BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 22 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

16 marca 2026

Od Rozkwitającego Astra Do Jagnięcego Ukłonu

Zgromadzenie

✩ ★ ✩ ★ ✩

Nie miałam w zasadzie Co robić na tym zgromadzeniu. Nie miałam pomysłu, z kim mogłabym porozmawiać, a moje myśli były zajęte, bardziej przypominając wiecznie płynący potok rwącej rzeki, która przynajmniej na razie nie miała zamiaru się zatrzymać. Od jakiegoś czasu Nie mogłam przestać myśleć o tym co sądzę o innych kotach. Nie chodziło tylko o takie zwykłe sądzenie, ale o to, czy na przykład kogoś... Lubię. W sensie wiecie, lubię lubię. Każdy wokół mnie powoli się rozwijał, zakochiwał, zakładał rodzinę i tak dalej. A ja? A ja tak sterczałam. Jakby czas się dla mnie zatrzymał. Za bardzo... Bałam się swoich uczuć. Swoich potrzeb. Za bardzo bałam się analizować tego czy coś jest zgodne ze mną, czy nie. Mimo wielu rzeczy, które mogłabym wymieniać, Najbardziej bałam się właśnie miłości, zwykłego zauroczenia czy czegokolwiek innego w tym stylu. Czemu? Nie jestem do końca pewna, ale zapewne przez to co spotkało mnie z Wilczym Skowytem, Mamrok, Pochmurnym Płomieniem, Liściastą Gwiazdą... Zapewne zaraz też Judaszowcową Gwiazdą... Najbardziej bałam się, że zaraz zostanę całkiem sama. Sama, bez żadnych przyjaciół, ani nikogo innego. Bez... Bez mojego "Wujka", mojego ukochanego Wujka Pana Pomocnego Wróbelka, który niemal mnie wychował. On znał wszystkie moje tajemnice, wszystko to, co lubię, wszystko, czego się boję- Po prostu... Wszystko. Nie chciałam, żeby tak było. Chciałam, żeby inni mnie lubili. Żeby... Żeby ona mnie zauważyła. Nie wiedziałam, czy w ogóle zwracała na mnie uwagę. Może mogłabym się jakoś dowiedzieć? Poprosić kogoś o jakąś radę?... Rozejrzałam się, wracając do rzeczywistości. Komu mogłabym zaufać?... Było kilka kotów, które lubiłam, ale... Nie wszystkim byłabym w stanie zaufać. Prawie. Była taka jedna kotka... Rozejrzałam się, wręcz błądząc wzrokiem między kotami, lecz nie z innych klanów jak zazwyczaj, a ze swojego klanu. I znalazłam. Z uśmiechem na pyszczku od razu zaczęłam przemieszczać się wesołymi skokami do nowego miejsca docelowego. Po chwili znalazłam się tuż przed nią. Przed Panią Jagnięcym Ukłonem.
— Dzień Dobry pani Jagnięcy Ukłonie! Chciałaby pani ze mną porozmawiać w tę piękną noc? — zagadałam, trochę się stresując.
Medyczka przeniosła na mnie swoje pogodne, acz niemogące ukryć bólu spojrzenie i słabo się uśmiechnęła, dodając mi otuchy.
— Oczywiście, usiądź sobie koło mnie i możemy pogadać — miauknęła ciepło.
Usiadłam obok kotki z postury podobnej do mnie, bo tak samo drobnej, acz zdecydowanie starszej ode mnie kotki z uśmiechem mimo, iż w środku coś we mnie się łamało. Moje zachowanie nie było aż tak naturalne, jak zazwyczaj. Widziałam w jej oczach to, co "widziałam" w sobie. Ona też czuła ból. To oczywiste. Ona na pewno była z nią blisko. Jestem niemal pewna, że nawet bliżej ode mnie. Nie chciałam pokazywać tego, że sobie z tym nie radzę. A przynajmniej nie do tej i tak już pełnej innych zmartwień, przemiłej duszy, jaką była Jagienka.
— Wie pani... Zazwyczaj nie rozmawiamy za dużo na co dzień, ale... Bardzo sobie cenię te krótkie rozmowy z Panią... Nie dlatego, że nie mam praktycznie przyjaciół, ale pewnie w jakimś stopniu tak, ale no... Uhh, przepraszam, ostatnio nie umiem się wysłowić... Ale tak, wracając, bardzo lubię pani charakter i to, z jaką czułością zajmuje się pani innymi i w ogóle...
Lekko się uśmiechnęłam, kończąc wywód, aby rozmówczyni też się wypowiedziała.
Jagnięcy Ukłon otuliła mnie ogonem, jakby chcąc dać mi więcej wsparcia. Uśmiechnęła się łagodniej, chyba mogłabym rzec, trochę bardziej pogodnie.
— Dziękuję za twoje słowa. Wiele dla mnie znaczą. — wymruczała cicho. — Wiem co czujesz Asterko. Ja również nie mam zbyt wielu przyjaciół, a właściwie to w ogóle. Obie kotki, które jakoś mnie wspierały i darzyły przyjaźnią...odeszły... — wyszeptała. Po chwilce strząsnęła kilka łezek.
Patrzyłam tak na Jagienkę i sama też nie wytrzymałam, również zaczynając trochę chlipać. I całe moje postanowienie poooooszło! Ale tam, trudno.
— Oj-jej... Przep-praszam, przychodziłabym częściej, ja... J-ja myślałam, że jesteś zajęta swoimi medycznymi sprawami i… I swoimi przyjaciółmi… Swoi-imi innymi sprawami… I w ogóle… B-będę przychodzić częściej, o-obiecuję! A... A tak poza tym, wie-esz... Gdybyś potrzebowała jakiejś pomocy to... T-to jestem chętna!
W odpowiedzi najpierw medyczka jedynie zacieśniła ogon wokół mnie, tym samym przybliżając mnie nieco do swojego własnego boku.
— Nie twoja wina kruszyno. Nie mogę wymagać od innych marnowania na mnie czasu — odparła cicho i słabo się uśmiechnęła.
— Dziękuję, ja również służyć ci będę pomocą. Zawsze gdy będziesz potrzebować, jestem dla ciebie. Dla innych jeśli ktokolwiek zechce do mnie przyjść — odparła cicho.
— Oczywiście, będę o tym pamiętała — mruknęłam, również obejmując kocicę ogonem.
— A co do marnowania czasu... Wcale go nie marnujesz! Jesteś równie ważna jak inni, a nawet BARDZIEJ! Klan nie przetrwa bez medyka, to niemal najważniejsza i najbardziej ceniona rola! Ale jesteś ważna nie tylko dlatego, że jesteś medyczką, oooo nie nie nie, jesteś ceniona za swój supersupi charakter, za to... Za to, jaka jesteś! Proszę, niech pani tak o sobie nie mówi.
Uśmiechnęłam się z ciepłem rozpływającym się po klatce piersiowej mimo łez, spływających po pyszczku. Grało we mnie tyle emocji na raz!
— Czy… Czy mogę wyznać pani mój sekret? — szepnęłam czując, jak się rumienie.

< Przyjaciółko, Pani Jagienko? >

Od Jagodowego Marzenia CD. Motylkowej Łączki

Kotka uniosła wzrok ze swoich łap, dostrzegając Motylkową Łączkę i strojąc swój pysk uśmiechem. Nie chciała przecież zamęczać kocicy swoimi smutkami na temat samotników. Przecież zasady, które ustalał przywódca były po coś i musiała ich przestrzegać, nawet jeśli nie rozumiała ich potrzeby. A co jeśli taki ktoś jak ona chciałby dołączyć do Klanu Burzy? Zgodnie z nowymi zasadami, nie zostałaby przyjęta, gdyż nie spełnia żadnego z warunków, co ją smuciło. Mimo tego starała się nie rozsiewać swego smutku po jej towarzyszach, chociaż nie było to proste, bo najgorsze co mogłoby być, to grupa smutnych kotów.
 – Och, Motylkowa Łączko! Jak dobrze cię widzieć – wymruczała kotka na powitanie, kiedy wojowniczka usiadła obok jej. Wzrok Jagody wylądował na króliku, który gościł pod łapami towarzyszki, jednak szybko powróciła nim do jej oczu.
 – Jak się masz? – zapytała Motylka, po czym wzięła kęs zwierzyny. Pytanie zdziwiło ją, jednak najwyraźniej był to idealny temat na rozpoczęcie rozmowy. Lepszego pewnie by nie znalazła, biorąc pod uwagę, że często również nadużywała tego pytania.
 – Nie jest źle – odpowiedziała krótko. – Zwiewny Mak została wojowniczką, a Ciernistej Łapie trening ciągnie się dalej. Co najwyżej pogoda mogłaby być lepsza, aby polowania szły lepiej. – Zaśmiała się cicho, jednak na pysku Motylkowej Łączki nie malował się uśmiech, jak tego oczekiwała Jagoda. Czyżby popełniła błąd? Pozwoliła dostrzec coś, czego nie powinna? Z pewnością nie. Nie mogła. – Chociaż obawiam się, że zaniedbuje trening z Ciernistą Łapą, bo jak mogłabym przemęczać swego własnego syna. Tym bardziej że zaczyna wdawać się w swego ojca… Właśnie! Ty wyszkoliłaś już kilkoro uczniów, prawda? Może dałabyś mi kilka rad, bo nie chcę, aby Ciernista Łapa został dobrym wojownikiem.
Kocica była zadowolona z dalszej rozmowy, która ciągnęła się dalej. Nie dość, że dostała dużo dobrych rad na temat prowadzenia treningu, to jeszcze temat przeszedł z jej osoby na inny. To właśnie chciała osiągnąć, bo po co miała zamartwiać innych?

*****

Wpatrywała się w wyjście z obozu, jakby oczekiwała na kogoś przyjście, co było prawie prawdą. Motylkowa Łączka opuściła Klan Burzy z dnia na dzień, co było niespodziewanym wyborem dla niej. A co jeśli się zgubiła i nie znalazła drogi powrotnej? Nikt z własnej woli nie opuściłby klanu, aby żyć jako samotnik, to nie byłoby dobrym wyborem i wiedziała to dobrze. Właśnie dlatego od kilkunastu dni wyczekiwała jej powrotu, jej oczy wbite w tunel, jakby zaraz miała z niego wyjść kocica, lecz na marne. Kotka na razie nie powróciła, jednak Jagoda nie miała zamiaru się poddawać. Kiedyś Klan Gwiazdy wskaże jej drogę do domu i powróci.
 – Czekasz na kogoś? – czyjś głos rozbrzmiał w jej uszach, a kiedy skierowała wzrok na jego źródło, to dostrzegła Przeplatkowy Wianek, a jej pysk przystroił uśmiech.
 – Witaj Przeplatkowy Wianku – przywitała się z nią, a kocica przysiadła u jej boku. – Otóż tak i nie. Motyla Łączka musi kiedyś wrócić, a ja jako jej przyjaciółka muszę w to wierzyć i ją powitać. Tylko nie wiem, kiedy to się stanie.
 – Nie wróci – syknęła ostro Przeplatka, niezbyt zadowolona z poruszonego tematu, jednak widząc zdziwienie Jagodowego Marzenia, przerzuciła swój wzrok na tunel. – Grzebiesz swe nadzieje tam, gdzie nie powinnaś i będziesz tego żałować, mówię Ci. Nie pamiętasz jak to zakończyło się ostatnim razem? Bardzo nie chcę, abyś powtarzała swoich błędów.
Jagoda rzuciła swój wzrok na wyjście z obozu, nim westchnęła cicho. Może miała ona rację i nie powinna trzymać się nadziei? 

Od Wilczego Skowytu CD. Chudej Łapy

— Ej, Wilczy! — zaczął. — Jestem teraz Chuda Łapa, słyszałeś? Przeszedłem tę makabryczną próbę i mało nie umarłem. Ten wojownik co mnie zaniósł do tego lasu, miał nadzieję znaleźć mnie martwego, a tu hyc! Im na złość znalazłem norę i przeczekałem tamtą noc Pory Nagich Drzew! Ale ciężko było, sam już prawie widziałem wrota Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. A Ty, Wilczy? Pamiętasz swoją próbę czy jesteś za stary, by takie rzeczy trzymać w pamięci? Ile ty w ogóle masz księżyców? Bo staro wyglądasz! Ej, a słyszałem w ogóle, że masz babę z innego klanu! Czy to nie jest, aby zakazane? Hmm? No to lepiej mnie ładnie poproś, żebym trzymał buzię na kłódkę, bo wszystko rozgadam! Ale dam Ci szansę na udobruchanie mnie, jeśli wymienisz za mnie mech u wojowników, znaj moją dobrą stronę. — mruknął Chudy, na co Wilczy Skowyt się skrzywił. Co to miało znaczyć? Czy ta ruda kupa futra narzuca młodziakom nienawiść do osób, których nie lubi?! Żałosne z jej strony! Ale… taki chuderlak! Przeżył próbę? To są same kości! Chyba miał naprawdę dobrą kryjówkę albo szczęście skoro przeżył. Tym bardziej że jest to ten bury… już uczeń.
— No wiesz… mam taką jedną samotniczkę, ale to nic wielkiego chuderlaku. — westchnął — nie zrobię roboty za ciebie, ale mogę ci pomóc. Gdy skończymy, możemy się przejść i ci opowiem o mojej wybrance, co ty na to? — Zapytał kocur. Chuda Łapa najwidoczniej z niechęcią skinął mu głową. Może nie był zadowolony z tego, że Wilczy nie odwali za niego całej roboty, ale na wieść o informacjach o partnerce czekoladowego oczy zaświeciły mu się jak pięć złotych! Wariat! Chociaż Wilczek w jego wieku był równie ciekawski jak on. Nie dziwił mu się oczywiście, bo dopiero co oddalił się od żłobka, więc miał prawo być ciekawskim.
— Ej Wilczy! Przynieś no mech! Przydaj się na coś, a nie stoisz jak drzewo! — Wybił z myśli wojownika, który najwidoczniej wolał myśleć o „byle czym”, zamiast uważać i może pomóc, tak jak obiecał uczniowi. Bury przysiadł zniecierpliwiony obok legowiska wojowników i czekał, aż Wilczek wróci z mięciutkim mchem i innymi rzeczami gotowymi do posłań.
— Co za gbur! Chyba coś go dzisiaj ugryzło! Może ta jego niunia! — mruknął Chudy pod nosem. Wilczy Skowyt już wrócił z pyskiem pełnym asortymentu.

<E! Chudy, nie obijaj się tylko do roboty!>

Nowy członek Klanu Gwiazdy!

MROŹNY WICHER
Przyczyna odejścia: Decyzja administracji
Powód śmierci: Śmierć w walce z mewami

Odszedł do Klanu Gwiazdy!

Od Wzburzonego Kormorana

Pora zielonych liści trwała w najlepsze, przyjemna bryza ciągnąca się znad rozległego morza przyjemnie targała i tak już wiecznie zmierzwionym futrem Wzburzonego Kormorana. Młody wojownik właśnie wyruszał na patrol wraz z Mroźnym Wierchem, który raczej nie przypadł do gustu młodzikowi — może ze względu na ciągłe żarty lub ogólny brak ciszy ze swojej strony choćby na parę uderzeń serca. Point zastanawiał się, co Judaszowcowa Gwiazda musiał mieć w głowie na stare księżyce, by ustalać tego typu grupy — no, chyba że zrobiła to Pikująca Jaskółka, zastępując czekoladowego w większości kwestiach. Morskooki nigdy nie był zżyty z przybranym dziadkiem, nie mając chyba nawet okazji ani razu przeprowadzić z nim rozmowy jako członkowie jednej rodziny, a nie lider z członkiem klanu. Można, by nawet stwierdzić, że nieco wyczekiwał moment, kiedy to kocur trafi do Klanu Gwiazdy, jednakże z uwagi na dobrą minę do złej gry, nie mówił tego głośno, zachowując to dla siebie.
Zamyślony nawet nie zauważył złowrogiego cienia, który majaczył trawiastym klifie parę długości przed nimi. Dopiero skrzek nad ich głowami był zwiastunem nieuniknionego ataku na nich przez mewę, wystarczyło uderzenia serca za późno, a przebrzydłe ptactwo, by miało w swoich szponach niebieskiego wojownika. Jedynie reakcja Mroźnego Wierchu uchroniła syna Źródlanej Łuny od zakończeniem żywota, jednak nie było czasu na żadne podziękowania, gdyż nadal byli zagrożeni przez mewę. Wzburzony Kormoran sprawnie podniósł się z ziemi i ramię w ramię ze starszym wojownikiem stanął do walki — nie zamierzał uciekać niczym tchórz, pokaże Bukowej Koronie, że jest jedynie słabeuszem, którego byle mewa może pokonać.

«★»

“Idiota, jak mogłeś do tego dopuścić?!” — krzyczał w myślach, targając na swoim grzbiecie wiotkie ciało Mroźnego Wierchu.
Zmęczony i ubrudzony posoką nie tylko własną, wkroczył do obozu skrytego za wodospadem. Z ciężkim oddechem i szeroko rozstawionymi łapami, skierował wzrok na legowisko medyka — jego cel. Musiał dostarczyć liliowego wojownika nim będzie za późno, nawet jeśli już tak było, to point nie przyjmował tego faktu do swojej świadomości. Nie mógł pozwolić, by to z jego winy jakikolwiek Klifiak zmarł, szczególnie kiedy istniał promyk nadziei na to, że z tego wyjdzie.
Ignorując fakt pozostawiania za sobą szkarłatnej smugi na kamieniu oraz przerażonych spojrzeń, parł do przodu. Jakiś wojownik zaproponował mu pomoc, jednak Wzburzony Kormoran jedyne, co słyszał to szum krwi we własnych uszach oraz bicie rozszalałego serca, które boleśnie natrafiało na żebra klatki piersiowej.
— Jagnięcy Ukłonie… — zaczął słabo, jakby medyczka była w stanie dosłyszeć jego niknący głos w głębi swej pieczary. — Jagnięcy Ukłonie… — zawołał ponownie, czując, jak z każdym krokiem jego łapy zaczynając coraz bardziej niekontrolowanie drżeć. Nie mógł się teraz poddać, nie mógł! Był tak blisko, nie może zawieść!
“Klanie Gwiazdy, błagam… Dodajcie mi siły… Niech Mroźny Wierch przeżyje…” — skomlał w myślach z nadzieją, że Przodkowie czuwają ciągle nad nimi i wysłuchają jego marnych modłów. Może nie był wzorowym wierzącym wojownikiem i możliwe, że nawet nie zasługiwał na pomoc ze strony Przodków przez swoje dotychczasowe postępowania wobec innych, jednak teraz to nie miało znaczenia — chodziło tu głównie o życie starszego, który uchronił jego zapchlony ogon przed gorszym losem niż tylko dwie szramy na dotychczas nieskazitelnym ciele morskookiego.
— Wzburzony Kormoranie. Odpuść. Już za późno. — Czyjś głos próbował mu przemówić do rozsądku, jednak to jedynie zacisnął szczękę. Czuł, jak oczy go pieką od niechcianych łez, które usilnie cisnęły się na światło dzienne.
— Nie… Jest jeszcze nadzieja… — odpowiedział z łamiącym się głosem i drżącą szczęką.
— Odpuść.
Nie wiedział, kto jest właścicielem tych wypowiadanych słów, lecz czuł, jak ich ciężar powoli osiada na całym jego ciele. Opadająca adrenalina w niczym nie pomagała, a jedynie pozwalała, by zmęczenie coraz bardziej kusiło cętkowanego w swoje spokojne objęcia. Bliski płaczu w końcu spojrzał w stronę tego, kto ośmielił się mu przeszkodzić w dotarciu do Jagnięcego Ukłonu. Jakie jego zdziwienie było, gdy zamajaczyła przy nim sylwetka pewnego ucznia protektora — czy to mógł być naprawdę on, czy to już jego zmęczony umysł miesza w myślach.
Długo jednak nad tym nie rozmyślał, gdyż padł ciężko na ziemię, a całe pole widzenia zasunęła mgła i następnie ciemność, która także przyniosła ze sobą ciszę i spokój.

«★»

Początkowo nie wiedział, gdzie jest ani coś się działo przed tym, nim zemdlał na środku obozu. Szybko jednak wspomnienia zaczęły zalewać jego nadal przyćmiony umysł. Nagle otworzył szeroko oczy i gwałtownie poderwał głowę z miękkiego posłania, na którym leżał — dopiero po chwili jego nozdrza zostały zaatakowane przez silną woń ziół, które były przechowywane w innej części legowiska.
— No proszę, kto się obudził. — Głos Aldrowandowej Łapy był niczym płachta na byka. Posłał jej złowrogie spojrzenie, by następnie ciężko podnieść się z zamiarem opuszczenia legowiska medyków. — Leż mysi móżdżku — skarciła go młodsza, jednak ten nie słuchał.
— Leżeć będę, gdy dowiem się, co z Mroźnym Wierchem — syknął, pozbywając się opatrunku z lewego oka. Szylkretka niespodziewanie zastąpiła mu drogę, na co gniewnie machnął ogonem. — Przepuść mnie znajdo.
— Chodzi o to, że Mroźny Wierch nie żyje.
— Kłamiesz! Już wronia strawa lepiej się zna niż ty! — fuknął, ignorując fakt, że mógł tym urazić uczennice. Nie obchodziło go to na obecny moment, teraz jedynie liczył się liliowy wojownik, dlatego bez dalszej zwłoki, wyminął młodszą, ignorując fakt, że mogła coś mówić. Lekko utykając na prawą tylną łapę, wyłonił się z legowiska, by ujrzeć niemałe widowisko. Osłupiały przystanął po paru krokach, będąc w stanie dosłyszeć głos Rozświetlonej Skóry.
— Najpierw mój brat, a teraz ukochany?! Ile kotów musi jeszcze zginąć przez te parszywe mewy, byśmy coś z tymi zrobili?! — Słowa wojownika ciężko zwisały między zgromadzonymi, a Wzburzony Kormoran dopiero po chwili uświadomił sobie, że brązowooki kieruje te słowa prosto do Judaszowcowej Gwiazdy, który stoi przed swoim legowiskiem.
Długa nie trzeba było czekać, by inne koty poparły zrozpaczonego wojownika, który stał przed ciałem zmarłego. Nawet sam Bukowa Korona głośno zawtórował starszemu, na co point przewrócił oczami — oczywiście jak zwykle będzie się rozchodzić o to, że został oszpecony przez mewy.
— Nie pośle kolejnych kotów na śmierć — mruknął ochrypłym głosem, który ledwo dało się usłyszeć przez wrzawę tłumu.
— Jak nic nie zrobimy, kolejni będą z każdym dniem ginąć!
— Trzeba coś zrobić!
— Przegońmy je!
— Lepiej wybijmy, co do jednego!
— Cisza! — Głos Pikującej Jaskółki zagrzmiał niczym piorun na niebie w burzową noc. — Judaszowcowa Gwiazdo, twoi wojownicy chcą iść, a ten problem trzeba w końcu rozwiązać. 
Po długiej grobowej ciszy w końcu czekoladowy ciężko westchnął.
— Zgoda. Każdy chętny niech zgłosi się do Pikującej Jaskółki. — Po tych słowach starszy zniknął w odmętach legowiska.

15 marca 2026

Od Wilczego Skowytu

Nadeszła noc zgromadzenia, Zalotna Gwiazda zaczęła zbierać swoich wojowników gotów do wyjścia i podróży na skałę zgromadzeń. Dwa księżyce temu na zgromadzeniu miał ochotę rozszarpać jedną z wojowniczek z jego klanu, ciekaw był, co się odbędzie na tym. Tym bardziej ta plotka od Kocimiętkowego Wiru! Same kłamstwa i oszczerstwa! Znaczy… oczywiście miał tajemniczą partnerkę, o której wiedziała tylko jego „mama”  Brukselkowa Zadra. Gdyby jakiś Wilczak się dowiedział, chyba by go samego rozszarpali. Nic nie mógł zrobić z tym faktem. Z myśli wyrwał go piaskowo rudy ogon jednej z wojowniczek. Była to właśnie Kocimiętkowy Wir! Jego wróg numer jeden! Kremowa nie zwróciła na niego większej uwagi oprócz spojrzenia z ukosa. Ten jednak od razu był gotowy na kolejną kłótnię na zgromadzeniu.
— Klanie Wilka! Wyruszamy — mruknęła donośnie Zalotna Gwiazda, która zaczęła wychodzić na leśną polanę oświetloną przez powoli zachodzące słońce.

***

Podróż nie była długa oraz ciężka, ale za to bardzo męcząca. Samo przejście przez tereny Klanu Klifu przyprawiało go o mdłości. Na bursztynowej wyspie siedziały już dwa klany, może chętnie, a może nie przywitały się z Wilczakami, którzy weszli z Zalotną Gwiazdą na przodzie. W każdym razie Wilczy Skowyt odszedł od całej grupy i poszedł usiąść gdzieś. Kocimiętkowy Wir na samym początku rozglądała się po wyspie, a potem czekoladowy do niej podszedł i zaczął.
— Słuchaj mnie ty zawzięta kupo futra! Myślisz, że możesz o mnie rozpowiadać byle jakie plotki?!
Rudofutra spodziewała się wszystkiego, tylko nie tego, że jakiś rozjuszony wojownik zacznie jej buczeć nad uchem. Zwróciła się w jego stronę z wyraźnie znudzonym wyrazem pyska.
— Ojej, no proszę, staruszek w końcu się obudził — prychnęła, przewracając oczami. — Ta plotka krąży po obozie już od dobrych kilku księżyców, a ty dopiero teraz odkryłeś, kto ją rozpowiada? W takim razie gratuluję spostrzegawczości!
— Posłuchaj mnie! Nie będziesz mi pyskować! Jestem od Ciebie starszy, więc okazałabyś mi szacunek! Niewdzięczna! — prychnął i machnął nerwowo ogonem, nie chciał już panować nad emocjami, a to czy inny kot by go upomniał o jego krzyki, nie zmieniało jego myśli oraz aktualnego stanu. — A spostrzegawczy jestem bardzo i od początku dobrze wiedziałem, kto to rozpowiada! Może jeszcze idź do innego klanu i im porozpowiadaj! Pysk ci się nie zamyka! — syknął.
Na pysku wojowniczki pojawił się złowieszczy uśmiech.
— Mówisz i masz! — miauknęła, po czym wzięła powietrze w płuca i zaczęła krzyczeć:
— TEN KOT MA ROMANS Z KIMŚ Z INNEGO KLANU!
— Zamknij się, pchlico! Tyle potrafisz? Durna jesteś! Okropna! Idiotka!!! Mam nadzieję, że twój mech będzie okropnie twardy i wbijać będzie ci się w skórę w każdym miejscu podczas snu! I wcale nie jest z innego klanu! Kłamczucha! — strzepnął ogonem, a gdyby mógł, zrobiłby się czerwony bardziej niż czerwona kredka. Gdy skończyła się już wydzierać, pokazała Wilczemu Skowytowi język. Żadna z jego tanich obelg nie robiła na niej wrażenia! Czekoladowy mógł sobie krzyczeć i krzyczeć, jednak każde jego słowo wlatywało do głowy wojowniczki jednym uchem, a wylatywało drugim. Też jej pokazał język i już miał ochotę ją pacnąć w ten jej głupi uśmiechnięty przed chwilą pysk. Łapa mu drżała, ale wiedział, że jak to zrobi, Zalotna Gwiazda go ukarze.
— Gdy patrzę na ciebie, rozumiem, czemu gwiezdny klan czasem się myli!
Zielonooka dostrzegła, że łapy czekoladowego zaczynają drżeć i uśmiechnęła się pod nosem.
— Przywódca się pomylił, w ogóle nadając ci miano wojownika!
— Masz odwagę myszy i rozum jeszcze mniejszy — prychnął i pacnął ją w pysk łapą. Nie użył za dużo siły, ale już po fakcie wiedział, że Kocimiętka zaraz zacznie histeryzować i robić z tego sensacje na całą skalę. Ruch Wilczego Skowytu wybił ją z rytmu.
— Zabierz te swoje brudne łapy ode mnie! — krzyknęła, odsuwając się od czekoladowego, jakby był zarazą. — Bo mnie jeszcze czymś zarazisz, ty zdrajco!
Miał ochotę zrobić to ponownie, ale nie darować sobie siły.
— Nie jestem zdrajcą! — krzyknął. — A jak ci nie pasuje, to wynoś się z klanu, mieszkaj pod wodą i nikt cię nie będzie dotykać!
— Jak nie jesteś zdrajcą, skoro się miziasz z kimś spoza Klanu Wilka?! — wygarnęła mu. — Niby jak inaczej chcesz to nazwać, geniuszu?
— Z nikim spoza Klanu Wilka się nie miziam. To, co mówisz to kłamstwo i chyba masz nie po kolei w głowie albo nie wiesz, co jest pięć, że takie rzeczy wymyślasz — burknął oburzony i już lekko zmęczony kłótnią
Zmrużyła podejrzliwie oczy.
— To oczywiste, że się teraz nie przyznasz — stwierdziła, po czym zadarła brodę. — Ale ja wiem swoje!
— A ja wiem, że jesteś głupsza niż Klifiacy — burknął pod nosem, Kocimiętka zadarła nos i zaczęła odchodzić od czekoladowego. Najwidoczniej się obraziła. No i tyle z tego było, może to nawet lepiej, bo młoda już zaczynała go męczyć swoimi krzykami, głosem i po prostu zapachem!

Od Księżycowego Odłamka CD. Latającej Ryby

 — Sam? Nie jestem sam, mówiłem, że zawsze mogę krzyknąć, z resztą, nie przekroczyłem granicy, więc nawet jakbym został zaatakowany, to nie moja wina — odpowiedział, znów, jakby niebezpieczeństwo było czymś, o czym w życiu nie słyszał. Może to wina ignorancji a może zbytniego wyluzowania, chociaż wciąż było to lepsze od bycia paranoikiem, w którego się zamieniał gdy fazy księżyca były nieodpowiednie... czy jakoś tak. Wtedy niebezpieczne było nawet spanie w legowisku
— I nie, nie zostawiamy kociąt na... z resztą, nie ważne, jestem bardzo kochany, przez wiele fajnych kotów — rzekł pewnie, marszcząc czoło, jednak nocniaczka nie zdawała się być przekonana. Naprawdę wyglądał na takiego, co nie miał przyjaciół? Co prawda trzymał się wąskiego grona, ale wciąż! No i po tym jak został pobity przez wściekłego wilczaka, naprawdę nie ruszał się daleko od patrolu czy kogoś do towarzystwa. 
— Ja bym cię nawet kijem tknąć nie chciała, więc z mojej strony o atak martwić się nie musisz. Widzę, że brak ci całkowicie wyobraźni — stwierdziła gorzko. — Pierwszy lepszy głodny drapieżnik i nawet nie zdążyłbyś pisnąć głośniej od myszy, a już byś został pożarty żywcem. Gdybym chciała cię skrzywdzić, zdążyłabym to zrobić kilka razy, a nikt by tu nawet nie dobiegł. Te twoje fajne koty to fajne muszą być tylko w twojej głowie — uznała z przekąsem.
— Nie, akurat jak ostatni raz sprawdzałem to były prawdziwe — powiedział pół żartem, chociaż ton był raczej luźny niż żartobliwy, nie wiedząc jeszcze, czy się denerwować czy nie, ale jak na razie całkiem dobrze się bawił. Może byłby na tym etapie już głęboko urażony kilka księżyców temu, jednak z wiekiem nauczył się ignorować większość zaczepek, o ile nie wchodziły za głęboko w jego strefę komfortu, która swoją drogą nie została jeszcze naruszona na tyle, by się złościć. — I wyobraźnia też mi działa, chociaż zgaduję, że nieco inaczej od innych. W końcu nie mogę się bać czegoś, czego nie widać, chyba, że to poczuję albo usłyszę... z resztą, wcale nie jestem taki bezrady, wiesz? Mógłbym na przykład, na ciebie, nie wiem, napluć i co wtedy? — I chociaż nie wiedział czy się denerwować, już dawno zdecydował, że raczej nie podejdzie do tej konwersacji poważnie. Z resztą, już zadeklarowała, że go nie dotknie, więc czego się bać? Wyraźny szmer a następnie dochodzący z większej odległości jej głos świadczył o tym, że jego słowa o pluciu potraktowała dosyć poważnie, co zauważył z lekkim rozbawieniem. 
 — Obrzydlistwo — wycedziła. — Każdy Burzak jest taki niewychowany czy tylko ty jesteś wyjątkiem?
— Jestem jedyny w swoim rodzaju — kontynuował swoim rozluźnionym tonem — Ale popatrz, zadziałało. — dodał, może trochę zbyt rozmytym tonem, jakby niezbyt przytomnym. Można by uznać, że w ogóle nie wiedział, gdzie jest ani co się dzieje! 
— Tak, tak, ja patrzę. — na ostatnie słowo dała większy nacisk. — Nie jest ci źle z tym, że pogłębiasz już i tak słabą opinie swojego klanu? — spytała z wyższością.
— Słabą? Pogłębiam? Z jakiego powodu, bo jestem ślepy? — przekręcił głowę w bok, trochę na pokaz zgrywając głupiego. Zazwyczaj bycie idiotą w podobnych sytuacjach go ratowało. Co prawda nikt potem nie brał go zbyt na poważnie, ale dało się przyzwyczaić, z resztą, w połowie sytuacji nie grał idioty; po prostu nim był. — Też mogłabyś się urodzić ślepa, albo w ogóle pozbawiona oczu, albo z krzywym pyskiem, barkiem, bez umiejętności mowy czy ze sparaliżowanymi nogami, które mogą być również winą przypadku... więc nie rozumiem, może chodzi o coś innego? Co pozwala ci sądzić, że jesteś lepsza? — zagadał zainteresowany, chociaż w głębi duszy obwiniał za to wszystko swoich kuzynów i jakąś kotkę, co miała tyle samo rozumu co oni. Z jednej strony w nosie miał, jak ktoś w klanie obraża burzaków, ale kiedy ktoś spoza społeczności postanowił coś krzywego powiedzieć, czuł jakąś powinność by bronić dumy tej zapchlonej dziury. Po samym prychnięciu, jakie kotka z siebie wydała po jego monologu, można było wywnioskować narastające u niej oburzenie. 
— Nic mi do tego, że nie widzisz! Już nie przesadzaj i nie wciskaj mi do pyska opinii jakiej nie podzielam — fuknęła. — Ktoś mógłby się urodzić z wszystkimi wadami jakie tylko są możliwe, a nadal prezentować się z większą inteligencją niż pałętający się po granicy bezbronny ślepiec — burknęła. — I nie, nie mów nic o twoich niby znajomych co przylecą tu na zawołanie, bo najwyraźniej już długo tu siedzisz sam, a nikt się tym jeszcze nie zainteresował — zauważyła. — Oh, a co do ostatniego pytania, to uwierz, nie starczyłoby mi czasu, by wymienić wszystkie powody. Tu nawet nie trzeba nic sądzić, to się po prostu wie.
— Ah tak! To dobrze! Dziękuję za wyjaśnienie! — uśmiechnął się szeroko, klaszcząc w łapki, które przystawił sobie do pyska, jakby miał zamiar się modlić. Czyli zgrywanie debila tym razem nie zadziałało? Aaah, szkoda. — Ale wciąż trochę boli, że uważa pani, że pałętam się tu sam i uważa mnie pani za bezbronnego. Wciąż są wątpliwości, że mam przyjaciół? Naprawdę wyglądam na takiego? Przysięgam, nie jestem aż tak irytujący... prawda? Śniak? — tu nachylił się w tył nieco, w stronę... dziury w ziemi? Zdecydowanie dziury w ziemi, w której na pierwszy rzut oka, można by powiedzieć, że siedział całkiem puchaty królik. Dopiero później dostrzec można było, że to wcale nie długouszny zwierz, a najprawdziwszy kot, który wyglądał na odrobinę znudzonego, chociaż oczy miał całkiem przytomne — Zostałeś zignorowany — zauważył Księżyc.
— Śniak? — powtórzyła tępo, dopiero później zdając się zauważyć, do kogo mówił — Aha... Aha —  Te dwa krótkie słowa brzmiały bardziej na bełkot, po którym nastąpił kolejny szmer. — Uh, ty... Dobrze... Dobrze, że nie jesteś sam. To znaczy, nie obchodzi mnie to, jak coś będzie chciało cię zjeść i to tak by zdążyło, więc nadal brak ci... wam — poprawiła się niezgrabnie — rozsądku, także... Nic tu po mnie. Uwa... Nie. Skoro nie uważasz na siebie to i tak to nic nie zmieni, żegnam — prychnęła, by zaraz jedyne, co mogło po niej pozostać, to kłębiący się w powietrzu piach. Może jednak widomy kot był dla niej większym zagrożeniem? Cóż, nie, żeby spodziewał się jakiejś innej reakcji, większość klanów jak zgadywał nie wiedziała o tym, że Burzaki już od kilku pokoleń zamieniali się skrupulatnie w króliki, podróżując po norach. Szczególnie przewodnicy. 
— Weź sobie następnym razem innego pachołka do pomocy, prawie zasnąłem — odezwał się Śniątko, które zaraz potem zagłębił się w tunel, do którego wpełzł również Księżycowy Odłamek, czując narastające zmęczenie, które pojawiło się po rozmowie, powoli zapominając o zdarzeniu, bardziej przejmując się Śniątkiem, który wydawał się bardziej przygaszony niż zwykle. 

┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦----

zgromadzenie

Śniący nie szedł na zgromadzenie. Nie, żeby Księżyc był o to zły, w końcu brat ostatnio zachowywał się podobnie do niego samego, gdy umarła Szanta, niemniej wraz z brakiem brata, brakowało mu też przewodnika. Dosłownie i w przenośni, bo to zazwyczaj jego ogonu się trzymał. Więc czyjego teraz? Białego? Do niego mogła podejść Wróżka.. nie, kto jeszcze został? Przysiadł się do Dryfującego Fluorytu, prosząc o możliwość potrzymania się jej sierści.
— Nie dusisz się futrem? — odezwał się głos obok niego. Bazia Łapa na moment odłączyła się od Równonocnej Łapy, przystając obok kocura. Pokręcił przecząco głową. Akurat sierść Dryfującego Fluorytu była cienka i lejąca, a nie puchata, więc nie musiał się obawiać o kłaki w nosie. 
— Ej, a nie chcesz potrzymać mojego ogona? Będziemy jak stonoga! — zmarszczenie brwi i niepewny, oceniający wyraz pyska zdradzający dyskomfort były wystarczającą odpowiedzią, a kotka dalej nie ciągnęła tematu, jedynie coś prychając pod nosem, nim podreptała znów do Równonocy. Podróż na wyspę przebiegła spokojnie, a na miejscu usiadł obok swojej tymczasowej przewodniczki, która nie zdawała się chcieć za bardzo nigdzie oddalać. Wymienili więc najpierw między sobą kilka zdań, a gdy tematy się wyczerpały, kotka zaczęła prowadzić cichą rozmowę z jakimś kotem z innego klanu, którego najwyraźniej poznała jeszcze za czasów bycia uczniem. Księżyc natomiast... nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. Przynajmniej do momentu, w którym nie poczuł na sobie intensywnego wzorku. Odwrócił głowę, nieco zdezorientowany. Co za nieprzyjemne uczucie, kiedy nie można się domyślić, gdzie jest przyczyna. Chociaż, chwila, zapach Klanu Nocy... tak, nocniak na pewno. Znają się? Nie rozpoznał zapachu, ale na pewno ktoś się na niego patrzył. Znali się? Nie? Postanowił się uśmiechnąć i pomachać łapą na przywitanie. W końcu głupio by było, gdyby się nie przywitał. Głupio by też było, gdyby pomachał i ten ktoś go nie zauważył, ale o to będzie się martwić potem.

<Pani Ryba?>

Od Aldrowandowej Łapy

Pierwsze zgromadzenie. To wydarzenie wiele kotów wyobrażało sobie w podobny sposób – poznanie nowych kotów, wymiana doświadczeń oraz myśli. W grę wchodziły również przeróżne plotki na temat wydarzeń ze wszystkich klanów. Takie też były wyobrażenia Aldrowandowej Łapy. Jednak nigdy nie spodziewałaby się, że gdy postanowi podsłuchać rozmowę dwójki uczniów, to dowie się, iż znaleziono ciało Ćmiego Księżyca. Ta informacja nie była czymś, co spodziewałaby się usłyszeć. Plotki były czymś, co zawsze ją ciekawiło. Jednak to nie była już zwykła plotka, a fakt. Ciało medyczki zostało znalezione na terenie innego klanu, w dodatku jego wojownicy nawet nie raczyli z jakiegoś powodu tych zwłok oddać. „Dlaczego, co i jak” — te pytania chodziły kotce po głowie. Jak zginęła Ćmi Księżyc? Co ona w ogóle robiła na terytorium innego klanu? Dlaczego nie oddali jej zwłok, tylko pochowali je u siebie?
Z jej myśli wyrwał ją dźwięk pazurów stukających o skalną powierzchnię. Jej wzrok zwrócił się w stronę tunelu prowadzącego do legowiska medyka, przez który właśnie szła Jagnięcy Ukłon. Uczennica nie zdążyła jej jeszcze powiedzieć o tym, czego się dowiedziała. Ale wiedziała, że powinna jej o tym powiedzieć. Szczególnie że Ćmi Księżyc była jej mentorką. Koteczka podniosła się z siadu i podeszła do medyczki.
— Jagnięcy Ukłonie? — zwróciła się do mentorki szylkretka. — Wczoraj na zgromadzeniu podsłuchałam rozmowę dwójki uczniów…
Gdy spojrzała na kremową kocicę, ujrzała jej wzrok niosący ze sobą nutkę dezaprobaty. Aldrowandowa Łapa fuknęła cicho i wywróciła oczami.
— Och, no nie rzucaj mi takiego spojrzenia. Poza tym to, co usłyszałam to ważne! — koteczka machnęła ogonem, próbując rozładować nieco budujące się w niej napięcie. — Ci dwaj uczniowie… rozmawiali o ciele kota, które zostało znalezione na terytorium jednego z pozostałych trzech klanów. Mówili o ślepej medyczce… To MUSIAŁA być Ćmi Księżyc, Jagnięcy Ukłonie.

[285 słów]

Od Borówkowej Słodyczy CD. Konwaliowej Mielizny

Borówkowa Słodycz poruszyła lekko uszami, których końcówki drgnęły niemal niezauważalnie, gdy słowa syna dotarły do niej z pełną mocą. Z jej piersi wydobyło się ciche westchnienie.
Czy jej kochany synek naprawdę czuł się winny?
Ta myśl przemknęła przez jej umysł niczym nagły podmuch zimnego wiatru.
Przecież nie powinien. Nigdy nie powinna pozwolić, by uwierzył, że jego gniew był czymś niewłaściwym. Fakt iż nie udało mu się zostać ogrodnikiem — rolą, o której marzył z tak cichą, lecz uparcie pielęgnowaną nadzieją — nie był jego winą. Świat bywał kapryśny, a los nie zawsze słuchał najgorętszych pragnień. Gniew w takiej sytuacji wydawał jej się czymś naturalnym, czymś tak nieuniknionym jak burza nadchodząca po dusznym, ciężkim dniu. Nie czuła do niego żalu; nigdy nie potrafiłaby go poczuć.
A jednak, gdy patrzyła na jego przygarbioną sylwetkę, poczuła, jak ze wszystkich stron otacza ją smutek — intensywny i wszechobecny, niczym ulewny deszcz. Był to smutek cichy, głęboki, osiadający gdzieś w samym centrum serca.
Zastrzygła krótko uszami, jakby pragnęła otrząsnąć się z tej melancholii, po czym podniosła wzrok i spojrzała prosto w oczy syna.
Konwaliowa Mielizna zdawał się jednak unikać jej spojrzenia. Jego oczy, zwykle jasne i czujne, teraz uciekały w bok, błądząc gdzieś pomiędzy cieniami krzewów, jak gdyby nie do końca był pewien, czy naprawdę jest gotowy na tę rozmowę, którą sam przecież rozpoczął.
Pysk Borówkowej Słodyczy uchylił się lekko.
Przez krótką chwilę zdawało się, że zaraz coś powie — że słowa popłyną z niej swobodnie niczym woda ze źródła. Lecz żadne z nich nie opuściło jej ust. W tej chwili słowa wydawały się dziwnie niepotrzebne…
Zamiast tego zrobiła krok naprzód.
Jej śnieżnobiały ogon, miękki niczym świeży puch, powoli ułożył się na liliowych plecach syna.
— Nie martw się — odezwała się w końcu cicho. — Każdy czasem czuje się zagubiony i przejawia to na swój własny sposób.
Jej oczy, miękkie i ciepłe, spoczęły na jego twarzy.
— Nigdy nie chciałabym, abyś czuł się winny za to, na co sam nie masz większego wpływu. Los bywa kręty jak leśna ścieżka, a my możemy jedynie iść naprzód, ucząc się z każdego kroku.
Na jej pysku pojawił się delikatny, niemal nieuchwytny uśmiech.
— Cieszę się, że chciałeś ze mną porozmawiać — dodała spokojnie, a w jej głosie zabrzmiała nuta ciepła, która zdawała się rozpraszać ciężar zalegający między nimi. — Nigdy nie czułam się zła czy rozczarowana, nawet, gdy byłeś nieco oschły.

 
***


Błękit rozlewał się po niebie szeroko i niemal bezkresnie, przypominając ogromny, spokojny ocean zawieszony ponad światem, którego głęboka, czysta barwa zdawała się pulsować cichą obietnicą ciepła oraz spokoju, jak gdyby sama natura pragnęła przypomnieć wszystkim stworzeniom żyjącym pod jego sklepieniem o prostym szczęściu, jakie przynosiła pora Zielonych Liści — czas długich dni, podczas których słońce wspinało się powoli ku najwyższemu punktowi nieba, a cienie drzew przesuwały się leniwie po leśnej ściółce, jakby świat nie miał żadnego powodu, by się spieszyć. Promienie światła spływały z góry miękkimi, złocistymi smugami, muskając delikatnie korony drzew, które szumiały cicho pod dotykiem wiatru, nagrzewając kamienie rozsypane przy brzegu rzeki oraz rozświetlając rozległe połacie wysokich traw, które falowały powoli, poruszane oddechem powietrza.
Zapach nagrzanej ziemi unosił się ciężko nad wyspą, mieszając się z wilgotną wonią mchu oraz słodkawym aromatem kwiatów ukrytych pomiędzy krzewami, a ponad koronami drzew krążyły ptaki, których nawoływania niosły się daleko, rozbrzmiewając wokół cichym echem.
Słońce obejmowało swoim żarem wszystko, co znalazło się w zasięgu jego światła, przez co nawet cieniste zakamarki pomiędzy korzeniami drzew zdawały się oddychać ciepłem, które powoli przenikało każdą cząstkę otoczenia, pozostawiając niewiele miejsc, gdzie można było odnaleźć prawdziwą ulgę. Jedynie rzeka, opływająca wyspę szerokim, spokojnym nurtem, przynosiła obietnicę chłodu, ponieważ jej woda płynęła nieustannie, rozbijając się o kamienie i odbijając promienie słońca w drobnych, srebrzystych błyskach. Zdawało się, że przyszedł najlepszy czas na spędzanie czasu z bliskimi, pluskając się w nurcie wody, ganiając za motylkami i rozkoszując się dobrą pogodą.
Wszystko wyglądało tak zwyczajnie, tak znajomo, że aż niemal niepokojąco spokojnie, jak gdyby świat trwał w swojej niezmiennej harmonii i nie zamierzał dopuścić do siebie myśli, że gdzieś pomiędzy tym pięknem mogą istnieć zdrada, niesprawiedliwość oraz ból.
Bo przecież każda pora Zielonych Liści wyglądała podobnie, a przynoszony przez nią upał był równie oczywisty i nieunikniony jak fakt, że jeże nie potrafią latać.
Jednak… Mimo tej pozornej normalności na pysku Borówkowej Słodyczy wciąż gościło zaskoczenie, które nie chciało ustąpić.
Mijały kolejne chwile, podczas których jej spojrzenie śledziło powolny ruch wiatru kołyszącego wysoką trawą. Źdźbła uginały się miękko pod naciskiem powietrza, by po chwili unieść się ponownie ku słońcu, jak gdyby sama ziemia oddychała spokojnym rytmem, który pozostawał niezmienny bez względu na to, co działo się w sercach tych, którzy po niej stąpali.
Patrzyła na to wszystko długo i uważnie, a w jej oczach odbijał się błękit nieba oraz złote światło dnia, lecz mimo to nie potrafiła odnaleźć w sobie ani cienia tej cichej radości, którą kiedyś odczuwała niemal instynktownie, gdy tylko nadchodziły ciepłe dni lata.
Myśl ta wydawała jej się dziwnie niedorzeczna, ponieważ przez całe życie kochała tę porę roku z prostą, nieskomplikowaną szczerością, która nie potrzebowała żadnego wyjaśnienia. Kochała długie dni, podczas których słońce wędrowało po niebie powoli i dostojnie, kochała zapach świeżej zwierzyny niesiony przez wiatr oraz miękkie cienie drzew, które rozciągały się po ziemi niczym spokojne wyspy chłodu, w których można było schronić się przed żarem południa.
Teraz jednak wszystko to wydawało się odległe, jak wspomnienie należące do innego życia.
Bo odkąd nie mogła zobaczyć pyszczka Tojadowej Kryzy, odkąd została oddzielona od miejsca, które przez tyle księżyców uważała za swój dom, radość zaczęła powoli wyciekać z jej serca, aż w końcu pozostała po niej jedynie chłodna pustka, która rozlewała się w niej niczym cień rosnący wraz z zachodzącym słońcem.
Nie potrafiła nawet wskazać chwili, w której pozwoliła, by tamte koty — koty, którym ufała i którym oddała swoją lojalność — zamknęły ją na tej niewielkiej wyspie, traktując ją tak, jak gdyby była kimś obcym, kimś niegodnym nawet wysłuchania.
Przecież niczego nie zrobiła.
Ta myśl powracała do niej nieustannie, niczym echo odbijające się od ścian głębokiej jaskini. Czuła się tak, jakby nagle przestała znaczyć cokolwiek — nie tylko w oczach kotów z Klanu Nocy, które odwróciły się od niej bez wahania, lecz także w swoich własnych, ponieważ wszystkie wartości, które przez całe życie uważała za najważniejsze, zdawały się nagle tracić swoje znaczenie. A przecież zawsze przestrzegała kodeksu, zawsze starała się robić to, co słuszne, i zawsze była gotowa pomagać innym, nawet wtedy, gdy oznaczało to zmęczenie albo poświęcenie własnego czasu.
Pomagała przy odbudowie obozu, gdy powódź zabrała niemal wszystko, co znali, przenosząc gałęzie, wzmacniając legowiska i pracując bez wytchnienia obok innych kotów, które podobnie jak ona wierzyły, że wspólnym wysiłkiem można przywrócić dawny porządek. Nieraz była gotowa poświęcić własną wygodę dla dobra innych, czy to pomagając przy starszych czy łapiąc dodatkową zwierzynę.
Dlaczego więc nikt teraz o tym nie pamiętał?
Jej łapa zacisnęła się w ziemi, gdy poczuła jak gniew zaczyna narastać pod jej futrem niczym burza zbierająca się powoli nad horyzontem, lecz niemal natychmiast rozluźniła chwyt, ponieważ dobrze wiedziała, że nawet gdyby pozwoliła temu gniewowi przejąć nad sobą kontrolę, nie miałaby żadnych szans przeciwko strażnikom pilnującym wyspy.
Pozostało jej więc jedynie słuchać świata wokół siebie — szumu trawy poruszanej przez wiatr, plusku rzeki opływającej wyspę spokojnym nurtem oraz odległych odgłosów lasu, który zdawał się żyć własnym rytmem, zupełnie obojętny na los kilku kotów uwięzionych pośród wody.
Powoli rozejrzała się wokół, a jej spojrzenie najpierw spoczęło na sylwetce ojca, Rysiego Bora, którego potężna postura zdawała się teraz przygarbiona pod ciężarem sytuacji, w jakiej się znaleźli, po czym przesunęło się na Rozpromienionego Skowronka — jej brata, który zwykle emanował energią i pogodą ducha, lecz teraz siedział nieruchomo, wpatrując się gdzieś w dal z wyrazem zmęczenia i niepewności.
W końcu jej wzrok zatrzymał się na Konwaliowej Mieliźnie, jej synu, którego obecność przypominała jej najboleśniej o niesprawiedliwości tego wszystkiego, ponieważ dobrze wiedziała, że nigdy nie dopuściłby się niczego, co mogłoby zasłużyć na taki los.
Przełknęła ślinę, czując jak gardło zaciska się boleśnie, gdy w jej myślach pojawiło się pytanie, którego nie potrafiła już dłużej od siebie odsunąć — dlaczego Klan Gwiazdy nie mógł ukarać tylko jej, zamiast pozwalać, by cierpieli również ci, których kochała najbardziej?
Podniosła się powoli, biorąc głęboki oddech, podczas gdy w jej sercu zaczynała krystalizować się myśl tak bolesna, że jeszcze niedawno nie potrafiłaby jej nawet wypowiedzieć.
Klan Nocy nie był już jej domem.
Choć przez większość życia wierzyła, że każdy kot ma dobre serce, które wystarczy jedynie odnaleźć, teraz zaczynała rozumieć, że dla wielu cudze cierpienie było czymś obojętnym, a prawda ta stawała się szczególnie widoczna, gdy myślała o członkach tego rodu — o Szałwiowym Sercu, który potrafił oszukać wszystkich, o Mandarynkowej Gwieździe, choć w jej oczach nie była liderką, a jedynie tyranką, cudem dopuszczoną do władzy, oraz o Błękitnej Lagunie, który był zbyt dumny i zadufany w sobie, by przejmować się losem kilku kotów.
Westchnęła, po czym jeszcze raz spojrzała na Konwalię. Chciała w końcu z kimś porozmawiać, załagodzić ból, jaki odczuwała, przynajmniej odrobinkę. Podniosła się więc, po czym podeszła do liliowego kocura.
— Ja… — poczuła, jak coś zatyka jej gardło, odbierając mowę. Nie wiedziała, o czym chciała z nim rozmawiać i czy rozmowa była teraz odpowiednia. — Nie wiem już, co mam właściwie zrobić… — wydobyła z siebie.


<Konwalio?>

Od Borówkowej Słodyczy

Od dłuższego czasu wszystko wokół niej zdawało się stopniowo tracić swoje barwy, jak gdyby świat, który niegdyś tętnił życiem i różnorodnością, został przykryty cienką, mleczną zasłoną mgły. Zieleń traw nie była już tak soczysta, jaką pamiętała z dawnych dni, błękit nieba przestał razić jasnością, a nawet ciepłe promienie słońca, które jeszcze niedawno potrafiły rozgrzać jej futro i serce, teraz wydawały się jedynie bladym, odległym wspomnieniem prawdziwego światła. Czasami miała wrażenie, że to sam Klan Gwiazdy postanowił osłonić jej wzrok mglistą poświatą, jakby chcąc oddzielić ją od dawnego życia — od wszystkiego, co kiedyś było jej bliskie.
Intensywnie niebieskie oczy Borówkowej Słodyczy coraz częściej wpatrywały się w jeden, odległy punkt na horyzoncie, miejsce, które dla innych kotów było jedynie pustą linią między wodą a niebem, lecz dla niej zdawało się skrywać coś więcej — cichy, niewidzialny ślad wolności. Czasami siedziała tak przez długie chwile, nieruchoma jak kamień, pozwalając, by wiatr rozwiewał jej futro, a myśli odpływały gdzieś daleko, tam, gdzie nie sięgały ani strażnicze spojrzenia wojowników, ani ciężar niesprawiedliwego wyroku.
Wszystko stawało się coraz bardziej monotonne. Nie tylko kolory świata zdawały się blednąć, lecz także rytm jej własnego życia. Dawniej dni wypełniał ruch — polowania w wilgotnym półmroku lasu, szybkie kroki na patrolach, rozmowy z innymi kotami przy stosie świeżej zwierzyny, drobne żarty i opowieści snute przy wspólnym odpoczynku. Teraz jednak, odkąd odcięto ją od większości tych prostych przywilejów, jej codzienność składała się niemal wyłącznie z bezczynności.
Godziny płynęły wolno, przeciągając się niczym długie cienie wieczoru.
Coraz rzadziej próbowała odnajdywać w tym wszystkim jakiekolwiek pozytywy. Coraz rzadziej pozwalała sobie wierzyć, że jej los może jeszcze się odmienić. Wschody słońca, które niegdyś zwiastowały początek nowego dnia, teraz wydawały się dziwnie ospałe, jakby sam czas płynął tu w innym tempie, powolniejszym i cięższym, jak gdyby wyspa była miejscem zapomnianym nawet przez bieg gwiazd.
Często ogarniało ją tylko jedno pragnienie — by znaleźć się gdzieś indziej. Daleko stąd. W miejscu, gdzie nie sięgałyby chłodne spojrzenia strażników, gdzie nikt nie przypominałby jej każdego dnia, że jest więźniem. W miejscu, gdzie nie musiałaby już czuć ciężaru cudzych decyzji, ani drżenia niesprawiedliwej władzy wiszącej nad jej losem jak cień burzowej chmury.
Chciała po prostu odpocząć.
Oddychać spokojnie i patrzeć na świat takim, jakim był naprawdę — pięknym, wolnym oraz wartym podziwiania.
Im częściej pozwalała swoim myślom krążyć wokół pragnienia opuszczenia tej przeklętej wyspy, tym częściej powracały wspomnienia z dawnych czasów. Obrazy z życia w Klanie Nocy pojawiały się w jej głowie nagle i niespodziewanie, jak ciepłe błyski światła przebijające się przez chmury.
Widziała siebie jako młodą uczennicę, stawiającą pierwsze kroki na ścieżce wojownika. Pamiętała zapach wilgotnego mchu pod łapami, chłodny powiew nocnego wiatru na futrze oraz ekscytację, która towarzyszyła każdej nowej lekcji. Przypominała sobie długie patrole przez gęsty las, szybkie biegi między drzewami i te wszystkie rozmowy, które prowadziła z Tojadową Kryzą… A jednak gdzieś po drodze wszystko zaczęło się zmieniać.
Nie potrafiła nawet wskazać momentu, w którym radość zaczęła powoli ustępować miejsca niepokojowi. Nie pamiętała chwili, w której przestała czerpać z życia prostą przyjemność, a zamiast tego zaczęła coraz częściej zamartwiać się sprawami, na które nie miała żadnego wpływu.
Przecież życie miało być takie proste: Żyć w zgodzie ze sobą i żyć w zgodzie z Klanem Gwiazdy.
A jednak teraz, gdy najbardziej potrzebowała wskazówki przodków, rozmowa z nimi wydawała się dziwnie trudna. Jakby gwiazdy, które niegdyś świeciły nad nią jasno i pewnie, nagle oddaliły się gdzieś poza jej zasięg. Jak odlegli obserwatorzy, którzy widzą wszystko, lecz nie zamierzają ingerować.
Borówkowa Słodycz westchnęła cicho i powoli podniosła się z miejsca, w którym dotąd siedziała. Przez chwilę wahała się jeszcze, po czym ruszyła w stronę jednego ze strażników pilnujących wyspy.
— Ostatnio źle się czuję — powiedziała, zatrzymując się przed nim. Jej głos był spokojny, lecz w jego brzmieniu czaiło się zmęczenie. — Łapią mnie nudności. Czy mogłabym zostać zaprowadzona do legowiska medyka? Sądzę, że najlepiej będzie, jeśli ktoś będzie mógł monitorować mój stan… a przy okazji pomóc mi wydobrzeć.
Wojownik — Kijankowe Moczary — przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nią bez słowa. Jego spojrzenie było uważne, lecz chłodne, jak gdyby w jego oczach była przede wszystkim więźniem, a dopiero potem kotką proszącą o pomoc.
Po chwili podszedł do drugiego strażnika i pochylił się ku niemu, szepcząc coś cicho. Ich rozmowa trwała krótko, lecz Borówkowa Słodycz nie była w stanie usłyszeć ani jednego słowa.
W końcu Kijanka odwrócił się ponownie w jej stronę.
— Nie sądzę, aby istniała możliwość, byś mogła wyjść poza wyspę — oznajmił rzeczowo. — Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by któryś z medyków przyszedł tutaj z potrzebnymi ziołami.
Czyli nawet teraz…
Nawet w obliczu choroby nie mogli pozwolić jej opuścić tego miejsca.
Borówkowa Słodycz spodziewała się takiej odpowiedzi, a jednak gdzieś głęboko w jej sercu przez krótką chwilę tliła się cicha nadzieja. Nadzieja, że może — choćby na moment — uda jej się wydostać z tego więzienia, poczuć pod łapami inną ziemię niż ta niewielka wyspa otoczona wodą.
Nadzieja ta jednak zgasła równie szybko, jak się pojawiła.
— No dobrze — mruknęła w końcu. — Zgaduję, że nic lepszego mi nie pozostało.
Jej słowa były ciche i pozbawione emocji, jak gdyby mówiła bardziej do samej siebie niż do czarnobiałego strażnika.
Minęło trochę czasu, zanim na wyspie pojawiła się Różana Woń, niosąc ze sobą garść ziół. Medyczka wyglądała na znużoną, a w jej spojrzeniu nie było ani szczególnej troski, ani ciekawości. Przekazała Borówkowej Słodyczy lekarstwo niemal mechanicznie, wyjaśniając krótko, jak ma je przyjąć, po czym bez zbędnych słów odwróciła się i ruszyła z powrotem w stronę obozu.
Borówkowa Słodycz przełknęła gorzkie zioła, krzywiąc się lekko na ich ostry smak, który na moment wypełnił jej pysk.
Westchnęła ciężko.
Miała dość tych wszystkich kotów. Tego chłodu w ich głosach, tej obojętności w ich spojrzeniach. Coraz częściej łapała się na myśli, że chciałaby zobaczyć ich cierpiących — tak samo bezradnych i samotnych, jak ona sama czuła się teraz.
Jednak gdzieś w głębi serca wiedziała, że Klan Gwiazdy pozostaje głuchy na jej błagania. Że ich życia dalej się toczą tak samo, jak dotychczas — beztroskie, łatwe oraz przyjemne… Dlaczego tylko dobre koty muszą zawsze cierpieć?


Wyleczeni: Borówkowa Słodycz