Zerknąłem w dół na brodatego kocura i stojącą obok mamę Płatka. Nie znałem jej za dobrze, ale skoro była mamą, w dodatku kogoś równie miłego, jak Płatek, to musiała być miła również.
Gdy usłyszałem wołanie czarnego, momentalnie odbiłem się od gałęzi i runąłem w dół, lądując zgrabnie na czterech łapach.
– Hm. Cześć, Śnienie. Cześć, Poin…
Zachwiałem się na łapach po skoku z takiej wysokości. Na szczęście szybko odzyskałem równowagę.
Potrząsnąłem głową.
– No. Hm. Cześć, Śnienie i Poinsecjo. Możemy… na spacer iść. Tak.
– Świetnie! – odparł brodaty. – Nie ma co siedzieć w obozie przy tak ładnej pogodzie.
Ruszyliśmy, kierując się w stronę Owocowego Lasku. Ja po jego lewej, mama Płatka po prawej.
– Ano… Gratuluję… mianowania, tak w ogóle. Nie mówiłem wcześniej chyba… To dość… niespodziewane – mruknąłem, odwracając się co jakiś czas za siebie, wcale nikogo nie wypatrując.
Czarny uniósł lekko brwi i parsknął lekko.
– Co, nie spodziewałeś się, że kot spoza Owocowego Lasu dałby radę ukończyć wasz trening?
Zmarszczyłem brwi. Nie no, nie to miałem na myśli.
Ugh. Strasznie jestem dziś rozproszony. Muszę się bardziej skupić. Bo jeszcze powiem komuś coś przykrego i nawet się nie zorientuję…
Skup się.
– Co? Uh. Nie, nie. Nie rozważałem tego ani przez jedną chwilę mojego życia. Zaskakujące, że wcześniej ci nie pogratulowałem… Bo… bo ja cieszę się. Że teraz mogę chodzić tak sobie po lesie z kimś o tak wyśmienitej brodzie… to znaczy, o tak wybitnych zdolnościach łowieckich i… i ten… i… innych… takich. No, właśnie.
– Przyznaj wreszcie, Borowiku, tu zawsze chodziło tylko i wyłącznie o moją brodę. Tylko dlatego zostałem przez was przyjęty – zażartował, przechylając lekko głowę.
– Uh. Nie no… Nie powiedziałbym, że tylko przez to, ale… uh… nawet jeśli, to… to… okazałeś się też przy okazji… genialnym wojownikiem…
Byłem dumny ze Śnienia, że uniezależnił się od swojej brody. Teraz tak naprawdę mógłby ją zgolić i nadal prawdopodobnie byłby kimś. Nawet jeśli to dzięki niej, jak twierdzi, znalazł tu swoje miejsce, jego życie już od niej nie zależy. Jest wolny.
Śnienie uniósł brwi w lekkim zdziwieniu, po czym uśmiechnął się miękko.
Wtedy odezwała się mama Płatka.
– Borowiku – zagadnęła, zmieniając naszą konfigurację i stając tuż przy mnie. – Widziałam, że niedawno rozmawiałeś z moim synem.
Zerknąłem w niebo, wypatrując ewentualnego zagrożenia z powietrza.
– Uh. No, czy ja wiem, czy tak niedawno… – Oblizałem pysk. – Wyszliśmy z nim na spacer może raz czy dwa, w Porze Nagich Drzew… To dość… obiektywnie… dawno.
– Ah, tak… – miauknęła, zamyślając się na chwilę. – Czy nie uważasz, że ktoś tak, delikatnie mówiąc, niesamodzielny i o wciąż, moim zdaniem, nie całkiem poukładanych priorytetach jest odpowiednim towarzystwem dla mojego syna?
Zmarszczyłem brwi, nie odrywając wzroku od koron drzew.
– Uh. Uważam… kogo… czego… co?
Muszę przyznać, że nie do końca skupiłem się na jej słowach, które jedynie przelały się przez mój przewód słuchowy i zniknęły bez śladu.
Poinsecja chyba chciała wyjaśnić, kogo-kto-czego-co-uważam, bo otworzyła właśnie pysk, ale ja zdążyłem się już rozproszyć.
Zamarłem na chwilę.
Przypadłem nagle do ziemi, zerkając z fascynacją na czarnego kocura, blokując mu drogę.
– Śnienie. Nie ruszaj się. Na brodzie usiadł ci motylek. Patrz, trzepocze skrzydełkami…
Przyglądałem się malutkiemu stworzonku z fascynacją, a gdy odleciało, wodziłem za nim wzrokiem, aż całkiem zniknęło między liśćmi drzew.
– No, już odleciał. Nie ważne. – Wstałem, otrzepując się nieco z piasku. – O, w ogóle, to gdzie idziemy? Będziemy polować czy jak?
<Śnienie???>
