BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

24 sierpnia 2026

Od Bryzki

— Jak ci mija dzień, Bryzko? — zapytała starsza koteczka, posyłając szarej uśmiech. Bursztynooka podniosła się, gdy do jej uszu dotarł przyjazny ton wąsatej, a następnie otrzepała własną szatę z paprochów, które przywarły do jej skóry, chciała prezentować się dobrze! Najwięcej, zdawało się, uczepiło się miejsca nad jej nosem. Poruszyła lekko uszami, rozbawiona tym faktem. Jej futro było jakimś przyciągaczem niedoskonałości na zewnątrz.
— Czy masz jakiś interes w pytaniu mnie o to, Pyzo? — mruknęła podejrzliwie, spozierając na koteczkę spod byka i garbiąc się, jakby miała zaraz zjeżyć futro wzdłuż kręgosłupa. Po chwili uśmiechnęła się od ucha do ucha i szturchnęła większą w bok przyjacielsko. — Żartuję. Dobrze, dziękuję. — I po tym powróciła do swojej uprzednio obranej zabawy, mianowicie podrzucaniem kulką mchu do góry i próbowaniem wymierzyć, z jaką siłą powinna to wykonać, żeby przedmiot zderzył się z sufitem i upadł obok jej głowy, a nie na jej pyszczku jak do tej pory. Mogłoby się zdawać, że był to koniec ich konwersacji, jako iż kremuska nie odbiła piłeczki. Jednak znajdka o okrągłej budowie nie zamierzała tego kończyć na tym etapie. Czekoladowa uśmiechnęła się z nutką podstępu.
— Mam pomysł na zabawę dla nas! — Tymi słowami zwracając uwagę niebieskiej na siebie raz jeszcze. Ciekawe co wpadło jej do głowy? — Uznajmy, że jestem groźnym wojownikiem Klanu Klifu, który zabrał ci zwierzynę, nieuczciwie przekraczając granicę naszego klanu. Musisz się na mnie jakoś zemścić!
Bryzka otworzyła oczka z podekscytowaniem. Jej ogon wymachiwał delikatnie na boki. Podobało jej się. Pyza, zauważywszy zapał i radość malutkiej, zamruczała.
— Dobrze. W takim razie, co najpierw zrobisz?
— Wyrwę ci łapy, żebyś już nigdy nie mogła mi nic ukraść! — odparła żwawo, następnie naskakując na ciemne kończyny Wilczaczki. Pyza wydała z siebie okrzyk zaskoczenia, udając, że bardzo ją to zabolało. Bryzka zaczęła się śmiać i gdy wczepiła się w koleżankę z legowiska, tylnymi łapkami zaczęła kopać ją w bok, próbując jakoś dać jej popalić. Nie mogła w końcu pozwolić temu przebrzydłemu Klifiakowi na to, żeby tak bezkarnie kradł im cenną zwierzynę z terenów, skoro mieli swoje! — Wynocha, wynocha! — krzyczała pomiędzy donośnym śmiechem, łapiąc przy okazji powietrze, gdy jej go nieco zabrakło z powodu wszystkich tych radości. Pyza próbowała się bronić, jednak Bryzka bardzo zwinnie wykorzystywała swoją smukłą budowę i większości z tych ataków sprawnie unikała, jednak wielu z nich jej się nie udało. Nie było to jednak problemem, ponieważ nie walczyły nawet z wysuniętymi pazurami, dlatego nie zrobiły sobie żadnej krzywdy. Gdy Pyza położyła się wreszcie na boku, pokonana, Bryzka uniosła kitę triumfalnie.
— Skowronku, zobacz! Wygrałam! Zabrałam temu przebrzydłemu Klifiakowi naszą własność — pochwaliła się dymnemu, który wpatrzony był przez ten czas w Nocnego Śpiewaka. Pokiwał głową, a następnie przewrócił oczami, zwracając uwagę ponownie na ojca. Bryzka miała ochotę mu przetrzepać ten łeb za takie wieczne zgarnianie uwagi, jednak… w tym momencie zajęta była zabawą. Pyza podniosła się nagle z warkotem, niczym u borsuka i przewróciła małą, już taką przekonaną o własnej wygranej. Tego dnia Bryzka nauczyła się, żeby sprawdzać, czy przeciwnik na milion procent był wykończony, czy jedynie udawał.

23 sierpnia 2026

Od Żabiego Oka CD. Nurowej Łapy

Żabka przycisnęła Liliową łapę do ziemi. Kot stępnął, ale poddał się pod jej naciskiem. Zaraz potem opuściła łapy i zeszła z niego. Stanęła obok i zamyśliła się. Kociak uczył się dobrze, ale jak walczył z nią to napotykała parę problemów. Jej własna kontrola nie stanowiła tutaj żadnej przeszkody. To dzieciak bardzo powoli się uczył akurat tej umiejętności. Powoli i nieco niechętnie.
– Jeszcze raz. – odetchnęła Żabie Oko. Odeszła na parę kroków od ucznia i odwróciła się przodem do niego. Liliowa łapa pozbierał się z ziemi i gotów do dalszej nauki ustawił się w pozycji. – Pamiętaj. Próbuj nowych rzeczy. Nauczyłam cię podstaw, ale to ty musisz znaleźć swój rytm. Ja tego za ciebie nie zrobię. Każdy walczy bowiem inaczej. – powtórzyła już poprzednie lekcje.
– Rozumiem. – Liliowa Łapa pokiwał głową. – Twój styl walki jest oparty na sile i skoku. Jesteś też uważna. – mruknął. – Ja… z kolei jestem szybki i także skoczny.
– Yhymm… Okiełznaj to. Skoki i uniki są dobrą rzeczą w walce. Jeśli przeciwnik nie może cię trafić wystarczająco długo, zmęczy się albo wścieknie.
– A emocje prowadzą do błędów!
– Bardzo dobrze. Jeszcze raz. Zaczynamy. – mruknęła Żabie Oko i skoczyła w kierunku swojego ucznia.
Żabie Oko w końcu wróciła do obozu. Była nieco zmęczona, ale miała jeszcze trochę siły. Zbliżyła się do kupki z jedzeniem i chwyciła jakąś rybę. Udała się w odrobinę cienia i przysiadła sobie. Wgryzła się w zdobycz i przymknęła oczy. Ten dzień był bardzo przyjemny. Pogoda sprzyjała. Śnieg siedział jeszcze gdzieś głęboko w lasach ukryty w cieniach drzew, ale rzeka już wesoło szumiała i wypełniała obóz swoim wdziękiem. Żabka wsłuchiwała się w tą nutę natury. Ogarnął ją względny spokój. Względny, bo zaraz został przerwany. Żabie Oko uchyliła swoje pomarańczowe oko, kiedy podszedł do niej Nur.
– Rzeka jest już odmrożona! – oświadczył podekscytowany. Przeskakiwał z łapki na łapkę.
– Tak. To świetnie, prawda? – uśmiechnęła się do niego. Ten dzieciak był tak energiczny.
– Tak! Mogę już pływać! I możesz mnie nauczyć polować na ryby! – oświadczył uczeń. Żabka zamrugała i zmarszczyła nos. Lubiła trenować z Nurową Łapą, ale ilość tych treningów ją martwiła. Martwiła ją też reakcja Szałwiowego Serca na te ich wszystkie wypady. W końcu to był książę, a jego uczeń był bardziej zainteresowany treningiem z kimś takim małym i nie nieznaczącym jak Żabka. Jednak nie umiała mu odmówić. Zawsze może się wymigać faktem, że to młody Namiestnik i nie wypada mu odmawiać. Jeśli Szałwiowe Serce wyrazi taką chęć to zaprzestanie. W końcu tylko jego słowo jest ważniejsze od słowa Nura. Tak… to dobra wymówka.
– Więc wyjdziemy dziś? Zapolujemy jeszcze? Ja jestem gotowy! – Żabka spojrzała na niebo. Popołudnie całkowicie już otuliło całe niebo.
– Nie chcesz odpocząć? – zmartwiła się, spoglądają na niego. Widziała w jego mięśniach ten znajomy jej ruch zmęczenia.
– Nie! Chodźmy, proszę! – miauknął do niej i skręcił w kierunku wyjścia. Żabie Oko podniosła się ze swojego miejsca i odetchnęła. Jeszcze chwila, a dzieciak wpadnie na pomysł pójścia samemu. A to byłoby zarówno głupie jak i nieodpowiedzialne.
– No… dobrze. – westchnęła. Nie miała co się spierać z tą mocą perswazji zawartej w tym wibrującym z ekscytacji kocie. Nur jest ambitny, ale i uparty.
– Jej! Chcę łowić ryby!– uczeń wypadł w kierunku rzeki. Żabka szybko go dogoniła wykorzystując swój starszy wiek i większą masę i zagrodziła mu drogę.
– Spokojnie. Parę zasad. – mruknęła. Nur spojrzał na nią z uwagą wypisaną na pysku. – Nie biegniesz przede mną. Słuchaj się mnie uważnie, woda to kot. Woda jest niebezpieczna, a nurt rzeki potrafi zabić kota nawet najbardziej perfekcyjnego. Matka natura nie zlituje się nad tobą, bo dopiero się uczysz, nie zlituje się nad tobą jak już wszystko umiesz. Szanuj ją, szanuj rzekę i jej siłę. Jasne? – rzekła całkowicie poważnie.
– Jasne. Rozumiem. – Nur pokiwał łebkiem.
– Uczyłeś się pływać jako kociak, ale pływanie w rzece, zwłaszcza tak długo żeby upolować rybę nie jest proste. – odparła. – Jest męczące i wymagające. Wymaga skupienia. Wymaga siły.
– Rozumiem!
– I najważniejsze Nur. I to musisz wbić sobie do głowy na pamięć, bo to idzie wbrew wszystkim zmysłom i instynktom jakie masz. – spoważniała jeszcze bardziej. Mina Nura nieco zrzedła na jej słowa. – W żadnym wypadku, jeśli zachłyśniesz się wodą… masz nie wierzgać. NIE. WIERZGAĆ. Masz zastygnąć. Wstrzymać oddech nie ważne jak bardzo palą cię płuca. Ja cię obserwuję. Ja mam na ciebie oko. Ja wyjmuję cię z wody jeśli zajdzie taka potrzeba. – oświadczyła.
– Ale nie zajdzie! – Nur tupnął nogą. – Dam sobie rady.
– Wiem… Wiem Nurowa Łapo, wiem. Jesteś utalentowany, ale nawet utalentowanym i idealnym kotom matka natura nie daje forów. – mruknęła. – Nieważne ile masz lat, nieważne ile kotów zabiłeś czy ocaliłeś. Rzeka zabierze cię w sekundę nieuwagi. Karmi nas, ale ma swoje zasady i swoje koszty. I musimy o tym pamiętać. – Nurowa Łapa kiwnął głową z powagą na pyszczku.
– Będzie okej. Dam sobie radę. – mruknął zaraz potem.
– Ja wiem… ale zasady muszę ci przedstawić. Przecież teoria to podstawa praktyki! – uśmiechnęła się do dzieciaka. Atmosfera nieco się rozluźniła.
Koty szybko przepłynęły na drugi brzeg rzeki.
– Gdzie właściwie idziemy? – zapytał Nur.
– Tam gdzie się uczyłam ja. Tam jest płycej i ryby trzymają się bliżej tafli. Tam nurt jest też znacznie łagodniejszy i lepszy do nauki. – odpowiedziała.
– Nie możemy po prostu w rzece obok obozu? – zapytał równając krok z nią.
– Moglibyśmy, ale tyle pływa tam kotów codziennie, że ryby unikają tego miejsca. Nurt jest te bardziej nieprzewidywalny i jest bardziej idealny do nauki pływania. A ty chciałeś łowić ryby co? – zagadnęła.
– Tak! Chciałbym łowić ryby! – potwierdził Nur.
– Więc idziemy w idealne do tego miejsce. Odrobinę cierpliwości. W międzyczasie możesz posłuchać ptaków i powiedzieć mi co to za gatunki.
Ich zabawa w zgadywanie śpiewu ptaków trwała aż do momentu dotarcia na miejsce. Żabie Oko spojrzała w piękną wodę i zmarszczyła nos. Nurt nie wydawał się być dzisiaj jakoś rwący.
– Dobra. Daj mi chwilę. – zanurzyła się w wodzie, bardzo powoli i spokojnym ruchem podpłynęła na środek. Zanurzyła pyszczek pod wodę i uchyliła oczy. Obraz był rozmazany, ale wystarczający aby dostrzec parę ryb pływających niedaleko przy dnie. Żabka wyjęła głowę spod wody. Nie odpłynęła za daleko. To dało jej całą wiedzę jaką musiała posiadać.
– Dobra. Nurt nie jest szalony dzisiaj. Ryb jest pełno. Mamy dwie opcje nauki. Naukę łowienia z nurkowaniem i naukę z cierpliwym czekaniem na rybę.
– Nurkowanie!
– Dobrze. To teoria. – Żabka rozgadała się trochę na ten temat. Nur uważnie słuchał każdego jej słowa. W tym czasie też trochę odpoczął, co nieco uspokoiło żabkę. Potem oboje trochę popływali i poćwiczyli samo nurkowanie. Nurowa Łapa bardzo dobrze się sprawiał.
Aż nie nadszedł moment próby polowania. Nur przyglądał się temu z uchylonymi pod wodą oczami. Był gotowy. Żabie Oko rzuciła rybę na brzeg rzeki i usiedli na chwilę.

– Kiedy mogę? Kiedy? – Nur przeszedł z łapy na łapę.
– Jak muł usytuowi się odrobinę na dnie i ryby przestają czuć się zagrożone. Daj im parę uderzeń serca. Woda porusza się bardzo powoli. – wytłumaczyła. Koty odczekały jeszcze chwilę i Żabka dała Nurowi zielone światło na kolejne próby. Kot radził sobie bardzo dobrze, chociaż upolował tylko jedną rybę. Do czasu… Żabie Oko nie wiedziała co poszło nie tak. Nie widziała tego momentu. Zdarzył się pod taflą wody. Wszystko co widziała było jak głowa Nura wychyliła się nad wodę i wniknęła zaraz pod nią, z nagłym ruchem jego ciała. Wojowniczka naprężyła się i wbiła uważny wzrok w miejsce gdzie zniknął dzieciak. Zanurzyła łeb pod wodę i zaraz wyjęła go z powrotem. Skoczyła w kierunku Nura i nurkowała w kierunku młodzika. Chwyciła przerażonego ucznia za szyję, zanim w ogóle zanurzył się za głęboko i wyjęła go nad taflę. Nur zakaszlała dwa razy, trzy, cztery aż wziął porządny oddech. Pierwsze jego oddechy były krótkie i nieco przerażone, aż nie znaleźli się na brzegu. Żabka polizała Nura między uszami.
– Ale żeś mnie przestraszył. – zaśmiała się. – Zupełnie jak ja moją mentorkę, jak się uczyłam, haha! – polizała go ponownie dla ukojenia jego nerwów. Praktycznie każdy kto był niedoświadczony w nurkowaniu na początku złapał trochę wody w płuca. Od tego byli mentorzy i inni wojownicy aby mieć takich na oku.

<Nur?>

Od Żabiego Oka CD. Łabędziej Łapy (Łabędziego Tanu)

Żabia Łapa, teraz już Żabie Oko nie mogła być z siebie bardziej dumna. Ledwie parę dni po własnym mianowaniu Liliowa łapa otrzymał swoje nowe imię i został przydzielony jej jako uczeń. Kociak był zdolny, odważny i przede wszystkim pracowity. Żabie Oko na początku nie była pewna czy poradzi sobie z uczeniem kogokolwiek tak szybko, ale okazało się, że Liliowa Łapa był w pewnych aspektach bardzo podobny do Nura. Oboje słuchali się jej bardzo uważnie i bardzo dobrze rozumieli jej instrukcje. Treningi stały się jedną wielką przyjemnością, a obawy młodej wojowniczki roztopiły się razem ze śniegiem.
– Nie wierć się tak, twój cień widać na wodzie. – poinstruowała Lilię. Właśnie siedzieli nad wodą i wbijali w nią swoje uważne ślepia. Żabka nauczyła go już jak polować pod wodą, ale polowanie nad nią było równie ważne, w końcu było jeszcze chłodno. – Tylko cierpliwość i koncentracja pomogą ci w tym rodzaju polowania.
– I jak zobaczę coś to mam… machnąć łapą? – zapytał kot u jej boku. Jego uszy były uważnie nastawione. Skupiał się na szumiącej przed nimi wodzie.
– W pewnym sensie. – odparła. – Musisz złapać tę rybę. Mówiłam ci już, że jak coś się zbliży, to ci zademonstruję jak. Tylko...coś musi podpłynąć. – odparła. Jeszcze chwilę tak siedzieli, aż Żaba nie spostrzegła cienia pod wodą. Zanurzyła czubek pazura i postukała w taflę wody, a cień się zbliżył. Ciekawość i głód po zimie sprawiła, że ryba znalazła się w zasięgu młodej wojowniczki. Ta trzepnęła swojego ucznia ogonem, żeby złapać jego uwagę, po czym rozłożyła wszystkie pazury. Jednym zwinnym i silnym ruchem zanurzyła się aż po łopatkę i wbiła pazury w zdobycz. Napięła mięśnie i idąc z momentem, wydobyła łapę po łuku do góry. Ryba zatrzepotała, próbując się wyrwać, ale siła pociągnęła ją nad wodę i w trawę. Liliowa Łapa skoczył do niej i zaraz ją dobił, a Żabka nawet nie musiała się ruszać w jej kierunku.
– Musisz włożyć w to trochę siły, żeby ruch łapy wyjął też tę rybę z wody. – odparła.
– Chyba wolę polować w wodzie… – odparł kociak, przenosząc rybę na małą kupkę zdobyczy, jaką upolowali.
– Rozumiem cię doskonale, jednak nauczyć musisz się wszystkiego, nawet jak nie będziesz w tym idealny. Każdy ma swoje słabe i mocne strony, w tym ja.
– A co jest twoją słabą stroną? – zagadnął Liliowa Łapa, nastawiając uszy z ciekawością.
– Ciekawy, co? – Żabie Oko uśmiechnęła się szeroko i zamilkła na chwilę. Widziała, jak Liliowa Łapa peszy się trochę. – No już, już. Moją słabością jest wspinaczka na drzewa. Od samego początku nie byłam w tym najlepsza. I jakoś daję radę, ale ty z pewnością już w tym momencie jesteś w tym ode mnie lepszy.
– Chwila… ale przecież… ty wspinasz się bardzo dobrze! – Liliowy kot zerknął na nią nieco niezadowolony.
– Nie wspinam się dobrze. Moja technika jest… kwestionowana. Całą teorię znam, pamiętam, w końcu niedawno sama byłam uczniem, ale… żeby z niej skorzystać to inna kwestia.
– Nie rozumiem… Skoro ja uczę się od ciebie czy to by nie znaczyło, że ja też źle się spinam? W sensie mam złą technikę?
– Tak i nie. Z jakiegoś powodu bardzo dobrze uczysz się z samej teorii. Bystry jesteś. Dobra… Bierz zdobycze i idziemy do obozu. Starczy na dzisiaj.
– No dobrze. Dziękuję Żabie Oko, za trening.

Żabie Oko rozciągnęła się i odłożyła ryby na kupę zdobyczy. Liliowa Łapa uśmiechnął się szeroko do swojej mamy, która zerkała na nich z daleka i zaraz uciekł do rozmowy z nią. Żabie Oko uśmiechnęła się szeroko, po czym rozejrzała po obozie. Jej wzrok napotkał inny, znacznie bardziej wściekły i nieprzyjemne, a jednak znajomy. Łabędzia Łapa gapiła się na nią ze zmarszczonym pyszczkiem i wzrokiem, który mógłby zabić. Wojowniczka tylko zaśmiała się pod nosem i przypomniała sobie o czymś. Spojrzała na jedną z ryb, którą upolowała. Ta miała piękne, czarne łuski, które w słońcu błyszczały się przepięknym różem i żółcią, niczym horyzont o wschodzie słońca. Chwyciła ją w pysk i ruszyła w kierunku młodej uczennicy. Rzuciła swoje jedzenie obok niej na ziemię i rozszerzyła uśmiech, o ile to w ogóle było możliwie.
– Cześć. – przywitała się.
– Czego chcesz? – prychnęła Łabędzia Łapa. Ewidentnie miała marny humor.
– Ktoś tu miał dzisiaj zły dzień, co? – Żabie Oko machnęła łapą. – Nic się nie martw. Mam coś dla ciebie! – przesunęła rybę bliżej kotki.
– Mam już swoje jedzenie. Nie mam ochoty na rybę. – kotka nastroszyła się dość mocno.
– Nie, nie. Spokojnie. To nie dla ciebie do jedzenia, to mój obiad.
– To po co mi to dajesz?! – uczennica skrzywiła się nieco.
– Przyjrzyj się jej. Ma bardzo ładne łuski, błyszczą się jak poranne niebo, jak postawisz je do słońca. – mruknęła wojowniczka. – Ja wiem, że lubisz takie błyskotki, pomyślałam, że skoro i tak większość łusek z niej zdejmę, to może chcesz jakąś większą do swojej kolekcji. – wzruszyła ramionami. – A skoro nie lubisz, jak ktoś dotyka twoich dobroci, to chciałam, żebyś wybrała ją sama.

<Łabędzia Łapo?>

Od Milczka do Fiołek

Kiedyś

Milczek za wszelką cenę próbował dostać się do mleka matki. Otworzył oczka dosyć szybko, chociaż mogła być to wina tego, że był trochę starszy od Fiołki i Jasności. Za to nie wypowiedział nadal ani jednego słowa. Trudno było stwierdzić małemu kremusowi, czy Senna Łza, jakkolwiek się o niego martwiła, czy też może nie i traktowała go tylko jako zbędny dodatek do wykarmienia. Nie mógł nawet o to spytać. Jego „rodzeństwo” piszczało dosyć często, on z kolei był… bardzo cichy. Najgłośniejsza w żłobku była chyba Fiołek. Gdy tylko się urodziła już wydzierała się wniebogłosy, starając się skupić na sobie całą uwagę karmicielki. Najmniej uwagi skupiał na sobie Milczek, co czasem doprowadzało do tego, że po prostu nie był najedzony. Nie, żeby mógł narzekać, ale strasznie nie przepadał za małą szylkreteczką, którą mógł, a może nawet powinien uważać za swoją siostrę. Wydzierała się, przepychała w stronę jedzenia i widocznie nie lubiła, gdy coś szło nie po jej myśli.

Aktualnie

Milczkowi nie było dane poznać swojej matki (nie, żeby tego chciał) ani swojego rodzeństwa (część nie żyła, druga część został oddana w łapy Wilczaków). Niemal od narodzin towarzyszyły mu, jednak trzy kotki. Jasność była uparta, ale wydawała się współczuć kremowemu, gdy jednak okazało się, że był niemową. Senna Łza z kolei była cicha i zdawała się za arlekinem nie przepadać. One jednak nie były największym problemem. Najbardziej nie przepadał za małym gadem, który nie pozwalał Milczkowi być w centrum uwagi nawet na pół sekundy. Milczek miał szczerą ochotę przyłożyć kotce, ale trochę bał się, że Łza go wyrzuci. I było tak, aż do pewnego dnia…
Kremowy miał właśnie zabrać się za jedzenie myszy, którą przyniósł mu jeden z uczniów, ale coś mi przeszkodziło. Coś, czyli biała łapa ciągnąca stworzonko za ogon. Milczek spojrzał w bok, prosto w zielone oczy Fiołek. Zjeżył futro i zabrał zwierzę. Kotka jednak spróbowała ponownie, i to doprowadziło do wściekłości kocurka. Wysunął pazury i zaatakował jej łapę, obnażając lekko ząbki.

<Fiołek?>

Od Firletkowej Łapy CD. Trójokiego Zająca

Każdy, kto miał już styczność z Firletką, wie, że kocha on ptaki. I to bardzo. Gdy tylko znajdowała się okazja, obserwował je z pełną uwagą poświęconą tylko im. Jednak rzadkością było dla niego zauważenie fulmarów, zwłaszcza między łudząco podobnymi do nich mewami i to w czasie szybowania nad bezkresnym morzem. Ptactwo wydawało donośne krzyki, zniżając swój lot, by się schować w swoich gniazdach, podczas gdy słońce chyliło się ku zachodowi.
Niebieski kocurek akurat wrócił z wieczornego polowania razem z tatą, przynosząc ze sobą parę gryzoni. Samemu Firletce udało się upolować wiewiórkę oraz ryjówkę! Był z siebie bardzo dumny, bowiem nigdy tak dobrze nie poszło mu polowanie. Trójoki Zając niósł zaś w pysku solidnie zbudowanego królika. Nim naje się co najmniej trójka kotów. Tak więc uczeń wziął zdobycz i od razu zaniósł do żłobka. Niedawno przecież nowe kocięta się urodziły, też ich matka potrzebowała dużo jedzenia. Gdy wrócił do ojca, ten polizał go czule między uszami.
— Jestem z ciebie tak bardzo dumny — wymruczał, a Firletkowa Łapa uśmiechnął się do niego.
— Staram się, jak mogę — odparł.
Wojownik posłał mu jeszcze czułe spojrzenie, po czym odszedł do odpoczywającej niedaleko Kukułczego Wdzięku, a młodzik wziął ze sterty pierwszą lepszą piszczkę i ruszył pod legowisko uczniów, gdzie położył się i zjadł swój posiłek. Następnie wykonał swoją wieczorną toaletę i zniknął w legowisku.

* * *

Następnego dnia obudził się z dziwnym uczuciem. Łapy mu zdrętwiały i miał wrażenie, że coś mu się śniło, ale nie mógł sobie skojarzyć, co dokładnie. Czuł się, jakby miał mgłę w mózgu. Otrząsnął się i wstał, rozciągając łapy. Gdy wyszedł z legowiska, okazało się, że nikt jeszcze nie wyszedł na centrum obozu. Gdy wyjrzał przez wodospad, to słońce dopiero co wyłaniało się zza morskiego horyzontu. Gdy zdał sobie sprawę z wczesnej pory, stwierdził, że może jednak wróci do legowiska i poczeka, aż wojownicy wstaną. Zanim jednak to zrobił, usłyszał okrzyki i śmiechy mew. Nastawił uszu i spróbował coś dojrzeć między wodospadem a jaskinią, ale jednak nie widział zbyt dużo. Tak więc szybko wślizgnął się do swojego posłania i zamknął oczy. Nawet nie wiedział, kiedy zasnął.
Jednak po paru dłuższych chwilach wyrwało go ze snu ziewanie kogoś gdzieś obok. Stęknął i przeciągnął łapy. Teraz coś mu zaświtało. Przyśniło mu się wcześniej, że latał razem z ptakami nad morzem! Bardzo mu się spodobał ten koncept, ale niestety to było niemożliwe.
Ziewnął, by się rozbudzić, po czym usiadł i umył łapy oraz głowę. Wyszedł z legowiska i podbiegł do taty, który akurat wychodził ze swojego posłania.
— Tato! — kzyknął szeptem. — Możemy dziś wcześnie wyjść na patrol? Bo chciałbym pooglądać mewy! — oznajmił, podczas gdy Trójoki Zając dopiero zaczynał kontaktować po śnie.
— Już, dobra, dobra — ziewnął.
— No, ale chyba nie sami? — spytała się zaspana Kukułczy Wdzięk, a zielonoocy spojrzeli się na nią. — Może przejdę się z wami? Dawno nie byłam z kimś z moich dzieci poza obozem. — Uśmiechnęła się, wstając z posłania, a potem wszyscy zeszli na dół.
Gdy cała trójka już była przy wyjściu z obozu, kremowy wojownik kiwnął głową i wyszli z jaskini. Firletkowa Łapa tak się cieszył, że poszła z nimi mama, że aż dodało mu to sił. Popędził przed siebie, pilnując się, by nie stanąć zbyt blisko krawędzi.
Truchtał wzdłuż klifu, bacznie obserwując wszystkie ptaki, szukając tych bardziej krępych i dłuższych ciał, bo w ten sposób można rozróżnić fulmary od mew. Wtedy — tam! Jest, nieco większy ptak od reszty! Zatrzymał się i z szeroko rozdziawionym pyskiem i niemal nie mrugając, obserwował te piękne zwierzę. Nawet nie zauważył, kiedy zbliżył się za mocno do krawędzi. Tylko krok go dzielił od upadku w przepaść. Zaciekle obserwował wiszącego w powietrzu fulmara, nieświadom niebezpieczeństwa, na którego skraju się znajdował. Wyciągnął łapę przed siebie, gotowy zrobić kolejny krok. Za nim rozległ się przeraźliwy głos:
— FIRLETKO!
I zanim się obejrzał, stracił grunt. Ześlizgnął się ze skraju, tracąc równowagę. Łyknął powietrze z nagłego przerażenia, a serce mu się niemal zatrzymało. Poleciał przodem w dół, lecz instynktownie ustawił się w pozycji lądowania, z wyprostowanymi pod siebie łapami i naprężonymi mięśniami gotowymi do bezpiecznego upadku. Jednak pech chciał, że zaraz pod nim znajdował się wysoki głaz na samej granicy plaży i morza. Uderzył w niego lewą łapą z impetem. Usłyszał trzask, w gardle zebrał mu się krzyk. Poczuł, jak krew mu wrzeje w lewej łapie na całej jej długości. Bark jakby mu się wybił. Po zderzeniu z głazem ciężar jego ciała przekierowany został w prawo, uderzając głową o ścianę klifu, a kamień leżący pod nią niczego nie polepszył. Natychmiast jego wizję zalała ciemność, w uszach zabrzmiał dziwny szum.

* * *

Otworzył oczy. Wszystko było spowite jakby mrokiem. Dźwięki były zniekształcone. Mrugnął. Nagle jego lewą stronę ciała oblał paraliżujący ból. Był półświadomy, a przed jego oczyma widział rozlany, kremowy kształt, a obok drugi, taki jakby szaro-kremowy. Stęknął, a jego ciało przeszły dreszcze. Było zimno, mokro, coś go oblewało po głowie. Próbował się poruszyć, ale na marne. Gdy w końcu trochę oprzytomniał, a rozlane kształty zaczynały nabierać sylwetki, wrzasnął z ogromnego bólu promieniującego od lewej łapy. Była cała zakrwawiona, gdzieś z boku głowy też ciekła ciepła, szkarłatna strużka. Próbował się jakoś podnieść, ale to powodowało więcej bólu. Obie sylwetki były dla niego nierozpoznawalne, jakby były tylko czymś, nie kimś. Cokolwiek do niego mówili, nie docierało. Jakby ktoś wyłączył mu zdolności poznawcze i rozumienia. Jęknął, po czym po prostu się poddał i przestał próbować się podnieść. Jedynym słowem, które wisiało w jego głowie, było:

<Tato…?>

Od Milczka do Orzechówki

Milczek strzelał uchem, odwracając głowę do tyłu podczas leżenia nieopodal Świteziankowego Jeziora i jej kociąt. Zamrugał kilkukrotnie, dziwna melodia dostawała się bowiem do jego zaokrąglonych uszu. Najstarsza karmicielką patrzyła na swoje młode jak zwykle nieprzychylnie. Piosenka nucona przez jej córkę brzmiał uspokajająco, kotka jednak wydawała się jak zwykle spięta. Nawet czterokiężycowy kociak, taki jak kremus widział przygnębienie w oczach kotki, ilekroć spoglądała na Orzechówkę i Drzemlika. Arlekin nie doceniał jakoś szczególnie melodii kotki, gdyż chwilę po tym, jak zbudziła go ona ze snu, podszedł do czarnej kotki i tknął ją palcem.
— Tak? — zamiauczała melodyjnie, odwracając swój pyszczek do tyłu. — Ach — mruknęła tylko cicho speszona.
Kremowy słyszał co nieco o młodszej. Nie należała do szczególnie rozmownych, za to często nuciła pod nosem i bawiła się kwiatami. Wyglądała jakby nie przepadała za swoją matką, choć mogła być to wina samej Świtezianki. Arlekin szybko, więc stwierdził, że kotka nie będzie najlepszym dla niego towarzystwem. Wolał tych odrobinę bardziej rozbrykanych. Zjeżył futro i zatrząsł się nerwowo. Bez dłuższego zastanowienia zjeżył futerko i obnażył czyste ząbki. Zamachał ogonem, spotykając się z zszokowanym spojrzeniem Orzechówki. Milczkowi natomiast towarzyszył ogromny wyszczerz. Miał ochotę zaburzyć spokój kotki, zobaczyć jej nieco bardziej porywczą stronę. Zastanawiał się, tylko czy to możliwe. Chciał tylko się pobawić! Kotka była młodsza, więc mógł na spokojnie przecież dać jej fory!

<Orzechówko?>

Od Milczka do Lipieńka

Kremowy kocurek nie mógł zadawać się z każdym w żłobku. Tak przynajmniej powiedział mu Złocisty Widlik. Senna Łza zdawała się mieć gdzieś jego egzystencję, Fląderka tylko czasem patrzyła na niego jakimś marnym wzrokiem, a Świteziankowe Jezioro…była taka jak zawsze, przygnębiona. Nie pozwalano mu zbyt długi kontakt z rodzeństwem, nie wspominając już Komarze, który był najbardziej trefnym kocięciem żłobkowego odrzutka. Chyba obawiali się, że arlekin także zmieni się w błotnego stwora. Milczek, nawet jeśli nie rozumiał całej tej nienawiści, postanowił słuchać dorosłych i zadawać się tylko z tymi bardziej chcianymi rówieśnikami. Nie, żeby on jako nie-czekot, ale niemową był jakoś bardziej szanowany. Nie wiedzieć dlaczego w tym dziwnym miejscu panowały dziwne zasady. Raz, gdy wpadł na jednego kocura, został paskudnie zbesztany. Coś o tym, że nie powinien dotykać księcia. O cokolwiek chodziło, kremowy zbyt długo raczej nie słuchał. Także nie mógł zadawać się z błotniakami i jakimiś śmiesznymi księciami. Poczuł, jak ktoś staje zaraz za nim i odwrócił się. Stał przed nim Lipieńek, z miną jakby chciał coś poszponcić. Milczek przechylił głowę zaintrygowany towarzyszem. Gdy zaczął iść w stronę wyjścia ze żłobka, w ostatniej chwili ugryzł go w ogon, aby zaprzestał swoich działań.
— Ała! Co ty robisz?! — zawył, odwracając się do starszego kocura.
Niebieskooki obnażył zęby, a buras odwdzięczył się tym samym. Ten drugi odpuścił sobie jednak walkę, ponownie próbując za wszelką cenę wydostać się na zewnątrz.

<Lipieńku?>

Od Milczka do Łabędziego Tanu

Jakiś czas temu

Milczek siedział na uboczu, bawiąc się leżącym na ziemi listkiem. Żłobek był przepełniony…ale strasznie nudny. Dziś chaos był nawet większy, gdyż Pszczeli Rój wydała na świat kolejne potomstwo. Wydała, wydał, dla kremowego było to raczej wszystko jedno. To i tak śmieszny wymysł dziwnego wojownika. Znaczy teraz karmicielki. Korzystając z chwili nieuwagi innych, wychylił pyszczek ze żłobka. Arlekin domyślił się, że w tej chwili musiało być jakieś zebranie, tylko jakie? Spojrzał na Mandarynkową Gwiazdę, mrużąc oczka. Z tego co widział, właśnie odbywało się czyjeś mianowanie. Wbił pazurki w ziemię podekscytowany. W końcu będzie miał okazję zobaczyć takowe wydarzenie przed własnym! Cały klan skandował imię kotki, ale Milczek wydawał się niezbyt podekscytowany. Ceremonia wydawała się młodemu…nudna. Uśmiechnął się, machając ogonkiem na boki.
“Zaczepię później tą śmieszną… Łabędzi Tan!” pomyślał i schował się do żłobka.

Następnego dnia

Milczek powoli wypełzł ze żłobka, kierując się w stronę wyjścia z obozu. Chciał wyjść i trochę pozwiedzać, ale gdy tylko poszedł kilka kroków dalej, niefortunnie na kogoś wpadł. Spojrzał w górę i uśmiechnął się, widząc przed swoimi oczyma nikogo innego jak Łabędzi Tam. Kotka najpierw zgromiła go wzrokiem, ale po chwili odsunęła się, myjąc łapę oraz przybierając nieco łagodniejszy wyraz pyska.
— Milczku gdzie cię łapy niosą? — zapytała, unosząc brwi.
Kocur spojrzał na nią, mrużąc oczy.
“Tak jakbym mógł gadać!” pomyślał oburzony.
Wskazał łapą na kotkę, następnie narysował na ziemi mniejszą i większą kulkę, między nimi strzałkę.
— Whjwjik. Hiajk?— wycharczał w końcu, mając szczerą nadzieję na to, że kotka mimo wszystko go zrozumie.

<Łabędzi Tanie?>

Od Milczka do Złocistego Widlika

Jakiś czas temu

Milczek odtuptał od Sennej Łzy i jej kociąt. I h towarzystwo wydawało się kocurkowi niezwykle nudne. Najchętniej pobawiłby się ze swoim rodzeństwem i kociętami Fląderki, jednak gdy tylko jego łapa stawała w ich pobliżu, spoglądał na niego ten dziwny kocur. Siedział tu przez cały czas tak jak karmicielki, ale on nie miał kociąt. Nawet nie mógł ich mieć. Ktoś tłumaczył mu, że zielonooki opiekuje się nimi jako piastun, ale arlekin nie miał zielonego pojęcia, co znaczyło te słowo. Opiekował się jednak nimi, gdy brakowało którejś ze starszych kotek, więc nie mógł być kimś złym. Ostatecznie więc podszedł po cichu do kocura i rzucił się prosto na jego puszysty ogon opleciony wodorostami. Piastun odwrócił głowę, patrząc, jak Milczek walczył z jego ogonem. Zaśmiał się cicho i machnął ogonem, wydostając się w samą porę, aby uniknąć igiełkowatych ząbków malucha. Mały arlekin zamrugał i podniósł głowę, patrząc prosto w oczy Widlika. Nawet zdołał sobie przypomnieć jego imię.
— Masz dużo energii co? — miauknął ciepło zielonooki, widząc, jak maluch ponownie rzucił się na jego ogon.
W końcu część futerka została brutalnie ośliniona, a miejscami nawet…odrobinę go brakowało. Dwukolorowa kulka wyglądała na niesamowicie dumną z siebie, natomiast starszy kocur był…spokojny. Srebrny zmrużył oczy w dezaprobacie i skoczył prosto na szyję kremowego, usiłując go ugryźć. Gdy się odsunął, fuknął cicho.
— Whdilik! — wycharczał młody, przypominając sobie jego imię.
— Jestem Złocisty Widlik, zgadza się Milczku — uśmiechnął się ciepło, liżąc kocię po główce, w celu ujarzmienia odstającego futerka.
Milczek fuknął oburzony. Kremowy kocur miał w swoich oczach coś, co młodziak zaczął powoli rozpoznawać. Smutek i współczucie.
“Przez to, że moja rodzina jest czekoladowa? Przecież ja nie jestem…” myślał często Milczek.
Spojrzał ponownie na starszego i uśmiechnął się szeroko. Poruszył lekko ogonem i usiadł przed nim.
— Bhejke — miauknął, mając nadzieję, że piastun go zrozumie.

<Złocisty Widliku?>

Od Milczka do Centurii

Jakiś czas temu

Kremowy kocurek przyglądał się towarzyszom ze żłobka raczej z boku. Machał przy tym Budzony ogonkiem, widocznie zastanawiając się, komu mógłby się dziś uprzykrzyć. Ziewnął cicho, przeciągając się przy tym. Wbił pazury w ziemię i postukał łapkami o ziemię, nucąc niezbyt głośno. Jego wzrok zawiesił się w końcu na kociętach Fląderki. Złocisty Widlik widocznie wolał, aby się z nimi nie zadawał (co można było powiedzieć nawet po jego wzroku, gdy tylko łapa arlekina postanęła zbyt blisko czekoladowych bestii), chociaż ten skutecznie się tym nie przejmował. Dlatego, teraz gdy piastuna nie było w pobliżu, zaczął chodzić po żłobku w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Spojrzał znowu na bąble czekotki i zachichotał złowieszczo. Poznał już Wełniankę i Lipieńka, Pyza i Milczek to podobno jego rodzeństwo, więc Centuria musiała być dymną kotką, śpiącą w ich pobliżu.
“Jakie nieoryginalne, ja mogę być jedyną niemową w tym klanie…” pomyślał dzikusek, poruszając ogonkiem na boki.
Wyściubił nos na zewnątrz i zaczął chodzić po obozie w poszukiwaniu…robaków. Znalazł jakąś gąsienicę, żuka, ale też, gdy zaczął trochę kopać dwie dżdżownice. Chwilę mu to zajęło, jednak gdy wrócił do żłobka, wszyscy nadal spali. Wrócił za to Widlik, który widocznie rozglądał się za kremowym, bo gdy tylko wrócił do kociarni, ten obrzucił go zmartwionym spojrzeniem. Zawinął robaki w jakiś liść (w końcu nie mógł trzymać ich w pysku), a kiedy Złocisty tylko się odwrócił, położył liść zaraz obok Centurii. Wierzył w to, że małe istotki trafią tylko do burej kotki, a nawet gdyby trafił do reszty…to przecież większość tej rodzinki to czekoty. Może byłoby mu trochę szkoda, gdyby robaczyska zaatakowały akurat Wełniankę, ale czego nie robi się dla zamętu. Milczek usiadł więc w boku i czekał na chaos…

<Centurio?>