BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

30 sierpnia 2026

Od Wrotycz

Nie była tu sama. Czuła na sobie spojrzenie dwóch pozostałych kotek. Jak obserwowały najmniejsze drżenie jej sierści. Znów była uwięziona, lecz nigdy wcześniej w taki sposób.
Nie rozumiała nic z tego, co tutaj się działo. Miejsce, do którego ją zabrali, było dziwne. Pełne kotów. W różnym wieku i umaszczeniach. Tak bardzo od siebie się różniących, a mimo to żyjących w czymś na kształt społeczności. Nakarmili ją. Opatrzyli. Nie wykazywali wrogości ani wynagrodzenia za podarowane jej dobra. Wyśniona utopia - Wrotycz jeszcze nie potrafiła odkryć, co było tutaj nie tak.
— Wrotycz... — Na dźwięk swojego imienia, mimo wszystko ścisnęło ją w środku.
Spojrzała niepewnie na starszą kotkę. Nie wiedziała jeszcze, czego od niej chciała, że próbowała z nią nawiązać rozmowę. Ponownie. Też zdawała się inna. Wyglądała inaczej niż koty żyjące w cieniu gniazd Wyprostowanych, jednocześnie też różniła się od przynoszących im posiłki kotów. Jej zapach przypominał jej w jakiś sposób Śnienie. A może się jej zdawało? Nie ufała już własnym zmysłom.
— Jadłaś już?
Kiwnęła łebkiem, mimo że kłamała. Nie wiedziała, jak sobie radzić z tą przerastającą jej umysł dobrocią. Czy kiedykolwiek będzie w stanie to odpracować... Lub czego będą niedługo od niej oczekiwać. Przełknęła ciężej ślinę, uciekając spojrzeniem. Nastawiła uszu, słysząc tupot łap. Rytmiczne kroki i charakterystyczny szelest. Niedługo później pojawiła się para żółtych ślepi. Jedna ze źrenic spojrzała na nią.
— Witaj, Wrotycz, jak się dzisiaj czujesz?
Lekko kiwnęła łbem na powitanie i zebrała się na niepewny uśmiech.
— Lepiej. — Wypluła z siebie niemal automatycznie. — Dziękuję za wszystko.
Zerknęła na kotkę, próbując doszukać się cienia podejrzliwości na nietypowej osobistości. Patrząc na jej wiek oraz niewygodę stroju, musiała zajmować wyższe stanowisko w tej społeczności. Czarna uśmiechnęła się lekko. Ciężko było dostrzec coś złego w jej osobie, lecz mimo to Wrotycz nie umiała przestać. Spuściła wzrok na własne łapy.
— Coś cię trapi? Albo boli? — zaczęła starsza. — Jeśli czujesz się na siłach, może oprowadzę cię po obozie?
Wrotycz oderwała niepewnie jedną z łap od ziemi. Perspektywa zrozumienia lepiej miejsca, w którym się znalazła oraz obserwacje panujących w nim zasad powinny być jej priorytetem. Z drugiej natomiast strony - narażenie się na widok tylu obcych kotów napawało ją wewnętrznym lękiem. Musiała mimo to go przełknąć. Nie mogła wpakować się w kolejny cichy horror.
— Tak. Poproszę — miauknęła cicho i po uderzeniu serca namysłu dodała; — Tylko nie oddalajmy się za daleko.
— Jasne. Nasze obozowisko poza tym nie jest jakieś wielkie. Nie masz się czego bać. Większość kotów jest na patrolach czy polowaniu.
Wrotycz, niczym cień, podążyła śladami kotki. Leśny krajobraz wciąż ją zaskakiwał. Obserwowała światło lawirujące wraz z podmuchami wiatru po gęstej ściółce. Niektóre drzewa możliwe, że widziała pierwszy raz. I koty. Nie twierdziła, że czarna kłamała, ale i tak zdawało się jej, że było ich dużo. Więcej niż sądziła, że liczyła ta społeczność.
Połowicznie wsłuchiwała się w słowa przewodniczki, bardziej skupiona na obserwacji przemykających kształtów. Widziała rodziny, przyjaciół, a może i kochanków? Wyglądało to aż zanadto pięknie. Jej spaczony umysł kazał doszukiwać się w tym spisku. Drugiego dna. Małych i może niepozornych szczegółów.
— Spójrz w górę. Jaskółki.
Wrotycz już kiedyś słyszała tę nazwę. Któryś kot nosił to imię. Nie pamiętała jej pyska. Lecz wcześniej nie widziała tych ptaków. W Betonowym Świecie głównie występowały gołębie. Czasem gawrony. Ledwo zarejestrowała ich kształt pędzące po niebie by zaraz znikły.
— Zdajesz się zaskoczona tym miejscem. — Dotarło do jej uszu.
Z przyzwyczajenia położyła po sobie uszy.
— Nie, znaczy się... Wybacz, wcześniej nie przebywałam na takich terenach jak ten.
— Masz na myśli las? Czy obozowisko?
Nie wiedziała jak do końca odpowiedzieć na to pytanie. Bezpiecznie.
— Nie martw się. Ja także nie wychowałam się tutaj. Też zostałam znaleziona przez patrol i tego dnia odmieniło się moje życie. Poznałam cudowne koty i wierzę, że ty także poznasz.
Wrotycz zmusiła się do uśmiechu. Nie mogła się pozbyć wrażenia, że brzmiało to, jak ładnie opakowana pusta obietnica.
— Dziękuję. Pewnie masz rację. — Bała się nie zgodzić z kotką. — Muszę jeszcze przywyknąć... do tego wszystkiego.

Od Fiołka CD. Centurii

Pisnęła zaskoczona, kiedy ząbki dymnej mocno zacisnęły się na jej przedniej łapie i odskoczyła, strosząc obronnie futro. Ostry ból rozchodził się po jej kończynie, a gdyby ktoś rozchylił jej długą sierść, zobaczyłby czerwone ślady po ugryzieniu.
Centuria nadal płakała i oddychała strasznie szybko, wyglądając przez to nieco bardziej jak pieszczoszka, niż jak kot klanowy, podczas gdy w głowie Fiołka kotłowały się myśli. Z jednej strony była strasznie wściekła i oburzona, no bo przyszła się pobawić ze swoją współlokatorką ze żłobka, a ta nagle zaczęła płakać i ją ugryzła! Tak mocno i gwałtownie! A Fiołek przecież nic złego nie zrobiła! I była miła od samego początku! Co jest nie tak z tymi niemowami? Wszystkie jakieś agresywne!
Z drugiej strony Centuria praktycznie topiąc się we własnych łzach, wyglądała, jakby dostała jakiegoś ataku. Czy na pewno wszystko z nią w porządku? Czy ona się dobrze czuła? Może szylkretka powinna pobiec po medyków…
W każdym razie gniew zwyciężył i Fiołek, cała zjeżona, przykucnęła przy ziemi, gotowa do ataku.
— Chcesz się bić? To proszę bardzo, lisi bobku! Zaraz zobaczysz, kto wygra! — syknęła i wysunęła pazury.
Już prawie wyskoczyła, kiedy Centuria szybko pokręciła głową. To mocno zbiło szylkretkę z tropu. Jak to nie chciala się bić?!
— Hę? To po co mnie ugryzłaś!
Tak jak mogła się tego spodziewać, nie dostała żadnej odpowiedzi. Dymna po prostu płakała dalej.
Fiołek wiedziała, że nie powinna, ale część jej nakazywała zaatakować Centurię, chociażby tylko dla zasady, żeby jej oddać. W końcu nie wytrzymała pokusie i skoczyła na koteczkę. Przetoczyły się po ziemi i szylkretka zacisnęła zęby na uchu przeciwniczki, która wyglądała na spanikowaną. W końcu odepchnęła Fiołkę tylnymi łapami, kiedy się pod nią znalazła i po chwili dwie koteczki znowu stały naprzeciwko siebie.
Centuria wyglądała na strasznie przestraszoną, a łzy nie przestawały jej spływać po policzkach. Mimo tego chyba nic poważnego jej się nie stało, była tylko poobijana, straciła parę kępek futra i miała kilka lekkich zadrapań na grzbiecie.
Fiołek nagle otrząsnęła się ze swojego szału bitewnego i spojrzała ze zdziwieniem na dymną. Przez chwilę nie mogła uwierzyć, że ją zaatakowała. Przecież zrobiła jej krzywdę! Tylko dlatego, że Centuria ją ugryzła?
Cofnęła się o parę kroków, wytrzeszczając zielone oczy. Po wcześniejszej furii nie było już ani śladu.
— Na Klan Gwiazdy… Przepraszam, przepraszam! — pisnęła. — Nic ci nie jest? Jejku… Nie chciałam cię zaatakować, po prostu się zezłościłam, przepraszam!
Po chwili uświadomiła sobie, że rany Centurii nie były głębokie i odetchnęła z ulgą, wciąż jednak była zła na siebie. Nie powinna jej tak brutalnie atakować! Czemu nigdy nie mogła choć trochę pomyśleć, zanim zrobi coś głupiego?

<Centurio?>

Od Tropiącej Łaski

Kilka księżyców po dołączeniu do kultu
TW: morderstwo, akty przemocy

W ten lub inny sposób Tropiąca Łaska zamierzała dorwać samotnika, za którym ruszyła w pogoń. Światło księżyca mrugało między drzewami, koło których przebiegała, a jego jasność rozpraszała się i migotała na powierzchni żwawego strumienia. Szybki krok, skręcenie w lewo, przeskoczenie nad gąszczem jeżyn, zmiana kierunku pościgu. Była pewna, że samotnik słyszał jej kroki dudniące mu za plecami. Wiedział, że go dopadnie. Ona zamierzała go dorwać. Słyszała dźwięki tego kota, jego rozpaczliwie ostre pojękiwania przypominające wycie. Z chorą satysfakcją z gardzieli szylkretki wydobył się urywany, przeszywający skowyt. Czuła wiatr napierający z oporem na jej grzywę, czuła też dźwięk krwi uderzającej miarowo w jej uszach. Płuca samotnika musiały w tym momencie piec jak po użądleniu osy, a jego nogi musiały być zmęczone, podczas gdy ruchy wojowniczki dopiero nabierały płynności. Zauważała dźwięki i zapachy, a z głowy zniknęła jej gonitwa spraw codziennych. Dźwiękiem, który wyłapała z otoczenia, był zbliżający się w jej stronę tupot łap – lekkich i sprężystych. Nadciągający Pomrok, najnowszy nabytek kultu sprzed księżyca, dołączyła do pościgu. Chciała zabić kogoś po raz pierwszy wspólnie, czy może żądza krwi nie dała jej czekać? Wielką wadą młodej kotki i wojowniczki było to, jak szybko męczyła się podczas biegów na długie dystanse. Tropiąca Łaska musiała więc położyć kres szaleńczemu biegowi. Kotka wyrwała do przodu, aby wyprzedzić młodszą kultystkę, nim ta wyczerpie zapasy energii i opadnie z sił. Zabawa się skończyła. Jeszcze tylko kilka kroków. Jeszcze tylko jeden długi krok i będzie mogła skoczyć. Sukcesywnie naskoczyła na samotnika, który w plątaninie łap i pazurów upadł. Jego czaszka z głuchym, tępym trzaskiem uderzyła o zbitą, zmarzniętą nocnym chłodem ziemię. Wojowniczka wylądowała na jego bezwładnym cielsku, szarpiąc jego futro pazurami i wyrzucając kępy okrycia w powietrze. Jego jasne oczy były otwarte, ale nieprzytomne. Widoczne były w większości tylko białka i kawałek tęczówki w dziwacznym kolorze. Rozwarte były w wyrazie ostatniej emocji, którą poczuł – przerażeniu. Czarno-ruda kotka dobiegła do miejsca zdarzenia. Na jej widok starsza kotka zeszła z obezwładnionego kocura. Chciała dokończyć dzieło, kiedy bez zawahania i oporów w stronę samotnika rzuciła się Nadciągający Pomrok. Łaska z niedowierzaniem przeniosła spojrzenie na kotkę. W tym samym momencie krew mordowanego białego kocura zabarwiła jego jasną sierść obfitymi plamami i opryskała pysk napastniczki. Zdawała sobie sprawę, że kotka przeszła identyczną inicjację, ale zaskoczyło ją, jak mocno tamta łaknęła krwi nieprzyjaciół Klanu. Nie uważała tego rzecz jasna za minus, przeciwnie. Wyglądało na to, że młoda wojowniczka zasługiwała na większe uznanie, a mniejsze politowanie, niż z początku sądziła. Jedyne, co wciąż budziło jej pobłażanie, to widok kotki z ususzonym liściem za uchem – pamiątką, której pochodzenia tamta nie mogła być nawet pewna. Choć miała swoje domysły. Jak mogła nosić coś, co kojarzyło się z tamtym kocurem? Tropiąca Łaska wmawiała sobie, że to nie zazdrość, nie miała przecież powodów do zazdrości. Po prostu nie mogła już patrzeć na ten liść. Uważała, że kotka powinna nosić podarunek od kogoś normalnego – kogoś takiego jak ona. Pragnęła, by Nadciągający Pomrok miała przy sobie coś, co wszystkim wokół przypominałoby o zielonookiej kotce, a nie o zdrajcy.
— Daj mi jego futro — warknęła szylkretowa kotka, obnażając kły.
— Co takiego? — Nadciągający Pomrok zamarła z szeroko otwartymi oczami i lekko rozchylonym pyskiem, jakby wymazała z pamięci fakt, że przed momentem brutalnie odebrała komuś życie.
— Powiedziałam: przynieś mi jego futro. — Ulegając niewytłumaczalnemu impulsowi, młodsza kotka spełniła rozkaz. Podbiegła do drgającej w agonalnych skurczach ofiary i spiesznie wyrwała kępki grubego, białego włosia. Tropiąca Łaska z dumą wcisnęła je w swoją kryzę. — Na pamiątkę. Nie wolno zapomnieć o takiej nocy. — Córka Zalotnej Gwiazdy, zazwyczaj niezwykle gadatliwa, tym razem milczała jak zaklęta. Patrzyła to na starszą kotkę, to na trupa, którego ostatnia biała łapa właśnie wiotczała. — Tobie też by się przydało — dodała starsza. — Bez obrazy, ale ta kępka będzie wyglądać na tobie lepiej niż byle zgniły liść. Pasuje do ciebie. W blasku księżyca... ktoś mógłby uznać, że przewyższasz urodą wszystkich w Klanie Wilka.
Pręguska odwróciła wzrok od Nadciągającego Pomroku i bez cienia emocji, z lekkim chrząknięciem, zaproponowała powrót do obozu i na miejsce kultu. Od tamtej chwili szły w stronę celu w całkowitej ciszy. Żadna z nich nie odezwała się już ani słowem.

Od Nurowej Łaby CD. Żabiego Oka

– No… dobrze. – Kotka wreszcie się zgodziła.
– Jej! Chcę łowić ryby!
Nur ruszył w stronę rzeki, ale Żabka stanęła przed nim, blokując mu drogę. Uczeń przyjrzał się jej uważnie, wcale niezadowolony z jej zachowania.
– Spokojnie. Parę zasad. Nie biegniesz przede mną. Słuchaj mnie uważnie; woda jest niebezpieczna, a nurt rzeki potrafi zabić kota nawet najbardziej perfekcyjnego. Matka natura nie zlituje się nad tobą, bo dopiero się uczysz. Nie zlituje się nad tobą też, jak już wszystko będziesz umiał. Szanuj ją, szanuj rzekę i jej siłę. Jasne? – Głos kotki był całkowicie poważny, więc młody kocur pokiwał głową.
Nie miał zamiaru się kłócić ze starszymi. Znaczy… I tak to robił, bądźmy szczerzy. Naprawdę rzadko kiedy przyznawał komuś rację. Po prostu Żabie Oko darzył szacunkiem, więc jej słuchał. A przynajmniej próbował jej słuchać, bo nadal uważał, że był wystarczająco dobry, aby sam robić rzeczy.
– Jasne. Rozumiem.
– Uczyłeś się pływać jako kociak, ale pływanie w rzece, zwłaszcza tak długo, żeby upolować rybę, nie jest proste. Jest męczące i wymagające. Wymaga skupienia. Wymaga siły.
– Rozumiem!
Kocur naprawdę był świadomy, że nie wszystko można potrafić od razu. Po prostu uważał, że on akurat musiał być idealny od początku. Musiał pokazać rodzicom, że był wart bycia namiestnikiem. No i chciałby pokazać siostrze, że był lepszy od niej…
– I najważniejsze, Nurze. I to musisz wbić sobie do głowy na pamięć, bo to idzie wbrew wszystkim zmysłom i instynktom, jakie masz. – Żabka spoważniała jeszcze bardziej. To było dziwne, na ogół raczej wydawała się dość pozytywnym kotem… – W żadnym wypadku, jeśli zachłyśniesz się wodą… masz nie wierzgać. NIE. WIERZGAĆ. Masz zastygnąć. Wstrzymać oddech nieważne jak bardzo palą cię płuca. Ja cię obserwuję. Ja mam na ciebie oko. Ja wyjmuję cię z wody, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Nur skrzywił się po kolejnych słowach kotki. Szanował Żabkę i uważał, że była jedną z lepszych wojowniczek, ale… Dlaczego ona nie doceniała go? Wiedziała, jak wiele potrafił i do czego był zdolny. Czyżby tylko udawała, że go szanowała? Że rozumiała?
– Ale nie zajdzie! – stwierdził oburzony. – Dam sobie radę.
– Wiem… Wiem, Nurowa Łapo, wiem. Jesteś utalentowany, ale nawet utalentowanym i idealnym kotom matka natura nie daje forów. – Westchnęła. – Nieważne ile masz księżyców, nieważne ile kotów zabiłeś czy ocaliłeś. Rzeka zabierze cię w sekundę nieuwagi. Karmi nas, ale ma swoje zasady i swoje koszty. I musimy o tym pamiętać.
Nurowa Łapa nie był pewien czy rozumiał. Woda była zdradliwa, to oczywiste. Ale czy naprawdę trzeba było na nią uważać aż tak? W to akurat wątpił. Mimo to kiwnął głową na słowa wojowniczki.
– Będzie okej. Dam sobie radę.
– Ja wiem… ale zasady muszę ci przedstawić. Przecież teoria to podstawa praktyki!
Żabka uśmiechnęła się, a Nur po chwili zastanowienia oddał uśmiech. Atmosfera trochę się rozluźniła, jednak uczeń nie mógł wyrzucić z głowy wcześniejszych myśli i słów.
– Gdzie właściwie idziemy? – zapytał.
– Tam, gdzie się uczyłam ja. Tam jest płycej i ryby trzymają się bliżej tafli. Tam nurt jest też znacznie łagodniejszy i lepszy do nauki – odpowiedziała.
Kocur westchnął, zrównując z nią kroku. Nie chciał się uczyć na jakiś płytkich miejscach! Nie był jak reszta uczniów, nie musiał być gdzieś, gdzie było bezpieczniej! Poradziłby sobie nawet na największych głębinach.
– Nie możemy po prostu w rzece obok obozu? – zapytał.
– Moglibyśmy, ale tyle pływa tam kotów każdego dnia, że ryby unikają tego miejsca. Nurt jest tam bardziej nieprzewidywalny i jest lepszy do nauki pływania. A ty chciałeś łowić ryby, co? – zagadnęła.
– Tak! Chciałbym łowić ryby! – potwierdził już z uśmiechem.
– Więc idziemy w idealne do tego miejsce. Odrobinę cierpliwości. W międzyczasie możesz posłuchać ptaków i powiedzieć mi co to za gatunki.
Oczywiście, że Nur poszedł w tę zabawę. Wsłuchiwał się w odgłosy i próbował odgadnąć które gatunki takie wydawały. Nie był pewien, ile razy się pomylił, a ile razy miał rację. Jeśli on miałby decydować, to każda odpowiedź była poprawna, ale Żabka czasem się z nim nie zgadzała, więc może i nie wiedział wszystkiego. Albo to ona nie wiedziała wystarczająco dużo… Ich zabawa skończyła się, gdy dotarli na miejsce. Nur rozejrzał się z szerokim uśmiechem. Już widział siebie, jak wyłowił największą rybę i niósł ją do obozu. Jakby wtedy wszyscy byli z niego dumni! A jakby Łabądek zazdrościła!
– Dobra. Daj mi chwilę. – Nur spojrzał na Żabkę, która zanurzyła łebek pod wodę.
Podszedł do niej, najciszej jak potrafił i z zafascynowaniem wpatrywał się w to, co robiła. Kotka po chwili się wychyliła i spojrzała na niego.
– Dobra. Nurt nie jest szalony dzisiaj. Ryb jest pełno. Mamy dwie opcje nauki. Naukę łowienia z nurkowaniem i naukę z cierpliwym czekaniem na rybę.
– Nurkowanie! – Nur nawet nie zastanowił się nad odpowiedzią.
– Dobrze. To teoria.
Usiedli, a wojowniczka zaczęła szczegółowo tłumaczyć jak dobrze nurkować. Oczywiście rozgadała się, upewniając, że przekazała każdą ważną informację. Nur był już przyzwyczajony do tych monologów. Oczywiście trochę go nudziły, bo chciałby już działać, ale zawsze grzecznie słuchał. Wiedział, że praktyka różniła się od teorii, ale bez poznania teorii nie zauważy tych różnic w praktyce. Ostatecznie wraz z Żabką weszli do wody i zaczęli praktykować nurkowanie. Oczywiście, że młodemu szło to bardzo dobrze. Wreszcie przeszli też do polowania. Nur przyglądał się, jak Żabie Oko łapała rybę, będąc pod wodą z półotwartymi oczami. Żabka rzuciła rybę na brzeg, a Nur przeszedł niespokojnie z łapy na łapę.
– Kiedy mogę? Kiedy? – Zerknął na wojowniczkę.
– Jak muł usytuuje się odrobinę na dnie i ryby przestaną czuć się zagrożone. Daj im parę uderzeń serca. Woda porusza się bardzo powoli – wytłumaczyła.
Nur czekał, aż kotka mu pozwoli. A gdy tylko dostał zielone światło, to spróbował. I chociaż chciał złapać rybę za pierwszym razem, to nie był aż tak idealnym kotem. Mimo to szło mu bardzo dobrze i nawet złapał jedną rybę! Było dobrze, naprawdę dobrze… Aż w pewnym momencie zmęczony już Nur, nie zanurkował. Wsadził łebek pod taflę, zamknął na chwilę oczy i potem już poczuł, jak cały był w wodzie. Próbował się podnieść, ale nie miał siły. Otworzył pysk w głupiej próbie nabrania powietrza, przez co woda dostała się do jego płuc. Jego ciało szarpnęło nim nieproszone, ponownie próbując wyjść na powierzchnię. Umysł ucznia pozostał jednak czysty. Nie wierzgać – mówiła wcześniej Żabka. Więc całą siłą umysłu próbował utrzymać się pod taflą nieruchomo, a przy okazji nie wciągać w płuca więcej wody. Błagał Klan Gwiazdy o ratunek, o siłę… Nie był pewien, ile czasu spędził pod wodą. Miał wrażenie, że za długo. Nagle jednak poczuł chwyt na karku i znów mógł odetchnąć. Zakaszlał kilka razy, nim w ogóle udało mu się wziąć pierwszy palący w płuca oddech. Był szybki, nierówny, tak jak kilka następnych, ale już mógł oddychać. To się liczyło. Żabka wyciągnęła go na brzeg, po czym zaśmiała się nerwowo, liżąc go uspokajająco.
– Ale żeś mnie przestraszył. Zupełnie jak ja moją mentorkę, jak się uczyłam, haha!
Nur spojrzał na nią, nadal trochę próbując zrozumieć, co dokładnie się stało. Dlaczego znalazł się pod wodą? Był przecież idealnym uczniem, a popełnił tak głupi błąd. Skrzywił się na swoje własne zachowanie i po chwili wstał, otrzepując się.
– Wracajmy – mruknął, nie patrząc na kotkę.
Żabka widocznie zaskoczyła się jego zachowaniem. Wstała, próbując go znów polizać.
– Nie. Wracajmy. – Odsunął się od niej.
– Nurze, takie rzeczy się zdarzają. Mam wrażenie, że każdy łyknął trochę wody, gdy był uczniem.
Nur jednak nie słuchał. Burknął coś tylko pod nosem i ruszył w stronę obozu. Żabka oczywiście od razu ruszyła za nim.
Potem Nur chodził nieswój przez naprawdę długo. No i trenował jeszcze więcej! Jedynie, kiedy odpoczywał to, gdy słońce chowało się za horyzontem, a on nie mógł wyjść poza obóz. Wypraszał jeszcze więcej treningów z Szałwiowym Sercem, często też widywał się z Żabką, chociaż ona akurat robiła wszystko, aby młodzieniec odpoczął.
– Nurze – powiedziała pewnego dnia. – Odpoczynek to też ważna część treningu.
– Nie nauczę się niczego, odpoczywając!
– Nie będziesz popełniał głupich błędów.
No i Nur faktycznie trochę się uspokoił. Oczywiście nadal wybierał dużo długich treningów, ale jadał porządne posiłki i sypiał więcej, niż wcześniej. Trochę zaskoczył się, gdy po paru wschodach słońca nabrał więcej siły. Niestety nie mógł z niej korzystać zbyt długo, bo zakazali mu oddalać się z obozu. Znaczy, nie zamknęli go, ale nie mógł zbyt daleko wychodzić. To go irytowało. Jak miał zostać wojownikiem, kiedy traktowali go jak małego kociaka?! Niestety nie mógł się sprzeciwiać, więc wszystkie treningi odbywał w okolicach obozu, ale starał się, aby te były na tyle intensywne, aby mogły go zadowolić. Już zaczynał czuć się coraz pewniej i lepiej, aż… Łabądek została wojownikiem. Przed nim! Zdobyła wojownicze imię przed Nurem! To ukuło jego dumę. Oczywiście nadal nie sądził, że siostra była dobrą wojowniczką, traktował ją na równi z innymi wojownikami (a o nich już wiemy, że oceniał ich bardzo nieprzychylnie, nie licząc niektórych wyjątków), ale fakt, że zdała szybciej test na wojownika, był po prostu denerwujący. Musiał skończyć z tym odpoczywaniem i wziąć się do roboty.
– Żabie Oko! – Podszedł do kotki podczas jednego z posiłków.
Zdążył już udoskonalić pływanie z Szałwiowym Sercem, ale dla niego to było za mało.
– Możemy, proszę, wrócić do polowania na ryby? Tym razem nic mi się nie stanie. Jestem najedzony, wyspany…
– Nurze, wróciłeś niedawno…
– Muszę zostać wojownikiem! Już niedługo! Potrzebuję twojej pomocy! Musisz mnie nauczyć wszystkiego, co potrafisz!

<Żabko? Musisz!>
[1501 słów + łowienie ryb]

Od Milczka (Milczącej Łapy)

Dzisiaj był dla Milczka wielki dzień. Jako jedyne kocię w Klanie Nocy miał zostać dziś uczniem!
„Gdyby tylko Pyza i Bzyczek byli tu dziś ze mną…” pomyślał kocurek, nawet jeśli nigdy nie miał zbyt wielkiego kontaktu z czekoladowym rodzeństwem.
Wiedział, że nie powinien za nimi tęsknić. W końcu było czekotami. Mimo, to i tak wolał tamtą dwójkę niż towarzystwo wstrętnej, atencyjnej Fiołki. Już nieco dziwną Wełniankę uważałby bardziej za swoją siostrę. Poznał już niejednego ucznia, a także to jak szły im treningi, ale mimo to czuł się niezbyt pewny, może nawet przerażony. Mały Nocniak wyszedł ze żłobka. Wszystkie kocięta rosły lepiej, niż można by się spodziewać przy takiej ich ilości, więc dla przyszłego ucznia, który wkrótce miał zostać mianowany, zdawało się nie być miejsca. Kremus siedział, więc większość czasu przed żłobkiem, czasem, zaczepiając jakiegoś interesującego ucznia czy wojownika. Jedni nie mieli nic przeciwko, inni patrzyli na niego jak na brudasa, ale w sumie dzień jak co dzień dla syna czekoladowej samotniczki. Przechylił lekko łebek, wpatrując się w urocze źródełko na środku obozu. Patrzył na łapę namalowana na kamieniu, zastanawiając się, do kogo mogła należeć. Może do samej przywódczyni? Tylko pytanie której. Milczek słyszał coś o jakiejś powodzi księżyce temu, ale jak to on słuchał, memłając swoją łapę, próbując złapać swój ogon lub ewentualnie, mrugając znudzony jak żaba. Podszedł do źródełka, przyglądając się swojemu odbiciu. Lawenda miała śmieszny zapach. Niby ładny, w jakiś sposób łagodzący, lecz w tym samym czasie zbyt natrętny dla wrażliwego nosa. Kremowy spojrzał w wodę, a widząc swoje odbicie przypomniały mu się słowa Widlika. Uderzył lekko w taflę łapą i odsunął się na bok z głupim uśmieszkiem. Pamiętał, jak raz próbował włamać się do legowiska lidera, ale został przez kogoś przegoniony, zanim zdążył powiedzieć „mysz”. Zastanawiał się, czy tym razem by mu się udało, ale ostatecznie jego myśli zostały rozproszone przez coś innego. Spojrzał w stronę kłody, która miała służyć za wejście dla starszyzny.
„Może stamtąd mnie nie wygonią?” pomyślał, a jego łapy same zaczęły kierować się w stronę legowiska starszyzny. Kotki siedzące w legowisku jak zwykle nie wyglądały na zbyt szczęśliwe z powodu jego odwiedzin, ale Lśniąca Ikra, czy Kolankowe Moczary zdawało się nie mieć ogromnego problemu, co to jego obecności. Starsze kotki były jednak księżniczkami, co właściwie mówiło samo za siebie, dlaczego nie lubiły Milczka. Syn czekoladowej samotniczki, oczywiście. Kremowy był nieco ciekawy tego, jaka jest Spopielona Alga (co do Różanej Woni, która zdawała się go nienawidzić najbardziej w klanie trochę mniej), w końcu starsza była siostra przywódczyni. Dawniej słyszał nawet, że mogła ona zostać przywódczynią. Młodziak nie powiedziałby tego na głos, ale miał wrażenie, że byłaby lepsza jako przywódczyni Klanu Nocy. Mandarynkowa Gwiazda wydawała się… jak świeżo mianowana wojowniczka, która nagle pozjadała wszystkie rozumy. A przynajmniej takiego wrażenia najadł się kociak, gdy to widział przywódczynię podczas mianowania Łabędziego Tanu.
— Słyszałeś bajkę o przychodzeniu na świat kociąt? — zapytał Lśniąca Ikra, sprowadzając młodocianego na ziemię.
Milczek usiadł przed kocurem z błyszczącymi oczyma. Może miał już swoje sześć księżyców, ale nie mógł odmówić posłuchania ostatniej kocięcej bajeczki. Wpatrywał się w niebieskiego swoimi ślepiami, a starszy wyglądał jakby miał ochotę się roześmiać. Chyba bawiło go te śmiesznie uciekające oczko. Milczek też czasem patrzył na nie, zastanawiając się, czy to jakaś kara za bycie kociakiem stukniętej wariatki.
— Już wiesz, że pierwsze koty, takie jak ty zrodziły się piasków, ale też skrawków Srebrnej Skóry. Ale wiesz, skąd wziąłeś się ty? — zapytał kocur, a Milczek już miał ochotę skrzywić się i wyjść.
„Chciał opowiedzieć tę samą historię co zawsze? To o tej wariatce, która zabiła własne kocięta?” pomyślał, mrużąc oczy.
Niebieski wyglądał na odrobinę rozbawionego reakcja kociaka.
— Wiem, że znasz już historię swojego przyjścia na świat. Czy słyszałeś o tym, że kocięta przynoszą ptaki? — zapytał, a niebieskooki pokręciło głową na nie zainteresowany. — Masz kremowe srebrne futro. Jesteś synem czekoladowej kotki, więc wątpię, aby przyniósł cię jakiś bociek… Ale może jakiś jerzyk? Lub ewentualnie gęś z uszkodzonym skrzydłem — mruknął starszy, a Milczek zamrugał częściowo urażony, a częściowo zafascynowany.
— A thi? — zapytał młodziak.
— Podejrzewam, że mnie mogła przynieść jakaś jaskółka — mruknął. — Idź po jakiegoś ucznia. Chyba mam gdzieś kleszcza — dodał, najwyraźniej chcąc pozbyć się ciekawskiego kocięcia.
Milczek kiwnął głową na zgodę i wyszedł z legowiska starszyzny. Widząc futro znajomemu Liliowej Łapy podszedł do niej zaczepiając ją łapką.
— Co się stało? — zapytała kotka, a Milczek zmrużył oczy.
„No i co. Znowu muszę się odezwać?” pomyślał.
— Khlehsze — wycharczał, czując, jak drapie go gardło.
Wskazał przy tym na legowisko starszyzny i kotka zdawała się zrozumieć, bo ruszyła w stronę legowiska medyków, a po chwilkę poszła do starszych z czymś co prawdopodobnie było mysią żółcią. Milczek ponownie usiadł obok żłobka, machając znudzony ogonem. Miał już ochotę zaczepić jednego z wojowników, ale przerwał mu, w tym głos przywódczyni. Niebieska kotka zaczęła szukać młodocianego wzrokiem, w końcu, napotykając kremowo-białe futerko obok żłobka. Nie wyglądała nazbyt zadowoloną jego istnieniem, zresztą tak jak większość Klanowiczów. Milczek uśmiechnął się radośnie i potuptał nieco bliżej, czekając na słowa Mandarynkowej Gwiazdy.
— Milczku, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Milcząca Łapa. Twoim mentorem zostanie Zmierzchająca Fala. Mam nadzieję, że Zmierzchająca Fala przekaże ci całą swoją wiedzę — miauknęła kotka, a następnie skierowała swój pyszczek w stronę wspomnianego wojownika. — Zmierzchająca Falo, jesteś gotowy do szkolenia kolejnego własnego ucznia. Otrzymałeś od swojego mentora Wężynowego Splotu doskonałe szkolenie i pokazałeś swoją siłę i dobrą pamięć. Będziesz mentorem Milczącej Łapy, mam nadzieję, że tak jak swoim poprzednim uczniom przekażesz mu całą swoją wiedzę — dodała, jakby, rzucając od niechcenia.
Srebrny młodziak podszedł do dymnego kocura, nim tamten zdążył się ruszyć, stykając się z nim nosami. Starszy uśmiechnął się, jakby na zabawne zachowanie ucznia i kiwnął mu raczej przyjaźnie głową. Część klanu krzyczała jeszcze przez chwilę imię kremusa, ale zaraz potem towarzystwo się rozeszło, tak jakby uczniak nie był wart aż tak ogromnej uwagi. Mentor wraz z uczniem zostali za to sam na sam. Milcząca Łapa uniósł lekko łebek, żeby spojrzeć w ślepia wojownika.
— Nie idziesz się nikomu pochwalić? — zapytał kocur nieco podejrzliwie.
Milczek pokręcił głową na nie.
— Ach… Rozumiem. Jesteś tym… niezbyt trafnym kocięciem. Pewnie nie masz z kim przebywać co? — wywnioskował szybko dymny. — Nie martw się. Możemy mieć tyle treningów, że nie będziesz miał czasu na nudę. Sprawię, że jeszcze wyrośnie z ciebie doskonały wojownik — miauczał dalej pewny siebie, a kremowy w tym czasie… gryzł swoją łapę. — Oczywiście najpierw trzeba cię trochę odchować kociaku z dziczy — zaśmiał się Zmierzchająca Fala.
Milczek zamrugał jak żaba i uśmiechnął się radośnie, machając ogonkiem na boki.
— Phrose! Nauhc! — miauknął nagle, a dymny, aż podskoczył.
— No patrz, a ja byłem przekonany, że w ogóle nie gadasz. Chodź, oprowadzę cię po terenach — miauknął kocur, wychodząc z obozu.

[1104 słowa]

Kwaśna Kocanka urodziła!

 Kwaśna Kocanka urodziła trójkę (prawie) zdrowych maluchów!



29 sierpnia 2026

Od Bryzki

— Ogon trzymajcie nisko, pazury na razie schowajcie, napnijcie mięśnie u łap i zniżcie się do przykucu — mówił Nocny Śpiewak, spoglądając na dwójkę swoich kociąt, doskonale się bawiących i jednocześnie uczących nowej, przydatnej pozy, a mianowicie… pozycji łowieckiej! Kruczoczarny obszedł ich dookoła, uważnie dopatrując się wszelkiego rodzaju niedociągnięć w nieidealnych posturach kociąt. Skowronek wyprostował się dumnie niczym paw, a następnie przykucnął nisko przy ziemi, spoglądając na ojca z nadzieją. Ogon sterczał mu ku górze niczym antenka, a jedna z tylnych łap była delikatnie wykręcona do boku. Bryzka zaś poprawiła małym językiem parokrotnie futerko na swojej piersi, z entuzjazmem patrząc przed siebie i uginając łapy w łokciach, żeby klatką piersiową muskać wręcz podłoże pod sobą. Tylne łapy zaś zgięła, aczkolwiek na tyle nisko, że najzwyczajniej w świecie się położyła. Kocur nosem popchnął delikatnie dymnego kocurka, w celu poprawienia przybranej przez niego pozy. — Skowronku, musisz rozluźnić mięśnie i pozwolić, by ogon ci opadł na sam dół. Jeśli będziesz polował na jakąkolwiek zwierzynę, a twój ogon będzie sterczał w najlepsze ku górze, dostrzegą cię w gęstym, leśnym poszyciu i uciekną, zanim uda ci się w ogóle do nich zbliżyć. Zwierzyna, szczególnie Porą Nagich Drzew jest niezwykle płochliwa. Wojownicy nie mogą pozwalać sobie na żadne niedociągnięcia podczas zachodzenia pożywienia. Oczywiście na każdy rodzaj mamy inne techniki polowania, jednak ja nauczę was dzisiaj takiej, która działa zazwyczaj przy każdym typie, jeśli tylko dobrze się ją wykona.
Bryzka kiwnęła z zapałem głową, a jej braciszek słuchał z uwagą porad ojca.
— Tatusiu, a co jest nie tak w mojej pozycji? Chyba że wszystko idealnie? — zapytała z uśmieszkiem, łudząc się na to, że za pierwszym razem perfekcyjnie wykonała polecenie, mimo że nigdy wcześniej nie miała okazji zobaczyć Wilczaków ćwiczących tę technikę. Skowronek pokręcił głową i prychnął z niezadowoleniem, gdy uwaga ojca przeszła na nią. Może Bryzka sobie to jedynie dopowiedziała? Nocny Śpiewak zerknął na swoją córeczkę i przyjrzał się jej dokładnie, w milczeniu. Kiwnął wreszcie głową.
— Za bardzo napinasz mięśnie. Do czasu, kiedy przyjdzie ci podejść zwierzynę, łapy będą tak cię boleć, że większość energii zmarnujesz na to, żeby nie mieć częstych skurczów. Musisz sprawnie wybierać moment, w którym najkorzystniej jest je spiąć i wykorzystać to w polowaniu. Musisz się podnieść, o tak. — I mówiąc to, ugiął łapy podobnie do niej, aczkolwiek brzuch miał dużo wyżej, razem z klatką piersiową, a pysk zwrócony przed siebie, z uszami czujnie postawionymi. Spróbowała raz jeszcze, wykorzystując tym razem rady, które jej przekazał ojciec. Po paru próbach wreszcie udało jej się, a dwójka spotkała się z mruknięciem aprobaty ze strony dorosłego. Zastrzygł wąsami, to nie był koniec dzisiejszego nauczania.
— Dbajcie też o to, żeby uszy zawsze mieć zwrócone w kierunku swojego celu. Każdy szmer jest dla was istotny i nie możecie rozpraszać się tym, czy akurat w tej chwili wiatr szeleści koronami drzew, tylko tym, czy przykładowo nornik, którego podchodzicie, nie jest o krok od czmychnięcia do swojej norki nieopodal, czy nadal skubie ziarenko w swoich łapkach — umilkł na chwilę, widząc, że dwójka próbuje jeszcze udoskonalić swoje obecne pozy, jednocześnie słuchając go z ogromną uwagą. — Teraz idźcie naprzód tak leciutko, a jednocześnie szybko, jak tylko jesteście w stanie.
Bryzka niemal nie wpadła na Skowronka, który ją prześcignął już na samym początku. Był wysunięty trochę do przodu już wcześniej, gdy dopiero próbowali ustawić się tak, jak powinni. Niebieska zmarszczyła nieznacznie brwi, a jej bok zafalował z lekkiej frustracji.
— Hej, oszukujesz! Byłeś przede mną, Skowronku! — zawołała do niego, marszcząc nos. Kocurek odwrócił się do niej ze skonfundowaniem wymalowanym na pyszczku.
— Ale… Bryzko, naszym zadaniem nie jest ściganie się, a wykonanie polecenia od taty, czyli pokazanie, jak szybko jesteśmy w stanie się skradać — miauknął do niej spokojnie, próbując jakoś załagodzić między nimi sytuację. Gdy Bryzka się nad tym zastanowiła chwilę… to… miał rację, ale nadal czuła lekkie ukłucie w sercu. Chciała być pierwsza. Może braciszek da jej fory albo nie będzie musiał? Westchnęła cicho.
— No dobrze. — I po tych słowach kontynuowali "szkolenie", szybko łapiąc to, co przekazywał im Nocny Śpiewak. Może nie było to idealne, ale kociaki czuły powód do dumy z siebie. Każda chwila spędzona z tatą była wspaniała! Nawet jeśli niekoniecznie zawsze im wychodziło.

Od Bryzki

Bzyczek wyprostował się dumnie, a następnie wysunął pazurki u jednej z przednich łap i zaczął je oglądać, jednocześnie spoglądając z ukosa na koteczkę, szykującą się do wyskoku w jego stronę. Wyszczerzył się przebiegle. Był od niej większy i miał świadomość o swojej przewadze. Niebieska nagle tyłem poruszyła to na prawo, to na lewo, wreszcie czując, że nadszedł na to czas. Mógł się chwalić tymi swoimi pazurkami, ale ona również je miała! Co prawda mniejsze, ale urosną jej! To, że były wielkości cienkich igiełek świerkowych nie oznaczało, że nie potrafiła nimi nic zrobić. Gdyby zechciała, mogłaby mu wyrwać parę kosmyków futra.
Bryzka wyciągnęła łapy przed siebie, wysuwając się do przodu i tym samym wskakując na czekoladowego kocurka, który przybrał pozycję bojową. Ogon miał nastroszony i uniesiony wysoko, a kły obnażył w złowrogim grymasie, udając groźnego przeciwnika, coś na wzór lisa. Masywne łapy dobrze trzymały się podłoża, razem z napiętymi mięśniami. Dlatego nie było dziwnym więc, że szylkretce nie udało się go powalić. Kocur zamachnął się łapą i chybił. Zeskoczyła z niego, czując, że chwieje się i miejsce to przestało być bezpieczne. Wykorzystała chwilę jego nieuwagi sprawnie, nurkując mu pod brzuchem i gryząc go w tylną łapę. Gdy kocur nagle przestał się bawić, gryzła go jeszcze przez chwilę, wreszcie wycofując się i patrząc na niego pytająco.
— Co się stało, Bzyczku? Nie bawimy się już? — zapytała skonfundowana. Kocurek wzrok utkwiony miał w owadzie, który krążył nad ich głowami.
— Bawimy, ale… złapmy najpierw tę muchę! — powiedział z determinacją. Bryzka wcześniej nie zwróciła na niego uwagi, a czekoladowy już owszem. I przeszkadzał mu na tyle, że musiał w trakcie ich zabawy go pogonić. Brązowy spozierał ku górze, śledząc trzepoczącą skrzydłami kropkę, której bzyczenie fascynowało młódkę. Kocur napiął mięśnie u tylnych łap i wyskoczył wysoko, pazurami niemal muskając insekta. Szylkretka poczuła, jak serce zabiło jej szybciej z ekscytacji. Tak blisko! Już by go miał!
Postanowiła, że również spróbuje go złapać. Dlatego też rozpoczęła gonitwę za muchą, oczywiście posyłając w powietrze masowo kawałki posłań i ich nadmiar, często potykając się o wystające przedmioty, ale nadal z determinacją prąc naprzód. Wreszcie, wpadła z impetem w kocurka, który zachwiał się i przewrócił, upadając na bok z szurnięciem i grymasem na mordce. Po głowie przejechał mu wystający patyk, drapiąc go. Bryzka poczuła ból w okolicach głowy, a łaciaty wydał z siebie zduszony okrzyk. To nie jego chciała złapać...!
— Uważaj! Już ją miałem, no… aj… — zmarszczył brwi, poduszką masując miejsce, które zostało podrażnione, jednocześnie krzywiąc się z lekkiego dyskomfortu. Gdy odsunął od swoich kłosów łapkę i spojrzał na nią, dostrzegł cieniutką stróżkę krwi. Bryzka zerknęła na niego ze zdziwieniem. Do jej nozdrzy dotarł metaliczny zapach szkarłatu, z którym nie spotkała się nigdy wcześniej. Patrzyła na wąski paseczek czerwonej cieczy spływającej po brwi kolegi. Zranił się. Czy powinna coś zrobić? Nie krzyczał, to może go nie bolało.
— Mi też niewiele brakowało… — wymruczała, a mucha, jak na złość, krążyła teraz niebezpiecznie blisko dwójki. Bzyczek w pewnym momencie przygwoździł ją łapą do gruntu, wymachując ogonem na boki. Udało mu się!
— Ha! Mamy ją! — ogłosił z zadowoleniem, gniotąc ją jeszcze przez jakiś czas, jakby nie chciał jej wypuścić. Zdawało się, że zapomniał o nieprzyjemności sprzed chwili, to dobrze. Szylkretka patrzyła wielkimi oczami na łapę, która lada moment mogła się unieść i z powrotem wypuścić owada. Nie chciała, żeby go puszczał. Bo będą musieli go łapać znowu, a tak się napracowali, żeby go pochwycić!

Nowy członek Klanu Wilka!

Nicość
2 księżyce

Od Rozbitego Księżyca do Nowiu (Nicości)

Tw: krew, walka, śmierć

Rozbity Księżyc przekręcił się z boku na bok. Było dosyć późno, ale wyjątkowo coś nie pozwalało mu na sen. Spojrzał na śpiącego nieopodal Tęgosza i mruknął coś pod nosem. Powoli wyczłapał z legowiska wojowników i zmrużył oczy, aby widzieć trochę lepiej w ciemnościach. Podszedł do wyjścia z obozu. Dzisiejszym wartownikiem był znajomy rudzielec. 
— Dobry wieczór Tygrysia Noc. Mogę wybrać się na spacer? Wkrótce wrócę. Chcę tylko rozprostować kości, nie mogę zasnąć — miauknął, kiwając mu głową. 
— Nie możesz przejść się tutaj? — zapytał podejrzliwie. 
— Nie chcę nikogo obudzić. Proszę — zapytał ponownie. 
— No dobra. Idź, ale koniecznie wróć przed świtem — mruknął w końcu. 
Księżyc dopiero poza wyjściem odetchnął z ulgą. Podrapał się za uchem i mimo senności ruszył w stronę Ciernistego Drzewa. Gdy był prawie na miejscu coś, a może raczej ktoś skoczył na jego plecy, boleśnie, wbijając w nie pazury. Wierzgnął się mocno i zasyczał, niemal od razu, ściągając z siebie wroga. Zjeżył futro i wysunął lekko zęby, rzucając ostrzeżenie temu, który próbował go zaatakować. Przed jego oczami pojawiła się ciemna kotka, równie niezadowolona co on sam. Rzuciła się do ataku, ale Rozbity niemal od razu poznał, że kotka robi to prawdopodobnie po raz pierwszy. Kotka była słabsza nawet od Garbatej Łapy, z którym dawniej miał treningi, ale mimo to zaatakowała. Nie sądził, aby, kiedykolwiek ćwiczyła, lecz były to tereny Klanu Wilka, których musiał bronić. Nie miał zielonego pojęcia jak mógł dopuścić do tego, aby ktoś z tak mizernym doświadczeniem dał radę go zaskoczyć. Biały skoczył zaraz na kotkę w kontrataku, wbijając swoje zęby w jej ucho, odrywając jego część. Niebieskooki musiał bronić siebie i klanu, ale nie rozumiał, dlaczego kotka jeszcze nie uciekła przerażona z podkulonym ogonem.
— Kim ty jesteś? I co tu robisz? — zapytał w końcu, nadal niechętnie nastawiony to samotniczki.
— Kwadra. I wiesz co? Nie powinno to obchodzić takiego małego, puchatego koteczka jak ty — odsyknęła, a Księżyc niemal czuł, jak kotka splunęła na niego kwasem.
„Oczywiście uderza tam, gdzie najbardziej boli. Szkoda, że tylko w słowach” pomyślał biały, odwracając na moment wzrok.
Kwadra, korzystając z chwili nieuwagi młodszego zaatakowała ponownie, tym razem za wszelką cenę, próbując dostać się do karku futrzastego. Biały odtrącił kotkę, nim było za późno i zaatakował ją w ten sam sposób, licząc na to, że kotka w końcu odpuści i nigdy więcej nie wróci w te tereny. Jego zęby wbiły się w gardło Kwadry, lecz stało się coś, czego kocur nie do końca się spodziewał. Z miejsca w skórze, do którego trafiły jego kły trysnęła krew. Rozbity odsunął się, patrząc na kotkę w panice. Położyła się na ziemi, jej wzrok był nieobecny. Oczy Księżyca zaszły się łzami.
— P-Przepraszam! — zawył żałośnie, szturchając prawie martwą kotkę.
Kotka zamknęła oczy, a jej ostatnim ruchem było wskazanie łapą w okoliczny krzaczek.
— N-Nie s-skrzywdź go. Z-Z-Zaopiekuj się nim... — wycharczała jeszcze, a jej głowa padła na ziemię.
Biały szturchnął kotkę nosem. Jego oczy były pełne łez, a futro posklejane przez próby ataku Kwadry. Zaszlochał, ale wtem poczuł, jak coś gryzie go w ogon. Obejrzał się, widząc czarne kocię w wieku około dwóch księżyców. To był moment, w którym wojownik zaczął ryczeć nawet gorzej.
— Tii! Cio źrobiłeś mamjie! — zawył żałośnie kociak, podchodząc do truchła swojej matki.
Zaczepił kotkę łapą. Następnie otarł swój policzek o jej. Oczka malucha zaszły się łzami. Księżyc spojrzał na kociaka nieobecnym wzrokiem. Przełknął ślinę i ruszył w stronę krzaka, który wskazała wcześniej kotka. Leżało tam białe kocię. Jego klatka piersiowa nie poruszała się jednak. Drugie, żyjące kocię, jak usłyszał Księżyc schowało się w krzaki kawałek dalej. Złapał martwą Kwadrę za kark i zaczął ciągnąć w stronę rzeki. Chciał przepłynąć z ciałem na drugi brzeg, ale w pewnym momencie upuścił ciało, które zablokowało się między kamieniami.
— Psiakrew! — zaklął, wychodząc z rzeki.
Spojrzał na mokre futro w wodzie.
„Może przynajmniej nie popłynie do Klanu Klifu” pomyślał, przełykając ciężko ślinę. Ciało było mimo wszystko po drugiej stronie, choć nadal w rzece. Przepłynął na zielone tereny za rzeką. Spojrzał na Drogę Grzmotu.
„Dałbym radę przenieść ją tam?” pomyślał, a zaraz po tym zaczął szarpać ciało kotki.
— To na nic… — mruknął i wrócił do kociaka. Wziął białe kocię i zakopał poza terenami Klanu Wilka, a następnie obmył się porządnie.
Biały nabrał powietrza w płuca i podszedł do kryjówki czarnego.
— Idziesz ze mną — miauknął w końcu, bez żadnego ostrzeżenia, łapiąc młodego za kark.
Zielonooki zaczął się uporczywie wierzgać, usiłując wydostać się z silnego uścisku zębów białego.
— Nje chcię! Ziostaw mnje! Wolę źdechnąć niź iść ź tobą! — wył maluch, a gdy Księżyc położył go na ziemi, mały od razu zaczął uciekać. Schował się znowu w krzaku. Biały westchnął ciężko.
— Chodź — miauknął starszy kocur.
Nie wiedząc do końca co robić odczekał chwilę, aż jego futro wyschnie. Sądził, że w tym czasie czarny do niego przyjdzie jednak na marne. Wrócił więc do obozu sam z nadzieją, że jutro kociak nadal tam będzie. Kiwnął na powitanie Tygrysiej Nocy. 
— W-Wróciłem — szepnął Rozbity. 
Rudy wyglądał jakby miał o coś zapytać, ale chyba w ostatniej chwili się powstrzymał, widząc niechętną mimikę białego. Niebieskooki, gdy tylko wszedł do legowiska wojowników, niemal od razu padł. 
Wszedł do legowiska wojowników i niemal od razu padł. 
„Jestem mordercą…” mówił sobie co rusz, zakrywając uszy łapami. Udało mu się zasnąć dopiero o świcie.

Trochę później

Nie spał zbyt długo, obudził go koszmar. Zerwał się na łapy i wyszedł z obozu. Kawałek dalej udało mu się nawet upolować mysz. Skierował się w miejsce nocnej walki z Kwadrą, aby poszukać kociaka. Był dokładnie w tym miejscu, a z jego kryjówki wystawał ogon. Rzucił mysz na ziemię i rozszarpał jej futerko, po czym podsunął zwierzynę młodemu.
— Bierz. Jesteś wychudzony — miauknął, nie mając zielonego pojęcia, czy kociak mógł w ogóle już przyjmować pokarm stały.
Mięso było jednak dosyć miękkie, a kociak miał już zęby (czego dowiedział się, patrząc na swoje pogryziony ogon). Odsunął się kawałek i patrzył na futrzaka. Mały podszedł i powąchał stworzonko. Zaczął je powoli, nieporadnie przeżuwać. Oczka mu łzawiły, ale mimo to jadł z trzęsącymi się uszami.
„Był głodny. Mogłem złapać mu coś już wczoraj…” pomyślał biały, patrząc na czarnego.
— Jestem Rozbity Księżyc. Wojownik Klanu Wilka — szepnął, gdy mały zaczął kończyć zwierzynę.
Zielone ślepia spojrzały w te niebieskie.
— Jeśtem Nów. Moja siostla miała na imjię Pełnia. Mama… ona nje umjiała walcić ani pojować, ale… dbała o naś! Nie jak tata! — miauczał maluch, a Księżyc przełknął ślinę.
Ewidentnie nie wiedział, co zrobić z kociakiem. Nie miał nawet zielonego pojęcia jak powinien się nim zaopiekować.
„Czy on potrzebuje jeszcze mleka?” pomyślał zaraz, strzepując uchem.
— Dobrze Nowiu. Chcesz zostać wielkim wojownikiem? — zapytał w końcu z nadzieją.
To jedyne, co mógł zrobić dla jego matki.
— Wielkim wojownikiem? Będę… walcić? — zapytał cicho.
— Walczyć. Polować. Oczywiście — wyszeptał starszy, a zaraz po tym przyszło mu coś na myśl. — Myślisz, że ktoś będzie cię kiedyś szukał? — zapytał. — Może zmienimy ci imię co? Co powiesz na Nicość? Brzmi… mrocznie — uśmiechnął się łagodnie niebieskooki.
Maluch kiwnął tylko głową, wpatrując się w białego pustymi oczami. Rozbity podniósł się z ziemi i ruszył w stronę obozu.
— Idziemy? — zapytał, oglądając się na kociaka.
— Tiak — miauknął smutno Nicość, włócząc się za starszym.
Księżyc wziął kociaka i w miarę możliwości wrzucił na swój grzbiet, a następnie ruszyli w stronę obozu. Gdy byli na miejscu czarny instynktownie schował się w długim futrze białego. Weszli do legowiska medyka. Księżyc kiwnął głową w stronę Kopra.
— Co tym razem cię do mnie sprowadza Rozbity Księżycu? — zapytało Koper z uśmiechem.
Biały przykucnął lekko, pozwalając młodemu zejść z grzbietu. Czarny futrzak chował się za białym tylko nieśmiało zza niego wyglądając. Wyszedł zaraz dumnie, wypinając pierś. Mimo to wyglądał na smutnego.
— Jeśtem Niciość! — miauknął w końcu, a Księżyc westchnął, opuszczając uszy.
— Mógłbyś go obejrzeć? I… przypilnować. Nie wiem, co może wpaść mi do głowy. Muszę porozmawiać z Zalotną Gwiazdą — miauknął, po czym wyszedł, aby poinformować przywódczynię o nowym przybytku Klanu Wilka.

<Nicość?>