BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

23 października 2026

Od Wilczego Skowytu CD. Koszmaru

Przeszłość

Kocur, słysząc słowa kociaka, podrapał się po głowie, po czym ciężko westchnął. — Masz rację, przepraszam, Koszmarze. Nie powinienem był się tak do Ciebie odzywać. Mam nadzieję, że rozumiesz. Ciężki dzień miałem. — Uśmiechnął się lekko do kociaka. Rzeczywiście nie powinien był od razu tak ostro do niego wyskakiwać. — Mam nadzieję, że taki szanowany wojownik jak ty mi wybaczy! — Wystawił lekko łapę do przodu, mając nadzieję, że bury kociak mu przybije piątkę.
Kociak z udawaną arogancją przybił piątkę i siadł elegancko naprzeciwko wojownika.
— Może taki dzielny wojownik jak ty pokaże mi, jak się walczy? — mruknął, po czym zamrugał brązowymi oczyma. Może i bawił się trochę z kociakiem i próbował go denerwować swoimi słowami, ale chyba mu to nie wychodziło i do dzieci miał wyjątkowy talent.
— A ty umiesz? — zaśmiał się lekko kociak na słowa czekoladowego. Wilczy Skowyt mu przytaknął i po chwili odpowiedział:
— Oczywiście, że umiem! Taki wojownik jak ja musi umieć walczyć! — Uśmiechnął się, po czym wypiął dumnie pierś.
Kociakowi oczy rozbłysnęły na słowa wojownika.
— To pokaż!
Zaśmiał się bardziej słodko, niż chciał.
— Pokazałbym ci, gdybyś był starszy. Gdy jesteś w takim wieku, jest to niebezpieczne — czekoladowy kocur mruknął z mniejszym entuzjazmem, nie chciał zasmucić kociaka, ale czasami trzeba było. Nie mógł pokazać małemu kociakowi przecież, jak się walczyło, bo jeszcze by mu zrobił krzywdę. — Jakby twoja mama zobaczyła, że „walczyłem’’… a raczej cię atakowałem, to zrobiłaby ze mnie pokarm dla wron.

<Koszmarku?>

Od Kaczorka do Komosy

Pomiędzy żłobkiem a mównicą, rozciągała się przestrzeń zajmująca około minuty do przejścia w szybkim tempie, gdy było się typowego rozmiaru kociakiem, jak Kaczorek. Jeśli chciałeś dotrzeć zaraz pod wcześniej wskazany punkt, miałeś dużą szansę na odbycie jakiejś rozmowy, jednak jeśli pobiegłeś w tamto miejsce, pewność była stuprocentowa, gdyż ktoś zapyta cię o twoje wyczyniania. Takie obliczenia przynajmniej wychodziły z logiki kocurka, który rozważał wielkość całego świata. Czy byłby w stanie w całym swoim życiu przejść przez całą jego długość? A może nawet parokrotnie? Ile rozmów musiałby odbyć, aby to osiągnąć? Teoretycznie mógłby kogoś zapytać, ale czuł, że uznają to za bardzo głupiutkie pytanie. Nie chciał wyjść na durnia!
Dlatego zmagał się z poszukiwaniem odpowiedzi sam, na swój sposób. Zdecydował się nawet na opuszczenie przeznaczonego mu legowiska, gdy jego mama zniknęła, aby odpocząć trochę od natłoku kociąt, obiecując im przysłanie opiekuna - który się nie pojawił. Wtedy to zdecydował sprawdzić swoje umiejętności skradania się, które nabył po paru zabawach z nim związanych, i przekradł się do otworu prowadzącego w ogromny, otwierający się przed nim świat. Wodospad nie spływał przez mroźną pogodę. Natomiast jeśli już jakaś kropelka z topiącego się lodu kierowała się w dół, nie trafiła na niego, więc nie przekonał się na razie do możliwych nieprzyjemności związanych z takim wyglądaniem na zewnętrze. Pozostawał bardzo ciekawy, zresztą pewnie jak każdy malec. Ponadto błogo nieświadomy.
On jednak trzymał w sobie ogromne pokłady tej całej ciekawości pomieszanej z niechęcią do zadawania pytań. Czuł potrzebę sprawdzenia samemu. Chciał postawić tam łapę sam oraz nie musieć zabiegać o uwagę kota, który możliwie pomyśli o nim jedynie negatywnie. Naprawdę cenił sobie reputację bardziej niż chęć posiadania tej wiedzy. Chociaż granica była cienka! Aż wyjrzał przez ramię, zastanawiając się, czy pytanie musiało być takim złym pomysłem. Niemniej, nie złapał kontaktu wzrokowego z żadnym obecnym w obozie kotem. Uznawszy to za znak, iż nie warto zajmować się pytaniem, przysunął się jeszcze bliżej do krawędzi.
Oczyma pojmował cały horyzont w możliwym zasięgu, lecz był pewien, że ląd biegł dużo dalej niż to, co może zobaczyć z tej perspektywy. Bezmyślnie podniósł się na łapach, próbując tym samym zobaczyć, chociażby zarysek dalszych terenów. Na jego nieszczęście, nie dostrzegł niczego, co mogłoby być odkryciem, ponieważ byłoby niemożliwe, chociażby dla dorosłego, a co dopiero młodziaka. Widział wyłącznie to, o czym mówiła mu mama i starsi - kawałek dalej lśniły w słońcu Pory Nagich Drzew wody bezkresnego morza; wyspa, której nazwa wypadła mu z głowy, piętrzyła się niedaleko; kawałek dróżki rysował się w oddali niczym obietnica. Znał te historie, ale nie mógł oprzeć się chęci przeżycia na własnej skórze tego, o czym opowiadały - dotknięcia wody, zasmakowania powietrza, no i przede wszystkim poczucia zapachu pozwalającego zapamiętać.
Ni stąd, ni zowąd, okropne zimno uderzyło go prosto w czubek głowy! Zachwiał się na łapach i aż musiał przywrzeć do gruntu w strachu, że poleci w przód oraz roztrzaska się na skalnych elementach. Najpierw czuł się głupkowato, wtem obok niego pojawił się inny kot. Po przyjemnym aromacie przychodzącym razem z nim, mimo oszołomienia, poznał go od razu. To Komosa dostąpił do jego boku, z piskiem:
— Hej, Kaczorku! — nim jego pysk opuściły kolejne słowa, on też niemal doświadczył przyprawiającego o dreszcze prysznica. Zaskoczony odgłos wyrwał mu się z gardła i rudawy brat natychmiast zobaczył, jak chciał skoczyć do przodu w ucieczce przed uczuciem. Pomysł na zaradzenie wypadkowi wpadł mu do łebka od razu, bo nie mógł pozwolić kotu ot, tak spaść. Do zapobiegania musiał działać z zawodową szybkością. Czym prędzej ustał na jego tylną łapę, gdyż ogon miał zbyt krótki.
Tak, spotkało się to tym razem z sykiem bólu. Decyzja jednak była z perspektywy pręguska zupełnie uzasadniona i pozwoliła przytrzymać tamtego przed jakimkolwiek ruchem, choć potem odskoczył w tył z prędkością światła. Widać było oburzenie w jego mince.
— To nie było miłe! — zaprotestował głośno.
— Proszę, troszkę ciszej! — powiedział przesadnie miło. — Ktoś usłyszy i każe nam wracać do żłobka albo naskarży mamie! — Myśl o rodzicielce dowiadującej się o niebezpiecznej sytuacji sprawiła, że młodego przebiegł dreszcz. Koteczka martwiła się już wystarczająco na co dzień bez podobnych wieści… to popchnęło go do decyzji o przyłożeniu łapki do pyszczka towarzysza zaczynającego wylewny monolog. Trzeba przyznać, iż działał naprawdę sprawnie, a do tego sprytnie. Aczkolwiek rozejrzał się dookoła nieco nieporadnie. Nie wiedział czego szukać w otoczeniu, które jakimś cudem zdawało się jedynie w ciszy obserwować poczynania dwójki. Nie chciał dopuścić kogokolwiek do podejścia za blisko, więc aby uniknąć takiej sytuacji, zdecydował się działać czym prędzej, jak najbardziej sprawnie.
— Wielkie dzięki… nie mogłeś zrobić nic lepszego niż zdeptać mi łapę, a potem przytknąć mi tą — zająknął się tamten. — Tą… tą swoją… — próbował sklecić w emocjach zdanie, co szło mu opornie. Kaczorek czekał bez zważania na problemy, widział już oczami wyobraźni podchodzącego do nich wojownika. — Przytknąć mi tą swoją futrzastą łapę prosto do buzi?! — rzucił ostatecznie urażony kocur. Gdy mógł przestać myśleć o poprawnej budowie wypowiedzi, naburmuszył się.
Kaczorek nie był najlepszy w socjalnych interakcjach, zwłaszcza tych pospiesznych, dlatego uśmiechnął się niezręcznie. — Przepraszam — był szczery i w wygłosie słowa zachowywał tą sztywną, zwyczajową dla niego uprzejmość. Aż dziwne, iż odnosił się do brata w ten sposób, jednak nie mógł inaczej, i nie miał czasu o tym rozmyślać. — Przecież wiesz, że nie chciałem... no ale chodźmy stąd. Już się na nas patrzą. — Nerwowość wstępowała w jego ciało, zabierając ekscytację.

<Przecież wiesz, że nie chciałem. Komoso?>

Od Cisowej Łapy CD. Dymówkowej Łapy

Kotka lekko zesztywniała, niepewna co powiedzieć.
– Jest Ci przykro, bo zabiłaś kraba? – zapytała cicho. Niebieska kiwnęła głową, pociągając nosem.
– Biedne stworzonko! Jak mogłam je tak pozbawić życia... – jęknęła jej siostra. Ciska poczuła się jeszcze gorzej, gdy dostrzegła, że coraz więcej uczniów w legowisku zaczynało się na nie patrzeć.
– Myślę, że krab nie zdążył mieć ci tego za złe – mruknęła, by uspokoić Dymówkową Łapę.
– Ale i tak to zrobiłam! Pozbawiłam życia niewinne zwierzątko! Jak ja w ogóle mogłam? – lamentowała dalej niebieska uczennica. Kolejni uczniowie zaczęli zwracać na nie uwagę. Cis położyła lekko uszy, czując się niekomfortowo, tak obserwowana.
– Wszystko będzie dobrze – miauknęła cicho do siostry, modląc się w duchu, by wszyscy przestali się na nie patrzeć.

***

Parę dni później

– Dziś wybierzemy się na wspólne polowanie – oznajmiła Psotny Nietoperz, patrząc ciepło na córki. – Rozkwitający Aster jest teraz zajęta i pozwoliła mi wziąć cię z nami – zwróciła się do niebieskiej kotki. Dymówkowa Łapa kiwnęła łebkiem i przestała ugniatać swój ogon, wstając. Cis już była na łapach, czekając, aż jej matka razem z siostrą się zbiorą. Po chwili wszystkie kotki były gotowe i wyszły z obozu. Pora Nagich Drzew nie była w tym sezonie łaskawa, przyprószając śniegiem całą ziemię, a lodem pokrywając strumienie. Idąc, Dymówka otarła się o ich matkę. Nie chcąc być gorsza, Cisowa Łapa również to zrobiła.
– I co tam u was? W porządku? Nie muszę nikomu wkładać do posłania cierni? – mruknęła Psotny Nietoperz ciepło, w stronę swoich córek.
– U mnie wszystko w porządku, nikt mnie nie zaczepia – mruknęła młodszą z czarnofutrych kotek.
– A u ciebie, Dymówko? Nikt cię nie zaczepia? – dopytywała się ich matka.

<Dymówkowa Łapo? Żaden starszy uczeń cię nie zaczepia?>
[263 słowa]

Od Zamroczonej Łapy do Dymówkowej Łapy

Przeszłość, początek Pory Opadających Liści

Cętkowany Tęgosz zabrał Zamroczoną Łapę na trening, mając zamiar pokazać jej kilka częstszych i tych rzadziej używanych technik walki, przy czym miała nadzieję, że dobrze jej pójdzie.
Kotka przybrała pozycję obronną z tak wielkim jak głaz wysiłkiem.
– W ten sposób? – zapytała.
– Nie do końca – wymamrotał Cętkowany Tęgosz. – Powinnaś jeszcze nad tym popracować. O tak, widzisz? – Przybrał zawadiacką minę, przypadając do ziemi.
– Dobrze, spróbuję – odparła i włożyła mnóstwo siły w odpowiednie rozłożenie ciężaru ciała na wszystkie cztery łapy. – No, i jak mi poszło?
– Było lepiej niż wcześniej, ale wciąż musisz trochę poćwiczyć, żeby nabrać wprawy.
Brązowa kotka pokiwała głową. Starała się doskonalić te umiejętności w kółko, co przyprawiało ją o ból głowy. Mentor stał obok niej i bacznie obserwował swoją uczennicę, ale po jakimś czasie przestała zwracać uwagę na kuzyna.
Nagle futro stanęło jej dęba, gdy tylko usłyszała cichy trzask gałązki.
Odwróciła się. Dostrzegła naskakującego na nią z powietrza Cętkowanego Tęgosza. Uchyliła się, ale unik nie był wystarczająco szybki i po wylądowaniu kot zdążył przycisnąć ją do wilgotnej trawy. Zamroczona Łapa wymierzyła cios w jego oczy, aż była w stanie wyturlać się spod ciężaru rudego kocura.
,,Przynajmniej nie użył pazurów przy ataku", doszła do wniosku.
Uniosła czujnie łapę, a kiedy się uspokoiła, spojrzała na niego ze zdziwieniem. Widząc to, kuzyn tylko zastrzygł uszami, ale nie usłyszała wyjaśnienia.
– Zabrakło ci refleksu – oznajmił. – Ale to nie znaczy, że nie poszło ci dobrze, gdy doskoczyłem do ciebie. Jeśli chcesz lepiej się bronić, następnym razem spróbuj uniknąć ataku w momencie, gdy twoje uszy usłyszą szmer albo nos wyczuje zapach. – To przywołało jej coś na myśl.
– Czyli specjalnie nadepnąłeś na ten patyk, żeby sprawdzić, czy zareaguję od razu? – zapytała.
Wyglądało na to, że miała rację, a jeśli nie, to Cętkowany Tęgosz nie dał tego po sobie poznać.
– Dokładnie – odrzekł z pewnością siebie.
Zamroczona Łapa ciągle była przytłoczona sytuacją, bo była dla niej dezorientująca, a serce wciąż łomotało. Mimo tego z chęcią oraz zapałem wróciła do treningu.

***

Teraźniejszość

Zamroczona Łapa obwąchała krzak przy granicy Klanu Wilka i Klanu Klifu, myśląc o tym, że patrolowanie terenów było niepodważalnie nudnym zajęciem. Po chwili jednak skrytykowała w duchu samą siebie, że się nie przykładała, więc zaczęła szybciej węszyć, zostawiać zapach w okolicy i próbowała bardziej się skupić.
Kiedy patrol znalazł się na niewielkim kawałku połaci Czarnych Gniazd, dowodzący nim Krucze Pióro zaczął spoglądać na boki.
– Czuję patrol Klanu Klifu – wymamrotał spokojnie.
– Będziemy z nimi walczyć? – Chciała się dowiedzieć czekoladowa kotka.
Cętkowany Tęgosz, który stał obok, skrzywił się i, usłyszawszy jej pytanie, odparł:
– Raczej nie będzie takiej potrzeby.
Wtedy koty z drugiego klanu zbliżyły się bardziej do granicy, a wśród nich było dokładnie pięciu członków patrolu.
Nagle jedna wojowniczka podeszła bliżej, po czym zatrzymała wzrok na drugim klanie.
– Dlaczego się tutaj kręcicie? – zapytała nieznajoma.
Krucze Pióro warknął, widocznie urażony.
– Jesteśmy na patrolu, a co, nie możemy?
– Oczywiście, że możecie, tylko podeszliście blisko. I obawialiśmy się, że macie jakiś cel – powiedziała prowokacyjnie wojowniczka.
Po chwili dało się usłyszeć głośny komunikat Bzyczącej Łapy:
– Tam jest ryjówka!
Kocurek skoczył do przodu, goniąc ofiarę. Kiedy ją złapał, trzymając ją w zębach, uniósł z dumą zdobycz.
– Och, Bzycząca Łapo – zdenerwowała się.
– O co chodzi? – zapytał kolega.
Zamroczona Łapa wskazała mu ogonem to, co było za nim. Spojrzał on tam, a potem na nią wzrokiem pełnym oszołomienia i przerażenia. Mógł im narobić kłopotów! Bzycząca Łapa stał na terytorium Klanu Klifu.
– Cały patrol do ataku! – rozkazał kremowy dymny kocur, ale spanikowana uczennica z tego samego klanu stanęła pomiędzy swoimi pobratymcami i patrolem Klanu Wilka. Wyglądała na zapewne trochę młodszą od Zamroczonej Łapy. Starannie dobierając słowa, próbowała przekonać resztę do pokojowego rozwiązania. Mimo jej starań i tak doszło do potyczki.
Jedna kotka zaciekle zaatakowała Cętkowanego Tęgosza, za to Bzycząca Łapa bronił się przed wojownikiem, który dość brawurowo z nim walczył.
Zamroczona Łapa też chciała pomóc, ale nie wiedziała, z kim miała stoczyć pojedynek. Po chwili się okazało, że tylko niebieska uczennica nie zajmowała się walką.
Zawahała się na ułamek sekundy. Atak nie był łatwą decyzją, choć musiała być wierna klanowi. Dobiegła więc szybko do kotki, a ona, kompletnie zdezorientowana, odskoczyła do tyłu. Zamroczona Łapa wysunęła pazury, po czym zdążyła tylko poczuć ciężar ciała przeciwniczki. Przeturlały się dalej i wróciły do dalszego walczenia.
Koteczka przypomniała sobie trening i manewr, którego się wówczas nauczyła. Odpierając napaść, pchnęła w jej oczy łapą.
Nieoczekiwanie niebieska uczennica ugryzła ją w ucho. Krew zaczęła płynąć z futra strużkami, potem pomogła jeszcze mentorowi w pokonaniu pewnego wojownika.
Walka nie trwała długo, ponieważ po jakimś czasie oba klany się wycofały. Krucze Pióro zmierzył ich patrol niedowierzającym wzrokiem.
– To była tylko ryjówka! – mruknął. – Chodźmy już może.
Gdy Zamroczona Łapa miała już odejść, na długość ogona lisa od niej zatrzymała się kotka, z którą najpierw walczyła, ale pilnowała, by nie przekraczać granicy.
Przedstawiła się jako Dymówkowa Łapa.
– Nigdy wcześniej nie brałam udziału w walce, i to jeszcze o taką błahą rzecz – powiedziała spokojnie.
– To prawda – przyznała Zamroczona Łapa i dodała z zachowaniem ostrożności: – Ja też nigdy nie brałam udziału w prawdziwej walce. To raczej było niedobre, ale nawet emocjonujące. Podoba ci się bycie uczniem? Bo szkolisz się na wojowniczkę… czy może jednak nie?

<Dymówkowa Łapo?>
[849 słów + pojedynek uczniów]

Od Zamroczonej Łapy

Wraz z upływem kolejnych dni, treningi stawały się coraz trudniejsze, co nie powodowało spadku motywacji u Zamroczonej Łapy. Kotka chciała udoskonalać swoje umiejętności, które raz po raz w sobie odkrywała.
Weszła do obozu, patrząc na ostatnie liście spadające z drzew, jednocześnie niosąc w zębach dwie zdobycze. Polowanie przypadło jej do gustu, choć nie było jej najmocniejszą stroną.
Odłożyła mysz i wiewiórkę na stertę zdobyczy i kiedy miała już odejść, zobaczyła chyboczącego się w Tęczową Łapę, idącego blisko niej.
Przywitała się, a po chwili zapytała:
– Co się stało?
Uczeń odwrócił lekko głowę i odparł:
– Nieważne.
– No dobra, nie będę wnikać – powiedziała z rezygnacją.
Tęczowa Łapa udał się w swoją stronę, zatrzymując się. Nagle odwrócił się sennie.
– Trochę mi niedobrze. Poprosisz Roztargniony Koperek o przygotowanie krwiściągu, gdy się obudzę?
– Cóż, mogę to zrobić. – Zdziwiło ją pytanie młodego kocura. Domyśliła się, że musiał zrobić coś, czego nie powinien. Tylko co? Tego nie potrafiła rozgryźć.
Przeszła obok niego i napotkała Zalotną Gwiazdę. Zawołała ją, więc przybiegła przed oblicze przywódczyni. Poprosiła Zamroczoną Łapę o posprzątanie w obozie i wydawało jej się, że musiała to posłusznie wykonać.
Niecierpliwie spojrzała, gdzie panował największy nieporządek, po czym usiadła, przesuwając resztki jedzenia i rozrzucony mech na jedną kupkę.
Całkowicie z zaskoczenia usłyszała za sobą głos Tęczowej Łapy.
– Zamroczona Łapo! – zawołał z większą energią niż wcześniej. – Co robisz?
– Dostałam zadanie posprzątania i nie chcę marudzić, ale nudzi mi się to.
– Racja, naprawdę przykre – ocenił, wydając z siebie potem krótkie ziewnięcie.
Zamroczona Łapa wyciągnęła łapy do przodu. Poprosił ją wcześniej o pójście do Roztargnionego Koperku, dlatego też postanowiła dotrzymać obietnicy.
– Poczekaj – zatrzymał ją kremowy kocur.
– O co chodzi? – Wlepiła w niego zirytowane spojrzenie.
– Zanim pójdziesz zapytać medyka, czy mogę jakoś pomóc? Sprzątanie nie wymaga wysiłku, a ja jeszcze nie czuję się do końca dobrze. Bardzo bym chciał!
,,On mówi prawdę", uznała w myślach. Wiedziała, iż jeśli nic nie zrobi w najbliższym czasie, inni członkowie klanu mogli go uznać za leniucha. A nawet nie licząc tego, przydałaby się jej pomoc.
– Jasne! – Uśmiechnęła się.
Tęczowa Łapa pokiwał głową, przystępując do pracy. Czekoladowa kotka zostawiła go i przeszła kilka kroków. Chyba polubiła Tęczową Łapę. Był entuzjastyczny i zabawny, czyli inny niż ona, mimo tego może mogli się zaprzyjaźnić. W po powietrzu wyczuła woń zwierzyny, przez którą ledwo się powstrzymała od chęci zjedzenia posiłku.

[379 słów]

Od Zwinka

Nadeszła piękna Pora Nowych Liści, pierwsza w życiu małego rudzielca. Kasztanka opowiadała mu o tej porze roku, ponieważ oni sami rodzili się Porą Nagich Drzew. Zwinek mógł sobie jedynie wyobrażać wtedy pięknie zazielenioną trawę, krzewy, zapach owoców i kwiatów. Teraz gdy nareszcie nadeszła ta wspomniana pora roku, kocurek był więcej, niż wniebowzięty. Regularnie pod okiem Kasztanki bądź Purpury, wychodzili na spacery, a Zwinek zrywał wszystko, co wyglądało ładnie. Co krok zadawał pytania, komentował różne rzeczy i patrzył na koty, których do tej pory nie widział. Część wojowników nie odwiedzała żłobka, dlatego spora część społeczeństwa pozostawała mu nieznana. Wujek Topola oraz ciocia Figa za to przychodzili nie raz, by ich odwiedzić. Z jakiegoś powodu Kasztanka zawsze miała spiętą minę, dlatego pewnego razu, gdy podczas spaceru rudy dostrzegł znajome czekoladowe futro, w podskokach podleciał do zastępczyni.
— CIOCIU FIGO — krzyknął.
Starsza spojrzała pod łapy, pod które się zaplątał. Spojrzał na nią złotymi oczami. Milczał chwilę, nim wziął wdech.
— Dlaczego mama Cię nie lubi? — zapytał bez zbędnych ceregieli.
Figa najpierw, odrobinę zaskoczona, zaraz uśmiechnęła się i roześmiała z takim jakby… trochę zadziornym wyrazem. Bądź po prostu pewnym siebie, może trochę wrednym. Zwinek nie był pewien; w końcu wciąż mało wiedział o życiu i emocjach. Mimo to starsza schyliła się, podnosząc łapę i klepiąc go po głowie.
— Lubię Twoją bezpośredniość — miauknęła. — Widzisz, Twoja babcia była kiedyś samotniczką, dla której Twój dziadek, Kolendra, nadstawiał kark i uciekał na nocne schadzki.
— Co to schadzki? — przerwał jej.
— Takie spotkania, na których dwa koty się bawią — odpowiedziała po chwili namysłu. W jej oku czaił się dziwny wyraz, jakby nie do końca mówiła prawdę. — Czasem się przytulają!
— Ja też mogę iść na taką schadzkę? — zapytał ponownie.
— Pewnie.
— Z kim chcę?
— Z kimś, kogo lubisz, ale nie jest Twoją rodziną — wytłumaczyła. Zwinek nie bardzo rozumiał, ale pokiwał głową.
Więc schadzki to wspólne zabawy! Zapamięta.
— Wracając — kontynuowała. — Nie lubimy obcych. Mogą nam zagrażać, chcieć zrobić krzywdę. Dlatego właśnie nie lubiłam, kiedy Kolendra chodził na spotkania z Szafran. Rozumiesz? I dlatego mnie nie lubią. — Schyliła się, by szepnąć mu coś do ucha. — Bo im przeszkadzałam co nieco.
Puściła mu oczko, a Zwinek poruszył wąsami, marszcząc brew. Nie kumał. Przeszkadzała im w zabawie? To nie mogli razem tego robić?
— To dziwne — mruknął. — Dlatego mama Cię nie lubi?
— Tak wyszło — wzruszyła ramionami.
Zwinek nie dociekał, ponieważ usłyszał wołanie swojego imienia. Odwrócił głowę, dostrzegając wspomnianą kotkę. Kasztanka ogonem kazała mu wrócić do siebie.
— Muszę lecieć. Mama Cię nie lubi i mnie woła — oznajmił. Figa zaśmiała się. — Przyjdziesz się do nas pobawić?
— Myślę, że nie będzie tam dla mnie miejsca przez jakiś czas — odpowiedziała, patrząc w stronę krzewu, pod którym był żłobek.
Zwinek przechylił łebek. Jak to? Przecież mieli jeszcze sporo przestrzeni!
Kiedy wrócił do Kasztanki, kontynuowali spacer. Nazrywał kwiatów, które poznajdywał. Trochę stokrotek, kalin, fiołków i barwinków. Mieli tego mnóstwo dookoła! Wszystko zabrał, a w żłobku zaczął sporządzać bukiety. Jeden dał Dzwonkówce, która najpierw się rozgadała, jakie to piękne dla niej wybrał okazy, a potem mocno go przytuliła, aż nie mógł oddychać! Kolejny bukiecik podarował Krasce, która spojrzała na niego z typową dla siebie wyższością.
— No co? — zapytał.
— Nic. Dziękuję — odpowiedziała, nie siląc się na dłuższą wymianę zdań. Widocznie uznała brata za nieodpowiedniego do konwersacji.
Zwinek opuścił ogon skołowany, ale odpuścił. Poszedł na koniec do Kasztanki, wskakując jej w ramiona i dając zwinięte w bukiet (ten bukiet to trochę wyolbrzymienie. Po prostu wziął trochę kwiatów w jedno zawiniątko i je podarował) kwiatki. Mamusia go wyprzytulała wylizała i wyłaskotała, a śmiech Zwinka słychać było aż na zewnątrz.
Wtem poczuli jakby chłód wpadający do kociarni, pomimo Pory Nowych Liści. Zwinek leżąc na plecach na łapach mamy, spojrzał w tamtą stronę. Dostrzegł biało-szylkretową kotkę, która zadzierała nosa. Zdawkowo się przywitała, a następnie zajęła wolne miejsce pod krzewem kaliny.
— Kto to? — zapytał rudy. — Wygląda, jakby nie mogła zrobić kupki-...
Kasztanka zatkała mu pysk łapą.
— Zwinku, nie możesz mówić wszystkiego, co myślisz na głos — oznajmiła. — To jest Poinsecja. Spodziewa się kociąt — ruda posłała synowi uśmiech.
— Kociąt? Będziemy mieć tutaj więcej kotów do zabawy?! Ale ekstra!
— Tak, niedługo — miauknęła ruda.
— To, czemu skoro ona spodziewa się kociąt, ma taki wredny wyraz pyska?
Kasztanka ponownie zatkała synowi buzię i westchnęła ze zrezygnowaniem. Daleka droga przed nimi.

Od Skowronkowej Łapy do Słonecznej Łapy

Pierwsze promienie słońca przedzierały się przez nagie jeszcze w wielu miejscach korony drzew, oświetlając leśną ściółkę, na której powoli pojawiały się oznaki Pory Nowych Liści. Powietrze było rześkie, a wśród gałęzi rozbrzmiewały głosy powracających ptaków. Po długiej, chłodnej porze świat znów nabierał barw, choć nie wszędzie można było dostrzec już świeżą zieleń. Dla mnie był to jednak wystarczający powód do radości. W końcu Pora Nowych Liści oznaczała nie tylko więcej zwierzyny i przyjemniejsze spacery, ale również nowe pióra, kwiaty i liście, z których mogłem przygotować kolejne ozdoby do swojego futra.
Zanim jednak pozwoliłem sobie na swobodne włóczenie się po lesie, czekał mnie trening z Sowim Zmierzchem. Mój mentor postanowił tego dnia skupić się na dwóch umiejętnościach, które, jak twierdził, mogły przydać mi się w przyszłości podczas wykonywania obowiązków wojownika. Pierwszą z nich była nawigacja w tunelach. Na samą myśl o ciasnych, ciemnych korytarzach początkowo byłem podekscytowany. Wydawało mi się, że wystarczyło zapamiętać kilka zakrętów, kierować się zapachem i po prostu iść przed siebie. Szybko jednak przekonałem się, jak bardzo się myliłem.
W głębi tuneli światło słoneczne nie docierało niemal wcale, a znajome odgłosy lasu stopniowo cichły, ustępując miejsca szelestowi przesuwającej się pod łapami ziemi oraz pojedynczym kroplom wody spadającym z sufitu. Musiałem znacznie bardziej polegać na węchu i słuchu, a także uważnie zapamiętywać kształt korytarzy. Sowi Zmierzch co jakiś czas zatrzymywał się i zadawał mi pytania o drogę powrotną. Nie zawsze potrafiłem odpowiedzieć od razu. Zdarzyło mi się nawet pomylić dwa podobne rozwidlenia, przez co musiałem ponownie zastanowić się nad kierunkiem, z którego przyszliśmy.
Nie byłem zachwycony własnymi pomyłkami, ale starałem się ich nie okazywać. Chciałem, żeby mój mentor widział we mnie ucznia, który potrafił przyznać się do błędu i wyciągnąć z niego wnioski. Ojciec zawsze wydawał mi się taki pewny siebie, kiedy opowiadał o swoich doświadczeniach. Czasami zastanawiałem się, czy on również miewał trudności z nauką nowych rzeczy, czy może od samego początku wszystko przychodziło mu z łatwością. Oczywiście rozsądniejszą odpowiedzią było to pierwsze, ale i tak trudno było mi przestać porównywać się do Nocnego Śpiewaka.
Po zakończeniu ćwiczeń w tunelach przeszliśmy do wspinaczki na drzewa. Ta część treningu wydawała mi się znacznie przyjemniejsza. Lubiłem przebywać wśród gałęzi i obserwować świat z góry, a możliwość dostrzeżenia czegoś, co umykało uwadze kotów poruszających się po ziemi, zawsze mnie fascynowała. Nie oznaczało to jednak, że wspinaczka była prosta. Musiałem nauczyć się odpowiednio rozkładać ciężar ciała, mocno chwytać korę pazurami i ostrożnie wybierać kolejne miejsca, na których mogłem oprzeć łapy. Kilkukrotnie zatrzymywałem się, by upewnić się, że następny ruch nie skończy się nieprzyjemnym upadkiem.
Najbardziej kusiło mnie, by jak najszybciej dotrzeć na samą górę. Za każdym razem, gdy dostrzegałem kolejną gałąź, od razu chciałem się na nią dostać, nie zawsze zastanawiając się nad tym, czy rzeczywiście była odpowiednio stabilna. Sowi Zmierzch musiał mi przypominać, że pośpiech nie pomagał w nauce, a ostrożność nie była oznaką tchórzostwa. Choć nie przepadałem za ciągłym słuchaniem podobnych uwag, wiedziałem, że mój mentor miał rację. Nie zamierzałem przecież skończyć z obolałymi łapami, tylko dlatego, że chciałem udowodnić, jak dobrze sobie radziłem.
Kiedy wreszcie zakończyliśmy trening, czułem zmęczenie w mięśniach, ale byłem też zadowolony. Nie wszystko poszło po mojej myśli, jednak nauczyłem się kilku rzeczy, które mogły przydać mi się podczas kolejnych wypraw. Pożegnałem się z Sowim Zmierzchem, a następnie ruszyłem w stronę lasu, postanawiając wykorzystać resztę dnia na spokojny spacer. Nie chciałem od razu wracać do obozu. Poza tym miałem nadzieję, że uda mi się znaleźć jakieś ciekawe skarby, które wzbogaciłyby moje ozdoby.
Moje spojrzenie wędrowało od jednego skrawka ziemi do drugiego. Przy nasadzie ogona i wokół szyi wciąż nosiłem pióra, zasuszone liście oraz kwiaty, które zacząłem zbierać jeszcze pod koniec Pory Opadających Liści. Wtedy pomysł wydawał mi się niezwykle prosty. Wystarczyło znaleźć coś ładnego, odrobinę żywicy i soku z mniszka, a następnie ostrożnie przymocować zdobycz do futra. Nie przewidziałem tylko, że niektóre ozdoby z czasem stracą kolor, a inne zaczną się kruszyć. Mimo to nie miałem serca ich wyrzucać. Każda przypominała mi o miejscu, w którym ją znalazłem, albo o chwili, podczas której wpadłem na pomysł, by ją zachować.
Teraz jednak nadszedł czas na zmiany wraz z nadejściem Pory Nowych Liści. Dni Pory Nagich Drzew powoli odchodziły w zapomnienie, a ja chciałem, żeby moje ozdoby również odzwierciedlały nadchodzącą porę. Marzyły mi się świeże, zielone listki, delikatne kwiaty i może jakieś niewielkie piórko o ciekawym wzorze. Nie miałem jeszcze konkretnego planu. Zwykle najpierw zbierałem wszystko, co przyciągnęło moją uwagę, a dopiero później zastanawiałem się, jak można to ze sobą połączyć. Niekiedy efekt wyglądał naprawdę dobrze, a innym razem musiałem zaczynać od początku. Nie przeszkadzało mi to jednak, bo samo tworzenie sprawiało mi mnóstwo przyjemności.
Przystanąłem przy niewielkim skupisku młodych roślin, schylając łeb, by przyjrzeć im się z bliska. Nie wszystkie potrafiłem rozpoznać, dlatego ostrożnie obwąchałem ich delikatne listki. Nie chciałem przecież przypadkiem zerwać czegoś, co mogło okazać się trujące albo po prostu nie nadawało się do ozdabiania futra. Właśnie wtedy kątem oka dostrzegłem ruch pomiędzy drzewami.
Podniosłem głowę i zamrugałem, rozpoznając złotą sylwetkę należącą do jednego z uczniów naszego klanu. Słoneczna Łapa! Kojarzyłem go z obozu, ale nie przypominałem sobie, żebym miał okazję porozmawiać z nim dłużej. Może wymieniliśmy kiedyś kilka słów, a może po prostu widywałem go podczas codziennych obowiązków. W każdym razie teraz nadarzyła się dobra okazja, by to zmienić. Lubiłem poznawać inne koty, a szczególnie interesowało mnie to, czym zajmowały się w wolnym czasie. Każdy miał przecież jakieś własne zainteresowania, nawet jeśli nie zawsze było je widać na pierwszy rzut oka.
Uśmiechnąłem się szeroko i ruszyłem w jego stronę, zupełnie zapominając o zmęczeniu po treningu. Mój puchaty ogon uniósł się nieco nad grzbietem, a przyczepione do futra piórka zafalowały przy każdym kroku. Dopiero gdy znalazłem się bliżej, przypomniałem sobie, że moje ozdoby nie wyglądały już tak imponująco, jak kilka księżyców temu. Jedno z piór było postrzępione, a zasuszony kwiat przy szyi niemal całkowicie stracił swój pierwotny kolor. Mimo to nie zamierzałem się ich pozbywać, przynajmniej dopóki nie znalazłem czegoś, czym mógłbym je zastąpić.
— Hej, Słoneczna Łapo! — zawołałem pogodnie, zatrzymując się niedaleko niego. Przez chwilę przyglądałem mu się z zaciekawieniem, po czym zerknąłem na otaczający nas las. — Co tu robisz? Też wybrałeś się na spacer? Ja właśnie szukam czegoś ciekawego do swoich ozdób!
Na moment skierowałem wzrok ku ziemi, jakby spodziewając się, że w samym środku naszej rozmowy dostrzegę jakiś wyjątkowo piękny kwiat. Niestety, nic takiego się nie wydarzyło. Zamiast tego ponownie skupiłem uwagę na kocurze. Jego długie, złote futro wyglądało w promieniach słońca naprawdę efektownie. Jasna sierść na prawej połowie pyszczka przyciągnęła moje spojrzenie, podobnie jak pręgi na klatce piersiowej, które układały się w kształt przypominający słońce. Przez chwilę zastanawiałem się, czy sam mógłbym stworzyć ozdobę pasującą do jego umaszczenia. Może coś w odcieniu zieleni? Albo niewielki kwiat o jasnych płatkach? Pomysłów miałem już kilka, choć oczywiście nie zamierzałem od razu narzucać mu własnych wizji.
Usiadłem wygodniej na ziemi, owijając łapy ogonem. W głowie wciąż krążyły mi myśli o porannym treningu. Miałem ochotę opowiedzieć komuś o tunelach i wspinaczce, zwłaszcza że wciąż pamiętałem, jak trudno było mi odnaleźć drogę w ciemnych korytarzach. Z drugiej strony nie chciałem od razu zasypywać Słonecznej Łapy opowieściami, zanim w ogóle zdążył odpowiedzieć na moje pytanie. Czasami zdarzało mi się mówić za dużo, a później dopiero zauważałem, że drugi kot nie miał nawet okazji wtrącić ani słowa. Postanowiłem więc tym razem trochę się powstrzymać.
— Miałem dzisiaj trening z Sowim Zmierzchem — dodałem po chwili, zerkając na niego z wyraźnym ożywieniem. — Uczyliśmy się nawigacji w tunelach i wspinaczki na drzewa. Myślałem, że to drugie będzie łatwiejsze, ale trzeba uważać na każdą łapę. A w tunelach wszystko wygląda podobnie! Prawie pomyliłem drogę powrotną.
Parsknąłem cichym śmiechem, przypominając sobie jedną z chwil, gdy stałem przed rozwidleniem i próbowałem udawać, że doskonale wiedziałem, gdzie powinienem skręcić. Nie byłem pewien, czy Słoneczna Łapa uznałby tę historię za zabawną, ale mnie samemu trudno było się nie uśmiechnąć na wspomnienie własnej pewności siebie, która zniknęła niemal natychmiast po tym, jak Sowi Zmierzch poprosił mnie o wskazanie właściwej drogi.
— Ale chyba nie było tak źle. Przynajmniej teraz wiem, że nie powinienem pędzić przed siebie, kiedy nie mam pojęcia, dokąd idę — stwierdziłem, wzruszając lekko barkami. — Chociaż wspinaczka była całkiem fajna. Z góry wszystko wygląda inaczej. Można zobaczyć miejsca, których normalnie w ogóle się nie zauważa.
Przez moment wyobrażałem sobie, jak wyglądałby las z najwyższego drzewa, na jakie udałoby mi się wejść bez pomocy mentora. Być może dostrzegłbym wtedy gniazda ukryte między gałęziami albo miejsca, w których rosły kwiaty niewidoczne z ziemi. Ta myśl sprawiła, że niemal natychmiast nabrałem ochoty, by kiedyś spróbować ponownie. Oczywiście najlepiej po wcześniejszym upewnieniu się, że drzewo rzeczywiście nadawało się do wspinaczki. Nie chciałem przecież, żeby Sowi Zmierzch musiał mnie później szukać, bo postanowiłem wejść zbyt wysoko.
Po chwili przypomniałem sobie jednak, po co właściwie zatrzymałem się w tej części lasu. Spojrzałem na własne ozdoby, a następnie znów na Słoneczną Łapę. Może on również lubił zbierać coś, co można było znaleźć podczas spacerów? Nie każdy musiał interesować się tym samym, ale właśnie dlatego rozmowy wydawały mi się takie ciekawe. Można było dowiedzieć się o kimś czegoś zupełnie niespodziewanego.
— A tak w ogóle, widziałeś kiedyś, jak ktoś ozdabia sobie futro? — zapytałem, przechylając łeb i wskazując pyskiem na piórka przy szyi. — Zacząłem to robić pod koniec Pory Opadających Liści. Zbierałem wtedy ostatnie kwiaty, kolorowe liście i pióra, a potem przyczepiałem je do sierści za pomocą żywicy i soku z mniszka. Nie wszystko trzyma się idealnie, ale większość jakoś przetrwała Porę Nagich Drzew!
Unosząc nieco głowę, próbowałem zaprezentować mu swoje ozdoby z jak najlepszej strony. Jedno z piór przekrzywiło się niezgrabnie, więc poprawiłem je łapą, mrucząc pod nosem z niezadowoleniem. Zaraz jednak ponownie się uśmiechnąłem. Przecież nie musiały być doskonałe. Najważniejsze, że były moje, a każda z nich miała własną historię.
— Teraz chcę zrobić sobie coś na Porę Nowych Liści. Myślałem o świeżych listkach, może jakichś drobnych kwiatach… Tylko muszę jeszcze znaleźć coś odpowiedniego. Nie chcę zerwać pierwszej lepszej rośliny, bo niektóre są przecież całkiem podobne do siebie — wyjaśniłem, zerkając na rośliny, które wcześniej oglądałem. — A ty? Lubisz zbierać kwiaty? Albo robić coś z tego, co znajdziesz w lesie?
Zamilkłem wreszcie, pozostawiając mu przestrzeń na odpowiedź. Wciąż jednak patrzyłem na niego z zainteresowaniem, a końcówka mojego ogona poruszała się lekko po ziemi. Nie wiedziałem jeszcze, czy Słoneczna Łapa podzielał moje zamiłowanie do przyrody, ale miałem nadzieję, że uda nam się znaleźć wspólny temat. W końcu nie każdego dnia trafiała się okazja, by porozmawiać z kimś z własnego klanu poza zwyczajowymi spotkaniami w obozie.
Wiatr Pory Nowych Liści poruszył gałęziami nad naszymi głowami, przynosząc ze sobą zapach wilgotnej ziemi i świeżej roślinności. Przymknąłem na moment oczy, delektując się tą krótką chwilą spokoju. Po porannym treningu dobrze było odpocząć, a jeśli przy okazji udałoby mi się znaleźć nowego towarzysza do leśnych wędrówek, tym lepiej.
— Wiesz co? Jeśli też lubisz kwiaty, możemy kiedyś poszukać ich razem — zaproponowałem z entuzjazmem, zanim zdążyłem się nad tym dłużej zastanowić. — Znam kilka miejsc, w których powinny niedługo zakwitnąć nowe rośliny. A jak niczego nie znajdziemy, to zawsze możemy po prostu pospacerować. Las jest ciekawszy, kiedy ma się komu pokazywać wszystkie te małe rzeczy, których inni nawet nie zauważają.
Uśmiechnąłem się do niego zachęcająco, czekając, co odpowie. Byłem gotów wysłuchać zarówno opowieści o jego własnych zainteresowaniach, jak i zwyczajnej odpowiedzi, że kwiaty wcale go nie obchodziły. W końcu nie każdy musiał być taki jak ja. A kto wie, może Słoneczna Łapa pokaże mi coś, czego sam nigdy wcześniej nie zauważyłem?

<To jak, Słoneczna Łapo?>
[1894 słowa + wspinaczka na drzewa + nawigacja w tunelach]

Poinsecja urodziła!

Poinsecja urodziła trójkę zdrowych kociąt o bardzo ciekawych umaszczeniach!



22 października 2026

Od Gradobijącego Ciernia

— Tak..? O co chodzi, Gradobijący Cierniu? — Zapytał go lider.— Można na osobności..? — Tuż po tym, jak zadał to pytanie, poczuł na sobie spojrzenie kotów, które stały obok. — Cóż, fakt, nie powinienem o to pytać...
— Niech będzie. Ale przed moim legowiskiem będzie stało dwóch wojowników. — odpowiedź Zawodzącej Gwiazdy zdziwiła Ciernia, ale szybko skinął głową, idąc za nim. Przed legowiskiem lidera stanął Cyklonowe Oko i Oskrzydlony Ognik.
— A więc? Cóż to za sprawa?
— Ja… Podczas przeszukiwania legowiska Króliczej Gwiazdy kilka księżycy temu znalazłem zioła. A dokładniej to macierzankę. — Po jego słowach Zawodząca Gwiazda zastanowił się chwilę.
— Macierzankę..? — Spojrzał na ziemię.
— Tak, przekazałem je wtedy Łzawej Łapie. Z tego, co kojarzę, jest ona używana na uspokojenie. Chciałem dawno ci to przekazać, ale… Nie wiedziałem, czy będę w stanie to powiedzieć w cztery oczy, a jeśli nie, to czy chciałbyś, aby wojownicy byli tego świadomi.
— A czy ktoś w takim razie o tym wie? — zapytał go w końcu.
— Nie. Wie tylko Łzawa Łapa. Wątpię, że chwaliła się, kto znalazł te zioła i skąd były.
— Dobrze. Dziękuję ci za tą informację, Gradobijący Cierniu. — Powiedział po chwili, wstając. — Rozumiem też twoje zawahanie w przekazaniu jej. Ale wiedz, że mówiąc to, zyskujesz moje zaufanie. Może i większość Klanu Burzy je straciła, ale ja mam wielkie nadzieje na to, że jesteś w stanie odkupić swoje winy. — Po tych słowach wskazał na wyjście z legowiska, na co srebrny skinął.
— Dziękuję, Zawodząca Gwiazdo. — Zdołał z siebie wydusić, po czym wyszedł.

✦•┈๑⋅⋯ ⋯⋅๑┈·✦

Przeszukiwał znów półki medyków, z nadzieją, że uda się coś jeszcze znaleźć. Może i zbliżała się wiosna, ale śnieg póki co nie topniał… W pewnym momencie przeszukując legowisko z ziołami zauważył, że przy jego wejściu jest wnęka, zasłonięta spalonymi gałązkami. W tej właśnie wnęce ostał się mały pęczek listków miodunki plamistej. Kocur podniósł zawiniątko, wychodząc z legowiska, odszukując wzrokiem medyczki. Ta właśnie rozmawiała z jednym z wojowników, który chyba właśnie rozmawiał z nią o trapiącym kilku szukających w zgliszczach bólu gardła. Podszedł do niej, siadając przed nią w odległości, która mogła wydawać się dla niej bardziej komfortowa. Położył przed sobą zawiniątko i podsunął w jej stronę.
— Znalazłem je w legowisku medyków. Może się do czegoś przydadzą.
— Dziękuję, Gradobijący Cierniu. — odpowiedziała, wąchając je niepewnie, po czym podnosząc w pysk. Skinęła mu głową i odeszła w stronę tymczasowego obozu.

Event Klanu Burzy: Przeszukanie legowiska medyka, zakończone powodzeniem; znaleziono listki miodunki plamistej

Od Łabędziej Łapy (Łabędziego Tanu) CD. Nurowej Łapy (Nurowej Gracji)

Dawno, kontynuacja

Jeszcze raz przejrzała się w wodzie i przejechała łapą po ozdobie. Słysząc jednak dalszą część zdania, zdjęła ją. Nie będzie mu żadnych kamyków szukać! Do tego… nie mogła mu powiedzieć tej informacji. Kontakty z Panem Księciem Rogatym Flamingiem były jedyną rzeczą, która rzeczywiście wyróżniała ją na tle brata… no może oprócz nieziemskiej urody i czarującej osobowości… No i ta wiadomość była już trochę przestarzała… Podeszła do brata i odłożyła ozdobę obok niego. I tak wymyśli coś, żeby pożyczyć ją innym razem.
– Dziękuję, ale radzę ci znaleźć jakieś popychadło z niższej klasy, bo ja ciebie wyręczać nie będę – powiedziała słodko, a jednocześnie słychać było w jej głosie cień pretensji. – A teraz wybacz, ale idę odbyć wartościową rozmowę. Ciao, braciszku!
Zanim kocur zdążył się obejrzeć, końcówka jej ogona już zniknęła w wyjściu z legowiska.

***

Niedługo przed mianowaniem Nura, przed konfrontacją z matką

Została tego dnia wyznaczona na patrol z Panem Księciem Rogatym Flamingiem, Wzlatującą Uszatką i Rysim Borem. Od razu po wyjściu z obozu członek rodu królewskiego przejął dowodzenie, pomimo bycia jednym z młodszych członków grupy. Reszta oczywiście się podporządkowała. Łabędzi Tan bardzo szybko przyspieszyła kroku, zrównując tempo z pointem, aby nie pozostać z plebsem na tyłach i dotrzymać towarzystwa księciu. W końcu jako namiestniczka była jedynym odpowiednim do tego kotem z zebranych. Na przywitanie skinęła głową, nie mogąc wykonać pełnego ukłonu z uwagi na bycie w ciągłym ruchu.
– Dzień dobry, Panie Książę Rogaty Flamingu.
– Dzień dobry, Łabędzi Tanie – kocur odwzajemnił powitanie i zanim zdążyła zacząć jakiś spokojny temat, kontynuował. – Tak się składa, że chciałem z tobą o czymś porozmawiać.
– Oczywiście, słucham.
– Czy uważasz, że godny namiestnik powinien wypytywać członków rodu, o wady innych książąt i księżniczek?
Na to pytanie prawie stanęła jak wryta. Zatkało ją. Jedyne co w tej chwili przychodziło jej do głowy to “co?”. Po kilku uderzeniach serca odzyskała mowę:
– Oczywiście, że nie, skąd takie pytanie?
– Tak się składa, że ostatnio podszedł do mnie twój brat; Nurowa Łapa. To o co dokładnie mnie zapytał, nie jest w tej chwili ważne, natomiast jest to absolutnie niedopuszczalne.
– Zgadzam się. Porozmawiam z nim po powrocie i dopilnuję, aby to się więcej nie wydarzyło.
Tak też zrobiła. Po wejściu do obozu uprzejmie pożegnała się z członkami patrolu i zaczęła szukać Nurowej Łapy. Nie było to trudne, bo kocur siedział na środku wyspy przy źródełku. Powolnym, eleganckim krokiem z uśmiechem podążyła w jego stronę. Kiedy była już obok niego miauknęła:
– Dzień dobry, braciszku kochany! Jak ci dzień mija? – jej ton był spokojny i beztroski, ale jej oczy wyraźnie dawały sygnał „musimy porozmawiać”. Uczeń spojrzał na nią dopiero po tym, jak zadała pytanie.
— Witaj, siostro — odpowiedział, wstając. — Jest w porządku. Co cię tu sprowadza?
Nie słuchała zbytnio jego odpowiedzi na jej pytanie. I tak jej to w tym momencie nie obchodziło.
– Chęć spędzenia czasu z moim ulubionym bratem! – odpowiedziała. – Przeszedłbyś się ze mną na spacer?
Rudy westchnął i przestąpił z łapy na łapę.
— Możemy się przejść. I tak za długo siedziałem. Prowadź.
Jej uśmiech wypełnił się satysfakcją. Odwróciła się od brata i wyszła przed nim z obozu. Postanowiła wybrać miejsce, gdzie raczej nikt ich nie znajdzie, ale nie na tyle ukryte, żeby obecność ucznia bez mentora była tam interesująca. Dlatego właśnie zaprowadziła ich na plażę. Usiadła wystarczająco daleko od wody, żeby fale nie zmoczyły jej futra i zachęciła brata do zrobienia tego samego naprzeciwko niej. Kiedy to uczynił, zaczęła powoli zbliżać się do sedna sprawy. Aczkolwiek jak to idealna panienka z wyższej sfery Klanu Nocy, lubiła owijać w bawełnę.
– Rozmawiałam na patrolu z Panem Księciem Rogatym Flamingiem. Podobno ostatnio poszedłeś do niego z jakimś pytaniem.
— Tak. Pytałem go o coś. Coś, co mnie zaciekawiło. Czyżbym nie mógł? — Spojrzał na siostrę. Czyli chyba się nie dowie, o co dokładniej poszło. No cóż, najważniejsze jest to, żeby to teraz zatuszowali.
— Rodzina Królewska może mi dać najszczersze odpowiedzi. Tylko oni się tutaj jakkolwiek liczą.
Mówił prawdę. Nie mogła się z tym nie zgodzić, bo sama opierała dużo swojego życia na tej zasadzie. Zamrugała jednak na jego brak refleksji. On naprawdę nie rozumiał?
– Nie możesz tak po prostu pytać kogoś o plotki dotyczące rodu! Szczególnie kogoś z tej rodziny! – wykrzyknęła, porzucając na chwilę swoją sceniczną personę. Nur położył się, zerkając w stronę wody. Ewidentnie nie brał tej rozmowy tak poważnie, jak ona. W końcu to nie on obiecał być odpowiedzialnym za swoje rodzeństwo i to nie on ryzykował swoją dotychczasową nieskazitelną reputacją w imię rodziny.
— Chciałem tylko poznać prawdę. Jako uczeń mam prawo wiedzieć o swoim mentorze wszystko.
Zacisnęła zęby i uszczypnęła się w szczyt nosa z niedowierzaniem. “Nie jeśli jest księciem!”, wykrzyknęła w myślach.
– Jest z rodu królewskiego. Po prostu załóż, że jest świetnym kotem – palnęła. – Musiałam się za ciebie tłumaczyć… Następnym razem pozostaw kontakty z rodem mi, dobrze?
Nur przewrócił oczami i kiwnął głową.
— Nie musiałaś się za mnie tłumaczyć. Ale rób, jak uważasz. — Zerknął na nią. — Ale nie będę nic więcej potrzebował. Zostanę za niedługo mianowany i będę najlepszym wojownikiem. — Uśmiechnął się pewnie, po czym wstał. — Dzięki za wypad siostrzyczko, ale przestań marnować czas na takie głupoty.
Położyła po sobie uszy z irytacji i niedowierzania. Przecież on ją pociągnie na dno! Czy nikt w tej rodzinie nie widział, ile dla nich robiła?! Zaraz znowu sobie coś wymyśli, a potem ona po raz kolejny za to oberwie. A kto ją wtedy uratuje?! No właśnie nikt! W końcu spróbowała się opanować. Wzięła powoli wdech i wydech, po czym wstała i się uśmiechnęła.
– Możemy już iść – miauknęła swoim zwyczajowym tonem i zaczęła iść w stronę obozu. Teraz i tak już go nie przekona. Mogła tylko mieć nadzieję, że nie zrobi więcej głupich rzeczy i że nie będzie musiała świecić za niego oczami.

<Nurze?>