BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

24 sierpnia 2026

Od Poczciwego Szakłaka

Kocur w ostatnich dniach był w wyjątkowo dobrym humorze, co nie umknęło uwadze niektórym, szczególnie Skrzydlatej Płomykówce, która za każdym razem nieco mrużyła swe jasne ślepia, gdy starszy znajdował się w pobliżu. Kocica miała wrażenie, że od zielonookiego w niektórych momentach aż wręcz bije radosna aura, której u niego nie widziała od… w sumie nigdy. Nie kojarzyła zbytnio, by wojownik kiedykolwiek aż tak tryskał radością. Szakłak oczywiście czuł na sobie jej spojrzenie oraz zadawane przy tym nieme pytanie, co się wydarzyło w jego życiu, że zachowuje się, jak nie on. Mimo to ich dwójka nie miała zbytnio, kiedy o tym porozmawiać, gdyż czarnofutry brał Bursztynową Łapę na trening, uczestniczył w patrolach lub też przesiadywał z Gasnącą Prawdą, jakby ich dawny chłód w stosunku do siebie nawzajem, przeminął, niczym zalegający śnieg po porze nagich drzew.
Zielone spojrzenie właśnie uważnie śledziło pewnego kremowego wojownika, który rozmawiał z Lodówkowym Ciosem i Skrzydlatą Płomykówką, zapewne ustalając skład na patrol. Czarna kita za nim nieco sunęła po kamiennej posadzce jakby w oczekiwaniu na koniec tego długiego rozwodzenia się nad wybraniem raptem paru kotów na łowy lub sprawdzenie granic. Nieco zmrużył ślepia, kiedy to cętkowana nawiązała z nim krótki kontakt wzrokowy. Szakłak miał wrażenie, że właśnie w tym momencie na pysku młodszej pojawia się cień uśmiechu, ale i ukrytego w nim podstępu. Dosłownie uderzenia serca później, wróciła swymi niebieskimi oczami na rozmówców, którzy w ciszy słuchali jej dalszych słów.
— Co ty kombinujesz Skrzydlata? — mruknął pod nosem, w momencie, gdy czekoladowa oraz kremowy skinęli głową, a zastępczyni odeszła. Pomiędzy wojownikami wywiązała się jeszcze krótka wymiana zdań, jakby chcieli się upewnić co do ustaleń z cętkowaną. Dopiero po tym Gasnąca Prawda skierował się w stronę niewiele młodszego od siebie wojownika.
— Skrzydlata Płomykówka uznała, że powinniśmy razem przeszukać stary obóz.
— A Lodówkowy Cios? Widziałem, że z wami rozmawiała — mruknął zielonooki.
— Została poproszona o zmianę warty z Rudą Lisówką przy pilnowaniu więźniów. — Na te słowa młodszy skinął głową i podniósł się z dotychczas zajmowanego miejsca, z którego miał idealny punkt obserwacyjny na wcześniejszą rozmowę trójki Burzaków.
— W takim razie chodźmy, mówiła może o jakimś konkretnym miejscu?
Dawny członek Klanu Klifu pokręcił przecząco głową.
— Mamy spory wybór, gdyż podobno jedynie legowisko wojowników i starszyzny zostało na razie dokładnie przeszukane.
— Czyli pozostają pozostałe legowiska oraz dwa wyjścia z obozu.

✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩

Pomiędzy ich dwójką toczyła się rozmowa, dopóki nie wyszli na pogorzelisko. Szakłak niemal od małego się w nim wychowywał i za każdym razem widok stanu, w jakim się znajdował, sprawiał, że jego chęci do życia nieco gasły. Gdyby nie jakiś Burzak, zapewne podzieliłby los zmarłych, wciąż pamiętał szok i rozkojarzenie, kiedy nagle został wyrwany ze snu, wszędzie był dym, a on mógł jedynie podążać u kogoś boku w nadziei, że będzie jednym z ocalałych.
Czując lekkie muśnięcie w bark, kątem oka spojrzał na pręgowanego, który nieco przysunął się do jednolitego, jakby chcąc mu dać znać, że nie jest tu sam i obok siebie ma kogoś, na kogo może liczyć. Na ten gest Szakłak minimalnie skinął głową i biorąc głębszy wdech, a następnie wydech, ruszył przed siebie, a dokładniej ku tylnemu wyjściu z obozu. Pomiędzy ich dwójką panowała cisza, lecz żaden z nich nie kwapił się do tego, by ten stan rzeczy zmieniać, a gdy tylko wkroczyli do podziemnego tunelu na prawo od Skruszonego Drzewa, przystąpili do poszukiwań. Szukali wszystkiego, co mogło się nadać — w pośpiechu porzucone zioła, osobiste znaleziska pobratymców czy cokolwiek innego, świadczącego o tym, jak koty w panice i strachu opuszczały dawny dom. Podłoże w tunelu w niektórych miejscach stanowiła mieszanka ziemi z drobnymi kamieniami, między którymi mogli na coś trafić. Nie spieszyli się, dając sobie tyle czasu, ile potrzebowali na dokładne zbadanie każdego zakamarka.
Na początku tunelu nic nie znaleźli, a zielonooki miał wrażenie, że oprócz wciąż obecnej woni dymu, czuje także już wietrzejący zapach strachu i paniki. Wojownik czuł, jak jego mięśnie same się napinają, jakby nad nim wciąż istniało widmo nagłej ucieczki przed ognistymi jęzorami. W pewnym momencie uniósł nieco spojrzenie na Gasnącą Prawdę, który był przed nim na jakąś długość królika. Kocur badał bardziej lewą stronę tunelu, podczas gdy prawą zajmował się młodszy. Widok kremowego, nieco uspokoił galopujące myśli Szakłaka, pozwalając mu się na nowo skupić w poszukiwania.
Zbliżając się do połowy tunelu, czarnofutry natknął się na skrzydło motyla, które jakimś cudem ocalało. Jego barwa była jaskrawo pomarańczowa z czarnymi żyłkami i krańcami, będące oprószone białymi kropkami.
— Gasnąca Prawdo, mam coś — oznajmił, a wymieniony przerwał swoje poszukiwania, by podejść do zielonookiego.
— Czuję głównie zapach dymu — stwierdził, gdy próbował dowiedzieć się, do kogo mogło należeć. — Jednak jest też coś jeszcze.
Poczciwy Szakłak sam spróbował określić przykrytą dymem woń.
— To chyba Małej Bazi — mruknął po dłuższej chwili. Nie czekał na nic więcej i po prostu delikatnie pochwycił znalezisko, mając zamiar od razu je zanieść właścicielce.

✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩

Kiedy tylko zwrócił kotce skrzydło motyla, uznał, że skoro Gasnąca Prawda ma chwilę, a i on sam już miał za sobą trening z Bursztynową Łapą, to udadzą się razem na patrol w stronę granicy z Klanem Wilka. Do dziś wojownik pamiętał dzień, w którym właśnie w tych okolicach wraz ze Skrzydlatą Płomykówką i Szarą Skórą, którego obecnie już nie było w klanie. Nie dlatego, że odszedł z własnej woli, lecz zginął w pożarze.
Po drodze udało im się złapać jakieś nornice, choć im bliżej byli granicy, tym trudniej było poczuć coś innego niż woń lasu iglastego, który w całości należał do Wilczaków. W międzyczasie pręgowany wyczuł trop zwierzyny i postanowił na nią samemu zapolować, na co zielonooki przystał, w końcu nikt raczej im się do gardeł nie rzuci, dopóki pozostaną na własnym terenie.
Mając po swojej prawej las, a po lewej Martwy Szlak w pewnym momencie do jego uszy dobiegł cichy przerażony pisk. Instynktownie przystanął, wyciągając szyję, by lepiej usłyszeć obcy dźwięk, który tak nie pasował do cichej i spokojnej pieśni równin. Kiedy w końcu te na nowo rozbrzmiały i nim zdołał się zastanowić, ruszył nagłym biegiem w stronę granicy za obumarłymi krzewami. Przeraźliwe kwilenie wskazywało na porzucone kocięta na ich terenie, a według kodeksu nie mógł opuścić małych istotek w niebezpieczeństwie.
Kierowany pradawnymi zasadami i instynktem po krótkim czasie dotarł do miejsca, skąd niosły się popiskiwania kociąt. Zielonooki ujrzał pod jednym z krzewów kunę, która upatrzyła sobie czyjeś dzieci na obiad. Czarna sierść od razu się nastroszyła, a pazury wysunęły, by dosięgnąć drapieżnika. Nawet się nie zastanawiał, gdy skoczył uratować obce kocięta. Zwierzę, gdy poczuło na swym długim cele obce zęby i pazury, wypuściło z pyska pręgowanego klasycznie kociaka, którego ciało bezwiednie padło na ziemię. Kocur jednak nie miał czasu się zastanawiać, czy maluch żyje, gdyż kuna nadal stanowiła zagrożenie, więc pierwszym co musiał zrobić to ją przegonić. Ta na szczęście musiała być młodym osobnikiem, gdyż kiedy tylko wojownik przeorał pazurami po jej grzbiecie, to ta uciekła — oczywiście nie pozostawiła zielonookiego bez odzewu ze swojej strony, gdyż Burzak oberwał w pysk, idealnie od lewej brwi aż do niemal prawego policzka. Rana była skośna przechodząca pomiędzy oczami.
Po odprowadzeniu wzrokiem uciekającego drapieżnika skierował swoje ślepia na dwie biedne kulki. Niestety jedna z nich nie poruszała się czy też nie wydawała z siebie żadnych dźwięków, nie to co druga, która nadal przerażona kuliła się blisko ziemi. Szakłak ciężko opadł na ziemię, by żyjącego kociaka otulić ogonem — pozostał, tak aż ten się nie uspokoił. Dopiero kiedy popiskiwanie ucichło, kocur wziął delikatnie nieżyjącego malucha i położył ostrożnie na grzbiecie, by następnie jego brata ostrożnie załapać za skórę na karku. W ten sposób udał się w drogę powrotną do obozu, choć po drodze dołączył do niego kremus, która wziął od niego martwe ciało kociaka i w ten sposób wrócili.
Żyjąca znajdka od razu została zaniesiona do medyków, a kociak, którego nie udało się uratować, został pochowany. Dopiero kiedy maluch całkowicie się uspokoił po traumatycznym przeżyciu, wyznał, że jego brat zwał się Kleszcz, a on Patyczak.

Event Klanu Burzy:
Poszukiwania - próba nieudana, osobisty skarb współklanowicza

Od Fiołka CD. Milczka

Podkradła się do Milczka, swojego przybranego brata, żeby zabrać mu mysz. Przez dużą ilość energii, która w niej buzowała, lubiła płatać innym kotom, zwłaszcza tym w swoim wieku, psikusy. Kremowemu udało się zatrzymać zdobycz, a kiedy spróbowała ponownie, ten zaatakował jej łapkę, którą wyciągnęła w stronę zwierzęcia.
Drgnęła ze zdziwienia, nie spodziewała się tego. Długie futro nieco uchroniło ją przed zadrapaniem, więc chociaż poczuła lekki ból, nie leciała jej krew.
Jej zielone oczka zamigotały z zadowolenia, a końcówka ogona zaczęła drgać. Milczek dołączył do zabawy! W tej całej swojej gonitwie myśli, która zawsze plątała jej się po głowie, nie zauważyła nawet, że kociak wyciągnął pazury.
— Jej! Zabawa! — miauknęła wesoło, podbiegając jeszcze raz do kremowego i szczypiąc go w ogon.
Ten obnażył zęby mocniej, a jego białe kły zalśniły w blasku słońca Pory Zielonych Liści. Fiołek zamruczała zadowolona i uszczypnęła go jeszcze raz, odskakując na tyle szybko, by kremowy nie zdążył nawet zareagować.
— Presań! — wycharczał kocurek, a szylkretka po chwili namysłu zorientowała się, o co mu chodzi.
Nie miała jednak najmniejszego zamiaru kończyć dokuczania przybranemu braciszkowi, przecież świetnie się bawiła. Poza tym uznała, że Milczek tylko wcielał się w swoją rolę i tak naprawdę podobała mu się zabawa.
Uszczypnęła jeszcze raz, jednak tym razem nie zdążyła odskoczyć wystarczająco szybko. Biała łapa z wysuniętymi pazurami przeorała kończynę Fiołki, która pisnęła z zaskoczenia i cofnęła się.
— Presań! — powtórzył gniewnie kremowy, a wtedy szylkretka zorientowała się, że ten mówił na poważnie. I tak samo na poważnie chciał ją zaatakować.
Poczuła, jak gniew w niej wzbierał i wysunęła pazury, gotowa się bronić. Zjeżyła się i przypadła do ziemi, a jej ogon gwałtownie poruszał się na boki.
Chciała się tylko pobawić, zwrócić na siebie uwagę przybranego braciszka, po prostu strasznie jej się nudziło, nikt na nią nie patrzył i nie wiedziała, co ze sobą zrobić… A ten lisi bobek ją zaatakował. Jak on śmiał?! Nie zasługiwał na to, aby być przybranym synem Sennej Łzy, powinni go razem z rodzeństwem wysłać do Klanu Wilka!
— Ty… Ty mysia strawo, ja tylko się chciałam pobawić! A ty mnie atakujesz!? Co z ciebie za kot! — prychnęła z oburzeniem. — Zachowujesz się jak lis z cierniem w łapie, co cię gryzie?!
Ledwo powstrzymywała się przed zaatakowaniem Milczka. Chciała się bowiem najpierw dowiedzieć, jaki był jego problem.
Jej gniewne okrzyki szybko sprawiły, że Senna Łza podeszła do dwójki kociąt i spojrzała na Fiołka ze zmartwieniem w oczach.
— Co się dzieje?
— On mnie podrapał! Z wysuniętymi pazurkami! — poskarżyła się mamie, decydując się na nową strategię i przybierając jak najbardziej zraniony wyraz pyska. — Krew mi leci, chciał mnie zabić! Gdybym nie była taką świetną wojowniczką, już bym się witała z Klanem Gwiazdy!
Miała nadzieję, że Senna Łza srogo ukarze tego zapchlonego kociaka i pokaże mu, kto tu był lepszy!

<Milczku?>

Od Milczka

W dniu narodzin

Słaba kulka próbowała się wydostać z brzuszka matki. Była jednak niepewna, czy właśnie tego chciała. Mawiają, że maleństwa czują emocję swoich rodzicielek już, będąc w ich łonie. Ich uczucia mają także często wpływ na samo potomstwo. Najgorszym, jednak było to, że mokry od wód płodowych malec nie powinien był być gotowy przyjść na świat. Miał słabe, wiotkie ciałko. Tam samo zresztą jak pozostała trójka rodzeństwa, która była już na zewnątrz. Kocię musiało jednak się wydostać, pomimo złości, którą odczuwał od swojej matki. Wiedział, że działo się źle, jednak po chwili był już na zewnątrz. Miał bardzo płytkie oddechy, a powietrze zdawało się nawet nie docierać do słabych płucek drobinki. Czuł chłód, ale tylko przez chwilę, gdyż krótko po tym, jak wylądował na ziemi, na nim wylądowały dwa inne kocięta. Schował się pod nimi, tak jakby maluch miał nadzieję, że nikt go tam nie znajdzie. Mokre futerka kociąt, które przeżyły smagał wiatr. Maleństwo czuło jak coś lub ktoś się do nich zbliża. Zaraz potem zaczął czuć krótkie, lecz delikatne i powtarzające się tknięcia, tak jakby któreś z kociąt leżących na nim było tykanie czyjąś łapą. Maluch nie wiedział, co się dzieje, nie, żeby jego świadomość jako kocięcia była jakoś szczególnie wielka.
— Czekajcie… Jeszcze trzeci! — rozbrzmiał czymś głos i wtem młodziak został odkryty spod swojego rodzeństwa.
Ktoś zaczął wylizywać również i jego futerko. Chciał piszczeć tak jak jego czekoladowe rodzeństwo, ale jego struny głosowe nie pozwalały na wydanie z siebie żadnego dźwięku.
— Żyje? — ktoś zapytał.
Płucka kremowego unosiły się, choć nierównomiernie. Wydał z siebie kilka cichych i niewyraźnych pisków, na tyle, ile pozwalała mu matka natura.
— Żyje. Ale… coś z nim nie tak — mruknął ktoś z boku. — Przynajmniej jest kremowy, a nie… jak jego niedorobione rodzeństwo — prychnął.

Od Zwiastunka CD. Nieboskłonnej Łapy

— Chcesz popatrzeć, jak ja, wybranek samego wielkiego Klanu Gwiazdy, odbieram od nich prywatne wiadomości moimi jakże idealnymi pędzelkami? — Zwiastunek patrzył z wyczekiwaniem na szylkretową kotkę, oczekując aprobaty i kontynuowania rozmowy. W końcu kto by nie chciał z nim rozmawiać?
— Nie, raczej niekoniecznie…
Na słowa kotki położył uszy zdziwiony. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi! W końcu ona nie miała pędzelków, więc nie odbierze od nich wiadomości, a on jej to przecież zaproponował!
— Jak to? Um… Dlaczego? Oferuję ci coś, a ty odmawiasz? — powiedział, podchodząc do niej pomimo dystansu. — Widzę już. Masz raz, dwa, trzy… białe łapy! To wiele tłumaczy, to bardzo zły omen.
Nie zważając na reakcję kotki, usiadł obok niej. Trzeba było jakoś naprawić jej trzy białe skarpetki. On miał cztery i to znak normy, więc dlaczego ona tylu nie miała? Ani pędzelków, do tego niepełna kolorystycznie. Uznał, że kotka była jakaś wybrakowana.
— Zły omen? O czym ty mówisz? — powiedziała, odsuwając się od niego i bacznie go obserwując.
— Normalnie! Trzy to liczba zła, smutku, bólu. Przykro mi z powodu twoich trzech łap. Może jak będziesz je nacierać… um… — zamilkł na chwilę, próbując wymyślić, co powiedzieć; nie poznał do tej pory wielu klanowych kotów, więc chciał brzmieć poważnie. — …Rosą poranną, to może wyrośnie ci białe futro na czwartej. Inaczej niech Klan Gwiazdy cię strzeże. Gdybyś tylko chciała mnie słuchać, powiedziałbym ci więcej. Jednak twój wybór.
Owinął ogon wokół swoich łap, patrząc na ścianę. Nie wiedział do końca, co mówić, jednak brzmiało to tak, jakby przemawiał dorosły kot. A to uważał za najważniejsze. W końcu jego los był przesądzony!
— A kim ty jesteś? Czemu mówisz mi o omenach?
Czarny wyprostował się dumnie, milcząc jeszcze chwilę i zbierając słowa.
— Zwiastunek! Dziwi mnie, że jeszcze nie wiesz. Polecam zapamiętać, bo moje pędzelki pozwalają na kontakt z Klanem Gwiazdy. A ty ich też nie masz? Ile smutku w jednym kocie… — Zignorował pytanie o omeny; w jego głowie każdy chciał wiedzieć, co on myślał. — A ty? Kim jesteś?

<Nieboskłonna Łapo? Powodzenia>

Od Bryzki

— Jak ci mija dzień, Bryzko? — zapytała starsza koteczka, posyłając szarej uśmiech. Bursztynooka podniosła się, gdy do jej uszu dotarł przyjazny ton wąsatej, a następnie otrzepała własną szatę z paprochów, które przywarły do jej skóry, chciała prezentować się dobrze! Najwięcej, zdawało się, uczepiło się miejsca nad jej nosem. Poruszyła lekko uszami, rozbawiona tym faktem. Jej futro było jakimś przyciągaczem niedoskonałości na zewnątrz.
— Czy masz jakiś interes w pytaniu mnie o to, Pyzo? — mruknęła podejrzliwie, spozierając na koteczkę spod byka i garbiąc się, jakby miała zaraz zjeżyć futro wzdłuż kręgosłupa. Po chwili uśmiechnęła się od ucha do ucha i szturchnęła większą w bok przyjacielsko. — Żartuję. Dobrze, dziękuję. — I po tym powróciła do swojej uprzednio obranej zabawy, mianowicie podrzucaniem kulką mchu do góry i próbowaniem wymierzyć, z jaką siłą powinna to wykonać, żeby przedmiot zderzył się z sufitem i upadł obok jej głowy, a nie na jej pyszczku jak do tej pory. Mogłoby się zdawać, że był to koniec ich konwersacji, jako iż kremuska nie odbiła piłeczki. Jednak znajdka o okrągłej budowie nie zamierzała tego kończyć na tym etapie. Czekoladowa uśmiechnęła się z nutką podstępu.
— Mam pomysł na zabawę dla nas! — Tymi słowami zwracając uwagę niebieskiej na siebie raz jeszcze. Ciekawe co wpadło jej do głowy? — Uznajmy, że jestem groźnym wojownikiem Klanu Klifu, który zabrał ci zwierzynę, nieuczciwie przekraczając granicę naszego klanu. Musisz się na mnie jakoś zemścić!
Bryzka otworzyła oczka z podekscytowaniem. Jej ogon wymachiwał delikatnie na boki. Podobało jej się. Pyza, zauważywszy zapał i radość malutkiej, zamruczała.
— Dobrze. W takim razie, co najpierw zrobisz?
— Wyrwę ci łapy, żebyś już nigdy nie mogła mi nic ukraść! — odparła żwawo, następnie naskakując na ciemne kończyny Wilczaczki. Pyza wydała z siebie okrzyk zaskoczenia, udając, że bardzo ją to zabolało. Bryzka zaczęła się śmiać i gdy wczepiła się w koleżankę z legowiska, tylnymi łapkami zaczęła kopać ją w bok, próbując jakoś dać jej popalić. Nie mogła w końcu pozwolić temu przebrzydłemu Klifiakowi na to, żeby tak bezkarnie kradł im cenną zwierzynę z terenów, skoro mieli swoje! — Wynocha, wynocha! — krzyczała pomiędzy donośnym śmiechem, łapiąc przy okazji powietrze, gdy jej go nieco zabrakło z powodu wszystkich tych radości. Pyza próbowała się bronić, jednak Bryzka bardzo zwinnie wykorzystywała swoją smukłą budowę i większości z tych ataków sprawnie unikała, jednak wielu z nich jej się nie udało. Nie było to jednak problemem, ponieważ nie walczyły nawet z wysuniętymi pazurami, dlatego nie zrobiły sobie żadnej krzywdy. Gdy Pyza położyła się wreszcie na boku, pokonana, Bryzka uniosła kitę triumfalnie.
— Skowronku, zobacz! Wygrałam! Zabrałam temu przebrzydłemu Klifiakowi naszą własność — pochwaliła się dymnemu, który wpatrzony był przez ten czas w Nocnego Śpiewaka. Pokiwał głową, a następnie przewrócił oczami, zwracając uwagę ponownie na ojca. Bryzka miała ochotę mu przetrzepać ten łeb za takie wieczne zgarnianie uwagi, jednak… w tym momencie zajęta była zabawą. Pyza podniosła się nagle z warkotem, niczym u borsuka i przewróciła małą, już taką przekonaną o własnej wygranej. Tego dnia Bryzka nauczyła się, żeby sprawdzać, czy przeciwnik na milion procent był wykończony, czy jedynie udawał.

23 sierpnia 2026

Od Żabiego Oka CD. Nurowej Łapy

Żabka przycisnęła Liliową łapę do ziemi. Kot stępnął, ale poddał się pod jej naciskiem. Zaraz potem opuściła łapy i zeszła z niego. Stanęła obok i zamyśliła się. Kociak uczył się dobrze, ale jak walczył z nią to napotykała parę problemów. Jej własna kontrola nie stanowiła tutaj żadnej przeszkody. To dzieciak bardzo powoli się uczył akurat tej umiejętności. Powoli i nieco niechętnie.
– Jeszcze raz. – odetchnęła Żabie Oko. Odeszła na parę kroków od ucznia i odwróciła się przodem do niego. Liliowa łapa pozbierał się z ziemi i gotów do dalszej nauki ustawił się w pozycji. – Pamiętaj. Próbuj nowych rzeczy. Nauczyłam cię podstaw, ale to ty musisz znaleźć swój rytm. Ja tego za ciebie nie zrobię. Każdy walczy bowiem inaczej. – powtórzyła już poprzednie lekcje.
– Rozumiem. – Liliowa Łapa pokiwał głową. – Twój styl walki jest oparty na sile i skoku. Jesteś też uważna. – mruknął. – Ja… z kolei jestem szybki i także skoczny.
– Yhymm… Okiełznaj to. Skoki i uniki są dobrą rzeczą w walce. Jeśli przeciwnik nie może cię trafić wystarczająco długo, zmęczy się albo wścieknie.
– A emocje prowadzą do błędów!
– Bardzo dobrze. Jeszcze raz. Zaczynamy. – mruknęła Żabie Oko i skoczyła w kierunku swojego ucznia.
Żabie Oko w końcu wróciła do obozu. Była nieco zmęczona, ale miała jeszcze trochę siły. Zbliżyła się do kupki z jedzeniem i chwyciła jakąś rybę. Udała się w odrobinę cienia i przysiadła sobie. Wgryzła się w zdobycz i przymknęła oczy. Ten dzień był bardzo przyjemny. Pogoda sprzyjała. Śnieg siedział jeszcze gdzieś głęboko w lasach ukryty w cieniach drzew, ale rzeka już wesoło szumiała i wypełniała obóz swoim wdziękiem. Żabka wsłuchiwała się w tą nutę natury. Ogarnął ją względny spokój. Względny, bo zaraz został przerwany. Żabie Oko uchyliła swoje pomarańczowe oko, kiedy podszedł do niej Nur.
– Rzeka jest już odmrożona! – oświadczył podekscytowany. Przeskakiwał z łapki na łapkę.
– Tak. To świetnie, prawda? – uśmiechnęła się do niego. Ten dzieciak był tak energiczny.
– Tak! Mogę już pływać! I możesz mnie nauczyć polować na ryby! – oświadczył uczeń. Żabka zamrugała i zmarszczyła nos. Lubiła trenować z Nurową Łapą, ale ilość tych treningów ją martwiła. Martwiła ją też reakcja Szałwiowego Serca na te ich wszystkie wypady. W końcu to był książę, a jego uczeń był bardziej zainteresowany treningiem z kimś takim małym i nie nieznaczącym jak Żabka. Jednak nie umiała mu odmówić. Zawsze może się wymigać faktem, że to młody Namiestnik i nie wypada mu odmawiać. Jeśli Szałwiowe Serce wyrazi taką chęć to zaprzestanie. W końcu tylko jego słowo jest ważniejsze od słowa Nura. Tak… to dobra wymówka.
– Więc wyjdziemy dziś? Zapolujemy jeszcze? Ja jestem gotowy! – Żabka spojrzała na niebo. Popołudnie całkowicie już otuliło całe niebo.
– Nie chcesz odpocząć? – zmartwiła się, spoglądają na niego. Widziała w jego mięśniach ten znajomy jej ruch zmęczenia.
– Nie! Chodźmy, proszę! – miauknął do niej i skręcił w kierunku wyjścia. Żabie Oko podniosła się ze swojego miejsca i odetchnęła. Jeszcze chwila, a dzieciak wpadnie na pomysł pójścia samemu. A to byłoby zarówno głupie jak i nieodpowiedzialne.
– No… dobrze. – westchnęła. Nie miała co się spierać z tą mocą perswazji zawartej w tym wibrującym z ekscytacji kocie. Nur jest ambitny, ale i uparty.
– Jej! Chcę łowić ryby!– uczeń wypadł w kierunku rzeki. Żabka szybko go dogoniła wykorzystując swój starszy wiek i większą masę i zagrodziła mu drogę.
– Spokojnie. Parę zasad. – mruknęła. Nur spojrzał na nią z uwagą wypisaną na pysku. – Nie biegniesz przede mną. Słuchaj się mnie uważnie, woda to kot. Woda jest niebezpieczna, a nurt rzeki potrafi zabić kota nawet najbardziej perfekcyjnego. Matka natura nie zlituje się nad tobą, bo dopiero się uczysz, nie zlituje się nad tobą jak już wszystko umiesz. Szanuj ją, szanuj rzekę i jej siłę. Jasne? – rzekła całkowicie poważnie.
– Jasne. Rozumiem. – Nur pokiwał łebkiem.
– Uczyłeś się pływać jako kociak, ale pływanie w rzece, zwłaszcza tak długo żeby upolować rybę nie jest proste. – odparła. – Jest męczące i wymagające. Wymaga skupienia. Wymaga siły.
– Rozumiem!
– I najważniejsze Nur. I to musisz wbić sobie do głowy na pamięć, bo to idzie wbrew wszystkim zmysłom i instynktom jakie masz. – spoważniała jeszcze bardziej. Mina Nura nieco zrzedła na jej słowa. – W żadnym wypadku, jeśli zachłyśniesz się wodą… masz nie wierzgać. NIE. WIERZGAĆ. Masz zastygnąć. Wstrzymać oddech nie ważne jak bardzo palą cię płuca. Ja cię obserwuję. Ja mam na ciebie oko. Ja wyjmuję cię z wody jeśli zajdzie taka potrzeba. – oświadczyła.
– Ale nie zajdzie! – Nur tupnął nogą. – Dam sobie rady.
– Wiem… Wiem Nurowa Łapo, wiem. Jesteś utalentowany, ale nawet utalentowanym i idealnym kotom matka natura nie daje forów. – mruknęła. – Nieważne ile masz lat, nieważne ile kotów zabiłeś czy ocaliłeś. Rzeka zabierze cię w sekundę nieuwagi. Karmi nas, ale ma swoje zasady i swoje koszty. I musimy o tym pamiętać. – Nurowa Łapa kiwnął głową z powagą na pyszczku.
– Będzie okej. Dam sobie radę. – mruknął zaraz potem.
– Ja wiem… ale zasady muszę ci przedstawić. Przecież teoria to podstawa praktyki! – uśmiechnęła się do dzieciaka. Atmosfera nieco się rozluźniła.
Koty szybko przepłynęły na drugi brzeg rzeki.
– Gdzie właściwie idziemy? – zapytał Nur.
– Tam gdzie się uczyłam ja. Tam jest płycej i ryby trzymają się bliżej tafli. Tam nurt jest też znacznie łagodniejszy i lepszy do nauki. – odpowiedziała.
– Nie możemy po prostu w rzece obok obozu? – zapytał równając krok z nią.
– Moglibyśmy, ale tyle pływa tam kotów codziennie, że ryby unikają tego miejsca. Nurt jest te bardziej nieprzewidywalny i jest bardziej idealny do nauki pływania. A ty chciałeś łowić ryby co? – zagadnęła.
– Tak! Chciałbym łowić ryby! – potwierdził Nur.
– Więc idziemy w idealne do tego miejsce. Odrobinę cierpliwości. W międzyczasie możesz posłuchać ptaków i powiedzieć mi co to za gatunki.
Ich zabawa w zgadywanie śpiewu ptaków trwała aż do momentu dotarcia na miejsce. Żabie Oko spojrzała w piękną wodę i zmarszczyła nos. Nurt nie wydawał się być dzisiaj jakoś rwący.
– Dobra. Daj mi chwilę. – zanurzyła się w wodzie, bardzo powoli i spokojnym ruchem podpłynęła na środek. Zanurzyła pyszczek pod wodę i uchyliła oczy. Obraz był rozmazany, ale wystarczający aby dostrzec parę ryb pływających niedaleko przy dnie. Żabka wyjęła głowę spod wody. Nie odpłynęła za daleko. To dało jej całą wiedzę jaką musiała posiadać.
– Dobra. Nurt nie jest szalony dzisiaj. Ryb jest pełno. Mamy dwie opcje nauki. Naukę łowienia z nurkowaniem i naukę z cierpliwym czekaniem na rybę.
– Nurkowanie!
– Dobrze. To teoria. – Żabka rozgadała się trochę na ten temat. Nur uważnie słuchał każdego jej słowa. W tym czasie też trochę odpoczął, co nieco uspokoiło żabkę. Potem oboje trochę popływali i poćwiczyli samo nurkowanie. Nurowa Łapa bardzo dobrze się sprawiał.
Aż nie nadszedł moment próby polowania. Nur przyglądał się temu z uchylonymi pod wodą oczami. Był gotowy. Żabie Oko rzuciła rybę na brzeg rzeki i usiedli na chwilę.

– Kiedy mogę? Kiedy? – Nur przeszedł z łapy na łapę.
– Jak muł usytuowi się odrobinę na dnie i ryby przestają czuć się zagrożone. Daj im parę uderzeń serca. Woda porusza się bardzo powoli. – wytłumaczyła. Koty odczekały jeszcze chwilę i Żabka dała Nurowi zielone światło na kolejne próby. Kot radził sobie bardzo dobrze, chociaż upolował tylko jedną rybę. Do czasu… Żabie Oko nie wiedziała co poszło nie tak. Nie widziała tego momentu. Zdarzył się pod taflą wody. Wszystko co widziała było jak głowa Nura wychyliła się nad wodę i wniknęła zaraz pod nią, z nagłym ruchem jego ciała. Wojowniczka naprężyła się i wbiła uważny wzrok w miejsce gdzie zniknął dzieciak. Zanurzyła łeb pod wodę i zaraz wyjęła go z powrotem. Skoczyła w kierunku Nura i nurkowała w kierunku młodzika. Chwyciła przerażonego ucznia za szyję, zanim w ogóle zanurzył się za głęboko i wyjęła go nad taflę. Nur zakaszlała dwa razy, trzy, cztery aż wziął porządny oddech. Pierwsze jego oddechy były krótkie i nieco przerażone, aż nie znaleźli się na brzegu. Żabka polizała Nura między uszami.
– Ale żeś mnie przestraszył. – zaśmiała się. – Zupełnie jak ja moją mentorkę, jak się uczyłam, haha! – polizała go ponownie dla ukojenia jego nerwów. Praktycznie każdy kto był niedoświadczony w nurkowaniu na początku złapał trochę wody w płuca. Od tego byli mentorzy i inni wojownicy aby mieć takich na oku.

<Nur?>

Od Żabiego Oka CD. Łabędziej Łapy (Łabędziego Tanu)

Żabia Łapa, teraz już Żabie Oko nie mogła być z siebie bardziej dumna. Ledwie parę dni po własnym mianowaniu Liliowa łapa otrzymał swoje nowe imię i został przydzielony jej jako uczeń. Kociak był zdolny, odważny i przede wszystkim pracowity. Żabie Oko na początku nie była pewna czy poradzi sobie z uczeniem kogokolwiek tak szybko, ale okazało się, że Liliowa Łapa był w pewnych aspektach bardzo podobny do Nura. Oboje słuchali się jej bardzo uważnie i bardzo dobrze rozumieli jej instrukcje. Treningi stały się jedną wielką przyjemnością, a obawy młodej wojowniczki roztopiły się razem ze śniegiem.
– Nie wierć się tak, twój cień widać na wodzie. – poinstruowała Lilię. Właśnie siedzieli nad wodą i wbijali w nią swoje uważne ślepia. Żabka nauczyła go już jak polować pod wodą, ale polowanie nad nią było równie ważne, w końcu było jeszcze chłodno. – Tylko cierpliwość i koncentracja pomogą ci w tym rodzaju polowania.
– I jak zobaczę coś to mam… machnąć łapą? – zapytał kot u jej boku. Jego uszy były uważnie nastawione. Skupiał się na szumiącej przed nimi wodzie.
– W pewnym sensie. – odparła. – Musisz złapać tę rybę. Mówiłam ci już, że jak coś się zbliży, to ci zademonstruję jak. Tylko...coś musi podpłynąć. – odparła. Jeszcze chwilę tak siedzieli, aż Żaba nie spostrzegła cienia pod wodą. Zanurzyła czubek pazura i postukała w taflę wody, a cień się zbliżył. Ciekawość i głód po zimie sprawiła, że ryba znalazła się w zasięgu młodej wojowniczki. Ta trzepnęła swojego ucznia ogonem, żeby złapać jego uwagę, po czym rozłożyła wszystkie pazury. Jednym zwinnym i silnym ruchem zanurzyła się aż po łopatkę i wbiła pazury w zdobycz. Napięła mięśnie i idąc z momentem, wydobyła łapę po łuku do góry. Ryba zatrzepotała, próbując się wyrwać, ale siła pociągnęła ją nad wodę i w trawę. Liliowa Łapa skoczył do niej i zaraz ją dobił, a Żabka nawet nie musiała się ruszać w jej kierunku.
– Musisz włożyć w to trochę siły, żeby ruch łapy wyjął też tę rybę z wody. – odparła.
– Chyba wolę polować w wodzie… – odparł kociak, przenosząc rybę na małą kupkę zdobyczy, jaką upolowali.
– Rozumiem cię doskonale, jednak nauczyć musisz się wszystkiego, nawet jak nie będziesz w tym idealny. Każdy ma swoje słabe i mocne strony, w tym ja.
– A co jest twoją słabą stroną? – zagadnął Liliowa Łapa, nastawiając uszy z ciekawością.
– Ciekawy, co? – Żabie Oko uśmiechnęła się szeroko i zamilkła na chwilę. Widziała, jak Liliowa Łapa peszy się trochę. – No już, już. Moją słabością jest wspinaczka na drzewa. Od samego początku nie byłam w tym najlepsza. I jakoś daję radę, ale ty z pewnością już w tym momencie jesteś w tym ode mnie lepszy.
– Chwila… ale przecież… ty wspinasz się bardzo dobrze! – Liliowy kot zerknął na nią nieco niezadowolony.
– Nie wspinam się dobrze. Moja technika jest… kwestionowana. Całą teorię znam, pamiętam, w końcu niedawno sama byłam uczniem, ale… żeby z niej skorzystać to inna kwestia.
– Nie rozumiem… Skoro ja uczę się od ciebie czy to by nie znaczyło, że ja też źle się spinam? W sensie mam złą technikę?
– Tak i nie. Z jakiegoś powodu bardzo dobrze uczysz się z samej teorii. Bystry jesteś. Dobra… Bierz zdobycze i idziemy do obozu. Starczy na dzisiaj.
– No dobrze. Dziękuję Żabie Oko, za trening.

Żabie Oko rozciągnęła się i odłożyła ryby na kupę zdobyczy. Liliowa Łapa uśmiechnął się szeroko do swojej mamy, która zerkała na nich z daleka i zaraz uciekł do rozmowy z nią. Żabie Oko uśmiechnęła się szeroko, po czym rozejrzała po obozie. Jej wzrok napotkał inny, znacznie bardziej wściekły i nieprzyjemne, a jednak znajomy. Łabędzia Łapa gapiła się na nią ze zmarszczonym pyszczkiem i wzrokiem, który mógłby zabić. Wojowniczka tylko zaśmiała się pod nosem i przypomniała sobie o czymś. Spojrzała na jedną z ryb, którą upolowała. Ta miała piękne, czarne łuski, które w słońcu błyszczały się przepięknym różem i żółcią, niczym horyzont o wschodzie słońca. Chwyciła ją w pysk i ruszyła w kierunku młodej uczennicy. Rzuciła swoje jedzenie obok niej na ziemię i rozszerzyła uśmiech, o ile to w ogóle było możliwie.
– Cześć. – przywitała się.
– Czego chcesz? – prychnęła Łabędzia Łapa. Ewidentnie miała marny humor.
– Ktoś tu miał dzisiaj zły dzień, co? – Żabie Oko machnęła łapą. – Nic się nie martw. Mam coś dla ciebie! – przesunęła rybę bliżej kotki.
– Mam już swoje jedzenie. Nie mam ochoty na rybę. – kotka nastroszyła się dość mocno.
– Nie, nie. Spokojnie. To nie dla ciebie do jedzenia, to mój obiad.
– To po co mi to dajesz?! – uczennica skrzywiła się nieco.
– Przyjrzyj się jej. Ma bardzo ładne łuski, błyszczą się jak poranne niebo, jak postawisz je do słońca. – mruknęła wojowniczka. – Ja wiem, że lubisz takie błyskotki, pomyślałam, że skoro i tak większość łusek z niej zdejmę, to może chcesz jakąś większą do swojej kolekcji. – wzruszyła ramionami. – A skoro nie lubisz, jak ktoś dotyka twoich dobroci, to chciałam, żebyś wybrała ją sama.

<Łabędzia Łapo?>

Od Milczka do Fiołek

Kiedyś

Milczek za wszelką cenę próbował dostać się do mleka matki. Otworzył oczka dosyć szybko, chociaż mogła być to wina tego, że był trochę starszy od Fiołki i Jasności. Za to nie wypowiedział nadal ani jednego słowa. Trudno było stwierdzić małemu kremusowi, czy Senna Łza, jakkolwiek się o niego martwiła, czy też może nie i traktowała go tylko jako zbędny dodatek do wykarmienia. Nie mógł nawet o to spytać. Jego „rodzeństwo” piszczało dosyć często, on z kolei był… bardzo cichy. Najgłośniejsza w żłobku była chyba Fiołek. Gdy tylko się urodziła już wydzierała się wniebogłosy, starając się skupić na sobie całą uwagę karmicielki. Najmniej uwagi skupiał na sobie Milczek, co czasem doprowadzało do tego, że po prostu nie był najedzony. Nie, żeby mógł narzekać, ale strasznie nie przepadał za małą szylkreteczką, którą mógł, a może nawet powinien uważać za swoją siostrę. Wydzierała się, przepychała w stronę jedzenia i widocznie nie lubiła, gdy coś szło nie po jej myśli.

Aktualnie

Milczkowi nie było dane poznać swojej matki (nie, żeby tego chciał) ani swojego rodzeństwa (część nie żyła, druga część został oddana w łapy Wilczaków). Niemal od narodzin towarzyszyły mu, jednak trzy kotki. Jasność była uparta, ale wydawała się współczuć kremowemu, gdy jednak okazało się, że był niemową. Senna Łza z kolei była cicha i zdawała się za arlekinem nie przepadać. One jednak nie były największym problemem. Najbardziej nie przepadał za małym gadem, który nie pozwalał Milczkowi być w centrum uwagi nawet na pół sekundy. Milczek miał szczerą ochotę przyłożyć kotce, ale trochę bał się, że Łza go wyrzuci. I było tak, aż do pewnego dnia…
Kremowy miał właśnie zabrać się za jedzenie myszy, którą przyniósł mu jeden z uczniów, ale coś mi przeszkodziło. Coś, czyli biała łapa ciągnąca stworzonko za ogon. Milczek spojrzał w bok, prosto w zielone oczy Fiołek. Zjeżył futro i zabrał zwierzę. Kotka jednak spróbowała ponownie, i to doprowadziło do wściekłości kocurka. Wysunął pazury i zaatakował jej łapę, obnażając lekko ząbki.

<Fiołek?>

Od Firletkowej Łapy CD. Trójokiego Zająca

Każdy, kto miał już styczność z Firletką, wie, że kocha on ptaki. I to bardzo. Gdy tylko znajdowała się okazja, obserwował je z pełną uwagą poświęconą tylko im. Jednak rzadkością było dla niego zauważenie fulmarów, zwłaszcza między łudząco podobnymi do nich mewami i to w czasie szybowania nad bezkresnym morzem. Ptactwo wydawało donośne krzyki, zniżając swój lot, by się schować w swoich gniazdach, podczas gdy słońce chyliło się ku zachodowi.
Niebieski kocurek akurat wrócił z wieczornego polowania razem z tatą, przynosząc ze sobą parę gryzoni. Samemu Firletce udało się upolować wiewiórkę oraz ryjówkę! Był z siebie bardzo dumny, bowiem nigdy tak dobrze nie poszło mu polowanie. Trójoki Zając niósł zaś w pysku solidnie zbudowanego królika. Nim naje się co najmniej trójka kotów. Tak więc uczeń wziął zdobycz i od razu zaniósł do żłobka. Niedawno przecież nowe kocięta się urodziły, też ich matka potrzebowała dużo jedzenia. Gdy wrócił do ojca, ten polizał go czule między uszami.
— Jestem z ciebie tak bardzo dumny — wymruczał, a Firletkowa Łapa uśmiechnął się do niego.
— Staram się, jak mogę — odparł.
Wojownik posłał mu jeszcze czułe spojrzenie, po czym odszedł do odpoczywającej niedaleko Kukułczego Wdzięku, a młodzik wziął ze sterty pierwszą lepszą piszczkę i ruszył pod legowisko uczniów, gdzie położył się i zjadł swój posiłek. Następnie wykonał swoją wieczorną toaletę i zniknął w legowisku.

* * *

Następnego dnia obudził się z dziwnym uczuciem. Łapy mu zdrętwiały i miał wrażenie, że coś mu się śniło, ale nie mógł sobie skojarzyć, co dokładnie. Czuł się, jakby miał mgłę w mózgu. Otrząsnął się i wstał, rozciągając łapy. Gdy wyszedł z legowiska, okazało się, że nikt jeszcze nie wyszedł na centrum obozu. Gdy wyjrzał przez wodospad, to słońce dopiero co wyłaniało się zza morskiego horyzontu. Gdy zdał sobie sprawę z wczesnej pory, stwierdził, że może jednak wróci do legowiska i poczeka, aż wojownicy wstaną. Zanim jednak to zrobił, usłyszał okrzyki i śmiechy mew. Nastawił uszu i spróbował coś dojrzeć między wodospadem a jaskinią, ale jednak nie widział zbyt dużo. Tak więc szybko wślizgnął się do swojego posłania i zamknął oczy. Nawet nie wiedział, kiedy zasnął.
Jednak po paru dłuższych chwilach wyrwało go ze snu ziewanie kogoś gdzieś obok. Stęknął i przeciągnął łapy. Teraz coś mu zaświtało. Przyśniło mu się wcześniej, że latał razem z ptakami nad morzem! Bardzo mu się spodobał ten koncept, ale niestety to było niemożliwe.
Ziewnął, by się rozbudzić, po czym usiadł i umył łapy oraz głowę. Wyszedł z legowiska i podbiegł do taty, który akurat wychodził ze swojego posłania.
— Tato! — kzyknął szeptem. — Możemy dziś wcześnie wyjść na patrol? Bo chciałbym pooglądać mewy! — oznajmił, podczas gdy Trójoki Zając dopiero zaczynał kontaktować po śnie.
— Już, dobra, dobra — ziewnął.
— No, ale chyba nie sami? — spytała się zaspana Kukułczy Wdzięk, a zielonoocy spojrzeli się na nią. — Może przejdę się z wami? Dawno nie byłam z kimś z moich dzieci poza obozem. — Uśmiechnęła się, wstając z posłania, a potem wszyscy zeszli na dół.
Gdy cała trójka już była przy wyjściu z obozu, kremowy wojownik kiwnął głową i wyszli z jaskini. Firletkowa Łapa tak się cieszył, że poszła z nimi mama, że aż dodało mu to sił. Popędził przed siebie, pilnując się, by nie stanąć zbyt blisko krawędzi.
Truchtał wzdłuż klifu, bacznie obserwując wszystkie ptaki, szukając tych bardziej krępych i dłuższych ciał, bo w ten sposób można rozróżnić fulmary od mew. Wtedy — tam! Jest, nieco większy ptak od reszty! Zatrzymał się i z szeroko rozdziawionym pyskiem i niemal nie mrugając, obserwował te piękne zwierzę. Nawet nie zauważył, kiedy zbliżył się za mocno do krawędzi. Tylko krok go dzielił od upadku w przepaść. Zaciekle obserwował wiszącego w powietrzu fulmara, nieświadom niebezpieczeństwa, na którego skraju się znajdował. Wyciągnął łapę przed siebie, gotowy zrobić kolejny krok. Za nim rozległ się przeraźliwy głos:
— FIRLETKO!
I zanim się obejrzał, stracił grunt. Ześlizgnął się ze skraju, tracąc równowagę. Łyknął powietrze z nagłego przerażenia, a serce mu się niemal zatrzymało. Poleciał przodem w dół, lecz instynktownie ustawił się w pozycji lądowania, z wyprostowanymi pod siebie łapami i naprężonymi mięśniami gotowymi do bezpiecznego upadku. Jednak pech chciał, że zaraz pod nim znajdował się wysoki głaz na samej granicy plaży i morza. Uderzył w niego lewą łapą z impetem. Usłyszał trzask, w gardle zebrał mu się krzyk. Poczuł, jak krew mu wrzeje w lewej łapie na całej jej długości. Bark jakby mu się wybił. Po zderzeniu z głazem ciężar jego ciała przekierowany został w prawo, uderzając głową o ścianę klifu, a kamień leżący pod nią niczego nie polepszył. Natychmiast jego wizję zalała ciemność, w uszach zabrzmiał dziwny szum.

* * *

Otworzył oczy. Wszystko było spowite jakby mrokiem. Dźwięki były zniekształcone. Mrugnął. Nagle jego lewą stronę ciała oblał paraliżujący ból. Był półświadomy, a przed jego oczyma widział rozlany, kremowy kształt, a obok drugi, taki jakby szaro-kremowy. Stęknął, a jego ciało przeszły dreszcze. Było zimno, mokro, coś go oblewało po głowie. Próbował się poruszyć, ale na marne. Gdy w końcu trochę oprzytomniał, a rozlane kształty zaczynały nabierać sylwetki, wrzasnął z ogromnego bólu promieniującego od lewej łapy. Była cała zakrwawiona, gdzieś z boku głowy też ciekła ciepła, szkarłatna strużka. Próbował się jakoś podnieść, ale to powodowało więcej bólu. Obie sylwetki były dla niego nierozpoznawalne, jakby były tylko czymś, nie kimś. Cokolwiek do niego mówili, nie docierało. Jakby ktoś wyłączył mu zdolności poznawcze i rozumienia. Jęknął, po czym po prostu się poddał i przestał próbować się podnieść. Jedynym słowem, które wisiało w jego głowie, było:

<Tato…?>

Od Milczka do Orzechówki

Milczek strzelał uchem, odwracając głowę do tyłu podczas leżenia nieopodal Świteziankowego Jeziora i jej kociąt. Zamrugał kilkukrotnie, dziwna melodia dostawała się bowiem do jego zaokrąglonych uszu. Najstarsza karmicielką patrzyła na swoje młode jak zwykle nieprzychylnie. Piosenka nucona przez jej córkę brzmiał uspokajająco, kotka jednak wydawała się jak zwykle spięta. Nawet czterokiężycowy kociak, taki jak kremus widział przygnębienie w oczach kotki, ilekroć spoglądała na Orzechówkę i Drzemlika. Arlekin nie doceniał jakoś szczególnie melodii kotki, gdyż chwilę po tym, jak zbudziła go ona ze snu, podszedł do czarnej kotki i tknął ją palcem.
— Tak? — zamiauczała melodyjnie, odwracając swój pyszczek do tyłu. — Ach — mruknęła tylko cicho speszona.
Kremowy słyszał co nieco o młodszej. Nie należała do szczególnie rozmownych, za to często nuciła pod nosem i bawiła się kwiatami. Wyglądała jakby nie przepadała za swoją matką, choć mogła być to wina samej Świtezianki. Arlekin szybko, więc stwierdził, że kotka nie będzie najlepszym dla niego towarzystwem. Wolał tych odrobinę bardziej rozbrykanych. Zjeżył futro i zatrząsł się nerwowo. Bez dłuższego zastanowienia zjeżył futerko i obnażył czyste ząbki. Zamachał ogonem, spotykając się z zszokowanym spojrzeniem Orzechówki. Milczkowi natomiast towarzyszył ogromny wyszczerz. Miał ochotę zaburzyć spokój kotki, zobaczyć jej nieco bardziej porywczą stronę. Zastanawiał się, tylko czy to możliwe. Chciał tylko się pobawić! Kotka była młodsza, więc mógł na spokojnie przecież dać jej fory!

<Orzechówko?>