BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

03 listopada 2026

Od Zwinka

Dzień był pochmurny, a z samego rana nad obozem panowała ciężka mgła. Zwinek odkąd zamieszkał w legowisku z Gołąbkiem i innymi, nie widział jeszcze takiego zjawiska. Wyściubił nieśmiało nos poza krzew, a Gołąbek go wyprzedził, ogonem dając znak do wymarszu. Rudy nie do końca rozumiał, dlaczego mieli z samego świtu i to w taką pogodę szukać ziół… poza tym, czy Zwinek nie powinien na razie siedzieć w obozie? Powtarzać mieszanek? Albo yyyy trenować zaklejanie ran? Purchawka dołączyła do nich chwilkę później.
Podreptał za ciemnym kotem, ze zwieszoną głową. Starsza kotka dotknęła go ogonem, by dodać mu otuchy.
— Niektóre rośliny potrzebują dużo wilgoci i lepiej je zbierać takimi porami — rozległo się przed nim.
Nadstawił uszu. Poruszył wąsami, doganiając mentora.
— Chodźmy, pójdziemy ich poszukać.
— Nie trafimy na lisy?
— Raczej nie, w tej części nie powinniśmy ich spotkać — odparł starszy. — Możemy wziąć kogoś z nami.
Sajgon akurat przeciągał swoje czarne ciało, kiedy nadeszli. Gołąbek zamienił z nim kilka słów, a kocur kiwnął głową. Wybyli więc całą trójką. Zwinek był zaintrygowany wojownikiem. Nie nosił na sobie blizny, a mimo to biła od niego pewność siebie oraz doświadczenie. Podziwiał takie koty, samemu będąc raczej delikatną osobowością.
Szli bardzo długo. Mijali łąki pełne zielonej trawy, a w niej śpiewające ptaki, które na ich widok szybciutko umykały. Następnie wspięli się na kłodę, która pozwoliła im przejść na drugą stronę rzeki. Zwinek potrzebował tutaj pomocy Sajgona - sam był za słaby, by wykonać taki skok na śliską nawierzchnię. Gołąbek go pochwalił. Następnie przekroczyli mokradła, docierając aż do Dębowej Ostoi, w której powietrze pachniało zupełnie inaczej. Było ciężkie, wilgotne. Mgła zdążyła się rozejść do tej pory, odsłaniając podłoże pełne mchu, gałęzi i liści. Zwinek musiał mocno uważać, by nie wywinąć orła, ale i tak uderzył głową w gałąź jednego z krzaków. Zapiszczał boleśnie.
— Zwinku, wdrap się na drzewo i zbierz mi tamte liście, dobrze? Pamiętasz, co z nimi robimy? — zapytał go mentor.
— To te, co nosimy w nich lekarstwa? Te wielkie?
— Tak, dokładnie słoneczko! — wtrąciła się Purchawka, a Zwinek posłał jej uśmiech. Gołąbek westchnął.
Po chwili rudzielec dzielnie wspinał się na drzewo. Sajgon go kontrolował, czy nie spada, ale jednocześnie rozglądał się dookoła za niebezpieczeństwami. Zwinek dotarł na najniższą gałąź dębu i zerwał tyle, ile zdołał. Zrzucił to na ziemię, by dozbierać więcej. Purchawka z Gołąbkiem wzięli zdobycze. Zwinek niezgrabnie zszedł, spadając z ostatniego odcinka, prosto w mchowe podłoże. Zarył buzią w mokrej ziemi.
— Auć — syknął.
— Hihihi jak nie będziesz uważał to zaraz zużyjemy to, co zebraliśmy — rzuciła Purchawka, a Zwinek położył uszy po sobie.
Zebrał się z ziemi, otrzepał, chlapiąc przypadkiem Sajgon.
— Ojć, wybacz — miauknął ze skruchą.
— Nic nie szkodzi.
Poszli dalej. Purchawka pokazała Zwinkowi jak odnaleźć dziki czosnek. Roślina ta miała bardzo pikantny zapach, a jej wygląd to była bulwa z liśćmi. Zwinek zanotował w głowie ten nietypowy obraz. Zebrali tyle, ile zdołali.
— Bardzo dobrze leczy infekcję — zaczął Gołąbek. — Jest również pomocny przy ugryzieniach szczurów.
— Pachnie okropnie — skomentował syn Purpury.
— Oj słodziaku, nie każde lekarstwo musi pachnieć fiołkami. Ma działać! — oznajmiła Purchawka, która była jak zawsze w świetnym nastroju.
Dębowa Ostoja wydawała się Zwinkowi przerażającym miejscem. Pełna różnych zapachów, niektórych tak drażniących, jakby miały zaraz wybuchnąć mu płuca. Z kolei inne były delikatne jak kwiaty. Widział dużo różnych drzew oraz krzewów, których nazw nie pamiętał. Wiedział jednak, że jeszcze tutaj wróci na przyszłych treningach, dlatego nie łamał się niewiedzą. Jednocześnie podejmował rozmowy z Sajgonem, pytał go o to i tamto, ale też potykał się o wystające korzenie. Wojownik kilkukrotnie musiał go wyciągać z dziur po łasicach.
Ich długą i wyczerpującą podróż zakończyli jeszcze lekcją na temat zdzierania kory z drzew. Zwinek po powrocie był naprawdę wykończony, więc Gołąbek pozwolił mu na niedługą drzemkę. Rudy dosłownie padł na pyszczek tam, gdzie stał, więc z pomocą Purchawki, obydwoje medycznych kotów go przeniosło na bok, żeby nie przeszkadzał.

[627 słów + zbieranie ziół w towarzystwie szamana]

Od Kaczorka do Migoczącego Nieboskłonu

Po usłyszeniu plotki o swoim pochodzeniu
__________

Zderzenie z nowymi realiami było bolesne, a także odbiło się echem w jego życiu. Po spotkaniu z Pszczelim Lilakiem wycofał się, metaforycznie rzecz biorąc. Zaczął silnie myśleć i analizować wszelkie wydarzenia, które mogły kryć za sobą choćby krztynę prawdy o tym, skąd pochodził. Czuł się dziwnie śpiąc obok Morświnowej Płetwy, a nawet zaczął unikać dłuższego spędzania czasu przy jej boku, pomimo miłości, jaką ją darzył. Zdawała mu się nie odpowiednia, zupełnie nie pasująca do tego miejsca. Skoro nie ona była jego matką, tylko opiekunką, czy nie powinien traktować jej z nieco większym dystansem? Ból głowy dopadał go na samo wspomnienie pogmatwanych rzeczy mogących być, równie dobrze, jak też nie być, rzeczywistością.
Wychodzenie od zawsze było u niego skreślone. Teraz jednak nie unikał go z premedytacją nasiloną o parę dodatkowych stopni, a zamiast tego często godził się na odwiedziny do starszych bez ówczesnej prośby o to. Powodem było uniknięcie przebywania blisko kota, względem którego nie wiedział, jak się zachować. Nikt nie mógł podać mu reguł takiej relacji, bo mało kto przeżywał podobne! A zresztą nie pokusiłby się o pytanie… Królowa oczywiście to zauważyła, ale jej nieśmiała natura kłóciła się z otwartym przyznaniem się do widzenia tejże zmiany, dodatkowo zważywszy na to, iż była praktycznie przekonana o jej pochodzeniu. Co innego mogło wywołać u niego tak silną reakcję, niżeliby rozniesiona po całym obozie plotka o jego osobie? Osobie, która nie cierpiała uwagi i kochała swoją grupę z całego, drobnego serca noszonego w piersi.
— Chciałbyś pójść ze mną do Drzemiącego Serca? — zapytała przyjaźnie liliowa, liżąc swojego “syna” pomiędzy uszami. Dzień był chłodnawy, ale cichy i wypełniony oczekiwanymi roztopami, przynoszącymi nadzieję na nadejście cieplejszych dni. Kaczorek zamruczał przez odczuwaną troskę, dając kotce złudne poczucie szansy na zgodę co do wspólnego wyjścia. Wtem powstrzymał się siłą od wydawania odgłosów, po czym bez ostrzeżenia wstał z miejsca w pośpiechu, zaraz po przypomnieniu sobie o istocie sytuacji.
— Umówiłem się z... — zająknął się. — Umówiłem się z Roświetloną- Rozświetlonym… — począł się miotać po kłamstwie, jakie starał się złożyć. Nie pamięć względem imion… szlag by to! Nie dało się kłamać z takim utrudnieniem. Zapatrzył się w przestrzeń, panicznie szukając imienia, jakie zaczął wypowiadać.
— Rozświetloną Skórą? — spróbowała pomóc mama i, jak to mama, dokładnie odgadła to, co miał powiedzieć. Poczuł się przez to zawstydzony sobą.
— Tak, dokładnie… wybacz — wydukał, jeżąc się mimowolnie. Pragnął po prostu zapaść się pod ziemię. To miłe spojrzenie Morświnowej Płetwy, dokładające do jego niedoli i jeszcze chęć przytulenia się do niej ciasno oraz pozostania w ciepłym legowisku, nie pomagało w odwróceniu się i podtrzymaniu swej wypowiedzi. Ona zdecydowała się chyba mu w tym pomóc, wyrozumiała i tak głęboko świadoma jego zachowań. Bez dwóch zdań wiedziała o kłamstwie, lecz poddała się mu.
— Może innym razem — odrzekła niejasno, pozwalając na swobodę w dacie i ogólnym sposobie wydarzeń, jakie proponowała. Pręguskiem zawładnęły emocje, bo słowa te były faktycznie zapewniające; uspokoił się wbrew własnej woli. Nie mógł wytrzymać tej miłości, jaką dostawał od kogoś, kogo nie chciał obdarzyć podobną. Pchany strachem rozklejenia się, odwrócił się i żwawym tempem opuścił jamę, pozostawiając kocice w tyle. Korciło go odwrócenie się, aczkolwiek nie zrobił tego. Tak było po prostu lepiej dla nich obydwu. Dopiero gdy przemknął poboczem na podwyższenie prowadzące do miejsca przebywania starszyzny, pozwolił sobie zwolnić.

__________

— Czasem zastanawiam się, dlaczego Owocniaki wierzą w tę całą Wszechmatkę. Przecież mają przed sobą koty prosto z gwiazd! To wydaje się znacznie bardziej racjonalne — bełkotał wcześniej wspomniany pobratymiec, podczas gdy młodszy siedział przed nim. W sumie to nie do końca chciał go słuchać, niemniej z potrzebą utrzymania swoich słów jako prawdziwe w pewnym stopniu, zmusił siebie do takiego siedzenia. Z szacunkiem mruczał przytakująco co rusz, aby tylko nie wyjść na śmiertelnie znudzonego - choć był znudzony.
Przez szukanie jakiegokolwiek zajęcia, które mogło umilić mu bycie świadkiem wykładu o wierze swojego klanu, zaczął przesuwać oczyma po legowisku. Na początku, gdyż następnie sięgał dalej, poza skalny brzeg: gdzieś do centrum obozu. mijało się tam tyle pysków, że już powoli nie rozpoznawał, kto był kim. Czy to asystent medyka? Nie, czekaj… to mianowany medyk. Tam spaceruje jeszcze jakiś uczeń… przecież to Firmamentowa Łapa, niedawno zmieniający ścieżkę nauki. Zanim zdołał dojrzeć więcej, pojawili się kolejni do rozszyfrowywania i zaniedbał swoje zajęcie. Wszak takie przypominanie to o dużo za dużo dla niego.
— Klan Gwiazdy od zawsze nas prowadzi. Daje życia przywódcom. Dba o to, abyśmy żyli godnie. Jak można ot, tak zaniedbać tradycję? — wywód był kontynuowany mozolnie w tle rozmyślań Kaczorka. Niespodziewanie, przed wzrokiem mignęło mu futro, jakie od paru ładnych dni rozpamiętywał; jedyne rozpoznawalne bez problemu. Migoczący Nieboskłon przecinał centrum wzdłuż, a jego niebiesko-białe futro kryło się w szarościach głazów.
Decyzja o ruchu zapadła bez przemyślenia tego. Ponownie jak poprzednio - bez ostrzeżenia. Przed uderzeniem serca siedział, potem przesuwał się już przez wyjście z legowiska jak gdyby nigdy nic. Rzucił za siebie rozemocjonowane: — Przepraszam, muszę już iść! — wówczas wszelki ślad po nim zniknął z przestrzeni, żeby zakręcić się w obrębie przebywających na poniżej znajdującej się centrum Klifiaków. Ujrzawszy wskakującego na skalne półki zmiękczone mchem, nie miał obaw przed podążaniem jego śladem. Legowiska wojowników były miejscem nie dla niego, lecz był zdolny spróbować, jeśli miało to oznaczać potrzebną konfrontację.

__________

Wdrapywanie się na górę trochę zajmowało takiemu kociakowi, niedoświadczonemu we wspinaczce oraz mniejszemu od kotów, dla których wejście było przeznaczone. Stojąc u stóp wspinających się parę ogonów wzwyż miejsc snu, musiał zadrzeć głowę, żeby spojrzeć na następny poziom. Dlatego nie mógł dobrze wymierzyć skoku i pierwotnie był nietrafny - zsunął się łapami z powrotem na dół. Druga próba, już po zapoznaniu się z wysokością, dała mu możliwość podciągnięcia się w górę i ustania na płaszczyźnie. Teoretyczny brat nie był jeszcze dostrzegalny. Tak właśnie podróż wyżej trwała, aż nie natknął się na niego: ułożoną wygodnie postać z przymkniętymi sennie ślepiami, jednak otworzonymi szeroko widząc malca.
Kociak zaczął już dyszeć. Wspinaczka była zdecydowanie trudniejsza, niż myślał i zmęczył się wchodzeniem raptem czterech płyt. Oddychał głośno, wbijając spojrzenie prosto w tamtego. Utrzymywali kontakt wzrokowy w ciszy przez dłuższy moment.
— Co Ty tu robisz? — wypalił w końcu wojownik.
Kolejny odcinek ciszy, rozciągającej się pomiędzy nimi, podczas gdy obydwoje nie wiedzieli co powiedzieć. Nie ten przyjemny rodzaj spokoju, bezgłos ujmujący. Głusza będąca prawie hałasem przez to, jak rozbrzmiewała w uszach falami, porównywalna do dzwonienia. Wyłącznym odgłosem było przesunięcie na mchu.
— Opowiedz mi — nieskładnie wypadło z pyska rudego.
Odgadnięcie co miał w umyśle nie było trudne. Migoczący Nieboskłon chyba zdecydował się nie próbować swoich sił w czymś niepewnym. Znów drgnął na posłaniu, zmieniając swoje ułożenie, właściwie nie do końca wiadomo czemu. Może z emocji… może chęci odwrócenia się od niezaproszonego rozmówcy… Bez tłumaczenia siebie, jedynie zwiesił łeb nisko oraz zamknął oczy, zabierawszy głos:
— Opowiedzieć ci? Niby o czym? — jego oskarżycielski ton rezonował w każdej sylabie wypowiedzenia.
Pręgusek zamrugał parokrotnie, jakoby słowa usłyszane nie miały najmniejszego logicznego sensu. Naprawdę był to problem personalny z brakiem zrozumienia przez potok przelewający się mu w głowie. Odpowiedział niewcześniej niż po niekomfortowym milczeniu.
— Opowiedz mi, co wiesz o naszym — zawahał się. Dobranie pasującej definicji w posiadaniu jeszcze okrojonego słownictwa było pewnego rodzaju wyzwaniem. Parokrotnie przemielił słowo na języku dla pewności o jego zgodności ze znaczeniem. Nadto - przez to wszystko, niechybnie zapomniał o swojej grzeczności. — Pokrewieństwie.

<Wypowiesz się, Migoczący Nieboskłonie?>

Od Płomiennego Serca

Płomienne Serce była wojowniczką już od ponad sześćdziesięciu księżyców. Kiedyś wydawało jej się, że to cała wieczność! Była pewna, że koty, które przeżyły tak wiele, musiały wiedzieć naprawdę wiele. Musiały odróżniać dobro od zła, znać pytania na każdą odpowiedź, podejmować decyzję bez zawahania się. Teraz kiedy sama mogła pochwalić się podobnym doświadczeniem, wiedziała już, jak bardzo się myliła. W rzeczywistości im więcej widziała, tym mniej rozumiała.
Przez te wszystkie księżyce obserwowała, jak dorastały kolejne pokolenia. Kocięta, które niegdyś zabawiała w żłobku, teraz chodziły dumne ze swoich wojowniczych imion. Niektóre nawet zdążyły już doczekać się własnego potomstwa!
Widziała przyjaźnie, obserwowała rodzącą się miłość. Była świadkiem kłótni, rozstań i pojednań. Nieraz pocieszała zapłakane koty, a innym razem świętowała razem z nimi.
Życie toczyło się dalej. Zawsze. Nawet gdy czasami wydawało się, że powinno się na chwilę zatrzymać. Bo Płomienne Serce widziała również śmierć. Zdecydowanie zbyt wiele śmierci.
Po walce z mewami starała się trzymać z dala od podobnych wydarzeń. Nie oznaczało to, że odmawiała pomocy czy unikała swoich obowiązków. Gdyby była potrzeba, to by stanęła do walki. Nie chciała jednak znów przeżywać tej ciszy, która nastała w obozie po powrocie. Nie chciała znów widzieć twarzy kotów, które dowiadywały się, że ktoś bliski już nigdy nie wróci.
Sama doskonale pamiętała ból, gdy dowiedziała się o śmierci Trójki. Jej pierwsze zgromadzenie… Nie pamiętała już wszystkich słów, które wówczas padły. Nie potrafiła powiedzieć, kto stał najbliżej niej ani kto pierwszy zareagował. Jednak pamiętała ulewę, która spadła na zebrane koty, i grad uderzający o ziemię. Pamiętała przerażone głosy, zamieszanie i dziwną postać, która pojawiła się pośród nich. Ni to kota, ni to zjawę… A najbardziej pamiętała moment, w którym głowa Trójki została rzucona na sam środek.
Później pomogła duchowi Trójki przejść przez bramę, za którą miał odnaleźć spokój. Od tamtej chwili nigdy więcej nie zobaczyła go tak wyraźnie, tak prawdziwie, jak podczas ich ostatniego spotkania. We śnie nadal do niej wracał, jednak zawsze był dziwnie rozmazany. Czasem obwiniał ją o to, co się wydarzyło. Innym razem zapewniał, że nie powinna się martwić. Bywał zły, rozbawiony, spokojny albo smutny. Sama nie wiedziała, czy to nadal był jego duch, odwiedzający ją, czy to jej umysł płatał figle i tak próbował poradzić sobie ze stratą.
W końcu przestała szukać odpowiedzi. Nie chciała spędzić reszty swoich dni, rozpamiętując wszystko, czego nie mogła zmienić. Świat wciąż miał jej wiele do zaoferowania, a ona zamierzała korzystać z tego tak długo, jak tylko pozwolą jej łapy.
Dlatego skupiała się na tym, co dobre. Spędzała czas z braćmi, pomagała młodym matkom i cierpliwie odpowiadała na niezliczone pytania ambitnych uczniów. Nie potrafiła przejść obojętnie obok żadnego kociaka, który potrzebował pomocy, ani obok chorego wojownika, któremu mogła choć trochę ulżyć.
Lubiła te drobne obowiązki. Lubiła czuć się potrzebna. Właściwie prowadziła całkiem spokojne życie. Oczywiście nadal polowała, uczestniczyła w patrolach i wykonywała zadania przydzielane wojownikom. Nie była jednak szczególnie zainteresowana klanowymi dyskusjami, sporami czy polityką. Nie śledziła każdego wypowiadanego słowa przez lidera i nie próbowała dowiedzieć się, co wydarzyło się podczas wszystkich zebrań.
Dopóki nikt nie był zagrożony, nie widziała potrzeby, aby się wtrącać. Miała swoje życie, swoich bliskich, swoje małe radości. I to jej wystarczało. Przynajmniej przez większość czasu.
Istniała jednak jedna rzecz, której Płomykówka nigdy nie mogła zignorować – krzywda innych. Najchętniej ochroniłaby wszystkich. Otoczyła łapami każdego kota, który potrzebował bezpieczeństwa, i obiecała, że nic złego już go nie spotka.
No ale przecież wiedziała, że to niemożliwe. Nie mogła uratować wszystkich. Przekonała się o tym już dawno temu. Mimo wszystko nie zamierzała przestać próbować.
Kiedy kilkanaście księżyców wcześniej część kotów opuściła dotychczasową społeczność, Płomienne Serce nie wiedziała, co o tym myśleć. A jednak powstały Jaśniejące Skrzydła, które miały stać się przykładem dla pozostałych, pokazać, że można było żyć inaczej i stworzyć wspólnotę, w której każdy mógł czuć się bezpiecznie.
Płomienne Serce chciała w to wierzyć. Naprawdę chciała. Zwłaszcza że wśród kotów, które otrzymały tę odpowiedzialność, znajdowała się Psotny Nietoperz. Jej mała Psotka! Na samo wspomnienie czarnej kotki wojowniczka mimowolnie się uśmiechała. Psotka była pierwszą kotką, którą ruda wzięła pod swoją opiekę. Pamiętała jej dziecięce wybryki, ciekawość świata i wszystkie chwile, podczas których musiała pilnować, aby mała nie wpakowała się w kolejne kłopoty.
A teraz? Teraz Psotny Nietoperz stała przed nią jako dorosła kotka, gotowa wziąć odpowiedzialność za innych. Ruda nie potrafiła ukryć wzruszenia.
— Jestem z ciebie taka dumna, Psotny Nietoperzu — powiedziała, kiedy tylko nadarzyła się okazja, by porozmawiać z nią po otrzymaniu nowego tytułu. — Dbaj, proszę, o tę społeczność.
— Oczywiście, Płomienne Serce.
To była prosta odpowiedź. Dwa słowa, które właściwie niczego nie gwarantowały.
A jednak wojowniczka poczuła ulgę. Wierzyła jej. A może po prostu chciała wierzyć? Nie zastanawiała się nad tym zbyt długo. Nie widziała sensu w doszukiwaniu się niepewności tam, gdzie mogła znaleźć nadzieję.
Drugą kotką, której powierzono podobną odpowiedzialność, była Wzorzysta Dal. Kiedyś Płomienne Serce znalazła ją i pomogła jej odnaleźć miejsce wśród innych. Minęło od tamtej chwili tak wiele księżyców, że niemal trudno było uwierzyć, iż stojąca teraz przed klanem kotka była tą samą, którą kiedyś się opiekowała. Pewnego dnia, kiedy dostrzegła znajomą sylwetkę, postanowiła w końcu do niej podejść.
— Wzorku! — zawołała odruchowo. — Wzorzysta Dali!
Liliowa kotka odwróciła głowę.
— Płomienne Serce?
Była zaskoczona. Ich drogi zdążyły się rozejść. Nie było w tym nic dziwnego. Kocięta dorastały. Uczniowie stawali się wojownikami. Każdy z czasem odnajdywał własne miejsce w świecie. Nie oznaczało to przecież, że dawne więzi przestawały mieć znaczenie.
Płomienne Serce nie miała jej tego za złe. Sama przecież nie zawsze znajdowała czas na rozmowy z kotami, które kiedyś były jej bliskie. Życie po prostu tak wyglądało. Nawet z własnymi braćmi nie była już tak nierozłączna, jak dawniej. A przecież kiedyś nie wyobrażała sobie świata bez nich.
Przez chwilę przypomniała sobie zimną jaskinię, w której znaleźli się jako dzieci. Była najmniejsza z rodzeństwa, najsłabsza. Pamiętała chłód kamienia, na którym leżała, zapach futra braci i strach przed nieznanym.
— Gdzie jesteśmy? — zapytała wtedy cicho.
— Sam nie wiem, Kareto… — głos Trójki pierwszy raz brzmiał niepewnie.
— Boję się — wyszeptała.
— Będzie dobrze. Obiecuję — zapewnił Strit.
Wtedy mu uwierzyła. Gdyby powiedział to teraz, też by mu uwierzyła. Nawet jeśli wiedziała, że jest to tylko małe kłamstwo, które pozwalało przetrwać najtrudniejsze chwile…
Kotka spojrzała ponownie na liliową i się uśmiechnęła.
— Chciałam powiedzieć, że jestem z ciebie dumna.
— Och, Płomienne Serce…
— Daleko zaszłaś, Wzorku. Dobrze to widzieć.
Liliowa kotka podeszła bliżej i otarła się o nią z cichym pomrukiem. Płomienne Serce odwzajemniła gest. Kiedy się odsunęły, wojowniczka przez moment przyglądała się kotce, a potem spojrzała na Lśniącą Gwiazdę. Na lidera.
Mimo że chciała wierzyć, że kocur był w stanie zapewnić im bezpieczeństwo, jakoś nie potrafiła. Nadal miała żal do dawnej, już martwej od wielu księżyców, liderki, Liściastej Gwiazdy. Chociaż nie wiedziała, czy kotka wtedy zrobiła cokolwiek, o co ją oskarżano, to wiedziała, czego nie zrobiła. Dlatego wobec Lśniącej Gwiazdy zachowywała ostrożność. Doceniała jego starania. Widziała, że zależy mu na stworzeniu wspólnoty, w której koty będą mogły żyć bezpiecznie. Podobało jej się, że mówił o odpowiedzialności, ochronie i trosce o pozostałych członków klanu. Były to przecież wartości, które sama uważała za najważniejsze.
Jednak słowa pozostawały tylko słowami. Płomienne Serce przekonała się już, że nawet najpiękniejsze obietnice mogły okazać się puste. Mimo wszystko postanowiła dać mu szansę.
Nie musiała go uwielbiać. Nie musiała zgadzać się z każdą jego decyzją. Wystarczyło, że nie będzie miał złych zamiarów wobec klanu.
Kiedy z wyspy wygnano Gąsienicowego Ogryzka, przez pewien czas wydawało jej się, że właśnie otrzymała dowód na to, iż Jaśniejące Skrzydła rzeczywiście zamierzają chronić społeczność. Podobno kocur niemal doprowadził do śmierci poprzedniej liderki. Podobno stanowił zagrożenie. Podobno… W obozie krążyło tyle opowieści, że trudno było ustalić, które z nich miały cokolwiek wspólnego z prawdą. Każdy wiedział coś innego. Każdy słyszał inną wersję wydarzeń.
Płomienne Serce nie wiedziała już, co o tym myśleć. Nie znała wszystkich szczegółów. Nie wiedziała, co było prawdą i kogo oskarżać – zresztą bez dowodów nie chciała oskarżać nikogo.
Po prostu trzymała się na uboczu. Nie buntowała się przeciwko liderowi. Nie próbowała podważać jego autorytetu ani przekonywać innych, że powinni zacząć mu się sprzeciwiać. Po prostu obserwowała. I czekała. Miała nadzieję, że nigdy nie pojawi się powód, aby robić coś więcej.
Nadzieja matką głupich. Płomienne Serce słyszała to powiedzenie wielokrotnie i czasami zastanawiała się, czy nie powinna w końcu wziąć go sobie do serca.
Lśniąca Gwiazda zniknął. Na ponad cały księżyc. Początkowo Płomienne Serce nie przywiązywała do tego większej wagi. Przywódcy mieli swoje obowiązki, o których zwykli wojownicy nie zawsze musieli wiedzieć.
Jednak z każdym kolejnym dniem zaczynała odczuwać coraz większy niepokój. Klan potrzebował lidera. Potrzebował kogoś, kto w razie zagrożenia podejmie decyzję. Kogoś, kto będzie wiedział, co robić, kiedy pozostali stracą pewność siebie. Kogoś, kto nie zniknie bez słowa, pozostawiając resztę w niepewności. A Lśniącej Gwiazdy po prostu nie było.
Kiedy wreszcie wrócił, Płomienne Serce spodziewała się wyjaśnień. Choćby krótkich. Nie doczekała się ich.
Zamiast tego Lśniąca Gwiazda pojawił się z trójką maluchów. Trójką! Może miał romans i dlatego zniknął? Tylko nawet jeśli miał romans, nie powinien tak znikać. Mógł mieć swoje życie, pewnie! Jednakże nie powinien przez to narażać życia innych…
O śmierci Przepiórczej Wichury dowiedziała się przypadkiem. Nie znała kotki szczególnie dobrze. Mimo to poruszyła ją wiadomość, że kolejny kot odszedł. Nie musiała znać wszystkich osobiście, aby być w żałobie po ich śmierci.
Jeszcze bardziej poruszył ją fakt, że nikt nie był w stanie stwierdzić jak naprawdę umarła. Wypadki się zdarzały, tereny były niebezpieczne. Jednak co, jeśli było to zaplanowane? Wówczas oznaczałoby to, że gdzieś na terenie był ktoś, kto chciał wyrządzić im krzywdę. Jaką mieli pewność, że nie będzie próbował ponownie? Jaką mieli pewność, że to nie ktoś z klanu? Jaką mieli pewność… że nie był to ich lider? Nie chciała go posądzać, o coś tak poważnego! Jednak ciche pytanie pozostało z tyłu jej głowy.
A może to po prostu coś, czego nie byli w stanie wyjaśnić? Klan Gwiazdy już mścił się na tych kotach. Karał za ich niedoskonałości. Może i tym razem czymś zawinili?
Nienawidziła tego, że nie potrafiła tego wyjaśnić. Nienawidziła poczucia, że coś może dziać się pod jej nosem, a ona nie będzie w stanie temu zapobiec. Chciała ich wszystkich ochronić. Tylko jak, gdy nawet nie wiedziała przed czym?
Wieczorem Płomykówka przyglądała się mieszkańcom klanu. Wszystko wydawało się spokojne, normalne. Uczniowie opowiadali o swoich treningach, wojownicy odpoczywali po długich dniach, a matki usypiały kociaki. Wojowniczka przyglądała się temu z mieszanką czułości i niepokoju. Tak bardzo chciała, żeby nic się nie zmieniło. Żeby kocięta mogły dorastać bez strachu. Żeby wojownicy wracali bezpiecznie z patroli. Żeby matki nie musiały martwić się o swoje dzieci, a bracia nie musieli żegnać rodzeństwa.
— Będzie dobrze. Obiecuję.
Słowa Świergoczącego Potoku. Zawsze je powtarzał, gdy się widzieli. Od kiedy wtulali się w siebie w tej jaskini do teraz, gdy dzielili się językami. Płomienne Serce nie wiedziała już, czy naprawdę w nie wierzyła.
Nie mogła też dłużej udawać, że wszystko było w porządku tylko dlatego, że bardzo tego pragnęła. Może nadszedł czas, aby zaczęła uważniej przyglądać się temu, co działo się wokół niej. Chciała po prostu wiedzieć, czy koty, które tak bardzo kochała, naprawdę były bezpieczne.
Płomienne Serce może i była najmniejsza ze swojego rodzeństwa. Może nigdy nie należała do najsilniejszych wojowników, a jej łapy nie zawsze nadążały za pragnieniem ratowania całego świata. Aczkolwiek dawno temu udowodniła już, że nie zamierzała pozwalać innym traktować się jak bezbronne kocię. Nie zamierzała też bezczynnie patrzeć, jeśli komuś działa się krzywda.
— Wszystko będzie dobrze — szepnęła do siebie.
Nie wiedziała, czy tak będzie. Nie mogła tego wiedzieć. Jednak mogła zrobić wszystko, co w jej mocy, aby tak się stało. I na razie musiało jej to wystarczyć.
Bo nawet jeśli nadzieja rzeczywiście była matką głupich… Płomienne Serce wciąż wolała być głupcem, który próbował uczynić świat lepszym, niż mądrym kotem, który dawno przestał wierzyć, że było to możliwe.

Od Psianki

Zwinek przerwał zabawę mchem, bo zarejestrował przyjście nowego kota do żłobka. Przybyszka miała jedwabistą sierść, jasną jak płatki stokrotki, a jej oczy mieniły się pięknym odcieniem traw. Zwinek był tak oszołomiony, że nie zauważył, jak położyła przed nim jakieś jedzenie. Usłyszał, co mówiła, jednak dopiero po kilku uderzeniach serca był w stanie się odezwać.
— Jest... jest Pani najpiękniejszą kotką, jaką kiedykolwiek widziałem — odezwał się nieśmiało, patrząc na nią wielkimi oczyskami.
Jej oczy urosły do dużych rozmiarów, wpatrując się w młodziaka. Obydwoje tak przyglądali się sobie z ogromnymi ślepiami. Parokrotnie otwierała pysk, tylko aby zaraz go zamknąć.
Kotka stanęła w pół kroku, chwilkę wyglądała na jakby zaskoczoną. Po uderzeniu serca zaśmiała się pod nosem, a jej chichot wypełnił uszy młodziaka.
— Ty też masz w sobie trochę uroku — odrzekła radosnym, nieco przypominającym przekomarzanie, tonem. Jednocześnie schyliła się, dopasowawszy się do wzrostu swojego młodszego rozmówcy.
Zwinek machnął ogonkiem nerwowo, po chwili go jednak delikatnie podnosząc do góry. Postawił uszy w sztorc.
— Naprawdę?! — zapytał zdumiony, a kiedy kotka się śmiała, czuł, jak zapiekły go policzki. Kociaka onieśmielała jej uroda, taka nietypowa jak na kota klanowego. — Wygląda Pani... inaczej niż inne koty z naszej społeczności — podzielił się swoją obserwacją. — Skąd Pani jest?
Nieznajoma powiodła oczami w górę, niby przewracając nimi, ale dalej była rozpromieniona. Nie mogła uciec od uśmiechu, którym obezwładniał ją przeuroczy kocurek.
— Jestem z hen daleka! — wytłumaczyła. Spojrzała głęboko w jego oczy. — Wychowałam się w miejscu, gdzie byli wszędzie Wyprostowani. Tamta społeczność różni się od waszej… tamci usługują i nie trzeba polować — dodawała wiele dramatyzmu. — Może dotrzesz tam pewnego dnia, co?
Żeby jeszcze bardziej nakreślić sytuację, trąciła Zwinka swoim ogonem prosto w nos. Rudy syn Purpury słuchał jej uważnie, a jego buzia coraz bardziej się otwierała. Gdyby leciała tędy jakaś mucha, na pewno by mu wpadła. Muśnięcie ogonem skwitował kichnięciem.
— Hen daleka? Wyprostowani? — powtórzył na głos, zastanawiając się nad czymś. Słyszał już kiedyś o podobnych rzeczach. Podrapał się po policzku pazurkiem i połączył kropki.
— Czyli byłaś pieszczochem? — zapytał. — Słyszałem, że pieszczochy są grubasami.
Liliowa skończyła, ponownie wybuchając śmiechem. Musiała aż pochylić głowę w napadzie rozbawienia. Kiedy kotka zaczęła się głośno śmiać, troszkę spanikował, jednak po chwili odetchnął z ulgą. Więc nie dostanie mu się za ten komentarz! Uff, a już się bał... bo było za późno by go cofnąć i ugryźć się w język! A Zwinek miał to do siebie, że paplał głupoty w niespodziewanych momentach.
— Masz mnie — przyznała i się wyprostowała. — Całe szczęście, że ja gruba nigdy nie byłam — mruknęła. Próbowała złapać oddech, co zajęło jej chwileczkę. — Myślę, że narodziny w Owocowym Lesie są o wiele fajniejsze — dorzuciła.
— Jesteś idealna. — Pokazałby jej kciuka w górę, gdyby takowego posiadał. Zamiast tego po prostu szeroko się uśmiechnął. — Czemu tak uważasz? Przecież kiedy Wyprostowani Ci usługiwali, to nie musiałaś nic robić! To musiało być fajne życie... tutaj nikt nic ci nie da tak po prostu... I samemu trzeba wszystko robić i eeee no pobrudzisz sobie swoje jasne futro…
— Takie usługiwanie było świetne, naprawdę. — Energicznie kiwała głową, może nieco zbyt energicznie. — No, lecz powiedz mi… czy chciałbyś spędzać tyle czasu w towarzystwie bezfutrzastych dziwolągów?
Zwinek zamyślił się chwilkę.
— Nie wiem — miauknął. — Fajnie byłoby nic nie robić, ale chyba brakowałoby mi tego, co mam tutaj. Mojej mamy i taty i nawet rodzeństwa, ale też śpiewu ptaków, szumu drzew i uczucia trawy pod łapkami. — Poruszył wąsami.
— Pięknie powiedziane, mały — przyznała mu.
— Oraz poznawania nowych rzeczy! Wiesz, że będę kiedyś uzdrowicielem? U Dwunożnych chyba tego nie ma, haha! No bo oni robią wszystko?
Z poważną miną słuchała swojego rozmówcy. Okazywała szczere zainteresowanie jego sprawami, kontynuowała jego słuchanie.
— Ojejuniu! To wielka odpowiedzialność. Będę z pewnością wyczekiwać Twojego mianowania. U Dwunożnych zmarnowałbyś potencjał — trajkotała przyjaźnie. Była zamyślona… Bycie uzdrowicielem to w końcu coś. Przynajmniej z wiedzy, jaką miał posiąść. — Ja znam jedno zioło - kocimiętkę. Wiesz może coś o nim? — zagadała.
Zwinek wypiął dumnie sierść, kiedy kotka zaczęła się nim i jego wyborami zachwycać. Napuszył ładnie odstającą kocięcą sierść.
— Mhm! Mam nadzieję, że sobie poradzę! — miauknął. — Kocimiętka? My też ją mamy! Wszyscy chyba ją znają. Poprawia humor, ale ciocia Figa mówiła mi, że kiedy z nią przesadzisz, to możesz mieć "niezłą jazdę". Tylko że ja nie wiem, co to znaczy!

Po mianowaniu na ucznia uzdrowiciela

Zwinek miał pełne łapki nauki. Gołąbek był cierpliwym nauczycielem, ale rudzielcowi jak na złość wszystko leciało z łapek. Któregoś razu układał liście, na których nosili zioła, ale zerwał się wiatr i kilka porwał.
— O nie! — miauknął, próbując je złapać, ale na darmo. — Pobiegnę je zebrać!
Gołąbek nim zdążył się odezwać, widział tylko rudy ogon znikający mu z oczu.
Zwinek wyleciał na środek obozu i jak piorun odbijał się z miejsca w miejsce, łapiąc liście. Wtem! Wpadł przypadkiem na przechodzącego obok kota. Poczuł pod sobą miękką sierść, a liście na nowo rozfrunęły się po obozie. Zwinek podrapał się po karku i niezręcznie zaśmiał.
— Eheheh… przepraszam najmocniej — wydukał i dopiero wtedy rozpoznał w kotce tamtą pieszczoszkę! — Oh, to Ty! Jejku wybacz mi! Goniłem liście, bo mi uciekły… wszystko leci mi z łap!
Odszedł na bok, by kotka mogła wstać.
— Jak Ci na imię? Chyba nie mieliśmy okazji poprawnie się poznać. — Posłał jej delikatny uśmiech.

<Odeto? :3 >
[845 słów]

Od Tojadowego Pazura

Słońce na bezchmurnym niebie oświetlało tereny Klanu Burzy, gdy Tojadowy Pazur wyruszył na samotne polowanie. Był to pierwszy dzień po mianowaniu go na wojownika. Zielonooki z każdym krokiem coraz bardziej odczuwał ekscytację związaną z możliwością samodzielnego przemierzania lasu, na którą czekał od dawna.
Ostatni raz polował w pojedynkę jeszcze za czasów przynależności do Klanu Nocy. Choć od tamtej pory minęło sporo czasu, wciąż uważał samotne łowy za jedną z najlepszych części życia wojownika. Nie potrafił też przestać powtarzać w myślach swojego nowego imienia już bez członu „łapa”. Tojadowy Pazur. Brzmiało idealnie. Podkreślało jego siłę i ostrość, z jaką zamierzał bronić granic swojego klanu.
Przystosowanie się do zwyczajów nowego klanu nie zawsze przychodziło mu łatwo. Kiedy należał do Klanu Nocy, nie tylko uczono go tamtejszych technik, lecz także wpajano mu zasady, z którymi sam się utożsamiał. Teraz, jednak gdy zdążył przywiązać się do Klanu Burzy równie mocno, a może nawet mocniej niż do poprzedniego, zaczął dostrzegać, jak niewiele tak naprawdę różniło koty należące do odrębnych klanów.
Każdy z kotów w tym lesie miał swoje zalety i wady, choć Tojad niechętnie poświęcał czas na podobne rozważania, gdyż był zbyt zapatrzony w siebie, by zastanawiać się nad tym, co przyniesie przyszłość lub co było w przeszłości. Zresztą myślenie o tym częściej przysparzało mu bólu, niż przynosiło jakikolwiek pożytek. Wolał więc skupić się na teraźniejszości i cieszyć się nowo zdobytą swobodą.

Od Zwinka do Mordor

Zwinek tego mroźnego poranka postanowił oczywiście wyjść na przechadzkę w zasięgu wzroku mamy. Było jasno, a on lada księżyc zostanie uczniem, dlatego postanowił zacząć się usamodzielniać. Zerwał ładny żonkil, który zaplątał się nieopodal żłobka. Gdy miał go w pyszczku, dostrzegł nietypowo wyglądające futro. Kiedyś już widział podobne w obozie, jednak nie miał okazji zagadać. Teraz więc postanowił wykorzystać okazję, podbijając do kotki. Nie znał jej imienia, więc nie mógł jej zawołać.
— Hej — zaczął, ale potknął się o wystający korzeń jednego z krzewów. Wylądował na pysku, przygryzając łodygę zerwanego żonkila.
Kotka spojrzała w dół wprost na małego rudzielca. Usłyszała jego przywitanie, ale na moment postanowiła zbytnio na nie nie zważać. Zmrużyła lekko oczy, mimowolnie się uśmiechając.
— Auć — mruknął. Spojrzał niezręcznie do góry na kotkę. — Hej! Ten kwiat jest dla ciebie, jak masz na imię? Masz piękne futro.
Teraz po czymś takim to na pewno nie będzie chciała gadać…
Nieznajoma, widząc, jak mały podsuwał do niej żółty kwiatek uniosła lekko brwi.
— Umm... Dzięki? — mruknęła w końcu cicho. — Mordor. Ty? — rzuciła krótko, jakby nie była jeszcze pewna czy chciała rozmawiać z rudym kocurkiem.
Zwinek pozbierał się z ziemi i otrzepał futro. Uśmiechnęła się! Widział to, widział! Więc może jego spektakularna gleba nie była aż taka zawstydzająca. Chyba że śmiała się z niego... to wtedy miał problem. Być spalonym już na samym początku...
— Ja jestem Zwinek! — odpowiedział z uśmiechem. — Masz puchate futerko, mogę dotknąć? Moje jest takie raczej sterczące, a Twoje wygląda super mięciutko.
Mordor zmrużyła oczy i westchnęła cicho. Słysząc zapytanie, przełknęła ślinę.
— Wolałabym... nie? — odmruknęła.
Zwinek patrzył, jak koteczka powoli przyjmuje od niego prezent. Wzięła w pyszczek żonkil od rudzielca i ząbkami wczepiła gdzieś na grzbiecie. Zwinek uśmiechnął się szeroko. Wyglądała świetnie. Zwinek zastrzygł po chwili uszami.
— Och, pewnie! Ej a jesteś uczennicą czy już po szkoleniu?
Mordor zmarszczyła nosek niezadowolona.
— Zwiadowczynią...? — mruknęła niepewnie. — Co tak wypytujesz, ciekawskie jajco?
Po jej odpowiedzi Zwinek podniósł wysoko ogonek. Tak się ucieszył, że nie słyszał wyzwiska i zaczepki.
— Ale epicko! A zabierzesz mnie poza obóz na spacer? Nie mogę iść sam... ale z tobą bym mógł, skoro jesteś kimś ważnym. — Uśmiechnął się.
Mordor zmarszczyła brwi. Jej mimika mówiła wszystko. Zdecydowanie nigdzie go nie zabierze. Przełknęła ślinę i spojrzała w bok.
— Za młodą zwiadowczynią jestem — mruknęła. — Ktoś inny zabrać musi cię. No i tak są lisy... Mogą Cię zjeść z jednym kłapnięciem — miauknęła, a w jej oczach pojawił się niewielki błysk.
— Jak jesteś młoda, to jesteś nieistotna? — zapytał, przechylając głowę. — To emmm... trochę smutne.
— Czy ja wiem, czy smutne? Chyba… jestem istotna? Jest teraz dużo zwiadowców, a ja nie lubię być w uwagi... centrum — miauczała, przerywając co jakiś czas, aby zebrać myśli. — Będziesz wojownikiem, to poza obóz wyjdziesz — mruknęła cichutko.
Zwinek poczuł, jak sierść mu staje dęba. Wysłuchał kotki grzecznie, poruszył uszami i opuścił ogon. Posłał jej pokrzepiający uśmiech. Widząc uśmiech kociaka, mimowolnie na pyszczek Mordor także wpełzł uśmiech, choć odrobinę bardziej przerażający niż ten rudzielca. Zwinek ucieszył się, widząc, że zaraził kotkę dobrym nastrojem, a przynajmniej tak myślał. Po zobaczeniu jej delikatnego uśmiechu podniósł ogon do góry, radując się tym widokiem. Przygnębiona samica to zły znak, dlatego cieszył się swoją małą wygraną. Mimo tego troszkę zastanowił go fakt, że Mordor nie chciała być w centrum uwagi. Czyli nie przepadała za towarzystwem? Więc przeszkadzał jej tutaj? Może się wstydziła innych kotów?
— Jesteś nieśmiała? — zapytał prosto z mostu. — Czy lisy są aż takie groźne, jak mówią? Nie widziałem nigdy żadnego — zapytał jeszcze. Na wzmiankę o zostaniu wojownikiem, trochę się skrzywił. On chyba nim nie zostanie... ale nie powie tego kotce, póki nie będzie pewien.
Szylkretka słysząc słowa kociaka, zamruczała cicho pod nosem. Pokręciła zaraz głową i zmrużyła oczy.
— Ja raz. Z drzew nie wyglądają aż tak groźnie. A przynajmniej gdy widzę je ja, a nie mnie one — mruknęła. — Są groźne. Jeden wojownik nie ma z nimi zbyt dużych szans... Nawet jeśli jest bardzo silny. Inne dzikie zwierzęta tak samo — miauczała dalej, po chwili zakrywając przednie łapki ogonem. — Ale słyszałam, że dawniej Owocowy Las mógł z nimi rozmawiać — mruczała dalej, gdy jednak ucichła położyła uszy lekko po sobie.
Gdy kotka zaczęła mówić o lisach, otworzył szeroko oczy.
— Postaram się trzymać od lisów z daleka... — mruknął niepewnie, wyobrażając sobie wielkie krwiożercze bestie z opowieści. Aż przymknął oczy na chwilę. Po informacji kolejnej nieco opuścił go strach, a nawiedziła ciekawość. — Naprawdę? Koty dawniej z nimi rozmawiały? Czyli wtedy lisy były dobre? Ciekawe czy moglibyśmy do tego wrócić. Może wtedy nie byłyby dla nas zagrożeniem!

Po mianowaniu Zwinka na ucznia uzdrowiciela

Zwinek był jakby wypełniony jeszcze większą ilością energii. Zostanie uczniem Gołąbka i nauka na ścieżce uzdrowiciela dała mu nową nadzieję. Naprawdę mógł uczyć się o kwiatach, które okazywały się ziołami! Purchawka miała rację i Zwinek bardzo był jej za to wdzięczny. Gdyby z nią nie rozmawiał wtedy, prawdopodobnie uczyłby się na wojownika i dalej wstydził swojego hobby.
Któregoś pięknego dnia dostrzegł w obozie znajome futro. Mordor!
— MORDORRRR — krzyknął do niej i podbiegł żwawo. — Zostałem uczniem! Mogę teraz wychodzić za obóz z Gołąbkiem, fajnie nie? Może chcesz iść ze mną na spacer z tej okazji?
Posłał jej szeroki uśmiech.

<Mordor?>
[838 słów]

Od Zanurzonej Łapy do Pszczelego Liliaku

Księżyc po śmierci Przepiórczej Wichury

Czuła, że powinna w jakiś sposób smucić się nad Przepiórczą Wichurą, bo była jej współklanowiczką, tylko problem był taki, że jej śmierć była dla niej obojętna, ponieważ nie była jej jakimś członkiem rodziny, by miała nad nią rozpaczać. W sensie i tak czuła, że połowa klanu o niej szybko zapomni. Zwłaszcza że na jej miejsce urodzą się kociaki lub kociak Jenociej Kufy... Szkoda, że tych kociaków akurat przybywało, jak była już uczennicą, a nie wcześniej. Bolało ją, że nie miała dużo rówieśników w swoim wieku. Tragedia jakaś, nawet nie miała z kim flirtować. Westchnęła, dłubiąc pazurem w zębach. Była tak tym pochłonięta, że raczej nie zwracała na nic więcej uwagi. Więc zdziwiła się gdy poczuła, że coś uderzyło w jej tyłek i natychmiast się odwróciła.
— Przepraszam, ale wpadłaś na mnie — zwróciła uwagę liliowej wojowniczce z długim liliowym futrem schodzącym w dół. Przypominało ono opadające gałęzie wierzby.
— Przepraszam... — wymamrotała liliowa kotka, nadal dosyć nieobecna. Dodała też po chwili. — Bardzo nie chciałam — powtórzyła wojowniczka. Zanurzona Łapa nie chciała być aż tak przepraszana, wystarczyło jej tylko, żeby raz ją przeprosiła, choć trochę jej się smutno zrobiło, jak spojrzała na nieznajomą, więc postanowiła spuścić z tonu.
— Przyjmuję twoje przeprosiny, tylko na przyszłość nie przepraszaj mnie dużo razy, raz wystarczy. — Spojrzała na smutną wojowniczkę, która miała zwieszoną głowę.

<Mopie?>
[213 słów]

Od Orzechówkowej Łapy CD. Milczka (Milczącej Jemiołuszki)

Przeszłość

Zwęglona kotka popatrzyła na kremowego kocurka. Był nieco przerażający. Jej małe oczka zaczęły się szklić.
Milczek ze zdziwieniem na nią się popatrzył.
– H-hej, ja chczę się thylko pobhawhić, nie pacz…
Orzechówka tylko się bardziej skuliła.
– B-bardzo przepraszam… – mruknęła i pociągnęła noskiem.
– Zha co? – zdziwił się niebieskooki.
Orzechówka tylko popatrzyła znad jej ogona zawstydzona tym, że była zawstydzona…
– Nhie whasne… – powiedział zdziwiony Milczek i odszedł truchtem w kierunku innych kociaków.
Zwęglonej koteczce było głupio. Nie miała siły ani odwagi pobawić się z nim. A co jeśli zrani mu lub on jej łapę? A co jeśli powie coś źle i nie będzie jej lubić do końca życia?
Kotka wstała i poszła do nowo poznanego kolegi.
– Czy- czy mogę się jednak z tobą pobawić?
Rudy odwrócił się do niej.
– Wh co się chcesz bhawić? – zapytał, patrząc na nią z zapytaniem w oczach.
– Hmm… A ty, czym lubisz się bawić lub w co? Może spróbujmy w berka? – zaproponowała, lekko speszona.
– Dobhry pomyhsł! – miauknął kocurek.
– To, kto go-...
– Berhek! – Milczek dotknął ogonem zwęgloną, odskakując od niej.
– Hej! – wymruczała Orzechówka. – I tak cię złapię!
Koty ganiały się dookoła żłobka, przyłączając do swojej zabawy inne kocięta. Piastun tylko na to patrzył i mruczał coś pod nosem.

<Milczek?>

Od Kaczorka do Dymówkowej Łapy

Przed usłyszeniem plotki o swoim pochodzeniu
__________

Kiedy jesteś kociakiem, wiele rzeczy zachwyca. Czy to miarowy stukot kropli na skałach twojego terenu, czy błysk bezkresnego jeziora zaraz za wyjściem z obozu… nawet długi patrol wracający trzymając w zębach zwierzynę był czymś, co napawało takiego malucha, jak Kaczorek, ogromem szczęścia. Miał w sobie pokłady ciekawości co do świata, a na dodatek klan, który interesował się nim w ten lub inny sposób. Czuł się odpowiednio zadbany i dobrze zaopiekowany.
Każdy księżyc budził w nim miłość względem grupy coraz to mocniejszą, rosnącą stopniowo. Zwłaszcza w sytuacjach takich, jakiej doświadczył dzisiaj. Ten dzień nie wyróżniał się niczym szczególnym na tle reszty jego przeżytych księżyców. Niemniej personalnie dla kocurka, był czymś specjalnym. Miał bowiem przyjemność poznać ucznia z prawdziwego zdarzenia! Kiedy takowa - Dymówkowa Łapa - po prostu wkroczyła do żłobka… serce aż podskoczyło mu do gardła. Osobiście nie marzył o zostaniu podopiecznym, przez obowiązki jakie zdawały mu się okropnie trudne do wykonywania, a także własne lęki związane z problemami z pamięcią z jakimi się mierzył. Jednak takie spotkanie było czymś, co już jego marzeniem można było nazwać.
Wymuskawszy się spod łap swojej mamy, rozciągnął się na jego pysku pełen uśmiech. Koteczka z tyłu wymruczała standardowe słowa ostrzeżenia: nie zgub się, uważaj na siebie. On odmachnął jej ogonem, w intencji uspokojenia jej, że nie wyjdzie nawet na zewnątrz. Na pewno to miał w planie. Wówczas coś musiałoby bardzo go zaciekawić, gdyż rzadko to robił. Do pójścia na drugi koniec żłobka nie potrzebował wiele.
To nie tak, że nikt nigdy nie przynosił im zwierzyny. No, ale rzadko zdarzało się, iż zakręcili się po legowisku dłużej niż parę minut. Zostawiwszy zdobycz, której młody nie zarejestrował zbyt dokładnie, u łap jednej z królowych, poczęła pogadankę. Teraz, kotka zagadująca do tego i owego kota, wzniecała w nim ciekawość na wielką skalę - tak miło gawędząc i przechadzając się. Kociak zastanawiał się czy mógłby kiedyś być taki jak ona. Każdy zdawał się przyjaźnie przyjąć ją do wymiany zdań. Mimowolnie zaczął podążać za nią krok w krok, aż tamta zauważając jego perypetię, odwróciła się w jego kierunku po pewnym czasie.
Zawsze chciał porozmawiać z uczniem, aby porównać swoje oczekiwania i strach względem jakiegoś prawdziwego punktu widzenia. To była okazja wręcz idealna właśnie do tego. Chociaż podskoczył, gdy ślepia trafiły bezpośrednio na niego. To już chyba stało się nawykiem. Co poradzi, czując uzasadnione przerażenie na rzecz spotykania innych, przed którymi może się ośmieszyć! W tym wypadku nawet nie znał imienia spacerującej pręguski. Strzelił na temat jej wieku, opierając się na wyglądzie. Zachodził sobie o to w głowę, podczas otwierania się jej pyska, aby się odezwać.
— Hej, Kaczorku! — zagaiła. Ona znała jego imię, co już było ciosem w jego klatkę piersiową. Wdech, przed chwilką zaczerpnięty, uciekł mu z płuc. Wielu mogłoby uznać to za głupkowate… nie zmieniało to faktu, potrzeby wzięcia głębszego oddechu, żeby uspokoić kołatanie odczuwane w sercu. — Co się tak czaisz? — zażartowała, uprzejmym tonem, nie zważając na osobliwość w jego zachowaniu. Natomiast maluch pomimo tego poczuł, że zrobił coś źle i zaczął przebierać nerwowo łapkami stojąc w miejscu.
— Przepraszam, nie miałem nic złego na myśli — wytłumaczył się. Jego spojrzenie momentalnie zmieniło się w przepraszające, na co tamta wydała się zmieszana. Na szczęście rudzielca, nie skomentowała tego głębiej, po prostu przysuwając się bliżej. — Zastanawiałem się… jak to jest być uczniem? — zapytał wbrew swojemu lękowi, nie mogąc się powstrzymać mimo naglącego palenia stresu rozchodzącego się po całym jego ciele. Był tak strasznie ciekawy! Może to zmieni całą jego perspektywę na bycie w tym wieku? Może stanie się oczekującym na służenie swojemu ukochanemu klanowi? Może bycie podobnym do niebieskiej okaże się zupełną normą?

<Proszę, opowiedz mi, Dymówkowa Łapo?>

Od Zanurzonej Łapy do Płomiennego Serca

Kilka wschodów słońca po śmierci Przepiórczej Wichury

Trójka potomków Rozżarzonej Pieśni siedziała na skalnych półkach w obozie, jedząc zwierzynę.
— To tragiczne, że spadła z tego klifu. Jednak nie chce mi się wierzyć, że doświadczonej wojowniczce mogło się to stać. Może ktoś jej w tym pomógł? — Świetlikowa Łapa przeżuwał swojego kraba.
— Niby kto, latające jeże? Nie bądź głupi. Wypadki się zdarzają. Pewnie podczas swojego latania po terenach Klanu Klifu, łapa jej się omsknęła i spadła. — Krabowa Łapa starała się poprawić rudego brata. Zanurzona Łapa na razie się nie odzywała. Czuła, że była po środku między tym, że to był wypadek a między tym, że to było podejrzane.
— Raczej to mógł być tylko wypadek, jednak może gdyby dali innego sowiego strażnika to może by żyła? Bo jakby jak patrolujesz teren to chyba cały, a nie tylko jakąś jedną durną granicę z Wilczakami! — Oczywiście mówiła o Majaczącym Kopciuszku, który i tak nie był jakiś społeczny, co było po nim widać. Jeszcze nie miał całego kompletu łap. Gdyby komuś stało się coś złego w pobliżu tego drzewa, to czy by pomógł takiemu kotu? Wątpiła w to. Próbowała sięgnąć łapą po dużą alkę, ale Krabowa Łapa zwinęła ją jej sprzed nosa.
— Przepraszam Krabowa Łapo, ale chyba ten kawałek zwierzyny powinien być mój. — Spojrzała na srebrną szylkretkę z niezadowoleniem. To ona chciała tego ptaka. Był dla niej idealny, a ta przeżarta mewa musiała jej go zabrać.
— No chyba nie. Rusz zad po innego skoro masz taki apetyt, tylko uważaj, żeby po drodze nikogo nie zjeść. — Zanurzona Łapa zmarszczyła pysk, w momencie, w którym Krabowa Łapa jej odpowiedziała. Wredna skrzecząca mewa z niej. Pokazała jej język, a następnie ruszyła ku zejściu ze skalnych półek, by dojść do stosu zwierzyny. Jak jej siostra mogła jej tak powiedzieć? To, że lubiła jeść, to nie było nic złego. Każdy jadł, więc to nie był problem. Najchętniej, to by wzięła okazałego ptaka ze stosu, tylko po to, żeby nim rzucić w zarozumiały pysk siostry.
Na stercie było dużo różnych ptaków i skorupiaków. Upatrzyła sobie sieweczkę. Niby nie była zbyt wielka, ale za to jaka tłusta. Już sięgała łapą po zwierzynę, gdy nagle dotknęła czyjejś łapy. Ona też chciała się posilić jedzeniem. Była to ruda kotka. Kojarzyła ją tylko z wyglądu, bo z imienia nie. Miała charakterystyczną bliznę na plecach i płatki kwiatów na głowie.
— Przepraszam panią, nie zauważyłam pańskiej łapy. — Szybko odsunęła swoją łapę, stawiając ją obok drugiej przedniej łapy. — Niech pani pierwsza wybierze — dodała, patrząc co chwilę niepewnie na sieweczkę, aż w końcu jej wzrok skierował się w stronę kotki. Oby nie wybrała jej sieweczki, tak bardzo ją chciała.

<Płomienne Serce?>
[422 słowa]