Zaparło mu dech w piersi. Kto to stał tam, przy płocie?
Za ciemnymi prętami, skrytą za kwietnymi krzewami dostrzegł nieznaną mu postać — kotkę o futrze bielszym niż śnieg i oczami zachwycającymi bardziej, niż niebo wieczorami. Nieznajoma przechyliła delikatnie łeb; czyżby czegoś szukała?
Sądząc po jej zadbanym wyglądzie, pochodziła z jakiegoś porządnego domostwa, więc wątpił, aby przyszła po jedzenie lub pomoc, jak to czasami zdarzało się włóczęgom (oczywiście zawsze w takich sytuacjach odsyłał ich do siebie!). Czego w takim razie mogła oczekiwać? Czy tylko się przechadzała?
Przez chwilę gapił się na nowo przybyłą ze zmarszczonymi brwiami, po czym odsunął się i zeskoczył z parapetu, a następnie ruszył w stronę drzwi wyjściowych. Nie widywał tu często nowych osób; właściwie, od odejścia Wisterii oraz śmierci Narratora, niemal z nikim nie miał okazji zamienić słowa. Większość czasu spędzał na malowaniu, całkiem poddając się swej artystycznej wenie (co niestety nie spotkało się z zadowoleniem Wyprostowanych). A teraz, o dziwo, ktoś przypałętał się do ogrodu jego Dwunożnych! I to o tak późnej porze!
W pośpiechu pokonał całą długość korytarza i przysiadł przy drzwiach, unosząc głos, aby któryś z Wyprostowanych przyszedł i otworzył dla niego te ciemne wrota.
Nie musiał długo czekać; już wkrótce jeden z domowników złapał za klamkę i wypuścił Celestyna na zewnątrz. Chłodny podmuch wiatru przemknął między kosmykami sierści pieszczocha, a dreszcz przebiegł po jego grzbiecie. Blade smugi światła rozmazały się na jego pysku wraz z ostatnimi promieniami słońca. Normalnie nie wychodził z domu o takich wieczornych porach, ale tym razem był zdesperowany, aby dowiedzieć się więcej o tajemniczym przybyszu. W końcu kto nie byłby ciekaw takich rzeczy?
Kotka wciąż stała w tym samym miejscu; wydawała się pogrążona w myślach, bo uparcie wpatrywała się w dal.
Bengal przystanął przy parkanie. Kwiaty rosnące wzdłuż niego przysłaniały mu nieco widok, ale nie na tyle, aby nie mógł dostrzec kociej sylwetki za nimi.
— Czyżbyś się zgubiła? — zapytał bezpośrednio, przechylając łepek.
Nieznajoma odwróciła się, a na jej pysku odmalowało się zaskoczenie, gdy złączyła spojrzenie z Celestynem.
— Ach, ależ skądże! — zaprotestowała prędko, nerwowo przecinając ogonem powietrze. — Przechadzałam się akurat okolicą, gdy moją uwagę przykuł pies Dwunożnych… Ciekawią mnie ich zwyczaje, zatrzymałam się więc, aby mu się przyjrzeć; jakież było moje zdziwienie, gdy zaraz potem zniknął pomiędzy budynkami i nawet na moment się nie zatrzymał, abym mogła się mu przyjrzeć!
Celestyn przysłuchiwał się jej słowom z uwagą.
— Jakież to dziwne! — westchnął, ale nie wyjaśnił już, co w tym wszystkim było dla niego tak dziwne. — Czy pozwoli pani zapytać, jakie to imię nosi ma rozmówczyni?
Szylkretka strzepnęła uchem.
— Zwą mnie Sycylia, ale możesz zwracać się do mnie jakkolwiek sobie życzysz. A ciebie jak zwą?
— Doprawdy nietypowe imię! Ja nazywam się Apollin — przedstawił się, poruszając wąsami.
Kotka przytaknęła.
— Również posiadasz śliczne imię — stwierdziła, a następnie przechyliła głowę, rozglądając się po ogrodzie.
— Mieszkasz tutaj, o, w tym domostwie?
Wskazała ogonem na dom za nimi.
— Zgadza się. — Przytaknął.
Szylkretowa przeniosła na niego wzrok z zainteresowaniem. Milczała kilka uderzeń serca, widocznie zamyślona.
— Odnoszę wrażenie, że cię kojarzę — przyznała po chwili namysłu. — Jesteś od tych… poetów, czyż nie?
Poetów? Zmarszczył nos.
— Znaczy, jesteś z rodziny Narratora, mam rację? — sprostowała prędko, widząc zmieszanie bengala. — Wszyscy macie podobne pręgi.
Strzepnął uchem.
— Jestem jego synem — wyjaśnił zwięźle. — Och, co to był za artysta…
Sycylia uśmiechnęła się.
— Tak myślałam. Jesteście bardzo do siebie podobni, wiesz? — Zanim Celestyn zdążył odpowiedzieć, Sycylia już zdążyła przejść na drugą stronę chodnika. — Przyjemnie mi się z tobą rozmawiało, Celestynie — zwróciła się do niego ponownie. — Czy nie chciałbyś pojawić się ze mną na bankiecie organizowanym przez moją rodzinę? Jesteś tam mile widziany.
Zamyślił się na chwilę, ważąc słowa pieszczoszki.
— Brzmi anielsko! — odparł po chwili namysłu. — Kiedy się odbędzie?
— Za dwa wschody słońca; spotkajmy się rano przy tamtym ambrowcu, nieopodal twego domu.
***
Od spotkania z Sycylią minął zaledwie wschód słońca, a Celestyn nie mógł przestać myśleć o ich rozmowie. Nigdy nie był na żadnym bankiecie i nie miał pojęcia, o co w nim chodziło. Czy to w ogóle było bezpieczne?
Westchnął ciężko, żłobiąc pazurem rysunki w materiale dywanu.
Żałował, że nie rozmawiał z Narratorem więcej za jego życia. To Wisteria i Leto głównie spędzali czas z ojcem, a on zawsze był zbyt pochłonięty sztuką, aby zainteresować się rozmową ze starszym. Skąd kojarzyła go Sycylia? Jak tak naprawdę wyglądała jego przeszłość?
***
— Witaj, Celestynie! Pojawiłeś się. — Zerknęła na niebo. — Lepiej ruszajmy już; nie chciałabym, żebyśmy się spóźnili.
Sycylia wstała, a on, strzepnąwszy ogonem, ruszył za nią. Szli tak przez pewien czas w milczeniu; minęli kilka sąsiednich domostw, a w krótce i drogę potworów — duszący odór spalin piekł mu nozdrza, a twardy asfalt podrażniał poduszki łap. Skrzywił się delikatnie i zmarszczył nos. Jego ogon przeciął nerwowo powietrze, gdy przyspieszył, aby zrównać krok z Sycylią. Nie podobało mu się tu. Dlaczego się zgodził? Jeśli coś się wydarzy, po prostu zostawi Sycylię i wróci do domu…
Wkrótce zawitali przed rezydencję szylkretowej. Spory, zadbany ogród osłaniał średniej wielkości dom o ciepłych barwach, idealnie umytych oknach i białych kolumnach.
— Chodź tutaj. — Wskazała ogonem na przejście w płocie.
Obaj przekroczyli ogrodzenie, a następnie udali się na tyły ogrodu, do szklarni.
Celestyn podążał za kotką, uważnie obserwując nowe otoczenie. Jasne promienie słońca odbijały się w przeszklonej konstrukcji, mieniąc się ślicznie (ale nie tak ślicznie, jak witraże w jego domu, rzecz jasna).
Sycylia wprowadziła go do środka — wnętrze szklarni wypełnione było różnorodnymi roślinami, zielonymi łodygami i pachnącymi kwiatami. Nie to jednak przykuło uwagę Celestya; skupił się bowiem na zgromadzonych kotach, których było znacznie więcej, niż się spodziewał. Wszyscy wyglądali elegancko; z zadbanymi, lśniącymi futerkami, wysoko uniesionymi ogonami, a czasem i ozdobnymi obrożami, mieniącymi się wokół ich szyi.
Celestyn wciąż próbował zrozumieć, co się dzieje, gdy jakiś kocur ruszył w ich kierunku i kremowy instynktownie stanął bliżej Sycylii. Niech ona zajmuje się rozmowami!
— To mój ojciec — mruknęła mu na ucho, ale bengal nie miał już czasu odpowiedzieć, bo starszy stanął przy nich, uśmiechając się z politowaniem. Jego ciemne oczy błysnęły delikatnie, a jasne kosmyki futra poruszały się z każdym ruchem.
Pieszczoch przechylił łeb i zwrócił się do Sycylii:
— Widzę, że przyprowadziłaś gościa — stwierdził, po czym przeniósł wzrok na Celestyna i skinął delikatnie głową. — Cieszę się, że dotarłeś bez żadnych problemów.
Celestyn tylko skinął głową, a starszy kontynuował:
— Na imię mi Cyprys; Sycylia zdążyła już opowiedzieć nieco o tobie, więc nie widzę potrzeby, abyś ty również się przedstawiał. Z tego co słyszałam, to twoje pierwsze takie przyjęcie… życzę więc dobrej zabawy. — I po tych słowach mruknął coś o tym, że “musi iść do innych gości”, po czym odszedł w głąb szklarni, po drodze zagadując kilka innych kotów.
Celestyn wraz z Sycylią przeszli na bok; podczas, gdy Sycylia prowadziła rozmowę z grupą innych wysoko postawionych pieszczochów, bengal zbyt zajęty był obserwowaniem innych kotów — dlaczego część z nich tak dziwnie na niego patrzyła? Kilkakrotnie spotkał się z krzywymi, niemal pogardliwymi spojrzeniami ze strony innych. Dlaczego to? Czyżby miał coś na futrze? Nie, wyglądało w porządku. W takim razie co było przyczyną?
Już miał zapytać o to Sycylię, gdy usłyszał czyjś głos tuż przy swoim uchu:
— Nie spodziewałem się zobaczyć tu dzisiaj kogoś z rodziny Narratora — zaświergotał niebieski kocur, siadając przy nim. — Nie powinieneś być zajęty waszą sztuką? Sam zapewne dobrze wiesz, że takie bankiety nie są dla każdego…
Strzepnął ogonem, spoglądając na kocura.
— Zapewniam cię, że nie ma potrzeby do obaw — rzucił. Kto to w ogóle był?
Najwidoczniej nie dane mu było się dowiedzieć, o co chodziło kocurowi, bo już po chwili ktoś zawołał niebieskiego i tamten, prychnąwszy coś pod nosem, zniknął w tłumie.
***
Mówiąc szczerze, po tylu księżycach spędzonych samotnie cieszył się na towarzystwo kotki; była dobrym towarzyszem i z chęcią rozmawiała z nim o wszystkim — wliczając w to sztukę, kolor niebieski i cokolwiek, co w danym momencie przyszło mu do głowy.
Droga powrotna zajęła im nieco czasu i zanim zdążyli dotrzeć do domostwa Celestyna, burzowe chmury zaszły dotąd błękitne niebo i, jak można się domyślić, nie potrzeba było długo czekać, aby całkiem się rozpadało.
Gdy stanęli przy płocie, odgradzającym ulicę od ogrodu, obaj byli już całkiem przemoczeni i zziębnięci. Celestyn zaprosił Sycylię do siebie (głównie dlatego, że głupio było mu zostawić ją samą na deszczu), ale jako pierwszy wpakował się do środka, żeby uchronić sierść przed dalszym moknięciem. Brud oraz deszcz tolerował tylko w przypadku, gdy były one konieczny do tworzenia sztuki.
