Słońce przyjemnie ogrzewało jej kark, gdy zatopiła zęby w grzbiecie chudego królika. Zwierzę jeszcze przez dłuższą chwilę szamotało się pod jej łapą, usiłując wyrwać się z uścisku, lecz w końcu osłabło, a jego ruchy ustały. Żywica zacisnęła szczęki mocniej, upewniając się, że zdobycz nie zdoła już uciec, po czym podniosła ją z ziemi i zaniosła do miejsca, w którym wcześniej uzgodnili z resztą patrolu, że będą zakopywać upolowane gryzonie.
Koty rozeszły się po okolicy, oddalając się od siebie na tyle, by przeszukać większy obszar, ale wciąż pozostając w zasięgu własnego wzroku. Kameliowy Wianek łatwo było wypatrzyć między krzewami dzięki jasnej, niemal lśniącej bieli jej futra. Opadający Rumianek i Pląsająca Łapa znaleźli się najdalej od pozostałych, najwyraźniej traktując wyjście poza obóz jako kolejną okazję do treningu. Gadożerowy Pysk na chwilę zniknął jej z oczu, by zaraz wyłonić się zza pobliskiego krzewu z dwiema wiewiórkami zwisającymi z pyska. Ich rude ogony kołysały się przy każdym jego kroku, uderzając lekko o siebie nawzajem.
Żywica odwróciła się i wróciła w okolice miejsca, w którym dopadła królika. Przeszła jeszcze kilka kroków, rozglądając się za czymś większym i bardziej pulchnym, co mogłaby z dumą przynieść do obozu. Taka forma polowania wyjątkowo jej odpowiadała. Nie musiała silić się na rozmowę ani podtrzymywać niczyjego zainteresowania, a jednocześnie nie była całkiem sama, w razie niebezpieczeństwa wystarczyłoby głośniejsze zawołanie, by pozostali ruszyli jej na pomoc. Mogła skupić się na tropieniu, nie przejmując się niczym więcej.
Przykucnęła nisko, polegając przede wszystkim na wzroku. Słuch często ją zawodził, ciche szmery ginęły wśród szelestu liści, przez co nie zawsze potrafiła wychwycić obecność zwierzęcia, zanim to zdążyło się poruszyć. Oczy jeszcze do niedawna rekompensowały jej tę niedogodność, lecz ostatnia infekcja sprawiła, że widzenie w lewym oku nieco się pogorszyło. Pech chciał, że to właśnie ono pozostawało odsłonięte, podczas gdy niesforny kosmyk futra przysłaniał drugie.
Ruszyła naprzód, ciągnąc ogon po ziemi. Zostawiała za sobą wyraźny ślad, który w razie dłuższej gonitwy mógłby pomóc jej odnaleźć drogę powrotną, gdyby zanadto oddaliła się od pozostałych. Znajdowali się stosunkowo blisko granicy dzielącej ich od terenów Owocowego Lasu, a tym samym od Drogi Grzmotu, dlatego należało zachować wzmożoną czujność. Właśnie tutaj często trafiały się jednak większe kąski, prawdopodobnie uciekające na te obszary przed kotami patrolującymi pobliskie tereny.
Przesuwała spojrzeniem po kolejnych krzewach, wypatrując choćby najmniejszego ruchu. Co jakiś czas spomiędzy gałęzi zrywały się do lotu drobne ptaszyny, najpewniej zajęte poszukiwaniem pożywienia w ściółce. Żadnej z nich nie dostrzegła jednak dostatecznie wcześnie, by choćby pomyśleć o próbie schwytania. Zresztą, nie przepadała za polowaniem na wszystko, co miało skrzydła. Widok zdobyczy umykającej w ostatniej chwili w niebo był wyjątkowo irytujący, a ona nie miała ochoty tracić sił na bezskuteczne skoki.
Zatrzymała się na moment i uważnie przyjrzała terenom po drugiej stronie granicy. Przez chwilę nie działo się nic szczególnego, aż nagle między krzewami przemknęła większa, ciemna sylwetka. Nieznajomy pokonał spory kawałek terenu jednym, długim susem, a Żywica natychmiast zesztywniała, śledząc go wzrokiem. To z pewnością nie była zdobycz, którą mogłaby zanieść do obozu na kolację.
Z tej odległości jego czarne futro wydawało się matowe i pozbawione blasku. W wielu miejscach sierść była posklejana, a na łapach i bokach osiadł piasek, jakby kocur od dłuższego czasu przemierzał nieprzyjazne tereny. Żywica uniosła głowę, a wtedy ich spojrzenia się spotkały. Błękitne oczy nieznajomego przykuły jej uwagę, lecz nie na tyle, by od razu zapomnieć o zagrożeniu, jakie mógł stanowić. Instynkt podpowiadał jej, że nie było to żaden z wojowników sąsiadującego klanu, a jakiś samotnik, któremu zdarzyło podążać się Drogą Grzmotów. Ci z Owocowego Lasu nie pchaliby się bezmyślnie na ich tereny.
Przez krótką chwilę strach sparaliżował jej ciało. Rozsądek podpowiadał, by natychmiast zawrócić i powiadomić patrol o obcym kocurze kręcącym się w pobliżu granicy. Coś innego nie pozwalało jej jednak odwrócić wzroku. Serce, które wciąż boleśnie reagowało na wspomnienie brata, przypomniało jej, że to właśnie niedaleko tego miejsca po raz ostatni widziała Bursztyna.
Wyprostowała się, starając się nie zdradzić niepewności. Nie oglądała się za siebie. Gdyby ktoś z patrolu ją zauważył, mogłaby przynajmniej zapewnić, że próbowała przepędzić intruza. Nie miała jednak zamiaru odwracać się plecami do nieznajomego. Jeszcze rzuciłby się na nią z zaskoczenia i zagryzł, zanim zdążyłaby choćby pisnąć. Nie mogła przecież zginąć tak młodo. Sama myśl o tym, jak bardzo złamałoby to serce jej ojca, wystarczyła, by mocniej wbiła pazury w ziemię.
— Czego tu szukasz? — zapytała.
Jej własny głos zabrzmiał donośniej, niż się spodziewała. Zaskoczyło ją to, ale zarazem poczuła z tego powodu pewną satysfakcję.
Nieznajomy dopiero teraz zdawał się naprawdę ją dostrzec. Spojrzał w jej stronę, a następnie odezwał się cicho, bez wyraźnej zaczepki.
— Polowałem na królika, ale uciekł mi gdzieś w te okolice. Szukam swojej zguby.
Żywica nie zamierzała urządzać mu przesłuchania, by upewnić się, czy chodziło o tego samego długouchego, którego ledwo co upolowała. W duchu jednak od razu poczuła ukłucie dumy. A więc to ona była szybsza. Pierwsza dopadła skubańca i nie miała zamiaru przejmować się tym, że ktoś inny również miał na niego chrapkę.
— Już go nie znajdziesz. Sama dopiero co go złapałam, więc nie masz tu czego szukać. Dla własnego bezpieczeństwa lepiej zawróć i nie kręć się więcej w pobliżu tych terenów.
Kocur przyjrzał jej się uważnie, jakby próbował ocenić, czy naprawdę zamierza go przepędzić, czy jedynie stara się wyglądać i brzmieć groźnie. Nie przyjął jednak bojowej postawy ani nie nastroszył sierści. Po prostu skinął głową, jakby jej słowa nie stanowiły dla niego większego problemu.
— Tak? Nie wiedziałem, ale nie zamierzam sprawiać kłopotów. Do widzenia — odparł spokojnie.
Po tych słowach zwyczajnie się odwrócił i ruszył przed siebie, nie próbując nawet wdawać się w dalszą dyskusję. Jego uszy pozostawały jednak skierowane do tyłu, jakby uważnie nasłuchując, czy Żywica nie postanowi ruszyć za nim albo zaatakować go, gdy tylko straci czujność.
Kotka przez chwilę obserwowała jego oddalającą się sylwetkę, gotowa wreszcie wrócić do swoich obowiązków. Wtedy jednak dopadło ją zwątpienie.
Naprawdę sprawiał wrażenie pałętającego się tu bezmyślnie samotnika, więc co jeśli znał Bursztyna? Może był jednym z kotów, z którymi jej brat postanowił odejść i wiedział, gdzie teraz rudzielec przebywał?
Powinna była ugryźć się w język. I to porządnie. Takie rozwiązanie z pewnością byłoby rozsądniejsze niż to, na które zdecydowała się w następnej chwili.
— Poczekaj! — zawołała za odchodzącym kocurem.
Nieznajomy zatrzymał się, lecz zrobił to wyjątkowo powoli, jakby nie był przekonany, czy rzeczywiście chce reagować na jej wezwanie.
— Mnie wołasz?
Żywica niechętnie skinęła głową. Już samo przyznanie, że potrzebowała czegoś od obcego kota, budziło w niej irytację, zwłaszcza, że zaledwie kilka uderzeń serca wcześniej stanowczo kazała mu odejść.
— Dopiero co mnie przeganiałaś — zauważył.
— Mam pytanie — odpowiedziała, zerkając na moment za plecy. Upewniła się, że w pobliżu nie widać nikogo z patrolu, po czym ponownie skupiła wzrok na czarnym. — Czy... znasz może takiego rudego... ciemnorudego, kocura? Ma zielone oczy w kolorze... — Urwała, szukając odpowiedniego określenia. Nie chciała wypowiedzieć imienia Bursztyna, jakby samo jego przywołanie mogło zdradzić obcemu coś, czego nie powinien wiedzieć. Zresztą, opisanie brata wprost byłoby znacznie prostsze, gdyby nie jego szczególna cecha, którą Żywica zdążyła już uznać za idealny sposób na wbicie mu pazura, nawet pod jego nieobecność. — W kolorze gila, który ciągle wystaje mu z nosa — dokończyła. — To bardzo charakterystyczna cecha jego wyglądu.
Czarny kocur wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę z niedowierzaniem. Żywica niemal mogła sobie wyobrazić, jak próbuje zdecydować, czy właśnie usłyszał najdziwniejszy opis w swoim życiu, czy też ma do czynienia z kimś, kto celowo robi sobie z niego żarty. W końcu nieznajomy lekko odchrząknął i rozejrzał się na boki.
— Co będę miał z tego, że udzielę ci odpowiedzi? — zapytał.
Żywica zacisnęła szczęki, czując, jak jej cierpliwość zaczyna się kurczyć. Oczywiście. Dlaczego miałby po prostu odpowiedzieć na zwykłe pytanie? Najwyraźniej nawet rozmowa z samotnikiem musiała wiązać się z jakimś targowaniem.
— Dobry uczynek na sumieniu — stwierdziła sucho.
— Mało kuszące, ale sprzyja mi dzisiaj dobry humor, więc mogę cię oświecić — oznajmił, przytakując lekko głową. — Wiele kotów przewinęło mi się przed oczami, a wśród nich niejeden rudy. Nie zwracałem szczególnej uwagi na to, czy coś dyndało im z nosa — dodał z wyraźnym niesmakiem. — Niewykluczone, że spotkałem kogoś takiego, jak opisujesz, ale mogło to być na tyle dawno temu, że zupełnie wyleciało mi z pamięci.
Żywica westchnęła i przewróciła oczami. Trudno było o bardziej bezużyteczną odpowiedź. Cała ta wymiana zdań nie przyniosła jej niczego poza irytacją i przypomnieniem, że Bursztyn wciąż pozostawał gdzieś daleko, poza jej zasięgiem. Strzepnęła ogonem, próbując ukryć rozczarowanie pod pozorem obojętności.
— Dzięki za chęci — wydusiła z siebie. — Na przyszłość lepiej uważaj, kiedy zapuszczasz się w te okolice. Te tereny należą do Klanu Burzy, a nie każdy będzie dla ciebie tak miły jak ja.
Samotnik przekrzywił lekko głowę. Na jego pysku pojawił się wyraz szczerego zdumienia, jakby właśnie usłyszał coś, czego zupełnie się nie spodziewał.
— To ty byłaś miła? — zapytał. — W takim razie rzeczywiście strach poznawać innych...
Żywica parsknęła, choć trudno było uznać to za oznakę prawdziwego rozbawienia. Bardziej przypominało to krótkie prychniecie, w którym irytacja mieszała się z niechętnym uznaniem, że obcy potrafił odpowiedzieć jej złośliwością na złośliwość. Nie zamierzała jednak dać mu satysfakcji i ciągnąć tej rozmowy dalej.
Tego dnia nie dowiedziała się niczego, ale przecież nie był to pierwszy ani ostatni samotnik, który mógł pojawić się w pobliżu granicy. Jeśli Bursztyn rzeczywiście trzymał się teraz takich kotów, istniała szansa, że prędzej czy później natknie się na kogoś, kto będzie wiedział o nim więcej. Może następnym razem trafi na rozmówcę bardziej kompetentnego.
Z tą myślą odwróciła się i bez większego zastanowienia zrobiła kilka kroków w stronę miejsca, w którym wcześniej polowała. Dopiero po chwili przypomniała sobie o ostrożności i obejrzała się przez bark, chcąc sprawdzić, czy nieznajomy rzeczywiście odszedł. Po czarnym kocurze nie było już jednak śladu.
BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.W Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Mioty
Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)
Miot w Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)
Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)
Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)
21 października 2026
Od Gradobijącego Ciernia
Wszedł do legowiska medyka, które spowite było zapachem spalonych ziół. Zapach mocno dusił go, wręcz paląc jego nozdrza. Spojrzał na stojącego obok wejścia do legowiska wojownika, który miał go pilnować. Srebrny strzepnął ogonem, lekko poddenerwowany. Nadal czuł się bardzo ograniczony, cóż, nie dziwił się Klanowi Burzy, że mieli do niego ograniczone zaufanie. Nie zmienia to faktu, że mu się to nie podobało. Zaczął przeglądać półkę z ziołami, sprawdzając, czy jakieś jeszcze się nadają do spożycia. Może choć jedno ziółko zachowało się, nadal ma swoje właściwości lecznicze… Niestety, kocur nic nie mógł znaleźć. Zrezygnowany opadł na tyłek z sapnięciem, zwieszając uszy. Nadal jednak myślał o znalezionych w legowisku Króliczej Gwiazdy ziołach. Czy serio powinien powiedzieć o tym liderowi..? Westchnął, odwracając się do wyjścia. Razem z wojownikiem, który pilnował go akurat tego dnia, szedł już w stronę wyjścia z obozu, kierując się w stronę tymczasowego obozu, jednak akurat naprzeciw nich szedł Zawodząca Gwiazda. “Jesteś mordercą jego ojca, Gradobijący Cierniu. Nie powinieneś nawet na niego patrzeć, co dopiero się zbliżać.” Głos Pierza zadzwonił w jego uszach, na co kocur skrzywił się. Pokręcił głową, zatrzymując się. Na ten nagły ruch Cyklonowe Oko, który go pilnował, zatrzymał się również, patrząc na niego ostrożnie.
— Hej, co z tobą? — warknął do Ciernia, ale ten patrzył nadal na lidera.
— Zawodząca Gwiazdo… Możemy porozmawiać?
Od Ostatniego Pożaru CD. Zwiastunka (Zwiastującej Łapy)
Uniosła brew.
– Myszy?
– Ogony! Trzy! – jeszcze raz podkreślił z oburzeniem Zwiastunek. Ruda westchnęła ciężko. Nie miała w tej chwili siły na takie rozmowy z dziećmi. Zamiast odpowiedzieć na pytanie, po prostu wstała.
– Chodźcie, idziemy do łapkowa.
***
*niedługo po mianowaniu dzieci na uczniów*
Echo nie zamierzał przywrócić dzieciakom ich imion. Pytała to o to razem ze Złotą Wydmą, ale nie dostały pozytywnej odpowiedzi. Ona dała sobie spokój dość szybko. I tak nigdy jej w tym klanie nie słuchali, więc co miało się zmienić? Sahara za to nie dawała za wygraną. Kiedy już kolejny raz wyszła z legowiska lidera z niezadowoloną miną, teraz bardziej niż wcześniej, podeszła do niej i musnęła ją ogonem.
– Nie martw się. Dzieci dadzą sobie radę, chyba im to jakoś bardzo nie przeszkadza… Lepiej pójdź się zdrzemnąć. – zaczęła ją pocieszać. Kremowa skinęła głową i oddaliła się w kierunku legowiska wojowników. Ona za to skierowała wzrok na wracającego z treningu syna. Ten również szybko popatrzył na nią i kiedy tylko Śpiewający Raniuszek pozwoliła mu odejść, podbiegł do niej.
– Jak było na treningu? – zagadnęła.
– Okropnie! Śpiewający Raniuszek w ogóle nie rozumie mojego daru! – widząc, że Ostatni Pożar zupełnie go nie rozumiała, kontynuował. – Powiedziałem jej, że powinniśmy odbudować obóz, zamiast mieszkać w jaskiniach, a ona powiedziała, że ja nie mam w tym nic do powiedzenia! A kto będzie odbierać znaki ostrzegające przed zagładą klanu?! Co, jeżeli przez bycie pod ziemią, moje pędzelki będą rzadziej nawiązywały kontakt z gwiezdnymi?!
Popatrzyła na Zwiastującą Łapę, nie wiedząc, co powiedzieć. Gadał kompletnie od rzeczy, ale nie chciała się z młodym kłócić.
– Wiesz, to chyba zadanie medyków…
<Zwiastun?>
Od Rozbitego Księżyca CD. Nadciągającego Pomroku
Zdążył wydobrzeć w legowisku medyka, gdy w końcu nadszedł ten dzień. Pogoda nie należała tej nocy do szczególnie łaskawych. Podmuchy wiatru biły co rusz w pysk Księżyca, sprawiając, że kosmyki futra dostawały się do jego oczu, zasłaniając mu widoczność. Szedł tuż obok Nadciągającego Pomroku. Prócz kilku marnych gwiazd na niebie nic nie oświetlało im drogi co na szczęście nie było ogromnym problemem dla dwójki kotów. Nadnaturalny chłód przejmował ciało białofutrego, również ten emocjonalny. Nie był pewien znaczenia swojego snu, ale od tamtej pory czuł się, tak jakby zabrano mu na chwilę część jego ja.
— Wiesz, co masz robić — usłyszał od kotki i kiwnął głową, przedtem się prostując.
Zmarszczył lekko nos, mrużąc przy tym oczy. Jeżeli kotka zastanawiała się co takiego mogło mu się śnić, to musiał przyznać, że sam nie wiedział. W końcu co mógł oznaczać księżyc w pełni pożerany przez ciemność? Spojrzał na wskazaną przez kotkę ścieżkę i westchnął cicho, lecz z determinacją.
— Do roboty — odezwała się, a niebieskooki kiwnął głową.
Szli tak jeszcze przez chwilę, gdy w końcu biały kocur zorientował się, że został sam. Pomrok najwidoczniej postanowiła się gdzieś schować. Zatrząsł się lekko z chłodu. Wiedział, co robić, a jednak jego umysł przez moment zasnuwała pajęczyna. W końcu postanowił ruszyć przed siebie, szukając… kogokolwiek. Po wielu odbiciach serca usłyszał nad sobą szelest. Tuż obok niego upadła czekoladowa kotka, przyglądająca mu się z zainteresowaniem. Księżyc poczuł, jak przechodzą go ciarki. Nagle przed jego oczyma stanął widok martwej Kwadry i już nie był wszystkiego aż taki pewien. Wręcz przeciwnie miał ochotę płakać. Mimo to postanowił być przyjazny, w końcu udało mu się opanować co nieco technik manipulacji. Nie był może świetny, ale z pewnością wiedział, jak udawać i kombinować. Uśmiechnął się łagodnie.
— Dobry wieczór… piękna. Jak masz na imię? — zaświergotał.
Zdecydowanie będzie musiał porządnie wymyć pysk po tym wszystkim. Kotka wyglądała co najmniej, jak ropucha. Czekotka opuściła lekko uszy, ale komplement widocznie się jej spodobał.
— Och witaj. Jestem Kuna — uśmiechnęła się ciepło. — A ty?
— Księżyc — pośpieszył z odpowiedzią. — Chciałabyś może dołączyć do kociej społeczności? — wyskoczył nagle, jego powieka lekko zadrżała z nerwów, lecz kotka niczego nie zauważyła.
— Kociej społeczności? — zaciekawiła się Kuna. — Jak dużej?
— Kilka kotów. Wspólnie polujemy — miauknął, czując, jak przez jego ciało przechodzi chłodny dreszcz.
„Oby to był pierwszy i ostatni raz, gdy to robię” pomyślał.
— Musicie być jak cudowna rodzina… — westchnęła kotka rozmarzona.
— Oczywiście — skłamał bieluch, przymykając na moment zirytowany oczy. — Jeśli chcesz może pójść ze mną. Na pewno przyjmą cię z otwartymi ramionami — mruknął. — Chodź za mną.
Kotka kiwnęła głową, po czym ruszyli w stronę kociego zbiorowiska. Gdy byli na miejscu kotka zauważyła grupę kotów. Było ich nieco więcej niż się spodziewała. Nagle, jakby poczuła, że coś jest nie tak. Księżyc spojrzał na nią bokiem, widząc, że najwyraźniej szykuje się do ucieczki. Zwinnym ruchem pozbawił ją przytomności, zaciągając do środka kręgu. Starał się działać, jak gdyby był w głębokim amoku. Uniósł na moment wzrok, spoglądając w zielone oczy swojego przyjaciela. Wiedział o tym wszystkim, a jednak niczego mu nie powiedział.
„Zdrajca. Gdyby nie ty nigdy by mnie w to nie wplątali” pomyślał, zupełnie nieświadomy, że właściwie to jego pochodzenie było powodem, dla którego był w tym położeniu. Spojrzał na leżące przed sobą ciało.
„Już wygląda jak trup” pomyślał chłodno.
Podniósł łapę, wyciągając z niej pazury. Bez jeszcze dłuższej zwłoki przejechał nimi po karku kotki. Nie było to jednak wystarczające. Widząc, że kotka zamiast tego zaczyna łkać z bólu wykonał szybki, ponowny ruch łapą, tym razem, pozbywając życia kotkę. Położył łapę na ziemi, czując, jak ciało odmawia mu posłuszeństwa. Skierował swój wzrok w stronę Nadciągającego Pomroku.
— Choć na początku widocznie się wahałeś to wykonałeś swoje zdanie… prawidłowo — mruknęła Pomrok, a następnie cicho chrząknęła. — Ja Nadciągający Pomrok, Wielki Kapłan kultu Mrocznej Puszczy, naznaczam cię w imię naszych przodków. Czy jesteś gotowy przyjąć na siebie nasze znamię jako dowód inicjacji? — wymruczała regułkę.
Słysząc ciszę ze strony kocura burknęła coś pod nosem.
— Tak — odparł pewnie bieluch, prostując się.
— Zatem otrzymasz ode mnie znak, który pozostanie z tobą, aż do śmierci i zawsze będzie przypominał ci o przynależności do kultu — odparła.
Zbliżyła się do kocura, odrywając mu fragment lewego ucha.
— Tej nocy, zgodnie z wolą Mrocznej Puszczy, przyjmujemy cię oficjalnie jako pełnoprawnego członka naszej grupy. Wierzymy, że będziesz wiernie służyć naszym przodkom i działać na rzecz kultu, abyśmy nigdy nie upadli.
Szylkretka odcisnęła krew z samotniczki na czole bielucha, a następnie rozległo się skandowanie jego imienia. Wkrótce potem towarzystwo powoli zaczęło iść w stronę obozu. Księżyc szedł na samym końcu grupy, kawałek przed nim tak „dobrze” znany mu rudzielec.
— Idziesz? — zapytał rudy, niby to troskliwie.
— Idę na spacer — mruknął.
— W takim razie pójdę z to… — zaczął cętkowany.
— Odwal się. Wkrótce i tak wrócę — odwarknął, kierując się w stronę miejsca, w którym dawniej odnalazł Nicość.
Nie chciał zbliżać się za bardzo do rzeki. W końcu to tam znajdowało się ciało Kwadry. Spojrzał na krzak, w którym dawniej odnalazł czarnego kociaka i jego martwą siostrzyczkę. Chwilę potem poczuł, jak jego żołądek próbuje go zabić, czego efektem było zwrócenie kolacji. Jego ciało przeszył silny dreszcz, następnie zaczął płakać.
— Mroczna Puszcza… Też mi coś — wymruczał, czując, że po raz kolejny miał ochotę zwymiotować, tyle że już nie miał czego. — Na… Klan Gwiazdy — szepnął.
Gdy po pewnym czasie się uspokoił, wrócił do obozu. Wszedł do legowiska wojowników, złapał swoje posłanie w zęby, tym samym, odsuwając się od Cętkowanego Tęgosza.
„Zdrajca. Z pewnością to ty zabiłeś Trzcinniczkową Dziuplę. Obrzydliwe” pomyślał, czując, jak zaczyna go ściskać w żołądku.
Zastanawiał się jeszcze, dlaczego trafił aż tak niefortunnie. Istnienie jego matki, które doprowadziło go do zostania parszywym kultystą, okropny „przyjaciel”, w którym od niedawna zauroczył się bez pamięci, czarne kocię, martwa Kwadra, martwa Kuna… Kogo jeszcze będzie musiał zabić? Z tymi myślami zasnął dopiero o świcie.
<Wstrzymanie sesji>
Od Żywicznej Kropli
Ruda strzepnęła uchem, próbując pozbyć się natrętnej muchy, która uparcie zataczała kręgi tuż nad jej głową. Może i wraz z odejściem Pory Nagich Drzew pożegnali się z okrutnym mrozem i ponurym krajobrazem, a budząca się do życia roślinność na nowo cieszyła wzrok, tak w ślad za cieplejszymi dniami powróciły również wszelkiego rodzaju latające i pełzające robactwa. Żywica zdecydowanie nie tęskniła za ich towarzystwem. Mogła doceniać miękką trawę pod łapami i rześki, chłodny wiatr, ale nie miała zamiaru z równym entuzjazmem znosić te brzęczące utrapienia.
Wolnym krokiem podążała za towarzyszkami dzisiejszego patrolu, ciesząc się przyjemniejszą pogodą. Śpiewający Raniuszek i Srebrzysta Równonoc należały do kotek, które znała stosunkowo dobrze, choć z żadną nie łączyła jej szczególnie zażyła więź. Raniuszek była jej trochę bliższa, bowiem poznała ją jeszcze będąc kocięciem, kiedy zainteresowanie ze strony starszej uczennicy wydawało jej się czymś wyjątkowym. I zapewne takie właśnie było, skoro po latach wciąż pamiętała tamte chwile. Później ich kontakt nieco osłabł, a rozmowy należały do rzadkości, jednak odkąd Żywica zamieszkała w legowisku wojowników, szylkretowa kotka ponownie zaczęła poświęcać jej więcej uwagi.
Srebrzystą Równonoc poznała właściwie za pośrednictwem Raniuszek. Choć zdarzało im się wcześniej wymienić kilka słów i odbywać wspólne patrole, gdy ruda była jeszcze uczennicą, dopiero dzięki czarnawej kotce miały okazję spędzić ze sobą więcej czasu i lepiej się poznać.
Na dzisiejszy patrol składały się dwa proste zadania. Wypadało upolować coś dla klanu i przy okazji nieco porozmawiać. Tematy zmieniały się co jakiś czas, choć najczęściej krążyły wokół pozostałych wojowników, ich zachowań oraz tego, co aktualnie działo się w obozie.
— Pusto zrobiło się teraz w żłobku — zagadnęła Raniuszek, otrzepując łapę z resztek roztopionego śniegu. — W starszyźnie zresztą też. To znaczy, teraz jest tam Dzwonkowy Świst, ale poza nim również niewiele się tam działo — dodała, a Żywiczna Kropla odruchowo strzygnęła uchem na dźwięk imienia ojca. — Jak myślicie, która kotka w klanie jako pierwsza doczeka się kociąt?
— Obecnie? Mam wrażenie, że żadna nie miałaby na to ochoty — odparła Równonoc. — Aż strach pomyśleć, co może wyrosnąć z takiego kociaka, jeśli spojrzeć na ostatnie przypadki — mruknęła.
Żywica nie zamierzała od razu włączać się do rozmowy. Wolała najpierw wysłuchać ich i dopiero wtedy dorzucić własne zdanie, o ile uzna je za warte wypowiedzenia. Nie zastanawiała się, kto z kim spędza najwięcej czasu i czy w klanie miały w ogóle miejsce jakieś romanse. Właściwie nie zawsze potrafiła nawet powiedzieć, które koty są sobie jakkolwiek bliskie. Jeśli ktoś nie opowiadał jej o tym wprost, nie zaprzątała sobie głowy zgadywaniem.
Gdyby jednak miała oceniać wyłącznie pod względem wieku i kondycji, zarówno Śpiewający Raniuszek, jak i Srebrzysta Równonoc, wydawały jej się w odpowiednim momencie życia, by zostać matkami, gdyby tylko same tego chciały. Nie oznaczało to, że rozumiała, dlaczego ktokolwiek miałby dobrowolnie rezygnować z dotychczasowej swobody na rzecz opieki nad miotem. Kocięta wymagały uwagi, cierpliwości i nieustannej troski, a Żywica nie była pewna, czy sama potrafiłaby znieść kiedykolwiek taką odpowiedzialność. Dopiero co wykaraskała się z roli uczennicy, musiała nacieszyć się rolą wojowniczki, a nie szukać w życiu kolejnych zmian.
— A wyobrażacie sobie taką Skrzydlatą Płomykówkę w roli matki? — podsunęła Równonoc, ostrożniej stawiając łapy na nierównym podłożu. — Hm... Dzieciaki byłyby ustawione.
Żywica przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią. Trudno było jej jednoznacznie ocenić obecną zastępczynię. Kotka zza młodu szkoliła się pod okiem jej ojca, więc nie mogła być kiepską wojowniczką, a Zawodząca Gwiazda z pewnością nie wybrał jej na zastępczynie bez powodu. Lider musiał dostrzec w niej coś, co uznał za godne zaufania. Mimo to Żywica nie potrafiła całkowicie pozbyć się pewnego ukłucia niezadowolenia na myśl, że na prawą łapę przywódcy nie wybrano Oskrzydlonego Ognika.
Czy miała to za złe Płomykówce tylko dlatego, że sama była przywiązana do swojego mentora? Być może. Nie wykluczała, że jej osąd był przez to nieco wypaczony, zwłaszcza, że zastępczyni była również siostrą Ognika. Ruda wiedziała jednak, że jej mentor angażował się w sprawy klanu i potrafił wziąć na siebie odpowiedzialność, więc stanowiłby równie dobry wybór. Ostatecznie nie miała też powodów, by twierdzić, że Skrzydlata Płomykówka nie zasłużyła na zaufanie Zawodzącej Gwiazdy.
— Pewnie jakoś by sobie poradziła — odezwała się w końcu, uznając, że zbyt długie milczenie mogłoby sprawić, że pozostałe wezmą ją za odludka. — Ale nie sądzę, żeby chciała na dłuższy czas porzucić obowiązki zastępczyni, żeby siedzieć w żłobku i wychowywać kocięta. Zresztą mało komu łatwo byłoby odłożyć na bok codzienne zajęcia na tak długo.
— Przynajmniej inni skaczą wtedy wokół ciebie i dostajesz jedzenie w pierwszej kolejności — zauważyła Równonoc. — A może Mała Bazia? Jest młoda, miła, może ona...
— Tę szkaradę ktoś musiałby najpierw zechcieć — wypaliła Raniuszek.
Żywica natychmiast przystanęła. Słowa kotki wywołały w niej nagły sprzeciw, którego nie potrafiła stłumić, nawet gdyby chciała. Nie należała do szczególnie wybuchowych osobników, ale nie zamierzała również stać bezczynnie, kiedy ktoś obrażał jej kuzynkę, zwłaszcza w tak okrutny i zupełnie niepotrzebny sposób.
— Nie jest szkaradna — rzuciła stanowczo. — To, że jej pysk jest zdeformowany, nie jest nawet jej winą. Poza tym ma piękne futro i jest miła, pracowita... To znacznie ważniejsze niż to, czy może uchodzić za najurodziwszą kotkę w klanie.
Śpiewający Raniuszek zmierzyła ją spojrzeniem pełnym niezrozumienia. Strzepnęła ogonem, a z jej pyska wydobyło się krótkie, niezadowolone prychnięcie.
— Ta, cokolwiek — ucięła. — Nie mam całego dnia na to polowanie. Później muszę jeszcze objąć straż przy więźniach, więc ruszcie się.
Równonoc sprawiała wrażenie nieco zbitej z tropu, ale bez dalszych uwag przyspieszyła kroku, podążając za szylkretową kotką. Żywica nie ruszyła za nimi od razu. Jeszcze przez chwilę przyglądała się Raniuszek, próbując zrozumieć, skąd wzięła się jej reakcja. Czy obraziła się na nią za obronę Bazi? A może chodziło o coś zupełnie innego? Raniuszek nie należała do najmilszych kotek, jakie Żywica znała, ale mimo to potrafiła być przyjemną towarzyszką rozmów. Ruda zasłyszała, że w przeszłości szylkretka bywała kąśliwa wobec jej kuzynki, lecz podobno z czasem wyrosła z podobnych zachowań. Sama Żywica nie była świadkiem niczego, co wskazywałoby na to, że dawna niechęć wciąż się utrzymywała. Może jednak istniał między nimi jakiś głębszy uraz o którym nie miała pojęcia. Trudno było jej to ocenić, skoro nie znała wszystkich szczegółów ich relacji. Zresztą, sama nie była najlepszym przykładem kota, który potrafił zachować obiektywizm, gdy rozmowa schodziła na pewne jednostki. Wystarczyło, że Raniuszek wspominała o swoim uczniu, a Żywica od razu czuła, jak coś nieprzyjemnie zaciska jej się w żołądku. Szylkretka bowiem otrzymała pod opiekę jednego z adoptowanych kociąt Ostatniego Pożaru. Żywiczna Kropla nie miała go o co winić, a jednak słuchanie o nim i jego rodzeństwie wciąż przychodziło jej z wielkim trudem.
Westchnęła cicho, pozbywając się kurzu, który osiadł na jej nosie. Nie miała zamiaru pozwolić, by jedna nieprzyjemna uwaga zepsuła jej cały patrol. W końcu wyszła z obozu po to, by zapolować, a nie roztrząsać cudze animozje. Otrząsnęła futro i ruszyła za towarzyszkami, kierując się ku terenom, które powinny lepiej nadawać się do łowów.
Od Dymówkowej Łapy CD. Skowronkowej Łapy
Drgnęła nerwowo, kiedy usłyszała miauknięcie zza granicy. Odwróciła łebek w tamtą stronę, a jej błękitne oczy rozbłysły niepewną iskierką. Miała leciutko zjeżoną sierść, bo wiele słyszała o Klanie Wilka od Psotnego Nietoperza i innych Klifiaków. Jednak kocur po drugiej stronie wyglądał bardziej na kogoś w podobnym wieku do niej, a nie na wojownika. Do tego wcale nie prezentował się tak, jakby chciał się na nią rzucić z pazurami. Być może nie była to zła osoba do rozmowy? W końcu niecały świat był zły, prawda? Próbowała się w ten sposób uspokoić, by nie wyglądać jak jakiś tchórz, choć nim się czuła. Pokręciła lekko łebkiem, poruszając lekko wibrysami.
— Skowronkowa Łapa... — powtórzyła cicho. Ciemny uczniak podobnie do niej miał imię po ptaku. Do tego oboje mieli wplecione w futro kwiaty i piórka. Widziała dużo kotów z przeróżnymi ozdobami, ale widok kocura tak wystrojonego poruszył coś w głębi jej serduszka. To była dobra okazja, by poznać innego kota i pogadać o ozdobach. W przeciwieństwie do czarnego ona nie tryskała tak ogromnymi pokładami energii. Nawet jako kocię była spokojna i cicha. Czasem pobawiła się z Cisową Łapą albo pogadała z rodzicami. Kiedy do żłobka przychodzili uczniowie, zamieniła z nimi kilka słów, ale zazwyczaj trzymała się na uboczu. Usiadła, owijając łapy ogonem. Kiedy kocur zaczął mówić, niebieska zaczęła ugniatać ogon łapami. Dzięki temu potrafiła się lepiej skupić na czyiś słowach. Poza tym tak czuła się bezpieczniej. Miała tak za kociaka, teraz za ucznia i z pewnością po zostaniu protektorką to nie ulegnie zmianie. To było coś, co towarzyszyło jej zawsze i naprawdę nie wyobrażała sobie funkcjonowania bez tej czynności. Kocur opowiadał z taką pasją o swoich ozdobach, że mimo woli Dymówka się uśmiechnęła delikatnie. Rzadko miała możliwość rozmawiania z kimś, kto miał tak wielką pasję, jak Skowronkowa Łapa. Nastawiła uszka w stronę jego głosu, przyswajając każde słowo. Sama nie wiedziała, dlaczego tak bardzo uważnie słuchała jego wypowiedzi. Być może był ku temu jakiś powód, a może nie. W każdym razie uznała kocura za bardzo interesującego osobnika. Obserwowała prężącego się Wilczaka, który zapamiętale pokazywał ogon i każdy punkt na ciele, gdzie znajdowały się kwiaty, albo piórka. W pewnej chwili się nawet cichutko zaśmiała. Kocur próbował chyba pokazać jej, jaki był dostojny, a niebieskooka nie mogła odmówić mu pewnego rodzaju uroku. Miał w sobie coś takiego, że nie mogła odwrócić wzroku. Do tego nie czuła się przy nim tak źle, jak na przykład blisko Migota, przez którego zaczęła wątpić w swoją przydatność klanowi. Rozmowa z ojcem i z Rozkwitającym Astrem nieco jej pomogła, ale niestety musiała odzyskać tę część samooceny, którą utraciła. Zawsze była delikatnym i kruchym kotem, a każdym słowem wypowiedzianym w jej stronę potwornie się przejmowała i brała do siebie.
— Bardzo ładne ozdoby… — zaczęła. Nie była chyba zbyt dobra w komplementy, ale to chyba nie powinno jej skreślić prawda?
— Pasują ci do futerka, oczu i widzę, że bardzo o nie dbasz, co naprawdę pozytywnie o tobie świadczy — kontynuowała, przyciskając coraz bardziej białe łapki do ciemniejszego ogona.
— No i sposób na ich trzymanie jest doskonały, jeśli mi pozwolisz, wzięłabym od ciebie ten sposób — dodała nieśmiało. Nie chciała przywłaszczać jego sposobu, a jedynie potraktować to, jak radę od kogoś bardziej doświadczonego w tej sprawie. Kiedy padło pytanie o jej imię, położyła leciutko uszy po sobie. No tak powinna się przedstawić, ale kocur tak pięknie mówił, że nie chciała mu przeszkadzać.
— Och, przepraszam Skowronkowa Łapo… — mruknęła nieco zawstydzona. Zatrzymała się w połowie ruchu ugniatającego ogon.
— Powinnam była się wcześniej przedstawić, ale mówiłeś tak cudownie o tych ozdóbkach, że nie chciałam ci przeszkadzać — wyznała, uznając to za najlepsze wyjście w tej sytuacji. Chwilę później powrócił jej nawyk zatapiania łap w puszystym ogonie.
— Nazywam się Dymówkowa Łapa, miło mi cię poznać — miauknęła w końcu. Miała nadzieję, że dymny się na nią nie pogniewał. Chociaż, czy znowu nie myślała za dużo? Prawdopodobnie tak, ale już tak miała. Nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić.
— Tak, uczę się na protektorkę — wyznała po chwili milczenia, przypominając sobie o drugiej części pytania. Kilka uderzeń serca później powróciła do pytania kocura.
— Jeśli chodzi o moje kwiaty i piórka, to większość dostałam od mojej mamy Psotnego Nietoperza i taty Puszystej Neriny. Dali mi je krótko po urodzeniu i od tamtej pory kwiaty i pióra tego rodzaju mają dla mnie wartość sentymentalną. Jednak sama również je zbieram, ale tylko niebieskie. Chyba przejęłam to od mojej mamy — wyznała w końcu.
— Ale inne też są przepiękne, po prostu najbardziej mi pasują niebieskie. Zgadzasz się, czy widziałbyś jeszcze jakiś inny kolor w moim futrze? Może ci łatwiej ocenić, jako że widzisz mnie lepiej ode mnie samej — podsunęła nieśmiało. Miała nadzieję, że nie brzmiało to głupio.
— Lepsze ozdoby? Chciałabym zobaczyć efekt, bo na pewno będzie cudowny — dodała na koniec, uspokajając się na tyle, że postawiła uszka.
— A skoro przy barwach jesteśmy, to masz jakiś ulubiony kolor? Mój to jak pewnie wiesz, jest niebieski. Tutaj raczej nietrudno to zgadnąć — wymruczała z lekkim rozbawieniem. Zdecydowanie spokojne podejście kocura do niej było bardzo pomocne. Nie musiała się martwić o obelgi, czy niemiłe komentarze.
<Skowronkowa Łapo? Jaki kolor lubisz?>
[833 słowa]
Od Błota CD. Gąbczastej Perły
Kocur nie potrafił patrzeć na nią bez świadomości, że już dawno stracił ją. Gdy ta zapytała, co tu robi, westchnął. Weszli do legowiska medyków, a on nerwowo podrygiwał koniuszkiem ogona.— Masz coś może na uspokojenie? — zapytał trochę nieśmiało.
— Czyli znowu, przyszedłeś mi tu wymyślać i szukasz wymówek, na rozmowę ze mną.
— Nie, to… — Sam chyba nie wiedział, co ma jej na to odpowiedzieć. Ostatnio boryka się z bezsennością, a w dodatku co chwilę dostaje ataków lękowych. Jego syn wspiera go, ale po ostatniej rozmowie z Gąbczastą Perłą jest tylko gorzej… Gdyby tylko wiedziała, dlaczego się tu w ogóle znalazł, może inaczej by na niego patrzyła. Ale nie może się dowiedzieć. W końcu, gdyby się dowiedziała, kto wie, co zrobiłaby z tą informacją. Choć nadal nie wydała jego. Tak przynajmniej się mu wydawało, być może próbowała… — To skomplikowane, z resztą, po prostu przyszedłem po pomoc, nie możesz mi jej dać..?
— Takim zdrajcom jak ty? Uciekłeś z Klanu Wilka z mordercami. — Strzepnęła ogonem.
— Nigdy bym tego nie zrobił, gdyby nie było na to dobrego powodu. — odpowiedział kotce, niecierpliwiąc się. Czuł, jak jego łapy drżą.
— Tak? Bo na pewno musi być dobre wytłumaczenie na ucieczkę z bandą rozbójników, prawda? Powiedz, ty też kogoś zabiłeś? Jak oni? — Chwilę zawahała się. — Muszla też kogoś zabił?
— Co? Nie! To w ogóle nie tak, jak myślisz… Nie mogę ci powiedzieć, czemu uciekliśmy… — westchnął, spoglądając na bok. — Proszę, mogę dostać te zioła..?
— Po raz pierwszy i ostatni, więcej ich nie dostaniesz. Nie mogę marnować ich na kogoś takiego jak ty. — Odwróciła się do ziół, a on wlepił wzrok w jeden punkt. “Takiego jak ty”..? Co niby miała przez to na myśli? Bycie czekoladowym, czy… Coś kompletnie innego. Gdy podała mu zioła, bez słowa przeżuł je, po czym, gdy ta otworzyła pyszczek, by coś jeszcze powiedzieć, wyszedł bez słowa.
· · ─ ·𖥸· ─ · ·
Nie spodziewał się, że on i Muszla dostaną w końcu pozwolenie na opuszczenie więzienia. Cóż, w pewien sposób. Muszla mógł zacząć swoje szkolenie, zostając Skroploną Łapą, a on został… Budowniczym. Klan Nocy traktował go wręcz jak darmową siłę roboczą, jak niewolnika… Przynajmniej teraz miał swoje własne miejsce, no… Prawie, gdyż razem z nim spała Fląderka i Komarza Łapa. Choć musiał przyznać, że jego nowy dom mu się podobał, to nie mógł niestety stwierdzić, że jego budowa była łatwa…
· · ─ ·księżyce temu· ─ · ·
— Na dziś chyba wystarczy. — Błoto powiedział do Muszli, po dołożeniu ostatniego kawałku błota do jednej ze ścian.
— Mam nadzieję, że tym razem wiatr znów nie zniszczy niczego… — odpowiedział ojcu młodszy, na co Błoto odwrócił wzrok. Z każdym dniem ich praca zdawała się być syzyfową, gdyż kawałki odpadały, lub wiatr psuł w jakiś sposób ich pracę. Przynajmniej tak się im wydawało, że był to wiatr.
— Hej, dziś niebo wygląda tak, jakby miało być ładnie. Uszy do góry, może akurat się nam upiecze. — uśmiechnął się do kremowego. Ruszyli do legowiska więźniów, gdzie mieli spać do czasu ukończenia budowli. W nocy jednak nie potrafił zasnąć. Kocur rzucał się z boku na bok, aż w końcu stwierdził, że pójdzie się przejść. Wyszedł z dołu, podchodząc do jednego z pilnujących dołu wojowników.
— Mogę pójść szybko się załatwić? — zapytał kocur, na co stojący na warcie wojownik westchnął i skinął głową. Błoto odszedł trochę dalej w krzaki, jednak, zamiast załatwić potrzebę, spojrzał w stronę wysepki, na której znajdowała się ich budowla. Chciał jedynie z daleka zerknąć, czy wszystko wygląda mniej więcej dobrze, ale zamiast tego zobaczył ciemną sylwetkę. Położył po sobie uszy w złości. Czyżby jego przypuszczenia były słuszne? Czy ktoś sabotuje jego i Muszli pracę? Odwrócił się w stronę stojących na warcie wojowników, ale ci byli bardzo ospali, prawie zasypiali na stojąco. Kocur przewrócił oczami, po czym powoli zaczął skradać się w stronę wyspy. Dotarł do wody, której dotknął łapą, aby sprawdzić, jak bardzo jest zimna. Przeszedł go dreszcz od jej temperatury, ale nie miał wyboru, musiał przepłynąć na drugą stronę. Ruszył więc powoli, trzęsąc się z zimna. Prąd ciągnął nim, ale mocno młócił łapami pod wodą, zużywając wręcz całe swoje siły. Gdy dotarł do wyspy, wyłonił się z rzeki, plując na ziemię. Otrzepał się, a dźwięk intruza, który jeszcze chwilę temu słyszał, ucichnął.
— Wiem, że tu jesteś. — powiedział to cicho, ale na tyle głośno, aby kot, który znajdował się teraz przy jego budowli usłyszał go. — Wychodź, ale już.
Cisza. Błoto w końcu nie wytrzymał, więc ruszył w stronę wejścia do budowli. W środku, była… Gąbczasta Perła. Która nieudolnie próbowała się schować przed Błotem. W czekoladowym coś wręcz zawrzało.
— Co ty tu robisz na Klan Gwiazdy?! — szepnął zdenerwowany.
— Mogłabym zapytać cię o to samo. — odpowiedziała po chwili, wypinając do przodu pierś. — Czemu jesteś cały mokry?
— Płynąłem tu. — Nastała chwila ciszy, po której kotka znowu w końcu się odezwała.
— Powinieneś teraz być w więzieniu, z resztą –
— Czekoladowych kotów, tak? Zresztą takich jak ja? — Bił teraz ogonem po ziemi. —Czy to ty?
— Ja co?
— Czy to ty niszczyłaś przez ostatnie księżyce pracę moją i Muszli. — wycedził przez zęby, ale kotka najwyraźniej nie miała odpowiedzi na jego pytanie, gdyż spojrzała na bok. Dla niego jednak brak odpowiedzi był wystarczający, by wyciągnąć wnioski. Prychnął, patrząc na nią z lekką pogardą. — Co tobie strzeliło do łba? Co ci to daje?
— Nie zasługujecie na miejsce w Klanie Nocy. Ty i reszta tych… tych…
— Och przestań już. — syknął w jej stronę. — Mam teraz tak po prostu zignorować to, co robisz? Jak myślisz, co powie na to Mandarynkowa Gwiazda?
— Nie odważysz się jej powiedzieć. Ona i tak ci nie uwierzy.
— Cóż, jest świadoma, że nasze prace odwlekają się w czasie, bo cały czas wiatr przeszkadza nam w budowie. Ale chyba nie spodziewałaby się, że tym wiatrem jesteś ty.
— A jak myślisz, co powie, gdy dowie się, że uciekłeś w środku nocy z izolatki? Nadal da ci tu zamieszkać? — Odwróciła kota ogonem. Czekoladowy patrzył na nią nadal ze złością, ale po chwili westchnął zrezygnowany.
— Masz zostawić tę wyspę. Przyjdź tu po raz kolejny, a powiem Mandarynkowej Gwieździe, co zrobiłaś.
— Czemu mam cię posłuchać? Równie dobrze to ja mogę pierwsza do niej pójść. — zapytała go ostrożnie.
— Bo wiem, że nie chcesz kłopotów ani dla mnie, ani dla siebie. Więc wracaj do legowiska. Marnujesz sen i czas na takie zabawy. Nie jesteś kociakiem. — odwrócił się, chcąc odejść w stronę brzegu, z którego przypłynął, ale kotka wyszła tuż za nim, stając na jego ogonie.
— Sam zachowujesz się jak kociak, przychodząc do mnie co chwilę po zioła, marnując je. Stwierdziłam, że się odpłacę. — Uśmiechnęła się do kocura buntowniczo, po czym odeszła w stronę wyspy Klanu Nocy. Kocur spojrzał na nią jeszcze na chwilę zza ramienia, a gdy odeszła, jego spojrzenie złagodniało. Westchnął, wchodząc znowu do wody.
· · ─ ·teraźniejszość· ─ · ·
Strzepnął ogonem na samą myśl o tamtej nocy. Nie chciał mieć nic do czynienia z kotką, skoro miała się tak zachowywać. Spojrzał w stronę wejścia na wysepkę, gdzie właśnie zmierzał Skroplona Łapa. Z uśmiechem podszedł do ojca, ocierając się głową o jego bok.
— Nie uwierzysz, jak wielkie są terytoria Klanu Nocy. Nie tak wielkie, jak Klanu Wilka, ale robią wrażenie. W dodatku coraz lepiej idzie mi pływanie i łowienie ryb, choć… To nie jest jedna z moich ulubionych aktywności. — Domyślam się. — zaśmiał się czekoladowy. Poczuł nagły ból w zębie, przez co wzdrygnął się. Syn spojrzał na niego zmartwiony.
— Znów ten ból? Mówiłem ci już dwa zachody temu, żebyś poszedł do medyka.
— Nie chcę, nic mi nie jest. — uśmiechnął się speszony. Syn nie w pełni wiedział, jaka jest relacja jego i Gąbczastej Perły…
— Nie przyjmuję takiej odpowiedzi. Zaraz sam ją tu przyprowadzę. — powiedział, po czym ruszył w stronę wyspy. Błoto od razu wyskoczył za nim.
— Nie, nie trzeba serio! To zaraz przejdzie…
— Nie słucham cię! — odpowiedział mu Muszla. Nim Błoto zorientował się, gdzie już są, Muszla wszedł do legowiska medyków, a czekoladowy zatrzymał się. Kremowy odwrócił się w jego stronę. — Co się z tobą dzieje?
— Ja… Nie chcę tam iść. — odezwał się cicho kocur, ale z legowiska właśnie wyszedł Klekoczący Bocian.
— Och, potrzebujecie czegoś? Gąbczasta Perła akurat została w legowisku, ja wychodzę. — prychnął, po czym odszedł od dwójki. Zdziwiony patrzył za medykiem, po czym nawet nie zdał sobie sprawy, gdy kremowy pchnął go do środka lecznicy. Czekoladowy potrząsnął głową i spojrzał na Gąbczastą Perłę.
<Gąbczasta Perło..?>
Od Chyżej Łapy (Chyżej Porzeczki)
Porą Nagich Drzew
Często po każdej śnieżycy była wyciągana, by pomagać z odśnieżaniem wejść do tuneli oraz ich okolic. Część zasp nawet przerastała wzrost Porzeczki. W takich porach kotka tęskniła za ciepłem pluszowych futer długowłosych sióstr.
Starała się unikać wszystkich i wszystko, nawet siostry. Nie wiedziała w sumie dlaczego. Był to może… wstyd? Oburzenie własnym zachowaniem wobec ukochanej siostrzyczki? Poziomka na pewno nie miała jej tego za złe, w końcu była niemal nieprzytomna, gdy szylkretka o mało ją nie rozszarpała z wściekłości. Najbardziej jednak uwzięła się na Dzielnej Łapie, który ewidentnie próbował się zbliżyć do Poziomki. Gdy Porzeczka tylko mogła, kopała go, podkładała łapy, wrzucała różne niespodzianki do jego legowiska, a nawet podkradała mu zwierzynę. Przecież nie było niczego w kodeksie wojownika, co zakazywało odbierania jedzenia rówieśnikowi, to nic jej nie powstrzymywało od robienia tego. Czasem próbowała nawet zbłaźnić go przed innymi, czy to opowiadając zmyślone, ośmieszające historyjki na jego temat albo wprost mówiła o nim jako najgorszym kocie, do tego o fajtłapie i beztalenciu. Ciągle nawiązywała do momentu, w którym kuna go zaatakowała. Była do niego bezlitosna, w sumie nadal jest. Prawdopodobnie też przez to Mała Bazia nie pozwalała na jej mianowanie i starała się ją zajmować obowiązkami. Porzeczka i tak znalazła wolne chwile na śmianie się z “Nie-dzielnej Łapy”, poza wzrokiem mentorki.
Teraźniejszość
Porzeczka ziewnęła i przeciągnęła swoje wychudzone przez Porę Nagich Drzew cielsko. Niezwykle mało jadła ostatnie parę księżyców, w końcu musiała oddawać wszystko innym. Przynajmniej mogła podkradać żarcie Dzielnej Łapy bez konsekwencji. W tunelach wciąż pozostał chłód Pory Nagich Drzew, mimo że Pora Nowych Liści już była tuż tuż. Już dzień wstecz była na pierwszym konkretnym polowaniu, przynosząc porządną króliczą sztukę, którą mogły się podzielić co najmniej cztery, może nawet pięć kotów.
Kotka szybko się wylizała i, pozostawiając obie siostry smacznie śpiące, wyszła z legowiska. Kotka powinna już być wojownikiem, a nie się użerać z tymi podrzędnymi kotami. Przeszła się do Groty Tajemnic, po czym, widząc brak kotów, poszła się na przechadzkę po najbliższych, pewnych jej tunelach. Trzeba było się przecież jakoś rozgrzać.
Usiadła w jakimś zaułku i się położyła na plecach, wzdychając ciężko. Tęskniła za ciepłem Pory Zielonych Liści, brakowało jej biegu po zielonej łące, z której wzbijały się całe stada ptaków. Gonitwa za królikami i dreszczyk emocji, jaki temu towarzyszył. Chciałaby, by wreszcie mogła to poczuć. Ten ciepły wiatr we futrze, grzejące słońce. Szkoda, że Pora Nagich Drzew istnieje. Była ona tak bardzo niepotrzebna.
Po dłuższym siedzeniu wreszcie usłyszała dobiegający z centrum coraz wyraźniejszy gwar dnia. To znaczy, że wreszcie mogła wyjść ze swojej “przystani” i pójść do groty.
Po drodze spotkała Małą Bazię.
— I jak? Gotowa? — spytała. Porzeczka zastrzygła uszami.
— Gotowa? — powtórzyła. — To znaczy, na co? — mentorka tylko uśmiechnęła się dziarsko i ruszyła dalej.
Szylkretka się zatrzymała na chwilę. Czy może chodzić o mianowanie? Oby.
Poszła śladem wojowniczki, trafiając do centrum. Kątem oka zobaczyła siostry. Podniosła brwi i podeszła do nich.
— Porzeczko, gdzie byłaś? — spytała się Malinka. Uczennica przewróciła oczami.
— Byłam się przejść — odparła, siadając obok szylkretek. — Bo wiecie, tak długo nie wstajecie, wolałam już rozprostować łapy — dodała.
— A wiesz, że obudziła nas Mała Bazia? Nie wiem po co, wolałam jeszcze pospać — ziewnęła Poziomka. — Śniący Obserwator pewnie jeszcze sobie śpi w najlepsze.
— A ja w nocy byłam z Lotosowym Pąkiem znowu na treningu. Było przeraźliwie zimno, a chciałam sobie dospać do następnej nocy — rzekła burka, przecierając oczy.
— Pff, ja już nie mam treningów. Tylko Bazia mnie ciąga po różnych obowiązkach. Ostatnio miałam jakiś trening jeszcze zanim… — przerwała nagle, przypominając sobie swój gniew na Poziomkę. Uśmiechnęła się niezręcznie i cofnęła uszy. — …Jeszcze zanim nastała Pora Nagich Drzew — dokończyła wreszcie. Nie chciała spojrzeć siostrom w oczy.
Dziwne to było uczucie. Czyżby poczucie winy? Wstyd? Nie może się do tego przyznać, to słabość. Podniosła głowę i wypięła pierś.
— Tak czy siak, obym została mianowana jak najszy-
Kotce przerwało nagłe wezwanie klanu przez Zawodzącą Gwiazdę. U podnóża mównicy siedziała Mała Bazia, której wzrok był skupiony na swojej uczennicy. Po chwili puściła do niej oczko, a Porzeczka siedziała skonfundowana.
Gdy wystarczająca ilość kotów się zebrała, przywódca kontynuował.
— Dziś przywitamy wśród wojowników nową kotkę — rzekł, trochę już znużony tymi wszystkimi mianowaniami, podczas gdy młoda kotka niemal tryskała energią. — Chyża Łapo, rozpocznijmy ceremonię.
Szylkretka odwróciła się do sióstr z szerokim uśmiechem, po czym tłumiąc ekscytację podeszła do ścianki z kocimi odciskami. Zanurzyła swoją łapę w rdzawym barwniku, po czym odcisnęła ją w pustym miejscu na kamieniu. Ślad pozostał idealny, choć dwie albo trzy krople powoli sobie zaczęły spływać. Otrząsnęła swoją łapę i odwróciła się do lidera, napuszając sobie sierść na piersi dumnie. Kątem oka widziała, jak Poziomka wręcz wibrowała z radości, a Malinka uśmiechała się do siostry szeroko.
— Ja, Zawodząca Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. Chyża Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam — odparła, chyląc głowę.
— Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Chyża Łapo, od tej pory będziesz znana jako Chyża Porzeczka. Klan Gwiazdy ceni twój zapał i wytrzymałość oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy. — Z chwilą zakończenia regułki zagrzmiało skandowanie nowego imienia kotki, podczas gdy Zawodząca Gwiazda przyłożył pysk do jej głowy, a ona swój do jego barku.
— Chyża Porzeczka! Chyża Porzeczka! — wołał klan, a najwyraźniej było słychać siostry Porzeczki.
Z wielką dumą powtórzyła sobie pod nosem to imię. Brzmiało dość fajnie.
Zdecydowanie sobie zasłużyła na mianowanie, bez dwóch zdań.
Od Skowronkowej Łapy do Mordor
Pora Nowych Liści wreszcie zaczynała dawać o sobie znać. Po długich, chłodnych księżycach las powoli budził się do życia, a na gałęziach pojawiały się pierwsze nieśmiałe pąki. Śnieg ustąpił miejsca wilgotnej ziemi, gdzieniegdzie przebijały się młode źdźbła trawy, a powietrze nie szczypało już tak nieprzyjemnie w nos. Wciąż zdarzały się zimne poranki, jednak nawet one nie potrafiły odebrać mi dobrego humoru. W końcu nadchodził czas, kiedy znów można było znaleźć kwiaty, świeże pióra i mnóstwo innych ciekawych rzeczy!
Nie oznaczało to jednak, że wyruszyłem poza obóz wyłącznie po to, by urządzić sobie kolejną wyprawę w poszukiwaniu ozdób. Tym razem miałem znacznie poważniejszy cel. Przynajmniej w moim własnym mniemaniu. Od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie, żeby samodzielnie przejść się wzdłuż lasu graniczącego z Owocowym Lasem. Chciałem sprawdzić, czy potrafię rozpoznawać zapachy sąsiedniego klanu, dostrzegać ślady i zachowywać się tak, jak robią to doświadczeni wojownicy. Przede wszystkim jednak chciałem być choć trochę podobny do taty.
Nocny Śpiewak zawsze wydawał mi się kotem, który wiedział, co robi. Podziwiałem go za siłę, pewność siebie i to, że potrafił odnaleźć się w różnych sytuacjach. Czasami zastanawiałem się, czy kiedyś uda mi się dorównać mu, choć w połowie. Na razie wciąż zdarzało mi się zapominać o celu polowania, kiedy zauważyłem coś interesującego, ale przecież od czegoś trzeba było zacząć! Jeśli chciałem kiedyś zostać naprawdę dobrym wojownikiem, musiałem nauczyć się samodzielności.
Właśnie z takim postanowieniem ruszyłem w stronę granicy. Starałem się iść spokojnie, nie rozglądając się na wszystkie strony bez wyraźnego powodu. Co jakiś czas przystawałem, unosiłem pysk i próbowałem wychwycić znajome zapachy. Powietrze Pory Nowych Liści było pełne różnych woni, przez co nie zawsze potrafiłem od razu oddzielić jedną od drugiej. Mimo to nie zamierzałem się poddawać. Każdy taki spacer był okazją do nauki, nawet jeśli nie miałem obok siebie mentora, który mógłby od razu poprawić wszystkie moje błędy.
W pewnym momencie dotarłem do miejsca, z którego dobrze widziałem fragment granicy. Zatrzymałem się przy jednym z drzew i rozejrzałem po okolicy. Na ziemi leżały jeszcze resztki zeszłorocznych liści, ale pomiędzy nimi pojawiały się już świeże rośliny. Jedna z nich miała drobne, niebieskawe kwiaty. Przez krótką chwilę zastanawiałem się, czy nie podejść bliżej, żeby się im przyjrzeć, jednak ostatecznie powstrzymałem tę pokusę. Nie chciałem przecież powtarzać historii Pory Opadających Liści, kiedy polowanie niemal całkowicie zeszło na dalszy plan przez moje zainteresowanie roślinami. Byłem z siebie całkiem dumny, dopóki nie usłyszałem szelestu po drugiej stronie pobliskich krzewów.
Natychmiast uniosłem głowę. Moje uszy skierowały się w stronę dźwięku, a ogon znieruchomiał za mną. Przez chwilę próbowałem rozpoznać, co mogło go wywołać. Mógł to być jakiś niewielki zwierzak, ale równie dobrze inny kot. Zapach Owocowego Lasu był tutaj wyraźny, więc nie powinienem był wykluczać tej drugiej możliwości.
Przybrałem możliwie najbardziej poważny wyraz pyska. Chciałem wyglądać na kogoś, kto doskonale panował nad sytuacją, a nie na ucznia, który właśnie zastanawia się, czy powinien się schować, czy może jednak zostać na miejscu. Przecież tata na pewno nie chowałby się za krzakiem przed pierwszym lepszym szelestem!
Po chwili zza roślinności wyłoniła się kotka. Jej wygląd od razu przyciągnął moją uwagę. Miała półdługie, niebieskie futro z ciemniejszymi pręgami i jaśniejszymi partiami na uszach, ogonie oraz środku pyska. Jej żółte oczy wyglądały na znudzone, a pysk wykrzywiał grymas, który trudno byłoby pomylić z prawdziwym uśmiechem. Była smukła i niezbyt wysoka, ale coś w jej spojrzeniu sprawiało, że nie miałem ochoty pochopnie uznawać jej za kogoś, kogo można lekceważyć. Przy jednym z uszu miała ozdobę, co natychmiast wzbudziło moje zainteresowanie.
Przez moment przyglądałem się jej w milczeniu, próbując przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek wcześniej ją widziałem. Jej zapach wskazywał na Owocowy Las, ale nie znałem jej imienia ani rangi. Wiedziałem tylko, że spotkanie kogoś z sąsiedniego klanu na granicy nie było niczym szczególnie niezwykłym. W końcu nasze terytoria gdzieś musiały się ze sobą stykać.
Już miałem odezwać się pierwszy, kiedy dostrzegłem coś jeszcze. W jej futrze znajdowały się drobne ozdoby, a przynajmniej tak mi się wydawało. Przyjrzałem się im uważniej, a moje uszy natychmiast stanęły na sztorc. Czyżby ona również lubiła zbierać takie rzeczy?
— Hej! — zawołałem, unosząc łapę w przyjaznym geście. — Jestem Skowronkowa Łapa, z Klanu Wilka!
Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że powinienem zachować odrobinę ostrożności. Znajdowaliśmy się przecież przy granicy, a ja nie chciałem sprawiać wrażenia, jakbym zupełnie zapomniał o celu swojej wyprawy. Wyprostowałem się więc nieco, starając się nadać swojej postawie więcej powagi, choć podejrzewałem, że mój entuzjazm i tak był aż nazbyt widoczny.
— A ty jesteś z Owocowego Lasu, prawda? — dodałem, zerkając na nią pytająco.
Nie czekając zbyt długo, przesunąłem się odrobinę, żeby lepiej widzieć jej ozdobę przy uchu. Sam wciąż nosiłem swoje pióra i zasuszone liście, które przymocowałem do futra jeszcze pod koniec poprzedniej pory. Nie wyglądały już tak świeżo, jak dawniej, ale nie zamierzałem się ich pozbywać. Wraz z nadejściem Pory Nowych Liści miałem nadzieję znaleźć nowe okazy i w końcu wymienić część starych dekoracji na coś równie interesującego.
— Fajną masz ozdobę — powiedziałem szczerze, po czym odruchowo zerknąłem na własny kark. — Ja też takie zbieram! No, może nie dokładnie takie, ale pióra, kwiaty i różne liście. Ostatnio nie było zbyt wielu ciekawych rzeczy, bo wszystko zamarzło, ale teraz znowu zaczyna się robić interesująco.
Poruszyłem ogonem, prezentując jej kilka piór, które wciąż trzymały się przy jego nasadzie. Część z nich była już nieco zniszczona, a jeden z liści stracił niemal cały kolor, jednak w moich oczach nadal miały swoją wartość. Każdy z nich przypominał mi o chwili, w której go znalazłem, a poza tym naprawdę lubiłem mieć przy sobie coś, co samodzielnie przygotowałem.
— Te zrobiłem jeszcze Porą Opadających Liści. Przyczepiłem je żywicą i płynem z mlecza. Trochę się namęczyłem, zanim wreszcie przestały odpadać, ale chyba było warto! — oznajmiłem z wyraźną dumą.
Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie opowiedzieć jej również o tym, jak podczas jednej z prób przykleiłem sobie pióro w zupełnie niewłaściwym miejscu. Ostatecznie uznałem jednak, że nie muszę zdradzać od razu wszystkich szczegółów. Nie chciałem przecież, żeby pomyślała, że jestem jakimś niezdarą.
Przeniosłem wzrok na kotkę, próbując odgadnąć, co o mnie sądziła. Jej mina wcale mi tego nie ułatwiała. Wyglądała na kogoś, kto mógłby równie dobrze odpowiedzieć mi czymś miłym, jak i kazać mi się zamknąć. Nie zamierzałem jednak z góry zakładać, że mnie nie polubi. W końcu nie każdy kot musiał chodzić z uśmiechem na pysku, żeby dało się z nim porozmawiać.
— Jak masz na imię? — zapytałem, przechylając głowę na bok. — I sama zrobiłaś tę ozdobę? Czy znalazłaś ją już gotową?
Zaraz potem przypomniałem sobie, że nie powinienem chyba aż tak bardzo rozpraszać się rozmową, skoro miałem sprawdzić granicę. Zerknąłem więc na oznaczenia terytorium, a następnie z powrotem na nieznajomą. Nie wyglądało na to, żeby działo się tutaj coś niepokojącego, a skoro już na siebie trafiliśmy, nie widziałem powodu, by od razu kończyć spotkanie.
— Właściwie miałem przejść się kawałek wzdłuż granicy leśnej — wyjaśniłem, starając się brzmieć odpowiedzialnie. — Chciałem trochę poćwiczyć obserwowanie terenu. Kiedyś będę wojownikiem, więc muszę umieć takie rzeczy, prawda?
Uniosłem dumnie głowę, zadowolony z własnego wyjaśnienia. Nie wspomniałem, że nikt nie wysłał mnie tutaj z oficjalnym zadaniem. Nie chciałem kłamać, ale nie czułem też potrzeby opowiadania o wszystkim od pierwszej chwili. Poza tym naprawdę uważałem, że ćwiczenie samodzielności było ważne.
Wiatr Pory Nowych Liści poruszył moim futrem, a pióra przy karku zadrżały delikatnie. Zerknąłem na nie kątem oka, upewniając się, że żadne nie postanowiło odpaść akurat w obecności nowo poznanej kotki. Nie byłoby to najlepsze pierwsze wrażenie.
— W każdym razie, skoro już się spotkaliśmy, to chyba możemy chwilę pogadać — stwierdziłem z lekkim uśmiechem. — Chyba że jesteś zajęta. Nie chcę ci przeszkadzać.
Pozostałem po swojej stronie granicy, czekając na jej odpowiedź. Byłem ciekaw, kim była ta niebieska kotka i czy rzeczywiście podzielała moje zainteresowanie ozdobami. Może uda mi się dowiedzieć czegoś nowego, a może rozmowa skończy się szybciej, niż zdążę wymyślić kolejne pytanie. Tak czy inaczej, spotkanie z kimś z Owocowego Lasu było czymś, czego nie planowałem podczas tej wyprawy. A przecież właśnie takie niespodziewane rzeczy często okazywały się najciekawsze.
Nie oznaczało to jednak, że wyruszyłem poza obóz wyłącznie po to, by urządzić sobie kolejną wyprawę w poszukiwaniu ozdób. Tym razem miałem znacznie poważniejszy cel. Przynajmniej w moim własnym mniemaniu. Od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie, żeby samodzielnie przejść się wzdłuż lasu graniczącego z Owocowym Lasem. Chciałem sprawdzić, czy potrafię rozpoznawać zapachy sąsiedniego klanu, dostrzegać ślady i zachowywać się tak, jak robią to doświadczeni wojownicy. Przede wszystkim jednak chciałem być choć trochę podobny do taty.
Nocny Śpiewak zawsze wydawał mi się kotem, który wiedział, co robi. Podziwiałem go za siłę, pewność siebie i to, że potrafił odnaleźć się w różnych sytuacjach. Czasami zastanawiałem się, czy kiedyś uda mi się dorównać mu, choć w połowie. Na razie wciąż zdarzało mi się zapominać o celu polowania, kiedy zauważyłem coś interesującego, ale przecież od czegoś trzeba było zacząć! Jeśli chciałem kiedyś zostać naprawdę dobrym wojownikiem, musiałem nauczyć się samodzielności.
Właśnie z takim postanowieniem ruszyłem w stronę granicy. Starałem się iść spokojnie, nie rozglądając się na wszystkie strony bez wyraźnego powodu. Co jakiś czas przystawałem, unosiłem pysk i próbowałem wychwycić znajome zapachy. Powietrze Pory Nowych Liści było pełne różnych woni, przez co nie zawsze potrafiłem od razu oddzielić jedną od drugiej. Mimo to nie zamierzałem się poddawać. Każdy taki spacer był okazją do nauki, nawet jeśli nie miałem obok siebie mentora, który mógłby od razu poprawić wszystkie moje błędy.
W pewnym momencie dotarłem do miejsca, z którego dobrze widziałem fragment granicy. Zatrzymałem się przy jednym z drzew i rozejrzałem po okolicy. Na ziemi leżały jeszcze resztki zeszłorocznych liści, ale pomiędzy nimi pojawiały się już świeże rośliny. Jedna z nich miała drobne, niebieskawe kwiaty. Przez krótką chwilę zastanawiałem się, czy nie podejść bliżej, żeby się im przyjrzeć, jednak ostatecznie powstrzymałem tę pokusę. Nie chciałem przecież powtarzać historii Pory Opadających Liści, kiedy polowanie niemal całkowicie zeszło na dalszy plan przez moje zainteresowanie roślinami. Byłem z siebie całkiem dumny, dopóki nie usłyszałem szelestu po drugiej stronie pobliskich krzewów.
Natychmiast uniosłem głowę. Moje uszy skierowały się w stronę dźwięku, a ogon znieruchomiał za mną. Przez chwilę próbowałem rozpoznać, co mogło go wywołać. Mógł to być jakiś niewielki zwierzak, ale równie dobrze inny kot. Zapach Owocowego Lasu był tutaj wyraźny, więc nie powinienem był wykluczać tej drugiej możliwości.
Przybrałem możliwie najbardziej poważny wyraz pyska. Chciałem wyglądać na kogoś, kto doskonale panował nad sytuacją, a nie na ucznia, który właśnie zastanawia się, czy powinien się schować, czy może jednak zostać na miejscu. Przecież tata na pewno nie chowałby się za krzakiem przed pierwszym lepszym szelestem!
Po chwili zza roślinności wyłoniła się kotka. Jej wygląd od razu przyciągnął moją uwagę. Miała półdługie, niebieskie futro z ciemniejszymi pręgami i jaśniejszymi partiami na uszach, ogonie oraz środku pyska. Jej żółte oczy wyglądały na znudzone, a pysk wykrzywiał grymas, który trudno byłoby pomylić z prawdziwym uśmiechem. Była smukła i niezbyt wysoka, ale coś w jej spojrzeniu sprawiało, że nie miałem ochoty pochopnie uznawać jej za kogoś, kogo można lekceważyć. Przy jednym z uszu miała ozdobę, co natychmiast wzbudziło moje zainteresowanie.
Przez moment przyglądałem się jej w milczeniu, próbując przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek wcześniej ją widziałem. Jej zapach wskazywał na Owocowy Las, ale nie znałem jej imienia ani rangi. Wiedziałem tylko, że spotkanie kogoś z sąsiedniego klanu na granicy nie było niczym szczególnie niezwykłym. W końcu nasze terytoria gdzieś musiały się ze sobą stykać.
Już miałem odezwać się pierwszy, kiedy dostrzegłem coś jeszcze. W jej futrze znajdowały się drobne ozdoby, a przynajmniej tak mi się wydawało. Przyjrzałem się im uważniej, a moje uszy natychmiast stanęły na sztorc. Czyżby ona również lubiła zbierać takie rzeczy?
— Hej! — zawołałem, unosząc łapę w przyjaznym geście. — Jestem Skowronkowa Łapa, z Klanu Wilka!
Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że powinienem zachować odrobinę ostrożności. Znajdowaliśmy się przecież przy granicy, a ja nie chciałem sprawiać wrażenia, jakbym zupełnie zapomniał o celu swojej wyprawy. Wyprostowałem się więc nieco, starając się nadać swojej postawie więcej powagi, choć podejrzewałem, że mój entuzjazm i tak był aż nazbyt widoczny.
— A ty jesteś z Owocowego Lasu, prawda? — dodałem, zerkając na nią pytająco.
Nie czekając zbyt długo, przesunąłem się odrobinę, żeby lepiej widzieć jej ozdobę przy uchu. Sam wciąż nosiłem swoje pióra i zasuszone liście, które przymocowałem do futra jeszcze pod koniec poprzedniej pory. Nie wyglądały już tak świeżo, jak dawniej, ale nie zamierzałem się ich pozbywać. Wraz z nadejściem Pory Nowych Liści miałem nadzieję znaleźć nowe okazy i w końcu wymienić część starych dekoracji na coś równie interesującego.
— Fajną masz ozdobę — powiedziałem szczerze, po czym odruchowo zerknąłem na własny kark. — Ja też takie zbieram! No, może nie dokładnie takie, ale pióra, kwiaty i różne liście. Ostatnio nie było zbyt wielu ciekawych rzeczy, bo wszystko zamarzło, ale teraz znowu zaczyna się robić interesująco.
Poruszyłem ogonem, prezentując jej kilka piór, które wciąż trzymały się przy jego nasadzie. Część z nich była już nieco zniszczona, a jeden z liści stracił niemal cały kolor, jednak w moich oczach nadal miały swoją wartość. Każdy z nich przypominał mi o chwili, w której go znalazłem, a poza tym naprawdę lubiłem mieć przy sobie coś, co samodzielnie przygotowałem.
— Te zrobiłem jeszcze Porą Opadających Liści. Przyczepiłem je żywicą i płynem z mlecza. Trochę się namęczyłem, zanim wreszcie przestały odpadać, ale chyba było warto! — oznajmiłem z wyraźną dumą.
Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie opowiedzieć jej również o tym, jak podczas jednej z prób przykleiłem sobie pióro w zupełnie niewłaściwym miejscu. Ostatecznie uznałem jednak, że nie muszę zdradzać od razu wszystkich szczegółów. Nie chciałem przecież, żeby pomyślała, że jestem jakimś niezdarą.
Przeniosłem wzrok na kotkę, próbując odgadnąć, co o mnie sądziła. Jej mina wcale mi tego nie ułatwiała. Wyglądała na kogoś, kto mógłby równie dobrze odpowiedzieć mi czymś miłym, jak i kazać mi się zamknąć. Nie zamierzałem jednak z góry zakładać, że mnie nie polubi. W końcu nie każdy kot musiał chodzić z uśmiechem na pysku, żeby dało się z nim porozmawiać.
— Jak masz na imię? — zapytałem, przechylając głowę na bok. — I sama zrobiłaś tę ozdobę? Czy znalazłaś ją już gotową?
Zaraz potem przypomniałem sobie, że nie powinienem chyba aż tak bardzo rozpraszać się rozmową, skoro miałem sprawdzić granicę. Zerknąłem więc na oznaczenia terytorium, a następnie z powrotem na nieznajomą. Nie wyglądało na to, żeby działo się tutaj coś niepokojącego, a skoro już na siebie trafiliśmy, nie widziałem powodu, by od razu kończyć spotkanie.
— Właściwie miałem przejść się kawałek wzdłuż granicy leśnej — wyjaśniłem, starając się brzmieć odpowiedzialnie. — Chciałem trochę poćwiczyć obserwowanie terenu. Kiedyś będę wojownikiem, więc muszę umieć takie rzeczy, prawda?
Uniosłem dumnie głowę, zadowolony z własnego wyjaśnienia. Nie wspomniałem, że nikt nie wysłał mnie tutaj z oficjalnym zadaniem. Nie chciałem kłamać, ale nie czułem też potrzeby opowiadania o wszystkim od pierwszej chwili. Poza tym naprawdę uważałem, że ćwiczenie samodzielności było ważne.
Wiatr Pory Nowych Liści poruszył moim futrem, a pióra przy karku zadrżały delikatnie. Zerknąłem na nie kątem oka, upewniając się, że żadne nie postanowiło odpaść akurat w obecności nowo poznanej kotki. Nie byłoby to najlepsze pierwsze wrażenie.
— W każdym razie, skoro już się spotkaliśmy, to chyba możemy chwilę pogadać — stwierdziłem z lekkim uśmiechem. — Chyba że jesteś zajęta. Nie chcę ci przeszkadzać.
Pozostałem po swojej stronie granicy, czekając na jej odpowiedź. Byłem ciekaw, kim była ta niebieska kotka i czy rzeczywiście podzielała moje zainteresowanie ozdobami. Może uda mi się dowiedzieć czegoś nowego, a może rozmowa skończy się szybciej, niż zdążę wymyślić kolejne pytanie. Tak czy inaczej, spotkanie z kimś z Owocowego Lasu było czymś, czego nie planowałem podczas tej wyprawy. A przecież właśnie takie niespodziewane rzeczy często okazywały się najciekawsze.
<Mordor? Dziwne imię…>
[1313 słów]
20 października 2026
Od Skowronkowej Łapy CD. Kawczej Łapy
Przez ostatnie księżyce zdążyłem przyzwyczaić się do tego, że moje dni wypełniały treningi, obowiązki i ciągłe próby udowodnienia sobie, że potrafię więcej, niż początkowo mi się wydawało. Nie zawsze wszystko szło po mojej myśli, ale nie zamierzałem się poddawać. W końcu nie po to zostałem uczniem, żeby stać w miejscu! Chciałem być silny, sprawny i godny miana wojownika Klanu Wilka. A przede wszystkim chciałem, żeby tata był ze mnie dumny.
Tamtego poranka obudziłem się jeszcze przed tym, jak ktokolwiek zdążył mnie zawołać. Przez szczelinę w wejściu do legowiska wpadało blade światło, które oświetlało skrawek ziemi przed moim nosem. Przeciągnąłem się, wyciągając przed siebie łapy, po czym ziewnąłem szeroko, ukazując drobne kiełki. Futro na grzbiecie sterczało mi na wszystkie strony, a ja przez chwilę próbowałem ułożyć je językiem, nim uznałem, że szkoda na to czasu. Sowi Zmierzch pewnie i tak znalazłby coś, do czego mógłby się przyczepić podczas treningu.
Wyszedłem na zewnątrz, gdzie przywitał mnie chłód poranka. Powietrze pachniało wilgotną ziemią, mchem i liśćmi, na których wciąż osiadała rosa. Obóz powoli budził się do życia. Gdzieś niedaleko ktoś rozmawiał przy stosie zwierzyny, a od strony legowiska wojowników dobiegł mnie przeciągły ziew. Przez chwilę rozejrzałem się po znajomym otoczeniu, odruchowo szukając wzrokiem czarnej sylwetki taty. Nie dostrzegłem go, ale ruszyłem przed siebie, postanawiając, że opowiem mu o treningu później. W końcu miałem przecież ważniejsze sprawy na głowie!
Na przykład naukę pojedynków. Nie byłem pewien, czy powinienem się z tego cieszyć, czy raczej martwić. Lubiłem ćwiczyć, szczególnie kiedy udawało mi się opanować nową umiejętność, ale walka z innym uczniem była zupełnie czymś innym niż ćwiczenie ruchów na pustym kawałku ziemi. Przeciwnik nie zamierzał przecież czekać, aż łaskawie wymyślę, co zrobić z jego następnym atakiem. Musiałem być szybszy, uważniejszy i przede wszystkim przestać myśleć o wszystkim dookoła.
Co, szczerze mówiąc, nie zawsze mi wychodziło.
Gdy dotarłem w okolice wyjścia z obozu, zauważyłem znajomego kocura, któremu towarzyszył Rozbity Księżyc. Przez chwilę próbowałem przypomnieć sobie jego imię. Kojarzyłem go z kociarni, z czasów, kiedy jeszcze sam nie miałem obowiązków ucznia, a najważniejszym problemem mojego dnia było to, czy uda mi się wygrać kolejną zabawę z Bryzką. Kawcza Łapa. Tak, właśnie tak się nazywał.
Uśmiechnąłem się na jego widok i skinąłem mu łbem. Nie mieliśmy zbyt wielu okazji do rozmowy od tamtego czasu, dlatego jego obecność trochę mnie zaskoczyła. Nie miałem jednak zamiaru narzekać. Nowy towarzysz treningu oznaczał możliwość sprawdzenia własnych umiejętności, a przy okazji może nawet poznania go nieco lepiej.
Ruszyłem za nimi w stronę starego obozowiska. Droga prowadziła między drzewami, których korony szumiały cicho nad naszymi głowami. Ziemia była miękka po nocnej wilgoci, a pojedyncze promienie słońca przedzierały się przez liście, tworząc na ścieżce jasne plamy. Co jakiś czas słyszałem szelest w zaroślach, ale nie zatrzymywałem się, żeby sprawdzić, co go spowodowało. Miałem się przecież skupić na treningu. Przynajmniej tak sobie powtarzałem.
Wkrótce dotarliśmy na miejsce. Stare obozowisko nie przypominało już tego, czym musiało być kiedyś. W kilku miejscach ziemię rozgrzebywały korzenie drzew, a między nimi wyrastały młode rośliny. Niektóre krzewy zdążyły się rozrosnąć na tyle, że zasłaniały fragmenty dawnego przejścia. Mimo to przestrzeń wciąż nadawała się do ćwiczeń. Było tu wystarczająco dużo miejsca, by swobodnie się poruszać, a drzewa mogły posłużyć za osłonę podczas treningu. Zatrzymałem się na skraju polany i właśnie wtedy Kawcza Łapa zwrócił się do mnie z pytaniem.
— Całkiem dobrze! — odpowiedziałem z entuzjazmem, odwracając się w jego stronę. — Znaczy, chyba. Sowi Zmierzch mówi, że muszę jeszcze popracować nad tym, żeby nie odsłaniać boku podczas ataku, ale ostatnio udało mi się go zaskoczyć podczas ćwiczeń. Tylko raz, ale to się liczy, prawda?
Uśmiechnąłem się szeroko, a końcówka mojego ogona drgnęła z zadowolenia. Nie mogłem przecież przemilczeć takiego osiągnięcia. Nawet jeśli nie było szczególnie imponujące, dla mnie stanowiło dowód na to, że robię postępy. Poza tym, gdybym miał wybierać, wolałbym pochwalić się czymś, co mi wyszło, niż opowiadać o wszystkich momentach, w których lądowałem pyskiem w ziemi.
Przez chwilę przyglądałem się czarnemu kocurowi, próbując ocenić, jak bardzo zmienił się od naszego ostatniego spotkania. Wtedy wydawał mi się znacznie bardziej przygaszony, a jego odpowiedzi były krótkie i niechętne. Pamiętałem też, jak opowiadał o swojej siostrze. Nie wiedziałem, czy nadal chciał o niej rozmawiać, więc nie zamierzałem poruszać tego tematu bez potrzeby. Niektóre rzeczy należało zostawić w spokoju, nawet jeśli ciekawość podpowiadała coś innego.
— A tobie jak idzie? — zapytałem, przechylając lekko głowę. — Rozbity Księżyc mówił, że macie dziś ćwiczyć pojedynki. My też będziemy, więc może będziemy mogli sprawdzić, czego się nauczyliśmy!
Na samą myśl aż przestąpiłem z łapy na łapę. Pojedynek z innym uczniem brzmiał znacznie ciekawiej niż kolejne powtarzanie tych samych ruchów. Oczywiście nie zamierzałem lekceważyć Kawczej Łapy, ale nie potrafiłem ukryć ekscytacji. Chciałem zobaczyć, jak sobie poradzi, a przy okazji przekonać się, czy moje treningi rzeczywiście przynosiły efekty.
Zerknąłem w stronę Sowiego Zmierzchu, zastanawiając się, czy mój mentor pozwoli nam zmierzyć się ze sobą. Nie chciałem zaczynać niczego bez jego zgody. Wiedziałem, że choć czasami miałem ochotę po prostu rzucić się do przodu i zobaczyć, co się stanie, nie wszystko można było załatwić entuzjazmem. Tata często powtarzał mi, że obowiązki należy wykonywać najlepiej, jak potrafię. Starałem się o tym pamiętać, nawet jeśli czasami bardziej niż o samym zadaniu myślałem o tym, jak bardzo chciałbym już umieć wszystko.
— Tylko uprzedzam, że nie zamierzam się poddać bez walki! — dodałem, ponownie zwracając się do Kawczej Łapy. — Ale spokojnie, nie będę cię gryzł w uszy. Chyba że sam zaczniesz!
Parsknąłem cichym śmiechem, rozbawiony własnym żartem. Następnie usiadłem na ziemi i owinąłem łapy ogonem, choć trudno było mi usiedzieć w miejscu. Spojrzałem jeszcze raz na polanę, wybierając wzrokiem fragment równego podłoża, na którym można było bezpiecznie ćwiczyć. W głowie już układałem sobie możliwe ruchy, przypominając sobie wskazówki mentora.
Przede wszystkim nie odsłaniać boku. Utrzymać równowagę. Obserwować przeciwnika, zamiast skupiać się wyłącznie na własnych łapach.
Powtórzyłem te zasady w myślach kilka razy, a potem uniosłem głowę.
— Wiesz, kiedy byłem mały, myślałem, że wystarczy być silnym, żeby wygrać każdą walkę — odezwałem się nagle, spoglądając na Kawczą Łapę. — Tata jest silny, więc wydawało mi się, że to najważniejsze, ale Sowi Zmierzch mówi, że trzeba też umieć myśleć. I chyba ma rację, bo jak próbuję kogoś przewrócić samą siłą, to zwykle kończę na ziemi razem z nim.
Zaśmiałem się pod nosem, tym razem trochę bardziej zakłopotany. Nie przeszkadzało mi jednak przyznawanie się do własnych błędów. W końcu dopiero się uczyłem. Nie mogłem oczekiwać, że od razu będę najlepszy.
Po chwili wstałem i otrzepałem łapy z drobinek ziemi. Spojrzałem na mentora, gotów rozpocząć ćwiczenia, a następnie znów na swojego rówieśnika.
— No dobra, Kawcza Łapo. Zobaczymy, czego nas nauczyli! Jestem gotowy.
Przynajmniej tak mi się wydawało. A jeśli miałem się czegoś nauczyć, to równie dobrze mogłem zacząć właśnie teraz.
<Kawcza Łapo?>
[1107 słów]
Subskrybuj:
Posty (Atom)