BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy i Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

11 maja 2026

Od Zapomnianej Koniczyny (Koniczyny)

TW: Myśli o kanibalizmie

Pora Nowych Liści. Świat ponownie ożył po białych trudnościach, rozkwitając w okazały owoc. Piękno tej pory było czarujące i korzystne dla kotów. Zwierzyna zaczęła się budzić i wychodzić na zewnątrz w poszukiwaniu jakiejś zieleniny. Ptaki przylatywały za pewne z tęsknoty za tym, co zostawiły wcześniej. Teraz mokre, złamane patyki, niegdyś piękne gniazdo dla swoich upragnionych dzieci. Wspomnienia i marzenia piękne, lecz problem…
Problem w tym, że ich nie ma.
Zapomniana Koniczyna szedł chwiejnym krokiem. Szylkretowy kot niepewnie spojrzał na wychudzonego wojownika. Wystające żebra można było ujrzeć z daleka. Kocur z wielkim trudem podszedł do Koniczyna, dzieląc się swoim ciepłem.
— H-hej… — zaczął cicho, spontanicznie zaczynając rozmowę z mordercą swojej siostry. Widząc, że oriental zwrócił na niego uwagę, odetchnął z ulgą. Przynajmniej dawał jakieś oznaki życia. — J-jak… jak ci mija życie, Zapomnia…
— Wyśmienicie, Po-po-po-p-p-oziom-m-mecz-cz-cz-k-ku! — odparł z zaskakującą charyzmą w głosie. Poziomkowa Polana postanowił przemilczeć przedrzeźnianie i się uśmiechnął.
— Naprawdę tak sądzisz? — zapytał Poziomek. — Przynajmniej ty widzisz jakieś światełko w tym tunelu…
“Jak naiwnie z jego strony” — powiedział do siebie zażenowany oriental. Westchnął ciężko i pokręcił głową.
— Jesteś idiotą. Jesteś najbardziej idiotycznym kocurem, jakiego miałem nieszczęście poznać — szeptał, patrząc na drogę. — Czy ty serio myślisz, że jest tu jakieś światełko w tunelu? — mówił, a z każdym słowem jego głos przybierał na sile. — A jak tak, to nie światełko nadziei, tylko, do jasnej cholery, ŚWIATŁO POTWORA! — krzyknął, obracając głowę ku Poziomkowej Polanie.
Szylkret zesztywniał. Strach miał wielkie oczy, a ta deskrypcja świetnie pasowała do emocji zewnętrznych starszego kota.
Zapomniana Koniczyna fuknął i wyprostował się. Ciszę przerywały ptaki, które wzlatywały z drzew i uciekały gdzie pieprz rośnie. Wojownik ponownie zabrał głos:
— Poziomkowa Polano… straciliśmy wszystko. Rodzinę, przyjaciół… przynależność. Nie ma z nami Jarzębinowego Żaru i jej białej towarzyszki. Nie ma z nami Czereśni i Gałązki. Nie ma tu z nami Miodowej Kory i jego syna. Na domiar złego, musimy pilnować jego stukniętej siostry. A Kosaćcowa Grzywa? W dupie nas ma i tylko dla siebie poluje! A we trójkę zdziałamy tyle, co nic, dobrze o tym wiesz…
— W-więc… co proponu…jesz? — zapytał ciszej Poziomek.
Koniczyn wzruszył barkami.
— Może lepiej byłoby zdechnąć.
Poziomkowa Polana zmarszczył brwi, nie dowierzając jego słowom. Uciekł niepewnie wzrokiem.
— No… dobra… ej! — Nagle pokazał mu skinieniem głowy na tereny Owocowego Lasu. Koniczyn spojrzał na niego, nie wiedząc, o co mogło mu chodzić. — Nie widzisz? Tam jest kot. Może…
— Jaki kot? — wtrącił się mu oriental.
— No, czarny kot.
— Aha… ale… droga grzmotu… — wymamrotał niepewnie chudy wojownik. Spojrzeli na siebie nerwowo, a potem na drogę. Czyżby musieli pokonać własne lęki? Zwłaszcza że Poziomek wyraźnie miał coś z łapą. — To może być dla ciebie niebezpieczne… może ja pójdę i wrócę…
— Dobra… wracaj, prędko!
Popchnął go w kierunku betonowej drogi. Kocur na chwilę się zawahał. Rozejrzał się kilka razy na prawą i na lewą stronę, chcąc mieć pewność, iż żaden potwór go nie rozjedzie. Wziął głęboki wdech i wydech, cofnął się kilka kroków, po czym ruszył. Asfalt był twardy, co widocznie orientala zaskoczyło. Jego poduszki przywykły do naturalnej kory oraz miękkiej ściółki, nie do śmigania po czymś tak… dwunożnym.
Biegł, jakby za nim biegł wściekły Krucze Pióro, który chciał go ochrzanić za kolejne nieposłuszeństwo ucznia. Ach, ależ piękne czasy… wtedy jego relacja z Mglistym Snem nie zbiegła na zły tor, nikogo nie zabijał, a mama go kochała. Tak, wtedy było idealnie. Doprawdy… rewelacyjnie. I choć Krucze Pióro należał do jednych z, cóż, nieprzyjemnych kotów i zabił jego Biedronka to… teraz Niezapomniana Koniczyna byłby w stanie mu wybaczyć. Chciał, aby zmężniał; aby stał się wielkim kotem. Może poświęcenie Biedronka dobrze mu na to wyszło. I tej parszywej Niezapominajki.
Kiedy wrócił do rzeczywistości, jego łapy już spoczywały na zielonej trawie. Zmrużył oczy, zbliżając się do kupy odpadów, które zostawili dwunożni. Czujnie nasłuchiwał dźwięków dochodzących z tego miejsca, aczkolwiek węch miał prawdopodobnie stępiony przez zaniedbanie polowań. Nie mógł niczego wyczuć poza smrodem, od którego zaczęła go boleć głowa. Postanowił ominąć wysypisko śmierci, szerokim łukiem obchodząc metalowe odpady.
Owocowy Las był dla niego intrygującym miejscem. Różnorodny teren… Ciekawe, z czym się mierzą te koty. Czy są takie jak inne klany? A może różnią się nie tylko wiarą, ale też stylem życia? Dietą? Może jedzą owoce lub jagody. Albo siedzą na drzewach, niby owoce! Zapomniana Koniczyna czuł wstyd, że wcześniej nie przykładał uwagi do tej interesującej krainy. Ciekawe, jak długie było ich terytorium, pomyślał. Może Wszechmatka obdarowała ich spokojem, a Klan Gwiazdy odciął ich od spraw klanowiczów. Też chciałby tak żyć.
— Hej! — Usłyszał głos w oddali. Zaskoczony podskoczył i się zjeżył. Obrócił ciało jak poparzony w kierunku czarnej kotki, która zbliżała się w zastraszającym tempie. Chciał uciec, ale łapy puściły, niby korzenie w ziemi. Sparaliżowany tylko patrzył, jak ta bestia biegła, aby go…
— Hej, co tu robisz? — zapytała kotka, upuszczając przed sobą zioła.
Samotnik cofnął się. Próbował uciec wzrokiem.
— Ja… potrzebuję medyka. Mój przyjaciel… on ma bardzo sztywny bark? Chyba. Proszę… to są jakieś zioła? — zapytał, zdesperowany widocznie.
Kotka, widząc to, uśmiechnęła się promiennie i zaświergotała:
— Oczywiście! Akurat mam przy sobie korzeń żywokostu… Powiedz mi, gdzie jest twój przyjaciel?
Koniczyn uśmiechnął się słabo i zaczął ją prowadzić w stronę drogi grzmotu, przy okazji wdając się w krótką rozmowę z samotniczką. Faktycznie, świat flory był przecudowny! Szkoda, że nie został medykiem.

* * *

Poziomkowa Polana z niecierpliwością czekał na Zapomnianą Koniczynę. Niby zaskoczony, ale to on pierwszy dojrzał ją za drogą grzmotu, obecnością samicy. Nieco nieśmiali mniej się udzielali i pozwolili w spokoju uzdrowicielce zrobić swoje “czary”, jak to określał sam Koniczyn. Kotka ostrzegła Poziomka, aby się nie przemęczał, po czym zniknęła za śmietniskiem Owocowego Lasu. Nie pytali się o imię i miejsce zamieszkania; wystarczyły tylko zdolności lecznicze.
Wrócili w ciszy, wyraźnie zmęczeni tą interakcją. Jak dawno Koniczyn nie widział samicy… oprócz Rysiego Tropu, oczywiście, ale ona to inny przypadek był.
— Ej, Poziomeczku-ziomeczku, chodź ty no tu! — krzyknął puszysty, najstarszy zaraz po Rysim Tropie wojownik.
Oboje odwrócili się w kierunku uśmiechniętego Kosaćcowej Grzywy. Koniczyn skrzywił się. Co ten idiota znowu wymyślił?
— Co tam, Kosaćcu? — zapytał Poziomkowa Polana, kuśtykając do byłego mentora z dziecięcym uśmiechem. Zapomniana Koniczyna widział, że szylkret szuka aprobaty Kosaćca. Niby ojciec i syn. Jak uroczo.
— A, no… znalazłem taką fajną przyczepę i chciałem ci pokazać. Chcesz ze mną iść?
Oriental wszedł pomiędzy nimi, psując rodzinną atmosferę.
— Nie może. On musi teraz odpoczywać…
Poziomkowa Polana niepewnie przeskakiwał pomiędzy nimi spojrzeniem. Skinął wręcz niezauważalnie chudemu wojownikowi. Kosaćcowa Grzywa prychnął, jednakże uśmiech nie zszedł z jego pyska.
— Jak sobie chcecie, maminsynki… pff… — wymamrotał, odwracając się w kierunku wyjścia. Po chwili zniknął w czeluściach lasu.
Mglisty Sen siedział na warcie, co jakiś czas ziewając. Głód też mu doskwierał. Poziomkowa Polana poszedł się przespać, ponieważ według kotki nie powinien się przemęczać. Mniej łap do pracy…
Spojrzał w dziurę na bursztynowe oczy morderczyni. Jej spojrzenie było nieprzyjemne, a na samą myśl o zbliżeniu się do tej kocicy chciał wymiotować.
Była głodna.
Wszyscy byli głodni.
Czy… czy nie mogli po prostu ubić Rysiego Tropu i użyć jako przynętę… lub… może jest…
… nie, Koniczyn, nie. To jest niemoralne, skarcił się, wiedząc dokąd zmierzały jego myśli. To byłoby okropne. Nigdy nie zjadłby swojego! Przenigdy! Na Klan Gwiazdy przeklął się. Był zaskoczony własnym umysłem. Czy gdyby w Klanie Wilka został, nie musiałby walczyć ze sobą? Może wciąż miałby nadzieję na lepsze jutro i zapach Mglistego Snu w posłaniu? Obaj od śmierci Jarzębinowego Żaru przestali ze sobą rozmawiać. Jedynie zmieniali się na warcie, w ciszy, w pokoju. Ich czwórka nie miała prawa przetrwać, dobrze o tym wiedział. Tylko jak? Klan Gwiazd się na nich wypiął. To miała być ich ziemia, ziemia obiecana… i co? I gówno! Odwrócili się od nich. Przecież chcieli dobrze. ROBILI dobrze. Nigdy im się nie sprzeciwili! Pamiętali o modlitwach, o słowach gwiezdnych… Czyżby o nich zapomnieli? Wystawili ich… Dlaczego? Dlaczego ich? Czemu nie Klan Wilka?
Co robili nie tak?
Zapomniana Koniczyna zauważył, że jak tak stał na polanie, zaczynało się ściemniać. Czyżby znowu się zamyślił? Kosaćcowa Grzywa jeszcze nie wrócił. Mglisty Sen zaczął chrapać, Rysi Trop… wolał nie wiedzieć, a Poziomek odpoczywał.
Był sam, a mimo to… coś słyszał. Szelest, złamana gałązka, jakieś szepty. Cóż to mogło być? Koniczyn odwrócił się w stronę drugiego wyjścia. Zmrużył oczy. Nie wiedział, co się działo. Był wciąż rozkojarzony. Mógł tylko się cofnąć, zanim te stworzenia dotarły.
To były koty. Różnorodne, szylkretowe, czarne, czekoladowe, białe. Od wyboru do koloru. Skulił się pod ich władczym wzrokiem. Spojrzał w oczy kocurowi, który zabrał głos:
— Nazywam się Czereśnia — zaczął — Jestem przywódcą Owocowego Lasu — dodał, zamiatając wzrokiem ledwo kontaktujące Świetliki. — … Nie spodziewałem się, że przeżyjecie jeszcze tyle księżyców… — wymamrotał. Wbił wzrok w orientala i się skrzywił. — I też niekoniecznie dobrze wyglądacie.
Zapadła niezręczna cisza. Wojownicy Owocowego Lasu wydawali się być wrogo nastawieni, a Koniczyn nie miał zamiaru trafić na przekąskę lisów, które tam trzymali. Akurat w samą porę wyszedł z nory Poziomkowa Polana. Mimo sztywnego barku, wciąż mógł chodzić. Czereśnia zmarszczył brwi, obserwując nieporadnego wojownika. Wymamrotał Owocniak do siebie jakieś słowa, jednakże Koniczyn nie był w stanie ich zidentyfikować. Jedna z kotek nerwowo machała na boki ogonem. Miał nadzieję, że nie chciała mu zrobić krzywdy.
Jeden z jego pobratymców się wzdrygnął. Podszedł do przywódcy.
— Czereśnio… straciliśmy dużo kotów, przydałaby się świeża krew — szepnął parę kluczowych słów, które wyraźnie zmieniły spojrzenie kocura na tę sprawę.
Czereśnia odchrząknął i zwrócił się do nich:
— Chociaż wielu najpewniej pohańbiłaby mnie za ową propozycję, niektórzy z nich sa nawet obecni u mojego boku... Ale mam dla was propozycję — powiedział uroczyście. — Owocowy Las może stać się dla was przystanią, azylem, w którym odnajdziecie pomoc, również medyczną, której niektórzy z was wydają się potrzebować. — Zmierzył wzrokiem płowego, który skrzywił się delikatnie z każdym ruchem. — Nie będę jednak ukrywał, że owe zaproszenie okryte jest pewnymi… wymogami, do których każdy z was będzie musiał się całkowicie dostosować.
Zapomniana Koniczyna przełknął głośno ślinę. Czy to teraz od niego zależały losy Świetlików? I co z Kosaćcem?
Westchnął ciężko i się wyprostował. Koniczyn właśnie objął stery Świetlików.
— Dokładnie jakie warunki, Czereśnio? — zapytał.
— Chociaż nigdy nie byliście dla nas zagrożeniem, nie mogę mieć pewności co do tego, kiedy wpuszczę was do mojego obozu. Pierwsze księżyce spędzicie pod bacznym okiem strażników. Od was będzie zależeć to, ile księżyców tam spędzicie — zaczął i bez większego namysłu kontynuował. — Wasze imiona również odejdą w zapomnienie, a przynajmniej ich część. W Owocowym Lesie niewielu dożyło tego, że zostali wyróżnieni dwuczłonowym imieniem. Dopóki więc będziecie przywiązani do swoich starych mian, będziecie grzać mchy w więzieniu. — Oczy miał utkwione w orientalnym pysku Koniczyny. — Nie wymusimy na was ani wiary we Wszechmatkę, ani nie narzucimy nowych tożsamości. Nie stworzymy z was nowych kotów, ale nie pozwolimy, aby poprzeć wyciągnięcie do was pomocnej łapy ucierpiał komfort kogokolwiek z naszej społeczności.
Zapomniana Koniczyna zwiesił głowę, uznając wyższość słów Czereśni. Zostali pokonani.
— R-rozumiemy... zgadzamy się na te w-warunki... — wymamrotał szybko.
Czereśnia skinął mu łbem, po czym wszyscy się zebrali.
Bez Kosaćca, oczywiście.

10 maja 2026

Nowy Samotnik!

 


Od Miodowej Łapy do Jesionowej Łapy

Przeszłość

Ula otworzyła oczy szeroko, po czym krzyknęła z przerażeniem, obserwując legowisko bardzo dokładnie, z paniką. Pewien głośny dźwięk obudził ją i był niezwykle podobny do tego, który kojarzył jej się z jej ludźmi. Serce złotej zaczęło bić szybciej, a ślepia przeskakiwały z jednej, na drugą ścianę pospiesznie. Zauważywszy, że przebywała w Klanie Wilka i tutaj… była może bezpieczna, udało jej się, chociaż odrobinę uspokoić. Odetchnęła z ulgą, słysząc pogodny gwar kotów przebywających na zewnątrz. Poprawiła się w swoim łożu, które niekoniecznie należało do najwygodniejszych, jednakże nie chciała nikomu sprawiać kłopotów, ani tym bardziej wyjść przypadkiem na niegrzeczną albo niemiłą czy wręcz egoistyczną! Tak więc wetknęła łapki pod siebie, a ogonem otuliła jedną z tylnych kończyn, przymykając z powrotem swoje niebieskie oczy.
Dawna pieszczoszka siedziała w norze więźniów, co jakiś czas cichutko pochrapując. W jej umyśle odtwarzały się niezbyt przyjemne wspomnienia wydarzeń, które miały miejsce jeszcze jakiś czas temu. Doskonale pamiętała własną panikę, która doprowadziła ją do ucieczki, a potem "zaatakowania" jednego z napotkanych, obcych kotów. Do tej pory czuła lekkie wyrzuty sumienia z tego powodu, jednak nic więcej poza przeprosinami nie mogła zrobić. Chociaż nie sądziła, by Tygrysia Noc denerwował się na nią za to nadal szczególnie. Ostatnim razem był dla niej naprawdę miły i miał w sobie dużo zrozumienia. Gwar pobratymców na zewnątrz docierał do jej uszu, a chłodne podmuchy co jakiś czas dolatywały do jamy, odbijając się od ścian niczym echo, przypływając tym samym dość prędko i do niej. Całe szczęście, że miała długie futro!
Postawiła małe uszka czujnie, zauważywszy, że ktoś nieznajomy stoi przed wejściem do jamy. Podniosła się momentalnie, posyłając obcej bardzo pogodny uśmiech. Jesionowa Łapa niosła w pysku piszczkę, do których złocista do tej pory jeszcze nie przywykła w pełni. Gdy przebywała ze swoją kochaną Dwunożną, nie potrzebowała wcale polować na zewnątrz, a co za tym idzie… jej umiejętności łowieckie nie były najlepsze, chociaż się starała. Chciała, żeby jej właścicielka była z niej dumna. Chciała, żeby czasami i ona jadła to, co przynosiła jej ona.
— Cześć, jesteś Ula, prawda? — zapytała wysoka, kładąc przed niższą kotką zwierzynę. — Przyniosłam ci coś do jedzenia. Na pewno jesteś głodna, w końcu komu by to nie doskwierało po takiej przechadzce! — zamruczała z lekkim uśmiechem na pyszczku.
Ula odwzajemniła uśmiech nawet szerzej. Prezentowała się dość zabawnie, z okrąglutkimi, puchatymi policzkami i wąsami przypominającymi niekiedy wręcz czułki u pszczółki. Pochyliła głowę przed nowoprzybyłą, mrużąc oczy z zadowolenia. Jej ogon poszybował przyjaźnie ku górze, gdy obwąchała podarowany jej posiłek przez liliową.
— Tak… dziękuję ci bardzo, słoneczko — powiedziała, po czym pochyliła się przed zwiotczałą już ptaszyną. Ula próbowała się wgryźć, jednakże w drogę wchodził jej gęsty, ptasi puch. Spojrzała z powrotem na siedzącą obok uczennicę. — Aa… czy mogłabyś mi, proszę, pomóc? Jak to się je? — zapytała spokojnie, nadal z życzliwym uśmieszkiem na pyszczku. Miała nadzieję, że starsza rozwieje jej wszelkie wątpliwości. Do tej pory nigdy nie zdarzyło jej się upolować ptactwa, jedynie myszy czy nornice, ale nic poza tym. Wszystko jej uciekało albo brakowało jej czasu. Albo jej jaskrawe futerko było widoczne tak bardzo, że nie miała zwyczajnie szans nawet się podkraść. Pręgowana pokiwała głową.
— Popatrz, robi się to w ten sposób. Musisz najpierw oddzielić pióra od skóry, poprzez wyrwanie ich… — Jesionowa Łapa nachyliła się nad zdobyczą, po czym postąpiła dokładnie tak, jak wypowiedziała właśnie. Coraz więcej puchu zaczęło zdobić posadzkę w kolorach szarości. — Jak już zdejmiesz wszystkie pióra, możesz się zabrać za jedzenie. Pamiętaj, żeby nie połykać kostek! Są drobne, ale mogą ci zaszkodzić, jeśli zjesz ich zbyt wiele — poinstruowała ją jeszcze, po czym usiadła i owinęła ogonem swoje przednie łapy.
Ula pokiwała głową na znak, że zrozumiała.
— Oooh, w ten sposób… W porządku! Dziękuję ci bardzo… jak masz na imię? — dopytała, jeszcze zanim wzięła się za jedzenie.
— Nazywam się Jesionowa Łapa. Miło mi cię poznać.
Więźniarka uśmiechnęła się raz jeszcze. Chwyciła kłami wreszcie kawałek ptaka, po czym oderwała delikatnie część mięsa. Resztę przysunęła do Jesionowej Łapy, jakby z nadzieją, że z nią zje. Ciekawe czy była głodna? Może!
— Chciałabyś ze mną zjeść? Nie wiem, czy zjem wszystko, a szkoda, żeby się miało zmarnować — próbowała ją jeszcze zachęcić, chociaż prawdą było to, że zwyczajnie nie chciała sprawiać kłopotu Wilczakom, znowu. Ponadto – jeśli podzieli się tym ptakiem, to może zyskałaby koleżankę? Pręgowana była niezwykle miłą kotką. Sam fakt, że przyszła tu i zainteresowała się stanem złocistej, sprawił, że Uli zrobiło się jakoś tak milej i lżej na sercu. To miejsce już nie prezentowało się tak niepokojąco.

***

Teraźniejszość

Śpiew ptaków niósł się przyjemnie dookoła koron drzew, docierając do kotów, które akurat w danej chwili słuchały. Jaskółki szybowały nisko, raz po raz łapiąc dla siebie, a także dla swoich młodych, posiłek w postaci wszelkiego rodzaju owadów. Drozdy parokrotnie powtarzały grane przez siebie melodie, trawy szeleściły na wietrze, naśladując szum wody obijającej się spokojnym ruchem o mulistą ziemię na brzegu. Sarny wędrowały pomiędzy gęsto rozrzuconymi drzewami iglastymi, pozwalając na to, aby niektóre ptaki odpoczęły na ich barkach.
Uczennica wędrowała u boku swojego mentora, rozglądając się po lesie. Kojarzyła go już tak mniej więcej, jednakże nie mogła powiedzieć, że gdyby ją puścili tutaj wolno, to że by się nie zgubiła… Pamiętała tylko powierzchownie drogę, jaką przebyła w celu odnalezienia się w tym miejscu. Finalnie natknęła się na patrol Klanu Wilka, z którym porozmawiała chwilę, a później przyjęli ją do ich społeczności, robiąc z niej na jakiś czas więźniarkę. Później otrzymała mentora, Wilczy Skowyt. Zdążyła usłyszeć już o nim parę słówek, że nie wpadł w gust kotom jakoś szczególnie, a przynajmniej Ognikowej Słocie czy Kocimiętkowemu Wirowi… Czy był on rzeczywiście taki zły, jakim go malowali? Nie, na pewno nie. Przecież nie istniało coś takiego jak kot zły. Był może najzwyczajniej w świecie zagubiony, jeśli postępował jakoś źle czy nie na miejscu, chociaż nawet i w to nie chciała uwierzyć. Złocista uczennica pomachała ogonem Jesionowej Łapie na przywitanie, gdy ich wzrok skrzyżował się. Poszły na wspólny trening, co było dla koteczki naprawdę pocieszające. W grupie zawsze było raźniej.
— Jesionowa Łapo! — zawołała, spoglądając na pobratymczynię. Odkąd złotej przypisano mentora, była w miarę zapracowana. Czas po treningach raczej poświęcała na odpoczynek, łapy ją bardzo bolały z powodu zakwasów. — Jak się czujesz, czy zdrowie ci dopisuje, słoneczko? — zamruczała, posyłając jej pocieszny uśmiech. — Wiesz, ostatnio dostałam równie fajne imię, co wy macie! Miodowa Łapa! Już nie jestem nudną Ulą. Ostatnio się zaczęłam zastanawiać, ponieważ usłyszałam, że mój mentor nie cieszy się pozytywną opinią w Klanie Wilka. Czy znasz go może? Co o nim myślisz? — zapytała z nadzieją, że chociaż pręgowana koleżanka ją zrozumie. Z pewnością! W końcu była kotem o dobrym sercu.

<Jesionowa Łapo?>

Od Figi CD. Wrony

Delegacja z Klanu Burzy powróciła. Figa wyszła do grupy kotów poza obóz, głównie by porozmawiać z Czereśnią oraz Sajgonem. Chciała wypytać o wszystko, co się działo podczas podróży, na którą nie została zabrana. Miała żal do świeżo upieczonego lidera. Figa sama dostała awans na zastępcę, co wiązało się z ekstra obowiązkami. Tym bardziej cieszyła się, iż Topola przejął od niej dzieci. Nie mogłaby zajmować się maluchami i dodatkowo ogarniać klanu, zwłaszcza pod nieobecność Czereśni.
Koty weszły do obozu, pogrążone w rozmowie. Nadal pachnieli zajęczym klanem, co było ciekawą odmianą od stale unoszącego się zapachu owoców lub mokradeł. Owocowy Las od długiego już czasu był gnębiony przez los. Wszyscy to wiedzieli, pas nieszczęść nie mógł ich opuścić. Koty się załamywały, niektóre z niepokojem czekały na kolejny dzień. Figa nie dawała się tej czarnej passie, odwracając uwagę innymi rzeczami. Topola również stawał na rzęsach, by cała jego rodzinka nie musiała kłopotać sobie głów tymi nieprzyjemnymi zmartwieniami. Poza oczywistą dumą z partnerki, Topola często uczył kociaki i zachęcał je, by robiły dla swojej matki prezenty. Figa wiedziała doskonale, że część pięknych znalezisk, jakie im zanosiła, dostanie później w “ulepszonej” wersji jako prezent. Pod nosem zawsze się cieszyła, widząc zlepione krzywo na żywicę gałązki, czy żołędzie ozdobione piórami wróbli. Takie to uczucie było… zaskakująco inne. Wręcz uspokajające pośród tych wszystkich przytłaczających zmartwień czy obowiązków. Buzie Puchacza oraz Wrony, zawsze uradowane na jej widok okazywały się dla kotki nie lada nagrodą po całym dniu.
Teraz jednak, wracając do teraźniejszości, Figa była naprawdę niepocieszona z decyzji Czereśni. Jej dyskusję z kocurem przerwało pojawienie się znikąd córki zastępczyni. Dymna kotka zmaterializowała się obok dorosłych, wiercąc w nich spojrzeniem dziury.
— Gdzie był Czereśnia? — zapytała Wrona, gdy koty się rozeszły.
Figa wzięła ją na bok i przysiadła z córką w trawie.
— W Klanie Burzy — odpowiedziała krótko. — I mnie nie wziął — dodała z westchnięciem. Owinęła córkę wielkim, puszystym ogonem z zaplątanymi po patrolu listkami. — Widzisz, Wrono, musiałam zostać tutaj, by pilnować porządku pod jego nieobecność! Ale szkoda z drugiej strony, chciałam pójść do Burzaków!
— Burzaków? — podpytała mała.
— Tak, tak nazywamy koty z Klanu Burzy — wyjaśniła, lustrując obóz wzrokiem. — Jeśli spotkasz kiedyś kota, który pachnie jak zające, to pochodzi on właśnie z tego klanu. My pachniemy owocami, a oni zającami. Jadłaś kiedyś jakiegoś? Jeśli jeszcze nie, to mamcia upoluje dla Ciebie jednego!
Posłała córce dziarski uśmiech, patrząc na jej mały okrągły pyszczek.

<Wrona?>

Od Rzekotki

Rzekotka urodziła się już jakiś czas temu… Rosła jak na drożdżach, pijąc mleko od swojej matuli ze smakiem. Puszyste łapki tylko przybierały na krągłości, a futerko na nich rosło na bardziej puchate z każdym dniem. Uszka zaczęły nasłuchiwać rozmów dorosłych, które były przecież najciekawsze! A to jakaś ploteczka, tam głupotka, aż któregoś razu Rzekotka została przyłapana na podsłuchiwaniu! Kropiatkowa Skórka posłała córce ostrzejsze spojrzenie, które zaraz złagodniało. Ojciec kociaka zmierzył niebieskim podobnym wzrokiem, pełnym miłości.
— Aaa… eeeeee skąs się bjorom kociaki? — zapytała mała.
Jej rodzice wymienili się spojrzeniami, nim Kropiatka zgarnęła puszyste dziecię w swoje łapki. Utuliła do piersi, a następnie zawołała resztę córek do siebie. Rzekotka była szczęśliwa, że miała miejsce tak blisko mamusi.
— Kociaki są przynoszone przez ptaki! — opowiedziała im rodzicielka.
— Ptaaaaaki? — zapytała Rzekotka. — Jak to? To ciemu jesztes naszom mamom?
— Hahah! Bo podarowały mi was w prezencie, głuptasku — poczochrała córkę po łepetynce.
Wszystkie trzy wydały z siebie pomruk zszokowania, ale również podekscytowania. Rzekotka wyrwała się z uścisku matki, by pójść dyskutować z siostrami o tym, jakie ptaki ich przyniosły. Czy każda miała swojego? A może wszystkie razem zostały podrzucone do Klanu Nocy? Kto wie!
Rzekotka nie zdołała jednak dokończyć dyskusji, zauważając gromadkę mrówek. Usiadła więc i zaczęła się w nie wgapiać. Gdzieś w tle Żabka oraz Ropuszka kontynuowały dyskusję, ale ich niebieska siostra dawno straciła zainteresowanie. W ten dziwny, acz prosty sposób minęła jej reszta dnia, aż do pory wieczornego posiłku, kiedy to Kropiatkowa Skórka otrzymała dorodną rybę, a młode kociczki jakieś mniejsze, bezpieczniejsze do jedzenia płotki.

Miodowa Łapa została adoptowana!

Od Ognikowej Słoty CD. Kocimiętkowego Wiru

— Słoto! Co powiesz na polowanie na króliki z gościem specjalnym? — zapytała, odsuwając się, by ukazać stojącą za nią złocistą kotkę. Ognikowa Słota spojrzała na Kocimiętkowy Wir, zastanawiając się, o kogo mogło chodzić. Zanim wpadła na jakikolwiek pomysł, jej oczom ukazała się okrągła, przyjaźnie wyglądająca złocista kulka. — Ta-da! Miodowej Łapie przyda się mały trening, a kto wyszkoli ją lepiej, niż my? — stwierdziła, przewracając oczami. Po chwili podeszła do mistrzyni i dodała szeptem:
— A ja nie lubię tego Wilczego Skowytu. Pewnie niczego pożytecznego jej nie przekaże!
Na pysk łaciatej wkradł się uśmiech. Oczywiście. Nikt nie wyszkoli jej lepiej, niż one.
— Wilczy Skowyt jest mało inteligentny i szkoda, że Miodowa Łapa musi go znosić — przyznała, wstając wreszcie ze swojego miejsca. Otrzepała się z paprochów, po czym posłała rozpromieniony uśmiech swojej kompance, jednocześnie witając się z Miodową Łapą. — Ale my nadrobimy u niej zaległości, jakie mogły wystąpić w związku z jego niedbalstwem — powiedziała i strzepnęła uchem.
Gdy znalazły się poza obozem, szylkretka czasami spotykała się z faktem, iż szła za szybko, co sprawiało, że Miodowa Łapa zostawała niekiedy w tyle. Zwolniła więc kroku, czując lekkie poirytowanie takim stanem rzeczy, ale nie mogła się przecież dziwić… pieszczochy zawsze były utuczone, w tym przypadku nie było inaczej, a w dodatku pewnie nie musiała nigdy wcześniej przemierzać sporych terenów lasu jako swojej dziennej rutyny, dlatego nie miała nawet wyrobionych pod to łap. Gdy znalazły się nieopodal ulubionego miejsca Słoty na polowanie na króliki, Kocimiętkowy Wir zaczęła się skradać, a Ognikowa Słota przywarła do ziemi. Miodowa Łapa obserwowała towarzyszki, nie wiedząc chyba za bardzo, co ze sobą zrobić. Obydwie wystrzeliły w tym samym momencie. Rudaska pognała za jedną zdobyczą, a w oczy drugiej mistrzyni rzuciło się ładnych rozmiarów ptaszysko, które odbiło się od ziemi i gdy już miało ulecieć tak, żeby Słota go nie sięgnęła, zahaczyła pazurem o jego skrzydło, zaciągając go bliżej siebie i wgryzła się w nie, uderzając nim zwinnie o ziemię. Przygniotła ptaka swoim ciężarem, po paru uderzeniach serca wgryzając mu się wreszcie w gardło, do którego udało jej się dobrać. Metaliczny posmak rozpłynął jej się po podniebieniu, gdy ciało jej celu zwiotczało. Kocimiętkowy Wir wyszła z krzewów z innym ptakiem, ale równie doskonale wyglądającym. Mistrzyni spojrzała na nią z zadowoleniem. Odłożyła swoją zdobycz u własnych łap, gratulując przyjaciółce sukcesu. Zielonooka nie zwlekała z podobnym gestem. Miodowej Łapie zaś, o dziwo, udało się złapać myszkę, która akurat wpadła jej pod łapy.

***

Od ostatniej rozmowy Ognikowej Słoty z Tęgoszem minęło już trochę. Jej kochana siostrzyczka, Nadciągający Pomrok doczekała się wreszcie zaszczytu dołączenia do kultu. Na samą myśl mistrzyni jakoś tak sama miała ochotę zacząć skakać ze szczęścia niczym kocię. Tak bardzo cieszyła się, że jej rodzina była porządna. Że nie musiała już z powodu żadnego z jej bliskich – przynajmniej na razie, od niedawna – być dłużej zawiedziona. Starali się równie bardzo, jak ona, żeby nikt sobie przypadkiem źle nie pomyślał o nich, dzieciach samej Zalotnej Gwiazdy. Słota oczywiście starała się odwiedzać kocięta w żłobku tak często, jak tylko było to możliwe, nierzadko poświęcając swój czas przeznaczony na odpoczynek właśnie im, ale nie mogła narzekać. Bardzo odpowiadało jej takie życie, szczególnie z myślą, że jej matka dowodziła Klanem Wilka. Co prawda szylkretka, gdy była młodsza, niezwykle starała się o wszelkie pochwały ze strony Nikłej Gwiazdy, więc jakimś szacunkiem go darzyła, ale nie mogła przyznać, że za jego rządów było lepiej. Nikt nie był lepszy od jej matki.
Zastrzygła uchem, gdy do obozu weszło dwóch wojowników. Tęgosz kroczył u boku rudaski. Od swojej najdroższej przyjaciółki, Kocimiętkowego Wiru, dowiedziała się, że rudy wcale, a wcale nie obawiał się tej nocy, co również było dla niej dobrym znakiem. Skoro nie był spięty, to istniała mniejsza, a praktycznie zerowa szansa na jakiś głupi ruch z jego strony, który mógłby potencjalnie kosztować go życie. Na sam ten widok uśmiechnęła się z dumą, czując przyjemne uczucie rozpływające jej się po piersi. Wiedziała, że przeżyje! Gdyby sobie nie poradził, to by nie był synem jej brata ani dumnym Wilczakiem, przed którym kreowała się świetlana przyszłość oby pozbawiona płonnych nadziei czy głupstwa. Nie podobało jej się, że przy kociętach wiecznie siedziała Wrotyczowa Szrama, ale mistrzyni nie mogła zrobić z tym szczególnie wiele, ponieważ pręgowana miała prawo chcieć pilnować własnych pociech. Nie wolno było jej jednak wygadywać głupstw o tym durnym Klanie Gwiazdy w obecności Tęgosza, jej wspaniałego bratanka. Jak dobrze, że już nie będzie musiał przebywać w jej obecności! Zostanie dzisiaj uczniem. Może i zostałby przydzielony jej, żeby szkolić się pod jej czujnym okiem? Od mianowania Cykoriowej Cykorii minęło już też trochę. Spojrzała na Zalotną Gwiazdę siedzącą na pniu, wyczekującą przybyłych kotów. Wojowniczka poruszyła ogonem niespokojnie, nie mogąc doczekać się, aż dowie się, czy zostanie przydzielony jej dzisiaj jakiś uczeń. Była zdania, że zasługiwała na wyszkolenie kolejnego wojownika Klanu Wilka. Tym razem dopilnowałaby, żeby nie przynosił jej wstydu! Tak, jak ta strachliwa kotka.
Gdy Kocimiętkowy Wir usiadła obok, Ognikowa Słota otarła się o bliską jej kotkę na powitanie.
— Wiedziałam, że sobie poradzi. W końcu jest jednym z nas! — ruda zachichotała radośnie, acz cichutko, żeby przypadkiem nie przeszkodzić w ceremonii.
Ognikowa Słota zamruczała, gdy następne ciepłe uczucie zaczęło w niej promieniować. Położyła swój ogon na tym Wilczaczki obok niej. Ich boki stykały się, gdy tak siedziały i oczekiwały mianowania kociąt.
— "Musiał sobie poradzić. Jeśli byłoby inaczej, oznaczałoby to, że zwyczajnie był niegodny, żeby żyć w naszych kręgach" — pomyślała brązowooka, zachowując to jednak dla siebie, ponieważ Zalotna Gwiazda zabrała głos. Nie chciała przerywać czy przeszkadzać matce. Nigdzie nie było śladu po Garbatku, którego Ognikowa Słota widziała zaledwie kilka razy, ponieważ nigdy jej nie interesował. Był słaby i płaczliwy. Klan Wilka nie był miejscem dla kotów jego pokroju. Zauważywszy, że nawet Seradela sobie poradziła, zamruczała pod nosem. Może to ona zostałaby jej uczennicą, jeśli Tęgosz dostałby kogoś innego za mentora? Marzył jej się porządny uczeń, któremu mogłaby pokazać wszystkie najważniejsze zasady panujące w Klanie Wilka…
Tęgosz siedział tak, wpatrując się bez większych emocji wymalowanych na pysku. Ognikowa Słota odniosła wrażenie, że był niezwykle podobny do swojego ojca. Może i nie tyle co z wyglądu, a bardziej charakteru. Cienista Zjawa od zawsze był taki cichszy i zachowywał większość emocji dla siebie. No chyba, że akurat udało im się pokłócić o coś błahego, a w przeszłości często im się zdarzały takie nieprzyjemności. Jak dobrze, że wyrósł na porządnego kocura.
Tropiąca Łaska została mentorką Cętkowanej Łapy. Mistrzyni poruszyła ogonem niespokojnie. Dlaczego akurat ona, ze wszystkich kotów? Pozostała jednak na swoim miejscu, z takim samym wyrazem pyska, nie chcąc okazywać jakiegokolwiek niezadowolenia. Skoro matka uznała, że to ona będzie dla niego najlepszą mentorką, Słota musiała to uszanować. To, że ona miała swoje nieprzyjemności z Tropiącą Łaską, sięgające jeszcze czasów, kiedy obydwie były w żłobku, nikogo nie interesowało i nie było powodem do tego, żeby mistrzyni podważała zdanie liderki. Nigdy by nie śmiała.
— Cętkowana Łapa, Cętkowana Łapa! — zaczęła skandować dumnie, posyłając bratankowi zadowolone spojrzenie. W międzyczasie Seradela została mianowana na uczennicę i zyskała nowe imię – Seradelowa Łapa. Ponadto jej mentorką została sama Zalotna Gwiazda, co było dość wyjątkowe. Później do obozu wtargnął Wilgowa Gorycz wraz z tym słabym ogniwem. Jakim cudem przetrwał noc w lesie? Czy żadna sowa nie była dzisiaj głodna? Zadziwiająco wiele słabych kotów przeżyło swoją próbę w lesie w ciągu całego życia mistrzyni, co lekko ją martwiło. Oby tylko nie przynosili szkód dobrej opinii Klanu Wilka wśród reszty przynależności, ale i wśród samych Wilczaków. Co było nawet bardziej zadziwiające – Cykoriowy Cykor dostała pod swoją opiekę Garbatą Łapę. Pasowali do siebie. Przekaże mu tyle, co nic, a ten będzie chodził z pustym łbem i przekazywał dalej pustość umysłową.

***

Pora Nowych Liści wreszcie nadeszła. Pierwsze, ciepłe promienie słońca już zaczęły wygrzewać rozłożyste kamienie, zapraszając wręcz starszyznę, a nawet i resztę chętnych kotów do ocieplenia kości i dostarczenia sobie trochę szczęścia w postaci odpoczynku na przyjemnym słoneczku. Mistrzyni przeciągnęła się, prostując tylne łapy i wyginając odrobinę ogon. Gdy skończyła poranną toaletę, wybrała się pod stertę w celu spożycia posiłku. Niedługo później obok niej pojawiła się znana jej rudaska.
— Cześć, Kocimiętko. Co byś chciała zjeść? — zapytała przyjaźnie, oferując Wilczaczce, że jej wyjmie ze sterty najświeższy kąsek. Zielonooka zamyśliła się na moment.
— Może jakiegoś grzywacza? Akurat dzisiaj jestem głodna… — przyznała spokojnie, uśmiechając się “smutno”. Szylkretka kiwnęła głową i szukając konkretnej zdobyczy, wybrała dla siebie królika, a dla Wilczaczki obok gołębiowatego, pulchnego ptaka. Pomyślała od razu o ich ostatnim polowaniu. Na jej pyszczku zakwitło rozpromienienie. Bardzo miło jej się spędzało czas z rudą, cieszyła się bardzo, że wreszcie miały okazję, żeby zbliżyć się nawet bardziej do siebie. Dobrze było mieć obok kogoś takiego, jak Kocimiętka. Rudaska wymyśliła wtedy, że chciałaby latać niczym ptak i czy gdyby zjadła wystarczająco piszczek, to że może dostałaby skrzydeł. Ognikowa Słota nie potrafiła sobie tego wyobrazić, ale od razu przyszło jej na myśl to, że pobratymczyni miała naprawdę bujną wyobraźnię.
— Nadal chciałabyś, żeby ci wyrosły skrzydła? — zagadnęła, odgryzając pierwszy kęs swojej zwierzyny. Oblizała policzki, po chwili biorąc następny i następny, słuchając tak odpowiedzi kotki obok. W oczach mistrzyni zatańczyły iskierki podekscytowania, prawie jak u kocięcia, które właśnie dowiedziało się, że za niedługo zostanie mianowane na ucznia. Mimo wszystko odpłynęła na parę uderzeń serca myślami, jakby potrzebowała się porządnie nad tym zastanowić. Wystawiła ciut swój język, prawdopodobnie nieświadomie.
— Tak! Wyobraź sobie, jak wolna bym wtedy była. I może ty też! Może tobie również by wyrosły i poleciałybyśmy gdzieś razem. Wtedy nie męczyłyby się łapy, a same skrzydła, więc w razie zmęczenia, mogłabyś odpocząć w powietrzu lub na lądzie, jak byłoby ci wygodniej — przedstawiła, po czym sama zabrała się za swoją część zdobyczy.
Może gdyby zjadła wystarczająco uszaków, to i jej wyrosłyby takie długie uszy, łapy już miała długie, więc brakowało jej tylko krótkiego ogona, chociaż Kocimiętkowy Wir taki miała… może jej było bliżej do królika, niż do ptaka? W takim razie, ciekawe do czego Słocie było bliżej?

***

Słota przeprosiła na moment Kocimiętkowy Wir, ponieważ chciała porozmawiać ze swoim bratem. Ruda kiwnęła jej głową na znak, że się nie gniewa i ustawiła się obok wyjścia z obozu. Dzisiaj Słota również umówiła się z nią na polowanie. Wracając do ostatniej ceremonii… Szylkretka nie zamierzała gratulować Cykoriowemu Cykorowi, komuś tak przykremu. Szczególnie że sama czekoladowa, wydawało się, była zawstydzona tym faktem, bo gdy tylko zetknęła się wtedy nosami z tym garbatym, to rozpłynęła się w tłumie niczym cień. Mistrzyni, podszedłszy do burego, a także Cętkowanej Łapy, bliżej, przywitała się z nimi z uśmiechem wymalowanym na mordce. Byli w trakcie rozmowy, ale nie przeszkodziła im jakoś szczególnie.
— Cienista Zjawo, Cętkowana Łapo, chciałabym wam szczerze pogratulować. Tobie bracie, że tak doskonale radzisz sobie jako ojciec; dbałeś, żeby Tęgosz nie dowiadywał się przypadkiem o wszelkich szkodliwych treściach, jakie Wrotyczowa Szrama mogła potencjalnie mu chcieć przekazywać, a ponadto każdego dnia przysługiwałeś i nadal przysługujesz się klanowi. Jesteś kotem godnym naśladowania. A tobie, Cętkowana Łapo, życzę samych owocnych treningów. Korzystaj z nich jak najwięcej, wynoś tyle wiedzy, ile możesz. Cieszę się bardzo, że przeżyłeś próbę w lesie — posłała mu uśmiech, w jej oczach kryły się nadal wszelkiego rodzaju nadzieje względem bratanka, a także oczekiwania, których nie zamierzała ukrywać. Nie podejrzewała, że przyniesie ich rodzinie wstyd, ale kto wie… — Myślę, że powinniśmy wybrać się niedługo na rodzinny spacer. Teraz, kiedy opuściłeś żłobek, będziesz miał więcej swobody, jednak pamiętaj, żeby nie zapędzać się za bardzo. Nie wolno ci samemu wychodzić poza obóz, ale to już na pewno wiesz — zaczęła, na co Cienista Zjawa kiwnął głową.
— Ognikowa Słoto, siostro, mój syn jest porządnym kocurem. Jeszcze przyjdzie mu się wykazać, a co do spaceru… — tu zamyślił się na parę uderzeń serca. Wreszcie poruszył końcówką ogona. — Myślę, że to świetny pomysł. Na pewno nam nie zaszkodzi takie rodzinne spotkanie — powiedział, na co kąciki ust Słoty same się uniosły ku górze. Cętkowanej Łapie to najprawdopodobniej również nie przeszkadzało, a przynajmniej tak myślała. Zerknęła na niego.
— Jeśli martwisz się, co powie o tym Tropiąca Łaska, to ja już zadbam o to, by cię puściła. Relacje z rodziną są ważne. Oczywiście trening również, ale my także jesteśmy w stanie nauczyć cię wiele. Co nie oznacza, że nie powinieneś słuchać się i polegać również na swojej nowej nauczycielce — wyjaśniła mu, żeby wszelkie zmartwienia, jakie tylko mogły przylatywać teraz do jego łebka, znalazły ujście.
Po skończonej rozmowie powróciła do znanej jej kotki, po czym udały się na spacer poza obóz. Rodzinna przechadzka będzie miała miejsce kiedy indziej, może jak pogoda będzie bardziej dopisywała, a Ognikowa Słota chciała spędzić obecnie czas ze swoją przyjaciółką.

<Kocimiętkowy Wirze, zdrowo jest tyle chodzić, szczególnie w moim towarzystwie>

Od Tęgosza (Cętkowanej Łapy)

Pora Nowych Liści była przyjemna, zwłaszcza na zewnątrz. Tęgosz nigdy nie przekraczał wejścia do żłobka, dopóki nie dostał zgody kogoś dorosłego. Kocurek zawsze starał się być grzeczniutki i starał się sprawiać jak najmniej problemów, bowiem, gdy tylko coś przeskrobał, to ojciec patrzył na niego krzywo. Wtedy Cienista Zjawa mu mówił, że koty, które będą służyć Mrocznej Puszczy i czemuś wielkiemu, nie mogą się zachowywać jak małe kociaki. Nie chciał zawieść ani jego, ani Mrocznej Puszczy. Słyszał w końcu o niej wiele cudownych rzeczy, była ona dobra i wspaniała, a trafiały tam tylko koty, które szerzyły w Klanie Wilka potęgę i wspaniałość tej wiary. Czuł, że miał na barkach wielki ciężar, którego nie umiał pojąć na razie w małej główce, ale jak już zostanie uczniem, to by chciał być takim uczniem, którego by każdy słuchał! Musiał zacząć oczywiście małymi kroczkami to realizować, by dotrzeć do celu.
Będąc w żłobku, często gryzł się z Seradelą dla zabawy. Ona była dosyć fajna do zabaw, dodatkowo mieli te same zainteresowania; Mroczną Puszczę i posiadanie autorytetu do Zalotnej Gwiazdy. Rudzielec wiedział jednak, że całkowicie nie chciał się dzielić babcią ze srebrną niebieską kotką. Wiadomo, że była „jego” babcią, nie jej, więc mogła co najwyżej tylko ładnie patrzyć lub dostawać chwilowe pozwolenie na spotkanie z nią, tylko żeby nie było zbyt długie, bo się bał, że mu ją zabierze. Mimo kwestii jego babci to lubili swoje towarzystwo, przynajmniej tak mu się zdawało. Dzisiaj też się z nią bawił. Bawili się w wojowników Mrocznej Puszczy, którzy po prostu się bili z wyznawcami Klanu Gwiazdy. Wyznawcą miał być Garbatek, a on z Seradelką mieli bronić Klanu Wilka przed słabą jednostką.
— Wymrzyj, głupi kocie, który wierzy w Klan Gwiazdy! Nie zasługujesz, by żyć! — Tęgosz rzucił się na Garbatka. Ten oczywiście nie umiał się bronić, jak zwykle. Niczym słabe ogniwo, którym był.
— To głupie! Dlaczego zawsze muszę być wyznawcą Klanu Gwiazdy? — Tęgosz zmrużył oczy i spojrzał na niego.
— Bo jesteś słaby jak oni i taki szkaradny! Wyobrażasz sobie mnie lub Seradelkę w tym miejscu? Za dużo myślisz i to w zły sposób! — przycisnął go bardziej do ziemi, a czekoladowy kocurek po tym nie umiał się zbytnio odezwać. Seradelka patrzyła na to wszystko tylko, nawet odrobinę ze współczuciem, którego Tęgosz nie zauważył. Rudzielec patrzył na Garbatka z wyższością, nie chcąc z niego zejść, by pokazać mu, jaki jest słaby... pokaz jego siły przerwała mu karmicielka.
— Tęgoszu, musisz na chwilę skończyć się bawić. Twój ojciec chce cię widzieć — skoro Cienista Zjawa chciał go widzieć, to pewnie bardzo nabroił lub zrobił coś dobrego, choć nie umiał sobie tego przypomnieć.
— Już idę! — wyskoczył do biegu, oddalając się od Seradelki, Garbatka oraz Wrotyczowej Szramy. Wychodząc ze strefy żłobka, zauważył Cienistą Zjawę, który już na niego czekał.
— Tęgoszu, chce tylko ci przypomnieć, że już nie jesteś kociakiem. Chcę, żebyś tej nocy sprawił, że rodzina będzie z ciebie dumna. Nie możesz odstawać od reszty kociaków Wrotyczowej Szramy. Musisz być od nich lepszy i przetrwać. Wszystko zrozumiane? — jego ojcu chodziło zapewne o tą noc, w której wojownicy wezmą go do lasu, by tam siedział do rana. Wrotyczowa Szrama mówiła im to wcześniej, więc nie był zaskoczony. Chciał sprawić, żeby jego rodzina się uśmiechnęła, jak go zobaczą jako silnego ucznia i przyszły materiał na wojownika.
— Tak, Cienista Zjawo, nie zamierzam okazywać słabości — bez żadnych emocji powiedział to, jakby był proszony na baczność. Nie mógł przecież jakoś głupio tego powiedzieć, musiał tak się zachowywać, by Cienista Zjawa go lubił.
— To świetnie, widzimy się na mianowaniu o świcie — Cienista Zjawa naprawdę wierzył, że jak gdyby nigdy nic, jutro przyjdzie z lasu na mianowanie. Tylko czy on sam wierzył w to tak bardzo, jak on? Jego ojciec przecież nie podszedłby do niego z byle powodu, rzadko go odwiedzał. Już częściej w żłobku widywał Zalotną Gwiazdę. Pozostało mu zatem czekać tylko na to, aż księżyc zawita na samej górze, bo może rzeczywiście przeżyje.

***

Wrotyczowa Szrama wyczyściła ich przed próbą, musiała się upewnić, że wszystkie kociaki będą czyste i dobrze prezentujące się przed klanem.
— Życzę, żebyście przeżyli — jej kąciki pyska lekko się podniosły, kocur udawał, że się tym przejmował, choć tak naprawdę miał to gdzieś i się cieszył, że zerwie z nią kontakt. Jego ojciec nie przepadał za nią, więc nie chciał się mu narażać. Ewentualnie, gdyby była konieczność, to by zagadał, ale nie za bardzo, skoro i tak nie miał o czym. Seradelka tylko przewróciła oczami, a Garbatek spojrzał na matkę.
Podeszli do nich trzej wojownicy, ich transporty do lasu; Kocimiętkowy Wir, Sowi Zmierzch i Wilgowa Gorycz. Akurat jego wzięła ruda kotka, znajoma jego cioci i jeszcze mistrzyni. Czuł się, jakby był namaszczony w jakiś duchowy sposób, a może to znak od przodków, że też będzie kimś wielkim? To się zobaczy. Dorośli wyszli razem z nimi z obozu, a następnie w tym momencie się rozdzielili, Seradelka poszła z Sowim Zmierzchem, a Garbatek z Wilgową Goryczą.

***

Ruda mistrzyni szła z nim przez las iglasty, ta przestrzeń była tak szeroka, że gdyby poszedł tu sam, to by się zgubił na dłuższy czas. Był przyzwyczajony do żłobkowych ścian, których nie opuszczał, bo chciał być grzeczny i pokazać, że nie sprawia problemów.
— Słyszałam o tobie. Tęgosz, tak? Twoja ciocia opowiadała mi dużo o tobie. Że lubisz dużo słuchać i jesteś kotem bezproblemowym. Zanim dojdziemy w idealne miejsce, gdzie cię zostawię, to jak się aktualnie czujesz? Masz stracha? — kotka na końcu żartobliwie zaakcentowała, czy się boi. Tęgosz jednak tego nie wyłapał zbytnio. Ogólnie trudno mu czasem było wyłapać, czy coś było mówione żartem, czy nie.
— Nie, nie mam. To tylko noc w lesie. Żadna tragedia — bo niby czego miał się bać? Że drzewa go zjedzą? Że krzaki go wchłoną? Jeszcze czego. Powiedział zwięźle i krótko co sądził, nie było co rozgadywać się o tym, że będzie w lesie siedział.
— Dobrze to słyszeć, ponoć zwierzyna właśnie wyczuwa strach ofiar, przez to można być łatwym łupem, ale skoro się nie boisz, to jak zaśniesz, tak się obudzisz z rana — kotka była dość miła dla niego, a nawet była sympatyczna dosyć. Nie wiedział, co wtedy odpowiedzieć, ale miał nadzieję, że ona nie uzna tego za niegrzeczne, po prostu na serio nie wiedział, jak ciągnąć rozmowę dalej, co jeszcze przytoczyć... Przyjaciółka jego cioci naprawdę była fajna na pierwszy rzut oka. Miał nadzieję, że się bardziej poznają. Ich spacerek już się skończył, bo Kocimiętkowy Wir przystanęła.
— Już jesteśmy. To pamiętaj tylko, by nie szukać Seradeli z Garbatkiem i żeby nie wracać do obozu. Życzę, żebyś przeżył, Tęgoszu — kotka pomachała mu ogonem na pożegnanie, po czym zniknęła między iglastymi drzewami, a on teraz musiał znaleźć przyjemną ściółkę do spania. Było dużo paproci, więc położył się pod nimi, akurat tam, gdzie go zostawiła ruda kotka. Nie było dziur pod korzeniami, czy w samej ziemi. Musiał skorzystać z naturalnego kamuflażu, jakim były liście. Bezproblemowo zasnął, wierząc, że skoro inni byli pewni, że przeżyje, to czemu i on miałby w to wątpić.

***

Wiercił się przez chwilę, ale gdy tylko promienie słońca dotarły do ubytków między paprociami, rzucając na niego ciepłe plamki, to musiał wstać. Przeciągnął się. Jednak ta próba w lesie była łatwa, skoro nic nie przyszło go zjeść. Oby Seradelka przeżyła, bo jeżeli nie, to nie będzie miał za bardzo towarzystwa, a Garbatek to na spokojnie już mógł zostać zjedzony przez kogokolwiek; innego kota lub sowę, byleby go nie widział na oczy. Przetarł sobie swe zielone ślepia, po czym usłyszał szelest. Szybko się zjeżył i syknął w stronę źródła dźwięku, cofając się bardziej w głąb paproci, pod którymi spędził noc.
— Tęgoszu! Gdzie jesteś? — to nie był drapieżnik, rozpoznał po głosie, że to ten sam kot, który go tu przyniósł. Wyszedł z zieleniny w stronę Kocimiętkowego Wiru.
— Tutaj jestem! — ujawnił się kotce, ta tylko obróciła się do niego z widocznym uśmiechem.
— Wiedziałam, że przeżyjesz, teraz wrócimy do obozu na twoje mianowanie — kotka pokazała mu, żeby za nią podążał, a on bez protestu wykonał jej polecenie. Tata będzie z niego dumny, jak i reszta rodziny, że przeżył. Jedno osiągnięcie, na tle jego przyszłych, których zamierzał dokonać w przyszłości.

***

Powoli mu się zaczynało nudzić. Mijając, zdawało się, ciągle te same drzewa, miał wrażenie, że nigdy nie wyjdą z tego labiryntu zrobionego z drzew. Obóz na szczęście, niczym na zawołanie, ich właśnie powitał swoją majaczącą sylwetką nieopodal. Weszli tunelem do azylu, a mistrzyni postawiła go na ziemi. Rozejrzał się i zobaczył, że Seradelka też wróciła z Sowim Zmierzchem, ale nie było śladu po Garbatku. Cóż, na szczęście nie wrócił, o jednego mazgaja mniej.
— Niech wszystkie koty Klanu Wilka zdolne do samodzielnego polowania zbiorą się przed mównicą! — rozkazała Zalotna Gwiazda. Czyżby nie czekała na czekoladowego kocura? No cóż, biedulek, będą musieli bez niego zrobić ceremonie.
Przywódczyni posłała mu i Seradelce pokrzepiający uśmiech, a Tęgosz, choć miał pysk bez emocji, to jego oczy aż zabłyszczały na moment. Czuł tę dumę, którą wyrażała jego babcia, patrząc na nich. Najlepsze uczucie, jakie czuł. Przywódczyni kontynuowała.
— Wiedziałam, że nie zawiodę się na tej dwójce młodych kotów — mówiła z dumą, a jego serce napełniało się dumą. — Tęgoszu, wystąp — nakazała mu jego babcia. Serce mu na chwilę stanęło, ale wysunął się na środek, patrząc na swoją babcię, która rozglądała się bacznie za tłumem wojowników.
— Od dziś, aż do zakończenia treningu, będziesz zwany Cętkowaną Łapą, a twoją mentorką zostanie Tropiąca Łaska. Jestem pewna, że przekaże ci całą wiedzę, którą wcześniej zdobyła od samego zastępcy tego klanu — szkolił ją zastępca klanu?! Super! Miał się czym teraz chwalić przed Seradelką. Podszedł do Tropiącej Łaski i zetknął się z nią nosem.
— Seradelo, wystąp — poleciła szylkretka, gdy kocur wraz ze swoją mentorką musieli się odsunąć na bok. Grzecznie siedział obok czekoladowej szylkretki, było widać na jej pysku zadowolenie. Cieszył się, że nie tylko sprawia radość swojej rodzinie, ale i innym. Co do jego imienia, to nawet było ładne, Cętkowana Łapa… pewnie to imię było od jego cętek na futrze.
Gdy Seradelka podeszła pod mównicę, to jego babcia uśmiechnęła się szerzej.
— Od dziś, aż do zakończenia treningu, będziesz zwana Seradelową Łapą, a twoją mentorką… zostanę ja sama — kotka zeszła z pnia i dotknęła nosem, nosa swojej nowej uczennicy, Seradelowej Łapy. Cętkowana Łapa, zamiast się cieszyć, wbił pazury w ziemię ze złości. Czemu to ona dostała jego babcie za mentorkę?! On przecież był idealnym wyborem, prawda? Prawda?! Wszyscy pokładali w nim tak wielkie nadzieję, a okazało się, że najlepszego mentora dostała niebieska srebrna kotka, która jeszcze się uśmiechała przed nosem. Niech tylko jej głupi ten uśmiech zedrze, niech tylko ją oszpeci! Po zakończeniu mianowania chciał się zrewanżować, ale usłyszał, że coś sapie, idzie tak głośno, że niosło się aż echem po obozie. Wilgowa Gorycz przyszedł z czekoladową kreaturą, na Mroczną Puszczę! Co on tu robił?! Miał przecież zostać zjedzony przez kogoś! Wielka szkoda dla klanu. Czarna szylkretowa van kocica wróciła na mównicę, przywołując Garbatka do siebie.
— Od dziś, aż do zakończenia treningu, będziesz zwany Garbatą Łapą — tu przerwała, na chwilę, po czym mówiła dalej.
— Twoją mentorką zostanie Cykoriowy Cykor. Myślę, że do siebie pasujecie — stwierdziła, uśmiechając się złośliwie. Cętkowana Łapa nawet chciał się zaśmiać z tej sytuacji, ale nie wypadało tak. „Garbata Łapa”, to imię, którego by nie umiał wymówić bez nabijania się z takiego robala. Nawet Cykoriowy Cykor nie chciała wyjść na środek, póki ktoś jej nie popchnął. Szybko dotknęła czekoladowego nosem, po czym rozpłynęła się gdzieś w tłumie. Zalotna Gwiazda zakończyła zebranie klanu, a Cętkowana Łapa zapomniał już o zazdrości do Seradelki o zabranie jej babci. Teraz myślał o tym, czy w ogóle takie coś, co wygląda jak pomiot gwiezdny, by przeżyło swój pierwszy trening? No chyba nie, nigdy w życiu. Cętkowana Łapa posłał spojrzenie Tropiącej Łasce, na co ta lekko się skrzywiła.
— Co się tak patrzysz? Dopiero jutro będę cię trenować, tymczasem rób, co chcesz dzisiaj, ale następnego wschodu słońca pójdziemy na trening i cię nie oszczędzę — wojowniczka odeszła, a on poszedł do Seradelowej Łapy.
— Gratulacje mentorki, mam nadzieję, że będziemy razem trenować — chciał się upewnić, że nie będzie za bardzo się kleiła do jego rodziny.
— Uczepiłeś się mnie jak rzep, że chcesz ze mną trenować? — chciał jej już coś zrobić, ale nie mógł się tak poniżyć. Tylko prychnął.
— Nie, czepialska księżniczko, po prostu silniejsze koty powinny przebywać w swoim towarzystwie. Tak jest zbudowany nasz klan, a na margines społeczny idą takie szkodniki jak twój brat — kotka nic na to nie odpowiedziała, gdy wspomniał o jej bracie, zaś on oddalił się od niej. Teraz miał nowy cel. Musiał pokazać Zalotnej Gwieździe, że jest lepszy od Seradelki.

[2045 słów]

Od Rogatej Łapy do Ulewnego Szkwału

Niebo przysłonięte było nieregularnymi, mlecznymi chmurami, które układały się w najróżniejsze kształty, zachęcając kocięta w żłobku do zgadywania, jakie wzorki tym razem wymyśliły ich móżdżki. Odkąd Rogata Łapa wybył ze żłobka, pojawiła się w nim Kropiatkowa Skórka wraz ze swoją trójką kociąt, o których point nie słyszał jeszcze tak naprawdę nic. Nie wiedział też, czy było warto, skoro nie przynależały do rodu. Oby zostały wychowane porządnie, ważne było, żeby dbać o przyszłość Klanu Nocy. Jeśli na ich czele postawiłby się ktoś nierozsądny, byłoby to zgubą dla każdego z nich, a musieli uniknąć tak przykrego zakończenia na wszelki możliwy sposób! Wiatr wiał przyjemnie, przynosząc ze sobą świeżą bryzę, a także zapach delikatnie podmokłego mchu, zroszonego poranną mżawką.
— Książę Rogata Łapo! — dobiegło do jego uszu wołanie, na które jedynie strzepnął jednym z nich ze wdziękiem. Kto go wołał? Nie rozpoznawał tego głosu… Odwróciwszy łeb spokojnie, zauważył zmierzającego w jego kierunku niebieskiego fińczyka, znanego jako Ulewny Szkwał. Kojarzył go jedynie z widzenia i tak naprawdę wiedział o nim tylko tyle, że był spokrewniony z tą całą… Urodziwą Łapą. Oby jej brat okazał się rozsądniejszy, bo jeśli kolejny kot zamierzał próbować udowodnić mu, że jest niby, phi, ważniejszy czy mądrzejszy od niego, to nie zamierzał tracić czasu na kogoś takiego. Wojownik, dotarłszy przed ucznia, pokłonił mu się odrobinę, choć szczerze, co zdziwiło pointa. Zrobiło to też na nim lekkie wrażenie – czyżby pierwszy Nocniak w podobnym wieku co on, który znał jakieś podstawy dobrych manier? Młodszy uśmiechnął się w odpowiedzi, kiwnąwszy mu lekko głową na powitanie. Znaleźli się przy stercie zwierzyny. Łaciaty wziął z góry najświeższą rybę, kładąc ją u swoich łap. Uczeń następnie zachęcił kolegę do tego, żeby sobie coś również wybrał i przysiadł obok niego. Gdy już byli gotowi do przeprowadzenia rozmowy, Flaming odczekał chwilę, aż to szary zacznie ich konwersację, ponieważ pierwszy go zaczepił, a więc z pewnością w słusznej sprawie. — Książę Rogata Łapo, przepraszam, że cię tak od samego rana niepokoję, ale doszły mnie słuchy, że ostatnio chorowałeś i chciałem upewnić się, czy wszystko u ciebie w porządku — wyjaśnił pospiesznie, widać było, że lekko się denerwował. Może chciał wypaść jak najlepiej przed nim? Nic dziwnego, nie byłoby to coś nie na miejscu. W końcu był członkiem rodu, a dobrze było mieć z kotami jego pokroju dobre stosunki. Flaming zamruczał.
— Tak, dziękuję, już czuję się lepiej. Mamy naprawdę świetnych medyków, oczywiście jestem też bardzo odporny, dlatego szybko uporałem się ze swoją przykrą dolegliwością. Ach, mam nadzieję, że mnie nie widziałeś w tak przykrym stanie! — odparł, wypinając pierś lekko do przodu. On sam też musiał robić dobre wrażenie na pobratymcach, a w szczególności na tych, którzy zapowiadali się na naprawdę obiecujących. — Czy twoją siostrą jest Urodziwa Łapa? — spojrzał na wojownika ze współczuciem, kręcąc głową ze zrezygnowaniem. Starszy spojrzał na niego z lekkim zaniepokojeniem.
— Co zrobiła tym razem? — zapytał, oczekując chyba najgorszego. Rogata Łapa posmutniał na parę uderzeń serca niczym najlepszy aktor odgrywający swoją rolę. Musiał przecież komuś się pożalić! A komu lepiej, niż najbliższej rodzinie kotki, która go wyprowadziła z równowagi? Spojrzał na pobratymcę raz jeszcze.
— Często robi coś nie na miejscu? — zapytał, jednak tym razem nie czekał na odpowiedź, tylko od razu przeszedł do drugiej części jego niezwykle ważnej wiadomości. — Ta, pożal się Klanie Gwiazdy kotka, ostatnio próbowała udowodnić mi, że się mylę. W dodatku na temat czekotów! Uwierzyłbyś w to? Powiedziała, że źle traktuję Fląderkę, a wszyscy przecież wiemy, że gdyby nie ja, to traktowaliby ją gorzej. Przynajmniej nie musi wynosić wiecznie odpadów ze śmietniska czy wyciągać starszym kleszczy z futra! U mnie może odpocząć i jestem dla niej łaskawy. Twoja siostra miała czelność nawet wykłócać się ze mną o to podczas naszego patrolu, upierając się przy tym, iż to moje poglądy są przestarzałe, a wręcz szkodliwe. Ulewny Szkwale, czy ty też tak myślisz? Myślisz, że ja, kot tak szlachetny i wspaniały chciałby zaszkodzić komukolwiek? — zapytał dramatycznie, nawiązując kontakt wzrokowy z fińczykiem raz jeszcze. Nocniak nie czekał długo na to, żeby zacząć kręcić przecząco głową.
— Nie, nigdy bym tak nie pomyślał, Książę Rogata Łapo. Skoro się nią zająłeś, to chyba i tak ma lepiej niż wcześniej! Przecież nie zrobiłeś jej nic złego. I dobrze powiedziałeś. Inaczej to by ją pewnie rzucili na pożarcie wydrom, bo po co komu kot, który przynosi same nieszczęścia. Sam widziałeś, czego dopuściła się Mysiomózga Łapa, kiedy jeszcze przebywałeś w żłobku… Ten atak borsuków był jej winą! Przez nią spotkało nas tak wiele szkód, a wszystko przez to, że pozwoliliśmy na to, by czekoty u nas przebywały i się panoszyły w najlepsze.
— Dobrze, że przynajmniej ty jesteś porządny, Ulewny Szkwale. Twoje rodzeństwo niestety nie zapowiada się na dobre koty, tak mi przykro — dorzucił ze swego rodzaju żalem, ale i radością, że wreszcie trafił na kogoś, kto go rozumiał.
Ulewny Szkwał przez cały ten czas nie przerywał mu, z uwagą słuchając następnych słów. Kiwał co jakiś czas głową, żeby pokazać mu, że nadal słuchał.
— Książę Rogata Łapo, nie przejmuj się nią. Ona jak była mała, to wpuściła ryby do mózgu, zamiast chłonąć tego, co najważniejsze od naszego ojca. Złocisty Widlik to porządny kocur, który zna podstawy i nauczył już tak wiele naszych kotów… Czasami mam wrażenie, że wiedza wlatywała jej jednym uchem, a wylatywała drugim. Ojciec by się wkurzył, gdyby to usłyszał — odparł z równym rozemocjonowaniem.
Rogata Łapa uśmiechnął się raz jeszcze, tym razem pocieszająco. Poruszył spokojnie ogonem, upewniając się, czy nic mu się przypadkiem do niego nie przyczepiło. Niestety, posiadając ciemne futro, był wiecznie skazany na widoczne ubrudzenia na jego kicie, więc musiał o nią dbać dwa razy więcej, niż przeciętny Nocniak o innym kolorze futra. Książę poczuł niezwykłą satysfakcję, że ktoś go wreszcie popiera. Więc Klan Nocy nie jest jeszcze stracony, da się to jakoś naprawić!
— Gdyby więcej kotów miało podobne podejście, nasz klan nie musiałby zmagać się z tyloma… niepotrzebnymi komplikacjami — odparł, mając na myśli też te borsuki, które najechały na obóz, kiedy on próbował sobie biedny odpocząć. — Powinniśmy częściej rozmawiać. Jakbym spotkał kolejnego nie doedukowanego kota, to boję się, że wpłynęłoby to negatywnie na mnie. Wiesz, nie powinno otaczać się kotami głupszymi od ciebie, bo możesz sam się zarazić głupotą — wyjaśnił, odrywając kęs ryby i żując go porządnie.

<Ulewny Szkwale, dobrze, że w Klanie Nocy jest jeszcze ktoś porządny!>

[1014 słów]

Od Rogatej Łapy do Narwanej Łapy

Rogata Łapa odpoczywał w swoim starannie wyścielonym przez Fląderkę legowisku, grzebiąc pazurem w jednym z bardziej zbitym kłaku króliczego futra. Zastanawiał się, jak mógłby przysłużyć się dzisiaj klanowi, co oczywiście nie było niczym nowym. Jego myśli wirowały głównie wokół tego tematu, a na podobne pytania odpowiadał sobie sam ciągle, chociaż rzadko kiedy dochodziło do sytuacji, w której wdrożyłby swoje jakże błyskotliwe pomysły w życie. Dzisiaj przysługiwał mu dzień odpoczynku, ponieważ wczoraj zdążył się już napracować, a w rzeczywistości harował codziennie, więc taki dzień złapania oddechu powinien mu dobrze zrobić, prawda? Śpiew ptaków niósł się przyjemnym echem, niczym niezwykle piękna melodia, a połączona w akompaniamencie szumu wody spokojnie obijającej się o brzeg, jak i również rechoczących w rytm żab, tworzył przepiękną symfonię, która nanosiła pointowi spokój do umysłu, który ostatnio działał na najwyższych obrotach. Jego krytyk, do tej pory cichy, teraz zaczął się coraz częściej uruchamiać, co go wcale nie cieszyło. I próbował nawet z tym walczyć, aczkolwiek niekoniecznie zawsze mu to wychodziło. Raz myślał, że się za bardzo pręży. Drugim razem uznał, iż skoro nie pomógł Gąbczastej Perle czy Klekoczącemu Bocianowi w zbieraniu ziół, to nie przysługiwała mu żadna dawka, dlatego teoretycznie to, co ostatnio zostało mu podarowane, tak naprawdę… ukradł…? I nie byłoby w tym nic zadziwiającego, gdyby nie kolejna myśl, która uświadamiała mu, iż to wszystko było jedynie bezsensownym bełkotem, który do niego przybył tylko po to, żeby kopać pod nim dołki, w mulistej, ciężkiej ziemi, jakby na dnie zbiornika, który go już i tak w pewnym sensie podtapiał, bo nie było w jego życiu przestrzeni na to, żeby kiedykolwiek był prawdziwym sobą. Wszystko to, co pokazywał wszystkim wokół wzięło się ze wzoru, jaki chciał naśladować, a który tak bardzo wrył mu się w umysł, że się w nim zatracił, zapominając o dawnym, niewinnym i małym sobie. Nawet jeśli próbował zrozumieć Urodziwą Łapę, czy tą, pożal się Klanie Gwiazdy, pokrakę, to zwyczajnie nie potrafił. W jego umyśle nie było miejsca na zrozumienie wobec kogoś takiego. Wobec kotów czekoladowych i tych, którzy tych kotów bronili.
Gdy grzebał tak w swoim łożu, co jakiś czas wyciągając z niego drobne owady, które dziwnym trafem się przypałętały akurat do niego, jego uwagę przykuła kotka, z którą nigdy wcześniej nie rozmawiał. Może warto by było? Może okazałaby się mniej durna, od tej całej Urodziwej Łapy, która myślała, że pozjadała rozumy każdego i wpadła na coś, na co niby nie wpadłaby nawet sama Mandarynkowa Gwiazda. Pokręcił głową. Głupoty. Spojrzał na Narwaną Łapę i gdy nawiązali kontakt wzrokowy, kiwnął jej łbem na przywitanie. Był tak niezwykły i wielce zapracowany, że mu nawet nie starczyło czasu na poprawne przywitanie i przedstawienie się.
— Czego chcesz? — powiedziała, co początkowo zbiło go z tropu, jednak nie zniechęcił się. Może nie przepadała za towarzystwem innych kotów. Niestety na jej nieszczęście była nadal w legowisku uczniów, więc, chcąc czy nie chcąc, była w pewnym sensie zmuszona do interakcji z nimi. Od zwykłego spoglądania, może nawet i po samą rozmowę.
— Poznać cię, bo się najwidoczniej nie znamy — powiedział niby obojętnie, zgrywając takiego, którego nie obchodzi za wiele. W rzeczywistości jedynie sprawdzał, jak zareagowałaby na to starsza koleżanka z legowiska.
— Ja nie potrzebuję więcej znajomości. Wystarczą mi ci, których już znam, a ty byś mnie mógł tylko spowalniać — powiedziała beztrosko, czyszcząc sobie poduszkę jednej z przednich łap. Spojrzała na niego spod przymrużonych powiek.
— Pozwól, że ci chociaż o sobie coś opowiem, żebyś była bogatsza o tę jakże cenną informację, ponieważ nie jestem pewien, na ile was wszystkich nauczyli w żłobku, a z tego co widzę, to widocznie niewiele. Ten znak — wskazał palcem na swoje czoło, ziewając po chwili, lekko znudzony faktem, że drugiemu kotu powtarzał to samo… czy oni naprawde nie wiedzieli, kim była rodzina królewska? Czy naprawdę ich to nie interesowało? Co było z nimi nie tak? — Jest dla ciebie sygnałem, że rozmawiasz z kimś, kto położony jest wyżej od ciebie i musisz okazać należyty mu szacunek, niezależnie od wieku — powiedział wyraźnie, układając się wygodnie w swoim posłaniu. Narwana Łapa spojrzała na niego tak, jakby nie dowierzała i po chwili parsknęła śmiechem, jakby jej opowiedział najzabawniejszą i jednocześnie najdurniejszą rzecz na świecie.
— I kim ty byś był bez tego swojego lotosu na czole, który i tak dostałeś później, niż oczekiwałoby się od każdego kota należącego do rodu? Myślisz, że Nocniacy zapominają o takich rzeczach? — powiedziała Narwana Łapa na tyle obojętnie, a na tyle dosadnie, żeby uderzyć w już nadszarpnięte przez Urodziwą Łapę ego pointa. Zmarszczył brwi, machnąwszy ogonem nerwowo. Owinął go wreszcie starannie wokół łap i przygniatając go nimi, spojrzał na szylkretkę z obrzydzeniem. — Zgrywasz takiego ważnego, a prawda jest taka, że gdybym się zapytała kogoś z sąsiedniego klanu o ciebie, to by cię nikt nawet nie kojarzył. Nawet tutaj nie wszyscy jeszcze cię poznali, bo zwyczajnie nie interesujesz ich na tyle — przedstawiła mu pewnie, w co point momentalnie zwątpił, machając parokrotnie lekceważąco łapą. Niemożliwym było należeć do Klanu Nocy i nie wiedzieć o tym, że istniał ktoś taki jak Rogata Łapa.
— Dobre, dobre. Powiedz mi jeszcze, że ty też się stawiasz murem za kotami o czekoladowej barwie futra — zakpił, po czym cmoknął wargami jednokrotnie, chcąc podkreślić w ten sposób absurd tejże sytuacji. Czy każda kotka w Klanie Nocy była taka podła, tępa i miała się za nie wiadomo kogo? Bura pokręciła głową, jakby ze zrezygnowaniem.
— Wychodzi na to, że tobie w żłobku nie przekazali wcale więcej. Mogłabym się nawet pokusić o stwierdzenie, że wręcz mniej, skoro wygadujesz takie głupoty i oceniasz kogoś, z kim rozmawiasz pierwszy raz, tak szybko — mruknęła, pazurem orając coś w glebie przed sobą. Wyglądała na równie znudzoną.
— To nie moja wina, że ostatnio natrafiam na same koty o pustej głowie. Powinniście się doedukować, a nie odznaczać ikrą ryb we łbie, a nie mózgiem — warknął, z tonem odrobinę zmartwionym, zupełnie tak, jakby mu robiło jakąkolwiek różnicę to, ile koty dowiadywały się w czasie, kiedy szykowali się do swojego mianowania na uczniów.
— Uwierz mi, że wszyscy jesteśmy już zadowalająco doedukowani. Większość kotów nie ma potrzeby ciągłego przypominania innym, jacy są wspaniali, w przeciwieństwie do ciebie — odparła bez zawahania, na chwilę przerywając swoje malunki w podłożu. Co ona tam w ogóle kreśliła? A zresztą, co go to obchodziło… powinien skupić się raczej na tym, że nadal próbowała twardo stać przy swoim, co tylko coraz bardziej zachęcało go do tego, żeby jakoś udowodnić jej, że się myliła.
— Oczywiście, bo gdyby ktoś inny był tak wybitny i ambitny jak ja, to przypominałby o sobie za każdym razem — szybko wpadł na jakiś kontratak słowny. Może teraz kotka przejrzy na oczy?
— Tyle, że ty jedynie dużo o sobie mówisz, a mało robisz. Nie widzę na twoim ciele żadnej blizny, nie widziałam cię nigdy niosącego wielkiej ryby na stertę. Widziałam cię tylko wysługującego się innymi, zawsze próbowałeś udowodnić każdemu, że jesteś o stopień, a wręcz o całe drzewo wyżej, od nich — łapą pokazywała, gdzie niby według Rogatej Łapy były inne koty, a gdzie siedział on, niczym król. Na samą myśl zrobiło mu się cieplej na sercu. Było w tym nieco prawdy. Bo był wyżej od innych. Przypomniawszy sobie pierwszą część jej wypowiedzi, jego mina ponownie spoważniała.
— Może powinnaś zwyczajnie otworzyć oczy albo udać się do naszych medyków, bo widocznie masz problem ze wzrokiem. Pamiętaj, że jak do nich wejdziesz, to powinnaś zwracać się do nich z należytym szacunkiem — powiedział jej, zanim nie opuścił legowiska w celu spożycia czegoś ze sterty zwierzyny. Burczało mu w brzuchu już od chwili, jednak wcześniej było to na tyle ciche, że mógł to ignorować. Teraz nie mógł, a zresztą nie chciało mu się dalej kłapać pyskiem, skoro i tak nie doszliby do porozumienia. Niektórzy żyli w zamkniętej bańce, do której nie dopuszczali nikogo, w tym racjonalnych myśli, więc co tu było nowego, coś, z czym by się nie spotkał wcześniej. Wydawało im się zwyczajnie, że dzięki temu stawali się od niego mądrzejsi, co według niego mijało się ogromnie z prawdą.

<Narwana Łapo, ja cię już chyba nie chcę poznawać, denerwujesz mnie>

[1300 słów]