Nie powinien więc mieć z nią miotu, ponieważ nieważne, jak bardzo by się starał, i tak nigdy nie miałby szansy ujrzeć swoich kociąt. Poza tym tak na dobrą sprawę Senna Łza nawet nie była jego partnerką, co dobijało go jeszcze bardziej. Tyle dni i nocy ze sobą spędzili. Tak często ze sobą rozmawiali, dzielili się językami. To było oczywiste, że ich uczucie było żywe, silne i odwzajemniane przez obie strony. Dlaczego więc nigdy nie przyznali się do tego na głos? Dlaczego, mimo tego romantycznego napięcia między nimi, zachowywali się tylko jak zwykli przyjaciele?
Co za tragedia. To wszystko nie miało się tak potoczyć. Lisi Oset nigdy nawet nie miał czasu przemyśleć tego, jak będzie musiała wyglądać ich relacja, gdy oficjalnie zostaną partnerami. Cieszył się chwilami spędzonymi z szylkretką i liczył na to, że w końcu wszystko samo się ułoży lub dojdzie do tego powoli wraz z Łezką. Nic nie przygotowało go na taki zwrot akcji, jaki zaszedł w ich relacji. Wieść o miocie naprawdę zburzyła wszystko, co dotychczas zbudowali i do czego jakoś pomalutku dążyli.
Teraz znowu czuł, że został sam, mimo iż towarzyszył mu Czajka. Po prostu zbyt dużo kotów już w swoim życiu stracił. O wiele zbyt dużo. Żadna relacja, którą miał, nie trwała zbyt długo. Dlaczego on w ogóle jeszcze próbował się z kimś zaprzyjaźniać? Może powinien odejść od Czajki, zanim się do niego przywiąże i zanim rozdzieli ich okrutny los, krzywdząc tym samym zarówno Lisi Oset, jak i samego niebieskofutrego?
Samotnik przełknął ślinę, czując, jak żołądek wywraca mu się z nerwów. Leżał, skryty między krzewami, próbując odgrodzić się jakoś od silnych podmuchów wiatru. Gdzieś niedaleko musiał znajdować się Czajka, który zapewne szukał właśnie jakiegoś smacznego kąska. Lawirował między pniami drzew, nos trzymał cały czas przy ziemi, a uszy postawione miał na sztorc, tylko po to, by znaleźć coś, co wyżywiłoby jego samego i Osetka, który od dłuższego czasu był jedynie cieniem samego siebie.
Mimo iż Mglisty Sen nauczył go dobrze, jak polować, czarnofutry czuł teraz, że nie potrafiłby złapać nawet kulawej myszy. Czuł się po prostu źle i przez cały czas chodził tak rozkojarzony, że ciężko byłoby mu się skupić na tyle, by zakraść się do swojej ofiary i jeszcze bezszelestnie się na nią rzucić, by ją zagryźć.
Wiedział jednak, że nie mógł się tak czuć do końca swojego życia, mimo iż wydawało mu się, że ten stan nigdy nie przeminie. Cóż, nie przeminie, dopóki nie weźmie się w garść. A siedzenie tak i pozwalanie Czajce na pracowanie za ich dwóch nie pomagało mu w tym, by w końcu wyjść z dołka. Dlatego też postanowił oddalić się na moment od miejsca dotychczasowego pobytu ich dwójki, by nieco odświeżyć umysł i wszystko to dobrze przemyśleć. Jeszcze nie wiedział, czy zamierza odejść na kilka godzin, kilka dni czy może na zawsze.
Im bardziej oddalał się od Czajki, tym bardziej godził się z myślą, że najrozsądniej byłoby do niego nie wracać. Nawet jeśli był kotem, który kilka księżyców temu uratował go od śmierci i nadał jego życiu nowe przeznaczenie. Kochał Czajkę. Jak brata. Ale wiedział, że jego miłość zawsze przynosiła innym pecha, dlatego wolał dać niebieskiemu spokój, zanim jakieś nieszczęśliwe zdarzenie rozdzieli ich na zawsze, tak jak to było w przypadku innych bliskich Lisiego Ostu.
Łapy kocura zaprowadziły go wprost pod granicę z Klanem Nocy. Nie miał już nawet siły przekonywać się, że było to przypadkowe. Wiedział, jak bardzo jego serce ciągnęło właśnie w to miejsce. Miejsce, w którym zawsze spotykał się z Senną Łzą. Z którego mógł zatopić się w jej pięknych, żółtych oczach. Na ich wspomnienie zaczął zastanawiać się, czy któreś z jego kociąt odziedziczyło je po niej. Wtedy też poczuł ucisk na sercu związany z tym, że najpewniej nie dowie się, jak wyglądają jego pociechy. Czy wdały się bardziej w matkę, czy w niego? Czy któreś z nich także miało takie śmieszne kępki futra na uszach? Czy któreś z nich również miało na ciele białe plamki, które przypominały gwiazdy na nocnym niebie?
Lisi Oset w końcu zatopił pazury w ziemi i strzepnął ogonem. Położył po sobie uszy, z trudem powstrzymując łzy, które cisnęły mu się do oczu. Miał wrażenie, jakoby zaraz cały ten smutek miał rozsadzić mu czaszkę.
Był takim obiecującym kotem… Gdyby został w Owocowym Lesie, teraz mógłby pełnić rangę uzdrowiciela przy swoim przybranym ojcu. Mógłby zakochać się w jakiejś kotce ze swojej przynależności. To z nią mógłby założyć rodzinę. Mógłby mieć kocięta, które by odwiedzał, z którymi by się bawił i które zaprowadzałby do ich dziadka. Mógł osiągnąć naprawdę wiele. Mógł być szczęśliwy.
Nie wiedział już nawet, kogo powinien winić za tę porażkę, jaką było jego życie. Siebie samego, Ziemniaka, a może tych samotników, którzy zapoczątkowali serię nieszczęść w jego życiu, gdy zażądali od jego rodziców terenów na własność?
Mógłby tak zastanawiać się w nieskończoność, gdyż gdybanie nad tym, jak wyglądało jego życie, gdyby nie poszczególne wydarzenia, nigdy go nie nudziło. W końcu jednak jeden z Nocniaków dostrzegł go, gdy tak stał nieruchomo na granicy, i postanowił do niego podejść.
Był to srebrzysty kot o dużych ślepiach, który przenikał czarnofutrego swoim spojrzeniem. Było niemalże puste. Takie… dziwne, niepokojące. Osetek aż się wzdrygnął. Chciał odejść stąd jak najszybciej, lecz czuł, że umysł nie pozwala mu się poruszyć. Jakby jego mózg żądał od niego, by zapytał o Senną Łzę. Jakby chciał poznać odpowiedzi, nawet jeśli Lisi Oset wiedział, że pytanie o nie wprost byłoby zbyt głupie.
Srebrzysty kot zbliżył się powoli. Podszedł do wody i w paru pchnięciach był już przy drugim brzegu. Oparła przednie łapy na brzegu ziemi, parę długości wąsa od niego i obejrzał go jeszcze raz.
— Cześć.... samotniku. — Uśmiechnął się bez przymrużania oczu za mocno. — Szukasz kłopotów, że jesteś tak blisko granicy?
Po chwili Lisi Oset zrozumiał, że ów kot był płci żeńskiej, a przynajmniej tak wynikało z jego zapachu.
— Nie, nie szukam… — odparł spokojnie, po czym zrobił krok w tył. Chciał stąd odejść, by nie narobić sobie problemów z członkinią Klanu Nocy, lecz serce wciąż kusiło go, by zapytał o Senną Łzę. — Jedynie… mieszkam tu niedaleko.
Kotka wyszła z wody i otrzepała się. Spojrzała ponownie na kocura przed sobą i przechyliła głowę w ciekawości.
— Och? Niedaleko mówisz? — zagadnęła. — Dobrze wiedzieć. Ostatnio pewni samotnicy panoszą się niedaleko i szkodzą naszemu klanowi... nic ci o tym nie wiadomo, prawda? — Zamrugała szybciutko oczkami i rozejrzała się po lesie wokół.
Czarnofutry zamrugał ze zdziwienia. Przez moment wpatrywał się w srebrzystą z niedowierzaniem, a potem poczuł, jak na jego gardle zawiązuje się supeł. Samotnicy? Szkodzą Klanowi Nocy? A co, jeśli zrobią coś Sennej Łzie i ich dzieciom?
— Słucham? — wydukał po chwili, po czym pokręcił głową, starając się przybrać neutralny wyraz pyska. — Nie, nie widziałem żadnych samotników poza mną. Właściwie to dotąd żyłem raczej bliżej drogi i nie zapuszczałem się w te tereny — oznajmił, wzruszając ramionami. — To musi być jednak… ciężkie. Dla waszego klanu, w sensie. Ale jakoś sobie radzicie, prawda? — zapytał, odwracając wzrok od wojowniczki.
Nieznajoma rozluźniła ramiona i uśmiechnęła się do kota znacznie bardziej przyjaźnie.
— A radzimy sobie nawet dobrze, chociaż ostatnio podobno pobili nam wojownika i ogólnie trochę nieprzyjemna sytuacja z tym wszystkim. Wygląda, jakby pewna grupa samotników tylko czyhała na nasze życia... No i jest jeszcze Klan Klifu, ale to całkowicie osobna kwestia. — Machnęła łapą. — A dlaczego ty taki ciekawy?
Lisi Oset uniósł jedną brew do góry. Po chwili jednak wypuścił z płuc powietrze i przybrał spokojny wyraz pyska.
— Cóż, pomyślałem, że spytam z grzeczności. Słyszałem, że niektóre klanowe koty nie cierpią samotników. Gdybym trafił na kogoś takiego, już dawno mógłby mnie przerobić na ozdobę do legowiska! — zaśmiał się trochę nerwowo, po czym odchrząknął. — No… więc muszę być ci wdzięczny za to, że nie okazałaś się jednym z takich kotów. Choć z tego, co rozumiem, twoi pobratymcy nie są teraz zbyt przychylnie nastawieni do takich jak ja. Myślisz więc, że powinienem tu… no wiesz, nie przychodzić?
— Z pewnością musisz uważać, bo rzeczywiście niektóre koty z chęcią rozerwałyby ci gardło, zanim by zapytały, czy masz w ogóle cokolwiek wspólnego z tą kotką, co zabiła swoje dzieci... — Srebrzysta skrzywiła się. — Uważałabym, komu patrzysz się w oczy, aczkolwiek dzieli cię od nas rzeka... My dobrze pływamy, ale czas na ucieczkę zawsze jest, kiedy Nocniak zmaga się z nurtem. W każdym razie... Jak się nazywasz? — Nieznajoma zbliżyła się na odległość wąsa i obeszła go na około.
Lisi Oset podążył za nią wzrokiem, przez moment milcząc. Zastanawiał się, dlaczego ta kotka zdradzała mu wszystkie te informacje o Klanie Nocy. Może po to, by potem stwierdzić, że za dużo wie i będzie musiała go zabić? Na tę myśl kocura aż przeszedł dreszcz, a łapy zaczęły błagać go, by od niej uciekł. Stał jednak wytrwale w miejscu, śledząc srebrzystą swoim spojrzeniem.
— Nazywam się Lisi Oset, a ty? — zapytał, choć jego głos ledwo wyczuwalnie zadrżał.
— Żabie Oko — oświadczyła spokojnie. Usiadła sobie przed nim i podrapała tylną łapą po pysku. — Jestem zaskoczona, że jeszcze nie uciekłeś…
Czarnofutry spuścił wzrok na łapy, po czym zaczął grzebać pazurem w ziemi.
— Nie masz po co być zaskoczona. Tak czy siak, nie mam nic lepszego do roboty, ponieważ, jak już mówiłem, żyję kompletnie sam. Tak właściwie to fajnie jest czasem porozmawiać z jakimś kotem, który nie próbuje cię zjeść — stwierdził, po czym podniósł wzrok na Żabie Oko i uśmiechnął się nieznacznie.
— To prawda — przyznała Żabie Oko. — Sama też lubię rozmawiać z samotnikami i kotami spoza klanu. To zawsze fascynujące! — Machnęła łapą. — Nowe perspektywy i opinie, które nie są tą samą wiarą i opinią powtarzaną w kółko i w kółko, kiedy klan w miarę pokrywa się w swojej moralności…
Lisi Oset skinął głową, zgadzając się ze słowami Nocniaczki.
— Wiesz… słyszałem kiedyś od członka tej przynależności za drogą, że wierzą w jakąś Wszechmatkę. Rozmawiałaś już z kimś od nich? Myślę, że taka rozmowa by ci się spodobała — stwierdził, instynktownie zwracając głowę w stronę terenów Owocowego Lasu.
— Och? Coś tam słyszałam, ale jakoś nigdy nie miałam szansy się nikogo o to dopytać. Będę miała to w pamięci, jeśli tylko spotkam jakiegoś Owocniaka. — Srebrzysta pokiwała łebkiem. — Dzięki. Jesteś całkiem pomocny... i ładny. — Uśmiechnęła się żartobliwie.
Samotnik zamrugał kilka razy, zastanawiając się, czy na pewno dobrze usłyszał Nocniaczkę.
— Tak, ja… staram się być pomocny. Często szwendam się tu i ówdzie, próbując zaczerpnąć nieco więcej wiedzy o świecie. Znam przez to na przykład całkiem sporo chorób i sposobów na to, jak je wyleczyć — mruknął, próbując zignorować pochwałę Żabiego Oka na temat jego wyglądu. — Właściwie… jeszcze nie było mi dane usłyszeć o tym, w co wierzy twój klan. Może chciałabyś mi co nieco opowiedzieć, skoro już wiem, że napadają na was jacyś szaleni samotnicy?
— W co wierzy mój klan? Hmmm… — zastanowiła się Żabka. — W Klan Gwiazdy oczywiście. To byli nasi przodkowie. O... właśnie. Legenda o pierwszych kotach istnieje, haha! Zawsze opowiadam ją dzieciom. Jak to pierwsze koty spadły z nieba, skórki, księżyca i blasku słońca mieszającego się z kolorami świata... Ciekawa historia. Nie wiem ile w niej prawdy, ale pochłania dzieci za każdym razem, jak ją opowiadam. — Srebrzysta uśmiechnęła się szeroko. — Znasz się na medycynie? To całkiem imponujące. Osobiście sama bym się czegoś takiego nauczyła, ale nie mam od kogo. W naszym klanie to ród królewski zajmuje miejsce medyka, tak jak powinno być. W końcu im można ufać!
Lisi Oset skinął głową.
— Nie jest to takie ciężkie, jak się wydaje. Masz szczęście, że żyjesz w klanie, bo nie potrzebujesz znać się na medycynie. Ja, jako samotnik, nie pociągnąłbym za długo bez wiedzy o ziołach. Raz na jakiś czas przypadkiem ugryzie mnie jakiś szczur czy dopadnie kaszel, a wtedy muszę wiedzieć, co zrobić, by uratować swój tyłek — zachichotał.
Co za tragedia. To wszystko nie miało się tak potoczyć. Lisi Oset nigdy nawet nie miał czasu przemyśleć tego, jak będzie musiała wyglądać ich relacja, gdy oficjalnie zostaną partnerami. Cieszył się chwilami spędzonymi z szylkretką i liczył na to, że w końcu wszystko samo się ułoży lub dojdzie do tego powoli wraz z Łezką. Nic nie przygotowało go na taki zwrot akcji, jaki zaszedł w ich relacji. Wieść o miocie naprawdę zburzyła wszystko, co dotychczas zbudowali i do czego jakoś pomalutku dążyli.
Teraz znowu czuł, że został sam, mimo iż towarzyszył mu Czajka. Po prostu zbyt dużo kotów już w swoim życiu stracił. O wiele zbyt dużo. Żadna relacja, którą miał, nie trwała zbyt długo. Dlaczego on w ogóle jeszcze próbował się z kimś zaprzyjaźniać? Może powinien odejść od Czajki, zanim się do niego przywiąże i zanim rozdzieli ich okrutny los, krzywdząc tym samym zarówno Lisi Oset, jak i samego niebieskofutrego?
Samotnik przełknął ślinę, czując, jak żołądek wywraca mu się z nerwów. Leżał, skryty między krzewami, próbując odgrodzić się jakoś od silnych podmuchów wiatru. Gdzieś niedaleko musiał znajdować się Czajka, który zapewne szukał właśnie jakiegoś smacznego kąska. Lawirował między pniami drzew, nos trzymał cały czas przy ziemi, a uszy postawione miał na sztorc, tylko po to, by znaleźć coś, co wyżywiłoby jego samego i Osetka, który od dłuższego czasu był jedynie cieniem samego siebie.
Mimo iż Mglisty Sen nauczył go dobrze, jak polować, czarnofutry czuł teraz, że nie potrafiłby złapać nawet kulawej myszy. Czuł się po prostu źle i przez cały czas chodził tak rozkojarzony, że ciężko byłoby mu się skupić na tyle, by zakraść się do swojej ofiary i jeszcze bezszelestnie się na nią rzucić, by ją zagryźć.
Wiedział jednak, że nie mógł się tak czuć do końca swojego życia, mimo iż wydawało mu się, że ten stan nigdy nie przeminie. Cóż, nie przeminie, dopóki nie weźmie się w garść. A siedzenie tak i pozwalanie Czajce na pracowanie za ich dwóch nie pomagało mu w tym, by w końcu wyjść z dołka. Dlatego też postanowił oddalić się na moment od miejsca dotychczasowego pobytu ich dwójki, by nieco odświeżyć umysł i wszystko to dobrze przemyśleć. Jeszcze nie wiedział, czy zamierza odejść na kilka godzin, kilka dni czy może na zawsze.
Im bardziej oddalał się od Czajki, tym bardziej godził się z myślą, że najrozsądniej byłoby do niego nie wracać. Nawet jeśli był kotem, który kilka księżyców temu uratował go od śmierci i nadał jego życiu nowe przeznaczenie. Kochał Czajkę. Jak brata. Ale wiedział, że jego miłość zawsze przynosiła innym pecha, dlatego wolał dać niebieskiemu spokój, zanim jakieś nieszczęśliwe zdarzenie rozdzieli ich na zawsze, tak jak to było w przypadku innych bliskich Lisiego Ostu.
* * *
Lisi Oset w końcu zatopił pazury w ziemi i strzepnął ogonem. Położył po sobie uszy, z trudem powstrzymując łzy, które cisnęły mu się do oczu. Miał wrażenie, jakoby zaraz cały ten smutek miał rozsadzić mu czaszkę.
Był takim obiecującym kotem… Gdyby został w Owocowym Lesie, teraz mógłby pełnić rangę uzdrowiciela przy swoim przybranym ojcu. Mógłby zakochać się w jakiejś kotce ze swojej przynależności. To z nią mógłby założyć rodzinę. Mógłby mieć kocięta, które by odwiedzał, z którymi by się bawił i które zaprowadzałby do ich dziadka. Mógł osiągnąć naprawdę wiele. Mógł być szczęśliwy.
Nie wiedział już nawet, kogo powinien winić za tę porażkę, jaką było jego życie. Siebie samego, Ziemniaka, a może tych samotników, którzy zapoczątkowali serię nieszczęść w jego życiu, gdy zażądali od jego rodziców terenów na własność?
Mógłby tak zastanawiać się w nieskończoność, gdyż gdybanie nad tym, jak wyglądało jego życie, gdyby nie poszczególne wydarzenia, nigdy go nie nudziło. W końcu jednak jeden z Nocniaków dostrzegł go, gdy tak stał nieruchomo na granicy, i postanowił do niego podejść.
Był to srebrzysty kot o dużych ślepiach, który przenikał czarnofutrego swoim spojrzeniem. Było niemalże puste. Takie… dziwne, niepokojące. Osetek aż się wzdrygnął. Chciał odejść stąd jak najszybciej, lecz czuł, że umysł nie pozwala mu się poruszyć. Jakby jego mózg żądał od niego, by zapytał o Senną Łzę. Jakby chciał poznać odpowiedzi, nawet jeśli Lisi Oset wiedział, że pytanie o nie wprost byłoby zbyt głupie.
Srebrzysty kot zbliżył się powoli. Podszedł do wody i w paru pchnięciach był już przy drugim brzegu. Oparła przednie łapy na brzegu ziemi, parę długości wąsa od niego i obejrzał go jeszcze raz.
— Cześć.... samotniku. — Uśmiechnął się bez przymrużania oczu za mocno. — Szukasz kłopotów, że jesteś tak blisko granicy?
Po chwili Lisi Oset zrozumiał, że ów kot był płci żeńskiej, a przynajmniej tak wynikało z jego zapachu.
— Nie, nie szukam… — odparł spokojnie, po czym zrobił krok w tył. Chciał stąd odejść, by nie narobić sobie problemów z członkinią Klanu Nocy, lecz serce wciąż kusiło go, by zapytał o Senną Łzę. — Jedynie… mieszkam tu niedaleko.
Kotka wyszła z wody i otrzepała się. Spojrzała ponownie na kocura przed sobą i przechyliła głowę w ciekawości.
— Och? Niedaleko mówisz? — zagadnęła. — Dobrze wiedzieć. Ostatnio pewni samotnicy panoszą się niedaleko i szkodzą naszemu klanowi... nic ci o tym nie wiadomo, prawda? — Zamrugała szybciutko oczkami i rozejrzała się po lesie wokół.
Czarnofutry zamrugał ze zdziwienia. Przez moment wpatrywał się w srebrzystą z niedowierzaniem, a potem poczuł, jak na jego gardle zawiązuje się supeł. Samotnicy? Szkodzą Klanowi Nocy? A co, jeśli zrobią coś Sennej Łzie i ich dzieciom?
— Słucham? — wydukał po chwili, po czym pokręcił głową, starając się przybrać neutralny wyraz pyska. — Nie, nie widziałem żadnych samotników poza mną. Właściwie to dotąd żyłem raczej bliżej drogi i nie zapuszczałem się w te tereny — oznajmił, wzruszając ramionami. — To musi być jednak… ciężkie. Dla waszego klanu, w sensie. Ale jakoś sobie radzicie, prawda? — zapytał, odwracając wzrok od wojowniczki.
Nieznajoma rozluźniła ramiona i uśmiechnęła się do kota znacznie bardziej przyjaźnie.
— A radzimy sobie nawet dobrze, chociaż ostatnio podobno pobili nam wojownika i ogólnie trochę nieprzyjemna sytuacja z tym wszystkim. Wygląda, jakby pewna grupa samotników tylko czyhała na nasze życia... No i jest jeszcze Klan Klifu, ale to całkowicie osobna kwestia. — Machnęła łapą. — A dlaczego ty taki ciekawy?
Lisi Oset uniósł jedną brew do góry. Po chwili jednak wypuścił z płuc powietrze i przybrał spokojny wyraz pyska.
— Cóż, pomyślałem, że spytam z grzeczności. Słyszałem, że niektóre klanowe koty nie cierpią samotników. Gdybym trafił na kogoś takiego, już dawno mógłby mnie przerobić na ozdobę do legowiska! — zaśmiał się trochę nerwowo, po czym odchrząknął. — No… więc muszę być ci wdzięczny za to, że nie okazałaś się jednym z takich kotów. Choć z tego, co rozumiem, twoi pobratymcy nie są teraz zbyt przychylnie nastawieni do takich jak ja. Myślisz więc, że powinienem tu… no wiesz, nie przychodzić?
— Z pewnością musisz uważać, bo rzeczywiście niektóre koty z chęcią rozerwałyby ci gardło, zanim by zapytały, czy masz w ogóle cokolwiek wspólnego z tą kotką, co zabiła swoje dzieci... — Srebrzysta skrzywiła się. — Uważałabym, komu patrzysz się w oczy, aczkolwiek dzieli cię od nas rzeka... My dobrze pływamy, ale czas na ucieczkę zawsze jest, kiedy Nocniak zmaga się z nurtem. W każdym razie... Jak się nazywasz? — Nieznajoma zbliżyła się na odległość wąsa i obeszła go na około.
Lisi Oset podążył za nią wzrokiem, przez moment milcząc. Zastanawiał się, dlaczego ta kotka zdradzała mu wszystkie te informacje o Klanie Nocy. Może po to, by potem stwierdzić, że za dużo wie i będzie musiała go zabić? Na tę myśl kocura aż przeszedł dreszcz, a łapy zaczęły błagać go, by od niej uciekł. Stał jednak wytrwale w miejscu, śledząc srebrzystą swoim spojrzeniem.
— Nazywam się Lisi Oset, a ty? — zapytał, choć jego głos ledwo wyczuwalnie zadrżał.
— Żabie Oko — oświadczyła spokojnie. Usiadła sobie przed nim i podrapała tylną łapą po pysku. — Jestem zaskoczona, że jeszcze nie uciekłeś…
Czarnofutry spuścił wzrok na łapy, po czym zaczął grzebać pazurem w ziemi.
— Nie masz po co być zaskoczona. Tak czy siak, nie mam nic lepszego do roboty, ponieważ, jak już mówiłem, żyję kompletnie sam. Tak właściwie to fajnie jest czasem porozmawiać z jakimś kotem, który nie próbuje cię zjeść — stwierdził, po czym podniósł wzrok na Żabie Oko i uśmiechnął się nieznacznie.
— To prawda — przyznała Żabie Oko. — Sama też lubię rozmawiać z samotnikami i kotami spoza klanu. To zawsze fascynujące! — Machnęła łapą. — Nowe perspektywy i opinie, które nie są tą samą wiarą i opinią powtarzaną w kółko i w kółko, kiedy klan w miarę pokrywa się w swojej moralności…
Lisi Oset skinął głową, zgadzając się ze słowami Nocniaczki.
— Wiesz… słyszałem kiedyś od członka tej przynależności za drogą, że wierzą w jakąś Wszechmatkę. Rozmawiałaś już z kimś od nich? Myślę, że taka rozmowa by ci się spodobała — stwierdził, instynktownie zwracając głowę w stronę terenów Owocowego Lasu.
— Och? Coś tam słyszałam, ale jakoś nigdy nie miałam szansy się nikogo o to dopytać. Będę miała to w pamięci, jeśli tylko spotkam jakiegoś Owocniaka. — Srebrzysta pokiwała łebkiem. — Dzięki. Jesteś całkiem pomocny... i ładny. — Uśmiechnęła się żartobliwie.
Samotnik zamrugał kilka razy, zastanawiając się, czy na pewno dobrze usłyszał Nocniaczkę.
— Tak, ja… staram się być pomocny. Często szwendam się tu i ówdzie, próbując zaczerpnąć nieco więcej wiedzy o świecie. Znam przez to na przykład całkiem sporo chorób i sposobów na to, jak je wyleczyć — mruknął, próbując zignorować pochwałę Żabiego Oka na temat jego wyglądu. — Właściwie… jeszcze nie było mi dane usłyszeć o tym, w co wierzy twój klan. Może chciałabyś mi co nieco opowiedzieć, skoro już wiem, że napadają na was jacyś szaleni samotnicy?
— W co wierzy mój klan? Hmmm… — zastanowiła się Żabka. — W Klan Gwiazdy oczywiście. To byli nasi przodkowie. O... właśnie. Legenda o pierwszych kotach istnieje, haha! Zawsze opowiadam ją dzieciom. Jak to pierwsze koty spadły z nieba, skórki, księżyca i blasku słońca mieszającego się z kolorami świata... Ciekawa historia. Nie wiem ile w niej prawdy, ale pochłania dzieci za każdym razem, jak ją opowiadam. — Srebrzysta uśmiechnęła się szeroko. — Znasz się na medycynie? To całkiem imponujące. Osobiście sama bym się czegoś takiego nauczyła, ale nie mam od kogo. W naszym klanie to ród królewski zajmuje miejsce medyka, tak jak powinno być. W końcu im można ufać!
Lisi Oset skinął głową.
— Nie jest to takie ciężkie, jak się wydaje. Masz szczęście, że żyjesz w klanie, bo nie potrzebujesz znać się na medycynie. Ja, jako samotnik, nie pociągnąłbym za długo bez wiedzy o ziołach. Raz na jakiś czas przypadkiem ugryzie mnie jakiś szczur czy dopadnie kaszel, a wtedy muszę wiedzieć, co zrobić, by uratować swój tyłek — zachichotał.
<Żabie Oko?>