BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

14 października 2026

Od Mordor do Wrotycz

Mordor, gdy tylko dostała informację, że jej oko jest już zdrowe i zaraz ściągną jej okład zjeżyła futro, łapą ściągnęła glistnik jaskółcze ziele z oka i wybiegła z obozu, wskakując na drzewo.
— Nie możesz iść sama! — zawołała Rohan, wskakując na drzewo za córką. — Słyszałaś tą młodą uczennicę. Na naszych terenach pojawiają się lisy — dorzuciła.
Mordor zmarszczyła pyszczek. Niezbyt ją to interesowało. Tyle razy była na zewnątrz sama, skacząc po drzewach i jeszcze nigdy nie zaatakował jej żaden głupi lis. Czemu miałaby interesować się tym teraz, gdy jakaś głupia uczennica wojownika rozgaduje, że może grozić im niebezpieczeństwo. Poruszała się bezszelestnie między drzewami, czując, jak coś idzie tuż za nią po ziemi. Zamarła nagle, nieomal, spadając z drzewa. Wślizgnęła się z powrotem na gałąź, spoglądając w dół, gdzie zamiast lisiego ogona napotkała wzrok pomarańczowych oczu byłej samotniczki. Zjeżyła lekko futro zestresowana i schowała się bardziej za gałęzią. Czuła jak chłód przeszywa jej kości, ale nie chciała rozmawiać z kotką. Ponoć trochę brakowało jej piątej klepki. Tak jak Mordor zresztą, ale to nie była istotna w tej chwili informacja. Wrotycz, gdyż tak nazywała się uczennica będąca w tej chwili przy drzewie miała srebrne szylkretowe futro, bardzo podobne do tego Mordor. Zwiadowczy i jednak nie posiadała futrzanej srebrzystości, a jej biel rozkładała się tworząc niby odwróconego pointa. Karpati uznała, że wyglądały nawet trochę jak siostry, chociaż drugiej kotce brakowało kilku jej cech. Czując na sobie ponownie wzrok z powrotem schowała się za drzewo, nerwowo się trzęsąc. Zastanawiała się, czy kotka się odezwie.
— Chyba nie możemy sami wychodzić z obozu. Rohan mi każą… — miauknęła kotka.
— Nie obchodzi mnie co kazała ci moja matka! — pisnęła nerwowo, zeskakując z drzewa. — Przyganiał wróbel bocianowi — warknęła cicho pod nosem.
Były jeszcze wyjątkowo blisko obozu, więc tu nie groziło im raczej żadne niebezpieczeństwo, choć Mordor nie zamierzała uświadamiać o, tym kotki.
— Czemu? — zamrugała.
Karpati zaczęła się zastanawiać, o co chodziło z tą kotką. Nie potrafi zrozumieć z tonu jej niechęci? A może zupełnie to ignoruje?
— Bo tak? Wychodzę zawsze sama. Nigdy nie straciłam ogona… ani niczego takiego. Mam nadzieję, że ten udział przypadnie tobie — mruknęła niewyraźnie, zaraz, kręcąc główką. — No idź stąd.

<Wrotycz?>

Wyleczeni: Mordor

Od Kaczorka

Kaczorek nie potrzebował wiele do szczęścia. Wspomnienia zanikały w jego głowie bez problemu, pozostawiając go zadowolonego z tego, co ma, a nie rozpaczającego nad tym, co być mogło. Lubił otwierać swoje oczyska i wpatrywać się w ciepły żłobek, pachnący mlekiem. Co prawda nie znał nazwy miejsca, w którym przebywał, ale co chwila przelewały się dookoła niego koty, przez co czuł, że to jego kąt. Przynajmniej w jakimś stopniu… gdyż dalej nie rozumiał, gdzie zniknęła woń, która wcześniej otaczała go cały czas. Chyba jednak nie było to takie znaczące, skoro miał tutaj całą opiekę, jakiej mógłby tylko potrzebować. Życie traktowało go łagodnie.
Przyniesienie do obozu pamiętał niewyraźnie. Czasem tak jest, sami rozumiecie. Wspomnienia zlewają się w jedną całość bez szansy na dokładniejsze ich pojęcie. Potrafił przywołać obraz koteczki, która obecnie otulała go ogonem. Tamtego dnia wydała mu się nieznajoma, ale szybko zwątpił w coś takiego. W końcu to ona podarowała mu bezpieczeństwo, jakiego potrzebował. Według niego zasłużyła sobie na przychylne miano. Otóż tamtego popołudnia, długo po górowaniu słońca, przywitała go po raz pierwszy. Nie pamiętał, kiedy znalazł się przy jej boku, ani czy kiedykolwiek go opuścił. Pamiętał wyłącznie pierwsze usłyszane od niej słowa.
— Cześć, maluszki… od dziś się wami zaopiekuję, dobrze? — wydała z siebie pomruk, oczywiście bez oczekiwania odpowiedzi. Jednocześnie przysunęła wszystkie trzy malutkie ciałka do siebie poprzez zagarnięcie łapami. Zachowała oczywiście wszelkie sposoby ostrożności i delikatność prawdziwej matki.
Jej długie futerko było idealne do wtulania się. Różnice w kolorze nie miały najmniejszego znaczenia, jeśli mógł przyciskać pyszczek do ciepła innego kota. W zimnym otoczeniu pozwalało mu to na utrzymanie przyjemnej temperatury ciała. Z natury nie był on nazbyt głośny, więc trzymał się blisko oferowanego kawałka spokoju. Wtem poczuł liźnięcie lądujące na jego główce i przechylił się na plecy, aby pokazać mamie brzuszek – mamie w teorii. Kiedy jest się kociakiem, każda opieka tego typu może być uznana za mamę, dlatego też on odebrał to w taki sposób i po prostu chciał więcej atencji. Nie myślał na temat prawdziwości stwierdzenia o więzach rodzinnych.
Miło było czuć ciepły język na swoim ciele. Niektóre kociaki mogłyby marudzić, lecz on cieszył się z darowanej miłości i mruczał cichuteńko. W sumie zapach nie różnił się tak mocno od pierwotnego opiekuna. Prędko wypadnie mu z pamięci, jak to kiedyś dookoła panował zapach drewna, a nie wody. Bez dwóch zdań zapomni jeszcze więcej, może nawet o pierwszej usłyszanej wypowiedzi padającej z ust Morświnowej Płetwy. Na razie było to bez znaczenia. Ważna była pielęgnacja futerka, a potem zmiana do jednego z rodzeństwa malca. Następnie możliwość przesunięcia do boku siostry i wtulenie się w kolejny znajomy aromat. A nie możesz żałować czegoś, czego nie pamiętasz.

Od Firmamentowej Łapy

⚜⚜⚜⚜┄┄Kilka zachodów słońca po powrocie Lśniącej Gwiazdy┄┄ ⚜⚜⚜⚜

— Firmamentowa Łapo, spróbuj trochę podnieść ogon wyżej, tak żeby nie szurał po ziemi. W ten sposób nie odstraszysz zwierzyny i nie zauważy cię tak łatwo. — Ileż to razy słyszał już tę śpiewkę? Wzburzony Kormoran miał cierpliwość mnicha, ale trafił się mu kiepski uczeń, jak widać na załączonym obrazku. Firmamentowa Łapa nienawidził polowań. O wiele bardziej, jeśli już miał wybierać, wolał patrole, bo mógł spokojnie bez pośpiechu oglądać naturę wokół siebie. Może i brzmiało to głupio, ale przysłuchiwanie się śpiewowi ptaków i oglądanie najróżniejszych roślin dawało mu spokój ducha. Przez chwilę zamknął oczy, wyobrażając sobie najpiękniejszą łąkę z kwiatami, z kłosami…— Hej, Firmamentowa Łapo, słuchasz mnie? Proszę, skup się na treningu… Za chwilę kończymy, obiecuję. — Wzburzony Kormoran może jednak tracił cierpliwość. Cóż, a co mu się dziwić, skoro jego uczeń kompletnie nie dawał sobie rady, a zamiast chłonąć wiedzę, wchłaniał otoczenie.
— Tak, słucham. Przepraszam, rozkojarzyłem się. — Kocur przyjął znowu pozycję łowiecką. Już miał wyskoczyć na ofiarę, którą uformowali z kawałku mchu dla ćwiczeń, co zazwyczaj robiło się tylko dla nowych uczniów, gdy nagle usłyszał szelest w krzaku naprzeciwko niego. Z niego wyłoniła się Ćmia Łapa wraz z Jagnięcym Ukłonem. Mysz z mchu, na którą to polował kocur, strącono na bok. Firmamentowa Łapa od razu podniósł się na łapy, patrząc na obie medyczki.
— Och, przepraszam, nie chciałam… — Ćmia Łapa spojrzała na kocura, z położonymi po sobie uszami.
— Nic nie szkodzi. Na szczęście nie była żywa, więc nie tracimy pokarmu. — Uśmiechnął się lekko. Wzburzony Kormoran podszedł bliżej, patrząc na kotki.
— Nie chcę przerywać, ale mamy akurat trening. — Zastrzygł uchem, nadal patrząc na obie.
— Tak, już się zbieramy. Przepraszamy za najście. — Jagnięcy Ukłon skinęła w stronę obozu do Ćmiej Łapy, która od razu ruszyła w tę stronę. Jagnięcy Ukłon podniosła z ziemi zioła, które wcześniej na niej zostawiła, po czym podążyła za kotką. Firmamentowa Łapa patrzył na nich trochę smutno. Chciałby jak one chodzić i szukać ziół… Wzburzony Kormoran usiadł obok niego, po czym trącnął w ramię.
— To co, wracamy do treningu?
— Tak, chyba tak… — Spojrzał na kawałek mchu, już trochę rozwalony przez medyczki. — Wzburzony Kormoranie… Czy podjąłeś kiedyś w życiu jakiś zły wybór?
— To znaczy? — Kocur spojrzał na niego zdziwiony. Firmamentowa Łapa usiadł, patrząc nadal na mysz stworzoną przez siebie. Miała skończyć w żłobku, ale chyba już się do niczego nie nadaje…
— Że niekoniecznie jesteś zadowolony z tego, co zrobiłeś, albo wybrałeś. Że czujesz się tak, jakby przez ten wybór twój los został już przypieczętowany, jakby całe twoje życie już miało ścieżkę, którą przez ten wybór musisz już kroczyć do jego marnego końca. — Wbił pazury w ziemię nieświadomie, czekając na odpowiedź. Jego mentor przyglądał mu się chwilę, aż po chwili westchnął.
— Cóż, nie zawsze mamy kontrolę na tym, co wybieramy, lub co stanie się potem. Nie zawsze też domyślimy się konsekwencji tych wyborów. — Point zerknął w bok. — Jeśli… Uważasz, że nie nadajesz się na wojownika…
— Tego nie powiedziałem. — odpowiedział, patrząc teraz na wojownika. — Uważasz, że się nie nadaję? — Spojrzał wyzywająco na Wzburzonego Kormorana.
— Nie, po prostu czasami widzę po tobie, że nie wierzysz w siebie. Choć powinieneś. Może w tym tkwi problem? — Kocur nie miał na myśli nic złego, jednak Firmamentowa Łapa odbierał to inaczej. Z dumą napiął się, podnosząc swój ogon do góry.
— Udowodnię, że tak wcale nie jest. — odpowiedział spokojnie, po czym ruszył w stronę obozu. Mentor nawet nie próbował go powstrzymać.

»»————- ⚜ ————-««

Dotarł do obozu sfrustrowany, bijąc ogonem po ziemi. Firmament usiadł, patrząc na swoje łapy. Zastanawiał się, co ma ze sobą zrobić..? Spojrzał na wyjście z obozu i w końcu podjął decyzję. Wyszedł z uniesionym do góry ogonem. Udowodni, że… Że potrafi być wojownikiem. Choć niekoniecznie chce nim być. Szedł przez rozległe łąki, które były charakterystyczne dla Klanu Klifu. Jedynie Klan Wilka miał duże, zakrywające ich terytorium drzewa. Po części trochę im tego zazdrościł, choć mieli trochę tego terytorium. To miejsce musiało wyglądać bajecznie z rana… W końcu dotarł do Kaczego Bajorka, gdzie z daleka już widział kaczki, które kąpały się w wodzie. Z determinacją podszedł w ich stronę, po czym przyjął pozycję łowiecką. Jedna z nich wyleciała właśnie z jeziora. Zaczął skradać się do zdobyczy, czekając na odpowiedni moment. Gdy już jednak wyskoczył, przez adrenalinę i natłok emocji kompletnie źle wymierzył swój skok, lądując na kufrze zwierzęcia. Kaczka zaczęła się szamotać, próbując wyrwać się drapieżnikowi, przy czym mocno okładała go skrzydłami. Firmament syknął, gdy ta pazurami zadrapała jego nogę. Nie na tyle mocno, aby go oszpecić, jednak na tyle mocno, aby go zranić. Już tracił nadzieję na wygraną ze zwierzęciem, gdy to nagle od boku wybiegł szybko kot, który rzucił się na zdobycz. Zaczął się z nią siłować, a do niego dołączył kolejny wojownik. Firmament nawet nie zauważył polujących, gdyż wylądował na boku, czując, jak w jego głowie lekko wiruje, a gdy było po wszystkim, zdał sobie sprawę z tego, że był to Migoczący Nieboskłon i Morświnowa Płetwa. Byli częścią patrolu łowieckiego.
— Firmamentowa Łapo? Wszystko okej? — Jego brat podszedł do niego zdziwiony, oglądając jego nogę. — Co tu robisz? Przyszedłeś tu sam?
— Nie jestem kociakiem. — odpowiedział oburzony bratu, odsuwając się od niego, siadając z dumą, na co ten lekko się speszył.
— Tak, wiem to, ja po prostu… Nie ważne. Nic ci nie jest? Chciałeś sam zapolować na tę kaczkę? Ja sam ledwo sobie z nią poradziłem, ostatnio są jakieś rozwścieczone… — Usiadł przed bratem.
— Ja… Chciałem spróbować. — Wzruszył ramionami.
— Cóż… Uważaj, dobra? Nie każdą zdobycz da się złapać samemu. Dobrze jest mieć parę łap do pomocy. Chcesz, żeby ktoś zaprowadził cię do medyka..?
— Nie, nic mi nie jest. Nie potrzebuję pomocy. — Firmament wstał, jednak po chwili zachwiał się lekko. Nie chciał tego przyznać, jednak był trochę skołowany i zmęczony po walce.
— Może jednak przyda ci się… — chciał dokończyć, jednak Firmament już nie usłyszał go, gdyż w momencie, w którym chciał odejść i pożegnać się upadł na ziemię, mdlejąc.

»»————- ⚜ ————-««

Obudził się w legowisku medyków, gdzie powitał go pyszczek Ćmiej Łapy. Kotka sprawdziła jego nogę, po czym odeszła, jedynie skinając mu głową na szybkie powitanie. Najwyraźniej na więcej nie miała czasu, gdyż do środka wszedł jego ojciec. Usiadł przed nim, patrząc na niego niepewnie.
— Migoczący Nieboskłon powiedział mi, że próbowałeś zapolować sam na kaczkę. Wiem, że nie zrobiłbyś tego celowo. Jesteś mądry, wiesz, że kaczki są silne i potrzeba więcej niż jednego wojownika do zabicia ich. Więc mógłbyś mi powiedzieć, co się stało, że podjąłeś decyzję, aby na nią zapolować?
— Nie wiem. — skłamał od razu kocur. — Ostatnio nie czuję się najlepiej, nie powinienem był tego robić. Przepraszam. — Lśniąca Gwiazda chwilę przyglądał się mu, po czym westchnął.
— Cieszę się, że nic ci się nie stało, ale prosiłbym, żebyś następnym razem bardziej uważał. Z tego, co wiem, jesteś w stabilnej kondycji, więc jutro będziesz mógł wrócić do szkolenia. Proszę, skup się na nim. — Nie dał mu czasu na odpowiedź, wychodząc z legowiska medyków. Firmament westchnął, po czym zwinął się w kulkę. Nie miał i tak siły na dyskusje.

»»————- ⚜ ————-««

Następnego dnia faktycznie wrócił do szkolenia, jednak jego mentor był bardzo cichy. Atmosferę można by ciąć pazurami, a przynajmniej tak czuł się uczeń. Zatrzymali się przy stawie, o ironio, gdzie mentor jedynie spojrzał na niego.
— Firmamentowa Łapo… Nie uważam cię za złego wojownika. Każdy uczy się inaczej. Ale jak sam powiedziałeś, czasami podejmujemy… Złe wybory. — Przeniósł on wzrok na jezioro. — Ale nie zawsze nasza przyszłość jest nie do zmiany. Masz szansę zadecydować, kim chcesz być. Ale lepiej, żebyś zrobił to szybko, a nie zwlekał z wyborem, tylko i wyłącznie przez strach przed tym, co powiedzą na to inni. — Młodszy czuł się tak, jakby mentor czytał mu w myślach. Po chwili siedzenia w ciszy wstał, odwracając się od kocura. — Wracam do obozu. Przemyśl to, co powiedziałem. Jeśli jednak nie zmienisz zdania i nadal będziesz chciał być wojownikiem, chętnie dokończę twoje szkolenie. Choć chyba oboje wiemy, że nie tego chcesz.
Firmament nie odwrócił wzroku od ziemi, jedynie słyszał oddalające się kroki wojownika. Podszedł do stawu, patrząc teraz w taflę wody. Czuł się tak, jakby nie mógł rozpoznać samego siebie. Jakby… Nie pasował do otoczenia, w którym jest. Może mentor miał rację? Może nie jest jeszcze za późno..?

»»————- ⚜ ————-««

Wrócił do obozu, patrząc po legowiskach wokół. Jego wzrok końcowo powędrował do tego medyków. Westchnął, czując, jak jego sumienie zżera go od środka. Spojrzał na swojego ojca, który dzielił się językami z Postrzępionym Mrozem i Skrzydlatą Pogonią. Nadal nie potrafił zaakceptować tego, jak wygląda relacja tej pierwszej z jego ojcem. Wydawało się to dla niego dziwne. Z jego perspektywy spędzali ze sobą coraz więcej czasu. Choć może to sobie wmawiał. Czuł się w tym momencie tak, jakby jego łapy wrosły w ziemię, a on miał się w niej zatopić. Zebrał w sobie jednak odwagę i podszedł do ojca. W sumie to łapy same poniosły go w jego stronę, jakby jednak już wiedział, czego chce. Ten spojrzał na niego pytająco, gdy tylko go zauważył.
— Możemy porozmawiać, Lśniąca Gwiazdo..? — zapytał niepewnie, jednak ojciec od razu zgodził się. Wstał i ruszył w stronę swojego legowiska razem z nim. Firmament poczuł, jak jego futro pali się ze stresu. Czy to na pewno dobra decyzja..? Jego ojciec usiadł na końcu legowiska, a on sam usiadł bliżej wejścia. Zaczął kreślić pazurem kółka po ziemi.
— Coś się stało? — zapytał z początku zmartwiony, na co jego syn westchnął.
— Tato, ja… Ja nie chcę być wojownikiem. Nie nadaję się na niego. — Spojrzał załamany na ojca. Wstydził się takiego okazania słabości. W końcu nie chciał przecież go zawieść. Lider spojrzał na niego poważnie.
— Jak to nie nadajesz? Każdy ma swoje gorsze i lepsze dni. — Chciał w ten sposób pocieszyć syna, ale nie zadziałało.
— Ale ja… Nie potrafię polować, walczyć, patrolować… Rozkojarzam się.
— Wszystkiego da się nauczyć z czasem.
— Tylko że… Ja nie chcę się tego nauczyć. Nie chcę być wojownikiem. — Spojrzał na bok.
— W takim razie kim chciałbyś zostać?
— Medykiem. Rola protektora wydaje się być ciekawa, ale to nie dla mnie. Jako wojownik sobie nie radzę. A do ziół ciągnie mnie, odkąd byłem kociakiem. To… Coś, co chciałem robić od początku, ale próbowałem sobie wmówić, że jest inaczej… Zmarnowałem księżyce na treningu, który nic mi nie dał. A mogłem już uczyć się o tym, co kocham. O ziołach. Przepraszam, że nie potrafiłem ci tego od razu powiedzieć… Bałem się, że nie pozwolisz mi zostać medykiem… — Przez chwilę nadal patrzył na bok, jednak po chwili przeniósł wzrok na ojca. — Czy… Czy jest szansa, żebym zmienił ścieżkę..? — zapytał ojca niepewnie. Ten uśmiechnął się lekko.
— Niczego nie zmarnowałeś. Ta wiedza na pewno w pewien sposób z tobą zostanie. Natomiast co do zmiany ścieżki… Muszę porozmawiać z Jagnięcym Ukłonem. Już ma ona ucznia, więc zapewne będzie musiała przemyśleć tą zmianę. Mam jednak nadzieję synu, że będzie to dla ciebie nauczką, żeby podążać za swoim sercem. Nie za tym, czego myślisz, że oczekuje od ciebie reszta. Będę z ciebie dumny nieważne czy zostaniesz medykiem, czy wojownikiem. — Podszedł do kocura i polizał go między uszami, na co ten uśmiechnął się. — Dam ci znać, gdy tylko Jagnięcy Ukłon da mi decyzję co do twojego mianowania.
— Dziękuję tato… — odpowiedział mu cicho. Zazwyczaj nie chciał się rozklejać, oprócz dnia śmierci jednej z karmicielek, ale teraz nareszcie poczuł nadzieję na to, że zacznie robić to, czego tak bardzo pragnął. Jedna mała łza opuściła jego oko, co od razu skrył przed starszym. — Nie zawiodę cię.
— W to nie wątpię. — odpowiedział mu ojciec. Firmamentowa Łapa skinął mu głową i wyszedł z jego legowiska.

»»————- ⚜ ————-««

Następnego dnia Wzburzony Kormoran czekał przed legowiskiem uczniów na Firmamenta, który wygrzebał się z niego niedługo po tym, jak ten przyszedł. Spojrzał na wojownika, czując się trochę źle z tym, że musiał on opuścić wojownika. Nie był złym mentorem, po prostu nie tego chciał Firmament. Jednak starszy wydawał się być trochę szczęśliwy. Gdy uczeń wyłonił się, zamiast ruszyć w stronę wyjścia z obozu, ruszył do legowiska lidera. Zdziwiony uczeń podążył za nim, a gdy wszedł za kocurem do środka, zauważył, że czeka tam na nich Lśniąca Gwiazda, oraz dwie najstarsze medyczki. Patrzył po nich trochę niepewnie, jakby nadal nie rozumiejąc, co się dzieje.
— Firmamentowa Łapo, po długiej dyskusji ze Wzburzonym Kormoranem, Jagnięcym Ukłonem i Księżycową Aldrowandą doszliśmy do decyzji. Od dziś będziesz szkolony pod okiem Księżycowej Aldrowandy na medyka Klanu Klifu. Mam nadzieję, że przekaże ci ona całą swoją wiedzę i stworzy z ciebie wspaniałego uzdrowiciela. — Kotka podeszła do Firmamenta, a ten nadal w szoku dopiero po chwili ocknął się, wstając z ziemi. Medyczka przyłożyła nos do jego czoła, po czym odsunęła się do tyłu. Kocur skinął głową z uśmiechem.
— Dziękuję. Będę dawał z siebie wszystko, choćby nie wiem co. — odpowiedział, na co lider skinął głową. Razem z medyczkami i wojownikiem wyszedł z jego legowiska, lecz na chwilę jeszcze odwrócił się do byłego mentora. — Dziękuję. — powiedział do niego cicho, po czym podążył za czekającą na niego nową mentorką do lecznicy. Wzburzony Kormoran uśmiechnął się lekko, a po chwili odszedł w stronę legowiska wojowników.
Gdy tylko wszedł do legowiska medyków, poczuł ekscytację, jednak nie ukazywał jej, gdyż nie chciał się zachowywać jak kociak. Usiadł przed kotką, która uśmiechnęła się miło w jego stronę.
— Cieszę się, że mamy dodatkową parę łap do pomocy. Nigdy ich za wiele. Mam nadzieję, że jesteś gotowy na zaczęcie dziś szkolenia? — zapytała go szylkretka.
— Jak najbardziej. — Skinął głową, przyglądając się półce z ziołami, na którą to teraz wskazała.
— Kojarzysz może którekolwiek z tych ziół, nawet z widzenia?
— Wydaje mi się, że nawet kilka. Na pewno kojarzę te liście. — Wskazał łapą jajowate liście, zmieszane z białymi kwiatami.
— To mewi kwiat, inaczej mewianka. Działa uspokajająco i zjada się go. — wytłumaczyła mu kotka, teraz wskazując na mech, który leżał obok. — Mech na pewno kojarzysz, jednak u medyków ma trochę inne zastosowanie, niż tylko robienie z nich miękkich legowisk. Jak myślisz, jakie?
— Hmm… Na pewno można podawać nim wodę kotom. — odpowiedział kotce.
— Tak, w dodatku można nim zetrzeć krew i przemyć rany. Rany opatrujemy pajęczyną, a najpierw używamy na nich ziół, takich jak żywokost czy żarnowiec. Bardzo pomagają w gojeniu ich. — Wskazała kolejno na oba zioła. Firmamentowa Łapa pomimo wielu informacji starał się zapamiętać jak najwięcej. Nie miał zamiaru spoczywać na laurach, chciał uczyć się intensywnie, bo wiedział, że mogą od niego wymagać więcej. Szkolić też nie może się wieki, a swoje księżyce ma. Po jeszcze kilku wymienionych ziołach i zadaniu paru pytań Księżycowa Aldrowanda zaproponowała wyjście na wyprawę medyka reszcie, na co wszyscy się zgodzili. Szedł u boku mentorki, tuż za Ćmią Łapą i Jagnięcym Ukłonem. Uczennica szła z podniesionym ogonem. Od momentu, gdy tylko wszedł do legowiska medyków, kompletnie zmieniła nastawienie do niego. Jakby miała do niego jakąś urazę. Nie miał pojęcia, o co może jej chodzić, jednak zignorował to, ciesząc się wyjściem z obozu. Księżycowa Aldrowanda zbierając zioła, tłumaczyła mu, które służy do czego. Pakował kolejne kwiatki do liścia, w którym było o wiele łatwiej nieść zapasy. Gdy kotka pokazała mu ten trik, z początku był przekonany, że będzie mu on zbędny, jednak gdy chwytał liście do pyska, aby włożyć je do pakunku, czuł ich gorzki smak i od razu zdawał sobie sprawę z tego, czemu takie rozwiązanie jest wygodniejsze. Sama wyprawa nie zajęła im dużo czasu, wrócili dość szybko. Zebrał przy okazji mech, którym mógł ułożyć sobie swoje legowisko. Położył je obok legowiska Ćmiej Łapy, choć gdy ta zobaczyła to, to położyła się odwrócona tyłem do niego. Nie za bardzo go to przejęło, gdyż nie rozumiał nadal jej uprzedzenia. Położył się, patrząc jeszcze chwilę na medyczki, które kończyły układać swoje zapasy, bo wcześniej pomagały w tym swoim uczniom. Czuł, że Księżycowa Aldrowanda mogła się lekko stresować posiadaniem ucznia i tym, że nie nauczy go wszystkiego, jednak on widział w niej wspaniałą nauczycielkę. Miał nadzieję, że to wie… Zamknął oczy, odpływając powoli do krainy snów…

[2580 słów, szkolenie medyka]

Od Cisowej Łapy Do Kaczorka

Kotka otrzepała swoje czarne futerko, na którym do tej pory znajdowały się drobinki śniegu. Dopiero co wróciła z treningu bitewnego, prezentując się co najmniej mizernie. Część białych płatków, które spadły na jej grzbiet i łebek już się roztopiła, jeszcze bardziej przyklapują i tak już niezbyt długie i puchate w tych miejscach futro. Cis czym prędzej wzięła się za jego czyszczenie, by prezentować się jak najlepiej. Nie, nie jak najlepiej — perfekcyjnie. Gdy tylko skończyła z mordką i grzbietem, wzięła się za ogon, chodź akurat w jego przypadku, nie miała dobrego wyjścia. Naturalnie puchaty jakby odstawał od reszty jej przeciętnego futra. Jednak gdyby zostawiła na nim śnieg, ten poplątałby jej całą tamtejszą sierść, sprawiając, jakby wyglądała niczym jakiś nieokiełznany samotnik. Przeciągała więc po nim językiem, aż cały śnieg zszedł, a ogon napuszył się niczym u wiewiórki. Za jej uchem błyszczała mokra, drobniutka roślinka. Koniczyna. Cisowa Łapa dalej nie pozbyła się swojego kocięcego nawyku noszenia za uchem tej roślinki. Dziś właśnie wetknęła sobie na głowę nową, której szukała przez cały trening, by w końcu znaleźć jedną, zmizerniałą i przemrożoną roślinkę pod krzakiem jagód. Rozejrzała się po obozie. Ostatnio cały czas były tu jakieś kocięta. Kiedy została uczennicą, były to Rybitwa i jej rodzeństwo, a teraz niedawno Lśniąca Gwiazda przyniósł do obozu trzy nowe puchate kuleczki. Właśnie one kręciły się teraz po obozie. Miały niespełna jeden księżyc, a energii tyle jakby spały od kilku. Ganiały teraz za kulką mchu, pewnie ukradzionej z jakiegoś posłania. Nagle kulka potoczyła się prosto pod łapy Cisowej Łapy. Biegnący w jej stronę kocurek wyhamował nagle. Był kremowy, w rude pręgi, a na pyszczku miał rudą plamę, kształtem przypominającą dziób. Cis uśmiechnęła się do kocięcia.
— Proszę — miauknęła ciepło i podała kocięciu kulkę mchu.

<Kaczorku?>
[283 słowa]

[6%]

Od Zamroczki (Zamroczonej Łapy) CD. Koszmarnej Łapy

Przed mianowaniem Zamroczki, Koszmaru i Iglaka na uczniów

Zamroczka razem z rodzeństwem nie mogła się doczekać dnia, którego ukończy sześć księżyców. Zanim nadszedł początek nocy, podeszła do niej matka.
— Będziecie musieli przetrwać noc w lesie. To będzie próba wymagająca odwagi, szczęścia i sprytu, ale wierzę, że sobie poradzisz. Dlaczego nie miałoby tak być?
— Obiecuję, że dam radę — odparła koteczka.
Szylkretka pokiwała głową i otarła się o nią głową.
— Jeszcze zobaczymy — powiedziała.
Zamroczka postanowiła rozgrzać się oraz przygotować do testu. Ale gdy wzięła kilka razy wdech i wydech, Piołunowy Dym popchnął ją przed siebie. Zamroczka próbowała zaprotestować, ale poważna mina kocura skutecznie ją powstrzymała. W krótkim odstępie czasu biegła już naprzód poza obozem, a serce uderzało jej, jak szalone.
— Czekaj, Piołunowy Dymie! Jak długo mam tu zostać?
— Będziecie tu do rana — warknął, ostrożnie przytrzymując łapą jej ogon. Zrobił to chyba dlatego, aby się uspokoiła.
Znaleźli się w ciemnym lesie, w którym słychać było tylko pohukiwanie sów i odgłosy wiatru. Wojownik kazał jej poczekać, zostawił po drodze Koszmara, a potem poszedł dalej z pozostałym dwojga rodzeństwa. W jakiejś chwili zatrzymał się po drodze i pokiwał młodej kotce głową. Wiedziała, co chciał jej przekazać: miała przeżyć w tym miejscu do jutra.
Kiedy pozostała sama, zaczęła trząść się ze strachu. Ciągle myślała o tym, co się stanie, jeśli coś ją zaatakuje? Albo, co gorsza, zje?
Kuliła się połowę czasu od wschodu księżyca i bała się tak bardzo, że nie była w stanie wydusić z siebie żadnego mruknięcia. Chociaż w końcu zrozumiała, iż może jednak nic jej nie grozi. Wtedy w końcu się odważyła i przeszła się kilka metrów dalej, a nawet obejrzała ledwo widoczny krajobraz dookoła. Niestety nie miała w sobie takiej brawury, która by wystarczała na zamknięcie oczu. Przynajmniej tak jej się wydawało, bo sama nie była świadoma, kiedy zasnęła.
Czekoladowego kociaka obudziły blade promienie słońca. Horyzont zaczynał mienić się oznakami dnia, po czym wyczuła zapach idących kotów.
Szybko podeszła do niej Nadciągający Pomrok.
— Wszystko dobrze? Było tu coś groźnego? — Schyliła się z zaniepokojonym wzrokiem. — Powiesz po drodze, idziemy z powrotem, Zamroczko.

***

Stanęła niecierpliwie na pagórku. Za chwilę zostanie uczennicą, co w danej chwili uważała za najlepszy dzień w swoim życiu. Nagle po obozie rozległ się głos przywódczyni:
— Niech wszyscy zbiorą się na zebranie klanu!
Koty powychodziły z legowisk, a większość z nich była ciekawa, jak dzieci Ognikowej Słoty i Kocimiętkowego Wiru poradziły sobie z testem.
Zamroczka zbiegła z pagórka i przecisnęła się przed miejsce przemówień. Uważnie czekała, czując, iż zaraz eksploduje ze szczęścia.
Zalotna Gwiazda rozpoczęła ceremonię mianowania na uczniów od jej braci, za to potem nadeszła kolej na kotkę.
— Zamroczona Łapo, podejdź!
Stanęła i wstrzymała wdech. Zobaczyła ostatnie koty przychodzące na polanę, żeby zobaczyć lepiej, to co się dzieje.
– Ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, byś została uczniem. Od dzisiaj będziesz znana jako Zamroczona Łapa, a twoim mentorem zostanie Cętkowany Tęgosz.
Klan zaczął skandować głośno imiona nowych uczniów. Zamroczona Łapa uśmiechnęła się nieśmiało, chociaż z dumą. Mentorką Iglastej Łapy została Kocimiętkowy Wir, a mentorką Koszmarnej Łapy ich ciotka – Nadciągający Pomrok.
— Iglasta Łapa! Zamroczona Łapa! Koszmarna Łapa! — Usłyszała więcej niż raz.
Koszmarna Łapa podszedł do niej, mrucząc i składając gratulacje, więc odwzajemniła gratulacje.
— Kiedy chcesz się zmierzyć, Zamroczona Łapo? Nie mogę się doczekać. — Otarł się lekko o nią bokiem.
— Najlepiej już niedługo! — odpowiedziała spokojnie, ale w głębi jej środku siedziały duże pokłady energii. Chciała kontynuować temat, jednak coś ją powstrzymało; wypadałoby zapytać brata o jego odczucia.
– Jak ci poszło w lesie, Koszmarze… Koszmarna Łapo? — zapytała. — I co sądzisz o tym, że przydzielili ci Nadciągający Pomrok jako mentorkę
Niektórzy mogliby mu pozazdrościć. Była mistrzynią i byli spokrewnieni, a poza tym jednym z najbardziej mogących się pochwalić umiejętnościami kotów w klanie. Sama jednak nie była zazdrosna, bo Cętkowany Tęgosz był tylko wojownikiem, ale nie takim zwykłym! Mogłaby wymienić przynajmniej dwa powody dlaczego. Spojrzała na burego.
— To naprawdę świetnie, chyba potwierdzisz! Sam nie wiem jeszcze, czy w nocy zachowałem się dobrze, czy źle…
— Czyli, co to znaczy?
Koszmarna Łapa otworzył pysk, żeby odpowiedzieć, po czym go zamknął, ponieważ podbiegł do nich zasapany Niedźwiedź.
— Widzieliście gdzieś moją mamę? Muszę pilnie ją znaleźć.
Bury uczeń zastanowił się, kilka sekund później wskazując mu ogonem odpowiedni kierunek. Kocurek się rozpromienił i niezdarnie ruszył tamtędy.
Zamroczona Łapa przyjrzała się swojej łapie i rzuciła trochę żartobliwie:
— Ja się trochę bałam, ale potem przestałam. Tylko gdyby mnie dopadły borsuki, to bym się chyba zamroziła.
Zamrugała oczami z wdzięcznością, że brat jest dla niej dziś taki miły. Gdy lekko się znudziła tą wymianą zdań, Koszmarna Łapa wyszczerzył zęby z nadzieją.
— Więc kiedy się zmierzymy?
— Prawie zapomniałam — miauknęła. — Pójdźmy zacząć teraz, ale najpierw… Cóż, kto pierwszy ten lepszy!
I, zwinnie niczym mysz, pognała tam, gdzie chcieli to zrobić.

<Koszmarna Łapo?>

[774 słowa]

[15%]

Od Wróżki

Rozmowa z Czereśnią, dzień po spotkaniu liderów na Wrzosowiskach

— ... zawsze znajdzie się dla ciebie miejsce w szeregach Klanu Burzy... — Gdy Czereśnia przytoczył słowa Zawodzącej Gwiazdy podczas ich rozmowy w cztery oczy, serce albinoski przyspieszyło bicia. — Nie będą mieli ci za złe, jeśli zdecydujesz nie wracać do domu. Decyzja należy do ciebie. Zarówno Zawodząca Gwiazda oraz ja sam nie chcę, abyś czuła dodatkowy stres czy presję, jednak wiedz, że jeśli zechcesz pozostać w Owocowym Lesie, jesteś w nim mile widziana i tym razem przyjmiemy cię w nim jako pełnoprawną członkinię. Jeśli jednak zechcesz odejść z tutejszych terenów, również zaakceptujemy i uszanujemy Twój wybór.
Nie zdziwiłaby się, gdyby lider Klanu Burzy nie chciał jej już nigdy więcej widzieć na oczy, podobnie zresztą, jak Wdzięczna Firletka, Lotosowy Pąk czy Biały Strumień. A mimo to czarnofutry był gotów przyjąć ją ponownie do klanu, gdyby zdecydowała się na powrót. W końcu miała do kogo wrócić. W klanie oprócz dwójki ukochanych braci znajdowała się również jej mentorka na ścieżce medyka, Wdzięczna Firletka, drugi mentor na ścieżce wojownika, Oskrzydlony Ognik oraz Skrzydlata Płomykówka, z którą to jako uczennica wojownika, nim zmieniła ścieżkę na medyczną, często wspólnie trenowały. To na terenach Klanu Burzy spoczęło ciało jej matki oraz ojca, jak i również jej przyjaciela, Skrzypiącego Skrzypu. To w Grocie Pamięci, jak i na parterze Skruszonej Wieży spędziła większość swojego życia u boku Księżycowego Odłamka. W Owocowym Lesie oprócz Śnienia nie miała nikogo bliskiego. Odpowiedź, więc wydawała się prosta, gdy Czereśnia zechciał usłyszeć decyzję albinoski.
— Byłam pewna, że wieść o tym, że żyję i przebywam, tak blisko granicy nie ucieszy moich pobratymców, a wręcz zdenerwuje, że przez tyle księżyców milczałam. Bardzo się cieszę, że byliby gotowi mnie z powrotem przyjąć. Klan Burzy to mój dom i pozostanie nim na zawsze... jednak nie wrócę do niego. Przynajmniej nie na stałe. — Lekko pochyliła głowę, nim kontynuowała. — Chciałabym poprosić o możliwość zostania członkinią Owocowego Lasu, Czereśnio. Jak już wiesz, zarówno od Śnienia, uzdrowicieli, Zawodzącej Gwiazdy czy ode mnie samej, w Klanie Burzy pełniłam funkcje asystentki medyczki. Zioła nie mają przede mną tajemnic. Nim jednak zmieniłam ścieżkę szkolenia, poprzednik Zawodzącej Gwiazdy, Królicza Gwiazda, mianował mnie na uczennicę wojownika. — Kocur delikatnie przekrzywił głowę na wyznanie gościa. — Nie udało mi się zostać pełnoprawną wojowniczką, jednak moi mentorzy wyrażali się pochlebnie na temat moich umiejętności, mając na względzie moje słabości, jak chociażby wrażliwość na słońce czy mocne strony, jak chociażby lepsze wyniki treningów po zmroku. Według mojej pierwszej mentorki, która z powodu urazu została odsunięta z roli nauczycielki, brakowało tylko paru kwadr, abym otrzymało wojownicze miano. N-nie mówię tego, aby się przechwalać... Chciałabym zaznaczyć, że mogłabym pełnić inną rolę w Owocowym Lesie niż medyk, tym bardziej że moja wiara różni się od waszej, jak i w waszej społeczności jest już wystarczająco utalentowanych uzdrowicieli.
Czekoladowy z uwagą słów albinoski.
— Biorąc pod uwagę twoją przypadłość, jaką jest nadwrażliwość na słońce, niestety może być ciężko, abyś funkcjonowała z nami w ciągu dnia. Klan Burzy podobno posiada tunele pod swymi terenami, drzewo u was zbytnio nie ma — wymieniał różnice, zastanawiając się na głos nad drogą szkolenia dla kotki. — Mógłbym zaproponować Ci jedynie czas od zmierzchu do świtu z mentorem oraz paroma innymi Owocniakami, które raczej nie sypiają dużo. — Tu na chwilę przerwał, spoglądając na uzdrowicieli oraz zielarza, którzy krzątali się nieopodal. Ci jakby wyczuli wzrok przywódcy i zgodnie skinęli głową, utwierdzając rozmówców, że ta trójka również ich słucha. — Mógłbym zaproponować dalsze szkolenie na wojownika, a także jego obowiązki, ale w nocy. Z tego, co wiem to sam Śnienie woli nocny tryb życia, mogłabyś z nim chodzić na patrole, polowania i tym podobne. Podobno dobrze się dogadujecie.
Wróżka starała się zachować neutralny wyraz pyska, gdy lider zwrócił uwagę na łączącą ją relację ze Śnieniem, z którym to podobno dobrze się dogadywała. Na pewno fakt, że kocur nie odstępował jej przez pierwsze tygodnie w lecznicy, przyczynił się na temat różnych plotek dotyczącej ich dwójki. Czy Śnienie powiedział Czereśni lub komuś z Owocowego Lasu, że znają się od dobrych kilkudziesięciu księżyców? Że po raz pierwszy mieli przyjemność się poznać, gdy na niebie znajdowała się srebrzysta tarcza księżyca, Wróżka była wówczas świeżo mianowaną uczennicą, a niewiele od niej starszy kocur zdołał ukończyć swoje szkolenie? I pomimo burzliwej przeszłości, która łączyła oba ich klany, udało im się znaleźć nić porozumienia, która rozwinęła się między innymi w zaufanie i troskę. Czy może koty w tejże społeczności uznały, że po prostu Śnienie zdecydował się doglądać stanu kotki, którą wraz z innymi uratował przed śmiercią z łap lisa?
— To prawda, w Klanie Burzy łatwiej spotkać królika niż drzewo. I tak, dobrze dogaduję się ze Śnieniem. W końcu zawdzięczam mu życie, jak i wyznajemy tę samą wiarę. — Uśmiechnęła się lekko. — Dziękuję, Czereśnio. Za wszystko. — Ukłoniła się.
— Twoja ceremonia na uczennicę wojownika będzie miała miejsce pod koniec kwadry, pod koniec Pory Opadających Liści i początku Pory Nagich Drzew.

~~~

Ceremonia mianowania na uczennicę wojownika w Owocowym Lesie nie specjalnie odbiegała od tej, której doświadczyła w Klanie Burzy. Brązowofutry lider zwołał zebranie, na którym oznajmił, że albinoska dzisiaj zostaje członkinią Owocowego Lasu i rozpoczyna szkolenie pod okiem Szafran. Również wspomniał innym kotom, o tym, że treningi Wróżki będą się różnić nieco od treningów pozostałych uczniów i będą miały miejsce późną porą, gdy na niebie będzie znajdować się księżyc, aby nikt nie był zdziwiony nieobecnością nowej członkini w legowisku. Jak i faktem, że oprócz szylkretowej kocicy w treningach albinoski może towarzyszyć również złotooki kocur.
A propo miejsca, w którym jej przyjdzie odsypiać treningi. Miała na wyłączność niewielką norę, w której mogła się bezpiecznie skryć przed promieniami południowego słońca, które mogły jej zaszkodzić. Najwyżej kiedyś, gdy będzie sprawniej poruszać się wśród koron drzew uda jej się znaleźć jakąś wolną dziuplę, bądź nieco przerobi swoje posłanie z gałęzi, zabudowując je lub dodając do niego zadaszenie z patyków i liści, lub jakiegoś materiału znalezionego na Śmietnisku.
Gdy ceremonia dobiegła końca i koty zaprzestały skandowania nowego-starego imienia Wróżki, albinoska oddaliła się na bok wraz ze swoją nową mentorką. Jak na razie wiedziała tylko o szylkretowej kocicy całkiem niewiele; że była partnerką kocura, który został zdegradowany z roli zastępcy, a oprócz tego lada księżyc miała zostać babcią sporej gromadki wnucząt, na co wskazywał duży brzuch rudej kocicy.
— Już za chwilę, gdy na niebie pojawi się księżyc, będziesz miała możliwość podjęcia próby wdrapania się na drzewo — miauknęła kocica, przyglądając się terminatorce. — To bardzo proste, więc masz się niczym nie martwić. Skoro kocięta w mig to pojmują, to ty jako dorosła kotka tym szybciej załapiesz!
— C-chyba kiedyś próbowałam wspiąć się na drzewo... ale zakończyło się to upadkiem z niego — miauknęła, starając sobie przypomnieć czy to wydarzenie nie miało miejsca, gdy próbowała znaleźć się w bezpiecznej odległości od Wilgowej Goryczy, którego spotkała na granicy. Może, gdyby miała na wyciągnięcie łapy jakąś norę, instynktownie skryłaby się wówczas w niej, jak przystało na Burzaka?
— I upadniesz jeszcze wiele razy. Niczym się nie martw. Stos liści oraz biały puch zamortyzuje twoje upadki. Prawda, Śnienie?
— Prawda.
Wróżka przeniosła spojrzenie na czarnego kocura, który podszedł do obu kocic. U jego boku znajdowała się mała szylkretowa koteczka o imieniu Serduszko, będąca jego uczennicą. Była burzaczka uśmiechnęła się ciepło do młodszej termiantorki, z którą najprawdopodobniej przyjdzie jej spędzać część czasu treningu, nim uczennica uda się na spoczynek, po czym skupiła spojrzenie na kocurze, gotowa ruszyć na swój pierwszy oficjalny trening wspinaczki na drzewa.
— Nim opuścimy obóz, powinnaś zapoznać się dokładnie z jego wszystkimi zakamarkami. Legowiska uczniów znajdują się wśród korony drzewa na prawo, zwiadowców i wojowników na lewo. Legowisko stróży, starszyzny oraz żłobek znajdują się w krzewach... — podjęła Szafran, na szybko tłumacząc Wróżce położenie legowisk, do których będzie miała okazję zaglądać w najbliższym czasie.
— Pamiętaj, aby nie polować na jerzyki i jaskółki, bo inaczej zdenerwujesz Wszechmatkę — miauknęła Serduszka, wpatrując się we Wróżkę, jak w obrazek. Na słowa młodszej koteczki Szafran wywróciła oczami, po czym odchrząknęła, sugerując udanie się na początek do Owocowego Lasku, który znajdował się najbliżej obozu.

🐑

Od Słonkowej Łapy CD. Migoczącej Łapy (Migoczącego Nieboskłonu)

Przeszłość

Słonkowa Łapa stała tuż obok swojej mentorki, niemal przyklejona do jej boku. W tej chwili miała jej za złe, że wdała się w rozmowę z Lśniącą Gwiazdą, któremu nie ufała i za którym nie przepadała, zwłaszcza że miała świadomość, iż on również nie darzył jej sympatią. Gdy jednak pomyślała, że gorzej już być nie może, poczuła na sobie przeszywające, wręcz drwiące spojrzenie kolejnego kota. Szybko domyśliła się, że to uczeń lidera wpatrywał się teraz w nią z wyraźną niechęcią.
— Ty. Co ty tu robisz, co? — zapytał, tylko utwierdzając Słonkę w jej przypuszczeniach.
Szylkretka przełknęła ślinę, a futro na jej karku nieznacznie się zjeżyło. Nie miała najmniejszej ochoty na rozmowę z synem Lśniącej Gwiazdy, który zapewne przesiąkł już poglądami ojca i którego nienawiści uczono od chwili, gdy postawił pierwszy krok. Nie było szans, by Migocząca Łapa nie uważał rodziny Trójokiego Zająca za gorszą. Nawet jeśli jego ojciec nie powiedział mu wprost, że powinien jej nienawidzić, point z pewnością sam zauważył, że Lśniąca Gwiazda nie pała sympatią do tej grupy kotów.
— Ja... Nie wiem. Szłam za swoją mentorką — wydukała w końcu Słonka, natychmiast wbijając wzrok we własne łapy. Modliła się w duchu, by Jenocia Kufa wreszcie zakończyła pogawędkę z przywódcą i zabrała swoją uczennicę w inne miejsce, gdzie mogłyby odbyć trening.
W końcu jednak usłyszała rozbawione prychnięcie, a na jego dźwięk jej żołądek wywinął fikołka. Szkoda, że nie każdy był taki jak Złamana Łapa. Niektórzy nie mieli w sobie ani krzty empatii. Widząc słabszych, nie odczuwali potrzeby, by im pomóc. Zamiast tego woleli jeszcze bardziej ich dobić, czerpiąc satysfakcję z własnej przewagi i utwierdzając się w przekonaniu, że są lepsi od tych, których uznawali za gorszych.
— Co ty taka strachliwa myszka? Mysie serce się znalazło! — zaśmiał się kocur. — Weź przestań, jesteś żałosna. Już lepiej by było, gdybyś była uczennicą protektora. Tam się nadajesz, do tych bezużytecznych pionków. A nie, bawisz się w wojownika, przerywasz innym treningi tylko po to, byś na koniec stchórzyła — warknął cicho, tak, by ich mentorzy tego nie słyszeli. — Wystarczy nam już takich pokrak w klanie — oznajmił i lekko popchnął Słonkę.
Młodszej trudno było uwierzyć w to, że zachowanie Migoczącej Łapy naprawdę miało miejsce. Było co najmniej chore i absurdalne. Jak w kimś tak młodym mogło kryć się aż tyle nienawiści? Point był nią wypełniony po same czubki uszu, a było jej tak wiele, że jej nadmiar musiał wylewać się z jego gardła w postaci kolejnych obelg.
Migocząca Łapa, widząc jej pysk wykrzywiony w wyrazie przerażenia i zdumienia, wybuchł śmiechem. Słonka zastanawiała się, czy w międzyczasie przez jego głowę przeszła choć jedna sensowna myśl. Może tylko w kółko powtarzał sobie: “Jesteś lepszy od innych” albo “Wyśmiewaj tych, którzy są inni”, a potem bez większego namysłu postępował zgodnie z tymi przykazaniami? To była jedyna możliwość, którą Słonkowa Łapa była w stanie zaakceptować. W końcu, gdyby point potrafił sformułować w tej swojej łepetynie nieco bardziej skomplikowane zdania, być może byłby znacznie lepszym kotem, niż był teraz.
— Migocząca Łapo — odezwał się w końcu Lśniąca Gwiazda, przerywając napiętą wymianę zdań między dwójką uczniów. — Pokażesz Słonkowej Łapie jak się wspiąć na drzewo. Pomoże to nie tylko tobie, ale również jej przyswoić nową wiedzę, potrzebną w przyszłości — wyjaśnił rudy, przyglądając się dwójce młodszych kotów.
Słysząc te słowa, szylkretka zaczęła jeszcze bardziej utwierdzać się w przekonaniu, że jej egzystencja była jedynie marnym eksperymentem Klanu Gwiazdy. Nie mogła już nawet w spokoju odbyć treningu z Jenocią Kufą, bo oczywiście musiała trafić na dwójkę kotów, których obawiała się najbardziej. W tym momencie cała ta sytuacja nie wydawała jej się nawet śmieszna. Była po prostu przykra. Słonkowa Łapa nie potrafiła uwierzyć, że najbliższe kilka chwil będzie musiała spędzić w towarzystwie kocura, który zwyzywał ją od pionków i pokrak.
Chwilę później Migocząca Łapa ruszył w stronę najbliższego drzewa, z determinacją wymalowaną na pysku. Zadzierał brodę, a jego ogon kołysał się z gracją na boki. Cała jego postawa świadczyła o tym, że uważał się za kogoś lepszego i ważniejszego od każdej żyjącej istoty. Słonka obserwowała go z dziwnym uciskiem w sercu. Absolutnie nie potrafiła zrozumieć jego zachowania, które stanowiło dla niej prawdziwą zagadkę. Jakim cudem w jednym klanie mogły żyć tak różne koty? Szylkretka była łagodna, wrażliwa i nieśmiała. Potrafiła wczuć się w sytuację innych i starała się unikać konfliktów. Point natomiast celowo je wywoływał. Nie ulegało wątpliwości, że czerpał z nich przyjemność. I właśnie tego uczennica nie potrafiła pojąć. Dla niej każdy spór był niemal końcem świata, a podniesiony głos brzmiał niczym wyrok skazujący ją na bezgwiezdną ziemię.
— Nie liczę na to, że w twojej pustej głowie pomieszczą się wszystkie ruchy, które teraz wykonam, ale przynajmniej postaraj się coś zapamiętać, jeśli nie chcesz zrobić z siebie pośmiewiska przed samym przywódcą! — rzucił kpiąco do Słonki, napinając mięśnie.
Szylkretka wlepiła wzrok w Migoczącą Łapę, próbując zignorować obelgi, którymi ją obrzucał, i skupić się na tym, by nauczyć się od niego wspinaczki. Czuła jednak, że wcale nie będzie to takie łatwe, ponieważ biało-niebieski kocur był raczej kiepskim nauczycielem. Brakowało mu choćby odrobiny zrozumienia i cierpliwości, którymi powinien odznaczać się każdy dobry mentor. Zawsze istniała jednak szansa, że Migocząca Łapa w końcu wyrośnie ze swojego młodzieńczego, nieznośnego charakteru i z wiekiem nabierze choć trochę pokory.
W mgnieniu oka uczeń wybił się od podłoża i zaczął wspinać się po pniu niczym najprawdziwsza wiewiórka. Przynajmniej do pewnego momentu. Uwadze Słonki nie umknęło, że w pewnej chwili jedna z tylnych łap pointa się osunęła, zmuszając kocura do gwałtownego zatrzymania. Niewielkie kawałki kory oderwały się od drzewa i posypały wprost na pysk Słonkowej Łapy, która odruchowo prychnęła, próbując strącić je z nosa. Wtedy jednak usłyszała syknięcie starszego ucznia, przez które natychmiast zastygła w bezruchu.
— Bawi cię to?! Skoro jesteś taka mądra, to zaraz sama spróbujesz wspiąć się na drzewo! No co? Obleciał cię strach? Na pewno tak, bo w życiu nie byłaś nad ziemią wyżej niż na długość lisiego ogona! Nie masz prawa się ze mnie śmiać, sowia wypluwko! Każdy w klanie zaraz się dowie, jaka jesteś słaba i żenująca! — wybuchnął, podczas gdy Słonka położyła po sobie uszy i słuchała jego słów z narastającym zakłopotaniem.
Wcale nie chciała się z niego śmiać! Gdyby nie obsypał jej kawałkami kory, nie wydałaby z siebie nawet najcichszego dźwięku! Wiedziała jednak, że tłumaczenie mu tego nie miałoby najmniejszego sensu. Kocur i tak byłby przekonany, że się z niego naśmiewała. Szylkretka westchnęła więc jedynie ciężko, czując się zupełnie bezsilna wobec pointa.
— Przepraszam, Migocząca Łapo. To się już nie powtórzy — odparła, mając nadzieję, że dzięki temu kocur wreszcie da jej spokój.
— Oczywiście, że się nie powtórzy! Inaczej skończysz jako ozdoba w moim legowisku! — warknął gniewnie, po czym zaczął powoli schodzić po pniu.
Gdy znalazł się już wystarczająco nisko, zeskoczył na ziemię i kilkakrotnie polizał futro na klatce piersiowej. Następnie odwrócił się w stronę Słonkowej Łapy, nie kryjąc gniewu malującego się na jego pysku.
— Twoja kolej, lisi bobku! Zobaczymy, kto się teraz będzie z kogo śmiał! — fuknął, mierząc ją pogardliwym spojrzeniem.
Szylkretka była przekonana, że oto nadszedł jej koniec. Nigdy w życiu nie wspinała się na drzewo, więc za pierwszym razem z pewnością nie pójdzie jej najlepiej. Już teraz niemal słyszała ten okropny śmiech i kolejną wiązankę obelg, którymi Migocząca Łapa z pewnością ją obrzuci. Doskonale wiedziała, że kocur nie wybaczy jej nawet najmniejszego błędu.
Zanim jednak zdążyła podejść do drzewa, usłyszała głos Jenociej Kufy:
— Słonkowa Łapo! Zwijamy się stąd! — oznajmiła wojowniczka, obrzucając Migota podejrzliwym spojrzeniem.
Uczennica poczuła, jak kamień spada jej z serca. Czyżby mentorka wreszcie usłyszała, jakim językiem posługiwał się point?
Szylkretka szybkim krokiem podeszła do swojej wybawicielki, nie oglądając się nawet na starszego kocura. Wiedziała, że ten najpewniej kipiał teraz ze złości, dlatego wolała nie patrzeć na niego w takim stanie. Zamiast tego ruszyła za Jenocią Kufą, która oddalała się właśnie od Lśniącej Gwiazdy i jego syna.
Gdy znalazły się już wystarczająco daleko, wojowniczka w końcu się odezwała:
— Co za wyszczekany łajnojad! Co jak co, ale MOJEJ uczennicy nikt poza mną nie ma prawa obrażać! — oburzyła się, energicznie poruszając ogonem.
Słonkowa Łapa zachichotała cicho pod nosem. Choć nie zawsze układało jej się z Jenocią Kufą, musiała przyznać, że kotka naprawdę nie pozwalała nikomu poniżać swojej uczennicy. Stanęła przecież w jej obronie również wtedy, gdy to Złamana Łapa dokuczał jej podczas treningu.
— Zaraz sama cię nauczę wspinaczki na drzewa! Zostaniesz w niej mistrzynią, a potem skopiesz synusiowi lidera zad! — oznajmiła wojowniczka z taką powagą, jakby właśnie przedstawiła najważniejszy plan w swoim życiu.
Słonka nie wiedziała, co powinna powiedzieć, by nie zepsuć tej chwili, dlatego ograniczyła się jedynie do uśmiechu. W końcu Jenocia Kufa nieco ochłonęła i obie ruszyły w głąb lasu, by kontynuować naukę wspinaczki.
— Zapamiętałaś cokolwiek z tego, co pokazał ci Migocząca Łapa? — zapytała starsza, wbijając wzrok w jedno z drzew.
Uczennica wzruszyła ramionami.
— Chyba tak… — odparła, choć sama nie była do końca przekonana. Nie skupiała się zbytnio na ruchach pointa, ponieważ za bardzo martwiła się tym, jakimi wyzwiskami ją obrzuci, gdy przyjdzie jej kolej na wspinaczkę. Mimo wszystko jak trudne mogło być wdrapanie się na drzewo? Nie wyglądało to na szczególnie skomplikowane zadanie. Słonka obawiała się jedynie, że w pewnym momencie straci przyczepność i runie na ziemię.
— W takim razie spróbuj. Jeśli ci nie wyjdzie, pokażę ci wszystko od nowa — oznajmiła Jenocia Kufa, brzmiąc zaskakująco łagodnie. — Choć zakładam, że z tego syneczka przywódcy był raczej marny mentor, więc nie spodziewałabym się cudów! — dodała, ale mimo tych słów wciąż wydawała się Słonce przyjazna.
Czyżby w obliczu wspólnego wroga potrafiły znaleźć wspólny język? Na to wyglądało.
Młodsza skinęła głową i podeszła do jednego z drzew. Napięła mięśnie, po czym wskoczyła na pień, starając się wczepić pazurami w korę. Instynktownie udało jej się wspiąć nieco ponad ziemię, lecz po chwili znieruchomiała i położyła po sobie uszy. Nie miała pojęcia, jak powinna zejść, gdy znajdzie się wyżej, i nie chciała ryzykować.
— No proszę, Słonkowa Łapo! Jak na pierwszy raz wcale nie jest tak źle — mruknęła Jenocia Kufa. — Jednak jeśli chcesz pokazać temu mysiemu móżdżkowi, kto tu rządzi, będziemy musiały jeszcze trochę potrenować.

* * *

Przed powrotem Lśniącej Gwiazdy

Sporo się ostatnio działo w Klanie Klifu, lecz Słonkowa Łapa nie miała nawet czasu, by się nad tym wszystkim zastanowić. Jenocia Kufa męczyła ją na treningach, chcąc, aby szylkretka mianowała się jak najprędzej. Gdy tylko młodsza wracała do obozu, od razu kładła się na posłaniu i zasypiała. Zazwyczaj budziła się dopiero z samego rana, a gdy udawało jej się wstać jeszcze wieczorem, nie miała głowy do rozmyślań, gdyż skóra tak strasznie ją swędziała. Słonka nie wiedziała, dlaczego tak się działo. Cały czas musiała się drapać i powoli doprowadzało ją to do szału.
Przynajmniej przez to swędzenie była tak rozkojarzona, że nie miała czasu przystanąć i zdać sobie sprawy z tego, że Klan Klifu staje się coraz mniej bezpiecznym miejscem. W końcu prawda była taka, że obecnie nie mieli lidera. Źródlana Łuna musiała przejąć jego obowiązki. Nikt nie był pewien, czy Lśniąca Gwiazda jeszcze powróci do Klanu Klifu, czy może uciekł od nich na zawsze. Co, jeśli poszedł żyć ze swoją byłą partnerką — Truskawkowym Polem? W końcu ona również zbiegła z klanu i do tej pory nie wróciła. Słonka nie wiedziała, jak wyglądała relacja między liderem a byłą zastępczynią. Czy naprawdę się kochali? Jeśli tak, ucieczka rudofutrego mogła mieć na celu odnalezienie pointki i rozpoczęcie z nią życia gdzieś poza granicami klanu.
Słonka leżała teraz na posłaniu, wlepiając spojrzenie w ścianę legowiska. Temat ucieczki Lśniącej Gwiazdy bardzo ją zaciekawił, lecz wtem ponownie się rozproszyła, gdy poczuła swędzenie skóry. Położyła po sobie uszy, wciskając głowę między łapy. Może powinna wreszcie udać się z tym do medyczek? Rozmyślanie o przyszłości Klanu Klifu, choć stresujące, wydawało się ciekawym zajęciem, więc może jednak nie powinna ignorować ostatnich wydarzeń, celowo wywołując u siebie dyskomfort? Może to właśnie przez to swędzenie nie mogła się skupić na treningach i to dlatego rudofutry nie zdecydował się mianować jej przed swoją ucieczką?
Słonkowa Łapa w końcu podniosła się z miejsca. Otrzepała się i, starając się nie drapać, ruszyła w stronę lecznicy. W jej wnętrzu podeszła do niej Jagnięcy Ukłon.
— Dzień dobry… — przywitała się z nią szylkretka. — Ostatnio bardzo swędzi i piecze mnie skóra — wyznała.
“Ostatnio”, czyli od kilku księżyców. Jak mogła tak długo to ignorować?
Medyczka podeszła do niej i zaczęła ją oglądać. Słonka zmrużyła oczy, nie chcąc nawet zobaczyć miny Jagienki. Jej skóra była w opłakanym stanie. Zaczerwieniona, pokryta bąblami, a przede wszystkim cała podrapana.
— Od jak dawna? — zapytała rudofutra.
Szylkretka otworzyła oczy i zwróciła się w stronę Jagienki, która szukała jakiegoś zioła w składziku.
— Od bardzo dawna… Ale nie miałam głowy do tego, żeby przyjść wcześniej. Przepraszam… — wymamrotała, kładąc po sobie uszy.
Jagnięcy Ukłon podeszła do niej ponownie i zaczęła smarować jej skórę jakąś papką, którą wcześniej przygotowała, przeżuwając w pysku zioła.
Gdy skończyła, młodsza podziękowała jej i opuściła lecznicę. Zamierzała wrócić na swoje posłanie, lecz nim to zrobiła, dostrzegła siedzącego samotnie Migoczący Nieboskłon. Mimo tego, co dawniej jej powiedział, zrobiło jej się go żal. W końcu point nie miał już ani matki, ani ojca i na pewno musiało być mu ciężko.
Słonkowa Łapa postanowiła do niego podejść, ignorując fakt, że wręcz prosiła się o to, by ponownie ją zwyzywał. Po prostu pomyślała, że nie powinna chować do kocura urazy za to, co powiedział jej kilka księżyców temu. Na agresję nie powinno się odpowiadać agresją, prawda?
W końcu podeszła do niego i zatrzymała się w miejscu, a wtedy cała pewność siebie się z niej ulotniła. Słonka zamrugała kilka razy, czując, jak supeł zaciska się jej na gardle. Stała przed pointem jak słup, nie potrafiąc wydusić z siebie ani słowa.

<Migoczący Nieboskłonie?>

[2224 słowa + wspinaczka na drzewa]

[44% + 5%]

Wyleczeni: Słonkowa Łapa

Od Smuklika (Smuklikowej Łapy) CD. Jesionowej Szadzi

Smuklik jako ostatni z rodzeństwa wgramolił się do wielkiego legowiska, które dzielił z mamami, braćmi oraz siostrzyczką. Gdy tylko udało mu się znaleźć małą, acz wystarczającą przestrzeń pośród kotów, padł na posłanie i wystawił swój różowy język, łapczywie wciągając powietrze. Mimo ogromnego zmęczenia czuł się szczęśliwy, że do samego końca dzielnie walczył za liderkę Klanu Miodowego Jesionu, w którą wcieliła się jego jedyna siostrzyczka. Wodnik w roli przywódczyni podczas zabawy sprawdzała się wręcz fenomenalnie, więc kto wie, może kiedyś w przyszłości naprawdę nią zostanie, gdy zaskarbi sobie sympatię starszych kociąt oraz starszych wojowników, jak i zaprezentuje swoje umiejętności? Aronia, Agrest i sam Smuklik na pewno jej w tym pomogą, wspierając ją zawsze i wszędzie!
Pręgowany był gotów na popołudniową drzemkę, o czym świadczyło jego przeciągłe ziewnięcie. I najpewniej po prostu by zasnął, oddając się chwili wytchnienia, tym bardziej po intensywnej zabawie, gdyby nie spojrzał w stronę mamy, Jesionowej Szadzi, która przyglądała się piórkom swoich kociąt wetkniętych w brzeg posłania. Powoli podniósł się z małej przestrzeni, którą zajmował i przybliżył się do liliowej kocicy. Bez uprzedzenia, ostrożnie wgramolił się między przednie łapy kocicy, zwijając się w kłębuszek.
– Jeszcze raz dziękuję za piórko szpaka, mamo. Jest przepiękne – miauknął, unosząc spojrzenie do góry, jednak nie spoglądał w stronę matki. Spojrzenie miał utkwione w metalicznie połyskującym piórku, którego był właścicielem. Zawsze starał się je mieć przy sobie, głównie w sierści, nie licząc momentów zabaw podczas których mogłoby się ubrudzić i uszkodzić. W końcu w przyszłości piórko zmieni właściciela i zostanie nim ukochany lub ukochana Smuklika. Kocurek zamierzał kontynuować rodzinną tradycję. – Jeśli moje uczucia się nie zmienią, to wiem kogo nim obdaruję. – Tym razem podniósł spojrzenie na matkę, cichutko chichocząc.
– Czy znam tego kota?
– Chyba... chyba powinnaś go znać... – Ziewnął. – Mhm. Na pewno znasz... – zamruczał, układając się wygodnie pomiędzy matczynymi łapami, wtulając mordkę w jej futro. Klatka piersiowa kocurka rytmicznie unosiła się i opadała, a z jego pyszczka dobiegało ciche chrapanie.
Jesionowa Szadź nie poznała tożsamości kocięcej miłości Smuklika. Chyba mało który kot zdawał sobie sprawę, że ten ciekawski kociak został już postrzelony strzałą amora. W końcu Smuklik był dyskretniejszy niż jego brat Agrest, który odkąd niebieski sięgał pamięcią, smalił cholewki do córki Kruczego Pióra.

~~~

Kilka księżyców później; na kilka dni przed samotną nocą lesie

Pomimo panującego mrozu na zewnątrz kociarni, kocurek siedział w wejściu do niej, obserwując płatki śniegu mieniące się srebrem na tle wschodzącego księżyca. Mróz szczypał go w nosek, policzki i uszy, a mimo to starał się nie drgnąć ani o milimetr, co było nie lada wyzwaniem. Smuklik zdawał sobie sprawę z tego, że w przeciągu paru dni zostanie wybudzony nocą ze snu i po raz pierwszy postawi łapy poza obozem Klanu Wilka. Przechadzający się między legowiskami uczniowie dobitnie mu o tym przypominali.
"Twoja kolej" – to mówiły ich spojrzenia, gdy ukradkiem zerkali w stronę niebieskiego kocurka.
Jednak im bliżej było do ukończenia przez Smuklika sześciu księżyców, kocurek zamiast czuć się pewnie, zaczął być pełen obaw. Czy, aby na pewno podoła? Powinien, w końcu skoro ktoś taki, jak Garbata Łapa przetrwał noc w lesie, to każdy kociak był w stanie ją przeczekać i o świecie powrócić do klanu, aby dostąpić zaszczytu ceremonii mianowania ucznia. Jednak czy Garbata Łapa spędzał noc w lesie Porą Nagich Drzew? I to w dodatku taką srogą?
Z tego intensywnego myślenia, aż kichnął, wzniecając biały puch do góry. Potarł łapką po pysku, wlepiając spojrzenie w gwiazdy. Żałował, że nie mógł udać się w tej chwili pod Cierniste Drzewo, aby złożyć modły przodkom, które natychmiast dotarłyby by do ich uszu. Przynajmniej według tego, co mówił mu ojciec, w tym miejscu najłatwiej było komunikować się z przodkami. Jednak dopiero jako uczeń będzie mógł udać się, aż tak daleko od obozu. Niewiele myśląc, nie mając żadnej innej alternatywy, zdecydował się pomodlić do przodków w miejscu, w którym teraz siedział, mając nadzieję, że nikt nie zdecyduje się mu przeszkodzić w modlitwie, w której skrył mnóstwo próśb. Wszystkie jednak dotyczyły pomyślnego zdania testu umożliwiającego przystąpienia do ceremonii. Zarówno dla niego samego, jak i jego rodzeństwa.
– [...] Obiecuję wam to, mroczni przodkowie. Klan Wilka będzie z nas dumny, teraz, a w szczególności w przyszłości, gdy będziemy starsi i silniejsi.
– Nie za dużo tych obietnic, co, Smukliku? – zagadnęła Jesionowa Szadź, zajmując miejsce u boku syna, który właśnie skończył modlitwę. Gdyby to inny kot, który nie był jego jedną oraz drugą mamą, zbliżył się do niego w tym momencie, kocurek najpewniej z nadąsaną miną zarzuciłby, że ten zapeszy jego modlitwę oraz prośby. Natomiast Jesionową Szadź kocurek obdarował uroczym uśmiechem. – Modliłeś się?
– Mhm. Właśnie skończyłem. Poprosiłem przodków czuwających nad Klanem Wilka o pomyślność dla mnie, Wodnik, Aronii i Agrestu. Aby udało nam się przetrwać noc w lesie i skoro świt, zostać uczniami wojowników. Tata mi zasugerował tę modlitwę. N-nie wiem, czy coś da, ale dzięki niej mniej się stresuję...
Jesionowa Szadź przejechała po grzbiecie syna swoim puchatym srebrzystym ogonem, uśmiechając się ciepło i pokrzepiająco. Smuklik i jego rodzeństwo naprawdę byli szczęściarzami, że trafili do takiej, a nie innej rodziny. Jesionowa Szadź i Miodowy Ul były najwspanialszymi matkami, jakim przyszło kroczyć po ziemi. Były wspierające i troskliwe. Nigdy nie podniosły głosu na swoje pociechy, a tym bardziej łapy. Nigdy nie narzucały swoich przekonań, a tym bardziej wiar. Zarażały kocięta wiedzą, nie strasząc ich przy tym. Smuklik, gdyby mógł, najpewniej założyłby kult, dzięki któremu pamięć o jego matkach przetrwałaby nie sto, nie pięćset księżyców, a całą wieczność.
– Spójrz w niebo, Smukliku... – podjęła kocica, wskazując pyskiem w przestrzeń pomiędzy łysymi oraz iglastymi gałęziami drzew. Błękitne oczy kocurka spoczęły na granatowym niebie pokrytym gwiazdami. – Widzisz sylwetkę Dwunożnego, o tam? Pomiędzy przestrzenią między Betelgezą, a Rigel.
Pręgus lubił opowieści matki na temat gwiazd, które wywodziły się z wierzeń matki Jesionowej Szadzi, a babki Smuklika. Chwilę mu zajęło zlokalizowanie wspomnianych przez liliową gwiazd, a gdy już mu się to udało, był w stanie dostrzec sylwetkę Dwunoga. A przynajmniej zarys łysej istoty, o której słyszał z innych opowieści.
– Orion był wspaniałym myśliwym, a w dodatku był synem samego Pana Mórz, dzięki czemu z łatwością poruszał się wśród nurtów. Nie miał sobie równych w sztuce łowów, zarówno w morzu, jak i na lądzie. Władał sztuką połowu tak doskonale, jakby rzeki i jeziora zdradzały mu wszystkie swe tajemnice. A wśród puszczy poruszał się z taką wprawą, jakby las odsłaniał przed nim swe najskrytsze sekrety. Niestety jego umiejętności były dla niego zgubne. Brat Pani Łowów, Złotowłosy, zazdrosny o bliską relację Oriona z siostrą, podstępem doprowadził do śmierci myśliwego. Pani Łowów nie rozpoznała ukochanego i zadała mu śmiertelny cios. A gdy odkryła, kogo zabiła, pogrążona w żalu po ukochanym, wniosła modły o umieszczenie go na nocnym niebie. By mógł jej co noc towarzyszyć podczas łowów.
Smuklikowi odjęło mowę. Nawet nie widział, kiedy przestał wpatrywać się w gwiazdozbiór, a jego spojrzenie spoczęło na matce.
"C-czy ona wiedziała... D-dlatego... T-ta opowieść..."
– Orion będzie nad tobą czuwał, jak i twoim rodzeństwem podczas nocy. Będzie twoim patronem, podobnie jak moim jest Kasjopeja. Kiedy nie będziesz wiedzieć co zrobić, jaką podjąć decyzję, wierzę, że wspólnie stawicie czoła każdej niepewności. Po prostu nocą wystarczy podnieść wzrok na gwieździste niebo...
Smuklik wtulił się mocno w matkę, chowając pysk w jej długiej sierści na piersi. Jesionowa Szadź wydała się zaskoczona nagłym przypływem miłości ze strony syna, tym bardziej po opowieści, w którym patron kocurka dokonał żywota. Trwało to jednak chwilę. Kocica położyła łapę na ramieniu kocurka, odwzajemniając uścisk i czule polizał go po łebku.

***

Przebieg samotnej nocy w lesie

W głąb terenów Klanu Wilka został zaprowadzony przez szaro-białą kotkę, z którą do tej pory nie miał zbyt wielu interakcji. Kalinowy Powiew kilkukrotnie miała okazję przynieść królowym oraz ich kociętom pokarm. Wojowniczka nim pozostawiła kocurka samego pośród mroku, przypomniała mu, że nie może powrócić do obozu przed świtem, nawet jeśli grozić mu będzie śmierć. Z tym pożegnaniem kocica oddaliła się, znikając pomiędzy świerkami.
Smuklik przez dłuższą chwilę tkwił w tym samym miejscu, w którym został pozostawiony, aż w końcu zdecydował się nieco rozejrzeć po okolicy. Nieporadnie węszył, starając się rozpoznać zwietrzałe tropy wojowników oraz zwierzyny. Z radością drgnęły mu wąsy, gdy wśród zapachów na ośnieżonej ściółce udało mu się rozpoznać znajomą woń rudego kocura – Tygrysiej Nocy. Czyżby znajdował się nieopodal Czarnych Gniazd, jak i granicy z Klanem Klifu? Najprawdopodobniej tak, bo z tego, co dowiedział się od ojca, ten kilka dni temu prowadził patrol graniczny, w tych okolicach.
Kocurek krążył w koło, co jakiś czas oznaczając kory drzew i podnóża nacięciami swoich pazurów, aby nie stracić orientacji w terenie. Pamiętał, za którym świerkiem zniknęła Kalinowy Powiew. Tuż za nim, parę długości borsuka dalej znajdował się obóz. Nie mógł do niego wrócić przed świtem, nieważne co. Musiał poczekać, aż z rana wytypowani przez lidera wojownicy przyjdą po niego i jego rodzeństwo.
Pręgus zadarł głowę do góry, starając się odszukać Oriona wśród gwiazd. Było to trudne, dookoła niego znajdowały się gęsto rosnące świerki. Niewiele myśląc, kocurek postanowił wdrapać się na jedną z niższych gałęzi; aby móc lepiej widzieć i aby nie zostać przekąską dla zwierzęcia, które polowało na ziemi. Gałąź też nie była zbyt dobrym schronieniem, tym bardziej naga, jednak welon z igieł skrywał kocurka przed atakiem innych drapieżników. Dochodząc do krańca gałęzi, przecisnął łebek przez dywan igieł. Gwiazdy wydawały się na wyciągnięcie łapy.
I tak minęła kocurkowi pierwsza godzina na oglądaniu gwiazd. A potem druga i trzecia. Mimo znużenia nie zdecydował się zamknąć oczu. Nie miał wprawy we wspinaczce, mógł podczas snu ześlizgnąć się z gałęzi i znaleźć się na ziemi, a tego nie chciał.
Aż w końcu nastał świt, a wśród białego puchu dostrzegł rdzawego kocura.

~~~

Czwórka kociąt powróciła do obozu skoro świt. Smuklik jako jeden z pierwszych kociąt zajął miejsce w okręgu, oczekując na pojawienie się pozostałych kociąt. A gdy wszyscy powrócili, Zalotna Gwiazda rozpoczęła ceremonię.
— Klanie Wilka, dziś z nocy w lesie powróciła czwórka kandydatów na uczniów naszego klanu, a więc czas, aby mianować ich na nich – ogłosiła. – [...] Smukliku, wystąp. – Gdy przyszła kolej niebieskiego, posłusznie wyszedł z rzędu. – Ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Smuklikowa Łapa. Twoim mentorem będzie Kalinowy Powiew. Mam nadzieję, że przekaże ci ona całą swoją wiedzę.
Oba koty zetknęły się nosami, by po chwili rozbrzmiało wśród tłumu skandowanie nowego imienia Smuklika, który od dzisiaj, stojąc w promieniach wschodzącego słońca, znany był jako Smuklikowa Łapa. Kocurek zerknął po kolei na swoje rodzeństwo, po czym obdarował każdego z osobna rządkiem swoich białych ząbków. Odszukał spojrzenia ojca wśród kotów, które skandowały jego imię i imiona jego rodzeństwa. W końcu przeniósł spojrzenie na swoje matki, na których to dłużej zatrzymał wzrok.
"Będę nie tylko dzielnym wojownikiem, ale i wspaniałym myśliwym. Jak Orion. Tylko nie skończę jak on i nie dam się zabić podstępem".

<Mamo Jesionko?>
[1765 słów]
🐝

[35%]

Od Cisowej Łapy

Końcówka Pory Opadających Liści

– Chodź, Cisowa Łapo, idziemy na patrol! – miauknęła Psotny Nietoperz, budząc z samego rana swoją córkę. Ta wymamrotała coś niewyraźnie i wstała, pospiesznie liżąc się po piersi. – Idziemy dziś na granicę z Klanem Burzy, razem z twoją siostrą! – kontynuowała zadowolona z siebie mentorka kotki i poprowadziła ją do wodospadu przy wyjściu z obozu. Stała tam już Dymówkowa Łapa wraz z mentorką. Niebieska kotka spojrzała na Rozkwitający Aster, a Cis idąc jej śladem, również to zrobiła. Mentorka jej siostry była burą kotką o błękitnych oczach, a w jej futrze można było znaleźć pełno ziół, a także kwiatów, dokładniej astrów. Spojrzenie Cis przykuwał też dwukolorowy nos i poduszeczki łap. Krótko mówiąc - kotka wyglądała na inteligentną i doświadczoną, a także była łatwa do zapamiętania.
– To co, idziemy? – zapytała po chwili Psotny Nietoperz, a Cisowa Łapa oderwała wzrok od mentorki swojej siostry, zażenowana, że starsza kotka mogła zauważyć, jak się gapiła. Dymówkowa Łapa energicznie kiwnęła głową, chyba podekscytowana, że szła z matką i siostrą na patrol. Cis również to zrobiła, ale o wiele spokojniej i bardziej przemyślanie. Jakby bała się zareagować gwałtowniej. W głębi ducha nawet cieszyła się z tego wyjścia, jednak jej umysł zalewały wątpliwości. Bo co jeśli zbłaźni się przed niemal całą rodziną? Matką, siostrą, a także mentorką siostry, która co prawda nie była jej rodziną, ale za to postawioną wysoko protektorką? Pognała za trójką kotek, gdy zorientowała się, że zaczęły już iść i przez całą drogę starała się zniknąć i być niewidzialna.
– Jak same widzicie, tutaj granica jest dość niepewna i trzeba jej pilnować, bo blisko siebie mamy aż dwa sąsiednie klany. Klan Burzy i Klan Nocy. Jak myślicie, co można zrobić, żeby trzymać resztę klanów na dystans? – zapytała Psotny Nietoperz.
– Często tu chodzić i zostawiać bardzo wyraźnie oznaczenia zapachowe? – pierwsza odezwała się Dymówkowa Łapa. Rozkwitający Aster kiwnęła łbem, zadowolona ze swojej uczennicy.
– Tak, to z pewnością dobry pomysł. Cisowa Łapo, a ty coś wymyśliłaś? – zapytała młodszą z dwóch kotek. Przez głowę Cis przebiegło na raz mnóstwo myśli. Co odpowiedzieć, co było mądre, a co sprawi, że mentorki spojrzą na nią, jak na kocię co pierwszy raz wyszło ze żłobka?
– Chyba... chyba nic innego nie wymyślę – miauknęła ze skruchą w głosie. Skuliła się, pewna, że zaraz ktoś powie jej, jak bardzo leniwa była, że nawet nie ruszyła głową, na nic nie wpadła. Psotny Nietoperz na nią spojrzała. Kotce wydawało się, że w oczach matki dostrzegła rozczarowanie i choć wmawiała sobie, że to jedynie jej wyobraźnia, mimowolnie opuściła ogon.

Początek Pory Nagich Drzew

Pora Nagich Drzew przyszła niespodziewanie, przynosząc ze sobą zimno i lód. Śnieg spadł z nieba, okrywając świat puchową osłoną, pełną lodowatej bieli. Płatki śniegu były drobne, ale padały gęsto, aż zakryły całą ziemię, tak, że nie było jej widać. Mrozy były tak silne, że nawet wodospad zamarzł, a obóz Klanu Klifu bez jego osłony wydawał się goły i wystawiony na atak. Lód pokrył również całą powierzchnię wód dookoła Bursztynowej Wyspy, a także wszystkie pomniejsze zbiorniki wodne. Cis nigdy nie widziała jeszcze tej pory roku, choć nie chciała, by było to widać. Mimo wszystko nie potrafiła powstrzymać zachwytu nad wyglądem świata. Biel była czysta i zimna. Widać było na niej każdy brud. Cisowa Łapa zastanawiała się tylko, czy na niej też widać było każdy błąd i potknięcie.

[540 słowa]

[11%]

Od Połyskliwego Koguta do Poziomkowej Łapy

Były uczeń spojrzał na dawnego mentora słabo.
— Nie okłamałbym cię, Biały Strumieniu... — wymamrotał srebrny młodzieniec ze skuloną postawą. — Je... jestem szczery... chcę się poprawić. Naprawdę! — rozemocjonowany, podniósł ten jeden raz głos, błagając granatowym okiem dawnego mentora.
Wszystkie głowy więźniów, z wyjątkiem śpiącej Łzy, obróciły się ku nim.
— Uwierz mi... proszę... — miauknął smutno. — Proszę! Poprawię się... chcę zadośćuczynić... proszę...
Skulił się i zacisnął oczy.
Strażnicy podeszli sprawdzić, co zaszło. Gdy dostrzegli zrozpaczonego Koguta, porozumieli się z przewodnikiem.
— Kogucie ja muszę... Ja muszę to przemyśleć — miauknął albinos w końcu. — Skup się na razie na...odkupieniu swoich win i refleksjach. Żegnaj.
Kogut szeroko otworzył szklane oczy i otworzył pysk, ale było za późno.
Biały Strumień zawrócił, a jego długi ogon pofalował wraz z nim.
Połyskliwy Kogut znowu został sam.
Sam z jego podłymi myślami.
Rozejrzał się gorączkowo po zebranych. Dostrzegł knujący uśmieszek strażniczki, Śnieżycowej Chmury, który nie zwiastował niczego dobrego. Przynajmniej dla niego. Bił się z nią na spojrzenia, dopóki ruda kocica nie dała mu za wygraną. Odetchnął z ulgą, wracając pyskiem do swych… towarzyszy.
Gradobijący Cierń wciąż zachowywał się podejrzanie, niczym zwierzę, ale teraz tylko stał niby zahipnotyzowany rozmową truciciela z przewodnikiem Klanu Burzy. Siostra mordercy nie skomentowała tego wydarzenia. Bąbelkowy Plusk natomiast tępo patrzył na rudzielca, jakby zobaczył nie Koguta, lecz… coś innego.
Kogoś innego.
— Nie, nie… to nie tak miało wyjść… — mruknął pod nosem, poniekąd przerażony i zawstydzony swoim nagłym wybuchem.
Połyskliwy Kogut kucnął na swoim posłaniu i się zgarbił.
“Kimże jesteście, by decydować o czyimś życiu i śmierci?”
Srebrzysty rudzielec zmrużył oczy.
Kotami. Takimi jak wy.
“Jakie macie prawo, by podejmować takie kroki?”
Kogut zacisnął szczęki na samą myśl.
Takie samo, jakie mieliście przy egzekucji Nieustraszonego Chomika i Tańcującego Pierza.
“…Powiem Ci: żadne.
Jesteś teraz takim samym mordercą jak ona, Kogucie.”
… Kłamstwo. Nigdy taki nie będę.
Nigdy.
A mimo to, siedział teraz w śmierdzącym legowisku minarów.
Czy rzeczywiście było to… kłamstwo?
Bujda. Zwykła obłuda, pomyślał i się skrzywił. Przecież chcieli dobrze dla klanu. Dlaczego nikt nie umiał jeszcze tego pojąć?
Dlaczego każdy wokół nich musiał być tak głupi?
Nierozsądny. Nielogiczny. Absurdalny. Dwulicowy.

Jeszcze chwilę temu nienawidzili tych morderców. Czy w takim razie jego wuj, Ognik, powinien również zostać skazany za zamordowanie Tańcującego Pierza? W końcu go zabił. Przecież go zamordował, zapewne bez krzty dobroci i łaski.
W końcu to był zdrajca. Zdrajcom nie powinno się przecież okazywać ciepła.
Zamyślił się. Westchnął ciężko, znudzony oparł głowę na łapkach, spoglądając na Łzawą Łapę. Biedulka patrzyła w ścianę jakby zaczarowana, pewnie nad czymś się zastanawiała. Czy Zawodząca Gwiazda pozwoliłby, aby klan decydował o życiu jego własnej córki?
Kiedy Klan Burzy przestanie stosować śmiertelne kary? Czy inne przynależności też na co dzień mają w swych szeregach morderców, katów i więźniów? Czy też zabijają w imię tej “sprawiedliwości”, którą mogą wydawać tylko ci wyżej postawieni?
Uciekł wzrokiem w bok.
Czy gdyby nie był synem Rudzik…
Czy wtedy zostałby zrozumiany?
Wysunął pazury i zaczepił je w mech.
Może wtedy zostałby nagrodzony. Pocieszony. W końcu niełatwo być synem zdrajczyni i użerać się z krzywymi spojrzeniami.
A Łzawa Łapa by nie cierpiała przez niego.
Młodzieniec, znudzony tą walką z przeszłością, zaczął skubać własne legowisko. Musiał się rozproszyć.
Przyjaciółka go potrzebowała.
Musi dowieść, że może na niego liczyć.
Nagle do pomieszczenia weszła mała koteczka. Dosyć… zabawne. Zawieszony przewodnik uniósł granatowe oko.
Ujrzał przed sobą uczennicę Śniącego Obserwatora.
Spiął mięśnie.
To siostra tych dwóch parszywych, rozwydrzonych bachorów, ale nie miał jeszcze okazji z nią pomówić. Może…
Może dawało mu to jakąś szansę.
Rozluźnił się, zachowując smutny wyraz pyszczka.
— Dzień dobry, Poziomkowa Łapo… — wymamrotał urokliwy młodzieniec.
I teraz musiał poczekać, aż kotka się odezwie.

<Poziomkowa Łapo…?>