Kasztanka wydała na świat czwórkę zdrowych kociąt!




BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.W Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.Nie potrafiła wybić sobie z głowy słów brata. Zresztą, w tamtej chwili nie brała ich wystarczająco na poważnie. Liczyła, że się z nią droczy, że wszystko było jedynie głupim żartem, a gdy obudzi się następnego ranka, zobaczy go znowu przy swoim legowisku, może nawet z tym samym rozbawionym wyrazem pyska, który zawsze pojawiał się u niego, gdy udawało mu się ją nabrać.
Nie było go jednak następnego ranka. Ani tego kolejnego, ani jeszcze następnego.
Mogła się tego spodziewać, zwłaszcza po rozmowie, którą odbyli, gdy przyłapała go w środku nocy przy granicy Klanu Burzy. Powiedział wtedy, że jeszcze się zobaczą. Nie sprecyzował kiedy, lecz ona skrycie liczyła, że Bursztyn szybko podkuli ogon i zawróci do klanu, zanim ktokolwiek zdąży naprawdę zauważyć jego nieobecność. Wierzyła w to uparcie, bo łatwiej było jej trzymać się tej myśli niż dopuścić do siebie możliwość, że brat rzeczywiście odszedł.
Nadzieja okazała się jednak kiepskim pocieszeniem.
Tamtej nocy nie zmrużyła oka. Leżała częściowo na swoim posłaniu, a częściowo na tym, które jeszcze niedawno należało do Bursztyna, wciągając w nozdrza resztki jego zapachu. Wtulała pysk w mech, jakby samo to mogło zatrzymać go przy niej jeszcze odrobinę dłużej. Wiedziała, że z każdym wschodem słońca woń będzie coraz słabsza, aż w końcu nie pozostanie jej po nim nic.
***
Wpatrywała się bez większych emocji w nieruchomego królika leżącego przy jej łapach. Polowania już dawno przestały stanowić dla niej problem. Stały się niemal wyuczonym ciągiem ruchów: dostrzec zdobycz, przyczaić się, skoczyć i wrócić do obozu z pełnymi łapami. Nie musiała się nad tym zastanawiać, ciało samo wiedziało, co robić.
Jak na uczennicę była jednak stara. Za stara.
Czuła to w spojrzeniach wojowników i w urywanych szeptach, które milkły, gdy przechodziła obok. Wszyscy wiedzieli, że najwyższa pora, by opuściła legowisko uczniów. Coraz częściej miała wrażenie, że patrzono na nią tak, jakby lada moment miała podzielić los swojego brata. Tyle że w jej przypadku powodem nie byłaby dobrowolna ucieczka z klanu, lecz zwyczajne wygnanie z powodu braku postępów.
Radziła sobie. Radziła, jak potrafiła. Była nawet w stanie spojrzeć na swoje odbicie w Przybrzeżnym Oku i powiedzieć to sobie prosto w pysk. Nie była beznadziejna. Nie brakowało jej wiedzy ani podstawowych umiejętności. Po prostu pozostawała przygaszona, pozbawiona tej pewności siebie, którą dawniej dawała jej obecność Bursztyna. Bez brata, którego przez większość życia nie odstępowała ani na krok, czuła się nagle mniejsza, mniej pewna własnych łap. To on był jej podporą. Czymś, co przez lata osłaniało ją przed tym wszystkim, czego sama się bała.
Podejrzewała, że rozpacz, w którą wręcz ociekała po jego odejściu, była jednym z powodów, dla których nadal jej nie odsunięto od treningu. Klan i tak przeżywał ostatnio tyle katastrof, że jej problemy zdawały się ledwie źdźbłem trawy pośród znacznie poważniejszych spraw. Tak samo zniknięciem Bursztyna zdawali się przejmować głównie ona i jej ojciec. Nie potrafiła jednak powiedzieć Dzwonkowemu Świstowi, że wiedziała, co naprawdę stało się z jego synem. Wolała udawać niewiedzę. W ten sposób jej załamanie wydawało się przynajmniej bardziej zrozumiałe.
— O, tutaj jesteś. — Głos mentora rozbrzmiał po jej prawej stronie. — Ładny królik, może to w końcu jakiś dobry omen dla klanu — stwierdził.
Jej wzrok pozostał smętny.
— Jedyny zwiastun jest taki, że ktoś się po prostu dzisiaj naje — odparła bez większego przejęcia. — Wolałabym, by był w tym jakiś dobry znak dla mnie — dodała, przecierając pysk łapą.
Oskrzydlony Ognik przez dłuższą chwilę przyglądał jej się w milczeniu. Jego uszy lekko drgnęły, a spojrzenie przesunęło się z królika na jej zmęczony pysk.
— Żywiczna Łapo, rozumiem, że jest ci ciężko po zaginięciu twojego brata, ale...
— Tu nie chodzi o niego, Oskrzydlony Ogniku — wyparowała, niemal z goryczą w głosie. — Tu chodzi tylko i wyłącznie o mnie. Nie chciałam nikogo zawieść, a robię to nieustannie. Zawodzę siebie, rodziców, a może i właśnie Bursztyna, i dlatego go tu już nie ma — wymamrotała, czując, jak szczęka coraz bardziej jej drży. — Ja naprawdę nie wiem, dlaczego jestem taka toporna we wszystkim. Nie wiem, dlaczego nie robię postępów.
— Robisz postępy — przerwał jej. — Zresztą, czego od siebie jeszcze oczekujesz? Umiesz polować, twoja kondycja znacznie się poprawiła, po prostu radzisz sobie lepiej na krótkich dystansach i nie ma w tym nic złego — stwierdził.
Skrzywiła się, jakby do jej uszu docierały jedynie kolejne oszczerstwa.
— To dlaczego nadal nie zostałam mianowana? Dlaczego nie możesz iść do Zawodzącej Gwiazdy i powiedzieć mu, że jestem gotowa? — wyrzuciła niemalże z żalem, skierowanym nie tylko wobec siebie, lecz także mentora.
Kocur westchnął przeciągle, błądząc wzrokiem po okolicy.
— Wydawałaś się ostatnio niestabilna emocjonalnie. Chciałem, byś spokojnie przetworzyła sobie wszystko, co się stało, i polecić cię do mianowania, gdy będziesz już spokojniejsza — oznajmił.
Poczuła palące uczucie na języku. Gula zaciskała się w gardle coraz bardziej, ale tym razem nie pozwoliła jej się złamać.
— Jestem spokojna. Jestem gotowa, by być mianowana — oświadczyła, prostując się.
— Jesteś w rozsypce — poprawił ją. — Daj sobie jeszcze kilka wschodów słońca. Przykro mi, ale mam nadal wątpliwości co do twojego stanu. Klan Burzy potrzebuje wojowników, ale takich, którzy potrafią utrzymać łapy pod sobą również wtedy, gdy życie rzuca im kłody pod nogi. Nie chcę posyłać cię w szeregi wojowników tylko po to, żebyś po kilku księżycach znowu zaczęła tonąć we własnych myślach. Najpierw musisz sama uwierzyć, że jesteś gotowa.
Żywiczna Łapa była niezadowolona z tej odpowiedzi. Niezadowolona do tego stopnia, że poczuła napływającą irytację, ostrą i gorącą, zupełnie inną od wcześniejszego smutku. Nie miała czasu, który jej sugerował. Nie chciała kolejnych wschodów słońca spędzonych w legowisku uczniów, kolejnych spojrzeń wojowników i kolejnych pytań o to, kiedy wreszcie dorówna reszcie.
Może Bursztyn miał rację. Może matka wymieniła ich na inne, lepsze dzieci.
Ojca, który był dla niej wsparciem i jako jeden z nielicznych naprawdę się o nią troszczył, z pewnością zawodziła. Był coraz starszy, a ona z każdym kolejnym wschodem słońca ryzykowała, że nie dane będzie mu zobaczyć jej jako dobrej wojowniczki. Takiej, jaką zawsze obiecywała mu, że zostanie.
Ruda zadrżała, jednak wbrew temu, co zazwyczaj wywoływało u niej drżenie, tym razem nie był to przejaw lęku. Słowa ciotki zabrzmiały wręcz pokrzepiająco i niemal natychmiast wywołały w jej gardle cichy, niekontrolowany pomruk. Firletka miała ten szczególny sposób mówienia, przez który nawet zwykła uwaga potrafiła zabrzmieć mniej przytłaczająco.
— Ja... Sama nie wiem — wykrztusiła ze skruchą. — Chyba byłam zajęta...
— Oh tak, zajęta — zaśmiała się Firletka, przewracając w rozbawieniu oczami. — Wiesz, ile razy słyszę to od każdego? Każdy jest zbyt zajęty, by zadbać o swoje zdrowie do momentu, gdy kończy w takim stanie, że musi zostać odsunięty od swojej pracy i spędzać noce i dnie pod moim okiem — zauważyła, zerkając na pozostałe koty w legowisku. — No dobrze, niech ci będzie. Zmieńmy temat, jak tam idzie ci twój trening?
Na pysk Żywicy wstąpił lekki grymas. Nie było źle, ale nie było też czym się chwalić. Od dłuższego czasu miała wrażenie, że utknęła w miejscu, z którego nie potrafiła ruszyć ani w jedną, ani w drugą stronę. Nie brakowało jej podstawowej wiedzy ani chęci do nauki, lecz jej umiejętności wciąż nie były na tyle rozwinięte, by mogła choćby spróbować ubiegać się u mentora o zgodę na zostanie wojowniczką. Im bardziej się starała, tym bardziej dostrzegalne stawały się jej braki.
— Chyba dobrze... — wymamrotała, drapiąc pazurem w ziemi. — Twój trening... długo ci zajął?
Szylkretka przemknęła pomiędzy ziołami, poprawiając stosik, z którego osunęła się garstka zasuszonych medykamentów. Ostrożnie przesunęła je łapą na właściwe miejsce, po czym zerknęła na bratanicę.
— Hm, wiesz, trening medyków z reguły trwa trochę dłużej niż jakikolwiek inny w klanie. Z tego, co zawdzięczam swojej pamięci, już nie pierwszej młodości, nie przeciągałam go dłużej, niż było to wymagane — stwierdziła.
Żywica podniosła wyżej głowę, strzygąc uchem z zainteresowaniem.
— Oj, nie przesadzaj, chyba nie jesteś aż taka... stara — mruknęła, starając się, by nie zabrzmiało to niemiło.
Wdzięczna Firletka pokręciła głową.
— Księżyce mej młodości już dawno minęły, Żywico. Bliżej mi do wstąpienia na Srebrną Skórę, niż wieku, w którym trenowałam — przyznała z zamyśleniem. — Korzystaj ze sprawnych kości, póki możesz. W moim wieku przyjdzie ci już tylko narzekać na ból w każdej części ciała — zaśmiała się.
Żywica lubiła ciotkę. Była miła, spokojna i nad wyraz cierpliwa, a przy tym nie pozwalała sobie wejść na głowę i potrafiła być wyjątkowo stanowcza wobec swoich pacjentów.
Żywica przez pewien czas, jeszcze będąc kociakiem, sama zastanawiała się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby obrała tę samą ścieżkę co ciotka. Ciekawiły ją zioła, ich zapachy i to, jak medyczka potrafiła spojrzeć na kota i niemal od razu dostrzec, że coś było z nim nie tak. Ostatecznie jednak chęć przypodobania się ojcu i podążania krok w krok za bratem okazała się silniejsza. Chciała być wojowniczką.
***
Żywica nie pamiętała, kiedy dokładnie jej oko zaczęło nieprzyjemnie swędzieć. Z pewnością miało to miejsce jeszcze wtedy, gdy Bursztynowa Łapa spał nocami blisko jej posłania. Później, gdy oznajmił jej, że opuszcza klan, zabierając tym samym ze sobą jakąś część jej samej, całkowicie zignorowała wszystko, co działo się z jej własnym ciałem. Dniami i nocami przejmowała się wyłącznie bratem. Gdzie był? Czy był cały i zdrów? Czy o niej myślał? Czy ci wszyscy znajomi, dla których porzucił swoje dotychczasowe życie, naprawdę byli dla niego ważniejsi od klanu?
Ważniejsi od niej?
Z uporem naciskała na Ognika, by przy każdej możliwej okazji prowadził ją w okolice granic. Kocur początkowo ulegał jej prośbom, mając na uwadze jej stan po odejściu brata, a przy tym nie zasypywał jej pytaniami o to, co dokładnie wydarzyło się między nią a Bursztynową Łapą. Wolał pozwolić jej przeżyć to na własny sposób.
Ulga skończyła się jednak w chwili, gdy Żywica zaczęła wpadać na drzewa, zahaczać o wystające korzenie i coraz częściej niepokojąco marszczyć lewe oko. Wtedy zamiast kolejnego patrolu w stronę granicy wylądowała na posłaniu przed własną ciotką.
— Wydaje mi się, Żywiczna Łapo, że kiedyś mówiłam ci coś o...
Ruda mimowolnie pokiwała głową.
— Myślałam, że jakiś paproch wpadł mi do oka i nie chciałam zawracać ci tym ogona. To nie było nic poważnego, byś marnowała na to czas... — zapewniła, uciekając sprawnym okiem w stronę wyjścia z legowiska. Była niemal pewna, że znalazła miejsce przy granicy, w którym urywał się ślad jej brata, chociaż od jego odejścia minęło już tyle czasu, że jego zapach dawno powinien rozwiać się wśród traw i leśnej ziemi.
— Tym podejściem tylko przybywa mi problemów, bo zamiast wyleczyć coś, gdy stan jest delikatny, przychodzicie z dużo większym problemem — westchnęła karcąco, patrząc na nią w skupieniu. — Widzisz mnie, gdy zamykasz jedno oko?
— Zależy które... — odparła niemrawo.
— Zamknij to, do którego nie czułaś, by ci coś wpadło.
Żywica westchnęła, gotowa powitać ciemność, która coraz częściej zaczynała otaczać jej świat. Nie była ona jednak całkowita. Obraz pozostawał przede wszystkim zamglony. Rozpoznawała zarysy kształtów i kolory, lecz wszystko zlewało się w nierówne plamy, pozbawione wyraźnych krawędzi.
— Widzę cię... Prawie — mruknęła. — Jesteś jakaś taka niewyraźna, chyba mało ostatnio jadłaś...
— Bardzo zabawne — odparła, a Żywica uniosła powiekę zdrowego oka, śledząc każdy ruch kotki. — Nie ruszaj się teraz, może cię... trochę zapiec.
Cętkowana spięła się i odsunęła gwałtownie, gdy medyczka stanęła przed nią i upuściła na ziemię żółtawy kwiat.
— Co to jest? Bardzo będzie boleć? — wykrztusiła.
— Glistnik jaskółcze ziele — odparła spokojnie, przecierając roślinę pod łapami. — Na pewno będzie to mniej bolesne niż gdybyś miała całkowicie oślepnąć — zasugerowała.
Żywica przełknęła ślinę, po czym niechętnie przysunęła się z powrotem bliżej szylkretki. Ogon nerwowo drgnął jej przy łapach, a uszy odruchowo cofnęły się ku tyłowi.
— Dobrze... rób co musisz — wymamrotała. — Tylko szybko, proszę.