BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

18 sierpnia 2026

Od Diane Elizabeth Montclair

Dzień od ostatniego opowiadania... 

Następnego ranka Diane obudziła się wcześniej, niż zamierzała.
Przez kilka długich uderzeń serca pozostawała nieruchoma, wtulona w miękkie posłanie, z przymkniętymi powiekami i uszami nastawionymi na najcichsze odgłosy dobiegające z innych pokoi. Domostwo pogrążone było jeszcze w porannym spokoju; gdzieś w oddali skrzypnęła drewniana deska, przez ścianę przemknął stłumiony szmer, a potem wszystko ponownie ucichło. Jedynym wyraźnym dźwiękiem był śpiew ptaka, który dochodził zza uchylonego okna i brzmiał tak lekko, jakby jego właściciel nie musiał martwić się niczym poza tym, by jak najpiękniej rozpocząć nowy dzień.
Diane otworzyła oczy.
Pierwszą rzeczą, o której pomyślała, był ogród.
Nie było to już tylko wspomnienie wczorajszego widoku, który tak długo przyciągał jej wzrok. Teraz ogród stał się niemal namacalną myślą, która zakorzeniła się gdzieś głęboko w jej umyśle i przez całą noc nie pozwalała jej o sobie zapomnieć. Wciąż pamiętała intensywny błękit nieba, złociste promienie przesączające się pomiędzy liśćmi oraz soczystą zieleń roślin, która wydawała się niemal nierzeczywista.
A przede wszystkim pamiętała, jak bardzo chciała znaleźć się pośród niej.
Podniosła się powoli i przeciągnęła, a następnie ruszyła w stronę parapetu. Chłodne, poranne powietrze natychmiast musnęło jej pysk, gdy tylko zbliżyła się do szczeliny między ramą a skrzydłem.
Ogród wyglądał inaczej niż poprzedniego dnia.
Nie dlatego, że rzeczywiście się zmienił, lecz dlatego, że poranne słońce nadawało mu zupełnie nowe oblicze. Trawa pokryta była rosą, której drobne krople lśniły w pierwszych promieniach niczym rozsypane po ziemi kryształki. Liście uginały się pod ich ciężarem, a niektóre kwiaty wciąż pozostawały częściowo zamknięte, jakby dopiero budziły się ze snu. Nad rabatami unosiła się delikatna mgiełka, która powoli rozpływała się wraz z każdym kolejnym promieniem słońca.
Diane przycisnęła nos do chłodnej powierzchni szyby.
Zapach ogrodu był subtelniejszy niż wczoraj, lecz właśnie przez to wydawał jej się jeszcze piękniejszy. Czuła wilgotną ziemię, trawę, liście i słodką woń kwiatów, która mieszała się z chłodem poranka.
— Dzisiaj — szepnęła.
Jej ogon poruszył się lekko.
— Dzisiaj na pewno wyjdziemy.

CDN.

Od Ćmiej Łapy do Jagnięcego Ukłonu

Przeszłość

Ćmia Łapa przygotowywała układy z ziół, kiedy do legowiska wkroczyła zadyszana Psotny Nietoperz z wiadomością:
– Rozżarzona Pieśń rodzi!
Jagnięcy Ukłon, Księżycowa Aldrowanda oraz Ćmia Łapa popędziły do żłobka, w którym zastały ciężko oddychającą rudą królową i dzieci niebieskiej karmicielki, Dymówkę i Ciskę.
– Psotny Nietoperzu, wyprowadź twoje pociechy na zewnątrz. Ćmia Łapo, nasącz mech miodem. Księżycowa Aldrowando, przynieś zioła dla rodzącej. – Wydała rozkazy Jagnięcy Ukłon, a kotki zabrały się do ich wykonywania. Aldrowanda szybko wzięła zawiniątko ze skalnej półki, a uczennica nasączyła mech w miodzie, który był dobrze schowany.
Niebieskooka podała liście malin i trybulę, krótkoogonowa dała jej mech z klejącym miodem, a Aldrowanda uspokajała rodzącą.
– AGHFFF! – wydusiła z siebie ruda.
– Dasz radę, Rozżarzona Pieśni. Już widzę pierwszego kociaka!
Na świecie pojawiła się mała czekoladowa kulka. Ćmiej Łapie przypominał on pewnego wojownika…
Od razu wzięła się za jego wylizywanie. To była kotka. Mała po chwili zaczęła piszczeć i lekko się wiercić.
– Brawo, Rozżarzona Pieśni, masz zdrowego kocurka! Tfu, koteczkę! – pocieszyła ją uczennica. Znowu się zakręciła…
Po chwili na świecie pojawiła się druga kulka, tym razem była ona w połowie ruda, w połowie biała.
Ćma bez wahania zaczęła ją wylizywać pod włos. Trochę dłużej to trwało niż przy jej lub jego siostrze, ale bez żadnych komplikacji kociak zaczął oddychać. Był to kocurek.
– Masz syna! – krzyknęła do rodzącej.
– Już prawie, Rozżarzona Pieśni, ostatnie kocie! – powiedziała Aldrowanda, uciskając jej brzuch.
Po chwili na świat przyszło ostatnie kociątko, było ono również podobne do pewnego wojownika Klanu Klifu… To była kotka.
– Urodziłaś śliczną córeczkę! – powiedziała w eter.
Karmicielka położyła głowę na podłożu legowiska z wycieńczenia. Kremowa wyjęła jej mech z pyska, a Jagnięcy Ukłon przyniosła kotce jej kociaki.
Ruda z rozczuleniem popatrzyła na swoje dzieciątka. Przybliżyła je łapą do siebie, a maluchy zaczęły ssać mleko.
– Idę zawiadomić Psotnego Nietoperza – oznajmiła Księżycowa Aldrowanda i wyszła ze żłobka.
– Dobrze się dziś spisałaś. – Uśmiechnęła się niebieskooka mentorka do swojej podopiecznej.
– Dziękuję, Jagnięcy Ukłonie. – Zawstydziła się lekko, a przynajmniej zrobiła taką minę.
– Tylko nie myl płci! – zaśmiała się, lekko dotykając nosem jej głowy.

<Jagnięcy Ukłonie?>
[333 słowa + asystowanie przy porodzie]

Od Wełnianki do Lipieńka

Jeśli była jedna rzecz, której Wełnianka szczerze nie cierpiała – poza byciem ignorowaną przez starszych, zmuszaną do pójścia spać zaraz po zachodzie słońca czy jedzenia tych paskudnych, smakujących mułem ryb, które jej mamusia zwała karpiami (fuj!) – to była to nuda. Okropna, nieprzerwana nuda. Jej koledzy z miotu Sennej Łzy opuścili chwilowo żłobek, aby rozprostować łapki na spacerze z mamą. Królowa zabrała wraz z nimi Milczka, którego rodzeństwo w tajemniczych okolicznościach zniknęło niedawno ze żłobka. Wełnianka nie tęskniła za nimi szczególnie, nie zdążyła wszak nawiązać z nimi zbyt silnej więzi – ale jednak w ich legowisku zrobiło się przez to znacznie ciszej i trochę samotniej…
Biało-ruda miała plan, aby zaprosić do zabawy Drzemlika i, być może, również jego siostrę, ale niestety i oni byli tym razem nieobecni. Zgodnie ze słowami piastuna zabrani zostali do medyków na wizytę kontrolną – czy coś takiego. W każdym razie koteczka nudziła się okropnie, leżąc na swoim mchowym łóżeczku i licząc zabawki zawieszone pod sufitem kociarni. Za każdym razem ich ilość była inna, co niesamowicie ją frustrowało – jak i frapowało. Przecież nie mogły się przemieszczać, a nigdy nie widziała, aby ktoś je zrzucał lub zawieszał nowe!
W pewnym momencie ta niesamowicie pasjonująca czynność została jej przerwana. Zastrzygła uszami, słysząc ciche szuranie dobiegające z ich kącika w kociarni. Uniosła łebek, szeroko otwierając duże, brązowe ślepka. Och, jej braciszek w końcu się obudził! Uśmiechnęła się pod nosem łobuzersko. Przykucnęła nisko na łapkach, przygotowując się do skoku i – hyc! – wybiła się z piaszczystego podłoża, lądując tuż na nim.
— Cześć, leniuchu! — miauknęła rozbawiona, gdy ten jeszcze dość skonfundowanym, ledwo obudzonym wzrokiem przyglądał się jej z nieskrywaną konsternacją. — Te, no… Jasne coś już dawno wzeszło, a ty się wciąż leniłeś!
— Masz na myśli słońce? — zapytał, po czym zgrabnie zrzucił siostrę z siebie, prędko wstając i otrzepując się z ziemi. — Ale ty jesteś dzikuską, wiesz? Nawet nie dasz mi spokojnie wstać…
Brat wystawił psotnie język w jej stronę, po czym dał jej lekkiego kuksańca. Ta odwdzięczyła mu się tym samym, po czym oboje zaczęli się śmiać.
— Wiesz co, Lipieńku — zaczęła po chwili, zatrzymując się na moment, aby w głowie poszukać odpowiedniego słowa (które jak na złość nie chciało do niej przyjść!). — Zastanawiałam się nad…
— Nad? — Przechylił łebek w bok, siadając i owijając ogon wokół łapek, wylizując przy okazji sterczące niezgrabnie po spaniu futerko.
— No wiesz… Ach, nie lubię tego, że brakuje mi… Słów, tak. — Spuściła łebek, wpatrując się przez chwilę w podłożę, sfrustrowana. — Pamiętasz historie, które opowiadał nam Złocisty Widlik?
— Pewnie, że tak — odparł od razu, chociaż bez wielkiego entuzjazmu. Wełnianka nie spodziewała się po bracie innej odpowiedzi. On zawsze lubił wchodzić piastunowi w słowo i dopytywać o powód, dla którego dana opowieść potoczyła się tak, a nie inaczej. Był widocznie zirytowany, gdy kremowy zrzucał wszystko na karb tradycji.
— No, więc… Tam była taka jedna, o pochodzeniu małych kotów. I o tym, co je przynosi.
— O ptakach?
— Właśnie, tak, dziękuję! Tego słowa mi brakowało… — westchnęła cicho, po czym kontynuowała, na nowo ożywiona dzięki pomocy burasa. — W każdym razie, zastanawiam się, jak to działa. Skoro wszyscy mamy inne kolory… A każdy kolor przynosi inny ptak… To czy każde z nas przyniósł ktoś inny? — Zdawała się tym pytaniem szczerze przejęta, jakby odpowiedź udzielona przez kocurka miała nieść za sobą jakieś wielkie konsekwencje.

< Lipieńku? >

Słonkowa Łapa została adoptowana!

Nowy właściciel: kruliik. [Discord]

Od Fiołka do Wężynowego Splotu

Wpatrywała się w legowisko medyków, zastanawiając się, czym obecnie zajmowała się Gąbczasta Perła. Konstrukcję ze splątanych pnączami tataraku i gałęzi sumaka tworzących zadaszenie zdobiły żółte jaskry. To nie było jedyne miejsce w obozie, gdzie rośliny kwitły, zachwycając swoimi żywymi kolorami i zapachami. Gdzie nie spojrzeć, widać było przeróżne kwiaty, a Fiołek mogła tylko zastanawiać się, jak pięknie wyglądała Kolorowa Łąka, o której opowiadali starsi i wojownicy.
Wiedziała, że niedługo ją zobaczy, wtedy kiedy zostanie mianowana na uczennicę. Żałowała tylko, że stanie się to pewnie, dopiero kiedy nadejdzie Pora Opadających Liści. Gdyby teraz stała się łapą, miałaby o wiele łatwiej. Widziała, ile zdobyczy wnosiły do obozu koty powracające z patroli myśliwskich. Zwierzyny zdecydowanie nie brakowało, co w połączeniu z przyjemną temperaturą sprawiało idealne warunki do szkolenia.
Zobaczyła kawałek dymnej sierści medyczki, a iskierki w jej oczach zamigotały z zadowolenia. Bardzo lubiła Gąbczastą Perłę, która często odwiedzała ją, Jasność i Senną Łzę w żłobku. Ruszyła w jej kierunku, po chwili jednak zobaczyła, że ta kierowała     się do wyjścia z obozu, a chwilę później już jej nie było. Pewnie poszła zbierać zioła. Fiołek skrzywiła się z rozczarowaniem. Nie zdążyła zagadać do kotki.
Rozejrzała się więc po obozie, ponieważ poczuła to dziwne uczucie, które zawsze towarzyszyło jej, kiedy była zbyt długo sama. Coś jakby kłuło ją w klatce piersiowej, coś nie dawało spokoju, jakiś niepokój nie pozwalał jej usiedzieć w miejscu. Ledwo się powstrzymywała przed głośnym zamiauczeniem na cały obóz, aby ściągnąć na siebie uwagę innych.
Podeszła do grupki wojowników, rozmawiających w cieniu sumaka tworzącego legowisko Mandarynkowej Gwiazdy. Wśród nich był Błękitna Laguna, jego czarna gwiazdka na łapie, którą pokazywał coś swoim rozmówcom i krwistoczerwony znak lotosu na czole od razu rzuciły się koteczce w oczy.
— Ty, Zmierzchająca Falo, poprowadzisz patrol na wybrzeże niedaleko Bursztynowej Wyspy. Słyszałem, że ostatnio pływa tam dużo ryb, więc na pewno coś znajdziecie. — Te słowa doleciały do uszu Fiołka, kiedy podeszła bliżej i niezbyt dyskretnie usiadła między wojownikami, kiwając z powagą głową, jakby zastępca mówił do niej.
Dymny przytaknął i już chciał odejść, aby poszukać sobie chętnych do polowania, ale spojrzenie jego pomarańczowych oczu spotkało się ze wzrokiem koteczki.
— Ehm… Potrzebujesz czegoś, Fiołko? — zapytał życzliwie i opiekuńczo, co ściągnęło na szylkretkę uwagę reszty wojowników.
— Idę z wami na patrol! — oświadczyła zdecydowanym głosem i wstała, dumnie podnosząc ogon do góry.
Na chwilę zapadła niezręczna cisza, a Zmierzchająca Fala przestąpił z łapy na łapę, jakby niepewny co odpowiedzieć, aby jej nie urazić.
— Kociaki nie mogą chodzić na patrole. — Kropiatkowa Skórka włączyła się do rozmowy, spokojnie patrząc na nią swoimi ładnymi oczami. — Nie martw się, już niedługo zostaniesz uczennicą. A potem wojowniczką.
— Ale ja chcę teraz! — zawołała zezłoszczona.
Machnęła wściekle ogonem, a futro na jej grzbiecie się nastroszyło. Błękitna Laguna coś jeszcze powiedział tonem pełnym pogardy i krytyki do jej zachowania, jednak Fiołek już nie chciała tego słuchać. Ostentacyjnie tupiąc, skierowała się na środek obozu.
Nagle złość minęła, kiedy w jej głowie powoli zakiełkował plan. Już nie chciała iść na patrol. Teraz miała lepszy pomysł. Odczekała chwilę, aż wojownicy wrócą do swoich spraw i kiedy nikt na nią nie patrzył, powoli podeszła do źródełka. Pochyliła głowę i napiła się, chociaż wcale nie była spragniona. Rozejrzała się po obozie ostatni raz. Najbliżej stała Wężynowy Splot, która wylizywała swoje długie, szylkretowe futro i nie zwracała uwagi na koteczkę.
Nagle Fiołek przechyliła się i z głośnym piskiem na całą wyspę wpadła do źródełka. Planowała później powiedzieć klanowi, że ktoś ją wepchnął. Cała zanurzyła się pod powierzchnią wody, jej tylna łapka dotknęła dna. Spróbowała się odepchnąć, jednak jej pazurki ześlizgnęły się po kamykach i boleśnie wykręciły. Zawyła z bólu, tym samym nabierając wody do pyska. Poczuła kłucie w płucach. Potrzebowała powietrza! Zaczęła szybciej machać kończynami. Nie umiała jeszcze pływać! Co ona sobie wyobrażała?!
Na chwilę udało jej się wynurzyć pysk i głośno charcząc, wypluła wodę, a następnie zdążyła nabrać odrobinę powietrza, zanim znowu się zanurzyła.
Dlaczego była taka głupia?! Nie mogła pokazać się z gorszej strony! Teraz nikt jej nie będzie traktował poważnie, no bo co za Nocniak topił się w źródełku do picia?! I to wszystko tylko dlatego, że Błękitna Laguna nie chciał jej wziąć na patrol. No teraz to na pewno nie weźmie! Płuca bolały ją coraz bardziej, rozpaczliwie machała łapkami, czekając na ratunek.

<Wężynowy Splocie?>

Od Diane Elizabeth Montclair

Wzrok Diane powędrował ku lekko uchylonemu oknu, przez które do wnętrza domostwa sączył się ciepły, letni blask, a wraz z nim wpadały ledwie wyczuwalne powiewy powietrza, niosące na sobie zapach mokrej ziemi, młodych liści oraz kwiatów rozkwitających w ogrodzie. Za szybą rozciągał się jej ulubiony widok — ten, który potrafił uciszyć nawet najbardziej niespokojne myśli i sprawić, że choć na krótką chwilę zapominała o wszystkim, co ograniczało ją do czterech ścian. Ogród lśnił w słońcu niczym ukryty skarb, którego piękno zmieniało się z każdym mijającym dniem, a każda kępa trawy, każdy krzew i każdy delikatny kwiat zdawały się mieć własną, cichą opowieść.Niebo rozciągało się wysoko ponad dachami, bez jednej choćby chmurki, która mogłaby przesłonić jego głęboką, niemal nieprawdopodobną błękitność; było tak intensywne, że Diane przez moment poczuła, jakby samo spojrzenie w jego stronę miało moc wywabienia z niej wszystkich trosk. Słońce zawisło wysoko, rzucając na ziemię jasne plamy światła, pomiędzy którymi tańczyły cienie poruszających się na wietrze gałęzi. Roślinność również zdawała się bujniejsza niż zaledwie kilka księżyców temu — soczyste liście rozpościerały się szeroko ku niebu, młode pędy uginały się pod ciężarem świeżych kwiatów, a źdźbła traw kołysały się leniwie, jakby cała ziemia oddychała w spokojnym rytmie lata.
Diane przyglądała się temu wszystkiemu z niemal dziecięcym zachwytem, czując, jak tęsknota za wyjściem na zewnątrz narasta w niej z każdym kolejnym oddechem. Pragnęła poczuć pod łapami miękką, nagrzaną słońcem ziemię, zanurzyć nos wśród pachnących roślin i pozwolić, by lekki wiatr zmierzwił jej kremowe futro, a przede wszystkim chciała choć na chwilę znaleźć się pośród tej zieleni, która wydawała się tak bliska, a jednocześnie pozostawała poza jej zasięgiem.
Nie oznaczało to jednak, że jej domostwo było szpetne lub pozbawione własnego uroku.
Wręcz przeciwnie — ciepłe promienie słońca wpadały do środka szeroką, złocistą smugą, przesuwając się powoli po drewnianej podłodze i rozświetlając drobinki kurzu, które wirowały w powietrzu niczym maleńkie iskry. Jasność osiadała na meblach, ścianach i miękkich przedmiotach pozostawionych w pobliżu okna, nadając wszystkiemu delikatny, niemal baśniowy blask, przez który zwyczajne wnętrze nabierało niezwykłego charakteru. W powietrzu mieszały się znajome zapachy domu z wonią ogrodu, a Diane miała wrażenie, że granica pomiędzy bezpiecznym schronieniem a światem natury zaczyna powoli zanikać.
Ten widok obudził w niej coś, co znała doskonale.
Potrzebę tworzenia.
W jej wyobraźni niemal natychmiast pojawiły się obrazy barw i kształtów, splatające się ze sobą tak szybko, że z trudem nadążała za własnymi myślami. Widziała już bukiet, który mogłaby ułożyć z kwiatów rosnących w ogrodzie — złocistych, kremowych i jasnych niczym promienie słońca przedzierające się przez liście — a każdy z nich dobrałaby z największą starannością, tak aby nawet najmniejszy płatek współgrał z pozostałymi. Mogłaby związać łodygi cienką trawą albo ozdobną wstążką, jeśli tylko udałoby jej się taką znaleźć, a potem z dumą podarować gotowe dzieło Celestynowi i Sycylii.
Już teraz wyobrażała sobie ich miny.
Widziała, jak ich oczy rozszerzają się z zachwytu, jak na pyskach pojawiają się uśmiechy, a w spojrzeniach rozkwita szczere uznanie, które dla Diane znaczyło znacznie więcej niż jakiekolwiek słowa. Chciała sprawić im radość, pozostawić w ich łapach coś stworzonego własnymi siłami i jednocześnie przekazać im to, czego sama nie zawsze potrafiła powiedzieć.
Och, jak cudownie byłoby wyjść na zewnątrz całą rodziną.
Ta myśl sprawiła, że w piersi Diane pojawiło się przyjemne, lecz zarazem bolesne ciepło. Wyobraziła sobie ich wszystkich razem pośród ogrodu, spacerujących pomiędzy roślinami, zatrzymujących się przy najpiękniejszych kwiatach i rozmawiających o rzeczach, które w czterech ścianach domu wydawały się odległe.
Cały świat zdawał się po prostu wołać Diane.
Zapraszał ją do siebie każdym poruszeniem liścia, każdym zapachem niesionym przez wiatr i każdym promieniem światła, który padał na ziemię tuż za oknem. Natura była tak blisko, niemal na wyciągnięcie łapy, a mimo to kotka mogła jedynie patrzeć, czując, jak pragnienie znalezienia się pośród zieleni staje się coraz silniejsze.
Wysoko ponad ogrodem rozbrzmiewały ptasie trele, zlewające się w jedną, wielobarwną melodię, której nie sposób było przypisać żadnemu pojedynczemu głosowi. Gdzieś pośród liści brzęczały owady, pracowicie krążąc pomiędzy kwiatami, a delikatne podmuchy wiatru poruszały roślinnością, wywołując szelest przypominający cichy szept. Powietrze drżało od ciepła, nasycone zapachem lata, świeżej zieleni i rozgrzanej ziemi, a promienie słońca przesuwały się po ogrodzie niczym płynne złoto.
Przez chwilę pozostawała więc nieruchoma, zapatrzona w ogród, pozwalając, by ciepło słońca ogrzewało jej futro.
I po raz pierwszy pomyślała, że może nadeszła w końcu ta pora. Że może powinna nareszcie poznać ten czarodziejski ogród. Że może gdyby spróbowała, udałoby się jej namówić rodziców na to, by ją tam zabrali…

Od Jesionowej Szadzi CD. Miodowego Ula

Jesionowa Szadź otworzyła szerzej oczy. W sumie ostatnio, gdy odwiedziła żłobek i zauważyła szczęśliwą Ognikową Słotę i Kocimiętkowy Wir ze swoimi kociętami, mimo że były obie kotkami, to ta pierwsza znalazła ojca dla kociąt poza klanem i teraz dumnie wychowywały nowe pokolenie Wilczaków. Gdyby tak i one próbowały coś wymyślić w tym stylu, mogłyby również być dwoma matkami dla jednego miotu, lecz traktowałyby je równie tak, jakby to one obie były naraz ich prawdziwymi rodzicami. Liliowa uśmiechnęła się czule i dotknęła nosem tego partnerki.
— Jestem pewna, że coś w tej sprawie wymyślimy — wymruczała kojąco. — Dajmy temu chwilkę. — Polizała ją między uszami i otuliła ją. Złota od razu niemalże się rozpłynęła w jej objęciach i zamknęły oczy, oddając się krainie snów.

Parę wschodów słońca później

Jesionowa Szadź pożegnała się z partnerką, która właśnie wyszła na patrol poranny. Przynajmniej tak myślała. W tym czasie liliowa zajęła się pielęgnacją swojej sierści. Od jakiegoś czasu przestała bardzo dbać o swój wygląd tak, jak robiła to kiedyś. Już nie była idealnie wylizana, lecz jej sierść pozostawała w niektórych miejscach zmierzwiona i zakurzona. Pokrywało się to z momentem, gdy razem z Miodką wyznały sobie miłość i zostały partnerkami.
Zastanowiła się chwilę nad tym, jak złota powiedziała jej, że chciałaby założyć rodzinę. Jedyne, na co wpadła, to na znalezienie ojca poza klanem, tak jak niegdyś zrobiła to szylkretowa karmicielka-mistrzyni.
Gdy kotka skończyła się pozbywać mchu i kurzu z futra, zajęła się myciem łabędziego pióra. Jak skończyła, spojrzała na nie. Było dla niej bardzo wyjątkowe. Odkąd tylko pamiętała to ono zawsze było tuż obok. Czuła się, jakby ono widziało ją, jak dorastała i jak była na każdym następnym etapie jej życia.
Z zadumy wyciągnęły ją głosy innych kotów z legowiska. Podciągnęła się na łapy i wyszła na polanę obozu. Rozprostowała łapy i powiedziała Cykoriowemu Cykorowi, która akurat przechodziła obok, że wychodzi na polowanie w razie, gdyby ktoś jej szukał.
Po wyjściu z obozu skierowała się do samej granicy terytorium Klanu Wilka, gdzieś niedaleko śpiewały szpaki. Starała się iść na tyle szybko, by sprawnie przejść przez las, ale na tyle powoli, by w razie, gdyby nieopodal była jakaś zwierzyna, to ona by jej nie spłoszyła. Niemal niedaleko granicy poczuła woń wiewiórki. Wiatru, prawie że nie było, więc pewnie dopiero co rudy gryzoń tędy przebiegł.
Liliowa przyjęła pozycję łowiecką i zaczęła powoli podążać tropem. Po niedługim czasie ją dojrzała, więc powoli zaczęła kroczyć w jej stronę, a gdy zwierzątko zaczęło kopać w ziemi, Jesionka rzuciła się na nią i zabiła poprzez zmiażdżenie karku. Wtedy z krzewów wyszedł czarny kocur z białymi akcentami i jakimś materiałem wokół tylnych łap. Na jego pysku widniał rozpromieniony uśmiech.
— Cudownie! Akurat byłem głodny. — Oblizał pysk, podczas gdy Jesionka odłożyła zdobycz na ziemię i położyła na niej łapę.
— Kim jesteś? — zapytała nastawiona odrobinę ofensywnie, ale pozostawała ciekawa.
— Jestem Skarpeciarz! — wymruczał z dumą kocur. Kotka podniosła jedną brew.
— Co robisz na terenie Klanu Wilka?
— Terenie czego? — zapytał się, odrobinę zmartwiony. — W sensie, jakaś zgraja wilków tu się błąka?
— W sensie, tu żyje pewien klan kotów, do którego należę i gdybyś wpadł na kogoś innego, to byś prawdopodobnie był natychmiast wygoniony. — On natomiast spojrzał się na nią jak głupi.
— Mogę tę wiewiórkę?
— Czemu miałabym ci ją dać?
— Jestem głodny…
Wojowniczka westchnęła.
— Mogłabym ci ją dać, ale mam jedno pytanie: chciałbyś mieć kiedyś kocięta?
— Czy chciałbym… może? Ale czy bym je wychowywał? Nie chce mi się tego — odparł, a liliowa od razu się stała bardziej przyjazna.
— Bo jest pewna sprawa… ja mam partnerkę i chciałybyśmy założyć rodzinę.
— W jaki sposób? — zapytał, lecz potem od razu jakoś go olśniło. — Ooo… chyba rozumiem. No to, mogę być tym wybrańcem! — rzekł dumnie, kładąc łapę na klatce piersiowej.
— Jak dobrze. Dziękuję — odparła z ulgą.
— To mogę tę wiewiórkę? — Zrobił duże oczy.
— Możesz.

* * *

W drodze powrotnej do obozu była nadal o pustych łapach. Za każdym razem zwierzyna uciekała, zanim jej się udało do niej zbliżyć wystarczająco. Już niemal zmęczona, zrobiła sobie krótki wypoczynek i zmyła z siebie zapach wcześniejszej, upolowanej wiewiórki. Wtedy dopiero ruszyła dalej, na kolejne polowanie i raz cudem jej się udało złapać szpaka, a potem jeszcze na dodatek mysz. Gdy już kierowała się do obozu, zauważyła nornika, którego natychmiast złapała i dumna ze swojego polowania i wypełnionego celu, wróciła do obozu.
Tam już czekała na nią Miodowy Ul, która siedziała pod legowiskiem medyka. Gdy zobaczyła Jesionkę, od razu do niej podbiegła i podrygiwała z łapy na łapę, podczas gdy ta odkładała zdobycze na stertę.
— Jesteś! — pisnęła, a liliowa polizała ją między uszami.
— Jestem! Tylko daj mi się najeść, głodna jestem. — Uśmiechnęła się do niej i wzięła ze spodu sterty wróbla.
Idąc sobie w swój ulubiony kącik, wojowniczka zauważyła, jak jej partnerka ledwo dawała radę coś wstrzymać w sobie. Wzrokiem błądziła po gruncie, a pyszczek otwierał jej się i zamykał co jakiś czas. W chwili, w której się położyły, niebieskooka od razu wybuchła:
— Słoneczko, będziesz mamą! — Jesionowa Szadź była jednocześnie zdziwiona, jak i spokojna.
— Co nie? To takie super! — rzekła szczęśliwa, a Miodka trochę się skonfundowała.
— Co to znaczy? Wiesz już?
— Że będę mamą?
— No tak.
— To tak.
Między nimi zapadła chwila ciszy.
— Od początku… co masz na myśli? — zaczęła liliowa.
— To, że jestem w ciąży! — odparła.
— Jesteś w ciąży?
— Ty też?
— Ja też!
Obie otworzyły szerzej oczy.
— Znaczy, jeszcze nie jestem pewna. Dopiero co dziś znalazłam ojca dla kociąt… — wyjaśniła starsza wojowniczka.
— A wiesz, że ja też dziś dopiero co znalazłam ojca dla mojego miotu?
— Ty też dziś?
— Ja też dziś! I ojcem jest… — zrobiła dramatyczną pauzę. — …Tygrysia Noc!
Jesionka otworzyła pyszczek.
— Serio?
— Tak!
Z tych wszystkich wrażeń srebrna aż zapomniała o jedzeniu.
— To cudownie! Jestem z ciebie taka dumna, Miodku. — Kotka położyła łapę na łapie partnerki.
— Dziękuję, kocham cię tak bardzo — odparła złota i wtuliła głowę w futro na klatce piersiowej Jesionki. Przypomniała sobie w tej chwili o wróblu, którego wzięła za posiłek.

Dzień później

Był miły, ciepły wieczór po deszczowym dniu. Wilgoć wisiała w powietrzu, a ptaki z chęcią zasiadały na glebie, by żerować na wypełzających z niej dżdżownicach. Gdzieś słychać było stukanie dzięcioła, a na niektórych drzewach małymi grupkami zaśpiewywały szpaki i wróble. Ptasia symfonia towarzyszyła dwóm zakochanym kotkom, w spacerze przy brzegu jeziora. Po wykonaniu obowiązków miały chwilę dla siebie, zanim ich brzuchy urosną na tyle, by im przeszkadzać w zwykłych przechadzkach. Jesionowa Szadź obserwowała niebo, które powoli ciemniało przez ukrywające się za horyzontem słońce. Zauważyła pierwsze jasne punkty, które przypominały gwiazdy. Szły w przyjemnej ciszy, podczas gdy gdzieś w gąszczu do wieczornej pieśni Pory Zielonych Liści dołączył się pasikonik. W końcu znalazły idealne miejsce do wspólnego odpoczynku. Liliowa miała coś w planach.
Gdy usiadły na piaszczystym brzegu, Miodka się od razu całym ciałem oparła o Jesionkę i zaczęła głośno mruczeć.
— Opowiedzieć ci ciekawostkę? — zapytała się Jesionka po dłuższej chwili.
— Oczywiście! Kocham twoje ciekawostki — odparła radośnie złota, odsuwając się trochę od partnerki, by móc spojrzeć jej w oczy.
— Słyszałaś może o tym, że łabędzie zakochują się tylko raz w całym swoim życiu? — zaczęła. — A gdy ich partner przedwcześnie umiera, to pozostały zostaje sam do samego końca, a w bardziej przykrych sytuacjach również kończy swe życie — dodała, nieco przygaszonym głosem. — To cudowny, lecz i straszny obraz miłości.
Miodowy Ul patrzyła głęboko w jej zielone oczy ze wzruszeniem.
— Tego nie wiedziałam… — odparła smutno. — To są takie cudne ptaki! Nie wiedziałam nic o tej przykrej stronie…
— Niestety — stwierdziła Jesionka. — A jednak te przykre sytuacje zdarzają się bardzo rzadko. Zwykle łabędzie szczęśliwie żyją w swoich jedynych parach aż do samego końca — dorzuciła, po czym usiadła tak, by być naprzeciwko partnerki. — Lecz, jest jedna sprawa… — miauknęła i wyjęła zza ucha łabędzie pióro, kładąc je między nimi. Niebieskooka spojrzała na nie z ciekawością.
— Kocham cię tak, jak łabędzie kochają siebie nawzajem. To pióro było przy mnie przez całe moje życie, od samego początku po dziś. Obiecałam sobie, że podaruję je jedynie kotu, z kim chcę spędzić całą resztę swojego życia — przerwała na moment, by podnieść łapę partnerki i ułożyć na niej pióro. — Tak więc to ty teraz je będziesz mieć. Jest twoje. — Oczy Miodki zabłysnęły ze wzruszenia.
— Na gwiazdy… — wymruczała, rozczulona i widocznie zaskoczona. W jej oczach kłębiło się tak wiele emocji. — Słoneczko, ty to wiesz, ale ja cię tak bardzo, bardzo, bardzo, bardzo mocno kocham! Obiecuję, że zadbam o to pióro jak nic innego! — pisnęła podekscytowana, a w jej ślepkach zebrały się łzy wzruszenia. Jesionowa Szadź wzięła pióro i wetknęła je za ucho partnerki, która natychmiast ją przytuliła ze łzami w oczach.

<Bądźmy jak łabędzie, do samego końca, Miodko>

17 sierpnia 2026

Skowronek został adoptowany!

Nowy właściciel: yqalia. [Discord]

Od Firmamentowej Łapy

⚜⚜⚜⚜┄┄Księżyce temu┄┄ ⚜⚜⚜⚜

— Mamo..? — Firmament zdecydował się odezwać do rodzicielki, która leniwie wylizywała swoją łapę. Ta westchnęła, patrząc na niego w końcu po chwili.
— Tak, Firmamencie?
— Opowiesz mi coś proszę o naszych terytoriach? Chciałbym się dowiedzieć więcej. Jakie są na nim miejsca, które odwiedzę podczas szkolenia, które lubisz najbardziej… — Kotka przerwała jego słowotok.
— Nie znam się tak na terytoriach Klanu Klifu. — odburknęła. Kocurek przechylił głowę.
— Jak to nie znasz?
— Po prostu. Nie pochodzę z klanów, nie rozglądałam się po naszym terytorium aż tak. Może któreś ze starszych ci opowie. — Odgoniła go od siebie machnięciem łapy, ale on nie dawał za wygraną.
— Ale to, co widziałaś wcześniej. Musisz mieć jakieś ulubione miejsce. Nawet poza Klanem Klifu. — Patrzył na nią błagalnie, na co westchnęła ponownie.
— Nie wiem. Może… Czarne Gniazda. — Widział, że odpowiadała leniwie i nie wysilała się, toteż skinął cicho głową, dając za wygraną. — Tak jak mówiłam, idź do starszyzny, oni ci opowiedzą coś więcej.
Na jej propozycję zerknął w stronę wyjścia z legowiska. Przez chwilę zastanowił się, jednak dał za wygraną. Ruszył do starszyzny, z wysoko podniesionym łebkiem. Wszedł do środka, rozglądając się. Zauważył, że Mniszkowy Nektar akurat nie jest zajęty, cóż, może poza poranną toaletą, więc podszedł do niego, siadając przed nim grzecznie.
— Dzień dobry, panie Mniszkowy Nektarze, czy mogę panu zająć chwilkę? Chciałbym posłuchać opowieści o naszych terytoriach… Jeśli to nie problem. — zapytał kocura, który odwrócił się do niego z uśmiechem.
— Och, pewnie. Choć tu maluchu. Opowiem ci wszystko, co tylko wiem.
— Nie musi być wszystko. Nie chcę zabierać panu aż tyle czasu, chcę wiedzieć co jest poza obozem. Zaraz zostanę uczniem, chcę wiedzieć, co mnie czeka.
— No dobrze, dobrze… Klan Klifu ma dość duże terytoria…

»»————- ⚜ ————-««

Wrócił do żłobka z nowo nabytą wiedzą. Miał jeszcze tak wiele pytań, jednak zasiedział się u Mniszka do samego wieczoru. No cóż, kocurka nie da się odpędzić, gdy ten już zainteresuje się tym, co jest mu mówione. Wszedł do środka, ziewając delikatnie. Zauważył, że jego brat śpi u boku Jastrzębiego Zewiu. Spojrzał na nią lekko wahając się.
— Truskawkowe Pole znowu wyszła..? — zapytał trochę smutny.
— Tak, Firmamencie. Ale hej, zawsze masz mnie. No chyba, że mnie nie lubisz. — zaśmiała się cicho, aby nie obudzić Migotu.
— Hej, przecież cię uwielbiam! — odpowiedział jej, udając oburzonego. Ułożył się między jej łapami, przez chwilę myśląc. — Jastrzębi Zewie… Zostaniesz z nami na zawsze, prawda?
— Tak, Firmamencie. Tak długo, jak żyję. — odpowiedziała kocurkowi, liżąc jego czółko.
— A jak… Nie będziesz żyła? — zapytał ją, czując, jak futerko na samą myśl staje mu dęba.
— Wtedy trafię do Klanu Gwiazdy. Będziesz mógł mnie zobaczyć w nocy na niebie. Ale zawsze w pewnym sensie będę obok. — Kotka patrzyła na niego przez chwilę, aż w końcu uśmiechnęła się do niego ciepło. — No, a teraz już nie myślmy o takich rzeczach. Na pewno jesteś zmęczony. Dobranoc, Firmamencie.
Kocurek znów ziewnął, zwijając się mocniej w kłębek.
— Dobranoc, Jastrzębi Zewie.

Od Firmamentu (Firmamentowej Łapy) CD. Lilakowej Łapy (Pszczelego Lilaku)

Myślał akurat nad opowieściami jednego ze starszych o innych klanach. Zainteresował go bardzo Klan Burzy, ich sojusznicy. Zadawał coraz to więcej pytań, aż do momentu, gdy rozmówca zaśmiał się i zapytał, czy kocurek ma zamiar uciec. Nie odpowiedział. Jedynie speszył się, odwracając wzrok. Spojrzał na wejście do żłobka, widząc, jak do środka wchodzi kotka. W pysku miała jedzenie, pewnie dla Truskawkowego Pola. Szkoda, że jak zawsze jej tu nie było.
— Dzień dobry, Firmamencie! — rzekła kotka, odstawiając grubą mysz przed nim. Zapytała po chwili — Gdzie twoja mama?
— Wyszła gdzieś… Niestety nie wiem gdzie. — odpowiedział starszej, która skinęłą powoli głową. Po chwili położyła się przed kocurkiem, patrząc na niego z lekkim uśmiechem.
— Nic nie szkodzi. Chyba jesteś już na tyle duży, żeby samemu zjeść tą mysz, prawda? Możesz podzielić się z Migotem. — Przesunęła zdobycz w jego stronę, na co przytaknął.
— W rzeczy samej, w sumie i tak robiłem się głodny. — Schylił się, wgryzając się w zwierzynę. Po chwili spojrzał na kotkę. — Może… Mogłabyś mi opowiedzieć więcej na temat naszych terytoriów?
— Chcesz wiedzieć więcej o Klanie Klifu? Myślałam, że Truskawkowe Pole już ci coś opowiedziała. Lub Lśniąca Gwiazda.
— Tak, pewnie, że to zrobiła. Raczej omijała ten temat, nie zna ich na tyle dobrze, więc stwierdziła, że nie chce mi mieszać. Lśniąca Gwiazda też był ostatnio dość zajęty, więc nie miał czasu odpowiadać mi na tak głupie pytania.
— Och, rozumiem… Cóż, mogę ci opowiedzieć to i owo.
— Naprawdę? Byłbym niezmiernie wdzięczny. Jestem po prostu ciekaw, co kryje się poza obozem.

<Lilakowa Łapo?>