BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Klifu!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

07 lipca 2026

Od Tańcującego Pierza CD. Wdzięcznej Firletki

timeskip; krótko po ostatnim opowiadaniu Pierza
TW: Krew, morderstwo, okrucieństwo, nieprzyjemne opisy

Sójczy Błękit starała się umiejętnie przewodzić przydzielonej jej grupie i poruszać się szybko. Naprawdę. Jednak powłóczący nogami starsi, którzy robili to nawet w obliczu zagrożenia, nie pomagali.
Coraz bardziej oddalali się od pierwszej grupy.
Długie jęzory ognia tańczyły na wietrze, zamieniając suchą trawę . Wraz z nimi przemieszczały się prędko dwa koty; jeden wtapiający się w płomienie z łatwością, drugi srebrzysto rudy kot za nim podążał. Długonogi kocur uśmiechał się szeroko, czując pieczenie w oczach, wiatr w sierści i ciepło bijące ze skrzydeł ognistych, które go próbowały otoczyć. Puszysta kocica zmarszczyła brwi, w jej oczach można było ujrzeć zdeterminowanie. Jakby miała cel czekający na nią do zrealizowania.
Podmuchy wiatru niosły ze sobą okropny gorąc i zapach dymu... W ułamku sekundy z jednej strony drogę zagrodził grupce ogień. Z gardła Sójczego Błękitu wyrwał się mało elegancki wrzask. Odwróciła się w drugą stronę, jednak jasne, rosnące płomienie skutecznie uwięziły ich w jednym miejscu.
— Nie, nie — mruczała pod nosem, puszczając Króliczą Gwiazdę i odbiegając kawałek dalej. — Nie!
Zaczęła panikować. Odwróciła się do reszty, z szeroko otwartymi oczyma, po czym po raz kolejny wydała z siebie zaskoczony krzyk, gdy za grupą dojrzała innych wojowników. Takich, których nie było wtedy w obozie, i za którymi ciągnęły się same nieszczęścia.
Nagle koty na końcu orszaku podskoczyły, słysząc z tyłu głośny, głęboki śmiech.
Na tle ognia Sójczy Błękit mogła zauważyć dwie kocie sylwetki. Jedna chuda, o ostrych rysach, natomiast druga masywniejsza. Pierwszy z nich ruszył pewnym krokiem w stronę wojowniczki.
— Co za ciepłe spotkanie, nieprawdaż? — zaczął głos spokojny, zbyt nienaturalny i zbyt nieodpowiedni w obecnej sytuacji. Kot nagle się zatrzymał, zachowując pewien dystans między nimi. Nastąpiła nieprzyjemna cisza, którą tylko zakłócały trzaski dochodzące z ognia. Kocica obok napięła mięśnie, gotowa do ataku.
Sójczy Błękit wytrzeszczyła oczy, widząc oświetloną przez ogień połowę pyska rozmówcy. Wielkie, szmaragdowe oko, w którym odbijały się tańczące płomyki. Nienaturalnie szeroki uśmiech zagościł na pysku rudego burmskiego. Patrzył na wojowniczkę z góry, specjalnie zadzierając brodę ku górze. Zmrużył lisie ślepia i skinął niespodziewanie głową do Nieustraszonego Chomika, która niczym dzikie zwierzę kilkoma susami znalazła się bliżej starszych.
— Jesteście otoczeni — miauknął z uśmiechem.
Kocica rozejrzała się po ognistym kręgu, widząc następujące koty; Bąbelkowy Plusk, Rudzikowe Skrzydełko, Dziki Berberys, Zwiewny Mak, Gradobijący Cierń... aż w końcu jej wzrok spoczął na umięśnionym synie Kminkowego Szumu, który podszedł do niej na niebezpieczną odległość. Tańcujące Pierze.
— Widać, że wasz przywódca już was nie uratuje, co? — szepnął, pokazując na skulonego Króliczą Gwiazdę. — Och... jak mi was szkoda. Biedne króliczki... — słodził, wyraźnie z nich szydząc. Pokręcił głową i się odsunął, krążąc wokół Burzaków. Uśmiech nagle zniknął. Teraz patrzył na nich z czystą pogardą.
— ... Ale nie ma teraz czasu na współczucie. Same zapędziłyście się w kąt, głuptaski. Chodź, Cierniu.
Wtedy spojrzał na Ciernia.
I wszystko stało się tak jasne jak ogień.
Ogień, który zaczął pochłaniać coraz to więcej terenów należących do Klanu Burzy.
Wymieniony wcześniej kocur popatrzył na lidera z furią w oczach. Zaczął okrążać go, jego futro było nastroszone, pazury wysunięte… a u lidera było widać strach.
Siostra Ciernia syknęła głośno.
— Króliczek jest teraz tak samo przerażony jak wy, jego poddani!
Królicza Gwiazda cofnął się, obnażając zęby. W jego oczach widać jednak przerażenie, a ruchy były nieskoordynowane i gwałtowne.
— Co wy sobie wyobrażacie?!
Bąbelkowy Plusk uciekł wzrokiem w bok. Nagle podszedł do niego Tańcujące Pierze i szepnął parę słówek, na które Bąbel wytrzeszczył oczy i wbił w niego zszokowane spojrzenie.
— My? Odbieramy to, co należało do Klanu Burzy — warknął Cierń. — Wolność, lepsze dni, tego chce Klan Burzy! Nie zapchlonych starców takich jak ty. To koniec Królicza Gwiazdo.
— Nie spodziewali się tego… — wymamrotała Zwiewny Mak do samej siebie, zadowolona.
A Rudzikowe Skrzydełko stała tam, jednak nie wyglądała na pewną czegokolwiek. Obejrzała się po zebranych kotach i przełknęła ślinę widząc własną matkę. Zaczęła się bać. Rudy kocur spojrzał na niepewną Rudzikowe Skrzydełko. Zmarszczył brwi.
— Oni są przeciw nam, Rudzikowy Skrzydełku - wymamrotał, zbliżając się do niej. — Widzisz, że wolą zdechnąć z tym truchłem niż przeżyć. Godne pożałowania, pf — splunął. — My chcemy dobrze dla naszych pobratymców... w przeciwieństwie do nich.
Uniosła wzrok prosto na podchodzącego do niej Tańcujące Pierze.
— Ja... Ja wiem — mruknęła cicho. — Przepraszam — spojrzała nieco zamglonym wzrokiem ja matkę, a następnie potrząsnęła głową i kiwnęła w stronę pointa.
Sójka nastroszyła sierść na karku i zasyczała.
— Może jednak byście nam pomogli! — warknęła, kątem oka zerkając na Ciernia i Królika. — Na wasze wymysły przyjdzie czas kiedy indziej!
Wtedy podszedł do Sójczego Błękitu. Przechylił głowę do boku i uśmiechnął się z politowaniem.
— Sójczy Błękit... czy ty naprawdę wierzysz, że to truchło was zbawi? My tylko wyświadczamy wam przysługę, Sójczy Błękicie. Jeśli warte jest twoje życie więcej niż komar, zejdź nam z drogi.
Wysunął pazury.
Sójka położyła po sobie uszy. Mimo strachu, nie uległa.
— Nie dam jakiemuś małolatowi sobie grozić — syknęła. — Czy mózg wypadł Ci gdzieś po drodze? Pozwalasz sobie na za wiele!
Pierze pokręcił głową, widocznie rozczarowany.
— Najwidoczniej musimy załatwić sprawy... bardziej krwawo niż zamierzałem. Myślałem, że jesteś mądra, Sójczy Błękicie. Naprawdę mnie rozczarowałaś.
Cofnął się do Bąbla. Musiał nadrobić sytuację; walki już się rozpoczęły. Zmrużył oczy.
— Jesteś gotowy? — zapytał brata, który przytaknął niechętnie, dalej unikając kontaktu wzrokowego z pierworodnym. Zakasłał od nadmiaru dymu. Pierze przyglądał się poczynaniom Ciernia z uśmiechem.
Królicza Gwiazda zawarczał i odsunął się o krok.
Cierń uśmiechnął się triumfalnie, zerkając na resztę starszych.
— Zawodzącego Echa tu nie ma, już cię nie obroni, nieprawdaż? Zasługujesz na to, aby umrzeć, Królicza Gwiazdo. Tak jak musiała umrzeć moja matka! Zapłacisz mi za to, że nie powstrzymałeś go, że przez ciebie mieliśmy zdrajcę w klanie! — zaśmiał się, wręcz nienaturalnie. — Nawet przed sobą masz zgraję zdrajców, którzy zakończą twoje panowanie!
Z otworzonymi w przerażeniu oczami dalej się cofał.
— Przynosicie temu klanowi większą ruinę, niż ja moimi rządami! — zawarczał.
Zaśmiał się na słowa lidera.
— Nie rozśmieszaj mnie. Może popatrzysz sobie na to, jakie przyniesiemy rządy temu klanowi z Klanu Gwiazdy, co staruszku? — powiedział kocur, kucając, po czym zanim Królicza Gwiazda zdążył zareagować, wyskoczył na niego, wgryzając się w jego gardło. Lider krzyknął z przerażeniem, wstał, po czym zaczął się wierzgać, przez co srebrny skończył na jego plecach. Wbił pazury w jego futro, teraz gryząc jego kark. Starszy starał się odepchnąć Ciernia, jednak stare kości już nie do końca współpracowały. Wierzgał się pod nim, charcząc i plując krwią.
Gradobijący Cierń został w końcu zrzucony, jednak od razu podniósł się na łapy. W jego oczach było szaleństwo, a iskry płomieni odbijające się w nich tylko je podkreślały.
— Walcz, walcz Królicza Gwiazdo! Zatańcz tak, jak ja ci każę, pokaż jaki to z ciebie wspaniały przywódca, ocal ich! — znów wypuścił z siebie szaleńczy śmiech, teraz z syknięciem skacząc znowu na lidera. Wylądował na nim, teraz próbując zębami dosięgnąć jego brzucha.
Królik zacisnął zęby i kopnął Ciernia w brzuch.
Odepchnięty leżał teraz niedaleko płomieni. Zmęczony, z zamglonymi oczami Królicza Gwiazda wykrwawiał się. Upadł, kierując się do Ciernia. Srebrny rebeliant zamarł. Nagle starszy wstał, dysząc ciężko i wypluł krew. Królicza Gwiazda podbiegł do niego, a Cierń dopiero teraz otrząsnął się z widoku. Skończył pod liderem, który usiłował teraz zadać mu cios, ale Cierń był szybszy. Zrobił mocne zadrapanie na jego brzuchu, przez które czarny zawył. Kocur odsunął się od Ciernia, który przez dym teraz też ciężko dyszał. Wyskoczył na dymnego, przekoziołkowali się chwilę, aż Cierń używając całej swojej siły odepchnął lidera w stronę płomieni. Jego futro zapaliło się, na co ten wrzasnął z bólu. Połowa jego pyska jak i grzbiet były w ogniu. Zaczął tarzać się w trawie, aby ugasić w końcu pożar z futra. Królicza Gwiazda ledwo stał, jednak wolą przodków znów ruszył w stronę srebrnego, bardzo powoli, ale tuż przed Cierniem osunął się na ziemię. Gradobijący Cierń dyszał, zmęczony, jednak zdobył się na triumfalny uśmiech. Podszedł do lidera, podnosząc jego pysk.
— Żegnaj, Królicza Gwiazdo.
Po czym jak Pierze księżyce temu z całej siły uderzył nim o ziemię. I jeszcze raz. I kolejny. Z nosa i pyska lidera wydobywały się strużki krwi, a oczy były zamglone. Lider tracił jedno życie po drugim. Gdy tylko się budził, znów umierał. Aż stracił swoje pierwsze, a jednak ostatnie życie. Wziął ostatni dech, po czym… Umarł. Panowanie Króliczej Gwiazdy zakończyło się, a Cierń stał nad nim, pokryty krwią, z szałem w oczach, po chwili zdając sobie sprawę z tego, co zrobił. Zabił. W końcu się zemścił. Zabił okrutnika, Króliczą Gwiazdę…
— Królicza Gwiazda... on nie żyje... naprawdę... — wymamrotał zszokowany Bąbel.
— ... Aminek byłby z nas dumny. Co nie? — szepnął rudy i na jego pysk wkradł się chwilowy uśmiech.
Znów czuł się połączony ze swoim rodzeństwem. W końcu.
Nagle Sójczy Błękit z wrzaskiem rzuciła się na Ciernia, z Szarą Skórą na ogonie.
Nie spodziewał się ataku, przez co zmęczony jeszcze wcześniejszą walką skończył pod kotką tuż po tym, jak przeturlali się kawałek. Kremowa kotka wbiła zęby w kark kocura.
— Zapłacisz za to pchli zadzie!
Srebrny zaczął się wierzgać, zrzucając w końcu kotkę z pleców. Patrzył na nią teraz zły.
— Przykro mi, Sójczy Błękicie. Ktoś musiał to zrobić. Dobrze znasz prawdę, ten mysi móżdżek nie nadawałby się nawet na sprzątanie legowisk! — wyskoczył na kotkę, zatapiając zęby mocno w jej szyje, gdy ta wylądowała pod nim.
— Przepraszam, Sójko… — wywarczał, podczas gdy jej futro zakrywało jego pysk.
Szarpała się jeszcze przez chwilę, zanim ostatni oddech uciekł z jej piersi
Kocur odwrócił wzrok od nieżywej już kotki. Zaczął coś mamrotać. Tańcujące Pierze zmarszczył brwi i się skrzywił. “Co on najlepszego wyrabiał?”
— Nie, nie! Ja nie jestem taki jak on… — skulił się obok ciała sójki, jego futro było nastroszone, trząsł się i ze złości i z emocji, jakie nim targały. — Nie jestem mordercą, ja… Uratowałem Klan Burzy… — kocur wstał.
Rudy prychnął i pokręcił głową z politowaniem. Będzie miał z nim kolejną pogawędkę. Zaraz zamieni się w psychologa…
Wtedy Tańcujące Pierze ujrzał Szarą Skórę. Skinął Bąblowi głową w kierunku Ciernia i Sójczego Błękitu. Czekoladowy point zawahał się na moment, ale skinął niepewnie głową i pobiegł.
Tańcujące Pierze został sam. Otrzepał się i zaszarżował prosto w Szarą Skórę. Przewrócił go i objął jego szyję łapami. Źrenice Pierza rozszerzyły się, gdy jego zęby sięgały prawie miękkiej skóry ojca albinosów.
Odepchnięty przez Szarą Skórę, od razu po ataku starszego wojownika zasyczał i nie dał mu szansy na wstanie z trawy. Wściekły Pierze podbiegł i spróbował ponownie się wgryźć w odsłoniętą szyję. Tym razem pomyślnie zatopił zęby w ciele ojca albinosów. Czując napływającą ciecz do jego buzi, poczuł się słabo. Właśnie zasmakował kociej krwi. Mimo to nie umiał wypuścić ze swoich szczęk kocura, który najpierw wierzgał, ale z upływem czasu ciało Szarej Skóry zwiotczało, a na trawę zaczęła się lać strumieniami szkarłatna, gęsta ciecz. Pysk Tańcującego Pierza był oblepiony krwią pobratymca. Nie, to nie był pobratymiec. To był ktoś, kto się mylił. Musiał zostać wyeliminowany…
— Wiedziałem, że ciągnie się za wami nieszczęście! — splunął nagle do niego Skrzyp. — I pomyśleć, że w coś takiego chciałeś mnie wtedy wciągnąć!
Wystarczyło poczekać kilka sekund, zanim Skrzyp jak zwykła mysz runął martwy na ziemię. Zabity przez własną mentorkę. Gdyby Pierze wypuścił Szarą Skórę z objęć swych kłów, powiedziałby: “Aminkowa Łapa byłby zawiedziony takim parszywym, słabym truchłem. Ciesz się, że tylko cię obserwuje…”.
W szmaragdowym oku Pierza nie odbijała się żadna iskra, gdy wypuścił z obojętnością krwawiące ciało.
Nikt nie zauważył, gdy w chaosie jeden z kotów odłączył się od głównej grupy. Dopóki biały, puchaty pyszczek i przestraszone oczy nie wyłoniły się spomiędzy płomieni.
Wszyscy patrzyli w szoku, jak Wełnista Mszyca wybiega z pośród ognia i z krzykiem podbiega do ciała Szarej Skóry.
— Nie! — krzyknęła.
Pierze oblizał się, zimno lustrując poczynania kotki.
— Krew twojego ojca była dobra.
Słowa, które zszokowały nawet i samego syna Kminka, zostały wypowiedziane. Chciał ją zastraszyć; poczuć jej strach. Zasmakować.
Wciąż miał wysunięte pazury. Przednie łapy były w krwi Szarej Skóry. Mszyca spojrzała na niego z przerażeniem. Pierze bez emocji nieco odepchnął łapą zwłoki na bok.
— Ciekawe jak wspaniała jest krew albinosów... — Gdy wypowiadał te słowa, niepokojąco szeroki uśmiech znów zagościł na jego pysku. Zbliżał się do niej.
Zanim cokolwiek mógł zrobić, coś w niego uderzyło. Pomyłka, ktoś o futrze czekoladowym z zielonymi, błyszczącymi oczami.
— Z-zostaw ją! — miauknął przerażony Bąbelkowy Plusk. — Ona... nie zabijaj jej! — mówił szybko. — Prze... przecież to albinoska! — dodał pewniej, stawiając się najstarszemu z miotu.
Tańcujące Pierze spojrzał na niego tępo, zastanawiając się nad jego słowami. Mszyca skakała niepewnym wzrokiem po nich. Wysoki kocur wrócił szmaragdowym okiem do niej, widocznie przekonany. Zmarszczył brwi i zmrużył oczy.
— Dam ci szansę, zważając na mój szacunek do twojego gwiezdnego pochodzenia — zaczął twardo — Albo zrównasz się do tego truchła, które śmiało się określać na lewo i prawo "Ojcem Trójki Białych Wybrańców", albo stąd odejdziesz. Znikniesz z terenów Klanu Burzy. Już nigdy więcej tu nie wrócisz. Decyzja należy do ciebie, Mszyco. Nie zawiedź mnie tak jak Skrzypiący Skrzyp i Sójczy Błękit. Chyba nie chcesz podzielić ich losu, co?
Z oczyma pełnymi przerażenia wpatrywała się w wojownika. Cofnęła się o krok, jednak przystanęła, czując gorąc płomieni.
— Ja... — Jej wzrok padł na ciało Króliczej Gwiazdy. Póżniej na ciało ojca. — Ja- Dobrze!
Łzy zaczęły zbierać się w jej ślipiach.
— Odejdę! Już mnie tu nie zobaczycie — zachlipała. — Tylko- Proszę, już nikogo...
Jej głos zadrżał i schyliła głowę.
Nie odpowiedział od razu. Przechylił głowę na bok, po czym zawołał Dzikiego Berberysa. Wojownik przyszedł od razu.
— Dopilnuj, aby nie wróciła.
Ponownie rozległy się grzmoty. Wiatr wezbrał na sile. Jednak, zamiast kolejnych piorunów, z nieba zaczął lać deszcz.
Wtedy poczuł na sobie krople czystej wody. Po oczyszczeniu nastąpił powrót do życia. Tańcujące Pierze trząsł się. Miał wrażenie, że zaraz się złamie; że już się nie podniesie po upadku. Odwrócił się w stronę wszystkich zgromadzonych rebeliantów i polecił obmycie się w rzece. Jako pierwszy podszedł do wody, próbując zmazać krew z pyska.
Pierzasta Łapa byłby nim obrzydzony. Paskudek by go pochwalił, a Pierze... nie wiedziałby, czemu akurat Tańcujące Pierze to zrobił. Sam wojownik czuł się dziwnie, jakby na zawsze stał się brudny, nieważne jak długo będzie spędzać czas na pielęgnowaniu futra czy mycie ciała.
Krew niewinnych nigdy z niego nie zejdzie.
— Ekipo, bo ogień nam ucieka, a trzeba się ich pozbyć — zaczęła niewzruszona śmiercią Chomik — Bo inaczej połączą kropki i się domyślą, że nie umarli naturalnie — po deszczu było wszystko widoczne, jak i rzeka.
— Tam ich schowamy, topiąc ich w rzece — chwyciła ciało Skrzypa i pobiegła w stronę rzeki.
Skinął głową Chomik.
— Masz rację — zgodził się. — Cierniu, pomóż mi z ciałem Szarej Skóry — miauknął miękko. Szybko się uspokoił.
Podszedł do zwłok ojca Mszycy. Ujął zębami jego ciało i podniósł. Gradobijący Cierń pomógł mu z wrzuceniem ciała do rzeki dalej od brzegu. To samo zrobili z innymi ciałami. Tańcujące Pierze nie czuł niczego, również przy tym nie myślał. Miał w głowie pustę, a jedynym celem było przeżycie i schowanie ciał tak, aby nie zidentyfikowali ich. Oczywiście deszcz im pomógł, zmywając jakiekolwiek ślady ich łap. Byli czyści. Musieli tylko dobrze to wykorzystać...
— Ruszajmy — miauknął, widząc powrót Dzikiego Berberysa. — O, zanim jeszcze do groty, musimy się wytarzać. Nie mogą z nas wyczuć zapachu tych... króliczków. I musimy wrócić w odstępach, pamiętajcie.
Po spełnieniu rozkazu wszyscy nieco brudni i zmęczeni poszli w stronę Kamiennych Strażników. Pierwsza była Rudzik. Jako drudzy po dłuższej chwili od przybycia rudej wojowniczki wrócili Gradobijący Cierń, Dziki Berberys i Zwiewny Mak - najszybciej wracająca do swoich pociech. Natomiast ostatni po dłuższym odczekaniu byli Chomik, Pierze i Bąbel.
Zawodzące Echo ze zmarszczonymi brwiami patrzył, jak wojownicy, mokrzy i brudni, stają przed kamiennym kręgiem.
— A wy gdzie żeście się podziewali? — zapytał, mrużąc ślipia. — Dziki Berberysie, Gradobijący...Cierniu. Byliście na tyle grupy. Co się stało ze starszymi i Króliczą Gwiazdą? Zwiewny Maku, dlaczego zostawiłaś swoje kocięta?
— Zawodzące Echo! Chwila, Króliczej Gwiazdy nie ma z wami? Ja i Pierze uciekaliśmy, było strasznie dużo dymu, a płomienie były bardzo wysokie… Nie widzieliśmy go… Przykro mi… — powiedział, patrząc teraz na swoje łapy. — Przepraszam za to, co dzisiaj powiedziałem… Gdybym wiedział, że to wszystko się stanie, nigdy bym tego nie powiedział… Nie wiem, co we mnie wstąpiło…
Zawahał się.
— Tańcującego Pierza nie było z nami podczas ewakuacji — zauważył. — Czemu odłączyliście się od grupy?
— Jak uciekaliśmy byłem niedaleko starszych, ale płomienie odcięły mi drogę… Biegłem naokoło, Pierze przybiegł widząc z daleka dym. Próbowaliśmy znaleźć resztę, ale tam nie było nic widać…
Z boku, Gadożerowa Łapa spoglądał to na Ciernia, to na stojącego dalej Pierze. Nie wytrzymał.
— To wszystko ich wina! — wrzasnął, wskazując wojowników pazurem. — Ciągle ciągną się za nimi nieszczęścia! Pierzasta Paskuda snuje się po terenach i szepcze kotom podejrzane rzeczy na uszy, a Cierń dosłownie przed chwilą wyrzucał Króliczej Gwiedździe w pysk wszytskie jego błędy! A teraz cała masa kotów zniknęła i nikt nie wie, gdzie się podziali. A oni wrócili jako ostatni!
— O czym ty mówisz, Gadożerowa Łapo! — Lodówkowa Łapa rzuciła w brata. — Sam zachowujesz się dziwnie, cały czas dziwnie na mnie patrzysz i w dodatku nie chcesz ze mną rozmawiać… 
— Bo podlizujesz się temu ścierwu! — zawołał. — Jak możesz tak robić, po tym, jak zrzucił na mnie swój głupi błąd? I to ja musiałem zbierać bęcki?
Lodówka burzona spojrzała na brata.
— Podlizuję? Pierze to dla mnie dobry przyjaciel! Nie moja wina, że ty nie masz żadnych. — prychnęła, strzepując ogonem.
Zawodzące Echo przeniósł wzrok z Ciernia na Gadożera. I spowrotem.
— ...przenosimy się do Groty Pamięci! — polecił klanowi, zeskakując ze skały. — Pilnujcie wszyscy siebie nawzajem.
Wszedł wraz z Nieustraszonym Chomikiem i Bąbelkowym Pluskiem do Groty Pamięci. Wspomnienia wracały do niego natychmiastowo. Szedł na samym końcu, zwieszając głowę.
Echo wkroczył w półmrok Groty Pamięci. Przez świetlik w sklepieniu ledwo wpadało jakiekolwiek światło, a o taflę wody Oka uderzały krople deszczu.
Zbliżył się do czekającego pod jedną ze ścian Białego Strumienia.
— Nie ma tu przypadkiem Wełnistej Mszycy? — zapytał, rozglądając się. — Tylko kronikarze i przewodnicy?
Czerwone ślepia błysnęły w mroku, a dźwięk deszczu odbijał się echem po ścianach Groty. Patrzył na Zawodzące Echo, czując dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Na pytanie o siostrę, podniósł uszy.
— Niestety nie ma jej tutaj. — Odpowiedział spokojnie. — Tak, pozostali Kronikarze i Przewodnicy są obecni.
Z westchnieniem Echo skinął głową.
— Zaraz przyślę kogoś, aby wyjaśnił wam całą sytuację.
Podniósł łeb i spojrzał po wlewających się do jaskini kotach.
— Klanie Burzy! — zawołał; nie musiał krzyczeć, gdyż jego głos odbił się od kamiennych ścian. — Zajmijcie miejsca. Niech każdy, kto nie widzi obok swoich najbliższych, mi to zgłosi.
Odczekał moment.
— Dodatkowo, chciałbym zyskać parę wyjaśnień. Gradobijący Cierniu, Tańcujące Pierze, macie coś do powiedzenia?
Uniósł brew, jednak jego spojrzenie było zdecydowane, gdy spoglądał w oczy kocurom.
Rudy usiadł obok Ciernia naprzeciw Zawodzącego Echa.
- Próbowaliśmy z Nieustraszonym Chomikiem zgasić pożar. Powiedzieliśmy Bąblowi, aby powiedział reszcie. Byliśmy głupi; ogień się rozprzestrzeniał w zaskakującym tempie... musieliśmy szukać drogi ucieczki. Podczas pożaru natknęliśmy się na Ciernia i na Bąbla, który nas szukał.
Wymamrotał te słowa z nadzieją, że któryś z pobratymców to usłyszy, może zareaguje. Bardziej kierował to na tył, na świadków. Westchnął ciężko, po czym nagle wytrzeszczył oczy.
- Czekajcie... gdzie jest Królicza Gwiazda? - zapytał, rozglądając się po zebranych. - Nie ma z nami Szarej Skóry, Sójczego Błękitu... ani Skrzypiącego Skrzypa. I Szafirkowego Wiatru, i Ognistej Piękności... a gdzie Pozłacana Pszenica? Ogień już zgasł, Zawodzące Echo. Powinniśmy ich poszukać - zaproponował zmartwiony. - Powinniśmy się też przygotować na najgorsze... - posmutniał.
Spojrzał na Pierze, a potem na ziemię. Wydawał się być zmartwiony zaistniałą sytuacją.
— To prawda… Jak tylko się uspokoi, trzeba ich poszukać. Teraz może być ryzykownie, w tym dymie można się podusić, a teraz jak ogień gaśnie jest go sporo.
— Przestań zgrywać niewiniątko! — syknął Gadożer ze swojego miejsca pod ścianą. — Wszyscy wiedzą, że skoro wróciłeś ostatni, to maczałeś w tym pazury! Teraz siedzisz z podkulonym ogonem licząc, że nikt Cię nie przejrzy!
— To prawda — mruknął Zawodzące Echo, po czym spojrzeniem uciszył Gadożera. Zwrócił wzrok na Pierze. — Zaskakująco szybko zorientowałeś się, kogo z nami nie ma. — A Gradobijący Cierń oznajmił juz na głos nieobecność Króliczej Gwiazdy — dodał. — Dość głośno. A ty stałeś obok.
— Całkiem szybko rzucacie się do pomocy i szukania. Nie miałam okazji jeszcze obserwować tak szlachetnego zachowania z waszej strony — mruknęła cynicznie Śpiewający Raniuszek, zatrzymując spojrzenie dłużej na Pierzu. 
Zdziwił się tonem kocura, który śmiał go oskarżać o takie zbrodnie.
- Gadożerowa Łapo... - nie wiedział, co powiedzieć; naprawdę wyglądał na zszokowanego. - Bąbelkowy Plusk, Nieustraszony Chomik, Gradobijący Cierń mogą potwierdzić moje słowa. Kiedy deszcz zaczął padać, mogliśmy w końcu bezpiecznie przejść. Zanim nastąpił, staliśmy w rzece, ponieważ Bąbel i ja źle się poczuliśmy przez tyle dymu. Poza tym też się baliśmy; ogień to niszczycielski żywioł...
Przełknął ślinę i spojrzał zmęczonym okiem w oczy Echa.
- Trudno nie zauważyć braku przywódcy, trzech wojowników i starszych - zauważył. - Zawsze byłem spostrzegawczy, Zawodzące Echo - miauknął, wiercąc się na zimnym kamieniu. Czuł się znowu jak na przesłuchaniu, gdy Ostatni Pożar została przez niego "zaatakowana", a nic takiego nie zrobił. Ciągle chcą z niego zrobić tego złego...
Westchnął ciężko.
- Pożar naprawdę był stresujący, sam powinieneś wiedzieć. Gdybyś musiał wdychać ciągle dym i jak najszybciej się stąd wydostać, naprawdę twój mózg by się roztopił. Teraz nabrałem czystego powietrza i zauważyłem ich brak. Przepraszam, że się powtarzam... wciąż mi niedobrze po wdychaniu tyle dymu... - wymamrotał słabo, szukając wzrokiem Wdzięcznej Firletki. Robiło mu się słabo; dotlenie mózgu najwyraźniej mu szkodziło.
Gradobijący Cierń zmartwiony podszedł do boku Pierza, widząc, że ten kasła trochę co jakiś czas.
— Będziecie potrzebowali dużo świeżego powietrza… Być może medycy będą w stanie wam pomóc, albo lekko złagodzić ten kaszel…
Zawodzące Echo zamrugał.
— Będziecie mogli wyjść z jaskini, gdy skończymy rozmawiać — oznajmił. Spojrzał po zebranych kotach. — Srebrzysta Równonocy, weź proszę kawałek mchu — wskazał łapą stertę, którą dla posłań chowali kronikarze — i zbierz trochę wody z zewnątrz. Każdy będzie mógł się napić.
Po Grocie rozległ się głos Nieustraszonego Chomika.
- Potwierdzę to, ogień rozprzestrzenił się w takiej dużej ilości że musieliśmy skorzystać chwilowo z rzeki, ten dym był tak ostry że nie dało się normalnie oddychać, a ja nie jestem w kwiecie wieku żeby wdychać spaliny - rozejrzała się przez chwilę sprawdzając ile jest kotów, zauważyła że akurat kogoś brakowało kogo nie pilnowali.
- Nie możemy sobie skakać do gardeł, sycząc kto kogo pilnował lepiej. Pożar był gwałtowny i nieprzewidziany, a że działaliśmy pod presją tylko sprawiło że nasze działania nie były dokładne. Nie mówiąc już o tym że wam też zabrakło jednego kota, gdzie Pozłacana Przenica?
Zawodzące Echo zmarszczył brwi.
— ...źle się czuliście, więc staliście w rzece, aby utopić się, jeżeli zemdlejecie — mruknął pod nosem. — Mądre.
Westchnął.
— Pozłacana Pszenica musiała odłączyć się od nas podczas ucieczki z obozu — odpowiedział na pytanie Chomik. — Ostatni raz widzieliśmy ją właśnie tam.
Ponownie obrzucił spojrzeniem Pierze i Ciernia, po czym uciekł wzrokiem w bok, na Dzikiego Berberysa i Zwiewny Mak.
— Nie chcę nikogo pochopnie oskarżać. Jednak, część z was nigdy w obozie się nie zjawiła, a wróciliście jako ostatni. Nie możecie mi powiedzieć, że to nie brzmi choc odrobinę podejrzanie. — Wziąl głęboki oddech. — A na dodatek, patrząc na rzeczy, które ostatnio usłyszałem, nie wiem, czy jestem skłonny wam ufać.
— Właśnie. — Zaczął Biały Strumień . — Gdzież się podziewa moja siostra, Wełnista Mszyca? Niemożliwym jest, by zostawiła Klan w potrzebie i nie przyszła do Groty, by spotkać się z resztą, wszak jest to miejsce spotkań.
Wdzięczna Firletka z opuszczonymi nieco uszami zwróciła się w stronę przewodnika.
— Musiała odłączyć się od nas, gdy opuszczaliśmy obóz — miauknęła. — Ja pilnowałam uczniów, nie pamiętam momentu, w którym zniknęła mi z oczu. Nikt nie jest w stanie powiedzieć, czy ją widział. Ale... Wątpię w to, że się zgubiła. Zna nasze tereny bardzo dobrze, a poruszanie się po nich w ograniczonej widoczności nie było nigdy dla niej problemem. W końcu wychodziła w nocy.
Przewodnik zmrużył oczy, przesuwając długim ogonem po ziemi. Jego końcówka drżała, kiedy myślał nad ewentualnościami.
— Masz rację, Wdzięczna Firletko. — Miauknął. — Co więc mogło się stać, iż nie przybyła tutaj? Coś ja trzymało? Może ktoś?
— Nie widziałem jej… — wymamrotał Gradobijący Cierń. — Myślałem, że pobiegła z wami. Przecież widziałem ją przed sobą nie długo przed tym, jak rozdzieliły mnie płomienie od reszty. Potem już nie widziałem nikogo oprócz tych, z którymi biegłem potem.
Albinos zwrócił się ku kocurowi.
— Nie wybiegałem z Wami, nie było mnie przy Was przecież. — Odpowiedział, mierząc go przeszywającym wzrokiem.
— Chodziło mi o tych, którzy biegli w grupie przed starszyzną. Przepraszam, zwróciłem się za bardzo do ciebie… Wracając, przez ten chaos i zamieszanie pamiętam tylko ten jeden moment. Może jest bezpieczna ze starszyzną? I Króliczą Gwiazdą…? Może im pomogła…
— Zawodzące Echo, z całym szacunkiem, ale nie sądzę, że Nieustraszony Chomik jest winna — nagle rozbrzmiał głos Złocistej Wydmy. — Po co miałaby przechodzić przez całą walkę z lisem tylko po to, żeby za chwilę wszystko zepsuć? To nie jest logiczne.
Echo zwrócił wzrok w stronę Złocistej Wydmy.
— Słuszna uwaga — miauknął. — Jednak moja uwaga jest skierowana również na inne koty.
Wziął głęboki oddech po czym odwrócił się do tłumu... Akurat wtedy, gdy Rudzikowe Skrzydełko padła na ziemię. Cóż, jego słowa będą musiały chwilę poczekać.
Czekał na znak, że wojowniczka nie odejdzie nagle z tego świata. Gdy Wdzięczna Firletka spojrzała na niego i skinęła głową, odetchnął.
— Wracając... Koty Klanu Burzy! — miauknął, chcąc zwrócić uwagę wszystchich. — Chciałbym, aby wszyscy posłuchali tego, co niektórzy będą mieli teraz do powiedzenia.
Zamilkł na moment.
— Ruda Lisówko?
Wojownik wyprostował się. Od razu wiedział, o co chodziło.
— Parę księżycy temu — zaczął powoli, unosząc głos. — Wcale nie tak dawno, podczas polowania natknąłem się na dwa koty. Przy Przybrzeżnym Oku.
Wziął oddech.
— Jednym z nich był Tańcujące Pierze. Wtedy Pierzasta Łapa. Usłyszałem część jego słów. "Chcę, aby razem pozbyła się tego czarnucha". Do kogo Pierze trzyma urazę? Do władzy klanu. Nie trudno wpaść na myśl, że przez czarnego kota miał na myśl Króliczą Gwiazdę, czy nawet Zawodzące Echo.
Po chwili milczenia zastępca wywołał z tłumu drugiego kota.
— Śniący Obserwatorze? 
Przewodnik wyszedł niechętnie z cienia, stając w bezpiecznej odległości, bliżej Echa.
— Kilka księżycy temu udało mi się podsłuchać rozmowę Dzikiego Berberysu i Gradobijącego Ciernia — zaczął z nieco większą energią niż tą, którą okazywał zazwyczaj — Z rozmowy wynikało, że chcieli się mścić za brata i matkę, wykazywali swoje niezadowolenie z rządów lidera. Chcieli się ,,Pozbyć Króliczej Gwiazdy". — ostatni specjalnie wybarwił — Wspominali o władzy. I nieodpowiednich łapach. To nie wszystko. Jakiś czas później trafiłem na kolejną rozmowę. Przy Kamiennych Strażnikach. — tu przejechał szybko wzrokiem po zainteresowanych zebranych, wracając do patrzenia zaraz po chwili w nieznanym kierunku — Które tylko potwierdziły moje przypuszczenia i obawy. Wspominali o mordowaniu każdego, kto nie jest po ich stronie, jak i obawie przed wprowadzeniem rządów podobnych do tych w Klanie Nocy. I jeśli uszy mnie nie mylą, obawy te padły z pyska Tańcującego Pierza. — przerwał na moment, zatrzymując dłużej wzrok na kocurze — Kotów i głosów do nich należących było więcej— dodał na koniec — Niestety nie byłem w stanie wyłapać nic ponad to.... — zmarkotniał, wyraźnie chcąc wrócić w swoje wygodne miejsce w cieniu. Wydawał się zmęczony, to już drugi raz, gdy musiał grzebać w sprawie czyjejś śmierci.
Z grupy wyrwał się nagle Bursztynowa Łapa.
— Pierze niczego takiego na pewno nie powiedział! — zaoponował kocurek, wyskakując do przodu jak filip z konopii — A nawet jeśli powiedział, to na pewno nic złego nie zrobił! — dodał, rozszerzając możliwość zbrodni.
Zawodzące Echo kiwnął głową Śniakowi, puszczając mimo uszu marudzenie Bursztyna. Odczekał moment, aby słowa zapadły w pamięci kotów.
— Czy ktoś jeszcze jest w posiadaniu informacji, ktorą mógłby się podzielić? — zapytał. — Czy ktoś słyszał coś, był czegoś świadkiem, i jest w stanie nam ten moment przytoczyć?
- Ekhem - chrząknęła Ostatni Pożar.
— Tak?
– Widziałam ostatnio Rudzikowe Skrzydełko niedaleko granicy z Klanem Klifu. Rozmawiała z kimś na temat rządów Króliczej Gwiazdy i mówiła nawet o możliwości pozbycia się Ciebie, Zawodzące Echo. Chyba nie była to jednorazowa sytuacja, bo wielokrotnie widziałam jak idzie w tamtym kierunku. – zeznała. 
W odpowiedzi Rudzikowe Skrzydełko uniosła ogon i zmarszczyła brwi.
— Ostatni Pożarze... — mruknęła. — Rozumiem, że masz pełne prawo mnie nie lubić, a nawet się mścić, ale możesz aż tak nie zmyślać? — zapytała, krzywiąc pysk. — Nigdy nie miałam problemu do Króliczej Gwiazdy czy Zawodzącego Echa! Czemu miałabym mieć? — mruknęła i westchnęła cicho. — Jakie masz powody, żeby tak kłamać? Czy naprawdę musisz być taka jak swoja matka Ostatni Pożarze? Patrzeć na mnie krzywo i stawiać mnie w takich sytuacjach? — miauknęła cicho. — O co wam z tym chodzi? — podpytała jeszcze zdenerwowana takimi oskarżeniami.
— Nie zamierzam dyskutować ze spiskowcami.
— Po prostu przyznaj że kłamiesz i nie chcesz się do tego przyznać — odparła cicho Rudzik. — I do tego że najzwyczajniej w świecie mnie nienawidzisz. Nigdy nie zrobiłabym krzywdy własnemu przywódcy. Nie tak kieruje mnie Klan Gwiazdy — dodała.
— To, że Ostatni Pożar za tobą nie przepada, nie sprawia że jesteś niewinna. – zauważyła Złota Wydma. 
Córka Sójczego Błękitu spojrzała na Złocista Wydmę i westchnęła cichutko.
— Doskonale wiesz, że nie to miałam na myśli i nie broń swojej przyjaciółki — syknęła cicho. — Nigdy, powtarzam nigdy, nie zrobiłabym krzywdy swojemu przywódcy. Ani nikomu innemu. W rzeczywistości boję się krwi! — mruknęła. — I mam duży problem z nawet uśmierceniem myszy. Przysięgam, to nie ja... — mruknęła, będąc o krok od rozpłakania się. — Nigdy nie zrobiłabym czegoś takiego. Prawda, widywałam się z kimś. Z ojcem moich kociąt. Nie ufam mu, w końcu porzucił mnie i moje potomstwo, ale zdaje się o mnie... troszczyć — uśmiechnęła się ciepło, a słowa które mówiła były tylko częściowo prawdą. — Nie mam bladego pojęcia skąd wyciągnęłaś takie bzdury. W klanie jest moje rodzeństwo i maleństwa. Dlaczego miałabym robić cokolwiek co kazałoby mi ich porzucić? — mruknęła, a jej oczy stały się szklane.
Pożar skinęła partnerce łbem i zagestykulowała, żeby usiadła i uspokoiła się.
Ślepia zastępcy otworzyły się szerzej na słowa Pożar, ale tylko skinął głową. Planowaną odpowiedź przerwał mu Biały Strumień.
— Ja chciałbym zabrać głos. — Zaczął z dziwną nutą w głosie.
Jego oczy cały czas tańcowały pomiędzy zebranymi. Nieustannie analizował ich zachowanie, zapachy, wypowiedzi oraz reakcje pozostałych. W dodatku... Wyjątkowo przypatrywał się Tańcującemu Pierzu. W jego aparycji, poza ociekającym wodą z rzeki futrem, było coś jeszcze.
— Jakiś czas temu, gdy szedłem nocą do obozu, słyszałem zaaferowane wręcz głosy, uniesione. Tak nerwowe, iż zwróciły moją uwagę. — Ciągnął. Zerknął na Zawodzące Echo. — To była dwójka kotów... Młodych kotów, których niestety nie byłem w stanie rozpoznać. — Przerwał na moment. — Przeczucie kazało mi poczekać chwilę dłużej, i po chwili zobaczyłem kolejne dwie sylwetki... Pierzastej Łapy, teraz Tańcującego Pierza oraz Nieustraszonego Chomika.
Jego głos zawisł pomiędzy kotami. Albinos zrobił krok do przodu ze swojego miejsca, stając naprzeciw wspomnianemu kocurowi.
— Patrzę na Ciebie od dłuższego czasu. Czym jest ta smuga na Twoim podbródku?
Zastępca zamrugał.
— Tańcujące Pierze — powiedział wolno. — Unieś proszę pysk.
Rudy kocur oddychał szybciej i głośniej, nerwowo skacząc po oskarżających i oskarżanych. Z początku wszystko wdział i słyszał, jedynie pokasływał. Oczy z czasem się kleiły, przymykał na dłuższą chwilę powieki. Przez chwilę wszystko ucichło... aż nagle obudziło go pytanie Echa.
— J-ja... ja... — mamrotał pod nosem, jakby był po wąchaniu kocimiętki. Zakasłał.
Nagle zgiął się w łuk i zwymiotował prosto przed łapy Zawodzącego Echa. Wstał chwiejnie.
— Ja... ja n-nie... amin-
Nogi stały się wiotkie. Pierze bezwładnie spadł na kamienne podłoże. Oddech stał się płytki, nieregularny; oczy lekko przymknięte. Było widać nienaturalnie rozszerzone źrenice. Ciało rozluźniło się, a sam kocur przestał reagować na wołanie.
Kocur nagle odzyskał świadomość. Podskoczył, uderzając przypadkowo Firletkę. Medyczka syknęła, uchylając się do tyłu, gdy głowa Pierza dość mocno spotkała się z jej podbródkiem. Schował pysk w grzywie, cofając się.
— To... to moja krew... — wymamrotał. — Chomik i Bąbel mogą potwierdzić. Zakaszlałem krwią podczas biegu i nie było czasu tego wyczyścić... O, przepraszam, Firletko... nie chciałem... — mamrotał, dalej mówiąc tylko: "przepraszam najmocniej, naprawdę nie chciałem...".
Bąbelkowy Plusk podszedł do Pierza migiem, mierząc ich wzrokiem jakby dotknęli jego dziecka.
— To prawda. Mogę to potwierdzić! — miauknął.
Wdzięczna Firletka wysunęła łeb zza Ognika i zmierzyła Pierze wzrokiem. Po chwili delikatnie odsunęła się od starszego z wojowników, stając przed Pierzem, ale nadal w bezpiecznej odległości.
— ...mógł kaszleć krwią — przyznała po chwili. — Tego nie mogę zaprzeczyć. Dym mógł podrażnić jego gardło.
— Dokładnie!
— Tak, bo potwierdzenie rodzeństwa cokolwiek zmieni — parsknęła Śpiewający Raniuszek, wstając — Może byłoby łatwiej, gdyby nasze kochanie podniosło w końcu głowę, by mógł ktoś zbadać tą domniemaną ranę? Lub rany? — spojrzała na Firletkę bez wyrazu zaraz potem — A czy ktoś widział jak kaszlał krwią? Czy ktoś jeszcze ma podobne objawy? Nie tłumaczy to wciąż jego zachowania i próby ukrycia podbródka.
Pierze zmarszczył brwi, widząc kotkę.
— O, a Raniuszka jak zwykle w dobrej formie — mruknął i przewrócił oczyma. Pokazał zaschnięte brązowo-czerwone futro. Krew już dawno zaschła i jedyne, co można było zbierać to paprochy. — Widzisz? To moja krew. Zatrułem się dymem... — zakasłał. — Dlatego plułem krwią... jestem osłabiony…
— I tak bardzo próbowałeś to ukryć i się stresowałeś swoimi ranami, że aż zabrakło ci sił w łapach? Jaki wstydliwy. — mruknęła — Uczepiłeś się oborny Bąbla i Firletki, powtarzając ich słowa, samemu nie wiedząc, co wymyślić.
Nagle wuj Pierza, Opadający Rumianek, podniósł łapę, zgłaszając się do odpowiedzi, chcąc coś jeszcze powiedzieć.
Czarny zastępca podniósł wzrok i skinął głową w kierunku Rumianka.
— Przepraszam że przerwę... — zaczął cichutko. — Na wstępie muszę przyznać, że nie sugeruje, że to akurat wy to zrobiliście ani nic takiego. Czy nawet zleciliscir to komuś innemu... — mruknął, patrząc na Zawodzące Echo, a następnie na Wdzięczną Firletkę. — Parę księżyców temu będąc w legowisku medyka słyszałem rozmowę zastępcy i obecnej przy nas liliowej medyczki. Niestety nie mogę zacytować, ale mówili o śmierci Króliczej Gwiazdy sposobem naturalnym lub z cudzych łap. Nie sugeruje całkowicie nic, ale naprawdę chciałbym, żeby było to wyjaśnione? — mruknął Rumianek.
Firletka zamrugała. Zmarszczyła brwi. Po chwili uchyliła pysk.
— Królicza Gwiazda... Stracił niedawno jedno z żyć — zaczęła, nie patrząc na Echo. — We własnym legowisku. Jego organizm nie wytrzymał wysokich temperatur ubiegłej pory Zielonych Liści.
Przełknęła ślinę.
— Rozmawiałam z Zawodzącym Echem o tym, że śmierć jego ojca będzie w którymś momencie nieunikniona. Nawiązywałam do tego, że każdy zastępca musi się liczyć ze śmiercią lidera, któremu służy, z różnych przyczyn - naturalnych, jak i tych nie.
Zaświeciły się rudemu oczy.
— O! Dokładnie, Rumianku! Ja też słyszałem dziwne słowa dochodzące tym razem z legowiska wojowników. Z słów wynikało, że Królicza Gwiazda stawał się coraz bardziej kruchy... czy to nie świadczy, że był mniej odporny i mógł się zatruć dymem, mdlejąc? Tak jak ja? I Rudzik? — uniósł brew, stając koło wujka.
Oskrzydlony Ognik skrzywił się lekko słysząc słowa Tańcującego Pierza.
— Wybacz mi moja nieprzychylność w tej chwili, ale myślę, że nie powinieneś się teraz odzywać. Wyglądasz mi na jednego z winnych tej sytuacji — mruknął, usiłując zachować swój spokój.
— ... Wspieram cię, a ty... eh, szkoda na ciebie słów! — miauknął, wyglądając na bardzo urażonego. — Mój wujek medyk był fajniejszy od ciebie... nawet mnie odwiedzał…
Ognik skierował swój wzrok na wojownika.
— Wybacz, ale nie wyglądasz mi na szczególnie lojalnego Klanowi Burzy. Czy nawet Klanowi Gwiazdy — odparł.
Fuknął na niego wyraźnie urażony, ale się nie odezwał. Strzelił focha i usiadł koło Bursztyna.
— Życie wojownika nie jest takie proste, młody... zwłaszcza jak jesteś rudy — westchnął ciężko.
— A co ma do tego rudość? — zdziwił się, unosząc brew — Moje życie jest bardzo proste, tylko ty masz problem, stary.
— Koty wtedy myślą, że jest z tobą coś nie tak... "kuku na muniu", mówią — wytłumaczył. — Widzisz przecież, jak nas większość traktuje. Jak śmiecie, które nic nie rozumieją... ale to nieprawda.
— A o moim tacie tak nie mówią — miauknął dumnie.
— Bo twój tatuś się nie wychyla jak jakiś mięczak i się u wszystkich płaszczy. Nie dziwię się, że twoja matka nim szorowała o kamienie, aby uciec od walki z lisem, po czym go odstawiła. Nie umiał stawiać granicy, Bursztyn, dlatego ty nie możesz być taki jak on. Musisz być twardy jak skała.
— Nikt nikim nie szurał po kamieniach! — nastroszył się.
— Ta, na pewno, młody... musisz otworzyć oczy. Jak to zrobisz, możemy dalej rozmawiać.
— Ciebie możemy oskarżyć o wiele więcej niż o posiadanie rudego futra, na które zganiasz winę — warknęła Raniuch z daleka. — Odbiegamy od tematu, chodząc po tematach i gdybaniach, gdzie nie mamy żadnych dowodów! Padły cztery imiona. Gradobijący Cierń, Dziki Berberys, Tańcujące Pierze i Rudzikowe Skrzydełko. A o pierwszych dwóch w ogóle nie rozmawiamy — odezwała się głośniej i donośniej — Gdzie są koty których nie ma? Jestem za tym, by wysłać patrol sprawdzający okolice. Jeśli spłonęli, na pewno zostały szczątki, jeśli ktoś im natomiast pomógł, powinny być ślady. Swoją drogą, czy ktoś nie powinien obejrzeć ciał naszych podejrzanych? — spytała, patrząc spod byka na oskarżonych — Na pewno mają ślady po ewentualnej bitwie, nikt nie poddałby się po prostu i nie oddał na skazanie.
Przewrócił oczyma. Nie miał żadnych śladów bitewnych. Jak zwykle, Śpiewka chciała się zabawić w bohatera.
Rumianek uśmiechnął się słabo, wracając do słów medyczki.
— Tylko że to w żadnym stopniu nie rozwiewa mojej sugestii — odparł, a zaraz zaświecił mu się świetlik. — Zaraz, zaraz. Czy Zawodzące Echo boi się bycia przywódcą? A może właśnie wręcz przeciwnie, to on zaplanował zabicie go? — podpytał.
Zastępca skrzywił się nieznacznie.
— Nigdy przez myśl nie przeszła mi chęć zabicia własnego ojca. Ilość rozmów, którą przebyłem z Wdzięczną Firletką, Kronikarzami czy nawet Rudą Lisówką i Fluorytem, właśnie na temat moich zmartwień o niego, może o tym świadczyć.
— Zarzucanie zbrodni Echu o zabicie swojego ojca jest tak samo odklejone jak oskarżanie mojej siostry, z całym szacunkiem, Opadający Rumianku — odezwał się Pogłos Klanu Burzy, Ognik. — Nikt tak bardzo nie wspierał Króliczej Gwiazdy właśnie jak Zawodzące Echo, który, przypominam, stracił już swoją rodzinę w różnych okolicznościach, a z ojcem miał dobre relacje, z tego, co udało mi się zauważyć. A gdyby miał spiskować, to pewnie Wdzięczna Firletka dawno by coś wyłapała, podobnie jak reszta kotów. Z resztą, musimy wszyscy przyznać, że już i tak przejął praktycznie stanowisko Królika, więc nie dość, że nie miałby po co sięgać po władzę, to w dodatku przez nawał obowiązków zwyczajnie nie miałby kiedy.
Echo skinieniem głowy podziękował Ognikowi za interwencję, po czym spojrzał ponownie na Rumianka.
— Myślę, że drobna ilość obaw jest zdrowa — miauknął po chwili namysłu, utrzymując kontakt wzrokowy. — Rola lidera niesie ze sobą wiele obowiązków i obciążeń, o których myślałem od dnia, w którym zostałem zastępcą. Zdziwiłbym się, gdyby ktoś niczego się nie bał.
Rumianek wyglądał przez chwilę jakby nad czymś myślał.
— Masz po swojej stronie również tych dobrych wojowników. Także i mnie. Jest wśród nas w końcu także wielu lojalnych. Wierzę, że będziesz dobrym przywódca. I dziękuję za rozwianie moich wątpliwości — kiwnął lekko głową.
Raniuch skinęła łbem.
— I nawet jeśli ktoś zabójstwo zlecił, ktoś się końcowo go podjął, co czyni go tak samo winnym. Nie widzę powodu, by teraz się nad tym rozwodzić.
Echo kiwnął głową Rumiankowi w geście uznania. Po chwili przeniósł wzrok na Śpiewkę.
— Patrol wyruszy w momencie, gdy tylko się rozpogodzi — zgodził się z nią. — Będą szukać tych, których nie wrócili do obozu... Żywych, lub ich ciał. Śladów walki.
— Z chęcią wezmę udział w patrolu — zaoferował podejrzany rudzielec. — Na początku już zaproponowałem, abyśmy poszli ich szukać... może jeszcze gdzieś tam są?
— Nie. Ty zostajesz tutaj. — warknęła Raniuszek. — Zbyt dobra okazja, by dać nogę, co?
— To zły pomysł, by podejrzany szedł — wtrącił.
— Nigdzie się nie ruszasz — wymamrotała pod nosem medyczka. — Oskrzydlony Ogniku, pomóż mi ich obejrzeć.
— No dobra, dobra...
Nie słuchał kłótni rodzinnej Śpiewki i Ciernia. Zwykła strata czasu. Usiadł więc na zadzie i czekał. Najpierw medyczka obejrzała spalony ogon Rudzik. Na szczęście dało się go uratować.
Gdy zbliżyli się do Nieustraszonego Chomika, Firletka od razu zauważyła ranę.
— Nieustraszony Chomik ma ugryzienie na łapie! — zawołała w stronę Echa i Śpiewki.
— Bo to moje ugryzienie. Paliła mi się, a gaszenie ziemią nie zadziałało to się ugryzłam, oczywiście to było w trakcie jak biegłam do rzeki się ratować.
Jakaś żenada. Po prostu żenada.
— Więc zamiast po prostu wsadzić do pyska, postanowiłaś ją ugryźć?! — rzuciła gwałtowniej Rudzik w stronę Chomik, bardziej nabuzowana.
— Czy nie powinnaś mieć w takim wypadku poparzonego pyska? Nie widzę u Ciebie nic podobnego.
— Chomik jest… Głupia. — burknął Cierń. — Dziwi cie to?
— ...Gdybym poparzył sobie łapkę i spanikował... pewnie też bym to samo zrobił — dodał ciszej rudy, trochę zawstydzony.
— Przecież ja sam mam podpalone futro, potknąłem się i wylądowałem bardzo blisko ognia. — wskazał na zwęglone końcówki futra na grzbiecie.
— Tak ugryzłam ją, to że nie rozumienie nowoczesnych metod zapobiegania kontuzji to już nie moja sprawa, a po drugie mój pysk jest nieskażony bo ten ogień to sama pochłonęłam. Trochę mnie piekło na języku ale się zgasiło.
Firletka, przesuwając się z powrotem do Pierza i Ciernia, zauważyła sierść powyrywaną z ich brzuchów oraz lekkie ślady pazurów, co również oznajmiła klanowi.
— Biegnąc na ślepo też można zahaczyć brzuchem o coś ostrego — wymamrotał Pierze. — Przynajmniej rany nie są głębokie…
— Czyli co — odwróciła głowę do Ciernia, odklejając wzrok od matki — Bawiliście się w berka podczas pożaru? Czy poszukiwania umarłych to jakieś twoje nowe, chore hobby.
Nie ukrywał się z tym. Spojrzał kątem oka na Raniuch i głośno powiedział:
— Zahaczyłem o ostrą gałąź krzewu podczas biegu przed ogniem i wyrwało mi trochę futra - wyjaśnił spokojnie. — Jak Wdzięczna Firletka widziała, te rany są w wyniku zahaczenia o coś ostrego.
Medyczka uniosła brew.
— I chcesz mi powiedzieć, że wszystkie gałęzie mają po cztery ostre pazury? W tej samej odległości? 
— W trakcie biegu mogłem jeszcze o coś zahaczyć. Klan Gwiazdy wie, co mi się tam jeszcze wbiło…
Dotychczas Lotos siedział pod ścianą, w mroku, jednak teraz wysunął się pomiędzy inne koty.
— Chciałbym również coś powiedzieć — oznajmił, stając obok Echa. — Niedawno Tańcujące Pierze dość mało subtelnie wypytywał mnie o moje poglądy wobec władzy klanu i opowiadał o krytyce, z którą podobno spotykał się Królicza Gwiazda. Czyżby szukał pomocników wśród nas?
— Rzeczywiście można go było zauważyć w towarzystwie niektórych kotów, podszeptującego… — mruknęła Raniuch.
Pokręcił zażenowany Tańcujące Pierze głową.
— Lotosowy Pąku, przerabialiśmy ten temat. Mówiłem tylko, że był rozłam w klanie, bo słyszałem szepty dochodzące z legowisk. Chciałem sięgnąć po twoje rady. Powiedziałeś mi dużo mądrych słów, które do dzisiaj pamiętam i dziękuję ci za to. Dzięki tobie udało mi się szybko opanować po śmierci mojego brata.
Albinos zmierzył Pierze wzrokiem, nie odzywając się już.
Biały Strumień westchnął. Wziął po chwili ponownie głęboki wdech.
— W takim razie mamy: ślady po czymś ostrym na brzuchu Pierza, który twierdzi, iż to była gałąź. Ugryzienie na łapie Nieustraszonego Chomika, która ugryzła się sama, mimo braku poparzenia na pysku. Do tego Gradobijący Cierń również ma ślady na brzuchu, a obydwaj mają powyrywaną sierść. Czy coś pominąłem?
— Nie uważasz, że gdybyśmy faktycznie walczyli, mielibyśmy na sobie o wiele więcej ran? — Cierń uniósł brew. — W dodatku chyba by nas tu już nie było, bo dym był tak duszący i szczypiący w oczy, że łatwo było sie podusić. Mnie Pierze znalazł już w stanie prawie omdlenia, musiał mnie ewakuować z dala od dymu. A on sam nie był w najlepszej formie. Z resztą, zanim odciął mnie ogień, pomagałem Sójce iść, bo nie miała siły. Wcześniej biegłem niedaleko, a potem wspierałem ją bokiem przez chwilę. Rozdzieliliśmy się, bo usłyszałem krzyk jednego ze starszych i chciałem mu pomóc, no a potem odcięły mnie płomienie…
— Hmm. Może i byście mieli więcej ran, gdybyście walczyli z kimś równym sobie. Jeśli był to kot słabszy... jak na przykład Królicza Gwiazda lub mój ojciec. Takie rany są odpowiednie do poziomu walki.
— Biały Strumieniu, z całym szacunkiem, ale Królicza Gwiazda miał wiele żyć. Byłoby zbyt ciężkie zabić go i jeszcze resztę kotów w tak małej grupie, nie sądzisz? I co, Wełnistą Mszyce, młodą i zwinną, też zabiliśmy? Przemyśl to, proszę.
Śpiewający Raniuszek prychnęła.
— Tak, bo walka z bandą starszych i, iloma, dwójką młodszych kotów gdy macie przewagę w sile to naprawdę spore wyzwanie.
Gradobijący Cierń westchnął zrezygnowany.
— Powtarzam, PO RAZ KOLEJNY! Przejmujecie się tym, że niby nie żyją, a co jeśli żyją?! Leżą teraz gdzieś na spalonej łące i biorą ostatnie oddechy bo WY nie chcecie ruszyć się i ich szukać! Z resztą kocięta są głodne, jeśli nie zauważyliście, a do patrolu łowieckiego też nie garnie się nikt! Obwiniacie nas, a to my najbardziej sie teraz martwimy bo widzieliśmy ich, a widzenie kogoś przed jego prawdopodobną śmiercią też nie jest łatwe!
Tańcujące Pierze zamknął pysk Gradobijącemu Cierniowi.
— Zamknij pysk... już się teraz wykazałeś inteligencją i zasobem słów, geniuszu…
Jako odpowiedź usłyszał warczenie.
— Myślę, że wszyscy zapomnieli o tym, co Śniący Obserwator mówił na samym początku — zaczął swą wielką przemowę Ognik. — Czy spiski doszły końcowo do rękoczynów, tego nie wiemy, ale sam fakt, że zdrada pływała wśród nas tak intensywnie, nie może obyć się bez konsekwencji. Na czas oględzin proponuję wsadzić wszystkich do dołów i pilnować, gdyż mamy tu do czynienia z jawną zdradą klanu, jak nie masowym morderstwem i to nie w skali dramatu rodzinnego, tylko zamachu na lidera. Mamy motywy zdrady, mamy Pierze, który już nie raz wykazał się swoją... gwałtownością oraz Chomik, która już do podobnego czynu podeszła, więc wątpię, by zabicie kogoś było dla niej przeszkodą. Oskarżane tu koty tak czy inaczej coś planowały, chcąc POZBYĆ się, przypominam, Króliczej Gwiazdy i naprawdę śmiem wątpić, że chodziło o wyproszenie go grzecznie z klanu. Co, jeśli któryś ze starszych widział wybryk i został uznany za uciążliwego świadka? Plany były, z tego co rozumiem, całkiem żywe — tu spojrzał na Śniącego, który kiwnął głową na potwierdzenie — Nie wiadomo czy do zamachu doszło, ale dojść miało. Czy teraz, czy później. Osobiście jestem za wrzuceniem wszystkich oskarżonych osobno do dołów i pilnowanie, aż nie wymyślimy, co z nimi zrobić. — tu spojrzał jeszcze raz na winnych — Osobiście nie chciałbym dalej żyć w społeczności przepełnionej zdrajcami, którzy w każdej chwili mogą wbić zęby w kark. Szczególnie, że chcieli też pozbyć się Zawodzącego Echa. Kogo więc jeszcze mieliby za sobą pociągnąć? Waszych bliskich? Matki, siostry, cały klan?
— PATRZCIE, PSZENICA WRÓCIŁA! — wszyscy popatrzyli tam, gdzie pokazała Chomik, a kotka wykorzystując to, uciekła. Za nią pobiegł Cyklonowe Oko.
Rudy siedział z fochem, wysłuchując paplania Ognika. No w sumie... lepsze to niż egzekucja. Wciąż chciał żyć. A wybryk Chomik nawet nie skomentował. To była żenada. Żałosne. Spojrzał jeszcze raz na Bursztyna.
— ...I oprócz bycia skałą musisz być szczwanym lisem jak ta o to Nieustraszony Chomik.
Z tunelów dochodziły warczenie i krzyki. Już po chwili do Groty powrócił Cyklon, ciągnąc Chomik za nim za kark.
Pomimo słów Ognika, reszta dalej kontynuowała poprzednią rozmowę i wymianę zdań Ciernia-Śpiewki.
Kotka patrzyła na srebrzystego kocura niezbyt przejęta.
— Przynajmniej Pierze wie, kiedy się zamknąć. Może też zauważył, że sprawa jest stracona, zamiast brnąć dalej w kłamstwa. — miauknęła chłodno. — I nie udawaj proszę, że ci zależy. Masz krew na łapach, dobrymi czynami ich nie obmyjesz. — zignorowała próbę ucieczki matki, siadając znów z boku, pusto patrząc na scenę i jak żałośnie Cyklon wkroczył znów do groty, z Chomik w pysku. Odwróciła wzrok.
Uśmiechnął się rudy do Raniuch, widząc jak coś się w niej dzieje. Reakcja kotki na uwięzienie matki nasuwa mu wiele pomysłów, co do ich następnych pogawędek, jeżeli takie się odbędą.
Przeleciał wzrokiem po tłumie.
— Czy możecie się na chwilę uspokoić! — zawołał zastępca, zaciskając zęby. — Ktokolwiek słuchał, co Oskrzydlony Ognik przed chwilą powiedział?
— Jestem za tym, by wsadzić ich do dziur. — odezwał się Śniak, wyraźnie dając znać, że nie chciał ich widzieć.
— Mam nadzieję, że tylko na czas oględzin — miauknęła wyraźniej Raniuszek. — Później chętnie zobaczę jak bez pazurów i języków opuszczają klan.
Uśmiech Pierza nie zniknął.
— Miło to słyszeć, Raniuszku. Doprawdy... aż się łezka kręci w oku!
— Popieram Raniuszka. Nie powinniśmy przejawiać litości dla zdrajców — rzekł Biały Strumień.
— Czyli chcecie też być okrutnymi mordercami? No dobrze, hipokryzja no ale co sobie tam chcecie… — odburknął.
— Ależ my nikogo nie mordujemy. Karamy w imię sprawiedliwości i zasad, oraz moralności narzuconych przed klan gwiazdy, który zchańbiliście, podobnie, jak kodeks wojownika. Więc tak, uważam, że jesteśmy w tym lepsi. O wiele lepsi od was.
Raniuszek nagle wyszła, nie czekając na werdykt Echa. Dziwne.
— Ah, no tak. Kiedy nawet nie jesteście pewni, czy to my zabiliśmy. A kto wie, może ten ogień zesłali na nas właśnie Gwiezdni, bo chcieli nam dać za coś nauczkę. Lub ukarać jakieś koty. Tego już nie wie nikt. Czy medycy nie mieli ostatnio jakichś znakow od Klanu Gwiazdy? Oczywiście nie muszą odpowiadać, ale niech odpowiedzą na to pytanie sobie sami w głowie.
— Nie możemy też wykluczać, że po wygnaniu by nie wrócili, by przejąć klan — westchnął melodyjnie, jakby gdybając sam do siebie. Nie przeszkadzało mu zabicie kogoś, kto naraziłby na rozpad jego wizję o utopii.
Echo ponownie zwrócił na siebie uwagę zebranych kotów.
— Zgodnie z propozycją, podejrzani spędzą noc pod strażą. Gdy tylko upewnimy się, że na zewnątrz jest bezpiecznie, wysłany zostanie patrol poszukiwawczy.
Zastępce wziął głęboki oddech.
— W międzyczasie, prosiłbym każdego o zastanowienie się nad tym, co dzisiaj usłyszeli i zobaczyli. O przyszłości podejrzanych, gdy tylko patrol zda raport z... ilości kotów, których przez nich straciliśmy, zadecyduje również głos publiki.
Rudzik, słysząc swoje imię, zastrzygła uchem i kiwnęła głową na znak, że zrozumiała słowa przyszłego przywódcy. Niebywałe.
— Pod czujnym okiem również chętnie pomogę przy późniejszej odbudowie obozu — mruknęła cicho, słabym głosem.
Widocznie płuca nadal bolały ją od dymu, a gardło niemal paliło.
Odwrócił się na pięcie, z widoczną frustracją w stronę swoich “strażników”. Westchnął ciężko.
— I gdzie ta sprawiedliwość, Klanie Gwiazdy?
Oczywiście na sam koniec rozległy się wrzaski Chomik.
— NIC NIE ZROBIŁAM, ZOSTAWCIE MNIE, WRONIE KARMY! WSZYSCY JESTEŚCIE GŁUPCAMI I PRAWDZIWYMI ZDRAJCAMI WŁASNEGO KLANU, MOJA MATKA BYŁABY LEPSZYM LIDEREM NIŻ WY WSZYSCY! NORNICZY ŚLAD CHCIAŁA DOBRZE, ALE OD KIEDY UWIERZYLIŚCIE ZAKŁAMANEJ LISIEJ STRAWIE PRZEPLATKOWEMU WIANKOWI, SAMI SOBIE SPUŚCILIŚCIE GNIEW GWIEZDNYCH! WASZA BIERNOŚĆ ZOSTAŁA UKARANA I BĘDZIE NADAL, PÓKI ŻYJĘ, TO MOŻECIE SWOJE MARZENIE O SWOIM SPOKOJNYM ŻYCIU WSADZIĆ W DU—
Aż w końcu Cyklon ją przygniótł mocno do ziemi.
Nasz bohater.

***
Następnego wschodu słońca…

Echo stanął pod jedną ze ścian w Grocie Pamięci, spoglądając na kręcące się po jaskini koty. Stłumione chmurami promienie słońca wpadały do środka przez świetlik, rzucając na jego współklanowiczów miękkie plamy światła.
— Klanie Burzy! — podniósł głos, zbierając na sobie uwagę. Oczy zwróciły się w jego kierunku. — Dzisiejszego poranka wrócił patrol poszukiwawczy.
W tłumie rozległy się szmery. Swoje spojrzenie skierował na koty, które zostały przed chwilą znowu przyprowadzone do groty -Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Dziki Berberys oraz Nieustraszonego Chomika, stojące za obstawą wojowników. 
— Nie znaleziono ciała Króliczej Gwiazdy — oznajmił. Szepty przybrały w natężeniu; uniósł łapę, aby je uciszyć. — Podobnie jak ciał Sójczego Błękitu, Szarej Skóry, Skrzypiącego Skrzypu oraz Szafirkowego Wiatru.
Zamilknął na moment.
— Po Wełnistej Mszycy również nie ma żadnego śladu — dodał, przez uderzenie serca spoglądając ze współczuciem na Białego Strumienia i Lotosowego Pąka. — Znaleziono za to szczątki Pozłacanej Pszenicy oraz Ognistej Piękności…
Wziął głęboki oddech.
— W większości strawione przez ogień. Pszenica znaleziona została pomiędzy obozem a Kamiennymi Strażnikami; możliwe, że odłączyła się od naszej grupy na początku ewakuacji. Za to ciało Ognistej Piękności znajdowało się bliżej rzeki. Dzięki oględzinom wiemy, że miała połamaną jedną z przednich łap — odwrócił łeb i spojrzał na Wdzięczną Firletkę, szukając potwierdzenia; kocica skinęła głową — co może sugerować celową próbę unieruchomienia jej i odebrania możliwości ucieczki. Na dodatek… Właśnie w tej okolicy znaleziono strzępki futra w wielu kolorach, rozrzucone wśród niespalonych fragmentów polany. Ślady walki.
Zlustrował tłum wzrokiem.
— Wszyscy widzimy, jaki obraz sytuacji te wszystkie dowody malują — kontynuował — zarówno te znalezione dziś, jak i wszystko to, czego dowiedzieliśmy się wczoraj dzięki waszym słowom oraz czujnemu spojrzeniu. Tańcujące Pierze — spojrzał na kocura — był widziany wykradający się w nocy z obozu, w towarzystwie kota zamieszanego w okoliczności zaginięcia wymienionych wcześniej kotów. Co najmniej dwójka świadków słyszała jego słowa; aluzje do pozbycia się mnie bądź Króliczej Gwiazdy, oraz jasna groźba w kierunku pobratymców. Prawdopodobne próby perswazji innych członków klanu do pomocy, których przykładem jest Lotosowy Pąk, oraz zadrapania na brzuchu i krew na podbródku, mówią same za siebie.
Przeniósł wzrok na siedzącą obok kocicę.
— Nieustraszony Chomik była widziana wraz z Tańcującym Pierzem. Nie było jej również w obozie w chwili wybuchu pożaru; gdy pojawiła się wraz z resztą pod Kamiennymi Strażnikami, cały czas siedziała cicho. Rana po ugryzieniu na jej łapie, jak i… Osobliwe wytłumaczenie jej pochodzenia, nie pomagają jej sytuacji. Którą przypieczętowuje próba ucieczki, przerwanej przez Cyklonowe Oko, mówiąca nam jasno, że jest w to wszystko zamieszana i próbuje uniknąć konsekwencji.
Następnie skupił się na kolejnej dwójce kotów.
— Gradobijący Cierń i Dziki Berberys — skinął głową w stronę rodzeństwa — zostali złapani na spiskowaniu przeciw klanowi i Króliczej Gwieździe przez Śniącego Obserwatora. Cierń, podobnie jak Tańcujące Pierze, ma ślady pazurów oraz futro wyrwane z brzucha. Dodatkowo, wszyscy pamiętamy jego słowa w obozie, skierowane do mnie i Króliczej Gwiazdy, które usłyszeliśmy przed wybuchem pożaru.
Zamilkł na moment.
— Co do Rudzikowego Skrzydełka, Zwiewnego Maku i Bąbelkowego Plusku… — zaczął. — Rudzik została oskarżona przez Ostatni Pożar o wykradanie się na granicę z Klanem Klifu, jak i rozmowę o pozbyciu się Króliczej Gwiazdy. Jednak jest to jedyny jasny zarzut i nikt nie był w stanie poprzeć go inną obserwacją. Dodatkowo, pomimo odłączenia się od grupy, pojawiła się przy Kamiennych Strażnikach wcześniej, w towarzystwie Opadającego Rumianka. Jest matką jeszcze młodych dzieci i nie widzę przekonującego powodu, przez który miała by być jawnie zamieszana w spisek. Jestem skłonny uwierzyć, że… Wymykanie się na granicę mogło być spowodowane spotkaniami z ojcem jej kociąt, którego tożsamości nikt z nas nie zna – a zniknięcie podczas ewakuacji być może tłumaczone może być chęcią ostrzeżenia go przed pożarem.
Przesunął spojrzenie na drugą, czarnofutrą kocicę.
— Sytuacja Zwiewnego Maku wygląda podobnie. Niedawno została matką dwóch małych, osieroconych kociąt, i nie chciałbym odbierać im jedynego rodzica, którego zyskały, pochopnymi oskarżeniami. To prawda, pozostawiła ich w momencie ewakuacji oraz wróciła wraz z resztą oskarżonych, ale nie nosi na sobie śladów walki. Bąbelkowy Plusk… Wszyscy pamiętamy, że to on wbiegł do obozu ostrzec nas przed pożarem. Wyglądając na szczerze przerażonego. Możemy tylko spekulować, czy wybuch pożaru był częścią planu, czy jedynie przypadkową przykrywką. Nie nosi on śladów walki, jednak podczas wczorajszej dyskusji bronił Tańcującego Pierza. Oraz wrócił wraz z resztą podejrzanych.
Wziął głęboki oddech.
— Zyskałem od was wiele opinii oraz propozycji — oznajmił po chwili. — Dotyczących tego, jakie konsekwencje powinny spotkać oskarżonych. Niektórzy wyrazili je już wczoraj na forum. Inni prywatnie. Jednak wszystkie głosy sprowadzały do tych samych dwóch opcji – wygnania bądź egzekucji.
Tańcujące Pierze zesztywniał. Wbił szmaragdowe, przeszywające oko w medyczkę. Na co dokładnie rudy czekał?

<...Niewdzięczna Firletko…?>

Od Lekkomyślnej Łapy (Trójokiego Zająca) CD. Nietoperzej Łapy (Psotnego Nietoperza)

Przeszłość

Świerszcze szeleściły pomiędzy trawami, śpiewając swoje najlepsze melodie w akompaniamencie licznie zasiadywanych gałęzi przez ptaki. Klangor mew niósł się echem po jamie, a ryk wodospadu uderzającego o posadzkę dość sprawnie tłumił wszystkie inne dźwięki, samemu niezwykle hałasując. Kocur przypadkowo wpadł na jedną z uczennic, która nawet nie siedziała w centrum, a na uboczu. Jego myśli zaczęły zalewać wszelkiego rodzaju obawy, a uszy kładł po sobie nieprzyjemnie. Nie miał w zamiarach wpadać dzisiaj na kogokolwiek, jednak zmęczenie dawało się we znaki. Opieka i rozmawianie ze starszymi, wyciąganie tych wszystkich obrzydliwych kleszczy… wymiana posłań, wszystkich, które były zaniedbane i w strzępkach, a potem wyniesienie tego wszystkiego poza obóz, żeby nikomu nie wadziło pod łapami. Następnie, pomoc w poukładaniu ziół w lecznicy, upewnienie się, że karmicielki wraz ze starszyzną zjedli należyty posiłek. Zapowietrzył się wręcz, czując nieprzyjemne ukłucie w płucach. Gdyby Nietoperza Łapa zechciała, mogłaby niezwykle uprzykrzyć mu życie. Zupełnie tak, jakby obecnie nie wyglądało ono dość nieciekawie. Czasu jednak nie cofnie, a wszystkiego na zmęczenie zwalać nie mógł, w końcu dzisiaj się przecież wyspał. — Jak chodzisz? — mruknęła, wyraźnie niezbyt zachwycona z tego, co się właśnie wydarzyło. Westchnęła cicho, a następnie usiadła. Wbiła wzrok w kocura. Kremowy poczuł, jakby odcięto mu język. Dlaczego w chwilach, kiedy najbardziej go potrzebował, on się zapadał i odmawiał mu posłuszeństwa, tworząc w gardle nieprzyjemną gulę? — Właśnie odpoczywałam i spędzałam czas ze swoimi myślami, a tym mi w tym przeszkodziłeś — dodała i pokręciła lekko łebkiem. Przełknął ślinę, słuchając dalej jej słów. — Cóż za brak wychowania — dorzuciła i wyszczerzyła delikatnie ząbki.
Trójoki Zając zmarszczył trochę brwi, jednak po paru uderzeniach serca je wygładził. Nie potrzebował kłótni z uczennicą, miał swoje księżyce na karku, doświadczenie także. Nie wyłapał, że jedynie sobie żartowała. Pomyślnie przeszedł test na wojownika, a do traktowania go gorzej jakoś nie potrafił się przyzwyczaić, mimo fali wyrzutów sumienia zalewających jego umysł, chłonący wszystkie te przykrości niczym gąbka wodę. Pochylił przed nią łeb, wstrzymując oddech, a potem wypuszczając powietrze powoli, pyskiem. Nie chciał powiedzieć jej niczego niemiłego, a nerwów miał coraz to mniej ze względu na ciężki, pracowity dzień.
— To się więcej nie potwórzy. Przepraszam, że przeszkodziłem — powiedział, a potem, gdy już miał się wycofać, poczuł, jak czarnofutra lekko szturcha go w bark.
— Wyluzuj, cały czas chodzisz taki spięty — powiedziała, nosem wskazując na jego tylne łapy, które go już zaczynały boleć od ciągłego napinania ich. Wszystko to przybywało do niego tak niespodziewanie, czasem odnosił wrażenie, że nie posiadał pełnej kontroli nad własnym ciałem, co było dość… dziwne. Zmęczenie robiło różne, nietypowe rzeczy z kotem.
Później, gdy wrócił do swojego posłania, dostrzegł w nim żabę. Istotka zamrugała z kamiennym wyrazem twarzy, jedyne co jej się poruszało, to podbrzusze. Kremowy westchnął przeciągle. Kto mu wiecznie sprawiał psikusy? Nie miał na to siły. Pochwycił żabę, a potem odłożył ją tuż obok, poza jego posłaniem i położył się w nim, nakrywając nos łapą. Wystarczyło mu już, że miał tak paskudne imię i był traktowany niczym wyrzutek.
Nie chodziłby spięty, gdyby nie musiał tak chodzić. Nie miał nic więcej do dodania od siebie, a nie chciał palnąć czymś głupim znowu. Nawet jeśli Nietoperza Łapa nie chciała raczej źle, to Trójoki Zając był zbyt zmęczony, żeby to odebrać jakoś pozytywnie. Chociaż on nie żywił urazy wcale długo.

***

Teraźniejszość

Ostatnimi czasy żłobek stał się dość zapełniony. Aż trzy legowiska obok zajęte były przez królowe - Truskawkowe Pole, która była tutaj pierwsza, Kukułczy Wdzięk oczywiście, Jastrzębi Zew, która czuwała tutaj od zawsze, odkąd tylko kremus pamiętał, a teraz, najnowsza… Psotny Nietoperz. Odkąd do Klanu Klifu zawitał nowy kot, czarnofutra, zdawało się, stała się szczęśliwsza (chociaż już wcześniej uśmiech nie schodził jej z pyska, a pomysłów miała niezwykle wiele). Trójokiego Zająca doszły słuchy, że nie tak dawno temu ze żłobka wybyła jego córeczka, ciekawa wszystkiego dookoła... nie brała pod uwagę prawdopodobnie wszystkich niebezpieczeństw poza kociarnią. Usłyszawszy to, od razu się zaniepokoił, aczkolwiek kremowa nie wyglądała tak, jakby stała się jej krzywda, dlatego mógł odetchnąć z ulgą. Nie podobało mu się to, że zawsze, kiedy wychodził z obozu, przynajmniej jedno z jego czterech kociąt znajdowało sposób na to, żeby obejść troskliwe ślepia rodziców, czuwających nad nimi. Osiągnęły wiek, w którym ciągnęło je poza jamę, a z tym wiązała się góra niebezpieczeństw, od najbardziej prawdopodobnego, czyli przeszkodzenia wojownikowi, a potem odniesieniem z powrotem do żłobka i reprymendą zarówno dla niego, jak i rodziców, aż po najgorsze – czyli wyjście z serca Klanu Klifu, a później… pokręcił głową. Nie, zamartwianie się na zapas nie miało żadnego sensu. Nie potrzebował tego teraz. Ułożył się wygodnie na swoim miejscu. Liliowa szylkretka potrzebowała rozprostować łapy, dlatego tym razem to tylko on czuwał nad maluchami, jednak zdążył się już przyzwyczaić. Nie przeszkadzało mu to w najmniejszym stopniu, rozumiał, że jego ukochana potrzebowała, chociaż chwili dla siebie. Odetchnięcie było ważne. Nawet jeśli kochał swoje kocięta z całego serca, on także niekiedy potrzebował wybyć z jaskini w celu zapolowania dla klanu lub odnowienia zapachów granicznych. Ta sytuacja jednak się różniła, ponieważ on był już wojownikiem, znał te tereny dość dobrze, a kocięta nie obejrzały ich nawet pierwszy raz.
Psotny Nietoperz została mentorką Kurzej Łapy, czyli jednej z dwóch znajdek, jakie zawitały w obozie Klanu Klifu już jakiś czas temu. Jako, iż jej brzuch stawał się coraz to bardziej okrągły, została przeniesiona do żłobka. Jego ostatnia interakcja z łaciatą kocicą była tak dawno… nosił jeszcze imię Lekkomyślnej Łapy, za którym wcale nie tęsknił. Tak wiele rzeczy, miał wrażenie, działo się dookoła niego, a on nie miał za bardzo czasu nawet nad tym dywagować. W rzeczywistości uważał, iż było mu dobrze z jego właściwym, porządnym imieniem, Trójokim Zającem. Brzmiało dumnie, a przede wszystkim nie stawiało go w negatywnym świetle, oczywiście w pewnym sensie. Życzył kotce jak najlepiej, nawet jeśli ich pierwsze spotkanie wcale nie było takie kolorowe, jak chciałby je zapamiętać. Mimo to, próbował pozostawać względem każdego tak neutralnym, jak tylko było to możliwe. Przełknął nerwowo ślinę, mała Mysikrólik zaczęła gryźć go po uszach, jednak on nie zwracał na to szczególnej uwagi. Wreszcie, gdy jej się to znudziło, podniósł się z własnego miejsca i zbliżył delikatnie do łaciatej, ale nie szczególnie blisko. Tak, żeby go usłyszała.
— Psotny Nietoperzu, dziękuję, że ostatnio zwróciłaś uwagę na jedną z moich córeczek, Ćmę — powiedział do kotki, gdy nawiązali kontakt wzrokowy. — Sama wiesz jak to jest... osiągnęły taki wiek, że je ciągnie poza ściany nory. Gdyby nie ty, nie wiem, jak dalej mogłoby się to potoczyć — dopowiedział jeszcze, czując wyrzuty sumienia, że nie był w stanie wtedy zareagować, ponieważ nie było go nawet w obozie, ale i ulgę, że ktokolwiek zwrócił uwagę i zapobiegł ewentualnej tragedii.

<Psotny Nietoperzu?>

Od Trójokiego Zająca CD. Jagnięcej Łapy (Jagnięcego Ukłonu)

Przeszłość

Kocur poczuł, jak ktoś nagle na niego wpada, a potem do jego uszu doleciało parę konkretnych słów. Początkowo poczuł się wybity z rytmu, ponieważ nie spodziewał się tego, aczkolwiek nie miał niczego za złe bliskiej mu kotce. Jagnięcy Ukłon zawsze służyła mu pomocą, kiedy tylko najbardziej tego potrzebował. On również powinien dać cokolwiek od siebie… miał wrażenie, że tylko od niej brał, co może i mogło tak wyglądać, aczkolwiek nawet jeśli, to nie robił tego specjalnie. Gdyby tylko była okazja do pomocy, z pewnością by z niej skorzystał i udzielił łap kocicy.
— Och, wybacz, Trójoki Zającu, trochę się zamyśliłam — miauknęła z lekkim rozbawieniem w głosie. Kremowy zamrugał jednokrotnie, aczkolwiek po chwili jego pysk również rozświetliło rozpromienienie. Nie miał jej tego za złe, każdemu czasami się zdarzało tak. On nie raz, nie dwa wpadł na kogoś w swoim życiu. Szczególnie jak był młodszy i głowę miał wiecznie w obłokach albo było mu w głowie tylko odpoczywanie, zamiast ciężka praca. Pokręcił głową.
— Nic nie szkodzi, Jagnięcy Ukłonie. Wszystko dobrze? Nic sobie nie zrobiłaś? — upewnił się, oglądając ją od łap do końcówek uszu, nie żeby wiedział, za czym się rozglądać… w końcu siniaków nie było widać pod futrem. Mimo wszystko zadziałał dość spontanicznie i taką reakcję uznał w danej chwili za stosowną. Medyczka zamiotła delikatnie ogonem.
— Wszystko w porządku — zapewniła go, a zaraz potem dodała. — Jak się dziś czujesz? Jak tam na patrolach? Mam nadzieję, że obyło się bez przykrych niespodzianek — wymruczała pogodnie, przechylając leciutko łebek. Czekała cierpliwie na jego odpowiedź. Kremowy pomyślał, że to bardzo miłe z jej strony. Mimo że niektórzy Klifiacy wcale nie podchodzili do niej pozytywnie, ona nie zrażała się do wszystkich i zachowywała tak naprawdę lepiej, od wielu “szlachetnych” wojowników. Serce miała ogromne, zresztą tak samo, jak i empatię. Była dobrym kotem. Byli takimi szczęśliwcami, że to właśnie ona była ich medyczką.
— Dzisiaj dobrze… wyspałem się i zjadłem dobrze. Mam nadzieję, że ty również skorzystałaś z obfitej sterty zwierzyny — odparł spokojnie, a zaraz potem przypomniał sobie, że to nie było przecież wszystko, na co należało zareagować. — Dzisiejszy patrol był spokojny, odnowiliśmy znaczenia zapachowe na granicach i przebiegło to dość sprawnie. Czas mija jakoś szybciej, gdy… ma się głowę w chmurach — uśmiechnął się raz jeszcze, a policzki uniosły mu się, nadając jego oczom przyjaznego wyrazu. Poruszył wąsami. Kotka słuchała go cierpliwie, nie przerywając ani razu.
— Ach i jak tam twój brat? — dodała jeszcze. Trójoki Zając nigdy nie widział Króliczej Prawdy jakoś szczególnie często w legowisku medyka, możliwe, że nie miał nawet aż tak dobrych relacji z medyczkami – bo najprościej w świecie mógł mieć z nimi neutralną relację. Zielonooki zaś był niezwykle wdzięczny, że mógł teraz tak pogodnie porozmawiać z Jagnięcą Łapą. Zastanowił się chwilę.
— Myślę, że u niego też wszystko w porządku. Dzisiaj minęliśmy się na patrolach, on wyruszył na polowanie razem z Gołębim Puchem i Drzemiącym Słońcem. Powinni wrócić niedługo — odwrócił się ku wyjściu z jamy, jak gdyby mieli wrócić właśnie na jego zawołanie. Tak się jednak nie stało, więc ślepia raz jeszcze zawiesił na koteczce o kobaltowych oczach. — Jagnięca Łapo, jeśli będziesz kiedykolwiek potrzebowała mojej pomocy, pamiętaj, że zawsze jestem. Postaram się pomóc, jak tylko potrafię. Może i nie znam się na ziołach, ale w razie, gdyby było… przykładowo coś ciężkiego do przeniesienia, jestem chętny ci pomóc — wymruczał, czując powinność względem kotki. Miał wrażenie, jakby miał wobec niej dług do spłacenia, chociaż bez ostatecznej daty, kiedy należało go “spłacić”. Pręguska zamrugała parokrotnie, poruszając łapą, jakby niewerbalnie mówiąc: “wcale nie trzeba, dajemy sobie radę z Ćmim Księżycem”. Nie protestowała jednak słownie, a jedynie wyprostowała się sprawnie.
— To w takim razie, jeśli tylko znajdzie się okazja, skorzystam z twojej propozycji — wypuściła powietrze z płuc, a jej mordkę przyzdobił kolejny uśmieszek. Trójoki Zając poruszył łapą nieznacznie po posadzce, a kobaltowooka zerknęła na niego raz jeszcze. Ich głosy ginęły w szumie znad morza, docierającym aż do serca Klanu Klifu. — Trójoki Zającu, a jak sprawy się mają między tobą a Kukułczym Wdziękiem? — zapytała dość nieśmiało, wojownik zarumienił się widocznie, odwracając wzrok na parę uderzeń serca. Dlaczego za każdym razem czuł motylki w brzuchu, mimo że spędził z szylkretką już tak wiele chwil? Czy była to oznaka dalszej niepewności, a może, broń Klanie Gwiazdy, zwątpienia? Nie, to na pewno nie oznaczało tego. On… najzwyczajniej w świecie nie potrafił pozbyć się jej z głowy, nie chciał nawet tego robić. Miał wrażenie, że z każdym kolejnym dniem patrzył na nią coraz to czulej.
— Kukułczy Wdzięk bardzo o mnie dba. Upewnia się, że moje futro jest w dobrym stanie, często wychodzimy na patrole razem, ale ja też staram się dla niej robić, ile tylko mogę. Jeśli uda mi się upolować coś większego, zawsze zanoszę to dla niej. Gdy nie ma siły, pomagam w naprawieniu legowisk lub podnosimy siebie nawzajem na duchu, praktycznie za każdym razem — mówił, chociaż nie padło słowo klucz “jesteśmy partnerami”. Z jego wypowiedzi jednak dało się wywnioskować, iż nie była to najzwyklejsza, przyjacielska relacja, a łączyło ich coś więcej. Kocur rozumiał, skąd brało się pytanie kocicy. W końcu wcale nie tak dawno temu prosił ją o pomoc względem wybranki jego serca, ponieważ nigdy wcześniej nie był w żadnym związku, wszystko było dla niego takie nowe, mimo że jego szczenięce księżyce już minęły. On nadal czuł się tak, jakby był podkochującym się uczniem w innej uczennicy, zbyt wstydliwym, żeby jej to powiedzieć wprost.

***

Teraźniejszość

— Jagnięcy Ukłonie, mogę wejść? — zapytał, gdy srebrnej udało się znaleźć, chociaż chwilę wytchnienia. Wraz z niebieską szylkretką miały obecnie łapy pełne roboty, na pyskach malowało im się widoczne zmęczenie, dlatego Trójoki Zając odczuwał lekkie wyrzuty sumienia, że zaprzątał jej głowę akurat dzisiaj, aczkolwiek czuł, że jeśli będzie zwlekać z tą rozmową dłużej, to przejdzie mu wszystko koło nosa. W dodatku, gdyby tylko miał możliwość, z chęcią odciążyłby ich barki z obowiązków, ile tylko było to możliwe. Niektórych spraw nie wolno było odkładać na później, szczególnie jeśli zależała od tego przyszłość kota. Nie robili się młodsi, byli coraz starsi, a kocięta rosły. Kobaltowooka pokręciła głową, po czym zbliżyła się do niego i przeszła tuż obok, kierując ku wyjściu z jamy.
— Nie, mamy zbyt dużo chorych. Ryzyko zarażenia jest zbyt silne. Czy chodzi o Firletkę? Czuje się gorzej? — zaczęła dopytywać, spoglądając na kocura z lekkim zaniepokojeniem. Wojownik pokręcił głową, z wyraźną ulgą.
— Dzięki waszej wspaniałej pomocy jest z nim jedynie lepiej. Oddycha już bez świstu, udało nam się ostatnio przespać całą noc bez budzenia się z powodu kaszlu — powiedział kocur, idąc teraz u boku prowadzącej go medyczki, przy jednej ze ścian ogromnej jaskini. Przysiedli nieco na uboczu, żeby nikomu nie krzątać się przypadkiem pod łapami. Byli teraz zapracowani, musieli korzystać z wszelkich wyższych temperatur, każda zwierzyna robiła im teraz różnicę, nawet najchudsza nornica, jaką widział którykolwiek Klifiak.
— Miło mi to słyszeć — kontynuowała, po chwili spoglądając na niego raz jeszcze. — Zatem co cię do nas sprowadza, Trójoki Zającu? Coś cię niepokoi? — pytała, próbując dowiedzieć się, dlaczego kremus postanowił złożyć im wizytę. Raczej do tej pory przychodził jedynie po to, żeby pomóc swojej rodzinie z chorobą, albo sobie samemu nawet, ponieważ pogaduchy zdarzały mu się najczęściej w centrum, przy stercie zwierzyny lub blisko któregoś z legowisk. On również był zapracowany, musiał pilnować kociąt. Poruszył uchem, przypomniawszy sobie, że musi przecież coś powiedzieć.
— Zauważyłem, że moja córka, Ćma, bardzo interesuje się ziołami — podjął, a starsza kiwnęła lekko łebkiem. Ona sama z pewnością również zwróciła na to uwagę, zresztą Ćma nie tak dawno temu złożyła im długą wizytę, podczas której próbowała pomagać czy posegregować zioła, wspominała tamten dzień tak, jakby był najlepszym dniem w całym jej życiu. — Czy myślisz, że… mogłaby szkolić się pod waszym czujnym okiem? — zapytał wreszcie, zastanawiając się, czy robił w tym momencie dobrze. Oczywiście, medycy działali dużo inaczej niż wojownicy, a przede wszystkim, nie byli wybierani z dnia na dzień. W kocie potrzeba było powołania, pasji i paru innych rzeczy, o których wojownik nie miał pojęcia, jako iż nigdy nie szkolił się w tym kierunku. — Wiem, że macie teraz bardzo dużo na głowie, dlatego może mogłaby wam pomagać? Może to wcale nie jest dziecięca zajawka — kontynuował, chociaż wiedział, że nie dało się takiej decyzji podjąć ot, tak. Jagnięcy Ukłon poruszyła spokojnie ogonem, a na pyszczku wymalowało jej się zamyślenie.
— Oczywiście nie mogę podjąć decyzji ot tak, to jest dużo bardziej skomplikowane, niż ceremonia na ucznia wojownika i parę treningów z walki, ale będę mieć ją na oku. Wezmę pod uwagę to, co mi powiedziałeś — odparła spokojnie, chyląc lekko przed nim łebek i przymykając na parę uderzeń serca ślepia. Na jej kufie pojawiało się coraz to więcej siwych włosków za każdym razem, kiedy odwiedzał medyczkę. Bardzo go to martwiło, nawet jeśli nie dało się nic poradzić na starość. Klifiak zamruczał z wdzięcznością.
— Dziękuję ci, Jagnięcy Ukłonie — powiedział jeszcze.

<Jagnięcy Ukłonie, czy potrzebujesz może małego pomocnika?>

Od Trójokiego Zająca CD. Ćmy

Przeszłość

Ukrop Pory Zielonych Liści dawał się we znaki nawet w ich obszernej jaskini, co nie cieszyło Trójokiego Zająca szczególnie. Nie znosił takich upałów zbyt dobrze. Łatwo się przegrzewał, mimo krótkiego futra. Dobre tyle, że mogli liczyć na wieczny schron w postaci jamy, tutaj zawsze było, chociaż o mysi ogon chłodniej ze względu na zacienione miejsca, a nawet zwisające kamienie z sufitu gdzieniegdzie, zapewniające skapujące krople wody, chociaż wcale nie było ich tak wiele. Śpiew ptaków niósł się po jamie echem, zwiastując dość przyjemny dzień. Duchota oddziaływała również na kocięta, do tej pory przepełnione niekończącą się energią, teraz wolały odpoczywać i chłodzić się, zamiast hasać w najlepsze po kociarni, niemal wbijając się w każdą ze ścian. Ostatnimi czasy, jego córeczka, Ćma, polubiła smak mchu, co było dość… nietypowe, a wręcz niepokojące, biorąc pod uwagę fakt, iż mech łatwo było przegryźć, dlatego też połknięcie go było jedynie kwestią czasu. Kocur próbował za każdym razem, kiedy widział, że kremowa żuje mech, odciągnąć ją od tego, aczkolwiek ona zarzekała się, iż był to jedyny skuteczny sposób na ochłodę. Trójoki Zając miał ochotę westchnąć. Mokra, zielona kulka leżała w legowisku nieopodal dwójki, przypominając o niedopatrzeniu ze strony kocura. Pochylił łeb w geście przeprosin. Miał ochotę spalić się ze wstydu, a jednak z pyska nie wydobył się nawet szept. Bo kogo miał za to przepraszać, skoro to były kocięta jego i Kukułczego Wdzięku? Może swoją partnerkę…? Może właśnie tak należało postąpić. Westchnął z wyraźną ulgą, a następnie kiwnął głową.
— Uf, dziękuję ci, Jagnięcy Ukłonie — podziękował. — Chodź, Ćmo, idziemy — zachęcił młódkę, patrząc na nią z aksamitnym uśmiechem na mordce.
— A mogłabym zostać tutaj i popatrzeć na pracę medyczek? Oczywiście, jeśli one się zgodzą… — powiedziała mała, na co wojownik się zdziwił. Nie odczuwała intensywności ziół otaczających ją? Nie przeszkadzały jej? Nie kichała praktycznie w ogóle, oczy nie zachodziły jej łzami, wyglądało na to, że faktycznie niezwykle chciała tu zostać. Jego pysk przyzdobiło wyraźne zamyślenie.
— Myślę, że jeśli bardzo chcę, to nie mam nic przeciwko… — do teraźniejszości przywróciły go słowa Jagnięcego Ukłonu, patrzącej na młódkę z rozpromienieniem, ale i swego rodzaju czułością, rozczuleniem może wręcz.
— A więc, tato, mogę? Mogę? — prosiła Ćma, wlepiając duże ślepka w Klifiaka. Poruszył lekko uszami.
— Jeśli obiecasz, że nie zjesz więcej mchu, ani niczego, co nie jest zwierzyną i będziesz grzeczna — podsunął, czując chłodną posadzkę pod poduszkami łap. Chłód przynosił mu ukojenie tak gorącą porą, z pewnością nie tylko jemu. To była jedynie kwestia czasu, aż kamień pod nimi się nagrzeje. Może nie cały, ale z pewnością miejscami. Mała kremuska zrobiła nieco zmieszany wyraz pyszczka. Trójoki Zając nie skomentował tego, pozwalając jej podjąć decyzję samemu. Oczywiście nie zamierzał jej zabraniać przebywania z medyczkami, nigdy nie zrobiły mu krzywdy, a zresztą zawsze oferowały tyle pomocy, przy każdej najmniejszej rzeczy. Chciał jednak mieć pewność, że jego córka nauczyła się na własnym błędzie i nie planowała więcej wpychać sobie do pyska mchu, ani kamieni, ani niczego co niejadalne.
— Hmmm… — zamruczała Ćma, jednak po paru uderzeniach serca pokiwała głową z wyrazem pyszczka co najmniej takim, jakby została pokonana w najbardziej zaciekłym pojedynku. — No… ale tato… — kontynuowała, mimo gestu.
Kocur pokręcił głową.
— Jeśli będziesz jeść mech, będzie bardzo, bardzo bolał cię brzuch, a w dodatku nie będziesz mogła wychodzić z legowiska medyka, o ile tylko Jagnięcy Ukłon albo Aldrowandowa Łapa nie nałożą na ciebie zakazu wstępu… nie chcemy przecież im dokładać pracy — kontynuował, licząc na to, że pręguska podejmie właściwą decyzję. Normalnie poddałby się już dawno, jednak tym razem w grę wchodziło zdrowie malucha, nie mógł pozwolić na to, żeby łykała mech. Ćma popatrzyła na starszą kocicę obok siebie, a granatowooka poruszyła spokojnie ogonem. Każdy cierpliwie czekał na to, aż podejmie decyzję.
— Eh… no dobrze, obiecuję, że więcej nie zjem mchu. Czy mogę zostać dzisiaj tutaj, razem z Jagnięcym Ukłonem? Prooooszę? — zrobiła duże oczka, łapkami podpierając własną głowę i nie spuszczając wzroku z wojownika. Kremus poczuł narastającą ulgę, rozprzestrzeniającą się po jego sercu. Zamrugał.
— Na mały paluszek? — zapytał, posyłając jej uśmiech.
— Na cały wąsik i paluszek! — odparła z zapałem, a krótki ogon podrygiwał jej w rozemocjonowaniu.
— W porządku, tylko nie rozrabiaj. Jeśli chciałabyś coś wziąć, pytaj, zanim to weźmiesz. Za niedługo tu wrócę — odparł. Nie chciał, żeby medyczka wraz z jej uczennicą musiały wstrzymać wszelkie plany, jakie mogły mieć w głowach na dzisiaj. Jednak z drugiej strony… jedna z nich sama się zgodziła. Może Klifiak powinien bardziej ufać swojej córce? Oczywiście, nie miała złych zamiarów, aczkolwiek kociaki miały lepkie łapki i wszystko, co nowe, przyciągało ich uwagę niczym pokarm rzucony w najgłębsze odmęty fali, ryby. Każda najmniejsza rzecz mogła im wpaść w poduszki niezwykle prędko, a potem zostać zgnieciona, jeśli kocię nie było wystarczająco uważne. Sam Trójoki Zając często wspominał swoje patrole, podczas których zdarzało mu się deptać po krzakach więcej, niż byłoby to konieczne, oczywiście nic nie było robione specjalnie, ale jednak lekki żal pozostawał w sercu. Wojownik rzucił ostatnie spojrzenie łaciatej, posyłając jej także uśmiech, a potem wyszedł z jamy.

***

Teraźniejszość

Nadeszła Pora Nagich Drzew, a wraz z nią nieprzyjemności, które, tym razem, całe szczęście, zostały dość szybko oraz sprawnie zażegnane, przynajmniej dookoła wojownika. Niestety, patrole musiały wstrzymywać się z wychodzeniem, ponieważ ryzyko hipotermii było zbyt wysokie. To wiązało się ze zmniejszoną ilością zwierzyny na stercie. Kocur chwycił w pysk nornika, musiał wykarmić swoją rodzinę. Tym razem on nic nie zje, ale skorzystają na tym kocięta, dlatego niczego nie żałował, nawet jeśli warczało mu w brzuchu. Wodospad u wejścia sypał igiełkami lodu, obijającymi się z hukiem o wodę u podnóża. Morze szumiło głośno, docierając swoją kojącą melodią, ku jamie. Firletka, który jeszcze nie tak dawno, bo w rzeczywistości może parę wschodów słońca temu, teraz leżał wygodnie na posłaniu i odpoczywał po chorobie, przepływ powietrza u niego był obecnie dużo lepszy i przede wszystkim nie smarkał w ogon, ani też nie kichał, udało im się nawet przespać całą noc bez kaszlu. Dolegliwości nie rozprzestrzeniły się po reszcie, chociaż medyczki miały obecnie łapy pełne roboty – legowisko medyków wręcz pękało w szwach. Kremowa kotka przysunęła się do ojca, który teraz chlebkował wygodnie, przyglądając się poczynaniom własnych kociąt. Ochoczo pochłaniały zwierzynę, odrywając łapczywie kęsy i łykając je niczym pelikany. Czasem odpływał myślami, obserwując, co robiły. Wtedy najczęściej rozmyślał o wszystkim, co by tylko nie przyprawiło go o ciarki z tyłu głowy. Nie potrzebował zmartwień, musiał być silny, dla swoich kociaków. To od rodziców uczyły się najwięcej, te chwile, które obecnie mijały, były najważniejszymi w ich rozwoju.
— Tato, opowiesz nam więcej o mieście? Proooszę? — mruknęła Ćma, układając się obok Trójokiego Zająca. Oblizała policzki po skończonym posiłku, a szkieletem zajęła się liliowa szylkretka. Podrzuciła go do góry, łapiąc dużymi łapkami po chwili. Jakiś czas temu doszły ją słuchy, że kiedyś Trójoki Zając przebywał w mieście, dlatego też pojawiła się u niej ogromna ciekawość z tym związana. Zielonooki wolałby nie wracać do tamtych czasów. Nawet jeśli wtedy pomagał przy wychowaniu Kocimiętki oraz Maku, cieszył się, że był z powrotem w Klanie Klifu, a ponadto… od wtedy zmieniło się tak wiele. Królicza Prawda uciekł z klanu, Pikująca Jaskółka nie żyła. Kukułczy Wdzięk przewróciła nieco oczami, temat ten nie należał do najprzyjemniejszych, aczkolwiek kremus nie miał serca odmawiać córce. Mógłby przy okazji ostrzec ją przed czyhającymi tam niebezpieczeństwami. Pamiętał ich walkę z gangiem Białowron, którzy napadli ich za skrawek jedzenia znaleziony w śmietniku. Do tej pory na jego krótkim, kremowym futrze widniały tego efekty w postaci zagojonych, ale widocznych blizn. Nie było też co straszyć kocięta niepotrzebnie dużo, nie chciał przecież, żeby bały się wyjść z obozu, to byłoby krzywdzące.
— W Betonowym Świecie każdego dnia musieliśmy walczyć o przetrwanie, zwierzyny było mało, a głodnych kotów zbyt wiele, żeby starczyło dla wszystkich. Rzadko kiedy dało się tam znaleźć wiewiórkę, raczej częściej spotykaliśmy szczury i ptaki…
— Ptaków nie wolno jeść! — wysunęła się naprzód Mysikrólik, która do tej pory podsłuchiwała, ale o dziwo, nie komentowała, aż dotąd. Futro na jej główce zafalowało delikatnie. Trójoki Zając przytaknął z uśmiechem.
— Tak, a walka ze szczurami była niezwykle trudna i bez znajomego medyka blisko mogło skończyć się to tragicznie. Raz nabawiłem się infekcji, aczkolwiek całe szczęście udało mi się odnaleźć tamtejszego uzdrowiciela, Kiełbasę. Znał się na ziołolecznictwie, jego wiedza była niezwykle obszerna i przede wszystkim uratował mi życie.
W oczkach Ćmy zajarzyły się iskierki podekscytowania.
— Tato, myślisz, że ja też mogłabym kiedyś wiedzieć tak dużo? — zapytała, poprawiając nieznacznie posłanie, żeby jej było wygodnie. Łapki położyła przed sobą, językiem parokrotnie przejeżdżając po swojej piersi. — Bo ja… bardzo mi się podobało wtedy, w legowisku Aldrowandowej Łapy i Jagnięcego Ukłonu. To było naprawdę wspaniałe. Tam było tak duużo, o tyle! — łapki uniosła ku górze, wstając na dwóch, niemal nie upadając na grunt. Zając podsunął jej łapę, żeby w razie co się podparła, jednak na szczęście nie było to konieczne, a młódka przysiadła bezpiecznie z powrotem. — O tyle ziół. I wszystkie pachniały inaczej, z tego, co słyszałam, każde ma inne zastosowanie, nauka tego z pewnością zajęła im wieki! Chciałabym kiedyś też tak pomagać kotom — mówiła z rozemocjonowaniem, a kocur kiwał głową, dając jej znać, że nadal słuchał. To było niezwykle szlachetne z jej strony.
— Czy chciałabyś złożyć im niedługo następną wizytę, gdy tylko wyzdrowieją chorzy? — podsunął, spoglądając na nią spokojnie. Ćma od zawsze interesowała się roślinami, a odkąd tylko dowiedziała się o istnieniu medyków, była nimi zafascynowana. Jej rodzeństwo jednak, od zawsze świergotało jedynie o tym, jak wspaniałymi wojownikami zostaną w przyszłości. Mysikrólik najgłośniej, oczywiście i najpewniej, mimo że często potykała się o własne łapy lub przygryzała niechcący język, a potem płakała głośno, Trójoki Zając z każdą kolejną taką sytuacją coraz bardziej obawiał się, że sprawiał medykom kłopot, tak wiecznie ich nachodząc.

<Ćmo, na pewno nauczysz się nawet więcej, niż Kiełbasa.>

Od Trójokiego Zająca CD. Firletki

Przeszłość

— Chciałem ułożyć fulmara, ale nie działa! — wymamrotał, po czym spojrzał tacie prosto w oczy.
Trójoki Zając zamruczał pod nosem tak, jakby potrzebował się nad tym namyślić. Wyciągnął się odrobinę, łapiąc piórko, które właśnie niemal wylądowało mu na nosie. Przygniótł je delikatnie łapą, tak, żeby go nie uszkodzić, w celu zatrzymania go blisko. Nie potrzebowali porozrzucanych piór wszędzie dookoła, szczególnie że nie byli sami w żłobku, chociaż zielonooki nigdy nie interesował się kociętami Truskawkowego Pola i Lśniącej Gwiazdy szczególnie. Tolerowali swoją obecność, a przynajmniej taką miał nadzieję. Chciał wierzyć, że nikt nie dokuczał jego kociętom, a jeśli tak by się działo, to że powiedziałyby mu o tym. Pręgus przysunął jedną z łap ku kreacji, wreszcie wznosząc kolejną i zaczął układać je tak, jak podpowiadała mu pamięć. Fulmary to były potężne, ogromne ptaki, oddanie ich rozmiarów nie zapowiadało się wcale na proste, dlatego musieli zadowolić się zmniejszoną wersją, o…
— To piórko ułóż tutaj — polecił, na co Firletka przekręcił łebek na bok pytająco, na mordce nadal widać było ślady wcześniejszego poirytowania, aczkolwiek nie protestował i parę uderzeń serca później wykonał powierzone mu zadanie.
— Jak dokładnie wyglądają fulmary, tato? — zapytał Firletka, wbijając wzrok w ojca. Klifiak poruszył nieznacznie uchem, nadal bawiąc się nad kreacją, która wyglądała dość zabawnie od boku, ale z przodu zaczynała nabierać coraz to więcej sensu.
— Fulmary wyglądem są dość identyczne do mew, chociaż gdybyś zobaczył te dwa gatunki obok siebie, od razu byłbyś w stanie stwierdzić, który to który. Dzioby fulmarów są szersze, oczy okrążają czarne linie, a same ślepia mają guzikowate, nierzadko wyglądają tak, jakby były na ciebie zezłoszczone, chociaż nie mamy jak tego wiedzieć, ponieważ nie siedzimy im w głowach… — powiedział, łapą przesuwając szare piórko lekko do boku, a drugie, jaśniejsze, kładąc pomiędzy. — Mają szare, rozłożyste skrzydła i leci to tak od grzbietu do dołu, chociaż brzuch szyję i całą główkę mają białe — mówił dalej, teraz już patrząc na Firletkę. Odkąd przyszedł na świat, zdążył już tak podrosnąć… czy tak samo czuła się Pikująca Jaskółka, gdy obserwowała jego i Króliczka, jednego dnia śpiących u jej boku i domagających się mleka, a drugiego… stających przed półką i wysłuchujących wiwatów związanych z ich nowymi, wojowniczymi imionami? Potrząsnął lekko główką. Niebieski wsłuchiwał się w każde jego słowo z niezwykłą uwagą, której nie dał rady przerwać nawet zgiełk panujący w kociarni. — Ich sylwetka jest dość krępa, są większe od mew, a ich skrzydła są krótsze i węższe, tak samo, jak ogon króciutki.
— Tak samo, jak twój, Ćmy i Mysikrólika? — zapytał Firletka, łapką wskazując na kikut kremusa.
Trójoki Zając uśmiechnął się czule.
— Fulmary mają trochę dłuższy — odparł szczerze, łapą wskazując na kreację, jaką udało im się stworzyć. — Czy takie odtworzenie fulmara miałeś na myśli? — zapytał, wpatrując się w kociaka. Firletka podreptał bliżej piórek, uważając przy tym, żeby przypadkiem na żadne nie nadepnąć ani nie posłać ich w powietrze. Zaczął wpatrywać się w puch, mysi wąs po mysim wąsie badając ich dzieło. Wreszcie pokiwał głową, a w oczach zajarzyły mu się iskierki podekscytowania.
— Fulmary latają sztywno nad falami morza, polegając na locie ślizgowym, czyli biernym. Zamiast trzepotać w nieskończoność, rozkładają ramiona równo i pozwalają wiatrom ponieść się w stronę, którą sobie wyznaczają dzięki własnemu ogonowi. Fulmary mogą być też całe szare, chociaż nie widziałem tej odmiany zbyt wiele razy. Pokarm zbierają z powierzchni, rzadko kiedy nurkując, chociaż nie jestem pewien, dlaczego tak wolą. Dźwięk, jaki wydają, może brzmieć dla naszych uszu nieprzyjemnie – jakbyś uderzał kamieniem o kamień w celu wydobycia z niego chropowatej, drażniącej symfonii. Jednak wierzę, że nie bez powodu brzmią w ten sposób. Morskie fale są w stanie bardzo sprawnie zagłuszyć wszelkie głosy, dlatego taka forma komunikacji nie dość, że zapewnia im usłyszenie siebie z dalszych odległości, tak też dzięki temu są w stanie siebie rozpoznać — kontynuował starszy, przysiadłszy teraz wygodnie na swoim miejscu.

***

Teraźniejszość

Nadeszła Pora Nagich Drzew, a wraz z nią chłody i mrozy, które zmusiły koty do wypchania – kogo było na to stać – własnych legowisk ciepłym, nieprzepuszczalnym zimna pierzem ptaków wodnych, jak i również futer zwierzyny, chociaż teraz tak nielicznej ze względu na masowe ochłodzenia. Trójoki Zając w takich chwilach z jednej strony był wdzięczny, że mieszkali właśnie w ogromnej jaskini. Nigdy nie musieli martwić się odśnieżaniem zasypanych legowisk, nie musieli brodzić w śniegu w celu utrzymania sterty zwierzyny w dobrym stanie, a także nie bywało u nich potrzeby tulenia się do siebie w legowiskach, żeby zachować ciepło. Jego beztroska jednak nie trwała długo, ponieważ… do jego uszu doleciało kichnięcie, a następnie kolejne i kolejne, zmuszając biedne kocię do zmrużenia załzawionych, zaropiałych oczu i pociągania bezradnie noskiem, gdy potem zanosiło się intensywnym kaszlem u boku matki. Było to bezcelowe, bo nozdrza i tak zaraz wypełniała kolejna dawka wydzieliny, nie pozwalając na normalny przepływ powietrza. Trójoki Zając spojrzał na Firletkę ze strachem, jak gdyby działo się przed nim coś tak strasznego, że nie dało się utrzymać typowego dla siebie, pogodnego wyrazu pyszczka. Trącił noskiem niebieskiego, a malec poruszył się jedynie nieznacznie, łapę opierając na mordce kocura przez parę uderzeń serca.
— Firletko, jak się czujesz, mój dzielny wojowniku? — zapytał, spoglądając na niego ze zmartwieniem. Kociak otworzył pyszczek w celu udzielenia odpowiedzi, jednak zanim udało mu się cokolwiek z siebie wykrztusić, zakasłał, zakrywając łapką mordkę. Mysikrólik spojrzała na niego niepewnie, jednak już uderzenie serca później skoczyła na Ćmę tuż obok, także przejętą nietypowym zachowaniem brata.
— Boli mnie gardło… — zachrypiał ospale, poruszając niespokojnie, ale powolnie, ogonem. Kukułczy Wdzięk uniosła pysk znad kocurka, spozierając na partnera dość wymownie. Musiał się ruszyć i cokolwiek zrobić, nie mogło mu się pogorszyć, nie wolno było na to pozwolić.
— Wyzdrowiejesz, zanim zdążysz powiedzieć “piszczka” — zapewniała szylkretka, językiem przejeżdżając parokrotnie po łebku malca. Trójoki Zając kiwnął głową, po czym skierował się ku wyjściu z kociarni. Słonka siedziała na uboczu, przyglądając się wystającej, już nieco zeschniętej paproci. Kocur wyszedł pospiesznym krokiem, gdy miał pewność, że jego kocięta, przynajmniej na teraz, pozostaną wewnątrz jamy. Potrzebował przynajmniej jednej rzeczy pod kontrolą, chociaż nawet na to nie mógł teraz w pełni liczyć, a nie chciał przecież obciążać swojej partnerki nadto, już i tak wiele dla niego robiła, dla niego i dla ich kociąt… Przez centrum przeszedł wręcz w trybie ekspresowym. Serce dudniło mu niespokojnie, a wąsy poruszały się tak, jakby żyły własnym życiem.
Zajrzał do legowiska medyka, nerwowo strzygąc uszami. Gdy nawiązał kontakt wzrokowy z Jagnięcym Ukłonem, pochylił przed nią łeb w geście szacunku, próbując jakoś wyzbyć się zmartwień, chociaż nie było to wcale łatwe, kiedy jego kociak zachorował!
— Jagnięcy Ukłonie, błagam, potrzebuję twojej pomocy! — wykrztusił z siebie wreszcie, przeskakując ślepiami to z jednego granatowego oka, na drugie. — Firletka, mój synek, zachorował. Ciągle kaszle, nawet w środku nocy. Całą noc. Z oczu wydobywa mu się wydzielina, z nosa tak samo i mam wrażenie, że nie ma jej końca. Dawaliśmy mu liście, żeby może w nie wydmuchiwał to wszystko, ale to… mam wrażenie, że to nic nie daje! — mówił pospiesznie, walcząc z narastającą gulą w gardle.
Kotka pokiwała głową, patrząc na niego ze współczuciem, ale swego rodzaju stanowczością.
— Poradzimy sobie z tym. Poczekaj tu na mnie chwilę — poprosiła go, a kremus nie odpowiedział nic, chociaż bardzo chciał. Nie uznał żadnej odpowiedzi w tej chwili za stosowną, dlatego też przymknął pysk. Wreszcie, starsza wyłoniła się z magazynku, a w pysku trzymała parę białych kwiatów z długimi, intensywnie zielonymi łodyżkami. Położyła je przed kocurem. — Nakarm go tym ziołem, a jeśli wystąpią jakiekolwiek komplikacje, przyjdź do mnie jak najszybciej — poinstruowała go, a wojownik poczuł narastającą w nim nadzieję na polepszenie się stanu malucha.
— Dziękuję ci bardzo, Jagnięcy Ukłonie — odpowiedział, po czym chwycił rośliny w pysk ostrożnie, a następnie obrócił się na pięcie i ruszył biegiem przez centrum raz jeszcze. Poczuł chłodne powietrze w gardle, a mroźne pazury Pory Nagich Drzew muskały go po grzbiecie, gdy znalazł się z powrotem w kociarni. Podszedł do Firletki, który w danej chwili miał całkowicie zamknięte oczy. Kocur spojrzał na Kukułczy Wdzięk.
— Zasnął? — zapytał cicho i przysiadł tuż obok. Szylkretka pokiwała głową.
— Powinien odpoczywać, ale bez ziół odpoczynek może przynieść niepożądane skutki — wyjaśniła półszeptem, ogonem muskając lekko nos malucha. Firletka otworzył dość odruchowo pyszczek, a następnie kichnął, marszcząc brwi. Trójoki Zając schylił się odrobinę, po czym przysunął do niego zioła.
— Zjedz je, poczujesz się dużo lepiej — zamruczał, a mięśnie w łapach napinały mu się odruchowo, z każdym kolejnym uderzeniem serca bał się, że go tracili. Malec jednak przysunął główkę do ziół i zaczął je żuć, a na kufie wymalowało mu się lekkie zniesmaczenie.
— Gorzkie… — pożalił się, wtykając niezdarnie łapki pod siebie. Wojownik poprawił posłanie tak, żeby osłaniało niebieskiego, jak najlepiej.
— Wiem, synku… wiem, ale pomoże ci. Przez chwile jeszcze będziesz czuł smak zioła na podniebieniu, ale to mała cena, jaką trzeba zapłacić za wyzdrowienie — próbował go pocieszyć, ale i jednocześnie przekonać. Zdawało się, że minęła wieczność, aczkolwiek kociak przełknął wreszcie ostatni kęs zioła, wystawiając język. Przyniosło to ogromną ulgę Trójokiemu Zającowi. Nawet jeśli nie mógł mieć pewności, czy było to koniec leczenia, tak pierwsza dawka oferowała mu tak wielką nadzieję, że na razie nie chciał skupiać się na ewentualnych scenariuszach, które mogłyby potoczyć się niekorzystnie. Położył łeb obok, nasłuchując nabieranych oddechów. Doszukał się lekkiego świstu, jednak poza tym, odnosił wrażenie, jakby od razu było lepiej.

Wyleczeni: Firletka

<Firletko, wyzdrowiej, to ci opowiem więcej>