BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

22 października 2026

Od Żywicznej Kropli do Krokusowej Kruchości

Coraz chętniej wyściubiała nos poza obóz. Zresztą, trudno było nazywać obozem miejsce, w którym przyszło im teraz żyć. Żywiczna Kropla wciąż nie potrafiła przywyknąć do nowej rzeczywistości klanu i nic nie wskazywało na to, by miało się to w najbliższym czasie zmienić. Pod ziemią legowiska wydawały jej się ciaśniejsze, nawet jeśli niektóre z nich były znacznie przestronniejsze od tych, w których mieszkali wcześniej.
Może po ostatnich wydarzeniach nie powinna była samotnie włóczyć się po otwartych polanach, jednak czy pod ziemią rzeczywiście było bezpieczniej? W końcu nawet obóz, który miał zapewniać im schronienie, stał się miejscem tragedii. Łatwiej było jej odetchnąć na świeżym powietrzu, gdzie przynajmniej widziała, co ją otacza i nie musiała obawiać się, że ktoś niespodziewanie wyłoni się zza jej pleców.
Otwarte tereny Klanu Burzy miały swoje zalety i wady. Trudno byłoby ukryć się na nich przed potencjalnym zagrożeniem, ale z drugiej strony równie trudno było przeoczyć zbliżającego się intruza. Wystarczyło zachować czujność, obserwować okolicę i nie zapuszczać się bezmyślnie w miejsca, z których nie dałoby się szybko uciec. Przynajmniej tak próbowała sobie tłumaczyć, że samotne spacery wcale nie były aż tak nierozsądne.
Kiedy śnieg ostatecznie ustąpił, odsłaniając wilgotną ziemię, coraz częściej można było natknąć się na pierwsze kwiaty. Żywica już dawno porzuciła swoje zamiłowanie do zbierania wszystkiego, co tylko wpadło jej w oko, ale wciąż nie potrafiła przejść obojętnie obok wyjątkowo pięknych okazów.
Najczęściej trafiała na przebiśniegi, które przebijały się przez resztki śnieżnej pokrywy. Ich delikatne, białe płatki niewątpliwie miały swój urok, lecz Żywica nie potrafiła docenić ich tak, jak być może powinna. Biel zbyt mocno przypominała jej śnieg, a przecież właśnie od niego wszyscy tak bardzo pragnęli odpocząć. Miała już serdecznie dosyć chłodu i zmarzniętych łap, dlatego z nadzieją wypatrywała intensywniejszych barw, które zwiastowałyby, że ciepła pora naprawdę zagościła na ich terenach.
Tego dnia nie zamierzała zbliżać się do granic. Naiwnością byłoby wierzyć, że każdego razu natknie się na samotnika gotowego opowiedzieć jej o miejscu pobytu brata, a najlepiej od razu zaprowadzić ją do niego. Nawet gdyby jakimś cudem udało jej się odnaleźć kogoś, kto znał Bursztyna, wcale nie oznaczało to, że uzyskałaby odpowiedzi, których szukała.
Co więcej, sama nie była już pewna, czy rzeczywiście chciałaby go zobaczyć.
Trzymała się więc niezbyt daleko obozu, od czasu do czasu grzebiąc łapą w ziemi i rozglądając się za czymś, na czym mogłaby zawiesić wzrok. Nie szukała niczego konkretnego.
Nie minęło wiele czasu, nim natrafiła na kogoś, kto najwyraźniej również uznał ten dzień za doskonałą okazję do spaceru.
Żywica przystanęła, skupiając spojrzenie na szarobrązowym futrze poprzeplatanym rudymi łatami. Rozpoznała Krokusową Kruchość, z którą zdarzało jej się już odbywać wspólne patrole. Ich znajomość nie wykraczała jednak poza kilka zdawkowych powitań i pożegnań, wymienianych przy okazji spotkań w obozie lub podczas wykonywania klanowych obowiązków. Żywica wiedziała o niej niewiele więcej niż to, że była siostrą Srebrzystej Równonocy. Znajomej zdarzało się czasem wspominać o Krokus w rozmowach, ale ruda nie potrafiła przypomnieć sobie, czego dokładnie dotyczyły te opowieści. Najwyraźniej nie poświęcała im wówczas zbyt wiele uwagi.
Teraz jednak zainteresowała się tym, co robiła jej towarzyszka. Tuż obok jej łapy leżały dwie barwne rośliny.
Żywica zatrzymała się na kilka kroków od niej i przez moment po prostu patrzyła. Dopiero gdy zielone ślepia Krokus napotkały jej spojrzenie, zdała sobie sprawę, jak osobliwie musiała wyglądać. Stała bez ruchu, wpatrując się w drugą wojowniczkę od dłuższej chwili.
Odchrząknęła cicho, próbując otrząsnąć się z zakłopotania. Nie chciała, by Krokus pomyślała sobie o niej coś nieprzyjemnego. Wystarczająco niezręcznie było podchodzić do kogoś, z kim dotąd nie zamieniło się więcej niż paru słów, a jeszcze gorzej byłoby zostać uznaną za dziwaczkę, która bez powodu śledzi innych wzrokiem.
Jej uwagę ponownie przyciągnęły kwiaty leżące przy łapie kotki. To wydawało się bezpiecznym tematem.
— Um... Często zbierasz tutaj kwiaty? — wypaliła w końcu, przerywając ciszę, która zdążyła już nieprzyjemnie się przeciągnąć.
Krokusowa Kruchość strzepnęła uchem i spuściła wzrok na swoje znaleziska.
— Och, dawno tego nie robiłam, ale poza Porą Nagich Drzew zdarza mi się to dość często — odpowiedziała.
Żywiczna Kropla pokiwała głową ze zrozumieniem, może odrobinę zbyt gorliwie, jakby chciała w ten sposób udowodnić, że doskonale pojmuje sens jej słów.
— Ach, no tak — wymamrotała. — A co właściwie potem z nimi robisz? Zbierasz je gdzieś albo przechowujesz?
Zrobiła krok w jej stronę, próbując lepiej usłyszeć odpowiedź. Szum wiatru i jej niezbyt niezawodny słuch sprawiły, że nie wszystkie słowa Krokus docierały do niej wyraźnie. Dopiero gdy się przesunęła, zauważyła, że wyraz pyska starszej wojowniczki nieco się zmienił. Krokus nie patrzyła już na nią, lecz na jej łapę.
Żywica zmarszczyła brwi, a następnie odruchowo cofnęła się o pół kroku. Podniosła kończynę i dopiero wtedy dostrzegła, co zrobiła.
Prosto pod jej łapą leżał zdeptany kwiat.
Miał wyjątkowo piękny, głęboki odcień fioletu, który wyróżniał go spośród otaczającej zieleni. Teraz jednak płatki były przygniecione do ziemi, a delikatna łodyżka wygięła się pod ciężarem jej ciała. Żywica przez moment wpatrywała się w zniszczoną roślinę, jakby samo uporczywe przyglądanie się mogło sprawić, że kwiat znów się wyprostuje.
Poczuła, jak ciepło napływa jej do uszu. Nie była pewna, czy powinna od razu przeprosić, czy może najpierw sprawdzić, jak bardzo Krokus była niezadowolona. Na szczęście starsza wojowniczka nie wyglądała na szczególnie rozgniewaną. Wręcz przeciwnie, na jej pysku pojawił się lekki uśmiech, w którym Żywica dopatrzyła się nawet odrobiny rozbawienia.
To wcale jednak nie poprawiło jej samopoczucia. O wiele łatwiej byłoby znieść wyraźną naganę niż świadomość, że ktoś może uważać jej niezdarność za zabawną.
— Raczej wymieniam je na te, które mam już w futrze — wyjaśniła Krokus, przechylając lekko głowę. — Czasem zabieram kilka do swojego posłania, ale niestety szybko się gubią.
Żywica dopiero teraz zauważyła, że w sierści kotki rzeczywiście tkwiły drobne kwiaty.  Całość sprawiała wrażenie przemyślanej, choć zarazem swobodnej kompozycji, jakby Krokus po prostu wybierała te rośliny, które najbardziej jej się podobały i umieszczała je tam, gdzie akurat znalazło się dla nich miejsce.
— A właściwie czego tutaj szukasz? — zapytała po chwili szylkretka. — Oddaliłaś się od patrolu czy sama też coś zbierasz?
— Chciałam po prostu rozprostować łapy. Nie przepadam za tym całym siedzeniem pod ziemią — przyznała Żywica, odruchowo zerkając w stronę obozu, którego wejście pozostawało niewidoczne z tego miejsca. — I... lubię patrzeć, jak zmienia się przyroda. Każda pora jest piękniejsza od poprzedniej, dopóki nie nadchodzi Pora Nagich Drzew.
Na samą myśl o długich, zimnych księżycach, przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz. Nie miała pojęcia, jak można było tęsknić za porą, podczas której ziemia twardniała od mrozu, rośliny zamierały, a każdy spacer kończył się powrotem do obozu z lodowatymi łapami. 
Nie potrafiła zapomnieć o zdeptanej roślinie. Przeniosła ciężar ciała z jednej łapy na drugą, czując się coraz bardziej niezręcznie. Krokus nie robiła jej wyrzutów, ale to wcale nie oznaczało, że Żywica mogła po prostu zignorować własną wpadkę.
— Cóż... Nie wiem, czy chciałaś zebrać ten kwiatek, ale... — zaczęła, po czym urwała na moment, szukając odpowiednich słów. — Jeśli wybaczysz mi tę zniewagę, mogę poszukać z tobą kolejnego. Nawet ładniejszego.
Sama nie była pewna, czy propozycja zabrzmiała przekonująco. Nie znała Krokus na tyle dobrze, by wiedzieć, czy ta w ogóle miała ochotę na jej towarzystwo, a tym bardziej na wspólne poszukiwania kwiatów. Może wolała spędzać czas w samotności i nie potrzebowała, by ktoś kręcił się jej pod łapami? Żywica nie chciała narzucać się ze swoją obecnością, ale równocześnie nie zamierzała odchodzić bez spróbowania naprawienia szkody.
— Mogę też porobić za asekurację — dodała nieco żywiej, próbując obrócić całą sytuację w żart. — Gdyby ktoś jeszcze chciał ci coś zadeptać...
Dopiero po wypowiedzeniu tych słów uświadomiła sobie, jak niedorzecznie to zabrzmiało. Przecież nie mogła obiecać, że uchroni wszystkie kwiaty przed łapami nieuważnych kotów, skoro sama właśnie udowodniła, jak łatwo o taki wypadek. Mimo to uśmiechnęła się nieśmiało, licząc, że Krokus dostrzeże w jej propozycji przede wszystkim dobre intencje.

<Krokus?>

Nowa członkini Klanu Wilka!

20 księżyców

Od Zalotnej Gwiazdy CD. Cętkowanego Tęgosza

Polowanie na samotników

Pierwszy raz od wielu księżyców Ognikowa Słota miała okazję wykazać się podczas polowania na samotników. Mimo że spory kawał czasu przesiedziała w żłobku, niańcząc swoje, a także cudze kocięta i opowiadając im o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd, jej umiejętności wciąż pozostawały na wysokim poziomie. Przywódczyni z satysfakcją obserwowała, jak jej przybrana córka pcha czarnofutą samotniczkę w stronę okręgu utworzonego przez kultystów. Kocica miała na ciele kilka świeżych ran, zapewne zadanych jej przed chwilą przez mistrzynię, a jednak uwagę Zalotki przykuło coś jeszcze. Pysk samotniczki zdobiły dwie blizny, które przecinały się nawzajem, tworząc ranę w kształcie litery “X”. Wyglądały na dawno zagojone. Były nietypowe, lecz szylkretka nie miała czasu, by dłużej się nad nimi zastanawiać, a tym bardziej zapytać o nie samotniczkę. Rozległ się głos Nadciągającego Pomroku, która wyznaczyła swoją siostrę do zabicia czarnofutrej, więc Ognikowa Słota nie traciła czasu i od razu stanęła do walki z przeciwniczką.
Szybko polała się krew. Ognikowa Słota wyraźnie przewyższała obcą umiejętnościami, a czarnofutra na próżno próbowała zadać jej poważniejsze ciosy. Samotniczka była słaba w porównaniu z członkinią Klanu Wilka, która miała za sobą księżyce treningów pod okiem samej liderki. Nic dziwnego, że walka zakończyła się zwycięstwem mistrzyni. W końcu żółtooka upadła na ziemię, tuż pod łapami Zalotnej Gwiazdy. Liderka, chcąc nie chcąc, wciągnęła w nozdrza haust powietrza. Jej nos połaskotał silny zapach krwi, lecz wydawało jej się, że kryje się w nim jeszcze inna woń. Bardzo znajoma, której nie miała okazji wyczuć od wielu księżyców.
Wzrok liderki spoczął na ciele samotniczki, a jej brwi zmarszczyły się w skupieniu. Dlaczego kotka roztaczała wokół siebie ten konkretny zapach? Czy to możliwe, że obie wonie były do siebie aż tak podobne? A może tylko jej się wydawało, że należała ona do pewnego kota?
Nie mogła jednak zastanowić się nad tym dłużej, gdyż nagle usłyszała szelest, który wyrwał ją z zamyślenia. Postawiła uszy i rozejrzała się wokół. Nie dostrzegła niczego nadzwyczajnego, lecz domyśliła się, że coś musiało być na rzeczy. Ognikowa Słota podniosła się na równe łapy, ale zanim Zalotna Gwiazda zdążyła cokolwiek powiedzieć, przemknęła obok niej Kocimiętkowy Wir.
— Sprawdzę to — zadeklarowała, znikając wśród krzewów.
Przywódczyni nie przywiązywała do tego większej wagi. Czym niby mógł być ten szelest? Pewnie jakaś zwierzyna niefortunnie zabłąkała się w miejsce, w którym kultyści właśnie odbywali spotkanie. Zalotka miała teraz większe zmartwienie, ponieważ wciąż nie rozumiała, dlaczego czarnofutra samotniczka roztaczała wokół siebie woń tak niezwykle podobną do… zapachu Cienistej Zjawy.
Co ciekawe, nawet Ognikowa Słota nie zwróciła na to uwagi. Może w takim razie przywódczyni tylko się wydawało? A może jej przybrana córka była zbyt podekscytowana zabiciem samotniczki, by zwracać uwagę na coś tak niepozornego, jak nikła woń na jej futrze, przypominająca zapach kota, który dawno powinien już nie żyć?
Zalotna Gwiazda poruszyła końcówką ogona z frustracji. Z nieznajomej już dawno uszło życie. Leżała na ziemi w kompletnym bezruchu, a pod nią rozlewała się kałuża krwi. Teraz było już za późno na jakiekolwiek pytania. Czy w takim razie jej przypuszczenia nigdy nie zostaną ani potwierdzone, ani rozwiane? Nie mogła znieść tej myśli. Pragnęła poznać odpowiedzi na swoje pytania tu i teraz, a jednak dzieliła ją od nich bariera nie do pokonania. Dusza samotniczki najpewniej wędrowała teraz po zaświatach, a może, skoro nie wierzyła ani w Klan Gwiazdy, ani w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, po prostu zniknęła na zawsze.
Wreszcie, po jakimś czasie, zielonooka kotka wróciła. Futro miała zmierzwione, a sama sapała z powodu przemierzenia tak sporego odcinka, niestety po nic. Wróciła o pustych łapach.
— Uciekła mi! — powiedziała, poruszając niespokojnie końcówką ogona.
Zalotna Gwiazda domyśliła się, że za tym szelestem kryła się jakaś samotniczka. Naturalnie oburzyłby ją fakt, że Kocimiętkowy Wir pozwoliła jej uciec, lecz w ułamku uderzenia serca w jej głowie pojawiła się pewna nadzieja. Co, jeśli te samotniczki się znały? Co, jeśli uda jej się odnaleźć tamtą kotkę, która zwiała, i siłą wyciągnąć od niej odpowiedzi na temat czarnofutrej? Oczywiście szanse na to, że były ze sobą jakkolwiek związane, były równie niskie co szanse na to, że Zalotna Gwiazda odnajdzie zbiegłą samotniczkę, lecz zawsze warto pomarzyć, czyż nie?
— W którą stronę odbiegła? — zapytała wtem Ognikowa Słota.
— Uciekła do Betonowego Świata…
Świetnie. Przynajmniej teraz już wiedziała, gdzie powinna szukać samotniczki. Zachwyciła się tą myślą, lecz nagle zauważyła, że jej córka ze zdenerwowaniem wpatruje się w Kocimiętkowy Wir. Odchrząknęła.
— To samotniczka, nie może się nam równać. Nie zagraża nam — oznajmiła.

* * *

Zalotna Gwiazda znalazła się na skraju lasu. Panowała noc, a niebo, które rozciągało się nad terenami Klanu Wilka, było zupełnie pozbawione gwiazd. Stała w bezruchu, zastanawiając się nad tym, jak w ogóle się tu znalazła i dokąd powinna się udać. Dlaczego strażnik w ogóle pozwolił jej wyjść z azylu w środku nocy? Czy powinna do niego wrócić? Nie pamiętała niczego, co zrobiła w ciągu ostatnich kilku godzin, co trochę ją przerażało. Czy na starość umysł zaczął płatać jej figle? Czy to był znak, by zrezygnowała ze swojej pozycji przywódcy i odeszła do starszyzny? Czy to znak, że już niedługo jej żywot dobiegnie końca? Miała nadzieję, że jednak nie. Nie mogła zostawić całego klanu pod opieką kogoś innego. Tym bardziej nie teraz, gdy wisiało nad nim widmo niebezpiecznej grupy samotników. Mimo że w miarę ufała swoim zastępcom i wiedziała, że którykolwiek z nich zostanie liderem, poradzi sobie z tym problemem, tak przed śmiercią wolała mieć pewność, że Klan Wilka jest bezpieczny.
Już miała zawracać i zapomnieć o tym, że w ogóle tu zawędrowała, gdy nagle dostrzegła przed sobą ślady łap. Były świeże i dałaby sobie głowę urwać, że jeszcze chwilę temu ich tu nie było. Czy wcześniej ich nie zauważyła, czy może tak naprawdę wcale nie istniały i były jedynie wymysłem jej starczego umysłu? Zalotna Gwiazda postanowiła mimo wszystko podążyć ich śladem. W końcu kto o tak późnej porze mógłby przechadzać się po terenach Klanu Wilka? Na pewno nie był to żaden Wilczak, a co za tym idzie, musiał to być samotnik! O ile te ślady istniały naprawdę, a nie były, tak jak pomyślała przed chwilą, jedynie jakimś zwidem.
Trop zaprowadził ją w kierunku terenów samotniczych, gdzie urywał się przy kamieniach prowadzących przez rzekę na drugi brzeg. Zalotna Gwiazda omiotła wzrokiem terytorium za strumieniem, lecz nie dostrzegła na nim nic ciekawego. Potem spuściła głowę i przyjrzała się uważniej śladom łap, nabierając powietrza, by spróbować wyczuć jakąś nikłą woń. Wtedy poczuła ten sam zapach, który unosił się nad ciałem czarnofutrej samotniczki. Czy to możliwe, że były to odciski łap należące do samotniczki, która uciekła Kocimiętkowemu Wirowi?
Zalotna Gwiazda ponownie podniosła głowę, by sprawdzić, czy odciski ciągną się również po terenach należących do samotników. Wtedy dostrzegła na drugim brzegu ciemną sylwetkę innego kota. Odruchowo odskoczyła do tyłu, a futro na jej karku całe się zjeżyło. Białe oczy intruza lśniły na tle jego ciemnego pyska, wpatrując się spokojnie w przywódczynię. Szylkretka chciała syknąć coś w jego stronę, lecz z jej gardła nie wydobywał się żaden dźwięk. Jej oddech gwałtownie przyspieszył, a w głowie zaczęło jej się kręcić. Nim się obejrzała, cała jej wizja zaszła czernią…

* * *

TW: Zalotka potrafi jeszcze chodzić (i zabiła kolejnego kota)

Gdy Zalotna Gwiazda otworzyła oczy, spostrzegła, że znajduje się w swoim legowisku. Jej serce wciąż biło szybciej, niż powinno, a do tego kręciło jej się w głowie. Na zewnątrz było dość ciemno. Wiedziała to, gdyż do środka nie wpadało zbyt dużo światła i szylkretka widziała jedynie nikłe zarysy otaczających ją ścian. Spuściła wzrok na własne łapy, zastanawiając się nad tym, co się właśnie wydarzyło. Teraz zrozumiała, że cała ta sytuacja z dziwnym kotem była jedynie jej snem. Czy ten sen był przypadkiem, czy może jakimś znakiem od Mrocznych Przodków? Wyglądał tak, jakby zmarli chcieli jej coś przekazać. Może chodziło o to, że ten kot, ten samotnik, który uciekł Kocimiętkowemu Wirowi, niedługo zjawi się w miejscu, które widziała we śnie?
“Może idzie tam właśnie teraz?” — w jej głowie nagle pojawiła się myśl. Mimo że była nagła i pozornie głupia, Zalotna Gwiazda czuła, że nie mogła jej zignorować. Czy powinna teraz wyruszyć? Czy nie będzie to dziwne? W końcu był dopiero bardzo wczesny ranek, a koty, które miały wyjść na pierwszy patrol, zapewne wciąż jeszcze spały. Choć… jeśli tamta samotniczka naprawdę czekała teraz na nią na terenach samotniczych, to musiała ją odnaleźć. Musiała ją odnaleźć i z nią porozmawiać.
Postanowiła nie marnować więcej czasu. Podniosła się z posłania i pewnym krokiem zaczęła zmierzać w stronę wyjścia, przy którym stała Ośnieżony Kryształ. Białofutra kotka przeniosła na nią swoje zmartwione spojrzenie i rozdziawiła pysk, jakby chciała coś powiedzieć.
— Wychodzę tylko na chwilę — oznajmiła przywódczyni, tym samym uciszając wojowniczkę.
Nie myśląc o niej ani uderzenia serca dłużej, ruszyła w stronę terenów, które widziała we śnie. Jej krok szybko stał się nierówny, ponieważ ze starości nękały ją bóle stawów. Była jednak zdeterminowana, by dotrzeć do rzeki, licząc na to, że ujrzy tam poszukiwaną samotniczkę. Czuła, że ten sen nie był przypadkowy. Czuła w kościach, że Mroczni Przodkowie maczali w tym swoje paluchy.
W końcu udało jej się dotrzeć na skraj lasu. Zza horyzontu powoli wychodziło już słońce i jego nikłe promienie zaczęły oświetlać posiwiały pysk liderki. Zalotka zmrużyła oczy i zaczęła rozglądać się po polanach, licząc na to, że ujrzy na nich sylwetkę kota. Nikogo jednak tam nie było. Chciała już postąpić krok do przodu, by podejść bliżej rzeki, lecz wtem zza jej pleców dobiegł ją głos.
— Zalotna Gwiazdo.
Szylkretowa natychmiast odwróciła pysk w stronę źródła dźwięku, a to, co ujrzała, zmroziło jej krew w żyłach.
Cienista Zjawa.
Stał tuż za nią, wyglądając niemal tak samo, jak w dniu, w którym ogłosiła jego chwalebną śmierć całemu klanowi. Zalotna Gwiazda napięła mięśnie, zamierając w bezruchu. Przez chwilę nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Co on tu robił? Przecież miał nie żyć! W oczach wszystkich Wilczaków już dawno był trupem, a jednak stał teraz przed nią i był jak najbardziej żywy. Szylkretka poczuła, jak ogarnia ją niepokój. Cieniowi brakowało jednej z łap. Ponadto jego pysk ozdobiony był blizną, o której Zalotna Gwiazda miała okazję usłyszeć wiele razy w ciągu ostatnich kilku księżyców. Charakterystyczne “X” przecinało pysk jej przybranego syna.
— Skąd ty się tu wziąłeś? Dlaczego w ogóle żyjesz?! — warknęła, strzepując ogonem z frustracją.
Nic z tego nie rozumiała. Czuła się w tym momencie zagubiona i oszukana. Może wciąż tylko śniła?
— Dlaczego miałbym nie żyć, matko? Czy założyłaś, że umarłem? — zapytał bury, postępując krok w jej stronę. — Zniknąłem bez słowa na kilka księżyców, wiem… Lecz nie zależało to ode mnie. Mogłem co prawda wrócić wcześniej i wstyd mi, że nie próbowałem — kontynuował, patrząc przepraszająco na Zalotkę. — Zrozumiałem jednak swój błąd i chciałbym prosić cię o to, by znalazło się dla mnie miejsce w Klanie Wilka. Żałuję tych wszystkich dni i nocy, które spędziłem poza nim.
Zalotna Gwiazda nie potrafiła uwierzyć w to, co słyszy. W to, co widzi, zresztą też. Czy to wszystko było zwidem? A może ktoś podszywał się pod jej syna?
— W twoich snach! — wypluła, cała się jeżąc.
Nie wiedziała, dlaczego tak bardzo złościła się na syna. Najwyraźniej składało się na to kilka czynników. Na przykład to, że wciąż nie rozumiała, jakim cudem stał przed nią prawie cały i zdrowy. Albo to, że jeśli Cień wróci do Klanu Wilka, odznaczenie Powiernika Cienia nie będzie miało już sensu. Albo to, że zostawił ją i całą swoją rodzinę na kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt księżyców, i wolał żyć jako samotnik.
— Słucham? — mruknął, przekrzywiając głowę.
Szylkretka wbiła wzrok w ziemię, czując, jak zdumienie i panika opanowują całe jej ciało. Nie mogła pozwolić mu na powrót do Klanu Wilka. Nie mogła pozwolić na to, by zburzył całą narrację na temat jego śmierci, którą wykreowała. Czy wtedy jej pobratymcy uznaliby ją za kłamcę? Czy nie chcieliby się przeciwko niej zbuntować? Zalotna Gwiazda pragnęła jedynie tego, by po jej śmierci jej imię budziło respekt. Nie mogła pozwolić na to, by jeden kot zniszczył wszystko, co budowała przez całe swoje życie.
Wysunęła pazury, podnosząc wzrok na Cienistą Zjawę. W końcu jedyny kot, który nie zniszczy jej reputacji, to martwy kot. Nie zastanawiając się nad tym ani chwili dłużej, rzuciła się na swojego przybranego syna, chcąc dobrać się do jego szyi. Ten wykonał unik, lecz szylkretka nie próżnowała. Zamachnęła się na niego ponownie, delikatnie muskając futro na jego barku.
— Co ty wyprawiasz?! — miauknął zdziwiony, lecz przywódczyni nie miała czasu na rozmowy. Podejmowała kolejne próby ataku, wymachując łapami na oślep, jednak bury kocur cały czas robił uniki lub blokował jej ciosy. Co dziwne, sam nie próbował jej zaatakować. Czy był za słaby, by skrzywdzić kotkę, która go wychowała?
Zalotna Gwiazda syczała i warczała, zdenerwowana tym, że nie była już tak sprawna, jak niegdyś. Gdyby tylko była teraz u szczytu swoich umiejętności, pokonałaby go jednym skinieniem pazura! Cienista Zjawa już dawno leżałby bez życia u jej łap. A jednak męczyła się teraz na darmo, usiłując dosięgnąć go swoimi szponami.
— Przestań się opierać! I tak nie wyjdziesz z tego żywy! — splunęła, a wtedy buras zamarł na moment.
Wykorzystując tę chwilę słabości, przywódczyni rzuciła się na niego i wbiła pazury w jego szyję. Zanim pociągnęła je w swoją stronę, napotkała jego spojrzenie. W pomarańczowych ślepiach Cienistej Zjawy kryło się wiele sprzecznych emocji, ale przede wszystkim przerażenie.
Zalotna Gwiazda czuła, że powinna się odezwać. Że powinna choć spróbować wyjaśnić mu swój tok rozumowania, nim na zawsze odeśle go do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. W jej głowie panowała jednak pustka. A może bardziej cisza, gdyż nie mogła zignorować wspomnień z czasów, gdy Cień był jedynie małym kocięciem, które właśnie migotały przed jej oczami. Kto by pomyślał, że to wszystko tak się skończy…
W pewnym momencie ziemia została zbrukana krwią. Zalotka w końcu przemogła się i rozcięła swojemu synowi szyję. Jeszcze przez moment Cienista Zjawa wpatrywał się w nią, stojąc na równych nogach i wykrwawiając się coraz bardziej z każdym uderzeniem serca. Po chwili jednak wydał ostatnie tchnienie i z głuchym hukiem opadł na glebę. W akompaniamencie nagłego krzyku zaczął dławić się krwią.
Zalotna Gwiazda podniosła uszy. W jej uszach rozbrzmiało przeszywające “Tato!”, a następnie poczuła, jak ktoś rzuca się na nią z boku i sprawnym ruchem powala ją na ziemię. Potem ujrzała przed sobą czarno-biały pysk, ozdobiony żółtymi, wystraszonymi oczami. Po chwili w świetle wschodzącego słońca zabłysnęły czyjeś pazury. Szylkretka zmrużyła ślepia, gotowa na to, by otrzymać cios. Do niczego takiego jednak nie doszło. Zamiast tego usłyszała ciche łkanie i poczuła, jak kot, który przed chwilą przygwoździł ją do ziemi, odsuwa się od niej.
Otworzyła oczy i rozejrzała się wokół. Samotniczka pochylała się właśnie nad martwym ciałem kocura i cała drżała. Dlaczego nie odważyła się jej skrzywdzić? Dlaczego nazwała Cienistą Zjawę swoim ojcem? Zalotka czuła się jeszcze bardziej skonfundowana niż wcześniej. Była na tyle zszokowana, że przez gardło nie potrafiło jej przejść choćby jedno słowo. Mogła jedynie wpatrywać się tępo w czarno-białą kotkę, zadając sobie pytania.
— Dla-dlaczego go zabiłaś?! — wydukała w końcu nieznajoma, zwracając ku niej wzrok.
Wyglądała, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, lecz jej również odebrało mowę. Czy w takim razie były zmuszone do patrzenia na siebie nawzajem? W pewnym momencie Zalotka nie potrafiła już znieść pełnego wyrzutu wzroku samotniczki, dlatego zmrużyła oczy.
— Ja… — westchnęła jedynie, nie wiedząc nawet, co powiedzieć.
Zamiast dokończyć zdanie, podniosła się z miejsca i otrzepała z drobinek ziemi. Samotniczka wciąż wpatrywała się w nią zaszklonymi oczami, wywołując w niej emocje, których nigdy nie spodziewała się odczuć. Trudno było jej nawet określić, co teraz czuje. Czy męczyło ją poczucie winy? Żal?
— Wróć ze mną do obozu, a wszystko ci wyjaśnię — oznajmiła po jakimś czasie, niespokojnie poruszając wibrysami.
Nieznajoma zmarszczyła brwi i obnażyła kły.
— Nigdzie z tobą nie idę, morderczyni! Zabiłaś mi ojca! Powinnaś teraz zgnić! — oburzyła się, kładąc po sobie uszy.
Zalotna Gwiazda wiedziała, że tak się stanie. Nie zamierzała się jednak kłócić z samotniczką. Zamiast tego podeszła do ciała Cienistej Zjawy i chwyciła je za kark. Zaczęła ciągnąć je w stronę rzeki, podczas gdy czarno-biała obserwowała ją w szoku.
— Co… Co ty robisz?! — pisnęła, pozostając w bezruchu, gdy szylkretka coraz bardziej zbliżała się do brzegu.
W końcu liderka zaciągnęła ciało swojego syna do wody, pozwalając mu odpłynąć z nurtem. Nie chciała, by którykolwiek z Wilczaków odnalazł truchło burego podczas patrolu, dlatego zdecydowała się użyć tej samej taktyki, którą zastosowano po śmierci Dyniowej Skórki.
Potem powróciła do swojej “wnuczki”, która wciąż stała w miejscu, gdzie gleba zabarwiła się na czerwono.
— Idziesz ze mną, czy tego chcesz, czy nie — rozkazała twardo, na co żółtooka głośno przełknęła ślinę. Widać było, że się waha. Jednak czy miała jakiś wybór? Mogła albo pójść z Zalotką, albo do końca życia zadawać sobie pytania dotyczące tego dnia.
Następnie przywódczyni ruszyła w stronę azylu. Już po chwili usłyszała za sobą stukot łap samotniczki, a na jej pysk wślizgnął się niechciany uśmiech. Szybko jednak przybrała poważną minę, a poczucie triumfu, które na uderzenie serca pojawiło się w jej wnętrzu, szybko zostało zastąpione pustką. Wciąż nie mogła uwierzyć w to, co stało się przed chwilą. Naprawdę zamordowała własnego syna. Jej pazury tego dnia zatopiły się w jego szyi, a krew splamiła ziemię. Jakby tego było mało, poznała też swoją wnuczkę, o której istnieniu nie wiedziała, i której istnienie w ogóle nie powinno być możliwe.
— Jak się nazywasz? — postanowiła w końcu spytać, nim dotarły do azylu.
Spotkała się jednak z ciszą. Gdy już chciała ponownie się odezwać, by zbesztać samotniczkę, ta w końcu przemówiła:
— Sroka — wyznała niechętnie.
Zalotna Gwiazda mruknęła coś niezrozumiałego pod nosem. Zastanawiała się teraz nad losem kotki. Czy powinna od razu uczynić z niej uczennicę? W końcu, jakby nie patrzeć, była jej rodziną. Z drugiej strony każdy samotnik, który kiedykolwiek dołączył do Klanu Wilka, na początku był więźniem. Tym bardziej że Zalotka miała już pomysł, jak sprawdzić, czy Sroka zasługuje na zostanie członkiem ich społeczności. W końcu, skoro miała na pysku ten sam znak co koty, które zaatakowały Rozbitego Księżyca i Nadciągający Pomrok oraz porwały Tropiącą Łaskę, to na pewno musiała coś o nich wiedzieć, prawda? Musiała wiedzieć, gdzie znajduje się ich baza. Musiała wiedzieć, jak do niej dojść, a także jak zaprowadzić tam patrol Wilczaków, by mogli odbić intruzom to, co zostało im odebrane.
Jeszcze przed wejściem do obozu liderka rozkazała Sroce wytarzać się w ziołach, a sama również zamaskowała zapach Cienistej Zjawy, który na niej osiadł.
Gdy wreszcie wkroczyła do azylu, przykuła uwagę wszystkich kotów, które właśnie siedziały w środku, próbując się rozbudzić. Przywódczyni rozkazała Ośnieżonemu Kryształowi zaprowadzić Srokę do legowiska więźniów, a następnie wspięła się na mównicę i omiotła swoich pobratymców wzrokiem.
— Niech wszystkie koty zdolne do samodzielnego polowania stawią się w centrum obozu! — oznajmiła donośnie i poczęła obserwować, jak Wilczaki zmieniają się w rozbiegane mrówki, próbując przedostać się pod mównicę.
Gdy wszyscy wojownicy i uczniowie już się obudzili i zebrali, liderka przemówiła:
— Udało mi się sprowadzić do nas kotkę, samotniczkę. Należy ona do tej samej grupy samotników, która kilka dni temu porwała jedną z naszych najbardziej zasłużonych wojowniczek, Tropiącą Łaskę! Oznacza to, że już niedługo wyznaczę koty, które wraz z naszą nową więźniarką udadzą się na misję odbicia Tropiącej Łaski od tych okrutników! — zaczęła z powagą. — Nasz nowy nabytek nazywa się Sroka, a jej obecność przy granicy z terenami samotniczymi uświadomiła mi, jak niebezpieczne jest wędrowanie w tamtych okolicach. Właśnie dlatego ogłaszam, że od dziś, aż do odwołania, macie zakaz zbliżania się w tamtą stronę! Od dzisiaj nie możecie wychodzić dalej niż za Cierniste Drzewo! — kontynuowała.
Po skończonej przemowie zeszła z mównicy, a jej wzrok spoczął na rudofutrym kocurze, który właśnie zyskał siostrę, choć nawet o tym nie wiedział. I raczej nigdy już się nie dowie.

<Cętkowany Tęgoszu?>

21 października 2026

Od Żywicznej Kropli

Słońce przyjemnie ogrzewało jej kark, gdy zatopiła zęby w grzbiecie chudego królika. Zwierzę jeszcze przez dłuższą chwilę szamotało się pod jej łapą, usiłując wyrwać się z uścisku, lecz w końcu osłabło, a jego ruchy ustały. Żywica zacisnęła szczęki mocniej, upewniając się, że zdobycz nie zdoła już uciec, po czym podniosła ją z ziemi i zaniosła do miejsca, w którym wcześniej uzgodnili z resztą patrolu, że będą zakopywać upolowane gryzonie.
Koty rozeszły się po okolicy, oddalając się od siebie na tyle, by przeszukać większy obszar, ale wciąż pozostając w zasięgu własnego wzroku. Kameliowy Wianek łatwo było wypatrzyć między krzewami dzięki jasnej, niemal lśniącej bieli jej futra. Opadający Rumianek i Pląsająca Łapa znaleźli się najdalej od pozostałych, najwyraźniej traktując wyjście poza obóz jako kolejną okazję do treningu. Gadożerowy Pysk na chwilę zniknął jej z oczu, by zaraz wyłonić się zza pobliskiego krzewu z dwiema wiewiórkami zwisającymi z pyska. Ich rude ogony kołysały się przy każdym jego kroku, uderzając lekko o siebie nawzajem.
Żywica odwróciła się i wróciła w okolice miejsca, w którym dopadła królika. Przeszła jeszcze kilka kroków, rozglądając się za czymś większym i bardziej pulchnym, co mogłaby z dumą przynieść do obozu. Taka forma polowania wyjątkowo jej odpowiadała. Nie musiała silić się na rozmowę ani podtrzymywać niczyjego zainteresowania, a jednocześnie nie była całkiem sama, w razie niebezpieczeństwa wystarczyłoby głośniejsze zawołanie, by pozostali ruszyli jej na pomoc. Mogła skupić się na tropieniu, nie przejmując się niczym więcej.
Przykucnęła nisko, polegając przede wszystkim na wzroku. Słuch często ją zawodził, ciche szmery ginęły wśród szelestu liści, przez co nie zawsze potrafiła wychwycić obecność zwierzęcia, zanim to zdążyło się poruszyć. Oczy jeszcze do niedawna rekompensowały jej tę niedogodność, lecz ostatnia infekcja sprawiła, że widzenie w lewym oku nieco się pogorszyło. Pech chciał, że to właśnie ono pozostawało odsłonięte, podczas gdy niesforny kosmyk futra przysłaniał drugie.
Ruszyła naprzód, ciągnąc ogon po ziemi. Zostawiała za sobą wyraźny ślad, który w razie dłuższej gonitwy mógłby pomóc jej odnaleźć drogę powrotną, gdyby zanadto oddaliła się od pozostałych. Znajdowali się stosunkowo blisko granicy dzielącej ich od terenów Owocowego Lasu, a tym samym od Drogi Grzmotu, dlatego należało zachować wzmożoną czujność. Właśnie tutaj często trafiały się jednak większe kąski, prawdopodobnie uciekające na te obszary przed kotami patrolującymi pobliskie tereny.
Przesuwała spojrzeniem po kolejnych krzewach, wypatrując choćby najmniejszego ruchu. Co jakiś czas spomiędzy gałęzi zrywały się do lotu drobne ptaszyny, najpewniej zajęte poszukiwaniem pożywienia w ściółce. Żadnej z nich nie dostrzegła jednak dostatecznie wcześnie, by choćby pomyśleć o próbie schwytania. Zresztą, nie przepadała za polowaniem na wszystko, co miało skrzydła. Widok zdobyczy umykającej w ostatniej chwili w niebo był wyjątkowo irytujący, a ona nie miała ochoty tracić sił na bezskuteczne skoki.
Zatrzymała się na moment i uważnie przyjrzała terenom po drugiej stronie granicy. Przez chwilę nie działo się nic szczególnego, aż nagle między krzewami przemknęła większa, ciemna sylwetka. Nieznajomy pokonał spory kawałek terenu jednym, długim susem, a Żywica natychmiast zesztywniała, śledząc go wzrokiem. To z pewnością nie była zdobycz, którą mogłaby zanieść do obozu na kolację.
Z tej odległości jego czarne futro wydawało się matowe i pozbawione blasku. W wielu miejscach sierść była posklejana, a na łapach i bokach osiadł piasek, jakby kocur od dłuższego czasu przemierzał nieprzyjazne tereny. Żywica uniosła głowę, a wtedy ich spojrzenia się spotkały. Błękitne oczy nieznajomego przykuły jej uwagę, lecz nie na tyle, by od razu zapomnieć o zagrożeniu, jakie mógł stanowić. Instynkt podpowiadał jej, że nie było to żaden z wojowników sąsiadującego klanu, a jakiś samotnik, któremu zdarzyło podążać się Drogą Grzmotów. Ci z Owocowego Lasu nie pchaliby się bezmyślnie na ich tereny.
Przez krótką chwilę strach sparaliżował jej ciało. Rozsądek podpowiadał, by natychmiast zawrócić i powiadomić patrol o obcym kocurze kręcącym się w pobliżu granicy. Coś innego nie pozwalało jej jednak odwrócić wzroku. Serce, które wciąż boleśnie reagowało na wspomnienie brata, przypomniało jej, że to właśnie niedaleko tego miejsca po raz ostatni widziała Bursztyna.
Wyprostowała się, starając się nie zdradzić niepewności. Nie oglądała się za siebie. Gdyby ktoś z patrolu ją zauważył, mogłaby przynajmniej zapewnić, że próbowała przepędzić intruza. Nie miała jednak zamiaru odwracać się plecami do nieznajomego. Jeszcze rzuciłby się na nią z zaskoczenia i zagryzł, zanim zdążyłaby choćby pisnąć. Nie mogła przecież zginąć tak młodo. Sama myśl o tym, jak bardzo złamałoby to serce jej ojca, wystarczyła, by mocniej wbiła pazury w ziemię.
— Czego tu szukasz? — zapytała.
Jej własny głos zabrzmiał donośniej, niż się spodziewała. Zaskoczyło ją to, ale zarazem poczuła z tego powodu pewną satysfakcję.
Nieznajomy dopiero teraz zdawał się naprawdę ją dostrzec. Spojrzał w jej stronę, a następnie odezwał się cicho, bez wyraźnej zaczepki.
— Polowałem na królika, ale uciekł mi gdzieś w te okolice. Szukam swojej zguby.
Żywica nie zamierzała urządzać mu przesłuchania, by upewnić się, czy chodziło o tego samego długouchego, którego ledwo co upolowała. W duchu jednak od razu poczuła ukłucie dumy. A więc to ona była szybsza. Pierwsza dopadła skubańca i nie miała zamiaru przejmować się tym, że ktoś inny również miał na niego chrapkę.
— Już go nie znajdziesz. Sama dopiero co go złapałam, więc nie masz tu czego szukać. Dla własnego bezpieczeństwa lepiej zawróć i nie kręć się więcej w pobliżu tych terenów.
Kocur przyjrzał jej się uważnie, jakby próbował ocenić, czy naprawdę zamierza go przepędzić, czy jedynie stara się wyglądać i brzmieć groźnie. Nie przyjął jednak bojowej postawy ani nie nastroszył sierści. Po prostu skinął głową, jakby jej słowa nie stanowiły dla niego większego problemu.
— Tak? Nie wiedziałem, ale nie zamierzam sprawiać kłopotów. Do widzenia — odparł spokojnie.
Po tych słowach zwyczajnie się odwrócił i ruszył przed siebie, nie próbując nawet wdawać się w dalszą dyskusję. Jego uszy pozostawały jednak skierowane do tyłu, jakby uważnie nasłuchując, czy Żywica nie postanowi ruszyć za nim albo zaatakować go, gdy tylko straci czujność.
Kotka przez chwilę obserwowała jego oddalającą się sylwetkę, gotowa wreszcie wrócić do swoich obowiązków. Wtedy jednak dopadło ją zwątpienie.
Naprawdę sprawiał wrażenie pałętającego się tu bezmyślnie samotnika, więc co jeśli znał Bursztyna? Może był jednym z kotów, z którymi jej brat postanowił odejść i wiedział, gdzie teraz rudzielec przebywał?
Powinna była ugryźć się w język. I to porządnie. Takie rozwiązanie z pewnością byłoby rozsądniejsze niż to, na które zdecydowała się w następnej chwili.
— Poczekaj! — zawołała za odchodzącym kocurem.
Nieznajomy zatrzymał się, lecz zrobił to wyjątkowo powoli, jakby nie był przekonany, czy rzeczywiście chce reagować na jej wezwanie.
— Mnie wołasz?
Żywica niechętnie skinęła głową. Już samo przyznanie, że potrzebowała czegoś od obcego kota, budziło w niej irytację, zwłaszcza, że zaledwie kilka uderzeń serca wcześniej stanowczo kazała mu odejść.
— Dopiero co mnie przeganiałaś — zauważył.
— Mam pytanie — odpowiedziała, zerkając na moment za plecy. Upewniła się, że w pobliżu nie widać nikogo z patrolu, po czym ponownie skupiła wzrok na czarnym. — Czy... znasz może takiego rudego... ciemnorudego, kocura? Ma zielone oczy w kolorze... — Urwała, szukając odpowiedniego określenia. Nie chciała wypowiedzieć imienia Bursztyna, jakby samo jego przywołanie mogło zdradzić obcemu coś, czego nie powinien wiedzieć. Zresztą, opisanie brata wprost byłoby znacznie prostsze, gdyby nie jego szczególna cecha, którą Żywica zdążyła już uznać za idealny sposób na wbicie mu pazura, nawet pod jego nieobecność. — W kolorze gila, który ciągle wystaje mu z nosa — dokończyła. — To bardzo charakterystyczna cecha jego wyglądu.
Czarny kocur wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę z niedowierzaniem. Żywica niemal mogła sobie wyobrazić, jak próbuje zdecydować, czy właśnie usłyszał najdziwniejszy opis w swoim życiu, czy też ma do czynienia z kimś, kto celowo robi sobie z niego żarty. W końcu nieznajomy lekko odchrząknął i rozejrzał się na boki.
— Co będę miał z tego, że udzielę ci odpowiedzi? — zapytał.
Żywica zacisnęła szczęki, czując, jak jej cierpliwość zaczyna się kurczyć. Oczywiście. Dlaczego miałby po prostu odpowiedzieć na zwykłe pytanie? Najwyraźniej nawet rozmowa z samotnikiem musiała wiązać się z jakimś targowaniem.
— Dobry uczynek na sumieniu — stwierdziła sucho.
— Mało kuszące, ale sprzyja mi dzisiaj dobry humor, więc mogę cię oświecić — oznajmił, przytakując lekko głową. — Wiele kotów przewinęło mi się przed oczami, a wśród nich niejeden rudy. Nie zwracałem szczególnej uwagi na to, czy coś dyndało im z nosa — dodał z wyraźnym niesmakiem. — Niewykluczone, że spotkałem kogoś takiego, jak opisujesz, ale mogło to być na tyle dawno temu, że zupełnie wyleciało mi z pamięci.
Żywica westchnęła i przewróciła oczami. Trudno było o bardziej bezużyteczną odpowiedź. Cała ta wymiana zdań nie przyniosła jej niczego poza irytacją i przypomnieniem, że Bursztyn wciąż pozostawał gdzieś daleko, poza jej zasięgiem. Strzepnęła ogonem, próbując ukryć rozczarowanie pod pozorem obojętności.
— Dzięki za chęci — wydusiła z siebie. — Na przyszłość lepiej uważaj, kiedy zapuszczasz się w te okolice. Te tereny należą do Klanu Burzy, a nie każdy będzie dla ciebie tak miły jak ja.
Samotnik przekrzywił lekko głowę. Na jego pysku pojawił się wyraz szczerego zdumienia, jakby właśnie usłyszał coś, czego zupełnie się nie spodziewał.
— To ty byłaś miła? — zapytał. — W takim razie rzeczywiście strach poznawać innych...
Żywica parsknęła, choć trudno było uznać to za oznakę prawdziwego rozbawienia. Bardziej przypominało to krótkie prychniecie, w którym irytacja mieszała się z niechętnym uznaniem, że obcy potrafił odpowiedzieć jej złośliwością na złośliwość. Nie zamierzała jednak dać mu satysfakcji i ciągnąć tej rozmowy dalej.
Tego dnia nie dowiedziała się niczego, ale przecież nie był to pierwszy ani ostatni samotnik, który mógł pojawić się w pobliżu granicy. Jeśli Bursztyn rzeczywiście trzymał się teraz takich kotów, istniała szansa, że prędzej czy później natknie się na kogoś, kto będzie wiedział o nim więcej. Może następnym razem trafi na rozmówcę bardziej kompetentnego.
Z tą myślą odwróciła się i bez większego zastanowienia zrobiła kilka kroków w stronę miejsca, w którym wcześniej polowała. Dopiero po chwili przypomniała sobie o ostrożności i obejrzała się przez bark, chcąc sprawdzić, czy nieznajomy rzeczywiście odszedł. Po czarnym kocurze nie było już jednak śladu.

Od Gradobijącego Ciernia

Wszedł do legowiska medyka, które spowite było zapachem spalonych ziół. Zapach mocno dusił go, wręcz paląc jego nozdrza. Spojrzał na stojącego obok wejścia do legowiska wojownika, który miał go pilnować. Srebrny strzepnął ogonem, lekko poddenerwowany. Nadal czuł się bardzo ograniczony, cóż, nie dziwił się Klanowi Burzy, że mieli do niego ograniczone zaufanie. Nie zmienia to faktu, że mu się to nie podobało. Zaczął przeglądać półkę z ziołami, sprawdzając, czy jakieś jeszcze się nadają do spożycia. Może choć jedno ziółko zachowało się, nadal ma swoje właściwości lecznicze… Niestety, kocur nic nie mógł znaleźć. Zrezygnowany opadł na tyłek z sapnięciem, zwieszając uszy. Nadal jednak myślał o znalezionych w legowisku Króliczej Gwiazdy ziołach. Czy serio powinien powiedzieć o tym liderowi..? Westchnął, odwracając się do wyjścia. Razem z wojownikiem, który pilnował go akurat tego dnia, szedł już w stronę wyjścia z obozu, kierując się w stronę tymczasowego obozu, jednak akurat naprzeciw nich szedł Zawodząca Gwiazda. “Jesteś mordercą jego ojca, Gradobijący Cierniu. Nie powinieneś nawet na niego patrzeć, co dopiero się zbliżać.” Głos Pierza zadzwonił w jego uszach, na co kocur skrzywił się. Pokręcił głową, zatrzymując się. Na ten nagły ruch Cyklonowe Oko, który go pilnował, zatrzymał się również, patrząc na niego ostrożnie.
— Hej, co z tobą? — warknął do Ciernia, ale ten patrzył nadal na lidera.
— Zawodząca Gwiazdo… Możemy porozmawiać?

Event Klanu Burzy: przeszukiwanie starego obozu

Od Ostatniego Pożaru CD. Zwiastunka (Zwiastującej Łapy)

Uniosła brew.
– Myszy?
– Ogony! Trzy! – jeszcze raz podkreślił z oburzeniem Zwiastunek. Ruda westchnęła ciężko. Nie miała w tej chwili siły na takie rozmowy z dziećmi. Zamiast odpowiedzieć na pytanie, po prostu wstała.
– Chodźcie, idziemy do łapkowa.

***
*niedługo po mianowaniu dzieci na uczniów*

Echo nie zamierzał przywrócić dzieciakom ich imion. Pytała to o to razem ze Złotą Wydmą, ale nie dostały pozytywnej odpowiedzi. Ona dała sobie spokój dość szybko. I tak nigdy jej w tym klanie nie słuchali, więc co miało się zmienić? Sahara za to nie dawała za wygraną. Kiedy już kolejny raz wyszła z legowiska lidera z niezadowoloną miną, teraz bardziej niż wcześniej, podeszła do niej i musnęła ją ogonem.
– Nie martw się. Dzieci dadzą sobie radę, chyba im to jakoś bardzo nie przeszkadza… Lepiej pójdź się zdrzemnąć. – zaczęła ją pocieszać. Kremowa skinęła głową i oddaliła się w kierunku legowiska wojowników. Ona za to skierowała wzrok na wracającego z treningu syna. Ten również szybko popatrzył na nią i kiedy tylko Śpiewający Raniuszek pozwoliła mu odejść, podbiegł do niej.
– Jak było na treningu? – zagadnęła.
– Okropnie! Śpiewający Raniuszek w ogóle nie rozumie mojego daru! – widząc, że Ostatni Pożar zupełnie go nie rozumiała, kontynuował. – Powiedziałem jej, że powinniśmy odbudować obóz, zamiast mieszkać w jaskiniach, a ona powiedziała, że ja nie mam w tym nic do powiedzenia! A kto będzie odbierać znaki ostrzegające przed zagładą klanu?! Co, jeżeli przez bycie pod ziemią, moje pędzelki będą rzadziej nawiązywały kontakt z gwiezdnymi?!
Popatrzyła na Zwiastującą Łapę, nie wiedząc, co powiedzieć. Gadał kompletnie od rzeczy, ale nie chciała się z młodym kłócić.
– Wiesz, to chyba zadanie medyków…

<Zwiastun?>

Od Rozbitego Księżyca CD. Nadciągającego Pomroku

Zdążył wydobrzeć w legowisku medyka, gdy w końcu nadszedł ten dzień. Pogoda nie należała tej nocy do szczególnie łaskawych. Podmuchy wiatru biły co rusz w pysk Księżyca, sprawiając, że kosmyki futra dostawały się do jego oczu, zasłaniając mu widoczność. Szedł tuż obok Nadciągającego Pomroku. Prócz kilku marnych gwiazd na niebie nic nie oświetlało im drogi co na szczęście nie było ogromnym problemem dla dwójki kotów. Nadnaturalny chłód przejmował ciało białofutrego, również ten emocjonalny. Nie był pewien znaczenia swojego snu, ale od tamtej pory czuł się, tak jakby zabrano mu na chwilę część jego ja.
— Wiesz, co masz robić — usłyszał od kotki i kiwnął głową, przedtem się prostując.
Zmarszczył lekko nos, mrużąc przy tym oczy. Jeżeli kotka zastanawiała się co takiego mogło mu się śnić, to musiał przyznać, że sam nie wiedział. W końcu co mógł oznaczać księżyc w pełni pożerany przez ciemność? Spojrzał na wskazaną przez kotkę ścieżkę i westchnął cicho, lecz z determinacją.
— Do roboty — odezwała się, a niebieskooki kiwnął głową.
Szli tak jeszcze przez chwilę, gdy w końcu biały kocur zorientował się, że został sam. Pomrok najwidoczniej postanowiła się gdzieś schować. Zatrząsł się lekko z chłodu. Wiedział, co robić, a jednak jego umysł przez moment zasnuwała pajęczyna. W końcu postanowił ruszyć przed siebie, szukając… kogokolwiek. Po wielu odbiciach serca usłyszał nad sobą szelest. Tuż obok niego upadła czekoladowa kotka, przyglądająca mu się z zainteresowaniem. Księżyc poczuł, jak przechodzą go ciarki. Nagle przed jego oczyma stanął widok martwej Kwadry i już nie był wszystkiego aż taki pewien. Wręcz przeciwnie miał ochotę płakać. Mimo to postanowił być przyjazny, w końcu udało mu się opanować co nieco technik manipulacji. Nie był może świetny, ale z pewnością wiedział, jak udawać i kombinować. Uśmiechnął się łagodnie.
— Dobry wieczór… piękna. Jak masz na imię? — zaświergotał.
Zdecydowanie będzie musiał porządnie wymyć pysk po tym wszystkim. Kotka wyglądała co najmniej, jak ropucha. Czekotka opuściła lekko uszy, ale komplement widocznie się jej spodobał.
— Och witaj. Jestem Kuna — uśmiechnęła się ciepło. — A ty?
— Księżyc — pośpieszył z odpowiedzią. — Chciałabyś może dołączyć do kociej społeczności? — wyskoczył nagle, jego powieka lekko zadrżała z nerwów, lecz kotka niczego nie zauważyła.
— Kociej społeczności? — zaciekawiła się Kuna. — Jak dużej?
— Kilka kotów. Wspólnie polujemy — miauknął, czując, jak przez jego ciało przechodzi chłodny dreszcz.
„Oby to był pierwszy i ostatni raz, gdy to robię” pomyślał.
— Musicie być jak cudowna rodzina… — westchnęła kotka rozmarzona.
— Oczywiście — skłamał bieluch, przymykając na moment zirytowany oczy. — Jeśli chcesz może pójść ze mną. Na pewno przyjmą cię z otwartymi ramionami — mruknął. — Chodź za mną.
Kotka kiwnęła głową, po czym ruszyli w stronę kociego zbiorowiska. Gdy byli na miejscu kotka zauważyła grupę kotów. Było ich nieco więcej niż się spodziewała. Nagle, jakby poczuła, że coś jest nie tak. Księżyc spojrzał na nią bokiem, widząc, że najwyraźniej szykuje się do ucieczki. Zwinnym ruchem pozbawił ją przytomności, zaciągając do środka kręgu. Starał się działać, jak gdyby był w głębokim amoku. Uniósł na moment wzrok, spoglądając w zielone oczy swojego przyjaciela. Wiedział o tym wszystkim, a jednak niczego mu nie powiedział.
„Zdrajca. Gdyby nie ty nigdy by mnie w to nie wplątali” pomyślał, zupełnie nieświadomy, że właściwie to jego pochodzenie było powodem, dla którego był w tym położeniu. Spojrzał na leżące przed sobą ciało.
„Już wygląda jak trup” pomyślał chłodno.
Podniósł łapę, wyciągając z niej pazury. Bez jeszcze dłuższej zwłoki przejechał nimi po karku kotki. Nie było to jednak wystarczające. Widząc, że kotka zamiast tego zaczyna łkać z bólu wykonał szybki, ponowny ruch łapą, tym razem, pozbywając życia kotkę. Położył łapę na ziemi, czując, jak ciało odmawia mu posłuszeństwa. Skierował swój wzrok w stronę Nadciągającego Pomroku.
— Choć na początku widocznie się wahałeś to wykonałeś swoje zdanie… prawidłowo — mruknęła Pomrok, a następnie cicho chrząknęła. — Ja Nadciągający Pomrok, Wielki Kapłan kultu Mrocznej Puszczy, naznaczam cię w imię naszych przodków. Czy jesteś gotowy przyjąć na siebie nasze znamię jako dowód inicjacji? — wymruczała regułkę.
Słysząc ciszę ze strony kocura burknęła coś pod nosem.
— Tak — odparł pewnie bieluch, prostując się.
— Zatem otrzymasz ode mnie znak, który pozostanie z tobą, aż do śmierci i zawsze będzie przypominał ci o przynależności do kultu — odparła.
Zbliżyła się do kocura, odrywając mu fragment lewego ucha.
— Tej nocy, zgodnie z wolą Mrocznej Puszczy, przyjmujemy cię oficjalnie jako pełnoprawnego członka naszej grupy. Wierzymy, że będziesz wiernie służyć naszym przodkom i działać na rzecz kultu, abyśmy nigdy nie upadli.
Szylkretka odcisnęła krew z samotniczki na czole bielucha, a następnie rozległo się skandowanie jego imienia. Wkrótce potem towarzystwo powoli zaczęło iść w stronę obozu. Księżyc szedł na samym końcu grupy, kawałek przed nim tak „dobrze” znany mu rudzielec.
— Idziesz? — zapytał rudy, niby to troskliwie.
— Idę na spacer — mruknął.
— W takim razie pójdę z to… — zaczął cętkowany.
— Odwal się. Wkrótce i tak wrócę — odwarknął, kierując się w stronę miejsca, w którym dawniej odnalazł Nicość.
Nie chciał zbliżać się za bardzo do rzeki. W końcu to tam znajdowało się ciało Kwadry. Spojrzał na krzak, w którym dawniej odnalazł czarnego kociaka i jego martwą siostrzyczkę. Chwilę potem poczuł, jak jego żołądek próbuje go zabić, czego efektem było zwrócenie kolacji. Jego ciało przeszył silny dreszcz, następnie zaczął płakać.
— Mroczna Puszcza… Też mi coś — wymruczał, czując, że po raz kolejny miał ochotę zwymiotować, tyle że już nie miał czego. — Na… Klan Gwiazdy — szepnął.
Gdy po pewnym czasie się uspokoił, wrócił do obozu. Wszedł do legowiska wojowników, złapał swoje posłanie w zęby, tym samym, odsuwając się od Cętkowanego Tęgosza.
„Zdrajca. Z pewnością to ty zabiłeś Trzcinniczkową Dziuplę. Obrzydliwe” pomyślał, czując, jak zaczyna go ściskać w żołądku.
Zastanawiał się jeszcze, dlaczego trafił aż tak niefortunnie. Istnienie jego matki, które doprowadziło go do zostania parszywym kultystą, okropny „przyjaciel”, w którym od niedawna zauroczył się bez pamięci, czarne kocię, martwa Kwadra, martwa Kuna… Kogo jeszcze będzie musiał zabić? Z tymi myślami zasnął dopiero o świcie.

<Wstrzymanie sesji>

Od Żywicznej Kropli

Ruda strzepnęła uchem, próbując pozbyć się natrętnej muchy, która uparcie zataczała kręgi tuż nad jej głową. Może i wraz z odejściem Pory Nagich Drzew pożegnali się z okrutnym mrozem i ponurym krajobrazem, a budząca się do życia roślinność na nowo cieszyła wzrok, tak w ślad za cieplejszymi dniami powróciły również wszelkiego rodzaju latające i pełzające robactwa. Żywica zdecydowanie nie tęskniła za ich towarzystwem. Mogła doceniać miękką trawę pod łapami i rześki, chłodny wiatr, ale nie miała zamiaru z równym entuzjazmem znosić te brzęczące utrapienia.
Wolnym krokiem podążała za towarzyszkami dzisiejszego patrolu, ciesząc się przyjemniejszą pogodą. Śpiewający Raniuszek i Srebrzysta Równonoc należały do kotek, które znała stosunkowo dobrze, choć z żadną nie łączyła jej szczególnie zażyła więź. Raniuszek była jej trochę bliższa, bowiem poznała ją jeszcze będąc kocięciem, kiedy zainteresowanie ze strony starszej uczennicy wydawało jej się czymś wyjątkowym. I zapewne takie właśnie było, skoro po latach wciąż pamiętała tamte chwile. Później ich kontakt nieco osłabł, a rozmowy należały do rzadkości, jednak odkąd Żywica zamieszkała w legowisku wojowników, szylkretowa kotka ponownie zaczęła poświęcać jej więcej uwagi.
Srebrzystą Równonoc poznała właściwie za pośrednictwem Raniuszek. Choć zdarzało im się wcześniej wymienić kilka słów i odbywać wspólne patrole, gdy ruda była jeszcze uczennicą, dopiero dzięki czarnawej kotce miały okazję spędzić ze sobą więcej czasu i lepiej się poznać.
Na dzisiejszy patrol składały się dwa proste zadania. Wypadało upolować coś dla klanu i przy okazji nieco porozmawiać. Tematy zmieniały się co jakiś czas, choć najczęściej krążyły wokół pozostałych wojowników, ich zachowań oraz tego, co aktualnie działo się w obozie.
— Pusto zrobiło się teraz w żłobku — zagadnęła Raniuszek, otrzepując łapę z resztek roztopionego śniegu. — W starszyźnie zresztą też. To znaczy, teraz jest tam Dzwonkowy Świst, ale poza nim również niewiele się tam działo — dodała, a Żywiczna Kropla odruchowo strzygnęła uchem na dźwięk imienia ojca. — Jak myślicie, która kotka w klanie jako pierwsza doczeka się kociąt?
— Obecnie? Mam wrażenie, że żadna nie miałaby na to ochoty — odparła Równonoc. — Aż strach pomyśleć, co może wyrosnąć z takiego kociaka, jeśli spojrzeć na ostatnie przypadki — mruknęła.
Żywica nie zamierzała od razu włączać się do rozmowy. Wolała najpierw wysłuchać ich i dopiero wtedy dorzucić własne zdanie, o ile uzna je za warte wypowiedzenia. Nie zastanawiała się, kto z kim spędza najwięcej czasu i czy w klanie miały w ogóle miejsce jakieś romanse. Właściwie nie zawsze potrafiła nawet powiedzieć, które koty są sobie jakkolwiek bliskie. Jeśli ktoś nie opowiadał jej o tym wprost, nie zaprzątała sobie głowy zgadywaniem.
Gdyby jednak miała oceniać wyłącznie pod względem wieku i kondycji, zarówno Śpiewający Raniuszek, jak i Srebrzysta Równonoc, wydawały jej się w odpowiednim momencie życia, by zostać matkami, gdyby tylko same tego chciały. Nie oznaczało to, że rozumiała, dlaczego ktokolwiek miałby dobrowolnie rezygnować z dotychczasowej swobody na rzecz opieki nad miotem. Kocięta wymagały uwagi, cierpliwości i nieustannej troski, a Żywica nie była pewna, czy sama potrafiłaby znieść kiedykolwiek taką odpowiedzialność. Dopiero co wykaraskała się z roli uczennicy, musiała nacieszyć się rolą wojowniczki, a nie szukać w życiu kolejnych zmian.
— A wyobrażacie sobie taką Skrzydlatą Płomykówkę w roli matki? — podsunęła Równonoc, ostrożniej stawiając łapy na nierównym podłożu. — Hm... Dzieciaki byłyby ustawione.
Żywica przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią. Trudno było jej jednoznacznie ocenić obecną zastępczynię. Kotka zza młodu szkoliła się pod okiem jej ojca, więc nie mogła być kiepską wojowniczką, a Zawodząca Gwiazda z pewnością nie wybrał jej na zastępczynie bez powodu. Lider musiał dostrzec w niej coś, co uznał za godne zaufania. Mimo to Żywica nie potrafiła całkowicie pozbyć się pewnego ukłucia niezadowolenia na myśl, że na prawą łapę przywódcy nie wybrano Oskrzydlonego Ognika.
Czy miała to za złe Płomykówce tylko dlatego, że sama była przywiązana do swojego mentora? Być może. Nie wykluczała, że jej osąd był przez to nieco wypaczony, zwłaszcza, że zastępczyni była również siostrą Ognika. Ruda wiedziała jednak, że jej mentor angażował się w sprawy klanu i potrafił wziąć na siebie odpowiedzialność, więc stanowiłby równie dobry wybór. Ostatecznie nie miała też powodów, by twierdzić, że Skrzydlata Płomykówka nie zasłużyła na zaufanie Zawodzącej Gwiazdy.
— Pewnie jakoś by sobie poradziła — odezwała się w końcu, uznając, że zbyt długie milczenie mogłoby sprawić, że pozostałe wezmą ją za odludka. — Ale nie sądzę, żeby chciała na dłuższy czas porzucić obowiązki zastępczyni, żeby siedzieć w żłobku i wychowywać kocięta. Zresztą mało komu łatwo byłoby odłożyć na bok codzienne zajęcia na tak długo.
— Przynajmniej inni skaczą wtedy wokół ciebie i dostajesz jedzenie w pierwszej kolejności — zauważyła Równonoc. — A może Mała Bazia? Jest młoda, miła, może ona...
— Tę szkaradę ktoś musiałby najpierw zechcieć — wypaliła Raniuszek.
Żywica natychmiast przystanęła. Słowa kotki wywołały w niej nagły sprzeciw, którego nie potrafiła stłumić, nawet gdyby chciała. Nie należała do szczególnie wybuchowych osobników, ale nie zamierzała również stać bezczynnie, kiedy ktoś obrażał jej kuzynkę, zwłaszcza w tak okrutny i zupełnie niepotrzebny sposób.
— Nie jest szkaradna — rzuciła stanowczo. — To, że jej pysk jest zdeformowany, nie jest nawet jej winą. Poza tym ma piękne futro i jest miła, pracowita... To znacznie ważniejsze niż to, czy może uchodzić za najurodziwszą kotkę w klanie.
Śpiewający Raniuszek zmierzyła ją spojrzeniem pełnym niezrozumienia. Strzepnęła ogonem, a z jej pyska wydobyło się krótkie, niezadowolone prychnięcie.
— Ta, cokolwiek — ucięła. — Nie mam całego dnia na to polowanie. Później muszę jeszcze objąć straż przy więźniach, więc ruszcie się.
Równonoc sprawiała wrażenie nieco zbitej z tropu, ale bez dalszych uwag przyspieszyła kroku, podążając za szylkretową kotką. Żywica nie ruszyła za nimi od razu. Jeszcze przez chwilę przyglądała się Raniuszek, próbując zrozumieć, skąd wzięła się jej reakcja. Czy obraziła się na nią za obronę Bazi? A może chodziło o coś zupełnie innego? Raniuszek nie należała do najmilszych kotek, jakie Żywica znała, ale mimo to potrafiła być przyjemną towarzyszką rozmów. Ruda zasłyszała, że w przeszłości szylkretka bywała kąśliwa wobec jej kuzynki, lecz podobno z czasem wyrosła z podobnych zachowań. Sama Żywica nie była świadkiem niczego, co wskazywałoby na to, że dawna niechęć wciąż się utrzymywała. Może jednak istniał między nimi jakiś głębszy uraz o którym nie miała pojęcia. Trudno było jej to ocenić, skoro nie znała wszystkich szczegółów ich relacji. Zresztą, sama nie była najlepszym przykładem kota, który potrafił zachować obiektywizm, gdy rozmowa schodziła na pewne jednostki. Wystarczyło, że Raniuszek wspominała o swoim uczniu, a Żywica od razu czuła, jak coś nieprzyjemnie zaciska jej się w żołądku. Szylkretka bowiem otrzymała pod opiekę jednego z adoptowanych kociąt Ostatniego Pożaru. Żywiczna Kropla nie miała go o co winić, a jednak słuchanie o nim i jego rodzeństwie wciąż przychodziło jej z wielkim trudem.
Westchnęła cicho, pozbywając się kurzu, który osiadł na jej nosie. Nie miała zamiaru pozwolić, by jedna nieprzyjemna uwaga zepsuła jej cały patrol. W końcu wyszła z obozu po to, by zapolować, a nie roztrząsać cudze animozje. Otrząsnęła futro i ruszyła za towarzyszkami, kierując się ku terenom, które powinny lepiej nadawać się do łowów.

Od Dymówkowej Łapy CD. Skowronkowej Łapy

Drgnęła nerwowo, kiedy usłyszała miauknięcie zza granicy. Odwróciła łebek w tamtą stronę, a jej błękitne oczy rozbłysły niepewną iskierką. Miała leciutko zjeżoną sierść, bo wiele słyszała o Klanie Wilka od Psotnego Nietoperza i innych Klifiaków. Jednak kocur po drugiej stronie wyglądał bardziej na kogoś w podobnym wieku do niej, a nie na wojownika. Do tego wcale nie prezentował się tak, jakby chciał się na nią rzucić z pazurami. Być może nie była to zła osoba do rozmowy? W końcu niecały świat był zły, prawda? Próbowała się w ten sposób uspokoić, by nie wyglądać jak jakiś tchórz, choć nim się czuła. Pokręciła lekko łebkiem, poruszając lekko wibrysami.
— Skowronkowa Łapa... — powtórzyła cicho. Ciemny uczniak podobnie do niej miał imię po ptaku. Do tego oboje mieli wplecione w futro kwiaty i piórka. Widziała dużo kotów z przeróżnymi ozdobami, ale widok kocura tak wystrojonego poruszył coś w głębi jej serduszka. To była dobra okazja, by poznać innego kota i pogadać o ozdobach. W przeciwieństwie do czarnego ona nie tryskała tak ogromnymi pokładami energii. Nawet jako kocię była spokojna i cicha. Czasem pobawiła się z Cisową Łapą albo pogadała z rodzicami. Kiedy do żłobka przychodzili uczniowie, zamieniła z nimi kilka słów, ale zazwyczaj trzymała się na uboczu. Usiadła, owijając łapy ogonem. Kiedy kocur zaczął mówić, niebieska zaczęła ugniatać ogon łapami. Dzięki temu potrafiła się lepiej skupić na czyiś słowach. Poza tym tak czuła się bezpieczniej. Miała tak za kociaka, teraz za ucznia i z pewnością po zostaniu protektorką to nie ulegnie zmianie. To było coś, co towarzyszyło jej zawsze i naprawdę nie wyobrażała sobie funkcjonowania bez tej czynności. Kocur opowiadał z taką pasją o swoich ozdobach, że mimo woli Dymówka się uśmiechnęła delikatnie. Rzadko miała możliwość rozmawiania z kimś, kto miał tak wielką pasję, jak Skowronkowa Łapa. Nastawiła uszka w stronę jego głosu, przyswajając każde słowo. Sama nie wiedziała, dlaczego tak bardzo uważnie słuchała jego wypowiedzi. Być może był ku temu jakiś powód, a może nie. W każdym razie uznała kocura za bardzo interesującego osobnika. Obserwowała prężącego się Wilczaka, który zapamiętale pokazywał ogon i każdy punkt na ciele, gdzie znajdowały się kwiaty, albo piórka. W pewnej chwili się nawet cichutko zaśmiała. Kocur próbował chyba pokazać jej, jaki był dostojny, a niebieskooka nie mogła odmówić mu pewnego rodzaju uroku. Miał w sobie coś takiego, że nie mogła odwrócić wzroku. Do tego nie czuła się przy nim tak źle, jak na przykład blisko Migota, przez którego zaczęła wątpić w swoją przydatność klanowi. Rozmowa z ojcem i z Rozkwitającym Astrem nieco jej pomogła, ale niestety musiała odzyskać tę część samooceny, którą utraciła. Zawsze była delikatnym i kruchym kotem, a każdym słowem wypowiedzianym w jej stronę potwornie się przejmowała i brała do siebie.
— Bardzo ładne ozdoby… — zaczęła. Nie była chyba zbyt dobra w komplementy, ale to chyba nie powinno jej skreślić prawda?
— Pasują ci do futerka, oczu i widzę, że bardzo o nie dbasz, co naprawdę pozytywnie o tobie świadczy — kontynuowała, przyciskając coraz bardziej białe łapki do ciemniejszego ogona.
— No i sposób na ich trzymanie jest doskonały, jeśli mi pozwolisz, wzięłabym od ciebie ten sposób — dodała nieśmiało. Nie chciała przywłaszczać jego sposobu, a jedynie potraktować to, jak radę od kogoś bardziej doświadczonego w tej sprawie. Kiedy padło pytanie o jej imię, położyła leciutko uszy po sobie. No tak powinna się przedstawić, ale kocur tak pięknie mówił, że nie chciała mu przeszkadzać.
— Och, przepraszam Skowronkowa Łapo… — mruknęła nieco zawstydzona. Zatrzymała się w połowie ruchu ugniatającego ogon.
— Powinnam była się wcześniej przedstawić, ale mówiłeś tak cudownie o tych ozdóbkach, że nie chciałam ci przeszkadzać — wyznała, uznając to za najlepsze wyjście w tej sytuacji. Chwilę później powrócił jej nawyk zatapiania łap w puszystym ogonie.
— Nazywam się Dymówkowa Łapa, miło mi cię poznać — miauknęła w końcu. Miała nadzieję, że dymny się na nią nie pogniewał. Chociaż, czy znowu nie myślała za dużo? Prawdopodobnie tak, ale już tak miała. Nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić.
— Tak, uczę się na protektorkę — wyznała po chwili milczenia, przypominając sobie o drugiej części pytania. Kilka uderzeń serca później powróciła do pytania kocura.
— Jeśli chodzi o moje kwiaty i piórka, to większość dostałam od mojej mamy Psotnego Nietoperza i taty Puszystej Neriny. Dali mi je krótko po urodzeniu i od tamtej pory kwiaty i pióra tego rodzaju mają dla mnie wartość sentymentalną. Jednak sama również je zbieram, ale tylko niebieskie. Chyba przejęłam to od mojej mamy — wyznała w końcu.
— Ale inne też są przepiękne, po prostu najbardziej mi pasują niebieskie. Zgadzasz się, czy widziałbyś jeszcze jakiś inny kolor w moim futrze? Może ci łatwiej ocenić, jako że widzisz mnie lepiej ode mnie samej — podsunęła nieśmiało. Miała nadzieję, że nie brzmiało to głupio.
— Lepsze ozdoby? Chciałabym zobaczyć efekt, bo na pewno będzie cudowny — dodała na koniec, uspokajając się na tyle, że postawiła uszka.
— A skoro przy barwach jesteśmy, to masz jakiś ulubiony kolor? Mój to jak pewnie wiesz, jest niebieski. Tutaj raczej nietrudno to zgadnąć — wymruczała z lekkim rozbawieniem. Zdecydowanie spokojne podejście kocura do niej było bardzo pomocne. Nie musiała się martwić o obelgi, czy niemiłe komentarze.

<Skowronkowa Łapo? Jaki kolor lubisz?>
[833 słowa]

Od Błota CD. Gąbczastej Perły

Kocur nie potrafił patrzeć na nią bez świadomości, że już dawno stracił ją. Gdy ta zapytała, co tu robi, westchnął. Weszli do legowiska medyków, a on nerwowo podrygiwał koniuszkiem ogona.— Masz coś może na uspokojenie? — zapytał trochę nieśmiało.
— Czyli znowu, przyszedłeś mi tu wymyślać i szukasz wymówek, na rozmowę ze mną.
— Nie, to… — Sam chyba nie wiedział, co ma jej na to odpowiedzieć. Ostatnio boryka się z bezsennością, a w dodatku co chwilę dostaje ataków lękowych. Jego syn wspiera go, ale po ostatniej rozmowie z Gąbczastą Perłą jest tylko gorzej… Gdyby tylko wiedziała, dlaczego się tu w ogóle znalazł, może inaczej by na niego patrzyła. Ale nie może się dowiedzieć. W końcu, gdyby się dowiedziała, kto wie, co zrobiłaby z tą informacją. Choć nadal nie wydała jego. Tak przynajmniej się mu wydawało, być może próbowała… — To skomplikowane, z resztą, po prostu przyszedłem po pomoc, nie możesz mi jej dać..?
— Takim zdrajcom jak ty? Uciekłeś z Klanu Wilka z mordercami. — Strzepnęła ogonem.
— Nigdy bym tego nie zrobił, gdyby nie było na to dobrego powodu. — odpowiedział kotce, niecierpliwiąc się. Czuł, jak jego łapy drżą.
— Tak? Bo na pewno musi być dobre wytłumaczenie na ucieczkę z bandą rozbójników, prawda? Powiedz, ty też kogoś zabiłeś? Jak oni? — Chwilę zawahała się. — Muszla też kogoś zabił?
— Co? Nie! To w ogóle nie tak, jak myślisz… Nie mogę ci powiedzieć, czemu uciekliśmy… — westchnął, spoglądając na bok. — Proszę, mogę dostać te zioła..?
— Po raz pierwszy i ostatni, więcej ich nie dostaniesz. Nie mogę marnować ich na kogoś takiego jak ty. — Odwróciła się do ziół, a on wlepił wzrok w jeden punkt. “Takiego jak ty”..? Co niby miała przez to na myśli? Bycie czekoladowym, czy… Coś kompletnie innego. Gdy podała mu zioła, bez słowa przeżuł je, po czym, gdy ta otworzyła pyszczek, by coś jeszcze powiedzieć, wyszedł bez słowa.

· · ─ ·𖥸· ─ · ·

Nie spodziewał się, że on i Muszla dostaną w końcu pozwolenie na opuszczenie więzienia. Cóż, w pewien sposób. Muszla mógł zacząć swoje szkolenie, zostając Skroploną Łapą, a on został… Budowniczym. Klan Nocy traktował go wręcz jak darmową siłę roboczą, jak niewolnika… Przynajmniej teraz miał swoje własne miejsce, no… Prawie, gdyż razem z nim spała Fląderka i Komarza Łapa. Choć musiał przyznać, że jego nowy dom mu się podobał, to nie mógł niestety stwierdzić, że jego budowa była łatwa…

· · ─ ·księżyce temu· ─ · ·

— Na dziś chyba wystarczy. — Błoto powiedział do Muszli, po dołożeniu ostatniego kawałku błota do jednej ze ścian.
— Mam nadzieję, że tym razem wiatr znów nie zniszczy niczego… — odpowiedział ojcu młodszy, na co Błoto odwrócił wzrok. Z każdym dniem ich praca zdawała się być syzyfową, gdyż kawałki odpadały, lub wiatr psuł w jakiś sposób ich pracę. Przynajmniej tak się im wydawało, że był to wiatr.
— Hej, dziś niebo wygląda tak, jakby miało być ładnie. Uszy do góry, może akurat się nam upiecze. — uśmiechnął się do kremowego. Ruszyli do legowiska więźniów, gdzie mieli spać do czasu ukończenia budowli. W nocy jednak nie potrafił zasnąć. Kocur rzucał się z boku na bok, aż w końcu stwierdził, że pójdzie się przejść. Wyszedł z dołu, podchodząc do jednego z pilnujących dołu wojowników.
— Mogę pójść szybko się załatwić? — zapytał kocur, na co stojący na warcie wojownik westchnął i skinął głową. Błoto odszedł trochę dalej w krzaki, jednak, zamiast załatwić potrzebę, spojrzał w stronę wysepki, na której znajdowała się ich budowla. Chciał jedynie z daleka zerknąć, czy wszystko wygląda mniej więcej dobrze, ale zamiast tego zobaczył ciemną sylwetkę. Położył po sobie uszy w złości. Czyżby jego przypuszczenia były słuszne? Czy ktoś sabotuje jego i Muszli pracę? Odwrócił się w stronę stojących na warcie wojowników, ale ci byli bardzo ospali, prawie zasypiali na stojąco. Kocur przewrócił oczami, po czym powoli zaczął skradać się w stronę wyspy. Dotarł do wody, której dotknął łapą, aby sprawdzić, jak bardzo jest zimna. Przeszedł go dreszcz od jej temperatury, ale nie miał wyboru, musiał przepłynąć na drugą stronę. Ruszył więc powoli, trzęsąc się z zimna. Prąd ciągnął nim, ale mocno młócił łapami pod wodą, zużywając wręcz całe swoje siły. Gdy dotarł do wyspy, wyłonił się z rzeki, plując na ziemię. Otrzepał się, a dźwięk intruza, który jeszcze chwilę temu słyszał, ucichnął.
— Wiem, że tu jesteś. — powiedział to cicho, ale na tyle głośno, aby kot, który znajdował się teraz przy jego budowli usłyszał go. — Wychodź, ale już.
Cisza. Błoto w końcu nie wytrzymał, więc ruszył w stronę wejścia do budowli. W środku, była… Gąbczasta Perła. Która nieudolnie próbowała się schować przed Błotem. W czekoladowym coś wręcz zawrzało.
— Co ty tu robisz na Klan Gwiazdy?! — szepnął zdenerwowany.
— Mogłabym zapytać cię o to samo. — odpowiedziała po chwili, wypinając do przodu pierś. — Czemu jesteś cały mokry?
— Płynąłem tu. — Nastała chwila ciszy, po której kotka znowu w końcu się odezwała.
— Powinieneś teraz być w więzieniu, z resztą –
— Czekoladowych kotów, tak? Zresztą takich jak ja? — Bił teraz ogonem po ziemi. —Czy to ty?
— Ja co?
— Czy to ty niszczyłaś przez ostatnie księżyce pracę moją i Muszli. — wycedził przez zęby, ale kotka najwyraźniej nie miała odpowiedzi na jego pytanie, gdyż spojrzała na bok. Dla niego jednak brak odpowiedzi był wystarczający, by wyciągnąć wnioski. Prychnął, patrząc na nią z lekką pogardą. — Co tobie strzeliło do łba? Co ci to daje?
— Nie zasługujecie na miejsce w Klanie Nocy. Ty i reszta tych… tych…
— Och przestań już. — syknął w jej stronę. — Mam teraz tak po prostu zignorować to, co robisz? Jak myślisz, co powie na to Mandarynkowa Gwiazda?
— Nie odważysz się jej powiedzieć. Ona i tak ci nie uwierzy.
— Cóż, jest świadoma, że nasze prace odwlekają się w czasie, bo cały czas wiatr przeszkadza nam w budowie. Ale chyba nie spodziewałaby się, że tym wiatrem jesteś ty.
— A jak myślisz, co powie, gdy dowie się, że uciekłeś w środku nocy z izolatki? Nadal da ci tu zamieszkać? — Odwróciła kota ogonem. Czekoladowy patrzył na nią nadal ze złością, ale po chwili westchnął zrezygnowany.
— Masz zostawić tę wyspę. Przyjdź tu po raz kolejny, a powiem Mandarynkowej Gwieździe, co zrobiłaś.
— Czemu mam cię posłuchać? Równie dobrze to ja mogę pierwsza do niej pójść. — zapytała go ostrożnie.
— Bo wiem, że nie chcesz kłopotów ani dla mnie, ani dla siebie. Więc wracaj do legowiska. Marnujesz sen i czas na takie zabawy. Nie jesteś kociakiem. — odwrócił się, chcąc odejść w stronę brzegu, z którego przypłynął, ale kotka wyszła tuż za nim, stając na jego ogonie.
— Sam zachowujesz się jak kociak, przychodząc do mnie co chwilę po zioła, marnując je. Stwierdziłam, że się odpłacę. — Uśmiechnęła się do kocura buntowniczo, po czym odeszła w stronę wyspy Klanu Nocy. Kocur spojrzał na nią jeszcze na chwilę zza ramienia, a gdy odeszła, jego spojrzenie złagodniało. Westchnął, wchodząc znowu do wody.

· · ─ ·teraźniejszość· ─ · ·

Strzepnął ogonem na samą myśl o tamtej nocy. Nie chciał mieć nic do czynienia z kotką, skoro miała się tak zachowywać. Spojrzał w stronę wejścia na wysepkę, gdzie właśnie zmierzał Skroplona Łapa. Z uśmiechem podszedł do ojca, ocierając się głową o jego bok.
— Nie uwierzysz, jak wielkie są terytoria Klanu Nocy. Nie tak wielkie, jak Klanu Wilka, ale robią wrażenie. W dodatku coraz lepiej idzie mi pływanie i łowienie ryb, choć… To nie jest jedna z moich ulubionych aktywności. — Domyślam się. — zaśmiał się czekoladowy. Poczuł nagły ból w zębie, przez co wzdrygnął się. Syn spojrzał na niego zmartwiony.
— Znów ten ból? Mówiłem ci już dwa zachody temu, żebyś poszedł do medyka.
— Nie chcę, nic mi nie jest. — uśmiechnął się speszony. Syn nie w pełni wiedział, jaka jest relacja jego i Gąbczastej Perły…
— Nie przyjmuję takiej odpowiedzi. Zaraz sam ją tu przyprowadzę. — powiedział, po czym ruszył w stronę wyspy. Błoto od razu wyskoczył za nim.
— Nie, nie trzeba serio! To zaraz przejdzie…
— Nie słucham cię! — odpowiedział mu Muszla. Nim Błoto zorientował się, gdzie już są, Muszla wszedł do legowiska medyków, a czekoladowy zatrzymał się. Kremowy odwrócił się w jego stronę. — Co się z tobą dzieje?
— Ja… Nie chcę tam iść. — odezwał się cicho kocur, ale z legowiska właśnie wyszedł Klekoczący Bocian.
— Och, potrzebujecie czegoś? Gąbczasta Perła akurat została w legowisku, ja wychodzę. — prychnął, po czym odszedł od dwójki. Zdziwiony patrzył za medykiem, po czym nawet nie zdał sobie sprawy, gdy kremowy pchnął go do środka lecznicy. Czekoladowy potrząsnął głową i spojrzał na Gąbczastą Perłę.

<Gąbczasta Perło..?>