BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

18 września 2026

Od Aronii

Przez okryty chłodnawą, choć przepełnioną spokojnym odcieniem zieleni sufit żłobka przesączały się delikatne promienie słońca, które wpadając do wnętrza, rozlewały się po mszystych posłaniach, pozostawiając na podłodze ciepłe, złociste plamy. W powietrzu wciąż unosił się mleczny zapach, przeplatający się z wonią świeżego mchu oraz miękkiego futra, a ciche oddechy śpiących kociąt sprawiały, że całe pomieszczenie zdawało się pogrążone w niemal zupełnym spokoju.
Aronia leżał pośród rodzeństwa, wtulony głębiej w miękką grzywę Miodowego Ulu, starając się znaleźć choć odrobinę miejsca, w którym nikt nie próbowałby przypadkiem zepchnąć go z posłania. Kiedy jedna z nieporadnych łap ponownie wylądowała na jego boku, drgnął lekko, lecz zamiast od razu się oburzyć, jedynie westchnął cicho i przesunął się jeszcze kawałek, jakby przekonywał sam siebie, że nie ma sensu robić z tego większego problemu.
Mimo tego spokoju jego myśli często uciekały ku przyszłości, która wydawała mu się ogromna i niemal niemożliwa do wyobrażenia — świat poza bezpiecznym wnętrzem żłobka skrywał zdecydowanie więcej, niż Aronia był jeszcze w stanie pojąć. Nie wiedział, kim zostanie, czego będzie pragnął ani jakie koty pojawią się na jego drodze, a jednak gdzieś głęboko w sobie nosił przekonanie, że jego życie nie może skończyć się na zwyczajnym dorastaniu i wykonywaniu tych samych obowiązków, które wykonywały tysiące kotów przed nim.
Nie potrafił powiedzieć, skąd właściwie wzięła się ta pewność, ponieważ nikt jeszcze nie wskazał mu żadnej konkretnej drogi ani nie powiedział, że czeka go coś wyjątkowego, lecz sama myśl o tym, że mógłby przeżyć całe życie, pozostając jednym z wielu, wydawała mu się dziwnie niepokojąca. Wolał wierzyć, że gdzieś przed nim znajduje się coś większego, nawet jeśli nie potrafił jeszcze określić, czym dokładnie miałoby być.
Może zostanie kimś ważnym, może dokona czegoś, o czym inne koty będą opowiadały przez wiele księżyców, a może pewnego dnia wydarzy się coś, co samo wskaże mu właściwą drogę; na razie nie potrzebował żadnej konkretnej odpowiedzi — tak naprawdę wystarczała mu sama świadomość, że jego przyszłość musi skrywać coś niezwykłego.
Z zamyślenia wyrwał go dopiero głos dobiegający z boku.
— Hej, możesz przestać się tak rozpychać, czy zamierzasz zająć całe posłanie?
Aronia zamrugał, po czym poczuł, jak coś niewielkiego, lecz zaskakująco zdecydowanego popycha go w bok, przez co na moment stracił równowagę i oparł się łapami o miękki mech.
Kiedy odwrócił głowę, dostrzegł Agresta, który przyglądał mu się z charakterystycznym, lekko zaczepnym uśmiechem, jakby właśnie czekał na reakcję brata.
Aronia warknął cicho, a na pysku pojawił się podobny uśmiech. Przy bracie łatwiej było mu zachowywać się w taki sposób, ponieważ Agrest swoją pewnością siebie niemal automatycznie pociągał go za sobą, sprawiając, że Aronia również nabierał ochoty na zaczepki i głośniejsze odpowiedzi.
— Ja się rozpycham? — powtórzył, unosząc lekko brew. — Wydaje mi się, że to raczej ty próbujesz zagarnąć całą przestrzeń dla siebie.
— No, w końcu to ja znalazłem tutaj najlepsze miejsce — odpowiedział Agrest, jakby sprawa od początku była oczywista.
— Od kiedy znalezienie miejsca oznacza, że można je sobie przywłaszczyć?
— Od kiedy ktoś jest wystarczająco sprytny, żeby zrobić to pierwszy.
Aronia parsknął cicho, a ponieważ Agrest najwyraźniej oczekiwał od niego odpowiedzi, nie zamierzał pozwolić mu zakończyć tej rozmowy zwycięsko.
— W takim razie chyba będę musiał być sprytniejszy od ciebie.
Ledwie wypowiedział te słowa, wyciągnął przed siebie łapy i delikatnie, choć wystarczająco stanowczo, odepchnął nimi brata, który zachwiał się na mchu.
— Ej, tylko nie mów, że naprawdę to zrobiłeś! — oburzył się Agrest, chociaż jego szeroki uśmiech zdradzał, że wcale nie był zły.
— Sam powiedziałeś, że trzeba być sprytnym, więc tylko zastosowałem twoją radę — odpowiedział Aronia, a jego własny uśmiech stał się szerszy.
Nawet nie zastanawiał się nawet nad tym, że jeszcze kilka chwil wcześniej najchętniej pozostałby cicho wtulony w matkę — przy bracie jego zachowanie zmieniało się niemal samoistnie. Skoro Agrest mówił głośniej, z jakiegoś powodu Aronia również podnosił głos, skoro tamten żartował, Aronia natychmiast szukał kolejnej zaczepki, a kiedy brat zachowywał się tak, jakby żadna rzecz na świecie nie mogła go speszyć, Aronia naprawdę zaczynał wierzyć, że sam również nie ma powodów do wahania.
— Skoro jesteś taki sprytny, to spróbuj mnie jeszcze raz odsunąć — rzucił Agrest, podsuwając się bliżej z wyraźnym wyzwaniem w oczach.
Aronia nie potrzebował dalszej zachęty — niemal natychmiast rzucił się na brata, próbując przepchnąć go na drugą stronę posłania, podczas gdy Agrest zaczął odpychać go równie zawzięcie. Ich futra szybko się zmierzwiły, łapy plątały się ze sobą, a stłumione piski i śmiech mieszały się z cichymi pomrukami pozostałych kociąt, które najwyraźniej nie zamierzały jeszcze wstawać tylko dlatego, że dwaj bracia postanowili rozpocząć potyczkę.
— Przestań się tak wiercić! — prychnął Aronia, próbując przytrzymać Agresta obiema łapami.
— To ty się wiercisz!
— Wcale nie!
— Właśnie, że tak!
Aronia roześmiał się, próbując odpowiedzieć coś równie zadziornego, lecz zanim zdążył znaleźć odpowiednie słowa, Agrestowi udało się wyswobodzić i odepchnąć go na bok. Niebieski kociak przez moment leżał na mchu, patrząc na brata z udawanym oburzeniem, po czym podniósł głowę i zmrużył oczy.
— Widzisz, jestem od ciebie silniejszy!
— Serioo? — miauknął Aronia, przeciągając słowo z wyraźnym niedowierzaniem, a jego pyszczek rozciągnął się w zaczepnym uśmiechu. — Jak na razie jakoś tego nie widzę, ale próbuj śmiało, skoro tak bardzo wierzysz w swoje możliwości. Może kiedyś rzeczywiście uda ci się być ode mnie silniejszym.
Aronia zmrużył oczy, czując, jak zaczepny ton brata ponownie budzi w nim ochotę do dalszej zabawy, a łapy niemal same napięły się pod jego ciałem, kiedy przygotowywał się do skoku. Już miał rzucić się na Agresta, chcąc udowodnić mu, że wcale nie zamierza dać za wygraną, gdy nagle kątem oka dostrzegł poruszenie Miodowego Ulu.
Matka przyglądała im się z wyraźnym zmartwieniem, a jej spojrzenie, które jeszcze przed chwilą było spokojne i ciepłe, teraz stało się nieco przygaszone.
— Proszę, nie kłóćcie się... — odezwała się cicho, a w jej głosie nie było złości, lecz raczej łagodna prośba. — Mogłabym wam pomóc znaleźć odpowiednią pozycję, tak żeby każdy miał wystarczająco dużo miejsca i żebyście nie musieli się przepychać.
Aronia zastygł w połowie ruchu, a cała wcześniejsza pewność siebie niemal natychmiast z niego uleciała, jakby jedno spojrzenie matki wystarczyło, żeby przypomnieć mu, że to, co jeszcze chwilę temu wydawało się tylko niewinną zabawą, mogło sprawić komuś przykrość.
Przeniósł wzrok na Miodowy Ul i dopiero wtedy zauważył, jak bardzo wyglądała na zmartwioną. Jej uszy były lekko opuszczone, a w oczach czaił się smutek oraz rozczarowanie, którego Aronia zdecydowanie nie chciał tam widzieć.
Niebieski spuścił głowę, czując, jak uszy powoli przylegają mu do czaszki, a wcześniejszy uśmiech znika z jego pyska. W gardle zaczęło nieprzyjemnie go ściskać, przez co musiał przełknąć ślinę, żeby powstrzymać napływające łzy. Nie chciał płakać, zwłaszcza przy rodzeństwie, ale jeszcze bardziej nie chciał, żeby matka pomyślała, że jej słowa nic dla niego nie znaczą.
Przecież była dla niego dobra.
Zawsze znajdowała dla niego miejsce przy sobie, otulała go swoim futrem, kiedy było mu zimno, uspokajała, gdy coś go przestraszyło, i cierpliwie słuchała nawet wtedy, gdy opowiadał jej o rzeczach, które dla innych mogły wydawać się zupełnie nieistotne. Nie potrafił więc znieść myśli, że mógłby odpłacić jej za to zmartwieniem albo sprawić, że poczuje się zawiedziona własnym synem.
Może rzeczywiście nie powinien był się z Agrestem przepychać.
Może powinien był od razu odsunąć się na bok.
A jeśli Miodowy Ul teraz uważała, że jest niegrzeczny?
Ta myśl zabolała go znacznie bardziej, niż powinna.
— Przepraszam, mamuś... — miauknął cicho, a jego głos zabrzmiał zupełnie inaczej niż jeszcze przed chwilą, kiedy droczył się z Agrestem. — Wiem, że nie powinniśmy byli się tak przepychać.
Przez moment zerknął na brata, jakby chciał upewnić się, czy Agrest również słucha, po czym szybko ponownie skierował spojrzenie ku matce.
— To już nie będziemy — dodał pospiesznie, jakby sama obietnica mogła naprawić wszystko, co wydarzyło się zaledwie kilka chwil wcześniej. — Jeśli chcesz, mogę się nawet ułożyć gdziekolwiek, tylko... proszę, nie martw się.
Na moment zamilkł.
— Mogę leżeć przy samym brzegu albo nawet trochę dalej od was, jeśli będzie trzeba — kontynuował niepewnie, przesuwając się kawałek po mchu, jakby już chciał zrobić miejsce wszystkim pozostałym. — Naprawdę mi to nie przeszkadza, więc nie musisz się przeze mnie martwić.
Nie zastanawiał się nawet, czy rzeczywiście byłoby mu wygodnie, ani czy ktoś poprosił go o takie poświęcenie, ponieważ w tej chwili znacznie ważniejsze było dla niego to, żeby na pysku matki znowu pojawił się ten spokojny, ciepły wyraz przy którym zawsze czuł się bezpiecznie.
Jeśli oznaczało to oddanie własnego miejsca, Aronia nie widział w tym niczego złego.
Jeśli dzięki temu Miodowy Ul przestałaby wyglądać na smutną, mógł przecież przesunąć się jeszcze dalej.
— Napewno? Chciałabym, żebyście wszyscy mogli mieć równą ilość przestrzeni. Nie musisz się odsuwać, ani ustępować miejsca Agrestowi jeśli tego nie chcesz.
— Naprawdę, mamuś... — odpowiedział cicho, choć przez chwilę nie był pewien, czy powinien tak powiedzieć. Zerknął na Agresta, a potem ponownie na Miodowy Ul, jakby próbował odgadnąć, która odpowiedź najbardziej ją uspokoi. — Ja... chyba nie potrzebuję aż tak dużo miejsca, więc mogę się trochę przesunąć, jeśli Agrestowi będzie wygodniej.
— Nie, nie. Aronio, mogę się trochę przesunąć a wtedy wszyscy się pomieścimy — miauknął Agrest, ogonem wskazując miejsce dla brata.
Sam nie wiedział już, czy dobrze postąpił, wdając się z bratem w tę całą „walkę”, skoro jeszcze przed chwilą był przekonany, że była to tylko niewinna zabawa. Przecież nic złego się nie wydarzyło, a on naprawdę świetnie się bawił, ponieważ przy Agreście znacznie łatwiej było mu zapomnieć o wszystkim innym i po prostu dać się ponieść chwili.
Właściwie chciałby jeszcze trochę się z nim pobawić, gdyby tylko nie zauważył wcześniej zmartwionego spojrzenia Miodowego Ulu.
To właśnie ono nie dawało mu spokoju, ponieważ za każdym razem, gdy o nim myślał, wcześniejsza radość gdzieś się rozpływała, ustępując miejsca nieprzyjemnemu ściskaniu w brzuchu. Nie chciał przecież, żeby mama była smutna, a tym bardziej nie chciał, żeby przez niego musiała się martwić.
Tylko czy to oznaczało, że nie powinien był się bawić z Agrestem?
Aronia przez chwilę próbował znaleźć odpowiedź, lecz żadna nie wydawała mu się wystarczająco dobra. Gdyby od razu odmówił bratu i spokojnie leżał na posłaniu, może Miodowy Ul nie musiałaby się odzywać, ale wtedy nie dowiedziałby się, jak przyjemnie jest śmiać się razem z Agrestem i przepychać z nim, dopóki obaj nie zmęczą się na tyle, że nie będą mieli już siły na kolejną zaczepkę. Z drugiej strony, gdyby dalej się bawili, mama mogłaby znowu wyglądać na zmartwioną, a tego Aronia zdecydowanie nie chciał.
Im dłużej o tym myślał, tym mniej rozumiał, która możliwość była właściwa.
Może powinien był ustąpić wcześniej, zanim Miodowy Ul zdążyła się odezwać, a może wcale nie zrobił nic złego, skoro Agrest również brał udział w zabawie i teraz bez żadnego żalu przesunął się, żeby zrobić mu więcej miejsca. Aronia zerknął na brata z ukosa, próbując odgadnąć, czy ten wciąż był na niego zły, lecz Agrest wyglądał tak, jakby już dawno zapomniał o całej sprzeczce.
Dlaczego więc on nadal nie potrafił o niej zapomnieć?
Aronia uśmiechnął się niepewnie, po czym położył się, ponownie wtulając pyszczek w futerko matki.
Miodowy Ul najwyraźniej zauważyła, że Aronia wciąż nie może się uspokoić, ponieważ po chwili pochyliła się nad nim i delikatnie polizała go między uszami. Ciepły język matki sprawił, że kociak przymknął oczy, a napięcie, które przez cały czas nieprzyjemnie ściskało jego brzuch, zaczęło powoli ustępować.
— Nie musisz się tak martwić, maleństwo — miauknęła łagodnie, przesuwając językiem po jego zmierzwionym futerku. — Nie jestem na ciebie zła. Wiem, że chcieliście się tylko pobawić.
Aronia uniósł głowę, przyglądając się jej z wyraźnym niedowierzaniem, jakby próbował upewnić się, czy rzeczywiście dobrze usłyszał. Jeszcze przed chwilą był przekonany, że zrobił coś niewłaściwego, a teraz nagle okazywało się, że wcale nie musiał się aż tak przejmować.
— Naprawdę? — zapytał cichutko, a kiedy Miodowy Ul skinęła głową, jego pyszczek od razu rozjaśnił się nieśmiałym uśmiechem. — Czyli nie jesteś smutna?
— Trochę się zmartwiłam, ale to przecież nie znaczy, że jestem na was zła — odpowiedziała, po czym otuliła go ogonem. — Czasami możecie się ze sobą bawić, nawet jeśli przy tym trochę się posprzeczacie, tylko pamiętajcie, żeby uważać na siebie nawzajem.
Aronia pokiwał głową, chłonąc każde jej słowo z ogromną uwagą, a wraz z nimi powoli wracało do niego wcześniejsze poczucie bezpieczeństwa. Skoro Miodowy Ul powiedziała, że wszystko było w porządku, to rzeczywiście musiało być w porządku, dlatego nie widział już powodu, aby dłużej zastanawiać się nad tym, czy powinien był zrobić coś inaczej.
— Dobrze, mamuś — wymruczał, wtulając się w nią mocniej.
Agrest, który przez cały ten czas milczał, nagle poruszył ogonem i trącił nim lekko bok Aroni.
— To co, skoro już nie jesteś smutny, to może kiedyś dokończymy naszą walkę? — zapytał, a w jego oczach ponownie pojawił się ten sam zaczepny błysk, który jeszcze przed chwilą tak łatwo udzielił się Aroni.
Kociak spojrzał na niego, a przez moment próbował zachować poważny wyraz pyska, jednak szybko przegrał z cisnącym się na pyszczek uśmiechem. Wystarczyło kilka słów Agresta, aby cała wcześniejsza niepewność zaczęła wydawać mu się mniej ważna.
— Jak będziesz gotowy przegrać, to możemy!
— Ja przegrać? Chyba śnisz.
Aronia zachichotał, a jego ogon poruszył się energicznie po mchu.
Jeszcze chwilę temu był przekonany, że najlepiej będzie po prostu siedzieć cicho i nikomu nie przeszkadzać, lecz teraz znowu miał ochotę się bawić, a wcześniejsze poczucie winy niemal całkowicie zniknęło. Nie zauważył nawet, jak szybko jego nastrój zmienił się pod wpływem Agresta, ani że jeszcze kilka chwil wcześniej potrzebował słów Miodowego Ulu, żeby uwierzyć, że nie zrobił nic złego.
Na razie nie widział w tym niczego dziwnego.
Po prostu pragnął zadowolić innych.

Mariposa urodziła!

Do rodziny pieszczochów dołączyła trójka dzieci!



Karlik

17 września 2026

Od Bryzki

Pora Opadających Liści przyniosła ze sobą wiele, wiele przepięknych krajobrazów, których Bryzka nie potrafiła zapomnieć. To, jak układały się chmury każdego dnia na niebie, podmuchy wiatru, które targały jej futerkiem niezwykle przyjemnie, diametralnie poprawiało jej humor. Była zafascynowana wszystkimi zjawiskami dookoła, nie mogła się każdym z nich wystarczająco i jednakowo nacieszyć. Zupełnie tak, jakby przebywała na wrzosowiskach, czesanych każdego dnia przez różnej prędkości wiatr, napierający na wąsy kotów zamieszkujących tamte tereny. Z westchnieniem i łapką pod brodą wpatrywała się w niebo, jak to miała w zwyczaju. Skowronek słuchał nauczań Nocnego Śpiewaka, a młódka odpłynęła myślami, podziwiając leniwie sunącą po błękitnym nieboskłonie chmurę. Była na tyle ogromna, by przyciągnąć jej uwagę i to na niezwykle długo – nawet tata, w tej chwili, nie był od niej ważniejszy! Musiała się nią nacieszyć, póki wisiała, miała wrażenie, idealnie nad obozem Klanu Wilka. Jakimi szczęśliwcami byli! Mogła oczywiście ponarzekać, niestety, na wysoko pnące się drzewa iglaste, które dosyć sprawnie zasłaniały jej tak zapierający dech w piersi widok. Czasami zazdrościła kotom z Klanu Burzy, mimo że kochała swój dom. Zazdrościła królikojadom tego, że musieli z pewnością mieć dużo lepszy widok na niebo. Ona musiała dreptać i kombinować, jak się ustawić, żeby jej drzewa nie zabierały promieni słonecznych. Były na tyle wysokie, że udawało im się to praktycznie zawsze, a ona biedna, musiała polegać jedynie na skrawkach, które do niej docierały. Pokręciła główką i podeszła do Skowronka. Kocurek siedział wpatrzony w ojca, nawet nie odwrócił od niego wzroku, gdy usadowiła się wygodnie obok niego i niemal nie wpadła na dymnego, wzdychając głośno. Może innym razem poogląda lepiej śnieżnobiałe giganty. Ciekawe, jak smakowały chmury? Czy były słodkie? Czy w smaku lepsze od zwierzyny, której spróbowała po raz pierwszy już jakiś czas temu? Może tatuś by wiedział... jak tylko skończy monolog, będzie musiała się go koniecznie zapytać!

Od Drzemlika (Drzemlikowej Łapy) CD. Wełnianki (Wełniankowej Łapy)

Przeszłość

Drzemlik pokiwał ochoczo główką, usłyszawszy słowa vanki. Gdyby miał nieskończone ilości energii oraz czasu, najprawdopodobniej spędziłby jeszcze wiele księżyców, powtarzając właśnie ten dzień. Nie sądził, że zabawa z innymi kociętami mogła być taka świetna. Oczywiście, z Orzeszką również doskonale się bawił! Kochał swoją siostrzyczkę nad życie, jednak dobrze było zakolegować się również z resztą mieszkańców żłobka.
— Przez chwilę myślałem, że prawdziwy borsuk mnie goni, świetnie ci to wyszło! — mówił, poruszając delikatnie ogonem na boki. — Może pobawimy się tak jeszcze raz jutro? I bardzo chciałbym się z tobą zakolegować! Jeszcze z nikim się tak dobrze nie bawiłem — wymruczał, układając się wygodnie. Oczka zaczęły mu się powoli kleić, ale nie chciał przecież pokazywać koleżance, że się zmęczył i potrzebował spać! Potarł łapką jedno z oczu, a potem zaczął nieudolnie czyścić sobie wąsy z paprochów.

***

Teraźniejszość

— Niech wszystkie koty, które umieją polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się na zebranie klanu! — zawołała Mandarynkowa Gwiazda, owijając swoje łapy gęstym, srebrnym ogonem. Drzemlik wygramolił się ze żłobka u boku Orzechówki, swojej kochanej siostrzyczki, a za nimi mamusia, Świtezianka. Kotlina po paru uderzeniach serca wypełniła się kotami, ustawiającymi się starannie na swoje miejsca w celu wysłuchania, co miała do powiedzenia ich liderka. Wszystkie spojrzenia padły na mównicę, a niebieski kocurek czuł, jak serce zaczyna mu bić szybciej. Czy dzisiaj był ten pamiętny dzień, kiedy zostanie mianowany uczniem wraz z Orzeszką? Na samą myśl w jego oczach zatańczyły iskierki podekscytowania. Trzciny szeleściły na chłodnym wietrze Pory Opadających Liści, jednocześnie doskonale blokując niezwykle bladziutkie promienie słońca z góry. Drzemlik czuł szorstki język matki przejeżdżający mu po policzku. Przysunął się do niej bliżej, mrucząc cichutko. Bardzo lubił, gdy mama pomagała mu w pielęgnacji futra. On miał tendencję do wylizywania swojego włosia w złym kierunku, przez co zawsze sterczało, ilekroć próbował nauczyć się sztuki dbania o siebie. Miał jednak o tyle łatwiej, ponieważ porastały go krótkie kłosy, w porównaniu do jego siostrzyczki, która długością futra, a nawet kolorem, wdała się raczej w mamusię.
— Drzemliku, wystąp.
Kocurek poczuł, jak serce podskakuje mu wręcz do gardła. Nie był pewien, czy to ze strachu, czy podekscytowania, jednak prędko pocieszył się myślą, że był tutaj przecież bezpieczny. Dlatego też nie odczytał tego w negatywny sposób i ruszył przed szereg kotów nieco nieśmiało, ale na tyle pewnie, na ile był fizycznie w stanie. Nawet uniósł ogon do góry z zadowolenia. Podniósł głowę do góry i spojrzał na Mandarynkową Gwiazdę. Siwe włoski porastały jej pyszczek, nadgryziony już przez ząb czasu. Mimo to nadal była bardzo piękna.
— Drzemliku, jesteś z nami już od sześciu księżyców. Dziś zaczniesz swój trening. Od dzisiaj aż do czasu, gdy zdasz test, będziesz nazywać się Drzemlikowa Łapa. Twoim mentorem zostanie Szepcząca Hipnoza, a ty nie będziesz szkolić się na wojownika. Zostaniesz ogrodnikiem — powiedziała pewnie, wzrokiem szukając wspomnianej kotki w tłumie. Wśród kotów wzniosły się ciche pomruki zaskoczenia, chociaż większość z nich pozostała w milczeniu. Skinęła jej głową, a niebieska pointka wyszła przed szereg, wywołana. Nieśmiało zgarbiła się, stając przed niebieskim kocurkiem. Była od niego wyższa, chociaż niewiele. Ilość przeróżnych ozdóbek w jej kłosach wprawiały go w zachwyt. Wlepił duże oczka w nowo poznaną, posyłając jej pocieszający uśmiech. Ciekawe, czy stresowała się bardziej niż on? Niech nic się nie martwi, on już zadba, żeby się więcej uśmiechała! Tak, jak dbał o mamusię.
Tak, jak nakazywała tradycja, zetknęli się nosami. Drzemlikowa Łapa spojrzał na wszystkich zebranych, a jego cieniutki ogon podrygiwał z rozemocjonowania. Nigdy wcześniej nie miał na sobie tylu oczu i poczuł się tym odrobinę przytłoczony, jednak nie na tyle mocno, żeby z tego powodu na cokolwiek narzekać. W rzeczywistości był niezwykle wdzięczny, iż otrzymał taką szansę! Bo nie każdy mógł dostąpić takiego zaszczytu.
— Drzemlikowa Łapa! Drzemlikowa Łapa! — odbijało się jeszcze, ginąc w gęsto porośniętych dookoła obozu trzcinach, pnących się niemal do samego nieba.

***

Kocurek spojrzał na swoje odbicie w wodzie. Obraz niebieskiego, pręgowanego pyszczka rozmył się po wzburzonej tafli, obijającej się o piaszczysty brzeg. Chłodna ciecz dotknęła jego poduszeczek łap, na co kocurek zapiszczał cicho, chociaż nie z przerażenia, a raczej zdziwienia, że woda mogła być taka zimna. Gdy był jeszcze w kociarni, Złocisty Widlik uczył go pływać w malutkim zbiorniku, różnica była jednak taka, że tamto miejsce miało wyżej dno i było je widać z góry, a ponadto woda go raczej grzała, niżeli oziębiała. Dlatego też musiał przyzwyczaić się do takiej zmiany. Spojrzał na Szepczącą Hipnozę, nieśmiało i dość niezręcznie wpatrującą się w niego. Czy powinien powiedzieć coś jako pierwszy?
— W żłobku uczyłem się już nieco pływać — zaczął, poruszając lekko uchem. — Umiałem nawet nurkować! Dlatego myślę, że nie sprawi mi kłopotu dzisiejsza lekcja — próbował ją zapewnić, chociaż sam nie był pewien; zapewniał siebie, czy może pointkę?
Kocica pokiwała lekko głową.
— W-wiem. Każde kocię uczyło się pływać pod okiem piastuna. Woda tutaj jednak różni się diametralnie, jak już zdążyłeś z pewnością poczuć. Jest d-d…użo chłodniejsza, szczególnie teraz, Porą Opadających Liści. Nie uniesie cię tak łatwo, jak zbiornik w k-kociarni, tutaj musisz myśleć nad każdym swoim ruchem. Nie wątpię jednak w twoje umiejętności — wymruczała, robiąc co jakiś czas przerwy w wypowiedzi. Drzemlikowa Łapa kiwał głową, dając jej tym samym znać, że słuchał.
— Spróbuj się zanurzyć. Będę cię p-pilnować — poleciła mu, a on wrócił jasnymi ślepkami do wody przed sobą. Nie miał co się nastawiać od razu na najgorsze! W końcu wojowniczka z pewnością by go uratowała, w razie kryzysu. Dlatego też zanurzył jedną łapkę, a mroźny dreszcz poniósł mu się wzdłuż kręgosłupa, podnosząc futerko gdzieniegdzie. Wzdrygnął się, ale nie zamierzał poddawać. Druga łapa skończyła w wodzie, a on miał wrażenie, że czuł, jak krew, przynajmniej częściowo, odchodzi mu z kończyn. Nie było to przyjemne, dlatego też kłosy wzdłuż kręgosłupa stanęły mu dęba.
— Aah! Strasznie zimna ta woda — powiedział, otrzepując się z niewidzialnej cieczy. W końcu nie zanurzył się jeszcze na tyle głęboko, żeby tak robić, jednak poczuł taką potrzebę. Szepcząca Hipnoza zachęciła go do tego, żeby wszedł cały. Dlatego też kontynuował. Zanurzył brzuch, a potem granat pochłonął również jego boki. Wreszcie, znalazł się w sytuacji, w której wystawał tylko łeb. Zaczął wykonywać zamaszyste ruchy, czując, że się zapada. Szepcząca Hipnoza przybliżyła się do niego, pozwalając mu oprzeć się o własny bok.
— Musisz spokojniej odpychać wodę. Jeśli będziesz panikował, to będziesz się topił — powiedziała, strzygąc lekko wąsami. Drzemlikowa Łapa pokiwał łebkiem, trzęsąc się z zimna. Było to trudniejsze, niż przypuszczał. Zrobiło mu się aż głupio, że tak się wychwalał, zanim w ogóle wszedł cały do wody. Nie było jednak miejsca na wycofanie się, chciał coś osiągnąć! Dlatego też odsunął się lekko od mentorki łapkami i z ogonem nad taflą, zaczął młócić łapkami wodę, tym razem dużo spokojniej niż chwilę temu. Nie dotykały dna. Jego ruchy stały się bardziej przemyślane, a on sam wyglądał niczym mała wydra w wodzie. Od zawsze lubił pływać i nierzadko prosił Złocistego Widlika o dodatkowe sesje, żeby tylko móc poczuć wodę otulającą go niczym ciepłe łapy matki. Musiał obrać w tym środowisku inną taktykę i postępując zgodnie z poleceniem, udało mu się unieść nad wodą, jednocześnie nie marnując przy tym zbyt wiele potrzebnej energii. Chwilę jeszcze pomłócił łapami, gdy Szepcząca Hipnoza wynurzyła się z wody i przysiadła na brzegu, a kropelki skapywały jej z długich kłosów. Kiwnęła wreszcie głową.
— D-dobrze. Na dzisiaj tyle wystarczy. Wyjdź z wody i wrócimy do obozu. Jutro pokażę ci parę roślin, których będziesz musiał się n-nauczyć — miauknęła, jąkając się. Zwęglonemu to nie przeszkadzało. Tak naprawdę wynalazł sobie w wodzie zabawę, w której oprócz młócenia, próbował jednocześnie złapać wszelkie brudy, które przyniósł prąd. Najczęstszym z nich były skorupki po najprawdopodobniej owadach, a także martwe osy. Nigdy nie został przez żadną użądlony, a sam widok wywołał u niego lekki uśmiech. Z Lipieńkiem znaleźli kiedyś podobne! A potem poznali swojego ślimaka pupila.
Kocurek wynurzył się z wody, otrzepując i dbając przy tym jednocześnie o to, żeby nie ochlapać swojej mentorki. Miał świadomość, jak kluczowym była umiejętność pływania, szczególnie na terenach Klanu Nocy. W końcu tu wszędzie były wysepki otoczone wodą, dlatego kot, który nie potrafił pływać, musiał mieć niezwykle ciężko wśród Nocniaków, o ile taki istniał… Szarofutry był wdzięczny, że tak bardzo lubił od zawsze wodę i ogólnie pływanie. To mu bardzo ułatwiało sprawę. Zrównał kroku z pointką i posłusznie trzymał się jej, aż do powrotu.
Znalazłszy się w sercu Klanu Nocy, pożegnał się z Szepczącą Hipnozą, machając jej jeszcze ogonkiem na pożegnanie. Dzisiejszy trening był niezwykle przyjemny! Bardzo polubił kotkę, którą przydzieliła mu Mandarynkowa Gwiazda jako mentorkę. Nie mógł doczekać się jutra! Był niezwykle ciekawy, jakie rośliny mu pokaże. Czy będzie to bardzo różniło się od treningu, jaki musieli przejść medycy? Niebo przestrzelone było szarymi chmurami, zwiastującymi nadchodzący wielkimi krokami deszcz. Trzciny kołysane były przez silniejszy wiatr, który wprawiał je w przyjemny dla uszu szum. Drzemlikowa Łapa z przyzwyczajenia skierował się do żłobka, a wewnątrz dostrzegł Czosnkową Krewetkę, spodziewającą się kociąt i resztę obecnie zamieszkujących żłobek. Pokręcił głową z zawstydzeniem i wycofał się, ślepkami odszukując nory uczniów. Od dzisiaj to właśnie tam miał spać. Wetknął łeb do środka, upewniając się, czy to było dobre miejsce. Zauważywszy odpoczywającą Orzeszkę na jednym z posłań, westchnął z ulgą. Nie chciał budzić siostry, dlatego też, gdy dostrzegł nieopodal siedzącą Wełniankową Łapę, która akurat myła łapą policzki, podszedł do niej z uśmieszkiem.
— Wełniankowa Łapo! Ja też zostałem już uczniem. Dogoniłem cię, prawie! — uśmiechnął się do niej szeroko, a kocica podniosła ciemne spojrzenie znad własnej łapy. Ruchem ogona zachęciła go do tego, żeby usiadł obok.
— No, no! Gratulację, jednak… Jeszcze trochę ci brakuje, żebyś wzrostem mi dorównał! — powiedziała do niego, po czym niespodziewanie powaliła go na grunt, tak, jak kiedyś, jeszcze za czasów kocięcych. Delikatnie oszołomiony Drzemlikowa Łapa poczuł, jak zderza się z posadzką, chociaż wcale nie boleśnie. Vanka uśmiechnęła się szelmowsko, a zwęglony pozwolił jej tym razem wygrać.
— Aaaa! — krzyknął, udając śmiertelnie przerażonego zaistniałą sytuacją. Orzechówka podniosła głowę ze swojego posłania, zaalarmowana, aczkolwiek nie skomentowała tego, a żółtooki nie miał nawet pojęcia, że spogląda w jego stronę. Miał pomysł na ich kolejną zabawę, za którymi swoją drogą tęsknił, odkąd Wełnianka zamieszkała w legowisku uczniów. Miała ceremonię wcześniej, niż on, ale teraz mogli już na nowo sypiać nieopodal siebie. — Ratunku! Atakuje mnie straszny borsuk! — mówił, otwierając szeroko oczy. Po paru uderzeniach serca udało mu się wyślizgnąć spod jej uścisku sprytnie i stanął naprzeciw niej, prezentując się niczym najsilniejszy wojownik. Ogon miał uniesiony wysoko, a pierś wypiętą do przodu. — Nic się nie martw, uratuję cię! — powiedział sam do siebie, odgrywając rolę bohatera. Spojrzał raz jeszcze na Wełniankową Łapę, szykując się do swojego “ataku”.

<Wełnianko-borsuku? Czy podoba ci się zabawa, którą już znamy? Może wolisz pobawić się w coś nowego, albo w to samo?>
[1719 słów + pływanie, trening ogrodnika]

Od Odety

– Tato… – mówiła Odeta. – Tato, boję się – jej głos trząsł i podnosił się wraz z wypowiadaniem kolejnych słów. Końcowo przeinaczał się w pisk.
Postura zakopana w kupie różnorodnych koców i poduszek poruszyła się powoli. Na początku nie było widać wiele poza kształtem przesuwającym się pomiędzy materiałem, przez co mimowolnie pojawiło się drżenie. Przełknęła głośno ślinę, autentycznie lękając się tego, co mogło wyłonić się z odmętów leża Wyprostowanej. Dzień już dawno ustąpił miejsca ciemności, przez co wszystko wydawało się tylko coraz bardziej straszne – niczym wyjęte prosto z najgorszego koszmaru. Zakamarki mogły kryć rzeczy, o których pieszczoszka nie chciała wiedzieć… a długie cienie dodawały tej scenerii grozy, która tak głęboko dotykała koteczkę.
Dopiero, podczas gdy pyszczek wyłonił się i ukazał jej się w całej okazałości, zrozumiała, że naprawdę nie było czego się bać. Przed nią widniała mordka dzierżąca brzemię czasu, której ospały wyraz łagodziły jeszcze siwiejące przez wiek skronie. To były znajome rysy. Mimowolnie rozluźniła mięśnie ściśnięte nerwami i wgramolila się do łóżka, wybierając miejsce bezpośrednio przy boku kocura. Nie szczędziła czasu, zawijając się w kłębek oraz wciskając różowiutki nosek w dobrze znane futerko. Otoczenie momentalnie zamarło; cicho sza wszystko. Była tylko ona i on wraz z towarzyszącą im wonią domu. Niemniej, ta nuta zdawała się nie na miejscu. W pewien sposób inna, nieznajoma, niepoprawna, niepasująca…
Aromat zanikał. Niepokój przychodził i przyprawiał ją o zawroty głowy. Pozostały zaledwie słowa, przypominające jej o bezpieczeństwie. – Nic się nie martw, kochanie – pomruk był wyraźnie zaspany, jakoby rozmówca wahał się na granicy snu i jawy, bo zapewne właśnie tak było. Kociak nie mógł zobaczyć, jak mrugał on mozolnie swoimi ślepiami, zbyt zajęty chowaniem łebka pomiędzy jego sierścią. – Tata już tu jest, hm? – wymruczał dalej. Odelka nie wiedziała, kiedy pojawiły się łzy. Spłynęły bezwiednie, nieproszone i niechciane, a ona tylko cicho załkała.
– Wszystko jest nie tak. Zupełnie wszystko! – upierała się młoda przez płacz. Tłumacząc z jej dramatyzowania: coś nie pasowało w domowej atmosferze. Lucjan starał się coś powiedzieć, jednak przerwała mu głośnym pociągnięciem nosa. Poklepał ją po boku ogonem, odczekał chwilkę, następnie podjął próbę wypowiedzi raz jeszcze. Tym razem to szloch wdarł się w środek zdania. Zaledwie za trzecim razem, po minucie ciszy, udało mu się dojść do głosu bez jakichkolwiek przeszkód.
Opierał głowę na córce i odpowiadał: – Jeśli masz wokół kochających ciebie, dasz radę przeżyć ten trudniejszy okres. A ja kocham ciebie bardzo mocno. – W ciszy domu, jego słowa były jak krzyk, pomimo swojego na ogół niegłośnego rozdźwięku. Od Odelki wymagany był wysiłek, aby pojąć nagłą zmianę – czego? Zagmatwanym było wskazać. Może było to coś w przepływie powietrza albo w ciężkości jej serca… Niemniej, zostało zmienione i pociągnęło za sobą szereg zmian. Kotka uspokajała płacz, domostwo stało się, chociaż odrobinkę bardziej znośne aż w końcu ogarnął ją wszechobecny spokój. Po prostu zasnęła.
Sen trzymał ją w objęciach, kiedy to Lucjan trzymał się w bezruchu, tylko aby tylko nie obudzić dziecka. On mógł wiedzieć wiele więcej niż jego dziecina, ale niepokój tkwił w nim w inny sposób, nie jak w niej. Miał świadomość wagi nieobecności i pustego domu – nie chciał źle wróżyć, ale jego myśli już uciekały do najgorszego.

Od Fiołka (Fiołkowej Łapy) CD. Alki

Kiedy Fiołek była jeszcze kociakiem

Mała Alka rozejrzała się po żłobku, po czym uśmiechnęła się do szylkretki i pisnęła w odpowiedzi:
— Cześć. Ja mam na imię Alka.
Fiołek zaśmiała się, rozbawiona cichym i cienkim głosem młodszej koteczki. Zastanawiała się chwilę, czy też tak mówiła, jak była w jej wieku. Miała nadzieję, że sprawiała wrażenie bardziej wojowniczej, bo liliowa wyglądała, jakby strasznie się stresowała nie wiadomo czym, a kiedy tylko usłyszała śmiech starszej koleżanki, jej oczka od razu się zaokrągliły z przerażenia.
Po co te nerwy?”, pomyślała Fiołek, strzepując ogonem i ruszyła ku wyjściu ze żłobka.
— Chodź, pokażę ci obóz! — miauknęła, odwracając głowę w kierunku Alki.

***

Teraźniejszość

— Co czujesz? — spytała Czosnkowa Krewetka, na co Fiołkowa Łapa po raz kolejny tego wschodu słońca otworzyła pyszczek, aby posmakować powietrza. Skupiła się na swoim węchu i zamknęła oczy.
Starała się ignorować typowe zapachy plaży Porą Opadających Liści, takie jak ostra, intensywna sól, mokry piasek, rozkładające się wodorosty i wilgotne morskie powietrze.
— Nornicę — miauknęła po chwili i otworzyła oczy. — O tam. — Wskazała uszami kierunek i kiedy zobaczyła, że Czosnkowa Krewetka kiwa głową potwierdzająco, machnęła ogonem dumna z siebie.
Kotki wracały z porannego patrolu razem z Jasną Łapą i Śnieżną Mordką, a więc Fiołkowa Łapa szukała jak najwięcej okazji do pokazania, że lepiej jej szedł trening od siostry. Miała nadzieję, że Czosnkowa Krewetka pochwali ją przy Sennej Łzie. Chciała, żeby mama była dumna z jej sukcesów.
Po chwili wróciły do obozu i Fiołkowa Łapa zauważyła Alkę, wychodzącą od medyków. Uczennica miała teraz trochę wolnego czasu, a więc zdecydowała się podejść do młodszej przyjaciółki.
— Jak tam siostrzyczka? — miauknęła ostrożnie, stając obok koteczki i patrząc się na nią ze współczuciem. Na pewno musiała bardzo martwić się o Kokoszkę.

<Alka?>
[274 słowa]

Od Fiołka (Fiołkowej Łapy)

Dzień mianowania

Nie protestowała, kiedy Senna Łza starannie wylizywała jej kark, usuwając z futra gałązki i liście oraz wygładzając włosy. Podobało jej się to, że cała uwaga matki była w tej chwili skupiona tylko i wyłącznie na niej. Dlatego nie próbowała wyślizgiwać się z miejsca pomiędzy przednich łap karmicielki, jak to robiły niektóre kociaki w jej wieku, zamiast tego siedziała grzecznie, a na jej pyszczku malował się chytry uśmieszek, kiedy spoglądała z wyższością na młodsze towarzystwo ze żłobka. Ruda końcówka ogona uderzała w szybkim rytmie o mech i ptasie pióra wyścielające jej posłanie. Miała zostać uczennicą, kiedy poranne patrole wrócą do obozu, aby koty w nich uczestniczące też mogły obserwować ceremonię. Nie mogła się doczekać. Wiedziała, że jej życie bardzo się zmieni, kiedy zostanie łapą. Będzie mogła brać udział w patrolach i polowaniach, co da jej tym samym mnóstwo szans do popisania się przed wojownikami. Już sobie wyobrażała podziw i szacunek na ich pyskach, kiedy zobaczą jej zdolności. Zastanawiała się też, kto zostanie jej mentorką lub mentorem. Miała nadzieję, że będzie to ktoś szczególnie wybitny, może jakiś członek rodu?
— Niech wszystkie koty zdolne samodzielnie pływać, zbiorą się na zebranie klanu! — Słowa Mandarynkowej Gwiazdy dotarły do każdego, nawet najmniejszego zakamarka w obozie. Fiołek wyskoczyła ze żłobka podekscytowana, porzucając rozmyślania. Błyszczącymi oczami wpatrywała się w przywódczynię, później jej spojrzenie przeniosło się na koty wychodzące z legowisk. Jej ogon uniósł się wysoko, kiedy dotarło do niej, że uwaga niemal całego obozu będzie skupiona na Fiołce. No i może ewentualnie na jej rówieśnikach. Chyba trochę zbyt wcześnie wybiegła na środek wyspy z dumnie podniesioną głową, jednak była zbyt podekscytowana, aby się tym przejąć. Spojrzała jeszcze raz na Senną Łzę i Gąbczastą Perłę, które stały blisko siebie, a w ich oczach błyszczała duma. Później zauważyła Morszczynowego Wąsa i lekko położyła uszy po głowie, zmartwiona. Nie widziała w jego oczach takiej samej miłości, jak u dwóch kotek. To nie była jednak nowość. Kocur rzadko odwiedzał żłobek i Fiołek często odnosiła wrażenie, że zabawa z nią nie przynosiła mu żadnej radości. — Fiołku, skończyłaś sześć księżyców. — Szylkretka przeniosła spojrzenie na przywódczynię, a jej oczy ponownie błysnęły. — Już czas, abyś została uczennicą. Od dzisiaj, do momentu, w którym otrzymasz imię wojowniczki, będziesz znana jako Fiołkowa Łapa. Twoją mentorką zostanie Czosnkowa Krewetka. Czosnkowa Krewetko, liczę, że przekażesz całą swoją wiedzę i umiejętności Fiołkowej Łapie.
Kotki zetknęły się nosami, a chwilę później cały klan skandował imiona nowych uczniów. Fiołkowa Łapa rozglądała się po obozie zadowolona. Dawno nie czuła się tak kochana, chciana i akceptowana. I chyba jeszcze nigdy nie miała na sobie uwagi aż tylu kotów jednocześnie. To było niesamowite uczucie.

***

Kiedy już wymieniła kilka słów z Senną Łzą i Gąbczastą Perłą, jej mentorka od razu zabrała ją na pierwszy trening. Fiołkowa Łapa skakała podekscytowana u boku Czosnkowej Krewetki, zasypując ją pytaniami, które błyskawicznie powstawały w jej głowie.
— Co będziemy dzisiaj robić? Nauczysz mnie polować? Chciałabym umieć łowić ryby. Albo bardzo głęboko nurkować! Poćwiczymy dzisiaj walkę? Ruchy bitewne na pewno mi się przydadzą, gdyby na patrolu stało się coś złego. Właśnie, pójdziemy na patrol?
Wojowniczka zaśmiała się i spojrzała na nią przyjaźnie swoimi dużymi, skośnymi oczami.
— Najpierw musimy wydostać się z obozu — miauknęła, zatrzymując się na brzegu wyspy.
Oczy Fiołkowej Łapy rozszerzyły się, kiedy zobaczyła plażę, którą od kotek dzieliło pasmo wody. Pewna siebie wskoczyła do wody i zaczęła płynąć. Po tym, jak niemal utopiła się w źródełku, poprosiła Senną Łzę o kilka lekcji w Kąciku Zabaw i bardzo polubiła wodę. Kochała się w niej pluskać i najchętniej by z niej nie wychodziła. Tutaj jednak pływało się inaczej, płynęła wolniej, choć była przekonana, że robiła wszystko dobrze. Dlatego zaczęła szybciej machać łapami.
— Nie, nie, nie! Ruchy muszą być opanowane. Skup się na tym, żeby pociągnięcia łapami były spokojne, mocne i kontrolowane. Z czasem nabierzesz więcej siły i będzie ci łatwiej.
To już jest dla mnie łatwe!”, pomyślała Fiołkowa Łapa zła na samą siebie. “A przynajmniej powinno być”. Dopiero co zaczęła trening, a już popełniła błąd. Miała nadzieję, że innym szło gorzej. Skupiła się na poleceniach mentorki i zaciskała zęby, czerpiąc energię ze swojej frustracji.
— O, teraz jest znacznie lepiej! Tylko trochę niżej pysk… Świetnie!

***

Fiołkowa Łapa weszła do legowiska uczniów i uśmiechnęła się słabo do Czosnkowej Krewetki, która znalazła dla niej wolne posłanie. Położyła na mchu myszkę, którą sobie wybrała z dziupli i omiotła wzrokiem otoczenie.
Większość jej rówieśników już wróciła z pierwszego treningu, ale chyba wszyscy byli tak samo zmęczeni, jak ona i nie mieli ochoty rozmawiać.
Tak więc zjadła piszczkę i położyła się na posłaniu. Miała wrażenie, że już się nie podniesie przez najbliższy księżyc. Była wyczerpana.
Zwiedziła z Czosnkową Krewetką całe terytorium Klanu Nocy, zobaczyła granice z innymi klanami, których oznaczenia strasznie śmierdziały i zobaczyła kilka ciekawych miejsc, takich jak Kolorowa Łąka czy Brzozowy Zagajnik. Sporo się też napływała i praktycznie nie czuła łap.
Cieszyła się z tego, jaką Mandarynkowa Gwiazda wybrała jej mentorkę. Co prawda uczennica wolałaby kogoś z rodu, ale na to były bardzo małe szanse, a Czosnkowa Krewetka była przyjazna i wyrozumiała. Niesprawiedliwe było jednak to, że Centuriowa Łapa, córka odrzutka, była szkolona przez namiestnika! Czy to dlatego, że miała czarno białe futerko?
Fiołkowa Łapa skrzywiła się. Nie mogła pozwolić, aby rówieśniczka była lepsza. Musiała pilnie trenować i zostać mianowana przed Centurią. Z tym postanowieniem zamknęła oczy, odpływając w krainę snów.

[874 słowa + pływanie]

Od Fląderki

Aktualnie, tuż po tym, jak koty o czekoladowym umaszczeniu zostały zmuszone do przeniesienia na inną wyspę

Wąskie ślipia Fląderki obserwowały, jak słońce znikało w oceanie. Dzień ustępował nocy, podobnie, jak Pora Opadających Liści nieubłaganie stawała się zimniejsza, zwiastując rychłe nadejście Pory Nagich Drzew.
Oprócz Fląderki jednym z kotów, który był jeszcze na łapach, był Błoto - kocur o brązowo-białej sierści. Były samotnik również od dłuższego czasu obserwował krajobraz, siedząc na brzegu wysepki, jednak w przeciwieństwie do Fląderki spojrzenie miał skupione na głównej wyspie, na której znajdował się obóz. Komarza Łapa jakiś czas temu udał się na spoczynek, zajmując posłanie znajdujące się w samym kącie legowiska dzielonego przez trójkę kotów. Fląderka czuła smutek, widząc, że jej synek, mimo że dostąpił zaszczytu otrzymania członu "łapa", jak i samej możliwości trenowania pod okiem Szumiącej Wyspy, nie mógł spędzać wieczorów w towarzystwie swojego rodzeństwa czy rówieśników, plotkując w legowisku uczniów.
Czy ta alienacja od pozostałych uczniów wpłynie na niego dobrze?
Martwiła się również o Umykającą Łapę. Nie chciała, aby drugi z synów narobił sobie jakichś problemów, w szczególności tuż po tym, jak podczas przeprowadzki na wyspę zamieszkaną tylko przez koty o czekoladowej barwie futra wyraził się niepochlebnie na temat Mandarynkowej Gwiazdy. Fląderka starała się jego słowa puścić mimo uszu, żegnając się z nim i prosząc, aby nie robił żadnych głupstw. Nie wiedziała, czy buras jej posłucha, jednak najpewniej pękłoby jej serce, gdyby dowiedziała się, że jej syn został wygnany z klanu, podobnie, jak jego wuj, Rezedowa Łapa, bo spojrzał się na kogoś w nie taki sposób, jak powinien lub coś powiedział nie tak. Lub, że spotkała go jakaś kara lub inne nieprzyjemności.
– Pamiętaj, że wciąż będę mogła przychodzić do obozu... – przypomniała Umykającej Łapie, że to rozdzielenie nie było przecież na zawsze. Zresztą, nawet gdyby wciąż mieszkała w obozie, nie przesiadywałaby teraz ze swoimi dziećmi non stop, jak za czasów, gdy były malutkimi kociętami. – Dbaj o Centuriową Łapę i Wełniankową Łapę. Jesteście dla mnie całym światem i tylko wasza czwórka mi pozostała. Ja będę doglądała Komarzej Łapy... – poprosiła syna, mianując go na swego rodzaju "głowę rodziny". Tuż po tym przeniosła spojrzenie na swoje córki. Ciężko jej było powiedzieć, co o rozłące i przeprowadzce matki oraz brata myślały zarówno czarno-biała kocica, jak i rudo-biała. Obie raczej trzymały się na uboczu, blisko swoich mentorów i w ciszy obserwowały zebranie. Aż w końcu trójka kotów opuściła główny obóz.
Mimo że nie chciała tego przyznać, czuła się gorzej odkąd zamieszkała na sąsiedniej wysepce. Czy tak wpływała na nią rozłąka z trójką swoich kociąt? Nawet jeśli nie na zawsze. I co prawda z córkami jej relacja zaczęła się pogarszać już w żłobku, za sprawą Złocistego Widlika, jednak chciała móc chociaż widzieć, jak jej dzieci wracają z uśmiechem na pyskach z treningów lub udaje im się zaprzyjaźnić z rówieśnikami. Bo skoro Mandarynkowa Gwiazda je zaakceptowała, inni również powinni, prawda?
Powoli podniosła się z piaszczystego terenu i tuż po tym, jak pożyczyła Błotu dobrej nocy, udała się na spoczynek. Miała nadzieję, że w ciągu kolejnych dni zostanie wezwana do obozu w celu wykonania jakiś drobnych zadań, a jeśli nie, sama być może za jakiś czas uda się do medyków, aby coś poradzić na ból, który w ostatnich dniach zaczęła odczuwać w klatce piersiowej.

🐟🐟🐟

Od Migoczącej Łapy

Skończyło się na tym, że Migocząca Łapa trenował częściej, niż zakładał. Nauka z Lśniącą Gwiazdą zaczynała stawać się tylko punktem, wokół którego uczeń budował własny system, polegający na szlifowaniu wszystkich umiejętności. Zwłaszcza tych, z którymi miał problem. I chociaż było to męczące, Migot nie zamierzał się poddawać. Wiedział, że treningi są najważniejsze. Bez tego nigdy nie osiągnie swoich celów, które i tak z każdym dniem potrafiły się od niego oddalać. A on nie mógł do tego dopuścić. Nie mógł przynieść takiego wstydu swojej rodzinie oraz klanowi, któremu był szczerze oddany. Nie był przecież przegrywem, który użala się nad własnym losem. On był wojownikiem, który gdy trzeba, bierze sprawy w swoje łapy i bez zatrzymania dąży do celu.
Siedział obok wejścia do obozu, w bezpiecznej odległości od wodospadu, który łatwo mógł go porwać w swoje sidła, jeśli tylko by chciał. Głowę miał uniesioną ku górze i wpatrywał się w gwiazdy, powoli pojawiające się na nocnym niebie. Nie wiedząc dlaczego, widział w nich coś kojącego, jednak nie swoich przodków, jak to widziało większość wierzących w Klan Gwiazdy. Wyobrażenie, że teraz każdy z nich przygląda się Migotowi, było nieco przerażające, dlatego on wolał widzieć w nich tylko lśniące punkty, dające mu jakąś nadzieję. Ale oczywiście nie wątpił w Klanu Gwiazdy, co to to nie. Jednak wolał myśleć, że znajdują się oni na Srebrnej Skórze w innej formie, niż jego ukochane gwiazdy.
Najbardziej ciekawiły go te migoczące. Nie tylko ze względu na jego imię, które pochodziło od tego zjawiska, ale również przez tę powłokę tajemnicy, która otaczała gwiazdy dotknięte tą siłą. Był ciekaw, dlaczego one tak migają. To coś zwiastuje? A jeśli tak, to co dokładnie? Opcji było kilka: mogło to oznaczać coś dobrego, jak oznaka jaśniejszego lśnienia na niebie, albo coś złego, jak śmierć danej gwiazdy. Zgaśnięcie jej blasku na wieki.
 
***
 
– Dzisiaj potrenujemy coś luźniejszego, jednak równie ważnego dla każdego wojownika Klanu Klifu – oznajmił Lśniąca Gwiazda, idąc parę kroków przed Migoczącą Łapą. Ten podniósł lekko głowę na słowa mentora, zdziwiony jego decyzją. Mimo to nic nie powiedział, dalej posłusznie idąc tam, gdzie Lśniąca Gwiazda go prowadził. W końcu doszli na piaszczystą plażę, tuż obok morza oraz dwóch granic Klanu Klifu. Widząc teren wybrany przez mentora na trening, Migocząca Łapa już domyślał się, co będą robić.
– Dziś nauczysz się otwierania krabów. Jest to bardzo ważna umiejętność i nie warto jej lekceważyć – powiedział rudy. – Aby go otworzyć trzeba podważyć pazurami, pomagając sobie drugą łapą. Oczywiście otwieramy już zabitą zwierzynę – wyjaśnił i dał uczniowi znak do polowania. Migot szybko ustawił się w odpowiedniej pozycji, tym razem mając nadzieję, że cokolwiek złapie. Nie mógł przecież tak zawalić na takim łatwym zadaniu. Na szczęście po niedługim czasie przyniósł złapanego kraba i ostrożnie położył go obok przywódcy. Ten kiwnął głową i następnie poinstruował Migoczącą Łapę jeszcze raz, dokładnie pokazując wszystko na ich przyszłym posiłku.

[465 słów + otwieranie krabów]

16 września 2026

Od Trójokiego Zająca CD. Króliczej Prawdy (Gasnącej Prawdy)

Przeszłość

Ryk wodospadu niósł się echem za plecami dwójki, która właśnie wyszła jednym z tuneli, tym samym rezygnując z chłodnej posadzki pod poduszkami. Świeża, rześka bryza nadchodząca prosto znad morza uderzyła w pysk Trójokiego Zająca, a on w odpowiedzi zmrużył jedynie oczy z zadowoleniem. Lubił ciepło, ale teraz zaczął jeszcze bardziej doceniać każdy najmniejszy podmuch, nawet jeśli niekiedy targały jego krótkimi kłosami. Zefirek napierał na jego wąsy, tarmosząc futro na piersi. Przez parę chwil między dwójką braci panowała cisza, dopóki nie oddalili się wystarczająco od serca. Pod poduszkami uginała im się wysoko sięgająca trawa, zroszona lekką dawką porannej rosy, która jeszcze się ostała. Łąki pokryły się pierwszym, białym kwieciem, a ptaki śpiewały w najlepsze swoje melodie. Ciepłe promienie słońca grzały kremowe grzbiety braci bliźniaków. W Klanie Klifu stale zachodziły pewne zmiany, na większość z nich nie mieli nawet najmniejszego wpływu. Kocięta rodziły się, a starsi odchodzili w ramiona gwiezdnych przodków, czuwających nad wszystkimi ze Srebrnej Skóry. Zając spojrzał na Króliczka. Kocur wyglądał tak, jakby rozmyślał nad tym, czy coś powiedzieć, czy może zrobić miejsce rozmówcy, bo nie odzywał się już jakiś czas.
— Bukowa Korona został wojownikiem szybciej, niż my — zauważył zielonooki, na co bursztynooki pokręcił lekko głową, uśmiechając się w konkretny sposób.
— To raczej dobrze. To… bez różnicy, kto został doceniony szybciej. Klan rośnie w siłę i oto wszystkim chodzi — powiedział Króliczek, wyraźnie niezadowolony z podjętego tematu. Westchnął. — Mam wrażenie, że muszę cię ciągnąć za język, żebyśmy rozmawiali. Głównie to ja się odzywam. Czemu mi czegoś o sobie nie opowiesz, Zajączku? Jak się czujesz? — kontynuował, zwieszając delikatnie łeb. — Mimo że jesteśmy blisko, rzadko kiedy siebie pytamy o takie rzeczy.
Trójoki Zając po niedługim namyśle pokiwał głową, zgadzając się. Co prawda, nawet jeśli nie była to rutynowa część ich rozmów, to nie czuł się tak, jakby przez to oddalał się od brata. Sam fakt, że rozmawiali codziennie, o czymkolwiek tak naprawdę, wywoływał w nim przekonanie, iż nie było wcale pomiędzy nimi tak źle. Jednak skoro pręgus czuł się w ten sposób, wojownik musiał zrobić co w jego mocy, żeby mu nie doskwierały nieprzyjemne myśli. Martwił się o niego i nie chciał, żeby chodził smutny. Otarł się delikatnie o jego bok.
— Króliczku, nie obwiniam cię o nic, wracając do twoich słów, zanim wyszliśmy. Jesteś moim bratem. Zawsze będziesz dla mnie najważniejszy, nieważne co — zapewnił go, utrzymując odgórnie narzucone tempo spaceru. Królicza Prawda speszył się odrobinę.
— Czy nie mówiłeś tak samo, wtedy? — zapytał, wbijając niewidzialną szpileczkę w serce kocura. Nie sądził, że bursztynooki będzie to pamiętał, z jakiegoś powodu. Czemu przyjął odgórnie, że nie będzie mu to krążyło po pamięci i ot tak o tym zapomni? Trójoki Zając, wtedy jeszcze Zajęcza Łapa, niedługo przed swoją ceremonią zaczął unikać brata w celu częstszych interakcji z Kukułką. Nie było mu łatwo pogodzić jednocześnie codziennych konwersacji z bratem, wspólnych treningów, wraz z chęciami dowiedzenia się więcej o liliowej szylkretce. Spanikował i ucieczka wydała mu się wtedy dużo łatwiejszym wyborem. Przełknął nerwowo ślinę.
— Mówiłem, ale tym razem naprawdę mam to na myśli. Wtedy też miałem, tylko… postąpiłem niczym mysi móżdżek. Przepraszam, Króliczku. Nie chciałem cię nigdy zranić — wymruczał, robiąc chwilę przerwy. — Myślę, że nasza podróż do Betonowego Świata, mimo że niezwykle trudna i która kosztowała nas tak bardzo, bardzo dużo nerwów, czasu i wszystkiego, z powrotem pozwoliła nam odbudować naszą relację. Chciałbym, żebyś mógł w pełni cieszyć się naszym powrotem i tym, że przyjęto nas w szeregi Klanu Klifu. W końcu tutaj się urodziliśmy. — Spojrzał na kocura, szukając na jego pyszczku wszelkiego rodzaju wątpliwości lub chęci zaprzeczenia, jednak nie spotkał się z niczym takim. Ta rozmowa nie była absolutnie łatwa, nigdy by jej nie nazwał najprostszą i tak naprawdę, prawdopodobnie nadal stroniłby od tego tematu, ponieważ nie był najlepszy w pocieszaniu kotów. Czuł się tak, jakby wszystkie jego słowa brzmiały sztucznie od ilości obietnic, których później nie potrafił się utrzymać, mimo danego słowa. Nie ze wszystkimi, ale był to już któryś raz z kolei, co było samo w sobie już dosyć wymowne.

***

Teraźniejszość

Bukowa Korona doczekał się rzekomo kociąt z Rozżarzoną Pieśnią, co wywołało oburzenie u Foczej Fali, zresztą nic dziwnego. Czy Trójoki Zając spoglądał na sprawy szerzej, szczególnie do tych, do których podchodził lekkomyślnie? Chciał wierzyć, że tak. Że zrobił postęp jako członek Klanu Klifu. Słowa Judaszowcowej Gwiazdy od czasu do czasu przelatywały mu przez umysł, niczym przypominajka, że każda sytuacja posiadała drugie dno, które możliwe, że przeoczył. Nawet jeśli czekoladowy kocur dawno trafił w objęcia ich gwiezdnych przodków, pamięć o nim nie zaginęła. Nadmierne rozmyślanie nad tym jednak również nierzadko prowadziło do przykrości, których wojownik starał się unikać, stronić od nich, tak, jak od uzależniającej kocimiętki. Mało kto pamiętał o ich zdradzie, tak dawnej.
Trójoki Zając był kłamcą. Czuł się kłamcą, który nie miał ze swoich kłamstw nawet ziarna zysku, a jedynie masę wyrzutów sumienia, które potem gryzły jego umysł niczym robaki owoce drzew porastających tereny Owocowego Lasu. Wraz z nadejściem Pory Opadających Liści, był to już któryś z kolei sezon, gdzie nie było u jego boku już Króliczej Prawdy, jego kochanego braciszka. Znowu go okłamał, jego również nie był w stanie uchronić przed nieprzychylnością Klifiaków i niedogodnościami losu. Zamiast tego skupił się na Kukułczym Wdzięku, w rzeczywistości raz jeszcze zaniedbując brata. Nie mógł go nawet winić za to, że w pewnym momencie musiał mieć… dość. Kto chciałby przebywać w takim miejscu, bez jakiegokolwiek wsparcia od swojego jedynego członka rodziny? Po tym wszystkim, przez co przeszli wspólnie lub osobno? Westchnął pod nosem, zastanawiając się, czy żyło mu się lepiej, gdziekolwiek teraz był. Gdyby tylko mógł, chciałby go ponownie ujrzeć i jeśli tylko Klan Gwiazdy byłby łaskawy, zamienić z nim, chociażby parę słów. Dlaczego nie doceniał jego obecności wcześniej, bardziej? Nie rozmawiał z nim częściej? Może gdyby tylko zadbał o to bardziej, to teraz nie musiałby za nim tęsknić i cierpieć z tego powodu? Sam sobie zgotował taki los… Był takim głupcem.
Jagnięcy Ukłon musnęła go delikatnie w bok, kładąc przed jego łapami dawkę różowo zabarwionych łodyżek. Myślał, że ta, którą podała mu nie tak dawno temu, była ostatnią, a jednak jego kurowanie się nie dobiegło końca. Nie potrafił nie odwiedzać Firletkowej Łapy, dlatego też każde wygonienie go z legowiska kończyło się jego przygnębieniem tak wielkim, iż nie wiedział, co ze sobą powinien zrobić. Czuł się zagubiony w nowej rzeczywistości i gdyby tylko mógł, porozmawiałby o tym z Króliczą Prawdą. Nie było to jednak możliwe w żaden sposób. Czy nie myślał w sposób egoistyczny? W końcu kremowy również miał swoje problemy, wiele z nich. Zawsze, gdy Trójoki Zając widział kocięta jego i Srebrzystej Łuny, myślał o bracie. Wzburzony Kormoran, Oszroniony Kieł… powinien z nimi porozmawiać. Jego życie od dłuższego czasu wyglądało tak samo; rozmowy z dziećmi, partnerką, rutynowe patrole lub łowy, a potem kończył to odpoczynkiem w legowisku, czasami u boku swojej ukochanej, a czasami z chłodem panującym w ich powiększonym posłaniu.
— Zjesz i będziesz miał to z głowy. Obiecuję, że to nie kocimiętka — mruknęła do niego kobaltowooka, a kremus pokiwał pokornie głową. Wierzył jej. Apetyt mu nie dopisywał i na widok ziół nie odczuwał naturalnej potrzeby spożycia ich, tak samo zresztą ze zwierzyną. Musieli robić zapasy na nadchodzącą mroźną porę, która przecież nikogo nie oszczędzi. Nie oznaczało to jednak, iż pożywienia nie wystarczyło dla niego – zawsze było tyle, żeby nawet i on mógł coś skubnąć. Musiał o siebie dbać, ale było to tak ciężkie…
— Dziękuję, że mi tak pomagacie — powiedział, po czym wreszcie spożył łodyżkę. Korzenny, miodowy posmak ponownie zabarwił jego podniebienie, a pręgowana odetchnęła z wyraźną ulgą. — Nie chcę was wiecznie tym kłopotać. Ciężko mi zrozumieć, że nie mam już odporności dziesięcioksiężycowego ucznia — wyznał jej, a zielarka poruszyła nieznacznie łapą.
— Przed tobą jeszcze tak wiele księżyców, Trójoki Zającu. Nie możesz się teraz poddać, po tym wszystkim. Tak zaciekle walczyłeś. Masz rodzinę i przyjaciół, którym na tobie zależy — odparła słusznie. Przemijanie dotykało każdego, nie tylko jego. Widział to po każdym, jednak po sobie chyba najbardziej – łapy męczyły mu się dużo szybciej, niż kiedyś, a umysł nierzadko przyćmiewała swego rodzaju mgła, co tak swoją drogą absolutnie go nie cieszyło. — Zresztą, nie masz za co dziękować. To obowiązek każdego medyka, żeby dbać o pobratymców swojego klanu i o koty w potrzebie. Jak tylko twoje drogi oddechowe się oczyszczą, a ty nie będziesz kichać więcej razy, niż masz palców u jednej łapy, będziesz mógł odwiedzić Firletkową Łapę. — Posłała mu aksamitny uśmiech. Zauważywszy jednak, że nie odwzajemnił go, poruszyła się nieznacznie. — Co ci doskwiera, przyjacielu?
Pokiwał głową. Jagnięcy Ukłon zawsze wiedziała, jak go uspokoić. Jej pysk porastały siwe włoski, sama zdawała się zgarbiona i taka, jakby nadgryzł ją ząb czasu. Na ten widok kocur posmutniał widocznie. Nie chciał, żeby odeszła. Starość jednak nie była dla nikogo litościwa i musiał się z tym pogodzić, nawet jeśli nie było to absolutnie, w żaden sposób, proste. Strata nigdy nie była łatwa, a pewna dawka żałoby zostawała z każdym do końca życia. Nos mu się z każdym dniem coraz sprawniej odtykał, a ciało wypoczywało lepiej w nocy. Spał dużo porządniej, niż w dzień, w którym wydarzył się wypadek. Oczy nie szczypały go tak, jakby wgapiał się całymi dniami w słońce od momentu wyłonienia się z jaskini. Mimo że zioła mu pomagały, nadal czuł wyrzuty sumienia, iż musiał je spożyć.
— Ja… bardzo tęsknię za moim bratem. Czuję, że nie powinienem, ale nie potrafię z tego zrezygnować. Mam wrażenie, że nie doceniałem wystarczająco jego obecności, gdy był tu jeszcze z nami — miauknął jej cichutko, uprzednio rozglądając się, czy ktokolwiek podsłuchiwał. Kremowy nie miał dobrej opinii w klanie, odkąd rządy obrał Mirtowe Lśnienie. Trójoki Zając długo próbował wmówić sobie, że tak właśnie musiało być. Że nie tęsknił za nim i taka była kolej rzeczy, nie potrafił jednak wiecznie trwać w takim nastawieniu. Było ono okrutne i niezgodne z tym, co czuł. Jagnięcy Ukłon otuliła go ogonem. Przy niej czuł się tak, jak kocię przy swojej matce. Prawdopodobnie było to spowodowane jej podobieństwem, przynajmniej częściowym, szaty, do jego matki, Pikującej Jaskółki. Za nią również tęsknił, mimo że nie był nigdy idealnym synem. W pewnym momencie zaczął nawet zastanawiać się, czy zasługiwał na miano spokrewnionego z nią.
— Królicza Prawda musiał się dużo męczyć, zanim odszedł. Myślę, że możesz za nim tęsknić, w końcu jesteście rodziną, a rodziny się nie wybiera. Pamiętaj jednak, że twoja lojalność musi pozostać klanowi — powiedziała mu, a wojownik zastanawiał się przez jakiś czas, czy faktycznie tak mu poradziła, czy jedynie sobie to wymyślił, wyobrażając sobie głos matki. Ona nigdy nie była aż tak troskliwa, jednak jej obraz, jaki zapamiętał, został nieco zniekształcony z biegiem czasu. — Straty nigdy nie są proste, trzeba jednak wiedzieć, że życie przeszłością nigdy nie zapewni ci spokoju. Oczywiście, wymaga to sporej pracy nad sobą… dlatego też dobrze, że się tym ze mną dzielisz. Jako twoja przyjaciółka i medyczka, powiem ci, że jest to pierwszy krok do polepszenia — każde słowo wypowiadała delikatnie. Wiedziała, że to był ciężki temat i Trójokiego Zająca wiele kosztowało, żeby się przed kimś otworzyć w ten sposób. Odczuwał jednocześnie wyrzuty sumienia, bo może nie powinien nikomu o tym mówić? W końcu co, jeśli przez takie myśli był nielojalny klanowi? Nie chciał dorzucać kotom ewentualnych powodów, dla których mogliby go znienawidzić. — Możesz mieć pewność, że ze mną twoje słowa będą bezpieczne. Dziękuję, że mi na tyle ufasz.
— Odkąd zostałem ojcem, mam wrażenie, że nie mam prawa czuć się źle. Nie chcę nikogo kłopotać, a w szczególności mojej rodziny — szepnął jeszcze, nie mając pewności, czy kobaltowooka to usłyszała. Oczy zaczęły go delikatnie szczypać, dlatego też przetarł jedno z nich łapą i przełknął ślinę, próbując się uspokoić.

Koniec sesji