Przed Porą Nagich Drzew
Mały Flaming czuł się tak, jakby miał żłobek na wyłączność, jakby tylko on tutaj mógł przebywać, ponieważ zasługiwał na to. Zasługiwał na swoje własne, wielkie legowisko, przez sam fakt bycia wnukiem liderki, nawet jeśli nie zamienił z nią jeszcze ani słowa i tak naprawdę nie pamiętał za dobrze, jak dokładnie wygląda. Chłodne podmuchy wiatru docierały do kociarni, owiewając policzki jasnego kocięcia. Mokra woń poniosła się po jego nozdrzach, wypełniając je także przyjemnym, rybim zapachem. Przyglądał się pyszczkowi swojej mamy, która czuwała nad nim i obserwowała każdy jego ruch z uwagą, jakby miała cały czas na świecie tylko dla niego, jakby nic innego się nie liczyło. Zdążyła do tej pory opowiedzieć mu tak wiele… najważniejszą i przede wszystkim najnowszą historią było powstanie wszystkich kotów, w tym, dlaczego Klan Nocy był tak mocno przekonany, że koty czekoladowe są zdradliwe i po prostu brudne, niegodne. Mimo że był malutki i ledwo co zaczął formować własne myśli, przekonania te przeszły i na niego, ponieważ nie miał nikogo, kto by mu powiedział, że takie myśli są złe. Wręcz przeciwnie. Był chwalony za nie. Za to, że się tak szybko i sprawnie uczył. Jak dobrze, że umaszczeniem przypominał inne, normalne koty! W końcu nie był czekoladowy, tak jak ta pokraka, która siedziała nieopodal niego, w żłobku. Ta cała… Rybia strawa. Żabi móżdżek. Nie, ona chyba miała inaczej na imię. Ach, to nieistotne! I tak była tylko podkotem. Nie pozwoli jej na to, by go ciągnęła za sobą w dół i pogrążała się nawet bardziej. Gdyby on był czekoladowy, to by mu nie było tak dobrze w tym miejscu. W końcu według opowieści powstał z czarnego nieba, a na nim skrzyło się codziennie tak wiele zjawiskowych, przepięknych gwiazd. Jaka szkoda, że nie mógł takiej sprowadzić sobie tutaj, na ziemię i mieć ją na wyłączność. Już próbował, ale to na nic. Wpatrywałby się w nią jak w najpiękniejszą taflę wody, odbijającą jaskrawy blask księżyca na granatowym nieboskłonie. Skoro miał na sobie biel, musiało to oznaczać, że był także połączeniem okruchów Srebrnej Skórki. To czyniło go wyjątkowym, ponieważ nie każdy mógł sobie pozwolić na te dwie rzeczy i to w dodatku razem! Jako, iż łączył te dwie niezwykłe cechy, był prawdziwym przykładem i dowodem harmonii. Oznaczało to również, że był na samym szczycie hierarchii i to według wielu, w tym i według jego samego. Należały mu się same najlepsze rzeczy.
Spojrzał na łaciatego kocura, który ostatnio działał mu na nerwy. Dlaczego się tak w niego wgapiał? Zazdrościł mu pięknego futra? Może tego, że jego mamą była Wężynowy Kieł? Wcale się nie dziwił. Kto by nie chciał być synem samego zastępcy i kotki tak wspaniałej, jak jego mamusia? Jego mama dzisiaj wyglądała na dość poddenerwowaną, co nie umknęło pointowi. Ciekawe co mogło spowodować taki rozwój spraw? Przekrzywił główkę z lekkim zmartwieniem, jednak prędko, acz niezgrabnie polizał się po piersi, aby nie prezentować się nagannie. Może powodem był brak krwistego lotosu na jego czole, który powinien mieć, ale jednak go nie otrzymał? Słyszał już wielokrotnie, że kiedyś jego czoło naznaczy lotos taki, jak na głowie jego taty, Błękitnej Laguny. Tak naprawdę to czekał na ten moment. Chciał być chwalony, chciał, żeby wszyscy na niego patrzyli z dumą i nadzieją. Może ojciec by go wtedy dużo częściej odwiedzał i opowiadał o jego rodzinie, pochwalił porządnie, tak, jak Flaming sobie zapracował. Żeby z niego brali przykład. Kocię postawiło uszka, gdy dotarł do nich pewny oraz stanowczy głos rodzicielki. Najwidoczniej Mandarynkowa Gwiazda musiała się zastanowić. Może zbierali dla niego prezenty i to same najlepszej jakości, dlatego się to tak opóźniło. Oczywiście wolałby już, żeby każdy wiedział, z kim ma do czynienia – Nocniacy traktowaliby go nawet lepiej, gdyby już teraz nosił na sobie znak rozpoznawczy, w końcu był wnukiem samej przywódczyni!
— Flamingu, mój synku, wiesz, że jesteś prapraprawnukiem samej Sroczej Gwiazdy? To ona zapoczątkowała ród. To dzięki niej Klan Nocy wie, co jest właściwe, to ona im otworzyła oczy na prawdę, z której nie zdawali sobie sprawy. Jesteś niezwykle wyjątkowy i z pewnością zdajesz sobie z tego sprawę — miauknęła nisko, poprawiając mu zmierzwione futerko na czubku głowy. — Twoim zadaniem jest kontynuowanie tego, co zapoczątkowała twoja prapraprababka. Pokaż tym głupcom, co oznacza być prawdziwym, przykładnym Nocniakiem. Jeśli będziesz mnie słuchać, zajdziesz daleko — przedstawiła mu jeszcze bez ani krzty zawahania czy zająknięcia się. Kocię poczuło miłe, ciepłe uczucie rozpływające się po jego piersi. Uwielbiał, gdy mama opowiadała mu o takich rzeczach. Dzięki temu miał nawet więcej powodów do chwalenia się! Do czucia się lepszym niż ci wszyscy niegodziwi głupcy.
— Nie martw się, mamusiu. Nie zawiodę cię. Jeszcze będziesz ze mnie dumna — zamruczał, wtulając się w jej puchate futro na piersi. Po chwili odsunął się odrobinę, wpatrując z zadowoleniem na jej kufę. Matka zamruczała, poruszając kitą.
Flaming po jakimś czasie poczuł znowu, jakby mu ktoś wywiercał futro wzrokiem. Sierść na karku podniosła się odrobinę. Odwrócił łeb w stronę nieopodal siedzącego piastuna, który najwidoczniej nie miał nic lepszego do roboty niż podsłuchiwanie go. Fuknął z niezadowoleniem, wytrzymując kontakt wzrokowy. Zmarszczył brew. Kocur spozierał na niego jeszcze przez parę uderzeń serca, po czym odwrócił wzrok. On już zobaczy! Jeszcze się ukłoni przed wielkim Flamingiem, synem Błękitnej Laguny, wnukiem Mandarynkowej Gwiazdy i prapraprawnukiem wielkiej, mądrej Sroczej Gwiazdy! Kocię machnęło ogonem, podnosząc brodę ku górze, a oczy mrużąc, jakby się obraził. Wężynowy Kieł odchrząknęła nagle.
— Złocisty Widliku, pokaż mojemu synowi jak pływać. To niezbędna wiedza każdego Nocniaka, a już w szczególności rodziny królewskiej — zagadnęła, poruszając puchatą, ciemną kitą, przypominając mu, że nie miał do czynienia z byle kim. Odpowiadał za sporą część wiedzy wszystkich Nocniaków, jako iż opiekował się przyszłymi pokoleniami, odkąd został mianowany na piastuna klanu.
Rudy zamrugał parokrotnie, aczkolwiek po paru uderzeniach serca pokiwał głową. Flaming zadarł łeb, przyglądając się teraz nieznanemu mu dotąd starszemu. To on mu miał przekazywać wszystkie ważne informacje, oczywiście zaraz po jego kochanej mamusi. Pointowi nie podobało się to za bardzo, aczkolwiek nie zamierzał narzekać. Nie mógł zawieść Wężynowego Kła. Musiał się uczyć ile tylko był w stanie.
— Tak… oczywiście — powiedział, po czym zachęcił młodziaka do podejścia do jednego z pobliskich zbiorników. Skoro jego mama mówiła o tym z takim przekonaniem, każdy Nocniak musiał kiedyś odbyć taki minitrening, nie śniło mu się nawet postępować inaczej. Nie protestował nadto, był raczej ciekaw, jak mu pójdzie. Czy Wężynowy Kieł będzie z niego dumna? Może go pochwali? Zawoła Błękitną Lagunę, by obserwował, jak wspaniale radzi sobie jego kocię? Spojrzał na swoje odbicie w mieniącym się płytkim zbiorniku wody. Uśmiechnął się pociesznie, zauważywszy swoją mordkę. Był taki piękny!
Najpierw zanurzył prawą łapę, a potem lewą, wchodząc wreszcie cały do mokrego wgłębienia. Spojrzał się na kocura stojącego nad nim oraz matkę, która pilnowała każdego jego ruchu i tego, żeby mu Widlik przypadkiem nie zrobił krzywdy. Niech tylko spróbuje! Flaming uniósł brodę wyżej, ponad wodę, odruchowo machając łapkami, chociaż wcale nie panicznie. Wiedział, że gdyby mu się miała stać krzywda, jego rodzicielka zainterweniowałaby i mu pomogła. Oczywiście miał momenty, w których lekko opadał, bo źle machnął kończyną i woda dostawała mu się do pyska, ale nie było w tym miejscu wcale głęboko.
Piastun, zauważywszy to, zamruczał z zadowoleniem. Na mordce burej pojawił się usatysfakcjonowany uśmiech, a serduszko małego pointa zaczęło bić szybciej. Byli z niego dumni? A raczej… czy mama była zadowolona z jego postępów? Cieszyła się, że ma tak utalentowanego synka?
— Doskonale! Nawet nie musiałem ci tłumaczyć, że musisz trzymać brodę ponad taflą i nie machać panicznie łapami na losowe strony. Szybko się uczysz — pochwalił go rudy, na co zielonooka spiorunowała go wzrokiem.
— Oczywiście, że jest mądry. Jest bardzo mądry. W końcu jest członkiem rodu, a w dodatku moim synem, to chyba oczywiste — rzuciła ostro, machając kitą z poirytowaniem. — Nie trać czasu na oczywistości — ucięła wreszcie, uderzając łapą jednokrotnie o grunt głucho. Po paru uderzeniach serca jej wyraz pyska zmienił się na łagodniejszy, gdy przypatrywała się swojemu synkowi. Złocisty Widlik pochylił przed nią łeb w formie przeprosin, co wymiotło z niebieskookiego całą złość, jaka się w nim kumulowała z powodu braku szacunku względem jego matki.
Flaming zapomniał prędko o złości i zaczął pływać w kółko – oczywiście na tyle, na ile pozwalało mu na to miejsce oraz siła, jaka mu pozostała w łapkach. Miał wrażenie, że takie przebieranie nimi w wodzie było dużo przyjemniejsze, niż bieganie po lądzie. Tutaj czuł się bardzo lekki i nie musiał nawet nadto starać.
***
Otrzepał się z nadmiaru wody, czując zamaszyste pociągnięcia szorstkiego języka karmicielki wzdłuż kręgosłupa. Zaczął mruczeć głośno, mrużąc oczka po dość męczącej nauce pływania. Był z siebie niezwykle zadowolony. Niektóre rzeczy trzeba było mu wytłumaczyć, aczkolwiek nie trzeba było wcale nadto się rozgadywać, ponieważ szybko łapał to, co miał na myśli piastun. Spróbował nawet zanurkować, chociaż wyszło mu to dość zabawnie przez to, że zbiornik nie był wcale taki głęboki. Może spróbuje kiedyś, jak urośnie i znajdzie się w wodzie z większą ilością miejsca, może by w ten sposób złowił te całe ryby, o których tak wiele słyszał, a ponadto miał nawet okazję jednej skosztować. Stwierdził prędko, że są pyszne. Nawet nie wadziło jemu to, że trzeba było je skubać z łusek. Oskubano ją dla niego, nie musiał wcale się starać nad tym posiłkiem.
Gdy wreszcie był idealnie suchy i najedzony, o lśniącym, aksamitnym w dotyku futerku, oddalił się odrobinę od matki, nadal trzymając się ram żłobka. Spojrzał z widoczną pogardą i grymasem wyrzeźbionym na mordce na wyższą od siebie kotkę. Jego drobny ogonek falował na boki, jakby go ktoś raził prądem.
— Czekoladowa pokrako! Tak, do ciebie mówię — zasyczał, zyskując wreszcie uwagę Fląderki. Brązowooka spojrzała na niego niepewnie, kładąc po sobie jedno ucho. Wyglądała paskudnie! Nic dziwnego, w końcu była czekoladowa. Oni właśnie tacy byli i nie zasługiwali na współczucie, nieważne jak wielkich oczu by nie zrobili. Fląderka ukłoniła się przed nim na powitanie. To przyniosło na jego mordkę chytry uśmieszek. Nauczyli jej chociaż tego.
— Książę Flamingu, czy mogę coś dla ciebie zrobić? — miauknęła wyczekująco, chociaż zawahała się przez chwilę, zanim to powiedziała, jakby nie była pewna jak się do niego właściwie zwrócić. W jej oczach zatańczyła niepewność, która tylko karmiła jego ciekawość. Mógł zażyczyć sobie wszystkiego?
— Oczywiście. Nie gadałbym z tobą, gdybym nic od ciebie nie chciał — miauknął z udawaną rezygnacją, kręcąc przy tym teatralnie łbem. Sprawdzał, na ile mógł sobie pozwolić. — Widziałaś gwiazdy na niebie? Chciałbym taką tylko dla siebie jak najszybciej. Przynieś mi jedną. Dzisiaj — rozkazał stanowczo, pusząc na razie krótkie futerko na piersi. Nie sądził, żeby jej się to udało, aczkolwiek skoro nie określiła się, czy był jakiś limit względem jego życzeń, zamierzał wykorzystać daną mu okazję tak bardzo, jak było to możliwe. — Jeśli ci się nie uda, to spotka cię kara! Możesz mi jednak to zadośćuczynić, zostając moim prywatnym sługą — powiedział pewnie, oblizując policzki, jakby był świeżo po posiłku. W pewnym sensie był. Niedawno zjadł małą rybkę, nie znał jej nazwy, ale to nie było dla niego jakoś bardzo istotne.
Oczy szylkretki zogromniały, a na jej mordce wymalował się swego rodzaju sprzeciw. Może tylko sobie go wmówił?
— Obawiam się, że nie dam rady przynieść ci gwiazdy. Są niezwykle daleko i nie ma obecnie żadnego sposobu, żeby ich dosięgnąć łapą. Jedyne, co nam pozostaje, to możliwość spoglądania na nie co noc — wyjaśniła mu niepewnie, zawijając ogon ciasno wokół łap.
Na pysku kociaka zaistniała powaga wraz ze wzrokiem takim, jakby mógł nim mordować i to z zimną krwią. Jego ogon opadł, a wąsiki przestały się poruszać. Czy ona mu właśnie… odmówiła?
— Jak śmiesz! Czy ty masz w ogóle, rybi odpadzie, świadomość z kim rozmawiasz? — powiedział, co prezentowało się dość… zabawnie ze względu na jego dziecięcy, piskliwy głosik, aczkolwiek był całkowicie poważny. — W takim razie, skoro mi odmówiłaś, musisz spełniać moje zachcianki. Jeśli i w tym nie podołasz… — zakończył, posyłając jej wymowne spojrzenie. Niech wie, że z nim nie ma co zadzierać. Nie miała z nim najmniejszych szans! Obrócił główkę w stronę matki, która zajęta była w tej chwili czyszczeniem poduszki łapy, chociaż zdawało się, że patrzy na nich spod przymrużonych powiek. Powrócił ślepiami do Fląderki siedzącej przed nim, posyłając jej kolejny, bardzo dumny z siebie uśmiech. Wiedział, że nie mogła mu odmówić.
<Fląderko, może gdybyś wplotła w swoje futro gwiazdy i przybrała ich kolor, wyglądałoby to zupełnie inaczej>