BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.W Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Mioty
Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)
Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)
Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)
17 sierpnia 2026
Od Roztargnionego Koperka CD. Księżycowej Łapy (Rozbitego Księżyca)
Letnie dolegliwości!
Nadeszła Pora Zielonych Liści, a z nią nowe dolegliwości!
POGODA
Nadeszła Pora Zielonych Liści. Po wilgotnej wiośnie rośliny kwitną w najlepsze, a zwierzyny nie brakuje. Gorące dni są wyjątkowo znośne, mimo że często towarzyszą im krótkie, ale intensywne burze. Nawet zbliżająca się jesień nieprędko zepsuje piękną pogodę. Wojownicy długo będą mogli się cieszyć łagodnym, przyjemnym latem. Zachęcająca do spacerów temperatura ma jednak swoje minusy – łatwo o spotkania z Dwunożnymi, ich psami oraz wywabionymi ze swoich nor dzikimi zwierzętami.
Klanu Burzy:
Bąbelkowy Plusk - wymioty
Ćmie Mżenie - bezsenność
Siwa Czapla - gorączka
Roztargniony Koperek - gorączka
Rozbity Księżyc - infekcja gardła
Smok - infekcja oka
Od Ośnieżonego Kryształu do Kurzej Łapy
Powinna zacząć się już powoli przyzwyczajać do tego, że cały czas wpakowywała się w jakieś żenujące sytuacje. Dlaczego nie mogła ich po prostu unikać? Nie rozumiała tego. Nigdy nie słyszała o innym kocie, który tak często odwalałby jakieś akcje, jak ona. No, może poza Cykoriowym Cykorem. Czekoladowa kotka była w Klanie Wilka wrogiem publicznym najwyższego sortu. Ale ona przynajmniej nie przejmowała się tym, jak patrzą na nią pobratymcy. A może jednak się przejmowała? Ciężko stwierdzić, gdyż wydawała się bardzo… nonszalancka. Z pozoru niczym niewzruszona, lecz w środku? Może naprawdę była kotem o złotym sercu? Owcą w wilczej skórze?
Kryształka pewnie zastanawiałaby się nad tym dłużej, gdyby nie nagły ból brzucha. Taki sam, jaki odczuwała te kilka dni temu, chwilę przed tragedią. Aż ją to zestresowało, ponownie przywodząc na myśl tamten okrutny dzień. A przez chwilę było tak dobrze… Zajęła się myśleniem o Cykoriowym Cykorze i przez kilka uderzeń serca skóra przestała palić ją ze wstydu. Teraz czuła się jednak tak samo, jak wtedy. Czuła, że śniadanie już cofa jej się do gardła, ale tym razem nie mogła pozwolić na to, by wydostało się na światło dzienne. Wiedziała już, że nie są to żadne przelewki ani wytwór jej wyobraźni. Musiała się czymś zatruć, a teraz te wymioty chodziły za nią jak czarne chmury. Prędko musiała przedostać się do lecznicy, by wyprosić medyków o jakieś zioła albo cokolwiek innego, byle tylko uratować Kryształkę od kolejnego upokorzenia.
W trybie natychmiastowym zerwała się z posłania i zaczęła biec do legowiska medyków, o mało się przy tym nie wywracając. Wleciała do lecznicy jak burza, od razu skupiając na sobie wzrok Cisowego Tchnienia, Roztargnionego Koperka i Chudego Grzbietu. Jej przerażone oczy mówiły wszystko.
— Ja… ja chyba zaraz zwymiotuję! — rzuciła wprost, a w jej oczach wbrew jej woli zakręciły się łzy. Czuła się tak potwornie! Znowu traciła całą siłę w łapach i miała wrażenie, jakby świat wokół niej wirował.
Usłyszała czyjeś kroki. Szylkretowa medyczka podeszła do Kryształki, przyglądając się jej przez dłuższą chwilę.
— To jakieś zatrucie? — zapytała po jakimś czasie, próbując odkryć powód, dla którego Kryształka była o włos od zwymiotowania zjedzonego posiłku.
Wojowniczka nie znała jednak podłoża swojego problemu z wymiotami.
— Nie… nie wiem. Kilka dni temu też tak miałam, a teraz znowu! Proszę, pani Cisowe Tchnienie, nie chcę już więcej rzygać! — przeraziła się.
Czyżby znowu się ośmieszała? Być może. Jednak w obliczu takiej katastrofy każdy zacząłby panikować.
— Ja mogę jej podać zioła przeciwwymiotne! — krzyknął gdzieś z tyłu Chudy Grzbiet, po czym podszedł do Ośnieżonego Kryształu z kilkoma listkami w pysku.
Wojowniczka chwyciła je łapczywie i zaczęła szybko przeżuwać. Przełknęła je za jednym razem, po czym odetchnęła z ulgą, wierząc, że to już koniec jej przygody z wymiotami.
— Dziękuję! — miauknęła w pierwszej chwili, uśmiechając się do medyków, wobec których była naprawdę wdzięczna. — Naprawdę doceniam waszą pracę. Klan nie poradziłby sobie bez was! — kontynuowała, poruszając wibrysami z radości.
Cisowe Tchnienie, Roztargniony Koperek i Chudy Grzbiet wpatrywali się w nią trochę zakłopotani.
Z jej mordki uciekło jeszcze kilka pochwał i słów podzięki, aż w końcu Kryształka skinęła głową na pożegnanie medykom i wybyła z lecznicy, pozostawiając ich w zdumieniu.
Właściwie… nawet całkiem spodobał jej się ten pomysł. Gdy tylko wpadł jej do głowy, wybyła z azylu Klanu Wilka i skierowała się w stronę granicy z inną przynależnością. Do wyboru miała Klan Klifu bądź Klan Burzy i jeszcze nie wiedziała, dokąd poprowadzą ją łapy. Właściwie z nikim z tych dwóch klanów nie miała jakiejś istotnej relacji, toteż mogłaby uciec do któregokolwiek. Naprawdę uważała, że wszędzie byłoby lepiej niż w tym okrutnym Klanie Wilka, w którym posyłano kocięta na śmierć, a uczniom kazano walczyć o awans. Tak nie powinno być! Przemoc była doprawdy ohydna, a zarazem tak bardzo znormalizowana w miejscu, w którym żyła Kryształka.
Podczas podróży niebieskooka zaczęła zastanawiać się nad tym, jak mogłoby wyglądać jej życie w innej przynależności. Czy nareszcie polubiłby ją ktoś inny, oprócz jej własnej siostry? Wtedy zaczynałaby z czystą kartą. Nikt z jej nowych pobratymców nie wiedziałby o tym, skąd była blizna nad jej nosem ani o tym, że prawie się przed kimś zrzygała. Czy nie brzmiało to pięknie? Ponadto w innym klanie mogłaby znaleźć miłość swojego życia i założyć z nią rodzinę. Tak bardzo o tym marzyła! Lecz w Klanie Wilka nie miała co liczyć na taki obrót spraw. Nie sądziła, by ktokolwiek nadawał się na zostanie jej drugą połówką. Niby uważała Rozbitego Księżyca za całkiem urokliwego, lecz ten zdawał się wierzyć w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, co Kryształkę nieco odrzucało. Niegdyś była też zauroczona w Kalinowym Powiewie, a może wciąż była? W każdym razie z nią nie mogłaby posiadać biologicznych kociąt. No, a poza tym piękna wojowniczka o oklapniętych uszach raczej nie odwzajemniała marnych zalotów Kryształki.
W końcu Wilczaczka stwierdziła, że nie będzie się ograniczać do istniejących kotów. Zaczęła wyobrażać sobie idealnego partnera, którego mogłaby spotkać na granicy i zakochać się w nim od pierwszego wejrzenia. Na pewno byłby wysoki i bardzo elegancki. Poruszałby się dostojnie, miałby długie, czyste futro i oczy pełne ciepła. Wspierałby Kryształkę w trudnych chwilach, aż do momentu, w którym finalnie namówiłby ją do dołączenia do swojej przynależności i życia długo i szczęśliwie.
Wojowniczka tak bardzo się rozmarzyła, że nawet nie zauważyła, iż wyrósł przed nią jakiś intruz. Zatrzymała się kilka długości wąsów od niego, a wtedy czar prysł. Spodziewała się tu spotkać ideał kocura, a temu koledze… było do niego daleko. Przede wszystkim był to jakiś dzieciak, a Kryształka w takich nie gustowała! Poza tym był wysoki, ale niestety nie szczupły ani elegancki. Miał przerażające, kobaltowe oczy i zabawne, wywinięte uszy. Tylko co on tu właściwie robił?
Od Bryzki
Najpierw było ciepło. Miłe, takie, że koteczka była przekonana, iż będzie ono trwało wiecznie. U boku czuła kulkę podobnych rozmiarów co ona, musiało być to zatem jej rodzeństwo. Przechyliła się na bok, kopiąc w twardą ścianę, a po chwili usłyszała znajomy jej głos, kojarzył jej się z komfortem, tutaj była bezpieczna i tą przestrzeń znała najlepiej. Następnym jej ruchem było kopnięcie kociaka obok siebie, który próbował jej oddać, ale nie udało mu się. Zamachnęła się łapkami, uchylając pyszczek.
Potem pojawił się chłód. Nagle coś szarpnęło nią i zanim się zorientowała, nagły mróz uderzył w jej mokry bok. Mała zatrzęsła się, wydając z siebie głośny pisk, jak tylko zyskała możliwość. Ciepło gniazda, a także gęstego futra otuliło ją, gdy wylizywano jej kłosy pod włos w celu ocieplenia malucha. Para troskliwych oczu spoczęła na szylkretce, były to bursztynowe ślepia kota, on miał od dzisiaj być jednym z najważniejszych członków ich rodziny. Mruczenie kruczoczarnego wtórowało rytmowi serca, który malutka zdążyła już poznać. Charakterystyczny zapach wojownika otulił ją niczym miła mgła, rozprzestrzeniając się i narzucając się jej noskowi wręcz, w obliczu tak wielu najróżniejszych woni dookoła. Napuszyła futerko, próbując jakoś uchronić się przed zimnem nocnej pory.
16 sierpnia 2026
Od Gąbczastej Perły CD. Błota
— Głowa mnie boli… Masz coś może na to? — zapytał niepewnie.
Gąbka zerknęła na zioła, które chwilę temu sortowała i na liść nałożyła kilka nasion maku. Podała mu je bez słowa.
— Mak, często zbierałem go ze Stroczkową Nadzieją… — powiedział ze słabym uśmiechem, po czym zlizał z liścia lek.
— Chcesz we mnie wywołać jakiś dziwny żal? — powiedziała kotka, nastroszając lekko futro. Jednak po chwili wygładziło się ono, a na jej pyszczku zagościło zastanowienie. — Poza tym… Nie wiedziałam, że interesuje się zielarstwem…
— Tak, bardzo. Chciał zostać medykiem w Świetlikach. — Jego ton ściszył się lekko. Spojrzał na medyczkę wyczekująco.
Wtem Gąbczasta Perła ponownie przybrała twardy wyraz pyska, a po wcześniejszym zastanowieniu nie pozostał już nawet ślad. Niezbyt wiedziała, czym są Świetliki ani o czym właściwie mówił Szczawiowe Serce — teraz nazywany już Błotem. No tak. W końcu był kotem o brzydkim, brązowym futrze, które aż nazbyt przypominało lepkie, zdradliwe błoto. W ogóle nie powinno go tu być. Nie przynosił Nocniakom żadnych korzyści, a jeśli już, to tylko szkodził Gąbczastej Perle. Cały czas chodziła przez niego na paluszkach, obawiając się, że pewnego dnia jej romans z czekoladowym kocurem wyjdzie na jaw.
— W Klanie Nocy nie ma dla niego miejsca na posadzie medyka — stwierdziła chłodno, po czym zmierzyła Szczawika wzrokiem pełnym gniewu i żalu. — Tak trudno było usiedzieć na tyłku? Nie rozumiem, po co ty w ogóle tutaj przylazłeś. Dobrze wiesz, że ze swoim czekoladowym futrem daleko nie zajdziesz — prychnęła, mrużąc oczy.
— Nie chciałem tu przyjść. Przyprowadzono nas tu wbrew naszej woli. Nawet nie wiem, co stało się z resztą grupy, poza tym okłamano was, jak i inne klany… Nie uciekliśmy bez powodu, nie byliśmy agresywni. A przedstawiono nas jak zdrajców, agresorów… — Kocur spojrzał na swoje łapy. — Nigdy nie chcieliśmy trafić do Klanu Nocy. Ani odejść z Klanu Wilka. Ale nie mieliśmy innego wyjścia. W dodatku ty zmieniłaś się, strasznie… Nienawidzisz mnie, a przecież tak bardzo mnie kochałaś… Tylko przez to, że mam to przeklęte czekoladowe futro…
Medyczka zmarszczyła brwi, coraz bardziej zirytowana gadaniem więźnia. Gdy tylko wspomniał o miłości, pazury same wysunęły jej się z łap, a futro na karku ponownie się najeżyło.
— Zamknij się! — warknęła, obnażając kły. Serce zabiło jej szybciej, bardziej z nerwów niż ze złości. Miała nadzieję, że nikt nie usłyszał słów Błota. — Gdybyście nie zbliżyli się do terenów Klanu Nocy, wcale nie zostalibyście do niego zabrani! To wszystko twoja wina, brudny czekocie! — oburzyła się, smagając powietrze ogonem. — To ty sprowadziłeś na siebie i Stroczka te wszystkie problemy! Gdybyś po prostu trzymał się z daleka, nic z tego by się nie wydarzyło!
Kocur patrzył na nią zdziwiony, a jego futro również, jak i jej, stanęło dęba.
— I ty naprawdę tylko przez to teraz udajesz, że mnie nie znasz? Przez moje futro? Gdyby nie ono nadal coś byś do mnie czuła...? — Spojrzał na moment na swoją łatkę w kształcie serca. — Gdyby nie to, kochałabyś mnie nadal...? — wyszeptał.
Dymna miała coraz większą ochotę przeorać mu pazurami po tym głupim, nieczystym pysku, lecz mimo wszystko się od tego powstrzymywała. Nie wiedziała, czy to dlatego, że może wciąż żywiła do niego coś innego niż nienawiść, czy dlatego, że medyczce nie wypadało.
— Nic nie rozumiesz! — warknęła w końcu, gdy Błoto skończył mówić. Przez moment wpatrywała się w jego pysk, aż w końcu postanowiła podejść bliżej i ściszyć głos, na wypadek, gdyby ktoś miał ich podsłuchiwać. — Nie wiesz, co by się stało, gdyby ktokolwiek dowiedział się, że kiedyś… — urwała, gdyż następne słowa nie chciały jej przejść przez gardło. — To byłby mój koniec! Koniec, rozumiesz? — dodała, a jej oczy zaszły łzami.
Nie, nie mogła się tak rozklejać… Odeszła od niego na kilka długości wąsów, po czym stanęła do niego tyłem i przetarła ślepia łapą.
Kocur spojrzał na nią zmartwiony. Chwilę tak siedział, niepewny, czy powinien do niej podejść. Jednak zdecydował się zaryzykować. Powoli zbliżył się do kotki, siadając obok.
— Myślę, że to okrutne oceniać kogoś po jego pochodzeniu, czy też kolorze futra. To coś, na co nawet nie mamy wpływu. Realnie mówiąc, nic nie zmienia fakt, że mam czekoladowe futro. Zmienia to jedynie mój wygląd. Chyba nigdy nie próbowałem ci zrobić nic złego z tego powodu, nieprawdaż? Czy kiedykolwiek czekoladowy kot skrzywdził cię? Lub czy gdyby zrobił to inny kot, wybaczyłabyś mu, ale mi nie? Po prostu… Nie potrafię tego zrozumieć… Ja tęskniłem za tobą, strasznie. Każdego wieczoru Stroczek mówił, że chciałby zobaczyć cię i swoją siostrę… Nie wiedziałem, co mu powiedzieć. Bo nie miałem odpowiedzi na to, czy będzie mu to dane. Gdybym miał wtedy wybór zatrzymałbym cię ze sobą w Klanie Wilka, ale… Tam nie było bezpiecznie. I nigdy nie będzie. Dlatego musieliśmy odejść.
Gąbczasta Perła przewróciła oczami z frustracji, choć w rzeczywistości czuła ogromny ucisk na klatce piersiowej. Zwróciła się w stronę Błota, który do niej podszedł, obserwując go przez kilka uderzeń serca. Targały nią naprawdę mieszane emocje. Z jednej strony tęskniła za chwilami spędzonymi w jego towarzystwie w Klanie Wilka, a z drugiej wiedziała, że one nigdy nie mogłyby zaistnieć w Klanie Nocy.
— Powiedz to Mandarynkowej Gwieździe i reszcie rodu… — westchnęła, po czym odwróciła wzrok od czekoladowego. — Nie życzę ci źle, Szczawiku. Chciałabym, byś był szczęśliwy, ale… nie tutaj. Nie możemy być blisko. Nie możemy ze sobą rozmawiać. Nie jesteś dla mnie nikim więcej, jak zwykłym więźniem o brązowym kolorze futra — oznajmiła, chowając pazury. — Proszę cię, odejdź… Zanim ściągniesz problemy zarówno na siebie, jak i na mnie.
Czekoladowy przez chwilę patrzył na nią.
— A czy ty naprawdę tego chcesz? Żebym odszedł? Tego właśnie pragniesz...?
Gąbka nie mogła już znieść tej interakcji. Nie chciała teraz o tym wszystkim myśleć. Żyło jej się w miarę spokojnie. Dobrze. Póki Szczawik nie postanowił tego wszystkiego zburzyć.
— Nikogo w tym klanie nie interesuje to, czego ja chcę — stwierdziła, marszcząc brwi. — Ważne jest, bym przestrzegała Kodeksu Medyka i nie miała partnera. A tym bardziej nie takiego o czekoladowym futrze. W tym momencie najbardziej pragnę żyć, dlatego nie zamierzam się wychylać.
— Ale mnie interesuje. Chciałbym, żebyś… Żebyś była szczęśliwa. Tak jak wtedy, te księżyce temu. Żebyśmy ty, ja, Stroczek i Łza znów mogli być rodziną…
Medyczka westchnęła ciężko. Nie mogła uwierzyć w to, że niegdyś go kochała. Rozmowa z nim była jak rozmowa ze ścianą legowiska.
— Czego nie rozumiesz, Szczawiku? Tamte księżyce już minęły. Nie jestem już głupią, młodą kotką, która wylądowała w Klanie Wilka na szkoleniu. Teraz jestem medyczką w Klanie Nocy. Mam obowiązki, pracę do wykonania, pacjentów do wyleczenia. Nie mogę już bawić się w zakochaną po uszy. Dlatego proszę cię, byś wreszcie sobie odpuścił, bo tamte czasy już nie wrócą. Nie mogą wrócić.
Kocur spojrzał teraz na ziemię. Skinął głową, po czym wstał powoli.
— Dobrze. Przepraszam, że zabrałem ci niepotrzebnie czas — odpowiedział jej jedynie cicho, po czym ruszył w stronę wyjścia do czekającego na niego wojownika, który miał odprowadzić go do wysepki.
Czarnofutra potrząsnęła głową, chcąc na razie odciągnąć od siebie te myśli. Jeszcze miała czas. Jeszcze mogła wymyślić, jak pozbyć się tej czekoladowej zarazy z Klanu Nocy i tym samym uratować go od zagłady. Na razie musiała jednak skupić się na Sennej Łzie i jej kociętach. Chciała być w końcu dobrą babcią. Najlepszą!
Gdy tak o tym myślała, do głowy przyszedł jej jeszcze jeden pomysł, który sprawił, że żołądek wywrócił jej się do góry nogami. Co, jeśli Łezkę spotkał ten sam los co Świteziankowe Jezioro? Co, jeśli jakiś samotnik skrzywdził ją wbrew jej woli? Gąbczastej Perle zebrało się na wymioty na samą tę myśl. To już wolałaby, żeby jej córka zdradziła klan, niż żeby posiadała Fiołka i Jasność bez uprzedniego wyrażenia zgody na zajście w ciążę!
Dymna postanowiła nie zgadywać. Jej córeczka dotąd nie chciała zdradzić jej, kto był ojcem, lecz tym razem Gąbka nie zamierzała odpuścić. Musiała się dowiedzieć, czy te kocięta na pewno były chciane! W końcu kto wie. Jeśli Senna Łza naprawdę ich nie kochała, to w końcu mogło jej odbić, a tym kociętom mogła stać się krzywda. Wszyscy zbyt dobrze wiedzieli, jak może zachowywać się zdesperowana matka, tym bardziej po ostatnich wydarzeniach, kiedy to szylkretowa kocica zagryzła połowę swoich młodych. Co prawda była ona czekoladowa, a Senna Łza raczej nie zniżyłaby się do jej poziomu, ale Gąbka wolała być ubezpieczona. W końcu Fiołek i Jasność zapowiadały się na naprawdę obiecujące wojowniczki!
Medyczka w końcu opuściła lecznicę i wsadziła łeb do żłobka, wyszukując wzrokiem znajomych, żółtych oczu. Nim jednak je odnalazła, złapała kontakt wzrokowy z Komarem, który niemal wyżerał jej duszę spojrzeniem. Czarnofutra wzdrygnęła się na jego widok i szybko go zignorowała, następnie podchodząc do swojej córki.
— Hej, Łezko. Jak sobie radzisz? — mruknęła cicho, siadając obok karmicielki. Miała wrażenie, że zaraz zjawi się tu bura wojowniczka, która niemal chodziła przyklejona do Gąbki.
Szylkretka przeniosła wzrok ze swoich śpiących kociąt na medyczkę, a na jej pysku zagościł ciepły uśmiech.
— Bardzo dobrze. Wszystko jest tak, jak powinno być — oznajmiła, na co dymna poczuła ciepło na sercu.
Senna Łza naprawdę była dla niej jak córka, mimo iż Klan Nocy nie uznawał jej za członkinię rodu. Zwykle adoptowane potomstwo przynależało do królewskiej rodziny, ale tym razem nie mogło tak być. Gąbczasta Perła nie mogła mieć w końcu kociąt, nawet tych przybranych, więc gdyby szylkretka naprawdę miała zostać księżniczką, byłoby to równoznaczne z tym że Gąbka złamała Kodeks Medyka.
— No, a skoro… skoro twoje kocięta śpią, to może przejdziesz się ze mną na spacer? Myślę, że sobie poradzą. Tym bardziej że będzie ich pilnował Złocisty Widlik — mruknęła, kątem oka spoglądając na kremowego kocura.
Młodsza wahała się przez moment, lecz ostatecznie skinęła głową.
— Dobrze… Chcesz o czymś porozmawiać? — spytała Senna Łza, domyślając się już, że coś się święci.
Gąbka jedynie się uśmiechnęła, nie odpowiadając jej na pytanie. Zamiast tego podniosła się z miejsca i powolnym krokiem ruszyła do wyjścia ze żłobka.
Wraz z córką przekroczyły rzekę i zaczęły przemierzać tereny Klanu Nocy bez większego celu. Szły w ciszy, lecz atmosfera między nimi stawała się coraz bardziej napięta. Jakby już się ze sobą kłóciły, nawet jeśli żadna z nich jeszcze nie odezwała się słowem.
— Więc… co chciałaś mi powiedzieć? Miejmy to już za sobą, mamo. Boję się, że kociaki się obudzą i Widlik będzie musiał im tłumaczyć, że mama ich zostawiła… — westchnęła szylkretka, poruszając smutno wibrysami.
Gąbka cały czas zastanawiała się nad tym, jak powinna ugryźć temat tego, kto jest ojcem. Przecież już wcześniej próbowała do tego dociec, lecz każda próba kończyła się fiaskiem. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej?
— Łezko, chodzi o to, że… bardzo się o ciebie martwię. O ciebie i o Fiołka oraz Jasność. Fakt, że nie wiem, kto jest ojcem, nie daje mi spokoju. Musisz mi powiedzieć, kto nim jest. Proszę, Łezko… Nie będę na ciebie zła, nawet jeśli okaże się z Klanu Burzy lub Klanu Klifu — zaczęła.
Wraz z jej słowami pysk szylkretki spochmurniał, dokładnie tak, jak przypuszczała.
— Mamo, nie… Nie chcę ci mówić i nie jestem do tego zobowiązana — oznajmiła twardo żółtooka, nawet nie patrząc na swoją matkę.
Starsza poczuła rozczarowanie.
— To prawda, Łezko. Nie jesteś zobowiązana do tego, by wyjawić klanowi ojca swoich kociąt. Ale ja jestem twoją matką i należy mi się wiedzieć, kto jest rodzicem moich wnuków. Nie po to wychowywałam cię, gdy byłaś małym szkrabem, byś teraz-
Senna Łza westchnęła ciężko, przerywając przemowę Gąbki.
— Ja jestem ich rodzicem. Czy to ci nie wystarcza? Czy musisz wiedzieć, kto jest ich ojcem, by móc je pokochać? — zapytała karmicielka, na co Gąbka aż wstrzymała oddech ze zdumienia.
— Nie wygaduj takich bzdur, Łezko! Wiesz dobrze, że kocham Fiołek i Jasność całym swoim sercem i traktuję je jak najprawdziwsze wnuczki. Czy gdybym ich nie kochała, to przychodziłabym do nich codziennie, żeby sprawdzić, jak sobie radzą? Czy gdybym ich nie kochała, próbowałabym utrzymywać z nimi dobre relacje? Nie oskarżaj mnie o takie straszne rzeczy, córeczko. Po prostu chciałabym znać ich ojca, żeby lepiej je zrozumieć… Je i ciebie także, Łezko. Te kocięta nie wzięły się przecież znikąd. Ty musiałaś się w kimś zakochać, z kimś się spotykać… a ja nic o tym nie wiem. No chyba, że-
Żółtooka znowu jej przerwała, zatrzymując się nagle. Gdy dymna spojrzała na jej pysk, zauważyła, że w jej oczach kręciły się łzy.
— Dobrze. Chcesz wiedzieć, kto jest ich ojcem? — mruknęła drżącym głosem.
Przez moment jej pysk wygiął się w nieodgadnionym wyrazie, lecz zaraz potem Senna Łza zmarszczyła brwi, jakby zmieniła zdanie.
— No… ojcem tych kociąt jest… — zamilkła na moment, wlepiając wzrok w swoje łapy. — Ojcem jest Morszczynowy Wąs… — mruknęła, na co medyczka rozdziawiła pysk w szoku.
Nim jednak zdążyła słowami wyrazić swoje zdumienie, karmicielka dodała:
— Tylko proszę, nie mów nikomu. Ani tym bardziej nie zaczepiaj Morszczyna — miauknęła głosem pełnym żalu, lecz medyczka przestała już jej słuchać. W jej głowie echem odbijało się teraz jedno imię. Morszczynowy Wąs.
— Łezko, ale… Ja nigdy nie widziałam was razem. Czy ty go kochasz? Czy ty w ogóle chciałaś zachodzić w ciążę? Jeśli ten lisi bobek cię skrzywdził, to wąsy mu pourywam! — zagroziła medyczka, jeżąc futro na karku.
Żółtooka szybko pokręciła głową.
— Nie, mamo! Nie skrzywdził mnie. Nic mu nie rób. Ja… chciałam kociąt, tylko nie miałam z kim ich mieć i… — zaczęła wyjaśniać, jednak w pewnym momencie urwała. Spojrzała wzrokiem pełnym żalu i skruchy na medyczkę, która wciąż nie rozumiała zachowania swojej córki.
— Łezko… Ja nic nie rozumiem. Dlaczego wstydziłaś się mi to powiedzieć? Przecież bym zrozumiała. Nie musiałaś tego przede mną ukrywać — odparła starsza, kładąc po sobie uszy.
Miała dziwne wrażenie, że Senna Łza coś przed nią ukrywała, ale jeszcze nie wiedziała co. Z drugiej strony nie sądziła, że jej własna córka mogłaby ją okłamać. To wszystko było takie… dziwne.
— No… tak jakoś… wyszło — odparła szylkretka, po czym przetarła oczy łapą. — Możemy już wracać do obozu? Proszę… Chcę wrócić do kociąt — mruknęła i, nie czekając na reakcję medyczki, ruszyła w stronę azylu.
Gąbczasta Perła stała w szoku, przyglądając się sylwetce córki, która z każdą chwilą coraz bardziej się oddalała. Chciała iść za nią. Dogonić ją, dokończyć rozmowę. A mimo wszystko zdecydowała się odpuścić. Karmicielka jasno wyraziła, że nie ma teraz ochoty na interakcje z własną matką.
Dymna czuła się tym zraniona, ale próbowała więcej o tym nie myśleć. Westchnęła tylko ciężko i zaczęła włóczyć się do obozu ze wzrokiem wbitym w kołyszącą się na wietrze trawę.
Gąbka, pogrążona w myślach, wyszła przed lecznicę i usiadła, omiatając cały azyl wzrokiem. Nie skupiała się na żadnym kocie, a przynajmniej do czasu. W pewnym momencie jej wzrok zatrzymał się na burym kocurze — Morszczynowym Wąsie. Pręgowany rozmawiał teraz z Czosnkową Krewetką, lecz dymna była zbyt daleko, by ich usłyszeć. Widziała tylko uśmiech na pysku szylkretowej wojowniczki.
Gdy na nich spoglądała, czuła, jak krew się w niej gotuje. Może i Morszczyna i Łezkę nie łączyły więzy krwi, ale kocur mógłby się chociaż zainteresować własnymi dziećmi! Medyczka ani razu nie widziała, by wojownik zaglądał do żłobka, żeby zobaczyć, jak mają się jego pociechy. Nie pomagał w ich wychowaniu ani opiece, a zamiast tego flirtował sobie z innymi kotkami! Tak, na pewno flirtował. O czym innym miałby rozmawiać z Czosnkową Krewetką, żeby tak ją rozśmieszyć?
Gąbczasta Perła postanowiła do niego zagadać. Przybrała neutralny wyraz pyska, z pozoru wyglądając na spokojną, i żwawym krokiem podeszła do dwójki rozmawiających ze sobą kotów. Gdy tylko znalazła się w ich pobliżu, Czosnkowa Krewetka poruszyła uszami i przestała mówić, wlepiając spojrzenie w medyczkę.
— Cześć, Gąbko! Dawno nie rozmawiałyśmy. Chcesz mnie o coś spytać? — zaczęła, wciąż się uśmiechając.
Dymna uniosła brew. To prawda. Kiedyś były właściwie koleżankami, lecz ostatnimi czasy nie miały okazji, by porozmawiać.
— Właściwie to nie. Akurat chciałam porozmawiać z Morszczynowym Wąsem — mruknęła, uśmiechając się sztucznie do Krewetki.
Wojowniczka musiała zrozumieć, że taka mina zwiastowała kłopoty, toteż strzepnęła ogonem i zrobiła krok w tył.
— W takim razie może zostawię was samych! Tylko umówmy się kiedyś na spotkanie, dobrze, Gąbko? — miauknęła, powoli odchodząc od medyczki i pręgowanego wojownika.
Dymna skinęła głową, po czym zwróciła pysk w stronę burasa, który wyglądał na zakłopotanego. Pewnie wydawało mu się, że nie zrobił nic złego. No tak. Zgodził się pomóc Sennej Łzie w posiadaniu kociąt i myślał, że to tyle z jego roli ojca. W takim razie srogo się mylił.
— Wyjdziemy poza obóz? — zaproponowała, choć nawet kociak wiedziałby, że swoim tonem nie pozostawiała miejsca na sprzeciw.
Morszczyn nie miał wyboru, musiał się zgodzić. Nie mógł przecież odmówić księżniczce.
W końcu wspólnie wyszli poza azyl, a Gąbka już zastanawiała się nad tym, jak skutecznie zastraszyć burasa, by wreszcie zajął się swoimi dziećmi. Fiołek i Jasność potrzebowały ojcowskiego autorytetu. Potrzebowały kogoś, kto nauczy je walczyć i polować oraz kto raz na jakiś czas pogrozi im palcem, jeśli będą za bardzo brykać.
— Gąbczasta Perło… Czy zrobiłem coś źle? — zapytał w pewnym momencie buras, wyrywając medyczkę z zamyślenia.
— No raczej. Gdybyś nie zrobił, to przecież nie wyciągałabym cię poza obóz w biały dzień — fuknęła, przewracając oczami. — Na szczęście nie jest dla ciebie jeszcze za późno i jesteś w stanie się odkupić — dodała, na co futro stanęło Morszczynowi dęba.
— O czym ty mówisz, Gąbczasta Perło? — zapytał, chyba ledwo powstrzymując głos od drżenia. Mięśnie miał spięte, jakby w każdej chwili był gotowy do ucieczki, gdyby dymnej coś odbiło. Czy myślał, że go zaatakuje? Że spróbuje go zabić? Cóż, ona nie była Niedźwiedziówkowym Pyłem. Nie planowała odbierać nikomu życia.
— Nie udawaj, że nie wiesz! — zezłościła się starsza, smagając powietrze ogonem. — Nie jesteś przecież nowonarodzonym kociakiem, żeby mieć pamięć sięgającą dwóch dni wstecz! Lepiej domyśl się, czego mogę od ciebie wymagać, i miejmy to już z głowy — miauknęła, mrużąc oczy. Miała nadzieję, że nie będzie musiała zbyt długo dyskutować z wojownikiem i ten szybko zgodzi się na to, by zająć się swoimi kociętami.
— Przysięgam, że nie mam pojęcia. Przecież prawie z tobą nie rozmawiam! Nie wiem, czego mogłabyś ode mnie chcieć — oburzył się, przyjmując sfrustrowany wyraz pyska.
— Naprawdę chcesz się w to bawić? Senna Łza, mówi ci coś to imię? — zapytała zirytowana. Nie sądziła, że mieli w Klanie Nocy takich ćwoków.
Morszczyn przechylił głowę na bok.
— Co? Nie, nie mówi. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek rozmawiał z kotem o imieniu Senna Łza — przyznał, marszcząc brwi. Jego głosem nie targała żadna emocja, lecz mimo wszystko medyczka doszukała się w nim arogancji i fałszu.
— Nie kłam! — wrzasnęła zirytowana zachowaniem kocura. Łatwo mu było zgrywać niewiniątko, podczas gdy Łezka samotnie musiała wychowywać swoje pociechy. — Przestań udawać głupka i zajmij się swoimi kociętami! Myślisz, że możesz tak sobie uciekać od obowiązków? Nie na mojej warcie! Fiołek i Jasność potrzebują ojca, a ty sobie tutaj zarywasz do innych kotek! — prychnęła.
Wojownik zrobił wielkie oczy i przez moment kompletnie zaniemówił.
— Ja? Że niby ja? Że niby jestem ojcem jakiegoś Fiołka i Jasności? Wypraszam to sobie! Pierwszy raz w życiu słyszę te imiona! — oburzył się, chyba trochę zapominając o tym, z kim rozmawia.
— Oczywiście, że pierwszy raz, ponieważ w ogóle się nimi nie opiekujesz! Radzę ci dobrze, żebyś w końcu zaczął zachowywać się jak przykładny tatusiek, albo poproszę Mandarynkową Gwiazdę, żeby wysłała cię do Klanu Wilka na przymusowe wykonywanie prac roboczych! — zaczęła mu grozić.
Morszczynowy Wąs nie wyglądał na zadowolonego, ale raczej nie widziało mu się dyskutować z upartą księżniczką.
— Dobrze, dobrze. Będę opiekować się tymi dzieciakami — rzucił od niechcenia, szybko poddając się w kłótni z medyczką. — Ale nie chcę mieć z nimi nic do czynienia, gdy już zostaną uczniami — oznajmił.
Czarnofutra była oburzona, że w ogóle śmiał stawiać jakieś warunki, lecz mimo wszystko postanowiła mu odpuścić. Ważne było to, że przynajmniej zgodził się zająć nimi, gdy wciąż były kociakami.
— Świetnie. Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia — mruknęła, uśmiechając się do niego sztucznie.
Po chwili odwróciła się na pięcie i prędkim krokiem ruszyła w stronę obozu.
— No, na co czekasz?! Nie będę ryzykować tym, że jeszcze ani razu nie zajrzysz do żłobka, więc zrobisz to teraz, pod moim nadzorem!
Ostatnio obiło jej się o uszy, że ktoś w legowisku starszyzny narzekał na swój stan zdrowia. Nie było to oczywiście niesłychane, gdyż starsi cały czas narzekali na bolące stawy i mięśnie, lecz tym razem chodziło o coś innego. Coś, czemu mogła zaradzić medyczka. W wolnym czasie dymna postanowiła wstąpić do oazy dla emerytowanych Nocniaków i sprawdzić, kto taki zachorował.
— Dzień dobry! Słyszałam ostatnio dobiegające stąd lamenty. Czyżby komuś działa się jakaś krzywda? — mruknęła, wchodząc do środka.
Od razu spojrzała w jej stronę jej matka — Spopielona Alga. Gąbce nie podobało się jej nowe imię. Mandarynkowa Gwiazda zapewne nadała je tylko po to, by uprzykrzyć jej życie! To w końcu nie wina Algi, że się starzała, a na jej pysku pojawiały się siwe włoski. Niemiło było jej tak wypominać, że życie nie trwa wiecznie i za niedługo dołączy do Klanu Gwiazdy…
Dymna przełknęła głośno ślinę na tę myśl. Nie chciała tracić kolejnego członka rodziny, po tym, jak straciła już siostrę. Przynajmniej już niedługo Mątwie Marzenie będzie mogła ponownie przytulić swoją matkę, a potem już wspólnie przyjdzie im czekać na dołączenie Gąbczastej Perły.
— Och, tak, Gąbko. Ja zraniłam się ostatnio w łapę — odezwała się w końcu była zastępczyni, uśmiechając się do swojej córki.
Brązowooka skinęła głową i natychmiast podeszła bliżej starszej kotki, która wyciągnęła kończynę w jej stronę. Futro na niej było wyraźnie splamione krwią, a pod sklejonymi szkarłatem włosami rozpościerała się rana.
— Mamo! Siedzisz całymi dniami w legowisku starszych, a potem kończysz z takim czymś na łapie… Gdzie sobie to zrobiłaś? — zdziwiła się. Nie można jej było zostawić nawet na uderzenie serca… Ktoś powinien ją cały czas obserwować, bo zaraz jeszcze skończy bez nogi!
— Cóż, długa historia… — westchnęła starsza, odwracając wzrok od córki. — Ale zaradzisz coś na to, prawda? Chyba jeszcze nie wdała się infekcja — stwierdziła, przekrzywiając głowę na boki.
Dymna skinęła łebkiem.
— Oczywiście. Przecież od tego są medycy, nie? Te mordercze treningi u Ró- — przerwała nagle, przypominając sobie, że przecież jej była mentorka również przebywała teraz w legowisku starszyzny. — No, nieważne. Pójdę po jakieś zioła i zaraz wrócę, by ci to opatrzyć.
Pędem czmychnęła w stronę lecznicy, by ze składziku wyciągnąć jakieś zioła, które pomogłyby zapobiec infekcji. Przy składziku przecisnęła się przez Klekoczącego Bociana, który akurat opatrywał ugryzienie przez szczura, i spojrzała na półki. W oczy rzucił jej się szczaw, lecz ten od razu przywiódł jej na myśl Szczawiowe Serce. Gąbczasta Perła przesunęła powoli wzrokiem po reszcie roślin i wreszcie zdecydowała się wziąć ze sobą skrzyp.
Szybko wróciła z lekarstwem do swojej matki, przy okazji już przeżuwając je na papkę. Gdy wkroczyła do legowiska starszych, Alga ponownie wysunęła swoją łapę, którą wcześniej musiała nieco wylizać, gdyż teraz wyglądała już lepiej. Gąbka nałożyła na nią papkę, a potem owinęła ją pajęczyną, którą zabrała razem ze skrzypem.
— No, do kolejnego ślubu się zagoi — stwierdziła medyczka, uśmiechając się do Spopielonej Algi.
— Po tym, co wydarzyło się ostatnio, to nie wiem, czy Mandarynkowa Gwiazda zgodzi się przeprowadzić jakikolwiek ślub. Tamten był naprawdę… tragiczny — westchnęła starsza, odwracając wzrok od czarnofutrej.
— Och, był… Szkoda mi Ulewnego Szkwału, wydawał się taki obiecujący. Pamiętam, gdy opowiadałam mu o tym, że czekoladowe koty zostały stworzone z błota. Nie wierzę, że zakochał się w kotce, która spoufalała się z kimś tak brudnym… — prychnęła brązowooka, po czym polizała się po piersi. — W każdym razie muszę już iść. Ostatnio, jak rozmawiałam z Senną Łzą, powiedziała mi, że Pyza i Bzyczek zachowują się jakoś dziwnie, lecz mimo wszystko Fląderka milczy na ten temat. Nie wiem, może próbuje wyleczyć ich siłą własnego umysłu — stwierdziła, przewracając oczami. — Nie, żeby mnie jakoś nadto interesował los tych czekociaków, ale nie mogę przecież pozwolić im umrzeć. Jeszcze tak zła nie jestem… raczej.
Po tych słowach skinęła Aldze głową na pożegnanie i wybyła z legowiska starszych, nim czarno-biała zdążyła cokolwiek powiedzieć.
Właściwie… czy ktoś miałby jej za złe, gdyby pozbyła się tych dwóch czekoladowych kociaków? Oprócz Fląderki oczywiście, która zdawała się przywiązać do Pyzy i Bzyczka. To jednak nic dziwnego. W końcu dziwaki muszą wspierać innych dziwaków.
Gąbczasta Perła zajrzała niechętnie do żłobka. Tym razem nie po to, by odwiedzić Senną Łzę, Fiołkę i Jasność, a po to, by zająć się jakimiś brudasami. Nieszczególnie ją to cieszyło, ale mimo wszystko zmusiła się do wyszczerzenia ząbków i podejścia do Fląderki, przy której leżała dwójka kociąt. Przeklętych. Nieszczęsnych. Ale wciąż kociąt.
— Słyszałam, że prócz czekoladowego futra coś jeszcze jest z nimi nie tak — zagaiła medyczka, wpatrując się wprost w odrzutka.
Fląderka bez słowa trąciła nosem wpierw Pyzę, a potem Bzyczka, zmuszając ich do przybliżenia się do Gąbki. Na pierwszy rzut oka można było dostrzec, iż czekoladowy kocurek miał zwichniętą tylną łapę. Pyza z pozoru wyglądała dość zwyczajnie — to znaczy, nie miała żadnych szczególnych oznak choroby. Wyuczone oko, takie jak Gąbki, dostrzegłoby jednak, że kociczka wygląda na słabą i odciętą od rzeczywistości.
— Och. Czyżby twoje mleko im szkodziło? Cóż, widzę, że wyżywasz się nie tylko na swoich biologicznych kociętach, ale też i na tych przybranych. Jeszcze chwila, a Pyza i Bzyczek także stracą głos, jak Centuria — prychnęła.
Fląderka zniżyła głowę, jakby myślała, że jeśli nie widzi Gąbki, to ona jej też nie widzi.
— Pyza… prawie nie śpi… od kilku dni — wyjaśniła w końcu, po czym zamilkła.
Brązowooka pokręciła głową. Świetnie. Będzie musiała marnować zioła na te pokraki.
— Pewnie przestraszyła się twojego pyska. Dobrze, że mi jeszcze nie zaczęłaś się śnić po nocach — odburknęła.
Może była zbyt ostra? Pewnie tak. Lecz ostatnio wszystko ją denerwowało. Odkąd tylko zobaczyła na własne oczy morderstwo Mewiego Puchu, a potem przeżyła grożenie Niedźwiedziówki, często chodziła spięta. Te resztki cierpliwości, które niegdyś w sobie miała, już dawno z niej wyparowały.
— Zaraz wrócę tu z ziołami — zapowiedziała po jakimś czasie stania w ciszy i od razu ruszyła do składziku. Na bezsenność jak zwykle mak. Nad tym nawet nie musiała się zastanawiać. Na zwichnięcie… korzeń żywokostu.
Wzięła z lecznicy oba te zioła i wróciła do kociarni, by zająć się Pyzą i Bzyczkiem. Z czekoladową szylkretką poszło szybciej, gdyż nawet nie musiała nic przeżuwać. Z kocurkiem było trochę gorzej, gdyż musiała przeżuwać korzeń na papkę. W końcu jednak wysmarowała łapę Bzyczka przygotowanym lekarstwem.
Nie żegnając się nawet, odwróciła się od kociąt i Fląderki, lecz nim postawiła choćby jeden mały kroczek w stronę wyjścia, zamarła w bezruchu.
W progu stał Błoto, a za nim można było dostrzec sylwetkę Niedźwiedziówkowego Pyłu. Gąbczasta Perła zmarszczyła brwi i przepchnęła się przez wyjście, ignorując obecność czekoladowego więźnia.
— Niedźwiedziówko! — fuknęła do buraski. — Miałaś pilnować więźniów! Co ty tu robisz? — zdenerwowała się, lecz gdy tylko wojowniczka przybrała poważny wyraz pyska, nieco ochłonęła. Odwróciła od niej wzrok, obawiając się, że za ten wybuch Niedźwiedziówka będzie chciała wymierzyć jej jakąś karę. Czy zabije ją za to? A co, jeśli spełni swoje groźby i zrobi krzywdę Sennej Łzie lub jej kociętom?
— To nie moja wina! Błoto twierdził, że źle się czuje i musisz go obejrzeć — odparła buraska, przewracając oczami. — Poza tym nie nerwuj się tak, Gąbko. Złość piękności szkodzi — oznajmiła, uśmiechając się głupkowato.
Czarnofutra strzepnęła ogonem.
— Dobrze… rozprawię się z nim, a ty wracaj do pilnowania reszty więźniów… — mruknęła, próbując zachować spokój i nie pozwolić na to, by jej głos zadrżał. — Jeśli Bagno odważy się uciec pod twoją nieobecność, to Mandarynkowa Gwiazda ci nie odpuści — dodała, próbując przekonać samą siebie, że Niedźwiedziówka jest tylko zwykłą członkinią Klanu Nocy, a nie najprawdziwszą morderczynią.
— Niech ci będzie. Ale jeśli ten czekot zacznie ci podskakiwać, to krzycz. Można powiedzieć, że mam kilka pomysłów na to, jak go-
— Dobra, dobra! Chyba słyszę, jak Bagno próbuje wydostać się poza wyspę! Lepiej to sprawdź! — pośpieszyła ją.
Gdy Niedźwiedziówka zniknęła w wyjściu z azylu, Gąbka odwróciła się w stronę czekoladowego więźnia.
— No proszę, a miałeś już zostawić mnie w spokoju. Możesz mi wyjaśnić, co ty tu znowu robisz? Jakoś ciężko mi uwierzyć w to, że na tym odludziu tak często chorujesz — prychnęła.
Od Firmamentowej Łapy
Od Chudego Grzbietu CD. Nocnego Śpiewaka
Szedł smętnie obok Roztargnionego Koperka, zerkając niepewnie w stronę Cisowego Tchnienia. Może dzisiaj odpuści siedzenie z medykami i poszuka jakichś hm...znajomych?
Chudy jak sobie obiecał, tak planował zrobić. Poszukać znajomych! Gorzej tylko z wykonaniem... Rozejrzał się po obecnych kotach. W końcu dźwignął swój wychudzony tyłek i przeszedł się po skale. Jego oczy dostrzegły buro białe futro i postanowił spróbować.
— Gorący wieczór nie? — Zagaił, podchodząc. — Codziennie mam wrażenie, że umrę.
— Jest okropnie. — przyznał, parskając śmiechem. — Ale przynajmniej owoce u nas rosną. Nie są najlepszym jedzeniem, ale ładnie wyglądają.
Nieznajomy przyjrzał się kocurowi. Chudy poruszył końcówką ogona.
— Jestem Guziczek, a Ty?
— Guziczek? Dziwne te imiona macie. — Skomentował.
— Krótkie, łatwe. — Bury przewrócił oczyma.
— Owoce? Jakie owoce? Wy jecie takie rzeczy?? Dziwaki. — Dodał jeszcze Chudy bez ogródek.
Zakasłał, bo mu przez gorąc zaschło w gardle. Sądząc po wypowiedziach kocura oraz po jego imieniu, Chudy wnioskował, iż należał do Owocowego Lasu. Wiedział, iż koty z tej społeczności przywdziewają na całe życie imiona jednoczłonowe - nie tak jak pozostali.
— Ja jestem Chudy Grzbiet, będę najlepszym medykiem w Klanie Wilka. — Przedstawił się.
Owocniak zamyślił się na chwilę, wzbudzając tym ciekawość młodego medyka.
— Mamy jabłka. Niektóre są specjalne. — uśmiechnął się szeroko. Słysząc wzmiankę o ambitnych planach kocura, machnął ogonem. — Powodzenia. Ja kiedyś będę władcą wszystkich. — wypiął dumnie pierś.
Chudy zaśmiał się skrzekliwie. Podrapał swój bok, z którego poleciały cząsteczki jego skóry. Nadstawił uszy na wypowiedź o jabłkach.
— Co ty gadasz? Jakie specjalne jabłka? Weź mi powiedz coś więcej, Ty przyszły władco wszystkich, hehe. — Zachichotał. — Najpierw będziesz musiał pokonać naszą Liderkę tyrankę, a z tego, co wiem, to ona jest prawdziwym wrzodem na tyłku. Ale nie na moim, tylko na wszystkich, chociaż czasem mam wrażenie, że mnie nie lubi, co w sumie mnie nie dziwi. Mało kto mnie lubi, ale co poradzisz, kiedy jesteś geniuszem?
Guziczkowi wcale nie spodobała się odpowiedź kocura, więc delikatnie się skrzywił.
— Jak jabłko spadnie, a jest za ciepło, to zaczyna śmiesznie smakować. Mogę Ci przynieść następnym razem!
Bury medyk otworzył szerzej oczy.
— Powaga? Ej, a weźmy tak zróbmy... — Miauknął ciszej, rozglądając się jeszcze na wszelki wypadek dookoła. Nie chciał, żeby jakieś nieproszone uszy zasłyszały... — Myślisz, że te jabłka będą dobre do... eksperymentów? — Szepnął. — Bo wiesz, jestem medykiem i lubię czasem coś tam sobie... popróbować nowego.
Guziczek kiwnął głową na jego pierwsze pytanie, ale na kolejne już zmarszczył brwi.
— Mogą być dobre. — Przyznał niepewnie. — Ale może najpierw testuj na sobie? Nie chcę, żeby potem było, że kogoś zabiłem czy coś! Nie mogę zepsuć swojej reputacji.
Chudy potarł łapkami o siebie jak jakiś gremlin.
— Nie, nie, nie martw się takimi rzeczami! — Miauknął. — Ja wszystko najpierw na sobie testuję... hehe. To jak, na następnym zgromadzeniu przyniesiesz mi po jednym takim jabłku?
— Mogę spróbować, ale nic nie obiecuję!
— Trzymam kciuki, Guziczku! — Miauknął. — Dasz radę i pamiętaj, to w imię nauki!
Guziczek parsknął śmiechem. — Jak ci już przyniosę to jabłko, to mam nadzieję, że pomożesz mi wygrać z tą waszą liderką.
Medyk z Klanu Wilka zarechotał.
— Mogę spróbować zdobyć informacje na jej temat... — Mruknął. — Ale jest już stara, więc myślę, że bez większego problemu ją pokonasz! Sam czekam, aż już kopnie w kalendarz.
Następnie kocury rozeszły się, każdy w swoim kierunku. Bury medyk przez resztę zgromadzenia zastanawiał się, co to są te jabłka, jak one wyglądają i smakują. Hah… niedługo się tego dowie!
Chudy Grzbiet był w bardzo dobrym nastroju, jak na niego. Nucił coś pod nosem, przygotowując się do drogi na wyspę. ON! NUCIŁ! W dodatku cieszył się, że idą na Zgromadzenie!
Czyżby Chudy Grzbiet był chory? Na pewno, a jego zachowanie nie umknęło z pewnością Cisowemu Tchnieniu oraz Roztargnionemu Koperkowi. Oba koty jednak nie komentowały nic głośno, zachowując ewentualne uwagi dla siebie. Kto wie, może później wezmą go na rozmowę…
Gdy dotarli na wyspę, Chudy ziewnął przeciągle. Podrapał swój grzbiet, cały czas skanując niebieskimi oczyma okolicę. Kichnął, a z jego nosa zaczął dyndać glut, którego otarł nieelegancko łapą. Resztę wciągnął z powrotem, mlaszcząc przy tym, jakby zjadł jakiś rarytas.
Rozejrzał się, a gdy jego oczom ukazał się owocniak z zeszłego Zgromadzenia, otworzył pyszczek. Szare oczy podążyły za nim, próbując dostrzec czy miał to... na co się umawiali.
Gdy dostrzegł, iż kocur też go szuka, wstał i z ogonem w górze podszedł ku niemu, oraz jego partnerowi.
— Dobry chłodny wieczór — miauknął do owocniaka. — Przejdziesz się ze mną na stronę?
Buro biały uśmiechnął się uspokajająco do swojego partnera i odszedł z Wilczakiem na bok.
— Możesz poczekać jeszcze kilka dni. Ale już zaczyna fermentować. — mruknął, podając mu jabłko. — Więc zadziała. Do czegokolwiek tego potrzebujesz…
Oczy zaświeciły mu się jak dwa diamenty. Ten owoc był miękki i jakby trochę obity, nawet nieco zalatywał... zupełnie jak on! Dogadają się... ciekawe tylko jak mógł tego użyć?
— No do eksperymentów oczywiście! — Miauknął. — Hehehehe.... jak wy to...? Smakujecie? Normalnie koty u was to jedzą? Czy robicie z tego maść albo eeee no nie wiem, herbatkę?
— Raczej nie. To dla nas po prostu owoc. Jest kwaśny. Niedobry. Młode koty jedzą dla zabawy.
Zastanowił się. Kwaśny? Niedobry? Ale czy aby na pewno? Nie byłby sobą, gdyby nie chciał spróbować na własnej wysuszonej skórze. Nim to jednak zrobił, wypowiedź kocura zwróciła jego uwagę.
— JEDZĄ?
Obejrzał jabłko i z jednej strony wyglądało nawet względnie. Niewiele myśląc, po prostu zanurzył w nim zębiska. Spróbował odgryźć kawałek, ale z jakiegoś powodu, gdy mu się to udało, poczuł metaliczny posmak w ustach.
Spojrzał na jabłko.
Jabłko spojrzało na niego.
A w tym jabłku...
— MÓJ ZĄB! — Pisnął w głos. — GUZIK TO JABŁKO ZABRAŁO MI ZĘBA!!!! AAAA!
Guziczek skrzywił pyszczek. Nie panikował tak jak młodszy, raczej był… obrzydzony.
— Hm. Chyba nie dojrzało. Daj mu kilka dni. Jest magiczne, tylko jak jest miękkie. — stwierdził ostatecznie — Potrzebujesz czegoś jeszcze...?
Był w szoku, że kocur tak chłodno przyjął stratę jednego z zębów medyka... zero współczucia w tych owocniakach! Za grosz!
Spojrzał na wojownika zdziwiony, z rozdziawioną buzią, z której kapała krew prosto na skałę.
— Magiczne jest tylko miękkie...? — Mruknął.
No cóż, lepiej późno niż wcale. Ale faktycznie takie cierpkie w smaku, nic specjalnego. Ciekawe czy gdy miękło, to robiło się słodkie?
Na pytanie burego zastanowił się.
— Hmm... zajrzysz mi do buzi i powiesz, który to ząb mi został w tym jabłku?
Kot zaśmiał się na jego propozycję i pokręcił głową.
— Wydaje mi się, że mój partner mógłby być zazdrosny, gdybym to zrobił. Poproś kogoś od siebie. — Po czym odszedł. Tak po prostu!
Chudy skrzywił się, połykając krew z ust. Położył po sobie uszy i poruszył wąsami. Pfff, za takie coś być zazdrosnym? W dodatku o taką pokrakę jak on? Te owocniaki mają poprzestawiane w głowach!
— Eh no skoro muszę... — burknął i odszedł szukać swojej ofiary. Jabłko zabrał ze sobą tak jak i ząb w nie wbity.
Los chciał (albo i nie), że wpadł na kotkę, o dziwo dobrze mu znaną. Gdy niebieskie oczy rozpoznały sylwetkę Kalinowego Powiewu, Chudy od razu podniósł wąsy do góry.
Z krwawiącą buzią i jabłkiem z jego zębem w łapie, zagaił wojowniczkę.
— Ej Kalina! — Miauknął. — Sprawa jest…
— Chudy? Co zrobiłeś? — zapytała wprost, widząc krew na pysku rówieśnika. Chudy mógłby przysiąc, że dostrzegł u niej szczyptę zmartwienia, przyćmionej przez zrezygnowanie kolejnym dziwnym wybrykiem medyka.
Wyprostował się dumnie, bo w końcu przed Kaliną to musiał się pokazać. Zmył z pyska swój zwyczajowy grymas, przywołując totalną powagę.
— Próbowałem zjeść jabłko. — Odpowiedział totalnie poważnie.
Poruszył wąsami, siadając obok kotki i wskazując na nadgryziony owoc, przeszmuglowany dla niego przez Guziczka. Bury medyk przetarł łapą krew z pyska, a ta powolutku przestawała lecieć, chociaż nadal mógł czuć jej posmak.
Podążając za palcem burasa, vanka wzrokiem spojrzała na czerwoną nadgryzioną kulkę. Pozwoliła sobie zachować milczenie do tej pory.
— Mam do Ciebie bardzo, bardzo, bardzo ważną sprawę... taką mega ważną... — Zaczął. Rozejrzał się po kotach. — Widzisz, mój brat jest zajęty, a potrzebuję byś zajrzała mi do buzi i powiedziała którego zęba tam brakuje.
Posłał jej głupkowaty, acz poważny, krzywy uśmiech. Gdy wspomniał o ważnej sprawie, raz jeszcze zwróciła swoją uwagę na niego i po niedługim namyśle westchnęła, jednak kiwnęła głową. Kotka westchnęła, a on zaczął myśleć, że jego misterny plan spalił na panewce...
— Dobrze, pokaż — zgodziła się.
Kiedy wojowniczka wyraziła chęć pomocy, podniósł do góry uszy i rozdziawił szczerbatą buzię.
— Wybornie! — Miauknął zadowolony, że kotka ugięła się pod presją bycia na zgromadzeniu.
W obozie pewnie sprzedałaby mu liścia i pełne obrzydzenia spojrzenie, ale nie tutaj... Nie przy tylu kotach! He he, wiedział na kogo wpaść… Kiedy kotka odwróciła się ku niemu, jej piękno na chwilę go oślepiło. Całkiem szybko wrócił do siebie, rozdziawiając zaraz szeroko pyszczek, by swobodnie mogła zajrzeć.
— Tychko powiechc ktochry — wybełkotał.
Rozdziawiając mordkę, Kalinowy Powiew zaczęła starannie przyglądać się zębom. Nie zajęło jej długo zlokalizowanie ubytku.
— Podnieś łapę — poleciła mu.
Gdy nagle dostał polecenie, wykonał je bez namysłu, a kiedy poczuł, jak Kalinowy Powiew łapie go za łapę, o mało nie wyskoczył ze skóry. Wetknęła mu delikatnie do pyska kawałek jego łapy, tak, żeby nie zrobić mu krzywdy i żeby jednocześnie poczuł dokładnie, gdzie nie miał kła. Kiedy kotka patrzyła, on zerkał na nocny księżyc. Był wyjątkowo ciekawy w tym momencie...
— Wypadł ci dokładnie ten. Górna trójka. — Odezwała się po chwili ciszy.
Kotka pomogła mu zlokalizować ubytek, a Chudy wetknął do dziury palucha. Auć! Bolało! Ale ciekawe doświadczenie...
Kotka jednak mimo wskazania mu miejsca wypadnięcia zęba, nie odsunęła się. Trzymała go za łapę i patrzyła w buzię, Chudy więc jako pierwszy przerwał tę interakcję, mimo szybko bijącego serca i lekkiego stresa spowodowanego taką bliskością.
— Aż takie ładne mam zęby? — Zapytał z uniesioną brwią, nadal będąc trzymanym przez rówieśniczkę.
Położyła uszy po sobie, chociaż nie było tego widać szczególnie, jako iż była kłapoucha. Zmarszczyła brwi, gdy zorientowała się, że spędziła odrobinę zbyt dużo czasu na przyglądaniu się jego jamie ustnej.
— Pff! — puściła jego łapę i poruszyła ogonem nerwowo. — Teraz nie, bo Ci jednego brakuje.
Uniósł brwi, zamykając pyszczek z lekkim, niewymuszonym uśmiechem. Kiedy kotka się speszyła, zabierając łapę, wyglądała rozbrajająco. Tak inaczej, niż zwykle, gdy zadzierała nos i miała ten oceniający wyraz pyszczka.
Słysząc jej odpowiedź, pokręcił głową. Samice!
— Wszystko dla nauki — wzruszył ramionami. — Czyli wcześniej były ładne?
Zapytał, poruszając wąsami. Wciąż siedzieli blisko siebie, mogli się niemal dotknąć wibrysami.
Kalinowy Powiew położyła łapę nad jego nosem, tak żeby w razie co nie pogorszyć stanu w związku z ubytkiem w dziąśle, odsuwając się od niego, chociaż też nie jakoś szczególnie daleko. Prychnęła i zmrużyła oczy.
— Zależy to od tego, czy o nie dbałeś!
Prychnął, a mając łapę kotki na pyszczku, zmrużył oczy.
— Huh! Na pewno mam ładniejsze zęby niż połowa Klanu! — Odpowiedział. — Przecież oni to banda dzikusów! Na pewno nie dbają, a na starość wszyscy będą szczerbaci!
Ach i tym sposobem wrócił stary zrzędliwy Chudy. Chociaż musiał przyznać, że wyglądali komicznie. Kalinka trzymająca go na dystans jak niesfornego kociaka, z łapką na jego pyszczku, a on wcale nie próbujący się spod tego dotyku wydostać. Siedzieli tak po prostu i wymieniali się uwagami, dopóki nie zarządzono powrotu. Wtedy też vanka uniosła swój zadbany ogon do góry i odeszła, a Chudy Grzbiet, omamiony jej zachowaniem, dalej tam trwał. Ruszył się, dopiero kiedy Gruba Ryba do niego podszedł, pytając, czy będzie “to” jadł. Chudy zabrał do siebie swoją zdobycz, odmawiając tym razem bratu podzielenia się…
Kiedy jego ubytek się zagoił, czyli raptem dwa wschody słońca później, Chudy miał już ułożony misterny plan. Potrzebował do jego zrealizowania drugiego kota, ale nie byle jakiego. Musiał nim być ktoś, kto go nie ocenia, nie wypytuje zbytnio, tylko bez słowa pomaga.
Idealnie wpasowywał się tutaj Nocny Śpiewak!
Bury siedział jak zwykle przy swoich ziołach. Jego sierść ładnie odrastała, pokrywając wciąż chude boki z wystającymi żebrami. Jedzenie ziółek popłacało, a i czasem rozmiękczał je z wodą, by zrobić okład lub dziwny kleik, który potem wciągał niczym komar krew. Niedługo będzie najprzystojniejszym medykiem w całym lesie! Jeśli udałoby mu się wyhodować tak piękną okrywę włosową, jaką mieli jego bracia, to uhuhu! Ależ by było wspaniale! Co prawda nigdy nie osiągnie takiej gęstości, jaką ma Noc, ale może to i lepiej, mniej dbania i kołtunienia…
Nagle, jakby przywołany, do medycznej nory zajrzał wspomniany wojownik. Kocur miał załzawione oczy i oddychał pyszczkiem, co zwróciło uwagę burasa.
— Co się dzieje, bracie? — Zapytał od razu, nim czarny zdążył wydobyć z siebie słowo.
— Nic poważnego... przynajmniej tak myślę — odparł Noc, wycierając łezkę z kąta oka. — Ale cokolwiek to jest chciałbym się tego pozbyć, zanim moje kociaki przyjdą na świat...
Chudy od razu jeszcze bardziej się ożywił.
— Ach! Ach! Będę wujkiem! — Miauknął radośnie. — Chodź no, przebadam Cię, będziesz jak nowy akurat w czas ich narodzin!
— Będziesz najlepszym wujkiem pod słońcem. — odparł Noc i podszedł do brata, pozwalając mu się zbadać — Chcesz je spotkać od razu po narodzinach?
Chudy nucąc coś pod nosem, zabrał się za oględziny brata. Był w podejrzanie dobrym nastroju. Słysząc pytanie, poruszył wąsami.
— Będę najpierwszy, żeby je przebadać, jak przyjdą na świat! — Miauknął. — Już ja o to zadbam, żebym własnymi łapami sprawdził, czy z dziećmi mojego drogiego braciszka wszystko w porządku! Swoją drogą, jesteście partnerami z tym kotem?
— Nie, nie. — Noc pokręcił głową. — Pszczeli Rój zgodził się po prostu urodzić te kociaki. Nie wiem, czy będzie chciał być w ich życiu, ale jeśli chce, to nigdy mu tego nie zabronię. — odparł. —Aczkolwiek nic nas nie łączy poza prostym kontraktem…
Chudy wydał z siebie cisze "mhm", nim poporcjował zioła.
— Twoja diagnoza to katar! — Oznajmił. — Ten Wasz... "Kontrakt"... Ktoś Ci go narzucił czy Ty... uchh, chciałeś być ojcem?
Właściwie nigdy nie rozmawiali na te tematy. Chudy nie poruszał w sumie z nikim rozmów o partnerstwie czy posiadaniu kociąt, wiedząc, że jego to raczej i tak żadna nie zechce. Co tu mówić o kociętach…
— Katar... Nie brzmi strasznie. — odetchnął z ulgą Noc. — Nie. Tak... Ciężko powiedzieć. Słota z pewnością wpłynęła na tę decyzję, ale sam też spędziłem dużo czasu, nad tym rozmyślając, wiesz... I cóż... Pszczeli Rój zgodził się bez większego oporu. Wszyscy inni nie byli bardzo chętni, a on... tylko wzruszył ramionami i się zgodził.
Pokiwał głową na znak zgody. Wydzielił porcję lekarstwa, kładąc ją na liść. Podrygiwał przy tym nieco, co mogło być zastanawiające dla kogoś z boku.
— Słota? Nigdy jej nie lubiłem — mruknął bury. — Na pewno Twoje dzieciaki będą po Tobie przystojne, hehe. Jesteś pierwszym z naszej trójki, który dorobił się potomstwa. — Zauważył.
— Rozumiem, dlaczego mógłbyś jej nie lubić. — przyznał Noc. — Nie zmienia to faktu, że miała na to duży wpływ. Ona i jej dzieciątka, którymi co jakiś czas się zajmowałem. Nie mogę się doczekać... To już tak niedługo. Moje kociaki... — łezki zebrały się w kącikach jego oczu.
— Hah, jesteś szczęściarzem — mruknął jedynie.
Tak... jego brat był tym, co opisuje sukces. Umięśniony, mądry i zabawny, zawsze pomoże. Na pewno dlatego Słota go nagadała. Chociaż kto wie, ta kotka ma coś z głową ewidentnie.
— Wierzę, że znajdziesz sobie kiedyś partnerkę swoich marzeń — miauknął. — lub partnera.
Po czym puścił mu oczko, wciskając liść z ziołami i instrukcjami.
— Dużo wiary... Może za dużo. W tym klanie wszyscy oglądają się na mnie trochę jak na dziwaka, kiedy z nimi rozmawiam. Wszystkie moje relacje są bardzo pobieżne... — Przyznał Noc i uśmiechnął się krzywo. — A jak już jesteśmy w temacie — Noc zmrużył oczy z szerokim uśmiechem. — Jak tam z Kaliną? Widziałem Was na zgromadzeniu w ...ciekawej pozycji.
Bury medyk słuchał brata i pomyślał mimochodem "może to przez nasze więzy krwi? Gdybyś pochodził z innej rodziny, na pewno miałbyś wianuszek przyjaciół". Posmutniał nieco, ale tylko na chwilę. Kiedy Noc dowalił następnym pytaniem, Chudy momentalnie się spiął, czując jak jego serce zaczyna przyspieszać, a sierść nieco unosić na karku. Zalała go fala ciepła, jakby został złapany na gorącym uczynku, a sam nie do końca wiedział, dlaczego reagował w ten sposób na pytanie od Nocnego Śpiewaka.
— Z-Z kim...?! K-Kalinką...?? Nie wiem o c-czym mówisz. — Wydukał.
— No tak... nie wiesz... Na pewno? Bo wydaje mi się, że widziałem ją zaglądającą Ci ... w zęby? — Zagadnął Noc. Nie był pewien co tam właściwie, dokładnie się wydarzyło, ale… — Niewinnie to, to nie wyglądało.
Chudego na chwilę zamurowało, jednak po tym, jak sens słów do niego dotarł, odetchnął z ulgą.
— Heheheh... bo widzisz, zdarzyła się taka sytuacja... troszkę specyficzna. — Wydukał, gestykulując łapami. — Tak jakby umówiłem się z jednym owocniakiem na przeszmuglowanie mi jabłka na zgromadzenie i gdy chciałem je zjeść, to mój ząb postanowił wypaść i został w tym jabłku... No i Ty z kimś gadałeś, więc nie chciałem Ci przeszkadzać, ale zobaczyłem Kalinkę niedaleko, to poszedłem do niej i ku mojemu zdziwieniu, ona mi pomogła! Zajrzała mi do buzi i powiedziała, którego zęba mi brakuje... Wszystko n-niewinnie, hahah... tak jak widzisz... — powiedział niemal na jednym tchu.
Noc miał ochotę się śmiać w głos, ale jego zatkany noc mu to utrudniał.
— Acha... No... Niewinne... — Wypuścił nieco powietrza pod nosem z rozbawieniem. — Bracie... jesteś czerwony od czubka głowy do czubka ogona... — Noc zerknął na brata. — Na pewno nie ma między Wami czegoś więcej? Albo, chociaż... małego zauroczenia z twojej strony, co? Ty zawsze tak mocno na nią reagujesz.
Chudy potarł łapą o łapę niezręcznie. Wypuścił z płuc powietrze, a jego ogon drgał nerwowo. Tak... Tak, Noc miał bardzo bystre oko, a Chudy był naiwny myśląc, że go zwiedzie. Pod naciskiem czarnego kocura, spojrzał się w ziemię, a upewniwszy się, iż nie ma nikogo dookoła, wyszeptał.
— S-Sam nie wiem, o co chodzi... Nie wiem, dlaczego tak na nią reaguję. C-Ciągle się kłócimy, a jednak ja wciąż próbuję ją zaczepiać nawet z tak głupimi rzeczami, że pewnie uważa mnie za jakiegoś odklejonego. — Kopnął leżący obok kamyk, a ten poturlał się ku ścianie nory. — Chociaż pewnie w tym ma rację, ugh. Ona... Ona po prostu jest taka, taka uhh! Brakuje mi słów w słowniku!
— Ach... — Noc uśmiechnął się i podszedł do brata, żeby się otrzeć o jego bok. — To ewidentnie miłość. I to jeszcze taka skomplikowana... — odetchnął. — Mam wrażenie czasami, że ona też się na ciebie patrzy, jakby nie chciała się przyznać do tego co czuje. Oboje latacie wokół siebie jak dwa lisy za zającem…
Chudy Grzbiet poczuł mrowienie, a w żołądku dziwne łaskotki, słysząc słowa brata. Czy było to możliwe?
— Wybacz mi Noc, ale nie mogę w to uwierzyć... — Mruknął smętnie, patrząc w bok. — Kalinowy Powiew jest gdzieś tutaj — podniósł wysoko jedną łapę. — a ja tutaj — drugą położył niemal przy ziemi. — Wiesz, heh to nie tak, że liczę na cokolwiek, bo jednak nie jestem jakiś zbyt... hmmm no nie ma na czym oka zawiesić, a Kalinowy Powiew to kotka z klasą przecież. Nie to, co ja, wieśniak i to jeszcze bez zęba! Pewnie rozmawia ze mną z litości…
— Och bracie, bracie. — Noc przyciągnął go do siebie bliżej. — Zdradzę Ci pewną tajemnicę. Miłość, zwłaszcza ta szczera i prosto z serca nie patrzy na to, czy Ty jesteś tu, a ona tu. — powtórzył po bracie jego gest. — O nie. Miłość powoduje, że Ci głowa głupieje. Że nie wiesz jak się zachować, więc się z nimi kłócisz. Że nie widzisz przyszłości bez tego drugiego kota, że lubisz ich zaczepiać bez powodu. Że ta druga osoba znosi wszystkie twoje humorki i wybrzydzanie. Że patrzysz się na nich a oni na Ciebie zza obozu i oboje odwracacie wzrok, bo co innego można powiedzieć. Chudy, bracie, to gdzie jesteś i kim jesteś, nie ma znaczenia, bo miłość nie jest logiczna. Nigdy nie była i nigdy nie będzie. Stąd tyle kociąt urodzonych z kotów z dwóch różnych klanów. Stąd koty, które rodzą się z samotników. Stąd koty, które rodzą się medykom, w klanach, w którym im tego nie można.
Chudy pozwolił, by brat przysunął go bliżej do siebie, czując od razu miękkość jego futra. Przymknął oczy, mrucząc chwilę. Kiedy Noc zaczął mówić, otworzył niebieskie ślepia, podążając za łapami wojownika. Słowa Nocnego Śpiewaka były tak szczere, spójne, płynące prosto z serca, podyktowane dobrem ich obydwóch, że medykowi ciężko było zaprzeczyć. Poza tym... czy powinien to robić? Na siłę wręcz wykłócać się z bratem, zamiast przyjąć jego pomocną łapę, dobre słowo, napełniające go nadzieją?
Westchnął cicho, kiedy czarny kocur zakończył wypowiedź.
— Skąd Ty to wszystko wiesz, braciszku? — Zapytał, gorzko się śmiejąc. Spojrzał ku wyjściu z medycznej nory. — Ja chyba naprawdę dla niej zgłupiałem. Tylko... tylko że to wszystko jest bardziej skomplikowane, niż myślałem. Na początku sądziłem, iż ona mnie po prostu wkurza, bo jest we wszystkim lepsza i każdy ją lubi, zaczepiałem ją, bo mnie drażniła. Dopiero tak nie wiem nawet kiedy, zacząłem zauważać jej piękno, mądrość i błyskotliwość. Martwiłem się, gdy walczyła z psem, albo ostatnio kiedy wyglądała na przepracowaną... Bo ja... ja się boję, że... — zniżył głos, szeptając — że ona mnie już skreśliła przez to, jak ją traktowałem...
— Wiesz, że nigdy nie jest za późno na zmianę? — Noc poklepał brata po plecach. — Nigdy. Nawet jeśli skreśliła Cię teraz, nie znaczy, że jesteś skreślony na zawsze... zresztą. Jak się na nią patrzy, to nie odnosi się wrażenia, że nie lubi Cię jakoś bardzo... Raczej... że wkurzasz ją na tyle, że aż jej serce się dla Ciebie ogrzewa. Że irytujesz ją tak mocno, że się wręcz, w tobie zakochała... I wiesz... to zgromadzenie mnie tylko utwierdza w tym, iż właściwie jedyne co wam stoi na drodze to wasza nieumiejętność przyznawania się do własnych uczuć…
Chudego zatkało. Dosłownie. Zabrakło mu, co się rzadko zdarza, języka w gębie. Noc tak dokładnie podsumował całą sytuację z Kalinką, że medyk nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Jakim cudem on tak dobrze znał się na kotach? W ogóle na uczuciach? I ten kocur wciąż był singlem? Niesamowita była to zagadka...
— Ty em... uchhhh — wydukał zawstydzony, przejechany szczerością brata jak zające na jezdni. — Ja nie wiem co powiedzieć…
— Nie musisz nic mówić. Ważniejsze jest, co zrobisz Chudzielcu Ty mój kochany. — Odparł Noc. — Dobrze... Ja będę leciał, pójdę zanieść jakąś mysz Pszczelemu Rojowi i zażyć moje leki. A Ty mój drogi bracie... możesz albo dalej patrzeć z daleka, albo w końcu wziąć się w garść i spróbować. Jeśli się nie uda, to przynajmniej próbowałeś…
Noc tak jak powiedział, tak zrobił, biorąc zawiniątko w zęby. Zostawił zamurowanego Chudego, który nagle oprzytomniał. Wyleciał za bratem na zewnątrz i wziąwszy głęboki wdech, wydarł się na cały obóz.
— JUTRO BĘDZIESZ MI POTRZEBNY, WIĘC ZAREZERWUJ SOBIE CZAS !
Tak, bo przez to wszystko zapomniał, co chciał od Nocy…
Wyleczeni: Nocny Śpiewak
Od Wełnianki CD. Fiołka
Wydawało się, że cała frustracja i oburzenie szylkretki zniknęło dokładnie tak prędko, jak się pojawiło. Teraz wyglądała na zaciekawioną, jakby rzeczywiście zainteresowały ją tajniki zachowań błotnych kotów. Pewnie zresztą tak było. Dla większości Nocniaków czekoladowi pobratymcy wydawali się czymś egzotycznym, równie odrażającym, co fascynującym, dziwnym, brzydkim, pięknym, pociągającym przez to, że samo ich istnienie zdawało się nie na miejscu. Było błędem, było złe i skażone, jak wszystko, czego się tknęli. Wełnianka sama nie wiedziała, jak się z tym czuła. Wiedziała, że koleżanka zapewne nie miała na myśli niczego złego. Pochwaliła w końcu jej mamusię, stwierdziła, że na pewno nie była ona taka, jak inni. Jak inni…
Z niezrozumiałych dla niej powodów brązowooka koteczka poczuła, jakby skóra skryta pod jej krótkim futerkiem zajęła się żywym ogniem. Była tym zawstydzona. Sama nie należała do grupy kotów czekoladowych, mogąc pochwalić się biało-rudym futerkiem, ale przecież to wciąż byli jej bliscy! Ta wstrętna w oczach Klanu Nocy, mulista krew krążyła również w jej żyłach, przepływała przez jej serce i zapewne pozostawiała na niej swoje piętno — według wszystkich współklanowiczów. Przygryzła policzek, odwracając nieco wzrok od drugiej kotki, zastanawiając się, co powinna na to odpowiedzieć. W środeczku czuła smutek, rosnący i rozlewający się po jej tkankach, ściskający jej serduszko. Jednocześnie tuż obok niego kiełkował gniew, chociaż starała się tego po sobie nie pokazywać — co zapewne kiepsko jej szło. Pyszczek kotki zazwyczaj od razu zdradzał wszelkie rodzące się w niej uczucia, a ona nie potrafiła dobrze tego zamaskować.
— Nie wiem, Fiołku… — powiedziała cicho, owijając ogonek wokół łapek. Ryba nagle przestała jej smakować. Zyskała dziwny, mulisty aromat, który wywoływał u niej wyłącznie nudności — Chyba tak. Mama jest zawsze miła… Pomaga mi.
Nagle poczuła, jak jej małe ciałko przeszywa dreszcz. Jej głowa mimowolnie, gwałtownie przechyliła się w bok. Było to już coś, co znała dość dobrze — chociaż nie wiedziała, z czym było związane, to nie niepokoiło jej to szczególnie. Przynajmniej nie było to bolesne. Bardziej martwiła się, że w związku z tymi ruchami w oczach innych uchodziła za dziwaczkę.
— Nie wiedziałam nawet o tym ślubie — dodała po chwili, przełykając głośno ślinę. Miała szczerą nadzieję, że koleżanka nie zwróciła uwagi na jej niecodzienną przypadłość. — Ale to okropne! Dlaczego ktoś chciałby pobić naszego opiekuna? On jest… taki miły! Co za okropny kot. Dostał karę? — zapytała Wełnianka, spoglądając z powrotem na swoją towarzyszkę.
— Chyba tak. — Szylkretowa koteczka pokiwała ochoczo łebkiem. Znowu wyglądała na tak samo zbulwersowaną, jak przed chwilą, najwyraźniej rzeczywiście przejęta zaistniałą sytuacją. Sama rudo-biała nie do końca wiedziała nawet, o kim mówiła jej koleżanka. Jedynie ledwo kojarzyła liliową wojowniczkę, którą czasem widywała, gdy wyglądała ze żłobka, aczkolwiek nie była pewna, czy to rzeczywiście o niej mówiła Fiołek. — Mama mówiła, że sprawiedliwość go dosięgła… Ale nie powiedziała, o co dokładnie jej chodziło. Jak ty myślisz?
Wełnianka na chwilę się zastanowiła. W jaki sposób mogli ukarać tego łobuza?
— Może dali mu do zjedzenia taką paskudną… eee… piszczkę, właśnie, piszczkę. Wiesz, taką gnijącą, śmierdzącą i oblepioną muchami. Co sądzisz?

