BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

03 września 2026

Od Kobczyka

Chmurki sunęły po jasnoniebieskim nieboskłonie, wpadającym w czystą biel u spodu. Kobczyk poruszała nieznacznie ogonem, zastanawiając się nad pewną istotną kwestią; mianowicie, czy dałoby się zastąpić wadliwe oko czymś innym. Skoro Dwunożni mieli potwory, może jakaś część z nich byłaby idealna, a w dodatku wytrzymała? Czy taki kot widziałby przez twardą posadzkę, której nie dało się porysować pazurami? Będzie musiała się nad tym zastanowić. Podniosła łeb i spojrzała na pierwszego pacjenta. Był to bury kocur o brązowych oczach. Gdyby nie jego przysadzista sylwetka i siwe włoski na kufie, możliwe, że zlałby się z tłem dużo lepiej niż Kobczyk. Trwali w ciszy, dopóki Wernyhora nie wrócił z potrzebnymi ziołami, dzięki którym łapa samotnika zagoi się sprawnie po ugryzieniu szczura. Czy zamieszkiwał Siedlisko Dwunożnych, że go użarł szczur? Kobczyk nie widywała ich za często, raczej zwierzynę leśną i od czasu do czasu właśnie Wyprostowanych, chociaż ostatnio rzadziej. Częściej raczej słyszała warkot i wycie psów w oddali. Bury kocur poruszył nieznacznie łapą, pesząc się, gdy przez jego gest, zrzucił przypadkowo mały kamień. Przedmiot głucho uderzył o grunt, zsuwając się po nim lekko. Spojrzał na czarno-białego, jakby spodziewał się, że z tego powodu zostanie wyproszony. Kocur jednak pokręcił głową, zauważywszy jego zakłopotanie. Kobczyk przyglądała się całej tej interakcji, licząc na coś, co sprawi, że przestanie jej się nudzić.
— Nic nie szkodzi, drogi! Później sobie go ułożę raz jeszcze, a teraz pokaż mi tę łapę, no — powiedział, przysuwając do siebie ciemną kończynę i oglądając ją dokładnie. Nie potrzebował wiele czasu na namysł, ponieważ już uderzenie serca później kiwnął głową jakby na znak, że przyjął i zabrał się za robienie mikstury ziół. Chwycił rozgałęzioną roślinę o grubym, jasnym i porządnie rozgałęzionym korzeniu, delikatnie ubrudzoną w suchej ziemi. Starł ją z niej łapą. Ząbkowe liście kolczaste, kwitnące fioletowe kwiaty zdradziły czekoladowej, iż był to łopian mniejszy. Na ugryzienia szczurów najczęściej używało się sposobu z dzikim czosnkiem, ale łopian działał równie dobrze. Najzwyczajniej w świecie był rzadziej spotykany. Papka pokryła ciemne kłosy starszego, który skrzywił się delikatnie. — Poboli cię chwilę i przestanie, zaufaj mi — próbował go jakoś pocieszyć niebieskooki. Wreszcie zawinął mu łapę w pajęczynie ciasno i sprawnie, żeby papka się nie starła przy ruchu. — Odpoczywaj i nie nakładaj na nią zbyt wielkiego nacisku. Jeśli chcesz, możesz się dzisiaj przespać u mnie, dopóki nie poczujesz się lepiej.
Dryfująca Bulwa pokręcił delikatnie i nieśmiało głową.
— Nie mogę. Czeka na mnie w naszym schronie moja partnerka, rozumiesz — spojrzał na swoje łapy, uśmiechając się delikatnie. Wernyhora pokiwał głową z zapałem.
— W takim razie wróć do mnie, jeśli poczujesz się inaczej lub będziesz chciał najzwyczajniej w świecie spędzić z kimś czas — uśmiechnął się do niego, a brązowooki z wdzięcznością pochylił się lekko, żegnając się z dwójką charakterystycznym ruchem ogona. Kobczyk przewróciła oczami, pazurem wydrążając w ziemi małe kółeczko. Nic ciekawego. Wernyhora na chwilę wyszedł, zostawiając brązowooką samą, chociaż jej to nie przeszkadzało.
Następnym w kolejce okazał się Monarch Pierwszy. Pora Zielonych Liści przyniosła ze sobą masę infekcji, co nie było raczej czymś typowym. Zazwyczaj koty chodziły i pociągały nosem, niżeli martwiły się, czy jutro przestaną mieć czucie w łapach. Kobczyk wyprostowała się lekko, przejeżdżając językiem parokrotnie po swojej piersi, gdy niebieski kocur wszedł do środka i przywitał się z nią skinieniem głowy z tym swoim głupkowatym uśmieszkiem.
— Boli cię ucho, przyjacielu, prawda? Pozwól mi się mu przyjrzeć i już ci pomagam — powiedział mu Wernyhora. Dzisiaj był wyjątkowo mało gadatliwy. Może to przez to, że skupił się bardziej na robocie, niżeli paplaninie? Zamruczał cicho. — Kiedyś przyszedł do mnie pacjent podobny do ciebie. Już następnego dnia nie bolało go nic! Normalnie, jakby jakieś siły wyższe mu użyczyły swojej łaskawej łapy. Był od razu bardziej energiczny, jakby tchnęła w niego nowa, kocięca wręcz energia… — Wycofał się do magazynku z powrotem, nadal coś gadając, trochę do siebie. Kobczyk nie sądziła, by Monarch go słuchał szczególnie długo. Zamiast tego rozglądał się po norze, jakby szukał punktu, na którym mógł zawiesić wzrok. Łaciaty wrócił z ulistnioną, wzniesioną roślinką o intensywnie żółtych kwiatach. Jej aromatyczny zapach rozniósł się po jamie, kręcąc niebieskiemu lekko w nosie. Wernyhora zabrał się za żucie jej na papkę, w smaku była ostra i przez to nieprzyjemna. Szybko się jednak z tym uporał i tego pacjenta potraktował dokładnie tak samo, jak poprzedniego, chociaż w tym przypadku to ucho zostało obandażowane, a nie łapa.
— Dziękuję ci, Wernyhoro. Miłego dnia! — powiedział Monarch Pierwszy, nawiązując chwilowy kontakt wzrokowy z Kobczykiem, zanim nie wyszedł z jamy. Kocica westchnęła, kręcąc głową. Nic tu po niej. Niczego dzisiaj nowego nie zaobserwowała. Czuła się tak, jakby odrobinę zmarnowała swój czas, przesiadując tutaj. Dlatego też podniosła się ze swojego miejsca i gdy już miała wyjść, niebieskooki mruknął do niej jeszcze;
— Cieszę się, że dzisiaj przyszłaś. Nie każdy mentor ma możliwość utrzymywania kontaktu ze swoimi uczniami po zakończeniu nauki. Szerokiej drogi, Kobczyku. I zgłoś się do mnie, w razie, gdybyś potrzebowała. Twoja mama nie czuła się ostatnio za dobrze, prawda? Weź to, to jej pomoże. — Łapą przysunął następną dawkę pięciornika kurzego ziela. Miała ochotę znów przewrócić oczami, nie była już przecież koteczką, która dopiero co się uczyła. Wiedziała, które zioła, do czego służyły. Mimo wszystko nie skomentowała tego i wzięła zioło, a samotnik pożegnał się, strzygąc spokojnie wąsami. Czekoladowa wyszła wreszcie z tunelu. Pod łapami czuła nieco zwilżoną, wysoko pnącą się trawę. Niebo pokryło się gęstymi, śnieżnobiałymi chmurami, przestrzelonymi w paru miejscach przez dużo ciemniejsze, najprawdopodobniej burzowe. Musiała szybko wrócić do swojego domu, w przeciwnym razie zmoknie, bo ulewa była tuż za rogiem.

***

Krople deszczu uderzały o igły drzew iglastych, przepuszczając przez nie ciecz masowo, która potem ze stukotem opadała na poszycie leśne. Kobczyk przysunęła się do Mewy i zachęciła ją do tego, żeby spożyła zioło na infekcję. Jej mama była od jakiegoś czasu chorowita – jak nie infekcja, to kolec w łapie, zawsze coś… Vanka pozwoliła sobie pomóc w postaci nałożenia papki na łapę i obwiązania ją pajęczyną, co Kobczyk zrobiła dość mechanicznie i wręcz odruchowo. Mewa zamruczała, układając kończynę przed siebie ostrożnie, jakby bała się, że każdy ruch mógł jej zetrzeć cenny medykament. Nie było to błędnym spostrzeżeniem; jeśli tylko zaczęłaby nią trzeć po gruncie, pajęczyna bardzo łatwo by się zabrudziła i ześlizgnęła z łapy, a wraz z nią papka z zioła. Musiała się porządnie wchłonąć i zwalczyć infekcję.
— Dziękuję ci, kochanie. — Po tych słowach polizała ją lekko po głowie jak za czasów kocięcych. Kobczyk nie skomentowała tego w żaden konkretny sposób. Dokończyła swoją robotę i miała nadzieję, że teraz czas będzie mogła poświęcić na poszerzanie swojej wiedzy odnośnie do prowizorycznego oka.

Wyleczeni: Dryfująca Bulwa, Monarch Pierwszy, Mewa

02 września 2026

Od Poziomkowej Łapy do Nieboskłonnej Łapy

Przeszłość

— Niech wszystkie koty zbiorą się na zebranie klanu! — wezwanie Zawodzącej Gwiazdy poniosło się donośnym echem po wydrążonych ścianach obozu, jednak szybko w nich zaginęło. Nie było to jednak kłopotem, ponieważ wystarczyło te parę słów, żeby wszystkie koty z Klanu Burzy wyłoniły się z legowisk i zebrały obok siebie w celu wysłuchania, co miał im do przekazania ich przywódca. Dryfujący Fluoryt spojrzała na troje kociąt ułożonych tuż obok siebie. Poziomka przetarła łapką oczy, ze stęknięciem zmęczenia budząc się i mrugając wielokrotnie w celu rozbudzenia się. Oczka piekły ją i wiedziała, że jeśli tylko zamknie je z powrotem, to zaśnie. Odchrząknęła pod nosem, próbując pozbyć się porannej chrypki. Reszta również jakoś doszła do siebie, chociaż jej zajęło to najdłużej. Nie lubiła wstawać tak wcześnie. Z tego wszystkiego zapomniała w ogóle, że dzisiaj nadszedł niezwykle ważny dzień!
— Chodźcie, musicie jakoś wyglądać!
— A co się dzieje, Dryfujący Fluorycie…? — spytała zaspana Poziomka, na co wieczna królowa się uśmiechnęła.
— Jestem prawie pewna, że będziecie mianowane na uczennice! — pisnęła tak, jakby bardziej się tym ekscytowała niż same siostry, których to wydarzenie dotyczyło.
Poziomka poczuła, jak niebieska kocica parokrotnie przejeżdża językiem po jej długich kłosach w celu próby doprowadzenia ich do porządku. Czuła, jak gęste kłosy otulały jej ramiona i częściowo łapki, gdy wieczna karmicielka pochylała się nad nią i pomrukiwała uspokajająco. W pewnym momencie pociągnęła ją za mocno, co zabolało młódkę. Po jej grzbiecie poniósł się sygnał niby szczypnięcia, który momentalnie postawił jej futro wzdłuż kręgów. Skrzywiła pyszczek i spojrzała na karmicielkę ze smutkiem wymalowanym na mordce, ale i lekkim wyrzutem.
— Ał! To bolało… — Jej oczka się zaszkliły, a w nosie momentalnie znalazła się mokra wydzielina. Pociągnęła nosem, powstrzymując płacz i zaczęła delikatnie się trząść. Trzymanie tego w sobie nie było proste. Porzeczka przewróciła oczami, chociaż dało się w nich dostrzec pewną dawkę zmartwienia, a Malinka przybliżyła się do siostry, muskając ją lekko łapką. Dryfujący Fluoryt, zauważywszy to, otworzyła brązowe ślepia odrobinę szerzej i przytuliła koteczkę do siebie.
— Przepraszam, Poziomko. Nie chciałam ci zrobić krzywdy — nosem dotknęła czubka jej głowy w geście pocieszenia, a młódka przytuliła się do jej łapki. Skoro nie miała tego na myśli, to w porządku. Na pewno nie chciała źle. Otworzyła szerzej ślepka i wlepiła je w siostrzyczki. Gdy już miała coś do nich mówić, niebieska zabrała się za pielęgnację futra następnej z sióstr, czyli Malinki.
Wreszcie, kotki we czwórkę wybrały się na zebranie tuż obok siebie, gdzie znalazł się już prawie cały Klan Burzy. Dymny, zauważywszy je, skinął im głową i odezwał się ponownie;
— Skoro już wszyscy tutaj jesteśmy, możemy przystąpić do celu tego zebrania. Poziomko, Porzeczko, Malinko. Wystąpcie.
Poziomka poderwała się z miejsca, a na jej pyszczku widniał szeroki uśmiech, przyozdobiony nutką stresu. Zdążyła do tej pory już całkowicie oprzytomnieć, pobudzona słowami lidera. Ciekawe kto ją będzie szkolił! Ciekawe, czy spodobają jej się treningi z nowym kotem. Czy będzie mogła zabierać na szkolenia również swoje siostry? Zapatrzyła się w niebieskie ślepia kocura przemawiającego do klanu, rozmyślając o swojej przyszłości. Wreszcie, poczuła lekkie szturchnięcie w bok.
— Poziomko, nie odpływaj teraz myślami — mruknęła jej Porzeczka, na co rudaska z determinacją pokiwała główką i zamiotła małym, acz puchatym ogonem.
— Dobrze! Spróbuję… — I przytuliła się do jej boku, mrużąc oczka z zadowoleniem. Od razu poczuła się lepiej, gdy ich boki się zetknęły. W tej pozycji szybko zmęczenie do niej powróciło, mimo wcześniejszych zapewnień mózgu, że “już na pewno nie zaśnie”. Oczka jej się przymykały, a łapy delikatnie wiotczały. Nagle Porzeczka wstała, tym samym przywracając ją z powrotem do rzeczywistości.
Porzeczka z charyzmą godną wojownika wyprostowała się chwilę później, podczas gdy Malinka jako ostatnia z wywołanych, starając się zachować spokój, powoli podeszła do sióstr. Poziomka chciała jakoś dodać jej otuchy, dlatego ustawiła się tuż obok siostry i patrzyła spod byka na każdego, kto tylko śmiał popatrzeć na jej siostrzyczkę nie tak. Wyglądała wtedy dość zabawnie, szczególnie że była kulą futra.
— Każda z was ukończyła dziś sześć księżyców, co oznacza, że od dzisiaj zaczniecie swoje treningi. Poziomko, Twoim mentorem zostanie Śniący Obserwator, ucząc się na przewodniczkę, a od dziś będziesz nosić imię Poziomkowa Łapa.
Poziomkowa Łapa… Poziomkowa Łapa! Jej oczka zaświeciły z ekscytacji. Otrzymała tak cudowne imię! Chociaż było takie długie. Zresztą właśnie tego oczekiwano od klanowych kotów. Ciekawe, ile zajmie jej przestawienie się na nowe brzmienie? Śniący Obserwator… koteczka nigdy nie miała chyba z nim szczególniejszej interakcji. Przynajmniej takiej, żeby zapadła jej w pamięci. Poziomkowa Łapa odszukała w tłumie Śniącego Obserwatora, który podszedł do niej po chwili. Tak naprawdę to znalazł ją szybciej, niż ona jego. Postawny i wysoki, czarno-biały kocur ustawił się tuż obok niej, patrząc błękitnymi ślepiami na przywódcę, wyglądał tak, jakby niedawno się obudził i również nie był zadowolony z faktu, iż musiał wstać tak wcześnie. Chłodne spojrzenie jednak nieugięcie tkwiło na dymnym kocurze wyżej. W porównaniu do niej srebrzystofutry był ogromny, o niezwykle zadbanym, bujnym futrze. Chyba jedynym innym kotem, którego znała i który był taki duży, była nim Dryfujący Fluoryt. Wieczna karmicielka również miała długie łapy i futro takie, że jej płynęło taflą po barkach. Przez chwilę jeszcze gapiła się na przewodnika, nie mogąc uwierzyć własnym oczom, że otrzymała mentora. Miała ochotę coś do niego powiedzieć, jednak wiedziała, że nie mogła. Dlatego jedynie odchrząknęła, próbując wyczyścić sobie gardło z pozostałości po chrypce.
Przez kilka uderzeń serca lider zamilkł, a jego chłodne spojrzenie przeskoczyło z Poziomki, na Malinkę. Rudaska patrzyła na siostrzyczkę w celu dodania jej otuchy, a Śniący Obserwator poruszył nieznacznie ogonem, spoglądając na swoją nową podopieczną, jakby chciał jej niewerbalnie przekazać; “słuchaj”.
— Malinko, ty pójdziesz drogą kronikarki, szkoląc się pod czujnym okiem Lotosowego Pąku. Od dziś będziesz znana jako Nieboskłonna Łapa.
Kronikarki! Jej siostrzyczka miała szkolić się na kronikarkę! Poziomka uważała, że ta rola doskonale pasowała do jej siostrzyczki. Koty niezwykle kreatywne i rozważne, interesujące się niebem i białymi punkcikami na nim, gwiazdami. Będzie odpowiadała również za porządek w grocie. Mała Poziomka aż zaczęła lekko zazdrościć swojej siostrze. Chociaż, myśląc o swoim mentorze i nowym szkoleniu, poczuła, że sama również została w pewnym sensie wyróżniona. W końcu nie każdy miał przywilej szkolić się na przewodnika. Uśmiechnęła się pod noskiem. Miała ochotę już teraz skandować ich imiona, ale było na to za wcześnie. Nieboskłonna Łapa to było przepiękne imię. Rudaska wiedziała, że siostra wewnętrznie niezwykle się cieszyła, w końcu będzie mogła wyjść poza bezpieczne ramy tuneli i pozwiedzać świat u góry. Postawiła uszy, przyszedł czas na ostatnią z sióstr.
— Porzeczko, ty natomiast zostaniesz uczennicą Małej Bazi, przyjmując jej wiedzę, aby w przyszłości wstąpić do szeregów wojowników Klanu Burzy, natomiast Twoje imię to od teraz Chyża Łapa!
Zrobił chwilę przerwy, unosząc delikatnie łapę w celu przekazania, że to jeszcze nie moment na skandowanie. Jej kochana siostrzyczka, Porzeczka, będzie szkolić się na wspaniałą wojowniczkę! Poziomka bardzo cieszyła się szczęściem swoich bliskich. Ugniatała łapkami grunt pod sobą. Takie hamowanie się przed wykrzyczeniem nowych, cudownych imion było trudne!
— Mam nadzieję, że wasi mentorzy przekażą wam swoją wiedzę i doświadczenie — dodał po chwili lider. Śniący Obserwator schylił się do Poziomkowej Łapy, koteczka zaś uniosła łebek ku górze, po czym zetknęli się nosami. Poczuła suchą skórę na swoim mokrym nosku i posłała starszemu uśmieszek. Trochę się bała, ponieważ był jej zupełnie obcy, ale chciała wierzyć, że nie miał dla niej w planach nic złego ani przykrego. Po chwili po tunelach poniosły się donośne nawoływanie trzech nowych imion, a Poziomka zrobiła co w jej mocy, żeby to jej głosik przebijał się najwyraźniej, gdy wykrzykiwała kolejno imiona swoich sióstr.

***

Teraźniejszość

Pora Zielonych Liści przyniosła ze sobą wiele okazji dla wojowników, żeby się wykazać. Mianowicie dzięki temu, że roślinność powoli odżywała, zabierając z powrotem to, co zostało niedawno jej odcięte, zwierzyna powoli wprowadzała się na dawne tereny. Burzacy nie głodowali, a intensywne, krótkie burze słychać, niosące się echem po tunelach, o które dbały koty i wśród których żyli, niczym pracujące pieczołowicie mróweczki. Rudaska przeczuwała chłody w zefirkach, przemierzających ich wgłębienia – wielkimi krokami zbliżała się Pora Opadających Liści. Chociaż nie robiło jej to jakiejś ogromnej różnicy; jej futro było bardzo bujne i gęste, w porównaniu do szaty jej siostry, Porzeczki.
Porzeczka nie przepadała za swoim nowym imieniem, Chyżą Łapą, czego Poziomka nie kwestionowała nawet przez chwilę. Zależało jej na tym, żeby kotka dobrze czuła się w jej towarzystwie – w końcu były siostrami! Musiały się trzymać razem. Szczerze podziwiała szylkretkę za jej odwagę i to, jak bardzo energiczna i otwarta była. Była najpewniejsza siebie z całej ich trójki, a przynajmniej tak się wydawało młódce. O każdym treningu z Małą Bazią słuchała z zapałem, nie mogąc doczekać się następnego dnia, aż zostanie jej przekazana następna dawka wiedzy. Mogłaby godzinami rozmawiać z siostrami, ale najpierw czekały ją obowiązki. Wzrokiem odszukała Śniącego Obserwatora, który nadal jeszcze spał. Poziomka nie była pewna, która dokładnie pora wybiła, jednak poranny patrol zdążył już wyruszyć. Może… skoro mentor po nią jeszcze nie przyszedł, to mogłaby się jeszcze trochę zdrzemnąć? Dobrze jej to zrobi…
Zrezygnowała ze swojego planu szukania go i wycofała się do legowiska uczniów. W miejscu, w którym powinny być jej siostry, panowała obecnie pustka, a ostatni szkolący się ustawiali się już do wyjścia. Koteczka popatrzyła się na nich nieśmiało, po czym odchrząknęła i przystanęła przy swoim łożu. Wysunęła przednie łapki przed siebie, ziewając i rozciągając mięśnie. Ogon zawinął jej się w łuk, a sama ułożyła się wreszcie wygodnie w posłaniu i przysłoniła nos łapą. Miała wrażenie, jakby dopiero co przysnęła, a już musiała się z powrotem budzić. Otworzyła ślepka, gdy ktoś lekko ją szturchnął. Burknęła coś pod nosem, przymykając je z powrotem, ponieważ nie zarejestrowała, kto tak naprawdę po nią przyszedł.
— Poziomkowa Łapo — twardy głos przewodnika dotarł do jej uszu. Mała wyprostowała się momentalnie, krzywo stawiając łapę i tym samym w ten sposób na jej pyszczku zakwitł grymas. Zabolało ją to.
— Aaał… — podniosła ją i zaczęła oglądać, a srebrny uniósł jedną z brwi do góry, stercząc tak nad nią jeszcze przez jakiś czas. Polizał się parokrotnie po piersi, a oczy miał zmęczone. Odwrócił się na pięcie i zaczął kierować ku wyjściu. Młódka patrzyła jeszcze przez chwilę na poduszkę i zauważywszy, że tak naprawdę nic nawet się w nią nie wbiło, w paru susach dotarła do kocura, czując dostającą się do niej, lekką zadyszkę. Nie miała w zwyczaju skakać za wiele.
Dwójka sprawnie przemaszerowała przez tunel, mijając parę kotów wybierających się na patrol. Do nosa Poziomki dotarł intensywny, ziemisty zapach, do którego zdążyła się już przyzwyczaić, chociaż i tak od czasu do czasu jeździło jej to po zatokach, że aż mrużyła oczka, bo nieco doskwierało. Miała tak wiele pytań do swojego nauczyciela! A jednak… nie wiedziała, od czego powinna zacząć. Gdy dostrzegła, że tym razem wybierają się na powierzchnię, już ślepkami dostrzegając cieniutkie pasmo światła z zewnątrz, otworzyła oczy szerzej.
— Śniący Obserwatorze, co będziemy dzisiaj robić? — wydobyło się z jej pyszczka cicho. Na tyle cicho, że kocur musiał tego nie usłyszeć, bo nawet się nie zatrzymał ani na nią nie spojrzał. Przełknęła ślinę i stawiała łapy na tyle pewnie, jak bardzo była fizycznie w stanie. Zdążyła już zapomnieć, jak jasny był świat na zewnątrz. Słońce zaświeciło jej prosto w oczy, przez co od razu zaczęły jej łzawić. Gdy tylko spoglądała na ogromną kulę, w jej wizji malowały się ciemne, granatowe wręcz plamy, które przysłaniały jej obraz. Potarła łapą oczy, jednak nie chciało to od razu zejść. Delikatnie sfrustrowana, machnęła ogonem. Przeszło samo po parunastu uderzeniach serca, a ona, wraz z kocurem, znalazła się wreszcie poza tunelami. Świat dookoła był zwęglony, a w powietrzu unosił się charakterystyczny zapach, który mała kojarzyła z dnia, gdy tu trafiła. Na samą myśl serce zabiło jej szybciej. Ciekawe, co działo się teraz z jej mamusią? Nie… nie mogła o niej myśleć, tylko jej będzie przykro.
Słońce rzucało nieśmiałe, jaskrawe pasma światła na boki dwójki kotów, a wiatr powiewał nieregularnymi kosmykami trawy, porozrzucanymi tu i ówdzie. Młódka szła tuż za starszym, rozglądając się po terenach Klanu Burzy. Życie pod ziemią nie było aż takie złe, tak naprawdę podobało jej się to, że pomagała przy kopaniu tuneli czy powiększaniu legowisk. Do tej pory nie spotkała ją żadna katastrofa, co można byłoby rzec, było szczęściem. Tak wiele rzeczy mogło pójść nie tak, gdy pracowało się z ziemią… uczennica jednak nie chciała się zamartwiać tym nadto. Skoro nic jej nie było, taka musiała być wola przodków lub kogokolwiek, kto był nad nimi i sterował tym wszystkim. Pod łapami czuła wilgoć, a serce rosło jej za każdym razem, kiedy do uszu dobiegał ją szmer. Lubiła sobie myśleć, że podążały za nimi ciekawskie zające. Albo stworki, których koty nigdy na oczy nie widziały. Może takie ulepione z ziemi? Temperatura zachęcała do spacerów, a nieboskłon upstrzony był przez śnieżnobiałe, ogromne chmury. Młódka z zafascynowaniem śledziła ich leniwe przemieszczanie się po niebie, chociaż gdy tak szła, to miała wrażenie, że stały w bezruchu.
Warunki, które malowały się przed jej oczami, spowodowane były przez ogromny pożar, który pochłonął cały stary obóz Klanu Burzy. Poziomki ani jej sióstr, nie było jeszcze na świecie, gdy ta tragedia miała miejsce. Była ona jednak na tyle świeża, że wielu Burzaków wspominało tamten tragiczny dzień tak, jakby było to wczoraj. Wtedy pochowano wiele wspaniałych kotów i pożegnano tych, którzy ich zdradzili. Na samą myśl wzdrygnęła się delikatnie. Jak ktokolwiek mógł być tak okrutny, żeby zabierać komukolwiek życie? Jak mogli zrobić coś takiego swoim bliskim?
Dwójka dotarła do ogromnej, zwęglonej i pokrytej szadzą połaci. Z ziemi wyrastała ogromna wieża, niepochłonięta przez ogniste jęzory. Musiała to być Kamienna Wieża. Młódka rozdziawiła delikatnie mordkę, spoglądając na tak istotne miejsce. Zrobiła jeszcze parę kroków i rozglądając się, w jej oczach wezbrały łezki. Tak bardzo współczuła swoim pobratymcom. Przeszli przez takie piekło…! Poziomka nigdy w życiu nie widziała ognia. Nie wiedziała nawet, co by zrobiła na ich miejscu.
— Dotarliśmy. Teraz przeszukamy dawny żłobek. Ja wejdę pierwszy. — Głos mentora był dużo cichszy, niż dotychczas przypuszczała. W tunelach zawsze brzmiał głośno i wyraźnie, tutaj jednak ginął szybciej, niż w ścianach z ziemi. Szylkretka pokiwała z zapałem głową, po chwili sama wtykając nos do kociarni i rozglądając się po niej spokojnie. To, co pozostało po legowisku, sprawiało, że niebieskooką zaczynało delikatnie boleć serce. Kiedyś z pewnością było to miejsce, w którym przyszło wychować się tak wielu kotom… teraz było ruiną. Zbliżyła się do jednej z górek, zauważywszy, że Śniący Obserwator postępuje dokładnie tak samo. Może było tutaj coś, co im się przyda? Wreszcie, Poziomkowa Łapa wyciągnęła z pozostałości po żłobku jedno nietknięte ogniem… posłanie! Było to na tyle istotne znalezisko, że wręcz od razu pochwaliła się mentorowi;
— Śniący Obserwatorze! Znalazłam coś! — zawołała do niego. Kocur uniósł łeb znad swojej części i przybliżył się do niej pospiesznie, a uczennica odsunęła się odrobinę. Kiwnął głową.
— Doskonale. Zanieśmy je do obozu, przyda nam się — powiedział nie wylewnie, odrobinę monotonnie, nie wracając już do części, którą sprawdzał. Pewnie nic nie znalazł, skoro kierował się już ku wyjściu… Mała wzięła posłanie na łeb z determinacją, a następnie przerzuciła je na grzbiet ostrożnie, żeby go nie zepsuć. Tego rodzaju pochwała napełniła ją nadzieją i lekko radością, ponieważ mentorowi nie zdarzało się często jej chwalić. Posłanie było w niezwykle dobrym stanie! Zamierzała bezpiecznie zanieść je z powrotem do azylu na swoim puchatym grzbiecie. Z pewnością komuś będzie służyło. Może nawet jej siostrom? Będzie musiała koniecznie powiadomić o tym znalezisku siostrzyczki, właśnie. Myśląc o bliskich, zrobiło jej się cieplej na sercu. Czy mentor był z niej zadowolony? Chciała wierzyć, że tak. Wielu jego odpowiedzi nie rozumiała zbyt dobrze, w takim sensie, że ciężko było jej odczytać ich ton w taki sposób, żeby się tym nie martwić.

***

Później

Dwójka raz jeszcze zaszła do miejsca spowitego mrokiem, a do nozdrzy koteczki napłynął z powrotem przyjemny, ziemisty zapach. Bardzo jej się podobało na powierzchni, jednak ilość wszystkich bodźców delikatnie ją odstraszyła, nawet jeśli dobrze się bawiła. Pod koniec było tego zwyczajnie za wiele… nawet jeśli w rzeczywistości nie działo się dużo dookoła. Zdążyła się odzwyczaić od życia poza tunelami.
— Odłóż, ja je wezmę i zaniosę — powiedział do niej Śniący Obserwator, na co mała kiwnęła głową i posłusznie zdjęła z siebie łoże, przekazując je mentorowi. Srebrny odebrał je od niej sprawnie, udając się we własnym kierunku. Zrozumiała to jako znak, że na dzisiaj skończyli trening albo że przynajmniej mogła odpocząć. Ślepkami zaczęła lustrować obozowisko, wreszcie dostrzegając siedzące obok siebie siostrzyczki.
— Porzeczko, Malinko! — zawołała do nich, po chwili zawstydzając się delikatnie, gdy jeden z wojowników spojrzał na nią nieprzychylnie, bo wykrzyczała to tuż obok niego. — Przepraszam… — miauknęła w kierunku Burzaka, podwijając delikatnie ogon, uszy mu aż zadrżały. Kocur pokręcił głową, a następnie zniknął w jednej z odnóg, prawdopodobnie kierował się do legowiska wojowników. Poziomka podreptała pospiesznie do szylkretek i usadowiła się obok nich wygodnie.
— Co dzisiaj robiłyście na treningu? — zapytała, a jej oczka świeciły ciekawością. — Ja dzisiaj znalazłam nowe legowisko w starym obozie… Martwię się, że Śniący Obserwator mnie nie lubi — wyjawiła im, kładąc po sobie delikatnie uszy. Najprawdopodobniej źle go musiała zrozumieć, pewnie wypowiadał się w ten sposób do wszystkich, ale… trochę ją to raniło, z jakiegoś powodu. Nieboskłonna Łapa otuliła siostrzyczkę ogonem, a Porzeczka popatrzyła na nią przez chwilę, wreszcie strzygąc wąsami.
— Wiesz… a mnie dzisiaj Mała Bazia zabrała na biegi długodystansowe! Wspaniałe to było, wiatr przemierzał moje kłosy z taką łatwością. Czułam się tak, jakbym wzniosła się wysoko w powietrze i leciała nad wrzosowiskami! W dodatku nie ma patyka w zadzie ani króliczego puchu w mózgu, co jest takie świetne — powiedziała Chyża Łapa z zadowoleniem, wręcz z błyskiem w oku. Czyli się dzisiaj wyszalała! Jak miło, że chociaż ona miała dobry dzień… Jednak z drugiej strony, Poziomka poczuła delikatne ukłucie w sercu. Liczyła, że może jakoś ją wesprze albo zapewni, że Śniący Obserwator na pewno nie miał tego na myśli. Nie, nie mogła przecież tego od niej wymagać. Uśmiechnęła się, kiwając do niej głową na znak, że słuchała.
Nieboskłonna Łapa poruszyła się delikatnie.
— Jesteśmy przy tobie, Poziomko — próbowała ją pocieszyć, nieznacznie wpraszając rozpromienienie na pyszczek. Malinka zawsze była najspokojniejsza z całej ich trójki. Teraz jednak stała się czymś na wzór ich mediatorki. Ciekawe, czy taki wpływ miał na nią Wędrujące Niebo? Niewykluczone. Chociaż Poziomka nie znała kocura za dobrze, tak słuchała z uwagą każdej opowieści z pyszczka siostry o niebieskim poincie. Rudaska wtuliła się w futro bliskiej. Była jej niezwykle wdzięczna za te słowa, nawet jeśli nie otrzymała koniecznie tego, czego oczekiwała.
Porzeczka w tej chwili zaczęła się za kimś rozglądać, a Poziomka zaczęła podążać wzrokiem tuż za nią, zastanawiając się, czy może kogoś szukała. W pewnej chwili łaciata podniosła się ze swojego miejsca, muskając delikatnie siostry.
— Pójdę coś przekąsić. Możecie kontynuować na razie beze mnie. — I po tych słowach podążyła trasą przyjemnej woni, czyli prosto do sterty zwierzyny. Poziomkowa Łapa spojrzała na Malinkę w lekkim zdziwieniu, chociaż bura wyglądała na równie zdezorientowaną, choć nie na długo.
— Malinko, czy słyszałaś legendę o białym pawiu?
Pokiwała główką.
— Tak, byłam przy tym, jak Dryfujący Fluoryt nam o nim opowiadała. Czy coś się stało, że o nim wspominasz? — dopytała, strzygąc delikatnie uchem, jakby chciała pogonić nim natrętną muchę.
— Może… może gdyby nadal istniał, to Klanu Burzy nie spotkałaby tak wielka tragedia? W końcu przynosił pomyślność. Może teraz, odkąd go nie ma, jesteśmy skazani na niepowodzenie, ponieważ szczęście odeszło razem z jego duchem? Patrole podobno wracały zawsze z pełnymi łapami, gdy proszono go o pomyślność. Myślisz, że to… przypadek? Chociaż… koty powiązane z nim, czyli Lotosowy Pąk oraz Biały Strumień podobno też mogą porozumiewać się z naszymi przodkami dzięki niemu. Może mimo wszystko, tej katastrofy nie dało się uniknąć? Sama nie wiem… — poruszyła lekko łapą, zamiatając grunt pod sobą. Ziemia o konsystencji skrobi przylepiła się do jej odrobinę zwilżonej poduszki.

<Opowiesz mi o Klanie Gwiazdy, siostrzyczko?>
[Event w Klanie Burzy: Przeszukiwanie starego obozu, znalezione posłanie w żłobku]
[3209 słów]

Od Odety

Cały ogród milczał. Każdy zakamarek rezonował ciszą, która odbijała się od kwiecistych krzewów, pnących się do światła z każdym płatkiem. Roztaczała swoje sidła dookoła. Wczesna pora dnia sprzyjała właśnie takiemu spokojowi. Ten rodzaj ładu był domeną tylko tej godziny pomiędzy brzaskiem, a wschodem słońca. Za bardziej wyczuwalne od jakiegokolwiek hałasu można byłoby uznać, chociażby powietrze – rześkie i przeszywające wszystko do cna. Złudne poczucie pustki na świecie można było jednak obalić, uchylając drzwi prowadzące do domostwa zaraz za przepełnionym kwiatami podwórzem. W jego wnętrzu życie kontynuowało swój mozolny tok pomimo czasu.
– Ofelko, chodź tutaj. – Rozniósł się przyjemny głos kogoś wyraźnie starszego. Jego chwiejne nuty były przepełnione szczerą troską, kiedy przerywał ciszę. Wtem zza rogu wyłonił się łepek pokaźnej kocicy. Jej długie, starannie wyczesane na gładziutko futro opadało ku samej ziemi warstwami, kiedy zaczęła kroczyć w stronę Wyprostowanej. Tamta powitała ją z uśmiechem. – Tutaj jesteś, kochana… – odrzekła, schyliwszy się, aby potarmosić przybyłą koteczkę za uchem.
Tamta mruczała w najlepsze pod dotykiem, ale moment nie trwał długo, ponieważ kobieta podniosła się znad ziemi i sięgnęła do puszeczki pozostawionej na skraju blatu. Nie szczędziła czasu, otwierając opakowanie i napełniając miseczkę kota, aż nic nie pozostało już w środku. – Jedz, panienko – dodała, zanim nie odeszła i nie zajęła się czymś w innej części pokoju.
Delikatne światło poranka wpadało przez przysłonięte jedynie firankami okna, ukazując scenerię w naprawdę pięknym obliczu, nawet pomimo wiszącego w powietrzu kurzu i prostoty pomieszczenia. Kuchnia była finalnie jedynie paro-metrową klitką ze wzorzystymi czerwono-białymi kafelkami. Ciemnobrunatne szafki nosiły ślady użytkowania, a blaty trzymały miliony kubeczków i talerzyków. W jednym z kątów stał podobnie wyglądający stół, zaścielony kwiecistą ceratą w zielono-różowych odcieniach. Każdy kąt był czymś zagracony: czy to ściereczką, czy porcelanową figurką, czy ledwo dychającą paprotką. Dostęp do promieni słonecznych oferowało wyłącznie malutkie okienko nad zlewem i lufcik znajdujący się w drzwiach wychodzących na ogród, lecz to wystarczyło w zupełności.
Przy samej ziemi, zaraz obok lodówki, posiłek spożywała Ofelia. Nie spieszyła się i brała każdy z kęsów powolnie. Nie miała gdzie się spieszyć – tutaj był jej dom, jej bezpieczne miejsce. Chociaż po minucie lub dwóch zza rogu wyłoniły się kolejne dwie główki, tym razem nieco drobniejsze. Ich pyszczki były wykrzywione w psotnych uśmiechach. Przyglądały się niczego nie świadomej, starając się powstrzymać od chichotania. Ich plan był nieznany, lecz bez dwóch zdań chciały coś zbroić.
– Malutkie – zabrzmiał donośny, męski głos. Sprawił, iż momentalnie odwróciły się w stronę głębi korytarza. Daleko było im do przestraszonych, zamiast tego buchnęły śmiechem niczym chór. – Nie przeszkadzajcie mamie. Ma was już wystarczająco często – mówił kocur, pokazując się. Można było dostrzec podobieństwo między nim a dwójką stale śmiejących się maluchów. Nikt nie miałby wątpliwości, że był to ich ojciec, kiedy podszedł i jedną po drugiej roztrzepał ogonem, jednocześnie wywołując kolejną falę śmiechu. Uśmiech również piętrzył się na jego mordce, nawet jeśli starał się to ukryć odwróceniem głowy i spojrzeniem na jedzącą spokojnie koteczkę. Czułość w jego oczach była równie nie do pomylenia co rodzinny klimat sceny.
Obserwujący na własnej skórze poczułby, jak każdy fragment scenerii emanował niemal rzeczywistym ciepłem. Ta chwila była taka perfekcyjna, jakoby na świecie nie mogło mieć miejsca żadne zło. Jak równocześnie z tym mogły istnieć inne, mordujące się nawzajem istoty? Czy naprawdę po świecie chodziły koty pełne nienawiści, jeśli istniał też taki raj, jak ten właśnie tutaj?
Kiedy tylko kocur oddalił się w stronę partnerki, większa siostra trzepnęła mniejszą w ucho.
– Tata to czasem taki nudziarz! – burknęła, spotykając się z odpowiedzią przeciągłego pomruku zgody. Niemniej, był to oczywisty żart. Obydwie nie traciły nawet czasu na roztrząsanie jego znaczenia, gdyż zajęte były już innym tematem. Wystarczyła jedna myśl wskakująca do głowy. – Chodź za mną, Klementyna. Znajdziemy lepsze zajęcie – głośno zachęcała kotkę drugą. Tamta przewróciła oczami, pomimo tego, iż już zaczęła iść za poruszającą się w stronę drzwi na zewnątrz rozmówczynią.
– Odeta, jak ty coś wymyślisz… – mruknęła. Zaraz po tym obydwie zniknęły w kocich drzwiczkach. W kuchni zostali tylko ich rodzice zajęci sobą i wstający niespiesznie dzień. Obydwa kociaki natomiast rozpoczęły swoje igraszki gdzieś na połaci zielonej trawy, skacząc na siebie i tarzając się razem przez długość ogrodu, z radosnymi piskami jako akompaniamentem. Dla nich niemożliwym byłoby życzyć sobie lepszego poranka. Ten dawał wszystko, czego chciały.
Były malutkie i beztroskie, w domu wypełnionym miłością. Nie znały okropności świata ani niczego poza ich małym światem. Chociaż Odeta marzyła o wielkich przygodach i rozpościerających się przed nią ścieżkach, pomiędzy piwoniami i głogiem było jej, najprawdziwiej w świecie, wspaniale. Trójka znajomych pyszczków zupełnie jej wystarczała, a przynajmniej na razie. Następny dzień nie miał ograniczeń oraz mógł przynieść wszystko, niemniej ta godzina jeszcze nie nastała. Teraz popychała figlarnie swoją siostrę, a wszystko bez wyjątku znajdowało się na swoim miejscu.

Od Fląderki CD. Złocistego Widlika

*akcja ma miejsce po ostatnich trzech oneshotach Flądry oraz przed mianowaniem kociąt*

Gdy Fląderka dostrzegła piastuna zmierzającego w jej stronę, a z jego pyska padło jej imię, wręcz napięła wszystkie mięśnie w obawie, że będzie czekać ją rozmowa z kocurem na temat zachowania Lipieńka – jego niewygodnych pytań i kwestionowania wszystkiego, co go otaczało. Bo mimo prób, nie udało jej się zbytnio wpłynąć na zachowanie swojego syna, który jakby nie patrzeć był swego rodzaju indywidualistą w Klanie Nocy. Co zarówno fascynowało Fląderkę, jak i również przerażało. Martwiła się, że kocurek może zostać w przyszłości wygnany z klanu za bycie problemowym kotem zdaniem większości kotów w ich społeczności, a tego nie chciała. Nie chciała stracić kolejne ze swoich kociąt, podobnie jak straciła rodzeństwo czy rodziców.
– J-ja... nic nie zrobiłam – powiedziała, czując się niczym małe kocię, tłumaczące się ze swojego wybryku, którego na dobrą sprawę nie dokonało. Jednak taka była prawda. Jej kontakt z Urodziwym Szafirkiem sprowadzał się do powiedzenia "dzień dobry" czy spojrzenia się w stronę kocicy, gdy ta dzieliła języki ze swoim partnerem lub rozmawiała z innymi kotami. I mimo tego, że znała podejście kocicy, głównie z plotek, na temat dotyczący jej przyjaznego nastawienia do kocich przestawicieli o brązowej barwie futra, ciężko nazwać było je koleżankami. Między nimi nie były żadnej relacji, przynajmniej według Fląderki, jak i pewnie w oczach innych wojowników również. – N-nigdy nawet nie dotknęłam Urodziwego Szafirka, więc to niemożliwe, abym ją zaraziła. N-nawet na jej ślubie...
– Łżesz... nie raz widziałem, jak znajdowałaś się blisko mojej Szafirki. Zdecydowanie za blisko. Odebrałaś mi córkę...
Fląderka struchlała. Nie przypominała sobie, aby kręciła się za blisko Urodziwej Szafirki. Większość dni spędzała w towarzystwie Wymarzonej Słodyczy oraz Mysiomózgiej Łapy, gdy ta żyła, jak i również rodziny królewskiej. Zarówno Rogatego Flaminga oraz Klekoczącego Bociana można było zauważyć często w towarzystwie Flądry, w szczególności przed ciążą i porodem kocicy nim zaszyła się na dobre w kociarni. Gdy pierwszy z książąt dawał odrzutkowi niestworzone zadania oraz misje, tak drugi usilnie próbował odpędzić się od towarzystwa odrzutka, w szczególności, gdy kocica zadawała mu przeróżne pytania na temat klanu czy zagadnień medycznych.
– To ty powinnaś odejść z tego klanu, a nie ona i Przypalony Kasztan. Swoim odejściem wyświadczyłabyś wszystkim przysługę, a w szczególności własnym kociętom. – Piastun przeniósł spojrzenie na pochłonięte zabawą kocięta. – Weź przykład z ich ojca i dołącz do niego na terenach niczyich. Po prostu... Spływaj!
Mimo, że kocur silił się na szept, jego słowa musiały dotrzeć do uszu Sennej Łzy, która z zainteresowaniem przyglądała się ze swojego posłania parze kotów. Fląderka instynktownie przeniosła spojrzenie na swoje dzieci, które na jej, jak i ich szczęście nie słyszały wymiany zdań między piastunem, a matką.
Fląderka milczała przed dłuższą chwilę. Jej mały móżdżek potrafił pojąć, dlaczego kocur powiedział jej te, a nie inne słowa. Tęsknił za szylkretową kotką i odobnie, jak jego syn, piastun nie przepadał za czekoladowymi kotami przez wzgląd na wpojone wartości, które raz za razem utwierdzały go i innych w przekonaniu, że z czekoladowymi kotami naprawdę jest coś nie tak. I nie obawiał się okazywania jawnej niechęci względem nich, jak i nastawianiu Wełnianki czy Centuri przecie własnej matce, które z księżyca na księżyc się nasiliło – obie koteczki przestały z chęcią wtulać się w bok Fląderki, decydując się na szczególny odstęp między nią, a ich samymi.
Odejście ukochanej córki Złocistego Widlika, niedługo po tym, jak Fląderka zagościła na jej ślubie. Pojawienie się czekoladowego samotnika na kolejnym. Agresywna matka Pyzy, Bzyczka oraz Milczka, woląca zabrać ze sobą kocięta do krainy przodków czy narodziny potomstwa Flądry oraz ich odmienność od pozostałych kociąt. Raz za razem członkowie Klanu Nocy otrzymywali potwierdzenie, być może od samego Klanu Gwiazdy, na temat nauk, które otrzymywały od pierwszych dni spędzonych w żłobku.
– Z-złocisty Widliku. Jest mi naprawdę przykro z powodu odejścia... zaginięcia twojej córki... G-gdym mogła, gdyby Mandarynkowa Gwiazda lub książę Błękitna Laguna mi na to pozwolili, zrobiłabym wszystko, aby przyprowadzić Urodziwego Szafirka wraz ze swoim partnerem z powrotem do klanu... Abyście znowu mogli być razem... sama wiem, jakie to uczucie, gdy traci się ukochanych bliskich i nie chcę, abyś tak się czuł... Proszę, uwierz mi, że to nie ja ją zaraziłam, ani nie proponowałam jej porzucenia rodziny... m-może to sprawka jakiegoś innego czekoladowego kota... t-tego samotnika, który nawiedził nasze tereny... m-może on ją skrzywdził albo coś jej powiedział...
Dziwnie się czuła z faktem oczerniania czekoladowego kocura, którego żywot zakończył się z dniem jego egzekucji. Jednak może naprawdę kocur się wcześniej spotkał z Urodziwym Szafirkiem, tym bardziej było to prawdopodobne, skoro znał lokalizację obozu. Może również dowiedział się, że szylkretka nie była uprzedzona do kotów o brązowej okrywie i to jakoś wykorzystał?
Fląderka pomyślała również o swoim srebrzystym synku, Pyzie oraz Bzyczku. Jeśli to nie ona oraz samotnik, to może któreś z kociąt miało jakiś wpływ na decyzję Urodziwego Szafirka odnośnie odejścia z Klanu Nocy? Tylko w jaki sposób mieli wpłynąć na decyzję dorosłej wojowniczki.


<złoty? zleć jej zadanie, może przy okazji pozbędziesz się jej na dobre z klanu i może jakimś cudem znajdzie zagioną parkę challenge dla odrzuta >

Od Fląderki

Fląderka nie była w stanie zasnąć. Kręciła się z boku na bok na legowisku, uważając przy tym, aby przez przypadek nie uderzyć lub przygnieść, któregoś ze swoich kociąt, w szczególności Centurii, która w przeciwieństwie do swojego rodzeństwa nie była w stanie głośno zawokalizować przygniecenia. Kocica ze sto razy, jak nie więcej, upewniała się, czy aby na pewno nie przygniotła łapy lub ogona koteczki. Na całe szczęście dwie pozostałe królowe i ich kocięta były pogrążone we śnie, podobnie zresztą, jak Złocisty Widlik i nie widzieli, jak Fląderka co rusz kręci głową we wszystkie strony.
Szylkretka nie miała okazji jeszcze porozmawiać z Mandarynkową Gwiazdą. Nie widziała czy srebrzysta poprze propozycje odrzutka. W końcu czy jej dzieci miało prawo zostać uczniami wojowników, gdy ich rodzona matka zajmowała najniższy szczebel w hierarchii w klanie? A ojciec był samotnikiem.
Fląderka z markotną miną po cichu podniosła się z posłania, nie chcąc wybudzić ze snu swojego potomstwa oraz pozostałych mieszkańców kociarni. Nim zbliżyła się do wyjścia z legowiska, spojrzenie zatrzymała na pustym legowisku, które do niedawna dzieliła razem ze zdegradowaną Mysiomózgą Łapą.
"Czy Mysiomózga Łapa dołączyła do Klanu Gwiazdy?"
"Czy czekoladowe koty są w stanie dotrzeć na Srebrzystą Skórę?"

Fląderka nie była pewna, a legendy zaczynały się w jej umyśle zlewać z tym, co uważały poszczególne koty. Według niektórych każdy kot, której przestrzegał kodeksu wojownika miał zaszczyt po śmierci dołączyć do Przodków. Nawet jeśli był to kot, którego zdobił brązowy odcień futra i nie był nosicielem klątwy. Według jeszcze innych członków Klanu Nocy, Fląderka za samo posiadanie futerka w kolorze brązu była skazana na odmęty Miejsca, gdzie brak gwiazd.
Spojrzenie ciemnych oczu spoczęło na legowisku wojowników. Szylkretka przywołała w umyśle rozmowę z Wymarzoną Słodyczą. Starsza kotka na pewno miała dobre intencje, dzieląc się tymi informacjami z odrzutkiem, jednak również zdołała zaniepokoić Fląderkę na tyle, że teraz nie była w stanie zmrużyć oczu. Widziała, że ruda kocica nie miała złych intencji, jednak jej słowa w tamtym momencie brzmiały, jak bełkot. Na tyle, że Fląderka zaczęła żałować złożonej obietnicy Konwaliowej Mieliźnie, bo nie była w stanie jej dotrzymać. Chyba na dobrą sprawę nikt by nie mógł.
– Mamo... nie śpisz? Dokąd idziesz?
Lipieniek przeciągnął się na posłaniu, po czym szeroko rozdziawił pyszczek. Wpatrywał się w swoją matkę, a na jego mordce wymalowana było zdziwienie, jak i zmartwienie. Może uznał, że Fląderka miała zamiar ich porzucić pod osłoną nocy?
– N-nigdzie nie idę – mruknęła Fląderka. – Po prostu nie mogę spać i chciałam popatrzeć w Gwiazdy. Przodkowie zaraz utulą mnie do snu... a ty Lipieńku, czemu nie śpisz? – Zbliżyła się do posłania, na którym leżał kocur i trójka wtulonych w siebie kociąt.
– Też nie mogę spać – zamruczał po chwili. – Czy mogę z tobą popatrzę w Gwiazdy? Póki Przodkowie nie utulą nas oboje do snu... – Opierając przednie łapy na oparciu posłania, przechylił się w stronę Fląderki.
Fląderka wahała się, zwlekając z odpowiedzią. Lilieniek powinien spać w nocy, jeśli miał być zdrowym kocurkiem. A przede wszystkim silnym, który sobie sam poradzi. Chociaż, nawet gdyby nie był wystarczająco silny, wiedziała, że bury kocurek da sobie radę. Nawet jeśli nieumyślnie zrobi sobie wrogów ze starszych, na których spogląda spode łba.
– Dobrze.
Lipieniek znalazł się u boku matki, wtulając głowę w jej czekoladowe futerko. Milczał, wzrok mając utkwiony w gwieździstym niebie. Do czasu, aż nie został utulony do snu przez leniwie poruszające się po niebie chmury oraz gwiazdy. Wtedy Fląderka ostrożnie przeniosła kocurka na posłanie, tuż obok jego śpiącego rodzeństwa.

Od Zamroczki (Zamroczonej Łapy) Do Blednącego Szaleju

Przeszłość

Zamroczka wbiła wzrok w ziemię i podążyła swoimi niebieskimi oczami za przesuwającym się po podłożu chrząszczem. Poruszyła uszami i bardzo, tak bardzo jak tylko mogła, skupiła się na ofierze.
Minęło kilka sekund. Kolejne kilka sekund.
Czekoladowa wcale nie zamierzała skakać – Prawie bezdźwięcznie z impetem pacnęła łapą chrząszcza, który już po chwili leżał nieruchomo.
Chwilę obserwowała go dokładnie, jakby oceniała zdobycz, aż popchnęła go noskiem. Nie ruszał się, co Zamroczka przyjęła z zadowoleniem.
– Tylko co ja mam teraz z tym zrobić? – mruknęła do siebie, unosząc głowę.
Przewróciła oczami, narzekając cicho na ten (można powiedzieć, że niepotrzebny) kłopot. Szybko ukryła owada w krzakach i zapamiętała dokładnie miejsce, po czym ruszyła przejść się po obozie.
Przeszła obok legowiska uczniów, legowiska wojowników, a nawet obeszła z każdej strony miejsce przemówień.
Nagle usłyszała za sobą głos, co sprawiło, że niemal się wzdrygnęła.
– Nie uważasz, że podziwianie obozu jest... nudne? – zapytał głos.
Koteczka odwróciła się i zobaczyła siedzącego naprzeciwko rudego kocura, którego futro było dłuższe przy łokciach. Wojownik wyglądał tak, jakby wszystko mu było obojętne.
Zacisnęła jeszcze mleczne kły w szczęce i powiedziała:
– Nie myślę tak. To bardzo fascynujące!
Zamroczka zobaczyła leżące pod łapami kocura cząstki kości. Rudy wojownik przesuwał je łapą raz w lewo, raz w prawo. Przypomniała sobie, że jej brat, Koszmar, też lubi bawić się kośćmi, a raczej szczątkami, tylko mniejszymi od tych.
– Jak masz na imię? – spytała starszego kocura. Chciała jeszcze dodać "wojowniku" albo "proszę wojownika", ale był na tyle młody, iż wyglądał prawie jak uczeń.
– Blednący Szalej – warknął w odpowiedzi.
– Aha. Ja jestem Zamroczka – mruknęła koteczka. – To Blednący Szaleju, dlaczego uważasz oglądanie obozu za nudne?
– Bo nie ma w tym nic ciekawego, ani emocjonującego. Przecież to po prostu zwykła codzienność klanu. Wiesz, jakie miejsce nie jest nudne?
Zamroczka przewróciła oczami, ale w głębi duszy nie mogła się doczekać tego, co powie jej Blednący Szalej.
Kocur ściszył głos.
– Potworna Przełęcz. Wygląda trochę jak skrzydło ptaka, jest ogromne, twarde i ostre. – Przesunął łapą kość, zniżając głowę. – Można tam zrobić sobie kryjówkę, zakopać upolowaną zwierzynę oraz poćwiczyć równowagę, a krócej mówiąc, można kreatywnie zrobić tam, dowolne rzeczy, na które się wpadnie.
– Brzmi super! – pisnęła Zamroczka.
– Właśnie! Ale lepiej, żeby kociaki tam nie chodziły – dokończył.
Spojrzał na nią lekko rozzłoszczonym, choć wciąż bardziej neutralnym wzrokiem.
Kotka pokiwała głową, minęła go i na końcu zerknęła za siebie.
– Do widzenia, Blednący Szaleju – wymamrotała.


***


Zamroczka wyciągnęła z krzaków chrząszcza. Chciała pokazać "upolowanego" owada swojej mamie. Jeszcze nie wiedziała czy Kocimiętkowemu Wirowi, czy Ognikowej Słocie. Pomyślała, że to zależy, którą z kotek w pierwszej kolejności spotka.
Po pokonaniu kilku kroków napotkała Blednący Szalej. Nie mogła uwierzyć, czy ten nie mógł wyjść na żaden patrol.
Z szacunku pochyliła głowę w kierunku wojownika. Cicho liczyła na to, iż dowie się dziś czegoś interesującego.

<Blednący Szaleju?>

Od Zamroczonej Łapy

Przeszłość

Zamroczona Łapa, bo teraz właśnie tak się nazywała, znajdowała się przy swoim mentorze – Cętkowanym Tęgoszu i spokojnie wyczekiwała rozpoczęcia nauki. Przed chwilą opuścili obóz, a w tym momencie szli przez porośnięty drzewami las. Kotka nie mogła się doczekać pierwszego treningu, ale postanowiła zachować skupienie, mimo, że to wymagało wysiłku. Zamroczoną Łapę rozpraszała duża, a nawet ogromna ilość głównie zapachów oraz dźwięków i innych bodźców.
Przyśpieszyła, czując, jak powoli zaczyna dopadać ją zmęczenie, ale nie chciała narzekać.
– Idealne warunki na trening – wymruczała cicho.
– Co powiedziałaś? – odezwał się Tęgosz, spoglądając na nią uważnie.
Nie usłyszał? Opuściła głowę od niechcenia.
– Nic takiego.
Mentor pokiwał głową. Zamroczona Łapa była zadowolona, że to właśnie jemu została przydzielona jako uczeń. Z tego co mówiła jej Ognikowa Słota, kuzyn dobrze walczył, po za tym uważała go za świetnego wojownika. Miała szczerą nadzieję, że naprawdę tak jest
W końcu zatrzymali się na polanie nieopodal jeziorka. Była trochę bardziej odsłonięta niż reszta miejsc, ale i tak wciąż rosły na niej krzewy i drzewa, tylko trochę mniej.
– No dobrze – powiedział Cętkowany Tęgosz. – Jutro mogę pokazać ci całe nasze terytorium – kontynuował – jednak dziś zajmiemy się czymś innym. Chyba wiesz jakie są najważniejsze umiejętności w Klanie Wilka?
Zamroczona Łapa strzepnęła ogonem i odrzekła z nieśmiałością:
– Umiejętności bitewne, wspinaczka na drzewa, sprawność. Dobrze?
– Jeszcze nawigacja w tunelach, ale prawie dobrze – powiedział rudy kocur.
– To zrobimy coś z tych rzeczy? – zapytała. Przepełniała ją nadzieja, iż będzie to coś, co jej się spodoba.
– Oczywiście – uśmiechnął się mentor, po czym pokazał jej jak wspinać się na drzewa. Potem kazał jej wspiąć się na szczyt jałowca.
Jest zbyt wysoki – pomyślała, jednak po chwili przypomniała sobie jak duże potrafią być dęby, więc poczuła się trochę lepiej.
Z wysiłkiem wskoczyła na pień i szybko wbiła pazury w korę. Udało jej się nie spaść, dzięki czemu podciągnęła się wyżej. Wspięła się na najniższą gałąź i poczuła jak owiewa ją zapach igiełkowych liści. Powtórzyła to kilka razy, aż wkrótce znalazła się jakieś 4 metry nad ziemią.
Zamknęła oczy, przy czym owiał ją strach i serce zaczęło bić szybciej. Nie miała pojęcia, co robić dalej, by wejść dalej w górę.
– Spróbuj przejść na sąsiednią gałąź. Nie martw się, dasz radę – poinstruował Zamroczoną Łapę mentor.
Czekoladowa koteczka powstrzymała drżenie łap, a także po chwili wysunęła łapy do przodu. Przeszła na wąską gałąź tak wolno i ostrożnie, jakby od tego miało zależeć jej życie.
Utrzymując równowagę odważnie wdrapała się na szczyt korony drzewa.
– Co teraz zrobić, skoro nie potrafię zejść? – zastanowiła się.
Cętkowany Tęgosz zastrzygł uszami i mruknął:
– Skocz! Nic się nie stanie po upadku z tak małej wysokości.
Przerażona Zamroczona Łapa schowała pazury i zgodnie ze wskazówkami zeskoczyła z jałowca.
Szok trwał tylko chwilę, ponieważ przerwało go uderzenie o twardą, pokrytą trawą ziemię. Nagle zrozumiała, iż wcale nie było tak strasznie.
Kocur jej pogratulował i poinformował, co kotka będzie trenować wieczorem.
Zamroczona Łapa z entuzjazmem szła za nim aż do obozu.
– To było niesamowite – szepnęła po powrocie.
Udała się do legowiska uczniów, gdzie zobaczyła innych uczniów, śpiącego Garbatą Łapę i odpoczywającego Tęczową Łapę. Wiedziała, że Tęczowa Łapa jest bardzo energiczny i rozmowny, podczas gdy ona wolała spokój i obserwację.
Zdrzemnęła się, spała przez pół godziny, za to kiedy obudziła się, zaczęła wyobrażać sobie jak mogłaby wyglądać jej pierwsza walka. Oby nie wydarzyła się niedługo, przecież musi nabrać jeszcze odpowiednich umiejętności. Przynajmniej umiała już wspinać się na drzewa i bardzo ją to cieszyło.

[559 słów, wspinaczka na drzewa]

Od Ćmiej Łapy CD. Migoczącej Łapy

No nie, ten pokraka zgłupiał. Miała ochotę odpowiedzieć: “Tak jest, księciuniu. Podetrzeć ci jeszcze tyłek przy okazji?”, ale była uczennicą medyczki, a pochodziła z rodziny, na którą niezbyt przychylnie spoglądano, dlatego tarcie się z nim mogło nieźle jej zaszkodzić.
– Nie ma mowy, Migocząca Łapo. To twoje obowiązki, nie moje. To, że chodzę często do starszyzny, nie oznacza, że mam cię wyręczać w zmienianiu mchu. – Poruszyła delikatnie ogonkiem, gdyż był zbyt krótki, żeby nim machnąć i odwróciła się w stronę idącej do niej Mysikróliczej Łapy.
– Oh, no weź, to dla ciebie i tak mały wysiłek, a ja mam jeszcze dużo pracy.
Od kiedy wymądrzanie się jest pracą?” – przekręciła oczami.
– Ćmia Łapo, bardzo brzuch mnie boli… – poskarżyła się Mysikrólik.
– O, mysi móżdżku, może ty to zrobisz? – Point nie odpuszczał. Mysikrólicza Łapa zmarszczyła nos, ukazując mu kły w wrogim grymasie. Ćmia Łapa jednak dotknęła jej lekko w bark i pokręciła głową, jakby na znak, że nie warto było.
– Migot, błagam, weź się do pracy i nas zostaw – mruknęła z lekkim rozczarowaniem i obrzydzeniem, że nawet gdy jej siostra cierpiała, on miał to gdzieś. Głupi narcyz. Jak on nazwał ją chwastem, to może też go przedrzeźni? Nie, nie będzie się zniżać do jego poziomu, bo niżej raczej się nie dało.
Kotka przypomniała sobie, że szylkretka miała niemałą "wojnę" z Mniszkowym Nektarem.
Jeżeli to wina tego starca, to do następnych ziół na wzdęcia dorzucę mu krwawnik”, pomyślała kremowa i weszła z siostrą do legowiska medyka.
– Co dzisiaj jadłaś? – spytała liliową szylkretkę.
– Tylko mysz. Ał! – wrzasnęła.
– Dotknę ci brzucha. Powiedz, kiedy boli.
– …ał… Ał… Ał, AŁ! – skręciła się żółtooka.
– Wygląda, jakbyś miała siniaka. Powiedz, czy ktoś cię uderzył?
– Nie, w trakcie treningu się uderzy… BLE! – Liliowa szylkretka zwymiotowała i drżąc, położyła się na posłaniu. Odór mówił Ćmie, że wyrzuciła z siebie mysz.
No dobrze, dzisiaj ci się upiekło, Mniszkowy Nektarze” – pomyślała kotka i lekko nachyliła się nad siostrą.
– Nadal cię mdli?
– Już nie…
– W takim razie odpocznij sobie, twój organizm musi się zregenerować po zatruciu. A ja zajmę się twoim… bałaganem – rzekła uczennica i wzięła trochę mchu, aby wytrzeć pozostałości niestrawionego jedzenia. Kiedy wszystko było w napęczniałych odłamkach mchu, rozrzuciła trochę lawendy, aby stłumić zapach.
Wtedy do legowiska weszła Księżycowa Aldrowanda.
– Ćmia Łapo, podasz… fuj, co tak śmierdzi?
– Mysikrólik źle się czuła – odpowiedziała zgodnie z prawdą. – Muszę zakopać wymiociny, ale jak wiesz, uczniowie nie mogą wychodzić sami z obozu.
– Myślę, że jak tylko pójdziesz wynieść śmieci to nic ci się nie stanie, tylko uważaj! – Szylkretka machnęła ogonem i kucnęła przy Mysikróliku.
Ćma skinęła głową, wzięła pakunek i skierowała się w stronę wejścia. Ominęła wodospad i poszła w górę klifu. Kiedy zaczęła się ziemia, wykopała dołek i włożyła mech do dziury. Akurat wtedy z patrolu wracali Lśniąca Gwiazda, Skrzydlata Pogoń, Wzorzysta Dal i Migocząca Łapa. Point nie był zadowolony, że ją widział, tak jak ona, że widziała jego.
– Dzień dobry, Lśniąca Gwiazdo, Skrzydlata Pogoni i Wzorzysta Dali. Cześć, Migocząca Łapo!
– Ch… Ćmia Łapo, witaj. – Powstrzymał się niebieski.
Kotka zakopała dziurę i razem z patrolem ruszyła do obozu.
– Sama wyszłaś z obozu kopać roślinki? – miauknął kocur i podniósł głowę do góry z uśmiechem.
– Musiałam posprzątać po niestrawności Mysikrólika, ale pewnie mało cię obchodzi stan współklanowiczów.
Migocząca Łapa lekko się skrzywił.
– Ja? Dla mnie życie moich pobratymców jest najważniejsze.
Kremowa zmrużyła oczy. Nigdy by tak nie powiedział, chyba że obok był jego ojciec… chyba próbował bardzo się wybielić przed oczami przywódcy.
– To bardzo mnie to cieszy! U starszyzny można powiedzieć, że jest epidemia kleszczy, a sama jedna nie dam rady. Byłabym wdzięczna, gdyby taki silny kocur, pełen empatii, pomógłby mi w nim. – Nałożyła akcent na “silny” oraz “pełen empatii”, aby zwrócić nieco uwagi przywódcy. Była ciekawa, jak kocur na tę niespodziankę zareaguje.

[613 słów]
<Egotopie?>

Od Ciski Do Puszystej Neriny

Ciska była już dużo starsza. Miała już niemal sześć księżycy, a co za tym idzie, w każdej chwili mogła zostać mianowania uczennicą. Tylko że koteczka sama nadal nie wiedziała, co chce robić. Spojrzała na Ćmią Łapę, stojącą nad jakąś kupką ziół. Uczennica medyka? Nie, klan jaskini miał ich chyba aż za dużo. Przeniosła wzrok na ojca, stojącego przy wejściu do obozu. Uczennica protektora? Ich chyba też mieli za dużo. Poza tym, bycie i uczennicą medyka, i protektora, wiązała się z ogromnie ważnymi obowiązkami i odpowiedzialnością. Nie, koteczka na pewno się na takie coś nie powinna pisać. Zostali już tylko wojownicy. Ale oni też są strasznie ważni i odpowiedzialni. Ciska bała się odpowiedzialności. A jak coś zepsuje? Pomyli? I kogo daliby jej na mentora? Nawet nie chciała wiedzieć. Koteczka ruszyła w stronę żłobka, gdy nagle potknęła się o jakiś kamień. Rozejrzała się w panice, czy nikt tego nie widział. Ale nie, wszyscy zajęci byli swoimi sprawami. W wyniku potknięciach z głowy Ciski spadła uschnięta koniczynka. Kociczka trzymała ją tam odkąd włożyła ją tam jej mama, i ani razu nie zdejmowała. Teraz roślinka była całą uschnięta, a gdy Ciska ją dotknęła,  rozleciała się. Kotka bez koniczynki czuła się jakby zabrakło jej części. Tak bardzo brakowało jej znanego dotyku roślinki za uchem... Nagle przypomniało jej się. Puszysta Nerina miał iść na patrol! Może jak go poprosi... przyniesie jej koniczynkę? Ruszyła w stronę wyjścia z obozu najszybciej jak umiała uważając, by przy okazji się nie potknąć.
Patrol jej ojca jeszcze nie wyszedł. Podbiegła do niego. Zalała ją fala wątpliwości, ale było już za późno.
– Tato, jak będziesz na patrolu... przyniesiesz mi koniczynkę? – Zapytała cicho.

<Tato?>

Od Wróżki CD. Śnienia

Zrobiło jej się cieplej na sercu, gdy kocur wyznał, że rozmawiał z liderem na temat jej sytuacji, gdy przebywała w lecznicy, jak i również przez fakt, że wspomniany Czereśnia był w stanie udzielić jej azylu. Jednak czy, aby na zasługiwała na niego i chciała pozostać w Owocowym Lesie? Na pewno chciała w jakiś sposób odwdzięczyć się kotom z Owocowego Lasu za opiekę, jak i spędzić jak najwięcej czasu ze Śnieniem przez opuszczeniem tutejszych terenów. Początkowo zamierzała udać się poprzez tereny niczyje, próbując dowiedzieć się od samotników, czy ktoś z nich słyszał o niewidomym niebieskim kocie, skoro Tańcujące Pierze zabronił jej powrotu do Klanu Burzy. Jednak skoro rebelie udało się zgasić w zalążku, czy to znaczyło, że mogła bezpiecznie wrócić do domu?
O dziwo ta myśl sprawiła, że zamiast radości z możliwego spotkania z bliskimi poczuła ukłucie w sercu. Obawiała się reakcji braci, a tym bardziej Zawodzącej Gwiazdy, którzy mogliby uznać jej odejście z klanu za zdradę. Obawiała się także konfrontacji z Wdzieczną Firletką, mimo że medyczka nie raz wykazała się zrozumieniem dla swojej uczennicy, jak i nie raz okazała jej wsparcie. Jednak składając przysięgę podczas ceremonii obiecała, że będzie bronić klanu, jak i dbać o zdrowie chorych czemu podczas pożaru nie podołała. Po raz kolejny złamała kodeks, mimo że pragnęła ochronić bliskich.
Zamyślona przyglądała się czarnemu kotu, zastanawiając się nad ubraniem swoich odczuć w słowa. To, że kocur był tutaj przy niej i rozmawiali, nie musząc się obawiać, że ktoś mógłby ich nakryć podczas nocnych spotkań było wręcz nierealne.
– Nie... właściwie, zamierzałam odejść całkowicie z tutejszych, gdy tylko poczuję się lepiej. Nie chciałam zasiać niezgody między Owocowym Lasem, a Klanem Burzy, gdyby wyszło na jaw, że przebywam na waszych terenach – miauknęła siląc się na łagodny ton, mimo, że z każdym kolejnym słowem jej ciało bardziej się napinało. – Nawet nie chce myśleć, co by się stało, gdyby Tańcujące Pierze dowiedział się, że żyje i znajduję się tak blisko klanu...
Opowiedziała wojownikowi wszystko, czego doświadczyła na własnej skórze i czego była świadkiem podczas pożaru. O tym, jak widziała śmierć własnego ojca, jak i o tym, że buntownicy pozbawili życia jej przyjaciela, Skrzypiący Skrzyp, grożąc, że jeśli powróci na tereny Klanu Burzy podzieli los poległych, których tamtego dnia krew została przelana. Wspomniała również o tym, jak Bąbelkowy Plusk wstawił się za nią oraz, jak Dziki Berberys odprowadził ją na granicę. To dzięki nim na dobrą sprawę była tu, gdzie teraz jest. Żywa.
Odejście, tym razem o wiele dalej, wydawało się najlepszym rozwiązaniem, nawet jeśli nie była stworzona do samotniczego życia.
– J-jeśli dobrze zrozumiałam, to co przekazali mi wasi medycy... uzdrowiciele – poprawiła się. – Na ten moment Klanem Burzy przewodzi Zawodząca Gwiazda, a na zastępczynię wybrał Skrzydlatą Płomykówkę. Oprócz tego dowiedziałam się, że obóz został całkowicie zniszczony, a schronienie znaleźli w podziemiach terenów... – mruknęła, nie wyjawiając Śnieniu nazwy Groty Pamięci. Bo to tam najprawdopodobniej schronili członkowie klanu, a przynajmniej tak to zrozumiała od Modrogończyka, który wspomniał o rozmowie ze swoim rodzeństwem, Łzawą Łapą i Milknącą Łapą o tym, że teraz obóz znajduję się w innym miejscu. Mimo, że ufała kocurowi widziała, że lokalizacja groty, jak i sieć tunelów nie powinna być znana żadnemu koty, który nie żył na otwartych terenach. – Wiem również, że na pewno jeden z moich braci żyje...
– Żyje i ma się dobrze. Przynajmniej fizycznie, nie zauważyłem, aby został zraniony przez cudze zęby czy języki płomieni. Ale twoje zniknięcie na pewno go zasmuciło...
– Rozmawiałeś z nim? Wie, że jestem pacjentem Owocowego Lasu?
– I tak, i nie. Czereśnia wysłał patrol na wasze tereny, w którym wziąłem udział, tuż po tym, gdy pożar został ugaszony przez deszcz. Purchawka i Modrogończyk chcieli się upewnić, czy ich bliscy są cali i zdrowi, jak i chcieli zaoferować pomoc sojusznikom. Na twojego brata wpadliśmy całkowicie przypadkowo, gdy wraz z innym wojownikiem wyszedł nam na przeciw, kiedy przeczesywaliśmy zgliszcza waszego starego obozu. To właśnie od niego dowiedziałem się, że zostałaś wygnana przez buntowników. – zamruczał. – Oprócz tego, wiem również, że rebeliantów spotkała zasłużona kara. Dwoje z nich zostało skazanych, a pozostali zostali więźniami. A Dziki Berberys, ten o którym wspomniałaś, został wygnany. – Śnienie mówił spokojnym tonem, dawkując informacje. Bardzo cenne informacje. – Być może ten, którego się tak obawiasz już ci nie zagraża. Jestem pewien, że jego dusza spoczęła w czeluściach miejsca, gdzie brak gwiazd. Zawodząca Gwiazda na pewno nie pozostawiłby kogoś takiego jak on przy życiu, kto w imię własnych idei morduje pobratymców.
Wróżka poruszyła uszami, powstrzymując łzy. Nie chciała, aby krew kolejnych kotów została przelewna na terenach Klanu Burzy, nawet mordeców. Starała się poznać odpowiedź na nurtujące ją od dnia pożaru pytanie. Czy Tańcujące Pierze od początku był zły? Czy jednak śmierć Aminkowej Łapy przeważyła szalę i doprowadziła jego brata na skraj szaleństwa. Żałowała, że nie była w stanie przywołać w myślach obrazu Pierza, gdy ten był kociakiem i młodym uczniem, który psocił z rodzeństwem. Gdy jego ciało nie pokrywała krew innych wojowników. Żałowała, że nie była w stanie im obojgu pomóc.
Wróżka przybliżyła swój pyszczek do boku kocura, by zaraz zatopić go w kruczoczarnej sierści Śnienia.
– Póki co i póki mogę, chce zostać w Owocowym Lesie. Z tobą. Jednak nie mogę wykluczyć ponownego powrotu do Klanu Burzy, o ile mnie w nim zechcą. – W końcu to nie Królicza Gwiazda, ani Zawodząca Gwiazda ogłosili jej wygnanie. I jakby nie patrzeć, wciąż przecież była medyczką, nie zrzekła się swojej funkcji, ani nikt jej nie zdegradował. Tańcujące Pierze jedynie kazał jej odejść i nigdy nie wracać. I nawet jeśli być może faktycznie jest tym, na kim przeprowadzono wyrok, i nie ma go wśród żywych, czy powinna narażać się duszy z Mrocznej Puszczy? – Kiedy będę gotowa, chcę się spotkać zarówno z liderem oraz zastępczynią Klanu Burzy, jak i moimi braćmi. Jestem im winna wyjaśnienia. A na razie, chce pozostać chociaż przez chwilę w miejscu, gdzie jestem bezpieczna. Gdzie nikt nie patrzy na mnie przez pryzmat koloru futra i oczu, jak i omenów, łagodnym spojrzeniem czy pogardliwym. Poproszę osobiście Czereśnie i obu zastępców o przyznanie mi azylu, gdy tylko Mistral i pozostali uzdrowiciele ogłoszą zakończenie mojej rekonwalescencji.

<Śnienie? pora nauczyć wróżkę nie tego jak latać, ale tego jak poruszać się wśród drzew >