BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

25 lipca 2026

Od Kobczyka do Kazarka

Życie Kobczyka, oprócz zmian związanych z rudym pointem, również zmieniło się raz jeszcze. Los przywiał jej… nowe tereny, które może nie były najbliżej jej miejsca zamieszkania, aczkolwiek z pewnością miało w sobie ogromną ilość kotów. Spotkała w domostwie pewną białą młódkę, Malutką. Wiatr wył donośnie, powiewając czekoladową sierścią na uszach Kobczyka. Kocica nie była pewna, co należało czuć względem kociaka. Ponadto – czy należało odczuwać cokolwiek więcej poza “przypomina swoim ciałem larwę”? Kolor również się zgadzał. Kocięta były… nietypowe. Prędko doszła do wniosku, że przez pierwsze księżyce swojego życia są wręcz pasożytami, ponieważ bez mleka matki nie są w stanie przetrwać, a przy takich mrozach potrzebowały i mleka, i ciepła bliskich. Tyle, ile tylko mogły go otrzymać. W przeciwnym razie były zmuszone odejść z tego świata.
Gdy tak dywagowała i zastanawiała się nad nowościami względem jej eksperymentu ocznego, w kącikach jej oczu zamigotała cynamonowa sylwetka nieznajomego. Samotnik pociągał nosem, łapy trzęsły mu się na chłodzie, a ogon trzymał sztywno niczym patyk, który dopiero co wypadł z wysokich koron drzew. Zbliżyła się do niego nieznacznie, nie spuszczając z niego wzroku. Ten w odpowiedzi, zauważywszy ją wreszcie, zawył głośno i wyskoczył w powietrze, jakby go oparzono najgorętszym źródłem, jakie tylko istniało.
— K-kim ty jesteś?! Prawie wyskoczyłem p-p-przez ciebie z f-futra! — wydukał, zginając grzbiet w łuk, a potem jeżąc się. Kocica przyglądała się każdej jego najmniejszej reakcji, licząc może na pewną nowość, która przykułaby jej uwagę najbardziej. Każdy kot zachowywał się inaczej, a tylko niektórzy byli w stanie sprawić, żeby nie poczuła znużenia podczas rozmów z nim. Kiwnęła mu łbem, a cynamon pociągnął nosem. Zaczął przylizywać futro na piersi z zażenowania. — A… mieszkasz tu? Nigdy cię nie widziałem — dorzucił nagle, już mniej nerwowo, chociaż nadal nie wyglądał na szczególnie pewnego.
— Niesamowite — ciepły dymek wydobył się z jej pyska, a kocur uniósł jedną brew ku górze, nie rozumiejąc za dobrze, co wywołało u niej taką reakcję.
— Co masz przez to na myśli? I nie odpowiedziałaś mi na pyt-... — już miał domknąć własną myśl, kiedy czekoladowa nie pozwoliła mu, i sama dopowiedziała:
— Gdy kota się zaskakuje i wywołuje u niego w ten sposób strach, raczej obserwuje się najpierw nastroszenie futra niczym jeż poprzez pomarszczenie skóry, w szczególności na nosie, a dopiero później wygięcie grzbietu w łuk i obnażenie kłów — zauważyła, jednocześnie tłumacząc mu tak, jakby to była największa oczywistość.
— Uch…? — obcy poruszył ogonem nieznacznie, wyglądał na zrezygnowanego, a z nosa ciekła mu mokra stróżka. Zupełnie tak, jakby już nawet nie liczył na to, że otrzyma odpowiedź na którekolwiek ze swoich pytań. Zastrzygł wąsami, spoglądając na kocicę raz jeszcze. Uniósł łapę ku własnym policzkom, wierzchem palców wycierając wydzielinę nieznacznie. Chłód z pewnością mu doskwierał, potęgował wyrabianie się niepożądanej cieczy, utrudniającej normalne oddychanie i funkcjonowanie. Ciekawe czy spał z pyskiem otwartym, czy może nadal próbował oddychać nosem.
— Zaczekaj tu — poleciła mu, a po paru uderzeniach serca ruszyła pospiesznym krokiem ku znanej mu dziurze. Nie zamierzała marnować własnych zapasów ziół na koty, które nie wydały jej się w żadnym większym stopniu ciekawe czy obiecujące. Jako iż cynamon zachował się dość osobliwie, postanowiła, że tym razem sama to załatwi, chociaż i tak musiała zamienić słówko z Wernyhorą. Dotarłszy wreszcie w znajome jej miejsce, tak samo układające się, wysoko rosnące drzewa iglaste, wetknęła łeb do nory i rozejrzała w półmroku za kocurem. Musiał wyjść na polowanie, nie pogniewa się, jeśli Kobczyk pożyczy sobie zioła na katar. Pogadają kiedy indziej.
Zwinnym krokiem podreptała do magazynku, wyciągając z niego potrzebne listki, a następnie zasuwając starannie barierę, wróciła do samotnika, który o dziwo usiedział na tyłku i nie postanowił, że akurat w tym momencie wystrzeli niczym wąż z gałęzi w celu pozyskania jaj z gniazda ptaków, hen daleko, że aż by się za nim kurzyło. Widocznie nie wszystkie strachliwe koty uciekały przy każdej najmniejszej okazji. Lepiej dla niego. Wróciła do niego więc, a gdy tylko dostrzegł zioła, jego spojrzenie rozjaśniło się iskrami szczerego zaciekawienia. Wciągnął powietrze, a wraz z nim gluta.
— Co to za zioła? — zapytał, gdy kocica położyła je przed nim i ruchem głowy nakazała spożycie ich, jednak nie wszystkich – jeden musiał sobie zostawić, żeby wydmuchać niepotrzebny nadmiar w zatokach.
— W skład wchodzą zioła odpornościowe, a także obowiązkowo liść — powiedziała mu zwięźle. Dla niej było to oczywiste – już wiele razy miała do czynienia z tą dolegliwością, aczkolwiek nie dla każdego było to niczym typowy, spodziewany zachód słońca. Kazarek uniósł łeb znad roślin, spojrzał na nią przez jeszcze parę uderzeń serca jakby zamierzał coś powiedzieć, jednak jego oczka wróciły nagle do łodyżek, a sam schylił się i spożył podarowany mu lek. Zostawił liść, o którym wspomniała.
— Jest niejadalny? — zapytał, wskazując łapą na niego, jakby obawiał się, że kocica mogła pomyśleć o jakimś innym, mimo że drzewa naokoło nich były gęsto obsypane igłami jodły i świerków, a nie liśćmi jak u drzew typu… dęby czy kasztany.
— W niego się wysmarkaj — powiedziała z lekkim podenerwowaniem. Co dziwne, najwidoczniej dla mało którego kota takie sprawy były oczywiste.
— Skąd wiesz że pomagają? Sama je wszystkie zebrałaś? Długo ci zajęło ich szukanie? Gdzie mogę to wszystko znaleźć? Dostanę wysypki po wydmuchaniu nosa? — zaczął zadawać masę pytań, a na każde najprawdopodobniej oczekiwał odpowiedzi. Spojrzała na niego, zawieszając wzrok na jeszcze parę uderzeń serca. Ciekawość niezwykle ułatwiała przyswajanie wiedzy. Dzięki niej łatwiej było się uczyć, ale nie zamierzała nikogo więcej niańczyć. Powinien udać się do Wernyhory, jeśli chciał ogromnej przemowy o każdym z ziół po kolei, zeszłoby im lekką łapą cały dzień, a nie przegadaliby nawet ćwiartki wszystkich informacji.
— Bardzo dużo pytań zadajesz — burknęła, strzygąc wąsami.

Wyleczeni: Kazarek

<Kazarku, sprawiałeś inne pozory>

Od Kobczyka do Monarcha Pierwszego

Kobczyk stąpała po leśnym podszyciu, przemierzając dobrze jej znany skrawek lasu iglastego. Chłodne podmuchy wiatru powiewały jej w pysk, a z nosa wydobywały się ciepłe, ulotne dymki. Samotniczka nie lubiła takiej pogody – zawsze ciężko jej się podczas takiej oddychało, zupełnie tak, jakby już bez tego nie miała kłopotów z nabieraniem oddechu. Z nieba co jakiś czas sypały śnieżynki, chociaż ona już sama nie była pewna czy szybowały z samych gołębich obłoków, czy może był to efekt zrzucania ich przez zapchane gałęzie. Ziemia chrzęściła jej pod łapami, zmrożona lodowatą Porą Nagich Drzew. Korony drzew sterczały sztywno, przygniecione częściowo przez śnieg, którego naprószyło obficie dzisiejszej nocy, a po owadach czy zaduchu nie było nawet najdrobniejszej iskry. Niebo przepełnione było kłębiącymi się chmurami, co zwiastowało następne opady pierza znad wiekowych roślin. Kobczyk już długo nie widziała się z Przebiśniegiem, kotką, z którą miała okazję zamienić parę zdań w przeszłości. W końcu nauczyła ją łowić ryby i wydawało się, że lubiła również odwiedzać jej mamę. Czekoladowa mogłaby to wykorzystać podczas takiej nieprzychylnej pory, nawet jeśli nie była najlepsza w polowaniu. Chociaż to nie jej nieobecność ją martwiła najbardziej o ile czekoladowa rzeczywiście była w stanie kogoś obdarzyć takim uczuciem. Raczej… fakt, iż rudo biały, pręgowany kocur nie zjawiał się od dłuższego czasu na granicy, przykuł jej uwagę, a w sercu powodowało to frustrację. Spopielonej, niezwykle zniszczonej, ale granicy. Ich miejsce spotkań zostało zrujnowane przez niszczycielski żywioł, na który nie mieli żadnego wpływu. Krecik. Może point spłonął w pożarze? Zawarli umowę – niepotrzebnie, tak prędko została ona zerwana… był on jedynym jej sposobem, jak na razie, na dotarcie w pewnym sensie do klanów, nie jako ona wprost, a za pośrednictwem cudzych łap. Dlatego też tak długa nieobecność kota o szmaragdowych oczach była niepożądana.
Pośród wysoko pnących się drzew przemierzał lodowy zefirek, muskający kocicę po barkach i kręgosłupie. Skrzywiła pyszczek, wątpiąc, że cokolwiek uda jej się dzisiaj upolować. Nie chodziła o pustym żołądku, chociaż nie jadła ostatnio najlepiej ze względu na zmniejszoną ilość zwierzyny. Może Wilczy Skowyt im podrzuci albo Mewa, jej mama, coś złapie.
Do jej nosa dotarł intensywny, nowy zapach, aczkolwiek nie była to woń zwierzyny. W zaspach śnieżnych nie wytropiła nawet najdrobniejszych znaków wskazujących na jakiś posiłek nieopodal. Aromat zdziwił ją początkowo, jeszcze nigdy nie miała do czynienia z podobnym. Kolejna grupa? A może zagubiony, który szukał dla siebie większych przygód jak Wernyhora, nie chcąc nigdzie nigdy osiedlić się na stałe? Ciekawe jak wiele jeszcze rzeczy było przed nią do odkrycia? Na samą myśl po jej kręgosłupie przebiegły ciarki podekscytowania, a oczy jarzyły się zaciekawieniem. Oprócz nowości… pachniał znajomo, tak, jak tamten rudo-biały, jednak dużo mniej intensywnie, jego zapach mieszał się z czymś jeszcze.
Kocica długo nie musiała czekać na to, żeby nosiciel woni wyłonił się zza śnieżnych pagórków. Jego szata była niebieska, poprzecinana przez nieregularne ciemniejsze pręgi, a pysk zdobiły jaśniejsze włoski. Ogon miał niezwykle puchaty, ogromny wręcz, zamiatał nim śnieg pod sobą. Oczy miał tak niebieskie, że dałoby je się porównać do lodu otaczającego ich wszędzie wokół. Przypatrywała się mu tak, mierząc go wzrokiem, aż wreszcie samotnik również ją spostrzegł, pośród wyschniętych gałązek licznych krzewów. Kocur postanowił odezwać się pierwszy, zanim nie zaniósł się atakiem kaszlu. Pora Nagich Drzew musiała dawać mu się we znaki. Łapą przykrył pyszczek, z gracją. Odchrząknął, udając, że nic nie miało miejsca. Wyprostował się dumnie.
— Długo będziemy się tak na siebie gapić, w milczeniu? Może mi się przedstawisz?
— To marnowanie czasu. Na początku wyjaw mi, po co tu przybyłeś — poleciła, nadal patrząc się na niego, a kocur sprawnie wytrzymywał kontakt wzrokowy.
Z zasłoniętej nory nieopodal nich wyłonił się znajomy jej kocur. Samotnik cofnął się delikatnie, jakby w obawie, że zaraz na niego wspólnie skoczą, aczkolwiek nie mógł się bardziej mylić. Wernyhora podszedł do dwójki, spoglądając na obcego z pogodnym uśmiechem, a ogon miał wysoko w górze, przyjaźnie postawiony. Skinieniem głowy przywitał się z koteczką stojącą obok, jego dawną uczennicą. Dawno się nie widzieli, ale Kobczyk nie chciała się nad tym też szczególnie rozczulać. Tak najzwyczajniej w świecie było. Nie miała czasu na stałe odwiedzanie go.
— Wszystko w porządku? Czy potrzebujesz pomocy? — zapytał spokojnie, a niebieski kocur przeniósł błękitne spojrzenie ślepi z Kobczyka, na Wernyhorę. Kiwnął jednokrotnie głową.
— Och, tak. Byłoby wspaniale. Tak, poproszę — zamruczał, poprawiając sobie sterczące kłosy na piersi, zmierzwione uprzednio przez mroźne podmuchy wiatru.
— Oczywiście! Chodź, doskonale wiem, co ci dołoży dawnego wigoru. Ostatniej pory zbierałem zioła specjalnie na takie dolegliwości! Lada moment postawimy cię z powrotem na łapy — zaszczebiotał szczęśliwie łaciaty, ruchem ucha polecając mu, żeby udał się tuż za nim. Niebieski uśmiechnął się, a następnie obejrzał się raz jeszcze na Kobczyka.
— Wybacz — mruknął, jakby było mu przykro, że musieli zakończyć rozmowę w tym momencie, jednak kocica nie czuła wcale żalu z tego powodu. Nie odpowiedziała nic na to, obserwując, jak dwójka znika w dobrze znanym jej miejscu. Zrobiła parę kroków ku zasłoniętemu wejściu, przez szpary dopatrując, jak nieznajomy spożywa z uwagą podane mu zioła na dolegliwość.

Wyleczeni: Monarch Pierwszy

<Monarchu? Samotnicy nie mają czasu się witać ani żegnać>

24 lipca 2026

Od Latającej Ryby CD. Trzcinowego Szmeru

Pora Zielonych Liści zdecydowanie bardziej odpowiadała Latającej Rybie niż poprzednie księżyce. Woda była spokojniejsza, wiatr cieplejszy, a słońce w końcu przypominało sobie o istnieniu Klanu Nocy. Rozlewało złote plamy po kamieniach, ogrzewało futro i sprawiało, że nawet zapach mokrej trawy, za którym nie przepadała, wydawał się odrobinę mniej nieznośny.
Kotka przeciągnęła się leniwie tuż przed wyjściem z obozu, prostując grzbiet i z satysfakcją wystawiając bok do promieni. Gdyby mogła wybierać, zostałaby właśnie tutaj jeszcze przez kilka dobrych chwil. Patrol jednak pozostawał patrolem, a obowiązki wojownika nie znikały tylko dlatego, że pogoda wyjątkowo dopisywała. Poza tym, musiała dbać o swoją reputację. Wylegiwanie się pozostawało zajęciem dla pasożytów, a nie dla ambitnej i pracowitej wojowniczki, którą przecież była.
Spod przymrużonych oczu przyglądała się zbierającym się kotom. W zwyczaju miała ignorowanie tego, kto napatoczył jej się do grupy, jednak dostrzegając wielobarwne futro, które dobrze kojarzyła, zmrużyła oczy jeszcze bardziej. Ostatnim razem nie ugrała nic swoim spontanicznym polowaniem w towarzystwie Trzcinowego Szmeru. Jedyne, co wyniosła z tamtego dnia, to niepotrzebnie mokre futro. Przeszła porażka jednak nie była jednoznaczna z tym, że i dzisiaj nie odniesie sukcesu.
W zwartej, małej grupie opuścili obóz. Ostatnimi czasy wydarzyło się tyle, że niejeden kot miałby czym zaprzątać sobie głowę do końca życia. Obóz zdążył odetchnąć po napięciach, jedni odeszli do Klanu Gwiazd, inni wrócili do codziennych obowiązków, a jeszcze inni najwyraźniej odzyskali dawny spokój. Trzcinowy Szmer wyglądała właśnie na jedną z takich. Szła pewnym krokiem, bez oglądania się przez bark, bez nerwowego nastawiania uszu. Latająca Ryba nie potrafiła zdecydować, czy bardziej ją to irytowało, czy zwyczajnie zastanawiało. Sama chyba nie umiałaby tak szybko wrócić do codzienności, gdyby wokół jej bliskich wydarzyło się tyle zamieszania.
Chociaż w jej przypadku trudno było w ogóle mówić o kimkolwiek bliskim. Nigdy nie czuła potrzeby, by uzależniać swoje samopoczucie od obecności innych kotów. Nie potrzebowała partnera ani grona przyjaciół, żeby wiedzieć, kim jest i czego chce. W zupełności wystarczała samej sobie. To własnym umiejętnościom ufała najbardziej, na własnym rozsądku polegała od zawsze i tylko sobie zawdzięczała wszystko, co osiągnęła. Była przekonana, że właśnie dzięki temu nic nie mogło jej naprawdę złamać. Im mniej kotów dopuszczało się do własnego życia, tym mniej było rzeczy, które mogły później boleć.
Milczenie ciągnęło się między nimi zaskakująco długo. Przerywał je jedynie szelest wysokich traw i plusk wody obijającej się o kamienie. Ryba od czasu do czasu schylała się, by udać, że próbuje coś wywęszyć lub uważniej przyjrzeć się śladom pozostawionym przy granicy, jednak myślami coraz częściej wracała do kotki idącej obok. Nie wyglądała na spiętą. Po prostu wykonywała swoją pracę, a to było niewygodne. Znacznie łatwiej było wyrobić sobie o kimś opinię, kiedy sam dawał ku temu powody.
— Widzę, że Rezedowa Łapa nie daje ci zbyt mocno w kość — odezwała się w końcu, zerkając na nią przelotnie. — Albo po prostu masz więcej cierpliwości, niż sądziłam. Uczniowie potrafią skutecznie wystawić nerwy na próbę. Zwłaszcza kiedy uważają, że wszystko wiedzą najlepiej.
W jej głosie nie było złośliwości. Przynajmniej nie takiej oczywistej. Raczej zwykła ciekawość, pod którą, jak zawsze, kryło się coś więcej. Latająca Ryba lubiła słuchać. Im więcej ktoś mówił, tym łatwiej było wychwycić drobne zawahania, niepotrzebne szczegóły albo słowa wypowiedziane zbyt szybko. Nie musiała zadawać trudnych pytań. Czasami wystarczały te najprostsze.
— Ma swoje własne tempo treningów, ale staramy się nadrabiać wszelkie zaległości — odparła od niechcenia Trzcina. — Jeszcze będzie z niego wojownik.
Przez kolejne lisie długości szły już spokojniej. Nagle z pobliskich krzaków dobiegł głośniejszy szelest. Latająca Ryba odruchowo wzdrygnęła się i natychmiast skierowała spojrzenie w stronę granicy, a sierść na karku nastroszyła jej się niemal niezauważalnie. Nawet po tylu księżycach nie potrafiła przywyknąć do obecności tych przeklętych Burzaków. Co prawda od pewnego czasu nie widywała ich już tak często, lecz w pamięci wciąż miała okres, gdy pojawiali się niemal na każdym jej patrolu, wyrastając zza krzaków niczym grzyby po deszczu.
— Dziwnie cicho zrobiło się ostatnio w obozie — mruknęła bardziej do siebie niż do Trzciny. — Jeszcze niedawno miałam wrażenie, że codziennie coś się działo. Teraz każdy wrócił do swoich zajęć, jakby nic się wcześniej nie wydarzyło.
Wojowniczka odpowiedziała jedynie cichym pomrukiem, ani na moment nie zwalniając kroku.
Latająca Ryba nie należała do kotów, które łatwo odpuszczały, jednak z każdą kolejną wymianą zdań coraz wyraźniej dochodziła do wniosku, że i tym razem nie usłyszy niczego, co mogłoby okazać się choć odrobinę przydatne. Trzcinowy Szmer odpowiadała spokojnie, ważąc słowa i nie pozostawiając miejsca na potknięcia. Rybę irytowało to bardziej, niż chciała przed sobą przyznać. Nie potrafiła znaleźć choćby najmniejszej rysy, w którą mogłaby wsunąć pazur. Wszystko wskazywało na to, że ten patrol zakończy się równie bezowocnie, jak ich poprzednie spotkanie.

***

Czas mijał nieubłagalnie szybko, równie nieuchwytnie jak przemijająca młodość, czego rzecz jasna w ogóle nie odczuwała. We własnym mniemaniu wciąż była zwinna, młoda, piękna i wspaniała. Nie dostrzegała najmniejszych powodów, by sądzić inaczej. Nadal nieustannie skupiona przede wszystkim na sobie i własnych obowiązkach, rzadko interesowała się wydarzeniami rozgrywającymi się w obozie, dopóki ich skutki nie zaczynały odciskać piętna na codziennym życiu klanu. Plotki omijała szerokim łukiem. Większość z nich uważała za stratę czasu dla kotów, które najwyraźniej nie miały nic pożyteczniejszego do roboty.
Przede wszystkim w końcu dobiegł końca trening Szumiącej Łapy, teraz już Szumiącej Wyspy. Musiała przyznać, że mentorowanie nigdy nie należało do zajęć, które darzyłaby szczególną sympatią. Z jednej strony było to niewątpliwe wyróżnienie, bowiem ktoś dostrzegł jej doświadczenie, umiejętności i uznał, że nadaje się do wychowania kolejnego wojownika. Trudno było nie czuć z tego powodu pewnej satysfakcji. Z drugiej jednak strony młodzi byli nieznośnie nieporadni. Wszystko trzeba było im tłumaczyć, pokazywać, poprawiać. Rzadko kiedy wykazywali własną inicjatywę. Ona sama nie przypominała sobie, by podczas szkolenia aż tak polegała na swojej mentorce. Nie czekała, aż ktoś poda jej rozwiązanie pod nos. Obserwowała starszych wojowników, wyciągała wnioski, ćwiczyła do zachodu słońca i uczyła się na własnych błędach. Tak właśnie hartował się charakter. Dzisiejszej młodzieży brakowało tej zawziętości. Chcieli pochwał, zanim jeszcze zdążyli sobie na nie zapracować. Prawdziwi wojownicy starej daty byli zrobieni z zupełnie innej gliny.
Jeszcze większe niezadowolenie wywoływały w niej coraz dziwniejsze zmiany zachodzące w klanie. Mimowolnie kładła uszy po sobie, ilekroć docierały do niej kolejne informacje o nowych pomysłach Mandarynkowej Gwiazdy. Bo co to właściwie miało znaczyć, że nagle pojawili się jacyś "namiestnicy"? Dotychczas klan doskonale funkcjonował bez podobnych wynalazków. Nie rozumiała, po co tworzyć kolejne stanowiska, skoro każdy wojownik powinien po prostu wykonywać swoje obowiązki najlepiej, jak potrafił. Jeszcze bardziej zastanawiał ją sam wybór. Trzcinowy Szmer, Źmijowcowa Wić i ich dzieci. Przez chwilę próbowała doszukać się w tym jakiegoś głębszego sensu, ale szybko zrezygnowała. Nie śledziła klanowych układów ani rodzinnych powiązań. Wolała wiedzieć, kto dobrze poluje i walczy, niż kto z kim dzieli legowisko. Mimo wszystko trudno było jej nie unieść brwi z lekkim niedowierzaniem. Skąd oni właściwie się urwali? Czy naprawdę w całym klanie nie było nikogo bardziej odpowiedniego?
Jakby tego było mało, z obozu ponownie zniknęło kilka kotów. Z każdym kolejnym odejściem coraz mocniej utwierdzała się w przekonaniu, że współczesnym wojownikom dramatycznie brakowało kręgosłupa. Tchórze. Składali przysięgę, obiecywali lojalność, zapewniali, że dobro klanu będzie dla nich najważniejsze, a kiedy nadchodził pierwszy poważniejszy kryzys, kulili ogony i znikali bez oglądania się za siebie.
Szczególnie nie potrafiła zrozumieć postawy Borówkowej Słodyczy. Niegdyś kotka naprawdę wydawała się pracowita, rozsądna i konkretna. Sprawiała wrażenie jednej z tych wojowniczek, które kiedyś będą stanowiły o sile klanu. A teraz? Sama przekreśliła wszystko, na co wcześniej pracowała. Upadła tak nisko, że Ryba aż odwracała wzrok z niesmakiem, gdy przypominała sobie jej dawny obraz. Być może właśnie tak kończyły kotki, które pozwalały, by życie zaczęło kręcić się wokół partnera zamiast wokół obowiązków.
Zmrużyła oczy, gdy gdzieś po drugiej stronie obozu dostrzegła Trzcinowy Szmer. Szylkretka rozmawiała z kimś spokojnie, a promienie słońca odbijały się od jej krótkiego futra. Ryba przyglądała się jej przez moment w milczeniu, jakby próbowała coś ocenić. Minęło już sporo czasu od ich wspólnego polowania, lecz pierwsze wrażenie nie zatarło się ani trochę. Kotka pracowała sumiennie, nikt nie mógł jej tego odmówić, jednak gdzieś z tyłu głowy Latającej Ryby wciąż tliła się uporczywa myśl, że wystarczy chwila nieuwagi. Jeden zły krok. Jedna decyzja. Krew pozostawała krwią, nawet jeśli przez długi czas zdawała się milczeć. Prędzej czy później mogła się odezwać. A wtedy historia Borówkowej Słodyczy mogłaby powtórzyć się po raz kolejny.
Ona sama nigdy nie dopuściłaby do podobnej słabości. Sam pomysł wiązania się z kimkolwiek wydawał jej się zwyczajnie niedorzeczny. Strata czasu, energii i zdrowego rozsądku. Obserwując współklanowiczki, dochodziła wręcz do wniosku, że większość z nich z chwilą znalezienia partnera dziwnie miękła. Nagle przestawały myśleć o treningach, patrolach czy własnym rozwoju, a zaczynały przejmować się cudzym humorem, wspólnym legowiskiem albo tym, czy kocur przypadkiem nie spojrzał na inną kotkę o sekundę za długo. Żałosne. Nie zamierzała nigdy obniżać własnych standardów tylko po to, by mieć kogoś u boku. Zresztą nie było w klanie nikogo, kto dorównywałby jej charakterem, pracowitością i ambicją. Gdyby taki kot naprawdę istniał, z pewnością już dawno zwróciłby jej uwagę. A skoro do tej pory żaden tego nie zrobił, to odpowiedź nasuwała się sama.
Latająca Ryba jeszcze przez chwilę obserwowała Trzcinowy Szmer z drugiego końca obozu. Początkowo zamierzała po prostu minąć ją bez słowa, jak robiła to zazwyczaj. Nie należała do kotów, które odczuwały potrzebę prowadzenia bezcelowych rozmów. Większość z nich uważała za stratę czasu, który można było poświęcić na trening, patrol albo cokolwiek pożyteczniejszego. Mimo to tym razem zatrzymała się w pół kroku. Być może kierowała nią zwykła nuda, być może ciekawość, a może zwyczajna chęć przekonania się, jak wygląda życie kotki, która w ostatnim czasie zdawała się mieć wszystko, czego sama nigdy nie pragnęła. Ruszyła więc spokojnym krokiem w jej stronę, jakby cała sytuacja była zupełnie naturalna.
— Trzcinowy Szmer — odezwała się chłodno, choć bez typowej dla siebie uszczypliwości. — Mam wrażenie, że coraz trudniej cię spotkać. Jeszcze chwila i żeby zamienić z tobą dwa słowa, będzie trzeba ustawiać się w kolejce. — Usiadła obok, starannie owijając ogon wokół łap i przez moment przyglądała się rozmówczyni z nieodgadnionym wyrazem pyska. — Obowiązki namiestnika aż tak cię pochłaniają? Muszę przyznać, że nie spodziewałam się takiego rozwiązania ze strony Mandarynkowej Gwiazdy. Najwyraźniej naprawdę ci zaufała. To chyba całkiem przyjemne uczucie, być aż tak wyróżnionym.
— Jest to odpowiedzialne zadanie, ale daję sobie radę — odparła krótko.
Ryba fuknęła w myślach. Nie tak łatwo było sprowokować wojowniczkę. Mimowolnie przełknęła ślinę czując, że zaraz zhańbi swój honor, ale tylko na to była obecnie w stanie się poświęcić.
— Właściwie... — zaczęła po chwili, jakby dopiero teraz coś przyszło jej do głowy. Przechyliła lekko łeb, uważnie przyglądając się Trzcinowemu Szmerowi. — Jak to w ogóle działa?
Pytanie zawisło między nimi na krótką chwilę. Szylkretka posłała jej zdezorientowane spojrzenie.
— No to całe dobieranie się w pary. — Ryba wzruszyła ramionami z pozorną obojętnością. — Nigdy mnie to specjalnie nie interesowało. Zawsze wydawało mi się dosyć niepraktyczne. Poświęca się tyle czasu jednemu kotu, jakby w klanie nie było nic pożyteczniejszego do roboty. Ale skoro tyle kotów to robi, to chyba coś w tym musi być. — Usiadła wygodniej, starając się wyglądać na szczerze zaciekawioną. — To przychodzi nagle? Budzisz się któregoś dnia i stwierdzasz, że akurat z tym jednym chcesz dzielić legowisko? Czy trzeba się do tego przyzwyczaić? Bo szczerze mówiąc, sama myśl o tym, żeby ktoś bez przerwy kręcił mi się pod łapami, wydaje mi się dość męcząca.
Zadając te pytania, miała wrażenie, że z każdym kolejnym słowem stacza się coraz niżej. Gdyby ktoś usłyszał tę rozmowę z boku, mógłby odnieść wrażenie, że szuka u młodszej od siebie kotki porad sercowych. Sama myśl o czymś takim była dla niej uwłaczająca, lecz na ten moment tylko w ten sposób potrafiła podtrzymać rozmowę. Głupim tematem. W środku aż ją skręcało na myśl, że poświęca temu choć odrobinę uwagi, ale jeśli miała wyciągnąć z Trzcinowego Szmeru cokolwiek więcej niż zdawkowe odpowiedzi, musiała choć przez chwilę udawać zainteresowanie czymś, co sama uważała za kompletną stratę czasu.

<Trzcino? 🌿>

Od Borowika CD. Smoka

Zamrugałem i spojrzałem na nią uważnie.
– Oh, to… to miło z twojej strony, Smoku. Miło, że mi wybaczasz, choć… nie do końca jestem pewien, czy jest taka konieczność…
– Aaa, w ogóle, to mam do ciebie splawę – przerwała. – Inteles.
Ożywiłem się nieco. Wytrzeszczyłem momentalnie oczy i nie spuszczając z niej wzroku czekałem na otrzymanie zadania. Muszę przyznać, że nieco się dzisiaj nudziłem. Nie zostałem przydzielony do żadnego patrolu. Na polowanie nie poszedłem, bo zimno, z resztą byłem wczoraj i przedwczoraj i przed przedwczoraj nawet…
– Uh. Tak? Słucham. W czym mogę ci…?
– Jesteś moim kolegą, plawda, Bolowiku?
– Um. Jestem…? – spojrzałem niepewnie w bok.
– Ugh. Ta-ak! – rzuciła tonem, jakby to było coś najbardziej oczywistego.
– A. To… to miłe w sumie. Nigdy chyba nie miałem prawdziwego kolegi. A… a może…?
Zamyśliłem się.
Faktycznie, nie ma zbyt wiele kotów, które mógłbym określić mianem kolegów. Może Iskrzyk albo Wrona…? Z Płatkiem rozmawiałem może raz czy dwa… Z Puchaczem trenowałem… Nie wiem, nie wiem…
– A wiesz, co lobią koledzy? Jak spędzają lazem czas?
– Uh. No… no, mógłbym wymyślić całą listę różnych… aktywności, ale domyślam się, że masz coś konkretnego na myśli…?
– Lobią innym psikusy i potem śmieją im się plosto w twaz! – oznajmiła radośnie Smok.
– Oh. Racja… I że ty chcesz… zrobić psikusa komuś, że tak ze mną…?
– Dokładnie! – potwierdziła. – Mam już nawet pomysł. Co ty na to, by… wepchnąć jakiegoś uczniaka w zaspę? Cały obóz by umalł ze śmiechu! Albo… albo! Podstawimy komuś łapę! I… i tez wpadnie w zaspę!
– Uh… No nie wiem. To dosyć… głupie – mruknąłem, patrząc w ziemię, marszcząc czoło. – Zbyt… zbyt proste.
– Ploste?! – oburzyła się kotka. A co, mas moze lepsy pomysł?
Uniosłem lekko brew.
Zerknąłem na Smoka.

***

Zaczaiłem się razem z moją nową koleżanką w punkcie obserwacyjnym, przy krzakach, skąd mieliśmy idealny wręcz widok na zejście z legowiska zwiadowców. Myślę, że wysiłek włożony w przygotowanie tego żartu w żaden sposób nie zostanie wynagrodzony spektakularnym finiszem, ale… ze spokojem można go uznać za jako tako akceptowalny.
Najpierw udaliśmy się po mech, który namoczyliśmy w wodzie z rozmarzniętego lodu. Następnie rozłożyliśmy go pod pniem drzewa i rozsmarowaliśmy dokładnie. Wskutek czego na dole wytworzyła się cienka warstwa lodu… Wszystko było gotowe. Czekaliśmy tylko na kogoś, kto zechciałby przetestować skuteczność naszego pomysłu…
Wtedy, jak na zawołanie, dostrzegłem wychodzącego z legowiska… Iskrzyka. Zdrapywał się powoli w dół pnia, wydawał się nieco zaspany.
– Idzie! Pats, Bolowiku, idzie! – wyszeptała kotka, potrząsając mną lekko.
Skrzywiłem się. Wbiłem mocno pazury w ziemię w wyczekiwaniu. Mój ogon zaczął sam z siebie lekko drżeć na boki.
Kremowy kocur, niczego nieświadomy, zeskoczył z pnia na ziemię, gdy był już wystarczająco blisko podłoża i… momentalnie stracił jakąkolwiek przyczepność, przez co wylądował pyskiem w zaspie…
Usłyszałem, jak Smok, skulona obok mnie, z trudem tłumiła nagły napad śmiechu. Pacnąłem ją ogonem w grzbiet, chcąc ją uciszyć, choć sam niemal parsknąłem.
Iskrzyk podniósł się z ziemi i gniewnie otrzepał śnieg z pyska, jednak on, jak na złość, miał dziś wyjątkowo zbitą strukturę i nie chciał się odkleić. Kocur zaczął rozglądać się dookoła, zdezorientowany.
– Ugh! No dobra! Kto jest takim żartownisiem, co?! – warknął, chyba nieco zirytowany.

<Smoku…??? Co teraz…???>

Od Pierzastej Kołysanki

TW: poród, morderstwo

Będąc w obozie i przyglądając się tej całej sytuacji z borsuczycą, srebrna wywnioskowała, że chodziło jej pewnie o wielkie wgłębienie, które znajdywało się na "nowych" terenach. Piórko nie miała cierpliwości do kolejnych domysłów, o co temu brudnemu stworzeniu chodziło, dlatego dyskretnie wyślizgnęła się od reszty grupy, udając się w wyznaczone przez nią miejsce. Zapach patrolu roznosił się w górę rzeki, więc ta skręciła w dół. Jej miękkie opuszki drgały na dotyk puszystego śniegu, który mroził jej bodźce. Rzeka była zamarznięta i ogrodniczka szybkim krokiem przedostała się na ląd, nie mocząc sobie futra. Droga do, chociażby wodospadu mogła ją zmęczyć, bo kocica nie wykazywała w sobie zdolności fizycznych, co było dość widoczne po jej drobnej posturze. Pręgowana napięła mięśnie, szykując się do biegu. Splunęła na ziemię, a po kilku gorączkowych chrząknięciach była gotowa do biegu. Zimny wiatr wiał prosto do oczu księżniczki, wywołując niemałe łzawienie. Płuca odmawiały jej dalszego biegu, ale ta nie musiała się już tak spieszyć, bo właśnie mijała wodospad, z nakrapianymi rybami. Jej oddech nieco zwolnił, a ciało rozluźniło się, pomiędzy krzewami, kocica dostrzegła ogromną i szeroką dziurę. Pierzasta Kołysanka oparła się o drzewo, próbując nieco się uspokoić. Ciekawość strasznie ja korciła, a dla niej nie było już odwrotu. Kotka pokiwała niechętnie łbem, próbując zachować powagę sytuacji. Piórko próbując nie spoglądać w dół, zaczęła schodzić po ostrych kamieniach w dół. Ogrodniczka chwilę pokręciła nosem, snując w głowie teorie, co mogło być na dole. Przyspieszyła tempo, skacząc po kamieniach w dół, niczym górska kozica. Minęła dłuższa chwila, a ona dotarła na sam dół. Srebrna zadowolona z siebie, zabawnie podskakiwała do przodu, szukając poszlak, o których mówiła borsuczyca w obozie. Poza metalicznym zapachem księżniczka poczuła zapach patrolu. Mrużąc oko, Piórko dostrzegła matkę. Przy jej słabym wzroku była to dla niej rozmazana plama, ale zapachu by nie pomyliła. Dumnie pomachała jej łapą, po czym dalej zaczęła przeszukiwać wąwóz. Słysząc dziwne skrzeki dochodzące z góry, kotka nieco się zlękła. Przełknęła ślinę, próbując domyślić się, co stało za tymi odgłosami. Żaba, nietoperz, a może kot? Nagle zza jej tyłu dobiegł odgłos tupotu łap, które uderzały o śnieg. Mandarynkowa Gwiazda wystąpiła na przód, odganiając Piórko od wejścia do jaskini. Zrobiła obrażoną minę i niechętnie odsunęła się do przodu.
— Co wy tu robicie? Ughh myślałam, że idziecie w innym kierunku — westchnęła. Do przodu wyszedł czarno biały kocur. Piórko nie znała zbytnio kotów z Klanu Nocy. Nie wychodziła często ze swojej wyspy, co dawało we znaki…
— Przyszliśmy znaleźć miejsce, w którym zaatakowano Świteziankę — wyjaśnił zwięźle, po czym łypnął na Ulewny Szkwał. — Możesz iść przodem, wojowniku — rzucił z przekąsem.
— Właśnie miałem w planach iść do przodu, by osłaniać rodzinę królewską. Za to ty, żeby być w jakikolwiek sposób przydatny, nie tylko kłap tym pyskiem, a coś rób. Możesz sprawdzić tyły czy tam cię czasem nie ma — obrócił głowę od czarnego. Srebrna położyła po sobie uszy z żenady.
— Młode koty… Są takie aroganckie — mruknęła, trzepiąc ogonem o ziemię. Matka rozluźniła się, po czym ominęła ogrodniczkę, wchodząc do jaskini za skrzeczącym wojownikiem. Pręgowana obróciła się za siebie, szybko analizując całe wgłębienie. Po jej ciele przeszedł przenikliwy dreszcz – czyżby ktoś ich obserwował? Przeczucie kotki nakazało jej zostać tam, gdzie była, ale po chwili Piórko usłyszała wściekłe fuknięcie Mandarynkowej Gwiazdy. Zmarszczyła czoło, bo to zwykle robiła, gdy nie miała innego wyboru. Księżniczka wbiegła do jaskini, czekając, aż jej oczy przyzwyczają się do ciemności. Zdenerwowana ogrodniczka pchnęła Szkwał na przód, bo według niej chodził bardzo mozolnie. Piórko szybko wróciła do swojego miejsca w rzędzie, zdesperowana jedynie mogła westchnąć ze znużenia. Woda spływała ze skał, kap, kap, kap… Dodawało to temu miejscu dosyć mroczny klimat.
— Nic tu nie ma... — rzucił krótkie spojrzenie za siebie. — Tylko tracimy czas — miauknął Narcyzowa Łapa.
— Czy możesz mnie nie pchać, półgłówku! To nie jest żłobek od takich rzeczy, jesteśmy w jaskini, gdzie nie wiadomo co na nas czyha, a ty się bawisz w przepychanki?! Normalnie szczyt klasy osobistej — zakończył sarkazmem, ściskając kły, idąc dalej, tylko że w większym odstępie od reszty. Srebrna podniosła brew.
— Jesteś bardzo wyszczekany, jak ktoś, kto wygląda jak śmierdzący kundel — fuknęła.
Podniosła głowę do góry i zmrużyła przenikliwe oczy.
Do srebrnej doszła opóźniona reakcja, czarno białego kocura.
— Mówiłam! Jedyne co tu znaleźliśmy to nietoperze i ich bobki — stęknęła. Zawróciła się, wychodząc z jaskini. Powietrze bardziej rześkie odsłaniało jej mnóstwo nowych zapachów, ale co jej zostało? Przeszukać pozostałe mniejsze szczeliny, czy zabrać się za inne jaskinie? Srebrna postanowiła zrobić to drugie, czyli szukać innych jaskiń.
— A wy co tu za scenę odstawiacie? — zapytała. — Czemu siedzimy w dziurze?
Ogrodniczka przewróciła oczami, wszyscy wtrącali się w jej sprawę! To ona odkryła, że temu borsukowi chodziło właśnie o to miejsce! Jasne, super, może niech od razu przyprowadzą cały klan ze sobą…

***

Wszyscy się rozdzielili, jak zwykle nikt nie myślał tu racjonalnie. Srebrna pomyślała, że każdemu odbiło we łbie od adrenaliny, spowodowanej pojawieniem się borsuka w obozie. Nic specjalnego. Kotka wciąż obrażona na wojownika, którego imienia nie znała, była zmuszona przeszukiwać z nim kolejną jaskinię. Matka udała się do wodospadów, z nakrapianymi rybami. Cała ta sprawa wprawiała ogrodniczkę w ciągły niepokój, bo przecież ogromne zwierzę nie mogło kłamać. A może to ono poraniło Świteziankę i zaciągnęło ją do obozu? Chociaż z drugiej strony dla Pierzastej Kołysanki wydawało się to dziwne i głupie, bo takie zwierzę prędzej zjadłoby kota albo porzuciło jego zwłoki martwe.
— Księżniczko, trafiliśmy na coś, tylko co to jest? Czy to ma w jakiś sposób nas zaprowadzić do tych samotników? — zbliżył się do kłaka i zaczął go obwąchiwać, wyłaniając się jej przed oczyma. Kocica zmrużyła jeszcze jedno widzące oko, próbując przyzwyczaić wzrok do ciemności. Jej zielonym oczom ukazała się szczelina, a z niej dobiegł ogromny smród.
Piórko zmarszczyła nos, z obrzydzeniem patrząc na martwy krąg myszy. Ich odór rozprzestrzeniał się po całej jaskini, przez co księżniczce zbierało się na wymioty.
— Nie wyglądają na świeże, nie pachną na świeże… — wymamrotała, próbując zwietrzyć najbliższy zapach. Jednak nic nie dostawało się do jej nosa, nawet najmniejsza nić zapachu kota, czegokolwiek. Niebieski wojownik przycupnął przy niej, obwąchując przez chwilę jedno miejsce. Pierzasta Kołysanka łapą trąciła jego pysk, chcąc przyjrzeć się temu, co znalazł. Z kamiennej skały, srebrna podniosła kłak? Beżowe futro, miękkie w dotyku, to musiał być kot! Z jej klanu… Nie. Pręgowana złapała się za głowę, próbując przypomnieć sobie, z jakimi kotami nawiązała kontakt wzrokowy przez ostatni księżyc. Po długiej chwili milczenia, księżniczka zagryzła zęby, upuszczając kłak na ziemię.
— A ten kłak? Wszystkie zapachy zwietrzały, a zapach stęchlizny nie pozwala mi myśleć, przeszukajmy tę jaskinię głębiej, a może znajdziemy odpowiedź na to — rozkazała, wskazując łapą na okrąg kości. Nagle po ścianach jaskini zaczęło rosnąć ogromne echo, które odbijało się po uszach kotki. Piórko szturchnęła Szkwał, wskazując wyjście. Jednak jegomość, który wydawał dziwne dźwięki zwane “nawoływaniem”, pojawił się przy nich pierwszy, sapiąc jak starszyzna.
— Potrzebne jest wsparcie, ptaki zaatakowały Narwaną Łapę! — wysapał, po czym wzdrygnął się na obraz za nimi. — na Klan Gwiazdy, co to jest?
— Jakaś dziwna wystawka zrobiona przez kogoś, jeśli jednak zdrowie przywódczyni też jest narażone, to są ważniejsze rzeczy, zaprowadź nas tam niezwłocznie! Mandarynkowa Gwiazda nie może ucierpieć — zbliżył się do wojownika.
Ziewnęła, mając nadzieję, że tam przynajmniej tam będzie coś do roboty.
— Co tak stoicie? Biegnijmy! — syknęła. Zebrana trójka z ogromnym pędem zabrała się z jaskini, wchodząc już po wzniesieniu. Kamienie strasznie doskwierały niezadbanym poduszkom u jej łap. Ostre krawędzie wrzynały się jej głęboko, aż zaczęła z nich wypływać krew, ale z coraz większym rozpędem, kotka nie mogła się zatrzymać. Co stanie się, gdy tam dotrą?

***

Pierzasta Kołysanka nie ukrywała tego, że po drodze zostawiła obydwóch wojowników w lesie, ponieważ musiała oblizać swoje łapy. Cieknąca z nich krew była dla niej nie do zniesienia. Jednak pręgowana, gdy dotarła na miejsce, zobaczyła jedynie krew, która wsiąkała w skruszony śnieg. Co tam się stało?
Srebrną do zdarzenia doprowadził świeży zapach nowego kota i zdesperowane krzyki innych kotów.
— Co się dzieje? Ktoś mi jest to w stanie wytłumaczyć innymi słowami niż nerwowymi westchnieniami jak u speszonego kocięcia? — powiedziała, zbiegając nerwowo ze skał.
— Ona rodzi, Księżniczko, proszę cię o pomoc! Jej życie jest ważne, ma informacje, które nam się przydadzą, musimy o nią zadbać, przynajmniej na ten moment, potem to już co innego — powiedział Szkwał. Kocica zmarszczyła nos, czując odór świeżej krwi, która wylewała się z samotniczki. Ogrodniczka uklękła przed ciężarną, przykładając ucho do jej brzucha. Jej oddech był ciężki, więc poród nie mógł obejść się bez problemu, zwłaszcza że już odeszły jej wody.
— Spokojnie, na mój znak musisz przeć — miauknęła ostrzegawczo do kotki.
Jeszcze raz przechyliła głowę do brzucha, czując tętno życia, pokiwała głową. Nie miała przy sobie ziół, więc musiała robić to na własną łapę.
— Przyj! — krzyknęła, łapiąc ją za łapę.
— Wy jesteście głusi? Nie dotykać, mówiłam! A ty to w ogóle chyba oślepłaś, myślisz, że ja się tak wiję dla zabawy? Bo lubię? Prę, lisie łajno, prę! — wydarła się na kotkę.
— Jeszcze jedno słowo a kolejne kocie wypierdzisz martwe na ziemię! Spróbuj jeszcze, chociażby na mnie podnieść swój cięty język a sama wepchnę to kocie do brzucha! — wysyczała gniewnie. Delikatnie chwyciła kocie za kark i podała je Narcyzowej Łapie.
— A tobie co? Mowę odjęło? Wylizuj! Nie słyszysz mnie? Wylizuj! Chcesz, żeby ten kociak umarł w twoich ramionach? Wylizuj go! — warknęła.
Ponownie wróciła do ogona kotki, czekając, aż wyłoni się kolejne kocie.
— Nie dotknę tego! — zaprotestował, unosząc jedną łapę ku piersi. — Ubrudzę sobie łapy! Niech…
Jednak czarno biały uczeń nie dokończył, ponieważ ogrodniczka skarciła go morderczym wzrokiem.
— Jak śmiesz tak do mnie mówić, ty głupia flądro! Będę robić z moimi kociakami, co mi się żywnie spodoba! — odpyskowała samotniczka. Po chwili z jej ciała zaczęło wydobywać się dziwne skwierczenie, a spod ogona wylała się ogromna fala krwi. Kolejne kocięta podała raz Narwanej Łapie i Ulewnemu Szkwałowi. Ciężko dysząc, spojrzała się na samotniczkę, nie wiedząc co robić. Komórki pękały jej od środka, więc jedyne co musiała zrobić to jakoś zatamować krwawienie.
— Ty! — krzyknęła w stronę Siwej Czapli. — Uciskaj jej klatkę piersiową, koło serca, delikatnie... A ty! — wskazała na Rysi Bór. — Zrób jej sztuczne oddychanie! Ja zajmę się podogoniem! Już, już, już! Walczymy o jej życie! — krzyknęła. Jednak biały wojownik stanął wryty jak słup soli, nie robiąc nic.
— Niech spróbuje! Nikt nie będzie mnie uciskał! — jęknęła. Nikt nie próbował jej pomóc, co znacznie jej utrudniało robotę. Kocicy również puściły nerwy, złapała się łapami za głowę, próbując chwilę pomyśleć.
— WAH! — warknęła wściekle. — Jeżeli wy nie potraficie tego zrobić, to ja to zrobię — wysyczała. Podbiegła do samotniczki, kucając przy jej pysku. Delikatnie otworzyła go łapami, po czym wzięła wielki oddech, który przekierowała do jej gardła.
— Wężyno! Zatamuj jej krew pod ogonem! Nie patrz się na mnie jak uczeń!
— Rysi Borze uciskaj, jakby twoje życie od tego zależało! Bo tak jest — wymruczała.
Ogrodniczka jęknęła, dalej robiąc sztuczne oddychanie.
— Zostawcie mnie, dajcie mi, chociaż godnie umrzeć, łajna — syknęła cicho. Przez moment milczała, obracając się w końcu ku swojemu tyłowi, gdzie leżały trzy małe ciałka.
— Nie oddam wam ich! — krzyknęła, gdy od szyjki najbliższego kocięcia dzieliły ją mysie długości. Kotka zostawiła ciężarną. Skoro nie chciała pomocy, to jej nie dostanie. Duma jej na to nie pozwalała? Co za tupet! Pierzasta Kołysanka obróciła się raz jeszcze do jej ogona, a pod nim wyłoniła się kolejna główka, a zaraz po tym ciałko. Pręgowana delikatnie wzięła kociaka za kark, po czym podała go Wężynie.
— Jak rzucisz go o ziemię, to kolejna egzekucja w obozie będzie twoja — syknęła.
Kolejne słabsze kocie podała do zszokowanego Rysiego Boru.
— Wylizuj! — miauknęła. A kolejne kocie sama musiała zabrać na łapy i językiem wylizywać ciałko. Jednak przed jej oczami przeleciał szybki cień, a kocie z jej łap nagle zniknęło.
— Ścierwo! Mówiłam, że masz je zostawić! — krzyknęła. Na szczęście już żadne kocie nie było przed jej pyskiem i nie mogła żadnego zranić, niestety ogrodniczka szybko przeliczyła się z jej własnymi słowami. Kiedy zdziczała matka wyrwała jej kociaka z łap, coś w nim chrupnęło. Maleństwo zmarło, przez pychę swojej własnej matki. Następnie samotniczka warknęła w stronę Rysiego Boru, odbierając mu kolejne kocię, które również przekręciło dziwnie główkę, a jego mały kark szybko się rozleciał. Szylkretka sapała, ale zagryzła zęby, chcąc rzucić się na Wężynowy Splot, która wylizywała kolejne maleństwo.
— Zabijesz kolejne kocie? Po moim trupie! — syknęła. Podrapała samotniczkę w bark, odciągając ja od Wężyny. Kocica chciała szarpnąć włóczęgę za futro, ale ta zwinnie uniknęła jej ataku. Jak była w stanie poruszać się, skoro ledwo żyła? Złe moce maczały w tym palce, ponieważ zdrowy kot nie dałby rady! Po uporczywej walce z wściekłą matką szylkretowa uczennica chwyciła ją za gardło i szybko ukróciła jej życie. Pierzasta Kołysanka westchnęła z ulgą, próbując analizować jakie straty poniosła. Trójka kociaków zginęła… Ogrodniczce udało się uratować tylko trójkę z nich… Trójkę z sześciu. To wydawało jej się obłędem i ogromną porażką. Miała się obwiniać? Nie, to przez tę okrutną lisicę, dwójka z nich nie dożyła następnego wschodu słońca. Zza pleców księżniczki wydobył się znajomy głos.
— Co się stało? — zapytała Mandarynkowa Gwiazda. — Wszyscy są cali? Gdzie jest Mysiomózga Łapa? — zaczęła pytać. – …Co to za kociaki?
— Złapaliśmy zbiegłą samotniczkę, której musiałam przeprowadzić poród. Na świat wyszło sześć kociąt, a jedynie trójka pozostała przy życiu. Matka stawiała opór mimo chęci pomocy, a teraz może znikać do czeluści mrocznej puszczy, tam, gdzie jej miejsce — syknęła, kopiąc zwłoki martwej włóczęgi. — Nie mieliśmy czasu, by wypytać ją, czy ma rodzinę albo inne znane jej koty w pobliżu — dokończyła. Ogrodniczka chwilę musiała pomyśleć, żeby śmierć trójki kociąt nie poszła na marne.
— Jednak zważając na jej tempo biegu, musiała biec do konkretnego punktu przed siebie, czyli do obozu. Poleciłabym przeszukać las, bo może okazać się, że znajdziemy to, czego szukamy. Zatem ja zabiorę dwójkę wojowników do noszenia ze mną kociąt, żeby nimi zajęły się medyczki, a my wezwalibyśmy więcej łap do pomocy — odparła po namyśle. Z wycieńczenia, srebrna upadła na śnieg.
— Na Klan Gwiazdy… To za dużo jak na jeden dzień — wysapała.

Od Migoczącej Łapy

Chłód przeszedł przez całe jego ciało, pozostawiając po sobie nieprzyjemny dreszcz. Mimo jego półdługiego futra Migot nie mógł się ogrzać. Wszystko przez tę głupią porę Nagich Drzew! I przez to, że musiał wstać chyba wcześniej niż wschód słońca, by udać się na patrol. I co z tego wyszło? Że wstał za wcześnie! Klanie Gwiazdy ten dzień już zaczął się dla niego nieprzyjemnie, a co dopiero mogło przyjść później... Westchnął cicho i spojrzał na żłobek. Jak on by chciał się znów położyć i spać! No... Może nie w żłobku. Nie miał zamiaru wracać do tej zapchlonej kociarni. Przynajmniej uciekł z niej w dobrym momencie, ponieważ chwilę po jego mianowaniu, urodziła się dwójka nowych kociąt. Migot cieszył się, że ich nie poznał. Nie chciał nawet sobie wyobrażać, jak wyglądałby kolejny podział żłobka, zwłaszcza że tamta czwórka nie szanowała wyznaczonych granic! "Głupie przybłędy" – przeszło mu przez myśl. Następnie otulił się bardziej ogonem, znów czując nieprzyjemny chłód. W tamtej chwili tylko to go obchodziło. Nie przejmował się otoczeniem, które i tak wydawało się ciche. I to był jeden z jego większych błędów tego poranka.
Kątem oka dostrzegł znajomą sylwetkę. Kotka bez oporów usiadła obok, jakby nie myśląc za dużo, że siada obok tak ważnej osobistości Klanu Klifu. "Co ona sobie myśli?" – pomyślał podirytowany Migocząca Łapa i odwrócił głowę w stronę Jajecznej Łapy.
– Co ty tu robisz? – zapytał od razu, bez cienia sympatii w głosie.
– Myślałam, że mogę się dosiąść – zaczęła Jajeczna Łapa. – Mamy przecież razem patrol! Nie sądziłam, że wstaniesz tak wcześnie. Ranny z ciebie ptaszek Migocząca Łapo – zauważyła kotka i uśmiechnęła się przyjaźnie. Migot otworzył szerzej oczy. Oni? Patrol? I to razem? Nie, nie, nie.
– Musiała zajść jakaś pomyłka. Ja, patrol, z tobą? – prychnął i obleciał Jajko wzrokiem. Na jego pysku szybko wymalowało się coś na wzór obrzydzenia i niedowierzania. Przecież to nie mogła być prawda!
– Fajnie, prawda? Może lepiej się poznamy. W końcu dzielimy razem legowisko! – powiedziała Jajeczna Łapa, na co Migot wybuchł śmiechem.
– Nie bądź śmieszna! Lepiej się poznamy? Serio? Słuchaj, ja nie zadaję się z przybłędami. Zwłaszcza grzejącymi zad w legowisku uczniów od wieków – odparł ostro. Mina Jajko momentalnie się zmieniła. Jej uśmiech znikł, a zamiast niego pojawiła się pewna dezorientacja. Kocura jednak to nie obchodziło. Miał gdzieś uczucia kogoś takiego. I dla własnego dobra nie chciał się z nią zadawać. Jeszcze skończy jak ona! Klanie Gwiazdy... To mógłby być dopiero koszmar.
W zasięgu jego wzroku w końcu pojawił się Lśniąca Gwiazda. Czas na patrol! Kocurek szybko wstał, rzucając Jajecznej Łapie ostatnie spojrzenie. Nie mógł uwierzyć, że ktoś taki miał się za kogoś tak wspaniałego! I że jeszcze śmiała zaoferować mu znajomość... Aż żal patrzeć na tę pewność siebie.
– Witaj Lśniąca Gwiazdo! – przywitał się zadowolony z ojcem, dopiero po chwili obracając się w stronę kotki stojącej obok niego. Trochę wstyd przyznać, że jej nie zauważył. – Witaj Wzorzysta Dalio – mruknął, już z mniejszym entuzjazmem. Niedługo po tym doszła do nich Jajeczna Łapa. Jej słowa jednak były prawdą i wszyscy razem ruszyli na patrol. Niestety.

[493 słów]

[10%]

Od Lilakowej Łapy (Pszczelego Lilaku) CD. Migoczącej Łapy

Lilakowa Łapa poczuła swego rodzaju ukłucie żalu na wspomnienie o jej wzroście, kolejna rzecz przypominająca jej, że koty Klanu Klifu robią jej łaskę… Nie podobało się jej nazywanie jej kupą futra, ale najwyraźniej stało się to jej nowym przezwiskiem, musiała tylko zaufać, że Migocząca Łapa nie robi tego złośliwie, choć mózg delikatnie podpowiada jej inaczej. Jej mózg w końcu był zdradliwy w swych osądach i myślach… Czemu inaczej tak zazdrościłby Cichej Łapie? W każdym razie dużo bardziej wolałaby być nazywana Litai, tak jak czasem robił to jej brat albo Jajeczna Łapa. Nie zamierzała jednak zmuszać do tego Migoczącej Łapy, w końcu to tylko przezwisko. Kotka rzekła po chwili:
—  Ja… —  Jej głos był pełen niepewności. Liliowa nie chciała wpaść problemy, ale było jej głupio odmawiać, komuś, kto w jej oczach był potencjalnie nadal rozpaczającym kotem po stracie matki a zaraz synem i uczniem samego przywódcy. Rzekła więc z większym entuzjazmem i nadzieją, że ktoś po drodze ich zatrzyma — Jasne! Pokaże ci jak najwięcej Migocząca Łapo! Cieszę się, że masz trochę czasu na takie coś…
— No to choć za mną Kupo futra! — rzekł bezceremonialnie wyższy od niej uczeń, idąc przed siebie, nawet nie zwracając głowy w stronę liliowej uczennicy.
— Dobrze! Już biegnę niczym zając — rzekła uczennica wyraźnie udawanym entuzjazmem (miała nadzieje, że Migocząca Łapa to zauważy) zaczynając się modlić, żeby ktoś na serio ich zatrzymał. Nie chciała mieć problemów, wiedziała, jednak że w razie czego będzie brać je na swoje barki… Nie chciałaby kolega, miał jeszcze więcej problemów, w końcu to, co zrobiła ta głupia Truskawkowe Pole, strasznie się na nim odbijało, czyż nie?...
Dwójka była już blisko wodospadu, gdy usłyszeli znajomy głos. Lilakowa Łapa odwróciła swój łeb, zauważyła dużo wyższą od nich dwojga cynamonową kocicę. Na jej pysku wyraźne rozczarowanie:
— Co robisz Lilakowa Łapo? Nie pakujesz się znów w kłopoty? — zapytała, dodając — Zapomniałaś, że miałyśmy iść zaraz na trening?
Migocząca Łapa nie zrobił nic, liliowa głośno przełknęła ślinę i rzekła:
— Chciałam mu pokazać parę ruchów pani mentorko… — rzekła cicho, zwalając winę na samą siebie.
— Migocząca Łapo? Idź już, ja i twoja koleżanka idziemy na trening — rzekła cynamonowa, dodając — A ty Lilakowa Łapo? Choć za mną.
Szarobiały prychnął tylko i poszedł sobie. Lilakowa Łapa spuściła głowę i posłusznie poszła za mentorką.

***

Pszczeli Lilak, siedziała na swoim legowisku, była przed chwilą na dosyć długim patrolu… Jaka szkoda, że nic z niego nie przyniosła. Modlitwy by reszta patrolu łowieckiego się nie zdenerwowała, nic nie dały. Przepiórcza Wichura wyglądała na zawiedzioną. Kotka przeklinała Kurzą Łapę z całej siły, jaką miała. Liliowa czuła, że zbyt często ją zawodzi. Że jest jak skaza na jej honorze, w końcu była jej uczennicą… Kotka czuła się bezużyteczna jak problem dla Klanu Klifu. Miała nadzieje, że nie zawodzi zbyt dużo kotów. Czy Cicha Łapa był nią rozczarowany? Miała nadzieje, że nie, choć jej mózg podpowiada inaczej… Była w dosyć marnym humorze. Choć to trochę na chwile się poprawiło, gdy ujrzała Migoczącą Łapę. Młody kocur wszedł właśnie do obozu ze zwierzyną w pysku. Nie był to długi czas, gdyż kotka poczuła się głupio, wręcz samolubna za zamartwianie się własną sytuacją, gdy biedny Migocząca Łapa zapewne nadal cierpi z powodu jego matki... Czy Truskawkowe Pole nadal zasługuje na ten tytuł? Lilakowa Łapa wątpiła w to, całym swoim sercem. W każdym razie wstała ze swojego legowiska i szybkim krokiem podeszła do Migoczącej Łapy mówiąc:
— Cześć Migocząca Łapo! — wymruczała.

<Migocie? Odpowiedz tej swojej lokalnej kelpi>

Od Kamiennego Pióra CD. Nocnego Śpiewaka

Szedł z Nocnym Śpiewakiem przez las, klucząc między drzewami i szukając zdobyczy. Byli na patrolu łowieckim. Do jego uszu docierało skrzypienie śniegu pod łapami, szum wiatru oraz trzaski bardziej delikatnych gałęzi, które już nie wytrzymywały pod naporem białego puchu. Jego żółte oczy skanowały las, zaglądały we wszystkie zakamarki, penetrowały każdą długość wąsa ściółki. Nic jednak nie znalazły. Wojownik już prawie pogodził się z faktem, że wróci do obozu z pustym pyskiem.Jednocześnie słuchał słów Nocnego Śpiewaka, z którym właśnie rozmawiał na temat swoich… Niespełnionych marzeń.
Wywód czarnego kocura okazał się dłuższy, niż by się Kamienne Pióro spodziewał, czuł jednak mądrość płynącą ze słów wojownika. I dały mu one dużo do myślenia.
— Mam nadzieję, że cię mój wywód nie przestraszył. Tym razem ja się rozgadałem, ups! — miauknął Nocny Śpiewak i podrapał się po pysku, podczas gdy czekoladowy zmrużył oczy w zamyśleniu.
Opiekun Tchnienia… Czy Kamienne Pióro mógł zdobyć to odznaczenie? Według czarnego wojownika tak. Według niego był pomocny i przyjazny… Czy to prawda? Gdy nad tym chwilę pomyślał, uznał, że rzeczywiście starał się pomagać członkom swojego klanu. Zawsze. Nawet o tym nie myślał i nie robił tego na siłę. To po prostu było naturalne, samo mu przychodziło, po prostu czasami czuł, że powinien coś zrobić. Pewnie dlatego, że był dobrym kotem i nie przechodził obojętnie obok potrzebujących pomocy.
Tak. Był dobrym kotem. Nieważne, czy miał rangę mistrza, czy zdobył któreś z odznaczeń, czy nie. Nocny Śpiewak opowiedział mu o swoim ‘najlepszym’ wojowniku. A jaki był jego ‘najlepszy’ wojownik? Chyba właśnie taki – dobry. Pomocny, lojalny, taki, któremu zależy na swoim klanie.
Co jeszcze? Na pewno ważna była pracowitość. Przecież żaden dobry wojownik nie jest leniwy. Trzeba być pracowitym, jeśli się chce coś osiągnąć.
No i… Ważna jest postawa. Najlepszy wojownik według Kamiennego Pióra ma swój klan na pierwszym miejscu i robi dla niego wszystko, co tylko może. Nieważne, czy inni to zauważają i doceniają, czy nie.
Zdał sobie sprawę, że długo się nie odzywał. Może wręcz za długo, a przecież Nocny Śpiewak czekał na jego odpowiedź.
— Wiesz, w sumie… — zaczął z nieśmiałym uśmiechem. — Najlepszy wojownik według mnie to taki, który zawsze stawia klan na pierwszym miejscu. Przed sobą i przed wszystkim innym. I taki, który dba o dobro klanu i o jego członków. Wiesz, pomaga im, jak tylko może… To jest w sumie takie zadanie wojownika. Dbać o innych członków. No i oczywiście taki, który jest lojalny i który nigdy by klanu nie zostawił. — Przez myśl mu przemknęli Miodowa Kora i Porywisty Dąb. Ledwo się powstrzymał przed skrzywieniem pyska. — Taki, który przestrzega Kodeksu Wojownika… Odznaczenia nie są takie ważne, wystarczy mieć klan naprawdę głęboko w sercu i tyle! To w sumie osiągalne. Mogę zostać takim najlepszym wojownikiem. Dziękuję ci bardzo, Nocny Śpiewaku!
Po chwili ciszy dodał:
— Wychowam moje kocięta, aby były takie jak ty. Znaczy, eee… Nooo… Jeśli będę miał kocięta, to je wychowam, aby były takie jak ty — poprawił się, kładąc nacisk na słowo „jeśli”.

<Nocny Śpiewaku?>

Od Truskawki

Mróz zaczął ustępować. Truskawka z wielkimi oczami obserwowała, jak wszystko za przezroczystymi drzwiami topnieje i zamiast białego puchu pokrywającego podłoże odkąd koteczka pamiętała, zaczynają pojawiać się kałuże, a następnie wyłania się zielona trawa.W jej gnieździe zaszła pewna zmiana. Wczoraj odwiedził ich obcy dwunożny. Spędził prawie cały dzień w największym pomieszczeniu, a Truskawka na ten czas została zamknięta w pokoju młodej wyprostowanej. Nie, żeby jej to przeszkadzało. Majka też tam była i cały czas bawiła się z kocięciem. Tymczasem z dołu dobiegały dziwne odgłosy, które nie były przyjemne dla koteczki.
Gdy obcy dwunożny sobie poszedł, jasnowłosa otworzyła drzwi i zaniosła Truskawkę do największego pomieszczenia. Od tamtej chwili w drzwiach w pokoju wejściowym była mała dziura zakryta drewienkiem. Biała szybko odkryła, że drewienko można przesuwać i w ten sposób wychodzić na zewnątrz, kiedy tylko miała na to ochotę. Taka klapka.
Nadal na dworze było trochę zimno, ale największe mrozy już minęły, a zamiast śniegu w ogrodzie była tylko brązowo żółta papka.
Dziś Truskawka postanowiła, że wyjdzie na zewnątrz. Była ciekawa, jak wygląda świat poza jej ogródkiem, którego zresztą też nie zbadała jeszcze dokładnie.
Tęsknie spojrzała na płot. Niestety nie siedział na nim ani Monarcha, ani Promyk, ani Kobczyk.
Drzwi zaskrzypiały i z ciemności gniazda wyłoniła się złotowłosa. Na sobie miała dużo grubych kolorowych ubranek. W ręku trzymała pudełko, jak zwykle przyłożone do ucha i mówiła coś do niego. Truskawka wiedziała, że przedmiot potrafi jej odpowiadać. Słyszała kilka razy głos wydobywający się z niego, kiedy była blisko. To pewnie dlatego dwunożni trzymają je przy uszach. Są bardzo ciche.
Wtedy furtka otworzyła się, a do środka wszedł pewien chłopiec. Zaraz… Malutka go poznawała! To on przyszedł do kociąt, gdy te były jeszcze z hodowli!
W ręku trzymał kontenerek. Serce Truskawki zabiło szybciej. Nie mogło być…
– Nala? – zapiszczała biała, a w środku transporterka coś się poruszyło.
Niestety młody dwunożny wcale się nie śpieszył. Zamknął furtkę, przytulił złotowłosą i koteczce wydawało się, że minęły wieki, zanim samiec położył kontener na ziemi i go otworzył.
Ze środka wyszła najpiękniejsza kotka, jaką Truskawka kiedykolwiek widziała. Jej białe futro falowało na wietrze. Jej łapy były smukłe i zakończone ostrymi pazurami. Ciało było giętkie i umięśnione, a oczy… Były znajome…
– Malutka? – zamruczała Nala miękko.
Koteczka zerwała się z miejsca i podbiegła do siostry.
– Myślałam, że już cię więcej nie zobaczę! – zapiszczała.
– Mieszkam tam – Nala wskazała ogonem gniazdo. Było oddalone od domu Truskawki o dwie, może trzy długości drzewa.
– Wystarczy, że wyjdę z ogrodu, skręcę w lewo, minę dwa gniazda i będę u ciebie! – zauważyła szczęśliwa – w ogóle, łał, jak się zmieniłaś!
– Ty też, Malutka – miauknęła Nala.
– Teraz właściwie mam już imię – powiedziała koteczka z dumą – nazywam się Truskawka.
– Oh, jak ten owoc?
– Owoc?
– Mój dwunożny często go je – Siostra wzruszyła barkami – próbowałam, nawet niezły. Może następnym razem ci go przyniosę – zaproponowała.
– Bardzo chętnie! – zamruczała biała – słuchaj, mam ci tyle do opowiedzenia…
Truskawka promieniała. Znalazła siostrę! A właściwie to jej dwunożny przyniósł ją do jej ogródka! I okazuje się, że cały księżyc były bardzo blisko siebie i nawet nie zdawały sobie z tego sprawy. Musiały nadrobić wszelkie zaległości, dlatego miauczały jak najęte przez dobre pół dnia, zanim Nala musiała sobie iść. Całe szczęście wszystko wskazywało na to, że znów niedługo się spotkają. Jasnowłosa i młody dwunożny wydawali się najlepszymi przyjaciółmi, co bardzo cieszyło Truskawkę. Jeśli oni będą się często spotykać, to ona będzie często widywała Nalę.
Wizyta siostry bardzo ucieszyła kocię i jednocześnie je uspokoiła. Zapamiętała nowy wygląd Nali i nie zapomni, jak ta wygląda. Będą się teraz spotykać prawie codziennie, skoro Truskawka ma zamontowaną klamkę w drzwiach.
Zrobiło się późno, więc jasnowłosa zabrała koteczkę do dużego pokoju i nałożyła jej miękką karmę do miseczki, którą Truskawka zjadła ze smakiem. Następnie ułożyła się w swoim miękkim głazie i zamknęła oczka. Nie zdążyła nawet położyć główki na kocu, bo ta sama jej opadła a koteczka zapadła w sen.

Nowi Członkowie Klanu Burzy!

 Patrol Klanu Burzy znalazł na swoich terenach trójkę kociąt!


Poziomka

Porzeczka

Malinka