BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

25 maja 2026

Letnie dolegliwości!

Nadeszła Pora Zielonych Liści, a z nią nowe dolegliwości!

POGODA

(wkrótce zostanie uzupełniona)

Klanu Burzy:

Lotosowy Pąk - katar
Cyklonowe Oko - przegrzanie
Śpiewający Raniuszek - bezsenność
Dziki Berberys - infekcja gardła
Perłówka - odwodnienie

Klanu Klifu:
 
Aldrowandowa Łapa - popękane poduszki łap
Jagnięcy Ukłon - wybicie barku
Morświnowa Płetwa - szkło w łapie
Agatówkowa Łapa - ból głowy
Lilak - infekcja ucha

Klanu Nocy:

Rosiczkowa Kropla - ból zęba
Błękitna Laguna - infekcja oka
Niedźwiedziówkowy Pył - przegrzanie
Wymarzona Słodycz - niestrawność
Ulewny Szkwał - biały kaszel

Klanu Wilka:
 
Zalotna Gwiazda - szkło w łapie
Iskrząca Nadzieja - ból głowy
Tropiąca Łaska - swędząca infekcja
Gruba Łapa - bezsenność
Seradelowa Łapa - popękane poduszki łap

Owocowego Lasu:
 
Mordor - zranienie łapy
Dereńka - wybicie barku
Psianka - katar
Lis - niestrawność
Jeżyna - odwodnienie

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Czajka - swędząca infekcja
Mewa - bezsenność
Baśniowa Stokrotka - ból zęba

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w kolejne stadium. Dotyczy to kotów z:

Klanu Burzy:

Aminkowa Łapa - biały kaszel > zielony kaszel > czarny kaszel
Burzowe Chmury - kolec w łapie > infekcja

Klanu Klifu:
 
Majacząca Łapa - niemożność stawania na łapę > gnicie kończyny > amputacja

Klanu Nocy:

Narcyzowa Łapa - infekcja gardła > chrypa

Klanu Wilka:
 
Wszyscy wyleczeni!

Owocowego Lasu:

Wszyscy wyleczeni!

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Skrzelowy Szept - katar > kłopoty z oddychaniem > duszności
Przebiśnieg - zranienie ogona > infekcja > niemożność poruszania kończyną
Dryfująca Bulwa - infekcja oka > tymczasowa ślepota
Rysi Trop - bezsenność > halucynacje

Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka latem.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu lata - mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!

Od Nieustraszonego Chomika CD. Barszczowej Łodygi

W jej klanie panował chyba jakiś kryzys wyższy. Koty gdzieś znikały bez śladu, zabrane przez Dwunożnych lub przez inne licho, śmierć. Patrzyła na obóz, widząc, że nie było jej ulubionego dziwadła w postaci Księżycowego Odłamka, z którego mogłaby się ponabijać. Na serio chyba jakaś klątwa rozprzestrzeniła się wraz ze śmiercią Przeplatkowego Wianku. Na tyle istnień, które zostały odebrane, Klan Gwiazdy zesłał im tylko jednego kota. Jakiegoś samotnika co się teraz Gasnącą Łapą nazywał. Mogłaby marudzić, że co to za przybłęda, ale ona też pochodziła z rodziny, która się przypałętała do Klanu Burzy. Nie mogła przestać myśleć o słabości jej klanu, nawet gdy nie chciała, to zawsze pojawiało się coś, co sprawiało, że te myśli wracały. Gdyby tylko Norniczy Ślad żyła, byłaby lepszym przywódcą, a ona zastępcą u jej boku. Dawno temu jednak ta okazja przeminęła, a teraz kilka kotów miało chrapkę na władze i zmiany w Klanie Burzy, oprócz niej.
Zobaczyła starego Barszcza. Jedyny porządny kot, który jeszcze żył. Czemu nie on rządzi? Byłby lepszym przywódcą kilkukrotnie od Króliczej Gwiazdy.
— Witaj, Barszczowa Łodygo, czy mogę z tobą spędzić czas? Mamy o czym gadać, jesteśmy świadkami gwałtownych zmian w naszym klanie — czekoladowy kocur posłał jej tylko spokojny uśmiech. Patrząc na niego, naprawdę się zestarzał, było powoli widać mu kości i zmarszczki, a jego futro lekko siwiało przez czas.
Pysk posiwiały, a wąsy długie, opuszczone w spokojnym, dziadkowym wyrazie.
— Z Tobą zawsze chętnie — miauknął nieco chrapliwym głosem. — Może przejdziemy się jak za starych, dobrych czasów?
— Jasne, nie mogę ci odmówić. Nie mówiąc, że pogoda nam sprzyja — niebo było tak bezchmurne i tak intensywnie niebieskie, aż chciałoby się wyjść. Bez wahania pociągnęła za sobą Barszczową Łodygę i już byli poza obozem.
— Wiesz, chyba nie tylko ty odczuwasz starość, mi same łzy się nasuwają, gdy widzę jak moja Raniuszek urosła! Teraz jest Śpiewającym Raniuszkiem, a ja nadal mówię do niej jej pierwszym imieniem, urosła na wspaniałą wojowniczkę, jest jedyną moją dumą i Rudej Lisówki, która się odstała. Pomyśleć, że miałam kiedyś dwóch potomków, a teraz tylko jednego — nie umiała wymówić z pyska imienia Cichej Łapy, powinien i tak zostać zapomniany. Raniuszek była lepszym darem od Klanu Gwiazdy i zawsze nim będzie, nieme potomstwo nic by nie dało klanowi. Starszemu kocurowi przez chwilę wąsy opadły na dół, chyba z powodu jej syna.
— Masz rację, Raniuszek jest porządnym kotem — odpowiedział po dłuższej chwili starszy kocur. — Chociaż mojemu Szakłakowi oraz Pchełce również nic nie brakuje. Dawno nie widziałem córki... A z Poczciwego Szakłaka wyrósł przepiękny kocur — wymruczał starszy.
Szli przez rozległe równiny Klanu Burzy. Kotka patrzyła na nie z sentymentem, przypominając sobie, jak trenowała tutaj jako uczennica Barszczowej Łodygi i Jako mentorka ze Skrzypiącym Skrzypem, gdy był jeszcze jej uczniem.
— Czy mi się wydaje, czy ułożyłaś dzisiaj jakoś inaczej sierść? — zagaił po chwili kontemplacji. Starszy pewnie zauważył zmianę na jej futrze, kotka się rozpromieniła.
— Dzięki, że zauważyłeś. Jak szłam z Rudą Lisówką, to stwierdziłam, że tyle kwiatów teraz rośnie, że postanowiłam kilka wykorzystać do pielęgnacji mego futra. Świeże kwiaty jednak dają inny efekt niż suszone — pogładziła swoje piękne futro, które miało w sobie kwiatową esencję. — Dawno jej nie widziałeś? Musimy zatem iść na granicę z Klanem Klifu, może ją spotkamy, co ty na to? — nie wyobrażała sobie, że Barszczowa Łodyga miałby odejść bez zobaczenia się z własną córką, choć ostatni raz. Kocur w końcu nie był w kwiecie młodości.

<Ścigamy się na granicę z Klanem Klifu, Barszczu?>

Od Rozkwitającego Astra CD. Ćmiego Księżyca

Opko ze strony Rozkwitki

⋆˚。⋆୨✧୧˚ ★ ✩ ★ ˚୨✧୧⋆。˚⋆

— Dzień dobry, Ćmi Księżycu! — miauknęłam wesoło, wchodząc do legowiska medyków.
— Dzień dobry — odpowiedziała spokojnie, lecz i nieco sennie medyczka.
— Wszystko w porządku? Nie brzmi pani zbyt dobrze. Pomóc pani w czymś, może chciałaby pani porozmawiać, zrobić sobie przerwę? — proponowałam kolejne rzeczy, robiąc małe kroczki w głąb lecznicy, wprost do niej.
— Nie, ale dziękuje — rzuciła Ćma, nie przerywając swojej pracy.
— Widzę, że świetnie sobie radzisz. Jeśli podchodzisz w ten sposób do każdego kota, nie umiem sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek nie czuł się zaopiekowany w Klanie Klifu — mruknęła, na co mi zrobiło się bardzo miło.
Co prawda brzmiała dość chłodno, jednak rozumiałam to. W końcu pewnie była bardzo zmęczona mimo wszystko. Jako medyczka na pewno miała tyle na głowie…
— Dziękuję, pani Ćmi Księżycu, to wiele dla mnie znaczy… — miauknęłam w jej stronę, a przez chwilę zapanowała między nami cisza. — To… To ja może panią zostawię. Pewnie ma pani dużo obowiązków. Do widzenia i spokojnego dnia!
Zanim niewidoma kocica zdążyła zareagować, ulotniłam się z jej miejsca pracy, nie chcąc jej przeszkadzać.

Aktualnie

⋆˚。⋆୨✧୧˚ ★ ✩ ★ ˚୨✧୧⋆。˚⋆

Księżyce mijały, koty się zmieniały, cały Klan Klifu się zmieniał, a ja cały czas pozostawałam taka sama. A przynajmniej z mojej perspektywy. Nie jestem pewna czy to dobrze, ale myślę, że w jakimś stopniu na pewno. Właśnie wracałam ze zbierania ziół dla pani Jagnięcego Ukłonu oraz Aldrowandowej Łapy, kiedy wchodząc do legowiska medyków, uderzyła we mnie nostalgia, konkretniej pani Ćmiego Księżyca oraz pani Liściastego Futra... wielu kotów, które w jakiś sposób straciłam bądź takich, które mnie opuściły (patrzy się na Wilczy Skowyt i rodziców…).
Kiedy Jagienka z uśmiechem podeszła do mnie, aby odebrać zioła, nagle jej mina spochmurniała, a później zastąpiło ją zmartwienie.
— Um, Rozkwitający Astrze, chyba ugryzł cię szczur… — miauknęła, zniżając poziom swojego ciała do mojej tylnej łapy.
— To pewnie nic takiego, nie musi się pani martwić… — powiedziałam nieco niewyraźnie, kładąc zioła na bok.
— Nie, nie możesz tak mówić, każda rzecz jest tak samo ważna, musisz dbać o siebie samą tak, jak dbasz o innych — odparła stanowczym tonem medyczka. — Chodź no tutaj, zaraz coś temu zaradzę.
Ze słabym uśmiechem skierowałam się za kocicą, nie chcąc się z nią sprzeczać. Podczas gdy Jagna mnie opatrywała, w moich myślach nadal krążyły te wszystkie okropieństwa, które mnie spotkały. Koleżanka najwyraźniej to zauważyła, ponieważ znów odezwała się zatroskanym tonem.
— O czym tam tak rozmyślasz?
— Hm… Tak w tym momencie? Najwięcej o niedawno zmarłej medyczce, pani Ćmim Księżycu. Tęsknie za nią…

<Pani Ciemko? Mam nadzieję, że tam jest pani lepiej… ଘ ˊ ⁠ˋ⁠ଓ>
[*]
Koniec sesji

Wyleczeni: Rozkwitający Aster

24 maja 2026

Od Dzikiego Berberysu CD. Serdecznej Naparstnicy

Dziki Berberys podszedł do przestraszonego ucznia o dziwnie znajomych krótkich łapach. Ostrożny, jednak również i zaciekawiony przystanął na granicy.
— Jestem Dziki Berberys. Nie masz z kim rozmawiać w Klanie Klifu, Naparstnicowa Łapo? — przekrzywił łeb, patrząc na malutkiego kota. — Skądś kojarzę cię... Albo twojego krewnego... Za ucznia widziałem kotkę, która starała się polować na naszą zwierzynę, też miała nienaturalnie krótkie łapy, co ty. Czy ona cię przysłała?
Futro na karku Naparstnicy zjeżyło się nieznacznie. Trochę dziwny typ z tego Burzaka.
— Mam... Mam z kim rozmawiać — mruknął, odwracając wzrok od Berberysa. — Ale kto chciałby się ograniczać tylko i wyłącznie do współklanowiczów? — zaśmiał się nerwowo, po czym znów spojrzał na rudo-białego. — I nikt mnie tu nie przysłał. Przyszedłem tu z mentorką, tak o, na spacer. Ale może lepiej powiesz mi, co ty tu robisz?
Zauważył poddenerwowanie kocurka i lekko zmrużył oczy. Nie był pewien, czy powinien mu ufać, chociaż był to zwykły uczeń.
"Ja... Ja bym się ograniczał do jednego klanu" — przyznał szorstko w duchu.
Nie zaśmiał się ani nie wyraził większej chęci bratania się z Klifiakiem. Jednak nie zamierzał być też przesadnie niemiły. Mieli przecież sojusz.
— Ja wyszedłem akurat na polowanie. Korzystam z pogody oraz wiatru. Króliki same się nie złapią. Chociaż chętniej bym zapolował na zająca, jest je trudniej złapać.
Naparstnica skinął głową.
— Słyszałem, że są w stanie porządnie zranić kota! — mruknął, kręcąc głową. — Waleczne te zające. Dobrze, że nie w moich łapach leży wykarmienie klanu — przyznał. Tak naprawdę może i wolałby być tym wojownikiem... ale jego nieszczęsne łapy mu na to nie pozwalały!
— Owszem, jednak nie wątpię w moje umiejętności. Zając tak łatwo mnie nie pokona — odpowiedział dość spokojnie, co nie brzmiało, jak przechwałki jakiegoś pyszałka. — Nie wykarmiasz klanu? Jesteś medykiem? — zastrzygł uchem zaciekawiony.
Nie widział innego wyjścia, jaką drogą mógłby kroczyć ten malec. Chyba że Klan Klifu miał inne drogi szkolenia, o których on nie miał zwyczajnie pojęcia.
— Nie, nie jestem ani medykiem, ani wojownikiem. Pełnię w Klanie Klifu funkcję protektora. To znaczy... jeszcze nie, bo wciąż jestem uczniem, ale za niedługo to się zmieni. Przynajmniej mam taką nadzieję — odparł, poruszając nerwowo końcówką ogona. — Moim zadaniem jest dbać o to, by Klifiacy czuli się dobrze psychicznie. Muszę pocieszać tych zasmuconych i opiekować się tymi, którzy nie są w stanie samodzielnie o siebie dbać. Nic specjalnego.
Zastrzygł uchem zdezorientowany. Może jakby był jeszcze uczniem, to zafascynowałby się opisem roli protektora i z chęcią by korzystał z jego usług. Jednak był już wojownikiem i wszystkie jego problemy, jakie miał, były błahe. Kiedy chciał uwagi, szedł do swoich pobratymców i jakoś przeżył.
— Dość dziwna funkcja w klanie... — przyznał, nadal zastanawiając się nad przydatnością tej roli. — U nas są za to kronikarze i przewodnicy. Są to dość ważne role, chociaż osobiście powiedziałbym, że jedna z nich jest potrzebna, a drugą mogliby zastąpić starsi... Jednak to tylko moje opinie. Pewnie większa część Burzaków przetrzepałaby mi za tą wypowiedź skórę, ale ich tu nie ma i mnie nie słyszą — wzruszył ramionami.
— Skoro są takie role w twoim klanie, więc muszą być potrzebne. Inaczej ich by nie było… — zauważył młodszy kocur.
Tak, tak, jasne. Jeszcze ci uwierzę.
Do nich zbliżała się szylkretowa kotka, która musiała być mentorką jego rozmówcy. Pomachała mu ogonem oraz mógł poczuć, jak z kotki tryska ekscytacja. Nie podobało mu się to. Nie chciał się spoufalać z kotami z Klanu Klifu, nawet jeśli byli oni sojusznikami Klanu Burzy.
Zastrzygł uchem i zrobił nietęgą minę. Nie pozwolił nawet kotce podejść, tylko odwrócił się na pięcie i powolnym krokiem ruszył w głąb swojego terytorium.
— Zobaczymy się jeszcze, Naparstnicowa Łapo, na jednym ze zgromadzeń. Teraz jednak nie mam tyle czasu, by gawędzić z tobą oraz z twoją mentorką na granicy — powiedział przez ramię do swojego rozmówcy, którego potraktował dość oschle.
Spojrzał ostatni raz na kocurka, do którego w końcu przyszła jego mentorka, którą chyba kojarzył ze zgromadzeń. Miała chyba na imię Rozkwitający Aster. Nie był pewien, nie rozmawiał aż tak często z kotami spoza Klanu Burzy. Mógł nawet powiedzieć, że zamykał się na inne społeczności kotów. Ważne było dla niego tylko to, co się dzieje w środku obozu Burzaków.

***

Aktualne

Pora Nowych Liści powoli zamieniała się w Porę Zielonych Liści, a w Klanie Burzy dość dużo ostatnio się działo. Do nich dołączały nowe koty, którym Dziki Berberys aż tak nie ufał. Skąd mieli się odnaleźć w codziennym życiu Burzaków, jeśli przynależeli do innych klanów lub byli zwykłymi kłamcami i tak naprawdę byli samotnikami? Najpierw Gasnąca Łapa, a teraz dwóch Nocniaków.
Srebrny van właśnie polował samemu z dala od obozu. Każdy trop kierował go bliżej granicy z Klanem Klifu, co mu się nie podobało. Nie przepadał za tymi kotami. Nie wiedział szczerze sam, skąd brała się jego niechęć do ich sprzymierzeńców. Może jeszcze nie spotkał odpowiedniego kota, z którym mógłby się zaprzyjaźnić? Też była taka opcja.
Wyczuł ślady myszy polnej, której zapach roznosił się na pobliskich kłosach. Kiedy wypatrzył brązowego gryzonia, między trawami, skoczył na nie i szybko pozbawił życia. Kości myszki chrupnęły, a zwierzątko szybko zwiotczało.
— Ładna zdobycz — pochwalił go ktoś, kogo głos kojarzył. Zesztywniał i odwrócił swoją głowę w stronę niskiego kocura, który właśnie podchodził do granicy. — Dawno się nie widzieliśmy, Dziki Berberysie.
Zmierzył Klifiaka podejrzliwym wzrokiem i podszedł do niego, zachowując pewną odległość.
— Tak… To prawda, jednak życie w Klanie Burzy leci dość szybko i nie mam czasu oglądać się na granicy za pogawędkami — odłożył swoją myszkę i uważnie zlustrował swojego rozmówcę. Mógł powiedzieć, że tamten nawet wydoroślał. — Dość dużo dołącza do nas nowych kotów. Nie wiedziałem, że u nas jest tak wspaniale… Do was czasem nie doszło kilka Nocniaków albo innych samotników?
Powiedział to takim tonem, że protektor mógł odczuć, jak bardzo dziki Berberys nie chciał kolejnych nowych gości w Klanie Burzy.
— Co sądzisz o samotnikach oraz uciekinierach z klanu, Naparstnicowa Łapo? — zapytał, nie będąc świadom, że kocur został przez ten czas mianowany na protektora.

< Naparstnicowa Łapo? Czy ty lubisz imigrantów? Przyznaj się! ‼️🛂>

Od Lśniącej Gwiazdy CD. Tawułowej Bryzy

Lśniąca Gwiazda przez dłuższą chwilę milczał.
Wpatrywał się w Tawułową Bryzę ze spokojem tak doskonałym, że aż trudnym do zniesienia, jakby słowa wojownika nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia. Gdyby tylko pozwolił sobie na szczerość, prawdopodobnie roześmiałby się cicho na widok kota stojącego przed nim z tak dumnie uniesioną głową, przekonanego, że właśnie dokonuje czegoś wielkiego, niemal bohaterskiego. Zamiast tego jednak na pysku lidera pojawił się jedynie łagodny, niemal współczujący uśmiech — ten sam, którym obdarzał młodych uczniów popełniających błędy albo wojowników zagubionych we własnych emocjach.
Powoli przejechał językiem po futrze na piersi, wykonując ten ruch z niemal ceremonialną dokładnością, jakby chciał uporządkować nie tylko własne futro, ale również atmosferę ciężką od napięcia. W rzeczywistości potrzebował jedynie kilku uderzeń serca, by dobrać odpowiednie słowa — takie, które zabrzmią rozsądnie, szlachetnie i spokojnie, a jednocześnie sprawią, że to Tawułowa Bryza zacznie wyglądać jak kot kierujący się emocjami zamiast zdrowym rozsądkiem.
Uniósł delikatnie wzrok.
— Odwaga, by przyjść do własnego przywódcy i otwarcie podważyć jego decyzję, jest czymś… rzadkim — odezwał się w końcu łagodnie. Jego głos rozlał się po grocie miękko oraz spokojnie, niemal kojąco. — Szczególnie w czasach, w których większość kotów woli szeptać po kątach zamiast powiedzieć wszystko wprost.
Przez krótką chwilę obserwował wojownika w ciszy.
Lśniąca Gwiazda od dawna nauczył się dostrzegać rzeczy, których inne koty nie zauważały. Drżenie końcówki ogona. Zbyt szybki oddech. Minimalne napięcie barków. Nawet najpewniejsze koty zdradzały własny niepokój drobnymi ruchami, których same nie były świadome.
— Rozumiem twoje obawy, Tawułowa Bryzo. Naprawdę. Wiem również, że wielu wojowników darzy Pchełkowy Skok ogromnym szacunkiem. Słusznie zresztą — jest lojalna, silna i oddana klanowi. Nigdy temu nie zaprzeczałem. Nigdy w to nie wątpiłem.
Na moment urwał, a cisza, która zapadła pomiędzy nimi, wydawała się niemal dusząca.
— Ale przywództwo nie polega wyłącznie na sile ani na tym, kogo klan lubi najbardziej.
Jego ogon przesunął się wolno po kamiennej posadzce, wydając cichy, szorstki dźwięk.
— Truskawkowe Pole udowodniła mi swoją wartość wielokrotnie, nawet wtedy, gdy inni patrzyli na nią wyłącznie przez pryzmat jej pochodzenia. Być może właśnie dlatego wybrałem ją na zastępczynię — ponieważ widzę więcej niż większość kotów.
Mówiąc to, uniósł lekko pysk, a światło wpadające do wnętrza groty przecięło jego sylwetkę ostrą smugą blasku. Przez krótką chwilę wyglądał niemal jak posąg wykuty z bursztynu i kamienia — idealny obraz przywódcy, którego spokój wydawał się wręcz niewyczerpany.
— Kodeks wojowników uczy nas przecież, by oceniać kota po jego czynach, a nie po krwi płynącej w jego żyłach. Czyż nie tak?

<Tawuło? Wybacz, ale tej walki nie wygrasz…>

Od Jagnięcego Ukłonu

Jagnięcy Ukłon spała na swoim posłaniu, kiedy to obudził ją głos jednego z uczniów przyprowadzonego przez Psotny Nietoperz. Rudzinka uchyliła powieki, a następnie podniosła się do siadu i szybko ułożyła sierść na piersi.
— Witam was — miauknęła cicho, wstając z posłania. Podeszła do nich, a gdy tylko znalazła się blisko Jajecznej Łapy, zrozumiała co się działo.
— Pomóż jej dojść na tamto posłanie, ja zaraz przyjdę z odpowiednimi ziołami — poinstruowała wojowniczkę. Odeszła szybkim krokiem. Wzięła potrzebne zioła przeciwwymiotne i wróciła do dwójki kotów. Zajęła się uczennicą, a następnie kazała jej odpocząć u siebie w legowisku.
— Dziękuję za przyprowadzenie jej. Uważaj na siebie — miauknęła w stronę ciemnej kotki. Psotka pożegnała się z nią i wyszła. Ledwo zdążyła posprzątać, kiedy ponownie rozległy się kroki. Uniosła łeb i przeniosła wzrok na Świetlistą Walkę.
— Jagnięcy Ukłonie, głowa mnie boli — mruknęła jasna. Medyczka kiwnęła lekko łebkiem.
— Usiądź tam — wskazała ogonem wolne posłanie, a sama udała się po liście malin i wrotycz. Powróciła do kotki i podała jej medykamenty.
— To powinno ci pomóc, staraj się dzisiaj oszczędzać — poleciła Jagnięcy Ukłon. Wojowniczka skinęła łebkiem.
— Dobrze, dziękuję — odparła po krótkiej chwili Świetlista Walka. Rudzinka posłała jej lekki uśmiech.
— Uważaj na siebie — wymruczała za wychodzącą wojowniczką.
— Będę, do widzenia Jagnięcy Ukłonie — wymruczała, nim zniknęła z pola widzenia Jagienki. Kobaltowooka posprzątała zioła i podeszła sprawdzić co z jej małą pacjentką. Liznęła młodszą uspokajająco po łebku.
— Będzie dobrze — wymruczała uspokajająco.
— Jagnięcy Ukłonie, czy mogłabyś pomóc Wiecznemu Zaćmieniu? — rozległ się głos jednego z uczniów.
— Tak, co się dzieje? — spytała medyczka. Kiedy dostała odpowiedź, kiwnęła łebkiem.
— Zaraz przyjdę — wymruczała. Kiedy uczeń zniknął z legowiska, Jagnięcy Ukłon podeszła do składzika i wzięła ziarenka maku. Po czym poprosiła Tygrysi Język o przypilnowanie Jajecznej Łapy przez chwilę. Ruszyła do legowiska starszych, a następnie podeszła do Wiecznego Zaćmienia i podała jej ziarenka maku. Odczekała chwilę, sprawdzając stan pozostałych starszych i wróciła do swojego legowiska.— Dziękuję Tygrysi Języku — miauknęła do kocura, a gdy została sama, zajęła się swoimi sprawami.

Wyleczeni: Jajeczna Łapa, Świetlista Walka i Wieczne Zaćmienie

Od Truskawkowego Pola CD. Wzorzystej Dali

Powoli zmierzyła szylkretową kotkę wzrokiem. Wiedziała, że z każdą chwilą, która mija, napięcie w jasnym ciałku coraz bardziej się podnosi, buzuje i sprawia, że serce wali w białej piersi szybciej i mocniej. Uśmiechnęła się pobłażliwie, na moment przenosząc ślepka na swoje nieco pobrudzone łapy. Ta zmiana na rudym pyszczku sprawiła, że Wzorzysta Dal rozszerzyła oczy z nadzieją, że jej prośby zostały wysłuchane. 
— Wiesz, Wzorku… — zaczęła, kręcąc pazurem w żwirze, który naleciał do jaskini przy silniejszych podmuchach wiatru. — Ja też nie lubię niektórych kotów. Bardzo nie przepadam za przykładowo Oszronionym Kłem, a zdarza mi się zagryźć zęby i wybrać się na polowanie w grupie, gdzie i ona się znajduje. No, a co z takim Czujnym Pasterzem, którym to nikt nie chce łazić podczas łowów, bo wiecznie coś mu nie pasuje? No i jakbym za każdym razem, kiedy wysyłam patrole, miała wysłuchiwać zażaleń tych, którzy są na tyle odważni czy może zdesperowani, aby faktycznie głośno przekazać mi swoje niezadowolenie, to nigdy nie miałabym z kim wysłać tego pokręconego kretyna. Musisz mnie zrozumieć, że jak rozejdzie się wieść, że można tak łatwo mnie przekonać do zmiany kotów podczas patroli, no to będzie dla mnie koniec dla mojego obrazu zastępczyni z silną łapą i ostatnim słowem. — Pokiwała głową na boki z przymkniętymi ślepiami. Cała nadzieja, którą rozbudził wcześniejszy uśmiech, uleciała z Wzorek. 
— Błagam cię, Truskawkowe Pole — pisnęła żałośnie. — Nikomu nie powiem, że się na takie coś zgodziłaś. Nigdy nie zrobiłabym nic, żeby zaszkodzić twojej reputacji, przecież wiesz... J-ja, ja po prostu nie mogę iść na patrol z Niebiańską Poświatą. 
— Hm... No nie wiem, nie wiem…  Postukała się w brodę pazurem. Przez moment milczała, ale w końcu kontynuowała:  Ja tu dopiero buduję swój wizerunek, a większość wiem, że widzi we mnie jedynie przybłęde z ładnym pyszczkiem... Słyszałam nawet, że krążą jakieś ploteczki, że omamiłam Lśniącą Gwiazdę swoim serduszkiem na nosku. Oj, Wzorku, Wzorku, ale problemik mi zrobiłaś… — Zamyśliła się dramatycznie. Wyglądała, jakby oczy miała całkowicie zamknięte, ale tak naprawdę spoglądała na wojowniczkę spod ciemniejszych rzęs dość dyskretnie. — No, ale jesteś w końcu moją drogą przyjaciółką, a przyjaźń będzie zawsze ważniejsza niż jakaś tam ranga, prawda? — Otworzyła w pełni ślepia i zwróciła pysk ku niebieskookiej. Spoglądała wyczekująco.
— T-tak, chyba tak — mruknęła nieśmiało. 
— To dobrze, że się rozumiemy. To znaczy, że ja też zawsze będę mogła na ciebie liczyć; tak jak ty możesz liczyć na mnie, okej? — Młodsza skinęła łebkiem, coraz bardziej zmieszana. — No ale to nie zmienia faktu, że tylko nakładasz mi zmartwień i zadań, moja kochana Wzorek… Tym razem pozwolę ci pójść z patrolem granicznym prowadzonym przez Różeńcowe Serce, ale będziesz musiała znaleźć sobie w swoim własnym zakresie prędziutko zastępstwo. 
— Oh! Dobrze, jasne, dziękuję! — Ucieszyła się młodsza, ale już po chwili na jej pyszczku znów zawitał nieco bardziej pochmurny wyraz. — A-a kto to by mógł być? Dopiero wróciłam z treningu. Nie zdążyłam się jeszcze rozejrzeć… 
— Sprawdź, czy Pchełkowy Skok przestała już charczeć w legowisku medyczek. Ona może cię zastąpić — zaproponowała prosto z mostu. Była prawie pewna, że widziała niebieską szylkretkę już wczoraj z powrotem w okolicach legowiska wojowników. Wzorzysta Dal skinęła łbem i już miała odchodzić, kiedy zastępczyni zatrzymała ją jeszcze na moment: — A i tak na przyszłość, moja droga… Jeśli masz jakieś… problemy z innymi kotami, to ja bardzo chętnie cię wysłucham. Pamiętaj, dobrze? — zaproponowała z uśmiechem. Może nie interesowała się zbytnio faktycznym stanem psychicznym koleżanki, ale na wielki Klan Gwiazdy... Jakże uwielbiała plotki i ploteczki.

<Wzorkaaa?>

Wyleczeni: Pchełkowy Skok

Od Tawułowej Bryzy Do Lśniącej Gwiazdy

Zdaniem Tawułowej Bryzy jego przybrane wyjostwo nie miało gustu, jeśli chodziło o wybór partnerów. Najpierw Źródlana Łuna, wiążąca się z synem Jaskółki, z którym doczekała się dwójki kociąt, a teraz Lśniąca Gwiazda. Czyli miał rację, co do Truskawkowego Pola. Kocica jak nic omamiła ich lidera, a Klan Gwiazdy pozwalał na to, biernie przyglądając się śmiertelnikom z niebios i nie racząc zainterweniować, gdy w klanie mogło dojść do przejawów korupcji.
Nieco mocniej niż zamierzał pociągnął językiem futro swojej siostry, podczas dzielenia języków. Promyk cicho pisnęła, na co Tawuła, wzdychając, odsunął się od szylkretki.
– Widzę, że coś cię trapi… Nie duś tego w sobie, Tawuło – miauknęła, zachęcając do wyznania.
Wahał się czy nie wyznać siostrze powodu swych zmartwień, jak i nie spróbować jej przekonać do przywrócenia Rady Pięciu Wąsów. Zdaniem Tawuły najlepiej byłoby, aby nawet liderzy, zastępcy czy nawet medycy nie byli ze sobą spokrewnieni, a tym bardziej partnerami, a nie tylko radni. Cóż, byłoby to ciężkie, patrząc, że chociażby taki Tawułowa Bryza był chyba z niemalże z każdym kotem spokrewniony w klanie, nawet jeśli nie przez krew. W końcu partner stryjecznej ciotki wujka dziadka to, jakby nie patrzeć, również rodzina. Nie tak bliska jak rodzeństwo czy rodzice, lecz nadal rodzina.
– Masz rację. Nie będę tego dusić.
Podniósł się z kamiennego podłoża, decydując się rozprostować swoje patykowate kończyny. Przeniósł spojrzenie po otaczających go klifiakach. Niektórzy tak jak i on wcześniej dzielił języki, inni spożywali posiłki, a jeszcze inni plotkowali. Większość wydawała się być szczęśliwa lub też całkiem sprawnie udawała radość.
– Prawdopodobnie naraże się Lśniącej Gwieździe – podjął, zerkając przez ramię na brązową szylkretke. Uśmiechnął się gorzko, zastanawiając się, czy nie powinien jednak zrezygnować z konfrontacji z kocurem. – Jeśli tak się stanie, pamiętaj, że zależało mi na dobru klanu.
Powoli ruszył w kierunku legowiska lidera, ignorując nawoływanie siostry, która być może próbowała odciągnąć od popełnienia głupstwa białego kota. Albo uznała, że Tawule po raz pierwszy w życiu zebrało się na żarty.
Wstrzymał oddech, stojąc w wejściu. Wahał się, denerwował się konsekwencjami rozmowy, jednak ostatecznie zrobił krok naprzód. Potem kolejny. Aż w końcu stał naprzeciw rudego przywódcy, który wydawał się spodziewać prędzej czy później wizyty Tawułowej Bryzy. Zielonooki bez zbędnych uprzejmości, jak i gratulacji w związku z powiększeniem się rodziny kocura, przeszedł do konkretów. Cóż miał do stracenia? W sumie to wszystko, ale ktoś musiał być tą małą iskrą. Zważywszy na to, że większość klifiaków podzielała jego nastroje wobec wyboru zastępcy. Tym bardziej, że zamiast pełnić swoją funkcję, z powodu kociąt będzie przez nie rozpraszana przez dobre 8 księżyców, przynajmniej w teorii.
– Dlaczego wybrałeś Truskawkowe Pole na swoją zastępczynię? – spytał, stojąc naprzeciw Lśniącej Gwiazdy z wysoko uniesioną głową, spoglądając na kocura nieco wyzywająco. Chwilę przed tym nim wszedł do legowiska lidera o mało co serce nie wyskoczyło mu z piersi, jak i nie zwrócił śniadania, teraz jednak pewnie stał na łapach bez oznak stresu. Jedyne, co teraz czuł, to pustka, dzięki której być może był tak właściwie w stanie mówić. Kocurowi musiało się obić o uszy to, że większość klifiaków nie była zadowolona z jego wyboru szylkretowej kocicy na zastępczynię. – Pchełkowy Skok byłaby lepszym wyborem na twoją prawą łapę. Ja to wiem, a tym bardziej ty powinieneś. I sądzę, że większość klifiaków również podzieliłaby moje zdanie. – Miał nadzieję, że część ich rozmowy być może dotrze do kotów, które faktycznie podzielały jego zdanie.
Miał nadzieję, że kocur nie zacznie wychwalać swej partnerki i jej umiejętności, powołując się na to, że ją przecież również szkolił, po tym, jak została członkinią Klanu Klifu i inne tego typu zbędne rzeczy. A tym bardziej, że nie uzna, że Tawuła miałby w tym jakiś interes, chcąc mieć wysoko u władzy członka swojej rodziny. Członka, z którym dzieli go krew.
Jego prawą łapą powinien być ktoś, kto od początku wychowywał się w ich społeczności i jest jej wierny, jak żaden inny kot. A takich jednostek Tawuła mógł naliczyć na paluszkach swej jednej łapy. Nawet Bukowa Korona nadawałby się na lepszego kandydata, mimo że podobnie jak Truskawka nie narodził się w Klanie Klifu. Przynajmniej kocur również jak Pchełka nie raz pokazał swoje oddanie wobec klanu. Był jeszcze jeden kot, jednak musiałby się jeszcze wykazać, aby według Tawuły był godnym kandydatem do pełnienia tak ważnej funkcji.
Jedyną sensowną odpowiedzią na to, dlaczego Lśniąca Gwiazda nie wybrał Pchełkowego Skoku na swoją zastępczynię, było to, że kocur musiał jej się najzwyczajniej bać. Bał się, że kotka mogłaby zagrozić jego rządom. Ślepiec nawet byłby w stanie pojąć, jak kotka, będąca owocem sojuszniczego miotu, rozwinęła się na przestrzeni księżyców. Była wzorem do naśladowania. Wojownikiem, którym każdy mały kociak powinien chcieć stać się w przyszłości. Wojownikiem, którym Tawułowa Bryza miał nadzieję kiedyś zostać czy też chociaż się odrobinę zbliżyć.
Pchełkowy Skok była lepsza zarówno od Truskawkowego Pola, jak i Lśniącej Gwiazdy razem wziętych.
Zmrużył oczy. Jeśli faktycznie jedynym powodem, dla którego odsunął kocice od funkcji, którą ta powinna piastować, był strach, to znaczyło, że nie należy mu ufać i podążać za nim.


<Lśniący? To nie faza emo, Tawułe opętał jakiś demon>

Od Księżycowej Łapy do Cętkowanej Łapy

Zgromadzenie

Księżycowa Łapa siedział na uboczu, rozglądając się w poszukiwaniu Zalotnej Gwiazdy. Mieli dziś wyruszyć na zgromadzenie, a zdążył już nawet w tym czasie porządnie wymyć swoje futerko. Widząc swoją mamę, podbiegł do niej.
— Jaskółcze Ziele! Jak się czujesz? Nie będzie cię na zgromadzeniu, prawda mamo? — miauknął, a jego matka nie wyglądała na szczególnie zadowoloną jego obecnością.
— Nie — odparła krótko, brzmiąc nieco oschle.
Zapewne nie chciała być taka dla swojego jedynego syna, ale musiał wyrosnąć na silnego wojownika…nie na maminsynka. Księżycowa Łapa stał jeszcze przez chwilę zbity z tropu, ale ostatecznie usunął się w cień, krzywiąc pyszczek. Ostatnio nasilało się w nim pewne uczucie bezradności. Nieważne jak bardzo miłym starał się być, Klan Wilka nadal zdawał się go nienawidzić. Gdy stał się uczniem, do tego grona zaczęła nawet należeć jego matka.
”Czy powinienem był sobie zasłużyć w jakiś sposób na jej miłość? A może ma mnie już dość, bo za bardzo naciskałem?” myślał kocur, ponownie patrząc po zbierających się już klanowiczach. Sam również wrócił na swoje miejsce, doglądając przywódczyni, która wkrótce wyłoniła się ze swojego legowiska. Nieco przerażała go jej aparycja, ale było w niej również coś znajomego. Wyszedł z obozu wraz z grupą, lecz trzymał się raczej na uboczu, nie zwracając zbytnio uwagi na swoich towarzyszy. Gdy dotarli w końcu na Bursztynową Wyspę, od razu zaczął szukać kogoś do rozmowy. Pełen podekscytowania wędrował pomiędzy zgromadzonymi, szukając interesujących osobników. Widząc rudego kocura, uniósł lekko brwi i podszedł, radośnie machając ogonem. Niemal od razu rozpoznał w nim swojego towarzysza z legowiska.
— Tęgosz! Więc zabrali cię na zgromadzenie. Cześć — przywitał się, zastanawiając się, czy była to ich pierwsza rozmowa. — Mogę Ci tak mówić, prawda? Hmm... Księżycek! Księżycowa Łapa! — przypomniał.
Rozpoznawał kocura przede wszystkim dlatego, że jego legowisko nie było wcale tak daleko od należącego do cętkowanego. Zdawało mu się nawet, że kojarzył jego ojca, choć wcale nie wyglądali na jakoś szczególnie spokrewnionych.
— Nie mam problemu do tego, Księżycowa Łapo. Jakoś dużo tu tych lisich łajn co mają ego wyżej niż zad. Dobrze, że u nas takie coś się nie rozprzestrzeniło — spojrzał na koty wokół spojrzeniem bez emocji, a następnie zlustrował wzrokiem samego Księżycka. Białemu od razu przestało się podobać towarzystwo rudzielca. Zmarszczył brwi w niezadowoleniu.
— Jak ty się wyrażasz na temat innych. Strasznie niemiło! — miauknął. — I po co te wulgaryzmy? — zapytał, liżąc się po łapce. — Możesz nie lubić innych, ale trochę szacunku... Lisie łajna? — skrzywił pyszczek. — Sam się zachowujesz w...ten sposób — mruknął nieco ciszej, wyraźnie rozeźlony.
— I co z tego? Co mnie oni obchodzą? Chyba twój klan powinien bardziej cię interesować niż obce koty z innego klanu — mruknął, brzmiąc na dosyć naburmuszonego.
— Powinni mnie obchodzić wszyscy. Jeśli masz do tego jakiś problem, to tego nie komentuj! — oburzył się.
— A ty myślisz, że mamy wszyscy się kochać? Jedyny klan, który możemy szanować na ten moment to Klan Nocy, mamy z nimi sojusz, więc to jest uzasadnione. Reszta jest dla nas neutralna. Księżycku uwierz mi, że po zgromadzeniu nikt nie będzie pozytywnie o nas myślał. To nie jest rzeczywistość, gdzie wszyscy się kochamy i trzymamy się za łapki jak w żłobku! To twarde pilnowanie swoich spraw i żeby klany nie były słabe. Zwłaszcza naszego — spojrzał na niego jakby niechętnie. — Jako kot, który wyznaje naszych walecznych przodków powinieneś to wiedzieć, nie sądzisz? — zapytał, unosząc jedną brew.
— Żaden z klanów nie jest słaby! — miauknął, chociaż w tej chwili nie wyglądał na szczególnie przekonanego.
Od dziecka wpajano mu dziwne wartości, a on miał je w czterech literach. Czemu miałoby go to teraz obchodzić? Może dlatego, że teraz mówił mu to rówieśnik, a nie babcia Borsucza Puszcza, której teraz nawet przy nim nie było? A może z jeszcze innego powodu? Pozostawało mu tylko nad tym rozmyślać.
— Powinni cię obchodzić? Czy zatem możesz się nazywać lojalnym wobec naszego klanu, skoro cię obchodzą wszyscy? Kiedyś będziesz musiał wybrać między swoim klanem a tymi "wszystkimi". Nie mówiąc, że nie ma wiecznie pokoju, kiedyś możemy wpaść w konflikt z nieprzyjaciółmi i wtedy będziesz musiał pomyśleć drugi raz, nad tym, co powiedziałeś i przemyśleć czy na pewno będzie warto przejmować się tymi kotami, co nie trzeba. Kot, który chce stawać za każdym, prędzej czy później traci równowagę i upada z niczym, bo najbardziej stabilnie stoi się na czterech łapach, a nie po jednej łapie na każdej z klanów, nie mówiąc już o owocowym lesie i samotnikach, którzy ciebie też jakoś obchodzą! — spojrzał na niego z pogardą, najwyraźniej zastanawiając się, czy takie słowa mogły w ogóle paść od kota starszego od niego, który powinien być bardziej doświadczony.
— Jestem lojalny, ale jaki sens ma obrażanie innych bez powodu? — zapytał, a przed oczami mignął mu obraz dwójki kłócących się uczniów. Gdzieś bokiem przeszedł mi przed oczami obraz jakiegoś klifiaka i…wilczaczki. Dosyć szybko rozpoznał w niej nikogo innego jak problematyczną Białą Łapę. To zdecydowanie nie był pierwszy raz, gdy kotka sprawiała problemy, jednak nie spodziewała się, że dojdzie do bitwy między nią a innym kotem podczas zgromadzenia. Zmrużył lekko oczy zirytowany.
— Niektórzy na to akurat może zasługują... — mruknął cichutko. — Ale chodzi o to, że nie można wszystkimi gardzić, jeśli nic ci nie zrobili. Możesz nazywać ich, jak chcesz, ale dopiero, gdy będziesz wiedzieć, że zabrali ci zwierzynę, czy kogoś zaatakowali. No i oczywiście było to po twoich narodzinach — prychnął. — Nie nazywaj mnie nielojalnym. Po prostu powinno się mieć szacunek do innych. I to wszystko — dodał.
Cętkowana Łapa wyglądał na nieco zmęczonego tą rozmową, co Księżycek niemal zrozumiał jako walkower. Jak się jednak można było spodziewać, Tęgosz nie zamierzał w żadnym przypadku się poddać.
— Mam solidne powody, a najlepsze powinieneś sam wiedzieć, czemu tak ich traktuję, a nie inaczej. To matka Ci nie mówiła lub ktoś inny? — burknął niezadowolony, spoglądając na Białą Łapę.
Starszy prychnął cicho niezadowolony. Coraz bardziej nie podobała mu się ta rozmowa i coraz bardziej zdawała się mieć ona rzuty na jego światopogląd.
— Mówiła. Borsucza Puszcza również. Chociaż wtedy nie słuchałem — odparł zgodnie z prawdą, krzywiąc pyszczek.
— Mój drogi Księżycku, ty chyba czegoś nie rozumiesz. Szacunek, który musisz okazywać, należy się jedynie wyższym rangom w twoim klanie, jak i mieszkańcom i też Tobie za to, że w nim żyjesz, nie jakimś losowym kotom, które zapewne mają cię gdzieś, bo jesteś z innego klanu. Takie podejście do innych jest zgubne, ktoś mógłby cię wykorzystać do niewłaściwych celów za twoją naiwność, będącą większą niż tłum zebrany na tym zgromadzeniu, a chyba byś tego nie chciał co nie? — spojrzał na niego, muskając go ogonem po policzku.
— Nie chciałbym — odparł po chwili, najwyraźniej lekko ulegając słowom kocura.
Czując ogon na swoim policzku, otworzył odrobinę szerzej oczy i odsunął głowę.
Zaczął się zastanawiać, dlaczego w ogóle nadal tutaj jest i dlaczego kontynuuje tę rozmowę z półgłówkiem. Wysłuchał go jednak, zastanawiając się nad jego słowami.
— Nie jestem naiwny... — miauknął, choć nie brzmiał na szczególnie przekonanego.
Wmawiał sobie dalej, że nie jest, choć wierzył w to, że potwory zjedzą mu ogon, jak będzie spał, oczywiście, że nie był naiwny. Wcale. Ani odrobinkę.
— Oczywiście nie mówię tego jako obrazę, żebyś nie brał tego dosłownie. Jesteśmy towarzyszami z jednego klanu i nie chcę, by kiedyś stało się tobie coś poważnego przez poglądy, które cię tylko krzywdzą, czynią cię słabszym. Mówię to jako dobry kolega, który chce, żebyś był kimś silnym i docenionym w klanie, bo na razie niestety mówią o tobie w naszym klanie źle. Wierz mi, nie chcę więcej słyszeć o tym, jak nieprzyjemnie gdzieś szepczą w kącie na twój temat — miauknął, lecz niebieskooki nie był w stanie stwierdzić, czy kocur po prostu się z niego naśmiewał, czy może faktycznie był szczery.
— Chyba nie powinno cię obchodzić to, co o mnie mówią. To raczej moja sprawa. Może wolałbym być silnym wojownikiem, ale mogę najwyżej...znosić tę obrazę — dodał dosyć cicho, zastanawiając się nad własnym pochodzeniem.
Może nie braliby go tak pod uwagę, gdyby nie był synem Jaskółczego Ziela? I o co wszystkim chodzi z tym że był słaby? Co to w ogóle za banialuki? Może nie był najlepszym ogniwem Klanu Wilka, ale co to ich obchodziło?
— Możesz ją znosić, to nie trudne, ale co z nią zrobisz? Niestety nad twoją rodziną wisi złe widmo, nie mówiąc o tym, że partner i syn twojej cioci, Iskrzącej Nadziei to uciekinierzy, znienawidzeni przez cały nasz klan zdrajcy. Zdradzę ci coś. Moja babcia nienawidzi zdrajców lub kotów z nimi związanych — uśmiechnął się w grymasie. Widząc, jak Księżycowa Łapa odchodził, przybliżał się bardziej. Białas chciał się odsunąć, jednak ostatecznie również się poddał, widząc, że kocur nie chciał dać mu spokoju. Wysłuchał więc jego słów, usiłując uciszyć kołatanie nieco wystraszonego serca.
— Co ma moja rodzina do tego, jaki jeste... — zaczął, ale nagle ucichł.
Nie. Nie był lepszy od nich. Być może był nawet gorszy. Położył uszy lekko po sobie.
— Nie jestem zdrajcą. Nienawidzę ich. A moje powiązania z nimi nic nie znaczą — odparł cicho, niezbyt pewnie. — Ciocia Iskierka również nic nie zawiniła — miauknął.
— Jako jednak, że jestem twoim dobrym współklanowiczem, to powiem ci jak się tego wyzbyć. Wystarczy, że musisz ciężko pracować dla klanu i naszych mrocznych przodków, a wtedy Zalotna Gwiazda a z nią cały klan będzie uważał cię za przyszłego dobrego wojownika tego klanu — stwierdził.
— Czyli... Mam się starać. Bardziej się starać? — zapytał niepewnie, odwracając swój wzrok.
— Co ty na to, żeby w przyszłości spotkać się na jakimś grupowym treningu? Ja, ty i Seradelkowa Łapa z naszymi mentorami. Myślę, że Zalotna Gwiazda nam na to pozwoli! Powinniśmy w grupie stawać się silniejsi, zwłaszcza ty u mojego boku. Nie zamierzam sobie wyobrażać, że mój kolega miałby być samotny z powodu wrednych kotów — rzucił, brzmiąc, jakby szukał słabego punktu białego.
Słysząc sugestię kocura, długowłosy lekko uniósł ogonek, a oczy wydawały się błysnąć radośnie. Nie podobały mu się słowa, które wcześniej wypowiadał, jednak mógł mieć towarzystwo. I to właśnie to liczyło się dla niego teraz najbardziej.
— Ja... Ja bardzo chętnie! — odparł, uśmiechając się, ale zaraz jakby spoważniał.
Najwyraźniej chciał zostać dobrym materiałem na tego "kolegę". Dlatego też przez moment schował pod ziemią całą swoją nieokiełznaną radość.
— W końcu miło słyszeć, że w czymś się zgadzamy! — ciepłe słowa wydobyły się z jego pyska, będąc kojące dla ucha. Był pewny, że indoktrynacja Księżycowej Łapy będzie prosta jak złapanie ptaka ze złamanymi skrzydłami. Biały nie zamierzał jednak dać się aż tak łatwo. W końcu zawsze był dobry w przytakiwanie i zapominaniu o czymś, co ktoś mówił dwa bicia serca temu.
— Wiedziałem, że można na ciebie liczyć. Oby nienawiść do tych, którzy skrzywdzili twoją rodzinę, została jak najdłużej, żebyś mógł pokazać innym, że się mylą i może mnie, Księżycku? — mruknął, lecz brzmiało to bardziej na pytanie retoryczne niż takie, na które było warto faktycznie odpowiadać.
Księżycek sapnął cicho niezadowolony, przewracając wielkimi oczami. Machnął głową, niby całkowicie przypadkiem trafiając rudzielca w pyszczek jednym z pędzelków, ten jednak tylko się uśmiechnął. Tajna broń jak zwykle (nie) działała.
— Wydaje mi się, że trochę za dużo sobie pozwalasz. Mogę być "lepszy", ale nie do końca obchodzi mnie opinia innych. Raczej... Brakuje mi innych. Błędne koło — miauknął.
Pomyślał chwilę nad słowami kocura, ostatecznie zastanawiając się nad tym, czy powinien puścić to wszystko mimo uszu. Najwyraźniej tak, jednak czy to zrobi? Może nie.
— To nie błędne koło, jeśli ci brakuje innych, to stając się kimś silniejszym i bardziej pracowitych uzyskasz więcej kotów jako towarzyszy. Tak to działa w naszym klanie, wolimy towarzystwo tych, którzy pracują ciężkim kosztem na nasz klan, takie jednostki przyciągają nas. Nie ci, co są słabi i którzy nas hańbią, takim przykładem jest Biała Łapa, która nie umie się zachować aktualnie na zgromadzeniu. — odparł.
Wysłuchał każde ze słów kocura, rozmyślając nad nimi. Czy mógł już uznać go za swojego kumpla? To raczej to chodziło mu w tej chwili po głowie. Nie, żeby narzekał i tak już zdążył zapomnieć morału połowy ich wcześniejszej konwersacji, do czego wolał się nie przyznawać.
— Biała Łapa nie wygląda mi na słabą! — napomknął, liżąc się po piersi. — Ale za to na...niezbyt inteligentną — szepnął. — Chyba wychodzi na jedno i to samo — podsumował, przyglądając się własnym łapom.
Nagle poczuł się nieco zdenerwowany. To, co mówił, nie przypominało czegoś, co powiedziałby Księżycowa Łapa.
— Miałem bardziej na myśli, że nas hańbi, bo dosłownie zaatakowała jakiegoś ucznia, a przez to pokazała nas jako dzikusów. To, co jednak mówisz o niej, też jest trafne. — odparł, wygląda na całkiem ucieszonego takim rozumowaniem starszego od siebie ucznia.
— Czy Seradelkowa Łapa nie będzie miała nic przeciwko mojemu towarzystwu? Wydajecie się bliscy sobie — zapytał.
Czasem w końcu przyjaciele potrafią być o siebie zazdrośni.
— Seradelkowa Łapa chętnie przyjmie twoje towarzystwo. Co do naszej bliskości to gadamy ze sobą, bo zwykle mamy razem treningi za sprawą mojej babci, także rozmawiamy w tematach związanych z naszym szkoleniem i tym, co będziemy robić w następnych treningach. To nić personalnego, bardziej coś służbowego. — Mówił tu szczerze, na razie oprócz wspólnego celu stawania się silnym nie mieli jakoś bliskiej relacji, była ona na razie taka neutralna, ale nie zła. Bardziej z goryczką zazdrości i jego pamiętliwości jak kotka go pokonała w pierwszej walce.
— Rozumiem. Wyglądacie raczej na przyjaciół, ale co ja tam wiem — uśmiechnął się, starając się kryć podekscytowanie.
Mimo wszystko lubił poznawać nowe towarzystwo.
— Jak chcesz, mogę cię z nią zapoznać, może jest wredna z charakteru czasem ale to jej charakter. Tak rozmawiając o naszych wielkich przodkach i o byciu ambitnym wojownikiem to może się tobą zainteresuje. Kiwnął głową lekko, odrobinę odbierając jego słowa jako komplement, do czego wolał się nie przyznawać, jednak lekko zaczerwienione poliki mówiły same za siebie. Jak zwykle był zbyt łatwy do odczytania. Słysząc propozycję kocura, pokiwał głową ochoczo rozweselony.
— Chętnie ją poznam! Lubię poznawać nowe koty! — miauknął. — I ciebie bliżej także. Najchętniej poznałabym każdego ucznia i wojownika w swoim wieku w Klanie Wilka... Tylko że za mną nie przepadają — mruknął.
— Nie martw się, dla mnie jesteś kimś równym, z kim mogę rozmawiać — miauknął, nadal próbując przekonać towarzysza do swoich poglądów.
Niebieskooki cieszył się na słowa kocura, zupełnie nie wyczuwając w nich żadnego podstępu.
— Jeśli chodzi o sytuację w Klanie Wilka, mamy się całkiem dobrze. Nie brakuje nam ani zwierzyny, ani ziół — zaczęła Zalotna Gwiazda, wypinając dumnie pierś. — Nie straciliśmy żadnego wojownika, a wręcz przeciwnie, jednego zyskaliśmy. Nazywa się Zwęglona Kukułka i jest dziś z nami na zgromadzeniu. W szeregi uczniów wstąpiło też kilka kotów: Miodowa Łapa, Cętkowana Łapa, Seradelowa Łapa i Biała Łapa… choć ta ostatnia raczej nie zagrzeje zbyt długo swojego nowego miejsca — prychnęła, rzucając biało-liliowej uczennicy gniewne spojrzenie. Księżycek uniósł lekko brwi zaintrygowany.
— Widzisz, nawet Zalotna Gwiazda nie postrzega tego liliowo białego bachora pozytywnie — skomentował zielonooki.
Długowłosy podniósł uszy, wysłuchując słów Zalotnej Gwiazdy. Brzmiała na niezbyt szczęśliwą. Na taką też nigdy nie wyglądała. Wydawała się prawie tak przerażająca, jak babcia Borsucza Puszcza, jednak dawało mu to swego rodzaju komfort, nawet mógłby powiedzieć, że brakowało mu tego towarzystwa. Z rozmyślań wyrwały go słowa rudego.
— Zdziwiłbym się, gdyby postrzegała go pozytywnie — parsknął z uśmiechem na pysku.
Reszta zgromadzenia była raczej cicha. Koty zdawały się powoli zmęczone zgromadzeniem, a gdy każdy z liderów ogłosił już swoje przemówienie, zaczęła panować wszechstronna nuda. Nic tylko zabierać całą bandę z powrotem do obozu. Przeszli jeszcze przez fragment Klanu Klifu i prędko wrócili do domu, aby wykorzystać pozostałe im jeszcze kilka godzin błogiego snu. Księżycowa Łapa długo jeszcze nie mógł zmrużyć swoich wielkich oczu. Rozmyślał nad rozmową, którą przebył z młodszym uczniem, zastanawiając się przede wszystkim, czy powinien w ogóle pozwolić na to, aby jego słowa miały na niego jakikolwiek wpływ. Z tą jednak myślą udało mu się zasnąć, chwilę przed tym, jak na niebie zawitał świt.

***

Księżycową Łapę obudziły lekkie szturchnięcia w bok. Odwrócił się, spoglądając na swojego kata zirytowany. Zmrużył oczy, rozpoznając w swoim towarzyszu Cętkowaną Łapę. Mruknął cicho niezadowolony, przewracając oczami i odwrócił się z powrotem na drugi bok. Prychnął jeszcze cicho pod nosem i zwinął się w kłębek, oczywiście chowając puchaty ogonek pod sobą.
— Wstawaj Księżyc. Pora na ciebie. Kocimiętkowy Wir cię szuka — miauknął kocur, ponownie szturchając kolegę z legowiska.
— Spadaj na drzewo zbierać kasztany — burknął, zakrywając pyszczek jednym z pędzelków.
— Chodź, zanim Zalotna Gwiazda porządnie się zdenerwuje — prychnął cętkowany, ciągnąc kocura za drugi pędzelek.
Budzenie białego w końcu się udało, z marnym jednak skutkiem. Cętkowanemu znowu oberwało się pędzelkiem.
— Mówił ci ktoś kiedyś, że jesteś irytujący jak pchła na ogonie? — zapytał, mrużąc niebieskie oczka.
— Jestem prawie pewny, że jesteś pierwszy — uśmiechnął się kąśliwie.
Wyszli razem z legowiska uczniów, szukając swoich mentorów, a także Seradelkowej Łapy oraz jej mentorki Zalotnej Gwiazdy.
— Gdy mówiłeś o przyszłości, nie myślałem raczej o… Tak bliskiej przyszłości — prychnął biały kocur, stając obok rudej Kocimiętki.
Rzucił okiem na resztę towarzystwa, zatrzymując swój wzrok na Zalotnej Gwieździe i Cętkowanej Łapie.
“Czy oni w ogóle są spokrewnieni?” pomyślał, ale zaraz pomachał głową, nieomal przez przypadek trafiając swoją mentorkę pędzelkiem prosto w pyszczek.

<Cętkowana Łapo?>

[2741 słów]

Od Księżycowej Łapy CD. Kocimiętkowego Wiru

Kiedyś 

Futrzasty kocur leżał na swoim legowisku, czekając na wołający go głos mentorki. Mijały odbicia serca, większość uczniów zdążyła już dawno wyjść, a on został sam. Oczywiście nie licząc jego garbatego towarzysza.
— Księżycowa Łapo, idziemy na trening! — zawołała, zwracając uwagę białofutrego.
Niebieskooki uczeń podszedł do rudej kotki, zatrzymując się zaraz obok. Był ciekaw, co przygotowała na dziś jego mentorka. Widział, jak zajrzała do legowiska i najwyraźniej musiało ją zaboleć istnienie Garbatej Łapy, bo postanowiła wziąć go na trening.
Zielonooka nachyliła się do Księżycowej Łapy i szepnęła:
— Może weźmiemy go ze sobą? No popatrz tylko, jaki jest przygnębiony… Cykoriowy Cykor pewnie ani razu nie zabrała go poza obóz!
Księżycek przez moment chciał się odezwać, ale sądząc po minie mentorki, raczej nie powinien, więc szybko ucichł. Pręgowana, nie czekając na jego reakcję, podeszła do czekoladowego ucznia.
— Hej, Garbata Łapo! Może pójdziesz z nami na trening? — zapytała, uśmiechając się do kocura. — Mój uczeń musi z kimś poćwiczyć walkę, więc może się przydasz.
Początkowo młodszy wyglądał na bardzo spiętego, jeszcze mocniej skulił się w kłębek, ale po chwili uniósł uszy, a w jego oczach pojawiła się jakaś iskra.
— Ja? Z wami? Na trening? — zapytał, jakby nie dowierzał własnym zmysłom.
— No pewnie! — odparła Kocimiętkowy Wir.
W końcu cała trójka wyruszyła poza azyl.

***

Ekipa wyruszyła do Potwornej Przełęczy, aby potrenować w bardziej otwartym terenie. W końcu nie będą tego robić w obozie.
— Uwielbiam tu polować na króliki razem z Ognikową Słotą! Kiedyś ci pokażę, jak to się robi, Księżycowa Łapo. Tobie może też, Garbata Łapo… ale to zależy od tego, jak będziesz się zachowywał na tym treningu! Muszę widzieć, że się starasz, a nie że jesteś niepotrzebnym balastem dla klanu! — fuknęła, na co czekoladowy skinął głową. — Dobrze, to może zaczniemy od sparingu? Księżycku, wykaż się swoimi dotychczas nabytymi umiejętnościami! — poleciła, spoglądając raz po raz na dwójkę uczniów.
Po chwili odsunęła się od nich i kontynuowała:
— Ustawcie się naprzeciwko siebie! Jak dam znak, rzucicie się na siebie i spróbujecie zawalczyć. Tylko bez pazurów! Wygrywa ten, któremu pierwszemu uda się przygwoździć przeciwnika do ziemi na dłużej niż pięć uderzeń serca!
Księżycek nie czekał zbyt długo na więcej rozkazów. Wiedział, że musi pokazać, iż jest wystarczająco silny, aby stać się dobrym wojownikiem, a może raczej dobrym mięsem ofiarnym. Spojrzał na czekota z przymrużeniem oczu.
“To brzmi jak oszustwo. Jestem słaby w polowaniu, ale bez problemu dam sobie z nim radę!” pomyślał, ucieszony, jednak przez zamyślenie sam jako pierwszy oberwał.
Oburzony takim obrotem spraw, długo nie myśląc, rzucił się na garbatego, dosyć szybko sprawiając, że znalazł się przygnieciony na ziemi. Z cudem uczeń zdołał się jednak wydostać z tej sytuacji i spróbował zaatakować, jednak Księżycek łatwo uniknął jego łap. Biały prychnął cicho, machając ogonem. Wiedział, że Garbata Łapa nie miał z nim szans. Gdy nadszedł tylko czas na jego atak, od razu przybił go do ziemi i bez większego problemu zdołał go pokonać. Spojrzał na panią Wirek z ekscytacją i triumfem w oczach.
“Widzisz? Jednak nie jestem taki beznadziejny! Dam radę. Obiecuję!” pomyślał tylko, nie chcąc raczej wypowiadać tych słów.
— Dobrze… Garbata Łapo musisz jeszcze poćwiczyć, ale cieszę się, że chociaż próbujesz! — miauknęła ruda, a Księżycowa Łapa uśmiechnął się radośnie. — To, co jeszcze raz? — zapytała, a biały pokiwał ochoczo głową na tak.
Walczyli tak jeszcze przez pewien czas, a Księżycek miał z tego wyraźną satysfakcję. Współczuł młodszemu, jednak był to pierwszy raz, gdy faktycznie był w czymś lepszy. Do tego mógł ćwiczyć i nikt nie powalał go po pierwszych odbiciach serca. Kocimiętka też wyglądała na dość usatysfakcjonowaną. Najwyraźniej nie sądziła, że jej uczniowi uda się coś poza polowaniem i tropieniem.
— Myślę, że na razie to wszystko — miauknęła. — Dam wam odpocząć i zaraz spróbujemy jeszcze zapolować.

<Pani Wirek?>

[604 słowa + udział w pojedynkach uczniów]