BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka i Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Miot w Owocowym Lesie!
(Brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 12 kwietnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

04 kwietnia 2026

Od Trójokiego Zająca

Nadeszła Pora Opadających Liści, a wraz z nią nastały kolejne zmiany w obozie Klanu Klifu. Wielokolorowe liście szeleściły na wietrze, były to ostatki ciepła przed srogą Porą Nagich Drzew, zbliżającej się na tereny klanów wielkimi krokami. Drzewa pokryły się łysymi gałęziami, zrzucając z siebie cały ciężar w postaci jeszcze do niedawna czysto zielonych liści. Wiatr z każdym dniem stawał się coraz bardziej chłodny, nieprzyjemny, kłujący w płuca. Noce bywały niezwykle mroźne, a słońce zachodziło niewiarygodnie szybko, przez co każdy dzień wydawał się zbyt krótki, pozostawiał niedosyt u wielu kotów. Kremowy wojownik, z jakiegoś powodu, wcześniej nie skupiał się na tych zmianach aż tak bardzo, zawsze pogrążony we własnych myślach, skupiony tak naprawdę… na sobie. Na każdej niepokojącej myśli, jaka tylko przyszła do jego głowy. Na gdybaniu, spędzaniu czasu z rodziną – głównie z bratem. Jak i również na próbie umilenia życia Kukułczemu Wdziękowi. Zależało mu na jej zdaniu cały czas niezmiennie, można było powiedzieć, że od niej zależał cały jego humor, każdy dzień, podczas którego otwierał oczy i szedł przed siebie, zadowalając klan poprzez wykonywanie sumiennie własnych obowiązków. Równowaga ta została zaburzona w momencie, gdy Pietruszkowa Błyskawica odeszła. Zielonooki robił co w jego mocy, aby poprawić swojej ukochanej humor, jednak to nie było wcale łatwe. Często po prostu życzyła sobie samotności, którą Klifiak nierzadko odbierał jako odrzucenie go, nawet jeśli próbował zbywać tego rodzaju myśli, bo przecież świat nie kręcił się tylko wokół niego. Mimo świadomości nie potrafił wymazać emocji, jednak nie oznaczało to też, że miał jej za złe fakt przeżywania żałoby na swój sposób. Z jednej strony rozumiał jej potrzebę przetrawienia żałoby w samotności, z drugiej zaś chciał jej pomóc i dlatego czuł się także smutny z tego powodu. On sam, kiedy jego “ciocia” odeszła nie czuł się szczególnie poruszony. Może po prostu nie wiedział, jak powinien podejść do tematu śmierci. Wyjaśnienie, że koty wierzące trafiały na Srebrną Skórę, na której miały lepiej, niż za życia, mu wystarczyło. Starał się nie rozmyślać nad tym niepotrzebnie długo, ponieważ nie chciał chodzić przygnębiony. Mimo wszystko Pietruszkowa Błyskawica była porządną kotką. W końcu była przybraną matką Kukułczego Wdzięku. Czy to robiło z niego egoistę? Może powinien bardziej zainteresować się zdrowiem swojej matki, Pikującej Jaskółki? Może gdyby częściej rozmawiał z pobratymcami, których kojarzył tylko dlatego, że mijali się codziennie na środku jaskini, to byłby szczęśliwszy? Czy obecność Kukułczego Wdzięku mu wystarczyła? Do tej pory myślał, że tak. Że właśnie tak powinno wyglądać idealne, odpowiednie życie. I tak naprawdę nie potrafił sobie wyobrazić innej opcji. Budzenie się i zasypianie obok kotki sprawiało, że czuł się spełniony i szczęśliwy. Chociaż była jeszcze jedna rzecz, której mu brakowało, a na którą nie wiedział, czy był w zupełności gotowy…
Urwał wyrośnięte gałązki zakończone gęsto aksamitnym kwieciem, jedne z ostatnich. Były w wyjątkowo dobrym stanie. Roślina pod jego naciskiem ugięła się, pękając w połowie. Chwycił bukiet w pysk, wracając do wielkiej jamy. Ryzykował, wychodząc samotnie w poszukiwaniu najlepszych, ostatnich płatków, aczkolwiek był gotów zrobić wszystko, byleby tylko poprawić humor kotce bliskiej jego sercu.
Trójoki Zając postawił czujnie uszy, przyuważywszy niemałe poruszenie w obozie. Atmosfera wokół stała się tak gęsta, że dało się ją ciąć pazurem. Starsi plotkowali między sobą, a uczniowie wyglądali z legowisk z dużymi, wytrzeszczonymi oczkami. Serce wojownika zabiło szybciej, a kikut poruszał się nerwowo. Szylkretki nie było w posłaniu, najwidoczniej nie wróciła jeszcze z patrolu.
Do ich azylu została przyniesiona malutka, pręgowana kuleczka. W składzie kotów, które wróciły, znajdowała się Kukułczy Wdzięk, co za tym idzie, Klifiak musiał koniecznie dowiedzieć się, co się stało. Dlaczego wyglądała na tak spiętą? Zaniepokojoną? Może nawet lekko zezłoszczoną? A może tak naprawdę jedynie sobie to dopowiedział z powodu potrzeby otrzymania prędkiej odpowiedzi na wszystkie, kotłujące się w jego głowie pytania? Jakiegoś wyjaśnienia? Źrenice zwęziły mu się w cieniutkie szparki, a nos zmarszczył, gdy dotarła do niego intensywna, metaliczna woń. Widok zakrwawionego kocięcia go zmartwił i to znacząco. Drobna nieznajoma zwisała z pyszczka Gąsienicowego Ogryzka, którego koniec ogona zniknął właśnie w jamie medyków. Otworzył oczy szerzej, a mięśnie u łap spięły mu się wręcz odruchowo. Kto skrzywdził to maleństwo? Czy Jagnięcemu Ukłonowi uda się ustabilizować jej stan? Energicznie zszedł ze skalnej półki prowadzącej do legowiska wojowników, zostawiając kwiaty w posłaniu Kukułki. Dzisiaj wykonał już przydzielone mu zadanie przez Mysi Postrach, dlatego mógł pozwolić sobie na odpoczynek. Chociaż ciężko było odpocząć w obliczu takiej sytuacji. Jego mózg domagał się odpowiedzi. Wylądował zgrabnie na zimnej posadzce, zbliżając się do znanej mu kotki. Pobratymczyni utkwiła wzrok we własnych łapach, a myślami była gdzieś daleko.
— Kukułko, co się stało? — zapytał, siląc się na spokój i ocierając się o nią delikatnie w geście powitania.
Wojowniczka podniosła wzrok, błądząc z jego jednego ślepia na drugie, jednak szybko zmarszczyła brwi. Może nie miała humoru na rozmowę o tym teraz? Ale jak mógł zignorować jej zaniepokojenie wymalowane na pysku? Żółtooka pokręciła głową, po czym westchnęła cicho pod nosem.
— Biedulka… taka malutka.
— Gdybym mógł, to bym wybił wszystkie te zawszone kundle!
Do jego uszu doleciały nieprzychylne słowa Klifiaków. W sercu kremusa pojawiło się gorące, nieprzyjemne uczucie, które zawrzało w nim niczym bulgocząca woda. Nabrał parę wdechów w próbie uspokojenia się. Raz… Dwa… Trzy… Tutaj koteczka będzie bezpieczna. Cztery… Pięć… Sześć… Koty Klanu Klifu dopilnują z pewnością, aby nie musiała się więcej martwić psami – oczywiście, jeśli tylko nie będzie się wybierała sama poza obóz. Na ich terenach ostatnimi czasy grasowały mewy, a jak już o mewach… Siedem… Osiem…
Zielonooki skrzywił się na samą myśl. Serce zabiło mu mocniej, a przed oczami odrobinę pociemniało. Zamrugał parokrotnie. Nadal nie potrafił pogodzić się z potyczką, jaka miała miejsce ostatnio. Wysłano go przymusowo na wojnę z tymi potężnymi ptakami… Oczywiście, miało to sens, ponieważ był wojownikiem. Wyrządziły naprawdę wiele szkód Klanowi Klifu, zabierając im cennych członków. Aczkolwiek to nie było wcale takie proste, jak mogłoby się zdawać. Nawet jeśli byli z ich powodu stratni, Trójoki Zając nie potrafił po prostu zmienić tego, w co wierzył całe życie, nie potrafił z tym walczyć. Nie bał się o to, że zostanie uszkodzony. W swoim życiu został zaatakowany już wiele razy i kolejna blizna nie robiła mu różnicy, aczkolwiek, tak naprawdę, obyło się bez większych głębszych szram. Raczej złość powodował fakt, że kłóciło się to z jego przekonaniami. A jakby tego było mało, to miał wyeliminować wszystkie te ptaki. Jak najwięcej. Niszczyć ich gniazda, tłuc jaja, zrzucać je z klifu. Zaczął sapać, nabieranie oddechu zaczynało sprawiać mu trudność, a oczy mrużyły się. Czy gdyby mewy odebrały mu Kukułczy Wdzięk, czy wtedy by się ocknął? Zmienił diametralnie? Dziewięć… Dziesięć…
Kukułczy Wdzięk, całe szczęście, nie miała mu tego za złe. Rozumiała, że nie miał wyboru, chociaż nie obyło się bez dokładnego przepytania go, które dzięki Klanowi Gwiazdy miał już za sobą. Liliowa przysunęła się bliżej wojownika, jakby szukając w nim wsparcia. A może wyczuła, że dzieje się z nim znowu coś niedobrego? Może chciała mu w ten sposób ponownie pomóc? Ich boki zaczęły się stykać delikatnie. Kremus zaczął cicho pomrukiwać. Negatywne emocje od razu z niego zeszły, jakby szylkretka posiadała jakieś niesamowite umiejętności niewerbalnego pocieszania. Westchnął cicho pod nosem, rozluźniając spięte z nerwów mięśnie. Nie mogli na razie za wiele zrobić. Musieli czekać na unormowanie stanu młódki przez Jagnięcy Ukłon. Brane przez niego wdechy unormowały się, co za tym idzie, siła powróciła do jego kończyn. Nawet jeśli nie zdążył zamienić ani jednego słowa z malutką Werbeną, bał się o jej zdrowie, co go zdziwiło – bo przecież wcześniej nie przykładał aż tak wielkiej wagi kociętom, które nie należały do jego rodziny.

***

Gdy słońce rzucało ostatnie, pomarańczowe promienie, blado ogrzewając boki kotów i rozświetlając ogromną jamę błyskiem, a ptaki śpiewały swoją ostatnią, wieczorną melodię, Trójoki Zając ułożył się wygodnie w posłaniu, tuż obok Kukułczego Wdzięku. Po kotce było widać zmęczenie i prawdopodobnie, gdyby nie niespodzianka, oddałaby się od razu w objęcia snu. Z powodu stresu, jaki dopadł go wcześniej, zupełnie zapomniał o kwiatach dla niej, które tu zostawił. Położył po sobie odrobinę uszy, nieśmiało, martwiąc się, jak zareaguje. Kotka przysunęła je w stronę wojownika. Pręgus nagle wpadł na pewien pomysł, prostując się, zauważywszy, że Klifiaczka wcale nie zareagowała negatywnie. Urwał parę płatków, po czym wetknął je pomiędzy kłosy kotki dość ostrożnie, żeby jej przypadkiem nie poplątać futra. Szylkretka ułożyła się wygodnie na boku, mrużąc oczy. Nie protestowała ani nie pogoniła go, więc ten pomysł najwidoczniej jej się spodobał. A może nie chciała, żeby mu było przykro? Przełknął nerwowo ślinę.
— Kukułczy Wdzięku…?
Kotka spojrzała na niego nieco sennie, poruszając zadbaną końcówką kity aksamitnie.
Czy powinien powiedzieć jej już teraz? Czy to naprawdę było to, co myślał, że było? Może się pomylił…? Może tak naprawdę łączyła ich jedynie przyjacielska więź? Poczuł nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej. Bo co jeśli ona nie czuła tego samego? Co, jeżeli tymi dwoma słowami, jakie chciał jej wypowiedzieć, zepsułby całą ich relacje i żałował tego potem do końca swojego życia? Serce pędziło mu galopem, a w uszach słyszał jego dudnienie.
— Tak, Zajączku? — dopytała, jakby próbując go zachęcić do wypowiedzenia tego, co mu ciążyło na sercu. Zdziwił się ciut, jednak w jego piersi pojawiło się przyjemne, ciepłe uczucie. Gdyby był łysy, prawdopodobnie byłby czerwony niczym pomidor. Poduszki jego łap stały się ciepłe. Zawstydził się na nowo.
— Ach… bo j-ja… — wymamrotał, zataczając łapą kółeczka w posłaniu legowiska. — M-myślę, że wyglądasz pięknie. Bardzo ci do twarzy z tymi kwiatami, ładnie podkreślają twoją urodę — wydusił z siebie, krzycząc wręcz w myślach. Nie… nie o to mu chodziło…! To znaczy, tak, była według niego piękna, najpiękniejsza wręcz, aczkolwiek nie to chciał jej teraz powiedzieć. To nie tym się zamartwiał tak długo, nie nad tym tak głowił i dywagował od tylu księżyców.
Kukułczy Wdzięk skinęła głową, po czym ułożyła się wygodnie na własnych łapach, przyjmując komplement. Po jakimś czasie jej bok zaczął unosić się, a potem opadać spokojnie. Ogon miała zawinięty wokół jednej z kończyn. Czy powinien ją obudzić? Ale jaką miał gwarancję, że nie zezłościłaby się za to na niego? Jaką mógł mieć pewność, że po obudzeniu jej dałby radę wypowiedzieć te jakże istotne słowa dla niego? Nie, może nie powinien psuć tak miłego momentu. Powinien powiedzieć jej kiedy indziej. Niech Kukułka teraz odpocznie.

Od Poranku

Wiciokrzew, Purchawka i Mistral szli z przodu. Poranek, ze wzrokiem wlepionym w ziemię, ale napiętymi wszystkimi mięśniami, szedł powoli za nimi, starając się nie wdawać w żadne konwersacje. Mimo wspólnej profesji bał się każdego z osobna. Ale dlaczego? Co go do tego popchnęło? Odpowiedź była jedna — powrót do Owocowego Lasu. A reszta? A reszta była tylko skutkiem jego błędów i kary Wszechmatki, za jego postępowanie. Za to, że pozwolił na zranienie Mgiełki, na zniknięcie Murmur i, co najważniejsze...
Śmiech rozbrzmiał echem w jego uszach. Od razu lekko podskoczył. Śmiech był ostry i głośny, dokładnie tak, jakby ktoś krzyknął mu do ucha. Podniósł lekko głowę, spodziewając się tam znajomych sylwetek trójki pobratymców. Nie zauważył jednak nikogo. Zamiast tego zobaczył tylko ciemne drzewa, wysokie i niektóre wręcz przerażające, zasłaniające jasne niebo. Ich cień padł prosto na niego, zostawiając go samego w ciemności. Samego. Nagle wszyscy go zostawili.
Zaczął się nerwowo rozglądać. Myśli w jego głowie od razu przyspieszyły, powodując lekkie zamieszanie.
– Gdzie jesteście? – odezwał się po raz pierwszy od wyjścia z obozu, jednak nikt mu nie odpowiedział. Obrócił się w obie strony, wzrokiem przelatując po każdym drzewie, każdym cieniu, każdym miejscu, gdzie mógł zobaczyć znajome twarze. Było pusto. Mimo to znów usłyszał ten śmiech. Czyżby ktoś z niego drwił? Śmiał się z niepowodzeń. Z jego zabłąkanej duszy, już dawno opuszczonej przez Wszechmatkę.
– To nie jest zabawne – mruknął cicho, strosząc sierść na karku. Śmiech stał się tylko głośniejszy, jakby nie słuchał słów uzdrowiciela. Jakby ich nie słyszał. – Wiciokrzewie? – zawołał rudy. – Purchawko? – został sam śmiech. – Mistral? – śmiech zagłuszający jego myśli i szepty, które dochodziły z oddali. To musieli być oni. Mimo strachu cały się spiął i pobiegł w stronę szeptów, męczących jego głowę. Liczył na cokolwiek związanego z Owocowym Lasem. Cokolwiek związanego z "domem". Nie zastał nic. Tylko drzewa, których cienie zamykały go w swoich szponach, tylko upewniając Poranka w fakcie, że został sam. Sam w ciemności. Nikt nie zauważył, że zniknął. Nikt go nie szukał. Nikomu nie był potrzebny.
 
***
 
Szybko podniósł się ze swojego posłania, czując jak dreszcze przechodzą po całym jego ciele. Oczy miał szeroko otwarte, oddech nie tak spokojny, jak powinien być. Musiał się uspokoić, zanim ktokolwiek przyjdzie do legowiska. Wziął głębszy oddech, uważnie rozglądając się dookoła, by upewnić się, że ciemny las był tylko snem. Jednak czy sen ten był tak daleki od prawdy?
– Halo? Jest tu ktoś? – głos Szafran, wchodzącej do legowiska, sprawił, że kocur poraz kolejny podskoczył. Dlaczego każdy musiał przychodzić zawsze wtedy, gdy on był chwilę po wstaniu?
 
***
 
Siedział przy swoim drzewie, starając się zebrać myśli, które przeskakiwały z tematu na temat. Jakby w jego głowie był mały kołowrotek, napędzany przez jakieś stworzenie. I mimo prób zatrzymania urządzenia - nic nie dawało. Jedną z takich myśli, była ta dotycząca obecnego stanu jego społeczności. I chociaż Poranek nie był na bieżąco z każdą sprawą w Owocowym Lesie, wiedział o śmierci niektórych kotów i wiedział o sytuacji na terenach Owocniaków. W takim miejscu pełnym plotek, nawet gdy nie chciał, dowiadywał się różnych rzeczy. Z szeptów, z zachowań i z ważniejszych ogłoszeń. Nawet jego bezpieczne legowisko nie dawało rady uchronić go przed każdą plotką, krążącą wśród pobratymców. Ale jedna rzecz była w stanie - śmierć. Od śmierci Rokitnika miał wrażenie, że nikt nie zwraca już na niego uwagi. Chociaż nigdy nie miał też kontaktów ze starszym kocurem, miał świadomość, że on mógł pamiętać go sprzed ucieczki z Murmur. A większość starszych wtedy kotów nie zapisała się dobrze w pamięci Chwastu. A rozmyślania takie naszły uzdrowiciela po wycieczce do legowiska starszyzny, gdzie to musiał zająć się chorym Bukszpanem.
Kolejną rzeczą, którą napędzał kołowrotek w jego głowie, było wspomnienie jego snu. To poczucie samotności, które towarzyszyło mu każdego dnia. Ten strach. Ta ciemność, którą widział, myśląc o swojej rzeczywistości. Czy to tak miało to wszystko wyglądać? Czy naprawdę jego życie było karą od Wszechmatki?
– Witaj Poranku! Co za spotkanie. Akurat wyszedłem na dłuższy spacer – rudy odwrócił głowę, jak zwykle spodziewając się najgorszego. Jednak zamiast kogoś z jego otoczenia, zobaczył Derwisza, który mimo nie mieszkania w Owocowym Lesie, co jakiś czas pojawiał się w okolicy. – Jak się miewasz?
– Żyje.
– Naprawdę miło mi to słyszeć! Jednak ja dalej pytam, jak żyjesz Poranku – mruknął z uśmiechem Derwisz, podchodząc do uzdrowiciela. – Mogę się dosiąść? – zapytał uprzejmie. Poranek chciał zaprzeczyć, chciał powiedzieć cokolwiek, ale zamiast tego tylko kiwnął głową. Tak więc skończył, wraz ze starszym kocurem, przy tym jednym drzewie, do którego przychodził od dłuższego czasu.
– Wierzysz w coś? – zapytał nagle rudy, mimo lęku spoglądając na towarzysza.
– Ciekawe pytanie, a odpowiedź brzmi tak. W siły natury. Uważam, że natura to najpotężniejsza z sił, a jej potęga wynika z czystości i miłości. Tylko się rozejrzyj! Tyle wystarczy by pojąć jej siłę. By zobaczyć miłość – zaczął swój wywód Derwisz. – Natura jest przepiękna, ale też niespodziewana. Nigdy nie wiesz, co możesz spotkać na swojej drodze. Po takim czasie w podróży mogę to potwierdzić. Ale nie tylko ja – rozmarzony samotnik zamknął na chwilę oczy. Na jego rozświetlonym blaskami słońca pysku pojawił się uśmiech. Łagodny i trochę kojący, jakby chciał zapewnić cały świat, że moc miłości i spokoju ich uratuje. Jednak Poranek w to nie wierzył. Nie umiał uwierzyć. – A ty? – nagle znów odezwał się Derwisz. – Wierzysz w coś konkretnego?
– Chyba tak – mruknął cicho rudy, wbijając wzrok w ziemię.
– Chyba?
– Skąplikowana sprawa – odparł cicho Chwast, spinając się lekko. Nastała chwila ciszy. Młodszy z kocurów odwrócił się lekko od starszego, jakby unikał jego spojrzenia. – Wierzę we Wszechmatkę – powiedział w końcu. – Jednak ona już nie wierzy we mnie – stwierdził Poranek, już zaczynając ze stresu grzebać łapą w ziemi.
– Co masz na myśli?
– Zrobiłem coś złego i teraz mierze się z jej karą – powiedział tylko Chwast, nie patrząc Derwiszowi w oczy. Nie był w stanie spojrzeć mu w oczy. Miał wrażenie, że nie mógł już nikomu spojrzeć w oczy.

Wyleczeni: Szafran, Bukszpan

Od Zwęglonej Łapy Do Wąsatkowego Ruczaju

Zwęglona Łapa powoli zaczynała doceniać czas spędzany poza obozem, gdyż wtedy była znacznie mniejsza szansa spotkania innego Wilczaka, który miałby ochotę akurat do niej otworzyć pysk — zbyt wiele takich kotów nie było, jednak nawet Kryształowa Łapa ze swoim entuzjazmem bywała niekiedy męcząca, a treningi z Sowim Zmierzchem dawały jej chwilę wytchnienia od dość energicznej siostry. Może i przez to nie była najlepszą siostrą na świecie, jednak liliowy wojownik pomagał jej powoli akceptować to, że nie pod każdym względem jest idealna i jak każdy ma prawo czuć się zmęczona czyjąś obecność, nawet najbliższej rodziny. Jedyne, na co mogła narzekać, kiedy spędzała czas z mentorem to jego pytania o wiarę — dotychczas zbywała go, mówiąc, że jest niewierząca, jednak ten chyba nie był do końca przekonany, gdyż co jakiś czas powracał do tego tematu.
Zielonooki rano postanowił potrenować polowanie z szylkretką, gdyż to jej nieco gorzej szło, w sumie jak większość dotychczasowych nowych umiejętności, które musiała opanować. Mimo to pręgowany dostrzegał w swojej uczennicy nieodkryty potencjał, szczególnie związany z pewną przynależnością młódki, kiedy tylko ukończy szkolenie oraz udowodni swoją pełną lojalność klanowi. Nim jednak do tego dojdzie, to jeszcze trochę pracy jest przed nimi, a zapału Zwęglonej Łapie raczej nie brakuje, choć z tym może być różnie z biegiem czasu. Co mogłoby poskutkować zmniejszającą się liczbą członków kultu Mrocznej Puszczy w klanie, nawet jeśli obecnie pięć potomków kultystów była przygotowywana do dołączenia. Każdy Wilczak szerzący słowo Miejsca, gdzie Brak Gwiazd był na wagę złota.
Dymna nie do końca wiedziała, że oprócz Klanu Gwiazdy można wierzyć w coś jeszcze. Nawet siebie zbytnio nie uważała za idealną wierną, lecz zawsze starała się dziękować Przodkom za zwierzynę i przetrwanie kolejnego dnia. Żyła przekonaniem, że ci czuwają nad nią i siostrą, kiedy to otoczeni są przez mało przyjemne persony, jakimi była większość Wilczaków.
Ich kroki były skierowane wzdłuż brzegu ogromnego jeziora, z którego można było dostrzec Spaloną Zatoczkę. Szylkretka nie była pewna czy to dobre miejsce do polowania, jednak polegała głównie na wiedzy Sowiego Zmierzchu, który zapewne wiedział, gdzie jest idealne miejsce do łowów w czasie opadających liści. Po kolejnych paru krokach jej wątpliwości zostały rozwiane przez cichy szelest w poszyciu lasu — jakby na zawołanie zwierzyna sama im chciała wpaść do łap lub jeszcze lepiej, pysków, by chętnie zostać zjedzoną przez któregoś z Wilczaków. Terminatorka spojrzała na swojego mentora w niemym pytaniu, które z nich ma upolować zwierzynę. Krótki ruch głowy zielonookiego wystarczył, by Węgiel zrozumiała, że to właśnie jej przypadnie ten jakże wielki zaszczyt.
Na ugiętych łapach, niemal szorując brzuchem po ściółce podeszła bliżej niewielkiego stworzonka, które przed chwilą popełniło największy błąd w swoim życiu. Dymna starała się, jak mogła pamiętać o każdej uwadze Sowiego Zmierzchu na temat jej braków w pozycjach łowieckich, poruszaniu się, starając podchodzić zwierzynę pod wiatr — co niestety po chwili uległo zmianie wraz z kierunkiem wiatru. Kiedy tylko poczuła, że jej białe wąsy nie napotykają podmuchu powietrza ze strony zwierzyny, przystanęła w miejscu. Doskonale odczuwała na sobie także palące spojrzenie starszego, który z uwagą obserwował jej ruchy, by później poinformować ją o błędach, które zdążyła popełnić, jednakże starała się o tym teraz zbytnio nie myśleć, skupiając umysł na świadomości własnego ciała i otoczenia.
Kiedy tylko była pewna, że podeszła wystarczająco blisko swojej ofiary, wyskoczyła do przodu. Jedyne czego nie wzięła pod uwagę to swojej siły w tylnych łapach, więc o mało co nie przeskoczyła zwierzyny — na szczęście Gwiezdni jej sprzyjali i żyjątko zrobiło kilka kroków w stronę przeciwną do Węgiel. Z wysuniętymi pazurami w łapach pochwyciła piszczkę, by następnie w jej szyi zatopić zęby, dopiero czując pióra pod poduszkami i na podniebieniu, zdała sobie sprawę, że właśnie udało jej się złapać kosa. Może nie grzeszył rozmiarem, jednak ptak to ptak, więc szylkretka była dumna z siebie, że w końcu udało jej się upolować coś większego niż nornica czy mysz.
— Nadal brakuje Ci pewności w ruchach, jednak jest lepiej niż na początku. — Głos liliowego kocura rozbrzmiał tuż za nią, przez co nieco się spięła, nie podejrzewając, że Sowi Zmierzch aż tak blisko był. Szybko jednak starał się wrócić do wcześniejszej, dumnej, nieco zrelaksowanej postawy, by wojownik nie miał jeszcze się do czego przyczepić.

«★»

Większość drogi powrotnej w stronę obozu młódka niosła w pysku martwego kosa, którego sterczące pióra co jakiś czas łaskotały łaciaty noc szylkretki, jednak mimo tego ani razu nie poprawiła chwytu, jakby w obawie, że jak tylko wypuści z pyska ptaka, to ten nagle ożyje i w mgnieniu oka poderwie się do lotu. Dopiero kiedy dotarli do kolejnego punktu dzisiejszego treningu, Węgiel pozostawiła zdobycz na ziemi, przez chwilę intensywnie się jej przypatrując, jakby w ten sposób nabierała pewności, że upierzony nie stwierdzi nagle, że sobie stąd odleci. Po paru uderzeniach serca oderwała wzrok od martwej zwierzyny, by następnie skierować swoje kroki za Sowim Zmierzchem, który planował naukę wspinaczki na drzewa. Dymna nie miała lęku wysokości, jednak niezbyt jej się uśmiechało wspinać, nie wiadomo ile długości nad ziemię, by z każdą gałęzią zwiększać szansę na bardziej bolesny upadek, a nawet śmierć.
— Lęku wysokości nie masz? — Terminatorka pokiwała przecząco głową z widoczną niechęcią. — Upadku nie masz co się obawiać, gdyż nie wyśle Cię od razu na sam wierzchołek drzewa, wolałbym, byś jeszcze trochę pożyła — przyznał pręgus, by następnie oprzeć przednie łapy na korze. — Najważniejsze jest pewne wbicie pazurów i upewnienie się, że kora nagle nie odpadnie od pnia. Później musisz użyć siły, by podciągnąć się wyżej i zaczepić pazury w nowym pewnym miejscu.
Brzmiało to raczej prosto, jednakże żółtooka nie raz zdążyła się przekonać, że to, co brzmiało banalnie w rzeczywistości, okazywało się czymś znacznie trudniejszym, niż zakładała. Jedyne co jej teraz pozostawało to wziąć głęboki wdech i długi wydech, by po chwili samej zaczepić pazury o chropowatą powierzchnię drzewa. Nim jednak rozpoczęła wspinaczkę, zadarła głowę, by spróbować dojrzeć szczyt, który jak się okazało, był dość zaskakująco nisko, choć dla niej i tak mógłby być jeszcze niżej — miałaby wtedy pewność, że jeśli Sowi Zmierzch pokusi się o zachęcenie jej do wspinaczki jeszcze wyżej, to upadek nie będzie stanowić zagrożenia dla jej krótkiego żywota.

«★»

“Nigdy więcej” — pomyślała, na nowo niosąc w pysku kosa, kiedy to już zdecydowanie wracali do obozu bez żadnych przystanków po drodze. Cały ten czas szylkretka błagała w duchu Przodków, by ci odciągnęli starszego od tych swoich świetnych pomysłów. Ci najwidoczniej byli po jej stronie, gdyż gdy tylko ujrzała dobrze znany tunel w krzewach, odetchnęła widocznie z ulgą, na co wojownik jedynie przewrócił oczami, by następnie poinstruować uczennicę, aby zaniosła zdobycz na stos i zajrzała do starszyzny w ramach odpoczynku przed późniejszym patrolem. Dymna jedynie skinęła głową, ruszając z kosem w pysku, by dorzucić go do reszty piszczek upolowanych przez innych Wilczaków.
Dumna odwróciła się na pięcie, by ruszyć do starszyzny, po dołożeniu swojej zdobyczy do pozostałych, kiedy niespodziewanie na kogoś wpadła. W ostatnich dniach miała wyjątkowego farta, co do tego — najpierw Nocna Łapa, a teraz czarno-biała wojowniczka. Ciężko przełknęła ślinę, uświadamiając sobie, że ma do czynienia z córką jednego z zastępcy klanu. Miała chyba szczególnego pecha, co do kotów spokrewnionych z najwyżej postawionymi personami w klanie.
— Przepraszam… — wydukała, spuszczając wzrok na swoje barwne łapy.

<Wąsatkowy Ruczaju?>
[1166 słów + wspinaczka na drzewa]

Od Figi

Przyszła Pora Opadających Liści, zieleń liści powoli przemieniała się w ciemne barwy, ciepłe złote kolory. Część z okryw drzew spadła na ziemię, tworząc przepiękny dywan. Znaczy… cóż, dla kogo przepiękny dla tego taki był. Figa nie zwracała uwagi na takie rzeczy, nigdy nie uważała siebie za drobiazgową czy romantyczną. Poezja też nie była jej mocną stroną, więc te piękne kolorowe dywany w oczach Zwiadowczyni zostawały spłycane do zwykłych liści.
I tak właśnie depcząc po nich, wracała ze spaceru z Topolą. Kocur wydawał się nieco nerwowy, więc kotka szturchnęła go barkiem.
— Wypluj to z siebie.
— Oh-? Co? Ja nic… — miauknął jakby wyrwany z głębokich przemyśleń.
Odchrząknął po chwili.
— Piękna moja, czy… — uciekł niezręcznie wzrokiem w bok. — Myślałaś kiedyś nad posiadaniem gromadki kociąt?
Figa przystanęła w szoku. Otworzyła szerzej oczy, po chwili je mrużąc. Dlaczego kocur o tym wspominał?
— Raczej nie — przyznała szczerze.
— Ojej, rozumiem — odparł. Zdawał się… zawiedziony?
Ruszyli dalej, jednak Figę mocno gnębił obraz przybitego partnera. Czekoladowa poruszyła wąsami w zamyśleniu. Topola myślał o dzieciach, pomimo niemłodego wieku.
— Dlaczego pytasz? — odezwała się w trakcie marszu. — Czy dzieci Jeżyny nie są wystarczające?
Figa chyba zbyt ostro ujęła swoje myśli, gdyż Topola spochmurniał. Kotka zganiła się w myślach.
— Znaczy…
— Jest w porządku, skarbie — mruknął. Wahał się chwilę, nim na jego pyszczek wstąpił delikatny uśmiech. — Bo wiesz… kocham dzieci mojej siostry. Nawet jej wnuki! Ale mam takie marzenie… o moich własnych kociętach. O słodkich kuleczkach, które mógłbym tulić każdego wieczora do snu, opowiadać o Wszechmatce, przynosić rozmaite zabawki, a gdybym patrzył w ich mordki, widziałbym swoje geny lub mojej wspaniałej ukochanej.
Figa poczuła się nieswojo, gdy prawił jej te komplementy. Może nie celowo, ale czuła jakby chciał ją urobić. Przekonać, by spróbowali. W końcu… Co szkodzi? Najwyżej się nie uda.
Lecz problem leżał gdzieś indziej. Figa nigdy nie była dobra z dziećmi, nie potrafiła się nimi zająć tak, jak trzeba, wbić do głowy potrzebnych nauk. Nawet z Czerwcem jako uczniem ciągle szukała zwady. Jak miałaby spełnić się w roli matki? Przecież po jej naukach te dzieci wyrosłyby na małe demony.
Wahała się dłuższą chwilę, nim postanowiła odpowiedzieć.
— Nie myślisz… że jest trochę późno? N-Na takie decyzje… — mruknęła nieswojo. Dziwny temat, w końcu dopadł i ją.
— Oh! Tak, przeszło mi to przez myśl, jednak wciąż nie jest za późno. Po prostu powoli się robi. Nie chciałbym też Cię zmuszać, bo to w końcu Twoje ciało.
— Oh przestań, Topola, doskonale wiesz, że Ci ulegnę, jeśli mnie odpowiednio poprosisz — warknęła, będąc nieco zirytowaną. — Ja po prostu… Nie widzę się w roli matki. Przecież nie dam rady ich wychować na dobre koty! Spójrz na mnie!
— Patrzę cały czas — posłał jej uśmiech. — I jesteś najpiękniejszą istotą w tym lesie. Twoje futro jest najmiększe, a charakterek ognisty, palący jak słońce Pory Zielonych Liści.
— Weź… — spaliła buraka, odwracając głowę.
— Figo, moje serce należy do Ciebie — oznajmił. — Kocham Cię i chciałbym mieć z Tobą kocięta, jeśli się zgodzisz.
— Ale ja nie dam rady ich wychować! — miauknęła przejęta. — Boję się, że zrobię im przypadkiem krzywdę… albo nie nauczę tego, co trzeba! I co wtedy? Cały Owocowy Las będzie wytykać ich palcami!
Topola zatrzymał się, ogonem gładząc jej bok. Otarł się o partnerkę, mrucząc głośno, pomagając ukoić nerwy zwiadowczyni.
— Jeśli… jeśli Ty je wychowasz, to możemy spróbować… — szepnęła skrępowana. Posiadanie, wychowywanie kociąt to był trudny temat, zupełnie obcy dla przebojowej Figi. Dereńka nie miała swoich, a Szakłak zmarł dawno temu. Tak naprawdę… po niej ich ród by się zakończył. Malinek nie miałby wnuków, które mógłby oglądać gdzieś tam, latając pod swą ptasią postacią.
Oczy Topoli rozbłysły.
— Naprawdę? — zapytał.
— N-No tak! A-Ale nie wiem, czy się uda! — miauknęła. — Więc nie nastawiaj się zbytnio… uhh zrobię, co mogę, ale nie wiem, czy są jakieś zioła na płodność i w ogóle…
— Nie martw się, skarbie! Będzie dobrze — wymruczał.

~*~

Tym sposobem Figa, ta groźna, drąca koty z każdym zwiadowczyni uległa swojemu partnerowi, niedługo później lądując w kociarni. Tracąc na jakiś czas status zwiadowczyni, a zyskując królowej, zmuszona była siedzieć na tyłku i pachnieć. Nienawidziła takiej bezczynności… Po potwierdzeniu ciąży chyba wszyscy byli zszokowani. Uzdrowiciele, Jeżyna, Czereśnia, Sajgon, no każdy! Topola popłakał się ze szczęścia i rzucił w ramiona ukochanej, słysząc nowinę.
Od tamtej pory przynosił jej najdorodniejsze piszczki, a wieczorami snuł domysły. Czy urodzą się córeczki, a może synowie? Być może będzie jedynakiem? Czy odziedziczy po Fidze klapnięte uszka, a po nim czarno białe futro?
Zwiadowczyni była nieco przytłoczona tym wszystkim. Zamknęła się w sobie, leżąc na posłaniu, wychodząc codziennie na spacery, odwiedzając groby Malinka i Muchy. Opowiadała im wszystko, przynosiła kwiaty, dekorowała groby.
W tym samym czasie w Owocowym Lesie zapanowała epidemia. Zabierała kolejne koty. Rokitnika, który na koniec okazał się mordercą Osetka. Żmiję, Żagnicę… Figa obserwowała wszystko, a jej brzuch rósł. Stworzono oddzielne miejsce dla zakażonych i robiono wszystko, by choróbsko nie dotknęło innych kotów. Topola bardzo się martwił, bardzo. Niemal kazał wszystkim stróżować przy swojej ciężarnej partnerce, co Figa skutecznie przerywała. Nie potrzebowała ochroniarzy, doskonale umiała o siebie zadbać i unikać zakażenia. Ona, pomimo że nie mówiła głośno, też chciała urodzić zdrowe dzieci. Chociaż chodzenie w ciąży było dla niej abstrakcją, nie zamierzała pozwolić tym zarazkom dostać się do jej wnętrza.
Z czasem czuła kopnięcia, ruch, a jej organizm miał coraz to nowsze problemy. Bóle stawów od ciężkiego brzucha, trudności z szybkim chodzeniem, zachcianki. Topola stawał na wąsach, by zdobyć różne dziwactwa, których akurat tym razem zachciało się kotce. Figa warczała na uczniów, którzy nieumiejętnie rozkładali mech, dając im lekcje wychowania. Nawet Czereśnia czasem wpadał, by z nią pogadać. Chyba poniekąd był dumny z uczennicy, w końcu tyle osiągnęła. Była ważnym członkiem społeczności, a teraz w tym trudnym czasie wspomoże ich, rodząc kocięta. Figa mocno trzymała kciuki za nienarodzone dzieci, by okazały się nową nadzieją dla nękanych katastrofami Owocniaków.
Wieczorami, gdy Topola czyścił jej futro i pielęgnował, ona głaskała swój brzuch. Rozmawiali o tym, jakie imiona im nadadzą, ale też o zasadach, które chcieli wprowadzić.
— Jak tylko zaczną jeść mięso, przejmujesz wychowanie — oznajmiła któregoś wieczora Figa.
— Zamierzasz wrócić do swoich obowiązków? — zapytał łagodnie, liżąc ją po szyi.
— Tak — odparła. — Wykarmię je i zadbam tak, jak najlepiej umiem… Jeżyna mi trochę opowiadała, Miodunka też więc nieco wiem co mam robić… ale nie zamierzam tu siedzieć, aż zostaną uczniami, bo osiwieję!
— Haha, w porządku, piękna — zgodził się. — Zadbam o ich naukę oraz edukację, a Ty będziesz mogła chodzić na przygody!
— A żebyś wiedział! — odparła hardo z uśmiechem. — Będę wam przynosić zabawki, które znajdę. O!
— Haha. Nie mogę się doczekać.
I tak mijały im dni. Pełne snucia planów na przyszłość, pomimo niepokojącej sytuacji Owocowego Lasu. Starali się myśleć pozytywnie, szukając inspiracji do imion, albo gdy Figa wyciągała informacje od swoich znajomych matek. Była zaskoczona ich otwartością i chęcią pomocy, ale również wdzięczna, co mogła nieco pokracznie okazywać. Niemniej, chyba wszyscy w Owocowym Lesie czekali na te kocięta. Figa jedynie trzymała kciuki, by wdały się charakterem w ojca.

Od Mirtowego Lśnienia

Przeszłość, jeszcze przed bitwą z mewami i śmiercią Judaszowcowej Gwiazdy…

Ciepło dnia powoli ustępowało miejsca wieczornej ciszy, choć powietrze wciąż pozostawało ciężkie, nasycone zapachem nagrzanej ziemi i wyschniętych ziół, które trzeszczały cicho pod łapami przechodzących kotów. Nad obozowiskiem unosił się spokojny, niemal senny nastrój — rozmowy toczyły się przyciszonym tonem, a pojedyncze sylwetki wojowników znikały gdzieś w cieniu legowisk.
Mirtowe Lśnienie stał nieco na uboczu, obserwując obozowisko w milczeniu, a jego spojrzenie na moment zatrzymało się na kotach — wojownikach, uczniach i karmicielkach — które żyły swoim rytmem, zupełnie nieświadome zmian, jakie od kilku księżyców zaczynały się nad nimi zarysowywać. Pod jego futro wkradało się ciche, trudne do uchwycenia uczucie fascynacji, rozlewające się powoli i niemal niezauważalnie, jak cień przesuwający się po ziemi.
Miał wrażenie, że stoi ponad nimi — nie dzięki sile, lecz dzięki temu, jak wiele widzi i rozumie, podczas gdy oni trwali w swojej nieświadomości, zamknięci w prostocie codziennych spraw.
Jego wąsy drgnęły lekko, a w tej krótkiej reakcji było coś na kształt rozbawienia.
A więc Gwiezdni rzeczywiście go wybrali — tak, jak sądził Judaszowcowa Gwiazda — nawet jeśli przez tyle księżyców zwlekali z ukazaniem mu jego prawdziwego celu.
Jego wzrok skierował się ku morzu, gdzie rozciągała się szeroka tafla wody, łagodnie poruszana rytmem fal, odbijających ostatnie promienie słońca w drżących, złotawych smugach. Niebo nad horyzontem przybrało miękkie odcienie różu i bladego fioletu, które stopniowo bledły, ustępując miejsca chłodniejszym barwom nadchodzącej nocy.
Ziewnął krótko, po czym westchnął, czując, jak wiatr drga nieśmiało jego jasno-rudym futrem.
Przez kilka ostatnich wschodów słońca coraz częściej rozmawiał z Gąsienicowym Ogryzkiem. Z początku były to krótkie rozmowy, rzucane mimochodem, jakby przypadkowe — kilka słów wymienionych przy stercie ze zwierzyną czy przy wejściu do legowiska. Nie chciał wzbudzać podejrzeń. Nie chciał, by jego obecność stała się zbyt wyraźna, zbyt nachalna. Dlatego dawkował ich kontakt z wyczuciem, pozwalając, by ich przyjaźń rozwijała się powoli, bez większego nacisku.
Z czasem jednak rozmowy zaczęły się wydłużać, nabierać ciężaru, znaczenia. Coraz częściej dotykały tematów, które nie były już przypadkowe — odpowiedzialności, decyzji, roli, jaką każdy z nich odgrywał w klanie. Mirtowe Lśnienie nie naciskał. Nigdy nie mówił wprost. Zamiast tego prowadził, subtelnie, niemal niezauważalnie, pozwalając, by to Gąsienicowy Ogryzek sam dochodził do wniosków, które wcześniej zostały mu podsunięte.
I zdawało się, że niebieski przyjmował wszystko to, co zostało mu przekazane bez żadnego oporu, bez wahania, jak coś, co od dawna czekało, by zostać wypowiedziane. Chłonął słowa Mirtowego Lśnienia z naturalną łatwością, nie kwestionując ich sensu, nie doszukując się drugiego dna. A co więcej — zaczynał dopowiadać do nich własne myśli i interpretacje, które, choć wydawały się w pełni jego, to zawsze prowadziły go dokładnie do wniosków, jakie powinien był wyciągnąć.
Wszystko przebiegało płynnie, jak nurt rzeki, który nie napotyka na swojej drodze żadnych przeszkód. I właśnie dlatego Mirtowe Lśnienie wiedział, że nadszedł moment, by przejść dalej.
By zrobić kolejny krok.
Myśl o Pikującej Jaskółce pojawiła się w jego umyśle chłodno i precyzyjnie, pozbawiona emocji. Nie była impulsem. Była decyzją, która dojrzewała od dłuższego czasu, czekając jedynie na odpowiedni moment. A moment ten właśnie nadchodził.
Nie mógł jednak działać pochopnie. Nie w ten sposób. Gąsiennicowy Ogryzek nie mógł poczuć, że jest prowadzony — musiał uwierzyć, że sam wybiera tę drogę. Że to jego decyzja. Jego przekonanie.
Potrzebował znaku.
Czegoś, co wykracza poza zwykłą rozmowę, poza słowa, które można podważyć. Czegoś, co zakorzeni się głębiej, w miejscu, gdzie logika ustępuje miejsca wierze.
Jego spojrzenie ponownie powędrowało ku horyzontowi.
W tej samej chwili ponad wodą przemknęła mewa, jej skrzydła przecięły ciepłe światło zachodu, rzucając krótki cień na falującą taflę. Ruch był szybki, niemal ulotny — a jednak wystarczył.
Ptak. Pierze. Jaskółka. Jaskółcze pióro.
Symbol, który nie wymagał wyjaśnień. Znak, który można było odczytać na wiele sposobów — lecz w odpowiednim kontekście prowadził tylko do jednego wniosku.
Mirtowe Lśnienie przymknął lekko oczy, jakby pozwalał tej myśli osiąść głębiej, nabrać ostatecznego kształtu. Nie było w nim wahania. Plan był już kompletny — brakowało jedynie wykonania.
Podłożyć pióro pod jego posłaniem. Pozwolić, by znalazł je sam. Obserwować, jak zaczyna wierzyć.
Strzepnął lekko ogonem, pozwalając, by jego końcówka przecięła powietrze w krótkim, niemal niedbałym ruchu, po czym ruszył w stronę wyjścia z obozowiska, pewnym, lecz lekkim krokiem — kierując się ku miejscu, w którym będzie mógł zdobyć to, czego potrzebował. 
Zbliżał się do wyjścia, gdy znajome brzmienie głosu zatrzymało go równie skutecznie, co fizyczna przeszkoda.
— Hej, Mirtowe Lśnienie!
Zanim zdążył postawić kolejny krok, jego drogę zagrodził niebieski wojownik, którego obecność — choć przewidywalna — w tej chwili była… niewygodna.
— Co u ciebie?
Mirtowe Lśnienie zamrugał kilkukrotnie, jakby wyrwany z własnych myśli, po czym jego pysk rozjaśnił się lekkim, niemal ciepłym uśmiechem. Dla Gąsiennicowego Ogryzka był to gest całkowicie naturalny, niczym nieodbiegający od tego, czego zdążył się już po nim spodziewać. W rzeczywistości jednak za tym uśmiechem kryło się coś innego — cicha, niemal rozbawiona refleksja nad tym, jak łatwo niebieski wojownik przyjął jego obecność, jak szybko uznał ją za coś oczywistego, niemal potrzebnego.
Jak szybko zaczął wierzyć.
— Wszystko dobrze — odpowiedział spokojnie, jego głos był miękki i wyważony, jak zawsze. — Planowałem się przejść, zaczerpnąć świeżego powietrza…
Zrobił krótką pauzę, jakby dopiero teraz rozważał coś w myślach, po czym lekko przechylił głowę.
— ...ale chyba jednak zmieniłem zdanie. Myślę, że dużo lepiej będzie wymienić nieświeży mech w żłobku.
Słowa te zawisły w powietrzu na krótką chwilę, a spojrzenie Gąsienicowego Ogryzka niemal natychmiast się zmieniło — pojawiło się w nim wyraźne zaskoczenie, którego wojownik nie próbował nawet ukryć.
— Poważnie? — zapytał, unosząc lekko uszy. — To przecież zadanie uczniów!
Mirtowe Lśnienie skinął krótko głową, jakby zgadzał się z tą uwagą, po czym westchnął cicho, przeciągle, pozwalając, by jego sylwetka na moment lekko się rozluźniła. W jego postawie pojawiło się coś, co można było odebrać jako łagodne rozczarowanie — nie skierowane bezpośrednio do rozmówcy, lecz raczej do samej idei, którą przed chwilą przywołał.
— Być może — odparł spokojnie, unosząc lekko wzrok, jakby jego myśli na chwilę powędrowały gdzieś dalej. — Ale czy to naprawdę ma znaczenie?
Zatrzymał spojrzenie na Ogryzku, a jego oczy przybrały wyraz cichej, niemal refleksyjnej powagi.
— Klan Gwiazdy pragnie, byśmy byli dla siebie dobrzy — kontynuował, jego głos pozostawał miękki, lecz niósł w sobie subtelny ciężar przekonania. — W ich oczach nie istnieje podział na obowiązki, który miałby nas od siebie oddzielać. Nie ma znaczenia, czy jesteś liderem, wojownikiem, czy uczniem… jeśli możesz pomóc, to po prostu to robisz.
Gąsienicowy Ogryzek spojrzał na niego uważniej, a jego wcześniejsze zaskoczenie zaczęło ustępować czemuś innemu — namysłowi, który powoli nabierał kształtu.
— Jej, Mirtowe Lśnienie… — mruknął po chwili. — Nie wiedziałem, że ma to dla ciebie aż tak duże znaczenie.
Zawahał się, jakby układał w głowie dalsze słowa.
— Ale… właściwie, to może jest w tym trochę racji.
— Chyba nie chciałbyś, aby Klan Gwiazdy czuł się tobą rozczarowany, hm? — dodał rudy, tym razem z lekką nutą żartu, która złagodziła wcześniejszą powagę.
Gąsiennicowy Ogryzek parsknął cicho, a napięcie, które jeszcze przed chwilą unosiło się w powietrzu, rozproszyło się niemal natychmiast.
— Wiesz… raczej nie — odpowiedział z cieniem przyjacielskiego sarkazmu, choć w jego głosie pobrzmiewała szczerość, której sam mógł jeszcze nie do końca dostrzegać.
Spojrzał w stronę żłobka, a potem znów na Mirtowe Lśnienie, jakby podejmował decyzję, która wydawała się prostsza, niż powinna.
— Dobrze — dodał po chwili. — Chyba w takim razie najlepiej będzie, jeśli ci pomogę.
— “Jeśli czujesz, że coś może przynieść dobro klanowi… warto się tego trzymać. Nawet jeśli inni jeszcze tego nie dostrzegają”, pamiętasz?
Niebieski zastrzygł uszami.
— O jeny, masz rację! Chyba naprawdę częściej powinienem przywoływać do siebie te słowa…
Mirtowe Lśnienie skinął lekko głową, przyjmując tę odpowiedź z naturalną spokojnością.
Nie musiał wprost mówić, że Ogryzek powinien mu pomóc, a jednak udało mu rozegrać się to w taki sposób, by wojownik mimo wszystko to zrobił. Kolejny raz udowodnił przed samym sobą, że potrafi kierować decyzjami Ogryzka. Już niedługo będzie musiał to powtórzyć, choć temat będzie dużo poważniejszy, niż czyszczenie legowisk…

Od Kobczyka

Kobczyk zastrzygła uchem.
— Poznałem ostatnio nowego kota. Był taki miły! Okazuje się, że musi codziennie jeść ryby, a wcale ich nawet nie lubi! Może mu się przejadły? Biedak… oddałem mu moją nornicę, żeby nie musiał tego dnia znosić monotonnego dla niego posmaku ryb. W dodatku zamieszkuje tereny blisko dwunożnych, którzy są podobno nieprzewidywalni. Czasami ganiają za kotami z jakimiś dziwnymi, wydłużonymi przedmiotami i coś pokrzykują między sobą. Mam tylko nadzieję, że mu nic się nie stanie, ach! Może porozmawiajmy o czymś milszym... Co u twojej rodziny? Wszyscy zdrowi? Z uzdrowicielem, takim jak ty, z pewnością nic im nie grozi! Nic się nie martw, dowiesz się jeszcze więcej — zaszczebiotał radośnie, przebierając łapkami w ziołach rozłożonych przed sobą.
Brązowa kotka zmrużyła oczy, poruszając spokojnie puchatą kitą. Ostatnio doszła do paru ważnych wniosków i rozmyślała nad tym, czy warto było podzielić się nimi z mentorem. Czy kocur by ją zrozumiał, mając tak wielką wiedzę na temat ziół, tak bardzo ciekawiących ją? Zerknęła na jego pyszczek, skupiony był na łodyżkach dalej, układając je tak, aby się przypadkiem nie myliły.
— Wernyhora, zastanawiałem się ostatnio, dlaczego nie mieszamy kocimiętki z makiem lub miodem? Skoro mak działa przeciwbólowo oraz nasennie i robi to tak sprawnie, to czemu nie połączyć tego z czymś miłym, właśnie w rodzaju kocimiętki lub miodu? Kto nie lubi miodu? Może by im się lepiej i dłużej spało po takim połączeniu? Moglibyśmy może wpłynąć w jakimś stopniu na ich sny. Pacjentom z koszmarami podawać dawkę kocimiętki z makiem, od razu by byli szczęśliwsi — wyjaśniła energicznie, gestykulując łapami. Był to temat dla niej ważny i zdanie biało-czarnego się dla niej liczyło oczywiście tylko w pewnym stopniu, bo wiadomo, że ona miała rację, zawsze, nieważne, czy inni podzielali jej zdanie. Jednak nie dzieliła się swoimi błyskotliwymi pomysłami za każdym razem, dlatego, można by rzec, to była dość wyjątkowa chwila.
Wernyhora zamyślił się na chwilę. Na jego pyszczku pojawił się neutralny wyraz, po chwili rozjaśniony lekkim uśmiechem.
— Kobczyku, ten pomysł nie jest wcale zły, ale spójrz na to w ten sposób; oczywiście dobrze, że pytasz i cieszy mnie twoja pomysłowość, aczkolwiek… każda rzecz w nadmiarze szkodzi. Kocimiętka mogłaby mieć niepożądane działanie w połączeniu z makiem, tak samo, jak i miód, nawet jeśli osobno działają dobrze. Kocimiętka raczej pobudza, dlatego, jeśli miałbym mieszać, to z miodem. Miód jest ciężko pozyskać, jeśli nie ma się określonego, wyrobionego sposobu. Maku jest dużo więcej i ryzykujesz zdecydowanie mniej, zbierając go — zaczął, po czym ujął delikatne kwiecie w łapy. — Uważam, że sam mak wystarczy, żeby kotu spało się dobrze, ale możemy kiedyś przetestować twoją propozycję. Odpowiadając na twoje kolejne pytanie, to… nie poznałem nigdy kota, który nie lubił miodu — uśmiechnął się nawet szerzej, ale nie nazbyt. Kiwnął głową. — Wiesz, mam do ciebie skromną prośbę. Będzie to też okazja na wykazanie się — zaczął nagle, poruszając spokojnie wąsami.
Łaciata kotka postawiła uszy. Czego mógł od niej chcieć? Może chciałby sprawdzić jej do tej pory nabytą wiedzę, czy rzeczywiście go słuchała, a może wyłączała się podczas jego paplaniny? Tak naprawdę to wyłączała się jedynie czasami, próbując w miarę sprawnie przesiewać ważne dla niej informacje. Oczywiście, że wiedziała, że wszystko w nadmiarze szkodzi. Chciała jednak przekonać się, co stanie się z kotem, który zażyje jej pomysłu w dopuszczalnych dawkach, żeby go nie wysłać przypadkiem pod ziemię. Odpowiedź kocura usatysfakcjonowała ją tylko w pewnym stopniu. Chciała wiedzieć, co stałoby się z pacjentem, któremu dałaby i kocimiętkę, i mak. Albo nawet… kocimiętkę i miód. I może mak.
— Otóż ostatnio nie czuję się najlepiej. Jak już rozmawiamy o ziołach… zauważyłeś na pewno, że brzmię inaczej, niż zwykle. Spowodowane jest to chrypką. Wiesz może, jakie zioło by mi na nią pomogło? — zapytał, na co brązowooka od razu się zamyśliła. Co pomagało na chrypę? Musiało być to swego rodzaju podrażnienie gardła, więc może… rozmawiali dopiero co o miodzie. Miód mu pomoże! Rozejrzała się po składziku kocura, doszukując się zapasu miodu. Szkoda, że nie udało mu się zdobyć więcej, jednak tyle musiało wystarczyć. Przedzieliła kawałek dość niedbale, przekładając go na liść, który zawinęła odrobinę i chwyciła w pysk. Wróciła do kocura ze zwitką, kładąc ją przed nim.
— Zjedz miód, pomoże ci na chrypę — poleciła mu, wskazując łapą lek na jego dolegliwość. To było dość proste, nie musiała wcale głowić się nad tym długo.
Kocur zamruczał z zadowoleniem.
— Brawo, Kobczyku! Wiedziałem, że nie będzie to dla ciebie żaden kłopot — powiedział z dumą w głosie, po czym spożył podany mu medykament. Smak miodu był przyjemny, sama Kobczyk mogłaby wziąć trochę dla siebie, ale w danej chwili nie miała na miód jakoś szczególnej ochoty. Poruszyła się nieznacznie. Cieszyła ją pochwała ze strony biało-czarnego, nawet jeśli nie zawsze zgadzała się z jego zdaniem.

[767 słów - trening medyka, wyleczenie postaci NPC]

Od Czajki

Nie mógł uwierzyć własnym uszom. Nie wierzył w to, że był właśnie świadkiem szokującej rozmowy między Rokitnikiem a Wiciokrzewem. Jak to Osetek nie żyje… Nie, to nie mogła być prawda, nie mogła! Zwiadowca poczuł, jak nagle grunt osuwa mu się spod łap. Przecież ten uczeń na to nie zasługiwał. To on mu pomógł się pozbierać po traumatycznych przeżyciach, a teraz on sam doświadczył śmierci i to z łap pobratymca. Może młodszy nie urodził się w Owocowym Lesie, lecz to nie powinno mieć znaczenia, był częścią tej społeczności. W takich momentach niczym się nie różnili od zwykłych dzikich zwierząt.
Z każdym uderzeniem serca, te już kolejny raz w jego krótkim życiu rozpadało się na kawałki. Tyle razy powstawało na nowo, lecz czy tym razem będzie podobnie? Ból w klatce narastał, a jemu coraz ciężej było oddychać, czuł, jakby się dusił. Coś przygniatało jego płuca, nie pozwalając na zaczerpnięcie głębszego oddechu. W tym czasie na jego pysku malowało się wiele emocji, jak ból, smutek, złość. Były tak silne, że dopiero dźwięk kroków liliowego uzdrowiciela ściągnął go na ziemię. Nie chcąc wyjść na kogoś wścibskiego, oddalił się od legowiska starszyzny. Nie wiedział, gdzie zmierzał, lecz był pewien tego, że zabójca taki jak Ziemniak musi ponieść konsekwencje. Wymierzanie sprawiedliwości na własną łapę nie było rozważne, jednak Czajka chyba nigdy nie grzeszył rozwagą. Było tak za młodu i jest tak obecnie, szczególnie jeśli w grę wchodził ktoś mu bliski. Może nie był z Osetkiem jakimiś najlepszymi przyjaciółmi, lecz to on zainteresował się jego niedawnym stanem, pozostając nieugiętym w przypadku spożycia ziaren maku.
Brązowooki zdawał sobie sprawę, że nie może wyjść na środek obozu i rzucać oskarżeniami na lewo i prawo, lecz gorycz cisnących mu się słów, paliła go w gardle i język. Nawet przełykana ślina nie była w stanie zmyć nieprzyjemnego posmaku w pysku zwiadowcy. Przez myśl mu nie przeszło, by próbować wyzbyć się gorzkiego smaku poprzez spożycie jakiejś piszczki z pobliskiego stosu. Uważałby to za marnotrawstwo zwierzyny, o którą starała się reszta Owocniaków na patrolach.
Początkowo kierując się jak najdalej od legowiska starszyzny, nieobecnym wzrokiem omiótł polanę, na której koty żyły własnym tempem, nie będąc świadomymi, iż pośród nich żyje morderca niedoszłego uzdrowiciela. Czajka nie był pewny czy któryś z obecnych kociaków ze żłobka chciałoby wstąpić w szeregi uzdrowicieli, lecz możliwe, że niedługo zabraknie kotów w tejże profesji. W teorii jeszcze stróżowie posiadali minimalne wyszkolenie medyczne, jednakże w cięższych przypadkach, jak ostatnia epidemia, która została opanowana tylko dzięki podróżnym uzdrowicielom, to mogą niedługo nadejść dość ciężkie czasy dla Owocowego Lasu. Z tego, co pamiętał to na patrolu, w którym sprowadził Derwisza, Jaskra i Jeżogłówkę, brał udział Ziemniak i już wtedy kocur był niezbyt zadowolony z decyzji, jaką podjął młodszy wraz z Pszczółką. W tamtym momencie wojownik zbytnio nie przypadł do gustu solidowi, lecz nie spodziewał się, że czekoladowy będzie w stanie pozbawić życia jednego ze swoich.
Brązowooki nieco nieobecny miał się właśnie skierować do drzewa, gdzie legowisko mieli zwiadowcy, chcąc to wszystko poukładać w głowie. Jednak niespodziewanie tuż przed nim przemknęła sylwetka żółtookiego wojownika. Dokładnie tego samego, który był odpowiedzialny za brak Osetka w Owocowym Lesie. Czajka nie wiedział, co w niego wstąpiło, lecz wystarczyło jedno uderzenie serca, by nagle się w nim zagotowało. Pazury niebieskiego wysunęły się, sierść nastroszyła, a z gardła wydobyło się złowrogie miauknięcie. Nieco zdziwiony tym dźwiękiem Ziemniak spojrzał na mniejszego, lecz nie był w stanie bardziej zareagować, gdyż już po chwili leżał plecami na ziemi powalony impetem, z jakim Czajka rzucił się na niego.
— Morderca! — zaczął krzyczeć, młócąc przednimi łapami po ciele starszego pod sobą. Ten nie pozostawał mu dłużny i zadrapał zwiadowcę po prawej stronie pyska, by następnie zrzucić z siebie przeciwnika. Oboje zjeżeni z wysuniętymi pazurami i uszami przyciśniętymi do czaszek stali naprzeciwko siebie, mierząc się wzrokiem. Po paru uderzeniach serca rzucili się do gardeł, w powietrzu zaczęły latać niewielkie strzępki wyrywanej sierści. Nim jednak polała się bardziej krew, kocury zostały rozdzielone przez zebranych wokół nich Owocniaków. Mimo tego rozjuszony Czajka ciągle próbował się wyrwać, chcąc ponownie dopaść wojownika w swoje białe łapy.
— To tu się dzieje? — spytał donośnym głosem obecnie jedyny zastępca Pieczarki, Czereśnia. Dumnym krokiem wkroczył pomiędzy szamoczących się ku sobie członków Owocowego Lasu, by następnie zmierzyć ich po kolei zmrużonymi żółtymi ślepiami. Najpierw spojrzenie padło na Ziemniaka, a dopiero po chwili na zawiadowcę, który, gdy napotkał oczy czekoladowego, zdał sobie sprawę, w jakiej znajduje się sytuacji. Czereśnia był ojcem Czerwca, więc teraz już oficjalnie zawiódł jako uczeń swego dawnego mentora. Przyniósł mu hańbę, zawód.
“Czyli jednak to on miał rację od początku, nie nadaje się na zwiadowcę…” — pomyślał ponuro, przywołując w pamięci dawne słowa Czerwca, które rzadko kiedy dawały mu spokój, szczególnie po młodzieńczym wybryku. Dziś jedynie utwierdził pręgowanego, że jednak nie powinien mu wybaczać.
Smętnie zwiesił głowę, mając wrażenie, że wszystko dookoła rozgrywa się jak przez mgłę. Słowa zastępcy i innych zlewały się w jeden dźwięk, który mimowolnie wpadał jednym uchem, a wypadał drugim. Nic się teraz nie liczyło, oprócz tego, jak bardzo utwierdził dawnego mentora w jego słowach i przekonaniach na swój temat. Starał się, jak mógł, aby naprawić wszystko do stanu sprzed sytuacji, która przez księżyce się za nim ciągnęła, lecz najwidoczniej Wszechmatka chciała inaczej.
“Proszę, przebacz mi ten wybuch i atak na pobratymca, lecz musiałem…” — błagał w myślach, kierując słowa do mistycznej, nieomylnej postaci, w którą wierzyła spora większość Owocowego Lasu.
“On zabił… Zabił Osetka i to tylko dlatego, że tego Rokitnik chciał…” — kontynuował, jakby to miał zmyć z niego wszystkie winy. Czuł się brudny, skażony swym postępowaniem. Mimowolnie opuścił wzrok na swoje łapy. To był błąd. Zamiast ujrzeć piękne, nieco przybrudzone białe skarpetki, zobaczył krople szarłatu oraz niewielkie kępki czekoladowej sierści wojownika pomiędzy pazurami.

«★»

Kiedy tylko emocje między kocurami nieco opadły, Czereśnia zadecydował o zajęciu się osobiście tą sprawą, mając zamiar rozwiązać to od razu. Zastępca zaczął od zwiadowcy, gdyż według innych to on rozpoczął szarpaninę. Czajka jak przez mgłę pamiętał pytania zadawane przez czekoladowego. Jego umysł znajdował się w istnym natłoku myśli, które coraz bardziej się kumulowały, obdzierając go z resztek racjonalnego myślenia. Czuł się tak… obco w swoim ciele, jakby to było jedynie pustą skorupą dla duszy, która została skalana goryczą, winą i wstydem.
Kolejny w kolejce do zdania relacji był wojownik, a następnie ktoś ze starszyzny — Czajka przyznał przed zastępcą, że to przez przypadek usłyszana rozmowa obecnie nieprzytomnego uzdrowiciela z Rokitnikiem była przyczyną ataku na domniemanego mordercę. Niebieski nie wiedział, co się teraz z nim i Ziemniakiem stanie, lecz niemal pewne było, że oboje poniosą konsekwencje swoich czynów. A przynajmniej takie domysły snuł młodszy, zapominając na ten czas, że Pieczarka była bardzo wyrozumiałą liderką, co raczej nie każdemu Owocniakowi odpowiadało. Resztę czasu brązowooki niezbyt kontaktował ze światem zewnętrznym, więc nie wiedział dokładnie, jak potoczyły się dalsze wydarzenia po potwierdzeniu zeznań przez świadków całego zamieszania. Nie obchodziło, że inne koty znane z plotkowania mogły podłapać temat, najważniejsze dla niego było teraz to, jak bardzo zawiódł Kajzerkę, zmarłego Orzeszka, Czerwca, Guziczka, Gąskę czy nawet Osetka. Gorycz na nowo zaczęła go palić w gardle, kiedy to słuchał werdyktu Pieczarki, co do jego i Ziemniaka losu.
Własnym uszom nie wierzył, kiedy uznano, że wojownik zostanie więźniem, a jemu samemu nie zostaną postawione konsekwencje za wszczęcie bójki na środku obozu. Może sam tego podświadomie pragnął, kiedy to faktycznie był niewinny i kara nie powinna go spotkać. Ignorując całe zbiorowisko, które zwołała liderka, skierował swoje kroki w stronę wyjścia — czuł, że to jedyne słuszne wyjście. Lepiej będzie, jeśli zniknie, a problemy ciągnące się za nim same znikną z Owocowego Lasu, podążając jego śladem. Nie wiedział, czy ktoś za nim poszedł, czy nie, jednakże nie miało to znaczenie, nic, by nie odwiodło myśli Czajki od odejścia ze społeczności. Nic go tu już zbytnio nie trzymało — Orzeszek zmarł, Kajzerka niedługo podzieli jego los, Gąska miała na głowie dwójkę kociąt, Guziczek miał Kurkę, a on? Pozostał sam.
Nawet nie zauważył, kiedy jego łapy pokonały Konający Buk i podążały właśnie wzdłuż rzeki, w której księżyce temu utonął liliowy wojownik. Nie chcąc już nigdy do tego wracać myślami, skupił się na dalszej drodze, gdyż miał przed sobą do pokonania Drogę Grzmotu. Ścieżka, po jakiej poruszały się Potwory, nie była mu obca, gdyż właśnie przy niej na terenie Owocowego Lasu spotykał się z czarną wojowniczką Klanu Burzy. Myślał wtedy, że jej obecność pozbawi go wszelkich trosk, a nawet może będą dla siebie kimś więcej niż tylko przyjaciółmi z różnych społeczności, jednak kocur nie był w stanie zrewanżować się takim samym czy nawet podobnym uczuciem wobec Zwiewnego Maku, jakim ona sama go darzyła.
Czekając na właściwy moment, przyczaił się przy drodze, a następnie, kiedy miał pewność, że żaden Potwór go nie stratuje, ruszył ile sił w łapach. Parę uderzeń serca później był już po drugiej stronie na terenach, które nie należały do żadnego klanu, a samotnicy mogli czuć się bezpiecznie, żyjąc tutaj bez obaw, że jakiś klanowicz ich pogoni. Od dzisiaj Czajka miał dołączyć do tego typu kotów, sam, zdany na los i własne umiejętności — może było głupotą odchodzić z Owocowego Lasu w czasie pory opadających liści, jednak czuł, że gdyby został choćby dzień dłużej, nie wytrzymałby, nie dając rady znieść palących spojrzeć czy cichych szeptów, które sprawiały, że czuł się ponownie obco wśród Owocniaków.

03 kwietnia 2026

Od Nocnej Łapy CD. Zwęglonej Łapy

Noc położył łapę na swoim pysku w zażenowaniu i nawet nie obejrzał się za kotką, która go wyminęła. Zamiast tego podniósł nieszczęsną piszczkę z ziemi i zaniósł ją w kierunku kamienia ze zdobyczą, gdzie zdjął z niej jak największą ilość trawy i odłożył z boku, aby nie zaraziła swoim problemem innych smakołyków. Zaraz potem zabrał się za mycie własnego futra. Wilgoć przyklejała się do niego jak irytujący rzep, sprawiając, że jego futerko nieprzyjemnie się kręciło i jednocześnie lepiło go jego ciała. Należało to, chociaż odrobinę poprawić!
Kiedy już skończył swoją obowiązkową rutynę czyszczenia się, udał się do swojego legowiska. Oczywiście nikogo tam nie było, wszyscy uczniowie kręcili się po obozie albo uczestniczyli w treningach poza nim. Dla Nocy to było już nie do osiągnięcia. Z jakiegoś powodu nikt nie chciał spędzać z nim czasu, co było nieco smutne. Noc wygrzebał ze swojego mchu wszystkie posiadane piórka i zaczął wyjmować te, które znajdowały się w jego sierści. Układał je z dokładnością i w wielkim milczeniu pilnując, aby się nie pobrudziły ani nie połamały. Odkrył też zapomniane przez siebie kwiaty, które aktualnie były już uschnięte i kruche. Niechętnie odłożył je na bok do wyniesienia z legowiska uczniów, kiedy skończy swoje zajęcie. Było mu niezwykle przykro z tego powodu, ale zdawał sobie sprawę, że aktualna pora roku była wyjątkowo brutalna dla kwiatów. Już nie mógł się doczekać wiosny i świeżego zapachu porannej rosy na trawie, kwitnienia drzew i krzewów oraz przesłodkiego śpiewu ptaków. Nie mógł się doczekać, aż obudzi go ciepłe słońce o nie całkiem chłodnym poranku. Nie mógł się doczekać cichych patroli, którym towarzyszyć będą dźwięki lasu, oddychającego nowym życiem. I kto wie… wraz z wiosną może przyjdzie i coś dla niego. Co prawda planował prosić o mianowanie całkiem niedługo, ale na wiosnę będzie już pięknym, dorosłym kocurem. No… może prawie dorosłym. Ale nadzieję na jakiś słodki romans lub coś bardziej stabilnego mógł mieć! Jako wojownik wszyscy patrzeć będą się na niego w zupełnie inny sposób jak … na wojownika. Noc nie wiedział jak określić to uczucie, którego tak wyczekiwał. Może… szacunek? Może właśnie tego mu brakowało w tym, jak inni się do niego odnosili? Może…
Noc odłożył ostatnie piórko ze swojej sierści do pięknie ułożonego rządka zerwanych z ptaków skarbów. Miał przed sobą wiele wyborów kolorów piórek: niebieskie, czerwone, szare w paski i bez, czarne zwykłe i czarne z połyskiem zielonego lub złotego oraz różne odcienie brązowego i jedno, jedyne białe. Przykładając wielką uwagę, aby nie układać tego samego koloru za blisko siebie, wybrał pięć piórek, które włożył blisko głowy. Dwa za uszami, trzy na szyi. Potem sięgnął po trzy następne, które ostrożnie wplótł w ogon. Resztę swoich drogich skarbów wcisnął starannie w mech, na którym co nocy spał.
I w ten sposób Noc wyszedł z legowiska uczniów w nieco lepszym humorze, poranna sytuacja całkowicie zapomniana w jego zadowoleniu.
– Nocna Łapo! – Tropiąca Łaska podeszła do niego, kiedy tylko wysunął się bardziej na widok.
– Tak? – kot przekrzywił głowę z ciekawością.
– Pójdź po trochę wody dla starszyzny! – rozkazała mu i kim byłby Noc, żeby odmówić! – Dodatkowo, przyszykuj się na patrol, wyruszamy wieczorem.
– Oczywiście! – Noc od razu pokiwał łebkiem.
Wyruszenie po wodę nie było bardzo wymagające. Nocna Łapa odnalazł trochę świeżego i w miarę suchego mchu i wyruszył nad rzekę, gdyż korzystanie z kałuż mogłoby się źle skończyć dla starych kości i płuc. Nie ma co dokładać medykom roboty, już i tak pewnie mają co robić z Chudą Łapą jako uczniem.
– Woda, woda… – zamruczał pod nosem. Napełnił mech świeżą wodą z rzeki i już miał ruszać z powrotem do obozu, ale coś innego przykuło jego uwagę. Niedaleko, przepiękny brązowy gołąb wylądował w trawie. Noc odłożył mokry mech i z chciwością przypadł do ziemi. Jego oczy wbiły się w ofiarę. Te przepiękne pióra będą zaraz jego!
I tak też było. Noc wrócił do obozu z nowymi piórami i mokrym mchem dla starszyzny. Niestety bez właściciela piór. Noc szybko odstawił mech w odpowiednie miejsce i schował swoje zdobycze z największą starannością, wplatając jedno za swoim uchem.
Zabrakło mu czasu na całkowitą, ponowną zmianę wszystkich swoich dodatków. Musiał stawić się na patrol.
Tropiąca Łaska już na niego czekała razem z innym kotem. Był to liliowy kot z urwanym uchem. Noc nie mógł się już doczekać, aż sam nabawi się jakiejś blizny! W końcu dwie kości w jego uchu to za mało! Chwalić się bliznami zdobytymi w walce to byłby dopiero zaszczyt!
– Witaj Sowi Zmierzchu. – Noc rozpoznał kota bardziej po zapachu niż wyglądzie. Kiedyś go spotkał, przelotnie, jak był młodszy. Jednak pamiętanie imion swoich towarzyszy było dla Nocy bardzo istotne, dlatego przykładał do tego uwagę.
– Witaj. – kot kiwnął mu głową, po czym wbił wzrok w obóz. – Zwęglona Łapo. – kiwnął także kotce, która do nich dołączyła. – Jesteśmy gotowi. Ruszamy.
Sierść Nocy nieco się zjeżyła na wspomnienie wcześniejszego spotkania z drugim uczniem, jednak szybko je wygładził. Musiał skupić się na patrolu.
Jednak patrole bywają niezbyt ciekawe. Idziesz i idziesz, węszysz i wszystko jest tak, jak było zawsze. Spokojne i wilczakowe. Nikt nie przekraczał granicy, nikt nie polował na ich terenach, nie było śladu po samotnikach, którzy chcieliby zapuścić się w ten piękny las. Tak więc cztery koty podążały przed siebie w ciszy, ich uszy nastawione i uważne.
Nocna łapa czasami doceniał chwile ciszy, jakie panowały wokół niego, ale preferował, kiedy mógł przymknąć oczy i wsłuchać się w dźwięki lasu, zamiast iść w nieskończoność po tych samych miejscach. Jego mentorka cichutko rozmawiała z Sowim Zmierzchem od jakiegoś czasu. Noc nie zwracał za bardzo uwagi, o czym dyskutują. Zamiast tego rozglądał się wokoło w poszukiwaniu czegoś ciekawego, na czym mógłby zawiesić wzrok na dłużej niż pół sekundy. I w końcu poddał się z szukaniem czegoś w głuszy lasu. Zdecydował się rzucić okiem na uczennicę idącą całkiem niedaleko niego.
Kotka miała ciekawe umaszczenie. Dymne szylkretowe. Coś, czego Noc zazwyczaj nie widział. Miała też wyjątkowo duże i ładne oczka. Żółte. Przypominały Nocnej Łapie ten przepiękny księżyc, który niekiedy przybierał kolor złota. Po chwili przyglądania się Noc wbił oczy we własne futro. W porównaniu do kotki obok niego było wyjątkowo nudne. Było krótsze, mniej zakręcające się i całkowicie czarne. Bez nawet odrobiny bieli, poza tym jednym piórkiem na jego uchem. Noc chciałby pochwalić jej futro, wypowiedzieć się, ale postanowił zamknąć pysk. Wystarczyło mu już porażek i potknięć tego dnia. Zamiast tego skupił się na wędrówce, jaka ich czekała.
Z patrolu wrócili, kiedy księżyc już dawno królował na niebie. Tropiąca Łaska ziewnęła otwarcie.
– Jutro popołudniowy trening, żebym ja cię nie widziała o wschodzie słońca na nogach! Nocna Łapo, proszę… wyśpij się chociaż raz. – kotka machnęła na niego ogonem, otwarcie go pouczając przy jego rówieśniczce i jej mentorze.
– Przecież się wysypiam! – Nocna Łapa spuścił po sobie uszy. Mówił… prawdę! Po prostu zazwyczaj drzemał w środku dnia, między treningami! – Obiecuję cię nie budzić! – miauknął.
– Akceptowalne… – Tropiąca Łaska machnęła na niego łapą i udała się do legowiska wojowników. Sowi Zmierzch powiedział coś do Zwęglonej Łapy i zaraz udał się za wojowniczką do snu. Uczennica kota także się ruszyła, ale zatrzymała się na sekundę. Noc bowiem zamiast gdzieś iść, usiadł gdzie stał i spojrzał w niebo.
– Nie idziesz spać? – spytała się, rzucając na niego okiem.
– Jeszcze nie… jeszcze chwila. – odpowiedział jej. Zamiast spać, w tym momencie chciał jeszcze chwilę podziwiać niebo, w ciszy nocy.
– No dobra… – kotka wzruszyła ramionami i zaraz zniknęła w legowisku.
Nocna Łapa przymknął oczy i pozwolił, aby dźwięki świata wokół otoczyły go jak milutki kocyk. Nie wiedział ile tak siedział i o czym myślał, ani nawet czy nie usnął na chwilę, ale chwilę to trwało, gdyż księżyc poruszył się spory kawałek po niebie. Noc w końcu wstał i wkradł się cichutko do legowiska uczniów. Zanim się jednak położył, spojrzał na śpiącą obok siostry Zwęgloną Łapę. Chwilę się wahał, po czym wyjął dwa czarne, błyszczące piórka ze swojej kolekcji i cichutko podszedł obok kotek, pozostawiając je przed nimi. Taki ot co miły prezent i przeprosiny za nieprzyjemne spotkania tego dnia. Skoro Noc nie miał odwagi lub odpowiednich słów, aby przeprosić ją prosto w pysk, mógł chociaż tak… Zaraz potem ułożył się do błogiego snu, mając nadzieję, że będzie mu się śnił przyjemny trening lub słodka ptasia melodia.

<Zwęglona Łapo? przyjmiesz prezent?>

[1339 słów]

Od Śpiewającego Raniuszka

 Gdy wróciła do obozu zastała chaos. Głosy wielu kotów już przymilkły, ale wciąż jeszcze było czuć wyraźnie przejęte echo i szemrania, a atmosferę można było wręcz ciąć pazurami. To natomiast, co najbardziej przykuło uwagę dymnej, była zestresowana figura Gadożerowej Łapy, która rzuciła jej się w oczy podczas szybkich oględzin. I już chciała podchodzić, gdy to zatrzymała ją rozmowa przeprowadzana obok, ku której skłoniła ucho.
- Myślisz, że to było specjalnie? 
- Nie ma mowy... popatrz na niego, wygląda, jakby zjadł stos kamieni. Tak by wyglądał świadomy morderca? Z resztą, to dzieciak. - huh? Morderca? Kto?
- Niektórzy ostatni delikwenci też nie wyglądali jak rasowi mordercy. Do tej pory mnie ciarki przechodzą, jak pomyślę, że dzieliłam się jedzeniem z tym lisim sercem... 
- Naah, wciąż tego nie widzę. Po prostu dostaliśmy ironiczny, nieszczęśliwy wypadek podczas masowych mordów. Zdaje się, że ta cała siła pawiej trójcy niewiele daje, co? - Raniuszek strzepnęła krótko uchem, odstępując od podsłuchiwania rozmowy, mając zamiar zamiast tego otwarcie do niej dołączyć i dopytać się, co zaszło, jednak nim zdążyła otworzyć pysk, została wezwana przez rudą łapę Śnieżycowej Chmury. Dziwne, że nie było obok niej Dziewanny. 
- Śpiewający Raniuszku! - szepnęła głośniej, przywołując ją do siebie. 
- O co zamieszanie? Kto umarł? - spytała zaraz, niezwłocznie przydreptując do starszej koleżanki. 
- Strzępotkowy Kokon został otruty, najpewniej przez Gadożerową Łapę... 
- Proszę?! - gwałtownie skierowała głowę w stronę zwiniętego, miernego ucznia, podczas, gdy Śnieżyca wyjaśniała bardziej detalicznie do czego doszło, albo przynajmniej do czego myślą, że doszło, bazując na wszystkich informacjach jakie posiadali. A posiadali mało. Na moment przestraszone spojrzenie jednego zdrowego oka skrzyżowało się ze spojrzeniem Śpiewki, ale od razu powędrowało w inną stronę, jakby poraził go ktoś prądem. Pod koniec wyjaśnień młodsza wojowniczka podziękowała za wyjaśnienia, niemal niezwłocznie drepcząc w stronę Gadożera, który chyba nie wiedział, czy spodziewać się dostania z liścia, czy jednak słów otuchy, patrząc na całkiem mylący wyraz na pysku Śpiewającego Raniuszka. 

⭠❇◦·♛∙◦❇→

- Królicza Gwiazdo, to pomówienia - siedziała w legowisku lidera, patrząc bardziej na zastępcę niż samego Królika, co do którego nie miała wielkich nadziei. Z zewnątrz była... poniekąd spokojna, natomiast w środku niej coś wrzało i nie była w stanie logicznie i na chłodno tego opanować, pozwalając, by gorąco raz po raz uderzało ją w pysk. - Po pierwsze, celowe zatrucie kogokolwiek to ostatnie, na co porwałby się Gadożerowa Łapa i założenie, że to w ogóle zrobił jest całkowicie pozbawione sensu. Spędzałam z nim o wiele więcej czasu niż reszta uczniów i mogę śmiało stwierdzić, że jest to najbardziej rozważny i oddany kot, jakiego klan mógłby sobie zażyczyć. Z resztą, czy na prawdę muszę mówić, czyich słów powinniśmy słuchać? Wierzycie Pierzastej Łapie? Na gwiezdnych, czy wszyscy tu pozapominali jak się zachowywał na zgromadzeniu? I nie, nie zmienił się, nadal zachowuje się jak roszczeniowy kociak któremu tylko przybyło w masie a nie w głowie, a Cyklonowe Oko jestem pewna, że potwierdzi moje słowa. Jeszcze jak byłam w legowisku uczniów, to postanowił sobie zająć moje legowisko jak ostatni prostak, zwyzywać mi brata i uwa- nie, Zawodzące Echo, nie przerywaj mi. Rozmawiałam z Gadożerową Łapą zanim tu przyszłam, jest w szoku i zaklinał, że dostał wróbla od Pierzastej Łapy. Nie wiem, czy ten mysi móżdżek znalazł padlinę i postanowił, że to będzie świetny żart by ktoś dostał bólu brzucha ale nie mieć przy tym żadnych konsekwencji, czy też, w co jestem bardziej skłonna uwierzyć, nic nie myślał, ale to naprawdę paskudny, niewychowany kot i każdy jest w stanie to zauważyć, w tym i wy. Słodka Dziewanna, jeśli nie byłaby teraz w żałobie i gdyby sprawa ogółem jej nie dotyczyła, pewnie też przyznałaby mi rację, podobnie jak Równonocna Łapa, oh, na gwiezdnych, CAŁY klan przyznałby mi w tej chwili rację. Czy w ogóle przycisnęliście go? Czy ktoś zbadał jakiś zapach? Czy ktokolwiek o to zadbał? - wyrzuciła z siebie wszystko na raz, czując, jak ulatuje z niej też część frustracji jaką w sobie trzymała. Rosnąca nienawiść w stronę Pierzastej Łapy tylko się pogłębiała, z każdym dniem, z każdą chwilą, z każdą sekundą świadomości, że istniał. Już wystarczyło, że jego ojciec uciekł z klanu wraz z matką. Widać, jak się zajmowali swoimi dziećmi i oto tego konsekwencje. Medyka też widocznie mieli lipnego i gdyby nie była tutaj z konkretną sprawą, to pewnie wypowiedziałaby na głos wszystkie swoje żale, że powinni pilnować kto jest na jakim stanowisku i nie pozwalać lichym jednostkom siać zamętu. 
Królicza Gwiazda podniosł łeb, wpatrując się w Śpiewkę z szeroko otwartymi oczyma. U jego boku, Zawodzące Echo westchnął i przejął inicjatywę.
- Cyklonowe Oko potwierdził, że Pierzasta Łapa nie oddalał się on niego dalej, niż potrzebne, aby zapolować. Piszczka została przyniesiona przez Gadożerową Łapę, a wzmianka o tym, że to Pierze mu ją podrzucił, pojawiła się dopiero wtedy, gdy ten pojawił się w legowisku. Chciałbym wierzyć Tobie oraz Gadożerowej Łapie, ale na podstawie czego? Nawet, gdybym chciał, nie mogę sądzić Pierzastej Łapy bez jasnych dowodów.
- Dowodów? Znajdę wam dowody, jak tylko stąd wyjdę - zadeklarowała z determinacją - A ,,oddalanie się konieczne tylko po to, by zapolować" nie wydaje wam się wystarczające? By zebrać coś z siebie wystarczy uderzenie serca. Gdzie to w ogóle było? Ah, nie ważne, sama spytam, zapomniałam zrobić tego wcześniej. To co próbuję powiedzieć, to to, że sama obserwacja może nie być wystarczająca a opóźnione mianowanie na ucznia widocznie nie jest dostateczną konsekwencją dla Pierzastej Łapy.
Echo zerknął na ojca i po chwili namysłu skinął głową.
- Dobrze - oznajmił. - Jeżeli  zdołasz udowodnić mi niewinność Gadożerowej Łapy, będę skłonny odwołać jego karę, a Pierzastą Łapę spotkają odpowiednie konsekwencje.
Zamilknął na moment, po czym spojrzał w oczy Śpiewki.
- Cenię sobie Twoją determinację. Klan Burzy potrzebuje kotów, które dążą do odkrycia prawdy... W ostatnich księżycach takich nam brakuje - skrzywił się nieznacznie na własne słowa, natomiast Śpiewka ukryła szybko wyraz zadowolenia na pysku, wynikający z połechtanego ega. Tak. Tym chciała być. 
- Oczywiście. Nie mam zamiaru patrzeć, jak jeden z najbardziej zaufanych kotów zostaje niesłusznie oskarżany. I dziękuję za wysłuchanie, jeśli tylko coś odkryję, a mam nadzieję, że odkryję, to od razu dam znać. - pożegnała się szybko, dreptając na zewnątrz legowiska. Jeszcze przed wyjściem na otwarty teren zatrzymała się na moment, obejmując wzrokiem rozproszone koty. Nie musieli wcale szukać konkretnych dowodów, jeśli Pierze sam się do wszystkiego przyzna, tylko do tego potrzebowaliby odrobinę podstępu, szczęścia i Gadożera. Wzięła głębszy oddech, a zauważając kremowe, gęste futro, szybko podjęła decyzję. 
- Cyklonowe Oko, pozwól na chwilę! - jeśli mieli zrobić coś i cokolwiek znaleźć, powinni zabrać się za to od razu. Nie było czasu na przechodzenie żałoby. 

Od Zwęglonej Łapy CD. Nocnej Łapy

Dymna spodziewała się wszystkiego, tylko nie przeprosin ze strony kocura, dlatego też zdziwiona zamrugała kilka razy, nim cokolwiek odpowiedziała na późniejszą propozycję rozmówcy. Większość Wilczaków kojarzyła jedynie z wyglądu lub przypadkiem usłyszanych rozmów, nie będąc tak otwarta, jak Kryształowa Łapa, była świadoma faktu, iż jej grono znajomych raczej nie będzie zbyt duże, a bliższych przyjaciół jeszcze mniejsze. Jednakże czy jej to przeszkadzało? Niekoniecznie, a przynajmniej nie doświadczyła chyba jeszcze żadnej sytuacji, w której byłoby to uciążliwe. Chcąc mieć już za sobą rozmowę z kocurem, udzieliła mu w końcu odpowiedzi, nie spodziewając się, że w jej głosie pojawi się słyszalna irytacja.
— Nie chcę ci zabierać zdobyczy…
— Och! Nie zabierasz! Ja jadłem rano! To … nowe, świeże. Proszę. Weź! — Kocur nieco uniósł wiewiórkę w zachęcającym geście, która jeszcze chwilę temu spoczywała na jego łapach, by nie podzielić losu piszczki wybranej przez szylkretkę na posiłek po treningu.
–– No… no dobra. — W końcu przystanęła na propozycję Wilczaka i delikatnie pochwyciła jeszcze ciepłą zdobycz, co potwierdziło słowa Nocnej Łapy, że zdobycz jest świeża, niedawno złapana. Skupiona, by nie dotknąć przez przypadek kocura, nie dostrzegła momentu, kiedy na jego pysku pojawił się szeroki uśmiech.
–– Smacznego! O! W ogóle. Masz ochotę, któregoś dnia poćwiczyć walkę? –– spytał, jakby nie będąc świadomym różnicy pod względem fizycznym między sobą a żółtooką. — Oczywiście możesz odmówić! Nie… nie obrażę się! — dodał po chwili, machając łapami w zawstydzeniu.
Nagła ekspresja ucznia nieco onieśmieliła Węgiel, która nie wiedząc zbytnio co zrobić czy też powiedzieć, stała w miejscu, uciekając wzrokiem w bok. Nie czuła potrzeby nawiązywania żadnych relacji z innym, uważając, że wystarcza jej wąskie grono, do którego należała Kryształowa Łapa, Brukselkowa Zadra i Sowi Zmierzch. Było to raptem trzy koty na krzyż, lecz jej więcej do szczęścia nie było potrzebne — nawet jeśli każdy z wymienionych twierdził co innego, to młódka pozostawała nieugięta w tej sprawie, jakby możliwość posiadania jakichkolwiek znajomych wśród rówieśników było czymś na wzór zbrodni, zdrady wobec niewielkiego grona kotów, z którymi rozmawiała codziennie. Pomimo zostania uczennicą, starała się zawsze znaleźć jakiś moment w ciągu dnia, by zamienić, choć parę słów z liliową kocicą, która uratowała ją i siostrę przed samotną śmiercią w lesie.
— Dzięki… Spytam Sowi Zmierzch, co sądzi o tej propozycji — odpowiedziała nieco niewyraźnie przez trzymaną wiewiórkę w pysku. Po tym nie czekając na odpowiedź kocura i dalszy ciąg tej niezręcznej dla niej rozmowy, ruszyła w stronę wcześniej upatrzonego miejsca, przez jakiś czas czując na sobie spojrzenie Nocnej Łapy, kiedy kocur odprowadzał ją wzrokiem. Kiedy to nieprzyjemne, wręcz palące uczucie minęło, odetchnęła z ulgą, układając się wygodnie na kawałku trawy, który cudem uniknął takiego zalania, jak pozostała część polany.

«★»

Reszta dnia, aż do wieczornego patrolu nieco się dłużyła Zwęglonej Łapie, jednak kotka nie narzekała, gdyż w tym czasie mogła na spokojnie zająć się innymi obowiązkami, takimi jak przyniesienie zwierzyny dla starszych, królowych w żłobku, przejrzenie, czy dawni wojownicy nie mają gdzieś kleszczy, wymiana mchu w ich posłaniach. Była to ogólnie mniej lubiana robota przez większość uczniów, jednak szylkretka nie narzekała, korzystając wręcz z takich momentów, gdzie mogła przysłużyć się klanowi w inny sposób niż walka i polowanie — nie żeby była kiepska w drugim z wymienionych, jednak czasem świadomość tego, że jej łapy niosą śmierć, nawet dla dobra klanu, była czymś ciężkim, przytłaczającym. Dlatego też starając się zbytnio o tym nie myśleć, skupiała swoje myśli na powtarzalnej pracy, jaką było przeglądanie mchu, wydzielanie zużytych partii i pozbywanie się ich. Nawet mysia żółć zdawała się nie być tak obrzydliwa w smaku, jak to inni opisywali lub okazywali poprzez grymasy na pyskach.
Może dla innych tego typu praca mogła być uważana w niektórych sytuacja za karę, jednakże dymna była wdzięczna za takie momenty, kiedy to czas płynął własnym rytmem, łapy pracowały same, a ona miała czas dla siebie. Dlatego też właśnie przeglądała sierść Bladego Lica, po części przysłuchując się rozmowom pozostałej części starszyzny, którzy co jakiś czas zawieszali spojrzenie na młódce — oprócz Trzcinniczkowej Dziupli ze względu na jego nabytą ślepotę w czasie wojny z Klanem Klifu, mająca miejsce księżyce temu. Zwęglona Łapa raczej nie rozmawiała zbyt z dużo ze starszymi, jednak bardzo dobrze mogła wyczuć napięcie pomiędzy niektórymi kotami, co na przykład miało miejsce pomiędzy dymnym arlekinem a białym kocurem, którego końce uszu zdobiły pędzelki.
Kiedy tylko terminatorka zakończyła pracę w legowisku piątki mieszkańców, udała się do stosu, z którego tym razem wzięła piszczkę dla Wrotyczowej Szramy, mającej na głowie aż trójkę kociąt, z czego jedno z nich nie było jej potomstwem, a Cienistej Zjawy z zapewne jakąś samotniczką. W jakby się zastanowić to chyba znaczna część młodych kotów klanie nie była do końca czystej wilczackiej krwi, chociaż gdyby było inaczej, to byłoby ciężko zachować brak kompletnego pokrewieństwa między większością członków, by później nie doszło do sparowanie się dwójki kotów z jednej rodziny. Pogrążona w myślach o mało, co nie wpadła na jedno z kociąt, a dokładniej rudego kocurka, będącego wnukiem samej liderki — dymna wolała nie myśleć, co by kocica jej zrobiła, gdyby dowiedziała się, że coś jej wnukowi się stało i to z racji nieuwagi jakiejś znajdy.
Starając się nie zamartwiać na zapas własnym losem, położyła piszczkę przed liliową wojowniczką, a następnie zajęła się przeglądaniem jednym z posłań, które były zrobione na zapas, gdyby do legowiska miały dołączyć jeszcze inne królowe w międzyczasie. Węgiel nie przepadała za innymi kotami, co było wiadomo nie od dziś, jednak do tego grona wliczały się także kocięta, do których po prostu nie miała łapy — nie nadawała się na jakąś dobrą ciotkę, co regularnie przychodzi zabawić się z malcami, umilić im czas i nieco odciążyć królowe, dlatego też bardziej wolała czas, który spędzała u starszyzny, gdyż ci nie narzekali na jej milczenie i sumienne wykonywanie obowiązków w ciszy. Jasne zdarzało się, że coś do niej mówili, opowiadali, jednak szylkretka głównie słuchała, potakiwała lub odpowiadała pojednyczymi słowami, bądż prostymi zdaniami. Nikt nie oczekiwał od niej wylewności, którą spotyka się u większości młodych kotów, za co była im wdzięczna.
W końcu czas od posiłku i niezręcznej sytuacji ze starszym kocurem minął, a słońce powoli chyliło się ku horyzontowi, będącego linią stworzoną w większości przez wierzchołki najwyższych drzew w lesie. Kotka właśnie zmierzała w stronę wyjścia z obozu, gdy kątem oka dostrzegła pewną sylwetkę, którą miała okazję dziś już poznać z bliska. Początkowo myślała, że jedynie jej się przewidziało, jednak kiedy z każdym krokiem czarny uczeń zbliżał się w tym samym kierunku, co ona, nie miała już żadnych wątpliwości — właśnie miała iść na patrol z terminatorem, który pytał o wspólny trening walki. Czyżby nawet Gwiezdni chcieli, by poznała kogoś zbliżonego do swojego wieku, niebędącego członkiem jej rodziny? Dopiero kiedy nerwowo przełknęła ślinę, zauważyła czekoladową wojowniczkę obok Sowiego Zmierzchu, która zapewne musiała być mentorką ucznia.

<Cóż za przypadek Nocna Łapo>
[1095 słów]