BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

08 sierpnia 2026

Od Drzemlika do Lipieńka

Drzemlik wylegiwał się wygodnie w wyłożonym pierzem posłaniu, tuląc się do puchatego, pręgowanego brzucha matki. Gdyby wsłuchał się dobrze, może usłyszałby bicie jej serca oraz pracujące płuca. Zza gołębich, lekkich chmur zajrzało do obozu Klanu Nocy słońce, promieniami obdarowując koty wraz z przyjemnym dla oka, ciepłym pobłyskiem. Szary maluch patrzył na siostrę, której bok unosił się, a potem opadał spokojnie. Na zewnątrz pogoda była dość przyjemna, gdy uchylił ślepia i został przywitany przez ciepło, wpadające do kociarni. Chmury przemierzały niebo, a wiatr powiewał co jakiś czas niewidocznie wręcz, włoskami mchu. Maluch okręcił się na drugą stronę, gdy zrobiło się mu zbyt ciepło. Jego futerko było jaśniejsze niż te jego bliskich, dlatego nie potrafił wyobrazić sobie, jak szybko one musiały się nagrzewać, skoro przyciągały dodatkowo słońce… w każdym razie, potarł policzkami, a potem noskiem o kłosy dorosłej kocicy z zadowolonym pomrukiem, w ten sposób ciesząc się zapachem mamy i usiadł prosto. Zaczął lizać niezgrabnie kończynę i próbował umyć sobie przestrzeń za uchem. Świteziankowe Jezioro obserwowała go przez cały ten czas, nic nie mówiąc jednak. Nie był brudny, dzisiaj już mama któryś raz ułożyła mu niesfornie układające się, krótkie włoski. Drzemlik próbował jedynie nauczyć się trochę samodzielności. Ostatnio udało mu się wymyć łapkę z paprochów, chociaż potem pluł nimi przez cały dzień, ponieważ miniaturowe rzepy na języku trzymały się tych brudów tak zaciekle, jakby ich życie od tego zależało! Jego wąsiki zafalowały z rozbawienia na samą myśl. Nawet jeśli wtedy nie było mu do śmiechu, teraz patrzył na to przychylniej. Musiał wyglądać wtedy bardzo zabawnie.
— Mamo, czy mogę pobawić się z kociętami Fląderki? — zamruczał do zwęglonej, zwracając jej uwagę na sobie raz jeszcze. Po niedługim namyśle kiwnęła lekko głową. Domyślał się, że będzie musiał śledzić jej gesty co jakiś czas, w razie, gdyby kazała mu wrócić. Na zgodę z jej strony zareagował radosnymi mruknięciami, żeby nie zbudzić Orzeszki, a w jego oczkach zatańczyła czysta ekscytacja. — Dziękuję, mamusiu! — podszedł do jej piersi i wtulił się w nią, jeszcze zanim nie podreptał w stronę czwórki, starszych od niego o parę dni kociaków. A dokładniej do jednego z nich, ponieważ wydawało mu się, że siedział taki sam i smutny. Nie chciał, żeby ktokolwiek był smutny, a gdyby tego było mało, to sam!
Gęste trzcinowe mury otulały obóz, uniemożliwiając promieniom słońca dalszego wpadania do legowisk zbudowanych we wnętrzu krzewów. Oczom malucha ukazał się drugi kociak o smukłej budowie i puchatym wyglądzie. Miał długie łapy, dzięki czemu był odrobinę wyższy od Drzemlika. Wyraz pyszczka miał zaciekawiony i łagodny. Nakrapiany podszedł do niego z zadowoleniem na mordce.
— Cześć! Nazywam się Drzemlik, a ty? — zamiauczał z zadowoleniem, przyglądając się Nocniakowi. Brązowy czaił się i rozglądał na boki, czy nikt przypadkiem na niego nie patrzył w danej chwili. Z dorosłych oczywiście, jeden kociak nie robił mu chyba szczególnej różnicy, skoro go nie pogonił od razu.
— Lipieniek — przedstawił się, zjeżdżając pomarańczowymi oczkami z przedmiotu pod swoją łapą. Drzemlik powędrował lusterkami w kierunku tego, co trzymał nowopoznany kolega. — Chodź, zwiedzimy obóz! — powiedział nagle łaciaty, a jego wąsy zafalowały lekko. I w tej chwili przedmiot pod poduszką przestał być istotny w obliczu wizji tak wielkiej przygody. Zwęglony zrobił duże oczka, wracając źrenicami do mamy. Czy Świteziankowe Jezioro by mu pozwoliła? Czy nie gniewałaby się na niego? Jednak zauważywszy, że karmicielka obecnie odpoczywała, poczuł lekkie ukłucie niepokoju. Może nie powinien iść? Złocisty Widlik w tej chwili upewniał się, czy z Komarem wszystko w porządku, bo szlochał cichutko. Możliwe, że uderzył się w łapę i potrzebował jakoś rozładować emocje. Biedny.
Lipieniek, zauważywszy reakcję niebieskiego, pokręcił głową i przekroczył próg pewnie. Drzemlik nie chciał być w tyle za kolegą, dlatego również poszedł.
Obóz Klanu Nocy był ogromny! Ilość legowisk, rzeczy dookoła… wszystko było takie ciekawe i niezwykle jaskrawe. Grunt pod łapkami był mokry i lepił się do poduszek kocięcia, chociaż pręgus nie wydawał się tym szczególnie przejęty. Świeże powietrze przeczesywało jego malutki grzbiet, posyłając wzdłuż niego ciarki podekscytowania. Tak wiele zapachów mieszało się ze sobą, że aż się zdziwił. Miał wrażenie, jakby postawiono przed nim obraz z jego snów. Ciężko mu było uwierzyć, że jakiekolwiek miejsce mogło być tak piękne! Wielkimi ślepkami lustrował każdą najmniejszą rzecz, gdy nagle wpadł przypadkowo w kolegę. Nie znaleźli się aż tak daleko od kociarni, bowiem każdy kot, który by z niej wystawił, choćby pół pyska, by ich dostrzegł bez problemu. Niebieski upadł na zadek z cichym sapnięciem, a Lipieniek wytrzymał zderzenie, chociaż zerknął na Drzemlika z lekkim poirytowaniem. Strzepnął uchem.
— Zobacz na to! — I palcem wskazał na lekkie wgłębienie, a w nim swego rodzaju, nietypowa konstrukcja, po której pełzała masa ślimaków z powodu opadów, które miały miejsce dzisiejszej nocy.
— Co to jest? — zapytał, nie mogąc zrozumieć, na co patrzył. Przekrzywił delikatnie główkę na bok. Owady leżały w mokrej dziurze, nie kiwając nawet palcem w celu poruszenia się. Były intensywnie żółte, zabarwione masą czarnych pasów wzdłuż kręgosłupów. Skrzydła miały przezroczyste, jednak nie wydobywał się z nich dźwięk bzyczenia. Zamiast tego pełzała po nich masa ślimaków z dużymi muszlami. Drzemlik sięgnął łapką po jednego, zastanawiając się, czym były te istotki.
— Może weźmy po jednym i zaniesiemy to Złocistemu Widlikowi? On pewnie będzie wiedział — buras się widocznie zamyślił, a żółtooki pochwycił w tej chwili jednego z oblepionych śluzem gości obozu Klanu Nocy, kiwając przy tym główką na zgodę. Lipieniek zaś pazurkami wielkości igły, uniósł jedną z martwych os.
— Jest mokry i zimny! I się lepi do moich palców — zaraportował Drzemlik w formie ciekawostki, a nie po to, żeby się żalić w związku z tym. Był tak naprawdę zafascynowany nowymi istotami. Musiał jakoś muszlę chwycić zębami, bo przecież wszystkie łapy zajęte były przez obowiązek chodzenia… Dlatego też schylił się i ujął szczękami winniczka.

<Lipieńku, ja nie wiem, że to podziemne osy, ale już martwe. Może nas nie użądlą, a ślimak stanie się naszym nowym zwierzaczkiem>

Od Drzemlika

Kocurek podszedł do rudego piastuna, który przyglądał im się ze spokojem w ślepkach. Malec nadal uczył się, jak powinien korzystać z łapek. Często się przewracał, ogon miał śmiesznie uniesiony ku górze, a oczka zawsze bardzo rozszerzone. Futerko wzdłuż kregosłupa stroszyło mu się, przez co wyglądał niczym najeżony jeżyk. Kulka futra.
— Przepraszam, czy przyniósłby mi pan może gałązkę tych białych kwiatków? — poprosił, strzygąc wąsami. Chciał sprawić mamie prezent, ale nie wolno mu było wychodzić poza ramy żłobka, dlatego też musiał kombinować, jak mógł zdobyć rzecz, którą zamierzał wręczyć. Oprócz niego, w żłobku, była czwórka innych kociąt, odrobinę starszych od niego, chociaż niewiele. Były to młode Fląderki, czekoladowej kotki, na którą, z jakiegoś powodu, każdy odwiedzający spoglądał nieprzychylnie. Senna Łza również wychowywała swoją dwójkę, a poza nimi mieli również miejsca dla Bzyczka i Pyzy... Mały Drzemlik obserwował każdą reakcję, aczkolwiek nie komentował żadnej z nich. Nie wiedział, że związane to było z ogromną niechęcią względem czekoladowych kotów, na razie jeszcze nikt mu o tym nie opowiadał. Wiedział naprawdę mało o klanie, w którym przyszło mu się urodzić, chociaż dla niego wszystko to, o czym do tej pory się doinformował dzięki historiom, które wlatywały do jego uszu, miał wrażenie, że wiedział naprawdę wiele.
Starszy zerknął na niego, a po paru uderzeniach serca kiwnął głową.
— Tylko nie wychodź, dobrze? Zaraz wrócę. Poczekaj tu na mnie, mały.
Drzemlik kiwnął głową z zapałem i odprowadził pręgusa wzrokiem, aż jego końcówka ogona zniknęła w przejściu prowadzącym do centrum obozu Klanu Nocy. Spojrzał w kierunku kociąt odrzutka. Cała czwórka obecnie odpoczywała blisko siebie, a ich boki unosiły się, a później opadały spokojnie. Później łebek odwrócił w stronę Orzeszki, która obracała coś w łapkach. Siostrzyczka bardzo lubiła tworzyć wszelkiego rodzaju rzeczy, z rzeczy, które mieli pod łapkami. Bardzo lubił się przyglądać temu procesowi i samemu próbować, ale rzadko kiedy mu wychodziło. Mimo wszystko nie peszył się, w końcu jego celem nie było koniecznie to, żeby stworzyć idealny wianek, a to, żeby miło spędzić czas z nią.
Nim się obejrzał, Złocisty Widlik wrócił z powrotem do bezpiecznych ram legowiska, a w pysku niósł gałązkę z kwiatami lilaku. Była ich dwójka, a kolor barwiący ich płatki to był fiołkowy, przechodzący u końcówek w pudrowy, prawie biały. Drzemlik zdusił w sobie pisk ekscytacji. Nie chciał, żeby reszta mu podebrała kwiecie sprzed nosa, byłoby mu bardzo smutno! Oczywiście, gdyby to nie był prezent, to z chęcią by się podzielił.
— Czy taki będzie w porządku? — wymruczał starszy, kładąc na ziemi roślinę, a niebieski kocurek pokiwał energicznie główką.
— Tak, tak! Jest idealny… przepiękny! — zamruczał, czując się lekko przytłoczonym, gdy intensywny, kwiecisto-ziemisto-mokry zapach dotarł do jego nozdrzy. Schylił łeb i próbował podnieść podarunek, aczkolwiek był zbyt ciężki. Łaciaty, zauważywszy zmagania kociaka, pomógł mu przenieść niezwykle cenną rzecz. Ułożona została przed Świteziankowym Jeziorem.
— Mamusiu, to dla ciebie. — Otulił swój bok ogonkiem, zastanawiając się, czy jej się spodoba. Nie sądził, by była niezadowolona albo zawiedziona doborem dobrowolnego, miłego gestu. Może to nie on go przyniósł, aczkolwiek nie uważał, by miało to szczególne znaczenie. Najbardziej istotnym obecnie było to, że udało się mamie dostarczyć tak niesamowity prezent! Kotka spojrzała na przedmiot, po paru uderzeniach serca przysuwając go bliżej siebie i wpatrując w prawie że błękitne, liczne płatki w kształcie gwiazd albo rozgwiazd.
— Dziękuję — powiedziała, a niebieski miał ochotę zacząć skakać ze szczęścia. Nawet jeśli mama nie była szczególnie wylewna jak chodziło o wypowiedzi, cieszył się z każdego jej słowa równie bardzo. Cieszyło go to, że kwiatek był w stanie poprawić jej humor! A przynajmniej w to chciał wierzyć. Że dzięki temu mamusia się uśmiechnie i może z nimi za moment pobawi.

Od Drzemlika do Orzechówki

— Myślisz, że ryby są smaczne? Dowiedziałem się ostatnio, że każdy nimi pachnie przez to, że ciągle je jedzą — zagadnął do Orzechówki, która leżała tuż obok niego i wpatrywała się w sufit żłobka. Kocurek powinien już dawno spać, ale… musiał porozmawiać z koteczką! Chciał, żeby przyśniło jej się coś miłego, a zasłyszał gdzieś, że sny zależały od tego, co w danym dniu robił kot oraz o czym słyszał. Dlatego pomyślał, że skoro każdy tak bardzo lubił ryby, to jej nie zaszkodzi o nich posłuchać, oczywiście o ile skupiała się na tym, co zamierzał jej przekazać i co do tej pory z siebie wydukał. — Podobno trzeba je najpierw obrać z łusek, co zajmuje chwilę, chociaż niektórzy mają na to swoje sposoby. Mianowicie przytrzymują rybę jedną łapą, a drugą, pod odpowiednim kątem z wysuniętymi pazurami, wycinają nadmiar, chociaż wychodzi to dość nieestetycznie, jako iż ciężko jest wycelować pazurami… jest też sposób, który polega na odgryzaniu lub wyrywaniu kłami łusek. Myślisz, że łatwo je wyrwać? Skoro każdy ma swój własny sposób, może nasze też będą się różnić… — zastanawiał się na głos, przysuwając jeden z palców u swojej łapy do brody, wzrokiem błądząc teraz również po suficie azylu, poza który nie śniło im się jeszcze nawet wydostać. A przynajmniej Drzemlik nie miał tego w planach, w myślach Orzeszki nie był w stanie przecież czytać.
— Hmmm… — zamruczał, układając niebieską łapkę na piersi wygodnie. Przymknął oczy po jakimś czasie, czując, jak coraz bardziej ogarnia go zmęczenie. Nie był pewien, kiedy ostatnio spał. Możliwe, że przebudził się z poprzedniej drzemki stosunkowo niedawno, a następna dawka odpoczynku zapraszała go do siebie z otwartymi ramionami. Dlatego nie zamierzał jej odmawiać, chociaż… odczuwał swego rodzaju nagły wstyd związany z tym, iż siostra mogłaby go zobaczyć śpiącego. Mimo że każdego dnia widziała go właśnie takim!
Żółtooka spojrzała na niego, gdy od dłuższego czasu przestał się odzywać.
— Śpisz? — wydobyło się ciche mruknięcie z jej pyszczka, a Drzemlik, będąc już prawie po drugiej stronie bramy krainy snów umysłem, początkowo pomyślał, że mu się to przyśniło. Nie ruszył się w żadnym stopniu, poza delikatnym zastrzygnięciem wąsikami.
— Nie… — miauknął sennie, prawie tak, jakby lunatykował, chociaż jego świadomość była gdzieś tam jeszcze, więc jeszcze nie odpłynął całkowicie. Podniósł niezdarnie łapkę i zaczął nią pocierać powieki, co sprawiło, że wybudził się delikatnie, ale uczucie, że zaraz zaśnie powróciło do niego, ze zdwojoną siłą. Potarł oko oczywiście z zamkniętą powieką, a później ich nadal nie uchylił. — Zamknąłem oczy, bo… bo mnie szczypią. Potrzebują też odpoczynku — wyjaśnił jej i było w tym trochę z prawdy – dzięki takiemu odpoczynkowi regenerowało się zarówno całe ciało, jak i umysł, a przynajmniej w to wierzył. Nim się zorientował, zupełnie przestał słyszeć wszelkich odpowiedzi ze strony Orzeszki, a po żłobku zaczęło nieść się cichutkie pochrapywanie zmęczonego kocurka.

<Orzeszko, ty może też się zdrzemnij>

Od Drzemlika

Siedział obok mamy, która czyściła jego kark spokojnymi pociągnięciami języka. Zapach kwitnących lilaków przynosił mu ukojenie, to samo mógł zresztą powiedzieć o szumie wody obijającej się o mokry grunt otaczający ciecz. Na początku ciężko było mu się przyzwyczaić do tak intensywnych woni, zresztą kwiaty nadal sprawiały, że dużo kichał, ale nie martwił się tym szczególnie… tak naprawdę nadal się do nich nie przyzwyczaił, ale już je znał. Nie krzywdziły go, a jedynym, co mu się działo z tego powodu, to parę glutów z nosa, które wycierał w zmarnowane liście, jeśli jakiś był pod łapą. Czuł, jak fałda skóry podciąga się lekko ku górze ze względu na nacisk, jaki był kładziony na jego kręgosłup. Młodziak zaparł się łapkami, robiąc co w jego mocy, żeby wytrwać w pozycji siedzącej i jednocześnie czekał, aż mama skończy. Chciał się już pobawić z Orzeszką, znaną także przez jego pobratymców jako Orzechówką, jego kochaną siostrzyczką! Była bardzo podobna do mamy. Nie dość, że z wyglądu, to jeszcze z charakteru. Obie były niezwykle małomówne, ale młodziak nie uważał tego jako coś złego. On sam niekiedy nie miał ochoty do tego, żeby dużo rozmawiać z innymi. A był brudny i stąd to całe mycie… bo… przypadkowo wpadł do jednego ze zbiorników, które znajdowały się w kociarni i tak się złożyło, że wszystkie możliwe brudy tego świata postanowiły przylepić się do niego pod wpływem zwilżenia skóry. Zerknął na pyszczek mamy, gdy tak krótkie futerko na jego łebku zaczęło się podnosić. Nie wydawał się szczególnie przejęty faktem, iż był nadal lekko mokry po wpadnięciu do wody. Był najzwyczajniej w świecie szczęśliwy, że mógł spędzić tyle czasu z jego kochaną mamusią i siostrzyczką!
— Mamo? — zamruczał, wlepiając żółte oczka w ślepia kocicy, chociaż nie nawiązali kontaktu wzrokowego. Co tylko wgapiał się w jej źrenice, kocica albo nie odwzajemniała tego, albo zupełnie nie podnosiła pyszczka ku temu, żeby popatrzeć mu w oczy, a jedynie poruszała uszami w kierunku źródła dźwięku. Nie uważał tego za dziwne, a za normalne, jako iż spotkał się z takim zachowaniem już któryś raz. Nie wiedział, co było inne, co odstawało od “normy”, czym różniła się od innych kotów, bo… nie zdążył poznać jeszcze nikogo, oprócz kotów zamieszkujących żłobek, ale najlepiej i tak znał swoją rodzinę! W jego oczach mama była najlepszą mamą na świecie, nie mógł prosić Klanu Gwiazdy o lepszą. Zwęglona przerwała mycie i zerknęła na niego, strzygąc lekko wąsami. Zauważywszy, iż udało mu się zwrócić jej uwagę na siebie, jego ślepka rozjarzyły się masą iskierek podekscytowania, a łapkami zaczął mimowolnie ugniatać grunt. Musiał powiedzieć jej coś niezwykle, niezwykle ważnego!
— Kocham cię tak bardzo! — wydobyło się z jego pyszczka szczerze i otarł się o jej pierś łebkiem, mrucząc z zadowoleniem. Karmicielka wydawała się wzruszona, ale i jednocześnie, w pewnym sensie, speszona. Przechylił lekko główkę na bok.
— Jak bardzo?
— O taaaak bardzo! — uniósł łapki do góry, po chwili rozciągając je po swoich bokach tak daleko, jak tylko był w stanie. Młodzik odczuł lekkie naciąganie mięśni, a także dyskomfort, gdy przekroczył określoną przestrzeń, podarowaną mu odgórnie. Kotka kiwnęła głową, a Drzemlik czuł się jak najszczęśliwszy kocurek na świecie.
Zerknął na małą Orzechówkę, która siedziała obok brzucha matki i posilała się. Przez cały ten czas nie powiedziała nic, a zamiast tego przymykała oczka, ugniatała puchaty, pręgowany brzuch rodzicielki i niedługo później otwierała żółte lampki, gdy tylko osunęła się lekko główką, nie mogąc dalej pić.

07 sierpnia 2026

Od Kruczego Pióra

Patrzył, jak jego brat ustala patrole. Choć Kruk bardzo pchał się do takich zajęć, to tym razem miał inny plan. Dzisiejszy dzień chciał spędzić nieco… Inaczej. Cały wieczór myślał nad tym, co jest między nim a Kwaśną Kocanką. Tak, lubili się, ale czy to nie było czymś więcej..? Nie spał praktycznie wcale, aż w końcu zasnął na chwilę prawie o świcie, przez co jego brat zdecydował się nie budzić go. Musiał przyznać, że był mu wdzięczny. Krucze Pióro rozejrzał się wokół. Klan powoli budził się do życia, ale musiał w końcu zdecydować się na to, co ma zamiar zrobić z kotką. W końcu od tego zależy… W sumie to cała ich relacja. Zauważył, jak jego brat wraca właśnie z rozstawiania patroli. Może i nie dogadywali się jakoś idealnie, ale tylko z nim mógł porozmawiać na takie tematy… Zatrzymał go, na co czekoladowy spojrzał na niego jak na głupiego.
— Mogę ci w czymś pomóc..? — zapytał kocur, niepewnie patrząc na dymnego.
— Tak. W sumie. Chociaż nie wiem. Potrzebuję porady. Na temat… Kwaśnej Kocanki. — Dymny mówił z powagą, jednak zdał sobie sprawę z tego, jak brzmi. Polizał się szybko po barku, ignorując uczucie palącego go wstydu. Natomiast Pustułkowy Szpon westchnął.
— Niestety, nie znam się, więc ci nie pomogę. Może ktoś inny posłuży ci radą. — Na jego odpowiedź dymny przewrócił oczami i strzepnął ogonem. — Domyślam się, że nie chcesz rozmawiać z nikim z Klanu Wilka. Może ktoś na zgromadzeniu będzie chętny na miłosne porady. — Zaśmiał się lekko pod nosem, na co Kruk prychnął.
— Już się tak nie ciesz. Może porozmawiam może nie. — Wstał, po czym odszedł od kocura. Może i faktycznie ktoś na zgromadzeniu posłuży mu pomocną łapą…

➳➳➳➳➳┄┄na zgromadzeniu┄┄➳➳➳➳➳

Wieczorem spoglądał na jaśniejący księżyc. Koty już zbliżały się do wyjścia z obozu, zbierając się na zgromadzenie. Obok niego pojawiła się Kwaśna Kocanka, która spojrzała na niego od boku.
— Szkoda, że nie będę tej pełni na zgromadzeniu. Mam nadzieję że opowiesz mi potem o wszystkim. — powiedziała, na co ten przytaknął. Spojrzała w stronę jego szyi, na której znajdował się niesforny kosmyk futra, którego najwyraźniej kocur nie dopatrzył przygotowując się do wyjścia. — Jesteś strasznie nie dokładny.
— Wcale nie, o czym ty mówisz? — odpowiedział oburzony, jednak kotka już dobrała się do jego szyi, liżąc futro, podczas gdy to na jego grzbiecie stanęło dęba, przez nieoczekiwany ruch kotki. Odwrócił wzrok, podczas gdy ta poprawiała go.
— Prosze bardzo. Nie musisz dziękować. — Napuszyła się z dumą na pyszczku, na co ten lekko uśmiechnął się. Zobaczył, że koty powoli wychodzą, więc szybko polizał ją po policzku. — Muszę lecieć.

»»————- ➴ ————-««

Razem z bratem zwrócili się pod skałę, na której byli przywódcy. Usiadł pod nią, skinając głową każdemu z nich. Zauważył, że w Klanie Klifu zasiadała na tym miejscu nowa twarz.
— Och, widze że w Klanie Klifu zmienił się zastępca. Gratuluję awansu, Źródlana Łuno. — Może i zazwyczaj gardził słabszymi, jednak kotka odniosła tak drastycznych ran w bitwie, w której sam brał udział. W dodatku nadal widzi w niej mocnego ducha walki, a to ceni sobie dymny. Może i została mocno poraniona, ale przeżyła i nadal jest wojownikiem, a to budzi szacunek. Kotka uniosła lekko brew, po czym skinęła głową i odwróciła łeb tak, aby lepiej go widzieć.
— Dziękuję, Krucze Pióro — miauknęła krótko. — Cieszę się, że mogę służyć mojemu bratu jako jego prawa łapa.
— Cieszę się. Nadajesz się na dobrego zastępcę. — odpowiedział kotce, po czym polizał się po barku, widząc, że kawałek futra odstawał mu w tym miejscu. — Jak ma się Klan Klifu?
— Dobrze. Mam nadzieję, że w Klanie Wilka również jest spokojnie… — odpowiedziała niepewnie. Kocur podejrzewał, że wzbudza w niej niepokój. Niektóre koty nadal nosiły blizny po okrutnej walce… Ona szczególnie.
— W rzeczy samej. — Przez chwilę umilkł, jednak wiedział, że musi się w końcu wygadać. Jego ogon nerwowo podrygiwał. — Wiesz… Mam pewną sprawę.
— Kontynuuj… — odpowiedziała zaintrygowana, aczkolwiek czujna kotka. Dymny wziął głęboki oddech i nachylił się do Klifiaczki.
— Podoba mi się pewna kotka. Ale nie wiem jak jej to wprost powiedzieć. Wychodzimy razem, jesteśmy dla siebie czuli… Chyba. Strasznie mi serce przy niej wali, jakbym miał dostać zaraz zawału. Albo może mam alergię, bo robi mi się przy niej ciepło. Nie znam się na tym wszystkim. Nigdy… Nie czułem czegoś takiego. Nie chcę prosić o pomoc swoich pobratymców, więc… Może… Masz jakieś pomysły..? — Z desperacją w oczach patrzył na kotkę, która wyglądała na zmieszaną. Cóż, w końcu jak miała się tego spodziewać… Odchrząknęła, również pochylając się lekko.
— Czyli… Jesteście razem?
— Tak? Nie? Nie wiem… Chyba nigdy wprost nie poprosiłem jej o zostanie moją partnerką. — zwiesił łeb, zdając sobie z tego sprawę. Łuna uniosła brew.
— Proszę bardzo, problem sam się rozwiązał — miauknęła zwięźle i machnęła końcówką ogona. — Trzeba mówić jasno i wyraźnie. Skąd ma wiedzieć, Tobie też się kręci w głowie na jej widok?
— Czyli powinienem zapytać? Boję się, że powie nie… Choć niby nic na to nie wskazuje, ale no… Nigdy nie myślałem, że będę chciał mieć partnerkę, a teraz czuje się zagubiony. Nie wiem jak to zrobić, jak pokazać jej, że bardzo mi zależy. Jestem w tym tragiczny…
— Jak nie zapytasz, to nic się nie zmieni i nadal będziecie wokół siebie tańczyć — odparła, unosząc wzrok ku niebu. — Bądź bezpośredni. Nie bój się jej, nie odgryzie Ci głowy. Chyba; nie wiem, w jakich kotkach się lubujesz — wzruszyła ramionami — ale... Proszę, na Klan Gwiazdy, jeżeli wyprzedzi Cię i zacznie głosić Ci dowody swojej miłości, ani się waż uciec. Cokolwiek by się nie działo, jakkolwiek byś się nie bał, to siedź na zadzie i jej słuchaj. Danie nogi w krzaki... Nie maluje dobrego wizerunku.
Kocur przełknął ślinę. Och żeby ona wiedziała. Cóż, Kocanka próbowała uśmiercić już dwóch mentorów, choć nie mógł nie przyznać, że lekko podobała się mu jej dzikość… Po prostu była silna i podobna do niego.
— Nie, co to to nie. Nie śmiałbym uciec. Ale na pewno wolałbym być pierwszy. Tylko muszę coś zaplanować…
Po chwili zawahania uchyliła pysk.
— Zabierz ją w jakieś ważne dla was miejsce. Gadaj porządnie i wylej wszystko, co Ci na sercu leży — podsunęła. Jej ślipie zabłysnęło. — Możesz jej coś podarować. Coś sentymentalnego? Znaczenie jest ważne.
— Sentymentalnego? Mógłbym coś dla niej zrobić… — pomyślał chwilę. Spojrzał znów na kotkę, czując, że może jednak nie wszystko stracone i uda się mu wyznać Kocance Miłość. — Może połączę jakoś krucze pióra i kocanki. Chyba niedaleko Opuszczonego Obozowiska widziałem kilka kwiatów. Co do miejsca, spotykaliśmy się często na polanie przy jeziorze. Może tam będzie idealnie…
Skinęła głową z aprobatą. Odwróciła wzrok w jego stronę, przerzucając w głowie podsunięte jej informacje.
— Tak ma na imię? Kocanka?
— Tak, Kwaśna Kocanka. Znamy się od czasów uczniostwa, choć jeszcze gdy była kociakiem, a ja ledwo zaczynałem szkolenie zwróciła moją uwagę. A potem sama została uczennicą. Wtedy zaczęliśmy dużo rozmawiać i spędzaliśmy ze sobą czas, jako pobratymcy. Cóż, trochę późno obudziliśmy się z tym, że jednak coś do siebie czujemy… — Zdał sobie sprawę z tego, że dość dużo zdradza, więc odchrząknął i wyprostował się. — Więc… No, od jakiegoś czasu po prostu czułem, że musze coś z tym zrobić.
Zamruczała pod nosem, lustrując kocura wzrokiem; wyglądał na ledwie kilkanaście księżyców młodszego od niej. Odwróciła spojrzenie na tłum i cmoknęła.
— Czasem to, że uczucie rozkwita późno, znaczy też, że będzie ono wam towarzyszyć do końca życia — miauknęła.
Zamilkła za moment, próbując opanować odruchowo marszczące się brwi. Jej głos przybrał minimalnie tęskną nutę.
— Będziecie mieli szansę zestarzeć się w ramionach drugiego; los nie odbierze wam szczęścia przedwcześnie, bo nie musiał wam dać go posmakować za młodu.
Wyczuł, jakby kotka miała przez to coś na myśli. Jakby nawet mówiła o czymś, co zna zbyt dobrze.
— Masz kogoś takiego? Jeśli mogę zapytać. — zapytał z ciekawości. Może i nie znał jej zbyt dobrze, ale kotka wydawała się mu ciekawa, pomimo bycia Klifiaczką. Nie każdego kota z innego klanu trawił. Ją jednak jakoś tak. Uparcie wbiła wzrok w daleki punkt.
— Miałam — miauknęła krótko. Kąciki jej pyska uniosły się w niewyraźnym uśmiechu. Przez chwikę patrzył na kotkę, próbując odgadnąć, co teraz czuje i o czym myśli. W końcu zdecydował się odezwać.
— Gdziekolwiek teraz jest, myślę, że może nadal jest szansa, abyście byli razem. Jeśli nie teraz, to po drugiej stronie. Jeśli to prawdziwa miłość, to nie da się jej tak po prostu zerwać. A jeśli się ją zrywa, to czy kiedykolwiek była prawdziwa..? — zastanowił się chwilę.
— Nigdy w moim życiu nie byłam bardziej pewna czegokolwiek, niż tego, że go kochałam — przyznała bez zastanowienia. — Kochałam, i nadal kocham. Widzę go w gwiazdach, na które razem patrzyliśmy, w zwierzynie, na którą polowaliśmy... W pyskach moich dzieci, w imionach, które im nadałam. — na chwilę się zatrzymała. — Będę liczyć na wasze powodzenie — zmieniła temat, poruszając końcówką ogona. — Niech los wam dopisuje.
Znów zawiesił na niej wzrok. Może i nie wierzył w Klan Gwiazdy, ale… Wierzył, że kimkolwiek jest kocur, z którym była kotka, odnajdzie ją w Klanie Gwiazdy. Jeśli ten istnieje. Uśmiechnął się delikatnie do kotki, czego do zbyt wieku kotów nie robił, po czym skinął głową.
— Dziękuję. Być może na następnym zgromadzeniu będę miał dobre wiadomości. — odpowiedział jej, w końcu skupiając się na tym, o czym zaczęli teraz mówić liderzy.

➳➳➳➳➳┄┄księżyc później┄┄➳➳➳➳➳

Kocur wstał z rana gotów do działań. Planował ten moment od całego księżyca. Uprzednio poinformował brata, że nie będzie dostępny cały dzień i żeby to on objął wszystkie jego obowiązki. Czekoladowemu było to chyba obojętne, gdyż westchnął i skinął łbem na prośbę kocura. Krucze Pióro wyszedł z obozu, witając się z pełniącymi wartę kotami. Poszukiwania rozpoczął od razu. Potrzebował dobrego miejsca, musiał się w dodatku wyrobić do wieczora. Zatrzymał się przy łące, na której to tak często lądowali. Tak. Tu jest idealne miejsce. Podbiegł do niego i plany zaczęły się rozwijać. Łapą wyrysował serce na środku polany. Nie było idealnie, przez co od razu zaczął się stresować. Może gdy już ułoży kwiaty, to będzie wyglądać to lepiej. Rozejrzał się, w końcu zauważając dość dużego liścia. Zerwał go, po czym ruszył dalej. Zbierał wszystkie niebieskie kwiaty, jakie tylko mógł znaleźć. Było ich potrzeba… Sporo. Prawdopodobnie spędzi tu cały dzień. Westchnął, decydując się na wyłączenie marudzenia. Im więcej będzie marudził, tym wolniej mu pójdzie. Zbierał kwiaty, zanosząc je potem do miejsca, które wybrał, układając je starannie na wyznaczonych liniach. Potem powtarzał to i powtarzał, aż podczas zrywania niezapominajek usłyszał patrol graniczny. Nie zdał sobie sprawy, że zawędrował dość daleko, a kotka miała na tym właśnie patrolu być. Jednak było za późno…
— Krucze Pióro! Co tu robisz sam? — Spojrzała na niego zdziwiona. — I co ty masz w pysku?
— Ja? Co mam w pysku? — Zerknął na dół na listek który trzymał i momentalnie spanikował. — Uhhh… Zbieram zioła.
— Zioła? Dla medyków? Przecież ich nienawidzisz. — odpowiedziała mu zdziwiona. Kocur czuł jak pot spływa mu po czole.
— No, koty się zmieniają. I potrzebowali pomocy, a akurat byłem wolny. To ja już pójdę. — Od razu odwrócił się i zniknął w lesie, zanim cokolwiek odpowiedziała. Było blisko, to trzeba przyznać. Dotarł znów do serca, kładąc ostatnie kwiaty. Cóż, pierwszy etap zakończony. Teraz kolejny. Zaczął oglądać wszystkie źdźbła, jakie tylko znalazł. Wszystkie szybko się rwały. Ruszył w stronę Opuszczonego Obozowiska, pamiętając, że widział tam kocanki. Gdy już tam dotarł, dostrzegł niedaleko kwiatów pędy, które wydawały się być wytrzymałe. Uciął je pazurem i wziął w łapy, po czym zaczął zaplatać naszyjnik z kwiatami. Do niego dodał również znalezione tuż obok białe kamyczki. Wziął go delikatnie w zęby i pognał znów do pozostawionego z kwiatów serca. Położył podarunek na ziemi, podnosząc łeb i nasłuchując. Musiał jeszcze tylko znaleźć pióra kruka. Odszedł od swojego ołtarzyka miłości i zaczął węszyć. Miejsce Gdzie Brak Gwiazd usłyszało jego modlitwy, gdyż po chwili na ziemi wylądował kruk. Dymny zaczął się do niego powoli skradać, a gdy już był na tyle blisko, wyskoczył do góry, lądując na zdobyczy, szybko wgryzając się w jego kark. Cały dzień nie jadł, więc po wyrwaniu najpiękniejszych piór pożarł ptaka. Przyjrzał się jego czaszce, przez chwilę myśląc. Zdecydował się zabrać ją jak i kilka mniejszych kości do naszyjnika. Z pełnym pyskiem wrócił na miejsce i ponownie wziął się do roboty. Powoli i delikatnie doklejał na żywicy pióra, również zaplatając je pędami, tak dla pewności. Potem dołożył mniejsze kości, a na końcu, na samym środku dołożył czaszkę kruka. Odsunął się, aby popatrzeć na swoje dzieło. Było idealne. Jak ona. Uśmiechnął się lekko pod nosem. Upewnił się, że wszystko na pewno jest na swoim miejscu, po czym spojrzał na niebo. Słońce zaraz miało zajść. Od razu nastroszył futro i pobiegł w stronę obozu. Gdy już tam dotarł, zastał pobratymców pakujących się już do posłań. Kocanka akurat wychodziła z legowiska, aby zjeść coś przed snem. Kocur poczuł, jak jego łapy trzęsą się ze stresu. Czemu się tak czuł? Musiał się ogarnąć. Spoważnieć. Przecież takiego go lubi. Wyprostował się i odchrząknął, po czym nonszalancko zaczął kroczyć w jej stronę. Gdy ta zauważyła go uśmiechnęła się lekko.
— O, witaj Krucze Pióro. Nie widziałam cię cały dzień oprócz na patrolu. Właśnie, co z tymi ziołami dla medyków? — zapytała zaciekawiona. Kocur przełknął ślinę.
— Zaniosłem je już do ich legowiska. Chciałabyś razem zjeść? — czuł, jak w jego gardle formuje się jakaś zapora, jednak musiał się uspokoić. Kotka skinęła, na co westchnął z ulgą, ale szybko się pozbierał, aby nie dać po sobie znaków, że się stresuje. Wybrał sobie ze stosu wiewiórkę i ułożył się obok niej. Reszta zasypiała, a oni jak zawsze dzielili się językami przy zachodzie słońca. Gdy już kończyli swój posiłek zdecydował się w końcu przemówić.
— Księżyc świeci dzisiaj bardzo mocno, nieprawdaż? Może wybierzemy się na spacer? — zapytał, z nadzieją, że nie będzie musiał jej siłą wyciągać z obozu. Nie narobił się na nic.
— Chętnie. W takim razie wstawaj, idziemy. — powiedziała, biorąc ostatni kęs mięsa. Kruk momentalnie wstał za nią, wskazując ogonem na wyjście z obozu, decydując się prowadzić. Gdy już wyszli z obozu szli tuż obok siebie, stykając się bokami. Zerkał na nią co jakiś czas, jednak kotka nie wydawała się być podejrzliwa. Chyba, oby. W końcu zdał sobie sprawę z tego, że zaraz będą na miejscu.
— Wiesz, ten księżyc nigdy nie mógłby być tak piękny, jak ty. — szepnął, patrząc prosto w jej oczy. — I chciałbym, żebyś o tym pamiętała. Bo tak właśnie uważam.
— Och. — odpowiedziała zdziwiona kotka. — Nie spodziewałabym się od ciebie takich słów. Dziękuję…
— Nie ma za co, piękna. — uśmieszek zagościł na jego pysku. Zatrzymał się przed krzakiem, który zasłaniał jego prezent dla niej. Ona zatrzymała się obok, patrząc na niego z zapytaniem. W końcu westchnął, zerkając na nią. — Chciałbym ci coś pokazać. — złapał za krzak, odchylając go lekko, ujawniając kotce przygotowaną przez niego scenerię. Srebrna wpatrywała się zachwycona w kwiaty ułożone na polanie. Kocur spojrzał na nią ostatni raz i podszedł do przodu, zamiatając ogonem po trawie, aby wywabić świetliki. Obszedł wokół całe serce, a gdy wszystkie wzniosły się w powietrze, spojrzał w końcu na nią. Jej oczy były takie piękne… Podszedł do środka serca i usiadł przed naszyjnikiem. Skinął łbem, aby ta podeszła bliżej. Kotka niepewnym, chwiejnym krokiem podeszła do środka, stając przed nim. Kocur zapatrzony zatracił się w obrazie tej pięknej kotki, która zaraz miała być jego partnerką… W końcu odchrząknął wyprostowując się.
— Kwaśna Kocanko. Odkąd pamiętam wzbudzałaś we mnie zainteresowanie. Gdy byłaś w żłobku, a ja byłem świeżym uczniem, mój wzrok wędrował z zaciekawieniem w twoją stronę. Byłaś inna niż wszyscy, jak ja. Tym mnie przyciągałaś. Nikt inny nie rozumiał mnie tak, jak ty. Gdy sama zostałaś uczennicą, chciałem cię bronić na każdy możliwy sposób. Rzuciłbym się dla ciebie w płomienie, Kocanko. Zrobiłbym to, gdybym dzięki temu mógł mieć pewność, że ty będziesz bezpieczna. Potem, gdy tylko działo się cokolwiek, co dotyczyło ciebie, byłem zawsze po twojej stronie. Gdy nawet walczyłaś ze swoimi mentorami. Gdy trafiłaś do izolatki martwiłem się, straszliwie. Pomimo tego, że nie powinienem, odwiedzałem cię tak często jak tylko się dało. Gdy zostałaś wojowniczką byłem tak straszliwie dumny. Wybrano ci piękne imię. Gdy tylko je wymawiam czuję ciepło w sercu. Znaczysz dla mnie tak wiele, jesteś wszystkim czego kocur mógłby zapragnąć. Dlatego, Kwaśna Kocanko… — zakmnął oczy i wziął w pyszczek delikatnie naszyjnik, po czym ukłonił się przed kotką, wystawiając jedną łapę do przodu. W końcu spojrzał na nią znów, teraz z dołu, po raz pierwszy okazując komuś tak ważny gest, jak poddanie się mu. — Czy uczynisz mnie najszczęśliwszym kocurem ze wszystkich klanów i pozwolisz mi na zostanie twoim partnerem, również zostając moją parnerką?
Przez chwilę nastała cisza, przez co kocur lekko zlękł się. Jednak od księżyca odbiła się wypływająca z oka Kocanki łza. Po drugiej stronie kolejna. Jego pysk złagodniał lekko. Kotka w końcu zalała się łzami.
— Tak, Krucze Pióro… Zostanę twoją partnerką. — odpowiedziała w końcu, rzucając się w jego objęcia. Wtuliła się w jego szyję, co on sam odwzajemnił wtulając się w jej własną. Po chwili gdy już się lekko uspokoiła, odsunęła się, a on założył na nią zrobiony przez siebie naszyjnik. Sam delikatnie wziął krok w tył, patrząc na nią, nie potrafiąc pojąć jakim cudem zesłano mu tą istotę wyższą. Uśmiechnął się, a w jego oku pojawiła się iskierka.
— Kocham cię, Kwaśna Kocanko. I od teraz zawsze będę przy tobie.


Od Wrony do Kazarka

To był ciepły pogodny dzień, a było trudno o taki w tą Porę Zielonych Liści. Dzisiaj uczyła swoją uczennicę, Alkę, jak rozpoznać lisie tropy. Nieco marudziła, jak zawsze, ale jakoś przez to przebrnęły. Jutro będzie druga tura. Teraz wylegiwała się na słońcu, ciesząc się spokojem. Dębowa Ostoja była świetnym miejscem, by odpocząć od zgiełku obozowego. Siedząc tak, usłyszała w krzakach jakiś szelest. Zaintrygowana poszła to sprawdzić. Przyjęła pozycję skradania, wsunęła głowę pomiędzy gałęzie krzewu i ujrzała cynamonowego kocura zbierającego zioła. Nie wyglądał na zagrożenie, a więc tylko ostrzegawczo krzyknęła:
– Hej! Co robisz tak blisko granicy Owocowego Lasu?
Kocur się przestraszył i nastroszył futro:
– Tylko zioła zbieram, nie chciałem zamącać waszego spokoju.
– Skąd jesteś? – pytała bardziej przyjaźnie.
– Niedaleko tu mieszkam – odpowiedział.
Popatrzyła na kocura osądzająco, jakby z wyglądu miała stwierdzić czy coś kombinował.
– Jak masz na imię?
– Kazarek.
– No dobrze, wierzę ci, że nie jesteś zagrożeniem, ale jeśli przekroczysz tę granicę, nie zawaham się użyć pazurów, chyba że chcesz do nas dołączyć, chętnie przyjmujemy nowe koty, które chcą być częścią naszej społeczności. – Ostatnio przyjęto Poinsecję i Płatka do klanu, przyjęli się bardzo dobrze. Jeżeli ten samotnik chciałby z nią wrócić do obozu, dostałby dom i kompanów, z którymi mógłby dzielić swoje zainteresowania. Jeśli by nie chciał, nie będzie go do tego zmuszać.

<Kazarku?>

Od Łabędziej Łapy do Narwanej Łapy

Ciąg dalszy opowiadania do Nurowej Łapy, ślub Szafirki i Kasztana

Naprawdę nie chciała iść na ten ślub. Głównie dlatego, że nie miała dobrego zdania o pannie młodej. Nie chciała być jakkolwiek kojarzona z tym wydarzeniem. Niestety jako młoda namiestniczka musiała godnie reprezentować rodzinę i tym samym pojawić się na uroczystości. Spodziewała się nudnej nocy pełnej siedzenia w miejscu i uśmiechania się do kotów, których nie darzyła sympatią. No właśnie. Najgorsze w tym wszystkim był brak ciekawego towarzystwa. Pan Książę Rogaty Flaming nie został zaproszony, chociaż pewnie i tak by nie przyszedł. Niestety to tylko stawiało ją w niekomfortowej sytuacji, z której prawdopodobnie będzie musiała się przed nim wytłumaczyć. Weszła na świetlikową wyspę, krocząc obok brata za rodzicami. Oni trzymali prezent dla pary młodej (jej zdaniem był on zupełnie zbędny i najlepiej by się pod nim w ogóle nie podpisywała). Nawet pomimo braku chęci przebywania w tym miejscu musiała się dobrze prezentować. Przed przyjściem ładnie zakręciła sobie grzywkę, ułożyła kryzę i założyła za ucho ozdobę z muszli, którą pożyczyła od brata na czas ślubu (najchętniej by jej nie oddawała, ale niestety musiała). Cała rodzinka namiestników usiadła w odpowiednim miejscu i wyprostowała się, by wyglądać jeszcze lepiej. Łabędzia Łapa cieszyła się, że siedzi przed rodzicami, bo nawet nie chciała na nich w tej chwili patrzeć, szczególnie na matkę. Nadal nie wybaczyła jej tych wszystkich odwiedzin u Lilii w żłobku, kiedy oni już zostali uczniami. Zachowywała się, jakby on był jej dzieckiem, a co za tym idzie, Niezapominajkowa Nadzieja jej partnerką! To było oburzające, ale nadal nie zdecydowała się na poinformowanie o tym taty. Chociaż już powoli zaczęła się poważnie zastanawiać. Rozglądała się po wyspie. Niestety nic ciekawego się nie działo. Koty zajmowały miejsca, rozmawiały i ogólnie panował rozgardiasz. Przesunęła wzrok w kierunku ołtarza i zatrzymała go na przywódczyni. Bardziej interesującej persony tu raczej nie znajdzie. Wtedy do ołtarza zaczęła kroczyć para młoda. Szepty cichły powoli, aż w końcu zamieniły się w ciszę, kiedy stanęli przed Mandarynkową Gwiazdą.
— Zebraliśmy się tu dzisiaj, żeby uczcić miłość Urodziwego Szafirka i Przypalonego Kasztana oraz przypieczętować ją oficjalną więzią! — ogłosiła. Wtedy przerwała na chwilę. Uczennica miała ochotę wywrócić oczami na dźwięk imion pary młodej, ale nie wypadało tego robić, teraz kiedy miała formalnie reprezentować swoją rodzinę. Aczkolwiek bardzo ją kusiło. No bo kto to widział czarno-białego kota biorącego ślub z obrończynią kotów czekoladowych?
— Jeśli ktoś chce wyrazić sprzeciw, niech zrobi to teraz — usłyszała. Niestety cisza jak trwała, tak nie przestawała. Czemu na ich ślubie miało być spokojnie, kiedy podczas ceremonii jej rodziców Niezapominajkowa Nadzieja wszystko zepsuła?! Po dłuższej chwili Liliowa Pieśń powiedziała do przywódczyni:
— Nie ma nikogo, monarchini.
Teraz to była już zbulwersowana. Czyli tylko jej rodzina miała mieć tę skazę na honorze?! Nie dość, że tamten ślub został przerwany, to nawet po ceremonii dymna nie potrafiła sobie odpuścić! Jej wściekłość dodatkowo spotęgował głos liliowej wojowniczki. Zakała klanowa numer dwa ma czelność odzywać się do przywódczyni?! Jeśli tak to wszystko miało dalej iść, to mógł to być jej ostatni dzień jako namiestniczka. Nieporuszona księżniczka skinęła Liliowej Pieśni głową, po czym kontynuowała.
— Urodziwy Szafirku, Przypalony Kasztanie, czy w obliczu wszystkich zebranych tu kotów przysięgacie sobie miłość, wierność, uczciwość i wspólne dzielenie łowów nawet po śmierci?
Dwójka kotów popatrzyła sobie głęboko w oczy.
— Przysięgam — rzekła uroczyście szylkretka.
— Przysięgam — powiedział po niej jej partner, uśmiechając się nieśmiało.
— Zatem mocą nadaną mi przez Klan Gwiazdy ogłaszam was mężem i żoną! Niech wasza miłość trwa mimo wszystko niczym igły sosen Porą Nagich Drzew!
Nie skandowała imion nowożenców jak wszyscy. Zamiast tego odwróciła głowę od wszystkich i wywróciła oczami. Oby jednak życzenia srebrnej się nie spełniły. Kiedy wiwaty ucichły, a niektórzy zaczęli ustawiać się w kolejce, by sprezentować coś nowożeńcom, ona nadal siedziała w bezruchu, czekając tylko, aż to wszystko wreszcie się skończy. Drugiego takiego ślubu nie wytrzyma. Jeszcze tylko brakowało, żeby ta druga maszkara sobie taki sprawiła. No właśnie! Liliowa Pieśń (zaczynała już podejrzewać, że człon Lilia mógł nieść za sobą negatywne cechy charakteru) przez cały ślub przyklejała się do Ulewnego Szkwału. A z tego, co kojarzyła, był to dość szanowany wojownik. Nie mogła pozwolić, żeby tak sobie zepsuł reputację! Może nie wiedział? Musiała go uratować. Przecież jako namiestniczka ma obowiązek dbać o klan… i o własne interesy. No a poza tym… na ślubie przecież się bawi! Co z tego, że dla niej frajdą byłaby afera pomiędzy tą parą?
– Zawołajcie mnie, kiedy będzie nasza kolej na danie prezentu — rzuciła do rodziny i z uśmiechem wyruszyła na swoją misję. Akurat złapała kocura, kiedy partnerka na chwilę go opuściła.
— Dzień dobry, Ulewny Szkwale — przywitała się oficjalnie, jednak bez ukłonu. Nie czuła takiej potrzeby. W końcu była od niego wyższa tytułem. No a on chyba nie powinien mieć jej tego za złe. W końcu ratowała go od spadku w hierarchii klanowej! Kocur obrócił się do niej.
— Dzień Dobry, namiestniczko — ukłonił się. — Jak damie się tu podoba? Przyszłaś może złożyć życzenia parze młodej?
Już widziała, czemu koty z rodu go lubiły. Tym bardziej musiała mu pomóc. Szkoda by było, gdyby taki miły kot zaprzepaścił wszelkie szanse przez niewiedzę.
— Jest… w porządku — skłamała, siląc się na uśmiech. — Nie, nie o to chodzi. Rodzice jeszcze nie podeszli. Chciałabym… zamienić z tobą słowo… najlepiej trochę dalej stąd — szepnęła, patrząc ukradkiem na Liliową Pieśń.
— Jasne, namiestniczko, to nie będzie dla mnie problemem.
Wtedy ich rozmowę przerwała kotka, która stanęła właśnie za jej plecami.
— Łabędzia Łapo, idziemy wręczyć prezent parze młodej. Możesz wrócić do rozmowy z Ulewnym Szkwałem potem — miauknęła jej matka. Niechętnie podniosła się z miejsca. Fińczyk skinął jej głową na chwilowe pożegnanie, a ona razem z resztą namiestników podeszła do Urodziwego Szafirka i Przypalonego Kasztana. Trzcinowy Szmer skinęła im głową. Według niej było to niedorzeczne. Jej matka nie powinna tak robić przed plebsem! Chyba naprawdę było z nią coraz gorzej.
— Przynieśliśmy wam prezent. Wydaje się skromny, jak na rodzinę namiestników, jednak muszę przyznać, że zostały one dobrane i pozyskiwane spod lodu, która skuła naszą rzekę. — Szylkretka wzięła od Żmijowcowej Wici zawiniątko i delikatnie rozwinęła je, ukazując prezent. — Oto biżuteria, składająca się z najładniejszych i najbardziej świecących łusek oraz zębów drapieżnych ryb, jakie udało mi się znaleźć podczas nurkowania. Niestety przez Porę Nagich Liści nie mogłam zbyt daleko nurkować, bo nie znalazłabym wyjścia spod lodu. Mam nadzieję, że wybaczycie nam te niedogodności.
Powiedziała formalnie, podsuwając bliżej nich prezent. Łuski i kły drapieżnych rzecznych potworów błyszczały od odbijającego się światła.
— Mam nadzieję, że wam się podoba — zamruczała. Chociaż ona sama nie przepadała za zębami ryb i uznawała je za obrzydliwe, to musiała przyznać, że bardzo ładnie się mieniły. Dlatego nie powinny zostać podarkiem dla tych zakał! Ona by im dała najwyżej patyk! Nie okazała jednak po sobie irytacji i zamiast tego uśmiechnęła się szeroko do dwójki.
Urodziwy Szafirek uśmiechnęła się do nich. Musnęła łapą podarek, przedłużając tę chwilę, co tylko bardziej ją irytowało.
— Bardzo wam dziękujemy, Trzcinowy Szmerze i Żmijowcowa Wici. Z dumą będziemy to nosić — wymruczała. Mała namiestniczka zmrużyła oczy w szparki. Czy pominęła ich specjalnie? A to pchli móżdżek! Kiedy tylko jej rodzina powróciła na poprzednie miejsce, ona postanowiła ponownie odszukać Ulewny Szkwał. Oboje odeszli trochę dalej od jego partnerki.
— Usłyszałam ostatnio bardzo niepokojące informacje o Liliowej Pieśni. Podobno wspiera koty czekoladowe i nie szanuje członków rodu królewskiego — mówiła, udając bardzo zmartwioną. W rzeczywistości uważała, że skoro taka paskuda robiła takie rzeczy, to zasługiwała na pozostanie samotną.
— To okropne. Postaram się coś z tym zrobić. Nie ma miejsca w końcu w naszym klanie na takie coś — odmiauknął niebieski, brzmiąc, jakby zaczął poważnie zastanawiać się nad zerwaniem związku. Udało się! Pan Książę Rogaty Flaming będzie z niej dumny… chociaż może lepiej, żeby mu o tym nie mówiła.
— To dobrze. W końcu powiedział mi to sam Pan Książę Rogaty Flaming, a on raczej nie zniżałby się do narzekania o rzeczach małej wagi — dorzuciła jeszcze dla większej wiarygodności.
— Dziękuję za tę informację, namiestniczko, życzę udanej imprezy — pożegnał się, kłaniając się jej na odchodne. I poszedł gdzieś, prawdopodobnie szukać swojej (pewnie za niedługo byłej) partnerki. Ona wtedy wróciła do swojej rodzinki i ponownie zajęła swoje miejsce, zastygając w eleganckiej pozycji niczym jakiś posąg. Był czas na rzut żabą. Ona osobiście uważała to za obrzydliwą tradycję. Bo kto by chciał dotykać żab? Na jej ślubie na pewno czegoś takiego nie będzie. Urodziwy Szafirek zamachnęła się i rzuciła zwierzęciem. A złapał ją Narcyzowa Łapa. Wtedy nagle zdarzenia obrały szybki i niespodziewany kierunek.
— Głupie płazy, kłamią! — miauknęła donośnym głosem Narwana Łapa, obrzucając zaskoczonego Narcyza sztucznie zrozpaczonym spojrzeniem. — Kłamią i nie widzą prawdziwej miłości... Prawda, Lawendo?
Z tymi słowy przechyliła się w stronę stojącej obok kotki i przysunęła swój pysk do tego liliowego. Zmrużyła ślipia, uśmiechając się, po czym polizała ją romantycznym gestem po nosie. Łabędzia Łapa patrzyła na to wszystko w zadziwieniu. Spotęgował to uczucie fakt, że kiedy Lawendowa Rozkosz popatrzyła na szylkretkę, wcale nie wyglądała na zdziwioną czy oburzoną. Zamiast tego po prostu się uśmiechnęła.
— Och tak, droga Narwanko. Łżą jak wydry. Paskudniki — odparła z niechęcią. Gdy kocica ją polizała, Lawenda zakryła pyszczek jakby zarumieniona. — Ależ moja miła, ile razy ci mówiłam, że wolę być pierwsza? — mruknęła, odsuwając łapę od pyszczka. Przewróciła lekko koteczkę i stanęła nad nią. — I co ja mam z tobą zrobić hm? — mruknęła, chyląc pysk i liżąc ciemną w nosek. Vanka zakryła łapką pyszczek na taki widok. Nie wiedziała nawet, czy z oburzenia, zaskoczenia, czy po prostu dlatego, że była to sensacja. Chyba kotki nie powinny robić takich rzeczy publicznie, a już na pewno nie na czyimś ślubie, ale przynajmniej nie było nudno… No i będzie o czym później opowiadać! Po paru uderzeniach serca Narwana Łapa wydobyła z siebie parę dźwięków:
— Ja- Mhm — wydusiła z siebie. Położyła łapę na piersi drugiej kotki, delikatnie odpychając ją do tyłu. — Może- Może później mi powiesz, co, Lawendo? — miauknęła w końcu, już niedrżącym głosem. Uśmiechnęła się cwanie i dotknęła nosem tego wojowniczki. — Chyba że już nie będziesz taka śmiała?
Ta jednak uśmiechała się z wyraźnym triumfem w oczach.
— Och, moja droga, nie udawaj, że to cię tak zaskoczyło, bo pomyślę, że nie chcesz mnie obok — mruknęła, a jej pyszczek wyrażał smutek, by po chwili cicho się zaśmiać. — No? Co mi teraz powiesz? — przechyliła lekko łebek, wpatrując się głęboko w jej oczy. Po dotknięciu się nosami z Narwaną Łapą zarumieniła się lekko, po czym coś do niej szepnęła chyba o jakimś spacerze. Łabądek przeniosła wzrok na Narcyzową Łapę, który gdyby jego futro na to pozwalało, byłby właśnie blady jak śnieg. Całkiem zapomniał już o żabie; zamiast tego drgnął i zerwał się na równe łapy.
— Yy... Protestuję! — rzucił desperacko. Liliowa przewróciła oczami.
— Och proszę cię — zaczęła, opuszczając kotkę i ocierając się o Narcyza, by zatrzymać się przy jego uchu. Jemu również coś szepnęła, na ucho, po czym wróciła do Narwanej Łapy.
— Czyż to nie jest decyzja tej piękności? — uśmiechnęła się niewinnie, choć w oczach miała iskrę chłodu. “Ta piękność” powoli uniosła się, podpierając się łapami. Zerkała na brata kątem oka. Odezwała się jednak do Lawendy:
— Oczywiście — odparła, unosząc kąciki pyska. Wstała i stanęła obok kotki, ignorując wszystkich dookoła i wpatrując się w jej pysk. W jej oczach zaczęło błyszczeć zainteresowanie. — Tam będziesz mogła sobie nade mną stać bez szansy na to, że ktoś nam przeszkodzi...
— Taka jesteś! — zawołał czarno-biały z wyrzutem w ostatnim akcie desperacji, zarzucając ogonem.
— Bardzo dobra decyzja, moja piękna Narwanko — wymruczała, muskając bok kotki ogonem i kierując pysk w jej stronę. — Znajdę ci najwygodniejsze miejsce na leżenie, obiecuję ci to — wymruczała uroczo, przenosząc wzrok na Narcyza. — Och, Narcyzku, nie złość się, bo ci serce stanie i co wtedy?
Szylkretka przytaknęła Lawendzie, po czym przyklejając do niej swój bok, odwróciła pysk do Narcyza.
— Wybacz — wzruszyła ramionami. — Nie moja wina, że nie umiesz sobie nikogo znaleźć! — Wytknęła mu język, uśmiechając się. — Może na naszym ślubie znowu złapiesz tę żabę i tym razem ci się poszczęści!
Liliowa otuliła kotkę ogonem, by trzymać ją blisko siebie.
— Och, cudowny promyku, nie bądź taka dla braciszka. Los nie jest dla niego litościwy — wymruczała z troską, po czym zacieśniła ogon na boku Narwanej Łapy. Narcyz wpatrywał się w obie kotki szeroko otwartymi oczami.
— ...Nie moja wina, że wszyscy są głupi! — wydusił w końcu, ale głos mu się nieco załamał. Zerknął na Werwę.
— Ty... ty też jesteś głupia! Idź sobie z tą Lawendą, gdzie chcesz, byle daleko. Niedobrze mi się od was robi!
Lawendowa Rozkosz zmrużyła oczy na słowa kocura.
— Och, doprawdy? Głupcy? Mało oryginalne nazewnictwo — prychnęła. — Chodźmy, Narwanko, nie marnujmy czasu na... takie bezsensowne paplanie — mruknęła.
— Narcyz... — zaczęła “Narwanka”. — Narcyz, no weź...
Potem dała się odciągnąć kotce na bok. Czyli jednak nie skończyło się tak nudno, jak myślała. Niech no tylko wszyscy o tym usłyszą!

***

Kilka wschodów słońca później

Tak… być może rozpowiedziała trochę naciąganą plotkę na temat jej znajomych z legowiska oraz Lawendowej Rozkoszy. I tak… być może ta plotka mogłaby komuś potencjalnie zaszkodzić lub go poniżyć. No i teoretycznie takie zachowanie nie przystało namiestniczce… Ale na Klan Gwiazdy, jaka to była świetna zabawa! Ledwo powstrzymywała uśmiech dumy za każdym razem, kiedy ktoś spekulował nad datą ślubu dwóch kotek albo kiedy słyszała o kolejnym kandydacie na temat nowego partnera Narcyza. Oczywiście jakby ktoś pytał, ona tylko usłyszała to, chodząc po obozie. A jakby się ktoś dowiedział, że to ona to… zrobiła to, żeby odwrócić uwagę od tych paskudnych wymysłów na temat pokrewieństwa dzieci Fląderki z jej babcią – Wężynowym Kłem! Właśnie! Bo co złego to nie ona! Zawsze miała dobre intencje! Siedziała właśnie na swoim posłaniu, obracając w palcach jeden ze swoich kolorowych kamyczków i słuchała przyciszonych szeptów kolegów z legowiska. Najbardziej interesowała ją aktualnie rozmowa Ropuszej Łapy z Liliową Łapą.
— Podobno on i Ulewny Szkwał czują coś do siebie, ale obaj boją się, że drugi nie czuje tego samego. To takie smutne… ale słodkie! — entuzjazmowała się starsza. Łabądek aż zadrżały wąsy z rozbawienia. W sumie może to nawet na lepsze by im wyszło? Dla fińczyka chyba każda opcja byłaby lepsza niż ta jego aktualna paskuda. Nagle szepty zaczęły cichnąć, a w legowisku uczniów rozległy się kroki. Dźwięk zatrzymał się dopiero kilka długości wąsa od niej, a cień smukłej kotki padł na ziemię przed nią. Obróciła się w kierunku kotki i usiadła. Na jej pysk wkradł się uśmiech, w którym można było zobaczyć nutkę wyzwania. No kogo jej oczy widziały? “Narwanka” we własnej osobie! Szylkretka jednak nie wyglądała na zbyt zadowoloną. Bardziej jakby przez cały poranek podgryzały ją pchły. Może złapała jakieś na tym spacerze ze swoją ukochaną?

<”Narwanka”?>

[2353 słowa]

Od Ośnieżonego Kryształu do Nocnego Śpiewaka

Nie mogła uwierzyć w to, że Nadciągający Pomrok naprawdę zadała jej ranę na tyle głęboką, że zaczęła z niej cieknąć krew. To był tylko kolejny dowód na to, że Klan Wilka był klanem pełnym przemocy i złych kotów! Brukselkowa Zadra miała rację. Większość Wilczaków była już zgniła do szpiku kości i nie dało się z nimi nic zrobić. Ulegli propagandzie, która była im wpajana od małego. Nie myślą już za siebie, a zamiast tego powtarzają to, co przekazało im starsze, równie zaślepione pokolenie.
Kryształka zmarszczyła brwi, chyba po raz pierwszy w życiu, przyjmując tak zgorzkniały wyraz pyska. Rana nad nosem szczypała ją niemiłosiernie, a pazury aż błagały o to, by zostały wysunięte. Czuła się tak zirytowana, tak rozgniewana i tak bezsilna, że miała ochotę zaatakować pierwszego lepszego kota, tylko po to, by udowodnić sobie, że nad czymś jeszcze ma kontrolę.
Życie w tej chorej przynależności powoli działało jej już na nerwy. Czuła się czasem nieswojo. Jakby to nie ona formułowała swoje własne myśli, a jedynie jakiś dzikus, który wtargnął do jej umysłu. Dawniej przecież nie była taka agresywna. Praktycznie wcale się nie złościła ani nie chodziła nadąsana tak, jak teraz.
W końcu rozluźniła mięśnie, przyjmując neutralny, a może raczej po prostu zmęczony wyraz pyska. Nie mogła stać się jedną z nich. Nie mogła pozwolić na to, by zawładnął nią gniew — bo jeśli przestanie być tą miłą, opiekuńczą Kryształką, to już niewiele będzie ją dzieliło od brutalnych wyznawców Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd.
Wzięła kilka głębokich wdechów, po czym podeszło do niej Roztargniony Koperek, trzymając w pysku jakieś zioła i pajęczynę. Biało-niebieska spuściła wzrok na łapy, trochę zawstydzona raną, którą zadała jej Nadciągający Pomrok. Dobrze, że przynajmniej liliowe nie naciskało, by dowiedzieć się o pochodzeniu tego zadrapania. Zamiast tego Koperek przeżuło zioła na papkę, po czym nałożyło ją na nos wojowniczki i owinęło lepkimi nićmi pajęczyny, by opatrunek się nie zsunął.
— Lepiej nie wychodź już nigdzie dzisiaj. Musisz uważać, by opatrunek nie spadł — mruknęło cicho, po czym odwróciło się od Kryształki, wracając do swoich codziennych obowiązków.
Młodsza skinęła głową w podzięce i podniosła się powoli na wszystkie cztery łapy. Przez moment obserwowała tył głowy Roztargnionego Koperka, a konkretniej jego lewe ucho. Nie było na szczęście postrzępione tak jak u kultystów. Zresztą liliowe było chyba rodzeństwem Brukselkowej Zadry. Nie mogło wierzyć w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd. Lecz w takim razie, dlaczego nie pojawiało się na ich spotkaniach, podczas których obmyślali plany przywrócenia wiary w Klan Gwiazdy w Klanie Wilka? Czyżby było ateistą?
W końcu Kryształka stwierdziła, że zbyt długo już wpatruje się w medyka. Postanowiła jak najszybciej opuścić legowisko, by nie wzbudzać żadnych podejrzeń. Już wystarczająco nawywijała. Nie potrzebowała kolejnych kotów, które uważałyby ją za podejrzaną.
Gdy położyła się na swoim posłaniu, wreszcie poczuła, jak przygniata ją poczucie winy. Dziś miało być tak pięknie… Miała opowiedzieć Tęczowej Łapie o Gwiezdnych Przodkach. Miała sprowadzić go na dobrą ścieżkę, a zamiast tego nabawiła się jedynie rany nad nosem. Brukselkowa Zadra byłaby nią zawiedziona, o ile już nie jest… O ile oczywiście Gwiazdnicowy Blask postanowiła podzielić się z nią tym, co wydarzyło się na patrolu, ponieważ sama Kryształka nie miała odwagi pisnąć o tym ani słowa swojej przybranej matce. Wiedziała, że pewnie dostałaby od niej burę. Może nie dlatego, że jej próba zakończyła się porażką, ale dlatego, że w ogóle zaryzykowała własnym życiem, by opowiedzieć Tęczowej Łapie o Klanie Gwiazdy. Liliowa w końcu chciała dla nich dobrze. Pragnęła, by jej adoptowane kocięta były zdrowe i bezpieczne, a nie by niepotrzebnie ściągały na siebie niebezpieczeństwo.

* * *

Gdy obudziła się rano i dotknęła łapą nosa, okazało się, że opatrunek rozpadł się podczas snu. Rana wciąż nieco ją szczypała, ale przynajmniej nie leciała już z niej krew. Postanowiła, że nie będzie zawracać głowy medykom i jakoś wytrzyma do czasu, aż zadrapanie samo się zagoi. Zastanawiała się tylko, czy pozostanie po nim blizna. Nie było aż tak głębokie, ale kto wie… W końcu Nadciągający Pomrok musiała być całkiem silna. Pewnie chciała, aby wojowniczce na nosie zostało przypomnienie o tym, że w Klanie Wilka nie ma miejsca na opowieści o Gwiezdnych Przodkach.
Ośnieżony Kryształ westchnęła, a wtedy przypomniała sobie, że została przecież wyznaczona na poranny patrol. Jej serce zabiło szybciej i zerwała się od razu na równe łapy, wybiegając z legowiska. Futro miała zmierzwione, a pysk wciąż jeszcze trochę brudny od ziołowej papki i pajęczyn. Nie miała jednak czasu się ogarnąć — dostrzegła, że przy wyjściu czeka już dwójka kotów. Podbiegła do nich szybko, wlepiając w nich przepraszające spojrzenie.
— Przepraszam! — mruknęła, po czym mocniej zacisnęła szczękę, czując, jak robi jej się słabo. Z początku pomyślała, że to pewnie przez nagły bieg, więc postanowiła to zignorować i ruszyć za Dyniową Skórką i Grubą Rybą poza obóz.
Z czasem jednak to uczucie nie ustępowało. Kryształka miała wrażenie, jakby jakieś szpony zaciskały się na jej gardle, a ktoś wykręcał jej żołądek. Nie wiedziała, skąd to się brało. Czy to ze stresu? Może jej umysł uznał, że wciąż znajduje się w niebezpieczeństwie, skoro na poprzednim patrolu została pobita? Tak, pewnie właśnie o to chodziło.
“Głupi mózg!” — pomyślała, ledwo potrafiąc skupić się na czymkolwiek innym. Nie patrzyła już nawet na swoich pobratymców; wzrok miała utkwiony we własnych łapach, które powoli wlokły się do przodu.
— Ośnieżony Krysztale! Idziesz za nami, czy nie? — odezwała się ruda kotka, jednak wojowniczka nie miała siły jej odpowiadać. Zamiast tego nieznacznie przyspieszyła kroku i zadarła brodę, próbując dogonić resztę patrolu.
— Przepraszam… — mruknęła znowu, gdy była już wystarczająco blisko.
— Co się z tobą dzieje? W ogóle nie skupiasz się na patrolu — stwierdziła Dyniowa Skórka.
Kryształka nawiązała z nią krótki kontakt wzrokowy. Pod ciężarem spojrzenia rudofutrej przeszedł ją dreszcz. Szybko odwróciła pysk, przyklejając uszy do czaszki.
— Ja… Trochę… źle… — zaczęła, lecz urwała, czując, jak z każdym słowem gardło zaciska jej się coraz bardziej.
Łapy jej drżały. Miała wrażenie, jakby zaraz miała eksplodować jej głowa.
— Co? Źle się czujesz? — dopytała zielonooka, zatrzymując się w miejscu. — Gruba Rybo, zaczekaj. Z Ośnieżonym Kryształem chyba dzieje się coś niedobrego… — stwierdziła, przekrzywiając głowę.
Biało-niebieska czuła, jak skóra pali ją ze wstydu.
— N-nie… Chodźmy dalej… Wytrzymam — próbowała zapewnić pręgowaną, lecz ta nie wyglądała na przekonaną.
— Wyglądasz, jakbyś zaraz miała nam tu paść, a ja nie będę ciągnąć trupa do obozu! Wrócimy, odstawimy cię do medyka i zabierzemy kogoś innego w zastępstwie. Tak będzie najlepiej — zażądała Dyniowa Skórka.
Niebieskooka nie protestowała. Zamiast tego odwróciła się i wraz z dwoma rudymi kotami u boku ruszyła z powrotem w stronę obozu.

* * *

Dyniowa Skórka i Gruba Ryba zostawili ją pod lecznicą i poszli szukać kogoś na zastępstwo. Kryształka jednak, zamiast wejść do legowiska medyków i wyjaśnić, jak się czuje, postanowiła to zignorować. W końcu nie mogło to być nic poważnego, prawda? Pewnie tylko jej się wydawało. Pewnie było to ze stresu. Pewnie tylko panikowała, mimo że nic jej nie dolegało. Zawsze tak robiła. Gdy była młodsza, nawet najłagodniejszy ból sprawiał, że zaczynała się niewyobrażalnie nim martwić. Dzięki temu już kilka razy zdążyła pożegnać się z Brukselkową Zadrą, będąc przekonana, że umiera. A jednak nie umarła. Wciąż tu była. Żywa. To znaczyło, że ten ból brzucha też przeżyje, bo na pewno nie był niczym poważnym.
Dlatego, gdy spostrzegła, że patrol wychodzi już z azylu z nowym członkiem, postanowiła zakraść się z powrotem na swoje posłanie. Nim jednak zdążyła do niego dotrzeć, przypadkiem wpadła na jakiegoś kota. Wydawało jej się, że mignęło jej przed oczami czarno-rude futro. Przez to, że czuła się okropnie osłabiona, straciła równowagę i wywróciła się na ziemię, widząc przed sobą jedynie rozmazany zarys czyichś łap. Była przekonana, że należały one do Nadciągającego Pomroku. Skuliła się, kładąc po sobie uszy.
— Och, przepraszam… Przepraszam cię za wszystko! — wydukała, czując, jak zbiera jej się na łzy. Modliła się do Klanu Gwiazdy, by mistrzyni nie zaatakowała jej znowu. — Nie… nie powinnam była wczoraj tego mówić! Biedny… biedny Tęczowa Łapa! Masz rację, nie… nie powinien słuchać tych herezji! — lamentowała.
Wtem poczuła, jak przez całe jej ciało przechodzi gwałtowny spazm. Wystraszyła się, od razu podrywając się na łapy i odwracając od kota. Pobiegła w stronę wyjścia z obozu. Gdy tylko znalazła się na zewnątrz, zanurkowała w pierwsze lepsze krzaki i zwymiotowała całą zawartością żołądka.
Dopiero wtedy poczuła się odrobinę lepiej i odzyskała zmysły. Nadal była osłabiona, a przez ciało co chwilę przechodziły fale gorąca, lecz przynajmniej nie czuła już tego okropnego ucisku w gardle i żołądku.
— Uch… Wszystko w porządku? — zapytał nagle jakiś kot.
Kryształka odwróciła się w jego stronę. Nocny Śpiewak.
— C-co? — zapytała, zastanawiając się, czemu akurat on tu przyszedł.
— Zaczęłaś mnie przepraszać… a potem uciekłaś — wyjaśnił. Na jego pysku malowało się szczere zmieszanie.
Co za wstyd… Wcale nie przepraszała Nadciągającego Pomroku, tylko Nocnego Śpiewaka?
— Och… naprawdę? Musiałam… musiałam pomylić cię z kimś innym — wymamrotała, spuszczając wzrok. Dopiero teraz dotarło do niej, jak żałośnie musiała wyglądać. Położyła po sobie uszy, czując, jak palą ją ze wstydu. — Przepraszam… Nie czuję się dziś najlepiej — dodała ciszej. — Chyba trochę… pomieszało mi się w głowie.

<Nocny Śpiewaku?>

Od Borowika

Następnych parę dni spędziłem na bacznej obserwacji. Samego siebie, jak i otoczenia, którego jeden element z jakiegoś powodu stał się jego punktem centralnym...
Świergotek.
Oczywiście, można było znaleźć na to wiele logicznych wyjaśnień. Na przykład wyróżniający się, rudo-biały kolor futra…
No dobra. W sumie to nie udało mi się wpaść na nic innego do tej pory…
By zbadać ten niespotykany fenomen, postanowiłem zbliżyć się do kocura. Zastosowałem w tym celu kilka prostych taktyk, składających się na całość mojej wybitnej strategii.
Przykładowo, zamiast wylegiwać się większość czasu wolnego w legowisku, spędzałem go w dolnej części obozu. Udawałem, że gdzieś idę lub też po prostu siedziałem w miejscu, czekając cierpliwie na pojawienie się Świergotka. Gdy wreszcie zauważałem go, przechodzącego, całą siłą umysłu starałem się złapać z nim kontakt wzrokowy, a następnie — w zależności od sytuacji — przywitać się z nim słownie lub kiwnięciem głowy.
Nie zostawało mi jednak zbyt wiele czasu wolnego, gdyż kolejną taktyką było… zgłaszanie się na każdy możliwy patrol. Nie byłem pewien, na którym z nich będzie rudy kocur, dlatego szedłem na wszystkie. Byleby tylko spędzić z nim czas. Nie ważne, że w większości wyglądało to tak, że on szedł, a ja się gapiłem, nie uzyskując oczekiwanej reakcji…
Dziś ponownie zgłosiłem się na poranny patrol i w końcu miałem szczęście — Świergotek również tam był. Jak zwykle szedłem za nim i obserwowałem — no bo co innego miałem zrobić? Nie wiem, co. Na pewno nie zagadam. Bo co miałbym powiedzieć?
Ale tym razem było inaczej. Skupiłem się na nim tak bardzo, że… zamiast przeskoczyć na gałąź obok, wlazłem w pień głową…
Rozległ się stłumiony trzask.
Rudy kocur odwrócił się do mnie gwałtownie z otwartymi szeroko oczami.
— Borowiku? Wszystko dobrze? — spytał.
Skrzywiłem się i potrząsnąłem głową na boki.
Oj, będę miał guza…
Chciałem odpowiedzieć, że tak, wszystko dobrze, ale zamiast tego z mojego pyska wydobył się jedynie bliżej niesprecyzowany dźwięk.
— Eueuaehhhh… — Zachwiałem się.
Świergotek zmarszczył brwi i przeskoczył na moją gałąź, stając obok mnie, by w razie czego zapobiec mojemu upadkowi.
Czułem, jak przegrzewają mi się zwoje mózgowe.
— Możesz iść? — Gdy pokiwałem głową, kontynuował: — To dalej, powinniśmy dogonić resztę. Musisz bardziej uważać, Borowiku.
Ton jego głosu nie brzmiał ani trochę, jakby kocur był zdziwiony czy zirytowany. Bardziej, jakby to była całkowicie normalna sytuacja…
— Uch. Nie no… Nic mi… nie jest. Jestem przyzwyczajony do… uch… wpadania w… pnie… — mruknąłem. — Nic… nic specjalnego…
Kocur zaśmiał się dość naturalnie i przechylił głowę.
— To pewnie przez to, że ostatnio chodzisz na te wszystkie patrole, Borowiku.
No i zatopiony.
Zdemaskował mnie.
Ale jak? Moja tajna operacja była zaplanowana wybitnie i w sposób złożony, zwykły umysł nie byłby w stanie tego odkryć…
— Uch… Co…? Znaczy… trochę mi się… wiesz… nudzi ostatnio… Nie mam ucznia ani nic… — Zmarszczyłem brwi, próbując ostrożnie postawić łapę na następnej gałęzi.
— Tia, zauważyłem. Ciągle siedzisz na środku obozu. Musi ci się naprawdę nudzić…
Podwójnie zatopiony.
Nie wierzę…
Nie wiedziałem, że jest aż tak spostrzegawczy…
— Uch. No… — Po wejściu w drzewo nie stać mnie było na bardziej rozbudowane odpowiedzi.
Rudzielec spojrzał na mnie.
— Wiesz, jeśli chciałbyś z kimś pogadać czy coś, to nie musisz się tak czaić — dodał, jakby od niechcenia. — Ja też nie mam nic lepszego do roboty.
Jakby dla żartu pacnął mnie ogonem.
BUM.
Zaliczyłem drugie spotkanie mojej głowy z pniem.
Tym razem siła zderzenia była na tyle duża, że spadłem z gałęzi i zacząłem zsuwać się odruchowo po pniu w dół.
— BOROWIKU! — krzyknął za mną Świergotek, tłumiąc śmiech. — ŻYJESZ?
Wylądowałem w krzakach na dole.

***

Wieczorem, leżałem w legowisku na gałęzi. Czułem, jak na moim czole uformował się guz wysoki jak średniej wielkości szczupak od ogona do głowy.
Auć.
Nie mam pojęcia, jak to się stało, że wlazłem w drzewo. Dwukrotnie. I to przez jakiegoś kota. Nigdy mi się to nie zdarzyło przez jakiegoś kota. Z reguły było to celowe działanie z mojej strony lub dywersja…
W dodatku zostałem rozpracowany z taką łatwością…
Nie podoba mi się to.
“Jeśli chciałbyś z kimś pogadać czy coś, to nie musisz się tak czaić”.
Pff. Ja mu dam. Tak z nim pogadam, że sam w pień wlezie. Jeszcze pożałuje, że zasugerował mi najbardziej logiczną i naturalną opcję…

Od Wrony CD. Smoka

Przeszłość

Kotka popatrzyła na Smoka z rozbawieniem. Była jeszcze mała i mogła nie rozumieć niektórych zasad.
— Wiesz, Smoku, Sajgon nie toleruje kłamstw, ponieważ gdy będziesz dużo kłamać, to gdy będziesz potrzebować pomocy lub chciała udowodnić swoją niewinność, mógłby nie uwierzyć. Choć to dobry i szanowany wojownik, to czasami fakt, ma kij pod ogonem.
Uczennica się lekko zaśmiała i odeszła coś zjeść.

***

Przeszłość, dzień mianowania dzieci Kurki i Guziczka

Wrona ledwo opanowywała ekscytację. Otóż dzisiaj miała otrzymać swojego ucznia! Cieszyła się, że Czereśnia jej tak zaufał, minęły dopiero cztery księżyce od jej mianowania, a niektórzy, mając na karku kilkadziesiąt księżyców, nadal nie mieli podopiecznego.
Czereśnia wyszedł ze swego legowiska, zwołał swych pobratymców i zaczął ceremonie.
— Dzisiaj na drogę uczniów wstąpią Alka, Gronostaj oraz Bratek. Alko, wystąp.
Czekoladowa wystąpiła niechętnie przed szereg.
— Alko, ukończyłaś cztery księżyce, a więc to czas, abyś została uczennicą. Będziesz szkolić się na zwiadowcę, a twoim mentorem zostanie Wrona. Wrono, mam nadzieję, że przekażesz swej uczennicy wszystko, co umiesz.
Wrona dotknęła nos uczennicy, gdyż Alka przekręciła tylko niechętnie oczami.

***

Teraźniejszość

Alka nie była łatwym uczniem. Marudziła na wszystko i wszystkich, jakby była pępkiem świata. No cóż, Wrona musiała ją postawić choć trochę do pionu.
— Alko, dzisiaj będziemy się uczyć czegoś, bez czego nie można zostać zwiadowcą, czyli wspinaczki na drzewa.
— No dobrze! — rzekła.
— A więc przerzuć swój ciężar ciała na tylne łapy, odbij się od ziemi i wczep się w drzewo, o tak — zademonstrowała. — Później znów odbij się tylnymi łapami, a przednimi zaczep się wyżej, w ten sposób. — pokazała uczennicy. — Twoja kolej.
Alka podeszła do drzewa i mocno się wybiła.
— Bardzo dobrze! Teraz do góry!
— No przecież wiem! — zirytowała się. Kotka wskoczyła na drzewo i weszła wyżej. Wrona musiała przyznać, że dobrze sobie radziła. Nagle z drzewa wyleciał ptak, który przestraszył kotkę i straciła równowagę.
— Uważaj! — ostrzegła ją mentorka. Niestety kotka spadła. Z dobrych wieści, spadła akurat na paprocie.
— Alko! Nic ci się nie stało?
— Ach! Moje futro! Jest całe w suchych liściach! — krzyknęła.
Wrona chciała ją pocieszyć, ale ona tylko odrzuciła jej łapę.
— To wszystko twoja wina! Rozproszyłaś mnie!
Kotka zbulwersowała się na słowa uczennicy.
— Musisz panować nad swoimi emocjami.
— Jestem już idealna! To ty masz jakieś problemy! — prychnęła.

***

Wieczór. Wrócili z treningu. Alka świetnie chodziła po drzewach, ale z polowaniem miała problemy. Upolowała mysz i nornicę.
Gdy Wrona poszła coś zjeść, spotkała Smok.
— Witaj Smok! Jak ci idzie trening na wojownika?

<Smok?>