Pora Zielonych Liści
Dni po śmierci Jarzębinowego Żaru mijały dość szybko, Świetliki nie miały energii na patrole łowieckie, czyszczenia obozu i pilnowanie więźniarki. Widział dokładnie, jak Mglisty Sen wraz ze Stroczkową Nadzieją, starają się jakoś ogarnąć Świetliki, jednak to było o dwa koty za mało. Dlatego on najczęściej decydował się na pilnowanie Rysiego Tropu.
Kocica gadała często od rzeczy, schudła a stan futra jej się pogorszył. Wyglądała odrażająco i przerażająco. Jakby mógł pokazać tą kocicę kociętom, to pewnie kruszynki bałyby się wychodzić w nocy przez całe swoje życie. Na szczęście ta grupa nie miała karmicielki ani kociąt. Pewnie nimi nie miałby kto się zająć, oprócz wcześniej wymienionej dwójki kotów, którzy harowali za wszystkich.
Porywisty Dąb jeszcze mógł powiedzieć, że Poziomkowa Polana jeszcze się stara pomagać, jednak jego mobilność nie pozwala mu na długie przebywanie poza obozem, szczególnie teraz kiedy panują upały.
Patrzył się w korony drzew, szukając ptaków, które mógłby podziwiać. Strasznie mu się nudziło, a czas się dłużył niemiłosiernie. Miał za dużo czasu na przemyślenie. Myślał o Klanie Wilka, o swojej Ognikowej Słocie, o swoich braciach. Czy oni dostali już uczniów? Może właśnie mają już swoje partnerki i czekają na kocięta? Co jeśli stali się kimś ważnym i sprawują ważną rolę w Klanie Wilka? Co działo się z Iskrzącą Nadzieją? Czy sobie poradziła z ich odejściem? Czy tęskniła za nim, za swoim ukochanym synalkiem? Przecież był do niej tak strasznie podobny. Kochał ją całym swoim sercem, tak jak kocię kocha swoją matkę. Co z Cisowym Tchnieniem, czy babcia za nim również tęskniła?
Z zamyśleń wyrwał go miauknięcie jego ojca. Spojrzał zdziwiony na liljowego kocura, który właśnie stał przed nim z wyczekiwaniem. Na pysk kocura cisnęły się słowa “Czego chcesz?”, jednak nie mógł ich wypowiedzieć, gdyż dawno nie rozmawiali razem. Był w szoku, że ojciec w ogóle do niego podszedł pierwszy.
“Nie powinieneś się cieszyć z tego! Przecież tyle cię unikał, a ty cieszysz się jak ostatni kundel, że w ogóle stanął przed tobą!” — skarcił się w myślach.
— Czy mogę porozmawiać z siostrą, Porywisty Dębie? — odchrząknął nieśmiało Miodowa Kora.
No tak, przecież pilnował tej krejzolki, która siedzi w norze. Ojciec sam z siebie, nigdy do niego by nie podszedł.
Najeżył się z nerwów i spiorunował ojca wzrokiem, jakby miał do czynienia z małym głupim kociakiem, jednak odsunął się na bok, dając możliwość porozmawianiu ojcu z Rysim Tropem. Nie przysłuchiwał się ich rozmowie, nie interesowało go, to co majaczyła szylkretowa wojowniczka było to bez najmniejszego znaczenia.
Po minie ojca mógł stwierdzić, że myśli to samo, co on. Może chciał jeszcze porozmawiać, z kotką, którą uważał za swoje rodzeństwo. Jednakże w norze nie siedziała wesoła Rysi Trop, jaką on sam kojarzył z Klanu Wilka lub podczas ucieczki, tylko samotniczkę i morderczynię. W Klanie Wilka, jak pojawiały się tematy groźnych samotników, to właśnie tak sobie ich wyobrażał. Głodnych, chudych, śmierdzących i szepczących jakieś dziwne złowrogie modły.
Wiele razy już ją pilnował, więc słyszał, jak niebieska szylkretka rozmawia sama ze sobą i śmieje się chytrze.
— Dziękuje, że pilnujesz ją wytrwale, Porywisty Dębie.
Bystre oko zobaczyłoby, że wzdrygnął się na moment, kiedy usłyszał podziękowania. Skinął krótko głową. Nie zamierzał odpowiadać ojcu. Nie rozmawiał z nim długo, a wcześniej tamten zatajał przed nim prawdę. Czemu teraz miałby być dla niego miły? Czyżby Miodowa Kora przemyślał swoje zachowanie, podczas tak długiego milczenia?
Nie dowiedział się tego, gdyż ojciec prędko odszedł w kierunku lasu.
“Co za tchórz!” — pomyślał z gorzko, odprowadzając go wzrokiem.
* * *
Właśnie skończył pilnować więźniarkę, a zastąpił go Zapomniana Koniczyna. Chudzielec niepewnie siedział przed norą i wpatrywał się na kocicę przerażonym wzrokiem ucznia, który pierwszy raz w życiu zobaczył wściekłego szczura.
— Nie martw się, nie jest tak ciężko, jak pewnie opisuje to Szczawiowe Serce. Niektórzy są zbyt delikatni na tę robotę, ale z ciebie może jeszcze będą koty. — Klepnął starszego od siebie wojownika w plecy, a ten od siły jego łapska się pochylił, o mało co nie wypluwając płuca.
Porywisty Dąb się zaśmiał głośno i ruszył w kierunku obozu. Zatrzymał się przed wejściem i obejrzał dokładnie polanę, na której nie zauważył znajomego liljowego futra ojca.
“Jeszcze nie wrócił z lasu? Lepiej będzie sprawdzić, co tam robi tak długo. Jest okropny skwar. Powinien się schować” — przewrócił oczyma.
Postanowił nie schodzić do obozowiska. Odwrócił się z powrotem w stronę gęstego lasu, który porządnie izolował ich od słońca i wyruszył za śladem zapachowym Miodowej Kory. Musiał go znaleźć. Mimo napięcia, które między nimi panuje, nadal martwił się o niego, chociaż wolał tego nie okazywać.
W końcu dotarł nad rzekę, gdzie woń Miodowej Kory była silna. Nagle stanął jak wryty widząc liczne kolorowe skóry, które były podobne do tych, które widział na terytorium Klanu Wilka. Dobrze wiedział, do kogo one należą. Dwunożni, bo o nich mowa, zawsze musieli się zjawiać, ze swoimi dziwnymi rzeczami, które śmierdziały czymś, co trudno było nazwać.
Najróżniejsze zapachy mieszały się wraz z wonią, przez co nie był w stanie powiedzieć, czy jego ojciec rzeczywiście, gdzieś tutaj jest.
“Stary piernik! Czemu on tutaj przyszedł? Zabrano go? Czy powinienem pójść po wsparcie do obozu?” — rozejrzał się i dał pierwszy krok do przodu. —
“Nie! Dam sobie sam radę!” Ostrożnie wszedł między kolorowe skóry, w których skrywała się część grupy dwunożnych. te dziwne łyse stworzenia przyszły tutaj w taki upał i część moczyła i chlapała się w rzece. Skrzywił się pod nosem z obrzydzenia. Zachowywali się całkowicie, jak te koty z Klanu Nocy.
— Na moje wąsy, po co tutaj przyszedł ten stary tłumok? — jęknął bezsilnie do siebie. Miał ochotę złapać się za głowę i wyć w stronę księżyca, niczym prawdziwy wilczak. Tylko był problem, nie był już Wilczakiem, ani mieli jeszcze dzień. — Miodowa Koro! — miauknął głośno, lawirując między dziwnymi skórami oraz młodymi dwunożnymi, którzy wskazywali na niego palcem.
Zauważyli go, jednak nikt nie śmiał do niego podejść. Może się go bali? Powinni, wiedział wyśmienicie, że był wielki oraz silny na tyle by stawić czoło tym wynaturzeniom.
— Porywisty Dębie, idę po ciebie słyszysz?!? Nie zostawię cię! — rzucił dosłownie wszystko by ratować go z sideł dwunożnych.
Zauważył biegnącego w jego stronę ojca, jednak o dziwo to nie liljowy zagubił się w obozowisku dwunożnych, tylko on sam. Miodowa Kora przybiegł z lasu, co było dziwne, może wiatr zabrał jego zapach tutaj?
— Nic mi nie jest, myślałem, że to ciebie porwali, jednak dobrze widzieć cię całego — mruknął zerkając na niektórych dwnunożnych, którzy zainteresowali się ich obecnością. — Nie atakują nas, więc jest względnie bezpiecznie.
Liljowy spojrzał się na dwunożnych i zjeżył się dosyć mocno.
— Na Klan Gwiazdy! Musimy się wycofać powoli. Nie wiemy, co mogą nam zrobić. — Spojrzał na syna. — Dobrze że jesteś cały, myślałem że już ci coś zrobili, a teraz już! Cofamy — Starszy kocur powoli robił kroczki do tyłu, następnie machał ogonem synowi by zrobił to samo.
Porywisty Dąb jednak stał w miejscu. Jego pysk był już mniej przyjazny, a sierść na karku lekko się uniosła. Czy właśnie jego ojciec przerwał milczenie, tylko dlatego, że zostali nakryci w obozowisku dwunożnych? Może jak tutaj zostanie na kilka uderzeń serca dłużej, to coś więcej od niego wyciągnie?
— Szkoda, że w obozie Świetlików, tak ze mną nie rozmawiasz, jak dzisiaj — powiedział z przytykiem, ewidentnie niezadowolony. — Dopiero otwierasz do mnie pysk, jak siedzę w obozowisku dwunożnych. Nas i tak nie atakują, a ty jak boimyszka chcesz uciekać do lasu. No i co, potem znów nie będziesz się do mnie odzywał przez następny sezon?
Zatrzymał się słuchając go.
— To nie tak, Porywisty Dębie, ja. — Spojrzał na dwunożnych i znowu na niego, może miał on rację? — Możesz tak nie dramatyzować? Czasami komunikacja jest skomplikowana! A po drugie skąd wiesz że akurat chcę tam wracać? Może wcale nie chcę tam marnować życia przez następne księżyce! Z tą zgrają pod tytułem "Klan Gwiazdy nas wybrał musimy uciekać! Uciekliśmy, o nie! Chyba źle zrobiliśmy, coś nam się znaki pomerdały, chyba będziemy się chować w lesie do usranej śmierci.", tyle powiem. Mam dość tego po same uszy!
Prychnął na odpowiedź ojca.
— A jednaj z nimi poszedłeś. Poza tym komunikacja wcale nie jest trudna. Miauczysz od rzeczy! — Wykrzywił wargi z niezadowolenia. — Jesteś jednym wielkim hipokrytą.
Nie czekał na jego odpowiedź, poszedł w głąb obozowiska dwunogów. Nie odszedł za daleko, kiedy podeszło do niego dwóch dorosłych dwunożnych, którzy starali się miauczeć, niczym małe kocięta.
Położył po sobie uszy i popatrzył na nich z obrzydzeniem, nie wiedząc czy ma uciekać, czy zacząć ich poprawiać. Kaleczyli tak strasznie koci język, że czuł, jak jego uszy cierpną.
Samiec wyciągnął do niego swoją wielką różową łapę i starał się go złapać za kark, jednak on odskoczył na bok, jeżąc się cały.
— Łapska precz! — syknął, zamachując się swoją łapą z wysuniętymi pazurami.
Dwunożny był za wolny, więc udało mu się przeorać odsłonięte różowe przedramię. Samiec zabulgotał z bólu, na co jego samica podała mu dużą grubą skórę.
Skonsternowany patrzył na dorosłą parę, do których podchodziły dwoje młodych. Wszyscy wydawali się zainteresowani jego osobą, jednak nadal nie byli agresywni. Czy to był napad?
Miodowa Kora tylko westchnął.
— Jakoś się staram z tobą rozmawiać! Chcę, żeby między nami było lepiej. — Podszedł do swego syna. — I nie uciekaj jak mówię do ciebie!
Zerknął na niego, nie wiedząc, czy ma się skupić na ojcu, czy na dwunożnych, którzy nadal byli zainteresowani ich obecnością.
— To wybrałeś sobie bardzo ciekawy moment do rozmowy. Dziwi mnie, że w ogóle do mnie otwierasz pysk — odburczał obrażony.
Skupieni na sobie nie zauważyli, kiedy podszedł do nich znów ten sam dwunożny i owinął ich ciasno w miękką skórę, uniemożliwiając im poruszanie się. Porywisty Dąb warknął ostrzegawczo, jednak nie był w stanie ugryźć ani podrapać dwunożnego, z resztą tak samo nie mógł zrobić Miodowa Kora. Po krótkim i drastycznych ruchach, które i tak nie przyniosły mu nic dobrego, opadł z sił.
— No to chyba po nas... — mruknął. — Zadowolony?
Chciał obarczyć tym wszystkim swojego ojca. Przez jego zapach oraz nieobecność w obozie, znaleźli się w takiej, a nie innej sytuacji. Gdyby siedział na tyłku w obozowisku, tak nie poszedłby nad rzekę.
— Wiesz, może wyciągnijmy z tego pozytywne wnioski. Przynajmniej już nie wrócimy do tego lasu — zamruczał gdy został owinięty w skórę dwunożnych.
Porywisty Dąb zmrużył nieprzyjemnie oczy.
— Czy ja wiem. Nawet dobrze mi tam było. Skąd wiesz, czy dwunożni cię nie zabiją? Mogą nas zjeść!
— Zjeść? Nie przesadzaj, pewnie byśmy byli dla nich okropni w smaku, najwyżej skończymy jako jakieś pieszczochy czy coś w tym podobnego.
Nie wierzył w to, co mówił do niego ojciec. Mieli zostać… pieszczochami? Przecież był to jakiś absurd! On? Były Wilczak? Kot z klanu? Były Świetlik? Teraz miał zostać zwykłym piecuchem i być głaskanym przez jakieś wielkie różowe łapska? A gdzie walka o przetrwanie? Gdzie drapanie i pokonywanie przeciwników? Miał skończyć na jakimś miękkim posłaniu i już nigdy nie dotknąć trawy? Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi. Chciał krzyczeć na ojca, że jak ten śmie być spokojny w takim momencie. Przecież dla nich była to plama na honorze, by teraz zostać zabrani jako dwa niesforne piecuchy.
Zostali zabrani do wnętrza potwora i położeni na kolanach młodszych dwunożnych, którzy nadal trzymali ich, ciasno zwiniętych w miękkie skóry, z których ciężko było się wydostać. Rodzice natomiast zabierali resztę rzeczy, które zostały w obozowisku, gdzie przebywała reszta zgrai dwunożnych. Na to wychodzi, że nie wszyscy z tych dziwolągów, byli ze sobą spokrewnieni, gdyż reszta nadal bawiła się nad wodą, ciesząc się z ciepła oraz długiego dnia.
Potwór w końcu odpalił i wyruszyli w nieznanym im kierunku. Za oknem jedynie widział ruszające się czubki drzew, które później się przerzedzały, aż mógł obserwować błękitne i bezchmurne niebo. Szum oraz dziwne odgłosy dobiegające z urządzenia, które rozumieli tylko dwunożni oraz ich pohukiwania, działały na niego przebodźcująco. Miał już dość. Wolał zostać teraz zjedzonym, by więcej się nie stresować oraz nie słychać tych dziwnych dźwięków.
Podróż dłużyła się w nieskończoność, a jego serce nie przestawało szybko bić. Pierwszy raz w życiu był tak przestraszony. Młode dwunożnych głaskały go po głowie oraz Miodową Korę. Jego ojciec nie wyglądał na tak zestresowanego.
W końcu dojechali na miejsce, i zabrano ich do gniazda dwunożnych, które miał okazję ujrzeć pierwszy raz w swoim życiu. Wewnątrz było wiele pomieszczeń, a każde pachniało inaczej oraz trzymano tam różne ozdoby i rzeczy, o których sami nie mieli pojęcia. Wsadzono ich do klatek wraz z kolorową skórą i zostawiono na pastwę losu.
Wydostał się z miękkiego kaftana bezpieczeństwa i spojrzał przez kraty na pomieszczenie, w którym się znajdowali. Zauważył przy jednym oknie czarną kotkę, która wpatrywała się w nich przez ten cały czas.
— Hej ty! Tak ty! Gdzie jesteśmy? Po co nas tutaj przyniesiono?
Pieszczoszka zawahała się czy zeskoczyć do nich. Po krótkim namyśle to zrobiła i podeszła do krat, które ich rozdzielały. Była małą kotką z postury o czarnej aksamitnej sierści, oklapniętych uszach oraz złotych oczach. Zgadywał, że była w jego wieku lub trochę młodsza, a na jej pysku malowało się zaciekawienie.
— Odpowiesz mi na pytanie, czy nie? — ponaglił ją, na co tamta go zignorowała, przyglądając się jeszcze Miodowej Korze.
Ojciec też ją zauważył, jednak nadal siedział cicho i obserwował otoczenie, dystansując się od pieszczoszki.
“Myślałeś, że sami będziemy pieszczochami?” — zaśmiał się w myślach z ojca. —
“Jak przyszło co do czego, to jednak wolałbyś wrócić do lasu? Co?”— Jestem Żółtka, a wy wyglądacie i pachniecie, jak zgraja dzikusów. — Udawała obrzydzenie, jednak słabo jej to wychodziło. Nadal mógł zauważyć jej ciekawski błysk w oku.
Oparł się o kratkę, przeczesał pazurami swoją długą kryzę i zmrużył oczy, jak to robił by oczarować kotki w klanie. Chociaż, czy nie wypadł z rachuby podczas tak długiego pobytu w Świetlikach?
— Słuchaj, z nas może i są dwa dzikusy ale najlepsze, jakie mogłaś sobie wyobrazić. Lepszych chłopaków nie znajdziesz. — Lekko przesunął się, by lepiej pokazać ojca, który nadal leżał z tyłu. — To jest mój ojciec, Miodowa Kora, a ja nazywam się Porywisty Dąb.
— Macie naprawdę dziwne imiona. Po co wam dwa człony?
Zauważył, jak Żółtka przebiera tylnymi łapami i patrzy się na niego wyczekująco, żeby opowiedział resztę ich historii.
“Uuu kogoś chyba zżera ciekawość” — zaśmiał się z niej w myślach.
— Aaa takich rzeczy dowiesz się może kiedyś, jak nas stąd wypuszczą. Nie lubię opowiadać kotom o sobie, kiedy jestem więźniem. Troszkę tak nie ładnie — zamruczał dźwięcznie, czując, że chyba udało mu się zasiać ziarenko przyjaźni albo nawet czegoś więcej w kotce.
Żółtka przekrzywiła łepek i posłała mu zadziorny uśmieszek.
— Pewnie was niedługo wypuszczą, jednak najpierw zabiorą was do weterynarza. Czy, jak niektóre koty mówią do “obcinacza”.
— Kto to wogóle jest ten obcinacz?
— Dwunożny, który dba o nasze zdrowie, ma leki i takie tam.
— Jak to “takie tam”? — wzburzył się. — Nie mówisz nam całej prawdy!
— Bo sama nie wiem wszystkiego — zauważyła. — Wiem jedno, że jak traficie do weterynarza dzisiaj, a potem posiedzicie trochę w domu, zanim wypuszczą was na zewnątrz. Moglibyście uciec z farmy i zawieruszyć się gdzieś na rynku, a tam kręcą się różne podejrzane koty oraz psy.
— Farma? Co to za kolejne dziwactwo?
Żółtka zaśmiała się pod nosem i przez kraty tknęła go łapką w nosek.
— Przekonasz się, jak się zaaklimatyzujesz. Pokaże wam wszystko i nauczę was żyć w tym miejscu. Zobaczycie, że wam się spodoba, jak zobaczycie może oraz farmę ostryg.
— Jesteśmy blisko morza? Pewnie gdzieś niedaleko są terytorium Klanu Nocy oraz Klanu Klifu.
— Głuptasie, nie mamy tutaj żadnych klifów ani klanów. Dzikie koty jakie ja znam, nie przebywają w grupach, no może oprócz niektórych na rynku ale nimi nie musimy się przejmować, jeśli nie idziemy do centrum.
Pieszczoszka pokręciła jedynie głową, na jego oraz ojca skonsternowane miny.
— Centrum? — mruknął w końcu Miodowa Kora włączając się do rozmowy.
— Eh… Nie ma sensu wam tego teraz tłumaczyć, jeśli i tak będziecie siedzieć w środku. Opowiem wam później, kiedy pozwolą wam wychodzić i dostaniecie własne obroże.
* * *
Tego samego dnia dwunożni zabrali ich transporterem do weterynarza, tak jak mówiła im Żółtka. Po ich rozmowie dowiedział się, mniej więcej, co mogą się spodziewać po ich nowych właścicielach, nauczyła ich kilka nowych nazw przedmiotów, których zdołali już poznać. Kolorowe skóry, w których zostali zawinięci, to koce, a w dziwnym pudle z kratami, nazwano transporterem. Obroże to takie paski skórzane lub z innych materiałów, które zawiązuje się na szyi kota. Podobno tak dwunożni ich przywłaszczają i napisane jest na nich ich imona oraz inne rzeczy, których nie do końca zrozumiał od Żółtki. Jak na jego prosty umysł dzikusa, te wszystkie nazwy na rzeczy, które widzi pierwszy raz w swoim życiu, to za dużo.
Postawiono ich na stole i wyjęto z koców. Dwunożny zwany weterynarzem, niczym medyk obejrzał go sprawnie. Sprawdził mu uszy, wnętrze pyska, brzuch oraz miejsca, gdzie medyk nigdy nie zaglądał, a gdyby nawet spróbował, to Porywisty Dąb powyrywałby mu wąsy.
Wizyta trwała dość krótko, jednak nie należała do najprzyjemniejszych. Teraz zaczął doceniać medyków w Klanach, ciężką pracę Stroczkowej Nadziei oraz poświęcenie już zmarłej Jarzębinowego Żaru. Nie musiał przechodzić przez tyle stresu w zacisznej lecznicy.
Kiedy dotarli do domostwa i zostali uwolnieni z transportera, od razu podbiegła do nich Żółtka.
— I jak było u “obcinacza”, hm? — zaśmiała obwąchując go pierwszego.
— Obcinacz mi nic nie obciął i mam nadzieję, że tak zostanie. Mam nadzieję, że nie będą nas tam często zabierać.
— Mówisz tak, jakbyś się już pogodził, że zostaniesz tutaj na zawsze. Myślałam, że dzikusom z lasu dłużej zajmie zaklimatyzowanie się tutaj.
— No jak z nami jest taka piękna kotka, to aż szkoda się nie przekonać do tego miejsca. Jeszcze zobaczymy, dam szansę temu miejscu, może nie będzie tak źle.
Zerknął na Miodową Korę, który tylko pokręcił lekko głową, jakby śmiał się z jego nastawienia, które zmieniło się od momentu, kiedy zobaczył pieszczoszkę.
— Nie słodź mi aż tak, bo specjalnie sprawię, byście zamieszkali gdzie indziej. — Machnęła łapką, udając zawstydzenie. — Jednak postaram się żebyście zapoznali się z moim domem oraz okolicami. Za żadne skarby nie wyobrażam sobie mieszkać, gdzieś daleko w lesie. Wam też powinno się tutaj spodobać.
— Trzymam cię za słowo.
* * *
Minęło kilka dni, od kiedy nie przebywali już w lesie, tylko w domostwie Żółtki. Nie wiedział, jak Świetliki zareagowały na ich nieobecność. Czy Mglisty Sen dawał radę zarządzać resztą kotów? Czy znaleźli kogoś, kto pilnował przeklętej Rysi Trop?
Chciał powiedzieć, że tęskni za lasem oraz kotami, których znał z Klanu Wilka. Jednakże nie było to prawdą. Przyzwyczajał się dość szybko do nowego miejsca. Nie dawał się jeszcze głaskać, na co narzekała Żółtka, jednak pewnie za kilka dni, jeszcze mogło się zmienić. Dwunożni karmili ich mięsem oraz innymi kąskami z kuchni, gdzie przyrządzali posiłki.
Na początku jeszcze ciężko mu było się przekonać do jedzenia z miski, a w szczególności mięsa nieznajomego pochodzenia. Nie smakowało ono myszą, ptactwem lub jego ulubionym leśnym przysmakiem, czyli wiewiórką. Było dobre, jednak nie mógł się doczekać aż dwunożni zaczną ich wypuszczać na zewnątrz.
— Jak smakowało ci dzisiejsze śniadanie? — Podeszła do niego Żółtka z psotnym wyrazem pyszczka. Zlustrowała go swoimi złotymi oczyma, po czym je zmrużyła. — Dzisiaj wydajesz się bardziej zamyślony. Co cię trapi?
— Hm? A nic, po prostu zastanawiam się nad Świetlikami.
— Właśnie, miałeś mi wszystko opowiedzieć o dzikusach w lesie oraz waszej przeszłości. Całkowicie zapomniałam o to was wypytać. Skupiłam się całkowicie na nauczaniu was korzystania z kuwety i-
— A przestań już z tą kuwetą! — Nie dał jej dokończyć. — To jest naprawdę upokarzające żeby korzystać z takiej rzeczy! Dajcie mi wyjść na zewnątrz i możemy nie poruszać więcej tego tematu! — Napuszył się strasznie.
Kotka zamruczała rozbawiona i pacnęła go łapką.
— To jak? Opowiesz mi o tych waszych klanach?
— Może jeszcze nie teraz.
— No trudno, to wy zostaniecie sami w domu, a ja pójdę na spacer. Możecie nudzić się sami! Papatki~
Pieszczoszka wybiegła z pokoju, gdzie po chwili słychać było trzask drzwi. Podbiegł do okna i wskoczył na parapet, gdzie zobaczył znikające czarne futerko w gęstwinie.
Westchnął przeciągle i oparł głowę o szybę. Nie wiedział, ile jeszcze będą ich trzymać w tym domostwie. Może i było przytulnie ale wiatr w sierści, gonitwa za zwierzyną i wolność to tego, czego potrzebował. Miał wrażenie, że wszystko stracił, co go przytłaczało.
— Skoro jesteśmy sami, to może w sumie robić co chcemy. Raczej w tym miejscu wystarczy być w miarę potulnym co do dwunogów, przy okazji jak może nas polubią to nas wypuszczą na dwór — powiedział Miodowa Kora, kłapiąc łapami po kanapie, następnie wysunął pazury, robiąc to samo, tylko robił lekkie zadrapania po tym.
Na słowa ojca, przeniósł na niego swój wzrok.
— Może tak... Może za parę dni dam się dotknąć tym ich różowym łapskom... Pewnie po tym nas wypuszczą albo jest jakiś haczyk, o którym nie wiemy jeszcze, a Żółtka zapomniała nam o tym powiedzieć. — Poprawił się na parapecie, wyciągając się na jego całą długość.
Widział, że w domostwie jest największym kotem o najdłuższej sierści, dzieci dwunogów przez te kilka dni starały się go głaskać i przytulać, jednak on się jeszcze nie dawał. Czuł opór i wstyd.
Co powiedzieliby o nim jego byli przyjaciele z Klanu Wilka, gdyby zobaczyli go na kolankach dwunożnych, głaskany oraz pieszczony, jak jakaś zabawka?
— Jak wróci, to trzeba ją popytać o więcej szczegółów. Nadal dużo nie wiemy o tym całym życiu dwunogów i o tej "Farmie". Chciałbym szerzej zobaczyć ten teren, niż tylko te gniazdo. — zaczął nadal bawić się kanapą jakby miał mentalnie 5 księżycy.
— Mhm... Zapolowałbym na wiewiórkę albo nawet na małą myszkę. Nie jestem w stanie biegać za jakimiś zabawkami jak kocię, tylko po to by młode dwunogów się cieszyły.
— To tylko na chwilę, zobaczysz. Nie będziemy wiecznie spędzać czasu tylko z pisklętami dwunożnych. — Znudzony kanapą zeskoczył z niej i zobaczył fajną piłkę w salonie, zrobił pozycję łowiecką a następnie skradając się do piłki skoczył na nią. Niestety obiekt mu uciekł więc starszy kocur zaczął ją gonić.
Porywisty Dąb patrzył na niego jakby ten był niespełny rozumu.
— Ty napawdę dobrze się czujesz? Co by powiedziały Wilczaki, gdyby teraz cię zobaczyli. Robisz z siebie pośmiewisko! — prychnął zażenowany głupim zachowaniem ojca.
Przez chwilę przestał gonić kulkę patrząc na syna.
— A widzisz gdzieś ich w pobliżu? Nie, skoro ich nie ma to mogę robić co chce! I tak nie mieliby jak tego zobaczyć, więc nie bądź marudny i się rozluźnij, brzmisz jak markotny staruch.
Porywisty Dąb tylko się zmarszczył na pysku. Oczywiście, że nie było tutaj żadnego Wilczaka w pobliżu, jednak nie umiał się oszukać i udawać od łapy, że od teraz jest jakimś głupim piecuchem. On nadal w środku był wojownikiem Klanu Wilka i niechcianym Świetlikiem.
— To baw się, jak głupie kocie. Nic to nie zmieni w naszej sytuacji... — powiedział bardziej do siebie niż do ojca. Zwrócił swój wzrok z powrotem na świat za oknem.
* * *
Dni i noce mijały, a oni jeszcze nie zostali wypuszczeni na zewnątrz. Zaczęła go dopadać rutyna, nic ciekawego się nie działo, więc jego ulubionym zajęciem stało się oglądanie świata zza okna. Nadal nie bawił się zabawkami, które szczeniaki dwunożnych im przynosili, jednak było to naprawdę trudne. Jego instynkty łowieckie oraz chęć polowania była nadal nie zaspokojona, a wszystkie te wypchane przytulanki, piłeczki i inne cuda na kiju z piórkami bardzo przypominało mu zwierzynę, na którą jeszcze nie tak dawno tropili w lesie. Nie wiedział ile jeszcze wytrwa, ile zdoła się oprzeć tym pokusom. Wiedział, że jeśli chciał dotknąć trawy i powspinać się na drzewa, to będzie musiał się ugiąć i pozwolić się dotknąć przez dwunożnych.
Zerknął na Miodową Korę, który leżał leniwie na jednym z drapaków i drzemał. Na jego liliowym futrze znajdowały się płaty światła słonecznego, które przebijało się przez drzewa, za oknem.
Zazdrościł ojcu, że umiał tak szybko się przekonać do zostania piecuchem. Skrycie też chciał gonić za zabawkami oraz spać spokojnie na tych wszystkich kocach wraz z nim oraz Żółtką, jednak ciągle wyobrażał sobie niezadowolone pyski Ognikowej Słoty, Nadciągającego Pomroku, Tygrysiej Nocy oraz Tropiącej Łaski. Wiedział, że śmialiby się z niego. Nie umiał sobie nawet przetłumaczyć, że tych kotów, już nigdy nie spotka na swojej drodze i nie będzie przez nich oceniany.
Nagle do pomieszczenia weszli dwunożni dzierżąc w rękach coś co przypominało małe kolorowe paski, które dzwoniły, z każdy gwałtowniejszym ruchem ich wielkich różowych łapsk. Między ich nogami przebiegła Żółtka i wskoczyła obok niego na parapet.
Zdyszana i uradowana otarła się o niego.
— Dostaniecie obroże! Nawet nie wiesz, jak wam zazdroszczę nowych imion!
— Nowych imion? Jak to? Macie tutaj jakieś mianowania na piecucha? — zdziwił się i zerknął na jego właściciela, który sprawnym ruchem zapiął mu na szyi materiałową obrożę z dzwoneczkiem. — To wszystko?
Żółtka pokiwała głową, a dwunożny zapiał tym razem obrożę u Miodowej Kory, którego wybudził z popołudniowej drzemki. Swoim wielkim różowym łapskiem pogłaskał całą ich trójkę i wyszedł z pokoju.
— Zazdroszczę wam bardzo nowych imion. Macie je bardzo ładne, takie miejskie wręcz — zachwycała się Żółtka, koczując obok niego i gapiąc się na metalową część małej plakietki, która była zaczepiona jego obroży. — Podejrzałam je wcześniej i macie na nich napisane swoje imiona.
— Napisane? Co to w ogóle znaczy? Ja i tak nie widze praktycznie mojej obroży, bo zasłania mi futro — zakłopotany starał się dojrzeć swojej obroży.
— Tak, takie szlaczki, które przypominają pozwijane robaczki, to pismo i da się z tego wyczytać różne rzeczy. To jest ich mowa. Gdzie byś nie spojrzał, tam jest pismo! Dwunożni są naprawdę fascynujący! — podekscytowała się. — Porywisty Dębię, dwunożni nadali ci imię Leon, a ciebie Miodowa Koro nazwano Louis. Nawet nie wiecie, jak wam zazdroszczę.
Od teraz miał inaczej na imię? Leon, bardzo dziwne imię, czy do tego też będzie musiał się przyzwyczaić? Cz teraz w domostwie jego ojciec oraz Żółtka będą go tak nazywali?
“Może w taki sposób, szybciej się przekonam do bycia pieszczochem? Nowe imię, całkowicie nie związane z Klanami oraz lasem. Tylko, jak to określiła Żółtka “miejskie” imię…”— I jak, Lousie? Czy podoba ci się nowe imię? — zwróciła się Żółtka do Miodowej Kory, który przeciągał się na drapaku.
Starszy kocur drgnął uchem gdy czarna kotka wspomniała jego nowe imię.
— Louise? Nigdy nie sądziłem że przejdę kiedyś z dwuczłonowego imienia na pojedyncze. Te imię jednak jest nawet urokliwe w samo sobie. — Rozciągnął się na drapaku znowu, a następnie zaczął go drapać swymi pazurami, by je naostrzyć.
Popatrzył na swojego ojca skonsternowanym wzrokiem. Jak mieli spalić wszystkie swoje drogi powiązane ze Świetlikami oraz Klanem Klanem Wilka, to niech tak zostanie.
— A tobie się podoba twoje nowe imię, Leonie? — zwróciła się teraz do niego Żółtka.
— Sam nie wiem, jest to coś nowego... — Wzruszył ramionami. Od dłuższego czasu nie umiał aktorzyć, musiał w końcu wrócić na stare tory i odzyskać swój poprzedni blask. — Nie jest złe. Ma jakieś znaczenie?
— Pewnie jakieś ma, jednak aż tak nie jestem oczytana, jak mój ojciec był — zaśmiała się. — Jesteście tutaj już jakiś czas, możecie opowiedzieć o sobie oraz waszych zwyczajach. Już zostaliście zaakceptowani przez dwunożnych i możecie śmiało powiedzieć, że farma ostryg oraz jej okolice należą do was. Co to są te Klany? Jaka jest geneza waszych byłych imion?
— Klany to grupa dużej liczby skupisk odrębnych grup. Każdy klan na swoje odrębne tradycje i wyróżnia się od innego. U nas są cztery klany, Klan Wilka, Klan Nocy, Klan Klifu i Klan Burzy. My akurat podchodziliśmy z Klanu Wilka, to klan który mieści się w rozległym lesie iglastym. Nawy dobrze wspominam swój dom, choć niestety musieliśmy uciec z niego — odpowiedział na jej pytanie liliowy kocur.
— Uciekliście z własnego domu? Dlaczego? — Żółtka nadal drążyła temat.
Westchnął przeciągle. Nie był pewien, czy powinni mówić to wszystko pieszczosce.
— Może powiemy ci wszystko, co chcesz wiedzieć, jeśli nas wypuścisz na dwór. Nie damy ci tak ważnych informacji, jeśli jesteśmy nadal trzymani w tym miejscu.
Czarna kotka prychnęła poirytowana i z nadzieją popatrzyła się na liliowego kocura.
Na pysku ojca ukazała się presja, którą musiał wywierać na nim wraz z pieszczoszką.
— Wiesz to naprawdę długa historia czemu musieliśmy uciec, ale za to mogę ci odpowiedzieć na twoje drugie poprzednie pytanie. — Tylko jakie było jej poprzednie pytanie? Chyba coś z genezą imion czy zwyczajów.
— Co do naszych imion, to były wcześniej takie nietypowe bo byliśmy wojownikami. Każdy wojownik klanu ma takie dwuczłonowe, pierwsze jako kociaki rodzimy się tylko z jednoczłonowym imieniem, ja miałem jak byłem mały na imię Miód. Potem jak zostałem uczniem po moim słynnym teście to dostałem dwuczłonowe imię z drugim członem "Łapa", dostają go tylko uczniowie którzy się przygotowują by zostać wojownikami lub medykami. Gdy już będziesz gotowy to odbywasz pojedynek z drugim uczniem, a jak wygrasz to twój lider nazywa cię nowym dwuczłonowym imieniem, moje imię wcześniejsze już znasz. Więc tak nie więcej dostaje się imiona.
— Uuuu… To naprawdę ciekawe — Czarna podeszła do Louisa i zaczęła go wypytywać o inne rzeczy i zwyczaje, które panowały na terenach klanów. On jednak ich nie podsłuchiwał, zajął się własnym futrem, wracając myślami do Klanu Wilka oraz jego Ognikowej Słoty, za którą nadal tęsknił.
* * *
Pora Zielonych Liści powoli ustępowała Porze Opadających Liści, gdyż drzewa powoli zaczęły się robić żółte, jednak Leon nie mógł tego powiedzieć o temperaturze, która panowała na zewnątrz. Ludzie jeszcze nie zdążyli ich wypuścić poza swoje szczelne gniazdo.
Przez ten czas zdążył się przyzwyczaić do dotyku dwunożnych oraz zabaw, które coraz częściej mu oferowano. Siedzenie w miejscu i wspominanie wolności stało się nudne oraz męczące na tyle, że nawet tęsknił za pilnowaniem obłąkanej Rysiego Tropu. To zajęcie w tym momencie z chęcią by wykonywał każdego dnia, Pory Zielonych Liści. Gdyby tylko nie poszli nad rzekę…
Siedział na parapecie i wpatrywał się w ciemne drzewa oraz księżyc, który był jedynym jasnym punktem na nocnym niebie. Wyczuł nasilający się zapach Żółtki, która starannie stawiała swoje łapki na posadzce, nie wydając żadnego dźwięku.
— Buuu! — zawyła, chcąc go wystraszyć, jednocześnie wyłaniając się z ciemności i wskakując obok niego na parapet.
Nawet nie drgnął.
— Jeśli chciałaś mnie przestraszyć, to ci się nie udało. Szybko cię wyczułem. Pachniesz silnie trawą i morzem, że wyróżniasz się na tle zapachów w domostwie. Musiałabyś się bardziej postarać.
— Nie jestem aż tak zaprawionym wojownikiem, jak ty, czy Louis. Może kiedyś byś mnie czegoś nauczył, co?
Rzucił jej krótkie spojrzenie.
— Po co ci umiejętność skradania, skoro na nic nie polujesz? I tak masz jedzenie w misce, to nie jest ci potrzebny trening wojownika.
— Może nie poluję na każdą zwierzynę, czy na wiewiórki. — Dała nacisk na ostatnie słowo, co go zainteresowało.
— Czyżby Louis ci zdążył ci nagadać o mojej ulubionej zwierzynie?
— Dokładnie! — zachichotała, ocierając się delikatnie o jego długie futerko. — Jednak nie zmienia to faktu, że jeśli obiecasz mi, że mnie nauczysz co nieco, to zabiorę cię w przyjemne miejsce — dodała, a w jej złocistych oczkach pojawiła się chytra iskierka.
Nie musiał się zgadzać, jednak nie miał nic innego do roboty. Nudziło mu się strasznie, a poza tym mógł chwilę zapewnić jej ciężki trening, który mu wcześniej szykował ojciec zanim został wojownikiem. Zmęczyłby kotkę i miałby spokój.
— No dobrze, zobaczymy, jaka z ciebie będzie wojowniczka! — Szturchnął, ją w bark i zeskoczył z parapetu na posadzkę. — Zaczniemy od krótkiej rozgrzewki i pokaże ci-
Nawet nie zdążył dokończyć, kiedy Żółtka nie niego zeskoczyła z parapetu i przeturlali się kilka długości lisa. Mimo ataku z zaskoczenia, nie dał się przygwoździć do ziemi i szybko zbił kotkę z nóg, a ta upadła na dywan.
— Ciamajda! — zaśmiał się z czarnej.
Ta pomasowała łapką głowę i z przekąsem powiedziała:
— Jak byś dał mi wygrać, to zaprowadziłabym cię na zewnątrz, ale jeśli chcesz nadal królować w salonie, to nie zamierzam ci przeszkadzać — mruknęła z udawaną urazą.
— Przecież nie mogę wychodzić z domostwa. Nawet Louis nie postawił łapy na trawy przez całą Porę Zielonych Liści!
— Kto powiedział, że nie opuścił domostwa? Widziałeś, go wczoraj gdzieś w okolicy wieczora?
Leon zamyślił się przez chwilę. Czy Żółtka chciała go zabrać na spacer? Czy jego ojciec już wyszedł i nic mu nie powiedział? Na samą taką myśl, napuszył się ze wściekłości i odwrócił się w kierunku drapaka, gdzie pochrapywał jego ojciec.
— Pokazałaś mu farmę i nic mi nawet nie powiedział?! — fuknął.
— Tak, tylko nie budź go!
— Niby czemu?!
— Bo ja go o to poprosiłam! Chciałam zrobić ci niespodziankę! Nie moja wina, że ty musisz się wykraść. Dwunożni niezbyt ci ufają, pewnie dlatego, że długo ci zajęło przekonanie się do dotyku oraz spędzania z nimi czasu. Jednak teraz widzę, że dobrze sobie radzisz, więc możesz zwiedzić całą farmę — wymruczała cicho i dotknęła go swoim ciemnym noskiem w bark.
Uspokoił się nieco, jednak nie powiedziałby, że był zadowolony z faktu, że jego ojciec jako pierwszy wyszedł z tego ludzkiego gniazda, tylko dlatego, że się łasił jak głupiec. On jako jedyny z ich dwójki starał się zachować pamięć i szacunek względem Świetlików i Klanu Wilka, przynajmniej mu się tak wydawało.
— No dobrze, w takim razie prowadź, gdzie niby jest przejście, gdzie mógłbym wyjść stąd? Domownicy śpią i wątpię by nam otworzyli drzwi.
— Widzę, że ruszyłeś główką — zamruczała rozbawiona i ruszyła po schodach na pierwsze piętro, a on za nią. — W sypialni dorosłych jest uchylone okno i zejdziemy po dachu.
Tak jak Żółtka powiedziała, tak zrobili. Niezauważalnie przeszli przez sypialnie dorosłych i przez uchylone okno wyszli na dach domostwa. Leon czekał na ten moment tak długo, że nie był w stanie opisać szczęścia, jakie poczuł, kiedy przyjemny ciepły wiaterek poruszył jego długą sierścią.
“Wolność! Nareszcie wolność!”Chciał zeskoczyć i popędzić do lasu, zostawiając wszystko za sobą. Pędzić ile sił w nogach. Wrócić do Klanu Wilka. Wrócić do Ognikowej Słoty. Jednak tego nie mógł zrobić. Jest za daleko swojego starego, domu, w którym i tak by go nie przyjęto, tylko rozszarpano na drobne kawałki. Nie był już Porywistym Dębem, a Leonem, piecuchem na farmie ostryg, o której tak wiele słyszał od Żółtki, jednak nie wiedział, czym dokładnie, jak wygląda ich farma. Nie znał wielkości ich terytorium. Nie wiedział, jaki zapach powinien mieć na swoim futrze. Nie był już Świetlikiem ani Wilczakiem.
— To jak? Jesteś gotów na dzisiejszy spacer? Widziałeś kiedyś morze?
Oczywiście że był gotów!
— Tak widziałem morze. Chodziliśmy na zgromadzenie, które było na małej wysepce. Morze nocą jest naprawdę piękne.
— Zwykła skała na plamie ciemnej wody w pełni, to jeszcze nic, z tym co zamierzam ci pokazać! — zapewniła go i ruszyła w stronę drzewa, które znajdowało się na tyle blisko dachu, że mogli po nim zejść na ziemię.
Popędził zaraz za nią. Kiedy jego poduszki łap dotknęły trawę, ten westchnął z ulgą i utęsknieniem. W końcu przyjemna, chłodna rosa, której tak dawno nie miał okazji poczuć.
— Może i masz rację, jednak czym niby różni się te morze od tego, nad, którym znajdowały się tereny klanów?
— Chyba ja powinnam zadać to pytanie? Przecież mnie tam nie było ale za to ty będziesz mógł to ocenić już za chwilę! — zamruczała podekscytowana i ruszyła w znanym jej tylko kierunku.
On natomiast ruszył posłusznie za nią. Stawiając łapę za łapą przemierzyli przeżedzony lasek, z którego widział morze. Znajdowali się naprawdę wysoko. Pewnie byli na podobnym klifie, na którym mieszkały koty z Klanu Klifu. Po kamiennych stopniach zeszli na ogromną plaże, gdzie daleko widniały dziwne kosze obklejonymi glonami oraz innymi zielskami, których nazwy znały pewnie Nocniaki, a nie taki prosty kocur, jak on.
— Czy to ta cała farma? Jest ogromna…
— Owszem, jednak normalnie są pod wodą. Sami byśmy byli, gdyby przyszedł przypływ, jednak na tą chwilę nie musisz się o to martwić.
Żółtka zaprowadziła go bliżej dziwnych koszyków powieszonych na belkach, z których ociekała morska woda. Przyjrzał się uważnie zawartości dziwnej klatki, a w niej rzeczywiście były ciasno upakowane ostrygi. Obwąchał je i lekko się skrzywił, kiedy z jednej wypełzło coś czego jeszcze w życiu nie widział.
Żółtka widząc jego zdziwioną minę, zachichotała i trąciła go czule pyskiem.
— To rozgwiazda, głuptasie! — zaśmiała się i machnęła ogonem, żeby ten ruszył za nią.
Szli tak do momentu, aż ich łapy zaczęły obmywać woda.
— Nocą morze jest zazwyczaj spokojne, wiatr się uspokaja, no chyba, że jest sztorm. Jednak wychodzenie w czasie sztormu na farmę ostryg, to możesz się domyśleć, że to nie jest dobry pomysł. Fale i prądy bez problemu mogłyby nawet ukraść potwora, a co dopiero kota. Widziałam, jakie szkody, jakie może wywołać sztorm.
— Brzmi całkiem niebezpiecznie. W lesie mieliśmy całkowicie inne problemy, nie dosięgała nas woda i nie musieliśmy się martwić o podtopienia — mówiąc to, nadal oglądał z zaciekawieniem wnętrze jednej z dziwnych pułapek, gdzie ludzie wsadzili ostrygi. — Pewnie Klan Nocy i Klan Klifu mogły się martwić morzem oraz jego przeciwnościami losu. Nie wiem, czy jestem w stanie się przyzwyczaić. To miejsce, wcale nie przypomina lasu, w którym się wychowałem. Nie jestem w stanie przejść niezauważalnie po drzewach, skoro tutaj jest sam piasek, polany, domostwa oraz klify…
— Są drzewa w głąb lądu i tam może będziesz się czuł lepiej, jednak zieleń nie jest tak piękna, jak błękit morza.
Swoim spojrzeniem objął najpierw Żółtkę, a potem ciemną plamę wody, która cichuteńko szumiała. Może i kotka miała rację? Nie widział zbyt często morza za dnia. Jego uwagę na zgromadzeniach zawsze skradały kotki oraz najróżniejsze opowieści, jakie tylko koty mogły wymyślić. Musiał się przekonać do plaży, zaadaptować do nowego środowiska. Od teraz te tereny należały do niego i zamierzał pokazać wszystkim, że jest w stanie je ochronić.
— Patrolujesz twoje terytorium? Jest ogromne?
Czarna przekrzywiła łepek i wzruszyła ramionami.
— Zależy… Jeśli spacerowanie po okolicach oraz rozmawianie z samotnikami oraz innymi pieszczochami można nazwać patrolowanie, to tak. Ciągle patroluje swoje tereny.
— Nie brzmi to jak patrolowanie. Pozwalasz wchodzić innym na twoje ziemie? Nie stosujesz oznaczeń zapachowych? — Nie dowierzał Żółtce, jednak kotka skinęła mu powoli głową.
— Czyli to taki wasz klanowy obowiązek? Takie spacery i pilnowanie swoich ziem? Jest to całkiem ciekawe, mogłabym spróbować lub pozwolić ci się tym zająć. Wtedy chodziłabym z tobą na te spacery, a ty zrobiłbyś ze mnie prawdziwą wojowniczkę!
Żółtka ewidentnie nie zdawała sobie sprawy z tego, jak ważne jest utrzymywanie terenów tylko dla siebie. Irytowało to Leona, jednak nie zamierzał na nią naskakiwać, ważne, że mógł ją oswoić z klanowymi tradycjami i obowiązkami. Kotka wchłaniała wiedzę niczym suchy mech, co mogło ułatwić jej trening. Sam jeszcze nie dostał ucznia, więc mógłby sprawdzić, czy by się nadał jako mentor. Oczywiście, że da sobie z nią radę! Szczególnie, jeśli ta się tak do niego łasi. Z chęcią pozwoli jej na bliskość, może nie była to Ognikowa Słota z charakterkiem, jednak w pobliżu nie było żadnej innej lepszej kotki, a on w Świetlikach się strasznie wynudził.
Odwzajemnił uśmiech, na co łapki Żółtki zatrzęsły się z emocji.
“Głupiutka pieszczoszka” — zaśmiał się w myślach.
— Na dzisiaj wystarczy ci zwiedzania. Możemy wracać do domostwa, a jutro w dzień zwiedzimy dalsze tereny, które również do nas należą. Mam nadzieję, że cię domownicy wypuszczą, strasznie chciałabym ci pokazać centrum. — Otarła się o niego i dała kilka kroków w stronę kamiennych stopni, które prowadziły do ich gniazda. — Chodź! Ruchy, ruchy! — pogoniła go i ruszyła pędem już wydeptaną przez nich ścieżką.
Leon popędził zaraz za nią, jednak najchętniej zostałby na miejscu i jeszcze pozwiedzał ogromną plaże, jednak czas ich gonił, a na niebie pojawiały się pierwsze odcienie pomarańczu. Poranek się zbliżał.
* * *
Dotarli do domostwa dość szybko i bezszelestnie weszli do środka. Domownicy nie zauważyli, że zdążyli uciec na całą noc. Tak samo jego ojciec, spał, jak zabity.
— Wstawaj Lousie! Dzień już się zaczął! — pacnął łapą swojego ojca. — Normalnie w Klanie Wilka byś już dostał bęcki za takie leniuchowanie!
< Ojcze? Jak ci się podoba nasze nowe terytorium? 🐈🌅🦪>