BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

26 czerwca 2026

Od Modrogończyka Do Smoka

Brązowy kocurek pielęgnował swoje krótkie futerko, siedząc przed wyjściem z lecznicy. Matka pozwoliła mu nieco wcześniej zakończyć dzisiejszy trening pod warunkiem, że nie będzie plątać się pod jej łapami, tylko spędzi czas z innymi uczniami na zabawie. Tylko, że Modrogończyk niekoniecznie pragnął się bawić z Poziomką, Śnieniem, Koniczyną, Poinsencją czy Płatkiem, a z kimś kto był jego rówieśnikiem. Większość z wspominanych uczniów akurat znajdowała się w obozie, lecz Psianka, a nawet wszystkie kocięta Rohan, które nadawałyby się na kompanów do wspólnej zabawy, znajdowała się poza obozem. Gończyk westchnął niepocieszony, że nie mógł zagospodarować wolnego czasu zgodnie z tym, co pragnął.
Chyba, że… może mógłby udać się do Klanu Burzy, aby odwiedzić Łzę oraz Zew, a w dodatku poznać ojca, dziadka i pozostałych członków ich rodziny? W Owocowym Lesie oprócz Purchawki i ukochanej siostry nie miał nikogo więcej, a w Klanie Burzy może miał jeszcze jakieś ciocię lub wujków? Może miał również kuzynów w zbliżonym do siebie wieku? Jeśli tak było, pragnął ich poznać, pobawić się z nimi i dowiedzieć się jak najwięcej o kotach należących do rodziny od strony Zawodzącego Echo.
Gończyk rozejrzał się dookoła, skupiając spojrzenie na poszczególnych kotach. Kotka o zielonych oczach i śnieżnobiałym futrze udekorowanym kwieciem właśnie zniknęła w legowisku starszych. Kurka oraz Guziczek dzielili języki nieopodal wyjścia z obozu. Zastępczyni Figa rozmawiała ze swoim partnerem i burą zwiadowczynią, której jedno z oczu było zaszyte mgłą.
Mógł spróbować się wymknąć z obozu niemalże niezauważony, dzięki swojemu brązowemu futerku, które stanowiło idealny kamuflaż, i ruszyć na przygodę w kierunku Klanu Burzy. Jednak co jeśli zostałby zauważony przez parę kocurów dzielących języki? A tym bardziej srebrzystą zastępczynię?
Cóż, mógł postawić na szczerość i powiedzieć, że chce udać się z delegacją do Klanu Burzy, aby upewnić się, czy jego rodzeństwo jest dobrze traktowane w klanie ich ojca. Bo jeśli wierzyć plotkom, którymi podzieliła się z nim starsza Pieczarka, niektóre koty bywały uprzedzone do kociąt będących mieszanej krwi, nawet jeśli te miały przypieczętować sojusz między społecznościami. Gończyk miał nadzieję, że w Klanie Burzy nie ma takich okropnych kotów, które uznałyby, że Zew czy Łza są od nich gorsi, tylko dlatego, że nie posiadają obojga rodziców pochodzących z Klanu Burzy.
Mógł również powiedzieć, że idzie wyjść naprzeciw powracającym uczniom z ich treningów. Tylko wtedy na pewno jakiś starszy kot będący wojownikiem, zwiadowcą, a może nawet i stróżem towarzyszyłby mu w drodze poza obóz. A przecież nie potrzebował dodatkowego ogona, który uniemożliwiłby mu eksplorację na własną łapę.
Zaryzykował. Podniósł się z rampy, po czym z gracją wyminął zmierzającą do lecznicy Jaśminowiec wraz z Całunką, by następnie skryć się za wyrastającym z ziemi korzeniem. Mógł ominąć zarówno zastępczynię, jak i dwójkę zwiadowców. Wystarczyło położyć się płasko na ziemi wzdłuż korzenia i powoli, powolutku czołgać się naprzód do celu, będącego wyjściem z obozu. A później przejść przez Konający Buk, udać się w kierunku Śmietniska, pokonać Drogę Grzmotu i postawić łapę na tej części Wrzosowiska, która znajdowała się na terenach Klanu Burzy.
– A ty dokąd, Gończyku?
– S-sajgon! Smok! – zawołał, gdy czarny kocur wraz z niewiele starszą od niego samego szylkretową kotką nadeszli w jego kierunku od strony, z której nie trzeba było się wysilić, aby go dostrzec. – Donikąd!
– To dlaczego chowasz się za korzeniem i szorujesz brzuchem po ziemi?
– Nie chowam. – Poderwał się na równe łapy. Przeniósł spojrzenie na brzuch, na którym znajdowały się uczepione jego futra gródki ziemi. Otrzepał ich nadmiar. – Skończyłem wcześniej trening i po prostu się nudziłem, więc uznałem, że mogę poudawać dżdżownicę. Jako przyszły szaman muszę być w pełni zjednoczony z naturą… – Potarł łapą nosek. Przeniósł spojrzenie z mentora Smoka na nią samą, a dokładniej na jej fantastycznie wyglądające wąsy. Samo jej umaszczenie przykuwało spojrzenie, ale to jej wąsy w tym momencie przykuły uwagę Gońca. – Podobnie jak zresztą zwiadowcy. Jak minął wam dzisiejszy trening? – zagaił, będąc ciekaw, czego nauczyła się dzisiaj córka Rohan. – Potrafisz już rozpoznawać gatunki drzew i ich choroby?

<Smok?>



trening szamana - 640

Od Modrogończyka

Modrogończyk skończył pięć księżyców. Gdyby urodził się w klanach, dopiero za niecały księżyc czekałaby go ceremonia mianowania na ucznia. Podobnie byłoby w przypadku, gdyby był tym kocięciem, które zamieszka w Klanie Burzy. Jednak dzięki temu, że narodził się i mógł pozostać w Owocowym Lesie, rozpoczął trening o wiele szybciej niż jego rówieśnicy.
Dzisiejszy trening na szamana spędził w lecznicy, skupiając się na zapamiętaniu wyglądu, zapachu i nazw kilku ziół, które położyła przed nim Purchawka. Czarna kocica obserwowała syna, który ostrożnie obwąchuje roślinę o fioletowych płatkach i słodkim zapachu. Nie widzieć czemu, Gończym miał ochotę cały wytarzać się w roślinie, jednak obawiał się czy matka pochwali takie zachowanie. Poza tym dziwnie by się czuł tarzając po podłodze lecznicy, gdy tuż obok znajdowali się Gołąbek, Mistral oraz pacjenci.
– To kocimiętka karłowata. Jest najlepszym lekarstwem na kaszel, a dokładniej wszystkie jego rodzaje. Oprócz tego również poprawia humor… – dodała, widząc, jak Gończym ociera się pyskiem o szaro-zielone liście i fioletowe kwiaty. – I łatwo się od niej uzależnić. – mówiąc to, odsunęła od kocurka roślinę.
Na pysku brązowego kocurka zagościły smutek i tęsknota za rośliną o pięknym zapachu. Nic dziwnego, że koty potrafiły się od niej uzależnić. Gdy zaciągał się jej zapachem, czuł się lekki jak piórko i widział świat w różowych okularach. Nie czuł żadnych zmartwień. Jedyne, co się liczyło, to fakt, że mógł się w niej tarzać.
Purchawka odchrząknęła, po czym wskazała łapą na pozostałe rośliny, dzięki którym można było wyleczyć kaszel.
– Spójrz na tę roślinę. To jastrzębiec leśny. Ma podobne działanie jak kocimiętka, lecz jest od niej słabszy. Łatwiej go pozyskać. A to gwiazdnica pospolita. – Matka wskazała na roślinę w kształcie migdałów i drobnych, białych kwiatach. – Leczy zielony i biały kaszel. Znajdziesz ją niemalże wszędzie. – Czarna łapa zawisła nad rośliną o żółtych kwiatach, wydzielających słodki zapach. – Niech cię nie zmyli kolor płatków. To podbiał pospolity. Jego kwiaty mogą być białe lub, jak w tym przypadku, żółte. Ułatwia oddychanie, a przede wszystkim podaje się go chorym na kocięcy kaszel.
Szamanka zamilkła, podnosząc spojrzenie na syna. Gończyk szybko zrozumiał, czego oczekiwała od niego matka.
– J-jastrzębiec – zamruczał, przenosząc spojrzenie na roślinę o małym pomarańczowym kwiecie i owalnych liściach. – Gwiazdnice zapamiętam, bo przypominają psiankę. A podbiał jest oszustem i wcale nie musi być pokryty bielą.
– Dobrze. – Mówiąc to, sięgnęła łapą po dwie różne rośliny, które zamiast ułożyć od siebie w odstępie, zdecydowała się położyć na sobie i przysunąć przed Modrogończyka. – To floks wiechowaty, a to lubczyk ogrodowy. Jeśli chcesz wyleczyć chorego z kaszlu, musisz pamiętać, aby je wymieszać. Jeśli podasz pacjentce sam lubczyk, możesz zwiększyć szansę na nieoczekiwane pojawienie się niespodzianki w jej brzuchu…
– Niespodzianki? Ch-chodzi o kocięta? – zapytał zawstydzony szeptem, kładąc po sobie uszy. Matka jak gdyby nic kontynuowała rozmowę, ignorując pytanie syna.
– Dlatego zamiast kotką, podawaj tę mieszkankę głównie kocurom, chyba że wcześniej skonsultujesz się z pacjentką i nie będzie miała nic przeciwko efektom ubocznym.
Dziwnie się czuł, gdy matka nazwała kocięta efektem ubocznym. Czyli wychodziło na to, że nie każda kotka pragnęła mieć kocięta? Nawet jeśli miała partnera? Musiał się jeszcze tyle nauczyć, aby móc lepiej zrozumieć swoich pacjentów i nieść im pomoc medyczną oraz duchową.

[trening szamana - 513]

Od Modrogończyka

Niedługo po mianowaniu

Gończyk najprawdopodobniej szamanizm wyssał z mleka matki, ponieważ do codziennych treningów z Purchawką podchodził z uśmiechem na pysku, chłonąc każde słowo, które opuszczało pysk złotookiej. Z zainteresowaniem wsłuchiwał się w monologi na temat Wszechmatki, niecierpliwie czekając, aż nadejdzie pora zadawania pytań cisnących się na jego mordkę. Nie mógł się doczekać, aż matka pozwoli mu na wzięcie udziału w spotkaniu wiernych oddających cześć Wszechmatce, a tym bardziej nie mógł się doczekać dnia, w którym kotka umożliwi mu przeprowadzenie poszczególnych ceremonii. Nim jednak to nastąpi, musiał ukończyć trening.
Po teorii przyszedł czas na naukę praktyczną. Razem z Purchawką, Mistral oraz Gołąbkiem opuścił obóz w celu uzupełnienia zapasów ziół przed zbliżającą się porą nagich drzew. Jako najmłodszy i najmniej doświadczony w zakresie znajomości ziół, miał za zadanie jedynie pomagać w ich transporcie. Zadanie mogło się wydawać nudne dla młodego kociaka, jednak brązowy kocurek podszedł do niego z ogromnym entuzjazmem. Rozumiał, że nie mógł na własną łapę zrywać, co popadnie, bo gdyby tak uczynił, mógłby zerwać niepożądaną roślinę i przyczynić się do otrucia jakiegoś kota, a nawet siebie samego.
Ciałem Gończyka wstrząsnęły dreszcze, gdy przypomniał sobie o Smudze, który nie tak dawno temu stracił życie z powodu popełnienia błędu przez Wiciokrzewa. Ostrożnie przeniósł spojrzenie na zielarkę, która była córką byłego uzdrowiciela, a aktualnego straszego. Pech chciał, że ich spojrzenia się spotkały. Kotka trzymała w pysku jakąś roślinę, której kwiat był w kolorze fioletu. Gończyk speszony przeniósł spojrzenie na swoje łapki, czując dodatkowo swego rodzaju niepokój, gdy tak wpatrywał się w niebieskie oczy Mistral. Poza tym było to przecież niegrzeczne tak wpatrywać się w kogoś. Zdawał sobie z tego sprawę.
"Ona nie czyta w myślach, prawda?"
– Gończyku. Chodź tu do mnie.
Brązowy kocurek skierował się w stronę matki, ciesząc się w duchu, że został przez nią w tym momencie zawołany.
– Wiesz co to za roślina?
Kocurek pokręcił łebkiem. Na ten moment wiedział jedynie, że to długie zielone, co wyrasta z ziemi i łaskocze go po brzuchu i bokach, to trawa.
– Psianka.
– Psianka? – spytał, a na jego pyszczku zagościł uśmiech. Kwiat faktycznie przypominał mu w pewnym sensie siostrzyczkę. Rozumiał, dlaczego Purchawka zdecydowała się nazwać swoją córkę właśnie takim, a nie innym imieniem. Płatki były w kolorze jej futerka, a środek kwiatu w kolorze jej oczu. – Mogę ją zerwać? Dam ją Psiance! Będzie mogła ją nosić w futrze lub ozdobi swoje legowisko…
– Jak ją zerwiesz, uschnie. Nie będzie cieszyć oczu… Lepiej będzie, jeśli przyprowadzisz tutaj Pisankę, pokażesz jej kwiat, po którym dostała imię i opowiesz jej o tym, czego się dzisiaj nauczyłeś – zasugerowała kocica. – Niech sama zdecyduje o tym, czy będzie chciała ją zerwać, czy otoczy opieką.
Gończyk przekrzywił łebek, nie bardzo rozumiejąc, dlaczego mieliby otoczyć opieką kwiat, który tak czy siak lada moment zniknie pod warstwami śniegu podczas pory nagich liści. Lub warstw błota, jeśli temperatura nie będzie na minusie.
– M-masz rację, mamo!
Kocurek nie mógł się doczekać, aż powrócą do obozu i będzie mógł pokazać swojej siostrzycze przepiękny kwiat, po którym otrzymała imię. Na pewno się ucieszy na jej widok i wysłucha zdobytej wiedzy przez brata podczas dzisiejszego treningu.
W drodze powrotnej do obozu, myśli brązowego kocurka krążyły wobec decyzji, jaką mogła podjąć siostrzyczka. Zechce zerwać kwiat i użyć go jako dekoracji, a może wspólnie będą dbać o małą roślinkę, otaczając ją opieką i miłością, nim nadejdzie pora nagich drzew? W obozie skierował się szybko w stronę legowiska uczniów, starając się dostrzec biało-czarne futerko Psianki w koronach drzew.
– Psianka jeszcze nie wróciła z treningu! – Usłyszał głos jednego z zwiadowców, który spoglądał z góry na Gończyka ze swojego legowiska na gałęzi – Bo to jej szukasz, prawda?
– Mhm. A możesz jej przekazać, aby przyszła do lecznicy, jak wróci do obozu? Mam dla niej prezent!

[609  + zbieranie ziół w towarzystwie zielarza/szamana]

Od Celestyna

Wychylił głowę zza parapetu, przyciskając nos do zimnej szyby i zmrużył oczy.
Zaparło mu dech w piersi. Kto to stał tam, przy płocie?
Za ciemnymi prętami, skrytą za kwietnymi krzewami dostrzegł nieznaną mu postać — kotkę o futrze bielszym niż śnieg i oczami zachwycającymi bardziej, niż niebo wieczorami. Nieznajoma przechyliła delikatnie łeb; czyżby czegoś szukała?
Sądząc po jej zadbanym wyglądzie, pochodziła z jakiegoś porządnego domostwa, więc wątpił, aby przyszła po jedzenie lub pomoc, jak to czasami zdarzało się włóczęgom (oczywiście zawsze w takich sytuacjach odsyłał ich do siebie!). Czego w takim razie mogła oczekiwać? Czy tylko się przechadzała?
Przez chwilę gapił się na nowo przybyłą ze zmarszczonymi brwiami, po czym odsunął się i zeskoczył z parapetu, a następnie ruszył w stronę drzwi wyjściowych. Nie widywał tu często nowych osób; właściwie, od odejścia Wisterii oraz śmierci Narratora, niemal z nikim nie miał okazji zamienić słowa. Większość czasu spędzał na malowaniu, całkiem poddając się swej artystycznej wenie (co niestety nie spotkało się z zadowoleniem Wyprostowanych). A teraz, o dziwo, ktoś przypałętał się do ogrodu jego Dwunożnych! I to o tak późnej porze!
W pośpiechu pokonał całą długość korytarza i przysiadł przy drzwiach, unosząc głos, aby któryś z Wyprostowanych przyszedł i otworzył dla niego te ciemne wrota.
Nie musiał długo czekać; już wkrótce jeden z domowników złapał za klamkę i wypuścił Celestyna na zewnątrz. Chłodny podmuch wiatru przemknął między kosmykami sierści pieszczocha, a dreszcz przebiegł po jego grzbiecie. Blade smugi światła rozmazały się na jego pysku wraz z ostatnimi promieniami słońca. Normalnie nie wychodził z domu o takich wieczornych porach, ale tym razem był zdesperowany, aby dowiedzieć się więcej o tajemniczym przybyszu. W końcu kto nie byłby ciekaw takich rzeczy?
Kotka wciąż stała w tym samym miejscu; wydawała się pogrążona w myślach, bo uparcie wpatrywała się w dal.
Bengal przystanął przy parkanie. Kwiaty rosnące wzdłuż niego przysłaniały mu nieco widok, ale nie na tyle, aby nie mógł dostrzec kociej sylwetki za nimi.
— Czyżbyś się zgubiła? — zapytał bezpośrednio, przechylając łepek.
Nieznajoma odwróciła się, a na jej pysku odmalowało się zaskoczenie, gdy złączyła spojrzenie z Celestynem.
— Ach, ależ skądże! — zaprotestowała prędko, nerwowo przecinając ogonem powietrze. — Przechadzałam się akurat okolicą, gdy moją uwagę przykuł pies Dwunożnych… Ciekawią mnie ich zwyczaje, zatrzymałam się więc, aby mu się przyjrzeć; jakież było moje zdziwienie, gdy zaraz potem zniknął pomiędzy budynkami i nawet na moment się nie zatrzymał, abym mogła się mu przyjrzeć!
Celestyn przysłuchiwał się jej słowom z uwagą.
— Jakież to dziwne! — westchnął, ale nie wyjaśnił już, co w tym wszystkim było dla niego tak dziwne. — Czy pozwoli pani zapytać, jakie to imię nosi ma rozmówczyni?
Szylkretka strzepnęła uchem.
— Zwą mnie Sycylia, ale możesz zwracać się do mnie jakkolwiek sobie życzysz. A ciebie jak zwą?
— Doprawdy nietypowe imię! Ja nazywam się Apollin — przedstawił się, poruszając wąsami.
Kotka przytaknęła.
— Również posiadasz śliczne imię — stwierdziła, a następnie przechyliła głowę, rozglądając się po ogrodzie.
— Mieszkasz tutaj, o, w tym domostwie?
Wskazała ogonem na dom za nimi.
— Zgadza się. — Przytaknął.
Szylkretowa przeniosła na niego wzrok z zainteresowaniem. Milczała kilka uderzeń serca, widocznie zamyślona.
— Odnoszę wrażenie, że cię kojarzę — przyznała po chwili namysłu. — Jesteś od tych… poetów, czyż nie?
Poetów? Zmarszczył nos.
— Znaczy, jesteś z rodziny Narratora, mam rację? — sprostowała prędko, widząc zmieszanie bengala. — Wszyscy macie podobne pręgi.
Strzepnął uchem.
— Jestem jego synem — wyjaśnił zwięźle. — Och, co to był za artysta…
Sycylia uśmiechnęła się.
— Tak myślałam. Jesteście bardzo do siebie podobni, wiesz? — Zanim Celestyn zdążył odpowiedzieć, Sycylia już zdążyła przejść na drugą stronę chodnika. — Przyjemnie mi się z tobą rozmawiało, Celestynie — zwróciła się do niego ponownie. — Czy nie chciałbyś pojawić się ze mną na bankiecie organizowanym przez moją rodzinę? Jesteś tam mile widziany.
Zamyślił się na chwilę, ważąc słowa pieszczoszki.
— Brzmi anielsko! — odparł po chwili namysłu. — Kiedy się odbędzie?
— Za dwa wschody słońca; spotkajmy się rano przy tamtym ambrowcu, nieopodal twego domu.
***
Od spotkania z Sycylią minął zaledwie wschód słońca, a Celestyn nie mógł przestać myśleć o ich rozmowie. Nigdy nie był na żadnym bankiecie i nie miał pojęcia, o co w nim chodziło. Czy to w ogóle było bezpieczne?
Westchnął ciężko, żłobiąc pazurem rysunki w materiale dywanu.
Żałował, że nie rozmawiał z Narratorem więcej za jego życia. To Wisteria i Leto głównie spędzali czas z ojcem, a on zawsze był zbyt pochłonięty sztuką, aby zainteresować się rozmową ze starszym. Skąd kojarzyła go Sycylia? Jak tak naprawdę wyglądała jego przeszłość?
***
Słońce dopiero co wychylało się zza horyzontu, gdy Celestyn wyszedł na dwór, powoli przemierzając trawiasty ogród. Delikatna woń kwiatów wypełniła jego nozdrza, kiedy minął rząd margaretek i przecisnął się między chłodnymi prętami ogrodzenia. Ostrożnie wylazł na zewnątrz, prostując kończyny i przygładzając futro w miejscach, w których nieco się zmierzwiło. Zrobił kilka kroków w bok i ze spokojem zbliżył się do wcześniej ustalonego miejsca ich spotkania. Sycylia siedziała pod drzewem, schroniona w cieniu jego gałęzi. Na widok bengala uniosła wzrok znad ziemi, a jej oczy zabłysły delikatnie.
— Witaj, Celestynie! Pojawiłeś się. — Zerknęła na niebo. — Lepiej ruszajmy już; nie chciałabym, żebyśmy się spóźnili.
Sycylia wstała, a on, strzepnąwszy ogonem, ruszył za nią. Szli tak przez pewien czas w milczeniu; minęli kilka sąsiednich domostw, a w krótce i drogę potworów — duszący odór spalin piekł mu nozdrza, a twardy asfalt podrażniał poduszki łap. Skrzywił się delikatnie i zmarszczył nos. Jego ogon przeciął nerwowo powietrze, gdy przyspieszył, aby zrównać krok z Sycylią. Nie podobało mu się tu. Dlaczego się zgodził? Jeśli coś się wydarzy, po prostu zostawi Sycylię i wróci do domu…
Wkrótce zawitali przed rezydencję szylkretowej. Spory, zadbany ogród osłaniał średniej wielkości dom o ciepłych barwach, idealnie umytych oknach i białych kolumnach.
— Chodź tutaj. — Wskazała ogonem na przejście w płocie.
Obaj przekroczyli ogrodzenie, a następnie udali się na tyły ogrodu, do szklarni.
Celestyn podążał za kotką, uważnie obserwując nowe otoczenie. Jasne promienie słońca odbijały się w przeszklonej konstrukcji, mieniąc się ślicznie (ale nie tak ślicznie, jak witraże w jego domu, rzecz jasna).
Sycylia wprowadziła go do środka — wnętrze szklarni wypełnione było różnorodnymi roślinami, zielonymi łodygami i pachnącymi kwiatami. Nie to jednak przykuło uwagę Celestya; skupił się bowiem na zgromadzonych kotach, których było znacznie więcej, niż się spodziewał. Wszyscy wyglądali elegancko; z zadbanymi, lśniącymi futerkami, wysoko uniesionymi ogonami, a czasem i ozdobnymi obrożami, mieniącymi się wokół ich szyi.
Celestyn wciąż próbował zrozumieć, co się dzieje, gdy jakiś kocur ruszył w ich kierunku i kremowy instynktownie stanął bliżej Sycylii. Niech ona zajmuje się rozmowami!
— To mój ojciec — mruknęła mu na ucho, ale bengal nie miał już czasu odpowiedzieć, bo starszy stanął przy nich, uśmiechając się z politowaniem. Jego ciemne oczy błysnęły delikatnie, a jasne kosmyki futra poruszały się z każdym ruchem.
Pieszczoch przechylił łeb i zwrócił się do Sycylii:
— Widzę, że przyprowadziłaś gościa — stwierdził, po czym przeniósł wzrok na Celestyna i skinął delikatnie głową. — Cieszę się, że dotarłeś bez żadnych problemów.
Celestyn tylko skinął głową, a starszy kontynuował:
— Na imię mi Cyprys; Sycylia zdążyła już opowiedzieć nieco o tobie, więc nie widzę potrzeby, abyś ty również się przedstawiał. Z tego co słyszałam, to twoje pierwsze takie przyjęcie… życzę więc dobrej zabawy. — I po tych słowach mruknął coś o tym, że “musi iść do innych gości”, po czym odszedł w głąb szklarni, po drodze zagadując kilka innych kotów.
Celestyn wraz z Sycylią przeszli na bok; podczas, gdy Sycylia prowadziła rozmowę z grupą innych wysoko postawionych pieszczochów, bengal zbyt zajęty był obserwowaniem innych kotów — dlaczego część z nich tak dziwnie na niego patrzyła? Kilkakrotnie spotkał się z krzywymi, niemal pogardliwymi spojrzeniami ze strony innych. Dlaczego to? Czyżby miał coś na futrze? Nie, wyglądało w porządku. W takim razie co było przyczyną?
Już miał zapytać o to Sycylię, gdy usłyszał czyjś głos tuż przy swoim uchu:
— Nie spodziewałem się zobaczyć tu dzisiaj kogoś z rodziny Narratora — zaświergotał niebieski kocur, siadając przy nim. — Nie powinieneś być zajęty waszą sztuką? Sam zapewne dobrze wiesz, że takie bankiety nie są dla każdego…
Strzepnął ogonem, spoglądając na kocura.
— Zapewniam cię, że nie ma potrzeby do obaw — rzucił. Kto to w ogóle był?
Najwidoczniej nie dane mu było się dowiedzieć, o co chodziło kocurowi, bo już po chwili ktoś zawołał niebieskiego i tamten, prychnąwszy coś pod nosem, zniknął w tłumie.
***
Bankiet nie potrwał zbyt długo — znaczy, Celestyn nie wiedział, jak długo trwał, bo gdy tylko zaczęło mu się nudzić oznajmił Sycylii, że wraca do domu, a ona chciała go odprowadzić. Nie wiedział, co sprawiało, że tak chętnie wszędzie z nim chodziła, ale nie protestował.
Mówiąc szczerze, po tylu księżycach spędzonych samotnie cieszył się na towarzystwo kotki; była dobrym towarzyszem i z chęcią rozmawiała z nim o wszystkim — wliczając w to sztukę, kolor niebieski i cokolwiek, co w danym momencie przyszło mu do głowy.
Droga powrotna zajęła im nieco czasu i zanim zdążyli dotrzeć do domostwa Celestyna, burzowe chmury zaszły dotąd błękitne niebo i, jak można się domyślić, nie potrzeba było długo czekać, aby całkiem się rozpadało.
Gdy stanęli przy płocie, odgradzającym ulicę od ogrodu, obaj byli już całkiem przemoczeni i zziębnięci. Celestyn zaprosił Sycylię do siebie (głównie dlatego, że głupio było mu zostawić ją samą na deszczu), ale jako pierwszy wpakował się do środka, żeby uchronić sierść przed dalszym moknięciem. Brud oraz deszcz tolerował tylko w przypadku, gdy były one konieczny do tworzenia sztuki.

Od Chudego Grzbietu CD. Cisowego Tchnienia

Przeszłość

Chudy nigdy nie był zbyt blisko z Cisowym Tchnieniem. Kotka zajmowała wysoką pozycję w Klanie (a przynajmniej tak myślał Chudy), więc bury wyczuwał pomiędzy nimi przepaść nie do przeskoczenia. O ile Roztargniony Koperek go szkolił, było ono również po prostu… przystępniejsze. Bez tego zimnego, oceniającego spojrzenia. Jakby sam wzrok głównej Medyczki mógł przeczytać z myśli Chudego, co planuje dzisiaj robić, albo czy coś przeskrobał. Chociaż w większości przypadków bury młody medyk był raczej klanowym klaunem, ciągle robiąc jakieś głupie występki, tak też nie wykluczało to przecież używania takiego zachowania jako przykrywki do niecnych planów. Co prawda Chudy raczej strategiem nie był, ale nigdy nie powinno się wykluczać takiej opcji, nie? Właśnie przez to głównie czuł dystans do Cis. Jakby ona nigdy mu nie ufała, jakby w ogóle go nie lubiła, odkąd pierwszy raz postawił łapę w legowisku medyków. Ciągle miał wrażenie, jakby jego trzy włoski na grzbiecie jeżyły się losowo w ciągu dnia, pod wpływem wzroku starszej, zimniejszego od lodu. Wychudzony kocurek uważał poniekąd, że powinna już dawno pójść na emeryturę, ale z drugiej strony wiedział też, iż miała na pewno rozległą wiedzę. O ziołach, chociaż zapewne nie tylko…
Dlatego też tym razem zagrodził jej drogę. Od dłuższego czasu Chudemu chodziło po głowie zapytanie kotki o jakieś konkretne pomysły na mieszanki ziół, które może rozwiązałyby problemy skórne burego. Zawsze jednak w ostatniej chwili się wahał i odpuszczał, bo koniec końców był tylko tchórzem. Dziś jednak kotka zdawała się w niezłym nastroju, o ile można było to tak nazwać…
— O co chodzi? — zapytała go, gdy ten patrzył na nią z wahaniem.
Otworzył pyszczek, zamknął go, machnął nerwowo cienkim ogonem.
— Czy eee… masz może pomysł na jakąś mieszankę ziół, która pomogłaby mi z suchą skórą…? No bo jesteś starsza stażem i w ogóle, może gadałaś z innymi medykami z klanów i coś tam słyszałaś. No bo wiesz, że ja taką tę skórę mam no… jak ziemia w Porę Zielonych Liści, heheh…
Popatrzyła na niego karcąco, a Chudy momentalnie napiął się jak struna. Skulił się w sobie niczym kocię.
— Jako medyk masz się skupić na leczeniu kotów. Nie na jakichś kocięcych marzeniach.
Młody medyk położył po sobie uszy, jego ogon przestał nerwowo drgać, opadając ze zrezygnowaniem. No tak… to kocięce marzenie… próba bycia normalnym, tak jak wszyscy, ale widocznie nie dla wszystkich miało to, tak samo duże znaczenie. Bury krzywo się uśmiechnął, mimo rozdzierającego smutku i jakby wielkiego głazu przygniatającego jego chęci oraz ambicje.
— No tak… — mruknął niezręcznie, przełykając wielką gulę, która ugrzęzła mu w gardle.
Na co on liczył? Iż Cisowe Tchnienie naprawdę da mu wskazówki? Że go zrozumie, spróbuje wesprzeć? Szylkretka była poważana w klanie dużo bardziej, niż on, w dodatku przeżyła więcej, dlaczego więc przyszło mu na myśl, iżby miała pochylić się nad tak prozaicznym problemem, jakim była jego skóra? Nie dorastał jej do pięt, czuł, jakby w ogóle nie powinien się do niej odzywać bez ważnego powodu. Istotnego nie według jego miar, a klanowych - jak na przykład potencjalne zagrożenie z czyjejś strony, lub zasłyszana niepokojąca plotka. Chudy Grzbiet był na pewno w oczach kotki zwykłym desperatem, żałosnym, niegodnym zaufania.
Uszy przykleił jeszcze mocniej do czaszki, nim podziękował i uciekł w popłochu niczym zając.

Teraźniejszość

Śmierć starszego, Bladego Lica zaskoczyła wszystkich. Przynajmniej takie było wrażenie, gdy koty plotkowały na prawo i lewo po tej tragedii. Jedynie Zalotna Gwiazda zdawała się mieć ten sam, poważny wyraz pyska jak zawsze. Chudy słyszał, że zabiła swojego poprzednika, toteż nigdy nie opuszczał w pobliżu kotki gardy, ba, ważył każde słowo, jakby miał pazury liderki na gardle. Kotka przerażała samą swoją prezencją, ozdobiona bliznami, postrzępionym futrem i oceniającym, przeszywającym duszę spojrzeniem. Każdy oddech w jej towarzystwie mógł być tym ostatnim.
Chudy Grzbiet nie zdziwił się, więc gdy słyszał plotki, a były najróżniejsze. Przede wszystkim ta o gałązce cisu przy ciele zmarłego. Ponoć koty z patrolu, który odnalazł ciało, podzieliły się taką informacją. Mało tego, przecież niedawno Blade Lico oraz Cisowe Tchnienie zostali oficjalnie parą. Kotka musiała przeżywać głęboką żałobę po ukochanym.
Bury medyk po tej tragedii obserwował kocicę bardziej niż zwykle. Oczekiwał płaczu, żalu, może nawet przerwy w pełnieniu obowiązków, jednak… nic takiego nie nastąpiło. Cisowe Tchnienie wciąż była tak samo oziębła, jak zwykle, nie płakała po nocach, co Chudy by wiedział, wszak mieszkali razem w jednym legowisku. Po szylkretowej kotce jednak nie było widać ani grama rozpaczy. Dlaczego? Chudy dzień i noc zastanawiał się nad tym zjawiskiem. Przecież normalnie, jeśli koty się kochają, to powinny płakać po stracie partnera, prawda? Czemu więc Cis tego nie robiła? Lub robiła, ale tak cicho i dyskretnie, by żadne oczy oraz uszy nie mogły tego dostrzec…? Bury nie mógł wyrzucić tej kwestii z głowy. Jeszcze ta gałązka cisu przy ciele. Czy Blade Lico był tak zdesperowany, by popełnić samobójstwo? Wszak wiadomo, że cis jest szalenie trujący!
Może… Może Chudy wysnuwał błędne wnioski? Niby nie znał starszego jakoś dobrze, ale przez liczne karne sprzątania oraz karmienia starszych wiedział tyle, iż nie był on desperatem. Ba, nie miał depresji, żadnych stanów lękowych, dlaczego więc miałby posunąć się do czegoś tak drastycznego, jak odebranie sobie życia? Chociaż… jego ciało miało również ślady pazurów jakby po walce. Czy to możliwe, że został zamordowany z premedytacją? Niby koty tak szepczą… Może Blade Lico komuś zawinił? Czy płacił za grzechy popełnione kiedyś, nim Chudy zjawił się w tym klanie? Na Mroczną Puszczę… to wszystko było zbyt zagmatwane.
Jedno jednak było pewne - brak głębokiej żałoby u Cis wywoływał w Chudym prawdziwy strach. Jeśli kotka była tak wyprana z emocji, by nawet nie płakać po zmarłym partnerze, to musiała być jakaś psychiczna. Pewnie jej ktoś mózg przeprogramował, w co Chudy mógłby uwierzyć… w końcu mieszkali w Klanie Wilka. Czy można było tu mówić o powiązaniach pomiędzy medyczką a śmiercią starszego? Gałązka cisu przecież wskazywała na skojarzenie z imieniem szylkretki.
Myślenie o tym powodowało w Chudym przerażenie. Prawdziwą obawę o swoje życie zaczął odczuwać, gdy kotka któregoś razu spojrzała na niego tym swoim spojrzeniem, jednak Chudy dostrzegł w nim coś jeszcze. Nie śmiał oskarżać medyczki o takie drastyczne rzeczy… przecież nic nie zostało udowodnione! On był po prostu głupi, myśląc, że Cis mogłaby zrobić coś takiego! Tak, to na pewno to. Może… Może ktoś chciał wrobić medyczkę?
Co prawda Chudy ograniczał swoje interakcje ze starszą, jednak musiał ją o to zapytać. Nie mógł spać po nocach przez nawiedzające go myśli o tej tragedii.
Dlatego też pewnego ładnego wieczora, podszedł do kotki na uboczu. Nie było dookoła nich kotów, czym Chudy potencjalnie ryzykował brak świadków, ale martwy i tak nic nie zdziała. W końcu Cis nigdy go nie lubiła, a nie miał pewności czy teraz gdy zacznie wściubiać nosa w nie swoje sprawy, nie zostanie uciszony.
Podszedł do niej, próbując zamaskować drżenie łap. Mógłby to, co prawda zrzucić na swoją kondycję, w końcu on ciągle się telepał, ale czuł, że kogo jak kogo, ale Cis nie wyprowadzi tym w maliny. Wziął więc wdech, nieco zestresowany, nim wyrzucił z siebie pytanie.
— Jak się czujesz po stracie partnera, Bladego Lica? — miauknął. — Czy… mogę Ci jakoś pomóc?

<Cis? :3 >

25 czerwca 2026

Od Kazarka do Cętkowanego Tęgosza

Sezon migrujących ptaków był pod koniec jakoś bardzo zimny, przynajmniej przez ten porywisty wiatr. Siedzenie samemu w norze nawet nie pomagało, nawet tam czuł, że nie było mu wystarczająco ciepło. Wyszedł, ziewając, ze swojej nory na całego. Przypomniał sobie, że coś by zjadł... Prędkim krokiem ze swojej nory dotarł do Drogi Grzmotu, następnie rozejrzał się czy nic nie jedzie i był już na terenach klanu. Następnie jeszcze przepłynął rzekę, by łowić, po tej stronie gdzie nie było Dwunożnych. Trochę zmoczony od wody, podrapał się za uchem, bo akurat go swędziało i czekał, aż jakaś ryba przepłynie blisko niego, to jedyne co umiał upolować i co mogło być wystarczająco sycące. Myszy, które łapał lub mniejsze gryzonie nie były zbytnio satysfakcjonujące. Zwłaszcza że obawiał się nadchodzącej pory, pustych gniazd, ponieważ wiedział, że będzie miał przechlapane, jeśli nie zrobi jakichś zapasów pożywienia. Musiałby wtedy polować na swoim terenie. Zwierzyna się chowała, gdy pierwsze śniegi spadały. Kocur zastanawiał się, jak przetrwa w takich warunkach? Cień jakiejś pierwszej lepszej ryby sprawił, że przestał myśleć i szybko złapał ją swymi pazurami, a potem dobił ją szczękami. Posiadanie ryby w pysku było czymś odświeżającym dla jego kubków smakowych, aż czuł, że cieknie mu ślinka z pyska. Zostawił rybę w takiej odległości, żeby nie wpadła znowu do wody, następnie zabrał się do złowienia następnej sztuki.
— Widzę, że znowu nasze ścieżki się krzyżują, nie sądzisz? — Kazarek spojrzał na znajomego rudego kocura. To ten, którego uratował przed śmiercią z powodu utopienia.
— N-na to wygląda. Chcesz mnie wygonić? — pamiętał, jak za pierwszym razem klanowicz patrzył na niego wrogo, ukryty w krzakach. Emitowało od niego coś dziwnego, coś takiego, że chyba by podskoczył, gdyby miał do niego podejść bliżej.
— Chciałbym, ale tak chyba nie robi się z kotami, które uratowały ci życie. Gdybyś był z innego klanu, to bym cię rozszarpał, te koty nie są zbyt dobre moralnie. Samotników już bardziej zniosę, nawet czasem się zdarza, że bierzemy silniejszych pod nasze łapy. Nie widzę jednak w tobie jakiejś wielkiej siły, choć jestem ci wdzięczny, Kazarku, że mnie uratowałeś. Jako Cętkowany Tęgosz, wojownik Klanu Wilka nie zapomnę ci tego — chyba powinien się cieszyć, że rudzielec go nie zamierzał rozszarpać, choć się zastanawiał, czym taki kot z innego klanu mógłby zawinić.
— A czemu byś to zrobił, gdybym miał być kotem z innego klanu, Cętkowany Tęgoszu? — podrapał się po nosie, bo akurat go swędziało. Rudzielec chwilowo popatrzył na niego z odrazą, następnie przeszedł do rzeczy.
— Powiedzmy, że te koty są bardzo egoistyczne i zepsute. Uważają się za wyższych. Gdybyś wszedł na ich tereny, to by cię zabili bez zastanowienia, nie daliby ci nawet czasu, żeby uciec — brzmiało to dosyć nielogicznie. Od kiedy wymienili kilka zdań poprzednio z nim, cynamon pamiętał, że chyba klan rudego też rozszarpywał nieznajomych? "Nie daliby ci nawet czasu na ucieczkę" — cynamon przez chwilę zaczął się zastanawiać. Coś mu nie grało w tych słowach, ale nie umiał powiedzieć, co aż w końcu sobie przypomniał poprzednie słowa rudzielca, wypowiedziane jak rozmawiali dużo wcześniej.
— Ale sam mi powiedziałeś wcześniej, że gdyby twój klan mnie zobaczył, to by mnie też rozszarpał, bo nie tolerujecie złodziei i czegoś tam jeszcze, czego już nie pamiętam — no właśnie Cętkowany Tęgosz wcześniej coś takiego mówił.
— Mówiłem, ale oni rozszarpują wszystko, co się rusza na ich terenie bez powodu, a my mamy ich pełno. Po pierwsze złodzieje osłabiają nasz klan o jedną zwierzynę, która mogłaby wykarmić kociaka lub wojownika. Także, gdyby naprawdę byli głodni, to polowaliby gdzie indziej. Także u nas rozszarpanie jest pouczaniem takich osobników — pouczeniem? No cóż, to chyba i tak go nie dotyczyło, bo na ich terenie łowił tylko ryby, a ze swego skrawku patrząc na nich z daleka, nie widział, żeby korzystali z rzeki.
— A jeszcze macie jakieś powody? — chciał wiedzieć, czy na pewno nie był na tej liście powodów.
— Jeszcze stosujemy przeganianie dla słabych kotów, które spotkaliśmy po drodze, a jeśli będą uparte i zignorują ostrzeżenia, to wtedy sięgamy po pazury. Nawet gdybyśmy ich oszczędzili, to przyroda sama by ich zabiła, jak ptaki które za późno opuściły gniazdo, jak słabe młode, które opuściło swoją matkę. Dlatego nie ma dla takich ogólnie miejsca na tym świecie, tutaj toleruje się tylko siłę. Niestety ty też nie wyglądasz mi na silnego, tylko na jakąś chudzinę bez mięśni, jednak mogę zmienić o tobie zdanie, gdy przeżyjesz Porę Spadających Liści — brzmiało to, jak jakieś wyzwanie rzucone przez klanowicza. Nie bał się jednak zostać uznanym za słabego, a chciał żyć, w końcu był tylko prostym kotem, który chciał porządnie zjeść, zdrzemnąć się i żyć.
— Jasne, przeżyje, nie musisz się o to martwić — przetarł łapą znowu po nosie, bo akurat go swędział, rudas oczywiście patrzył na niego jak zwykle tymi oczyma bez żadnej emocji na pysku.
— Bardzo zadowalająca odpowiedź, oczywiście będę cię odwiedzać, ale nie sądź, że w celu ułatwienia ci przetrwania, po prostu będę sprawdzać granice, jak to mają za zadanie robić wojownicy — Cętkowany Tęgosz obrócił się w stronę lasu, znikając. Kazarek po tym wrócił do łowienia ryb, ten kot był tajemniczy, ale dzięki niemu dowiadywał się więcej rzeczy, o tym, jak wyglądała rzeczywistość. W towarzystwie rodziców pewnie nie dowiedziałby się nigdy o jakiś klanach czy innych grupach, pewnie by go zbyli, mówiąc, że tylko im zawraca głowę niepotrzebnymi pytaniami. Kocurek usłyszał drganie wody i szybko rzucił się w jej odmęt, miał już drugą rybę. Jedną do zakopania, drugą do zjedzenia. Kocurek wziął dwie ryby, trzymając je pyskiem za ogony. Przepłynął przez rzekę, następnie rozejrzał się po Drodze Grzmotu. Było pusto. Coś drgnęło. Cynamon obrócił głowę. Wiewiórka... a już myślał, że może oni wrócili… Przeszedł przed drogę, rozpływając się z Wilczackich terenów.

<Cętkowany Tęgoszu?>

Od Łzy CD. Zewu

Na jej pysku pojawił się szeroki, niemal złośliwy uśmieszek, który próbowała ukryć pod pozorem zwykłej satysfakcji, lecz błysk triumfu w oczach zdradzał znacznie więcej, niż sama chciałaby przyznać. Obserwowała, jak jej brat w końcu odchodzi od Purchawki, a wraz z każdym jego krokiem coś przyjemnie rozlewało się po jej wnętrzu, ponieważ przestrzeń przy matce, jeszcze przed chwilą zajęta przez kogoś innego, należała teraz wyłącznie do niej. Nie chodziło nawet o samo miejsce. Chodziło o uwagę. O spojrzenia. O czułość. O świadomość, że przez najbliższe kilka chwil nie będzie musiała dzielić się nimi z nikim. Z wysoko uniesioną głową podreptała w stronę matki, starając się wyglądać przy tym możliwie niewinnie, choć ogon poruszał się za nią w sposób zdradzający znacznie większe zadowolenie, niż powinna odczuwać z tak błahego zwycięstwa. Gdy tylko znalazła się obok Purchawki, natychmiast przytuliła się do jej boku, jakby od dawna właśnie tego potrzebowała, po czym pozwoliła, by dymna kotka zajęła się jej futrem.
Szorstki język matki przesuwał się po jej sierści z matczyną czułością, choć bez szczególnej dokładności, ponieważ Purchawka zdawała się bardziej skupiona na samym geście niż na faktycznym uporządkowaniu futra. Łzie było to jednak całkowicie obojętne. Gdyby naprawdę zależało jej na wyglądzie, dawno sama doprowadziłaby sierść do porządku. Teraz chodziło o coś zupełnie innego.
Chodziło o to, że matka patrzyła na nią.
Że poświęcała jej czas.
Że jej uwaga należała wyłącznie do niej.
Przymknęła oczy i posłała Purchawce kilka wyjątkowo czułych spojrzeń, które mogłyby uchodzić za przejaw szczerego przywiązania, gdyby nie fakt, że co kilka chwil zerkała ukradkiem w stronę brata. Za każdym razem, gdy dostrzegała go choćby kątem oka, przez jej spojrzenie przebiegał cień niechęci, szybki i trudny do zauważenia, lecz wystarczająco wyraźny, by zdradzić, że zwycięstwo nie przyniosło jej pełnego zadowolenia.
Ponieważ sam fakt jego istnienia wciąż ją drażnił.
Przez krótką chwilę trwała w bezruchu, pozwalając Purchawce wykonywać swoją pracę, aż nagle drgnęła lekko, jakby właśnie przypomniała sobie o czymś niezwykle ważnym. Jej oczy natychmiast rozbłysły, a pyszczek rozjaśnił się w sposób niemal teatralny.
— Dziękuję, mamuś! — miauknęła wysokim, przesadnie wdzięcznym tonem, po czym zerwała się na łapy z taką energią, że niemal wyrwała się z objęć Purchawki.
Dymna kotka zamrugała zaskoczona.
— Przecież... ledwo zaczęłam — zauważyła, marszcząc lekko brwi. — Łzo.
Kotka przekrzywiła głowę, jakby sama nie rozumiała, skąd bierze się to zdziwienie.
— Uhh... przecież powiedziałam, że to ma być tylko szybki przegląd!
Wypowiedziała te słowa z taką pewnością siebie, jakby naprawdę miała miejsce podobna rozmowa, choć w rzeczywistości niczego takiego nie pamiętała nawet sama Łza. Nie miało to jednak większego znaczenia. Najważniejsze było to, że przez chwilę znajdowała się w centrum uwagi.
Purchawka zastrzygła uszami.
— Niby kiedy...?
— Niby teraz!
Jej odpowiedź padła natychmiast, niemal zanim matka skończyła mówić. Na pyszczek wrócił niewinny uśmiech, a oczy rozbłysły figlarnie, przez co wyglądała bardziej jak rozbrykane kocię niż ktoś, kto właśnie bezczelnie wymyślił coś na poczekaniu.
— Idę bawić się z Zewem, Mordogończykiem i tą... no... Psianką!
Nie mogła przecież pozostać niezauważona przez rodzeństwo, co nie?

***

Odkąd opuściła Owocowy Las, jej życie zdawało się rozkwitać niczym rośliny podczas pory Nowych Liści, kiedy nawet najbardziej zaniedbane krzewy pokrywają się świeżą zielenią, a powietrze przesycone jest zapachem nowego początku. Jeszcze niedawno zmuszona była nieustannie dzielić uwagę Purchawki pomiędzy siebie, Mordogończyka i Psiankę, przez co niemal każdego dnia musiała walczyć o spojrzenia, pochwały oraz najdrobniejsze oznaki zainteresowania, które dla innych mogły wydawać się czymś nieistotnym, lecz dla niej stanowiły najcenniejszą nagrodę. Teraz jednak wszystko wyglądało inaczej, ponieważ nie musiała już obserwować, jak matka poświęca czas komuś innemu, ani słuchać, jak Psianka zostaje obsypana ciepłymi słowami, ani patrzeć, jak Mordogończyk przypadkiem przyciąga uwagę samym swoim istnieniem.
Być może uczucie ulgi wynikało też z faktu, że Purchawki również tutaj nie było… Jednak Łza nie zamierzała poświęcać podobnym rozważaniom zbyt wiele czasu, gdyż znacznie bardziej interesowały ją przyjemniejsze aspekty nowego życia. Miała przecież Zawodzące Echo, z którym mogła spędzać długie godziny, chłonąc każdą chwilę jego uwagi, a także Zewa, którego obecność okazywała się wyjątkowo wygodna właśnie dlatego, że niemal nigdy nie próbował szczególnie konkurować z nią o zainteresowanie innych kotów.
Jej brat wydawał się wręcz stworzony do pozostawania w cieniu — odkąd opuścili dawny dom, sprawiał wrażenie jeszcze bardziej zamkniętego w sobie niż kiedykolwiek! Chodził cicho, odzywał się niewiele i niemal zawsze wyglądał tak, jakby myślami znajdował się gdzieś bardzo daleko od miejsca, w którym rzeczywiście przebywał. Dla Łzy było to jednocześnie zabawne i irytujące — nie potrafiła zrozumieć, jak można nie pragnąć uwagi innych, jak można nie próbować wyróżniać się na tle otoczenia i jak można dobrowolnie rezygnować z bycia w centrum wydarzeń.
Przez chwilę przyglądała mu się z ukosa, podczas gdy na jej pysku powoli rozlewał się rozbawiony uśmiech, a w oczach pojawiał się charakterystyczny błysk zwiastujący kolejną zaczepkę. Uwielbiała obserwować reakcje innych kotów, szczególnie wtedy, gdy sama była ich przyczyną, dlatego też niemal odruchowo zaczęła szukać słów, które mogłyby wywołać choćby najmniejsze poruszenie.
— I cooo... Zewie? Nie nudzi ci się tu..? — zamruczała przeciągle, celowo wydłużając ostatnie sylaby, podczas gdy jej ogon poruszał się leniwie za plecami.
Przechyliła głowę lekko na bok, a jej uśmiech stał się jeszcze szerszy.
— Taki samotny... bez żadnych znajomych...
Choć słowa te mogły brzmieć jak niewinna prowokacja, w rzeczywistości obserwowała go z niezwykłą uwagą, próbując wychwycić choćby najmniejsze drgnięcie uszu, zmianę spojrzenia albo napięcie mięśni — najbardziej interesowała ją nie sama rozmowa, lecz reakcja, którą mogła wywołać. Jeśli rzeczywiście cierpiał z powodu samotności, chciała zobaczyć, jak bardzo go to zaboli.

<Zewiee?>

Od Czajki CD. Lisiego Ostu

Przeszłość, niedługo po pierwszym spotkaniu Osetka

Brązowo ślepia puste, bez życia niczym gołe gałęzie drzew w porze przymrozków, skierowane były w krajobraz przed ich właścicielem. Samotnik siedział nieruchomo, niczym posąg, a jedyną oznaką, że należy do żywych istot, była lekko falujące boki, wprawiane w ruch przy każdym wdechu i wydechu. Atramentowy firmament malował się ponad najwyższym poziomem lasu, jakie stanowiły korony drzew wysoko pnące się ku nocnej czeluści. Jedynymi źródłami światła w tym mroku był księżyc oraz liczne gwiazdy, które mu towarzyszyły na niebie.
Niemal grobową ciszę przerwało ciężkie westchnienie, które opuściło pysk niebieskiego kocura. Zdawać się mogło, że cały czas dotychczas wstrzymywał oddech w napięciu, kiedy to myśli dawnego Owocniaka wręcz galopowały w jego głowie, uniemożliwiając skupienie się na jednej z nich lub na czymkolwiek innym. Nagłe ukłucie w klatce piersiowej było tak niespodziewane, że aż sparaliżowało ciało samotnika, wraz z jego oddechem, który został urwany w połowie wydechu. Czajka starał się wziąć na nowo wdech i następnie wykonać głęboki wydech, lecz jego płuca odmawiały współpracy, pozwalając mu jedynie na krótkie, nieco spanikowane oddechy. Brązowe ślepia zaszły łzami, a jedna z łap powędrowała na klatkę piersiową, jakby to miała pomóc w oddychaniu.
Nie wiedział, co czuć — złość, żal, szczęście, ulgę? Tyle księżyców żył w przekonaniu, że Osetek na stałe opuścił jego życie, a jedyne, co po nim zostanie to słodko gorzkie wspomnienia, kiedy to niewiele młodszy od niego kocur zainteresował się jego stanem po mało przyjemnym okresie, którego doświadczył u boku Borowika. A teraz? Nagle dowiaduje się, że ten zielonooki Owocniak, a obecnie samotnik, żyje i ma się dobrze. Pojedyncza łza zaczynała znaczyć na jego prawym poranionym policzku mokry ślad, którym później podążały kolejne słone krople, by w akompaniamencie cichego szlochu zakończyć swe istnienie wraz z uderzeniem w gałąź drzewa, na której przesiadywał Czajka.

«★»

Spotkanie Osetka, pora zielonych liści

Niebieski samotnik spokojnym krokiem podążał dobrze sobie znaną ścieżką po gałęziach drzew. Wysoko nad ziemią czuł się znacznie bezpieczniejszy, niż kiedy to jego białe łapy dotykały ściółki leśnej. Zdecydowanie wolał wieść życie jako samotnik ponad głowami innych, przynajmniej miał większe szanse na przetrwanie, biorąc pod uwagę jego nieco wątłą budowę, która zdecydowanie nie mogła być porównywana do tej wojowników z Owocowego Lasu. Z lekkim uśmiechem na pysku przeskakiwał to na kolejne gałęzie, zaczynając nieznacznie nabierać prędkości, aż jego spokojne kroki zmieniły się niemal w szaleńczy bieg, któremu było bliżej do tańca ze śmiercią. W takich momentach brązowooki zapominał o swojej przeszłości, decyzjach, które powoli ciągnęły go w dół.
Wiosenny wiatr mierzwił przyległą półdługą sierść samotnika, sprawiając, że ta na karku nieznacznie się podnosiła z powodu chłodu, jakie niosły ze sobą podmuchy powietrza. Po dłuższej chwili było to jednak nieco przyjemne, gdyż powiewy te stawały się orzeźwiające dla coraz bardziej rozgrzanego ciała. Kiedy jednak wiatr zaczął przynosić ze sobą słabą woń Owocowego Lasu, zwolnił, uświadamiając sobie, że musi się zbliżać do granicy jego dawnego domu. Wraz z tą wonią humor kocura uległ drastycznej zmianie, powodując zniknięcie błogiego uśmiechu z jego białego pyska.
Ostatnim czego chciał to powrotu do miejsca, gdzie już w pierwszych księżycach czuł się nie na miejscu, a później to uczucie ponownie do niego wróciło — może i miał kochających rodziców, wspierające rodzeństwo, lecz wśród innych Owocniaków czuł się obco, co zdążył raz udowodnić swoim głupim uczniowskim zachowaniem. Z gorzkim posmakiem na języku skierował się ku pniu drzewa, na którego gałęzi się zatrzymał, by następnie w grobowej ciszy zejść po konarze i drogę powrotną odbyć już w niższych partiach lasu. Podróż do miejsca, które w ostatnich dniach zajmował, pokonał w cieniu drzew, kryjąc się pomiędzy krzewami przed możliwym zagrożenie ze strony dzikich zwierząt, bądź innych samotników, których nastawienie nie będzie tak pokojowe, jak jego.
Po drodze udało mu się złapać z dwie nornice, które miały później stanowić posiłek dla kocura, kiedy tylko ten dotrze do swojego tymczasowego miejsca odpoczynku. Obszar ten był niewielki i obejmował tak naprawdę jedynie parę drzew, na których gałęziach większość czasu przebywał. Na jednej z nich mieściło się posłanie uwite przez kocura, a pomiędzy plątaniną korzeni i zdrewniałych pędów krzewów swe miejsce miały piszczki przysypane nieco ziemią i liśćmi znalezionymi w pobliżu. Nic więcej do szczęścia mu nie było trzeba — no może poza jakimś źródłem ciepła w niektórych nocach.
Kiedy dotarł do swego niewielkiego azyl, jednego z upolowanych gryzoni wrzucił do pustego dołka, by następnie zamaskować zwierzynę liśćmi. Drugą zaś nadal trzymał w pysku, mając zamiar zjeść ją, póki była ciepła i świeża. Ulokował się pomiędzy krzewami, które chroniły go przed niepożądanymi gośćmi w tej okolicy, a gdy tylko upewnił się, że może w spokoju i bez obaw rozpocząć posiłek, zatopił swoje zęby w ciele nornicy. Po porze nagich drzew była to wręcz ambrozja w pysku, w końcu coś więcej niż sama skóra i kości, których nie był zdolny zjeść.
W momencie, gdy po piszczce pozostały jedynie niejadalne resztki, podziękował w myślach Wszechmatce, chcąc już wrócić na drzewo, gdzie miał swoje posłanie. Plany jego jednak zostały pokrzyżowane przez szelest w pobliżu, a następnie kroki, które zdecydowanie były za ciężkie na jakieś niegroźne zwierzę leśne. Ciało samotnika momentalnie się spięło, będąc gotowe do ucieczki lub walki, gdyby pokojowe rozwiązania nie przynosiły efektów. Po cichu chciał się podnieść, lecz tak dobrze znane czarno białe futro go powstrzymało. Pierwszą myślą było, iż ma jedynie zwidy i to jego samotny umysł płata figla, jednakże wszelkie wątpliwości zostały rozwiane, kiedy tylko ujrzał przed sobą Osetka w pełnej swej okazałości.
— T-to… niemożliwe! — miauknął zdziwiony zielonooki, zanim Czajka zdążył powiedzieć to samo. — Dlaczego… dlaczego ty nie jesteś w Owocowym Lesie? Przecież to twój dom, przecież-
Nim udało mu się dokończyć, Czajka podniósł się z miejsca i podszedł do niego, ani razu nie mrugając. Wpatrywał się intensywnie w czarno białego, jakby podziwiał ducha, nawet jeśli był już pewnym, że dawny Owocniak przed nim jest w pełni prawdziwy, a nie wytworem wyobraźni.
— Czajko…? — mruknął po chwili.
Zastrzygł uszami, po czym łapczywie nabrał powietrza do płuc, jakby jeszcze przed chwilą zapomniał o oddychaniu i dopiero teraz sobie o tym przypomniał.
— Ty… żyjesz? — wyszeptał niebieski, po czym wyciągnął łapę w stronę młodszego. — Wszechmatko, ja chyba śnię… — dodał, a następnie zwrócił się ponownie do zielonookiego: — Zostałeś zabity przez Ziemniaka! Rokitnik wyznał całą prawdę przed Owocowym Lasem. Nie rozumiem… Dlaczego cię widzę?
Na wzmiankę o czekoladowym wojowniku czarno-biały kocur zjeżył futro.
— Ziemniak? — powtórzył, po czym przeniósł wzrok na łapy. — Ależ on mnie wcale nie zabił… Próbował, to na pewno, ale nigdy mu się to nie udało… — wyjaśnił. — Tamtego dnia… pobił mnie. Dosyć mocno. Ale ja potem… potem wstałem i odszedłem z terenów Owocowego Lasu… — dodał, choć bardziej do siebie niż do Czajki.
Brązowooki intensywnie wpatrywał się w Osetka, a grobowa cisza pomiędzy nimi nie była przerywana przez dźwięki oddychającego lasu dookoła nich. Samotnik nie wiedział, co robić, przecież dotychczas żył ze świadomością, że już nigdy nie ujrzy dawnego ucznia uzdrowiciela. Tego było za dużo jak na jeden dzień lub więcej. Z nerwów zastrzygł dwa razy prawym uchem, co było jednym z paru tików, które posiadał, aby po paru uderzeniach serca po prostu uciec. Uciekł, jak zwykły tchórz, którym był. Zamiast pozostać i skonfrontować się z tym wszystkim, wybrał ucieczkę. W czasie jego szaleńczego biegu brązowe ślepia zaszły łzami, a on powoli tracił ostrość wizji, przez co parę razy o mało, co nie wpadł na jakieś drzewo.
Dopiero kiedy płuca zaczęły go wręcz palić, domagając się tlenu i odpoczynku, zwolnił, a raczej padł w miejscu, gdzie się zatrzymał. Poczuł się oszukany, zdradzony i najchętniej wył, by wniebogłosy z tego powodu, lecz gula w jego gardle pozwalała mu jedynie na szloch i urywany oddech, nie pozwalając się uspokoić i pomyśleć racjonalnie.

«★»

Ponowne spotkanie Osetka

Od niespodziewanego natknięcia się na młodszego kocura minęło dobre parę zachodów słońca, w których czasie Czajka starał się wszystko poukładać w głowie. Wieść o pobiciu zielonookiego przez Ziemniaka księżyce temu była równie niespodziewana, co rzekoma śmierć dawnego Owocniaka, a raczej wieść o tym, że ten przeżył spotkanie ze zmarłym wojownikiem i zamiast wrócić do obozu, wyznać prawdę, wybrał odejście z ich społeczności. Początkowo niebieski miał to za złe Osetkowi, lecz dość szybko uświadomił sobie, że on zapewne podobnie, by postąpił, o ile w sumie już tego nie zrobił — w końcu wybrał samotnicze życie niż konfrontacje z konsekwencjami swoich czynów, nawet jeśli Czereśnia uznał, że brązowooki nie poniesie żadnych następstw swojego ataku na czekoladowego wojownika.
Powrót w miejsce, gdzie ostatni raz widział, czarno białego był trudny, lecz Czajka nie miał zamiaru już uciekać, chciał to wszystko wyjaśnić — również to, czemu jakaś mała cząstka niego radowała się, jak nigdy, kiedy wracał myślami do widoku Osetka przed sobą. Dotąd czuł się tak jedynie w momencie, gdy szedł spotkać się ze Zwiewnym Makiem z Klanu Burzy, lecz wtedy to szybko przeminęło, wręcz zostało zduszone w zarodku, nim rozwinęło się do skali, którą teraz odczuwał. Czyżby mimo wszystko czuł coś do zielonookiego, co można było określić inaczej niż znajomość czy przyjaźń.
Kiedy tylko do jego nozdrzy dotarła subtelna woń młodszego samotnika, poczuł, jak narasta w nim jakaś nieopisana nadzieja, która sprawiła, że słowa uwięzły w gardle, kiedy tylko chciał je wypowiedzieć kocurowi, który z lekkim szokiem obserwował starszego. Przez ostatnie dni przygotowywał wszystkie pytania i możliwe odpowiedzi w głowie, lecz teraz ich nie było, panowała kompletna pustka, a on mógł jedynie wpatrywać się w Osetka, aż słowa nie powrócą lub to młodszy przełamie ciszę pomiędzy nimi.

<Osetku?>

Od Śnienia CD. Guziczka

— Jeśli chcesz, to mogę ci pomóc — zwrócił się do niego Guziczek. — Koty ufają mi bardziej, gdyż jestem częścią Owocowego Lasu, ale jeśli przedstawisz mi swój plan, ten, o którym rozmawiałeś z Czereśnią, to może uda mi się namówić kilka kotów, aby też cię posłuchali.
Śnienie stanął jak wryty. Czyżby kocur proponował mu współpracę? Niby nie miałby nic przeciwko, żeby się zgodzić, jednak wolał jeszcze dogłębnie się zastanowić. Czarny wojownik zastrzygł uchem, pokazując, że zaciekawił go zwiadowca.
— Teraz na pewno ci nie powiem. Najpierw będę musiał uzgodnić to z Kolendrą, a poza tym ja ostatnio też jestem częścią Owocowego Lasu. Daj mi trochę czasu na przemyślenia, czy warto.
Wolał być ostrożny. Przed chwilą Guziczek był dla niego oschły i nie ufał mu. Czyżby jedna zdobycz zmieniła coś w nim? Śnienie potrzebował czasu, żeby samemu zaufać Guziczkowi. Sam raczej nie będzie aż taki uszczypliwy pod warunkiem, jeśli tamten nie będzie zadawał głupich pytań i nie będzie go denerwował.
— A teraz wybacz, ale muszę wracać do polowania. Kolendra czeka na mnie na dole — wskazał nosem na wielkiego rudzielca ukrywającego się w podszyciu.
Guziczek jedynie machnął ogonem, nie ukrywając zawodu. No cóż, Śnienie nie może być zbyt łatwy w takich sprawach. Zeskoczył dumnie z drzewa, trzymając w pysku gołębia, którego udało mu się upolować. Podszedł do swojego mentora, który wyłonił się z krzaków i z zadowoleniem skinął głową. Idąc w kierunku obozowiska, rzucił ostatnie spojrzenie na czarnego pręgowanego cętkowanie z bielą zwiadowcę.

***

Dni mijały. Nadeszła Pora Opadających Liści na tereny Owocowego Lasu. Liście zaczęły powoli zmieniać kolor, a gorące dni leniwie stawały się chłodniejsze. Było to dość przyjemne przejście, które zamierzali wykorzystać z Kolendrą na tropienie lisów. Wiedział, że ważne jest tropienie innych zwierząt, a w szczególności innych drapieżników, jednak nie praktykowali to w Klanie Wilka na taką skalę. Było to dziwne, a jednak przydatne. Na terenach Owocowego Lasu zaczął zauważać większą obecność lisów i borsuków niż na terenach niczyich lub Klanu Wilka.
— Dobrze ci idzie, Śnienie. Jesteś znakomitym tropicielem na ziemi, może niedługo zostaniesz mianowany na wojownika — pochwalił go zastępca.
— Dziękuję, staram się, jak mogę, chociaż wiem, że nigdy nie będę prawdziwym Owocniakiem. Nie czuję się na Owocniaka, zbyt często zmieniałem przynależność, żeby umieć się przywiązać.
— To nie jest prawda. Przyzwyczaisz się do mieszkania w Owocowym Lesie, nawet jeśli wcześniej byłeś Wilczakiem, czy tam innym Świetlikiem.
— Nadal jestem Świetlikiem! Nikt mi tego nie odbierze. Jestem przywódcom Świetlików, kotów, które wierzą w Klan Gwiazdy w Owocowym Lesie. Tylko muszę zebrać wierzących i chętnych, którzy wyznają te same wartości, co my.
Kolendra zmierzył go wzrokiem, jednak już się nie odezwał. Kiedy tylko skończyli trening, szybko wrócili do obozu, gdzie przed nim wyrósł Guziczek. Tym razem na nieszczęście Śnienia to właśnie on wpadł na zwiadowcę przez swoją nieuwagę.
— Przepraszam — burknął, chcąc już wyminąć kocura i podejść do Koniczyna, który rozmawiał z Poinsecją.

< Guziczku? >
🌙

Od Błyskotliwej Łapy

– Czy to była mięta? A nie, nie! To kocimiętka!
Błyskotliwa Łapa właśnie wymieniała Drobnemu Ukojeniu zioła ułożone przed nią w rzędzie.
– Tak, to kocimiętka. Mięta wygląda o tak…
Mentorka pokazała pazurem na liść mięty, a Błyskotka pokiwała głową i miauknęła:
– Dobrze. Teraz skończyłam wymieniać zioła, obiecałaś, że pokażesz mi nowy ruch bitewny! Ten bardzo trudny!
Drobne Ukojenie zamruczała rozbawiona.
– Widzę, że rzucasz się do nauki! Dobrze, posprzątaj zioła i pójdziemy na trening.
Błyskotka podskoczyła w miejscu i rach-ciach ułożyła zioła na ich miejscach.
Potem wraz z mentorką wybrała się na trening bitewny.
Drobne Ukojenie pokazała uczennicy skomplikowany ruch bitewny. Błyskotliwa Łapa spróbowała. Nie udało jej się, lecz ćwiczyła potem całe popołudnie i w końcu zrobiła ruch płynnie.
– Super! Nie sądziłam, że pojmiesz to w jeden dzień. Dobra robota – rzekła Drobne Ukojenie z aprobatą w głosie.
Błyskotliwa Łapa zmęczona, lecz dumna z nowej umiejętności przysiadła obok mentorki i ziewnęła.
– Wracajmy do obozu. Musisz być przemęczona po dzisiejszym dniu, Błyskotliwa Łapo.
Uczennica tylko kiwnęła głową i na obolałych łapach powlekła się za mentorką aż do obozu, gdzie po obfitej kolacji poszła do swojego ciepłego gniazda.
Gdy leżała w gnieździe, poczuła ukłucie smutku. Zwykle przy jej mszystym legowisku leżało legowisko jej brata, jednak teraz stał on się już wojownikiem.
Jednak Błyskotka potrząsnęła tylko głową. W końcu także dostanie swoje pełne imię. Na razie musi skupić się na szkoleniu, aby stać się najlepszą protektorką, jaką ten klan kiedykolwiek widział!

(235 słów, szkolenie protektora: walka i nauka ziół)