BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

18 sierpnia 2026

Od Jesionowej Szadzi CD. Miodowego Ula

Jesionowa Szadź otworzyła szerzej oczy. W sumie ostatnio, gdy odwiedziła żłobek i zauważyła szczęśliwą Ognikową Słotę i Kocimiętkowy Wir ze swoimi kociętami, mimo że były obie kotkami, to ta pierwsza znalazła ojca dla kociąt poza klanem i teraz dumnie wychowywały nowe pokolenie Wilczaków. Gdyby tak i one próbowały coś wymyślić w tym stylu, mogłyby również być dwoma matkami dla jednego miotu, lecz traktowałyby je równie tak, jakby to one obie były naraz ich prawdziwymi rodzicami. Liliowa uśmiechnęła się czule i dotknęła nosem tego partnerki.
— Jestem pewna, że coś w tej sprawie wymyślimy — wymruczała kojąco. — Dajmy temu chwilkę. — Polizała ją między uszami i otuliła ją. Złota od razu niemalże się rozpłynęła w jej objęciach i zamknęły oczy, oddając się krainie snów.

Parę wschodów słońca później

Jesionowa Szadź pożegnała się z partnerką, która właśnie wyszła na patrol poranny. Przynajmniej tak myślała. W tym czasie liliowa zajęła się pielęgnacją swojej sierści. Od jakiegoś czasu przestała bardzo dbać o swój wygląd tak, jak robiła to kiedyś. Już nie była idealnie wylizana, lecz jej sierść pozostawała w niektórych miejscach zmierzwiona i zakurzona. Pokrywało się to z momentem, gdy razem z Miodką wyznały sobie miłość i zostały partnerkami.
Zastanowiła się chwilę nad tym, jak złota powiedziała jej, że chciałaby założyć rodzinę. Jedyne, na co wpadła, to na znalezienie ojca poza klanem, tak jak niegdyś zrobiła to szylkretowa karmicielka-mistrzyni.
Gdy kotka skończyła się pozbywać mchu i kurzu z futra, zajęła się myciem łabędziego pióra. Jak skończyła, spojrzała na nie. Było dla niej bardzo wyjątkowe. Odkąd tylko pamiętała to ono zawsze było tuż obok. Czuła się, jakby ono widziało ją, jak dorastała i jak była na każdym następnym etapie jej życia.
Z zadumy wyciągnęły ją głosy innych kotów z legowiska. Podciągnęła się na łapy i wyszła na polanę obozu. Rozprostowała łapy i powiedziała Cykoriowemu Cykorowi, która akurat przechodziła obok, że wychodzi na polowanie w razie, gdyby ktoś jej szukał.
Po wyjściu z obozu skierowała się do samej granicy terytorium Klanu Wilka, gdzieś niedaleko śpiewały szpaki. Starała się iść na tyle szybko, by sprawnie przejść przez las, ale na tyle powoli, by w razie, gdyby nieopodal była jakaś zwierzyna, to ona by jej nie spłoszyła. Niemal niedaleko granicy poczuła woń wiewiórki. Wiatru, prawie że nie było, więc pewnie dopiero co rudy gryzoń tędy przebiegł.
Liliowa przyjęła pozycję łowiecką i zaczęła powoli podążać tropem. Po niedługim czasie ją dojrzała, więc powoli zaczęła kroczyć w jej stronę, a gdy zwierzątko zaczęło kopać w ziemi, Jesionka rzuciła się na nią i zabiła poprzez zmiażdżenie karku. Wtedy z krzewów wyszedł czarny kocur z białymi akcentami i jakimś materiałem wokół tylnych łap. Na jego pysku widniał rozpromieniony uśmiech.
— Cudownie! Akurat byłem głodny. — Oblizał pysk, podczas gdy Jesionka odłożyła zdobycz na ziemię i położyła na niej łapę.
— Kim jesteś? — zapytała nastawiona odrobinę ofensywnie, ale pozostawała ciekawa.
— Jestem Skarpeciarz! — wymruczał z dumą kocur. Kotka podniosła jedną brew.
— Co robisz na terenie Klanu Wilka?
— Terenie czego? — zapytał się, odrobinę zmartwiony. — W sensie, jakaś zgraja wilków tu się błąka?
— W sensie, tu żyje pewien klan kotów, do którego należę i gdybyś wpadł na kogoś innego, to byś prawdopodobnie był natychmiast wygoniony. — On natomiast spojrzał się na nią jak głupi.
— Mogę tę wiewiórkę?
— Czemu miałabym ci ją dać?
— Jestem głodny…
Wojowniczka westchnęła.
— Mogłabym ci ją dać, ale mam jedno pytanie: chciałbyś mieć kiedyś kocięta?
— Czy chciałbym… może? Ale czy bym je wychowywał? Nie chce mi się tego — odparł, a liliowa od razu się stała bardziej przyjazna.
— Bo jest pewna sprawa… ja mam partnerkę i chciałybyśmy założyć rodzinę.
— W jaki sposób? — zapytał, lecz potem od razu jakoś go olśniło. — Ooo… chyba rozumiem. No to, mogę być tym wybrańcem! — rzekł dumnie, kładąc łapę na klatce piersiowej.
— Jak dobrze. Dziękuję — odparła z ulgą.
— To mogę tę wiewiórkę? — Zrobił duże oczy.
— Możesz.

* * *

W drodze powrotnej do obozu była nadal o pustych łapach. Za każdym razem zwierzyna uciekała, zanim jej się udało do niej zbliżyć wystarczająco. Już niemal zmęczona, zrobiła sobie krótki wypoczynek i zmyła z siebie zapach wcześniejszej, upolowanej wiewiórki. Wtedy dopiero ruszyła dalej, na kolejne polowanie i raz cudem jej się udało złapać szpaka, a potem jeszcze na dodatek mysz. Gdy już kierowała się do obozu, zauważyła nornika, którego natychmiast złapała i dumna ze swojego polowania i wypełnionego celu, wróciła do obozu.
Tam już czekała na nią Miodowy Ul, która siedziała pod legowiskiem medyka. Gdy zobaczyła Jesionkę, od razu do niej podbiegła i podrygiwała z łapy na łapę, podczas gdy ta odkładała zdobycze na stertę.
— Jesteś! — pisnęła, a liliowa polizała ją między uszami.
— Jestem! Tylko daj mi się najeść, głodna jestem. — Uśmiechnęła się do niej i wzięła ze spodu sterty wróbla.
Idąc sobie w swój ulubiony kącik, wojowniczka zauważyła, jak jej partnerka ledwo dawała radę coś wstrzymać w sobie. Wzrokiem błądziła po gruncie, a pyszczek otwierał jej się i zamykał co jakiś czas. W chwili, w której się położyły, niebieskooka od razu wybuchła:
— Słoneczko, będziesz mamą! — Jesionowa Szadź była jednocześnie zdziwiona, jak i spokojna.
— Co nie? To takie super! — rzekła szczęśliwa, a Miodka trochę się skonfundowała.
— Co to znaczy? Wiesz już?
— Że będę mamą?
— No tak.
— To tak.
Między nimi zapadła chwila ciszy.
— Od początku… co masz na myśli? — zaczęła liliowa.
— To, że jestem w ciąży! — odparła.
— Jesteś w ciąży?
— Ty też?
— Ja też!
Obie otworzyły szerzej oczy.
— Znaczy, jeszcze nie jestem pewna. Dopiero co dziś znalazłam ojca dla kociąt… — wyjaśniła starsza wojowniczka.
— A wiesz, że ja też dziś dopiero co znalazłam ojca dla mojego miotu?
— Ty też dziś?
— Ja też dziś! I ojcem jest… — zrobiła dramatyczną pauzę. — …Tygrysia Noc!
Jesionka otworzyła pyszczek.
— Serio?
— Tak!
Z tych wszystkich wrażeń srebrna aż zapomniała o jedzeniu.
— To cudownie! Jestem z ciebie taka dumna, Miodku. — Kotka położyła łapę na łapie partnerki.
— Dziękuję, kocham cię tak bardzo — odparła złota i wtuliła głowę w futro na klatce piersiowej Jesionki. Przypomniała sobie w tej chwili o wróblu, którego wzięła za posiłek.

Dzień później

Był miły, ciepły wieczór po deszczowym dniu. Wilgoć wisiała w powietrzu, a ptaki z chęcią zasiadały na glebie, by żerować na wypełzających z niej dżdżownicach. Gdzieś słychać było stukanie dzięcioła, a na niektórych drzewach małymi grupkami zaśpiewywały szpaki i wróble. Ptasia symfonia towarzyszyła dwóm zakochanym kotkom, w spacerze przy brzegu jeziora. Po wykonaniu obowiązków miały chwilę dla siebie, zanim ich brzuchy urosną na tyle, by im przeszkadzać w zwykłych przechadzkach. Jesionowa Szadź obserwowała niebo, które powoli ciemniało przez ukrywające się za horyzontem słońce. Zauważyła pierwsze jasne punkty, które przypominały gwiazdy. Szły w przyjemnej ciszy, podczas gdy gdzieś w gąszczu do wieczornej pieśni Pory Zielonych Liści dołączył się pasikonik. W końcu znalazły idealne miejsce do wspólnego odpoczynku. Liliowa miała coś w planach.
Gdy usiadły na piaszczystym brzegu, Miodka się od razu całym ciałem oparła o Jesionkę i zaczęła głośno mruczeć.
— Opowiedzieć ci ciekawostkę? — zapytała się Jesionka po dłuższej chwili.
— Oczywiście! Kocham twoje ciekawostki — odparła radośnie złota, odsuwając się trochę od partnerki, by móc spojrzeć jej w oczy.
— Słyszałaś może o tym, że łabędzie zakochują się tylko raz w całym swoim życiu? — zaczęła. — A gdy ich partner przedwcześnie umiera, to pozostały zostaje sam do samego końca, a w bardziej przykrych sytuacjach również kończy swe życie — dodała, nieco przygaszonym głosem. — To cudowny, lecz i straszny obraz miłości.
Miodowy Ul patrzyła głęboko w jej zielone oczy ze wzruszeniem.
— Tego nie wiedziałam… — odparła smutno. — To są takie cudne ptaki! Nie wiedziałam nic o tej przykrej stronie…
— Niestety — stwierdziła Jesionka. — A jednak te przykre sytuacje zdarzają się bardzo rzadko. Zwykle łabędzie szczęśliwie żyją w swoich jedynych parach aż do samego końca — dorzuciła, po czym usiadła tak, by być naprzeciwko partnerki. — Lecz, jest jedna sprawa… — miauknęła i wyjęła zza ucha łabędzie pióro, kładąc je między nimi. Niebieskooka spojrzała na nie z ciekawością.
— Kocham cię tak, jak łabędzie kochają siebie nawzajem. To pióro było przy mnie przez całe moje życie, od samego początku po dziś. Obiecałam sobie, że podaruję je jedynie kotu, z kim chcę spędzić całą resztę swojego życia — przerwała na moment, by podnieść łapę partnerki i ułożyć na niej pióro. — Tak więc to ty teraz je będziesz mieć. Jest twoje. — Oczy Miodki zabłysnęły ze wzruszenia.
— Na gwiazdy… — wymruczała, rozczulona i widocznie zaskoczona. W jej oczach kłębiło się tak wiele emocji. — Słoneczko, ty to wiesz, ale ja cię tak bardzo, bardzo, bardzo, bardzo mocno kocham! Obiecuję, że zadbam o to pióro jak nic innego! — pisnęła podekscytowana, a w jej ślepkach zebrały się łzy wzruszenia. Jesionowa Szadź wzięła pióro i wetknęła je za ucho partnerki, która natychmiast ją przytuliła ze łzami w oczach.

<Bądźmy jak łabędzie, do samego końca, Miodko>

17 sierpnia 2026

Skowronek został adoptowany!

Nowy właściciel: yqalia. [Discord]

Od Firmamentowej Łapy

⚜⚜⚜⚜┄┄Księżyce temu┄┄ ⚜⚜⚜⚜

— Mamo..? — Firmament zdecydował się odezwać do rodzicielki, która leniwie wylizywała swoją łapę. Ta westchnęła, patrząc na niego w końcu po chwili.
— Tak, Firmamencie?
— Opowiesz mi coś proszę o naszych terytoriach? Chciałbym się dowiedzieć więcej. Jakie są na nim miejsca, które odwiedzę podczas szkolenia, które lubisz najbardziej… — Kotka przerwała jego słowotok.
— Nie znam się tak na terytoriach Klanu Klifu. — odburknęła. Kocurek przechylił głowę.
— Jak to nie znasz?
— Po prostu. Nie pochodzę z klanów, nie rozglądałam się po naszym terytorium aż tak. Może któreś ze starszych ci opowie. — Odgoniła go od siebie machnięciem łapy, ale on nie dawał za wygraną.
— Ale to, co widziałaś wcześniej. Musisz mieć jakieś ulubione miejsce. Nawet poza Klanem Klifu. — Patrzył na nią błagalnie, na co westchnęła ponownie.
— Nie wiem. Może… Czarne Gniazda. — Widział, że odpowiadała leniwie i nie wysilała się, toteż skinął cicho głową, dając za wygraną. — Tak jak mówiłam, idź do starszyzny, oni ci opowiedzą coś więcej.
Na jej propozycję zerknął w stronę wyjścia z legowiska. Przez chwilę zastanowił się, jednak dał za wygraną. Ruszył do starszyzny, z wysoko podniesionym łebkiem. Wszedł do środka, rozglądając się. Zauważył, że Mniszkowy Nektar akurat nie jest zajęty, cóż, może poza poranną toaletą, więc podszedł do niego, siadając przed nim grzecznie.
— Dzień dobry, panie Mniszkowy Nektarze, czy mogę panu zająć chwilkę? Chciałbym posłuchać opowieści o naszych terytoriach… Jeśli to nie problem. — zapytał kocura, który odwrócił się do niego z uśmiechem.
— Och, pewnie. Choć tu maluchu. Opowiem ci wszystko, co tylko wiem.
— Nie musi być wszystko. Nie chcę zabierać panu aż tyle czasu, chcę wiedzieć co jest poza obozem. Zaraz zostanę uczniem, chcę wiedzieć, co mnie czeka.
— No dobrze, dobrze… Klan Klifu ma dość duże terytoria…

»»————- ⚜ ————-««

Wrócił do żłobka z nowo nabytą wiedzą. Miał jeszcze tak wiele pytań, jednak zasiedział się u Mniszka do samego wieczoru. No cóż, kocurka nie da się odpędzić, gdy ten już zainteresuje się tym, co jest mu mówione. Wszedł do środka, ziewając delikatnie. Zauważył, że jego brat śpi u boku Jastrzębiego Zewiu. Spojrzał na nią lekko wahając się.
— Truskawkowe Pole znowu wyszła..? — zapytał trochę smutny.
— Tak, Firmamencie. Ale hej, zawsze masz mnie. No chyba, że mnie nie lubisz. — zaśmiała się cicho, aby nie obudzić Migotu.
— Hej, przecież cię uwielbiam! — odpowiedział jej, udając oburzonego. Ułożył się między jej łapami, przez chwilę myśląc. — Jastrzębi Zewie… Zostaniesz z nami na zawsze, prawda?
— Tak, Firmamencie. Tak długo, jak żyję. — odpowiedziała kocurkowi, liżąc jego czółko.
— A jak… Nie będziesz żyła? — zapytał ją, czując, jak futerko na samą myśl staje mu dęba.
— Wtedy trafię do Klanu Gwiazdy. Będziesz mógł mnie zobaczyć w nocy na niebie. Ale zawsze w pewnym sensie będę obok. — Kotka patrzyła na niego przez chwilę, aż w końcu uśmiechnęła się do niego ciepło. — No, a teraz już nie myślmy o takich rzeczach. Na pewno jesteś zmęczony. Dobranoc, Firmamencie.
Kocurek znów ziewnął, zwijając się mocniej w kłębek.
— Dobranoc, Jastrzębi Zewie.

Od Firmamentu (Firmamentowej Łapy) CD. Lilakowej Łapy (Pszczelego Lilaku)

Myślał akurat nad opowieściami jednego ze starszych o innych klanach. Zainteresował go bardzo Klan Burzy, ich sojusznicy. Zadawał coraz to więcej pytań, aż do momentu, gdy rozmówca zaśmiał się i zapytał, czy kocurek ma zamiar uciec. Nie odpowiedział. Jedynie speszył się, odwracając wzrok. Spojrzał na wejście do żłobka, widząc, jak do środka wchodzi kotka. W pysku miała jedzenie, pewnie dla Truskawkowego Pola. Szkoda, że jak zawsze jej tu nie było.
— Dzień dobry, Firmamencie! — rzekła kotka, odstawiając grubą mysz przed nim. Zapytała po chwili — Gdzie twoja mama?
— Wyszła gdzieś… Niestety nie wiem gdzie. — odpowiedział starszej, która skinęłą powoli głową. Po chwili położyła się przed kocurkiem, patrząc na niego z lekkim uśmiechem.
— Nic nie szkodzi. Chyba jesteś już na tyle duży, żeby samemu zjeść tą mysz, prawda? Możesz podzielić się z Migotem. — Przesunęła zdobycz w jego stronę, na co przytaknął.
— W rzeczy samej, w sumie i tak robiłem się głodny. — Schylił się, wgryzając się w zwierzynę. Po chwili spojrzał na kotkę. — Może… Mogłabyś mi opowiedzieć więcej na temat naszych terytoriów?
— Chcesz wiedzieć więcej o Klanie Klifu? Myślałam, że Truskawkowe Pole już ci coś opowiedziała. Lub Lśniąca Gwiazda.
— Tak, pewnie, że to zrobiła. Raczej omijała ten temat, nie zna ich na tyle dobrze, więc stwierdziła, że nie chce mi mieszać. Lśniąca Gwiazda też był ostatnio dość zajęty, więc nie miał czasu odpowiadać mi na tak głupie pytania.
— Och, rozumiem… Cóż, mogę ci opowiedzieć to i owo.
— Naprawdę? Byłbym niezmiernie wdzięczny. Jestem po prostu ciekaw, co kryje się poza obozem.

<Lilakowa Łapo?>

Od Lipieńka Do Żabiego Oka


Od dłuższej chwili kręciłem się przy obrzeżach obozu, udając, że wcale nie mam zamiaru zrobić niczego, czego nie powinienem. Co chwilę zerkałem przez ramię, sprawdzając, czy przypadkiem ktoś mnie nie obserwuje. Wokół panował zwyczajny, popołudniowy ruch. Wojownicy kręcili się między legowiskami, gdzieś niedaleko rozmawiały starsze koty, a ze żłobka dobiegały od czasu do czasu głosy kociąt. Nikt nie zwracał na mnie większej uwagi.
To była idealna okazja. Przynajmniej tak mi się wydawało. Przysunąłem się bliżej trzcinowego przejścia prowadzącego poza obóz. Wysokie źdźbła kołysały się lekko na wietrze, ocierając o siebie i wydając cichy, szeleszczący dźwięk. Przez niewielką szczelinę mogłem zobaczyć fragment świata znajdującego się poza bezpiecznym obozem. Teren wyglądał zupełnie inaczej niż to, co znałem. Pachniał wilgotną ziemią, wodą i czymś jeszcze, czego nie potrafiłem rozpoznać. Właśnie dlatego tak bardzo chciałem tam zajrzeć.
Postawiłem jedną łapę przed siebie, potem drugą. Brzuch niemal ocierał mi się o ziemię, gdy próbowałem przemknąć pod trzcinami jak najciszej. Serce waliło mi w piersi z podekscytowania. Wiedziałem, że nie powinienem wychodzić poza obóz, a tym bardziej sam, ale przecież nie zamierzałem nigdzie daleko iść. Chciałem tylko zobaczyć, co znajduje się po drugiej stronie. Jeszcze kawałek.
Ostrożnie wychyliłem pyszczek poza trzcinową ścianę. Chłodniejszy powiew natychmiast zmierzwił mi futro. Przede mną rozciągał się nieznany teren, a szum wody stawał się wyraźniejszy. Pomarańczowe oczy rozszerzyły mi się z zachwytu. Zrobiłem kolejny krok. I wtedy za plecami usłyszałem szelest. Zastygłem.
Uszy momentalnie położyły mi się na boki, a ogon zatrzymał się w pół ruchu. Przez chwilę nawet nie oddychałem, licząc naiwnie, że jeśli się nie poruszę, ktokolwiek za mną stoi, może mnie nie zauważy. Niestety, chyba już było za późno.
Powoli odwróciłem głowę i zobaczyłem Żabie Oko. Wielkie pomarańczowe oczy wojowniczki były skierowane prosto na mnie. Poczułem nieprzyjemne ukłucie w brzuchu.
— A ty dokąd się wybierasz? — padło pytanie.
Zamrugałem kilka razy, nie mając pojęcia, co odpowiedzieć. Spojrzałem na wyjście, potem na Żabie Oko, a następnie znowu na wyjście.
— Ja… tylko… spaceruję — zacząłem niepewnie.
Umilkłem, bo żadna wymówka nie wydawała mi się wystarczająco dobra. Zostałem przyłapany dokładnie w chwili, w której próbowałem wymknąć się z obozu.

<Żabie Oko?>

Od Lipieńka Do Fiołka


Siedziałem przez chwilę przy brzegu żłobka, obserwując Fiołek. Kotka zdecydowanie nie należała do tych kociąt, które potrafiły spokojnie usiedzieć w jednym miejscu. Jej puchaty ogon co chwilę zamiatał ziemię, a zielone oczy błądziły po obozie, jakby w każdej chwili mogła wypatrzyć coś znacznie ciekawszego ode mnie. W końcu postanowiłem podejść. Może właśnie zabawa pozwoli mi przestać myśleć o pytaniu, które od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie.
— Fiołek! — zawołałem, podbiegając do niej. — Chcesz się pobawić?
Nie czekając długo na odpowiedź, pacnąłem łapą kawałek mchu leżący obok. Kulka potoczyła się po ziemi, zatrzymała na chwilę przy kępie trawy, a ja natychmiast ruszyłem za nią. Kociarnia i jej okolice były dzisiaj wyjątkowo spokojne. Przez trzcinowe ściany przedzierały się smugi światła, a wiatr delikatnie poruszał wysokimi źdźbłami nad naszymi głowami. Co jakiś czas któraś z trzcin uginała się pod ciężarem kropli wody i spadała ona prosto na ziemię, tworząc małe, ciemniejsze plamki w wilgotnym podłożu.
Próbowałem przegonić Fiołek do kulki, ale kotka była szybka. Zanim zdążyłem ją złapać, przemknęła obok mnie i trąciła ją łapą. Zrobiłem gwałtowny zwrot, niemal tracąc równowagę, po czym rzuciłem się za nią.
— Ej! To moja! — zawołałem rozbawiony, choć wcale nie zamierzałem jej odbierać na siłę.
Po chwili oboje tarzaliśmy się przy posłaniu, próbując dosięgnąć mchu. W końcu udało mi się złapać go przednią łapą. Przycisnąłem kulkę do ziemi i spojrzałem na Fiołek z triumfalnym uśmiechem.
— Mam!
Przez chwilę cieszyłem się wygraną, ale zaraz przypomniało mi się coś zupełnie innego. Mój uśmiech trochę przygasł. Wypuściłem kulkę spod łapy i zacząłem ją nieobecnie trącać pazurkiem.
— Fiołek…?
Spojrzałem na nią z pewnym wahaniem.
— Co ty właściwie myślisz o czekoladowych kotach?
Pytanie zabrzmiało chyba dziwnie, bo szybko dodałem:
— Takich… czekoladowych jak moja mama.
Zamilkłem na moment, obserwując jej reakcję. Tym razem nie chciałem mówić jej, co sam myślałem. Chciałem po prostu usłyszeć odpowiedź kogoś w moim wieku.
— Bo jedni mówią, że są gorsi, a inni chyba wcale tak nie uważają. I już sam nie wiem, co jest prawdą.
Przekrzywiłem głowę, czekając na jej odpowiedź, a między nami leżała nieruchomo kulka mchu, chwilowo całkowicie zapomniana.

<Fiołku?>

Od Lipieńka Do Złocistego Widlika

Od kilku chwil kręciłem się w pobliżu Złocistego Widlika, udając, że wcale nie zamierzam do niego podejść. Raz przysiadłem przy wejściu do żłobka, potem podszedłem kawałek, by zaraz zawrócić. Co chwilę zerkałem na piastuna, a kiedy nasze spojrzenia się spotykały, natychmiast odwracałem głowę. Miałem do niego bardzo ważne pytanie, ale im dłużej o nim myślałem, tym trudniej było mi je zadać.
W końcu zebrałem się na odwagę i podreptałem w jego stronę. Usiadłem przed nim, podwijając łapy pod brzuch. Ogon nerwowo zamiatał ziemię, a ja przez kilka uderzeń serca wpatrywałem się w swoje pazurki.
— Złocisty Widliku…? — odezwałem się cicho.
Odczekałem chwilę, zanim zdobyłem się na dalsze słowa.
— Mogę cię o coś zapytać?
Zacisnąłem lekko pyszczek. Wiedziałem, że pytanie może być trochę… niewygodne. Właśnie dlatego tak długo się wahałem. Nie chciałem, żeby mama przypadkiem mnie usłyszała, chociaż przecież nie pytałem o nic złego. Chyba.
Spojrzałem w stronę żłobka. Przez wejście widziałem kawałek jej czekoladowego futra. Znowu przypomniałem sobie te wszystkie spojrzenia, które ostatnio coraz częściej zauważałem. Niektóre koty patrzyły na mamę przez chwilę, inne szybko odwracały wzrok. Nie rozumiałem dlaczego.
— Czy… czekoladowe koty naprawdę są gorsze od innych? — wyrzuciłem z siebie w końcu. Zaraz po tym spuściłem wzrok. Pazurkiem kreśliłem niewielkie kółko w ziemi, zbierając myśli.
— Bo słyszałem kiedyś tę historię o tym, skąd wzięły się różne kolory futra. O Sroczej Gwieździe i tych wszystkich kotach, które powstały z nieba, gwiazd, wody, piasku… i o czekoladowych, które miały powstać z błota.
Zmarszczyłem nos.
— Jeden ze starszych powiedział, że to durnowata legenda, ale potem inni zaczęli mówić o niej tak, jakby była prawdą. I… nie wiem już, co mam myśleć.
Przełknąłem ślinę i znowu zerknąłem na mamę.
— Bo jeśli to prawda… to znaczy, że mama też jest gorsza?
Zawahałem się jeszcze chwilę, po czym dodałem ciszej:
— I czy to, że nie ma jednego ucha, też oznacza, że coś jest z nią nie tak?
Przy ostatnich słowach spuściłem głowę jeszcze niżej. Nie chciałem, żeby zabrzmiało to tak, jakbym uważał mamę za gorszą. Wręcz przeciwnie. Nie rozumiałem tylko, dlaczego inni tak na nią patrzyli.
— Ja nie uważam, że jest gorsza… — mruknąłem po chwili. — Tylko chcę wiedzieć, czy powinienem tak uważać.

<A ty, Złocisty Widliku? Co uważasz o czekotach?>

Od Malinki Do Opadającego Rumianku


Tw śmierć, silne przerażenie, krew
‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁

Malinka patrzyła w bezkres nieba, mając wrażenie, że gwiazdki widniejące na nim dosłownie zjeżdżały do niej, leżącej wśród wysokiej trawy. Gdzieś niedaleko pohukiwała sowa, a jeszcze dalej żaba śledziła jedną z much swoimi dużymi, wystającymi oczami. W pewnym momencie niebo, na które spoglądała, zaszło ciężkimi, burzowymi chmurami, z których trzaskały ogromniaste pioruny, kiedy znikąd jeden trzasnął tuż obok niej. A może i nawet w nią?... Malinka rozejrzała się z poczuciem zdezorientowania, ponieważ sceneria nagle się zmieniła. Zamiast ciepłej wiosny, teraz panował środek zimy, a śnieg delikatnie chrupał pod jej łapkami. Wszędzie były drzewa, jednak wydawały się jej one nienaturalnie długie i grube, kiedy nagle spośród nich ujrzała ona parę ślepi.
— Mamusiu?... — pisnęła burka, robiąc dwa kroki w przód.
Momentalnie oczy zniknęły, jakby rozpływając się w powietrzu.
— Mamusiu!! — zawtórowała Malinka, zaczynając biec przed siebie, tym samym wbiegając prosto w ciemne odmęty lasu.
Kiedy tak biegła, co chwilę się o coś potykała. Raz o kłodę, raz przerośniętą szyszkę, a zdążyło się nawet o korzenie wystające z ziemi, które urosły w przeciągu pół uderzenia serca. Momentalnie las się skończył, a zamiast w lesie, burka była na polance nim otoczonej. Jej oddechy były ciężkie, a serce kołatało tak głośno, jak orzeł skrzeczący gdzieś wysoko na niebie, które nadal spowite było ciężkimi chmurzyskami.
Kiedy Malinka wpatrywała się przed siebie, nie za bardzo pamiętając, co tu w ogóle robi i co się dzieje, znad horyzontu wyłoniło się stado jeleni. Jeden z nich zatrzymał się, ze swoim wzrokiem wgapionym prosto w nią. Nagle wszystkie jelenie ruszyły wprost na nią.
— Nie!! — pisnęło kocię, próbując wycofać się z powrotem w las.
Wcześniej wspomniany porożec otwarł swój pysk, pokazując swoje zęby błyszczące w ledwo widocznym świetle księżyca, po czym rozwarł go zdecydowanie za dużo, ponieważ z jego “kącików” lało się szkarłatne osocze. Błękitnooka poczuła na swojej klatce piersiowej ucisk tak duży, że nie mogła złapać tchu. W pewnym momencie kotka usłyszała, jak ktoś woła jej imię jakby przez mgłę…

‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁

— MALINKOOO OBUDŹ SIEEEEEE — wrzasnęła Porzeczka, kładąc cały ciężar swojego ciała na siostrzyczkę.
Burka momentalnie otworzyła oczy, z przerażeniem rozglądając się naokoło. Jej wizja była rozmazana, a oddech płytki i nierówny.
— NO w końcu!! Już myślałam, że umarłaś przez sen!! — miauknęła wcześniej wspomniana, kiedy Poziomka bez wyjaśnienia po prostu wtuliła się w puchatą.
— Wszystko okej? Poprosiłam Porzeczkę, żeby cię obudziła, bo ja nie mogłam.
— Tak… Jest okej — mruknęła w odpowiedzi Malinka, otrzepując się z drobinek kurzu.
— Tak swoją drogą, jakiś kot tutaj wszedł — stwierdziła czarna, na co dwie przytulające się koteczki odwróciły się tam, gdzie wskazywała im najstarsza.
Malinka od razu stanęła przed Poziomką, gdyby kot ten okazał się wrogi. On jednak przyniósł ze sobą dwa króliki i podał je ich opiekunce. Mimo to podejrzliwe kocię nie spuszczało z wojownika swojego spojrzenia.

< Rumianek? Przedstaw się, może pobaw? Przygotuj się do tego całego rodzicielstwa czy coś>

Od Diane Elizabeth Montclair do Ateny Mirabelle

Diane przemierzała korytarz spokojnym, pełnym wdzięku krokiem, którego tak uparcie uczyła ją Sycylia. Każda łapa stawiana była ostrożnie i niemal bezgłośnie, a uniesiony nieco wyżej łeb oraz swobodnie kołyszący się ogon nadawały jej sylwetce elegancji, której jeszcze niedawno zupełnie jej brakowało. Starała się zachowywać dokładnie tak, jak pokazywała jej matka, choć sama nie była pewna, czy rzeczywiście potrzebowała aż tyle uwagi poświęcać sposobowi, w jaki chodziła.
Tego wieczoru nie zamierzała jednak zastanawiać się nad kolejnymi zasadami dobrego wychowania. Chciała znaleźć Atenę.
Ostatnie promienie słońca wpadały przez wysokie okna i rozciągały się długimi, złotymi smugami na podłodze. Diane przechodziła przez nie, czując przyjemne ciepło na łapach, podczas gdy z oddali dochodziły ją przytłumione odgłosy domu. Większość kotów powoli przygotowywała się już do odpoczynku, jednak Diane nie miała jeszcze ochoty wracać na swoje posłanie.
Kiedy zbliżyła się do jednego z pomieszczeń, usłyszała charakterystyczny, cichy dźwięk dochodzący zza uchylonych drzwi. Zatrzymała się na moment, a następnie wsunęła głowę do środka.
Atena siedziała przed telewizorem.
Kolorowe światło ekranu przesuwało się po jej pysku, raz rozjaśniając jej oczy, a chwilę później pogrążając je w cieniu. Siostra była tak skupiona na wyświetlanych obrazach, że nawet nie zauważyła obecności Diane. Na ekranie zmieniały się kolejne sceny, przedstawiające miejsca, których żadna z nich nigdy nie widziała na własne oczy.
Diane weszła do środka i usiadła kilka kroków od Ateny.
— Zastanawiam się czasami, co właściwie widzisz w tym ekranie — odezwała się spokojnie. — Patrzysz na niego tak długo, jakby miał ci kiedyś odpowiedzieć na wszystkie pytania dotyczące świata.

<Ateno?>

Od Wilczego Skowytu

Wilczy Skowyt obudził się ze snu wczesnym rankiem. Ostatnie dni były mocno wietrzne, a to niezbyt dobry znak dla wojowników. Obudził go mocny ból ucha, prawdopodobnie przewianie, no ale cóż. O tej porze roku nie ciężko o choroby. Wyszedł z legowiska i skierował się do legowiska medyków. Chudy Grzbiet i Cisowe Tchnienie już coś majstrowali przy ziołach.
— Dzień Dobry, wybaczcie, że wam przerwę. Boli mnie ucho, wydaje mi się, że mnie przewiało… — Mruknął i wsunął łeb do lecznicy. 
— Hm… Jasne usiądź tam. — Medyczka wskazała mu miejsce z mchu i kilku jakichś tam ziół. Wzięła nieznane wojownikowi liście i zaczęła przygotowywać lek na jego bolące ucho. Gotowa lepianka ziół wylądowała w uchu czekoladowego wojownika, a wszystko wokół zostało owinięte pajęczyną, aby ustabilizować zioła. — Gotowe, możesz już wrócić do swoich obowiązków. Gdyby coś się działo, możesz do mnie przyjść. — Mruknęła kocica, a Chudy Grzbiet jeszcze szybko przywitał się ze znajomym. Czekoladowy wojownik odpowiedział mu szybkim ruchem ogona, po czym wyszedł z lecznicy. Wychodząc z nory zaskoczył go zimny, ostry wiatr i praktyczne pustki w obozie. Wojownik skierował się do stosu ze zwierzyną i wyciągnął z niego jakiegoś tam ptaka, po czym kęs po kęsie zaczął go zjadać. Oblizał pysk, a pióra odrzucił gdzieś na bok. Po posiłku wrócił do ciepłego legowiska wojowników i ułożył się ponownie do snu.

wyleczeni: wilczy skowyt