Przed wypadkiem Firletkowej Łapy
Nawet nie wiedziała, czy to, o czym myśli, w ogóle miało sens. Nie mogła ukryć, że przez bezsenność, z jaką się zmagała, czuła się trochę przyćmiona. Zupełnie tak, jakby jej mózg spowity był lepką pajęczyną, która powstrzymywała go od działania w pełni świadomie. Zastanawiała się, czy medycy mogliby coś na to zaradzić i czy gdyby choć jednej nocy wreszcie się wyspała, to wszystko wróciłoby do normy. A może czuła się tak dziwnie nie z powodu braku snu, lecz czegoś innego? Tylko z czego? Może była chora? Tylko na co? Przecież nie miała kataru, nie wymiotowała ani nic z tych rzeczy. Po prostu… czuła się trochę tak, jakby w jej głowie spoczywał jakiś ciężar, którego nie potrafiła się pozbyć. Może był to ciężar tej świadomości, że tak bardzo różniła się od swoich rówieśników…? I tego, że jej przygnębiające myśli zdecydowanie były nieadekwatne do jej wieku — choć o tym zdążyła już się namyśleć, więc teraz nie miała ochoty przeżywać tego na nowo.
Postanowiła przejść się po jaskini i rozprostować trochę łapy. Trochę jej było smutno z powodu tego, że jako uczeń nie mogła wychodzić na samotne spacery. Czuła, że przydałaby jej się chwila dla samej siebie, podczas której nie musiałaby wysłuchiwać głosu innych kotów. Jak na razie wychodziła na zewnątrz tylko z dwóch powodów. Jeden to treningi z Jenocią Kufą, lecz podczas nich musiała ciągle słuchać się swojej mentorki i stawać na nosie, by jej dogodzić. Drugi to zaś patrole, lecz podczas nich musiała trzymać się reszty grupy i skupiać na polowaniu lub wypatrywaniu kotów, które zabłąkały się na teren Klanu Klifu. Nie było w tym nic relaksującego, a szkoda, bo Słonkowa Łapa była pewna, że gdyby udało jej się spędzić kilka samotnych chwil wśród natury, mogłaby nieco uspokoić swoje zszargane nerwy.
Gdy tak spacerowała po azylu, przypadkiem natknęła się na drugiego kota. Stanęła naprzeciwko niego, choć niewiele brakowało, by zderzyła się z nim głowami. A właściwie z nią, bo kotem stojącym przed Słonką, była kotka o imieniu Morświnowa Płetwa. Wojowniczka uśmiechnęła się do młodszej, a po chwili w jej oczach pojawiły się iskierki. Tylko dlaczego? O co mogło jej chodzić?
Szylkretka zrobiła krok w tył, kładąc po sobie uszy. Czy zrobiła coś źle? Czy Morświn chciała teraz na nią nakrzyczeć?
— Słonkowa Łapa, mam rację? — odezwała się w końcu biało-liliowa, robiąc krok do przodu i ponownie przybliżając się do uczennicy.
Młodsza jedynie skinęła głową, nie wiedząc, co powiedzieć. Dlaczego starsza o to pytała? Czy chciała jej coś przekazać? A może potrzebowała znać jej imię po to, by móc później plotkować o niej z jakimiś znajomymi?
— Świetnie! — mruknęła Morświnowa Płetwa, po czym minęła Słonkę i ruszyła w stronę legowiska uczniów. — Skoro już nie śpisz, to pójdziesz ze mną i Złamaną Łapą na trening! Widziałam, że Jenocia Kufa już się budzi, więc możesz po nią pójść! — rozkazała.
Słonkowa Łapa spodziewała się wszystkiego, tylko nie tego. Czyli teraz została skazana na wspólny trening? Z innym uczniem? No świetnie! Ależ była głupia! A mogła przecież nie ruszać się z legowiska i teraz cieszyć się spokojem… Serce podeszło jej do gardła, gdy tylko pomyślała o tym, że będzie musiała polować, walczyć czy wykonywać jakiekolwiek zadanie na oczach drugiego ucznia. Co, jeśli się przed nim ośmieszy? Co, jeśli każda zwierzyna będzie przed nią uciekać? Co, jeśli podczas pogoni za obiadem wywróci się i zaora pyskiem o ziemię? Tyle rzeczy mogło pójść źle, a ona nie mogła się teraz wycofać!
A co, jeśli wmówiłaby Morświnowej Płetwie i swojej mentorce, że boli ją głowa? Nie odbiegało to nawet tak bardzo od prawdy. Może Jenocia Kufa zgodziłaby się, by Słonka została w obozie pod nadzorem medyczek? Lecz czy wtedy Jagnięcy Ukłon, Księżycowa Aldrowanda i Ćmia Łapa nie skapnęłyby się, że szylkretka tylko udaje? To znaczy… nie udaje. Nie udawała. Ale jej ból głowy raczej nie był na tyle poważny, by leczyć go ziołami.
Zamyśliła się tak bardzo, że całkowicie zapomniała pójść po Jenocią Kufę, a Morświnowa Płetwa zdążyła już podejść do niej wraz ze Złamaną Łapą.
— Halo, Słonkowa Łapo? Czy wszystko dobrze? — zapytała wojowniczka, przechylając nieznacznie głowę. — Jeśli się wstydzisz, to ja mogę pójść po Jenocią Kufę. Rozumiem, że ma trochę ciężki charakter! — zaśmiała się, na co szylkretce kamień spadł z serca.
— Och… Byłabym wdzięczna — odparła, uśmiechając się lekko do starszej kotki.
Cieszyła się, że Morświn była tak wyrozumiałą kotką. Złamana Łapa musiał mieć dużo szczęścia, by dostać ją za mentorkę, w przeciwieństwie do Słonkowej Łapy. Młodsza wciąż miała nieodparte wrażenie, że Lśniąca Gwiazda zrobił to specjalnie, lecz nie chciała myśleć o tym zbyt często. W końcu lider chyba nie miał powodu, by jej nienawidzić, prawda? A może Trójoki Zając coś ukrywał? Może miał jakąś mroczną przeszłość? A może Słonka dostała Jenot za mentorkę zupełnie nieszczęśliwym trafem? W końcu Ćmiej Łapie udało się zostać uczennicą medyka, a raczej nie zostałaby nią, gdyby Lśniąca Gwiazda miał wobec niej jakieś uprzedzenia.
W każdym razie Słonkowa Łapa stała teraz obok Złamanej Łapy, a wokół nich rozchodziła się wręcz niezręczna cisza, która skręcała szylkretkę od środka. Czy powinna się odezwać? Czy powinna jakoś rozpocząć rozmowę, wyjść na tę fajną i gadatliwą kotkę, która wszystkich zaraża swoją energią?
— Hejka! — mruknęła nagle, trochę głośniej, niż zamierzała.
Czarnofutry kocur postawił uszy na sztorc i zwrócił się w stronę młodszej kotki, wpatrując się w nią ze zdziwieniem.
Słonkowa Łapa, gdyby mogła, najpewniej zrobiłaby się czerwona ze wstydu. Po co ona się w ogóle odzywała! Zabrzmiała jak jakaś obłąkana! Złamana Łapa pewnie nie chciał z nią rozmawiać, a ona zaczepiła go wbrew jego woli. Pewnie ją zignoruje. Pewnie ją wyśmieje. Pewnie rozpowie plotki o tym, jaka jest głupia. Dlaczego w ogóle na to pozwoliła?
Na pysku Złamanej Łapy w pewnym momencie zagościła naburmuszona mina. Po chwili kocur odwrócił się od niej tyłem i zaczął wylizywać łapy.
Słonkowej Łapie serce zamarło, gdy obserwowała, jak czarnofutry kocur ją ignoruje. Czy jej największy koszmar wreszcie się spełnił? Przez cały ten czas wiedziała. Wiedziała, że jeśli spróbuje się do kogoś odezwać, to zrobi z siebie pośmiewisko! Ale skoro wiedziała, to dlaczego odważyła się odezwać? Dlaczego nie postanowiła siedzieć cicho? Dlaczego nie słuchała swojego instynktu? Przecież tak często powtarzała sobie w myślach, że jest istnym cierniem w łapie, jeśli chodzi o rozmowę. Była w pełni świadoma tego, że rozmowa z nią to po prostu utrapienie. Więc dlaczego to zrobiła? Nie potrafiła tego zrozumieć. Miała ochotę zapaść się teraz pod ziemię i nigdy spod niej nie wychodzić. Miała wrażenie, że teraz wszystkie oczy w obozie skierowane są właśnie na nią. Że wszyscy obserwują ją i śmieją się z tego, jak nieudolna jest w interakcjach z innymi kotami.
— No, haha! Ładną dziś mamy pogodę, co nie? — desperacko próbowała wszcząć rozmowę z kocurem, mając nadzieję, że jeszcze jakoś da radę odratować swój honor. A może powinna po prostu się zamknąć i przyjąć ten wstyd, który odczuwała, na klatę?
Złamana Łapa się do niej odwrócił i zrobił najbardziej zirytowaną minę, jaką się dało.
— Tak, jest wręcz cudowna — mruknął, po czym ponownie siadł do niej tyłem.
Szylkretka wciąż odczuwała palący wstyd, lecz teraz zdążyła już nieco ochłonąć. Czy jej się tylko wydawało, czy czarnofutry naprawdę był na nią zirytowany? Nie, na pewno tylko jej się wydawało. Przecież cały czas błędnie odczytywała jakieś znaki i doszukiwała się w innych złych zamiarów. Tym razem na pewno było inaczej, a Złamana Łapa wcale jej nie nienawidził. Prawda?
Wtem do uczniów wróciły ich mentorki — Morświnowa Płetwa i Jenocia Kufa.
— Wstawaj, Złamana Łapo! Idziemy na trening — mruknęła biało-liliowa, stając obok ucznia.
Słonkowa Łapa od razu podeszła bliżej swojej mentorki, niemal przyklejając się do jej boku, mimo że na co dzień nie były ze sobą szczególnie blisko.
— Nie możemy iść bez nich? Już dość się nasłuchałem tej… no — czarnofutry mruknął cicho do swojej mentorki, ale na tyle głośno, aby Słonkowa Łapa też była w stanie to usłyszeć, po czym spojrzał na nią i z powrotem na Morświniową Płetwę.
Wojowniczka poklepała ogonem grzbiet Złamanej Łapy, śmiejąc się przy tym nieco nerwowo.
— No co ty! Przecież musisz się integrować z innymi uczniami! Trening ze Słonkową Łapą dobrze ci zrobi — mruknęła, po czym posłała szylkretce przepraszające spojrzenie. Po chwili jednak wróciła do swojego typowego, radosnego usposobienia. — W takim razie chodźmy na trening! Razem z Jenocią Kufą ustaliłyśmy, że zabierzemy was nad morze, żeby nauczyć was otwierać kraby! — oznajmiła, kierując się w stronę wyjścia z azylu.
Jenot dogoniła mentorkę Złamanej Łapy, tym samym zostawiając dwójkę uczniów nieco w tyle. Słonkowa Łapa maszerowała obok czarnofutrego, lecz bała się odezwać choćby słowem, dlatego jedynie zerkała ukradkiem na jego pysk.
— Przecież już umiem to robić. Jak ona tego nie potrafi, to niech się uczy tego beze mnie! Nikt się nad nią rozczulać nie będzie — fuknął do Morświniowej Płetwy i odsunął się jak najdalej od Słonkowej Łapy.
Biało-liliowa odwróciła głowę w stronę swojego ucznia, mierząc go morderczym wzrokiem.
— Jeszcze lepiej! W takim razie to ty pokażesz jej, jak powinno się to robić — oznajmiła, uśmiechając się szeroko do kocura. Po chwili ponownie spojrzała przed siebie. — I nie chcę słyszeć z twojej strony ani jednego słowa sprzeciwu! — dodała stanowczo.
Słonkowa Łapa położyła po sobie uszy, wciąż wpatrując się w Złamaną Łapę.
— Przepraszam… — mruknęła cicho. — Nie chciałam ci przeszkadzać w treningu… To Morświnowa Płetwa tak zdecydowała… — próbowała wytłumaczyć się czarnofutremu.
— Że co proszę?! O nie, nie, nie! Albo któraś z was to zrobi, albo ja zostaję w tym obozie i moja łapa nie przekroczy ani jednego źdźbła trawy, które znajduje się poza obozem! — syknął wkurzony. — A ty się zamknij, bo ciebie się już dosyć nasłuchałem! — zwrócił się do Słonki.
Morświnowa Płetwa i Jenocia Kufa zatrzymały się w bezruchu, po czym odwróciły w stronę uczniów.
— Co ty powiedziałeś? — odezwała się mentorka Słonki, która najwyraźniej miała już dość kocura przezywającego jej wychowankę. — Wypluj to wszystko albo Lśniąca Gwiazda wymyśli ci takie karne imię, że wstyd ci się będzie przed własną matką przedstawić! — warknęła, robiąc krok w stronę czarnofutrego. — A jeśli to nie robi na tobie wrażenia, to zaraz tak cię pokiereszuje, że jedyne adekwatne imię dla ciebie jako wojownika będzie brzmiało Złamany Nos! — zagroziła mu.
— A ciebie tu o zdanie nikt nie pytał! Bardzo chętnie zostanę i nie będę spędzać z wami czasu! Mógłbym zrobić wiele bardziej produktowych rzeczy niż wychodzenie z… z… z nią! Was wszystkich mam już dosyć! Moglibyście mi dać wszystkie spokój! Pokażesz jej to tamto siamto! Nic z tego. — Usiadł na ziemi i nie zamierzał się z niej ruszyć.
Jenocia Kufa najeżyła futro na karku.
— Nie będziesz mnie gówniarzu uciszać! — syknęła, smagając powietrze ogonem. — Jak zaraz nie podniesiesz z ziemi tego swojego tłustego tyłka, to sama cię złapię za uszy i wytargam nad morze! Pokażesz Słonkowej Łapie, jak otwierać kraby, czy tego chcesz, czy nie! — denerwowała się, lecz w pewnym momencie przerwała jej Morświn:
— Jenocia Kufo, uspokój się trochę… Po co te nerwy? Złamana Łapo, wstań, proszę. Nie tędy droga. Nie musisz się na nas obrażać — mruknęła spokojnie, co jeszcze bardziej sfrustrowało szylkretową wojowniczkę.
— Że ja mam być spokojna? Przecież widać, że na tę sowią wypluwkę nie zadziałają żadne pokojowe prośby! Takich to trzeba przy nodze trzymać, żeby się jakoś zachowywały! — wrzeszczała dalej.
Podczas gdy obie kotki zaczęły się kłócić, Słonkowa Łapa wciąż obserwowała to wszystko z położonymi po sobie uszami i drżącymi łapami.
— Proszę… Przestańcie już… — mruknęła cichutko, jednak ani Morświn, ani Jenocia Kufa nie zwróciły na nią uwagi.
Złamana Łapa tylko pokiwał głową i następnie spojrzał na Słonkową Łapę, która próbowała coś powiedzieć, ale nikt jej nie słuchał.
Szylkretka miała ochotę po prostu stąd uciec. Uciec i nigdy nie wracać. Już wiedziała, że ze wstydu ani razu w swoim życiu nie spojrzy Morświnowej Płetwie w oczy.
— Dosyć tego, wracamy do obozu! — krzyknęła wreszcie mentorka Złamanej Łapy, najwyraźniej mając tego wszystkiego już po dziurki w nosie.
Oczy Słonkowej Łapy przez moment zaszły łzami, lecz kotka szybko otarła je łapą. Bez mówienia niczego więcej wysunęła się naprzód i zaczęła szybkim krokiem zmierzać w stronę azylu. Chciała, żeby ten koszmar już wreszcie się skończył!
— Słonkowa Łapo, wracaj tu! Morświnowa Płetwa kłamie! Złamana Łapa i tak pokaże ci, jak otwierać kraby! — krzyknęła za nią Jenocia Kufa, na co uczennica zatrzymała się w miejscu. Nie miała jednak odwagi odwrócić się w stronę trójki kotów.
— Ughhh! Słonko, wracaj tu! — czarnofutry zawołał za nią, ale dla pewności też poleciał za nią, aby ją zatrzymać. — No dobra, chodź. Nauczę cię otwierać te kraby — mruknął i przewrócił oczami.
Młodsza ledwo stała na swoich dygoczących nóżkach, lecz finalnie pociągnęła tylko nosem i zwróciła się w stronę Złamanej Łapy. Skąd ta nagła zmiana w jego nastawieniu? Nieważne. Nie chciała teraz o tym myśleć. Ważne, że kocur zgodził się pójść na kompromis.
— Dziękuję, Złamana Łapo… — odparła, po czym wróciła wraz z nim do Morświnowej Płetwy i Jenociej Kufy.
— No! Wiedziałam, że w końcu się dogadacie — miauknęła biało-liliowa, uśmiechając się i kontynuując podróż w stronę morza.
Po jakimś czasie całej czwórce udało się dotrzeć do miejsca docelowego i, o dziwo, jeszcze się nie pozabijali, choć nieraz było blisko.
Słonkowa Łapa poczuła, jak słony zapach morza uderza w jej nozdrza. Rozejrzała się wokół, podziwiając taflę wody, która błyszczała pod wpływem promieni słonecznych. W międzyczasie Morświnowa Płetwa i Jenocia Kufa usiadły nad brzegiem, obserwując uważnie dwójkę uczniów.
— Złap dwa kraby, ale nie ściskaj ich za mocno i je przynieś. Czy coś… — mruknął w końcu Złamana Łapa, choć nie wyglądał na szczególnie zadowolonego. — Dobra. Pokażę ci, jak to się robi, a ty nie będziesz potem się do mnie odzywała. Po treningu, w sensie, i w ogóle odejdziesz z mojego życia jak najdalej. Zgoda?
Słonkowa Łapa skinęła głową. I tak wiedziała już od początku, że z tego treningu nie wyniknie żadna przyjaźń. Choć przez moment nawet się łudziła… nawet jeśli ten moment nie trwał zbyt długo i zakończył się w momencie, w którym czarnofutry zignorował jej powitanie.
— Zgoda — odparła krótko. Miała ochotę dodać coś więcej, lecz zdążyła już zauważyć, że czarnofutry nie przepada za rozmowami z innymi kotami.
Zamiast męczyć go swoją obecnością, poczęła szukać krabów. Gdy jednego spostrzegła, przykucnęła i zaczęła się skradać w jego stronę. Będąc wystarczająco blisko, odbiła się od ziemi i wyskoczyła w jego stronę. Udało jej się łapą przygnieść kraba do ziemi, lecz ten zaczął się poruszać pod jej ciężarem. Słonka przeraziła się, rozluźniając uchwyt. Wtem skorupiak złapał ją szczypcom za paluch.
— Ała! — krzyknęła szylkretka, przypadkiem podnosząc łapę i wyrzucając kraba w powietrze. Ten następnie wpadł wprost do wody i tyle z niego było.
Uczennica przełknęła głośno ślinę, po czym odwróciła się w stronę Złamanej Łapy. Już po niej! Kocur chyba ją udusi!
— No i teraz patrz. Musisz zrobić tak jak ja i wtedy krab się otworzy. — Pokazał jej powoli.
Słonka obserwowała pilnie jego ruchy, próbując zapamiętać każdy ich szczegół. W końcu czarnofutry oderwał skorupę krabowi, dostając się do jego smacznego mięsa. Oczy szylkretki na moment aż zalśniły, a wtedy przypomniało jej się, że przecież nie jadła nawet śniadania.
W brzuchu jej zaburczało, gdy wpatrywała się w skorupiaka.
“Tym razem mi się uda” — powiedziała do siebie w myślach, rozglądając się za innym krabem. Po jakimś czasie udało jej się jednego znaleźć i upolować, a następnie wrócić z nim do Złamanej Łapy. Miała niewielki problem z powtórzeniem niektórych ruchów kocura, lecz finalnie udało jej się otworzyć kraba. Jak na pierwszy raz nie było wcale tak źle!
Gdy tylko Jenocia Kufa i Morświnowa Płetwa zauważyły, że dwójka uczniów siedziała już z otwartymi krabami, postanowiły do nich podejść.
— Pięknie! Naprawdę miło się patrzy na klifiacką młodzież, która pomaga sobie nawzajem — stwierdziła mentorka czarnofutrego, uśmiechając się ciepło. — Możecie zjeść te kraby, bo widzę, jak łapczywie na nie patrzycie. A potem wrócimy do obozu — dodała. — I myślę, że jeszcze wraz z Jenocią Kufą zabierzemy was na jakiś wspólny trening, bo widzę, że ten wam się wyjątkowo spodobał!
Złamanej Łapie aż się łapy zaczęły trząść ze złości.
— No ale… My się nawet nie lubimy, dlaczego mam z nią chodzić na treningi! — burknął w pełnym niezadowoleniu i odsunął od siebie otwartego kraba. Po chwili podszedł bliżej brzegu morza. Jego ogon uderzał o piach, roztrzepując go na każdą stronę, a czarny kocur po prostu zaczął zbierać muszelki.
— Ta mu się nie spodoba… — mruknął do siebie, pazurami przetrzepując wodę i piach na brzegu.
Słonkowa Łapa usłyszała słowa czarnofutrego, lecz postanowiła ich nie komentować. Wiedziała, że w taki sposób kocur tylko jeszcze bardziej by się na nią obraził, lecz mimo wszystko ciekawiło ją, kim był ten ktoś. Nie pamiętała, by Złamana Łapa przebywał z kimś szczególnie często, choć może wcześniej po prostu nie skupiała na nim uwagi.
— Złamana Łapo! Przestań grzebać w tym piasku! Jedz i wracajmy do obozu — miauknęła Jenocia Kufa.
Słonka, słysząc jej słowa, zaczęła wreszcie spożywać kraba, którego uprzednio udało jej się upolować i otworzyć.
— Nie jestem głodny, jak ona chce, to niech zje mojego. — Nie odwrócił nawet wzroku od morza i wszedł powoli do wody, aby zmyć z siebie piach.
Słonkowa Łapa skończyła jeść kraba, ale nie miała ochoty na kolejnego. Szkoda, żeby ten się zmarnował, lecz co miała z nim zrobić…
Postanowiła zbliżyć się nieco do wody, by znaleźć się bliżej Złamanej Łapy.
— Jeśli nie jesteś głodny, to może weźmiesz tego kraba dla kogoś innego? — mruknęła nieśmiało, po czym spuściła wzrok na łapy. — Ja też nie jestem już głodna, a głupio by było, żeby ten krab umarł na marne…
— Uchh… No mogę go wziąć. Dam go Cichej Łapie albo coś — mruknął cicho z pyskiem pełnym muszelek, podczas gdy woda kapała mu z kufy i… w sumie to całego ciała. Gdy cała
jego dolna część futra była mokra, było widać, jaki jest chudy. Z jego futra przyklejonego do ciała kapała brzydka brązowa woda. — Um… No to chyba możemy iść.
Słonka skinęła głową i podeszła do swojej mentorki. W międzyczasie czarnofutry wyszedł z wody, otrzepał się i stanął nad krabem. Wyglądał, jakby zastanawiał się nad tym, jak pomieścić go w pysku razem z tymi wszystkimi muszelkami.
Szylkretka postanowiła być miła i podeszła do niego.
— Pomóc ci? — spytała niepewnie, spoglądając na skorupiaka. Mogłaby go ponieść, podczas gdy Złamana Łapa skupiłby się na tym, by nie pogubić swoich znalezisk.
Kocur spojrzał na nią trochę zawiedzionym wzrokiem.
— Mhm… — odpowiedział i przesunął kraba bliżej niej, właściwie to przesunął jej go pod pysk.
Szylkretka ucieszyła się, że uczeń nie postanowił jej okrzyczeć, lecz zgodził się, żeby mu pomogła. Poruszyła wibrysami z zadowolenia i chwyciła kraba w zęby, starając się zrobić to jak najostrożniej, żeby go nie zniszczyć.
— Luwisz Fihą Fapę, pfafda? — spytała niewyraźnie, trzymając w pysku skorupiaka.
Kocur pokiwał łbem.
— To mój psyaciel — odpowiedział jej, trzymając dalej muszelki w pysku, jednak odpowiadając jej, zakrztusił się piaskiem, który osiadł na jednej z muszelek. Wypluł je wszystkie z pyska i zaczął kaszleć.
Słonkowa Łapa aż wypuściła kraba z wrażenia, gdy zauważyła, że Złamana Łapa zaczął się dusić.
— Złamana Łapo! Wszystko w porządku? — spytała, jednak czarnofutry wciąż się krztusił. Po chwili Słonka spojrzała w stronę odchodzących mentorek. — Morświnowa Płetwo! Jenocia Kufo! On się dusi! — krzyknęła przerażona.
Złamana Łapa zaczął wygrzebywać piach z pyska swoimi własnymi łapami, prawie się nimi dusząc. Od tego kaszlenia aż mu łzy do oczu napłynęły, jednak w końcu udało mu się wypluć cały piach z pyska.
— Widzę, że nasze mentorki to też szybkie nie są i jakoś im się nie śpieszyło tu przyjść! — syknął cicho, po czym przetarł łapą buzię.
Dopiero wtedy Morświn i Jenot dotarły do dwójki uczniów.
— Złamana Łapo! Już dobrze? — spytała biało-liliowa, podchodząc do swojego ucznia. — Nie strasz mnie tak więcej! Twoja matka chyba by mnie zabiła, gdyby coś ci się stało — dodała, wzdychając ciężko.
Słonkowa Łapa przełknęła głośno ślinę, wpatrując się w czarnofutrego ucznia i leżące na ziemi muszelki. Co za tragedia! Oby żadna z nich się nie zniszczyła.
Uczeń westchnął i kaszlnął ostatni raz.
— Nic mi nie jest. Tylko się zakrztusiłem, nic wielkiego — odpowiedział cicho, po czym wziął muszelki z powrotem do pyska. — Może teras się ne zakszfuse — powiedział wprost do Słonkowej Łapy.
Szylkretka skinęła głową.
— Oby… — mruknęła i chwyciła kraba w zęby. Miała nadzieję, że skorupiak nie pokiereszował się za bardzo w podróży, ponieważ nie chciałaby, by Złamana Łapa musiał dać swojemu przyjacielowi jakieś ochłapy.
Wspólnie czwórka kotów ponownie wyruszyła w stronę obozu, lecz teraz Słonka uważnie wpatrywała się w czarnofutrego, na wypadek, gdyby znowu zrobił coś głupiego.
Gdy tak szli, Złamana łapa wyrzucił na chwilę muszelki z pyska i powyrywał trochę trawy i małych kwiatków z ziemi. Gdy trawę i kwiatki miał już w pysku sięgnął jeszcze po muszelki.
Słonka przyglądała się mu z zaciekawieniem, podczas gdy ich mentorki coraz bardziej się od nich oddalały.
— Fo fesz dwa Fihej Fapy? — zapytała, przekręcając głowę. To całkiem słodkie, że czarnofutry planował jakiś prezent dla swojego przyjaciela. Szylkretka też chciałaby mieć kogoś takiego… ale najwyraźniej nie było jej to pisane.
— Mhm. Tak, Fiha Fapa jes… Barco pszyjasny i fatfo się z nim dogadać. Fubie go. — Uśmiechnął się. — A ty mas jakiekos pszyjaciefa? — zapytał cicho.
Słonkowa Łapa zamarła w bezruchu na to pytanie, a jej wąsy zadrżały z nerwów. Powinna skłamać, by nie wyjść na sierotę, czy może jednak powiedzieć prawdę i liczyć się z tym, że czarnofutry będzie na nią patrzył, jak na przegrywa?
Zanim zdążyła się namyśleć, spojrzała w stronę odchodzących mentorek, które były już powoli ledwo widoczne na tle nieba.
— Sypko! Bo nam ufiekną! — mruknęła, zaczynając dreptać w stronę Morświn i Jenot.
Złamana Łapa przyspieszył i poszedł za nią.
— Ne ma co się tak spiefsyc. Chypa dojc do opozu pofrafisz — mruknął. — Flascifie to Fiha Fapa tes ne ma za duso pszyjaciof. Ne fiem czemu. Jest sufper — dodał, po czym spojrzał na Słonkową Łapę.
Uczennica zastanawiała się, dlaczego Złamana Łapa wspomniał o tym, że Cicha Łapa nie miał wielu przyjaciół. Czy chodziło mu o to, że w takim razie Słonka mogła się z nim utożsamiać? Czy po prostu mówił to, by porównać siebie i Cichą Łapę, którzy obaj nie mieli zbyt wielu bliskich im kotów?
— Napwawdę? — spytała po jakimś czasie, przechylając głowę. — A wak się poznawiście? — dodała.
— Eee, kiedyś Mowświnowa Pwetwa wzięwa mnie z nim na wspówny twening. Tak samo wyszwo po czasie — odpowiedział jej.
Słonka uniosła uszy do góry, zaciekawiona słowami czarnofutrego. Czyli może tak naprawdę ze wspólnych treningów wychodzą czasem jakieś przyjaźnie? Cóż, w każdym razie wątpiła w to, że Złamana Łapa ją polubił i byłby w stanie być jej pierwszym kolegą. W końcu na początku nie wydawał się szczególnie zachwycony, a ponadto szylkretka zgodziła się na to, by odczepić się od niego po powrocie do obozu i już nigdy nie wchodzić mu w drogę. Choć teraz całkiem się dogadywali, Słonka obawiała się, że tamta obietnica wciąż jest aktywna i kocur nakrzyczałby na nią, gdyby spróbowała kiedyś do niego zagadać.
— Wiwzę, że Mowświnowa Pwetwa cęsto bieze cię na wspówne tweningi z innymi ucniami — zauważyła.
— Niestwety. Nie psepadam za wieksym towaszystwem nis jedna wub dwie osowy — mruknął niechętnie. — W ogowe to wowe samotnosc wub tywko towarzysztwo Fihej Fapy. Ale Mowświniowa Pwetwa tywko mówi “Nooo Zwamasku integwuj się z innymi”. Pfghm! Gdybym jeszcze tegwo chciaw — syknął, nadal trzymając muszelki w pysku. Ta cała wędrówka już właściwie wywołała u niego głód, co było słychać przez burknięcie jego brzucha.
Słonkowa Łapa skinęła głową na słowa starszego. Chciała powiedzieć, że go rozumiała, lecz się powstrzymała. Przecież nie mogła się tak przed nim otwierać i zrzucać na jego barki ciężar swoich problemów. Poza tym, mając tego kraba w pysku, mówiła bardzo niewyraźnie, co trochę ją denerwowało i wolała się nie rozgadywać.
— Mhm… — mruknęła krótko, po czym wzięła głęboki oddech przez nos. — Swyszę, że jesteś gwodny — zmieniła temat. — A mogweś zweść tego kwaba… — dodała, uśmiechając się żartobliwie.
— Wowe zjeść w owosje — mruknął czarnofutry.
Szylkretka nie odpowiedziała mu i jedynie przyspieszyła kroku, starając się znowu dogonić dwie wojowniczki.
— To wuż niedaweko! — oznajmiła, odwracając pysk, by spojrzeć na Złamaną Łapę.
Kocur aż rozpromieniał na tę wiadomość.
Słonkowa Łapa odwzajemniła jego uśmiech, po czym poczekała, aż starszy ją dogoni. Gdy znów dreptali obok siebie, mruknęła:
— No, i wweszcie będiemy się mogli roześć… tak, jak chciaweś.
— Ech. Jak chcwes wpadnij casem do mje — mruknął nagle Złamana Łapa.
Kotka z szoku niemal nie wypuściła kraba ze szczęk. Nie wierzyła w to, co właśnie padło z ust czarnofutrego. Naprawdę zgodził się na to, by Słonka czasem z nim rozmawiała? Czy naprawdę udało jej się raz w życiu nie zanudzić kogoś rozmową i nie sprawić, że zacznie nienawidzić jej jeszcze bardziej? Toż to święto! Takie coś zdarzało się tylko raz na wiele sezonów!
Musiała się jednak szybko uspokoić. Nie chciała, by jej przesadna reakcja jakoś przeraziła Złamaną Łapę i zniechęciła go do niej. Przez moment w milczeniu wpatrywała się przed siebie, próbując jakoś odzyskać kontrolę nad emocjami.
— No jwasne… — odparła spokojnie.
Nim zdążyli powiedzieć coś więcej, udało im się nareszcie przekroczyć próg obozu. Jenocia Kufa i Morświnowa Płetwa poszły w stronę legowiska wojowników, zostawiając dwójkę uczniów samych.
Po chwili Słonkowa Łapa ostrożnie odłożyła skorupiaka na ziemię, oblizała pysk i spojrzała na starszego ucznia.
Kocur również odłożył wszystkie znaleziska ze swojego pyska.
— Cicha Łapa chyba poszedł gdzieś… No to może skoro już tu jesteśmy, pomożesz mi zrobić takie coś na łapę? Że wiesz, tak będzie wokół łapy. Rozumiesz? — zapytał.
Szylkretka skinęła głową. Widziała to oczyma wyobraźni, choć nie potrafiła wymyślić sposobu na to, jak mogliby to wykonać tak, by zmieściło się na łapie Cichej Łapy i nie rozpadło po chwili.
— Rozumiem! — mruknęła, spoglądając na muszelki, kwiatki i źdźbła trawy, które przyniósł tu Złamana Łapa. — Masz pomysł, jak to zrobić? Musielibyśmy jakoś spleść te kwiatki i trawę ze sobą… A może zamiast na łapę zrobilibyśmy mu coś na ucho? Wtedy nie spadnie tak szybko! Ale nie wiem… Zrobimy tak, jak uważasz — rozgadała się, pierwszy raz czując, co to znaczy mieć znajomego.
— Masz rację, ucho to lepszy pomysł. Może zwiążemy to? Ten koniec łodygi kwiatka i trawą owiniemy tę muszelkę i jakoś tak połączyć to wszystko w ten sposób w całość? — zapytał, po czym przysunął rzeczy bliżej środka.
Słonka trochę pogubiła się w tym, co mówił starszy, lecz mimo wszystko kiwnęła głową na zgodę.
— Pewnie! Tylko… w takim razie ty już zacznij, a ja wezmę dla ciebie coś ze stosu, zgoda? Nie chcesz w końcu, żeby podczas spotkania z Cichą Łapą zaczęło burczeć ci w brzuchu! — mruknęła, oddalając się już w stronę stosu, by nie musieć mówić czarnofutremu, że wciąż nie wie, jak utworzyć tę ozdobę.
Podczas gdy Złamana Łapa męczył się nad prezentem dla swojego przyjaciela, Słonka wybrała ze sterty całkiem tłuściutką mysz — jak widać, Pora Zielonych Liści im dopisywała. Chwytając ją w zęby, powróciła do swojego towarzysza, który głowił się nad stertą kwiatków i muszelek.
— Co za nędzna kupa futra! — uczeń syknął sam do siebie i nerwowo pomachał przy tym ogonem.
Wtem Słonka upuściła mysz i pchnęła ją łapą bliżej swojego nowego kolegi.
— Widzę, że z głodu jesteś już trochę rozdrażniony — rzuciła żartobliwie, jednak nieznacznie kładąc po sobie uszy.
Czy na zbyt wiele sobie pozwalała? Może nie powinna żartować ze Złamanej Łapy? Może na tym etapie ich relacji jeszcze nie wypadało tego robić? Nie miała pojęcia. Nigdy wcześniej nie miała przyjaciół, toteż nie do końca wiedziała, jak powinna się przy nich zachowywać. Powinna być miła? Wspierająca? Zabawna? Charyzmatyczna? A może wszystko naraz?
Kocur na nią spojrzał tak, jakby zaraz miałby ją rozszarpać. Powoli westchnął i potrząsnął łbem.
— Dzięki — mruknął cicho i zaczął zajadać się myszą. Ubrudził sobie przy tym całe futro na brodzie i kawałek wąsów.
Słonkowa Łapa miała ochotę zażartować z tego, jak łapczywie kocur pożerał mysz, lecz postanowiła się powstrzymać i jedynie w ciszy obserwować, jak czarnofutry pożywia się piszczką. W międzyczasie sama nachyliła się nad kwiatami, źdźbłami trawy i muszelkami, starając się zrobić z nich coś ładnego.
Nim Złamana Łapa zdążył przełknąć ostatni kęs myszy, Słonka już trzymała pod łapami ozdobę dla Cichej Łapy. Może i nie była zbyt stabilna, lecz czego można było się spodziewać po kocie? To i tak cud, że udało im się cokolwiek stworzyć z tych zebranych materiałów.
— Hej… dziewczyno, ty masz talent! W sensie, no, wygląda na pewno o wiele lepiej, niż to, co ja zrobiłem — chrząknął, po czym znowu stał się taki mało entuzjastyczny. — No dobra, to ja już chyba więcej spraw do ciebie nie mam — odparł, po czym położył się na grzbiecie brzuchem do góry. — Jak chcesz, to idź, jak chcesz, to zostań, jak co to krzycz jak co to… nie krzycz. — Ziewnął zmęczony i zamknął oczy. Jednak co chwilę podnosił łeb i otwierał jedno oko, aby spojrzeć na Słonkę i sprawdzić co robi.
Szylkretka zachichotała cicho pod nosem.
— A nie wolałbyś się położyć w swoim posłaniu, zamiast tutaj na ziemi? — spytała, uśmiechając się lekko. — Te kamienie są strasznie zimne! Co zrobisz, jeśli zachorujesz? Przecież nie chciałabyś obsmarkać Cichej Łapy podczas wręczania mu prezentu — mruknęła, unosząc jedną brew.
— Nie, dziewczyno, widzisz to futro? Jest tak grube, że nawet mróz mi niegroźny — odparł całkowicie pewny swojej racji.
Słonka parsknęła cicho.
— No dobrze, niech ci będzie — odparła, udając oburzoną, lecz po chwili jej pysk i tak rozjaśnił uśmiech. Jak widać, nie potrafiła zbyt długo udawać.
Przez chwilę siedziała w bezruchu, wpatrując się w Złamaną Łapę, aż nagle jej uwagę przykuły czyjeś kroki. Spojrzała w stronę źródła dźwięku, a wtedy dostrzegła Cichą Łapę, najpewniej wracającego z treningu. Szybko trąciła czarnofutrego łapą.
— Psst! Cicha Łapa! Idzie tutaj…! — szepnęła, nachylając mu się do ucha.
Kocur podniósł się tak szybko, jak potrafił i otrzepał z całego brudu.
— Gdzie?! Znaczy… no — zaczął się szybko obracać, aby rozejrzeć się po całym obozowisku. — Chociaż czy nie zrobię z siebie idioty, dając mu to? Jest dla mnie bardzo ważny, więc musisz mi prędko odpowiedzieć! — Spojrzał na Słonkową Łapę w taki sposób, jakby zaraz miały mu oczy wypaść.
Kotka energicznie pokręciła głową.
— Nie, nie! Jestem pewna, że Cicha Łapa bardzo ucieszy się z tego prezentu. No, a przynajmniej ja bym się ucieszyła na jego miejscu… — odparła nieśmiało, odwracając wzrok od Złamanej Łapy.
Wtem podszedł do nich biało-liliowy uczeń, biorąc ich z zaskoczenia.
— Witaj, Słonkowa Łapo… Mam rację? — mruknął, z grzeczności najpierw witając się z młodszą kotką. Szylkretka skinęła tylko głową, zbyt zawstydzona, by się odezwać. — I witaj, Złamana Łapo — dodał, przenosząc wzrok na starszego. — Hmm… Czy mi się wydawało, czy słyszałem, że coś o mnie mówiliście?
— Eeee… Wiesz co, właściwie to chciałem ci coś dać. — Złamana Łapa podsunął upominek bliżej Cichej Łapy i zaczął patrzeć zawstydzony na swoje łapy. Dotknął lekko końcówką ogona Słonkę, aby dała mu jakoś znać, jak na to zareagował.
Młodszy kocur wpierw wpatrywał się w prezent w ciszy, jednak po chwili na jego pysku pojawił się delikatny uśmiech. Słonkowa Łapa przez ten cały czas wpatrywała się w niego uważnie, starając się prześledzić każde drgnięcie mięśnia na jego pysku. Chciała w końcu zdać Złamanej Łapie raport na temat tego, czy białofutremu spodobał się podarek.
Cicha Łapa wciąż zachowywał milczenie, jednak w pewnym momencie złapał za prezent pazurem i ostrożnie umieścił go na swoim uchu.
— Dziękuję, Złamana Łapo — mruknął w końcu, poruszając wibrysami z zadowolenia. — Będę go nosić, aż dopóki ktoś lub coś siłą go ze mnie ściągnie — zaśmiał się, po czym zaczął iść przed siebie, aż w końcu minął czarnofutrego i musnął go po grzbiecie ogonem. — Do zobaczenia! Ja muszę już iść, więc zostawiam was samych. Bawcie się dobrze!
Słonka obserwowała, jak Cicha Łapa odchodził, czując, jak szybko bije jej serce. Stresowała się chyba niemal tak bardzo, jak sam czarnofutry, mimo że nie miała czym!
— Złamana Łapo! Chyba mu się spodobała! — oznajmiła w końcu szeptem. — Tylko… zapomnieliśmy mu dać kraba! — zauważyła.
Kocur się delikatnie uśmiechnął.
— Już trudno, najważniejsze, że mu się spodobało — mruknął, powoli śledząc wzrokiem, dokąd poszedł Cicha Łapa. W końcu westchnął z ulgą. — Cieszę się, że mu się podobało. Dziękuję, Słonko. — Po tych słowach kocur wręcz się jej ukłonił.
Szylkretka poczuła się onieśmielona.
— Nie masz za co! To ja dziękuję, że nauczyłeś mnie, jak otwierać kraby — odparła, nie mogąc ukryć uśmiechu. — Myślę, że to sprawiedliwa wymiana. A skoro już pomogłam ci przy Cichej Łapie, to chyba udam się na swoje posłanie… — mruknęła.
Powoli i tak robiła się już zmęczona rozmową. Nie przywykła do spędzania tak dużej ilości czasu z innym kotem i czuła, że potrzebowała trochę spokoju, by się zregenerować. W końcu przebywanie w otoczeniu drugiego kota to ciągłe staranie się o to, by być jak najlepszym i najzabawniejszym, co po jakimś czasie mogło być przytłaczające.
— No okej, to pa. Ja tu jeszcze chwilę posiedzę albo coś tam zrobię ze sobą. — Pomachał jej na pożegnanie i zaczął kierować się do brzegu obozowiska. Na miejscu już się rozciągnął i mocno ziewnął, odsłaniając przy tym swoje nie za duże białe zęby. W świetle wodospadu i powoli zachodzącego słońca jego blizna na czole świeciła się jak gwiazdy na niebie. Po chwili zaczął pazurami kręcić swoje futro na brodzie i tym samym usuwał wypadnięte i posklejane kłęby.
Czyżby nad czymś myślał? Być może. Jednak Słonka postanowiła się nad tym nie zastanawiać, a zamiast tego faktycznie ruszyła w stronę legowiska uczniów, by odetchnąć od interakcji z innymi kotami.
* * *
Dzień wypadku Firletkowej Łapy, noc
Słonkowa Łapa przewracała się z boku na bok, nie potrafiąc zasnąć. Przed oczami cały czas majaczył jej obraz niemal bezwładnego, zmasakrowanego ciała jej brata. Nie potrafiła znaleźć wygodnej pozycji; za każdym razem, gdy się kładła, miała wrażenie, jakby każda gałązka użyta do splecenia jej posłania wbijała jej się głęboko pod skórę. Wszystko, co działo się wokół, wydawało się dla niej przytłaczające, jakby każdy z jej zmysłów wyostrzył się o stokroć. Ponadto co chwilę robiło jej się za zimno, a potem za gorąco. Potem znów zimno i znów gorąco. Próbowała wyjaśnić to podmuchami wiatru, lecz futra jej rówieśników pozostawały w bezruchu. Przynajmniej wynikało tak z tego, co udało jej się zauważyć w krótkich odcinkach czasu, gdy leżała nieruchomo na jednym boku. Choć nie można dokładnie powiedzieć, że w jakimkolwiek momencie leżała kompletnie spokojnie. Przez cały ten czas jej klatka piersiowa szybko unosiła się i opadała, a serce biło — a wręcz dudniło — tak mocno, że Słonka miała wrażenie, jakby zaraz miało roztrzaskać jej żebra i wydostać się na zewnątrz. Pierwszy raz w życiu czuła się tak potwornie, choć już nieraz mogła powiedzieć, że było jej niedobrze. Teraz czuła się tak, jakby była uwięziona we własnym ciele. A może właśnie była poza nim? Miała nikłe poczucie, że jej dusza zaraz opuści jej ciało, pozostawiając je nieżywe. Czy była to prawda? Czy tak właśnie wyglądały momenty przed śmiercią? A może tylko coś sobie uroiła?
W pewnym momencie przestała się wiercić i wyprostowała łapy, wbijając pazury w ścianę swojego posłania. Zauważyła, że wszystkie jej mięśnie były spięte, choć nawet nie do końca miała możliwość ich rozluźnienia. Jej kończyny były już z tego wszystkiego strasznie obolałe i odczuwała ogromną frustrację związaną z tym, że nie potrafiła tego zmienić. Miała również wrażenie, jakby jej głowa była dziwnie lekka, a przede wszystkim wypełniona pustką. Z trudem formułowała jakiekolwiek myśli, a gdy już jakieś się pojawiały, były powtarzane kilka razy, jakby Słonka nie potrafiła nad nimi zapanować. Ponadto miała wrażenie, jakby jej myśli nie były jej myślami, lecz dźwiękami dobiegającymi z tyłu jej głowy. A może naprawdę ktoś za nią stał i przez cały czas mówił jej do ucha? Nie, nie… o czym ona w ogóle myślała! To wszystko działo się tylko w jej głowie. Ale czy na pewno? Tak, tak, na pewno… Przecież nie była chora ani ranna. Nie umierała, prawda? Była jeszcze za młoda, miała tyle życia przed sobą… Nie zdarzało się, by uczeń w jej wieku odchodził z tego świata. A może z nią będzie inaczej? Może los zaplanował jej wczesną śmierć? Bo o czym innym mogły świadczyć wszystkie te symptomy, które odczuwała?
Nagle gwałtownie przewróciła się na kolejny bok, silnie zaciskając powieki, gdy zaczęło jej się wydawać, że zaraz oczy wypadną jej z czaszki. Czy mogło być jeszcze gorzej? W tym wypadku chyba nie. Bolał ją chyba każdy skrawek ciała, a oprócz tego i umysł płatał jej jakieś dziwne figle. Jeśli śmierć była łagodniejsza od tego, co przeżywała teraz, to chyba wolałaby już umrzeć. A może ona po prostu przeżywała to samo, co przeżył Firletkowa Łapa? Jego obrażenia były rozległe i niewątpliwie bardzo bolesne. Czy to więc możliwe, że ból z Firletki przeniósł się do jej ciała, by mu ulżyć?
Nie, nie… to wszystko nie miało sensu! To nie było możliwe. Nikt nigdy nie mówił o czymś takim. A może po prostu Słonkowa Łapa nigdy o tym nie słyszała? Czy Ćmia Łapa mogła coś o tym wiedzieć? Albo chociaż Księżycowa Aldrowanda lub Jagnięcy Ukłon? Czy mogła je pójść zapytać? Teraz? Nie… przecież było już za późno. Księżyc wisiał wysoko na niebie, a kotki zapewne drzemały już w swoich posłaniach. Słonka nie mogła zawracać im głów jakąś głupotą — choć czy na pewno była to głupota?
Nagle poczuła kolejną falę mdłości ogarniającą jej ciało i ściskającą każdy organ. Słonka miała wrażenie, jakby w jej mięśnie wbijane były cieniutkie igły sosen, co powoli doprowadzało ją do szału. A może nie powoli. Może właśnie już popadła w obłęd.
W pewnym momencie podniosła się na równe łapy, choć wcale tego nie planowała. Zupełnie tak, jakby ktoś, lub coś — w tym przypadku panika — przejęło kontrolę nad jej ciałem. Szylkretka zacisnęła mocniej szczękę i wbiła pazury w ziemię, czując się tak, jakby zaraz miała upaść bezwładnie na ziemię. Jej kończyny zadrżały, a uszy same z siebie przykleiły się do głowy. Słonka przełknęła głośno ślinę, próbując skupić się na tym, by odzyskać kontrolę nad własnym ciałem i dojść do lecznicy.
Nim jednak to zrobiła, usłyszała za sobą głos.
— Słonkowa Łapo! Co ty wyprawiasz! — odezwał się Złamana Łapa, choć jego słowa wydawały się dla uczennicy zagłuszone. Jakby słyszała je przez wodę.
Może tylko jej się wydawało, że czarnofutry się odezwał? Może były to jedynie jej własne myśli? Nie chciała się nad tym zastanawiać. Nie miała do tego głowy. Zamiast tego w końcu ruszyła do przodu, z trudem próbując odszukać wzrokiem legowisko medyczek. Miała wrażenie, jakby cały świat wokół niej wirował, a kamienna posadzka miała się zaraz pod nią osunąć. Mimo wszystko szła dalej, choć nie czuła się tak, jakby to ona wykonywała te ruchy.
Wreszcie dotarła do lecznicy. Stanęła w rozkroku w jej progu i wlepiła spojrzenie w swoje łapy, próbując uspokoić pędzące myśli. Finalnie pokręciła głową; a może był to jakiś tik? Ciężko było stwierdzić.
— Psst! Ćmia Łapo! — wydukała w końcu, przenosząc spojrzenie na siostrę. Ta jednak drzemała i nie zapowiadało się na to, by marne szepty szylkretki miały ją wybudzić ze snu.
W końcu Słonkowa Łapa usłyszała za sobą kroki. Jej pysk natychmiast zwrócił się w stronę źródła dźwięku. W mroku widziała jedynie nikły zarys czyjejś sylwetki, lecz gdy zmrużyła oczy i lepiej mu się przyjrzała, rozpoznała w niej Złamaną Łapę. Czyli jednak naprawdę się do niej odezwał? A może tylko jej się wydawało, że go teraz widzi?
Odwróciła się ciałem w jego stronę i postąpiła kilka kroków do przodu. Jej oczy były szeroko otwarte, a źrenice zwężone do granic możliwości.
— Z-Złamana Łapo? To… t-to ty? — mruknęła z trudem, nerwowo poruszając wibrysami. Nie wyglądała, jakby była poczytalna. Czarnofutremu pewnie mogło się wydawać, że opętał ją jakiś duch z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd.
— No, a kto inny mógłby to być? Kręcisz się po nocy jak wystraszona mysz. Czemu nie śpisz i budzisz medyczki? Co ci się dzieje. Gdyby tak dalej poszło, obudziłabyś połowę legowiska uczniów — mruknął dalej zaspany kocur. Wpatrywał się w nią jak w kogoś nienormalnego. — Chodź. Jeszcze ktoś pomyśli, że powariowałaś. — Po tych słowach ugryzł ją lekko w ucho, starając się zaciągnąć ją do legowiska uczniów.
Słonkowa Łapa zaczęła się szarpać, czując zęby czarnofutrego na swoim uchu. Teraz była już pewna, że to nie mógł być zwid, no, chyba że odczuwany ból również był tylko omamem. Wypowiedziane wcześniej przez ucznia słowa wpadły jej do głowy jednym uchem, a drugim wyleciały. Nie zrozumiała z nich niczego poza określeniem “wystraszona mysz”, które zaczęło kręcić jej się po głowie.
W końcu Złamana Łapa rozluźnił szczękę, najwyraźniej martwiąc się, że jeszcze urwie ucho młodszej. Szylkretka z impetem runęła na ziemię, upadając przed łapami czarnofutrego. Jej kończyny wciąż dygotały, sprawiając wrażenie, jakby były stworzone z tego samego, co meduzy. Nie potrafiła wstać. Choć właściwie nie próbowała już nawet tego robić. Po chwili poddała się, zwijając się w kulkę i chowając głowę w łapach.
Jej żołądek skręcił się ze wstydu — emocji, którą od początku swojego życia odczuwała zdecydowanie zbyt często. Jak mogła pozwolić, by Złamana Łapa zobaczył ją w takim stanie? Był jej jedynym znajomym, a już musiał dowiedzieć się, jak dziwnym i pokręconym kotem była Słonka. To nie miało tak wyglądać! Jej problemy miały tkwić głęboko w jej wnętrzu, nigdy nie wydostając się na światło dzienne. Teraz było już za późno. Nie wiedziała, dlaczego nie potrafiła się opanować i powstrzymać od odwalania takiej sceny. Pierwszy raz przeżywała coś tak intensywnego.
— Przepraszam… przepraszam… — zaczęła powtarzać, aż z jej oczu, zakrytych łapami, zaczęły spływać łzy. — Proszę, Złamana Łapo… Proszę, nie myśl sobie, że jestem obłąkana! — dodała jeszcze, po czym zrobiła pauzę, by łapczywie nabrać powietrza do płuc. — To nie ja… To nie ja… Musisz mi uwierzyć! Proszę, Złamana Łapo… Proszę, powiedz mi, że wciąż będziesz mnie lubić…
Pociągnęła nosem, po czym położyła łapy na ziemi i uniosła na niego spojrzenie.
— Nie wiem, co się ze mną dzieje… B-bo… Firletkowa Łapa, on… — wydukała, czując, jak zaciska jej się gardło. Gdy wypowiedziała imię swojego brata, przed oczami znów mignęła jej wizja jego ciała splamionego szkarłatem. — To mój brat, a on… on… sam wiesz, co się z nim stało! — mówiła dalej, przerażona. — Nie wiem… Złamana Łapo, ja… ja się boję, że on nie przeżyje! Że on umrze! Ja… ja nie mogę zasnąć, bo cały czas widzę przed oczami moment, w którym Trójoki Zając przyniósł go takiego do obozu! Takiego… takiego we krwi, połamanego, zmasakrowanego…
W końcu zamilkła, biorąc głębokie oddechy. To był jej koniec. Złamana Łapa już dawno zaczął myśleć o niej jak o wariatce. Znienawidzi ją. Rozpowie plotki o jej nocnym załamaniu. Słonka będzie zmuszona żyć ze wstydem, który sama na siebie ściągnęła.
— Eeech…? No i co ja mam z tobą zrobić — westchnął i dotknął jej czoła swoim nosem. — Chodź, pokażę ci coś. Spodoba ci się — zaczął powoli się kierować do wyjścia, ale co chwilę się zatrzymywał i patrzył za siebie, aby zobaczyć czy Słonkowa Łapa za nim idzie. — No chodź, zaraz oby dwoje kogoś obudzimy, a wiem jak wyjść po cichutku z obozu — szepnął do niej.
Szylkretka podniosła uszy do góry i na moment wstrzymała oddech, zdumiona reakcją Złamanej Łapy. Spodziewała się, że kocur będzie na nią zły. Nakrzyczy na nią, zacznie ją poniżać, wyśmieje to, że martwi się o brata. On natomiast postanowił gdzieś ją zabrać. Tylko gdzie? Czy przypadkiem przy wyjściu z obozu nie stał teraz jakiś wartownik? Byli tylko dwójką uczniów. Nie było szans, żeby ktokolwiek pełniący wartę pozwolił im przejść! Było to przecież wbrew Kodeksowi Wojownika, a żaden kot raczej nie chciał go łamać.
— Złamana Łapo… Przecież strażnik nie pozwoli nam wyjść! — szepnęła do niego, znów kładąc po sobie uszy. — To nie ma sensu, tylko… tylko sobie narobimy problemów! — kontynuowała drżącym głosem.
Co on planował? Gdzie chciał ją zabrać w środku nocy?
Mimo wszystko Słonkowa Łapa podniosła się z miejsca, czując się już odrobinę lepiej. Po tym, jak wyrzuciła z siebie swoje problemy, zrobiło jej się nieco lżej na sercu, choć wciąż odczuwała skutki załamania. Mrowiło ją w łapach, a po głowie rozchodził się tępy ból.
Podeszła do starszego kocura, patrząc na niego wciąż zapłakanymi ślepiami.
— Nie bój żaby! Coś na to poradzimy — oznajmił starszy i ruszył znowu w stronę wyjścia.
Słonce nie podobał się ten obrót spraw. Bała się, że jeśli wyjdą sami poza azyl, coś im się stanie. A jeśli strażnik nie pozwoli im przejść, to opowie o całym zdarzeniu przywódcy. Szylkretka i tak miała już wrażenie, że cała jej rodzina miała na pieńku z Lśniącą Gwiazdą, a takie odpały tylko pogorszą sytuację.
Gdy dotarli do wyjścia, okazało się, że siedziała przy nim rudofutra kotka. Zwróciła wzrok w ich stronę, przez moment nie dowierzając w to, co widzi.
— C-co… Co wy tu robicie? — zapytała, podnosząc się z miejsca. — Jesteście uczniami, prawda? Przecież wiecie, że nie wolno wam wychodzić samemu z obozu! — dodała szeptem, marszcząc brwi.
Słonkowa Łapa zrobiła krok w tył, po czym delikatnie trąciła czarnofutrego w bark.
— No chodź, wracajmy… — nalegała, lecz kocur nie wyglądał, jakby zamierzał odpuścić.
— Och! Jajeczna Skorupo… Moja przyjaciółka bardzo źle się czuję i chce ją zabrać w pewne miejsce, pozwolisz nam przejść? Nikt się o tym nie dowie, masz moje słowo — szepnął do rudej kotki i położył łapę na klatce piersiowej. Zmienił nawet ton swojego głosu. — Proooooszę? Upoluję ci dobre śniadanie, nie daj się prosić. Przecież jesteś rozsądna, mam rację? — Podszedł bliżej wojowniczki i złapał z nią kontakt wzrokowy.
Podczas gdy Złamana Łapa uskuteczniał swoje marne próby przekonania Jajecznej Skorupki do wypuszczenia ich z obozu, Słonka była zajęta myśleniem o tym, że kocur nazwał ją przyjaciółką. Naprawdę tym dla niego była? Przyjaciółką? Nie znajomą, nie koleżanką, lecz najprawdziwszą przyjaciółką? Przez krótką chwilę zrobiło jej się ciepło na sercu, a na jej wilgotny od łez pysk wkradł się słaby uśmiech.
Wtem jednak wróciła do rzeczywistości, by obserwować przebieg rozmowy Jajecznej Skorupki i ucznia. Słonka skupiła wzrok na pysku rudej, dostrzegając na nim wahanie. Czyżby Złamanej Łapie udało się zmiękczyć jej serce? Jakim cudem! Jajko była w końcu wojowniczką. Powinna przestrzegać zasad Kodeksu Wojownika, a zamiast tego wyglądała, jakby miała dać się przekonać do złamania reguł przez jakiegoś ucznia?
— Jestem rozsądna… — mruknęła Jajeczna Skorupka cicho, odwracając wzrok od Złamanej Łapy, jakby trochę zawstydzona. — Dlatego nie wiem, czy pozwolę wam wyjść… Przecież nie możecie tego robić… — dodała, wciąż nie spoglądając w stronę czarnofutrego.
Szylkretka przyglądała się tej sytuacji w ciszy. Dlaczego Jajeczna Skorupka zachowywała się tak dziwnie? Jej głos był nikły, niemal niepewny. Słonka spodziewała się, że ktokolwiek, kto będzie teraz stał na warcie, jasno im odmówi. Ona zaś nie potrafiła powiedzieć im “nie”.
— No widzisz? Nie pozwoli nam wyjść… — Słonka szepnęła do starszego, bojąc się, co z tego dalej wyniknie. — Nie musimy nigdzie wychodzić, naprawdę… — dodała.
Czarnofutry jednak nawet nie drgnął na jej słowa, a zamiast tego wciąż intensywnie wpatrywał się w o dwa księżyce starszą od niego kotkę, mimo że ta nie chciała na niego spojrzeć.
Czy próbował ją jakoś przekupić swoim urokiem? Nie, żeby był jakiś nadto urokliwy czy charyzmatyczny. Słonka zauważyła, że raczej był z niego gbur, dlatego dziwiła ją też sama jego postawa w tej sytuacji. Nigdy by się nie spodziewała, że ujrzy kocura tak zamkniętego w sobie trzepoczącego rzęsami przed jedną z wojowniczek.
Ponownie ucieszył ją fakt, że Złamana Łapa był w stanie tak się poświęcić, byle tylko poprawić samopoczucie Słonkowej Łapy. Ona naprawdę na niego nie zasługiwała. Cały czas widziała w nim potwora i zachowywała się tak, jakby miał ją wyśmiać za każdym razem, gdy okaże jakąś emocję. Tak się jednak nigdy nie stało, za co była mu wdzięczna, lecz jednocześnie smutna, że nigdy nie ufała mu wystarczająco.
Nagle czarnofutry machnął ogonem dwa razy przed pyskiem Słonkowej Łapy.
— Och, no, Jajeczna Skorupko… Nie daj się prosić, tylko ten jeden raz. My nic o tym nie powiemy nikomu, ty też nikomu nie powiesz… Nasza mała słodka tajemnica. — Wykrzywił lekko łeb i zmrużył oczy. — Błagam!
Rudofutra kotka aż wbiła pazury w ziemię na słowa ucznia, a ponadto Słonka zauważyła, jak mięśnie jej pyska się napinają, jakby zaciskała teraz zęby. Jajko zaczęła smagać powietrze ogonem, aż w końcu zwróciła łeb w stronę Złamanej Łapy.
— No… no dobrze… ale wisisz mi śniadanie! — wyrzuciła w końcu, po czym spuściła wzrok na łapy. — Tylko bądźcie ostrożni… Nie chcę mieć potem przez to problemów! — dodała jeszcze.
Słonkowa Łapa była przekonana, że to wszystko to wciąż były tylko halucynacje. Jajeczna Skorupka naprawdę zgodziła się puścić ich wolno? Jak słabą wolę musiała mieć, by dać się tak owinąć wokół paluszka jakiemuś uczniowi? Szylkretka wlepiła wzrok w swojego starszego kolegę, obserwując go z czystym zdziwieniem w oczach.
— Obiecuję, że dostaniesz najsmaczniejszego kraba i mysz w całym lesie. Nic nam nie będzie, nie martw się. — Gdy kotka ustąpiła, Złamana Łapa przeszedł obok niej z uśmiechem takim, że przednie kły mu wystawały. Machnął ogonem, aby Słonka dreptała za nim.
— No i co, widzisz? Da się. Wystarczy zrobić z siebie idiotę — mruknął, ale już tym samym oziębłym głosem co zawsze.
Młodsza skinęła głową, jakby wzięła sobie do serca radę czarnofutrego.
— Chyba już coś wiem o robieniu z siebie idioty — westchnęła ponuro, po czym ruszyła za uczniem poza azyl.
Gdy wyszła na zewnątrz, od razu owiał ją chłodny, nocny wiatr, a ciało przeszedł dreszcz. Z tego, co słyszała, to tutaj niedaleko Firletkowa Łapa osunął się z klifu i spadł, łamiąc sobie łapę. Słonka poczuła znowu, jak jej serce przyspiesza, toteż od razu niemal przykleiła się do boku Złamanej Łapy.
— Dlaczego musimy mieć takie niebezpieczne tereny…? No, na przykład w Klanie Wilka nic takiego by się nie zdarzyło jak u nas… To takie niesprawiedliwe, że Firletka… on… — urwała, po czym pokręciła głową. — Nie wiem w ogóle, czy będzie mógł kontynuować swój trening na wojownika, gdy już wyzdrowieje. No, o ile wyzdrowieje… — westchnęła, kładąc po sobie uszy.
Nie chciała zakładać najgorszego, ale rany biało-niebieskiego nie wyglądały tak, jakby miały się w najbliższym czasie zagoić. Firletka z całą pewnością już nigdy nie będzie aż tak sprawny, jak przed wypadkiem. Czy może w takim razie zostanie protektorem? A może medykiem? A może Lśniąca Gwiazda uzna go za niezdatnego i wrzuci do starszyzny, by jako młody kot z całym życiem przed sobą kisił się z kotami, które za niedługo wydadzą na świat swoje ostatnie tchnienie? To brzmiało okropnie.
Firletka miał ukończyć szkolenie, zostać wojownikiem, chodzić na zgromadzenia, zdobywać nowych przyjaciół… a zamiast tego leżał teraz w lecznicy, podczas gdy nawet medycy nie potrafili jasno określić jego szans na przeżycie.
— Nie są takie niebezpieczne, jeśli się patrzy pod nogi. Klan Wilka jest otoczony lasem, ale nie wiadomo co się kryje w tym lesie. Może borsuki? Nie wiem — mruknął i spojrzał na nocne niebo. Zaczął powoli iść w stronę morza. Słonka dreptała za nim, a ten nagle potknął się o kamień i zrobił fikołka do przodu. Był zagapiony w niebo więc to oczywiste, dlaczego nie zobaczył kamienia. Przez chwile tak leżał z pyskiem na twardej glebie. Po chwili jednak wstał i otrzepał się. — Uch… — Potrząsnął łbem i zaczął iść dalej.
Słonka nie mogła powstrzymać parsknięcia, które wydostało się z jej gardła. Co za ironia losu, że kocur wywrócił się akurat po tym, jak wspomniał coś o patrzeniu pod łapy.
— Jak widać, dla większości kotów tereny Klanu Klifu mimo wszystko są niebezpieczne. Ale może gdyby tylko patrzyli, gdzie idą, mogliby uniknąć wywrotów i upadków… — westchnęła żartobliwie, starając się skupić na rozmowie ze Złamaną Łapą, a nie na myśleniu o losie Firletkowej Łapy. W końcu finalnie wszystko na pewno się ułoży, prawda? Trójoki Zając już o to zadba, by jego syn stanął z powrotem na nogi.
Szylkretka oderwała na moment wzrok od czarnofutrego i spojrzała w nocne niebo, równie ciemne co maść kocura. To było dziś jednak szczególnie upstrzone gwiazdami, jakby sam Klan Gwiazdy chciał jej przekazać, że wszystko będzie dobrze. Miała tylko nadzieję, że Gwiezdni Przodkowie naprawdę mieli rację w tej sprawie i że będą trzymać Firletkę w opiece, nawet jeśli sami nie są w stanie go uleczyć.
— Przestań… — mruknął dymny. — Ja się po prostu… Jest ciemno i mało widać — dodał, stawiając uszy do góry. — Zaraz będziemy. — Po tych słowach trochę przyspieszył.
Szylkretka domyśliła się już, że Złamana Łapa chciał ją zabrać nad morze, ze względu na szum wody, który docierał do jej uszu. Czuła również gryzący zapach soli, a przed jej oczami rysował się horyzont. Choć było tej nocy bezchmurnie, tak było również dosyć wietrznie. Podmuchy wiatru rozwiewały Słonce futro i łaskotały ją w nos. Miała tylko nadzieję, że się nie przeziębi! Choć może gdyby na coś zachorowała, mogłaby spędzić trochę czasu z Firletkową Łapą w lecznicy.
— Byłeś tu kiedyś w nocy? — postanowiła zagadać, by nie myśleć znów o wypadku swojego brata. — To znaczy, zanim zabrałeś mnie tu dzisiaj. Zastanawiam się po prostu, skąd masz takie szczęście do wartowników… Jajeczna Skorupka musiała się chyba z myszą rozumem zamienić, by nas wypuścić w środku nocy z obozu! — stwierdziła.
— No może w nocy mnie tu nie było, a szczęścia nie mam, wystarczy głupota. Głupi ma zawsze szczęście, jak to mówią — mruknął. — Ale rzeczywiście musiała, skoro wypuściła dwójkę najbardziej rozsądnych uczniów na świecie na samotny spacer w środku nocy — dodał, po czym podbiegł już do morza.
Słonkowa Łapa próbowała dogonić kocura, lecz w końcu jej łapy zaczęły zanurzać się w piachu, a bieg zrobił się znacznie cięższy. Bliżej brzegu podłoże było bardziej zbite, lecz teraz chodzenie po nim było katorgą.
— Zwolnij trochę! — zawołała za Złamaną Łapą. — Nie każdy jest taki stary i ma takie długie łapy! — dodała. Choć była najwyższa z rodzeństwa i wzrostem przewyższała większość, jak nie wszystkich, swoich rówieśników, tak przy czarnofutrym wciąż była całkiem niska. W końcu on już był prawie że wojownikiem!
Słonka w końcu go dogoniła. Kocur maszerował już brzegiem, uśmiechając się pod nosem i wpatrując w falującą wodę.
— Hm… Tak właściwie, to czemu jeszcze nie jesteś wojownikiem? Morświnowa Płetwa nie uznaje cię jeszcze za gotowego? — zagaiła.
Zdyszany kocur prędko jej odpowiedział, jednak co kilka słów brał głęboki wdech.
— No… wiesz co. Ona chce, abym był jeszcze silniejszy, gdy walka raczej nigdy nie będzie moją mocną stroną. Podczas walki raczej posługiwałbym się przedmiotami, które są dookoła — powiedział wyzbyty z jakiejkolwiek emocji w tych zdaniach. Jego oddech powoli wracał do normalnego stanu, więc Złamana Łapa się położył na wilgotnym piachu.
Słonkowa Łapa nie chciała wracać do obozu cała brudna od piachu, dlatego tylko usiadła obok kocura, zamiast się położyć. Wlepiła spojrzenie w księżyc na niebie, biorąc w płuca głęboki oddech
— Dziękuję, że mnie tu zabrałeś… — mruknęła nieśmiało, po czym spojrzała na swoje łapy. — Chyba już się trochę uspokoiłam. Tylko proszę… zapomnij o tej nocy. Trochę mi wstyd za siebie… — dodała, przełykając głośno ślinę.
— Dlaczego? Nic takiego przecież się nie stało… — Spojrzał na nią — Chyba nie rozumiem, czego się wstydzisz. — Lekko się uśmiechnął, po czym ochlapał ją wodą.
Słonka zaśmiała się cicho pod nosem, lecz gdy dostała wodą, od razu przybrała zadziorną minę.
— Tak chcesz się bawić? — spytała, unosząc jedną brew do góry. Nim Złamana Łapa zdążył zareagować, szylkretka podniosła się z miejsca i wskoczyła do wody, rozchlapując ją wokół. To by było na tyle z jej niebrudzenia sobie futra.
Mokry kocur już też wskoczył do wody i zaczął ją chlapać długim futrem z ogona.
— Łap to! — Zaśmiał się głośno.
Słonkowa Łapa otrzepała się, wciąż będąc w wodzie, po czym otworzyła oczy i skupiła wzrok na Złamanej Łapie. Podczas gdy ten śmiał się głośno, napięła łapy i skoczyła na niego, używając całej swojej siły, by przewrócić go wprost do wody. W końcu rozległ się głośny plusk, a dwójka kotów znalazła się po uszy w morzu. Szylkretka szybko jednak odepchnęła się od czarnofutrego i podniosła na wszystkie cztery łapy, oddychając ciężko.
— Oby nasze futra zdążyły wyschnąć do ranka… Jenocia Kufa chyba mi nie odpuści, jeśli zobaczy, że moja sierść jest wilgotna! Zaraz zacznie węszyć, a przecież nie mogę jej powiedzieć, że się spociłam… — westchnęła.
— Powiedz, że wpadłaś w kałużę w nocy! Nie zorientuje się przecież! Nie ma jak, daj spokój. — mruknął. Jak ktokolwiek miałby niby się zorientować? Przecież nikt oprócz Jajecznej Skorupki o tym nie wie.
Słonka westchnęła i uderzyła łapą w wodę, chlapiąc nią w pysk ucznia.
— Nie żartuj sobie, Złamana Łapo! Kałuża? Przecież śpimy w jaskini. Nawet gdyby padało, to i tak w środku nie byłoby mokro — stwierdziła, mrużąc oczy. — Nie możesz być taki nieuważny! Kiedyś w końcu skończy ci się szczęście i trafisz na kota, który ma nieco więcej rozumu w głowie niż Jajeczna Skorupka — dodała, poruszając nerwowo wibrysami.
Czy kocur będzie miał do niej problem o to, że dała mu reprymendę? Może. Ale czuła, że ktoś musi go w końcu ustawić do pionu! Nie chciała, by Złamana Łapa kiedyś wpakował się w jakieś kłopoty.
— No błagam cię, nie zwróci uwagi. Wyschniesz do tego czasu, bo noce są ciepłe. — Przewrócił oczami. — Nawet jeśli nie, to powiesz, że w nocy miałaś koszmar i się zsikałaś!
Słonka nie uznała tego żartu za śmieszny. Zamiast tego westchnęła jedynie i wyszła na brzeg, by ponownie się otrzepać.
— Może powinniśmy już wracać do obozu? — rzuciła obojętnie, odwracając pysk w stronę starszego. — Jajeczna Skorupka pewnie się martwi o to, czy wrócimy. Jak coś nam się stanie, to chyba powyrywa nam futro z głowy… — dodała, po czym zaczęła powoli kierować się w stronę azylu, jednocześnie licząc na to, że kocur za chwilę do niej dołączy.
— No dobra… Jestem też trochę zmęczony, więc możemy wracać. — Kocur też wyszedł na brzeg i zaczął wylizywać mokre futro. — Niedobra ta woda — powiedział to ze skwaszoną miną. Podszedł do Słonkowej Łapy i zaczął mocno ziewać. — Ojej… Chyba będę spać jak kociak po tej podróży. — Po tych słowach ponownie ziewnął.
Szylkretka skinęła łbem.
— Też mam nadzieję, że uda mi się szybko zasnąć. Jak już zdążyłeś… się przekonać… miałam z tym pewne problemy — mruknęła, po czym odchrząknęła. — Mam też nadzieję, że przyśni mi się coś fajnego. Może akurat to morze. No i tobie też tego życzę, w sumie… Sny to całkiem fajna sprawa. O ile… są pozytywne — kontynuowała, nieco sennie.
— Ja nie pamiętam nigdy co mi się śni. Może tak naprawdę nic mi się nie śni? Nie wiem… — Otrzepał się, po czym kichnął. — Trochę chłodno się robi. Wracamy? — mruknął, po czym przetarł łapą po pysku i nosie.
Uczennica zachichotała pod nosem.
— A jak myślisz, co robimy? Chyba serio zaraz uśniesz na stojąco… — odparła. — Cały czas idziemy w stronę obozu, tylko to ty cały czas się trzęsiesz, kichasz i wzdychasz! Gdyby nie to, już dawno mógłbyś wygrzewać się w swoim posłaniu, obok Cichej Łapy… — dodała, po czym delikatnie trąciła kocura w bark.
Złamana Łapa, gdyby mógł, najpewniej zrobiłby się cały czerwony jak burak.
— A daj spokój. To tylko mój kolega i tyle. Nie szukam nikogo więcej — prychnął.
Słonkowa Łapa pokręciła głową. Czarnofutry sam się jej podkładał!
— A kto powiedział, że jesteście czymś więcej niż przyjaciółmi? Bo na pewno nie ja! Ale to prawda, że wasze posłania są całkiem blisko siebie, no i… Wiesz, nie sugerowałam ci nic przecież! Dwójka przyjaciół może być ze sobą blisko. Mogą nawet leżeć w tym samym posłaniu i… wciąż być przyjaciółmi — zaczęła gadać, już ledwo przytomna przez to, jak bardzo ciążyła na niej senność. W końcu ziewnęła przeciągle, a zaraz potem potrząsnęła pyskiem, jakby próbowała się rozbudzić.
— No tak… Ja też nic przecież nie mówię, ale brzmisz, jakbyś coś sugerowała, droga panno! — Zaśmiał się, już powoli nie kontaktując. Zasypiał już na stojąco i cały łeb mu opadał do przodu. — Dobranoc… Za ile obóz…?
Słonka zaśmiała się cicho pod nosem. Złamana Łapa wyglądał jak nieżywy! Ona zapewne wcale nie była w lepszym stanie, gdyż mimo wszystko tej nocy nie zmrużyła nawet oka. Czarnofutry przynajmniej miał okazję trochę się zregenerować po męczącym dniu, w przeciwieństwie do niej.
— Wytrzymaj jeszcze chwilę! Już go widzę… prawie — oznajmiła.
— Prawie to jeszcze dużo powiedziane… — westchnął ciężko, po czym zaczął kopać przednimi łapami mały kamyk, który leżał pod jego łapami. — Mam nadzieję, że żaden trening mnie z samego rana nie dopadnie.
Szylkretka parsknęła.
— Jak to mawiają, nadzieja jest matką głupich… — stwierdziła. — Myślę, że Morświnowa Płetwa będzie bardziej niż chętna na to, by skoro świt wyciągnąć cię poza obóz. Cóż, może trzeba było nie przekonywać tej Jajecznej Skorupki, by nas wypuściła? — westchnęła ciężko, po czym ziewnęła. — Przecież już mi było lepiej…
— No przestań… Spacer i chwila zabawy każdemu zrobi jeszcze lepiej — mruknął. — Jak mnie wyciągnie z samego rana, to ją chyba wyrzucę na księżyc…
Słonkowa Łapa mruknęła jedynie cicho pod nosem coś niezrozumiałego w odpowiedzi na słowa czarnofutrego, po czym zdecydowała się dokończyć podróż do azylu w milczeniu. Była tak śpiąca i zmęczona, że ciężko było jej formułować kolejne zdania, a nie chciała jeszcze bardziej się upokarzać przed Złamaną Łapą. Już wystarczającego głupka z siebie zrobiła, gdy tak lamentowała mu pod łapami, jak jakiś słaby kociak! Dobrze, że przynajmniej kocur okazał się o wiele bardziej współczujący, niż początkowo myślała. To znaczy — raczej nie planował rozpowiadać o niej plotek, a zamiast tego udawał, że takie zdarzenie w ogóle nie miało miejsca. Trochę ją to uspokajało, lecz mimo wszystko sama myśl o tym, że w ogóle była w stanie zachować się tak głupio, skręcała jej żołądek.
W końcu dwójce uczniów udało się przekroczyć wejście do azylu, którego pilnowała Jajeczna Skorupka. Słonka spostrzegła, że w pierwszej chwili rudofutra cała się zjeżyła, jakby nie poznawała dwójki kotów, lecz już po chwili rozluźniła mięśnie, najpewniej przypominając sobie, że niedługo wcześniej sama pozwoliła im się przejść.
— Wróciliście! — mruknęła wojowniczka, powoli podążając za nimi. — Dlaczego wasze futra są wilgotne? Co wy robiliście na tym spacerze…? — zaczęła dopytywać, a jej głos drżał nieznacznie.
Złamana Łapa spojrzał na Słonkę.
— No wiesz! Wielki Władca Wód i Mórz zesłał na naszą dwójkę ogromne fale wody! Normalnie te fale nas wciągnęły do morza, rozumiesz?! — powiedział z pełną powagą.
Jajeczna Skorupka słusznie zdawała się nie wierzyć w kłamstwo Złamanej Łapy. Słonka aż strzepnęła swoim kikutem, wyraźnie poddenerwowana zachowaniem starszego ucznia. Czemu znowu musiał zgrywać takiego głupka przed rudofutrą?
— Przestań…! — odezwała się wartowniczka. — Pozwoliłam wam przejść się na spacer, a nie pluskać się w morzu! — przypomniała, wyraźnie zestresowana.
Złamana Łapa zaczął chichotać pod nosem.
— No weź ty, nikt się nie dowie! Nie bój żaby lala! — Odwrócił się lekko i zaczął się otrzepywać z dala od dwóch kotek, aby żadna z nich nie dostała kroplami morskiej wody.— No może w nocy mnie tu nie było, a szczęścia nie mam, wystarczy głupota. Głupi ma zawsze szczęście, jak to mówią — mruknął. — Ale rzeczywiście musiała, skoro wypuściła dwójkę najbardziej rozsądnych uczniów na świecie na samotny spacer w środku nocy — dodał, po czym podbiegł już do morza.
Słonkowa Łapa próbowała dogonić kocura, lecz w końcu jej łapy zaczęły zanurzać się w piachu, a bieg zrobił się znacznie cięższy. Bliżej brzegu podłoże było bardziej zbite, lecz teraz chodzenie po nim było katorgą.
— Zwolnij trochę! — zawołała za Złamaną Łapą. — Nie każdy jest taki stary i ma takie długie łapy! — dodała. Choć była najwyższa z rodzeństwa i wzrostem przewyższała większość, jak nie wszystkich, swoich rówieśników, tak przy czarnofutrym wciąż była całkiem niska. W końcu on już był prawie że wojownikiem!
Słonka w końcu go dogoniła. Kocur maszerował już brzegiem, uśmiechając się pod nosem i wpatrując w falującą wodę.
— Hm… Tak właściwie, to czemu jeszcze nie jesteś wojownikiem? Morświnowa Płetwa nie uznaje cię jeszcze za gotowego? — zagaiła.
Zdyszany kocur prędko jej odpowiedział, jednak co kilka słów brał głęboki wdech.
— No… wiesz co. Ona chce, abym był jeszcze silniejszy, gdy walka raczej nigdy nie będzie moją mocną stroną. Podczas walki raczej posługiwałbym się przedmiotami, które są dookoła — powiedział wyzbyty z jakiejkolwiek emocji w tych zdaniach. Jego oddech powoli wracał do normalnego stanu, więc Złamana Łapa się położył na wilgotnym piachu.
Słonkowa Łapa nie chciała wracać do obozu cała brudna od piachu, dlatego tylko usiadła obok kocura, zamiast się położyć. Wlepiła spojrzenie w księżyc na niebie, biorąc w płuca głęboki oddech
— Dziękuję, że mnie tu zabrałeś… — mruknęła nieśmiało, po czym spojrzała na swoje łapy. — Chyba już się trochę uspokoiłam. Tylko proszę… zapomnij o tej nocy. Trochę mi wstyd za siebie… — dodała, przełykając głośno ślinę.
— Dlaczego? Nic takiego przecież się nie stało… — Spojrzał na nią — Chyba nie rozumiem, czego się wstydzisz. — Lekko się uśmiechnął, po czym ochlapał ją wodą.
Słonka zaśmiała się cicho pod nosem, lecz gdy dostała wodą, od razu przybrała zadziorną minę.
— Tak chcesz się bawić? — spytała, unosząc jedną brew do góry. Nim Złamana Łapa zdążył zareagować, szylkretka podniosła się z miejsca i wskoczyła do wody, rozchlapując ją wokół. To by było na tyle z jej niebrudzenia sobie futra.
Mokry kocur już też wskoczył do wody i zaczął ją chlapać długim futrem z ogona.
— Łap to! — Zaśmiał się głośno.
Słonkowa Łapa otrzepała się, wciąż będąc w wodzie, po czym otworzyła oczy i skupiła wzrok na Złamanej Łapie. Podczas gdy ten śmiał się głośno, napięła łapy i skoczyła na niego, używając całej swojej siły, by przewrócić go wprost do wody. W końcu rozległ się głośny plusk, a dwójka kotów znalazła się po uszy w morzu. Szylkretka szybko jednak odepchnęła się od czarnofutrego i podniosła na wszystkie cztery łapy, oddychając ciężko.
— Oby nasze futra zdążyły wyschnąć do ranka… Jenocia Kufa chyba mi nie odpuści, jeśli zobaczy, że moja sierść jest wilgotna! Zaraz zacznie węszyć, a przecież nie mogę jej powiedzieć, że się spociłam… — westchnęła.
— Powiedz, że wpadłaś w kałużę w nocy! Nie zorientuje się przecież! Nie ma jak, daj spokój. — mruknął. Jak ktokolwiek miałby niby się zorientować? Przecież nikt oprócz Jajecznej Skorupki o tym nie wie.
Słonka westchnęła i uderzyła łapą w wodę, chlapiąc nią w pysk ucznia.
— Nie żartuj sobie, Złamana Łapo! Kałuża? Przecież śpimy w jaskini. Nawet gdyby padało, to i tak w środku nie byłoby mokro — stwierdziła, mrużąc oczy. — Nie możesz być taki nieuważny! Kiedyś w końcu skończy ci się szczęście i trafisz na kota, który ma nieco więcej rozumu w głowie niż Jajeczna Skorupka — dodała, poruszając nerwowo wibrysami.
Czy kocur będzie miał do niej problem o to, że dała mu reprymendę? Może. Ale czuła, że ktoś musi go w końcu ustawić do pionu! Nie chciała, by Złamana Łapa kiedyś wpakował się w jakieś kłopoty.
— No błagam cię, nie zwróci uwagi. Wyschniesz do tego czasu, bo noce są ciepłe. — Przewrócił oczami. — Nawet jeśli nie, to powiesz, że w nocy miałaś koszmar i się zsikałaś!
Słonka nie uznała tego żartu za śmieszny. Zamiast tego westchnęła jedynie i wyszła na brzeg, by ponownie się otrzepać.
— Może powinniśmy już wracać do obozu? — rzuciła obojętnie, odwracając pysk w stronę starszego. — Jajeczna Skorupka pewnie się martwi o to, czy wrócimy. Jak coś nam się stanie, to chyba powyrywa nam futro z głowy… — dodała, po czym zaczęła powoli kierować się w stronę azylu, jednocześnie licząc na to, że kocur za chwilę do niej dołączy.
— No dobra… Jestem też trochę zmęczony, więc możemy wracać. — Kocur też wyszedł na brzeg i zaczął wylizywać mokre futro. — Niedobra ta woda — powiedział to ze skwaszoną miną. Podszedł do Słonkowej Łapy i zaczął mocno ziewać. — Ojej… Chyba będę spać jak kociak po tej podróży. — Po tych słowach ponownie ziewnął.
Szylkretka skinęła łbem.
— Też mam nadzieję, że uda mi się szybko zasnąć. Jak już zdążyłeś… się przekonać… miałam z tym pewne problemy — mruknęła, po czym odchrząknęła. — Mam też nadzieję, że przyśni mi się coś fajnego. Może akurat to morze. No i tobie też tego życzę, w sumie… Sny to całkiem fajna sprawa. O ile… są pozytywne — kontynuowała, nieco sennie.
— Ja nie pamiętam nigdy co mi się śni. Może tak naprawdę nic mi się nie śni? Nie wiem… — Otrzepał się, po czym kichnął. — Trochę chłodno się robi. Wracamy? — mruknął, po czym przetarł łapą po pysku i nosie.
Uczennica zachichotała pod nosem.
— A jak myślisz, co robimy? Chyba serio zaraz uśniesz na stojąco… — odparła. — Cały czas idziemy w stronę obozu, tylko to ty cały czas się trzęsiesz, kichasz i wzdychasz! Gdyby nie to, już dawno mógłbyś wygrzewać się w swoim posłaniu, obok Cichej Łapy… — dodała, po czym delikatnie trąciła kocura w bark.
Złamana Łapa, gdyby mógł, najpewniej zrobiłby się cały czerwony jak burak.
— A daj spokój. To tylko mój kolega i tyle. Nie szukam nikogo więcej — prychnął.
Słonkowa Łapa pokręciła głową. Czarnofutry sam się jej podkładał!
— A kto powiedział, że jesteście czymś więcej niż przyjaciółmi? Bo na pewno nie ja! Ale to prawda, że wasze posłania są całkiem blisko siebie, no i… Wiesz, nie sugerowałam ci nic przecież! Dwójka przyjaciół może być ze sobą blisko. Mogą nawet leżeć w tym samym posłaniu i… wciąż być przyjaciółmi — zaczęła gadać, już ledwo przytomna przez to, jak bardzo ciążyła na niej senność. W końcu ziewnęła przeciągle, a zaraz potem potrząsnęła pyskiem, jakby próbowała się rozbudzić.
— No tak… Ja też nic przecież nie mówię, ale brzmisz, jakbyś coś sugerowała, droga panno! — Zaśmiał się, już powoli nie kontaktując. Zasypiał już na stojąco i cały łeb mu opadał do przodu. — Dobranoc… Za ile obóz…?
Słonka zaśmiała się cicho pod nosem. Złamana Łapa wyglądał jak nieżywy! Ona zapewne wcale nie była w lepszym stanie, gdyż mimo wszystko tej nocy nie zmrużyła nawet oka. Czarnofutry przynajmniej miał okazję trochę się zregenerować po męczącym dniu, w przeciwieństwie do niej.
— Wytrzymaj jeszcze chwilę! Już go widzę… prawie — oznajmiła.
— Prawie to jeszcze dużo powiedziane… — westchnął ciężko, po czym zaczął kopać przednimi łapami mały kamyk, który leżał pod jego łapami. — Mam nadzieję, że żaden trening mnie z samego rana nie dopadnie.
Szylkretka parsknęła.
— Jak to mawiają, nadzieja jest matką głupich… — stwierdziła. — Myślę, że Morświnowa Płetwa będzie bardziej niż chętna na to, by skoro świt wyciągnąć cię poza obóz. Cóż, może trzeba było nie przekonywać tej Jajecznej Skorupki, by nas wypuściła? — westchnęła ciężko, po czym ziewnęła. — Przecież już mi było lepiej…
— No przestań… Spacer i chwila zabawy każdemu zrobi jeszcze lepiej — mruknął. — Jak mnie wyciągnie z samego rana, to ją chyba wyrzucę na księżyc…
Słonkowa Łapa mruknęła jedynie cicho pod nosem coś niezrozumiałego w odpowiedzi na słowa czarnofutrego, po czym zdecydowała się dokończyć podróż do azylu w milczeniu. Była tak śpiąca i zmęczona, że ciężko było jej formułować kolejne zdania, a nie chciała jeszcze bardziej się upokarzać przed Złamaną Łapą. Już wystarczającego głupka z siebie zrobiła, gdy tak lamentowała mu pod łapami, jak jakiś słaby kociak! Dobrze, że przynajmniej kocur okazał się o wiele bardziej współczujący, niż początkowo myślała. To znaczy — raczej nie planował rozpowiadać o niej plotek, a zamiast tego udawał, że takie zdarzenie w ogóle nie miało miejsca. Trochę ją to uspokajało, lecz mimo wszystko sama myśl o tym, że w ogóle była w stanie zachować się tak głupio, skręcała jej żołądek.
W końcu dwójce uczniów udało się przekroczyć wejście do azylu, którego pilnowała Jajeczna Skorupka. Słonka spostrzegła, że w pierwszej chwili rudofutra cała się zjeżyła, jakby nie poznawała dwójki kotów, lecz już po chwili rozluźniła mięśnie, najpewniej przypominając sobie, że niedługo wcześniej sama pozwoliła im się przejść.
— Wróciliście! — mruknęła wojowniczka, powoli podążając za nimi. — Dlaczego wasze futra są wilgotne? Co wy robiliście na tym spacerze…? — zaczęła dopytywać, a jej głos drżał nieznacznie.
Złamana Łapa spojrzał na Słonkę.
— No wiesz! Wielki Władca Wód i Mórz zesłał na naszą dwójkę ogromne fale wody! Normalnie te fale nas wciągnęły do morza, rozumiesz?! — powiedział z pełną powagą.
Jajeczna Skorupka słusznie zdawała się nie wierzyć w kłamstwo Złamanej Łapy. Słonka aż strzepnęła swoim kikutem, wyraźnie poddenerwowana zachowaniem starszego ucznia. Czemu znowu musiał zgrywać takiego głupka przed rudofutrą?
— Przestań…! — odezwała się wartowniczka. — Pozwoliłam wam przejść się na spacer, a nie pluskać się w morzu! — przypomniała, wyraźnie zestresowana.
Złamana Łapa zaczął chichotać pod nosem.
Rudofutra pokręciła głową na boki zrezygnowana. Mimo wszystko nie ośmieliła się w żaden sposób obrazić Złamanej Łapy, jakby coś ją przed tym powstrzymywało. Czy zawsze była taka nieśmiała i powściągliwa? Gdyby na jej miejscu znajdował się teraz jakiś inny wojownik, czarnofutry najpewniej już dawno dostałby w pysk.
— Przepraszamy, Jajeczna Skorupko… To wyszło jakoś tak przypadkiem, nie chcieliśmy zrobić ci na złość — wyjaśniła Słonka. — Przysięgamy, że do rana nasze futro wyschnie i nikt nie będzie niczego podejrzewał…
Kocur przewrócił oczami.
— Dobra, chodź do legowiska. Nie chce mi się już tu siedzieć! Pa, Jajko! — mruknął i zaczął powoli odchodzić. W pewnym momencie się jednak zatrzymał, aby poczekać na Słonkę.
Szylkretka skinęła głową rudofutrej kotce na pożegnanie, po czym w kilku susach dotarła do Złamanej Łapy, który na nią czekał. Ta noc była… wyjątkowa! Słonka nie była pewna, czy w tym dobrym, czy złym sensie, ale wiedziała, że na pewno zapamięta ją do końca życia.
— Nie wierzę, że to wszystko nam się udało! — mruknęła szeptem do starszego kolegi. — Chyba musiałeś oczarować Jajko swoimi oczami… Kto wie, może naprawdę się w tobie… zauroczyła? — podsunęła, cicho chichocząc pod nosem.
Złamana Łapa spojrzał na nią z ukosa, po czym rzucił:
— Błagam cię. Mam nadzieję, że nie. Rety. — Przewrócił oczami, po czym spojrzał na swoje łapy i lekko się uśmiechnął. Wydał z siebie ciche chrząknięcie, a uśmiech z jego pyska momentalnie zniknął. — To chyba pora iść do legowiska. Co uważasz?
Słonkowa Łapa skinęła łbem.
— Chyba tak… — odparła, po czym przeniosła wzrok na czarnofutrego. — Wiesz… jeszcze raz chciałabym ci podziękować za tę noc — dodała, uśmiechając się nieco nieśmiało. — Jesteś dobrym przyjacielem. Mogę tylko pozazdrościć Cichej Łapie!
Kocur zrobił zdziwioną minę.
— Przecież jesteś też chyba moją przyjaciółką? Mam nadzieję, że moją, a nie Cichej Łapy. — Ostatnie słowa wypowiedział ciszej. — Nie, żebym chciał, ale… Może kiedyś ci powiem dlaczego. — Odwrócił łeb w stronę wyjścia z obozowiska i spojrzał ostatni raz na rudą wartowniczkę.
Słonka uniosła jedną brew. Była ciekawa, o co takiego chodziło Złamanej Łapie, ale wiedziała, że nie może na niego naciskać.
— Dobrze… — miauknęła i wraz z kocurem ruszyła w stronę legowiska uczniów.
Nie zamienili już ze sobą ani jednego słowa. Po wejściu do środka ułożyli się na swoich posłaniach i niedługo później zasnęli.
* * *
Następnego dnia
O dziwo, w nocy nie przyśniło jej się nic drastycznego. Była niemal pewna, że gdy tylko zmruży oczy po powrocie do obozu, po raz kolejny pojawi się przed nią obraz zakrwawionego ciała Firletkowej Łapy. Zamiast tego Słonkowej Łapie udało się zasnąć w spokoju, tym razem nie odczuwając żadnego kłucia, napięcia czy bólu. Obudziła się jednak dosyć przybita i zmęczona. Nie wiedziała, czy to przez to, że nie spała przez połowę nocy, czy dlatego, że tragedia, która spotkała jej rodzinę, wciąż była tak świeża. Być może była to mieszanka obu tych rzeczy.
— Słonkowa Łapo, wstawaj! Trening sam się nie przeprowadzi — mówiła jej do ucha Jenocia Kufa, próbując wyciągnąć ją z legowiska.
Tym razem to szylkretowa wojowniczka wstała pierwsza i teraz musiała prosić swoją uczennicę, by również to zrobiła. Zazwyczaj było na odwrót.
— Jeszcze… chwilę… — wyszeptała Słonka, kładąc po sobie uszy.
Nie miała w sobie choćby krzty siły, by podnieść się teraz z posłania i wyruszyć na trening z mentorką, udając, że nic się nie stało. Jak mogła zapomnieć o tym, że Firletkowa Łapa być może już nigdy nie będzie miał okazji stanąć na jej miejscu i uczyć się tych wszystkich rzeczy co ona? Nie zasługiwała na to, by przyswajać nową wiedzę, podczas gdy jej brat leżał uziemiony w lecznicy, ledwo kontaktując ze światem zewnętrznym. Nie potrafiła tego zrobić. To ona powinna być na jego miejscu, a on… on powinien wciąż z uśmiechem na pysku odbywać treningi z Trójokim Zającem, dumnie pracując na to, by w końcu uzyskać wojownicze imię.
To byłoby niesprawiedliwe, gdyby została mianowana jako pierwsza. Na pewno tak by nie było, gdyby szkolenie Firletkowej Łapy nie zostało brutalnie przerwane. Niebiesko-biały z pewnością lepiej radził sobie na treningach. Ich ojciec na pewno był z niego dumny, w przeciwieństwie do Jenociej Kufy, która z pewnością nie była dumna z niej. Słonka od zawsze tylko przynosiła jej wstyd!
— Chwila już minęła, a więc wstawaj! — odezwała się w końcu wojowniczka, tym razem podnosząc łapę i trącając nią szylkretkę. — Co ty robiłaś w nocy, że jesteś taka zmęczona? Czyżbyś znalazła sobie jakiegoś chłoptasia i zapomniała o tym, co jest teraz najważniejsze? — wytykała jej, podczas gdy Słonka ledwo potrafiła skupić się na jej słowach. Nie, żeby w ogóle chciała. I tak tylko ją raniły. — Ja po prostu nie mogę w to uwierzyć! Jeśli dalej będziesz się tak zachowywać, to nigdy nie zostaniesz wojowniczką! Twój trening dopiero co się rozpoczął, a ty już sprawiasz problemy! Jak zaraz nie wstaniesz, to zgłoszę to Lśnią-
— Jenocia Kufo, daj jej spokój… — odezwał się nagle inny kot.
Przez moment w legowisku panowała cisza. Młoda kotka odetchnęła z ulgą, lecz wtem jej mentorka odezwała się ponownie:
— Niby dlaczego? Dzień jak każdy inny. Trening mimo wszystko musi się odbyć! — fuknęła. Słonka miała wrażenie, że mogła usłyszeć, jak Jenocia Kufa przewraca oczami.
— Nie powiedziałbym. Przecież wiesz, że w rodzinie Słonkowej Łapy doszło do tragedii — mruknął drugi kot, w którym szylkretka w końcu rozpoznała Cichą Łapę. Zrobiło jej się trochę cieplej na sercu. Cieszyła się, że uczeń się za nią wstawił. — Jej brat prawie umarł, więc to zrozumiałe, że może być jej smutno. Nie możesz odpuścić jej tego jednego treningu? — kontynuował spokojnym tonem.
Jenocia Kufa zazgrzytała zębami i chyba się nad czymś zamyśliła, bo przez krótką chwilę w legowisku było słychać jedynie jej miarowy oddech, a z jej pyska nie wydobywały się żadne słowa.
— Niech wam będzie. Nieźle się dogadaliście! Jednak następnym razem takie przetargi na mnie nie zadziałają — stwierdziła wojowniczka, a zaraz później w uszach Słonki rozległy się jej kroki, które zaczęły cichnąć z każdym uderzeniem serca.
Uczennica wypuściła powietrze z płuc i nieco się rozluźniła, podczas gdy Cicha Łapa przysiadł obok niej. Nim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, do legowiska wszedł jakiś inny kot.
— Słonkowa Łapo… — odezwał się cicho Trójoki Zając. — Chciałbym, żebyś poszła ze mną odwiedzić Firletkową Łapę. Twój brat w ogóle nie pamięta mnie ani twojej matki i zastanawiam się, czy… może ciebie będzie kojarzył… — dodał równie cicho i niepewnie, jakby bał się własnych słów i tego, co oznaczały.
Szylkretka przez moment milczała. Miała wrażenie, że słowa kremowego wpadły do jej głowy jednym uchem, a wyleciały drugim. W ogóle się na nich nie skupiła i ciężko było jej przypomnieć sobie ich sens. Przeniosła spojrzenie na ojca i wpatrywała się w niego wręcz tępo, czekając na jego reakcję.
— Słonkowa Łapo? — odezwał się w końcu wojownik. — Jeśli nie chcesz iść, to nie będę cię zmuszał. Rozumiem, że zobaczenie brata w takim stanie, może być dla ciebie… ciężkie — dodał, co sprawiło, że umysł szylkretki nieco się rozjaśnił.
— Nie, nie… To nie problem. Mogę go odwiedzić — odparła, uśmiechając się nieznacznie.
Wiedziała, że Firletkowa Łapa na pewno będzie cały w ziołowej papce i pajęczynach, ale i tak bardzo chciała z nim porozmawiać. Może nie była najlepsza w dobieraniu słów, ale miała nadzieję, że uda jej się choć trochę pocieszyć brata.
Trójoki Zając skinął głową i odwrócił się, by następnie wyjść z legowiska. Słonka pospiesznie wstała na wszystkie cztery łapy i podążyła za nim, czując, jak na jej żołądku momentalnie zaciska się supeł. A może jednak lepiej byłoby, gdyby nie oglądała Firletki w takim stanie? Co, jeśli ich rozmowa okaże się dla niego męcząca? Może powinna jednak zostawić go w spokoju?
W jej głowie pojawiło się naraz wiele wątpliwości, lecz nim którakolwiek zdążyła wygrać, Słonkowa Łapa postawiła pierwszy krok w lecznicy. Zapach ziół i krwi od razu uderzył w jej nozdrza, sprawiając, że na moment zabrakło jej tchu. Nie potrafiła uwierzyć, że jej siostra była w stanie przebywać tutaj każdego dnia — jej samej robiło się niedobrze już po kilku uderzeniach serca. Najchętniej wycofałaby się stąd i uciekła z powrotem do swojego bezpiecznego posłania, gdzie mogłaby zapomnieć o tym wszystkim. Na to było jednak za późno. Trójoki Zając zwrócił głowę w jej stronę, patrząc na nią z nieodgadnionym wyrazem pyska.
— Kto przyszedł…? — rozległ się cichy głos Firletkowej Łapy. Brzmiał niczym szept — słaby i ledwo słyszalny. Kryło się w nim również zdezorientowanie, jakby biało-niebieski był ledwie małym, zagubionym kocięciem.
Uczennica przełknęła ślinę i zajęła miejsce obok swojego ojca, wlepiając spojrzenie we własne łapy. Bała się je podnieść. Bała się tego, co mogłaby zobaczyć. Nie chciała oglądać brata w takim stanie, wiedząc, że jeszcze kilka dni temu był pełen życia, a przed nim malowała się barwna przyszłość. Na samą myśl o tym, co go spotkało, cała zadrżała i położyła po sobie uszy. Powróciła do niej myśl, że to ona powinna być teraz na jego miejscu. Marna z niej będzie wojowniczka. Na pewno gorsza od Firletkowej Łapy, gdyby tylko miał szansę ukończyć swój trening. Jenocia Kufa pewnie myślała podobnie, zwłaszcza teraz, gdy szylkretka nie była w stanie uczestniczyć w dzisiejszym szkoleniu, bo najzwyczajniej w świecie brakowało jej na to siły i ochoty.
— Kto to? — spytał nagle Firletkowa Łapa, wyrywając Słonkę z zamyślenia.
Futro na jej karku zjeżyło się wbrew jej woli, a mięśnie napięły, jakby szykowała się do ucieczki. Po wszystkich jej kończynach przebiegł dreszcz, a w płucach znów zabrakło powietrza.
“Kto to?” — odbiło się echem w jej głowie, wprawiając ją w osłupienie. Wreszcie podniosła wzrok, by spojrzeć prosto w oczy brata, które teraz wydawały jej się dziwnie obce. Kocur patrzył na nią jak na nieznajomą. Jakby nigdy nie dorastali obok siebie. Jakby od urodzenia nie łączyły ich więzy krwi.
— Co? — wydukała szylkretka, czując, jak w jej oczach zbierają się łzy.
Poczuła, jak Trójoki Zając przysuwa się do niej, próbując dodać jej otuchy. Jego dotyk był jednak niczym poparzenie. Nie potrafiła go teraz znieść, więc odsunęła się od ojca, czując, jak jej serce zaczyna bić coraz szybciej.
— Firletko… Firletko, to ja… Słonka! — miauknęła drżącym głosem. — Twoja siostra! Firletko… Nie poznajesz mnie…? — zapytała, po czym podniosła łapę i przetarła nią załzawione oczy.
— Przepraszam, Słonko… Mówiłem, że może cię nie kojarzyć — odezwał się kremowy, na co uczennica podniosła się i cofnęła o krok.
— Nieprawda! Nic mi nie mówiłeś! — zaprotestowała, po czym odwróciła się i wybiegła z lecznicy.
Od razu skierowała się w stronę legowiska uczniów, lecz zanim do niego doszła, na drodze stanął jej Cicha Łapa. Szylkretka zatrzymała się gwałtownie i podniosła na niego wzrok, ale zaraz potem wlepiła go we własne łapy. Na pewno wyglądała okropnie. Oczy miała zaszklone i zmęczone, a futro najpewniej zmierzwione i skołtunione.
— Przepraszam, Cicha Łapo… Chciałabym się dostać do legowiska uczniów — mruknęła cicho, lecz kocur nawet nie drgnął.
— Wiem, Słonko. Chciałem tylko spytać, czy wszystko u ciebie w porządku — odezwał się biało-liliowy.
Uczennica zacisnęła mocniej szczękę. Czy wyglądała, jakby wszystko było u niej w porządku?
— Tak. Wszystko w porządku… — odparła, poruszając nerwowo krótkim ogonem.
Już chciała wyminąć Cichą Łapę, lecz ten również się poruszył, ponownie zagradzając jej drogę. Wtedy Słonka nie mogła już dłużej wytrzymać. Łzy napłynęły jej do oczu i już wkrótce zaczęły skapywać na ziemię.
Starszy uczeń podszedł do niej i polizał ją po czole. Wtedy kotka wtuliła pysk w jego futro na klatce piersiowej, zaczynając się w nie wypłakiwać.
— No cześć. Widzę, że się świetnie obydwoje bawicie. — W uszach Słonki rozległ się nagle znajomy głos. W ułamku uderzenia serca zastygła w miejscu, a łzy momentalnie przestały spływać jej po policzkach. Miała wrażenie, że cały świat na chwilę się zatrzymał, choć sama nie wiedziała dlaczego. Rozpoznała w tym kocie Złamaną Łapę, a w jego głosie… usłyszała nutę zazdrości. Czy to właśnie ona sprawiła, że szylkretka aż zamarła? Że jej ciało zareagowało szybciej niż myśli?
— Nie nazwałbym tego zabawą, Złamana Łapo — odezwał się po chwili Cicha Łapa.
Uczennica zastrzygła uszami, zaciekawiona ich rozmową. Wciąż nie potrafiła jednak oderwać pyska od klatki piersiowej biało-liliowego ucznia, dlatego musiała polegać na nim, jeśli chodziło o wyjaśnienia. Poza tym… nawet nie chciała pokazywać się czarnofutremu z zapłakanym pyskiem. Nie po raz drugi.
— Mhm. No jasne — burknął Złamana Łapa pod nosem. — Co się stało, że ona leży tak… wtulona w ciebie — powiedział, nadal marszcząc brwi.
Cicha Łapa westchnął cicho i przez moment milczał, jakby zastanawiał się nad kolejnymi słowami. Słonka czuła, że powinna była odczepić się od starszego ucznia i sama wyjaśnić Złamanej Łapie sytuację, ale wciąż miała wrażenie, jakby była sparaliżowana. Jakaś siła wyższa nie pozwalała jej odsunąć się od Cichej Łapy, dlatego była zmuszona wtulać się w jego futro, mimo iż Złamana Łapa nie był tym faktem zadowolony. Słonka czuła, że zawodzi go swoim zachowaniem. Wiedziała, jak bardzo czarnofutry lubił swojego przyjaciela i jak bardzo mu na nim zależało. Widząc go w jej towarzystwie, pewnie poczuł się w pewnym sensie… zagrożony — nawet jeśli Słonkowej Łapie nie zależało na relacji z Cichą Łapą i wcale nie chciała odbierać go swojemu przyjacielowi.
— A czy to ważne? — odparł w końcu biało-liliowy. — Było jej smutno, więc chciałem ją pocieszyć. Nie rozumiem, czemu tak na mnie buczysz — dodał, po czym przełknął ślinę, jakby wypowiedzenie tych słów wymagało od niego sporej odwagi.
Szylkretka miała tylko nadzieję, że z rozmowy dwóch kocurów nie wywiąże się żadna głębsza dyskusja, a może nawet kłótnia. Chyba nie wybaczyłaby sobie, gdyby to z jej winy dwójka przyjaciół się od siebie oddaliła.
— Nie, wiesz co, kompletnie mnie to nie obchodzi. Gruchajcie sobie dalej zakochane ptaszki — syknął starszy. — Ja już sobie lepiej pójdę, bo widzę, że wy we dwoje w swoim towarzystwie nie potrzebujecie kolejnego kompana — burknął.
Słonkowa Łapa poczuła, jak biało-liliowy spina mięśnie. Mogłaby też przysiąc, że cały się najeżył na słowa Złamanej Łapy. Szylkretkę również wprawiły one w stan osłupienia. Nie rozumiała, jak czarnofutry mógł zarzucić im coś takiego! Gdy tylko usłyszała kroki starszego ucznia, wskazujące na to, że się od nich oddalał, wreszcie odczepiła się od Cichej Łapy i pobiegła za nim.
— Z-Złamana Łapo, zaczekaj! — wykrzyknęła, doganiając go. Oczy wciąż miała przeszklone, a z nosa cieknął jej katar, lecz musiała wyjaśnić to wszystko swojemu… przyjacielowi. Nawet jeśli żadne słowa wyjaśnienia nie chciały pojawić się w jej umyśle i mogła jedynie wpatrywać się w tył głowy kocura, czekając na jego reakcję.
Kocur się odwrócił, a jego uszy opadły.
— Czego chcesz? Nie chce słuchać waszych nędznych wyjaśnień! Nic nie chcę. Chociaż nie. Chcę, abyś się odczepiła od Cichej Łapy, inaczej nasza miła przyjaźń się skończy! — fuknął, machając nerwowo ogonem, który zamiatał cały kurz i brud z ziemi. — Wracaj do swojego kochasia — mruknął.
Słonka obróciła się za siebie, spoglądając na Cichą Łapę. Wyglądał na zmieszanego całą tą sytuacją, a także nieco zmęczonego. Szylkretka liczyła na to, że już za chwilę uda jej się załagodzić konflikt i pogodzić ze sobą kocury.
— Ale ja… ja… nie kocham wcale Cichej Łapy! — powiedziała, zwracając się w stronę czarnofutrego. Nie wiedząc czemu, jej głos zadrżał, ujawniając nutę wątpliwości. Słonka poruszyła nerwowo ogonem, sama nie wiedząc, skąd wzięła się w niej ta niepewność. Przecież nie czuła nic do biało-liliowego kocura! Nigdy wcześniej nie myślała o nim jak o kimś ważniejszym. Był — nie, wciąż jest — dla niej tylko znajomym z legowiska.
— No… Niech ci będzie, ale… no nie wiem, nie wiem jak to ułożyć w słowa. No… — zaczął kręcić łbem, lecz po chwili jednak ta jego wrogość i agresja wróciła. — A zresztą co ja będę się tobie tłumaczyć. Ty też mi się nie tłumacz, jeszcze mi uszy odpadną od tego pisku! Idź już sobie, dobrze? Nie chcę słuchać twojego tłumaczenia — syknął w stronę szylkretki.
Słonka spuściła łeb. Czy to już koniec jej przyjaźni ze Złamaną Łapą? Dlaczego on musiał być taki… niesforny! To wszystko było tylko jednym wielkim nieporozumieniem, z którym nie wiedziała, jak sobie poradzić. Nie chciała jednak jeszcze odchodzić. Nie, póki między nią a czarnofutrym wciąż istniało napięcie. W pewnym momencie w jej głowie pojawił się jednak pomysł, który sprawił, że w jej oczach zalśniły iskierki nadziei.
— To… skoro nie chcesz słuchać moich słów, to może… poprosimy o radę któregoś z protektorów? Może… no, wiesz, któryś z nich pomoże ci, mi i Cichej Łapie znowu się pogodzić! — zaproponowała, uśmiechając się nieśmiało do starszego ucznia.
— No jasne, czyli teraz sądzisz, że powinienem był coś ze sobą zrobić, bo mam coś nie tak pod uszami? No świetnie! — zaśmiał się z czystą arogancją. Uśmiech na jego pysku jednak pozostał jeszcze przez chwilę. Ukazywał dokładnie jego zęby i podkreślał oczy. Jego mina po chwili zrzedła i wróciła do poprzedniego stanu.
Słonkowa Łapa położyła po sobie uszy. Dlaczego rozmowa z tym kotem była tak trudna? Czy każdy na jej miejscu czułby się tak samo, czy może była to kwestia jej charakteru? Od zawsze wiedziała, że nie szło jej zbyt dobrze dogadywanie się z innymi kotami. Była głupia, że uwierzyła w to, iż mogłaby mieć prawdziwego przyjaciela. Mogła przecież trzymać się na uboczu, mogła nie rozmawiać z czarnofutrym… Co ona sobie wtedy myślała? Wtedy, gdy na wspólnym treningu uczyli się otwierać kraby.
— Przecież wiesz, że… nie to miałam na myśli! — miauknęła żałośnie, pociągając nosem. — Przestań przekręcać moje słowa, Złamana Łapo… Nie proponuję zasięgnięcia rady u mediatora, żeby ci dogryźć. Uważam, że… ta rola po coś jest w naszym klanie i powinno się z niej korzystać w razie potrzeby. Czyli… no, na przykład teraz — kontynuowała niepewnie, czując się tak, jakby stąpała po cienkim lodzie. — Jesteś tak naprawdę moim jedynym… przyjacielem. Nie chcę, żeby nasza relacja jakoś się popsuła z powodu Cichej Łapy, bo… nawet mi na nim nie zależy! — oznajmiła, a na jej pysk wkradł się słaby uśmiech.
Jednocześnie poczuła na sercu dziwny ucisk. Biało-liliowy kocur naprawdę wydawał się dobrym materiałem na… kolegę. Słonka czuła, że chciałaby mieć go przy swoim boku, lecz… nie, nie mogła! Wcale nie chciała. Nie zależało jej na Cichej Łapie. Mimo że kocur był pomocny, empatyczny i taki…
Szylkretka przełknęła głośno ślinę, zestresowana własnymi myślami. Miała wrażenie, jakby Złamana Łapa mógł je usłyszeć i zaraz na nią nakrzyczeć za to, że obrzucała Cichą Łapę samymi komplementami w swojej głowie.
— Nie przekręcam twoich słów. Poza tym skoro ci na nim nie zależy, to po co się tuliłaś do niego?! Ja jestem twoim przyjacielem! Czemu nie zwróciłaś się z tym od razu do mnie! — Kocur z nerwów napiął mięśnie. — Może lepiej będzie, jak pójdę z Morświniową Płetwą na trening, czy coś. Będziesz mogła się lepiej poznać z Cichą Łapą.
Słonka nie mogła uwierzyć w słowa starszego kolegi.
— Ja wcale nie chciałam się do niego… tulić! — mruknęła, a jej żołądek wywinął fikołka. — Byłam w lecznicy, Złamana Łapo! Poszłam odwiedzić swojego brata… po tym wy-wypadku i… on… — wydukała, po czym jej uszy przylgnęły do głowy. — Nie… nie pamięta mnie, wcale! Gdy wyszłam z lecznicy… nie mogłam już tego wytrzymać! — wyznała, nerwowo poruszając kikutem ogona. Czy czarnofutry ją zrozumie? — No i… wtedy podszedł do mnie Cicha Łapa. Spytał, czy coś się stało, a ja się… — urwała, gdyż ostatnie słowo nie chciało jej przejść przez gardło.
— No dobra, już nic nie będę mówić. Niepotrzebnie się wkurzałem, prawda? Ja już lepiej pójdę — mruknął z większym spokojem niż zwykle. — Przykro mi z powodu twojego brata.
Szylkretka zdziwiła się nagłą zmianą zachowania Złamanej Łapy. Zastanawiała się, czy naprawdę zdążył już ochłonąć, czy może powiedział to jedynie po to, by wreszcie dała mu spokój. Słonka wiedziała jednak, że nie powinna go o to dopytywać. Nie chciała ponownie go zdenerwować, jeśli faktycznie udało mu się już uspokoić.
— Do zobaczenia, Złamana Łapo… — odparła, po czym odwróciła się i ze zwieszoną głową ruszyła w stronę legowiska uczniów.
— Nie nazwałbym tego zabawą, Złamana Łapo — odezwał się po chwili Cicha Łapa.
Uczennica zastrzygła uszami, zaciekawiona ich rozmową. Wciąż nie potrafiła jednak oderwać pyska od klatki piersiowej biało-liliowego ucznia, dlatego musiała polegać na nim, jeśli chodziło o wyjaśnienia. Poza tym… nawet nie chciała pokazywać się czarnofutremu z zapłakanym pyskiem. Nie po raz drugi.
— Mhm. No jasne — burknął Złamana Łapa pod nosem. — Co się stało, że ona leży tak… wtulona w ciebie — powiedział, nadal marszcząc brwi.
Cicha Łapa westchnął cicho i przez moment milczał, jakby zastanawiał się nad kolejnymi słowami. Słonka czuła, że powinna była odczepić się od starszego ucznia i sama wyjaśnić Złamanej Łapie sytuację, ale wciąż miała wrażenie, jakby była sparaliżowana. Jakaś siła wyższa nie pozwalała jej odsunąć się od Cichej Łapy, dlatego była zmuszona wtulać się w jego futro, mimo iż Złamana Łapa nie był tym faktem zadowolony. Słonka czuła, że zawodzi go swoim zachowaniem. Wiedziała, jak bardzo czarnofutry lubił swojego przyjaciela i jak bardzo mu na nim zależało. Widząc go w jej towarzystwie, pewnie poczuł się w pewnym sensie… zagrożony — nawet jeśli Słonkowej Łapie nie zależało na relacji z Cichą Łapą i wcale nie chciała odbierać go swojemu przyjacielowi.
— A czy to ważne? — odparł w końcu biało-liliowy. — Było jej smutno, więc chciałem ją pocieszyć. Nie rozumiem, czemu tak na mnie buczysz — dodał, po czym przełknął ślinę, jakby wypowiedzenie tych słów wymagało od niego sporej odwagi.
Szylkretka miała tylko nadzieję, że z rozmowy dwóch kocurów nie wywiąże się żadna głębsza dyskusja, a może nawet kłótnia. Chyba nie wybaczyłaby sobie, gdyby to z jej winy dwójka przyjaciół się od siebie oddaliła.
— Nie, wiesz co, kompletnie mnie to nie obchodzi. Gruchajcie sobie dalej zakochane ptaszki — syknął starszy. — Ja już sobie lepiej pójdę, bo widzę, że wy we dwoje w swoim towarzystwie nie potrzebujecie kolejnego kompana — burknął.
Słonkowa Łapa poczuła, jak biało-liliowy spina mięśnie. Mogłaby też przysiąc, że cały się najeżył na słowa Złamanej Łapy. Szylkretkę również wprawiły one w stan osłupienia. Nie rozumiała, jak czarnofutry mógł zarzucić im coś takiego! Gdy tylko usłyszała kroki starszego ucznia, wskazujące na to, że się od nich oddalał, wreszcie odczepiła się od Cichej Łapy i pobiegła za nim.
— Z-Złamana Łapo, zaczekaj! — wykrzyknęła, doganiając go. Oczy wciąż miała przeszklone, a z nosa cieknął jej katar, lecz musiała wyjaśnić to wszystko swojemu… przyjacielowi. Nawet jeśli żadne słowa wyjaśnienia nie chciały pojawić się w jej umyśle i mogła jedynie wpatrywać się w tył głowy kocura, czekając na jego reakcję.
Kocur się odwrócił, a jego uszy opadły.
— Czego chcesz? Nie chce słuchać waszych nędznych wyjaśnień! Nic nie chcę. Chociaż nie. Chcę, abyś się odczepiła od Cichej Łapy, inaczej nasza miła przyjaźń się skończy! — fuknął, machając nerwowo ogonem, który zamiatał cały kurz i brud z ziemi. — Wracaj do swojego kochasia — mruknął.
Słonka obróciła się za siebie, spoglądając na Cichą Łapę. Wyglądał na zmieszanego całą tą sytuacją, a także nieco zmęczonego. Szylkretka liczyła na to, że już za chwilę uda jej się załagodzić konflikt i pogodzić ze sobą kocury.
— Ale ja… ja… nie kocham wcale Cichej Łapy! — powiedziała, zwracając się w stronę czarnofutrego. Nie wiedząc czemu, jej głos zadrżał, ujawniając nutę wątpliwości. Słonka poruszyła nerwowo ogonem, sama nie wiedząc, skąd wzięła się w niej ta niepewność. Przecież nie czuła nic do biało-liliowego kocura! Nigdy wcześniej nie myślała o nim jak o kimś ważniejszym. Był — nie, wciąż jest — dla niej tylko znajomym z legowiska.
— No… Niech ci będzie, ale… no nie wiem, nie wiem jak to ułożyć w słowa. No… — zaczął kręcić łbem, lecz po chwili jednak ta jego wrogość i agresja wróciła. — A zresztą co ja będę się tobie tłumaczyć. Ty też mi się nie tłumacz, jeszcze mi uszy odpadną od tego pisku! Idź już sobie, dobrze? Nie chcę słuchać twojego tłumaczenia — syknął w stronę szylkretki.
Słonka spuściła łeb. Czy to już koniec jej przyjaźni ze Złamaną Łapą? Dlaczego on musiał być taki… niesforny! To wszystko było tylko jednym wielkim nieporozumieniem, z którym nie wiedziała, jak sobie poradzić. Nie chciała jednak jeszcze odchodzić. Nie, póki między nią a czarnofutrym wciąż istniało napięcie. W pewnym momencie w jej głowie pojawił się jednak pomysł, który sprawił, że w jej oczach zalśniły iskierki nadziei.
— To… skoro nie chcesz słuchać moich słów, to może… poprosimy o radę któregoś z protektorów? Może… no, wiesz, któryś z nich pomoże ci, mi i Cichej Łapie znowu się pogodzić! — zaproponowała, uśmiechając się nieśmiało do starszego ucznia.
— No jasne, czyli teraz sądzisz, że powinienem był coś ze sobą zrobić, bo mam coś nie tak pod uszami? No świetnie! — zaśmiał się z czystą arogancją. Uśmiech na jego pysku jednak pozostał jeszcze przez chwilę. Ukazywał dokładnie jego zęby i podkreślał oczy. Jego mina po chwili zrzedła i wróciła do poprzedniego stanu.
Słonkowa Łapa położyła po sobie uszy. Dlaczego rozmowa z tym kotem była tak trudna? Czy każdy na jej miejscu czułby się tak samo, czy może była to kwestia jej charakteru? Od zawsze wiedziała, że nie szło jej zbyt dobrze dogadywanie się z innymi kotami. Była głupia, że uwierzyła w to, iż mogłaby mieć prawdziwego przyjaciela. Mogła przecież trzymać się na uboczu, mogła nie rozmawiać z czarnofutrym… Co ona sobie wtedy myślała? Wtedy, gdy na wspólnym treningu uczyli się otwierać kraby.
— Przecież wiesz, że… nie to miałam na myśli! — miauknęła żałośnie, pociągając nosem. — Przestań przekręcać moje słowa, Złamana Łapo… Nie proponuję zasięgnięcia rady u mediatora, żeby ci dogryźć. Uważam, że… ta rola po coś jest w naszym klanie i powinno się z niej korzystać w razie potrzeby. Czyli… no, na przykład teraz — kontynuowała niepewnie, czując się tak, jakby stąpała po cienkim lodzie. — Jesteś tak naprawdę moim jedynym… przyjacielem. Nie chcę, żeby nasza relacja jakoś się popsuła z powodu Cichej Łapy, bo… nawet mi na nim nie zależy! — oznajmiła, a na jej pysk wkradł się słaby uśmiech.
Jednocześnie poczuła na sercu dziwny ucisk. Biało-liliowy kocur naprawdę wydawał się dobrym materiałem na… kolegę. Słonka czuła, że chciałaby mieć go przy swoim boku, lecz… nie, nie mogła! Wcale nie chciała. Nie zależało jej na Cichej Łapie. Mimo że kocur był pomocny, empatyczny i taki…
Szylkretka przełknęła głośno ślinę, zestresowana własnymi myślami. Miała wrażenie, jakby Złamana Łapa mógł je usłyszeć i zaraz na nią nakrzyczeć za to, że obrzucała Cichą Łapę samymi komplementami w swojej głowie.
— Nie przekręcam twoich słów. Poza tym skoro ci na nim nie zależy, to po co się tuliłaś do niego?! Ja jestem twoim przyjacielem! Czemu nie zwróciłaś się z tym od razu do mnie! — Kocur z nerwów napiął mięśnie. — Może lepiej będzie, jak pójdę z Morświniową Płetwą na trening, czy coś. Będziesz mogła się lepiej poznać z Cichą Łapą.
Słonka nie mogła uwierzyć w słowa starszego kolegi.
— Ja wcale nie chciałam się do niego… tulić! — mruknęła, a jej żołądek wywinął fikołka. — Byłam w lecznicy, Złamana Łapo! Poszłam odwiedzić swojego brata… po tym wy-wypadku i… on… — wydukała, po czym jej uszy przylgnęły do głowy. — Nie… nie pamięta mnie, wcale! Gdy wyszłam z lecznicy… nie mogłam już tego wytrzymać! — wyznała, nerwowo poruszając kikutem ogona. Czy czarnofutry ją zrozumie? — No i… wtedy podszedł do mnie Cicha Łapa. Spytał, czy coś się stało, a ja się… — urwała, gdyż ostatnie słowo nie chciało jej przejść przez gardło.
— No dobra, już nic nie będę mówić. Niepotrzebnie się wkurzałem, prawda? Ja już lepiej pójdę — mruknął z większym spokojem niż zwykle. — Przykro mi z powodu twojego brata.
Szylkretka zdziwiła się nagłą zmianą zachowania Złamanej Łapy. Zastanawiała się, czy naprawdę zdążył już ochłonąć, czy może powiedział to jedynie po to, by wreszcie dała mu spokój. Słonka wiedziała jednak, że nie powinna go o to dopytywać. Nie chciała ponownie go zdenerwować, jeśli faktycznie udało mu się już uspokoić.
— Do zobaczenia, Złamana Łapo… — odparła, po czym odwróciła się i ze zwieszoną głową ruszyła w stronę legowiska uczniów.
* * *
Kilka dni później
— Złamana Łapo! Słonkowa Łapo! — krzyknęła liliowa kotka, wsuwając łeb do legowiska uczniów. — Idziemy na trening, znowu razem! — dodała radośnie, po czym wysunęła głowę z legowiska. — Czekam na was z Jenocią Kufą przed waszym legowiskiem! Pospieszcie się! — mruknęła na tyle głośno, aby dwójka uczniów w legowisku mogła to usłyszeć.
Złamana Łapa jedynie westchnął, po czym, nie oglądając się na koleżankę, wyszedł ciężkim krokiem z legowiska uczniów.
Słonka wyszła zaraz za nim i od razu dobiegł ją głos mentorki czarnofutrego:
— Nie przesadzaj. Ostatnio skończyło się fajnie! — miauknęła Morświnowa Płetwa, czym zaciekawiła uczennicę. Czyżby czarnofutry zaprotestował przeciwko temu treningowi?
— Idziemy? — zapytała w końcu Jenocia Kufa, na co druga wojowniczka skinęła łbem.
Słonka bała się tego, co przyniesie ze sobą ten wypad. Od kilku dni prawie nie rozmawiała ze Złamaną Łapą, a teraz mieli odbyć wspólny trening? Szylkretka zastanawiała się, jakie zadanie tym razem dadzą im mentorki. W duchu modliła się jednak, by nie musiała wędrować z czarnofutrym po podziemnych korytarzach, wszak nie przyniosłoby to im żadnych korzyści. Słonkowej Łapie trudno było dogadać się z przyjacielem na lądzie, a co dopiero pod nim!
Nie miała jednak żadnego autorytetu w oczach obu wojowniczek, a jej zdanie nie znaczyło więcej niż suchy liść. Gdy Jenot wraz z Morświn ruszyły ku wyjściu z azylu, posłusznie podążyła ich śladem, nawet nie ważąc się spojrzeć na Złamaną Łapę.
Podczas wędrówki dwie starsze kotki plotkowały oraz rozmawiały ze sobą. Najwidoczniej dogadywały się o wiele lepiej niż dwójka uczniów.
— A wy? Co tak cicho siedzicie? — mruknęła nagle Morświnowa Płetwa.
— Najwidoczniej nie mamy wspólnego tematu do rozmowy — odpowiedział jej czarnofutry.
Słonka cicho przełknęła ślinę, wciąż milcząc. W końcu co mogła powiedzieć? Taka była prawda — nie mieli o czym rozmawiać… Od dnia, w którym Złamana Łapa zobaczył ją wtuloną w futro Cichej Łapy, ich rozmowy zupełnie przestały się kleić. Jakby ktoś postawił między nimi niewidzialną ścianę.
Po chwili z gardła uczennicy wyrwało się westchnienie, na co obie mentorki odwróciły głowy w jej stronę.
— Skoro nie macie o czym rozmawiać, to my wymyślimy wam jakiś temat! — oznajmiła Jenocia Kufa, uśmiechając się pod nosem.
— Tak, tak! Każę wam teraz porozmawiać o waszej ulubionej zwierzynie! — odparła Morświnowa Płetwa. — Ale nie tylko o tym, która najbardziej wam smakuje, lecz także o tym, na którą najłatwiej wam polować! — dodała.
Szylkretowa wojowniczka przytaknęła łbem.
— No i widzicie? Już macie temat do rozmowy — stwierdziła, po czym wraz z liliowo-białą odwróciły głowy od uczniów i zaczęły mamrotać coś cicho do siebie.
— No ale… — Złamana Łapa próbował się sprzeciwić, ale po chwili zamilkł. — Nie wiem co odpowiedzieć, nie wiem myszy i tyle. Są głupie dlatego — mruknął cicho.
Słonkowej Łapie nie uśmiechało się prowadzenie z czarnofutrym rozmowy o byle czym. Nie chciała, by kocur rozmawiał z nią wyłącznie z przymusu, ale wiedziała też, że jeśli będzie milczeć, Jenocia Kufa nie będzie zadowolona. Właśnie dlatego westchnęła ciężko i przełknęła ślinę, próbując zebrać się na odwagę, by cokolwiek powiedzieć.
— Ja… nie mam ulubionej zwierzyny, ale… — mruknęła, po czym zmieniła zdanie i urwała. Chciała wspomnieć, że lubi kraby, jednak na samą myśl o nich przypomniał jej się ich pierwszy wspólny trening ze Złamaną Łapą. — Nie poluję za to na ptaki ani ich nie jem, wiesz? — miauknęła, zastanawiając się, czy kocur w ogóle jej słucha.
Złamana Łapa skinął łbem.
— No… ja nie lubię ptaków. Bardziej ich piór — odpowiedział niechętnie.
Szylkretka wpatrywała się w swoją mentorkę, próbując w jakiś sposób odwrócić uwagę od tej niezręcznej rozmowy, którą prowadziła ze starszym uczniem. Wiedziała, że kocura nie obchodziło to, co miała mu do powiedzenia, ale mimo wszystko kontynuowała. W końcu tego właśnie chciały ich mentorki, prawda?
— Ja nie jem ptaków, bo… nie mogę. W mojej rodzinie uważa się je za święte — wyznała, wciąż nawet nie spoglądając na Złamaną Łapę. — Gdybym tylko spróbowała zapolować na ptaka albo go zjeść, równie dobrze mogłabym już nigdy nie pokazywać się rodzicom na oczy… Chociaż może przesadzam. Nie wiem, jak by zareagowali, bo nigdy nawet nie odważyłam się spojrzeć na ptaka jak na zwierzynę — kontynuowała.
— Za święte? Dziwną masz tę rodzinę — mruknął uczeń z niedowierzaniem. — Czemu niby są uważane za święte? Bezsens — stwierdził.
Słonka wzruszyła ramionami.
— Nie wiem. Tak mnie nauczyli Trójoki Zając i Kukułczy Wdzięk. Mamy też swoich ptasich patronów — miauknęła. — Moim jest oczywiście słonka, Ćmiej Łapy — zniczek, Mysikróliczej Łapy — mysikrólik, a Firletkowej Łapy — fulmar. Rodzice opowiadali mi też, że noszenie piór przynosi pomyślność, a krzywdzenie ptaków nieszczęście — wyjaśniła.
— Aha. Nie ma to żadnego sensu, jeden ptak ci życia nie zniszczy — burknął. — U mnie każdy je, co chce.
* * *
Zgromadzenie
Najwyraźniej jednak tej nocy Klan Gwiazdy był głuchy na jej modły. Zresztą, nie pierwszy raz. Po chwili podszedł do niej jakiś kocur. Słonka podniosła na niego wzrok, nie do końca rozumiejąc, o co mu chodzi. Serce zaczęło bić jej znacznie szybciej.
— Em... Przepraszam, to moje miejsce — mruknął.
— To twoje miejsce? — spytała ze zdumieniem, kładąc po sobie uszy. — Ja… nie wiedziałam, że można zaklepać sobie miejsce na wyspie — dodała, po czym podniosła się, zamierzając za chwilę się odsunąć.
— Dzięki — miauknął bez emocji nieznajomy. — Jak się nazywasz? — spytał po chwili.
Biorąc pod uwagę, że kocur miał do niej pretensje o zajęcie jego miejsca, spodziewała się, że będzie wobec niej znacznie bardziej wredny. Zdziwiła się więc, gdy zapytał ją o imię, i to całkiem neutralnym tonem. Co prawda, patrzył na nią tak lodowatym wzrokiem, że aż przeszedł ją dreszcz, ale jak dotąd nie próbował jej dogryzać.
— Słonkowa Łapa… A ty? — odparła, przyglądając mu się z zaciekawieniem.
— Koszmarna Łapa. — mruknął. — Jesteś z Klanu Klifu, prawda?
Słonka na moment zamilkła, zaintrygowana imieniem kocura. Koszmarna Łapa? Jego rodzice, a może nawet sama Zalotna Gwiazda, chyba niezbyt za nim przepadali. W końcu koszmarne rzeczy kojarzyły się z czymś okropnym, a raczej nikt nie chciałby nosić imienia “Okropna Łapa”. Mimo to szylkretka postanowiła zachować swoje przemyślenia dla siebie i nie komentować imienia burasa.
— Tak — odparła krótko, po czym wzięła wdech. — A ty, jak dobrze wyczuwam, jesteś z Klanu Wilka?
— Gratuluję — burknął kocur. — Jak się układa u was w klanie?
Zaczęła się stresować tym, co powinna odpowiedzieć Koszmarnej Łapie. Przecież nie mogła mu powiedzieć prawdy o tym, co działo się w Klanie Klifu! Nie mogła wyjawić, że ich lider zniknął sobie tak o, bez słowa, na kilka dni. To postawiłoby jej klan w złym świetle, a tego nie chciała robić. Nim jednak zdążyła mu odpowiedzieć, rozmowę przerwał im znajomy głos. Kamień spadł jej z serca. Szybko zrozumiała, że kotem, który do nich podszedł, był nikt inny, jak Złamana Łapa.
— Witaj moja przyjaciółko! — odezwał się czarnofutry. — Co to za jeden? — wyszeptał do jej ucha.
— Cześć — przywitała się z nim, posyłając burasowi przepraszający uśmiech za to, że nie mogła mu odpowiedzieć. — Ten? On nazywa się Koszmarna Łapa — odpowiedziała czarnofutremu. — Przepraszam, Koszmarna Łapo. Ten kocur to mój przyjaciel, nazywa się Złamana Łapa. Mam nadzieję, że się dogadacie! — mruknęła, wyglądając teraz na o wiele bardziej rozluźnioną.
— To samo pytanie mam co do ciebie — mruknął bury, mierząc Złamaną Łapę tym samym lodowatym wzrokiem, którym moment temu obdarował Słonkę. — Chyba miło mi cię poznać — burknął po chwili.
Klifiakowi futro postawiło się na karku.
— To zatem… Z jakiego klanu jesteś przyjacielu? — mruknął. — Wiesz… Ja i Słonka to dobra para przyjaciół — uśmiechnął się. — A ty? Masz przyjaciela w klanie? Jakiego ty tam jesteś… — spytał.
Słonce nie podobało się to, że między kocurami tak szybko pojawiła się napięta atmosfera. Nie chciała, by zaczęli się kłócić. Nie znosiła kłótni. Nie znosiła podniesionego głosu.
— Złamana Łapo… Koszmar jest z Klanu Wilka i jestem pewna, że ma do kogo otworzyć pysk — mruknęła, patrząc na czarnofutrego z przygnębionym wyrazem pyska.
— Słonkowa Łapa ma racje, Klifiaku, nie jestem samotny — wtrącił Koszmar.
— Niech wam będzie, może zaczniemy jeszcze raz. Ja jestem Złamana Łapa. Mam dwadzieścia pięć księżyców i chyba tyle, co o mnie mogę powiedzieć — westchnął, po czym wypuścił Słonkę ze swojego objęcia, w którym trzymał ją, odkąd tylko do niej podszedł. — No i mogę jeszcze coś dodać o tej bliźnie, ale to dosyć głupia historia — mruknął.
Szylkretka ucieszyła się, że Złamana Łapa zdecydował się współpracować. Gdy wspomniał o swojej bliźnie, na moment przeniosła wzrok na burasa, po czym znów spojrzała na swojego przyjaciela. Nie pamiętała, czy kocur kiedykolwiek opowiadał jej o tym, skąd wzięła się ta rana. Wydawało jej się, że nie.
— Śmiało, też chętnie posłucham — zachęciła go, uśmiechając się delikatnie.
— Lubię takie historie — dopowiedział Koszmar. — Dawaj.
— No, ech… Kiedyś pobiłem się z jakąś kotką z Klanu Wilka na zgromadzeniu. Wkurzyła się na mnie, bo chyba na nią wpadłem. No i się pobiliśmy, znaczy, no, ona na mnie naskoczyła. Przywódcy i nasi wojownicy musieli nas rozdzielać. No i w pewnym momencie mnie tak podrapała, że zostawiła mi tę bliznę — wyjaśnił czarnofutry, po czym przyłożył łapę do podbródka. — Końcowo chciałem ją przeprosić, ale mi nie wyszło — mruknął.
Uczennica chyba nigdy nie słyszała o tym, żeby Złamana Łapa walczył z kimś na zgromadzeniu. Na Klan Gwiazdy!
— To dobrze, że teraz ja mogę chodzić na zgromadzenia i powstrzymywać cię przed wdawaniem się w takie sytuacje! — zażartowała, po czym uniosła uszy, a w jej oczach zalśniły iskierki. — Hej, skoro ta kotka była z Klanu Wilka, to może będziesz ją kojarzyć? — zwróciła się do Koszmarnej Łapy.
— Ha, Biały Barszcz mówiła coś o jakimś czarnofutrym Klifiaku, który śmiał z nią zadrzeć! — zaśmiał się Koszmarna Łapa. — To ciekawa, ale strasznie wybuchowa kotka. Gratuluję, że wyszedłeś z tego cały!
— No widzisz… Biały Barszcz? Ciekawe imię… — stwierdził Złamana Łapa, spoglądając przy tym na Słonkę. — A znasz jeszcze kogoś z Klanu Wilka?
Szylkretka zamyśliła się na chwilę. Początkowo chciała odpowiedzieć, że nikogo nie kojarzy, lecz wtem przypomniało jej się jedno ze zgromadzeń, podczas którego rozmawiała z pewnym kocurem o białym futrze.
— Ach, tak! Kiedyś rozmawiałam z niejakim Rozbitym Księżycem. Koszmarna Łapo, kojarzysz go?
— Kojarzę go, to “kolega” mojego kuzyna — odparł Wilczak.
— Hm… Mi się nie wydaję, abym go kojarzył. Kojarzę jedynie jakąś Kawczą Łapę. Nie za fajny gość — wtrącił dymny.
Słonka zaczęła zastanawiać się nad tym, co jej przyjaciel miał na myśli. Nigdy nie opowiadał jej o żadnej Kawczej Łapie, toteż nie miała pojęcia, dlaczego ten kot mógłby być nieprzyjemny w obyciu.
— Kawcza Łapa? Pierwsze słyszę — mruknęła. — Czemu uważasz, że nie jest fajny? Chyba nie kojarzę, żebyś kiedykolwiek o nim opowiadał. Rozmawialiście podczas zgromadzenia? — zaczęła zasypywać kocura pytaniami.
* * *
Szylkretka nie była może najmądrzejsza, lecz coś bardzo mocno jej tu nie pasowało. Nie wierzyła, że lider mógł się gdzieś przypadkowo zagubić albo po prostu poczuć potrzebę odpoczynku od klanowych obowiązków. W dodatku te maluchy… One również nie mogły być przypadkowym znaleziskiem! Co, jeśli tak naprawdę Lśniąca Gwiazda potajemnie spotykał się z Truskawkowym Polem, a kocięta, które przyniósł, były ich drugim miotem? Jakby nie patrzeć, były całkiem podobne do tej dwójki, a także do swojego domniemanego rodzeństwa. Szczególnie Kaczorek! Miał kolorowe znaczenia na pysku i ogonie, podobnie jak Migoczący Nieboskłon i Firmamentowa Łapa. Co więcej, plamy te były rude, zupełnie jak futro Lśniącej Gwiazdy. Czy w takim razie Słonka mogła mieć rację co do ich pochodzenia?
Nie… To wydawało się dosyć głupie. Ale czy aby na pewno? Może Truskawkowe Pole zmęczyła się swoimi obowiązkami i nie chciała dłużej być zastępczynią w Klanie Klifu, ale mimo wszystko nie przestała kochać swojego partnera i postanowiła potajemnie nadal się z nim spotykać?
Słonka siedziała teraz w centrum obozu, próbując rozwikłać zagadki, które ostatnio pojawiły się w Klanie Klifu. Przez cały ten czas wpatrywała się przed siebie, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, jak głupio musiała wyglądać. Prawie nie mrugała, a do tego marszczyła brwi w głębokim skupieniu. Zupełnie zapomniała o tym, że inne koty mogły ją zobaczyć, a co dopiero do niej podejść!
Przekonała się o tym dopiero w chwili, gdy padł na nią czyjś cień. Wzdrygnęła się, a futro na całej długości jej grzbietu natychmiast stanęło dęba. Kiedy panicznie podniosła wzrok, ujrzała przed sobą bury pysk wykrzywiony w zdziwieniu. Był to Agatówkowy Cień, który właśnie wpatrywał się w nią z jedną uniesioną brwią.
— Nad czym się tak intensywnie zastanawiasz? — rzucił do Słonki, przechylając nieznacznie głowę.
Uczennica poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Momentalnie otworzyła szerzej oczy, czując, jak zaschło jej w pyszczku. Nie spodziewała się, że ktoś do niej zagada! Nie była gotowa na to, by prowadzić z kimś konwersację! W pierwszej chwili wlepiła spojrzenie we własne łapy, kuląc się, jakby chciała zniknąć z tego świata. Szybko przypomniała sobie jednak, że nawet jeśli ona nie widzi Agatówkowego Cienia, on wciąż może zobaczyć ją. Wzięła więc głęboki wdech i przemogła się, by zadrzeć brodę. Nadal jednak nie potrafiła spojrzeć starszemu kocurowi w oczy, toteż uciekła wzrokiem gdzieś w bok.
— Nad… niczym ważnym, tak właściwie — mruknęła cicho.
W odpowiedzi bury kocur strzepnął gniewnie ogonem i tupnął łapą, a odgłos poniósł się echem po jaskini, sprawiając, że Słonka zadygotała. Dlaczego wojownik był na nią zły? Czy już zdążyła zrobić coś nie tak? Przecież naprawdę nie chciała! Agatówkowy Cień po prostu wziął ją z zaskoczenia, a ona nie lubiła takich improwizowanych rozmów. Tak na dobrą sprawę wcale nie lubiła rozmów!
— Mów głośniej! Nic nie słyszę z tego twojego bełkotu! — miauknął w końcu bury kocur, na co uczennica położyła po sobie uszy.
Wiedziała, że tak to się skończy. Nie była stworzona do przeprowadzania konwersacji i zastanawiała się, dlaczego tak właściwie wojownik zdecydował się do niej podejść. Nie po to trzymała się na uboczu, nie wydawała żadnego dźwięku ani nie wykonywała żadnego ruchu, by i tak przykuć uwagę któregoś z pobratymców! Nie rozumiała, co jeszcze powinna zrobić, by koty zaczęły po prostu ignorować jej obecność. Całkowicie. Nie życzyła sobie, by ktokolwiek do niej zagadywał! To znaczy… Bardzo chciałaby mieć przyjaciela. Bliskiego, który by jej nie oceniał. Jednak… nie zależało jej na poznawaniu innych kotów. Wiedziała, że i tak znudzą się nią, zanim zdążą ją bliżej poznać i nawiązać z nią jakąś więź. Jedynym kotem, z którym rozmawiała, był Złamana Łapa, i to w zupełności jej wystarczało. Choć… nie skłamałaby, gdyby powiedziała, że ostatnimi czasy wpatrywała się w Cichą Łapę, licząc na to, że kocur do niej zagada. Choć wstydziła się tej myśli, zauważyła, że… chyba zaczęła go bardzo podziwiać. Doceniała jego troskę, jego ciepło… Ceniła w nim to, że nie wahał się pocieszać innych kotów, nawet jeśli nie znał ich zbyt dobrze. Ona też chciała taka być! Tylko że bała się, że gdyby zaproponowała komuś swoją pomoc, ten by ją odrzucił. Chyba spaliłaby się wtedy ze wstydu!
— Halo, czy ty w ogóle żyjesz? Czemu się nie odzywasz?! — burknął nagle Agatówkowy Cień, wyrywając Słonkę z zamyślenia. — Nad czym tak myślisz?! — powtórzył pytanie.
Ogon szylkretki zadrżał z nerwów. Czy powinna mu powiedzieć, nad czym tak naprawdę się zastanawiała? Może nie powinna unikać rozmowy z kimś nowym, a zamiast tego postarać się zdobyć nowego znajomego? Chyba lepiej będzie, jeśli spróbuje porozmawiać z burasem, niż gdyby już do końca życia miał o niej myśleć jak o jakimś nieporadnym uczniu, który nawet nie potrafi się odezwać.
— Ach, przepraszam… — zaczęła, mówiąc głośniej, choć jej głos załamał się w pewnym momencie. Przełknęła ślinę, starając się jednak to zignorować. — Nie myślałam o niczym ważnym. Zastanawiałam się tylko nad tym, gdzie Lśniąca Gwiazda znalazł tę trójkę kociąt, którą ostatnio przyniósł do obozu — oznajmiła, uśmiechając się nieśmiało do Agatówkowego Cienia.
— Aha — odparł kocur. Wyglądał pozornie nonszalancko, lecz jego wibrysy zadrżały z zaciekawienia, co nie umknęło uwadze Słonki, która chwilę temu odważyła się wreszcie przenieść wzrok na jego pysk. Choć wciąż nawet nie patrzyła mu w oczy. — No i co wymyśliłaś? Skąd się wzięły te dzieci? — dopytał po chwili.
Szylkretka trochę się zawstydziła. Czy powinna mu opowiadać o swoich domysłach? Może kocur ją wyśmieje za to, co powie? Ale skoro sam o nie pytał, a w dodatku wyglądał na zainteresowanego, to nie powinien się tak zachować… Może sam uzna, że jej przypuszczenia mogą być prawdziwe? A może opowie jej o tym, co sam uważa, i wywiąże się między nimi ciekawa dyskusja? Miała taką nadzieję!
— Cóż… pomyślałam sobie, że Komosa, Kaczorek i Żołądź wyglądają całkiem podobnie do Lśniącej Gwiazdy i Truskawkowego Pola — zaczęła, ponownie uciekając wzrokiem do swoich łap, by nie musieć patrzeć na wyraz pyska Agatówkowego Cienia. — Wiem, że to pewnie brzmi głupio, lecz zastanawiałam się nad tym, czy Lśniąca Gwiazda nie spotyka się potajemnie ze swoją byłą partnerką i czy nie doczekał się z nią kolejnych kociąt… — dodała szeptem.
Po jej słowach zapadła cisza, która prędko zaczęła się Słonce dłużyć w nieskończoność. Dlaczego buras nic nie mówił? W końcu zdecydowała się podnieść na niego wzrok, tylko po to, by zobaczyć, jak pręgowany cofa się o krok, przybierając zszokowaną minę.
— Lśniąca Gwiazda jest ojcem tej trójki kociąt?! — krzyknął zdumiony kocur.
Słonkowa Łapa zamarła w bezruchu. Na Klan Gwiazdy! Co w ogóle Agatówce przyszło do głowy?! Dlaczego zdecydował się powiedzieć to na cały głos?! Szylkretka w ułamku uderzenia serca poczuła się tak, jakby miała wyzionąć ducha. Jej myśli przez cały czas wędrowały między tym, czy zaraz zemdleje, czy jednak udusi burego kocura. Finalnie nie potrafiła wydusić z siebie ani jednego słowa, w zdumieniu wpatrując się w wojownika.
Słonka rozejrzała się wokół. Kilka Klifiaków spoglądało na Agatówkowy Cień, szepcząc coś pod nosami. Czy teraz to, co bury powiedział na głos, stanie się plotką? Co, jeśli dojdzie ona do Lśniącej Gwiazdy, a ten dowie się, że to Słonka tak naprawdę ją zapoczątkowała? Czy lider zezłości się wtedy i będzie chciał wyciągnąć z tego jakieś konsekwencje? Szylkretka przełknęła ślinę, wreszcie otrząsając się z szoku i wracając spojrzeniem do burego.
— Agatówko! — zaczęła głośniej, niż zamierzała. Od razu trochę skrzywiła się na dźwięk swojego głosu. — To… to tylko moja teoria! Wcale nie musi być prawdziwa, a zapewne nie jest! Cały klan nie musi o niej wiedzieć…! — pisnęła, a jej ogon uderzył o ziemię z irytacji i przerażenia jednocześnie. — Jak Lśniąca Gwiazda się o tym dowie, to mogę sobie jedynie pomarzyć o zostaniu wojowniczką! — kontynuowała żałośnie, podczas gdy zielonooki wciąż wyglądał, jakby próbował połączyć kropki.
— Wiesz co? Chyba masz rację — miauknął po jakimś czasie, na co Słonce nieznacznie kamień spadł z serca. Obawiała się, że Agatówka zdenerwuje się na nią za to, że na niego nakrzyczała. Ucieszyło ją, że jednak zrozumiał swój błąd. — Te kociaki faktycznie wyglądają podobnie do Lśniącej Gwiazdy i Truskawkowego Pola! — dokończył.
Pysk kotki zbladł. Czy on naprawdę przez cały ten czas, gdy na niego krzyczała, jej nie słuchał? Na litość! Wiedziała, że nie powinna była próbować z nim rozmawiać! Dlaczego każda jej próba porozumienia się z innym kotem zawsze kończyła się tak samo? Dlaczego za każdym razem musiała się tak potwornie upokorzyć? Nie mogła uwierzyć w to, że cały czas mówiła sobie, by dać komuś szansę. By się przełamać i spróbować zachowywać się jak normalny Klifiak. A wszystko to tylko po to, by i tak zostać brutalnie skopaną przez los!
— Ja… chyba już sobie pójdę, Agatówko — oznajmiła w końcu, podnosząc się z miejsca. Miała teraz ochotę wrócić do legowiska uczniów i wykrzyczeć się w posłanie, by jakoś odreagować. Nie chciała nawet myśleć o konsekwencjach, jakie czekały ją za rozpoczęcie takiej durnej, fałszywej plotki. Jenocia Kufa chyba ją zabije, jak się o tym dowie! Lśniąca Gwiazda pewnie bez wahania wyrzuci Słonkę z klanu. I tak była już stara, a wciąż była uczennicą! Nikt nie potrzebował takiej plotkarskiej pokraki w klanie, a już tym bardziej nie rudofutry przywódca, który zdawał się dość… specyficzny. Szylkretka nie sądziła, by wahał się zbyt długo przed pozbyciem się kogoś niewygodnego z klanu. Przynajmniej takie miała wrażenie, choć może jedynie jej się wydawało.
Żółtooka zwiesiła głowę i zaczęła powoli maszerować w stronę legowiska. Nie mogła przestać myśleć o tym, jak bardzo było jej wstyd z powodu tego, że wciąż była uczennicą i przez ostatnie kilka księżyców, zamiast starać się jakoś wykazać w oczach lidera, popełniała tylko coraz więcej i więcej błędów. Prócz tego, mimo że życzyła dobrze swojemu rodzeństwu, trochę zazdrościła Brykającemu Mysikrólikowi. Czuła się źle z faktem, że była najstarsza z rodzeństwa, a mimo tego nie dorównywała umiejętnościami swojej młodszej siostrze. Przecież była duża, pierworodna — czy zatem nie powinna być również silna? Miała wrażenie, że swoimi marnymi umiejętnościami zawodziła rodziców. Na pewno po jej narodzinach myśleli, że Słonka wyrośnie na najlepszą wojowniczkę w Klanie Klifu. W końcu była największa z rodzeństwa i z łatwością udawało jej się wypić bardzo dużo mleka. A jednak wyszło na to, że jest niepewną i wiecznie zestresowaną kupą futra!
Szylkretka wkroczyła wreszcie do legowiska i od razu skierowała się na swoje posłanie, padając na nie tak ciężko, jakby była głazem. Zastanawiała się nad tym, czy uda jej się teraz zdrzemnąć, czy może będzie zbyt zajęta myśleniem o tym, jaka kara ją czeka. Nim zdążyła w ogóle odsapnąć, nagle usłyszała zbliżające się kroki. Jej uszy zadrżały — miała dziwne wrażenie, że te kroki brzmiały bardzo znajomo, choć co ona mogła wiedzieć? Czy rozpoznawanie kotów po ich krokach w ogóle powinno być możliwe?
— Słonkowa Łapo! — usłyszała w pewnym momencie, co rozwiało jej wątpliwości. Czyli miała rację, że w jej stronę zmierzał ktoś znajomy. A konkretniej Jenocia Kufa. Tylko co tym razem chciała od swojej uczennicy? Przecież trening miały już za sobą. — Wstawaj, leniuchu! — dodała, na co uczennica podniosła głowę i spojrzała na mentorkę, która była dziś dziwnie uśmiechnięta.
— Coś się stało? — spytała, trochę przytłoczona jej dobrym humorem. Co musiało się stać, by wojowniczka była taka rozweselona? Czyżby się w kimś zakochała? Ach, to byłoby dobre.
— Czy coś się stało? Nie, nie, skądże! Chciałam cię tylko poprosić, żebyś poszła na samotne polowanie. Ufam, że przyniesiesz nam coś dobrego! Nie czujesz tej Pory Nowych Liści w powietrzu? Może i wciąż jest zimno, a śnieg topnieje wyjątkowo powoli, ale zwierzyna pewnie zaraz zacznie wychodzić ze swoich norek! — odparła, a uśmiech rozświetlił jej zazwyczaj skrzywiony pysk.
Słonkowa Łapa zastanawiała się, czy krył się za tym jakiś podstęp. Może to Brykający Mysikrólik postanowiła ugadać się z Jenocią Kufą, by dokuczyć żółtookiej za to, że wciąż jeszcze nie awansowała? W końcu, z jakiego innego powodu wojowniczka miałaby być taka zadowolona? Uczennica nie mogła jednak zaprotestować i musiała grzecznie zgodzić się na to, by udać się na łowy. Miała tylko nadzieję, że tym razem uda jej się wytropić cokolwiek innego niż ptak… Wciąż czuła miażdżące poczucie winy za każdym razem, gdy przypominała sobie tamten trening. Nie miała odwagi, by komukolwiek z bliskich napomknąć o tym, co zrobiła. Nie chciała o tym powiedzieć nawet Złamanej Łapie, obawiając się, że kocur mniej lub bardziej przypadkowo wygada się komuś innemu. Nawet jeśli było to dosyć mało prawdopodobne.
— Dobrze… Spróbuję coś upolować — oznajmiła żółtooka, podnosząc się z miejsca.
— Spróbujesz? Nie, nie! Ty MUSISZ coś upolować! To nie podlega dyskusji — wtrąciła Jenocia Kufa, zadzierając brodę.
Słonka przewróciła oczami — choć rzecz jasna jedynie w swojej wyobraźni, gdyż na żywo nie miała odwagi — po czym minęła swoją mentorkę przy wyjściu i zaczęła dreptać w stronę wodospadu. Niezbyt często dane jej było wychodzić z azylu samej, więc trochę się denerwowała. Co, jeśli ktoś ją napadnie? Co, jeśli spadnie z klifu albo zrobi sobie jakąś inną krzywdę? Kto ją wtedy uratuje, skoro będzie zupełnie sama? Wzdrygnęła się na tę myśl, choć jej łapy wciąż przebierały do przodu. Nie chciała zawieść mentorki. Nie mogła tego zrobić. Tym bardziej teraz, gdy ta miała taki dobry humor.
* * *
Po chwili postanowiła jednak skupić się na łowach, a nie na ponownym użalaniu się nad sobą. Może jeśli choć raz nie będzie uciekać myślami do tego, jak okropne było jej życie, to wreszcie coś jej się uda? Cóż, brzmiało to dosyć sensownie. Właśnie dlatego schyliła głowę, przykładając nos do podłoża i wciągając powietrze do płuc. Modliła się tylko o to, by zwierzyna, która pierwsza wpadnie jej pod łapy, nie była ani skrzydlata, ani pierzasta! Tym razem na pewno by jej nie upolowała. Zbyt dużo się wtedy namęczyła psychicznie, by teraz to powtarzać. Nawet jeśli ryzykowałaby tym gniew Jenociej Kufy — zrozumiała bowiem, że chyba rodzina była dla niej ważniejsza niż relacja z mentorką, która w większości przypadków i tak jej nienawidziła. Jej rodzice przynajmniej jej nie oceniali, a także byli gotowi stanowić dla niej wsparcie, więc nie mogła sobie pozwolić na ich stratę kosztem zadowolenia Jenot. Byłaby niezwykle głupia, gdyby to zrobiła, czyż nie?
Byłaby też okropnie głupia, gdyby znowu zaczęła myśleć, zamiast polować. A właśnie to zrobiła. I to zaraz po tym, jak przysięgła sobie, że już przestanie tak gdybać i wreszcie weźmie się w garść! Najwyraźniej niektóre rzeczy były po prostu nieuniknione. Może powinna całkowicie poddać się w kwestii łowów i po prostu gdzieś usiąść, by dać upust swoim myślom? Nie, przecież… Jenocia Kufa nie kazała jej zapolować bez powodu. Pozwoliła jej dziś wyjść z obozu pod warunkiem, że przyniesie piszczkę, więc nie mogła teraz nadużyć jej zaufania i wykorzystać tego wypadu poza azyl na coś zupełnie innego i, w praktyce, błahego. W końcu samym myśleniem klanu nie wykarmi, prawda? A szkoda. Gdyby każde uderzenie serca, które spędziła na kontemplowaniu, przynosiło ze sobą jedzenie, to Klan Klifu już wkrótce zacząłby tonąć w samych smacznych kąskach. Póki jednak Klan Gwiazdy nie wymyślił, jak tego dokonać, Słonka musiała zacząć używać tego nosa, pazurów, a także kłów.
Jako iż poprzednim razem, gdy zaczęła węszyć, rozproszyła się i zaczęła myśleć o czymś innym, nie wyczuła niczego szczególnego. A może wyczuła, lecz jej mózg nawet tego nie zarejestrował? By to sprawdzić, postanowiła zawęszyć raz jeszcze, tym razem dbając o to, by wnętrze jej głowy było względnie ciche. Tak właściwie to nie sądziła, że poszczęści jej się i uda jej się od razu coś wyczuć — a jednak, ku jej uciesze, w jej nosie zakręcił się zapach królika. Podniosła pysk i zaczęła rozglądać się po zielonych polanach Klanu Klifu w poszukiwaniu futrzastego uszaka. Nie musiała wypatrywać go długo, gdyż już wkrótce jego sylwetka zamajaczyła na tle bujnych traw. Na jego widok szylkretce zaburczało w brzuchu, a jednocześnie zrobiło jej się ciężko na sercu. Zawsze miała słabość do królików. Były takie urocze! Za każdym razem, gdy musiała na nie polować, robiło jej się ich żal. Jednak taka była naturalna kolej rzeczy. Ci silniejsi zawsze musieli stłamsić tych słabszych. Nawet klany złożone z kotów należących do tego samego gatunku działały na podobnej zasadzie. Słonka niegdyś wysnuła już podobny wniosek, gdy podczas treningu musiała znosić zachowanie Migoczącego Nieboskłonu. W tamtym momencie to ona była królikiem, a kocur łowcą. Ranił ją. Choć nie fizycznie, lecz psychicznie. Nie zważał na to, jak wiele bólu zadawały kotce jego słowa. Rzucał je tak, jakby nie miało być jutra. Dla niego był to zwyczajny dzień, a ona… wspominała go teraz, po tak wielu księżycach. Point zapewne zdążył już zapomnieć imienia uczennicy, a ona wciąż pamiętała każde obraźliwe słowo, które skierował w jej stronę.
Strachliwa myszka. Mysie serce. Pokraka. Te wszystkie wyzwiska zaczęły odbijać się echem w jej głowie, finalnie motywując ją do tego, by zaczęła skradać się do zwierzyny. Musiała upolować królika, zrobić wrażenie na Jenociej Kufie, zostać mianowana wojowniczką i wreszcie przestać czuć się tak, jakby swoimi umiejętnościami nie przewyższała kociaka. Choć wciąż jeszcze była rozkojarzona, teraz dodatkowo odczuwała determinację. Wysunęła pazury, powoli i po cichu zbliżając się do uszaka, który skubał źdźbła trawy. Zapewne… miał rodzinę, która na niego czekała. Partnera, dzieci… Może też rodziców i rodzeństwo. A ona… chciała mu to wszystko odebrać za pomocą jednego pociągnięcia pazurem. Na Klan Gwiazdy! Była potworem. Ale świat nie pozostawiał jej wyboru. Musiała być potworem, by nie głodować.
Wreszcie, gdy znalazła się wystarczająco blisko swojej ofiary, napięła mięśnie. Skupiła wzrok na króliku, po czym wybiła się od ziemi, szybując wprost na jego grzbiet. Udało jej się przygwoździć go łapami do podłoża i wbić pazury pod jego skórę, by go unieruchomić. Następnie pochyliła się nad nim, otulając jego delikatną szyję rzędami swoich zębów. Wahała się przez moment, lecz wiedziała, że teraz nie było już odwrotu. Była tak blisko wykonania zadania powierzonego jej przez mentorkę. Puszczenie tego królika nie wchodziło w grę, a jej bezruch był ledwie odruchem serca, które jednak nie mogło zwyciężyć w walce z umysłem. W końcu uczennica wbiła kły w szyję swojej ofiary, a jej ciepła krew powoli zaczęła wlewać jej się do pyska, wypełniając go metalicznym posmakiem. Słonkowa Łapa wypuściła królika, który zdążył już zwiotczeć w uścisku jej kłów, i zmarszczyła nos. Po chwili wypluła ślinę zmieszaną ze szkarłatem na trawę i oblizała pysk. Smak krwi ponownie przywiódł jej na myśl wspomnienie polowania na ptaka i to, jak brudna wydawała się szkarłatna ciecz, gdy wypłynęła spod skóry skrzydlatego stworzenia i splamiła jej zęby. Postanowiła się tym jednak nie zadręczać i czym prędzej wrócić do azylu, by nie kazać Jenociej Kufie czekać tak długo. W końcu przy wykonywaniu powierzonych zadań zazwyczaj liczył się czas, prawda? W takim razie lepiej będzie, jeśli wróci z królikiem do obozu tak szybko, jak to tylko możliwe.
Schwytała uszaka za kark i uniosła głowę. Jak się okazało, był całkiem lekki, choć nie spodziewała się niczego innego. Pora Nagich Drzew nie była dla kotów zbyt łaskawa, przez co nawet najdorodniejsze piszczki wydawały się lżejsze niż ciężar emocji, które przygniatały Słonkową Łapę. Zresztą, nawet najtłustszy królik nie byłby w stanie dorównać temu, co szylkretka nosiła w sobie na co dzień.
Uczennica prychnęła pod nosem, zdenerwowana na samą siebie, że znów stanęła bezczynnie w miejscu. Postanowiła skupić się na wietrze, który bezlitośnie targał jej futrem, i ruszyć w stronę azylu, by pokazać zdobycz mentorce. Wciąż nie wiedziała, dlaczego Jenocia Kufa tak nalegała na polowanie, skoro stos nie był pusty i w razie głodu mogła po prostu wziąć coś z niego. Do tego Brykający Mysikrólik nie pojawiła się dotąd w pobliżu, więc przypuszczenie Słonki, że misja była jedynie pułapką zastawioną przez siostrę i mentorkę, wydawało się nieprawdziwe. Z jednej strony frustrowało ją, że nie znała prawdziwego powodu dziwnie dobrego humoru Jenot, a z drugiej cieszyła się, że uniknęła kolejnego upokorzenia.
Choć w swoim życiu przebrnęła już przez tyle żenujących sytuacji, że chyba nie istniał scenariusz, który mógłby ją jeszcze zdziwić. Zupełnie tak, jakby z każdym upadkiem nabywała coraz większej odporności na ból. Wiedziała jednak, że wszystkie niepowodzenia wciąż będą dla niej jak cierń wbity prosto w serce, nieważne, jak wiele razy będzie musiała je znosić.
W końcu przed jej oczami zamajaczył wodospad, na co aż przyspieszyła kroku. O niczym innym nie marzyła jak tylko o położeniu się na posłaniu i zaśnięciu. Pogoda była nijaka, a szarość nieba aż zachęcała do tego, by cały dzień spędzić na siedzeniu. Słonka zastanawiała się, czy kiedy wreszcie wyjdzie słońce i otuli ją ciepłymi promieniami, jej humor poprawi się choć odrobinę. Zauważyła, że podczas Pory Zielonych Liści zawsze chodziło jej się nieco lżej. Funkcjonowanie w przyjemnym cieple było przecież znacznie łatwiejsze niż podczas morderczych wichur i mrozów. Nie mogła więc doczekać się tej pory, a także końcówki Pory Nowych Liści, kiedy wreszcie miało się ocieplić.
Zanim Słonkowa Łapa zdążyła pogrążyć się w kolejnych rozmyślaniach, dotarła do obozu. Zaraz przy wejściu napotkała Jenocią Kufę, która siedziała i czyściła futro na łapach. Było delikatnie brudne, jakby od ziemi, choć Słonka mogła przysiąc, że przed jej wyjściem z azylu pozostawało czyste. Dziwne.
Żółtooka upuściła królika przed mentorką, a na jej pysk wkradł się niechciany uśmiech. Mimo wszystko odczuwała dumę z tego, że udało jej się wykonać powierzone zadanie, nawet jeśli skrycie wstydziła się tego uczucia i wolałaby zachować neutralny wyraz pyska.
— No to… upolowałam coś, tak jak prosiłaś — mruknęła, odwracając wzrok od wojowniczki.
Jenocia Kufa przerwała wylizywanie łapy i postawiła ją na ziemi.
— Ach, tak, widzę. Dobrze, Słonkowa Łapo. Spisałaś się dosyć… cóż, zadowalająco — oznajmiła, uśmiechając się nieznacznie do młodszej kotki.
Szylkretka skinęła głową, uznając, że słowa wojowniczki chyba powinny być pochwałą. Gdy jednak Jenot zamilkła i nie kwapiła się do wyjaśnienia, po co był jej ten królik, Słonka postanowiła zaszyć się w legowisku uczniów. Ułożyła się wygodnie w swoim gniazdku i wkrótce, nie myśląc już o niczym innym, usnęła.
* * *
— Słonkowa Łapo! Wstawaj, szybko! Lśniąca Gwiazda zwołuje spotkanie, a ty wciąż śpisz jak zabita!
Te słowa wreszcie dotarły do mózgu Słonki i sprawiły, że udało jej się choć trochę rozbudzić. Kocur w końcu przestał nią potrząsać, a ona ziewnęła przeciągle, po czym powoli i dosyć niechętnie podniosła się na wszystkie cztery łapy.
— No dobrze, dobrze… Już idę — mruknęła ospale.
Jakim cudem nastał już kolejny poranek? Dlaczego spała tak długo? Cóż, nie miała nawet czasu się nad tym zastanowić, gdyż musiała czym prędzej dogonić Złamaną Łapę, którego koniuszek ogona właśnie znikał w wyjściu z legowiska uczniów.
Szybko zrównała się z nim i usiadła u jego boku, gdzieś na uboczu. Zaczęła zastanawiać się nad powodem tego zgromadzenia. Czy Lśniąca Gwiazda wreszcie zamierzał publicznie wyjaśnić przyczynę swojego zniknięcia? Kotce aż zadrżały wibrysy z zaciekawienia, jednak szybko zdała sobie sprawę, że rudofutry raczej nigdy nie rozwieje wątpliwości, które pojawiły się w Klanie Klifu. To przecież nie byłoby mu na łapę, zwłaszcza jeśli podczas swojej przerwy od bycia przywódcą robił rzeczy… moralnie wątpliwe. Oczywiście Słonkowa Łapa niczego nie sugerowała. Klifiacki lider z całą pewnością nie mógł być aż tak zły i okrutny, prawda? Prawda…?
— Zebraliśmy się tu dzisiaj, ażeby wprowadzić jedną z uczennic do grona wojowników — zaczął przywódca, na co Słonka porzuciła wcześniejsze domysły.
Czyli dobrze założyła, że to wciąż nie był ten moment, w którym Lśniąca Gwiazda wyjaśni przyczynę swojego zniknięcia reszcie klanu.
Swoją drogą, to zadziwiające, że mimo wszystkiego, czego się dopuszczał, nikt wciąż nie próbował strącić go z zajmowanego stanowiska. Czy naprawdę nikt nie widział, że opuszczenie klanu, którym się rządziło, na dobre kilka dni było nieodpowiedzialne i niewłaściwe? Czy wszyscy Klifiacy naprawdę chcieli, by przewodził im ktoś, kto nie potrafił nawet usiedzieć na tyłku we własnym legowisku?
— Słonkowa Łapo, wystąp — kontynuował Lśniąca Gwiazda, czym jeszcze bardziej zszokował szylkretkę.
Otworzyła szerzej oczy, wlepiając zdumione spojrzenie w przywódcę. O rany… chyba się przesłyszała, co nie? Przez chwilę wahała się, czy wstać, lecz nagle Złamana Łapa szturchnął ją łokciem. Czyli jednak… nadszedł ten wielki moment.
Szylkretka przecisnęła się przez tłum kotów, by stanąć bezpośrednio pod mównicą, na polanie otoczonej kręgiem Klifiaków. Była niezmiernie ucieszona faktem, że nie będzie już musiała chodzić na treningi z Jenocią Kufą, a także tym, że wreszcie będzie dzielić legowisko z siostrą, a właściwie również z rodzicami. Jednocześnie było jej trochę smutno, że Firletkowa Łapa zostanie sam jako uczeń.
— Ja, Lśniąca Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, by spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, by poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejną wojowniczkę — zaczął wygłaszać formułkę, a następnie zwrócił się do Słonki:
— Czy obiecujesz przestrzegać kodeksu wojownika oraz chronić ten klan, nawet za cenę życia?
Żółtooka zamarła na te słowa. O ile zamierzała przestrzegać kodeksu, o tyle… nie widziało jej się tracić życia za Klan Klifu, w którym i tak nie wszyscy darzyli ją sympatią. Chciała jednak mieć to wszystko już za sobą, dlatego zdecydowała się odpowiedzieć:
— Obiecuję — oznajmiła, choć beznamiętnie.
Miała tylko nadzieję, że nikt nie wychwycił niechęci i niepewności kryjących się w tym słowie, bo inaczej mogłaby mieć problemy.
— W takim razie mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Słonkowa Łapo, od tej chwili będziesz znana jako Tańcująca Słonka. Klan Gwiazdy uznaje twoją wytrwałość i ambicję, a my witamy cię jako pełnoprawną wojowniczkę Klanu Klifu — ogłosił Lśniąca Gwiazda.
— Tańcująca Słonka! Tańcująca Słonka! — zaczął skandować tłum, a żółtooka szybko poczuła się przytłoczona.
Podczas gdy okrzyki odbijały się echem w jej głowie, odwróciła się w stronę zebranych i zaczęła niezręcznie szczerzyć zęby, starając się nie popaść w obłęd. Wszyscy wykrzykiwali jej nowe imię, nad którym nawet nie miała czasu się zastanowić. Gdy wiwaty zaczęły cichnąć, wreszcie wydostała się z centrum uwagi i od razu pognała ku wyjściu z azylu. Nie ma to jak spacer, by uczcić awans!
Jednak kiedy przemierzała łąki, zdała sobie sprawę, że imię, które otrzymała, nie do końca do niej pasowało. Tańcująca Słonka… Brzmiało jakoś zbyt radośnie. Zbyt energicznie. Ona taka nie była. Była raczej spokojna i stonowana. Nigdy nie wykonywała gwałtownych ruchów, a już tym bardziej nie tańczyła!
Poza tym Lśniąca Gwiazda stwierdził, że Klan Gwiazdy docenia jej wytrwałość i ambicję, choć sama nie uważała się za szczególnie wytrwałą czy ambitną. Miała wrażenie, że przywódca nie wiedział o niej absolutnie niczego, ale nie mogła mieć mu tego za złe. Dopóki nie zrobił tego celowo, by jej dopiec, nie miała powodu obwiniać go o to, że zwyczajnie nie interesował się życiem jakiejś młódki. W końcu nie była jego córką, żeby musiał poświęcać jej szczególną uwagę.
* * *
Następnego dnia, po odbyciu czuwania
Może tak naprawdę lepszą ścieżką szkolenia byłaby dla niego ta na protektora? Szkoda tylko, że na takie zmiany było już za późno, a los czarnofutrego zdawał się przypieczętowany. Bez wątpienia zostanie wojownikiem, o ile Lśniąca Gwiazda nie zdecyduje się go wyrzucić… Czego oczywiście Słonka mu nie życzyła.
Od razu skierowała się w stronę legowiska uczniów. Wsadziła łeb do środka, gdzie jej spojrzenie napotkało wzrok Cichej Łapy.
— Hej, Słonko. Chyba zapomniałaś, że jesteś już wojowniczką! — odezwał się po chwili, uśmiechając się do niej ciepło. — Gratuluję ci awansu, zasłużyłaś na niego — dodał jeszcze.
Wojowniczka już chciała się tłumaczyć, że szukała jedynie Złamanej Łapy, gdy nagle usłyszała za sobą szmer. Odwróciła głowę, a jej oczom ukazał się znajomy pysk.
— Och, Złamana Łapo! — miauknęła. — Właśnie cię szukałam! Chciałabym z tobą porozmawiać, a może nawet zabrać cię na spacer. Teraz już w pełni legalnie — mruknęła, ostatnie zdanie wypowiadając szeptem, tak by jedynie dymny je usłyszał.
<Złamana Łapo?>
[20093 słowa + otwieranie krabów]