BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

06 października 2026

Od Krokusowej Kruchości CD. Nieboskłonnej Łapy

Przeszłość, kontynuacja wydarzeń

Krokusowa Kruchość powróciła z patrolu łowieckiego, na który udała się wraz z matką, siostrą oraz Skrzydlatą Płomykówką.
– Dzień dobry, Nieboskłonna Łapo – odezwała się ciepło tuż po tym, jak odłożyła na stos kolejną piszczkę, przenosząc spojrzenie na burą kociczkę, która do złudzenia wyglądała tak samo, jak Krokus. Jedynie kolor oczu młodej terminatorki był w odcieniu chłodnego błękitu, podobnego do odcienia oczu Dzikiego Berberysu. – Moje pełne imię brzmi Krokusowa Kruchość. Ale nie mam nic przeciwko, abyś zwracała się do mnie "Pani Krokus", jak twoje siostry... lub po prostu "Krokus".
W spojrzeniu Malinki, czy też właściwie Nieboskłonnej Łapy coś się zmieniło. Wydawać mogłoby się, że stało się nieco cieplejsze, bez dozy ostrożni, którą większość kotów zachowywała przy kontakcie z kotami, z którymi nie są blisko. Poza tym Krokus przez swoją nieco nieśmiałą naturę, ale także przyjazną mogła być odbierana przez wojowników i młodych uczniów, jakby po prostu udawała. Jednak jej głowy nie zajmowały żadne spiski czy intrygi. Nie zależało jej, aby wkupić się w czyjąś łaskę.
– Nie lubisz, jak inni używają twojego pełnego imienia? – Młodsza przekrzywiła głowę.
– Lubię. Jednak odnoszę wrażenie, że brzmi poważnie... nie chodzi konkretnie o moje, ale inne wojownicze miana... i między innymi podczas ważnych wydarzeń, jak ceremonii powinniśmy używać pełnych imion, a na co dzień, dlaczego by nie zwracać się członem naszym pierwszym członem lub imieniem nadanym nam przez rodziców? Jak to robimy przy okazji rozmów z najbliższymi? Dzięki temu szybciej i łatwiej zacisnąć więzy z innymi.

***

Krokusowa Kruchość dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że jej słowa mogły w pewien sposób zranić burą szylkretkę. W końcu może i imię otrzymała od swojej matki, lecz kotka porzuciła trójkę małych istotek. Krokus ciężko było się postawić na miejscu kocic, które były gotowe porzucić swoje potomstwo. Nawet gdyby brakowało im pożywienia, mogła dołączyć do klanu razem z córkami. A ona, po prostu przecięła łączące ich więzy... Podobnie, jak Oświecona, siostra Krokus, która podczas mianowania wyrzekła się swojego wojowniczego miana i zdecydowała się porzucić wojownicze życie na rzecz życia samotnika lub też pieszczocha.
Mina Krokus zrzedła. Nie chcąc, aby ponure myśli zaprzątały jej głowę, zdecydowała się zmienić temat rozmowy.
– Zostałaś kronikarką, prawda? Ty i twoje siostry przypominacie mi trójkę innych kotów z naszego klanu... mam na myśli Lotosowy Pąk, Biały Strumień oraz Wełnistą Mszyce. Nim Wełnista Mszyca została uczennicą Wdzięcznej Firletki, szkoliła się na wojowniczkę. Może twoja siostra również za sprawą Przodków zmieni ścieżkę? – rzuciła melancholijnie, mając na pysku delikatny uśmiech. Nikt nie widział, dokąd udała się albinoska, a przede wszystkim czy żyła. – Jak to jest być kronikarką? Opowiedz mi o swoim treningu. Przesiadywanie w Grocie Pamięci non stop wydawało mi się fajne i czasami żałowałam, że sama nie mogłam pełnić tej profesji... Tym bardziej że wasz trening skupia się na innych punktach niż trening wojownika.

<Malinko?>

Od Poziomkowej Łapy

Śnieżyca panująca poza bezpiecznymi tunelami Klanu Burzy trwała nieustannie, zagradzając wyjście z wijących się odnóg, tym samym dokładając roboty patrolującym oraz polującym członkom klanu. Biały puch nakładał się na siebie, odbierając ciepło z poduszek, a także uszu kotów.
Poziomkowa Łapa podskakiwała u boku Dzielnej Łapy, przeszczęśliwa, że mogła wyjść i rozprostować łapy. Jej stan z dnia na dzień polepszał się, wraz z humorem uczennicy.
— Nie boli cię, że tak podskakujesz? — zapytał rudy, unosząc jedną brew do góry, jakby podejrzliwie. Poruszył nieznacznie ogonem. Jeszcze niedawno pokryty był papką i ogromem opatrunków od medyczek, a teraz, zdawało się, niewiele zostało po tych wszystkich obrażeniach zadanych przez kunę. Może jego gęste, rude futro je tak sprawnie zakrywało? Poziomka wyobraziła sobie, jak mięciutkie musiało być w dotyku. Czy gdyby oparła o nie głowę, spałoby jej się niczym na łożu wyłożonym jedynie pierzem? Zawstydziła się, przez chwilę rezygnując z podskoków. Brązowooki zmartwił się trochę, dlatego też Poziomka odchrząknęła.
— Boli mnie tylko troszkę, ale cieszę się, bo możemy wspólnie pospacerować.
Dzielna Łapa odwrócił wzrok na chwilę, jakby teraz musiał przypatrzyć się niezwykle istotnej zmianie w gruncie. Czy powiedziała coś nie tak? Może nie powinna tak mówić? W końcu nie znali się jeszcze aż tak dobrze… ale w takim razie, dlaczego czuła się w jego towarzystwie tak, jakby był tutaj od zawsze? Jakby podzielili się ze sobą już tak wieloma sekretami, zarezerwowanymi do tej pory jedynie dla jej sióstr? Zastrzygła wąsami, gdy zauważyła przechodzącą przed nimi Jabłkową Łapę. Nadal pamiętała ich walkę w tunelach, która zakończyła się uszkodzeniem łapy szylkretki. Rudaska spojrzała na jej niegdyś zranioną kończynę. Stawiała ją już pewnie i twardo na gruncie. Musiała zatem się dobrze wygoić albo sprawiała takie pozory. Mimo to wyglądała na dość markotną, jakby nie spała dzisiaj za dobrze. Poziomkowa Łapa zatrzymała się, wprawiając kompana w widoczne skonfundowanie.
— Co tam? — przejechał parokrotnie językiem po piersi, układając kłosy.
— Ostatnio pokłóciłam się, chyba… z Jabłkową Łapą. Chciałabym, żeby przeszła, żebyśmy nie musieli jej dokładać nerwów — zrobiła chwilę przerwy, przełykając ślinę. — Chyba mnie nienawidzi.
— Jak można ciebie nienawidzić? — poruszył łapą po posadzce pod sobą. — Podejdziemy do niej razem i sobie wyjaśnicie. Może wcale nie jest na ciebie zła, tylko ci się tak wydaje.
— Nie chcę jej się narzucać, skoro za sobą nie przepadamy… — nadal dzielnie trwała przy swoim. Wycofanie się było dużo łatwiejsze niż próba odbudowy tego wszystkiego. Ucieczka zawsze była tą łatwiejszą opcją, chociaż niekoniecznie zawsze odpowiednią. Poziomka doskonale o tym wiedziała i nawet sama była tą, która zachęcała do próbowania, nawet jeśli miało się nie udać, jednak… bardzo trudno było jej zastosować podobny sposób działania we własnej rutynie. W gardle tworzyła jej się gula, a łapy słabły i uginały się pod ciężarem zmiany czegoś w swoim życiu.
Dzielna Łapa wykorzystał chwilę nieuwagi szylkretki i już zdążył zagadać do Jabłkowej Łapy. Arlekinka rozmawiała z uniesioną brwią, ale nie wyglądała na szczególnie wrogo nastawioną, jedynie na taką, co jej się spieszyło. Uczennica przewodnika westchnęła pod nosem i podeszła do nich niepewnie, kładąc po sobie uszy. Nie chciała nic złego.
— Jabłkowa Łapo, przepraszam cię za ostatnio… — jej ton wyrażał czystą skruchę. — Nie chciałam tak mocno zranić twojej łapy. Gdybym nie musiała, nie walczyłabym tamtego dnia z tobą. Nie chcę, żeby było pomiędzy nami źle, proszę…
Liliowa widocznie się speszyła, patrząc na nią jeszcze przez jakiś czas, nic nie mówiąc. Wreszcie, odwróciła się na pięcie i w paru susach dotarła do jednej z wielu odnóg, posyłając za sobą małą chmurkę dymu. Niebieskooka zasmuciła się widocznie, żałując, że ją w ogóle zaczepiała.
— To nie twoja wina, Poziomkowa Łapo. — Dzielna Łapa położył swój puchaty ogon na jej barkach w celu dodania jej otuchy. Młódka poczuła, jakby poraził ją piorun. Otworzyła szerzej oczka, po chwili je mrużąc z powrotem.
— Ale jak nie moja, skoro to ja jej zrobiłam krzywdę? Gdybym wtedy podczas treningu nie uszkodziła jej łapy, to może nie miałaby mi niczego za złe. Ale musiałam przecież coś zrobić… ja… nie pomyślałam o tym, żeby dać jej wygrać. Gdybym przegrała, Śniący Obserwator na pewno byłby mną zawiedziony. Już i tak jest, przynajmniej tak mi się wydaje — po jej policzkach spłynęło parę łez, które prędko otarła. Nie chciała pokazywać się koledze z takiej strony. Musiała wyglądać teraz naprawdę żałośnie.
— Walka w tunelach to nieodłączna część nauki każdego Burzaka, więc jeśli nie Jabłkowa Łapa, to pewnie musiałabyś zawalczyć z kim innym. Jabłkowa Łapa jest starsza, więc powinna to zrozumieć, a nie zachowywać się jak kocię.
Poziomka machnęła ogonem.
— Może masz rację… — Aczkolwiek nadal nie brzmiała na szczególnie przekonaną, bo przecież mogła inaczej się zachować, ale tego nie zrobiła. Zatem była równie winna, mogła pomyśleć o koleżance. Dzielna Łapa, zauważywszy to, pokręcił głową i szturchnął ją koleżeńsko w bark.
— Dużo ładniej ci w uśmiechu. Powinnaś uśmiechać się częściej.
Jej oczka rozjaśniło zdziwienie. Naprawdę tak myślał? Może chciał jedynie podnieść ją w ten sposób na duchu? Jej serce zabiło szybciej i najprawdopodobniej, gdyby nie była pokryta gęstym puchem, zrobiłaby się cała czerwona.
— Czy… czy spadł już śnieg? — zapytała, chcąc jakoś zmienić temat. Z jakiegoś powodu w jej głowie zawitała pustka, a jednocześnie tak wiele pytań organizujących gonitwę, że nie potrafiła ich nawet zliczyć. Ciężko było opisać uczucie, jakie jej towarzyszyło w tej chwili. Pod poduszkami czuła chłodną posadzkę, ale mało co miało z tego obecnie jakiekolwiek znaczenie.
— Wiesz jak dużo? Muszą wiecznie odśnieżać wejście, żeby nas nie zablokowało! Całe wrzosowiska są białe. Będziesz musiała to koniecznie zobaczyć. Lepiłaś już rzeźby ze śniegu? — zapytał z entuzjazmem. Rudaska pokręciła głową.
— Nie… to pierwszy raz, kiedy wyszłam z legowiska medyczki po wypadku.
— Aha, to wiele cię ominęło! A słyszałaś już, co się stało ostatnio? — zapytał, ściszając trochę ton, gdy niebieskooka pokręciła głową. — Łzawa Łapa została zdjęta ze swojej rangi, ponieważ była zamieszana w śmierć Rudzikowego Skrzydełka, razem z Połyskującym Kogutem. Nie mogą wychodzić z obozu. Na twoim miejscu uważałbym na tę dwójkę. W końcu kto wie, czy nie będą chcieli się na kimś zemścić za to, że zostali ukarani? Znaczy… nie znam ich aż tak dobrze, ale sama wiesz — mruknął, rozglądając się, jakby ktoś im się przysłuchiwał. Poziomkowa Łapa zmarszczyła brwi, będąc w szoku. Jak to… Połyskujący Kogut? Czy nie doczekał się on ostatnio mianowania na przewodnika? Łzawa Łapa przecież była uczennicą medyczki. Nagle ją olśniło. Może właśnie dlatego jej nie było w jamie, gdy dochodziła do zdrowia po zasypaniu? To miałoby sens, ale dlaczego… dlaczego uczennica medyczki miałaby być zamieszana w coś takiego? Miała mętlik w głowie tak ogromny, że nie potrafiła znaleźć choćby jednego, sensownego słowa, odpowiedzi na to, co właśnie zostało jej przekazane. Nie znała wspomnianej minarki zbyt dobrze, chyba nigdy jej nawet nie widziała na oczy, jednak wiedziała, że ktoś taki istniał z różnych głosów niosących się po pobratymcach. Nigdy jednak nie życzyła, nawet więźniom, śmierci, nieważne czego by nie zrobili.

Od Poziomkowej Łapy

Poziomkowa Łapa poprawiła się w przyszykowanym dla siebie, tymczasowym legowisku w norze medyczki, Wdzięcznej Firletki. Czarna szylkretowa Burzaczka nie miała jeszcze pojęcia o tym, co miało miejsce podczas jej nieprzytomności, czyli zdegradowanie Połyskującego Koguta i Łzawej Łapy, a także śmierć Rudzikowego Skrzydełka. Była to kwestia czasu, aż dotrze to do jej ciekawskich uszu. W końcu plotki i głosy roznosiły się po pobratymcach niczym choroba w niesprzyjającą porę. Dlatego też, gdy nie mogła nigdzie zlokalizować łaciatej uczennicy, zdziwiła się lekko. Czy nie powinna być gdzieś obok? Może jej nie dostrzegła? Nieistotne… nie znały się też przecież na tyle dobrze, żeby miała jej szukać. Było to jedynie niecodzienne zjawisko. Liliowa medyczka przekładała zioła w magazynku, rozrywając wątłe liście ogórecznika na paski, które później zawijała w cienkie wiązanki. Młódka ziewnęła, podwijając pod siebie łapy wygodnie. Chłodny, poranny przymrozek zmusił ją do nakrycia się gęstym, wielokolorowym ogonem i napuszenia się w celu ochronienia przed chłodem Pory Nagich Drzew. Zastanawiała się, kiedy będzie mogła stąd wyjść i kontynuować trening, żeby nie opóźniać go niepotrzebnie. Wiedziała, że musiała wrócić do zdrowia, jednak miała wrażenie, iż jeśli poleży tu dłużej, to łapy jej wrosną w ściółkę pod sobą. Miała ochotę się przebiec po wrzosowiskach, co było – jak na nią – dziwne, ponieważ jej kondycja od zawsze nie była najlepsza. Nie lubiła być na otwartych przestrzeniach niezwykle długo, czuła niepokój, mając nad sobą niebo z wieloma obłokami na sobie, niżeli sztywne, ciemne tunele. W dodatku nawet nie lubiła biegać! Wszelki wysiłek ją niezwykle męczył, jakby nie była uczennicą, a już członkinią starszyzny. A teraz, kiedy wylegiwała się najlepsze w łożu, to miała wrażenie, że przy najbliższym truchcie szybciej straci dech i dłużej zajmie jej odzyskanie go, jak gdyby miała przed wypadkiem niezwykłą kondycję, umożliwiającą jej taki zabieg. W biegach najgorsze były kolki, ponieważ tak bardzo bolały. Młoda kotka nie miała pojęcia o śniegu, który pokrył całe wrzosowiska, każdy pagórek, bez najmniejszych wyjątków. W jej głowie nadal była Pora Opadających Liści, jednak wyjątkowo mroźna.
— Wdzięczna Firletko?
Kocica spojrzała na nią, kończąc powoli obrane przez siebie zadanie. Kiwnęła głową.
— Tak, Poziomkowa Łapo? Czy czujesz się już lepiej? — zapytała, podchodząc do niej. Szylkretka pokiwała głową.
— Jeszcze trochę boli mnie w okolicach mojej klatki piersiowej, ale myślę, że już jest lepiej. Kiedy mogłabym wznowić mój trening? — zapytała z nadzieją, dość nieśmiało. Chciałaby też móc porozmawiać więcej z Chyżą Łapą i Dzielną Łapą. Bardzo zależało jej na tym, żeby zaczęli się lepiej dogadywać. W końcu, gdyby rudy został zaakceptowany i polubiany przez jej siostry, to może… dużo chętniej by z nią rozmawiał? Spuściła wzrok na własne łapy, zawstydzona tą myślą. Liliowa poruszyła ogonem nieznacznie.
— Jak tylko przestanie cię boleć całkowicie. Musimy mieć pewność, że wrócisz do zdrowia. Szczególnie teraz, Porą Nagich Drzew, kotom dłużej zajmuje wylizanie się z choroby lub dolegliwości przez niesprzyjające warunki pogodowe — mruknęła, poprawiając parę źdźbeł w posłaniu uczennicy. Poziomka zamruczała z wdzięcznością.
— Dziękuję, że tak się nami wszystkimi opiekujesz. Uratowałaś mi życie — wydobyło się z pyszczka młodszej, co dla zielonookiej było z pewnością oczywiste – w końcu była medyczką już tak długo. Z pewnością uratowała wiele kotów w całym swoim życiu. Rudaska czuła wobec niej ogromny podziw. Gdy kiedyś dorośnie, chciałaby nieść pomoc potrzebującym tak, jak robiła to Wdzięczna Firletka. Może nie… nie dokładnie w ten sam sposób, w końcu nie znała się za grosz na medycynie, aczkolwiek w sposób taki, w jaki była fizycznie w stanie, jako uczennica przewodnika i w przyszłości może oficjalna przewodniczka. Po jej klatce piersiowej rozpłynęło się miłe, ciepłe uczucie. Czarna szylkretka nie miała pojęcia, że pierwszym, który jej pomógł tamtego dnia, był Śniący Obserwator. Nie pamiętała tak naprawdę wiele z tego, co stało się po zasypaniu jej.
Do nory, jak na zawołanie, wszedł wspomniany Burzak. Śnieżnobiały, kruczoczarno pręgowany kocur zwiesił swoje błękitne ślepia na moment na Poziomce. Koteczka podniosła końcówkę ogona ku górze z zaciekawieniem, wraz z łebkiem. Po paru uderzeniach serca spojrzała na Wdzięczną Firletkę. Musiał mieć do niej sprawę. Miała cichą nadzieję, że może chodziło o jej treningi. Mimo wszystko rozumiała zdanie medyczki – skoro ją nadal coś bolało, to nie wolno im było ryzykować, ponieważ mogło jej się na nowo pogorszyć i zaraz musiałaby tu wrócić, leżeć nawet dłużej. A tego nie chciała! Wdzięczna Firletka spojrzała na przewodnika.
— Jak się czuje Poziomkowa Łapa? — zapytał trochę ciszej, chociaż i tak dotarło to do uszu koteczki. Zastanawiała się tylko, dlaczego nie spytał jej wprost, ale po chwili uznała, że może tak było lepiej. Pewnie i tak plątałby jej się język i wygadałaby jakąś bzdurę, której potem by żałowała, a zielarka przecież wiedziała o tym więcej, dlatego też udzieliłaby mu lepszej odpowiedzi, bardziej trafnej.
— Już lepiej, ale nadal muszę ją obserwować — wyjaśniła krótko, na co dziko pręgowany skinął głową, nie dopytując więcej. Musiał więc uznać, że nie była gotowa na dzisiejszy trening, ponieważ podziękował i wyszedł, prawdopodobnie wracając do swoich dotychczasowych obowiązków. Poziomkowa Łapa poczuła delikatne ukłucie. Nie chciała nikogo martwić, mimo że jej wejście do tamtego tunelu było godne mysiego móżdżka. Ale była przekonana, że przed nią weszła tam Nieboskłonna Łapa, dlatego też chciała jej pomóc. Przecież była jednym z najważniejszych kotów w jej życiu. Do tej pory, gdy to tłumaczyła, nie potrafiła zrozumieć, dlaczego wtedy tak czuła. Za każdym razem, kiedy o tym myślała, coraz więcej ulatywało z jej pamięci, dokładając jej tylko stresu w postaci wyjścia na taką, co miała króliczy puch w mózgu i zrobiła to specjalnie, a przecież nic z tego nie było celowe! Kto chciałby zostać zakopany żywcem? Położyła łeb na łapach, patrząc na grunt przed sobą.

Od Zwinka

Przy mamie zawsze było ciepło. Dobre mleko, którym karmiła całą swoją gromadkę, mruczenie rozbrzmiewające w uszach, gdy lizała dzieci po głowie. Ojciec, który przychodził często, otulał ich swoim ogonem, pozwalając, by Kasztanka mogła spocząć na jego ramieniu. Ognisto rudy kocurek jako pierwszy otworzył oczy. Mógł rozejrzeć się, chociaż obraz miał nieco mglisty. Głośno płakał, gdy tracił ciepło spod łapek. Jego rodzeństwo zawsze go kopało i był najdalej od centrum maminego brzuszka.
Kiedy jednak otworzył pierwszy oczy, sytuacja uległa zmianie. Zwyczajnie zaczął kopać tych, co jego wcześniej kopali. Wdrapywał się po plecach swoich przeciwników (którzy byli jego rodzeństwem…) i docierał do upragnionego ciepełka. Kasztanka zawsze starała się dbać, by każdy miał ciepły skrawek jej ciała, jednak wiadomo, jak to pomiędzy dziećmi. Nie chcieli słuchać troskliwej matki, bo każdy wiedział lepiej. Tym sposobem bił się z Kraską, która zaraz po nim otworzyła ślepia. Gryźli się po łapach i ogonach, a ruda królowa musiała ich rozdzielać, przez co spali po dwóch przeciwnych stronach gromadki.
Z czasem podrośli, nauczyli się chodzić i wkurzać wszystkich dookoła. Zwinek zawsze używał długich patyczkowatych łap do wpychania się między siostry. Paprotek od początku wydawał mu się dziwny. Ich matka opowiadała o kocie, po którym dostał imię, a on sam twierdził, że był jego “reinkarnacją” cokolwiek to znaczyło.
— Czyli skoro jesteś tamtym kotem — zaczął Zwinek. — To też umrzesz jako kociak?
Paprotek i Kasztanka zamarli w szoku na pytanie rudzielca, a on głupio się uśmiechnął. To były ważne kwestie! Jak oni mogli tak reagować? Dostał od Paprotka po głowie i zapiszczał.
— Nie umrę! — miauknął hardo kremowy.
— No ale tamten Paprotek umarł!
— Ale ja tego nie zrobię!
I tak mijały im dni.

~*~

Któregoś ranka przyszedł do nich dziadek Kolendra i razem się bawili. Zwinek skakał na dziadkowy ogon, a ten go zrzucał. Kocurek śmiał się na całą kociarnię.
Gdy wstawał, jego łapki zaczęły się plątać i upadł.
— Auuuć — syknął.
Kolendra pomógł mu wstać i poklepał go po głowie.
— Wszystko dobrze?
— Tak! Dziadku, to prawda, że byłeś kiedyś zastępcą? Co zrobiłeś, że już nim nie jesteś?
— … — Kolendra poruszył wąsami, a w jego oku można było dostrzec błysk niezadowolenia. — Jesteś jeszcze za mały, żebym z Tobą na takie tematy rozmawiał.
Zwinek wydął wargę, ale przyjął przegraną na klatę. Może kiedyś się dowie wszystkiego!

Od Iglastej Łapy do Ostatniego Pożaru

Pora Opadających Liści

Plotki nie obiegły uszu Iglastej Łapy, tym bardziej że tyczyły się jego matki, jak i zarazem mentorki. Kocimiętkowy Wir rzeczywiście skupiła się ostatnio na treningu ów Garbatej Łapy, na którego nikt do tego czasu nie zwracał większej uwagi. Na samym początku nie przeszkadzało to dymnemu, jednak kiedy sytuacja zaczęła się powtarzać oraz musiał wspólnie z czekoladowym pręgusem wychodzić na treningi, wtedy zaczął się robić zazdrosny. Jak to Garbata Łapa śmiał mu zabierać wspólny czas wraz z własną matką? Czy nie powinien starszy się zainteresować własną rodzicielką?! Wrotyczowa Szrama może i była trochę starsza, jednak Iglasta Łapa wątpił, by ta odmówiła własnemu synowi treningu.
Właśnie byli w lesie na patrolu. Mieli chwilę dla siebie, zanim znów zaczną patrolować wzdłuż granicy z Klanem Klifu. Koło niego przysiadł Garbata Łapa. Nie odzywał się, tylko wpatrywał w dal, szukając jakichś majaczących w oddali kocich figur po drugiej stronie granicy.
Siedzieli tak w napięciu. Kątem oka spojrzał się na krzywy pysk Garbatej Łapy. Kocur wyglądał, jakby szukał słów. Czyżby chciał z nim zacząć jakąś rozmowę? Iglasta Łapa nie zamierzał do tego nawet dopuścić. Starszy ledwo co otworzył pysk, gdy ten zdążył cały się napuszyć.
— Nie rozmawiaj ze mną! — prychnął Iglasta Łapa, wstając na cztery łapy. Skoro nikt jeszcze nie ruszył patrolu, by kontynuować obowiązki, to on to zrobi! — Zajmij się sobą i w końcu ukończ trening, zawalcz na środku obozu. Zostań wojownikiem! Nie chcę z tobą dzielić Kocimiętkowego Wiru. Jeśli szukasz atencji u mojej matki, to powinieneś zająć się swoją! No, chyba że Wrotyczowa Szrama cię nie kocha? Nie zdziwiłbym się. Jakbym miał w rodzinie taką pokrakę, jak ty, to też bym nie pałał do niej sympatią.
— Coś ty powiedział? — Garbata Łapa prawie się zapowietrzył z niedowierzania, co właśnie do niego powiedział. Czekoladowy również się podniósł i cały zjeżył.
— Dobrze mnie słyszałeś! No, chyba że chcesz porozmawiać z Ognikową Słotą, Cętkowanym Tęgoszem lub samą Zalotną Gwiazdą. Nikt nie będzie się z tobą patyczkował, jeśli zajdziesz mi za skórę. A teraz zejdź mi z oczu i ciesz się atencją Kocimiętkowego Wiru. — Prychnął, nawet nie oglądając się na brzydki pysk kocura.
Pozostali członkowie patrolu raczej nie usłyszeli jego otwartej agresji, w kierunku garbatego przegrywa, oprócz Brukselkowej Zadry, która lekko drgnęła przy jego wymienianiu imion kotów, z jego rodziny. Czyżby imię Zalotna Gwiazda budziło aż taki respekt wśród kotów? Jeśli tak, to znakomicie! Urodził się w bardzo dobrej rodzinie i niejeden mógł mu pozazdrościć.

***

Ostre kamienie, rzepy i ciernie donosił co drugą noc do posłania Garbatej Łapy. O dziwo jeszcze nikt go osobiście nie przyłapał, jednak co z tego, skoro wszyscy wraz z samą pokraką wiedzieli, że to on przynosił te rzeczy?
Kocur spojrzał na niego wrogo, kiedy ustawiono ich naprzeciwko siebie. Mieli razem walczyć. Przynajmniej tak zarządziła Kocimiętkowy Wir wraz z pozostałymi mentorami, którzy rotacyjnie wymieniali uczniów do sparingów. Było trochę tłoczniej niż zwykle oraz wszyscy wypatrywali słabości trenujących.
Iglasta Łapa nie obawiał się, że tamten mógłby mu coś zrobić. Nie odważyłby się przy wszystkich, a tym bardziej po jego groźbach do czekoladowego. Czuł się bezkarnie. Tutaj wygrywali ci, co mieli wpływy, byli silni i bezwzględni. Nie było miejsca na słabość.
— Gotowi? — spytała ruda mistrzyni.
Oboje kiwnęli głową.
— W takim razie zaczynajcie!
Iglasta Łapa rzucił się w stronę Garbatej Łapy. Starał się go obalić i robił uniki przed kontrującymi ciosami. Uważał, że szło mu całkiem dobrze. Do momentu. Garbata Łapa jednak był od niego starszy i wiedział więcej od niego, mimo że był nielubiany. Kiedy tylko poczuł się pewnie, czekoladowy to wykorzystał, by w ostatniej chwili zrobić unik i przygnieść go swoim ciężarem do ziemi. Szarpiąc się i wiercąc, nie udało mu się wydostać.
— Koniec! Gratuluję ci Garbata Łapo — pogratulowała wygranemu Kocimiętkowy Wir, podchodząc do kocurów.
Czy on przegrał? Nie! Nie pozwoli na to! Dali mu za mało czasu! Wiedział przecież, że dałby sobie z nim radę, gdyby tylko się wydostał spod jego ciężaru!
Iglasta Łapa wściekły i z niedowierzaniem popatrzył na innych uczniów, którzy się podśmiechywali. Nawet jego własne rodzeństwo! Prychnął gniewnie i kiedy pozwolono mu wstać, wyślizgnął się spod łap Garbatej Łapy i drasnął go pazurami w pysk.
— Iglasta Łapo! — oburzona Kocimiętkowy Wir, zagrodziła drogę do Garbatej Łapy, gdyby tylko miał ochotę się rzucić drugi raz na czekoladową pokrakę.
Prychnął tylko rozwścieczony i schował pazury. Nie odpowiedział Kocimiętkowemu Wirowi, tylko zasiadł przy swoim rodzeństwie, udostępniając miejsce, dla następnych kandydatów do sparingu.
— Następnym razem wydłubię mu to mniejsze oko… — burknął naburmuszony.
— Ha, ha, ha! Na pewno? Chyba że znów na tobie usiądzie i nie będziesz w stanie wyjść spod jego łap — zażartował Koszmarna Łapa, na co Zamroczna Łapa tylko się zaśmiała.
— Zobaczycie, że jeszcze się podszkolę i go pokonam! Żadna pokraka nie będzie mną ściółki wycierać!

***

Zadrapanie na pysku Garbatej Łapy okazało się płytkie i nawet nie zostanie mu po tym blizna. Iglasta Łapa żałował, że bardziej nie mógł go poturbować, jednak wtedy mógłby mieć pogadankę z Zalotną Gwiazdą, a tego nie chciał. Wystarczyło mu mała pogadanka z Kocimiętkowym Wirem, jednak nic nie wziął sobie do serca z tej rozmowy. Dlatego na noc w posłaniu Garbatej łapy znów znalazły się igły oraz ciernie.

***

Pora Opadających Liści
Zgromadzenie, 26.09.2026 r.

Zgromadzenie to ogromne wydarzenie, na którym najróżniejsze koty mogły dowiedzieć się o rzeczach, które działy się za granicami ich własnego klanu. Było to dość nudne dla Iglastej Łapy, który przez długi czas nie mógł znaleźć dla siebie kompana do żadnych rozmów. Również dzisiaj nie miał najlepszego nastroju do zawiązywania przyjaźni i bycia miłym dla pozostałych. Szczerze liczył, że tej pełni wydarzy się coś ciekawego. Czekał na jakąś zadymę. Co by było, gdyby powstał konflikt dwóch klanów? On z chęcią chciałby posłuchać uszczypliwych uwag oraz przepychanek wśród kotów.
Siedział niedaleko Wilczaków i grzebał pazurem w nosie. Starał się podsłuchiwać jakichś rozmów liderów, pobratymców oraz dla niego obcych kotów. Chciał znaleźć ofiarę, którą mógłby wypytać o słabości klanu. Jednak na jego nieszczęście, nikt nie chciał do niego podejść.
Nudząc się strasznie na zgromadzeniu, postanowił, że powinien kogoś zaczepić. Nie ważne jak, ważne by mógł z kimś porozmawiać. Szczególnie że Ognikowa Słota na niego nie patrzyła, więc mógł wybrać bardziej drastyczne środki. Złapał mały kamień i rzucił go w tłum kotów, czekając, czy ktoś zareaguje.
Z morza futer drgnęło jedno. Była to szylkretka od tych całych Nocniaków. Kiedy tylko kotka napotkała go wzrokiem, napuszyła się gniewnie.
— Ej! — zawołała, krzywiąc się. — Rzucaj w swoich, pokrako!
Ucieszony, że zdobył czyjąś uwagę, wystawił psotnie język w złośliwym uśmiechu.
— Nie wytykaj języka, bo ci mewa nasika! — prychnęła tamta.
— Mewy sikają tylko na rybojady, bo kradniecie im zwierzynę. Jesteście śmierdziuchy i tyle — zaśmiał się, zakrywając pyszczek łapką. — Na ciebie ptak narobił, jak byłaś kociakiem, dlatego masz biel na futrze. Nie doprałaś się.
Zagapiła się na niego z otwartym pyskiem. Czyżby trafił w słaby punkt kotki?
— Prawdziwie gówniana sprawa — mruknęła, mierząc uczniaka spojrzeniem spod przymrużonych powiek. — Współczuję Twoim kolegom z legowiska, bo sam również urodą nie powalasz.
W międzyczasie obok niego pojawił się jego własny brat. Koszmarna Łapa wyglądał na zaintrygowanego jego ofensywą. Chyba tylko przez chwilę, bo tamten szybko podbiegł do niego i szturchnął go lekko z miłością. Wzruszył ramionami, robiąc głupią minę.
— Przynajmniej nie dostałem ptasim mleczkiem po pysku, że mi się nie zmyło. Też bym był zły na twoim miejscu — nadal miał ubaw z kotki.
— Iglaku! To nasza sojuszniczka! Nie można rzucać kamieniami w innych... Chodź, znajdziemy jakiegoś Burzaka czy Klifiaka. — Koszmarna Łapa nadal się nie poddawał z przemówieniem mu do rozumu.
Niewiele myśląc, puścił oczko do brata, który chyba go obserwował przez ten czas. Złapał kolejny kamyczek i cisnął nim w tłum kotów zza Narwaną Gonitwę. Kamień minął burą szylkretke. Czy to było zamierzone? Chyba nie ale kto by się tym przejmował. Mały kamyczek nikomu krzywdy nie zrobi, a zgromadzenie zrobi się o wiele ciekawsze.
Narwana Gonitwa wywróciła oczyma.
— Mhm. Ciebie też rodzice musieli przez łajno przeciągnąć- — Kamień przeleciał nad jej barkiem. Szarpnęła się w bok. — Czy Ciebie posrało?
Zignorował Nocniaczkę.
Z tłumu tym razem wyrwała się ruda, uwaga, znów kotka i popędziła w jego kierunku, hamując tuż przed nim na jeden włosek sierści. Była blisko i była wściekła. Iglasta Łapa chciał wyglądać na rozluźnionego śmieszka i z pyska taki był, jednak jego mięśnie się spięły, a pazury zaczepiły skalistego podłoża, żeby przypadkiem jego ciało nie chciało uciec.
— Co. Ty. Zrobiłeś?! — warknęła.
Pokazał bratu pazurem na stojącą przed nim wściekłą kotkę z Klanu Burzy, przynajmniej jakby była główną atrakcją. Błaznem, który przyszedł ich zabawiać.
— Widziałeś? To Burzaczka! Podobno oni udają króliki — zaśmiał się do brata, nie biorąc sobie nic z obecności rudej.
O Nocniaczce już zapomniał, w przeciwieństwie do brata, który starał się z szylkretką dogadać i przeprosić za jego występki. Tylko prychnął, przekręcając oczy. Brat nie umiał się bawić. Zatem znalazł sobie inną wściekłą panią, która mogła być cięższa do wyśmiania, bo nie miała bieli na futrze.
— Myślisz, że jesteś taki śmieszny, co? Żaden z ciebie żartowniś tylko kupa ścierwa! — głośna Burzaczka zwracała na nich uwagę innych kotów.
Zrobił zamyśloną minę. Musiał porządnie się zastanowić, jak mógłby bardziej rozwścieczyć rudą. Myk z ptasią kupą nie mógł zadziałać na wojowniczce, gdyż nie miała bieli na swoim futrze. Pokiwał głową powoli i cmokał kilka razy.
— Owszem, jestem śmieszniutki i wesolutki, jak Burzaki potykające się o kłosy trawki. A słyszałaś kiedyś o rosnących piórach na języku? Nie? Rosną kotom, które klną zbyt często. Mamusia cię nie nauczyła? — posłał kotce złośliwy uśmiech i zerknął na brata. Liczył na jego poparcie.
Nie zwracał uwagi na innych. W tle też słyszał najróżniejsze wymiany zdań, te spokojniejsze, jak i te agresywniejsze, więc jego głupie zaczepki nie były czymś wyjątkowym. Tym bardziej że on wcale nie podnosił głosu. Robienie sobie jaj z innych było całkiem dobrym zajęciem na tak nudnym zgromadzeniu.
— Mamusia Cię nie nauczyła, żeby szanować innych, jeśli nie chcesz skończyć z rozoraną buźką?!
Udał przerażenie.
— O nieee, Burzaki atakują. Co ja biedny zrobię? — po chwili się zaśmiał i pazurkiem pogrzebał w nosie. — Jest rozejm. Nie masz psychy, no, chyba że Burzaki muszą ciągle łamać zasady, jak te granice.
Pamiętał, jak kiedyś mama chwaliła się, że przegoniła Burzaczkę, która weszła na tereny Klanu Wilka. To pewnie on niedługo też będzie mógł znaleźć nieostrożnego gagatka, któremu mógłby pokazać, gdzie raki zimują.
Wyjął gila z nosa i pstryknął nim, gdzieś do przodu w tłum kotów. Nie zazdrościł komuś, kto na sierści będzie miał gluta przez resztę zgromadzenia.
— Iglak, fu! — miauknął z obrzydzeniem Koszmarna Łapa, gdy rzucił swojego smarka w tłum.
— Oj nie bądź taki delikates, bo cię z kotką pomylą.
— Ej, ej, nie obrażaj naszych matek.
— To wtedy będzie wina krzyczącej Burzaczki. Wiesz, może jej w tej furii smarki wyleciały, czy coś takiego. Nigdy nie wiesz. Może uwierzą — wzruszył ramionami.
— Dobra, sprowokujmy ich. — Zgodził się z nim Koszmarna Łapa.
Kiwnął bratu głową.
Oboje się uciszyli, gdyż na podwyższeniu przywódcy z innych klanów zaczęli wygłaszać przemowy. Zaczęła Mandarynkowa Gwiazda, na której pyszczku już widać było siwiznę oraz luźniejszą skórę, która poddawała się po trzymaniu pyska starszej w jednym miejscu przez tyle sezonów. A może po prostu niekorzystnie wyglądała w takim świetle?
— W Klanie Nocy sprawy mają się dobrze. Mamy wielu nowych uczniów i wojowników. Zwierzyny i ziół nie brakuje, a kociaków jest tylko coraz więcej — przemówiła. Kocica zauważyła jego dzieło i szepnęła na uszko jego babci parę słów. Iglasta Łapa jednak się nie przejmował. Wiedział, że Zalotną Gwiazdę nie będą obchodziły jakieś małe wygłupy, na które inni reagowali strasznie emocjonalnie.
Zaraz po przywódczyni Klanu Nocy ruszył się Zawodząca Gwiazda i obrzucił tłum wzrokiem swych niebieskich oczu.
— Klanowi Burzy wiedzie się dobrze — rozpoczął. — Trening rozpoczęło wielu uczniów; Pląsająca, Poziomkowa, Nieboskłonna, Porzeczkowa, Dzika, Zwiastująca, Lśniąca i Trafna Łapa. Wojownikami zostali Milknący Zew i Kameliowy Wianek. Zwierzyny nie brakuje, a klan dobrze przygotowany jest na nadchodzącą Porę Nagich Drzew.
Kocur zauważył jego wściekłą rudą podwładną. Po chwili złapał kontakt wzrokowy ze Słodką Dziewanną i skinął głową w stronę zamieszania. Szylkretowa Burzaczka podeszła niechętnie do swojej rudej koleżanki, co jakiś czas łypiąc na nich wzrokiem w obawie o latające gluty. Natomiast Iglasta Łapa zrobił minę aniołka, czekając, aż ta zabierze rudą nerwicę sprzed jego nosa.
— Ostatni Pożarze! — zawołała z niesmakiem, zbliżając się do kocicy. — Przestań pastwić się nad młodymi. Bo Zawodząca Gwiazda znowu zapewni Ci pobyt w dole.
Ostatni Pożar posłała wszystkim po kolei nienawistne spojrzenie i po chwili, cała zjeżona odeszła z miejsca zdarzenia wykrzykując wiązanki przekleństw pod adresem dosłownie każdego zamieszanego. Zachichotał na swoją wygraną. Polizał się po piersi oraz łapce, by zaraz przeczesać sobie rozczochraną grzywkę.
Udało mu się!
— Iglak! Piona! — miauknął Koszmarna Łapa.
Przybił bratu piątkę i wsłuchał się uważnie w to, co mówili przywódcy. Przecież był wzorowym uczniem. Nieprawdaż?
Może później jeszcze podejdzie do kogoś z uczniów, by porównać, kto miał lepsze treningi. Jednak dzisiaj nie miał już czego szukać na Bursztynowej Wyspie. Koty uważały na niego, a niedługo po zakończenia przemówień przywódców, wszyscy zebrali się do własnych domów.

***

Zmiana pory sezonu z Opadających Liści na Nagich Drzew

Był na granicy z Klanem Burzy i wpatrywał się w tereny mu nieznajome, które tak strasznie go ciekawiły. A co by się stało, gdyby Klan Wilka zdobyłby tak wielkie połacie terenów otwartych? Czy byliby w stanie częściej polować na króliki, które tak kochała jeść Ognikowa Słota? Chętnie by podbił nowe tereny, by sprawić taki ładny upominek swojej matce. Dla samych kilku królików. Czy nie byłaby to piękna wizja?
W oddali zauważył płomienno rudą sierść kota. Ach, te Burzaki. Wszystkie takie same i powtarzalne. Rude i kremowe. Prawie nic poza tym. Wpatrywał się z zainteresowaniem na osobistość z konkurującego klanu. Czy się znali? Powinien już ruszyć i dołączyć do Kocimiętkowego Wiru oraz Garbatej Łapy, jednak ciekawość nadal trzymała go w miejscu.

[2223 słowa + udział w pojedynkach uczniów]
< Ostatni Pożarze? Ładne macie te tereny i króliczki. >
🌲

05 października 2026

Od Trzcinowego Szmeru CD. Nurowej Gracji

***
Pora Opadających Liści
Mianowanie Nurowej Gracji na wojownika

Kiedy tylko zakończyła się ceremonia i jej ukochany syn oficjalnie stał się wojownikiem. Podeszła do niego wraz ze Żmijowcową Wicią i Łabędzim Tanem. Szylkretka nie wiedziała, czy Nurowa Gracja wiedziała o jej ostatniej kłótni wraz z córką. Czy kocur mógł wyczuć napięcie, które panowało między nią a Łabędzim Tanem?
— Gratulację Nurowa Gracjo! Zostałeś oficjalnie wojownikiem oraz dorosłym namiestnikiem. — zamruczała uradowana. Syn odpowiedzał również mruczeniem. — Teraz tylko czekać aż wytrwasz czuwanie i będziemy mogli cię przywitać w legowisku wojowników.
Polizała go czule między uszami.

***
Na drugi dzień

Noc szybko minęła, a posłanie, które zdążyła przynieść swojemu synowi, ulokowała niedaleko ich rodziny. Był to miły i drobny gest. Teraz wojownik mógł wejść do legowiska i odespać nieprzespaną noc, bez zastanawiania się i marnowania czasu na noszeniu swojego posłania z legowiska do legowiska.
Wstała dość wcześnie i wyszła z legowiska wojowników, by wzrokiem szybko odszukać biało rudej sierści syna. Podeszła do niego i dotknęła go w bok ucha.
— Możesz już zejść z warty. Posłanie masz już w legowisku wojowników, a ja zaraz wyznaczę wojowników do pilnowania obozu.
Oczy kocura były ciężkie i co chwile opadały.
— Dziękuję matko.
— Proszę. Naciesz się wolnym dniem, bo jutro pewnie zostaniesz zaciągnięty na poranny patrol, znając Błękitną Lagunę. — Zamruczała żartobliwie.
Syn zamruczał rozbawiony i przytaknął głową, poczym zniknął w legowisku wojownika.

***
Pora Nagich Drzew

W końcu dorwała Nurową Grację. Ostatnio ciężko było złapać syna, gdyż nawał obowiązków, który przyszedł wraz z nadejściem drastycznie zimnej pory sezonu, sprawił, że każdy Nocniak spędzał wiele czasu na patrolach w poszukiwaniu zwierzyny. Koty wracały czasami z odmrożeniami, przez co musiały być poważnie leczone przez Gąbczastą Perłę oraz Klekoczącego Bociana.
Nurowa Gracja siedział nad rzeką i starał się złowić rybę przez przerębel zostawiony przed dwunożnych.
— Nie jest ci zimno? Może powinieneś wrócić do obozu, by się zagrzać? — Zaproponowała synowi, patrząc na jedną marną rybę, którą zdołał wyłowić. Sama nie miała tego dnia szczęścia oraz czuła, że z zimna sztywnieją jej mięśnie.

< Nurowa Gracjo? >
🎍

Od Trzcinowego Szmeru CD. Fląderki

***
Pora Opadających Liści
Po mianowaniu na uczniów kocięta Fląderki

Gdy skandowanie imion młodych uczniów dobiegło końca, zajęła miejsce obok czekoladowej szylkretki. Młodzi uczniowie zostali wyprowadzeni z wyspy przez swych mentorów, żeby oprowadzić ich po okolicy, jak to jest w zwyczaju. Sam Żmijowcowa Wić dostał kolejnego swojego ucznia, co zarazem cieszyło Trzcinowy Szmer i zżerało ją z zazdrości. Jej jedynym uczniem w swojej karierze był Rezedowa Łapa, który został wyrzucony z Klanu Nocy. Kolejna skaza na jej wizerunku doskonałej wojowniczki.
— Zostali mianowani, Trzcinowy Szmerze. Wszyscy... Nawet Komar został uczniem — miauknęła z ulgą w głosie, wpatrując się w namiestniczkę swoimi dużymi brązowymi oczętami, w których tliły się iskierki radości. – To ogromny zaszczyt dla Centuriowej Łapy, jak i dla mnie jako jej mamy, że jej mentorem został namiestnik, Żmijowcowa Wić.
Posłała jej słaby uśmiech i skinęła głową.
— Owszem, też się cieszę z mianowania ich wszystkich, jak i kolejnego ucznia, który będzie uczył się pod okiem namiestnika. — Była to dość formalna odpowiedź, którą powiedziałaby każdemu innemu Nocniakowi.


***

Po ogłoszeniu nowego obozu, zrobionego na oddzielnej wyspie, który miał być tylko i wyłącznie dla kotów o czekoladowym futrze było dość niespodziewanym ruchem ze strony Mandarykowej Gwiazdy. Musiała zaakceptować wolę liderki i sam fakt tego, jak wiele kotów zgadzało się z tym pomysłem, a ona musiała zaakceptować nowy stan rzeczy.
Posłała krótki współczujące spojrzenie w kierunku Fląderki, która również stała jak wryta przez ogłoszenie.
Czy czekoladowe koty nie będą bardziej narażone na ataki dzikich zwierząt oraz na niedogodne warunki atmosferyczne? Czy czasem młody Komarza Łapa nie będzie przez to wyśmiewany przez resztę uczniów? Przecież młode koty często były okrutne w stosunku do rówieśników.

***
Ranek
Pora Nagich Drzew

Słońce powoli wychodziło znad horyzontu, a mróz i śnieg utrudniał przedostaniu się jej na wyspę do obozu czekoladowych Nocniaków. Gorąca para wydostawała jej się z ust, kiedy wreszcie postawiła łapę na prowizorycznie odśnieżonej polanie. Reszta Nocniaków jeszcze spała, a patrole jeszcze nie wyszły z obozu. Miała jeszcze czas, żeby odwiedzić i skontrolować, jak radzą sobie reszta odrzuconych pobratymców.
Z legowiska wyszła akurat Fląderka, a zaraz za nią Komarza Łapa, który musiał szykować się na patrol wraz ze swoją mentorką. Skinęła im głową i podeszła do kotów.
— Dzień dobry Fląderko i Komarza Łapo — przywitała się.
— Dzień dobry Pani Trzcinowy Szmerze — odpowiedziała jej Fląderka, a za nią dość nieśmiało powtórzył czekoladowy uczeń. Po czym Fląderka dodała z zaciekawieniem. — Co Pani tu robi?
— Przyszłam sprawdzić, jak sobie radzicie. Pora Nagich Drzew nie jest łaskawa w tym sezonie. — Zauważyła, starając się powstrzymać dreszcze z zimna.

< Fląderko? >
🎍

Od Trzcinowego Szmeru CD. Mandarynkowej Gwiazdy

Wyszła wraz ze swoim partnerem z legowiska liderki Klanu Nocy. Oboje milczeli i żadne z nich nie chciało podjąć rozmowy na temat Dryfującej Bulwy, Baśniowej Stokrotki i wydr. Był to drażliwy temat dla niej i Żmijowcowa Wić zdecydowanie o tym wiedział. Rozstali się, ona wyszła pierwsza na patrol, zgarniając ze sobą Wężynowy Kieł, Wzlatującą Uszatkę i Ropuszy Skok. Nie wtajemniczała nikogo, czego dokładnie szukają. Miało to wyglądać jak zwykły patrol graniczny i takim z resztą był. Trzcinowy Szmer wróciła do obozu z pustymi łapami i żadnymi poszlakami związanymi z wydrami. Nikogo niepodejrzanego nie zauważyła, a woń brązowych drapieżników była wywietrzała. Pewnie należała do tych samych zwierząt z ostatniego ataku.

***
Pora Nagich Drzew

Dni mijały, jak i pora sezonu. Teraz kiedy ciężkie śniegi zasypały obóz Klanu Nocy oraz lody skuły rzeki, koty ciężko pracowały, by przetrwać. Zwierzyna również poznikała, nawet ryby nie chciały pływać na tyle blisko powierzchni przerębli, które koty starały się robić.
Trzęsąc się z zimna, weszła do obozu wraz z wojownikami, z którymi była na patrolu granicznym. Znów nic. Żadnego obcego kota, który trenowałby wydry do szpiegowania kotów z Klanu Nocy. Jej obawy zaczęły się nasilać, że Mandarynkowa Gwiazda uwierzyła jakiejś głupocie jej rodziców, która miała tylko przerazić Nocniaki. Czy będzie musiała dalej tropić nieistniejącego kota? Jeśli tak, to będzie musiała porozmawiać w cztery oczy ze Żmijowcową Wicią. Czy wtedy nie byłoby prościej znaleźć pierwszego lepszego samotnika i zaprowadzić na ścięcie lub od razu go zamordować? Jedno istnienie mogłoby ocalić spokój całemu Klanu Nocy i nikt nie musiałby z powrotem do tego wracać.
Szylkretowa zwiadowczyni weszła do ciepłego legowiska liderki i skinęła jej głową na powitanie, zarazem mrugając szybko oczyma, by przyzwyczaić się do panującej tutaj ciemności.
— Znów niczego nie znaleźliśmy Mandarynkowa Gwiazdo. Ten cały samotnik, który trenuje wydry musiał być wyssanym z pazura straszakiem, wymyślonym przez Baśniową Stokrotkę i Dryfującą Bulwę. Żmijowcowa Wić również niczego do tej pory nie znalazł. — Szukała na pysku starszej liderki wątpliwości i zakłopotania. Czy będzie musiała ją odwodzić od dalszych poszukiwań i zwracać jej uwagę na ciężkie warunki pogodowe, jakie panują tej Pory Nagich Drzew? Patrzyła na kocicę z wyczekiwaniem.

< Mandarynkowa Gwiazdo? >
🎍

Od Trzcinowego Szmeru CD. Łabędziego Tanu

***
Pora Opadających Liści
Niedługo po mianowaniu Nurowej Gracji na wojownika i ataku wydr

Trzcinowy Szmer zauważyła, że co jakiś czas Łabędzi Tan znikała z obozu i według wywiadu nie była ona z innymi kotami na patrolu. Na początku nie chciała wnikać głębiej, gdzie córka przebywa, tym bardziej że od momentu kłótni zachowywała się nienagannie. Nie unikała jej i wywiązywała się z własnych obowiązków. Jednak sama czuła, że między nimi jeszcze pozostało napięcie. Powinna córce dać kolejną szansę, żeby się wypowiedziała. O ile zmądrzała od tamtego czasu.
Szukanie po okolicznych wysepkach w końcu dobiegły końca, kiedy dotarła na jedną, która miała być cmentarzyskiem dla namiestników. Było tutaj pusto, a świadomość, że kiedyś zostanie tutaj sama pochowana, czuła nieprzyjemny dreszczyk na plecach. Łabędzi Tan siedziała do niej plecami, jednak zdawała sobie sprawę z jej obecności. Stały przez chwilę w ciszy. Czekała aż córka coś powie, jednak chyba to ona będzie musiała zrobić ten pierwszy krok.
— Łabędzi Tanie, może powinnyśmy dać drugą szansę, żeby sobie to wszystko wyjaśnić. Tym razem bez krzyków, prychnięć i syczenia. — Usiadła obok młodej namiestniczki, zachowując przestrzeń. — Czuję ciągle, że między nami jest pazur niezgody i powinnyśmy to sobie wyjaśnić, jak matka z córką.
Owinęła ogon wokół swoich łap i usiadła wyprostowana jak struna. Była ciekawa, czy uda jej się naprawić relację z córką. Bardzo tego chciała, jednak również znała swój charakter. Chciałaby dać córce wsparcie. Chciała być lepszą matką niż Baśniowa Stokrotka dla niej samej.

< Łabędzi Tanie? >
🎍

Od Tropiącej Łaski CD. Cętkowanego Tęgosza

Tropiąca Łaska zamarła w zdumieniu połączonym z obrzydzeniem. Cętkowany Tęgosz — jej własny uczeń, żmija wykarmiona jej własnymi łapami, właśnie zadał śmiertelny cios. Nie wojownikowi z przeciwnego Klanu. Nie wrogowi. Pobratymcowi, który na dodatek w pewien sposób przysłużył się Klanowi Wilka. Owszem, Trzcinniczkowa Dziupla nie oddał za Klan życia, co stanowiło najwyższy wymiar poświęcenia, ale przecież stracił za niego wzrok w bitwie. Czyż nie było to honorowe? Czy nie do tego wszyscy mieli dążyć? W szylkretowej wojowniczce zawrzało. Zielonooki nie zabił pobratymca w żadnym szczytnym celu. Nie zrobił tego nawet po to, by chronić tajemnice kultu miejsca, gdzie brak gwiazd, zresztą sam nie mógł mieć o nim najmniejszego pojęcia. Cętkowany Tęgosz zabił pobratymca z własnych, prywatnych i jakże sadystycznych pobudek. Jakie motywy mogły za tym stać? Jej uczeń był najzwyczajniejszym w świecie mordercą, wyjętym spod kodeksu wojownika. Jego występek nie miał nic wspólnego z wielką sprawą, o którą kultyści walczyli ramię w ramię. Był wyrazem jego wolnej woli, spóźnionym buntem uczniowskim, który należało stłumić w zarodku, nim zaraza rozprzestrzeni się po nim całkowicie i przejdzie na innych. Jej uczniowie byli jak zgnilizna. Psuli wszystko i wszystkich, do czego tylko się zbliżyli. Rozprzestrzeniali swoją zarazę na każdego, kto stanął na ich drodze.
— I co z tym zrobisz? — Głos pręgusa skutecznie sprowadził ją na ziemię. Ton jego głosu brzmiał niemal jak wyzwanie.
— To nie koniec, Cętkowany Tęgoszu. — Tropiąca Łaska podeszła bliżej, zmniejszając dystans dzielący ją od dawnego wychowanka. Choć od wielu księżyców już nad nim nie górowała, w jej sercu nie było strachu. — Innych możesz próbować zastraszyć. Innych możesz okłamywać, ale nie mnie. Znam twoje żałosne sztuczki i widzę, kim naprawdę jesteś. Widziałam też wojownika, którym mógłbyś się stać, gdybyś miał w sobie choć trochę ogłady i szacunku dla kodeksu. Jednak ciebie zasady nigdy nie obchodziły. Zupełnie jakby cię nie dotyczyły. Takie wypaczenia jak ty należy temperować i niszczyć w zarodku, zanim zatrują resztę klanu. Zalotnej Gwieździe i mnie się to nie udało. Nie wiem, czy istnieje ktoś, kto zdoła położyć kres temu szaleństwu i zgniliźnie, którą ze sobą niesiesz. Trujesz swoich pobratymców, karmiąc ich jadem, dopóki nie skonają w konwulsjach. Pora, abyś w końcu poniósł konsekwencje łamania kodeksu wojownika. Przez własne czyny posmakujesz jeszcze wielkiego wstydu i hańby. Nie zamierzam dłużej marnować słów na ciebie słów. —
Wojowniczka pośpiesznie zawróciła do obozu. Nie oglądała się na osłupiałego zapewne pręgusa. Miała coś do zrobienia.
 
<Cętkowany Tęgoszu?>