteresowała się tym, o kim mówił Bursztyn. Przynajmniej coś jeszcze z macierzyństwa jej zostało i jako typowa matka postanowiła zbadać, z kim zadaje się jej syn. A powody tego zainteresowania już nie są ważne. 
– Kto to ten Pierzasta Łapa? Jak wygląda?
– A taki śmieszny wysoki i chciał się ze mną bić! – pochwalił się, kiwając na boki – I prawie wygrałem, wiesz? To od teraz jest mój rywal! I ma dwóch braci a ja nie mam żadnego – dodał już nieco skarżąco.
– Widać go teraz na dworze? Jeśli tak, to pokaż, który to
Wychylił się, zerkając na dziurę na zewnątrz, przez moment mrużąc oczy. Fajnie, że mama się interesuje jego nowym kolegom, bo był naprawdę fajny! Ale nie odpowiedziała mu przez to na jego pytanie, a on serio chciał mieć brata. 
– HMMM chyba nie, może trenuje! – miauknął z werwą. – Mamo, a z kim ja będę trenować, z tobą?
– Na pewno nie. – powiedziała szybko, pierwszy raz ciesząc się z nieuzyskania tytułu wojownika do tego momentu. – Ale ty weź bardziej uważaj, bo jak cię pobije uczeń to prędko nie zapolujesz.
– A czemu?
– Sprawdź to się sam przekonasz – syknęła cicho, po chwili poprawiając się – Nieważne, po prostu tak nie rób.
Zamrugał zaskoczony. 
– Ale czemu mnie nie będziesz trenować!
– Zapytaj Króliczej Gwiazdy – zażartowała, na co kocurek najpierw się zmieszał, a potem uznał, że właśnie taki będzie jego następny cel, biorąc słowa matki jako kolejne wyzwanie. 

◂𓂃٭⋆☼⋆٭𓂃▹

Gdy usłyszał, że mama pokłóciła się z jego nowym kolegą, sierść stanęła mu dęba. Czemu go nie polubiła? Teraz Pierze kiedy obok niego przeszedł, to posłał mu side eye! Nawet nie porozmawiał! Szkoda, że Bursztyn nie był świadom, że powodem tego była majacząca ognista postać mamy, rzucająca zza jego pleców w stronę młodszego ucznia ostrzegawcze, aczkolwiek w pewien sposób wypełnione satysfakcją spojrzenie. Malec w przeciwieństwie do niej wyglądał na bardzo zbitego i rozzłoszczonego. 
– Czemu się z nim pokłóciłaś? Pierzasta Łapa jest fajny, zostaw go, powinniśmy go lubić! – miauknął wieczorem w jej kierunku marudnym tonem. 
– Gdyby wiedział, gdzie jego miejsce, nie byłoby problemu. – kotka wyglądała na wyraźnie rozdrażnioną i poruszanie z nią teraz tego tematu nie było najmądrzejszym posunięciem. Bursztyn pewnie by to wiedział i już zdążyłby się nauczyć, gdyby nie miał pcheł w mózgu. 
– Ale teraz siary narobiłaś, mame no! Nie musisz się wtrącać, ja sobie sam poradzę, z resztą to był sparing! – próbował tłumaczyć, drgając z irytacją ogonem. Pewnie gdyby miał drzwi w zasięgu ręki, to by nimi trzasnął. Niestety ich nie posiadał, więc jedyne co mógł, to trzaskać na boki ogonem. 
– Co, głupio ci przed kolegą? Narobiłam ci wstydu? – wypluła z siebie – A nie głupio ci, że ten twój pożal-się-gwiezdnym kolega mnie zaatakował i upokorzył? – górująca nad nim postać wściekłej matki w końcu spowodowała, że resztki pewności siebie uleciały z jego ciała. Złość i frustracja co prawda pozostały, ale jak na razie stłamszone były przez poczucie winy. W końcu nie chciał, by mamie się coś stało! Ale czemu została zaatakowana? Uszy kocurka poleciały na boki, kiedy patrzył w jej zwężone oczy. 
– Prze-przepraszam... 
– Nie zadawaj się z nim więcej, nie chcę o nim słyszeć. – wyprostowała się, wygładzając swoje futro i idąc w stronę legowiska. Bursztyn bezradnie zerknął na Żywicę, która przyglądała się wszystkiemu z boku i już po chwili wzrosła w nim nowa irytacja i buntownicze nastawienie. Nie wiedział tylko, w czyją stronę było ono kierowane. 

◂𓂃٭⋆☼⋆٭𓂃▹

Został mianowany trochę później od swojej siostry, ale za to nie można mu było zarzucić braku energii i zapału. Gdy tylko usłyszał swoje nowe imię oraz imię swojego mentora, który okazał się być Poczciwym Szakłakiem (żałował, że jednak nie dostał Tańcującego Pierza, bo jednak chciałby z nim trochę poprzebywać, a po dramie mama pilnowała go bardziej niż zwykle, szczególnie od momentu, w którym Bursztyn zrujnował świętą piwnicę...) to niemal wystrzelił na przód by zetknąć się nosami ze starszym mentorem, zostawiając przy okazji, całkiem niechcąco, glutowy odcisk na Szakłaku. 
– Wybierz sobie miejsce na legowisko, jestem pewien, że Żywiczna Łapa już przygotowała ci jakieś miejsce obok siebie. Jak skończysz się mościć, to wieczorem wyjdziemy na trening, zgoda? – do uszu rudzielca dotarło pytanie, a gdy skierował z powrotem wzrok (który teraz skakał rozpromieniony po wszystkich zgromadzonych) na Szakłaka, mógł dostrzec, jak ten z nawet całkiem dobrze ukrywanym obrzydzeniem wyciera sobie nos. Młodziak uśmiechnął się szeroko. 
– Jasna sprawa, Panie Mentorze! – zgodził się wesoło, już dostrzegając Żywicę, która chyba cieszyła się z obecności swojej mniejszej, szalonej podpory po chwili rozłąki. Jednak nie tylko ona jedyna obserwowała dzisiejszą ceremonię. Zaraz obok siedziały dwie rude istoty, jedna bardziej, druga mniej rozpromieniona. 
– W końcu udało ci się opuścić ściany żłobka, co? Daj z siebie wszystko. – Dzwonkowy Świst wyciągnął łapę, by potarmosić czuprynę swojego syna w momencie, gdy ten zdołał podejść na odpowiednią odległość. 
– Będę najlepszy! 
– I takiego właśnie zapału potrzebujemy. 
– Dzwonkowy Świście, idziesz? – jakiś kawałek dalej rozległo się wołanie Rudej Lisówki, który należał do patrolu szykującego się do wyjścia, który pewnie został nieco dłużej w obozie by poczekać na Dzwonka, chcącego być świadkiem mianowania jednej ze swoich pociech na ucznia. 
– Już, już. – odpowiedział w ich stronę nieco głośniej, wstając z miejsca i rzucając Bursztynowi pokrzepiające spojrzenie – Powodzenia z treningiem. 
– A mogę już iść teraz z wami? 
– Następnym razem. Poczciwy Szakłak chyba nie byłby zachwycony z faktu, że ukradłem mu ucznia – zaśmiał się jeszcze, zanim powędrował żywym truchtem w stronę reszty patrolu, a gdy zniknął za krzewiastą kurtyną, uśmiech Pożarowej Łapy wyraźnie zbladł, gdy znów spojrzała na kocurka. 
– Postaraj się mnie nie zawieść. Tym razem. – syknęła cicho, oddalając się zaraz potem spokojnym krokiem, zostawiając dwójkę rodzeństwa, spoglądających na siebie porozumiewawczo samych.

<Matko moja? Zobaczysz będzie dobrze.>
[1173 słów]


Od Smoka CD. Mordoru

— Ić siobje! — pisnęła Mordor, machając nerwowo ogonkiem na boki. — Pseskadzas!! — zawyła z wściekłości.
— Smok, Mordor. Nie kłóćcie się — mruknął Gondor, a Mordor spojrzała na niego i zmrużyła wrogo złote oczka.
— Nu!! Ucis! — miauknęła, wskazując łapką na czarnofutrą.
Na te słowa Smok cała się najeżyła. Nikt nie będzie na nią łapą wskazywał! Wydała z siebie bojowy okrzyk — choć w tym przypadku był to raczej pisk — i niezdarnie wybiła się od ziemi na tylnych łapach, rzucając się prosto na swoją siostrę.
Obie upadły na ziemię z hukiem, czemu towarzyszyły przerażone głosy dwójki rodziców.
— Misia stlafo! — burknęła czarna szylkretka, przygważdżając Mordor do ziemi i przykładając łapę do jej policzka. — Ni becies mi mófic, co mam lobic! — dodała, wymachując ogonkiem na boki.
W tej samej chwili na miejsce zdarzenia przybiegł białofutry kocur i ostrożnie odciągnął Smoka od siostry. Jednak gdy tylko wypuścił ją ze swoich szczęk, szylkretka niemal jak namagnesowana znów przylgnęła do Mordor, chcąc jej nakopać.
Gondor ponownie złapał młodą buntowniczkę za skórę na karku i tym razem zaniósł ją do Rohan. Gdy Smok została opuszczona na ziemię, ponownie próbowała się wyrwać, lecz tym razem przeszkodziła jej w tym łapa mamy.
— Oj nie! Nigdzie się nie wybierasz po tym, jak nawywijałaś! — zagroziła srebrzysta, kręcąc głową z rezygnacją.
— Ale to Moldol zacela! Ja sie tyko blonilam! — odparła oburzona, po czym rozejrzała się wokół. Jej wzrok w końcu natrafił na jasną szylkretkę, na co Smok skwasiła się i posłała jej pełne złości spojrzenie. Jeszcze kiedyś się na niej zemści!

* * *

Czas na zemstę w końcu nadszedł. Smok poruszała się już znacznie sprawniej, a to oznaczało jedno — walczyła lepiej! Na pewno lepiej od Mordor i Pierścienia razem wziętych!
Właśnie dlatego, gdy jej siostra, niczego nieświadoma, siedziała na posadzce żłobka, Smok postanowiła zakraść się do niej od tyłu. Gdyby zauważyła to Rohan, najpewniej od razu by się odezwała i zepsuła efekt zaskoczenia, ale na szczęście zajmowała się teraz Pierścieniem i myła jego futerko po tym, jak ostatnio zapomniała to zrobić. Taka była roztrzepana...
Gdy czarna szylkretka znalazła się wystarczająco blisko, rzuciła się na Mordor. Najpierw uderzyła ją w kark, przez co jasnofutra pochyliła się do przodu. Smok straciła jednak przyczepność i zamiast triumfalnie powalić siostrę, sama wylądowała przed nią na ziemi, podczas gdy Mordor zaczęła coś burczeć pod nosem.
Smok szybko się otrzepała i z niewzruszonym wyrazem pyska zwróciła się do siostry:
— Malny z ciebie będzie Owocniak! — stwierdziła, wypinając dumnie pierś. — Ja zostanę wojownikiem i wszyscy będą mnie wielbić! — ciągnęła, śmiejąc się z nieuwagi siostry.

<Siostlo?>

Od Smoka do Pierścienia

Jej mianowanie zbliżało się już wielkimi krokami. Smok nie mogła się go doczekać! Słyszała już nieco o rolach w Owocowym Lesie i chyba najbardziej spodobała jej się ranga wojownika. Wtedy zostałaby... smoczym wojownikiem! Każdy wróg na polu bitwy drżałby na jej widok! Każdego przeciwnika pokonałaby jednym skinieniem palca! Owocniacy by ją pokochali, nazywaliby ją najlepszą wojowniczką na całym świecie! Tak, tak... już sobie to wyobrażała! Już niemal widziała przed sobą tę władzę i potęgę. Była tą wizją tak podekscytowana, że aż łapy świerzbiły ją, by zacząć skakać po całym żłobku.
Nie mogła zbyt długo opierać się tej chęci. W końcu podniosła się na cztery łapy i skocznym, energicznym krokiem zaczęła krążyć wokół swojej mamy.
— Mamo! Mamo! Ja zostanę wojownikiem! — mruczała radośnie, aż w końcu przypadkiem nie wpadła na leżącego Pierścienia. O mały włos się o niego nie przewróciła, ale w ostatniej chwili udało jej się odzyskać równowagę.
Zirytowana prychnęła, patrząc na srebrzystego kocurka z pogardą.
— Patz, gdzie leżysz, niedolajdo! — fuknęła, na co Rohan uderzyła końcówką ogona o ziemię.
— Młoda damo! Lepiej pilnuj swojego słownictwa — zauważyła, na co Smok jedynie się naburmuszyła. Gdyby to tata zwrócił jej uwagę, zapewne pokazałaby mu język i dalej obrażała swojego brata, ale mama miała wobec niej... odrobinę więcej autorytetu.
— Phi! — mruknęła Smok, ponownie odwracając wzrok w stronę Pierścienia. — Nie mogę się doczekać, aż zostaniemy uczniami! Lepiej się pilnuj, bo nie znasz dnia ani godziny, w któlej skopię ci tyłek na tleningu! — zaśmiała się chytrze, wysuwając pazurki i dla żartu przyjmując pozycję bojową.

<Blacie?>

Od Iskrzyka CD. Borowika

Zwiadowca spojrzał na Borowika nieco zmieszanym wzrokiem. Nie do końca wiedział, o co młodemu kotu chodziło, ale po chwili powiedział:
— Bierz młody, bierz, tylko przynieś mi coś w zamian — powiedział nieco zmieszany Iskrzyk. Kremowy nadal był nieco zmieszany poczynaniami ucznia, ale mimo to postanowił, że może oddać mu swoją zwierzynę… No pod warunkiem, że dostanie coś w zamian, burczało mu przecież nieco w brzuchu.
— Dobrze! — odpowiedział Borowik nieco zbyt głośno oraz energicznie jak na gust Iskrzyka.
Młody pręgus szybkim krokiem poszedł do stosu zwierzyny, nie minęło zbyt dużo czasu, a młodzik już przyszedł z młodym wróblem w pysku i położył go tuż przed łapami kremowego.
— No to wymiana, młody? — zapytał bez większych emocji, odpychając od siebie wiewiórkę.
— Dobrze — odrzekł Borowik, po czym wziął wiewiórkę i usiadł obok Iskrzyka, by ją zjeść.
Nastała chwila ciszy. Kremowy zwiadowca ani uczeń nie mówili nic. Zapewne by tak pozostało, gdyby nie to, że Iskrzyk zauważył zbliżającą się do nich Kasztankę. Kocur rzekł więc:
— O! Cześć, Kasztanko! — powiedział Iskrzyk do przechodzącej obok niego i Borowika kotki. Kotka zatrzymała się na dźwięk jego głosu, więc korzystając z okazji, spojrzał w jej zielone niczym liście kasztanowca oczy. Uśmiechnął się do niej delikatnie i ponownie rzekł do niej — Jak tam mija życie?
— Ja… — rzekła kotka cichym, niemal niesłyszalnym tonem. Spojrzała na ziemię z dala od oczu Iskrzyka. Jej zielone oczy utkwiły na równie zielonej trawie. Kasztanka po chwili odpowiedziała kocurowi nieco niespokojnym tonem, czyżby się stresowała? — Tak…

<BOROWIK?>

Od Wrony CD. Smoka

Dymna kotka popatrzyła na kotkę karpati, która przed chwilą była uczepiona jej łapy.
Następnie przez zadane jej pytanie popatrzyła na swoje uszy. Kiedy jeszcze siedziała w żłobku, lubiła bawić się jej uszami, więc nie zdziwiła się, gdy Smok się nimi zainteresowała. Też je lubiła, te uszy były jej częścią.
– Już się z nimi urodziłam – odpowiedziała.
– Ale fajnie! Mnie mamusia mówi, że te białe klopeczki są bardzo rzadkie! – pisnęła ze szczęścia.
– To bardzo fajnie, ale one cię nie obronią przed lisami – płynnie zmieniła temat.
– Ale może by ich nie było, a ja tak strlaaaasznie chcę wyjść! – fuknęła, przewracając się na plecy.
– Słuchaj, jeżeli będziesz odstawiała takie numery, możesz sobie zrobić krzywdę.
– I kto to mówi… – wtrącił się Gondor.
– Panie Gondorze, ja wiem, że wcześniej robiłam dziwne rzeczy, ale już zmądrzałam!
– A, a co ona lobiła? – spytała Smok swojego ojca.
– No cóż… – zaczął. – Ona i jej brat biegali po całym żłobku, robili tajniacką akcję ze zwierzyną ze stosu, wspinali się na krzewy i inne takie.
– Ooo… – szylkretka zrobiła wielkie oczy.
– Lepiej mnie nie naśladuj! – dodała kłapoucha.
– Ale ja też chcę się powspinać! – oznajmił zezłoszczony kociak.
– Chodź, Smoku, pójdziemy na spacerek – rzekł Gondor i przysunął ogonem do siebie córkę.
Wtedy dymnej wpadł do głowy pewien pomysł.
– Panie Gondorze, może jak pan z córką pójdzie na spacer, to może poszlibyście ze mną do Owocowego Lasku, Czereśnia dał mi dzień wolnego za szybkie postępy i chętnie bym… potrenowała pana córkę.
– Trenować w tym wieku? – rzekł zszokowany i nieco oburzony biały kocur.
– Wie pan, takie talenty trzeba szkolić jak najwcześniej…
Gondor już miał protestować, ale gdy zobaczył powagę we wzroku uczennicy, od razu się uspokoił.
– Trening! Trening! Ploszę, tato… – zaskomlała Smok.
– No dobrze, ale nie uciekasz i trzymasz się blisko mnie i Wrony, bo jeżeli gdzieś znikniesz, to wyjście będzie naszym ostatnim, zrozumiano?
– Zrozumiano! – podskoczył kociak i ruszył w kierunku wyjścia.
Słońce mocno grzało, aż za mocno, Wrona była cała gorąca pod jej długim i grubym futrem. Popatrzyła na bok, poziom wody w rzece znacznie się obniżył. Jeżeli tak dalej pójdzie, to wkrótce mogą wystąpić problemy z nawodnieniem, ale na razie się tym zbytnio nie przejmowała, i tak nie miała na to zbytnio wpływu. Nagle poczuła słodki zapach, który poinformował ją, że zbliża się do celu. Po tym sygnale uczennicy ukazał się zagajnik pełen jabłoni, grusz i śliw. W blasku słońca wyglądało to naprawdę prześlicznie.
– Ale tu śliiicznie! – pisnęła Smok, chcąc już popędzić do przodu, ale szybko się opamiętała.
– Czas na twój trening. Panie Gondorze, pan może gdzieś sobie usiąść, jeśli pan chce.
Biały skinął głową i odwrócił się w stronę śliwy, jeszcze zdążył się popatrzeć na dymną z powątpiewaniem w oczach.
– Dobrze, Smoku, twoim zadaniem będzie powalenie mnie. Jeśli ci się to uda, to gratuluję.
Szylkretka skinęła głową i przyjęła pozycję bojową. Ruszyła i skoczyła na plecy uczennicy, która delikatnie próbowała zepchnąć kociaka. Ta przeszła na wysokość karku i pociągnęła lekko dymną za futro.
– Agh! Pokonany! – zawarczała.
Wrona bujnęła się w prawo i upadła.
– Heh! Ale łatwo! – miauknęła kotka.
– Wiesz, w walce nie zawsze kogoś możesz zagryźć, to jest niezgodne z wolą Wszechmatki.
– To jak inaczej mam pokonać przeciwnika? – marudziła karpati.
– Uderzając go z boku – odpowiedziała.
Szylkretka od razu pobiegła z boku i uderzyła nauczycielkę od boku. Kłapoucha nie stanowiła żadnego oporu i się przewróciła.
– Phi! Taki z ciebie uczeń, że nawet udezenia z małego palca nie umiesz wytsymać! – zaśmiała się z wyższością. Wronie podniosło się ciśnienie, o nie, żaden kociak nie będzie się tutaj mądrzyć!
– W takim razie, skoro taka silna jesteś, spróbuj walnąć w oczy.
– Takie łatwe? No, ale jeśli tak chcesz… – zamruczała i z wyciągniętymi łapkami skoczyła do przodu. Uczennica się lekko odchyliła, przez co koteczka zrobiła fikołka, a następnie dymna złapała ją za kark.
– Hej, puszczaj! – Smok się wyrywała, lecz bez skutku. – To nie fail! Tatooo!
– Przecież ty taka silna jesteś, to dla ciebie pikuś!
– Och, proszę! Puść mnie! – nadal wrzeszczała.
– Jak sobie życzysz – już miała ją puścić, gdy nagle się opamiętała i delikatnie położyła kociaka na ziemi.
– Czemu to zlobiłaś! Jesteś okropna! – fuknęła karpati.
Kłapoucha westchnęła i miauknęła:
– Ja po prostu chronię cię od późnego mianowania, bo jak ktoś się dowie, że tak duży kot zachowuje się, jak mały kociak i przechwala się, na przykład ja, i powie to przywódcy, może to skutkować o przesunięciu ceremonii, a wiesz, Czereśnia to mój mentor muszę mu takie rzeczy mówić, ale gdy się w porę opamięta, sprawa idzie w niepamięć.
Najwyraźniej szylkretka się przestraszyła, gdyż miauknęła:
– Pzepaszam cię, Wlono, poniosło mnie.
– Nic nie szkodzi – liznęła kociaka między uszami. – Może chcesz zobaczyć moje świeże legowisko? Ale tylko wtedy, jeżeli twój tata się na to zgodzi i będziesz się trzymała blisko mnie, bo jest ono na jabłoni, ale nie wysokiej.
– Dobze, idę zawołać tatę – kotka podbiegła w podskokach z krzykami do białego kocura, po jej minie można było stwierdzić, że wszystko poszło po jej myśli.
– Możemy iiiść! – mruknęła szylkretka.
Gdy podeszli do drzewa, Wrona wzięła Smoka i wskoczyła na najniższą gałąź, za nimi szedł nieco zmartwiony Gondor.
– Wow! Ale tu ładnie! – rzekła zachwycona kotka, zaczynając się bawić zawieszonym piórem.
– Wybudowałam je razem z Czereśnią i Iskrzykiem – oznajmiła uczennica, siadając i owijając ogonem kociaka.
– Wlono? Jak zostanę uczniem, to też będę takie budować?
– Zapewne tak – mruknęła łagodnie do karpati.
– Nie mogę się już doczekać! Będzie super! Nauczę się polować na nornicę, walczyć i wiele innych superlaśnych rzeczy!

***

Był już wieczór, niebo przybrało kolor różowo turkusowy. Gondor, Wrona i Smok wracali ze spaceru. Szylkretka opowiadała im sen.
– I w nim była taka wieeeelka jaszczurka, któla chciała mnie zjeść, ale ja się jej nie dałam i znokautowałam ją jednym silnym ciosem!
– Och, już się bałam, że nie wrócicie z tego spaceru! – to była Rohan, która dotknęła się nosami z rodzinką.
– Mamo, mamo! Wiesz, jak było fajnie? Nauczyłam się nieco walczyć, zobaczyłam legowisko na drzewie, i szukałam kamyczków w wodzie!
Starsza karpati rozszerzyła źrenicę ze strachu, lecz Wrona ją uspokoiła wzrokiem.
– Pani córka jest naprawdę odważna! – mruknęła, a Smok dumnie wypięła pierś.
– Mamo, mogę jeszcze pogadać z Wloną? Plooooszę.
– Ech, no dobrze, ale jak drugi raz przyjdę, to masz iść do żłobka! – miauknęła Rohan, machnęła ogonem i podreptała z powrotem do swojego legowiska.
– Smoku, czy już wiesz, na kogo chcesz się szkolić? – spytała dymna, leżąc na kupce liści.
– Eee, czekaj, daj mi się zastanowić… – odpowiedziała szylkretka.

<Smoku?>
[1036 słów]