Słońce przebijało się dość ostro przez wysokie korony drzew iglastych, rzucając przepełnione gorącem promienie na grzbiety kotów, które wyłoniły się dzisiejszego dnia z legowisk. Kalinowy Powiew czuła się tak, jakby była chodzącą kulą ognia. Poduszki łap piekły ją, gdy wchodziły w kontakt z wysuszonym, twardym gruntem, nieporośniętym ani kępką trawy. Trafiła jej się akurat taka mini łysa… “połać”, która jeszcze za poprzedniej pory dumnie prezentowała swoją gęstą, trawiastą grzywę. Skwar nie służył nikomu, wody, zdawało się, było coraz mniej, a spragnionych i zmęczonych kotów coraz więcej. Jak dobrze, że Wilczacy nie musieli polować na ryby. Dla Klanu Nocy takie susze musiały być szczególnie dotkliwe, tak myślała niebieska. Co prawda na nich to również wpływało, ponieważ zwierzyna wyruszała w podróż w celu odnalezienia lepszego, większego źródełka, aczkolwiek nadal nie mogli narzekać, mieli, na razie czym napełniać brzuchy, a każdy patrol powracał z owocnych łowów.
Dzisiejsze grupki miały mieć tyle samo szczęścia, co każda inna do tej pory, a może nawet i o włos więcej. Doszły ją ostatnio słuchy, iż Klan Wilka powiększył się o następnego członka, który zresztą miał imię – Szalej. Kocica z zaciekawieniem rozglądała się w wejściu do legowiska medyka za kocurkiem, zastanawiając się, co z niego wyrośnie. Została wysłana na patrol graniczny, podczas którego jej myśli przeniosły się na inny tor, zostawiając młodego w spokoju. Żółtooka rozmyślała nad tym, czy złapanie królika sprawiłoby jej szczególną trudność – może łatwiej dla niej byłoby złowić rybę? Wyobraziła sobie siebie, wspinającą się na drzewo, tylko po to, żeby zeskoczyć z niskiej gałęzi na nic niespodziewającego się królika, skubiącego trawę gdzieś u podnóży wielkiego drzewa. Na samą myśl uśmiechnęła się nieco. Może i by jej się udało go dogonić bez konieczności wspinaczki, chociaż miały długie łapy i niezwykle wielkie uszy, albo by ją usłyszał z daleka, albo by jej zdążył uciec do jednej z pobliskich norek, które miał wykopane nieopodal, a wraz z nim jego towarzysze. Z tego, co się orientowała, Ognikowa Słota przepadała za uszakami. Chociaż Kalinowy Powiew nie miała powodów do tego, by przynosić jej takie upominki, raczej, prawda?
Przechodząc obok kociarni, w celu odłożenia swojej zdobyczy, do jej uszu doleciał znany jej głos mistrzyni. Z pewnością przeprowadzała właśnie niezwykle istotną rozmowę z nowym kociakiem, z każdym tak robiła. Co prawda zdobycz Kalinki była licha w porównaniu do takiego wielkiego grzywacza leżącego obok, czy nie mniej utuczonej wiewiórki, to Kalinowy Powiew nie miała powodów do wstydu, przyniosła dwie nornice, tyle musiało na dzisiaj wystarczyć. Zajrzała do żłobka, stawiając czujnie uszy. Spojrzenie rudego przeszło na nią prędko, a zaraz potem została również obdarzona kontaktem wzrokowym z ciemnymi, guzikowatymi oczami.
— Usiądź, Kalinowy Powiewie, opowiadam właśnie Szalejowi o tym, jak wspaniałe dostał szczęście od Mrocznej Puszczy, że trafił właśnie na nasz patrol — miauknęła, uśmiechając się szeroko i mrużąc delikatnie oczy.
Szara kocica przysiadła obok, owijając ogon wokół swoich łap. Ognikowa Słota powróciła wzrokiem do młodzika.
— Więc wracając do tego, na czym skończyliśmy… Na naszych terenach rośnie drzewo, pnące się tak wysoko, wygląda złowieszczo i krąży wokół niego wiele, wiele plotek. Większością straszy się niegrzeczne kociaki — powiedziała, układając się wygodnie. Jedną łapę podłożyła sobie pod brodę, a drugą pazurem zaczęła rysować coś na wzór obrazu w ziemi, który szybko przetarła poduszką. Ponowiła próbę uderzenie serca później. Wyrysowała dość poprzerywane, niewyraźne drzewo, aczkolwiek robiło robotę. Przypominało nawet te, o którym wspominała. — Jeśli trochę podrośniesz, to cię tam zabiorę — dorzuciła chętnie, patrząc raz jeszcze na rudego srebrnego.
Szalej przez cały ten czas milczał, raz po raz kiwając głową, żeby nie było, że nie słucha, a przynajmniej tak wydawało się wojowniczce. Może się wstydził? Albo bardzo się bał? W końcu siedziały przed nim zupełnie obce mu, dwie kocice. Chociaż teraz, należąc do klanu, musiał przyzwyczaić się do takiej kolei rzeczy. Jeszcze wiele obcych, nowych pysków mu mignie przed kufą… czy tego chciał, czy nie.
BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkęW Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Mioty
Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)
Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)
Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)
09 czerwca 2026
Od Tawułowej Bryzy
Czasy teraźniejsze
– Tawuła...
Wzdrygnął się, gdy usłyszał głos Pchełkowego Skoku. Porozmawiał z nią jakiś czas temu i zdecydował się wyznać, że przeprowadził rozmowę z Lśniącą Gwiazdą, która w głównej mierze kręciła się wokół jej osoby. Pamiętał, jak go nieco złoiła za to, że sam udał się przed oblicze lidera, jak i również podziękowała, że Tawuła w nią aż tak bardzo wierzy, uważając, że byłaby godna miana zastępczyni.
Wciąż uważał, że Pchełkowy Skok byłaby kotem dzięki, któremu Klan Klifu podniósłby się po tylu klęskach, które ich spotkały. Byłaby idealną zastępczynią, taką, której Klifiacy potrzebowaliby w tych czasach. Nawet jeśli w jej spojrzeniu oraz pysku krył się w tym momencie smutek. On to widział, więc pozostali wojownicy również musieli wiedzieć. Mimo to milczeli.
– Rozświetlona Skóra się o ciebie martwi – zamruczała, po czym dodała. – I nie tylko on.
– Niepotrzebnie! Wszystko jest w porządku – na jego pysk wkradł się uśmiech. – Przecież dalej jestem wojownikiem, który sumiennie wypełnia swoje obowiązki... – wskazał na kraba, którego udało mu się upolować. – Po prostu od dusznego legowiska wojowników wolę gałąź, z której mogę być bliżej Srebrzystej Skóry – miauknął.
Chcąc uspokoić swoją starszą przyrodnią siostrę, która odpowiadała za jego trening, zbliżył się do niej i zetknął czołem. Może ojca również powinien uspokoić i zapewnić, że rozmowa przeprowadzona z Lśniącą Gwiazdą była prowadzona w miarę przyjaznym tonie?
– Muszę już iść. Zapolować – miauknął, cofając się od kocicy. – Mogę mieć do ciebie prośbę, Pchełkowy Skoku? Przypilnuj, aby żaden z wojowników nie zajął mojego legowiska. Mam w nich pochowane muszle oraz kolorowe kamyki. Nie chciałbym, aby żaden obcy koci zadek na nich leżał – parsknął. – Kiedyś ponownie się na nim położę, ale na razie, niech pozostaje puste.
Czy to był swego rodzaju sprzeciw Tawułowej Bryzy wobec rządów Lśniącej Gwiazdy i jego partnerki? Być może. Jednak dobrze się czuł, nie musiał widywać zbyt często ich pysków, jak i słyszeć ich głosów. Jedynie żałował, że tak rzadko widywał się z Pchełkowym Skokiem, Promiennym Słońcem, Słonecznym Okiem, Rozświetloną Skórą oraz nawet z Jastrzębim Zewem. Cieszył się jednak, wiedząc, że z jego powodu jego bliskim nic się nie stało. Ojciec mieszkał w starszyźnie, a matka wciąż pozostawała wieczną królową. Wszystko było na swoim miejscu. No, nie wszystko, ale patrząc na jego bliskich, owszem.
Pożegnał się z siostrą, po czym ruszył z powrotem ścieżką wzdłuż klifów, prowadzących na ich szczyt. Sprawnie pokonał odcinek, który jeszcze, gdy był uczniem, budził w nim przeogromny strach. Skupił spojrzenie na rozpościerającej się przed nim trawie, po czym ruszył naprzód biegiem, wpatrując się w gwieździste niebo.
Od Modrogończyka
Gończyk smacznie spał, przytulony do swojego rodzeństwa, jak i boku matki. Czarna kocica, co jakiś czas przejeżdżała językiem po grzbiecie młodych, pielęgnując ich futerka. W końcu jednak zaintrygowana jednym ze swoich kociąt przybliżyła swój pysk i wpatrywała się w mordkę brązowego samczyka. Obwąchała malca, na co ten po raz pierwszy w ciągu dnia cicho pisnął. Zazwyczaj starał się nie wokalizować swoich potrzeb, jednak podmuch z nozdrzy prosto w jego mały pyszczek nie był tym, czego pragnął.
– Wygląda jak mały Czereśnia – mruknął jakiś kot, który przebywał razem z nimi w kociarni. – Łatwo go dostrzec, nawet z daleka. Reszta kociąt z łatwością kamufluje się w twojej sierści, Purchawko.
Kolejny pisk opuścił pysk Modrogończyka, tak jakby pragnął się pokłócić ze starszym kotem, który przeszkodził im w odpoczynku. Co prawda, to własna matka go wybudziła ze snu, ale jej to mógł wybaczyć. Najpewniej zasnąłby chwilę później, ale ktoś musiał ich odwiedzić.
– Jak je nazwałaś?
– Łza, Psianka, Zew – kocica wskazała kolejno końcówką ogona na młode, które kotłowały się u jej boku. I faktycznie, pomimo zdobiącej ich ciałka bieli, jako czarnuszki zlewały się z ciemnym futrem matki. – A mały Czereśnia nazywa się Gończyk. Modrogończyk.
Gończyk w końcu otworzył oczka i mógł na własną łapę zobaczyć, jak piękny jest świat. Siedział w wejściu do kociarni, z zaciekawieniem przyglądając się kotom, krzątającym się w obozowisku. Całkowicie stracił zainteresowanie rodzeństwem oraz starszymi kociętami. Po prostu musiał od nich odpocząć.
Ostrożnie się przesunął w bok, gdy jeden z wojowników, niosący posiłek dla matki, zbliżył się do kociarni.
– Co tam, Gończyku? Kogo tam wypatrujesz? – Sajgon poczochrał czekoladowego kocurka po łebku, starając się być miły dla kociaka, łączącego dwie społeczności. – Jeszcze chwila i opuścisz kociarnię. Póki możesz, baw się i ciesz się chwilą. Jako uczeń zatęsknisz za beztroskimi czasami w kociarni.
– Czyim uczniem zostanę? – spytał
– Mhm. Możesz zostać wojownikiem, zwiadowcą lub stróżem. Uzdrowicielem lub zielarzem, chociaż w lecznicy mamy chyba wystarczająco kotów – kocur się zamyślił.
– A szaman? Można się uczyć na szamana? Jak mama... – przechylił łebek, wlepiając spojrzenie w kocice. – Bo widzisz, Panie Sajgonie, do mnie chyba Wszechmatka przemawia, jak do mamy...
– Wszechmatka do ciebie przemawia...
– Mhm. Dzisiaj śniło mi się, że latałem. Chyba. N-nie wiem, jak to jest latać, ale miałem skrzydła i mogłem się bardzo szybko poruszać wśród drzew. Słyszałem miły głos jakiejś Pani i myślę, że to była Wszechmatka...
– No proszę. A jesteś pewny, że to nie głos Purchawki, próbującej cię wybudzić ze snu? – zaśmiał się Sajgon. – Miałem podobną sytuację. Kiedyś śniła mi się gadająca ropucha, a okazało się, że to mój mentor próbuje mnie wybudzić ze snu, abym mógł udać się z nim na trening...
Gończyk zrobił nadąsaną minę. Przecież potrafił rozróżnić głos matki. Głos Pani ze snu brzmiał całkowicie inaczej, ale również w nim było matczyne ciepło. To na pewno musiała być Wszechmatka!
Został wyminięty przez Sajgona. Oparł łebek na stopniu i westchnął. Może ten głos ze świata snów pomoże mu w podjęciu decyzji, dotyczącej tego, jaką ścieżkę powinien wybrać?
– Wygląda jak mały Czereśnia – mruknął jakiś kot, który przebywał razem z nimi w kociarni. – Łatwo go dostrzec, nawet z daleka. Reszta kociąt z łatwością kamufluje się w twojej sierści, Purchawko.
Kolejny pisk opuścił pysk Modrogończyka, tak jakby pragnął się pokłócić ze starszym kotem, który przeszkodził im w odpoczynku. Co prawda, to własna matka go wybudziła ze snu, ale jej to mógł wybaczyć. Najpewniej zasnąłby chwilę później, ale ktoś musiał ich odwiedzić.
– Jak je nazwałaś?
– Łza, Psianka, Zew – kocica wskazała kolejno końcówką ogona na młode, które kotłowały się u jej boku. I faktycznie, pomimo zdobiącej ich ciałka bieli, jako czarnuszki zlewały się z ciemnym futrem matki. – A mały Czereśnia nazywa się Gończyk. Modrogończyk.
~~~
Gończyk w końcu otworzył oczka i mógł na własną łapę zobaczyć, jak piękny jest świat. Siedział w wejściu do kociarni, z zaciekawieniem przyglądając się kotom, krzątającym się w obozowisku. Całkowicie stracił zainteresowanie rodzeństwem oraz starszymi kociętami. Po prostu musiał od nich odpocząć.
Ostrożnie się przesunął w bok, gdy jeden z wojowników, niosący posiłek dla matki, zbliżył się do kociarni.
– Co tam, Gończyku? Kogo tam wypatrujesz? – Sajgon poczochrał czekoladowego kocurka po łebku, starając się być miły dla kociaka, łączącego dwie społeczności. – Jeszcze chwila i opuścisz kociarnię. Póki możesz, baw się i ciesz się chwilą. Jako uczeń zatęsknisz za beztroskimi czasami w kociarni.
– Czyim uczniem zostanę? – spytał
– Mhm. Możesz zostać wojownikiem, zwiadowcą lub stróżem. Uzdrowicielem lub zielarzem, chociaż w lecznicy mamy chyba wystarczająco kotów – kocur się zamyślił.
– A szaman? Można się uczyć na szamana? Jak mama... – przechylił łebek, wlepiając spojrzenie w kocice. – Bo widzisz, Panie Sajgonie, do mnie chyba Wszechmatka przemawia, jak do mamy...
– Wszechmatka do ciebie przemawia...
– Mhm. Dzisiaj śniło mi się, że latałem. Chyba. N-nie wiem, jak to jest latać, ale miałem skrzydła i mogłem się bardzo szybko poruszać wśród drzew. Słyszałem miły głos jakiejś Pani i myślę, że to była Wszechmatka...
– No proszę. A jesteś pewny, że to nie głos Purchawki, próbującej cię wybudzić ze snu? – zaśmiał się Sajgon. – Miałem podobną sytuację. Kiedyś śniła mi się gadająca ropucha, a okazało się, że to mój mentor próbuje mnie wybudzić ze snu, abym mógł udać się z nim na trening...
Gończyk zrobił nadąsaną minę. Przecież potrafił rozróżnić głos matki. Głos Pani ze snu brzmiał całkowicie inaczej, ale również w nim było matczyne ciepło. To na pewno musiała być Wszechmatka!
Został wyminięty przez Sajgona. Oparł łebek na stopniu i westchnął. Może ten głos ze świata snów pomoże mu w podjęciu decyzji, dotyczącej tego, jaką ścieżkę powinien wybrać?
Od Kropli do Koniczyny
Kropla była szczerze zaskoczona, że dostała ucznia. I to starszego od siebie! Przez moment nie wierzyła, że ma uczyć Koniczynę – sądziła, że to jakiś głupi żart. Ale potem niebieski kocur sam do niej przyszedł.
– Kroplo? – zapytał.
– Tak…? – odpowiedziała niepewnie.
– Kiedy zaczniemy treningi?
Kotka zawiesiła się moment, jakby nadal próbując to wszystko przeanalizować. Nie udało się jej.
– Jutro – odpowiedziała cicho.
I następny dzień nadszedł dużo szybciej, niż kotka by chciała. Na początku wciąż trochę w to wszystko nie wierzyła, ale nic przecież nie mogła zrobić. Była teraz mentorką, musiała dać z siebie jak najwięcej. Dlatego, gdy tylko wywlekła się ze swojego posłania, poszła do posłania uczniów. Wzrokiem odnalazła Koniczynę i podeszła do niego.
– Powiedz mi… Co dokładnie potrafisz? – zapytała, uciekając gdzieś wzrokiem.
Nie chciała, aby niebieski musiał przechodzić drugi raz taki sam trening. Jeśli pozna dobre i słabe strony ucznia to będzie wiedziała, nad czym musi bardziej popracować.
– Wspinać się na drzewa i nawigować w tunelach.
Kotka pokiwała głową. Cóż, przynajmniej wspinaczkę miała z głowy…
– To zaczniemy od czegoś łatwego. Chodź.
Razem poszli nazbierać patyków, liści i mchu. Stróż nie odzywał się praktycznie wcale, czasem tylko wybierał lepszą rzecz.
– Teraz jest nas więcej. Więc trzeba zbudować posłania – uśmiechnęła się ciepło.
Zaczęła wyjaśniać, jak to się robi, przy okazji też pokazując. Była raczej cicha i cierpliwa, gdy Koniczyna sobie nie radził.
– Spokojnie. Za pierwszym razem nie wychodzi – poprawiła legowisko, aby to się trzymało, a potem przyjrzała się kocurowi.
Na jego ciele widniały blizny i Kropla zastanawiała się, skąd są. Nie mogła też powiedzieć, że czuła się szczególnie bezpiecznie przy kocurze, ale nie mogła narzekać. Jedynie co ją zastanawiało to, dlaczego były wojownik nie chciał znów obrać tej samej ścieżki. Byłoby łatwiej.
– Dlaczego stróż? – zapytała cicho.
– Kroplo? – zapytał.
– Tak…? – odpowiedziała niepewnie.
– Kiedy zaczniemy treningi?
Kotka zawiesiła się moment, jakby nadal próbując to wszystko przeanalizować. Nie udało się jej.
– Jutro – odpowiedziała cicho.
I następny dzień nadszedł dużo szybciej, niż kotka by chciała. Na początku wciąż trochę w to wszystko nie wierzyła, ale nic przecież nie mogła zrobić. Była teraz mentorką, musiała dać z siebie jak najwięcej. Dlatego, gdy tylko wywlekła się ze swojego posłania, poszła do posłania uczniów. Wzrokiem odnalazła Koniczynę i podeszła do niego.
– Powiedz mi… Co dokładnie potrafisz? – zapytała, uciekając gdzieś wzrokiem.
Nie chciała, aby niebieski musiał przechodzić drugi raz taki sam trening. Jeśli pozna dobre i słabe strony ucznia to będzie wiedziała, nad czym musi bardziej popracować.
– Wspinać się na drzewa i nawigować w tunelach.
Kotka pokiwała głową. Cóż, przynajmniej wspinaczkę miała z głowy…
– To zaczniemy od czegoś łatwego. Chodź.
Razem poszli nazbierać patyków, liści i mchu. Stróż nie odzywał się praktycznie wcale, czasem tylko wybierał lepszą rzecz.
– Teraz jest nas więcej. Więc trzeba zbudować posłania – uśmiechnęła się ciepło.
Zaczęła wyjaśniać, jak to się robi, przy okazji też pokazując. Była raczej cicha i cierpliwa, gdy Koniczyna sobie nie radził.
– Spokojnie. Za pierwszym razem nie wychodzi – poprawiła legowisko, aby to się trzymało, a potem przyjrzała się kocurowi.
Na jego ciele widniały blizny i Kropla zastanawiała się, skąd są. Nie mogła też powiedzieć, że czuła się szczególnie bezpiecznie przy kocurze, ale nie mogła narzekać. Jedynie co ją zastanawiało to, dlaczego były wojownik nie chciał znów obrać tej samej ścieżki. Byłoby łatwiej.
– Dlaczego stróż? – zapytała cicho.
<Koniczyno?>
Od Borowika CD. Iskrzyka
Zamrugałem niepewnie. Spojrzałem w ziemię, marszcząc brwi.
– Uh. Przezwisko…? W sensie…
– No, wiesz, taka ksywka! Słowo, którego mógłbym używać do… nazywania cię – zwiadowca wyjaśnił, uśmiechając się lekko.
– Znaczy… imię?
– Nieee! To coś jak… imię dla znajomych.
– Aaa… No tak, tak. Hm. To może… „Borowik”? – mruknąłem. Lekko zadrżała mi końcówka ogonka.
Nigdy jeszcze nie miałem własnego przezwiska tudzież ksywki. Z reguły wszyscy mówią mi po prostu po imieniu, ewentualnie używając słowa opisującego moją relację z nimi, na przykład „brat” albo „uczeń”. Czasem zwracając też uwagę na moje nieprzeciętne predyspozycje umysłowe, posługując się określeniami jak “Geniusz”, “Mędrzec” czy też “Wirtuoz”... uh… no dobra, może nikt tak nie mówi, ale… nie znaczy to, że nie mogliby.
– No nie! Ty już jesteś „Borowikiem”, Borowiku! Nie liczy się. Musisz wysilić kreatywność. To poważna sprawa. Z przezwiskami nie ma żartów, młody – rzekł poważnym tonem, choć widziałem, jak drgają mu wąsy z rozbawienia, którego źródła nie jestem do końca w stanie zidentyfikować.
Wyprostowałem się do siadu.
– Ale… nie, nie. Nie. Słuchaj. Bo tu… nie chodzi o to, by wymyślić mi… „ksywkę”. Chodzi o to, bym był pewnego rodzaju nośnikiem idei „ksywki”. Uh. Nie… nie muszę mieć… prawdziwej takiej. Wystarczy imię, a ono równie dobrze dla jakiegokolwiek innego kota niebędącego mną mogłoby ksywką być. No i łatwiej zapamiętać też. Tak.
Kremowy uniósł brew.
– Hmm… Niech pomyślę… – zamilkł na chwilę, faktycznie zamyślając się. – Nie.
– Ugh. Nie to nie – strzepnąłem głową.
Ułożyłem się z powrotem na brzuchu, kładąc pysk między łapami.
– A może… „kapelusik”? Albo… może… „Boro”? Nie, nie, chwila, mam! Co powiesz na…
– …wężo-żmija – wtrąciłem.
– Co? Dlaczego??
– No bo… żmije są… szybkie jak błyskawica. I ich jad potrafi zabić w kilka chwil.
– Ugh, nie! Nie chodzi o podawanie losowych słów, to trzeba skomponować!
– …architekt pożogi.
– Co? Nie! Co to w ogóle znaczy? – Iskrzyk przewrócił oczami i zawinął łapy pod siebie, oblizując zęby w głębokiej zadumie. – Grzyb. Będziesz Grzyb. Prosto i na temat.
Podniosłem powoli głowę i spojrzałem kocurowi prosto w pysk.
Jejku… Moje pierwsze prawdziwe przezwisko… które nawet nie jest moim imieniem. Ale się cieszę. Yay.
– Uh. No… Mogę być nawet Grzyb. Krótsze niż… Borowik – mruknąłem, marszcząc czoło.
Spuściłem wzrok. Przeturlałem się na prawy bok, leżąc teraz plecami do kremowego zwiadowcy. Odchyliłem ostro głowę do tyłu, patrząc na niego.
– Hm. Hmmm… No a ty możesz być Kyzr… ksi. To „Iskrzyk” od tyłu, co symbolizuje dysonans…
Nie dałem jednak rady wyjaśnić, na czym ów dysonans polega, gdyż zostałem bez skrępowania pacnięty łapą.
Zamrugałem.
– Haha! Nie ma opcji – parsknął kocur. – Grzybie.
– Uh. Przezwisko…? W sensie…
– No, wiesz, taka ksywka! Słowo, którego mógłbym używać do… nazywania cię – zwiadowca wyjaśnił, uśmiechając się lekko.
– Znaczy… imię?
– Nieee! To coś jak… imię dla znajomych.
– Aaa… No tak, tak. Hm. To może… „Borowik”? – mruknąłem. Lekko zadrżała mi końcówka ogonka.
Nigdy jeszcze nie miałem własnego przezwiska tudzież ksywki. Z reguły wszyscy mówią mi po prostu po imieniu, ewentualnie używając słowa opisującego moją relację z nimi, na przykład „brat” albo „uczeń”. Czasem zwracając też uwagę na moje nieprzeciętne predyspozycje umysłowe, posługując się określeniami jak “Geniusz”, “Mędrzec” czy też “Wirtuoz”... uh… no dobra, może nikt tak nie mówi, ale… nie znaczy to, że nie mogliby.
– No nie! Ty już jesteś „Borowikiem”, Borowiku! Nie liczy się. Musisz wysilić kreatywność. To poważna sprawa. Z przezwiskami nie ma żartów, młody – rzekł poważnym tonem, choć widziałem, jak drgają mu wąsy z rozbawienia, którego źródła nie jestem do końca w stanie zidentyfikować.
Wyprostowałem się do siadu.
– Ale… nie, nie. Nie. Słuchaj. Bo tu… nie chodzi o to, by wymyślić mi… „ksywkę”. Chodzi o to, bym był pewnego rodzaju nośnikiem idei „ksywki”. Uh. Nie… nie muszę mieć… prawdziwej takiej. Wystarczy imię, a ono równie dobrze dla jakiegokolwiek innego kota niebędącego mną mogłoby ksywką być. No i łatwiej zapamiętać też. Tak.
Kremowy uniósł brew.
– Hmm… Niech pomyślę… – zamilkł na chwilę, faktycznie zamyślając się. – Nie.
– Ugh. Nie to nie – strzepnąłem głową.
Ułożyłem się z powrotem na brzuchu, kładąc pysk między łapami.
– A może… „kapelusik”? Albo… może… „Boro”? Nie, nie, chwila, mam! Co powiesz na…
– …wężo-żmija – wtrąciłem.
– Co? Dlaczego??
– No bo… żmije są… szybkie jak błyskawica. I ich jad potrafi zabić w kilka chwil.
– Ugh, nie! Nie chodzi o podawanie losowych słów, to trzeba skomponować!
– …architekt pożogi.
– Co? Nie! Co to w ogóle znaczy? – Iskrzyk przewrócił oczami i zawinął łapy pod siebie, oblizując zęby w głębokiej zadumie. – Grzyb. Będziesz Grzyb. Prosto i na temat.
Podniosłem powoli głowę i spojrzałem kocurowi prosto w pysk.
Jejku… Moje pierwsze prawdziwe przezwisko… które nawet nie jest moim imieniem. Ale się cieszę. Yay.
– Uh. No… Mogę być nawet Grzyb. Krótsze niż… Borowik – mruknąłem, marszcząc czoło.
Spuściłem wzrok. Przeturlałem się na prawy bok, leżąc teraz plecami do kremowego zwiadowcy. Odchyliłem ostro głowę do tyłu, patrząc na niego.
– Hm. Hmmm… No a ty możesz być Kyzr… ksi. To „Iskrzyk” od tyłu, co symbolizuje dysonans…
Nie dałem jednak rady wyjaśnić, na czym ów dysonans polega, gdyż zostałem bez skrępowania pacnięty łapą.
Zamrugałem.
– Haha! Nie ma opcji – parsknął kocur. – Grzybie.
<Iskrzykeou??>
[410 słów]
Od Fląderki CD. Rogatego Flaminga
Fląderka przeniosła spojrzenie na ogon kocura, który był udekorowany białym kwieciem. Małymi, białymi kwiatuszkami w kształcie gwiazd, które specjalnie zebrała na książęcą ceremonię i sprezentowała pointowi. Faktycznie, zostały dotknięte przez czas, jak i wystawienie na warunki atmosferyczne zrobiło swoje, a każdy najmniejszy ruch kocura lub otarcie powodował kruszenie się delikatnych płatków. Pomimo tego książę, jak zwykle prezentował się nienagannie.
– O-oczywiście, książę Rogaty Flamingu. Poproszę o możliwość opuszczania obozu Mandarynkowej Gwiazdy, gdy wojownicy udadzą się na...
– Opuścisz obóz teraz – nakazał, wpatrując się w swoją łapę, na której znajdował się ususzony kwiat. Kocur go strzepnął i przeniósł spojrzenie na szylkretkę. – W przeciwieństwie do ciebie nie mam czasu czekać całego dnia, aż w końcu raczysz przynieść mi kwiaty.
– N-nie mogę sama opuszczać obozu... – miauknęła, przypominając kocurowi zasadę, jaka ją obowiązywała. Co prawda raz się wymknęła, łamiąc tym samym regułę, czego później żałowała, jak i czasami Błękitna Laguna kazał jej samotnie udać się poza obóz, jednak ostatnimi czasy, tuż po tragedii, jaka spotkała Klan Nocy z powodu Mysiomózgiej Łapy i odejściu Borówkowej Słodyczy oraz Tojadowej Kryzy mogła opuszczać obóz jedynie w towarzystwie przynajmniej jednego wojownika, który sprawował swoją rolę dłużej niż kwadrę. – A najbliższy patrol łowiecki opuści obóz dopiero w południe. Czy możesz poczekać do tego czasu, książę Rogaty Flamingu?
Kocur uniósł łapę do pyska, wyglądając przy tym na mocno zamyślonego. Mruczał cicho, aż w końcu z jego pyska padła odpowiedź:
– Nie! – serce Fląderki przyspieszyło bicia. – Nie mów, że nie pamiętasz moich słów, dotyczących tego, co się stanie, gdy nie podołasz i nie spełnisz mojego rozkazu? Masz mi w tym momencie przynieść świeże kwiaty i ani uderzenia serca później.
Szylkretka przełknęła ślinę. Pamiętała groźbę Flaminga, gdy ten zagroził jej jako mały kociak, że lepiej dla niej, aby nigdy mu się nie sprzeciwiła. Dlatego starała się zawsze spełniać wolę młodego księcia, czasami używając zamienników rzeczy, jak to było w przypadku jego pragnienia otrzymania gwiazd.
Fląderka nerwowo rozejrzała się dookoła siebie, starając się pochwycić spojrzeniem kota, z którym mogłaby opuścić obóz.
"Rezedowa Łapa? Nie, głuptasie, on jest przecież uczniem. Poza tym jego mentorka znajduje się teraz w kociarni..."
Ulewny Szkwał na pewno by jej odmówił, jednak może by zdecydował się udać z nią poza obóz, gdyby wyjaśniła mu, że nie zbiera tych kwiatów dla siebie, tylko dla Rogatego Flaminga?
"A może Urodziwy Szafirek? Albo Liliowa Pieśń?"
Spojrzenie zatrzymała na dwójce kotek, siedzących po przeciwnej stronie obozu i dzielących języki. Rozmawiały o czymś żarliwie, co jakiś czas spoglądając w kierunku Fląderki oraz Rogatego Flaminga. W końcu jedna z nich podniosła się i ruszyła w stronę Fląderki.
Fląderka stała teraz pomiędzy wojowniczką a wojownikiem, będąc niczym żywa tarcza Rogatego Flaminga. Co prawda nie mogłaby go obronić, gdyby ktoś zechciał go zaatakować, jednak wiedziała, że szylkretka nie jest na tyle głupia, aby podnieść łapę na kota z królewskiego rodu. Ale mogła użyć słów, które mogły zaboleć kocura.
– Nie wstyd ci, Glonojadowy Pysku? Zyskałeś miano wojownika, a wciąż zachowujesz się jak rozwydrzone kocię! – zmarszczyła brwi. – Powinieneś przestać wysługiwać się Fląderką. Masz cztery sprawne łapy, więc możesz sam udać się po to, co zamierzałeś jej zlecić.
Na dźwięk książęcego przezwiska Fląderka zrobiła wielkie oczy. Glonojadowy Pysk? Nie brzmiało to miło, w szczególności z pyska szylkretki, jednak może to był jakiś inside joke między tą dwójką? Albo miano wojownicze, które mały Flaming za kociaka otrzymał, gdy się bawili w klan? Fląderka zbaraniała, nie wiedząc, co ma zrobić. Przeniosła spojrzenie na pointa, który o mało co nie spalił się ze wstydu, gdy pojął, jak właśnie został nazywany.
– Książę Rogaty Flaming nie wysługuje się mną... – podjęła łagodnie Fląderka, stając w obronie królewskiego potomka. Młodsza kotka obrzuciła niedowierzającym spojrzeniem odrzutka. Liliowa Pieśń powoli zbliżyła się do trójki kotów, trzymając się nieco z tyłu Urodziwego Szafirka. – Przed chwilą sama zaproponowałam mu wymianę uschniętych kwiatów, które zdobią jego ogon. D-dbam o jego dobry wygląd i imię... Sprawia mi to przyjemność... Właśnie mieliśmy wspólnie udać się poza obóz, prawda książę Rogaty Flamingu? – spytała, spoglądając na kocice, licząc na to, że książę nie zechce się wyprzeć jej wersji, którą na poczekaniu wymyśliła, aby uniknąć wyśmiewania go przez dwie wojowniczki. – D-dla was również mogę przynieść potem kwiaty, inne, jeśli będziecie miały ochotę przyozdobić swoje futerko. Oczywiście, jeśli przeprosicie księcia...
Obie kotki wymieniły ze sobą porozumiewawczo spojrzenie, jednak nic więcej nie powiedziały. Skupiły natomiast spojrzenie na młodocianym księciu, którego skóra pod futrem musiała być w kolorze pomidora. Fląderka również wlepiła spojrzenie swoich brązowych oczu w pointa. Gdyby naprawdę zechciał się z nią udać poza obóz, otrzymałby świeże kwiaty w parę uderzeń serca i nie musiałby czekać na powrót Fląderki, tylko mógłby od razu wymienić suche kwiaty na świeże.
Był wojownikiem. W dodatku dłużej niż kadrę. Gdyby zechciał, mogłaby razem z nim opuścić obóz. W dodatku wspólnymi siłami udałoby im się utrzeć nosa dwóm kotkom, które niepotrzebnie starały się wtrącić w ich rozmowę i przeszkodzić Fląderce w wykonaniu zadania. Właściwie, może powinna im podziękować? Bo dzięki nim może uda jej się spełnić rozkaz szybciej niż planowała i nie będzie jej czekał gniew Rogatego Flaminga.
– O-oczywiście, książę Rogaty Flamingu. Poproszę o możliwość opuszczania obozu Mandarynkowej Gwiazdy, gdy wojownicy udadzą się na...
– Opuścisz obóz teraz – nakazał, wpatrując się w swoją łapę, na której znajdował się ususzony kwiat. Kocur go strzepnął i przeniósł spojrzenie na szylkretkę. – W przeciwieństwie do ciebie nie mam czasu czekać całego dnia, aż w końcu raczysz przynieść mi kwiaty.
– N-nie mogę sama opuszczać obozu... – miauknęła, przypominając kocurowi zasadę, jaka ją obowiązywała. Co prawda raz się wymknęła, łamiąc tym samym regułę, czego później żałowała, jak i czasami Błękitna Laguna kazał jej samotnie udać się poza obóz, jednak ostatnimi czasy, tuż po tragedii, jaka spotkała Klan Nocy z powodu Mysiomózgiej Łapy i odejściu Borówkowej Słodyczy oraz Tojadowej Kryzy mogła opuszczać obóz jedynie w towarzystwie przynajmniej jednego wojownika, który sprawował swoją rolę dłużej niż kwadrę. – A najbliższy patrol łowiecki opuści obóz dopiero w południe. Czy możesz poczekać do tego czasu, książę Rogaty Flamingu?
Kocur uniósł łapę do pyska, wyglądając przy tym na mocno zamyślonego. Mruczał cicho, aż w końcu z jego pyska padła odpowiedź:
– Nie! – serce Fląderki przyspieszyło bicia. – Nie mów, że nie pamiętasz moich słów, dotyczących tego, co się stanie, gdy nie podołasz i nie spełnisz mojego rozkazu? Masz mi w tym momencie przynieść świeże kwiaty i ani uderzenia serca później.
Szylkretka przełknęła ślinę. Pamiętała groźbę Flaminga, gdy ten zagroził jej jako mały kociak, że lepiej dla niej, aby nigdy mu się nie sprzeciwiła. Dlatego starała się zawsze spełniać wolę młodego księcia, czasami używając zamienników rzeczy, jak to było w przypadku jego pragnienia otrzymania gwiazd.
Fląderka nerwowo rozejrzała się dookoła siebie, starając się pochwycić spojrzeniem kota, z którym mogłaby opuścić obóz.
"Rezedowa Łapa? Nie, głuptasie, on jest przecież uczniem. Poza tym jego mentorka znajduje się teraz w kociarni..."
Ulewny Szkwał na pewno by jej odmówił, jednak może by zdecydował się udać z nią poza obóz, gdyby wyjaśniła mu, że nie zbiera tych kwiatów dla siebie, tylko dla Rogatego Flaminga?
"A może Urodziwy Szafirek? Albo Liliowa Pieśń?"
Spojrzenie zatrzymała na dwójce kotek, siedzących po przeciwnej stronie obozu i dzielących języki. Rozmawiały o czymś żarliwie, co jakiś czas spoglądając w kierunku Fląderki oraz Rogatego Flaminga. W końcu jedna z nich podniosła się i ruszyła w stronę Fląderki.
Fląderka stała teraz pomiędzy wojowniczką a wojownikiem, będąc niczym żywa tarcza Rogatego Flaminga. Co prawda nie mogłaby go obronić, gdyby ktoś zechciał go zaatakować, jednak wiedziała, że szylkretka nie jest na tyle głupia, aby podnieść łapę na kota z królewskiego rodu. Ale mogła użyć słów, które mogły zaboleć kocura.
– Nie wstyd ci, Glonojadowy Pysku? Zyskałeś miano wojownika, a wciąż zachowujesz się jak rozwydrzone kocię! – zmarszczyła brwi. – Powinieneś przestać wysługiwać się Fląderką. Masz cztery sprawne łapy, więc możesz sam udać się po to, co zamierzałeś jej zlecić.
Na dźwięk książęcego przezwiska Fląderka zrobiła wielkie oczy. Glonojadowy Pysk? Nie brzmiało to miło, w szczególności z pyska szylkretki, jednak może to był jakiś inside joke między tą dwójką? Albo miano wojownicze, które mały Flaming za kociaka otrzymał, gdy się bawili w klan? Fląderka zbaraniała, nie wiedząc, co ma zrobić. Przeniosła spojrzenie na pointa, który o mało co nie spalił się ze wstydu, gdy pojął, jak właśnie został nazywany.
– Książę Rogaty Flaming nie wysługuje się mną... – podjęła łagodnie Fląderka, stając w obronie królewskiego potomka. Młodsza kotka obrzuciła niedowierzającym spojrzeniem odrzutka. Liliowa Pieśń powoli zbliżyła się do trójki kotów, trzymając się nieco z tyłu Urodziwego Szafirka. – Przed chwilą sama zaproponowałam mu wymianę uschniętych kwiatów, które zdobią jego ogon. D-dbam o jego dobry wygląd i imię... Sprawia mi to przyjemność... Właśnie mieliśmy wspólnie udać się poza obóz, prawda książę Rogaty Flamingu? – spytała, spoglądając na kocice, licząc na to, że książę nie zechce się wyprzeć jej wersji, którą na poczekaniu wymyśliła, aby uniknąć wyśmiewania go przez dwie wojowniczki. – D-dla was również mogę przynieść potem kwiaty, inne, jeśli będziecie miały ochotę przyozdobić swoje futerko. Oczywiście, jeśli przeprosicie księcia...
Obie kotki wymieniły ze sobą porozumiewawczo spojrzenie, jednak nic więcej nie powiedziały. Skupiły natomiast spojrzenie na młodocianym księciu, którego skóra pod futrem musiała być w kolorze pomidora. Fląderka również wlepiła spojrzenie swoich brązowych oczu w pointa. Gdyby naprawdę zechciał się z nią udać poza obóz, otrzymałby świeże kwiaty w parę uderzeń serca i nie musiałby czekać na powrót Fląderki, tylko mógłby od razu wymienić suche kwiaty na świeże.
Był wojownikiem. W dodatku dłużej niż kadrę. Gdyby zechciał, mogłaby razem z nim opuścić obóz. W dodatku wspólnymi siłami udałoby im się utrzeć nosa dwóm kotkom, które niepotrzebnie starały się wtrącić w ich rozmowę i przeszkodzić Fląderce w wykonaniu zadania. Właściwie, może powinna im podziękować? Bo dzięki nim może uda jej się spełnić rozkaz szybciej niż planowała i nie będzie jej czekał gniew Rogatego Flaminga.
<Rogat? Flądra awans na bodyguarda>
Od Krokusowej Kruchości
*przeszłość odległa, niedługo po narodzinach Żywicy i Bursztynu*
Gdy do jej uszu dotarła informacja, że starsza ruda kocica spodziewa się kociąt, była pewna, że się przesłyszała. W końcu w jej wieku kotki zazwyczaj zostawały babciami, a nawet prababciami, a nie mamami. Była pewna, że jakiś z kotów przekręcił informacje i ciążę przypisał nie tej członkini klanu, co trzeba. Jednak brzuch Pożarowej Łapy faktycznie się zaokrąglił w przeciągu księżyca, a kocica przeniosła się do kociarni w oczekiwaniu na pojawienie się młodych.
I stało się. Pożarowa Łapa urodziła synka oraz córeczkę. Krokusowa Kruchość idąc za przykładem pozostałych wojowników, zdecydowała się odwiedzić już nie tak młodą matkę i jej nowonarodzone pociechy.
– Są piękne, Pożarowa Łapo – Ojciec kociąt nie mógł wyjść z zachwytu. Krokus spostrzegła, że kocur uronił łzę radości.
Krokus trzymała się nieco z tyłu, nie chcąc zbytnio przeszkadzać rodzinie i narzucać się jak co poniektóre starsze kocicę, które gdyby mogły, wycałowałyby każdego kociaka i zafundowały mu kąpiel. Przeniosła spojrzenie na Ognistą Piękność, która zbliżyła się do córki, aby móc powitać wnuczęta. Kilka pozostałych wojowników starało się dowiedzieć, jak para nazwała kociaki.
Krokus ostrożnie pochwyciła mysz, którą udało jej się upolować zaledwie chwilę temu. Początkowo miała zamiar zanieść ją jednej ze starszych, jednak, gdy usłyszała o narodzinach młodych zdecydowała się ofiarować ją Pożarowej Łapie i jej kociętom. A przynajmniej chciała im ją sprezentować, jednak nie wiedziała, czy uda jej się dostać do królowej otoczonej przez członków rodziny i starsze kocice.
– P-przepraszam... p-przepraszam... – miauczała, nieudolnie starając się przepchnąć na przód. Została popchnięta, ktoś nadepnął jej na łapę, aż w końcu zrezygnowała z próby dostania się do królowej. Wycofała się i nieco przygnębiona, że nie udało jej się przekazać myszy, usiadła w kąciku, wlepiając spojrzenie w swoje łapy. Po prostu poczeka i jak tłum się rozejdzie podejdzie i...
– Wszystko w porządku?
Dzwonkowy Świst zbliżył się do szylkretki.
– T-tak. Wszystko w porządku, Dzwonkowy Świście. – Podniosła się z siadu. – Gratulacje z okazji narodzin kociąt! – Posłała uśmiech kocurowi, po czym wskazała na myszkę. – P-przyniosłam zdobycz dla Pożarowej Łapy, jednak nie udało mi się do niej dostać... Mógłbyś jej ją przekazać?
– Oczywiście. A nie chcesz zrobić tego sama? Zaraz przywołam do porządku te starowinki i zrobią ci miejsce, abyś mogła poznać Żywicę i Bursztyna...
Początkowo zamierzała odmówić, nie chcąc zwracać na siebie uwagę, jednak Dzwonkowy Świst nalegał. Z jego pomocą udało jej się zbliżyć do królowej. Przywitała się z nią, przekazała mysz, by chwilę później skupić spojrzenie na dwójce małych kociąt znajdujących się u jej boku. Obojga z nich zdobiło rdzawe futerko, jednak to koteczki wydawało się jaśniejsze.
Rozczulona nachyliła się do kociąt, jednak po chwili się wycofała, gdy jej spojrzenie spotkał się ze spojrzeniem królowej. Głupio zrobiła! Nic dziwnego, że zdenerwowała ich matkę, na całe szczęście królowa nie zwróciła jej uwagi, ani nie przepędziła.
– Koniec odwiedzin! Dajcie odpocząć mojej córce i wnuczętom! – głos Ognistej Piękności rozniósł się po kociarni. Spojrzała na Krokus ponaglająco.
Wojowniczka skinęła w stronę Dzwonkowego Świstu, dziękując za pomoc. Gdyby nie on, pewnie nie udałoby jej się osobiście przekazać myszy, a tym bardziej przyjrzeć się z bliska kociętom. Wraz z pozostałymi starszymi opuściła kociarnie.
Od Krokusowej Kruchości
*nieco przeszłość*
Na szczęście inni doświadczeni wojownicy musieli rozprawić się z wężami, bo nie było po nich ani jednego śladu przy stawie. Krokusowa Kruchość mogła odetchnąć z ulgą. Zbliżyła się do brzegu i po chwili zamoczyła w wodzie łapę. Najpierw jedną, potem drugą, by chwilę później stać i brodzić na płyciźnie. W pewnym momencie po prostu położyła się w wodzie, mocząc grzbiet.
– Tylko się nie utop! – zawołała szylkretka, zanurzając w wodzie przednie łapy.
Krokus zbliżyła swój pyszczek do wody, decydując się wypuścić pyskiem kilka bąbelków. Czuła się jak mały kociak, a przecież była wojowniczką!
Początkowo tylko ona i Równoc spędzały słoneczny dzień na relaksie nad jeziorem, jednak gdy tylko słońce było w zenicie, nad stawem pojawiło się więcej kotów. Wśród nich był Dzwonkowy Świst ze swoimi dziećmi oraz Wdzięczna Firletka. Wędrujące Niebo, Śniący Obserwator i Mała Bazia. Zwiewny Mak, Bąbelkowy Plusk i Tańcujace Pierze. Szafirkowy Wiatr oraz Czuwająca Salamandra. Nawet Zawodzące Echo zdecydował się na chwilę relaksu nad brzegiem. Młodzi członkowie brodzili na płyciźnie, turlając się po mokrym piasku, a starsi wylegiwali się na zielonej trawie.
Spędzili niemalże cały dzień na lenistwie. Wydawać by się mogło, że większość członków Klanu Burzy potrzebowała takiego beztroskiego dnia. Gdy zaczęło zmierzchać, a trójka białego rodzeństwa opuściła obóz i została dostrzeżona przez zebranych przy Przybrzeżnym Oku, zdecydowali się powrócić do obozu.
Od Krokusowej Kruchości
*nieco przeszłość*
Krokusowa Kruchość uwielbiała momenty, gdy wszyscy członkowie klanu wspólnie gromadzili się w Grocie Pamięci, aby wysłuchać opowieści kronikarzy. Lubiła ten moment, gdy większość kotów mogła sobie pozwolić na chwilę przerwy od codziennych zadań. Zawodzące Echo zajął miejsce na na kamiennym podwyższeniu tuż przed Króliczą Gwiazdą skrytym we wnęce. W przeciwieństwie do syna, starszy nie wyglądał na zainteresowanego opowieścią Wędrującego Nieba. Jego spojrzenie utkwione było na ścianie zdobionej przez odciski wojowników.
Krokus przez chwilę zaistniała się, cóż takiego zaprząta umysł lidera i dlaczego zamiast słuchać opowieści, która najpewniej już słyszał nie raz, woli wpatrywać się w różnokolorowe odciski współbratymców.
Jedno z kociąt Rudzikowego Skrzydła nadępnęło jej na ogon podczas zmiany miejsca. Biało-kremowa kotka za bardzo była pochłonięta opowieścią , jak i znalezieniem się jak najbliżej Wędrującego Nieba, dlatego też z jej pyszczka nie padły żadne przeprosiny.
Krokusowa Kruchość spostrzegła, że jej siostra, Srebrzysta Równonoc spogląda karcąco na kotkę, po czym przenosi spojrzenie na jej matkę, być może licząc na to, że srebrzysta przeprosi za zachowanie córki.
– Nic mi nie jest siostrzyczko – miauknęła łagodnie Krokus, starając się mówić cicho, aby nie przeszkodzić pozostałym w słuchaniu, a tym bardziej w opowieści Wędrującemu Niebu. Nie chciała, aby podczas wspólnego spędzania czasu doszło do jakiś kłótni między kotami.
Na potwierdzenie swoich słów delikatnie poruszyła ogonem. Zresztą łapa Perłówki była malutka, a kocie nie miało na tyle siły, aby wyrządzić krzywdę wojownicze oprócz chwilowego bólu.
– Czyli to ja będę tą, która będzie karcić twoje kocięta, bo ty pozwolisz im wchodzić sobie na głowę? – westchnęła niepocieszona wizją ciotki o twardej łapie, a może bardziej wizją Krokus, która jest ciągnięta za ogon czy ucho przez swoje pociechy.
– J-jakie kocięta... – pisnęła zawstydzona poruszonym tematem. Ogon, którym luźno poruszała momentalnie się naprężył, a spojrzenie utkiwła na swoich łapkach.
Zdała sobie sprawę, że nie ma pojęcia o czym w tym momencie mówi niebieski point, bo całkowicie przestała go słuchać. Jak dobrze, że kocur nie przepytywał swoich słuchaczy z tego, o czym mówił. Zawaliłaby odpowiedź, jak nic.
– No twoje. I Dzikiego Berberysa. – Srebrzysta Równonoc delikatnie szrutchnęła ramieniem siostrę. – Lubisz go, a on lubi ciebie. – Uśmiechnęła się. – Jest dobrym kocurem, więc nie mam powodu, aby go przegonić. No i odnoszę wrażenie, że sama jego obecność u twego boku cię uszczęśliwia.
Szara Skóra, który siedział za Krokus oraz Równonocą swoim chrząknięciem przerwał rozmowę sióstr. Krokus była za bardzo zawstydzona, aby coś powiedzieć, a tym bardziej obejrzeć się za siebie, więc jedynie skuliła się, pragnąc w tym momencie być niewidzialna.
Lubiła Dzikiego Berberysa, ale rozmowa z siostrą zafundowała jej niezły mętlik w głowie. Nigdy nie wyobrażała sobie, aby stworzyła oficjalną parę z rudym kocurem, a tym bardziej parę z gromadką kociąt. Wystarczyło jej, że od czasu do czasu mogli ze sobą porozmawiać, udać się na polowanie czy popatrzeć w gwiazdy nocą. Nie oczekiwała niczego więcej. Może dlatego też, że nie czuła się wystarczająco odpowiednia dla rudego kocura i wiedziała, że ten nie wybrałby jej. W końcu nie była ładna, jak pozostałe kotki w Klanie Burzy, a w dodatku była słaba i chorowita. Była marną kandydatką na partnerkę, a tym bardziej matkę.
Srebrzysta Równonoc cicho zachichotała, dostrzegając zakłopotanie na pyszczku Krokus. Delikatnie pogładziła burą po łebku swym ogonem, chcąc dodać jej otuchy. Krokus natomiast zamknęła oczy, próbując z całych sił skupić się jedynie na słowach, które opuszczały pysk Wędrującego Nieba.

Od Krokusowej Kruchości
*nieco przeszłość*
Krokusowa Kruchość zbierała kolorowe kwiecie z zamiarem przyozdobienia nie tyle co swego futerka, ale również swojego posłania, matki oraz siostry. Chciała im zrobić niespodziankę nim powrócą do obozu z polowania, na które wyszły niemal w tym samym czasie, co Krokus.
Zbieranie zakończyła wcześniej niż przypuszczała. W pysku trzymała pokaźnych rozmiarów bukiecik. Oprócz niego kilka dodatkowych kwiatów wplotła w dłuższe pasma sierści, aby pomóc sobie z ich transportem. W drodze powrotnej została zaczepiona przez Śniącego Obserwatora. Młody przewodnik zaoferowali jej pomoc, na którą Krokus końcowo przystała tuż po tym, gdy zapewniła, że da sobie radę. Zdążyła zauważyć, że srebrzysty kocur był do niej bardziej podobny niż początkowo zakładała.
Przed obozem spotkała Zwiewny Mam wraz z Dryfującym Fluorytem, które powracały właśnie z polowania. Obie kocice trzymały w swych pyskach dorosłe zajęczaki. Zauważyła, że obie przyglądają się jej oraz przewodnikowi, a dokładnie temu co nieśli.
– Ładna zdobycz – miauknęła czarna kocica. Nie wiedziała, czy komentarz siostry Dzikiego Berberysu był szczery, czy może jednak prześmiewczy. Starała się nie rozmyślać nad tym zbyt długo, dlatego też kiwnęła łebkiem wojowniczce, lekko zawstydzona.
– Co zamierzasz z nimi zrobić? – spytała brązowooka
– P-przyozdobię nimi posłania. Swoje, mamy oraz Srebrzystej Równonocy. Jeśli również chciałybyście udekorować swoje posłania, mogę wam parę odstąpić...
– Dziękuję, ale nie trzeba. Preferuję inne dekorację...
– Mnie natomiast zadowoli jeden kwiat maku – Zwiewny Mak nachyliła się nad bukietem, wpatrując się w czerwony kwiat, po którym nosiła imię.
Krokusowa Kruchość podzieliła się ze starszą kwiatem. Również w ramach podziękowania sprezentowała Śniącemu Obserwatorowi białe kwiecie, które ostrożnie wczepiła w jego kryzę. Resztę kwiatów zgodnie z pierwotnym planem wykorzystała do udekorowania posłań. Woń kwiatów wypełniła legowisko wojowników. Krokusowa Kruchość nie mogła się doczekać powrotu matki i siostry do obozu i odkrycia przygotowanej dla nich niespodzianki.
🌷
Subskrybuj:
Posty (Atom)