BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

19 czerwca 2026

Od Łabądka do Żabiej Łapy

Koteczka powoli zsunęła łapkę z oczu i pomrugała chwilkę, by przystosować się do światła. Wstała i przeciągnęła się po drzemce. Poprawiła grzywkę i kryzę, po czym polizała się po futrze na piersi. Rozejrzała się po kociarni w poszukiwaniu zajęcia. Niestety jedyne, na co natrafiła wzrokiem to ta paskuda – Fląderka. Wzdrygnęła się. Nie chciała się do niej ani trochę zbliżać. Podreptała więc do wyjścia ze żłobka. Pewnie zaraz ktoś zwróciłby jej uwagę, że nie może wychodzić. Ona jednak zatrzymała się i usiadła w wyjściu. Po co miałaby chcieć wychodzić na zewnątrz? Tam było tak gorąco. A w żłobku był miły cień. Planowała poobserwować motyle, ale te chyba też nie miały ochoty latać w takim skwarze. Zauważyła za to coś innego. A konkretnie kogoś. Jedna z nowomianowanych uczennic siedziała i wgapiała się w nią. Niby nic dziwnego. W końcu co chwilę ktoś na nią patrzył, wraz z bratem byli najmłodszymi członkami klanu. Ale on nie był taki piękny jak ona. Tak czy siak, im dłużej Żabia Łapa na nią patrzyła, tym dziwniej się czuła. Chętnie nazwałaby ją paskudą, ale wyglądała zbyt podobnie do przywódczyni klanu, która przecież paskudą nie była. Podniosła jedną łapkę, jakby próbując zdecydować, czy nie powinna zaraz podejść do niej, żeby bronić swojego honoru.

<Żaba?>

Od Puchacza do Tańcującego Pierza

Zgromadzenie

Była to noc jego pierwszego zgromadzenia. Księżyc w pełni rzucał jasne światło na zgromadzonych, czekających na wyjście. Większość kotów była podekscytowana. W końcu mogli poznać nowych znajomych z innych klanów lub porozmawiać z takimi, których już znali. Takich okazji nie było poza tymi wydarzeniami, ponieważ Owocowy Las był dość odizolowany od innych klanów, graniczyli tylko z Burzakami. Wśród tego rozgardiaszu był jednak jeden niezadowolony uczeń. Puchacz, za kociaka tak pełny energii, teraz nie miał ochoty na nic. Wybór mentorów spowodował okropną zazdrość skierowaną do siostry. Nie chciał z nią gadać, ale jednocześnie czuł się winny. W końcu to nie ona wybierała mentorów. Na przywódcę też nie mógł być zły. Tak nie wypadało. Zostawał tylko sam wkurzony na siebie. Kiedy Czereśnia dał znak do wymarszu, tłum ruszył. On szedł powoli, wpatrując się w ziemię. Wtedy usłyszał głos siostry:
– Puchaczu, co się dzieje? Nie odzywasz się do mnie ostatnio.
Popatrzył na nią. „Nie odzywam się, bo ciągle musisz pokazywać, że jesteś lepsza” pomyślał, zaciskając zęby. Jednak nie mógł jej tego powiedzieć. Pewnie miałby kłopoty u mamy. Z trudem się uśmiechnął.
– Wiesz… jestem zajęty treningami z matką. Ty też powinnaś być. W końcu szkolisz się u przywódcy – powstrzymał się od przewrócenia oczami. Wrona popatrzyła na niego podejrzliwie.
– Nie jestem zbyt zmęczona. Czereśnia to dobry mentor. Ostatnio oprowadził mnie po całym terytorium. Wrzosy są takie piękne! Gdy tak chodziłam, coś mi łupnęło w plecach, aż się przewróciłam! Spytał mnie, czy wszystko dobrze, ale nic mi się nie stało. Potem tak się uśmialiśmy! – zaczęła paplać.
​– To świetnie – mruknął bez entuzjazmu i kopnął łapą jakiś mały kamyk, leżący mu na drodze.
– Hej, jesteś zły na mnie? – spytała czarna.
– Nie, czemu? – postanowił udawać, że wszystko jest w porządku.
– Przecież widzę, wiem wszystko.
Zmarszczył tylko brwi jakby w zdezorientowaniu.
– Czy ty... jesteś zły na to, że jestem silniejsza? – uczennica Czereśni miauknęła ze smutkiem w oku. Puchacz popchnął ją lekko w żartach.
– Ha! Niedoczekanie! To ja jestem silniejszy! – wykrzyknął, śmiejąc się głośno. Po chwili jednak odwrócił się od niej, żeby nie widziała jego bólu.

***

Rozmawiał z siostrą przez resztę drogi na wyspę. Kiedy wreszcie dotarli, ta popatrzyła na Puchacza i miauknęła:
– Chodźmy się z kimś zaprzyjaźnić!
– Sorki… ja już jestem z kimś umówiony… – powiedział. Miał nadzieję, że Wrona go zostawi i przestanie się go trzymać jak rzep na ogonie. Siostra jednak wyczuła, że coś było nie tak.
– Przecież my jesteśmy tu pierwszy raz.
– Spotkałem kolegę na granicy z Klanem Burzy – skłamał szybko. Wtedy kotka wzruszyła ramionami i pożegnała się z nim. Uff, było blisko. Rozejrzał się po Bursztynowej Wyspie. Może powinien rzeczywiście znaleźć Burzaka, skoro już tak powiedział? Przemykał między różnymi kotami, szukając odpowiedniego rozmówcy. Najlepiej takiego, pachnącego wrzosowiskiem. W końcu znalazł masywnego, rudo-białego kocura. Wyglądał jak wojownik i chyba był z Klanu Burzy! Podszedł do niego.
– Cześć jestem Puchacz! A Ty? – przedstawił się, jeżąc się z ekscytacji. Nieznajomemu zajęło chwilę, żeby się na nim skupić, ale w końcu powiedział:
– Puchacz... Owocowy Las zgadza się? Jestem z Klanu Burzy. To znaczy, że jesteśmy sojusznikami – odparł i się uśmiechnął. Puchacz odwzajemnił gest, ciesząc się, że zgadł, skąd jest kocur.
– Nazywam się Tańcujące Pierze. Miło mi cię poznać, Puchaczu – odpowiedział spokojnie.
– Jak to jest być wojownikiem? – czekoladowy zapytał, nie czekając dłużej.
– Cóż... – point usiadł ciężko na zadzie. – U nas nie ma podzielonych kotów tak, jak u was. Wojownik pełni jednocześnie rolę stróża, zwiadowcy, i ten tego... – mówił niepewnie. – A u was? Jak wybieracie własną ścieżkę? Macie od wyboru, do koloru, jak dobrze pamiętam...
– Tak, ale moja siostra głupio wybrała i teraz ja jestem ten gorszy… A chciałbym, żeby wszyscy wiedzieli, jaki jestem fajny… – burknął, mając nadzieję na uzyskanie jakiejś rady od starszego. Burzak uniósł jedną brew.
– A to ciekawe... czemu jesteś gorszy? – zapytał, wyraźnie zaintrygowany.
– Ona dostała przywódcę na mentora, a ja nie…
– Bracie, przecież ty masz ustawione życie! – odparł z emocjami Tańcujące Pierze. – Mentor za przywódcę to koszmar. Jak coś zepsujesz, to czeka cię kara gorsza niż od normalnego mentora... poza tym, wtedy musiałbyś się przemęczać na nic. Ważne, że uczysz się lepiej od niej. Ja na przykład w dwa księżyce skończyłem swój trening, a mój drugi brat wciąż tam śpi w legowisku uczniów!
– Czyli jestem fajny...! – powiedział na początku niepewnie, potem jakby wybuchając z radości. – Jesteś najlepszym przyjacielem, jakiego mam!
Fakty były takie, że z przyjaciół była tylko siostra, chociaż z nią ostatnio było no… W sumie może i mógłby zaliczyć do tego grona też Rohan, ale ten Burzak był dużo fajniejszy! Rudy skinął mu niepewnie głową, najwyraźniej zaskoczony emocjami u kocurka.
– ...Dzięki, Puchaczu...? – miauknął w jego stronę.
– Ja chcę być taki super jak ty! – bicolor wykrzyknął, już podskakując w miejscu.
– A więc trenuj! Musisz przybrać masę, aby mieć takie śliczne mięśnie, co ja! Wtedy żadna kocica ci się nie oprze – mówił, demonstrując swoje mięśnie Puchaczowi. – Dwa księżyce dobrego wycisku i będziesz lśnił bardziej niż słońce w tym Owocowym Lesie!
– A możesz mnie potrenować? Bo ja jestem zwiadowcą i my z reguły nie jesteśmy silni. Tylko szybko biegamy po drzewach i jesteśmy świetnymi łowcami!
– Nie wiem... twojemu mentorowi może się to nie spodobać. Co innego, gdybyś był w Klanie Burzy...
– Mama wszystko zrozumie! Poza tym jesteśmy sojusznikami! – zapewnił.
– Staw się jutro na granicy wczesnym rankiem w takim razie... a wtedy cię wyszkolimy na niezłego wojownika!

***

Z ekscytacji praktycznie nie mógł spać. Miał go trenować prawdziwy wojownik! Może wreszcie pokaże siostrze na treningach, jaki jest super! I mama będzie z niego dumna i pan lider będzie chciał go od razu mianować! O tak! O świcie poczuł szyszkę wżynającą mu się w grzbiet. Przetarł oczy i zobaczył podnoszące się słońce na tle bladoniebieskiego nieba. Jego plan zadziałał! W drodze powrotnej ze zgromadzenia specjalnie znalazł szyszkę, żeby położyć ją sobie na posłaniu i wybudzić się wcześnie. Aż dziw, że miał rano tyle energii po tak małej ilości snu. Szybko i jak najciszej zszedł z drzewa i czmychnął z obozu, wciskając się między krzaki na jego obrzeżach. Szedł brzegiem obozu, żeby znaleźć się niedaleko głównego wyjścia. Zachowywał jednak wystarczający dystans, żeby strażnik go nie zauważył. Potem oddalił się od obozu, nie spuszczając wzroku z Owocowego Lasku, a potem z Upadłej Gwiazdy. W końcu dotarł do strumienia oddzielającego wrzosową polanę od reszty terenów Owocowego Lasu. Przez ostatnie susze praktycznie nie było w nim wody. Przebrodził, więc przez niego i wyszedł na drugi brzeg. Był już przy granicy z Klanem Burzy! Teraz tylko musiał poczekać na swojego mentora.

<Pierze? Wytrenujesz kadeta?>
[1054 słów]

Od Pożarowej Łapy CD. Dzwonkowego Świstu

Jak kociaki nie były jeszcze uczniami

Wbiła pazury w ziemię.
– Że ja uciekam?! Naprawdę jestem teraz okropną matką, bo mam dość ciągłego siedzenia w zamknięciu z dziećmi?! Jeszcze zaraz może mnie znowu zamkną w jakiejś dziurze, żebym nie “uciekła” z klanu, co?! – wyrzuciła, jeżąc futro. Widząc zaskoczone spojrzenie kocura, wyrównała sierść na karku i westchnęła. – Życzę miłej nocy, do widzenia – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Strzepnęła ogonem i ciężkim krokiem weszła do żłobka.

***

Po treningu miała zanieść zwierzynę medykom. Bo najwyraźniej od tego tutaj była. “Przynieś, podaj, pozamiataj” jak to mówili. Z jej pyska zwisał królik, kiedy wchodziła do lecznicy. Rzuciła szaraka na ziemię i zmierzyła ostrym wzrokiem kremową kotkę, skarżącą się akurat na ból głowy. Jak najszybciej stamtąd wyszła. Nie miała nastroju na kontakt z Saharą. Usiadła pod ścianą skruszonej wieży i westchnęła ciężko. Wtedy usłyszała głos jakiegoś kocura wydobywający się z legowiska medyków. Mogła rozróżnić tylko niektóre słowa.
– Nie chcę… nietaktowny, ale według mnie… się było tego spodziewać. Nie życzę… źle, ale było… nieuniknione.
Nawet gdyby próbowała, nie mogła nic więcej usłyszeć. Nie tylko dlatego, że kocur mówił cicho i niewyraźnie. Chodziło o obecność Dzwonkowego Świstu, który właśnie się do niej dosiadł. Od ich kłótni nie rozmawiali za dużo. Pożar w ogóle odcięła się od rodziny. Z dziećmi też rzadko wymieniała słowa. Wiedziała, że rudemu o to właśnie chodziło. Nie dała się mu odezwać. Wolała mieć to z głowy.– Nie chcę tego dłużej ciągnąć. Zakończmy to wszystko, co było między nami. Jak chcesz, to opiekuj się dzieciakami. Ja nie zamierzam.
Wyleczeni: Złota Wydma

<Dzwonek?>

Od Mandarynkowej Gwiazdy CD. Żmijowcowej Wici

Zmarszczyła lekko brwi ze zdziwienia. Tego się na pewno nie spodziewała. Nie kojarzyła, żeby ta dwójka była ze sobą jakoś blisko. Przynajmniej była to o wiele lepsza wiadomość niż ostatnie, chociażby o ataku borsuków. Nie potrafiła jednak zrozumieć, dlaczego wojownik czuł potrzebę takiego poinformowania ją o tym. Nie zamierzała jednak robić tu zaraz jakiegoś wywiadu. Niech się cieszy.
– To dobrze. Oby były zdrowe.

***

Kociaki zdążyły się urodzić i trochę podrosnąć. Wszystko było z nimi w porządku. Odwiedziła je kilka razy, głównie po to, żeby zobaczyć, czy przypadkiem nie ma wśród nich jakichś jednostek słabych, przede wszystkim czekoladowych. Na szczęście wydawały się przeciętnymi kociętami. Zajmowały się gonieniem kulek mchu, atakowaniem ogonów rodziców i spaniem. Nie potrafiła tego wytłumaczyć, ale czuła do nich dziwne przywiązanie. Niby nie była z nimi w żaden sposób spokrewniona, ale czasami łapała się na doszukiwaniu się na ich czołach znaku lotosu, którego przecież nie mieli prawa mieć. Kiedy tak patrzyła na Nura i Łabądki z oddali, jedząc śniadanie, dosiadł się do niej Żmijowcowa Wić.
– Jak się mają kociaki? – zapytała instynktownie, mimo że znała odpowiedź. W końcu zaglądała do nich bardzo często. Kocur uśmiechnął się i jakby cicho zamruczał.
– Dobrze – odparł tylko, wiodąc wzrokiem w kierunku swoich pociech.

<Żmij?>

18 czerwca 2026

Od Miodowej Łapy (Miodowego Ula) CD. Jesionowej Szadzi

Przeszłość, Porą Zielonych Liści

Słońce leniwie chyliło się ku zachodowi, tworząc na niebie plejadę barw cieszącą niezwykle oko. Świerszcze zaczęły grać swoje pierwsze melodie, przygłuszone jeszcze przez ostatnie ptaki, powoli wybierające się w celu zaczerpnięcia odpoczynku. Końcówka ogona Miodowej Łapy leniwie podrygiwała co jakiś czas, a sama złota nasłuchiwała śpiewu ptaków, myśląc, kiedy mogłaby znów wyjść na spacer razem z Jesionową Szadzią. Niezwykle miło spędzało jej się czas z liliową, w końcu była jej przyjaciółką! Nie miała tutaj chyba nikogo bliższego jak właśnie ją. Ostatni wypad nad jeziorko był taki wspaniały! Mogła popluskać się w wodzie niczym ryba. Na samą myśl jej pyszczek rozświetlił uśmiech, a serce zaczęło bić szybciej. Okazja spędzenia czasu z kocicą nadeszła do niej prędzej, niż mogłaby się spodziewać. Obydwie skierowały się do tunelu. Gałązki pociągnęły za kłosy Wilczaczek, Miodowa Łapa nawet poczuła, jak jeden z loków wplątuje jej się w cierń i gdy szarpnęła, poczuła lekki ból. Zmarszczyła nos, szybko jednak rezygnując z tego wyrazu, a na roślinie obok niej został kawałek jej futra, gdy wreszcie dane jej było się przecisnąć.
— Słoneczko, poszukamy dla mnie piórka? Chciałabym mieć jakąś ozdobę, tak jak ty — poprosiła cicho, dość nieśmiało Miodek, przypomniawszy sobie o piórze łabędzia, należącym do Jesionowej Szadzi. Może takie rzeczy nie dodawały do wygody, ale z pewnością dodawały uroku. Liliowa zastanowiła się parę uderzeń serca, wreszcie kiwnąwszy głową.
— Możemy. O tej porze ptaki często gubią pióra, właśnie Porą Zielonych Liści. Cały czas jakieś napotykam na patrolach. Jeśli nic nie znajdziemy leżącego na gruncie blisko, zawsze możemy upolować jakiegoś ptaka — zerknęła na Miodową Łapę kątem oka. — Chociaż nie jestem pewna, czy znajdziemy pióro łabędzia — dodała z lekkim zmartwieniem.
Młodsza pokręciła głową energicznie, a gdy tylko przyłapała się na tym, iż łapami wywijała tak, jakby miała zacząć skakać, poruszyła ogonem, uspokajając się nieco, na co liliowa obok zachichotała.
— Nie szkodzi! Zawsze możemy wepnąć sobie dwa takie same w futerko — zapewniła niebieskooka, a jej pyszczek rozświetlił uśmiech, a na licu wojowniczki wymalowała się swego rodzaju ulga, ale i determinacja. Kiwnęła głową.
— Z miłą chęcią.
Ruszyły wolnym krokiem wzdłuż krzewów obozu. Do uszu Wilczaczki docierały spokojne szmery i rozmowy powoli wracających i kładących się w celu zaczerpnięcia odpoczynku kotów. Powietrze dookoła stało się mniej duszące, nabrało swego rodzaju świeżości, która dobrze jej robiła. Stawało się coraz chłodniejsze, ale i przyjemniejsze. Wieczorne śpiewy ptaków powoli cichły, teraz już bardziej zauważalnie. Pręguska co jakiś czas zaglądała między źdźbła trawy z nosem nisko przy ziemi lub rozglądała się pod niskimi krzewami, jakby oczekiwała, że właśnie tam najszybciej uda jej się znaleźć jakieś pióro. Entuzjazm z jej mordki nie schodził, nawet jeśli któryś raz z rzędu wracała do Jesionowej Szadzi z pustymi łapkami. Podreptała jeszcze parę kroków, aż wreszcie…
— O! — wykrzyknęła nagle, po czym natychmiast ściszyła głos. — Chyba coś widzę…! — podbiegła kilka kroków i pochyliła się nad ziemią. Okazało się jednak, że to tylko wysuszony liść, który łudząco przypominał pióro. Ciemna linia pięła się wzdłuż wyschniętej części rośliny, a sam kolor stał się niezwykle blady, wpadający w brązowy. Miodowa Łapa westchnęła. — Pomyliłam się... — mruknęła z rozbawieniem, a na mordce wyłoniło się wyraźne zakłopotanie. Nie zapowiadało się na to, żeby szybko znalazła przedmiot, za jakim się rozglądała, ale jej to wcale nie przeszkadzało. Jednym z celów, owszem, było znalezienie pierza, aczkolwiek fakt, iż szukała go z zielonooką, sprawiał, że cała ta sytuacja stawała się dużo milsza, a wszelkie porażki nie smakowały tak gorzko, przede wszystkim nie psuły humoru, nie na tak długo, bo samo spojrzenie na wojowniczkę momentalnie go poprawiało.

***

Teraźniejszość

Słońce chowało się za drzewami, ukośne promienie przesiane przez listowie rzucało długie cienie na koty, dwójka przeszła przez pędy jeżyn. Wilczy Skowyt zbliżył się do Miodowej Łapy, gdy znaleźli się wreszcie kawałek dalej od serca Klanu Wilka. Wokół nich rosły gęsto drzewa iglaste, pnące się pewnie do nieba, zdawało się, iż sięgały chmur i je rozrzedzały. Śpiew ptaków zamilkł, a między Wilczakami utworzyła się dość napięta atmosfera, z której Miodowa Łapa nie zdawała sobie długo sprawy. Nie miała powodów do tego, żeby myśleć o całej tej sytuacji negatywnie, wyszła z czekoladowym na trening, tak, jak wczoraj, przedwczoraj i każdego dnia, odkąd została mianowana uczennicą. Z zadumy wyrwał ją głos kocura.
— Dzisiaj twoim zadaniem jest, żeby ze mną zawalczyć i wygrać. Będziesz musiała mnie pokonać, Miodowa Łapo. Wtedy zaliczę ci trening — powiedział poważnie Wilczy Skowyt, patrząc na swoją uczennicę. Końcówka jego ogona zaczęła poruszać się na dwie strony, a spojrzenie utkwił w złotej koteczce, najprawdopodobniej oczekując, że zaczną właśnie teraz. Kotka rozprostowała łapy i naprężyła mięśnie. — Możesz używać pazurów, zresztą… — wojownik wysunął pazury, rysując nimi podłoże pod sobą lekko. Wyprostował się, patrząc na nią lekko z góry. — Jedyny warunek, to to, że mamy wyjść z tego żywo — zakończył, przybierając pozycję do walki. Niepewność przecięła serce złotej, a myśli wypełniły zmartwienia. Czy będzie w stanie z nim wygrać? W końcu to był jej mentor. Krzywdzenie drugiego kota nie było też czymś, co przychodziło jej z łatwością. Nienawidziła przemocy i dźwięków tak głośnych, że rozdzierały aż uszy. Pręgus, tak cicho niczym płomykówka polująca na myszy o zmroku, wyskoczył w jej kierunku z wysuniętymi szponami. Złota uskoczyła w bok, unikając ciosu wojownika. Niestety, nie zdążyła ponownie tego zrobić, ponieważ Wilczak zaszurał łapami, chwytając się gruntu niczym ptak gałęzi swymi szponami i przygwoździł ją do gruntu mocno, blokując przednie kończyny. Chyląc łeb ku jej krtani, zaczęła kopać go desperacko po brzuchu, wręcz brutalnie, bo z całej siły. Serce złotej biło coraz szybciej, kiedy zaczęli we dwójkę turlać się po połaci, złączeni w uścisku pazurów i latających dookoła kępek futra. Uwolniła się spod przeciwnika, dysząc ciężko, mentor zaczął wymachiwać łapami, samemu także będąc już zmęczonym. Kotka umknęła przed kolejnym jego ciosem i rzuciła się na jego przednie kończyny, gryząc je, czując paniczny obowiązek chronienia siebie. Gdy mimowolnie odepchnęła go, sapnąwszy ciężko, starszy wylądował na leśnej ściółce brzuchem, niemal nie uderzając głową w wystający obok, gruby korzeń.
— Wilczy Skowycie, ja… przepraszam — miauknęła, patrząc na niego z kolosalnym zmartwieniem. Jej oczy stały się ogromne, a mięśnie mimowolnie rozluźniły. Nie chciała już walczyć, to było za wiele na jej nerwy.
Kocur wykorzystał chwilę jej nieuwagi i podciął jej łapy, stając teraz na tylnych nogach nad nią i uderzając z całej siły w jej grzbiet. Uderzyła brodą o ziemię, czując ból w okolicach języka. Czy przygryzła go sobie? Łapami nakryła odruchowo pysk, zamykając w przerażeniu oczy, a uszy kładąc po sobie, niczym winny zamieszania kociak. Miodowa Łapa wrzasnęła z bólu, a łzy zaczęły spływać jej po policzkach. Gdy uderzono w nią jeszcze parę razy, doszło do niej, że dopóki nie wygra, to Wilczak nie zamierzał przestawać. Odturlała się ciężko i przy pomocy wiekowej rośliny podniosła się, a potem, niczym wiewiórka, zawędrowała na najniższą gałąź i odruchowo zeskoczyła z niej, przygniatając kocura, który nie zdążył wspiąć się na czas. Spadli razem z wysokości, całe szczęście, nie było to na tyle wysoko, żeby mieli cokolwiek sobie łamać. Wilczy Skowyt z jękiem upadł znowu na ziemię, jego ciało było z pewnością pokryte siniakami, zresztą to samo można było powiedzieć o spanikowanej Miodek, która wcale nie chciała go krzywdzić, ale musiała. Gdyby była łysa, wyglądałaby tak, jakby cała energia życiowa z niej uszła, z powodu obawy o mentora. Jej spojrzenie jaśniało lękiem. Brązowy poruszył ogonem nerwowo, choć w oczach było widać dumę.
— Jesteś już gotowa — wycedził pomiędzy nabieranymi oddechami.

***

Miodowa Łapa ustawiła się przed Wilczym Skowytem, spoglądając na niego niepewnie. Nadal była obolała po ich ostatniej potyczce, nie zdążyła nawet w pełni się po niej pozbierać, przynajmniej psychicznie, a… A znowu miała zawalczyć z własnym mentorem… podczas treningów zdarzało im się ćwiczyć walkę, aczkolwiek nigdy nie pomyślałaby, że przyjdzie jej kiedyś zawalczyć właśnie z nim, na środku obozu, przed wszystkimi. Tak naprawdę, to wiedziała o obowiązku walki, w przeciwnym razie zostałaby wiecznym uczniem, albo wyrzuconoby ją z klanu, z powrotem do lasu, do głośnych maszyn Dwunożnych… Otworzyła oczy szeroko, jedną z łap kładąc na drugą niepewnie, machnęła ogonem jednokrotnie. Jej uszy nagle wychwyciły pomruk:
— Miodowa Łapo, wierzę w ciebie! — zawołała liliowa, z pewnością zauważywszy wyraz pyszczka uczennicy. Złotofutra zamrugała parokrotnie, a w piersi zakwitło jej ciepłe uczucie. Przywarła do ziemi, czekając na znak ze strony Zalotnej Gwiazdy.
— Walczcie! — rozkazała kocica z wyżej położonej mównicy.
Wilczy Skowyt otworzył pysk, ukazując zęby. Zaszarżował w jej stronę z wysuniętymi pazurami. Miodowa Łapa odruchowo zanurkowała pod jego wyciągniętą nogę i zadrapała jego brzuch szponami, ciągnąc za sobą kawałki futra. Na podłoże wylała się posoka starszego, a łapę jasnookiej spotkał podobny los, była teraz cała umorusana. Wojownik syknął wściekle, ten atak nie mógł mu przejść koło nosa. Kocur wgryzł się w jej ogon i zaczął nim szarpać na boki, na co uczennica wrzasnęła głośno, gdy ból się do niej dostał. Próbowała pyskiem sięgnąć pręgusa, jednak robił dość sprawne uniki, uniemożliwiając jej to. Uniósł się na tylne łapy pospiesznie, w celu skoczenia na Miodek, która teraz wyswobodziła się z jego uścisku, jej ślepia zamgliły łzy, skapujące z jej pyska co jakiś czas. Nienawidziła tego uczucia, nie podobało jej się to, że musiała kogoś krzywdzić i że ją też musiano krzywdzić. Odwróciła się do niego tyłem i gdy brązowooki już chciał wykonać swój ruch, skacząc jej na barki, kopnęła go niczym spłoszony koń w brzuch. Czekoladowemu uszło całe powietrze z płuc, a sam poleciał kawałek dalej, ciśnięty niczym szmaciana lalka. Zaszurał o grunt, pazurami zahaczając o niego w celu zatrzymania się, tak, jak ostatnio i nabrał łapczywie parę oddechów. Miodowa Łapa doskoczyła do niego szybko, sama czując już powoli ogarniające ją zmęczenie, a jeszcze nie został ogłoszony werdykt, czy wygrała, czy nie. Wilczy Skowyt podniósł się na łapy ciężko, warcząc zajadle, niczym wściekły pies. Rozjarzone oczy i ostre zęby mignęły jej tuż przed oczyma, niemal wbił jej się w skórę na licu. Serce byłej pieszczoszki zabiło szybciej. Wspięła się na tylne łapy i wykręciła w bok, po czym sprawnie przygwoździła go do ziemi. Jej pazury muskały jego łaciate futro, gdy trzymała jasną łapę na jego unoszącej się i opadającej pospiesznie klatce piersiowej. Przyduszony przez jej ciężar, starał się unieść tylne kończyny w celu dosięgnięcia jej brzucha, lecz Miodowa Łapa nie rezygnowała z nacisku, jaki na niego kładła. Jej łapa zaczęła powoli drżeć, a czekoladowy, zdawało się, dał wreszcie za wygraną. Złota sapała z powodu wysiłku, ból promieniował jej z ogona, niosąc się po całym kręgosłupie. Miała nadzieję, że nie było to nic więcej jak parę zadrapań i siniaków. Oprócz tego, do dyskomfortu dochodziły także drobne ranki po ostatniej walce, które dopiero co zostały załatane. Miodek miała wrażenie, jakby ciało kazało jej lada moment paść, najlepiej tuż obok kocura, w celu zaczerpnięcia odpoczynku i wreszcie, regeneracji. Nabranie sił po tak wyczerpującym starciu nie zapowiadało się na nic łatwego czy miłego…
— Koniec! Miodowa Łapa wygrywa! — wydała werdykt szylkretka, a niebieskooka podniosła pysk ku górze, spoglądając teraz na nią. Odsunęła się delikatnie od Wilczego Skowytu, który sapał jeszcze przez chwilę na ziemi, po czym podjął próbę podniesienia się. Miodek, zauważywszy to, od razu pomogła mu wstać, ze zmartwieniem dopytując, czy aby na pewno wszystko w porządku. Kocur zarzekał się, iż nic mu nie jest. — Miodowa Łapo, wystąp — zażądała, a kocica od razu wykonała rozkaz liderki. Serce tłukło jej z przejęcia, a ogonem wywijała na boki, niczym biczem. W kącikach oczu zaczęły zbierać jej się łzy szczęścia.
— Ja, Zalotna Gwiazda, przywódca Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Mimo pochodzenia pieszczoskiego udowodniła nam, że nawet koty nienarodzone w lesie potrafią się dostosować do zasad panujących w nich i samemu ich przestrzegać. Trenowała pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków i by zrozumieć wasz szlachetny kodeks. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. Miodowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Miodowa Łapa otarła łezki z policzków, kiwając ochoczo głową i uśmiechając się szeroko, szczerze.
— Przyrzekam! — odparła pewnie, chociaż jej głos lekko się zatrząsł. Z emocji łapki jej drżały, zresztą to samo można było powiedzieć o podrygujących wąsikach. Szylkretka uśmiechnęła się delikatnie, mrużąc ślepia.
— Mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Miodowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Miodowy Ul. Klan ceni twoją siłę i nieugiętość, oraz wita cię jako nową wojowniczkę Klanu Wilka.
Nowe imię nadane byłej pieszczoszce było skandowane głośno przez tłum i ku zdziwieniu Miodek, jej imię wołało więcej kotów, niż mogłaby się tego spodziewać. Pisnęła niczym podekscytowany mianowaniem kociak. Kątem oka dostrzegła, jak Wilczy Skowyt jest odprowadzany do legowiska medyka przez Chudy Grzbiet, który miał niezadowolenie wymalowane na krótkiej mordce. Do złotofutrej podeszła Jesionowa Szadź, na sam widok serce kotki zabiło szybciej, a myśli zaczęły, w głównej mierze, wirować wokół tego, co może za chwilę usłyszy. Wiwaty zaczęły cichnąć, a Wilczacy wracali powoli do swoich obowiązków. Miodowy Ul wtuliła się w pierś na szyi Jesionki, zupełnie tak, jak ostatnio, ciesząc się z towarzystwa przyjaciółki.
— Mam teraz wojownicze imię, zupełnie jak ty! — mruknęła cicho złota, odsuwając się lekko od liliowej i posyłając jej szczery uśmiech. Zielonooka spojrzała na nią czule.
— Wspaniale walczyłaś. To odkopnięcie Wilczego Skowytu było najmniej spodziewane, nie widuje się takich chwytów często — powiedziała spokojnie starsza, a futro na jej policzkach powiewało aksamitnie, targane przez wiatr.
Miodek pokręciła głową, łapą lekko poruszając w górę i w dół, jakby chciała przekazać niewerbalnie: “to nic, to wcale nie było takie wspaniałe”. Gdyby była łysa, na jej mordce byłoby widać rumieńce.
— Och, słoneczko. To nic takiego… — powiedziała, a jej pyszczek rozświetlił się na nowo, gdy nawiązała kontakt wzrokowy z pręguską obok. — Teraz będziemy mogły chodzić, gdzie chcemy i o której chcemy — kontynuowała, a uśmiech nie schodził jej z pyszczka. Powinny jakoś to świętować… — Ułożymy nasze posłania obok siebie, będziemy mogły wtedy rozmawiać nawet i całą noc! — miauknęła z ogonem powiewającym na boki.

***

— Słoneczko, wybrałabyś się ze mną poza obóz? — zapytała niewinnie, mrugając parokrotnie i patrząc z nadzieją na liliową stojącą tuż przed nią. Jesionka nie wyglądała na szczególnie sceptyczną wobec tego pomysłu. Dzisiaj zdążyły odbyć już patrol, a także miały zaliczone polowanie, dlatego nie było przeszkód ku zrealizowaniu tego. Starsza kiwnęła głową. Nadeszła Pora Opadających Liści, a wraz z nią konkretne obniżenie się temperatur. Bardzo sprawne zmniejszyła się ilość owadów wszędzie dookoła, ponadto – las stał się nadzwyczaj cichy. Nadal między gałęziami krzątały się ptaki, jednak było ich zdecydowanie mniej, a zwierzyna nie pchała się już prosto pod łapy. Wieczory stawały się coraz to chłodniejsze z dnia na dzień, mroźne szpony targały futrami kotów, drzewa iglaste sypały masowo zaschniętymi igłami, jeszcze sięgającymi Pory Zielonych Liści.
— Coś się stało? — zapytała Jesionowa Szadź, idąc teraz za towarzyszką, która bardzo pewnie prowadziła ją przez obóz z ogonem uniesionym wysoko.
— Niee! — złota szybko pokręciła głową, przebierając łapkami. — Znaczy... muszę ci coś pokazać. To niespodzianka, więc nie mogę ci za wiele o tym powiedzieć — poczuła, jak serce zaczyna bić jej szybciej. Prawie jej wygadała wszystko! W oczach zabłysło jej lekkie podenerwowanie, a Jesionowa Szadź, zauważywszy to, jej pyszczek rozjaśniło lekkie rozbawienie.
— Niespodzianka? — powtórzyła rozmówczyni, z wyraźnym zainteresowaniem.
— Tak. Tylko nie możesz podglądać.
— A jak mam iść? — pytanie to miało dużo sensu, jednak złota zdążyła je przewidzieć. Właśnie ten element był jednym z najważniejszych, więc o to nie musiały się wcale martwić. Może poza wystającymi korzeniami drzew czy krzewami jeżyn, ale to coś wymyślą…
— Ja cię poprowadzę, słoneczko! — obiecała niebieskooka z przekonaniem. Miała nadzieję, iż wykonanie jej planu nie będzie trudne. Na pyszczku liliowej pojawiło się wahanie, ale finalnie westchnęła cicho, godząc się na taki los. — O-oczywiście, jeśli ci to nie przeszkadza — młodsza nagle dopowiedziała niepewnie, spoglądając wielkimi oczkami na kotkę obok. — Bardzo bym chciała ci coś pokazać, to niezwykle dla mnie ważne. Dlatego, jeśli nie jesteś niczym zajęta, to…
— Nie martw się, wykonałam na dzisiaj już wszystkie możliwe obowiązki, dlatego nikt się na mnie nie pogniewa, jeśli z tobą pójdę. Zresztą, nawet gdyby się pogniewali, nie mogłabym zaprzepaścić takiej okazji, żeby spędzić czas z tobą — zapewniła ją spokojnie Jesionowa Szadź, jej ogon powędrował na bok złotej, co poniosło przyjemny dreszcz wzdłuż jej kręgosłupa. Pokiwała głową, ciesząc się tą chwilą. W jej sercu zagościło niezwykle miłe, ciepłe uczucie, promienujące na lwią część ciała. Podeszła bliżej do Jesionki, a ich boki zaczęły się stykać.
— Zamknij oczy — poprosiła, patrząc teraz z powrotem na zielonooką. Tym razem to ona użyła swojej kity, ale po to, żeby zakryć oczy przyjaciółce. Wilczacy nie zwracali aż tak szczególnej uwagi na nie w tym momencie, dlatego nie musiały się zamartwiać dodatkowo. Były już wojowniczkami, więc nie musiały nikogo pytać o pozwolenie.
Koteczki wyruszyły poza obóz. Podczas chwilowej wędrówki porozmawiały jeszcze co nieco o chwytach bitewnych, a także różnicach, jakie panowały w Klanie Wilka, a innych przynależnościach – samotnikach, a pieszczochach i było to dużą różnicą. Oprócz tego Miodowa Łapa zaproponowała również, że mogłyby w legowiska wpleść więcej rzeczy, najlepiej takich samych, żeby nikomu nie było smutno, że ma inne albo że ma mniej… Śpiew ptaków działał na nie kojąco, wyganiając z umysłów wszelkie troski, jakie tylko mogły w nich siedzieć do tej pory. Ziemia pod łapami była lekko podmokła i rozchlapywała się na boki z powodu kałuż, jakich nasypało tak gęsto, niczym śniegu Porą Nagich Drzew, ale nawet i to nie powstrzymywało dwójki. Miodek czuła chłód w poduszkach, a także końcach uszu. Mroźna pora zbliżała się wielkimi krokami, bardzo kontrastowało to z upałami, jakie miały miejsce jeszcze przecież nie tak dawno temu.
Dotarły wreszcie na łąkę gęsto porośniętą wszelkiego rodzaju ziołami, od czysto granatowych, aż po intensywnie szkarłatne – maki, ogóreczniki, chabry… Ostatnie przykuły największą uwagę Miodowej Łapy, bardzo kontrastowały z jej złotym futerkiem, wręcz idealnie komponując się między kłosami, gdyby tylko zechciała je zebrać. Jasne kwiaty porastały niewielkie wzniesienie niczym rozsypane po ziemi gwiazdy. Niektóre kołysały się lekko na wietrze, inne pochylały pod ciężarem kropelek rosy, będącej efektem jeszcze porannej mgły, która szybko opadła w ciągu dnia. Słońce rzucało na nich przyjemne promyczki, w których sierść młodszej zdawała się identycznego koloru, co wielka kula na niebie, a może nawet i prezentowała się ciekawiej. Miodowa Łapa zatrzymała się, a uderzenie serca później tak samo postąpiła Jesionka.
— Już możesz otworzyć… Tadaaaa! — powiedziała podekscytowana złotofutra, obserwując reakcję liliowej z lekkim napięciem. Czy jej się spodoba? — Pomyślałam o tobie, gdy znalazłam te kwiaty. Pachną bardzo intensywnie, nie znam się niestety na roślinach, ale… przypominają gwiazdy, szczególnie te o białych płatkach — ujęła w łapy drobny kwiatuszek ogórecznika. Przed nimi, otoczone miejscami ugiętą trawą, prezentowały się starannie poukładane płatki kwiatów, wraz z ich całymi częściami oraz łodyżkami, a oprócz tego – szyszki, jak i również drobne gałązki drzew iglastych, ułożone w charakterystyczny kształt gwiazdki, chociaż gdyby przesunęło się jeden z punktów, przypominałoby serduszko.

<W stronę gwiazd, słoneczko 💛💛⭐>

Nowa Członkini Pustki!

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Starość

Odeszła do Pustki!

Od Żabki (Żabiej Łapy) do Trzcinowego Szmeru

Żabka dobrze pamiętała kotkę, która odwiedzała ich w żłobku bardzo często. Była śliczna i może trochę markotna czasami. Ale opowiadała najlepsze historie i była najlepszym wojownikiem jakiego Żabka znała. A przynajmniej tak sądziła. Trzcinowy Szmer. Odwiedzała ich, a potem sama urodziła kociaki.
Żabka była zadowolona, że miała więcej łap do zabawy.
Jednak po zostaniu uczennicą to ona miała szansę odwiedzić Trzcinowy Szmer w żłobku.
Ale zanim urządzi sobie wycieczki po obozie miała inne zadanie. Lawendowa Rozkosz zabierała ją na trening. Jeden z pierwszych, chociaż tereny klanu już zwiedziła. Żabka nie była zbyt chętna iść gdziekolwiek tego upalnego dnia, ale nie widziała żadnego dobrego argumentu aby odmówić swojej mentorce. Zaszczyciła więc ją swoją obecnością o ustalonym czasie.
– Dzień dobry Lawendowa Rozkoszo! – Przywitała się z mentorką z szerokim uśmiechem.
– Ach! Żabia Łapo! Ruszajmy! Czeka nas całkiem ciekawa lekcja dzisiaj! – oświadczyła Lawenda.
– A jakaż to? – Żabka machnęła swoim długim ogonem i wbiła wielkie oczyska w starszą kotkę. Ta uśmiechnęła się bardzo szeroko.
– Umiesz pływać? – Liliowa kotka przeskoczyła z łapy na łapę.
– Trochę. Jak tatko nie patrzył to moczyło się łapki to tu… to tam… – nie chciała jednak zdradzać za dużo o swoich wybrykach.
– No dobra! Ale chciałabym zobaczyć jak dobrze pływasz! – jej mentorka uniosła ogon i zaraz udawała się do brzegu wyspy. No tak. Jeśli chcesz stąd wyjść musisz umieć pływać. Żabka nie bała się wyzwań.
Jej pływanie było nieco niezgrabne i nadal było w nim widać kocięcy brak doświadczenia, jednak jakoś wygrzebała się z obozu.
– Nie jest źle. Nauczymy cię jeszcze bardzo dobrze pływać! A dzisiaj, zwiedzanie i może coś upolujemy po drodze!
Żabka była nieco zmęczona o tym jak wróciła z treningu. Była też morka, ale to nic nowego dla kota z Klanu Nocy. Każdy wojownik, który wracał ze zdobyczą lub z patrolu kończył z futrem przywartym do ciała. Żabka otrzepała się nieco i z myszką w pysku podeszła do kupki ze zdobyczą, która była pełna ryb i różnego ptactwa. Odłożyła ją chwytając sobie jakiś kąsek. Powoli ruszyła w kierunku żłobka, bardzo z odruchu. W końcu jeszcze parę dni temu tam mieszkała. Zawahała się przed wejściem przypominając sobie, że przecież jest już uczniem. Dzisiaj była świeżo na treningu.
– O! Niesiesz coś dla naszej królowej? – jakiś wojownik podsunął jej doskonałą wymówkę.
– Oczywiście! – mruknęła Żabka i zniknęła w żłobku. Tam prychnęła na Fląderkę, która podniosła głowę aby zobaczyć kto wchodzi. Czekoladowe koty były naprawdę… oburzające. I jeszcze ta cała Mysiomózga Łapa! Dwa siebie water koty!
– Dzień dobry, Żabia Łapo. – Trzcinowy Szmer podniosła na nią oczy. Żabka odłożyła przed nią kawałek jedzenia.
– Dzień dobry, Trzcinowy Szmerze! Jak Ci mija dzień? – zagadnęła.

<Trzcinowy Szmerze?>
[427 słów]

Od Żabki do Rzekotki

Żabka powiedziałaby, że żłobek jest diabelsko nudny ostatnimi czasy. Mama, kochana mama, opowiada im czasami bajki, ale ile można było jej słuchać! – Hej Roszpunka, Rzekotka! – Żabka stanęła nad siostrami. Ledwo uchyliła oczy a już była niespokojna i znudzona. – Mama śpi. Co powiecie na mały spacer?
Rzekotka przeciągnęła się i zamlaskała. Wytarła pulchną łapką ślinę, która jej wyciekła z pyszczka podczas piątej drzemki tego ranka. Spojrzała na siostrę wielkimi oczyma i tak patrzyła. Przez dłuższą chwilę milczała, wgapiając się w Żabkę i myśląc nad tym co powiedziała. Po chwili na jej pyszczku zagościł szeroki uśmiech. – Spacereeeeek! – Miauknęła chętnie.
– Spacer? – Roszpunka zerknęła na nie zaspana.– Okej!
– No dobra. To ruszamy! Nawet wiem gdzie sie przejdziemy! Tata opowiadał nam, o tym miejscu, tam w krzakach. Że nas kiedyś zabierze, ale przecież możemy pójść same! – Żabka zamrugała swoimi wielkimi oczami i ruszyła do wyjścia ze żłobka rześkim krokiem. Żabka parła z siostrą do przodu. Ale chwila! Tylko jedną. Dobrze, że ledwo wyszły ze żłobka i nie zaszły daleko. Żabka odwróciła się i wbiła swoje wielkie oczyska w wejście, siadając.
– Czemu stoimy? – Ropuszka też się zatrzymała.
– Zgubiliśmy Rzekotkę... – miauknęła – Musimy po nią wrócić! To niedobrze zostawiać siostrę za sobą! – Oświadczyła i wróciła się, a jej zagubiona siostra akurat wpadła w nią przy wychodzeniu. – O tu jest!
– A cooo jeeeest? – Zapytała zdziwiona, rozglądając się za tym „czymś".
– Ty. Bo o tobie mówiłam, że cię zgubiliśmy. Ale cię znaleźliśmy. Chodźmy! Tam! – pokazała na krzaki. – Tam jest kałuża! Możemy się pobawić w krokodyle! Rzekotce oczka rozbłysły.
– KAŁUŻA!! – Miauknęła wesoło. – WODA! Chodźmy się wykąpać! Żabka musisz tam wejść, bo w końcu jesteś żabka!
– Ropuszka też! –- Żabka mruknęła. – lubisz kałuże co? – zapytała się siostry. – Ja lubię!
– Masz rację!!! – Zaśmiała się. – Kocham wodę! Ale lubię też ziemię, wiesz? Bo można na niej siedzieć. A w wodzie jak posiedzieć?
– Jak jest płytka to się ta! – odparła Żabka jak największy mędrzec tego świata. Jakby wiedziała wszystko! Bo przecież wie! A jak nie wie to też wie! – O! Jest kałuża! – Ropuszka była pierwszą którą ją zauważyła. Kryła się zaraz przy krzakach, ale nadal w zasięgu wzroku reszty wojowników. Rzekotka wybałuszyła oczy. – A czy ta jest płytka? – Zapytała, chociaż źdźbła trawy przebijały się na powierzchnię.
–No chyba! – odparła koteczka. Zanurzyła przednie łapki zapadając się pod sam brzuszek. Ale nie utonęła. Trochę ciężko się chodziło, ale było...wystarczająco płytko – widzisz! Wiedziałam!
Rzekotka otworzyła szeroko pyszczek i wybałuszyła wielkie oczy. – Woooooah! – Miauknęła zszokowana. – Ale Ty jesteś mądra Żabka! A ja też mogę wejść?
– No tak! Pewnie, że możesz! – Odparła Żabka – Tylko uważaj na kamienie pod łapami żebyś się nie wywaliła! – Ale nadal czuła się odpowiedzialna za siostrę. Ropuszka obok nich sama też wskoczyła do wody. Rzekotka miauknęła wesoło w odpowiedzi. Podniosła grube łapki i chlapnęła wodą, kiedy je zanurzała.
– Ale fajnie! – Oznajmiła. – Ta woda jest taka mokra!!!
– No tak! Woda ma być morka. W przeciwnym wypadku nie byłaby wodą, tylko ziemią! – oświadczyła Żabka jakby to było wielkie odkrycie. Chlapnęła Ropuszkę tą nieco brudną wodą. Ta zmarszczyła nos i jej oddała. I po chwili tak się obie chlapały, śmiejąc się w głos.
Rzekotka wydała z siebie miauk zszokowania.
– Jesteś taaaaaka mądra Żabciu! – Skomplementowała siostrę. Po chwili Rzekotka dołączyła do sióstr i kilka uderzeń serca później cała trójka uciekinierek miała wodną bitwę. I wszystko byłoby pięknie jakby nie ich zmęczona mam a, która przerwała im tę piękną zabawę. Załamana usiadła przy ich kałuży i spojrzała na te trzy kociaki, tak radośnie się chlapiące, ale jakże niemiłosiernie brudne z błota i brudnej wody. Nic tylko załamać nad nimi łapy.
– Dzieciaki... – miauknęła. – Już wystarczy!
–Ale mamo! Jeszcze chwilę! – Żabka obejrzała się na kotkę. Ta zmrużyła oczy. – I tak już jesteśmy mokre! – oświadczyła, w końcu była bardzo mądra! Tak powiedziała siostra!

<Rzekotko?>

Od Promiennego Słońca

Promyk spoglądała na Mirtowe Lśnienie z wściekłą miną. Ten kot nie zasługiwał na swoje nowe imię. Nie… W końcu Tawuła nie był zdolny do zdrady. Nie było w nim złej kości! Rady, porady, dobre słowa — to było wszystko co dawał temu klanowi. Wykonywał swoje obowiązki dokładnie, chociaż znikał na długie godziny. Nie zawodził jako wojownik! I Mirtowe Lśnienie próbuje wmówić wszystkim, że został zaatakowany przez Tawułę? Mysi Móżdżek z niego, że sądził, że Promyk będzie w stanie w to w ogóle uwierzyć.
– Promienne Słońce? – Słoneczne Oko położył łapę na jej barku. – Ja wiem… że to… nasz brat stracił życie, ale… co jeśli to prawda?
– Prawda? Uważasz, że nasz brat byłby w stanie zrobić coś takiego? – Promyk zwróciła się do jedynej osoby, która została jej naprawdę w życiu. On i ojciec.
– Nigdy nie wiesz co kryje się głęboko w kocie. On nie lubił Lśniącej Gwiazdy. – Słońce odwrócił wzrok. Promyk zacisnęła mocno zęby. Nie chciało jej się wierzyć, że jej brat… Słoneczne Oko, ten naiwny, kochany brat, uwierzyłby w zdradziectwo swojego rodzeństwa.
– Ty go lubisz co? Nawet po tym, jak zamordował naszego brata, co? – Promyk uśmiechnęła się krzywo. Jej działające oko zaszło łzami. – Nie wierzę… Mój własny brat przeciwko bratu.
– Tawuła go nie lubił… To jest możliwe, że próbował się go pozbyć! – Słoneczne Oko się wzbraniał. – Będę za nim tęsknić, nie kłamię, ale…
– Nie… Nie tłumacz się. Nie ma sensu. Też będę tęsknić. Za nim. Za tatą. Za wujkiem. – miauknęła. – Będę też tęsknić za Tobą, bo mam nadzieję, że cię już więcej nie zobaczę. – warknęła i wstała. Jej łapy poniosły ją automatycznie głęboko w tereny Klanu Klifu. Nie zwracała uwagi na swojego brata, który zaczął jej towarzyszyć. Miała go dość. Miała dość Lśniącej Gwiazdy, jego ego, jego zastępczyni flirtującej z powietrzem, jego podejścia do życia i klanu. Zabił jej brata, a jej drugi brat co na to?
– Po kie za mną idziesz? – Promyk zatrzymała się wpół kroku i mało nie zderzyła ze swoim towarzyszem.
– bo jesteś moją siostrą! I … I rozumiem, że nie wierzysz w słowa Lśniącej Gwiazdy i… może ja też nie powinienem, ale… Tawuła był tak negatywnie nastawiony do decyzji naszego lidera… a Klan Gwiazdy dał mu życia, potwierdził jego imię i… Co, jeśli jednak? – Słoneczne Oko spojrzał na siostrę z zawodem. Ta tylko odetchnęła ciężko i spojrzała w bok. Była zła. Wściekła. Wkurzona. Furia buzowała w niej jak ogień, który palił do akcji. Wyszła z obozu, żeby przypadkiem nie rzucić się na kogoś z rodziny tego przeklętego kota, a teraz jej własny brat spoglądał jej w pysk i bredził. Stawiała się po stronie tego potwora.
– Decyzje Lśniącej Gwiazdy są... kwestionowanle. – miauknęła.
– Ty też jesteś przeciwko niemu? – Słońce opuścił uszy po sobie. – Nie bądź jak Tawuła, okej? – Oko spojrzał na nią błagalnie. ”Jak Tawuła”. Tawuła był niczym jak dobrym kotem. Martwym kotem. Kotem, który zasługiwał na dobry pochówek i godną śmierć, a nie knowania tego… tego… tego… mysiego móżdżka!
Promyk spojrzała na brata z furią.
– Wiesz co? – miauknęła uśmiechając się nagle. Słoneczne Oko spojrzał na nią ze wzrokiem pełnym niepewności. – Będę gorsza od niego. – wyszczerzyła swoje kiełki i skoczyła na brata. Przycisnęła go do ziemi całą sobą i zamachnęła się pazurami. Trafiła w sam pysk pozostawiając na nim zakrwawione szramy. Kotka miała przewagę zaskoczenia nad swoim bratem, który dopiero po paru sekundach zdążył zrozumieć co dokładnie się dzieje. Próbował ją zepchnąć, ale zanim mu się udało Promyk trafiła jeszcze dwa ciosy. Słońce uderzył ją tylnymi łapami w brzuch sprawiając, że przetoczyła się po runie leśnym. Wstała, spojrzała na niego. Jego pysk był pokryty śladami jej nienawiści.
– Promień?! – Słoneczne Oko przetarł pysk z przerażeniem. Kotka nie skoczyła na niego ponownie.
– Proszę. Chciałeś zdradę, dostałeś zdradę. Na własnej rodzinie tym razem, a nie na jakimś podszywaczu, złodzieju i mordercy! – uśmiechnęła się i oblizała łapę z krwi. – Pamiętasz…
– Co? Co mam pamiętać?! – Słońce robił się widocznie coraz bardziej wściekły.
– Że będziesz pierwszym, który będzie wiedział, że odchodzę z tego klanu. Proszę. Odchodzę. Nie ma mnie. Znikam. I nigdy mnie już nie zobaczycie. A ty… masz pamiątkę po „ukochanej” siostrze. Zdrajczyni, jak brat…– wysyczała przez zęby i podskoczyła na łapy. Zaraz ruszyła do ucieczki, mając nadzieję, że brat za nią nie podąży. I tak też było. Słońce się zawahał i Promyk już nie było. Pozostał tylko zapach krwi i łez.
Promyk przekroczyła drogę grzmotu bez zawahania się. Potem przeszła przez rzekę gdzie Łapka parę dni temu pokazała jej drogę. Skryła się w bezpieczeństwie łąk i kniei pokrywających te tereny, mając szczerą nadzieję, że nikt nie będzie jej już szukać. Że jej wybryk nie zwróci wystarczająco uwagi. Że jej brat przyzna się, że jego siostra uciekła. Dostała załamania nerwowego i zniknęła. I nikogo już nie będzie obchodzić dokąd się uda i kim zostanie.
Promienne Słońce podniosła wzrok na miasto w oddali i odetchnęła. Pozostało jej tylko czekać spokojnie do wieczora, kiedy jej szansa na ucieczkę w miejsce, gdzie nikt jej nie zna, się pojawi. I tak też było. Łapka minęła ją nieświadoma, że Promyk kryje się dzisiaj znacznie bliżej niż zazwyczaj.
– Łapko? – mruknęła, kiedy ta po prostu przeszła niedaleko. Pieszczoszka zjeżyła się na jej głos i podskoczyła ze strachu. – Tu jestem. Za Tobą.
– Ale się skradasz! – niebieska koteczka zaśmiała się nerwowo. – Co ty tutaj robisz?!
– To… długa historia. – Promyk prychnęła pod nosem. – Mój brat, Tawuła został zamordowany.
– Co? – Łapka przysiadła sobie na ziemi zaskoczona. Jeszcze parę dni temu słuchała o tym, jakim to on był porządnym kotem.
– Udał się na patrol z Lśniącą Gwiazdą, który twierdzi, że mój brat był zdrajcą i go zaatakował. Ja w to nie wierzę! Nigdy! – prychnęła. – Tawuła nie był taki. Nigdy. Żaden lider mi nie wmówi, że to prawda. Ale Słoneczne Oko… on uwierzył i … trochę się z nim pokłóciłam i … może za mocno zareagowałam, ale… co się stało się nie odstanie. – Promyk potarła swój pyszczek łapą. Po krwi nie został już nawet zapach. – W każdym razie, już ta nie wracam.
– Co? Ale… Przecież, tak bardzo odpowiadałaś mi jak lubisz życie wojownika?! Dlaczego teraz miałabyś je porzucić?!
– Co nie będę żyć w klanie, którym rządzi morderca i kłamca. – odparła. – A … jeśli zmienię klan to znowu będę odrzutkiem, więźniem albo… hipokrytą. Oceniałam Zająca, jednego z wojowników, który wycofał się z klanu, jako tchórza i zdrajcę, a popatrz się na mnie teraz… Robię to samo. To samo. Nie chcę go spotkać w Klanie Burzy, a to właściwie byłoby moją jedyną opcją.
– To… co teraz? Co teraz zrobisz? – Łapka opuściła uszy po sobie.
– Weź mnie ze sobą do miasta… proszę. – Promyk spojrzała na nią błagalnymi oczami.
– Miasto jest… niebezpieczne! – Łapka przeskoczyła z łapy na łapę.
– Wiem. Ale… Dlatego potrzebuję ciebie. Znajdziemy Mi skrawek ziemi pod jakimś … jak to się nazywało? Śmietnikiem? I wszystko będzie okej. Przyzwyczaję się.
– Tak. Śmietnik. Ale… No dobrze. Wezmę cię. Ale słuchasz się mnie we wszystkim! – Łapka podrapała się po głowie. – Bo ty nie wiesz nic o mieście. Trzymasz się blisko mnie, słuchasz uważnie i mieszkasz gdzieś blisko, okej?!
– Okej. – Promyk pokiwała łebkiem. Była gotowa na tę zmianę. Nie chciała wracać do domu… domu! HA! Dobry żart. Ten klan nie był jej domem już przez jakiś czas. Może po prostu w końcu to zrozumiała.

Od Promiennego Słońca

Noc przyszła powoli. Tak jak zawsze. Promyk już o zachodzie słońca przeskakiwała przez drogę grzmotu, znikając w złotych łodygach. Jej krok był spokojny, jednak jej myśli szalały w jej głowie. Po co w ogóle tutaj wróciła? Żeby co… spotkać się z jakimś pieszczochem, którego poznała wczoraj?! Może… Coś ją tutaj mimo wszystko ciągnęło. Czy to cisza, czy prawa, które nie sięgały ziemi niczyjej? Czy kotka, którą ledwo znała, a która tak uważnie jej słuchała?
Promyk usiadła na brzegu rzeki, praktycznie w tym samym miejscu co wczoraj. Tej nocy było nieco chłodniej. Może ten pieszczoch nie przyjdzie… a może się pojawi. Z jakiegoś powodu Promyk oczekiwała tego drugiego wyniku. Czyżby brakowało jej w klanie kogoś do pogadania? Przecież miała swoje kochane rodzeństwo! Tawuła… była… był przecież tak samo dziki i samotny jak ona. Szlajał się po terenach klanu, ale obowiązki wykonywał dokładnie. No i Słoneczne Oko. On przecież też stracił ojca, też stracił wuja. Też dorósł… Chociaż on nigdy nie stracił swojej miłości do towarzystwa. Promyk… po tylu latach bycia uczniem wolała samotność. Tylko ona i jej myśli.
– Przyszłaś! – Promyk tym razem nie podskoczyła. Cichutkie dzwonienie dzwoneczka towarzyszące krokom pieszczocha było słyszalne z daleka, jeśli wiedziało się czego szukać.
Promyk położyła po sobie uszy i wzięła głęboki wdech, podczas kiedy jej towarzyszka położyła się obok niej. Dzisiaj nieco bliżej.
– Ty też… – Promyk stwierdziła na głos spoglądając na kotkę. Tym razem przyjrzała się jej bliżej. Kotka miała dłuższą, niebieską sierść, na której widniały piękne zakręcone pręgi. Miała białe uszka, biały pyszczek i ogonek i przednie skarpetki. No i oczywiście ta obróżka. Złota w różowe kropki, z małym dzwoneczkiem. Wyglądała absurdalnie.
– Tak miałam właśnie nadzieję, że się pojawisz! – Łapka była drobna, znacznie mniejsza od Promiennego Słońca. Miała piękne, niebieskie oczy. Promyk nadal patrzyła najpierw innym kotom w oczy. W końcu to książka ich życia. A oczy Łapki były łagodne, słodkie i pełne tej iskry kocięcej ciekawości.
– Pojawiłam się. Właściwie nie wiem czemu. Irytujesz mnie…– Promyk zmarszczyła nos z udawanym niezadowoleniem. A może wcale nie tak bardzo udawanym. Była trochę poirytowana, ale bardziej sobą. Przyszła tutaj. Do obcego kota. Pogadać z jakimś pieszczochem.
– Całą przyjemność po mojej stronie! – Łapka zaśmiała się sama z siebie, machając łapą. – Jak ci minął dzisiaj dzień? – zagadnęła z ciekawością.
– Polowanie, głównie. – odparła Promyk. – Udało nam się złapać zająca. Całkiem niezła zabawa, bo one są szybkie i w miarę niebezpieczne. Trzeba więcej niż trzy koty do niektórych.
– O! Nigdy nie polowałam na zające! Właściwie ja nie poluję wcale. Nie umiem chyba nawet. – Łapka zawinęła ogon wokół siebie i zaczęła masować go jak kociak. Promyk tylko uniosła delikatnie brew.
– To musi być wygodne… Tak dostawać jedzenie bez wysiłku. – mruknęła Promyk. Nie zazdrościła tego Łapce. Nie. Nie oddałaby swojej wolności nawet za cenę darmowego jedzenia.
– Wygodne jest, ale czy takie smaczne… – Łapka zmarszczyła nos. – Czasem znajduję w mieście skrawki i są znacznie lepsze niż to co daje mi moja właścicielka. Świeża zdobycz to pewnie najlepszy smak pod słońcem! – mruknęła. Jej oczy były teraz wbite w pole za rzeką. Promyk zamyśliła się na chwilę. Co jakby… upolowała jej mysz? To chyba nie taki grzech nakarmić innego kota. Zwłaszcza że zdobycz nie jest z terenu klanu!
– Chodź. – Promienne Słońce wstała z ziemi i otrzepała się.
– Och? Dokąd idziemy? – spytała kotka idąc w jej ślady.
– Na drugą stronę rzeki. Wiesz jak? – Promyk posłała jej pytające spojrzenie.
– Tak. Niedaleko jest kładka, którą farmerzy położyli, żeby nie chodzić wzdłuż ulicy. – Promyk spojrzała na nią z wieloma pytaniami w myślach, ale nie skomentowała. Nie rozpoznawała połowy słów w zdaniu wypowiedzianym przez koteczkę.
– Prowadź? – szylkretka machnęła niepewnie łapą. Łapka wystąpiła przed nią i zaraz szły przed siebie. Przejście przez rzekę było bliżej mostu. Był to cienki kawałek drewna. Idealny dla dwóch kotów poruszających się w cieniach nocy. Jakiś potwór przejechał nad nimi, kiedy przechodziły. Promyk zastygła, ale nic się jej nie stało. Nikt jej nie zauważył…
– No i jesteśmy! – Łapka stanęła na zielonym polu i uśmiechnęła się szeroko, odwracając do swojej towarzyszki. Promyk powąchała powietrze. Droga była za blisko.
– Śmierdzi. Idziemy wzdłuż rzeki. – oznajmiła i ruszyła przed siebie. Nie chciała tracić z oczu złotych łodyg prowadzących do jej domu. Gdyby się zgubiła to byłaby tragedia. Przeszły spory kawał żwawym krokiem. Towarzyszył im tylko ten przeklęty dzwonek.
– Dokąd idziemy? – w końcu dopytała Łapka, kiedy zwolniły tempa.
– Z dala od terenów mojego klanu. A teraz siadaj i się nie ruszaj. Ten Twój dzwonek to najgorszy dźwięk tego świata. – Promienne Słońce zarzuciła tyłkiem, bo nie miała jak zrobić tego ogonem. Łapka grzecznie położyła się na ziemi i zamknęła dzwoneczek w swoich łapach. Świat zamilkł. Przynajmniej na tyle, jak bardzo nocne dźwięki mu na to pozwalały. Promyk przywarła do ziemi i powolnym krokiem oddaliła się od podekscytowanej towarzyski. Na trop nie było wcale ciężko natrafić. Jakaś myszka schowana pod trawami pewna, że nic jej tutaj nie zagraża. Prosty kąsek w zasięgu łapy. Promyk zbliżyła się, schyliła i po prostu wyjęła ją spod liścia jakiegoś chwasta. Ta tylko zapiszczała cichutko, zanim jej życie zostało stłumione. Promyk podniosła się z ziemi i odwróciła do pieszczoszki. Ta nadal leżała płasko tam, gdzie wojowniczka ją zostawiła, ale teraz miała zupełnie inną minę. Jej pyszczek był delikatnie otworzony, a oczy rozwarte w zaskoczeniu.
– Łał! To… tak wygląda polowanie? – kotka podniosła się delikatnie. Dzwonek na jej szyi zawtórował jej ruchowi.
– Zazwyczaj… – wojowniczka podeszła bliżej i położyła maleńką zdobycz pod łapami towarzyszki. – Jest ciężej. Na terenach klanów zdobycz chowa się lepiej, bo wszędzie czuć kota. Tutaj zdaje się, że zapomniały, że istniejemy. – kotka pacnęła mysz łapą. – Zazwyczaj jest więcej skradania się, wspinaczki na drzewa. Niektóre klany łowią ryby.
– Naprawdę? Ryby?! Mnie czasami pani rzuca kawałeczek jak robi sobie, ale taka… surowa, prawdziwa ryba z wody?
– Tak! Prawdziwa, surowa z wody, tak. – Promyk pokiwała łebkiem. – Chciałaś spróbować świeżej zdobyczy tak? To próbuj. – ponagliła ją.
– Już, już! Dziękuję! – Łapka nachyliła się do myszy i zaczęła ją skubać. Promyk za to tylko patrzyła na to z lekkim zażenowaniem. Kotka jadła jakby była kociakiem. Małymi, nieporęcznymi gryzami. To jest pieszczoch. TO nigdy nie widziało pewnie myszy na oczy. Dajże jej spokój. Promyk westchnęła ciężko.
– I jak? – Promyk usiadła obok niej.
– W życiu… nie jadłam nic lepszego. – oświadczyła Łapka. Brała coraz większe i pewniejsze kęsy. Mysz pewnie była jeszcze ciepła i soczysta. – Chcesz trochę?
– Nie. Nie będę ryzykowała, że mój klan wyczuje to na moim oddechu. Zresztą już jadłam dzisiaj.
– A to źle, że zjesz poza klanem? – Łapka spojrzała na nią zaskoczona.
– Nie zawsze. Ogólnie…zasada jest, że najpierw karmi się klan, potem siebie. Dzieci, starsi i chorzy mają pierwszeństwo w jedzeniu. Żeby klan był silny. – mruknęła Promyk.
– Rozumiem. To miłe tak właściwie. Nie zostawia się w ten sposób nikogo słabszego na zgubę! – Łapka oblizała swoje wargi ze smakiem – A jakie są tam te wasze klany?
– Ja jestem z Klanu Klifu. My Klifacy żyjemy sobie przy klifach, przy wodzie. Naszym problemem są mewy i… aktualny lider… – Promyk zmarszczyła nos.
– Lider? Dlaczego? – Łapka oblizała usta, ponieważ skończyła jeść.
– Poprzedni lider…Judaszowcowa Gwiazda umarł przy atakowaniu mew, gdzie ja dostałam moje blizny. Jego zastępczynią była Pikująca Jaskółka… To zastępcy otrzymują miano lidera, jeśli poprzedni umrze. – dodała wojowniczka po chwili zastanowienia – Ale… kiedy szła otrzymać swoje życia i imię lidera, zakończone właśnie Gwiazda, przepadła. Nie pamiętam czy mówili, że została zabita, czy… uciekła… ale przepadła. I Mirtowe Lśnienie przejął władzę w klanie. To był syn poprzedniego lidera, ale nadal… to nie tak ma wyglądać. Dodatkowo na zastępcę wybrał swoją partnerkę, co nie spodobało się wielu kotom, gdyż ona pojawiła się jakiś czas temu znikąd, poderwała sobie Mirtowego i wprosiła się do naszego klanu jakby był jej. Ciężko się trochę wierzy, że… nie będzie to czysta dyktatura. Bo w moich oczach, zastępca ma patrzeć na lidera i robić co każe, ale do pewnego stopnia. Jest doradcą i krytykiem, a kiedy tym kotem jest twój partner to… jakoś tak brak tej krytyki i więcej jest całowania po łapkach, żeby się w związku nie kłócić. – Promyk polizała się po piersi, gdyż cała się nastroszyła na samą myśl.
– Rozumiem… Niepokoi cię to? – Łapka polizała się po łapie.
– Tak. Nawet bardzo! – oświadczyła Promyk. – Nie ufam mu. Kręci się też przy moim bracie.
– Masz rodzeństwo?! – Łapka podskoczyła z ekscytacją.
– Tak. Dwójkę braci. Kiedyś to była siostra i brat, ale no… Tawuła nie czuł się kotką. – Promyk pokiwała głową ze zrozumieniem. – Więc mam dwóch braci.
– Ja mam siostrę! Dobrze jest mieć rodzeństwo, które cię bardzo kocha!
– O tak. Bardzo dobrze!
Kotki jeszcze chwilkę rozmawiały przyciszonymi głosami o swojej rodzinie, temat klanów kompletnie zapomniany. Potem Promyk wróciła na tereny swojego klanu i znalazła sobie jakiś skrawek drzewa na drzemkę.