BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy i Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

06 maja 2026

Od Wrony Do Figi

Wrona spała, wtulona w brata oraz ojca. Szum drzew, zwiastujących porę nowych liści, obudził ją. Przeciągnęła się i pyrgnęła brata.– Hę? – mruknął zaspany Puchacz.
– Pobawmy się! – pisnęła, przebierając z łapy na łapę.
– W takim razie gonisz! – dotknął czubkiem nosa siostrę i popędził na zewnątrz.
– Hej! To niesprawiedliwe! – oburzyła się kotka, ale on już nie słuchał – I tak cię złapię!
Wybiła się i ruszyła w pogoń. Okrążyli stos zwierzyny, prawie przewrócili Hiacynta i nagle się zatrzymał.
„Mam cię!” -pomyślał kociak i dotknęła nosem jego karku. Była tak zaaferowana, że nie zauważyła, czemu się zatrzymał. Okazało się, że przed nim stał liliowy, duży kot.
– Ciocia Orchidea! – wymruczała, skacząc, próbując dotknąć jej nosa. Kotka zauważając to, pochyliła głowę, i kłapouchemu udało się w końcu dosięgnąć celu.
– Jak u was, maluchy? W co się bawicie?
– W berka! – odparł Puchacz.
– Złapałam go! – pochwaliła się Wrona.
– Super! A gdzie Topola?
– Śpi i gada coś przez sen – odpowiedział czekoladowy.
Ciotka zaśmiała się i rzekła:
– Wy małe energiczne stworzonka! – zaśmiała się – dajmy tacie spać i ja się wami zajmę.
Wrona miauknęła z zadowolenia i uciekła od Puchacza, mówiąc: „gonisz!”, lecz nagle się zatrzymała. Przy wejściu do obozu było jakieś zamieszanie. Właśnie otoczeni byli przez pobratymców Czereśnia, Purchawka i Smuga. Wyszli gdzieś rano, a było wysokie słońce, więc to na pewno było coś ciekawego. W tym tłumie była też jej matką, Figa, zastępczyni. Była naprawdę dumna z mamy, a kto jak nie ona wiedziałaby, co się dzieje? Przecisnęła się przez tłum i stanęła obok niej.
– Czereśnio, naprawdę, mogłeś mnie wziąć! Nic bym nie odwaliła!
– Cześć mamo! – pisnęła nieoczekiwanie, lekko zaskakując ją.
– O, cześć córciu? Co u ciebie?
– Dobrze, u Puchacza też, ale nie wiem, czy on nie ma orzecha zamiast mózgu.
Figa prawie parsknęła śmiechem.
– Nie martw się, jest większy. O coś chciałaś mnie zapytać?
– Tak. Gdzie był Czereśnia?
<Maaaamo?>

Od Zalotnej Gwiazdy

Nadeszła noc, w której aż trójka kociąt ze żłobka miała odbyć swój test na ucznia. Tęgosz, Seradela i Garbatek byli niemal w tym samym wieku, choć co do rudego kociaka nie była tego do końca pewna. Pojawił się w obozie tego samego dnia co dzieci Wrotyczowej Szramy, ale kto wie, kiedy tak naprawdę się urodził. Cienista Zjawa nie mówił o jego pochodzeniu zbyt wiele ani o matce, choć sam przyznał, że jest jego biologicznym ojcem.
Jej dzieci tak szybko rosły. Jeszcze niedawno Zalotna Gwiazda niosła je do obozu w środku nocy, po tym, jak zamordowała ich matkę, a dziś… mogła obserwować, jak stają się dorosłe. Ciekawe, czy Nadciągający Pomrok i Ognikowa Słota też kiedyś założą rodziny i doczekają się własnego miotu. O ile ta druga wciąż jeszcze nie opłakuje zdradzieckiego Porywistego Dębu, w którym — jak przypuszczała Zalotka — się zakochała. Liderce robiło się niedobrze na samą myśl, że kotka, którą wychowała w nienawiści do Klanu Gwiazdy, mogła żywić uczucia do takiego zdrajcy. Jak ona śmiała w ogóle z nim przebywać? Wiedziała przecież, że nie może rozmawiać z Iskrzącą Nadzieją i Miodową Korą, więc czemu miałaby móc zadawać się z owocami ich miłości? Okropieństwo.
Nieważne. Zalotna Gwiazda posłała Kocimiętkowy Wir z Tęgoszem, by ta wyprowadziła cętkowanego kocura w las. Sowiemu Zmierzchowi przypadło odprowadzić Seradelę, a Garbatek został powierzony Wilgowej Goryczy. Przy tym ostatnim w umyśle szylkretowej przywódczyni pojawiła się myśl. “Ten kociak nie wróci do obozu żywy” — przemknęło jej przez głowę, gdy koniuszek czekoladowo-białego ogona znikał z jej pola widzenia. Był zbyt słaby, zbyt pokraczny i zdeformowany, by przeżyć tę noc. W Klanie Wilka uchowywali się tylko najsilniejsi, a nie ci, którzy nie potrafili nawet normalnie chodzić. Garbatek nie przyniósłby tej przynależności niczego poza wstydem. Na szczęście nie musiała się martwić o jego eliminację — była niemal pewna, że takie “odpadki” usuwają się same.

* * *

Podczas gdy ona drzemała smacznie, trójka kociąt walczyła o życie w dzikim, wilczackim lesie. Zalotna Gwiazda nie śpieszyła się za bardzo. Powoli z rana wyczyściła swoje futro, poprzeciągała się i kilka razy ziewnęła, próbując się do końca rozbudzić. A gdy już wykonała swoje poranne rytuały, wreszcie wspięła się na pień i mruknęła:
— Czas przyprowadzić do nas kocięta, które tej nocy odbywały swój test na uczniów! — ogłosiła, na co Kocimiętkowy Wir, Sowi Zmierzch i Wilgowa Gorycz podnieśli głowy. Zalotka ruchem pyska wskazała im wyjście z obozu, czekając, aż wojownicy wybędą z azylu.
Na chwilę zeszła z pnia, aż dopóki w obozie nie zjawił się Tęgosz wraz z Seradelą. Garbatka wciąż nie było, ale Zalotna Gwiazda była na tyle przekonana, że czekoladowy kociak zmarł, że postanowiła rozpocząć ceremonię bez niego.
— Niech wszystkie koty Klanu Wilka zdolne do samodzielnego polowania zbiorą się przed mównicą! — rozkazała, rozglądając się po azylu i po wojownikach, którzy jeszcze trochę sennie wychodzili ze swoich legowisk, jak dżdżownice podczas deszczu.
W tłumie dostrzegła rudego cętkowanego kocura i niebieską srebrzystą kotkę. Posłała im pokrzepiający uśmiech, po czym kontynuowała:
— Wiedziałam, że nie zawiodę się na tej dwójce młodych kotów — mówiła z dumą, jako iż w obu kociętach pokładała spore nadzieje. — Tęgoszu, wystąp — nakazała.
Gdy zielonooki wysunął się na środek polany, Zalotna Gwiazda rozejrzała się jeszcze raz po zgromadzonych wojownikach, upewniając się, że jej wybór co do mentora będzie słuszny. Potem wróciła spojrzeniem do rudofutrego.
— Od dziś, aż do zakończenia treningu, będziesz zwany Cętkowaną Łapą, a twoją mentorką zostanie Tropiąca Łaska. Jestem pewna, że przekaże ci całą wiedzę, którą wcześniej zdobyła od samego zastępcy tego klanu — ogłosiła, czekając, aż czekoladowa szylkretka wysunie się z tłumu i dotknie nosem ze swoim nowym uczniem. Wojowniczka wyszkoliła już Nocnego Śpiewaka, więc czemu miałaby nie dostać drugiego podopiecznego? Zalotna Gwiazda ufała jej i patrzyła w jej stronę całkiem przychylnie — głównie przez to, że jeszcze jakiś czas temu Tropiąca Łaska kleiła się do liderki, jak rzep.
— Seradelo, wystąp — poleciła szylkretka, gdy Cętkowana Łapa wraz ze swoją mentorką odsunęli się na bok. Swoją drogą, rudy kocur dostał takie imię na cześć Prążkowanej Kity. Może i u schyłku jego życia Zalotka nie dogadywała się z nim najlepiej, tak wciąż był on jej pierwszą i tak właściwie jedyną miłością.
Gdy srebrna kotka podeszła pod mównicę, brązowooka uśmiechnęła się jeszcze szerzej i oznajmiła:
— Od dziś, aż do zakończenia treningu, będziesz zwana Seradelową Łapą, a twoją mentorką… zostanę ja sama.
Oczy młodszej zalśniły. Kotka niemal zamarła w szoku, a wtedy przywódczyni zeszła z pnia i dotknęła czubka jej nosa swoim własnym. Seradela zmrużyła ślepia i szepnęła:
— Obiecuję, że będziesz ze mnie dumna.
Zalotna Gwiazda już miała kończyć tę szopkę i dać się rozejść swoim wojownikom, gdy nagle usłyszała coraz to głośniejsze kroki. Zwróciła uszy w stronę wyjścia z obozu, a już po chwili pojawił się w nim Wilgowa Gorycz. Jak się okazało, nie przybył sam. Koło jego łapy chwiejnie szedł Garbatek. Na nieszczęście, był cały i zdrowy. Nie martwy, tak, jak wydawało się każdemu.
Szylkretka zauważyła, że wcześniej przygnębiony pysk Wrotyczowej Szramy, teraz się rozjaśnił. Strzepnęła gniewnie ogonem, po czym odchrząknęła i wróciła na mównicę, z odrazą śledząc wzrokiem ruchy czekoladowego kociaka.
— No proszę… co za niespodzianka — mruknęła pod nosem. Gdy pręgowany ustawił się między silnymi, zgrabnymi członkami Klanu Wilka, Zalotka nakazała mu wystąpić.
Gdy Garbatek znalazł się w centrum uwagi całego klanu, brązowooka zaczęła mówić:
— Od dziś, aż do zakończenia treningu, będziesz zwany Garbatą Łapą — tu przerwała, by szybko objąć wzrokiem możliwych mentorów. Przeżycie czekoladowego zbiło ją z tropu. Nawet nie zastanawiała się nad tym, kto mógłby go szkolić, bo nie sądziła, że ten moment nadejdzie. — Twoją mentorką zostanie Cykoriowy Cykor. Myślę, że do siebie pasujecie — stwierdziła, uśmiechając się złośliwie.
Przez pierwsze kilka uderzeń serca pręgowana wojowniczka nawet nie raczyła wychylić się z tłumu, co dla Zalotki było przezabawne. Pewnie przynosiło to wstyd biednemu Garbatkowi, który już teraz wyglądał, jakby chciał się zapaść pod ziemię.
W końcu jednak jakiś wojownik popchnął Cykorię do przodu i zmusił ją do wyjścia naprzeciw swojemu nowemu uczniowi. Pomarańczowooka z obrzydzeniem dotknęła jego nosa, a potem przewróciła oczami i nawet nie czekając na swojego ucznia, uciekła gdzieś na bok.

* * *

Zaraz z rana Zalotna Gwiazda zjawiła się w legowisku uczniów. Seradela już nie spała, gotowa na pierwszy trening z samą liderką. W jej oczach błyszczała duma i ambicja, z czego szylkretka była ogromnie ucieszona. Już wiedziała, że szkolenie niebieskiej kotki będzie czystą przyjemnością.
Mogła być pewna, że gdy tylko zielonooka osiągnie wiek dziesięciu księżyców, zmierzy się z kimś w walce i wygra za pierwszym razem. Wyszkolona przez samą przywódczynię, stanie się jednym z najsprawniejszych i najbardziej oddanych wojowników, jakiego Klan Wilka kiedykolwiek posiadał.

Od Modliszkowej Ciszy CD. Mniszkowego Nektaru

– T-to czy chciałbyś coś razem albo gdzieś coś porobić?… – wymamrotał cicho Mniszkowy Nektar. W tej niezręcznej ciszy kocur złapał łapami ogon. Zasłonił ogonem pysk, co wyglądało komicznie. Położył po sobie uszy i poruszył wibrysami, wyglądając jak zraniona łania. Kremowy uniósł lekko łeb z zainteresowaniem, na jego pysku zawitał niemal niezauważalny uśmieszek, najwyraźniej rozbawiony zachowaniem Mniszka.
Przez chwile w ciszy wpatrywał się w kocura, zastanawiając się nad swoją odpowiedzią.
– Czemu nie. Co proponujesz? – Mimo że nie powinien się zgodzić, coś w liliowym go fascynowało. Niczym zagadka prosząca się o rozwiązanie.
Mniszek podekscytowany rozejrzał się po okolicy, energicznie niczym małe kocie.
Liliowy w końcu się podniósł i poszedł w kierunku wody, a Modliszkowa Cisza za nim, zainteresowany dokąd ten go prowadzi. Słońce wychyliło się zza chmur, świecąc kocurom prosto w siatkówki. Gdy dotarli na plażę, Klifiak ponownie się rozejrzał, najwyraźniej zastanawiając się, co ma teraz zrobić. Mniszek pogrzebał łapą w piasku, aż znalazł ciekawy przedmiot, który odbijał światło od słońca. Niepewnie chwycił go do pyszczka i przerzucił na drugą stronę, żeby kremowy również mógł się temu przyjrzeć.
– Jak myślisz, co to jest? – spytał kocur. Liliowy zamruczał pod nosem, po czym rozciągnął grzbiet i niezgrabnie położył się na piasku, czując, jak morska bryza mierzwi jego futro.
Na widok błyszczącej kuli Modliszka zmarszczył pysk, przyglądając się uważnie, jak toczy się po jasnym piasku.
– Pierwszy raz widzę coś takiego.– powiedział, odrzucając kulkę liliowemu. – a ty widziałeś kiedyś coś podobnego?
Mniszek odwrócił łeb, wpatrując się w błękitną taflę wody, najwyraźniej przeszukując odmęty swojej pamięci, po chwili ciszy zrezygnowany pokręcił łbem.
Gdy tylko świecąca kula przeturlała się pod jego łapy, podniósł uszy, a źrenice rozszerzyły się do wielkości dwóch żuków, wygiął grzbiet w łuk i wyskoczył na dziwny przedmiot niczym piecuch dwunożnych.
Modliszka usiadł wygodnie na rozgrzanym piasku, owijając ogon wokół łap, wpatrywał się w wojownika, lekko zdezorientowany zachowaniem rozmówcy.
– Czy to prawda, że wy, klifiacy polujecie kraby? – zapytał, rozpraszając liliowego od polowania na martwy obiekt.
Wojownik strzepnął uszami, obracając łeb w stronę pręgowanego. Potrząsnął łbem, a jego ślepia wróciły do normalnej postaci. Ze zmieszanym wyrazem pyszczka odpowiedział.
– Tak polujemy, znaczy, polują, bo ja nigdy tego nie robiłem. Sam wiesz, kraby to przerażające stworzenia! – splunął liliowy.
– Szkoda. – mruknął, po czym odwrócił głowę, by spojrzeć na spokojną wodę. Pożywienie w klanie burzy było dość nudne, przynajmniej według Modliszkowej Ciszy. Ssaki były mało interesujące.
– A-Ale mogę dla ciebie to zrobić! – Zaczerwienił się kocur, wzdychając na boku. – Moja siostra mówiła, że niektóre kryją się przysypane górką piasku... Znajdźmy pozytywy tej sytuacji, możemy spędzić trochę czasu... Szukając krabów.
Burzak wytrzeszczył zielone ślepia.
– Naprawdę? – zapytał, przesuwając swój pysk bliżej liliowego pyska rozmówcy.
Na chwile zapominając o granicy, gdy tylko sobie to uświadomił, szybko cofnął łeb.
– To przeszukam piasek. – mruknął, lekko zawstydzony swoim bezmyślnym zachowaniem.

<Mniszkowy Nektarze?>

Od Pożarowej Łapy Do Iskrzącej Nadziei

– Lisie Łajno! – mruknęła pod nosem, wychodząc ze Skruszonego Drzewa. Kopnęła łapą kamyk z irytacji. Po raz kolejny poszła do Zawodzącego Echa, wnioskując o zmianę mentora. Przecież jeżeli dostawała takie mysie móżdżki, które jej swoją drogą nienawidziły z wzajemnością, to jak miała kiedykolwiek dostać tą swoją głupią ceremonię?! Jej na niej zupełnie nie zależało. Nazwać mogła się równie dobrze sama. Co dla niej za różnica czy nazywa się Pożarowa Łapa, Pożar czy Pożarowy Ogon? I tak miała już umiejętności, przetrwała kilka księżyców, polując sama dla siebie, przetrwała Betonowy Świat, przetrwała drogę powrotną, przetrwała nawet walkę z wilczakami! Ale nie! Pożarowa Łapa jest kozłem ofiarnym, którego nikt nie mianuje, bo nikomu się nie chce! A wszyscy każą jej dostać ten głupi tytuł. Ona już była wojowniczką! Nie potrzebowała afirmacji! To tylko wymóg innych. Echo powiedział jej to samo co za każdym poprzednim razem. Że nic się nie zmieni i że musi jakoś wytrzymać (powiedział to, co prawda dużo mniej dyplomatycznie, ale dla jego dobra to lepiej, że Pożar o tym zapomniała). Podeszła do niej ta głupia srebrna wywłoka.
– Pożarowa Łapo, idziemy na trening.
Sierść jeszcze bardziej uniosła jej się na karku.
– Nie będziesz mi rozkazywać jak jakiemuś szczylowi! – wypluła. Płomykówka popatrzyła na nią tylko z neutralnym wyrazem pyska.
 – Chodź. Idziemy. – Tym razem to Pożar zakomenderowała. Cętkowana nie miała powodu, żeby się nie zgodzić. I tak musiała odbębnić ten trening.

***

Wronia strawa nareszcie pozostawiła ją samą. Dzięki temu Pożar mogła zapolować w spokoju. Robiła to dobrze. Lepiej od jakiegokolwiek ucznia. Zupełnie jakby jej przedłużony trening był spiskiem rządu… No tak. Był. Goniła zająca przez wrzosowiska zdeterminowana, by go złapać. Niestety nie udało jej się tym razem go dogonić. W pewnym momencie szarak przeskoczył przez rów i pokicał w las. Pożar o mało w ów rów nie wpadła, udało jej się jednak gwałtownie zahamować. Musiała wyćwiczyć kondycję po pobycie w żłobku. Popatrzyła, jak zając oddala się od niej, uciekając w głąb gąszczu. Wyrównując oddech po biegu, popatrzyła pod łapy w dół rowu. Wtedy dobitnie uświadomiła sobie, gdzie jest. Miała wrażenie, że żółte krwiożercze oczy patrzą na nią z dołu. Cofnęła się. Dotknęła częściowo urwanego ucha i zaczęła cofać się coraz dalej od granicy. Jej oddech był płytki i szybki, bicie serca również. Rozglądała się wokoło, jakby zagrożenie miało za chwilę nadejść z każdej strony. Wspomnienia krwistej walki i tej kocicy o żółtych oczach powodowały u niej ogromny niepokój. Prawdopodobnie nie wycofywałaby się tak powoli, gdyby wiedziała, że patrzy na nią inna para żółtych oczu… łudząco podobna para.

<Iskra?>

Nowa członkini Klanu Gwiazdy!


NENUFAROWY KIELICH
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zawał serca

Odeszła do Klanu Gwiazdy!

ROZPROMIENIONY SKOWRONEK
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zmiażdżenie

Odszedł do Klanu Gwiazdy!

Od Liliowej Łapy CD. Ulewnego Szkwału

Liliowa Łapa starannie wylizywała ranę po walce z sokołem ćwierć księżyca temu. Różna Woń opatrzyła jej ranę, a Gąbczasta Perła codziennie sprawdzała. Na szczęście ptak zaatakował w mało wrażliwym miejscu, a zakażenie się nie wdało. Rozmyślała cały czas o Sośnie, bracie, śmierci matki, a jednocześnie o chęci wysłuchania opowieści Nenufarowego Kielichu, których słucha przy sprzątaniu legowiska starszej, chęć zostania wojownikiem i wspólnego polowania z przyjaciółmi. Miała wrażenie, że między tymi dwoma światami była wąska, lecz głęboka przepaść gdzie spadnięcie skutkowało śmiercią. Z jednej strony czuła się, jakby zdradzała swój ukochany klan, za którego może oddać życie, a z drugiej strony nie chciała traktować Mroka jak obcego kota. W dodatku, gdy usłyszała o możliwości szpiegostwa dla samej liderki, chciała bardzo udowodnić, że się do tego nadaje, choć Szkwał w nią nie wierzył. Na szczęście po rozmowie z Urodziwą Łapą poczuła się lepiej i postanowiła żyć jak zawsze. Nagle z zamyślenia wyrwał ją głos Czosnkowej Krewetki.
— Witaj Liliowa Łapo! Jak rana? Gąbczasta Perła powiedziała, że możesz wracać do treningu, ale żebym najpierw sprawdziła, czy na pewno.
Liliowa wystrzeliła z posłania jak proca.
— Tak! Jestem gotowa! Jak będę tu siedzieć jeszcze jeden dzień, to czuję, że rozniosę to legowiska.
U mentorki w oczach ukazał się błysk rozbawienia i czegoś jeszcze jakby dumy.
— W takim razie chodźmy temu zapobiec. — Machnęła ogonem w stronę wyjścia, a uczennica podreptała do szylkretki i po zetknięciu się nosami skierowały się do wyjścia z obozu. Kiedy przepłynęły rzekę, koteczka myślała, że się tu zatrzymają lub skręcą w głąb terytorium, ale zamiast tego nadal kierowały się w stronę morza. Zanim uczennica zdążyła zauważyć, znaleźli się na wybrzeżu. Fale zmywały piasek, a kolorowe muszelki ozdabiały jego całą powierzchnię.
— Czosnkowa Krewetko, czemu mnie tu przyprowadziłaś?
— Twoim zadaniem będzie złapać morską rybę. Musisz zejść w głąb morza, jeśli chcesz to zrobić, a piana morska i wiatr mogą ci to utrudniać. Ja będę na brzegu i będę patrzyła na twoje postępy.
Liliowa Łapa otworzyła szerzej oczy, nigdy nie łowiła w morzu, a kotki nie będzie blisko niej, jednak skoro mentorka myśli, że da radę, to da radę.
Wsunęła łapę pod wodę. Czuła, jak obmywa ona całą jej nogę. Weszła głębiej, aż po brzuch. Kiedy tak szła, zauważyła małe rybki odpływające od niej, ale i tak one były tylko na przełknięcie. Musiała złapać normalnej wielkości rybę, nic więcej. Stanęła nieruchomo, lekko uginając tylne nogi do wyskoku i czekała na swoją ofiarę. Jednak czekanie trochę trwało. Znudzona Liliowa Łapa w końcu zauważyła dorsza szukającego pożywienia w piasku. Niestety, zanim kotka zdążyła położyć swoje łapy na zwierzęciu, ten odpłynął w głąb morza. Zdenerwowana uczennica uderzyła łapą, rozpryskując wodę na boki.
"Spokojnie Liliowa Łapo, jeszcze raz" — powiedziała do siebie i zdeterminowana znowu przystąpiła do obserwacji.
Tym razem stała nieruchomo jak głaz, jedynie wiatr i morskie fale mierzwił jej futro. Musi to zrobić! Nie może zawieść swojej mentorki! Nagle kątem oka zauważyła jakiś błysk. Uczennica zmrużyła oczy i przyjrzała się bliżej. To rybie łuski! Okazało się, że należą one do łososia rozglądającego się na boki, jakby czegoś szukał. Albo się zgubił. Lilijka wyczuła moment i skoczyła na rybę. Przestraszony próbował uciec, lecz kotka była szybsza i przygniotła go łapami. Łosoś wił się, starając wymknąć się spod kończyn, ale Lilia mu na to nie pozwoliła. Szybko wzięła go w szczękę i zabiła go, zaciskając na nim swe zęby. Udało jej się! Zadowolona pobiegła w stronę mentorki, a woda spowalniała jej ruchy.
— Ciosnkowa Krefetko! — zawołała, sepleniąc przez trzymaną w szczęce zdobycz. — Złapałam łososia!
Mentorka chyba ją zrozumiała (albo odczytała to po jej wyrazie pyska i po tym, co w nim miała) i uniosła z dumy ogon do góry, podchodząc kilka kroków do spienionego morza.
— Jestem bardzo z ciebie dumna, Liliowa Łapo.
Uczennica położyła rybę koło jej łap i zamruczała w podziękowaniu za te słowa.
— Chyba to najwyższy czas, aby ci to powiedzieć — rzekła szylkretka. Kotka nie wiedziała, co o tym sądzić — czy Czosnkowa Krewetka nie będzie jej już szkolić? Czy widziała Mroka walczącego razem z nią z sokołem?
— Liliowa Łapo — zaczęła. — Bardzo szybko się uczysz. Walkę opanowałaś prawie do perfekcji, co widać przy akcji z drapieżnym ptakiem.
Kotka się speszyła
— Ale... On był bardzo poharatany...
— Lecz w twoim wieku to i tak duże osiągnięcie. Na polowaniu jesteś precyzyjna w tym, co robisz i szybka. Nauczyłam cię wszystkiego, co umiem. Według mnie jesteś gotowa, aby zostać wojowniczką.
Liliowa Łapa nie spodziewała się tego. Myślała, że wojowniczka żartuje.
— Naprawdę?
— Naprawdę. Mandarynkowa Gwiazda też się zgadza.
Uczennica myślała, że odleci ze szczęścia. Fajnie jest być uczniem, ale perspektywa mianowania bardzo ją przekonywała.
— Chodź, zanieśmy to wszystko! — rzekła mentorka, idąc w stronę obozu.
Przed napadem borsuków
Liliowa Łapa leżała w swoim legowisku, ziewając z nudów. Księżyc w pełni świecił wysoko, był czas zgromadzenia, jednak ona nie została wybrana, aby na niego pójść. Z nią byli też Rezedowa Łapa, który powoli zasypiał na swoim posłaniu, oraz Narwana Łapa, który bawił się liśćmi. Wszystko wskazywało na to, że ten wieczór będzie spokojny. Kątem oka zobaczyła Senną Łzę idącą w stronę legowiska medyka. Czy ona nie miała być na zgromadzeniu? Kotka postanowiła to sprawdzić
— Cześć, Senną Łzo! Czemu nie jesteś na zgromadzeniu?
— O, cześć, Liliowa Łapo, Różana Woń mnie odesłała, mówi, że mam duży katar i lepiej, żeby ktoś mnie zobaczył.
— Jeśli chcesz, chętnie cię odprowadzę. I tak nie mam co robić!
— Dziękuję, Lilio. Chodźmy.
Plotkując, dotarły do legowiska medyka. Tam Gąbczasta Perła zbadała ją i dała kupkę ziół.
— Proszę — powiedziała do szylkretka. — Zjedz to.
Kotka przeżuwała spokojnie liście, a następnie położyła się spać.
Nagle lilijka usłyszała jakiś krzyk.
— Borsku!
Hmm, może powinna zobaczyć, o co chodzi? Wydawało się jej, że to głos mentorki, więc może ją woła.
Jednak później okazało się, że to nie było przywołanie. To było wołanie na pomoc. Przed jej oczami Czosnkowa Krewetka próbowała się uwolnić od wielkich łap... Borsuka!
Już chciała ruszyć na pomoc, ale Świteziankowe Jezioro zagrodził jej drogę.
— Ty, Rezedowa Łapa i Narcyzowa Łapa pilnujcie żłobka, my się tym zajmiemy — potem zaatakował borsuka.
Z legowiska wojowników na przodzie z Niezapominajkową Nadzieją koty wyszli z legowiska,
atakując zwierzę. Ze strony wyspy dla więźniów wyszedł Lśniąca Ikra ze Stroczkową Nadzieją, wydał mu rozkazy i sam wskoczył do wrzawy bitwy. Z tunelu wydał się wrzask drugiego borsuka, mrożący krew w żyłach, okazało się, że Pierzasta Kołysanka wczepiła się w zad, a dymny ruszył na pomoc. Rozpromieniony Skowronek w tym czasie bohatersko rzucił się na borsuka przygniatającego Czosnkową Krewetkę.
— Klanie Gwiazdy, pomóż! — pomodliła się w myślach i przybliżyła się do Flaminga i jego matki, aby ich chronić. Słyszał, jak czarny point się irytował, ale próbowała to zignorować
Tyle się tu działo! Liliowa Łapa oddychała ciężko, próbując nie zemdleć. Borsuk, próbujący zrzucić z siebie kremowego, zmienił taktykę i przewrócił się na bok, przygniatając kocura, który wydał z siebie wrzask, a potem w powietrzu rozległo się głośne chrupnięcie. Czy on ... zmarł? Popatrzyła na Narcyzową Łapę, chyba on też tak uważał. Borsuk, który wcześniej blokował wejście do obozu, zniknął. Gdzie on jest?! Wątpiła, żeby tak sobie po prostu poszedł. Pierzasta Kołysanka i Lśniąca Ikra łapali oddech, a z pyska księżniczki wydobył się ledwo słyszalny stęk bólu. Nagle podskoczyła, słysząc krzyk, a następnie widząc borsuka wychodzącego z legowiska starszyzny.
"Nenufarowy Kielich!" — krzyknęła w myślach. Nie darowałaby, gdyby starsza umarła. Już miała lecieć w tę stronę, ale wtedy wyleciał Żmijowcowa Wić, a za nim Trzcinowy Szmer i rzucili się na napastnika. To nie będzie zbyt mądre, jakby poleciałaby tak za borsukiem, więc nadal stała na swoim miejscu, chroniąc żłobka. Wtedy zobaczyła Wężynowy Splot, przeszukującej obóz.
— Hej, Narcyzową Łapo! Leć do legowiska starszyzny.
Kocurek zamrugał do niej oszołomiony.
— Co się tak ociągasz?! No nie stój tak! — krzyknęła do Narcyzowej Łapy, który zakłopotany poszedł na borsuka.
— NIE DAJ MU UCIEC! BIEGNIJ! — krzyknęła, aż kotkę rozbolały uszy. Nagle Wężynowy Splot najeżyła futro na karku i ruszyła w stronę legowiska wojowników. Borsuk próbuje się tam przedostać! Trzcinowy Szmer i Żmijowcowa Wić zauważając to, skoczyli na borsuka, jednak zwierzę ją złapało i kotka nie mogła się ruszać.
— Puszczaj, ty kupo futra! — warknęła.
Wężynowy Splot z Narcyzową Łapą w tym czasie walczyli z drugim napastnikiem. Borsuk próbował zrzucić kocicę, lecz ona mocno trzymała się jego grzbietu. Zza trzcin rozniosło się cichy, niemal niesłyszalny pisk. Borsuki znieruchomiały, nie zwracając uwagi na koty. W tym momencie z ciemności wyłoniła się Senną Łza, która skoczyła i złapała zwierzę za pachę, aby uratować walczącą. Borsuk obudził się z transu, ryknął i rzucił o ścianę Wężynowy Splot oraz Senną Łzę. Przerażona, przypatrująca się Gąbczasta Perła ruszyła do przodu.
Czarno-biały napastnik w tym czasie złapał za nogę szylkretki, która zaryczała z bólu, jak wróg przyszpilił ją do ziemi. Liliowa Łapa postanowiła pomóc, skoczyła na niego i ugryzła go w ucho. Borsuk zrzucił ją, ale ona się tak prędko nie poddawała. Skoczyła i zatopiła pazury w zad zwierzęcia. Przerażone miauknięcia uniosły się, gdy borsuk, do którego przyczepiony był Żmijowcowa Wić, dotarł do celu. Zdeptał trzciny, a ich oczom ukazała się Korzenna Łapa z czymś piszczącym. To piszczące coś od razu wypełzło w jego stronę, ocierając się węgielkowym nosem. Czy to młode borsuka? Wężynowy Splot wstała, a drugi borsuk teraz tylko harczał gdy zauważył, że młode jest bezpieczne.
— Ty głupia uczennico! Prosisz się o śmierć? Puszczaj go! — wrzasnął zirytowany Żmijowcowa Wić i szczerze, liliowa wcale mu się nie dziwiła.
— Korzenna Łapo, puszczaj go, bo wszyscy zginiemy! — zawtórowała Trzcinowy Blask.
— Ale on był sam, w lesie! Miałam go tak zostawić? — zapiszczała, bliżej przytulając młode ku zdenerwowaniu borsuczycy. Wiedziałam, że mnie nie zrozumiecie, więc go schowałam!
— Tak, miałaś go tam zostawić! Wiedziałem, że czekoladowe koty przynoszą pecha! — powiedział zezłoszczony Złocisty Widlik.
— I co? Wtedy ktoś z was by przyszedł i by go zabił!
— Na wszystkie ryby w rzece! — wycedził Żmij. — Za chwilę ja rzucę tym bachorem o matkę jeśli go nie oddasz!
Zła Gąbczasta Perła odciągnęła swoją córkę na bok, a Liliowa Łapa wylizywała jej rany.
— Dziękuję — szepnęła Gąbczasta Perła. Lilijka zamruczała w odpowiedzi.
Korzenna Łapa postawiła łapę przed małym, sprawiając, że borsuk zwiększył swe rozmiary
— Nie! Nie oddam go tej ... Tej nieodpowiedzialnej głupiej matce! Pewnie sama go tak zostawiła!
Ktoś krzyknął: niech ktoś ją złapię, niech się opamięta!
— Oszaleje zaraz! Ty egoistyczna, głupia wypluwko! — Zeskoczył z samicy borsuka i obracając się w skoku, poleciał na siostrzenicę, odrzucając ją do tyłu. Złapał ją za pierwszą lepszą część ciała i odciągnął na tyle, na ile umiał, aby borsuczyca nie rzuciła się na nich.
Gdy tylko jej szczenię znalazło się z dala od reszty kotów, przyciągnęła je do siebie dużą, czułą łapą, intensywnie obwąchując je swoim mokrym nosem, po którym ściekała świeża posoka. Szczenię pisnęło w stronę matki, wyciągając do niej swój maleńki pyszczek i szukając znajomego ciepła. Paroma liźnięciami udało jej się uspokoić młode, które wtuliło się w jej pokaźnych rozmiarów łapę. Samica zadarła łeb ku górze, mierząc wszystkich wokół niej swymi maleńkimi ślepkami.
— Wyhrr... Koty... Głupie! Jahrr dzieci! Łase na cudzhrre małe... — wycharczała.
— Co ona mówi? — spytała Liliowa samą siebie.
— Co tak siedzisz jak bezbronny kociak! Zrób coś! Może przeproś, że zabrałaś jej dziecko? - warknął zezłoszczony Żmijowcowa Wić.
— Mam przepraszać... borsuka? — splunęła, wprowadzając większe niezadowolenie.
— Sprowadziłaś problemy? To teraz się z tym mierz mysi móżdżku — syknął Złocisty Widlik na Korzeń.
— Ja przynajmniej go mam, a teraz milcz! — odpowiedział Żmijowcowa Wić.
— Wargi nohrr was nie dothnie. Nihdy. Tahi sam. Karhhdy! Tamhi terr. Potwohrr i wy i oni — powiedziała borsuczyca.
— My nie jesteśmy potworami! To wy właśnie wtargnęliście do nas i zabiliście nam koty! Kto niby jest jeszcze tak okropny niby? Jakie wargi? - odpowiedziała Trzcinowy Szmer.
— Koty. Potwohrr. Od pothworr lud wasz wyhredl i potwohrr jest. Kahry kot. Jah wy tah i oni. Rah jur zabrhali — mówiąc to, borsuczyca bliżej przyciągnęła do siebie szczenię, pokazując na nie nosem. — Nie da druhi rah kot zabrah.
Niezapominajkową Nadzieją lekko schyliła łeb, aby ta nie widziała jej już może jako zagrożenie. Na młode nawet nie spojrzała.
— Co chcesz przez to powiedzieć? Co masz na myśli..? Nie chcieliśmy problemów, na prawdę, przepraszamy…
— Czy mieliście drugie dziecko i ktoś go wam zabrał? — miauknął piastun.
Fuknęła. Przez chwilę wpatrywała się oczkami jak guziczki w Złocistego Widlika, jakby próbując skupić się na zrozumieniu jego słów. W końcu zdało się, że dotarło do niej znaczenie zdania wypowiedzianego przez piastuna, na co wskazywały położone uszka.
— Inni. Jah wy. Wiohen tehru wiele. Zabrrhli wyhtko. Bóhr, nohry, dzierrhi. Tyho Warga zostah. Zostaho nih prarhie— Rozłożyła łapy, pokazując pustkę między nimi.
Złocisty Widlik odwzajemnił spojrzenie borsuczycy ze spokojem w zielonych oczach.
— Koty zabrały wam teren? — miauknął.
— I ilu was było? — dopytał po chwili.
— Ale co to Warga? — dopytała Trzcinowy Szmer, która nie dostała odpowiedzi.
Wskazała na niebo. Liliowej ukazała się konstelacja gwiazd, przypominającej niedźwiedzia, albo borsuka
— Warga.
— To wasza wiara? Znaczy przodek lub coś tego typu? — mruknął piastun. Może to taki ich Klan Gwiazdy.
Przytaknęła.
— Nie pohie. Koty. Niehorne zauhania. Rahnią. Obiecują. Khramcy.
— Po co te pogaduchy? Zabierzcie malucha i idźcie z tąd — miauknął zirytowany Żmijowcowa Wić
Przekręciła głowę. Nie do końca rozumiała niektórych słów kocura.
— Warga czuha. Wargi nohrr dobhry. Jak mahtka. Warhi bhak — Borsuczyca ponownie pokazała pustkę między łapami, nieco je rozkładając, w geście zrezygnowania.
— Do widzenia! — miauknęła Niezapominajkowa Nadzieja.
Liliowa Łapa zrozumiała czyny borsuczyca. Chroniła to, co jej pozostało. Rodzina nawet dla nich była ważna. Tak bardzo tęskniła za matką i za Mrokiem... czemu on zawsze musi nawiedzać jej myśli? Ale, czy to jej tak przeszkadzało?
— Żegnajcie! — krzyknęła za nimi. Borsuczyca odwróciła głowę i mrugnęła. Czy ona chciała jej coś przez to powiedzieć? Odwzajemniła gest i machnęła ogonem na pożegnanie.
Koty w obozie sprawdzały swoje rany. Złocisty Widlik rozmawiał ze Stroczkową Nadzieją, który miał w pysku zioła, a Niezapominajkową Nadzieja pomagała Trzcinowemu Szmerowi.
Liliowa weszła do legowiska medycznego. Popatrzyła na nieprzytomną mentorkę. Czemu jednak nie ruszyła jej na pomoc? Może by nie była w takim złym stanie. Obok niej krzątała się Gąbczasta Perła.
— Gąbczasta Perło, czy ona... przeżyje?
Kotka popatrzyła na nią ze współczuciem.
— Nie mogę ci tego obiecać. Ale zrobię co w mojej mocy, obiecuje.
Popatrzyła na poturbowaną Senną Łzę.
— Może zostanę przy niej? Masz dużo pracy, a ja będę ją oglądać
Medyczna zamrugała z wdzięcznością.
Nagle do legowiska wpadł przerażony Rezedowa Łapa.
— Gąbczasta Perło! Nenufarowy Kielich nie żyje!
Kotkę wmurowało, a lodowaty dreszcz przeszył jej ciało. Dlaczego akurat teraz! Była emocjonalnie przywiązana do niej
— Jak zginęła? — zapytała z drżącym głosem.
— Nie miała żadnych ran na ciele, ale była zwinięta w głąb legowiska. Chyba dostała obrażeń wewnętrznych.
Kotka była bardziej wściekła na Korzenną Łapę. To wszystko przez nią! Chętnie ucięłaby jej uszy. Za dużo straciła. Z obozu dobiegł hałas. To były wracające koty ze zgromadzenia. Wyszła, zauważając, że automatycznie idzie do Ulewnego Szkwału. Zobaczyła fińskiego kocura, rozmawiającego z Przypaloną Łapą.
Podbiegła do niego, chcąc opowiedzieć o wydarzeniach.

<Ulewny Szkwale>
[2412 słów]

Od Wełnistej Mszycy CD. Księżycowego Odłamka

Sprawnie zmienili temat rozmowy. Wełnista Mszyca musiała przyznać, że od dobrej kwadry była w tyle z tym, co działo się w obozie, w szczególności poza lecznicą, nie licząc stanu zdrowia pacjentów oraz liczby zgonów. Pomysły Baziowej Łapy zdawkowo docierały do jej uszu, jednak Księżycowy Odłamek pomógł albinosce się z nimi zapoznać. Zeszli z głównej ścieżki, zajmując miejsce z boku, nieopodal krzewu.
Mimo że kotka starała się uważnie słuchać tego, co do niej kocur mówił, jej myśli wciąż krążyły wokół jej własnego wyznania sprzed chwili. Nigdy nie sądziła, że byłaby gotowa porzucić ścieżkę medyka, jednak jeśli dzięki temu naprawdę uszczęśliwiłaby srebrzystego przyjaciela, jak i on sam by tego pragnął, byłaby gotowa to uczynić.

~ ~ ~

Zniknął. Tak po prostu zniknął.
Wełnista Mszyca przez dłuższą chwilę stała jak wryta, nie spuszczając spojrzenia z dymnej kocicy, która dzieliła się z pobratymcami informacją dotyczącymi losu Księżycowego Odłamka. Kotka nie wierzyła własnym uszom. Przecisnęła się naprzód, opuszczając bok Skrzydlatej Płomykówki i stając naprzeciw Dryfującego Fluorytu. Miała ochotę nakrzyczeć na wojowniczkę, obarczyć ją winą za to, co spotkało kocura, jednak złość w niczym by nie pomogła. Zacisnęła oczy, starając się wyzbyć się pesymistycznych wizji.
Gdy powróciła do lecznicy, pierwszym, co uczyniła, było złożenie modłów do przodków zamieszkujących Srebrzystą Skórę, aby zapewnili bezpieczeństwo zaginionemu. Miała nadzieję, że jej prośba dosięgnęła gwiazd.

~ ~ ~

Podsłuchała rozmowę ojca z jednym z kotów. Ku zaskoczeniu albinoski, jej ojciec rozmawiał z Skrzypiącym Skrzypem. Szara Skóra nie krył zadowolenia w związku z uprowadzeniem Księżycowego Odłamka przez dwunożnych, doszukując się kary za to, że wyznał miłość medyczce i namieszał jej w głowie. Dziwnie było obserwować ojca dążącego niechęcią Księżyca, gdy za czasów kocięcych Alba z przyjemnością dzielił się w kociarni z ciekawskimi kociętami różnymi informacjami i historiami, w szczególności z małym Księżycem, który był jego głównym słuchaczem informacji na temat jego potomstwa i ich wyjątkowości.
Co jeśli Szara Skóra miał rację? Co jeśli Klan Gwiazdy w jakiś sposób przyczynił się do porwania Księżyca przez dwunożnych? I to tylko dlatego, że Wróżka chciała zadbać o samopoczucie jednostki, a nie o grupę.
Osunęła się na trawę, wierząc w to, że jakoś przyczyniła się do zaginięcia kocura. Skrzypiący Skrzyp drgnął uchem, gdy zrozumiał, że ktoś nieproszony znajduje się w okolicy. Ruchem głowy wskazał na miejsce, gdzie skrywała się Wełnista Mszyca. Razem z Szarą Skórą powoli zbliżyli się w kierunku kryjówki asystentki medyka.
– W–Wróżka? – Zaskoczony van poruszył nerwowo uszami, przenosząc pośpiesznie spojrzenie na ojca albinoski stojącego za nim. – To Wełnista Mszyca...

~ ~ ~
Pora Nowych Liści

Zajmowanie się chorymi, jak dotychczas, jednak większość rzeczy w lecznicy wykonywała automatycznie bez zbędnej radości. Gdy Złota Wydma zajrzała do lecznicy, sprawnie oczyściła łapę kotki i pozbyła się z niej ciała obcego.
– Nie uwierzysz, gdzie go sobie wbiłam… w moim własnym legowisku – podpowiedziała wojowniczka, dostrzegając, że Wełnista Mszyca nie była zainteresowana zgadywanką. – Jestem pewna, że to sprawka jednego z kociąt Brzozy… albo Bursztynu.
– Mhm… – mruknęła Wełna podczas nakładania maści mającej zapobiec rozwojowi infekcji. – Gotowe.
Kolejnymi pacjentami, którymi przyszło albinosce się zająć wraz z Wdzięczną Firletką byli wymiotująca Dryfujący Fluoryt przyprowadzona przez Zawodzące Echo oraz schorowane rodzeństwo w postaci Lodówkowej Łapy oraz Gadożerowej Łapy. Białofutrym zajęła się uczniem osobiście, chcąc spróbować go lepiej poznać. Był podobnie jak Wróżka i jej bracia biały, jednak według ojca kocur był zwyczajnym kotem, w dodatku głupim, skoro przyniósł do obozu zatrutą piszczkę.
– Dziękuję za twoją pomoc w lecznicy – zwróciła się do kocurka po podaniu mu kocimiętki. – Mimo, że było to chwilowe, twoja obecność była pomocna.
– Naprawdę?
– Naprawdę.
Gadożer wydawał się być szczerze zaskoczony, że ktoś go pochwalił. W końcu ostatnio wiele kotów mu dogryzało, bądź łypało złowrogo w związku z domniemaną odpowiedzialnością za otrucie Strzępotkowego Kokonu. Była to prawdziwa tragedia, jednak szukanie winowajcy nie służyło zjednoczeniu klanu, w szczególności po fali zaginięć kotów czy ich śmierci.
– Czy Dryfujący Fluoryt spodziewa się kociąt? – zagaił, kątem oka zerkając na starszą pacjentkę.
– Myślę, że nie. Złe samopoczucie, jak i nudności, nie muszą wskazywać na ciążę. – Na dłużej zatrzymała spojrzenie na kocicy, która spijała powoli wodę z kuli mchu. Na jej głowie znajdował się okład. – Myślę, że czymś się po prostu zatruła i zwlekała z przyjściem do nas.
– Skąd to wiesz? Przecież tylko na nią spojrzałaś!
– Miałam do czynienia z wieloma pacjentami, dzięki czemu czasami zwykłe spojrzenie na chorego pomaga mi w diagnozie.

~ ~ ~

– Ej! Nie jestem przecież tak stary! – burknął Skrzypiący Skrzyp, gdy Wełnista Mszyca zasugerowała mu kilkudniowy odpoczynek. Kocur uskarżał się na bóle stawów. – Jeszcze chwila i zasugerujesz, abym udał się do starszyzny!
– Właściwie… ostatnio zasugerowałam Zawodzącemu Echu, aby rozpatrzył twoją kandydaturę na swojego zastępcę. Króliczej Gwieździe nie pozostało zbyt wiele czasu, a lider musi mieć zastępcę…
– Żartujesz... Powiedz, że żartujesz!
– Co? N-nie... – Buras radośnie otarł się łebkiem o Wełnistą Mszycę. – Skrzypie, s-spokojnie... Zaraz rozniesiesz lecznicę! Byłeś po prostu jednym z kilku kandydatów, których mu zaproponowałam... pamiętaj, że to do Zawodzącego Echo będzie należeć decyzja.
– Kogo jeszcze zaproponowałaś? Niech zgadnę. Oskrzydlonego Ognika lub Śniącego Obserwatora? Dzikiego Berberysa lub Zwiewny Mak? A może kogoś ze starszych... Słodką Dziewannę lub Rudą Lisówka? Nie, on chyba raczej nie mógłby...
– Nie powiem ci, bo zaraz wszystko wszystkim wypaplasz i zrobi się wielkie zamieszanie!
– No, weź nie bądź taka. Powinienem wiedzieć, kto jest moim rywalem.
– Rywa... Pamiętaj, że Zawodzące Echo może nie uważać, że będziesz nadawał się na zastępcę – miauknęła, dostrzegając, że kocur nieco posmutniał. – Ale według mnie nadawałbyś się w sam raz. Jesteś pomocny, miły, stawiasz dobro klanu na pierwszym miejscu, wierzysz w Klan Gwiazdy, jak żaden inny kot... – W jej myślach oprócz Skrzypiącego Skrzypu również pojawił się Mglisty Sen. – właściwie byłbyś dobrym medykiem, ale chyba za poźno na twój trening...
– Nigdy nie jest za późno – zauważył, po czym tym razem spokojnie zbliżył głowę do medyczki i lekko się z nią zetknął czołem – Dzięki.
Po raz pierwszy od dawna uśmiechnęła się, i to tak naprawdę.
Kocur radosnym krokiem opuścił lecznicę, zupełnie zapominając o bólu mięśni. Najwidoczniej najlepszym lekarstwem jest nadzieja.
Po skończeniu pracy, Wełnista Mszyca zajęła się sprzątaniem miejsca pracy. Pozbyła się ziół nienadających się do spożycia i zmiotła kurz ogonem. W trakcie sprzątania kichnęła.
– Czyli to ty mnie zaraziłaś...
Biały Strumień stał w wejściu do lecznicy. Zaraz również i on kichnął na potwierdzenie swoich słów. Kotka zaprosiła brata do zajęcia jednego z wolnych miejsc. Nim udała się na spoczynek, dopilnowała, aby główny przewodnik zażył zioła, jak i podarowała kocurowi "inhalator" domowej roboty mający pomóc mu oddychać podczas snu. Tuż po wyjściu kocura, przed pójściem spać, zdecydowała się również sama zażyć zioła na katar i chrypkę.

Wyleczeni: Złota Wydma, Gadożerowa Łapa, Lodówkowa Łapa, Dryfujący Fluoryt, Skrzypiący Skrzyp, Biały Strumień, Wełnista Mszyca

Od Rezedowej Łapy Do Narcyzowej Łapy

Przeszłość

Trawa pod poduszkami Rezedowej Łapy była miękka, prawie jakby pióra zamiast źdźbła. Bieg przez łąkę był tak łatwy i lekki, jakby wcale nie biegł, ale zamiast tego się unosił. Przed nim przemieszczała się sylwetka. Zawsze był parę kroków przed nim; nigdy nie mógł jej dogonić; nigdy nie był w stanie zobaczyć jej pysk.
Ale nagle poczuł ból w ogonie, jakby ktoś nagle złapał go za czubek, przez co wykozłował. I wtedy się obudził. No tak. To był tylko sen. Kolejny, ten sam, który powtarzał się w kółko. Kocur podniósł głowę, mrugając powoli… Narcyzowa Łapa. Coś mruknął do niego. Rezedowa Łapa nawet niezbyt zakodował, co powiedział.
― Ślepy jesteś? ― mruknął, a raczej warknął, marszcząc lekko brwi, jego głos zachrypnięty, i przesunął obiema łapami po pysku. Może i lepiej, że się obudził. Ten sen i tak zawsze kończył się koszmarem, budząc go w zimnym pocie.
Musiał być to akurat Narcyz, który go obudził? Ktoś inny może nie pogorszyłby jego samopoczucia. Z rana nie był on zbyt przyjemny do rozmów. Szczególnie że nigdy nie był wyspany, nieważne, jak wcześnie poszedł spać. Zresztą, kiedy on ostatnio poszedł spać wcześnie? Nie mógł spać w nocy.
― Nie jestem ślepy. Mogłeś schować ogon pod łapy, to bym nie nadepnął ― odparował Narcyzowa Łapa, na co Rezeda tylko rzucił mu spojrzenie.
― Raczej nie będę przejmować się tym, że jakaś ślepota nadepnie mi na ogon ― mruknął Rezedowa Łapa, przesuwając swój ogon do swojego pyska. Narcyz był ciężki. Nie bolało go bardzo, ale nadal czuł to w ogonie. Było to dość irytujące. Narcyz był młodszy od niego, a był jego wzostu i ważył pewnie więcej niż on. Tak szczerze, młodszy kocur po prostu go wkurzał. Udawał jakby był niewadomo kim, ale wszyscy widzieli, że po prostu próbuje sie dowartościować... Rezeda pewnie nie powinien wypowiadać się na ten temat. W końcu on nie był lepszy, ale bez przesady. On przynajmniej faktycznie coś z tego zyskiwał.

<Narcyz?>
[314]

05 maja 2026

Od Słodkiej Łapy Do Ulewnego Szkwału

Dzień po odzyskaniu rangi
⋆˚。⋆୨✧୧˚ ★ ✩ ★ ˚୨✧୧⋆。˚⋆

Uczennica podeszła do młodszego kocura cała w skowronkach oraz szerokim uśmiechem. Raczej w Klanie Nocy nie było teraz kota, który byłby zdziwiony jej "nagłą" zmianą zachowania. W końcu było się z czego cieszyć! Można było odnieść wrażenie, że ruda świergotała wraz z porannymi ptaszkami. Zanim zdążyła odezwać się pierwsza, młodszy kocur powiedział:
— Gotowa na pierwszy trening od niepamiętnych czasów?
— Dzień dobry, Ulewny Szkwiale! Oczywiście, że tak, zwarta i gotowa! Chociaż z tym "od niepamiętnych czasów" to chyba lekko przesadziłeś, aż taka stara nie jestem! Chyba... Aaale tak czy siak. Zgaduję, że zaczniemy od nauki pływania bądź łowienia ryb. Mogę Ci powiedzieć, że coś już wiem na pewno! Zaczęłam naukę tych umiejętności razem ze Świteziankowym Jeziorem. Tak swoją drogą, bardzo podoba mi się twoje imię! Brzmi bardzo ładnie!
— Dziękuję, Mandarynkowa Gwiazda ma gust co do imion wojowniczych. Czuję, że te najbardziej mnie opisują. Co do tego, co będziemy robić, to na spokojnie zrobimy dwie rzeczy na raz! W jednej rzece prawie wszystko można zrobić! — Poprawił swoje futerko, zwłaszcza na głowie.
— To może chodźmy już spacerkiem? Mógłbym tak długo gadać! Tylko cały dzień by minął zanim byśmy skończyli.
— Dobry pomysł… No, tak więc chodźmy! Kto pierwszy przy rzece, ten wygrywa?
Na moim pyszczku pojawił się uśmieszek, a kiedy Szkwiał pokiwał głową, szybciutko poprawiłam grzywkę.
— Kto ostatni przy rzece, ten nieżywa ryba!!! — pisnęłam, puszczając się w bieg.
Nawet nie zauważyłam, kiedy przebiegłam z moim mentorem całą drogę łapa w łapę. Kiedy miejsce docelowe było widoczne, stwierdziłam, że to idealny moment na wykorzystanie przewagi tego, że byłam mniej zmiękczona od kocurka. W pewnym momencie więc wystrzeliłam jak z procy, w niecałe dziesięć uderzeń serca, dostając się tam, gdzie chciałam. Odwróciłam pyszczek do wojownika, odgarniając grzywkę z szerokim uśmiechem na pyszczku.

<Ulewny? Wygrałam! >:3>
[295 słów, trening wojownika]

Od Cisowego Tchnienia Do Iskrzącej Nadziei

Miała dzisiaj bardzo dobry nastrój. Obudziła się rano wyspana, nie musiała dużo męczyć się z chorymi. Poszła tylko do Bladego Lica i po powrocie zajęła się sortowaniem ziół, które Chudy Grzbiet przyniósł z lasu. Kocur w tym czasie sprzątał legowisko medyka z wszelkich drobiazgów, o które możnaby się potknąć, lub które w inny sposób mogłyby zakłócić ich pracę. Roztargniony Koperek w tym czasie przebywało w żłobku, wykonując rutynową kontrolę zdrowia przebywających tam kociaków i Wrotyczowej Szramy. Poprawiła gałązkę cisu za uchem i pióra w sierści i rozpoczęła przeglądanie stert. Na początku sprawdzała, czy medykamenty są w odpowiednim stanie do przechowywania i ewentualnego użycia. Powstały więc kategorie: odpowiednie, zniszczone (czyli zgniecione lub porwane) i “do wysuszenia”. Dwie ostatnie położyła poza magazynkiem, żeby Chudy Grzbiet mógł się nimi zająć. Potem patrzyła po kolei na każde zioło, określając jego gatunek i odkładając je w odpowiednie miejsce w magazynku. Oczywiście, każdy rodzaj ziół w składziku był uporządkowany według użycia i od najlepszego do najniebezpieczniejszego. Liście dębu, jastrzębiec, łopian, mech, mniszek lekarski… Kiedy wreszcie skończyła, wciągnęła do płuc kojący zapach ziół. Wypuściła powoli powietrze i westchnęła. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że jest głodna.
– Cisowe Tchnienie, ktoś do ciebie ze zwierzyną. – Usłyszała Chudy Grzbiet. Zastrzygła uszami z zaintrygowaniem. Ktoś do niej? Zazwyczaj wojownicy przynosili zwierzynę ogólnie dla medyków, nie dla jednego konkretnego. A nawet jeśli już, to kto miałby coś dla niej przynieść? Blade Lico? Nie… on nie wpraszał się do legowiska medyków bez potrzeby. Chociaż… Wysunęła się ze składziku i mina od razu jej zrzedła. Teraz nie była czysto kamienna. Kąciki warg ewidentnie się opuściły, tak samo zresztą, jak brwi. Stała tam Iskrząca Nadzieja z wiewiórką w pysku. Czego ona chciała właśnie od niej?!

<Iskra?>