BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 8 lutego, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

03 lutego 2026

Nowy członek Klanu Gwiazdy!

Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: Upadek z klifu podczas walki z mewą

Odszedł do Klanu Gwiazdy!


Od Bukowej Korony do Pchełkowego Skoku

Nie podobały mu się plotki, jakie krążyły ostatnimi czasy po obozie. Koty szeptały, że był w związku, że kochał Foczą Falę. Lecz to nie to było w tym wszystkim najgorsze, lecz fakt, że te plotki były… prawdą. Ta myśl uwierała go najbardziej. Naprawdę mógł nazywać niebieską kotkę partnerką, choć publicznie nigdy tego nie robił. Ten tytuł wydawał się zbyt ważny, a może raczej po prostu zbyt zobowiązujący.
Czy naprawdę tak łatwo dał się omamić jakiejś klanowej dzikusce? Powinien mieć wobec siebie nieco wyższe wymagania, a jednak… zauważył, że w obecności tej Klifiaczki uśmiechał się dziwnie często, częściej, niż by chciał, mimo że przed sobą przysięgał, iż zawsze będzie zachowywał powagę. To irytowało go niemal tak samo, jak go niepokoiło. Focza Fala zdawała się go stopniowo zmieniać, jednak wciąż nie na tyle, by stał się zwykłym, pociesznym kotem. Tej granicy trzymał się niemal kurczowo, obawiając się, że stanie się pogodnym wojownikiem bardziej, niż śmierci.
Wciąż miał w głowie dosyć wymyślne przekonania i wciąż myślał o partnerstwie jak o obciążeniu, aniżeli o czymś pięknym, długotrwałym. Właściwie zastanawiał się, czemu jeszcze z nią nie zerwał, skoro tak łatwo przychodziło mu narzekanie na ten związek. W każdej chwili mógł przestać z nią rozmawiać, odciąć się od niej i pozostawić ją z własnymi myślami – ale mimo wszystko tego… nie robił.
Czy tylko i wyłącznie dlatego, że nie chciał robić sobie wrogów, czy może był w tym jakiś głębszy powód, którego nie potrafił lub nie chciał nazwać? Mimo wszystko, gdyby tak zrobił, najpewniej straciłby też w oczach Psotnego Nietoperza i Morświnowej Płetwy. A tego, mimo że niby nie zależało mu na tych kotkach, wcale nie chciał. Nie teraz. Bo jeśli naprawdę zamierzał kiedyś dojść do władzy, to potrzebował kotów, które by go wsparły. Potrzebował znajomych. Przyjaciół.
Dzisiaj został wybrany na patrol. Bukowa Korona, Pchełkowy Skok, Promieniste Słońce i Gąsienicowy Ogryzek – właśnie w takiej kombinacji wojownicy mieli udać się, by w tych ciężkich czasach Pory Nagich Drzew zapolować na zwierzynę. Srebrny miał nadzieję, że wśród tych zasp uda im się coś złapać, a konkretniej, że to akurat jemu się uda, zważając na to, że uważał się za nieomylnego i nadzwyczaj bystrego.
Nie zależało mu nawet za bardzo na tym, by wykarmić Klifiaków, lecz na tym, by pokazać się z dobrej strony. Niedawno udało mu się upolować królika – przyniósł go dumnie do obozu i mógłby przysiąc, że kilka kotów rzuciło na niego wzrokiem pełnym podziwu. W końcu kto nie doceniłby umiejętności zgrabnego, gibkiego młodzieńca?
Wszyscy wiedzieli, jak bardzo Bukowa Korona przykłada się do wykonywania swoich obowiązków jako wojownik. Czasem naprawdę ciężko było odkryć, że kocur robi to wszystko głównie dla własnych korzyści. Choć nietrudno było zauważyć, że srebrny czasem sprawiał wrażenie strasznego kleszcza na ogonie, mimo tego, że sam uważał, iż nie popełnia żadnych błędów i swoim zachowaniem nie zdradza swego prawdziwego oblicza.
Wojownik ustawił się przy wyjściu z obozu, czując, jak mroźny powiew rozwiewa jego kryzę. Chłód wdzierał się pod futro, a po jego ciele raz po raz przebiegał dreszcz. Dotarł tu jako pierwszy, już ze zniecierpliwieniem czekając na resztę patrolu, jakby oczekiwał, że każdy będzie na tyle kopnięty, by zjawić się tu przed czasem.
W końcu dotarli do niego pozostali członkowie. Bukowa Korona wyprostował się jeszcze bardziej, zadarł brodę i uniósł wyżej ogon, by z dumą i wyższością spoglądać na wojowników.
— Skoro wszyscy już są, możemy ruszać. Proponuję pójście do lasu nad klifem; tam zawsze znajdzie się jakaś zwierzyna pomiędzy tymi korzeniami — zaczął się rządzić, choć to nie jemu przypadało prowadzenie patrolu.
Promieniste Słońce wyminął go, rzucając pod nosem:
— Dobrze, możemy pójść nad klif.
Czekoladowy uśmiechnął się i zaraz żwawym krokiem zaczął podążać za srebrnym wojownikiem. Jego ruchy były sprężyste, wręcz emanujące pewnością siebie.
Było jeszcze dosyć wcześnie, a dziś na niebie było wyjątkowo mało chmur. Chłodne, jaskrawe promienie słoneczne rzucały się kotom do oczu, odbijając się od bieli śniegu i utrudniając im widoczność. Mimo wszystko miało się wrażenie, jakby już za rogiem czaiła się Pora Nowych Liści, choć do tej było jeszcze trochę daleko. Przynajmniej koty, wyruszając na polowania, miały w sercach cichą nadzieję, że podczas takiej pogody uda im się coś złapać.
Przez całą drogę nad klif wszyscy rozglądali się uważnie wokół, jednak nikt nie dostrzegł żadnego stworzenia, które mogłoby nakarmić brzuchy Klifiaków. Zdawało się, jakby nie tylko mrozy przeganiały zwierzynę, ale też… jacyś inni łowcy. Nie z Klanu Klifu; być może jakieś drapieżniki urządzały sobie polowania na ich terenach, pozostawiając po sobie tylko opustoszałe nory i zwietrzałe tropy. Ostatnio głośno w obozie było o lisach – czyżby to one utrudniały kotom już i tak ciężką Porę Nagich Drzew?
Gdy jednak morze zaczęło majaczyć im przed oczami, Bukowa Korona spostrzegł, że nad klifem ucztowały ogromne ptaki o białych piórach – mewy. Ich sylwetki odcinały się wyraźnie na tle horyzontu. Skubały coś z ziemi, a najpewniej były to szczątki niewielkich zwierzątek, a także jeszcze ich nietknięte części. Widok ten sprawił, że w wojowniku krew się zagotowała.
— Patrzcie! Jak te mewy śmią podkradać nam zwierzynę! — odezwał się, mijając Promieniste Słońce. Zmrużył oczy, a jego ogon zadrżał ze złości, jakby ledwo panował nad emocjami. — My głodujemy, a te skrzydlate bestie skutecznie pogarszają naszą sytuację! Musimy coś z nimi zrobić, albo inaczej wszyscy w Klanie Klifu pozdychamy z głodu! — kontynuował twardo, odwracając się w stronę swoich towarzyszy i rozglądając się po ich twarzach, które były dosyć… zmieszane, pełne wahania. Nie każdy uważał, że walka z tymi gigantycznymi ptakami przyniesie im pozytywne rezultaty.
— Nie sądzę, że to dobry pomysł. Mewy już nieraz nam pokazały, że potrafią się dobrze bronić — stwierdził kremowy wojownik, podchodząc do Buka ostrożnym krokiem.
Ten prychnął zirytowany pod nosem, wyraźnie tracąc cierpliwość.
— Chyba nie próbujesz mi tym przekazać, że boisz się jakiegoś morskiego ptaszka? — syknął. — To my tu jesteśmy inteligentną rasą, jesteśmy dzikimi kotami! Łowcami! — zaczął wygłaszać, próbując zmobilizować grupę do walki, a w jego głosie pobrzmiewała pogarda. — Naprawdę chcecie, by jakieś byle mewy kradły nam zwierzynę? W takim razie marni z was wojownicy — dodał. Jego przemowa nie zdawała się jednak skradać serc pozostałych.
Postanowił więc działać na własną łapę. Szarpnął głową, odwracając się tyłem do pozostałych i szybkim krokiem ruszył na mewy, gniewnie przecinając powietrze ogonem. Za jego plecami rozległy się głosy Klifiaków, którzy próbowali go powstrzymać. Ten jednak się ich nie posłuchał, dalej brnąc przed siebie.
— Hej, wy! — krzyknął, gdy znalazł się blisko tych skrzydlatych potworów. Mewy zwróciły łby w jego stronę, obserwując jego poczynania swoimi okrągłymi ślepiami, w których czaiła się wrogość. Buk nie zawahał się; wysunął pazury i postąpił krok do przodu. — Uciekajcie stąd! To nasza zwierzyna! — fuczał, aż w końcu podniósł łapę do góry, a jego szpony zalśniły w świetle słońca. — Albo dostaniecie tym po pysku!
Mewy nie na długo zachowały cierpliwość – w końcu jedna z nich wykonała gwałtowny sus w stronę Bukowej Korony, szeroko rozwierając swoje skrzydła. “Tak chcesz się bawić?” – pomyślał, czując, jak pod jego skórą napinają się mięśnie. Odbił się od ziemi i poszybował wprost na szyję ptaszyska, zawieszając się na niej, jakby była pniem drzewa. Mewa zaczęła skrzeczeć przeraźliwie, wierzgając się i szarpiąc swoim dziobem na wszystkie strony. Bukowa Korona i tak już z trudem unikał jej ciosów, gdy nagle do walki włączyły się kolejne mewy. Jedna z nich dźgnęła go boleśnie w bok, przez co był zmuszony puścić swoją dotychczasową ofiarę.
Straciwszy równowagę, wywrócił się na ziemię, a jego ciało natychmiast okrył cień tych bestii. Były rozwścieczone jego najściem, wydawały się tak nienaturalnie rozgniewane, niemal obłąkane, żądne krwi i śmierci. Bukowa Korona słyszał o tym, że te ptaki od kilku księżyców zachowują się jak opętane, ale nie sądził, że aż tak. Serce waliło mu w piersi, jednak nie zamierzał się wycofać. Szybko podniósł się z miejsca i skoczył na pierwszą lepszą mewę, szarpiąc się z nią, gdy oboje upadli na ziemię. Wokół trzepotały skrzydła innych białych ptaszysk, a przenikliwy dźwięk, jaki wydobywał się z ich gardeł, odbijał się wojownikowi w uszach, zagłuszając myśli.
Po kilku uderzeniach serca spędzonych na chaotycznej szarpaninie czekoladowy usłyszał, jak w jego stronę zbliżają się kroki. W końcu pozostali Klifiacy postanowili ruszyć mu na pomoc, widząc, jak kocur męczy się z mewami. Buk puścił swoją ofiarę, by rozejrzeć się wokół. Dostrzegł, jak każdy z wojowników rzuca się na ptaki, jednak najbardziej jego uwagę przykuł Promieniste Słońce, który wraz z jednym ze skrzydlatych potworów przeturlał się tuż nad sam skraj klifu. Tam wierzgał się rozpaczliwie, próbując strącić z siebie mewę, która biła go skrzydłami po pysku.
Wszystko działo się zbyt szybko – Bukowa Korona nie zdążył się nawet ruszyć w stronę wojownika, gdy sam został uderzony w bark przez swojego napastnika. Parsknął z bólu i gniewu, odwracając się w jego stronę. Skąd w nich było tyle woli do walki? Czy naprawdę te mewy były karą zesłaną Klanowi Klifu przez Przodków?
Po chwili wokół rozległ się krzyk, który prędko ucichł. Na moment walka ustała, a wszyscy spojrzeli w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą walczył Promieniste Słońce. Teraz było… puste. Nie było tam ani kremowego wojownika, ani białej bestii. Czy… spadli w przepaść?
Bukowej Koronie udało się odepchnąć od siebie mewę i podbiec do skraju klifu, by spojrzeć w dół. W dole nie dostrzegł jednak niczego. Nie było po nich ani śladu. Utonęli?
W tym momencie poczuł, jak mewa chwyta go za ogon. Odwrócił się zgrabnie, wyrywając się z jej uścisku, lecz ptaszysko znów zatrzepotało gwałtownie skrzydłami. Bukowa Korona postąpił odruchowo krok do tyłu, a spod jego łapy ułamała się cząstka ziemi. Przez jego ciało przeszedł dreszcz. Instynktownie rzucił się do przodu, taranując przy tym mewę, byle tylko znaleźć się na bezpiecznym gruncie.
Ptak jednak podążył za nim, nie zamierzając się poddać. Znów zamienili się w plątaninę łap i skrzydeł, krzycząc i skrzecząc, aż świat wokół zdawał się wirować. Bukowa Korona zapamiętał jedynie nagły, przeszywający ból, który rozszedł się od jego oka, a potem wszystko stało się rozmazane, przytłumione i odległe.

* * *

Obudził się już w lecznicy. Całą jedną część pyska miał zabandażowaną, włącznie z okiem. Gdy podniósł się do góry, zachwiał się, a w jego uszach od razu rozległy się krzyki, każące mu uważać. Serce zabiło mu mocniej. Wciąż wszystko wydawało mu się obce, inne. Dlaczego tu był? Na czym skończyła się walka? Wygrali? Czy ktoś zmarł? Dlaczego to jemu przyszło stracić przytomność i jak wielkie w takim razie były jego obrażenia?
Z gniewem przyłożył łapę do opatrunków; te wszystkie pajęczyny drażniły go w skórę. Już chciał je zerwać, gdy powstrzymał go czyjś głos:
— Zaczekaj! — rzuciła cicho Jagnięca Łapa, podbiegając do niego. — Nie zrywaj opatrunku…! — mruknęła.
Bukowa Korona zamarł, a potem powoli odłożył łapę z powrotem na ziemię. Przez moment wpatrywał się w rudą, szukając w jej spojrzeniu wyjaśnień, czegokolwiek, jednak ta milczała. W końcu w progu pojawił się Gąsienicowy Ogryzek, który ze zmartwionym wyrazem pyska podszedł do czekoladowego wojownika. Uszy miał położone po sobie; po samym jego spojrzeniu Buk wiedział już, że nie usłyszy nic dobrego.
— Co tam się stało? — wymamrotał pomarańczowooki, mierząc Gąsieniczka gniewnym, niecierpliwym wzrokiem. — Opowiadaj, wszystko! — zażądał, czując narastający ucisk w klatce piersiowej. Wiedział, że niektóre wspomnienia sprzed zemdlenia zniknęły; miał nadzieję, że tylko tymczasowo.
— Przeżyliśmy, bo… inny patrol przechodził tamtędy i ruszył nam na pomoc. W przeciwnym razie wszyscy moglibyśmy skończyć tak, jak Promieniste Słońce — wyjaśnił powoli, wciąż nie patrząc na Bukową Koronę.
— Jak Promieniste Słońce? — zapytał czekoladowy, a jego głos zdradzał skonfundowanie.
— Nie pamiętasz? On… — urwał na moment, przełykając z trudem ślinę — …razem z mewą stoczyli się z klifu. Wpadli do wody, najpewniej. Ta mewa znajduje się teraz na dnie, a Promieniste Słońce… on w nocy będzie nas obserwował z góry — dokończył cicho.
Srebrny zamilkł, jakby ktoś nagle złapał go za język. Wzrok opadł mu na własne łapy.
— A dlaczego ja muszę tu leżeć, podczas gdy ty śmiało chodzisz sobie po obozie? — fuknął w końcu, stukając końcówką ogona o ziemię. Czuł, jak poczucie frustracji narasta mu pod skórą.
— Moje obrażenia nie były zbyt duże. To ty ucierpiałeś najbardziej, bo… — zaczął, lecz nie dokończył, gdy u jego boku pojawiła się Ćmi Księżyc. — No, nieważne. W lecznicy znajduje się jeszcze Pchełka, ponieważ wymagała kilku opatrunków — dodał szybko i, jak gdyby nigdy nic, wyszedł.
Zostawił Buka samego z dwójką medyczek i niebieską szylkretką leżącą obok. Dopiero teraz ją zauważył. Kotka smutno wpatrywała się przed siebie, nieruchoma, jakby bała się poruszyć. Nie wyglądała na tak bardzo poturbowaną jak on. Buk cały pysk owinięty miał pajęczynami i oblepiony ziołowymi papkami. Chciał coś powiedzieć, zapytać, ale żadne słowo nie przeszło mu przez gardło. Dlaczego to on ucierpiał najbardziej? Dlaczego nikt nie chciał mu tego wytłumaczyć?


< Pchło? >

02 lutego 2026

Nowi Członkowie Klanu Nocy!

Złocisty Widlik odnalazł trzy znajdki! 

Od Mandarynkowej Gwiazdy CD. Klekoczącej Łapy

– Staraj się dalej. Nie będę ci już przeszkadzać. Algowa Struga nie byłaby zbyt zadowolona. Poluj dalej i bądź uważniejszy, a być może zauważysz mnie wśród gałęzi. – Uśmiechnęła się lekko i mrugnęła do wnuczka, po czym wspięła się na najbliższe drzewo. W rzeczywistości nie zamierzała podążać już za uczniem. Planowała wrócić do ustalonego miejsca spotkania z Wężynowym Kłem, a jeżeli nie spotka tam kotki, opuścić korony drzew i wrócić do obozu. Mimo tego musiała dać kocurkowi nadzieję. Może dzięki temu rzeczywiście będzie bardziej skupiony i przyniesie do obozu więcej zdobyczy?

* * *
Poranek po spotkaniu medyków

Różana Woń poinformowała ją o fakcie, iż Klekocząca Łapa nie udał się na spotkanie przeznaczone dla medyków. Mimo posiadania ważniejszych rzeczy do roboty w aktualnej sytuacji klanu obiecała kuzynce, że porozmawia z wnukiem. Srebrna pręgowana sylwetka wysunęła się ze szczeliny w korze wielkiego sumaka. Szła, krocząc dumnie z głową podniesioną wysoko. Jej ogon wisiał sztywno, nie wykazując oznak żadnej emocji. Wzrok jej oczu ciepłych barwą był dziwnie chłodny i bardziej wyniosły niż zazwyczaj. Niespiesznie przeszła dookoła źródełka nie patrząc na swoje odbicie w jego tafli (co było dla niej nietypowym zachowaniem). Wsunęła się cicho do lecznicy Nocniaków ze skinieniem głowy dla medyczki i jej nowomianowanej asystentki.
– Klekocząca Łapo, mogę cię prosić?
Uczeń medyczki pośpiesznie skinął głową, po czym dwójka kotów skierowała się z powrotem do legowiska przywódczyni. Tam przywódczyni usiadła na swoim posłaniu w najdalszym zakątku legowiska, podczas gdy uczeń siedział naprzeciwko niej.
– Czemu nie było cię na spotkaniu medyków?

<Klekot?>

Od Mandarynkowej Gwiazdy CD. Żmijowcowej Wici

Wracała okropnie zmęczona do obozu. Niby życia miały jej dodać siły, ale jakoś nadal była wyczerpana. Stawiała kroki nie z gracją, lecz machinalnie. Musiała jak najszybciej dostać się do swojego legowiska. Kiedy mijała Żmijowcową Wić stojącego na warcie, ten powiedział do niej kilka słów. Nie zarejestrowała ich nawet za bardzo. Jedyne, o czym myślała, to to, jak bardzo chciała już zwinąć się w kłębek na posłaniu z mchu.
– Dobranoc Żmijowcowa Wicio – powiedziała tylko z przymkniętymi powiekami i minęła go, żeby dotrzeć do utęsknionego legowiska.

* * *
Teraz

Patrzyła, jak z każdym dniem jej pobratymcy coraz bardziej rzucają się sobie nawzajem do gardeł. Po pogłoskach rozpuszczonych przez Wężynę duża część kotów zaczęła spoglądać mniej przychylnie na rodzinę zbiegłej Baśniowej Stokrotki. Z drugiej strony były właśnie ofiary plotki. Próbowali się bronić i mówić, że naprawdę są lojalni. Mało kotów im wierzyło. Trudno się dziwić. W końcu dowodów było więcej niż kontrargumentów. Klan był podzielony. I jak każdy dobry przywódca Mandarynka powinna rozwiązać ten problem. Ale nie zamierzała kazać im wszystkim przeprosić się i podać sobie łapki. Nie. Czemu miałaby to robić? Sama całkowicie zgadzała się z teorią Wężyny. Prawdę mówiąc, sama jej to wcześniej powiedziała. Więc czemu miała przestawać, kiedy wszystko toczyło się idealnie? Musiała zaplanować dobry sposób na obronę przed możliwym atakiem samotników. I być może mogła do tego wykorzystać rzekomych zdrajców w Klanie Nocy. Dwie pieczenie na jednym ogniu jak to mówią. Dwa ptaki jeden kamień. Poczuła na sobie czyjś wzrok.
– Błękitna Laguno?
– To ja Mandarynkowa Gwiazdo. – Usłyszała głos pewnego burego wojownika. Nie wiedziała, czego mógł chcieć tym razem. Nie znaczyło to jednak, że nie mogła go wysłuchać.
– Wejdź, Żmijowcowa Wici – powiedziała, nie odwracając się do niego przodem. – Słucham.

<Żmij?>

Od Trzcinowego Szmeru CD. Kasztanka

— Co robisz, mały? — miauknęła w jego kierunku.Kasztanek podskoczył z przerażeniem, wymachując łapami.
— Nie krzywdź mnie! Nic złego nie robię! — zarzekał się.
Trzcinowy Szmer zamruczała rozbawiona. Ten kociak był naprawdę pocieszny. Polizała go czule między uszami, żeby się chwilowo uspokoił, co podziałało. Dymny kociak zamrugał zdumiony i zerknął na nią zdezorientowany.
— Możesz być pewien, że nie zrobię ci nic złego. To wbrew kodeksowi wojownika. Poza tym przybyłam, aby się przywitać z nowymi kociętami Klanu Nocy, więc nie musisz się o nic martwić.
Kociak nadal niezbyt pewien poprawił swoją pozycję siedzącą i zmierzył ją ostrożnie wzrokiem.
— Kodeksie wojownika? Co to?
— Coś, co trzyma cały klan w ryzach. To są zasady, których każdy z nas powinien przestrzegać. Tak powiedzieli nasi przodkowie — zauważyła również, rozgaszczając się w żłobku — Jak dorośniesz, ciebie będzie też to tyczyć.
— Naprawdę?
— Owszem, a więcej może ci opowiedzieć Złocisty Widlik. To naprawdę dobry kot, uwierz mi. Sama mu podpowiadałam drogę, którą mógłby kroczyć w Klanie Nocy i uważam, że dobrze pełni swoją funkcję.
Kociak zerknął na piastuna, który właśnie krzątał się po żłobku, jakby musiał się upewnić, że rozmawiają właśnie o tym konkretnym kocie.
— A-a czy mi przepowiesz, jaka ścieżka jest idealna dla mnie?
Widząc ciekawość w oczach kociaka, zamruczała.
— Jesteś bardzo pocieszny, jednak nadal jesteś kociakiem i na tę chwilę dobrze będzie, jak tak zostanie. Jak troszkę podrośniesz, to będziemy mogli porozmawiać na poważniejsze tematy. — Poczochrała go łapką po jego małej zlęknionej główce — Twoje serduszko nie powinno się tak stresować, jeszcze masz kilka pięknych księżycy turlania kulek mchu.
Mówiąc to, łapą popchnęła kulkę mchu, która poturlała się prosto pod łapy rodzeństwa kociaka. Jednak młody nawet się nie poruszył.
— Obowiązki wzywają… Zaraz będę miała patrol łowiecki, Kasztanku — powiedziała w końcu, wstając na cztery łapy.
— Skąd znasz moje imię? Nie przedstawiałem się przecież!
— Klan Gwiazdy mi powiedział — powiedziała tajemniczo. Kiedy kociak zrobił większe oczy z zachwytu, ta uśmiechnęła się pod noskiem — To nieładnie tak zatajać swoje imię, dlatego ja się przedstawię. Ja nazywam się Trzcinowy Szmer. Jestem wojowniczką i trenuje Rezedową Łapę. Może kiedyś też trafisz w tak dobre łapy, jak moje. Mam wiedzę nauczania od samej Mandarynkowej Gwiazdy.
Wypięła dumnie pierś i ostatecznie pogłaskała swoim ogonem po główce kociaka, który nadal wpatrywał się w nią, jak w kota ze Srebrnej Skóry.

* * *
Aktualne

Trzcinowy Szmer siedziała na polanie i próbowała napuszyć swoje krótkie futerko. Z nieba padał delikatny śnieżek, a wiatr wydawał się chwilowo odpuścić w atakowaniu obozu Klanu Nocy. Kotka czekała na swoją przyjaciółkę, która miała wrócić z polowania lada moment. Chciała pójść z Niezapominajkową Nadzieją na polowanie. Tylko ona oraz jej przyjaciółka. Nagle pod jej łapy poturlała się kulka mchu, której się tutaj nie spodziewała. Przed nią stał właśnie Kasztanek, który zadzierał wysoko pyszczek, żeby móc spojrzeć w jej oczy. Szylkretka chcąc porozmawiać z kociakiem, położyła się na chlebek przed nim. Teraz młodziak nie musi się gimnastykować, żeby zadać jej jakieś pytanie.
— Co tam u ciebie słychać Kasztanku? Jak się czujesz? O czym chciałeś porozmawiać?

Od Trzcinowego Szmeru

Zebranie Klanu Nocy zostało zakończone, a szmery rozmów członku jej klanu nadal nie ucichły. Czuła na sobie podejrzliwe i oskarżycielskie spojrzenia. Znowuż zdrajcy i znów była to jej rodzina. Baśniowa Stokrotka, jej własna matka, zdradziła klan! Strach, żal oraz złość buzowała w jej żyłach, a natarczywe myśli zbierały się jej w umyśle.
“Czy moja krew jest przeklęta? Czy to wszystko wina mojej rodziny? Czy ja też zostanę zdrajczynią? Czy mogę sama sobie ufać?”
Czuła, jak zaczyna się trząść z narastających negatywnych emocji.
“Jestem przecież oddaną wojowniczką Klanu Nocy! Czemu wszyscy na mnie się patrzą, jakbym to ja zaatakowała Błękitną Lagunę?! Przecież szkoliła mnie sama Mandarynkowa Gwiazda, na Klan Gwiazdy!”
Wodziła zszokowanym wzrokiem po tłumie kotów, które i tak patrzyły na nią z obrzydzeniem. Szukała Mandarynkowej Gwiazdy, chciała znaleźć jej wzrok. Chciała coś usłyszeć, jakieś pocieszenie, może jakieś słowa broniące ją przed oskarżycielskimi szeptami współklanowiczów.
“Mandarynkowa Gwiazdo! Spójrz na mnie! Przecież jestem twoją uczennicą! Wyszkoliłaś mnie, abym została wojowniczką Klanu Nocy! Jestem przecież lojalna!”
Jej wzrok na chwilę skrzyżował się ze wzrokiem liderki. Nie było w nim żadnych emocji, kotka po prostu zniknęła w swoim legowisku pod sumakiem.
“Nie jestem zdrajczynią!”
Zwiesiła głowę.

* * *

Wysoko na niebie wisiał księżyc w kształcie sierpa. W lecznicy nie było już medyczek, a na polanie krzątali się jeszcze jacyś wojownicy. Mimo że Trzcinowy Szmer siedziała sama przy źródełku, tak dobrze usłyszała ostatnie plotki, które obiegły obóz.
“Czemu Baśniowa Stokrotka tak strasznie potraktowała nas wszystkich? Czemu zniknął Dryfująca Bulwa?! Zdrajcy! Zdrajcy! Zdradziecka krew…”
Zacisnęła swoje pazury w zimnym śniegu i zmrożonej ziemi. Spojrzała w swoje odbicie zamarzniętego źródełka. Miała podkrążone oczy oraz jej wąsy były brzydko potargane i poplątane.
— Trzcinowy Szmerze? Może wrócisz do legowiska wojowników? Czekam tam na ciebie… — odezwała się nagle Niezapominajkowa Nadzieja, która bezszelestnie znalazła się obok niej. Położyła swoją delikatną i smukłą łapkę na jej barkach — Wiem, że jest ci ciężko i jestem dla ciebie wsparciem. Klan Nocy może na ciebie liczyć, Mandarynkowa Gwiazda wie, że jesteś lojalną wojowniczką.
Trzcinowy Szmer strąciła łapę swojej przyjaciółki i przekręciła głowę na drugą stronę, tak by kotka nie zauważyła jej szklących się oczu. Chciała stłamsić w sobie frustrację, która nasilała się z każdym następnym podejrzliwym spojrzeniem od strony jej pobratymców.
— Trzcinowy Szmerze… — delikatnie łapą złapała jej podbródek i pociągnęła ją w swoją stronę.
Szylkretka zacisnęła mocniej oczy. Łzy spłynęły jej po pysku.
— Nie jestem zdrajczynią! Nigdy nie zwróciłabym się przeciwko Klanu Nocy! Nigdy nie umiałabym zabić kota, z którym śpię w legowisku i poluje z nim dzień w dzień! — wybuchła złością oraz żalem, a po jej pysku polało się więcej łez frustracji — Wyrzekam się tej rodziny! To nie moja krew! Nie chcę mieć ich krwi w swoich żyłach! Nie chcę być z rodziny zdrajców! — jej krzyki zamieniło się w wycie.
Niezapominajkowa Nadzieja przytuliła ją mocno i starała się zetrzeć jej łzy.
— Nie jesteś zdrajczynią. Od zawsze byłaś najbardziej lojalną kotką Klanu Nocy, jaką poznałam.
Na te słowa, uspokoiła się i przestała płakać. Wtuliła się mocniej w ciepłe ciało dymnej i pozwoliła się zaprowadzić do legowiska wojowników. Trzcinowy Szmer dobrze wiedziała, że jeszcze trochę zajmie jej odbudowywanie swojej reputacji.
“Moja krew jest przeklęta… Nie wiem, czy ja naprawdę chcę mieć kocięta… Czy to jakaś klątwa?”

Od Kalinki (Kalinowej Łapy)

Szerokie, gęsto pokryte gałęzie drzew iglastych szeleściły na wietrze, wtórując ostrym, mroźnym szponom wiatru, próbującym dostać się do legowisk w azylu. Kalinka przewróciła się na drugi bok, wtulając w ciepłe łapy Trzcinniczkowej Dziupli. Nieco przerywany i chrapliwy oddech starszego działał na nią kojąco. Ostatnio miała dużo stresu i potrzebowała wtulić się w kogoś, przy kim czuła się bezpiecznie. A najbezpieczniej czuła się właśnie przy swoim ukochanym wujku. Jej bok unosił się, a potem opadał spokojnie. Wujek opowiedział jej dzisiaj historyjkę, podczas której szybko usnęła, właśnie tego jej brakowało.
Kalinka otworzyła oczka. Do jej nosa dopłynął ostry, ziemisty zapach. Zakręciło jej się w nosie. Po chwili kichnęła, pociągając cichutko nosem. Dźwięk ten poniósł się echem po wgłębieniu, głucho odbijając od ścian i wracając do nadawcy ze zdwojoną siłą. Rozejrzała się dookoła – nie mogła dostrzec nic, oprócz czystej ciemności. Wyciągnęła łapkę, którą po chwili dotknęła jednej z twardych, zbitych ścian ziemi. Rozszerzyła ślepia nawet bardziej, jakby w próbie dojrzenia czegokolwiek, aczkolwiek nic nie dopływało do jej głowy. Postanowiła iść przed siebie spokojnym, czujnym krokiem, nasłuchując jakichkolwiek dźwięków. Nie odstępowała ściany nawet na krok, myślała, że dzięki temu szybciej odnajdzie wyjście, jeśli po prostu będzie trzymać się jednej. Kiedyś musi stąd wyjść, prawda? Z jakiegoś powodu nie czuła głodu, pragnienia, ani żadnej formy niedosytu – jedynie lekkie zagubienie, chociaż coś podpowiadało jej, że znajdzie drogę. Po niedługiej chwili jej uwagę przykuło cichutkie skapywanie wody gdzieś nieopodal, było regularne i po którymś razem stało się do przewidzenia, narastało z każdym jej kolejnym krokiem. Koteczka nie wyczuwała tu nikogo, wydawało się, że stoi sama w jakiejś norze. Czy śniła? Czy zaniesiono ją już w las? Może siedziała w bezpiecznym schronie i czekała na świt, dobrze schowana przed wszelkiego rodzaju nieprzychylnymi podmuchami Pory Nagich Drzew?
Poczuła, jak ktoś trąca ją delikatnie w grzbiet. Zamrugała, zakrywając sennie łapką nos, jakby próbowała jeszcze wrócić do snu. Szeroka szczęka podniosła ją za kark. Kalinka zerknęła na Trzcinniczkową Dziuplę, który z niepokojem wymalowanym na mordce spoglądał na nią, zabieraną teraz przez któregoś z wojowników. Miała ochotę pisnąć i wyrwać mu się z uścisku, jednak wiedziała, że nie mogła tak postąpić. Nie, jeśli chciała dalej istnieć w Klanie Wilka i mieć kontakt z wujkiem.
Zerknęła w dół, widząc kątem oka białe łapy. Nie wiedziała, ile kotów w Klanie Wilka takowe posiadało, nie żeby miało to większe znaczenie, kto ją niósł. Chociaż pewnie, gdyby to Trzcinniczkowa Dziupla tego dokonał, czułaby większą otuchę. To, co dostała pod wieczór, musiało jej zatem wystarczyć. Nadszedł wreszcie dzień, od którego zależało całe jej życie. Nie mogła nikogo zawieść, a najwięcej, u kogo mogła stracić, to u siebie. Nie mogła siebie zawieść. Śnieg chrupał pod poduszkami Bladego Lica. Kalinka przymrużyła oczka, co jakiś czas widząc różne elementy lasu. Miały wiele wspólnego – w każdym z nich występowało jakieś drzewo iglaste. Nawet gdyby vanka próbowała, nie była pewna, czy zdołałaby sama wrócić do obozu. Szli dość długo. Ciekawe, czy ktoś po nią z rana przyjdzie, czy raczej zostanie pozostawiona sama sobie i będzie musiała jakimś cudem wrócić? Jeśli to drugie, to… dobrze, gdyby bursztynooki wysadził ją gdzieś nieopodal, miałaby dużo łatwiej i jej szanse na przeżycie zwiększyłyby się diametralnie.
Poczuła, jak wojownik rezygnuje z uścisku, odkładając ją powoli na miękki śnieg. Żółtooka owinęła drobny ogonek wokół łap, czując, jak lodowate szpony garściami odbierają jej ciepło. Momentalnie zaczęła drżeć, podmuchy wiatru absolutnie nie były dla niej litościwe. Blade Lico kiwnął jej łbem, jego wyraz pyska był pozbawiony jakichkolwiek konkretnych emocji. Koteczka zmarszczyła odrobinę nos. Liczyła, że chociaż i on ją poinstruuje. Okazało się, że wcale nie. Więc musiała polegać na tym, czego zdążyła dowiedzieć się do tej pory. No nic… musiała sobie poradzić. Musiała… Jakoś.
Zerknęła na kruczoczarne niebo nad sobą. Przyzdobione było wieloma białymi punkcikami, układającymi się w konkretne wzorki. Ognikowa Słota zdążyła opowiedzieć jej już, że to były koty Klanu Gwiazdy, a przynajmniej w to wierzyły koty. Chociaż sama Kalinka nie była pewna, które dokładnie. Nie, żeby miało to większe znaczenie.
Rozejrzała się po pustej polanie, nastała cisza tak wielka, że delikatnie rozbolała ją głowa. Postawiła uszy czujnie, przedzierając się teraz ciężkim krokiem przez wysokie zaspy śnieżne. Każdy jej krok zapadał się w gęstym puchu, a krótkie łapki nie ułatwiały jej zadania. Oddech palił ją w gardle, a w brzuchu narastała niepewność. Nasłuchiwała wszelkich dźwięków oprócz tych należących do niej, co jakiś czas zatrzymując się niczym zwierzyna łowna rozglądająca się za swoim najgorszym koszmarem. Koteczka dotarła do jednego z wysokich drzew, wielkimi oczkami wypatrując sów czy ptaków drapieżnych. Czuła ból przy każdym oddechu, z jej pyszczka wydobywała się drobna, mleczna chmurka, porwana od razu przez wiatr, odbierając od młodej ciepło. Poduszki łap szczypały ją potwornie, krzywiła się przy każdym kontakcie ze śniegiem, jednak parła naprzód dalej. Jeśli teraz by się poddała, już nigdy nie doświadczyłaby tej monotonnej codzienności, przykrości, radości i cenności każdej spędzonej chwili w Klanie Wilka u boku bliskich. Zbliżyła się do krzewu, przyglądając się mu dokładnie. Nie znała się na nich, wyglądał jak typowy krzew, jednak…
Weszła nieco głębiej, czując, jak zapada jej się łapka. Po chwili z hukiem spadła do wydrążonej nory, lądując na miękkim brzuchu. Poczuła ukłucie dyskomfortu, na szczęście nie zrobiła sobie wielkiej krzywdy. Łapkami sprawdziła miejsce, upewniając się, iż na pewno się nie uszkodziła. Do jej nosa dotarł intensywny, ziemisty zapach, a wraz z nim jakaś inna zwietrzała woń, wskazująca na poprzedniego lokatora. Kalinka zaczęła węszyć, otwierając przy tym pysk, żeby zapachy owiały jej policzki. Ignorowała chłód, który próbował odebrać jej wszystkie możliwe ścieżki zapachowe. Wydawało się, że jest tu dość bezpiecznie. Wytężyła słuch, doszukując się czegokolwiek innego niż świstu mroźnych podmuchów wiatru, które dostawały się cienkimi strużkami do nory. Kalinka wyczuła łapkami małą odnóżkę. Zaczęła kopać ile sił w łapkach, tworząc dla siebie nową, małą, w której zamierzała schować się na resztę nocy. Bała się, że – cokolwiek tu mieszkało – wróci tu niefortunnie akurat dzisiaj. W końcu czemu by miało nie? Ten teren należał do tego stworzenia, więc miało pełne prawo.
Kalinka zamknęła oczy, jednak mimo przytłaczającego zmęczenia, zarówno fizycznego, jak i psychicznego, sen nie chciał nadejść. Czuła się tak, jakby okrążyła obóz paręnaście, nie… paręset razy, powieki same jej się zamykały, aczkolwiek gdy już im pozwalała na to, by opadły całkowicie, a nawet barki poluzowały się czy uszy położyły po małej główce, nie mogła oddać się w objęcia snu, nawet jeśli bardzo chciała. Mięśnie paliły ją z bólu, płuca bolały z powodu niezwykle mroźnego wiatru, a umysł, zdawało się, krążył wokół tego, co mogło się wydarzyć oraz tego, co działo się obecnie, co było niezwykle wyczerpujące. Vanka nakryła nos drobnym ogonkiem, wsuwając pod siebie brudne od ziemi łapki. Może dyskomfort związany był, z tym że ziemia za nią była lekko wilgotna? Chociaż nie była pewna, czy miało to aż tak wielkie znaczenie, skoro chłód nie docierał tu tak łatwo, jak ponad norką. Sen naszedł ją niespodziewanie, otulając małe kocie ciepłą łapą, niczym tą należącą do Trzcinniczkowej Dziupli.
Kalinkę obudziło nagle postukiwanie. Otworzyła oczy szeroko, walcząc ze sobą, żeby nie wydać nawet najcichszego szmeru. Nie rozumiała, skąd dobiegał dźwięk, jednak spodziewała się najgorszego. Przez gałązki krzewu wpadało blade, jasne światło, oświetlające lwią część nory. Zawęszyła, nie podnosząc łba – zamiast kuny, borsuka czy chociażby lisa, wyczuła ptaka. Odetchnęła z ulgą, gdy zorientowała się wreszcie, że nie groziło jej niebezpieczeństwo. Chociaż zależało, jaki konkretnie gatunek postanowił się zjawić nieopodal. Wstała ze swojego łoża i zaczęła wspinać się niezgrabnie w kierunku wyjścia ze wgłębienia. Przednimi łapami chwyciła się najwyższego punktu, po czym tylnymi podrzuciła, drapiąc ziemistą posadzkę. Wychyliła łeb, czując, jak chłodne liście dotykają jej łebka. Ptak, usłyszawszy szmer, poderwał się do lotu, wydając z siebie ostrzegawczy dźwięk. Vanka schowała się cała pod gałązkami rośliny i gdy okazało się względnie bezpiecznie, podreptała po zimnym śniegu w miejsce, w którym zostawił ją Blade Lico. Przysiadła wygodnie na miękkim śniegu, czując ogromną ulgę i narastającą dumę z siebie. Rozejrzała się jeszcze po okolicy uważnie, wypatrując jakichkolwiek niedogodności czy niebezpieczeństw – jedyne, co rzuciło jej się w oczy, to bursztynowe ślepia, które zmierzały prosto w jej stronę. Blade Lico stanął nad koteczką, mierząc ją wzrokiem bez wyrazu. Po chwili podniósł Kalinkę za grzbiet, prowadząc ją teraz do obozu. Koteczka poruszyła wąsami, nie mogąc doczekać się już, aż zobaczy minę swojego wujka. Z pewnością będzie z niej ogromnie zadowolony!
Gdy dotarli do obozu, koty Klanu Wilka zaczęły się zbierać w centrum. Zadowolone pyski spozierały na koteczkę, której pomyślnie udało się zdać test na ucznia. Jakiś czas temu taki sam musieli zdać Chudy, Gruby oraz Noc. Dostali mentorów, byli nawet po jednym z pierwszych treningów. Dobrze, że vance także się udało, chociaż była to jedna z najstraszniejszych nocy jej życia, nawet jeśli nic jej nie porwało ani nie musiała z nikim walczyć.
— Niech wszystkie koty na tyle dorosłe, żeby polować, zbiorą się na zebranie klanu! — zawołała Zalotna Gwiazda, dumnie wbijając pazury w korę pnia pod sobą. Kalinka podniosła łeb, patrząc na wysoką przywódczynię. — Kalinko, jesteś z nami już od sześciu księżyców, rozpoczniesz dzisiaj swoją naukę jako uczennica Klanu Wilka. Od dzisiaj, aż do czasu, kiedy zdobędziesz imię wojownika, nazywać się będziesz Kalinowa Łapa — doszukała się w tłumie któregoś z kotów i kiwnęła do niego łbem. — Twoim mentorem będzie Krucze Pióro. Krucze Pióro, na pewno przekażesz Kalinowej Łapie całą swoją wiedzę — głos przywódczyni poniósł się echem po obozie. Przed krótkołapną koteczką wyrósł niczym z ziemi dymny wojownik, który spoglądał na nią ze swego rodzaju determinacją wymalowaną na pysku. Patrzył na nią także z góry, jakby w pewnym sensie wyśmiewał młodszą. Schylił łeb, dzięki czemu zetknęli się nosami. Kalinowa Łapa nie przejmowała się za bardzo tym, jak z oczu patrzyło starszemu. Poczuła dumę, wielką dumę, w końcu niecodziennie dostawało się zastępcę jako swojego mentora. Pewnie reszta uczniów bardzo jej zazdrościła, jeśli przykładali temu jakąkolwiek wagę. Coś podpowiadało żółtookiej, że czekały ją naprawdę ciężkie czasy, chociaż nie była nawet pewna dlaczego. Może powinna bardziej pozytywnie do tego wszystkiego podchodzić.
— Nie zawiedź mnie — miauknął Krucze Pióro, posyłając młodszej ostrzegawcze spojrzenie, jakby mówiące: “a tylko spróbuj”. Kalinowa Łapa pokiwała głową, podnosząc mały ogon do góry. Skoro nie zawiodła siebie, to nie zamierzała zawieść nikogo innego. Siedzące nieopodal wrony zaczęły donośnie krakać, zanim wzbiły się w powietrze po to, by przybliżyć się trochę do zebranych kotów. Żółtooka nie mogła za bardzo zrozumieć, dlaczego, jednak nie to było priorytetem teraz. Teraz powinna skupić się raczej na tym, aby się nie zapracować podczas treningów i dawać z siebie wszystko, ale nie kosztem siebie.
— Nie mam takiego zamiaru — odparła spokojnie i szczerze.
Po obozie poniosło się radosne skandowanie. Kalinowa Łapa doszukiwała się w tłumie własnego wujka. Kocur siedział w grupce, wiwatując chyba najgłośniej ze wszystkich Wilczaków – przynajmniej tak jej się wydawało, właśnie w taką wersję zdarzeń chciała wierzyć. Malutka vanka odczuła ogromną ochotę wtulenia się w futro Trzcinniczkowej Dziupli, chciała dalej móc słuchać jego opowieści do późna, bez większych zobowiązań następnego dnia. Jednak teraz jej życie miało się zmienić i będą wymagać od niej z wiekiem coraz to więcej i więcej, aż dołączy kiedyś do starszyzny, jeśli się tej rangi dorobi. W tłumie dostrzegła też Ognikową Słotę, z typowo napuszoną sierścią na piersi. Patrzyła na żółtooką z determinacją, a także dumą. Kalinowa Łapa czasami zastanawiała się, skąd się brało u szylkretki coś identycznego. Może vanka naprawdę znaczyła dla niej wiele? W zasadzie sama szara także uważała Słotę za swoją koleżankę lub swego rodzaju starszą siostrę, która często gadała od rzeczy, niekoniecznie jako coś złego, tylko takiego coś typowo jej… Koteczka nie mogła dostrzec nigdzie Gąsiorkowego Trzepotu. Poczuła lekkie ukłucie smutku. Liczyła na to, że chociaż dzisiaj matka będzie świętować razem z nią jej sukces.
— Kalinowa Łapa! Krucze Pióro!
— Kalinowa Łapa! Krucze Pióro!
— Zacznijmy trening już teraz. Chyba że masz coś przeciwko? — zapytał kocur, podnosząc jedną brew do góry. Skandowanie do tego czasu zdążyło umilknąć, koty rozeszły się, a samej niebieskiej także zdarzyło się odrobinę odpłynąć myślami. Kalinowa Łapa miała ochotę paść tu i teraz, przed nim, na śnieg – tak, jak robił to Gruby jeszcze w żłobku. Łapki rozjeżdżały się pod nim, jak odpoczywał. Kalinowa Łapa nie mogła, przynajmniej nie teraz, nie tutaj. Musiała wykaraskać z siebie, chociaż iskrę energii, żeby starczyło na jeszcze trening. Ciekawe czy uda jej się wstać jutro z legowiska? Pewnie, jeśli dymny jej rozkaże, to będzie musiała. Mimo dyskomfortu, mimo ogromnej niechęci, którą dało się już teraz przewidzieć.
— W porządku, nie mam nic przeciwko… — powiedziała, machając końcówką ogona nerwowo na boki. Na jej kufie wymalowane było czyste zmęczenie po ciężkiej nocy, aczkolwiek wydawało się, że wojownika to nieszczególnie ruszało. Patrzył na nią jedynie chłodno, z mrozem takim, jakiego nie spodziewałaby się nawet po płatkach śniegu. Ciekawe czy związane było to z jej budową? W końcu nie była wysoka, raczej z metra cięta, aczkolwiek pod jej futerkiem malowały się mięśnie, nawet jeśli nie były jakoś szczególnie wyrobione, ponieważ nie miała jeszcze takiego poważnego treningu, to już teraz można było powiedzieć, że zapowiadała się na porządną wojowniczkę.
Krucze Pióro kiwnął głową, ruchem ogona nakazując jej pójście za sobą. Już po chwili przeszli przez cały obóz, docierając do tunelu. Kalinowa Łapa czołgała się za nim, ciągnąc ogonek, ze zwieszonym łebkiem. Na szczęście dymny nie patrzył na nią tak często, więc mogła pozwolić sobie na coś identycznego. Normalnie musiałaby się pewnie prostować i udawać wyższą niż była w rzeczywistości.
Leśna ściółka chrupała pod łapami kotów, gdy zmierzali w stronę polanki. Krucze Pióro ustanowił żwawe tempo, do którego Kalinowa Łapa się dostosowała, chociaż myśl, że zaraz się przewróci, była bardziej zachęcająca, niż ta, że musiałaby iść dalej. Chociaż gdyby nie zmrużyła oka wcale, to byłaby najprawdopodobniej bardziej zmęczona. Poczuła nagłą dawkę energii, po wyobrażeniu sobie co będzie, mogła robić, jak tylko wróci do obozu. Mentor ruchem ogona nakazał kotce usiąść. Vanka posłusznie wykonała jego rozkaz, spozierając na mordkę starszego. Ciekawe co będą dzisiaj robić? Może oprowadzi ją po terenach Klanu Wilka? Pozna każdy zakątek samego serca azylu?
— Kalinowa Łapo, chcę, żebyś wiedziała, że twoja sielanka skończyła się dziś. Nie próbuj nawet się obijać czy nie słuchać — kocur podniósł pysk ku górze, spoglądając na nią znowu nieprzychylnie. Żółtooka obserwowała jego zachowanie, zastanawiając się jaka odpowiedź najbardziej by go ucieszyła. Może jeśli będzie zachowywać się tak, jak by tego mógł oczekiwać dymny, to miałaby lżej albo zaplusowałaby sobie u niego. — Nie zostaniesz wojowniczką, dopóki nie powiem, że jesteś gotowa. Jeszcze daleka droga przed tobą i dopóki nie sprawisz, że będę dumnie wypowiadał się o tobie pobratymcom, będziesz szkolić się pod moim czujnym okiem. Zrozumiano? — zapytał chłodno, po czym owinął ogon szczelnie wokół swoich łap.
— Tak jest, Krucze Pióro — miauknęła poważnie, wytrzymując kontakt wzrokowy, jaki narzucił kocur. Fałdy śniegu rozłożyły się nierównomiernie, a ziemia została skuta śliskim lodem. Mroźne podmuchy targały futrami dwójki Wilczaków, wyjąc jak po stracie kogoś ważnego.
— Dobrze. W takim razie dzisiaj zaczniemy od oprowadzenia po terenach i jeśli wystarczy czasu, pokażę ci wstępnie polowanie lub wspinaczkę po drzewach. Chyba że wolisz tunele? — zaproponował, chociaż po chwili pokręcił głową. — Nie, ja wybiorę. Zobaczymy, ile nam to zajmie.
Kalinowa Łapa w odpowiedzi jedynie kiwnęła głową, nie żeby miała jakikolwiek wybór. Nie podobało jej się to, ale nie zamierzała się z nim wykłócać. Może dzięki temu szybciej mianują ją na wojowniczkę i będzie mieć spokój od wymagającego mentora. Gdy Krucze Pióro nie patrzył, miała ochotę przewrócić oczami, chociaż coś podpowiadało jej, że nawet jeśli wydawało się, iż nie zwraca na niej aż tak szczególnej uwagi, to i tak w pewnym sensie ją obserwuje. Widzi cały czas. Jakby miał oczy z tyłu głowy i ponadprzeciętny słuch. Była to dość absurdalna myśl.
Wędrując za zastępcą, rozglądała się po lesie, który widziała poprzedniego dnia nocą. Wszystko wydawało się takie straszne i pourywane. Długie gałęzie drzew próbowały sięgnąć nieba, wyciągając się do niego ile miały sił. Obecnie wyglądały dużo łagodniej i przychylniej, co w pewnym sensie cieszyło vankę. Mokry śnieg lepił się do jej poduszek, topiąc się na nich momentalnie. Za każdym razem, kiedy czuła pieczenie i mrowienie, krzywiła się. Było to dość nieprzyjemne, dalej nie zdążyła przywyknąć do takich temperatur. Gałęzie drzew mieniły się w bladych, żółtych promieniach słońca, padających na grzbiety dwójki. Ptaki śpiewały w najlepsze, obwieszczając każdemu wokół swoje urywane, donośne melodie. Do nosa Kalinki, oprócz bolesnego chłodu, ogarniającego jej płuca i lekko dygoczących na wietrze łapach, dotarł nowy zapach, którego nie było jej dane nigdy wcześniej wyczuć. Spojrzała pytająco na swojego mentora, który, wydawało się, czekał na odpowiedź z jej strony. Czyżby umknęło jej pytanie? Niemożliwe, że odpłynęła myślami tak bardzo, iż całkowicie zignorowała jego słowa. Zmarszczyła nos, patrząc na swoje łapy.
— Kalinowa Łapo, powiedz mi, co czujesz? — zapytał, strzepnąwszy uchem, gdy kawałek śniegu spadł mu prosto na łeb z pobliskiego drzewa. Puch pozostawił po sobie mniejsze drobinki, spadając wreszcie na glebę. Koteczka miała ochotę zachichotać, aczkolwiek miała świadomość, że gdyby to zrobiła, kocur prawdopodobnie urwałby jej uszy, a wcale tego nie chciała… uważała je za jedną z bardziej urokliwych cech swojego wyglądu, w końcu Gąsiorkowy Trzepot czy Trzcinniczkowa Dziupla także takie mieli. Musiało zatem to być rodzinne.
— Czuję ostry, duszący zapach. Oprócz chłodu… — rozejrzała się. Przed nią rozciągały się gęste lasy iglaste, przecięte w pewnym momencie przez długą, ciemną drogę, po której przejeżdżały potwory dwunożnych. Słyszała o nich już co nieco od swojego wujka. Były podobno groźne i dobrze, gdyby trzymała się od nich z daleka. Potrafiły z zimną krwią pozbawić życia dorosłego kota, a nawet więcej, niż tylko jednego. — Czy jesteśmy na granicy? — dopytała, przenosząc wzrok z powrotem na swojego mentora. Kocur pokiwał głową, chociaż wyglądał na dość zirytowanego, jakby vanka zapytała o coś tak banalnego, że wiedziały o tym nawet kocięta ze żłobka, już w momencie narodzin.
— Tak. Jesteśmy przy granicy z Klanem Burzy. Pasmo, które widzisz przed sobą, to droga grzmotu. Uważaj na nią i nie wchodź tam, bo jest niebezpiecznie. Chyba że jesteś zapchlonym tchórzem i planujesz ucieczkę z Klanu Wilka i to już niebawem. Wiedz jednak, że nawet jeśli cokolwiek identycznego przeszło ci kiedykolwiek przez myśl, nikt ci na to nie pozwoli. Nie wrócisz z takiej przechadzki żywa, sama nie poradzisz sobie w lesie pełnym drapieżników i niebezpieczeństw. Oprócz Klanu Wilka i Klanu Burzy, są także inne klany. Przykładowo Klan Klifu, Klan Nocy, jak i również Owocowy Las. Każdy pachnie inaczej na swój sposób i od razu rozpoznasz linie zapachowe, gdy tylko znajdziesz się blisko. Nie graniczymy jednak z Klanem Nocy, chociaż mamy sojusz. Owocowy Las oddzielony jest od nas właśnie drogą grzmotu, więc nie widzę większego powodu, dlaczego miałabyś ją przekraczać. Klan Klifu, ze względu na swoje położenie, pachnie niczym świeża morska bryza, słona, gryząca w płuca podobnie co obecne chłody. Możesz od nich wyczuć także intensywną, ptasią woń, jeśli są pokryci piórami, najczęściej tymi należącymi do mew — zaczął opowiadać. Kalinowa Łapa spojrzała na niego ze zdziwieniem. Niesamowite, że ich sąsiedzi mieli dostęp do morza. Mieli tam z pewnością tak wiele rzeczy, o których ona sama nie miała pojęcia jako Wilczaczka. Krucze Pióro patrzył na nią przez cały czas, kiedy mówił, nie pozwalając młodej nawet na chwilę odpoczynku od jego paplaniny. Zastanawiała się, co sprawiło, że starszy pomyślał o ucieczce z jej strony. Nie planowała niczego podobnego. Może i było momentami dość ciężko w Klanie Wilka, jednak miała najtrudniejszy test już za sobą, chyba… chyba że tym następnym ciężkim miała być ocena przez mentora. W każdym razie nie zamierzała stąd zwiewać, miała tu rodzinę. To było niedorzeczne. Czy w grupie uciekinierów, o których usłyszała co nieco z plotek, był ktoś dla niego ważny? — Klan Nocy ma dość identyczne tereny, co Klan Klifu, chociaż pachną zupełnie inaczej. Od nich mogłabyś spodziewać się mokrej, intensywnej, dla niektórych duszącej wręcz woni. Rybi zapach to z pewnością coś, czego nie zdążyłaś jeszcze poznać, jednak za niedługo się to zmieni, bardzo możliwe. W zasadzie, zamiast gadać może ci po prostu pokażę — kocur ruszył przed siebie, nie czekając nawet na żółtooką. Kalinowa Łapa pobiegła prosto za nim, zdziwiona nagłą zmianą, chociaż nie powinna być taka zaskoczona.
Gdy dotarli do kolejnych terenów należących do Klanu Wilka, dostrzegła w oddali Potworną Przełęcz. Wielkie, uszkodzone narzędzie dwunożnych leżało wbite w ziemię, porośnięte wysokimi kamieniami oraz gęstym mchem. Prawdopodobnie, gdyby pogoda była bardziej sprzyjająca, mogłaby się tutaj spodziewać królików podjadających wysokie kłosy trawy. Żwawym krokiem dotarli do Czarnych Gniazd. Do nosa koteczki dopłynął zapach, o którym wcześniej wspominał mentor. Rozejrzała się po granicy, próbując dostrzec morze, jednak niestety jedynym, co zauważyła, były to jedynie blade, gęste białe połacie, piasek zbity w ostre, grube były lodowe. Westchnęła pod nosem cichutko. Krucze Pióro kiwnął nerwowo ogonem, jakby jej zachowanie wybiło go z rytmu. Wilczaczka wyprostowała się, wpatrując prosto na pysk mentora.
— To granica z Klanem Klifu. Linie zapachowe są świeże, oznacza to, że musiał tędy przechodzić niedawno jeden z ich patroli. Chodźmy dalej — zażądał i już po chwili jego ogon zniknął w jednym z krzewów. Żółtooka zanurkowała prosto za nim, próbując nadążyć za niezbyt przyjemnym tempem. Wydawało się, że kocur bardzo się spieszył, jakby chciał w krótkim czasie przedstawić jej jak najwięcej. Miała tylko nadzieję, że takie tempo nie zaburzy jej szybkości nauki i że znajdzie w głowie miejsce na tak nagłą i wielką ilość informacji, jakie jej zaczął przekazywać kocur.

***

Po zwiedzeniu pozostałych granic

Słońce chyliło się ku zachodowi, wspinając po niebie z malowniczą, przyjemną dla oka plejadą barw. Błękitne niebo przecinały różowe, gęste chmury wymieszane z pomarańczowym, a może nawet i złotym, jeśli by się uparła. Kalinowa Łapa spojrzała na swojego mentora spod przymrużonych powiek, czując, jak zmęczenie coraz bardziej jej się udziela. Poślizgnęła się na lodzie, idąc za nim – na szczęście, gdy wysunęła pazury, chwytając się pobliskej zmarzniętej trawy, udało jej się zachować równowagę. Serce zaczęło bić jej dużo szybciej, a mięśnie spięły się, jakby była gotowa do ataku. Atak na lód. Krucze Pióro przysiadł przy jednym z drzew, patrząc na nią z niecierpliwością.
— Długo zamierzasz się jeszcze wygłupiać? — syknął, gdy oparł łapę o korę wiekowej rośliny.
— Nie! Przepraszam! — miauknęła. Znalazła się szybciutko u boku mentora, obserwując każdy jego ruch.
— Słuchaj się i nie rozkojarzaj tak bardzo, bo sobie połamiesz łapy i będziesz wtedy tyle przydatna i potrzebna, co te durne wietrzysko, które nie chce dać sobie spokoju — powiedział gniewnie, uderzając ogonem o lodową posadzkę. Chwycił się drzewa mocno, napinając mięśnie i wysuwając pazury. Zaczął zwinnie wspinać się po nim i przysiadłszy na najniższej gałęzi, patrzył na uczennicę. — Spróbuj to powtórzyć — powiedział, spoglądając na nią niczym ptak drapieżny.
Może o takie sowy im chodziło — pomyślała niechętnie, opierając łapy o pień. Wbiła pazury w korę, zastanawiając się, jak należało się podciągnąć tak, żeby nie spaść. Po chwili wskoczyła na drzewo, niemal nie spadając. Położyła po sobie uszy, gdy małymi kroczkami pięła się coraz wyżej. Gdy znalazła się tuż obok gałęzi, jej ogon się zatrząsł, a ona sama zadygotała na wietrze, kurczowo trzymając się drzewa łapami. Wzrok kocura z każdym uderzeniem serca stawał się coraz bardziej chłodny i surowy. Kalinka pomyślała, że w razie, gdyby spadła, może Krucze Pióro złapałby ją za kark w porę i wciągnął na górę, chociaż nie sądziła, że tak by mu zależało na jej bezpieczeństwie. Cały dzień szwendała się za nim, oglądając drzewa i krzaczki, ślizgając się na lodzie niczym mokra ryba, wyjęta prosto z wody. Jednym konkretnym ruchem wspięła się na gałąź wreszcie i usiadła obok mentora. Krucze Pióro kiwnął do niej głową, po chwili zeskakując sprawnie z konara, lądując na czterech łapach bez żadnych obrażeń. Strzepnął z siebie drobinki kurzu, patrząc teraz z dołu na swoją uczennicę.
— To teraz zejdź — miauknął, mrużąc oczy.
Koteczka wysunęła pazury, wbijając je w gałąź. Mentor z takiej wysokości wydawał się trochę mniejszy, niż był normalnie. Jego grzbiet był pokryty jasną okrywą, jednak nie tak jasną, jak śnieg. Kalinowa Łapa chwyciła się kory, z rozpędem schodząc z drzewa. Prawie wpadła na wojownika, który tylko prychnął z rozgniewaniem, aczkolwiek nie sądziła, by miało to jakieś wielkie znaczenie. Skoro udało jej się zejść i przy okazji nie zabić siebie ani jego, to nie powinno być to aż takim kłopotem.

***

Po powrocie do obozu

Kalinowa Łapa ułożyła się wygodnie w łapach Trzcinniczkowej Dziupli, wysuwając do przodu łapki i rozciągając się. Tak bardzo chciała mu opowiedzieć, co dzisiaj robiła, jednak czuła, jak zmęczenie samo zmusza ją do milczenia. Słyszała głośne bicie swojego serca w uszach, ciepły oddech kocura ogrzewał jej zimne ciałko, które – pewnie, gdyby została jeszcze na noc – po prostu odmówiłoby posłuszeństwa i oddałoby się w lodowe objęcia mroźnych pazurów poza azylem. Starszy kocur zaczął wylizywać jej głowę między uszami, mierzwiąc szarawą grzywkę. Żółtooka zaczęła głośno pomrukiwać, niedługo po tym do pomruków doszło także głośne chrapanie, jej bok unosił się, a potem opadał spokojnie. Była wykończona i gdyby mogła, przespałaby następne dwa dni. Krucze Pióro przeciągnął ją po terenach, a potem jeszcze kazał nauczyć się wspinaczki na drzewa. Mięśnie paliły ją z bólu, w głowie kręciło się z powodu przemęczenia, jednak koteczka mogła wreszcie pozwolić sobie na zasłużony odpoczynek.

[4063 słowa, umiejętność wspinaczki na drzewa]

Naparstnicowa Łapa został adoptowany!

01 lutego 2026

Od Ognikowej Słoty CD. Nocnej Łapy

Ognikowa Słota kątem oka zauważyła, jak mniejsza sylwetka oddziela się od tej większej. Tą wyższą była Tropiąca Łaska, za którą kocica nie przepadała. Czuła swego rodzaju złość i może nawet żal, że to właśnie ona szkoliła Noc. Szylkretka miała wrażenie, że kocurek był dużo bardziej pracowitym uczniem, może zrobił nawet już jakiś postęp – Cykoriowa Łapa była bardzo oporna, jak chodziło o przyswajanie wiedzy i wszystkiego się bała, przynajmniej takie wrażenie odnosiła brązowooka. Z rozmowy wybił ją Nocna Łapa, który dobiegł do niej szybciutko. Na jego mordce wymalowane było zmęczenie, jednak nawet i ono nie było w stanie poskromić jego ogromnych zapasów energii. Niemal na nią wpadł, ciekawe czy coś się stało, że tak mu się spieszyło? Może nic nie musiało, żeby zechciał z nią porozmawiać? Zamruczała, pusząc sierść na piersi, żeby ochronić się przed mroźnymi podmuchami wiatru. Pożegnała Sowi Zmierzch z szacunkiem, kocur wycofał się do legowiska wojowników, zostawiając za sobą ślady w pomniejszych zaspach śnieżnych. Jego ogon zniknął w ciepłej norze. Kocica zerknęła na Nocną Łapę. Chciał porozmawiać o Klanie Gwiazdy, oczywiście o niczym pozytywnym, jeśli już o nich chodziło. Pręguska spoważniała, chociaż nie dało się wyczyścić iskry zaskoczenia z jej spojrzenia.
— No dobra, dobra. Ale kiedy będę już silnym wojownikiem, chciałbym walczyć z Klanem Gwiazdy! Oni skrzywdzili moją rodzinę i nie zasługują, żeby żyć! I będę z nimi walczył! I wygram! — Noc wypiął dumnie pierś.
Ognikowa Słota poruszyła ogonem nieznacznie. Podobał jej się ten entuzjazm ze strony młodego. Wiedziała, że nie popełniła błędu, zaczynając opowieści właśnie od niego. Klanu Gwiazdy nie dało zabić się tak, jak typowo żywego kota. Zamiast tego można było przykładowo robić to, co robiła ona. Nastawiać coraz to większą ilość kotów przeciwko nim już od najmłodszych lat. Czuła jak po piersi rozpływa jej się przyjemne, ciepłe uczucie. Nocna Łapa był mądry i miał naprawdę konkretny potencjał, tak samo jak Kalinka. Brązowooka zastanawiała się, czy powinna wytłumaczyć kruczofutremu nad czym, tak teraz dywagowała, chociaż wcale nie tak długo, jak mogłoby się wydawać.
— A wiesz, że możesz? Ucz się pilnie, ucz się nawet ponadto, czego od ciebie wymagają. Musisz być mądry i silny. Mam na myśli też to, żebyś nie dawał sobie wchodzić na głowę. Musisz zrozumieć, że są koty porządne – czyli takie jak przykładowo my i Zalotna Gwiazda, jeszcze parę innych… i takie, którym zależy jedynie na twoim nieszczęściu. U niektórych bardzo łatwo jest to przejrzeć. U innych już trudniej, ponieważ zdążyli nauczyć się nowych sztuczek i technik, dzięki której ktoś, kto wie mniej, mógłby im zaufać bardzo szybko i prosto, nawet nie musieliby się wysilać. Każdy, kto wypowiada się negatywnie o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd nie zasługuje na życie. Jest on dokładnie tyle samo wart, co wszyscy ci smutni wojownicy w tym śmiesznym Klanie Gwiazdy — splunęła na bok, marszcząc nos z obrzydzeniem. Trzepnęła ogonem gniewnie, wysuwając pazury, zdobiąc puch pod nimi małymi wgnieceniami. Rozejrzała się po obozie, po chwili przypomniawszy sobie całą wypowiedź kocurka. — Oczywiście, że wygrasz. I ja ci w tym pomogę. Nie rzucaj się sam na całą armię.
Nocna Łapa zamrugał, spoglądając na starszą kotkę. Wokół nich panował całkowity mrok, chłodne pazury przypominały o sobie z każdym kolejnym mocniejszym podmuchem.
— Idź odpocząć. Jutro pogadamy — miauknęła Słota, popychając czarnofutrego delikatnie w stronę legowiska uczniów. Bursztynooki kiwnął głową, po chwili oddalając się do norki.

***

Ognikowa Słota u podnóża drzewa iglastego wypatrzyła nietypowe, oskubane szyszki. Gdy podniosła łeb do góry, na samym szczycie siedział dzięcioł, który co jakiś czas stukał dziobem o korę. Szylkretka omiotła centrum wzrokiem, doszukując się Nocnej Łapy. Kocurek wyszedł z norki i gdy tylko dojrzał wojowniczkę, podbiegł do niej radośnie. Usiadł tuż obok, dość niezdarnie. Brązowooka wskazała palcem na ptaka tuż nad nimi. Po chwili popatrzyła na pobratymcę, zastanawiając się, co sobie pomyślał.
— Widzisz go, Nocna Łapo? — zagadnęła cicho, poduszką poprawiając sobie futro za uchem. Polizała się po piersi kilkukrotnie.
— Tak! Mam go złapać? — zapytał, już spinając mięśnie.
Kocica postawiła uszy z zaciekawieniem.
— Umiesz już wspinać się po drzewach? A widzisz, jak wielkie kolce mają drzewa iglaste? — zamruczała, poruszając ogonem.
Nocna Łapa zerknął na własne łapy, po paru uderzeniach serca podnosząc wzrok raz jeszcze.
— Nie… jeszcze nie, może ty mnie nauczysz? — w jego oczkach zatańczyła iskierka nadziei.
Ognikowa Słota pokręciła głową.
— Nie, nie mogę, bo od tego jest twoja mentorka. Ale wiesz co? Mogę ci poopowiadać, dopóki masz czas. Więc usiądź sobie wygodnie i słuchaj — uśmiechnęła się delikatnie. — Klanu Gwiazdy nie da się zabić tak, jak mogłoby ci się wydawać. Ale możesz walczyć z wyznawcami tej zbitej, zakłamanej grupki. I możesz robić to na najróżniejsze sposoby, oczywiście każde z głową — dorzuciła, kładąc łapy na swoim puchatym ogonie. Wilgotny puch zsunął się po jej kłosach, poduszki łap piekły ją z powodu chłodu. Dobrze, że teraz sobie je ogrzeje.
— Nocna Łapo? — gdzieś nieopodal nich rozległo się wołanie. Ognikowa Słota pokazała pyskiem w kierunku Tropiącej Łaski.
— Musisz już iść, do zobaczenia, Nocna Łapo — pożegnała go, klepiąc delikatnie parę razy po łebku w geście pocieszenia.
— Szkoda… no cóż, do zobaczenia! — wstał na łapki, otrzepując z siebie drobinki śniegu. Pomachał szylkretce ogonem na pożegnanie.
Sposobów na walkę z Klanem Gwiazdy było wiele. Najprostszym z nich było stopniowe eliminowanie ich wyznawców. Bo w końcu co mógłby jej zrobić jakiś śmieszny gwiezdny duszek, który nawet nie mógł jej dotknąć, a ona ich zobaczyć? Ognikowa Słota podeszła do drzewa, spozierając w górę. Oparła łapy o pień. Ptak nadal niczego nieświadomy budował sobie dziuplę, w której prawdopodobnie planował przechowywać jedzenie podczas nieprzychylnej pory. Kawałki drewna spadały z wysokości, głucho opadając na ziemię, czepiając się grubych gałęzi, obrośniętych ciemnoturkusowymi igłami. Szylkretka zaczęła wspinać się pospiesznie, drobne kawałki wiekowej rośliny odlatywały, gdy chwytała się wyższych i wyższych punktów. Dosięgła pierwszego konara, doskakując do szerokiej gałęzi tylko po to, żeby znaleźć się na drugiej uderzenie serca później. Zwinnym ruchem chwyciła dzięcioła, który już miał odlatywać i uchronić się przed nieuchronnym końcem. Ścisnęła go mocno, wbijając zęby w delikatną skórę. Po chwili poczuła, jak kły zatapiają się w coraz słabiej wierzgającym mięsie, zabijając tym samym dzięcioła.
Zeszła z drzewa spokojnie, lądując na czterech łapach z wysoko uniesionym ogonem. Odłożyła zdobycz w pobliskim krzewie, przesuwając gałązki, żeby zakryły ptaka.

***

Kocica resztę dnia spędziła na treningu z Cykoriową Łapą. Dzisiaj próbowała nauczyć ją nawigowania w tunelach – pewnie, gdyby to nie była pręguska, to Słota podchodziłaby do tego mniej krytycznie. Ciężko było jej nie wyliczać w głowie każdego błędu bursztynookiej. Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy dwie kotki zaczęły wracać do obozu. Na brązowej mordce młodszej wymalowane było zmęczenie. Ognikowa Słota zaś czuła niedosyt i miała wrażenie, że oczekiwała od podopiecznej za mało. Pamiętała rozmowę ze swoją siostrą, Nadciągającym Pomrokiem. Szylkretka miała rację – brązowooka oczekiwała od młodej za mało, a ta, zamiast to docenić, sprawdzała wiecznie, na ile mogła sobie przy niej pozwolić. Tak naprawdę, dopóki nie grała jej na nerwach, to mogła dość wiele. Rudaska westchnęła pod nosem, gdy obydwie się rozdzieliły. Młodsza Wilczaczka poszła prosto do legowiska uczniów, zaś Ognikowa Słota przysiadła dokładnie w tym samym miejscu, co z rana. Z tego, co się orientowała, Nocna Łapa jeszcze nie wrócił. Ciekawe czego nauczył się dzisiaj ze swoją mentorką? Może wspinania na drzewa? Może jakichś chwytów bitewnych? Może Tropiąca Łaska opowiadała mu więcej o Mrocznej Puszczy?
Przez tunel przeszedł nagle kruczoczarny kocurek z wyższą szylkretką u boku. Kocica miauknęła coś do niego, na co on kiwnął główką posłusznie. Ognikowa Słota postawiła uszy z zaciekawieniem, spozierając na kocurka. Ten, gdy tylko się odwrócił i ją zobaczył, podszedł do niej pospiesznie.
— Ognikowa Słoto! Opowiesz mi więcej?
— Tak. Wiesz co? Mam dla ciebie wyzwanie. Spróbujesz podołać? — zapytała, mrużąc oczy odrobinę.
Nocna Łapa otworzył ślepia szerzej, po paru uderzeniach serca kiwając chętnie głową.
— Zatem słuchaj. Muszę ci powiedzieć coś ważnego i będę to prawdopodobnie powtarzać jeszcze przez jakiś czas, dlatego, jeśli nie uda ci się odpowiedzieć poprawnie od razu, to nic się nie martw, mamy jeszcze dużo czasu. Nie musisz pamiętać już dzisiaj, jednak byłabym bardzo zadowolona, gdyby coś zostało w twoim łebku po dzisiejszych opowieściach — powiedziała, przesuwając łapą po podłożu. Zniżyła głos do szeptu. Pochyliła się nad kocurkiem, mówiąc mu teraz prosto do ucha. Wichura szalała wokół nich, posyłając drobinki śniegu w przeróżne strony. Wycie zagłuszyło sprawnie słowa Ognikowej Słoty dla każdego, kto nie siedział tak blisko, jak Nocna Łapa. — W Klanie Wilka jest parę kotów, którym nie możesz ufać i ja ci dzisiaj powiem, komu dokładnie. Na pewno będzie to Roztargniony Koperek i Cisowe Tchnienie – jeśli kiedykolwiek ci się coś stanie, to powiedz mi albo swojej mentorce, żebyśmy z tobą do nich poszli. Wydaje mi się, że wiedzą coś o Klanie Gwiazdy, co nie świadczy o nich dobrze. Jest to coś, o czym nie wolno ci powiedzieć nikomu, a już na pewno nie im samym. Brukselkowa Zadra, Wrotyczowa Szrama, Gwiazdnicowy Blask. Wszyscy, którzy są w jakikolwiek sposób powiązani ze zdrajcami, w tym nawet Iskrząca Nadzieja… wolałabym też, żebyś nie rozmawiał z Tygrysią Nocą — zastrzygła wąsami. — W takim razie Nocna Łapo, powiedz mi teraz… komu ci nie wolno ufać i co możesz zrobić z tą informacją, a czego na pewno nie? — zapytała spokojnie, poruszając ogonem co jakiś czas.
Nocna Łapa zamyślił się na moment. Wyglądał tak, jakby wyliczał coś w głowie.
— Cisowe Tchnienie, Roztargniony Koperek… Wrotyczowa Szrama, Iskrząca Nadzieja — zaczął wymieniać, gdy po chwili się zaciął i zerknął z zagubieniem na Ognikową Słotę. To było wiele nowych imion do zapamiętania, naturalne, że nie kojarzył ich wszystkich, w końcu dopiero niedawno został uczniem. — Nie mogę nikomu o tym powiedzieć… W przeciwnym razie przodkowie się zezłoszczą, prawda?
— Tak. Otóż to… Dorzuć do nich Brukselkową Zadrę i Gwiazdnicowy Blask. Tygrysią Noc też — miauknęła do niego. Wycofała się po chwili do krzewu i wyciągnąwszy z niego dzięcioła, położyła zdobycz przed uczniem. — Jesteś głodny? — zapytała, spozierając na kocurka. Ciekawe czy przyjmie od niej prezent? W końcu należał mu się, to był udany dzień.

<Nocna Łapo, zgłodniałeś?>