BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

16 sierpnia 2026

Od Liliowej Pieśni (Bagna) do Wymarzonej Słodyczy

Tw: myśli samobójcze

Liliowa Pieśń została więźniem. Po ogłoszeniu wyroku została przyprowadzona na wyspę więźniów i zmieniono jej imię na Bagno. Kotka była zdruzgotana. W nocy było słyszeć jej przeszywające serce (lub uszy) krzyki i płacze. Płacze, które miały upamiętnić śmierć jej brata. Nie powinna go tu przyprowadzać. Gdyby nie ona, żyłby! Żył! A teraz umarł zakopany, może i nawet wrzucony do rzeki. Jako brudny, czekoladowy, nieproszony gość. Pamiętała słowa Mandarynkowej Gwiazdy dokładnie:
“Czyhająca Mureno, zajmij się samotnikiem, nie potrzebujemy już go”. Został potraktowany jak przedmiot, jak kamień który stracił swój blask i został wyrzucony do rzeki! Czy tak się postępuje z kocim życiem? Nienawidziła przywódczyni i Czyhającej Mureny, przynajmniej przez te dni, gdyż potem leżała w kącie legowiska i nie mówiła ani jednego słowa. Odmawiała racji żywnościowych, nie piła, tylko leżała. Doszła do wniosku, że to tylko wyłącznie jej wina. Gdyby się z nim nie spotykała i gdyby go tu nie zaprosiła, żyłby dalej. To przez nią zginął, to przez nią zabił swego ojca, zniszczyła też tym życie Ulewnemu Szkwałowi, Szafirce, piastunowi i wszystkim dookoła. Może nawet jakby ona się nie pojawiła tego dnia, gdy się urodziła, jej matki nie zabiłby lis! Wszyscy by żyli szczęśliwi! Szczęśliwi! Taki ktoś jak Ulewny Szkwał nie zasługiwał na kogoś takiego, to była prawda. Była żmiją, okropnym padalcem, zadkiem borsuka! A więc po co żyć, gdy wszystko tylko komplikowała? Ona cierpi, inni cierpią, więc czemu tego nie zakończyć?
Jednakże po kilku dniach głodówki postanowiła w końcu coś zjeść. Nikt jej nie odwiedzał, nikt nie myślał, ale jakoś się trzymała. Okazało się, że ten klan, który tak wcześniej mocno kochała, ją skrzywdził tak jak ona jego.
Pewnego dnia jednak z wizytacją przyszła Mandarynkowa Gwiazda.
– Liliowa Pieśnio, teraz Bagno, kilka wschodów słońca temu twoja przyjaciółka Urodziwy Szafirek oraz jej partner Przypalony Kasztan odeszli z klanu, najprawdopodobniej do Klanu Klifu. Czy ona z jej kochasiem nie pomogła Tobie, jej najlepszej przyjaciółce?
Kotka nie mogła nabrać powietrza.
– Jak to… uciekła? Nie… czemu… szafir… NIE! – próbowała kurczowo złapać oddech, jej oczy zmieniły się w szparki. Szafir ją zostawiła! Opuściła! Jak ona mogła! Jej myśli przebiegały przez jej umysł, aż w końcu upadła na ziemię tracąc przytomność.

***

Kotka się obudziła, przed jej pyskiem widziała medyczkę, Gąbczastą Perłę. Nadal była w legowisku więźniów. Próbowała sobie przypomnieć, co doprowadziło ją do tego stanu.
– Dzień dobry, księżniczko Gąbczasta Perło, co się stało?
– Zemdlałaś. – odpowiedziała z pogardą – twój oddech był nierówny, trochę świszczałaś, teraz powinno być lepiej.
– Dziękuję droga medyczko. – podziękowała, a medyczka wyszła bez słowa.

***

Dzisiejszy dzień był spokojny. Pozwolono jej zabrać kilka kamieni z legowiska wojowników, wzięła ten od Szkwała, Trzcinowego Szmeru, Urodziwego Szafirka i od Mroku, który został jej podarowany, gdy byli przy kamiennym łuku. Piękny, biały niczym perła kamyk. Obecnie jednym z nich się bawiła, nie mając nic do roboty. Dziś na warcie był Morszczynowy Wąs i nie miała ochoty z nim plotkować. Nagle do legowiska weszła Wymarzona Słodycz za małą myszą w pysku.
– Witaj Li- to znaczy Bagno, oto twoje jedzenie.

<Słodyczo? Chcesz chwilę poplotkować?>

Wyleczeni: Bagno

Od Śnienia CD. Wełnistej Mszycy

Od momentu, kiedy ostatnio widział się z albinoską, minęło dość dużo czasu, a na dodatek nie miała okazji ją spotkać, kiedy wraz z patrolem, na którym był Modrogończyk, odwiedzili Klan Burzy po wielkim pożarze. Właśnie wtedy dowiedział się od Burzaków, o zaginionej Wełnistej Mszycy. Nie zostało po niej ani śladu. Czyli nie została pochłonięta przez ogień, jednak Śnienie nie był pewien, czy czasem rebelianci jej nie oszczędzili i przypadkiem nie zabili i pozbyli się ciała. Nie mógł tego nikt wykluczyć, chociaż według wojowników sąsiedniego klanu, podobno albinoska uciekła.
Myśli zaprzątał wizerunek białej kotki, o fioletowych oczach. Śnienie obawiał się, że kotkę, mogło spotkać coś naprawdę niedobrego. Samej? W Porę Opadłych Liści? Miał nadzieję, że jej się nic nie stało.
— Śnienie? Czy coś się dzieje? Nie możesz iść spać? — spytał go Purpura, który niedaleko miał posłanie.
Czarny kocur swoim wzrokiem przejechał po śpiących kotach oraz po wojowniku, który o dziwo zainteresował się jego stanem.
— Ostatnio myślę o pewnej kotce… Jednak nie w taki sposób, jaki ty myślisz — od razu go uprzedził, kiedy zobaczył, jak na pysku liliowego zaczął się pojawiać uśmieszek. — Chodzi o Wełnistą Mszyce. Jest mi bardzo bliska. Od momentu, kiedy wybuchł pożar w Klanie Burzy, zaginął po niej ślad. Gdzieś zaginęła…
Purpura jedynie poruszył swoimi wąsami i wbił swoje spojrzenie gdzieś w przestrzeń między jego pazurami. Zaczął udawać, że przygląda się swojej łapie w poszukiwaniu cierni lub innych drzazg.
— Na robaczywe śliwki… Bardzo mi przykro Śnienie. Mam nadzieję, że się znajdzie i twój Klan Gwiazdy będzie się o nią troszczył i trzymał przy życiu.
Śnienie zauważył, że kocur nic nie powiedział o Wszechmatce do tej pory. Czyżby Purpura nie był wierzący? W nic? Dziwne…
— Dziękuje Purpuro…
— Postaraj się pójść spać, najwyżej możesz jeszcze odwiedzić Mistral, jeśli coś ci leży na sercu. Ona również pomoże ci poukładać sobie to w głowie. Może pod przykrywką Wszechmatki i wiary umie dbać o umysł kotów. Rozumie też, jak zioła działają.
— Może skorzystam, jeśli nie będę mógł usnąć… Dziękuje, że się martwisz.
Purpura skinął mu głową i zamruczał ciche “Dobranoc”. Śnienie odpowiedział mu tym samym i zwinął się w ciasny kłębek. Śpiąc w tych posłaniach, przypominające ptasie gniazdka, czuł się jak mały niesforny ptaszek. Niewinnie. Błogo. Ciepło. Zapach miękkiego, świeżego pierza. Przytulnie.
Nawet nie wiedział kiedy, jak zapadł w sen. "Był w ciemnym lesie. Tak ciemnym, że światło gwiazd ledwo co przebijało się przez gałęzie iglaków. Dokładnie tak samo, kiedy to pierwszy raz spotkał jeszcze wtedy Wełnistą Łapę, która zabłąkała się na terytorium Klanu Wilka. Tylko tym razem, zamiast nieskazitelnej białej sierści i rozmarzonych fioletowych oczu ujrzał tę samą kotkę, tylko ranną, wychudzoną i przestraszoną. Łkała cicho zwinięta w korzeniach drzewa, plecami do Śnienia.
— Wełnista Mszyco? Wełnista Mszyco! — zawołał, chciał pędzić w jej kierunku, jednak nogi wrosły mu się w ziemię. Nie mógł się nawet ruszyć.
— Proszę, pomóż mi Mglisty Śnie… Pomóż mi… — powiedziała albinoska swoim cichym głosikiem.
— Jak? Jak mogę ci pomóc? Wełnista Mszyco! Chodź do mnie! — Kotka nie usłyszała go. Nie odwróciła się nawet. — Wełnista Mszyco…
Z nocnych dźwięków lasu wyrwało się głośne szczekanie lisów. Bardzo bliskie. Przynajmniej, jakby drapieżnik był za którymś drzewem i czaił się na biedną skuloną wojowniczkę. Chciał jej pomóc. Chciał ruszyć biegiem i przeszukać krzewy, gdzie mógłby znajdować się lis. Myślał, że to kotka jest w niebezpieczeństwie, dopóki nie poczuł gorącego podmuchu na swoim karku.
— Śnie… Uważaj… — cichym mrożącym krew w żyłach głosem wymruczała albinoska."
Wzdrygnął się i otworzył oczy. Był wczesny ranek, a niebo powoli zmieniało kolor na bardziej szary, a z chmur sączył się chłodny deszczyk. Wszystkie Owocniaki miały wilgotne futro. Przeciągnął się na posłaniu i zeskoczył z drzewa. Pierwsze koty szykowały się na patrol graniczny, który mógłby sprawdzić, czy nie ma nigdzie niebezpieczeństwa w postaci lisa. Oczywiście wszystkie koty były zwiadowcami. Wojownicy mieli zakaz wychodzenia najwcześniejszym patrolem, gdyż zazwyczaj poruszali się tylko na ziemi. Jednak Śnienie nie bez powodu ostatnio ćwiczył pod czujnym okiem Wrony, skakanie z drzewa na drzewo.
— Czy mogę dołączyć do patrolu? — podszedł do grupki kotów.
Rohan, Hiacynt i Wrona spojrzeli na niego oceniająco i z powątpiewaniem. Niebieski point jedynie strzepnął ogonem, nie siląc się na jakiekolwiek mruknięcie, czy odpowiedzenie na jego pytanie. Natomiast Rohan wraz z Wroną miały zupełnie różne reakcje. Rohan na początku skinęła głową, jednak po krótkim pomyślunku zaczęła uciekać wzrokiem i kręcić nosem, a Wrona? Wronie zapaliły się iskierki w oczach i wyglądała, jakby omal nie miała zapiszczeć z radości.
— Wiem, że nie jestem zwiadowcą i nie będę tak dobrze poruszał się po drzewach, jak wy, jednak chciałbym sprawdzić moje umiejętności, a przy okazji nie myśleć o koszmarze…
— No nie wiem Śnienie… Nie jesteś jednak zwiadowcą, a to nie są przelewki. Raczej żadne z nas nie chce walczyć z lisami… — Rohan niepewnie stała za rozsądkiem.
— Rohan nie musisz się nim martwić, ja go będę pilnować! — zamruczała żywo Wrona, która od razu stanęła po jego stronie. — Pewnie moja mama również nie miałaby żadnego problemu. To ja go uczyłam skakania z drzewa na drzewo i rozpoznawanie dobrych gałęzi. Skoro dawał radę zimą, to pewnie rankiem Porą Nowych Liści również da.
Hiacynt nadal milczał. Rohan westchnęła krótko, a jej ogon drgnął niepewnie.
— Skoro tak mówisz Wrono… — miauknęła i wyruszyła na przedzie patrolu.
Śnienie zamruczał z wdzięcznością do młodszej i również wyszedł z obozu. Na początku był pod wrażeniem szybkości zwiadowców, którzy bezszelestnie przeskakiwali z drzewa na drzewo i przy tym jeszcze zdołali obserwować otoczenie. On nie był w tym tak płynny, zostawał z tyłu, skupiając się na zachowaniu balansu, co było trudne, skoro miał kikut zamiast ogona. Dymna zwiadowczyni natomiast pomagała mu dobierać gałęzie oraz cierpliwie na niego czekała. Szło mu całkiem nieźle. Mógł się pochwalić później Koniczynie, że nie dotykając ziemi, dotarł aż do Upadłej Gwiazdy. Patrol cierpliwie na niego zaczekał i wygodnie się rozsiadli się na gałęziach.
— Chwila wytchnienia? — spytał zmęczony pobratymców.
Hiacynt jedynie skinął głową, a Rohan zamruczała krótko, raczej nie podobała się im jego obecność. Spowalniał ich. Jedynie Wrona była uradowana jego obecnością.
Mając widok na strumień oraz Wrzosową Polanę, Śnieniu mignęło jakieś białe futro.
— Widzieliście to? — mruknął, zwracając uwagę reszty patrolu na biały punk między zielonymi trawami i pierwszymi po Porze Nagich Drzew kwiatami wrzosu. — Tam jest jakiś kot.
— Samotnik? — mruknął Hiacynt.
— Może ktoś z klanu? — zgadywała Wrona.
Ten sam biały kształt zaraz zniknął z ich pola widzenia, wchodząc w większy gąszcz traw.
— Powinniśmy to sprawdzić — podjął, chociaż nie był liderem patrolu.
Zwiadowcy popatrzyli się po sobie z nieukrywaną niechęcią. Sprawdzenie białego przybysza na ich terenach po drugiej strony strumienia oznaczało zejścia z drzewa. Jednak nie musiał ich do tego namawiać. Razem zbiegli z drzewa i susami ruszyli w stronę, gdzie ostatnio widziane było białe futro. Przekroczyli strumień po najpłytszym odcinku i puścili się biegiem przez wrzosy i wysokie trawy, które ograniczały widoczność. Polegając tylko na nosie, znaleźli trop owej samotniczki oraz świeży zapach lisa.
— Musimy się spieszyć — podjął Hiacynt. — Sam na sam z lisem, może się źle skończyć dla tego kota.
— Kotki, czuć zapach kotki — poprawiła go Wrona. Hiacynt na to nie zareagował. Machnął ogonem, poganiając resztę.
Biegli tak, aż do momentu ukazania się przed nimi lisa, który zaganiał brudną i wychudzoną białą kocicę. Z bojowymi okrzykami natarli na lisa, drapiąc go, gryząc i kopiąc. Rudzielec, widząc, że nie ma szans ani chęci na walkę z tyloma kotami, wycofał się i uciekł w tylko znanym mu kierunku z podkulonym ogonem.
Odwrócili się w stronę białej kocicy, która była ozdobiona lawendą oraz najróżniejszymi liśćmi. Normalnie stwierdziłby, że to wszystko z zaniedbania lub wplątały się kotce w sierść, gdy uciekała, jednak gdy tylko samotniczka podniosła fioletowe oczy, wpatrując się w niego oraz resztę patrolu.
— Mglisty Śnie… — powiedziała ochrypłym głosem, omal nie rzucając mu się na szyję.
— Wełnista Mszyco? Jednak żyjesz! — mruknął uradowany. Nie zwracał najmniejszej uwagi na to, że kotka nazwała go jego starym imieniem. I tak nie lubił Owocniakowych imion. — Co ci się stało… Wyglądasz na niedożywioną i potrzebujesz pomocy medycznej.
Wełnista Mszyca nie miała siły nawet odpowiedzieć mu na to pytanie.
— Musimy ją zaprowadzić do Gołąbka — mruknął Hiacynt.
— Jesteś w stanie iść, Wełnista Mszyco? — zapytał białej.
Kotka z trudem wstała na trzęsących się łapach i kiwnęła głową. Rohan i Śnienie podparli ranną, Hiacynt wyszedł na prowadzenie, a Wrona popędziła do obozu, by przekazać ważne informacje dla Gołąbka oraz Czereśni. Wełnista Mszyca żyje! I potrzebuje pomocy uzdrowiciela!

< Wełnista Mszyco?>
🌙

Od Borowika CD. Psianki

Z zapartym tchem słuchałem słów uczennicy.Szybko się uczy? Oczywiście, że tak. Jeszcze chwilę temu była kociaczkiem, a teraz już potrafi wspinać się po drzewach i rozpoznawać tropy niemal z łatwością... Jak dla mnie, to naprawdę szybko.
– Hm. Rohan ma rację. To bardzo ważne, by nauczyć się rozpoznawać ślady zwierząt… Ale… no, na razie nie musisz się o nic martwić. Dopóki nie podrośniesz, zawsze będziesz na patrolach z innymi zwiadowcami. I to oni będą pilnować bezpieczeństwa… co nie…? Odpowiedzialność spadnie na ciebie tak naprawdę, dopiero gdy zostaniesz zwiadowczynią, Psianko…
Słuchałem dalej, jak wspominała dawne czasy i moje wybitnie dopracowane wręcz teorie. Oczy mi się zaświeciły - najchętniej opowiedziałbym o nich po raz kolejny i podzieliłbym się nowymi… ale wydaje mi się, że świat jeszcze nie jest na to gotowy, ale kiedyś wszyscy się przekonają.
– Hm. Tak, tak, śmiej się – mruknąłem więc tylko. – Ja tam swoje wiem. I ja apokalipsę przeżyję. Może… może użyczę ci miejsca w mojej tajnej jaskini, gdy przyjdzie co do czego…
Rozejrzałem się odruchowo dookoła, sprawdzając, czy aby żaden z moich niewidzialnych wrogów nie czai się za którymś z pni…
Cieszyło mnie niezmiernie, że Psianka pamięta wszystkie rzeczy, które jej kiedyś powiedziałem… Nie zdarza mi się często, by ktoś wspomniał mi o czymś, co rzuciłem ot tak, w dodatku dawno temu…
Hm. Miłe uczucie.
Wyprostowałem się nieco.
– Uh… Ale co do treningu… możemy pójść razem… Pokazałbym ci fajną grę… rozwijającą kreatywność w kontekście umiejętności kamuflaż i zwinność i… i no zabawne to jest też dosyć…

***
Dzień mianowania Psianki…

Podszedłem - a raczej podbiegłem - do Psianki od razu, gdy tylko wyszła z tłumu gratulujących jej kotów.
– Psianko. Psianko. Uh… Chciałem ci… pogratulować. – mruknąłem nieco niewyraźnie. – Jestem dumny, że… że już zwiadowczynią jesteś. A taka malutka byłaś jeszcze niedawno… Hm. Hm. Przyniosłem ci coś. Na tę… okazję.
Poruszyłem językiem w pysku, po czym wyplułem na ziemię dość okazały kamyczek. Gładziutki, biały kamyczek z subtelnymi, szarawymi odcieniami w kształcie pasów.
– To dla ciebie. Znalazłem go. Przy rozlewisku.
Zamrugałem niepewnie. Zmarszczyłem brwi i przyjrzałem się kamyczkowi z bliska. Cały był oblepiony śliną i piaskiem, który się do niej przylepił.
– Uh. Ale on… trochę opluty jest. Oj. Hm. No dobra. Nieważne. – kopnąłem kamyczek łapą, a on odleciał gdzieś w tłum. Mam nadzieję, że nikogo nim nie trafiłem… – Dobra. Um. Chcesz iść ze mną na patrol jutro? Pierwszy patrol jako zwiadowczyni.

<Psianko?>

Od Promiennego Słońca do Chudego Grzbietu

Promienne Słońce była chora. Nie mogła spać. Odkryła to bardzo szybko, gdyż jej życie nagle stało się dyktowane przez jej uparte próby spania. Promienne Słońce wahała się nad rozwiązaniami. Z jednej strony mogła poprosić jakiegoś dwunoga, ale wiele by tym ryzykowała. Zadawanie się z nimi miało pewne koszty. Dlatego też znalazła się przy klanowych granicach. Miała cichą nadzieję spotkać Jagnięcy Ukłon na spacerze, chociaż wiedziała, jak niskie prawdopodobieństwo to było. Zamiast tego jej czujny nos złapał zapach innego medyka. Silny smród ziół i maści dotarł do niej, jak szła wzdłuż granicy z Klanem Wilka. Mysie Łajno. pomyślała, po czym skierowała się w tamtym kierunku.
Promyk przekroczyła rzekę ze względną łatwością. Jedyne co jej nie odpowiadało to, że w ogóle musiała to zrobić. Klan Wilka był przerażający, ale zanim znajdzie samotnika lecznika to zdąży się jej pogorszyć. Podeszła bliżej i wspięła się na drzewo na wszelki wypadek. Tam jej oczom ukazał się chudy, acz wysoki kocur ubrany w pelerynę z ziół. Yup... na pewno medyk.
— Kto tam jest?! — Zapytał drżącym głosem kot.
— Dzień dobry — przywitała się z nim, zeskakując z drzewa. Czasami zapominała, ile ran miała na ciele.i że wygląda przerażająco dla niektórych kotów. Może go nie wystraszy na amen. Kot wyglądał na marnego.
Medyk odskoczył kilka kroków w tył, próbując zlać się z tłem lasu. Kocur oddychał szybko, a jego serducho uderzało nieregularnie ze strachu. Machnął nerwowo ogonem. — Zobaczymy czy taki dobry! Czego chcesz?! — Fuknął, marszcząc krótki nosek. Przestraszyła go jednak całkiem porządnie. Trudno. Promień usiadła na ziemi i gdyby mogła, to założyłaby łapy na ogon. Chciała wyglądać jak najmniej groźnie dla nowego towarzysza.
— Szukam ... Pomocy. Medycznej...— wyjaśniła cichutko. Zmarszczył brwi. Położył uszy jeszcze bardziej po sobie, nie wyglądając na przekonanego. Potem wypuścił nerwowo powietrze z płuc.
— Ta j-jasne! — Warknął. – Czemu samotnik miałby potrzebować pomocy od kotów z klanu?
— Może, dlatego że samotnik, który się na tym zna, jest bardzo daleko i jest ciężki do znalezienia. — miauknęła zaskoczona pytaniem. Jako kot klanowy ona sama zdawała sobie sprawę z tego jak ciężkie są do wyleczenia choroby, dla kotów bez klanu. Czyżby Klan Wilka operował aż tak różnie? — Zanim znajdę samotnika medyka, zdążę oszaleć. Nie spałam od dwóch dni.— potarła łapą pysk. Widać było pod jej oczami worki. Chudy wyprostował uszy i nieco się rozluźnił. Wysłuchał tego, co mówiła i poruszył wąsami. Popatrzył na kotkę. Zmierzwione futro od długiej wędrówki, zmęczone, mętne oczy, blizny na ciele...
— Samotnicze życie daje w kość, co? — Zapytał z gorzką nutą w głosie. Wypuścił powietrze ponownie, uspokajając się bardziej. — Jako medyk nie odmówię Ci pomocy, ale szczerze to nie do końca mi się to podoba! Znaj moje dobre serce i powiedz mi objawy, jakie masz. Tylko nie zbliżaj się za bardzo do mnie!
—To nie życie samotnicze pozbawiło ogona i oka niestety. — mruknęła, ale urwała swoją historię. — Okej. Dziękuję Więc... Czuję się zmęczona, ale nie mogę spać. Ilekroć zapadam w sen, jest on płytki i szybko się przebudzam. Nawet szum miasta, który zazwyczaj buja mnie do snu, mi nie pomaga. Ani cisza z działek dwunogów. Nic... nie mogę spać. — wytłumaczyła Była wdzięczna, że ten kot klanowy jej pomoże.
Chudy zmarszczył bardziej brwi. Pogrzebał pazurem w ziemi, nim odpowiedział coś treściwego.
— Eh... wygląda mi to na bezsenność. — Burknął. — M-Mogę dać Ci mieszankę ziół, która pomoże... ale masz coś dla mnie w zamian?
— sama mam niewiele, ale mogę zaoferować... upolować wam coś. Wspinam się też dobrze, mogę sięgnąć po zioła, których ty nie sięgasz, chociaż ja słabo się na nich znam...— oświadczyła. Miała niewiele do zaoferowania, a jej zmęczona głowa nawet nie pomyślała, że kot klanowy mógłby czegoś od niej chcieć. Zawsze miała to po prostu dostępne. — Jest coś, czego byś sobie życzył w zamian?
Medyk zaczął zastanawiać się, co mógłby chcieć od kotki. Myślał i myślał... aż wymyślił!
— Znajdziesz mi gałąź, która będzie niezbyt długa, ale też nie za krótka i musi mieć koniecznie kilka małych gałązek na jednym z końców. Będę się nią drapać — Polecił, po czym zaczął przygotowywać mieszankę dla kotki. Promyk zmarszczyła nos. To było dziwne żądanie. Banalnie proste. Kotka zadarła głowę do góry. Drzewa tutaj były głównie iglaste, ale odrobina liści wystawała to tu to tam z wysokich buków i platanów. Kiwnęła głową do medyka i zaraz była na drzewie. Wspinaczka na sam czubek zajęła jej parę uderzeń serca. Tam zerwała odpowiednią gałązkę. Młodą, giętką, ale wystarczająco wytrzymałą, aby nie złamała się na kościstych palcach kota z klanu wilka. Zaraz potem zgrabne zeszła na ziemię, lądując zaraz obok medyka. Rzuciła jego życzenie pod jego nogi z delikatnością, na jaką było stać jej zaspane kości.
Kiedy kotka rzuciła mu drapaczkę na ziemię, uśmiechnął się niczym kociak i machnął zadowolony ogonem.
— Nigdy więcej swędzących pleców! — Miauknął triumfalnie. Kocur zabrał gałązkę i położył obok nieużytych ziół. Następnie przełożył mieszankę na duży liść, podsuwając ją kotce. — Masz tutaj wydzielone porcje na trzy wschody słońca. Nie bierz wszystkiego na raz — polecił. — uwierz mi, że cała dawka za jednym razem nieźle Cię wychłosta! - zarechotał.
Promyk wzięła zioła, rzucając szybkie podziękowanie i udała się z powrotem do miasta. Leki zadziałały szybko, zwłaszcza że brała je według polecenia. Wkrótce znowu mogła spać po nocach.

<Chudy?>

wyleczeni: Promienne Słońce

Nowi członkowie Owocowego Lasu!

 Orchidea, Pieczarka oraz Drobinka przyniosły do obozu trójkę maluszków!



15 sierpnia 2026

Od Skrzydlatej Płomykówki Do Opadającego Rumianka

Przeszłość

Pora nagich drzew wielkimi krokami zbliżała się ku końcowi, co każdy Burzak mógł w większym lub mniejszym stopniu odczuwać. Największą różnicę było widać w ilości śniegu, który dniem i nocą zalegał na terenie klanu. Wcześniej opady były tak częste i intensywne, że srebrna wręcz sunęła brzuchem po białym puchu — ten teraz był bardziej zbity, sięgając nieco powyżej połowy łap. Okrywa ta już również nie tłumiła aż tak kroków wojowników i teraz każdy mógł choć raz na patrolu usłyszeć donośne skrzypienie pod swoimi łapami, które niosło się na parę długości przez wszechobecną ciszę, tak nienaturalną dla innych pór roku.
Niebieskooka leniwie przeciągnęła się na posłaniu, które zostało uwite specjalnie dla niej przez Krokusową Kruchość. Sama myśl o tym geście sprawiała, że na pysku zastępczyni pojawiał się cień uśmiechu, który równie szybko maskowała — w końcu nie powinna byle komu zdradzać pewnych bliskich powiązań z niektórymi Burzakami. Widmo niedawnej zdrady nadal wisiało w powietrzu, a Skrzydlata Płomykówka z Zawodzącą Gwiazdą byli go, aż nadto świadomi. Nie wiadomo, na jak długo każdemu będzie odpowiadać władza Echo, szczególnie że niektórzy już od samego początku mieli pewne “ale” do wyboru srebrnej na zastępczynię. Wiedziała, że nie da się każdemu dogodzić i ktoś zawsze będzie niezadowolony, lecz im więcej kotów przynajmniej jakkolwiek było zadowolone z wypełnianych przez nią obowiązków, tak malała szansa na przedwczesną emeryturę.
Tym razem darowała sobie zwoływanie klanu z samego rana, zdając sobie sprawę, iż nic nowego nie ma im do przekazania — budowa nowego obozu zmierzała ku końcowi, a stary powoli został przeszukany wzdłuż i wszerz, zajrzano do niemal każdej wnęki, zakamarku. Niektórzy nadal szukali swoich osobistych skarbów, lecz większość Burzaków chyba pogodziła się z ich stratą w pożarze lub też w czasie poszukiwań przez kogoś innego. Cętkowana sama raczej nic takiego nie posiadała, więc nie mogła do końca wiedzieć, co inni mogą czuć przy takiej stracie — choć ona może straciła dużo więcej. W końcu jej siostra okazała się zdrajczynią. W dodatku straciła również matkę, którą przez całe dotychczasowe życie uważała za wzór i autorytet.
Niespiesznie podniosła się z posłania, by następnie spokojnie wyjść z jaskini, którą przeznaczono wojownikom. Ona w porównaniu do Zawodzącej Gwiazdy nie miała swoich czterech ścian, będąc zastępcą klanu, lecz jakoś jej to nie przeszkadzało. Miała wrażenie, że dzięki temu jest bliżej z pozostałymi Burzakami i nie izoluje się od nich, jak przywódcy w klanach.
Grota Pamięci stanowiła nowe centrum podziemnego obozu, dlatego też przez większość dnia tętniła życiem, jednak z rana to miejsce było niemal puste, a echem odbijały się kroki kotów, które należały do rannych ptaszków. Niebieskie spojrzenie powoli sunęło po jednej ze ścian, gdzie widniały odciski łap, świadczących o liczbie odbytych tutaj Ceremonii Dorosłości. W najbliższym czasie zapewne ich przybędzie, na pewno pojawią się te od Bursztynu, Żywicy, Perłówki, Kurczątka, Łzy i Zewu. Cała szóstka była w większym lub mniejszym stopniu rodziną, stanowiąc rodzeństwo czy też kuzynostwo.

»» ———— ⚜ ———— ««

Srebrna skinęła głową do Śnieżycowej Chmury, przydzielając jej dwójkę wojowników do patrolu łowieckiego. Kiedy tylko kotka odeszła, zastępczyni pozwoliła sobie na krótkie westchnienie — nie to, że przytłaczały ją własne obowiązki, lecz w obecnym momencie nie pamiętała, kiedy ostatnio rozmawiała dłużej z bratem, Krokus, czy nawet Szakłakiem. I nie chodzi o rozmowy dotyczące patroli, treningów, po prostu zwykła wymiana zdań, najlepiej w czasie dzielenia się językiem. Brakowało jej takich beztroskich chwil, gdzie była pewna, że nikt nie będzie jej przeszkadzać, zakłócając spokój jej lub bliskich, z którymi by przebywała.
Kątem oka dostrzegła szylkretowego kocura, który chyba przyglądał jej się od niedługiej chwili. Skinęła do Opadającego Rumianka głową, a następnie podeszła do wojownika.
— Witaj Opadający Rumianku, czegoś Ci trzeba? — spytała, mając wrażenie, że w ostatnich dniach niemal non stop powtarzała te słowa w kółko i jedynym, co się w nich zmieniało to imię kota, z którym rozmawiała.
— Nieszczególnie — mruknął.
— W takim razie masz może chwilę? Szukam kogoś do przeszukiwania starego obozu — zaproponowała, chcąc po prostu bliżej poznać kocura oraz go nieco do siebie przekonać, gdyż zdawało jej się, że ten nie jest do końca pewny, co do niej.
— Skoro to rozkaz zastępczyni.
— Nie, w żadnym wypadku. Po prostu luźna propozycja i tyle możesz odmówić jak nie masz ochoty — wyjaśniła od razu. Nigdy w życiu, by nie wykorzystała swojej pozycji do tak błahej kwestii! Przecież nie od tego był zastępca.
— …
Milczenie szylkreta wzięła po chwili za zgodę i w ciszy ruszyła do tunelu, który prowadził na pogorzelisko, będące niegdyś ich domem. Dla pewności, że liliowy za nią pójdzie, dała znać krótkim ruchem ogona, by ten podążał za nią. Nie musiała się nawet upewniać, czy ten zdecydował się na tę propozycję, gdyż już po paru uderzeniach serca mogła usłyszeć ich wspólne kroki, niosące się echem po obecnie pustym korytarzu. Pomiędzy nimi niemal ciągle panowała cisza, lecz cętkowanej to nie przeszkadzało, mogła bez krępacji pogrążyć się w myślach oraz planach na kolejne dni. Musiała ustalić patrole, tak, by nie kolidowały z treningami uczniów, spytać o ich postępy i może spróbować gdzieś wcisnąć chwilę dla siebie i może Szakłaka. Chciałaby porozmawiać z kocurem, podpytać jak się sprawy mają z Gasnącą Łapą i tym podobne.
— Zacznę w legowisku wojowników, a potem udam się do tego starszyzny, jeśli nic nie znajdę — oznajmiła, przerywając ich milczenie. Dymny jedynie skinął głową i udał się we własnym kierunku.
Równocześnie z nim ruszyła kocica, kierując swoje kroki do nory, którą dawniej dzieliła z siostrą, bratem, matką i oczywiście czarnofutrym wojownikiem. Krzewy, które dawniej zasłaniały wejście, były kompletnie pozbawione listowia, a gałęzie, które się ostały, zwęglone. Zastępczyni zwinnie pomiędzy nimi przeszła, o mało nie potykając się na wejściu o jakieś spopielone posłanie. Mruknęła coś pod nosem, odsuwając je na bok, by później ktoś inny również na nie nie natrafił w czasie rozpoczynania poszukiwań. Dawniej legowisko było schronieniem przed nocą, zimnem, samotnością, lecz teraz świeciło pustkami, a chłód pory nagich drzew wkradał się i tutaj. Zastrzygła uchem, skanując wzrokiem każdy kąt, który mogła dostrzec z miejsca, gdzie stała. Po chwili podeszła do trzech posłań, które leżały nieco dalej od innych, z których pozostały jedynie szczątki. To właśnie tutaj sypiała, odkąd Rudzikowe Skrzydełko zadecydowała, że Poczciwy Szakłak powinien mieć jakieś towarzystwo.
Srebrna cicho parsknęła śmiechem, przypominając sobie szok i zdziwienie starszego kocura, kiedy to pręgowana z ekscytacją tłumaczyła mu to wszystko, a Płomykówka była biernym słuchaczem i mentalnym wsparciem dla zielonookiego. Jej cichy śmiech przeciął dotychczasową ciszę niczym pazury wroga, na co od razu umilkła — nie powinna robić czegoś takiego, nie w takim miejscu. W miejscu, gdzie wspomnienia innych zostały pogrzebane, niektóre wraz z nimi. Odwróciła wzrok w stronę posłania, na którym dawniej widywała swoją matkę. Cień tęsknoty przewinął się przez jej pysk.

»» ———— ⚜ ———— ««

W legowisku wojowników nic nie znalazła, dlatego też ze swoim planem, ruszyła do tego, które dawniej zajmowali najstarsi w klanie. Ich mały azyl był teraz kompletnie odsłonięty, ukazując całemu światu swoje wnętrze. Dawniej gęsty krzew teraz prezentował się mizernie ze swoimi powyginanymi gałązkami, równie marnie, co sam Klan Burzy od razu po pożarze i tragedii, jaka ich w międzyczasie dotknęła. Każdy krok stawiała ostrożnie, jakby nawet najmniejszy błąd miał sprawić, że to, co jeszcze stało, obróci się w proch i zniknie wraz z silniejszym wiatrem. Dawniej to miejsce z daleka biło wonią lawendy, lecz teraz do nozdrzy srebrnej dochodził jedynie zapach pożogi, mrozu oraz… lawendy! Zamrugała kilka razy dla pewności, że faktycznie czuję tę subtelną woń i po chwili przystąpiła do poszukiwań.
Pod jednym z legowisk ostał się jakiś cudem pęczek lawendy. Od razu delikatnie pochwyciła go zębami i opuściła dotychczasowe miejsce, by w centrum poczekać na kocura. Może i on coś znalazł.

<Opadający Rumianku, jak poszukiwania?>

Event Klanu Burzy:
Poszukiwania - próba nieudana, zioła z legowiska starszyzny

Rozżarzona Pieśń urodziła!

 Rozżarzona Pieśń przyniosła na świat trzy małe kuleczki, z czego jedna jest niepokojąco podobna do jednego z wojowników Klanu Klifu...





Od Mistral CD. Mordor

Przeszłość

— Śmiesznie pachniesz. Boli mnie łapa — burknęła, siadając na ziemi przed kotką. — Co to zielarz? — zapytała w końcu.
Ledwo mianowana kotka, nawet nie zdążyła spytać o możliwą przyczynę bólu, kiedy to młódka zapytała, kim tak właściwie jest kot, którym od dzisiaj ona była.
— Zielarz pomaga szamanowi i uzdrowicielowi. Wraz z szamanem odprawia różne ceremonie związane z naszą wiarę we Wszechmatkę, z uzdrowicielem pomaga chorym, głównie poprzez zbieranie ziół dla potrzebujących Owocniaków — wyjaśniła z lekkim uśmiechem.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Obecnie, przed opuszczeniem obozu przez Wiciokrzewa

Czy Mistral zdążyła już nie raz ponarzekać na ilość chorych? Owszem, lecz najwidoczniej to wciąż było za mało, gdyż na widok Śnienia, który powstrzymywał się od odruchów wymiotnych, od razu zaczęła coś mruczeć pod nosem. Zapewne na ponowne uszczuplenie zapasów, które niedawno uzupełniała, a może na głupotę Owocniaków. Pewność miała jedynie sama kotka, a ona raczej z byle kim się nie podzieli swoim raczej dość krytycznym zdaniem.
W teorii mogłaby zajrzeć do Wiciokrzewu, lecz nie chciała zbytnio kocura nękać, zdając sobie sprawę, że wcześniej robiła to wręcz obsesyjnie, jakby bała się go zostawić bez swojej opieki. Teraz starała się przychodzić raz na dwa, trzy dni, przy okazji doglądając też innych starszych — może to nie zmieni wrażenia, które bardzo szybko zbudowała, lecz zawsze warto spróbować. Może dzięki temu pozostała część starszyzny również zechce podzielić się z nią własnymi zmartwieniami, przemyśleniami. Nawet jeśli swoich już trochę miała, szczególnie w ostatnich dniach, gdy w końcu zaczęła dochodzić do siebie po pojedynczych przypadkach halucynacji, będących wynikiem nieleczonej bezsenności, która pojawiła się u niej w poprzednim sezonie. Zachowała się nieco, jak Gołąbek, który pozwolił na to, by z niewielkiej rany na łapie powstała infekcja, zagrażająca zdrowiu. Byli siebie warci.
Kiedy tylko podała buremu zioła przeciwwymiotne, opuściła dziuple z zamiarem wzięcia dla Purchawki i Gołąbka czegoś do zjedzenia. Zdecydowanie dużym plusem było to, że stos ze zwierzyną mieścił się tuż obok drzewa, które zajmowali, dzięki czemu zielarka nie musiała jakoś bardzo się oddalać.
Właśnie miała sięgać po piszczkę, gdy wśród zdobyczy dostrzegła coś, co spowodowało, że zamarła w połowie ruchu. Pomiędzy ciepłymi ciałami ofiar polujących Owocniaków znajdowało się zwierzę, które nigdy nie powinno być martwe, ani tym bardziej trafić na stos. Nie wiedziała jakim cudem młody jerzyk bezwładnie spoczywał pomiędzy nornicami, ryjówkami i innymi zwierzynami łownymi. Przecież dla wszystkich wierzących we Wszechmatkę ptaki, szczególnie jerzyki i jaskółki, były święte! Kto mógł…! Ach no tak, w końcu w Owocowym Lesie od parunastu księżyców znajdują się dawni samotnicy, którzy chyba wciąż nie mają pojęcia o zwyczajach społeczności, do której dołączyli.
Zdenerwowana, trzepnęła końcówką ogona i delikatnie sięgnęła po ptaka. Nie miała zamiaru go tak zostawić, szczególnie źle mogłoby się to skończyć, gdyby jakiś wyjątkowo zagorzały wyznawca ją znalazł lub Purchawka. To mogłoby się źle skończyć. Może i szamanka ma dużo cierpliwości, leczw tej sprawie raczej szybko, by ją straciła. Nerwowo rozejrzała się, chcąc mieć pewność, że nikt jej nie nakryje ze świętym lotnikiem w pysku, po czym szybko czmychnęła z obozu. Nie oddaliła się daleko, a jedynie na tyle, by mieć pewność, że nikt ciekawski jej nie ujrzy.
Odłożyła delikatnie jerzyka, by następnie zacząć kopać niewielki dołek. Wszystko szło sprawnie, dopóki nie usłyszała głosu za sobą, akurat w momencie, gdy rozpoczynała przysypywanie ziemią biednego lotnika:
— Co tu robisz? — spytała Mordor, widocznie zaciekawiona poczynaniem Mistral.
— Ja… cóż… nic takiego — odparła, starając się dyskretnie dokończyć pochówek.

<Mordor, ile widziałaś?>

Wyleczeni: Śnienie

Od Ćmiej Łapy do Dymówki

Ćma siedziała w legowisku medyczki, porządkując zioła. Brakowało trybuli, będzie musiała później po nią pójść. W wejściu rozległo się dudnienie łap, a z cienia wyłoniła się Słonkowa Łapa.
– Dzień dobry, Jagnięcy Ukłonie oraz Księżycowa Aldrowando!
– Aldrowandy tutaj nie ma, poszła sprawdzić stan Rozżarzonej Pieśni.
– Witaj, siostrzyczko! Strasznie boli mnie gardło. Sprawdzisz, co mi dolega?
– Oczywiście, już patrzę. – Szylkretka otworzyła szeroko pysk, a kremowa zajrzała do środka.
– Twoje gardło jest zaczerwienione, masz infekcję. Nie martw się, aksamitka i nawilżenie gardła miodem powinny pomóc. – Poszła do kamiennej szczeliny, wymieniając spojrzenia z mentorką. Następnie wróciła i podała zioła oraz miód siostrze.
– Przyjdź tu za dwa wschody słońca na inspekcję, choroba może się utrzymać.
– Dziękuję, Ćmia Łapo! – Słonka kiwnęła jej głową z wdzięcznością i wyszła z legowiska.

***

Uczennica medyczki obecnie znajdowała się w żłobku, pomagając Księżycowej Aldrowandzie w opatrywaniu Rozżarzonej Pieśni.
– Niedługo urodzi – oznajmiła niebieska szylkretka. – Może nawet i dzisiaj, trzeba być czujnym.
Uwagę krótkoogonowej przykuła jedna z córek Psotnego Nietoperza, Dymówka, która cicho bawiła się kulką mchu. Była ciekawa, czy ona, gdy dorośnie, również zostanie Jaśniejącym Skrzydłem, jak jej matka. Mała, zielona kulka poturlała się pod jej łapy. W odpowiedzi odbiła ją łapką w stronę małej. Kociątko uśmiechnęło się w jej stronę, dziękując uczennicy medyczki za oddanie uciekiniera.

wyleczeni: Słonkowa Łapa

<Dymóweczko?>

[205 słów]

[4%]

Od Mistral CD. Pierścienia

Przeszłość

Pojawiając się w żłobku oraz rozpoczynając rozmowę z młodym Pierścieniem, nie spodziewała się po kocurze tego typu zabaw. Jasne, kociaki często wymyślały sobie zajęcia, które zajmą ich czas w żłobku, lecz kotka nie kojarzyła, by któreś wpadło na taki pomysł. Była nieco zaintrygowana tym, ale i nieco sceptyczna, jakby doszukiwała się w tym drugiego dna, które może nawet nie istniało. W końcu nie była jeszcze oficjalnie zielarzem Owocowego Lasu i jej podejrzenia mogły być błędne.
— Mama mówi, że w obozie jest dużo żuczków! — oznajmił, przesuwając rozmarzone spojrzenie na wyjście ze żłobka. Nagle gwałtownie odwrócił głowę w kierunku Mistral. — Zabierz mnie do obozu — zażądał. — Chcę poszukać żuczków!
Na początku uczennica zamrugała parę razy, jakby upewniając się, że to, co kocurek powiedział, faktycznie miało miejsce.
— Cóż… Nie wiem, co na to twoja mama — mruknęła, spoglądając na Rohan. Ta jedynie machnęła łapą, będą pogrążona w jakiejś rozmowie z Purchawką. — W takim razie chodźmy, tylko nie oddalaj się za daleko, w obozie są też inni i możesz wpaść pod ich łapy — dodała, spokojnym krokiem opuszczając kociarnię, kiedy to srebrny niemal wybiegł, jak poparzony, lecz po chwili zwolnił, biorąc pod uwagę słowa białej lub po prostu przytłoczyła go ilość nowych doświadczeń.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Obecnie, przed opuszczeniem obozu przez Wiciokrzewa

Pora nowych liście powoli dobiegała ku końcowi, lecz nic nie zapowiadało, aby podobnie było w przypadku chorych Owocniaków, którzy przez ostatnie dni aż nadto odwiedzali trójkę mieszkańców dziupli. Zielarka miała wrażenie, że ledwo co jednego dnia wyleczyli parę kotów, a już następnego ze wschodem słońca zjawiały się kolejne. Dlatego też ta już nie kryła ciężkiego westchnienia, które opuściło jej pysk, gdy po śniadaniu ujrzała w dziupli kolejnego pacjenta. Na szczęście niedawno w towarzystwie Wrony uzupełniła zapas ziół, więc ten teraz nie prezentował się tak krucho.
W legowisku uzdrowicieli zawitał liliowy wojownik, ten widząc młodą kotkę, próbował się uśmiechnąć, jakby sam ten gest miał sprawić, że niebieskooka padnie do jego łap, kompletnie oczarowana kocurem. Ale właśnie, próbował, gdyż tylko na tym poprzestał z powodu bólu zęba, który mu doskwierał, powodując na pysku widoczny grymas z powodu dyskomfortu. Mimo to, niezrażony nieudaną próbą, podszedł bezpośrednio do młodszej, uważając, że to pierwsze fatalne wrażenie nie zaburzyło jego czaru i charyzmy. Ta jedynie przewróciła oczami, pozwalając Purpurze na jego dalsze przedstawienie — czekała tylko na dogodny moment, by podciąć mu skrzydła tych swoich prób oczarowania kocicy.
— Witaj p- — Nie dokończył, gdyż niebieskooka najzwyczajniej w świecie go wyminęła, jakby był tylko powietrzem. — Zaczekaj!
— Nie jestem uzdrowicielem, Gołąbek się chętnie tobą zajmie — oznajmiła. — Prawda? — spytała, spoglądając na burego, który szybko skinął głową, jakby obawiając się tego, co może się stać, gdy odmówi. — Widzisz? Więc daruj sobie te zaloty, bo one na mnie akurat nie działają. Lepiej dojdź do porozumienia z Kasztanką — rzuciła na odchodne.
Za plecami zdołała jeszcze usłyszeć, jak wojownik w końcu się poddaje i mówi uzdrowicielowi, co mu dolega. Ból zęba wyjaśniał, czemu starszemu nie udał się zawadiacki uśmiech, który miał ją oczarować. Prychnęła na to pod nosem, w Owocowym Lesie wieści szybko się rozchodzą, więc nie trudno było usłyszeć, że pomiędzy Kasztanką a Purpurą ostatnio niezbyt dobrze się układa. Biała współczuła kotce, przez chwilę zastanawiając się, jak tak dwa różne koty zdołały się połączyć w związek partnerski. Chyba zostanie to dla niej tajemnicą, dopóki sama z kimś się nie zwiąże, może wtedy dowie się, co jest tak niesamowitego w tym wszystkim.
Miała właśnie wychodzić na krótki spacer, który był po prostu sposobem na zabicie czasu, nim wróci do dziupli z nadzieją, że nie przebywa w niej pręgowany kocur. Plan ten został pokrzyżowany przez wpadnięcie na Bratek. Uczennica nawet nie zdołała wypowiedzieć ani słowa, gdy zaniosła się kaszlem, który aż wywołał lekki grymas na pysku Mistral.
— Idź do Gołąbka. Nie brzmi to na zwykły kaszel — oznajmiła i nie oczekując odpowiedzi, wyminęła młódkę, by następnie opuścić bezpieczny azyl. Nie planowała się daleko oddalać, jedynie na tyle, by w razie niebezpieczeństwa ktoś mógł przybyć z pomocą. Na samą myśl o byciu bezradnej w takiej sytuacji, trzepnęła końcówką ogona. Wizja ta bardzo jej nie leżała, lecz zdawała sobie sprawę, że na obecny moment w Owocowym Lesie jest już wystarczająco dużo kotów, które posiadają umiejętności w dziedzinie walki i medycyny — wątpiła, aby Czereśnia zgodził się jeszcze na jej doszkolenie.
Przysiadła pod jednym z drzew, obserwując, jak liście powoli kołyszą się w rytmie podmuchów powietrza. Wyglądały, jakby tańczyły do melodii, którą tylko dla nich nucił wiatr, gnający wysoko pomiędzy gałęziami w koronach potężnych drzew. W pewnym momencie w zasięgu jej wzroku pojawił się jerzyk. Pierwsza myśl, która przyszła jej do głowy, że to może Wszechmatka chce jej coś przekazać — że może nie jest sama, powinna wziąć się w garść. Jednak… czy była w stanie, widząc, w jakim stanie znajdował się Wiciokrzew? Starszy przecież był niemal cieniem dawnego siebie. I dlaczego? Ponieważ jej żal po śmierci matki był zbyt duży, by być, chociaż nieco milszą dla liliowego. W dodatku ten popełnił śmiertelny błąd. Śmiertelny nie dla niego, a dla młodego wojownika, który był bratem Purpury i Kropli.
Dotychczas nie pozwoliła sobie choćby na chwilę słabości, przecież miała na barkach zdrowie psychiczne całego Owocowego Lasu. Gdyby okazała coś innego niż spokój, zrozumienie, inni mogliby zacząć wątpić w to, czy nadaje się na zielarza. Ciężko pracowała, przykładała się do treningów i Wiciokrzewu i Purchawki. Robiła wszystko, by być najlepszą, idealną na to stanowisko.
Nawet nie zauważyła, gdy z powodu jednego ptaka po jej policzkach zaczęły spływać łzy w cichym płaczu. Płaczu, który wyrażał więcej niż słowa. Płaczu tak potrzebny dla niej, a mimo wszystko duszonym od paru księżyców. Płaczu, który pokazywał, że nie jest kimś, kto jest w stanie unieść nie tylko swoje, ale i innych problemy, zmartwienia.
Z tego stanu wyrwał ją dopiero dźwięk zbliżających się kroków, które należały do dwójki Owocniaków. Szybko przetarła łapą policzki i oczy, mając nadzieję, że nie będzie po niej widać, iż jeszcze uderzenie serca temu płakała, niczym mały kociak, który zgubił swoją mamę.
— Witaj Pierścieniu, Daglezjo — mruknęła, po odchrząknięciu, by mieć pewność, że jej głos się nie załamie w połowie słowa. — Zmierzacie na trening?
— Tak — odparła szylkretka.
— A czy… mogłabym pójść z wami i poobserwować? — Początkowo na to pytanie, wojowniczka zmrużyła nieco oczy, jakby doszukując się ukrytych intencji w tym pytaniu, lecz finalnie wzruszyła ramionami i ruszyła w dalszą drogę. Biała uznała to za niemą zgodę, więc już po chwili kroczyła obok Pierścienia, który nieco wyrósł, odkąd go spotkała po raz pierwszy. — Jak tam u ciebie Pierścieniu?

<Pierścieniu?>

Wyleczeni: Purpura, Bratek