Dopadł do niej. Mógł rozpoznać jej kroki i zapach, więc na powrót i zmianę myśli było już za późno.
,,Chłopie, co ty robisz?"
Chociaż? Może dałoby się jeszcze przemyśleć wszystko od nowa, nie dać się ponieść emocjom, jednak cel z jakim tu przyszedł był dość... potężny. I co z tego, że Wróżka była teraz medyczką? Co z tego? Miał to w głębokim poważaniu i gdyby usłyszał to losowy kot w klanie, nie ważne, czy bardziej konserwatywny czy nie, pewnie chciałby go teraz naprostowywać, bowiem jedyny kodeks jaki Księżyc przestrzegał był tym związanym z mówieniem tylko prawdy jako kronikarz, oraz własna moralność. Całą resztę traktował... bardzo luźno, giętko. Znów - nie mógł powiedzieć tego na głos, jeśli nie chciał spotkać się z publicznym linczem. I zanim się spostrzegł zaproponował pomoc w wykopywaniu korzonków, ładując swój czas w zajęcie, które do niego nie należało, jednak skutecznie odwlekało sprawę, z jaką przyszedł.
,,Nie, poważnie, co ty odstawiasz."
Było to w jakiś sposób bolesne, to posiadanie przysłowiowego "crusha" na kimś, kogo nie można było otoczyć otwarcie uczuciem jakim by się chciało. Często rozpływał się nie wiedząc czemu, a gdy zrozumiał, że to z powodu jednej, konkretnej kotki, do ciepłej ekscytacji doszedł jakiś zawód i rozczarowanie. Kto wie, być może sami gwiezdni sprowadzili na niego również strach, w końcu co by powiedziała, jeśli się dowie? Jeśli zabrnie za daleko, czy nie zrobi się niezręcznie, czy nie zepsuje? Chociaż nie, nazywanie tego zwykłym zauroczeniem nie było odpowiednie, gdy jego uczucia sięgały głębiej, niż mógł to opisać. Było to jakiegoś rodzaju czyste ciepło, zaufanie, adoracja energii jaką wytwarzała, a z którą czuł połączenie. Zwykłe i najprostsze docenianie drugiej osoby za istnienie, bez żadnego dodatkowego, zbędnego uczucia. Niby proste i; zdawałoby się, że banalne, a jednak była to najmocniejsza i najszczersza podstawa dla jakichkolwiek uczuć.
Później zgodził się przenieść korzenie do skrytki pod trawą by poszukać ich większej ilości, a końcowo, znów, zanim namyślił dostatecznie, jego pysk wypowiadał słowa nim zdołał się zorientować.
– Wróżka, słuchaj... – zaczął, nie wiedząc, czy zacząć się histerycznie śmiać, czy uciec. Chciał uciec. Naprawdę chciał uciec, ale im dłużej siedział w tej niepewności i braku klarownej odpowiedzi, tym bardziej miał wrażenie, że się dusił. Długi już czas nie wiedział co zrobić z uczuciami i spodziewał się, że nic z tego nie będzie, a wypowiedzenie słów które miał w głowie było bardzo ryzykowne, dlatego nic nie mówił. Zwyczajnie się bał, a potem utknął w depresyjnym dole, próbując wykończyć swój organizm. Teraz... teraz było odrobinę lepiej i jakaś jego część uznała, że niech się dzieje wola nieba. Może to głupi impuls, może jego własny umysł miał dość użalania się nad sobą, jednak oto on, stojący obok swojej najbliższej przyjaciółki, czuł się, jakby miał zaraz przyznać się do popełnienia zbrodni, za którą skrócą go o głowę.
– Ja... nie. Um... czy ty mnie kochasz? – od razu poczuł, że była to zła linia dialogowa, jednocześnie będąc jedną z bezpieczniejszych. Mimo wszystko zaczął panikować.
,,Na osty i ciernie, nie to! Źle to zrozumie, ty mysi bobku!"
Oczywiście, miał rację.
– Oczywiście, że tak!
– Nie, czekaj, to nie...
– ...Jesteś moim przyjacielem, to oczywiste, że cię kocham. Nawet więcej, pokochałam cię od pierwszej chwili, gdy tylko cię zobaczyłam, gdy przyszłam obejrzeć nowe kocięta w żłobku. Od razu wiedziałam, że potrzebuję się tobą zaopiekować, jesteś dla mnie tak samo ważny jak reszta moich braci. A czemu pytasz? Coś się stało? Ktoś ci coś powiedział, że się o to martwisz? Możesz mi powiedzieć.
Nie, żeby nie spodziewał się takiej odpowiedzi, jednak mimo wszystko usłyszenie swoich myśli na głos, z ust tego, od kogo owe słowa miały wyjść, to zupełnie inna sprawa. Nie bardzo wiedział, co czuje. Ulgę, że jednak to już koniec dźwigania tego ze sobą, czy może chwilowy szok, lub zwyczajne odrzucenie? Zagryzł zęby, czując, że coś w nim rośnie i czego za wszelką cenę nie mógł teraz z siebie wypuścić.
– Nie, nie, nic mi nikt nie powiedział, spokojnie, to nie to. Po prostu byłem ciekawy, to wszystko – spróbował uspokoić kotkę, chociaż słowa jakoś tak ciężko opuszczały jego pysk, brzmiąc przy tym nienaturalnie głucho jak na jego gust. Brzmiał chyba odrobinę na zbyt przygaszonego, jak na kogoś, kto właśnie otrzymał w swoją stronę słowa potwierdzenia miłości. Szkoda tylko, że nie takiej, jakiej by sobie życzył. Może powinien zmienić ton przy następnej wypowiedzi... żeby się nie zorientowała, skoro już odczytała jego pytanie na swój własny sposób. Powiedzieć, że nie o taką miłość mu chodziło? Nie, to już byłoby dziwne, nie dałby rady. Już i tak całą energię i adrenalinę zużył na to jedno pytanie, które końcowo i tak spieprzył, jak to on. Starał się postawić w jej sytuacji i teoretycznie rozumiał. Praktycznie... ehhh, praktycznie chciał zapaść się pod ziemię i pozwolić, by ta go zjadła. Nie dlatego, że był tak zawstydzony, po prostu był teraz niezwykle zmęczony i spokojny.
Tylko co teraz? Co powiedzieć? Nie mógł tego tak zostawić, w końcu nie dość, że brzmiał dziwnie, to jeszcze takie pytania... jeśli by się domyśliła w tym momencie, jak bardzo niezręcznie by było? Jak bardzo zepsułoby to ich relację? Co powinien.... ,,Też cię kocham"?
– Też... – przerwał, zdając sobie sprawę, że mimo wszystko nie może teraz przepuścić tych słów przez gardło. To nie było to. Nie w ten sposób. – Też chciałem się upewnić, że to nie jest jednostronne. Więc cieszę się... wybacz, głupie pytanie zadałem.– Kłamstwo. Kłamstwa, stek kłamstw z odrobiną prawdy robiącej jako wisienka na torcie. Ale przynajmniej nie zabrzmiał przy tym sztucznie, miał nadzieję. Cenił sobie ich relację bardziej, niż cokolwiek innego, a wizja tego, że mógł to zepsuć przez swoje samolubstwo była druzgocąca. Czy jeśli by powiedział, jeśli by nie zawalił pytania, to czy zrobiłoby się między nimi dziwnie? Czy jego zepsucie wyznania uratowało jakieś resztki relacji, które mógł mieć?
– Wiesz, jeśli chcesz mi coś powiedzieć, to zawsze jestem obok, prawda? I nie mów tak, nie ma nic głupiego w twoim pytaniu – nie brzmiała już na tak zmartwioną, więc mógł odetchnąć z ulgą, przynajmniej tymczasowo. Czy myślała, że to przez ostatnie wydarzenia jest tak niepewny w relacjach i uczuciach? Eh... Tak... tak jest dobrze. Niczego nie zepsuł, wciąż mógł mieć ją przy sobie, nawet, jeśli będzie to czysto platoniczne. Resztę jakoś zdusi, przecież nie jest to niemożliwe.
– Tak czy inaczej, w razie czego możesz na mnie liczyć. Szybko się ode mnie też nie uwolnisz, więc możesz się szykować na długie treningi do chóru. Przyszykuj się na zdarcie sobie gardła – zatrajkotała rozsiewając pozytywność, przy szturchnięciu Księżyca w bok.
,,Gwiezdni, jakie to było żałosne."
,,Jestem żałosny"
,,Mam nadzieję, że na to nie patrzyliście"
Siedział jakiś czas później w grocie, z czołem przyciśniętym ciasno do ściany.
Myślał.
Albo raczej przetwarzał wszystko w głowie to, co zdarzyło się do tej pory. Rozeszli się z Wróżką w swoje strony, ona do obozu zanieść zioła, on postanowił jeszcze odwiedzić grotę. Potrzebował samotności. Gdzieś przy wchodzeniu słyszał delikatne, ledwo słyszalne kroki Czuwającej Salamandry, która, dostrzegając Księżyca dała o sobie znać głośniejszym chodem. Albo mu się zdawało? Zmiana była niemal niewyczuwalna, a Czuwająca nie miała powodów, by mu pomagać się zlokalizować. Wciąż przychodziła do groty, spędzając tu całe dnie, chociaż oficjalnie jej stanowisko zostało oddane młodszemu pokoleniu. Teraz natomiast był sam. Kotka dawno opuściła grotę, w której jeszcze unosił się delikatny zapach świadczący o obecności Lotosowego Pąku, jednak oświecony kocur również nie przebywał tu długo. Może to i lepiej, rozmowa z nim, czy chociaż przebywanie w jednym pomieszczeniu byłoby niezręczne w tej chwili.
– Hmmm.... hm hm hmm.... hmm.... hmmmHHHHFF – nucenie tym razem nie pomogło na długo. Czasami przez to wyglądał jak nawiedzony, a teraz? Teraz zastanawiał się, jak wygląda. Czasami się kiwając, z głową przyłożoną do ściany przodków, nucąc w środku nocy i odlatując w przestrzeń. Zazwyczaj mógł wisieć w stanie zawieszenia przez długi czas, jednak teraz po kilku uderzeniach serca wracał do rzeczywistości, z głośnym i wyraźnym skrętem, nie ciała, a duszy, który niestety oddziaływało też na warstwę fizyczną. Był zaskakująco podobny do uczucia nagłego ataku żenady, gdy przypominasz sobie, co zrobiłeś czy powiedziałeś kilka lat wcześniej. W skrócie: powodował chęć zdarcia sobie skóry z twarzy i uderzenia w czoło w tą paskudną ścianę jeszcze czternaście razy aż zostanie ślad albo na skale, albo na czole, chociaż na pewno nie do tego służyła ta część ściany. Przyłożył łapy do obu stron swojej głowy, energicznie mierzwiąc sobie futro, jakby chciał wytrzepać z siebie wszystkie zmartwienia w postaci pcheł.
– AAAGHHH, ty pusty łbie, szczurze, lisia srako... czego się spodziewałeś? Oszalałeś? Przecież wiedziałeś! ,,Gratulacje Księżyc, czy to szczyt twoich możliwości? Ale spektakularnie zawaliłeś sprawę, gratulacje, musisz być z siebie dumny, braawooo.... Teraz co, będziesz się modlić, żeby przypadkiem nie ogarnęła? W sumie, co innego możesz, co? Wynieść się do innego klanu? Tak, uciekanie, rób co robisz najlepiej, nie? Ignoruj wszystkie problemy, jak będziesz je ignorować wystarczająco długo, to same znikną!" – przekoloryzowany i przesiąknięty ironią monolog rozbrzmiał echem w grocie. Teraz jego jedynym zmartwieniem było, żeby Wróżka nigdy nie zrozumiała o co właściwie pytał. Chociaż, hej, to w końcu Wróżka, prawda? Nie ma się o co martwić, z resztą, utwierdził ją w jej przekonaniu, więc pewnie przesadza i za bardzo nad tym rozmyśla, z resztą, jak zwykle.
– Co to, moje przeznaczenie? Wieczna samotność, brzmi wspaniale.
– To jakiś nowy sposób składania modłów do Gwiezdnych? Nigdy o nim nie słyszałem, jakaś nowość? – Kocur drgnął na pierwszy już dźwięk czyjegoś głosu, z mini zawałem, gwałtownie odrywając czoło od ściany. Od razu poczuł, jak owiewa go zimno na karku chwilę przed atakiem gorąca. Co za wstyd...
– Ech... Za... Zawodzące Echo... potrzebujesz czegoś?
– Koty zazwyczaj proszą o wieczne towarzystwo, nie samotność. Trochę nietypowo – zauważył czarny, siadając obok, nie odpowiadając na zadane mu pytanie. Kronikarz rejestrował nieco sparaliżowanymi ze wstydu uszami ruchy nowego towarzysza, który zdawał się poruszać głową. Być może uniósł ją, by spojrzeć na ścianę z odbiciami łap kotów, która jeszcze chwilę temu służyła jako podpórka do obijania sobie głowy. Przez głowę Księżyca przeszła myśl, że gdyby nie futro na kotach, ciężko by mu było stwierdzić, czy jakiś się rusza czy nie. Już przy krótkowłosych miał problem, a gdyby trafił na całkowicie łysego, nie mógł powiedzieć, czy byłby w stanie tak dobrze go odczytać jak resztę kotów, o ile w ogóle.
– To... to nie była prośba, to bardziej przewidywanie. – wyjawił niezręcznie, chcąc naprostować sytuację. Nie widziało mu się jednak mówienie zastępcy wszystkiego.
– A mi to bardziej wyglądało na wylewanie żali w stronę przodków. Skoro jednak twierdzisz inaczej – nie wiercił tematu i młodszy był mu za to wdzięczny, oddychając z wyraźną ulgą. – Nie byłaby to jednak dziwna prośba, w sumie, to całkiem zrozumiała. – dodał z czymś na wzór pozytywnego zrozumienia – Wiesz... – odezwał się znów po chwili – Jeśli każdy odbijałby łapę przy swojej rodzinie już wiele sezonów wcześniej, mielibyśmy idealny obraz na to, kto najdłużej przetrwał w klanie i ile pokoleń oraz kotów należy do jednej linii krwi, pochodzącej z jednego kota. Zgaduję, że moja linia byłaby całkiem długa. Na pewno byłoby jeszcze kilka innych wielkich rodzin. Ciekawe, ile z nich wymarło w trakcie istnienia klanu, chociaż niegdyś królowały. – nastała kolejna chwila ciszy, zanim kontynuował – Obserwująca Gwiazda kiedyś próbowała coś takiego zrobić, gdzieś tam powinna być jej próba... chociaż pewnie to wiesz. – szybkie podniesienie jednej łapy i późniejsze niezręczne położenie jej z powrotem na ziemię świadczyło, że zastępca zapomniał o ślepocie Księżyca, próbując mu wskazać dokładnie kierunek. Co prawda nie musiał, rzeczywiście, ponieważ kronikarz wiedział, że coś takiego się znajduje. Nie zapowiadało się jednak, żeby jej linia krwi przetrwała dalej, chociaż nie uważał tego za nic straconego. W końcu należeli do tej samej rodziny co Różana Przełęcz, a to też ciągnęło się całkiem daleko. Miał jednak trudności z zapamiętaniem innych kotów, chociaż rodziny liderów były raczej kojarzone. Przynajmniej wśród kronikarzy.
– Moja pewnie nie byłaby zbyt gęsta – zauważył, przypominając sobie, że prababcia była spoza klanu, dziadek nie mówił podobno kto jest babcią a mama w to nie brnęła. Co prawda w młodszych pokoleniach było nieco gęściej, ale nie chciał myśleć o byciu spokrewnionym z... Pierzem. Uh.
– M. – krótki dźwięk zgody, nakładający się z kiwnięciem głową. Tyle uzyskał, przed nastaniem długiej ciszy, która trwała tak długo, aż obaj się rozeszli. Chociaż, konkretniej mówiąc, to Księżyc wyszedł pierwszy, zostawiając Zawodzące Echo w samotności wpatrującego się w odbicia na ścianie. Nie mógł odgadnąć, co siedzi w głowie zastępcy, chociaż zdawało się, że akurat w jego przypadku samotność była czymś, co go otaczało a czego nigdy bardzo nie pragnął. Zawodzące Echo był w wieku jego mamy, jednak nie miał pojęcia o relacji ich łączącej. W sumie to mało wiedział o relacjach mamy, mało go wtedy obchodziły, o ile w ogóle. Teraz trochę tego żałował, może jego losy potoczyłyby się wtedy odrobinę inaczej.