BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Wojna z Klanem Wilka i samotniczkami zakończyła się upokarzającą porażką. Klan Klifu stracił wielu wojowników – Miedziany Kieł, Jerzykową Werwę, Złotą Drogę oraz przywódczynię, Liściastą Gwiazdę. Nie obyło się również bez poważnych ran bitewnych, które odnieśli Źródlana Łuna, Promieniste Słońce i Jastrzębi Zew. Klan Wilka zajął teren Czarnych Gniazd i otaczającego je lasku, dołączając go do swojego terytorium. Klan Klifu z podkulonym ogonem wrócił do obozu, by pochować zmarłych, opatrzeć swoje rany i pogodzić się z gorzką świadomością zdrady – zarówno tej ze strony samotniczek, które obiecywały im sojusz, jak i członkini własnego Klanu, zabójczyni Zagubionego Obuwika i Melodyjnego Trelu, Zielonego Wzgórza. Klifiakom pozostaje czekać na decyzje ich nowego przywódcy, Judaszowcowej Gwiazdy. Kogo kocur mianuje swoim zastępcą? Co postanowi zrobić z Jagienką i Zielonym Wzgórzem, której bezpieczeństwa bez przerwy pilnuje Bożodrzewny Kaprys, gotowa rzucić się na każdego, kto podejdzie zbyt blisko?

W Klanie Nocy

Ostatni czas nie okazał się zbyt łaskawy dla Nocniaków. Poza nowo odkrytymi terenami, którym wielu pozwoliły zapomnieć nieco o krwawej wojnie z samotnikami, przodkowie nie pobłogosławili ich niemalże niczym więcej. Niedługo bowiem po zakończeniu eksploracji tajemniczego obszaru, doszło do tragedii — Mątwia Łapa, jedna z księżniczek, padła ofiarą morderstwa, którego sprawcy jak na razie nie odkryto. Pośmiertnie została odznaczona za swoje zasługi, otrzymując miano Mątwiego Marzenia. Nie złagodziło to jednak bólu jej bliskich po stracie młodej kotki. Nie mieli zresztą czasu uporać się z żałobą, bo zaledwie kilka wschodów słońca po tym przykrym wydarzeniu, doszło do prawdziwej katastrofy — powodzi. Dotąd zaufany żywioł odwrócił się przeciw Klanowi Nocy, porywając ze sobą życie i zdrowie niejednego kota, jakby odbierając zapłatę za księżyce swej dobroci, którą się z nimi dzielił. Po poległych pozostały jedynie szczątki i pojedyncze pamiątki, których nie zdołały porwać fale przed obniżeniem się poziomu wód, w konsekwencji czego następnego ranka udało się trafić na wiele przykrych znalezisk. Pomimo ciężkiej, ponurej atmosfery żałoby, wpływającej na niemalże wszystkich Nocniaków, normalne życie musiało dalej toczyć się swoim naturalnym rytmem.
Przeniesiono się więc do tymczasowego schronienia w lesie, gdzie uzupełniono zniszczone przez potop zapasy ziół oraz zwierzyny i zregenerowano siły. Następnie rozpoczęła się odbudowa poprzedniego obozu, która poszła dość sprawnie, dzięki ogromnemu zaangażowaniu i samozaparciu członków klanu — w pracach renowacyjnych pomagał bowiem niemalże każdy, od małego kocięcia aż po członków starszyzny. W konsekwencji tego, miejsce to podniosło się z ruin i wróciło do swojej dawnej świetności. Wciąż jednak pewne pozostałości katastrofy przypominają o niej Nocniakom, naruszając ich poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza z krążącymi wśród kotów pogłoskami o tym, że powódź, która ich nawiedziła, nie była czymś przypadkowym — a zemstą rozchwianego żywiołu, mszczącego się na nich za śmierć członkini rodu. W obozie więc wciąż panuje niepokój, a nawet najmniejszy szmer sprawia, że każdy z wojowników machinalnie stroszy futro i wzmaga skupienie, obawiając się kolejnego zagrożenia.

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 7 grudnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

12 stycznia 2026

Od Źródlanej Łuny CD. Rozżarzonej Łapy (Rozżarzonej Pieśni)

Dawno temu…

Zatrzymała się obok jednego z drzew. Końcówka jej ogona poruszyła się niespokojnie i milczała przez moment.
— Nic nie możesz zrobić — miauknęła w końcu, odwracając pysk w stronę uczennicy.
Żar zamrugała i zmarszczyła brwi, jakby chciała się z nią kłócić. Uniosła łapę i uciszyła ją zawczasu.
— Nie zmienisz tego, jak inni patrzą na… Twój były klan — kontynuowała, krzywiąc się nieznacznie — a zarazem na Ciebie. Nie jesteś w stanie. Może z czasem im… Nam ta niechęć minie.
Nie kryła się z tym, że za kotką nie przepadała. Powinna wiedzieć, gdzie jej miejsce. Zapchlony wilczak. Jednak… W zasadzie to nie pokazała siebie jeszcze z żadnej złej strony. Była miła. Pomocna. Nie podchodziła pod łapy, nie protestowała przy wykonywaniu poleceń. Była chętna do ukończenia treningu.
Oprócz jej pochodzenia, Łuna nie miała żadnych powodów, by jej nie tolerować.
— Zadowala Cię taka odpowiedź, czy będziemy tu stać do wieczora?
Uczennica zamrugała, po czym z westchnieniem pokiwała głową i postąpiła krok do przodu. Niebieska nie czekała na nią, znikając prędko pomiędzy drzewami.

Teraźniejszość…

Od dnia, w którym została przyniesiona jej ta nieszczęsna mewa, przyszło jej w zwyczaju jadać poza obozem. Nie chciała powtórki; nie chciała słyszeć szeptów Ćmiego Księżyca, nie chciała czuć krzywych spojrzeń co po niektórych współklanowiczów, gdy próbowali się domyśleć, o co chodzi.
Tak było i tym razem. Unosząc pysk znad nornicy, wbiła spojrzenie w zachodzące powoli słońce, starając się zignorować odrażający smak w pysku, który wiedziała, że był jedynie wytworem jej wyobraźni. Piszczka była zdrowa, choć marna – nie przypominała tamtej dużej, tłustej mewy. Chyba i lepiej.
Zajęta przeżuwaniem i próbowaniem utrzymania posiłku w żołądku nie usłyszała zbliżających się do niej kroków. Kątem oka zauważyła na trawie cień długofutrej sylwetki, który prędko zamienił się w rudy pysk Rozżarzonej Pieśni.
— Mogę dołączyć? — zapytała młodsza, przyglądając się jej z pewnym rodzajem zaciekawienia. Wiedziała, że wygląda teraz pewnie dość dziwnie, siedząc w odosobnieniu. — Nie wyglądasz na zajętą.
Wzruszyła barkami, spoglądając na rudą z ukosa.
— Skoro nalegasz.
Łuna nie powiedziałaby, że ona i Żar to przyjaciółki. Co to, to nie. Prędzej… Znajome. Tolerowały się. Raz po raz rozmawiały, polowały razem, zanim jeszcze niebieska wylądowała w żłobku. Musiała przyznać, była wilczaczka wcale nie była taka zła – nadal jej nie ufała, ale pojawiła się pomiędzy nimi nić porozumienia.
— Możesz dokończyć — miauknęła, przesuwając swoją piszczkę łapą w stronę rudej. — Nie mam apetytu, a widziałam, że dzisiaj spędziłaś cały dzień poza obozem. Pewnie jesteś głodna.


<Żar?>

Od Źródlanej Łuny CD. Mirtowego Lśnienia

Zaciekawiona zastrzygła uszyma. Początkowo sekret o spotkaniu z Czyśćcową Łapą zamierzała zachować dla siebie, ale… Najwyraźniej nie tylko jej objawiła się w nocy jakaś gwiezdna sylwetka. Przekręciła głowę nieco w bok, spoglądając na brata z błyskiem w oku.
— Tak się składa, że może i tak było — zaczęła powoli, zniżając ton głosu.
Zauważyła, jak wąsy Blasku drgnęły z zaskoczenia. Otworzył lekko pysk, ale długo zastanawiał się nad tym, jakie szczegóły jej zdradzić… Przysiadła na kamiennej posadzce.
— Czyli jednak to nie były zwidy — skwitowała, uśmiechając się niemrawo. — Pamiętasz, jak ojciec opowiadał nam o swojej siostrze? Czyśćcowej Łapie?
Wojownik skinął głową po paru uderzeniach serca.
— To właśnie z nią rozmawiałam. Znaczy- To ja gadałam, a ona… — skrzywiła się nieco — robiła inne rzeczy.
Nie chciała przypominać sobie krwawych malunków, które musiała sobie później zmywać z pyska. Ani brudnego pęczka szałwii, którym zmarła raczyła ją obdarować.
— Mnie odwiedził Przyczajona Kania — miauknął Blask po chwili namysłu.
Mina Łuny nieco spoważniała.
— Zastępca?
— Mhm.
Zmarszczyła brwi. W co jej brat był zamieszany? Czyściec miała do nich jakieś… Powiązania, ale on?
— Trochę dziwne, nie uważasz? Czego on u ciebie szukał?
Ciało Blasku spięło się, a futro na karku nastroszyło nieznacznie.
— To nieistotne — mruknął. Och, czyli zdecydowanie było istotne. — Po prostu… Chciałem wiedzieć, czy coś takiego komuś jeszcze się przytrafiło.

Jakiś czas temu…

Wpatrywała się w zwierzynę u jej łap. Rybitwa, jej ulubiona. Przyniesiona jej specjalnie przez Króliczą Prawdę zaledwie parę chwil temu. Może… Może gdyby znaleźli się w innych okolicznościach, rudy wojownik rzeczywiście mógłby być dobrym partnerem.
Zacisnęła szczęki, ledwie powstrzymując się przed pacnięciem siebie samej łapą w czoło. Co ona bredzi? Gdyby byli w innych okolicznościach, to odsypiałaby właśnie noc zarwaną wraz z Szałwiowym Sercem, a nie brodziła w bagnie, w które wciągnęła siebie i Królika. Z westchnieniem odsunęła piszczkę na długość łapy, bliżej posłania śpiącego Postrzępionego Mrozu, nie chcąc patrzeć na dowód sztucznych czułości jej “partnera”.
Oparła głowę o brzeg posłania. Jej nos otarł się o przysypiającą Szronkę, która wydała z siebie niezadowolony dźwięk i przewróciła się na drugi bok. Jej szare futerko nastroszyło się lekko. Kocię rozciągnęło się, wyciągając do przodu łapki, aż nie natrafiły na głowę jej brata. Łuna z westchnieniem odwróciła wzrok, słysząc odgłos kroków, nie podnosząc jednak głowy.
Sylwetka Mirtowego Lśnienia zasłoniła światło wpadające do legowiska wejściem. Neutralna mina na jego pysku wiele jej nie podpowiedziała; odruchowo poruszyła ogonem, nieznacznie odcinając Szronkę i Strzępka od oceniającego spojrzenia.
— Blasku? — miauknęła cicho, mrużąc ślepię. Zauważyła, jak drgnął na jej słowo. — Czegoś tu szukasz?
Rudy pokręcił głową.
— Niczego konkretnego.
Z niezadowolonym parsknięciem wcisnęła policzek głębiej w mech. Elokwentny jak zwykle.
Obserwowała, jak Blask zbliża się do niej powolnymi krokami. Jego spojrzenie mało subtelnie wędrowało pomiędzy nią i jego siostrzeńcami. Wzdrygnęła się. Nie lubiła, gdy przychodził ją odwiedzać. Nie lubiła, gdy przypatrywał się jej dzieciom, jak gdyby rozwiązywał jakąś zagadkę – wiedziała, że gdyby się postarał, to by ją rozwiązał. Nie było o to trudno. Jako jeden z nielicznych (a przynajmniej tych, którzy ją w tym temacie skonfrontowali) widział ją w towarzystwie Szałwiowego Serca. A teraz widział dwójkę kociąt, bardziej podobnych do nocniaka, niż do ich rzekomego ojca.
— Przyszedłeś się patrzeć, czy porozmawiać? — zapytała, jej ton ostry, ale nieco żartobliwy. Po chwili spoważniała. — Jesteś bardziej marudny niż zwykle. Coś Cię trapi?


<Blasku? Chcesz mnie może przekonać do swojej rewolucji?>

11 stycznia 2026

Od Szałwiowego Serca

Wpatrywał się w czarną plamę, w którą rozmywał mu się nocny obóz jego klanu. Już tak spokojny. Wołania zwierząt skończyły się wraz z chłodniejszymi powiewami wiatru, kończąc toki i rechowiska. Teraz nie tylko on i Łuna, ale i wszyscy partnerzy świata natury zamilkli, odwrócili się od siebie i poszli w swoje strony. Ich miłość zginęła. Zabił ją głód i mróz.
Wciąż o niej myślał i wciąż nie potrafił przestać. Może to był ten właściwy grzech – działanie na przekór nie tylko innym, ale i sobie; ciągłe brnięcie w bagno, gdy błoto sięgało już za kark. Wiedział przecież, że to, co między nimi kiedyś było, już na zawsze zostało stracone. Czasy beztroski były już za nimi. Godzili się na te warunki, zawsze mając myśl z tyłu głowy, że działali wbrew kodeksowi wojownika i mogło to ich w końcu dopaść. Dopadło. A teraz, gdy powinien zacisnąć zęby i pójść do przodu, miał wrażenie, że zastygł w miejscu jak głaz.
Minęło już kilka księżyców. Wschód słońca temu klany udały się na zgromadzenie, pierwsze, na którym ich zabrakło. Chociaż... Może tylko on był na nim nieobecny. Klan Klifu mógł być niczego nieświadomy. Może Źródlana Łuna kontynuowała teraz życie zwykłej wojowniczki, gdy on siedział przykuty do obozu i jednej, smętnej roli. Jak sobie radziła z ich rozłąką? Powtarzała się nieustannie myśl o tym, co musiała sobie pomyśleć, gdy on nagle zniknął. Jak zdradzona i zaniepokojona musiała być w tamtym momencie. Odkąd jednak przypomniał sobie jeszcze jeden szczegół, on zajął całą jego głowę.
Ten kot, o którym mu opowiadała... Ten "kolega", który czaił się na nią jak łowca na swoją zwierzynę... Ten nieodwzajemniony admirator, o którego był zapewniany, że nie powinien się martwić...
Co było z tym wojownikiem teraz, gdy on zszedł z głównego planu? Źródlana Łuna była już sama i wolna, bez względu na to, czy w jej domniemaniu Szałwiowe Serce został przyłapany, czy ją porzucił. Przynajmniej jedna z przeszkód stojących pomiędzy nią a tym kotem zniknęła. Mogła poszukać w nim pocieszenia albo narzędzia niemej zemsty... A on, skoro żywił już do niej uczucia, nie zastanawiałby się dwa razy. Szałwiowe Serce uderzyła fala obrzydzenia na samą myśl, że mógłby zostać tak zastąpiony. Ona by mu tego nigdy nie zrobiła. Obiecywała mu to nawet na jednym z ostatnich spotkań. Mówiła, że tamten admirator nic dla niej nie znaczy I wierzył jej, chciał wierzyć, miał taką nadzieję... A ta myśl i tak go nie opuszczała. Co, jeśli. Co, gdyby. Już na ostatnim zgromadzeniu zachowywała się dziwnie, jakby nie zdradzała mu całej prawdy. Brzmiała, jakby nie była pewna, czy powinna o tym mówić. Przez ile księżyców wiedziała, że ten ktoś był w niej zakochany? Jak długo trzymała to w tajemnicy? Dlaczego?

Zgromadzenie. Jak dziwnie było znów postawić łapę na Bursztynowej Wyspie... Przepełnionej masą obdrapanych skór, różnokolorowych futer i zapachów, które mimo że bliskie, zdawały się dziwnie odmienne od tych, do których przywykł. Gwar rozmów zagłuszał puls krwi w jego uszach. W łapach pojawiła się drżąca niepewność z poczucia, że nie powinien tu być. Jednak był. Sam w środku tłumu kotów, których nie znał, których pysków nie mógł nawet dojrzeć. Gdy podnosił na nich wzrok, szczegóły twarzy widziane przez niego kątem oka rozmywały się całkowicie. Byli obcy.
Postawił krok w przód, by fala futer rozstąpiła się przed nim na dwie różne strony, odkrywając gołą skałę. Szałwiowemu Sercu trudno było powiedzieć dlaczego. Uprzejmie robili dla niego przejście, czy może odsuwali się, by ten odmieniec ich nie skaził muśnięciem sierści?
Poszedł dalej.
Blada, okrągła jak zwinięta w kłębek mysz tarcza księżyca oświetlała mu drogę. Jej blask tworzył wstęgi światła łagodnie opadające na kocie grzbiety. Przestał już zwracać uwagę na osoby wokół, starając się rozpoznać ich tożsamość. Stawały się zamgloną poświatą. Nawet ich rozmowy nie wydawały się dla jego ucha ciekawe. Gdyby tylko dłużej się zastanowił i gdyby nadstawił ucha, spostrzegłby, że były bełkotem skrzętnie złożonym tak, by przypominał wypowiadanie prawdziwych wyrazów. Jak inny język, na tyle podobny, by wydawał się komfortowy, lecz na tyle odległy, by nie rozumieć z niego zupełnie nic.
Mijał te koty, idąc prosto przed siebie wolnym, wręcz zmęczonym krokiem. Jego ogon niemal sunął za nim po ziemi. Głowę wypełniały myśli, lecz żadnej z nich nie rozumiał i na żadnej nie potrafił skupić się dłużej. Był w tej wędrówce jakiś cel, lecz on sam nie potrafił go nazwać.
Gdzieś na obrzeżach uszu, może w tej małej kieszonce na małżowinie, schowany był dźwięk wybijający się ponad wszystko inne. W nosie wirowała woń bardziej znajoma niż wszystkie inne. Coś migotało. Ponad tłum unosiła się łuna udającego się na spoczynek słońca. Nagle zrozumiał, co tu robił. Musiał znaleźć, jeśli chciał porozmawiać. Jak inaczej miał spędzić zgromadzenie?
Bursztynowa Wyspa ciągnęła się daleko. Nie był pewien, jak wiele kroków już postawił, lecz mimo tego z żadnej strony nie pokazywał mu się horyzont. Ostrów zamienił się w morze. Morze wojowników, które nigdy nie miało się skończyć. Każda kocia skóra, którą widział, była inna od poprzedniej, lecz wraz z tym widokiem pojawiało się poczucie, że już kiedyś się z nią spotkał. Księżyce temu? Chwilę temu? Nie potrafił stwierdzić. Tak szybko, jak tylko o tym pomyślał, tak też całkowicie o tym zapomniał.
Gdzieniegdzie w obrazie przed nim zaczęły pojawiać się pewne luki. Brakowało kotów, które wcześniej zapełniały każdy malutki skrawek wolnego terenu. Niebo zdało się bliższe, a gwiazdy jaśniejsze. Rozmowy cichsze, nie tyle, co przemieniały się w szepty, co oddalały od swojego biernego słuchacza. Oznaczało to, że był już blisko.
Szedł aż do samego końca, zatrzymując się dopiero, gdy wyrosła przed nim wcześniej niezauważona para kotów. Wraz z łapami, stanęło i jego serce, które nagle zagotowało się i zaczęło bulgotać od środka.
Ona i tamten... Byli tu razem.
Spleceni tak, jak oni zwykli się wtulać w swoje futra.
Z tymi samymi uśmiechami.
Równie odprężeni i zadowoleni nawet nie z samej rozmowy, co swojej wzajemnej obecności tuż obok.
Dzielący pocałunek...
Szałwiowe Serce szarpnął gwałtownie głową, by kątem oka dojrzeć stojącą za nim postać i szyderę wymalowaną na jej pysku. Jej rdzawe kosmyki sierści były ostatnią rzeczą, którą zobaczył, zanim rzeczywistość nie zamieniła się w czarną plamę – tę samą jak ta, w którą wpatrywał się chwilę temu beznamiętnie. Znów pozostał tylko mrok i pustka, w której świszczał wiatr.

Ocknął się nagle, rozglądając wokół, by upewnić się, że nikt nie zauważył jego drzemki na warcie. Nawet nie zauważył momentu, gdy odpłynął w sen. Straszny sen... Może prawdziwy koszmar... Wizję minionej rzeczywistości...
Gdy otworzył ślepia, miał wrażenie, że nawet gwiazdy spoglądały na niego złowrogo.

Od Chudego

Chudy zaczął dzień od cierpienia. Zresztą, każdy tak zaczynał, bo czemu nie? Jego oczy łzawiły, zaklejając mu powieki, a opiekunki non stop mu je wylizywały. Chudy wtedy machał łapkami i próbował je odpychać, z marnym skutkiem. W końcu był najmniejszy, najchudszy i generalnie prawie martwy, jeśli ktoś by spojrzał z boku. Mimo tego mocno trzymał się życia. Wkurzał wszystkich naokoło, odkąd zaczął mówić, a gdy tylko wstaje, by się przejść, słychać gruchotanie kości, przeplatane pociągnięciami nosem, bo mu z niego cieknie.
Jest obrazem rozpaczy, wręcz nędzy. Gdyby jakiś obcy kot go zobaczył, pomyślałby, że się nad nim znęcają i nie dają jeść.
A w tej kwestii Chudy również mocno testuje cierpliwość lokalnych kotów.
Pewnego dnia, gdy siedział sobie z boku żłobka, patrząc, jak Gruby próbuje tyłkiem przygnieść Noc, nadeszła pora posiłku. Kotki z kultu przyniosły im jedzenie, na które Gruby rzucił się strasznie szybko, patrząc na jego wagę. Krótkie łapki przykryte sierścią zabawnie niosły kluskowate ciało brata. Noc odetchnął z ulgą, również wstając, by zjeść. Chudy z kolei siedział i ani myślał podejść.
— No, śmiało. — Podsunęła mu piszczkę pod nos jedna z kotek.
— Fuj. Nie będę tego jeść. Co to ma być? — obruszył się były samotnik.
— Mysz polna — odparła.
— Obrzydlistwo. Kochaniutka, postarałabyś się następnym razem i przyniosła mi coś lepszego — odpowiedział, zadzierając wklęśnięty nos.
Członkini kultu zmarszczyła brwi i prychnęła. Nie będzie przecież usługiwać wyszczekanemu gówniarzowi. Chudy odsunął teatralnie mysz łapą.
— Jest pycha — oznajmił Gruby.
— Tobie by nawet klopsy z błota smakowały — burknął Chudy, przecierając łapą cieknący glut. Zwrócił się do kotki, która wciąż stała nieopodal. — Weź to zabierz. I powiedz temu, kto wybiera dla nas jadłospis, żeby się postarał następnym razem.
Kotka bez słowa wyszła, obracając się na pięcie. Chudy prychnął pod nosem, podchodząc do pałaszujących posiłek braci.
— Ech te baby — żachnął się. — Widzieliście, co ona mi przyniosła? Wymiętoszoną mysz! Na sam jej widok wykręcało mi wnętrzności! Ona jest jakaś niepoważna, co nie?
Gdy nie doczekał się zgody od braci, odchrząknął.
— CO NIE?
—Ach, tak tak — rzucił Noc na odczepne.
Chudy przykleił uszy do czaszki, kiwając głową. Wiedział, że ma rację. Zawsze miał!
— Jeszcze jakby nauczyła się dobrze polować, to by było super — kontynuował bury. — Ta mysz była poszarpana więc chyba kiepsko u niej z umiejętnościami, pfff. Nie będę jeść byle czego, a na razie, wszyscy przynoszą byle co.
Następnie usiadł obok braci i zaczął ględzić im o tym, że do żłobka wpada zimno, a jemu to przeszkadza. Po chwili podszedł do niego Gruby i stanął nad myszą przeznaczoną dla Chudego.
— Ej, będziesz to jadł?
Bury rzucił bratu mysz, która zniknęła bardzo szybko w jego pojemnym brzuszku.

Od Trzcinowego Szmeru CD. Niezapominajkowej Nadziei

Trzcinowy Szmer uśmiechnęła się do NIezapominajkowej Nadziei.
— Z chęcią zjem z tobą okonia, a propozycji z popołudniowego spaceru nie odmówię — zamruczała.
Nie spodziewała się, że kotka wyjdzie z taką propozycją, szczególnie że ostatnimi czasy, głównie to Zmierzchająca Fala wraz z Kropiatkową Skórą do niej podchodzili. Czy Niezapominajkowa Nadzieja nie lubiła jej towarzystwa? Było to prawdopodobne, jednak nie zamierzała tego zmieniać. Spojrzała prosto w duże zielone oczy kotki, na co ta chwilowo się speszyła.
— W takim razie chodź Trzcinowy Szmerze! — Smagnęła ją ogonem i ruszyła do sterty ze zwierzyną.
Uśmiechnęła się i udała za dymną. Stanęła obok niej i wyjęły okonie z dziupli, po czym zajęły przyjemne miejsce przy źródełku. Kamienie grzały ich futerka od spodu, a lawenda niosła ze sobą przyjemny, słodki zapach.
— Nie wiedziałam, że tak dobrze mnie znasz — zaczęła. — Skąd wiedziałaś, że lubię okonie?
Niezapominajkowa Nadzieja przełknęła pierwszy gryz ryby i spojrzała się na nią z iskierkami szczęścia w oczach.
— Z obserwacji! Każde z nas ma jakąś ulubioną zwierzynę, którą moglibyśmy ciągle jeść. Ja zauważyłam, że najczęściej sięgałaś po okonia, szczególnie kiedy byliśmy uczennicami i wracałaś zmęczona z treningu z Mandarynkową Gwiazdą.
Zdziwienie wymalowało się na pysku Trzcinowego Szmeru. Nie była przygotowana na taką odpowiedź. Ona sama niestety nie pamiętała, jaka jest ulubiona zwierzyna Niezapominajkowej Łapy.
“Może lubi tak samo okonia, jak ja?” — Wzruszyła barkami w myślach.
— Czemu jesteś taka zdziwiona? — zachichotała tamta. — Jaka jest zatem moja ulubiona zwierzyna?
Trzcinowy Szmer zerknęła na okonia, którego zaczęła jeść dymna.
— Też okoń? — zgadła. — Gdybyś ich nie lubiła, to na pewno byś teraz jednego nie jadła. Tak to mamy pełną dziuplę, inaczej wybrałabyś sobie coś innego — zauważyła, przechylając głowę.
Niezapominajkowa Nadzieja posłała jej uśmiech, jednak nie skorygowała ją, czy ten okoń naprawdę jest jej ulubionym przysmakiem. Sfrustrowało to trochę Trzcinowy Szmer, która szczerze nie miała pojęcia, co lubiła kotka oprócz wody i niezapominajek, które miała wplątane w jej długą i piękną sierść.
— No co? — wybąkała z siebie, nadal patrząc z wyczekiwaniem na dymną, którą uśmiechała się do niej, jakby miała ją w garści.
Miała się przyznać, że tak naprawdę nie wiedziała o niej za wiele, oprócz tego, że bardzo zżyła się z kotką?
Niezapominajkowa Nadzieja pacnęła ją łapą w ucho.
— Jedz! Jeszcze przed nami spacer, pamiętasz?
— Oczywiście, że pamiętam, tylko-
— To jedz. Chcę, byś miała siłę przepłynąć rzekę! Chciałabym cię zabrać na naprawdę długi spacer Trzcinowy Szmerze.
Powiedziała jej imię swoim delikatnym głosem i takim tonem, który sprawił dreszcze Trzcinowemu Szmeru, które przebiegły wzdłuż jej kręgosłupa.
— Ojej, no dobrze. — Włożyła w to wiele siły, by się nie zająknąć.
Zdziwiona swoim zachowaniem oraz odczuciami, pochłonęła dość szybko swojego okonia. Nawet nie wiedziała, że była tak głodna. Czy aż tak się głodziła przez ostatnie czasy?
Kiedy obie kotki skończyły swój posiłek, wyszły razem z obozu na spacer. Trzcinowemu Szmeru nie umknęło jednak, jak to Niezapominajkowa Nadzieja się stresowała. Mimo uśmiechu oraz głosu, który miękł jej serce, końcówka jej długiego ogona podrygiwała z niepokojem. Przynajmniej, jakby coś planowała. Możliwe, że chciała jej coś pokazać, co Trzcinowy Szmer chciała zobaczyć?
Stanęły obie przed ciemną rzeką, która miło szumiała, sprawiając, że jej mięśnie same się rozluźniły. Uwielbiała ten szum.
— To gdzie mnie zabierasz? Idziemy na nowsze tereny Klanu Nocy? Do Brzozowego Zagajnika? A może masz na oku Kolorową Łąkę?
Przystanęła obok kotki, a ta z uśmieszkiem udawała, że się zastanawia.
— Nie chcesz się przekonać?
— Oczywiście, że chcę!
— To za mną! — zachichotała tamta i wskoczyła do wody.
Trzcinowy Szmer nie zastanawiając się długo, ruszyła za nią.

***

Nie minęło wiele czasu, kiedy dotarły na Kolorową Łąkę. Słońce zaczęło zachodzić za horyzontem. Wszystko to wyglądało, jakby woda morza gasiła tę wieczną światłość. Na niebie pojawiały się różne kolory i odcienie pomarańczu i różu, które odbijały się od pierzastych chmur. Wszystko było tak piękne i spokojne.
— No no no, zabrałaś mnie w bardzo ładne miejsce. Czy to randka? — zaśmiała się, mówiąc to pół żartem pół na poważnie.
Kotka nie odpowiedziała jej, a nie mogła zobaczyć jej reakcji, gdyż tamta szła na przodzie. Nadal ich prowadziła, aż w końcu przyjaciółka zabrała ją w miejsce docelowe. Miały piękny widok na morze, dalekie klify, na których żył Klan Klifu oraz były otoczone przez kwiaty. Przycupnęły obie, obserwując do końca zachód słońca.
— Trzcinowy Szmerze… Martwię się o ciebie bardzo… Nie wyglądasz najlepiej, od momentu egzekucji Pluskającego Potoku, wcale o siebie nie dbasz… Stajesz się coraz chudsza i słabniesz w oczach, a twoja sierść nie jest już tak błyszcząca i zadbana, jak za czasu, gdy ćwiczyłaś z Mandarynkową Gwiazdą. Co się stało? Chociaż mogę się domyślać…
Między nimi zapadła cisza. Trzcinowy Szmer nawet nie wiedziała, że wstrzymała powietrze, dopóki nie pojawiły się jej mroczki przed oczyma.
— Trzcinowy Szmerze, proszę cię — mówiła tamta swoim słodkim i błagalnym głosem. — Nie chcę widzieć, jak stajesz się cieniem dawnej siebie. Jesteś naprawdę wspaniała, nie powinnaś tak więdnąć w oczach…
Westchnęła głośno, jednak nie umiała wydusić z siebie żadnego zdania. Jakby wiedziała, że ten spacer tak właśnie się skończy, to pewnie odmówiłaby wyjścia.
— Co, ja mam ci niby powiedzieć? — powiedziała z bólem, jakby z pretensją.
— Powiedzieć, to co ci leży na sercu. Prawdę.
— No dobrze… — zaczęła dość niechętnie. — Masz rację, że to wszystko zaczęło się od zdrady Pluskającego Potoku. To właśnie ta zdrada mnie zabolała. Przejrzałam na oczy, że jednak nie stoję po tej samej stronie, co moja rodzina. Inaczej wyobrażałam sobie swoją lojalność…
Spojrzała w głąb zielonych oczu Niezapominajkowej Nadziei. Miała nadzieję, że ta ją zrozumie, jednak po jej pysku widziała, co innego. Właśnie tamta otwierała pysk, jednak ta nie dała jej nawet zacząć.
— Zamordowałam swojego brata. Stanęłam za klanem zamiast rodziną… Najgorsze w tym wszystkim jest, że wcale nie zamieniłabym mojego wyboru. Widziałam rozczarowanie w oczach Baśniowej Stokrotki oraz złość Dryfującej Bulwy… On nigdy nie był na mnie zły… Za to Klan Nocy nadal widzi mnie jako krewnego zdrajcy! Ja nie jestem zdrajczynią! Nie jestem zdrajczynią klanu! Najwyżej tylko zdrajczynią rodziny…
— Nie tylko ty jesteś zdrajczynią swojej rodziny… Przynajmniej tak twierdzi mój brat…
Trzcinowy Szmer zamrugała ze zdumieniem i przeniosła swój wzrok na Niezapominajkową Nadzieję.
— O czym ty mówisz?
Dobrze pamiętała, jak kotka dołączyła do Klanu Nocy. Była znaleziona w wieku uczniowskim na ich terytorium w nieczystościach dzika, czy jakiegoś innego stworzenia. Kotka jednak była sama, nikt nie zauważył kolejnego kota, który mógłby być jej rodzeństwem. Zresztą Niezapominajkowa Nadzieja dotąd nie mówiła nic o swojej przeszłości ani o swojej rodzinie. Czując, że to jest ważny moment, umilkła, czekając, aż tamta kontynuuje.
— O tym, że zostawiłam rodzinę na rzecz szczęścia… — Posłała jej szczery, jednak i słaby uśmiech. — Urodziłam się w Klanie Wilka i uciekłam stamtąd podczas próby na ucznia. Bez słowa zostawiłam tam moją mamę, brata oraz bardzo bliskiego przyjaciela…
— Czy żałujesz, że uciekłaś?
— Nie, mam wiele powodów oraz ważnych dla mnie w Klanie Nocy kotów, dla którego nie zmieniłabym zdania.
Spojrzała na nią znacząco oraz ciepło, na co Trzcinowy Szmer poczuła, że zaczynają ją szczypać końcówki uszu. Nie mogła zaprzeczyć, że zrobiło to wielkie wrażenie na niej. Jej przyjaciółka była z innego klanu i to ich sojuszników. Senna Łapa również była zabrana z Klanu Wilka, jednak przyprowadziła ją księżniczka, która była chwilowo na wymianie. No właśnie… A Niezapominajka uciekła z jakiegoś testu na ucznia…
— Cieszy mnie, że wolisz jednak zostać tu ze mną w Klanie Nocy. Jednak ciekawi mnie jedno… Jak wygląda test na ucznia w Klanie Wilka?
Oczy Niezapominajkowej Nadziei zamgliły się nieprzyjemnie. Musiała pewnie wrócić myślami do przeszłości, po chwili pokręciła z bólem swoją głową.
— To rozmowa nie na dzisiaj Trzcinowy Szmerze.
— Rozumiem…
Głowa jej parowała od natłoku informacji oraz emocjach, które wydusiła z siebie. Kosztowało ją to dużo siły.
— Ja mam jeszcze jedno pytanie do ciebie. Kim jest dla ciebie Zmierzchająca Fala?
Atmosfera między nimi nagle zgęstniała. Spojrzała na kotkę, jednak tamtej piękne zielone oczy, nie były już utkwione w niej, tylko na słońcu, które zdążyło już zajść całkowicie za horyzont. Niebo zrobiło się ciemne i na nim zaczęli się pojawiać pierwsi wojownicy Klanu Gwiazdy. Wokół nich zaczęły zbierać się świetliki, a szum fal i wiatr od strony morza zniknęły.
— Jest tylko przyjacielem. Nikim więcej.

***

Obie wróciły późno do obozu. Większość kotów była już gotowa do spania i pochowały się w legowiskach. Same również dołączyły do reszty. Trzcinowy Szmer położyła się zmęczona na własnym posłaniu i kawałkiem zadu zetknęła się z Żmijowcową Wicią, który miał obok niej posłanie. Niezapominajkowa Nadzieja przystanęła obok niej i pacnęła ją łapą. Podniosła na przyjaciółkę pytające spojrzenie.
— Nie miałabyś nic przeciwko, gdybym przeniosła swoje posłanie obok twojego? Mogłabym pomóc ci z twoim futrem. Oczywiście, jeśli tego chcesz… — powiedziała, jakby była zawstydzona bliską obecnością Żmijowcowej Wici, który i tak drzemał.
— Oczywiście, że możesz! Nie musisz się pytać o takie rzeczy!
Niezapominajkowa Nadzieja zamruczała zadowolona i po chwili znalazła się ze swoim posłaniem obok niej. Położyła się blisko niej, a ich futra ze sobą się lekko stykały. Trzcinowy Szmer mimo tego, że powoli odpływała, to czuła na sobie język kotki, która cierpliwie i dokładnie pielęgnowała jej futerko. Mrucząc z zadowolenia, zapadła w końcu w sen.

<Niezapominajkowa Nadziejo <3 >

Od Ćmiego Księżyca CD. Mżącego Przelotu

Kotka uśmiechnęła się delikatnie pod nosem, przyciskając policzek do piersi przyjaciółki nieco mocniej. Nie mogła się z nią nie zgodzić. Czas biegł, nie zatrzymywał się ani na najkrótszy momencik. Wszystko szybko kryło się za horyzontem niczym nieśmiałe, ulotne słońce. Zwłaszcza w tej zimniejszej porze roku... wszystko mknęło, wszystko zdawało się być w nie możliwym do zatrzymania pędzie, jakby próbowało uciec przed chłodem i mrokiem, który napierał z każdej strony nieprzerwanie od wielu, wielu księżyców.
"Ciemność się gnieździ, rozpycha i mnoży... Ciemność nie znika, nie ważne, jak bardzo chce ją wyplewić, nieważne jak wiele rozmawiam z Klanem Gwiazdy... Czy to wciąż w Klanie Klifu tkwi problem? Czy zaraza wciąż skrywa się wśród nich, otoczona kotami o rzekomo prawych sercach?" — pomyślała, ale prędko potrzepała gwałtownie głową, wciskając ją między jasne łapy Mżącego Przelotu. Starsza kotka spojrzała na nią z góry i mruknęła.
— Czy coś nie tak? — zapytała ze szczerym przejęciem. Ćmi Księżyc westchnęła jedynie ciężko i zmusiła swój pyszczek, aby wykrzywił się w lekką podkówkę. Leżąc wciąż na Nocniaczce, odwróciła nieznacznie łebek, aby mógł ujrzeć jej spokojniejszą mimikę.
— Nie... Po prostu zgadzam się z tobą... — miauknęła, a smutna tęsknota wylała się z pyska wraz ze słowami. Przez moment zapanowała miękka, spokojna cisza. W końcu jednak medyczka przerwała ją cichym głosem: — Spotkałyśmy się, kiedy byłam jeszcze uczennicą...
— Uratowałam cię przed mewą — zaśmiała się Mżawka, spoglądając na przymknięte, i tak ślepe oczy przyjaciółki.
— Tak... To było tak dawno. — Ten pomruk był przepełniony smutkiem i żalem. Ćma wiele myślała o czasach, które już minęły. Próbowała zrozumieć, jak to wszystko poskładało się na rzeczywistość, z którą teraz musi sobie poradzić. Czy mogła zrobić coś inaczej? Czy mogła zapobiec tym wszystkim nieszczęściom, które zdawały zaciskać wokół niej i jej najbliższych, niczym cierniowe pnącza? Czy mogła prędzej zauważyć nieszczęście, które doprowadziło ostatecznie do upadku moralnego jej siostry, a wcześniej jej matki? Czy była temu w pewnym sensie winna?
— Ale to, co nas czeka, nie musi być złe, prawda? Co prawda z ciężarem księżyców na karku wszystko wydaje się ciemniejsze, ale... Zawsze jest jakieś światełko, prawda? — zapytała ciepło, a potem jeszcze dodała: — Ja jestem całkiem szczęśliwa, a ty?
— Mm... — zamyśliła się na moment. Nie miała najmniejszej ochoty zamartwiać Mżawki swoimi problemami. Ona była wojowniczką, członkiem innego klanu; ufała jej, ale to, co spoczywało na jej barkach, na barkach Klifiaczki, a do tego medyczki... to było jej brzemię, jej frasunek. — Mój brat również doczekał się kociąt. Trójki dokładniej. Są zdrowi, zostali już mianowani...
— To znakomicie. Cieszy cię bycie ciocią? — Polizała srebrne ucho koleżanki.
— Kocięta są takie... głośne... — przyznała szczerze, a miły śmiech Nocniaczki rozgrzał jej serce. — Plączą się pod łapami... Pytają i przestawiają zioła...
— Takie już są, nie musisz MI tego mówić — dodała Mżący Przelot, myśląc zapewne teraz o czasach, kiedy to jej synowie byli jeszcze maluchami.
— Ale cieszy mnie jego szczęście. Jest dobrym wojownikiem. I dobrym ojcem — skomentowała pod nosem, nie będąc do końca pewna tych słów. Miała nadzieje, że jej zawahanie umknie czujnym uszom kotki.
— To dobrze... Młode koty są naszą przyszłością. Ważne tylko jak je nakierujemy na dobra ścieżkę — powiedziała mądrze starsza, otulając się mocniej ogonem. Chociaż pogoda nie była jeszcze tak doskwierająca, wieczory bywały chłodne.
— Tak, tak to prawda... A twój wnuk? — zapytała, przypominając sobie o opowieści Mżącego Przelotu. — Czy jest zdrowy?
— Jak rybka ze strumyczka. Przebywa jeszcze w żłobku i z tego, co widziałam, nie należy do zbyt rozbieganych kociąt, ale nie każdy musi być kłębkiem energii, prawda?
— Ja z pewnością nie byłam — przyznała Ćma.
— No właśnie... Najważniejsze, że jest zdrowy, szczęśliwy i ciekawski. Na pewno jeszcze się otworzy na innych i będzie wspaniałym kocurkiem.
— Tak... J-ja dostałam też uczennice... — dodała znacznie mniej pewnie. Poczuła, jak przyjaciółka nieco rusza się pod jej policzkiem.
— Oh! Znakomicie! To twoja pierwsza, jeśli się nie mylę, prawda? — zapytała, szczerze zaciekawiona.
— Tak... Nie chciałam trenować ucznia od zera... Wiem, że nie dałabym rady pokazać mu wszystkiego, ale Jagienka, znaczy Jagnięca Łapa, była uzdrowicielką, wie już bardzo dużo — opowiedziała spokojnie, cichym głosem, przytłumionym nieco przez długie futro na piersi niebieskiej.
— Jak dobrze, że już nie jesteś sama... Musiałaś się przepracowywać. Nie umiem sobie wyobrazić, że mam na barkach zdrowie i dobrobyt wszystkich kotów w klanie. Jesteś taka dzielna, Ciemko. — Młodsza zamruczała cichutko na te słowa. Zastanawiała się czasami, jakby to było, gdyby Mżawka należała do Klanu Klifu. Czy byłoby jej łatwiej? Czy taka stała obecność kogoś, kto jest dla niej tak bliski, pomógłby znacząco w tym, co odczuwa? A być może ich relacja straciłaby na wyjątkowości, gdyby należały do tego samego klanu? Westchnęła na samą myśl. Musiała być wdzięczna, że w ogóle było jej spotkać kogoś takiego, jak niebieska wojowniczka. Nie każdy miał takie szczęście.
— Tak... To bardzo pomocne — mruknęła, a chłodny wiatr zawiał znad wzburzonych fal. Dreszcz przebiegł po srebrnym grzbiecie. Odruchowo owinęła się szczelniej puchatą kitą. Była zmęczona. O ile Jagienka faktycznie była niezastąpiona, a sama medyczka nie umiała już sobie wyobrazić działania bez jej pomocy, tak nie zmieniało to faktu, że nie sypiała dobrze, od kiedy tylko pamiętała. Głosy szeptały, iskry zasnuwały jej wzrok nawet, kiedy ślepia pozostawały zamknięte, a co najgorsze, dusze wciąż zdawały się od czasu do czasu migać gdzieś na skraju pola widzenia. Szum fal, ciepło drugiego kota i ulga, której nie czuła zwykle w obozie... To wszystko sprawiło, że zapadła w sen. Najspokojniejszy od dawna.

* * *

Pogoda zaczynała robić się znacznie mniej przyjazna, mniej sprzyjająca wieczornym spotkaniom, zwłaszcza w okolicach morza. Nie przeszkodziło to dwóm bliskim przyjaciółką. Dzięki obecności i pomocy Jagnięcej Łapy, ich następne spotkanie nie zostało aż tak mocno odwleczone w czasie, co niezwykle podniosło Ćmi Księżyc na duchu. Wspólne spędzanie czasu bardzo ją uspokajało i na moment pozwalało zdjąć jej z barków te ogromne brzemię. Z Mżącym Przelotem mogła porozmawiać o wszystkim, o czym chciała, a wojowniczka nigdy dodatkowo nie naciskała, aby wydrzeć z niej to, o czym akurat wolała milczeć.
— Jak tam twój wnuk? — zapytała, kiedy obie usadowiły się na plaży. Piasek był chłodny i wilgotny, ale gęste szaty kotek sprawnie chroniły skórę przed zimnem. Dopiero co przybyły, noc była młoda, a fale nie zdołały się jeszcze rozhulać.
— Wyrasta na eleganckiego kocurka. Dostał już imie ucznia i szkoli się pod okiem Algowej Strugo, znasz ją zapewne... — powiedziała, a w jej głosie brzmiała szczera duma i radość. Na te słowa Ćma uśmiechnęła się. Znała ową kocicę. Była nawet prawie pewna, że rozmawiały kilkukrotnie na zgromadzeniach.
— To wasza zastępczyni, jeśli się nie mylę. Wydawała się zawsze bardzo rozsądna i spokojna.
— Już nie. Od kiedy Mandarynkowa Gwiazda została liderką, Algowa Struga ponownie piastuję rangę wojowniczki, a jej miejsce zajął syn liderki, Błękitna Laguna — wytłumaczyła spokojnie Mżawka — Ale tak, jest bardzo przyjazna i poukładana. Dogadują się i to jest najważniejsze. Mentor powinien być nie tylko naszym przewodnikiem, ale i przyjacielem.
— Nie znam Błękitnej Laguny — pomyślała głośno, marszcząc brwi. Była szczerze zdziwiona. Osoba Algi wydawała jej się idealna do pełnienia takiej rangi w klanie. Już sam fakt, że nie została liderką, był dla niej dziwny, ale nie chciała komentować sposobu wyboru przywódców w innych klanach. — Ale ciesze się, że twój potomek się odnajduję. Życzę mu prędkiego mianowania.
— A twoja uczennica? Jak jej idzie? — zmieniła nieco temat.
— Jest niezastąpiona — przyznała szczerze, uśmiechając się nieco zbyt smutno. Nie widziała, jak brewki Mżawki marszczą się. — Jakiś czas temu natknęłyśmy się na dwójkę kociąt.
— A więc zostałaś opiekunką? Pamiętam, że narzekałaś na zachowania kociąt, czy coś się zmieniło? — Zaciekawione słowa wypływały z pyszczka wojowniczki. Pomyślała prędko o Różeńcu i Pasterzu. O ile pierwszy faktycznie umiał być problemem, umiał być głośny i nieznośny, tak jego brat zwykle doprowadzał go do porządku i potrafił nad nim panować, zwykle z obawy o jego zdrowie, a nie ze strachu przed medyczką, która pokazywała w dość oczywisty sposób, że hałas i nieporządek są niezwykle nie mile widziane w tym legowisku. Wzruszyła ramionami.
— Prędko zostali mianowani. W lecznicy byli tylko na obserwacji, więc szybko odzyskałam swoje zacisze — przyznała na tyle lekko, na ile potrafiła.
— Dobrze, że na was trafiły; zwierzęta zrobią się nieco niebezpieczne, a co dopiero te nocne mrozy... — zrzuciła Mżący Przelot, przysuwając się bliżej do przyjaciółki, jakby samo wspomnienie o chłodzie sprawiał, że kotki drżały z zimna nieco bardziej. Ćma czasami zastanawiała się, czy życie w oddalonym od wody Klanie Burzy, czy Wilka było łatwiejsze. Morze było wspaniałe, ale porywy, które się od niego niosły, często przeszkadzały bardziej niż sam ziąb.
— Nie mogę dzisiaj być długo... — przerwała ciszę Ćmi Księżyc, wpatrując się ślepo w horyzont, który rozpościerał się przed nią. — Nasz starszy protektor się zatruł... Nie chce zostawiać Jagnięcej Łapy samej z nim na całą noc...
— Oczywiście, nie przejmuj się, całkowicie to rozumiem. Nigdy nie chciałabym wchodzić między twoje obowiązki — zapewniła gorliwie.
— Nigdy nie myśl, że wchodzisz — powiedziała pełna powagi. Nie chciała żyć w świecie, w którym przyjaciółka myślała, że jej zawadza, że jest ciężarem lub pewnym... obowiązkiem, który od czasu do czasu trzeba wykonać i skreślić z listy. Na samą myśl musiała przełknąć ślinę i wziąć kilka uspokajających oddechów.
— Wszystko w porządku, moja droga? — Kotka nachyliła się nad młodszą medyczką i dotknęła nosem jej policzka.
— Oczywiście... — mruknęła. — Przejdziemy się?
— Jeśli tego sobie życzysz. — Uśmiechnęła sie i wstała, podpierając bok bladookiej, kiedy szły powoli przez plaże. Fale co kilka uderzeń serca obmywały ich jasne łapki, zostawiając po sobie uczucie chłodu.
Ćmi Księżyc chciałaby, aby ten rodzaj spokoju mógł do końca życia jej towarzyszyć. Kotki nie rozmawiały. Napawały się chwilą niezmąconej ciszy i braku zmartwień, ciesząc się ze zwyczajnego uczucia ciepła drugiego kota. Ich krok był powolny, ale nie leniwy. Medyczka dobrze wiedziała, że patrol nie zaskoczy ich swoją obecnością, wiedziała, że nikt nie powie nic na temat zapachu Klanu Nocy, który zapewne wsiąknie w jej futerko. Gdyby mieli, już dawno by się to stało. Mineralny, solny zapach morskiej bryzy bardzo dobrze maskował też wszelkie inne wonie.
Mówiąc o woniach... Nagle do nosa obu niebieskich kocic dotarł inny, zdecydowanie niespodziewany zapach. Mżący Przelot zrobiła kilka kroków do przodu, wdrapując się na pobliską wydmę. Medyczka stanęła w miejscu, zaciągając się zapachem, w którym prędko rozpoznała morskiego ptaka i delikatny dodatek ryb, a także krwi. Przyjaciółka zawołała:
— To duża mewa, ale... musiała zadławić się rybami. — Srebrna skierowała się w stronę jej głosu, a starsza zbiegła z piaskowej zaspy, aby wspólnie z Klifiaczką podejść do martwego zwierzęcia. — Musiała umrzeć kilka chwil temu, jest jeszcze całkiem ciepła, a do tego ma pysk pełen ryb morskich. Piękna zdobycz.
— Dziwna... — skomentowała pod nosem bladooka.
— Powinnaś zabrać ją do obozu; wykarmi cały klan, a może i zostanie jeszcze. To prawdziwy dar od Klanu Gwiazdy, że nic się jeszcze nie zabrało za taki kąsek — wytrajkotała Mżawka, wpatrując się w niepewną Ćmę.
— Zdecydowanie... Myślę, że masz rację... — Ona nie była aż taka przekonana. To było dziwne, nienaturalne wręcz...
— Pomogę ci przenieść ją do końca plaży, ale potem musiałabym zawrócić. Nie chce cie narażać, Ciemko — zapewniła ciemnooka i złapała ptaszysko za jedno z rozłożystych, jasnych skrzydeł. Wydawało się całkiem ciężkie i medyczka zaczęła się zastanawiać czy uda jej się potem zawlec je do obozu. Może akurat uda jej się złapać jeden z nocnych patroli? Teraz nie mogły rozmawiać z powodu wielkiego skrzydła, które w pysku trzymała Mżawka. Ćmi Księżyc spokojnie dreptała koło niej, uważając, aby jej iskierka pozostała ciągle w tym samym miejscu. Wraz z pierwszym kosmykiem trawy, który przebił się przez piasek, lekkie uderzenie doszło do jej uszu, a zaraz potem, delikatny, nieco smutny głos przyjaciółki.
— Tutaj muszę cię już zostawić, poradzisz sobie? — zapytała niebieska.
— Tak mi się zdaję... — mruknęła medyczka, podchodząc do ptaka. — Czy możemy zobaczyć się znów za księżyc? Przed pełnią?
— Oczywiście, będę zachwycona i zaszczycona, Ciemno — zapewniła wojowniczka, ocierając się o jasny bok. Druga skinęła bez słowa, ale uśmiech wpełzł na jej mordkę. Schyliła się, aby złapać mewę za kark. W tym samym momencie usłyszała jeszcze tylko: — Do zobaczenia!
Pośpieszne kroki Mżącego Przelotu ucichły w końcu. Fale zagłuszyły tupot i zmyły ślady na piasku. Klifiaczka szarpnęła ptaszyskiem. Zapach słonych ryb dotarł do jej czułego nosa; skrzywiła się nieco.
"Nigdy nie lubiłam ryb..."

* * *

Zanim udało jej się przytaszczyć zdobycz do obozu, było dużo po porze szczytowania księżyca. Dobrze znała drogę powrotną, ale przez powolne tempo kilkukrotnie musiała rzucać ptaka i przespacerować się po okolicy, aby upewnić się, gdzie dokładnie jest i gdzie ma teraz pójść. Krzyk Promienistego Słońca, który akurat stał na warcie, rozweselił jej serce. Nigdy aż tak nie cieszyła się z powodu obecności brata.
— Oho! Ćmi Księżycu, co to masz w pyszczku? — zapytał, podbiegając do niej po tym, jak ujrzał jej zmagania z daleka. — Nie mów, że ta mewa cie zaatakowała, a ty ją tak potraktowałaś? Jeśli tak, to myślę, że szeregi wojowników wołają o twoją obecność.
— Znalazłam ją martwą... Zadławiła się — naprostowała, puszczając opierzony kark. — Weź ją, jest ciężką.
Kremowy wojownik posłusznie ujął ją w swoje zęby i zaczął ciągnąć w górę po kamieniach. Medyczka ostrożnie wdrapywała się przed nim. Kiedy minęła kojący dźwięk wodospadu, rozluźniła się nieco. Rozciągnęła się, czując, jak jej ciało powoli zaczyna przyzwyczajać się do braku dodatkowego ciężaru. Za nią pojawił się Promyk. Wspólnie poszli do stosu na zwierzynę, aby zostawić ptaka. Już chciała odejść, aby udać się na krótki spoczynek, ale odezwał się brat.
— Może zaniosę go do karmicielek? Nawet teraz nie pogardzą posiłkiem, zwłaszcza Źródlana Łuna — zaproponował, a Ćma jedynie machnęła ogonem, jakby chciała powiedzieć "rób, jak uważasz". Nie zwróciła już uwagi na to, co faktycznie zrobił jednooki kocur. Była na to zbyt zmęczona, a przed sobą miała zbyt długi dzień.

* * *

Wstała wraz z pierwszym porannym blaskiem. Pierwszym obowiązkiem, za który się zabrała, było podanie wrotyczu i nasączonego mchu, który wcześniej przyniosła Aster, starszemu protektorowi, który właśnie przebudził się ze snu. Delikatna ulga rozlała się po ciele srebrnej, kiedy zapewnił, że czuję się już znacznie lepiej, a ból brzucha już niemal całkowicie zniknął. Spokój i cisza nie trwała długo, bo do lecznicy nagle wpadł Królicza Prawda, a jego rozaferowany głos nie wskazywał na nic dobrego. Wojownik nie mógł wstać dawno temu; jego futro było postrzępione, zdecydowanie nie widziało jeszcze momentu dzielenia języków, ale to było jego najmniejsze zmartwienie. Zatrzymał się nagle, niemal nie wpadając na stos zużytego mchu, który wieczorem wystawiła przed wejście Jagnięca Łapa, aby następnego dnia ktoś wyniósł je poza obozowisko. Ćmi Księżyc usłyszała ciężki oddech.
— H-hej, Ćmi Księżycu potrzebujemy cie w kociarni, prosze, szybko — wysapał. Kotka zmarszczyła brwi.
"Czy coś nie tak z kociętami? Jeszcze wczoraj byłam tam, a Szron i Strzępek, a nawet Naparstnica... Wszyscy byli całkowicie zdrowi" — przywołała wspomnienie porannej inspekcji, którą przeprowadzały dziennie z terminatorką. Mimo wątpliwości, czy chodzi o najmłodszą krew Klanu Klifu, nie zadała żadnych zbędnych pytań i od razu ruszyła za kremowym. Już w momencie, w którym wystawiła łapę za kamienne ściany jaskini, usłyszała gwar. Taki poziom harmidru nie był normalny o tak wczesnej porze.
— Co sie dzieje? — zapytała, nie odwracając się; usłyszała za to, że pomarańczowooki przyśpieszył i szedł teraz u jej boku.
— Przyniosłaś wczoraj ptaka, prawda? J-ja z samego rana poszedłem do żłobka, aby go zanieść Źródlanej Łunie i reszcie karmicielek; tak jak zadecydowałaś, znaczy... Tak przynajmniej przekazał mi Promieniste Słońce, więc tak zrobiłem, ale... — umilkł na moment.
— Co? — zniecierpliwiła się medyczka, kiedy byli już niemal na miejscu, a blask kocich iskier zaczynał być uporczywy. Duża grupa zebrała się przed kociarnią, a smród dotarł do nozdrzy srebrzystej. Zakaszlała gwałtownie, a oczy zaszły łzami.
— Łuna... Ona rozcięła ptaka, żeby zobaczyć, jakie ryby ma jeszcze w brzuchu i gardle... Wszystko podobno było zgniłe i czarne, a ten smród... Sama czujesz, Ćmi Księżycu — mruknął cicho, jakby nie chciał przypominać kotom dookoła, że to sama wybrana przez Klan Gwiazdy medyczka przyniosła źródło ich zmartwień... no i tego stęchłego smrodu.
— N-nie możliwe... Ptak był ledwo martwy, a noc mroźna... — szepnęła. Nie interesowało ją czy Królicza Prawda ją usłyszał; próbowała uspokoić siebie i swoje drżące ze stresu serce.
"Och Ćmo... Wiesz, czujesz, kiedy coś jest znakiem, prawda? Wiesz, że gdyby Klan Klifu był miejscem porządnym i cnotliwym, szanującym kodeks i swoich przodków... wiesz, że wtedy ptak wykarmiłby cały klany, a ryby w jego brzuchu odżywiłyby rosnące kocięta... Ale Klan Klifu jest zepsuty i zgniły. Klan Klifu kryję w swoich szeregach zdrajców i fałszywych wybrańców... Czego się więc spodziewałaś?" — Słowa dotarły do jej ucha. Dreszcz przeszedł po grzbiecie, a futro stanęło pionowo.
— Prze-przepuśćcie mnie! — warknęła, a koty faktycznie zrobiły miejsce ślepej pręgusce. Cierpki, słodkawy zapach stęchlizny zaczynał być coraz bardziej dotkliwy i piekący. Czuła go w zamglonych oczach, palił ją w gardło i nos; nieważne czego używała, aby wziąć następny oddech. Zakaszlała po raz kolejny. Poczuła, jak pojedyncza łza spływa z jej podrażnionych oczu. — Gdzie jest Źródlana Łuna?
— T-tutaj jestem... Smród był zbyt duży, wzięłam kociaki, żeby tego nie wdychały — powiedziała kuzynka, wyłaniając się spomiędzy innych Klifiaków. Jej iskra drżała; była zestresowana, a bicie serca było niemal wyczuwalne przed kamienną posadzkę. Medyczka czekała na kolejne słowa, co w końcu zrozumiała karmicielka i dodała: — A-a! Zanim to rozcięłam, wszystko było w porządku. Nic nie śmierdziało... nawet z dzioba... Nie wiem, dlaczego tak się stało, nie wiem, co jest z tym nie tak — tłumaczyła, robiąc kolejny krok bliżej kuzynki.
— Zły omen — wyszeptała, nieco zbyt przestraszona Ćmi Księżyc. Serce wciąż biło jej w piersi. Czuła, że coś jest bardzo, bardzo nie tak, a ona nie wiedziała jeszcze co. Robiło jej sie nie dobrze; na szczęście była w stanie wytłumaczyć to zgnilizną. — N-niech ktoś to wyniesie... — mruknęła, próbując przełknąć ślinę, która nagromadziła jej się w pysku. Odwróciła się na tylnych łapach i chciała odejść jak najszybciej, skryć się i móc na spokojnie, chociaż na moment uciec od tego wszystkiego.
"Dla kogo to znak? Czy to... to Źródlana Łuna?" — Czuła, że coś jest z nimi nie tak. Słyszała, że koty szepczą, rozmawiała z Jagnięcą Łapą o ich aparycji, która przed samą główną medyczką była niestety skryta. Wiedziała, że nie przypominają ani wojowniczki, ani kocura, który został przedstawiony jako ich ojciec.
— Ćmi Księżycu... — odezwała się przy jej uchu głos Rozkwitającego Astra. — Czy... czy to znak? Czy to ostrzeżenie od Klanu Gwiazdy?
Zignorowała protektorkę i wpadła prosto do legowiska, gdzie Jagnięca Łapa zajmowała się zaropionym okiem Słonecznej Łapy. Bladooka zignorował pytania swojej terminatorki i wślizgnęła sie do składziku, gdzie zapach ziół sprawnie ukoił jej skołatane nerwy i wydarł z nosa resztki zgniłego swądu.
Nie mogła nie myśleć o tym, że Źródlana Łuna mogła zdradzić klan. To ona rozcięła ptaka, to jej futro przesiąknięte zostanie zgnilizną. To musiał być znak. Głos, który szeptał jej do ucha, miał rację. Takie rzeczy nie dzieją się z byle powodu. Sam fakt, że znalazły z Mżawką tą wielką mewę, zanim inny drapieżnik się do niej dobrał...
— Mżawka... — szepnęła, a słowa ugrzęzły jej w gardle. Musiała podetrzeć się o kamienną ścianę, gdyż łapy zaczęły jej się trząść zbyt mocno. Poczuła się znów jak kociak; jak ta słaba, przestraszona Księżyc, dla której każdy dzień był walką z samą sobą.
"To wy znalazłyście gnijące ścierwo latającej bestii, Ciemko..." — Groźny pomruk dotarł do ucha, pozostawiając dreszcz i powiew zimna na policzku. "Dławisz się... Dławisz się niczym to ptaszysko, nie czujesz tego? Jak śmiesz obarczać kuzynkę tytułem zdrajcy, kiedy zdrajca siedzi pod twoim futrem... Czy Przodkowie mają przymykać oczy na twoje spotkania, na twoje poufalstwo, a karać innych? Czyżbyś nie poczuła się zbyt komfortowo w swojej roli?" — Poczuła, jak dławi się zimnym, wrogim powietrzem, które otaczało jej pysk. Próbowała chuchać, próbowała odgonić chłód, który mroził jej płuca. Czuła jak powoli traci siły i zesuwa się po kamiennej ścianie.
— N-nie... — warknęła w końcu. To nie był głos Klanu Gwiazdy. Znała uczucie, które napełnia jej ciało, kiedy wstrzymywała dłuższy kontakt z Morskim Okiem lub inną opiekuńczą duszą, która czuwa nad Klanem Klifu. — T-to nie ja...
Nigdy nie dopuściła się niczego złego. Nigdy nie splamiła honoru swojego, swojego klanu, a co najważniejsze nigdy nie pomyślała nawet o tym, aby splamić wspaniałość Przodków. To nie ona miała zostać spostrzeżona, nie ona ukarana.
"W klanie rodzi się zdradziecka krew... Postrzępiony Mróz... Wszyscy wiedzą, że los jej kociąt, i pierwszy, i drugich, był spowodowany jej własnymi postępkami... To, co czeka drugiego zdrajcę, który jak na razie malował się pod postacią Źródlanej Łuny, jeszcze nie zostało przede mną odsłonięte, ale... ale zostało ukazane klanu pod postacią mewy znad klifu, którą do grobu zaprowadził głód... chciwy głód, którego końcem okazała się ryba..." — zdecydowała, podnosząc się niezgrabnie na niepewnych nogach. 
O ile jej nerwy zostały nieco uspokojone, zdecydowała, że losu nie można kusić, a Mżący Przelot nie zobaczy jej podczas ich następnego spotkania... Nie ważne, jak ta decyzja skrzywdzi i ją, i Ćmę.

<Mżawka?>

Wyleczeni: Słoneczna Łapa, Pomocny Wróbelek

Od Niebiańskiej Łapy (Niebiańskiej Poświaty)

Poranek był chłodny i cichy, jakby sam las wstrzymywał oddech. Mgła snuła się nisko nad ziemią, oplatając korzenie drzew i kamienie cienkimi palcami, gdy Niebiańska Łapa stanęła przed swoją mentorką na skraju obozowiska. Serce biło jej szybciej, niż chciałaby się do tego przyznać, a ogon drżał lekko, zdradzając napięcie, którego nie potrafiła już ukryć.
— Niebiańska Łapo — odezwała się mentorka, jej głos był spokojny, lecz podszyty typową dla niej, dziecięcą radością — chciałabym, abyś dzisiaj udała się na polowanie. Sama, w pojedynkę.
Słowa te zapadły między nimi niczym ciężki kamień. Przez krótką chwilę świat zdawał się zwęzić — do szumu krwi w uszach uczennicy, do napięcia w łapach i do spojrzenia mentorki, które przenikało ją na wskroś. Niebiańska Łapa skinęła głową, choć w jej wnętrzu coś się ścisnęło. Samotne polowanie nie było zwykłym zadaniem. Było próbą. I ona doskonale o tym wiedziała.
Każdy krok stawiała ostrożnie, czując pod opuszkami łap chłodną ziemię, wilgotne liście i zdradliwe gałązki, które aż prosiły się, by trzaskiem zdradzić jej obecność. Słońce przedzierało się przez korony drzew w wąskich smugach światła, rysując na ściółce złamane wzory, w których łatwo było zgubić orientację.
Zatrzymała się, gdy dostrzegła delikatne poruszenie w trawie. Serce podskoczyło jej do gardła. Przykucnęła, niemal stapiając się z cieniem, przypominając sobie słowa mentorki, każde ćwiczenie, każdy błąd, za który była karcona. Jej oddech zwolnił, a mięśnie napięły się jak cięciwa.
Skok był szybki. Cichy. Perfekcyjny.
Gdy wreszcie uniosła głowę, a ciepło świeżo upolowanej zdobyczy przeniknęło jej pysk, poczuła coś więcej niż ulgę. Poczuła dumę — nieśmiałą, lecz prawdziwą. Udało się. Sama. Bez niczyjej pomocy.

***

Powrót do obozu był jak wyjście z mroku w światło. Spojrzenia innych kotów spoczęły na niej, gdy przekraczała granicę obozowiska z uniesioną głową i zdobyczą w pysku. Mentorka podeszła powoli, mierząc ją uważnym wzrokiem, w którym czaiło się napięcie.
— To był test na wojownika — miauknęła w końcu, a w jej głosie po raz pierwszy zabrzmiała wyraźna nuta dumy. — Zdałaś.
Te dwa słowa uderzyły w Niebiańską Łapę z siłą, jakiej się nie spodziewała. Świat nagle wydał się jaśniejszy, a ciężar, który nosiła w sobie od księżyców, choć na moment stał się lżejszy.


***

— Ja, Judaszowcowa Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika.
Niebiańska Łapa spoglądała na niego przez dłuższą chwilę, czekając z niecierpliwością, aż w końcu wypowie słowa, na które czekała już od wielu księżyców.
— Niebiańska Łapo czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam.
— A zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Niebiańska Łapo, od tej pory będziesz znana będziesz jako Niebiańska Poświata. Klan Gwiazdy ceni twoją odwagę i determinacje, oraz wita cię jako nową wojowniczkę Klanu Klifu.


[451 słów]

Od Króliczej Prawdy CD. Źródlanej Łuny

Dawno temu

— Posłuchaj mnie teraz — miauknęła ciszej. — Ja… Spodziewam się kociąt. Ich ojciec nie będzie — tu przerwała, biorąc drżący oddech — obecny w ich życiu. Potrzebuję kogoś… Do pomocy.
Królik zamarł. W jego oczach mignęło nagle z tysiąc emocji na raz. Czy on się przesłyszał? Łuna była w ciąży? Czyli jednak miała partnera? Czyli… przez ten cały czas nawet nie miał szans na to, by z nią być? Choć nie, żeby chciał… oczywiście. Jego serce należało przecież wciąż do Dyniowej Skórki, mimo iż kotka zostawiła go w mieście. Nie był gotowy na kolejny związek, ale jak widział, nawet nie musiał.
Czuł, że w jego klatce piersiowej narasta uczucie, które ciężko było opisać. Czy był to niepokój? Złość? Może nawet zawód? Właściwie czuł się w tej chwili odrobinę zdradzony, choć nawet nie miał ku temu powodu. Nie byli razem. Nie czuli nic do siebie. A przynajmniej… ona nie czuła. On może się niegdyś łudził, że może ma jakieś szanse. Zderzenie z rzeczywistością okazało się jednak boleśniejsze, niż mogłoby mu się wydawać.
— Cóż… — odparł w końcu drżącym głosem. Spojrzał na swoje łapy, by Łuna nie musiała patrzeć na jego zgorzkniałą minę. — Ja też w życiu popełniłem dużo błędów; nie mógłbym odmówić ci pomocy. W końcu jako jedna z niewielu wciąż widzisz we mnie kota — rzucił beznamiętnie.
Dlaczego Łuna wybrała akurat jego? Przecież jego reputacja i tak nie była zbyt dobra, Judaszowcowa Gwiazda na pewno nie ucieszy się, jeśli dowie się, że jego wnuki rzekomo są dziećmi Króliczej Prawdy. Może niebieskofutra specjalnie poprosiła go o przysługę, bo wiedziała, że ten jej nie odmówi?
— Muszę… muszę już iść. Pomyśleć nad tym wszystkim, przetrawić to. Chyba rozumiesz, no nie? — dodał, podnosząc wzrok na kotkę. Dymna skinęła łbem w jego stronę, na co Królicza Prawda odwrócił się i ruszył w stronę przeciwną od obozu.
Maszerował dosyć szybko, chcąc oddalić się od Źródlanej Łuny jak najdalej w jak najkrótszym czasie. Czuł się tak, jakby jakieś wielkie szpony zaciskały się na jego gardle. Czy to, że zgodził się kryć… zdrajczynię… nie było wbrew woli Klanu Gwiazdy? Choć co on mógł o tym wiedzieć. Sam zawiódł Przodków, uciekając z Klanu Klifu, by założyć rodzinę z Dyniową Skórką. Cóż, może koniec końców nie był taki odmienny od Źródlanej Łuny; sporo ich ze sobą łączyło. Może gdyby warunki były lepsze, naprawdę mogliby… poznać się jakoś lepiej, nie ograniczając się jedynie do błahych, nieistotnych rozmów.

* * *

Obudził się normalnie, jakby był to dzień jak każdy inny. Wylizał swoje zmierzwione futro, wyczyścił je z resztek mchu i gałązek. Potem wyszedł na obozową polanę i podszedł do sterty zwierzyny, wyciągając z niej piszczkę. Ziewnął przeciągle, po czym złapał upolowane stworzonko w zęby i odszedł gdzieś na bok, by się nim posilić. I gdy przeżuwał jego mięso, nagle zamarł. Czy Łuna naprawdę była w ciąży, czy tylko mu się to śniło? To wspomnienie wydawało się na tyle szczegółowe, że Królik przystał na to, iż niebieska naprawdę spodziewała się kociąt i naprawdę poprosiła go o to, by udawał ich ojca.
Jego żołądek wywrócił się do góry nogami. Kremowy o mało nie wypluł tego, co przed chwilą mielił w pysku. Przełknął kęs piszczki; zostało mu jej jeszcze trochę, ale Królik stracił już apetyt. Trącił stworzonko łapą, po czym wykrzywił pysk w niemrawym grymasie. “Dlaczego ta decyzja kosztuje mnie tak wiele stresu? Może nie powinienem się zgadzać?” – pomyślał. “Co, jeśli kocięta nie będą wyglądały jak ja? Czy moi pobratymcy skapną się, że wcale nie jestem ich biologicznym ojcem? A wtedy co…? Znowu zostanę ukarany? Wygnany?” – przeraził się; zmrużył nawet oczy, próbując wyobrazić sobie reakcję Judaszowcowej Gwiazdy na to, że został oszukany przez własną córkę i kocura, któremu jeszcze niedawno nadał karne imię i kazał wykonywać obowiązki ucznia.
Bał się, ale chyba nie mógł powiedzieć, że bał się bardziej od Łuny. W końcu to ona była w ciąży. On? On mógł powiedzieć, że niebieska wmówiła mu, iż jest ich biologicznym ojcem, że on o niczym nie wiedział. Ale czy to byłoby sprawiedliwe wobec Łuny? Niby… zgodził się na to, by wejść w to bagno razem z nią. To wszystko było takie skomplikowane! Dlaczego nie mógł być po prostu zwykłym wojownikiem? Dlaczego nie mógł być taki jak jego matka, brat, ktokolwiek? Dlaczego to on wciąż popełniał błędy, których wcale nie chciał popełniać? Dlaczego, Klanie Gwiazdy, dlaczego był taki głupi!

* * *

Teraźniejszość

— Przypilnujesz kociąt? Muszę coś załatwić — poprosiła go Łuna.
Królicza Prawda zatrzymał się w półkroku; akurat miał wyjść na spacer. W pierwszym odruchu zamilkł i kilka razy zamrugał. Zrobiło mu się ciepło, wręcz gorąco. Na język cisnęły mu się wymówki, lecz powstrzymywał się przed ich wypowiedzeniem. Wciąż pamiętał, że przez swoją ignorancję stracił partnerkę i dzieci. Może gdyby wtedy nie uciekał od obowiązków, wciąż mógłby żyć w mieście wraz z Dyniową Skórką…
— P-pewnie… — wydusił w końcu, uśmiechając się sztucznie.
Pysk niebieskofutrej nawet nie drgnął. Wyglądała na zmęczoną; Królik postanowił, że skoro już byli na środku obozu, może trochę poudawać, że faktycznie są razem. Podszedł do niej i otarł się pyskiem o jej policzek, zmuszając się, by szepnąć:
— Odpocznij trochę od kociąt, dobrze ci to zrobi. Jak mniemam, są podobne… do ich ojca — stwierdził, po czym odsunął się od żółtookiej.
Ta tylko skinęła mu głową i odeszła.
Wojownik wahał się, czy aby na pewno chciał iść do żłobka, by opiekować się Szronem i Strzępkiem. Teraz jednak nie miał wyboru; obiecał Źródlanej Łunie, że się nimi zajmie. Głupio by było, gdyby ją wystawił. Ale mimo wszystko głupota płynęła w jego krwi – chyba nikt by się nie zdziwił na wieść, że Królik znów kogoś zawiódł.
Wszedł powolnym krokiem do kociarni; w jego stronę od razu zwróciły się dwie pary oczek. Kotka i kocurek wpatrywali się w niego w milczeniu.
— Hej — przywitał się, podchodząc w ich stronę. Trochę stresowała go obecność Jastrzębiego Zewu i Postrzępionego Mrozu. Czuł, że musi przed nimi udawać ojca idealnego, by nikt nie odkrył, że w rzeczywistości nie łączą go więzy krwi z tymi dziećmi. — Co u was? — zapytał, siadając niedaleko Szronu i Strzępka.
— Jesteśmy śpiący — oznajmiła młoda koteczka, wymieniając się spojrzeniami z bratem. Królik przeczuwał, że kłamała. Powiedziała to tylko po to, by uniknąć rozmów z “ojcem”.
Kremowy skinął łebkiem.
— Dobrze. Odpocznijcie sobie, mama zaraz wróci — mruknął, wzdychając.
Gdy Szron i Strzępka ułożyli się gdzieś na posłaniach, Królik sam zajął jedno wolne. Wpierw doglądał kociąt Źródlanej Łuny; obserwował, czy na pewno śpią, a nie biegają po żłobku i krzyczą na całe gardło. W pewnym momencie jednak go przyćmiło. Nie pamiętał, co się wydarzyło, ale w końcu sam usnął.

ᶻ 𝗓 𐰁

Obudził się na łące. Pięknej, zielonej łące, pełnej kolorowych kwiatów. Słońce przyjemnie ogrzewało jego grzbiet; pogoda, jaka tu panowała, nijak się miała do chłodu panującego teraz poza obozem. Musiała być tu Pora Zielonych Liści – i to jedna z tych cieplejszych, przyjemniejszych. Królicza Prawda wciągnął powietrze w płuca; zapach roślin rozlał się po jego nozdrzach, a on sam poczuł się jakiś spokojniejszy. Ostatnio dużo miał na głowie. Musiał udawać, że kocha Źródlaną Łunę, że troszczy się o nią i jej kocięta. A niedawno przysięgał przed sobą, że skończy z tymi kłamstwami, że teraz będzie prawdziwą wersją siebie. Dobre sobie. Najwyraźniej był stworzony do tego, by mijać się z prawdą.
— Królicza Prawdo? — rozległ się głos. Był delikatny, taki jak te kwiaty. Słodki, kojący.
Kremowy odwrócił się w jego stronę i wtedy dostrzegł przed sobą wojowniczkę. Nie była nikim innym jak samą Źródlaną Łuną. Teraz wyglądała jednak na rozluźnioną, szczęśliwą. Nie było na jej pysku tego zmęczenia, które wsiąkło w nią od chwili, gdy dowiedziała się o ciąży.
— Łuno! — zawołał jakby zdziwiony. Od razu jednak odchrząknął, a mina mu zrzedła. Musiał trzymać ją na dystansie. — Dobrze dziś wyglądasz. Widzę, że odpoczynek od kociąt dobrze ci zrobił — dodał, próbując wymusić w sobie nonszalancję.
Źródlana Łuna przekręciła głowę.
— Od jakich kociąt? Przecież my nie mamy kociąt, głuptasie — oznajmiła, podchodząc bliżej zdezorientowanego wojownika.
Polizała go delikatnie po pysku, na co ten kompletnie zamarł. Był jak zamrożony.
— Co masz na myśli? Znaczy… tak, nie mamy kociąt, ale… znaczy, ja nie mam, ale ty masz. Z jakimś innym kocurem, nie pamiętasz? — wydukał zakłopotany.
Łuna usiadła obok niego i położyła głowę na jego barku.
— O czym ty bredzisz, Króliczku… Nie chciałabym kociąt z nikim innym niż tobą! — oznajmiła, mrużąc oczy.
O czym ona mówiła? O co jej chodziło? Może uderzyła się w głowę? Królik chciał się ruszyć, chciał uciec, lecz w tym momencie jego łapy były jak z kamienia. Wypuścił powietrze z płuc; miał spięte mięśnie i nie wiedział, jak powinien się czuć z faktem, że Łuna była w tej chwili tak blisko niego. Że zachowywała się tak, jakby… była partnerką Królika. Taką prawdziwą partnerką, a nie udawaną.


ᶻ 𝗓 𐰁

Królik obudził się, szturchnięty przez Źródlaną Łunę. Nie tę ze snu – tę smutną, przygnębioną Łunę. Położył po sobie delikatnie uszy; wpatrywał się w kotkę jak w zjawę. Zaschło mu w gardle, nie potrafił się odezwać ani zresztą poruszyć. Zmrużył tylko oczy, próbując wypatrzeć jakiegoś podobieństwa między Łuną skąpaną w półmroku a tą, której futro pozłacane było słonecznymi promieniami.

<Źródlana Łuno?>

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Nadciągającego Pomroku

— Słuchaj… Miałabym do ciebie pytanie.
Kocimiętkowy Wir zastrzygła uszyma.
— Jakie?
— Nie wiem, czy widziałaś, jak zachowuje się ostatnio… Tropiąca Łaska — zaczęła, a jej wąsy zadrżały nerwowo. — Ale jeśli tak, to… Co o niej myślisz? Jakaś dziwna jest ostatnio, nie wiem, czy mi się to podoba, czy nie. Byłam pewna, że jest na mnie obrażona z powodu przegranej walki, a tu proszę…
Przez moment ruda siedziała cicho, analizując słowa swojej koleżanki, a także próbując sobie przypomnieć zachowanie czekoladowej szylkretki. W końcu stwierdziła:
— Faktycznie, ostatnio zachowuje się niecodziennie. Wiesz, może się w tobie zakochała? — zachichotała, uśmiechając się szeroko. — Przepowiedziałam już miłość Gąbczastej Łapie i Szczawiowemu Sercu! I coś czuję, że Tropiąca Łaska może mieć coś ku tobie… albo chociaż twojej matce, patrząc na to, jak się przy niej zachowuje — dodała, przewracając oczami.
Nadciągający Pomrok zamrugała kilkakrotnie, jednocześnie zawstydzona i chyba trochę zażenowana.
— Nie? No dobra, nie będę już o tym wspominać…

* * *

Zgromadzenie

Trochę stresowała się przed tym zgromadzeniem. Bała się, że znowu spotka swojego ojca, wujka albo tę kotkę, z którą wtedy siedział Królicza Prawda. Oby nie – wtedy chyba puściłyby jej wszelkie hamulce. Jeszcze wdałaby się w jakąś bójkę… Nikła Gwiazda na pewno nie byłby zadowolony z tego, że kotka z jego klanu zwraca na siebie uwagę na wyspie.
Kocimiętka rozejrzała się wokół, ale na szczęście wśród Klifiaków nie dostrzegła znajomego kremowego futra. “Pewnie boi się teraz tu postawić” – pomyślała, odchodząc gdzieś na bok wyspy.
Przysiadła koło czekoladowo-białej kotki (bo przynajmniej tak pachniała) z Owocowego Lasu i postanowiła się przywitać:
— Cześć! Podoba ci się na zgromadzeniu? — zagadała do młodszej.
Ta spojrzała na nią i zamrugała kilka razy. Gdy zdała sobie sprawę z tego, że rozmawia z kotką z Klanu Wilka, skuliła się lekko.
— N… Nie — odpowiedziała na pytanie. — Jest tu strasznie dużo kotów...
Kocimiętka spojrzała na młodszą z przebłyskiem troski w oczach, który jednak szybko ulotnił się z nich bez śladu. Ruda uśmiechnęła się lekko, jakby chciała dodać otuchy kotce z Owocowego Lasu.
— No, to prawda. Ja się jednak cieszę z tego, że mogę poznać inne koty, wiesz? — stwierdziła. — Choć powiem ci, że nie każde zgromadzenie mnie urzekło… Na poprzednim dowiedziałam się o czymś, o czym nie chciałabym wiedzieć — mruknęła ponuro pod nosem, powoli kręcąc głową.
Kotka znów spojrzała na rudą i kiwnęła głową na jej stwierdzenie.
— Och, byłaś na wcześniejszych zgromadzeniach? — zainteresowała się nagle. — Jak to wygląda?
Zielonooka wzruszyła ramionami.
— Wiesz, różnie — odparła, mrużąc delikatnie oczy. — Niekiedy jest fajnie; można spotkać jakiegoś ciekawego kota, przeprowadzić z nim miłą, interesującą rozmowę… A niekiedy dowiadujesz się, że twój ojciec zdradził twoją mamę! — zażartowała, śmiejąc się nieco nerwowo.
Myśl o tamtej nocy wciąż rozpalała w niej nienawiść, a także smutek. Nie wierzyła, że Królicza Prawda mógł dopuścić się czegoś takiego. Tym bardziej że zawsze wydawało jej się, iż był dobry… że by ją zrozumiał, że mogliby się dogadać. Ale najwyraźniej się myliła.
Owocniaczka zamrugała kilka razy, jakby nad czymś myśląc. Po chwili odwróciła wzrok w bok.
— To wcale nie zachęca, żebym przychodziła tu częściej — mruknęła pod nosem i przez moment znów błądziła w swojej głowie, ale zaraz znów spojrzała na rudą.
— Jesteś z Klanu Wilka, prawda? — zapytała. — Jak to tam... wygląda?
Kocimiętka skinęła głową.
— A jestem! Wiesz, wcale nie różni się tak bardzo od innych klanów. Prawie całe nasze tereny to las — odpowiedziała, szczerząc zęby. — Mamy więc sporo cienia.
Po chwili przechyliła lekko głowę.
— Lepiej ty mi powiedz, jak jest u was, w Owocowym Lesie. Słyszałam, że oprócz wojowników macie też jakieś inne rangi, prawda?
— T… Tak. Mamy rangi. — przyznała, po czym omiotła wzrokiem wyspę. — Mamy zwiadowców. Oni skupiają się na patrolach, jeśli się nie mylę. — Przez moment czekoladowo-biała zamilkła, zamyślając się. — Mamy wojowników, oni nas bronią. — Uśmiechnęła się do siebie. — No i stróży. Ja się na niego uczę. — przyznała, spuszczając wzrok. — Naszym zadaniem jest zadbanie o obóz od wewnątrz.
Zielonooka zachwyciła się rolami w Owocowym Lesie.
— To świetnie! Czyli każdy znajdzie coś dla siebie? — zapytała, jakby nie do końca w to wierząc. — W klanach jesteś po prostu zmuszony do bycia wojownikiem! No albo medykiem, ale ich jest przecież niewielu. To fajnie, że u was jest inaczej — przyznała, poruszając wibrysami z ekscytacji. Przez moment zaczęła się zastanawiać, na jaką rangę sama by się szkoliła, gdyby trafiła do owocowej społeczności.
Gdy spojrzała w stronę czekoladowo-białej kotki, tej już nie było. No nic – może przytłoczyła ją ilość kotów wokół i poszła w jakieś bardziej ustronne miejsce.
Rudofutra nie zamierzała jednak rezygnować z dalszego udziału w zgromadzeniu. Podniosła się z miejsca i zaczęła przeciskać się przez tłumy, rozglądając się za kimś, z kim mogłaby porozmawiać. W końcu przystanęła przy wojowniku ze swojego klanu. Wilczy Skowyt wyglądał na nieco zmęczonego; może uda jej się wciągnąć go w rozmowę, zanim tu uśnie!
— Hej, hej! Kocimiętka do Wilczego Skowytu; jesteś tu jeszcze, czy już odpływasz? — zachichotała, siadając obok niego. — Wszystko w porządku? Może źle się czujesz, co? Słuchaj, wiem, jak to jest. Na poprzednim zgromadzeniu myślałam, że padnę trupem na środku tej wyspy!
Kocur momentalnie podskoczył z miejsca. Jego uszy stanęły dęba, ogon również, a futro całe się najeżyło.
— Jeju… Kocimiętko! Nie strasz mnie tak! — krzyknął, a jego głos zadrżał. — Czuje się dobrze, nic mi nie jest. Potrzebuję tylko iść spać od razu, gdy wrócę ze zgromadzenia. Mam też inne obowiązki niż proste życie w klanie — mruknął, po czym ziewnął, otwierając szeroko pysk. Jego futro oraz ogon opadły spokojnie.
— Jak twoja siostra? Dobrze sobie radzi? — zapytał i usiadł.
Ruda zignorowała pytanie o Makową Łapę, bo bardziej jej uwagę przykuło wcześniejsze stwierdzenie Wilczego Skowytu.
— Naprawdę? — uniosła brew, przyglądając się wojownikowi podejrzliwie. — Czym jeszcze zajmujesz się oprócz polowania i walki? Ostatnio coś często znikasz z obozu! Tak, zauważyłam to! Teraz już się nie wykręcisz! — dodała półżartem, półserio. Nie chciała go oskarżać, ale im dłużej nad tym myślała, tym bardziej wydawało jej się, że… może miałoby to jakiś sens.
Wilczy Skowyt zrobił dosyć nieciekawą minę, przez moment milcząc. Dopiero gdy namyślił się nad wymówką, oznajmił:
— Bo ja chodzę na takie ważne misje i… zbieram zioła dla medyczki. W Porze Nagich Drzew powinna mieć ich jak najwięcej, więc chodzę i dla niej zbieram! — Uśmiechnął się, lekko zakłopotany, na co ruda parsknęła śmiechem.
— To żeś poleciał! Nie wierzę ci, ale niech ci będzie… Widzę, że zmęczenie miesza ci już w głowie — zaśmiała się, delikatnie trącając czekoladowego wojownika. — Tylko proszę, naprawdę nie chcę, byś tu zasnął! Nie będę cię nieść… Więc jeśli rano obudzisz się dalej tutaj, to się nie zdziw!
Wilczek skrzywił się na reakcje rudej
— Ej! Nie śmiej się! Nie kłamie! — oburzył się. — Nic mi nie miesza w głowie! Skoro mi nie wierzysz, to nie musisz! — Owinął ogonem swoje łapy, ignorując dalsze słowa kotki. Po chwili jednak postanowił się odezwać. — Nie zasnę tu, o to się nie martw kiciu. — Wyglądał na złego i zmęczonego jednocześnie; jego ton zmienił się na chłodniejszy.
— Kiciu? Skąd ci się to wzięło, staruszku! — zaczęła drążyć, nieco rozbawiona. — Czyżbyś pomylił mnie z jakąś twoją… tajemniczą córką?
Ciekawe, czy Wilczy Skowyt w końcu pęknie, czy może naprawdę nie znalazł sobie nikogo poza klanem…
Brązowy kocur napiął mięśnie, jakby już był gotów wysunąć pazury i przywalić rudej. Otrząsnął się i odpowiedział
— Nie mam, żadnej tajemniczej córki! Słyszysz w ogóle to, co ty mówisz!? Nigdy nie byłbym z żadnym kotem! Tym bardziej nie chciałbym córki! Wolałbym syna, bo bałbym się, że wyrośnie na takiego kleszcza jak ty! — prychnął zdenerwowany. Uderzał ogonem o ziemię, wzbijając kurz i opadłą sierść innych kotów w powietrze. — A może ty masz tajemniczego kocura, z którym każdego popołudnia wygrzewasz się w jakiejś norce, hm? — dodał rozgniewany.
Kocimiętka nadęła policzki w oburzeniu i gdy już miała coś mruknąć, nagle przerwał jej dźwięk głosu Nikłej Gwiazdy:
— Niestety, dziś nie rozpoczynam swej przemowy radosnymi wieściami — odrzekł i zrobił pauzę, by upewnić się, że wszystkie koty są na nim skupione.
Ruda od razu spojrzała w jego stronę, ignorując wcześniejsze ostre słowa Wilczego Skowytu.
— Nie tak dawno okazało się, że Klan Wilka własnym mlekiem wykarmił grupę zdrajców! Uciekli oni jak najzwyklejsi tchórze, pozostawiając swoje dzieci, partnerki, całe rodziny! — mówił donośnie. — To jednak nie wszystko. Te same koty dopuściły się najgorszych morderstw na własnych pobratymcach i spiskowały z parszywymi samotnikami, by doprowadzić do śmierci naszych wojowników. — Skrzywił się.
Zielonookiej serce zabiło mocniej. Wiedziała o ucieczce, ale gdy słyszała o niej z perspektywy burego przywódcy, coś w niej drżało.
— Te koty odwróciły się od przodków, od kodeksu, od własnego klanu, który wykarmił ich i przez księżyce zapewniał schronienie. Zależy mi, aby wszystkie klany czujniej obserwowały swoje granice. Nie wiemy, gdzie ci zdrajcy odeszli, ale nadal mogą stanowić zagrożenie. Skoro są w stanie posunąć się do morderstwa na kocie, z którym dzielili wcześniej legowisko, to co mogą zrobić obcym wojownikom? Nie chcemy, by ktokolwiek łączył ich z naszym klanem. — Kocur obserwował przez chwilę zbiorowisko, które mocno się poruszyło.
Ktoś z tłumu zawołał, że kocur powinien wyjawić tożsamość zbiegów, by inne klany wiedziały na kogo uważać. Nikła Gwiazda szybko spełnił to życzenie:
— Było ich kilkoro. Rysi Trop, niebieska kotka z kremowymi pasmami i brązowymi oczami, Miodowa Kora, liliowy kocur z krótkim ogonem, Kosaćcowa Grzywa, prawie całkiem okryty bielą, jedynie ze srebrzystymi uszami i ogonem, nasza własna medyczka, Jarzębinowy Żar o pstrokatym, szylkretowym futrze, biało-brązowy Szczawiowe Serce, płowy szylkret zwany Poziomkową Polaną, czarny Mglisty Sen o długiej brodzie, Zapomniana Koniczyna o niebiesko-białym futrze i wychudzonej budowie, Porywisty Dąb o srebrzysto czekoladowej okrywie oraz najmłodszy, najprawdopodobniej zmanipulowany przez pozostałych, Stroczkowa Łapa, kremowo biały kocurek! — skończył zmęczony.
Kocimiętkowy Wir była przerażona wieściami, jakie wygłosił ich przywódca. Delikatnie szturchnęła Wilczka, zapominając, że ten jeszcze przed chwilą zaczął ją obrażać.
— Okropieństwo… — wyszeptała drżącym głosem. — Nie wierzę, że mogli dopuścić się takich czynów! A przecież wydawało mi się, że Szczawiowe Serce i Stroczek to porządne koty…
Kocur westchnął
— A ja myślałem, że Miodowa Kora to też porządny wojownik. Walczyłem z nim na wojnie z Klanem Klifu. Jak bracia. — Spuścił łeb w dół. — Najwidoczniej tak musiało być, Klan Gwiazdy wybrał im taką ścieżkę.
Ruda zjeżyła futro.
— Nie! — wymamrotała cicho, zaciskając szczękę. — To oni sami wybrali taką ścieżkę, porzucając wiarę w naszych Przodków!
To ostatnie zgromadzenie, na którym jest! Za każdym razem, gdy próbuje dobrze się bawić i nawiązać kontakty z innymi kotami… coś musi się zepsuć!
— Mam nadzieję, że przybędzie nam nowych kociąt w klanie. Musimy być silni, Klan Klifu mógłby to wykorzystać i się na nas odbić po ostatniej wojnie. Ale i tak Klifiacy nie mają z nami szans! — mruknął do rudej.
Gdy usłyszała słowa czekoladowego, na jej licu ponownie pojawił się chytry uśmiech.
— Tak? To skoro wcale nie masz żadnej niuni poza klanem, to czemu nie znajdziesz sobie kogoś u nas, skoro tak bardzo ci zależy, by zasilić nasze szeregi? — zachichotała. Wilczy Skowyt nie przyjął tego zbyt dobrze.
— A nawet jeśli mam to, co cię to obchodzi czy mam jakąś niunię poza klanem, czy nie, kiciusiu! Taka mądra to sama znajdź sobie przystojnego kawalera i miej 10 kociaków! Klanowi się bardzo spodoba! — fuknął.
— Fuj! — wyrzuciła z siebie bez zastanowienia. — Nawet mi nie sugeruj, żebym była z… kocu-
Urwała, udając nagły odruch wymiotny.
Gdy doszła do siebie, burknęła:
— Jeszcze trafiłby mi się taki ciołek jak ty!
— Hah! Jedna kotka się cieszy, że trafiła na takiego ciołka jak ja! A gdyby ona była tobą… Chyba bym wolał się zrzucić z klifu! W dodatku jesteś ruda! — burknął.
— Mówisz, że jakaś kotka na ciebie leci? To nawet większe kłamstwo, niż ta twoja bajeczka o zbieraniu ziół dla medyczki... — wytknęła mu.
— Tym razem nie kłamie! Kleszczu jeden ty! Jest taka biała! I ładna! I lepsza i mniej markotna niż ty! — Najeżył futro na plecach. — A bajeczki to pewnie tam swojej siostrze wciskasz, aby myślała, że ma świetną siostrzyczkę!
— W Klanie Wilka nie ma białych kotek, więc... złapałam cię na gorącym uczynku! No, chyba że sugerujesz mi, że miałeś romans z Kwitnącym Kalafiorem, co... jest nawet gorsze! — miauknęła oburzona. — Jesteś obleśny! Przecież ona mogłaby być twoją babcią!
— A może są białe kotki! Ale jesteś na tyle ślepa, że nie widzisz nic oprócz swojej bańki! Poza tym… Nie jestem tobą, aby w takich kotkach gustować! A ty jesteś w dodatku jeszcze gorsza, bo takie rzeczy nasuwają ci się na myśl!
Słowa Wilczego Skowytu coraz bardziej w jej uszach przypominały bezsensowny bełkot.
— Dobra, wiesz co? Pozwalam ci zasnąć, bo widzę, że bez odpoczynku ciężko będzie z tobą dalej rozmawiać. — Przewróciła oczami. — Bredzisz jak kociak, który dopiero co nauczył się mówić, a tak się składa, że z mlekiem matki wyssał i głupotę...
Czekoladowy zamknął oczy i westchnął, próbując się uspokoić.
— A tobie by się przydały chyba zioła na głowę — mruknął cicho i poruszył się niespokojnie. — Mam nadzieję, że twoja siostra będzie porządniejsza i nie będzie nękała starszych od siebie tak, jak ty to robisz, ruda kupo futra... — dodał.
— Rety! Przestań ciągle wspominać o mojej siostrze! — warknęła, jeżąc futro na karku. — Uwziąłeś się na nią jak pchła! Jak nie starsze, to młodsze, co? — wkurzyła się.
— Aż tak młodych nie lubię! Jest po prostu lepsza od ciebie! A ty skończ tak kłapać, jak mewa tym pyskiem! Zaraz ci odleci od tego gadania. I pamiętaj, złość piękności szkodzi, więc się tak nie denerwuj! Bo to ciebie na stare lata kalafiorem będę nazywać — zaśmiał się.
— Phi! O ile tych starych lat dożyjesz! — burknęła. — Ja mam się nie wkurzać, a to ty zachowujesz się tak, jakby ci żyłka pękła!
— Zaraz tobie pękną, ale kości w łapach! — wkurzył się. — A najlepiej to wracaj tam, skąd przybyłaś, zapchlona samotniczko!
— Moja matka jest z Klanu Wilka! — oburzyła się. — Gdybyś słuchał uchem, a nie zadem, to może byś wiedział, że Dyniowa Skórka zniknęła z tego klanu nie z własnej woli!
— Z Klanu Wilka? Hm... ale to ty urodziłaś się jako samotniczka! Twoja stara matka mnie nie obchodzi! Pewnie wy wszystkie rude w tej rodzinie jesteście takie same!
— Jesteś dziecinny! Skończyły ci się argumenty i próbujesz wmieszać w dyskusję kolor mojego futra! Żałosne! — splunęła. — Sam jesteś brązowy! Brązowy jak paskudne błoto i... — urwała, mrużąc oczy.
— Błoto przynajmniej do czegoś się przydaje! I moje futro jest lepsze! W ciemności mnie nie widać. A co chciałaś dalej powiedzieć, hm? Dokończ, słucham kiciu!
— Każdy kot dobrze skrywa się w ciemności, głupku! — stwierdziła. — A ty nawet nie jesteś czarny, żeby się chwalić doskonałym kamuflażem w ciemności!
— Księżyc będzie w ciemności rozjaśniał twoje futro! A moje mniej! Takie ciężkie, by to zrozumieć? Aż taka głupia jesteś?
Ta zniewaga aż prosiła się o polanie krwi, lecz Kocimiętka w porę się powstrzymała. “Szkoda gadać. Z takim nie dojdziesz do porozumienia” – pomyślała i w końcu odwróciła się do niego tyłem, uciekając gdzieś między tłum kotów. Jak tylko wrócą do obozu, skończy z tym baranem! Jeszcze będzie ją błagał o litość!

* * *

Wciąż była iście wkurzona tym zgromadzeniem. Wracając z niego do obozu, nie mogła nawet patrzeć w stronę Wilczego Skowytu, bo na samą myśl o tym mysi-móżdżku pazury wysuwały jej się z łap. Czuła, że musi się komuś wyżalić na temat tego kocura; jej ofiarą padła Nadciągający Pomrok, która akurat szła niedaleko. Lubiły się, były koleżankami. Często wymieniały się plotkami i najrozmaitszymi nowinkami. Szylkretka nie powinna mieć problemu z tym, że ruda zacznie jej narzekać na Wilczka.
— Pomrrrrrok! — zawołała półszeptem, podchodząc do wojowniczki. Ta od razu zwróciła w jej stronę swoje brązowe ślepia. — To zgromadzenie było dla mnie tragiczne! Rozmawiałam z Wilczym Skowytem; ten rybi flak zaczął obrażać mnie i moją rodzinę, rozumiesz to? Jest potworny! —kontynuowała ściszonym głosem, tak by Wilczy Skowyt, który dreptał gdzieś na tyłach, jej nie usłyszał. — Rozmawiałaś z nim kiedyś? Jest straszny! Nie powiesz, że nie!

<Pomrok? Ale rozumiesz mnie, co nie?>

Od Judaszowcowej Gwiazdy CD. Źródlanej Łuny

po zgromadzeniu [11.10.2025]
Judaszowcowa Gwiazda wparował do lecznicy w chwili, gdy dowiedział się o zajściu. Był przekonany, że tamten duch użarł jakąś nocniaczkę, a nie jednego z klifiaków! A gdy powiedziano mu, że ofiarą została sama Źródlana Łuna, och, kurzyło się za nim, kurzyło...
— Co się stało?! — zapytał, stając w progu i dobiegając do córki. Nad nią stała Ćmi Księżyc, nakładając jej opatrunek na ranne ucho. Odgryzione. Gdyby jeszcze byłaby to sprawa zębów wojownika obcego klanu, wiedziałby na kogo się złościć, lecz... Ducha? Cienistej zjawy znikąd, psiakrew?! Co to miało znaczyć? Dlaczego pojawiła się podczas świętej nocy, na zgromadzeniu? I z jakiego powodu ofiarą padła jego ukochana córka?!
— Nie wiem — miauknęła nieco płaczliwym głosem. — Naprawdę, siedziałam tylko, rozmawiałam z… Kolegą… I- Nie wiem, coś z góry… No — próbowała się wytłumaczyć, lecz cała sytuacja była na tyle kuriozalna, że nawet Judaszowcowa Gwiazda nie był w stanie jej pojąć bez względu na to, co by usłyszał.
— Jak? Gdzie? Kiedy!?! Psiakrew!!! — krzątał się, krążąc po lecznicy. Jego łapy drżały ze złości i frustracji. Między słowami chrząkał lub bełkotał jakieś niezrozumiałe przekleństwa do samego siebie. — Przecież to niemożliwe! Klan Gwiazdy chroni Bursztynową Wyspę, jakim cudem znalazł się na niej jakiś mroczny duch?! Po co mu to niby było?! Kto to widział, by klifiaków atakowały takie siły! Niewyobrażalne, istnie niewyobrażalne... — Ostatnie słowa wypowiedział już ciszej, wracając do głośnego myślenia w mamrocie.
Ćmi Księżyc przez cały ten czas siedziała obok w całkowitej ciszy, wbijając swój ślepy wzrok w sylwetkę rozsierdzonego wuja. Śledziła tylko oczami sylwetkę Judaszowcowej Gwiazdy, kręcąc głową z boku na bok, jakby naprawdę go widziała. Źródlana Łuna także milczała. Odpowiedzi na jego pytania po prostu nie istniały. A może po prostu nikt ich nie znał... Bądź nie chciał wyjawić swoich podejrzeń.
Przecież to było napiętnowanie godne zbrodniarza! — myślał sobie Judasz ze zmarszczonymi brwiami. Nie zdziwiłby się, gdyby takie paskudztwo dopadło kota pokroju Zielonego Wzgórza czy Terpsychory, ale jego CÓRKĘ? Tę wzorową, ambitną wojowniczkę, która wciąż szła przed siebie mimo niepowodzeń? Przecież była ideałem! Dlaczego cokolwiek miało na nią polować? Dlaczego, nawet jeśli, Klan Gwiazd jej przed tym nie chronił?
Chyba że...
...była taką cnotą, którą mroczne siły chciały mu skazić!
Ach tak! Przejrzał plany tych przebrzydłych kreatur z Bezgwiezdnej Ziemi! Chciały go dopaść, a skoro nie mogły dosięgnąć jego samego, to zadowoliły się jego biedną, bezbronną córką! Co za lisie łajna...
— Nie martw się, Źródlana Łuno. Ktoś jeszcze za to słono zapłaci! — obiecał, chrząknął coś jeszcze wściekle, obrócił się i wyszedł z lecznicy. Musiał ochłonąć, jeśli nie chciał, by rozsadziło go tam na miejscu. Ćmiemu Księżycowi nie było potrzebne ocucanie staruszka.

***

Doczekał się... Wnuków.
Co za dziwny przypadek.
Mirtek i Łuna byli już od dawna dorośli. To była tylko kwestia czasu, aż przynajmniej jedno z nich dojrzeje do założenia swojej własnej rodziny i będzie miało własne dzieci. Cykl życia. Cieszył się niezmiernie, że jego droga córka poszerzyła szeregi klanu o dwójkę kociąt, które w przyszłości zostaną oddanymi mu wojownikami. Nie mógł jednak powiedzieć, że nie było to niespodziewane...
Już nawet nie wspominając o niesmaku, który pojawił się na pysku Judaszowcowej Gwiazdy, gdy tylko dowiedział się o wyborze partnera przez Łunę. Królicza Prawda to, lekko mówiąc, nie był wojownik, którego on sam nazwałby godnego łapy jego córki. Zdrajca. Uciekinier. Nieodpowiedzialny i nieposłuszny mysi móżdżek. Nie powinien nawet stać obok idealnej Źródlanej Łuny, a bić się w pierś w nadziei, że jeszcze odzyska zaufanie klanu. Nowe, ładne imię to nie było wszystko. No ale jego córka była oddzielnym bytem, który myślał samodzielnie i mógł podejmować własne decyzje... Mógł się z nimi kłócić, ale co by to dało, skoro na miejscu pojawił się już owoc ich zapewne trwającego dłuższy czas w sekrecie związku. Pozostało tylko wzdychać w pewnym rozczarowaniu na widok tego kota, którego teraz mógł nazywać swoim zięciem. Cóż... Może Źródlana Łuna zobaczyła w nim coś, czego Judaszowcowa Gwiazda nie był w stanie... Choć ten naprawdę dokładnie się mu przyglądał...
Szczególniej oko lidera przykuwała rzadka barwa sierści Szronika i Strzępka. Urodziły się białe jak futro ich praciotki, Bożodrzewnego Kaprysu, i z biegiem wschodów słońca nabierały szarych kolorów. Nie było to coś niespotykanego. Zdarzały się takie koty. Ani Źródlana Łuna, ani jej chłoptaś jednak do nich nie należeli. Ona miała ciemnoszarą sierść z przejaśnieniami, on zupełnie odmienną, żywą, kremową. Natomiast ich kociaki były jaśniutkie, z charakterystycznymi przyciemniającymi się plamami na pysku, łapach i ogonie.
Zastanawiające.
Ostatnim kotem o takich cechach, jakiego Judaszowcowa Gwiazda znał, był zmarły przed wieloma księżycami Dzwonkowy Szmer, ich pradziadek. Nie mógł przestać o tym rozmyślać. Miałoby to perfekcyjny sens, mogły odziedziczyć po nim cechy, które do tej pory pozostawały ukryte. Gdzieś słyszał, że kociaki nieraz dziedziczą więcej wyglądu po swoich dziadkach aniżeli rodzicach. Tylko że... Dzwonkowy Szmer z oczywistych względów nie był prawdziwym ojcem swoich dzieci. Pikująca Jaskółka i Siewczy Letarg były jego przyszywanymi córkami.
Może był to jakiś znak? Dawny wojownik wracał do swojego klanu, może by ich przed czymś ostrzec, a może załatwić zatarg z przeszłego życia? Judaszowiec nie był pewien, co to mogło oznaczać, lecz wiedział, że nie był to zwykły przypadek. Ćmi Księżyc z pewnością mogła wejrzeć dokładniej w ten omen. Musiał z nią o tym porozmawiać.
Na razie jednak musiał sam dobrze poznać te kocięta. W końcu były jego wnukami. Odwiedzał je już kilkukrotnie, lecz głównie, gdy te spały lub były zbyt młode, by zrozumieć cokolwiek z ich interakcji. Teraz sam widział, jak te buszują wokół po obozowisku, poznając je i przygotowując się powoli do przyszłego wojowniczego życia. Z tej okazji zdecydował się wybrać na polowanie, pierwsze od dobrego szmatu czasu... Przywódca miał ważniejsze obowiązki niż regularne żywienie klanu. To zostawiał tym młodym, gibkim i zdeterminowanym wojownikom. Dawno zrozumiał, że jego kości nie były już tak giętkie, jak kilkadziesiąt księżyców temu. Polowania były cięższe i wisiała nad nimi niemożliwa do zdjęcia klątwa niepowodzeń, których Judaszowiec nienawidził. Wolał nie polować wcale, niż wyjść na łowy i wrócić z pustymi łapami. Niepotrzebnie zmarnowałby czas i przekonałby się jeszcze dogłębniej, jak stary i niedołężny się stawał. Nie... To nie na jego nerwy.
Kocięta, na które spadnie kiedyś jego dziedzictwo, zasługiwały na dobry podarek od swojego dziadka. Judaszowcowa Gwiazda wytrwale szukał dobrej zdobyczy, aż w końcu udało mu się złapać coś godnego – rybitwę. Musiała to być jedna z ostatnich, jeśli nie ostatnia, sztuka, która jeszcze nie odleciała na porę nagich drzew. Cudowna zdobycz. Choć wymagała od niego sporo wysiłku, w końcu bezwładnie opadła w jego szczękach. Zdyszany, zmęczony, ale szczęśliwy Judaszowcowa Gwiazda wrócił do obozu i natychmiast skierował się w kierunku żłobka.
— Witaj, Źródlana Łuno — miauknął już w progu i wszedł do środka jaskini, mijając Postrzępiony Mróz, jakby ta była powietrzem. — Przyniosłem ci i twoim kociętom dobry posiłek. Muszą w końcu jeść, by wyrosnąć na porządnych wojowników, prawda? — Położył przed karmicielką swoją zdobycz.

<Źródlana Łuno?>