BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy i Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

18 maja 2026

Od Cętkowanej Łapy do Zalotnej Gwiazdy

Cętkowana Łapa u boku Tropiącej Łaski rozmyślał jak niby mógłby odegrać się Seradeli. Przegrał z nią, a to był wstyd dla niego. Przecież pierwsza jego przegrana walka mogła być oznaką jakiejś przyszłej passy większych i częstszych porażek! Jako potomek Cienistej Zjawy, nie mógł pozwolić sobie na taką słabość. Musiał się postarać bardziej i lepiej. Mijali wiele drzew. Ciekawe, na które dziś będzie się wspinać? Bowiem to miał robić tego wschodu słońca, czekoladowa kotka też zdawała się patrzeć na drzewa, by wybrać jakieś dla niego.
— Wespniesz się na tą sosnę przed tobą, musisz wspiąć się na górę i nie spaść. Nad tak prostą rzeczą nie będę się bardziej wysławiać, chyba że jesteś upośledzony umysłowo. To wtedy to już nie mój problem — rudzielec chciał coś powiedzieć, ale wiedział, że mu nie przystało, jako kotu o wysokim pochodzeniu. Spojrzał na drzewo i natychmiast skoczył, po czym przyczepił się do niego, zaczął szybko wchodzić na górę, na początku i tak nie było to trudne, bo na samym dole nie było mniejszych gałęzi, które zawadzały mu drogę. Wspinając się coraz wyżej, już można było zobaczyć gałęzie z liśćmi. Nie spoglądając nawet w dół, udało mu się wdrapać na sam czubek sosny.
— TERAZ ZEJDŹ! — zawołała z dołu, a on nie będąc głuchy, szybko zaczął zeskakiwać na dół, gałąź po gałęzi, a gdy był wystarczająco nisko, to zeskoczył z drzewa na ziemię, lądując na czterech łapach.
— Już jestem — czekoladowa kotka tylko się lekko uśmiechnęła.
— Jednak widać, że jako wnuk Zalotnej Gwiazdy to nie jesteś tępy, a teraz możesz jeszcze mi coś upolować. Głodna jestem od tego treningowania — nie liczył, że będzie polować za kogoś, to leniwe mówić, żeby ktoś inny za ciebie złapał zwierzynę.
— Przepraszam, ale każdy chyba tutaj poluje dla siebie, co nie? — próbował być grzeczny w swojej wypowiedzi. Jego czekoladowa mentorka wykrzywiła pysk w grymasie i zrobiła coś, czego on nie mógł przewidzieć. Skoczyła na niego, przytrzymując go. Kocur wił się jak robak, ale szybko uświadomił sobie, że raczej nie wydostanie się z sideł starszej i doświadczonej wojowniczki.
— Przemądrzanie się nie jest tutaj na miejscu, powinieneś raczej mówić do starszych z szacunkiem. Przynieś mi coś albo powiem twojemu ojcu o twoim nagannym zachowaniu — przecież nie chciałby, żeby Cienista Zjawa myślał, że jest złym synem, lub ktokolwiek inny z jego rodziny. Tak się starał, a przez ten incydent patrzono by na niego krzywo, że nie ma szacunku do innych.
— Już idę po coś! — kotka go puściła z uśmiechem, a on szybko uciekł od niej, by coś złapać.

***

Oby jakaś mysz lub wiewiórka chciała mu się rzucić pod łapy. Nie chciał spędzić całego dnia na szukaniu jakiejś zdziczałej zwierzyny. Szczególnie że, gdy wróci o pustych łapach, to Tropiąca Łaska zagroziła mu, że mu coś zrobi. Nasłuchiwał czy coś nie ćwierka lub szeleści, ale, nie było ani widu, ani słuchu, po czymkolwiek. Rudzielec zaczął coraz bardziej machać ogonem ze złości. Wyzwalając z siebie złość, musiał ten las chyba cały wytrzebić, inaczej zostanie tu do jutra. Wcześniej, wychodząc z Tropiącą Łaską z obozu, słyszał więcej ćwierkania ptaków, niż w tym miejscu. Właściwie to gdzie oni się znajdowali? Nastawił czujnie uszy. Nie usłyszał nadal zwierzyny, ale za to obił mu się o uszy szum wody, a tam, gdzie woda, tam spragniona ofiara. Cętkowana Łapa poszedł za szumem wody. Gdy tylko wyszedł z gęstwiny drzew, zobaczył kosa, który pił wodę. Nie zwracając uwagi na otoczenie wokół niego, skoczył na ptaka, przy tym tarzając się po ziemi. Zobaczył, że dzięki temu ptak szybciej umarł, ale i został lekko zmiażdżony. Wyszedł z wody, żeby się otrzepać. Pójście nad wodę, by polować, nie było złym pomysłem. Otrzepał się z ziemi, by tylko chwilę później, odwracając się w stronę rzeki, osłupieć. Zobaczył przed sobą głośne potwory, które robiły coś z drzewami, był pod wielkim szokiem, jak i strachem, że taki jeden potwór mógł robić taki hałas i obalać drzewa, których nawet setki kotów nie byłyby w stanie ruszyć. Gdy tylko usłyszał jakiś szmer, szybko schował się w krzakach. Popatrzył przez nie, a tam chodziły i gadały w dziwnym języku stworzenia o dwóch łapach, na których jedynie chodzili. Czy to nie byli ci dwunożni, co wycinali im las? Zdając sobie z tego sprawę, przypomniał sobie, że Zalotna Gwiazda go udusi, jeśli się dowie, że złamał zakaz wchodzenia na te tereny. Musiał szybko się wycofać. Zaczął robić ostrożnie kroczki w tył, wysunął się już z krzaczka zgrabnymi kroczkami, trzymając kosa w pysku.
TRZASK
Czy to był on? Szybko spojrzał na łapy, ale to nie on nadepnął na patyk. Obrócił głowę w stronę dźwięku i ujrzał kota. Gdy tylko ten zobaczył, że patrzył na niego swoimi zielonymi wyrazistymi ślepiami, to wyskoczył z lasu w stronę mostu. Cętkowana Łapa miał odwagę go gonić, ale głupotą by było zostać potem zabranym przez dwunożnych jak Borsucza Puszcza. Tylko zdążył dojrzeć, że kocur susem przepłynął rzekę i przeszedł drogę grzmotu, znikając w innym zakątku lasu, który nie należał do nikogo. Rudzielcowi udało się jedynie zapamiętać tył tego kota, miał ogon nie za bardzo pokryty bielą, a pręgi miał dzikie, bo na skrawku pleców miał tylko jedną widoczną długą pręgę zakrywającą kręgosłup. Kolor maści za to jakiś nietypowy, chciał już powiedzieć, że nieznajomy był czekoladowy, ale ta czekolada niby za jasna była, wyglądała jak jakaś imitacja, miał pełno czekoladowych kotów w klanie i wszystkie miały odcień brązu ciemniejszy niż ten, co miał samotnik. Następnym razem, gdy go zobaczy, to go złapie. Obrócił się i powolnie powrócił pomiędzy krzewy znanego mu lasu.

***

Oddalił się od miejsca, gdzie dwunożni niszczyli las, szukał Tropiącej Łaski. Miał nadzieję, że szybko ją znajdzie, a następnie wrócą do domu. Ten kos powinien być dla niej wystarczający. Myślał, że był zupełnie sam, ale nagle usłyszał jakiś szelest. Zjeżył się. Czy ten samotnik poszedł za nim? Miał już wysunięte pazury, ale coś rzuciło się na niego od tyłu, a była to oczywiście jego mentorka.
— Nie obijałeś się, masz mój posiłek, na który czekałam — wzięła od niego ptaka, a rudzielec w środku był roztrzęsiony. — I nie mów nikomu o tym, że rzuciłam się na ciebie, inaczej skończy się to źle dla ciebie. To będzie nasza mała tajemnica — Tropiąca Łaska zeszła z niego, Cętkowana poszedł za nią żwawym krokiem.

***

Czekoladowa zdążyła skonsumować ptaka podczas drogi, a on złapał ryjówkę dodatkowo by nie wejść do obozu z pustymi łapami.
Będąc już w obozie, odetchnął z ulgą, idąc do miejsca na zwierzynę, na spokojnie wśród innych małych zwierzątek wcisnął swoją ryjówkę. Chciał porozmawiać z kimś z rodziny, jednak nie było wszystkich mistrzyń ani Cienistej Zjawy w obozie. Spojrzał na legowisko przywódcy, tylko czy babcia będzie miała dla niego czas? Wsunął nos niepewnie do nory lidera. Nastawił tylko głowę, chcąc widzieć czy jest tam więcej kotów.
— Babciu, mogę wejść? — przywódczyni obróciła się, nagle jej kamienny wyraz twarzy rozpromienił się, wyglądała na taką przyjazną.
— Oczywiście, wejdź, mój wnuku. Chętnie usłyszę o tym, jak się trzymasz — Cętkowana Łapa wszedł całkowicie do legowiska czarnej szylkretki.
— Dzisiaj wspiąłem się na wysoką sosnę, wręcz na sam jej czubek, a potem upolowałem ryjówkę i zaniosłem ją na stos — miał okazję nawet, żeby przynieść dwie zwierzyny, ale Tropiąca Łaska zjadła jego kosa, stos na szczęście nie był pusty, więc jego ryjówka może komuś posłużyć jako podwieczorek.
— Cieszę się, że jesteś pilny, Tropiąca Łaska musi być z ciebie zadowolona — oczywiście, aż się na niego rzucała, przyprawiając go o zawał.
— Tak, też tak myślę. Babciu, bo słyszałem o tych dwunożnych, co wycinają nam las, dlaczego oni nam to robią? — przypomniał sobie obraz walących się drzew i zwierzyny, która uciekała z tego miejsca, gdzie indziej. Pysk Zalotnej Gwiazdy spoważniał.
— Nie wiem, Cętkowana Łapo, ale wiem za to, że trzeba ich się jak najszybciej pozbyć. Zanim narobią więcej szkód — sam szczerze, gdyby miał się spotkać z takim problemem jako przywódca, chciałby zapewne z nimi walczyć. Tylko czy mogliby z nimi wygrać?
— Czyli co, zaatakujemy ich? — nigdy nie walczył z potworami, ale może to będzie jego pierwszy raz? Nie widział innego racjonalnego rozwiązania, jak sprawić by ten problem zniknął. Nie robienie nic przecież nie byłoby jakimś sposobem na ich problemy. Borsucza Puszcza została porwana, a wcześniej Barczatkowy Świt zginęła. Jakiś samotnik dodatkowo panoszył się po ich terenie, co będzie dalej? Ten przybłęda zaprosi swoich kolegów albo sam będzie dalej wykorzystywał słabość ich klanu i jak nic będzie łaził po ich terenach? Następne koty umrą z jego klanu? Oby nie.

<Zalotna Gwiazdo?>

[1371 słów + Wspinaczka na drzewa]

Od Chudego Grzbietu CD. Bielinki

Jeszcze gdy Chudy był uczniem

Bielinka zasyczała. Chuda Łapa zmarszczył brwi.
— Ty śmierdzielu! Ty przebrzydły robalu! Ty... ty chude mysie serce! Tylko poczekaj, aż zostanę uczennicą! Będę o wiele silniejsza od... tfu... Ciebie! Lepiej ze mną nie zadzieraj!
Wielka koteczka najeżyła się i jeszcze raz zasyczała. Potem zademonstrowała Chudej Łapie kilka ciosów w powietrzu i czekała, aż kocur odpowie.
Chudy splunął i popatrzył na nią z politowaniem. Taka mała a jaka pyskata, nawet on taki nie był! NAWET ON!
— Słuchaj no, zasrańcu! Nie rzucaj tak groźbami, kiedy matka wciąż Ci tyłek myje! — odpowiedział jej, a na ten pokaz umiejętności aż prychnął z rozbawieniem pod nosem. Stanął obok niej. — Wyglądasz jak umierająca modliszka! — zaśmiał się skrzeczącym tonem. — Daleko tak nie zajdziesz! Zostaniesz w lesie i zjedzą Cię potwory! Weź się uspokój i zajmij zabawą kasztanami albo czymś.
— Ty padlino! Jak śmiesz tak do mnie mówić, mysia paszo?! Jesteś chudszy od patyka i pewnie nigdy nie nauczysz się walczyć. Będziesz tylko siedział nad jakimiś listkami i podziwiał PRAWDZIWE koty, nie jakichś... phi... podziwiaczy listków.
Bielinka wysunęła pazury i zamachnęła się, jej łapa przemknęła tuż obok pyska Chudej Łapy, o mało go nie raniąc. Chudy widział zamach kocięcej łapki. Nieomal go nie drasnęła, ale bury medyk też jakoś niespecjalnie przejął się dziecięcymi groźbami. Póki była małym smrodem, nie miał powodów do obaw. W końcu przeszedł część treningu wojownika! Jak Bielinka podrośnie i go przerośnie, to wtedy najwyżej będzie jej unikać... albo znajdzie sobie ochroniarza.
Prychnął z rozbawieniem na próbę młodej koteczki. Pokręcił głową na jej słowa.
— Mogę być chudszy od patyka, ale wciąż jestem od Ciebie lepszy! Pogódź się z tym i daj spokój DOROSŁYM, gówniaku! — syknął z wyższością w głosie. — POZA TYM, gdyby nie moje "listki" to byście wszyscy poumierali! Bezmózgie mięśniaki, które wiedzą tylko jak spuszczać innym łomot! Medycyna to prawdziwa sztuka! Tylko wybrani mogą ją poznać, a machać łapami to może każdy! Więc ja jestem wyjątkowy. A Ty nie!
Wystawił jej język.
— Phi. Medycyna to żadna sztuka! Wisisz całymi dniami nad jakimiś listkami i kwiatkami, i nie umiesz sobie ich zapamiętać, podczas gdy wojownicy, prawdziwi członkowie klanu, walczą i polują! Gdyby nie wojownicy, klan dopiero by umarł! Ranki można wylizać, nie trzeba do tego kwiatków i łodyżek. Poza tym wyobraź sobie, co by się stało z klanem, gdyby byli w nim sami... medycy! Klan by nie przeżył, Ty zapchleńcu! Ty padlino!
Bielinka zasyczała z furią i jeszcze bardziej wysunęła pazury. Chudego zatkało na chwilę przez głupotę młodej kotki. Ona miała wyprany mózg! A jak nie przestanie, to będzie mieć też spraną dupę!
— Posłuchaj no mnie, Ty masz tam orzecha zamiast mózgu w tej łepetynie! — burknął, czując, że wysycha mu powoli gardło od tego darcia się. — Ja pamiętam wszystkie zioła! A wiesz, ile ich jest?! Mnóstwo! Wszędzie są, każda roślina prawie to zioło! Ale Ty nigdy się o tym nie dowiesz, bo masz papkę zamiast mózgu i wolisz wybijać innym zęby! Nic wartego podziwu, wyżej srasz, niż dupę masz, ot co! Weź się, trochę uspokój, bo cały obóz obudzisz!
— Raczej Ty, mysia paszo! Ucisz się, bo ten twój okropny głos obudzi wojowników, którzy cię rozszarpią. Ale ty pewnie w tym czasie będziesz próbował bronić się łodyżkami i korzonkami!
Chudy zastanowił się, czy to były jedyne obelgi, jakie znała mała kotka. Bielinka natomiast parsknęła śmiechem i odbiegła cała nastroszona. Chuda Łapa skrzywił krótki pysk i zjeżył swoje trzy włoski na grzbiecie.
Kiedy kotka pobiegła z powrotem do żłobka, powiódł za nią wzrokiem. To, co powiedziała...
— Hm... ciekawe czy da się obronić łodyżkami i korzonkami — mruknął w zamyśleniu, już do siebie.

Teraźniejszość

Przyszła Pora Nowych Liści, a wraz z nią masa świeżutkich ziół! Nic nie działało na nastrój Chudego lepiej, aniżeli porządna dawka zbierania korzonków czy liści. Odkąd został medykiem, pracy miał co niemiara, ale na szczęście był też Koper i Cis, więc dzielili się robotą. Dzięki temu Chudy Grzbiet mógł wygospodarować nieco czasu na… eksperymenty.
Od czasu kłótni z Bielinką i jej uwagi na temat bronienia się za pomocą ziół, umysł Chudego intensywnie obmyślał jakieś narzędzia, które można byłoby z nich stworzyć. Może coś w rodzaju liny z długich łodyg, na tyle mocnych, by coś owinąć? Mógłby skleić je żywicą, by były odpowiednio mocne. Podczas prób jednak nie wychodziło mu to tak dobrze, jak zakładał. Łodygi owszem, może i zostawały fajnie posklejane, jednak dużo ciężej było nimi operować no i strasznie się rwały… co gdyby mógł znaleźć coś, by je zastąpić?
Zaczął też myśleć nad jakimiś pociskami. Najpierw próbował nasączyć kulki mchu w żółci, ale mieli jej za mało, poza tym była całkiem trudna do zdobycia, by mógł sobie z nią tak eksperymentować. Chudy Grzbiet spróbował więc szukać śmierdzących roślin, ale nie bardzo miał też tyle czasu, by przewertować ogromne lasy Klanu Wilka. No i poza tym… może istniało coś innego poza roślinami? Odpadki z jakichś piszczek?
Chudy Grzbiet miał głowę pełną pomysłów, ale brak czasu, by je zrealizować…
Wtem właśnie, idąc zamyślony przez obóz, dostrzegł nikogo innego jak Bielinkę. Kotka nie została jeszcze uczniem, ale niedługo nim zostanie… hmmm mógłby to wykorzystać. Tylko jak nakłonić tego głupiego dzieciaka do szukania dla niego roślin?
— E, śmierdzielu! — zaczął, podchodząc do niej. — Nauczyłaś się wreszcie walczyć czy wciąż będziesz się ośmieszać tymi swoimi marnymi ciosami? Kiedy zostaniesz uczniem?

<Bielinko?>

17 maja 2026

Od Ognikowej Słoty CD. Jesionowej Łapy

— Będziesz mogła się dziś wykazać. Może przy okazji dowiemy się, jak pchły wpływają na funkcjonowanie — powiedziała Ognikowa Słota, mierząc Jesionową Łapę dość nieprzychylnym spojrzeniem. Po chwili posłała jej złośliwy uśmieszek. — Chodź, zapolujemy dziś na zające. I się nie ociągaj, bo nie mamy dla ciebie całego dnia — dopowiedziała jeszcze, dość chłodno, zanim nie odwróciła się na pięcie i skierowała w stronę Kocimiętkowego Wiru, a także Księżycowej Łapy, już czekających na nie. Tuż obok stała również Aksamitkowy Nos. Jeżeli liliowa uczennica coś jej odpowiedziała, mistrzyni była zbyt skupiona na rudej przyjaciółce, żeby cokolwiek z tego wyłapać. Kocimiętkowy Wir spoglądała już w ich stronę.
— Kocimiętkowy Wirze, możemy wyruszać! — miauknęła z większym entuzjazmem, chociaż nadal dość stonowanym. Machnęła ogonem w kierunku Jesionowej Łapy. — Pokażemy jej, jak na nie polować. Przyda jej się, jeśli chce zostać jedną z nas. Pełnoprawną wojowniczką Klanu Wilka — przedstawiła jeszcze dumnie, a sama Kocimiętka w odpowiedzi posłała zielonookiej pokrzepiający uśmiech.
— Chodźmy zatem — do ich uszu dotarła jeszcze odpowiedź rudaski. Pomarańczowooka zamruczała z aprobatą. Prawdopodobnie, gdyby tylko jej pozwolili, to by się rozgadała na cały dzień...
Grunt chrzęścił jej pod łapami, gdy szła u boku jaskrawej wojowniczki, co jakiś czas spoglądając na jej pyszczek. Jesionowa Łapa szła obok Aksamitkowego Nosa, która opowiadała jej jakąś historię. Kocimiętka wyglądała dziś naprawdę pięknie, zresztą ona chyba nigdy nie prezentowała się nagannie, nawet jeśli kosmyki futra odstawały jej kępkami, czy mimowolnie wystawiała i pokazywała każdemu język. Jej melodyjny głos rozbrzmiewał szylkretce w głowie, gdy prowadziła zawziętą konwersację ze swoim podopiecznym.
— Musisz uważać, zające są naprawdę silne i potrzeba kilku doskonale wyszkolonych wojowników, żeby je upolować! Dlatego idziemy taką grupką. Gdybyśmy poszli sami, istnieje ryzyko, że zając by nam zrobił więcej krzywdy, niż my jemu. Mógłby nas nawet na stałe oślepić — tłumaczyła śnieżnobiałemu młodzikowi, który chłonął każde jej słowo z ogromną uwagą, ale i lekkim przerażeniem, pewnie nigdy wcześniej o nich nie słyszał…
— Och, ojej! W takim razie musimy bardzo, bardzo uważać! — Księżycowa Łapa zrobił większe oczka, kiwając łebkiem. Ruda mistrzyni co jakiś czas odpływała myślami, prawie że zapominając, o czym przed chwilą rozmawiała. Ognikowa Słota nie skupiła się na tym jakoś szczególnie.
Dotarli do miejsca, w którym rzekomo było najwięcej zająców. Jeśli uda im się złapać przynajmniej jednego, to już będzie sukces – w końcu były one znane nie dość, że ze swojego nietypowego, wręcz niepokojącego wyglądu, to w dodatku wielkością mogły dorównać nawet kotu, więc nie było dziwne to, że zaatakowanie jednego mogło równać się nawet stałemu okaleczeniu wojownika, nawet takiego najbardziej, najlepiej wyszkolonego. Szylkretka gotowa była podjąć się ryzyka, a wszystko po to, żeby móc go skosztować. Króliki bardzo jej smakowały, więc ciekawa była, czy mięso ich większych przedstawicieli było smaczniejsze. Oczywiście, musiało być, w końcu, gdyby takie nie było, to by nikt na nie nie polował. Gdyby nikt ich nie łapał, to by wyjadły im całe łąki, nie zostawiając za sobą nawet najmniejszego skrawka zieleni! Mistrzyni otworzyła pysk, pozwalając zapachom owiać jej nozdrza. Postawiła uszy czujnie, nasłuchując i doszukując się dookoła nawet najcichszego chrupania pomiędzy źdźbłami trawy. Wreszcie jej nos natrafił na trop, a oczom ukazał się szarawy puch, który ostał się na ostrej gałęzi krzewu jeżyn. Musiał tędy przechodzić zając! Końcówką ogona wskazała poszlakę, a po paru uderzeniach serca dalszej wędrówki, udało jej się znaleźć ślady łap, charakterystyczny wzorek wyżłobiony w błocie. To, że Aksamitkowy Nos znalazła je przed nią, to był... szczegół! Bingo! Na horyzoncie zamajaczyła sylwetka, dokładnie ta, której szukali. Los się do nich dzisiaj uśmiechnął.
— Przygotujcie się. Zaraz na niego naskoczymy! — szepnęła z podekscytowaniem Słota, trzymając ogon nisko, wraz z brzuchem, którym wręcz szorowała po gruncie. Miała szczerą nadzieję, że nikt nie popsuje tego jakże wspaniałego dnia. Oby Jesionowej Łapie udało się wykazać, może zyska w oczach Wilczaczki. Może przestanie nosić miano tej zapchlonej. Towarzystwo miało świadomość ryzyka, więc Słota nie musiała się nadto produkować, więc to nawet lepiej. Podeszła żwawym krokiem do zająca, który skubał sobie trawę w najlepsze. Zwierzątko nagle stanęło na dwóch łapach, stawiając uszy czujnie. Nawigował nimi na wszystkie strony, a nos latał mu tak zabawnie, że brązowooka miała ochotę się szczerze uśmiechnąć. Ciekawe jak długo zajmie mu dostrzeżenie ich grupki?
O dziwo zajęło mu krócej, niż mogłaby zgadywać. Najprawdopodobniej było to spowodowane tym, że w ich szeregach stąpał Księżycowa Łapa. Jego śnieżnobiałe futerko źle wtapiało się w tło, szczególnie jeśli była Pora inna niż Nagich Drzew. Pręguska pokręciła głową ze zrezygnowaniem, gdy zając wydał z siebie głośny, ostrzegawczy dźwięk do własnych, uciekających właśnie towarzyszy i gdy już szykował się do ucieczki, w paru susach do niego dotarła, wczepiając się w jego bok niczym pijawka. Zając fuknął rozwścieczony, tupiąc i próbując dosięgnąć to pazurami, to ostrymi kłami boku Ognikowej Słoty. Kocica odskoczyła od niego, gdy prawie dosięgnął jej łapy. Gdyby się jej w nią wgryzł, to mógłby wyrządzić jej bardzo nieprzyjemne szkody! Księżycowa Łapa zamachnął się, jednak niestety nie trafił. Nie było czasu na tłumaczenie mu, dlaczego to był niezbyt rozsądny ruch. Może ruda mistrzyni zrobi to, gdy już wrócą albo gdy uda im się go powalić.
Zając trzepnął kończyną, niemal trafiając w drobnego Księżycową Łapę. Młodziak pisnął, zamykając ze strachem oczy. Kocimiętkowy Wir odsunęła go w porę, sama zadając zwierzęciu cios prosto w ślepie. Kłapouchy zaskwierczał donośnie, kopiąc, wydawałoby się, na oślep. Ognikowa Słota skoczyła w jego kierunku raz jeszcze i zadała parę zwinnych ciosów, robiąc ze dwie rany otwarte na jego barkach. Aksamitkowy Nos ustawiła się obok niej, wydając od siebie także parę szram. Posoka prysnęła czarnej szylkretce prosto w pysk, na szczęście unikając oczu. Słota wycofała się, gdy tuptająca łapa przeciwnika wyrwała kawałek czarnego futra z jej kity. Syknęła pod nosem, chcąc wymierzyć mu kolejny cios, jednak się wstrzymała, widząc, że Jesionowa Łapa uczepiła się jego grzbietu, tylnymi łapami drapiąc go po brzuchu. Srebrna szylkretka podnosiła się z ziemi. Biały puch sypał się z niego niczym pióra ze świeżo upolowanego grzywacza. Istota próbowała zrzucić ją z siebie, stając na dwóch długich kończynach i prostując kręgosłup. Kocimiętkowy Wir wykorzystała chwilę jego nieuwagi, tnąc go przednimi łapami w odsłonięty brzuch. Księżycowa Łapa podążył śladem swojej mentorki, kopiąc go zwinnie. Liliowa chyżym ruchem zanurkowała mu pod brzuchem, po czym uczepiła się gardła, z którego zaczęła cienkimi strużkami spływać krew. Zając padł na ziemię, otwierając oczy szeroko. Z płuc uszło mu całe powietrze, gdy Ognikowa Słota przygniotła go od boku, a Kocimiętkowy Wir wgryzła się w okolice pleców, szukając kręgosłupa. Jesionowa Łapa zaczęła szarpać, a na trawie pojawiało się z każdym uderzeniem serca coraz to więcej szkarłatu.
Pokonany, okrążony przez czwórkę kotów, wreszcie, zdawało się, poddał się, a w ostatnich konwulsjach zaczął trzepać łapami tak, jakby biegł po raz ostatni. Liliowa pręguska puściła go, gdy wreszcie zesztywniał. Ognikowa Słota podeszła do niego i chwyciwszy go za szyję, poczuła ogromny przypływ dumy. Za drugi kraniec chwyciła mistrzyni tuż obok, pomagając swojej koleżance w niesieniu zdobyczy.
— Udało nam się, naprawdę się udało! — zawołał podekscytowany Księżycowa Łapa. Poruszał śnieżnym ogonkiem na boki, ciesząc się z wygranej.
Brązowooka odwróciła łeb w kierunku Jesionowej Łapy. Pewnie, gdyby nie to, że tak szybko postanowiła go chwycić w celu zaniesienia go na stertę zwierzyny, to by sypnęła jej paroma miłymi słówkami, ponieważ to właśnie zielonooka zadała ostateczny cios, chociaż była to w pełni praca zespołowa.

<Jesionowa Łapo, może za niedługo pozbędziesz się pcheł!>

Od Mistral Do Wrony

Kiedy tylko pierwsza fala szoku nowymi członkami Owocowego Lasu minęła, biała miała wrażenie, jakby każdy w jakiś sposób odetchnął, nawet jeśli zwiadowcy i wojownicy mieli więcej do roboty przez kolejne pyski do wykarmienia. Uczennica zastanawiała się nawet, czy by samej nie spróbować zapolować lub nieco ograniczyć ilość piszczek, które brała ze stosu — szybko jednak zrezygnowała z obu pomysłów, uznając, że w przypadku pierwszego nie będzie z siebie jakiegoś pośmiewiska robić, a przy drugim to po prostu byłoby głupotą głodzić się z powodu paru nowych kotów. Szczególnie że była pora nowych liście, więc zwierzyny aż tak nie brakowało, jak w czasie nagich drzew, kiedy to przymrozki dają o sobie znać na niemal każdym kroku.
Wraz z Purpurą właśnie wracała ze zbierania ziół, by uzupełnić braki po zimniejszej porze roku. Przy okazji wojownik niósł w pysku upolowaną wiewiórkę, która w czasie ich wyprawy popełniła największy błąd życia, zbliżając się do dwójki Owocniaków. Oboje przez większość czasu byli niczym myszy w poszyciu, kiedy uczennica zbierała rośliny do składziku, dlatego też rude stworzenie za późno zdało sobie sprawę z zagrożenia, schodząc z drzewa. Purpura nie wahał się, kiedy tylko gryzoń znalazł się w zasięgu jego skoku. Mistral nawet powieka nie drgnęła na ruch starszego — była zbyt zajęta zbieraniem ziół, by przejmować się zwierzyną, plus ufała wojownikowi, że w razie zagrożenia ją obroni.
Ledwo przekroczyła obóz, a już jakiś kociak przebiegł jej przed łapami. Machnęła ogonem, przez przypadek trącając Purpurę, hamując się przed wydaniem z siebie zdenerwowanego fuknięcia. Może i przeszła sporą zmianę charakteru dzięki Purchawce, jednak mimo to nie lubiła, kiedy jakiś kociak plątał się jej pod łapami. Wojownik spojrzał na nią pytającym spojrzeniem, na co kotka przepraszająco się do niego uśmiechnęła, by następnie rozejść się w swoje strony — liliowy do stosu, a biała do dziupli. Przywitała się skinięciem głowy z Wiciokrzewem i Gołąbkiem, którzy byli zajęci treningiem młodszego. Fakt, iż zielonooki miał aż dwójkę uczniów na raz, motywował Mistral, by jak najszybciej ukończyć swoje szkolenie i objąć profesję, które długi czas było puste, jakby czekało na nią.
— Mistral, możesz się z-zająć Kroplą? — Do jej uszu dobiegł głos ojca.
— Zaraz! — odpowiedziała, przyspieszając swoje ruchu w składziku. Po dłuższej chwili wyłoniła się i przywitała z kotką, która ledwo powstrzymywała się przed drapaniem. Niebieskookiej to wystarczyło, by na szybko zniknąć po aksamitkę i wrócić z nią do chorej. Płatki wraz z liśćmi przeżuła na papkę i zaczęła ją nakładać w miejscach, gdzie stróż czuł swędzenie.
Kiedy tylko Kropla opuścił legowiska uzdrowicieli, uczennica sama chciała to uczynić, chcąc wziąć coś na ząb.
— Chcecie coś ze stosu? — spytała dwójkę kocurów.
— Ja chce nornicę! — odparł radośnie bury. Niebieskooka skinęła głową, jako znak, że przyjęła jego prośbę do wiadomości.
— Sam później coś w-wezmę… — poinformował liliowy, co spotkało się z mało przychylnym spojrzeniem córki.
— Trzymam za słowo, inaczej powiem Purchawce — rzuciła, by następnie skierować się do wyjścia. Miała szczęście, że stos ze zwierzyną był tuż obok ich legowiska, więc daleko nie musiała chodzić, choć i tak to wystarczyło, aby jakiś kociak wpadł na nią. — Uważaj! — fuknęła na jedno z dzieci Figi. Dopiero po chwili zdała sobie z tego sprawę, a wolałaby nie ściągać na siebie gniewu zastępczyni. — Znaczy, uważaj następnym razem malcu, co? Następnym razem możesz nie mieć tyle szczęścia — poprawiła się, posyłając kociakowi uśmiech.

<Wrono?>
[534 słowa]

Wyleczeni: Kropla

Od Mistral CD. Wiciokrzewu

Przeszłość

Po niedawnych wydarzenia w Owocowym Lesie niebieskooka zaczynała się coraz bardziej martwić stanem liliowego uzdrowiciela. Często z nieco zmrużonymi oczami obserwowała kocura, doszukując się każdych oznak, świadczących o jego pogorszonym stanie. Nie wiedziała zbytnio co z tym zrobić, biorąc pod uwagę, iż coś na wzór empatii wobec innych pojawiło się u niej coś niedawno i głównie za sprawą Purchawki. Dymna po tylu księżycach stała się niemal matką dla uczennicy — biała z czasem zaczęła być zapatrzona w nią jako wzór do naśladowania. Mistral podziwiała to, jak większość Owocniaków aż lgnie do jej ciepła. Młódka nawet przestała z jakąkolwiek niechęcią uczęszczać na spotkania organizowane przez szamankę. Ba! Sama nawet zaczęła się na nich udzielać, dzieląc się swoim strachem przed lisami. Kiedy tylko podzieliła się z innymi starym, bolesnym wspomnieniem, poczuła, jakby ktoś zdjął z jej barków niewyobrażalny ciężar.
Prowadząc swoje obserwacje, podążała często za kocurem niemal krok w kroku. Podobnie było w przypadku, kiedy to Wiciokrzew wraz z Purchawką wyszli z dziupli do legowiska starszyzny. Młódka pozostała na zewnątrz, czekając, aż zielonooki zakończy podawanie ziół choremu Lisowi. Biała już dawno zakończyła swe kąśliwe przytyki wobec starszego, lecz nadal widziała jego obawy, kiedy to mieli ze sobą styczność. Czuła palące poczucie winy na samą myśl swojego wcześniejszego zachowania wobec mentora, jednak za każdym razem, kiedy próbowała go przeprosić, rezygnowała z tego pomysłu lub zmieniała temat.
Zamyślona, nie zauważyła, kiedy to Wiciokrzew opuszczał odwiedzane legowisko, by następnie wpaść na córkę. Tej na szczęście udało się zachować równowagę, dzięki czemu uniknęła upadku. Kiedy miała pewność, że stoi stabilnie, skierowała swoje spojrzenie na pysk uzdrowiciela, nawiązując z nim krótki kontakt wzrokowy, który został przerwany ze strony liliowego.
— Czy… coś Cię gryzie? — spytała nieco niepewnie, nie będąc pewna, czy powinna poruszać ten temat, jednak coś jej mówiło, że musi. — I nie mów, że nic, bo widać, że coś jest nie tak. Proszę… Jesteś moim mentorem i jednocześnie kotem, który mnie i brata ocalił przed śmiercią w lesie, dlatego… Chce wiedzieć, co się dzieje.

«★»

Obecnie

Niebieskooka miała wrażenie, że odkąd do Owocowego Lasu dołączyło parę nowych kotów, to ma łapy pełne roboty. A jakby tego było mało, to Purchawka musiała się przenieść do kociarni, gdyż lada dzień miała się spodziewać kociąt, mających być symbolem sojuszu z Klanem Burzy. Mistral nie była do końca przekonana, ogólnie sam zamysł sojuszniczego miotu jej nie przypadł do gustu, lecz nic nie mogła z tym zrobić, w końcu nadal była uczennicą, choć coś czuła, że niedługo ulegnie to zmianie.
Wracając do obecnej sytuacji w obozie, nie tylko ona miała łapy pełne roboty, gdyż nowo przybyli zostali więźniami, których ktoś musiał w końcu pilnować, nie? Dodatkowo pewna wśród nich szylkretka podobno miała łapy zbrukane niewinną krwią. Sama Purchawka zaoferowała się z pomocą resocjalizacji morderczyni — przyszła zielarka Owocniaków nie była do końca przekonana ani tym bardziej zadowolona z pomysłu, lecz ufała szamance, choć czasem obawiała się o jej życie, kiedy to przychodzili po Rysi Trop. Jednakże odkąd dymna przeniosła się do żłobka, spotkania dla chętnych nieco stanęły pod znakiem zapytania.
Mistral raz na jakiś czas przychodziła odwiedzić więźniów, a bardziej to spytać się pilnujących ich kotów, czy ktoś z przetrzymywanych pod nadzorem potrzebuje pomocy. Za którymś razem usłyszała, że szylkret, Poziomkowa Polana, ma sztywną kończynę. Poprosiła strażników o możliwość porozmawiania z kocurem — chwilę później znalazła się w dole pod opieką jednego z wartowników, by przeprowadzić krótką rozmowę z chorym. Kocur był dość nieśmiały i niemal, co słowo się jąkał. Dawniej niebieskooka, by już po paru słowach Poziomka stała w tej dziurze zirytowana i zniecierpliwiona, jednak teraz? Istna oaza spokoju z drobnym uśmiechem na pysku, mającym zapewnić rozmówcę, że wszystko w porządku i uczennica go wysłucha.
Kiedy tylko kocur zakończył swój monolog o urazie, młódka skinęła głową i po poinformowaniu, że zaraz wróci, skierowała się w stronę, z której przyszła, by po wyjściu z dziury od razu udać się do legowiska uzdrowicieli. Nie zwracając uwagi, czy Wiciokrzew i jego kolejny uczeń znajdują się w dziupli, skierowała swoje kroki do składziku, z którego wzięła korzeń żywokostu i ziarna maku. Jego pikantny zapach niemal od razu uderzył w nozdrza białej, lecz ta jakby znieczulona na to, wybyła chwilę później z dziupli. Dość szybko powróciła do więźniów — strażnicy bez pytania pozwolili jej zejść do osadzonych. Kocur nadal znajdował się w miejscu, gdzie wcześniej go zostawiła.
Przykucnęła przy chorym, podając mu najpierw mak. Nim przeżuje żywokost na papkę i nałoży na bark, musiała wcześniej nastawić kończynę, co do przyjemniejszych należeć nie będzie. Gdy była w miarę pewna, że zjedzone przez Poziomka ziarna uśmierzą ból, poprosiła wartownika o pomoc, by następnie dość wyćwiczonym ruchem nastawić bark. Oczywiście, tak czy siak, szylkret zawył z bólu, jednak ten był mniejszy niż gdyby nie zjadł wcześniej ziaren maku.
Ignorując nieco przeszywające spojrzenia pozostały więźniów, wzięła przyniesiony korzeń żywokostu, by zacząć go przeżuwać na papkę. Może sprawiała wrażenie persony bez uczuć, skoro kompletnie zignorowała wcześniejszy krzyk ze strony Poziomka.
— Gotowe, przez parę dni będę przychodzić i sprawdzać Twój stan — oznajmiła, zerkając później na kota, który schodzić z nią do tej przeklętej dziury.

«★»

Zmęczona, nawet nie wiedząc zbytnio po czym, padła na posłanie w legowisku uzdrowicieli akurat w momencie, kiedy Wiciokrzew zjawił się w dziupli. Lekko machnęła ogonem z lawendą od Purchawki, od razu zaczynając śledzić kocura wzrokiem — dałabym sobie łapę uciąć, że widziała, jak kocur wzdrygnął się pod ciężarem jej spojrzenia.

<Wiciokrzewie?>
[879 słów]

Wyleczeni: Poziomkowa Polana

Nowa Pieszczoszka!

 



Od Tęgosza (Cętkowanej Łapy) CD. Ognikowej Słoty

Od jego mianowania jego wewnętrzne humorki co do Seradeli ustąpiły. Dowiedział się z rana, że jego babcia zaproponowała Tropiącej Łasce, żeby on z Seradelową Łapą poćwiczyli walkę. Był z tego faktu bardzo zadowolony, gdyż będzie mógł pokazać babci, jak bardzo się stara. Czwórka kotów szła przez iglasty las, aż wróciły mu wspomnienia z nocy, gdzie został sam w lesie. Na szczęście już nie musiał więcej spać w środku lasu, tylko w zwykłym posłaniu uczniowskim.
— Chcę sprawdzić, jak dobrze walczycie. Wyglądacie na obiecujących przyszłych wojowników. Choć nie tylko macie na takich wyglądać, ale macie tacy być — uśmiechnęła się do nich, po czym kontynuowała swój wywód: — Klan Wilka potrzebuje przyszłych członków, którzy będą dźwigać jego chwałę. — Przywódczyni stanęła, na co także reszta kotów też się zatrzymała. Tropiąca Łaska bardzo przysłuchiwała się przywódczyni, jak zahipnotyzowana, aż sam Tęgosz to zauważył. Widać, że była jakimś lizusem. Nie lubił takich, co się tylko lepią. Takie koty zawsze myślały, że coś dostaną przez litość, ale on nie będzie takim kotem, co pozwoli się całować robakom po łapach.
— Cętkowana Łapo i Seradelowa Łapo, możecie zacząć swój pojedynek. Tylko bez pazurów, a reszta za to zależy od was. — Przywódczyni dała znak ogonem, by zaczęli. Dwa dorosłe koty oddaliły się od nich o długość lisa. Rudy czuł w tym momencie spojrzenie mentorki, jak i swojej babci. Gorzej od Seradeli nie mógł wypaść, dlatego bez wahania skoczył na nią, próbując ją przygwoździć do ziemi. Uczennica przewidziała jego ruch i użyła tylnej nogi, kopiąc go w brzuch. Poczuł ból, chciał syczeć, ale okazywanie słabości nie było na miejscu, także szybko uderzył srebrną w bark, by zapomnieć o chwilowym bólu. Kotka lekko syknęła, ale szybko spróbowała się na niego rzucić. Już podniosła łapę, by go uderzyć. Jak dobrze, że kocur szybko zareagował, bo inaczej dostałby z liścia, a unikając jej łapy, widział jak była o mysią długość od jego pyska.
Oboje byli zawzięci, jak i uparci w tej walce. Żaden nie chciał dać wygrać drugiemu, każdy z nich chciał się pokazać Zalotnej Gwieździe z dobrej strony. Cętkowana Łapa jako wnuk Zalotnej Gwiazdy miał obowiązek wygrać nad córką Wrotyczowej Szramy. Jego rywalka rozpoczęła ponowną potyczkę, atakując jego bark, a następnie go popchnęła. Mimo takich ataków Cętek nie męczył się zbytnio. Postanowił znowu oddać, celując w łapę, ale spudłował. Tak przez dłuższy czas celowali sobie częściej w barki i łapy, jednak zdarzyła się raz szyja, a dwukrotnie uderzenia w głowę. Rudzielca irytowało, że tak długo się bili, więc w końcu rzucił się na kark kotki. Chciał, żeby straciła równowagę i upadła na ziemię. Starał się trzymać, nie używając pazurów. Mistrzem równowagi jednak nie był, a Seradelowa Łapa szybko go strzepnęła z siebie. Gdy kocur leżał, szybko zacisnęła jedną z jej łap, na jego szyi, a drugą zablokowała jego jedną z łap. Rudy czuł się zablokowany, ale jedną łapę jeszcze miał wolną. Seradela blokowała jego szyję i gdyby miała akurat wysunięte pazury, to by dawno nie żył. Mimo takiego ryzyka, które mogłoby się stać w teorii, to chciał zobaczyć czy udałoby się mu wybronić z takiej sytuacji. Interwencja Zalotnej Gwiazdy zepsuła jego pomysł.
— Wasze umiejętności walki są nawet dobre. Pokazaliście zawziętego ducha walki, którego każdy Wilczak powinien posiadać, zawłaszcza, że nie okazywaliście słabości. Jeśli uznamy w przyszłości, że jesteście gotowi kiedykolwiek na zostanie wojownikami, to mamy nadzieję, że opanujecie walkę do perfekcji, a nawet kiedyś staniecie między sobą w pojedynku. To tyle na ten wschód słońca, jeśli chodzi o jakiekolwiek walki.
Seradelowa Łapa zeszła z niego, posyłając mu złośliwy uśmiech. Kocur otrzepał się z ziemi, miał ochotę ją udusić. To on miał wygrać, nie ona! Był to według niego najgorszy pokaz siły, jaki mógł zrobić, Zalotna Gwiazda coś szepnęła do Tropiącej Łaski i poszła razem ze swoją uczennicą w głąb lasu. Cętkowana Łapa spojrzał teraz na Tropiącą Łaskę, skoro zostali sami.
— Czy będziemy jeszcze polować lub robić coś innego? — spytał się swojej mentorki. Ta tylko spojrzała na niego, jakby już nie chciała nic robić.
— Dzisiaj pójdziemy jeszcze do tunelu, żebyś się nauczył w nich nie zgubić. — Cętkowana Łapa już nic nie mówił, bo kotka już szła. Poszedł za nią, nie chcąc robić problemów.

***

Tunele były dość ciemnym miejscem, ale nie poszło mu źle. Nawet się w nich odnalazł. Lepiej tam mu poszło niż w walce z Seradelą. Jego mentorka i on weszli do obozu, a Cętkowana Łapa mógł na chwilę odetchnąć. Tropiącą Łaska odeszła, a on zaczął szukać innych znajomych pysków, z którymi mógłby pogadać. Nie było ich zbyt wiele, miał i tak ograniczenia w kontaktach. Cienista Zjawa po jego mianowaniu na ucznia powiedział mu, żeby nie rozmawiał z Wrotyczową Szramą i innymi kotami jej pokroju. Cętkowana Łapa miał szacunek do ojca i reszty rodziny, także skoro bury kocur mówił, żeby się z kimś nie zadawał, to od razu tracił zainteresowanie danym kotem.
Zobaczył akurat Ognikową Słotę, która wróciła do obozu. Bezzwłocznie podszedł do swojej cioci.
— Cześć, ciociu! Widzę, że też byłaś poza obozem. — Jeszcze za mistrzynią weszli do obozu Wilgowa Gorycz i Kwaśna Kocanka.
— Owszem, byłam z Wilgową Goryczą i Kwaśną Kocanką na patrolu granicznym. Jako dowodząca musiałam mieć pewność, że granice są czyste i przy okazji miałam pewnego kota na oku. — Mistrzyni spojrzała krótko na Wilgową Gorycz. Rudzielec domyślił się, że mogło chodzić o niego.
— A chcesz mi opowiedzieć więcej, gdy usiądziemy razem? Też mam ci wiele do powiedzenia. — Cętkowana Łapa, mimo że przegrał z córką Wrotyczowej Szramy, to chciał się pochwalić swoim dzisiejszym dniem.
— Jasne, zawsze znajdę chwilę czasu dla mojego bratanka! Weźmiemy coś ze stosu, a następnie usiądziemy i zrelaksujemy się na chwilę.
Cętek poszedł ze Słotą wybrać jakąś zwierzynę. Jego ciocia wzięła wiewiórkę a on wronę. Następnie poszli ze swoim jedzeniem i usiedli z boku obozu przy krzewach.
— Dobrze, to skoro siedzimy, to co miałaś na myśli, że masz Wilgową Gorycz na oku? Coś przeskrobał? — Swoimi wielkimi oczami przyglądał się Ognikowej Słocie, która akurat brała kęs rudej zwierzyny, i czekał na odpowiedź.
— Nie, że przeskrobał, bo na razie niczego złego nie robi z tego, co widzę. Lecz jego rodzina jest okryta hańbą. Jego ojciec, Miodowa Kora wraz z jego bratem i innymi kotami uciekli z Klanu Wilka. Tamtej nocy ubyło nam wiele kotów, może najwyżej Mroczna Puszcza tego chciała i pozwoliła uciec członkom klanu, którzy nie byli mu wierni.
Czyli pewna część członków klanu postanowiła uciec? Brzmiało to zbyt absurdalnie. Dobrze, że uciekli, pokazywanie takich wojowników czy uczniów na zgromadzeniu to byłby wstyd.
— To okropne! Obiecuję, że kiedyś ich znajdę i ich ukarzę, nawet jeśli miałby być to tylko jeden z nich, który jeszcze żyje. Możesz mi powiedzieć ciociu, jak mniej więcej wyglądali?
Szylkretka, uśmiechnęła się lekko, gdy usłyszała, jak bardzo Tęgosz zdawał się wierny klanowi.
— Masz szczęście, że mam dobrą pamięć. Przeciętne koty raczej nie zwracają zbytnio uwagi na detale czy wygląd innych. Miodowa Kora jest liliowym starszym kocurem o krótkim ogonie i frędzelkach na uszach ze złotymi oczyma, ma blizny po ugryzieniu psa na prawej stronie pyska i bliznę na brwi. Jego syn, który z nim uciekł, nazywał się Porywisty Dąb, ma srebrną czekoladową maść z pręgowaniem cętkowanym, wyróżnia się tym, że ma długie futro i jest dosyć masywny oraz też ma żółte oczy. Reszta to Mglisty Sen, czarny kocur z żółtymi oczami i długą brodą. Rysi Trop, niebieska szylkretka z brązowymi oczami. Zapomniana Koniczyna, niebiesko biały kocur z długim pyskiem i uszami i zielonymi oczami. Poziomkowa Polana, jedyny płowy szylkret z bielą, którego mieliśmy w klanie, z zielonymi oczami. Szczawiowe Serce, czekoladowy pręgowany van z pomarańczowymi oczami i z sercem na zadzie, o ile można to tak nazwać? Stroczkowa Nadzieja, rudy dymny van z zielonymi oczami. Była jeszcze medyczka Jarzębinowy Żar i Kosaćcowa Grzywa, ona była czarną szylkretką z bielą i niebieskimi oczami a on niebieski srebrny van z brązowymi oczami. — Kotka zrobiła kilka wdechów. Uczeń był pod wrażeniem, że kotce chciało się wymieniać tyle kotów oraz to, co je wyróżniało. Rudzielec najbardziej pamiętał tylko opis dwóch pierwszych kotów, a resztę pamiętał przez mgłę i przypomniałby sobie o nich tylko wtedy, gdyby ktoś powiedział ich imiona lub coś więcej.
— Naliczyłem tak nie więcej dziesięć kotów z tego, co powiedziałaś. To tak jakby część tych kotów co odpoczywa aktualnie w obozie, nagle zniknęła bez śladu.
Wyobrażając sobie, że nagle starsi, którzy byli w swoim legowisku, lub wojownicy, którzy wymieniali się językami, mieli ot tak zniknąć, poczuł dyskomfort. Czułby wtedy, że przestrzeń dziwnie się powiększyła wokół. Myślał na początku, że uciekinierów było tylko kilku, ale gdy policzył, ile ich naprawdę było, skłoniło go to do większej refleksji. Nawet pół klanu może kiedyś okazać się zdrajcami.
— Tak, to dużo. Przez ich odejście Klan Wilka został zraniony, ale szybko się podniósł i sam zobacz, jak teraz dobrze sobie radzimy. Nie ma żadnej różnicy między czasami, gdy oni tu byli, a obecnymi. Jesteśmy tak samo liczni, jak kiedyś, choć jest jeden pozytyw. Teraz zostały u nas tylko koty wdzięczne i wierne naszemu klanowi. Koty takie jak ty i ja zmieniają nasz klan na lepszy. Widzisz, jak nasza rodzina i koty wierzące w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, trzymają wszystko w ryzach? Dzięki łasce Mrocznych Przodków nie musimy się bać o przyszłość, nawet jeśli nieraz była ona niepewna. Dlatego najważniejsze jest to, by ciężko pracować nie tylko dla klanu, ale też dla rodziny, dla potężnych Przodków, ale i też dla siebie, by nasz klan był jeszcze lepszy z każdym wschodem słońca.
Te słowa były tak inspirujące, że kocur wziął je do swojego serca, wypełnionego po same brzegi wiarą w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd.
— Ognikowa Słoto, chcę być taki jak ty, mój ojciec, babcia, Kocimiętkowy Wir, Nadciągający Pomrok i reszta kotów, która wierzy w Mroczną Puszczę. Chcę być najlepszą wersją siebie każdego dnia, która jest idealnym wyznawcą Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. — Naprawdę chciał taki być. Chciał każdego dnia pokazywać, że każdy może być z niego dumny, że nie będzie zawodem rodziny, jak ci zdrajcy.
— Cieszę się z tego powodu, Cętkowano Łapo. Moglibyśmy tak cały czas rozmawiać o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd! To wspaniałe miejsce, gdzie trafiają tylko najlepsi, ale byłabym okropną ciotką, gdybym nie zapytała, jak poszły treningi mojego bratanka.
No przecież! Zapomniał już, że chciał pochwalić się jedynie tym, co dobrze mu poszło, bo porażką było trudno mu się chwalić.
— Raczej dobrze. Dzisiaj z Tropiącą Łaską ćwiczyliśmy orientację w tunelach. Gdy w nich byłem, to było tak ciemno, że właściwie czułem się tak, jak wtedy gdy byłem wystawiany na próbę w lesie wieczorem, ale nie miałem z tym problemu. Tropiąca Łaska nawet nic nie powiedziała o mnie złego. Jeszcze przed tym babcia i moja mentorka zabrały mnie i Seradelową Łapę, by poćwiczyć walkę. Walczyliśmy długo, ale babcia nam przerwała i powiedziała, że dobrze walczyliśmy, po czym poszła z Seradelą i już zostałem sam z moją mentorką — odpowiedział krótko, jak zwykle nie umiejąc tworzyć dłuższych zdań wypowiedzi.
— Czyli słyszę, że przykładasz się do treningów. Obyś nie zbaczał z formy.
Dzięki temu, że nie powiedział Ognistej Słocie, że przegrał z córką Wrotyczowej Szramy, patrzyła na niego pozytywnie. Pewnie, gdyby dopowiedział ten niewygodny dla niego fakt, to może by skrzywiłaby się, a nie chciał, żeby ktoś w jego rodzinie źle się czuł z jego powodu.
— Ciociu, a chciałabyś kiedyś mnie zabrać na polowanie, tak we dwoje? Chciałbym z tobą spędzić czas i nauczyć się czegoś więcej niż od Tropiącej Łaski, jesteś w końcu mistrzynią a moja mentorka nie. — Popatrzył na nią błagalnymi oczami. Jego ciocia jest super i naprawdę chciałby się z nią częściej widywać i rozmawiać z nią o klanowej codzienności.

<Ciociu, upolujemy coś razem?>

[1901 słów + udział w pojedynkach uczniów + nawigacja w tunelach]

Od Białego Strumienia

Klan Burzy ponownie zaczęły nawiedzać nieszczęścia. Biały Strumień miał mnóstwo zmartwień, a poza nimi, roboty. Księżycowy Odłamek zaginął jakiś czas temu, powodując pustkę w jego życiu na nowo; tak, jak wtedy, gdy się pokłócili. Oba kocury nigdy nie wróciły do dawnej relacji, a zniknięcie niewidomego jedynie dolało oliwy do ognia, powodując w przewodniku wyrzuty sumienia. Mógł być łagodniejszy, bardziej otwarty, a zamiast tego unosił się dumą i wymagał nie wiadomo czego od młodszego. Teraz ten zniknął, a Biały miał jedynie niedokończony ich wspólny obrazek na jednej ze ścian w tunelach.
Chodził smętny i zamyślony bardziej niż zwykle. Dużo mniej mówił, nawet z rodzeństwem unikał kontaktu. Burzowe Chmury opuścił klan, zostawiając swoich współklanowiczów. A Słoneczny Fragment…
Biały czuł, jakby czas leciał mu przez opuszki łap. Nie potrafił go zatrzymać tak jak kotów dookoła siebie. Znikały jeden po drugim. A on? Mógł na to jedynie patrzeć z boku, z niepokojem.
Najpierw zostawiła go Kwiecista Knieja, wyrywając jakoby część serca kocura swoim zniknięciem. Następnie Księżycowy Odłamek… później zginął Słoneczny Fragment, a po śmierci przewodnika i Burzowe Chmury opuścił klan. Czy mogło być gorzej? Ach… tak, mogło. Przecież Drobne Ukojenie również odwróciła się od Białego, a przynajmniej dalej tak uważał. Nie miał okazji rozmawiać z Klifiaczką, wyjaśnić czegokolwiek, o ile było co… Czy Biały podświadomie nie chciał skreślać definitywnie kotki? Aż tak mu na niej zależało? Na tej ich znajomości, która wywoływała w nim tak sprzeczne uczucia.
On po prostu… tak jak wcześniej czuł się całkiem dobrze z samotnością z wyboru, tak samotność przyniesiona przez koty dookoła niego była straszna. Biały się jednak zastanawiał… czy w ogóle próbował zatrzymać te koty? Porozmawiać z nimi o ich samopoczuciu, może się zainteresować? Zrobić cokolwiek, by dowiedzieć się wcześniej, co planują? Czy uniknąłby śmierci Słonecznego Fragmentu? Lub zniknięcia Księżyca?
Ze swoją siostrą, Wełnistą Mszycą, spędzał niewiele czasu, zaniedbując ich rodzinną relację. Lotosowego Pąku również unikał, siedząc w najdalszych kątach tunelów pod Klanem Burzy. Teraz, po śmierci Słonecznego Fragmentu, został on i Śniący. Drugi przewodnik nigdy nie odpowiadał albinosowi. Wiecznie ospały, zmęczony, taki bez życia. Nie posiadał w sobie zbyt wiele chęci do czegokolwiek, nawet pomimo sprawnie działającego umysłu. Praktycznie wszystko robił sam Biały i bardzo go to drażniło.
Calutką zimę harował jak wół, od rana do nocy, nawet czasem dłużej, nie śpiąc lub ucinając sobie jedynie krótkie drzemki.
Gdy wreszcie przyszła wiosna i pierwsze roztopy niszczyły wejścia do tuneli, musieli wraz ze Śniącym Obserwatorem je naprawiać. Biały Strumień tak dużo pracował, że aż zachorował. Nabawił się kataru od tej niepewnej pogody, raz ciepłej, po chwili chłodnej, wiejącej niedawno odeszłą zimą.
Udał się więc niechętnie do medyków po pomoc. Ku swojemu zdziwieniu, napotkał w pachnącym ziołami legowisku Nieustraszony Chomik. Kotka była cała przemarznięta i właśnie z tym przybyła do uzdrowicieli. Biały widział, że nie tylko jemu ta zdradliwa pogoda dała w kość.
Gdy jego siostra uporała się z wojowniczką, on spokojnie czekał, milcząc. Pociągał jedynie nosem, wciągając z powrotem gluty chcące wyjść na zewnątrz. Ugh, nie lubił być chory. Zostawał wyłączony z obowiązków na czas nieokreślony, musiał jeść zioła, które były gorzkie i słuchać wywodów siostry na temat dbania o siebie. Tym razem nie było inaczej, ponieważ czujnemu oku Wełny nic nie mogło umknąć.
Gdy dostał swoją porcję ziół wraz z zaleceniami, udał się do tuneli. Tam było ciepło, a im głębiej, tym lepiej. Ciasne pomieszczenia miały to do siebie, że ogrzewały, tak więc zajął nieduże posłanie w Grocie Pamięci, by nikogo nie zarazić. Siedział tam przez cały okres choroby, wychodząc jedynie by podkraść piszczkę ze stosu. Poza tymi drobnymi akcjami nie wyściubił ani razu nosa z tuneli, co zresztą pewnie nikogo nie dziwiło. W końcu przewodnicy byli jak krety.

Wyleczeni: Biały Strumień, Nieustraszony Chomik

Od Wrony

Gdy słońce zajrzało do żłobka, Wrona wystrzeliła z posłania i zaczęła chodzić po tacie i po bracie.
— To dzisiaj! To dzisiaj! — krzyczała, skacząc po nich.
— Co dzisiaj? — spytał się cicho zaspany Puchacz.
— Nie wiesz? Dzisiaj będzie mianowanie nas na uczniów! Ja jak mama zostanę zwiadowcą! A ty?
— Ja również — odmiauknął, rozciągając łapy.
— Chodź, obudzimy tatę, żeby nie przespał tego wydarzenia! — prychnęła, ciągnąc ojca za ucho. — TATO!!! WSTAWAJ, DZIŚ MIANOWANIE, TATOOOO! — Ten wrzask był w stanie obudzić nie tylko Topolę, ale i cały obóz.
— CO SIĘ DZIEJE?! PUCHACZ WALNĄŁ NOSEM W ZIEMIĘ?! WRONA WSPIĘŁA SIĘ NA DRZEWO I SPADŁA?! — wykrzyknął zgorączkowany wojownik. Jeśli dymna wcześniej nie obudziła innych, ten krzyk już musiał.
— Nie, tato! Dziś zostajemy uczniami! — pisnęła kłapoucha.
— Uf, a już się bałem. Chodźcie, wyliżę was przed ceremonią.
— Jak tam moje jabłuszka? — wymruczała wchodząca do żłobka Figa. — Jak się czujecie przed ważną chwilą?
— Ja ani trochę się nie stresuję! — rzekł z dumą Puchacz.
— A ja mam motylki w brzuchu! — zawtórowała mu Wrona.
— Cieszę się. Topolo, wrócisz do obowiązków! — uśmiechnęła się do kocura i liznęła go po uszach.
— Siedzenie z nimi to dla mnie przyjemność, chciałbym dłużej… — oznajmił, z czułością patrząc na kociaki. — Ach, one tak szybko dorastają.

***

Było wysokie słońce. Wrona skakała z łapy na łapę, nie mogąc się doczekać wyniosłej chwili, jaka miała niedługo nastąpić. Popatrzyła kątem oka na brata. Wyglądał na spokojnego, ale gdy mu się bardziej przyjrzała, gdyby mógł, pewnie eksplodowałby. Nagle na starą topolę wszedł sam Czereśnia, zmierzył wszystkich wzrokiem i wykrzyknął:
— Niech wszystkie koty Owocowego Lasu zbiorą się wokół mównicy!
W mgnieniu oka tłum kotów zgromadził się na polanie. Wszystkie oczy były skupione na nich i na przywódcy. Chciałaby kiedyś tam stać… Wierzy jednak, że dzięki ciężkiej pracy dojdzie tam pewnego dnia.
— Dzisiaj potomstwo Figi oraz Topoli zostaną uczniami. Obaj chcą iść w ślady matki i będą szkolić się na zwiadowców. Puchaczu, podejdź tu, proszę.
Czekoladowy podreptał do przodu i popatrzył z wyczekiwaniem na Czereśnię.
— Puchaczu, twoim mentorem zostanie Figa. Wierzę, że przekażę ci wszystko, co umie.
Kocurek był cały w szoku tak jak i kłapoucha. Matka oraz zastępca będzie go szkolić! Lepiej być chyba nie mogło. Dotknęli się nosami i odeszli trochę na bok.
— Wrono, podejdź tu, proszę.
Kotka bez wahania podeszła z determinacją w oczach. Nie ważne, kto będzie jej mentorem. Ważne, by dawała z siebie wszystko.
— Wrono, twoim mentorem zostanę ja we własnej osobie. Mam nadzieję, że nauczę cię wszystkiego, co umiem.
Wszystkim (poza przywódcą i zastępcami) szczęka opadła. Dymnej również. Sam lider będzie ją szkolić?! Tego to się chyba nikt z niewtajemniczonych nie spodziewał. Czereśnia zszedł z drzewa i dotknął nosa kotki.
— A więc mocą Wszechmatki zostajecie uczniami Owocowego Lasu! — wykrzyknął, a wszyscy zaczęli wiwatować.
— One tak szybko dorastają! — wybił się głos Topoli. Wrona czuła dumę. Spojrzała na brata i zamarła. Było widać w jego oczach zazdrość. No cóż, pogada z nim. Miała nadzieję, że to chwilowe.

[476 słów]

16 maja 2026

Nowa członkini Klanu Gwiazdy!

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Starość