Przed i w trakcie pożaru
Rudzik obserwowała błyskawice, niekoniecznie cokolwiek sobie z nich robiąc. Rozglądala się po okolicznych pyskach. Nie była pewna czemu aż tyle kotów było w tej chwili w obozie.
"Boją się burzy?" zachichotała pod nosem i usiadła na ziemi, chowając przednie łapki za ogonem.
Wiedziała, że dziś miało się stać coś co zaważy na jej przyszłości i nie czuła się z tym szczególnie dobrze. Niestety było już za późno. Zastrzygła uchem, słysząc głosy nieopodal. Kątem oka zauważyła Gradobijący Cień rozmawiający z Króliczą Gwiazdą.
“Zaczęło się. Będzie źle” pomyślała. Spojrzała z zainteresowaniem na rozmawiające koty. Zaczęła się zastanawiać czy sytuacja wymagała interwencji, ale ostatecznie na ten moment postanowiła sobie odpuścić. Usłyszała za to tupot czyiś łap. Obejrzała się w kierunku z którego dochodził dźwięk, widząc jednego z wojowników. Wrzeszczał i był zdecydowanie nerwowy. Zmarszczyła brwi zdenerwowana.
“Co powinnam zrobić?” zapytała samą siebie, przełykając ślinę.
Zdyszany Bąbelkowy Plusk wbiegł w centrum obozu, krzycząc:
— OGIEŃ! PALI SIĘ! — miauczał z chrypką.
Zakasłał. Bąbelkowy Plusk spojrzał na Króliczą Gwiazdę.
— ZARAZ OGIEŃ DOSIĘGNIE OBOZU! — dodał ze zdartym gardłem. Widać było jak młody wojownik się trząsł.
— Ogień? — szepnęła Rudzik do siebie i zadrżała.
Nagle jakby zawiesił się jej przez moment system.
"Co się robi w takiej sytuacji? Nie chcę spłonąć... Ogień jest...piękny. Taki rudy. Ale nie może mnie pochłonąć" pomyślała, nadal stojąc w zastygu.
Otrząsnęła się dopiero za chwilę i szybko zaczęła się rozglądać...za swoim potomstwem.
— Powinniśmy iść w stronę wody — burknął Oskrzydlony Ognik, pojawiając się obok Rudzik.
— Kurza Łapo chodź tutaj albo szybko wynoś się z obozu! — podbiegł do syna srebrnej, widząc go w tłumie. — Gdzie Perłówka? — zapytał, jednak Rudzik nadal stała jak wryta w ziemię.
Była przerażona. Mało tego. Nie była w stanie nawet kiwnąć paluszkiem u łapy, aby móc uciec. Niby się otrząsnęła, ale łapy nadal odmawiały jej posłuszeństwa. Rozejrzała się w panice.
“Czy to tak się skończy? Odbudują Klan Burzy, prawda?” pomyślała.
Jej łapy wróciły do życia dopiero, gdy ogień był już tuż za nią. Jej serce przejęła panika, ale szła spokojnie. Z wierzchu wyglądała jakby nic się nie działo, nie licząc ciągłego oglądania się dookoła. Przełknęła ślinę. Zdawało się jej, że była gotowa na wszystko, ma cokolwiek się miało wydarzyć, a jednak nie. Powłóczyła nogami niedaleko starszych i Króliczej Gwiazdy. Naprawdę nie chciała tego robić? Bo w końcu dlaczego? Co ją z tym wszystkim w ogóle naszło?
Podbiegła do reszty kotów nim płomienie odgrodziły jej drogę. Poczuła zaraz jak jej ogon staje się ciepły, a następnie nabiera coraz większej temperatury. Obejrzała się za siebie widząc jak końcówka jej ogona płonie. Prędko próbowała ugasić ogień niestety niewielka część futra zdążyła już spłonąć. Zawyła żałośnie z bólu, próbując ochłodzić ogon wiatrem, jednak na nic zdawały się jej starania. Syknęła pod nosem, zaciskając mocno zęby i rozejrzała się dookoła.
— Nie, nie — mruczała pod nosem Sójczy Błękit, puszczając Króliczą Gwiazdę i odbiegając kawałek dalej. — Nie!
— Co za ciepłe spotkanie, nieprawdaż? — zaczął Tańcujące Pierze, niby uspokajającym, ciepłym głosem. — Jesteście otoczeni — miauknął z uśmiechem.
Kocica rozejrzała się po ognistym kręgu, widząc następujące koty; Bąbelkowy Plusk, Rudzikowe Skrzydełko, Dziki Berberys, Zwiewny Mak, Gradobijący Cierń... a także kocur, który zdawał się być liderem grupy.
— Widać, że wasz przywódca już was nie uratuje, co? — szepnął, pokazując na skulonego Króliczą Gwiazdę. — Och... jak mi was szkoda. Biedne króliczki... — słodził, wyraźnie z nich szydząc.
— ...Ale nie ma teraz czasu na współczucie. Same zapędziłyście się w kąt, głuptaski — dodał jeszcze, z niespotykaną pewnością siebie.
— Króliczek jest teraz tak samo przerażony jak wy, jego poddani! — syknęła głośno Zwiewny Mak.
Królicza Gwiazda cofnął się, obnażając zęby. W jego oczach widać było jednak przerażenie, a ruchy były nieskoordynowane i gwałtowne.
— Co wy sobie wyobrażacie?!
— Nie spodziewali się tego — wymamrotała do samej siebie, zadowolona.
Rudzikowe Skrzydełko stała tam, jednak nie wyglądała na pewną czegokolwiek. W tamtej chwili raczej wolałaby być gdzie indziej, ale przecież był plan. Plan, który nagle wyleciała jej odrobinę z głowy. Obejrzała się po zebranych kotach i przełknęła ślinę widząc własną matkę. Zaczęła się bać.
“Jak po tym wszystkim osądzi mnie Klan Gwiazdy? Gwiezdne koty, których zasad nawet nie pamiętam?” pomyślała, a jej uszy lekko opadły.
Całkowicie odłączyła się od sytuacji, dopóki nie usłyszał głosu Pierza.
— Oni są przeciw nam, Rudzikowe Skrzydełko — wymamrotał, zbliżając się do niej. — Widzisz, że wolą zdechnąć z tym truchłem niż przeżyć. Godne pożałowania, pf — splunął w stronę przeciwnej grupy. — My chcemy dobrze dla naszych pobratymców... w przeciwieństwie do nich.
— Sójczy Błękit... czy ty naprawdę wierzysz, że to truchło was zbawi? My tylko wyświadczamy przysługę. Jeśli warte jest twoje życie więcej niż komar, zejdź nam z drogi — miauknął i wysunął pazury.
Rudzik przez moment poczuła jak zalewa ja krew. Miała ochotę porzucić cały plan i obronić swoją matkę.
— Nie dam jakiemuś małolatowi sobie grozić — syknęła Sójka. — Czy mózg wypadł Ci gdzieś po drodze? Pozwalasz sobie na za wiele! — uniosła wzrok prosto na Tańcujące Pierze.
— Ja... Ja wiem — mruknęła cicho. — Przepraszam — spojrzała nieco zamglonym wzrokiem na matkę, a następnie potrząsnęła głową i kiwnęła już nieco pewniej w stronę pointa.
Królik z otworzonymi w przerażeniu oczami dalej się cofał.
— Przynosicie temu klanowi większą ruinę, niż ja moimi rządami! — zawarczał, ostrzegając całą zgraję.
Skrzydełko znowu odcięła się od sytuacji. Widziała tylko jak Cierń rzucił się na przywódcę, a jej matka próbowała go strącić. Miała ochotę zacząć płakać. Nagle uświadomiła sobie, że nie chciała w tym uczestniczyć. Nie chciała, a mimo to przed nią wyrosła przeszkoda w formie płomiennej kotki. Zjeżyła futro, rozpoznając w niej Ognistą Piękność. Kotka nigdy nie wyglądała na zbyt przychylną jej czy komukolwiek z jej rodziny. Za to widziała czasem jak rozmawiała z Płomiennym Rykiem.
— Witaj Kocięcy Rozumku — miauknęła Ognista nieco zachrypniętym głosem.
Rudzik pomyślała, że musiał to być powód dymu. Lub po prostu starości. Potrząsnęła głową i zjeżyła futro.
— Widzę nawet teraz nie grzeszysz ani odrobiną rozumu. Miałam rację co do ciebie. I do twojego rodzeństwa również. Nie wspominając o twojej matce... To moje dzieci były tymi lepszymi. Nie jej — mruczała powoli, a Rudzik patrzyła na nią pytająco.
— A-A j-j-j-ja chyba nie rozumiem! — miauknęła nerwowo srebrna, oglądając się dookoła.
Chaos. Dookoła być chaos, wszechobecny. Rudzik miała nagła ochotę wbiegnąc w okoliczne płomienie.
— Sama widzisz. Właściwie już ci wszystko powiedziałam, a TY nadal nie rozumiesz. Że też Płomienny Ryk musiał cierpieć z półgłówkami. Co on widział w tej irytującej pchle? — miauczala dalej, a Rudzik zdawała się coraz bardziej rozumieć sytuację.
— Czy ty... Czy Ryk był twoim partnerem? — zapytała, jakby dla niepewności.
Wydawała się tak słaba jak starsza kotka, a przed oczami miała mroczki. Potrząsnęła nagle głową.
— Owszem. A twoja matka kotką... lekkich obyczajów. Z czego na świat przyszłaś ty, pokrako — szepnęła ruda, mrugając kilkukrotnie, aby pozbyć się dymu z oczu.
Rudzik nie mogła uwierzyć własnym uszom.
— Nie jestem pokraką... Ani też pomyłką. A-Ah... Nie jestem najmądrzejsza, ale nienawidziłaś mnie...od moich narodzin. Tak jak Ognika i Płomykówki. Jestem niemal pewna, że to właśnie ty śledziłaś mnie kiedyś podczas treningu. Chciałaś wiedzieć czy jestem przydatna, co? — oburzyła się Skrzydełko, a w jej oczach można było ujrzeć płonącą iskrę. Ogień, który tkwił jako symbol rudego rodu, ogień który teraz niszczył ich obóz, ogień, który zawsze miała w sercu, dawniej zasłaniany niczym innym jak głupotą. Zastanawiała się jaka była jej rola. Ognik zdawał się porzucić wielkość rudzielców. Może jednak to ona była tą wybraną przez ojca? Zjeżyła futro i popchnęła kotkę, a tamta odwdzięczyła się tym samym, sprawiając, że ogon srebrnej znowu zajął się ogniem.
— Nie rozumiesz? Jesteś porażką Kocięcy Rozumku. I będziesz jedną z tych, które zniszczą ten klan. Nie robisz nic dla klanu, tylko go niszczysz! — zawołała, z uśmiechem pełnym triumfu na pysku.
— Nie prawda. To TY jesteś porażką i obwiniasz mnie za swoje problemy i błędy ruda świrusko — prychnęła nerwowo, próbują ugasić płomień niszczący jej ogon. — A teraz spłoniesz, tak jak mówi twoje imię. Nigdy nie byłaś piękna, a teraz zostanie po tobie popiół — zaczęła cicho, a skończyła chichocząc.
— Raczej ty. Twój ogon nadal się pali — zasugerowała.
— Ależ skąd — mruknęła i pchnęła kotkę bliżej płomieni, nie przejmując się tym, że sama również może spłonąć.
Przez mocno zaciśnięte zęby usiłowała przejść próbę bólu. Pchnęła rudą jeszcze kilka razy, a następnie rzuciła się prosto na jej łapy, usiłując je złamać. Gdy w końcu się udało uśmiechnęła się z triumfem. Złapała kotkę szybko za kark i przysunęła bliżej ognia, następnie po prostu wpychając ją prosto w płomienie.
Futro kotki powoli zajmowało się ogniem, a Rudzik nagle zaczęła się wahać. Już chciała wyciągnąć pomocną łapę, ale w ostatniej chwili ją zabrała. Ognistą Piękność próbowała jeszcze się wydostać, ale na marne. Złamana łapa nie pozwalała jej na większy ruch. Jej wzrok ponownie się zamglił, a płuca płonęły z bólu przez dym. Wróciła do reszty towarzystwa, aby uciec od płomieni, gdzie znalazła ciało swojej matki.
— M-Mamo? Sójczy Błękicie?? — mruknęła cicho, szturchając ja lekko.
Zadrżała ze strachu. Była po tamtej stronie. Była za Króliczkiem. Nie powinno być jej żal matki. Mimo to jej serce rozdzierało jakieś okropne uczucie. Jej ciałem wstrząsnął płacz.
— Mamo? Mamo dlaczego? — zapytała jeszcze raz i wtuliła się w jej futro. — Przepraszam. Chciałam dla nas wszystkich dobrze! Czemu to się zawsze tak kończy? Czemu nie mogę być jak inne koty! I czemu urodziłaś mnie...taką bezmyślną — mruczała cicho, ale zaraz odsunęła się od matki.
Stała jak wryta w ziemi nie wiedząc co miala robić. Obserwowała jak z nieba spada deszcz a płomyki znikają. To chyba był koniec. Obmyła odrobinę swoje futro z dymu, a także część łap, obserwując innych. Zjeżyła futro z nerwów, zastanawiając się co począć. Pobiegła więc w stronę zebranych, kręcąc się dookoła. Po jakimś czasie ujrzała jak kawałek przed nią szedł Opadający Rumianek. Zaczęła się zastanawiać czy kocur czasem nikogo nie widział. Nie chciała jednak pytać i podeszła bliżej, tak aby słyszał jej kroki. Wiedziała że liliowy za nią nie przepadał więc siedziała cicho. Szylkret postanowił więc zrobić to samo. Obejrzał się do tyłu, a widząc srebrne futro, westchnął cierpiętniczo. Było mokre od deszczu. Ostatecznie najwyraźniej uznał, że jednak zacznie rozmowę, bo świdrował kotkę swoim wzrokiem.
— Gdzie reszta? — zapytał. — Czy zdążyli uciec? — mruknął cicho.
Kotka otrząsnęła się z chwilowego transu.
— Nie mam zielonego pojęcia. Prawie sama spłonęłam — mruknęła cicho, po czym oboje dotarli do zebranych.
— Na gwiezdnych, gdzie ty byłaś?! — Uskrzydlony Ognik ujął jej pysk w dwie łapy, szybko ją oglądając, chyba zastanawiając się nawet, czy jej nie przyłożyć — Nic ci nie jest? Po co się oddalałaś? Gdyby coś ci się stało, to zostawiłabyś dzieci same! Rozumiem, że możesz nie lubić spacerów ani biegania, ale mieliśmy pożar, pożar! Nie lekkie promienie słoneczne, czy lekką burzę — dodał, wyraźnie oburzony zachowaniem kotki.
Spojrzała na brata i nagle pod wpływem spadającej adrenaliny poczuła wszystko;, swój przypalony ogon i bolące łapy. Po prostu zaczęła płakać. Wzięła ogon przed siebie i ryczała jak nigdy.
— Prze-przepraaaaszam! — zawyła i zaraz zaczęła się rozglądać za swoimi dziećmi. — Ogniku przypilnowałes ich, prawda? Są bezpieczni?? Mogę ich zobaczyć? — zaczęła pytać zdenerwowana, szukając znajomych pyszczków swoich kociąt. — Dziękuję. Ja nie byłam w stanie się ruszyć. Spanikowałam! — zadrżała, jednak wiedziała, że to była tylko częściowa prawda. — W pewnym momencie spadła na mnie gałąź...i rany mój ogon — gadała dalej zachrypniętym głosem, a pyszczek się jej nie zamykał.
W jej oczach nadal były łzy, które oprócz faktycznego zmartwienia sytuacją dźwigały też ciężar zabicia rudej kotki.
— Muszę zobaczyć Kurczątko i Perłówkę — miauknęła znowu, wbijając wzrok w rudzielca.
Podszedł do nich jeden z wojowników, Cyklonowe Oko.
— Gałąź? — miauknął ze zmrużonymi oczyma. — A skąd ty sobie gałąź wyśniłaś? Nie wiem, czy pamiętasz, ale nasze tereny są łyse.
— Gałąź? Powiedziałam gałąź? — zapytała jakby samej siebie i dalej wyła. — Właściwie nie wiem co to było. Wiem, że mój ogon jest zwęglony. Widzieliście gdzieś medyków? — mruknęła i zachwiała się chcąc ruszyć dalej. — O Klanie Gwiazdy jak mnie boli gardło — mruknęła zachrypniętym głosem. — Chyba nawdychałam się dymu.
— Mamy kilka drzew przy Oku — mruknął, nie spuszczając wzroku z Rudzik — Tylko nie rozumiem po co miałabyś się tam udać — dodał, odstępując na krok.
Rudzik była może w gorącej wodzie kąpana, ale raczej nigdy nie bajarzyła.
— Jakich drzew? — mruknęła jakby przyćmiona.
— Perłówka i Kurczątko są bezpieczni z tyłu, na pewno z chęcią cię zobaczą.
Rozejrzała się po okolicznych kotach i po raz kolejny jej oczy pokryły mroczki.
— J-Ja ich też — wymruczała jeszcze i zemdlała.
Rudzik czując po chwili czyjś dotyk łap zamrugała kilkukrotnie.
— Dym... Wdzięczna Firletko co z nami będzie? Gdzie Ognik? I moje maleństwa? — zapytała cichym, zachrypniętym głosem, a po chwili przerwy stanęła na łapy.
Zwiewny Mak podeszła do Rudzikowego Skrzydełka i szturchnęła ją lekko nosem, po czym znów zrobiła krok do tyłu, do swoich kociaków. Rudzik spojrzała na Zwiewny Mak i uśmiechnęła się słabo. Odzywało się jeszcze parę kotów, gdy ponownie usłyszano głos zastępcy:
— Czy ktoś jeszcze jest w posiadaniu informacji, ktorą mógłby się podzielić? — zapytał. — Czy ktoś słyszał coś, był czegoś świadkiem, i jest w stanie nam ten moment przytoczyć?
— Ekhem — chrząknęła Pożar.
— Tak? — zapytał Echo, kierując swój wzrok na rudą kotkę.
— Widziałam ostatnio Rudzikowe Skrzydełko niedaleko granicy z Klanem Klifu. Rozmawiała z kimś na temat rządów Króliczej Gwiazdy i mówiła nawet o możliwości pozbycia się Ciebie, Zawodzące Echo. Chyba nie była to jednorazowa sytuacja, bo wielokrotnie widziałam jak idzie w tamtym kierunku — zeznała.
Rudzik uniosła ogon i zmarszczyła brwi.
— Ostatni Pożarze... — mruknęła. — Rozumiem, że masz pełne prawo mnie nie lubić, a nawet się mścić, ale możesz aż tak nie zmyślać? — zapytała, krzywiąc pysk. — Nigdy nie miałam problemu do Króliczej Gwiazdy czy Zawodzącego Echa! Czemu miałabym mieć? — mruknęła i westchnęła cicho.
Było niemal słychać trybiki przesuwające się w jej głowie. Nie przypominała sobie nawet, aby komukolwiek mówiła o tym wszystkim, więc skąd kotka wyciągnęła takie bzdury?
— Jakie masz powody, żeby tak kłamać? Czy naprawdę musisz być taka jak swoja matka Ostatni Pożarze? Patrzeć na mnie krzywo i stawiać mnie w takich sytuacjach? — miauknęła cicho. — O co wam z tym chodzi? — podpytała jeszcze, zdenerwowana oskarżeniami, które padły.
— Nie zamierzam dyskutować ze spiskowcami — odparła krótko Pożar.
— Po prostu przyznaj że kłamiesz i nie chcesz się do tego przyznać — odparła cicho. — I do tego że najzwyczajniej w świecie mnie nienawidzisz. Nigdy nie zrobiłabym krzywdy własnemu przywódcy. Nie tak kieruje mnie Klan Gwiazdy — dodała.
— To, że Ostatni Pożar za tobą nie przepada, nie sprawia że jesteś niewinna – zauważyła Złocista Wydma.
Skrzydełko sposób spojrzała na nią i westchnęła cichutko.
— Doskonale wiesz że nie to miałam na myśli i nie broń swojej przyjaciółki — syknęła cicho. — Nigdy, powtarzam nigdy nie zrobiłabym krzywdy swojemu przywódcy. Ani nikomu innemu. W rzeczywistości boję się krwi! — mruknęła. — I mam duży problem z nawet uśmierceniem myszy. Przysięgam to nie ja... — mruknęła, będąc o krok od rozpłakania się. — Nigdy nie zrobiłabym czegoś takiego. Prawda, widywałam się z kimś. Z ojcem moich kociąt. Nie ufam mu, w końcu porzucił mnie i moje potomstwo, ale zdaje się o mnie... troszczyć — uśmiechnęła się ciepło, a słowa które mówiła były tylko częściowo prawdą. — Nie mam białego pojęcia skąd wyciągnęłaś takie bzdury. W klanie jest moje rodzeństwo i maleństwa. Dlaczego miałabym robić cokolwiek co kazałoby mi ich porzucić? — mruknęła, a jej oczka stały się szklane.
Czuła się nieco dziwnie. Gryzło ją sumienie, jednak pozwalało jej nadal na wystarczjąco dobrą grę aktorską. Zastanawiała się tylko do będzie dalej. Czy nie będzie zbyt wyczerpana ciągłym zmyślaniem?
— I ona najwyraźniej przez długi czas szła za mną. Zrównaliśmy kroki gdy byliśmy bliżej miejsca spotkania — miauknął Opadający Rumianek.
Ostatni Pożar nadal była cicho, a Rudzik zmrużyła nerwowo oczka.
— Pomysły na kłamstwa ci się skończyły? — zasugerowała, ale nie z tradycyjnym dla niej chichotem, lecz mimiką pełną wyrzutu, a nawet odrazy.
— Rudzik nie miała żadnego motywu, a to co mówi ma całkowicie sens — stwierdził Ognik, unosząc wysoko ogon. — Może jest roztrzepana i najpierw myśli potem działa, ale o swoje kocięta rzeczywiście dba i poświęca im uwagę, nie mogłaby ich tak po prostu porzucić. Z resztą, Rudzik, jak zdołałem poznać, mając na to praktycznie całe życie, jest jedną z bardziej unikających konfliktów kotów, stroniących od przemocy — wypowiedział swoje słowa stanowczo i spokojnie.
Srebrna chciała się jeszcze odezwać, ale szybko ucichła słysząc słowa zastępcy. Odwróciła głowę w jego stronę i nastroszyła uszu, słuchając jej wypowiedzi.
— Proszę, przestańcie na moment — miauknął, odwracając się od Pierza. — Rudzikowe Skrzydełko, Opadający Rumianek i Oskrzydlony ognik mogą mieć rację. Nie oskarżajcie jej pochopnie. Spojrzała w tę samą stronę do zastępca i sapnęła zdziwiona, widząc mdlejącego Tańcujące Pierze. Wszyscy wyglądali jakby potrącił ich potwór. Część może nawet jeszcze gorzej.
— Klanie Gwiazdy... Czemu nas to spotyka? — mruknęła pod nosem.
— Ciebie możemy oskarżyć o wiele więcej niż o posiadanie rudego futra, na które zganiasz winę — Śpiewający Raniuszek warknęła z daleka, zastanawiając się, dlaczego kot, który jeszcze chwilę temu słaniał się na łapach, teraz zachowuje się bezczelnie, jak pan i władca — Odbiegamy od tematu, chodząc po tematach i gdybaniach, gdzie nie mamy żadnych dowodów! Padły cztery imiona. Gradobijący Cierń, Dziki Berberys, Tańcujące Pierze i Rudzikowe Skrzydełko. A o pierwszych dwóch w ogóle nie rozmawiamy — odezwała się głośniej i donośniej — Gdzie są koty których nie ma? Jestem za tym, by wysłać patrol sprawdzający okolice. Jeśli spłonęli, na pewno zostały szczątki, jeśli ktoś im natomiast pomógł, powinny być ślady. Swoją drogą, czy ktoś nie powinien obejrzeć ciał naszych podejrzanych? — spytała, patrząc spod byka na oskarżonych — Na pewno mają ślady po ewentualnej bitwie, nikt nie poddałby się po prostu i nie oddał na skazanie.
— Ekhem. Jeszcze Nieustraszony Chomik — odezwał się ktoś w tłumie.
— Racja, jeszcze ona — odparła Raniuszek.
Skrzydełko zastrzygła uchem słysząc swoje imię. Spojrzała na szylkretkę.
"Kolejny kot, który patrzy jakbym zabiła mu matkę. Chociaż Pożar mogła mieć ku temu taki powód" pomyślała.
— Wzięłabym udział w patrolu, ale oskarżeni z tego co słyszę chyba nie powinni — mruknęła cicho. — Czy ktoś mógłby pomóc mi trochę z ogonem proszę? Strasznie boli — dodała.
Wdzięczna Firletka przywołała Rudzik ruchem łapy.
Podeszła do kotki i pokazała ogon. Syknęła z bólu, a jej oczy zaszły się łzami, gdy kotka dotknęła go łapą. Wystarczyło, aby adrenalina trochę opadła i ból przyszedł do niej z jeszcze większą siłą. Nagle zaczęła czuć spalone tkanki, zastanawiałam się nawet czy zaraz nie umrze.
— J-Jest spalony. Nie odpadnie, prawda? — zapytała, mrugając oczami, aby odgonić łzy. — Czy można coś zrobić żeby nie odleciał? — uniosła pyszczek w górę, patrząc prosto w oczy liliowej.
Medyczka obejrzała ogon Rudzik.
— Nie odpadnie — zapewniła ją, po czym rozejrzała się po jaskini. — Możesz obłożyć go mchem z wodą, to powinno nieco ukoić ból. Gdy tylko będę miała dostęp do jakichkolwiek ziół, to się tobą zajmę. Na razie nic więcej niestety nie mogę zaradzić.
Kiwnęła głową, na znak że zrozumiała słowa kotki i poszła szukać mchu. Nałożyła trochę zamoczonego na ogon i faktycznie poczuła niewielką ulgę. Posłała przyjazny uśmiech w stronę medyczki, dziękując w ten sposób za pomoc.
***
Zawodzące Echo zmierzył koty wzrokiem.
— Tym samym uważam dyskusję za zamkniętą! — oznajmił, w jego głosie nuta ostrości. — Wyznaczone do tego koty zajmą się ulokowaniem podejrzanych - Tańcującego Pierza, Gradobijącego Ciernia, Dzikiego Berberysu oraz Nieustraszonego Chomika - w dołach lub ślepych odnogach tuneli — przy tym zerknął na Białego Strumienia — jeżeli takowe będą do tego odpowiednie. Bąbelkowy Plusk, Rudzikowe Skrzydełko i Zwiewny Mak nie stanowią dla nas bezpośredniego niebezpieczeństwa, więc zostaną w grupie, ale pod czujnym okiem. Co do reszty klanu - nie wiemy, w jakim stanie jest nasz obóz, więc przygotujcie się do spędzenia kilku następnych nocy tutaj, w Grocie Pamięci. Słysząc swoje imię Rudzik zastrzygła uchem i kiwnęła głową na znak, że rozumie słowa przyszłego przywódcy.
— Pod czujnym okiem również chętnie pomogę przy późniejszej odbudowie obozu — mruknęła cicho, słabym głosem.
Widocznie płuca nadal bolały ją od dymu, a gardło niemal paliło.
***
Nie zniosła dłużej tego wszystkiego. Wkrótce zaczął jej się plątać język i choć nadal nie przyznała się do swojego morderstwa to została uznana za tak samo winną. Nawet jeśli nie mieli żadnego dowodu na jej zabójstwo prócz jej miernych wyjaśnień. Werdykt był nieco inny niż się spodziewała. Błagała o śmierć, panikując, tymczasem udało się jej wyjść z tego cało. A może raczej prawie cało. Została minarem. Jednym z jej pierwszych zadań było kopanie tuneli. Ciężko pracowała, robiąc wszystko, aby na nowo moc zostać wojowniczką. Jej zapał nie spadał, nawet gdy złapała któryś z rodzajów kaszli. Nie skarżyła się, więc choroba rozwijała się nadal. Zaczęła robić wszystko co mogła, aby wydostać się z tej sytuacji, nawet jeśli doskonale wiedziała, że było już za późno. Teraz mogła modlić się najwyżej o śmierć.