BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

29 lipca 2026

NOWA CZŁONKINI KLANU GWIAZDY!

KUNI STRUMYCZEK
Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: Nieudana próba wyłowienia starego buta; zaklinowanie się głowy i utonięcie

Odeszła do Klanu Gwiazdy!

Od Koszmaru do Kalinowego Powiewu

Koszmar leżał przed żłobkiem znudzony. Nie było nic ciekawego do roboty. Nie było kogo podglądać, nie było komu zrobić lobotomii.
W skrócie nuda. Z bratem też nie chciał się bawić, a Zamroczka spała w najlepsze. Postanowił pokręcić się po obozie, i tak większość wojowników poszła na patrole. Zajrzał do legowiska uczniów, do starszych, a nawet do legowiska medyka. Na końcu wszedł do legowiska wojowników, znajdującego się w jednym z krzaków. Było tu bardzo przestronnie, nawet ładnie. Postanowił wejść głębiej, ale wtedy usłyszał jakiś głos za plecami:
– Witaj Koszmarze, co tu robisz?
Kociak odwrócił się na pięcie i odpowiedział:
– Nic.
– Chcesz zwiedzić legowisko wojowników? – spytała spokojnie.
– Tak.
– W takim razie zapraszam! – rzekła szaro-biała kotka i poprowadziła kocurka.
– Tutaj posłanie mam ja, tu Wilczy Skowyt, a tam Iskrząca Nadzieja.
Koszmaru nie interesowało jakie posłanie do kogo należało, ale to, co na nich było. Jedne miały pióra, drugie sam mech, a pod jednym były nawet kamienie. Hm, nie wiedział, czy ktoś by się na nie połaszczył, ale na pewno nie chciał na nich spać.
– Eee… Jak się wojowniczka nazywa?
– Kalinowy Powiew.
– To Kalinowy Powiewie, dlaczego twoje uszy tak zwisają? To jakaś choroba?
Kotka się zaśmiała.
– Nie, to inny rodzaj uszu. Mam tak od urodzenia.
– A dlaczego masz takie kropki na sierści?

<Kalinowy Powiewie?>

Od Koszmaru do Iglaka

Pora Zielonych Liści zaczęła się ukazywać w przyrodzie. Nareszcie. Śnieg powoli topniał, więcej padało, a wiatr nieco urywał głowy. Koszmar bawił się swoimi kosteczkami, udając, że robi zwierzęciu operację wyjęcia serca z liści.
– Czas na główną operację – mówił do siebie. – Twe serce będzie prezentem dla mamy!
Wziął ostrą kość, wbił w liście i wyciągnął.
– Twoje serce teraz należy do mnie! Muhahaha!
– Co robisz, Koszmarze? – spytał jego dymny brat, Iglak.
– Wyrywam serce ofierze – odpowiedział z uśmiechem.
Choć kocurek tego nie widział, Ognikowa Słota zrobiła dziwną minę. Przecież mały jeszcze nie wiedział o kulcie!
– Chcesz zostać medykiem i robić eksperymenty z Chudym? – zaśmiał się braciszek.
– Co? Nie! Będę wojownikiem, a potem mistrzem, jak mama i… mama!
– Hm, zobaczymy – zaśmiał się znowu Iglak.
– A co? Myślisz, że ty nim zostaniesz?
– Nie wiem, być może, na pewno nie robię sobie zwodniczej nadziei.
– Cóż, na pewno nie jestem najsłabszy z was dwóch… – uśmiechnął się kocurek.
– Tak? Jesteś pewien? To chodź, przekonajmy się!
Iglak skoczył na brata, a on odepchnął go łapami. Udało mu się złapać równowagę w locie, dzięki czemu szybko zaatakował ucho kociaka. Koszmarowi nie udało się zrobić uniku, więc nie zdążył zrobić kontrataku. Dymny go naskakiwał z różnych stron i szybciutko uciekał. Cętkowany z tego wszystkiego przestał bronić brzucha. Iglak zauważył odsłonięte słabe miejsce. Jednak nie wiedział, że to była pułapka. Brązowooki tylko smyrgnął pazurami po brzuchu, nie zadając żadnych obrażeń, a w tym czasie Koszmar przyszpilił brata do ziemi.
– I co, braciszku? Mam cię! – powiedział z triumfem w głosie, nie chcąc przyznać, jak dobre były uniki kocurka.

<Iglak i Iglak? :3>

Od Borowika

Pora Nowych Liści zawitała do Owocowego Lasu pełną parą. Biały puch, dotychczas pokrywający drzewa, został zastąpiony przez róż pąków i zieleń młodych liści. Odgłosy skrzypienia śniegu i gałęzi zmieniły się w szum na nowo budzącego się do życia lasu i ćwierkanie ptaków.
Jak ja nie cierpię Pory Nagich Drzew… Nie cierpię zimna. Ughhh… Jak dobrze, że już koniec…
Dzisiaj była moja kolej, by iść na patrol, w tych warunkach było to nawet do zniesienia, a wręcz cieszyłem się, że będę miał okazję zobaczyć Owocowy Lasek w nowej odsłonie. Wieczorem więc stawiłem się przy wyjściu z obozu, czekając na pozostałą dwójkę zwiadowców, z którymi miałem wyruszyć. Usiadłem miękko na ziemi, otulając moje łapy ogonem. Słońce zaczęło powoli chylić się ku zachodowi, zalewając obóz miękkim, różowo-pomarańczowym światłem, prześwitującym przez liście na drzewach.
Kichnąłem.
A… No i jest jeszcze jeden minus. Duszący zapach kwiatów zawsze przyprawia mnie o katar.
Po chwili pojawił się drugi zwiadowca, Świergotek. Wyglądał, jakby jeszcze nie do końca przestawił się na nową porę. Na pysku miał lekki grymas niezadowolenia i znudzenia. Rudy usiadł obok, nie obdarzając mnie jednak spojrzeniem.
– Hej, Borowiku – westchnął od niechcenia.
Zamrugałem, również nie patrząc.
– Uh. Witam – mruknąłem niepewnie,
I to było a tyle.
Następne kilka chwil spędziliśmy, siedząc w niezręcznej ciszy…
To już kolejna rzecz, której nie cierpię, a która spotyka mnie niestety aż nader często. Z reguły taka krótka wymiana zdań była dla mnie nie lada sukcesem i wystarczała. Jednak jako, że ostatnimi czasy staram się jak najintensywniej rozwijać moje umiejętności społeczne, zdecydowałem się nie dać za wygraną i… prowadzić… rozmowę… nie nastawiając się oczywiście na żaden konkretny wynik. Już się nauczyłem, że najczęściej zupełnie nic z tego nie wynika ani też nie wychodzi. Ale im więcej będę próbował, to może kiedyś…
– A. Um. Świergotku…? – zagadnąłem.
Ten zerknął na mnie bez większego zainteresowania.
– Co tam?
– A bo ty to jesteś tym… zwiadowcą. Co… co nie…?
Oh, Wszechmatko... Ja nie chciałem.
Świergotek uniósł lekko jedną brew.
– Jestem, jak widać – odparł. – A co…?
W jego oczach dostrzegłem drobną iskierkę zainteresowania.
Huh. No… nie tego się spodziewałem.
Dobra. Dobra. Nie zepsuj tego. Powiedz cokolwiek.
– Yyy… Czy… czy wiedziałeś, że powiedzenie “rosnąć jak grzyby po deszczu” w rzeczywistości ma odbicie tylko w bardzo wąskim zakresie sytuacji…?
Cokolwiek. Ale nie to…
Rudy kocur przechylił lekko głowę na bok, marszcząc brwi, ale ja nie dałem sobie przerwać. Czułem, że jeśli teraz przestanę mówić, to utonę w niezręczności na następne trzy do czterech księżyców…
– I… I to dlatego, że nie chodzi o sam deszcz, ale o to, jak bardzo wilgotna jest… jest gleba. Czyli dużo deszczu musi być. I stabilne warunki. Bo jak się nagle zrobi… upał albo burza to… to wszystkie te grzyby umrą… Wiedziałeś…?
Rzuciłem mu krótkie spojrzenie.
Świergotek zawahał się.
– Uh… Nie, nie wiedziałem. To brzmi dosyć… ciekawie…? – na jego pysku pojawił się nieco niezgrabny, ale na czterdzieści trzy procent autentyczny uśmiech. Po znudzeniu nie było już śladu.
– Ah. Okej, to… to już wiesz… – kiwnąłem głową.
Na szczęście nie musiałem zastanawiać się nad tym, co dalej powiedzieć, bo właśnie zza zakrętu wyłonił się niemal bezszelestnie Hiacynt i do nas dołączył. We trójkę ruszyliśmy w kierunku Owocowego Lasku.
Czułem się dosyć… niezręcznie. Niby zawsze się tak czuję, ale tym razem to zupełnie nowy poziom. W dodatku zupełnie nie spodziewałem się, że z moich prób nawiązania rozmowy faktycznie kiedykolwiek wyniknie coś poza trwałym zakłopotaniem obu stron. Dziwne rzeczy, dziwne…
Chyba… uh… chyba muszę coś zrobić… z tym…

28 lipca 2026

Od Łabądka (Łabędziej Łapy) CD. Żabiej Łapy (Żabiego Oka)

Przed zostaniem uczennicą

Ten komplement bardzo ją ucieszył. W ogóle lubiła komplementy, ale szczególnie te dotyczące jej wysokiego statusu (był wysoki przynajmniej w jej mniemaniu). W ogóle mianowanie na namiestniczkę było dla niej bardzo miłą niespodzianką. Co z tego, że w praktyce do mianowania na wojowniczkę nie dawało jej to niczego oprócz znaczków na pysku? Może Żabia Łapa nie była wcale taka zła? Powstrzymała się od skakania jak jakiś głupi kociak pokroju… Wesołej Łapy… Wyprostowała się tylko jeszcze bardziej i zademonstrowała swój elegancki krok. Uczennicy wąsy zadrżały z rozbawienia. Oburzona Łabądek już miała zrobić scenę, ale wtedy usłyszała głos matki.
– Dzieci, wracajcie do środka, bo jeszcze się przeziębicie!
Posłała tylko pomarańczowookiej wymowne spojrzenie i podreptała do Trzcinowego Szmeru.

***

Na dzisiejszym treningu było okropnie wietrznie. Okropnie w znaczeniu “bardzo” i “tragicznie” jednocześnie. No bo jak miała się skupić na łowieniu ryb, jeżeli grzywka co chwilę zwisała jej przed oczami? Tkwiła w pozycji nad brzegiem jakiegoś strumyka. Obok niej siedział Błękitna Laguna. Kazał jej czekać, a gdy tylko zobaczy cień ryby, zanurzyć łapę w wodzie i bardzo szybko ją wyciągnąć. Niestety wiatr targający jej futrem, oprócz bycia bardzo nieprzyjemnym, okazał się dużą przeszkodą. Przy jednym z mocniejszych podmuchów, grzywka przestała trzymać się w jednym miejscu i opadła jej na oko. Pod wpływem ruchu, sięgnęła łapą do wody. Niestety nic nie wyczuła.
– To nie była ryba – poinformował ją mentor. Miała ochotę prychnąć albo fuknąć, ale na księcia zastępcę nie wypadało. Zaczęła bardziej skupiać się na wodzie, zapamiętując, aby tym razem szukać kształtu ryby, a nie samego ruchu. Niestety to również było utrudnione przez wicher. Przez niego, grzywka raz zasłaniała jej lewe oko, a raz prawe. Nic dobrze nie widziała. Tak się na to zirytowała, że nie zauważyła, kiedy ryba przepłynęła tuż przed jej nosem. Zarejestrowała to dopiero w ostatniej chwili, ale nie była w stanie wyrzucić ryby na brzeg. Zahaczyła ją tylko pazurami, przez co ta zaczęła się miotać pod wodą, barwiąc ją na czerwono swoją krwią. Łabędzia Łapa z piskiem odskoczyła z obrzydzenia. Zastępca schylił się do wody, złapał ranne zwierzę w szczęki, wyrzucił je na brzeg i dobił.
– Poćwiczymy to jeszcze kiedyś – mruknął, podnosząc piszczkę.

***

Kiedy dotarli do obozu, praktycznie od razu pobiegła na brzeg wyspy, żeby przejrzeć się w wodzie i poprawić futro. Wtedy okazało się, że wyglądała tragicznie. Grzywka była potargana, z kryzą to samo, futro szło w kilka różnych stron, a jedna z jej łap nadal była troszkę różowawa od krwi ryby. W tym momencie miała ochotę się rozpłakać. To był najgorszy dzień! Nie dość, że wygłupiła się przed Błękitną Laguną, trening jej się nie udał, to jeszcze wyglądała, jakby ją pies przeżuł i wypluł! Jednak przyszłej namiestniczce nie wypadało płakać. Zamiast tego od razu wzięła się do roboty. Opłukała łapę z krwi, przemyła futro, wygładziła kryzę i naprawiła grzywkę. Zajęło to dużo dłużej, niż według większości kotów układanie futra zajmować powinno. Mimo naprawienia swojego wizerunku nadal była na skraju płaczu. Pewnie pomogłoby jej patrzenie na swoją kolekcję pięknych skarbów… Nie. To by tylko pogorszyło sprawę. Chciałaby wtedy włożyć sobie jakieś piórko w futro, ale wiatr wyrwałby je i poniósł gdzieś daleko tak, żeby przepadło na zawsze. Z tego powodu zdecydowała się po prostu na zjedzenie czegoś. Dzisiaj nawet nie chciała już patrzeć na ryby, dlatego wzięła ze sterty jakąś sierpówkę. Usiadła tuż przy źródełku i rozpoczęła posiłek. Na chwilę jej to pomogło, lecz uderzenie serca później znowu jej humor się zepsuł. Mianowicie do obozu weszła Żabie Oko z Liliową Łapą. Naprawdę ten głupi rybi móżdżek nie mógł wrócić z treningu trochę później?! Musiał akurat wtedy, kiedy próbowała się uspokoić?! Odepchnęła ptaka trochę na bok, wbiła pazury w ziemię i nienawistne spojrzenie w tę dwójkę.

<Żabo?>

[604 słów + łowienie ryb]

Od Liliowej Pieśni do Łabędziej Łapy

Był to dzień po ślubie. Liliowa Pieśń z głową skierowaną w dół wykonywała swoje obowiązki. Słowa przywódczyni nadal odbijały jej się w głowie donośnym echem, ale przywódczyni miała rację, nie miała jednoznacznych dowodów. Była pewna, że dostało jej się, gdy była w towarzystwie Urodziwego Szafirka. Ach, Szafir, coś ty narobiła? Teraz każdy jej sukces czy porażka przez Mandarynkową Gwiazdę będzie rozpatrzony przez pryzmat gatki Flaminga. Cóż, musiała z nim pogadać, ale to później. Dzisiaj przypadał dzień spotkania z bratem. Bardzo by chciała, by mogła z nim legalnie rozmawiać, ale było to niemożliwe ze względu na kolor jego futra. Dla niej kolor był tylko kolorem, choć dla niej coś mogło w tym być, że czekoladowe koty były bardziej nieprzewidywalne i zadziorne, lecz nie wszystkie. Wyszła z obozu i zaczęła płynąć w kierunku Brzozowego Zagajnika. Wyszła z rzeki, otrzepała się i podreptała do białych brzózek. Widziała w gęstwinie czekoladowe futro brata. Pobiegła do niego cicho i naskoczyła na niego.
– Lilio! Weź mnie nie strasz, bo bym ci kości połamał!
Kotka się zaśmiała i usiadła przed nim.
– Co u mojego braciszka?
– Otóż myślałem o niedawnym spotkaniu z Ulewnym Szkwałem, nie przepada za mym kolorem futra, ale spoko gość. Kiedy kocięta? Poznają wujka?
– Mroku! – zganiła go. – Jeszcze ślubu nie było!
– A po co ślub? Inne koty jakoś bez tego żyją.
Kotka westchnęła z uśmiechem.
– Taka jest tradycja w Klanie Nocy.
– A no właśnie, siostrzyczko, co tam w klanie? Nie pytam o sekrety, gdyż wiem, że nie chcesz ich zdradzać, ale co u ciebie?
– Och, Mroku, ostatnio niezbyt dobrze…
– Zdradził cię? Zawiódł? Kiedy będzie na patrolu?
– Nie, nie! Nie chodzi o Ulewnego Szkwała, jeśli już to ja go zawiodłam… ale chodzi o to, że moja najlepsza przyjaciółka, Szafir, obraziła księcia, Rogatego Flaminga. Stałam obok niej, potem on nagadał na mnie przywódczyni i teraz nie dość, że przywódczyni mi nie ufa, to nie dostanę ucznia, jak już dostanę, to czekoladowego i inni zauważą, że to oznacza, że przywódczyni mi nie ufa! I wtedy wszyscy inni będą na mnie patrzeć okoniem! Mroku to straszne…
– Hej, będzie dobrze. Zawsze mogę go zatłuc.
– Och, ty zawsze wybierasz język przemocy! – zaśmiała się.
– Bo jest najskuteczniejszy? Robisz bach, bach i po sprawie.
– Ech, ty mały barbarzyńco – zaśmiała się.
– W ogóle, jak ta cała Mandi Bandi ci nie wierzy a jemu tak, to widać wiek pada jej na mózg…
– Na Klan Gwiazdy, Mroku! To przywódczyni i księżniczka!
– Przywódczyni sryni, ona, jak i reszta są siebie warci, nieważne, że ktoś cierpi, najważniejsze jest to, że mają lśniące pazurki i gładki nosek…
Kotka trzepnęła brata po uchu.
– Bracie, wcale tak nie jest. Wiem, że się o mnie martwisz i w ogóle, ale to, o czym mówisz, jest okropną obelgą dla rodu, najważniejszej rodziny w klanie, a więc i obelgą dla mnie.
Mrok przekręcił oczami, lecz liliowa mogła w jego oczach zobaczyć żal.
– No dobrze, ale jeśli znowu ten cały Rogacz… znaczy, książę Rogaty Flaming przyczepi się do ciebie, jak kleszcz do zadu i nie będziesz się czuła dobrze w klanie, pamiętaj, że tu jestem.
Lilia się wzruszyła.
– Dziękuję, Mroku! Jesteś najlepszym bratem na świecie! – kotka się do niego przytuliła.
Kocur nie wiedział co zrobić, od dwudziestu czterech księżyców nikt go nie przytulał, to było takie dziwne, niecodzienne.
– No, dobrze. Może trochę się rozerwiemy? Znam nieopodal piękne miejsce, z małym strumyczkiem i dziwnym łukiem zbudowanym przez Bezfutrzastych, czyli jak się mówi u was, Dwunożnych. Możemy tam popolować i chwilę odpocząć.
Liliowa Pieśń kiwnęła głową i ruszyła za bratem.

***

Bawili się przednie, żartowali, ochlapywali się, kąpali, polowali. Przy bracie czuła się nie jak Liliowa Pieśń, wojowniczka Klanu Nocy, lojalna, choć niektórzy w to wątpili, tylko jak Lilia – samotniczka urodzona przy rzece.
Słońce już powoli zachodziło. Brat odprowadzał wojowniczkę z powrotem na tereny klanu. Nagle usłyszeli niespodziewany głos:
– Mroku? Mroku, gdzie ty!
Kocur popatrzył się z przerażeniem. Gdy widział lub słyszał ojca, tylko wtedy się bał, jakby ciągle był niewystarczający.
Popatrzył na kotkę, z miną mówiącą “przepraszam”.
– Grr… odejdź stąd! Nikt nam nie zabierze terytorium!
– No, no, no, kolejna wojowniczka “Klanu Nocy”? – zaśmiał się Sosna. – Jeśli myślisz, że ty i twoi kumple nas stąd wygonią, to się mylisz. Już raz to zrobiliście, drugiego nie będzie.
Kotka oniemiała. Czy on mówił prawdę, czy kolejny raz manipulował synem?
– Idź stąd, kupo futra, albo będę musiał użyć siły!
Kotka nie miała odwagi ani siły, by coś odpowiedzieć, Sosna ją przerażał. Nie jako samotnik, ale jako nieodpowiedzialny ojciec i partner, który nie kochał partnerki, nie kochał syna, kochał władzę, sługę i kogoś, kto mu tę sługę dawał. Obróciła się, spojrzała przez ramię i pobiegła w kierunku obozu. Kotka miała już dość tego wszystkiego. Tej zależności, tej fałszywości, tego strachu, tego, że trzeba było kłamać, by przetrwać. Jakby tego wszystkiego było mało, spotkała przy rzece Błękitną Lagunę oraz Łabędzią Łapę.
– Witaj, drogi zastępco, Błękitna Laguno, witaj, droga mała namiestniczko, Łabędzia Łapo.
Biało-czarna kotka zmrużyła oczy w szparki i poprawiła grzywkę.
– Co robiłaś tak długo poza obozem, Liliowa Pieśni?
Kotka pomyślała przez chwilę.
– Patrolowałam granicę przy Brzozowym Zagajniku, pomyślałam, że skoro samotnicy tak nas zaatakowali, to popatrzenie na granicę, czy nie mają jakichś szpiegów, będzie przydatne, przy okazji coś złowić dla klanu i cieszyć się początkiem Pory Nowych Liści.

<Łabędzia Łapo, co odpowiesz?>

Od Ostatniego Pożaru CD. Monarcha Pierwszego

Pora Opadających Liści

– Wiem, że pada – prychnęła. – Dlatego tu jestem – burknęła, otrzepując się z wody. Przez przypadek ochlapała przy tym kocura. Ten cofnął się od niej o kolejny krok z sykiem.
– Uważaj trochę!
– Jak ci się nie podoba, możesz wyjść – rzuciła. Nie chciało jej się teraz wyganiać stąd samotnika. Było zimno i mokro, a jej długie, przesiąknięte deszczem futro okropnie jej ciążyło. Do tego, żeby upewnić się, że kocur opuści tereny jej klanu, musiałaby znowu wyjść na zewnątrz w trakcie ulewy. Na jej komentarz niebieski zmarszczył nos, ale już się nie odezwał. Ona za to przeciągnęła się jeszcze, wskoczyła na jedno z miękkich siedzeń, znajdujących się w środku i wpatrzyła się w zmętniałą szybę upadłego potwora.

***

Przez to, że Wydma dostała ucznia, nie mogły już tak często chodzić na wspólne spacery. Dlatego najczęściej wychodziła sama. Zawsze miała w sobie duszę samotnika. Lubiła tę wolność… to bieganie pośród wrzosowisk wśród świeżego powietrza. Chociaż w tym momencie wrzosowisko było raczej niezbyt pięknym widokiem. Nadal jak wracała do obozu, musiała dokładnie myć łapy, bo były one prawie czarne od resztek spalonej trawy. Nie zrażało jej to. Teraz właśnie biegła za zającem. Nie stresowała się zupełnie. Wiedziała, że szarak nie miał szans. I dobrze myślała. Kilka chwil później i ofiara już bezwładnie zwisała z jej szczęk. Wtedy zauważyła znajomego samotnika przy granicy z Owocowym Lasem. Odłożyła zwierzynę na ziemię.
– Widzę, że ktoś tutaj bardzo lubi pakować się w kłopoty – zażartowała.

<Monarchu?>

Od Cisowego Tchnienia CD. Iskrzącej Nadziei

Nie chciała rozmawiać z Iskrzącą Nadzieją. Nie chciała rozmawiać z nikim. Myśl o tym, że ktoś mógłby się czegoś dowiedzieć przez rozmowę z nią, nie dawała jej spokoju. Miała dość tego całego teatrzyku, tej presji. Starała się nie wychylać, zostać w cieniu legowiska medyków, sprawiając pozory normalnego kota. Bała się, że jeden ruch może zadecydować o jej śmierci. Dodatkowo z Iskrzącą Nadzieją po prostu nie miała dobrych relacji. Nie, od kiedy Miodowa Kora okazał się zdrajcą. Była kompletnie przekonana, że była to wina jego partnerki. Według niej zasługiwała z tego powodu na śmierć. Pewnie sama wymierzyłaby jej sprawiedliwość, gdyby nie to, że jedno morderstwo już było wystarczająco niebezpieczne. Stały tak w ciszy przez chwilę, dopóki do lecznicy nie wkroczyła Tropiąca Łaska.
– Zrób miejsce – Cisowe Tchnienie miauknęła do Iskry, a ta odsunęła się pod ścianę. Jej miejsce zajęła nowa pacjentka.
– Czuję straszne gorąco w głowie… – zaczęła. Medyczka szybko poszła do składziku ziół i wzięła dla niej trochę wrotyczu, który wojowniczka zażyła. Kiedy ta wyszła, oczy niebieskiej powędrowały w stronę bicolorki, która nie ruszyła się ze swojego miejsca przez całą wizytę Tropiącej Łaski. Uszy tortie obróciły się do tyłu. Obserwowała ją? Wiedziała coś?
– Czemu nadal tu jesteś? – zapytała, powstrzymując syk. Pytana widocznie się zestresowała. Czyli była winna! Musiała, się dowiedzieć, co wiedziała… i pozbyć się zagrożenia…
Wyleczeni: Tropiąca Łaska

<Iskro?>

Od Mandarynkowej Gwiazdy CD. Liliowej Pieśni

Niby Liliowa Pieśń była już wojowniczką, ale ona widziała w niej tylko małego kociaka. Nie brała udziału w żadnej bitwie i nie widziała jak jej rodzina i przyjaciele jeden po drugim odlatują w objęcia Klanu Gwiazdy. Nie miała pojęcia o świecie. Te słowa, które wypowiadała, były puste, bo nie mogła mieć pojęcia, co to znaczy. Skinęła tylko głową i odeszła.

***

Ślub Szafirki i Kasztana, po ceremonii

Siedziała nieopodal ołtarza zatopiona w myślach. Nadal nie znalazła żadnego rozwiązania sprawy Wężynowego Kła i Czyhającej Mureny. Dodatkowo słyszała też domysły na temat zniknięcia Mewiego Puchu. Ona traktowała to jak kolejną ucieczkę. Ostatnio Żmijowcowa Wić przyszedł do niej, mówiąc, że to niemożliwe, bo wojownik nie zostawił żadnych śladów. No i jeszcze ta sprawa z samotnikami i ptakami… Nagle usłyszała, że ktoś coś do niej mówił.
– Witaj, Mandarynkowa Gwiazdo. Słyszałam, że doszło do nieporozumienia i chciałam się z niego przed monarchinią wytłumaczyć. Otóż za kociaka zrobiłam głupią rzecz, robiąc sobie znak lotosu z jagody, czego teraz żałuję. Jednak wydoroślałam i nawet przez głowę mi nie przeszłoby obrazić rodzinę królewską! Proszę, powiedz, Władczyni, czy kiedykolwiek była Pani świadkiem, bym kogoś ze szlacheckiej rodziny obraziła? A co do czekoladowych kotów, to nie jestem do nich dobrze nastawiona. Jednak proszę, zrozum, droga monarchini, kodeks wojownika każe nam pomóc każdemu kotu w potrzebie, jak ja, szara wojowniczka, mogłabym sprzeciwiać się woli przodków?
Zamrugała kilka razy zaskoczona takim długim wywodem, którego około połowy nie przetrawiła.
– Słucham?
– Otóż doszły do mnie słuchy o tym, że nie szanuje rodziny królewskiej i lubię czekoladowe koty.... – zaczęła powtarzać wolniej. Przywódczyni popatrzyła na kotkę ze zdziwieniem. Ale żeby tak otwarcie o tym mówić?
– Wiem o tym – odpowiedziała kompletnie szczerze. Słyszała już kilka wywodów Flaminga na ten temat. Nie interesowało jej to jakoś bardzo, ale dobrze było wiedzieć, kto nie powinien dostawać uczniów.
– Wiem, że przywódczyni wie, dlatego do Pani poszłam. Pomyślałam, że to może skutkować wykluczeniem dostania ucznia. Dlatego do monarchini przyszłam, by wytłumaczyć, że to tylko plotki.
Pomasowała sobie przez chwilę czoło i westchnęła poirytowana. Zupełnie jak ta sytuacja z Wężyną. Nie miała powodów, żeby jej nie wierzyć, ale nie miała też powodów, by to robić.
– Jaki masz dowód? – zapytała, dobrze wiedząc, że dowodu na to nie dało się znaleźć. Liliowa pomyślała przez chwilę.
– Gdy była sytuacja z borsukami, głośno nienawidziłam Mysiomózgiej Łapy. Było to widać w ruchu ciała, wymowie, mimice, nawet w oczach. Co do rodu, czy kiedykolwiek Pani Mandarynkowa Gwiazda słyszała obelgi? Nigdy nie zrobiłabym coś tak okropnego, jak nie szanowanie rodu oraz jego członków.
– Każdy nienawidziłby kota, który wprowadził do obozu borsuka. – Zauważyła. – Obelg nie słyszałam, bo ostatnio nie mam czasu na rozmowy z innymi członkami klanu.
– Nie rozmawiałam z Fląderką w żłobku ani nigdzie, monarchini. Każdy uczciwy kot może potwierdzić, że nigdy, przenigdy nie przeklęłabym rodziny królewskiej! Proszę, Mandarynkowa Gwiazdo, ja naprawdę nie kłamię!
– Tracisz mój cenny czas, Liliowa Pieśni. Na przyszłość radzę ci się bardziej pilnować, jeśli nie chcesz mieć więcej kłopotów.
I na tym według niej rozmowa powinna się zakończyć. Niestety tak się nie stało.
– Och, Mandarynkowa Gwiazdo, błagam! Ja naprawdę nic nie zrobiłam! Jak mogę, monarchini, to udowodnić?
– Nie możesz. – Wzruszyła ramionami. – Na tym właśnie polega problem – dodała zamyślona, wracając na chwilę myślami do sprawy swojego zabójstwa. Niestety zielonooka nie chciała dać za wygraną.
– Jeżeli to prawda, monarchini, to jak mogłabym być z Ulewnym Szkwałem? Oddanym wojownikiem Klanu Nocy?
Według niej nie było między tymi rzeczami większego połączenia. Potrzebowała zebrać myśli, co było już wystarczająco trudne na wyspie pełnej gadatliwych kotów. Tu jakieś gratulacje dla pary młodej, tam romanse młodych kotów, a tu męcząca desperatka. Zirytowała się.
– Nie obchodzi mnie twój status związkowy, Liliowa Pieśni. Mogłabyś nawet uganiać się za Rogatym Flamingiem, ale to nie moja sprawa i mam dużo ważniejsze sprawy na głowie.

<Lilia? Tak wiem, że leniwe>

Od Psianki do Gronostaja

Pora Nagich Drzew

Świeży śnieg skrzypiał pod moimi łapami, kiedy powoli przemierzałam obóz. Mróz szczypał w nos, a z każdym oddechem przed pyskiem pojawiała się niewielka chmurka pary. Pora Nagich Drzew nie należała do najłatwiejszych, ale miała w sobie coś wyjątkowego. Wszystko wydawało się spokojniejsze. Nawet codzienny gwar Owocowego Lasu był przytłumiony przez grubą warstwę śniegu, która pokrywała korzenie, gałęzie i legowiska. Koty poruszały się ostrożniej, częściej chroniąc się przed zimnem w swoich kryjówkach, a patrole wracały do obozu z białym puchem przyczepionym do futer.
Dopiero co wróciłam z treningu z Rohan. Mentorka poświęciła dzisiejszy dzień na ćwiczenie poruszania się po ośnieżonych gałęziach i wyszukiwanie śladów zwierzyny, które częściowo przykrył świeży opad. Nie było łatwo. Śnieg potrafił ukryć nawet wyraźne tropy, a oblodzona kora zmuszała mnie do stawiania każdego kroku z ogromną ostrożnością. Mimo zmęczenia czułam jednak satysfakcję. Każdy taki trening przybliżał mnie do dnia, w którym sama zostanę pełnoprawną zwiadowczynią.
Otrzepałam łapy ze śniegu i przez chwilę bez celu rozglądałam się po obozie. Wtedy mój wzrok zatrzymał się na znajomej sylwetce. Czarny kocur z charakterystycznymi białymi “skarpetkami” na przednich łapach wyróżniał się nawet pośród krajobrazu Pory Nagich Drzew. Gronostaj nie był już kociakiem. Niedawno został mianowany uczniem wojownika i od tamtej pory coraz częściej widywałam go u boku Jaśminowca.
Uśmiechnęłam się lekko pod nosem. Pamiętałam go jeszcze ze żłobka. Już wtedy potrafił godzinami zajmować się jedną rzeczą albo opowiadać o czymś z takim zaangażowaniem, że trudno było mu przerwać. Wydawał się trochę inny od większości kociaków, ale nigdy nie uważałam tego za coś złego. Wręcz przeciwnie. Lubiłam słuchać kotów, które patrzyły na świat na swój własny sposób.
Byłam też zwyczajnie ciekawa, jak radzi sobie podczas pierwszych dni szkolenia. Sama doskonale pamiętałam emocje, które towarzyszyły mi po mianowaniu. Zachwyt mieszał się wtedy z niepewnością, a każdy dzień przynosił tyle nowych informacji, że wieczorem zasypiałam niemal natychmiast. Zastanawiałam się, czy Gronostaj przeżywał to podobnie, czy może od pierwszego dnia wszystko układał sobie w głowie według jakiegoś własnego planu.
Ruszyłam spokojnym krokiem w jego stronę, nie chcąc go wystraszyć ani przeszkodzić mu, jeśli właśnie nad czymś intensywnie się zastanawiał. Dopiero gdy znalazłam się kilka lisich długości od niego, zatrzymałam się i uśmiechnęłam ciepło.
— Cześć, Gronostaju.
Przez krótką chwilę przyglądałam mu się z zaciekawieniem. Miałam wrażenie, że od czasu ceremonii urósł jeszcze bardziej. Nadal był puchaty, przez co wydawał się większy, niż był w rzeczywistości, ale w jego postawie pojawiło się coś nowego. Może odrobina pewności siebie. A może po prostu duma z tego, że wreszcie rozpoczął wymarzone szkolenie.
— Gratuluję mianowania. Jeszcze nie miałam okazji ci tego powiedzieć.
Usiadłam na śniegu, owijając ogon wokół łap. Zimno powoli przenikało przez futro, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Po całym dniu biegania po lesie chwila spokojnej rozmowy wydawała się wyjątkowo przyjemna.
— Jak ci idzie trening z Jaśminowcem? — przechyliłam lekko głowę, wyraźnie zaciekawiona odpowiedzią.
— Sama pamiętam swój pierwszy tydzień z Rohan. Wszystko wydawało mi się wtedy nowe. Każdego dnia wracałam do obozu z głową pełną informacji. Czasami miałam wrażenie, że nigdy nie nauczę się tego wszystkiego. Potem okazywało się, że następnego dnia coś, co wcześniej wydawało się trudne, przychodziło już trochę łatwiej.
Na wspomnienie dzisiejszego treningu cicho się zaśmiałam.
— Dzisiaj przez dobre pół dnia ćwiczyłam poruszanie się po ośnieżonych gałęziach. Wydawało mi się, że skoro umiem się wspinać, to śnieg nie zrobi większej różnicy… myliłam się. Kilka razy łapy prawie uciekły mi spod siebie, a Rohan tylko spokojnie powtarzała, żebym nie walczyła z drzewem i zaufała własnej równowadze. Dopiero pod koniec treningu zaczęłam czuć, że naprawdę mam nad tym kontrolę.
Spojrzałam gdzieś ponad jego barkiem, jakby na moment wracając myślami do wysokich gałęzi, po których jeszcze niedawno się wspinałam. Mimo zmęczenia czułam ogromną satysfakcję. Każda nowa umiejętność sprawiała, że coraz bardziej rozumiałam las i coraz pewniej się w nim poruszałam. Po chwili znów przeniosłam wzrok na Gronostaja.
— A u was? Co robiliście na pierwszych treningach? Bardziej ćwiczycie walkę, czy najpierw uczycie się podstaw? Zawsze zastanawiało mnie, jak wygląda szkolenie wojowników od środka. Każda ścieżka w klanie jest przecież trochę inna, a rzadko mamy okazję o tym porozmawiać.
Na moim pysku ponownie pojawił się łagodny uśmiech. Naprawdę chciałam go wysłuchać. Lubiłam poznawać doświadczenia innych uczniów, bo choć wszyscy służyliśmy temu samemu klanowi, każdy uczył się zupełnie czegoś innego.
Może właśnie dlatego rozmowy z innymi zawsze wydawały mi się tak ciekawe. Każdy z nas patrzył na świat z innej perspektywy. Wojownik zwracał uwagę na rzeczy, których zwiadowca mógł nawet nie zauważyć, a szaman dostrzegał znaczenie wydarzeń, nad którymi pozostali przechodzili do porządku dziennego. Dzięki takim rozmowom miałam wrażenie, że sama uczę się czegoś nowego, nawet jeśli tego dnia nie opuszczałam już obozu.
Zastanawiałam się też, jak Gronostaj odnajdywał się wśród nowych obowiązków. Czy trening odpowiadał jego uporządkowanemu sposobowi myślenia? Czy Jaśminowiec pozwalała mu analizować wszystko we własnym tempie? Miałam nadzieję, że tak. Każdy mentor uczył inaczej, ale wierzyłam, że potrafiła dostrzec mocne strony swojego ucznia i odpowiednio je wykorzystać.
Przekrzywiłam lekko uszy, cierpliwie czekając na jego odpowiedź. Nie spieszyło mi się nigdzie. Śnieg nadal powoli opadał z gałęzi, wiatr cicho poruszał koronami drzew, a Owocowy Las żył swoim spokojnym, rytmem Pory Nagich Drzew. Przez chwilę mogłam po prostu usiąść i posłuchać, jak wygląda świat oczami świeżo mianowanego ucznia wojownika.

<Gronostaju?>

[858 słów]