Myśl o wspólnej ucieczce pojawiała się w jej głowie coraz częściej, ilekroć spędzała czas z Połyskliwym Kogutem. Znała go na tyle dobrze, by chcieć podzielić się z nim swoimi zamiarami, a sama obecność przyjaciela sprawiała, że perspektywa opuszczenia dotychczasowego miejsca wydawała się nieco mniej przytłaczająca. Zastanawiała się jedynie, jak powinna zacząć rozmowę i w jaki sposób wyjaśnić mu, że nie zamierza dłużej czekać na zmianę swojego losu.
Za każdym razem, gdy nadarzała się okazja, odkładała rozmowę na później, później zirytowana własnym niezdecydowaniem. Nie wynikało ono jednak z obawy przed jego reakcją, a przynajmniej taką wersję przedstawiała samej sobie. Po prostu chciała mieć pewność, że zostanie właściwie zrozumiana, a jej słowa zabrzmią wystarczająco stanowczo, by nie pozostawić miejsca na niepotrzebne dyskusje.
W końcu uznała, że dalsze zwlekanie nie ma sensu. Nie istniał żaden idealny moment, na który warto byłoby czekać, a każda kolejna chwila poświęcona na układanie w głowie odpowiednich zdań jedynie niepotrzebnie odwlekała realizację planu. Skoro zamierzała odejść, musiała zacząć działać, a pierwszym krokiem było wtajemniczenie rudego w swoje zamiary.
Kiedy tylko poczuła więc na sobie wzrok przyjaciela, podeszła do niego bez zbędnego wahania, choć w jej wnętrzu nadal kotłowały się myśli, które od kilku dni nie dawały jej spokoju. Zatrzymała się przed nim, unosząc nieco głowę, i przez krótką chwilę przyglądała mu się w milczeniu, jak gdyby chciała upewnić się, że poświęci jej wystarczająco dużo uwagi. Nie zamierzała owijać sprawy w bawełnę ani udawać, że chodzi o coś błahego. Miała mu do powiedzenia coś ważnego i oczekiwała, że potraktuje jej słowa poważnie.
— Hej, Kurak. Słuchaj, ja już tutaj nie wytrzymam. Rozumiesz? — zaczęła szeptem, a choć starała się nadać swojemu głosowi pozory opanowania, pod wypowiadanymi słowami kryło się drżenie, które z każdym kolejnym uderzeniem serca stawało się coraz trudniejsze do powstrzymania. — Odebrali mi wszystko. Wszystko, na co tak długo czekałam. Mój tytuł, moje miejsce, całą tę radość z bycia częścią klanu. Nienawidzę Echa, Firletki, Płomykówki i wszystkich innych, przez których muszę tu siedzieć.
Ostatnie słowa niemal uwięzły jej w gardle, lecz Łzawa Łapa nie pozwoliła sobie na przerwanie, jak gdyby obawiała się, że jeśli choć na chwilę umilknie, zabraknie jej odwagi, by ponownie otworzyć pysk i wypowiedzieć na głos wszystko to, co od tak dawna gromadziło się w jej wnętrzu.
Jej uszy odchyliły się nieznacznie na boki, kiedy wspomnienia ponownie napłynęły do jej umysłu, natarczywe i ostre niczym ciernie wbijające się w delikatną skórę. Jeszcze niedawno potrafiła wyobrazić sobie przyszłość, w której będzie uwielbianą przez współklanowiczów medyczką, znającą lekarstwo na każdą ranę oraz chorobę. Że w chwili potrzeby to w jej stronę zwrócą się ich pyszczki. Że będzie ważna, tak jak jej tato i dziadek. Teraz jednak te obrazy wydawały się odległe jak wspomnienia z obcego życia, a miejsce, które jeszcze do niedawna uważała za własne, stało się jedynie więzieniem, w którym każdy dzień przypominał jej o tym, co utraciła.
Przełknęła ślinę, usiłując zdusić narastający ucisk w gardle, po czym zacisnęła pazury w podłożu tak mocno, że miała wrażenie iż ziemia zgina się pod ich naciskiem.
— Uciekniemy — dodała po chwili, tym razem ciszej, lecz w jej głosie nie pozostało już niemal nic z wcześniejszego drżenia. Zamiast niego pojawiła się chłodna stanowczość, która zdawała się zaskakująco dobrze pasować do napięcia malującego się na jej pysku. — Rozumiesz? Musimy stąd wyjść, bo nie zamierzam spędzić reszty życia, czekając, aż łaskawie pozwolą mi wrócić do tego, co robiłam wcześniej. Nie będę ich prosić o coś, co sami mi odebrali. Mam już tego wszystkiego dość.
Podniosła głowę i spojrzała na Połyskującego Koguta, szukając w jego oczach czegoś, co mogłoby utwierdzić ją w przekonaniu, że nie jest jedyną osobą zdolną dostrzec absurd sytuacji, w której się znaleźli. Chciała wiedzieć, że nie będzie musiała mierzyć się z tym wszystkim sama, że przynajmniej jedna bliska jej osoba wciąż z nią pozostanie.
W jej wyobraźni plan zdążył już nawet nabrać kształtów, choć wciąż pozostawał bardziej zbiorem gwałtownych myśli niż rzeczywistym zamierzeniem. Wiedziała, kiedy mniej więcej strażnicy zmieniają warty, mogliby więc uciec, kompletnie omijając ich wzrok. A potem już tylko wejść w tunel, który pozwoli im oddalić się od klanu oraz przybliżyć do wolności. Nie zastanawiała się nad wszystkimi przeszkodami, jakie mogły stanąć im na drodze, lecz w tej chwili sama możliwość odejścia wydawała jej się czymś znacznie bardziej znośnym niż perspektywa pozostania w miejscu, w którym każdy zakątek przypominał jej o upokorzeniu.
Połyskujący Kogut przez dłuższą chwilę milczał.
Ta cisza napewno oznaczała, że rudy próbuje zebrać myśli i znaleźć odpowiednie słowa, by wyrazić zgodę, której tak bardzo potrzebowała. Obserwowała go uważnie, dostrzegając, jak jego sylwetka nieznacznie sztywnieje, a uszy poruszają się niespokojnie, reagując na odgłosy dobiegające z dalszej części otoczenia. Jego spojrzenie raz po raz uciekało w bok, zatrzymując się na kamieniach, posłaniach innych więźniów, wszystkim, co mogło odciągnąć jego uwagę od niej samej.
Rozumiała go.
Sama przecież czuła, jak niebezpieczna jest myśl, którą właśnie wypowiedziała, i potrafiła zrozumieć, że perspektywa opuszczenia klanu nie należała do najłatwiejszych. Ucieczka oznaczała nie tylko pozostawienie za sobą znajomych pysków i bezpiecznego schronienia, lecz także konieczność stawienia czoła światu, w którym nie można było liczyć na pomoc współplemieńców ani na ochronę zapewnianą przez granice własnego terytorium. Jednak przecież poradziliby sobie, prawda? Ona mogłaby szukać ziół, w razie gdyby dopadła ich choroba, a on mógłby łapać im zwierzynę, by byli najedzeni. Potem może dołączyliby do jakiegoś klanu. Może. A nawet jeśli nie, to wciąż byłoby im znacznie lepiej niż tu.
Najlepsi przyjaciele na zawsze. Nieważne gdzie.
— Łzawa Łapo, ja… — zaczął w końcu, a jego głos zabrzmiał niepewnie, jak gdyby każde kolejne słowo wymagało od niego pokonania niewidzialnej przeszkody. — Nie jestem pewien, czy byłbym w stanie uciec wraz z tobą. Chyba łatwiej będzie mi pozostać. Ale mogę ci trochę pomóc. No wiesz, w planowaniu.
Och.
Przez ułamek chwili Łzawa Łapa po prostu na niego patrzyła, próbując zrozumieć, co właściwie usłyszała. Nie spodziewała się, że od razu zgodzi się odejść. Wiedziała przecież, jak wiele miał do stracenia i jak przerażająca musiała wydawać mu się myśl o życiu poza klanem. Mimo to jakaś jej część wciąż wierzyła, że jeśli przedstawi mu wystarczająco dobry powód, jeśli pokaże mu, że mogliby sobie poradzić, znajdzie w sobie odwagę, by przynajmniej rozważyć tę możliwość. Że ich przyjaźń będzie dla niego równie ważnym argumentem, jak dla niej.
Tymczasem on już podjął decyzję. Zostawał. A jej oferował pomoc w zaplanowaniu ucieczki, w której sam nie zamierzał uczestniczyć.
Nie poruszyła się, nie odpowiedziała, nawet nie drgnęła końcówką ogona. Przez moment próbowała jeszcze znaleźć w jego słowach coś, czego mogłaby się uchwycić — dowód na to, że wciąż chciał być po jej stronie, że nie zostawiał jej całkiem samej z tym wszystkim. Przecież nie odmówił jej pomocy. Nie odwrócił się od niej. A jednak trudno było jej nie dostrzec, jak niewiele znaczyła ta pomoc w obliczu tego, o co naprawdę go prosiła.
Jeszcze przed chwilą wyobrażała sobie, że mogliby odejść razem, że mimo strachu i niepewności znaleźliby sposób, by ułożyć sobie życie na własnych zasadach. Teraz ta wizja zaczynała rozpadać się na jej oczach, ustępując miejsca rzeczywistości, której nie chciała przyjąć. Nie chodziło nawet o samą odmowę. Bolało ją to, że kiedy postawiła przed nim coś, co uważała za szansę dla nich obojga, on nie potrafił dostrzec w tym niczego, dla czego warto byłoby zaryzykować.
Gniew, który jeszcze przed momentem zdawał się nie mieścić w jej drobnym ciele, powoli przygasał, pozostawiając po sobie coś znacznie trudniejszego do nazwania. Nie była już tak wściekła, jak mogłaby się spodziewać. Nie miała nawet siły, by próbować go przekonywać. Zamiast tego poczuła narastającą gorycz, cichą i ciężką, podszytą niedowierzaniem, że tak bardzo się pomyliła.
Chciało jej się śmiać.
Oczywiście, że nie chciał iść. Oczywiście, że w chwili, w której potrzebowała go najbardziej, potrafił zaoferować jedynie kilka ostrożnych rad, nie narażając przy tym ani własnego bezpieczeństwa, ani wygodnego miejsca, które wciąż zajmował w klanie. Jak mogła oczekiwać czegoś innego? W jej życiu każdy był rozczarowaniem.
Ojciec.
Brat.
Mentorka.
Dlaczego w tym przypadku — w jego przypadku — miałoby to wyglądać jakkolwiek inaczej?
Z każdą sekundą coraz wyraźniej odczuwała, jak sympatia do przyjaciela wyślizguje się z jej serca, pozostawiając po sobie miejsce dla niechęci, która rosła w niej z niepokojącą łatwością. Jeszcze przed chwilą jego obecność dawała jej odrobinę pocieszenia, stanowiąc ostatni punkt oparcia w świecie, który zdawał się systematycznie odbierać jej wszystko, co miała. Teraz jednak nawet wspomnienie ich wcześniejszych rozmów, wspólnych chwil i drobnych gestów życzliwości zaczęło wydawać jej się czymś pozbawionym znaczenia, niemal żałosnym w obliczu tego, jak niewiele był gotów dla niej zrobić.
Jej wzrok stwardniał, a źrenice zwęziły się nieznacznie, kiedy powoli uniosła podbródek. Na pysku pojawił się grymas odrazy, którego nie próbowała już ukrywać, i choć nie wypowiedziała ani słowa, Połyskujący Kogut musiał dostrzec zmianę, jaka w niej zaszła. Wystarczyło jedno spojrzenie, by zrozumiał, że jego odpowiedź nie tylko jej nie zadowoliła, ale również przekreśliła coś, czego być może sam nie uważał za tak kruche.
Rudy natychmiast spuścił wzrok.
Przez chwilę obserwowała go w milczeniu.
— Ach. Jasne. W porządku — miauknęła wreszcie; jej głos stał się tak chłodny i obojętny, że niemal nie przypominał tego samego głosu, którym jeszcze przed chwilą wyjawiała mu swoje najskrytsze myśli. — Wiedziałam, że tylko na to ciebie stać.
Wypowiedziała te słowa z pozorną lekkością, choć każde z nich pozostawiało w jej wnętrzu nieprzyjemny osad. Z trudem powstrzymała się przed dodaniem czegoś jeszcze, przed wyrzuceniem z siebie wszystkich myśli, które cisnęły jej się na język. Pragnęła powiedzieć mu, jak bardzo ją zawiódł, jak niewiele znaczyła dla niego ich przyjaźń i jak żałosne wydawało jej się przekonanie, że można komuś pomóc, jednocześnie odmawiając mu własnego towarzystwa w chwili próby.
Nie zrobiła tego jednak.
— Nie chcę twojej pomocy. Znaczy ona dla mnie tyle, ile dla ciebie nasza przyjaźń.
Ostatnie słowo wybrzmiało w jaskini ostrzej, niż zamierzała, odbijając się cichym echem od kamiennych ścian, nim wreszcie ucichło w głębi schronienia. Łzawa Łapa nie spuściła wzroku. Nie pozwoliła sobie na choćby najmniejszy gest zawahania, choć w jej wnętrzu wszystko paliło ją z gniewu, smutku oraz bólu. Chciała, żeby Połyskujący Kogut zrozumiał, jak bardzo ją zranił. Żeby pojął, że właśnie przekroczył granicę, której nie zamierzała tak łatwo ponownie przed nim otworzyć. A jednak, mimo całej złości, jaka się w niej kotłowała, jakaś część jej samej wciąż czekała na słowa, które mogłyby jeszcze wszystko zmienić.
Może wystarczyłoby, żeby przyznał, że się boi, ale mimo to spróbuje.
Może gdyby powiedział, że nie potrafi porzucić wszystkiego bez wahania, lecz nie chce też zostawiać jej samej, potrafiłaby go zrozumieć. Nie musiał przecież od razu zgadzać się na ucieczkę. Chciała jedynie wiedzieć, że ich przyjaźń znaczy dla niego na tyle dużo, by przynajmniej spróbował wyobrazić sobie życie poza klanem. Że nie jest jedyną, która gotowa byłaby zaryzykować dla nich obojga.
Jednak Połyskujący Kogut milczał.
Z każdą kolejną chwilą nadzieja, której Łzawa Łapa tak uparcie się trzymała, stawała się coraz trudniejsza do utrzymania. W końcu przestała na niego czekać. Nie chciała już słuchać kolejnych wyjaśnień ani zastanawiać się, czy gdyby ujęła to inaczej, jego odpowiedź byłaby inna. Nie miało to znaczenia. Powiedział, co powiedział, a ona musiała pogodzić się z tym, że nie zamierzał odejść razem z nią.
Między nimi zapadła cisza, cięższa niż wszystkie wcześniejsze, pozbawiona choćby cienia porozumienia. Łzawa Łapa jeszcze przez moment trwała w bezruchu, jakby liczyła na to, że przyjaciel wreszcie się odezwie. Kiedy jednak nic się nie wydarzyło, po prostu odwróciła się i odeszła na drugi koniec jaskini. Usiadła na swoim mizernym posłanku, nie zaszczycając go już ani jednym spojrzeniem.
Być może właśnie tak miała zakończyć się ich przyjaźń. Nie gwałtowną kłótnią, nie dramatycznym rozstaniem, lecz kilkoma słowami wypowiedzianymi w gniewie i ciszą, która nadeszła po nich. Ciszą, przez którą wszystkie wspólne chwile nagle nabrały innego znaczenia. Przecież jeszcze niedawno wierzyła, że bez względu na to, co przyniesie im przyszłość, zawsze będą mogli na siebie liczyć. Teraz nie była już tego taka pewna.
Nie wiedziała, co czekało na nią poza granicami klanu. Nie miała pewności, gdzie znajdzie schronienie, jak poradzi sobie z samotnością ani czy rzeczywiście uda jej się poczuć, że jej życie mogło obrać jakiś lepszy kierunek. Perspektywa ucieczki wciąż napawała ją strachem, ale po raz pierwszy od dłuższego czasu nie strach wydawał się najgorszy. Znacznie trudniejsza do zniesienia była myśl, że mogłaby zostać tutaj tylko dlatego, że zabrakło jej odwagi, by odejść bez tych, na których jej zależało.
Nie mogła przecież bez końca czekać, aż ktoś zdecyduje się zrobić z nią ten krok. Nie mogła uzależniać własnej przyszłości od obietnic, których nikt nie zamierzał złożyć.
Jeśli Połyskujący Kogut wybrał pozostanie w klanie, miała prawo wybrać coś innego.
Ta myśl nie przyniosła jej ulgi. Nie ukoiła bólu ani nie sprawiła, że nagle przestała tęsknić za tym, co jeszcze przed chwilą wydawało jej się możliwe. Pomogła jej jednak zrozumieć jedno: nie musiała już dłużej czekać.
Podniosła wzrok i rozejrzała się po jaskini. Wszystko wyglądało tak samo jak wcześniej, a mimo to coś nieodwracalnie się zmieniło.
Nie było już niczego, co mogłoby ją powstrzymać przed ucieczką.
A skoro tak, mogła odejść jeszcze tej nocy.
***
Pozostali więźniowie powoli zapadali w sen, jeden po drugim pogrążając się w niespokojnej ciszy, którą od czasu do czasu przerywało jedynie ciche westchnienie albo szelest futra ocierającego się o podłoże. Łzawa Łapa zadbała o to, by zająć miejsce jak najdalej od pozostałych kotów. Sama ich obecność napawała ją niechęcią, której nie zamierzała ukrywać nawet przed samą sobą. Nie potrafiła znieść widoku ich zmęczonych pysków, przygarbionych sylwetek ani spojrzeń, w których dostrzegała zbyt wiele rezygnacji. Nie chciała mieć z nimi nic wspólnego.
Leżała zwinięta w ciasny kłębek, z oczami przymkniętymi na tyle, by sprawiać wrażenie pogrążonej we śnie. Starała się oddychać spokojnie, miarowo, nie zdradzając najmniejszym ruchem, jak wiele wysiłku kosztowało ją zachowanie pozorów obojętności. W rzeczywistości każdy mięsień jej ciała pozostawał napięty, a serce biło z taką siłą, że przez chwilę obawiała się, iż jego łomot rozniesie się po całej izolatce i zaalarmuje obserwującego strażnika. Nie mogła jednak pozwolić sobie na nerwowe wiercenie się ani na niepotrzebne rozglądanie. Musiała czekać. Czekać na odpowiednią chwilę.
Nagle ciszę przerwało ciche westchnienie.
Łzawa Łapa natychmiast skupiła się na dobiegającym z zewnątrz dźwięku. Nie otworzyła oczu, choć jej uszy drgnęły nieznacznie, wychwytując odgłos kroków oddalających się od wejścia do izolatki. Przez krótką chwilę nie potrafiła stwierdzić, czy strażnik rzeczywiście opuszczał swoje stanowisko, czy jedynie zmieniał pozycję, by wygodniej ułożyć się na zimnym podłożu. Nie mogła pozwolić sobie na pochopne działanie. Jeden fałszywy ruch wystarczyłby, by przekreślić wszystkie jej starania.
Kroki rozległy się ponownie, tym razem nieco wyraźniej, po czym zaczęły stopniowo cichnąć. Towarzyszył im delikatny szelest, a następnie głuchy odgłos, jak gdyby ktoś otarł się barkiem o nierówną ścianę tunelu. Po chwili zapadła cisza.
Łzawa Łapa odczekała jeszcze kilka uderzeń serca, walcząc z pokusą natychmiastowego poderwania się na łapy. Dopiero gdy uznała, że nie słyszy już niczego, co mogłoby świadczyć o obecności strażnika, ostrożnie przechyliła głowę. Miała mocno przymknięte oczy, a każdy jej ruch był powolny i niepozorny, tak by nawet gdyby ktoś wciąż obserwował wnętrze izolatki, mógł uznać go za zwyczajne wiercenie się przez sen.
Przez szczelinę między powiekami dostrzegła puste wyjście.
Serce zabiło jej jeszcze mocniej, tym razem jednak towarzyszyło temu coś, czego od dawna nie czuła — nagły przypływ nadziei. Niewielki, niepewny, a jednak wystarczający, by rozproszyć na moment ciężar zalegający w jej piersi.
Łzawa Łapa podniosła się ostrożnie, uważając, by jej łapy nie zaszurały o kamienne podłoże. Każdy ruch wydawał jej się teraz nienaturalnie głośny, a nawet najdrobniejszy szelest futra brzmiał w jej uszach niczym ostrzeżenie. Zerknęła jeszcze na pozostałych więźniów, lecz żaden z nich nie zdradzał oznak przebudzenia. Nie miała zamiaru zastanawiać się nad tym, co pomyśleliby o jej ucieczce, gdyby jednak któryś otworzył oczy. Nie obchodziło jej to. Liczyło się wyłącznie wydostanie na zewnątrz.
Wyszła z legowiska, wchodząc do leżącego obok niego tunelu.
Był on wąski, a jego ściany nierówne. Gdzieniegdzie podłoże wznosiło się łagodnie, by zaraz potem opadać w dół. Mimo wszystko droga nie okazała się długa.
Z każdym kolejnym krokiem powietrze stawało się nieco chłodniejsze, a duszna woń stęchlizny stopniowo ustępowała miejsca zapachowi mokrej ziemi i czegoś jeszcze — czegoś świeżego, czystego, co natychmiast przywołało w jej pamięci wspomnienie świata znajdującego się poza podziemiami. Wkrótce dostrzegła przed sobą nikłą poświatę, ledwie widoczną na tle ciemności.
Światło.
Przyspieszyła odruchowo, niemal zapominając o konieczności zachowania ostrożności.
Łzawa Łapa zatrzymała się na moment, oszołomiona nagłą zmianą otoczenia. Nad jej głową rozciągało się ciemne niebo.
Było zimno. Przejmująco zimno.
A jednak nigdy wcześniej nie czuła tak wielkiej wdzięczności za chłód, wiatr i śnieg. Po dniach spędzonych w dusznych, wilgotnych tunelach nawet mroźne powietrze wydawało jej się cudowne. Wzięła głęboki oddech, pozwalając, by jego świeżość wypełniła jej płuca, a następnie przymknęła oczy, rozkoszując się przez krótką chwilę świadomością, że znów znajduje się pod otwartym niebem.
Udało jej się.
Naprawdę udało jej się wydostać.
Myśl ta powracała do niej z niedowierzaniem, niemal tak, jakby musiała powtórzyć ją sobie kilkakrotnie, aby ostatecznie uwierzyć we własne szczęście. Kąciki jej pyska uniosły się nieznacznie, tworząc ledwie dostrzegalny uśmiech, w którym mieszały się ulga, triumf i cień wyczerpania. Nie był to uśmiech beztroski ani radosny w sposób, w jaki uśmiechałaby się, osiągając upragniony cel w sprzyjających okolicznościach. Był raczej ostrożnym wyrazem nadziei, która przetrwała mimo wszystkich upokorzeń, rozczarowań i chwil, w których niemal przestała wierzyć, że cokolwiek może jeszcze potoczyć się po jej myśli.
Powoli otworzyła oczy i odwróciła głowę, spoglądając po raz ostatni na ciemny otwór tunelu, z którego przed chwilą wyszła.
Przejście wyglądało teraz znacznie mniej groźnie niż wówczas, gdy przeciskała się przez nie w niemal zupełnej ciemności, a mimo to na jego widok poczuła nieprzyjemny skurcz w żołądku. Wiedziała, co pozostawiła za sobą: duszne powietrze, zimne ściany, śpiących więźniów i Połyskującego Koguta...
Zastanawiała się, co pomyśli, kiedy rano obudzi się i odkryje, że zniknęła. Czy najpierw poczuje niepokój, rozglądając się pośród pozostałych więźniów i próbując zrozumieć, dokąd mogła się udać? Czy może odetchnie z ulgą, przekonany, że przynajmniej nie będzie dłużej znosić jej widoku?
A może poczuje żal.
Łzawa Łapa chciała wierzyć, że choć przez krótką chwilę będzie mu jej brakować. Zarazem jednak sama myśl, że mogłaby jeszcze oczekiwać od niego jakiejkolwiek reakcji, wywołała w niej gwałtowną falę niechęci.
Dlaczego wciąż miało ją obchodzić, co czuje kot, który nie potrafił zdobyć się na odwagę, by stanąć u jej boku?
Zmarszczyła lekko nos, a jej ogon poruszył się niespokojnie, omiatając zaśnieżone podłoże. Wspomnienie jego spuszczonego wzroku, niezręcznego tonu i ostrożnie sformułowanej odmowy nadal pozostawało świeże, niemal boleśnie wyraźne. Być może rzeczywiście łatwiej było mu pozostać. Być może to ona wymagała zbyt wiele, oczekując, że porzuci wszystko, co znał, i zaryzykuje własną przyszłość w imię jej wolności. Nie zamierzała jednak teraz przyznawać mu racji, ponieważ taka myśl oznaczałaby konieczność spojrzenia na własne rozczarowanie z zupełnie innej perspektywy.
A na to nie była jeszcze gotowa.
— Sama sobie poradzę — wymamrotała pod nosem.
Uniosła głowę, pozwalając, by zimny wiatr owiał jej pysk, i ruszyła przed siebie.
Nie obejrzała się ponownie.
Być może Połyskujący Kogut będzie żałował swojej decyzji. Być może nie poświęci jej nawet jednej myśli, kiedy tylko zrozumie, że nie zamierza wrócić. A może, podobnie jak ona, będzie powtarzał sobie, że właśnie tak musiało się to zakończyć, ponieważ niektóre więzi nie wytrzymują próby, przed którą stawia je życie.
Nie mogła tego wiedzieć.
Mogła jedynie iść dalej, z sercem wciąż pełnym gniewu, z rozczarowaniem ukrytym głęboko pod żebrami i z nadzieją, która, choć krucha, nadal tliła się w niej niczym ostatnia iskra w dogasającym ognisku.
Tym razem jednak nie zamierzała pozwolić, by ktokolwiek ją zgasił.


