Ciekawe co mogła mieć na myśli Urodziwa Łapa, mówiąc, że oryginalny Kasztanek jest najlepszy? Czy miała na myśli jego? Może doceniała niezwykle tę roślinę, a on jedynie podszedł do tego niezwykle egoistycznie, napełniając się płonną nadzieją, że może jednak chodziło jej o niego? Nie był już sam pewien. Nie wiedział, czy dopowiadał sobie, czy może szylkretka rzeczywiście lubiła spędzać z nim czas. Czy chciał, żeby chodziło o niego? Rozejrzał się z lekkim strachem w oczach, który próbował zamaskować przymrużeniem ich, a wymówką miało być to, że dzisiaj nadszedł wietrzny dzień i wieje mu w pysk. Prawdą było jednak to, iż dzisiaj był niezwykle piękny dzień, a w dodatku nikomu nie zagrażał wiatr silniejszy, niż parę lekkich podmuchów wiatru na karku. Westchnął pod nosem, układając sobie sierść. Chciał wyglądać dobrze, nie chciał, żeby mu się tak każdy przyglądał. Miał wrażenie, jakby cały Klan Nocy wytykał go palcami, a przecież nikt… chyba nikt nigdy tak nie zrobił. W dodatku z całą pewnością nie był obecnie w centrum uwagi Nocniaków, oni raczej skupiali się na Rogatej Łapie czy reszcie kotów należących do rodu królewskiego.
Martwiło go również to, że dzisiaj nie spędził za wiele czasu z Urodą. Oczywiście, ona się szkoliła, zresztą tak samo, jak i on, jednak ich treningi uległy lekkiej zmianie. Odkąd Kropiatkowa Skórka została matką, a Zmierzchająca Fala ojcem, to mieli dużo więcej czasu na swoje rzeczy. Problem tkwił jednak w tym, że Przypalona Łapa takich swoich rzeczy nie posiadał. Może oprócz wgapiania się w resztę pobratymców, a także późniejszego odtwarzania wszystkich tych scen w głowie i próby wdrożenia ich u siebie, nie pozostawało mu nic więcej. Nie znał zbyt wielu kotów, polegał jedynie na Urodziwej Łapie i Ulewnym Szkwale, chociaż z fińczykiem też nie rozmawiał już od jakiegoś czasu. Poczuł nieprzyjemne ukłucie w sercu, które gdyby tylko eskalowało bardziej, to by mu pewnie odebrało dech w piersiach, zupełnie tak, jakby chwilę temu przebiegł ogromny obszar w bardzo krótkim czasie, ścigając się z nikim innym jak tylko albo i aż ze własnym umysłem.
Gdy jasne szylkretowe futro mignęło w rogu jego oka, przeniósł spojrzenie na wejście, a w nim ujrzał Urodziwą Łapę. Zmartwił się odrobinę. Bo co, jeśli była na niego zła? Za co? Może za to, że był, jaki był? Może za to, że on sam nigdy nie inicjował ich rozmów, tylko ona wiecznie musiała go zaczepiać? Złościła się na niego za to, że tak odstawał od reszty pobratymców? Obserwowana – oby – dość skromnie przez niego kotka podeszła do sterty, wybierając z niej dwie piszczki. Gdyby miał długi ogon, najprawdopodobniej otuliłby się nim po to, żeby dodać sobie otuchy. Bo co, jeśli brała je dla kogoś innego, niż dla nich? Może dla Lawendowej Łapy? Może dla Liliowej Łapy? Pokręcił głową, oczy otwierając nieco szerzej.
— Cześć, Kasztanku! — wymruczała, zatrzymując się idealnie przy nim. Wyszczerzyła kiełki. Położyła małe istotki przy swoich łapkach. Spojrzał na nie z lekkim zdziwieniem. Czyli to jednak było dla nich? I nie było tu żadnego haczyka, nic, co by mu mogło sprawić przykrość? — Jadłeś już? — spytała z cichą nadzieją w głosie. Spuścił wzrok na swoje łapy, poruszając nimi lekko po glebie pod sobą. Dzisiaj jeszcze nic nie jadł. Czy to źle? Może powinien był? Co, jeśli to właśnie o to chodziło? Zaburczało mu w brzuchu. Położył łapę na nim, jakby chcąc go uciszyć, co mu wyszło dość marnie, tak naprawdę nie robiło różnicy.
— Hej, Szafirko. N...nie jadłem — odpowiedział cicho. Szylkretka uśmiechnęła się szerzej. Obserwował jej reakcje, nie mogąc za bardzo domyślić się, co mogło to wszystko oznaczać… To znaczy, przyniosła mu piszczkę prosto pod łapy, ale co jeśli Urodziwa Łapa tylko go sprawdzała? Nie wiedział, pod jakim względem, ale może coś rozważała? Ale co? Co mogło jej chodzić po głowie?
— W takim razie chętnie zjem z tobą — podsunęła kocurowi jedno ze stworzonek. Postawił uszy ze zdziwieniem, patrząc to na piszczkę, to na kotkę, ale dość powolnie, żeby jej przypadkiem nie spłoszyć. Naprawdę chodziło o coś tak banalnego? Może krył się za tym jakiś ukryty przekaz, jakaś wiadomość dla niego, której nie potrafił odczytać? Czy wystarczyło jedynie zjeść to, co przyniosła? — Wybacz, że to nie jest ryba, ale bałam się, że przez przypadek ugryzę i nabawię się problemów — wymruczała ze spokojem w głosie. Spojrzał na nią jakby lekko przestraszony. Co powinien powiedzieć? Czy oczekiwała od niego konkretnej odpowiedzi? Może powinien jakoś ją wesprzeć, ale jak? Co mógł zrobić w obliczu śmiertelnej alergii, z którą nie potrafili rozprawić się nawet medycy? Dlaczego więc on, przeciętny, zwykły kocur miałby móc cokolwiek poczynić? Usiadła obok kocurka, ocierając się o niego bokiem. Bezwiednie otuliła go ogonem. Uczeń mimowolnie oparł się o nią, jednak prędko zrezygnował ze swojego ciężaru na jej boku, jakby z obawą, że zrobi jej krzywdę. — Smacznego, Kasztanku — wymruczała łagodnie. Schyliła łebek i ugryzła kęs zwierzyny. Dymny podążył nieśmiało jej śladem, również odgryzając kawałek swojego posiłku.
— Smacznego… — powiedział cicho.
Pomiędzy nimi nastała cisza, która dla Przypalonej Łapy była… dziwna. Nie potrafił stwierdzić, w którym momencie powinien się odezwać. Bo co, jeśli odezwie się przedwcześnie, albo za późno i całkowicie zepsuje cały ten nastrój? Czy zależało jej na konkretnym humorze? Nie chciał jej niczego psuć…
— To jak tam u ciebie dzisiaj? Miałeś trening czy przebywałeś w obozie i tutaj coś robiłeś? A może zdarzyło się coś ciekawego? Och, a chciałbyś się kiedyś udać na krótki spacer? Taki wiesz tylko we dwójkę. Ach, ale to może jak zostaniemy wojownikami. No wiesz, mielibyśmy więcej swobody i w ogóle — miauknęła ożywiona, ale zaraz odkaszlnęła. — Wybacz, dzisiaj jestem jakaś taka pobudzona — zaśmiała się i odgryzła kolejny kęs, chwilowo się uciszając w ten sposób. Czy miał od razu zaproponować miejsce, w jakie mieli się udać? Czy pasowałby mu taki spacer samemu, we dwoje…? Zamyślił się widocznie na moment, rozważając propozycję kotki. Nie chciał sytuacji, w której zabrałby ją gdzieś, gdzie byłoby to dla niej niebezpieczne, chyba by sobie tego do końca życia nie wybaczył i wypominał.
— Ja… j-ja dzisiaj... hm… — co on takiego dzisiaj robił poza standardowo, zamartwianiem się? — Wymieniałem posłania starszym i przynosiłem im mokry mech — wyjaśnił niepewnie. Może i nie było to jakieś jego wymarzone zajęcie, jednak zawsze było lepsze cokolwiek, niż nic. Przynajmniej się nawodnili, może dzięki temu spoglądali na niego przychylniej… w co szczerze wątpił, ale może.
Urodziwa Łapa zachęciła go do kontynuowania swojej wypowiedzi, zauważywszy żwawo, że to nie był jeszcze koniec, ponieważ nie zamknęła mu się mordka, chociaż z gardła nie wydobywały się żadne nowe słowa, przynajmniej dopóki Przypalona Łapa się nie zorientował.
— Niestety nie spotkało mnie nic ciekawego, m-może poza tym, że zdenerwowałem odrobinę starszych swoim zachowaniem… — wyjaśnił, kładąc po sobie uszy.
— Jestem pewna, że nie mają ci niczego za złe. Oni są źli sami na siebie, że nie wykorzystali swojego życia lepiej — próbowała go pocieszyć. Pokiwał spokojnie głową, przyjmując próbę pocieszenia. Skupił się jednak na dalszej części udzielania odpowiedzi na pytania, jakimi obrzuciła go uczennica. Nie miał jej tego za złe, tak naprawdę był bardzo wdzięczny, że chciała z nim rozmawiać, jednak często tworzyło to w jego umyśle przymus odpowiadania na każdy skrawek wypowiedzi kota, z którym w danej chwili rozmawiał. Zamiast skupić się na własnych słowach, to skupiał się i starał zapamiętać to, co usłyszał, żeby niczego przypadkiem nie pominąć. A potem w stresie zapominał lwiej części z tego, przez co napływały do niego masowo wyrzuty sumienia, że nie urodził się inny. Że nie robił zupełnie nic, żeby się zmienić. Nawet jeśli miał chwilowe “polepszenie” swojego odstającego zachowania, to wiecznie przybywały do niego momenty, podczas których zwyczajnie pogarszało mu się. Zupełnie tak, jakby absolutnie nic nie robił w kierunku zmiany. — Chciałbym z tobą pójść na spacer, jak zostaniemy mianowani — dodał jeszcze, martwiąc się, że pominął jakąś istotną część słów, jakimi go obdarowała.
Urodziwa Łapa w odpowiedzi uśmiechnęła się serdecznie, ocierając o jego mordkę parokrotnie. Przypalona Łapa pozwolił jej na to, czując, że było to w zasadzie… nawet przyjemne. Teraz pachniał jak ona, ciekawe, czy było to coś kłopotliwego? Może nie? A może byłoby to coś, przez co reszta Nocniaków spoglądałaby na niego inaczej, mniej przychylnie? Tylko dlaczego? Czemu mieliby?
— Naprawdę?! Tak się cieszę! — zaszczebiotała szczęśliwie, po paru uderzeniach serca odsuwając się lekko, jakby w obawie, że naruszyła przypadkiem jego przestrzeń osobistą. — Przepraszam… — Przypalona Łapa sam nie wiedział, jakie miał progi. Co mu odpowiadało, a co było niekomfortowe. Przyjmował do tej pory wszystko, co mu oferowano, wraz z nieprzyjemnościami. Może warto byłoby wyrobić sobie własne zdanie na takie tematy.
— N-nie… nie przejmuj się. Nic nie szkodzi — wydusił z siebie, prawie wgniatając sobie własne łapy w brzuch ze stresu. — Nie przeszkadza mi to.
***
— Przypalona Łapo, złap największą rybę, jaką tylko możesz — usłyszał kocurek, co momentalnie wywołało w nim masę nieprzyjemnych myśli i zmartwień – bo co jeśli nie uda mu się złapać wystarczająco dużej? Jaka ryba była największa? Czy wszystko, co było dorodniejsze od uklejki, wystarczyło? W odpowiedzi pręgus kiwnął nieśmiało głową, siląc się na tak neutralny wyraz pyska, jak tylko się dało. Usiadł przy wodzie, starając się nie rzucać żadnego cienia na tafle spokojnie obijające się o grunt, tym samym mocząc i rozmiękczając go. Zaczął nerwowo wysuwać i chować pazury. Wrzucił na taflę parę drobinek ziemi, co ryby od razu podłapały. Jedna z nich wypłynęła dość wysoko, zwinnym ruchem pochłaniając, a potem wypluwając to, co zostało jej zaserwowane. Przypalona Łapa rzucił się do wody i chwyciwszy ją za grzbiet pyskiem, wbił w nią pazury i rzucił o ziemię obok siebie, przygniatając ją łapą mocno, żeby mu się nie wyślizgnęła. Wykopał lekki dołek w celu położenia jej do niego, żeby na pewno nie miała możliwości z niego wyskoczyć. Zmierzchająca Fala przyglądał się całemu procesowi, a na jego mordce wymalowała się swego rodzaju duma, która pocieszyła momentalnie brązowookiego. Może nie poszło mu wcale tak źle, jak myślał? Może udało mu się usatysfakcjonować swojego mentora?
— Świetna robota, Przypalona Łapo! Właśnie o taką rybę mi chodziło. Zobacz, jak wielka jest w porównaniu z twoją łapą — powiedział z zadowoleniem, poruszając spokojnie ogonem. — Jesteś gotowy, żeby zostać wojownikiem. Świetna robota — Kasztanek absolutnie nie spodziewał się tych słów i jeszcze parę uderzeń serca wpatrywał się w swojego mentora, zastanawiając się, czy naprawdę usłyszał to, co właśnie zostało do niego powiedziane. Bo co, jeśli sobie tylko to ubzdurał? Naprawdę gotów był zostać już wojownikiem? On? Poważnie? On, który wiecznie zamartwiał się głupotami i nie mógł za wiele na to poradzić, a wręcz pozwalał tym myślom, żeby go gnębiły? On, który nie potrafił się nigdy obronić, jeśli mu ktoś dokuczał? On, który siebie nawet aż tak dobrze nie poznał i nie wiedział, jakie miał konkretnie granice, mimo chęci poznania siebie lepiej?
— Naprawdę…? — ciche mruknięcie wyrwało się z jego pyszczka, a w oczach odbiło się szczere zdziwienie. Pochylił momentalnie głowę z widoczną wdzięcznością, a jego króciutki kikut zadygotał z podekscytowania. — Zmierzchająca Falo, dziękuję, dziękuję ci tak bardzo…! — wypowiedział jeszcze, orientując się, że w gardle zaczyna narastać mu coraz większa gula. Mimo wszystko uczucie, jakie obecnie mu towarzyszyło, było dość… miłe? Czy cieszył się, że już kończył tak naprawdę treningi pod czujnym okiem wojownika? Zmierzchająca Fala odkąd Przypalona Łapa został jego uczniem, zdążył poznać wspaniałą kotkę, zbliżyć się do niej i założyć rodzinę. Niedługo jego kocięta zostaną uczniami, a Przypalona Łapa dopiero teraz mógł chyba… nazwać siebie już pełnoprawnym wojownikiem Klanu Nocy? Próbował opanować drżenie głosu, a wojownik przesunął ogonem po jego barkach w celu uspokojenia go.
— A co, chciałbyś uczyć się jeszcze dłużej? — zachichotał, kręcąc głową. — Na pewno ktoś się dzisiaj dobrze naje twoją rybą. Jesteś już gotowy, żeby zostać wojownikiem. Poinformuję Mandarynkową Gwiazdę, że to już czas — jego głos tchnął pewnością siebie, ale i czystą dumą. Przypalona Łapa poczuł falę ulgi. Spojrzał z wdzięcznością na mentora. Jak dobrze, że dostałem Zmierzchającą Falę jako mentora — pomyślał, czując, że uszy drgają mu z rozemocjonowania. Gdy szli obok siebie w ciszy, Przypalona Łapa rozmyślał ostatnią propozycję, jaką złożyła dobrze mu znana kotka. Czy mógłby zabrać Urodziwą Łapę na spacer, tuż po swoim mianowaniu? Może powinien zapytać Kropiatkowej Skórki? Nie… ona teraz przebywała w żłobku… hm… Morszczynowego Wąsa… czy mógłby może przejść się ze swoją przyjaciółką? W końcu z pewnością będzie chciała mu pogratulować ceremonii i spędzić z nim czas, jak to miała w zwyczaju, prawda?
***
— Niech wszystkie koty, które umieją polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się na zebranie klanu — donośny, acz lekko zmęczony głos Mandarynkowej Gwiazdy poniósł się echem po obozie Klanu Nocy. Momentalnie z legowisk zaczęły masowo wychodzić koty i spoglądały na siebie, jakby nie wiedząc jeszcze, czemu srebrna zwołała zebranie. Bursztynooka ruchem ogona nakazała Przypalonej Łapie wyjść przed tłum, jednak pręgus poruszył się jedynie o parę kroczków, nie będąc pewien, czy sobie przypadkiem nie ubzdurał tego ruchu. — Przypalona Łapo, wystąp — zachęciła go. Brązowooki potrzebował tego, ponieważ teraz miał już pewność, że chodziło właśnie o niego. Zmierzchająca Fala spoglądał na swojego ucznia z widoczną dumą wymalowaną na pysku, a sam Przypalona Łapa siedział spięty, serce jego dudniło tak głośno, że mógłby przysiąc, że jego pobratymcy je słyszeli. Przełknął ślinę. Ciekawe, jakie imię dostanie? Czy jego mama będzie z niego dumna, że ukończył wreszcie szkolenie? Pochylił przed Mandarynkową Gwiazdą głowę w celu okazania należytego szacunku.
— Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika — zrobiła chwilową przerwę, uczniak miał wrażenie, że zaraz wyrwie sobie organ, który go tak bardzo rozpraszał. Wiedział jednak, że nie mógł, nie był w stanie tego zrobić i tak naprawdę to… nie chciał. Nie chciał siebie już krzywdzić. Teraz kiedy dostanie nowe imię, to tak, jakby stał się nową wersją siebie. Otrzymał nowe ja. Powinien wprowadzić do swojego życia zmiany, przynajmniej jedną. Musiał pokazać, że zasługiwał na nowo nadane mu imię. Wyprostował się, ponieważ do tej pory siedział zgarbiony, a jego wzrok błądził po mównicy, a nie po sylwetce srebrnej kocicy u góry. — Przypalona Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia? — zadała mu pytanie, a pręgus poczuł, jak zapada mu się serce. Z jednej strony odpowiedź była przecież tak oczywista – od zawsze wiedział, że właśnie tak należy. Ale czy rzeczywiście tak czuł? Czy w razie potrzeby, dałby radę oddać własne życie za Klan Nocy? A jeśli nie dla samego klanu, to czy znał może kogoś, dla kogo byłby w stanie…?
— Przysięgam — powiedział, siląc się na spokojny ton, choć jego nerwowe ruchy łap zdradzały więcej emocji, niż by sobie tego życzył. Czuł na sobie spojrzenia reszty Nocniaków. Miał tylko nadzieję, że nikt nie zamierzał sprzeciwić się decyzji, która została już podjęta.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Przypalona Łapo, od tej pory będziesz znany jako Przypalony Kasztan. Klan Gwiazdy ceni twoją cierpliwość i ciekawość oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy — momentalnie zaczęto skandować jego imię, a wśród masy głosów jeden z nich wybijał się najbardziej – odwrócił się oszczędnie, po czym nawiązał kontakt wzrokowy z Urodziwą Łapą. Niebieska szylkretka wyglądała tak, jakby miała zaraz nie wytrzymać i wystrzelić prosto na niego, żeby mu pogratulować.
— Przypalony Kasztan, Przypalony Kasztan! — niosło się echem jego nowe imię. Niebieskooka podbiegła do niego wreszcie i zaczęła z dumą układać mu sierść na barkach. Przypalony Kasztan odwzajemnił jej gest, dość nieśmiało, jednak zdobył się wreszcie na to. Zaczął cicho pomrukiwać, a ich łapy zetknęły się, gdy reszta klanu gratulowała mu jeszcze przez jakiś czas, zanim się nie rozeszli wszyscy.
— Wiedziałam, że za niedługo zostaniesz mianowany! Tak się zawsze przykładałeś. Gdy Mandarynkowa Gwiazda zwołała zebranie, wiedziałam, że to o ciebie chodzi — powiedziała mu radośnie, siadając teraz przed nim i posyłając mu szeroki, szczery uśmiech.
Przypalony Kasztan zawstydził się lekko. Czy naprawdę tak bardzo się przykładał? Widać było to po nim? Zasługiwał na tak wielką pochwałę i to ze strony kogoś tak ważnego dla niego, jak Urodziwa Łapa?
— Dziękuję… — powiedział, próbując jakoś powstrzymać masę myśli, które raz jeszcze chciały zawładnąć jego umysłem. Przełknął nerwowo ślinę i uniósł delikatnie łeb, spozierając na towarzyszkę. — Szafirko, czy chciałabyś może…? — zaczął, jednak szybko zamknął pysk, martwiąc się, czy był to w ogóle dobry pomysł, że go otworzył. Niemal nie przygryzł sobie boleśnie języka. Kocica jednak nie przerywała mu i zaczęła patrzeć mu w oczy, czekając na dalszą część wypowiedzi. — Pójść ze mną na spacer? Dzisiaj… t-teraz? — dokończył, mimo że na jego mordce wyrzeźbiona była niechęć, to wcale nie czuł jej względem koteczki. Był to wyraz pyska, który przybierał już odruchowo. Zauważywszy to, posłał jej tak delikatny uśmiech, że łatwo było go przeoczyć. Bardzo kontrastowało to z jego codziennym zniechęceniem wymalowanym na pyszczku, które zresztą jeszcze parę uderzeń serca temu nosił. Czy jego mama, Niedźwiedziówkowy Pył była z niego dumna? Skandowała jego imię w tłumie? A może jego rodzeństwo – czy Narwana Łapa lub Narcyzowa Łapa cieszyli się z sukcesu brata?
<Urodziwa Łapo, myślisz że Morszczynowy Wąs będzie miał coś przeciwko?>