BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

20 lipca 2026

Od Leona

Przeszłość, poprzednia Pora Nagich Drzew, na drugi dzień po morderstwie Krasnego

Leon nie rozmawiał o wydarzeniu z Żółtką, jednak zdołał poinformować o tym swojego ojca. Pod płaszczykiem agresywnych samotników i włóczęg, opowiedział o przekroczeniu granicy oraz o Rodzinie, o której tak strasznie Krasny lubił wspominać.
Pogoda się nie poprawiła. Nadal padało i wiał silny wiatr, a ślady po walce nadal zdobiły ziemię niedaleko krawędzi. Jednak czuł również zapach innych kotów, które przyszły w to miejsce. Szczególnie na krawędzi, gdzie spadł Krasny. Czyżby przyszli zobaczyć poległego rudzielca?
Podszedł bliżej krawędzi i wychylił swój łeb, by zobaczyć, jak tam się miał Krasny. Na głazie kotłowały się mewy, które posilały się ciałem rudzielca. Jeszcze kilka dni i nic z niego nie zostanie.
Mruknął pod nosem z zadowolenia i wrócił bardziej na stały ląd. Nie chciał stać się Krasnym, na którego zastawiono pułapkę. Spojrzał się na koronę drzewa, szukając jakiegokolwiek kociego podobnego kształtu. Jednak nikogo tam nie było.
Sprawnie odnowił oznaczenia zapachowe i ruszył do domostwa.

***

W środku gniazda dwunożnych było naprawdę ciepło oraz sprowadzono do środka prawdziwe drzewo, które ozdobiono najróżniejszymi świecącymi drzewami. Cała rodzina była też zaskakująco długo. Nikt nigdzie nie wychodził, żeby pojechać do swoich dwunożnych obowiązków. Żółtka mówiła zresztą, że tak wyglądają “święta”. Leona aż tak to nie interesowało, cieszył się z tego, że był głaskany i mógł wygodnie usadowić się na kocu, by pooglądać, co się działo na zewnątrz.
Na jego podwórku poruszyły się tuje, z których wyszedł Ostek oraz dwa inne koty, których dotąd nie znał. Szukali go i poszli za jego zapachem. Głupcy. W takim tempie pewności siebie, jakiej byli, zginą marnie. Nikt nie będzie naruszał jego terytorium i groził mu.
— Co tam porabiasz, Leonie? Jest coś ciekawego za oknem? — zamruczała Żółtka, którą dwunożni wyciągnęli z choinki. — Nie ma niestety śniegu tej zimy.
Żółtka na szczęście nie zauważyła, jak nieproszone koty wraz z Ostkiem wkroczyli na ich podwórko. Koty zniknęły za rogiem, a on wpatrywał się w ostatnie liście, które smutnie powiewały na gałęziach.
— Nie, jest dość spokojnie. Nie widzę nawet żadnego ptaka, jednak lubię patrzeć na gwiazdy, które powoli widać na niebie.
Żółtka zamruczała cicho i ułożyła się obok niego na ciepłym kocyku. Zaczęli razem przyglądać się niebu, a Leon w głębi ducha cieszył się, że Żółtka nic nie wiedziała o jego potyczce z Krasnym. Pewnie byłoby jej przykro i broniłaby kota, który sam na własne potrzeby mógłby ją zrzucić z tamtego klifu.

🎄

19 lipca 2026

Od Leona

Przeszłość, Pierwsza Pora Opadających Liści po opuszczeniu Świetlików

Zaraz za Żółtką wszedł pewnym krokiem do ciasnej uliczki, w której zniknął tajemniczy kocur, który niby był przyjacielem czarnej. Nie musiał się rozglądać za długo, gdyż na wielkich kubłach na śmieci siedziała część nieznajomych kotów, które świdrowały ich wrogim spojrzeniem.
Kątem oka zauważył ruch. Było ich więcej. Napiął mięśnie. Nie zwiastowało to nic dobrego.
— No, no… Żółtko, nie spodziewałem się, że przyprowadzisz nam nowego kolegę… — wymruczał gardłowo jeden rudy kocur z raną na oku. Starał się on grać groźnego i tajemniczego, jednak z zawahaniem stawiał swoje łapy po pokrywie śmietnika. — Tylko mam nadzieję, że nie zechce on nam zepsuć naszych interesów, bo to nie spodoba się naszej głowie rodziny — zeskoczył do nich na ziemię.
Rudzielec nie był ani wysoki, ani barczysty. Wyglądał raczej na kota, który zajmuje się szpiegostwem lub kradzieżami.
— Oczywiście, że nie. Chciałam tylko was zapoznać wszystkich. Nazywa się Leon i jest tutaj nowy wraz z jego ojcem — powiedziała głupiutka Żółtka. — Leonie, teraz rozmawiasz z Krasnym. Jest zabawny i mówi, że zajmuję się tą częścią rynku wraz z jego rodziną.
Ta “rodzina” nie wyglądała Leonowi na pokrewieństwo kotów, tylko grupę zorganizowaną z hierarchią tak jak klan lub inna banda. Zmrużył nieufnie oczy i zlustrował Krasnego.
— Twój przyjaciel nie ma języka w pysku, że sam nie umie się przedstawić? Czy po prostu go mamusia nie wychowała? — Krasny rzucił pierwszą zaczepką, na którą Leon nie zareagował.
Chciałby się rzucić na rudzielca. Dawno nie walczył, a bardzo mu tego brakowało. Jednak nie byli na własnym terenie, a w dodatku nie mieli przewagi liczebnej. Musieli się jakoś wycofać.
— Może jest trochę nieśmiały — Żółtka niepewna zerknęła na niego, jakby czekała aż się odezwie.
Krasny zamruczał, rozbawiony mając nadal na pysku swój krzywy arogancki uśmieszek. Tego już było za wiele. Wyszedł naprzeciw rudzielca, na co ten się wzdrygnął.
— My już sobie pójdziemy. Miło było, ale się skończyło — mruknął twardo, zagarniając ogonem Żółtkę w stronę wyjścia.
Krasny tylko zastrzygł uchem. Nikt się nie pożegnał. Leon wraz z Żółtką szybko wyszli z alejki i skierowali się do domu. Do momentu aż nie zniknęli za rogiem, czuł na sobie wzrok tamtych kotów. Nie rozumiał, jakie relacje “biznesowe” łączyły Żółtkę z tą bandą, jednak zamierzał się dowiedzieć na swój sposób i najwyżej zepsuć im interesy.

***

Przeszłość, poprzednia Pora Nagich Drzew

TW: walka i śmierć

Siedział w koronie drzew, patrząc na koty, które już wcześniej spotkał w centrum. Jednak teraz oni byli na jego terenie. Znajdowali się niedaleko farmy ostryg, na skraju klifu. Wichura oraz padający deszcz maskował jego obecność, a nieświadome trzy koty z centrum zajmowały się polowaniem. Rozpoznał tylko Krasnego oraz Ostka, a trzeciego kota nie kojarzył, jednak ten wyróżniał się z owej trójki, ponieważ miał obrożę. Czyli wychodziło na to, że w “rodzinie” nie tylko znajdowali się samotnicy.
Zacisnął mocniej pazury na gałęzi. Był wściekły. Może Żółtce nie przeszkadzało to, że jej tak zwani przyjaciele wchodzili na jej teren. Może była za słaba, jednak od niedawna on zaczął wraz z Louisem stawiać oznaczenia zapachowe, jednak intruzi je zignorowali. On nie zgadzał się z nikim na jakieś układy ani tajne plany, choć, to miejsce od niedługiego czasu było już jego.
Cierpliwie czekał, aż ktokolwiek podejdzie pod drzewo, żeby schronić się przed warunkami atmosferycznymi. W końcu rudzielec podszedł pod drzewo i zawęszył między korzeniami drzewa, szukając myszy. Jedzenia było tu wiele, z tego, co wiedział Leon. Nie polował przecież za często. Dostawał dobre jedzenie w domu. Jednak nie zamierzał dzielić się własną zwierzyną z obcymi.
Z głośnym warknięciem zeskoczył z drzewa, prosto na barki mniejszego od siebie Krasnego. Rudzielec pod ciężarem runął na ziemię i zaczął się szamotać w panice, a pozostała dwójka z przerażenia podkuliła ogony i ruszyła do ucieczki.
— Czy to są te wasze interesy z Żółką? Wchodzenie na nasz teren? Zapomnieliście jeszcze uzgodnić te sprawy ze mną i z Louisem! — warknął, chcąc przekrzyczeć świsty wiatru, szum deszczu oraz fal.
— Pożałujesz, że położyłeś łapska na mnie, ty leszczu! Rodzina nie toleruje takich zachowań! Za ochronę zbieramy zwierzynę! Złaź ze mnie! — Krasny kopnął go w brzuch i szybko wywinął się z jego uścisku. Jednak, zamiast wiać, stanął naprzeciw niego, gotów do pojedynku.
Leon otarł pysk z piany, której dostawał na sam widok rudzielca.
— Sam jestem w stanie obronić swoje tereny! Przed tobą, twoją rodziną, samotnikami, lisami i innymi psami! Twoja głupia banda może co najwyżej mi podskoczyć, a ty wrócisz z obdartą skórą i powyrywanymi wąsami, że śmiałeś przekroczyć granicę zapachową!
— Chyba bardzo chcesz skończyć w odmętach tej zatoki. Przywitasz się z innymi, którzy tak bardzo chcieli powstrzymać Rodzinę przed osiągnięciem swoich celów — Krasny stawił krok bliżej niego, cały zjeżony z wysuniętymi pazurami.
— Zobaczymy, kto będzie zaraz pływał z rybkami, jeśli nie ucieknie wraz ze swoimi kolegami.
Na pysku Krasnego pojawił się kwaśny grymas. Trafny komentarz, co do jego kolegów, raczej mocno zapiekł.
Nie musieli dłużej gadać. Oboje rzucili się na siebie z pazurami. Drapiąc, popychając się i turlając po trawie, coraz to bliżej byli krawędzi klifu. Krasny zauważając to, złapał go za kark, chcąc zrzucić go z klifu. Jednak nie docenił siły Leona. Srebrny zbił go z łap, jednocześnie zarzucając rudym w stronę krawędzi. Krasny starał się trzymać przednimi łapami i zębami w jego karku, gdy jego łapy zwisały w przepaści.
Leon bez wahania przednimi łapami zdarł z siebie Krasnego, który z całych sił walczył, by nie zostać zrzucony z klifu. Jednak walka była już przesądzona. Rudzielec z dzikim wrzaskiem i strachem w oczach spadł z wysokości. Spadając tak, jego krzyk został zduszony przez wiatr oraz szum wzburzonej wody, która z impetem uderzała o ściany klifu. Nawet nie było słychać upadku. Leon tylko widział, jak rude ciało roztrzaskuje się o skały i spoczywa na jednym z głazów, które obmywają fale. Posoka zabarwiła wodę i szkarłatne pasmo powoli rozciągało się w głąb morza.
— Wystarczyło, byś zwiał wraz z twoimi… A jednak wolałeś zginąć w walce… — mruknął do rudego, jakby ten mógł go jeszcze usłyszeć.
Jego barki i kark krwawiły od pazurów, jednak nie czuł bólu ani nieprzyjemnego pieczenia. Adrenalina nadal go trzymała pobudzonego. Swoimi rozszerzonymi ślepiami spojrzał się w kierunku traw, gdzie kłosy poruszały się niezgodnie z kierunkiem wiatru. Z zieleni wystawił łeb Ostek, który z przerażeniem wpatrywał się w niego. Czy widział całe zdarzenie? Leon postawił jeden krok w jego kierunku, jednak buras zniknął w trawach, ponawiając ucieczkę, tylko tym razem na dobre.
Czy właśnie stał się mordercą? Pewnie Mglisty Sen wraz z innymi Świetlikami potraktowaliby go jak Rysi Trop… Czy Żółtka będzie na niego zła, skoro pozbył się jednego z kotów, którzy pasożytowali na niej oraz jej terenach? Czy jego ojciec, by pochwalił jego zachowanie? Nie był pewien, jakie odpowiedzi były na te pytania, które wirowały w jego umyśle jak szalone, jednak pewien był jednego. Zaspokoił swoją żądzę walki. Tego mu właśnie brakowało najbardziej. Tak jak za dobrych czasów w Klanie Wilka.
Polizał się po ranach, które już przestawały krwawić i ruszył w stronę domostwa. Może nie musiał zachowywać się jak święty na nowych terenach? Wybicie tej całej “rodziny”, która rządziła okolicą, potraktuje jako nowe hobby.

🌳

Od Leona

Przeszłość, Pierwsza Pora Opadających Liści po opuszczeniu Świetlików

Właśnie pierwszy raz właściciele pozwolili mu wyjść z domostwa, w którym tak długo go przetrzymywali. To nie tak, że wcześniej nie udało mu się wymknąć… Z pomocą Żółtki udało się mu już zwiedzić plaże, gdzie była farma ostryg. Jednak teraz oficjalnie mógł chodzić po terytorium, które należało do nich!
— Leonie! Dwunożni otworzyli drzwi! Możemy wyjść! — usłyszał głos Żółtki z pierwszego piętra domostwa.
Zbiegł szybko po schodach i zaraz za czarną znalazł się na świeżym powietrzu. Dwunożni szybko się uwijali i weszli do brzucha potwora, po czym odjechali w tylko znanym ich kierunku. Żółtka mówiła o ich obowiązkach oraz czym się różnią, jednak Leona to najmniej obchodziło.
Dzisiaj jego współlokatorka miała pokazać centrum, w którym podobno znajdowały się inne koty, z którymi się niby spotykała. Leon miał co do tego mieszane uczucia. Wątpił, by inne koty nie były terytorialne i z chęcią przyjmowały w swe progi ciekawską i przyjacielską Żółtkę.
Ich podróż w miejsce docelowe trwała dłużej niż się tego spodziewał. Przez łąki, obok kamiennej Drogi Grzmotu, która i tak nie była często używana przez potwory dwunożnych. Wzdłuż linii klifów, drogą aż do momentu, kiedy budynki dwunożnych gęsto stały obok siebie. Idąc uliczkami, w końcu doszli do małego placu, na którym były wystawione najróżniejsze owoce morza. Dwunożni nawoływali i krzyczeli, chodzili wokół swoich stanowisk i nosili ryby, które były nawet większe od niego samego. Leon stał w osłupieniu, kiedy Żółtka z ekscytacją wypatrywała w nim jakiejś reakcji.
— Jesteśmy w centrum! Tutaj właśnie dwunożni zwani rybakami przynoszą swoje zdobycze i wymieniają je za jakieś dziwne zielone liście. Wiem. Jest to bardzo dziwne, gdyż żaden szanujący się kot nie oddałby swojej zdobyczy za jakieś marne liście — wymruczała, ocierając się o niego. — Można tutaj zobaczyć inne koty, które często podkradają ryby lub inne owoce morze. Często nie mają własnego dachu nad głową i same muszą o siebie dbać. Chociaż widziałam też innych, którzy mimo dostawania jedzenia w u swoich dwunożnych i tak nadal kradną.
Jak na wspominkę kotki, zobaczył ruch między stoiskami. Zmrużył oczy, wyostrzając wzrok. Zobaczył pierwszego kota, który raczej nie wydawał się ucieszony ich obecnością. Bury kocur z bielą uważnie ich obserwował, a dokładniej niego. Po czym zniknął w jednej z ciasnych alejek.
Żółtka widocznie też go zobaczyła, bo szturchnęła go w bok i ruszyła w kierunku, gdzie zniknął nieznajomy. Leonowi jednak nie podobał się ten pomysł, żeby śledzić nieznajomego, jeśli wcześniej nie był w tym miejscu.
— Chodź! Zapoznasz się z moimi przyjaciółmi! Pewnie też go widziałeś, to Ostek. Jest dość specyficzny, jednak może się polubicie.
Leon szczerze w to wątpił. Ruszył zaraz za Żółtką, jednocześnie zachowując ostrożność.
To może się źle skończyć…

🌳

Od Cętkowanego Tęgosza

Przeszłość

Zaczęło powoli zmierzchać, Zalotnej Gwiazdy bardzo długo nie było, a chciał jej się pochwalić, że upolował jeża. Ukłuł tak bardzo, że Cisowe Tchnienie musiała mu kolce wyciągać z łapy, to tak bolesne, już oprócz sytuacji ekstremalnych, nie dotknie jeża.
— Niestety Zalotna Gwiazda chyba później usłysz twoją "kłującą historyjkę" — dość żartobliwie odparł Księżycowy Odłamek rudzielcowi, na co ten przekręcił oczami. Od jakiegoś czasu ich relacja stała pod znakiem zapytania, koty zaczęły krzywo na nich patrzeć, a nawet pojawiła się plotka, że są jakoś blisko. Nie interesowały go głupie plotki, miał lepsze rzeczy do roboty, czasem niektórzy takie plotki wymyślali, że chciał parsknąć śmiechem.
— Usłyszy, ale nie o tym, że się pokłułem przy polowaniu tej piszczki — czemu by chciała słyszeć, jak się pokłuł? To już zbędne do dodawania według niego.
— A szkoda, bez tego sądzę, że ta historia utraciłaby swój urok — urok? Że go jeż oszpecił na chwilę? Chciał już go trzepnąć w ten pusty łeb, ale jego uwagę zwróciła Zalotna Gwiazda cała pokryta w śniegu. Tylko jej postawa nie była już taka szlachetna jak zwykle, jej futro było zjeżone, a pysk skierowany w dół. Przywódczyni weszła na mównice, Księżyc próbował go jeszcze zagadać, ale nawet on w ciszy zaczął jej się przyglądać.
— Klanie Wilka... mam wam do przekazania wiadomość, której żadne z nas nie chciało nigdy usłyszeć — oznajmiła donośnym, smętnym głosem.
Młode kocury szybko zebrały się pod mównicą jak inne koty. Czy to byli znowu Dwunożni i ich taranowanie Wilczackiego lasu?
— Dzisiejszy dzień zapisze się w historii naszego klanu jako dzień żałoby. Dzień, w którym straciliśmy jednego z naszych najwybitniejszych wojowników. Odkryłam, że Cienista Zjawa nie żyje.
Po polanie przebiegł szmer, a Cętkowanemu Tęgoszowi na moment serce przestało bić, a on sam zamarł.
— Został zamordowany. Zamordowany z zimną krwią przez tchórzy, którzy nie mieli odwagi spojrzeć mu w oczy jak równy z równym. Odebrano mu życie tylko dlatego, że do samego końca bronił terenów należących do Klanu Wilka… — Zalotna Gwiazda przerwała na moment. — I gdyby sprawcą okazał się którykolwiek z naszych pobratymców, własnymi łapami rozszarpałabym zdrajcę, a jego wnętrzności zgniłyby w błocie ku przestrodze dla każdego, kto odważy się podnieść łapę na tak szlachetnego kota. Tym razem jednak zagrożenie przyszło spoza naszych granic. Z terenów samotników, bo to właśnie oni odpowiadają za śmierć mojego syna — splunęła z pogardą.
Jej ogon wściekle przeciął powietrze, zanim kontynuowała:
— Nie wiem, ilu ich było. Wiem jedynie, że musiało ich być wielu, bo tchórze zawsze polują w grupach! Zapamiętajcie moje słowa: każdy obcy kot, każdy ślad, każdy zapach może należeć do morderców Cienistej Zjawy. Od tej chwili macie obowiązek zgłaszać mi wszystko, co wyda wam się podejrzane. A gdy ich odnajdziemy... sprawiedliwość dosięgnie każdego z nich!
Zgromadzone koty po raz kolejny zaczęły wymieniać między sobą spojrzenia, a także szepty.
— Ale nie pozwolę, byśmy zapamiętali dzisiejszy dzień wyłącznie jako dzień straty — unosząc wyżej głowę, rozejrzała się po swoich pobratymcach. — Cienista Zjawa nie był zwykłym wojownikiem. Był prawdziwym wzorem Wilczaka. Kotem, który bez chwili zawahania się oddał własne życie za bezpieczeństwo swoich pobratymców. Takie czyny nie mogą zostać zapomniane. Takie czyny zasługują wyłącznie na nagrodzenie — w jej głosie brzmiała duma. — Dlatego od tej chwili w Klanie Wilka istnieć będą odznaczenia dla najwybitniejszych spośród nas. Tytuły, na które trzeba będzie sobie zapracować!
W jej oku pojawił się błysk.
— Pierwszym z nich jest Powiernik Cienia. Tytuł nazwany na cześć Cienistej Zjawy. Otrzyma go każdy, kto wykaże się bohaterstwem wykraczającym poza obowiązek wojownika. Każdy, kto poświęci własne zdrowie lub życie dla dobra Klanu Wilka — oznajmiła, a po chwili jej spojrzenie na krótką chwilę złagodniało. — Pierwszym Powiernikiem Cienia zostaje pośmiertnie Cienista Zjawa.
Po chwili kontynuowała:
— Do tego grona dołączają również Pustułkowy Szpon, który podczas wojny z Klanem Klifu oddał oko za naszą wygraną, Trzcinniczkowa Dziupla oraz Lamentująca Toń, których poświęcenie również na zawsze zapisze się w historii naszego klanu — po tych słowach odchrząknęła. — Powstaje również tytuł Opiekuna Tchnienia, przeznaczony dla kotów, które uratowały życia tych krytycznie zagrożonych lub tych, które przez wiele księżyców wiernie służyły klanowi jako medycy. Pierwszą nosicielką tego tytułu zostaje Cisowe Tchnienie.
Na moment umilkła, by podsycić napięcie.
— Ostatnim z nowych odznaczeń jest Strażnik Tajemnic. Tytuł dla tych, którzy własną czujnością ochronią Klan Wilka przed zdrajcami, spiskowcami i każdym, kto spróbuje zatruć naszą przynależność od środka — wyjaśniła. — Nie są to jednak puste słowa ani ozdoby. Kot, który zdobędzie którykolwiek z tych tytułów, stanie się bohaterem naszego klanu. Otrzyma pierwszeństwo u medyka, pierwszeństwo zabierania głosu oraz prawo wyboru własnego ucznia. Jego słowa będą znaczyć więcej, ponieważ udowodnił już, że potrafi poświęcić dla Klanu Wilka więcej niż inni — spojrzała po wszystkich zgromadzonych.
— Z tymi słowami chcę, aby każdy młody kot dorastał z marzeniem o zostaniu Powiernikiem Cienia, Opiekunem Tchnienia czy Strażnikiem Tajemnic. Chcę, aby każdy wojownik wiedział, że największym zaszczytem nie jest życie długie, lecz takie, które oddane było Klanowi Wilka — przez kilka uderzeń serca polana ponownie pogrążyła się w ciszy. Została ona przerwana dopiero wtedy, gdy Zalotna Gwiazda zaczęła skandować imiona kotów, które przyjęły dziś nowe tytuły:
— Cienista Zjawa! Pustułkowy Szpon! Trzcinniczkowa Dziupla! Lamentująca Toń! Cisowe Tchnienie! — po tym, jak przywódczyni kończyła na ostatnim imieniu, inne koty też zaczęły skandować imiona nowo oznaczonych.
— Cienista Zjawa! Pustułkowy Szpon! Trzcinniczkowa Dziupla! Lamentująca Toń! Cisowe Tchnienie! — mimo tak głośnych i hucznych krzyków wiwatów, Cętkowany Tęgosz nie dołączył do tych kotów. Cienista Zjawa, jego ojciec był tak wspaniałym wojownikiem, że nie mógł przyjąć tego, że nie było go wśród nich. Jako jego jedyny syn czuł, że go zawiódł, nie podołał temu, żeby z pyska kocura wydobyło się "jestem z ciebie dumny", nie zdążył, bo oblicze śmierci go dopadło.
— Cienista Zjawa! Pustułkowy Szpon! Trzcinniczkowa Dziupla! Lamentująca Toń! Cisowe Tchnienie! — wiwaty w jego głowie były coraz cichsze, coraz bardziej mniej umiał się na nich skupić. Chciał jedynie, żeby teraz Cienista Zjawa wrócił z truchłami samotników, którzy go zaatakowali i powiedział wszystkim, że jednak żyje, spojrzał na wyjście z obozu, było puste jak zwykle, nic nie zdawało się tam czekać na niego. W końcu gmach kotów się rozszedł na znak Zalotnej Gwiazdy, tylko oczywiście on tam nadal siedział ze spuszczoną głową.
— Hej stary, wszystko dobrze? — obrócił się, widząc zmartwionego białego kocura, nie chciał jednak od nikogo pustych słówek, żadnych! Nawet od Rozbitego Księżyca.
— ZOSTAW MNIE W SPOKOJU! — krzyknął na Wilczaka, następnie wybiegł z obozu, zapewne inni już słyszeli, jak się wydarł, ale teraz biegł przed siebie.

***

Już nastała noc, rudzielec jednak nie chciał wracać do obozu, zrobi to rano. Teraz musiał zasnąć gdzieś w dobrym miejscu, aż się poczuł znowu jak kociak który przeżywa na nowo swoją próbę. Nawet się nie starał znaleźć dobrej kryjówki, znalazł krzew średniej wielkości i zsunął się pod niego, było tam minimalnie ciepło, jedną noc spania w chłodzie przeżyje. Tego zmierzchu tyle nowych tytułów się pojawiło po śmierci jego ojca, Powiernik Cienia, Opiekun Tchnienia i Strażnik Tajemnic. Niby każdy tytuł był wyjątkowy, Strażnik Tajemnic to tytuł dla tych, którzy chronili klan przed zdrajcami i zatruciem od środka, Opiekun Tchnienia był przeznaczony dla wybitnych medyków, którzy ratują dużo żyć, a Powiernik Cienia był dla kotów, które się poświęciły dla klanu, nie tylko Cienista Zjawa jako pierwszy dostał ten tytuł, nazwany po części po nim, ale też Pustułkowy Szpon, Lamentująca Toń, te koty zasługiwały na ten tytuł, tylko czemu wśród nich znajdował się Trzcinniczkowa Dziupla? Nie oślepł on przez walkę z Klanem Klifu, tylko z tego, co słyszał Seradelowej Łapy, że go stracił przez Kwaśną Kocankę, gdy była uczniem, to wydrapała mu oczy. Niby za to, że dał się oszpecić uczniowi, dostał tak ważny tytuł? Łatwo można było czemuś takiemu zapobiec, wystarczyło raz roztargnionego bachora walnąć i byłby spokój, ale nie, pokonany przez ucznia jeszcze został oznaczony. Cętkowany Tęgosz tak się gotował w środku, gdy zrozumiał, że czekoladowy dymny arlekin przynosił hańbę temu oznaczeniu na cześć jego ojca, dlatego musiał to naprawić. Rudzielec spokojnie zasnął po tak agresywnych przemyśleniach.

***

Był poranek, wyprostował głowę, ale nadział się na gałąź, dość agresywnie wylazł z krzaka. Czuł się cały zmarznięty, nawet śnieg w niektórych miejscach miał na futrze. Nie otrzepał się, tylko tak ze spokojem postanowił wrócić do obozu z kamiennym wyrazem twarzy. Wszedł do obozu jakby nigdy nic, koty patrzyły się na niego, ale on to zignorował, kierując się do swego legowiska.

Nowa członkini Pustki!


Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna zaginięcia: Upadek z gałęzi i skręcenie karku

Odeszła do Pustki!

Od Iskrzącej Nadziei CD. Cisowego Tchnienia

Bardzo dawno temu…

⋆˚。⋆୨✧୧˚ ★ ✩ ★ ˚୨✧୧⋆。˚⋆

Ten dzień był bardzo spokojny. Ptaki poćwierkiwały gdzieś nad moją głową, a ja właśnie wróciłam z udanego patrolu. Udało mi się upolować dwie wiewiórki i dwie myszy. Sama nie byłam głodna, więc postanowiłam zanieść jedzenie medykom. W wejściu był Chudy Grzbiet, z którym nawiązałam chwilową rozmowę.
— Cześć, Chudy Grzbiecie, jak tam dzisiejszy ruch? — zapytałam, kładąc jedzenie obok siebie.
— Hej, Iskrząca Nadziejo! Jest spoko, dość spokojnie jak na razie. A to jedzenie to dla kogoś specjalnego?
Spojrzałam ze słabym uśmiechem na jego pyszczek, po czym znów spuściłam swoje spojrzenie na kąski.
— Przyniosłam je dla was! Ta wiewiórka jest dla Cisowego Tchnienia, ta dla Roztargnionego Koperku, a te dwie myszy są dla Ciebie!
— Miło z twojej strony, dzięki! — miauknął kocur, przesuwając myszy na bok.
— Hej, Cisowe Tchnienie, ktoś do Ciebie ze zwierzyną! — zawołał po chwili medyk, a mi żołądek podszedł do gardła.
Nie nie nie, czemu ją zawołałeś! Przecież ona mnie pewnie nienawidzi...!
Od jakiegoś czasu próbowałam się zebrać na rozmowę z teściową, ale zawsze tuż przed podejściem tchórzyłam. Dlaczego ona chciałaby w ogóle patrzeć na mój pysk?! O czym miałybyśmy niby rozmawiać?!
Poczułam nerwowy uśmiech na swoim pysku, kiedy Cis wyłoniła swoją głowę, wraz ze zrzedniałą miną, która nie wróżyła absolutnie NIC. Dobrego.
Kocica po chwili przyszła do mnie, nie spuszczając ze mnie wzroku ani na ułamek uderzenia serca. Nie wiem, czy głośno, ale przełknęłam ślinę, nie wiedząc, co powiedzieć.
— Ta wiewiórka jest dla ciebie — bąknęłam, wskazując na ową rudą zwierzynę ogonem.
Zanim Tchnienie cokolwiek odrzekła, znów zabrałam głos.
— Taaaak, to ja już może sobie pójdę… Ym… T-to miłego dnia życzę, pa...! — rzekłam, wycofując się najszybciej, jak się tylko dało.

Bardziej aktualnie…

⋆˚。⋆୨✧୧˚ ★ ✩ ★ ˚୨✧୧⋆。˚⋆

Obudził mnie nie ćwierkot ptaków czy rozmowy innych wojowników, a nieznośny ból głowy. Przez pierwszą połowę dnia, próbowałam sobie z nim jakoś poradzić.
W końcu minie, w końcu musi minąć, to przecież na pewno nic takiego!” — powtarzałam sobie w głowie, jednak kiedy miałam wyjść na południowy patrol, przez dłuższą chwilę myślałam, że zwymiotuje z bólu. W końcu się zabrałam i nieśmiało weszłam do legowiska medyków, błądząc złotawym spojrzeniem po ścianach jaskini, szukając pysków Chudego bądź Koperku. Zanim zdążyłam się odezwać, usłyszałam za sobą zirytowany ton medyczki, z którą tak bardzo nie chciałam i chciałam jednocześnie rozmawiać.
— Czego chcesz?
Przez chwilę patrzyłam to na jej oczy, to na przestrzeń gdzieś za nią, kiedy po kilku uderzeniach serca odezwałam się cichym głosem.
— Rano zaczęła mnie boleć głowa… Gdzie Roztargniony Koperek i Chudy Grzbiet? — spytałam, nie patrząc jej dłużej w ślepia.
— Zbierają zioła. Chodź.
Bez słowa podążyłam za kocicą, bojąc się wydać z siebie jakikolwiek dźwięk. Ogonem wskazała mi gdzie mam poczekać, po czym zniknęła w odmętach składziku. Kiedy wróciła, w pysku trzymała kilka ziół. Jedno miało wysokie łodyżki posiadające ząbkowane listki i pąki kwiatków. Druga roślina miała smaczne różowawe owocki i miękkie liście. Zjadłam to wszystko, oblizując swój pyszczek. Może i to pierwsze zioło nie było najsmaczniejsze na świecie, jednak drugie zabiło ten smak.
Mniam, maliny…” — pomyślałam, patrząc na swoje łapy.
Między mną a medyczką cały czas była cisza, której nie umiałam przerwać. Nawet nie do końca wiedziałam, czy chcę ją przerywać. Rozmowa mogłaby okazać się dużo bardziej niekomfortowa niż siedzenie w tej gęstej, wręcz ciężkiej atmosferze.
Jeśli Cisowe Tchnienie będzie chciała, to zacznie rozmowę…” — pomyślałam, niepewnie czekając na to, czy kotka coś powie, czy może jednak nie.
Wyleczeni ~ Iskrząca Nadzieja

<Cis? Pogadaj no ze swoją synową no…>

Nowi członkowie Klanu Nocy!

Do Klanu Nocy dołączyły zdrowe, acz... niespodziewane znajdki!



Od Narwanej Łapy

Szare niebo rozciągało się nad terenami Klanu Nocy; pojedyncze śnieżynki opadały na jej grzbiet, a wiatr ciągnął za kosmyki jej futra. Zastrzygła uszyma i w miarę entuzjastycznym krokiem podążała za Kijankowymi Moczarami.
Sama nie była pewna, co myślała o treningach podczas pory Nagich Drzew. Pomimo ciągłego narzekania, bo nie umiała przestać mielić jęzorem przy uchu mentora, niskie temperatury malowały idealne okoliczności do wymagających i męczących lekcji. Przy których porą Zielonych Liści leżałaby na ziemi i zdychała, stapiając się w jedność z parującą ziemią. Kijanka zabierał ją więc na treningi wytrzymałościowe, biegi – w których szło jej całkiem dobrze – czy długie polowania na konkretne rodzaje zwierzyny. Gdy proponował jej walkę, za każdym razem odmawiała.

Spojrzała z ukosa na wojownika.
— No chyba cię pogięło — prychnęła. — Nie widzi mi się kończyć z pyskiem pełnym śniegu.
Kijanka strzepnął jednym z tych jego wielkich uszu, zmierzył ją wszechwiedzącym spojrzeniem, po czym machnął ogonem w stronę Kolorowej Łąki.
— To zapraszam na polowanie.

Oboje wiedzieli, że puch w pysku wcale by jej nie przeszkadzał. Chociaż, to też byłoby nieprzyjemne! Oszczany śnieg mogą jeść takie przegrywy jak Kasztanek czy bura wywłoka z Klanu Wilka, a nie ona…
— Możemy zapolować, zanim wrócimy do obozu.
Zerknęła na Kijankę.
— Spooooko — zaświergotała, unosząc łeb i węsząc. — Jakieś konkretne zachcianki?
Czarnofutry machnął ogonem. Czyli nie. Oddaliła się więc o parę kroków, strzygąc uszyma, i przeniosła wzrok na linię drzew. Może wśród łysych pniaków nawinie się jej pod łapy jakiś ptak? Ruszyła truchtem w tamtym kierunku. Przyniesie do obozowiska jakąś sikorkę, czy dużego drozda… Wszyscy będą zadowoleni…
Odwróciła się dopiero wtedy, gdy przystanęła parę susów przed lasem. Sylwetka Kijanki stała się nieco rozmazanym kształtem niedaleko brzegu; ruszyłaby dalej, gdyby nie nerwowe ruchy jego ogona i napięte łapy. Pysk wojownika zwrócony był w stronę obozu, a futro na jego grzbiecie stało dęba. Zmrużyła ślipia. Co on tam widział? Czy te jego gigantyczne uszy naprawdę słyszały więcej?
Przestąpiła z łapy na łapę, wyciągając łeb do przodu- halo, halo!
— Narwana Łapo! Wracamy do obozu!
Kijankowe Moczary, nie czekając na nią, rzucił się do przodu.
Naprężyła grzbiet, z rozdziawionym pyskiem spoglądając za czarnofutrym wojownikiem
— Ej- halo! — zawołała, otrząsnąwszy się z zaskoczenia. Dała susa z powrotem w kierunku rzeki, przedzierając się przez warstwy śniegu. — Ale poczekaj na mnie! Ja nie mam gałęzi za łapy, zapadam się tu!
Jej krzyki nie zaskutkowały niczym. Kijanka zniknął za linią brzegu zanim ona zdążyła porządnie oddalić się od drzew. Świetnie. Zatrzymała się, wbijając pazury w zmarzłą ziemię. Mhm. No, to została sama.

↬◦⌑⛯⌑◦↫
TW: krew, śmierć, opisy porodu

Ciekawe, czy Kijankowym Moczarom również się oberwie, gdy wszyscy skapną się, że do obozu wrócił bez niej.
Końcowo, zamiast wlec się do domu przez śnieg, postanowiła skorzystać z okazji i zapuściła się głębiej w las. Skoro już ją tak zostawił, to po co ma się fatygować na wyspę… Niech chłop czuje wyrzuty sumienia. Nie zostawia się niższych od siebie w śniegu po pachy!
Wędrowała po terenach, które kiedyś podobno należały do włóczęgów, lawirując pomiędzy łysymi drzewami i wymijając zaspy. Powoli zniżające się do horyzontu słońce przebijało się przez korony, malując złote plamy i linie na białym podłożu. Jej wzrok skakał z prawej na lewą stronę, z ptaków na zacienione zagłębienia w ziemi…
Zatrzymała się przy jednym z takich. Śnieg przed dziurą był częściowo stopiony, wydeptany, a z wewnątrz dochodziły do niej… Głosy?
Teraz… Teraz mogłaby być mądra. Rozsądna. Nie wiedziała przecież, do kogo one należały. Jednak, ciekawość wzięła górę; przysunęła się bliżej urwanego brzegu wgłębienia, pochylając się nad nim, wytężając słuch i mrużąc ślipia. Na dół prowadziła ścieżka wyższych i niższych kamieni i półek skalnych. Zmrużyła oczy. Widziała parę kręcących się w mroku sylwetek. Hm… Zaraz, zaraz-
— Narcyz?
Rzuciła się do przodu. W paru susach pokonała skalne stopnie, o mało nie lądując na pysku, gdy na śliskiej skale podwinęła się jej łapa.
— Narcyz!
— Narwana Łapo!
Przystanęła obok grupy kotów; Narcyza, Ulewnego Szkwału, Morszczynowego Wąsa, Pierzastej Kołysanki i Mandarynkowej Gwiazdy.
— A wy co tu za scenę odstawiacie? — zapytała. — Czemu siedzimy w dziurze?
Szkwał fuknął poirytowany w ich stronę. Uniosła brew na widok liderki, przyciskając się do boku brata, który uśmiechał się do niej głupkowato.
— Jak dobrze, że jesteś!
Ignorując wszystkich, Werwa przechyliła łeb w stronę brata.
— Wiem — wyszczerzyła się — ja zawsze ratuję sytuację.
Zignorowała syki Mandarynkowej Gwiazdy, której najwyraźniej hałas zaczął przeszkadzać, idąc dalej.
— Tylko- No, w sumie, to jaką sytuację ratuję?
— Ulewny Szkwał się panoszy.
Zerknęła na wojownika przez ramię brata.
— A tak z mniej istotnych rzeczy, to szukamy miejsca, w którym zaatakowano Świteziankę — kontynuował Narcyz, unosząc podbródek. — I chyba idziemy w złym kierunku.
Uniosła brwi.
— Aha.
Po chwili zerknęła kątem oka na liderkę i jej córkę.
— Czyli tradycyjnie, nikt nic nie wie, ale i tak pchają się do przodu, bo są lepsi.
Łaciaty przytaknął jej, poruszając się dalej z grupą w głąb jaskini. Po dłuższej chwili ciszy, przerywanej tylko ich krokami i westchnieniami, Ulewny Szkwał uchylił pysk.
— Trzeba zawrócić, tutaj nic nie ma.
Zatrzymali się. Mandarynkowa Gwiazda obrzuciła ich wszystkich wzrokiem i machnęła ogonem.
— Dobrze, zawracamy.
— Mówiłam! — zamiauczała Pierzasta Kołysanka. — Jedyne co tu znaleźliśmy, to nietoperze i ich bobki.
Na słowa ogrodniczki uniosła spojrzenie na sklepienie jaskini. Rzeczywiście, w mroku błyszczały się niezliczone ilości drobnych ślepi, a co jakiś czas słyszała bicie błoniastych skrzydeł. Strzepnęła ogonem i odwróciła się w stronę brata.
— A co się w ogóle stało z tą Świtezianką? Bo chyba mnie coś ominęło.
Narcyz zastrzygł uszyma.
— Borsuk przyniósł ciało Świtezianki do obozu, a potem zaczął… GADAĆ z Żabią Łapą — wyjaśnił, po czym wzruszył ramionami. — Ulewny Szkwał mówi, że to sobie wyobraziłem, a Mandarynkowa Gwiazda mi nie wierzy, ale jeszcze się przekonają... W każdym razie, Świtezianka żyje, tylko nie wiemy, kto ją zaata-
Mandarynkowa Gwiazda przerwała wywody łaciatego.
— Ja pójdę w stronę wodospadu — oznajmiła. — Pójdą ze mną Narcyzowa Łapa i Narwana Łapa… Oraz Morszczynowy Wąs.
Oderwała wzrok od Narcyza, wywróciła oczyma w stronę liderki, po czym niezbyt chętnie za nią podążyła. Mandarynowa Prukwa…
— Gadać? — ponownie zwróciła się do brata. — A od kiedy ona rozumie bo- borsukowy? Borsuczy?
— Nie wiem. Pewnie ma kontakty z Mroczną Puszczą, tak, jak Świtezianka. Mówię ci, nie można im ufać!
Przywódczyni zgromiła ich wzrokiem.
— Nikt nie ma żadnych kontaktów z Mroczną Puszczą. Żabią Łapę po powrocie też przeprosisz. — miauknęła. — A ty, Narwana Łapo, skoro nie potrafisz okazać szacunku mentorowi i uciekasz z treningów, przynajmniej zachowuj się przyzwoicie wobec przywódczyni.
Spojrzała na kocicę z nutą oburzenia. A tak się cieszyła, że Mandaryna nie zwracała na nią uwagi…
— Nie uciekam z treningów! To on mnie zgubił po drodze! Nawet z tymi swoimi wielkimi uszyma nie słyszał, jak się za nim darłam, by poczekał, bo nie posiadam tyczek zamiast łap tak jak on i zakopuję się w śniegu.
Ostatnie słowa wyburczała pod nosem. No, może tylko trochę naciągnęła prawdę...
Narcyz przytaknął jej, po czym zwrócił się do przywódczyni.
— Żabia Łapa też nie żyje.
— Wiem, ja też — prychnęła ta w odpowiedzi, wywracając oczyma.
Werwa uśmiechnęła się pod nosem.
— No to musisz uważać, bo jak nie żyjesz, to ja i Narcyz przejmujemy prowadzenie i wtedy nigdy nie znajdziemy tego, czego szukamy.
Zamilkła na moment.
— Bo czego my tu szukamy? Skoro Świtezianka jest już w obozie? Pozostałości mrocznych mocy, dzięki którym przeżyła?
Łaciaty trącił ją łapą w bark, po czym nerwowo odsunął się o wąs, jakby spodziewał się, że mu odda. Za dobrze ją zna!
— Mówiłem ci już, że musimy znaleźć miejsce, w którym zaatakowano Świteziankę — mruknął. — Może znajdziemy coś potrzebnego.
Oburzone spojrzenie skierowała z brata na liderkę. No, tyle to wiedziała! Uchyliła pysk, jednak przerwała jej Mandarynkowa Gwiazda. Kocica zatrzymała się i machnęła ogonem; uczennica podniosła wzrok, wbijając go w wodospad, przed którym się znaleźli.
— Morszczynowy Wąsie, znajdzcie jakąś kryjówkę.
Zamknęła buzię i zacisnęła zęby. Phi.
Do jej nosa dobiegł zapach… Krwi. Wojownik zawlókł ich za jeden z kamieni, gdzie Narcyz przycisnął się do jej boku; z ukrycia mogli obserwować Mandarynę, która wspięła się na jedno z drzew, wtapiając się pręgami w jego brzozową korę, i wpatrywała się w coś w oddali. Widziała, jak po jej pysku przeszedł cień paniki, po czym liderka odwróciła się i zaczęła wymachiwać łapami. Patrząc właśnie na nią.
Uchyliła pysk i rozejrzała się dookoła. Huh? Nie no, to chyba do niej... Spojrzała na kierunek, w którym latała łapa kocicy. No, stamtąd przyszli. Miała uciekać? Coś tam było? A może jakimś cudem zezłościła Mandarynę ze swojego miejsca u jej łapek i tamta odsyłała ją do obozu?
Wytężyła wzrok i skupiła się na ruchu warg przywódczyni. Wspa.... Bieg. Szy...bko. Co?
Spojrzała na spanikowane oczy liderki. Aha. AHA! Miała biec po pomoc!
Okej. Oczywiście. Nic trudnego.
Dlaczego potrzebowali pomocy? Po jej karku przeszedł dreszcz; chyba wolała… Nie wiedzieć… Wyminęła przyklejonego do niej Narcyza, posyłając mu lekko zdenerwowane spojrzenie.
Ostrożnym ruchem wysunęła się zza skały, za którą wcześniej wepchnął ich Morszczyn. Zastrzygła uszyma. Rzeczywiście, ktoś... Inny przebywał tu poza nimi. Kot? Drapieżnik?
Będąc bardzo, BARDZO, cicho, zaczęła wycofywać się w kierunku, z którego przyszli. Na początku nie do końca przekonana, powoli... Ale gdy kątem oka zobaczyła poruszającą się w oddali kocią sylwetkę, jakakolwiek chęć sprzeciwiania się rozkazowi Mandaryny wyparowała. Przełknęła ślinę, odwróciła się na pięcie, i skradając się zaczęła oddalać się w kierunku dziury, w której zostawili Szkwała i Piórko.
Nie zaszła jednak za daleko, nim nad jej głową, wysoko na niebie, jakieś stworzenie wydało z siebie przeraźliwy skrzek-
Wrzasnęła. Lepiej tego dźwięku nie dało się określić. W przeciągu paru uderzeń serca ostre pazury wbiły się w jej grzbiet, a łapy na moment oderwały się od podłoża. Żołądek podszedł jej do gardła; czuła szpony rwące jej skórę, słyszała zawodzenie ptaka. Warknęła. Ból był okropny. Wszechogarniający, jak nic, czego wcześniej nie-
Coś innego trzasnęło w jej napastnika. Zawyła jeszcze raz, gdy pazury gwałtownie wyrwały się spod jej skóry.
To koniec. To na pewno był jej koniec. Koniec jej marnego, powtórzonego żywota, przypieczętowany przedwcześnie przez ciotkę wyciągającą do niej łapy z Mrocznej Puszczy.
Skrzeki i wściekłe bicie skrzydeł wybrzmiewały tuż nad jej głową, jednak ona mogła skupić się jedynie na pulsującym bólu wzdłuż jej kręgosłupa. Miała wrażenie, że przebiega od jej barków, ciągnąc się w nierównej, pulsującej i krwistej linii, aż do ogona. Każdy oddech równał się kolejnej fali palących iskier; jej żebra łapały za płuca, nie pozwalając jej nabrać wystarczająco powietrza, a po pręgowanych bokach rozchodziły się spazmy napiętych mięśni. Jej gardło zalewał okropny, kwaśny, gorzki smak; porażki, wymiocin, wszystko jedno. Ruchy przed jej oczami zamieniały się w barwne smugi.
Zamiast zebrać pod sobą łapy i dać nogi gdzieś, gdzie ptaszysko już by jej nie dosięgło, zdołała przewrócić się połowicznie na grzbiet i spojrzeć na walczące stworzenia. Duży, szary ptak o wyłysiałym łbie; ścierwnik, oraz mniejszy, skrzeczący na jej napastnika.
Jej łapy drżały, drętwiały, jakby nie były w stanie utrzymać ciężaru jej ciała; czuła, jak jej krew skapuje na śnieg. Trudno było się skupić na czymkolwiek innym. Na parę uderzeń serca oderwała wzrok od ptaków, posyłając spanikowane i wściekłe spojrzenie siedzącej na drzewie Mandarynie, po czym szarpnęła się do tyłu i zaczęła wycofywać, ledwo odzyskując koorydynację w kończynach. Powolnymi ruchami odsuwała się od wrzeszczących na siebie ptaków, pozostawiając na śniegu ślad czerwieni. Pióra leciały na prawo i na lewo; szarpnęła się w bok, gdy jedno ze skrzydeł większego ptaszyska przeleciało nad jej głową.
Z tyłu dobiegało do niej wołanie i krzyki. W kąciku jej oka błysnęła bura smuga, uciekająca od krwawej afery.
Potrząsnęła głową i zamrugała, odganiając łzy. W pewnym momencie musiały zacząć spływać jej po pysku. Sierść na grzbiecie sklejała jej się mieszanką roztopionego śniegu i szkarłatu. Brudząc nieskazitelne futro, nieskazitelną biel dookoła, znacząc jej plecy okropnymi szramami. Jedyne, co słyszała, to szum własnej krwi w uszach i krzyczący na nią głos w głowie; uciekaj. Uchyliła pysk, dysząc. Uciekaj. Słyszysz? Uciekaj, uciekaj zanim cię złapią, ZŁAPIĄ CIĘ tymi brudnymi szponami, ROZSZARPIĄ-
Nieskoordynowanymi ruchami cofnęła się o parę kroków, oddychając ciężko, i cały czas utrzymując ptaki w polu widzenia, zaczęła nieświadomie cofać się. W przeciągu paru uderzeń serca łapy musnęły jej boki. Podskoczyła, szarpiąc się w drugą stronę. Kolejny drapieżnik, kolejne niebezpieczeństwo, kolejne- Chcą rozerwać Twoją skórę, chcą Twojej krwi- Ciepły bok przywarł do jej własnego. Chcą wyrwać Twoje-
Stanęła pysk w pysk z Narcyzową Łapą.
Kocur chwycił ją za nie zranioną część barków, nakierowując w stronę ich ówczesnej kryjówki. Dała się zaprowadzić za skałę, tępo wpatrując się to w jego pysk, to w zaśnieżone podłoże. Z jej brody skapnęło więcej łez.
— Werwa…
Zerknęła bratu w oczy.
— Werwa, nie wygłupiaj się — wyszeptał, utrzymując ją w pionie. Jego głos się załamał. — To tylko zadrapanie…
Ucisk w klatce piersiowej nie pozwalał wziąć jej głębokiego oddechu. Uniosła wysoko głowę, niemal zachłysnąwszy się drżącym haustem powietrza. Tylko zadrapanie… Poruszyła zdrętwiałymi łapami, wysuwając i chowając pazury, które ostro zaryły o skałę.
— Mhm — wydusiła z siebie odgłos, ni to pomruk, ni to jęk. — Tylko...
Zacisnęła ślipia, a jej zęby zazgrzytały. Tylko zadrapanie. Tylko zadrapanie, które niechciane zdobić teraz będzie jej skórę brudną, brzydką szramą, znaczyć jej nieskazitelne do tego czasu, symboliczne ciało, niszczyć wizerunek ciotki, który matka wepchnęła jej między łapy… Co powie Niedźwiedziówkowy Pył? 
Futro na jej karku stanęło dęba. Co powie? Jej pierś drgnęła w kolejnym nierównym oddechu. Będzie zawiedziona? Będzie wściekła? Na pewno będzie. Historie, które matka opowiadała o swojej i siostrzanej przeszłości mówiły same za siebie. Postanowi poprawić nieskończoną robotę? Nie wątpiła w siłę i brutalność, na którą matka zdołałaby się zdobyć. Postanowi zatopić swoje pazury głębiej, aby poczuła ból, który chciała zadać jej sama Ballada, z odmętów mrocznych lasów, za naruszenie jej drugiego, nieskazitelnego, młodego ciała? Za naruszenie jej kolejnej szansy na zbyt szybko zakończone życie-
Obok wodospadu nadal miejsce miała krwawa rzeź. Bura sylwetka Morszczynowego Wąsa zataczała się na polance, jego wzrok zaślepiony ściekającą z czoła posoką, a Ulewny Szkwał, który przybiegł wraz z Pierzastą Kołysanką, warczał na ścierwnika, aby po chwili zostać odciągniętym za ucho przez drugiego ptaka. Syki i skrzeki dudniły jej w uszach. Obserwowała pół-obecnym wzrokiem, jak padlinożerca odpuszcza sobie dalszy atak, i wzbija się wyżej w niebo.
Z gałęzi brzozy rozległ się głos Mandarynkowej Gwiazdy.
— Zdolni do walki niech na razie się schowają, i przygotują na możliwą bitwę. Pierzasta Kołysanka i Narwana Łapa niech wracają do obozu po wsparcie i medyków.
Werwa potrząsnęła gwałtownie głową i ponownie wysunęła pazury.
— Nigdzie- nie idę! — zawyła, tłumiąc głos we własnym futrze.
Uchyliła powieki i zamrugała. Narcyz wpatrywał się w nią z paniką; przycisnęła swój bark mocniej do jego boku i odwróciła wzrok.
Zanim przywódczyni zdołała odpowiedzieć na jej protesty, po okolicy rozległ się głos Szkwału.
— Złaź z tego drzewa! Będę Cię osłaniał!
Kto? Kogo osłaniać? Wraz z Narcyzem odruchowo wychyliła głowy zza skały, aby ujrzeć wojownika stojącego pod jednym z pni, wokół którego krążył jeden z ptaków. Szkwał zwrócił uwagę na zwierzę.
— Kekekeke! Chodź tu, dam Ci takie kekeke, że skrzydła se połamiesz-
— Durne ptaszysko!
Wszyscy zamarli na nowy, kobiecy głos, dobiegający właśnie z tamtego drzewa.
— Przeklęta Ibis, brudne ścierwo, nie umie nawet głupiego ptaka wyszkolić! Na chu-
Głos urwał się. Przez chwilę wszyscy wstrzymywali oddech, łącznie z Werwą. Po paru uderzeniach serca rozległ się szum, trzask liści, i ciemna sylwetka kocicy rzuciła się na inne drzewo, przelatując z gałęzi na gałąź. Praktycznie od razu Szkwał ruszył za nią w pogoń, wraz z jeszcze jednym kotem.
Wszystko to widziała i słyszała, jak gdyby jej głowa zanurzona była pod wodą; soczewki oczu niesprawne, nie będące w stanie skupić się na jednym punkcie, a uszy zapchane wodorostami. Każdy ruch wydawał się sztuczny i opóźniony. Przez szum krwi w uszach usłyszała... Coś innego. Przekręciła pysk w bok i rozbieganym wzrokiem przeskanowała otoczenie. Narcyz zesztywniał u jej boku.
— Co…
Dobiegł do nich tupot łap i zmęczone, zdyszane oddechy. Łyse gałęzie, jak i te pokryte zimozieloną roślinnością, zaszeleściły, a spomiędzy nich wychylił się pysk Rysiego Boru.
— Mam was!
Wszyscy wbili wzrok w wojownika.
— Przechodziłem niedaleko z Korz- Mysiomózgą Łapą, gdy usłyszałem hałasy. Kazałem jej się schować na drzewie, musimy zaraz po nią wrócić, ale teraz...
— A od kiedy to Mysiomózga Łapa chodzi na wycieczki?
Kocur podskoczył na głos przywódczyni.
— Mandarynkowa Gwiazdo... To nadal moja wnuczka... Chciałem wziąć ją, by pomogła mi nosić zwierzynę.
Werwa z rozdziawionym pyskiem wpatrywała się przez parę uderzeń serca w rozgrywającą się przed nią scenę.
— A czy można się zająć- no! — zawoła po chwili drżącym głosem, marszcząc brwi, uparcie wskazując łapą w kierunku wodospadu. — Tym teatrzykiem!
Mandarynkowa Gwiazda zmrużyła ślipia, po czym zaczęła zsuwać się z drzewa.
— Bądźcie przygotowani na walkę i patrzcie na niebo. Ptaki też są zagrożeniem.
Ze swojego ukrycia nie widziała, gdzie odbiegła kocica. Jej łapy zadrżały i przycisnęła do nich ogon. Pięknie, pięknie… Do ich kryjówki wparował kolejny kot.
— Ej, Narwańcu! Idziemy do obozu, ktoś musi cię opatrzyć…
Czyiś ogon przylgnął do jej grzbietu. Odskoczyła w bok, podczas gdy Narcyz nastroszył sierść. Obóz? Tam, gdzie matka zobaczy jej zrujnowany grzbiet i na dodatek metaforycznie odgryzie jej uszy? Lub mniej metaforycznie, bardziej swoimi prawdziwymi, ostrymi zębami- Bez Narcyza do pomocy? Bez-
— Słuchaj, nie zjem jej, a ona potrzebuje pomocy!
Szarpnęła się w bok i odwróciła pysk do Morszczynowego Wąsa, spoglądając na niego w miarę już świadomym wzrokiem.
— Bierz ode mnie ten swój kikut, wywłoko! Zaraz Ci dam narwańca! — wrzasnęła, odpychając wojownika łapą. Przysunęła się bliżej Narcyza. — Nie bez niego! Ni- nic mi nie jest!
Narcyz nastroszył się i przesunął się minimalnie pomiędzy nią a wojownika
— Niech Pierzasta Kołysanka przyda się na coś i opatrzy Werwę. Ziół jest wszędzie pełno.
Zioła? Prędzej śnieg. Wychodzi na to, że czasem brat musiał jej przypominać, że jednak wcale nie tak daleko mu do idioty...
Nie skomentowała jednak tego. Próbował ją uratować od powrotu z Morszczynem, więc nie będzie się czepiać! Odwróciła od nich pysk i przejechała językiem po poranionym grzbiecie; po jej karku przebiegł dreszcz, gdy natrafiła na poszarpaną skórę, która ledwo co zaczynała się lepić zasychającą krwią. Wszystkie kończyny miała zdrętwiałe, a jej myśli skupiały się na ostrym pieczeniu ran i czerwieni barwiącej śnieg i skałę pod nią.
Nie mieli szansy kontynuować dyskusji. Zza zakrętu wyłonili się Ulewny Szkwał z towarzyszącym mu jasnym, puchaty kotem, w którym po chwili rozpoznała Siwą Czaplą, ciągnący… Kota. Albo jego zwłoki?
— Wy ścierwa, kupy łajna! Jak tylko się uwolnię powyrywam wam wasze parszywe języki, a potem wepchnę do gardła tak głęboko, aż się nimi zadławicie!
Czyli nie zwłoki.
— Zasrańce, piecuszki żałosne, będziecie łkać i błagać mnie o litość gdy z wami skończę! Z dupą na mózgi się chyba zamieniliście, nie wiecie, co robicie!
Ciało włóczęgi uderzyło o zmarzniętą ziemię. Rzadkie, przemoknięte, czekoladowe futro pokrywało jego powyginaną sylwetkę, a zmrużone ślipia błyskały ostrzegawczo.
— Znaleźliście coś? Lub pokonaliście tego ptaka?
Wszyscy przenieśli wzrok na Ulewnego Szkwała.
— Bo my mamy podejrzaną samotniczkę którą powinniśmy wysłuchać! Usłyszałem od niej tylko skrawek ważnych informacji, które na pewno się przydadzą, zwłaszcza rodowi królewskiemu.
Oczywiście. Ród królewski! Bo dobro paru nadętych kotów jest ważniejsze od reszty! Prychnęła, odrywając język od grzbietu. Nawet w takiej sytuacji nie mogli zapomnieć o tym gównianym podziale?
— Ptak odleciał — rzucił beznamiętnie Narcyz. Popatrzył na rzucającą przekleństwami włóczęgę, deptaną przez dwójkę wojowników. Kąciki jego pyska uniosły się i szturchnął ją niepewnie. — Ale głupia. Patrz Werwa, oni próbują być straszni-
— Fuj! Ulewny Szkwale, ona mnie chyba obsikała!
Po okolicy rozległ się przeraźliwy wrzask.
— Ty zapchlony idioto!
Wszyscy przenieśli wzrok na nieznaną kocicę.
— Czy pająki do reszty zasnuły ci mózg?! Kotki nigdy nie dotykałeś? Nic dziwnego, patrząc na twoją mordę, każda normalna by czmychnęła na drugi kraniec lasu albo i dalej! Z resztą, wy wszyscy wyglądacie, jakbyście co najwyżej na babę spojrzeli z odległości kilku drzew! I samo to już sprawiło, że szczaliście pod siebie z ekscytacji, wy oblechy, wy zboczeńcy!
Czekoladowa wiła się pod dwójką kocurów, warcząc i obnażając zęby.
— Ja RODZĘ, wy ścierwojady! Wiecie co to znaczy? Wiecie? Bo nie wyglądacie jakbyście mieli wiedzieć, skoro wody płodowe mylicie z zasranymi szczynami! Przegrywy życiowe, co sobie mogą najwyżej pośnić o kocicy! Pewnie to pierwszy i ostatni raz jak kładziecie swoje brudne łapy na babskim ciele, ohydy! Wszystko przez was! Teraz jeszcze się gapicie jak cielę na korek, dewianci, zboczeńcy! Miło wam? Miło? Fajnie tak się gapić, co nie?
Wszyscy zaczęli się przekrzykiwać. Ktoś wołał za Pierzastą Kołysanką, ktoś kręcił się spanikowany wokół samotniczki… A sama samotniczka wiła się na ziemi, jęcząc i wbijając pazury w ziemię. Jakiekolwiek ślady uśmiechów zeszły i jej i Narcyzowi z pyska.
— Nawet nie waż się mnie dotykać. Wydłubię Ci oczy jak tkniesz mnie choćby palcem!
Ciałem czekoladowej wstrząsnęły konwulsje.
— To nie jest mój pierwszy poród. Dam radę sama. Wy byście prędzej mi zaszkodzili niż cokolwiek pomogli, głupcy!
No, ona to zdecydowanie nie miała ochoty jej dotykać. Wykrzywiła się, z szeroko otwartymi oczyma wpatrując się w całą sytuację.
— Co się dzieje?
Pierzasta Kołysanka wysunęła głowę zza pobliskiego kamienia.
— Ktoś mi jest to w stanie wytłumaczyć innymi słowami niż nerwowymi westchnieniami jak u speszonego kocięcia?
— Ona rodzi, Księżniczko! Proszę Cię o pomoc! Jej życie jest ważne, posiada informacje które nam się przydadzą, musimy o nią zadbać, przynajmniej na ten moment-
Ogrodniczka uklęknęła przy włóczędze, która z sykiem odsunęła się od niej. Niezrażona Piórko złapała ją za łapę i pochyliła łeb nad jej nabrzmiałym brzuchem.
— Spokojnie! Na mój znak musisz przeć-
Czekoladowa odepchnęła ją od siebie gwałtownym ruchem.
— Wy jesteście głusi? Nie dotykać mówiłam! — wydarła się. — A ty to w ogóle chyba oślepłaś, myślisz, że ja się tak wiję dla zabawy? Bo lubię? Prę, lisie łajno, prę!
— Jeszcze jedno słowo, a to kocię wypierdzisz martwe na ziemię!
Zszokowana przeniosła wzrok na Piórko, która nastroszona warczała na kocicę, uwijając się sprawnie przy jej ogonie.
— Spróbuj jeszcze raz chociażby na mnie podnieść swój cięty język — kontynuowała, zaciskając zęby — a sama zaraz wepchnę to kocię z powrotem do Twojego brzucha!
Z ciała włóczęgi na śnieg wysunął się marny, obrzydliwy, ciemny i oklejony krwistymi żyłkami kształt. Ta niewzruszona parła dalej, nie odwracając nawet głowy w stronę oklejonego mazią i błonami nowonarodzonego.
W przeciągu paru uderzeń serca obok nich znalazła się księżniczka z tym samym kocięciem w zębach. Pochyliła się przed Narcyzem, upuszczając ledwo-koci kształt u jego łap. Uczeń szarpnął się do tyłu i zrobił wielkie oczy.
— A tobie co? Mowę odjęło? Wylizuj!
Kocur uniósł łapę do piersi.
— Nie dotknę tego! — zaprotestował. — Ubrudzę sobie łapy! Niech-
— Nie słyszysz mnie? Wylizuj! Chcesz, żeby ten kociak umarł w twoich ramionach? Wylizuj go!
Z jej gardła odruchowo wydobył się urwany chichot. Wcale nie było jej do śmiechu.
Po polanie rozniosły się kolejne jęki. Na świat przyszło drugie kocię, równie ciemne i obrzydliwe, lepkie od mazi. Boki włóczęgi poruszyły się boleśnie z kolejnym skurczem, jednak zamiast narodzin kolejnego obłego kształtu… Można było usłyszeć rwanie mięsa i pękające tkanki. Pękające jak skóra na jej- Wokół zadu kocicy rozlała się plama czerwieni, a zawodzenie uniosło się ku niebu. Trzecie kocię wysunęło się z jej ciała bez oporu, wraz z kolejną falą krwi.
Widok był okropny. Ochydny. Wrzaski włóczęgi dzwoniły jej w uszach. Czy to zawsze tak wyglądało?
Pod jej łapy podsunięte zostało jedno z kociąt. Wciąż zakrwawione, obślizgłe. Mokre, szylkretowe futerko nadal pokrywał śluz i półprzezroczyste płaty błony, a sam osesek drżał, z przemoczonymi łapami i ogonkiem przyciśniętymi ciasno do ciała. Przełykając żółć zbierającą się jej w pysku, pochyliła się nad nim. Skóra na jej grzbiecie napięła się. Ledwo zasklepione rany ponownie zaiskrzyły bólem, znowu- znowu wszystko pogorszyłaś. Poczuła świeżą strużkę krwi, obrzydliwie ciepłą na jej kręgosłupie. Poczekaj tylko, aż matka Cię zobaczy- Zacisnęła ślipia i wysunęła język, zaczynając oczyszczać pyszczek kocięcia.
To był jakiś koszmar. Tak strasznie się bała. Nie wiedziała do końca, co dzieje się naprawdę, a jakie krwawe detale domalowywał jej nieobecny umysł. Jej ciało drżało, gdy powtarzalnymi ruchami przejeżdżała językiem pod włos po futrze kociaka; nie czuła nawet jakiegokolwiek smaku, co nie spotkało za to krzywiącego się Narcyza. Nie umiała skupić się na powoli nabierającym ciepła ciele pod jej pyskiem, rozbieganym wzrokiem wodząc po krzątających się przed nią kotach. Wszyscy krzyczeli, warczeli, darli się i biegali wokół samotniczki. Sama czekoladowa wiła się w bólu na ziemi, sapiąc i wbijając pazury w ziemię. Wzdłuż jej ciała przeszedł kolejny skurcz i po paru uderzeniach serca, gładkim ruchem, praktycznie bez odstępów, na śnieg wysunęły się ostatnie trzy kocięta; jedno po drugim, każde kolejne mniejsze. Ciało kotki już nie stanowiło dla nich przeszkody, rozerwane; krew spływała po bieli strumieniami w nieodmierzalnych ilościach.
Łeb samotniczki opadł na jej łapy, a pysk uchylił się w syku.
— Zostawcie mnie, dajcie mi chociaż godnie umrzeć, łajna.
Werwa opuściła wzrok na kocię. Małe, okropne, bezbronne-
— Nie oddam wam ich!
Ruch w kąciku oka zwrócił jej uwagę. Szczęki włóczęgi wysunięte były w kierunku leżących u jej zadu pozostałych kociąt. Jej ślipia błyszczały z okropnym pomysłem. Serce podskoczyło jej do gardła. Szarpnęła głową w bok, przesuwając wylizywanego oseska na bok; rzuciła się do przodu, wyciągając łapy w stronę kocicy-
Trzask.
Żółte kły zacisnęły się na szyi młodego. Wrzasnęła, cofając się o krok i zataczając na bok. Zawtórował jej zduszony krzyk Narcyza, zanim włóczęga zastrzasnęła szczęki na karku kolejnego kocięcia. Zaledwie parę uderzeń serca później ten sam los spotkał ostatniego z nich.
Zamarła. Czy obudzi się zaraz, aby przekonać się, że to tylko umysł płata jej figle? To wszystko to był po prostu zasrany koszmar. Musiał być.
Krew nadal rozlewała się pod ich łapami.
Włóczęga wrzasnęła, szarpiąc się na ziemi. Jej pazury przeleciały tuż obok pyska jednego z kotów; Pierzasta Kołysanka w odpowiedzi odepchnęła ją do tyłu, warcząc. Instynktownie ruszyła za nią. Chwyciła za jedno z ramion czekoladowej, wbijając w nie pazury, a za nią z podobnymi ruchami podążyła reszta kotów. Korzystając z odchylonej głowy kocicy, zanurkowała pomiędzy wymachującymi łapami pobratymcami, i zacisnęła szczęki na gardle samotniczki.
Mięso w jej pysku nie stawiało oporu; ugięło się pod jej zębami, plamiąc jej język okropnie słodkawym, metalicznym smakiem. Sama nie była pewna, co robi. Starsza szarpała się w miejscu, charcząc i warcząc. W jej krtani bulgotała krew, cieknąc z ran i kącików jej pyska. Werwa szarpnęła w bok, unikając jej nieskoordynowanych ruchów pazurami-
Ciało włóczęgi zwiotczało.
Rozluźniła szczęki i upuściła je na śnieg. Nie przypominający już białego puchu, a bardziej brudną, czerwoną, na wpół stopioną maź. Zwróciła wzrok na bezwładnego trupa, na jego rozszarpaną krtań, na zwisające z szyi rozerwane tkanki. Co Ty znowu zrobiłaś?
Cofnęła się do tyłu. Krew kapała jej z brody na pierś; cudza, jeszcze ciepła, obrzydliwa. Jej łapy zadrżały. Zatoczyła się, oddychając ciężko, po czym wbiła przerażone spojrzenie w brata. Koszmar, na pewno koszmar.

↬◦⌑⛯⌑◦↫

Pod drzewem, w zbiorowym grobie, leżała trójka kociąt – Misiu, Słoneczko oraz Maluszek.
Wraz z Narcyzem siedziała z boku, ogonami owijając pozostałe potomstwo włóczęgi. Jednym okiem spoglądała na szylkretowe ciałko wylizywanego przez nią wcześniej kocięcia, a drugim na kręcącą się wokół grobu Pierzastą Kołysankę. Mimo uszu puściła jednak narzekania ogrodniczki co do ich imion (według kogo Ciemiernik to lepsze imię od Maluszka?) i pomruki modlitw nad kopcem.
Pod pazurami nadal miała krew samotniczki. Po powrocie Mandarynkowej Gwiazdy do wodospadu wojownicy zdali jej raport z wydarzeń; ona jedynie stała obok brata i łypała na nią oczyma, gdy wzrok przywódczyni się na niej zatrzymał. Wszystko, ku jej przerażeniu, wcale się okazało się być złym snem; swąd krwi był prawdziwy, tak jak strupy na jej grzbiecie i wspomnienie krtani między jej zębami. Prawdziwa pozostała jedynie panika i skręcający się żołądek. Nie wiedziała, co teraz zrobi, jak- jak wytłumaczysz to matce?
— Ciało ich matki zatopimy w rzece — oznajmiła bezceremonialnie Mandarynkowa Gwiazda, po czym podniosła się z ziemi. Machnęła ogonem. — Chodźcie. Nie możemy się ociągać.

↬◦⌑⛯⌑◦↫

Woda spłynęła po jej bokach. Zaczepiła się o grunt i wciągnęła na brzeg, dysząc.
Przycisnęła się ponownie do boku Narcyza. Serce uderzało o jej pierś w szybkim, nierównym rytmie. Nie chciała wracać do obozu. Nie wiedziała, co innego mogłaby zrobić, ale tak bardzo nie chciała. Bała się. Nie chciała stawać przed matką. Nie chciała pokazywać jej ran, szram, które były dowodem na to, że o mało co nie została tam porwana- zabita, zabita! Potrząsnęła głową. Zabita, zabita przedwcześnie jak-
Przecisnęli się jeden po drugim przez szuwary. Gorączkowo rozejrzała się po obozowisku, szukając wzrokiem Niedźwiedziówkowego Pyłu. Stos zwierzyny – pusto, przed legowiskiem wojowników – też pusto….
— Narcyz — syknęła niemal bezgłośnie. — Narcyz!
— Co!
Pochyliła łeb i zgarbiła się.
— Musisz mnie kryć!
Łaciaty spojrzał na nią krzywo. Uchylił pysk, jak gdyby chciał protestować.
— Nie marudź! — wcięła mu się w niewypowiedziane jeszcze zdanie. Starała się nie panikować. — No weź! Nie bądź taki, proszę-
Czyjaś łapa popchnęła ją od tyłu. Zatoczyła się do przodu, warknąwszy z zaskoczeniem, zanim kolejne popchnięcie skierowało ją do legowiska medyka.
— Narcyz! Narcyz, chodź tu ze mną-
— No już!
Usiadła na środku lecznicy, spoglądając niepewnie na medyczkę. Gąbczasta Perła zaczęła obracać się wokół niej, skupiając się na jej grzbiecie i mamrocząc polecenia do swojego asystenta. Odwróciła się do brata, mrugając nerwowo. Nie widziała jej. Napewno? Nie miała jak jej zobaczyć, nie było jej tam przecież-
Znad ramienia Narcyza spojrzała na nią para zmrużonych, brązowych ślipi.
O nie. Mówiłam! Zamarła w miejscu. Widziała, widzi Cię, zaraz zrozumiesz, czemu nie powinnaś była w ogóle-
— Pająki mózg Ci wyżarły?
Uchyliła pysk. To koniec, to Twój koniec. Matka spojrzała na nią ze zmarszczonymi brwiami, westchnęła, po czym odwróciła łeb i machnęła ogonem. Zaraz wyciągnie Cię stąd za ogon, oberwie Ci uszy, zatopi pazury w Twoim-
— W poprzednim życiu byłaś mądrzejsza.

[4788 słów]

[96%]

Od Rogatego Flaminga CD. Wesołej Łapy

Przeszłość

Końcówka jego ogona drgnęła w lekkim poirytowaniu. Czy Rzekotkowa Łapa miała trudności z wymową? — Man-da-ryn-ko-wa Gwiazda. Tak, jestem członkiem rodu, najmłodszym, ale też jednym z najzdolniejszych — poprawił ją dość sprawnie, ale też nie mógł zaprzepaścić kolejnej okazji ku temu, żeby podkreślić swoją wyższość, lepszość. Kocur odsunął lekko łeb, żeby przypadkiem nie zderzyć się z podskakującą na każde strony młódką. Wreszcie odsunął ją nieco, gdy uznał, iż sytuacja zbyt bardzo wymykała się spod kontroli, nie mógł pozwolić na to, żeby doszło do jakichś nieprzyjemności. Pokręcił głową, entuzjazm koteczki był naprawdę ogromny, chyba nie spotkał nigdy wcześniej kogoś tak szczęśliwego... chociaż on na jej miejscu też by się tak cieszył, cieszył, że może rozmawiać z kimś tak niesamowitym, jak on sam. Że dostał kogoś tak boskiego za mentora. — Nie, członków rodu rozpoznasz po charakterystycznym, krwistym znaku lotosu na czole, a także tym, iż są spokrewnieni z Mandarynkową Gwiazdą, parę pokoleń wstecz, ze Sroczą Gwiazdą. Była ona przewspaniałą przywódczynią. Jest to również ściśle związane z historią o powstaniu świata. Rodzice opowiadali ci o niej, prawda? — rozgadał się nieco, jakaż szkoda, że nigdy nie miał okazji jej poznać osobiście! Czy czuwała nad nim ze Srebrnej Skóry? W końcu woda była jednym z łączników z gwiezdnymi przodkami, byli bliżej nich niż którykolwiek inny klan, nawet Klan Klifu.
Dotarłszy do następnego legowiska, legowiska uczniów, miauknął:
— To tutaj od dzisiaj będziesz mieszkać. Po naszym treningu będziesz mogła przenieść swoje legowisko z kociarni, tutaj, albo stworzyć nowe — kontynuował.
Niebieska pokiwała głową na pytanie o historiach przekazywanym kotkom. Słuchała dalej co point miał jej do powiedzenia, chłonąc wszystko jak gąbka. Zaraz jednak, niestety, się rozkojarzyła. Wesoła Łapa wlepiła gały w znak na czole mentora. Był taki wyrazisty! W porównaniu z futrem kocura prezentował się świetnie!
Poszli do legowisk uczniów. Kotka zajrzała do środka, ale już po chwili jej pyszczek przybrało swego rodzaju rozczarowanie, jakby oczekiwała tam zobaczyć samą Sroczą Gwiazdę albo Mandarynkową Gwiazdę, a nie jamę z legowiskami. Widać było na jej mordce znudzenie.
— A z czego zrobić nowee? — zapytała. — Bo ja spałam zawsze na mamusi! Albo na siostrach! Czy tu też będę mogła?
— Z leśnej ściółki, uschniętych paproci, piór… jeśli zależy ci na wygodzie i zazwyczaj właśnie z takich materiałów robi się legowiska, spójrz na to — zachęcił ją, wskazując na jedno z wielu łóż poukładanych nieregularnie blisko siebie. Dalsze pytanie wydało mu się dość absurdalne, teraz przecież była uczennicą, a jej mama musiała wrócić do obowiązków wojowniczych. Pokręcił głową. — Nie. Jeśli siostry ci pozwolą, to na nich możesz, ale wojownikom nie spodoba się twoja obecność w ich norze. Uczniowie są głośni i się często rozpychają, a wojownicy po całym dniu pracy marzą jedynie o odpoczynku. Chyba że dostaniesz od niej pozwolenie, ale wtedy musisz być bardzo cicho, żeby nikomu nie przeszkadzać — odparł stanowczo i może chłodniej, niż zamierzał, jednak musiała wiedzieć o granicach innych kotów.

***

Parę wschodów słońca później

Od jakiegoś czasu lecznica przepełniona była chorymi, na co Rogaty Flaming nie zwrócił wcześniej aż tak wielkiej uwagi - przeprowadzał treningi wraz ze swoją uczennicą, Wesołą Łapą. Nie był medykiem, nie znał się na ziołolecznictwie, więc nawet nie mógł za wiele z tym zrobić (nie, żeby planował). Musieli przecież udoskonalić tamten chwyt, który nie wyszedł jej wcale tak świetnie podczas ślubu. Nie mógł pozwolić na to, by jego uczennica była bita przez losowe koty należące do jego klanu. Nie mogła być przez kogokolwiek! Nie dość, że było to z pewnością przykre dla niej, tak też przynosiło i jemu ujmę, bo skoro jego uczennica nie potrafiła się obronić, oznaczało to, że albo nie przykładał się do ich treningów (co było oczywiście nieprawdą, niezwykle zależało mu na tym, żeby nie przynosiła mu wstydu, a tylko dumę), albo z uczennicą był kłopot, co również byłoby dość dotkliwym i nieprzyjemnym stwierdzeniem. Point czyścił sobie właśnie dość zawzięcie łapę, po tym, jak przebywał na śniegu odrobinę zbyt długo - czuł mrowienie, a wraz z nim dość leniwie powracało mu czucie do poduszek, lekko go łaskocząc i rozprowadzając aksamitne ciepło. Podczas treningu musiał zapodziać mu się tam drobny kamyczek, którego właśnie udało mu się wyjąć...
Podszedł do niego Ulewny Szkwał, Rogaty Flaming początkowo nie podniósł nawet wzroku znad swojej łapy, którą teraz oglądał w celu doszukania się wszelkich większych niedoskonałości. Mimo to informacje wlatywały mu jednym uchem.
— Witaj, Książę, cieszę się, że kaszel nie dotknął twojej osoby. Ślub Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici, był wybitnym wydarzeniem, pomimo niezbyt dobrego wstępu. Od tego czasu jest spokój, oby tak zostało. Skoro jednak już zajmuję uwagę Księcia, to jak idą treningi z Wesołą Łapą? Jestem pewny, że Książe jest wybitnym mentorem, którego Wesoła Łapa z przyjemnością słucha.
— Z Wesołą Łapą wspaniale. Prawdopodobnie, gdyby przydzielono jej kogoś innego za mentora, wcale nie szłoby tak łatwo. Nie każdy się nadaje do nauczania przyszłych pokoleń, dlatego jej przyszłość jest w bezpiecznych łapach. Pod moimi skrzydłami uczy się pilnie, często trenujemy teraz chwyty bitewne w razie potrzeby — rozgadał się, przyozdabiając swój pysk w uśmiech, usłyszawszy końcówkę wypowiedzi fińczyka i spojrzał na niego. Pokiwał ochoczo głową. — Cieszy mnie, że to dostrzegasz, Ulewny Szkwale. Mało kto docenia wybitnych mentorów, raczej każdy uważa nauczanie młodych za powinność i nikomu z wojowników nie gratulują za wiele — kontynuował, poruszając spokojnie końcówką ogona. Mogliby to zmienić, parę miłych słówek zawsze poprawiało humor, szczególnie jemu! Dzień bez chwalenia go, jego wybitnych umiejętności i obszernej wiedzy był dniem straconym.
Zauważywszy w oddali Wesołą Łapę, brodzącą w gęsto porozrzucanym po ich terenach puchu, zamyślił się na parę uderzeń serca. Oby tylko nie wpadła na lód, szkoda, żeby sobie powybijała zęby albo nabiła kolejnych siniaków.
Poprawił nieco zeschnięte już kwiaty ogórecznika w swoim ogonie.
Wesoła Łapa wytarzała się w pobliskiej zaspie, wynurzając z niej głowę niczym kret z kretowiska. Wyskoczyła z powrotem na płaski grunt, ślizgając się na lodzie skrytym pod śniegiem. Zakręciła kilka niezbyt zgrabnych piruetów, po czym upadła na tyłek. Zauważyła w tym czasie swojego mentora oraz jakiegoś kota nieopodal, więc podniosła się i podeszła. Dotarłszy, otrzepała futro z piasku, sypiąc na tego niebieskiego kota, bo przecież Pan Książę Rogaty Flaming nie lubił być brudny! Więc na niego musiała uważać.
— Wytarzałam się w piasku! — oznajmiła. — Ale był taaaaki zimny! TAAAKI! — kichnęła, a gluta wciągnęła z powrotem do nosa.
Rogaty Flaming zrobił nieco obrzydzoną minę, podnosząc jedną z łap do góry, jakby chcąc ochronić się przed nawałnicą mokrego piachu zmieszanego ze śniegiem, który i tak - całe szczęście - nie sypnął na niego. Już miał mówić, żeby uważała, aczkolwiek nawet go nie dotknęły te obrzydlistwa, więc nie musiał nic mówić. Szkwał tuż obok był nim pokryty dość obficie, a point, zauważywszy to, zaczął się śmiać. Wyglądał absurdalnie.
Niebieskiego fińczyka nieco skręciło, gdy Wesoła Łapa smarknęła z powrotem tego gluta. Jeszcze dodatkowo został przez nią ochlapany piachem, przez to Rogaty Flaming z niego się śmiał. Otrzepał się z piachu i już nie miał go na sobie. Zobaczył, że Lilia wróciła do obozu, więc podszedł w podskokach do swojej partnerki, wtulając się w jej futro.
— Cześć, Liliowa Pieśni, upolowałaś coś może lub zobaczyłaś coś ciekawego? Bo ja pilnuje obozu przepełnionego zasmarkanymi kotami — popatrzył z ukosa na Wesołkę, która raczej powinna być w lecznicy, a nie na wolnym powietrzu.
— Upolowałam dwie, całkiem pulchne nornice! Chcesz zjeść jedną ze mną? — spytała.
— Jasne, jestem głodny od tej warty.
— Pańskie futerko wygląda prześlicznie na tle tego śniegu! — niebieska miauknęła beztrosko.
Kocur napuszył sierść na piersi, poprawiając ją jednokrotnie łapą. — Wiem, wspaniałe jest, prawda? — powiedział, mrużąc oczy z zadowoleniem.
Nagle po obozie rozeszło się kilka zszokowanych, zduszonych okrzyków, gdy zza trzcinowych ścian obozu, wprost z mroków jego wejścia, dobiegł najpierw ostry, intensywny zapach, a po chwili charakterystyczny dźwięk czyichś ciężkich, wolno stawianych kroków. Pierzasta Kołysanka pomrukiwała coś pod nosem, a wszystko dookoła, zdawało się, zamarło. Liliowa wojowniczka nastawiła uszu, a fińczyk natychmiast się zjeżył. Stanął przed partnerką w celu ochrony jej, jeżąc się tak, że wyglądał na większego, młoda Żabia Łapa poszła w jego ślady, również się strosząc. Patrzyła po starszych w celu otrzymania reakcji, która jasno powiedziałaby jej: “możesz podejść”, ale nie otrzymała tego.
Gdy zza trzcinowych ścian obozu dobiegł pointa intensywny, ostry zapach, a potem ciężko stawiane kroki, postawił czujnie uszy, chociaż starał się nie dać po sobie pokazać, że jednak ta rzecz zwróciła jego uwagę.
Wesoła Łapa podziwiała swojego mentora przez dłuższe uderzenie serca, a kocur pozwalał jej na to, jednak nic nie trwało wiecznie. Młódka zwróciła pysk ku dźwiękom.
— Fuj! Co tak śmierdzi, Panie Książę Rogaty Flamingu?
Książę zawęszył, obserwując rozwój wydarzeń. Kojarzył ten smród z czasów młodości, kiedy to do obozu wtargnęły borsuki. Nie widział ich, aczkolwiek słyszał sporo, no i pamiętał, jak przeszkadzano mu tamtego razu w odpoczynku. Poruszył lekko ogonem, ale nie odpowiedział na pytanie.
Do obozu, jak większość kotów zdążyła już odgadnąć, wtargnęło wielkie, umięśnione zwierzę. Borsuk. Nie był on jednak sam – w szczękach trzymał kocie ciało. **Znajome** kocie ciało. Choć pokryte przez szramki, ciemne, pręgowane futro o złocistym podbrzuszu nadal pozostawało charakterystyczne dla jednego z członków Klanu Nocy.
Spojrzała na stwora. Uniosła ogon do góry.
— Ale misiaczek! Czemu ma w pysku coś futrzanego?
Rodzice nie opowiadali jej nigdy o borsukach? Ciekawe, czy w takim razie słyszała o lisach albo innych drapieżnikach, które pilnowały, żeby kotom nie było nigdy za komfortowo i na zawsze dobrze. Skoro nie kojarzyła, będą mieli co robić na następnych treningach… Z zamyślenia wyrwał go zawzięty syk, a potem wysunięte do przodu cielsko nakrapianego kocura.
— Zostaw nas w spokoju, borsucza strawo, albo moje kły wylądują na twojej szyi! Słyszysz mnie?! — swoją klatkę piersiową tak nadmuchał, jak dzikie ptaki podczas godów i zaczął komicznie chodzić to na prawo, to na lewo, czekając na atak zwierzęcia. Rogaty Flaming poczuł, jak serce przyśpiesza mu bicia. Gdyby borsuk zechciał, jednym ruchem łapy powaliłby fińczyka, a szczęką zmiażdżyłby mu czaszkę. Może i Rogaty Flaming był niezwykle dumny i przekonany o swojej wyższości, ale wiedział, kiedy powinno się wycofać. Kotom mógł pokazywać, jaki to on wspaniały, ale borsukowi… borsuki działały prawdopodobnie inaczej. On był mądrzejszy od kotów rzucających się do gardła borsukowi!
Do Ulewnego Szkwału przysunęła się bliżej Żabia Łapa, która coś do niego cicho mruknęła, a czego Flaming nie wyłapał słuchem, na parę uderzeń serca wybity z rytmu przez scenę, która odgrywała się przed jego oczami. Tak się skupił na bestii, że zupełnie zapomniał o kocie, którego trzymała w paszczy.
Gdyby dało się coś dostrzec w małych, czarnych jak noc oczkach borsuka, byłby to zapewne ruch przewracanych źrenic. Zwierzę uchyliło pysk, pozwalając ciału upaść na ziemię. Bok kotki uniósł się nieznacznie, a kilka piór wysunęło się zza jej uszu i wzbiło w powietrze. Z nieba dobiegł pisk. Kocur przyglądał się scenie dalej.
— Co się tu odwala? Borsuki zaczęły już latać? Kociaki? Jeszcze czego, na Klan Gwiazdy! — syknął niebieski, zdezorientowany całkowicie.
Liliowa Pieśń dotknęła ogonem barku partnera i zasyczała na borsuka.
— Jeśli to ty zabiłeś Nenufarowy Kielich oraz zraniłeś Czosnkową Krewetkę, zabije cię! — ale chwilę później z jej pyszczka wybrzmiało: — Przepraszam.
— Za co przepraszasz? Twoja reakcja była prawidłowa, przecież każdy normalny kot by zasyczał na borsuka. Zwłaszcza że niedawno nam wtargnęły do obozu — polizał partnerkę za uchem pocieszająco.
Żabia Łapa rozwarła szeroko oczy i spojrzała na starszego wojownika. Ten zadarł głowę do góry więc Żabka i też tam spojrzała. Podeszła parę kroków bliżej do borsuka, przywarta do ziemi jak glonojad do dna rzeki. Kotka przyniesiona przez borsuka jeszcze żyła, potrzebowała pomocy!
Borsuczyca warknęła na jazgoczące koty, obdarzając je spojrzeniem pełnym irytacji.
— Lesz-nhik — wycharczała, łapą szturchając Świteziankowe Jezioro.
— Le...Lecznik? — Żabka powtórzyła samej sobie i wstała z ziemi. Nieco pewniejszym krokiem podeszła w kierunku borsuka, obracając się na resztę wojowników. Była tylko uczniem to nie tak, że całkowicie bała się podejść, ale byłoby to nierozważne.
Wesoła Łapa, niewiele myśląc, wyszła krok do przodu, a Rogaty Flaming poczuł, jak zaczyna się w nim lekko gotować. Czy ona miała ikrę zamiast mózgu?
— Dzień dobry! Witamy w Klanie Nocy! Co Pan przyniósł, panie misiaczku? — zapytała, dostrzegając po chwili, że to futerko było... praktycznie martwym kotem. Jej entuzjazm uleciał, mina zbledła, a łapki zaczęły się trząść.
Bestia tupnęła łapą zniecierpliwiona, a point przybliżył się i stanął tuż obok swojej uczennicy, spoglądając nieufnie na zwierzę. Jej krótki ogon uniósł się na sztorc, gdy mała kotka przyczołgała się bliżej niej. Słysząc jej słowa, po chwili zamyślenia przytaknęła masywnym łbem.
— Lesz-hnik? — spytała, tym razem wskazując pazurem na Żabią Łapę. Nieco przechyliła głowę na bok.
Żabia Łapa opuściła po sobie uszy.
— Nie... ale... Lecznik tam — wskazała łapą na norę do leczenia, gdzie stały inne koty. — Wezmę... do lecznika? Proszę?
Samica innego gatunku przyglądała się z uwagą srebrnej istocie. Jej mina (o ile nazwać to można było miną) wydawała się złagodnieć, a wargi, dotąd odsunięte i ukazujące rzędy pokaźnych zębów, opadły. Przytaknęła, łapą popychając nieprzytomną w stronę kotki.
— Wóz? Ghie? — padło kolejne zachrypłe pytanie.
— Nie wiem. Pytać, ich! — srebrna wskazała na resztę kotów i chwyciła nieprzytomną kotkę, jak tylko silnie mogła za kark i zaczęła ciągnąć. Była od niej mniejsza, słabsza, ale robiła, co mogła.
Ulewny Szkwał podszedł do kotki, pomagając w transporcie Świteziankowego Jeziora.
— Myślałaś, że sama to uniesiesz? Idziemy z nią do medyka, natychmiast — odparł, idąc z Żabią Łapą łapa w łapę, w stronę lecznicy. Żabia Łapa z wielką chęcią skorzystała z pomocy Szkwału. Pokiwała łebkiem i razem z wojownikiem zaniosła ją do medyka, a już po paru uderzeniach serca wyskoczyła z nory raz jeszcze, oglądając wszystkich, jakby doszukiwała się nowych zmian w zachowaniu. Rogaty Flaming nie ingerował ani nie powstrzymywał nikogo, chociaż może powinien porozstawiać co po niektórych…
Liliowa odwzajemniła gest i rzekła do borsuczycy, tym samym wykonując gest co uczennica:
— Tam, co ciebie sprowadza? Albo co ciebie sprowadzać?
Karmicielka wychyliła łeb z kociarni, a jej źrenice były zwężone w szparki. Zagradzała wyjście kociętom, żeby nie wyszły na polanę obozowiska. Kiedy tylko dostrzegła wielkiego borsuka, zjeżyła się i nieufnie oglądała dzikie stworzenie z odległości.
— Co się tam dzieje?! — Trzcinowy Szmer prychnęła nieufnie. — Czemu nie przeganiacie tego borsuka? Ostatnio straciliśmy wojownika przez jednego z nich!
Czułość, którą chwilę wcześniej borsuczyca obdarzyła Żabią Łapę, znikła wraz z momentem krzyku Trzcinowego Szmeru. Na grzbiecie ciemnego nosa pojawiły się głębokie zmarszczki, a oczy częściowo przykryła ściągnięta w dół skóra.
— Kot milszy — odprychnęła karmicielce. — Zamary dobhe. Koty iss wóz. Znaheść. Cas kytki.
Narcyzowa Łapa już z daleka słyszał nerwowe głosy kotów, a jego nozdrza wypełniała drażniąca, obca woń. Gdy wylazł z legowiska uczniów, smród tylko się spotęgował; zmarszczył nos i stanął przy jednym z kotów, kierując wzrok na... borsuka?
— Ale jaja!
— Czas krótki? — zapytała Liliowa Pieśń, ignorując łaciatego kocurka.
Borsuczyca zarzuciła ostro ogonem raz w jedną, a raz w drugą stronę. Widać było, że nie jest cierpliwa, a zlewające lub struchlałe ze strachu koty jedynie ją rozsierdzają. Mąciła wzrokiem po tłumie, jakby czegoś szukając, aż w końcu wzrokiem natrafiła na wychodzącą z lecznicy Żabią Łapę. Pewnym siebie krokiem, jak gdyby wcale nie otaczała ją chmara wojowników, ruszyła przed siebie, pokonując dzielącą je przestrzeń szybciej, niż ktokolwiek by się spodziewał. Ciepły oddech borsuczycy uderzył w pysk uczennicy.
Żabia Łapa zdębiała na dokładnie pół sekundy i spojrzała na wielkie stworzenie przed swoim pyskiem.
— T... tak? Potrzeba? Coś?
Ulewny Szkwał przystanął u boku młódki na wszelki wypadek, przyglądając się zwierzu.
Łaciata o guzikowatych, małych oczach pokiwała głową, w końcu zadowolona z interakcji z kotem.
— Znahesc kot na granisy — sapnęła, czubkiem nosa wskazując na lecznicę. — Koty — poprawiła się. Spokój jednak nie trwał długo, bo bura szylkretka postanowiła również dołączyć się do powoli powstającego rzędu kotów przed bestią.
— Co się tutaj dzieje?! — powtórzyła, zwracając na siebie uwagę obcego. — Kogo szukasz? Nie ma tutaj lidera, ja reprezentuje władzę podczas ich nieobecności.
Liliowa Pieśń zjeżyła futro wzdłuż kręgosłupa, a następnie przerażona, krzyknęła:
— Chyba nasi pobratymcy są ranni! Trzeba ich przetransportować!
Żabia Łapa jednak nie dała się wytrącić z równowagi, próbując dowiedzieć się, co miał gość na myśli.
— Więcej kot? Więcej kotów? Na granicy? — spytała, słysząc słowa Lili, które ją naprowadziły. — Czy… tylko ten na granicy? — pokazała jeden paluszek.
— Pokażesz kierunek? — do stosu pytań liliowa także dorzuciła własną cegiełkę, kręcąc głową w różnych kierunkach.
— Na razie nie wiemy gdzie, musimy poczekać, aż borsuk nam wskażę drogę — udzielił się i Ulewny Szkwał.
Bestia zatrząsła łbem, marszcząc brwi. Przytłaczała ją ilość dochodzących do niej odgłosów.
— Ihny kot... Zy. Skswyshic. Skswyshic sahmihse — splunęła na ziemię z obrzydzeniem. — Niehyhny. Brdny. Bsytia. — dotknęła swojego brzucha, kończąc ostatnie zdanie. Jej oczy utkwione były w wejściu do lecznicy.
— Jaki zapach miał?
— Inny... zły kot ją skrzywdził... Bestia... Gdzie proszę? W którą stronę? — Żabia Łapa spojrzała na wojowników wokół siebie.
— Inny kot skrzywdził samice? — przedarł się cichy głos Wymarzonej Słodyczy.
Trzcinowy Szmer popatrzyła się na młodsze koty.
— Nic z tego nie zrozumiałam. Umie ktoś to przetłumaczyć? Czego ona chce?
Żabia łapa spojrzała na Trzcinę.
— Świtezianka została zaatakowana przez innego kota na granicy i ten borsuk ją tutaj przyniósł w bardzo złym stanie! — szybko mruknęła do kotki. — Z tego... co ledwo zrozumiałam.
— Sym... — warknęła łaciata, zanurzając pazury w ziemi. — Sym tyn, tsy szenie mohe zbil... Zbic go. Ja.
Wymarzona Słodycz się przybliżyła, ale nic nie wypowiedziała.
— Czy ten kot nadal jest na naszym terytorium? Może powinniśmy go przegonić. Jest nas za mało, ktoś musi powiadomić inny patrol... — szylkretka spytała borsuka.
Srebrna opuściła uszy po sobie.
— Syn... Zabił twojego syna... a ty jego... — przetarła łapą pysk. — Gdzie? Gdzie? — zbliżyła się do Trzcinowego Szmeru, jakby doszukując się u niej swego rodzaju wsparcia. Rogaty Flaming do tej pory milczał, przyglądając się każdej najmniejszej ich reakcji. Było to dziwne, nic nie przykuło do tej pory na tak długo jego uwagi, ani tym bardziej nie zamknęło pyska na tak długą chwilę. Żabia Łapa również przymknęła pyszczek, wtulając się w bok karmicielki. Może było jej zimno.
— To okropne! Czyżby to był kot, którego przyniosłaś? — wyrwało się z pyszczka liliowej.
Borsuczyca w odpowiedzi milczała przez wiele uderzeń serca, patrząc po wszystkich tych kotach ustawionych naokoło niej. Najwyraźniej nie umiała nazwać wszystkiego, co widziała. Wydała z siebie natomiast szumiący syk, łapą robiąc w śniegu zagłębienie.
Narcyzowa Łapa strzepnął ogonem, przysłuchując się rozmowie, do tej pory i on również nikomu nie przerywał, więc było to niezwykle miłe dla uszu i nerwów.
— O czym ona bełkocze? I tak zaraz nas wszystkich zje! — syknął. — Trzeba ją wygonić!
Zimny wiatr mierzwił futra pobratymców, wyjąc wniebogłosy donośnie, odbierając uszom, poduszkom łap, a także samej skórze u niektórych ciepło, chociaż sam point nie odczuwał tego szczególnie dotkliwie ze względu na swoją wspaniałą, gęstą okrywę, idealnie przystosowaną do nieprzychylnych warunków.
— Co się tu dziej… — wybełkotała Pierzasta Kołysanka, marszcząc nos. Zdecydowanym, ale i eleganckim krokiem ruszyła do pozostałych. Świetnie, kolejni gapie…
Trzcinowy Szmer rzuciła ostre spojrzenie na Narcyzową Łapę i ogonem wskazała lecznicę.
— Narcyzowa Łapo, jeśli zamierzasz przeszkadzać mi w pracy, to może lepiej, żebyś popilnował kociąt albo zatroszczył się o Świteziankowe Jezioro — uciszyła kocura.
Przeniosła swoje spojrzenie na borsuczyce i Żabią Łapę.
— Jesteś w stanie dokładnie przetłumaczyć, co ten borsuk chce? Nie jesteśmy w stanie nad tym zapanować, jeśli każdy będzie syczał.
— Rozumiem... część. Mogę spróbować, Zrobię, co mogę — przytaknęła młódka. W końcu już i tak rozmawiała z borsukiem, coś rozumiała.
Borsuczyca, widząc brak zrozumienia ze strony Klanu Nocy, wydała z siebie wpierw zmęczony furkot, a następnie ponownie poczęła gadać swym dziwnym, ciężkim do rozszyfrowania głosem, brzmiącym jak bulgot wzburzonej wody podczas burzy. Jej głos był niezwykle niski i zapadał w pamięci. Flaming nie fatygował się nawet, żeby rozwodzić nad tym, cokolwiek do nich hurkotała, już były do tego przynajmniej trzy koty.
— Pomyc... Warga. Kreh bryhna. Kot dory — znowu wskazała na lecznicę. — Warga czuha. Phak pomyk. Pomyc zieki phak. Ja. Muszy czywaci koty... Kamić brynytke. Sznięta. Mszyne. Wasz ahe. Brynytka sahba. Sihy bryk. Sznięta urą. Kamić! Dyży! — poleciła.
Żabia Łapa opuściła uszy, słysząc tyle średnio zrozumiałych słów skierowanych do nich. Usiadła sobie i założyła łapę na łapę.
— Pomoc... Warga...? Kres bruta… Świtezianka jest dobra... to na pewno zrozumiałam… — zrobiła chwilę przerwy. — Warga... Warga twoje imię? — wskazała na borsuczycę. — I... Pomogła ci. Kotka. Tamta — jej palec poszybował ku lecznicy. — I... Koty muszą czuwać... karmić? Szczenięta. Myszami... Brytynka słaba? Bryk silny? Szczenięta umrą... Karmić... Dyży…? Dużo?
Gość pokręcił głową, gdy został nazwany Wargą. Wskazała na niebo.
— Warga.
— Wagra... syn? — podniosła prawą łapę. — Warga bóg? — podniosła lewą.
— Buh. Mahtka.
— Warga! To przecież borsucza wiara! — olśniło zielonooką.
Borsuczyca przyjrzała się Liliowej Pieśni, która dokazywała od początku jej zjawienia się. Pokiwała.
— Świtezianka dobra... — powtórzyła pod nosem słowa Żabiej Łapy. — Świteziankowe Jezioro była kiedyś samotniczką. Może właśnie samotnicy nas zaatakowali oraz tę borsuczycę. Musimy sami to sprawdzić i zawołać po pomoc resztę Nocniaków z patrolu granicznego... Wszystkie koty zdolne do samodzielnego pływania! — Trzcinowy Szmer podniosła głos, żeby koty zwróciły na nią uwagę. — Potrzebujemy patrolu o małej ilości kotów, który szybko by odszukał patrol graniczny oraz sprawdził dogłębnie miejsce, w którym Świteziankowe Jezioro została zaatakowana!
— Ja nie wiedziałam, urodziłam się siedem księżyców temu... — mruknęła cichutko do lilki. — Dziękuję... Nakarmimy ją dobrze — wskazała na lecznicę. — Dziękuję... za pomoc... czy coś... coś jeszcze?
— Wiem, nie obwiniam cię — mruknęła pocieszająco wojowniczka. Przekierowała spojrzenie na borsuczycę z błyskiem nadziei w ślepiach. — Czy możesz nam podać kierunek?
Ulewny Szkwał kiwnął głową w stronę Trzcinki, unosząc niebieski ogon wysoko.
— Ja jestem chętny, namiestniczko! Zrobię wszystko w mojej mocy, by zebrać wsparcie i przeszukać to miejsce. Nie możemy mieć więcej rannych kotów, jak to się stało ze Świtezianką.
— Ja również — zgłosiła się liliowa, acz z nutą niepewności. — Chociaż nie wiem, czy nie będę bardziej potrzebna tutaj, przy Żabiej Łapie — położyła ogon pocieszająco na barkach małej, widać było, że cała ta sytuacja jest dla niej stresująca.
Borsuczyca, nie myśląc długo, chwyciła Żabią Łapę za jedną z przednich kończyn, widząc, że koty zaczynają się zbierać.
— Brynytka jes mhi — powiedziała, machając energicznie łbem raz w stronę lecznicy, a raz w stronę stosu zwierzyny. — Sznięta... Nje. Kocita. Kot — uniosła łapę nieco ponad ziemię, jakby pokazywała coś małego.
Narcyzowa Łapa również się odezwał jak od niechcenia. Strzepnął ogonem.
— Mogę iść — burknął. — Byle z dala od tego śmierdziela — wskazał łapą na borsuka.
Żabka, gdyby nie to, że oparta była o innego kota, to prawdopodobnie by padła na ziemię na gest borsuka. Mimo to uśmiechnęła się i niepewnym wzrokiem spojrzała na stos zwierzyny. — Nakarmić ją? Teraz?
— Dziecko kota?
Bestia smętnie przytaknęła.
Ulewny Szkwał obrócił się w stronę swojej ukochanej.
— Lepiej tu zostań, to dosyć ryzykowna akcja. Będę spokojniejszy, gdy zostaniesz tutaj i będziesz bezpieczna — polizał ją czule za uszami. — Przy okazji dobrze ci idzie tłumaczenie języka borsuków, Trzcinowemu Szmerowi bardziej się przydasz pod tym kątem — posłał jej lekki uśmiech, gdy nawiązali kontakt wzrokowy.
— Dobrze, ale nie uważaj mnie za delikatny liść! Kto przyniósł raz jastrzębia? — zaczęła się z nim droczyć, odwzajemniając gest. Łbem potarła o jego policzek parokrotnie. Jej entuzjazm jednak opadł, gdy ponownie skupiła się na słowach olbrzyma. — Może znalazła malucha? Prawie nic nie rozumiem — zrobiła chwilę przerwy, poruszając nieco nerwowo łapą. — Jedno dziecko, czy wiele? — zaczęła gestykulować tak, jak tylko potrafiła, żeby może ją zrozumiano.
Borsuczyca w odpowiedzi jednak wzruszyła ramionami. Znowu pokazała raz na lecznicę, a raz na... Znowu na brzuch. Przejechała po nim łapą.
Żabia łapa wytrzeszczyła oczka tak, że wyglądały niczym dwie, wielkie okrągłe monety obok siebie. — Świtezianka jest W CIĄŻY?! — mało nie zmiotło ją z łap, gdy zatoczyła się, ale szybko oparła o bok stojącej nadal Trzcinowego Szmeru. Rogaty Flaming spojrzał z lekkim zdziwieniem również, chociaż nie powinno go to dziwić szczególnie – przecież w Klanie Nocy wiecznie rodziły się jakieś kocięta… Trzcinka w odpowiedzi pacnęła młódkę w głowę, bo jej reakcja była dość niepoważna i nieadekwatna do sytuacji. Odwróciła pysk do dwóch kocurów.
— Ulewny Szkwale i Narcyzowa Łapo, to będzie wasze zadanie. Natomiast ty, Liliowa Pieśni, zostaniesz, gdyż dobrze rozumiesz borsuczycę — postanowiła, po czym znów zwróciła się do młodego wojownika. — Szkwale, postarajcie się znaleźć jak najszybciej patrol graniczny i sprawdzić miejsce, gdzie została zaatakowana Świteziankowe Jezioro. Jeśli znajdziecie kogoś podejrzanego, sami we dwójkę nie atakujcie. Jest nas mało tutaj i potrzebne jest wsparcie. Ruszajcie jak najszybciej.
— Tak jest, namiestniczko! Chodź, Narcyzie — niebieski szybko zniknął z obozu.
Borsuczyca obdarzyła Żabią Łapę pełnym bólu i goryczy spojrzeniem.
— Zy kot. Szwydził one...
Jasna kotka wytrzeszczyła oczy, również zszokowana tym, czego właśnie się dowiedziała.
— Chyba rozumiem! Ty obroniłaś kotkę z lecznicy, bo była w ciąży przed złym kotem?
Żabia Łapa położyła uszy po sobie z żalem.
— Była... w ciąży... Zły kot... nie... To straszne... — przykryła łapą pyszczek, a w jej oczkach zaczęło tlić się tak wiele emocji, że musiały w końcu znaleźć gdzieś upust.
— Gyszej... Nje byha... Sześniej.
Żabka pokiwała głową i nieco bardziej oparła się o futro Słodyczy. Jej uszy nie mogły przywrzeć bardziej do jej ciała. Trzcinowy Szmer również wydawała się przybita nowymi informacjami, chociaż nie ruszyła się z miejsca.
— Straszne...
Parę uderzeń serca później, z głębokim westchnieniem pochyliła głowę w kierunku borsuczycy.
— Dziękuję — miauknęła. — Że przyniosłaś... Tutaj — mruknęła. Czas na przemyślenie swoich słów będzie potem. Ten borsuk bowiem zdawał się wyjątkowo przyjazny... Trochę szacunku za jej gest się jej należał.
Zdawało się, że bestia skończyła mówić. Na ten moment. Ruszyła ku wyjściu z obozu, jednak nim wstąpiła w tunel z niego wyprowadzający, odwróciła się.
— On... Czykał. Zapach dygi. Mycny. Wieział. Mysli tak. Ja.
Srebrna, po wysłuchaniu słów, wręcz z impetem uderzyła o ziemię, kładąc się na niej, ponieważ łapy ją zawiodły. Koty pochyliły się nad małą, jednak jej bok unosił się, a potem opadał, a ślepia były rozszerzone. To spotkanie przepełnione było przeróżnymi emocjami i reakcjami, co mogło być najzwyczajniej w świecie zbyt wielkim obciążeniem dla tak młodego kota. Trzcina nakryła ją swoim ogonem w próbie pocieszenia i podniesienia na duchu, a ślepiami wracała do żłobka w celu skontrolowania, czy jej dwie małe pociechy przypadkiem nie ulotniły się z kociarni. Rogaty Flaming machnął ogonem do Wesołej Łapy, która stała obok niego jak wryta. Wiatr targał jej futerkiem, a poduszki łap z pewnością zaczynały szczypać od tak długiego przebywania na chłodnym puchu.

Teraźniejszość

Mroźne pazury chłodnej Pory Nagich Drzew wisiały nad obozem, próbując wedrzeć się do legowisk Klanu Nocy. Koty zajmowały się odśnieżaniem niemal każdego dnia, ponieważ ilość pierza lecącego z nieba niemal wymykała się spod kontroli. Rogaty Flaming próbował się oczywiście nie przepracowywać. Jeśli tylko miał okazję, swoją robotę zrzucał na kogoś innego w celu wykonania bardziej ambitnych obowiązków, czyli… polowanie, patrolowanie granic i obowiązkowo – prezentowanie się jak na księcia przystało. Pielęgnacji swojego niezwykłego futra poświęcał niezwykle wiele czasu, była to rutyna, której się trzymał każdego dnia. Rozejrzał się po obozowiczach. Już parę uderzeń serca później w podskokach przybyła do niego jego uczennica, której właśnie nadmiar piachu zsuwał się z jasnych wąsów.
— Wesoła Łapo, następnym razem, gdy do obozu wkroczy nam borsuk, nie przybliżaj się do niego tak, nawet jeśli wydaje ci się, że może mieć dobre zamiary. Nie każda bestia ma tyle cierpliwości, gdyby tylko zechciał, wielu z nas mogłoby nie być w stanie mu sprostać, oczywiście poza mną, Mandarynkową Gwiazdą i resztą kotów z rodu. Nie wolno ci ufać każdej istocie, która nie szczerzy do ciebie kłów od razu. Może zrobić to za uderzenie serca, a ty nie zdążysz zareagować — tłumaczył, językiem przejeżdżając po swojej puchatej, śnieżnobiałej piersi. Naprawdę musiał jej tłumaczyć coś, co było oczywiste dla niego, odkąd tylko pamiętał? Dziwne, że sama o tym nie wiedziała.

[4429 słów, trening Wesołej Łapy]

[44%]

Od Narwanej Łapy CD. Rogatej Łapy (Rogatego Flaminga)

↬◦⌑⛯⌑◦↫
Dawno temu; poprzedniej pory Nowych Liści…

Powietrze w legowisku zdawało się być gęste, wypełnione napięciem i ledwo trzymanymi za zębami obelgami. Książe zmrużył nieznacznie ślipia, jak gdyby nie była warta dla niego marszczenia malowanego czarnymi i czerwonymi znaczeniami pyska; podniósł się z posłania i skierował do wyjścia, spoglądając na nią przez ramię.
— Pamiętaj, że jak do nich wejdziesz, to powinnaś zwracać się do nich z należytym szacunkiem.
Prychnęła. Tak, żeby jeszcze bardziej im się wszystkim w dupach poprzewracało.
Nie rozumiała całej problematyki tej "Rodziny Królewskiej" Klanu Nocy, nie rwała się do rozumienia, i nie miała zamiaru rozumieć. Grupa nadętych kotów z Mandarynową Prukwą na czele. Księżniczki i książęta. Kto im w ogóle te tytuły ponadawał? Na jakiej podstawie? Pokrewieństwa? Jeżeli tak, to pokrewienstwa z kim?
Idąc ich tokiem myślenia i patrząc na to, jaki podział miał miejsce w Klanie Nocy na podstawie kolorów sierści, równie dobrze mogli nadać takie tytuły Narcyzowi czy Przypalonemu Kasztanowi. Wykrzywiła pysk. No, może nie temu drugiemu… Ale proszę, idealny przykład czarno-białego, nieskażonego inną barwą futerka! Może, gdyby nie ich powiązania z matką i samotnicze pochodzenie, to dwójka kocurów miałaby szansę na wżenienie się do Królewskiego Rodu i ułożenie sobie wygodnego życie pełnego przywilejów.
Ona nie mogła liczyć na taką okazję. Pomijając to, że wcale nie miała ochoty obracać sobie wokół pazura jakiegoś osobnika z wygórowanym ego i czerwonym śladem na czole, tylko po to, aby inni patrzli na nią troszkę przyjaźniejszym wzrokiem. Powiązania z Niedźwiedziówkowym Pyłem najbardziej się na niej odbiły; bure, ciemnopręgowane futro, niekoniecznie przystosowane do wodnego trybu życia Nocniaków, pozostawiało wiele do życzenia w pewnych aspektach. Plamy bieli i rudego jeszcze bardziej przypominały jej o własnym, zapieczętowanym w oczach matki losie. Plamy, które przybliżały ją do wizerunku Wieleniego Szlaku. Zastanawiała się czasem, czy ojciec, kimkolwiek on był, przekazał jej cokolwiek. Może osobliwe, wykręcone uszy? Gibką sylwetkę, długie łapy?
Czy jeżeli wdałaby się w niego, to uniknęłaby uwagi matki? Początkowo bez przerwy o nią ubiegała, chłonąc każdą, choć najmniejszą kroplę. A teraz? Teraz z chęcią uciekałaby wzrokiem za każdym razem, gdy Niedźwiedziówkowy Pył na nią spoglądała. Wyczekując. Wyczekując czego? Aż dorówna temu, kim nie jest, i kim nigdy nie będzie?

↬◦⌑⛯⌑◦↫
Jakiś czas temu; początek pory Nagich Drzew…

Ciemne łapy grzęzły w białym śniegu. Dysząc, cofnęła się o krok, spoglądając z dołu na kocura przed nią.

Nie widzę na twoim ciele żadnej blizny.

Śmieszne. Posłała Kijankowym Moczarom wściekłe spojrzenie, rzucając się w bok. Ona też nie posiadała żadnej blizny. Nie chciała. Łapa wojownika ledwo co wyminęła jej bark; szarpnęła głową do tyłu. Bała się.
— Czy my naprawdę musimy wokół siebie tak skakać-
Jej syk przerwała para silnych łap na jej barkach. Jej grzbiet uderzył o ziemię; parsknęła, prychnęła, i zastygła w miejscu.
Nienawidziła treningów walki. Bała się ich. Zawsze, gdy Kijanka wyciągał do niej łapy, nawet te ze schowanymi pazurami, zawsze, gdy napinał ciało, aby na nią skoczyć, jej ciało oblewał zimny pot. Zawsze towarzyszył jej nieuzasadniony strach; nawet nie przed samym bólem, a przed krzywdą, którą można by jej było jej wyrządzić.
Jej rozbiegane spojrzenie trafiło na przechodzący obok patrol. Odepchnęła mentora tylnymi łapami i podniosła się ze śniegu, chyląc głowę przed innymi kotami. Gdzieś w grupie mignął jej łeb Rogatego Flaminga. Wykrzywiła wargi i uchyliła pysk, patrząc, jak Kijanka staje na łapy.
— Już się w to nie bawimy.

<Rogaty Flamingu?>

[554 słowa]

]11%]