BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Miot w Owocowym Lesie!
(Brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 12 kwietnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

09 kwietnia 2026

Od Narwanej Łapy

Jakiś czas temu…

Zgromadzenie. Szara skała, szum wody dookoła, koty depczące ci po ogonie… Cudo.
Po co Mandarynkowa- Mandarynkowe Ścierwo zabrało ją na to przedstawienie?
Na razie, to jednak nie miała jeszcze na co narzekać. Gdy tylko pojawiła się na wyspie dała nogę w tłum, z dala od Nocniaków, w tym brata. Po chwili kręcenia się w kółko posadziła zad pomiędzy jakimiś Burzakami i parką Wilczaków.
Jej spokój nie potrwał jednak długo. W przeciągu paru uderzeń serca wyrosła przed nią niebieska, może nieco starsza od niej samej szylkretka. Jej żółtawe kły lśniły w blasku księżyca.
— Witaj. Aldrowandowa Łapa jestem. A ty? — spytała nieznajoma, machając delikatnie ogonem na boki.
Zamrugała raz. Drugi raz. Kotka stojąca przed nią nie zniknęła, nadal uśmiechając się delikatnie.
— Narwana Łapa — odezwała się po chwili, wzruszając barkami. — Lub Werwa. Jak kto woli.
— Miło poznać, Werwo! Mogę się dosiąść?
Pomimo pytania, od razu niemal rozsiadła się obok Werwy, pytając chyba jedynie z zasady.
— Z którego klanu jesteś?
Wydęła dolną wargę czując, jak futro nieznajomej wciska się w jej bok. Mało dyskretnie odsunęła się i spojrzała na nią z ukosa.
— Komu miło, temu miło.... — zamruczała pod nosem, jednak zastrzygła uszyma na pytanie. — Nocy. Z pochodzenia samotniczka.
— Naprawdę? Ach, ja też! — uradowała się Aldrowanda. — Mieszkałam wcześniej w obwoźnym cyrku. Byli tam dwunożni i różne duże zwierzęta, wszystko było tam niezwykle kolorowe i zabawne!
Uniosła lekko brew. Cyrk? Czy matka nie wspominała kiedyś... Że jej matka, jakaś tam "Marionetka", wspominała kiedyś o czymś takim? Eh... Nie ważne. Zbyt skomplikowane na tak późną porę.
Starsza szylkretka natomiast paplała dalej bez najmniejszej troski.
— Ach, mniejsza z tym teraz! Jestem z Klanu Klifu. Wiem co i jak u nas, ale nie słyszałam jeszcze za wiele jak wygląda to w Klanie Nocy. Opowiesz mi coś?
Zmrużyła ślipia i uniosła wzrok do góry. Czy naprawdę wyglądała na taką chętną do rozmowy, że taka damulka się do niej kleiła? Obrzuciła spojrzeniem jej idealnie przylizane i zaplecione futro.
— Mokro jest — miauknęła. — Dużo wody. Rzek, trochę morza, ale to wiesz, bo wy też je macie... Jakaś cała książęca sytuacja, gdzie pół klanu jest ważniejsze od reszty.
Aldrowanda zastrzygła uszyma.
— Książęca sytuacja? Co masz na myśli?
Uczennica wysunęła i schowała pazury.
— Noo... Liderka — uniosła łapę i wskazała na Mandarynkową Gwiazdę — ta nadęta stara prukwa, widzisz ją? Tak?
Niebieska szybko pokiwała głową.
— Świetnie. No, to ona ma u nas całą swoją rodzinę. Dużą rodzinę. Sama zwie się księżniczką, swoje dzieci i rodzeństwo księżniczkami i książętami, ich dzieci również... To chyba już od dawna tak. Niby nie mają żadnych specjalnych przywilejów, ale kto im tam wierzy na słowo...
Oczy Aldrowandy zamieniły się w dwa jaja.
— Żartujesz?
Z lekkim uśmiechem pokręciła głową.
— Ktoś kiedyś powiedział, że mam nieco wysokie ego, ale że można aż tak? — prychnęła strasza, wywracając oczami. — Czy wszyscy przywódcy są tu jacyś tacyś… no nie wiem. Coś ciekawego można o nich powiedzieć. Bo Judaszowcowa Gwiazda na przykład już jest bardzo stary i ten… no cóż. Sama rozumiesz, o tym się coraz więcej u mnie mówi.
— I co? Na łeb mu siada?
— A jakże. Niedawno zostałam przemianowana na uczennicę medyka. Znaczy… nie tak do końca przemianowana – Judaszowcowa Gwiazda nie ogarnął tego, ceremonia była tak bardziej umownie.
Huh.
— Moim zdaniem w tym wieku nie powinien już rządzić klanem. Ktoś młodszy powinien zająć jego miejsce, bo on już mało co umie!
— Mhmmm.... — mruknęła, wodząc spojrzeniem gdzieś po tłumie. — No, muszę się zgodzić, mało który z nich wygląda na kogoś kompetentnego... Chociaż może liderka wilczaków wydaje się przystępna. Co ty tam jeszcze- Ah, uczennica medyka?
Przyszła medyczka skinęła dumnie głową.
— Mhm! Dosyć z przypadku, ale jest całkiem ciekawie, muszę przyznać — odparła kotka, wodząc wzrokiem po tłumie zagadanych kotów, po czym spojrzała znowu na Narwaną Łapę. — Wiesz, ze względu na mój obecny status muszą mieć do mnie nieco więcej szacunku. Bo jak przyjdzie co do czego, to właśnie ja z łaski swojej będę im te futrzaste tyłki leczyć i ratować przed zgubną śmiercią z powodu zeżarcia jakiejś strawy wron!
Zachichotała. Hm. Może… Może jednak jej rozmówczyni nie miała kija pod ogonem.
— No i takie podejście się szanuje. — Spojrzała na uczennicę z ukosa. — Na twoim miejscu jeszcze podrzuciłabym im taką wronią strawę osobiście, aby potem musieli się przedemną błaźnić.
Zobaczyła dokładnie ten moment, w którym ślipia Aldrowandy rozbłysły.
— Werwo… Werwo kochana, jakaż ty jesteś genialna! Niech ten cały Klan Gwiazdy, czy co tam sobie jest, ci ześle najsmaczniejszą zdobycz! — parsknęła, szturachając Werwę w bark.
Posłała towarzyszce krzywy uśmiech, ponownie chyląc łeb z dala od dotyku.
— Oszroniona Łapa idzie chyba pierwsza jako mój obiekt testowy! Dziękuję ci bardzo tą przewspaniałą radę!
— No... Tak, kochana, cieszę się, że służę pomocą — wyksztusiła, niezdydowanym ruchem klepiąc Aldrowandę po grzbiecie opuszkami łapy. Potrząsnęła łbem. — Oszroniona Łapa? Co to za taka?
— Mała, wredna kupa futra! Jak jeszcze byłam w żłobku, to nie umiała zamknąć swojego krzywego pyszczka na temat mojego pochodzenia! — fuknęła cicho kotka. — Się ważna czuje, bo jej dziadkiem jest lider klanu. A co mnie to? Jakby słonia z cyrku zobaczyła, to by już pewnie taka pewna siebie nie była, phi! Schowałaby się w jaskini i modliła do Klanu Gwiazdy o pomoc…
Pokiwała głową, zaciskając wargi.
— Rozumiem — miauknęła jedynie, jej skupienie odlatujące już gdzieś indziej. Do jej uszu doszły jakieś syki, a spojrzenie powędrowało gdzieś dalej.
— Stul pysk, paskudo! Głupoty wygadujesz, spójrz na siebie!
— Jak Ty mnie nazwałeś ty... ty zapchleńcu?! Sam stul pysk! Po co mam patrzec na siebie skoro mam taki przykład jak ty, kleszczu!
Czy to... Narcyz? Z jakąś burą wywłoką? Zerknęła na Aldrowandę i z powrotem na brata.
— Słuchaj... Ja się chyba muszę zmywać. Miło było!
Z tymi słowy wstała i odwróciła się na pięcie, czym prędzej nurkując pomiędzy kotami. Co ten gościu znowu wyprawiał? Jeszcze nie wiedziała, o co chodzi, ale postanowiła nadzorować sytuację z odległości... No, gdyby nagle doszło do łapoczynów i musiałaby ratować jego gburowaty zad.
Z rozdziawionym pyskiem obserwowała, jak łapa Narcyza wchodzi w kontakt z policzkiem burego szczura.
— Odwołaj to, śmierdzielu! — zawołał Narcyz.
Nie myślała, że sytuacja tak szybko eskaluje.
— Dajesz Narcyz! — zawowała ze swojego miejsca w tłumie. — Nie daj się!
Jego przeciwnik aż się zatoczył dwa kroki w tył. Mało brakowało, aby jego broda nie dotknęła skały w szoku.
— Nigdy! Nie muszę, mam rację! Ty...! Ty pokrako!
Ogon Narcyza przeciął nerwowo powietrze.
— Nieprawda.
— A właśnie, że prawda!
Bura łapa zamachnęła się, zgarniając kurz i piach ze skały, po czym sypnęła nim Narcyzowi w oczy.
— Ej! — zawołała, widząc nieczysty ruch burej pokraki. — Nie zbliżaj się do niego z tymi swoimi brudnymi łapskami!
Jednym susem doskoczyła do brata i złapała go za ogon. Łaciaty wykrzywił się i zaczął trzeć oczy, wyrywając się przy tym pod przodu.
— Koniec, bo matka wywróci cię futrem do środka — wymamrotała, ciągnąc. — To ścierwo nie jest tego warte.
Gdy wreszcie się zatrzymali, Narcyz usiadł na ziemi i wyprostował się.
— Co za... co za prostak! — prychnął, na tyle głośno, że Werwa wiedziała, że bury szczur na pewno go usłyszał.
Zacisnęła wargi i pokiwała głową.
— No. Masakra, gorzej niż w domu.
Szturchnęła Narcyza w bark i uśmiechnęła się krzywo.
— Niezłe ruchy — miauknęła. — Do momentu, w którym nie pokonał cię piasek.

[1169 słów]

Od Werwy (Narwanej Łapy)

Parę księżycy temu…

Spojrzenia reszty klanu skupiały się właśnie na niej. Uniosła z dumą bródkę. Gdzieś z tyłu głowy przebiegła jej myśl, że dwójka jej braci jest pewnie w tym momencie równie interesująca co ona… Ale szybko ją odgoniła.
— Werwo — zaczęła gadać Mandarynkowa Gwiazda, patrząc na nią z góry. Oczy szylkretki zabłysnęły z zadowoleniem; dobrze zrobiła, pchając się jako pierwsza (ignorując przy tym prychnięcia Narcyza, gdy wychylał się zza niej). — Ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczennicą. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika, nazywać się będziesz Narwana Łapa. Twoim mentorem zostaną Kijankowe Moczary; mam nadzieję, że przekaże ci on całą swoją wiedzę.
Mało dyskretnie wbiła spojrzenie w stojącego przed nią wojownika. Czarno-biały kocur z łapami jak gałązki i uszami przypominającymi spore liście słuchał kolejnych słów liderki, zanim pochylił łeb w stronę Werwy i popatrzył na nią, wyczekując czegoś. Zmarszczyła brwi. Czego ta tyczka od niej chciała? Dopiero szturchnięcie z tyłu przywołało ją do rzeczywistości i wysunęła się do przodu, stykając się nosem z nowym mentorem.

***

Treningi z Kijankowymi Moczarami były znośne. Chłop nie był taki sztywny, jakby się tego spodziewała po starszym wojowniku – wręcz przeciwnie, lekcje z nim mijały w lekkiej, momentami żartobliwej atmosferze. Kocur nie brał do siebie jej nierzadko obraźliwych słów… A przynajmniej tak się jej wydawało. Kto wie, może znosi ją tylko dlatego, że jest jego uczennicą. Nie miała zamiaru dociekać.
Zajęcia były wymagające, jednak podobało jej się to. Jeszcze piękniej było wtedy, gdy coś wychodziło jej za pierwszym razem! Lubiła momenty, w których mogła się wykazać.
Jednak… Stojąc tak na brzegu rzeki, z chłodną wodą obmywającą jej łapy, jej pewność siebie zdawała się gdzieś uciekać. Kijanka, niewzruszony (jak zazwyczaj) brodził parę kroków dalej, zanurzony po brzuch.
— Nie utopię się?
Na jej pysku widniał grymas. Wbiła pazury w muł, podnosząc wzrok na mentora.
— Nie utopisz się — odparł wojownik, ukazując kły w lekkim uśmiechu. — Chodź, tu rzeka jest w miarę płytka. Najwyżej napijesz się łyk czy dwa wody, zanim załapiesz, o co chodzi.
Zmrużyła oczy i wydęła policzki.
— Na pewno?
— Na pewno.
Wyciągnęła łapę do przodu i zrobiła jeden długi krok do przodu. Później następny.
— Gdy stracisz grunt pod łapami, musisz zacząć nimi machać — zawołał do niej Kijanka. — Zachowaj spokój i wczuj się w rytm!
Jeszcze jeden krok… I nagle dno uciekło jej spod łap. Jej głowa zanurzyła się pod powierzchnią, a do nosa zaczęła wdzierać się woda. No, wcale się nie utopi! Parsknęła i zaczęła się szarpać. W którymś momencie jej tylna łapa napotkała muł – z całej siły odepchnęła się i wystawiła pysk ponad taflę.
— Łatwo- — parsknęła, plując rzeczną wodą — łatwo ci mówić!
Po chwili rzucania się w wodnych odmętach jej łapy, tak jak mówił to łaciaty, złapały jakiś rytm. Cwana tyczka…
— Dasz radę tak na drugi brzeg?
Odkaszlnęła i wystawiła przemoczony pysk jak najwyżej nad powierzchnię, jak tylko umiała.
— Dam radę!
…no, łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Jej ruchy nadal były dość nieskoordynowane, i zdecydowanie nałykała się więcej wody, niż kiedykolwiek widziała w kałuży przed żłobkiem, ale przynajmniej poruszała się do przodu! Mniej więcej. Trochę zygzakiem, trochę zbaczając z drogi, ale udało jej się dopłynąć na tyle daleko, aby jej łapy ponownie dotknęły mulistego dna.
Z ciężkim westchnieniem rozluźniła mięśnie i spojrzała z ukosa na Kijankę, który czekał na nią na płyciźnie.
— Brawo — miauknął, beztrosko wychodząc z wody i otrzepując sierść. — Jak na pierwszy raz, to jesteś całkiem dobra! To teraz co, szybkie zwiedzanie naszych terenów?
Zmrużyła ślipia.
— Prawie się utopiłam! Ledwo co, a musiałbyś zaciągać moje ciało do obozu jak jakiś przemoczony kołtun.— Uniosła łapę i przyłożyła ją do piersi. — Moja matka byłaby zrozpaczona…
Nie, wcale by nie była. Albo może? Położyła po sobie uszy, wzrokiem uciekając w bok, na plamę słońca odbijającą się od falującej tafli. A może przejmowałaby się bardziej, gdyby to na przykład Narcyz zniknął?
Przechyliła łeb w bok… Nie. Chyba nikt nie wolał Narcyza od niej. O Kasztanku już nawet nie wspominając.
Wzruszyła ramionami, otrząsając się, po czym wyskoczyła na brzeg i stanęła parę kroków przed mentorem.
— Ale skoro nalegasz — miauknęła i odwróciła się do niego zadem. — No, to w którą stronę?

[675 słów + nauka pływania]

Nowi członkowie Klanu Klifu!

Patrol przyprowadził ze sobą dwa kociaki! 

 

Jajko


Od Poranku CD. Gołąbka

Siedział w legowisku uzdrowicieli, powoli i dokładnie przeglądając zioła. Widział, że żeby nie musieć opuszczać tego jednego bezpiecznego miejsca w całym obozie, musiał zajmować się czymkolwiek pożytecznym. A układanie ziół było idealnym zajęciem, zwłaszcza dla Poranku. Przynajmniej dopóki wszystkie obowiązki nie zostaną wykonane, a on nie będzie mógł zniknąć poza obozem.
Dzień wyglądał zwyczajnie. Do lecznicy weszło tylko parę kotów, Wiciokrzew wraz ze swoją uczennicą wyszli najpewniej po brakujące rośliny... Było naprawdę spokojnie. Po czasie już nawet Poranek stracił wiarę, że ktokolwiek zakłóci mu ten spokój i porządek. I, jak się później przekonał, nie powinien tego robić.
– Poranku…? Chwaście…? – piskliwy głosik zaszedł go od tyłu. Rudy kocur od razu się spiął, kątem oka spoglądając w stronę źródła tego dźwięku, a tam zobaczył Gołąbka, dziecko Gąski. – Czy możesz, proszę, zerknąć na tego ptaka? Chcę tylko wiedzieć, co mu jest! – zapytał kociak, ewidentnie przejęty. Chwast odwrócił się w jego stronę, przy okazji rozglądając się, czy w okolicy jednak nie ma Wiciokrzewu, Purchawki czy chociażby Mistral (której i tak pewnie by nie zawołał), by wyręczyli go z obowiązku pomocy Gołąbkowi. Poczuł, jak żołądek nieprzyjemnie mu się ścisnął, gdy zdał sobie sprawę, że został sam. Mimo to nie dał po sobie tego poznać i bez słowa podszedł do kociaka. Gołąbek pokazał mu rannego, który leżał na małym prowizorycznym posłaniu z mchu. Jerzyk nie wyglądał najlepiej i na miejscu małego kocurka Chwast zostawiłby go na pastwę i tak przesądzonego już losu. Kocię jednak nie wyglądało na kogoś, kto mógłby zostawić jerzyka i zająć się swoimi sprawami.
– Nie da się go uratować. Jest zbyt słaby – stwierdził uzdrowiciel, dalej wpatrując się w jeszcze żywe zwierzę. Na twarzy Gołąbka pojawił się grymas czegoś na wzór smutku.
– Na pewno? A można jakoś poprawić jego stan? Może nie miał pożywienia... – gdybał kociak, jak gdyby to mogło zmienić rzeczywistość.
– Na pewno nie ziołami. Co do kwestii wyżywienia, jest to możliwe. Wygląda na wychudzonego. Jest też dość mały – stwierdził rudy. – Możliwe, że nie był w stanie czegoś sobie znaleźć – podsumował, tylko po to, by w następnej chwili Gołąbek wziął ptaka ze sobą, możliwe, że deklarując się do dokarmiania tego stworzenia. Poranek jednak tym się już nie przejmował, czując ulgę, że kociak wrócił do swoich zajęć.
 
***
 
Gołąbek został jego uczniem. Dalej nie mógł w to uwierzyć, a strach ściskał go za gardło z każdą chwilą, gdy tylko myślał o tym zbyt dużo. Mimo to starał się zachowywać w miarę normalnie, jak na siebie. Nie mógł pozwolić, by ktokolwiek z jego otoczenia widział go w stanie, w jakim widział go już Derwisz. I chociaż żałował, że nawet ten starszy samotnik widział, co zrobił, był mu wdzięczny, za chęć niesionej pomocy. Gdyby nie on, Poranek nie wiedział, co by się z nim stało. Czuł się jak tykająca bomba, która w każdym momencie mogła wybuchnąć. Nienawidził tego uczucia, ale nie potrafił z nim walczyć, dlatego zgodził się na rozmowę z Derwiszem. "I niestety najpewniej nie jedną" – myślał, spoglądając na ranę na swojej łapie. Mimo krótkiej znajomości ze starszym samotnikiem, już zdążył się przekonać, że on nie odpuści tak łatwo, jakby chciał Poranek.
Westchnął cicho, spuszczając głowę. To wszystko go przerastało. Ale musiał zająć się nauczaniem Gołąbka, dlatego powoli wstał i stanął w wejściu do lecznicy, lekko wychylając głowę. Wzrokiem zeskanował otoczenie w poszukiwaniu swojego nowego ucznia. W końcu odnalazł młodego Gołąbka. Uczeń stał nad jakimś cudem jeszcze żywym jerzykiem, a przynajmniej Poranek myślał, że jeszcze żywym, skoro nie doszła do niego informacja o śmierci ptaka.

<Młody Gołąbku?>
[569 słów]

Od Nocnej Łapy (Nocnego Śpiewaka)

Powiedzieć, że Tropiąca Łaska była niezadowolona, byłoby znacznym ujęciem furii, jaka spotkała Noc, kiedy w końcu się pozbierał po kocimiętce. Dla jego obrony nie miał bladego pojęcia, na co się natknęli i co to robi, a jego brat nie uraczył go tą wiedzą! Nie wypowiedział jednak tej wymówki.
– Nie zdajesz sobie sprawy, jakie masz szczęście, że Zalotna Gwiazda nie dała Ci i temu twojemu bratu karnego imienia. – wysyczała Tropiąca Łaska, strosząc się jak sowa. – Karą za to wszystko będzie opieka nad starszyzną, najbrudniejsza robota, jaka znajdzie się w klanie i – zatrzymała się dla zbudowania napięcia. – koniec naszych treningów.
Kotka była widocznie zła. Wściekła wręcz. Łapy się jej trzęsły, zapewne z chęci zerwania z Nocy skóry.
Nocna Łapa kiwnął tylko głową. Na patrole nadal miał chodzić. Po prostu dołożyli mu bardzo wiele obowiązków. Nie, żeby mógł na nie narzekać. Siedzenie ze starszyzną i zajmowanie się ich problemami nie było dla Nocy najgorszym losem. Lubił ich historie, ich żarty i nawet ciszę, która czasami wisiała nad ich legowiskiem. Brudna robota w klanie też była czymś, co Noc też robił. Dołóż gałęzie tu, wyrwij tamto, wnieś to. Zawsze był chętny robić to, o co go wojownicy prosili. Tak, teraz robił to częściej, ale nadal tak samo ochoczo!
Największym zaskoczeniem dla Nocy był kategoryczny zakaz treningu z Łaską. Kotka syczała na niego i prychała, ilekroć się z nim mijała w obozie, wyraźnie nadal zezłoszczona. Dodawała mu obowiązków, ilekroć mogła i łapy nadal ją świerzbiły na dobre pranie skóry na plecach Nocy.

Nocna Łapa dlatego też był raczej zaskoczony, kiedy jego mentorka miarę spokojna, zjawiła się w miarę spokojna. Nadal mówiła do niego ściszonym i złym głosem, ale była wyraźnie zadowolona z czegoś.
– Nocna Łapo. – miauknęła, odrywając go od poprawiania mchu w legowisku Srebrzystej Łuny, pilnując, aby starszej kotce było wygodnie.
– Tak? Potrzebujesz czegoś Tropiąca Łasko? – pomimo napięcia Noc uśmiechnął się szeroko do niej.
– Tak. Skończ, co robisz szybko i zapraszam cię … – zamilkła dla dramatu. Znowu! Ostatnio robi to bardzo dużo. – do okręgu!
– Do okręgu? – Blade Lico podniósł głowę na jej słowa. – Czyżby Nocna Łapa zasłużył sobie na mianowanie?
– Zasłużył to sobie na spranie skóry. – odparła Tropiąca Łaska. – Ale tak. Mianowanie. Test! Teraz! Już!
Noc zjeżył się z ekscytacji! Miał stać się wojownikiem już dzisiaj?! To było… nietypowe dla Tropiącej Łaski, zwłaszcza jak była zła. Sprawić Nocy taką przyjemność?
– Idź. Przyjdź potem pochwalić się imieniem. – powiedział Trzcinniczkowa Dziupla. Na jego słowa noc podniósł się na proste łapy i poszedł za Tropiącą Łaską.
Został ustawiony w samym środku tłumu, gdzie wytworzył się krąg. Noc machnął ogonem podekscytowany. Zalotna Gwiazda spoglądała na niego ze swojego wygodnego miejsca na wzniesieniu. Jej uważne oczy nadal nosiły dozę niezadowolenia po jego „małym” wypadku. No cóż. Dzisiaj się wykaże. Ciekawe kto będzie jego przeciwnikiem?
Nocna Łapa wyprostował się i nastroszył ogon, kiedy Tropiąca Łaska wyszła przed niego. Była wyraźnie wściekła i zadowolona jednocześnie. Oho! No to Nocna Łapa dostanie swoje obiecane pranie skóry od swojej mentorki!
Ich walka zaczęła się od jego mentorki rzucającej się w przód. Pył, pazury, zęby - wszystko! Noc wywijał się jak tylko mógł, aby unikać wściekłych ciosów mentorki, co bywało trudne. Tropiąca Łaska była starsza, bardziej doświadczona i silna. Jednak wolniejsza od Nocnej Łapy o znaczną miarę, jak i mniejsza. Nocna Łapa trzasnął ją łapą, raz, drugi, trzeci aż kotka nie zachwiała się na łapach wystarczająco, dla młodszego kota, aby wsadził ogon tam, gdzie miała stanąć. Zabrał go równie szybko co tam postawił, a kotka uderzyła w ziemię. Przeturlała się zaskoczona, aby uniknąć chwytu Nocnej Łapy. Zjeżyła się, wstając niestety trochę za późno. Noc znalazł się na jej plecach, swoją wagą przeciągając ją z powrotem na ziemię. Upewnił się, że będzie na górze i przycisnął ja do ziemi łapami. Teraz miał otwartą drogę do gardła i miękkiego brzucha. Kotka złapała jego łapy swoimi pazurami, zaciskając je mocno w skórę i kopnęła go w brzuch tylnymi łapami. Noc skrzywił się, ale nie uległ, tylko bardziej na nią nacisnął. Kotka utknęła…
– Wystarczy. – Zalotna Gwiazda ogłosiła, spoglądając na tę sytuację. – Nocna Łapa wygrywa. – Noc uśmiechnął się szeroko i wypuścił swoją mentorkę spod swoich łap. Brzuch nadal go bolał, z jego łap sączyła się powoli krew, a na poliku czuł, że tam, gdzie sięgnęła go pazurem Łaska, pod sierścią tworzyły się zacięcia.
– Ja, Zalotna Gwiazda, przywódca Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. – głos Zalotnej Gwiazdy przerwał wszystkie boleści Nocy. Ekscytacja ogarnęła go od stóp do głów. – Nocna Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
– Przysięgam. – oświadczył.
– Mocą naszych przodków nadaję ci imię wojownika. – zatrzymała się, mierząc go wzrokiem. – Nocna Łapo, od tej pory będziesz znany jako Nocny Śpiewak. Klan ceni twoją pracowitość i siłę oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Wilka!
– Nocny Śpiewak! Nocny Śpiewak! – zawtórowały koty, które ich tak uważnie obserwowały.
– Nocny Śpiewak… – Tropiąca Łaska zarzuciła ogonem z irytacją. – Przynajmniej nie jesteś już moim problemem.
– Już nie… – Nocny Śpiewak uśmiechnął się do niej, a potem przeniósł wzrok na swoją rodzinę. Chudy ryczał i smarkał, a kiedy Noc podszedł, wystarczająco blisko to się do niego przytulił.
– Nocny Śpiewak! OH! – załkał. Nocy, aż się miło zrobiło. Gruby też się przysunął i objął ich oboje.
Nocny Śpiewak już nie był Łapą, mógł czuć z tego powodu tylko dumę. Co oczywiście nie znaczyło, że jego kara się kompletnie zakończyła. Pewnie teraz będzie miał więcej patroli i treningów z mistrzami, ale do starszyzny nadal miał zaglądać regularnie. No cóż. Sama przyjemność! Teraz jednak pozostało mu tylko czuwać nad swoim klanem.

Od Wełnistej Mszycy CD. Kocimiętkowego Wiru

Wełnista Mszyca zaniemówiła. Nie spodziewała się, że kiedykolwiek zostanie posądzona o łamanie kodeksu, tym bardziej z kotem, którego prawdopodobnie ani razu na oczy nie widziała, a tym bardziej nigdy z nim nie rozmawiała. Ciężko było z kimś takim budować jakąkolwiek relację, a ty bardziej romantyczną. Nerwowo poruszyła uszami, nie chcąc, aby rudaska wykrzykiwała na całe gardło nieprawdę.
– Naprawdę nie wiem, kim jest Wilczy Skowyt... – miauknęła łagodnie, nie chcąc, aby ich rozmowa eskalowała w jakąś kłótnie czy większą aferę. – Jedyne koty, jakie znam z waszego klanu to lider, zastępca oraz medycy... Wybacz, ale zostałaś najprawdopodobniej przez niego okłamana.
Nie wiedziała, dlaczego kocur powiedział, że jest w związku z kotką z innego klanu, w dodatku z medyczką. Czyżby chciał zadrwić z rudej kotki w związku z tym, że wsadzała swój nosek w jego romantyczne życie? Czy z tego całego Wilczego Skowytu był zgrywus?
– O-ostatnio na zgromadzeniu rozmawiałam tylko z Wilgową Goryczą, jeśli chodzi o wojowników z innych klanów – wyznała, zastanawiając się, czy teraz kotka nagle nie stwierdzi, że jednak romansuje z burym, a nie czekoladowym. – Poza tym, kodeks wojownika nie zabrania związku z kotem z innego klanu... – zauważyła. Za późno jednak ugryzła się w język. Kotka, która stała przed nią, musiała na swój sposób interpretować kodeks i uważać, że koty należące do różnych klanów i wchodzące ze sobą w związek są zdrajcami.
Pysk kotki opuścił kolejny potok słów. Rudaska nie zgadzała się ze słowami Wełnistej Mszycy, starając się przekonać ją do swoich racji. Mimo że rozmowa z kotką mająca inne zdanie była wyczerpująca, Wełnista Mszyca uciszyła się, że mogła poznać tak barwną postać, jaką była Kocimiętkowy Wir. Z nią na pewno wilczacy się nie nudzili w klanie.
W końcu ścieżki kotek się rozeszły. Zarówno Wełnie nie udało się przekonać Kocimiętki do swoich przekonań i wyjaśnień, jak i Kocimiętce Wełny do swoich. Zielonooka, prychając pod nosem, odwróciła się na pięcie i powróciła na swoje tereny, znikając pomiędzy drzewami. Wełnista Mszyca natomiast powoli zaczęła kierować się z powrotem do obozu, zbierając po drodze kilka ziół łagodzących bóle głowy i zmęczenie.

Dalej przeszłość, ale skip

Z legowiska po prawej stronie, od tego, które zajmowała Wełnista Mszyca, dochodziło cichutkie pochrapywanie Wdzięcznej Firletki. Liliowa szylkretka, zwinięta w kłębek, miała wtulony pysk w swój ogon, którym szczelnie się opatuliła. Albinoska przez chwilę skupiała spojrzenie na kotce, by w końcu przenieść je na śpiącego kremowego kocura. Jego grzbiet powoli unosił się i opadał. Podczas snu wyglądał o wiele przyjaźniej niż za dnia podczas pracy. Wełnista Mszyca uśmiechnęła się pod nosem, po czym po cichu podniosła się ze swojego legowiska i po przejściu paru kroków przycupnęła w wejściu do lecznicy. Oparła łebek o kamienny próg, wlepiając spojrzenie w gwieździste niebo.
Zastanawiała się, czy gwiezdni przodkowie mieliby jej za złe, gdyby zrezygnowała z funkcji medyka, tylko dlatego, że kwadrę temu Księżycowy Odłamek wyznał jej miłość. Zdała sobie sprawę, że zraniła kocura, nawet jeśli odpowiedziała mu zgodnie z prawdą, że go kocha. Był to jednak inny rodzaj miłości niż ta, którą darzył ją niebieski. Zrozumiała to jednak zbyt późno.
Ale może w przyszłości udałoby jej się odwzajemnić jego uczucia? Gdyby się choć trochę wysiliła i spróbowała spojrzeć na Księżycowy Odłamek inaczej niż dotychczas to może...
Nie wiedziała tego, nie umiała sobie nawet wyobrazić siebie i kronikarza tworzących parę, po tym, gdyby wróciła na ścieżkę wojownika.
O ile mogłaby wrócić.
Nie chciała jednak porzucać ścieżki medyka. Uwielbiała pomagać rannym kotom i podnosić ich na duchu. Z przyjemnością wykorzystała zdobytą wiedzę i doskonaliła swoje medyczne umiejętności. Odkąd została uczennicą Wdzięcznej Firletki, naprawdę zaczęła czuć, że żyje, nawet jeśli ścieżka, którą obrała, była tym, czego oczekiwał od niej ojciec. A fakt, że nigdy nie będzie mogła posiadać partnera, a tym bardziej kociąt, jakoś nieszczególnie jej przeszkadzał. No, może czasami łapała się na myśli o tym, czy jej kocięta lub jej braci urodziłyby się normalne, czy ich ciałka byłyby pokryte białym futrem. Szara Skóra na pewno byłby wniebowzięty, widząc, że jego wnuczęta również są wyjątkowymi kociętami, o śnieżnobiałym futrze i fioletowych lub czerwonych oczach, jednak Wełnista Mszyca, gdyby miała taką możliwość, zapragnęłaby odebrać ten dar będący przekleństwem każdemu z ich potomków.
Westchnęła, przygnębiona, że zraniła nieumyślnie kolejnego z bliskich jej kotów. Czy właśnie przed tym przestrzegał ją biały kociak ze snu?

<Kocimiętko? myślę, że wstrzymanie sesji, z możliwym wznowieniem w przyszłości jest jakby okey na ten moment >

Nowa członkini Klanu Wilka!

Od Wilczego Skowytu

Zalotna Gwiazda, po usłyszeniu od Kocimiętkowego Wiru i Księżycowej Łapy o zagrożeniu ze strony Dwunożnych, postanowiła zorganizować patrol, który miał dokładniej zbadać tamto miejsce. Kocimiętka została wyznaczona na jego prowadzącą, a razem z nią mieli wyruszyć Pustułkowy Szpon, Wilczy Skowyt i Tygrysia Noc. Czekoladowy nie był zadowolony z faktu, że będzie na patrolu z tą wredną kocicą! Ale jak trzeba, to trzeba. Kocimiętkowy Wir czekała już przed wyjściem z obozu, aż reszta wyznaczonych wojowników zbierze się przy niej. Obok niej stał Pustułkowy Szpon i widać było, że nie do końca rozumiał, dlaczego Zalotna Gwiazda wybrała akurat Kocimiętkowy Wir na prowadzącą.
Do dwójki doszedł już Tygrysia Noc i skinął im głową na przywitanie, tuż za nim dołączył Wilczy Skowyt i wykonał ten sam gest co Tygrysia Noc. Gdy wszyscy już byli zebrani, Pustułkowy Szpon skinął w stronę dwóch kocurów, nie siląc się już na słowne przywitania.
Kocimiętkowy Wir wyglądała na lekko zestresowaną. Przełknęła jednak ślinę, próbować zachować powagę.
— Skoro już wszyscy są, to możemy iść — oznajmiła, jako pierwsza wybywając z obozu. Kiedy tylko mistrzyni wydała rozkaz, Pustułkowy Szpon poczekał chwilę, by znaleźć się na końcu ich niewielkiej grupy. Tygrysia Noc dreptał za Kocimiętka, a czekoladowy wojownik szedł powoli za Kocimiętka i Tygrysem. Nigdy nie spotkał Potwora ani Dwunożnego, kto wie, czy dzisiaj się to zmieni. Wilczek machnął ogonem i podszedł bliżej rudej „rywalki”.
Grupa powoli zaczęła zbliżać się do Opuszczonego Obozowiska. Z każdym ich kolejnym krokiem hałas dobiegający zza rzeki robił się coraz głośniejszy. Ruda kotka widocznie bała się, że gdy znowu przejdzie przez rzekę, spotka coś równie okropnego. Jak wtedy, gdy wraz z Księżycem odnalazła martwe ciało Barczatki.
— Może… powinniśmy zrobić chwilę przerwy, zanim tam pójdziemy? — zaproponowała. — Będziemy musieli przepłynąć przez rzekę. Czy każdy z was potrafi jakkolwiek pływać? — mruknęła spokojnie, jednak jej ogon drżał nerwowo. Chwilę po tym zastępca przywódczyni się odezwał:
— Możemy zrobić przerwę, a rzeka nie powinna być problemem. Z tego, co mi wiadomo, to nawet twój uczeń dał radę — mruknął, podchodząc do wody.
Tygrysia Noc przytaknął na słowa zastępcy.
— Tak, powinnyśmy sobie z nią poradzić — mruknął, po czym spojrzał na czekoladowego wojownika. — A Ty? Też dasz radę? — zapytał.
Wilczy Skowyt na chwilę odcięty od rzeczywistości odpowiedział mu po czasie:
— Hm? Ach, raczej tak, chociaż moje jedyne przeżycie z rzeką to, to jak się prawie w niej utopiłem jako kociak — mruknął.
Cała czwórka już miała pakować się do wody, gdy nagle do ich uszu dotarły odgłosy czyichś kroków. Były zbyt lekkie na Dwunożnego i zbyt ciężkie na zwierzynę. Ruda kotka zamarła w bezruchu, skupiając się na dźwięku kroków.
— Też to słyszeliście, prawda? — wyszeptała, przenosząc wzrok na resztę patrolu.
— Tylko głuchy by nie usłyszał — prychnął Pustułek. — Radzę się ruszyć i przepłynąć lub zniknąć z pola widzenia — dodał.
Futro na karku Tygrysiej Nocy się zjeżyło, a końcówka ogona zaczęła drżeć nerwowo.
— To jakiś lis? A może kot? — zastanawiał się, rozglądając się wokół. Wśród krzewów nie widział nic podejrzanego, ale coś niewątpliwie zbliżało się w ich stronę.
— Lisa to ty masz w głowie. Żadne zwierzę nie wydawałoby takich głośnych dźwięków! — burknął Wilczek, a potem otworzył pysk, aby może lepiej wyczuć jakiś zapach.
— Masz jakiś problem ze słuchem? — fuknęła nagle Kocimiętka, lecz zaraz potem wzięła głęboki wdech. Nie chciała dać się wyprowadzić z równowagi przez jakiegoś mysiego móżdżka. — Przecież słychać czyjeś kroki! To musi być jakieś zwierzę!
Na twarzy Pustułkowego Szponu było wręcz napisane: „No nie wytrzymam, serio”.
— Mysie móżdżki, ruszyć się! Żadne zwierzę nie stawia tak ciężkich kroków, a ja nie mam zamiaru zginać przez waszą głupotę — fuknął, jeżąc sierść wzdłuż kręgosłupa. Na to Tygrysia noc mu zaprotestował:
— A właśnie, że stawia! — miauknął oburzony.
Wilczy Skowyt mający już dosyć kłótni postanowił przerwać bełkot Tygrysiej Nocy.
— Pustułkowy Szpon ma rację, powinnyśmy ruszać dalej.
Na ruszenie dalej było już za późno. Nagle z krzewów wypadła puchata, złocista kula, która wleciała wprost w Tygrysią Noc. W biegu wyglądała niemal jak słońce sunące po niebie, lecz gdy patrol przyjrzał się jej bliżej, okazało się, że to… kot! Kocimiętkowy Wir skrzywiła się, po czym zawyła:
— Ach, to pieszczoch! To pieszczoch! — Zrobiła krok w tył. — Co ona tu robi! — Odsunęła się jeszcze bardziej, a zastępca Zalotnej Gwiazdy długo nie czekał i kiedy ruda mistrzyni wyła o pochodzeniu pieszczoszki, on od razu ruszył do Tygrysiej Nocy, by ściągnąć z niego obcą. Tygrysia Noc w jednej chwili stał, kłócąc się z resztą patrolu, a w następnej koziołkował już po ziemi. Gdy Pustułkowy Szpon ściągnął z niego nieznajomą kotkę, Tygrys wypluł z pyska kosmyk jej futra i złapał się za głowę.
— Umarłem już…? — mruknął.
Wilczy Skowyt mu odpowiedział:
— Nie umarłeś jeszcze. Ale co ten pieszczoszek w ogóle tu robi! — Zjeżyło mu się futro na karku. Kocur stanął w pozycji gotowej do walki. „Co ten pieszczoch w ogóle sobie myśli!” — pomyślał.
Kotka wydała z siebie ciche syknięcie, lecz pozwoliła się odciągnąć od rudofutrego. Dopiero po chwili, gdy została puszczona, podniosła się na cztery łapy.
— Ja… — wydukała zakłopotana — Tam… Tam jest strasznie! — mruknęła, wskazując łapa w stronę wyciętego lasu, po którym chodziły Potwory Dwunożnych.
— Byłaś tam? Coś ci się stało? — zapytała Kocimiętka. — Skąd się tam w ogóle wzięłaś? — kontynuowała przesłuchiwanie kotki.
Pustułkowy Szpon słowem się nie odezwał, dając młodszym działać, by samemu jedynie się temu wszystkiemu przysłuchiwać. Tygrysia Noc postanowił siedzieć cicho i nie męczyć pieszczoszki kolejnymi pytaniami. Kocimiętkowy Wir zalała ją ich wystarczającą ilością. Wilczy Skowyt podobnie jak Tygrysia Noc usiadł cicho z boku, zastanawiając się nad tym, skąd ta pieszczoszka się tu wzięła. Nadal mimo wszystko był ciekaw wszystkiego, co ona powie.
Nieznajoma rozejrzała się po milczących kotach, a następnie wróciła wzrokiem do rudofutrej, która zadała jej pytania.
— No, byłam... — mruknęła, spuszczając wzrok. — Jest tak głośno! Czy mówiłam już, że jest też strasznie? — kontynuowała, płaszcząc po sobie uszy. — Nie wiem, jak to się stało, ale wystraszyłam się tego hałasu, zaczęłam biec i... trafiłam tutaj!
Pieszczoszka była na tyle wystraszona, że nie mówiła zbytnio nic przydatnego.
— No dobrze, ale co tam dokładnie się stało? — spytał Pustułek, próbując uzyskać jakąkolwiek odpowiedź, która nie będzie zawierać tego, jak tam jest głośno i strasznie. Tygrysek spojrzał to na Pustułka, to na obcą.
— Może zabierzemy ją do obozu? — zaproponował, lecz już czuł na swojej skórze gniewne spojrzenia reszty. — W sensie... patrzcie, jaka jest przestraszona! W takim stanie nie powie nam nic przydatnego... A tak mogłaby ją przesłuchać Zalotna Gwiazda i wyciągnąć z niej coś więcej — wytłumaczył, uśmiechając się nerwowo.
— Jeśli Zalotna Gwiazda ją przesłucha, wyjdzie z wypadającym futrem od strachu — mruknął do siebie pod nosem Wilczek. — Nie wydaje mi się, żeby ona w ogóle chciała gdziekolwiek z nami pójść — skrzywił się lekko.
Pieszczoszka przełknęła ślinę.
— Dlaczego miałabym się bać tej... Zalotnej Gwiazdy? — odparła, marszcząc lekko brwi. — Na pewno nie może być taka zła i straszna, jak ludzie!
Kocimiętka parsknęła śmiechem, a zastępca na słowa Wilczego Skowytu, od razu spiorunował go wzrokiem.
— Może na razie skupimy się na naszym celu? — mruknął w stronę reszty patrolu. — A ty — zaczął chłodno. — Łaskawie odpowiedz na moje pytanie.
Widać było, że cierpliwość powoli mu się kończyła. Wilczy Skowyt przewrócił oczami. Za żarty przecież nikogo nie zabili. Najwidoczniej do dzisiaj.
Kotka przeniosła spojrzenie na czekoladowego kocura o jednym oku.
— No... Odpoczywałam sobie spokojnie, aż tu nagle rozległ się łomot! Poczułam, jak mi zaczął świdrować w głowie i... instynkt kazał mi uciekać, więc pobiegłam ile sił w łapach. To tyle, co wiem! Nic więcej nie mogę ci powiedzieć — mruknęła smutno, podnosząc błagalnie spojrzenie na nieznajomego. — Już od kilku dni musiałam się wsłuchiwać w te ryki! Wiesz, jak mnie od tego boli głowa?
— No dobrze, akurat przybyliśmy w podobnej sprawie. Może się przedstawisz i spróbujemy sobie nawzajem pomóc? — Pustułek nieco zszedł z tonu, kiedy w końcu dowiedział się, czego chciał. Wilczy Skowyt pozwolił sobie się wtrącić do rozmowy:
— No to... może my się przedstawimy pierwsi? Ja jestem Wilczy Skowyt, a ten dupek z jednym okiem to Pustułkowy Szpon. Ruda kotka to Kocimiętkowy Wir a ten tu obok to Tygrysia Noc.
Złocista kotka zamrugała kilkakrotnie.
— Macie bardzo ładne imiona! Takie... długie! Na mnie ludzie wołają Ula... Jest trochę nudne, nie? — westchnęła.
— Mi się podoba! — oznajmiła Kocimiętka, po czym spojrzała na Pustułka.
— Twoje imię też jest ładne, przynajmniej nie musisz marnować czas na wymowę — zażartował zastępca z lekkim uśmiechem. Rudofutry odchrząknął, też chcąc pochwalić imię pieszczoszki.
— Zgadzam się z resztą! Jest bardzo praktyczne — mruknął z uśmiechem na pysku. Wilczy Skowyt skinął głową.
— Ula? Ładnie! Wiesz może, co powodowało te ryki? Widziałaś to coś?
Na słowa Wilczego Skowytu Ula aż się zjeżyła, a jej źrenice zwęziły się do szerokości sosnowych igieł.
— Widziałam! — oznajmiła drżącym głosem. — To takie ogromne, metalowe puszki! Są gigantyczne i obalają drzewa z łatwością! Przyglądałam się im, gdy siedziałam zamknięta w puszce mojego człowieka...
Mistrzyni westchnęła zdumiona.
— Muszą być bardzo niebezpieczne! Skoro tak łatwo pokonują drzewa, to co zrobiłyby z nami? — przeraziła się.
— Zapewne to, co z Barczatkowy Świtem. Musimy się dowiedzieć, jak mamy im stawić czoła. Ten las należy do Klanu Wilka i żadni Dwunożni nas stąd nie przepędzą. — dodał Pustułek. Tygrysia Noc pokiwał głową z determinacją.
— Koniecznie! Nie będą się nam tu panoszyć jakieś łyse stworzenia! — fuknął. Wilczy Skowyt wzdrygnął się na samą myśl! Będzie musiał ostrzec partnerkę i córkę, aby nie odchodziły nigdzie daleko i nie zapędzały się w te tereny!
— Taaak… myślę, że nie damy rady Dwunożnym i ich gigantycznym puszkom skoro potrafi to powalić całe drzewo za jednym razem, to nas wciągnie w sekundę. Głupcy.
Złotofutra przybrała zmartwioną minę.
— Nie ma co się zniechęcać! Wierzę, że sobie poradzicie z tymi metalowymi puszkami i... tymi, no, Dwunożnymi! To wszystko, co niszczą, należy do natury. Należy do nas, a nie do nich! — burknęła, pusząc się ze złości. Kocimiętka też była oburzona zaistniałą sytuacją, ale nie mogli tu tak stać i rzucać słowa na wiatr.
— Dobra, wystarczy. Myślę, że powinniśmy już zawracać, bo dźwięki tych Potworów coraz bardziej mnie męczą!
— Prawda, musimy omówić to z Zalotną Gwiazdą. Ulu, czy zechcesz iść z nami? Nie masz się co się obawiać Zalotnej Gwiazdy, mogę nawet obiecać, że będę tuż obok w czasie tej rozmowy — zapewnił ją brązowy zastępca.
Rudy uśmiechnął się przyjaźnie do pieszczoszki.
— Tak! Uważam, że powinnaś z nami pójść. Bez urazy, ale w dzikim lesie Klanu Wilka raczej nie przeżyjesz zbyt długo... — miauknął żartobliwie Tygrysia Noc. Wilczek zachichotał.
— To prawda, ciężko by było…
Pieszczoszka odwróciła wzrok zawstydzona.
— Och, skoro tak nalegacie... — mruknęła. — Chyba nie mam innego wyjścia! Chętnie z wami pójdę — dodała, kompletnie ufając obcym i ich planom.
— To świetnie! Możemy już ruszać w drogę powrotną — oznajmiła Kocimiętka. Wojownicy wraz z Ulą ruszyli ponownie w podróż, tylko tym razem w przeciwną stronę. Wilczy Skowyt jednak trochę martwił się o to, czy Zalotna Gwiazda łagodnie potraktuje pieszczoszkę w ich obozie. No cóż…
— Pośpieszmy się, a zdążymy przyjść na porę posiłku! — mruknął Wilczy Skowyt do reszty Wilczaków.

08 kwietnia 2026

Od Poranku

*TW: atak paniki, samookaleczenie*

Nie był w stanie zwierzyć się Derwiszowi ze wszystkiego. Nie był w stanie zwierzyć się nikomu, a zwłaszcza temu starszemu kocurowi, którego ledwo znał. I chociaż widział w samotniku coś na wzór małego podziwu, nie wierzył w jego słowa. Jego zaufanie w inne koty ewidentnie dalej było kruche, choć bez dokładniej przyczyny. Może to wszystko było przez biologiczną matkę Poranku? W końcu od niej zaczęła się nieufność i samotność młodego kocura. Jednak teraz nie miało to już znaczenia.
Biegł przed siebie, ile sił w łapach. Płuca piekły go od wysiłku, jednak głowa nie pozwalała przestać. Musiał biec. Znów musiał uciekać, chociaż już zaczynało się robić normalniej. Lecz iluzja tej zmiany pękła w jednej chwili, gdy rudy dowiedział się, że zostanie mentorem. Wtedy poczuł, jakby cała ziemia spod jego łap zaczęła uciekać, a on sam zaczął wpadać w wielką, ciemną otchłań. Był przerażony tym faktem. Nie chciał ucznia, doskonale wiedział, że nie był gotowy. Bał się, że skrzywdzi młodego Gołąbka swoimi problemami, które z dnia na dzień coraz bardziej zżerały go od środka. I chociaż powód paniki Poranku mógł okazać się błahy, dla kogoś, kto trzymał w sobie wszystko, było to jak wybuch, zakłócający mu ówczesny porządek. A to była jedyna rzecz, której rudy mógł się trzymać. Miał wrażenie, że wali mu się cały świat.
Zatrzymał się wreszcie na polanie, dysząc ciężko ze zmęczenia. Spuścił głowę, starając się powstrzymać łzy, cisnące mu się do oczu. Serce biło mu jak oszalałe, jakby również rwało się do ucieczki, byle jak najdalej od rzeczywistości. Byle jak najdalej od Chwastu.
Wtedy usłyszał złowieszcze krakanie wron, brzmiące prawie jak śmiech. Mroczne ptaki latały nad nim, jakby obserwując jego marny los. Śmiejąc się z jego istnienia, dokładnie jak szepty w jego snach.
– Zamknijcie się! – krzyknął łamiącym się głosem. – Co ja wam zrobiłem?! – warknął, spoglądając w górę, na wrony na tle zachmurzonego nieba. I chociaż tak strasznie pragnął usłyszeć ich odpowiedź, w zamian uzyskał tylko ciszę, pozostawiającą go w niewiedzy. Znów został sam. – Co jest ze mną nie tak, na Wszechmatkę! – łzy zaczęły spływać mu po policzkach, serce dudniło w uszach, a oddech, zamiast się uspokajać, tylko przyspieszał. Rudy otworzył szerzej oczy z przerażenia. Wiedział już, co to oznacza, ale nie wiedział, jak uciec.
– Poranku? – znajomy głos rozniósł się po polanie, nie przywracając jednak uzdrowiciela do rzeczywistości, jak zazwyczaj. Derwisz, wraz z Jaskier i Jeżogłówką, stali nieopodal Chwastu, wszyscy wyglądali na zdziwionych. – Poranku, wszystko dobrze? – zapytał od razu Derwisz, zostawiając swoich towarzyszy z tyłu. Rudy zjeżył sierść na karku, na widok starszego samotnika. Wzrok miał wbity w ziemię, nie był w stanie spojrzeć na Derwisza, zwłaszcza w takim stanie. Ten jednak wydawał się nie zwracać na to większej uwagi. Powoli podchodził do uzdrowiciela, analizując jego stan.
– O-Odsuń się – powiedział przez łzy Poranek.
– Poranku nic ci nie zrobię – zapewniał Derwisz, nie słuchając próśb rudego. – Jestem tu by ci pomóc.
– K-Kłamiesz! – warknął Chwast, czując jak jego oddech tylko przyspiesza ze stresu. To było już za dużo. Potrzebował spokoju. Potrzebował samotności. Potrzebował zniknąć.
– Spokojnie... – mruknął samotnik i wtedy złapał Owocniaka.
– Zostaw mnie! – syknął przerażony Chwast. Od razu zaczął się miotać, byleby starszy kocur go puścił. Ten jednak nie ustępował, dalej starając się przytrzymać rudego.
– Poranku spokojnie, nie chce zrobić ci krzywdy!
Chwast dalej się miotał. W końcu wyciągnął pazury i zamknął oczy, a ostatnie co pamiętał z tamtej chwili, to krzyk kogoś w oddali. Gdy otworzył oczy Derwisz leżał obok na ziemi. Wpatrywał się w rudego z czymś nieodgadnionym w oczach.
– Co ty wyrabiasz?! – krzyk Jaskiera odbił się echem w jego uszach. Młodszy kocur szybko stanął między dwójką starszych. Dopiero po chwili doszła do nich Jeżogłówka, która od razu przycupła przy Derwiszu. – On chciał ci przecież pomóc! – syknął Jaskier. Poranek dalej stał w tym samym miejscu. Z oczu dalej leciały mu łzy, tym razem jednak patrzył prosto na Derwisza. Poczuł jak coś ostrego łapie go za gardło. Niczym szpony, pozbawiające go możliwości prawidłowego oddychania. Szybko zaczął dyszeć, przyciągając tym samym uwagę Jeżogłówki. Jednak on sam się tym nie przejmował. Jedne o czym myślał to leżący na ziemi Derwisz, którego zranił.
– J-Ja przepraszam... – wydukał po chwili. – To nie tak miało wyglądać. To... Ja... – wyszeptał, próbując kurczowo złapać oddech pomiędzy każdym słowem. W końcu odwrócił głowę i szybko pobiegł na oślep przed siebie, chcąc tylko zniknąć samotnikom z oczu. Płuca piekły go z wysiłku. Mimo to biegł dalej, nie odwracając się za siebie. Czuł się strasznie, a każda myśl upewniała go w fakcie, że wszystko zepsuł. Fala negatywów zalewała go z każdym uderzeniem serca, a on sam czuł się jak pod wodą. Dokładnie jakby tonął i nie miał kontroli nad tym, co się dzieje. W końcu się zatrzymał. Dysząc ciężko usiadł na ziemi. Potrzebował czegoś by się uspokoić. Czegokolwiek...
 
***
*TW: dalej samookaleczenie*
 
Włóczył się po terenach Owocowego Lasu. Ból promieniował z jego łapy, jednak ten się tym nie przejmował. To ten ból jakkolwiek go uspokoił. Mimo to Poranek nie czuł się na siłach by wrócić do "domu". Nie chciał by ktokolwiek widział go w tym stanie. Zwłaszcza jego siostry czy ktokolwiek z legowiska uzdrowicieli.
Słońce powoli znikało za drzewami, tworząc na niebie ładną, pomarańczową poświatę. Zimny wiatr mierzwił futro na grzbiecie Chwastu, gdy ten przedzierał się przez krzaki do swojego drzewa. W końcu jego oczom ukazała się wielka roślina, którą odwiedzał zdecydowanie za często. Powoli podszedł do pnia i wtedy zauważył Derwisza. Kocur siedział z zamkniętymi oczami. Pysk miał zwrócony ku górze, jakby rozkoszował się lekkim jesiennym wiatrem. Otworzył oczy i spojrzał spokojnie na Chwasta, który stał w bezruchu, z przerażeniem wypisanym na twarzy.
– Możemy porozmawiać? – zapytał tylko, dalej z tym samym spokojem.
– Nie chce rozmawiać – powiedział Chwast, drżącym głosem.
– Proszę Poranku. To ważne. Widzę w jakim jesteś stanie. Wiele kotów się o ciebie martwi, w tym ja – odparł Derwisz. Coś w jego głosie przekonywało rudego. Może cały ten spokój? A może po prostu fakt, że Derwisz był spoza Owocowego Lasu. Niezależnie od przyczyny, skutek był jeden - Poranek się zgodził i usiadł obok samotnika.
– O czym chcesz rozmawiać?
– O tym czego byłem świadkiem – oznajmił starszy kocur, wzdychając ciężko. – Widzę, że się bardzo męczysz. I choć wiedziałem o tym już wcześniej, nie sądziłem, że wygląda to aż tak – mruknął.
– Skąd wiedziałeś? – zapytał Chwast, prawie że od razu.
– Od twoich sióstr – przyznał Derwisz. Nastała chwila przeszywającej ciszy. Poranek nie wiedział, co powiedzieć. Jego myśl znów przyspieszyły, a każda sytuacja w końcu zaczęła składać się w pełną całość.
– To przez nie tak się przejmujesz – wywnioskował rudy. – To one przekonały cię do pomocy mi. Nawet jeśli jej nie potrzebuje. A ja wierzyłem w te kłamstwa.
– To nie tak Poranku – zaczął Derwisz.
– To jak? Nagle zacząłeś się przejmować i pojawiać się w moim miejscu. I mówisz, że na pewno nie pokryło się to ze zmartwieniami moich sióstr?
– Wtedy gdy twoje siostry cię szukały, opowiedziały mi o tym co się stało. Jednak na tym skończyła się nasza rozmowa. Znalazłem cię przypadkiem, a już wcześniej widziałem, że nie jesteś w najlepszym stanie. Poranku nie mam celu w oszukiwaniu ciebie. Po prostu chciałem ci pomóc. Nie mogę patrzeć jak ktoś cierpi, nikt na to nie zasługuje. W tym ty – wyjaśnił Derwisz. – Twoje siostry nie mają w tym nic wspólnego. Nigdy nie miały – zapewniał. Poranek spuścił lekko głowę. Samotnik nie miał żadnego celu w oszukiwaniu go. Nawet jak rudy próbował się go doszukać, nie miał jak. Ledwo się znali, Derwisz i tak nie mieszkał w Owocowym Lesie, nie miał jak wykorzystać jego słabości. – Co stało ci się w łapę? – z zamyślenia wyrwał go głos kocura. Chwast nie odpowiedział i tylko schował łapę z dala od wzroku Derwisza. – Ty to zrobiłeś?
– To nie tak miało wyglądać – wydukał rudy. – To nic takiego.
– Poranku, to nie jest nawet opatrzone – zauważył samotnik. – To przez tę sytuację? Nie zraniłeś mnie Poranku. Naprawdę. Tylko mnie odepchnąłeś – powiedział przejęty Derwisz. Po chwili wstał i stanął przed Porankiem, by pokazać mu, że nie zranił go w żaden sposób. – Proszę nie rób tak więcej. To nie jest dobre – powiedział. Rudy za to się nie odezwał. Nie chciał rozmawiać z Derwiszem. Musiał już wracać do obozu i obydwoje doskonale o tym wiedzieli. – Daj mi ją opatrzeć – poprosił.
– Sam to zrobię jak wrócę – oznajmił cicho Chwast.
– A wrócisz?
– Tak – stwierdził uzdrowiciel po chwili. – Teraz mam ucznia. Muszę wrócić.
– Możemy się jeszcze spotkać i porozmawiać na spokojnie? – zapytał na koniec Derwisz. – Chociaż raz.
 
***
 
Spotkał się później z Derwiszem. Opowiedział mu o tym, jak się czuje. O tym, dlaczego to wszystko miało miejsce. Co siedzi w jego głowie. Pierwszy raz w ciągu całego swojego życia był tak szczery. Pierwszy raz poczuł, jak bardzo potrzebuje takich rozmów. Nie mógł już dłużej trzymać tego w sobie.

Od Klekoczącej Łapy (Klekoczącego Bociana) CD. Konwaliowej Mielizny

Dzień uwięzienia rodziny stokrotkowej

Wpatrywał się w grupę kotów, która nagle została wywołana i okrzyknięta zdrajcami. Klekotek znał te koty, z niektórymi nawet dzielił legowisko jeszcze za czasów, kiedy trenował pod okiem Algowej Strugi. Nigdy nie wydawali mu się niebezpieczni czy podejrzani, zwłaszcza taki Konwaliowa Mielizna, który emanował wręcz tym dojrzałym spokojem i wojowniczą siłą ducha. Rozmawiali nieco, niedużo, ale wystarczająco, aby książę mógł nakreślić sobie swoją własną opinię na temat liliowego. W tej opinii słowo "zdrajca" raczej nie występowało. Nawet jeden raz. O ile o Rozpromienionym Skowronku nie wiedział prawie nic, tak Borówkową Słodycz znał przecież od maleńkości i chociaż nigdy za nią szczególnie nie przepadał, to kotka nie zdawała się być niebezpieczna czy szkodliwa, podobnie jej pociechy. Ale Klekocząca Łapa wiedział, że to nie jego zdanie na ten temat ma znaczenie i niekoniecznie zależało mu na tym, aby bronić sprawiedliwości. Nawet jeśli zdziwiła go ta nagła decyzja, to zwyczajnie miał to wszystko gdzieś. To nic nie zmieniało w jego życiu, w żaden sposób w nie nie ingerowało, a jeśli uwięzienie tych kotów miało sprawić, że babka i reszta rodu, czy nawet całego klanu, poczują się lepiej i bezpieczniej za ścianami obozu, niech więc tak będzie, niech siedzą zamknięci na wyspię. Chciał już odejść i zająć się czymś pożytecznym lub przynajmniej udawać, że się tym zajmuję. Przez moment złapał jednak kontakt wzrokowy z Konwaliową Mielizną. Ten nadwyraz stoicki i opanowany kocur był teraz szczerze zadziwiony i zaszokowany. Biały nie uciekł spojrzeniem na bok, nie pokazał też otwarcie jakiejkolwiek skruchy, przeprosin względem swojej rodziny. Niebieskie ślepia szukały odpowiedzi w pysku księcia, ale ten nie był w stanie mu żadnej dać; nie wiedział więcej niż skazaniec. 
"A jeśli faktycznie są zdrajcami, to może to właśnie oni mają większe pojęcie…" — pomyślał i przeniósł oczy na swoje łapy. Nie miał już ochoty tutaj siedzieć. Nie miał ochoty rozwodzić się na tym, czy decyzja jego babki była dobra, zła, pochopna czy przemyślana. Liczyło się tylko to, że była to decyzja lidera, a z nią nie ma sensu dyskutować, nawet jeśli nie robi się tego wyłącznie dla własnego spokoju i ignorancji. 
"To nie moja sprawa. To nie ja zostałem wysłany na wyspę. To nie ja jestem więźniem skazanym na potępienie przez swoją rodzinę" — tłumaczył sobie. To, co Klekotek wiedział od najwcześniejszych momentów swojego życia, to to, że rodzina, w której się urodzisz, kształtuje twoją przyszłość w sposób, który niekoniecznie będzie ci się podobać. Jako książę nie mógł decydować o swoim życiu do takiego stopnia, jak chciał. On płacił cenę. Oni też muszą. To ta sama sytuacja, tylko wyegzekwowana w nieco inny sposób. 
Ostatecznie po prostu wstał, otrzepał ogon i bez słowa wrócił do lecznicy, gdzie po chwili pojawiły się też Różana Woń i Gąbczasta Perła. Kotki bardziej przejęły się ową sytuacją i dyskutowały zażarcie o tym, czy wcześniej zauważyły coś podejrzanego w zachowaniu kotów, które od teraz miały zamieszkiwać wiezienną wyspę. Klekocząca Łapa nie brała udziału w tej rozmowie; nie miała nic do dodania. Usiadł jedynie w kątku i wrócił do swojego poprzednio przerwanego zajęcia. 

Koniec sesji