BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkęW Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Mioty
Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)
Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)
Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)
08 czerwca 2026
Od Iskrzyka CD. Wrony
Iskrzyk spojrzał na drzewo. Wrona miała być z czego dumna. Aż sam by się w takim przespał! Chciał już pochwalić uczennicę, gdy ta nagle rzekła;
– Ale tu pięknie! – powiedziała z zachwytem w głosie.
– Zgadzam się – zawtórowałem jej z uśmiechem, faktycznie było tu ładnie.
– Dobra robota, Wrono, spisałaś się na medal – zamruczał Czereśnia
– Dziękuję, Czereśnio – uczennica delikatnie pochyliła swój łeb.
– Mamy jeszcze trochę czasu. Możemy trochę popolować, a potem tu zjeść, i tak sterta jest obfita w zwierzynę, a kociaki i królowe już dostały jedzenie — zaproponował lider.
Wrona zamruczała coś, czego Iskrzyk nie usłyszał, po czym dodała trochę głośniej:
– Iskrzyku, chodźmy!
— Dobry pom… — chciał coś powiedzieć kremowy, ale nagłe ukłucie bólu przerwało mu zdanie. — Ał!...
— Coś się stało, Iskrzyku? — zapytał Czereśnia swoim przyjemnym dla ucha głosem.
Wrona nie powiedziała nic. Patrzyła się tylko na Iskrzyka swymi pomarańczowymi oczyskami. Iskrzyk bez dalszego słowa spojrzał na lewą przednią łapę… O droga Wszechmatko. W różowej poduszce znajdowała się drewniana drzazga. Mały ostry kawałek drzewa, nic niezwykłego. Kremowy po paru uderzeniach serca bez większych emocji powiedział:
— No to chyba nie zapolujemy, coś mi się w łapę wbiło — próbował nie reagować na ból, w końcu nie był zbyt ostry.
— No to wracamy — mruknął czekoladowy, po czym dodał, zwracając się do młodej kotki: — Kolejnym razem, Wrono, obiecuję.
Wrona wydała cichy dźwięk, prawdopodobnie świadczący o niezadowoleniu, po czym na znak zgodzenia się potrząsnęła głową. Grupa kotów zaczęła wracać do obozu.
Grupa kotów szybko dotarła do obozu w zupełnej ciszy. Czereśnia szybko pożegnał się z resztą i wrócił do swoich obowiązków. Iskrzyk miał już iść poszukać kogoś, kto wyjąłby mu drzazgę, ale postanowił się odezwać do Wrony:
— Dobrze się spisałaś z gniazdem, wyglądało na naprawdę wygodne! — po czym powiedział żartobliwie: — Chcesz może zrobić legowisko dla Lisa? Robisz za nic czy muszę ci coś za to dać?
– Ale tu pięknie! – powiedziała z zachwytem w głosie.
– Zgadzam się – zawtórowałem jej z uśmiechem, faktycznie było tu ładnie.
– Dobra robota, Wrono, spisałaś się na medal – zamruczał Czereśnia
– Dziękuję, Czereśnio – uczennica delikatnie pochyliła swój łeb.
– Mamy jeszcze trochę czasu. Możemy trochę popolować, a potem tu zjeść, i tak sterta jest obfita w zwierzynę, a kociaki i królowe już dostały jedzenie — zaproponował lider.
Wrona zamruczała coś, czego Iskrzyk nie usłyszał, po czym dodała trochę głośniej:
– Iskrzyku, chodźmy!
— Dobry pom… — chciał coś powiedzieć kremowy, ale nagłe ukłucie bólu przerwało mu zdanie. — Ał!...
— Coś się stało, Iskrzyku? — zapytał Czereśnia swoim przyjemnym dla ucha głosem.
Wrona nie powiedziała nic. Patrzyła się tylko na Iskrzyka swymi pomarańczowymi oczyskami. Iskrzyk bez dalszego słowa spojrzał na lewą przednią łapę… O droga Wszechmatko. W różowej poduszce znajdowała się drewniana drzazga. Mały ostry kawałek drzewa, nic niezwykłego. Kremowy po paru uderzeniach serca bez większych emocji powiedział:
— No to chyba nie zapolujemy, coś mi się w łapę wbiło — próbował nie reagować na ból, w końcu nie był zbyt ostry.
— No to wracamy — mruknął czekoladowy, po czym dodał, zwracając się do młodej kotki: — Kolejnym razem, Wrono, obiecuję.
Wrona wydała cichy dźwięk, prawdopodobnie świadczący o niezadowoleniu, po czym na znak zgodzenia się potrząsnęła głową. Grupa kotów zaczęła wracać do obozu.
***
Grupa kotów szybko dotarła do obozu w zupełnej ciszy. Czereśnia szybko pożegnał się z resztą i wrócił do swoich obowiązków. Iskrzyk miał już iść poszukać kogoś, kto wyjąłby mu drzazgę, ale postanowił się odezwać do Wrony:
— Dobrze się spisałaś z gniazdem, wyglądało na naprawdę wygodne! — po czym powiedział żartobliwie: — Chcesz może zrobić legowisko dla Lisa? Robisz za nic czy muszę ci coś za to dać?
<Co ty na to, panienko Wrono?>
Od Iskrzyka
Słońce leniwie wschodziło poza horyzont, świat kąpał się więc jeszcze w cieniu. Tego jednak było coraz i coraz mniej. Świat był przyjemnie zimny o tej porze dnia. Mokre rośliny świadczyły, że niedawno padało, świadczyło też o tym mokre futro kotów obecnie przesiadujących w obozie. Dużo z nich właśnie się myło. Zmęczony kremowy kocur znajdujący się obecnie na ziemi stał w bezruchu. Było jeszcze za wcześnie na wykonywanie obowiązków, większość kotów ledwo co się obudziła. Iskrzyk nie spał zbyt długo wczorajszej nocy, co chwila się budził. Był więc naprawdę zmęczony. Według kocura księżyc był za jasny, a deszcz, mocząc mu futro, nie dawał mu spać. Jedyne, na co miał więc dziś nadzieje to, że nie będzie musiał robić nic trudnego i wymagającego dużej ilości uwagi… W tym momencie Iskrzyk zawstydzony spojrzał na swoje łapy. O droga Wszechmatko! Na łaskę! Przecież on na co dzień skacze po drzewach...! A mógł nie tracić czasu na patrzenie w niebo i bardziej postarać się usnąć… Coś na wzór modlitwy i błagania pojawiło się w głowię Iskrzyka, nie marzyło mu się dziś spadać z drzewa. Postanowił jednak zignorować te obawy. Kremowy usiadł i zaczął się myć. Po części, by się rozbudzić, ale i temu, by nie mieć mokrego futra. Po chwili był już w miarę suchy. Uznał też, że jest gotowy wypełniać swoje obowiązki. Ziewnął, odetchnął głęboko i zaczął czekać aż ktoś każe mu coś robić.
Od Rysiego Tropu
[Księżyce temu]
Brudno, brudno… Na kamiennych ścianach izolatki, ostrym pazurem były wyrysowane symbole małych kresek. Ile już tam jest? Ile, ile… Szylkretka całkiem straciła rachubę czasu, starając się dosięgnąć, chociażby jednego z promieni słońca. Od momentu trafienia do niej strasznie wyszczuplała, wyglądając jak kościotrup. Można było liczyć jej żebra, a łapy wyglądały jak cienkie patyki. Zdarzało jej się nie jeść, a nawet nie pić wody, która była dostarczana przez małe kulki mchu. “To podstęp! Z-zatrute!” — syczała, gdy ktokolwiek położył przed nią zwierzynę. Czasami dostawała tylko resztki, które dawało się psom czy przybłędom. Rysi Trop majaczyła, próbując nie postradać rozumu. Miała ochotę tylko na jedno… Krwiste kocie mięso, które przebijało jej przed oczami. Mokra ślina leciała jej z pyska na samą myśl o jedzeniu, takim, którego nie obawiałaby się zjeść. Polowania na koty, za którymi skrycie tęskniła. Dreszcz adrenaliny, kiedy rozrywała kocie żyły, dusiła czy gałki oczne zjadała. Te czarne jak krucze pióra noc, gdzie nikt jej nie pilnował, a ta zabijała padlinożerców. Niestety każda historia, mając swój początek, spotykała się także z końcem. Każdy dzień przyprawiał ją o zmęczenie i dreszcze, których nie mogła się pozbyć. Niebieska nie mogła nawet zobaczyć dnia ani światła, które były dla innych codziennością. Wolność, wolność… Pragnienia, wciąż niespełnione. Kiedyś chciała zostać liderem, rządzić grupą kotów… Och, och, ale co ona ma począć, szczelnie zamknięta na wszystkie strony? Tłumy narastających okrzyków, które wiwatowały jej imię: “Rysia Gwiazda, Rysia Gwiazda!”. W jej uczniowskim łbie wyglądało to niemal idealnie. Zawsze traktowana jak pionek, pomiatana przez tyle księżyców.
— Mama, papa, wszyscy… Kult… Oni… — szeptała, kuląc się gdzieś w kącie jaskini. — Oszuści, oszuści… Wszyscy są tylko parszywymi szczurami.
Ryś nie wiedziała już nawet, dlaczego każdego ranka otwiera oczy. Przez pierwsze księżyce próbowała liczyć dni, wyznaczając na ścianie kolejne kreski, lecz z czasem zaczęły się one zlewać w jeden chaotyczny wzór, równie pozbawiony sensu, jak jej własne życie. Nie pamiętała, ile razy zasypiała na zimnym kamieniu ani ile razy budził ją głód tak silny, że wydawało jej się, iż własne wnętrzności próbują się z niej wydostać. Najgorsza nie była jednak samotność. Najgorsza była cisza…
Kiedyś wydawało jej się, że cisza jest czymś przyjemnym. Podczas nocnych spacerów lubiła słuchać szumu liści i własnych kroków, ale tutaj nie było niczego. Żadnego szelestu paproci. Żadnego śpiewu ptaków. Nawet wiatr nie miał jak przedostać się przez kamienne ściany. Pozostawał tylko ciężki zapach wilgoci oraz echo jej własnego oddechu, które z każdym księżycem coraz bardziej doprowadzało ją do szaleństwa. Czasami przysięgała, że słyszy głosy. Nie takie prawdziwe, dochodzące z wejścia do izolatki, lecz głosy zakorzenione głęboko w jej pamięci. Głos Cisowego Tchnienia, brzmienie oddechu ojca, którego chciała poznać. Głosy tych, których podziwiała, a Ci wsadzili jej pazur prosto w serce. Za każdym razem podnosiła łeb z nadzieją, że ktoś stoi za kamienną ścianą, lecz szybko odkrywała, że ponownie została sama. Wtedy ogarniała ją wściekłość. Zrywała się na łapy, uderzała pazurami o skałę i syczała pod nosem przekleństwa, aż gardło odmawiało jej posłuszeństwa. A potem przychodziło zmęczenie, gdzie spoglądała oczyma tępo w ścianę. Coraz częściej po prostu leżała, a jej mięśnie kurczyły się z każdym dniem. Patrzyła przed siebie, z nudów i braku adrenaliny. W jej głowie przeszłość stawała się znacznie piękniejsza niż była naprawdę. Przypominała sobie dni dzieciństwa, kiedy jeszcze wierzyła, że czeka ją coś wielkiego. Wyobrażała sobie siebie stojącą wysoko nad innymi kotami, otoczoną szacunkiem i podziwem, podczas gdy tłum wykrzykuje jej imię. Te marzenia były jedyną rzeczą, której nie mogli jej odebrać, dlatego wracała do nich uparcie, nawet jeśli wiedziała, że nigdy się nie spełnią. Na widok myszy czy nornicy pozostawionej przy wejściu do izolatki jej żołądek skręcał się z obrzydzenia. Takie jedzenie wydawało jej się małe, bezwartościowe i pozbawione smaku. W chwilach największego osłabienia zamykała oczy i wyobrażała sobie polowanie na koty, które kiedyś przynosiło jej chorą satysfakcję. Wspomnienia były tak wyraźne, że niemal czuła zapach krwi i ciepło świeżo rozerwanego futra. To właśnie wtedy przerażała samą siebie. Bo mimo wszystkich cierpień, mimo głodu i samotności, jakaś część jej nadal za tym tęskniła. Ale wspomnienia stawały się coraz bardziej zamazane. Twarze kotów rozmywały się niczym odbicia na wodzie, a ich głosy cichły z każdym kolejnym księżycem. Coraz częściej miała wrażenie, że świat na zewnątrz przestał istnieć, a cała rzeczywistość ogranicza się do tych kilku kroków pomiędzy ścianami. Mimo to każdego dnia podnosiła się z ziemi i otwierała oczy. I każdego dnia spoglądała w stronę wyjścia z naiwną nadzieją, że tym razem kamienie rozsuną się przed nią i pozwolą jej ponownie zobaczyć niebo.
***
Nadszedł ten dzień, kiedy liście mogły zachwycać się nową, jaskrawo zieloną barwą. Polne kwiaty kwitły, a zwierzęta, małe, jak i te duże, zaczęły wybudzać się z kilku księżycowego snu. Właśnie z takim podejściem Świetliki wszystkie razem podeszły do zakneblowanej izolatki Rysiego Tropu. Koty nieco zestresowane spojrzały się po sobie, próbując utrzymać poważny wyraz pysków. Czarny “lider”, jakim po śmierci Jarzębinowego Żaru ozwał się Mglisty Sen, wyszedł na przód i razem z kilkoma kotami odsłonił kotarę, do której napłynęła tona światła. W środku leżało ciało więźnia, całe poranione, wychudzone i śmierdzące. Niektórzy myśleli, że szylkretka zdechła, albo była już dawno w trakcie rozkładu.
Przez kilka uderzeń serca nikt się nie poruszył. Nawet Mglisty Sen, który jeszcze przed momentem stał wyprostowany niczym czarny cień rzucany przez skały, zamarł na widok ciała leżącego pośród wilgotnego mchu. Rysi Trop nie przypominała już kotki, którą siłą tam wsadzili. Nie było w niej ani śladu dawnej siły, tej dzikiej pewności siebie, która przez tyle księżyców kazała jej patrzeć na innych z góry. Jej futro posklejało się w brudne kołtuny, spod których wystawały ostre kręgi kręgosłupa, a każdy oddech zdawał się kosztować ją więcej wysiłku, niż większość kotów wkładała w całodzienne polowanie.
— Na Klan Gwiazdy... — mruknął pod nosem Zapomniana Koniczyna, nie kryjąc niepokoju. Porywisty Dąb nie odpowiedział. Zbliżył się tylko ostrożnie i pochylił nad szylkretką, sprawdzając, czy jeszcze oddycha. Kiedy jego wąsy drgnęły od ciepłego powietrza wydostającego się z jej nozdrzy, wypuścił ciężki oddech i skinął łbem.
— Żyje, jeszcze… — wysyczał z odrazą. To jedno słowo wystarczyło, by kilka napiętych mięśni rozluźniło się odrobinę. Mglisty Sen podszedł bliżej, a potem bez słowa odwrócił wzrok.
— Zabierzcie ją stąd — wymruczał czarny wojownik, wskazując łapą pobliskie dęby. Rysi Trop poczuła, jak czyjeś szczęki zaciskają się na luźnej skórze jej karku. Przez krótką chwilę instynkt kazał jej się wyrwać, zatopić pazury w czyimś pysku i walczyć do ostatniego tchu, lecz jej ciało odmówiło współpracy. Była zbyt zmęczona, głodna i bezsilna. Kiedy wyniesiono ją poza próg izolatki, światło eksplodowało przed jej oczami. Zamrugała gwałtownie, a łzy same napłynęły jej pod powieki. Przez tyle księżyców nie widziała nieba. Nie pamiętała już nawet jego koloru. Teraz błękit rozciągał się nad nią bez końca, tak ogromny i nierealny, że przez moment pomyślała, iż umarła. Zapachy uderzyły ją chwilę później. Mokra ziemia, świeże liście, zwierzyna, mech, koty. Setki zapachów naraz. Tak wiele, że zakręciło jej się w głowie. Sama nie wiedziała, kiedy zasnęła czy zmrużyła powieki. Nie wiedziała też, ile czasu minęło, zanim obudziły ją przytłumione głosy dobiegające niedaleko dębów.
— Nie możemy zwlekać dłużej — odezwał się Mglisty Sen, a jego ton był niższy niż zwykle. — Jeśli zostaniemy tutaj kolejny sezon, wszyscy umrzemy z głodu — warknął Zapomniana Koniczyna.
— To… Co robimy? Nie możemy zabrać jej ze sobą. Pamiętacie, co powiedziała na początku? Obetnie nam głowy! — pisnął Poziomkowa Polana. Niebieska nie otworzyła oczu, leżała nieruchomo, wsłuchując się w każde słowo, podczas gdy chłodny wiatr przesuwał się po jej wychudzonym futrze.
~~~
Smukłe łanie sunące po bezkresnych, złocistych łąkach. To właśnie objawiło się we śnie szylkretki. Jaskrawo żółty kolor rzepaku odbijał słońce, osuwając swe promienie na brązowe ślepia kota. Mrużąc oczy, obraz kotki zmienił się gwałtownie, tym razem słońce mieniło się na niebieskawe jezioro, na którym cumowały łabędzie. Prostując swe szyje, łabędzie poruszały się po tafli jeziora z taką lekkością, jakby nie płynęły po wodzie, lecz sunęły po samym niebie, pozostawiając za sobą jedynie delikatne kręgi rozchodzące się po błękitnej powierzchni. Powietrze było ciepłe i nieruchome, przesycone słodkim zapachem kwitnących drzew, których korony uginały się pod ciężarem czerwonych owoców, a każdy podmuch wiatru strącał pojedyncze płatki na wodę, gdzie wirowały niczym maleńkie łodzie zmierzające ku nieznanemu brzegowi. Rysi Trop obserwowała ten widok bezruchu, czując dziwny spokój rozlewający się po jej ciele, ponieważ po raz pierwszy od bardzo dawna nic nie ścigało jej myśli, żaden głos nie szeptał nad uchem, a wspomnienia nie rozrywały jej wnętrza na kawałki. Jeden z łabędzi nagle zatrzymał się pośród jeziora i pochylił długą szyję ku wodzie. Jego pomarańczowy dziób zniknął pod powierzchnią na kilka uderzeń serca, aż w końcu wynurzył się ponownie, trzymając pomiędzy szczękami niewielką gałązkę obsypaną dojrzałymi czereśniami. Krople wody spływały po ciemnoczerwonych owocach niczym płynne szkło, odbijając światło słońca tysiącem drobnych błysków. Łabędź podpłynął bliżej brzegu, gdzie siedziała szylkretka, po czym bez pośpiechu upuścił gałązkę tuż przed jej łapami. Przez moment tylko się jej przyglądała, marszcząc czoło. Nim jednak zdążyła wyciągnąć łapę, tafla jeziora zadrżała. Kolory zaczęły blednąć, złociste pola rozpływały się niczym rozmazana farba, a sylwetki łabędzi rozciągały się i znikały w mlecznej mgle. Ciepło ustąpiło miejsca chłodowi. Rysi Trop gwałtownie otworzyła oczy, próbując przypomnieć sobie, co tu robi. Nad nią nie rozciągało się już bezkresne niebo snu, lecz kamienne sklepienie jamy, a zamiast szumu jeziora słyszała jedynie cichy oddech śpiących kotów i odległe pohukiwanie sowy gdzieś poza obozem. Przez krótką chwilę leżała nieruchomo, wpatrując się w mrok, próbując zatrzymać resztki tamtego obrazu, lecz sen rozpadał się coraz szybciej, uciekając spomiędzy myśli niczym woda przeciekająca przez pazury. Pozostało po nim jedynie niewyraźne uczucie tęsknoty, którego nie potrafiła nazwać.
Od Jesionowej Łapy (Jesionowej Szadzi)
Przeszłość
Po niebie sunęły się gęste, szare chmury zwiastujące opady. Co chwilę grzmiało, trzymając w napięciu wszystkie zwierzęta żyjące na tej wyżynie. W jednym z wyżłobień w skałach zamieszkiwała niewielka rodzina kotów. Piękna kotka, której sierść wręcz lśniła, wypoczywała właśnie na swojej półce skalnej wyścielonej miękkim mchem, a całość była bogato przyozdobiona kwieciem, pierzem i ziołami. Dawała nauki swym dzieciom o gniewie gwiezdnych nadkotów i jak można było rozpoznać, który element natury zwiastuje czyją złość.
— Wodnik jest opiekunem powietrza i jego różnych postaci, w tym chmur. Gdy on się rozgniewa, ostrzega nas grzmotami - to jego głos — kocięta słuchały w napięciu. — Gdy zostanie wystarczająco sprowokowany, posyła śmiertelny piorun, który ślepo trafia w drzewa i szczyty gór. Czasem nawet wyceluje on w kota jako kara za jego niechlubne istnienie. Jeśli ten kot przeżyje, uznaje się go za zbrzydłego i niegodnego nawet śmierci. Wtedy karą są męczarnie na ziemi. Dlatego, moje drogie dzieci, trzeba się ukrywać podczas burzy, bo kto wie? Może gwiezdne nadkoty wybiorą was jako cel swojego gniewu — podsumowała kocica, a trójka maluchów była niemalże zahipnotyzowana kazaniem matki. Gdy skończyła, zamrugały parę razy i pokiwały łebkami.
Przez parę uderzeń serca rodzina słuchała w ciszy grzmotów suchej burzy, a Oset wyjrzał poza wyżłobienie i się rozejrzał. W tym momencie właśnie piorun uderzył w samotne drzewo niedaleko nich, które zaraz zajęło się płomieniem. Kocięta skuliły się w jeden stos zjeżonych kulek sierści, drżąc z przerażenia.
— Kasjopejo, kochanie, wskocz tu do mnie — nakazała ze spokojem matka, niewzruszona przerażeniem kociąt oraz dudnieniem grzmotów. Młoda kotka posłusznie i powoli wykonała polecenie. — Dziś twoja kolej na błogosławieństwo.
— Ale… Matko, przecież to już czwarty dzień, gdy mi je dajesz — zwróciła uwagę skonfundowana i lekko spięta zielonooka. — Andromeda i Cefeusz mieli tylko co najwyżej po dwa razy!
Kocica wtedy obrzuciła swoją córkę obrzydzonym wzrokiem, jakby właśnie sama się wydziedziczyła.
— Jak śmiesz narzekać! — jej bursztynowe oczy zabłysnęły gniewem. — Przypomnij sobie, po kim i czyje nosisz imię! To ty potrzebujesz jak najwięcej błogosławieństw, inaczej nasi gwiezdni protektorzy poślą na ciebie kary! — fuknęła, a koteczka tylko spuściła głowę.
— Przepraszam…
— I wybaczam ci, ale nie spodziewaj się tego po naszej patronce — mruknęła i położyła na swojej córce łapę, zamykając oczy. Ojciec kociąt skinął głową i odprowadził maluchy do innej jamy.
— Chodźcie, nie będziemy przeszkadzać — wymamrotał, a Cefeusz zerknął tęskno za siostrą, zanim zniknęła mu z pola widzenia.
Matka zaczęła snuć długie modlitwy i formułki, a młodsza musiała po niej powtarzać każde słowo. Po paru minutach skończyły, a następnie kocica położyła na czole młodej Kasjope pióro łabędzia przyozdobione kwiatem lawendy. Następnie wyszeptała jej do ucha:
— Jeszcze parę błogosławieństw, moja piękna, i będziesz w pełni członkinią nowego ruchu. To ty przyniesiesz dla nas powodzenie i chwałę. Będziesz wielka — w głowie małej pręguski zapiszą się te słowa na zawsze.
Teraźniejszość
Bezlitosny skwar Pory Zielonych Liści nie dawał kotom żyć w ciągu dnia. Żeby zająć się swoimi obowiązkami, trzeba było się do nich zabrać z samego rana, gdy słońce jeszcze nie gościło na niebie, lub gdy już ono zaszło. Nikt niespecjalnie rwał się do roboty.
Podczas gdy niebo już nabierało różowych i pomarańczowych barw zachodu, zrobiło się nieco bardziej znośnie. Jesionka akurat wróciła z patrolu łowieckiego z jednym dudkiem i myszą w pysku. Gdy tylko odstawiła zdobycze na stertę, podbiegła do niej Miodowa Łapa. Wzrok liliowej jakoś przestał być tak zatroskany uporczywą temperaturą.
— Jak poszło, słoneczko? — spytała, stykając się z kotką nosem na powitanie.
— Dosyć dużo zwierzyny się chowa, ale wciąż więcej jest jej niż w czasie Pory Nagich Drzew — wymruczała zadowolona.
Gdy kotka już uchyliła pysk, by coś dodać, nagle przerwało jej czyjeś wołanie. Zalotna Gwiazda właśnie zwołała zebranie klanu. Gdy koty zaczęły się gromadzić, dwóm uczennicom udało się usiąść gdzieś z przodu, z zaciekawieniem zadzierając pyski ku górze. Wtedy właśnie przywódczyni wytypowała Jesionową Łapę i Tygrysią Noc do wystąpienia. Dopiero w tej chwili pręgusce się przypomniało, że poprzedniego dnia mentor opowiadał jej o teście na wojownika w postaci walki. Miała się zmierzyć z nim w pojedynku, a jeśli ona wygra, to zostanie pełnoprawną członkinią Klanu Wilka. Całkowicie jej wypadło to z głowy. Nic dziwnego, coś (lub ktoś) wiecznie chodziło jej po głowie i nie bardzo potrafiła się skupić. Zielonooka przełknęła zakłopotanie i zniżyła swoją postawę, zginając grzbiet w łuk oraz lekko jeżąc swoją sierść. W jej głowie odbiły się echem słowa matki: “Będziesz wielka”. W uszach jej zadudniło, aż cofnęła je. Tymczasem Tygrysia Noc naprzeciw niej również się uszykował, wbijając pazury w ziemię. Kątem oka zobaczyła drepczącą z łapy na łapę Miodkę, co rozczuliło i rozluźniło nieco liliową. Gdy Zalotna Gwiazda wydała polecenie rozpoczęcia, ten natychmiast ruszył w stronę uczennicy, wzniecając kurz spod łap w powietrze.
Kocica odbiła w prawo, lecz kocur to przewidział i zahaczył łapą o jej udo, wyrywając strzępek sierści. Zakręciła się w miejscu, szykując się do ogłuszającego ciosu. On ponownie przewidując jej ruch, dał nura, przez co ta się zachwiała, więc niczym baran staranował kotkę z główki w pierś, zmuszając ją do krótkiego wycofania się. Wtedy właśnie Jesionowa Łapa stwierdziła, że najlepiej będzie wykończyć przeciwnika i dopiero na koniec oszołomić swoim ulubionym ruchem. Inaczej nie dałaby rady bardziej doświadczonemu wojownikowi. Kocur znowu naparł na nią, posyłając ciosy pazurami najpierw w głowę, potem łapy. Oba ruchy kotka wyminęła, a mentor dał susa i spróbował zaorać jej bok. Ona ponownie uskoczyła i wtedy zrobiła zwrot pyskiem w pysk z rudym, starając się ciągle mieć go przed sobą. Kilka razy jeszcze spróbował się na nią rzucić, ale ona raczej szybko pozbywała się go z siebie lub nawet nie pozwalała mu się dobrze uczepić. Udało się mu czasem sięgnąć pazurami jej skóry, plamiąc jej sierść szkarłatnymi kroplami. Ta grała na zwłokę, pozwalając kocurowi się wymęczyć. Czuła presję niecierpliwości tłumu, który raczej nie był zadowolony z takiego ganiania i ciągłego wymijania. Gdy kocur zrobił bardziej niespodziewany ruch, próbując wgryźć się w jej szyję, tej udało się ponownie odskoczyć, a do tego w kontrataku przydzwoniła mu w głowę od spodu, posyłając go w górę. Padł oszołomiony i zanim się pozbierał, kotka go przyszpiliła do ziemi.
— Wybacz… — wyszeptała cicho, niemal bezdźwięcznie.
Może i ta walka nie była zbyt widowiskowa oraz może trochę… dziwna, lecz kotce się udało pokonać kocura, a to było najważniejsze.
Jesionowa Łapa spojrzała na zasiadającą na pniu przywódczynię i zastrzygła uszami.
— Wystarczy — machnęła łapą pospiesznie, a liliowa pręguska puściła mentora, który zaraz się otrząsnął i wgramolił się z powrotem na łapy. — Miejmy to z głowy.
Kątem oka mianowana zobaczyła Miodową Łapę drżącą z ekscytacji i radości, w przeciwieństwie do wręcz stoickiej postawy reszty kotów.
— Ja, Zalotna Gwiazda, przywódca Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Trenowała pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. Jesionowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam — kotka napuszyła lekko sierść na piersi.
— Mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Jesionowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Jesionowa Szadź. Klan ceni twoją obowiązkowość i siłę oraz wita cię jako nową wojowniczkę Klanu Wilka.
W chwili wypowiedzenia słów Zalotnej Gwiazdy tłum zaczął skandować nowe imię Jesionki, lecz to Miodową Łapę było słychać najlepiej. Liliowa ciepło spojrzała na kotkę, czując, jak się rozczula. Kotka była niczym słońce dla niej i tak właśnie się wyróżniała na tle innych, że to stwierdzenie obiektywnie do niej pasowało.
— Gratuluję ci — odezwał się Tygrysia Noc. — Nie spodziewałem się, że nagle mnie tak uderzysz. Miłej służby jako wojownik, Jesionowa Szadzi — kotka się uśmiechnęła i pokiwała z wdzięcznością.
Gdy wszystko ucichło i wszyscy się rozeszli, złota uczennica do niej podbiegła i wtuliła pysk w jej sierść na szyi.
— Świetnie ci poszło, słoneczko! Tak bardzo się cieszę, że ci się udało! — ucieszyła się, po czym zauważyła ze zmartwieniem parę niewielkich smug krwi na futrze większej kotki.
— Nie martw się tym, to tylko draśnięcia — wymruczała rozczulona. — Minie.
Obie się uśmiechnęły i poszły zająć się resztą dnia. Trzeba było jakoś uczcić udany dzień. A w jaki sposób? Oczywiście, że dzieląc się językami gdzieś w kącie obozu, przy jedzeniu.
Nowa Członkini Pustki!
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zagryzienie przez borsuka
Odeszła do Pustki!
Od Iskrzyka
Niebo nabrało już czarnej niczym krucze pióra barwy. Księżyc schowany był za chmurami, jednak widać było nieco bardziej żółtą niż zwykle poświatę przebijającą się przez ciemnogranatowe chmury. Mimo paru obłoków na ciemnym niebie nadal było widać jaśniejące gwiazdy. Te lśniły pięknie niczym rybie łuski. Jednak w porównaniu do nich wydawały się takie… małe, skarłowaciałe. Pewien kremowy kocur uśmiechnął się nieco na myśl o tym, że istnieją koty wierzące, że to ich przodkowie. Dziwne, czyż nie? Kto pomyślałby, że takie malutkie, lśniące cudeńka miałyby dla kogoś takie duże znaczenie. No cóż, nie jemu oceniać, w co wierzą inne koty. Nie ważne jak głupio by to brzmiało. Choć fakt, chętnie dopyta się różnych szczegółów na zgromadzeniu. W każdym razie Iskrzyk obecnie nie mógł spać, obecnie więc podziwiał niebo i myślał. Kocur leżał w bezruchu, z głową spoglądając do góry. Lśniące punkciki na niebie wyglądały dla niego śmiesznie, co prawda nie mógł widzieć ich w pełni przez koronę drzewa, na którym znajdowało się jego legowisko. Choć przez niewyspanie delikatnie zaczynała boleć go głowa, a z tyłu łba nieco się martwił o to, że nie będzie jutro wyspany, starał się to ignorować. Starał się za to o coś innego. Młody zwiadowca rozmyślał bowiem czy nadanie Lisowi, jego bratu jakiejś ksywki byłoby dobrym pomysłem. A jeśli tak, co mogłoby do niego pasować? Może skrócić by jego imię? Nie, głupie, ono i tak jest krótkie. Poza Tym “Li” lub “Is” brzmią głupio...! A co jeśli nadałby mu ksywkę “wiewiór”? Lis jest nawet nieco podobny do wiewiórki… Przynajmniej Iskrzykowi przypominał ją nieco, zwłaszcza z pyska. Zadowolony zwiadowca ziewnął i uśmiechnął się sam do siebie, to dobry pomysł... Jednak zmęczenie zaczynało go już dobijać. Zamknął więc swoje bursztynowe oczy i po chwili chrapał już spokojnie.
Od Borowika do Pierścienia
Ugh. Ale gorąco…
Nie miałem na dziś zaplanowanego żadnego treningu, chociaż tak właściwie myślę, że jest to na niego idealna pora. Ćwiczenie w ekstremalnych temperaturach zwiększa pojemność płuc i przygotowuje o wiele lepiej do wysiłku w warunkach normalnych.
Nie, żebym miał coś przeciwko leżeniu i nicnierobieniu cały dzień.
Kuliłem się więc od śniadania na moim legowisku, rozmyślając nad możliwymi katastrofami pogodowymi, które może jeszcze przynieść Pora Nowych Liści i strategiami na ich przeżycie, gdy nagle… zobaczyłem, jak na mojej gałęzi przysiadł motylek. Biały motylek z drobnymi, czarnymi plamkami na skrzydełkach i krótkich czułkach.
Nie poruszyłem się. Zamarłem. Ze wstrzymanym oddechem przypatrywałem mu się. Motylek zatrzepotał skrzydełkami raz. Drugi. Ostrożnie zmieniłem pozycję do leżenia na brzuchu. Zacząłem czołgać się w jego stronę. Motylki są takie śliczne. Zawsze uwielbiałem się im przyglądać, nigdy jednak - przez początkowe braki w umiejętnościach skradania się - nie udało mi się zobaczyć ich szczegółów z bliska.
Gdy byłem już dosłownie o długość mysiego ogona od motylka, on… wzbił się w powietrze i odleciał w stronę ziemi. Podczołgałem się do krawędzi gałęzi, spojrzałem w dół i zobaczyłem go przycupniętego na pniu. Ja jednak nie złożyłem broni tak szybko. Ostrożnie opuszczałem się za nim, wbijając pazury w korę drzewa. Motylek jednak niemal od razu się zorientował, że pewien niezwykle bystry i jakże przebiegły kocur śledzi go krok w krok, więc wykonał odwrót i tym razem wzbił się w powietrze.
W pogoni za białym motylkiem zeskoczyłem na ziemię. Biegałem za nim w tę i we w tę po obozie. Najpierw skierował się w stronę legowiska wojowników, nie pozostawiając mi jednak dużo czasu na nadgonienie. Potem nawrócił, wykonując kolisty skręt i pofrunął z powrotem do legowiska uczniów. Ostatecznie zmienił jednak kierunek na żłobek, przed którym to ostatecznie wylądował… tuż przy szarym kociaku. Pierścieniu.
Mały kociaczek leżał w bezruchu, mrugając dużymi, błękitnymi oczkami, patrząc z zachwytem na trzepoczące delikatnie skrzydełkami stworzonko między jego łapkami.
Przypadłem do ziemi i przyczołgałem się bliżej, ostrożnie, by owada przypadkiem nie spłoszyć.
– Uh. Motylek… mnie nie lubi. Ucieka. Jak podchodzę. – mruknąłem cicho. – Ale ciebie lubi chyba. Dobrze, dobrze… że chociaż ty je przyciągasz.
Zamilkłem, wreszcie przechodząc do bliskiej obserwacji białego owada.
Nie miałem na dziś zaplanowanego żadnego treningu, chociaż tak właściwie myślę, że jest to na niego idealna pora. Ćwiczenie w ekstremalnych temperaturach zwiększa pojemność płuc i przygotowuje o wiele lepiej do wysiłku w warunkach normalnych.
Nie, żebym miał coś przeciwko leżeniu i nicnierobieniu cały dzień.
Kuliłem się więc od śniadania na moim legowisku, rozmyślając nad możliwymi katastrofami pogodowymi, które może jeszcze przynieść Pora Nowych Liści i strategiami na ich przeżycie, gdy nagle… zobaczyłem, jak na mojej gałęzi przysiadł motylek. Biały motylek z drobnymi, czarnymi plamkami na skrzydełkach i krótkich czułkach.
Nie poruszyłem się. Zamarłem. Ze wstrzymanym oddechem przypatrywałem mu się. Motylek zatrzepotał skrzydełkami raz. Drugi. Ostrożnie zmieniłem pozycję do leżenia na brzuchu. Zacząłem czołgać się w jego stronę. Motylki są takie śliczne. Zawsze uwielbiałem się im przyglądać, nigdy jednak - przez początkowe braki w umiejętnościach skradania się - nie udało mi się zobaczyć ich szczegółów z bliska.
Gdy byłem już dosłownie o długość mysiego ogona od motylka, on… wzbił się w powietrze i odleciał w stronę ziemi. Podczołgałem się do krawędzi gałęzi, spojrzałem w dół i zobaczyłem go przycupniętego na pniu. Ja jednak nie złożyłem broni tak szybko. Ostrożnie opuszczałem się za nim, wbijając pazury w korę drzewa. Motylek jednak niemal od razu się zorientował, że pewien niezwykle bystry i jakże przebiegły kocur śledzi go krok w krok, więc wykonał odwrót i tym razem wzbił się w powietrze.
W pogoni za białym motylkiem zeskoczyłem na ziemię. Biegałem za nim w tę i we w tę po obozie. Najpierw skierował się w stronę legowiska wojowników, nie pozostawiając mi jednak dużo czasu na nadgonienie. Potem nawrócił, wykonując kolisty skręt i pofrunął z powrotem do legowiska uczniów. Ostatecznie zmienił jednak kierunek na żłobek, przed którym to ostatecznie wylądował… tuż przy szarym kociaku. Pierścieniu.
Mały kociaczek leżał w bezruchu, mrugając dużymi, błękitnymi oczkami, patrząc z zachwytem na trzepoczące delikatnie skrzydełkami stworzonko między jego łapkami.
Przypadłem do ziemi i przyczołgałem się bliżej, ostrożnie, by owada przypadkiem nie spłoszyć.
– Uh. Motylek… mnie nie lubi. Ucieka. Jak podchodzę. – mruknąłem cicho. – Ale ciebie lubi chyba. Dobrze, dobrze… że chociaż ty je przyciągasz.
Zamilkłem, wreszcie przechodząc do bliskiej obserwacji białego owada.
<Pierścieniu??>
[350 słów]
Od Borowika
No i to by było chyba na tyle. Koniec. Skończyło się dzięcioła stukanie.
Lubię wymyślać metafory. Ale nie o tym dzisiaj. Bo dzisiaj jest dzień niezwykły. Rano kulturalnie spożywałem sobie śniadanko składające się z wiewióry i dużej dozy wewnętrznej afirmacji. Wdychałem duszne, ciężkie od gorąca powietrze. Chyba zanosi się na kolejną burzę.
Wtedy podszedł do mnie Kurka.
– Borowiku. Musimy porozmawiać – rzekł do mnie.
Brzmiało to dość niepokojąco. Zbyt poważnie jak na tak normalny dzień, jak dziś.
Przełknąłem kawałek wiewiórki i wyplułem na ziemię strzępki jej futra.
– Uh. No. Słucham – mruknąłem, spoglądając na jego łapy.
– Trenowałeś długo i ciężko. Teraz przyszedł czas, byś pokazał to wszystko, czego się nauczyłeś – mentor uśmiechnął się lekko.
Zamrugałem.
– A. W sensie, że… teraz-teraz…? No ja mogę pokazać, ale to do walki to musiałbym się rozciągnąć, w dodatku coś mi przed chwilą wpadło do oka, musiałbym je chyba wylizać i…
– Nie, nie, nie dokładnie w tym momencie – przerwał mi spokojnie. – Dzisiaj w nocy. Odbędzie się twój test na zwiadowcę.
– Oh.
A no tak. To ma sens. Z pewnością stwierdzić mogę, że pójdzie mi to jak z płatka. Jestem szybki jak błyskawica, niezwykle zwinny. I najważniejsze – posiadam wysoko rozwinięty spryt i bystrość, czym nadrabiam drobne ubytki w sile fizycznej i zdolności improwizacji. Nic więc nie stoi na przeszkodzie by…
– Doszliśmy do wniosku, że twój test nie będzie sprawdzeniem umiejętności, które wiadomo, że opanowałeś. Skupi się on na wykorzystaniu umiejętności reagowania w nieprzewidzianych sytuacjach i siły mięśni.
No chyba nie. Nie ma opcji. Ughhh… Jak zwykle słońce w oczy no.
Mogłem się tego spodziewać. Powiem więcej: oczywiście, że spodziewałem się zaistnienia takiej sytuacji, w końcu przeanalizowałem aż zbyt wiele możliwych scenariuszy mojego testu. Ale dobra. Co mi tam.
– To… to znaczy, na czym konkretnie… uh… polegać będzie moje zadanie…?
Kurka uniósł lekko brwi i uśmiechnął się szerzej.
Proszę, nie.
Nie wierzę. To jest jakiś żart chyba.
To miał być szybki test. Miałem popisać się moją ponadprzeciętną wiedzą i ostrością umysłu.
Skończyłem, brodząc w bagnie po szyję na rozlewiskach. Nie była to co prawda burza, ale wiatr zacinał strasznie, tak, że nie widziałem absolutnie nic. Ciemność nie pomagała. Krople deszczu były niczym spuchnięte jagody, na moim futrze już od dawna nie było ani jednego suchego strzępku futra. Całe błoto, które przez Porę Zielonych Liści zdążyło trochę przeschnąć, przez ostatnie deszcze rozmokło, nabierając jeszcze ciężkiej i gęstszej konsystencji. Każde podniesienie łapy stanowiło absolutnie niekoci wysiłek. Błoto miałem nawet w nosie.
Zadanie? Pokonać całe rozlewisko wzdłuż, ale blisko brzegu. Nie utopić się i nie umrzeć. Złapać zwierzynę po drugiej stronie w Dębowej Ostoi. Nie dać się zabić przez lisy. Wrócić tą samą drogą. Nie utopić się i nie umrzeć. Przynieść zdobycz do obozu w stanie zdatnym do spożycia. Mam wrócić, nim słońce wynurzy się nad obozem. Plus za kreatywność.
Mozolnie przedzierałem się przez bagno, łapa za łapą. Bolało mnie już całe ciało. Nie wiem dokładnie, ile czasu minęło. Spojrzałem w niebo, nie zatrzymując się. Srebrna Skóra znajdowała się niemal bezpośrednio nade mną. Zacząłem o zachodzie słońca, więc… już prawie połowa czasu za mną. A ja nie dotarłem nawet do środka rozlewiska…
Teoretycznie ma ono jedynie długość stu czterdziestu lisich ogonów. Problem jednak stanowi nie dystans, lecz konsystencja błota, pogoda i moje coraz silniej objawiające się braki w sile fizycznej.
Warknąłem z irytacji, jednak błoto od razu napłynęło mi do pyska. Natychmiast próbowałem pozbyć się go, wypluć, straciłem wtedy jednak równowagę i wylądowałem pyskiem w błocie. Na szczęście przy brzegu jest płytko i o utopieniu się nie ma mowy.
O nie. Ja nie przegrywam. Przegrywam tylko, gdy mi nie zależy na wygranej. Teraz jednak zależy od tego całe moje życie i cała moja przyszłość.
Podniosłem głowę, odklejając się od błota. Otrzepałem ją.
Zacząłem ze zdwojonym wysiłkiem przedzierać się przez bagno.
Udało mi się odkryć nową strategię. Brnąłem do najbliższej kępy trawy czy też kamienia wystających ponad powierzchnię lub mocno zaschniętej grudy błota. Chwytałem się ich i przyciągałem. Wdrapywałem się na nie. A następnie skakałem, jak najdalej mogłem w błoto, w stronę następnego możliwego przystanku. Dzięki temu chwilę po tym, jak księżyc przekroczył połowę nieba, udało mi się dotrzeć do brzegu.
Nie wierzę, że dało się to tak szybko zrobić, a ja wymyśliłem to dopiero w połowie… ale no cóż. Improwizacja nigdy nie była moją mocną stroną.
Łapy trzęsły mi się ze zmęczenia, brzuch bolał od sporej ilości połkniętego przypadkiem błota i mułu. Obym się nie rozchorował…
W dodatku ten przeklęty deszcz nie chciał przestać padać.
Nie zrobiłem sobie przerwy. Nie opadłem na ziemię z wycieńczenia, choć tylko o tym myślałem. Wiedziałem, że jeśli się położę, to już nie wstanę.
Część, która wydawała się najłatwiejsza, okazała się tą najtrudniejszą. Zapolowanie na gryzonia. A to z tego powodu, że mój mózg zupełnie nie był w stanie się skupić. Byłem wykończony, obraz mi się rozmazywał i z trudem łapałem oddech. A mimo to miałem zmusić się do uspokojenia go. Zwolnienia bicia dudniącego w klatce serca. Cichego skradania się. I precyzyjnego ataku. Już rozumiem sens tego testu…
Chodziłem w kółko. Autentycznie. I nie znalazłem ani jednego gryzonia. Musiały schować się przed deszczem… Czułem coraz większą frustrację, co chwila spoglądałem z przerażeniem na księżyc, który zachodził coraz niżej…
Nie zdążę. Nie ma szans, żebym zdążył w takim tempie…
W pewnym momencie, między drzewami mignęło mi rude futro…
No nie. Proszę. Dlaczego ja…?
Wtedy z krzaków tuż przede mną wynurzył się… lis. Chuderlawy, chyba miał coś z łapą… a w pysku trzymał… świeżo upolowaną mysz.
Okej. Tak może być. Tak możemy robić.
Normalnie nigdy nie zabrałbym staremu, schorowanemu lisowi jedzenia, ale… byłem już naprawdę ostro wkurzony. Spiąłem się cały, wysunąłem pazury. Syknąłem przeciągle na lisa. Byłem gotowy na walkę. Już mnie nic nie obchodziło.
Na szczęście… stary rudzielec podkulił ogon, pisnął i upuścił mysz na ziemię. Zrobiłem krok do przodu, nie odpuszczając. Lis zaczął się wycofywać, po czym zniknął w zaroślach.
Podniosłem mysz.
Spojrzałem na księżyc.
Właśnie dotknął on odległej linii drzew.
Wiedziałem już, że nie zdążę dotrzeć do obozu tą samą drogą, przedzierając się przez błoto przy brzegu. Zdecydowałem więc, że zostało mi tylko jedno wyjście…
Przepłynąć przez rozlewisko środkiem. Tam, gdzie woda była rzadka.
Normalnie nie potrafiłbym pływać. Gdyby nie to, że Kurka potrafi. Widziałem, jak to robił. Analizowałem, więc pamiętam. Raz sam próbowałem. Szło mi… średnio. Ale nie mam teraz zbytnio wyboru. Czy jest to skrajnie nieodpowiedzialne i mogę się utopić? Zapewne. Jednak życie ryzykowałem niemal każdego dnia podczas treningu, a jako że jest to jego zwieńczenie, mogę to zrobić po raz ostatni. A co mi tam. Woda nie jest tu głęboka. Sięga mi lekko ponad głowę i to w najgłębszych miejscach. Damy radę…
Przybiegłem co sił w nogach na skraj rozlewiska, odbiłem się od ziemi i wskoczyłem do wody.
Zacząłem machać łapami przed sobą.
Okazało się jednak dość szybko, że sama znajomość teorii pływania to nie to samo, co posiadanie tej umiejętności. Skończyło się więc tak, że chwilę młóciłem łapami wodę wymieszaną z błotem, opadałem na dno (które na szczęście okazało się zbite, a nie muliste), odbijałem się od niego łapami i tak w kółko… Co kilkanaście długości lisiego ogona przystawałem, podpływając do małych kęp trawy czy kamieni wystających z błota przy brzegu, gdzie robiłem krótkie przerwy. Zajmowały one jednak coraz więcej czasu, im dłużej płynąłem…
Z pyska nie wypuszczałem upolowanej, a raczej przywłaszczonej myszy.
Słońce zaczęło już wschodzić.
Poddałem się pod koniec i wróciłem do brodzenia w błocie. Ale dystans, który szybko nadrobiłem wodą, zrobił swoje. Już totalnie olałem słońce.
Wkroczyłem do obozu cały oblepiony błotem i gliną tudzież owadami bagiennymi, z glonem na głowie i myszą w pysku. Łapy drżały mi z wycieńczenia, ale nie czułem tego aż tak bardzo, adrenalina nie zdążyła jeszcze opaść. Przy wejściu minąłem Kurkę.
– Hej, Borowiku, widziałem, że świetnie ci poszło! – powiedział z uśmiechem, patrząc na mnie z dumą.
Minąłem go bez słowa, wypluwając gniewnie mysz na ziemię razem z resztkami mułu.
– Fajnie, że oglądałeś moją całonocną walkę o życie i upadek godności – mruknąłem, kierując się w najbliższe krzaki.
Nie ma opcji, że po tym wszystkim jeszcze wlezę na drzewo do legowiska…
Lubię wymyślać metafory. Ale nie o tym dzisiaj. Bo dzisiaj jest dzień niezwykły. Rano kulturalnie spożywałem sobie śniadanko składające się z wiewióry i dużej dozy wewnętrznej afirmacji. Wdychałem duszne, ciężkie od gorąca powietrze. Chyba zanosi się na kolejną burzę.
Wtedy podszedł do mnie Kurka.
– Borowiku. Musimy porozmawiać – rzekł do mnie.
Brzmiało to dość niepokojąco. Zbyt poważnie jak na tak normalny dzień, jak dziś.
Przełknąłem kawałek wiewiórki i wyplułem na ziemię strzępki jej futra.
– Uh. No. Słucham – mruknąłem, spoglądając na jego łapy.
– Trenowałeś długo i ciężko. Teraz przyszedł czas, byś pokazał to wszystko, czego się nauczyłeś – mentor uśmiechnął się lekko.
Zamrugałem.
– A. W sensie, że… teraz-teraz…? No ja mogę pokazać, ale to do walki to musiałbym się rozciągnąć, w dodatku coś mi przed chwilą wpadło do oka, musiałbym je chyba wylizać i…
– Nie, nie, nie dokładnie w tym momencie – przerwał mi spokojnie. – Dzisiaj w nocy. Odbędzie się twój test na zwiadowcę.
– Oh.
A no tak. To ma sens. Z pewnością stwierdzić mogę, że pójdzie mi to jak z płatka. Jestem szybki jak błyskawica, niezwykle zwinny. I najważniejsze – posiadam wysoko rozwinięty spryt i bystrość, czym nadrabiam drobne ubytki w sile fizycznej i zdolności improwizacji. Nic więc nie stoi na przeszkodzie by…
– Doszliśmy do wniosku, że twój test nie będzie sprawdzeniem umiejętności, które wiadomo, że opanowałeś. Skupi się on na wykorzystaniu umiejętności reagowania w nieprzewidzianych sytuacjach i siły mięśni.
No chyba nie. Nie ma opcji. Ughhh… Jak zwykle słońce w oczy no.
Mogłem się tego spodziewać. Powiem więcej: oczywiście, że spodziewałem się zaistnienia takiej sytuacji, w końcu przeanalizowałem aż zbyt wiele możliwych scenariuszy mojego testu. Ale dobra. Co mi tam.
– To… to znaczy, na czym konkretnie… uh… polegać będzie moje zadanie…?
Kurka uniósł lekko brwi i uśmiechnął się szerzej.
Proszę, nie.
***
Nie wierzę. To jest jakiś żart chyba.
To miał być szybki test. Miałem popisać się moją ponadprzeciętną wiedzą i ostrością umysłu.
Skończyłem, brodząc w bagnie po szyję na rozlewiskach. Nie była to co prawda burza, ale wiatr zacinał strasznie, tak, że nie widziałem absolutnie nic. Ciemność nie pomagała. Krople deszczu były niczym spuchnięte jagody, na moim futrze już od dawna nie było ani jednego suchego strzępku futra. Całe błoto, które przez Porę Zielonych Liści zdążyło trochę przeschnąć, przez ostatnie deszcze rozmokło, nabierając jeszcze ciężkiej i gęstszej konsystencji. Każde podniesienie łapy stanowiło absolutnie niekoci wysiłek. Błoto miałem nawet w nosie.
Zadanie? Pokonać całe rozlewisko wzdłuż, ale blisko brzegu. Nie utopić się i nie umrzeć. Złapać zwierzynę po drugiej stronie w Dębowej Ostoi. Nie dać się zabić przez lisy. Wrócić tą samą drogą. Nie utopić się i nie umrzeć. Przynieść zdobycz do obozu w stanie zdatnym do spożycia. Mam wrócić, nim słońce wynurzy się nad obozem. Plus za kreatywność.
Mozolnie przedzierałem się przez bagno, łapa za łapą. Bolało mnie już całe ciało. Nie wiem dokładnie, ile czasu minęło. Spojrzałem w niebo, nie zatrzymując się. Srebrna Skóra znajdowała się niemal bezpośrednio nade mną. Zacząłem o zachodzie słońca, więc… już prawie połowa czasu za mną. A ja nie dotarłem nawet do środka rozlewiska…
Teoretycznie ma ono jedynie długość stu czterdziestu lisich ogonów. Problem jednak stanowi nie dystans, lecz konsystencja błota, pogoda i moje coraz silniej objawiające się braki w sile fizycznej.
Warknąłem z irytacji, jednak błoto od razu napłynęło mi do pyska. Natychmiast próbowałem pozbyć się go, wypluć, straciłem wtedy jednak równowagę i wylądowałem pyskiem w błocie. Na szczęście przy brzegu jest płytko i o utopieniu się nie ma mowy.
O nie. Ja nie przegrywam. Przegrywam tylko, gdy mi nie zależy na wygranej. Teraz jednak zależy od tego całe moje życie i cała moja przyszłość.
Podniosłem głowę, odklejając się od błota. Otrzepałem ją.
Zacząłem ze zdwojonym wysiłkiem przedzierać się przez bagno.
***
Udało mi się odkryć nową strategię. Brnąłem do najbliższej kępy trawy czy też kamienia wystających ponad powierzchnię lub mocno zaschniętej grudy błota. Chwytałem się ich i przyciągałem. Wdrapywałem się na nie. A następnie skakałem, jak najdalej mogłem w błoto, w stronę następnego możliwego przystanku. Dzięki temu chwilę po tym, jak księżyc przekroczył połowę nieba, udało mi się dotrzeć do brzegu.
Nie wierzę, że dało się to tak szybko zrobić, a ja wymyśliłem to dopiero w połowie… ale no cóż. Improwizacja nigdy nie była moją mocną stroną.
Łapy trzęsły mi się ze zmęczenia, brzuch bolał od sporej ilości połkniętego przypadkiem błota i mułu. Obym się nie rozchorował…
W dodatku ten przeklęty deszcz nie chciał przestać padać.
Nie zrobiłem sobie przerwy. Nie opadłem na ziemię z wycieńczenia, choć tylko o tym myślałem. Wiedziałem, że jeśli się położę, to już nie wstanę.
Część, która wydawała się najłatwiejsza, okazała się tą najtrudniejszą. Zapolowanie na gryzonia. A to z tego powodu, że mój mózg zupełnie nie był w stanie się skupić. Byłem wykończony, obraz mi się rozmazywał i z trudem łapałem oddech. A mimo to miałem zmusić się do uspokojenia go. Zwolnienia bicia dudniącego w klatce serca. Cichego skradania się. I precyzyjnego ataku. Już rozumiem sens tego testu…
***
Chodziłem w kółko. Autentycznie. I nie znalazłem ani jednego gryzonia. Musiały schować się przed deszczem… Czułem coraz większą frustrację, co chwila spoglądałem z przerażeniem na księżyc, który zachodził coraz niżej…
Nie zdążę. Nie ma szans, żebym zdążył w takim tempie…
W pewnym momencie, między drzewami mignęło mi rude futro…
No nie. Proszę. Dlaczego ja…?
Wtedy z krzaków tuż przede mną wynurzył się… lis. Chuderlawy, chyba miał coś z łapą… a w pysku trzymał… świeżo upolowaną mysz.
Okej. Tak może być. Tak możemy robić.
Normalnie nigdy nie zabrałbym staremu, schorowanemu lisowi jedzenia, ale… byłem już naprawdę ostro wkurzony. Spiąłem się cały, wysunąłem pazury. Syknąłem przeciągle na lisa. Byłem gotowy na walkę. Już mnie nic nie obchodziło.
Na szczęście… stary rudzielec podkulił ogon, pisnął i upuścił mysz na ziemię. Zrobiłem krok do przodu, nie odpuszczając. Lis zaczął się wycofywać, po czym zniknął w zaroślach.
Podniosłem mysz.
Spojrzałem na księżyc.
Właśnie dotknął on odległej linii drzew.
***
Wiedziałem już, że nie zdążę dotrzeć do obozu tą samą drogą, przedzierając się przez błoto przy brzegu. Zdecydowałem więc, że zostało mi tylko jedno wyjście…
Przepłynąć przez rozlewisko środkiem. Tam, gdzie woda była rzadka.
Normalnie nie potrafiłbym pływać. Gdyby nie to, że Kurka potrafi. Widziałem, jak to robił. Analizowałem, więc pamiętam. Raz sam próbowałem. Szło mi… średnio. Ale nie mam teraz zbytnio wyboru. Czy jest to skrajnie nieodpowiedzialne i mogę się utopić? Zapewne. Jednak życie ryzykowałem niemal każdego dnia podczas treningu, a jako że jest to jego zwieńczenie, mogę to zrobić po raz ostatni. A co mi tam. Woda nie jest tu głęboka. Sięga mi lekko ponad głowę i to w najgłębszych miejscach. Damy radę…
Przybiegłem co sił w nogach na skraj rozlewiska, odbiłem się od ziemi i wskoczyłem do wody.
Zacząłem machać łapami przed sobą.
Okazało się jednak dość szybko, że sama znajomość teorii pływania to nie to samo, co posiadanie tej umiejętności. Skończyło się więc tak, że chwilę młóciłem łapami wodę wymieszaną z błotem, opadałem na dno (które na szczęście okazało się zbite, a nie muliste), odbijałem się od niego łapami i tak w kółko… Co kilkanaście długości lisiego ogona przystawałem, podpływając do małych kęp trawy czy kamieni wystających z błota przy brzegu, gdzie robiłem krótkie przerwy. Zajmowały one jednak coraz więcej czasu, im dłużej płynąłem…
Z pyska nie wypuszczałem upolowanej, a raczej przywłaszczonej myszy.
Słońce zaczęło już wschodzić.
Poddałem się pod koniec i wróciłem do brodzenia w błocie. Ale dystans, który szybko nadrobiłem wodą, zrobił swoje. Już totalnie olałem słońce.
***
Wkroczyłem do obozu cały oblepiony błotem i gliną tudzież owadami bagiennymi, z glonem na głowie i myszą w pysku. Łapy drżały mi z wycieńczenia, ale nie czułem tego aż tak bardzo, adrenalina nie zdążyła jeszcze opaść. Przy wejściu minąłem Kurkę.
– Hej, Borowiku, widziałem, że świetnie ci poszło! – powiedział z uśmiechem, patrząc na mnie z dumą.
Minąłem go bez słowa, wypluwając gniewnie mysz na ziemię razem z resztkami mułu.
– Fajnie, że oglądałeś moją całonocną walkę o życie i upadek godności – mruknąłem, kierując się w najbliższe krzaki.
Nie ma opcji, że po tym wszystkim jeszcze wlezę na drzewo do legowiska…
[1326 słów]
Subskrybuj:
Posty (Atom)



