BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

31 sierpnia 2026

Miodowy Ul urodziła!

 Miodowy Ul urodziła trójkę puchatych kuleczek!



Od Tropiącej Łaski do Ognikowej Słoty

Tropiąca Łaska miała świadomość, że Ognikowa Słota mogła żywić do niej urazę. Nie wpływało to jednak na ich codzienne funkcjonowanie w klanie. Gdy przydzielono je do wspólnego patrolu granicznego, wojowniczka szybko odsunęła od siebie te myśli. Zielonooka potraktowała misję jak zwyczajny spacer, podczas którego musiała po prostu odświeżyć z młodszą kotką znaki zapachowe. Wędrowały w absolutnej ciszy. Brakowało im wspólnych tematów, a jedynym punktem styku była ich relacja z Nadciągającym Pomrokiem. Ognikowa Słota była jej siostrą, córką Zalotnej Gwiazdy, matką kultu oraz partnerką Kocimiętkowego Wiru. Kim natomiast dla Nadciągającego Pomroku była Tropiąca Łaska? Kim była ona dla kotki, której afekcji tak bardzo pragnęła? Nie, nie pragnęła. Prawdziwym celem wojowniczki było przecież uznanie ze strony samej Zalotnej Gwiazdy. Starsza córka przywódczyni miała być jedynie narzędziem do zdobycia tego poklasku. Skoro tak, to Ognikowa Słota – jako druga córka liderki – również mogła okazać się przydatna. Zbliżenie się do niej, wzorem własnego brata, niosło za sobą spore korzyści. Córka głowy kultu nie była przecież tak nieznośna, jak większość przybłęd w Klanie Wilka, a status kultystek dawał im wspólną płaszczyznę porozumienia. Wystarczyło tylko trochę się postarać.
— Jak to jest być matką kultu? — zapytała nagle, kierując spojrzenie na szylkretową kotkę. — Wiem, że niedawno odchowałaś miot. Nie drażni cię to, że przez pobyt w żłobku nie możesz jeszcze całkowicie wrócić do swoich wojowniczych obowiązków?

<Ognikowa Słoto.>

Od Ćmiej Łapy CD. Firletkowej Łapy

Przeszłość

– Ja bym poopowiadał jakieś historyjki – mruknął brat.
– Dobra, to ja zaczynam. Kiedyś, kiedy jeszcze Klanu Klifu nie było na tym świecie, żyła sobie grupka kotów o nazwie… eee… Stokrotki, tak, Stokrotki. Mieszkali na wieeelkiej wierzbie, tak dużej, że nawet Spadającego Potwora by zatrzymała!
– Ojej, to musiał być kolos – skomentował jej braciszek.
– Bo nim był! W każdym razie przywódca o nazwie… Niebezpieczna Stokrotka rozkazał, aby jego podwładni przynieśli stokrotki. Ten, kto przyniesie ich najwięcej, będzie jego zastępcą. Kot o nazwie… Gruba Stokrotka, gdyż wszyscy musieli mieć to słowo na końcu, zebrał baaardzo dużo stokrotek! Tak dużo, że gdyby wpleść je w futro kota, w ogóle nie byłoby go spomiędzy nich widać! Ale Głupia Stokrotka też tyle zebrał, a więc gdy przyszli obaj do przywódcy, zaczęli się bić! Nikt przez harmider nie zauważył, że Dwunożni podstawili ogień! Kiedy ktoś z tłumu go zauważył, było już za późno. Cała polana ZAJĘŁA SIĘ OGNIEM! KOTY KRZYCZAŁY! MATKI ZABIERAŁY SWOJE POCIECHY! – nastraszyła Firletkę.
– Aaaa! – krzyknął.
– Ale wierzba poprosiła ptaki, by zlitowały się nad nią i by przyleciały z wilgotnym mchem. Wysłuchały prośby wierzby i cały klucz rwał mech, moczył go w morzu i otaczały nim drzewo. Ten wilgotny krąg może i nie zatrzymał do końca płomieni, ale sprawił, że wierzba tylko trochę się przypaliła. Koniec.
– A co ze Stokrotkami? – dopytała Mysikrólik, która się przysłuchiwała.
– Poszły sobie.
– Aha… – zareagował niebieski.

***

Przed wypadkiem

Kotka dostała od mentorki chwilę wolnego. Postanowiła to wykorzystać i poszła na trening z jej bratem oraz ojcem, Trójokim Zającem. Gdy oni ćwiczyli walkę, kremowa szukała korzeni trybuli. Znalazła już kilka, lecz to było zdecydowanie za mało. W kącie oka mignęła jej mała sadzawka porośnięta tatarakiem. To było Kacze Bajorko.
Jagnięcy Ukłon jej pokazała to miejsce, ale nie widziała tam żadnych kaczek. W sumie co się dziwić, była Pora Nagich Drzew. Zastanawiała się, czy były tam jakieś kaczki, gdy nagle usłyszała szelest. Obróciła się. W trawie skakał zniczek, który był zaplątany w jakiejś… pajęczynie Dwunożnych?
Koteczka delikatnie podbiegła do ptaka i go lekko złapała. Ptaszek zaczął się panicznie wiercić.
– Nie martw się, maluchu. Nie skrzywdzę cię.
Zbadała swojego pacjenta. Dziwny splot uciskał klatkę i skrzydła zniczka. Zębami, powoli zaczęła go odwijać. Maluch trochę skrzeczał, z ostatnim ruchem przestał.
– Dalej, leć! – ponagliła go. Ptak nie chciał odlecieć. Czyżby to coś zraniło mu skrzydła?
Przyjrzała się. Jego skrzydło było mocno naderwane.
– Och, biedulek, opatrzę tę ranę – miauknęła do niego, wzięła trochę prawdziwej pajęczyny, a następnie ranę wysmarowała trybulą. Nie wiedziała, czy to mu nie zaszkodzi, ale w miejscu rany zrobił się już skrzep i była szansa, że to wcięcie mu tak zostanie. Przykryła ranę pajęczyną, wzięła liść, zanurzyła go w sadzawce i podała pacjentowi.
– Proszę, pij. – Podała małemu liścia, a on z lekkim zawahaniem schylił się i wypił kilka kropel. Następnie odwrócił się od medyczki i w małych podskokach zaczął uciekać. Kiedy był przy drzewie, odwrócił swoją główkę z pomarańczową czupryną do kremowej, jakby chciał powiedzieć “dziękuję”.
Ćmia Łapa stała jak wryta ze zdziwienia i by nie przestraszyć ptaka. Czy on ją rozumiał? Może naprawdę ptaki były mądrzejsze, niż myśleliśmy? Zanim dobrze się nad tym zastanowiła, zniczek zniknął z pola widzenia.
Kotka popędziła do ojca i brata, by opowiedzieć o tym zdarzeniu.
– Tato! Firletko!
– Tak? – odpowiedział kremowy, dając znak, aby uczeń opadł z pozycji obronnej.
– Dzisiaj zauważyłam mojego ptasiego patrona, miał trochę rozerwane skrzydło, ale udało mi się go opatrzyć i chyba mi podziękował! – Oczy kotki mieniły się jak dwa klejnoty. Nie zachowywała się jak kociak, raczej nie była gwałtowna w emocjach, ale przy nich sobie na to pozwalała.
– Naprawdę? Dobra robota, Ćmia Łapo! – mruknął Trójoki Zając z wyraźną dumą. Ćmia Łapa zamruczała w odpowiedzi.
– A jak idzie ci trening, Firletkowa Łapo? – zapytała się niebieskiego.

<Kochany braciszku?>
[607 słów]

Jesionowa Szadź urodziła!

 Jesionowa Szadź wydała na świat jedną córeczkę!

30 sierpnia 2026

Od Wrotycz

Nie była tu sama. Czuła na sobie spojrzenie dwóch pozostałych kotek. Jak obserwowały najmniejsze drżenie jej sierści. Znów była uwięziona, lecz nigdy wcześniej w taki sposób.
Nie rozumiała nic z tego, co tutaj się działo. Miejsce, do którego ją zabrali, było dziwne. Pełne kotów. W różnym wieku i umaszczeniach. Tak bardzo od siebie się różniących, a mimo to żyjących w czymś na kształt społeczności. Nakarmili ją. Opatrzyli. Nie wykazywali wrogości ani wynagrodzenia za podarowane jej dobra. Wyśniona utopia - Wrotycz jeszcze nie potrafiła odkryć, co było tutaj nie tak.
— Wrotycz... — Na dźwięk swojego imienia, mimo wszystko ścisnęło ją w środku.
Spojrzała niepewnie na starszą kotkę. Nie wiedziała jeszcze, czego od niej chciała, że próbowała z nią nawiązać rozmowę. Ponownie. Też zdawała się inna. Wyglądała inaczej niż koty żyjące w cieniu gniazd Wyprostowanych, jednocześnie też różniła się od przynoszących im posiłki kotów. Jej zapach przypominał jej w jakiś sposób Śnienie. A może się jej zdawało? Nie ufała już własnym zmysłom.
— Jadłaś już?
Kiwnęła łebkiem, mimo że kłamała. Nie wiedziała, jak sobie radzić z tą przerastającą jej umysł dobrocią. Czy kiedykolwiek będzie w stanie to odpracować... Lub czego będą niedługo od niej oczekiwać. Przełknęła ciężej ślinę, uciekając spojrzeniem. Nastawiła uszu, słysząc tupot łap. Rytmiczne kroki i charakterystyczny szelest. Niedługo później pojawiła się para żółtych ślepi. Jedna ze źrenic spojrzała na nią.
— Witaj, Wrotycz, jak się dzisiaj czujesz?
Lekko kiwnęła łbem na powitanie i zebrała się na niepewny uśmiech.
— Lepiej. — Wypluła z siebie niemal automatycznie. — Dziękuję za wszystko.
Zerknęła na kotkę, próbując doszukać się cienia podejrzliwości na nietypowej osobistości. Patrząc na jej wiek oraz niewygodę stroju, musiała zajmować wyższe stanowisko w tej społeczności. Czarna uśmiechnęła się lekko. Ciężko było dostrzec coś złego w jej osobie, lecz mimo to Wrotycz nie umiała przestać. Spuściła wzrok na własne łapy.
— Coś cię trapi? Albo boli? — zaczęła starsza. — Jeśli czujesz się na siłach, może oprowadzę cię po obozie?
Wrotycz oderwała niepewnie jedną z łap od ziemi. Perspektywa zrozumienia lepiej miejsca, w którym się znalazła oraz obserwacje panujących w nim zasad powinny być jej priorytetem. Z drugiej natomiast strony - narażenie się na widok tylu obcych kotów napawało ją wewnętrznym lękiem. Musiała mimo to go przełknąć. Nie mogła wpakować się w kolejny cichy horror.
— Tak. Poproszę — miauknęła cicho i po uderzeniu serca namysłu dodała; — Tylko nie oddalajmy się za daleko.
— Jasne. Nasze obozowisko poza tym nie jest jakieś wielkie. Nie masz się czego bać. Większość kotów jest na patrolach czy polowaniu.
Wrotycz, niczym cień, podążyła śladami kotki. Leśny krajobraz wciąż ją zaskakiwał. Obserwowała światło lawirujące wraz z podmuchami wiatru po gęstej ściółce. Niektóre drzewa możliwe, że widziała pierwszy raz. I koty. Nie twierdziła, że czarna kłamała, ale i tak zdawało się jej, że było ich dużo. Więcej niż sądziła, że liczyła ta społeczność.
Połowicznie wsłuchiwała się w słowa przewodniczki, bardziej skupiona na obserwacji przemykających kształtów. Widziała rodziny, przyjaciół, a może i kochanków? Wyglądało to aż zanadto pięknie. Jej spaczony umysł kazał doszukiwać się w tym spisku. Drugiego dna. Małych i może niepozornych szczegółów.
— Spójrz w górę. Jaskółki.
Wrotycz już kiedyś słyszała tę nazwę. Któryś kot nosił to imię. Nie pamiętała jej pyska. Lecz wcześniej nie widziała tych ptaków. W Betonowym Świecie głównie występowały gołębie. Czasem gawrony. Ledwo zarejestrowała ich kształt pędzące po niebie by zaraz znikły.
— Zdajesz się zaskoczona tym miejscem. — Dotarło do jej uszu.
Z przyzwyczajenia położyła po sobie uszy.
— Nie, znaczy się... Wybacz, wcześniej nie przebywałam na takich terenach jak ten.
— Masz na myśli las? Czy obozowisko?
Nie wiedziała jak do końca odpowiedzieć na to pytanie. Bezpiecznie.
— Nie martw się. Ja także nie wychowałam się tutaj. Też zostałam znaleziona przez patrol i tego dnia odmieniło się moje życie. Poznałam cudowne koty i wierzę, że ty także poznasz.
Wrotycz zmusiła się do uśmiechu. Nie mogła się pozbyć wrażenia, że brzmiało to, jak ładnie opakowana pusta obietnica.
— Dziękuję. Pewnie masz rację. — Bała się nie zgodzić z kotką. — Muszę jeszcze przywyknąć... do tego wszystkiego.

Od Fiołka CD. Centurii

Pisnęła zaskoczona, kiedy ząbki dymnej mocno zacisnęły się na jej przedniej łapie i odskoczyła, strosząc obronnie futro. Ostry ból rozchodził się po jej kończynie, a gdyby ktoś rozchylił jej długą sierść, zobaczyłby czerwone ślady po ugryzieniu.
Centuria nadal płakała i oddychała strasznie szybko, wyglądając przez to nieco bardziej jak pieszczoszka, niż jak kot klanowy, podczas gdy w głowie Fiołka kotłowały się myśli. Z jednej strony była strasznie wściekła i oburzona, no bo przyszła się pobawić ze swoją współlokatorką ze żłobka, a ta nagle zaczęła płakać i ją ugryzła! Tak mocno i gwałtownie! A Fiołek przecież nic złego nie zrobiła! I była miła od samego początku! Co jest nie tak z tymi niemowami? Wszystkie jakieś agresywne!
Z drugiej strony Centuria praktycznie topiąc się we własnych łzach, wyglądała, jakby dostała jakiegoś ataku. Czy na pewno wszystko z nią w porządku? Czy ona się dobrze czuła? Może szylkretka powinna pobiec po medyków…
W każdym razie gniew zwyciężył i Fiołek, cała zjeżona, przykucnęła przy ziemi, gotowa do ataku.
— Chcesz się bić? To proszę bardzo, lisi bobku! Zaraz zobaczysz, kto wygra! — syknęła i wysunęła pazury.
Już prawie wyskoczyła, kiedy Centuria szybko pokręciła głową. To mocno zbiło szylkretkę z tropu. Jak to nie chciala się bić?!
— Hę? To po co mnie ugryzłaś!
Tak jak mogła się tego spodziewać, nie dostała żadnej odpowiedzi. Dymna po prostu płakała dalej.
Fiołek wiedziała, że nie powinna, ale część jej nakazywała zaatakować Centurię, chociażby tylko dla zasady, żeby jej oddać. W końcu nie wytrzymała pokusie i skoczyła na koteczkę. Przetoczyły się po ziemi i szylkretka zacisnęła zęby na uchu przeciwniczki, która wyglądała na spanikowaną. W końcu odepchnęła Fiołkę tylnymi łapami, kiedy się pod nią znalazła i po chwili dwie koteczki znowu stały naprzeciwko siebie.
Centuria wyglądała na strasznie przestraszoną, a łzy nie przestawały jej spływać po policzkach. Mimo tego chyba nic poważnego jej się nie stało, była tylko poobijana, straciła parę kępek futra i miała kilka lekkich zadrapań na grzbiecie.
Fiołek nagle otrząsnęła się ze swojego szału bitewnego i spojrzała ze zdziwieniem na dymną. Przez chwilę nie mogła uwierzyć, że ją zaatakowała. Przecież zrobiła jej krzywdę! Tylko dlatego, że Centuria ją ugryzła?
Cofnęła się o parę kroków, wytrzeszczając zielone oczy. Po wcześniejszej furii nie było już ani śladu.
— Na Klan Gwiazdy… Przepraszam, przepraszam! — pisnęła. — Nic ci nie jest? Jejku… Nie chciałam cię zaatakować, po prostu się zezłościłam, przepraszam!
Po chwili uświadomiła sobie, że rany Centurii nie były głębokie i odetchnęła z ulgą, wciąż jednak była zła na siebie. Nie powinna jej tak brutalnie atakować! Czemu nigdy nie mogła choć trochę pomyśleć, zanim zrobi coś głupiego?

<Centurio?>

Od Tropiącej Łaski

Kilka księżyców po dołączeniu do kultu
TW: morderstwo, akty przemocy

W ten lub inny sposób Tropiąca Łaska zamierzała dorwać samotnika, za którym ruszyła w pogoń. Światło księżyca mrugało między drzewami, koło których przebiegała, a jego jasność rozpraszała się i migotała na powierzchni żwawego strumienia. Szybki krok, skręcenie w lewo, przeskoczenie nad gąszczem jeżyn, zmiana kierunku pościgu. Była pewna, że samotnik słyszał jej kroki dudniące mu za plecami. Wiedział, że go dopadnie. Ona zamierzała go dorwać. Słyszała dźwięki tego kota, jego rozpaczliwie ostre pojękiwania przypominające wycie. Z chorą satysfakcją z gardzieli szylkretki wydobył się urywany, przeszywający skowyt. Czuła wiatr napierający z oporem na jej grzywę, czuła też dźwięk krwi uderzającej miarowo w jej uszach. Płuca samotnika musiały w tym momencie piec jak po użądleniu osy, a jego nogi musiały być zmęczone, podczas gdy ruchy wojowniczki dopiero nabierały płynności. Zauważała dźwięki i zapachy, a z głowy zniknęła jej gonitwa spraw codziennych. Dźwiękiem, który wyłapała z otoczenia, był zbliżający się w jej stronę tupot łap – lekkich i sprężystych. Nadciągający Pomrok, najnowszy nabytek kultu sprzed księżyca, dołączyła do pościgu. Chciała zabić kogoś po raz pierwszy wspólnie, czy może żądza krwi nie dała jej czekać? Wielką wadą młodej kotki i wojowniczki było to, jak szybko męczyła się podczas biegów na długie dystanse. Tropiąca Łaska musiała więc położyć kres szaleńczemu biegowi. Kotka wyrwała do przodu, aby wyprzedzić młodszą kultystkę, nim ta wyczerpie zapasy energii i opadnie z sił. Zabawa się skończyła. Jeszcze tylko kilka kroków. Jeszcze tylko jeden długi krok i będzie mogła skoczyć. Sukcesywnie naskoczyła na samotnika, który w plątaninie łap i pazurów upadł. Jego czaszka z głuchym, tępym trzaskiem uderzyła o zbitą, zmarzniętą nocnym chłodem ziemię. Wojowniczka wylądowała na jego bezwładnym cielsku, szarpiąc jego futro pazurami i wyrzucając kępy okrycia w powietrze. Jego jasne oczy były otwarte, ale nieprzytomne. Widoczne były w większości tylko białka i kawałek tęczówki w dziwacznym kolorze. Rozwarte były w wyrazie ostatniej emocji, którą poczuł – przerażeniu. Czarno-ruda kotka dobiegła do miejsca zdarzenia. Na jej widok starsza kotka zeszła z obezwładnionego kocura. Chciała dokończyć dzieło, kiedy bez zawahania i oporów w stronę samotnika rzuciła się Nadciągający Pomrok. Łaska z niedowierzaniem przeniosła spojrzenie na kotkę. W tym samym momencie krew mordowanego białego kocura zabarwiła jego jasną sierść obfitymi plamami i opryskała pysk napastniczki. Zdawała sobie sprawę, że kotka przeszła identyczną inicjację, ale zaskoczyło ją, jak mocno tamta łaknęła krwi nieprzyjaciół Klanu. Nie uważała tego rzecz jasna za minus, przeciwnie. Wyglądało na to, że młoda wojowniczka zasługiwała na większe uznanie, a mniejsze politowanie, niż z początku sądziła. Jedyne, co wciąż budziło jej pobłażanie, to widok kotki z ususzonym liściem za uchem – pamiątką, której pochodzenia tamta nie mogła być nawet pewna. Choć miała swoje domysły. Jak mogła nosić coś, co kojarzyło się z tamtym kocurem? Tropiąca Łaska wmawiała sobie, że to nie zazdrość, nie miała przecież powodów do zazdrości. Po prostu nie mogła już patrzeć na ten liść. Uważała, że kotka powinna nosić podarunek od kogoś normalnego – kogoś takiego jak ona. Pragnęła, by Nadciągający Pomrok miała przy sobie coś, co wszystkim wokół przypominałoby o zielonookiej kotce, a nie o zdrajcy.
— Daj mi jego futro — warknęła szylkretowa kotka, obnażając kły.
— Co takiego? — Nadciągający Pomrok zamarła z szeroko otwartymi oczami i lekko rozchylonym pyskiem, jakby wymazała z pamięci fakt, że przed momentem brutalnie odebrała komuś życie.
— Powiedziałam: przynieś mi jego futro. — Ulegając niewytłumaczalnemu impulsowi, młodsza kotka spełniła rozkaz. Podbiegła do drgającej w agonalnych skurczach ofiary i spiesznie wyrwała kępki grubego, białego włosia. Tropiąca Łaska z dumą wcisnęła je w swoją kryzę. — Na pamiątkę. Nie wolno zapomnieć o takiej nocy. — Córka Zalotnej Gwiazdy, zazwyczaj niezwykle gadatliwa, tym razem milczała jak zaklęta. Patrzyła to na starszą kotkę, to na trupa, którego ostatnia biała łapa właśnie wiotczała. — Tobie też by się przydało — dodała starsza. — Bez obrazy, ale ta kępka będzie wyglądać na tobie lepiej niż byle zgniły liść. Pasuje do ciebie. W blasku księżyca... ktoś mógłby uznać, że przewyższasz urodą wszystkich w Klanie Wilka.
Pręguska odwróciła wzrok od Nadciągającego Pomroku i bez cienia emocji, z lekkim chrząknięciem, zaproponowała powrót do obozu i na miejsce kultu. Od tamtej chwili szły w stronę celu w całkowitej ciszy. Żadna z nich nie odezwała się już ani słowem.

Od Nurowej Łaby CD. Żabiego Oka

– No… dobrze. – Kotka wreszcie się zgodziła.
– Jej! Chcę łowić ryby!
Nur ruszył w stronę rzeki, ale Żabka stanęła przed nim, blokując mu drogę. Uczeń przyjrzał się jej uważnie, wcale niezadowolony z jej zachowania.
– Spokojnie. Parę zasad. Nie biegniesz przede mną. Słuchaj mnie uważnie; woda jest niebezpieczna, a nurt rzeki potrafi zabić kota nawet najbardziej perfekcyjnego. Matka natura nie zlituje się nad tobą, bo dopiero się uczysz. Nie zlituje się nad tobą też, jak już wszystko będziesz umiał. Szanuj ją, szanuj rzekę i jej siłę. Jasne? – Głos kotki był całkowicie poważny, więc młody kocur pokiwał głową.
Nie miał zamiaru się kłócić ze starszymi. Znaczy… I tak to robił, bądźmy szczerzy. Naprawdę rzadko kiedy przyznawał komuś rację. Po prostu Żabie Oko darzył szacunkiem, więc jej słuchał. A przynajmniej próbował jej słuchać, bo nadal uważał, że był wystarczająco dobry, aby sam robić rzeczy.
– Jasne. Rozumiem.
– Uczyłeś się pływać jako kociak, ale pływanie w rzece, zwłaszcza tak długo, żeby upolować rybę, nie jest proste. Jest męczące i wymagające. Wymaga skupienia. Wymaga siły.
– Rozumiem!
Kocur naprawdę był świadomy, że nie wszystko można potrafić od razu. Po prostu uważał, że on akurat musiał być idealny od początku. Musiał pokazać rodzicom, że był wart bycia namiestnikiem. No i chciałby pokazać siostrze, że był lepszy od niej…
– I najważniejsze, Nurze. I to musisz wbić sobie do głowy na pamięć, bo to idzie wbrew wszystkim zmysłom i instynktom, jakie masz. – Żabka spoważniała jeszcze bardziej. To było dziwne, na ogół raczej wydawała się dość pozytywnym kotem… – W żadnym wypadku, jeśli zachłyśniesz się wodą… masz nie wierzgać. NIE. WIERZGAĆ. Masz zastygnąć. Wstrzymać oddech nieważne jak bardzo palą cię płuca. Ja cię obserwuję. Ja mam na ciebie oko. Ja wyjmuję cię z wody, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Nur skrzywił się po kolejnych słowach kotki. Szanował Żabkę i uważał, że była jedną z lepszych wojowniczek, ale… Dlaczego ona nie doceniała go? Wiedziała, jak wiele potrafił i do czego był zdolny. Czyżby tylko udawała, że go szanowała? Że rozumiała?
– Ale nie zajdzie! – stwierdził oburzony. – Dam sobie radę.
– Wiem… Wiem, Nurowa Łapo, wiem. Jesteś utalentowany, ale nawet utalentowanym i idealnym kotom matka natura nie daje forów. – Westchnęła. – Nieważne ile masz księżyców, nieważne ile kotów zabiłeś czy ocaliłeś. Rzeka zabierze cię w sekundę nieuwagi. Karmi nas, ale ma swoje zasady i swoje koszty. I musimy o tym pamiętać.
Nurowa Łapa nie był pewien czy rozumiał. Woda była zdradliwa, to oczywiste. Ale czy naprawdę trzeba było na nią uważać aż tak? W to akurat wątpił. Mimo to kiwnął głową na słowa wojowniczki.
– Będzie okej. Dam sobie radę.
– Ja wiem… ale zasady muszę ci przedstawić. Przecież teoria to podstawa praktyki!
Żabka uśmiechnęła się, a Nur po chwili zastanowienia oddał uśmiech. Atmosfera trochę się rozluźniła, jednak uczeń nie mógł wyrzucić z głowy wcześniejszych myśli i słów.
– Gdzie właściwie idziemy? – zapytał.
– Tam, gdzie się uczyłam ja. Tam jest płycej i ryby trzymają się bliżej tafli. Tam nurt jest też znacznie łagodniejszy i lepszy do nauki – odpowiedziała.
Kocur westchnął, zrównując z nią kroku. Nie chciał się uczyć na jakiś płytkich miejscach! Nie był jak reszta uczniów, nie musiał być gdzieś, gdzie było bezpieczniej! Poradziłby sobie nawet na największych głębinach.
– Nie możemy po prostu w rzece obok obozu? – zapytał.
– Moglibyśmy, ale tyle pływa tam kotów każdego dnia, że ryby unikają tego miejsca. Nurt jest tam bardziej nieprzewidywalny i jest lepszy do nauki pływania. A ty chciałeś łowić ryby, co? – zagadnęła.
– Tak! Chciałbym łowić ryby! – potwierdził już z uśmiechem.
– Więc idziemy w idealne do tego miejsce. Odrobinę cierpliwości. W międzyczasie możesz posłuchać ptaków i powiedzieć mi co to za gatunki.
Oczywiście, że Nur poszedł w tę zabawę. Wsłuchiwał się w odgłosy i próbował odgadnąć które gatunki takie wydawały. Nie był pewien, ile razy się pomylił, a ile razy miał rację. Jeśli on miałby decydować, to każda odpowiedź była poprawna, ale Żabka czasem się z nim nie zgadzała, więc może i nie wiedział wszystkiego. Albo to ona nie wiedziała wystarczająco dużo… Ich zabawa skończyła się, gdy dotarli na miejsce. Nur rozejrzał się z szerokim uśmiechem. Już widział siebie, jak wyłowił największą rybę i niósł ją do obozu. Jakby wtedy wszyscy byli z niego dumni! A jakby Łabądek zazdrościła!
– Dobra. Daj mi chwilę. – Nur spojrzał na Żabkę, która zanurzyła łebek pod wodę.
Podszedł do niej, najciszej jak potrafił i z zafascynowaniem wpatrywał się w to, co robiła. Kotka po chwili się wychyliła i spojrzała na niego.
– Dobra. Nurt nie jest szalony dzisiaj. Ryb jest pełno. Mamy dwie opcje nauki. Naukę łowienia z nurkowaniem i naukę z cierpliwym czekaniem na rybę.
– Nurkowanie! – Nur nawet nie zastanowił się nad odpowiedzią.
– Dobrze. To teoria.
Usiedli, a wojowniczka zaczęła szczegółowo tłumaczyć jak dobrze nurkować. Oczywiście rozgadała się, upewniając, że przekazała każdą ważną informację. Nur był już przyzwyczajony do tych monologów. Oczywiście trochę go nudziły, bo chciałby już działać, ale zawsze grzecznie słuchał. Wiedział, że praktyka różniła się od teorii, ale bez poznania teorii nie zauważy tych różnic w praktyce. Ostatecznie wraz z Żabką weszli do wody i zaczęli praktykować nurkowanie. Oczywiście, że młodemu szło to bardzo dobrze. Wreszcie przeszli też do polowania. Nur przyglądał się, jak Żabie Oko łapała rybę, będąc pod wodą z półotwartymi oczami. Żabka rzuciła rybę na brzeg, a Nur przeszedł niespokojnie z łapy na łapę.
– Kiedy mogę? Kiedy? – Zerknął na wojowniczkę.
– Jak muł usytuuje się odrobinę na dnie i ryby przestaną czuć się zagrożone. Daj im parę uderzeń serca. Woda porusza się bardzo powoli – wytłumaczyła.
Nur czekał, aż kotka mu pozwoli. A gdy tylko dostał zielone światło, to spróbował. I chociaż chciał złapać rybę za pierwszym razem, to nie był aż tak idealnym kotem. Mimo to szło mu bardzo dobrze i nawet złapał jedną rybę! Było dobrze, naprawdę dobrze… Aż w pewnym momencie zmęczony już Nur, nie zanurkował. Wsadził łebek pod taflę, zamknął na chwilę oczy i potem już poczuł, jak cały był w wodzie. Próbował się podnieść, ale nie miał siły. Otworzył pysk w głupiej próbie nabrania powietrza, przez co woda dostała się do jego płuc. Jego ciało szarpnęło nim nieproszone, ponownie próbując wyjść na powierzchnię. Umysł ucznia pozostał jednak czysty. Nie wierzgać – mówiła wcześniej Żabka. Więc całą siłą umysłu próbował utrzymać się pod taflą nieruchomo, a przy okazji nie wciągać w płuca więcej wody. Błagał Klan Gwiazdy o ratunek, o siłę… Nie był pewien, ile czasu spędził pod wodą. Miał wrażenie, że za długo. Nagle jednak poczuł chwyt na karku i znów mógł odetchnąć. Zakaszlał kilka razy, nim w ogóle udało mu się wziąć pierwszy palący w płuca oddech. Był szybki, nierówny, tak jak kilka następnych, ale już mógł oddychać. To się liczyło. Żabka wyciągnęła go na brzeg, po czym zaśmiała się nerwowo, liżąc go uspokajająco.
– Ale żeś mnie przestraszył. Zupełnie jak ja moją mentorkę, jak się uczyłam, haha!
Nur spojrzał na nią, nadal trochę próbując zrozumieć, co dokładnie się stało. Dlaczego znalazł się pod wodą? Był przecież idealnym uczniem, a popełnił tak głupi błąd. Skrzywił się na swoje własne zachowanie i po chwili wstał, otrzepując się.
– Wracajmy – mruknął, nie patrząc na kotkę.
Żabka widocznie zaskoczyła się jego zachowaniem. Wstała, próbując go znów polizać.
– Nie. Wracajmy. – Odsunął się od niej.
– Nurze, takie rzeczy się zdarzają. Mam wrażenie, że każdy łyknął trochę wody, gdy był uczniem.
Nur jednak nie słuchał. Burknął coś tylko pod nosem i ruszył w stronę obozu. Żabka oczywiście od razu ruszyła za nim.
Potem Nur chodził nieswój przez naprawdę długo. No i trenował jeszcze więcej! Jedynie, kiedy odpoczywał to, gdy słońce chowało się za horyzontem, a on nie mógł wyjść poza obóz. Wypraszał jeszcze więcej treningów z Szałwiowym Sercem, często też widywał się z Żabką, chociaż ona akurat robiła wszystko, aby młodzieniec odpoczął.
– Nurze – powiedziała pewnego dnia. – Odpoczynek to też ważna część treningu.
– Nie nauczę się niczego, odpoczywając!
– Nie będziesz popełniał głupich błędów.
No i Nur faktycznie trochę się uspokoił. Oczywiście nadal wybierał dużo długich treningów, ale jadał porządne posiłki i sypiał więcej, niż wcześniej. Trochę zaskoczył się, gdy po paru wschodach słońca nabrał więcej siły. Niestety nie mógł z niej korzystać zbyt długo, bo zakazali mu oddalać się z obozu. Znaczy, nie zamknęli go, ale nie mógł zbyt daleko wychodzić. To go irytowało. Jak miał zostać wojownikiem, kiedy traktowali go jak małego kociaka?! Niestety nie mógł się sprzeciwiać, więc wszystkie treningi odbywał w okolicach obozu, ale starał się, aby te były na tyle intensywne, aby mogły go zadowolić. Już zaczynał czuć się coraz pewniej i lepiej, aż… Łabądek została wojownikiem. Przed nim! Zdobyła wojownicze imię przed Nurem! To ukuło jego dumę. Oczywiście nadal nie sądził, że siostra była dobrą wojowniczką, traktował ją na równi z innymi wojownikami (a o nich już wiemy, że oceniał ich bardzo nieprzychylnie, nie licząc niektórych wyjątków), ale fakt, że zdała szybciej test na wojownika, był po prostu denerwujący. Musiał skończyć z tym odpoczywaniem i wziąć się do roboty.
– Żabie Oko! – Podszedł do kotki podczas jednego z posiłków.
Zdążył już udoskonalić pływanie z Szałwiowym Sercem, ale dla niego to było za mało.
– Możemy, proszę, wrócić do polowania na ryby? Tym razem nic mi się nie stanie. Jestem najedzony, wyspany…
– Nurze, wróciłeś niedawno…
– Muszę zostać wojownikiem! Już niedługo! Potrzebuję twojej pomocy! Musisz mnie nauczyć wszystkiego, co potrafisz!

<Żabko? Musisz!>
[1501 słów + łowienie ryb]

Od Milczka (Milczącej Łapy)

Dzisiaj był dla Milczka wielki dzień. Jako jedyne kocię w Klanie Nocy miał zostać dziś uczniem!
„Gdyby tylko Pyza i Bzyczek byli tu dziś ze mną…” pomyślał kocurek, nawet jeśli nigdy nie miał zbyt wielkiego kontaktu z czekoladowym rodzeństwem.
Wiedział, że nie powinien za nimi tęsknić. W końcu było czekotami. Mimo, to i tak wolał tamtą dwójkę niż towarzystwo wstrętnej, atencyjnej Fiołki. Już nieco dziwną Wełniankę uważałby bardziej za swoją siostrę. Poznał już niejednego ucznia, a także to jak szły im treningi, ale mimo to czuł się niezbyt pewny, może nawet przerażony. Mały Nocniak wyszedł ze żłobka. Wszystkie kocięta rosły lepiej, niż można by się spodziewać przy takiej ich ilości, więc dla przyszłego ucznia, który wkrótce miał zostać mianowany, zdawało się nie być miejsca. Kremus siedział, więc większość czasu przed żłobkiem, czasem, zaczepiając jakiegoś interesującego ucznia czy wojownika. Jedni nie mieli nic przeciwko, inni patrzyli na niego jak na brudasa, ale w sumie dzień jak co dzień dla syna czekoladowej samotniczki. Przechylił lekko łebek, wpatrując się w urocze źródełko na środku obozu. Patrzył na łapę namalowana na kamieniu, zastanawiając się, do kogo mogła należeć. Może do samej przywódczyni? Tylko pytanie której. Milczek słyszał coś o jakiejś powodzi księżyce temu, ale jak to on słuchał, memłając swoją łapę, próbując złapać swój ogon lub ewentualnie, mrugając znudzony jak żaba. Podszedł do źródełka, przyglądając się swojemu odbiciu. Lawenda miała śmieszny zapach. Niby ładny, w jakiś sposób łagodzący, lecz w tym samym czasie zbyt natrętny dla wrażliwego nosa. Kremowy spojrzał w wodę, a widząc swoje odbicie przypomniały mu się słowa Widlika. Uderzył lekko w taflę łapą i odsunął się na bok z głupim uśmieszkiem. Pamiętał, jak raz próbował włamać się do legowiska lidera, ale został przez kogoś przegoniony, zanim zdążył powiedzieć „mysz”. Zastanawiał się, czy tym razem by mu się udało, ale ostatecznie jego myśli zostały rozproszone przez coś innego. Spojrzał w stronę kłody, która miała służyć za wejście dla starszyzny.
„Może stamtąd mnie nie wygonią?” pomyślał, a jego łapy same zaczęły kierować się w stronę legowiska starszyzny. Kotki siedzące w legowisku jak zwykle nie wyglądały na zbyt szczęśliwe z powodu jego odwiedzin, ale Lśniąca Ikra, czy Kolankowe Moczary zdawało się nie mieć ogromnego problemu, co to jego obecności. Starsze kotki były jednak księżniczkami, co właściwie mówiło samo za siebie, dlaczego nie lubiły Milczka. Syn czekoladowej samotniczki, oczywiście. Kremowy był nieco ciekawy tego, jaka jest Spopielona Alga (co do Różanej Woni, która zdawała się go nienawidzić najbardziej w klanie trochę mniej), w końcu starsza była siostra przywódczyni. Dawniej słyszał nawet, że mogła ona zostać przywódczynią. Młodziak nie powiedziałby tego na głos, ale miał wrażenie, że byłaby lepsza jako przywódczyni Klanu Nocy. Mandarynkowa Gwiazda wydawała się… jak świeżo mianowana wojowniczka, która nagle pozjadała wszystkie rozumy. A przynajmniej takiego wrażenia najadł się kociak, gdy to widział przywódczynię podczas mianowania Łabędziego Tanu.
— Słyszałeś bajkę o przychodzeniu na świat kociąt? — zapytał Lśniąca Ikra, sprowadzając młodocianego na ziemię.
Milczek usiadł przed kocurem z błyszczącymi oczyma. Może miał już swoje sześć księżyców, ale nie mógł odmówić posłuchania ostatniej kocięcej bajeczki. Wpatrywał się w niebieskiego swoimi ślepiami, a starszy wyglądał jakby miał ochotę się roześmiać. Chyba bawiło go te śmiesznie uciekające oczko. Milczek też czasem patrzył na nie, zastanawiając się, czy to jakaś kara za bycie kociakiem stukniętej wariatki.
— Już wiesz, że pierwsze koty, takie jak ty zrodziły się piasków, ale też skrawków Srebrnej Skóry. Ale wiesz, skąd wziąłeś się ty? — zapytał kocur, a Milczek już miał ochotę skrzywić się i wyjść.
„Chciał opowiedzieć tę samą historię co zawsze? To o tej wariatce, która zabiła własne kocięta?” pomyślał, mrużąc oczy.
Niebieski wyglądał na odrobinę rozbawionego reakcja kociaka.
— Wiem, że znasz już historię swojego przyjścia na świat. Czy słyszałeś o tym, że kocięta przynoszą ptaki? — zapytał, a niebieskooki pokręciło głową na nie zainteresowany. — Masz kremowe srebrne futro. Jesteś synem czekoladowej kotki, więc wątpię, aby przyniósł cię jakiś bociek… Ale może jakiś jerzyk? Lub ewentualnie gęś z uszkodzonym skrzydłem — mruknął starszy, a Milczek zamrugał częściowo urażony, a częściowo zafascynowany.
— A thi? — zapytał młodziak.
— Podejrzewam, że mnie mogła przynieść jakaś jaskółka — mruknął. — Idź po jakiegoś ucznia. Chyba mam gdzieś kleszcza — dodał, najwyraźniej chcąc pozbyć się ciekawskiego kocięcia.
Milczek kiwnął głową na zgodę i wyszedł z legowiska starszyzny. Widząc futro znajomemu Liliowej Łapy podszedł do niej zaczepiając ją łapką.
— Co się stało? — zapytała kotka, a Milczek zmrużył oczy.
„No i co. Znowu muszę się odezwać?” pomyślał.
— Khlehsze — wycharczał, czując, jak drapie go gardło.
Wskazał przy tym na legowisko starszyzny i kotka zdawała się zrozumieć, bo ruszyła w stronę legowiska medyków, a po chwilkę poszła do starszych z czymś co prawdopodobnie było mysią żółcią. Milczek ponownie usiadł obok żłobka, machając znudzony ogonem. Miał już ochotę zaczepić jednego z wojowników, ale przerwał mu, w tym głos przywódczyni. Niebieska kotka zaczęła szukać młodocianego wzrokiem, w końcu, napotykając kremowo-białe futerko obok żłobka. Nie wyglądała nazbyt zadowoloną jego istnieniem, zresztą tak jak większość Klanowiczów. Milczek uśmiechnął się radośnie i potuptał nieco bliżej, czekając na słowa Mandarynkowej Gwiazdy.
— Milczku, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Milcząca Łapa. Twoim mentorem zostanie Zmierzchająca Fala. Mam nadzieję, że Zmierzchająca Fala przekaże ci całą swoją wiedzę — miauknęła kotka, a następnie skierowała swój pyszczek w stronę wspomnianego wojownika. — Zmierzchająca Falo, jesteś gotowy do szkolenia kolejnego własnego ucznia. Otrzymałeś od swojego mentora Wężynowego Splotu doskonałe szkolenie i pokazałeś swoją siłę i dobrą pamięć. Będziesz mentorem Milczącej Łapy, mam nadzieję, że tak jak swoim poprzednim uczniom przekażesz mu całą swoją wiedzę — dodała, jakby, rzucając od niechcenia.
Srebrny młodziak podszedł do dymnego kocura, nim tamten zdążył się ruszyć, stykając się z nim nosami. Starszy uśmiechnął się, jakby na zabawne zachowanie ucznia i kiwnął mu raczej przyjaźnie głową. Część klanu krzyczała jeszcze przez chwilę imię kremusa, ale zaraz potem towarzystwo się rozeszło, tak jakby uczniak nie był wart aż tak ogromnej uwagi. Mentor wraz z uczniem zostali za to sam na sam. Milcząca Łapa uniósł lekko łebek, żeby spojrzeć w ślepia wojownika.
— Nie idziesz się nikomu pochwalić? — zapytał kocur nieco podejrzliwie.
Milczek pokręcił głową na nie.
— Ach… Rozumiem. Jesteś tym… niezbyt trafnym kocięciem. Pewnie nie masz z kim przebywać co? — wywnioskował szybko dymny. — Nie martw się. Możemy mieć tyle treningów, że nie będziesz miał czasu na nudę. Sprawię, że jeszcze wyrośnie z ciebie doskonały wojownik — miauczał dalej pewny siebie, a kremowy w tym czasie… gryzł swoją łapę. — Oczywiście najpierw trzeba cię trochę odchować kociaku z dziczy — zaśmiał się Zmierzchająca Fala.
Milczek zamrugał jak żaba i uśmiechnął się radośnie, machając ogonkiem na boki.
— Phrose! Nauhc! — miauknął nagle, a dymny, aż podskoczył.
— No patrz, a ja byłem przekonany, że w ogóle nie gadasz. Chodź, oprowadzę cię po terenach — miauknął kocur, wychodząc z obozu.

[1104 słowa]

Kwaśna Kocanka urodziła!

 Kwaśna Kocanka urodziła trójkę (prawie) zdrowych maluchów!