BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

27 października 2026

Od Skrzydlatej Płomykówki CD. Monarcha Pierwszego

»» ———— ⚜ ———— ««
Przeszłość, dawna
Pora Nagich Drzew
»» ———— ⚜ ———— ««

Lodowate ślepia, nieco zmrużone z uwagą obserwowały niebieskiego samotnika. Coś jej mówiło, że kocur nieco mija się z prawą w części swych słów. Nie miała jednak żadnych podstaw, by wytknąć to pręgowanemu, na co minimalnie poruszyła wibrysami. Nie pasował jej sam fakt obecności jakiegoś obcego kota tak blisko granicy, a raczej już nawet za nią, gdyż jego przednie łapy spoczywały na terenach, które należały do Burzaków.
— Zanim Ci odpowiem, to czy byłbyś łaska cofnąć się parę kroków? Twe łapy spoczywają już na terenie klanu — odparła, a kiedy tylko klasyk wykonał jej prośbę, skinęła głową: — Zwą mnie Skrzydlata Płomykówka, zastępczyni Klanu Burzy i owszem, jestem w pełni świadoma zagrożenia pobliskiej drogi, ale i nieproszonego samotnika w okolicy klanowych terenów, kiedy to pora nagich drzew, nikogo nie rozpieszcza — wyjaśniła, sugerując, by Monarcha w trybie raczej natychmiastowym odszedł.

»» ———— ⚜ ———— ««
Obecnie, Pora
Nowych Liści
»» ———— ⚜ ———— ««

Zaklęła siarczyście pod nosem, kiedy to stanęła nieostrożnie na łapie, z której w poprzednim sezonie wyjęła kawałek dwunożnego odpadku. Wtedy miała nadzieję, że samo usunięcie błyszczącego odłamka wystarczy, a w ranę nie dwa się żadne zakażenie. Poza tym nie chciała też obciążać Wdzięczną Firletkę, która po zdradzie Łzawej Łapy pozostała sama ze swymi obowiązkami. Do tego dochodził też fakt, iż byli też inni chorzy, którzy potrzebowali bardziej opieki szylkretki oraz ziół, będących ograniczonych przez mało przyjazne warunki do ich wzrostu i dalszego rozwoju. Teraz jednak infekcja w kończynie była realnym zagrożeniem, jeśli w najbliższych dniach nic z tym nie zrobi.
Swoje nieco krzywe kroki skierowała w głąb rodzimych terenów, a następnie do jednego z tuneli, który prowadził do podziemnego obozu. Już minęło tyle czasu, że srebrna zdążyła się w miarę przyzwyczaić do azylu z licznymi świetlikami w swym sklepieniu. Odkąd Rudzikowe Skrzydełko zmarła, zastępczyni niemal co noc opuszczała legowisko wojowników, a następnie kierowała się do najbliższej części obozu, gdzie mogła obserwować Srebrną Skórę. Po cichu miała nadzieję, iż to właśnie tam trafiła zmarła, nawet jeśli była spiskowcem, a na swych łapach miała krew niewinnych. Płomykówka nie wiedziała, czy żałowała swych czynów na tyle głęboko, że Gwiezdni w końcu jej przebaczyli, jednak wolała wierzyć w tę wersję, niż to iż pręgowana trafiła do Mrocznej Puszczy wraz z innymi mordercami, zdrajcami, wojownikami, którzy świadomie i specjalnie łamali kodeks.
W trakcie drogi do medyczki przywitała się skinieniem głowy z paroma wojownikami, zatrzymując się jedynie dłużej przy Oskrzydlonym Ogniku czy Krokusowej Kruchości, by omówić z nimi niektóre kwestii. Rudy kocur po otruciu Rudzik stał się jeszcze bliższy cętkowanej, a więź, która pomiędzy ich dwójką dawniej była jedynie czymś umownym, teraz rosła w siłę. Brat dla zastępczyni stał się głównym oparciem w czasie, kiedy ta była w kompletnej rozsypce po zbrodni Łzawej Łapy oraz Połyskliwego Koguta. Była zawiedziona siostrzeńcem, starała się porozmawiać ze Zwisającą Perłówką po swym publicznym ogłoszeniu opinii o dwójce młodych morderców. Kocica miała wrażenie, że młoda wojowniczka nie chce mieć z nią w ogóle do czynienia, a nawet jeśli to niezbędne minimum, które obowiązywało w relacji wojownik zastępca. Radziła się w tej kwestii Ognika, lecz on jedynie odparł, by cętkowana dała jej czas na przetrawienie tego wszystkiego.
Kiedy w końcu zastępczyni dotarła do legowiska Firletki, w środku zastała Gadożerowy Pysk, który z widoczną trudnością łapał oddech oraz przybranego syna Poczciwego Szakłaka i Gasnącej Prawdy. Pląsająca Łapa leżał z bliżej niezidentyfikowaną papką w okolicy jednego z uszu. Uczeń miał sporo szczęścia, że żyje. Nadal pamiętała, jak czarnofutry przyjaciel przyniósł do obozu ciężko rannego kociaka oraz jego martwego brata, którego pochowano pośród innych poległych Burzaków. Po dłuższej chwili odwróciła wzrok od chyba śpiącego liliowego młodzika, by udać się bardziej w głąb legowiska z nadzieją, iż zastanie gdzieś medyczkę. Nie chciała męczyć Gadożera próbą mówienia przy swym obecnym stanie, ani też nie miała zamiaru odbierać Patyczakowi możliwości odpoczynku w czasie choroby.
— W czym mogę pomóc Skrzydlata Płomykówko? — Niespodziewanie tuż za nią rozbrzmiał nieco zmęczony głos szylkretki. Srebrna obracając się, posłała jej minimalny uśmiech.
— Niedawno wyjęłam ostry odpad Dwunożnych ze swej łapy i jest pewna szansa, że wdała się infekcja.
Starsza nie skomentowała postępowania zastępczyni, a jedynie wskazała jej jedno z posłań, które obecnie nie były w użytku. W tym czasie zielonooka udała się do składziku. Dymna chwilę później powróciła do kolejnej pacjentki w lecznicy z chyba liśćmi paproci w pysku, przynajmniej dla Skrzydlatej Płomykówki wyglądało ów ziele. Te zostało następnie przeżute, a powstały sok w wyniku tego procesu znalazł się na zainfekowanej ranie. Srebrna syknęła na mało przyjemne doznania, lecz liliowa zdawała się nie być wzruszona ją reakcją i kontynuowała przeżuwanie nad łapą młodszej, aż do ostatniej kropelki soku.

»» ———— ⚜ ———— ««

Parę dni później w czasie Wysokiego Słońca, Skrzydlata Płomykówka spokojnym krokiem opuściła obóz. W końcu po infekcji łapy nie było śladu i nie musiała się przejmować tym, jak ma stąpać, by każdy krok jak najmniej emanował bólem. Cętkowana korzystała z pierwszych promieni słońca, które swym ciepłem muskały otwarte równiny Burzaków. Na błękitnym sklepieniu widać było pojedyncze chmury, szerokim łukiem omijające jaśniejącą kule idealnie pośrodku bezgranicznego nieboskłonu.
Kocica nie miała jasnego celu swej podróży, po prostu niespiesznie szła przed siebie. Nawet nie zdała sobie sprawy, iż w okolicy granicy przy Drodze Grzmotu rysuje się niebieska sylwetka pewnego samotnika. Powróciwszy oczyma, przyspieszyła nieco kroku, by po dłuższej chwili stanąć z Monarchom pysk w pysk.
— Witaj Monarcho, co Cię ponownie sprowadzę w te strony? Nadal nie zapoznałeś się z pobliskimi terenami? — spytała, zasiadając na powoli zieleniejącej trawie.

<Niebieski natręcie?>

Wyleczeni: Gadożerowy Pysk, Pląsająca Łapa, Skrzydlata Płomykówka

Od Złamanej Łapy (Złamanej Woli)

Nie tak dawno temu nastała Pora Nowych Liści. Razem z nią dni stały się coraz dłuższe i cieplejsze, a zwierzyna budziła się ze snu zimowego. Gdy Złamana Łapa jeszcze spał, grzejąc tyłek w legowisku uczniów, miał wrażenie, jakby we śnie ktoś go szturchał. Był to Tygrysi Język, budzący go, aby zabrać go na trening.
— Złamana Łapo, już prawie południe. Ile możesz spać? — mruknął wojownik. Dymny kocur powoli otworzył ślepia, po czym ujrzał łeb wojownika.
— Trening…? Ach… wybacz. — Kocur ziewnął, po czym powoli i z ruchami staruszka wstał ze swojego posłania. — A co dzisiaj robimy? — spytał czarnofutry.
Tygrysi Język mu momentalnie odpowiedział z uśmiechem na pysku:
— Morświnowa Płetwa mi coś mówiła, abym potrenował z tobą nawigację w tunelach, ponieważ nie dopracowała tego z tobą na treningu, który odbyłeś wraz z Tańcującą Słonką — odparł Tygrysi Język, a Złamana Łapa skinął łbem. Powoli się po tym przeciągnął i wyszedł z legowiska uczniów. Może wyjdzie mu na dobre chwilowy odpoczynek od swojej mentorki. W końcu może mieć trening, o którym zawsze marzył! Samotny i spokojny, bez innych kotów! Na tę myśl uśmiech mu wręcz sam się pojawił na pysku.
— Możemy wyruszać. Im szybciej, tym lepiej — mruknął Tygrysi Język. Oboje zaczęli się kierować ku wyjściu z azylu, w stronę miejsca, gdzie mieli odbyć trening.
Gdy dotarli już na miejsce, Tygrysi Język wszedł razem z czarnofutrym uczniem do jednego z tunelów.
— Widzisz coś przed sobą, Złamana Łapo? — spytał wojownik.
Rzeczywiście Złamana Łapa niewiele widział i gdyby poszedł dwa kroki dalej, przywaliłby czubkiem nosa o ścianę.
— Nie za dużo, ciemno tu jak w du… uużym lesie podczas nocy — odparł Złamana Łapa. Uczeń przylgnął do wojownika, aby nie zgubić go w tej ciemności.
— Nie musisz się mnie trzymać! Musisz wytężyć swoje zmysły na tyle, ile potrafisz! Nic trudnego, wtedy twoje oczy powinny przyzwyczaić się do panującej tu ciemności — zachichotał Tygrysi Język. Złamana Łapa wykonał dokładnie to, co powiedział mu jego chwilowy nauczyciel i rzeczywiście widział o wiele więcej.
— Dobrze, skoro już widzisz więcej i nie można cię nazwać kretem, to spróbuj dojść do końca tego tunelu bez zgubienia się. W razie czego będę cię szukać, ale jeśli uda ci się przejść przez ten tunel żwawo to myślę, że Morświnowa Płetwa będzie z ciebie zadowolona i ty też później… — mruknął, po czym dodał: — Ja będę po drugiej stronie na ciebie czekać. W sensie na górze. Wierzę w ciebie, Złamana Łapo! — Kocur uśmiechnął się do niego, po czym opuścił ciemny i wilgotny tunel.
Złamana Łapa postawił pierwszy krok w całkowitą ciemność. Co prawda jego oczy już przyzwyczaiły się do panującej ciemności, więc śmiało zaczął iść przed siebie. Miał trochę zgięte łapy, aby nie przywalić głową w sufit tunelu, a jego chód wyglądał co najmniej tak, jakby chciał biegać i skradać się w jednym. Po chwili wędrówki w ciemnościach ujrzał światełko w tunelu. Wszystko to dzięki jego zmysłom! Wiatr przyniósł do tunelu zapach wojownika, więc ciemnofutry uczeń podążał za źródłem zapachu. W taki też sposób wyczołgał się z tunelu i znalazł z powrotem na powierzchni.
— Świetnie, Złamana Łapo! Poradziłeś sobie celująco! — Tygrysi Język ucieszył się, gdy udało mu się wydostać samemu z tunelu.
— Mam dla ciebie jeszcze jedno zadanie, ale to już poradzisz sobie bez mojej pomocy. Ja muszę wrócić do obozowiska, a ty może upolowałbyś coś dla klanu? Wiesz, że teraz zwierzyna powoli wraca do życia, więc to świetny czas na łowy! Wierzę, że dasz sobie z tym radę — mruknął wojownik, po czym dotknął Złamaną Łapę nosem w czoło. Uczeń tylko skinął łbem i czekał, aż wojownik się oddali od niego, aby mógł wyruszyć na łowy. Ciekaw był jedynie tego, dlaczego to jego wyznaczył na polowanie, a nie poszedł sam. Przecież kocur był już wojownikiem, więc powinien był sobie poradzić o wiele lepiej od niego. Wzruszył tylko ramionami i również odszedł w dal.
Gdy znalazł się już w głębi lasu, od razu wyczuł zapach myszy. Miał nadzieję, że trafi na soczystą i grubą mysz, aby Tygrysi Język mógł być z niego dumny. Niczego nieświadome zwierzątko jadło sobie prawdopodobnie jakieś nasionko znalezione na ziemi. Kocur wysunął pazury i zbliżył się do ofiary. Następnie złapał mysz w łapy, zagryzł ją i zakopał pod ziemię, aby w późniejszym czasie po nią wrócić.

***

Złamana Łapa miał już niezłą kolekcję zdobyczy, a mianowicie dwie tłuste myszy i ptaka. Nie zajęło mu to dużo czasu, bo właściwie to było południe, a on z azylu wraz z mentorem wyszedł z samego ranka. Mimo wszystko był trochę zły na Tygrysi Język, że ten go okłamał o tym, że dochodzi południe, gdy prawda była taka, że ten obudził go o wschodzie słońca. Właściwie to nic nie mógł z tym zrobić. Wziął swoje zdobycze i wraz z nimi wrócił do obozowiska. Przy wejściu do obozowiska czekał na niego Tygrysi Język, trochę znudzony czekaniem na czarnofutrego. Złamana Łapa położył ptaka i myszy ostrożnie na ziemię przed wojownikiem, na co ten się ucieszył i dotknął go w czoło nosem.
— Dobrze sobie poradziłeś — mruknął Tygrysi Język, na co Złamana Łapa się uśmiechnął i skinieniem głowy mu podziękował.
Gdy ten już wrócił do obozowiska, to właściwie zaczął się nudzić. Poza obozowiskiem miał co robić, miał zajęcie, które sprawiło mu przyjemność! Lubił trenować więc dzisiejszy trening i polowanie oczyściły mu głowę. Kocur, nie do końca wiedząc, co ma ze sobą zrobić, postanowił, że pójdzie się przespać do następnego dnia. Przecież nic takiego by nie działo się w taki ponury dzień jak ten.
Nic bardziej mylnego. Gdy kocur spał, wybudził go jeden z wojowników, prawdopodobnie Agatówkowy Cień, lecz ciemnofutry nie do końca był w stanie rozpoznać pysk wojownika.
— Złamana Łapo, wstawaj. Lśniąca Gwiazda zwołał zgromadzenie — mruknął brązowy kocur, na co czarnofutry powoli wstał i otrzepał swoje futro. Obaj wyszli w tym samym czasie z legowiska uczniów i przyszli pod skałę przemówień. Lśniąca Gwiazda od razu wbił swój wzrok w dymnego ucznia, po czym przemówił:
— Zebraliśmy się tutaj, aby nadać temu uczniowi imię wojownicze. Złamana Łapo, podejdź, proszę — zaczął przywódca, na co oczy Złamanej Łapy wręcz zabłysnęły z radości. Złamana Łapa podszedł bliżej skały tak, jak poprosił przywódca.
— Ja, Lśniąca Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Złamana Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Złamana Łapa nie mógł się powstrzymać od wyprostowania się i wypięcia dumnie piersi.
— Przysięgam! — mruknął pewnym siebie głosem.
— Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Złamana Łapo, od tej pory będziesz znany jako Złamana Wola. Klan Gwiazdy ceni twoją chęć do nauki i mądrość oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Klifu! — Po tych słowach przywódca zeskoczył ze skały przemówień i dotknął pyskiem czoła czarnofutrego, a ten odpowiedział mu dotknięciem w bark. Słyszał w tle, jak klan skandował jego nowe imię. Był szczęśliwy jak nigdy dotąd.
— Zgodnie z tradycją Złamana Wola odbędzie tej nocy czuwanie! Pamiętaj, że do wyruszenia pierwszego porannego patrolu nie możesz wydobyć z siebie ani słowa.
Złamana Łapa skinął łbem, po czym podziękował mu, wykonując ukłon.

***

Nadszedł już ranek, a pierwszy patrol właśnie wyruszył. To oznaczało, że Złamana Wola mógł już wypowiedzieć pierwsze słowa jako wojownik i iść do legowiska się przespać. Był strasznie szczęśliwy z tego, że udało mu się w końcu zostać wojownikiem. Gdy zaczął już się kierować do legowiska wojowników, jego drogę zagrodziła Morświnowa Płetwa wraz z jego matką, które zaczęły go podziwiać oraz mówić, jakie to one nie są z niego dumne. Kocur nie zapamiętał dokładnie ich słów, ponieważ od zmęczenia każde słowo przekręcało się w bezsensowny zlepek liter.

[1242 słowa + nawigacja w tunelach]

Od Mistral CD. Modrogończyka

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜
Przeszłość, poprzednia
Pora Nagich Drzew
❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Przez ostatnie księżyce Owocowy Las zdawał się odżywać, pojawiły się decyzje, które na pewno zmienią to, jak młodsze pokolenie spogląda na wspólnotę, do której należy. Do tego oficjalne przyjęcie Wróżki w szeregi, jako uczennicę wojowniczki, Szafran. Śnienie otrzymał pod swe skrzydła Serduszko, jedną ze znajdek Drobinki. Czereśnia powoli wprowadzał pomysł nocnych patroli, by każdy mógł czuć się częścią ich społeczności. Nawet jeśli kocur okres swojej świetności dawno miał już za sobą — mimo wszystko wciąż piastował stanowisko lidera, oddając kres swego życia pracy nad zmianami w Owocowym Lesie
Niebieskie spojrzenie co jakiś czas obserwowało życiu innych z półmroku dziupli w topoli. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż jedno ze ślepi kocicy było nieco zaczerwienione, a powieka spuchnięta. Często też można było zauważyć, jak oko jest przymrużone, co skutecznie maskowało zmiany na gałce w postaci zmatowienia, zmętnienia. Nieleczona infekcja postępowała. A mimo to biała zwlekała z własnym leczeniem — przecież były sprawy ważne i ważniejsze. Dopóki choroba wraz z rozwojem nie zagrażała innym, skupiała się na swych dotychczasowych obowiązkach. Nawet jeśli przychodziło jej to z trudem. Jedna z niedawnych rozmów z dawnym mentorem mocno się na niej odbiła. Jako zielarz miała obowiązek dbać o dobrostan psychiczny Owocniaków, jednakże przypadek emerytowanego uzdrowiciela był istnym wyzwaniem. Wyzwaniem któremu nie podołała. Już nawet nie pamiętała dokładnego przebiegu ich ostatniej konwersja, lecz wszystko to, co wtedy czuła nadal w niej żyło, sprawiając wrażenie, jakby milczenie pomiędzy ich dwójką nie utrzymywało się przez ostatnie księżyce.
Ciężkie, zmęczone westchnienie opuściło jej pysk. Puszysty ogon z wetkniętą i już dawno martwą lawendą od Purchawki, sunął po ściółce w dziupli. Tuż przed białymi łapami znajdowała się granica z równie jasnym śniegiem. Pora nagich drzew była bezlitosna. Większość ziół nie przetrwało, a składzik niemal świecił pustkami — kolejny powód, by bagatelizować swój stan zdrowia i prokrastynować własne leczenie na późniejszy okres. Oczywiście, już nie raz słyszała, by czym prędzej z resztek glistnika zrobiła dla siebie okład na zainfekowane oko. Zamiast tego ignorowała te uwagi, uważając, że zdrowie innych jest ważniejsze — nawet jeśli oślepienie połowicznie w wyniku choroby, to nie będzie to dużą stratą. W końcu i tak nie posiadała żadnych wojowniczych umiejętności, które pomogłyby jej poza obozem lub też zostałyby jej ograniczone, odebrane przez ślepotę.
— Mistral… Mistral! — Z każdym uderzeniem serca wołanie tuż za nią rozbrzmiewało coraz głośniej. Obracając nieco głowę, zerknęła na Gołąbka okiem, które nie zostało dotknięte infekcją. Na pysku burego było widać wyraźne zmartwienie, zapewne stanem zielarki, choć dla niej nie miało to znaczenia. — Masz może chwilę? — Skinienie głową było jedynym potwierdzeniem. Młodszy zdając sobie sprawę, że raczej nie otrzyma słownej odpowiedzi, zniknął w składziku, aby po chwili wrócić. W jego pysku zwisała długa roślina z kwiatostanem w barwie żółtej oraz czterema płatkami. Widać było, że glistnik swoją świeżość ma już dawno za sobą, co wcale go nie skreślało jako zioło do wykorzystania.
Na ten widok biała nieco zmrużyła ślepia, a raczej jedno ślepie, gdyż drugie pozostawało zamknięte.
— Po co to tu niesiesz? — spytała ze słyszalną chrypką w głosie. Kiedy tylko mogła, to unikała głębszych i dłuższych interakcji, szczególnie kiedy to nie dotyczyły jej obowiązków.
— Nie możesz zaniedbywać swoje zdrowie, przecież-
— Przecież są bardziej potrzebujący — mruknęła, przerywając uzdrowicielowi. Widząc, jak ten chce nadal dywagować na ten temat, trzepnęła ogonem, by następnie podnieść się z dotychczasowego miejsca: — Nie przekonasz mnie, postanowiłam jedno i zdania nie zmienię — dodała, zadzierając nieco głowę. Po tym wyminęła kocura, mając zamiar zniknąć w składziku. Kiedy tylko pora nagich drzew minie będzie musiała wyruszyć z jakimś wojownikiem, by zebrać zioła, których praktycznie nie było.
Teoretycznie dzięki sojuszowi z Klanem Burzy mogłaby spytać Czereśnię czy byłaby szansa na wsparcie z ich strony w temacie medykamentów. Niemal od razu zrezygnowała z tego pomysłu — Burzaki mieli własne zmartwienia i chorych, a ich zapasy nie były bez dna. Dlatego jedynym realnym wyjściem było racjonalne rozporządzanie tym, co im zostało. Przesunęła wzrokiem po marnie wyglądających stosach okrojonej ilości ziół, które można było ujrzeć w czasie innych sezonów.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜
Obecnie, początek
Pory Nowych Liści
❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Ślepota. Było to coś, czego nie każdy mógłby doświadczyć, szczególnie w młodym wieku. Ograniczone pole widzenia zapewne załamałoby większość wojowników czy zwiadowców — u nich sprawny wzrok był potrzebny, wręcz podstawowym wymogiem, gdyż bez niego byli znacznie bardziej narażeni na niebezpieczeństwo. Natomiast dla uzdrowiciela, bądź zielarza nie była to wielka strata, o ile nie posiadali wojowniczego szkolenia, niczym Purchawka czy Modrogończyk. Białofutra nie zaliczała się do ich grona, dlatego też fakt częściowej utraty wzrok nie wpłynął jakoś bardzo na jej dotychczasowe życie. Odkąd została oficjalnym zielarzem, zawsze wybierała jakiegoś Owocniaka, który mógłby z nią opuścić obóz, zapewniając ochronę przed wszelakimi zagrożeniami, a przy okazji wykorzystywała owego osobnika do pomocy z niesieniem ziół w drodze powrotnej.
Dotychczas błękitne, niemal morskie spojrzenie obecnie częściowo zmatowiało. Lewe ślepie w wyniku nie wyleczonej infekcji straciło dawną barwę, co było jednoznaczne z utratą wizji — może nie całkowicie, gdyż kotka była w stanie nadal rozróżniać porę roku, bądź otoczenie. Może nie w takim stopniu, jak dawniej, jednakże teraz stanowiła łatwy kąsek dla innych drapieżników, które również zamieszkiwały tereny Owocowego Lasu.
Jasna smuga o długich łapach sprawnie lawirowała pomiędzy sylwetkami innych kotów. Dawniej kotka nie musiałaby szukać kogoś do pomocy — zapytałaby jakiegoś Owocniaka, gdzie znajdzie Orchideę i tyle. Teraz jednak starsza wojowniczka zakończyła swoją karierę i obecnie przebywała w legowisku starszyzny wraz z Pieczarką, swoją partnerką oraz dawną liderką Owocowego Lasu. Z tegoż też powodu zielarka musiała upatrzyć sobie nowego kota, którego mogłaby ciągać ze sobą obóz.
“Łatwiej, by było, gdybym nie musiała non stop zastanawiać się, czy dawny wojownik lub zwiadowca nie jest zajęty czymkolwiek innym” — pomyślała, napotykając na swej drodze Purchawkę.
Wzrok dymnej szamanki był przepełniony współczuciem, żalem i litością. Na pysku młódki mimowolnie pojawił się grymas niezadowolenia — nie potrzebowała litości ani współczucia, w końcu ślepota nie oznaczała końca świata, szczególnie, kiedy obejmuje jedno oko. Mistral nie była w stanie długo utrzymać kontaktu wzrokowego z dawną mentorką. W takich chwilach czuła, jakby zawiodła. Nie siebie, a swoją nauczycielkę, która zapewne pokładała w niej duże nadzieje, szczególnie jako kolejna szamanka Owocowego Lasu. Wszystko jednak zmieniło szkolenie Modrogończyka oraz późniejsze ogłoszenie, iż czekoladowy zostanie jej pomocnikiem. Zielarka wtedy też odetchnęła z ulgą, gdyż nigdy nie wiązała swojej przyszłości z tym stanowiskiem.
— Słoneczko — zaczęła, lecz niebieskooka niemal od razu jej przerwała.
— Proszę, nic nie mów. Już wystarczająco da się odczytać z twojego spojrzenia — odparła, spoglądając na swoje łapy, które były już nieco ubłocone.
Dopiero dłuższa cisza ze strony żółtookiej przykuł uwagę białej. Niepewnie uniosła spojrzenie, by zastać starszą w dość kiepskim stanie. Pomimo stania w pionie, młodsza mogła zauważyć u Purchawki dreszcze, która coraz bardziej przejmowały jej ciało. Do tego dochodził nieco nieobecny wzrok, z trudem utrzymujący się na skraju świadomości. Jasna zignorowała rozpoczętą rozmowę, wykonując krok w stronę osłabionej szamanki, mając zamiar przyłożyć wierzchnią stronę łapy do jej czoła.
— Co ty–
— Chce zobaczyć, czy masz gorączkę — wyjaśniła, delikatnie kładąc nieco ubłoconą łapę na czole szamanki. Była rozpalona. Pysk białej wykrzywił się w grymasie, gdy tylko ujrzała, iż zostawiła na dymnej sierści swojej dawnej mentorki trochę błota. To jednakże nie było aż tak ważne i przejmujące. Stanęła u jej boku, by następnie lekkim popchnięciem swym ciałem na ciało rozmówczyni, skierowała ją w stronę dziupli. Ciemna, widząc, iż nie wygra ze swą upartą uczennicą, dała się poprowadzić do wnętrza drzewa, a następnie bez protestów zajęła jedno z posłań dla chorych.
Niebieskooka może i miała tendencję do ignorowania własnego zdrowia, lecz nigdy nie mogła pozwolić, by inni również postępowali w podobny sposób. Mając pewność, iż żółtooka pozostanie na zajętym miejscu, skierowała swoje kroki do składzika w głębi legowiska. Po cichu liczyła na jakiekolwiek zioło, mogące zbić gorączkę. Potrzebowała jedynie liści ogórecznika, wrotycz maruna lub lawendę. Nie miała zamiaru wybrzydzać w tej kwestii, szczególnie iż pozostanie dłużej w obecnym stanie przez szamankę, mogło być znacznie bardziej niebezpieczne niż dla innych kotów. Głównie ze względu na wiek — Purchawka niestety nie młodnieje, podobnie jak sama Mistral.
W miejscu, gdzie przez większość sezonów spoczywały liście ogórecznika, znajdowała się teraz ich wręcz resztka. Dosłownie parę sztuk na krzyż, sprawiając wrażenie, jakby tylko czekał, aż również i one zostaną użyte. Wyglądały na zdatne do wykorzystania, dlatego też bez zbędnego wahania, biała pochyliła się nad nimi, a następnie pochwyciła delikatnie. Z nimi w pysku powróciła do mentorki, by ziele upuścić przy jej głowie. Żółte ślepia nieco nieobecnie spojrzały na przyniesiony medykament, starając się go zidentyfikować.
Zielarka już miała przemówić, kiedy to do dziupli przybył Gołąbek. Nie obchodziło ją, gdzie kocur się podziewał wraz z Modrogończykiem, miała własne obowiązki, do których nie zaliczało się leczenie innych kotów w takich ilościach oraz pod względem fizycznym. Ona miała dbać o psychikę innych, nawet jeśli jej własna nie była w najlepszej kondycji i raczej również potrzebowała leczenie.
— Przypilnuj, by wszystko zjadła. Muszę zebrać jakiekolwiek zioła — oznajmiła, nawet nie spoglądając w stronę burego.
— Ogórecznik? Przecież tym nie wyleczysz kawałka śmieci Dwunożnych w jej łapie — zauważył młodszy.
— Ma gorączkę.
— Ale i coś wbitego w łapę. — Zielonooki nie dawał za wygraną, dlatego też podeszła do niego, by mieć punkt odniesienia. Może wcześniej nie zauważyła, gdyż źle patrzyła na dymną. — Mamy coś przeciw infekcji, by jej podać?
— Suche liście dębu, reszty jest tak niewiele, że ledwo na ucznia, by starczyło — przyznała, spoglądając za siebie. Musiała czym prędzej opuścić obóz z jakimś wojownikiem lub zwiadowcą.
— Idź.
— Słucham? — spytała zdziwiona.
— Widzę, jak spoglądasz na obóz. Zapewne w myślach już wybierasz Owocniaka do pomocy z ziołami, prawda?
— Zbyt dobrze mnie znasz mój uczniu.
— Hej! Już nie uczniu, tylko pełnoprawny uzdrowicielu. Mniejsza. — Machnął na to łapą. — Wykorzystaj porę nowych liści, póki jest, a przymrozki powoli odpuszczają.
Skinęła głową i pozostawiając Gołąbka z Purchawką, zaczęła ponownie przedzierać się między kotami na polanie. Szukała czekoladowej szylkretki z białą łatką na klatce piersiowej. Na szczęście sprawnie odnalazła Całunkę i nie musiała się przejmować tym, iż kotka mogła być właśnie na patrolu, a zielarka musi wybrać innego wojownika do pomocy. Kiedy tylko żółte ślepia ujrzały zbliżającą się białofutrą, na pysku starszej zagościł przyjacielski uśmiech, wręcz zachęcający do tego, by poprosić kotkę o prośbę, przysługę, czy jakąkolwiek inną formę pomocy z jej strony.
— Witaj Mistral — przywitała się na wstępie pręgowana. — Mogę Ci w czymś pomóc?
— Czytasz w myślach, Całunko. Tak, potrzebuje wojownika, który pójdzie ze mną pozbierać zioła. Może już coś zaczęło kwitnąć, pomimo srogiej pory nagich drzew oraz nadal nieprzyjemnej pogodzie.
— Chętnie Ci pomogę w takim razie!

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Zaraz po opuszczeniu obozu w pierwszej kolejności skierowały się wzdłuż rzeki przecinającej tereny Owocowego Lasu. W kierunku Konającego Buku na pewno rosło parę wierzb, które powinny powoli puszczać liście. Te zbierane były, a następnie stosowane jako zioło przeciwwymiotne. Gdy tylko niebieskooka ujrzała ów drzew, przyspieszyła nieco kroku, a wraz z nią Całunka. Wojowniczka już po chwili niosła w pysku tyle, ile udało się Mistral zebrać ze zwisających pędów. Czekoladowa nie narzekała na ilość liści, które musiała nieść w czasie dalszej podróży w stronę Drogi Grzmotu.
— Niestety wrotycz tylko rośnie na przydrożnym terenie, więc trochę chodzenia nas czeka — wyjaśniła biała, a starsza jedynie skinęła głową. Z wiadomych powodów.
Wrzosowa Polana nie wyglądała na miejsce, gdzie jest pełno kwitnących wrzosów. Teraz jedynie rośliny na swych pędach miały liście, które jakoś przetrwały porę nagich drzew i śmiertelne dla ziół temperatury. Zielarka nawet się nie łudziła, by jakieś pojedyncze okazy już zaczęły rozwijać kwiatostany, gdyż to nie był jeszcze czas na nie. Dopiero za jakiś księżyc będzie mogła tu przyjść i zacząć zbierać fioletowe lub różowe kwiaty, by ich nektar później dodać ziół dla tych, co nie byli w stanie przełknąć medykamentów o gorzkim posmaku.
Parę długości od czarnej, jak heban drogi dopiero wyczuła ostry zapach wrotyczu. Zaczęła nim podążać, aż nie ujrzała tego, czego szukała. Dała znak ogonem, by Całunka podeszła bliżej. Wojowniczka wzięła znaczną część owego zioła, pomimo protestów niebieskookiej, że nie musi tyle brać, w końcu ona sama może nieco ponieść. Czekoladowa jedynie pokręciła głową, zaczynając odchodzić. Mistral westchnęła, zdając sobie sprawę, iż przegrała tę walkę.
W drodze powrotnej udało im się natrafić na ogórecznik. Od razu został zebrany, lecz tym razem jedynie przez zielarkę, która w międzyczasie ogonem odganiała wojowniczkę, która chciała wziąć kolejną ilość ziół. Pręgowana z cichym śmiechem pozwoliła młodszej na to oraz osobiste zaniesienie liści do obozu.
Docierając do obozu, krok wpół ślepej przyspieszył, by jak najszybciej powrócić do dziupli i nie zwlekać z leczeniem kolejnych chorych. Choć do końca dnia już nikt nie przyszedł, skarżąc się na jakiekolwiek dolegliwości.

❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜
Około księżyc później
❛ ━━━━━━・❪ 🎕 ❫ ・━━━━━━ ❜

Widmo dawnej pory nagich drzew na dobre przeminęło, dzięki czemu białofutra mogła spokojnie zbierać kolejne zioła, pozwalając, by wszelkie obawy o rozwinięcie się chorób u Owocniaków, minęły. Mimo wszystko nadal nie rozmawiała z liliowym starszym, mając wrażenie, że kolejna ich konwersacja może się skończyć gorzej niż ta ostatnia. Ta miała miejsce już jakiś czas temu, jednak młódka nadal unikała przychodzenia do starszyzny, jeśli nie wymagała tego sytuacja.
— Potrzebuje wierzby, glistnika, wrotyczu i ogórecznika. — Za jej plecami w wejściu do wnęki, gdzie trzymali zioła, stał czekoladowy syn szamanki. Starsza jedynie trzepnęła końcówką ogona, dając znać, że przyjęła do wiadomości. Kocur jeszcze chwilę stał w dotychczasowym miejscu, lecz finalnie zniknął, zapewne powracając do chorych. Ta za to jedynie ciężko westchnęła z bólem, biorąc wymienione zioła, patrząc, jak ledwo zgromadzone zapasy już się uszczuplają.
Z medyczną roślinnością w pysk opuściła swój ukochany kącik, by podejść do Gołąbka i przekazać, to co niosła dla chorych. Bury skinął głową z wdzięcznością, a następnie liście wierzby oraz ogórecznika oddał Modrogończykowi. Dawniej szkolący się na szamana kolejno podszedł do Gronostaja i Puchacza, by podać im w odpowiedni sposób zioła. Zielonooki uzdrowiciel za to skierował się do Kurki z wrotyczem, a następnie do młodziutkiej Kraski, u której boku siedział Purpura. Zapewne to wojownik przyniósł swoją latorośl, kiedy tylko zauważył u niej oznaki infekcji oka.
Biała nie chcąc tego widzieć, wróciła do składziku. Miała wrażenie, że srebrny kocur przyniósł tak szybko swoją córkę z obawy, by ta za parę księżyców nie skończyła niczym zielarka. Długo jednak nie pozostała sama, gdyż w wejściu na nowo pojawił się Modrogończyk, na co pół ślepa posłała mu pytające spojrzenie.

<Gońcu?>

Wyleczeni: Gronostaj, Kraska, Kurka, Puchacz, Purchawka

Od Złamanej Łapy

Złamana Łapa siedział na polance i czyścił swoje futro. Za jego plecami pojawił się liliowy kocur, który kompletnie wybił go z rytmu, przez co czarny podskoczył przez nagłe przerwanie jego mycia futra.
— Ach… Wybacz, że cię wystraszyłem. Co tam? Dawno nie rozmawialiśmy odkąd, no… wiesz, wtedy z Tańcującą Słonką — mruknął, odrywając wzrok od starszego kolegi.
Złamana Łapa ciężko westchnął, gdy przyjaciel przypomniał mu o jego ostatnim odpale.
— Tak… wybacz za to, nie wiem, o co mi chodziło — odpowiedział mu, trochę zawstydzony całą sytuacją. Teraz wiedział, że może być bardziej spokojnym. Przynajmniej tak myślał, bo oczywiście nie wiedział, że Słonka go okłamała z tym, kto tak naprawdę jej się podoba.
Kocur ponownie westchnął, po czym zaczął:
— Hm… Właśnie, co sądzisz o śmierci Przepiórczej Wichury? Znałeś ją? Myślisz, że co spowodowało jej śmierć? — zapytał dosyć zaciekawiony. Ostatnie wydarzenia w Klanie Klifu były dziwne i ciężkie do wytłumaczenia.
— Uważam, że to przez jej nieuwagę spadła z klifu. Samobójstwo raczej w tym wypadku jest wykluczone. Była zbyt entuzjastyczna, aby dokonać czegoś takiego. Przynajmniej tak mi się wydaje z wszystkich historii, które krążą po klanie — odparł Cicha Łapa, na co Złamana Łapa skinął łbem i zamilkł w chwilowym rozmyślaniu. — Ja jedynie znałem ją przez to, że kiedyś wraz z Tańcującą Słonką byliśmy z nią na patrolu. Nic konkretnego w sumie, ale wydawała się bardzo radosna i zadowolona z życia — dodał Cicha Łapa.
Złamana Łapa tylko skinął łbem.
— Dziwne… Możemy po prostu założyć, że spadła z klifu, nie wiem… bo osunęła się jej łapa? Wszystko jest możliwe — odpowiedział mu Złamana Łapa.
— Ja już będę iść, bo obiecałem Jajecznej Skorupce, że pomogę jej z polowaniem. Do zobaczenia, Złamana Łapo! — mruknął z szerokim uśmiechem na pysku liliowy kocur. Na pożegnanie Złamana Łapa polizał go po czole. Po tym jednak z pyska młodszego było można odczytać zakłopotanie. Złamana Łapa sam poczuł się zakłopotany reakcją przyjaciela. Postanowił jednak to zignorować.
— Pa! Będę czekać w legowisku! — Złamana Łapa mu odpowiedział i poszedł w stronę nory uczniów.

[325 słów]

Od Drobnego Ukojenia CD. Białego Strumienia

Dwójka kotów, jeden o białym futrze, a drugi o częściowo niebieskim, siedzieli wtuleni w siebie pod światłem sierpa księżyca. Obydwoje w końcu mogli odetchnąć po tym, jak wszystko się między nimi wyjaśniło. W końcu nie było potrzeby zamartwiać się tym, co myślał ich… co? Właśnie? Niby byli przyjaciółmi, niby nie rozmawiali nigdy o niczym więcej, jednak czy nie było podstaw, żeby myśleć o czymś innym? Drobne Ukojenie trwała tak, z pyszczkiem wtulonym w sierść Białego Strumienia. Znali się już tyle księżyców, zwierzali się sobie z wielu zmartwień, znajdowali w sobie oparcie. Nawet jeśli mieli swoje potknięcia, to zawsze udawało im się to naprawić. Choć musiała przyznać, że w ich relacji ostatnio było więcej pesymistycznych emocji niż pozytywnych, to jednak… wiele z tych spraw było spowodowanych wydarzeniami w klanach, na które nie mieli zbytnio wpływu.
Jej rozmyślania przerwało pytanie ze strony kocura, jego głos rozwiał ciszę panującą wokół nich.
— Masz ochotę się przejść?
— Pewnie — szepnęła w odpowiedzi, choć dalej nie odsunęła się od Burzaka.
Odstąpili od siebie dopiero po dłuższej chwili, powoli, jakby nie chcieli, aby ta delikatna chwila im uciekła. Podnieśli się i otoczeni dźwiękami lasu poszli wzdłuż granicy, wszechobecną noc rozświetlało jedynie blade światło.
— Piękny dzisiaj księżyc, prawda? — kotka mruknęła cicho w stronę kocura.

Następnego dnia

Po ostatnim spotkaniu z Białym Strumieniem kotce widocznie ulżyło. Przez ostatnie dni poprawiło się znacznie jej samopoczucie i ogólne zachowanie w obozie. Była pogodniejsza, a uszy przestały wisieć smętnie po bokach jej głowy, co było sporym kontrastem do dotychczasowej markotności. Jej przyjaciółka, Psotny Nietoperz próbowała wypytać, co się działo przez ostatnie kilka dni, ale Drobne Ukojenie udzielała jedynie bardzo wymijające odpowiedzi, pomimo tego, że ufała kotce… bała się konsekwencji swojej znajomości z białym Burzakiem. Nawet jeśli nie było to nic… zdefiniowanego, a sama Drobna nie była pewna swoich uczuć, to mimo wszystko, czuła, że nie było to, coś, czym powinna się dzielić z nikim, a przynajmniej dopóki nie będzie pewna, czym ta relacja właściwie jest i wtedy dopiero, będzie można się zastanowić nad ewentualnym podzieleniem się z innymi. Jak się oczywiście upewni, że nie napyta sobie tym biedy.
Drobne Ukojenie wyszła ze swojego legowiska, skacząc po półkach w dół, dzień był spokojny, nic naglącego się nie działo, więc też kotka nie musiała się zbytnio nigdzie spieszyć. Zajrzała do medyków i starszyzny, tym drugim pomagając wymienić stary mech bez większego zastanowienia. Potem krzątała się po obozie, próbując włożyć w cokolwiek łapy, a gdy to nie zaspokoiło jej energii, postanowiła wyjść na spacer, przy okazji mówiąc sobie, że poszuka ziół.
Słońce przyjemnie grzało plecy kotki, kiedy szła dobrze znaną sobie ścieżką. Przez te wszystkie księżyce zdążyła poznać tereny Klanu Klifu jak własne legowisko. W połowie jej wycieczki rozkojarzyła się, jej myśli mimowolnie podryfowały w stronę spotkania, które miało miejsce ostatniej nocy. Miała wrażenie, że… był to znaczący krok do przodu w ich znajomości, choć ta cała sytuacja była po prostu jednym wielkim nieporozumieniem, to jednak wzbudziła wielkie emocje, aż bała się myśleć, co by mogło być, jeśli nie spotkaliby się wtedy na granicy. Z tego, co mówił Biały Strumień, to był bliski postawienia krzyżyka na ich relacji. Drobne Ukojenie przestraszyło, jak bardzo znajomość mogła się rozchwiać, kiedy upływał czas, a nie było okazji tego naprostować. Życie w osobnych klanach… naprawdę potrafiło skomplikować wiele rzeczy. Niebieska kotka z pewnością nigdy nie chciałaby takiej powtórki, jednak z ich sytuacją, to tak właściwie nie wiadomo czy coś podobnego nie stanie się ponownie. Prawda, mogli umawiać się na spotkania, ale przecież zawsze mogło się coś stać tak jak jej, podczas tej feralnej nocy z mewą… Czy warto było tyle stresów, aby utrzymać jedną relację? Zdecydowanie, Drobne Ukojenie była pewna, że Biały Strumień był wart każdego wysiłku. Tylko… chciała, żeby nie było to takie skomplikowane, chciała go częściej widywać niż kilka razy na księżyc…

Noc zgromadzenia 24.10

Księżyc jeszcze się nie pojawił, a wybrane koty powoli zbierały się do wyjścia, aby dotrzeć na miejsce zgromadzenia wszystkich klanów na czas. Drobne Ukojenie miała nadzieję, że wśród kotów z Klanu Burzy znajdzie się pewien czerwonooki kocur, miała mu tyle pytań do zadania. Musiała też pochwalić się faktem, że udało jej się wyszkolić uczennicę, co zdecydowanie było dla kotki wielkim sukcesem, bo miała związane z tym ogromne obawy. Lśniąca Gwiazda przerwał jej myśli, dając sygnał do wymarszu, a koty z Klanu Klifu ruszyły w noc.

<Biały? :3>

Od Kaczorka CD. Pszczelego Lilaku

Dzień szybko przybrał inny bieg niż w oczekiwaniach Kaczorka. Jego komentarz na temat chmurko-podobnego wyglądu został prędko zmieniony na rzecz odprowadzenia go do żłobka, co wydało mu się naturalne. Natomiast potem nie wiedział, czy narzekać, czy też nie… niemniej spotkana wybrała opcję dotrzymania mu towarzystwa, pewnie dlatego, że jego najbliżsi ucinali sobie drzemkę. On zdecydował się nie pokazywać swoich mieszanych uczuć co do tego ani częściowego rozczarowania tak siedząc i słuchając. W końcu lubił słuchać! Nawet bardzo! Tylko że słysząc opowiastkę o innych klanach, wpadała ona do jego umysłu jednym uchem, a drugim - wypadała. Nie do końca rozumiał, dlaczego tak miał, ale naturalnym dla niego był taki stan rzeczy. Tak więc uważnie kiwał głową, aby oddać swoje zainteresowanie, pomimo częściowego kłamstwa, jakie to ilustrowało. Może robił to też troszeczkę częściej i szybciej, niż powinien? Nie potrafił stwierdzić. Dlatego kontynuował.Było tyle różnych przynależności, iż po skończeniu wymieniania nazw grup i nieznanego pojęcia “samotników”, musiał spytać: “Czy to już wszystko?”. W jego głowie brzmiało szczere zaaferowanie, gdyż zaczynał czuć zawroty głowy od natłoku faktów. Na cały wodospad! Jak on odnajdzie się w tym, kiedy będzie starszy i zmuszony edukować innych w roli Pszczelego Lilaku, a nie zwykłego słuchającego? Czy taka umiejętność przychodziła wraz z dorastaniem?
Stwierdzenie o jego pochodzeniu pozostawiło go w jeszcze większym zakłopotaniu. Zatrzymał się z głową zwieszoną w przechyleniu. Reszta świata ucichła, nawet cisnące się na język pytania dotyczące podziału zgromadzeń. Co oznaczało “pochodzić z zewnątrz”? On nie czuł się “z zewnątrz”. W sumie nie rozumiał już tylu rzeczy, aż nie zdziwił się za mocno kolejnym pojęciem, którego nie mógł pojąć. No, ale miał jakieś złe przeczucie co do tego stwierdzenia. Dotyczyło go, a nie ogółu… cóż to za śmieszna rzecz, tak się wahać. Naraz też uwłaczająca. Nie odważył się zapytać, więc pozostał z pytaniem lśniącym w oczach oraz kolejnym, uprzejmym gestem zgody nieadekwatnym do poziomu zrozumienia. Chyba nie dosłyszał czegoś, co powiedziała wojowniczka i zbyt usilnie wpatrywał się w przestrzeń, gdyż ogon znalazł się mysi wąs od jego mordki.
— Haloo? Słyszysz mnie jeszcze, Kaczorku? Wciąż tu jestem — zwracała się do niego kotka równocześnie z machnięciem ogona przed nim. Kocurek drgnął w miejscu, starając się zebrać myśli chodzące mu po głowie i wrócić do rzeczywistości. Ponieważ okazało się to trudnym zadaniem, zanim udało mu się to zrobić, postanowił coś z siebie wykrztusić.
— Oj… przepraszam bardzo. Czy możesz powtórzyć? — wypowiedziawszy się, złapał kontakt wzrokowy z liliową. Starał się w ten sposób okazać swój szacunek, co tamta chyba zaaprobowała, bodajże z pogodnym wyrazem pyska, poczęła powtarzanie. Kociak jeszcze był myślami kawałek dalej, niemniej postarał się skupić mocniej.
— Mówiłam, że nie wydaje mi się, aby Lśniąca Gwiazda był materiałem na ojca — padło gładko. Szczerze mówiąc, rudawy, chociaż usłyszał tym razem zdanie, nie zrozumiał go równie bardzo co za pierwszym razem! Ich przywódca będący rodzicem? Chyba czegoś nie łapał. A raczej na pewno coś umknęło jego uwadze…
Maluch nie pokazał na pyszczku braku zrozumienia, jednak prawdopodobnie został wyczuty przez rozmówczynię. — No wiesz… plotki są różne… on jako ojciec… Truskawkowe Pole jako matka… — wyraźnie starała się zbadać grunt, po którym stąpała. Reakcja pręgusa była wyjątkowo skąpa; nie otrzymała żadnych wiadomości, które otrzymać chciała. To skłoniło ją do paplaniny. W końcu młodszy i tak nie miał zamiaru stawiać własnych opinii, dlaczego też nie pokazać mu swojej? — Rozniosły się słuchy, dokładnie to Agatówkowy Cień coś tam zaczął, a wyszło, jak wyszło! Teraz każdy twierdzi co innego. Wiesz, to nasz przywódca zadomowił was tutaj i oddał pod opiekę Morświnowej Płetwy. Ona nie chodziła ciężarna!
Od tych wszystkich imion można było dostać zawrotów głowy. Kaczorek zobaczył świat wirujący w niewyraźnych plamach kolorów. Nie słyszał niczego podobnego! Zawsze sądził, że to karmicielka była jego prawdziwą mamą, pomimo braku bliskości teoretycznego ojca, jakim był Drzemiące Słońce - partnera zajmującego się nimi. Teraz jego świat wywrócił się do góry łapami! Taki kot jako jego tata… mamą nieznana mu jeszcze członkini klanu… Morświnowa Płetwa, którą darzył ogromnym uczuciem, zupełnie obca… ależ się porobiło. Mrugał wtórnie, gdy to do niego docierało. Zanim potrafił się powstrzymać, wymsknęło mu się spomiędzy zębów: — Zostałem po prostu przyniesiony z niewiadomych ziemi i nikt nie wie, kto naprawdę jest moim rodzicem?
W Pszczeli Lilak uderzyło coś na rodzaj zmartwienia. Pojmowała już, że wyśpiewała dużo. Może trochę za dużo dla dobra Kaczorka. A teraz nie mogła się już wycofać. — Sam wiesz najlepiej, jaką wspaniałą opiekunką jest Morświnowa Płetwa! Kocha was, nie ma innej opcji. Koty od zawsze lubią gadać. Wszystko najlepiej wie sam kocur oraz możliwa oblubienica razem z synami — za późno zrozumiała, że znów paplała o nieco zbyt dużym obrazku względem wymagań sytuacji. Po tym to już bez dwóch zdań kociak nie odpuści całej opowieści. Nie dość, iż był ciekawy, to dotykała go ogromna potrzeba zrozumienia tego możliwego, zagmatwanego przez słowa pobratymców, połączenia między jego małą rodziną a wysoko postawionym.

<Rozwiniesz to, Pszczeli Lilaku?>

Od Wrony CD. Odety

Niedawno temu…

Wrona zastrzygła uszami.
– W takim razie chodź za mną. Spodoba ci się tutaj. – Machnęła ogonem i poprowadziła liliową prosto do obozu Owocowego Lasu. – Nie martw się, to niedaleko. Jest u nas niezwykle miło, zobaczysz!
Liście Pory Opadających Liści ozdabiały Obóz Owocowego Lasu pięknymi barwami. Stróże krzątali się w tę i we w tę, próbując stworzyć nieszeleszczące przejście w głąb obozu. Gdy Wrona weszła z nową koleżanką u boku, inne koty zaczęły się przyglądać z zaciekawieniem.
– Cześć, Borowiku! Jest Czereśnia w legowisku?
– Cz-cześć, Wrono… tak, jest.
– Dzięki! – Machnęła ogonem na pożegnanie i poszła prosto do przywódcy. – Nie martw się, Odeto, Czereśnia to dobry i miły kocur. Był moim mentorem, wiem, co mówię.
Wrona miauknęła w stronę legowiska, czekając na odpowiedź Czereśni. Gdy usłyszała pozwolenie na wejście, skinęła głową do liliowej.
– Witaj, Czereśnio! Wiem, że to dość nietypowa informacja, ale gdy byłam na spacerze, spotkałam tą oto kotkę, zaplątała się w pnącza, więc jej pomogłam. Dowiedziałam się, że Odeta kiedyś mieszkała ze swoimi Dwunożnymi. Nie ma dokąd pójść, jest wychudzona i zmarznięta. Gdy opowiedziałam jej o Owocowym Lesie, zgodziła się pójść ze mną do obozu, być może nawet chce dołączyć. Czy możemy zapewnić jej odpowiednią opiekę?
– Hm… Odeto, opowiesz mi, jak się tu znalazłaś?

<Odeto?>

Od Kokoszkowej Łapy

Wylądowała na małej wysepce, tuż przed drugą damulką. Natychmiast złapała się wszystkimi kończynami bezpiecznej strefy, bojąc się, że zaraz spadnie. Kiedy weszła na centrum wyspy, odetchnęła z ulgą. Spojrzała na Mandę i się zastanowiła.
— Mandarynkowa Gwiazda ledwo, co zipie, Manda. Pewnie ma ważniejsze sprawy na głowie niż pilnowanie kotów. Jej syn zaraz zostanie... tym... królem. Przywódcą. W każdym razie, jakimi plotkami mnie dzisiaj zaszczycisz? — zapytała z knującym uśmieszkiem.
— Zaszczycę cię tym, że ponoć Rogaty Flaming preferuje kocury i albo ugania się za Szumiącą Wyspą, albo za jakimś samotnikiem. To znaczy wtedy, że ród może na ten moment się nie rozrośnie, nie mówiąc już o tym, że Gąbczasta Perła idzie za niedługo na emeryturę, a ten jej asystent to zachowuje się jak lis z cierniem w łapie. Zostawia syf w legowisku medyka. Co każdy z nich to jakiś dziwny przypadek, dlatego mówię ci, jak nie będzie nowych kociaków do rodu to…
Kokoszkowa Łapa wsłuchiwała się w słowa siostry z niedowierzaniem. Rogaty Flaming, wielki i obiecujący książę, syn przyszłego przywódcy Błękitnej Laguny, miałby umrzeć bezpotomnie lub się związać z jakimś... samotnikiem?! Kotka z emocji zacisnęła szczęki.
— I to my mamy wysławiać ich... brak postawy? Oprócz księcia Rogatego Flaminga nie ma nikogo w ich rodzie do poczęcia nowego pokolenia! — skomentowała w trakcie przemowy Mandarynkowej Łapy, ale ta najwidoczniej nie zwróciła na to większej uwagi, kontynuując swoje myśli, przelane w słowa.
— …To może spróbujemy się uśmiechnąć ładnie do Błękitnej Laguny, żeby nas mianował księżniczkami? Mandarynkowa Gwiazda nas nie lubi, więc jak on będzie u władzy, to może postaramy się, by nas polubił, czyli wiesz, trzeba tam wykonać jego rozkazy i go na każdym kroku wychwalać. Tata i tak nam mówił, że musimy ich jakoś czcić, choć mam wrażenie, że on chciałby, żebyśmy bardziej szanowali ród niż Klan Gwiazdy. Więc możemy od teraz pracować na naszą reputację. Co o tym sądzisz, siostro? — posłała siostrze równie knujący uśmiech, jednak te siostry były podobne, jeśli chodzi o planowanie.
Na plan młodszej siostrzyczki, Kokoszkowa Łapa wytrzeszczyła oczy. Nie pomyślała o tym... dlaczego nie wpadła na ten pomysł wcześniej? Manda to geniusz.
Zachichotała i wyszczerzyła ząbki.
— Co ja sądzę? Manda, ty to swą inteligencją olśnisz bez trudu Błękitną Lagunę! Tylko... co dalej? Kiedy mamy to zrobić? Jak mamy to zrobić? — dopytywała, wyraźnie zaintrygowana jej pomysłem. — Musimy komplementować przyszłego przywódcę i... ej, czekaj. Przecież są jeszcze dzieci namiestników. Nie sądzisz, że to byłaby dobra okazja zacząć od nich? Musimy się zapytać tylko taty, co oni o nas sądzą…
— Musimy szybko zrobić postępy w nauce, wtedy to nawet gały Mandarynkowej Gwieździe spadną, ale z naszymi mentorami to będzie trudniej, ale od czegoś mamy tatę. On to został mianowany przez Mandarynkową Gwiazdę w wieku dziesięciu księżyców na wojownika. Nasz tatko to zawsze był taki utalentowany, że jak nas nauczy, to my tak samo szybko przejdziemy te treningi — Mandarynkowa Łapa zachichotała, niebieska kotka skoczyła na ostatnią wysepkę. Obie kotki zobaczyły, że nie było już dalszego przejścia na drugi brzeg.
— Albo możemy wyzywać czekoladowe koty, tata przez to jest szanowany, a niektórzy mówią, że dyskryminacja czekoladowych kotów jest zła. Jak niektórym dzięki temu się układa, no i tylko tak. Musimy zgłaszać się na każdy patrol, który istnieje i dużo polować, niby tyle pracy, a może się opłaci — niebieska córka Ulewnego Szkwału, przeglądała się w wodzie.
— Ci namiestnicy? No można spytać, tylko może zaczniemy podrywać Nura, jak będziemy większe? Bo szczerze nie czuję się wygodnie, gdybym miała zagadywać kogoś starszego od siebie, a jak będziemy wojowniczkami, to już duże będziemy i wtedy nie będzie to problemem.
Kokoszka przytaknęła siostrzyczce, uważnie jej słuchając. Ach, no tak... przecież ich tatuś mógłby je po prostu uczyć.
— No, możemy później... — odparła nieco zamyślona. — Ale, co wtedy z Alką? — zapytała wielce zmartwiona drugą siostrzyczką. — Ona też musi z nami zrealizować ten plan…
— No, możemy jej powiedzieć o tym, ale wiesz, może ty jej to powiedz — odparła niebieska kotka.
— Dobra — odparła niezbyt oficjalnym tonem siostra. — Trzeba tylko zobaczyć czy by się nadawała na partnerkę namiestnika... lub księcia! Ale, ja bym wolała księcia... — mruknęła pod nosem ostatnie zdanie, oddalając się od niebieskiej córki Szkwału.
— No, to ten, pa! — zawołała na koniec, przeskakując na wcześniejszą wysepkę.
Musiała tylko znaleźć czas na Alkową Łapę… może poprosiłaby Wzlatującą Uszatkę o wspólny trening?

[697 słów]

[14%]

Od Złamanej Łapy CD. Tańcującej Słonki

Złamana Łapa po usłyszeniu słów swojej koleżanki lekko się naburmuszył. Dlaczego on jeszcze nie został wojownikiem? Był przecież już najstarszym uczniem w klanie. Dlaczego Morświnowa Płetwa nie powiedziała Lśniącej Gwieździe o tym, że kocur jest gotowy do zostania wojownikiem? Przecież był już o wiele starszy od Tańcującej Słonki! Nie potrafił tego przyjąć do wiadomości. Po prostu nie umiał. Jego największym lękiem na ten moment było to, że przywódca go nie mianuje do co najmniej pięćdziesiątego księżyca życia.
— Ach… No dobrze. Możemy się przejść — mruknął cicho.
W dodatku nie mógł już trenować ze swoją mentorką, ponieważ ta skończyła w żłobku. Podobno do kontynuacji jego treningu został wybrany Tygrysi Język. Złamana Łapa pierwszy raz usłyszał imię tego kocura lub kotki. Nie miał najmniejszego pojęcia, kim ten kot był.
— Dlaczego ja jeszcze nie zostałem mianowany — syknął pod nosem, po czym spojrzał z przymrużonymi oczami na swoje łapy. Ciężko westchnął i potrząsnął łbem. Mówiąc szczerze, to chciał jak najbardziej ukryć swoją złość i smutek, które mu przybyły przez mianowanie jego przyjaciółki.
— Złamana Łapo! Chodźmy, całego dnia nie mamy! Pamiętaj o tym! — mruknęła jego przyjaciółka z niewielkim uśmiechem na pysku. Dymny tylko westchnął i zaczął iść za swoją przyjaciółką.
— Tańcująca Słonko, ile tak właściwie ty masz księżyców? — spytał kocur. Był właściwie ciekaw, chociaż kotek się o wiek nie pyta…
— No… Wiesz co, jakoś przestałam to liczyć, ale chyba coś w okolicach dwudziestu… — odparła szylkretowa wojowniczka. — A dlaczego pytasz? — dodała nieśmiało.
Złamana Łapa na moment zamarł. Dwadzieścia księżyców? Czyli była mniej więcej w wieku, w którym on sam powinien już od dawna nosić imię wojownika. Nie chciał obwiniać Tańcującej Słonki, przecież nie zrobiła nic złego. Mimo to trudno mu było powstrzymać ukłucie zazdrości, jakie pojawiło się w jego sercu.
— Czyli jesteś ode mnie o wiele młodsza — mruknął, próbując zabrzmieć obojętnie. — A już jesteś wojowniczką, świetnie! — syknął pod nosem.
Słonka przekręciła głowę, nie rozumiejąc zachowania czarnofutrego.
— Och… — miauknęła, nieznacznie kładąc po sobie uszy. — Przepraszam, jeśli sprawiło ci to przykrość…
Kocur pokręcił głową. Nie chciał, aby kotka pomyślała, że ten ma jakiś problem do tego, że ona jest już wojowniczką.
— Myślisz, że też zostanę za niedługo wojownikiem? — zapytał, po czym podrapał się po brodzie.
Szylkretka odetchnęła z ulgą i spojrzała na swojego przyjaciela, posyłając mu pokrzepiający uśmiech.
— No pewnie! — odparła niemal od razu. — Spędziliśmy ze sobą tyle wspólnych treningów i muszę ci powiedzieć, że twoje umiejętności są już na poziomie wojownika! Nie wiem, dlaczego Lśniąca Gwiazda wciąż nie chce cię mianować… Może to też przez to, że twoja mentorka wylądowała w żłobku? — rozgadała się. — Tygrysi Język zapewne musi najpierw dowiedzieć się, czy Morświnowa Płetwa faktycznie nauczyła cię już wszystkiego, zanim dopuści cię do awansu.
— No tak… Ja wiem, ale Morświnowa Płetwa już mnie przecież wszystkiego nauczyła. Chyba… Jestem uczniem od osiemnastu księżyców! To oczywiste, że już wszystko potrafię… — Kocur po wypowiedzianych słowach ciężko westchnął, lecz nie zamierzał już kontynuować tematu mianowania. Chciał skupić się na spacerze i odpoczynku od obowiązków. Przynajmniej teraz, gdy jego przyjaciółka została mianowana, mógł wychodzić na spacery bez zmartwień, że wartownik go nie wypuści. Teraz ma już wymówkę i ma z kim wychodzić. Przynajmniej tyle z dobrych rzeczy.
— Nie chcę już rozmawiać o treningach, więc spytam… masz kogoś na oku? — mruknął i spojrzał na kotkę z uśmiechem, jakiego chyba jeszcze nigdy u niego nie widziała.
Wojowniczka zamilkła od razu i zdawać by się mogło, że również wstrzymała oddech. Wyglądała zupełnie tak, jakby ktoś właśnie z całej siły uderzył ją w brzuch.
— Och, ja… — zaczęła, lecz język szybko zaczął jej się plątać. — Ja… N-nie… — wydukała, uśmiechając się nerwowo do kocura. — Dopiero co zostałam wojowniczką! Mam jeszcze pełno czasu na to, by sobie kogoś znaleźć, czyż nie? — kontynuowała, tym razem już trochę śmielej. — Ty już za to jedną łapą jesteś w grobie, mam rację? — zażartowała, by się rozluźnić. — Chyba musi być ktoś, kto wpadł ci w oko przez te trzydzieści księżyców życia?
— Właściwie jest jeden kot, który mi się podoba. A tak właściwie, dlaczego się tak zestresowałaś, gdy cię o to zapytałem? Czy jednak masz jakiegoś wybranka? — zapytał, po czym uniósł brwi i zaczął wpatrywać się w Słonkę, dokładnie wiedząc, że młodsza coś ukrywa.
Szylkretka milczała przez dłuższą chwilę, jakby ważyła teraz w głowie jakieś opcje.
— No… być może… — odrzekła niepewnie, uciekając wzrokiem od Złamanej Łapy.
Kocur nie do końca wiedział, co ma myśleć o zachowaniu kotki. Nie zachowywała się ani trochę naturalnie.
— Przecież widzę, że coś ukrywasz. Możesz powiedzieć przecież, o co chodzi. Nie powiem twojemu kochasiowi! Przysięgam! — mruknął.
Słonka, gdyby tylko mogła, najpewniej zrobiłaby się teraz czerwona jak burak.
— Ja… wydaję mi się, że… — zaczęła, lecz po chwili urwała, strzepując nerwowo ogonem. — Chyba… chyba podoba mi się ten, no… Koszmarna Łapa! — wyrzuciła z siebie wreszcie, lecz nie wyglądała na ani trochę rozluźnioną tym wyznaniem. — Tak, Koszmarna Łapa… Podoba mi się — dodała jeszcze, przełykając głośno ślinę.
Złamana Łapa na chwilę zamknął oczy, próbując przypomnieć sobie, kim był ten kocur.
— Ten z Klanu Wilka, tak? — zapytał, nie do końca potrafiąc sobie przypomnieć, kim on był.
— Tak… — odparła Słonka. — Polubiłeś go też, prawda…? Z początku niezbyt się dogadywaliście i po prostu… Nie chcę, żebyś musiał się na niego denerwować — wyjaśniła.
— Jak na Wilczaka był w porządku. I poza tym nie muszę go lubić. To moja miłość czy twoja? Ja jestem tylko twoim przyjacielem, więc nie mogę się denerwować na kogoś, kto ci się podoba, co nie? — odparł zaskoczony słowami Tańcującej Słonki. Nie rozumiał, dlaczego miałby się na niego denerwować. To byłby jego chłopak? No chyba jednak nie. Złamana Łapa od razu pomyślał o Cichej Łapie, a na jego pysku pojawił się mały uśmieszek.
— Właściwie mi się podoba ktoś z naszego klanu. Ale nie wyciągniesz ode mnie informacji, kim jest ten ktoś… — odparł.
Słonka zaśmiała się pod nosem.
— Ach… Zastanówmy się… kto taki mógłby to być? — mruknęła, po czym puściła Złamanej Łapie oczko. — Chyba nigdy tego nie zgadnę!
— Ciężko zgadnąć… Chyba tym kotem jest... hmm… Chyba nazywa się Złamana Łapa… — zażartował, nie mając ochoty wyjawiać Słonce, kto mu się podobał. Po ostatnim widoku Słonki wtulonej w futro Cichej Łapy nie wspominał o nim za dużo w jej towarzystwie.
Szylkretka skinęła głową.
— Złamana Łapa? Ach, tak… Chyba coś o nim słyszałam. Same dobre rzeczy o nim opowiadają! Lepiej się pospiesz z wyznaniem mu miłości, zanim ktoś ukradnie ci go sprzed nosa! — poleciła czarnofutremu.
— No tak. Chyba wyznam miłość temu Złamanej Łapie, gdy ja już zostanę wojownikiem. Na razie nie jestem gotowy na takie wyznanie — odpowiedział szylkretce, po czym ziewnął i spojrzał w górę.
Wojowniczka przekręciła głowę.
— Naprawdę? — spytała, a jej głos nieznacznie zadrżał. — To… naprawdę fajnie! W takim razie mam nadzieję, że zaakceptuje twoje wyznanie! Wiesz, w razie czego mogę pomóc ci przygotować jakiś bukiecik dla tego Złamanej Łapy… — dodała, śmiejąc się cicho pod nosem.
Złamana Łapa zauważył niewielką zmianę w głosie młodszej kotki. Przez chwilę zaczął się nad tym zastanawiać, ale nie doszedł do żadnego sensownego wytłumaczenia. Nie chciał już męczyć Słonki nadmiarem pytań, więc uznał, że nie będzie już o to pytać. Wolał domyślić się już chyba samemu.
— No to… Jaki był dokładnie cel naszego spaceru? — zapytał.
Szylkretka zamyśliła się na kilka uderzeń serca.
— Właściwie to zamierzałam cię spytać, co sądzisz o moim nowym imieniu! — oznajmiła, teraz już nieco żywszym tonem, niż przed chwilą.
— Uważam, że jest w porządku. Ale tańcująca to ty chyba nie jesteś. Raczej pasowałoby do ciebie coś w stylu... hm… Cicha Słonka? Wstydliwa Słonka? Raczej coś takiego. A mi? Jakie byś mi dała imię, gdybym już został wojownikiem? — mruknął z nutką zaciekawienia w głosie.
Żółtooka zmierzyła go morderczym spojrzeniem.
— To ja już chyba wolę być Tańcującą Słonką…! Choć nie ukrywam, że twoje propozycje są całkiem trafne… — przyznała. — A ty? Cóż, mógłbyś być na przykład… Złamanym Sercem — zachichotała, lecz chwilę później odchrząknęła. — Albo Złamanym Ciosem czy może Złamaną Wolą? Nie wiem, nie jestem zbyt dobra w wymyślaniu imion…
— Ach, no chyba rozumiem… Chciałbym być już wojownikiem i móc wychodzić samotnie z obozowiska, nie musząc mieć przy sobie kogoś dorosłego. To takie męczące — westchnął ciężko.
— Tak, bo ja niby jestem bardziej dorosłym kotem… — zauważyła Słonka. — To zabawne, że jesteś teraz pod moją opieką, no nie?
— Daj spokój. Jestem od ciebie starszy chyba o dziesięć księżyców, i to ty musisz mnie pilnować?! To jakieś żarty — syknął zdenerwowany.
Żółtooka wzruszyła ramionami.
— To nie ja wymyślałam te zasady — mruknęła. — Tylko nie wiem, czy w tym przypadku lepiej byłoby ci pozwolić na samodzielne wychodzenie z obozu, czy mi zakazać! Może każdy kot powyżej dwunastu księżyców powinien zyskiwać możliwość samotnego opuszczania obozu? Nie wiem… Ach, obym nigdy nie musiała zostać zastępcą, albo nie daj Klanie Gwiazdy liderem! — zachichotała.
Kocur również zachichotał, lecz po chwili całkowicie poważnym tonem powiedział:
— Gdybyś miała objąć którąś z tych ról, to ten klan by dwóch nocy nie przeżył. — Pokręcił łbem, po czym ponownie ziewnął. — Wybacz, że ci to mówię, lecz nie nadawałabyś się na zastępcę lub lidera… Z pełnym szacunkiem.
— Wiem, Złamana Łapo… — miauknęła, tym razem dosyć przybitym głosem. — Przez dłuższy czas myślałam nawet, że nie będę się nadawać na wojownika! Taki… jeden kocur powiedział mi nawet, bym została protektorem, twierdząc, że protektorami zostają jedynie pokraki, haha…
— I co? Posłuchałaś się go? No właśnie! Ktokolwiek to był, to był idiotą, i nie ma co się takich słuchać — mruknął, po czym się uśmiechnął łagodnie do przyjaciółki.
— Nie wiem, Złamana Łapo. Nie nazwałabym go idiotą — przyznała. — To nie jego wina, że jego rodzice wychowali go na takiego kota. Jestem pewna, że gdyby nie musiał dorastać wśród nienawiści, mógłby zostać kimś dobrym, przyjaznym.
— No, nie wiem. Nie jestem w stanie nazwać kogoś takiego kimś innym niż idiotą, gdy wyzywa moich przyjaciół — powiedział oburzony. — Jeśli zrobiłby znowu coś takiego, to bym mu chyba ogon wyrwał — mruknął.
Słonka pokręciła głową.
— Cóż, to chyba lepiej, bym w takim razie nie zdradzała ci tożsamości tego kota… — mruknęła.
Na moment między dwójką kotów zapanowała cisza.
— Wracamy już do obozu? — zaproponowała w końcu Słonka. — Robi mi się już trochę zimno, jeśli mam być szczera…
— Hm. W porządku, możemy wracać. Jestem w sumie też trochę głodny, bo odkąd wstałem, nic nie zdążyłem zjeść — mruknął, po czym jego brzuch wydał głośne burknięcie. — Och. Chyba nawet słyszysz… — zachichotał pod nosem.
Wojowniczka również się zaśmiała.
— Och, słyszę! Obawiam się, że nawet do Wilczaków dotarło to burczenie — zażartowała.
— Jasne! Dotarło! Koszmarna Łapa już na pewno je usłyszał — również zażartował. — Tak w sumie myślę… Przecież dopiero co się poznałaś z Koszmarną Łapą, jakim cudem już się w nim zakochałaś? — spytał.
Słonka wzruszyła ramionami.
— Nie słyszałeś nigdy o miłości od pierwszego wejrzenia? — zapytała, uśmiechając się do niego. — Po prostu… gdy na niego patrzę, robi mi się jakoś cieplej na sercu, wiesz? Gdy z nim rozmawiałam, to miałam wrażenie, że policzki zaraz zaczną mi płonąć! No i w dodatku… Znasz to uczucie…? Takie w brzuchu. Jakby latały po nim motyle…
— No… znam chyba za dobrze. Chociaż sam nie wiem… To takie dziwne! Ja nigdy nie sądziłem, że ktoś mi się spodoba, mi! A jednak. I chyba wydaje mi się, że Złamana Łapa, znaczy no… odwzajemnia moje uczucia… Tak to wygląda! — odpowiedział jej, lekko zawstydzony tym, co w ogóle mówi.
— Naprawdę? — zdziwiła się szylkretka. — Ach, opowiadaj mi! Po czym to stwierdzasz? — zaczęła dopytywać.
— No… Wiesz co, jesteśmy ze sobą dość blisko i świetnie się dogadujemy i mam nadzieję, że wyjdzie coś z tego więcej… Ale nie myśl sobie za dużo! — mruknął.
Tańcująca Słonka przez dobre kilka uderzeń serca po prostu wpatrywała się w swojego przyjaciela, a w jej oczach mieszały się ze sobą różnorakie emocje.
— W takim razie… życzę ci powodzenia ze Złamaną Łapą! — odezwała się, starając się zabrzmieć pokrzepiająco. — Mam nadzieję, że kiedyś zabierzecie mnie ze sobą na jakiś wspólny spacer, co?
— A ja tobie życzę powodzenia z Koszmarną Łapą! Myślę, że cię polubił. — Pchnął ją lekko łokciem w bark. — I oczywiście, jeśli się wszystko uda, to cię zabierzemy na spacer!
W ślepiach szylkretki przez moment zakręciły się łzy, lecz nim Złamana Łapa zdążył jakkolwiek na to zareagować, Słonka rzuciła się do biegu.
— Kto ostatni w obozie ten zgniłe jajo! — krzyknęła.
— Wykorzystujesz to, że nie umiem biegać! — krzyknął też, lecz mimo wszystko przekonał swoje łapy do sprintu. Był to jednak zły pomysł, bo po chwili całkowicie zwolnił, a jego oddech stał się świszczący.
Żółtooka zwolniła trochę, pozwalając na to, by czarnofutry ją dogonił.
— Ach, nawet ślimak byłby od ciebie szybszy! — zaśmiała się, lekko trącając kocura swoim łokciem. — Nie martw się, już ja cię nauczę szybko biegać! Popracujemy trochę nad twoją kondycją i będziesz śmigał jak najprawdziwszy zając — oznajmiła.
— Chyba… śnisz… — Kocur wziął duży wdech — Nigdy więcej… Nie zmusisz mnie… Wody, błagam… — odpowiedział cały zdyszany, po czym padł na ziemię brzuchem do góry.
Tańcująca Słonka zaśmiała się na ten widok.
— No już nie przesadzaj! Leżysz tu teraz jak nieporadny robak, który nie potrafi znowu stanąć na ziemi — stwierdziła, kręcąc powoli głową.
— To niech moje imię wojownicze to będzie Złamany Robak… Może będzie pasować… — Kocur co chwilę brał jeszcze mocne i głębokie oddechy, świadczące o zmęczeniu po tym chwilowym sprincie za Tańcującą Słonką.
— Złamany Robak? A co powiesz na Złamany Żuk?

<Tańcująca Słonko?>

[2138 słów]

[43%]

Nowa członkini Pustki!

 

PRZEPIÓRCZA WICHURA
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zepchnięcie z klifu przez Majaczącego Kopciuszka

Odeszła do Pustki!