BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Burzy i Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Klifu!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

20 maja 2026

Od Króliczej Ułudy (Gasnącej Łapy) CD. Tiramisu (Bukowej Korony)

Dawno temu

— Skoro już poznaliście te zioła, to może spróbujecie swoich sił w małym teście? — zaproponował Kiełbasa, po czym zakasłał chrapliwie. — Będę wam po kolei pokazywać rośliny, a wy spróbujecie zgadnąć, jak się nazywają. Proste, prawda?
Srebrny skinął głową, na co Kiełbasa uśmiechnął się i chwycił pierwszą roślinę. Był to żółty kwiat. Nim Królicza Ułuda zdążył mu się przyjrzeć, Tiramisu już zawołał:
— Mniszek!
Po chwili srebrny wyprostował się i polizał futro na piersi, jakby chciał zamaskować zbyt gwałtowną reakcję. Królik poruszył ogonem nerwowo, spoglądając z niepokojem na młodszego kocura.
— Dobrze… a ten? — zapytał Kiełbasa, przetaczając w ich stronę czerwone jagody.
— Go-
— Golteria — przerwał mu Tiramisu, nawet nie dając dokończyć. Kikut ogona starszego kocura uderzył z rezygnacją o ziemię, wydając głuchy odgłos.
— No, Tiramisu… widzę, że pilnie się uczysz pod okiem Kiełbasy — powiedział Królicza Ułuda z wymuszonym uśmiechem. — To może nie będę wam przeszkadzał? Wrócę do nas i porozmawiam z Trójokim Zającem. Pewnie biedak siedzi tam sam.
Młodszy zmrużył oczy.
— Jasne, możesz iść. To jednak dziwne, że tak szybko się stąd zwijasz. Jesteś pewny, że nie chciałbyś dobrnąć do końca tego testu?
Kremowy uśmiechnął się nieco sztucznie, a jego powieka zadrżała. Ten Tiramisu był złośliwy. Nie dawał mu się nawet wykazać podczas testu, a teraz zachowywał się, jakby nic się nie wydarzyło. No nic. Był jeszcze młody, na pewno kiedyś z tego wyrośnie.
— Nie, nie… Wiesz, jak to powiadają; starego kota nowych sztuczek nie nauczysz. Nie powinienem się angażować w to całe ziołolecznictwo — mruknął, wstając i odwracając się od Kiełbasy i srebrzystego kocura.
— Skoro tak mówisz… — odparł Tiramisu, niby zawiedziony, ale w jego głosie pobrzmiewała nuta satysfakcji.
Królik spiął mięśnie, jednak zanim którykolwiek z dwóch kocurów to zauważył, zdążył im zniknąć z pola widzenia. Coś tam co prawda zapamiętał z tego, co mówił Kiełbasa, ale jego umysł nie był już tak szybki i ostry jak niegdyś. Nie był w stanie tak sprawnie odpowiadać, jak Tiramisu. Może gdyby test miał nieco inną formę, udałoby mu się coś wskórać, ale tak… nie było co się oszukiwać.

* * *

Po objęciu władzy przez Mirtowe Lśnienie

Poważnie zastanawiał się nad tym, czy lepiej żyłoby mu się już w mieście, czy tutaj. Z dala od Klanu Klifu co prawda czuł się samotnie, ale wolał to niż ciągłe chodzenie na paluszkach. Rudofutry lider na pewno miał sporo za uszami i w jakiś sposób przyczynił się do śmierci Pikującej Jaskółki, ale Królik nie miał wystarczających dowodów, by faktycznie tak myśleć. Czuł się mimo wszystko zagrożony obecnością Lśniącej Gwiazdy, który, jak mu się zdawało, nie patrzył na niego przychylnie. Przynajmniej ze wzajemnością, bo kremowy też często obrzucał go pogardliwymi i zirytowanymi spojrzeniami. Zresztą tak samo, jak Truskawkowe Pole.
Ta kotka w ogóle nie powinna zasiadać na tak wysokiej randze w Klanie Klifu! To było po prostu zniewagą wszystkich kotów, które wychowały się tutaj i o wiele bardziej zasługiwały na to stanowisko. Prawda była taka, że pointka wspięła się tak wysoko tylko dlatego, że podlizywała się rudemu kocurowi i przytakiwała na każde jego słowo. Mirt dobrze wiedział, że Truskawka zgodzi się z każdym jego, nawet najgłupszym, stwierdzeniem i zacznie je szerzyć wśród innych. On to się dopiero potrafił ustawić. Odebrał Mysiemu Postrachowi przywództwo i nikt nawet nie śmiał mu podskoczyć. To był skandal!
Królik czuł się, jakby to on jedyny miał trochę oleju w głowie w całym Klanie Klifu. Nie licząc Oszronionego Kła, której chyba też nie podobało się to, jak obecnie działa ich przynależność. Cieszył się, że przynajmniej ona była na tyle mądra, by dostrzec błędy swojego wujka. Kremowy ciekaw był jeszcze, jakie były odczucia Wzburzonego Kormorana czy Źródlanej Łuny wobec ostatnich akcji. Pewnie się cieszyli, że członek ich rodziny osiągnął tak wiele, co trochę raniło pręgowanego. Jego własna matka umarła, a jej decyzje zostały perfidnie zbezczeszczone przez jakiegoś egoistycznego mysiego móżdżka.
Królicza Prawda westchnął ciężko ze swojego posłania, które teraz wydawało się takie niewygodne i obce, obserwując życie w obozie. Wszystkie koty… wydawały się takie niewzruszone, niewtajemniczone. Nie wiedziały, co dzieje się za ich plecami. Nie zwracały uwagi na to, że teraz na szczycie zasiadał samozwańczy przywódca. Dlaczego to akurat Mirtowe Lśnienie mógł stanąć na mównicy i ogłosić wszystkim, że od dziś przewodzi Klanem Klifu? Gdyby zrobił to ktokolwiek inny, pewnie wybuchłoby zamieszanie, a klan pogrążyłby się w napiętej atmosferze.
To musiało być jakoś przemyślane. Rudofutry musiał zmanipulować tyle Klifiaków, ile mu się udało, by wierzyli w niego i jego dobre zamiary! Inaczej jego plan nie przeszedłby tak gładko.
Kremowy nawet nie zauważył, że był cały spięty. Jego zęby aż szczękały o siebie, gdy tak mocno je zaciskał. W tym klanie naprawdę nie dało się żyć! Przez cały czas czuł się tak, jakby Lśniąca Gwiazda obserwował każdy jego ruch. Jakby jedno niewłaściwe drgnięcie ciała mogło sprawić, że podzieli los Pikującej Jaskółki. Nagrabił sobie tymi kwaśnymi minami za każdym razem, gdy rudy się odzywał, och, nagrabił… ale mimo wszystko uważał, że było warto. Nie zamierzał podkulać ogona i udawać, że sytuacja w Klanie Klifu mu odpowiada.
W końcu wstał z posłania i żwawym krokiem ruszył do wyjścia. Nie chciał już dłużej siedzieć w tym zatęchłym azylu i wolał się przejść. Tym bardziej że nadeszła już Pora Nowych Liści i wszystkie rośliny tak pięknie zakwitały. Może ich różnorodne barwy jakoś ukoją zszargane nerwy Królika. W końcu nic tak nie uspokaja, jak spacer wśród natury, czyż nie?
Gdy tak maszerował, na myśl nasuwały mu się liczne pytania.
“Czy ktoś by za mną tęsknił, gdybym odszedł z Klanu Klifu? Jak zareagowałaby Oszroniony Kieł, Źródlana Łuna, Wzburzony Kormoran czy Trójoki Zając? Czy próbowaliby mnie szukać, czy pogodziliby się z moją ucieczką?” — zastanawiał się, czując, że żołądek zaciska mu się z nerwów. Nie chciał ponownie zostawiać wszystkich tych, których kochał, ale jednocześnie… może tak byłoby dla nich najlepiej?
Pamiętał, jak bardzo żałował odejścia do miasta, ale czy tym razem byłoby tak samo? Może już po raz kolejny powinien spróbować szczęścia gdzie indziej, zamiast tak gnić i marnować się w Klanie Klifu? Jego przybrane kocięta, które kochał jak swoje, na pewno prędzej czy później przyzwyczają się do tego, że zniknął, że ich… zdradził i okazał się tchórzem. Zresztą i tak miał wrażenie, że za nim nie przepadają. Tyle poświęcił, by się do nich jakoś zbliżyć, ale jego starania przynosiły raczej marne skutki.
Pewnie uważały tak samo, jak Bukowa Korona — że jest nachalny, że za bardzo się stara i próbuje wtrącać się w ich życie. Może lepiej im będzie, gdy ich natrętny ojciec już zniknie i będą mogły wreszcie odetchnąć? Poza tym mieli przecież Trójokiego Zająca, który zdecydowanie był bardziej wyluzowanym i spokojniejszym członkiem rodziny. Jego obecność na pewno cenili i szanowali bardziej. Na pewno.
Kremowy zatrzymał się w końcu, czując, że powoli traci dech. Nie wiedział, czy to przez fakt, że odzywała się w nim astma, czy dlatego, że zaraz łzy napłyną mu do oczu. Na Klan Gwiazdy, ależ on był beksą! Taki z niego wielki wojownik, a zaraz popłacze się jak małe kocię o to, że jego własne dzieci go nie lubią.
Wcisnął pazury w ziemię, zirytowany własnymi myślami. Czemu nie mógł ich po prostu wyciszyć? Był już starym, doświadczonym kocurem, który powinien rozumieć siebie, znać swoje miejsce na świecie, a był jego kompletnym przeciwieństwem. Czasem wciąż czuł się jak swoja nastoletnia wersja — zagubiony w świecie, próbujący desperacko wpasować się w jakiekolwiek otoczenie.
Dlaczego zawsze czuł, że odstaje? Dlaczego ani razu w swoim życiu nie poczuł, że naprawdę gdzieś przynależy? Może los chciał, by dalej szukał swojego miejsca? Skoro i w mieście, i w Klanie Klifu nie czuł, że tam pasuje, to może powinien próbować gdzieś indziej? Otaczało go tyle innych przynależności: Klan Wilka, Klan Nocy, Klan Burzy… W którymś z tych miejsc z całą pewnością w końcu odnalazłby spokój.
Dlatego podjął decyzję. Może i była impulsywna i nieprzemyślana, ale była też jego ostatnią nadzieją. Chyba nie wybaczyłby sobie, gdyby resztę swojego życia spędził nieszczęśliwy i nielubiany przez każdego, kto go otaczał. Musiał coś z tym zrobić, bo inaczej — w Klanie Gwiazdy lub Mrocznej Puszczy — siedziałby i całymi dniami użalał się nad sobą i tym, jak bardzo zmarnował swój jedyny żywot, jaki otrzymał.
Nie wrócił do azylu. Nie poszedł się pożegnać z bliskimi ani nie zdradził im, gdzie idzie i jaki ma plan. Czuł się z tym źle, bardzo źle, ale wiedział, że gdyby spróbował wyjaśnić im, jak się czuje, pewnie próbowaliby go zatrzymać w Klanie Klifu i wywołać w nim wyrzuty sumienia. Wolał, by powód jego odejścia pozostał dla nich tajemnicą. Wolał, by głowili się nad tym, co dokładnie sprawiło, że postanowił dać nogę z klanu, choć pewnie nie będzie trudno domyślić się, co tak naprawdę go do tego skłoniło.
Nim jednak poszedł na którąkolwiek z granic, zanurzył się w morskiej wodzie, próbując zmyć z siebie zapach… siebie. Gdy uznał, że jest w miarę bezwonny, wyszedł na brzeg i po piachu ruszył w stronę terenów Klanu Burzy. Wybór tego klanu wydawał mu się najsensowniejszy. Do Klanu Wilka nawet by się nie odważył wstąpić… Dyniowa Skórka, Kocimiętka i Mak pewnie od razu by go rozszarpały! Natomiast Klanu Nocy i Mandarynkowej Gwiazdy trochę się obawiał. Srebrzysta nie wyglądała na kotkę, którą dałoby się łatwo przekonać do przyjęcia jakiejś przybłędy w szeregi Nocniaków. Poza tym Królik nigdy nie grzeszył talentem do pływania. Klan Burzy wydawał się optymalny, a poza tym kremowy znał stamtąd pewnego czarnofutrego kocura.
Na burzackie tereny wkroczył niemal tak pewnie, jak na swoje własne. Zamierzał odnaleźć ich obóz i wybłagać swojego imiennika o miejsce wśród Burzaków. Choć teraz tak sobie myślał, że może imię też powinien sobie zmienić… Nikt chyba nie chciałby mieć w klanie dwóch Królików. Tym bardziej że jeden z nich był liderem!
Kremowy wiedział, że ciężko będzie mu się rozstać z imieniem, które nadała mu jego własna matka i które było z nim przez całe życie. To prawie tak, jakby pozbywał się cząstki siebie, ale jeśli zmiana imienia przyniesie mu jakąś korzyść w nowym klanie, to nie będzie się nad nią długo użalał. Mimo wszystko był sobą, niezależnie od tego, czy nosił imię Królik, czy… jakiekolwiek inne.

* * *

Szwendał się po burzackich terenach i wydawało mu się, że zataczał kółka. Nie wiedział już, w którą stronę powinien iść, by wrócić na terytorium Klanu Klifu, więc jednoznacznie można było przyznać, że najzwyczajniej w świecie się zgubił. Może los jednak nie chciał, by znowu zmieniał przynależność…
Nawet trochę zmęczył się tymi poszukiwaniami obozu, dlatego postanowił odpocząć. Przysiadł w cieniu dziwnej, białej konstrukcji i odetchnął, czując, jak mięśnie w łapach mu płoną. Starość nie radość, jak to mówią, a on akurat na karku miał już sporo księżyców. Miał tylko nadzieję, że Królicza Gwiazda nie uzna go za balast dla klanu i nie wygoni poza granice… Nie wiedziałby, gdzie ma się podziać. Do Klanu Wilka i Klanu Nocy i tak nie chciałby dołączyć, a już tym bardziej nie widziało mu się wracać do Klanu Klifu. Może udałoby mu się jakoś odnaleźć drogę do Owocowego Lasu? Jego mieszkańcy wydawali się dosyć mili i przyjaźni, więc może przyjęliby zmęczonego wędrownika.
Po jakimś czasie zaczęło nieznacznie kropić. Wojownik postanowił schować się pod skrzydłem białego Potwora, a tam położył się na trawie i oparł głowę o łapy. Nie mógł długo opierać się zmęczeniu, w końcu jego powieki zrobiły się bardzo ciężkie, a on sam powoli odlatywał do krainy snów.
Nim jednak całkowicie usnął, jego ucho drgnęło. W oddali usłyszał kroki i zirytowane bąknięcia. Choć wciąż był zmęczony, wiedział, że te koty mogły być jego jedyną nadzieją. Otworzył sennie ślepia i chwiejnie się podniósł, chcąc za wszelką cenę odnaleźć przechodzący niedaleko patrol. Wysunął głowę zza czubka konstrukcji, a jego oczom ukazała się trójka kotów. Jeden z nich był niemal cały biały i jedynie uszy oraz zad miał niebieskie, drugi był rudo-srebrzysty i miał wywinięte w tył uszy. Trzeci natomiast… był cały czarny, o oliwkowych ślepiach. Bardzo znajomy.
— Hej, przepraszam! — mruknął Królicza Prawda, niezgrabnym krokiem ruszając w stronę Burzaków.
Wszyscy po kolei zjeżyli futra i spojrzeli ze zdziwieniem w stronę kremowego przybłędy. Ich pazury błysnęły groźnie — każdy z nich był gotowy do przepędzenia wojownika, gdyby okazał się zagrożeniem.
— Nie chcę sprawiać problemów, przysięgam… Pragnę jedynie porozmawiać z waszym liderem o pewnej sprawie — wyjaśnił, czując, że serce zaczyna mu bić coraz szybciej z nerwów.
Czarnofutry wysunął się naprzód patrolu, mierząc Królika podejrzliwym wzrokiem, jakby chciał go bezgłośnie spytać: “Co ty kombinujesz?”.
— Dlaczego chcesz porozmawiać z naszym liderem? — zapytał Poczciwy Szakłak.
Kremowy wziął kilka drżących oddechów, po czym odparł:
— U waszych sojuszników, to znaczy w Klanie Klifu, źle się ostatnio dzieje. Chciałbym mu o tym opowiedzieć i przy okazji poprosić o… przyjęcie mnie do klanu. — Jego głos był nieśmiały, tak że ani srebrzysta kotka, ani łaciaty kocur go nie usłyszeli. Bał się, że Szakłak i reszta patrolu wyśmieją go za to, że chciałby włączyć się w ich szeregi.
Czarnofutry jednak przełknął ślinę i zwrócił się do swoich pobratymców:
— Pójdziecie po Zawodzące Echo? Myślę, że będzie chciał się dowiedzieć, co ten Klifiak ma mu do przekazania…
Srebrzysta kotka zmrużyła oczy, jakby się nad czymś zastanawiała, lecz finalnie skinęła głową i wraz z biało-niebieskim wojownikiem ruszyła w stronę, jak się Królik domyślił, azylu.
Gdy wreszcie dwójka Burzaków znalazła się na tyle daleko, by nie było szans, aby usłyszeli rozmowę Królika i Szakłaka, pręgowany odezwał się:
— Dziwna sprawa, co nie? — Na jego pysku pojawił się nerwowy uśmiech. — Myślałem, że już do końca życia zostanę w Klanie Klifu, ale to, co się tam ostatnio dzieje, to jakaś tragedia! Mam nadzieję, że ten Zawodzące Echo mnie zrozumie i pozwoli mi u was zostać. Mogę ci już nawet teraz przysiąc, że zrobię wszystko, by się wam przydać! Będę polował dniami i nocami, uzupełniając stos! — próbował jakoś nawiązać rozmowę z wojownikiem. Cieszył się, że trafił w tym patrolu na kogoś, kogo znał.
Gdy Królik skończył mówić, zrozumiał, że Poczciwy Szakłak wpatrywał się w niego nieobecnym wzrokiem, zamiast go słuchać.
— No… cóż, nie musimy rozmawiać, jeśli nie chcesz. Możemy w ciszy poczekać, aż twoi pobratymcy wrócą, żaden problem — mruknął Królik, choć sam raczej wolałby porozmawiać z czarnofutrym, by zająć czymś głowę. — Swoją drogą… jak mają na imię? — zapytał jeszcze, lecz zielonooki milczał.
W końcu odchrząknął, na co wojownik zamrugał kilkakrotnie.
— Huh?
— Jak mają na imię?
— Kto?
— No… ci.
Poczciwy Szakłak jeszcze przez moment się wahał, jednak w końcu odpowiedział:
— Szara Skóra i Skrzydlata Płomykówka.
To by było na tyle z ich rozmowy, bo Królicza Prawda nie zamierzał zmuszać towarzysza do czegoś, do czego w tym momencie nie miał głowy. Ciekawe, co się stało, że wydawał się teraz taki nieobecny. Choć to nie tak, że już podczas ich wcześniejszych spotkań był jakoś nadzwyczaj pewny siebie i rozmowny.

* * *

Po jakimś czasie Skrzydlata Płomykówka i Szara Skóra pojawili się na horyzoncie na czele z Zawodzącym Echem. Królik niemal nie zadygotał z obawy przed tym, że dymny kocur mógłby go nie przyjąć. Oby okazał mu litość, a nie uznał go za szaleńca, który postradał zmysły… W końcu, dlaczego miałby wierzyć dziwnemu Klifiakowi, który twierdzi, że lider jego klanu to zakłamany manipulator?
Gdy zastępca zjawił się wystarczająco blisko, kremowy w geście szacunku nieznacznie pochylił przed nim głowę. Jego wibrysy zadrżały z nerwów, lecz mimo wszystko podniósł wzrok, próbując zaprezentować się pewniej przed Echem.
— A więc co takiego masz mi do przekazania, czego chciałbym wysłuchać? — zapytał czarnofutry, dominując Królika swoją tajemniczą aurą.
— Nie wiem, czy nie lepiej byłoby, gdybyśmy porozmawiali na osobności… To chyba nie jest sprawa, którą chciałbyś dzielić się ze swoimi pobratymcami — stwierdził kremowy, spoglądając na Burzaków stojących nieopodal.
— W takim razie pdejdźcie stąd na odległość kilku lisich ogonów, ale bądźcie w gotowości. Nie wiemy, jakie zamiary ma ten kot — rozkazał dymny.
Gdy Skrzydlata Płomykówka, Szara Skóra i Poczciwy Szakłak wykonali polecenie zastępcy, Królik zaczął mówić:
— Cóż… nie wiem, czy to dobre wieści, ale chodzi o to, że mam pewne podejrzenia co do nowego przywódcy w Klanie Klifu — mruknął, nie przerywając kontaktu wzrokowego z zastępcą. Bał się, że gdyby odwrócił spojrzenie, ten uznałby, że kłamie. — Może nawet nie tyle podejrzenia, co obawy. Jestem synem Pikującej Jaskółki, która miała objąć stanowisko lidera po śmierci Judaszowcowej Gwiazdy, lecz nie dostąpiła tego zaszczytu, bo… ktoś ją zamordował. Po tym nieszczęsnym wydarzeniu Mirtowe Lśnienie wepchnął się na mównicę i sam zdecydował, że zostanie przywódcą, jednocześnie pozbawiając Mysiego Postrachu roli zastępcy — tłumaczył. — Poza tym na swoją prawą łapę mianował jakąś kotkę, która dopiero kilka księżyców temu dołączyła do Klanu Klifu! Widać, jak głęboko Lśniąca Gwiazda ma w poważaniu decyzje mojej matki. Wiem, że on mnie nie cierpi, że nienawidzi mojej matki i całego jej rodu. Wydaje mi się, że śmierć Pikującej Jaskółki to coś głębszego niż zwykły przypadek. Nie mam na to wystarczających dowodów, ale wiem, że gdybym tylko odważył się wściubiać w to nosa, zostałbym wygnany. Albo i gorzej. Może i podzieliłbym los mojej świętej pamięci matki…
Zawodzące Echo przez chwilę milczał, jakby nie do końca wiedział, co uczynić z przedstawionymi mu informacjami. Może Królik powiedział za dużo? Może przedstawił to niewiarygodnie?
— I jaka w tym moja rola? — wydusił w końcu Echo.
— Ja… nie czuję się bezpiecznie w Klanie Klifu. Chciałbym zamieszkać w Klanie Burzy, by wreszcie móc spać spokojnie — miauknął niemal błagalnie. Zastępca nie wyglądał na przekonanego.
— Skąd mam wiedzieć, że tego wszystkiego nie wymyśliłeś? Każdy może chodzić po klanach i wciskać jakieś bajeczki, by wzbudzić współczucie — fuknął, spoglądając na przybysza chłodnym wzrokiem.
— Ja nie chcę waszego współczucia. Pragnę tylko bezpieczeństwa. W zamian przysięgam, że będę przykładał się do polowań dwa razy bardziej niż przeciętny kot. Będę wykonywał wszystkie powierzone mi obowiązki od wschodu słońca aż do jego zachodu. Proszę, Zawodzące Echo, ja naprawdę zrobię wszystko, by nie czuć tego palącego spojrzenia Lśniącej Gwiazdy na mojej skórze…
Mina niebieskookiego wciąż nie złagodniała.
— Najpierw będziesz musiał zostać uczniem, by przyswoić wszystkie nasze zwyczaje, a jest ich dużo. Jesteś pewien, że chcesz podjąć próbę wpasowania się w grono Burzaków? — zapytał, unosząc jedną brew.
— Zrobię wszystko — powtórzył. — Może… moim mentorem mógłby zostać Poczciwy Szakłak? Rozmawiałem z nim, gdy patrol po ciebie poszedł. Wydaje się całkiem… fajny — zaproponował, uśmiechając się delikatnie do zastępcy.
— Powiedz mi jeszcze, jak cię zwą.
Kremowego zatkało. Nie pomyślał o nowym imieniu, choć miał na to tyle czasu! Gdy jednak spostrzegł, że dymnemu kończy się cierpliwość, wyrzucił z siebie:
— Gasnąca Prawda! — Nie chciał się przedstawiać jako Królik z wiadomych przyczyn. “Gasnąca” przyszła mu na myśl od członu jego babki, jak i mentorki, która nieszczęśliwie umarła na jego oczach. Była mu tak bliska, tak bardzo ją szanował. Czuł, że powinien jakoś ją uhonorować.

Od Pustułkowego Szponu CD. Księżycka (Księżycowej Łapy)

Przeszłość

Kocur właśnie wracał z treningu z Wąsatkową Łapą. Musiał przyznać, że młódka coraz lepiej sobie radziła, szczególnie biorąc pod uwagę jej problemy ze wzrokiem – był naprawdę z niej dumny, nawet jeśli nie była jego biologiczną córką, a jedynie znajdą wyłowioną z rzeki, która uznała go za ojca i żyć nie dawała, kiedy tylko ten znalazł się gdzieś w pobliżu. Nie spodziewał się, że bycie rodzicem może być tak trudne, a miłość do kociaka? Jeszcze trudniejsza. Mimo to nie chciałby nic zmieniać, było mu dobrze, tak jak jest. No może poza kolejnymi znajdami Brukselkowej Zadry – poprzednie w większości okazały się… mało, co lojalne klanowi, podobnie jak część wojowników. Dlatego też tliły się w nim ciche obawy, że kiedy dwie siostry dorosną, to Klan Wilka czeka powtórka z dawnych wydarzeń.
Chcąc coś skonsumować przed patrolem, ruszył do stosu ze zwierzyną, lecz już na początku drogi poczuł, jak coś uderza go w łapy, zatrzymał się, by niemal od razu dostrzec białą kulkę, która odskakuje i zaczyna mu się przyglądać. Skupienie na jego kocięcym pyszczku nie trwało długo, gdy chwilę później ten zaczął wołać matkę, na co czekoladowy zastrzygł naderwanym uchem.
“Na Mroczną Puszczę… Czy ja mam jakiś dar przyciągania do siebie kociaków?” — pomyślał zrezygnowany. Wystarczyło mu, że ostatnie parę księżyców musiał zajmować się Wąsatką, nie potrzebował kolejnej kulki, która wyła wniebogłosy.
— No już, spokojnie, Wdech i wydech — powiedział, obniżając się na łapach, by być mniej więcej na wysokości kocurka. — Księżycek, tak? Twoją mamą jest Jaskółcze Ziele? — spytał, chcąc zachęcić malca do rozmowy, choć opornie mu to szło, gdyż w odpowiedzi otrzymał jedynie skinienie głowy.
“Litości…”
— Może wrócimy do żłobka i tam na nią zaczekamy, co? — zaproponował i nie czekając na odpowiedź białego, podniósł się nieco, by następnie złapać kociaka za skórę na karku i zanieść do bezpiecznego legowiska, gdzie powinna znajdować się królowa lub jakikolwiek inny kot, który przypilnuje najmłodszych.
Niemal od razu grymas pojawił się na jego pysku, gdyż Księżycek postanowił zacząć głośno protestować na czyny zastępcy. Nerwowo machnął końcówką ogona, by już w kociarni odstawić uciekiniera na ziemię, a jego wzrok mimowolnie skierował się na dwie siostry, które zgromił wzrokiem.

<Księżycku? Może jakiejś litości dla zastępcy?>

Od Konwaliowej Mielizny CD. Lisiego Ostu

Przeszłość, wczesna pora nagich drzew

Dni na wyspie z dala od innych zdawały się zlewa w jedno, już nawet nie potrafił ich rozdzielić na mniejsze części czasu – choć najchętniej wolałby, aby to wszystko było jedynie długim koszmarem, że lada chwila wybudzi się ze snu, a jego rodzina nie będzie o nic podejrzewana. Na szczęście Szałwiowe Serce ich stamtąd wyciągnął, gdyby nie on, to liliowy czuł, że jeszcze dzień, a popadłby w obłęd. Nie wiedział, o co chodziło Mandarynkowej Gwieździe z tym wszystkim, lecz kiedy tylko na nowo znalazł się w obozie, czuł się… obco. To nie był ten sam klan, któremu chciał udowodnić, że nie ma nic wspólnego z jakimikolwiek zdradami ze strony dalszej rodziny. Minęło może parę dni, a na każdym kroku czuł zawistne spojrzenia innych Nocniaków.
Czy tak ma wyglądać klan? Wystarczy jeden powód, by wszyscy nagle zaczęli Cię nienawidzić? Czemu to ty masz płacić za błędy innych lub co lepsze, zmarłych? Naprawdę wystarczy urodzić się w złej rodzinie, z niewłaściwym kolorem sierści, by każdy traktował Cię jak najgorsze rybie flaki? Tylko tyle potrzeba?!
Poirytowany swoją bezsilnością, przeciął ogonem przestrzeń za sobą, kiedy to jego łapy same krążyły wzdłuż rzeki, gdzie kiedyś spotkał Osetka, choć już nawet nie pamiętał, kiedy to było. Miał wrażenie, że przez tę izolację od reszty świata jego umysł zlepił wszystkie możliwe dni w jedną całość, by zminimalizować straty w zdrowiu psychicznym. Niezmiernie go to irytowało, gdyż przez to nadal miał problemy z określeniem czasu, nawet ostatnich dni nie był pewny.
— A niech to wszystko woda pochłonie! — fuknął, nie przejmując się tym, że ktoś może go usłyszeć. W sumie może nawet lepiej, jak zostanie porwany przez Dwunożnych, to nie będzie musiał się przejmować tym wszystkim. Marzył, by odejść, zostawić to wszystko za sobą, lecz za bardzo kochał matkę, ojca i siostry, by ot tak opuścić Klanu Nocy.
Miał właśnie zaczynać litanie wyzwisk w stronę każdego Nocniaka, który uważał się za lepszego od jego rodziny czy też czekoladowy kotów, kiedy usłyszał szelest po drugiej rzeki. Jego łapy od razu zatrzymała się, niczym głęboko osadzone korzenie w ziemi, a on sam nasłuchiwał – każdy inny z klanu, by od razu buńczucznie zareagował na możliwego samotnika, lecz nie liliowy. Jemu koło ogona latał fakt, iż jakiś głodny kot spoza ich społeczności może przekroczyć granicę w poszukiwaniu jedzenia. Jednakże, kiedy zamiast jakiegoś nieznajomego włóczęgi ujrzał Osetka, aż zamrugał kilka razy, jakby nie dowierzając w to, co widzi.
— Nie wierzę, to ty! — odparł młodszy, podchodząc bliżej koryta wody. — Długo cię nie widziałem. Zastanawiałem się, czemu już tu nie przychodzisz, wiesz? — mówił dalej, poruszając wąsami z rozbawienia. — Coś ci się stało przez te księżyce? Złamałeś łapę, czy coś? — zażartował, przechylając głowę, choć niebieskookiemu do śmiechu nie było.
Gdy tylko pierwszy szok minął, ruszył z dotychczasowego miejsca, podchodząc na tyle blisko wody między nimi, że jego biel na łapach przykrywała, płynąca ciesz. Z niewyobrażalną chęci, by przekroczył tę naturalną granicę, lecz nie mógł, nie kiedy w obozie pozostała jego rodzina.
— Niestety, ale mi do śmiechu nie jest, Osetku — mruknął, zanurzając pazury w mule. Nie chciał przestraszyć tym samotnika ani okazywać w ten sposób swoją niechęć do jego obecności tutaj, lecz na samo wspomnienie czuł, jak wszystko na nowo się w nim gotuje. — Wraz z rodziną zostałem niesłusznie oskarżony o zdradę — przyznał wprost. Nie zamierzał milczeć, o nie! Jeśli będzie trzeba, to wykrzyczy każdemu, jak Mandarynkowa Gwiazda traktuje swoich wojowników.
— Oskarżony? O zdradę? — dopytywał zielonooki, jakby jemu samemu było ciężko w to uwierzyć.
— Jednego dnia spokojnie wypełniałem swoje obowiązki, by następnego zostać uwięziony na jednej z wysp blisko obozu bez żadnych wyjaśnień. Potraktowano nas jak najgorszych przestępców. Wydzielano niewielką ilość jedzenia, taką byśmy przeżyli, zero kontaktu z innym, a jeśli już, to potem podobny dany kot był podejrzewany o współudział. To jest chore, co się tam dzieje! — mówił bez zastanowienia. Jeśli w ten sposób zdradzi samotnikowi jakieś ważne informacje to trudno, po tym, co klan zrobił, nie będzie im lojalny. — Jak to jest być samotnikiem? — spytał nagle, zmieniając temat.

<Osetku?>

Purchawka urodziła!

 Purchawka urodziła czwórkę zdrowych kociąt, które do odpowiedniego momentu wspólnie będą żyć w Owocowym Lesie, aby później rozdzielić się zgodnie z zasadami sojuszu.

ZEW

MODROGOŃCZYK

ŁZA

PSIANKA

Od Poczciwego Szakłaka CD. Dzikiego Berberysu

Przeszłość, pora nagich drzew

Ostatnia rozmowa z Dzikim Berberysem była… ciężka. Czarny nie angażował się w żadne polityczne kwestie w klanie – on nawet sam przez długi czas nie angażował się w klanowe życie, był niczym cień pozostałych Burzaków, nieobecny, grający jedynie tło dla pozostałych. Dopiero od niedawna powoli wracał do żywych i Rudzikowe Skrzydełko nie musiała go siłą wyciągać z legowiska. Zielonooki powoli zaczynał się udzielać, coraz częściej można było go spotkać poza ciemną norą, co zdecydowanie cieszyło pewną srebrną kotkę. Ruda, kiedy tylko miała okazję, to wyciągała Szakłaka i Płomykówkę na wspólne wyjścia poza obóz – starszy nie protestował, nieco podzielając radość młodszej, Płomykówka natomiast była w tym wszystkim jako przyzwoitka dla siostry, by ta nie zrobiła nic głupiego, ani nie męczyła nadto swojego przyjaciela.
Chyba każdy w klanie przywykł, że obowiązki Króliczej Gwiazdy tak naprawdę są wykonywane przez jego syna, Zawodzące Echo. Poczciwemu Szakłakowi to nie przeszkadzało – można, by rzec, że go ta kwestia nie obchodziła, dopóki koty nie zabijały się nawzajem na masową skalę. A to, że część kotów zmarła za kadencji czarno-białego lider, to nie jest czymś szokującym, przecież w innym klanach też zapewne dochodzi do morderstw, zdrad i tym podobnych. Może i to podejście robiło z niego mało empatyczną personę, jednakże dla niego najważniejsze jest, by mieć w tym szarym świecie jakieś swoje miejsce i nie umierać z głodu lub odwodnienia.
Nie zgłaszał żadnego sprzeciwu, kiedy to zastępca wyznaczył patrol z jego i Berberysu udziałem. Rudy od ich ostatniej konwersacji unikał starszego, co nie wzruszyło go w żadnym stopniu – nawet nie odczuł tej różnicy, zbyt przyzwyczajony do przebywania jedyne we własnym towarzystwie. Miał nadzieje, że ten patrol będzie przebiegać w spokojniejszy sposób niż poprzedni.
— Nadal uważasz, że Królicza Gwiazda słusznie postępuje i jego błędy powinny być wybaczane? — powiedział nonszalancko. — Minęło trochę czasu od naszej ostatniej, dość poważnej rozmowy… No i Klan Burzy stracił wiele dobrych wojowników, jak i kotów, które powinny zostać zauważone wcześniej. Tyle problemów i niedociągnięć… Czy zmieniłeś zdanie?
Poczciwy Szakłak jedynie pozwoli sobie na ciężkie westchnienie. Nie rozumiał tego młodego pokolenia, ciągle coś im nie pasowało, jakby nie mogli cieszyć się z tego, co cokolwiek mają. Wiedział, jak to jest stracić kogoś bliskiego, jednak, by od razu mieć problem do lidera?
— Berberysie, proszę Cię… Doskonale wiesz, że bardzo długo nie angażowałem się w życie klanu, z częścią spraw nadal nie jestem na bieżąco, więc nie będę się wypowiadać na temat lidera z uwagi na szacunek wobec starszych oraz kulturę. Jeśli szukasz, kogoś z kim możesz obgadywać rządy Króliczej Gwiazdy, to obecnie szukasz u złego Burzaka — oznajmił, a następnie przyspieszył kroku, uważając rozmowę za zakończoną.
Nie chciał być niemiły dla młodszego, lecz odnosił wrażenie, że tylko w ten sposób uświadomi kocura, że nie chcę poruszać tego typu tematów ani nie będzie się w nich udzielać z własnych powodów. Liczył, że rudy uszanuje jego zdanie i nie będzie próbował ciągnąć tej jednostronnej rozmowy – chciał we względnym spokoju odbyć patrol i wrócić do ciepłego legowiska. Już czuł, jak poduszki łap zamieniają mu się w jakieś mrożonki.

<Dziki Berberysie? Zlituj się nad starszym…>

Od Czajki CD. Zwiewnego Maku

Przeszłość

Z uwagą słuchał słów wojowniczki, starał się cokolwiek odpowiedzieć na każde z jej kolejnych pytań, lecz gula w gardle nie ustępowały, pomimo najszczerszych chęci. Chciał, aby potok słów w końcu opuścił jego wargi, by przestać udawać, że żadnych obaw nie ma, podobnie poczucia winy przez nagłe zniknięcie. Zdawał sobie sprawę, że swoim zachowaniem rani kotkę, mógłby lepiej to rozegrać, lecz po wydarzeniach w Owocowym Lesie czuł się zbyt pokiereszowany psychicznie, by myśleć o uczuciach innych – łatwiej mu było pogrążyć się we własnym nieszczęściu niż mierzyć się z innym problemami, które miał z tyłu głowy. Nie chciał tłumaczyć się ze swojego podłego zachowania, ponieważ ono nie miało wyjaśnienia, jednakże odczuwał zbyt duży ciężar, aby to wszystko na raz rozwiązać.
— Mak, ja… — zaczął nieudolnie. — To nie chodzi o to, że nie chciałem się spotykać, lecz w Owocowym Lesie dużo się działo… Nie chcę się tłumaczyć z tego, co Ci zrobiłem, nie chcę Cię nawet prosić o wybaczenie. Zasługujesz na kogoś lepszego ode mnie, serio. Jesteś wspaniałą wojowniczką, która powinna poszukać kogoś godnego twych uczuć — kontynuował, starając się wyjaśnić wszystko w sensowny sposób, nawet jeśli w jego głowie teraz panował tylko chaos. — Jeśli chcesz, to możemy utrzymywać jakiś kontakt, lecz nie chce, byś ciągle się narażała dla tych spotkań.

Obecnie

Ciężko westchnął. Dźwięk ten niknął wśród szumu liści, które go otaczały. Zmęczone brązowe oczy miał utkwione w stronę otwartego terenu Klanu Burzy. Widok nie był najlepszy, lecz mimo to był w stanie dostrzec fragmenty połaci równin, które zajmowały koty polujące na zwinne szaraki. Kocur księżyce temu był zauroczony w pewnej wojowniczce, należącej do owej grupy.
Po dłuższej chwili wstał z dotychczasowego miejsca, by przeskakiwać na coraz to niższe gałęzie, aż w końcu dotarł do ostatniej na swej drodze. Z wyćwiczoną gracją podszedł do konara, a następnie zszedł po nim na ziemię. Gdy tylko jego łapy dotknęły ściółki leśnej, skierował swoje kroki w głąb terenów, którymi rządziły się kompletnie innymi zasadami niż w przypadku tych zajmowanych przez klany czy Owocniaków.
“Żegnaj Zwiewny Maku.”

Koniec sesji.

Od Smugi CD. Puchacza


Wojownik po ostatniej walce z bobrami nad rzeką długo dochodził do siebie, nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. W dniu ich zwycięstwa poległ nie tylko Ziemniak, jego własny ojciec zmarł, nim dotarli do obozu – widział przeszywający smutek i ból w oczach Miodunki oraz Kropli, które wyczekiwały powrotu dwójki czekoladowych kocurów. Może i wrócili razem, ale na pewno nie w takim stanie, jak obiecywali. Żółtooki nawet odwiedzał Purchawkę i jej białą uczennicę, szukając w tej dwójce wsparcia w związku ze stratą ojca – niby były jeszcze te całe spotkania organizowane przez szamankę, lecz kocur nie był jakoś przekonany do tego, by dzielić się tym bólem z większym gronem kotów.
Właśnie wracał ze wspólnego wyjścia z niebieskooką kotką, która w przyszłości miała zająć stanowiska zielarza w Owocowym Lesie. Początkowo miał plan, by wziąć coś sobie na ząb ze stosu, lecz jego uwagę przykuł syn Figi, choć opiekę nad nim i siostrą sprawował Topola, gdyż zastępczyni chciała szybko wrócić do swoich obowiązków. W teorii powinien się bardziej zainteresować tymi malcami, skoro srebrna była jego ciotką z uwagi na fakt, iż ta szkoliła dawniej Czerwca, utrzymując z nim później bliską relację. Jednak po śmierci pręgowanego nie miał siły na jakiekolwiek interakcje, a tym bardziej z ciekawskimi kociętami, które uwielbiają wypytywać o wszystko, nawet jeśli pytania te mogą być niewygodne dla starszego rozmówcy.
W połowie drogi po piszczkę dla siebie, przystanął, zaczynając uważnie obserwować poczynania pomarańczowookiego. Nie znał do końca kociaków z charakteru, lecz nie trudno było usłyszeć w obozie, jak inne koty na nie narzekają lub jak któreś z nich mówi zdecydowanie za głośno. Smudze na szczęście udawało się uniknąć wysokich dźwięków, podobnie z przypadkowym wpadnięcie na któreś z tych dwójki. Zmrużył lekko oczy, obserwując, jak czekoladowy młodzik zaciera jakąś linię na ziemi, by następnie nakreślić ją na nowo o długość wąsa dalej. Nieco zaintrygowany jego poczynaniami, skierował swoje kroki w jego stronę, na co ten od razu radośnie i głośno się przywitał ze starszym. W pierwszej chwili wojownik jedynie zamrugał kilka razy, jakby jego umysł nie był w stanie przyswoić do wiadomości sposobu bycia Puchacza oraz jego pytania. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, o co chodziło i posłał kociakowi lekki uśmiech.
— Wcale ich nie zabiłem, pióra często można znaleźć na ziemi, nie robiąc krzywdy ptakom — wyjaśnił, siadając przed Puchaczem. — Jeśli jakieś wpadło Ci w oko, to weź je. W lesie starczy ich dla każdego.
Smuga zaczął nosić w swym futrze pióra stosunkowo niedawno, chcąc w ten sposób zakryć szramy, które zdobiły jego stosunkowo drobne ciało. Zabieg ten nie miał na celu ukrycia mankamentów przed wzrokiem innych, a przed spojrzeniem jego samego – za każdym razem, gdy mimochodem natrafiał oczyma na blizny, wspomnienia z walki na nowo odżywały.

<Puchaczu?>

Od Pustułkowego Szponu CD. Ognikowej Słoty


Pora nowych liści powoli dobiegała końca, a każdy korzystał z coraz to lepszych warunków pogodowych. Czekoladowy co dzień przebudzał się ze snu dość wcześnie, mając zamiar ustalić patrole na kolejne pory dnia – poranny zawsze był wyznaczany wieczorem poprzedniego dnia. Czasem zdarzało się, że Krucze Pióro wyznaczał koty, wcześniej w jakimś stopniu konsultując to ze swoim bratem. Ich relacja może nie była najlepsza, lecz najważniejsze, że nie skakali sobie do gardeł przy byle okazji, jednookiego nie obchodziło, co dymny robi w ciągu dnia, czy wypełnia swoje obowiązki. Zdawał sobie sprawę, że księżyce temu coś między nim a Kwaśną Kocanką zaiskrzyło — raz się zdarzyło, że Pustułkowy Szpon ingerował w ich kwestii i do dziś dnia starszy miał uraz do brata o to. Dlatego też, nie chcąc jeszcze bardziej pogarszać i tak już napiętej relacji między nimi, postanowił nie poruszać tej kwestii, nawet słownie.
Zastępca powoli podniósł się z posłania do pozycji pionowej, chcąc wymyć sierść po śnie, który jeszcze nieco trzymał się jego powiek, samoistnie je zamykając. Kocur się tym nie przejmował, skupiając swoją uwagę na pociągnięciach języka wzdłuż kierunku, w którym układała się jego szata. Dawniej, by się nie przejmował czymś takim, jak pielęgnacja, lecz po śmierci Makowego Nowiu zaszły w jego życiu spore zmiany.
Kiedy tylko zakończył swoją poranną rutynę, podniósł się z już nieco zużytego mchu, by następnie opuścić legowisko wojowników. Dotychczas nie zwracał uwagi, czy ktoś jeszcze oprócz niego wstał, lecz wystarczyło wyjść na polanę, aby dostrzegł trójkę kotów, które wybrał do patrolu. Cykoriowy Cykor w oczach zastępcy nic się nie zmieniła od momentu, kiedy wziął ją i córkę na wspólny trening, gdy obie były jeszcze uczennicami. Uważał, że pręgowana nie zasługuje na ucznia, Zalotna Gwiazda podobnie, gdyż przydzieliła wojowniczce Garbatą Łapę. Bicolor był idealnym wychowankiem dla kotki. Na ich widok czekoladowy jedynie zastrzygł naderwanym uchem, ukrywając grymas, który wyjątkowo cisnął mu się na pysk. Na szczęście wczoraj przemyślał kwestię kolejnego członka patrolu, wybierając Ognikową Słotę – szylkretka wraz z siostrą i Kocimiętkowym Wirem szybko awansowały w klanowej hierarchii na mistrzynie. Dawniej stanowisko to piastował ojciec Lamentującej Toni, który zginął z jego łap, oraz Mroczna Wizja, która z uwagi na swój wiek, musiała przenieść się do legowiska starszyzny.
Chcąc mieć wszelkie grzeczności za sobą, skinął głową w stronę pierwszej dwójki, choć robił to niechętnie, by następnie podejść do brązowookiej i razem na czele patrolu opuścić obozu klanu. Wybór mistrzyni oraz swój własny udział w obchodach wilczackich terenów nie był przypadkowy. Zielonooki chciał się dowiedzieć, jak młodsza wraz z rówieśniczkami radzi sobie na obecnym stanowisku, mając zamiar przy okazji dowiedzieć się, kiedy planują trening dla wojowników. Tego typu praktyki z założenia miały się odbywać codziennie, lecz Pustułkowy Szpon nie przypominał sobie, by jego matka tak często organizowała szkolenia, jeśli w ogóle to robiła. Kocurowi było ciężko przyznać przed samym sobą, że Mroczna Wizja mogłaby się dopuścić zaniedbania swych obowiązków.
— Jak Ci idzie wypełnianie obowiązków, Ognikowa Słoto? — spytał prosto z mostu.

<Słoto?>

19 maja 2026

Od Urodziwej Łapy CD. Rogatej Łapy

Szylkretka polizała Przypaloną Łapę na pożegnanie i obiecała mu, że jak wróci, pogadają ze sobą. Chwilę później została sama, ale nie na długo, bo zaraz przypałętał się ten glonojad zwany Rogatą Łapą. Urodziwa Łapa przeniosła na niego niebieskie spojrzenie. W przeciwieństwie do udawanej obojętności kocura uczennica nie ukrywała swojej niechęci względem tego kota.
— A ty? Zmądrzałeś? Bo wiesz, takie pytania zawsze działają w dwie strony — odparła ze spokojem w głosie. Jeśli kocur myślał, że to ją zdenerwuje, bardzo mocno się mylił. Właściwie to pytanie ją rozbawiło, ale próbowała udawać poważną, skoro rozmawiała z księciem zrzędą. Przyszłe imię kocura powinno być Rogata Zrzęda lub Zrzędzący Róg. Po czym podniosła się, a następnie wyciągnęła zupełnie nieprzejęta jego pytaniem. Rogata Łapa nie zwlekał z odpowiedzią, prawie że wbijając się szylkretce w zdanie.
— Ja jestem już wystarczająco doedukowany, przynajmniej z pewnością bardziej od ciebie, skoro nie potrafisz zrozumieć, że u nas, w Klanie Nocy, panują takie zasady, a nie inne — odparł, mrużąc oczy i strzepując jednokrotnie uchem z niezadowoleniem.
— Ale tak, nabyłam doświadczenia, jeśli ci o naukę chodzi — odparła rezolutnie. Doskonale wiedziała, o co dokładniej pytał pajęczynowy móżdżek, ale nie chciało jej się marnować słów na bezwartościową odpowiedź. Poza tym prawdopodobnie kocur liczył na odpowiedź adekwatną do pytania, jego niedoczekanie. Nie zamierzała grać, jak ten jej zagrywał. Miała własną wolę, zasady i sposób na życie. Nie będzie tego zmieniać, bo komuś się to nie podobało. Nie wszyscy musieli ją lubić, a ona nie musiała darzyć przyjaźnią wszystkich. Wystarczył względny szacunek do starszych, ale w momencie, gdyby ktoś z nich zaczął obrażać czekoladowego kota, zmieniłaby swoje nastawienie. Absolutnie nie zamierzała stać bezczynnie i obserwować jak inni dręczą kogokolwiek ze względu na kolor futra. Każdy kot miał prawo żyć i być darzony szacunkiem. Niezależnie od tego, czy był z tej zakichanej rodziny królewskie, zwykłej, albo miał czekoladową sierść. Wszyscy powinni być traktowani równo i sprawiedliwie. Powinni ponosić konsekwencje swoich czynów, ale tylko tych naprawdę popełnionych. Powodem kar nie powinno być pochodzenie i czyny rodziców albo czy ktoś był czekotem tylko to, co ktoś zrobił i jak bardzo czyste miał serce.
— Nie wystarczy tylko sucha teoria. Praktyka jest dużo ważniejsza, wtedy przynajmniej pokazuje się reszcie klanu, że nie jest się jakimś wadliwym — odparł, mierząc ją dalej wzrokiem.
— Ale wiesz co, Rogaczku? — zaczęła, a przez jej pyszczek przemknęło rozbawienie. Zaczęła delikatnie okrążać kocura, co jakiś czas ocierając się o niego lub smagając ogonem po nosie.
— Jesteś taki piękny, a te oczy? Na Klan Gwiazdy! Chyba przodkowie włożyli w to sporo gwiazd — zaczęła przesłodzonym głosem. W jej niebieski spojrzeniu dało się dostrzec iskierki rozbawienia.
— A te pazurki? — wymruczała, pochylając łebek w stronę jego łap i lekko tykając jedną z nich noskiem.
— Coś wspaniałego — komplementowała go dalej. Skoro chciał być chwalony i podziwiany, mogła mu dać taki moment. Ten jedne raz.
— Takie zadbane i czyste futerko, jak ty to robisz drogi książę? —** ostatnie dwa słowa specjalnie podkreśliła. Wiadomo dla wydźwięku, choć wcale nieszczerego. Zatrzymała się przy jego ogonie lekko go pacając łapką.
— Ogon taki wyjątkowy, że nic tylko zazdrościć — wymruczała zbyt słodko. Mimo że nie lubiła tego kocura, świetnie się bawiła. W końcu okrążyła go chyba już po raz dziesiąty i stanęła bliżej jego dodatków.
— Te dodatki tak bardzo do ciebie pasują. Oddają twoje piękne wnętrze czyż nie? — mruknęła, muskając ozdóbki noskiem.
— Nie chcę, żeby pobratymcy pomyśleli, że za sobą przepadamy, to by mi zepsuło tylko dobre zdanie o mnie. Odsuń się — syknął z poirytowaniem, po czym wyciągnął w jej kierunku łapę, żeby ją niby trochę odsunąć od siebie.
— Jeszcze ktoś pomyśli, że szukasz mojej uwagi bardziej niż to wskazane — dodał po chwili.
— Dobrze jednak, że dostrzegasz tak istotne rzeczy, może jeszcze coś z ciebie będzie — odparł, po czym zaczął czyścić sobie łapę i przy okazji ucho, udając znudzenie.
— Zastanowię się, czy ci wybaczę. To jeszcze za mało na zyskanie mojego uznania — dopowiedział jeszcze, ale szylkretka jedynie przewróciła oczami. Nie szukała uznania kogoś takiego jak ten futrzak.
— Gdyby jeszcze mnie to obchodziło — wymamrotała do siebie z niechęcią kierowaną w stronę ucznia. Zaraz jednak skupiła się na tym, do czego zmierzała przez cały czas.
— A cały efekt psuje twoje nienawistne serduszko — wyszeptała mu na uszko, a następnie stanęła prosto przed nim. Wpatrywała się w jego oczy tymi swoimi przypominającymi kwiaty szafirków.
— Postępuję właściwie. Moje serce jest najczystsze ze wszystkich — odparł bez wahania, kładąc łapę na piersi, jakby był tego śmiertelnie pewny i jakby chciał jej je wręcz pokazać. Urodziwa Łapa tylko prychnęła rozbawiona z jego słów.
— Gdybyś nie był takim narcystycznym i nadętym księciuniem to może, ale tylko może bym na ciebie poleciała — dodała cicho, ale zaraz się roześmiała. Odsunęła się od niego na odległość mysiego ogona.
— Żartuję, nie chciałabym z tobą być — dodała na koniec. Posłała mu czarujący uśmieszek i odwróciła do niego tyłem, ostatni raz smagając jego pysk ogonem przyozdobionym kwiatami szafirków.
— Oczywiście, że byś poleciała — dorzucił jeszcze.
— Zgrywasz taką, ale doskonale wiem, że ci się podobam — dodał na koniec. Szylkretka zaśmiała się rozbawiona jego słowami. W życiu nie mogłaby pokochać kogoś tak zacofanego, jak ten kocur. Zresztą nie był w jej guście.
— Jest ktoś od ciebie lepszy i bardziej szlachetny, choć księciem nie jest. Ma coś, czego ty nie masz. Dobre serce i duszę — miauknęła poważnie, ignorując reakcję glonojada. Tak, Przypalona Łapa był prawdziwym księciem. Dla koteczki tę nazwę powinien dzierżyć ktoś szlachetny, a nie kot o wypranym umyśle i bezwolnym poddawaniu się temu, co mówiły zakłamane pyski. Niestety jej ojciec i brat nie byli wyjątkami. Kochała ich, ale z każdym kolejnym dniem odsuwała się od nich coraz bardziej. Wiedziała to doskonale, a mimo tych nieprzyjemnych odczuć nie zamierzała zmieniać swojej moralności. Każdy zasługiwał na szacunek. Po czym skierowała się w tylko sobie znanym kierunku.
— I dla ciebie jestem Pan Książę Rogata Łapa! Nie pozwalaj sobie na za wiele — krzyknął jeszcze za nią, jego końcówka ogona biła niespokojnie o ziemię.
— Zapomnij panie gloniku, że tak będę się do ciebie zwracać — rzuciła, a następnie zniknęłą z pola widzenia kocura.

<Rogata Łapo? Glonojadzi pysku czy czujesz się teraz spełniony?>

[980 słów]

18 maja 2026

Od Cętkowanej Łapy do Zalotnej Gwiazdy

Cętkowana Łapa u boku Tropiącej Łaski rozmyślał jak niby mógłby odegrać się Seradeli. Przegrał z nią, a to był wstyd dla niego. Przecież pierwsza jego przegrana walka mogła być oznaką jakiejś przyszłej passy większych i częstszych porażek! Jako potomek Cienistej Zjawy, nie mógł pozwolić sobie na taką słabość. Musiał się postarać bardziej i lepiej. Mijali wiele drzew. Ciekawe, na które dziś będzie się wspinać? Bowiem to miał robić tego wschodu słońca, czekoladowa kotka też zdawała się patrzeć na drzewa, by wybrać jakieś dla niego.
— Wespniesz się na tą sosnę przed tobą, musisz wspiąć się na górę i nie spaść. Nad tak prostą rzeczą nie będę się bardziej wysławiać, chyba że jesteś upośledzony umysłowo. To wtedy to już nie mój problem — rudzielec chciał coś powiedzieć, ale wiedział, że mu nie przystało, jako kotu o wysokim pochodzeniu. Spojrzał na drzewo i natychmiast skoczył, po czym przyczepił się do niego, zaczął szybko wchodzić na górę, na początku i tak nie było to trudne, bo na samym dole nie było mniejszych gałęzi, które zawadzały mu drogę. Wspinając się coraz wyżej, już można było zobaczyć gałęzie z liśćmi. Nie spoglądając nawet w dół, udało mu się wdrapać na sam czubek sosny.
— TERAZ ZEJDŹ! — zawołała z dołu, a on nie będąc głuchy, szybko zaczął zeskakiwać na dół, gałąź po gałęzi, a gdy był wystarczająco nisko, to zeskoczył z drzewa na ziemię, lądując na czterech łapach.
— Już jestem — czekoladowa kotka tylko się lekko uśmiechnęła.
— Jednak widać, że jako wnuk Zalotnej Gwiazdy to nie jesteś tępy, a teraz możesz jeszcze mi coś upolować. Głodna jestem od tego treningowania — nie liczył, że będzie polować za kogoś, to leniwe mówić, żeby ktoś inny za ciebie złapał zwierzynę.
— Przepraszam, ale każdy chyba tutaj poluje dla siebie, co nie? — próbował być grzeczny w swojej wypowiedzi. Jego czekoladowa mentorka wykrzywiła pysk w grymasie i zrobiła coś, czego on nie mógł przewidzieć. Skoczyła na niego, przytrzymując go. Kocur wił się jak robak, ale szybko uświadomił sobie, że raczej nie wydostanie się z sideł starszej i doświadczonej wojowniczki.
— Przemądrzanie się nie jest tutaj na miejscu, powinieneś raczej mówić do starszych z szacunkiem. Przynieś mi coś albo powiem twojemu ojcu o twoim nagannym zachowaniu — przecież nie chciałby, żeby Cienista Zjawa myślał, że jest złym synem, lub ktokolwiek inny z jego rodziny. Tak się starał, a przez ten incydent patrzono by na niego krzywo, że nie ma szacunku do innych.
— Już idę po coś! — kotka go puściła z uśmiechem, a on szybko uciekł od niej, by coś złapać.

***

Oby jakaś mysz lub wiewiórka chciała mu się rzucić pod łapy. Nie chciał spędzić całego dnia na szukaniu jakiejś zdziczałej zwierzyny. Szczególnie że, gdy wróci o pustych łapach, to Tropiąca Łaska zagroziła mu, że mu coś zrobi. Nasłuchiwał czy coś nie ćwierka lub szeleści, ale, nie było ani widu, ani słuchu, po czymkolwiek. Rudzielec zaczął coraz bardziej machać ogonem ze złości. Wyzwalając z siebie złość, musiał ten las chyba cały wytrzebić, inaczej zostanie tu do jutra. Wcześniej, wychodząc z Tropiącą Łaską z obozu, słyszał więcej ćwierkania ptaków, niż w tym miejscu. Właściwie to gdzie oni się znajdowali? Nastawił czujnie uszy. Nie usłyszał nadal zwierzyny, ale za to obił mu się o uszy szum wody, a tam, gdzie woda, tam spragniona ofiara. Cętkowana Łapa poszedł za szumem wody. Gdy tylko wyszedł z gęstwiny drzew, zobaczył kosa, który pił wodę. Nie zwracając uwagi na otoczenie wokół niego, skoczył na ptaka, przy tym tarzając się po ziemi. Zobaczył, że dzięki temu ptak szybciej umarł, ale i został lekko zmiażdżony. Wyszedł z wody, żeby się otrzepać. Pójście nad wodę, by polować, nie było złym pomysłem. Otrzepał się z ziemi, by tylko chwilę później, odwracając się w stronę rzeki, osłupieć. Zobaczył przed sobą głośne potwory, które robiły coś z drzewami, był pod wielkim szokiem, jak i strachem, że taki jeden potwór mógł robić taki hałas i obalać drzewa, których nawet setki kotów nie byłyby w stanie ruszyć. Gdy tylko usłyszał jakiś szmer, szybko schował się w krzakach. Popatrzył przez nie, a tam chodziły i gadały w dziwnym języku stworzenia o dwóch łapach, na których jedynie chodzili. Czy to nie byli ci dwunożni, co wycinali im las? Zdając sobie z tego sprawę, przypomniał sobie, że Zalotna Gwiazda go udusi, jeśli się dowie, że złamał zakaz wchodzenia na te tereny. Musiał szybko się wycofać. Zaczął robić ostrożnie kroczki w tył, wysunął się już z krzaczka zgrabnymi kroczkami, trzymając kosa w pysku.
TRZASK
Czy to był on? Szybko spojrzał na łapy, ale to nie on nadepnął na patyk. Obrócił głowę w stronę dźwięku i ujrzał kota. Gdy tylko ten zobaczył, że patrzył na niego swoimi zielonymi wyrazistymi ślepiami, to wyskoczył z lasu w stronę mostu. Cętkowana Łapa miał odwagę go gonić, ale głupotą by było zostać potem zabranym przez dwunożnych jak Borsucza Puszcza. Tylko zdążył dojrzeć, że kocur susem przepłynął rzekę i przeszedł drogę grzmotu, znikając w innym zakątku lasu, który nie należał do nikogo. Rudzielcowi udało się jedynie zapamiętać tył tego kota, miał ogon nie za bardzo pokryty bielą, a pręgi miał dzikie, bo na skrawku pleców miał tylko jedną widoczną długą pręgę zakrywającą kręgosłup. Kolor maści za to jakiś nietypowy, chciał już powiedzieć, że nieznajomy był czekoladowy, ale ta czekolada niby za jasna była, wyglądała jak jakaś imitacja, miał pełno czekoladowych kotów w klanie i wszystkie miały odcień brązu ciemniejszy niż ten, co miał samotnik. Następnym razem, gdy go zobaczy, to go złapie. Obrócił się i powolnie powrócił pomiędzy krzewy znanego mu lasu.

***

Oddalił się od miejsca, gdzie dwunożni niszczyli las, szukał Tropiącej Łaski. Miał nadzieję, że szybko ją znajdzie, a następnie wrócą do domu. Ten kos powinien być dla niej wystarczający. Myślał, że był zupełnie sam, ale nagle usłyszał jakiś szelest. Zjeżył się. Czy ten samotnik poszedł za nim? Miał już wysunięte pazury, ale coś rzuciło się na niego od tyłu, a była to oczywiście jego mentorka.
— Nie obijałeś się, masz mój posiłek, na który czekałam — wzięła od niego ptaka, a rudzielec w środku był roztrzęsiony. — I nie mów nikomu o tym, że rzuciłam się na ciebie, inaczej skończy się to źle dla ciebie. To będzie nasza mała tajemnica — Tropiąca Łaska zeszła z niego, Cętkowana poszedł za nią żwawym krokiem.

***

Czekoladowa zdążyła skonsumować ptaka podczas drogi, a on złapał ryjówkę dodatkowo by nie wejść do obozu z pustymi łapami.
Będąc już w obozie, odetchnął z ulgą, idąc do miejsca na zwierzynę, na spokojnie wśród innych małych zwierzątek wcisnął swoją ryjówkę. Chciał porozmawiać z kimś z rodziny, jednak nie było wszystkich mistrzyń ani Cienistej Zjawy w obozie. Spojrzał na legowisko przywódcy, tylko czy babcia będzie miała dla niego czas? Wsunął nos niepewnie do nory lidera. Nastawił tylko głowę, chcąc widzieć czy jest tam więcej kotów.
— Babciu, mogę wejść? — przywódczyni obróciła się, nagle jej kamienny wyraz twarzy rozpromienił się, wyglądała na taką przyjazną.
— Oczywiście, wejdź, mój wnuku. Chętnie usłyszę o tym, jak się trzymasz — Cętkowana Łapa wszedł całkowicie do legowiska czarnej szylkretki.
— Dzisiaj wspiąłem się na wysoką sosnę, wręcz na sam jej czubek, a potem upolowałem ryjówkę i zaniosłem ją na stos — miał okazję nawet, żeby przynieść dwie zwierzyny, ale Tropiąca Łaska zjadła jego kosa, stos na szczęście nie był pusty, więc jego ryjówka może komuś posłużyć jako podwieczorek.
— Cieszę się, że jesteś pilny, Tropiąca Łaska musi być z ciebie zadowolona — oczywiście, aż się na niego rzucała, przyprawiając go o zawał.
— Tak, też tak myślę. Babciu, bo słyszałem o tych dwunożnych, co wycinają nam las, dlaczego oni nam to robią? — przypomniał sobie obraz walących się drzew i zwierzyny, która uciekała z tego miejsca, gdzie indziej. Pysk Zalotnej Gwiazdy spoważniał.
— Nie wiem, Cętkowana Łapo, ale wiem za to, że trzeba ich się jak najszybciej pozbyć. Zanim narobią więcej szkód — sam szczerze, gdyby miał się spotkać z takim problemem jako przywódca, chciałby zapewne z nimi walczyć. Tylko czy mogliby z nimi wygrać?
— Czyli co, zaatakujemy ich? — nigdy nie walczył z potworami, ale może to będzie jego pierwszy raz? Nie widział innego racjonalnego rozwiązania, jak sprawić by ten problem zniknął. Nie robienie nic przecież nie byłoby jakimś sposobem na ich problemy. Borsucza Puszcza została porwana, a wcześniej Barczatkowy Świt zginęła. Jakiś samotnik dodatkowo panoszył się po ich terenie, co będzie dalej? Ten przybłęda zaprosi swoich kolegów albo sam będzie dalej wykorzystywał słabość ich klanu i jak nic będzie łaził po ich terenach? Następne koty umrą z jego klanu? Oby nie.

<Zalotna Gwiazdo?>

[1371 słów + Wspinaczka na drzewa]