BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

12 sierpnia 2026

Od Milknącej Łapy CD. Kurzej Łapy

— Co się dzieje? — mruknął, piorunując go kobaltowym okiem.
— Cyklonowe Oko chciał, by któryś z przewodników zaprowadził nas do nieco odosobnionych tuneli, aby poćwiczyć w nich walkę — wyjaśnił uczeń, czując, jak spojrzenie starszego przeszywa go na wylot. Przecież nic takiego nie zrobił, by otrzymać taki wzrok. Chyba że Łzawa Łapa zdążyła mu jakichś bajeczek nawciskać, ukrywając swoje prawdziwe intencje pod miłymi słówkami i gestami.
— Jeśli jesteś zajęty, to poszukam Białego Strumienia lub Śniącego Obserwatora — dodał, woląc nie narażać się na jakieś nieprawdziwe domysły Kurzej Łapy względem swej persony. Jakby nie wystarczyło, że siostra w żłobku rzucała w niego kąśliwymi uwagami, kiedy tylko nikt nie słyszał, chcąc dopiec bratu za skradzioną uwagę innych.
— Aha... — wymamrotał ciszej. Spojrzenie ucznia zmiękło i rozluźnił mięśnie ciała. Chwilę się zastanawiał, po czym skinął mu głową.
— W takim razie chodź, Milknąca Łapo.
Odwrócił się do niego tyłem i zaczął maszerować w stronę korytarza kronikarzy i medyków.
W pierwszej chwili dymny nie wiedział zbytnio, jak na to zareagować, w końcu chodziło o to, by któryś z przewodników zaprowadził jego i Cyklonowe Oko, a teraz nagle miał podążać za uczniem Białego Strumienia. Po krótkiej chwili wahania skinął głową i ruszył za Kurzą Łapą. Pomiędzy nimi panowała cisza, która w żadnym stopniu nie przeszkadzała młodszemu, nawet jeśli w jego głowie kłębiły się pytania odnośnie tego, co Łzawa Łapa mogła nawciskać przyszłemu przewodnikowi. Miał tylko nadzieję, że przez jej egoizm i atencyjność, ta nie pokrzyżuje jego planów, by zostać najlepszym wojownikiem Klanu Burzy, by ojciec i matka byli z niego dumni.
W międzyczasie weszli w głąb ciemnego korytarzu. Zapadł wieczny mrok. Kurza Łapa brnął dalej, widocznie dobrze orientując się w tunelach.
— Byłeś kiedykolwiek w tunelach, Milknąca Łapo? — odbił się echem cichy, kojący głos Kurzej Łapy.
Stanął nagle i kuzyn na niego wpadł. Starszy nie drgnął.
— Czy twoje oczy jeszcze nie przyzwyczaiły się do panującej tutaj ciemności? — zapytał. Wydawałoby się, że wypowiedział te słowa złośliwie, jednakże czy była to jego prawdziwa intencja?
— Jeśli liczymy te, stanowiące nowy obóz to tak. Jednak inne są mi kompletnie obce — przyznał, nim wpadł na starszego. — Wybacz... — mruknął. — Trochę, choć ogólnie zdarza mi się wpadać na innych — dodał, robiąc parę kroków do tyłu, by utworzyć między nimi dystans, który już wcześniej ich dzielił, lecz został skutecznie skrócony przez dymnego i to nieumyślnie.
Nieco obawiał się innych uczniów, szczególnie tych bardziej zbliżonych wiekiem do siebie i Łzy, z obawy, że ta coś zdążyła już im nagadać, co oczywiście byłoby kłamstwem lub przebraną prawdą. Czym sobie zasłużył, aby własna siostra traktowała go jak osobiste popychadło, ofiarę losu, z której można śmiało się pośmiać? Czy tak powinno zachowywać się rodzeństwo? Konkurować o niemal wszystko, przy czym starać się zniszczyć to drugie?
Nie odezwał się od razu.
— Kontynuujmy tę przechadzkę. — Jego głos po chwili ponownie rozbrzmiał w mroku tuneli, aby następnie w nim znowu zniknąć. Zew musiał go jakoś dogonić w tych mokrych tunelach, idąc w nieznane.
— Nie wiem naprawdę, jak chcemy zainicjować walkę. Przecież nie orientujesz się w tunelach tak bardzo, jak przewodnicy. Nie wiesz, kiedy ktoś cię zaatakuje.
Nagle coś popchnęło dymnego do zimnej, mokrej ściany.
— Nawet mnie nie usłyszałeś i nie zdążyłeś zobaczyć. Cyklonowe Oko najwidoczniej nie chciał pobrudzić sobie długiego futerka, dlatego cię jeszcze nie wyszkolił w tym zakresie. Popracujemy nad tym. Może lepiej by ci się żyło na zewnątrz.
Kurza Łapa o dziwo nie odszedł od Milknącej Łapy. Przylgnął nieco bokiem do młodszego.
— W tych rejonach raczej nie byłeś. Planuję poszerzyć nasze horyzonty. Kiedy zostanę przewodnikiem, tunele będą prowadzić wszędzie. Będziemy mogli zakradać się do śpiących przeciwników, alarmować sojuszników, wymieniać się tajnymi informacjami... czy to nie jest intrygujące, Milknąca Łapo? Tunele mają tyle potencjału. Większość po prostu boi się tego, co się znajduje za stroną ciemności. Koty boją się tego, czego nie znają i…
— Wiesz co... Ja chyba będę wracał. Miałem z Cyklonowym Okiem udać się do tuneli, a przewodnik NAS jedynie zaprowadzić — wyjaśnił, ignorując większość wypowiedzi kocura oraz fakt, że ten najpierw go popchnął na ścianę, a następnie nie miał zamiaru się odsunąć. Nie rozumiał, o co mu chodzi, lecz czuł, że siostra musiała maczać w tym swoje łapy.
Odepchnął się od ściany, trącając ciałem szkolącego się przewodnika, by następnie zawrócić i nieco pośpiesznym krokiem udać się tunele, którym ciągle podążali. Dymy nie miał zamiaru spędzać ani chwili dłużej samemu w towarzystwie syna zdrajczyni, jeszcze coś sobie ubzdura z kłamstw, którymi mogła go karmić Łzawa Łapa i ratunku dla niego już nie będzie. Szczególnie że nikt oprócz ich dwójki i ewentualnie Cyklonowego Oka, nie wiedział, gdzie mógł się podziać potomek Zawodzącej Gwiazdy.
W ciemnościach rozległ się melodyjny chichot ucznia przewodnika.
— Jeśli znajdziesz wyjście, droga wolna. Dosyć głęboko weszliśmy, a w korytarzach łatwo można się zgubić. Nie masz pojęcia jak bardzo! — Wraz z echem stawianych kroków przez dymnego można było usłyszeć również słowa starszego kocura. — Po to jest przewodnik, Milknąca Łapo. Chociaż...
Chwilę zajęło dymnemu, aby zdać sobie sprawę, iż starszy uczeń zaczął za nim podążać. Zdradziły go nie za bardzo ostrożne kroki. Jakby rudy chciał, aby Zew faktycznie go usłyszał.
— Zła droga. — Usłyszeć za sobą szept kuzyna, bacznie obserwującego jego poczynania. — Może chciałbyś pod okiem Cyklonowego Oka ze mną poćwiczyć? — zaproponował po dłuższej przerwie.
— To już nie będzie zależeć ode mnie, tylko od samego Cyklonowego Oka. Poza tym chyba dobrze byłoby, aby Biały Strumień również wiedział o tym pomyśle i wyraził zgodę bądź sprzeciw.

─── ・ 。゚☆: *.☽ .* :☆゚. ───

Rzadko kiedy uczeń narzekał na Cyklonowe Oko czy jego pomysły związane z treningami, lecz udzielenie aprobaty dla wspólnej walki jego i Kurzej Łapy od razu spotkała się z wyklinaniem wojownika w myślach przez Milknącą Łapę. Nie miał nic do swojego kuzyna, jednak... Po ostatnich ich interakcji ten pozostawić pewnego rodzaju niesmak przez swoje raczej niecodzienne zachowanie wobec młodszego. Zew nie wiedział zbytnio, co myśleć o kocurze, nie chciał go oceniać po jednej dłuższej styczności, lecz przez Łzę szybko stawał się w jakimś stopniu uprzedzony do drugiego kota.
Właśnie czekał ze swoim kremowym mentorem, aż Biały Strumień pojawi się w Grocie Pamięci wraz z Kurzą Łapą, by później razem ruszyć do tuneli i rozpocząć wspólny trening. Długo jednak nie musieli wyczekiwać na dwójkę, gdyż już po niedługiej chwili pojawili się w zasięgu ich wzroku. Dymny pierwszym, co dostrzegł to uśmiech, który gościł na pysku kuzyna, jakby był wielce rad z ich treningu.
— Dzień dobry, Milknąca Łapo — odezwał się oficjalnie do młodszego, zanim Biały Strumień i Cyklonowe Oko przeszli do wyjaśnienia ich pojedynku w tunelach.
— Witaj Kurza Łapo — mruknął, ignorując mimikę starszego. Zamiast tego obserwował mentorów, którzy po wymienieniu uprzejmości objaśnili im przebieg treningu.
Gdy było pewne, że każdy wie co i jak, Biały Strumień ruszył pierwszy, za nim Cyklonowe Oko, a na samym końcu dwójka uczniów. Jak widać, srebrny nie miał zamiaru zachowywać ciszy pomiędzy nimi, na co dymny przewrócił oczami.
— Wiesz, to trochę niesprawiedliwe — zaczął cicho, a na pysku jego widniał już tylko chłód. — Znam przecież lepiej od ciebie tunele. Poruszam się w nich jak ryba w wodzie. W końcu muszę zostać przewodnikiem — wymamrotał, nie owijając w bawełnę.
— Niesprawiedliwe? Czy cokolwiek w życiu jest sprawiedliwe? — mruknął, kątem oka spoglądając na rudego. — To, że je znasz, nie znaczy, że mam nie potrafić się w nich obronić. A uwierz, wyglądam nie pozornie, niczym mój ojciec, jednak siły mi nie brak — dodał, skupiając się na mentorach przed nimi.
Gdy tylko weszli do bardziej odosobnionych tuneli, Zew poczuł się trochę jak u siebie, szczególnie w momencie, kiedy to jako pierwszy zniknął w mroku korytarzy, do których nie dosięgało światło ze świetlików, które występowały w niektórych miejscach w obozie.
— Szkoda, że wchodzimy głębiej, będziesz także niewidoczny w tych ciemnościach — rzucił mimochodem.
Wchodząc głębiej, prychnął na słowa Milknącej Łapy.
— Boisz się walczyć w ciemności? — miauknął, jakby to było faktem, a nie pytaniem.
— Co? — parsknął, hamując śmiech. — Nie, akurat ciemność uwielbiam — odparł, zastanawiając się, skąd Kurzej Łapie przyszedł taki pomysł do głowy. Zew i strach przed ciemnością, dobre. On wolał takie warunki, gdyż przynajmniej wtedy miał pewność, że nie naraża swoich niebieskich oczu na możliwe uszkodzenie, jak w przypadku przebywania w czasie Wysokiego Słońca na otwartym terenie klanu.
— Aha... — Na krótką chwilę pomiędzy nimi zapanowała cisza, lecz szybko została przerwana przez kolejne słowa srebrnego:
— W takim razie możemy jeszcze głębiej wejść.
— To nie zależy od nas, czy tym bardziej ciebie. Biały Strumień i Cyklonowe Oko mają decydujący głos — rzucił młodszy, ponownie przewracając oczami, odkąd uczeń przewodnika był tuż obok. Miał wrażenie, że im dłużej z nim rozmawia, tym nabierał większej pewności, że ten dogadałby się z Łzawą Łapą.
— Czy mógłbyś w końcu przestać? Co ty w ogóle do mnie masz? — wymamrotał zirytowany, wyprzedzając czarnego, specjalnie popychając go w kierunku zimnej, ziemistej ściany. — Wiesz co... nie. Nie będę się zniżał do twojego poziomu — dodał, próbując zachować spokój, kiedy tylko zaczął się oddalać w kierunku ich mentorów.
— Co ja mam? A co ty masz? Przyznaj, Łza zdążyła ci już jakichś bzdur nawciskać o mnie — prychnął. Na popchnięcie w kierunku ściany jedynie machnął poirytowany swoim krótkim ogonem. Nie miał zamiaru odpuścić, dowie się, gdzie jego ukochana siostra maczała już swoje łapy.
Zamiast odpowiedzi Milknąca Łapa otrzymał tylko ciszę ze strony starszego.
— Swoim milczeniem jedynie to potwierdzasz — mruknął pod nosem, zastanawiając się, jak długo Łzawa Łapa ma zamiar utrudniać mu życie. On i tak zostanie wojownikiem, prędzej czy później, Cyklonowe Oko widzi, jak na to pracuje. Miał też nadzieję, że Wdzięczna Firletka dostrzega atencyjność swojej uczennicy i będzie starała się jakoś na to wpłynąć.
Gdy znaleźli się na miejscu, kremowy Burzak na szybko przypomniał zasady walki, a następnie dał znać, by uczniowie stanęli naprzeciwko siebie w oczekiwaniu na sygnał do rozpoczęcia treningu. Dymny niemal od razu postanowił przejąć inicjatywę i wykonał "próbny" atak na kuzyna. Oczywiście jego łapa trafiła jedynie na powietrze w miejscu, gdzie jeszcze chwilę wcześniej pamiętał, że stał srebrny.
Po tym młodszy nie rzucił się przed siebie ponownie bez planu. Musiał najpierw wiedzieć, gdzie dokładnie stoi Kurza Łapa. Niebieskooki starał się wyciszyć i wytężyć słuch ze wzrokiem. Na efekt nie musiał długo czekać, gdyż kuzyn musiał wykonać jakiś krok, przez co trafił drobny kamień, którego dźwięk poniósł się echem. Zew od razu skoczył w miejsce dźwięk, z sukcesem wyczuwając, jak powala na ziemię rudego ucznia. Ten odepchnął napastnika tylnymi łapami bez wysuniętych pazurów, więc obyło się bez krzywd, zapewne mając ciągle na uwadze słowa mentorów, by się nie pozabijali w tych tunelach, w końcu to był tylko trening, a nie walka na śmierć i życie.
Jasnooki starał się szybko pozbierać z ziemi i na nowo powalić srebrnego, lecz ten zdążył się już oddalić. Choć po chwili poczuł, jak te przeorał pazurami lego lewy bok, jakby wcześniejszy brak krzywd poszedł w niepamięć.
— Było warto tak szczekać? — wycedził przez zęby Kurza Łapa, gdy odskoczył od rozwścieczonego kuzyna.
— Trzeba było wierzyć w piękne słówka mojej kochanej siostruni? — syknął, opierając się o chłodną ścianę. Próbował oddać atak, lecz starszy był za daleko.
— Czemu masz taką obsesję na swojej siostrze? Przecież razem możemy się kumplować — odbiło się echo słów rudzielca. — No, chyba że jesteś zazdrosny... w końcu nie masz tu zbytnio przyjaciół. Dosyć żenujące jak na syna przywódcy.
— Kumplować? Dobre sobie! Łzawa Łapa jest atencyjna, jest w stanie wiele zrobić dla uwagi innych. Myślisz, że co robi, gdy ma chwilę i jestem w pobliżu? Poniża mnie, ponieważ dość mocno przeżywałem rozłąkę z matką — odparł, zbierając w sumie siły oraz tłumiąc ból, by spróbować oddać pięknym za nadobne.
Trafił w pierś kuzyna, przejeżdżając po niej pazurami. W odwecie Kurza Łapa nagle z impetem posłał ciało Milknącej Łapy w stronę jednej ze ścian tunelu, robiąc sobie drobne rany na ciele, zwłaszcza na plecach. Po tym umysł Zewa zasnuła mgła, a następnie błoga ciemność. W końcu dookoła niego zaoponowała cisza i spokój, którym była istnym zbawieniem dla umysłu czarnego, będącego cały czas w trybie przetrwania z racji siostry, która chętnie dla swoich własnych korzyści była w stanie zbrukać reputację swojego brata u innych kotów.

<Kurza Łapo?>

[1949 słów + walka w tunelach]

[39% + 5%]

Od Zszarzałej Łapy (Wzburzonego Kormorana) CD. Bukowej Korony

Przeszłość

Zaginięcie Fiołki postawiło dość sporą część obozu na równe łapy, sporo kotów zaoferowało się w poszukiwaniach, jednak mimo tego, Bukowa Korona zdecydował, że uda się na poszukiwania wraz ze swoim niedawnym uczniem. Point był widocznie zdziwiony tą decyzją, lecz nawet przez chwilę nie myślał, aby odmówić kocurowi pomocy. Jednak kiedy tylko opuścili obóz, do ich nozdrzy nie dotarła nawet najmniej subtelna woń koteczki, ani tropu kuny.
— Wiatr musiał rozwiać ich zapach — stwierdził srebrny, a jego głos się załamał. — Co teraz zrobimy? Musimy znaleźć Fiołkę, musimy! — mówił dalej, wręcz spanikowanym głosem.
Kormoran z nieukrywanym zdziwieniem obserwował swojego mentora, jakby nie potrafiąc uwierzyć w prawdziwość jego słów, przejęcia. Nie wiedział, czym te wątpliwości mogły być spowodowane, lecz morskookiemu obraz zdruzgotanego ojca nie pasował do czekoladowego, który rzadko kiedy widział coś więcej niż czubek własnego nosa. Fakt, starszy dawniej uratował pointa przed Dwunożnymi na plaży, lecz on raczej to zrobił, by udowodnić wielkość swych umiejętności oraz aby nie stracić ucznia, którym mógłby później się przechwalać, gdyby osiągnął coś więcej.

︵‿₊ ⊹₊˚‧ ꩜‧ ˚₊⊹ ₊‿︵

Obecnie

Cóż, ostatnim czego Wzburzony Kormoran się spodziewał to ucznia. Jakoś nie był zbytnio przekonany do tego pomysłu Lśniącej Gwiazdy, lecz ten nawet nie pytał go o zdanie, wojownik nawet nie wiedział, że dostanie pod swe skrzydła Firmamentową Łapę, będącego synem samego lidera. Kocur mógłby zaprzeczać, odmawiać, zabierać się wszystkimi łapami przed tym, jednak… Za każdym razem, gdy myślał o tym, w jego głowie rodziła się myśl: “Do czego tak naprawdę jest zdolny Lśniąca Gwiazda?”. Miał wrażenie, że odkąd na jednym z ostatnich zgromadzeń Serdeczna Naparstnica pomógł mu przejrzeć na oczy, wzbudzić zainteresowanie działaniami obecnego przywódcy, to coś faktycznie musiało być na rzeczy. Nie wiedział jednak, czy powinien aż tak drążyć temat, szczególnie po ogłoszeniu i wprowadzeniu nowej rangi w klanie. W pewnym stopniu nie czuł się zagrożony, przecież był synem obecnej zastępczyni, jednak aż zbyt dobrze widział, jak na inne koty wpłynęła ta decyzja.
Właśnie zauważył niebieskiego protektora i nawet chciał do niego podejść, zaproponować wspólny spacer, lecz przed wojownikiem pojawił się czekoladowy point, który skutecznie pokrzyżował plany swojego mentora. Kormoran trzepnął jedynie końcówką ogona, zachowując spokój na pysku, choć w środku aż się w nim gotował, mając ochotę pogonić młodzika. Jedyny powód, dla którego wojownik się hamował to lubienie swojego życia, dlatego wolałby nie ściągać na siebie gniew samego lidera i ojca tej chodzącej przeszkadzającej kulki futra. Udając, że słucha, kątem oka dostrzegł Bukową Koronę, w jego głowie od razu narodził się pewien pomysł, w końcu srebrny szkolił jedno z dzieci Trójokiego Zająca. Mógłby to wykorzystać, oferując wspólny trening uczniów, a on sam nie będzie musiał aż tyle uwagi poświęcać przy szkoleniu pointa.
Długo nie rozmyślał nad tą możliwością i w połowie słowa młodzika, odszedł do starszego wojownika z propozycją, która przed chwilą mu się narodziła w tej roztrzepanej głowie.
— Bukowa Korono — zaczął, zwracając uwagę dawnego mentora. — Gratuluję kolejnego ucznia, widocznie Lśniąca Gwiazda uważa, że bardzo dobrze mnie wyszkoliłeś. Ale mniejsza o niego, chcę Ci zaproponować wspólny trening naszych uczniów. Mogliby poćwiczyć walkę lub też nawigację w tunelach — zaproponował, starając się być jak najbardziej przekonującym, by jednooki kocur się zgodził.

<Bukowa Korono?>

Od Poczciwego Szakłaka CD. Dzikiego Berberysu

Przeszłość

Po ostatniej rozmowie o rządach Króliczej Gwiazdy Dziki Berberys nie zawracał już głowy starszemu wojownikowi. Czarny skrycie odetchnął z ulgą, że nie jest już męczony przez innych lub ciągnięty za język do wypowiedzenia się na temat czegoś, co przez długi czas nie miało dla niego znaczenia. A nawet jeśli to teraz nie miał zbytnio, kiedy się tym przejmować — Królicza Prawda został przyjęty do klanu, więc mogli o wiele więcej czasu spędzać razem. Może i mogło to wzbudzać pewne podejrzenia u innych Burzaków, lecz Poczciwy Szakłak miał ich zdanie gdzieś — w końcu jego życie zaczynało się powoli układać, a na horyzoncie nie wisiało widmo jakiś ekscesji, które znowu by doprowadziły go do stanu, gdzie ledwo wychodził z legowiska.
Właśnie był w trakcie rozmowy z kremowym kocurem, gdy Cyklonowe Oko wraz z resztą patrolu wyczekiwali na dołączenie dawnego Klifiaka. Zielonooki z lekkim uśmiechem obserwował, jak pręgowany się oddala, a następnie opuszcza obóz. Wojownik jeszcze przez chwilę siedział na polanie, dopóki w zasięgu jego wzroku nie pojawił się biało rudy młodzieniec, który po paru uderzeniach serca już stał przed nim, zagradzając drogę. Ciało solida mimowolnie się spięło, jakby gotowe do ucieczki, gdyby Berberys postanowił nadal kontynuować temat ich dawnej rozmowy.
— Dzień dobry, Poczciwy Szakłaku, mam do Ciebie kilka pytań. Wiem, że ostatnia nasza rozmowa nie przebiegła najlepiej, jednak teraz nie zamierzam Ciebie tym męczyć.
Kocur od razu rozluźnił się na te słowa, lecz w jego głowie od razu narodziło się pytanie: czego w takim razie chciał Dziki Berberys?
— Słucham Cię, Dziki Berberysie — mruknął, uznając, że zaryzykuje. Najwyżej i tę rozmowę szybko zakończy.
— Znałeś wcześniej Gasnącą Łapę? Mam wrażenie, że jest z któregoś klanu, bo widziałem go na zgromadzeniach, jednak nie pamiętam, z którego on jest. Wydaje się, że się znacie, bo nawet często rozmawiacie.
— Cóż… — zaczął, zastanawiając się w sumie, ile może powiedzieć. — Jest z Klanu Klifu i tak, znałem wcześniej Gasnącą Łapę. Zdarzyło nam się parę razy rozmawiać, gdy natrafiliśmy na siebie na granicy klanów. — W tym momencie młodszy nieco zmrużył oczy, jakby chcąc zadać kolejne pytania. — Nie Dziki Berberysie, nie zdradzałem klanu, a na granicę z Klifiakami szedłem spotkać się z siostrą, która tam żyje u boku matki i głównie to był temat naszych rozmów wtedy — wyjaśnił, stwierdzając jednak, że mógł się nie zgadzać na tę rozmowę. Nigdy jakoś nie potrafił zrozumieć kotów, które aż nazbyt interesowały się znajomościami innych, czyżby jego życie było aż tak interesujące, że kiedy było widać, ile czasu spędza z Gasnącą Łapą, to każdy będzie chciał wiedzieć, z czego to wynika? Czy nie można przyjąć możliwości, że po prostu szybko odnaleźli wspólny język i dlatego też sporo razem rozmawiają?

✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩

Obecnie

Pora nowych liście na dobre pojawiła się na terenach Klanu Burzy. Było coraz więcej zwierzyny, choć przez wietrzne dni ta łatwiej mogła wyczuć czyhających na nich łowców, mimo to stos w nowym obozie był niemal ciągle urozmaicony, dzięki czemu każdy mógł sobie wybrać odpowiedni kąsek dla siebie. Niedawno jeszcze miało miejsce mianowanie Gasnącej Łapy na wojownika, więc teraz kocury mogły o wiele więcej czasu spędzać razem — oczywiście biorąc pod uwagę fakt, iż młodszy z nich miał ciągle do wytrenowania ucznia. Choć niedługo powinien pomyśleć nad pójściem do Zawodzącej Gwiazdy i poinformowaniem, że Bursztynowa Łapa jest gotowy na zostanie wojownikiem.
Powoli na niebie wspinało się słońce, zbliżając się do momentu swojego szczytowania na błękitnym sklepieniu ponad głowami Burzaków, którzy z różnych powodu opuścili podziemny system korytarzy i jaskiń, do których się przenieśli niedługo przed początkiem ostatniej pory nagich drzew. Zielonooki wojownik czuł, jak promienie Wysokiego Słońca przebijają się przez warstwę chmur i padają prosto na jego ciemny grzbiet. Z kolejnym sezonem kocur zapewne będzie unikał tej konkretnej pory dnia, jeśli ta za niedługo okaże się równie bezlitosna, co zwykle w czasie zielonych liści. Teraz jednak nie miał powodu się tym przejmować, gdyż jeszcze czasu do tego było oraz tuż u jego boku kroczył pewien kremowy wojownik. Szakłak, kiedy tylko spostrzegł Skrzydlatą Płomykówkę w obozie, niemal wybłagał ją o wspólny patrol z Gasnącą Prawdą. Srebrna jedynie jakby w rozbawieniu przewróciła oczami, zgadzając się na prośbę przyjaciela, który po szybkim podziękowaniu ruszył odnaleźć starszego i zabrać go na spacer. Znaczy się oficjalnie patrol, ale w oczach zielonookiego był to po prostu spacer przez tereny klanu, kiedy mogą być sami bez ciekawskich spojrzeń.
Młodszy nawet nie spostrzegł, gdy dotarli do granicy z Klanem Wilka. W jednej z dawnych rozmów z zastępczynią dowiedział się, że to właśnie w tych okolicach pozostawiono Dzikiego Berberysa. Na samo wspomnienie rudego wygnańca, poczuł, jak wzdłuż kręgosłupa przebiegł mu dreszcz, powodując lekkie uniesienie się sierści w tych okolicach. Starał się nie pokazywać tego po sobie, szczególnie przy Gasnącej Prawdzie, nie chcąc martwić starszego swoimi drobnymi zmartwieniami — w końcu nie musiał wiedzieć, że Poczciwy Szakłak miał okazję z Dzikim Berberysem odbyć mało przyjemną rozmowę o ówczesnej władzy Króliczej Gwiazdy oraz fakcie, że gdyby czarny bardziej zwracał uwagę na klanowe życie, to może udałoby się uniknąć tego całego zamachu na dawnego lidera. Może teraz nie czułby obrzydzenia, kiedy ktoś zdrabnia jego imię. Może Skrzydlata Płomykówka i on nie musieli wydawać osądu na Rudzikowe Skrzydełko. Może jej dzieci nie musiałby od tamtej pory żyć z etykietą ich matki zdrajczyni klanu, obecnej minarki.

Sesja wstrzymana/zakończona

11 sierpnia 2026

Od Niedźwiedziówkowego Pyłu CD. Baśniowej Stokrotki

— Wrócisz do obozu, zapłakana, wystraszona, biedna. Powiesz swojej przywódczyni, że dopóki nie odda Baśniowej Stokrotce swojej rodziny w jej łapy, ty wyjawisz na światło dzienne mały sekrecik. O tym, jak Mandarynkowa Gwiazda wysłała swego zastępcę, by ten zabił MNIE. Wszystko dotarło? — kremowa szepnęła jej do ucha.
Niedźwiedziówka zastrzygła uszami, nieco odpuszczając dotychczasowe targanie się po ziemi. Pokiwała nieznacznie głową, wciąż próbując wydostać się z uścisku włóczęgi. Kiedy ta wreszcie ją puściła, bura zrobiła fikołka do przodu, próbując nie stracić równowagi.
— Dotrzymaj słowa, a będę twoją dłużniczką — dodała Stokrotka, skinąwszy głową. — Ale jak odmówisz, osobiście cię znajdę i uduszę, a flaki będą służyć jako pokarm dla wron.
Pręgowana cofnęła się niepewnie. Odwróciwszy się w stronę kremowej, spojrzała się na nią po raz ostatni, a później zniknęła w krzakach.
— Nim miną trzy wschody słońca, mam was widzieć w Brzozowym Zagajniku! — krzyknęła na odchodne kremowa.
Wojowniczka pędziła już jednak do obozu Klanu Nocy, śmiejąc się pod nosem. Czy właśnie otrzymała szansę, by wprowadzić wśród Nocniaków zamieszanie? Może Baśniowa Stokrotka została jej zesłana przez Marionetkę, która najwidoczniej zaczynała się już nudzić? Zresztą, nieważne, dlaczego akurat pojawiła się w życiu Niedźwiedziówkowego Pyłu. Liczyło się tylko to, że bura mogła teraz udać się do Mandarynkowej Gwiazdy i zgrywać przerażoną, a także szczerze przejętą jej reputacją.
Może w ten sposób uda jej się nieco zyskać w oczach srebrzystej liderki? W końcu właśnie na tym najbardziej jej zależało. Chciała być lubiana. Chciała piąć się w hierarchii. Chciała znajdować się jak najbliżej rodu! Jej największym marzeniem było posiadanie na czole krwistego znaku, choć zdawała sobie sprawę, że było to raczej niemożliwe. Nie urodziła się przecież jako potomkini rodu, a nie wiedziała nawet, czy gdyby poślubiła jakiegoś księcia, otrzymałaby znak lotosu, czy też nie.
W każdym razie nie mogła teraz myśleć o rodzie. Miała ważniejszą sprawę do załatwienia!
Gdy znalazła się bliżej obozu, przyspieszyła, a także położyła po sobie uszy i wygięła pysk w wystraszonym grymasie. Obserwowała, jak z każdym susem azyl stawał się coraz większy. W klatce piersiowej czuła bicie własnego serca, które zachowywało się, jakby miało zaraz wyrwać się na świat zewnętrzny. Jej łapy paliły ze zmęczenia po przebiegnięciu takiego kawału terenów, a w oczy wiał silny wiatr, który je podrażniał i sprawiał, że wydawały się zaszklone.
Gdy Niedźwiedziówka wtargnęła do obozu, od razu skierowała się w stronę legowiska przywódczyni, nim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać. Udało jej się stanąć tuż przed Mandarynkową Gwiazdą, oddychając ciężko. Chwilę później dogonił ją Żmijowcowa Wić, któremu wcześniej nie udało się zatrzymać wojowniczki.
— Mandarynkowa Gwiazdo! — wydukała Niedźwiedziówka, wbijając pazury w ziemię na wypadek, gdyby strażnik chciał odciągnąć ją stąd siłą. — Mam do ciebie sprawę… — wyjaśniła, po czym spojrzała na Żmijowcową Wić błagalnym wzrokiem, prosząc, by dał jej przeprowadzić rozmowę z liderką.
Przywódczyni wyrwana z rozmyślań patrzyła nierozumiejącym wzrokiem to na Niedźwiedziówkę, to na Żmijowca.
Brak sprzeciwu bura odebrała jako pozwolenie na kontynuowanie rozmowy. Rozluźniła się nieco, starając się wyrównać oddech, nim zacznie przemawiać do Mandarynkowej Gwiazdy. Żmijowcowa Wić, który jeszcze przed chwilą stał niebezpiecznie blisko niej, teraz odsunął się nieco, wciąż jednak obserwując wojowniczkę podejrzliwym wzrokiem.
Ta postanowiła go zignorować, skupiając całą swoją uwagę na liderce.
— Gdy byłam na spacerze… zaatakowała mnie dwójka samotników! — wydusiła drżącym głosem. — Zemdlałam… a kiedy się obudziłam, byłam na gałęzi. Było już ciemno. Oni… oni mi zagrozili… — urwała, z trudem przełykając ślinę. Spojrzała Mandarynkowej Gwieździe prosto w oczy. — To znaczy… jedna samotniczka przedstawiła się jako Baśniowa Stokrotka. Powiedziała, że masz oddać jej całą jej rodzinę. Bo jeśli tego nie zrobisz… cały Klan Nocy pozna jakiś twój… sekret — wyjaśniła, kładąc po sobie uszy.
Mandarynka przetarła pysk łapą.
— Po kolei, Niedźwiedziówkowy Pyle — miauknęła zaspana.
Bura strzepnęła ogonem z nerwów, patrząc na srebrzystą ze zmęczonym wyrazem pyska.
— Przepraszam, Mandarynkowa Gwiazdo, że nachodzę cię tak późno w nocy. Chciałam tylko przekazać, że za dnia uprowadziła mnie samotniczka o imieniu Baśniowa Stokrotka razem z jakimś kocurem. Zażądali, żebym przekazała ci wiadomość. Masz oddać im ich rodzinę. Powiedzieli też, że jeśli tego nie zrobisz, cały klan dowie się o jakimś twoim sekrecie — miauknęła, starając się zachować spokój i brzmieć jak najbardziej neutralnie.
Liderka patrzyła na kotkę, jakby zobaczyła ducha.
— Jak wyglądał ten kocur? — zapytała.
Niedźwiedziówka zamilkła na chwilę, próbując przypomnieć sobie wygląd drugiego porywacza.
— Nie widziałam zbyt wiele. Pod osłoną nocy ciężko było dostrzec kolory ich futer. Jestem jednak niemal pewna, że ten kocur miał ciemną sierść, a jego oczy były… chyba brązowe — wyjaśniła, po czym zastrzygła uchem. — Znasz ich, Mandarynkowa Gwiazdo? — dodała zaniepokojona.
— Nieważne — ucięła liderka. — Wiadomo, gdzie przebywają?
Bura wzruszyła ramionami.
— Nie wiem. Było ciemno, a ja nie pamiętam zbyt dobrze, gdzie dokładnie mnie dopadli. Zakładam jednak, że dałoby się ich odszukać po zapachu. Tylko pewnie już dawno opuścili tereny Klanu Nocy… — mruknęła, spuszczając wzrok na łapy. Dopiero po chwili wzięła głęboki wdech i uniosła lekko brodę. — Czy oni… mogliby napaść na obóz Nocniaków? — spytała ciszej. — Wydają się jacyś… psychiczni! — dodała, a w jej głosie ponownie pojawiło się zaniepokojenie.
— Są zbyt słabi — mruknęła. — Inaczej już próbowaliby to zrobić. To niegodziwe tchórze — skomentowała pogardliwie. — Zanim cokolwiek zrobię, będę musiała znaleźć miejsce ich pobytu — zastanawiała się na głos.
Niedźwiedziówkowy Pył nie wiedziała, czy powinna zostawić już Mandarynkową Gwiazdę w spokoju, czy może kontynuować rozmowę. Była ciekawa tego, jak potoczy się cała sytuacja i jaki los ostatecznie spotka rodzinę kremowej samotniczki.
— Jestem w stanie wziąć udział w poszukiwaniach tej dwójki — oznajmiła, chcąc jeszcze w jakiś sposób przydać się w tej sprawie. — Lecz one, jak mniemam, odbędą się dopiero z samego rana. Nie chcę ci przeszkadzać, Mandarynkowa Gwiazdo, więc jeśli pozwolisz, udam się już do legowiska. Chyba że masz jeszcze jakieś pytania — miauknęła, pochylając przed liderką głowę, by okazać jej szacunek.
Srebrzysta kocica westchnęła ciężko przez to wszystko.
— Nie, to tyle… dziękuję Niedźwiedziówkowy Pyle. I tak, chętnie przydzielę cię do grupy poszukiwawczej. Możesz iść.
Bura ruszyła już do wyjścia, a za nią podążył Żmijowcowa Wić. Nim jednak zdążyła postawić choćby jeden krok poza legowiskiem liderki, przypomniały jej się słowa, które Baśniowa Stokrotka wykrzyczała za nią, gdy ta zaczynała swój bieg w stronę azylu.
Niedźwiedziówkowy Pył zatrzymała się i odwróciła głowę w stronę Mandarynkowej Gwiazdy.
— Ta samotniczka… wspomniała też, że mamy przyprowadzić jej rodzinę za trzy wschody słońca do Brzozowego Zagajnika — miauknęła.
— Czyli musimy działać szybko — stwierdziła przywódczyni. — Wybrali sobie miejsce dziwnie oddalone od granicy… Poszukiwania śladów zapachowych zaczniecie jutro od tamtego miejsca. Jeśli nic nie znajdziecie, zostawimy tam wiadomość.
Wojowniczka skinęła głową, po czym wyszła na zewnątrz, odprowadzona przez Żmijowcową Wić. Następnie skierowała się prosto do legowiska wojowników, by ułożyć się na swoim posłaniu i jak najszybciej zasnąć. Nie chciała przecież być półprzytomna podczas poszukiwań. Wtedy ktoś mógłby jeszcze pomyśleć, że celowo próbuje je sabotować! A przecież nie zamierzała tego robić… prawda?

* * *

Z samego rana Mandarynkowa Gwiazda wyznaczyła patrol, który miał odnaleźć jakiś trop Baśniowej Stokrotki i jej przydupasa. Na jego czele rzecz jasna stała Niedźwiedziówkowy Pył, a oprócz niej zostali wybrani także Czosnkowa Krewetka i Morszczynowy Wąs. Bura wiedziała, że raczej niczego nie uda im się znaleźć. Przez noc było całkiem wietrznie i pewnie zapach, który pozostawiła po sobie dwójka samotników, już dawno ulotnił się z terenów Klanu Nocy. Mimo to musiała co najmniej udawać, że jest niezwykle zaangażowana w poszukiwania i czujna. Nie chciała w końcu, by liderka uznała, że nie martwi się o jej interesy. Bo przecież się martwiła. I to bardzo. A to tylko dlatego, że może w przyszłości do czegoś będzie jej potrzebna łaska przywódczyni. Do czego? Jeszcze nie wiedziała, lecz w głowie miała już kilka pomysłów…
Po jakimś czasie w końcu trójka kotów wyruszyła z azylu. Buraska wysunęła się na sam przód, zostawiając swoich kompanów w tyle. Uszy miała postawione wysoko, a nos pracował jej o stokroć ciężej niż u jakiegokolwiek psa. W jej oczach błyszczała determinacja, choć w głębi była ona sztuczna, a ogon wymachiwał ze skupienia na boki.
— Dokąd idziemy najpierw? — zapytała szylkretowa kotka. — Mandarynkowa Gwiazda mówiła, że mamy zacząć od przeszukania Brzozowego Zagajnika, ale jak na razie się do niego nie przybliżamy. Czy ty na pewno wiesz, gdzie idziesz? — dodała, co sprawiło, że Niedźwiedziówka zatrzymała się gwałtownie i zwróciła w stronę Czosnkowej Krewetki z niezadowolonym wyrazem pyska.
— Słuchaj, to ja zostałam wzięta jako zakładniczka, a nie ty, więc wiem lepiej, gdzie ich szukać — odburknęła, tym samym uciszając szylkretową wojowniczkę.
Kontynuowali swoją podróż, lecz gdy wreszcie dotarli w okolice, w których Niedźwiedziówkowy Pył została porwana, nie było już ani śladu po Baśniowej Stokrotce i burym kocurze. W powietrzu można było wyczuć jedynie ich nikłą woń, która nie prowadziła jednak nigdzie dalej.
— No i po co nam było przychodzić tutaj? — odezwał się Morszczynowy Wąs, widocznie niezbyt zadowolony z faktu, że musiał ruszać się z obozu na patrol poszukiwawczy z dwiema kotkami. Zresztą, on zawsze był gburem. Niedźwiedziówka przewróciła oczami na jego słowa.
— Mówię wam, że tu się obudziłam i tu ich ostatnio widziałam! Jeśli skądś miałby prowadzić ich trop, to właśnie stąd. To nie moja wina, że była straszna wichura. Ja nie kontroluję pogody — stwierdziła, robiąc nadąsaną minę. — Teraz możemy iść do Brzozowego Zagajnika, ale nie sądzę, by było tam coś przydatnego. W końcu dopiero mamy odstawić tam rodzinę tej samotniczki za kilka wschodów słońca. Nie mówiła mi, że ma się tam znaleźć jakaś wskazówka — oznajmiła, wzruszając ramionami.
Czosnkowa Krewetka strzepnęła ogonem i pokręciła łebkiem.
— Tak rozkazała nam Mandarynkowa Gwiazda, więc tak musimy zrobić! — upomniała buraskę.
Pręgowana od razu spochmurniała.
— No przecież wiem! Nigdy w życiu nie zlekceważyłabym rozkazu naszej przywódczyni, Czosnkowa Krewetko. Bardzo ją szanuję i jestem jej wdzięczna za to, że użyczyła mi schronienia w swoim klanie. Jestem jej za to dłużna do końca swoich dni i nie wiem, jak mogłaś pomyśleć, że mogłabym tak zignorować jej prośby — oznajmiła starsza, głęboko urażona słowami swojej towarzyszki na patrolu.
— A mogłybyście przestać się kłócić? Mamy zadanie do wykonania i nie zamierzam słuchać waszych dyskusji — wtrącił się Morszczynowy Wąs, na co obie kotki jedynie burknęły coś pod nosami i zaraz zaczęły zmierzać w stronę Brzozowego Zagajnika.
Gdy cała trójka tam dotarła, zaczęli przeszukiwać to miejsce. Niedźwiedziówkowy Pył sprawdzała każdy kamyczek, czy nic się pod nim nie kryje, i obwąchiwała każde źdźbło trawy. Jakiś czas później grupka, która niedawno się rozdzieliła, spotkała się znowu, tym razem z niezadowolonymi wyrazami pyska.
— Mi niestety nie udało się nic znaleźć, choć szukałam bardzo dokładnie. Z tego wynika, że Baśniowa Stokrotka i jej przydupas nie zostawili nam żadnych śladów. Musimy poczekać, aż miną trzy wschody słońca — ogłosiła bura kocica.
— No, ja również nic nie znalazłam… — dodała Czosnkowa Krewetka.
Morszczynowy Wąs nie odezwał się do nich słowem, lecz nie wyglądał, jakby miał im coś ważnego do przekazania. Najpewniej jego poszukiwania również zakończyły się fiaskiem.
— To przykre, że nie mamy dobrych wieści dla Mandarynkowej Gwiazdy — westchnęła pręgowana, po czym sfrustrowana i zawiedziona ruszyła w stronę obozu Klanu Nocy, nie czekając nawet na swoich pobratymców.

Koniec sesji

Od Baśniowej Stokrotki do Niedźwiedziówkowego Pyłu

Zielonkawy liść musnął konar drzewa, lądując na grzbiecie kremowej samotniczki. Stokrotka pośpiesznie strzepnęła go z siebie, dekoncentrując się przy tym na polowaniu. Wiatr mierzwił raz po raz jej futro czy wibrysy. Cisza w dennym lesie była tak głośna, że nawet kotka mogła usłyszeć ciche krążenie krwi w jej uchu. Jej klatka piersiowa opadała mozolnie, a nabranie jednego wdechu było trudne. Całe ciało kocicy było w opatrunkach, oblepione pajęczynami i wszystkim, czym tylko się dało, byle by zakryć głębokie otwory, których nie zagoiliby nawet najlepsi medycy. Odruchowo samotniczka trzepnęła ogonem o ziemię, próbując odwrócić uwagę zwierzyny od ucieczki. Maleńki drozd pazurkami zaczął skrobać o orzecha, próbując go rozłupać. Kot bezgłośnie zasyczał, bezszelestnie skradając się do ofiary, naprężając mięśnie i starając się nie nadepnąć na pojedynczą gałązkę. Z trudem kocica zgięła się w łuk, chcąc doskoczyć do ptaszka. Kiedy jej łapy oderwały się od ziemi, malutkie ślepka drozda powoli zaczęły się zmniejszać, jego dzióbek otworzył się, a z niego wydobył się głośny pisk. Kremowo-różowe szpony uniosły się w górę, a brązowe skrzydła zatrzepotały w powietrzu. Cielsko włóczęgi z hukiem uderzyło o kamienie, a Baśniowa Stokrotka otworzyła pysk, mając ochotę spłoszyć całą zwierzynę w lesie, żeby być jeszcze sprawną. Kolejna zwierzyna uciekła jej w popłochu, a ta zawiedziona spuściła uszy w dół. Nakrapiane piórko drozda poszybowało w dół, delikatnie opadając na różowym nosie pręgowanej. Stokrotka z zażenowaniem podniosła łeb, łapiąc się o korę drzewa, żeby złapać równowagę. Z gardła kotki zaczął wydobywać się chropowaty dźwięk, jakby ta miała zwrócić kłaczek, ale z jej pyska wyleciała czerwona, lepka, szkarłatna ciecz, która wylewała się po kamieniach jak woda z wodospadu. Kiedy ostatnia kropla zleciała z jej podbródka, ta otarła pysk łapą i w napięciu odwróciła się, kierując się w stronę wąwozu. Bicolorka nie była w pełni sprawna. Dryfująca Bulwa z obawy o jej zdrowie zakazał jej polować, a nawet samodzielnie wychodzić z ich schronu, ale co mogło się jej stać. Pręgowana nie miała większego zamiaru dłużej zostawać w tej jaskini, bo czuła się tam nieswojo. Przez kilkanaście księżyców wychowywała, uczyła i żyła w Klanie Nocy. A teraz pozostało jej picie z brudnych kałuż i jedzenie tego, co wpadnie w jej łapy.
Kiedy zza drzew wyłoniła się werwa i ujście do jaskiń, Stokrotka westchnęła i oparła się ramieniem o drzewo. Przymrużyła oczy, próbując znaleźć wzrokiem zmartwionego Bulwę, ale nawet tego nie potrafiła zrobić. Zrezygnowana wyprostowała się i spojrzała na sam dół dziury. Pomachała zdeterminowana ogonem i pewnym krokiem zaczęła iść po wąskiej ścieżce na sam dół. Gdzieś w jej gardle miała uczucie, jakby miała gulę, którą próbowała przełknąć, ale z jakiegoś powodu ona dalej tam zostawała. Jej łapy w końcu dotknęły maleńkich drobinek ziemi i szorstkiej gleby, która spowijała większość terenu, który był dalszym ujściem do jaskini. Stokrotka rozejrzała się po ujściu, ale nikogo tam nie zastała. Pręgowana zamruczała pod nosem, dalej stawiając kroki w kierunku legowiska Chrząszcza. Dymny medyk coraz to rzadziej przychodził do swojego legowiska, jedynie po jedzenie i dalsze opatrywanie ran Stokrotki. Z ostrych i wilgotnych stalaktytów zaczęły spływać przejrzyste kropelki wody, które tworzyły kałuże. Baśniowa Stokrotka stanęła u progu groty, przymrużając oczy i próbując przyzwyczaić się do mroku i ciemności, które tam były. Kocica miała wrażenie, że w ciemności czają się nietoperze, albo bezwzględne lisy, których rude futro mogło mienić się w świetle słońca jak ogień. Kremowa przełknęła ślinę i oparła się o ściany jaskini, brnąc dalej. Jej kremowe futro stawało się cięższe z wilgocią, która unosiła się w powietrzu. Gdzieś dalej rozległ się szmer i stukot łap, które mogły należeć do dymnego włóczęgi.
— Ach, to ty — wymruczał Chrząszcz. Jego krótkie futro owiło się w ciemnościach, przez co kocica mogła zauważyć tylko jego żółte oczy. Kocurek prześlizgnął się za Stokrotkę i rozejrzał się po korytarzu. — Ktoś za tobą szedł? — wysyczał dymny kocurek. Baśniowa Stokrotka zdumiona pokręciła łbem, zmniejszając źrenice.
Krótkowłosy poprowadził kocicę do bladego światła, pokazując jej ciało królika z urwanymi uszami i wydłubanymi oczami.
— To drapieżnik! Jestem pewien — wysyczał wściekle. Kremowa zdezorientowana powąchała martwą ofiarę, czując zwietrzały zapach kota. Zmarszczyła niepewnie nos, mając w głowie tlące się złe przeczucia.
— Jesteś pewien? Może był na tyle stary, że skisł na miejscu, a ptaki zrobiły resztę — rzuciła. Pręgowany pokręcił głową, przyglądając się zwierzątku.
— Odchodzę — wymruczał w końcu. — Wszystkie zioła przeniosłem już do innego legowiska, daleko stąd. Niebieskie oczy Stokrotki rozszerzyły się, próbując zrozumieć, co ten przed chwilą powiedział.
— Nie możesz! Moje rany się w pełni nie zagoiły, zamierzasz nas tak zostawić? — warknęła przez zęby. Chrząszcz podejrzliwie spojrzał się w jej kierunku, zagarniając królika do siebie.
— Trzeba było o tym myśleć wcześniej — fuknął kocurek, wzruszając ramionami. Minął samotniczkę, wychodząc z jaskini.
Bicolorka westchnęła, zaciskając mocniej paluchy przy ziemi. Kocica dalej odczuwała bolesne rany po walce, a teraz nikt nie mógł jej leczyć. Baśniowa Stokrotka zebrała się z miejsca, zostawiając jaskinię pustą, z tajemniczym królikiem na półce skalnej. Wyjście z wąwozu samemu było bardzo trudne, zwłaszcza że nie było przy niej Dryfującej Bulwy. No właśnie, a gdzież on się podziewał? Zirytowana wojowniczka wspięła się po kamieniach, próbując wywęszyć odór, który niósł się od burego kocura. Światło sączyło się między gałęziami w długich, chłodnych smugach, które przecinały leśne runo i zatrzymywały się na kremowej sierści Stokrotki, kiedy ta z trudem wynurzyła się z wąwozu. Każdy jej krok pozostawiał za sobą lekko rozgarniętą ziemię i ślad, który zbyt łatwo mógł zostać odnaleziony przez kogoś, kto wiedział, czego szuka. Jej łapy drżały ledwie zauważalnie, lecz nie zatrzymała się ani razu, bo napięcie, które narastało w jej wnętrzu, było silniejsze niż ból rozlewający się pod opatrunkami, a zapach wilgoci i kamienia powoli ustępował miejsca znajomemu zapachowi lasu, który kiedyś znała tak dobrze, że potrafiła poruszać się w nim z zamkniętymi oczami. Stokrotka uniosła łeb wyżej, przymykając oczy, kiedy wiatr poruszył jej wibrysami, a wtedy poczuła coś, co natychmiast ściągnęło ją z powrotem do rzeczywistości: ciężki, ziemisty zapach, który znała aż za dobrze, nawet jeśli próbował ukryć się pod warstwą świeżego powietrza. Nie zastanawiała się długo, bo jej ciało samo podjęło decyzję, zanim zdążyła ją w pełni uformować w myślach. Ruszyła w głąb lasu, pozwalając, by trop prowadził ją między drzewami, które zdawały się zbliżać do siebie z każdym kolejnym krokiem. Bury stał pośród niskich krzewów, jego sylwetka była napięta, a ogon poruszał się powoli, zdradzając skupienie, które przerwał dopiero dźwięk jej kroków. Kocur uniósł głowę i spojrzał wprost na nią, jakby od dawna wiedział, że się pojawi.
— Baśniowa Stokrotko! — miauknął, a w jego głosie pojawiło się coś pomiędzy ulgą a irytacją, której nie próbował nawet ukryć. — Coś się stało? Dobrze wiesz, że Chrząszcz kazał ci nie wychodzić — dodał gniewnym tonem. Kremowa zwolniła dopiero tuż przed nim, a jej klatka piersiowa unosiła się nierówno, jakby każdy oddech był walką, której nie chciała przegrać przy nim.
— Chrząszcz… On znalazł inny dom, nie dokończy leczenia — odpowiedziała bez zbędnych słów. Bulwa zmarszczył lekko nos, a jego spojrzenie natychmiast się wyostrzyło.
— Jak to odszedł? — prychnął. Stokrotka odwróciła na moment wzrok, jakby obraz pustej jaskini wciąż stał jej przed oczami.
— Zabrał zioła, przeniósł wszystko, nawet te prochy z kurzu — powiedziała wolniej. Bulwa przez chwilę milczał, jakby próbował to poukładać, a jego ogon znieruchomiał całkowicie.
— Twoje rany nawet się nie zamknęły — mruknął w końcu, przyglądając się jej uważnie, zbyt uważnie, jakby dopiero teraz widział, w jakim jest stanie. Stokrotka uniosła lekko podbródek, mimo że ból natychmiast przeszył jej ciało.
— Uch! Nie rozumiesz, musimy tam wrócić! — rzuciła kremowa. Jego spojrzenie natychmiast się zmieniło, a oczy powędrowały w kierunku jej oczu.
— Do Klanu Nocy? — zapytał, a w jego głosie pojawiło się niedowierzanie.
— Nie rozumiesz? Zbyt pochopnie oceniliśmy sytuację! Musimy wrócić po Porywisty Sztorm i Trzcinowy Szmer — wymruczała z nutą desperacji w głosie. Bulwa prychnął cicho, robiąc krok bliżej, a jego cień padł na nią, jakby próbował ją zatrzymać samą swoją obecnością.
—Chcesz tam wejść i wyjść. Ba! Nawet dla mnie nie ma to sensu — powiedział, przewracając oczami. Stokrotka przez chwilę nic nie mówiła, lecz jej ogon poruszył się nisko przy ziemi, zdradzając napięcie, którego nie chciała pokazać.
— Muszę spróbować, idziesz ze mną, lub beze mnie — fuknęła, odwracając się od partnera.
“Zbyt ostro wystartowałam? Nie! Powinien wiedzieć, na czym stoimy” — oburzyła się. Ujście do jaśniejszej strony lasu, gdzie krzyżowały się tereny pomiędzy terenami niczyimi a Klanem Nocy, było widoczne, wciąż oznaczone stojącymi stokrotkami, ze wbitymi łuskami kotów. Stokrotka myślała, że byli dalej od wrogiego klanu, ale nawet to było złudne. Baśniowa Stokrotka dała nura w paprocie, czując odległe zapachy i inne widzimisię, jakie Mandarynkowa Gwiazda pozostawiła na swoich granicach. Bury ruszył tuż za nią, wpychając się w jej ogon.
Kiedy starsi przepychali się w krzakach, gdzieś zza drzew rozległ się cichy szmer, który przyprawił ich o szybsze bicie serca. Stokrotka nie poznawała tego miejsca, bo trochę czasu upłynęło, nim znowu wróciła na tereny Klanu Nocy. Najwidoczniej była gdzieś niedaleko wodospadu, który niegdyś zwiedzała. W jej uszy uderzał odgłos wody, która uderzała o kamienie. Wtedy się rozpoczęło. Bażant wybiegł z paproci, głośno gulgocząc, a za ptaszyskiem pomknęła kotka, nieco młodsza niż oni. Pręgowana dogoniła bażanta, łapiąc go za jego szyję i rozcinając mu brzuch. Dryfująca Bulwa z obrzydzeniem i zażenowaniem zakrył łapą głowę, a Baśniowa Stokrotka westchnęła.
— Popisy… — szepnęła. Prędko przeskoczyła w inne krzewy, co wywołało niestety głośniejszy dźwięk, niż to sobie wyobrażała. Kocica zaintrygowana zostawiła ptaszysko, odpychając je na bok. Jej wibrysy drgnęły, a ta postawiła pierwsze, nieco niepewnie kroki w kierunku kryjówki Stokrotki. Z pola widzenia kremowej zniknął Bulwa, czyżby stchórzył? Kiedy czarna nieznajoma była jeden ogon lisa dalej, samotniczka miała ochotę zapaść się pod ziemię. Wtedy nad jej głową rozległ się wrzask, który spłoszył najbliższą zwierzynę w lesie. Zdezorientowana pręgowana wyjrzała zza paproci i tam ujrzała Dryfującą Bulwę, stojącego nad ciałem kota.
— Mdleje! Czekaj, nie żyje! Weź coś… Co robimy?! — pisnął Bulwa. Bury schował pysk w łapach, próbując uniknąć wzroku Stokrotki na sobie.
— Jak co? No łap ją! — syknęła.
— Za co? — Kocur zdezorientowany pokręcił łbem, łapiąc kotkę za ogon.
— Nie za to! Za łapy! — Kremowa puknęła łapą głowę partnera, czując irytację. Bulwa pociągnął za pierwszą łapę, rozglądając się po bokach, myśląc, gdzie mógłby ją zostawić.
Zrezygnowana bicolorka wskazała buremu drzewo, a dokładnie gałąź. Ten westchnął, próbując ciało wygięte w łuk powiesić na gałęzi. Kremowa niepewnie zmarszczyła czoło, próbując ułożyć w głowie plan, który ocali jej dzieci.

***

Na czarnym jak smoła niebie, wyłonił się księżyc, który swym blaskiem oświetlił kawałek lasu, w którym znajdowali się porywacze pręgowanej kocicy. Samotnicy sami nie wiedzieli jak ją nazywać, jednak byli pewni, że pochodzi z Klanu Nocy, bo z jej futra unosił się odór ryb i niektórych jego członków. Czarna kocica powoli zamrugała powiekami, otwierając oczy, próbując pojąć, co się dzieje dookoła niej.
— Halo, halo, ktoś tu jest? Wielki straszny morderca zawitał! — krzyknęła kremowa samotniczka. Stanęła za drzewem, na którym znajdowała się kotka, by w razie niedogodzeń i humorzastych zachowań kotki temu zaradzić. Zdanie rozniosło się echem po lesie, co miało dodać mroczniejszego klimatu.
— Gdzie ja jestem? Wahh, puszczaj mnie, miernoto, ćwoku! — wysyczała bura przez zęby, próbując dosięgnąć swoich tylnych łap. Bulwa z przemęczenia sam puścił, próbując złapać oddech. Zażenowana Stokrotka złapała się łapą za głowę, próbując przybrać poważny wyraz pyska. Kiedy czarna kocica upadła na cztery łapy i doszła do siebie, podejrzliwie spojrzała w stronę miejsca, gdzie rzekomo można było dojrzeć Baśniową Stokrotkę.
— Morrrdercy, czego tu szukacie? — rzuciła wojowniczka, mrucząc pod nosem.
— Czego tu szukamy? — odparła Stokrotka z oburzeniem. — To mój dom, och, skarbie… Taka młoda, silna a wyrachowania wciąż brak, niczego was w tej kupie sterty i rozpaczy nie uczą? — miauknęła, liżąc się po piersi.
— Nie odpowiedziałaś mi na pytanie — warknęła.
— My tu? Wybacz, zapomniałam, o czym gadamy, ale wiem, o czym możemy pogadać — powiedziała Stokrotka. Kiedy pręgowana wojowniczka była już w pozycji do skoku na kotkę, ta rzuciła się na nią od tyłu, przygniatając ją do ziemi. Zniżyła swój ton głosu oraz opuściła pysk do jej ucha, by ta nie miała wątpliwości, co bicolorka do niej mówi.
— Wrócisz do obozu, zapłakana, wystraszona, biedna. Powiesz swojej przywódczyni, że dopóki nie odda Baśniowej Stokrotce swojej rodziny w jej łapy, ty wyjawisz na światło dzienne mały sekrecik. O tym, jak Mandarynkowa Gwiazda wysłała swego zastępcę, by ten zabił MNIE. Wszystko dotarło? — kremowa szepnęła jej do ucha.
Niedźwiedziówka zastrzygła uszami, nieco odpuszczając dotychczasowe targanie się po ziemi. Pokiwała nieznacznie głową, wciąż próbując wydostać się z uścisku włóczęgi. Kiedy ta wreszcie ją puściła, bura zrobiła fikołka do przodu, próbując nie stracić równowagi.
— Dotrzymaj słowa, a będę twoją dłużniczką — dodała Stokrotka, skinąwszy głową. — Ale jak odmówisz, osobiście cię znajdę i uduszę, a flaki będą służyć jako pokarm dla wron.
Pręgowana cofnęła się niepewnie. Odwróciwszy się w stronę kremowej, spojrzała się na nią po raz ostatni, a później zniknęła w krzakach.
— Nim miną trzy wschody słońca, mam was widzieć w Brzozowym Zagajniku! — krzyknęła na odchodne kremowa.

<Niedźwiedziówko?>

Od Wełnianki CD. Fiołka

Wełnianka była nieco zbita z tropu potokiem słów, który opuścił przed chwilą pyszczek jej nowej koleżanki. Przez chwilę patrzyła tylko na nią z głupią miną, mrugając. Och, ona też by chciała mówić tak zwinnie, tak sprawnie, jak Fiołek! To musiało być wspaniałe. Bardzo chciałaby wiedzieć, jak to jest… Czy to przychodziło koteczce naturalnie? A może musiała się postarać?
Biało-ruda trzepnęła łebkiem, rozpędzając kłębiącą się w jej główce chmarę myśli.
— Jasne! Możemy pobawić się w ganianego, dobrze? — spytała, na co szylkretka entuzjastycznie pokiwała głową, uśmiechając się szeroko.
Obie radośnie wybiegły przed żłobek, zatrzymując się na mokrej, świeżo zroszonej deszczem ziemi, niemal wpadając do pobliskiej kałuży. Podobne do niej mikro-źródełka pokrywały teraz całą okolicę. Woda wypełniała każde zagłębienie, jakie tylko mogła, zmieniając obozowe podłoże w bagnistą papkę. Idealne warunki dla dwóch niesfornych kociąt.
Wełnianka zrobiła nikczemną minę, klepiąc Fiołek w bok ciała.
— Ty gonisz! — miauknęła wesoło.
Czym prędzej rzuciła się do ucieczki, korzystając z chwili zdezorientowania swojej towarzyszki. Szybko jednak poczuła, że druga koteczka biegła tuż za nią, ewidentnie wykazując się większą zwinnością i prędkością niż ona. Ostatecznie zdołała ją dopaść po kilkunastu uderzeniach serca, szybko zawracając, aby samej nie paść ofiarą zemsty biało-rudej. Wełnianka ruszyła w pogoń, kilka razy ledwie unikając poślizgnięcia się na mokrym błocie. W pewnym momencie jej to jednak nie wyszło — jedną łapką wpadła w kałużową dziurę, tracąc równowagę i czystym ślizgiem wpadając wprost w Fiołek, tym samym ją przewracając. Obie zatrzymały się tuż obok żłobka, częściowo zanurzone w mulistej wodzie, całe umorusane błotem, gliną i brudem. Po chwili bezczynnego leżenia spojrzały na siebie zdezorientowane. Fiołek momentalnie wybuchła śmiechem, a Wełnianka zaraz do niej dołączyła, ciesząc się, że ta nie była zła ze względu na ten mały wypadek. Podniosła się, otrzepując się z gęstej ziemi, po czym wsparła koleżankę w tym samym.
— Wybacz za to — mruknęła, chociaż widziała po zachowaniu drugiej koteczki, że ta nie chowała do niej urazy.
— Nie ma sprawy! Było i tak fajnie! Śmiesznie się poślizgnęłaś… Nie wiedziałam, co zrobić! Wpadłaś na mnie tak szybko, to było tylko “zium” i obie leżałyśmy!
— Tak. — Wełnianka pokiwała łebkiem, wciąż się uśmiechając. — Jesteś bardzo szybka, wiesz? W ogóle nie mogłam cię… no, złapać. — Zakłopotana niedoborem słownictwa położyła po sobie uszy, chwilowo odwracając wzrok od towarzyszki, wbijając go w podłoże, gdy obie przekroczyły znowu próg kociarni. Czy ona myślała, że jest dziwna? Pewnie tak… Sama tak pięknie wszystko mówiła, och! Gdyby tylko ona tak potrafiła…
Po chwili podniosła jednak główkę, ukradkiem zerkając na szylkretkę.
— Będziesz chciała się pobawić ze mną jutro? — zapytała, przechylając łebek w bok. — Postaram się już więcej na ciebie nie wpadać — dodała po chwili namysłu, szczerząc ząbki.

< Fiołek? >

Od Wełnistej Mszycy CD. Białego Strumienia

*przeszłość*

Albinosy nie miały łatwego życia. Przez swoją wyjątkowość czy też przekleństwo w postaci wrażliwej na promienie słoneczne skóry pokrytej śnieżnobiałą sierścią i oczach w niecodziennych barwach były uznawane za dar od Klanu Gwiazdy przez część burzackiej społeczności. Ci, którzy gorliwie wierzyli w ich połączenie ze Srebrzystą Skórą traktowali je w wyjątkowy sposób, inni wręcz pogardzali nimi, co było słychać w tonie podczas rozmów. Tylko nieliczni traktowali ich w normalny sposób, jak zwyczajnego kota. I na całe szczęście na kogoś takiego trafił jej brat, podczas zgromadzenia. Zaintrygowana słuchała słów Białego Strumienia na temat tajemniczej kocicy, o której wspominał. Jeśli sięgnąć pamięcią, faktycznie, u boku jej brata znajdował się jakiś kot, najprawdopodobniej wspomniana przez Białego klifiaczka.
– Sposób w jakiej o niej mówisz jest piękny – miauknęła przyglądając się bratu uważnie, starając się pochwycić każdą jego emocję wymalowaną na pysku, gdy opowiadał o swojej towarzyszce. To jak w charakterystyczny sposób marszczył nos lub, gdy unosił spojrzenie na gwieździste niebo, wszystko łączyło się w całość z opisem przez niego kotką, która najwidoczniej nie była mu obojętna. – Musisz nas koniecznie ze sobą poznać, Biały Strumieniu. Coś mi mówi, że znajdziemy wspólny język.
Z ogromną przyjemnością chciała poznać klifiaczkę, której udało się zaprzyjaźnić z Białym Strumieniem i której udało się go uszczęśliwić. Wiedziała, że jej brat nie miał zbyt długo bliskich mu kotów w klanie, a tym bardziej pamiętała, jak Burzowe Chmury krytykował kolor oczu własnego ucznia, więc każdy przyjaciel był na wagę złota. Tym bardziej, że udało mu się stworzyć relację z kotką z sojuszniczej społeczności. Nie musiała się o niego niepotrzebnie martwić, tym bardziej, że jej brata nie wiązały żadne przysięgi, gdyby ich przyjaźń zamieniła się w coś więcej.
Cicho parsknęła, żałując, że jej spotkania na zgromadzeniu nie mogły wyglądać tak jak spotkania jej brata. Ile by dała, aby móc porozmawiać z Mglistym Snem bez podejrzliwych burzackich i wilczackich spojrzeń. Tym bardziej teraz, gdy czarny kocur został uznany za uciekiniera i mogła jedynie mieć nadzieję, że uda im się spotkać na granicy.
– Ja również kogoś poznałam, Biały Strumieniu – odezwała się nagle, przenosząc spojrzenie na księżyc. – Dawno temu, gdy byłam jeszcze uczennicą natrafiłam późną porą na młodego wojownika sąsiedniego klanu. Mogłabym powiedzieć o nim dokładnie to samo, co ty o tej kotce ze zgromadzenia – Przeniosła spojrzenie na brata. – Niestety nie będę miała możliwości przedstawienia was sobie nawzajem.

<Biały? to brzmi w sumie jakby sen umarł >

Od Modrogończyka CD. Psianki

Kontynuacja opowiadania, akcja dzieje się w przeszłości

Brązowy kocurek z uśmiechem na swojej mordce słuchał słów siostrzyczki. To z jaką pasją opowiadała o swoim treningu było niczym miód na serce Gończyka. Cieszył się, że treningi łaciatej przebiegają bezproblemowo, podobnie zresztą jak i jego, i że udało jej się znaleźć wspólny język z mentorką. Nie każdy miał to szczęście.
Czy Łza oraz Zew również otrzymają mentorów wspierających ich na ścieżce, którą zdecydowali się obrać? Miał nadzieję, że tak.
– Ale podobno miałeś dla mnie jakiś prezent? – przechyliła głowę z wyraźnym zaciekawieniem. – Jestem naprawdę ciekawa, co takiego udało ci się znaleźć.
Rozpromienił się bardziej, gdy tylko spostrzegł, że udało mu się zainteresować prezentem swoją siostrzyczkę. Miał nadzieję, że ten drobny upominek w postaci kwiatu, po którym Purchawka ją nazwała uszczęśliwi ją. Zastanawiał się czy siostra zdecyduje się zerwać kwiatek i wczepić w swoje futerko, czy jednak otoczy troską i pozwoli cieszyć oko, swoje i innych.
– To prawda. Mam dla ciebie prezent. – oznajmił. – Niestety nie mam go przy sobie. Znajduje się poza obozem, więc będziemy musieli kawałek przejść, aby do niego dotrzeć – Mówiąc to, spojrzał w stronę wyjścia z obozu. – To naprawdę niedaleko... – Nerwowo potarł łapą o podłoże, obawiając się, że Psianka mogłaby się zniechęcić, jednak ku uldze kocica zgodziła się na spacer.
Wspólnie opuścili obozowisko informując spotkanego po drodze Kolendrę o celu ich podróży. Rudy kocur słysząc odpowiedź Gończyka poczochrał go łapą po łebku, mierzwiąc jego futerko. Zwrócił się również do Psianka, wspominając, że taki brat, który myśli o swoim rodzeństwie to skarb. Gończyk lekko się speszył na słowa starszego. Więzy rodzinne wydawały mu się czymś normalnym, więc tym bardziej trzeba było o nie dbać. Nie potrafił zrozumieć kotów, które odwracały się od swoich bliskich czy celowo doprowadzały do kłótni między sobą.
– To my już pójdziemy – zamruczał, dając znać Psiance, że na nich pora. Kolendra wystarczająco długo ich zatrzymał, jednak nie miał mu tego za złe. No może odrobinę. Od rozmowy z zastępcą wolał na własne oczy zobaczyć reakcje siostry na widok kwiatu, po którym otrzymała imię.
Gdy dotarli do krzewów, za którymi kryło się kwiecie, Gończyk poprosił Pisankę o to, aby zamknęła oczy. Złote oczy siostry wpatrywały się w młodego szamana podejrzliwie, aż w końcu kocica wykonała jego prośbę. Pochwyciła ostrożnie końcówkę jego ogona pyskiem, po czym wspólnie zbliżyli się do kwiatu.
– Możesz już otworzyć oczy – ogłosił, stając po przeciwnej stronie rośliny. Przyglądał się z przejęciem Psiance. Musiał zapamiętać jaki wyraz pyska malował się na jej mordce. Radość czy jednak rozczarowanie? Nerwowo poruszył ogonem.
"Życie byłoby prostsze, gdybym nie był małym kłębkiem nerwów."

<Psianka?>

trening szamana – % do meda – ilość słów: 421 

[8%]

Od Krokusowej Kruchości CD. Skrzydlatej Płomykówki

*parę dni później*

W biegu wręcz udało jej się złapać Skrzydlatą Płomykówkę, czy to właściwe zastępczyni udało się złapać Krokus i do niej podejść, odsuwając na parę uderzeń serca obowiązki, jak i otaczające ją koty, które czegoś od niej chciały. Początkowo bura kotka była pewna, że zastępczyni na dla niej jakieś zadanie, ponieważ w przeciągu kolejnych dni od ich rozmów wszyscy mieli łapy pełne roboty jak jeszcze nigdy w przeciągu dwóch kwadr, że jedynie na co znajdowali czas to na sen. Jednak, gdy z jej pyska padło zwykłe dziękuję, Krokusowa Kruchość z trudem była w stanie ukryć uśmiech. W odpowiedzi jedynie skinęła głową zastępczyni, ciesząc się, że kocica zdecydowała się przyjąć utkane specjalnie dla niej legowisko. Mogła je przecież oddać komuś innemu. Nie wiedzieć czemu lider oraz zastępca zawsze na pierwszym miejscu stawiał dobro klanu oraz wojowników za których był odpowiedzialny, jednak czy to byłoby przestępstwo pomyśleć raz o sobie? Przecież, aby móc dobrze przewodzić grupą przywódca czy zastępca musiał się w pełni wysypiać, aby mieć siłę i energię do nowych to zadań, które przynosił każdy nowy dzień.
– Skrzydlata Płomykówko, mam jeszcze do ciebie jedną sprawę – zagadnęła, nim kocica udała się do jednej z odnóg w towarzystwie Cyklonowego Oka, Śnieżycowej Burzy, Gadożerowego Pyska, Małej Bazi oraz Dzwonkowego Świstu. – Czy mogę wziąć udział w następnym patrolu, którym będziesz przewodzić?

~~~

Krokusowa Kruchość dzieliła języki wraz z Srebrzystą Równonocą i Słodką Dziewanną. A właściwie to Krokus była tą, której futerko było pielęgnowane. Matka czule lizała ją po łebku, dokładnie tak samo, gdy była malutkim kociakiem, natomiast Równonoc pilnowała, aby futro na ogonie siostry pozostało schludnie ułożone.
– Co wy knujecie... – miauknęła Krokus, wyślizgują się spomiędzy kocic. Strzepnęła ogonem, zastanawiając się, co mogło być powodem ich dziwnego zachowania.
– Czy to źle, że chcę zadbać o wygląd mojej córki? – Jako pierwsza odezwała się liliowa szylkretka, spoglądając z ukosa na drugą córkę. – Ostatnio zaniedbałaś pielęgnację swojego futra. Jeśli nie chcesz nabawić się wysypki czy innych chorób skóry powinnaś każdego dnia poświęcać więcej czasu na pielęgnację futra niż dwa liźnięcia przed pójściem spać. – Skrzyżowała łapy wzdychając. – W południe udasz się razem ze mną i Gadożerowym Pyskiem przeszukać stary obóz. Jeśli wierzyć na słowo Gradobijącemu Cierniowi, w starym legowisku medyków powinny znajdować się wciąż zioła zdatne do użycia.
– Ty z nami nie idziesz? – spytała, przenosząc spojrzenie na Równonoc.
– Poszłabym, gdybyś pozwoliła mi dokończyć rozplątywanie kołtuna na twoim ogonie. – Przeciągnęła się. – A oprócz tego mam jeszcze dzisiejszy trening do odchaczenia z Perłówkową Łapą. Będziemy patrolować granicę z Klanem Wilka wraz z Oskrzydlonym Ognikiem i Żywiczną Łapą.
Krokus nieznacznie poruszyła uchem na dźwięk "granica Klanu Wilka". Wątpiła, aby zapach Dzikiego Berberysa wciąż był wyczuwalny. Deszcz oraz zamiecie śnieżne na pewno zatarły jego zapach, jak i ślady łap. Zamyślona położyła łapę na sercu, wpatrując się w stronę tunelu prowadzącego do Kamiennych Strażników.
– Właściwie, będę się już zbierać. Udanych poszukiwań.

~~~

Była zła na siostrę, jak i matkę. Czuła się zdradzona przez kocice, którym ufała od urodzenia. Widziała, że chcą dla niej jak najlepiej, jednak naprawdę uważały, że starając się ją zeswatać z Gadożerowym Pyskiem wyświadczą jej przysługę? Czy ona naprawdę sądziły, że tym co potrzebowała był biały kocur u jej boku? Sam Gadożer wyglądał jakby za karę brał udział w spisku Słodkiej Dziewanny oraz Srebrzystej Równonocy. Rozmowa między nimi była niezręczna, nie kleiła się. Cały dobry entuzjazm wyparował z kocura, gdy tylko pojął w czym bierze udział, jednak starał się robić dobrą minę do złej gry.
– Krokusowa Kruchości... – Gadożerowy pysk starał nadążyć za wojowniczką, która dość sprawnie przedzierała się poprzez zaspy. – Naprawdę cię przepraszam... Słodka Dziewanna poprosiła mnie...
Gdy w zasięgu spojrzenia dostrzegła dobrze znane jej cętkowane futro, znacznie przyspieszyła. Nie miała ochoty słuchać tego, co miał jej do powodzenia Gadożerowy Pysk. Nie interesowało ją to.
– Skrzydlata Płomykówko! – zawołała, zwracając tym samym uwagę zastępczyni oraz pozostałych kotów biorących udział w patrolu. Gdy tylko udało jej się dotrzeć do nich, padła u łap cętkowanej, ciężko dysząc.
– Na Klan Gwiazdy, Krokusowa Kruchości! Jestem święcie przekonana, że Wdzięczna Firletka, jak i ja sama zabroniłam ci się przemęczać, a tym bardziej biegać! – skarciła wojowniczkę, pomagając jej podnieść się z ziemi razem z Cyklonowym Okiem. – Mam ci zabronić wychodzić poza obóz, jak to w zwyczaju kara się młodych niesfornych uczniów?
– Brzmisz tak, jakbyś miała zaraz wyzionąć ducha... – mruknął kremowy kocur, przytrzymując Krokus, aby ponownie nie wylądowała na brzuch. – Gadożerowy Pysku! Chodź no tutaj! Nie stój jak kołek!
Biały kocur niepewnie zbliżył się do patrolu, chowając ogon między tylnymi łapami. Zbliżył się do Cyklonowego Oka, który bez uprzedzenia zsunął Krokus na jego bark.
– Wszystko w porządku? Stało się coś? Biegliście tak, jakbyście przed czymś uciekali... – zastępczyni zwróciła się do białego kocura, taksując go spojrzeniem.
– Nie... przed chwilą byliśmy w starym obozie. Mieliśmy go przeszukiwać. Miała nam jeszcze towarzyszyć Słodka Dziewanna, ale źle się poczuła po zjedzeniu piszczki i została w obozie. J-ja nie wiem co się stało... Krokus nagle zerwała się do biegu, więc odruchowo za nią pobiegłem, aby mieć pewność, że nic jej się nie stanie... Biegi jej nie służą. Wiem o jej przypadłości – ściszył nieco głos, tak jakby chciał poinformować tylko o tym Skrzydlatą Płomykówkę. Przeniósł spojrzenie na Krokus, której udało się unormować oddech – Chcesz żebym zszedł na zawał? Gdyby coś ci się stało, Słodka Dziewanna obdarłaby mnie żywcem ze skóry... – Nerwowo poruszył uszami.
– I bardzo dobrze! – sapnęła, odsuwając się od kocura. Gadożer zaczął coś mamrotać o tym, że jest przeklęty lub też nieszczęścia, jak i nieporozumienia się go czepiają jak rzepy. – Wszystko jest w porządku Skrzydlata Płomykówko, jak w najlepszym porządku... Trochę ruchu mi się przyda, bo inaczej będę miała zastałe kości i na starość nie będę sprawna... – siliła się na żart, jednak sądząc po mimice pysków kotów nie wyszło jej to. – Nie udało nam się znaleźć ziół w obozie. Prawdopodobnie źle szukaliśmy lub po prostu wszystkie łatwo dostępne miejsca zostały przeszukane. – Zakasłała. – W-wiem, że jestem wątłego zdrowia i słaba jak nowonarodzone kocię, ale nie mogę bezczynnie siedzieć, widząc jak pozostałe koty dają z siebie wszystko, a nawet więcej. – Udało jej się wyprostować. – Dlatego jeśli pozwolisz, chce towarzyszyć wam podczas patrolu. Jeśli źle się poczuję, od razu cię o tym poinformuje, a Gadożerowy Pysk odprowadzi mnie do obozu. Proszę, Skrzydlata Płomykówko.


<Skrzydlata? Twardy zawodnik z krokus, a w dodatku ryzykant. ale ma dziewięć żyć cn>

Od Bukowej Korony CD. Tawułowej Bryzy

Przeszłość

Z pyska Tawuły wyrwało się nerwowe sapnięcie, gdy starsza osunęła się, robiąc krok naprzód na rampie prowadzącej do legowiska starszych. Na szczęście przed upadkiem w ostatniej chwili została uratowana przez Bukową Koronę, który niczym błyskawica dopadł do jej boku i pozwolił starszej oprzeć się o jego grzbiet. Tawuła czym prędzej pokonała dzieląca ją od kotów odległość.
— B-babciu... wszystko w porządku? — spytała zmartwiona, dostrzegając, że starsza przymknęła powieki i wypuściła głośno powietrze. Nerwowo przeniosła spojrzenie na Buka.
Kocur uśmiechnął się szarmancko do Tawułowej Bryzy, samemu próbując zdać sobie sprawę z tego, co właśnie zrobił. Chcąc się popisać, udało mu się uratować Bożodrzewny Kaprys przed upadkiem, a teraz w dodatku stała przy nim białofutra kotka, z którą już kiedyś miał okazję rozmawiać. Wyglądała na poddenerwowaną. Srebrzysty kocur wyprostował się, wypinając dumnie klatkę piersiową.
— Nie martw się, Tawuło. Żadna staruszka nie wywróci się na mojej warcie — ogłosił, zadzierając dumnie brodę.
Wojowniczka nie wyglądała na całkowicie wyluzowaną, lecz mimo wszystko obdarowała Buka nieznacznym uśmiechem.
— Pomogę ci odprowadzić ją do legowiska starszyzny — dodał jeszcze.
Coś wyjątkowo miły dziś był. Jakby pierwszy raz od kilku dni wstał prawą łapą, zamiast lewą.

* * *

Zgromadzenie

Siedział trochę naburmuszony, myśląc o tym, jak wredna zrobiła się ostatnio Focza Fala. Cieszył się, że niebieskofutra została tym razem w obozie i przynajmniej nie buczała mu nad uchem o tym, jakim to okropnym partnerem był tylko dlatego, że często rozmawiał z Rozżarzoną Pieśnią. To przecież nie jego wina, że był tak czarujący i wszystkie kotki na niego leciały. Kto potrafiłby oprzeć się jego nadzwyczajnej urodzie? No właśnie, nikt. Dlatego cętkowana kleiła się do niego jak rzep do futra i właśnie dlatego Foka była o nią zazdrosna.
Srebrny rozchmurzył się nieco na tę myśl. Rozluźnił mięśnie i kilka razy ugniótł ziemię łapami, zadzierając dumnie brodę. Dopiero po chwili otworzył ślepia i rozejrzał się wokół.
Wtedy jego uwagę przykuła nieznajoma kotka, która uparcie wpatrywała się w niego. Gdy nawiązał z nią kontakt wzrokowy, mimowolnie się skrzywił. Wyglądała... dziwnie. Miała wielkie, wyłupiaste oczy, które prawie wcale nie mrugały.
Z lekkim grymasem na pysku podszedł do niej.
— Halo, kim ty jesteś, żeby się we mnie tak bezczelnie wpatrywać? — zaczął z wyraźnym poirytowaniem. — Mamusia cię nie nauczyła, że to niegrzeczne?
Nieznajoma uśmiechnęła się szeroko.
— Nauczyła mnie mamusia wszystkiego, co powinnam wiedzieć. A że jestem niegrzeczną córką to już inna sprawa. — Wzruszyła ramionami. — Gapię się, bo to w mojej naturze. Ty wyglądasz... interesująco.
Buk prychnął pod nosem, słysząc słowa srebrzystej Nocniaczki. Za kogo ona się w ogóle uważała? Widać było po niej, że wychowano ją wyjątkowo bezstresowo. Była zbyt rozwydrzona i pozwalała sobie na zdecydowanie za wiele w obecności czekoladowego wojownika. Wyglądała na młodą, a więc zapewne i głupiutką. W dodatku była kotką. Cóż mogła wiedzieć o świecie?
— Interesująco? Chyba chciałaś powiedzieć czarująco. Tak, często to słyszę — odparł z wyraźnym zadowoleniem, zadzierając brodę i dumnie wypinając pierś. — Pozwolę sobie jednak udzielić ci pewnej rady. Z takim podejściem raczej trudno będzie ci znaleźć partnera. Jeśli będziesz tylko stała i wpatrywała się w koty, które wpadną ci w oko, prędzej czy później wszyscy uznają cię za dziwaczkę. Lepiej naucz się zagadywać do innych z odrobiną klasy. W przeciwnym razie będziesz sprawiać wrażenie dzikusa, a nie dobrze wychowanej wojowniczki.
— Och... To byłaby tragedia, gdyby ktoś mnie postrzegał za... niewychowaną wojowniczkę. — Srebrzysta położyła uszy po sobie. — Przepraszam, że się gapiłam, ale rzeczywiście jesteś tak czarujący! — dodała. — Ale jesteś tak... — zmierzyła go ponownie wzrokiem — przystojny, że nie mogłam oderwać wzroku.
Choć słowa srebrzystej wyraźnie podbudowywały ego wojownika, jednocześnie czuł się nimi dziwnie zniesmaczony. Ile księżyców mogła mieć ta kotka? Czy była już w ogóle wojowniczką, czy wciąż uczennicą? Skrzywił się na wzmiankę o swojej urodzie. Oczywiście, że był przystojny. Doskonale o tym wiedział. Ale naprawdę nie chciał słyszeć takich komentarzy akurat od tej małoksiężycówki.
— Zachowaj te marne teksty dla kotów w swoim wieku — prychnął, strzepując ogonem z wyraźną frustracją. — Może jakiś naiwny kocur dałby się na nie nabrać, ale ja nie jestem ani naiwny, ani, co ważniejsze, w twoim przedziale wiekowym.
— Żeby doceniać czyjąś urodę, nie trzeba być tą osobą romantycznie zainteresowanym — odparła Nocniaczka, praktycznie od razu uśmiechając się szerzej. — Obiektywne fakty mogą być zauważone nawet przez kocięta. — Wzruszyła ramionami. — Więc... przystojny i czarujący Klifiaku, jak cię zwą?
Czekoladowy zaśmiał się cicho na słowa srebrzystej, choć w jego spojrzeniu wciąż było widać lekkie zniesmaczenie.
— Skoro tak bardzo ci zależy, możesz mówić mi Tiramisu Serafinit I Wielki — stwierdził, przewracając oczami.
Nie zamierzał przecież naprawdę podawać jej swojego imienia. Po co miałby to robić? Najpewniej rozmawiali ze sobą po raz pierwszy i ostatni, a on nie miał najmniejszej ochoty, by jakaś niewychowana młódka zapamiętała jego imię.
— Zamierzasz dalej mi schlebiać, czy może już sobie darujesz? — dodał, zadzierając lekko brodę. — Bo powoli zaczyna to brzmieć jak desperacja, mimo że tak bardzo próbujesz mnie przekonać, iż jedynie stwierdzasz fakty.
Kotka przekrzywiła głowę rozbawiona.
— Śmieszny z ciebie kot, wiesz? Nie wiedziałam, że koty z Klanu Klifu to tacy żartownisie. Jak się na was z daleka patrzy, to zdajecie się bardzo poważnym klanem — zaśmiała się pod nosem i zakryła łapy ogonem. — Poza tym... nieważne jak czarujący byś był... — wyszczerzyła się niewinnie. — Nie interesują mnie koty. Nie wiem, skąd się w twojej głowie zrodziła myśl o desperacji, hah...
Buk spojrzał na srebrzystą z wyraźnym politowaniem w oczach.
— Och, ależ ty jesteś nonszalancka. Cóż, chyba mogłem się tego spodziewać. W tych czasach każdy jest taki niewzruszony, poważny, zupełnie nieinteresujący się innymi kotami. Oczywiście, że jedyne, na co potrafisz spojrzeć, to czubek własnego nosa — prychnął, przewracając oczami. — Może powinienem ci jeszcze pogratulować za bycie taką tajemniczą personą? Pewnie właśnie teraz wydaje ci się, że jesteś najmądrzejszą kotką na świecie — westchnął. — Powiem ci jednak, że z takich rzeczy się w końcu wyrasta. Przed tobą jeszcze długa droga, zanim zrozumiesz, jak należy się zachowywać i przed kim czasem warto pochylić głowę.
Pręgowana zmrużyła oczy z konfundajcą.
— Nie potnij się, bo tak skaczesz — prychnęła z rozbawieniem. — Ciągle tylko jakieś wnioski wyjęte z powietrza. Teraz ja się spytam. Nie nauczyła mama, żeby nie oceniać kota po jego skórze? Bo jak na razie to ty się na własnych wąsach zatrzymałeś....
Czekoladowy uniósł wyżej brwi.
— Widzę, że z ciebie niezła bestia. Najpierw taka pokorna, a teraz proszę, pokazałaś swoje prawdziwe oblicze — zachichotał, wyraźnie drocząc się ze srebrzystą. — A odpowiadając na twoje pytanie: nie, nie nauczyła, bo zmarła, zanim zdążyłem się urodzić. Czy taka odpowiedź cię satysfakcjonuje? — dodał, przewracając oczami.
— Prawdziwe oblicze? Czekoladowe koty naprawdę mają coś nie tak z głowami... nasze legendy przekraczają granice... — mruknęła cichutko i skrzywiła się jawnie.
Klifiak zdziwił się na słowa srebrzystej.
— I to niby ja mam nierówno pod sufitem. Jakie znowu legendy? O czym ty w ogóle bredzisz? — prychnął, patrząc na Nocniaczkę, jakby ta właśnie powiedziała coś kompletnie niedorzecznego. — Jeszcze mi powiedz, że w tym twoim klanie jesteście na tyle zacofani, żeby oceniać koty po kolorze futra! Na Klan Gwiazdy, to dopiero byłby niezły żart! — dodał, wyraźnie zdziwiony absurdem całej sytuacji.
Pierwszy raz słyszał, by Klan Nocy miał jakiekolwiek uprzedzenia wobec czekoladowych kotów. Może wcześniej po prostu nigdy nie interesował się tym na tyle, by to zauważyć? A może ta dziwna kotka zwyczajnie coś sobie wymyśliła?
— Nie o kolor futra chodzi... bardziej o zachowanie ... Jakoś tak... tylko czekoladowe koty co chwilę udowadniają mi, że są pokręcone... — mruknęła. — Nie pomagasz mojemu przekonaniu... Może to ja mam po prostu nieszczęście do czekoladowych kotów, które spotykam... — odetchnęła. — To na pewno to... tak... niemożliwe jest, żeby wszystkie czekoty były jakieś... przeklęte, co?
Kocur parsknął śmiechem na słowa Nocniaczki.
— Co za bzdura! Większej głupoty chyba nigdy w życiu nie słyszałem. Jak bardzo pokręconym i znudzonym trzeba być, żeby uznać, że jakiś kolor futra jest przeklęty? Ktoś najwyraźniej miał zdecydowanie za dużo wolnego czasu, by doszukać się tak durnego połączenia. I wy naprawdę dalej w to wierzycie? — mówił, wciąż nie mogąc wyjść z szoku po wyznaniu srebrzystej. — Wcale się nie dziwię, że w tym waszym żałosnym klaniku cały czas spotykasz czekoladowe koty, które według ciebie są przeklęte. Jeśli od małego wmawiacie im, że są pokręcone, to nic dziwnego, że w końcu same zaczynają w to wierzyć — zakpił. — Teraz już widzę, że wy, Nocniacy, chodzicie z liśćmi na oczach. Gdybym też potrafił myśleć wyłącznie tak wąsko, znalazłbym nieskończoną ilość dowodów na to, że koty z czarnym futrem są chore psychicznie. W końcu ilu było morderców i mysich móżdżków o takim kolorze futra? Zapewne całe mnóstwo!
Nocniaczka zmrużyła oczy z ponownym rozbawieniem i wzruszyła ramionami.
— Ech? — zastanowiła się. — Myślisz wąsko mój drogi i nawet nie zdajesz sobie sprawy. Chciałabym spotkać czekota, który mi udowodni, że nie są przeklęte, ale... ty jesteś zarozumiały i zapatrzony w siebie więc to raczej nie ty. Niestety... — Wstała i uśmiechnęła się szeroko, chociaż raczej nieszczerze. — Miłego wieczoru, Tiramisu Serafinicie Pierwszy Wielki... — zaśmiała się jeszcze trochę złośliwie i zniknęła w tłumie kotów.
Bukowa Korona westchnął ciężko, gdy srebrzysta zniknęła mu sprzed oczu. Co to w ogóle była za wariatka i o czym ona bełkotała? Kompletnie nie rozumiał tych przekonań, które chyba wyciągnęła sobie z palca. Jak śmiała w ogóle twierdzić, że koty czekoladowe były gorsze? Jakie znaczenie miał kolor futra danego kota? Czy w takim wypadku powinien uznać, że koty srebrzyste o czarnych pręgach są po prostu obłąkane? A wiele takich było w Klanie Nocy. I jeśli naprawdę każdy z nich uważał, że czekoladowe koty zawsze rodzą się głupie, to może i w ich słowach było trochę racji. Może naprawdę umaszczenie wpływało na charakter kota i każdy o takim samym umaszczeniu jak tamta Nocniaczka już dawno zamienił się rozumem z myszą.

Koniec sesji