BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

20 sierpnia 2026

Od Słonkowej Łapy do Dymówki

Czasy kocięce minęły jej w mgnieniu oka. Może to dlatego, że znaczną ich część spędziła, wijąc się jak malutka dżdżownica? Przez pierwsze księżyce niewiele potrafiła. Musiała się czołgać, nawigować za pomocą węchu, a także bić się z rodzeństwem o pokarm, by w końcu zmienić się w pięknego motyla — choć to ostatnie nie było zbyt ciężkie. Przynajmniej nie dla niej. Los sprawił, że urodziła się jako pierwsza, a także najsilniejsza ze swojego rodzeństwa — tak właśnie mówili jej rodzice. Ona sama nie pamiętała tego wcale. Cóż, nie mogła pamiętać. Żyjąc jednak ze świadomością, że często zapewne odpychała swoje siostry i brata od matki, by pozyskać od niej życiodajny płyn, czuła się niezwykle źle. Było to co prawda dawno. Firletka, Mysikrólik i Ćma nic z tego nie pamiętali. Lecz ona nie mogła znieść myśli o tym, że jako mały, nowonarodzony kociak potrafiła przepychać się przez najbliższe jej koty i zwracać na siebie tym uwagę. Teraz wcale nie chciała tej uwagi. Wolała siedzieć gdzieś na uboczu, w kompletnej ciszy. Naprawdę nie rozumiała, czemu jej malutka wersja była taką rozbójniczką. Chciałaby cofnąć się w czasie i z obecną świadomością znaleźć się w ciele młodego kocięcia. Wtedy na pewno zadbałaby o to, by jej rodzeństwo dostawało równą ilość mleka, a ona nie zgarniałaby dla siebie większej jego ilości.
Cóż, mimo wszystko nie potrafiła władać czasem. To, co już się stało, nigdy się nie odstanie. Czas mijał, serce uderzało za uderzeniem, a ona mogła jedynie starać się o to, by nigdy nie być już tą pierwszą. Choć wciąż, czy tego chciała, czy nie, była pierworodną. To wręcz ironiczne, że los postanowił wypchnąć ją na świat jako pierwszą, wiedząc, że w przyszłości wyrośnie na kogoś, kto zrobi wszystko, by nigdy nie być na przedzie. Może zrobił to w formie nieśmiesznego żartu, chcąc uprzykrzać życie Słonce już od najmłodszych jej dni.
A czemu akurat los? A no temu, że szylkretka tak na dobrą sprawę nie wierzyła w to, że to Klan Gwiazdy mógł jakoś maczać w tym paluchy. Wierzyła w ich istnienie, co prawda, lecz nie sądziła, by mogli zbyt dużo zdziałać w świecie żywych. Wiedziała jedynie, że liderzy otrzymują dziewięć żyć, a medycy sny od Gwiezdnych Przodków, a to były niepodważalne dowody na ich istnienie. Słonka miała tylko nadzieję, że te umarlaki pozostają jedynie w swojej gwiezdnej krainie i nie mogą zstępować na ziemię. No bo w końcu, gdyby mogli, na terenach klanów nigdy nie działyby się rzeczy złe — a jednak się działy.
Uczennica słyszała już opowieści o legendarnej wojnie z Klanem Wilka. Słyszała o śmierciach, urazach, chorobach. Wierzyła też, że Klan Gwiazdy musi być dobry, skoro wszyscy tak dobrze o nim wspominają. Dlatego doszła do wniosku, że skoro był dobry, to chciałby dobrze dla wierzących. Nie chciałby żadnych wojen, żadnego bólu i cierpienia. A jeśli naprawdę mógł ingerować w życie żywych, i mimo wszystko nie powstrzymywał ich od mordowania siebie nawzajem, to czy naprawdę był taki miłosierny? Taki dobry? Pokojowy?
W końcu Słonkowa Łapa potrząsnęła głową, czując, że zaczyna ją boleć. Czy myślała zbyt dużo? W tym wieku powinna zająć się treningami, a zamiast tego wolała rozmyślać o wierze. Tak już miała. Od samych narodzin, wręcz. Zupełnie tak, jakby urodziła się do tego, by zostać myślicielką. Na co im jednak w klanie myśliciele, skoro piszczki same się nie upolują? Żółtooka powinna wreszcie zejść na ziemię i zająć się tym, co w życiu ważne. Powinna… w ogóle cała się zmienić. Choć była wciąż młoda, już nie podobało jej się to, w jaką stronę zmierza.
Była introwertyczką. Była niezwykle nieśmiała, a rozmowa z kotami, nawet tymi, które były jej bliskie, przychodziła jej z ogromnym trudem. Czuła się niezrozumiana za każdym razem, gdy wypowiadała jakiekolwiek zdanie. Miała wrażenie, że każdy patrzy na nią jak na dziwaka, mimo że zawsze starała się brzmieć jak najzwyczajniej. Nie miała przez to przyjaciół, a rodzeństwa także unikała. Choć, och… jak bardzo chciałaby mieć kogoś, kto by ją zrozumiał. Tak bardzo, jak chciałaby mieć świetną grupkę przyjaciół, którzy nawzajem by się wspierali! Wiedziała jednak, że nigdy do tego nie dojdzie. Nie była stworzona do tego, by mieć znajomych, a co dopiero przyjaciół.
Czy był więc sens w tym, by spróbować być bardziej rozgadaną? Bardziej entuzjastyczną? Miała wrażenie, że, tak czy siak, wszyscy będą na nią dziwnie patrzeć. Prawie tak, jakby ciążyła na niej jakaś klątwa, którą widzieli wszyscy poza nią samą. W końcu co sprawiało, że za każdym razem, gdy się odzywała, koty reagowały tak nietypowo? Czy miało to jakiś związek z jej tonem głosu? Z mimiką jej pyska? Z mową jej ciała?
— Słonkowa Łapo! — rozległ się nagle głos Jenociej Kufy, wyrywając szylkretkę z zamyślenia.
Uczennica szybko się ocknęła, po czym spojrzała w stronę mentorki, która stała tuż obok niej. W myślach podziękowała jej za interwencję i przerwanie spirali myśli, po czym szybko podniosła się na wszystkie cztery łapy.
— Tak, mentorko? — zapytała, przybierając nieco zmartwiony wyraz pyska. Czy Jenot zamierzała zabrać ją na trening? No, pewnie tak. Przecież to był jej obowiązek! Słonka nie przepadała jednak za wojowniczką. Widząc nastawienie Lśniącej Gwiazdy do rodziny Trójokiego Zająca, zaczęła przypuszczać, że lider specjalnie przydzielił jej tak specyficzną nauczycielkę. Nie była przecież na tyle głupia, by żyć w błogiej nieświadomości. Miała złe przeczucia co do przywódcy, lecz nie mogła wyrazić ich na głos. Nikomu nie ufała na tyle, by się z tym podzielić.
— Zbieraj się! Jeśli chcesz choć trochę mi dorównać, musisz się postarać! — oznajmiła, mrużąc ślepia. — Nie oczekuję od ciebie, że przewyższysz mnie umiejętnościami, gdyż to niemożliwe. Nie chcę jednak, byś wyglądała jak pokraka na tle swojego rodzeństwa. Choć… to akurat żaden wyczyn. Nie wyglądają oni zbyt obiecująco — fuknęła, przewracając oczami.
Słowa Jenociej Kufy raniły Słonkową Łapę prosto w serce. Nie mogła znieść tego, że mentorka obrażała jej rodzeństwo. Mimo wszystko nie chciała wywoływać żadnego konfliktu, więc siedziała cicho i niechętnie znosiła kolejne uwagi, którymi starsza plamiła honor jej rodziny. Wolała to niż konieczność radzenia sobie z napiętą atmosferą podczas każdego treningu.
Posłusznie skinęła głową, po czym wyszła z azylu zaraz za wojowniczką. Ciekawe, co tym razem wymyśliła. W końcu obeszły już wszystkie granice Klanu Klifu, odwiedziły wszystkie lokacje, a Jenocia Kufa zdążyła również opowiedzieć Słonce o Kodeksie Wojownika. Rozpoczęły także naukę walki, która dla Słonki była istnym utrapieniem. Nie chodziło nawet o to, że szylkretka jakoś szczególnie brzydziła się przemocą. Owszem — wolałaby jej unikać — lecz podczas sparingów z Jenocią Kufą nie miała problemu z tym, by czasem jej przyłożyć. Problem polegał jednak na tym, że w trakcie walki czuła się niezwykle niezręcznie. Nigdy nie wiedziała, kiedy nadejdzie odpowiedni moment na wykonanie ruchu, choć przecież w walce żadna kolejność nie istniała. I właśnie w tym tkwił problem. Słonkowa Łapa nie potrafiła wyczuć chwili, w której powinna zamachnąć się łapą czy obnażyć kły. Potrafiła jedynie w nieskończoność wykonywać uniki, co coraz bardziej irytowało jej mentorkę, która chciała wycisnąć z tych treningów coś więcej.
— Dzisiaj znowu spróbujemy walki — ogłosiła starsza.
Prawie tak, jakby czytała jej w myślach i robiła wszystko, by spełnić najgorsze koszmary Słonkowej Łapy. Może jeśli Słonka przestanie myśleć o tym, co ją martwi, Jenocia Kufa przestanie magicznie wykorzystywać jej obawy przeciwko niej?
— Dobrze… — odparła Słonka, wlepiając wzrok w łapy.
Rozmowy z nią były ciężkie. Uczennica zawsze jedynie odpowiadała, nigdy sama nie próbując kontynuować konwersacji. Zresztą, nawet nie widziała w tym większego sensu. Czuła się lepiej, gdy ograniczała się do półsłówek, bo dzięki temu miała mniej rzeczy, których później mogłaby żałować.
— Co ty taka spięta? — fuknęła wojowniczka, po raz kolejny sprawiając wrażenie, jakby potrafiła zajrzeć do głowy swojej uczennicy. — Nie lubisz mnie? — rzuciła żartobliwie, uśmiechając się zadziornie.
Słonka prawie zakrztusiła się własną śliną.
— Co? C-co? Nie… — odparła, czując, jak serce zaczyna jej przyspieszać. — Nic takiego nie mówiłam! — dodała, starając się zadrzeć brodę, by wyglądać nieco pewniej. Nie potrafiła jednak ukryć, że jej krok stał się chwiejny i nierówny, gdy z nerwów zaczęły drżeć jej łapy.
— No przecież cię nie obedrę ze skóry, jak się do tego przyznasz! Co najwyżej zrzucę cię z klifu — kontynuowała mentorka, drocząc się z młodszą.
Co za tragedia. Prawdziwy koszmar!
— Ja… nie… — wydukała żółtooka, zaraz krzywiąc się z powodu własnych słów. Czemu nie potrafiła sklecić niczego sensownego? Przecież po coś miała język! — Nie mam problemu… do ciebie, w sensie… — zaczęła tłumaczyć, czując, jak wręcz usycha jej w gardle.
“Losie! Czemu musiałeś uczynić ze mnie taką ciamajdę? Jenocia Kufa się załamie moim zachowaniem! I moją koszmarną dykcją! Czy to wina genów, że taka jestem? Jeśli tak, to nie mogłeś wybrać dla mnie nieco lepszych? Jeśli to zaś wina wychowania, to nie mogłeś sprawić, żebym urodziła się w innej rodzinie? Lub… nie urodziła się wcale?” — wysłała cichą modlitwę do losu, po czym przełknęła głośno ślinę.
— Meh, nieważne. Lepiej nie próbuj się tłumaczyć, bo twoje jąkanie się to udręka dla moich uszu! — oznajmiła bez skrupułów wojowniczka. Zupełnie jakby w ogóle nie brała pod uwagę tego, że jej słowa mogą zranić Słonkę.
— Mhm… — mruknęła Słonka pod nosem, nie chcąc męczyć starszej swoim głosem.
Wkrótce dotarły do lasu nad klifem, gdzie Jenocia Kufa zatrzymała się, postanawiając rozpocząć właściwą część treningu i przejść do walki. Jak zwykle kotki ustawiły się naprzeciwko siebie, po czym starsza od razu przeszła do ofensywy, atakując Słonkę łapami bez wysuniętych pazurów. Szylkretka, choć w uszach wciąż dudniły jej słowa mentorki o tym, że musi zacząć ją atakować, nadal ograniczała się jedynie do wykonywania uników. W taki sposób minął im kolejny, niezbyt udany trening, aż w końcu Jenot zmęczyła się ćwiczeniem z uczennicą, która zachowywała się jak pień, i postanowiła wrócić wraz ze Słonką do obozu.
Uczennica wkroczyła do azylu, z trudem powstrzymując się od płaczu. Dlaczego ta nieszczęsna walka szła jej tak opornie? Już chciała udać się na swoje posłanie, by zwinąć się w kulkę i skryć przed resztą świata, gdy Jenot się odezwała:
— I zanieś karmicielkom coś do jedzenia! A oprócz tego weź też coś dla najstarszych kociąt, gdyż powinny one już przyjmować stały pokarm.
Słonka pociągnęła nosem, zatrzymując się w bezruchu. Przez moment obserwowała starszą kotkę, która kierowała się do swojego legowiska, a gdy ta zniknęła jej z oczu, podeszła do stosu ze zwierzyną.
Wybrała z niego kilka piszczek. Takich, które nie były ptakami. Nie chciała w końcu mieć styczności z martwymi skrzydlatymi stworzonkami, do których szacunku od narodzin uczyli ją Kukułczy Wdzięk i Trójoki Zając.
Powoli zaczęła zanosić pokarm do kociarni, robiąc to w kilku turach. Nie byłaby przecież w stanie unieść śniadania dla tylu kotów za jednym razem. Pod koniec wzięła niewielką mysz, a także ryjówkę, i ruszyła do żłobka po raz ostatni, by wręczyć je Cisce i Dymówce.
Ryjówkę podrzuciła burej koteczce, natomiast z myszką podeszła do niebieskiej młódki, która siedziała nieco oddalona od swojej matki. Położyła przed nią piszczkę.
— Hej… Co porabiasz? — zapytała nieśmiało, przekręcając głowę. Liczyła na to, że rozmowa z kotką młodszą od niej o pięć księżyców przyniesie jej choć odrobinę pocieszenia po tym, jak bardzo zepsuła swój trening.

<Dymówko?>

[1783 słowa]

Od Firmamentowej Łapy

Przeciągnął się na posłaniu. Wyszedł z legowiska uczniów, tęskno patrząc na żłobek. Dlaczego Jastrzębi Zew musiała tak prędko odejść z tego świata… Przecież kocurek tak strasznie za nią przepadał, a ona… Już tu nie jest. Zwrócił się w stronę wyjścia z obozu, czekając na resztę porannego patrolu, który pojawił się dość późno. Wzburzony Kormoran spojrzał lekko zmartwiony na zaspanego Firmamenta, jednak nie odezwał się. Chyba po prostu chciał mu dać trochę przestrzeni na przetrawienie całego zdarzenia. Wyruszyli w stronę terytorium Klanu Wilka, chcąc sprawdzić, czy rywale nie próbują przesunąć granic. Nigdy nie wiadomo… Point szedł, patrząc na otaczającą go naturę. Wszystko przemijało z czasem. Kwiaty więdły, kałuże wysychały… Wszystko jednak było takie spokojne. Tak samo jak grób Jastrzębiego Zewiu… Gdy zatrzymali się, mentor kazał mu zawęszyć. Podniósł łeb do góry z nadzieją, że wyczuje jakiś zapach.
— Patrol Klanu Wilka przechodził tędy nie tak dawno. Po swojej stronie. — Na jego odpowiedź mentor skinął głową, ruszając dalej. Dwójka wojowników, którzy wyruszyli na patrol z nimi rozdzieliła się, chcąc sprawdzić większy obszar. Kocurek spojrzał na Wzburzonego Kormorana, który szedł powoli.
— Wiem, że ciężko ci z jej odejściem, Firmamentowa Łapo. — Starszy odezwał się w końcu, zatrzymując się. — Ale musisz wiedzieć, że jesteś bardzo silny jak na tak młodego kota. Przyjąłeś tą informację bardzo… Dojrzale. Jednak pamiętaj, że gdybyś potrzebował rozmowy, lub chciał wsparcia, masz mnie, swojego ojca, brata, oraz wielu gotowych do pomocy protektorów. Więc nie wahaj się poprosić o pomoc, jeśli jej potrzebujesz.
— Tęsknię za nią. — odpowiedział po chwili uczeń. Patrzył teraz na swoje łapy, myśląc o kotce. — Była dla mnie jak matka, której nie dano mi mieć.
— Wiem o tym. Wielu wojowników od dawna spekulowało, że Truskawkowe Pole nie zechce zostać w Klanie Klifu.
— Myślisz, że mnie też widzą jako potencjalnego zdrajcę..? — spojrzał w oczy wojownika, który delikatnie się uśmiechnął.
— To, że jesteś jej synem, nie znaczy, że jesteś taki jak ona. To twoje życie, nie jej. Ja widzę cię jako wiernego przyszłego wojownika Klanu Klifu. — Na jego słowa Firmament lekko się uśmiechnął, choć w głębi duszy wiedział, że to nie tego chce od życia…

[343 słowa]

Od Modrogończyka

Modrogończyk od dłuższego czasu przyglądał się śnieżnobiałej pacjentce oraz czwórce kotów, z którymi rozmawiała. Treść ich rozmowy docierała do jego uszu, mimo że nie zamierzał podsłuchiwać. Po prostu takie były uroki rozmów na małych przestrzeniach — chcąc nie chcąc, słyszało się rozmowy innych kotów, o ile te nie siliły się na szept. Tematem przewodnim rozmowy była przyszłość kocicy w Owocowym Lesie, jak i jej brak, gdyby zapadła decyzja o tym, że z chwilą pełnego wyzdrowienia zostanie odesłana do Klanu Burzy.
— Wiesz, co Gołąbku... — zwrócił się do uzdrowiciela, który nadstawił uszu na dźwięk swojego imienia. — Uważam, że Wróżka powinna zostać w Owocowym Lesie. Jej pojawienie się na naszych terenach nie mogło być zwykłym przypadkiem, a wręcz było jawną ingerencją Wszechmatki, a nawet samego Gwiezdnego Klanu... — szepnął, zatrzymując spojrzenie na Purchawce. Szamanka znała treść koszmaru, który pod koniec Pory Opadających Liści nawiedził brązowego kocura. — Jej tułaczka, jak i sam fakt, że żyje, wygląda, jakby dwa wszechpotężne byty dobiły targu... może tak jak między Owocowym Lasem a Klanem Burzy wywiązał się sojusz, tak doszło do zawiązania sojuszu lub jakiegoś paktu między Wszschmatką a Klanem Gwiazdy? — Potarł łapą brodę, oddając się zadumie. — No bo... ona na dobrą sprawę już dawno powinna być martwa... — Ostatnie słowa wymówił tak cicho, że Gołąbek musiał przybliżyć się na długość wąsów do ucznia Purchawki. — A jednak ktoś lub coś wciąż nad nią czuwa.
Czy to, co mówił, miało właściwie sens? Czy może doszukiwał się czegoś, czego na dobrą sprawę nie było?

~~~

Dzisiejszego dnia czekała go ceremonia na uzdrowiciela, o czym został poinformowany tuż po przebudzeniu przez matkę, gdy tylko pierwsze promienie słońca wpadły do wnętrza dziupli. Był gotów podejmować samodzielnie decyzję, zarówno jeśli chodziło o sprawy medyczne, jak i duchowe. Jednak brązowy kocur wątpił, aby jego podejście zasięgania rad innych kotów zmieniło się z chwilą zakończenia jego treningu. W końcu, póki Purchawka pełniła funkcję głównej szamanki w Owocowym Lesie, to ona będzie tą, która będzie wspierać lidera oraz zastępców. On mimo zakończenia treningu będzie ja nadal obserwować, aby w przyszłości godnie zająć jej miejsce, gdy będzie starszy i bardziej doświadczony niż teraz.
— Wszystko w porządku? Nie cieszysz się?
— Cieszę, po prostu... kiedy w przyszłości zostanę głównym szamanem, to będzie znaczyło, że nie jesteś w stanie pełnić dalej jego funkcji — Przełknął ślinę. To znaczyło, że jego matka, albo odejdzie na zasłużony odpoczynek do starszyzny lub pośmiertnie zostanie jerzykiem, bądź jaskółką, która otrzyma inne zadanie od Wszechmatki niż przewodzenie spotkaniom i głoszenie jej słów. I to na jego barki spadnie głoszenie nauk Wszechmatki. — Czy to samo uczucie towarzyszy kotom, które zostają wybrane przez nowego lidera na zastępcę? — Położył łapę na sercu, które wybijało przyspieszony rytm. — Czy tata też się tak czuł, gdy jego ojciec wybrał go na swojego następcę?
Wiedział, że matka nie była w stanie odpowiedzieć mu na to pytanie. Musiał osobiście porozmawiać z Zawodzącą Gwiazdą, aby dowiedzieć się, czy jego ojcem targały podobne rozterki, jak nim samym.

~~~

Czereśnia, pomimo swojego wieku, płynnym ruchem odbił się od ziemi i z gracją znalazł się na najniższej gałęzi topoli, zwołując członków społeczności. Modrogończyk zmrużył swoje oczy, przenosząc spojrzenie z Wysokiego Słońca na brązowofutrego lidera, jak i koty znajdujące się u podnóża pnia.
— Modrogończyku, wystąp.
Kocur posłusznie poczynił krok naprzód, występując z zebranych.
— Najwyższy czas, abyś stał się uzdrowicielem. Wykazałeś się ogromnym altruizmem, a ponadto zdobyta wiedza medyczna nie ma przed tobą sekretów. Czy przysięgasz pozostać lojalnym naszej społeczności i dbać o jej zdrowie?
— Przysięgam.
— A zatem witamy cię jako nowego uzdrowiciela Owocowego Lasu!
Zebrani zaczęli głośno skandować imię zebranego, jednak Modrogończyk, zamiast cieszyć się chwilą, przeniósł spojrzenie z lidera na matkę, która znalazła się tuż pod gałęzią, na której znajdował się brązowy kocur. Czereśnia po skończonej ceremonii zamierzał najprawdopodobniej oddać się innym obowiązkom, gdy w zaledwie chwilę po tym, gdy jego łapy dotknęły ziemi, ponownie znalazł się na gałęzi, dokładnie tuż po wysłuchaniu wypowiadanych szeptem słów przez szamankę.
— To nie koniec ogłoszeń! Zgodnie z wolą Wszechmatki, jak i naszej szamanki, Purchawki, Modrogończyk został wybrany na następnego szamana. Na razie będzie pełnił funkcję uzdrowiciela, pomagając Mistral oraz Gołąbkowi w opiece nad chorymi. Będzie także pełnił funkcję pomocnika szamana, do czasu, aż nie będzie gotów przejąć w pełni jego obowiązków wraz z przejściem na emeryturę Purchawki, gdy szamanka uzna to za stosowne.
Koty ponownie zaczęły skandować imię Modrogończyka, jednak wśród nich kocur wyłapał szepty, co poniektórych osobników.

~~~

O zmierzchu rozpoczął się rytuał Poznania Oblicza Swego Mienia przez świeżo mianowanego uzdrowiciela. Przy pomocy Purchawki Modrogończyk zrozumiał, że rzeczownik jego imienia duszy będzie brzmiał tak samo, jak jego imię nadane przez matkę. A jego pełne duchowe imię brzmieć będzie Modrogończyk Wędrujący Przez Sny.

[758 słów; koniec treningu]

Od Wełnistej Mszycy (Wróżki) CD. Śnienia

Jakiś czas temu

TW: poruszany temat śmierci

Mimo że przez ostatnie księżyce Wełnista Mszyca była co chwilę wystawiana na próbę przez Gwiezdnych Przodków, ci musieli nad nią czuwać, skoro raz za razem udawało jej się umknąć ze szponów śmierci. Pożar oraz zamach w Klanie Burzy, samotne przetrwanie Pory Nagich Drzew na terenach niczyich, wypadek z udziałem Potwora, a teraz na domiar złego po raz kolejny stanęła twarzą w twarz z rudą bestią. Czy to był ten sam lis, którego spotkała jako uczennica?
Starała się ignorować obecność lisa, który podążał za nią już od jakiegoś czasu, jednak ciężko jej było pogodzić się z możliwą śmiercią z jego łap. Ostatnimi czasy kocice nawiedzały wizję, dzięki którym ponownie mogła spotkać się ze swoją matką i wtulić pysk w jej szylkretowe futro. Przyczyny jej odejścia były różne, jednak jedna z nich była najbliższa sercu kocicy. Śmierć ze starości w legowisku medyków, otoczona przez bliskie jej koty, braci oraz członków ich rodzin, które na pewno do tego czasu udało im się założyć oraz zioła, których woń utuliła ją do wiecznego snu.
Co jakiś czas zatrzymywała się, przenosząc zmęczone spojrzenie na rudego kata, który nie spuszczał z niej spojrzenia nawet na chwilę. Jego kroki z każdym kolejnym uderzeniem serca stawały się pewniejsze, coraz śmielej pokonywał dzielącą ich odległość, by zaraz ponownie wycofać się, dając złudne poczucie bezpieczeństwa. Nim zada ostatni cios, nim zakończy jej żywot, zadba o to, aby wcześniej pozostała po niej tylko pusta skorupa.
Z opóźnieniem zarejestrowała pojawienie się czterech kotów, które w jednej chwili stanęły między nią a lisem. Zgarbiła się, mając nadzieję, że nie zostanie spostrzeżona przez grupę nieznajomych i uda jej się po cichu wycofać z ich terenów.
Chwila, nieznajomych?
Poruszyła nosem, zbierając zapach nowo przybyłych. Słodki owocowy zapach mieszał się z zapachem liści, deszczu oraz spalin. Na ich tle wyróżniała się woń kocura, która mimo podobieństwa do współbratymców, miała słaby zapach czegoś znajomego. Nieśmiało podniosła spojrzenie na patrol.
Powoli postawiła krok naprzód, wpatrując się w czarnego kocura, tak dobrze jej znanego. Od ich ostatniego spotkania minęło tyle czasu. Założyła najgorsze, gdy nie udało jej się go spotkać na granicy w umówionym miejscu, jak i na terenach niczyich, w miejscu, które musiało najprawdopodobniej służyć za obóz Świetlików.
— Mglisty Śnie… — powiedziała ochrypłym głosem, omal nie rzucając się kocurowi na szyję.
— Wełnista Mszyco? Jednak żyjesz! — mruknął uradowany. — Co ci się stało… Wyglądasz na niedożywioną i potrzebujesz pomocy medycznej.
Wełnista Mszyca nie miała siły nawet odpowiedzieć mu na to pytanie.
— Musimy ją zaprowadzić do Gołąbka — mruknął Hiacynt.
— Jesteś w stanie iść, Wełnista Mszyco? — zapytał białej.
Kotka z trudem wstała na trzęsących się łapach i kiwnęła głową. Rohan i Śnienie podparli ranną, Hiacynt wyszedł na prowadzenie, a Wrona popędziła do obozu, by przekazać ważne informacje dla Gołąbka oraz Czereśni.
Początkowo bez problemu udało jej się kroczyć po trawie przy pomocy czarnego kocura oraz zwiadowczyni, zmierzając w stronę obozu Owocowego Lasu, jednak łapy w końcu odmówiły jej posłuszeństwa, a świat spowił mrok.

~~~

Została oficjalną pacjentką Owocowego Lasu. Większość pierwszych dni, a może nawet i wszystkie na terenach wyznawców Wszechmatki, spędziła na spaniu w legowisku medyków. Częściowo sama decydowała się na sen, innym razem była to zasługa ziół, które otrzymała od uzdrowicieli.
Purchawka, Mistral, Gołąbek oraz Gończyk co noc czuwali na zmianę przy niej, monitorując jej funkcje życiowe, podobnie jak sam zresztą Śnienie, który pomimo pełnienia obowiązków wojownika, w przerwach między snem decydował się towarzyszyć kocicy w procesie leczenia.
Rany, które zdobiły jej ciało, zostały profesjonalnie opatrzone, podobnie, jak jej tylna łapa. Ku uldze Wełnistej Mszycy, dzięki jej szybkiej na wpółprzytomnej reakcji, udało się uratować łapę przed amputacją. Dzięki uzdrowicielom pozbyła się również pcheł, które musiała złapać od któregoś z samotników spotkanego na terenach niczyich. Jej sierść, mimo że wciąż pozostawiała wiele do życzenia, prezentowała się lepiej niż przy pierwszym spotkaniu patrolu.
Zaciągnęła sobie ogromny dług wdzięczności wobec społeczności Owocowego Lasu.
Problem stanowił jej pogarszający się wzrok wskutek życia na lodowych połaciach, na którego nie było lekarstwa. Ostrożnie przejechała ogonem po grzbiecie Mglistego Snu, a właściwie Śnienia. To właśnie takie miano nosił teraz były Wilczak w Owocowym Lesie. Czarnofutry kocur spał głębokim snem tuż obok pacjentki z głową opartą o jej legowisko.
— Wełnista Mszyca, tak? Dobrze zapamiętałam? — zapytała Mistral, lustrując spojrzeniem pacjentkę. Albinoska skinęła głową. — Jeszcze kwadra lub dwie, dla pewności, i będziesz mogła opuścić lecznicę. Masz szczęście, naprawdę, dużo szczęścia...
To prawda, miała dużo szczęścia w tym nieszczęściu, które jej się przytrafiło. Korzystając z okazji, zasięgnęła języka Gołąbka oraz Modrogończyka na temat sytuacji w Klanie Burzy. Podobno zamach mimo dojścia do skutku został stłumiony w zalążku, a klanem władał teraz Zawodząca Gwiazda. Jak się okazało w trakcie rozmowy, Modrogończyk był jednym z dzieci nowego lidera klanu i szamanki, pod której opieką się znalazła.
Chwila, skoro klanem rządził Zawodząca Gwiazda, istniała szansa, że jej bracia również byli cali i zdrowi. Tak, jak i pozostali członkowie. Wełnista Mszyca była uradowana, słysząc, jak brązowy młody kocur wspominał, że na terenach Klanu Burzy widział kocura łudząco podobnego do niej, tylko mającego czerwone oczy.
Czy to znaczyło, że mogła bezpiecznie wrócić do domu? Jednak czy na pewno mogła, tym bardziej po tym, jak bez zająknięcia opuściła teren, obawiając się śmieci z łap Tańcującego Pierza? Czy jej bracia byli jej w stanie to wybaczyć?
— Biały Strumieniu... jesteś cały i zdrów... — mówiąc to, uroniła kilka łez, na co Modrogończyk użyczył jej końcówki swego ogona.
— Wełna... — zamruczał Śnienie, otwierając oczy i wpatrując się w pacjentkę oraz młodego szamana, który nieco spiął mięśnie, gdy poczuł na sobie spojrzenie wojownika. — Co ty wyprawiasz... Trzymaj swój ogon przy sobie, a nie wsadzasz go chorym prosto w pysk! — fuknął, na co złotooki odsunął się od Wełnistej Mszycy — Przed chwilą pewnie trzymałeś w nim zioła, która mogą podrażnić jej oczy.
— Wycierałem tylko łzy... — prychnął na swoją obronę uczeń, tłumacząc, że jego ogon jest czysty, jak łza. — Wiem, że sam byś pewnie wolał to zrobić, ale z tym kikutem za wiele nie zdziałasz... — zaśmiał się kocur, jednak momentalnie zamilkł i przełknął ślinę. — Co mówiłaś, mamo? Już idę!
Gołąbek westchnął, odprowadzając spojrzeniem młodego szamana, który znalazł się już po chwili u boku czarnej kocicy, po czym podsunął na liściu dzienną dawkę ziół, które albinoska przyjmowała.
Ból mięśni oraz głowy zniknął, jak łapą odjął. Nie była już otumaniona, słyszała własne myśli, a głosy kotów nie trafiały do niej z opóźnieniem.
— Dziękuję — skinęła głową buremu, który oddalił się w głąb lecznicy, zanosząc porcję lekarstw kolejnemu z pacjentów, który zamieszkiwał w lecznicy, podobnie, jak Wełna. — Mglisty Śnie... — urwała — Śnienie.
— Możesz używać mojego starego imienia. Prawdę mówiąc, nie lubię tych Owocniakowych imion. — Uśmiechnął się. — Wyglądasz dużo lepiej. Zdrowiej... Słyszałem o tym, co się stało w Klanie Burzy.
Po grzbiecie kocicy przeszedł niekontrolowany dreszcz. Najwidoczniej jej ciało było przeciwne temu, aby poruszać ten temat. Nie chciała o tym rozmawiać. Jeszcze nie teraz. Na razie chciała dowiedzieć się więcej na temat Owocowego Lasu, jak i sytuacji w Klanie Burzy. Czy jej bracia wiedzieli, że żyje? Że żyje i przebywa w sojuszniczej społeczności?
— Wełnista Mszyco? — Na pysku kocura pojawiło się zatroskanie.
— Śnienie... podoba mi się brzmienie twojego nowego imienia. Jest równie ładne, jak Mglisty Sen, ale mogę je szybciej wymówić — miauknęła, mrużąc lekko oczy przed promieniami słońca wpadającymi przez dziurę w drzewie. — Ja również powinnam zmienić swoje imię na krótsze, przynajmniej do czasu, aż nie zakończy się moja rekonwalescencja w Owocowym Lesie. — Zamyśliła się. Nie chciała sprawiać dodatkowo problemu Owocniakom swoim dwuczłonowym imieniem. Tylko co wybrać? Wełna? Mszyca? Nie... — Wróżka. To imię wybrali dla mnie moi rodzice, w dniu, w którym się urodziłam. Oboje byli samotnikami, więc pewnie znają prawdziwy sens jego brzmienia, ale podobno miało nawiązywać do rośliny... Co o nim sądzisz?

<Śnienie?>

Wyleczeni: Wełnista Mszyca (Wróżka)

Od Śnienia

Koniec Pory Nowych Liści, prosto po przyniesieniu do obozu Wełnistej Mszycy

Siedział w legowisku lidera. Musiał się właśnie wytłumaczyć ze swoich wyborów. Z tego, czemu znalazł się w patrolu granicznym, który był przeznaczony dla zwiadowców, a on nim nie był, ani nie odbył pełnoprawnego szkolenia, żeby nim mógł zostać. Siedział wyprostowany przed Czereśnią oraz dwójką zastępców, którzy patrzyli się na niego z zaciekawieniem oraz pretensjami.
— Podsumowując… — zaczął zmęczony Czereśnia, niewyspany przez małą głupotkę czarnego wojownika. — Wyszedłeś na patrol graniczny ze zwiadowcami, bo nie mogłeś zasnąć? A było zbyt wcześnie, byś mógł cokolwiek zrobić ze sobą? W taki sposób z pomocą Wrony dotarliście do Wrzosowej Polany i wypatrzyliście tam białego kota, który później okazał się Wełnistą Mszycą, zaginioną albinoską, medyczką Klanu Burzy?
— Owszem, Czereśnio.
— Naraziłeś siebie, bardziej niż ci się wydaje, Śnienie. — Czekoladowy lider pogroził mu ogonem. — Zwiadowcy daliby sobie radę sami. Po to jest stworzona ich ranga. Przegonienie lisa w trójkę to nie jest wyczyn. Dobrze przynajmniej, że Wrona się tobą opiekowała i nie spadłeś z drzewa.
— Jednak gdybym nie zauważył Wełnistej Mszycy z daleka, to mogłaby już nie być tutaj z nami.
— Niestety muszę się z tobą nie zgodzić, Śnienie — westchnął ciężko Czereśnia. — Zwiadowcy doskonale są do tego wyszkoleni. Jeśli natrafiliby na coś, czemu nie daliby radę, pobiegliby po wsparcie, po odpowiednie koty. Nie możesz więcej tak robić, zrozumiano?
Czarny posłusznie skinął głową.
— Dobrze, w takim razie to wszystko, co chciałem usłyszeć. Jak Wełnista Mszyca poczuje się lepiej, przeprowadzę z nią rozmowę. Pewnie tęskni za swoim domem…
Na samą myśl, że jego ukochana albinoska musiałaby wrócić do Klanu Burzy — posmutniał. Nie chciał jej oddawać. Była dla niego światełkiem w tunelu. Świetlikiem, który nasuwał mu melancholijne, a jednak piękne stare wspomnienia domu i ich spotkań. Wiedział, że czuł coś więcej do kotki, jednak nigdy nie mówił tego nikomu na głos. Nawet nie powiedział tego Jarzębinowemu Żaru. Tak samo nie wiedział, czy albinoska żywi do niego te same uczucia.
— A jeśli będzie chciała zostać? — postanowił, że się spyta mimo znaku przywódcy, który świadczył o zakończeniu ich rozmowy. — Czy Owocowy Las przyjąłby ją w swe szeregi?
Czereśnia odwrócił się i popatrzył na przeciągłym spojrzeniem, zastanawiając się intensywnie.
— Tak — powiedział po dłuższej chwili ciszy. — Nie będziemy nikogo przeganiać z Owocowego Lasu, jeśli prosi o schronienie i dołączenie do społeczności. Jednak też nie jest to takie proste, patrząc na Klan Burzy. Tam też ma rodzinę. Pewnie Zawodząca Gwiazda też powinien dowiedzieć się o tym, że Wełnista Mszyca żyje i jest u nas. Też nie możemy przywłaszczać sobie nie naszych kotów.
— Rozumiem… — westchnął Śnienie, wstając.
— Cieszy mnie to niezmiernie — odpowiedział sucho Czereśnia i znów odwrócił w stronę swoich zastępców, pewnie by porozmawiać z nimi na temat odnalezionej medyczce. — Możesz wyjść, Śnienie — rzucił mu na odchodne. To było już oficjalne zakończenie rozmowy, a wojownik zamierzał je uszanować.
Skinął mu posłusznie głową i wyszedł z legowiska przywódcy, od razu kierując się do legowiska Gołąbka, Mistral i Purchawki, które zajmowały się biedną Wełnistą Mszycą. Chciał być przy niej chwilę dłużej, na wypadek, jeśli znów miałaby wrócić do swojego domu.

Od Modrogończyka do Mistral

Lubił obserwować, jak Mistral jest w swoim żywiole i zajmuje się tworzeniem mieszanek ziołowych mających przynieść chorym ulgę. Jednak z tego, co udało mu się zauważyć, biała kocica ostatnio nie była sobą. Poniekąd rozumiał, skąd mogła wynikać ta zmiana, która rozpoczęła się niedługo po sytuacji z jej mentorem. Podobno chodziło o coś jeszcze, jednak kocur nie był na tyle blisko, aby widzieć więcej. Nawet jeśli dzielili razem legowisko medyka.
Pamiętał, jak będąc ledwie co mianowanym uczniem, który dosłownie chwilę temu miał mleko pod nosem, obserwował, jak Mistral wraz z Gołąbkiem zajmują poważnymi urazami pacjentów. Do tej pory tylko pobieżnie wiedział, z czym wiążą się ich role. Towarzyszył mu strach oraz podziw względem dwójki kotów, a w szczególności Mistral, w których oczach w kolorze nieba tlił się zalążek burzy podczas walki o zdrowie, a może i nawet życie pacjenta.
— Hej, Mistral... masz chwilę...? — zagadnął, siadając blisko kocicy i owijając ogon wokół łap. Lekko się zgarbił, chcąc wydawać się mniejszy, niż w tym momencie był. Zielarka odsunęła ogonem korę, na której znajdowały się sproszkowane zioła i przeniosła spojrzenie na ucznia. — Jakiś czas temu rozmawiałem z Fruczakiem na temat Wszechmatki. Wydaję się być zainteresowany wiarą, a sama rozmowa na ten temat sprawia mu radość. Oprócz tego jego poglądy są zbliżone do poglądów wyznawców, jak i samych nauk głoszonych przez moją mamę. Jednak, jak na razie nie wykazał zainteresowania wzięcia udziału w spotkaniach... — Posmutniał. — Wygląda to jakby, celowo się izolował od wzięcia w nich udziału... Nie chcę na niego naciskać, ale myślę, że takie spędzenie czasu z innymi kotami dobrze by mu zrobiło... Martwię się o niego. Mimo że jest bratem Kolendry, są swoimi całkowitymi przeciwieństwami. Może spróbowałabyś z nim porozmawiać? Może przed tobą by się otworzył?

<Mistral?>

[284 słów]

Od Modrogończyka do Pierścienia

Modrogończyk po powrocie z treningu zdecydował się na ponowną rozmowę z Fruczakiem na temat Wszechmatki. O dziwo kocur wykazywał zainteresowanie tematem, jednak nie udało się młodemu szamanowi zachęcić czarnego kota do wzięcia udziału w spotkaniach prowadzonych przez Purchawkę. Mimo to udało im się wspólnie spędzić czas na rozmowie, a Modrogończyk czuł, że w krótkim czasie udało mu się mocniej zacisnąć więzy z wieloma kotami w ich społeczności, nawet tymi, z którymi nie dzieliła go krew.
Po opuszczeniu legowiska stróży, nim zdecydował się powrócić do legowiska medyka, zajrzał do kociarni, w której znajdowała się Drobinka wraz z trójką kociąt będących nowymi członami Owocowego Lasu. Łysiczka, Strusiek oraz Serduszko zostali znalezieni przez białą kocicę, Pieczarkę oraz Orchideę. Modrogończyk przywitał się z ich adopcyjną matką, po czym odłożył maleńką myszkę, którą udało mu się pochwycić ze stosu, nim zajrzał do żłobka. Upewniwszy się, że z kociętami jest wszystko w porządku i nie wymagają odwiedzin uzdrowiciela czy zielarza, a Drobinka nic więcej nie potrzebuje, zdecydował się im nie przeszkadzać, tym bardziej że dwójka z trójki kociąt zaczęła przygotowywać się do popołudniowej drzemki.
Przez swoją nieuwagę w wejściu do lecznicy zderzył się głową z kocurem o niebieskim futrze poprzecinanymi pręgami. Oto właśnie Pierścień we własnej osobie wpatrywał się z grymasem na pysku w Modrogończyka, który bez uprzedzenia zaczął badać czoło ucznia wojownika. I mimo że Modrogończyk najprawdopodobniej wyzbył się swojej fobii wobec kotów posiadających niebieskie oczy, chłód bijący z oczu Pierścienia zniechęcił go do kontynuowania badania.
— Ekhem, wybacz, Pierścieniu... — odkaszlnął, zabierając łapy z pyska brata Smoka. Nim jednak pozwolił sobie na danie przestrzeni kocurowi, zdecydował się jeszcze poprawić sterczący włos na czubku jego głowy. Machnięciem łapy dał znać, że Pierścień jest zdrów i nie wymaga powrotu do wnętrza legowiska. — Jak się miewają twoje poduszki? — zagadnął, nim srebrny zdołał umknąć Modrogończykowi. Pierścień z irytacją wymalowaną na pysku zatrzymał się w połowie rampy usypanej z ziemi. — No bo wiesz, ostatnio odmroziłeś je sobie Porą Nagich Drzew... Porą Nowych Liści, a tym bardziej Porą Zielonych Liści również powinieneś uważać, aby ich nie zranić. Na śmietnisku ostatnimi czasy jest bardzo dużo ostrych rzeczy, a oprócz tego jest tam dziwna, czarna i twarda trawa, która jak się na niej stanie jest za dnia bardzo gorąca... Uważaj na siebie, dobrze?

<Pierścień?>

[370 słów]

Od Perłówkowej Łapy

Srebrzysta Równonoc uderzyła bez ostrzeżenia.
Właściwie z ostrzeżeniem – Perłówkowa Łapa widziała, jak mentorka przenosi ciężar ciała na lewą łapę ułamek sekundy przed ruchem, co było wystarczająco wyraźnym sygnałem, żeby wiedzieć, z której strony przyjdzie uderzenie. Zaczęła układać w głowie odpowiedź – odskok w lewo, kontratak z zewnątrz – i w czasie, kiedy to robiła, łapa mentorki dotknęła jej szyi.
— Za wolno — powiedziała Równonoc, cofając się do pozycji wyjściowej.
Perłówkowa Łapa nie odpowiedziała i wróciła do niskiej postawy. Kolejna wymiana poszła trochę lepiej. Tym razem Równonoc nacierała z prawej, uczennica odczytała kierunek i odskoczyła, ale o jeden oddech za późno, żeby kontratakować, więc starsza kotka zdążyła się wycofać, zanim przyszła odpowiedź.
Przy trzeciej próbie Perłówka postanowiła nie czekać na ruch mentorki i zaatakowała pierwsza. Poszło nie najgorzej. Srebrzysta Równonoc uchyliła się, ale musiała to zrobić, co było pewnym postępem – do momentu, kiedy odpowiedziała kontrą i Perłówkowa Łapa znalazła się przyciśnięta do ziemi z łapą mentorki na karku, zastanawiając się, jak do tego doszło. Widziała każdy ruch i mimo to skończyło się tak samo.
Wstała i otrzepała się chwilę po tym, jak mentorka ją puściła. Sparing miał swój rytm, w który kotce było trudno wejść, bo zakładał działanie, zanim myśl zdążyła się ukształtować i ocenić czy dany ruch jest tym najlepszym.
Piąta próba. Szósta. Przy siódmej Perłówkowej Łapie udało się trafić mentorkę w bark, zanim ta się wycofała, co zaskoczyło obie, choć żadna nie skomentowała tego głośno. Młoda kotka poczuła wyraźny przypływ pewności siebie i zaczęła okrążać mentorkę półkolem, szukając kolejnego otwarcia.
Nagle poczuła ostre kłucie w prawej łapie. Syknęła i odruchowo uniosła ją lekko nad ziemię. Srebrzysta Równonoc rozluźniła swoją postawę i spojrzała się na jej skwaszoną minę z lekkim niepokojem.
Perłówkowa Łapa przez ułamek sekundy chciała spróbować wykorzystać tę chwilę nieuwagi i przeprowadzić większy atak, ale gdy tylko znowu stanęła na tej samej łapie, ból się nasilił. Podniosła ją wyżej, żeby poznać jego źródło i odkryła lekko zakrwawiony, nieduży kolec wbity w opuszkę.
Zmrużyła oczy, przyglądając się obiektowi własnego sabotażu i złapała go w zęby.
— Poczekaj — przerwała jej Równonoc. — Lepiej, żeby Wdzięczna Firletka na to spojrzała.
— To nic poważnego.
Mentorka, najwyraźniej przyzwyczajona przez księżyce treningu do podobnych zapewnień, zignorowała to i odwróciła się w stronę obozu. Perłówkowa Łapa prychnęła cicho na kompletny brak reakcji i pokuśtykała za nią.

***

W drodze powrotnej Srebrzysta Równonoc potwierdziła, że to koniec treningu na dziś, a po odprowadzeniu uczennicy odeszła bez większego ostrzeżenia w swoją stronę.
Medyczka musiała usłyszeć dźwięk nierównego chodu, bo patrzyła już na Perłówkę, zanim ta zdążyła się odezwać. Diagnoza była szybka. Wdzięczna Firletka sprawnym ruchem wyciągnęła kolec, kazała jej poczekać i odeszła po potrzebne rzeczy.
Młoda kotka rozejrzała się. Nowe legowisko medyka znała z widzenia jak każdy w obozie, ale do tej pory zaglądała tylko przez wejście bez większego zainteresowania wchodzeniem do środka. Mogła przynajmniej stwierdzić, że od jego powstania przybyło trochę ziół.
Wdzięczna Firletka odwróciła się ze skrzypem w pysku, nałożyła ziele na ranę i owinęła ją pajęczyną.
Perłówkowa Łapa podziękowała i zmyła się jak najszybciej. W pierwszym momencie nie była zadowolona z wizji pominięcia najbliższego treningu lub dwóch przez błahostkę spowodowaną jej własną nieuwagą, ale po chwili namysłu wizja obijania się przez jakiś czas nie brzmiała najgorzej.

Wyleczeni: Perłówkowa Łapa

[526 słów]

Od Modrogończyka

Spotkania, którymi przewodziła Purchawka, zyskiwały na popularności. Początkowo jedynym kotem, którego udało się przekonać do wzięcia w nich udziału była Jaśminowiec, jednak w krótkim odstępie czasu również Len zaszczycił wyznawców Wszechmatki swoją obecnością na zgromadzeniu. Oba koty jak na razie nie zdecydowały się oficjalnie zmienić swoich wyznań, jak uczyniła to partnerka Kolendry, Szafran, jednak był to jakiś krok do tego, aby ich społeczność była jeszcze bardziej zjednoczona. Nie, żeby Modrogończyk miał coś przeciwko innym wiarom, jednak chyba było lepiej, gdy w społeczności żyły koty o podobnych wierzeniach czy poglądach. Dzięki temu nie dochodziło między nimi do niezgody oraz konfliktów.
Jednak czy to aby na pewno byłoby dobre rozwiązanie?
Różne wierzenia, różne poglądy, różne charaktery, jak i różne punkty widzenia sprawiały, że wspólnymi siłami można było znaleźć lepsze rozwiązanie sytuacji, niż do tej pory się wydawało. Modrogończyk przekrzywił głowę, oddając się zadumie, zastanawiając się, czy może powinien spróbować zintegrować się bardziej z kotami, które wierzyły w Klan Gwiazdy. Mógł porozmawiać ze Śnieniem, Koniczyną lub innym kotem, który wyznawał inną wiarę. Mógł również udać się z wizytą do Klanu Burzy, aby dowiedzieć się od swojego rodzeństwa czegoś na temat drugiej z wiar oraz spędzić z nimi więcej czasu.
Tak jak kochał swoją siostrę, Psiankę, całym sercem i cieszył się, że ma ją obok siebie w Owocowym Lesie, tak tęsknił za wspólnymi chwilami z Łzą i Zewem. Miał nadzieję, że ta dwójka również trzymała się w klanie razem, nawet pomimo tak odmiennych charakterów. W końcu byli rodziną, a rodzina powinna trzymać się razem.
— Mam nadzieję, że za bardzo nie dokuczasz Milknącej Łapie, Łzawa Łapo... — zamruczał, podnosząc spojrzenie na błękitne niebo i śnieżnobiałe chmury, które leniwie po nim sunęły.
Musiał odwiedzić ponownie rodzeństwo mieszkające w Klanie Burzy, jak i ojca. A tym bardziej spędzić z nim czas tylko we dwoje, gdzie mogliby wspólnie rozmawiać na temat swoich stanowisk czy różnic oraz podobieństw między Owocowym Lasem a Klanem Burzy. Chciał dowiedzieć się czegoś więcej również na temat swoich przodków, którzy podobno od zarania dziejów mieszkali w Klanie Burzy, przynajmniej ci od strony ojca, a być może nawet w pozostałych klanach.
Pomasował łapą mordkę, zastanawiając się, czy miał w rodzinie kota, który był założycielem któregoś z klanów. Istniała w końcu taka szansa, prawda? Również był ciekawy swych korzeni ze strony Purchawki, jednak matka niewiele była w stanie przekazać informacji synowi.

~~~

Pora Nowych Liści zmierzała ku końcowi, ustępując Porze Zielonych Liści. Modrogończyk udał się razem z matką i siostrą do Śliwowego Gaju. Ot co rodzinny wypad. Na ostatnim zgromadzeniu dowiedział się, że ich sojusznikom lepiej się wiodło, a wręcz Klan Burzy podnosił się po pożarze. Może właśnie była taka kolej rzeczy?
Modrogończyk leniwie przekręcił się na drugi bok, przyglądając się Purchawce oraz Psiance. Myślami przywołał obraz ojca, Łzawej Łapy oraz Milknącej Łapy. Cała czwórka była czarno-biała, a tylko on posiadał inny kolor futra. Brązowy, niepodobny do nikogo innego. Czasami ten brak podobieństwa do reszty rodziny psuł mu dobry nastrój, lecz tylko na chwilę. Innym razem czuł dumę, że jego sierść jest w odcieniu większości pni drzew lub gleby.
— Myślicie, że krótki ogon pasowałby mi? Nie? Hm, no trudno.

[516 słów]

Od Modrogończyka

Przeszłość

Nastała Pora Nowych Liści. Modrogończyk obserwował wręcz z kocięcą fascynacją, jak roślinność wraca do życia po drzemce pod warstwą zimnego puchu. Dni były dłuższe, a oprócz tego atmosfera w obozie stała się weselsza. W końcu mało kto lubił wyścibiać nosa poza ciepłe schronie, gdy na zewnątrz panowała zawierucha lub, gdy trzeba było spędzić więcej czasu na polowaniu na małych rozmiarów piszczkę.
Młody szaman miał nadzieję, że Klanu Burzy udało się podnieść się z popiołów. Owocowy Las na tyle, na ile mógł, wspomógł sojuszników po pożarze, jak i przez Porę Nagich Drzew, jednak wszystko zależało przede wszystkim od samych Burzaków oraz morale, jakie panowały wśród członków ich społeczności.
Podczas ponownej rozmowy z Purchawką na temat swojego dziwnego snu, który miał miejsce przed pożarem na ojcowskich terenach, doszedł do wniosku, że było to ostrzeżenie, najprawdopodobniej od samej Wszechmatki. Informacja o tym, że dojdzie do tragedii, której nie będzie można zapobiec. Zwykły kot, nieważne czy żyjący w klanie, Owocowym Lesie, a nawet samotnik nie miał szans z żywiołem, jakim był ogień.
Przywołując w myślach ów rozmowę z matką, wdrapał się na wyższą gałąź dębu, z którego obserwował Drogę Grzmotu i rozpościerające się tuż za nią tereny. Dębowa Ostoja o tej porze dnia była idealnym miejscem do spędzenia czasu na rozmyślaniach. Gdzieś u podnóża pnia krzątała się Purchawka, raz za razem znikając i ponownie pojawiając się w zasięgu wzroku Modrogończyka.
— Mamo, może jednak mógłbym ci pomóc? — zapytał, czując się źle z tym, że Purchawka zbierała patyki, liście oraz korzenie, gdy jemu przypadło z pozoru lżejsze zadanie.
— Nie musisz, słoneczko. Po prostu wsłuchaj się w to, o czym szepczą dęby.

~~~

Psianka ukończyła swój trening i oficjalnie została zwiadowczynią. Modrogończyk pękał z dumy, ciesząc się ze szczęścia swojej siostry. Żałował, że Łzawa Łapa oraz Milknąca Łapa nie mogli uczestniczyć w ceremonii Psianki. Chociaż... może to i lepiej? Błękitnooka siostrzyczka mogłaby być w końcu zła, że to Psianka, a nie ona jako pierwsza z ich czwórki ukończyła swój trening.
Modrogończyk nie śpieszył się ze swoją ceremonią mianowania, mimo to przykładał się do swoich treningów. Rozwijaj się nie tyle, co duchowo, ale również poszerzał swoją wiedzę medyczną oraz zgłębiał tajniki wojowników. Wspinaczka na drzewa przestała stanowić dla niego problem, jednak w najmniejszym stopniu nie dorównywał w poruszaniu się wśród koron drzew Psiance. Łaciata kocica wręcz poruszała się między gałęziami niczym najprawdziwszy zwinny ptak lub mała ruda wiewiórka.
Zastanawiał się, czy gdyby przyszło mu obrać ścieżkę zwiadowcy, poruszałby się z taką gracją wśród drzew jak pozostali zwiadowcy, którzy właśnie przemknęli pomiędzy gałęziami drzew tuż nad jego głową. Pozdrowił patrol, wracając do swoich wcześniejszych obowiązków, jakimi było upolowanie świeżej zwierzyny dla starszych.

[433 słów do treningu wojownika]