BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy i Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

13 maja 2026

Od Borowika CD. Puchacza

Usłyszałem piskliwy głosik kociaka. Przywarłem do ziemi, wciąż z wiewiórą w pysku. Lubię jeść wiewióry. Chociaż ich futerko zawsze zostaje mi w buzi i muszę je wypluwać cały dzień.
— Hm… Nyapfyafde pfyfyyfaf… mnfe…? — spytałem, śmiertelnie poważnie.
— Co??? — kociak rozszerzył oczka i przechylił główkę na bok w głębokiej konsternacji. — Co ty mówisz??!
Wyplułem wiewiórę na ziemie. Fuj. Futerko na języczku.
— Pytam — splunąłem futrem na ziemię. — Czy naprawdę mnie wyzywasz. Jesteś malutki. Możesz zginąć, rzucając wyzwanie mnie, Borowikowi, dojrzałemu, średniozaawansowanemu uczniowi zwiado… — nie zdążyłem dokończyć. Puchacz całkowicie znienacka skoczył na mnie.
Odruchowo zrobiłem przewrót w bok, przez co kociak spudłował. Spadł na ziemię lekko niezgrabnie, ale nie stracił równowagi. Zamachał nerwowo grubym ogonkiem.
— Walcz! A nie gadasz! — wykrzyknął, uśmiechając się. Celem tego uśmiechu miało być najprawdopodobniej rzucenie mi wyzwania i prowokacja, ale z racji tego, że Puchacz to uroczy kociak, to tylko poczułem zalewającą mój mózg słodycz.
— Hm… Wiesz, chyba nie mam dziś ochoty…
Podszedłem do mojej wiewióry i wziąłem ją do pyska.
— Itfak nye jeftef nafet ma moim pfofomie…
— Co?! No weź! — Puchacz wyglądał na wyraźnie zawiedzionego i podreptał za mną. — Tylko chwilkę! Nie bądź taki, Borowiku! Ale z ciebie zrzęda i nie umiesz się bawić i nie… — odwróciłem się do niego, zamachnąłem głową i cisnąłem w kociaka wiewiórą. Gdy mały był jeszcze oszołomiony, położyłem się na nim, przygniatając go do ziemi przednimi łapkami i głową.
— Wygrałem. Fajna walka w sumie — mruknąłem.
— BOROWIKU! — pisnął, szamoczący się kociak. — To nie fair!!! Tak nie wygląda walka!!! Puść mnieee! Połamiesz mi kręgosłup!
— Hm. Kręgosłup? Ja tu nic takiego nie widzę… Jesteś za mały na kręgosłup. Musisz jeszcze trochę podrosnąć.
— Wcale… że… nie! Nic nie wiesz o kręgosłupach! — piszczał dalej.
Mały dalej się wiercił i próbował uwolnić.
— Ugh… — zdjąłem łapki z Puchacza i odczołgałem się tyłem od niego, dając mu przestrzeń.
Nie umiałem zbyt długo cieszyć się taką wygraną. Zdecydowanie wolałem kociaki uśmiechnięte. A nie zdenerwowane. Nie chce mi się pojedynkować. Ale nigdy nie potrafię im odmówić…
Kociak otrzepał swoje futerko nerwowo.
— Niech ci będzie… To jak według ciebie wygląda pojedynek, hm?
Pomarańczowe oczy Puchacza zabłysły niebezpiecznie.

<Puchaczu?>

Od Borowika CD. Wrony

— Uh… No… no dobra… Opowieść…
Trochę się wkopałem. Opowieść. Oczywiście, mój trening był jednym wielkim ciągiem niefortunnych zdarzeń i dramatycznych przygód, na pewno by się coś znalazło wartego opowiedzenia… tylko teraz nie mogłem sobie niczego przypomnieć. Nie mogę też powiedzieć, że moje umiejętności gawędziarskie są specjalnie wybitne… bo nie są. Za to ostatnio zdałem sobie sprawę z tego, jak uwielbiam kociaki. A konkretniej uśmiechnięte kociaki. I zrobię wszystko, żeby takie były jak najczęściej. To mój kolejny życiowy cel. Poza zostaniem dyktatorem wszechświata.
— Hmm… No dobra. Mam coś — usiadłem na ziemi i potrząsnąłem głową na boki. Wrona ułożyła się przede mną i patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, czekając na moją epicką historię. — Pewnego razu… uh… podczas jednego z treningów, ćwiczyłem kamuflaż. Byłem już w tym całkiem… prawie… niezły. Choć mistrzem bym siebie nie nazwał… aczkolwiek nie mogę też powiedzieć, że byłem beznadziejny czy nawet średni… uh…
Troszkę się zagubiłem, próbując oszacować mój ówczesny poziom. Ale Wrona nie zwróciła uwagi, obserwowała mnie z wyczekiwaniem.
— I co? I co się stało??
Zmarszczyłem brwi.
— No… Zaczęło się jak… zwykły trening, Kurka kazał mi sam sobie wymyślić kamuflaż, a potem się schować, on miał szukać. Ale… pech chciał, że… nie do końca rozróżniam kolor gliny od koloru błota. Może dlatego, że mają ten sam kolor w pewnych okolicznościach. No i… w skrócie… wlazłem do gliny. Wlazłem na drzewo. Glina zaschła. I się przykleiłem. I… nie mogłem zleźć. Koniec.
Wrona otworzyła szeroko oczka w prawdziwym przerażeniu, które jednak szybko udało jej się opanować.
— O jejku! I… I jak w końcu zszedłeś?? Kurka… ściągnął cię?
— No… w sumie, to nie zszedłem. Kurka miał szukać, więc szukał, ale tylko Wszechmatka wie gdzie. Nie znalazł mnie na tym drzewie, bo mimo wszystko… kamuflaż był dość dobry. Pod wieczór spadł deszcz. Glina się rozpuściła. I ześlizgnąłem się po pniu w dół. No i… no, mentor mnie znalazł wtedy. I przegrałem. Nie mam na to… dowodów, ale jestem pewien, że obserwował mnie od dłuższego czasu i specjalnie czekał, aż sam zejdę…
— To naprawdę straszne, Borowiku… — mruknęła cicho.
— No… Dlatego dam ci taką radę. Jak coś pachnie jak glina i ma konsystencję jak glina…najprawdopodobniej jest to glina. I lepiej w nią nie włazić.
— Ohhh… Tak bym chciała już być duża! I mieć mianowanie i też takie przygody! No… może nie konkretnie takie, ale… przygody! Będę najlepsza na całym świecie!
— Hmm… — mruknąłem.
Nie uśmiechnąłem się. Ale… było blisko. Zawsze, gdy jestem przy kociakach, czuję, że moje serce staje się co najmniej o dwie trzecie większe. Mam nadzieję, że to tylko złudzenie lub metafora, bo inaczej jest to sygnał poważnych problemów zdrowotnych…
— Na pewno będziesz. Musisz tylko ciężko pracować. Ja w ciebie nie wątpię, Wrono.

<Wrono?>

Od Kurczątka

Dni w żłobku potwornie dłużyły się Rudzikowemu Skrzydełku. Kurczątko o śmiesznym wyglądzie i jego siostrzyczka, Perłówka, będąca zabójczo podobna do swojej babci, leżeli właśnie koło niej, najwyraźniej budząc się z drzemki. Koteczka jednak, zamiast przebudzić się w prawidłowy sposób, rozciągnęła się tylko na futrze matki i mlasnęła kilkukrotnie. Rodzicielka spojrzała na kocurka, który był wyraźnie rozbudzony.
— Dzień dobry, maluchu... — miauknęła, nieco zmęczonym po kolejnej nieprzespanej nocy głosem.
Kociak spojrzał kotce w oczy, które wydawały się w takim samym odcieniu jak jego, jeśli nie ciemniejsze. Przechylił głowę, otworzył pyszczek, ale zaraz go zamknął. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Kocurek wciąż swym nieprzyjemnym spojrzeniem gapił się w Rudzika.
Kotka lekko zmrużyła oczy na niezbyt przychylne spojrzenie syna i westchnęła, myjąc mu futerko na czubku głowy. Próbował wyrwać się z objęć Rudzika, wyraźnie pokazując, że nie podobał mu się szorstki język matki.
— Nie jesteś niemową, prawda? — zmrużyła oczy. — No dawaj, i bez tego jesteś wystarczającą ofiarą losu — mruknęła cicho, ale spokojnym tonem głosu.
Kociak, wyraźnie zaniepokojony słowami rodzicielki, cofnął się. Niestety zahaczył o śpiącą Perłówkę i się przewrócił na plecy. Przez swoją lekką wagę kotka tylko go popchnęła z powrotem do ich matki. Niepewnie uciekał przed gromiącym go wzrokiem Rudzikowego Skrzydełka, jakby faktycznie coś nabroił. Zawstydzony Kurczątko szurał jedną łapką, tworząc kółeczka w posłaniu.
Matka, widząc reakcję malucha, westchnęła tylko.
— Wolałabym już być wojowniczką — mruknęła cicho, a następnie spojrzała na kociaka z czymś na wzór troski. — No już, nie bój się. Kurczątko, kochanie. Powiesz dla mnie mama? — uśmiechnęła się łagodnie, ale jej wzrok wyglądał na dosyć zmęczony.
Kociak spojrzał na Rudzika, po czym na jej usta. Wypowiadała sylaby, słowa, całe zdania. Miał powtórzyć, tylko powiedzieć zwykłe "mama". Wziął głęboki wdech i wydech, jakby przygotowywał się na starcie z przeciwnikiem. Otworzył pyszczek, wypowiadając słowa... nie, to nie było "mama", to była chrypka. Skrzydełko westchnęła i uśmiechnęła się lekko.
— No, dobrze, masz jeszcze czas... — mruknęła kocica.
Kurczątko zaczął intensywnie kaszleć. Może było mu sucho w gardle? Lub struny głosowe jeszcze nie chciały z nim współpracować. Fakt, miał już księżyc, ale nie wydawał się bardzo gadatliwy jak reszta, na przykład weźmy ancymonka Bursztyna. Syn Pożarowej Łapy miał na swoim koncie już kilka przypałów i wciąż z nimi siedział w żłobku. Na szczęście Kurczątko niezbyt się nim interesował.
— Hej, maluchu, chyba nie jesteś chory co? — mruknęła, opatulając kociaka odrobinę bardziej. — Nie chcę zabierać cię do medyka. Może powinnam? Czy to źle, że nie mówisz? — mruknęła, najwyraźniej gadając sama do siebie. — Na pewno masz na to jeszcze czas... — miauknęła, lekko tuląc swój policzek do Kurczątka. — Wyglądasz bardziej głupio niż swoja mama — zaśmiała się łagodnie.
Kurczątko tylko skulił się w małą, czerwono-białą kuleczkę, policzkiem opierając się o ciepłe ciało rodzicielki. Zamknął oczy i zaczął się wiercić, próbując znaleźć najlepszą pozycję do spania. Najwyraźniej pytania kotki też zbył, jakby nie istniały.
— Hmm... No dobrze. Dobranoc, mały — miauknęła, uśmiechając się lekko.

12 maja 2026

Od Wrony CD. Borowika

Wrona popatrzyła na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą był żuk. Następnie zerknęła na Borowika i wymruczała:
— Dziękuję.
Uczeń się uśmiechnął i podniósł łapę.
— Nie ma za co!
Dymna popatrzyła na niego swoimi małymi oczkami.
— A jak to jest być uczniem zwiadowcy? — spytała.
— Bardzo dobrze. Kurka to dobry mentor. Lubię chodzić po drzewach, więc nie mam problemu z tym.
— Ja też bym chciała kiedyś spróbować! — pisnęła z ekscytacją kotka. — Byłabym prawie ptakiem!
— Ale nie próbuj z niego zeskakiwać… — mruknął Borowik.
— Oczywiście, że nie będę! — parsknęła zwisłoucha. — Wskoczę na ptaka i polecę!
— Cóż, ja nie wiem, czy to dobry pomysł… — rzekł uczeń z zakłopotaniem.
— Och, no dobrze, nie będę, ale możesz mnie czegoś nauczyć? Proszęęęę?
Borowik się zastanowił, w końcu udzielając odpowiedzi:
— No dobrze. Nauczę cię skradania blisko — mruknął, przybliżając brzuch do ziemi. — Rób to, co ja — rzekł, posuwając się do przodu. — Delikatnie stawiaj łapy do przodu. Uważaj też na kruche gałązki czy suche liście. A kiedy jesteś blisko celu… Odbij się od podłoża i wysuń łapy! — powiedział, zaraz po tym to czyniąc. Zaatakował liścia przed sobą i nabił go na jeden z pazurów.
— Ale fajne! Ja też chcę! — mruknęła kotka i mocno wybiła się w powietrze. Co prawda nie aż tak jak Borowik, ale udało jej się złapać malutką gałązkę. — Jej! Udało mi się! — wykrzyknęła dymna i pobiegła do ucznia.
— To twoja pierwsza zdobycz! — zaśmiał się kocurek. — Czy teraz chciałabyś posłuchać jakichś opowieści?
— Tak! Opowiedz mi, proszę!

<Borowiku?>

Od Wrony CD. Puchacza

Wrona przechyliła łepek na to, co jej brat powiedział.
— Czy ty sugerujesz, że mamy udawać, że wyszliśmy poza obóz, upolowaliśmy zwierzynę i już umiemy się odnaleźć w lesie?
Puchacz chciał już ją przekonywać, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, ona odmiałknęła; 
— Ale ekstra!
Puchacz uśmiechnął się i poruszył ogonem.
— W takim razie ruszajmy! — rzekł i przypadł do pozycji skradania. Wrona przekręciła oczami i podreptała w kierunku stosu. Musieli być bardzo, ale to bardzo ostrożni.
— Zastępco Wrono? — zapytał kocurek, który zaczął się turlać po podłodze, niby tajniak. Zastępco? O co mu chodziło?
— O czym ty mówisz, Puchaczu?
— Ja jestem przecież szefem gangu, a ty, w takim razie, jako iż jesteś na razie jego jedynym członkiem, to jesteś zastępcą. Wracając, widzisz nasz cel? Musimy wziąć po jednej, nawet takiej małej zdobyczy…
Jeżeli Puchacz coś mówił, dymna nie usłyszała tego, ponieważ była zbyt skupiona na swoim celu, co sprawnie utrudniało jej skupienie się na tym, co ma do powiedzenia Puchacz. Musiała dobrze rozplanować akcję. Gondor – zapewne dla Rohan – wziął nornicę i odszedł do żłobka. Dookoła nikogo nie było.
— Teraz! — syknęła i wystrzeliła w powietrze.
— Hej! Ja mówię, kiedy ruszamy! — miauknął do kotki i pobiegł za nią.
Kociaki dotarły do stosu i wzięły pierwszą lepszą ryjówkę z niego, a następnie wróciły w szuwary.
— Udało się! — rzekł podekscytowany Puchacz.
— To, co teraz robimy, “ser Wielki Puchaczu”?

<Bracie?>

Od Puchacza do Figi

Po swoim ostatnim wybryku tata nie chciał już wychodzić z nim na dwór. Wronie chyba się nie oberwało. Nie wiedział, bo siostra aktualnie ucinała sobie drzemkę, a tata zrobił mu wielkie kazanie o tym, że śpiących kotów się nie budzi, szczególnie karmicielek, więc Rohan też odpadała. Obrażony na cały świat Puchacz kucał w wejściu do żłobka. Jeżąc futro, demonstrował swoje nieukontentowanie i obserwował co dzieje się na zewnątrz. Wtedy to zobaczył. Swoje wybawienie. Puchata czekoladowa kotka z białymi łapami i plamą w kształcie serca na piersi kroczyła dumnie przez obóz. Jej żywe, zielone oczy popatrzyły na niego i zastępczyni zaczęła zmierzać w jego stronę. Aż zaczął podskakiwać z radości. To mama! Mama! Ta super mama, która nie zabrania mu się bawić! W końcu kotka weszła do żłobka, zetknęła się nosami z partnerem i popatrzyła na swoje pociechy. Nie czekając ani chwili dłużej czekoladowy podbiegł do niej.
— Mamo! Mamo! Zabierz mnie na przygodę! Prooooooooooooszę!!!
Kotka popatrzyła na swoją śpiącą córkę, przeniosła wzrok z powrotem na syna i wzruszyła ramionami.
— Czemu nie? — pożegnała się z Topolą, po czym ponownie się do niego zwróciła. — To chodź, mały.
Oboje wyszli z kociarni. W sumie to Figa wyszła, a Puchacz za nią podskakiwał. Wreszcie nie będzie się nudzić!
— To co będziemy robić? Wespniemy się na drzewa? Pobijemy się z borsukiem? Pójdziemy na polowanie? Ocalimy Owocowy Las?

<Figo?>

Od Puchacza do Kurki

— Tato! Tato! Tato! No daj nam pójść dalej! No weź! — to właśnie słyszał teraz Topola. Czuł też pewnie szarpanie za futro na łapie. Spowodowane było to synem uczepionym jego kończyny i próbującym (niezbyt uprzejmie) przekonać go do zmiany zdania, dotyczącego zwiedzania obozu. Niestety nie przynosiło to żadnych efektów. Po chwili odpuścił. Odbiegł gdzieś indziej. To się już zaczynało robić nudne. Siostrę już atakował, tatę męczył, próbował swoich świetnych pomysłów na ucieczkę… Co tu jeszcze robić? Szybko porzucił te nudne rozmyślania, bo zauważył listek na ziemi. Najwyraźniej musiał tu spaść z drzewa pod wpływem wiatru. Zaczaił się na niego… i skoczył. Niestety listek, zamiast znaleźć się pod jego łapami, chwilę wcześniej poderwany podmuchem wiatru wirując, poleciał troszkę dalej. Zirytowany, ale zdeterminowany kocurek spróbował jeszcze raz. Znowu to samo. I jeszcze raz. W końcu złapał swoją zdobycz. Wbił w nią swoje małe, ostre jak szpileczki pazurki i zaczął memłać. Kiedy zbadał smak liścia i doszedł do wniosku, że myszy czy inne piszczki smakują dużo lepiej, porzucił go na ziemi i obrócił się za siebie. Tam zauważył, że był tuż za linią. Po chwili zobaczył również zmrużone oczy ojca uważnie go obserwujące. Niechętnie wrócił na odpowiednią stronę “granicy”. Po chwili znowu wykonał sus za linię. Topola nie spuszczał z niego wzroku. Jeszcze kilka razy skakał, to w jedną, to w drugą, aż czarno-biały postanowił dać sobie z nim spokój, rozproszony przez swoje drugie dziecko. Tyle wystarczyło. Po kolejnym skoku za linię Puchacz od razu puścił się pędem w inną część obozu. Udało mu się wyminąć kilka kotów i przebiec może ze trzy długości lisa, zanim nie wpadł na jakiegoś kocura. Poczuł nieprzyjemną wilgoć na futrze, kiedy się z nim zderzył. Cofnął się kilka kroków i popatrzył na swoją przeszkodę. Zwiadowca był mokry! Dziwne… przecież dzisiaj nie padało… Z grymasem i wyrazem zdumienia na pyszczku popatrzył mu w oczy.

<Kurko?>

Od Puchacza do Smugi

Znowu byli na dworze. I znowu tata nie pozwolił im po prostu pochodzić po obozie. Dla Puchacza to było nie do pomyślenia. Przecież on potrzebował ruchu! Najpierw obóz, potem tereny Owocowego Lasu, a potem gdziekolwiek go tam wywieje. Był poszukiwaczem przygód, a nie jakimś bez przerwy siedzącym na czterech literach dziwakiem! Próbował wymyślić i przetestować różne plany ucieczki. Na początku próbował wejść do jakiegoś legowiska i schować się za losowym kotem, a potem kiedy Topola wszedł do żłobka, Puchacz pobiegł gdzieś indziej. Wtedy szybko został zdradzony przez tych, którzy mieli go ukrywać. Przebiegł raz po trawniku, tłumacząc się potem, że tam nie było narysowanej linii. Oczywiście to biało-czarnego nie przekonało. Próbował nauczyć się wspinać na drzewa, żeby wspiąć się na to drzewo, które wyznaczało granicę. Nie miał za bardzo planu na to, co stanie się potem, ale to nieważne, bo i tak mu się nie udało. Aktualnie pieczołowicie pracował nad tajną akcją przesuwania granicy. Zmazywał jej kawałek, po czym rysował go troszkę dalej. Szło to bardzo wolno i aż dziw, że jeszcze się mu nie znudziło. Chyba nigdy tak długo nie siedział w miejscu, nie licząc wtedy, kiedy spał. Na szczęście pewien wojownik zainteresował się poczynaniami małego kocurka i postanowił do niego podejść. Wyglądał prawie tak jak on. Różnili się tylko kolorem oczu, ułożeniem bieli i oczywiście wzrostem. Do tego wojownik miał w futrze dużo piór różnego kształtu i rozmiaru. Puchacz podskoczył ze szczęścia na widok kota do rozmowy.
— Cześć, jestem Puchacz! — przedstawił się (oczywiście głośno, bo im będzie głośniejszy, tym bardziej będzie siebie słyszeć, a bardzo to lubił). — Fajne masz piórka! Ile wielkich strasznych ptaków pokonałeś, żeby je zdobyć? — zapytał, szturchając te, które znajdowało się najbliżej niego.

<Smugo?>

Od Puchacza do Borowika

Topola chyba wreszcie zrezygnował z trzymania go zamkniętego w kociarni. Coś tam gadał o tym, że Rohan potrzebuje spać i mieć spokój… Nieważne. Ważne, że był wolny! Nie musiał już bawić się sam albo z Wroną. Po krótkiej chwili robienia maślanych oczu do Topoli, udało im się wspólnie z siostrą wynegocjować swobodne chodzenie po obozie. No, może nie do końca swobodne. Mieli nie przekraczać linii na wysokości drzewa medyków. Ojciec specjalnie ją nawet na ziemi narysował, żeby dali radę ją zauważyć, kiedy będą przez nią przebiegać (bo bądźmy szczerzy, połowa ich czasu na dworze będzie spędzona na słuchaniu kazań i wracaniu na wyznaczony teren). Puchacz najbardziej chciał zaczepić kogoś, najlepiej w miarę blisko jego grupy wiekowej. Niestety nie mógł wchodzić do legowisk bez pozwolenia taty, a ten oczywiście wcielił się w rolę pana marudy, niszczyciela dobrej zabawy i pogromcy uśmiechów dzieci. Nie mógł nawet porozmawiać z nikim z legowisk, będąc na dworze. Starszyzna spała, a stróże chyba nie mieli ochoty odpowiadać na jego pytania. Do Rohan to nie mógł się w ogóle zbliżać. Na dworze w okolicy też nikogo nie było. Do czasu. Drobny bury kocurek niewiele starszy od niego właśnie wszedł w strefę zagrożenia ze strony ciekawskich kociaków. W pysku niósł dużą wiewiórkę. Nieważne gdzie szedł. To była szansa Puchacza. Szybko podbiegł do ucznia i zahamował tuż przed nim.
— Wyzywam cię na pojedynek!

<Borowiku?>

Od Fląderki CD. Słodkiej Łapy

Przyjaźń. Po raz pierwszy ktoś zaoferował jej przyjaźń. Nerwowo poruszyła wąsami, nie spuszczając spojrzenia z równie zestresowanej Słodkiej Łapy.
– Z-zaprzyjaźnić? Chcesz się zaprzyjaźnić? Ze mną? – Stojące ucho powoli opadło, a w sercu pojawiła się niepewność. Co prawda pragnęła spróbować porozmawiać z innymi kotami w Klanie Nocy, zbliżyć się do nich, jednak nigdy przez myśl jej nie przyszło, aby wejść z kimś w tak zażyłą relację, jaką była przyjaźń. To było zarezerwowane dla innych kotów, a nie dla niej i innych czekoladowych kotów, które jedynie co przynosiły to zgubę. Nawet jeśli Słodka Łapa była siostrą Korzonkowej Łapy i widać było, że są blisko ze sobą, Fląderka nie była pewna, czy obecność kolejnego czekoladowego kota w życiu Słodkiej będzie czymś dobrym. – Jesteś pewna? – spytała. Dostrzegając zmianę w wyrazie pyska kotki, pośpiesznie dodała. – D-dobrze...
Obie kotki wpatrywały się w siebie przez dłuższą chwilę, nie wypowiadając ani jednego słowa. Fląderka spuściła spojrzenie w obawie, że zaraz zostanie wyśmiana przez starszą, jednak nic takiego się nie stało. Gdy ponownie uniosła spojrzenie, pysk Słodkiej Łapy zdobił ponownie szeroki uśmiech, jak i również dało się dostrzec w nim ulgę. Sama również lekko uniosła kącik pyszczka w niemrawym uśmiechu.
"Chyba... chyba zyskałam pierwszą przyjaciółkę."
Nie bardzo wiedziała, co powinna zrobić. Co robiły normalne kotki w jej wieku? W ich wieku. Na zabawę niczym kociaki były za duże, a poza tym Fląderka musiała jeszcze dokończyć zadanie, które otrzymała od Błękitnej Laguny.
– Ja... – wydukała. – Co robią koty, które się przyjaźnią?
Słodka Łapa z przyjemnością odpowiedziała odrzutkowi na to pytanie. Fląderka była zaskoczona, jak prosta była lista rzeczy, które mogli robić przyjaciele. Rozmowy, polowanie, dzielenie się językami, wspólne posiłki, jak i leniuchowanie. Głównie chodziło o to, że spędzało się ze sobą czas.
"Czyli książę Klekotek też jest moim przyjacielem..."
Skarciła się w myślach, że pomyślała o biało-czarnym kocurze w tym momencie, w dodatku używając jego kocięcego imienia. Przepaść była między nimi zbyt duża, a poza tym spędzanie czasu w jego obecności w głównej mierze sprowadzało się do zajmowania się przez niego Fląderką, gdy ta sprowadziła na siebie kłopoty. Nie było mowy o przyjaźni.
To Słodka Łapa była tą, która przewodziła w rozmowie, mimo to upewniała się, czy Fląderka czuła się swobodnie. Gdy zauważyła, że czekoladowa milknie czy wlepia spojrzenie w ziemię, sprawnie zmieniała temat na coś bardziej dla niej komfortowego.
To wszystko było dziwne dla Fląderki. Ta cała przyjaźń i fakt, że ktoś do niej od tak zagadał i nie miał dla niej jakiegoś zadania. Słodka Łapa była dziwna, jednak w dobrym słowa tego znaczeniu. Rozmowa między dwójkĄ młodych kotek trwała w najlepsze, gdy wtem kotka została zauważona przez Zmierzchającą Falę. Kocur przypomniał jej o obowiązkach do wykonania.
– Wybacz, Słodka Łapo. P-porozmawiamy jeszcze po tym, jak skończę pracę lub już jutro, dobrze?
– Jeśli chcesz, mogę ci pomóc w zadaniu. Dzięki temu szybciej skończysz i będziesz miała więcej wolnego czasu… Co takiego Błękitna Laguna kazał ci...
– Nie. Nie trzeba. Sama powinnam się tym zająć. – Spięła się, czując się nieswojo w związku z tym, że uczennica chciała ją częściowo wyręczyć w wykonaniu obowiązków. – Właściwie, po skończeniu zadania, tuż przed powrotem do obozu, chciałam udać się jeszcze na grób Centurii... Ostatnio zaniedbałam ją – zaczęła nieśmiało. Mogiła, na której kotka składała świeże kwiaty, dbając o to, aby zachować pamięć o zmarłej siostrze znajdowałam się niedaleko cmentarza przy Zrujnowanym Moście. Nie widziała, czy wspólne udanie się na grób siostry było czymś, co powinno się zaproponować koleżance. Mimo to przełamała się. – Chciałabyś udać się ze mną odwiedzić Centurię? Możemy porozmawiać w trakcie i w drodze powrotnej...

<Słodka Łapo? Proszę nie mówić nic złego o Centurii>