BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

24 października 2026

Od Zwinka do Kostki

Pora Nowych Liści była naprawdę piękna! Mały rudzielec uwielbiał wychodzić na spacery z rodzicami, którzy zadbali, by ich dzieci mogły zwiedzić każdy kąt i poznać inne koty. Kociaki rosły jak na drożdżach. Paprotek był co prawda nieco wyższy od Zwinka, ale z kolei Zwinek był wyższy od Dzwonkówki. Jego sierść z każdym księżycem nabierała coraz to bardziej intensywnej rudości. Zwinek był ciekawy czy dorówna kolorem Kasztance.
Któregoś dnia siedział w żłobku normalnie, tak jak zawsze, próbując zagadywać Poinsecję. Kotka była co najmniej niezainteresowana, co zresztą bardzo dobitnie mu oznajmiała. Kasztanka również dostawała uwagi, że powinna pilnować swojego bachora.
— Oj chyba mnie nie polubi — mruknął smutno syn Purpury.
— Nie łam się, synku — odparła Kasztanka.
— No ale ciebie też nie lubi. Taty też. To mnie też, bo jestem waszym synem — wyjaśnił, a Kasztanka przyłożyła łapę do czoła. Westchnęła.
— Ty to ty i my to my. Nie trać nadziei — próbowała pozostać dobrej myśli.
Zwinek nie był przekonany. Może jej dzieci go polubią? Bo wychodziło na to, że sama rodzicielka nie chciała mieć nowych znajomych!
Niedługo później rozpoczął się poród Poinsecji. Przybyli uzdrowiciele, a Zwinek nie byłby sobą, gdyby nie próbował zapuścić żurawia. Dostał kopniaka od Poinsecji na dzień dobry, więc uciekł w popłochu. Na resztę patrzył z daleka, aż sprawy się nie zakończyły. Kiedy Zwinek zdążył zasnąć, ale Kasztanka jeszcze nie, usłyszeć można było popiskiwanie trzech malutkich rodzynków. Poinsecja zachowywała się bardzo opiekuńczo, jednak nie życzyła sobie żadnych odwiedzin poza ojcem kociąt i jej pierwszym synem.

~*~

Księżyc później, kiedy maluchy już mówiły i widziały, słyszały, Zwinek pomyślał, że to dobry moment, by spróbować się zaprzyjaźnić. Wiedział jednak, iż Poinsecja stała na straży jak lisica, dlatego poczekał, aż wyszła na spacer, a dzieci zostawiła z Koniczynem.
Już z daleka słyszał jazgotanie jednego z nich, Sosenka.
— No i potem było tak — mówił zawzięcie ciemny kocurek. Jego uszy podskakiwały przy każdym ruchu głową. — Że on. — Wskazał na brata. — Mnie popchnął. No to ja jego też popchnąłem!
Zwinek usiadł nieopodal i czekał na dogodny moment, by podejść. Kiedy po dłuższym czasie nie znalazł takowego, bo kocurek cały czas nawijał, westchnął jedynie. Takowe westchnienie musiał usłyszeć Sosenek, gdyż odwrócił się i zmierzył go spojrzeniem.
— No co?
— Ty to chyba lubisz słuchać swojego głosu — stwierdził głośno Zwinek.
Sosenek zamrugał parę razy.
— No i co z tego?
— Nie no nic. — Uśmiechnął się Zwinek. — Hej — zwrócił się do drugiego z braci, który posłał mu uśmiech.
— Tak?
— Jak masz na imię? Wybacz, ale ciągle mi to umyka!
— Rdeścik.
— Jak?
— R-d-e-ś-c-i-k — cierpliwie przeliterował wspomniany syn Koniczyna.
Zwinek podrapał się niezręcznie po pyszczku, posyłając mu przepraszający uśmiech.
— Bardzo trudne imię — stwierdził rudy. — Będę na ciebie wołać Uszaty, dobrze?
Uśmiechnął się szeroko i czmychnął, nim dopadł go Sosenek. Przeszedł pod krzakiem, zauważając bardzo kolorowe futro. Kojarzył je, była siostrą tamtych kocurków, ale nigdy nie widział jej bawiącej się z nimi. Cóż… Może po prostu za mało uważnie patrzył, w końcu większość dnia spędzał na zewnątrz. Kotka też miała garbaty nosek oraz wielkie uszy tak jak jej bracia i mama. Nie podniosła na niego wzroku, kiedy podszedł bliżej. Zachował kulturalny odstęp i wyciągnął szyję, by dojrzeć skryty pyszczek młodszej.
— Hej — zaczął ostrożnie. — Wszystko w porządku?
Odpowiedziało mu niemrawe poruszenie się.
— Ummm… przypomnisz mi swoje imię? — Podrapał się po karku. — Totalnie mi wyleciało, jestem całkiem zapominalski, jeśli o to chodzi… Ja jestem Zwinek!
Wciąż cisza. Zwinek nie był do tego przyzwyczajony, toteż nie do końca wiedział, jak powinien obchodzić się z kotką. Pomyślał więc, że po prostu będzie kontynuować w nadziei, iż ona nie była głucha i nie gadał na marne.
— Hmm — mruknął cicho. Po chwili wpadł na super pomysł na zaczepienie kotki. — Masz prześliczne futro! Jest takie niecodzienne, ciekawe jak powstał na nim taki wzór? — Chwila ciszy z jego strony. — Czy oczy również masz takie piękne?
Komplementy! Przecież wszystkie samice kochały pochwały, zwłaszcza swojego wyglądu, o który zazwyczaj bardzo dbały.
Czekał teraz, nie wiedząc zbytnio na co, ale w nadziei na odpowiedź.

<Kostko? Szybko nim Twoja matka wróci i mnie wykopie>

Od Wrotyczu

Przed narodzinami kociąt Poinsecji

Świat wywrócił się do góry łapami - może nie z dnia na dzień, lecz wystarczyło, żeby zachwiać codzienność uczennicy. Widziała oznaki; słyszała plotki. Gdzieś w środku czuła, że coś się zbliżało. A mimo to, uparcie temu zaprzeczała, nie dopuszczała do głowy tego, co nadchodziło.
Rosnący brzuch jej mentorki sprawiał, że czuła niepokój. Widziała ich relacje; przypatrywała się temu wszystkiemu z daleka. Przestała być ważna. Przestała być potrzebna. Blask surowych ślepi Poinsecji sprawiał, że czuła zbierające się łzy. Rutyna ich codziennych treningów została przerwana na nieokreślony czas. Wrotycz nie była gotowa na rozwój sytuacji. Żaden z jej scenariuszy tego nie przewidywał.
Pogrążona w tym smutku, jedynie uświadamiała sobie, jak samotna była w tej społeczności. Miała ją i tylko ona dla niej się liczyła. Teraz już jej nie było przy niej. Wybrała jego. Porzuciła ją - całe życie jedynie ją porzucali. Była wiecznie niechciana i zbędna. Wbiła pazury, w drżącą wraz z nią, gałąź drzewa. Świat stawał się szary. Pusty. Podobnie zresztą jak ona.
Znów była pusta.
— Wrotycz — męski głos dotarł do jej uszu.
Odwróciła się, by jedynie potwierdzić swoje podejrzenia. Kremowy kocur wpatrywał się w nią z widocznym niezadowoleniem. Położyła po sobie uszy, licząc, że to załagodzi sytuację.
— Powinnaś poważniej to potraktować. W twoim wieku to wstyd wciąż być uczniem — mruknął, unosząc ogon do góry.
Wrotycz skierowała wzrok na własne łapy. Nie zamierzała wątpić w słowa kocura, w Owocowym Lesie byli młodsi od niej wojownicy i czuła, że odstawała na tle pozostałych.
— Ciesz się, że Czereśnia ma takie miękkie serce — dodał ciszej. — Ja nie zamierzam się tak ośmieszać i bawić się z tobą jak Poinsecja. Potrafisz się wspinać po drzewach? Tropić i odróżniać zwierzynę? — widząc jak kręci łbem, westchnął zirytowany. — To, czego ty się uczyłaś przez ten cały czas? Nieważne, nie chcę tego słuchać. Właź na to drzewo. Jak tu wrócę, chcę cię widzieć na tamtej gałęzi.
Uczennica zadrżała, spoglądając na jedną z wyższych gałęzi. Spojrzała zrozpaczonym wzrokiem na mentora, lecz ten nie zdawał się tym przejmować. Może i nawet był w pewien sposób tym rozbawiony.
Wbiła pazury w konar, próbując przypomnieć sobie słowa Poinsecji, lecz na samą myśl o kotce, czuła jak zbiera się w niej żal. Smutek pomieszany z tęsknotą za nią. Może i drobna złość - wybrała Koniczynka. Zostawiła ją samą, mimo wszystkich słów i zapewnień, jakimi wcześniej ją karmiła.
— Płacząc nad drzewem, nie sprawisz, że dostaniesz się na jego szczyt — usłyszała kpiący komentarz.
Trzepnęła ogonem, starając się odgonić od siebie wszystkie buzujące w niej emocje. Wyciągnęła łapę przed siebie i wbiła pazury w korę. Raz za razem, coraz bardziej dysząc, znajdowała się wyżej. Chociaż nieco, lecz jeden nieostrożny ruch sprawił, że straciła przyczepność. Stóg śniegu przyjął ją chłodno w swe ramiona. Nieprzyjemne uczucie zimna, szybko ją oprzytomniało. Podniosła się, lekko obolała, i zabrała się za kolejną próbę. I kolejną. W pewnym momencie nie liczyła już upadków, które przy narastającej frustracji stawały się coraz częstsze.
W pewnym momencie osiągnęła cel. Cała poobijana, zmarznięta i wyczerpana. Po Lenie jednakże nie było śladu. Widoczne z drzewa kroki kocura znikały gdzieś za krzakami jeżyn. Nie wiedziała, co teraz powinna zrobić. Niepewność czy mentor uwierzy jej na słowo, nasilała się, gdy tylko myślała o nowym nauczycielu. Więc została na gałęzi. Skulona i oprószona śniegiem. Czekała.

[530 słów + wspinaczka na drzewa]

23 października 2026

Nowy Członek Klanu Gwiazdy!


LŚNIĄCA IKRA

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Starość

Odszedł do Klanu Gwiazdy!

Od Żywicznej Kropli do Połyskliwego Koguta

Poza typowymi polowaniami, odbywaniem patroli granicznych i dbaniem o porządek w obozie na niektórych wojowników Klanu Burzy czekał jeszcze jeden obowiązek, znacznie bardziej żmudny i mniej wdzięczny od pozostałych. Pełnienie warty przy więźniach wymagało skupienia i siły, choć skazani, przynajmniej z perspektywy Żywicy, zdawali się już na tyle pogodzeni ze swoim losem, że nie planowali żadnych kolejnych przewrotów. W końcu liczba przewinień, których się dopuścili, dawno przekroczyła tę, jaką można było przypisać przyzwoitemu członkowi klanu.
Początkowo nie sądziła, że w ogóle zostanie przydzielona do tego zadania, biorąc pod uwagę jej niewielkie doświadczenie i niepozorną posturę. Śpiewający Raniuszek uchodziła jednak za kotkę, która nie dawała sobie w kaszę dmuchać, dlatego po dłuższej rozmowie i namyśle zaproponowano, by ruda dla wprawy towarzyszyła koleżance podczas warty. Szylkretce tak naprawdę dopiero co przeszedł niezrozumiały dla Żywicy foch. Nadal nie potrafiła odgadnąć, z jakiego powodu Raniuch się na nią dotychczas gniewała.
— Tak właściwie jestem tu bezużyteczna, sama dałabyś radę ich pilnować — zauważyła Żywica, mając z tyłu głowy, że do tego rodzaju obowiązków często wyznaczano tylko jednego kota. Po obozie cały czas ktoś się kręcił, więc gdyby w pobliżu więziennego legowiska wydarzyło się coś niepokojącego, z pewnością szybko zwrócono by na to uwagę.
— Nie marudź, dotrzymasz mi chociaż towarzystwa — odparła Raniuszek, spoglądając z ukosa w stronę wnętrza legowiska więźniów. Jej jaśniejsza część pyszczka wykrzywiła się w wyrazie jawnego obrzydzenia.
Żywica zastanawiała się czasem, czy w innych klanach odsetek przestępców był równie wysoki jak u nich, a może i jakimś cudem nawet większy. Z przeróżnych opowieści, którymi straszono ją za kociaka, zdążyła wywnioskować, że w tym klanie już od dawna znajdowało się wiele jednostek o wątpliwej moralności. Przymykanie oka na ich przewinienia prędzej czy później prowadziło zaś do tragicznych konsekwencji, nierzadko kończących się rozlewem krwi.
Nigdy nie lubiła nawet mijać tego miejsca. Może tylko sobie to wmawiała, a może było to zaledwie wytworem jej przewrażliwienia, jednak woń unosząca się w tej okolicy zdawała się niemal ją dusić, wywołując przy tym nagły, trudny do wyjaśnienia niepokój. Nie potrafiła wskazać konkretnego powodu swojego dyskomfortu, a mimo to za każdym razem, gdy znajdowała się w pobliżu, miała ochotę jak najszybciej się oddalić.
Otrząsnęła się z nieprzyjemnych myśli, wyprostowała i ponownie zerknęła na Raniuszek.
— Co masz później w planach? — zagadnęła.
— W jakim sensie później?
— Po warcie — doprecyzowała ruda. — Może chciałabyś pójść rozprostować kości? Nie wiem, ile zdołam tu usiedzieć... — mruknęła.
Bardziej niż sam bezruch doskwierał jej długi brak dostępu do światła. Przywykła do swobodnego poruszania się po otwartych terenach, a siedzenie w jednym miejscu, z dala od słońca i świeżego powietrza, szybko zaczynało ją męczyć.
Nie, żeby miała na co marudzić, patrząc na los tych, którzy obecnie znajdowali się za jej plecami.
Śpiewający Raniuszek parsknęła krótkim śmiechem.
— Dopiero co zaczęłyśmy, ale jasne, czemu nie — odparła, brzmiąc nawet na całkiem zadowoloną z propozycji.
Żywiczna Kropla odrobinę się rozluźniła i wygodniej rozsiadła na swoim miejscu, pozwalając spojrzeniu swobodnie wędrować po otoczeniu. Gdy wykonywane zadanie nie wymagało od niej większego skupienia, często nachodził ją natłok myśli.
Przyglądając się obecnemu składowi więźniów, mogła jedynie próbować odgadnąć, co kryło się w ich głowach. Były to jednak rozważania dość jałowe, ponieważ z perspektywy jej własnego, wyższego poczucia moralności, trudno było jej znaleźć jakiekolwiek powody, dla których kot miałby dopuścić się morderstwa, nie licząc obrony własnej bądź słabszych od siebie.
Sama myśl o pozbawieniu kogoś życia budziła w niej obrzydzenie, odpychała ją i wywoływała delikatny dreszcz przebiegający pod skórą. Zawiść, zazdrość, urażona duma... Czy to właśnie te przyziemne uczucia potrafiły popchnąć kogoś do czynów, których nie dało się już cofnąć? Z pewnością nie były to cechy, które pochwalałby Klan Gwiazdy.
W końcu jej spojrzenie zatrzymało się na charakterystycznie rudym futrze, należącym do kocura, którego imię w ostatnim czasie coraz częściej przewijało się w rozmowach wojowników. Połyskliwy Kogut dopuścił się otrucia własnej matki, współpracując przy tym z Łzawą Łapą. Fakt, że zamordowana kotka sama wcześniej była więźniem, dodawał całej sprawie absurdu.
Czasami do myśli Żywicznej Kropli wracało to, co zza młodu wydawało jej się nie do końca zrozumiałe i zdawało się wynikać z prywatnych konfliktów dwóch kotek, aniżeli czegoś poważniejszego. Jej zmarła już babcia, Ognista Piękność, zawsze spoglądała z niesmakiem na Sójczy Błękit i każdego z jej potomków. Z tego powodu też Ostatni Pożar zabraniała Żywicy i Bursztynowi utrzymywać kontakty z kimkolwiek spokrewnionym z Sójką. Jeśli otruta Rudzikowe Skrzydełko rzeczywiście należała do tej części rodziny, może faktycznie było w nich coś przeklętego?
Taki wniosek szybko jednak tracił sens, gdy Żywica brała pod uwagę Oskrzydlonego Ognika, któremu ufała bezgranicznie, oraz Skrzydlatą Płomykówkę, która zdobyła szacunek lidera i objęła stanowisko zastępczyni. Ponadto sama siostra osadzonego, Zwisająca Perłówka, wydawała się sumienną i prawą wojowniczką. Na ile ich zachowanie było jedynie pozorem, a na ile to Żywica pozwalała, by rodzinna nieufność i dawne uprzedzenia wpływały na jej osąd?
Gdyby zaczęła z takiego powodu żywić urazę, oznaczałoby to, że wierzy w słowa matki. Tej samej matki, która ostatecznie wybrała inne kocięta, jakby ona i Bursztyn byli jedynie starym mchem zalegającym w legowisku.
Wymagali wymiany.
W obliczu tego wszystkie zrodziła jej się pewna zagwozdka, choć nie była pewna, czy powinna robić cokolwiek w celu jej rozgryzienia. Pomimo niechęci wobec matki, nigdy by jej nie skrzywdziła. I z tego powodu nagle, jakby wbrew sobie, zapragnęła pojąć, co działo się w umyśle Połyskliwego Koguta. 
— Śpiewko, ja wiem, że to, co teraz powiem, będzie brzmiało nierozsądnie i bezsensownie, ale myślisz, że mogłabym porozmawiać z... — zawahała się, sama nie dowierzając, do czego zmierza. — Połyskliwym Kogutem?
Raniuszek spojrzała na nią tak, jakby Żywica właśnie oznajmiła jej, że kogoś zamordowała.
— W jakim celu? To znaczy, wiesz, nic nie stoi na przeszkodzie, jeśli odczuwasz taką potrzebę, ale... może i nie jesteś już fizycznie małym kociakiem, ale móżdżek chyba nadal masz równie mały co wtedy...
Żywica lekko zachłysnęła się powietrzem, starając się nie okazać urażenia.
— Nie jestem naiwna, nie łudzę się o cokolwiek dobrego. Nawet nie sądzę, że to wszystko ma jakieś drugie dno i nie zamierzam słuchać żadnych wyjaśnień. Po prostu chcę o coś zapytać.
Śpiewający Raniuszek wciąż nie wyglądała na przekonaną. Jej spojrzenie mówiło wyraźnie, że uważała cały pomysł za co najmniej niedorzeczny, ale najwyraźniej nie zamierzała próbować odwieść Żywicy od jej zamiarów. Właściwie z każdą chwilą zdawała się mieć coraz bardziej gdzieś, co poczyni ruda.
— Mhm. Dla niego nie ma już jakiegokolwiek ratunku, ale rób co chcesz. Będę tu. Krzycz w razie czego.
Żywiczna Kropla lekko skinęła głową. Dotąd z Kogutem nie zamienili ze sobą więcej niż kilku przypadkowych słów. Nie mogła powiedzieć, że dobrze go znała, nie wiedziała, jaki był naprawdę. Jego dalszy los w Klanie Burzy zdawał się niepewny, a okazja do rozmowy z nim mogła się już nie powtórzyć. Nie uważała, że jakiekolwiek, odległe więzy krwi, które ich łączyły, mogły mieć wpływ na jej ruch.
Ciekawość bywała zgubna właśnie dlatego, że rzadko pozwalała kotu rozsądnie ocenić, kiedy lepiej odpuścić.
Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w rudego kocura, próbując zdecydować, czy powinna dać sobie spokój. Nie zdawała sobie sprawy, jak długo to robi, dopóki Połyskliwy Kogut nie poruszył uszami i nie skierował pyska w jej stronę. Jego spojrzenie spotkało się z jej wzrokiem. Odwrócenie głowy w tej chwili byłoby jednak jeszcze bardziej podejrzane.
Postąpiła o te parę kroków bliżej. Kocur zdawał się być nieco zdezorientowany. Być może domyślił się, że stał się tematem rozmowy. Albo nawet ją słyszał. 
W końcu odezwał się spokojnie, bez cienia złości czy wyraźnej niechęci.
— Coś się stało?
Żywica zamrugała, dopiero teraz uświadamiając sobie, że właściwie nie przygotowała sobie żadnego początku tej rozmowy.
— Nie, to znaczy... — zaczęła, po czym urwała, zirytowana własnym niezdecydowaniem. Poruszyła końcówką ogona i zmusiła się, by nie uciekać spojrzeniem. — Jak... Jak się trzymasz? 
Wypadało zacząć łagodnie, jeśli rzeczywiście chciała wyciągnąć jakiekolwiek konkrety. 

<Kogucie?> 

Wierzba urodziła!

Śniący Obserwator przyprowadził do Klanu Burzy słabą, ciężarną kocicę, która po paru wschodach słońca wydała na świat dwójkę kociąt. 




Od Wilczego Skowytu CD. Koszmaru

Przeszłość

Kocur, słysząc słowa kociaka, podrapał się po głowie, po czym ciężko westchnął. — Masz rację, przepraszam, Koszmarze. Nie powinienem był się tak do Ciebie odzywać. Mam nadzieję, że rozumiesz. Ciężki dzień miałem. — Uśmiechnął się lekko do kociaka. Rzeczywiście nie powinien był od razu tak ostro do niego wyskakiwać. — Mam nadzieję, że taki szanowany wojownik jak ty mi wybaczy! — Wystawił lekko łapę do przodu, mając nadzieję, że bury kociak mu przybije piątkę.
Kociak z udawaną arogancją przybił piątkę i siadł elegancko naprzeciwko wojownika.
— Może taki dzielny wojownik jak ty pokaże mi, jak się walczy? — mruknął, po czym zamrugał brązowymi oczyma. Może i bawił się trochę z kociakiem i próbował go denerwować swoimi słowami, ale chyba mu to nie wychodziło i do dzieci miał wyjątkowy talent.
— A ty umiesz? — zaśmiał się lekko kociak na słowa czekoladowego. Wilczy Skowyt mu przytaknął i po chwili odpowiedział:
— Oczywiście, że umiem! Taki wojownik jak ja musi umieć walczyć! — Uśmiechnął się, po czym wypiął dumnie pierś.
Kociakowi oczy rozbłysnęły na słowa wojownika.
— To pokaż!
Zaśmiał się bardziej słodko, niż chciał.
— Pokazałbym ci, gdybyś był starszy. Gdy jesteś w takim wieku, jest to niebezpieczne — czekoladowy kocur mruknął z mniejszym entuzjazmem, nie chciał zasmucić kociaka, ale czasami trzeba było. Nie mógł pokazać małemu kociakowi przecież, jak się walczyło, bo jeszcze by mu zrobił krzywdę. — Jakby twoja mama zobaczyła, że „walczyłem’’… a raczej cię atakowałem, to zrobiłaby ze mnie pokarm dla wron.

<Koszmarku?>

Od Kaczorka do Komosy

Pomiędzy żłobkiem a mównicą, rozciągała się przestrzeń zajmująca około minuty do przejścia w szybkim tempie, gdy było się typowego rozmiaru kociakiem, jak Kaczorek. Jeśli chciałeś dotrzeć zaraz pod wcześniej wskazany punkt, miałeś dużą szansę na odbycie jakiejś rozmowy, jednak jeśli pobiegłeś w tamto miejsce, pewność była stuprocentowa, gdyż ktoś zapyta cię o twoje wyczyniania. Takie obliczenia przynajmniej wychodziły z logiki kocurka, który rozważał wielkość całego świata. Czy byłby w stanie w całym swoim życiu przejść przez całą jego długość? A może nawet parokrotnie? Ile rozmów musiałby odbyć, aby to osiągnąć? Teoretycznie mógłby kogoś zapytać, ale czuł, że uznają to za bardzo głupiutkie pytanie. Nie chciał wyjść na durnia!
Dlatego zmagał się z poszukiwaniem odpowiedzi sam, na swój sposób. Zdecydował się nawet na opuszczenie przeznaczonego mu legowiska, gdy jego mama zniknęła, aby odpocząć trochę od natłoku kociąt, obiecując im przysłanie opiekuna - który się nie pojawił. Wtedy to zdecydował sprawdzić swoje umiejętności skradania się, które nabył po paru zabawach z nim związanych, i przekradł się do otworu prowadzącego w ogromny, otwierający się przed nim świat. Wodospad nie spływał przez mroźną pogodę. Natomiast jeśli już jakaś kropelka z topiącego się lodu kierowała się w dół, nie trafiła na niego, więc nie przekonał się na razie do możliwych nieprzyjemności związanych z takim wyglądaniem na zewnętrze. Pozostawał bardzo ciekawy, zresztą pewnie jak każdy malec. Ponadto błogo nieświadomy.
On jednak trzymał w sobie ogromne pokłady tej całej ciekawości pomieszanej z niechęcią do zadawania pytań. Czuł potrzebę sprawdzenia samemu. Chciał postawić tam łapę sam oraz nie musieć zabiegać o uwagę kota, który możliwie pomyśli o nim jedynie negatywnie. Naprawdę cenił sobie reputację bardziej niż chęć posiadania tej wiedzy. Chociaż granica była cienka! Aż wyjrzał przez ramię, zastanawiając się, czy pytanie musiało być takim złym pomysłem. Niemniej, nie złapał kontaktu wzrokowego z żadnym obecnym w obozie kotem. Uznawszy to za znak, iż nie warto zajmować się pytaniem, przysunął się jeszcze bliżej do krawędzi.
Oczyma pojmował cały horyzont w możliwym zasięgu, lecz był pewien, że ląd biegł dużo dalej niż to, co może zobaczyć z tej perspektywy. Bezmyślnie podniósł się na łapach, próbując tym samym zobaczyć, chociażby zarysek dalszych terenów. Na jego nieszczęście, nie dostrzegł niczego, co mogłoby być odkryciem, ponieważ byłoby niemożliwe, chociażby dla dorosłego, a co dopiero młodziaka. Widział wyłącznie to, o czym mówiła mu mama i starsi - kawałek dalej lśniły w słońcu Pory Nagich Drzew wody bezkresnego morza; wyspa, której nazwa wypadła mu z głowy, piętrzyła się niedaleko; kawałek dróżki rysował się w oddali niczym obietnica. Znał te historie, ale nie mógł oprzeć się chęci przeżycia na własnej skórze tego, o czym opowiadały - dotknięcia wody, zasmakowania powietrza, no i przede wszystkim poczucia zapachu pozwalającego zapamiętać.
Ni stąd, ni zowąd, okropne zimno uderzyło go prosto w czubek głowy! Zachwiał się na łapach i aż musiał przywrzeć do gruntu w strachu, że poleci w przód oraz roztrzaska się na skalnych elementach. Najpierw czuł się głupkowato, wtem obok niego pojawił się inny kot. Po przyjemnym aromacie przychodzącym razem z nim, mimo oszołomienia, poznał go od razu. To Komosa dostąpił do jego boku, z piskiem:
— Hej, Kaczorku! — nim jego pysk opuściły kolejne słowa, on też niemal doświadczył przyprawiającego o dreszcze prysznica. Zaskoczony odgłos wyrwał mu się z gardła i rudawy brat natychmiast zobaczył, jak chciał skoczyć do przodu w ucieczce przed uczuciem. Pomysł na zaradzenie wypadkowi wpadł mu do łebka od razu, bo nie mógł pozwolić kotu ot, tak spaść. Do zapobiegania musiał działać z zawodową szybkością. Czym prędzej ustał na jego tylną łapę, gdyż ogon miał zbyt krótki.
Tak, spotkało się to tym razem z sykiem bólu. Decyzja jednak była z perspektywy pręguska zupełnie uzasadniona i pozwoliła przytrzymać tamtego przed jakimkolwiek ruchem, choć potem odskoczył w tył z prędkością światła. Widać było oburzenie w jego mince.
— To nie było miłe! — zaprotestował głośno.
— Proszę, troszkę ciszej! — powiedział przesadnie miło. — Ktoś usłyszy i każe nam wracać do żłobka albo naskarży mamie! — Myśl o rodzicielce dowiadującej się o niebezpiecznej sytuacji sprawiła, że młodego przebiegł dreszcz. Koteczka martwiła się już wystarczająco na co dzień bez podobnych wieści… to popchnęło go do decyzji o przyłożeniu łapki do pyszczka towarzysza zaczynającego wylewny monolog. Trzeba przyznać, iż działał naprawdę sprawnie, a do tego sprytnie. Aczkolwiek rozejrzał się dookoła nieco nieporadnie. Nie wiedział czego szukać w otoczeniu, które jakimś cudem zdawało się jedynie w ciszy obserwować poczynania dwójki. Nie chciał dopuścić kogokolwiek do podejścia za blisko, więc aby uniknąć takiej sytuacji, zdecydował się działać czym prędzej, jak najbardziej sprawnie.
— Wielkie dzięki… nie mogłeś zrobić nic lepszego niż zdeptać mi łapę, a potem przytknąć mi tą — zająknął się tamten. — Tą… tą swoją… — próbował sklecić w emocjach zdanie, co szło mu opornie. Kaczorek czekał bez zważania na problemy, widział już oczami wyobraźni podchodzącego do nich wojownika. — Przytknąć mi tą swoją futrzastą łapę prosto do buzi?! — rzucił ostatecznie urażony kocur. Gdy mógł przestać myśleć o poprawnej budowie wypowiedzi, naburmuszył się.
Kaczorek nie był najlepszy w socjalnych interakcjach, zwłaszcza tych pospiesznych, dlatego uśmiechnął się niezręcznie. — Przepraszam — był szczery i w wygłosie słowa zachowywał tą sztywną, zwyczajową dla niego uprzejmość. Aż dziwne, iż odnosił się do brata w ten sposób, jednak nie mógł inaczej, i nie miał czasu o tym rozmyślać. — Przecież wiesz, że nie chciałem... no ale chodźmy stąd. Już się na nas patrzą. — Nerwowość wstępowała w jego ciało, zabierając ekscytację.

<Przecież wiesz, że nie chciałem. Komoso?>

Od Cisowej Łapy CD. Dymówkowej Łapy

Kotka lekko zesztywniała, niepewna co powiedzieć.
– Jest Ci przykro, bo zabiłaś kraba? – zapytała cicho. Niebieska kiwnęła głową, pociągając nosem.
– Biedne stworzonko! Jak mogłam je tak pozbawić życia... – jęknęła jej siostra. Ciska poczuła się jeszcze gorzej, gdy dostrzegła, że coraz więcej uczniów w legowisku zaczynało się na nie patrzeć.
– Myślę, że krab nie zdążył mieć ci tego za złe – mruknęła, by uspokoić Dymówkową Łapę.
– Ale i tak to zrobiłam! Pozbawiłam życia niewinne zwierzątko! Jak ja w ogóle mogłam? – lamentowała dalej niebieska uczennica. Kolejni uczniowie zaczęli zwracać na nie uwagę. Cis położyła lekko uszy, czując się niekomfortowo, tak obserwowana.
– Wszystko będzie dobrze – miauknęła cicho do siostry, modląc się w duchu, by wszyscy przestali się na nie patrzeć.

***

Parę dni później

– Dziś wybierzemy się na wspólne polowanie – oznajmiła Psotny Nietoperz, patrząc ciepło na córki. – Rozkwitający Aster jest teraz zajęta i pozwoliła mi wziąć cię z nami – zwróciła się do niebieskiej kotki. Dymówkowa Łapa kiwnęła łebkiem i przestała ugniatać swój ogon, wstając. Cis już była na łapach, czekając, aż jej matka razem z siostrą się zbiorą. Po chwili wszystkie kotki były gotowe i wyszły z obozu. Pora Nagich Drzew nie była w tym sezonie łaskawa, przyprószając śniegiem całą ziemię, a lodem pokrywając strumienie. Idąc, Dymówka otarła się o ich matkę. Nie chcąc być gorsza, Cisowa Łapa również to zrobiła.
– I co tam u was? W porządku? Nie muszę nikomu wkładać do posłania cierni? – mruknęła Psotny Nietoperz ciepło, w stronę swoich córek.
– U mnie wszystko w porządku, nikt mnie nie zaczepia – mruknęła młodszą z czarnofutrych kotek.
– A u ciebie, Dymówko? Nikt cię nie zaczepia? – dopytywała się ich matka.

<Dymówkowa Łapo? Żaden starszy uczeń cię nie zaczepia?>
[263 słowa]

Od Zamroczonej Łapy do Dymówkowej Łapy

Przeszłość, początek Pory Opadających Liści

Cętkowany Tęgosz zabrał Zamroczoną Łapę na trening, mając zamiar pokazać jej kilka częstszych i tych rzadziej używanych technik walki, przy czym miała nadzieję, że dobrze jej pójdzie.
Kotka przybrała pozycję obronną z tak wielkim jak głaz wysiłkiem.
– W ten sposób? – zapytała.
– Nie do końca – wymamrotał Cętkowany Tęgosz. – Powinnaś jeszcze nad tym popracować. O tak, widzisz? – Przybrał zawadiacką minę, przypadając do ziemi.
– Dobrze, spróbuję – odparła i włożyła mnóstwo siły w odpowiednie rozłożenie ciężaru ciała na wszystkie cztery łapy. – No, i jak mi poszło?
– Było lepiej niż wcześniej, ale wciąż musisz trochę poćwiczyć, żeby nabrać wprawy.
Brązowa kotka pokiwała głową. Starała się doskonalić te umiejętności w kółko, co przyprawiało ją o ból głowy. Mentor stał obok niej i bacznie obserwował swoją uczennicę, ale po jakimś czasie przestała zwracać uwagę na kuzyna.
Nagle futro stanęło jej dęba, gdy tylko usłyszała cichy trzask gałązki.
Odwróciła się. Dostrzegła naskakującego na nią z powietrza Cętkowanego Tęgosza. Uchyliła się, ale unik nie był wystarczająco szybki i po wylądowaniu kot zdążył przycisnąć ją do wilgotnej trawy. Zamroczona Łapa wymierzyła cios w jego oczy, aż była w stanie wyturlać się spod ciężaru rudego kocura.
,,Przynajmniej nie użył pazurów przy ataku", doszła do wniosku.
Uniosła czujnie łapę, a kiedy się uspokoiła, spojrzała na niego ze zdziwieniem. Widząc to, kuzyn tylko zastrzygł uszami, ale nie usłyszała wyjaśnienia.
– Zabrakło ci refleksu – oznajmił. – Ale to nie znaczy, że nie poszło ci dobrze, gdy doskoczyłem do ciebie. Jeśli chcesz lepiej się bronić, następnym razem spróbuj uniknąć ataku w momencie, gdy twoje uszy usłyszą szmer albo nos wyczuje zapach. – To przywołało jej coś na myśl.
– Czyli specjalnie nadepnąłeś na ten patyk, żeby sprawdzić, czy zareaguję od razu? – zapytała.
Wyglądało na to, że miała rację, a jeśli nie, to Cętkowany Tęgosz nie dał tego po sobie poznać.
– Dokładnie – odrzekł z pewnością siebie.
Zamroczona Łapa ciągle była przytłoczona sytuacją, bo była dla niej dezorientująca, a serce wciąż łomotało. Mimo tego z chęcią oraz zapałem wróciła do treningu.

***

Teraźniejszość

Zamroczona Łapa obwąchała krzak przy granicy Klanu Wilka i Klanu Klifu, myśląc o tym, że patrolowanie terenów było niepodważalnie nudnym zajęciem. Po chwili jednak skrytykowała w duchu samą siebie, że się nie przykładała, więc zaczęła szybciej węszyć, zostawiać zapach w okolicy i próbowała bardziej się skupić.
Kiedy patrol znalazł się na niewielkim kawałku połaci Czarnych Gniazd, dowodzący nim Krucze Pióro zaczął spoglądać na boki.
– Czuję patrol Klanu Klifu – wymamrotał spokojnie.
– Będziemy z nimi walczyć? – Chciała się dowiedzieć czekoladowa kotka.
Cętkowany Tęgosz, który stał obok, skrzywił się i, usłyszawszy jej pytanie, odparł:
– Raczej nie będzie takiej potrzeby.
Wtedy koty z drugiego klanu zbliżyły się bardziej do granicy, a wśród nich było dokładnie pięciu członków patrolu.
Nagle jedna wojowniczka podeszła bliżej, po czym zatrzymała wzrok na drugim klanie.
– Dlaczego się tutaj kręcicie? – zapytała nieznajoma.
Krucze Pióro warknął, widocznie urażony.
– Jesteśmy na patrolu, a co, nie możemy?
– Oczywiście, że możecie, tylko podeszliście blisko. I obawialiśmy się, że macie jakiś cel – powiedziała prowokacyjnie wojowniczka.
Po chwili dało się usłyszeć głośny komunikat Bzyczącej Łapy:
– Tam jest ryjówka!
Kocurek skoczył do przodu, goniąc ofiarę. Kiedy ją złapał, trzymając ją w zębach, uniósł z dumą zdobycz.
– Och, Bzycząca Łapo – zdenerwowała się.
– O co chodzi? – zapytał kolega.
Zamroczona Łapa wskazała mu ogonem to, co było za nim. Spojrzał on tam, a potem na nią wzrokiem pełnym oszołomienia i przerażenia. Mógł im narobić kłopotów! Bzycząca Łapa stał na terytorium Klanu Klifu.
– Cały patrol do ataku! – rozkazał kremowy dymny kocur, ale spanikowana uczennica z tego samego klanu stanęła pomiędzy swoimi pobratymcami i patrolem Klanu Wilka. Wyglądała na zapewne trochę młodszą od Zamroczonej Łapy. Starannie dobierając słowa, próbowała przekonać resztę do pokojowego rozwiązania. Mimo jej starań i tak doszło do potyczki.
Jedna kotka zaciekle zaatakowała Cętkowanego Tęgosza, za to Bzycząca Łapa bronił się przed wojownikiem, który dość brawurowo z nim walczył.
Zamroczona Łapa też chciała pomóc, ale nie wiedziała, z kim miała stoczyć pojedynek. Po chwili się okazało, że tylko niebieska uczennica nie zajmowała się walką.
Zawahała się na ułamek sekundy. Atak nie był łatwą decyzją, choć musiała być wierna klanowi. Dobiegła więc szybko do kotki, a ona, kompletnie zdezorientowana, odskoczyła do tyłu. Zamroczona Łapa wysunęła pazury, po czym zdążyła tylko poczuć ciężar ciała przeciwniczki. Przeturlały się dalej i wróciły do dalszego walczenia.
Koteczka przypomniała sobie trening i manewr, którego się wówczas nauczyła. Odpierając napaść, pchnęła w jej oczy łapą.
Nieoczekiwanie niebieska uczennica ugryzła ją w ucho. Krew zaczęła płynąć z futra strużkami, potem pomogła jeszcze mentorowi w pokonaniu pewnego wojownika.
Walka nie trwała długo, ponieważ po jakimś czasie oba klany się wycofały. Krucze Pióro zmierzył ich patrol niedowierzającym wzrokiem.
– To była tylko ryjówka! – mruknął. – Chodźmy już może.
Gdy Zamroczona Łapa miała już odejść, na długość ogona lisa od niej zatrzymała się kotka, z którą najpierw walczyła, ale pilnowała, by nie przekraczać granicy.
Przedstawiła się jako Dymówkowa Łapa.
– Nigdy wcześniej nie brałam udziału w walce, i to jeszcze o taką błahą rzecz – powiedziała spokojnie.
– To prawda – przyznała Zamroczona Łapa i dodała z zachowaniem ostrożności: – Ja też nigdy nie brałam udziału w prawdziwej walce. To raczej było niedobre, ale nawet emocjonujące. Podoba ci się bycie uczniem? Bo szkolisz się na wojowniczkę… czy może jednak nie?

<Dymówkowa Łapo?>
[849 słów + pojedynek uczniów]

Od Zamroczonej Łapy

Wraz z upływem kolejnych dni, treningi stawały się coraz trudniejsze, co nie powodowało spadku motywacji u Zamroczonej Łapy. Kotka chciała udoskonalać swoje umiejętności, które raz po raz w sobie odkrywała.
Weszła do obozu, patrząc na ostatnie liście spadające z drzew, jednocześnie niosąc w zębach dwie zdobycze. Polowanie przypadło jej do gustu, choć nie było jej najmocniejszą stroną.
Odłożyła mysz i wiewiórkę na stertę zdobyczy i kiedy miała już odejść, zobaczyła chyboczącego się w Tęczową Łapę, idącego blisko niej.
Przywitała się, a po chwili zapytała:
– Co się stało?
Uczeń odwrócił lekko głowę i odparł:
– Nieważne.
– No dobra, nie będę wnikać – powiedziała z rezygnacją.
Tęczowa Łapa udał się w swoją stronę, zatrzymując się. Nagle odwrócił się sennie.
– Trochę mi niedobrze. Poprosisz Roztargniony Koperek o przygotowanie krwiściągu, gdy się obudzę?
– Cóż, mogę to zrobić. – Zdziwiło ją pytanie młodego kocura. Domyśliła się, że musiał zrobić coś, czego nie powinien. Tylko co? Tego nie potrafiła rozgryźć.
Przeszła obok niego i napotkała Zalotną Gwiazdę. Zawołała ją, więc przybiegła przed oblicze przywódczyni. Poprosiła Zamroczoną Łapę o posprzątanie w obozie i wydawało jej się, że musiała to posłusznie wykonać.
Niecierpliwie spojrzała, gdzie panował największy nieporządek, po czym usiadła, przesuwając resztki jedzenia i rozrzucony mech na jedną kupkę.
Całkowicie z zaskoczenia usłyszała za sobą głos Tęczowej Łapy.
– Zamroczona Łapo! – zawołał z większą energią niż wcześniej. – Co robisz?
– Dostałam zadanie posprzątania i nie chcę marudzić, ale nudzi mi się to.
– Racja, naprawdę przykre – ocenił, wydając z siebie potem krótkie ziewnięcie.
Zamroczona Łapa wyciągnęła łapy do przodu. Poprosił ją wcześniej o pójście do Roztargnionego Koperku, dlatego też postanowiła dotrzymać obietnicy.
– Poczekaj – zatrzymał ją kremowy kocur.
– O co chodzi? – Wlepiła w niego zirytowane spojrzenie.
– Zanim pójdziesz zapytać medyka, czy mogę jakoś pomóc? Sprzątanie nie wymaga wysiłku, a ja jeszcze nie czuję się do końca dobrze. Bardzo bym chciał!
,,On mówi prawdę", uznała w myślach. Wiedziała, iż jeśli nic nie zrobi w najbliższym czasie, inni członkowie klanu mogli go uznać za leniucha. A nawet nie licząc tego, przydałaby się jej pomoc.
– Jasne! – Uśmiechnęła się.
Tęczowa Łapa pokiwał głową, przystępując do pracy. Czekoladowa kotka zostawiła go i przeszła kilka kroków. Chyba polubiła Tęczową Łapę. Był entuzjastyczny i zabawny, czyli inny niż ona, mimo tego może mogli się zaprzyjaźnić. W po powietrzu wyczuła woń zwierzyny, przez którą ledwo się powstrzymała od chęci zjedzenia posiłku.

[379 słów]