BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

26 lipca 2026

Od Migoczącej Łapy CD. Pszczelego Lilaku

Migocząca Łapa leżał na ziemi, praktycznie rozpłaszczony jak naleśnik. Było mu zimno, a śnieg powoli moczył jego sierść, jednak chciał jak najbardziej wtopić się w otoczenie. Jego futro idealnie pasowało do takiej pogody. Biały puch otaczał ich z każdej strony i choć było go już trochę mniej niż na samym początku pory Nagich Drzew, dalej tworzył wspaniałe ukrycie dla Migoczącej Łapy, którego futro również było w większości tego samego koloru. Tworzyło to dla kocura idealne warunki. A co za tym idzie? Uczeń szybko postanowił, że będzie wykorzystywać ten atut jak najbardziej. Przecież w porę Zielonych Liści będzie całkowicie widoczny! Nawet nie chciał o tym myśleć. Wyobrażenie, że będzie musiał tarzać się w błocie, by tylko ukryć się przed zwierzyną, było dla niego prawdziwym koszmarem. Zwłaszcza że skończyłby z tym błotem na ogonie najpewniej do mianowania na wojownika. I choć chciał, by było to jak najszybciej, czyszczenie jego ogona było wielkim problemem i dla samego Migotu i dla kotów dookoła, które kiedykolwiek chciały doprowadzić kocura do porządku.
Błyskawicznie skulił łapy pod siebie, gdy tylko usłyszał lekki szelest. To musiała być zwierzyna! Bo przecież co innego?
Ustawił się w kierunku przeciwnym do podmuchów wiatru, by małe stworzenie go nie wyczuło. Migocząca Łapa pamiętał, że to jeden z głównych błędów podczas polowań. Sam zrobił już tak kilka razy, do czego nie chciał się przyznać, dlatego tym bardziej pilnował swojej pozycji. Gdy wyczuł odpowiedni moment, powoli zbliżył się do zwierzyny, a następnie koślawo skoczył na nią, ledwo zahaczając o jej malutkie ciałko.
– Poślizgnąłeś się? – usłyszał za sobą głos Firmamentowej Łapy, który to był wraz z nim na patrolu.
– Przestań, finalnie mi się udało! – powiedział i szybko odwrócił się do brata ze zdobyczą w pysku. – A ty? Ile złapałeś? Czy może twoja grzywka zasłoniła ci widoczność? – zapytał z przekąsem, chcąc odwrócić uwagę Firmamentu od jego koślawego skoku. Migot wiedział, że brat to widział. Wiedział też, że pewnie domyślił się, że wcale nie poślizgnął się na roztopionym śniegu, tylko zawalił ze zwinnością. Firmament nie był jednak typem osoby, która specjalnie przejęłaby się krzywym skokiem. Mimo to niebieski wolał udawać, że nic się nie stało.
Niedługo po tym musieli wracać. Migocząca Łapa z dumą niósł swoją zdobycz do obozu. Starał się iść z gracją jak Firmament, by tym bardziej zwrócić na siebie uwagę zazdrosnych przybłęd. W końcu przyniósł coś na stos! I to w porę Nagich Drzew. Każdy musiał o tym wiedzieć.
Gdy wrócił do obozu, uśmiech miał od ucha do ucha. Czuł się już jak prawdziwy wojownik. Nikt i nic nie mogło popsuć mu tego humoru!
– Cześć Migocząca Łapo! – nagle usłyszał głos Pszczelego Lilaku. Kotka brutalnie wyrwała go z zamyślenia, jak zwykle przyczepiając się do niego jak rzep. Jakby nie umiała się zająć sobą! Migocząca Łapa najchętniej potraktowałby ją tak jak Jajeczną Łapę. Wygarnął jej wprost, że nie będzie się z nią zadawać. Mimo to kotka dalej czasem się do niego zbliżała. Zachowywała się tak, jakby już mu wybaczyła! Jednak Pszczeli Lilak była inna. Ona była już wojowniczką, a wraz z tym miała więcej możliwości, których Migot nie posiadał. Ona była znacznie lepszym pionkiem, niż ktokolwiek w legowisku uczniów. Zwłaszcza że w legowisku uczniów i tak nie było nikogo, kto mógłby mu się sprzeciwić - wszyscy byli zdecydowanie zbyt łagodni, z czego kocur bezkarnie korzystał.
– Hej kupo futra! – powiedział w końcu. Musiał wykorzystywać fakt jego znajomości z wojowniczką. Nie mógł tego zaprzepaścić. Chwilę po tym do głowy przyszedł mu pewien plan, który dzięki randze "koleżanki", mógł się spełnić.
– Widzę, że udało ci się coś złapać. Gratulacje! Jak było na patrolu? – zapytała Lilak.
– Wspaniale, jak widać – mruknął uczeń i ruszył w stronę stosu ze zwierzyną, by odłożyć swoją zdobycz. Po tym odwrócił się w stronę kotki. – Jednak jeszcze bym zapolował. Powinienem przecież szkolić swoje umiejętności – zauważył. – Chcesz może urządzić mały konkurs łowiecki? Komu uda się złapać więcej zwierzyny do zachodu słońca. O nagrodzie pomyślimy później – mówił Migot bez oporów. Nie przejmował się zmianą nastawienia Pszczelego Lilaku. Kotka wydawała się cichsza niż zazwyczaj. Mimo to kocur nie zwracał na to uwagi, dalej tłumacząc jej plan. Wiedział przecież, że kotka nie odmówi.
– No dobrze... – mruknęła cicho Lilak. Nie wydawała się przekonana. Czyżby się bała? – Ale będziemy polować gdzieś blisko, dobrze? – zapytała nieśmiało. Migot prychnął rozbawiony.
– Boisz się? Ale niech ci będzie. W końcu i tak wygram, więc miej jakieś pocieszenie – zaśmiał się i nie czekając na jej odpowiedź ruszył w stronę wyjścia z obozu. Wojowniczka niepewnie poszła za nim, co chwilę się rozglądając. Jednak nikt ich nie zatrzymał. Nie miał kto. W końcu ona nie była już uczennicą.
Szli w ciszy, a po drodze Migot obmyślał swój plan. Wymyślił cały ten konkurs by tylko więcej potrenować. Musiał poćwiczyć swoją zwinność i szybkość jeśli chodzi o polowanie. Nie chciał nikogo zawieść, a oznaczało to szlifowanie wszystkich umiejętności.
Gdy doszli na miejsce Migot spojrzał na Lilak. W jego oczach było widać ten błysk, w dużej mierze oznaczający tylko kłopoty. 
– Gotowa? – zapytał formalnie, by cały konkurs przebiegł zgodnie z zasadami. W końcu był wojownikiem, a wojownicy nie oszukują w walkach, a w jego przypadku - w konkursach.

<Kupo futra? Gotowa?>
[833 słów]

Od Lśniącej Gwiazdy do Migoczącej Łapy

Jakiś czas po ucieczce Truskawki…

Więc... zniknęła.
Truskawkowe Pole odeszła.
Opuściła Klan Klifu.
Lśniąca Gwiazda przez dłuższą chwilę pozostawał nieruchomy, jego wzrok spoczywał na kamiennej ścianie legowiska, a myśli nieustannie krążyły wokół tych samych słów, jakby uporczywie próbował odnaleźć w nich sens, którego w rzeczywistości nigdy nie było.
Powinien był odczuwać gniew albo rozczarowanie, być może nawet żal, lecz zamiast tego jego wnętrze wypełniała dziwna pustka, nieprzypominająca żadnej emocji, którą potrafiłby jednoznacznie nazwać. Była bliska poczuciu straty, lecz jednocześnie pozbawiona bólu właściwego utracie kogoś bliskiego, przez co wydawała się zaledwie zniekształconym odbiciem prawdziwego cierpienia.
Nie brakowało mu Truskawkowego Pola.
Brakowało mu jedynie miejsca, które dotąd zajmowała.
Uniósł się powoli ze swojego legowiska, przeciągając się leniwie, aż mięśnie przyjemnie napięły się pod rudym futrem. Nie ruszył się jednak od razu. Przez dłuższą chwilę leżał nieruchomo, z głową opartą o kamienną posadzkę, a jego spojrzenie pozostawało wbite w sufit jaskini, jak gdyby z jakiegoś powodu nie potrafił skierować go nigdzie indziej.
Westchnął cicho.
Nie znosił tego miejsca.
Szare, nierówne ściany otaczały go z każdej strony, sufit zdawał się przytłaczać swoją ciężkością, a kamienna posadzka nie oferowała nic poza chłodem i monotonią. Jedynym urozmaiceniem były płytkie zagłębienia pozostawione przez wodę przed wieloma księżycami oraz cienkie rysy biegnące przez skałę niczym pajęcza sieć. Nawet zapach wydawał się nijaki — mieszanina wilgoci, zimnego kamienia i starego mchu, która z każdym oddechem coraz bardziej działała mu na nerwy.
Przymknął oczy, próbując wyobrazić sobie to miejsce zupełnie inaczej.
Kilka jasnych muszli ułożonych przy wejściu mogłoby odbijać światło wpadające do jaskini. Delikatne pióra największych ptaków zawieszone pod sklepieniem poruszałyby się przy każdym podmuchu wiatru, a świeże paprocie lub pachnące gałązki jałowca skutecznie przełamałyby wszechobecną szarość. Nawet kilka większych, gładkich kamieni o jaśniejszej barwie odmieniłoby wygląd legowiska.
Biel.
Ta myśl wywołała na jego pysku ledwie dostrzegalny uśmiech.
Biały kamień nadawałby temu miejscu elegancji. Kojarzył się z czystością, spokojem i godnością — dokładnie z tym, co, jego zdaniem, powinno otaczać przywódcę klanu. Jaskinia nie musiała być wystawna. Powinna po prostu budzić podziw, jeszcze zanim ktokolwiek przekroczy jej próg.
Szkoda tylko, że natura niezbyt chętnie współpracowała z podobnymi wizjami.
Jeszcze przez chwilę pozwolił sobie na te rozważania, zanim ostatecznie otrząsnął się z zamyślenia. Obowiązki nie miały zwyczaju cierpliwie czekać, aż ich przywódca skończy planować wystrój własnego legowiska.
Powoli podniósł się na łapy i starannie otrzepał futro z pojedynczych źdźbeł mchu, wygładzając je kilkoma spokojnymi ruchami języka. Dopiero gdy upewnił się, że prezentuje się nienagannie, skierował się ku wyjściu z jaskini.
Chłodne powietrze obozowiska natychmiast musnęło jego pysk.
Ruszył przed siebie charakterystycznym dla siebie krokiem — spokojnym, płynnym i pełnym gracji. Każdy ruch wydawał się dokładnie przemyślany, jakby nawet zwykły spacer stanowił część wizerunku, który od lat budował. Jedynie wprawne oko mogło dostrzec, że tego dnia tempo było odrobinę szybsze niż zwykle. Nie przyspieszał gwałtownie ani nerwowo, lecz z wyraźną chęcią jak najszybszego dotarcia do celu.
Od chwili opuszczenia legowiska czuł na sobie spojrzenia.
Nie różniły się niczym szczególnym od tych, do których zdążył przywyknąć przez księżyce sprawowania władzy, a jednak... coś było inaczej. Koty spoglądały na niego odrobinę dłużej. Niektóre milkły, gdy przechodził obok, inne szeptały coś do siebie, starając się robić to dyskretnie. Nikt nie powiedział ani słowa, lecz cisza, która zapadała wokół niego, wydawała się cięższa niż zazwyczaj.
Na zewnątrz nie pozwolił sobie jednak na najmniejszą zmianę wyrazu pyska.
Minął wodospad spokojnym, równym krokiem, podczas gdy kamienna posadzka obozowiska stopniowo ustępowała miejsca wilgotnej ziemi i miękkiej trawie, która uginała się pod ciężarem jego łap. Szum spadającej wody pozostawał jeszcze przez chwilę wyraźny, lecz z każdym kolejnym krokiem cichł coraz bardziej, aż w końcu rozpłynął się gdzieś za jego plecami, ustępując miejsca subtelniejszym dźwiękom lasu. Korony drzew poruszały się leniwie pod naporem wiatru, pojedyncze ptaki nawoływały się z oddali, a gdzieś pomiędzy paprociami przemknęło niewielkie stworzenie, którego nie zadał sobie nawet trudu śledzić wzrokiem.
Nie obrał żadnego konkretnego kierunku, ponieważ cel nie miał dla niego większego znaczenia. Od dawna wiedział, że ruch pomagał mu porządkować myśli znacznie skuteczniej niż bezczynne siedzenie, a rytm własnych kroków pozwalał rozplątywać nawet najbardziej zawiłe rozważania. Wystarczyło iść. Wtedy kolejne elementy układanki same zaczynały odnajdywać właściwe miejsce.
Przynajmniej zazwyczaj.
Tym razem jego umysł nie chciał jednak współpracować.
Jedna myśl płynnie przechodziła w następną, choć żadna nie prowadziła tam, dokąd rzeczywiście zamierzał dotrzeć.
W pewnym momencie uświadomił sobie, że w ogóle nie myśli już o Truskawkowym Polu.
Zamiast tego... myślał o sobie.
A konkretniej — o własnym wyglądzie.
Zawsze budził w nim cichą odrazę.
Nie znosił swojego pyska, ponieważ wydawał mu się zbyt pospolity. Nie znosił futra, którego kolor nie przywodził na myśl niczego dostojnego. Nie znosił oczu, choć nieraz słyszał, że błyszczą niezwykle jasno, ponieważ nawet one nie potrafiły zrekompensować reszty.
Coraz częściej odnosił wręcz irracjonalne wrażenie, że Klan Gwiazdy zadrwił z niego już w chwili narodzin.
Jak gdyby przodkowie świadomie zamknęli go w ciele, które miało być jego próbą.
Albo karą.
Pomarańczowe futro drażniło go od zawsze. Nie widział w nim ciepła ani szlachetności, lecz coś śmiesznego, niemal dziecinnego, a ciemniejsze cętki rozsiane po bokach przypominały mu zaschnięte grudki błota, których nie sposób było zmyć. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym trudniej było mu uwierzyć, że właśnie tak miał wyglądać kot wybrany przez przodków do przewodzenia klanowi.
Jedynie przednie łapy wydawały mu się godne uznania.
Ich jasne futro przywodziło mu na myśl księżycowe światło rozlewające się po tafli jeziora oraz gwiazdy rozsiane po nocnym niebie, dlatego czasami łapał się na tym, że patrzył właśnie na nie nieco dłużej, niż było to konieczne.
Reszta...
Reszta pozostawiała wiele do życzenia.
Cicho parsknął pod nosem.
Ironia tej sytuacji wydawała się niemal zabawna.
Jeszcze przed chwilą analizował ucieczkę swojej zastępczyni, zastanawiając się, jakie konsekwencje przyniesie ona dla jego pozycji, a teraz rozmyślał nad własnym futrem, jak gdyby to ono stanowiło największy problem.
Być może rzeczywiście nim było.
Truskawkowe Pole odeszła.
To stało się już faktem.
Jego wygląd natomiast pozostawał czymś, od czego nie mógł uciec, choćby poświęcił na to każde z pozostałych ośmiu żyć. Myśl o nowym zastępcy nie budziła już w nim większych emocji ponieważ — tak w sumie, to czystym przypadkiem — problem zdążył rozwiązać znacznie wcześniej. Nie potrzebował kolejnych godzin rozważań ani długich analiz, gdyż odpowiedź od dawna wydawała się oczywista.
Źródlana Łuna.
Była jego siostrą, a jednocześnie należała do wojowników cieszących się zaufaniem klanu, dzięki czemu jej mianowanie nie wywołałoby większego poruszenia. Nie była może kotką wybitną, lecz w tej chwili nie potrzebował błyskotliwości ani wielkich ambicji.
Potrzebował kota, którego zachowania nie będzie musiał nieustannie analizować.
A przede wszystkim potrzebował zastępcy, który nie ośmieli się pewnego dnia odwrócić od niego plecami.

***

Lśniąca Gwiazda powoli wspiął się na mównicę. Nie wyglądał na rozgniewanego. Wręcz przeciwnie — w jego spojrzeniu malował się smutek, a głos, gdy w końcu przemówił, był cichy i ciężki.
— Trudno jest mi pogodzić się z tym, jak wiele kotów ucieka z naszego klanu w ostatnich czasach. Nigdy nie sądziłem, że przyjdzie dzień, w którym będę musiał patrzeć, jak ci, których uważałem za rodzinę, odwracają się od domu, który wspólnie budowaliśmy.
Przesunął wzrokiem po zebranych.
— Straciłem nie tylko wspaniałą zastępczynię. Straciłem przyjaciółkę. Partnerkę. Matkę moich kociąt. Kota, któremu ufałem bardziej niż komukolwiek innemu. Każdego dnia przypominam sobie rozmowy, które prowadziliśmy, wspólne decyzje i marzenia o przyszłości Klanu Klifu. Nigdy nie przypuszczałem, że pewnego dnia zostaną jedynie wspomnieniami.
Na chwilę opuścił głowę.
— Nie mogę również zapomnieć o Pchełkowym Skoku. Była jedną z najlepszych uczennic, jakie miałem zaszczyt szkolić. Odważna, bystra i gotowa poświęcić wiele dla klanu. Wierzyłem, że pewnego dnia stanie się wzorem dla kolejnych pokoleń. Dlatego tak trudno jest mi zrozumieć jej decyzję.
Westchnął cicho.
— Odchodzą nie tylko wojownicy. Odchodzą przyjaciele. Towarzysze polowań. Koty, z którymi dawniej dzieliłem legowisko, posiłki i troski. I każde takie odejście zostawia po sobie pustkę, której nie da się wypełnić jednym dniem ani jednym księżycem.
Zapadła cisza.
— Nie wiem, dlaczego do tego doszło. Być może mogłem zrobić więcej. Być może popełniłem gdzieś błąd. Być może były rzeczy, których nie dostrzegłem. A być może nie miałem wpływu na decyzje tych, którzy postanowili odejść.
Spojrzał prosto na swoich wojowników.
— Nie wiem również, ilu z was pewnego dnia spojrzy za granice naszego terytorium i pomyśli o tym, by pójść ich śladem. Nie wiem, ilu z was jeszcze zwątpi. Nie potrafię przewidzieć przyszłości.
Przerwał na moment.
— Ale wiem jedno.
Jego głos nabrał siły.
— Nie poddam się. Nie opuszczę tego klanu. Nie porzucę kotów, które zdecydowały się zostać. Nie odejdę, niezależnie od tego, ile bólu jeszcze przyniesie mi los. Dopóki oddycham, będę walczył o Klan Klifu. O jego przyszłość. O każdego kota, który wciąż wierzy, że to miejsce jest jego domem.
Na jego pysku pojawił się delikatny, aczkolwiek przyprawiony nutką zmęczenia uśmiech.
— Nie możemy pozwolić, by smutek odebrał nam nadzieję. Ci, którzy zostali, są dowodem na to, że Klan Klifu wciąż ma przed sobą przyszłość. Nie będziemy żyli przeszłością. Będziemy budować jutro. A skoro przed nami kolejne dni i kolejne wyzwania... klan potrzebuje zastępcy.
Lśniąca Gwiazda odwrócił głowę w stronę wybranej wojowniczki. W jego spojrzeniu nie było cienia wahania — decyzję podjął już dawno temu, a teraz jedynie dzielił się nią z resztą klanu. Na pysku przywódcy malowała się mieszanka jakby świadomość, że nie będzie musiał samotnie dźwigać odpowiedzialności za przyszłość Klanu Klifu, zdjęła z jego barków część ciężaru.
— Jest kotka, której lojalność, rozwaga i oddanie niejednokrotnie miały okazję się wykazać. Kotka, której ufam i o której wiem, że będzie wspierać ten klan nie tylko siłą własnych łap, lecz także mądrością swoich decyzji. Wierzę, że Klan Gwiazdy poprowadzi ją właściwą ścieżką i że nie zawiedzie zaufania, którym ją obdarzam.
Na jego pysku pojawił się łagodny uśmiech, a spojrzenie spoczęło na wybranej wojowniczce z wyraźnym uznaniem. Nie było w nim ani cienia teatralności; mówił spokojnie, z tą samą miękką pewnością, z jaką zwykł zwracać się do każdego członka klanu.
— Rolę mojego zastępcy obejmie Źródlana Łuna.
Po obozie przebiegł cichy szmer. Lśniąca Gwiazda nie odezwał się od razu, pozwalając, by szepty wybrzmiały i same ucichły. Dopiero wtedy ponownie uniósł głowę, a jego spojrzenie na moment zatrzymało się na kolejnych twarzach zgromadzonych, jakby chciał upewnić się, że żaden kot nie czuje się pominięty.
— Gratuluję ci, Źródlana Łuno. Wierzę, że wspólnie poprowadzimy Klan Klifu ku lepszym czasom.
Zamilkł na krótką chwilę. Zamiast pośpiesznie przejść do następnego tematu, dał wszystkim czas na przyjęcie tej wiadomości, po czym spokojnie przesunął wzrokiem po wojownikach, uczniach i starszyźnie.
— Jednak zmiany nie kończą się na tym.
Jego głos pozostał równie ciepły, lecz nabrał większej stanowczości. Nie podniósł go ani odrobinę; mimo to każde kolejne słowo zdawało się docierać do najdalszych zakątków obozu.
— Nastała nowa era. Era, w której wielu z nas czuje niepewność. Straciliśmy koty, które były nam bliskie, a ich odejścia pozostawiły w naszych sercach pustkę. W takich chwilach łatwo jest zwątpić, łatwo zapomnieć o tym, kim jesteśmy i co uczyniło Klan Klifu tak silnym.
Na moment opuścił wzrok, wyglądając tak, jakby sam wracał myślami do wspomnień, o których mówił. Kiedy ponownie spojrzał na zgromadzonych, na jego pysku nie było już smutku, a jedynie spokojna, niemal niewzruszona pewność.
— Nie zamierzam dopuścić do tego, by zwątpienie zapuściło korzenie w naszym obozie. Potrzebujemy wojowników, którzy własnym przykładem będą przypominać innym o wartościach, dzięki którym przetrwaliśmy tyle księżyców. Kotów, których lojalność wobec klanu nie podlega żadnym wątpliwościom, które swoją pracowitością, odwagą i uczciwością inspirują innych do stawania się lepszymi.
Między kolejnymi zdaniami robił krótkie przerwy, nie dlatego, by budować napięcie, lecz jakby starannie dobierał każde słowo. Mówił powoli i z namysłem, nie pozostawiając miejsca na gwałtowność czy emocjonalne uniesienia.
— Dlatego postanowiłem ustanowić nowy zaszczytny tytuł.
Jego uśmiech nieco się poszerzył, gdy dostrzegł zaciekawione spojrzenia. Nie komentował cichych szeptów ani wymienianych między wojownikami spojrzeń; cierpliwie czekał, aż uwaga całego klanu ponownie skupi się wyłącznie na nim.
— Przedstawiam wam... Jaśniejące Skrzydła.
Przez chwilę w obozie panowała cisza. Lśniąca Gwiazda wyprostował się, a jego ogon poruszył się leniwie za plecami, podczas gdy bursztynowe oczy z uwagą śledziły reakcje zgromadzonych.
— Jaśniejące Skrzydła będą wzorem dla całego Klanu Klifu. Otrzymają moje zaufanie i będą pomagać mi prowadzić klan ku lepszej przyszłości. To właśnie oni poprowadzą najważniejsze patrole, będą szkolić kolejne pokolenia wojowników i przypominać wszystkim, że dobro wspólnoty zawsze stoi ponad dobrem jednostki. Chcę, by ich postawa była światłem dla tych, którzy czują się zagubieni, i dowodem na to, że oddanie klanowi nigdy nie pozostaje niezauważone.
Nie było w jego głosie wyniosłości ani dumy z własnego pomysłu. Mówił o nowym tytule z taką naturalnością, jakby nie ogłaszał wielkiej zmiany, lecz przypominał wszystkim o czymś, co od dawna powinno istnieć. Przesunął spojrzeniem po zgromadzonych raz jeszcze, zatrzymując je na każdym jedynie przez krótką chwilę. Gest ten sprawiał wrażenie, jakby naprawdę dostrzegał każdego z osobna i każdemu dawał jednakową szansę.
— Mam nadzieję, że nadejdzie dzień, w którym wielu z was będzie mogło z dumą nosić miano Jaśniejącego Skrzydła. A ci, którzy otrzymają je jako pierwsi, pokażą całemu klanowi, że prawdziwa wielkość rodzi się nie z pychy ani siły, lecz z bezgranicznego oddania swojej rodzinie.
Zamilkł, pozwalając, by nad obozem zapadła cisza. Przez dłuższą chwilę nie mówił ani słowa, jedynie powoli przesuwał spojrzeniem po zgromadzonych. Zdawało się, że nie szuka nikogo konkretnego, a mimo to jego wzrok zatrzymywał się na kolejnych pyskach z zadziwiającą pewnością. Dopiero gdy odnalazł wszystkich, których zamierzał wyróżnić, uniósł lekko głowę.
— Psotny Nietoperzu, Postrzępiony Mrozie, Wzorzysta Dal, Skrzydlata Pogoń, Różeńcowe Serce... wystąpcie.
Wywołane koty wymieniły między sobą krótkie spojrzenia, po czym kolejno wyszły z tłumu i zatrzymały się u podnóża mównicy.
— Mocą autorytetu przywódcy Klanu Klifu nadaję wam tytuły Jaśniejących Skrzydeł.
Na jego pysku pojawił się łagodny uśmiech.
— Od tej chwili waszym obowiązkiem będzie nie tylko wierna służba klanowi, lecz również prowadzenie innych własnym przykładem. Chcę, by każdy wojownik, uczeń i kocię, patrząc na was, widział, czym jest oddanie, pokora i lojalność wobec wspólnoty. Będziecie przypominać innym, że prawdziwa siła nie rodzi się z pychy ani z pragnienia chwały, lecz z gotowości do poświęcenia własnych ambicji dla dobra wszystkich.
Na krótką chwilę zatrzymał wzrok na każdym z wyróżnionych kotów, jakby przekazywał im odpowiedzialność znacznie większą niż sam tytuł.
— Niech wasze decyzje będą mądre, słowa przemyślane, a czyny godne naśladowania. Od tej chwili jesteście głosem lojalności, strażnikami jedności i skrzydłami, które pomagają całemu Klanowi Klifu wznieść się wyżej.
Przez moment pozwolił, by wybrzmiała waga jego słów, po czym spokojnie przeniósł spojrzenie w stronę wyjścia z obozu. Uśmiech nie zniknął z jego pyska, choć jego głos nabrał bardziej rzeczowego tonu.
Ogonem wskazał prowadzący na zewnątrz tunel.
— Już wkrótce wyruszy patrol odpowiedzialny za wyprowadzenie Gąsienicowego Ogryzka z dala od granic naszego terytorium. Będzie on złożony w pełni z Jaśniejących Skrzydeł.
Raz jeszcze przesunął spojrzeniem po całym klanie. Na każdym pysku zatrzymywał wzrok tylko na chwilę, lecz wystarczająco długo, by każdy mógł odnieść wrażenie, że został zauważony.
— Dziękuję wam za wysłuchanie mnie. Niech Klan Gwiazdy czuwa nad każdym z was.
Po tych słowach skinął głową na znak zakończenia zebrania i zszedł z mównicy spokojnym, opanowanym krokiem, podczas gdy obóz powoli wypełnił się szmerem rozmów.

***

Wiatr szarpał jego rudą sierścią, wprawiając w ruch dłuższe kosmyki na karku i ogonie, gdy spokojnym krokiem przemierzał leśną ścieżkę. Tuż obok niego szedł Migocząca Łapa, a ich łapy cicho ugniatały miękką ściółkę usłaną igliwiem i opadłymi liśćmi. Wysokie pnie sosen pięły się ku niebu, kołysząc się lekko pod naporem wiatru, podczas gdy niskie krzewy porastające skraj ścieżki szumiały cicho przy każdym silniejszym podmuchu.
Wieczór powoli obejmował swoim ramieniem tereny Klanu Klifu. Ostatnie promienie słońca ustępowały miejsca chłodniejszym barwom, a granat nieba z każdą chwilą stawał się coraz głębszy. Pomiędzy koronami drzew zaczynały przebijać się pierwsze gwiazdy, nieśmiało rozświetlając ciemniejący firmament. Powietrze stawało się coraz świeższe, niosąc ze sobą zapach żywicy, wilgotnej ziemi i odległego strumienia.
Przez dłuższą chwilę żaden z nich się nie odzywał. Lśniąca Gwiazda zdawał się pochłonięty własnymi myślami, a jego żółtawe oczy spokojnie wędrowały po otaczającym ich lesie. Co jakiś czas spoglądał na ucznia kątem oka, jakby próbował odczytać z jego postawy coś, czego nie dało się wyrazić słowami.
W końcu przerwał ciszę, nie odwracając przy tym wzroku od ścieżki.
— Myślałem nad tym, jaką umiejętność powinieneś dziś poznać.
Na jego pysku pojawił się delikatny uśmiech.
— Rozważałem tropienie, walkę, a nawet kilka rzeczy, których większość mentorów nie pokazuje swoim uczniom aż do późniejszych księżyców. Doszedłem jednak do wniosku, że nie chciałbym podejmować tej decyzji za ciebie.
Spojrzał na Migoczącą Łapę z łagodnym zainteresowaniem.
— Powiedz mi więc... czego sam chciałbyś się nauczyć? Co uważasz za umiejętność, która najbardziej przyda ci się jako przyszłemu wojownikowi?
Jego głos pozostał ciepły i spokojny, pozbawiony choćby cienia nacisku. Sprawiał wrażenie kota szczerze zaciekawionego odpowiedzią swojego ucznia, gotowego wysłuchać każdej propozycji z taką samą uwagą.

[2722 słów]

<son??>

Od Wdzięcznej Firletki Do Żywicznej Łapy

Płatki śniegu wolnymi, ospałymi ruchami wpadały do środka przez świetlik w sklepieniu. Podążyła za nimi wzrokiem, obserwując, jak osiadają na tafli źródełka i rozpuszczają się.
Nowe legowisko medyków nabrało już kształtów. Ściana pomiędzy nim, a legowiskiem kronikarzy została już postawiona; kamienie i odłamki cegieł ciasno powciskane na swoje miejsca i umocnione gliną. Część z nich formowała wgłębienia i wypustki, tak, jak o to prosiła – formujące prowizoryczne półki i schowki na zioła. Uwite na nowo posłania zostały ułożone jedno obok drugiego wzdłuż jednej ze ścian, a te należące do niej i Łzawej Łapy w osobnej wnęce.
— Wdzięczna Firletko?
O wilku mowa. Odwróciła się, odrywając wzrok od tafli wody i uśmiechając się do uczennicy.
— Tak?
Z pyska Łzy zwisał patyk z owiniętymi wokół niego kłębami pajęczyn. Szylkretka machnęła ogonem i podeszła bliżej, przejmując go od podopiecznej.
— Jeden z wojowników kazał je przekazać — miauknęła młodsza.
— Dziękuję.

↠ₓ⊹❈⊹ₓ↞

Pokasływanie odbijało się od kamiennych ścian. Z westchnieniem zebrała rozrzucone po posadzce liście kocimiętki, składając je za zgrabny stos, owijając liściem i chowając głębiej pod inne zioła. Tych nadal było mało, ale starała się być dobrej myśli.
Odwróciła się w stronę leżącego na posłaniu kota. Policzek Żywicznej Łapy spoczywał na suchej trawie, a sama kotka przyglądała się jej spod przymkniętych powiek.
— Dlaczego nie przyszłaś wcześniej? — mruknęła do niej, karcąc ją bez ognia w głosie. Ruchem ogona musnęła jej bok. — Nie mogę pozwolić, aby moja ulubiona bratanica opuszczała treningi przez chorobę.


<Żywico?>

wyleczona: Żywiczna Łapa

Od Nadciagającego Pomroku CD. Cętkowanego Tęgosza

Coś tam kręcicie ze sobą?

Zamrugała, spoglądając z ukosa na bratanka. Dobre pytanie. Przeniosła wzrok na stojącą w wyjściu z obozu wraz z resztą patrolu Tropiącą Łaskę. Czekoladowy ogon machnął raz, i drugi, a błysk zielonych ślipi pożegnał ją, zanim sylwetka wojowniczki zniknęła w zaroślach.
— Tropiąca Łaska bardziej zainteresowana jest władzą niż mną — prychnęła, odrywając wzrok od miejsca, w którym przed chwilą stała kocica.
Szylkretka obracała się wokół niej od czasów, w których obie były uczennicami. Ponad połowę księżyców, które dane im było już przeżyć. Pomrok nadal nie wiedziała, co ma o kocicy myśleć; jej zdanie zmieniało się wraz ze zmieniającym się zachowaniem drugiej wojowniczki i jej humorzastymi epizodami. Początkowo, trenując jeszcze pod łapą Bladego Lica, była przekonana, że Trop zaplątała się w jakieś… Romantyczne uczucia. Przygryzła zębami wnętrze policzka. Czy byłoby to takie złe? Mieć na sobie jej uwagę? Nim jednak mogła się wtedy zamęczyć, rozważając swoje opcje, afekcje Tropu… Zeszły na drugi plan, a jej chytre spojrzenie zaczęło częściej podążać za Zalotną Gwiazdą, niż samą Pomrok. Wysunęła nieznacznie pazury. Od momentu, w którym to zrozumiała, każde kolejne działania i słodkie słówka kocicy przyjmowała trzymała poniekąd na długość łapy.
Afekcje Tropu przybywały i znikały, niby morskie fale na plaży Nocniaków. Z każdą taką falą ufała jej… Coraz mniej.
— Latała za mną od czasu, kiedy obie byłyśmy ledwo podrostkami — miauknęła jeszcze po chwili, unosząc lekko łapę nad ziemię i pokazując żartobliwym gestem ich mniemany wzrost. — Gdy jeszcze trenowałam na uczennicę.
Tęgosz spojrzał na nią zaciekawiony.
— Czemu miałaby cię wykorzystywać?
Skrzywiła się nieznacznie. Z niewiadomych powodów nie lubiła używać tego słowa; może właśnie dlatego, że w jej oczach idealnie opisywało tą sytuację, nazywając ją po imieniu.
— Nie wiem. Pokonałam ją w mojej walce na wojowniczkę i zrobiłam to na tyle dobrze, że na pewno najadła się ziemi… Zawsze wydawało mi się to dziwne, że tak szybko zmieniła strony.

↝❇⌑❂⌑❇↜
Jakiś czas później…

Zimny wiatr szalał poza ścianami legowiska. Oparła brodę o posłanie, kręcąc nosem na podsunięte jej zioła, ignorując leżącą nieopodal Ośnieżony Kryształ, będącą w podobnym stanie.
— Nie masz niczego, co pachnie bardziej apetycznie?
Chudy Grzbiet uniósł nierozśmieszoną brew, wskazując łapą na mieszankę gwiazdnicy i wrotyczu. Uśmiechnęła się krzywo pod nosem, zanim ostry atak kaszlu sprawił, że szarpnęła się do tyłu i wykrzywiła pysk.
— No- weź, nawet listka kocimiętki? — kontynuowała po paru uderzeniach serca, chytrym tonem.
— Bierz, co ci dałem!

↝❇⌑❂⌑❇↜

Nadal nie dowierzała słowom matki.

Dzisiejszy dzień zapisze się w historii naszego klanu jako dzień żałoby. Dzień, w którym straciliśmy jednego z naszych najwybitniejszych wojowników. Odkryłam, że Cienista Zjawa nie żyje.

Tamtego dnia jej łapy wyjątkowo tkwiły w miejscu, nie drżąc z typowym zniecierpliwieniem, pazury wbite w ziemię w centrum obozu.

Został zamordowany. Zamordowany z zimną krwią przez tchórzy, którzy nie mieli odwagi spojrzeć mu w oczy jak równy z równym. Odebrano mu życie tylko dlatego, że do samego końca bronił terenów należących do Klanu Wilka…


Zamordowany. On? Kocur, który nigdy nie bał się jej oddać, po którego pazurach nadal nosiła na sobie ślady?
Nie chciała wierzyć w to, że się poddał. Odejście Cienia odbiło się na niej, jak i na Słocie, o którą szczególnie się martwiła; mistrzyni nadal spędzała swoje dnie w żłobku, i na pewno miała dużo czasu na przebywanie z własnymi ponurymi myślami. Najbardziej jednak strata zacisnęła swoje pazury na gardle Cętkowanego Tęgosza.
Nie dziwiła się bratankowi. Poniekąd. Cienista Zjawa nie miał parnerki do pomocy, a Tęgosz nie miał matki, która by się nim zajmowała – przynajmniej na tyle, na ile się w ich sytuacji orientowała. Jak ona by się czuła, gdyby Zalotna Gwiazda zosała jej odebrana, gdy była młodsza? Jej myśli, po raz pierwszy od bardzo dawna, powróciły do rozmazanej postaci Jasnoty. Jak się czuła, gdy to ją jej odebrano?
— Tęgoszu?
Kocur drgnął na dźwięk jej głosu. Schyliła się, wsuwając łeb do legowiska wojowników.
— Mogę Cię wyciągnąć z tej nory na spacer?


<Bratanku?>

wyleczone: Nadciągający Pomrok, Ośnieżony Kryształ

Od Dymówki CD. Puszystej Łapy

Malutka kuleczka niebieskiego futerka podpełzła do Puszystej Łapy, by zatopić łapki w sierści na brzuchu ojca. Nie wiedziała za bardzo, czego szukała, ale czegoś na pewno. Może liczyła na jakąś niespodziankę, a może tak po prostu potrzebowała się delikatnie popsocić? Sama Dymówka nie wiedziała za bardzo, w jakim celu to robiła, ale nie zastanawiała się nad tym jakoś szczególnie. Słyszała głos ojca doskonale, ale jeszcze nie do końca rozumiała, o czym kocur rozmawiał z mamą. Zamiast tego skupiła się na fajnej sierści pod łapkami. Była taka puszysta, że gdyby chciała, mogłaby w niej utonąć. To była świetna myśl, która zrodziła się w jej kocięcym łebku. Pisnęła cicho zadowolona ze swojego pomysłu, a następnie wcisnęła się bardziej pod brzuch starszego kota, niemal ginąc w jego puszystym futrze. Usłyszała stłumiony śmiech matki, która się temu przyglądała.
— No, no skarbie, właśnie zostałeś jej schronieniem — zamruczała rozbawiona Psotny Nietoperz. Dymówka zapiszczała cicho uradowana. Odwróciła się na grzbiet i po omacku zaczęła ugniatać malutkimi łapkami brzuch kocura, szukając pokarmu. Łapała pyszczkiem sierść i lekko ciągnęła. Nie przejęła się za bardzo tym, że Puszysta Łapa był kocurem i nie mógł jej tak nakarmić. Ona chciała i koniec. Zresztą to samo w sobie było ciekawym doświadczeniem dla malutkiej, która była dzisiaj wyjątkowo wyspana i chętna do psot. Nie było to u niej zbyt częste, więc gdy tylko nadarzył się dzień psot, nie można jej było za to winić.

<Tato? Nakarmisz mnie?>

Od Jagnięcego Ukłonu

Rudofutra kotka siedziała w legowisku medyka, spoglądając nieobecnym wzrokiem na poukładane zioła. Ostatnio myślała nad wieloma różnymi rzeczami. Do tego zdawała sobie sprawę z tego, jak szybko się starzała. Widziała to głównie po rodzących się kociętach. Ostatnio Klan Klifu przywitał młode Psotnego Nietoperza i Puszystej Łapy. Pamiętała przecież czasy, gdy czarna karmicielka była młodą wojowniczką. Pokręciła lekko łbem.
— Ile to już minęło od momentu twojego odejścia Ćmi Księżycu? Ile minęło od momentu, gdy straciłam partnerkę? Ile minęło od czasów życia jako więzień? — wyszeptała do siebie. Pokręciła lekko łebkiem. Miała mnóstwo pytań i przeżyć na karku, a jednak chwilami wciąż czuła się zagubiona jak kocię, które zastanawiało się, którą drogę obrać i jak pokazać się z dobrej strony.
— Jagnięcy Ukłonie? — głos Czujnego Pasterza wyrwał ją z zamyśleń. Odwróciła pysk w jego stronę i uśmiechnęła się łagodnie. Pamiętała, jak kiedyś z Ćmim Księżycem znalazła jego i Różanecznika. Oni również byli już dorośli, a Jagienka była z nich dumna.
— Wejdź — miauknęła ciepło, podnosząc się z miejsca. Zbliżyła się do młodszego. Gdy dowiedziała się, z czym młodzik do niej przyszedł, poprosiła go, by usiadł. Po chwili wróciła z ziołami, które mu podała.
— Pomogą ci — wymruczała. Kocur poszedł za jej wskazówkami, wziął i się pożegnał. Gdy wychodził, minął w wejściu Firmamenta u boku Jastrzębiego Zewu. Oba koty przyszły do niej po pomoc.
— Proszę, zajmijcie posłania — miauknęła łagodnie. Chwilę później ruszyła po odpowiednie zioła na zielony kaszel i odmrożone poduszki łap.
— Proszę, to wam pomoże — mruknęła, poświęcając im tyle czasu, ile było trzeba. Poprosiła, by Jastrzębi Zew została w legowisku medyka. Musiała przypilnować, by kotce się nie pogorszyło. Szczególnie, że kocica miała już swoje księżyce i była bardziej narażona.

Wyleczeni: Jastrzębi Zew, Czujny Pasterz, Firmament

Od Kobczyka do Czajki

— Chodź, proszę, bo zmarzniesz i się pochorujesz! Zapraszam — miauknął Wernyhora zachęcająco, ruchem łapy polecając nieznajomemu to, żeby wszedł do nory i skrył się przed nielitościwym żywiołem. Czajka zawahał się, a puch sypiący z nieba zaczął powoli oblepiać jego grzbiet oraz końcówki włosków po bokach, prawdopodobnie sprawnie zmniejszając temperaturę jego ciała, a ponadto – wpuszczając chłód również do środka lecznicy. Wreszcie, westchnął cicho pod nosem i ruszył korytarzykiem, stawiając łapy ostrożnie i uważając, żeby jednej z nich nie postawić w pełni, kulał. Poza schronem szalała wichura, wiatr rozsypywał śnieg po każdej stronie, a najbardziej obrywały zawsze, oczywiście, kocie mordki. Do nosa samotnika w tym momencie mogło dotrzeć tak wiele przeróżnych, wymieszanych ze sobą zapachów ziół, że aż dziwne, że nie kichnął. Kobczyk przysiadła na swoim miejscu, w jamie było o dziwo cieplej niż na zewnątrz, chociaż nic dziwnego. Powietrze stąd nie ulatywało tak łatwo, dzięki gęstym krzewom w wejściu. Spojrzała na brązowookiego neutralnie, chciała zobaczyć, jak jej mentor radził sobie w opatrywaniu potrzebujących nadal. Każdy się starzał, chociaż jemu wraz z wiekiem entuzjazmu i energii, zdawało się, jedynie przybywało.
— Musimy opatrzyć twoją łapę, zostawiałeś za sobą ślady krwi na śniegu — mówił z przejęciem łaciaty, w składziku doszukując się potrzebnych mu ziół, a także pajęczyny, żeby obwiązać zranione miejsce. Czajka do tej pory siedział cicho, wydawał się dość skrępowany ze względu na nowe miejsce i dwa nieznane mu kocie pyski.
— Nie chcę wam sprawiać dłużej problemu i nadwyrężać waszego zapasu ziół, jednak… — zamilkł na moment, unosząc łapę ze wbitym w poduszkę, dość głęboko, szkłem i stróżką krwi wypływającą z napuchniętego miejsca. Najstarszy pokręcił głową i parokrotnie poruszył łapą, żeby dać mu znać, że to żaden problem. Nie wydobywała się z niego przezroczysta wydzielina, a samo uszkodzenie również nie pachniało jakoś inaczej… jeszcze nie wdała się infekcja, to dobrze. Kobczyk podeszła do niego i jednym zwinnym ruchem chwyciwszy przedmiot w kły, wyciągnęła go, co otworzyło uszkodzenie na nowo, aczkolwiek teraz przynajmniej nie było w nim ciała obcego. Nakazała mu wylizywać miejsce, co czarno-biały wykonał od razu, a jego język zabarwił się szkarłatem o metalicznym posmaku. Wernyhora podszedł do swojego pacjenta z powrotem.
— Może cię szczypać, ale z czasem przestanie. To nie problem, że potrzebujesz pomocy. Pomagam wielu kotom, a zioła, jeśli zacznie być ich mało, to będę wtedy oszczędzał — i po tym nałożył na łapę starannie zmieloną papkę, a uderzenie serca później obwiązał kończynę białymi sieciami starannie. Kiwnął głową. — Jeśli ci się pogorszy, wróć do mnie i pomyślimy, co podziałać dalej. Chcesz u nas zostać, żeby odpocząć? Możesz zostać, mam wolne legowisko i jest tu ciepło oraz przytulnie. Jeśli jesteś głodny, to poczęstuj się, akurat upolowałem nornicę! My już jedliśmy — mówiąc to, zerknął na Kobczyka, posyłając jej lekki uśmiech. Czekoladowa nie odpowiedziała, a zamiast tego poczuła lekkie znudzenie. Myślała, że może nauczy się dzisiaj czegoś nowego, jednak nie, tym razem wszystko to, co widziała już tak wiele razy. Ale i tak bywało, nowe dolegliwości były niezwykle rzadkie.

Wyleczeni: Czajka

<Czajko, może pokażesz mi coś nowego?>

Od Urodziwego Szafirka CD. Przypalonego Kasztana

Przeszłość

Ubliżałoby jej? Pokręciła lekko łebkiem. Martwiło ją, jak siebie postrzegał wojownik. Dla niej był najwspanialszym kotem na świecie i ponad nim. Nie było tak wspaniałego drugiego kota, jak on. Po prostu nie było i naprawdę chciała mu to pokazać. Udowodnić, że się mylił. Pokazać mu czym była miłość, której doświadczyła od kociaka.
— Tak, właśnie to znaczy. Jesteś moim partnerem, promyczkiem pośród ciemności. Ciepłem kojącym moją duszę i serce. Jesteś kimś więcej niż tylko kotem, jesteś całym moim światem. Czułam to do ciebie, odkąd byliśmy uczniami. Zależy mi na tobie najbardziej ze wszystkich. Chcę być przy tobie i iść przez to życie łapa w łapę, bark w bark — wymruczała ciepło i liznęła go czule w pyszczek. Kocurek spojrzał na własne łapy niepewnie.
— Nie w-wiem... — zaczął, ale głos prędko go zawiódł, łamiąc się. Przełknął nerwowo ślinę. — Nie wiem, czy jestem taki, jak myślisz — poruszył kikutem ogona dość niespokojnie.
— Ciągle się b-boję... i cały czas robię coś niewłaściwie, nawet teraz... nie wiem, co powinienem powiedzieć — wymruczał cicho, patrząc na nią wreszcie dość nieśmiało.
— I co z tego? Każdy się czegoś boi. Nie ma kotów bez wad i lęków — miauknęła ze spokojem. Przycisnęła swój pysk do jego i przymknęła oczy.
— Ale... gdy spędzam czas z tobą, czuję się chyba pewniej. Nie czuję się tak nerwowo i nie podskakuję na każdy ruch ze strony pobratymców. Chciałbym, chyba... żeby tak pozostało. To znaczy... nie, tak... t-tak... — westchnął.
— Jeśli naprawdę chcesz kogoś takiego jak ja, za partnera, to... c-chciałbym być twoim partnerem, już na zawsze — powiedział, lekko się wahając. Słuchała jego dalszych słów w milczeniu. Nie oceniała go, bo nie miała powodu. W jej niebieskich oczach wojownik był po prostu idealny. Zawsze był i nic nigdy tego nie zmieniło, a wręcz przeciwnie, bo po ostatnim spotkaniu z glonojadem, utwierdziła się tylko w swoich przekonaniach. Nie odsunęła od niego pyska. Wdychała jego zapach.
— Nie masz racji. Masz szlachetne serce i mądrość, której większości brakuje. Masz w sobie dużo empatii, o którą w tych czasach naprawdę ciężko. Szczególnie u tych z rodu. — rzekła cicho i liznęła kocurka w pyszczek.
— Tylko nie chcę, żebyś... żebyś się rozczarowała. Nie jestem odważny jak inni wojownicy. Nie jestem szczególnie mądry czy silny... — wyspowiadał się jej wręcz, kładąc po sobie uszy raz jeszcze. Wyciągnął swoją przednią łapę i położył ją ostrożnie na tej należącej do szylkretki.
— Nie zawiedziesz mnie, nigdy nie zawiodłeś. Pragnę spędzić resztę życia przy twoim boku. Nie chcę nikogo innego, bo moje serce już dawno ci oddałam — dodała cicho i się uśmiechnęła. Gdy kocurek położył łapkę na jej, Szafirek bardzo delikatnie wstała. Położyła się od strony jego grzbietu i bardzo delikatnie przewróciła go na siebie, otulając ogonem.
— Kocham cię, z całego serca — wyszeptała czule i liznęła go w uszko.

***

Ślub Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici trwał w najlepsze, ale Urodziwy Szafirek czuła się dosyć samotna. Nie chodziło jej o to, że nie mogłaby z kimś pogadać. Po prostu tęskniła za Kasztankiem, którego tu nie było. W pewnej chwili usłyszała znane jej kroki, a jej serce zabiło mocniej. Jej ukochany podszedł do niej i polizał ją po mordce.
— Szafirku, jak się czujesz? — zapytał lekko nieśmiało. Nie mogła się powstrzymać przed podskoczeniem na równe łapki.
— Kasztasiu...jesteś! — wymruczała zachwycona. Skinęła łebkiem w podzięce w stronę pary młodej, liderki i zastępcy. Odwzajemniła liźnięcie, przyciskając się do boku kocura.
— Wcześniej średnio, a teraz przewspaniale. A ty chmurko? — wymruczała cicho. Chwilę później usiadła i wtuliła się w kocura, uspokajając emocje. Spojrzała na przód, gdzie stała para młoda. Teraz u boku Kasztanka mogła skupić się całkiem na ceremoni.
— Nie spodziewałem się... tylu kotów... ale to dlatego prawie nikogo nie ma w obozie — powiedział, wsłuchując się w ceremonię.
— Dziękuję, że pytasz — powiedział jeszcze.
— Trzcinowy Szmerze, Żmijowcowa Wicio czy w obliczu wszystkich zebranych tu kotów przysięgacie sobie miłość, wierność, uczciwość i wspólne dzielenie łowów nawet po śmierci? — rozległ się głos Mandarynkowej Gwiazdy. Szafirka skupiła się na tej chwili, ale była wyczulona na kocura.
— Przysięgam — padło z pyszczka młodej pary. Szafirka niemal czuła tę ekscytację, którą musieli czuć Trzcinowy Szmer i Żmijowcowa Wić.
— Zatem mocą nadaną mi przez Klan Gwiazdy ogłaszam was mężem i żoną! Niech wasza miłość nieprzerwanie rozjaśnia wasze życia niczym świetliki na łąkach porą zielonych liści! — chwilę po tych słowach nadszedł czas na rzut żabą. Szylkretce nie zależało na złapaniu żaby, ale potraktowała to jako dobrą zabawę. Chwilę później ruszyła z kocurem, by uczestniczyć w wydarzeniu. Co prawda nie udało jej się złapać żaby, ale skoro Kasztanek też był i tyle jej wystarczyło.
— Chodź serduszko — wymruczała. Musnęła ogonem grzbiet kocura i zaprowadziła go nieco na bok.
— Usiądźmy, dziś się cieszmy ślubem Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici, a jutro lub pojutrze będę chciała z tobą pogadać o pewnej kwestii. Nie, nie jest to nic złego. Po prostu chciałabym poruszyć temat który jest dla mnie niezmiernie ważny — wyszeptała czule, kładąc łapę na jego i liżąc raz jeszcze w pyszczek.
— Czy...jest ci smutno, że nie złapałem tej żaby? — zapytał, z lekkim niepokojem spoglądając na wojowniczkę.
— Co? Och nie, nie skarbie. Kichać na tę żabę — wymruczała łagodnie. Przytuliła kocura do siebie, kładąc pysk na jego łebku. Zaczęła cicho mruczeć, by go uspokoić. Kilka uderzeń serca później, cofnęła się lekko. Spojrzała w jego oczy tymi swoimi niebieskimi.
— Jesteśmy parą od jakiegoś czasu i za to dziękuję każdego dnia. Zawsze będę dziękować, że Klan Gwiazdy mi cię zesłał — zaczęła kojącym głosem.
— Bardziej chciałabym zapytać, czy byś chciał...nasz ślub... — zaczęła cicho.
— Nie musisz mi teraz odpowiadać, bo to bardzo ważna decyzja. Mogę czekać na odpowiedź tak długo, jak będziesz potrzebował czasu, więc proszę, nie czuj się tym obciążony. Mamy czas... — wyszeptała. Siedzieli tak w ciszy, otoczeni przez donośny gwar, a na mordce kocura było widać wyraźne zamyślenie. Wreszcie, gdy uniósł lekko łeb i spojrzał na czekającą cierpliwie kotkę, otworzył pysk, ale początkowo nic się z niego nie wydobyło poza wypchniętym z płuc powietrzem, którego potem nabrał nosem już normalnie.
— Myślisz, że... nie przyniosę ci wstydu? Że sobie poradzę? — powiedział trochę do siebie. Szylkretka uśmiechała się łagodnie.
— Oczywiście, że sobie poradzisz piękny — wymruczała czule. Była gotowa zrobić wszystko, by kocur w siebie uwierzył. Kochała go tak bardzo, że zrobiłaby dla niego wszystko.
— Ja...dużo się dzieje, ja... bardzo bym chciał — kontynuował.
— Och? To wspaniale mój drogi promyczku, bo ja też bym bardzo tego chciała — wymruczała. Jej serduszko biło jak szalone, a szafirkowe ślipka błyszczały czystym, nieskażonym niczym uczuciem. Otarła się o niego i polizała w nosek, policzek i łebek. Słysząc jego słowa, pokiwała lekko głową.
— Chodź, damy im wspólny prezent. — wymruczała i przejechała ogonem po jego grzbiecie, ostatecznie otulając go nim i prowadząc powoli do nowożeńców z pakunkiem w pyszczku. Wstał ze swojego miejsca, po czym ruszył u boku Urodziwego Szafirka i gdy znaleźli się przed parą, pochylił przed nimi łeb w geście szacunku. Szylkretka poszła jego śladem i również pochyliła łeb.
— Chcieliśmy życzyć wam wszystkiego, co najlepsze Trzcinowy Szmerze i Żmijowcowa Wicio. Dziękuję również za zaproszenie mnie i pozwolenie przyjść Kasztankowi — wymruczała. Po czym przysunęła bliżej podarek. Było w nim kilka kolorowych, matowych i oszlifowanych przez wodę szkiełek w kolorze oczu młodej pary i ich kociąt. Do tego był również bursztyn z zatopionym owadem. Szukała tego bardzo długo. Chwilami wątpiła, że znajdzie.
— To prezent od Kasztanka i ode mnie — miauknęła łagodnie.

Teraźniejszość

Urodziwy Szafirek obudziła się dosyć wcześnie rano. Przeniosła wzrok na śpiącego u jej boku Kasztana. Przyglądała mu się przez chwilę. Gdy wojownik spał wyglądał tak uroczo. Oczywiście, kiedy nie spał, również był wspaniały i to nie podlegało dyskusji. Widok tego spokoju radował serce szylkretki, ale i rodził w niej chęć ochrony ukochanego przed złem całego świata. Pragnęła go chronić. Zawsze.
— Zawsze będę przy tobie. Nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić, a jeśli ktoś spróbuje, odpowie przede mną — wyszeptała, przykrywając kocura ogonem. Chciała zapewnić mu ciepło. Do tego nie budziła go, bo mieli jeszcze czas. Uważała, że ciemny potrzebował jeszcze chwili spokoju przed kolejnym ciężkim dniem.

<Przypalony Kasztanie? Czy wiesz, że wyglądasz słodko?>

Od Postrzępionego Mrozu Do Lśniącej Gwiazdy

Z niedowierzaniem patrzyła, jak lider musi ogłosić odejście Truskawkowego Pola. Jak to, zastępczyni klanu tak po prostu… Odeszła..? Od swojego partnera, dzieci..? Biedni Firmament i Migot, ale i przede wszystkim sam lider… Znała go z czasów żłobka, potem ich drogi trochę się… Rozeszły. Jednak czasem nadal zastanawiała się, czy gdyby podjęła inny wybór, to jej partnerem mógłby być Złota Droga, a może nawet… Lśniąca Gwiazda..? Gdy już wszyscy rozeszli się, szeptając do siebie, zauważyła stojącego w wejściu do żłobka Firmamentu. Patrzył z chłodnym jak lód spojrzeniem na ojca, po czym w końcu wszedł z powrotem do środka. Pewnie ciężko będzie im przejść taką stratę… Zdecydowała się jednak nie rozmawiać jeszcze z liderem, potrzebował pewnie chwili dla siebie…

«────── « ⋅ʚ♡ɞ⋅ » ──────»

Podeszła do niego, widząc, że sam wybiera coś dla siebie ze sterty zwierzyny. ona sama mogła już coś zjeść, skoro wróciła już z porannego patrolu. Stanęła obok, patrząc na stertę, po czym zerkając na niego.
— Lśniąca Gwiazdo… Chciałbyś może zjeść razem? Chyba, że masz już jakieś inne plany. — zapytała niepewnie, mając nadzieję, że nie urazi go przypadkiem w żaden sposób. Ten jednak odpowiedział delikatnym uśmiechem.
— Nie, nie mam nic w planach, w sumie to przydałoby mi się jakieś towarzystwo. Możemy zjeść przy wejściu do mojego legowiska. — Wskazał ogonem na półkę skalną, na co skinęła głową. Razem z kocurem udała się w to miejsce, układając się wygodnie przed nim. Wgryzła się w zwierzynę, na co on sam zrobił to samo. Przyjrzała się mu dokładniej. Wyglądał na zmęczonego. Może ostatnio gorzej sypiał..? Co miała w sumie powiedzieć..? Może to wspólne jedzenie było złym pomysłem…
— Przykro mi… Z powodu Truskawkowego Pola. Nikt nie mógł się tego spodziewać. — powiedziała w końcu, na co ten przestał gryźć jedzony właśnie kawałek drozda. Spojrzał na nią.
— Cóż, mogłem się tego spodziewać. Pewnie będzie się to za mną ciągnęło, biorąc pod uwagę to, że wiele kotów kwestionowało mój wybór zastępcy. — odpowiedział jej.
— Coś o tym słyszałam… Wiele kotów szeptało na ten temat w legowisku wojowników.
— Domyślam się nawet i kto… — przewrócił oczami, wgryzając się znów w drozda. Kotka zrobiła to samo z wiewiórką.
— Tak czy siak przykro mi. Wiem, że była dla ciebie ważna i na pewno musisz za nią tęsknić…

<Lśniąca Gwiazdo?>

Od Gąbczastej Perły CD. Szepczącej Hipnozy

— Czego ode mnie chcesz mewi szpiegu, nie chcę cię na oczy widzieć!
— Chciałam tylko przynieść ci coś do jedzenia…
Czarnofutra spojrzała na ryby, a później znów na Szepczącą Hipnozę.
— Chciałeś mnie otruć?! — syknęła gniewnie.
— Ni-nie! Po prostu próbowałam być miła… Skąd ten pomysł! Co ja ci takiego zrobiłam, że mnie nienawidzisz! Już nic nie rozumiem! — powiedział drżącym głosem, kładąc po sobie uszy.
Gąbczasta Perła prychnęła, zezłoszczona na to, że point wciąż sobie z nią pogrywał. Czemu po prostu się nie przyznał, że jest mewim szpiegiem? Czemu wolał zgrywać głupka, skoro każdy znał już prawdę? Dymna zadbała o to, by plotka o nim, a także o kilku innych kotach, dotarła nawet do najskrytszych zakamarków obozu Nocniaków.
— W tym sęk! Jeszcze nic nie zrobiłeś, mewi szpiegu. Ale ja wiem swoje. Wraz z Kropiatkową Skórką tylko czekasz na to, by nas wszystkich zaatakować i wybić co do jednego! — uparła się, strzepując z frustracji ogonem.
Ogrodnik spoglądał na nią ze zdziwieniem, a jego ciało zaczęło się trząść. W końcu w jego oczach wezbrały łzy i point gwałtownie odwrócił się, po czym wybiegł z lecznicy z płaczem.
— Widzę, że coraz ciężej jest ukrywać prawdę! — krzyknęła za nim dymna.
Gdy Szepcząca Hipnoza zniknął jej z pola widzenia, Gąbka przewróciła oczami i wróciła do swoich obowiązków.
“I co ja mam zrobić z tymi rybami?” — zaczęła się zastanawiać. Przecież ich nie zje, bo, nie daj Klanie Gwiazdy, mogą być w nich jagody śmierci! Nawet danie ich komuś innemu wiązałoby się z ryzykiem, że ten by się zatruł. Najlepiej byłoby więc wyrzucić piszczki gdzieś do wody albo wcisnąć je komuś, kogo dymna nie lubiła. Och, gdyby tylko udało jej się dać te ryby Kropiatce… Bura jednak również nie ufała medyczce, więc pewnie nie przyjęłaby od niej żadnej piszczki.
Gąbczasta Perła westchnęła i pokręciła głową, próbując nie myśleć już o tym, co zrobi z tymi rybami.

* * *

Kilka dni temu

Po tym, czego doświadczyła, kompletnie się zmieniła. Była cicha. Nie odzywała się do praktycznie nikogo oprócz Niedźwiedziówkowego Pyłu, która nie odstępowała jej na krok. Pilnowała każdy ruch medyczki i każde jej słowo na tyle, że brązowooka wolała po prostu siedzieć cicho, niż narażać się na złość wojowniczki. Czuła, że powinna coś z tym zrobić. Powinna powiedzieć wszystko Mandarynkowej Gwieździe — ale co, jeśli bura mówiła prawdę? Co, jeśli naprawdę zabije jej bliskich, nawet jeśli Nocniacy wyrzucą ją poza granice przynależności? W takim wypadku najlepszym wyjściem byłaby egzekucja, ale czy liderka by się na taką zdecydowała? Ostatnim, jeśli Gąbka dobrze pamiętała, który umarł poprzez egzekucję, był Pluskający Potok. On jednak przyczynił się do śmierci dwóch kotów, a nie jednego tak jak Niedźwiedziówka. Może przez to kotka nie zostałaby uznana za tak duże zagrożenie?
Nagle jednak czarnofutra zrozumiała, że nawet jeśli Mandarynkowa Gwiazda będzie wpierw chciała tylko wygnać burą, to Gąbka może ją przekonać, że Niedźwiedziówka jest zbyt niebezpieczna, by błąkała się po świecie. Była przecież medyczką, toteż jej głos powinien mieć jakieś znaczenie w sprawach dotyczących klanu. Zawsze mogłaby też zmyślić, że dostała sen od Klanu Gwiazdy, w którym to widzi, jak bura zabija coraz więcej kotów. Srebrzysta nie miałaby czemu jej nie uwierzyć, a wtedy już musiałaby rozkazać zabicie wojowniczki.
Brązowooka uśmiechnęła się, chyba pierwszy raz od kilku dni, i wybyła z lecznicy. Dreptała w stronę legowiska przywódcy, aż to nagle nie stanął przed nią jakiś kot. Gąbka od razu rozpoznała jego pręgowane futro, a serce aż podeszło jej do gardła.
— A ty dokąd, Gąbeczko? — spytała Niedźwiedziówka, z fałszywą troską wpatrując się w dymną. — Lepiej wracajmy już do legowiska medyka, zanim zrobisz coś głupiego. Lepiej odpocznij i prześpij się ze swoimi… myślami — zaproponowała jej bura.
Czarnofutra spuściła wzrok, czując, jak ogarnia ją poczucie bezsilności. Niedźwiedziówkowy Pył jej przecież nie przepuści. A nawet jakby dymna dotarła do legowiska przywódczyni, bura zapewne zaczęłaby jej tłumaczyć, że brązowookiej już do reszty odbiło.
Gąbczasta Perła pozostała cicho i dała się odprowadzić przez wojowniczkę do lecznicy. Gdy już do niej dotarła, od razu usiadła na swoim posłaniu, odwracając się tyłem do całego świata. Wpatrywała się w ściany legowiska, poruszając nerwowo końcówką ogona. Przez moment czuła na sobie palące spojrzenie Klekoczącego Bociana, lecz wkrótce, jak gdyby nigdy nic, zaczęła wylizywać swoje futerko, próbując odciągnąć myśli od wszystkiego, co działo się w jej życiu.

* * *

Teraźniejszość

Niedawno widziała z oddali, jak Klekoczący Bocian rozmawia z Senną Łzą. Nie wiedziała, o czym i dlaczego, dlatego też zdziwiła się, gdy pewnego dnia ujrzała, jak szylkretowa kotka wchodziła do żłobka wraz z piszczką w pysku i nie wychodziła z niego przez dłuższy czas. Czyżby wpadła tam na jakieś pogaduszki? Tylko z kim? Ze Świteziankowym Jeziorem? Ze Złocistym Widlikiem? Z… Fląderką? Nie, nie! Jej córka nie mogła rozmawiać z odrzutkami! Gąbka poczuła, jak ogarnia ją frustracja, toteż zaczęła iść w stronę kociarni, by przekonać się, z kim takim spotyka się tam Łezka.
Gdy jednak zajrzała do środka, dostrzegła, że wojowniczka leżała na osobnym posłaniu i do nikogo się nie odzywała. Medyczka wlepiła w nią swoje spojrzenie, pogrążając się w myślach. Tyle pytań jednocześnie przebiegło przez jej głowę, że finalnie nawet nie znała ich treści. Wiedziała tylko, że jest kompletnie zdumiona i zakłopotana.
Wkrótce młodsza musiała zauważyć, że ktoś stoi w progu żłobka, i podniosła głowę do góry. Gdy spotkała wzrok swojej matki, wzdrygnęła się, a na jej pysku pojawił się strach.
— Łezko? — wydukała Gąbczasta Perła, wchodząc do środka i przykuwając uwagę reszty mieszkańców żłobka. — Co ty tu robisz, na Klan Gwiazdy! Łezko, nie wygłupiaj się, tylko wracaj do legowiska wojowników — zażądała brązowooka, podchodząc do szylkretki.
Wojowniczka obejrzała się po reszcie kotów jakby zawstydzona zachowaniem Gąbki. Po chwili spojrzała znowu na dymną.
— Wyjdźmy może poza żłobek… — zaproponowała, na co czarnofutra skinęła głową.
Gdy były już na zewnątrz, Senna Łza zaczęła:
— Mamo, ja… zapomniałam ci powiedzieć, ale… spodziewam… spodziewam się kociąt — wydukała w końcu, przenosząc wzrok na łapy. — Przepraszam… powinnam była-
— Łezko, ale o czym ty mówisz! — przerwała jej Gąbczasta Perła, która wpatrywała się w nią w głębokim szoku. — Kto jest ojcem tych kociąt? Przecież nigdy mi nie mówiłaś, że masz partnera! — oburzyła się, strosząc futro na karku. — O nim też zapomniałaś mi powiedzieć? Łezko, ja widzę, że ty w ogóle nie traktujesz mnie jak matki! Jak można zapomnieć powiedzieć kotce, która cię wychowała, o tym, że spodziewa się kociąt? — kontynuowała, czując, jak na gardle zaciska jej się supeł.
— To… skomplikowane. Wolałabym teraz… nie mówić ci jeszcze o tym — oznajmiła szylkretka, robiąc krok w tył. — Jeszcze raz cię przepraszam, mamo — dodała ściszonym głosem, wycofując się do kociarni.
Gąbczasta Perła miała ochotę ją zatrzymać i zażądać dokładnych wyjaśnień, ale zamiast tego zamarła w bezruchu i wcisnęła pazury w śnieg. Spuściła głowę, a jej oczy zaszkliły się od łez.

* * *

Gąbczasta Perła swoje obowiązki wykonywała jakby automatycznie, rzadko odzywając się do swoich pacjentów i nawiązując z nimi jakąkolwiek rozmowę. Do tej pory zdążyła już wyleczyć Błękitną Lagunę z białego kaszlu i Lawendową Rozkosz z przemrożenia, a właśnie teraz do lecznicy wkroczył Przypalony Kasztan.
Na jego widok dymna wzdrygnęła się nieznacznie, zdając sobie sprawę z tego, że był synem Niedźwiedziówkowego Pyłu. Nie odezwała się do niego ani słowem, a jedynie wpatrywała się w ciszy w jego pysk.
— Dzień dobry, Gąbczasta Perło — przywitał się dymny. Widząc jednak, że medyczka nie zamierza pytać go o samopoczucie, sam otworzył pysk. — Chyba mam gorączkę… — przyznał.
Dymna skinęła tylko głową i poszła po liście ogórecznika. Następnie wręczyła mu je, poczekała, aż kocur je zje, po czym pożegnała się z nim jedynie skinieniem głowy.
Gdy Przypalony Kasztan zniknął w wyjściu, Gąbczasta Perła również postanowiła opuścić lecznicę. Szwendała się po obozie bez celu, chcąc jedynie się przewietrzyć, aż nagle przypadkiem wpadł na nią Szepcząca Hipnoza. Dymna jednak, zamiast się złościć, spojrzała na niego pustym wzrokiem.
Ten skulił się nieznacznie, kładąc po sobie uszy.
— Daruj sobie. Mam teraz ważniejsze sprawy na głowie niż twoje szpiegostwo — fuknęła medyczka.

<Szepcząca Hipnozo?>

Wyleczeni: Błękitna Laguna, Lawendowa Rozkosz, Przypalony Kasztan