Szylkretka polizała Przypaloną Łapę na pożegnanie i obiecała mu, że jak wróci, pogadają ze sobą. Chwilę później została sama, ale nie na długo, bo zaraz przypałętał się ten glonojad zwany Rogatą Łapą. Urodziwa Łapa przeniosła na niego niebieskie spojrzenie. W przeciwieństwie do udawanej obojętności kocura uczennica nie ukrywała swojej niechęci względem tego kota.
— A ty? Zmądrzałeś? Bo wiesz, takie pytania zawsze działają w dwie strony — odparła ze spokojem w głosie. Jeśli kocur myślał, że to ją zdenerwuje, bardzo mocno się mylił. Właściwie to pytanie ją rozbawiło, ale próbowała udawać poważną, skoro rozmawiała z księciem zrzędą. Przyszłe imię kocura powinno być Rogata Zrzęda lub Zrzędzący Róg. Po czym podniosła się, a następnie wyciągnęła zupełnie nieprzejęta jego pytaniem. Rogata Łapa nie zwlekał z odpowiedzią, prawie że wbijając się szylkretce w zdanie.
— Ja jestem już wystarczająco doedukowany, przynajmniej z pewnością bardziej od ciebie, skoro nie potrafisz zrozumieć, że u nas, w Klanie Nocy, panują takie zasady, a nie inne — odparł, mrużąc oczy i strzepując jednokrotnie uchem z niezadowoleniem.
— Ale tak, nabyłam doświadczenia, jeśli ci o naukę chodzi — odparła rezolutnie. Doskonale wiedziała, o co dokładniej pytał pajęczynowy móżdżek, ale nie chciało jej się marnować słów na bezwartościową odpowiedź. Poza tym prawdopodobnie kocur liczył na odpowiedź adekwatną do pytania, jego niedoczekanie. Nie zamierzała grać, jak ten jej zagrywał. Miała własną wolę, zasady i sposób na życie. Nie będzie tego zmieniać, bo komuś się to nie podobało. Nie wszyscy musieli ją lubić, a ona nie musiała darzyć przyjaźnią wszystkich. Wystarczył względny szacunek do starszych, ale w momencie, gdyby ktoś z nich zaczął obrażać czekoladowego kota, zmieniłaby swoje nastawienie. Absolutnie nie zamierzała stać bezczynnie i obserwować jak inni dręczą kogokolwiek ze względu na kolor futra. Każdy kot miał prawo żyć i być darzony szacunkiem. Niezależnie od tego, czy był z tej zakichanej rodziny królewskie, zwykłej, albo miał czekoladową sierść. Wszyscy powinni być traktowani równo i sprawiedliwie. Powinni ponosić konsekwencje swoich czynów, ale tylko tych naprawdę popełnionych. Powodem kar nie powinno być pochodzenie i czyny rodziców albo czy ktoś był czekotem tylko to, co ktoś zrobił i jak bardzo czyste miał serce.
— Nie wystarczy tylko sucha teoria. Praktyka jest dużo ważniejsza, wtedy przynajmniej pokazuje się reszcie klanu, że nie jest się jakimś wadliwym — odparł, mierząc ją dalej wzrokiem.
— Ale wiesz co, Rogaczku? — zaczęła, a przez jej pyszczek przemknęło rozbawienie. Zaczęła delikatnie okrążać kocura, co jakiś czas ocierając się o niego lub smagając ogonem po nosie.
— Jesteś taki piękny, a te oczy? Na Klan Gwiazdy! Chyba przodkowie włożyli w to sporo gwiazd — zaczęła przesłodzonym głosem. W jej niebieski spojrzeniu dało się dostrzec iskierki rozbawienia.
— A te pazurki? — wymruczała, pochylając łebek w stronę jego łap i lekko tykając jedną z nich noskiem.
— Coś wspaniałego — komplementowała go dalej. Skoro chciał być chwalony i podziwiany, mogła mu dać taki moment. Ten jedne raz.
— Takie zadbane i czyste futerko, jak ty to robisz drogi książę? —** ostatnie dwa słowa specjalnie podkreśliła. Wiadomo dla wydźwięku, choć wcale nieszczerego. Zatrzymała się przy jego ogonie lekko go pacając łapką.
— Ogon taki wyjątkowy, że nic tylko zazdrościć — wymruczała zbyt słodko. Mimo że nie lubiła tego kocura, świetnie się bawiła. W końcu okrążyła go chyba już po raz dziesiąty i stanęła bliżej jego dodatków.
— Te dodatki tak bardzo do ciebie pasują. Oddają twoje piękne wnętrze czyż nie? — mruknęła, muskając ozdóbki noskiem.
— Nie chcę, żeby pobratymcy pomyśleli, że za sobą przepadamy, to by mi zepsuło tylko dobre zdanie o mnie. Odsuń się — syknął z poirytowaniem, po czym wyciągnął w jej kierunku łapę, żeby ją niby trochę odsunąć od siebie.
— Jeszcze ktoś pomyśli, że szukasz mojej uwagi bardziej niż to wskazane — dodał po chwili.
— Dobrze jednak, że dostrzegasz tak istotne rzeczy, może jeszcze coś z ciebie będzie — odparł, po czym zaczął czyścić sobie łapę i przy okazji ucho, udając znudzenie.
— Zastanowię się, czy ci wybaczę. To jeszcze za mało na zyskanie mojego uznania — dopowiedział jeszcze, ale szylkretka jedynie przewróciła oczami. Nie szukała uznania kogoś takiego jak ten futrzak.
— Gdyby jeszcze mnie to obchodziło — wymamrotała do siebie z niechęcią kierowaną w stronę ucznia. Zaraz jednak skupiła się na tym, do czego zmierzała przez cały czas.
— A cały efekt psuje twoje nienawistne serduszko — wyszeptała mu na uszko, a następnie stanęła prosto przed nim. Wpatrywała się w jego oczy tymi swoimi przypominającymi kwiaty szafirków.
— Postępuję właściwie. Moje serce jest najczystsze ze wszystkich — odparł bez wahania, kładąc łapę na piersi, jakby był tego śmiertelnie pewny i jakby chciał jej je wręcz pokazać. Urodziwa Łapa tylko prychnęła rozbawiona z jego słów.
— Gdybyś nie był takim narcystycznym i nadętym księciuniem to może, ale tylko może bym na ciebie poleciała — dodała cicho, ale zaraz się roześmiała. Odsunęła się od niego na odległość mysiego ogona.
— Żartuję, nie chciałabym z tobą być — dodała na koniec. Posłała mu czarujący uśmieszek i odwróciła do niego tyłem, ostatni raz smagając jego pysk ogonem przyozdobionym kwiatami szafirków.
— Oczywiście, że byś poleciała — dorzucił jeszcze.
— Zgrywasz taką, ale doskonale wiem, że ci się podobam — dodał na koniec. Szylkretka zaśmiała się rozbawiona jego słowami. W życiu nie mogłaby pokochać kogoś tak zacofanego, jak ten kocur. Zresztą nie był w jej guście.
— Jest ktoś od ciebie lepszy i bardziej szlachetny, choć księciem nie jest. Ma coś, czego ty nie masz. Dobre serce i duszę — miauknęła poważnie, ignorując reakcję glonojada. Tak, Przypalona Łapa był prawdziwym księciem. Dla koteczki tę nazwę powinien dzierżyć ktoś szlachetny, a nie kot o wypranym umyśle i bezwolnym poddawaniu się temu, co mówiły zakłamane pyski. Niestety jej ojciec i brat nie byli wyjątkami. Kochała ich, ale z każdym kolejnym dniem odsuwała się od nich coraz bardziej. Wiedziała to doskonale, a mimo tych nieprzyjemnych odczuć nie zamierzała zmieniać swojej moralności. Każdy zasługiwał na szacunek. Po czym skierowała się w tylko sobie znanym kierunku.
— I dla ciebie jestem Pan Książę Rogata Łapa! Nie pozwalaj sobie na za wiele — krzyknął jeszcze za nią, jego końcówka ogona biła niespokojnie o ziemię.
— Zapomnij panie gloniku, że tak będę się do ciebie zwracać — rzuciła, a następnie zniknęłą z pola widzenia kocura.
<Rogata Łapo? Glonojadzi pysku czy czujesz się teraz spełniony?>
[980 słów]
