BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

21 września 2026

Od Migoczącej Łapy (Migoczącego Nieboskłonu)

Czuł wstyd na myśl, że ktokolwiek w klanie usłyszał, że podobno "nie umiał walczyć". Wcześniej nawet nie przeszło mu przez myśl, że ktoś o tym wie. Jednak po słowach Mysikróliczej Łapy wszystko się zmieniło. Jak on jej nie lubił! Skąd ona w ogóle wytrzasnęła coś takiego? Ktoś jej powiedział? Na pewno nie. Nie miał przecież kto! Może nie licząc Pszczelego Lilaku, ale kotka była zdecydowanie za bardzo oddana Migotowi, by zdradzać takie tajemnice. Przecież zrobiłaby dla niego wszystko, bez żadnego słowa sprzeciwu. Dlatego nie mogła to być ona, co automatycznie zawęziło listę poszukiwanych plotkarzy do zera, przynajmniej na tamten moment. Mimo to Mysikrólicza Łapa już wypowiedziała te słowa. Wiedziała. Jedyne co pozostało Migotowi, to zwiększona liczba treningów z walki, by jak najbardziej doszlifować swoje umiejętności i raz na zawsze pokazać tym niedowiarkom, że był w stanie dokonać wszystkiego, czego tylko chciał. Wtedy każdy zwątpi w jego "brak umiejętności".
 
***
 
Z każdym dniem Migot był coraz bardziej zmęczony, ale też z każdym dniem jego umiejętności podlegały jakiejś poprawie. Dodatkowe treningi wreszcie przynosiły więcej efektów, o które tak się starał od kilku księżyców. Nie mógł się już doczekać, aż wieść o tym rozniesie się w Klanie Klifu. W końcu skądś ta marna kupa futra musiała wytrząsnąć tamtą niedorzeczną plotkę! Skoro tamtą mogła, to tą o jego sukcesie również. A jeśli ona jej nie znajdzie sama, to Migocząca Łapa miał zamiar dopilnować tego, że to on jej tę nowinę przekaże. Niech się wreszcie czegoś nauczy, a nie, kradnie innym nornice!
Swoje rozmyślania przerwał w chwili, gdy został sam na terenach Klanu Klifu. Mimo zmęczenia treningami starał się zachować trzeźwość umysłu. Lśniąca Gwiazda kazał mu upolować jakąś zwierzynę. No, przynajmniej z tego, co pamiętał Migot, dlatego bez chwili zawahania, kocur ruszył na poszukiwania swoich ofiar. Musiał złapać coś dużego! Albo parę małych, by zrobić wrażenie na innych członkach klanu. Najgorsze co mógł zrobić to oczywiście wrócić z niczym, ale do tego nie miał zamiaru dopuścić. Przecież umiał polować! Więc to zadanie nie miało sprawić mu najmniejszego problemu.
Po dłuższej chwili bezsensownego włóczenia się po lesie, do jego nozdrzy doszedł świeży zapach nornicy. Jak na zawołanie Migocząca Łapa przyległ do ziemi, zwracając przy tym uwagę na podmuchy wiatru, doskonale wiedząc, że na samym początku szkolenia miał z tym problemy. Jednak to było wiele księżyców temu. Teraz Migot był już starszy oraz bardziej doświadczony, nauczony wszystkiego przez swojego ojca. Teraz już nie było możliwości popełnienia takich trywialnych pomyłek.
Powoli i cicho przemieszczał się w stronę źródła zapachu. Małe zwierzątko było tuż obok niego. W końcu je zobaczył i wyciągnął pazury. Nie minęło nawet uderzenie serca, a kocur skoczył na swoją ofiarę, wbijając w nią swoje kły.
 
***
 
Finalnie wrócił do obozu z dwiema nornicami. Chociaż osobiście nie był z tego zadowolony, zajęło mu to dość dużo czasu, przez panującą dookoła porę Opadających Liści. Szczerze to powinien się cieszyć, że załapał aż dwie w taką pogodę, jednak niebieskiego to nie pocieszało. Pogoda go nie obchodziła. Obchodziła go ilość złapanej dla klanu zwierzyny, a nie była ona powalająca.
W obozie powitał go Lśniąca Gwiazda. Wyraz jego pyska jak zwykle nie zdradzał jego zamiarów, ale Migot czuł, że tym razem kocur nie był nim aż tak rozczarowany, co od razu wywołało lekki uśmiech na twarzy niebieskiego. Pierwszy raz od księżyców czuł się doceniony przez ojca, mimo tego, że przywódca nic nigdy na ten temat nie powiedział.
Reszta wieczoru miała minąć Migoczącej Łapie spokojnie. Chciał odłożyć zwierzynę, wrócić do legowiska bez bezsensownych spotkań z innymi przybłędami i po prostu odpocząć. Jednak oczywiście nie było mu to dane, ponieważ Lśniąca Gwiazda zwołał zebranie. Uczeń niechętnie podreptał na miejsce spotkań i usiadł obok Firmamentowej Łapy.
– Wiesz o co chodzi? Chciałem spać – poskarżył się cicho Migot i kątem oka spojrzał na brata. Ten tylko wzruszył ramionami i skierował głowę w stronę ojca, siedzącego na skalnej półce.
– Zebraliśmy się tu dziś by mianować pewnego ucznia – odezwał się Lśniąca Gwiazda, a jego głos echem poniósł się po jaskini. Migot tylko otworzył lekko pysk. Kogo?!
– Migocząca Łapo, wystąp – na usłyszenie swojego imienia uczeń szybko zamknął pysk i wyszedł do przodu, starając się zachować tak, jakby o wszystkim wiedział i się spodziewał. – Ja Lśniąca Gwiazda, przywódca Klanu Klifu wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika – wygłosił lider, zatrzymując się na chwilę, by spojrzeć na ucznia. – Migocząca Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan, nawet za cenę życia? – zapytał, a słowa te rozbrzmiały w uszach Migoczącej Łapy, który dalej starał się ukryć podekstytowanie.
– Przysięgam – odpowiedział w końcu, lekko drżącym z emocji głosem. Przecież czekał na to całe swoje życie! To do tego tyle czasu dążył! Zaraz stanie się wojownikiem, pełnoprawnym wojownikiem Klanu Klifu.
– Mocą Klanu Gwiazdy nadaje ci imię wojownika – mówił dalej Lśniąca Gwiazda, spoglądając na ucznia, który to coraz bardziej nie był w stanie usiedzieć na miejscu. – Migocząca Łapo, od tej pory będziesz znany jako Migoczący Nieboskłon. Klan Gwiazdy ceni twoją odwagę i ambicje oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Klifu – zakończył rudy, po czym zszedł ze swojej mównicy i dotknął pyskiem głowy dawnego ucznia. Ten dotknął jego barku, po czym wszyscy dookoła zaczęli skandować imię nowego wojownika - Migoczącego Nieboskłonu.
 
***
 
Wpatrywał się w gwiazdy na ciemnym nocnym niebie. Gdy wszyscy spali tylko one były jego towarzyszami. Rozświetlały mu drogę i co ważniejsze pomagały przeżyć drugą część ceremonii, czyli czuwanie. Dzięki gwiazdom na niebie nie czuł się tak samotny. Zawsze mógł na nie spojrzeć, ponieważ zawsze tam były. Nawet te migoczące, dla Migoczącego Nieboskłonu dalej tak tajemnicze i ciekawe, jak za czasów uczniowskich.

20 września 2026

Od Wrotyczu do Gronostaja

Szum drzew brzmiał niemal niczym melodia. Gałęzie falowały rytmicznie, szargane przez podmuchy wiatru. Liście, zrywane przez żywioł, wirowały w powietrzu, sprawiając, że Wrotycz nie potrafiła oderwać od nich swego spojrzenia. Była całkowicie zauroczona tym zjawiskiem. Barwiące się na żółtawe i czerwień sprawiały wrażenie wielobarwnego deszczu.
— Wrotycz.
Słysząc głos mentorki, przypomniała sobie o zadaniu, które jej powierzono. Z podkulonym ogonem ruszyła mniej energicznym krokiem ku szylkretce. Już po samym jej spojrzeniu, które odczuwała nieustannie na sobie, czuła co zaraz usłyszy. Wędrowała wzrokiem po ziemi, próbując uniknąć ujrzenia rozczarowania malującego się zapewne na jej pysku.
Nie chciała jej denerwować.
— Nie zamierzasz, chociaż się wytłumaczyć?
— Przepraszam — wydukała cicho.
— Tym słowem nie wykarmisz nikogo. Zapamiętaj to.
Uczennica grzecznie pokiwała łbem, starając się pokazać po sobie całkowitą pokorę. Miała w sobie potrzebę ponownego przeproszenia, by mentorka wiedziała, że naprawdę nie chciała. Że to wszystko nie było celowe. Aczkolwiek dobrze przeczuwała, że ponowne wypowiedzenie tego słowa jedynie jeszcze bardziej zdenerwuje mentorkę.
Poinsecja rozejrzała się zagadkowo po lesie, po czym trzepnęła ogonem. Jej wzrok ponownie padł na uczennice. Westchnęła ledwo zauważalnie.
— Wracamy. Posprzątasz u starszych. Może to rozjaśni ci w głowie — padł prosty komunikat.
Wrotycz podążyła posłusznie za starszą. Innej opcji nie było za bardzo w jej łebku. Znała w tej ogromnej społeczności jedynie parę kotów, a mentorka spędzała z nią najwięcej czasu. Innych uczniów nieco się bała. Ciężko było jej odgadnąć, co siedziało im w głowach. Zdawali się zupełnie z innego świata. Ich zachowanie odbiegało od tego, co znała kotka.

***

Znalazła się w kolejnej specyficznej sytuacji, która powodowała u niej skurcz w brzuchu. Oprócz niej, u tak zwanych starszych był także inny uczeń. Młodszy od niej, czarny. Niezbyt zadowolony z obiegu sytuacji, w jakiej się znalazł i dzielący się tym z kotami znajdującymi się wokół nich. Wrotycz bardzo niepewnie przechodziła obok niego, starając się również nie podpaść już zdenerwowanemu osobnikowi. Nieustannie docierało do jej uszu imię Jaśminowiec, lecz nie miała pojęcia, kim był ten kot. Starała się wykonać zalecenia mentorki, nie chcąc znów jej zawieść. Aczkolwiek prawda była taka, że niezbyt wiele wiedziała o wykonywanych tutaj czynnościach. Instrukcje od Poinsecji jakby wyleciały z jej łba, pozostawiając nieustanne zmartwienie.
Schyliła się, by wziąć trochę mchu ze znajdującej się przed wejściem kupki. Nim udało się jej tego dokonać, głośny dźwięk przerwał spokój panujący wokół tego miejsca. Dopiero po paru uderzeniach zorientowała się, że był skierowany w jej stronę. Podobnie jak gromada ślepi. Zastygła zestresowana tą niezrozumiałą sytuacją.
— Przynieś sobie sama mech, a nie mi podkradasz — słowa zaczęły docierać do jej uszu.
Ów czarny uczeń właśnie przemawiał w jej stronę. Nie zdawał się zadowolony.
— Przepraszam — miauknęła szybko, wypuszczając obiekt sporu z pyska. — Ja... ja nie wiem skąd... — przyznała się ciszej.
Moment ciszy sprawiał, że miała ochotę zapaść się pod ziemię.
— Nie wiesz, skąd bierze się mech? — padło pytanie, ciężko było jej stwierdzić z którego pyska.
Kiwnęła jedynie łebkiem na potwierdzenie, otulając się ogonem.

<Gronostaju?>
[474 słowa]

[9%]

Od Zamroczonej Łapy do Borowika

Liście spadające z drzew zwiastowały nadejście Pory Opadających Liści, a łagodnie ciepłe promienie słońca ogrzewały ziemię. Jednak im później było, tym chłodniej się robiło. Zamroczona Łapa powinna wracać z treningu, wolała jednak chwilę pobłąkać się po lesie, więc powędrowała przed siebie, uważnie patrząc dookoła i tym samym, w stanie rozluźnienia, idąc wybraną ścieżką. Zamierzała dojść do rzeki, gdzie była granica z Owocowym Lasem. Co prawda rzeka nie była wąska i tereny Owocowego Lasu mieściły się trochę dalej od terenów innych klanów, ale zdaniem koteczki rzeka wciąż była granicą.
Jej półdługie, czekoladowe futro ocierało się o trawę, kiedy dla zabawy udawała, że się skradała i wypadała z kryjówki na kogoś z zaskoczenia, po czym szła dalej.
Pamiętała, iż nie mogła być za długo sama poza obozem, ponieważ była dopiero uczniem. Spojrzała na słońce, po czym zmrużyła oczy od jego światła.
Możliwe, że jeśli nie wrócę przed zachodem słońca, to ktoś zacznie się niepokoić – pomyślała.
W końcu dotarła na miejsce, po chwili podeszła do brzegu. Dotknęła wody łapą i wzdrygnęła się, bo była w dotyku przyjemna, ale bardzo dziwna. Kiedy Zamroczona Łapa zaczęła uważnie tropić wokół granicy w nadziei na upolowanie jakiejś zdobyczy, usłyszała w oddali chlupot.
Zerknęła w bok i zobaczyła kota i choć na początku myślała, że się topił, głębsze przyjrzenie mu się nie pozostawiało wątpliwości, iż pływał. Przebrnął przez błękitną taflę wody, a niedługo później stał już na mieliźnie - co oznaczało, że nie wszedł na terytorium Klanu Wilka - otrzepując futro z kropli.
On jest z Owocowego Lasu... Czy oni mają takie same rangi jak my? – zastanowiła się koteczka i uśmiechnęła się do niego nieśmiało.
– Dzień dobry, nazywam się Zamroczona Łapa! – powiedziała.
– A ja nazywam się Borowik – rzucił kocur.
Uczennica pokiwała głową, za to w tym samym momencie zamilkła, bo nie miała pojęcia, co powiedzieć.
Oboje długo nic nie mówili, ale w końcu Borowik odezwał się.
– Um, przypłynąłem tu, żeby lepiej się rozejrzeć – mruknął z niesamowicie łatwą do rozpoznania szczerością. Patrzył w swoje łapy, którymi niezgrabnie szurał po podłożu.
Czekoladowa kotka poczuła się już nieco odważniej. Nagle znikąd wpadło jej do głowy intrygujące pytanie.
– Jaką pełnisz funkcję w Owocowym Lesie? – spytała.
– Jestem zwiadowcą. Hm, jakby to ująć? Zwiadowcy zajmują się patrolowaniem, zbieraniem wiedzy o różnych miejscach oraz sprawdzaniem aktualnego stanu terenów. Powiem, że nie jest to łatwe, ale bardzo przydatne.
Zamroczona Łapa pokiwała głową, zaciekawiło ją to. Jeszcze przez krótką chwilkę rozmawiali o swoich grupach - oprócz tego, iż o Owocowym Lesie, to w dodatku o Klanie Wilka. Przy tym kocur czasami obracał się w kółko, co bardzo ją rozśmieszało, jednak nic nie mówiła, nie chcąc mu sprawić przykrości.
Gdy już Zamroczona Łapa dowiedziała się wszystkiego, co chciała, ogon jej delikatnie opadł.
– W takim razie może zobaczymy się na jakimś zgromadzeniu – powiedziała cicho.
– Tak, uh, to prawdopodobne – odmiauknął Borowik.
Mimo tego, że do zachodu słońca zostało dużo czasu, Zamroczona Łapa uznała, że chyba pójdzie do obozu, ponieważ poczuła zmęczenie. Ale była przekonana, że starczy jej jeszcze trochę energii, a przynajmniej tyle, ile będzie wystarczające.

<Borowiku? Może jesteś nietypowy ale nie taki zły>
[493 słowa]

[10%]

Od Cisowej Łapy

Obudziła się. Leżała w legowisku uczniów, zwinięta na swoim posłaniu. Tuż obok niej spała Dymówka. Była wykręcona tak, że wyglądała, jakby coś sobie skręciła. Cis wyszła przed leże, czekając na swoją mentorkę. Poprzedniego dnia Psotny Nietoperz powiedziała jej, że rano zabierze ją na polowanie i nauczy otwierać kraby. Uczennica polizała się po ogonie i zaczęła go myć. No bo co gdyby ktoś, a w szczególności jej matka zobaczyłby ją z potarganym futrem? Szybkimi, energicznymi ruchami czyściła go, zmywając z siebie kurz. Potem przeszła do łap, piersi, pyszczka i na końcu uszu.
W końcu Psotny Nietoperz pojawiła się w zasięgu jej wzroku.
– O, już jesteś, wspaniale, możemy iść! – miauknęła ciepło starsza. Jej córka kiwnęła szybko głową i obydwie kotki wyszły z obozu. Przemierzały terytorium Klanu Klifu, szukając dobrego miejsca na polowanie. Po drodze Cisowa Łapa urwała sobie jeszcze nową koniczynkę, bo stara już powoli usychała. Wreszcie znalazły małą polankę niedaleko plaży i granicy z Klanem Wilka.
– To świetne miejsce na naukę – miauknęła ochoczo Psotny Nietoperz. – No dobra, pokaż mi swoją pozycję łowiecką – powiedziała. Cis natychmiast wykonała polecenie, przypadając do ziemi, prostując ogon i uginając łapy. – Zniż trochę ten ogon, inaczej możesz nim zahaczyć o gałęzie – poradziła jej matka. Uczennica ochoczo to zrobiła, czując gorąco pod futrem, że wyłożyła się na czymś tak oczywistym. – Teraz już lepiej. – Psotny Nietoperz przyjrzała jej się z uwagą. – Teraz musisz już tylko próbować polowania. Może spróbujesz tam? – zasugerowała, wskazując uszami krzaki nieopodal. Cisowa Łapa kiwnęła głową i cicho ruszyła w wybraną stronę. Starała się poruszać bezgłośnie, a jednocześnie szybko. Starała się, jak tylko mogła, motywowała ją chęć, a może raczej potrzeba aprobaty ze strony matki.
Chciała, żeby Psotny Nietoperz nie poczuła się zawiedziona, że jej córka nic nie upolowała. Uczennica spostrzegła mysz. Skupiła na niej swoją uwagę, zaczynając się podkradać. Była już niemal dwie długości ogona od ofiary, gdy niechcący stanęła na gałązce. Ta, od razu zdradziecko trzasnęła. Mysz się rozejrzała i zaczęła uciekać, jednak Cisowa Łapa w desperacji wyskoczyła do przodu, a następnie wylądowała na zwierzątku. Wysunęła pazury, by przytrzymać ofiarę, po czym wgryzła się w jej ciało. Gryzoń zwiotczał w jej łapach i kotka po chwili wzięła go do pyska, by zanieść go do matki i udowodnić jej, że jej córka umiała polować.

***

– Otwieranie krabów jest stosunkowo proste, musisz tylko wsunąć pazury tutaj, trochę nimi pogmerać i gotowe! – objaśniła Cis jej mentorka. Kotka pokiwała głową. – Przy polowaniu na kraby pamiętaj, zawsze atakuj je od tyłu i wbijaj pazury w podbrzusze – miauknęła. – To jak, chcesz spróbować? – zapytała.
– Tak, bardzo chętnie! – odparła gorliwie Cisowa Łapa.
– To ja cię zostawię, ale będę obserwować i patrzeć jak ci będzie szło – oznajmiła jej matka. Po chwili znikła gdzieś w krzakach. Cis rozejrzała się. Została na plaży sama, jedynie woda lekko falowała. No, może nie całkiem sama... nie dalej jak dwadzieścia długości ogona od niej coś się nagle poruszyło. Uczennica przypadła do ziemi, przestała ruszać ogonem i postawiła uszy z uwagą. Zaczęła się powoli skradać, łapa po łapie, krok po kroku. W końcu, po chwili, która dłużyła się jak księżyce, kotka była na tyle blisko, ile mogła. Skoczyła. Krab wspiął się na tylne odnóża, ale ona już go przewróciła łapą i zaczęła drapać w podbrzusze. Zwierzę zginęło na miejscu. Cisowa Łapa spojrzała na upolowaną zdobycz, po czym wzięła ją delikatnie w zęby, by jej nie uszkodzić i poszła pokazać ją Psotnemu Nietoperzowi.

[552 słowa + otwieranie krabów]

[11% + 5%]

Od Cisowej Łapy CD. Ćmiej Łapy

– Cesc, Cysko! – przywitała się Ćmia Łapa. Cis kiwnęła do niej łebkiem, ignorując fakt, iż uczennica nazwała ją jej kocięcym imieniem. Uśmiechnęła się do starszej uczennicy. Kotki po chwili rozeszły się w swoje strony, Ćmia Łapa pewnie odłożyć zioła do legowiska medyka, a Cisowa Łapa dokończyć wymienianie podściółki starszych.

***

Pora Opadających Liści już się dawała powoli we znaki. Zaczęło się zbieranie i chomikowanie zdobyczy, sezon chorobowy też powoli przypominał o sobie, sprawiając, że medycy oprócz zbierania ziół, część czasu musieli też przeznaczać na leczenie. Znaczy, chyba tak powinno być. Błoto było już wszędzie, za sprawą długich chłodnych deszczy, i kotów, które nie patrzyły, jak chodziły.
– Cisowa łapo? – rozmyślania uczennicy przerwał jej znajomy głos. Ćmia Łapa.
– Tak? Mogę ci w czymś pomóc? – zapytała Cis, przenosząc wzrok na starszą kotkę.
– Poszłabyś ze mną pozbierać zioła? Kończą nam się nasiona maku – rzuciła propozycję Ćma. Młodsza uczennica szybko kiwnęła głową, po czym wstała.
– Ale nie powinnyśmy się kogoś spytać? No wiesz, uczniowie nie mogą tak sobie wychodzić z obozu – zapytała zaniepokojona Cis.
– Już się pytałam. Możemy iść, ale mamy trzymać się blisko obozu i wrócić przed zachodem słońca – odparła starsza uczennica, kierując się do wyjścia z obozu. Cisowa Łapa ruszyła za nią, starając się nadążać za dłuższymi łapami kotki. Wyszły z obozu, mijając liczne drzewa i krzewy. Cis uważała, by przy wyjściu z obozu nie poślizgnąć się na mokrym kamieniu, zmokniętym przez wezbrany wodospad. Zasiliły go w tym sezonie deszcze, którym nie było końca. Woda była w nim brudna, pełna błota i piasku, przywianego nie wiadomo skąd. Pod każdym mijanym krzakiem Cis sprawdzała, czy nie było maku, choć wiedziała, że Ćmia Łapa raczej wiedziała, gdzie rosła ta roślina i właśnie tam się kierowała. W końcu ich oczom ukazała się polanka, na której rosły chyba ostatnie maki tego sezonu. Miały czerwone płatki, w odcieniu krwi. Ich czarne nasionka wyglądały jak oczy pająka, wpatrzone prosto w nie, a włochate łodygi były długie i powyginane. Ćma podeszła i zaczęła urywać łodygi, uważając, by nie wysypać czarnych nasionek, ponieważ to o nie tak naprawdę chodziło, nie o łodygi czy płatki.
Cisowa Łapa również podeszła do kwiatów, i próbowała naśladować starszą uczennicę. Po chwili obydwie miały już pyski pełne potrzebnego zioła.

[361 słów]
<Wracamy do obozu, Ćmia Łapo?>

[7%]

Od Migoczącej Łapy CD. Ćmiej Łapy

Mysikrólicza Łapa była tak uparta! Głupia wronia strawa nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że wzięła jego nornice. Jego! Czy ona naprawdę nie używała mózgu? Mogłaby jednak czasem pomyśleć, bo to już wychodziło poza wszelkie granice. Przecież wiadomo, że to on powinien dostawać lepsze posiłki! Był synem samego lidera, przykładem dla innych, uczniem ze świetlaną przyszłością... Ta zwierzyna się mu należała i żadna przybłęda ze złej rodziny nie mogła wejść mu w drogę.
Jego wściekłość tylko wzrosła, jak zobaczył ten chwast – Ćmią Łapę. Zawsze musiała wtykać nos w nie swoje sprawy. Zawsze! Czy ona nie miała swojego życia? Czy może było ono tak nudne, że kotka musiała szukać rozrywki gdzieś indziej? Jakakolwiek była przyczyna, Migoczącej Łapy to nie obchodziło. Nie chciał mieć kontaktu z kremową pokraką, za żadne skarby świata! Najłatwiej byłoby, gdyby nie wtrącała się w jego sprawy, a nie jak teraz, gdzie to robi więcej problemów, niż powinno być.
– A upolowałeś ją chociaż? – zapytała nagle Ćmia Łapa, przyglądając się niebieskiemu. Ten westchnął cicho, zmęczony głupotą kotki.
– Eee... Nie, ale nie ma już żadnej jadalnej zwierzyny, a ja nie będę jeść jakiegoś paskudztwa! – powiedział, specjalnie dając nacisk na słowo "jadalnej", by dać kotkom do zrozumienia, że nie wszystko jest godne jego podniebienia.
Ćmia Łapa chyba nie była jednak tego taka pewna, gdyż po usłyszeniu słów Migotu, wyraz jej pyska diametralnie się zmienił, pokazując czysty szok.
– Skończyliśmy? Mogę odzyskać mój posiłek? – odezwał się po chwili Migot.
– Nie – odparła Mysikrólicza Łapa.
– Dlaczego niby? To dalej moja nornica! A skoro masz taki problem, to sama idź i weź sobie inną zwierzynę, godną ciebie! – zaśmiał się niebieski.
– To nie jest twoja nornica! Sam powiedziałeś, że nawet jej nie upolowałeś – rzekła stanowczo Ćmia Łapa, stając w obronie siostry.
– Skoro tak, to ty nie jedz nic, bo nigdy nic nie upolujesz! – syknął Migocząca Łapa, podchodząc o krok do przodu.
– To tak nie działa – odparła Ćma.
– To oddaj mi mój posiłek!
– To nie jest twój posiłek! – wtrąciła się siostra kremowej, dalej trzymając przy sobie nornice, o którą toczył się cały spór.
– Oddaj albo pożałujesz! – syknął gniewnie Migot.
– Co niby zrobisz? – zapytała Mysikrólik, ewidentnie bardziej pewna w obecności siostry.
– Nie chcesz się przekonać – stwierdził kocur i zjeżył sierść na karku, starając się wyglądać groźniej, niż był w rzeczywistości. Czuł jak złość w nim kipi. Wystarczyła jedna iskra, a wszystko poszłoby z dymem.
– Nic nie zrobisz. Podobno nie umiesz walczyć! – odbiła piłeczkę Mysikrólicza Łapa, wykrzykując informacje, które najpewniej gdzieś usłyszała. Po wypowiedzeniu tych słów, w Migocie coś zawrzało. Skoczył na leżącą na ziemi nornice i szybko chwycił ją w swoje zęby. Zanim jednak zdążył się wycofać, Ćmia Łapa złapała część zwierzyny i zaczęła mocno ciągnąć w swoją stronę, chcąc wyrwać ją z uścisku kocura. Ten nie dawał za wygraną, ciągnąc posiłek do siebie. Ciałko nornicy pod wpływem sił obu uczniów, powoli zaczęło się rozrywać, jednak nikt ze zgromadzonych nie zwrócił na to uwagi. Wszyscy byli zajęci tą walką, do której nikt nie myślał, że w końcu dojdzie. Nawet Migocząca Łapa, który to zaczął cały ten spór.
Ostatnią iskrę do tego ogniska dodała Mysikrólicza Łapa, przyłączając się w końcu do siostry, chcąc odzyskać dobry posiłek. Nie minęła chwila, a nornica w całości się rozerwała, przewracając całą trójkę na ziemię i robiąc niezły bałagan.

<I co zrobiłaś chwaście?>
[533 słowa]

[11%]

Od Puszystej Łapy (Puszystej Neriny) CD. Dymówki (Dymówkowej Łapy)

Dawniej

Nerina obniżyła lekko pyszczek, obserwując rozbawiona poczynania swojej córki. Badała go łapkami, tak jakby jego futerko było najciekawszym obiektem w żłobku. Uśmiechnęło się ciepło, spoglądając w stronę Psotnego Nietoperza. W którymś momencie malutka kulka tak po prostu zaczęła próbować chować się w sierści. Towarzyszyły temu zabawne piski i śmiech rodziców.
— No, no skarbie, właśnie zostałeś jej schronieniem — zamruczała rozbawiona Psotny Nietoperz.
Dymówka zapiszczała cicho uradowana.
Chwilę później koteczka zaczęła bardziej grzebać jeno w futerku na brzuchu. Puszek strzepnął uchem, przechylając odrobinę głowę.
— Teraz chyba ja mam być jej mamą — zachichotała Gałęzatka, liżąc Dymówkę po główce, czemu towarzyszył cichy, lecz niezbyt zadowolony pisk.
W którymś momencie jednak niebieski poczuł nieco mocniejsze pociągnięcie. Syknęło z bólu i spróbowało lekko odciągnąć kociaka. W końcu złapało delikatnie koteczkę w ząbki i oddało Psotce.
— Mała bestia… — mruknął z przekąsem, ale na jego pyszczku nadal widniał uśmiech.
Pręgowana spojrzała na Ciskę, zaraz obok swojej mamy i ją również polizała troskliwie po łebku.
— Mam wspaniałe kotecki… — zamruczało pieszczotliwie, ocierając swoim pyszczkiem o pyszczek Nietoperki.

Aktualnie

Możnaby stwierdzić, że praca protektora była nudna. Ci, którzy patrzyli z boku, mogliby stwierdzić, że protektorzy lenią się całe dnie, okazjonalnie tuptając sobie po obozie, aby coś zrobić. Tak jednak mogli stwierdzić tylko głupi wojownicy i uczniowie. Z pewnością robili mniej, ale ich praca była równie ważna. Nerina był nie raz wzywany, aby pomóc w lecznicy. Rozmawiał ze starszymi o ich samopoczuciu, podczas usuwania ich kleszczy. Czasem nawet pomagał uczniom przy wymianie legowisk i wysłuchiwał opowieści tych bardziej gadatliwych, dopytując, jak idą im treningi i czy mentorzy za bardzo ich nie wyciskają. Pamiętała treningi z Rozpromienionym Skowronkiem. Kocur był wesoły i irytujący, ale Gałęzatka przeprosiłaby go teraz, gdyby miała taką możliwość i oczywiście, gdyby kocur nie był martwy. Nerina przeciągnął się w legowisku i spojrzał w stronę Serdecznej Naparstnicy. Kocur był chyba najlepszym mentorem z całej trójki. Wężynowy Splot była zdecydowanie najgorsza, chociaż pod jej okiem spędził tylko kilka księżyców. Wyszedł z obozu i ujrzał Rozkwitający Aster wraz z Dymówkową Łapą. Niebieska zamruczał cichutko i podeszło do obu kotek, przez chwilę wąchając się z przywitaniem.
— Dzień dobry — miauknął, obserwując, jak Aster dokładnie tłumaczy coś uczennicy.
— Akurat kończymy — mruknęła ciepło bura protektorka.
Nerina kiwnęła głową i zaczęła słuchać treningu. Rozkwitający Aster miała nieco inne techniki niż Serdeczna Naparstnica, ale miała bardzo podobną wiedzę. Puszek zastanawiał się, kiedy on sam będzie miał ucznia. Po jakimś czasie Dymówka podeszła do niego powoli ze słabym uśmiechem na pyszczku.
— Tato czy protektorzy są bezużyteczni? — zapytała koteczka, a Nerina zmarszczyła brwi.
— A czy czujesz się bezużyteczna? Przecież tyle się nauczyłaś. Jestem pewna, że również wielu kotom pomogłaś — odparła, przechylając łebek.
Dymówka była cicho tak jakby niezbyt pewna słów rodzica.
— Przydajemy się. Pomagamy wszystkim, bez nas Klan Klifu mógłby skończyć jak Wilczaki — zasugerował z głupim uśmieszkiem i przytulił córkę. — Kto ci takich głupot naopowiadał Dymóweczko? — zapytała.

<Dymówko?>

19 września 2026

Od Ćmiej Łapy CD. Migoczącej Łapy

Ćmia Łapa kątem oka zauważyła niebieskiego pointa, który odskoczył od mysiej żółci. Wielki panicz. Na wyrazie pyska koteczki pojawił się dyskretny uśmieszek. Potem przybrała zdziwiony wyraz i odwróciła się do ucznia.
– Migocząca Łapo, mówiłeś, że umiesz wyciągać kleszcze. Na pewno to wcześniej robiłeś?
Kocur się lekko zezłościł.
– Oczywiście, że to wcześniej robiłem! – oburzył się.
– W takim razie czemu tak zareagowałeś?
– Ponieważ… – Kocur próbował znaleźć jak najmniej upokarzającą odpowiedź. – Jakieś zepsute to musi być, jakieś takie… gęste i w ogóle.
– To nie możliwe, to najnowsza partia. Zobaczę… – zastanowiła się, czy nie zrobił jakiegoś głupiego psikusa, ale nie zrobiłby tego w towarzystwie tak zwanych kotów trzecich.
– Jest idealnej konsystencji i świeżości. Wiem, że to nie zapach kwiatów, ale jeżeli nie zajmiemy się kleszczami, mogą zrobić krzywdę starszym. Proszę, wróć do pracy.
Migocząca Łapa zastanowił się, co zrobić, fuknął i z obrzydzeniem zamoczył mech w żółtej, źle pachnącej cieczy.

~*~

Skończyli. Żaden kleszcz (przynajmniej u Rozświetlonej Skóry i Mniszkowego Nektaru, gdyż wątpiła w to, że kocurek dogłębnie obejrzał Wieczne Zaćmienie) się nie mógł uchować. Niebieski point wyszedł z legowiska starszyzny, naburmuszony. Ćmia Łapa miała nadzieję, że poszło mu w pięty i chociaż trochę ostudzi to jego wredną naturę.
– Chwaście, jeszcze się policzymy.
– A myślałam, że chociaż z tego wyciągniesz lekcję. No ale trudno, dzięki za twoją “pomoc”. Na razie, ego topie! – odmruknęła i poszła do legowiska medyka.
W środku czekały na nią medyczki opiekujące się jej bratem, Firletkową Łapą.
– Witajcie, Jagnięcy Ukłonie i Księżycowa Aldrowando! – przywitała się. – Co u Firletkowej Łapy?
– Coraz lepiej. Pamięta coraz więcej, ale wybudzony jest bardzo przewrażliwiony. Obawiam się, że to może być nie szok, a uszkodzenie pamięci – miauknęła mentorka. – Idź z nim porozmawiać, to mu pomoże.
Młodsza kremowa kiwnęła głową i poszła do niebieskiego. Kocurek leżał w kłębku, a jego bok się unosił i opadał. Gdy podeszła bliżej, kocur podniósł głowę i z zaspanymi oczami popatrzył się na kotkę.
– Siostra? Ćmia Łapa? – mruknął.
Kremowej oczy się zaświeciły szczęściem i wzruszeniem.
– Tak! To ja! Siostra! Ćmia Łapa!
– Ach… – mruknął spokojnie.
– Jak się czujesz? – zapytała.
– Moja łapa… boli. Zły ten kot.
– Jaki kot? – zastrzygła uszami.
– Co mi to zrobił… jak spałem… zły… niedobry…
Kremowa machnęła swym małym ogonkiem w kształcie piórka.
– Firletkowa Łapo, nikt ci tego nie zrobił. Spadłeś z klifu.
– Co? Nie! To był kot… kot! Jak spałem… zrobił mi to!
– Bracie, łapę straciłeś przez wypadek! Z klifu spadłeś!
– WCALE NIE! – zapiszczał. – Tak nie było!
– Dobrze, już dobrze… – uspokoiła go. – Chcesz, abym opowiedziała ci o naszych czasach kocięcych?
– Tak! Proszę! – mruknął.
– A więc, oprócz mnie, mamy i taty masz jeszcze dwie siostry: Mysikróliczą Łapę i Słonkową Łapę. Kiedy byliśmy jeszcze w żłobku, razem się bawiliśmy, śmialiśmy i rozrabialiśmy. Nasza mama mówiła nam wiele świetnych historii, również o ptakach i jak nas wspierają…
Klasyczna opowiadała zielonookiemu powoli i dokładnie różne sytuacje z ich życia, czasami nawet się śmiał, czasami się denerwował, a czasami słuchał jak nawiedzony przez Klan Gwiazdy.
– Później cię przestraszyłam i…
– Ćmia Łapo, Jagnięcy Ukłon cię woła – rzekła zza roślinnej kurtyny Księżycowa Aldrowanda.
– Już idę! – odpowiedziała i wstała.
– Nie! Zostań! Zostań! – Firletka chciał ją zatrzymać amputowaną łapą.
– Nie martw się, Firletkowa Łapo. Później znów do ciebie przyjdę i poopowiadam ci więcej, dobrze?
– Dobrze… – mruknął.
– Pa! – pożegnała się.
– Pa! – odpowiedział.

~*~

Ćmia Łapa wróciła z uzupełniania magazynu. Dzień powoli dobiegał końca, ale nie obyło się bez afer, przy wejściu do legowiska uczniów. Wodospad wszystko zagłuszał, a więc podeszła bliżej. Całe legowisko było puste, pewnie inni uczniowie poszli na treningi... W środku byli tylko Migocząca Łapa i Mysikrólicza Łapa.
– Wzięłaś MOJĄ nornicę. Wiesz, jak ciężko jest zdobyć tak pulchną zwierzynę w czasie Pory Opadających Liści?
– Ale zwierzyna się tuczy na Porę Nagich Drzew. Jest jeszcze dużo zwierzyny, a w dodatku nie pachniała tobą!
– Oddaj mi tę nornicę! – zażądał.
– Nie! Była na stercie i ja ją sobie wzięłam!
– Powiedziałem, oddaj! – Wysunął pazury i otworzył złowieszczo pysk. Szylkretka położyła po sobie uszy.
– Hej! Co robisz? – krzyknęła Ćmia Łapa.
– Nic, w co mogłabyś znowu wsunąć swój wścibski nos, chwaście – warknął.
– Ciebie również mi miło widzieć, Migocie – rzekła ironicznie. – Czemu dokuczasz Mysikróliczej Łapie?
– Gdyż ukradła moją nornicę, która właśnie należy do mnie. Złodziej!
– A niby jakim prawem? Odłożyłeś ją gdzieś na bok!
Mysikrólicza Łapa zmarszczyła brwi, a futro wzdłuż jej karku się uniosło.
– Ona była na stercie, kłamco! – odbiła piłeczkę, obnażając kły w grymasie.
– A upolowałeś ją chociaż? – zapytała się kremowa Migoczącej Łapy.
– Eee… nie, ale nie ma już żadnej jadalnej zwierzyny, a ja nie będę jeść jakiegoś paskudztwa!
Ćma nie wierzyła własnym uszom. Ten kocur doprowadzał ją czasami do szału.

<Migot?>
[745 słów]

[15%]

Od Słonkowej Łapy do Trójokiego Zająca

Zgromadzenie

Słonkowa Łapa nie potrafiła się pogodzić z faktem, że poszła na zgromadzenie, podczas gdy jej brat musiał wciąż przebywać w lecznicy. To wszystko było takie niesprawiedliwe! Zresztą, niewiele dzieliło ją od tego, by również została w obozie, by dotrzymać swojemu braciszkowi towarzystwa, i by nie musiał żałować, że został w azylu, podczas gdy jego siostry zdobywały nowe znajomości.
Finalnie jednak dotarła na Bursztynową Wyspę, choć starała się trzymać na uboczu i nie wydawać z siebie żadnego dźwięku, jakby naprawdę chciała, by Firletka nie musiał niczego żałować. Jej plany zakończyły się jednak fiaskiem, gdy przypadkiem nadepnęła na czyjś śnieżnobiały ogon.
— Ach! — westchnęła, otwierając szerzej oczy. — Najmocniej przepraszam! Ja n-nie chciałam!
Nieznajomy syknął z bólu i kładąc uszy po sobie, spojrzał na uczennicę.
— Nic się nie stało — uśmiechnął się lekko Wilczak. Wciągnął powietrze w płuca i zastrzygł uchem. — Jesteś z Klanu Klifu, co? — mruknął cicho. — Jak cię zwą? — zapytał.
Słonkowej Łapie kamień spadł z serca, lecz wciąż czuła się trochę zażenowana swoją niezdarnością. Najchętniej już zniknęłaby pośród tłumu, by dotrzymać obietnicy, którą sama sobie ustanowiła, jednak białofutry kocur zaczął coś do niej mówić. Nie mogła go zignorować, rodzice nie tak ją wychowali
— Tak, jestem… — przyznała. — Nazywam się Słonkowa Łapa, a ty? Jesteś chyba z… Klanu Wilka, tak? — kontynuowała niepewnie.
“Po co zadajesz pytania? W taki sposób tylko ciągniesz rozmowę dalej, a miałaś z nikim nie rozmawiać, by Firletce nie było przykro!”— skarciła się w myślach, lecz mimo wszystko było już za późno na cofnięcie tego, co właśnie powiedziała.
Kocur przechylił lekko głowę, mrugając kilkakrotnie.
— Jestem Rozbity Księżyc. Zgadza się, Klan Wilka — odparł. — Jak ci idzie trening? Dobrego masz mentora? — zapytał.
Szylkretka przełknęła głośno ślinę. Przed jej oczami od razu pojawił się obraz Jenociej Kufy, która ciągała ją na treningi nawet wtedy, gdy Słonka była jeszcze kompletnie przybita po wypadku Firletkowej Łapy.
— Wiesz… Czasami nam nie po drodze, ale uważam, że moja mentorka jest… bardzo doświadczona i wie, co robi — stwierdziła, wlepiając wzrok w łapy.
Biały przyjrzał się kotce z zainteresowaniem.
— Hm... To chyba dobrze, co? — miauknął cicho. — Wiesz, chciałbym mieć ucznia. To musi być fajne — uśmiechnął się lekko. — Wszystko dobrze?
Słonkowa Łapa skinęła tylko głową na słowa białofutrego o tym, że to dobrze, że jej mentorka jest doświadczona. “Byłoby jeszcze lepiej, gdyby wiedziała, jak uczyć tak, by jej uczeń faktycznie ją lubił i jej ufał” — pomyślała, lecz nie miała odwagi splamić honoru Jenociej Kufy przed jakimś Wilczakiem. Nawet jeśli ten nawet jej nie znał.
Gdy kocur spytał o jej samopoczucie, Słonka na moment wstrzymała oddech.
— Czy wszystko dobrze? Tak, tak… Jak n-najbardziej — odparła, unosząc na niego wzrok i uśmiechając się słabo. — To znaczy… ostatnio wydarzyło się coś niedobrego, ale jakoś sobie… radzę — dodała, natychmiast kładąc po sobie uszy. Czy powinna dzielić się taką informacją z tym kocurem?
— Jeśli mogę spytać...to, co się stało? — przechylił lekko głowę. — Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz, zrozumiem to — dodał zaraz, wyjaśniając.
Przez moment szylkretka zastanawiała się, czy chce opowiedzieć białofutremu o wypadku Firletkowej Łapy, lecz wtem po wyspie rozległ się głos Mandarynkowej Gwiazdy, która zaczęła przemawiać. Dopiero gdy skończyła, Słonka spojrzała znów na Wilczaka.
— Może… może Lśniąca Gwiazda coś o tym wspomni. Nie wiem… ale… muszę już iść — mruknęła i, nie czekając na reakcję nieznajomego, zniknęła gdzieś w tłumie, by nie musieć dłużej przeprowadzać interakcji z innym kotem.

* * *

Teraźniejszość

Od ostatniego czasu czuła się już lepiej. Firletkowa Łapa zdawał się powoli dochodzić do siebie, a przede wszystkim wciąż żył, więc Słonka była wypełniona nadzieją, że kocur jeszcze donikąd się nie wybierał. Nie była pewna, czy będzie w stanie kontynuować swoje szkolenie na wojownika, lecz cieszyła się, że wciąż mógł stąpać po tej samej ziemi co ona. I nawet jeśli Lśniąca Gwiazda zdecyduje się uczynić z niego na wieczność starszego, to i tak będzie go kochać i regularnie odwiedzać! Po prostu nie mogła się doczekać, aż kocur w końcu opuści lecznicę i już nie będzie musiał przebywać wśród gryzącego zapachu tych wszystkich ziół, jak i okazjonalnie chorób, gdyż oprócz Firletki w legowisku medyków często przebywały także koty z katarem czy jakimś kaszlem. Ogólnie rzecz biorąc — lecznica nie była miejscem, w którym jakiś kot, który nie jest medykiem, chciałby przebywać na co dzień. Właśnie dlatego szylkretka miała nadzieję, że już niedługo Firletka przestanie potrzebować ciągłego nadzoru Jagnięcego Ukłonu, Księżycowej Aldrowandy i Ćmiej Łapy oraz że wreszcie będzie mu dane przenieść się gdzieś indziej.
Pewnego dnia, chcąc uczcić to, jak silny był niebieski kocur, Trójoki Zając, Kukułczy Wdzięk, Mysikrólicza Łapa i Słonkowa Łapa wspólnie postanowili wybrać się na rodzinny spacer. W czwórkę mieli przejść się po terenach Klanu Klifu, by wreszcie nacieszyć się swoją obecnością w miejscu innym niż lecznica. Szylkretka nie mogła doczekać się tego wypadu, mimo iż najpewniej podczas niego pozostanie cicho. Nie lubiła się odzywać, nawet wtedy, gdy była razem z rodziną. Wolała po prostu nasłuchiwać tego, co inni mieli do powiedzenia. Na szczęście jej rodzice nigdy nie próbowali na nią naciskać, by się do nich odzywała, dzięki czemu takie spacery były dla niej naprawdę komfortowe.
Miała też nadzieję, że podczas tego spaceru jej tata trochę się rozluźni, bo zauważyła, że to chyba jemu najciężej było funkcjonować po wypadku syna. Być może czuł się winny za to, co się wydarzyło? Z tego, co słyszała Słonka, Firletka spadł z klifu podczas spaceru z rodzicami. Nie byłoby więc dziwne, gdyby Trójoki Zając winił się za niedopilnowanie niebieskiego. Szylkretka miała nadzieję, że kremowy szybko zrozumie, iż nie wszystko w życiu da się przewidzieć i skontrolować.
Dopiero co wzeszło słońce, a Słonka już siedziała na swoim posłaniu, niemal gotowa do wyruszenia na zewnątrz. Umówili się, że wspólnie przejdą się z samego ranka, gdyż później Słonkowa Łapa i Mysikrólicza Łapa będą musiały iść na trening. Wkrótce uczennica zadecydowała, że obudzi również swoją siostrę, by ta zdążyła się przygotować. Trochę obawiała się, że liliowa będzie zła za przerwanie jej snu, ale mimo wszystko zależało jej na tym, by wyruszyć na spacer jak najszybciej. Już nie mogła się doczekać, aż poczuje w swoim futrze rześki wiatr i będzie mogła przyjrzeć się porannej mgle. Słonkowa Łapa uwielbiała taką pogodę, jaka panowała teraz — przynajmniej ze względu na jej wygląd. Szylkretka nie lubiła chłodu, ale podobały jej się ponure krajobrazy.
— Psst, Mysikrólik! — szepnęła do ucha siostrze, gdy już do niej podeszła. — Zaraz wychodzimy na spacer, musisz wstać! — dodała, lecz tym razem trochę mniej śmiało, gdyż szylkretka już drgnęła, co oznaczało, że powoli zaczynała się wybudzać!
W końcu liliowa sennie otworzyła oczy, lecz gdy tylko jej wzrok napotkał pysk Słonki, nieznacznie zmarszczyła brwi.
“Może akurat śniło jej się coś fajnego?” — pomyślała szylkretka, po czym odsunęła się nieco od siostry. Może powinna zaczekać, aż Kukułczy Wdzięk i Trójoki Zając się obudzą, nim postanowi zbudzić Mysikrólik?
— Czemu mnie budzisz? — mruknęła w końcu liliowa, wzdychając ciężko i przewracając się na drugi bok.
— Nie pamiętasz? — odparła od razu Słonka, po czym odchrząknęła. — No… mieliśmy iść z rodzicami na spacer. Dzisiaj, rano — wyjaśniła spokojnie.
Mysikrólik z pewnością również pamiętała o tym spacerze, tylko najwidoczniej potrzebowała jeszcze chwili, by porządnie się rozbudzić.
— Tak wcześnie? — prychnęła, wyraźnie sfrustrowana.
Słonkowa Łapa przełknęła ślinę. Czy zrobiła coś złego? A może jej siostra znowu miała jakiś zły humor? Od wypadku Firletkowej Łapy faktycznie stała się bardziej nerwowa. Irytowała się znacznie szybciej niż niegdyś, a niekiedy potrafiła rzucić w stronę Słonki jakimś niepochlebnym słowem. Mimo to uczennica nie miała jej tego za złe. Wiedziała, że Mysikrólik mogła po prostu nie radzić sobie z katastrofą, jaka spotkała ich rodzinę — podobnie zresztą jak Trójoki Zając.
Nawet jeśli niektóre zachowania liliowej raniły ją samą, nie potrafiła gniewać się na nią zbyt długo. W końcu to nie ona zdecydowała o tym, że Firletkowa Łapa stracił łapę.
— Tak się umawialiśmy… — mruknęła w końcu cicho, po czym wzięła głęboki wdech i ruszyła w stronę wyjścia z legowiska uczniów. — Będę czekać w centrum… — oznajmiła, wychodząc.
Przysiadła niedaleko wyjścia i wlepiła wzrok w kamienną posadzkę. Wsłuchiwała się w szum wodospadu, próbując nie dopuścić do siebie żadnych konkretnych myśli. Nie chciała teraz o niczym rozmyślać. Pragnęła po prostu przez kilka uderzeń serca nacieszyć się spokojem.
Trwało to jednak tylko do momentu, aż po azylu rozległ się odgłos kroków. Słonka od razu uniosła głowę i omiotła wzrokiem cały obóz, aż w końcu jej spojrzenie spoczęło na dwóch sylwetkach — jednej kremowej, drugiej szylkretowej. Trudno było nie rozpoznać w nich Trójokiego Zająca i Kukułczego Wdzięku.
Słonkowa Łapa uśmiechnęła się nieznacznie i podniosła z miejsca, by do nich podejść.
— Już nie śpisz? — odezwała się Kukułka. — Myślałam, że będziemy was musieli za uszy wyciągać z legowisk — dodała nieco żartobliwie, choć w jej oczach wciąż widniał smutek. Od wypadku Firletki był on w ślepiach matki zakorzeniony tak głęboko, że nawet kiedy Kukułka z pozoru wyglądała na szczęśliwą, jej oczy zawsze sprawiały wrażenie wręcz zgaszonych.
— Nie ma takiej potrzeby… — odparła Słonka. — Obudziłam też Mysikrólik. Za chwilę powinna tu przyjść.
Kukułczy Wdzięk spojrzała na Trójokiego Zająca, po czym ponownie przeniosła wzrok na córkę i skinęła głową.
— Często budzisz się tak wcześnie? — spytała wojowniczka, wciąż zdziwiona tym, że jej córka była już na nogach wcześniej niż ona.
Słonka wzruszyła ramionami, jakby miała zamiar zbyć to pytanie, lecz zaraz potem westchnęła ciężko.
— Właściwie to tak — przyznała posępnie, nieznacznie kładąc po sobie uszy. — Nie wiem, czemu tak jest, ale przynajmniej Jenocia Kufa nie musi się na mnie denerwować z samego rana, prawda? — dodała, ponownie posyłając matce uśmiech.
Kukułce jednak nie było do śmiechu. Zamiast tego jej pysk wyraźnie spoważniał, a w spojrzeniu pojawiła się troska.
— A czy w ciągu dnia czujesz się potem senna? Jeśli tak, to może po powrocie do obozu wpadniemy do Ćmiej Łapy, żeby coś na to zaradziła? Na pewno medyczki mają na to jakieś zioło — zaproponowała.
Uczennica miała już otwierać pysk, by odpowiedzieć matce, lecz wtem przed oczami pojawiła jej się sylwetka siostry. Mysikrólik wciąż wyglądała na zaspaną, jej futro było zmierzwione, a pysk przybrał nieco naburmuszony wyraz.
Jej kroki od razu przyciągnęły uwagę Kukułki i Zająca. Szylkretka zamknęła pyszczek, który jeszcze przed chwilą miała rozdziawiony, i również skupiła całą uwagę na siostrze. Nim ktokolwiek zdążył się odezwać, ze skalnych półek, na których spali wojownicy, zeszli Drzemiące Słońce, Morświnowa Płetwa i Słoneczne Oko, kierując się na poranny patrol. Gdy końcówki ich ogonów zniknęły poza azylem, stało się jasne, że Słonka i jej rodzina wreszcie mogą wyruszyć na spacer.
— Idziemy? — spytała Mysikrólik, wpatrując się w wodospad.
— Idziemy — oznajmiła Kukułczy Wdzięk, po czym wraz z Trójokim Zającem ruszyła w stronę wyjścia.
Słonkowa Łapa podążyła tuż za matką, niemal się od niej nie odrywając, jakby obawiała się, że za chwilę jakimś nieszczęśliwym trafem sama znajdzie się na krawędzi klifu. Trójoki Zając również wyglądał na wyraźnie spiętego, gdy opuszczali obóz. Słonka dostrzegła, jak napinają się jego mięśnie, a w oczach pojawia się znajomy ból. Obecne okoliczności były niemal identyczne z tymi, w których doszło do wypadku Firletkowej Łapy.
Może wcale nie powinni byli wybierać się na spacer z samego rana? Może rozsądniej byłoby przełożyć go na późniejszą porę, kiedy Słonka i Mysikrólik wrócą już z treningu? Teraz jednak nie było już sensu tego roztrząsać. Cała czwórka maszerowała przed siebie w milczeniu, a atmosfera między nimi z każdą chwilą stawała się coraz cięższa. Nie dlatego, że żywili wobec siebie jakiekolwiek negatywne uczucia, lecz dlatego, że czegoś — a właściwie kogoś — wyraźnie im brakowało. Nie licząc oczywiście Ćmiej Łapy, która nie miała dziś zbyt wiele czasu, by do nich dołączyć.
Szylkretka liczyła na to, że w końcu któreś z nich zdecyduje się odezwać i w jakiś sposób rozluźni atmosferę, lecz taka chwila nie nadeszła. Wszyscy stawiali kolejne kroki w zupełnej ciszy, jakby zamiast na zwyczajny rodzinny spacer zmierzali właśnie na czyjś pogrzeb. Słonka z jednej strony cieszyła się, że nie musi wysilać się na uczestniczenie w rozmowie, z drugiej jednak ta cisza zaczynała ją coraz bardziej uwierać. Było w niej coś niepokojącego. Jakby stanowiła ostateczne potwierdzenie tego, że przez Firletkę ich rodzina zmieniła się już na zawsze i od jego wypadku nic nie mogło wrócić do dawnego stanu.
Nim Słonka się obejrzała, dotarli w okolice rzeki. Szylkretka szła z głową lekko spuszczoną, natomiast Mysikrólik rozglądała się na boki, idąc z tyłu swojej siostry. Trójoki Zając maszerował kilka kroków przed nimi i uparcie wpatrywał się w przestrzeń przed sobą.
Nagle zatrzymał się tak gwałtownie, że Słonka niemal na niego nie wpadła.
— Nie patrzcie! — wydusił z siebie prędko.
Było jednak za późno.
Słonka podniosła wzrok i dostrzegła w oddali rudą plamę. Przez pierwszą chwilę nie potrafiła nawet zrozumieć, na co patrzy. Dopiero po kilku uderzeniach serca dotarło do niej, że między śliskimi kamieniami prowadzącymi na drugą stronę rzeki zaklinowane było ciało kota. Natychmiast zebrało jej się na wymioty.
Rudofutry kot był pokryty ranami, przez co na pierwszy rzut oka trudno było w nim rozpoznać dawniej żywą istotę. Szylkretka nie potrafiła pojąć, że te bezwładne ciało, którym teraz poruszał nurt rzeki, jeszcze jakiś czas temu musiało chodzić po ziemi, polować, walczyć i rozmawiać z innymi kotami. Musiało mieć własne życie, własne wspomnienia i własnych bliskich. Teraz jednak pozostało po nim tylko... to.
Słonka natychmiast odwróciła wzrok. Nie chciała już na to patrzeć ani nawet próbować wyobrażać sobie, kim był ten kot. W rzeczywistości wpatrywała się w niego zaledwie przez kilka uderzeń serca, lecz miała wrażenie, jakby minęła cała wieczność. Czym prędzej zrobiła krok w tył, ustawiając się tak, by zasłonić siostrze widok na to, co znajdowało się między kamieniami.
— Idźcie… do obozu — poradził po chwili Trójoki Zając.
Słonka skinęła głową, po czym przełknęła ślinę i odwróciła łeb w stronę Mysikrólik.
— Odwróć się i wracajmy, s-szybko — rozkazała.
Pysk liliowej szylkretki wygiął się w dziwnym grymasie, jednak już po chwili kotka odwróciła się i zaczęła zmierzać w stronę azylu. Słonka poczuła, jak kamień spada jej z serca. Cieszyła się, że jej siostra posłuchała zarówno ojca, jak i jej samej i nie postanowiła przekonać się na własne oczy, co takiego zobaczyli.
— Co tam było? — zapytała, gdy znalazły się już nieco dalej od rodziców.
— N-nie wiem… nie zauważyłam niczego — odparła Słonka, jednak zaraz potem Mysikrólik stęknęła.
— Nie kłam! Masz minę jak przybity szczeniak — zauważyła szylkretka, nieznacznie marszcząc brwi. — Co to było? Łapa Firletki? A może… jakiś trup? — drążyła dalej, delikatnie zadzierając brodę.
— Mhm… — mruknęła Słonka, wbijając wzrok w ziemię.
— Mhm co? — Mysikrólik nie zamierzała jej odpuścić.
Co ją ugryzło? Dlaczego tak bardzo zależało jej na tym, by się dowiedzieć?
— Trup… Zobaczyłam trupa — przyznała w końcu niebieska, wiedząc, że inaczej liliowa cały czas będzie zasypywała ją pytaniami.
Po tych słowach młodsza siostra ucichła, jakby nagle wyrwano jej język.
Słonka myślała, że reszta podróży minie im w milczeniu, jednak po jakimś czasie dołączyła do nich ich matka. Szylkretka chciała ją spytać, gdzie teraz był tata, lecz ostatecznie się powstrzymała. Może ten martwy kot był kimś, kogo Trójoki Zając znał? Tylko dlaczego miałby znajdować się na terenach Klanu Klifu? A co, jeśli to nie był żaden samotnik, tylko jakiś członek klanu? Co, jeśli była to na przykład… Jajeczna Skorupka?
Szylkretka przełknęła ślinę i postanowiła skupić się na dźwięku, który rozlegał się w jej uszach za każdym razem, gdy stawiała kolejny krok w błocie. W ten sposób udało jej się dotrzeć do azylu bez poczucia, że serce zaraz wyrwie jej się z piersi, a żołądek zrobi fikołka. Nie chciała nawet myśleć o tych wszystkich czarnych scenariuszach, bo zawsze przyprawiało ją to o nerwy. Zamiast tego udała się do legowiska uczniów, by zwinąć się w kulkę na swoim posłaniu i zasnąć.

* * *

Jej drzemka nie trwała zbyt długo, gdyż szybko przerwała ją Jenocia Kufa, chcąca zabrać Słonkę na trening. Niestety, luźniejsze traktowanie szylkretki ze strony Jenot ze względu na wypadek w rodzinie zdążyło już odejść w zapomnienie, a wojowniczka ponownie stała się tą samą surową i wymagającą nauczycielką co wcześniej. Słonka, choć wciąż miewała gorsze dni, starała się zachowywać tak jak dawniej. Nie chciała sprawiać problemów Jenociej Kufie, a przede wszystkim swoim rodzicom. Kukułka i Zając mieli już wystarczająco dużo na głowie, by dodatkowo przejmować się treningiem swojej najstarszej córki.
Słonkowa Łapa właśnie kierowała się wraz z wojowniczką w stronę wyjścia, gdy nagle dostrzegła swojego ojca. Trójoki Zając wyglądał na zmęczonego, a może wręcz przybitego. Jego łapy i brzuch były subtelnie zabarwione na kolor brązowy, jakby kocur niemal po łokcie zanurzał się w ziemi i nie zdołał później dokładnie oczyścić futra. Czy ubrudził się tak wyłącznie podczas przemierzania terenów Klanu Klifu, czy może przez cały ten czas kopał grób dla znalezionego kota? Sama myśl o tym sprawiła, że Słonka poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku.
Gdy szylkretka przechodziła obok niego, zatrzymała się na moment i nawiązała z nim kontakt wzrokowy. Kocur również stanął i przez kilka uderzeń serca oboje trwali w bezruchu, wpatrując się w siebie w milczeniu. Jenocia Kufa tymczasem oddalała się coraz bardziej od azylu. Słonka nie wiedziała, co powinna powiedzieć. W jej głowie wciąż tkwiło te samo pytanie, którego nie odważyła się wcześniej zadać. Czy tata wiedział, kim był martwy kot?

<Tato?>

[2764 słowa]

[55%]

Nowa członkini Pustki!

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zabicie przez Tropiącą Łaskę

Odeszła do Pustki!