Purchawka urodziła czwórkę zdrowych kociąt, które do odpowiedniego momentu wspólnie będą żyć w Owocowym Lesie, aby później rozdzielić się zgodnie z zasadami sojuszu.
BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkęW Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Mioty
Miot w Klanie Burzy i Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)
Miot w Klanie Klifu!
(dwa wolne miejsca!)
20 maja 2026
Od Poczciwego Szakłaka CD. Dzikiego Berberysu
Przeszłość, pora nagich drzew
Ostatnia rozmowa z Dzikim Berberysem była… ciężka. Czarny nie angażował się w żadne polityczne kwestie w klanie – on nawet sam przez długi czas nie angażował się w klanowe życie, był niczym cień pozostałych Burzaków, nieobecny, grający jedynie tło dla pozostałych. Dopiero od niedawna powoli wracał do żywych i Rudzikowe Skrzydełko nie musiała go siłą wyciągać z legowiska. Zielonooki powoli zaczynał się udzielać, coraz częściej można było go spotkać poza ciemną norą, co zdecydowanie cieszyło pewną srebrną kotkę. Ruda, kiedy tylko miała okazję, to wyciągała Szakłaka i Płomykówkę na wspólne wyjścia poza obóz – starszy nie protestował, nieco podzielając radość młodszej, Płomykówka natomiast była w tym wszystkim jako przyzwoitka dla siostry, by ta nie zrobiła nic głupiego, ani nie męczyła nadto swojego przyjaciela.
Chyba każdy w klanie przywykł, że obowiązki Króliczej Gwiazdy tak naprawdę są wykonywane przez jego syna, Zawodzące Echo. Poczciwemu Szakłakowi to nie przeszkadzało – można, by rzec, że go ta kwestia nie obchodziła, dopóki koty nie zabijały się nawzajem na masową skalę. A to, że część kotów zmarła za kadencji czarno-białego lider, to nie jest czymś szokującym, przecież w innym klanach też zapewne dochodzi do morderstw, zdrad i tym podobnych. Może i to podejście robiło z niego mało empatyczną personę, jednakże dla niego najważniejsze jest, by mieć w tym szarym świecie jakieś swoje miejsce i nie umierać z głodu lub odwodnienia.
Nie zgłaszał żadnego sprzeciwu, kiedy to zastępca wyznaczył patrol z jego i Berberysu udziałem. Rudy od ich ostatniej konwersacji unikał starszego, co nie wzruszyło go w żadnym stopniu – nawet nie odczuł tej różnicy, zbyt przyzwyczajony do przebywania jedyne we własnym towarzystwie. Miał nadzieje, że ten patrol będzie przebiegać w spokojniejszy sposób niż poprzedni.
— Nadal uważasz, że Królicza Gwiazda słusznie postępuje i jego błędy powinny być wybaczane? — powiedział nonszalancko. — Minęło trochę czasu od naszej ostatniej, dość poważnej rozmowy… No i Klan Burzy stracił wiele dobrych wojowników, jak i kotów, które powinny zostać zauważone wcześniej. Tyle problemów i niedociągnięć… Czy zmieniłeś zdanie?
Poczciwy Szakłak jedynie pozwoli sobie na ciężkie westchnienie. Nie rozumiał tego młodego pokolenia, ciągle coś im nie pasowało, jakby nie mogli cieszyć się z tego, co cokolwiek mają. Wiedział, jak to jest stracić kogoś bliskiego, jednak, by od razu mieć problem do lidera?
— Berberysie, proszę Cię… Doskonale wiesz, że bardzo długo nie angażowałem się w życie klanu, z częścią spraw nadal nie jestem na bieżąco, więc nie będę się wypowiadać na temat lidera z uwagi na szacunek wobec starszych oraz kulturę. Jeśli szukasz, kogoś z kim możesz obgadywać rządy Króliczej Gwiazdy, to obecnie szukasz u złego Burzaka — oznajmił, a następnie przyspieszył kroku, uważając rozmowę za zakończoną.
Nie chciał być niemiły dla młodszego, lecz odnosił wrażenie, że tylko w ten sposób uświadomi kocura, że nie chcę poruszać tego typu tematów ani nie będzie się w nich udzielać z własnych powodów. Liczył, że rudy uszanuje jego zdanie i nie będzie próbował ciągnąć tej jednostronnej rozmowy – chciał we względnym spokoju odbyć patrol i wrócić do ciepłego legowiska. Już czuł, jak poduszki łap zamieniają mu się w jakieś mrożonki.
<Dziki Berberysie? Zlituj się nad starszym…>
Od Czajki CD. Zwiewnego Maku
Przeszłość
Z uwagą słuchał słów wojowniczki, starał się cokolwiek odpowiedzieć na każde z jej kolejnych pytań, lecz gula w gardle nie ustępowały, pomimo najszczerszych chęci. Chciał, aby potok słów w końcu opuścił jego wargi, by przestać udawać, że żadnych obaw nie ma, podobnie poczucia winy przez nagłe zniknięcie. Zdawał sobie sprawę, że swoim zachowaniem rani kotkę, mógłby lepiej to rozegrać, lecz po wydarzeniach w Owocowym Lesie czuł się zbyt pokiereszowany psychicznie, by myśleć o uczuciach innych – łatwiej mu było pogrążyć się we własnym nieszczęściu niż mierzyć się z innym problemami, które miał z tyłu głowy. Nie chciał tłumaczyć się ze swojego podłego zachowania, ponieważ ono nie miało wyjaśnienia, jednakże odczuwał zbyt duży ciężar, aby to wszystko na raz rozwiązać.
— Mak, ja… — zaczął nieudolnie. — To nie chodzi o to, że nie chciałem się spotykać, lecz w Owocowym Lesie dużo się działo… Nie chcę się tłumaczyć z tego, co Ci zrobiłem, nie chcę Cię nawet prosić o wybaczenie. Zasługujesz na kogoś lepszego ode mnie, serio. Jesteś wspaniałą wojowniczką, która powinna poszukać kogoś godnego twych uczuć — kontynuował, starając się wyjaśnić wszystko w sensowny sposób, nawet jeśli w jego głowie teraz panował tylko chaos. — Jeśli chcesz, to możemy utrzymywać jakiś kontakt, lecz nie chce, byś ciągle się narażała dla tych spotkań.
Obecnie
Ciężko westchnął. Dźwięk ten niknął wśród szumu liści, które go otaczały. Zmęczone brązowe oczy miał utkwione w stronę otwartego terenu Klanu Burzy. Widok nie był najlepszy, lecz mimo to był w stanie dostrzec fragmenty połaci równin, które zajmowały koty polujące na zwinne szaraki. Kocur księżyce temu był zauroczony w pewnej wojowniczce, należącej do owej grupy.
Po dłuższej chwili wstał z dotychczasowego miejsca, by przeskakiwać na coraz to niższe gałęzie, aż w końcu dotarł do ostatniej na swej drodze. Z wyćwiczoną gracją podszedł do konara, a następnie zszedł po nim na ziemię. Gdy tylko jego łapy dotknęły ściółki leśnej, skierował swoje kroki w głąb terenów, którymi rządziły się kompletnie innymi zasadami niż w przypadku tych zajmowanych przez klany czy Owocniaków.
“Żegnaj Zwiewny Maku.”
Koniec sesji.
Od Smugi CD. Puchacza
Wojownik po ostatniej walce z bobrami nad rzeką długo dochodził do siebie, nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. W dniu ich zwycięstwa poległ nie tylko Ziemniak, jego własny ojciec zmarł, nim dotarli do obozu – widział przeszywający smutek i ból w oczach Miodunki oraz Kropli, które wyczekiwały powrotu dwójki czekoladowych kocurów. Może i wrócili razem, ale na pewno nie w takim stanie, jak obiecywali. Żółtooki nawet odwiedzał Purchawkę i jej białą uczennicę, szukając w tej dwójce wsparcia w związku ze stratą ojca – niby były jeszcze te całe spotkania organizowane przez szamankę, lecz kocur nie był jakoś przekonany do tego, by dzielić się tym bólem z większym gronem kotów.
Właśnie wracał ze wspólnego wyjścia z niebieskooką kotką, która w przyszłości miała zająć stanowiska zielarza w Owocowym Lesie. Początkowo miał plan, by wziąć coś sobie na ząb ze stosu, lecz jego uwagę przykuł syn Figi, choć opiekę nad nim i siostrą sprawował Topola, gdyż zastępczyni chciała szybko wrócić do swoich obowiązków. W teorii powinien się bardziej zainteresować tymi malcami, skoro srebrna była jego ciotką z uwagi na fakt, iż ta szkoliła dawniej Czerwca, utrzymując z nim później bliską relację. Jednak po śmierci pręgowanego nie miał siły na jakiekolwiek interakcje, a tym bardziej z ciekawskimi kociętami, które uwielbiają wypytywać o wszystko, nawet jeśli pytania te mogą być niewygodne dla starszego rozmówcy.
W połowie drogi po piszczkę dla siebie, przystanął, zaczynając uważnie obserwować poczynania pomarańczowookiego. Nie znał do końca kociaków z charakteru, lecz nie trudno było usłyszeć w obozie, jak inne koty na nie narzekają lub jak któreś z nich mówi zdecydowanie za głośno. Smudze na szczęście udawało się uniknąć wysokich dźwięków, podobnie z przypadkowym wpadnięcie na któreś z tych dwójki. Zmrużył lekko oczy, obserwując, jak czekoladowy młodzik zaciera jakąś linię na ziemi, by następnie nakreślić ją na nowo o długość wąsa dalej. Nieco zaintrygowany jego poczynaniami, skierował swoje kroki w jego stronę, na co ten od razu radośnie i głośno się przywitał ze starszym. W pierwszej chwili wojownik jedynie zamrugał kilka razy, jakby jego umysł nie był w stanie przyswoić do wiadomości sposobu bycia Puchacza oraz jego pytania. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, o co chodziło i posłał kociakowi lekki uśmiech.
— Wcale ich nie zabiłem, pióra często można znaleźć na ziemi, nie robiąc krzywdy ptakom — wyjaśnił, siadając przed Puchaczem. — Jeśli jakieś wpadło Ci w oko, to weź je. W lesie starczy ich dla każdego.
Smuga zaczął nosić w swym futrze pióra stosunkowo niedawno, chcąc w ten sposób zakryć szramy, które zdobiły jego stosunkowo drobne ciało. Zabieg ten nie miał na celu ukrycia mankamentów przed wzrokiem innych, a przed spojrzeniem jego samego – za każdym razem, gdy mimochodem natrafiał oczyma na blizny, wspomnienia z walki na nowo odżywały.
<Puchaczu?>
Od Pustułkowego Szponu CD. Ognikowej Słoty
Pora nowych liści powoli dobiegała końca, a każdy korzystał z coraz to lepszych warunków pogodowych. Czekoladowy co dzień przebudzał się ze snu dość wcześnie, mając zamiar ustalić patrole na kolejne pory dnia – poranny zawsze był wyznaczany wieczorem poprzedniego dnia. Czasem zdarzało się, że Krucze Pióro wyznaczał koty, wcześniej w jakimś stopniu konsultując to ze swoim bratem. Ich relacja może nie była najlepsza, lecz najważniejsze, że nie skakali sobie do gardeł przy byle okazji, jednookiego nie obchodziło, co dymny robi w ciągu dnia, czy wypełnia swoje obowiązki. Zdawał sobie sprawę, że księżyce temu coś między nim a Kwaśną Kocanką zaiskrzyło — raz się zdarzyło, że Pustułkowy Szpon ingerował w ich kwestii i do dziś dnia starszy miał uraz do brata o to. Dlatego też, nie chcąc jeszcze bardziej pogarszać i tak już napiętej relacji między nimi, postanowił nie poruszać tej kwestii, nawet słownie.
Zastępca powoli podniósł się z posłania do pozycji pionowej, chcąc wymyć sierść po śnie, który jeszcze nieco trzymał się jego powiek, samoistnie je zamykając. Kocur się tym nie przejmował, skupiając swoją uwagę na pociągnięciach języka wzdłuż kierunku, w którym układała się jego szata. Dawniej, by się nie przejmował czymś takim, jak pielęgnacja, lecz po śmierci Makowego Nowiu zaszły w jego życiu spore zmiany.
Kiedy tylko zakończył swoją poranną rutynę, podniósł się z już nieco zużytego mchu, by następnie opuścić legowisko wojowników. Dotychczas nie zwracał uwagi, czy ktoś jeszcze oprócz niego wstał, lecz wystarczyło wyjść na polanę, aby dostrzegł trójkę kotów, które wybrał do patrolu. Cykoriowy Cykor w oczach zastępcy nic się nie zmieniła od momentu, kiedy wziął ją i córkę na wspólny trening, gdy obie były jeszcze uczennicami. Uważał, że pręgowana nie zasługuje na ucznia, Zalotna Gwiazda podobnie, gdyż przydzieliła wojowniczce Garbatą Łapę. Bicolor był idealnym wychowankiem dla kotki. Na ich widok czekoladowy jedynie zastrzygł naderwanym uchem, ukrywając grymas, który wyjątkowo cisnął mu się na pysk. Na szczęście wczoraj przemyślał kwestię kolejnego członka patrolu, wybierając Ognikową Słotę – szylkretka wraz z siostrą i Kocimiętkowym Wirem szybko awansowały w klanowej hierarchii na mistrzynie. Dawniej stanowisko to piastował ojciec Lamentującej Toni, który zginął z jego łap, oraz Mroczna Wizja, która z uwagi na swój wiek, musiała przenieść się do legowiska starszyzny.
Chcąc mieć wszelkie grzeczności za sobą, skinął głową w stronę pierwszej dwójki, choć robił to niechętnie, by następnie podejść do brązowookiej i razem na czele patrolu opuścić obozu klanu. Wybór mistrzyni oraz swój własny udział w obchodach wilczackich terenów nie był przypadkowy. Zielonooki chciał się dowiedzieć, jak młodsza wraz z rówieśniczkami radzi sobie na obecnym stanowisku, mając zamiar przy okazji dowiedzieć się, kiedy planują trening dla wojowników. Tego typu praktyki z założenia miały się odbywać codziennie, lecz Pustułkowy Szpon nie przypominał sobie, by jego matka tak często organizowała szkolenia, jeśli w ogóle to robiła. Kocurowi było ciężko przyznać przed samym sobą, że Mroczna Wizja mogłaby się dopuścić zaniedbania swych obowiązków.
— Jak Ci idzie wypełnianie obowiązków, Ognikowa Słoto? — spytał prosto z mostu.
<Słoto?>
19 maja 2026
Od Urodziwej Łapy CD. Rogatej Łapy
Szylkretka polizała Przypaloną Łapę na pożegnanie i obiecała mu, że jak wróci, pogadają ze sobą. Chwilę później została sama, ale nie na długo, bo zaraz przypałętał się ten glonojad zwany Rogatą Łapą. Urodziwa Łapa przeniosła na niego niebieskie spojrzenie. W przeciwieństwie do udawanej obojętności kocura uczennica nie ukrywała swojej niechęci względem tego kota.
— A ty? Zmądrzałeś? Bo wiesz, takie pytania zawsze działają w dwie strony — odparła ze spokojem w głosie. Jeśli kocur myślał, że to ją zdenerwuje, bardzo mocno się mylił. Właściwie to pytanie ją rozbawiło, ale próbowała udawać poważną, skoro rozmawiała z księciem zrzędą. Przyszłe imię kocura powinno być Rogata Zrzęda lub Zrzędzący Róg. Po czym podniosła się, a następnie wyciągnęła zupełnie nieprzejęta jego pytaniem. Rogata Łapa nie zwlekał z odpowiedzią, prawie że wbijając się szylkretce w zdanie.
— Ja jestem już wystarczająco doedukowany, przynajmniej z pewnością bardziej od ciebie, skoro nie potrafisz zrozumieć, że u nas, w Klanie Nocy, panują takie zasady, a nie inne — odparł, mrużąc oczy i strzepując jednokrotnie uchem z niezadowoleniem.
— Ale tak, nabyłam doświadczenia, jeśli ci o naukę chodzi — odparła rezolutnie. Doskonale wiedziała, o co dokładniej pytał pajęczynowy móżdżek, ale nie chciało jej się marnować słów na bezwartościową odpowiedź. Poza tym prawdopodobnie kocur liczył na odpowiedź adekwatną do pytania, jego niedoczekanie. Nie zamierzała grać, jak ten jej zagrywał. Miała własną wolę, zasady i sposób na życie. Nie będzie tego zmieniać, bo komuś się to nie podobało. Nie wszyscy musieli ją lubić, a ona nie musiała darzyć przyjaźnią wszystkich. Wystarczył względny szacunek do starszych, ale w momencie, gdyby ktoś z nich zaczął obrażać czekoladowego kota, zmieniłaby swoje nastawienie. Absolutnie nie zamierzała stać bezczynnie i obserwować jak inni dręczą kogokolwiek ze względu na kolor futra. Każdy kot miał prawo żyć i być darzony szacunkiem. Niezależnie od tego, czy był z tej zakichanej rodziny królewskie, zwykłej, albo miał czekoladową sierść. Wszyscy powinni być traktowani równo i sprawiedliwie. Powinni ponosić konsekwencje swoich czynów, ale tylko tych naprawdę popełnionych. Powodem kar nie powinno być pochodzenie i czyny rodziców albo czy ktoś był czekotem tylko to, co ktoś zrobił i jak bardzo czyste miał serce.
— Nie wystarczy tylko sucha teoria. Praktyka jest dużo ważniejsza, wtedy przynajmniej pokazuje się reszcie klanu, że nie jest się jakimś wadliwym — odparł, mierząc ją dalej wzrokiem.
— Ale wiesz co, Rogaczku? — zaczęła, a przez jej pyszczek przemknęło rozbawienie. Zaczęła delikatnie okrążać kocura, co jakiś czas ocierając się o niego lub smagając ogonem po nosie.
— Jesteś taki piękny, a te oczy? Na Klan Gwiazdy! Chyba przodkowie włożyli w to sporo gwiazd — zaczęła przesłodzonym głosem. W jej niebieski spojrzeniu dało się dostrzec iskierki rozbawienia.
— A te pazurki? — wymruczała, pochylając łebek w stronę jego łap i lekko tykając jedną z nich noskiem.
— Coś wspaniałego — komplementowała go dalej. Skoro chciał być chwalony i podziwiany, mogła mu dać taki moment. Ten jedne raz.
— Takie zadbane i czyste futerko, jak ty to robisz drogi książę? —** ostatnie dwa słowa specjalnie podkreśliła. Wiadomo dla wydźwięku, choć wcale nieszczerego. Zatrzymała się przy jego ogonie lekko go pacając łapką.
— Ogon taki wyjątkowy, że nic tylko zazdrościć — wymruczała zbyt słodko. Mimo że nie lubiła tego kocura, świetnie się bawiła. W końcu okrążyła go chyba już po raz dziesiąty i stanęła bliżej jego dodatków.
— Te dodatki tak bardzo do ciebie pasują. Oddają twoje piękne wnętrze czyż nie? — mruknęła, muskając ozdóbki noskiem.
— Nie chcę, żeby pobratymcy pomyśleli, że za sobą przepadamy, to by mi zepsuło tylko dobre zdanie o mnie. Odsuń się — syknął z poirytowaniem, po czym wyciągnął w jej kierunku łapę, żeby ją niby trochę odsunąć od siebie.
— Jeszcze ktoś pomyśli, że szukasz mojej uwagi bardziej niż to wskazane — dodał po chwili.
— Dobrze jednak, że dostrzegasz tak istotne rzeczy, może jeszcze coś z ciebie będzie — odparł, po czym zaczął czyścić sobie łapę i przy okazji ucho, udając znudzenie.
— Zastanowię się, czy ci wybaczę. To jeszcze za mało na zyskanie mojego uznania — dopowiedział jeszcze, ale szylkretka jedynie przewróciła oczami. Nie szukała uznania kogoś takiego jak ten futrzak.
— Gdyby jeszcze mnie to obchodziło — wymamrotała do siebie z niechęcią kierowaną w stronę ucznia. Zaraz jednak skupiła się na tym, do czego zmierzała przez cały czas.
— A cały efekt psuje twoje nienawistne serduszko — wyszeptała mu na uszko, a następnie stanęła prosto przed nim. Wpatrywała się w jego oczy tymi swoimi przypominającymi kwiaty szafirków.
— Postępuję właściwie. Moje serce jest najczystsze ze wszystkich — odparł bez wahania, kładąc łapę na piersi, jakby był tego śmiertelnie pewny i jakby chciał jej je wręcz pokazać. Urodziwa Łapa tylko prychnęła rozbawiona z jego słów.
— Gdybyś nie był takim narcystycznym i nadętym księciuniem to może, ale tylko może bym na ciebie poleciała — dodała cicho, ale zaraz się roześmiała. Odsunęła się od niego na odległość mysiego ogona.
— Żartuję, nie chciałabym z tobą być — dodała na koniec. Posłała mu czarujący uśmieszek i odwróciła do niego tyłem, ostatni raz smagając jego pysk ogonem przyozdobionym kwiatami szafirków.
— Oczywiście, że byś poleciała — dorzucił jeszcze.
— Zgrywasz taką, ale doskonale wiem, że ci się podobam — dodał na koniec. Szylkretka zaśmiała się rozbawiona jego słowami. W życiu nie mogłaby pokochać kogoś tak zacofanego, jak ten kocur. Zresztą nie był w jej guście.
— Jest ktoś od ciebie lepszy i bardziej szlachetny, choć księciem nie jest. Ma coś, czego ty nie masz. Dobre serce i duszę — miauknęła poważnie, ignorując reakcję glonojada. Tak, Przypalona Łapa był prawdziwym księciem. Dla koteczki tę nazwę powinien dzierżyć ktoś szlachetny, a nie kot o wypranym umyśle i bezwolnym poddawaniu się temu, co mówiły zakłamane pyski. Niestety jej ojciec i brat nie byli wyjątkami. Kochała ich, ale z każdym kolejnym dniem odsuwała się od nich coraz bardziej. Wiedziała to doskonale, a mimo tych nieprzyjemnych odczuć nie zamierzała zmieniać swojej moralności. Każdy zasługiwał na szacunek. Po czym skierowała się w tylko sobie znanym kierunku.
— I dla ciebie jestem Pan Książę Rogata Łapa! Nie pozwalaj sobie na za wiele — krzyknął jeszcze za nią, jego końcówka ogona biła niespokojnie o ziemię.
— Zapomnij panie gloniku, że tak będę się do ciebie zwracać — rzuciła, a następnie zniknęłą z pola widzenia kocura.
<Rogata Łapo? Glonojadzi pysku czy czujesz się teraz spełniony?>
[980 słów]
18 maja 2026
Od Cętkowanej Łapy do Zalotnej Gwiazdy
Cętkowana Łapa u boku Tropiącej Łaski rozmyślał jak niby mógłby odegrać się Seradeli. Przegrał z nią, a to był wstyd dla niego. Przecież pierwsza jego przegrana walka mogła być oznaką jakiejś przyszłej passy większych i częstszych porażek! Jako potomek Cienistej Zjawy, nie mógł pozwolić sobie na taką słabość. Musiał się postarać bardziej i lepiej. Mijali wiele drzew. Ciekawe, na które dziś będzie się wspinać? Bowiem to miał robić tego wschodu słońca, czekoladowa kotka też zdawała się patrzeć na drzewa, by wybrać jakieś dla niego.
— Wespniesz się na tą sosnę przed tobą, musisz wspiąć się na górę i nie spaść. Nad tak prostą rzeczą nie będę się bardziej wysławiać, chyba że jesteś upośledzony umysłowo. To wtedy to już nie mój problem — rudzielec chciał coś powiedzieć, ale wiedział, że mu nie przystało, jako kotu o wysokim pochodzeniu. Spojrzał na drzewo i natychmiast skoczył, po czym przyczepił się do niego, zaczął szybko wchodzić na górę, na początku i tak nie było to trudne, bo na samym dole nie było mniejszych gałęzi, które zawadzały mu drogę. Wspinając się coraz wyżej, już można było zobaczyć gałęzie z liśćmi. Nie spoglądając nawet w dół, udało mu się wdrapać na sam czubek sosny.
— TERAZ ZEJDŹ! — zawołała z dołu, a on nie będąc głuchy, szybko zaczął zeskakiwać na dół, gałąź po gałęzi, a gdy był wystarczająco nisko, to zeskoczył z drzewa na ziemię, lądując na czterech łapach.
— Już jestem — czekoladowa kotka tylko się lekko uśmiechnęła.
— Jednak widać, że jako wnuk Zalotnej Gwiazdy to nie jesteś tępy, a teraz możesz jeszcze mi coś upolować. Głodna jestem od tego treningowania — nie liczył, że będzie polować za kogoś, to leniwe mówić, żeby ktoś inny za ciebie złapał zwierzynę.
— Przepraszam, ale każdy chyba tutaj poluje dla siebie, co nie? — próbował być grzeczny w swojej wypowiedzi. Jego czekoladowa mentorka wykrzywiła pysk w grymasie i zrobiła coś, czego on nie mógł przewidzieć. Skoczyła na niego, przytrzymując go. Kocur wił się jak robak, ale szybko uświadomił sobie, że raczej nie wydostanie się z sideł starszej i doświadczonej wojowniczki.
— Przemądrzanie się nie jest tutaj na miejscu, powinieneś raczej mówić do starszych z szacunkiem. Przynieś mi coś albo powiem twojemu ojcu o twoim nagannym zachowaniu — przecież nie chciałby, żeby Cienista Zjawa myślał, że jest złym synem, lub ktokolwiek inny z jego rodziny. Tak się starał, a przez ten incydent patrzono by na niego krzywo, że nie ma szacunku do innych.
— Już idę po coś! — kotka go puściła z uśmiechem, a on szybko uciekł od niej, by coś złapać.
Oby jakaś mysz lub wiewiórka chciała mu się rzucić pod łapy. Nie chciał spędzić całego dnia na szukaniu jakiejś zdziczałej zwierzyny. Szczególnie że, gdy wróci o pustych łapach, to Tropiąca Łaska zagroziła mu, że mu coś zrobi. Nasłuchiwał czy coś nie ćwierka lub szeleści, ale, nie było ani widu, ani słuchu, po czymkolwiek. Rudzielec zaczął coraz bardziej machać ogonem ze złości. Wyzwalając z siebie złość, musiał ten las chyba cały wytrzebić, inaczej zostanie tu do jutra. Wcześniej, wychodząc z Tropiącą Łaską z obozu, słyszał więcej ćwierkania ptaków, niż w tym miejscu. Właściwie to gdzie oni się znajdowali? Nastawił czujnie uszy. Nie usłyszał nadal zwierzyny, ale za to obił mu się o uszy szum wody, a tam, gdzie woda, tam spragniona ofiara. Cętkowana Łapa poszedł za szumem wody. Gdy tylko wyszedł z gęstwiny drzew, zobaczył kosa, który pił wodę. Nie zwracając uwagi na otoczenie wokół niego, skoczył na ptaka, przy tym tarzając się po ziemi. Zobaczył, że dzięki temu ptak szybciej umarł, ale i został lekko zmiażdżony. Wyszedł z wody, żeby się otrzepać. Pójście nad wodę, by polować, nie było złym pomysłem. Otrzepał się z ziemi, by tylko chwilę później, odwracając się w stronę rzeki, osłupieć. Zobaczył przed sobą głośne potwory, które robiły coś z drzewami, był pod wielkim szokiem, jak i strachem, że taki jeden potwór mógł robić taki hałas i obalać drzewa, których nawet setki kotów nie byłyby w stanie ruszyć. Gdy tylko usłyszał jakiś szmer, szybko schował się w krzakach. Popatrzył przez nie, a tam chodziły i gadały w dziwnym języku stworzenia o dwóch łapach, na których jedynie chodzili. Czy to nie byli ci dwunożni, co wycinali im las? Zdając sobie z tego sprawę, przypomniał sobie, że Zalotna Gwiazda go udusi, jeśli się dowie, że złamał zakaz wchodzenia na te tereny. Musiał szybko się wycofać. Zaczął robić ostrożnie kroczki w tył, wysunął się już z krzaczka zgrabnymi kroczkami, trzymając kosa w pysku.
TRZASK
Czy to był on? Szybko spojrzał na łapy, ale to nie on nadepnął na patyk. Obrócił głowę w stronę dźwięku i ujrzał kota. Gdy tylko ten zobaczył, że patrzył na niego swoimi zielonymi wyrazistymi ślepiami, to wyskoczył z lasu w stronę mostu. Cętkowana Łapa miał odwagę go gonić, ale głupotą by było zostać potem zabranym przez dwunożnych jak Borsucza Puszcza. Tylko zdążył dojrzeć, że kocur susem przepłynął rzekę i przeszedł drogę grzmotu, znikając w innym zakątku lasu, który nie należał do nikogo. Rudzielcowi udało się jedynie zapamiętać tył tego kota, miał ogon nie za bardzo pokryty bielą, a pręgi miał dzikie, bo na skrawku pleców miał tylko jedną widoczną długą pręgę zakrywającą kręgosłup. Kolor maści za to jakiś nietypowy, chciał już powiedzieć, że nieznajomy był czekoladowy, ale ta czekolada niby za jasna była, wyglądała jak jakaś imitacja, miał pełno czekoladowych kotów w klanie i wszystkie miały odcień brązu ciemniejszy niż ten, co miał samotnik. Następnym razem, gdy go zobaczy, to go złapie. Obrócił się i powolnie powrócił pomiędzy krzewy znanego mu lasu.
Oddalił się od miejsca, gdzie dwunożni niszczyli las, szukał Tropiącej Łaski. Miał nadzieję, że szybko ją znajdzie, a następnie wrócą do domu. Ten kos powinien być dla niej wystarczający. Myślał, że był zupełnie sam, ale nagle usłyszał jakiś szelest. Zjeżył się. Czy ten samotnik poszedł za nim? Miał już wysunięte pazury, ale coś rzuciło się na niego od tyłu, a była to oczywiście jego mentorka.
— Nie obijałeś się, masz mój posiłek, na który czekałam — wzięła od niego ptaka, a rudzielec w środku był roztrzęsiony. — I nie mów nikomu o tym, że rzuciłam się na ciebie, inaczej skończy się to źle dla ciebie. To będzie nasza mała tajemnica — Tropiąca Łaska zeszła z niego, Cętkowana poszedł za nią żwawym krokiem.
Czekoladowa zdążyła skonsumować ptaka podczas drogi, a on złapał ryjówkę dodatkowo by nie wejść do obozu z pustymi łapami.
Będąc już w obozie, odetchnął z ulgą, idąc do miejsca na zwierzynę, na spokojnie wśród innych małych zwierzątek wcisnął swoją ryjówkę. Chciał porozmawiać z kimś z rodziny, jednak nie było wszystkich mistrzyń ani Cienistej Zjawy w obozie. Spojrzał na legowisko przywódcy, tylko czy babcia będzie miała dla niego czas? Wsunął nos niepewnie do nory lidera. Nastawił tylko głowę, chcąc widzieć czy jest tam więcej kotów.
— Babciu, mogę wejść? — przywódczyni obróciła się, nagle jej kamienny wyraz twarzy rozpromienił się, wyglądała na taką przyjazną.
— Oczywiście, wejdź, mój wnuku. Chętnie usłyszę o tym, jak się trzymasz — Cętkowana Łapa wszedł całkowicie do legowiska czarnej szylkretki.
— Dzisiaj wspiąłem się na wysoką sosnę, wręcz na sam jej czubek, a potem upolowałem ryjówkę i zaniosłem ją na stos — miał okazję nawet, żeby przynieść dwie zwierzyny, ale Tropiąca Łaska zjadła jego kosa, stos na szczęście nie był pusty, więc jego ryjówka może komuś posłużyć jako podwieczorek.
— Cieszę się, że jesteś pilny, Tropiąca Łaska musi być z ciebie zadowolona — oczywiście, aż się na niego rzucała, przyprawiając go o zawał.
— Tak, też tak myślę. Babciu, bo słyszałem o tych dwunożnych, co wycinają nam las, dlaczego oni nam to robią? — przypomniał sobie obraz walących się drzew i zwierzyny, która uciekała z tego miejsca, gdzie indziej. Pysk Zalotnej Gwiazdy spoważniał.
— Nie wiem, Cętkowana Łapo, ale wiem za to, że trzeba ich się jak najszybciej pozbyć. Zanim narobią więcej szkód — sam szczerze, gdyby miał się spotkać z takim problemem jako przywódca, chciałby zapewne z nimi walczyć. Tylko czy mogliby z nimi wygrać?
— Czyli co, zaatakujemy ich? — nigdy nie walczył z potworami, ale może to będzie jego pierwszy raz? Nie widział innego racjonalnego rozwiązania, jak sprawić by ten problem zniknął. Nie robienie nic przecież nie byłoby jakimś sposobem na ich problemy. Borsucza Puszcza została porwana, a wcześniej Barczatkowy Świt zginęła. Jakiś samotnik dodatkowo panoszył się po ich terenie, co będzie dalej? Ten przybłęda zaprosi swoich kolegów albo sam będzie dalej wykorzystywał słabość ich klanu i jak nic będzie łaził po ich terenach? Następne koty umrą z jego klanu? Oby nie.
— Wespniesz się na tą sosnę przed tobą, musisz wspiąć się na górę i nie spaść. Nad tak prostą rzeczą nie będę się bardziej wysławiać, chyba że jesteś upośledzony umysłowo. To wtedy to już nie mój problem — rudzielec chciał coś powiedzieć, ale wiedział, że mu nie przystało, jako kotu o wysokim pochodzeniu. Spojrzał na drzewo i natychmiast skoczył, po czym przyczepił się do niego, zaczął szybko wchodzić na górę, na początku i tak nie było to trudne, bo na samym dole nie było mniejszych gałęzi, które zawadzały mu drogę. Wspinając się coraz wyżej, już można było zobaczyć gałęzie z liśćmi. Nie spoglądając nawet w dół, udało mu się wdrapać na sam czubek sosny.
— TERAZ ZEJDŹ! — zawołała z dołu, a on nie będąc głuchy, szybko zaczął zeskakiwać na dół, gałąź po gałęzi, a gdy był wystarczająco nisko, to zeskoczył z drzewa na ziemię, lądując na czterech łapach.
— Już jestem — czekoladowa kotka tylko się lekko uśmiechnęła.
— Jednak widać, że jako wnuk Zalotnej Gwiazdy to nie jesteś tępy, a teraz możesz jeszcze mi coś upolować. Głodna jestem od tego treningowania — nie liczył, że będzie polować za kogoś, to leniwe mówić, żeby ktoś inny za ciebie złapał zwierzynę.
— Przepraszam, ale każdy chyba tutaj poluje dla siebie, co nie? — próbował być grzeczny w swojej wypowiedzi. Jego czekoladowa mentorka wykrzywiła pysk w grymasie i zrobiła coś, czego on nie mógł przewidzieć. Skoczyła na niego, przytrzymując go. Kocur wił się jak robak, ale szybko uświadomił sobie, że raczej nie wydostanie się z sideł starszej i doświadczonej wojowniczki.
— Przemądrzanie się nie jest tutaj na miejscu, powinieneś raczej mówić do starszych z szacunkiem. Przynieś mi coś albo powiem twojemu ojcu o twoim nagannym zachowaniu — przecież nie chciałby, żeby Cienista Zjawa myślał, że jest złym synem, lub ktokolwiek inny z jego rodziny. Tak się starał, a przez ten incydent patrzono by na niego krzywo, że nie ma szacunku do innych.
— Już idę po coś! — kotka go puściła z uśmiechem, a on szybko uciekł od niej, by coś złapać.
***
Oby jakaś mysz lub wiewiórka chciała mu się rzucić pod łapy. Nie chciał spędzić całego dnia na szukaniu jakiejś zdziczałej zwierzyny. Szczególnie że, gdy wróci o pustych łapach, to Tropiąca Łaska zagroziła mu, że mu coś zrobi. Nasłuchiwał czy coś nie ćwierka lub szeleści, ale, nie było ani widu, ani słuchu, po czymkolwiek. Rudzielec zaczął coraz bardziej machać ogonem ze złości. Wyzwalając z siebie złość, musiał ten las chyba cały wytrzebić, inaczej zostanie tu do jutra. Wcześniej, wychodząc z Tropiącą Łaską z obozu, słyszał więcej ćwierkania ptaków, niż w tym miejscu. Właściwie to gdzie oni się znajdowali? Nastawił czujnie uszy. Nie usłyszał nadal zwierzyny, ale za to obił mu się o uszy szum wody, a tam, gdzie woda, tam spragniona ofiara. Cętkowana Łapa poszedł za szumem wody. Gdy tylko wyszedł z gęstwiny drzew, zobaczył kosa, który pił wodę. Nie zwracając uwagi na otoczenie wokół niego, skoczył na ptaka, przy tym tarzając się po ziemi. Zobaczył, że dzięki temu ptak szybciej umarł, ale i został lekko zmiażdżony. Wyszedł z wody, żeby się otrzepać. Pójście nad wodę, by polować, nie było złym pomysłem. Otrzepał się z ziemi, by tylko chwilę później, odwracając się w stronę rzeki, osłupieć. Zobaczył przed sobą głośne potwory, które robiły coś z drzewami, był pod wielkim szokiem, jak i strachem, że taki jeden potwór mógł robić taki hałas i obalać drzewa, których nawet setki kotów nie byłyby w stanie ruszyć. Gdy tylko usłyszał jakiś szmer, szybko schował się w krzakach. Popatrzył przez nie, a tam chodziły i gadały w dziwnym języku stworzenia o dwóch łapach, na których jedynie chodzili. Czy to nie byli ci dwunożni, co wycinali im las? Zdając sobie z tego sprawę, przypomniał sobie, że Zalotna Gwiazda go udusi, jeśli się dowie, że złamał zakaz wchodzenia na te tereny. Musiał szybko się wycofać. Zaczął robić ostrożnie kroczki w tył, wysunął się już z krzaczka zgrabnymi kroczkami, trzymając kosa w pysku.
TRZASK
Czy to był on? Szybko spojrzał na łapy, ale to nie on nadepnął na patyk. Obrócił głowę w stronę dźwięku i ujrzał kota. Gdy tylko ten zobaczył, że patrzył na niego swoimi zielonymi wyrazistymi ślepiami, to wyskoczył z lasu w stronę mostu. Cętkowana Łapa miał odwagę go gonić, ale głupotą by było zostać potem zabranym przez dwunożnych jak Borsucza Puszcza. Tylko zdążył dojrzeć, że kocur susem przepłynął rzekę i przeszedł drogę grzmotu, znikając w innym zakątku lasu, który nie należał do nikogo. Rudzielcowi udało się jedynie zapamiętać tył tego kota, miał ogon nie za bardzo pokryty bielą, a pręgi miał dzikie, bo na skrawku pleców miał tylko jedną widoczną długą pręgę zakrywającą kręgosłup. Kolor maści za to jakiś nietypowy, chciał już powiedzieć, że nieznajomy był czekoladowy, ale ta czekolada niby za jasna była, wyglądała jak jakaś imitacja, miał pełno czekoladowych kotów w klanie i wszystkie miały odcień brązu ciemniejszy niż ten, co miał samotnik. Następnym razem, gdy go zobaczy, to go złapie. Obrócił się i powolnie powrócił pomiędzy krzewy znanego mu lasu.
***
— Nie obijałeś się, masz mój posiłek, na który czekałam — wzięła od niego ptaka, a rudzielec w środku był roztrzęsiony. — I nie mów nikomu o tym, że rzuciłam się na ciebie, inaczej skończy się to źle dla ciebie. To będzie nasza mała tajemnica — Tropiąca Łaska zeszła z niego, Cętkowana poszedł za nią żwawym krokiem.
***
Będąc już w obozie, odetchnął z ulgą, idąc do miejsca na zwierzynę, na spokojnie wśród innych małych zwierzątek wcisnął swoją ryjówkę. Chciał porozmawiać z kimś z rodziny, jednak nie było wszystkich mistrzyń ani Cienistej Zjawy w obozie. Spojrzał na legowisko przywódcy, tylko czy babcia będzie miała dla niego czas? Wsunął nos niepewnie do nory lidera. Nastawił tylko głowę, chcąc widzieć czy jest tam więcej kotów.
— Babciu, mogę wejść? — przywódczyni obróciła się, nagle jej kamienny wyraz twarzy rozpromienił się, wyglądała na taką przyjazną.
— Oczywiście, wejdź, mój wnuku. Chętnie usłyszę o tym, jak się trzymasz — Cętkowana Łapa wszedł całkowicie do legowiska czarnej szylkretki.
— Dzisiaj wspiąłem się na wysoką sosnę, wręcz na sam jej czubek, a potem upolowałem ryjówkę i zaniosłem ją na stos — miał okazję nawet, żeby przynieść dwie zwierzyny, ale Tropiąca Łaska zjadła jego kosa, stos na szczęście nie był pusty, więc jego ryjówka może komuś posłużyć jako podwieczorek.
— Cieszę się, że jesteś pilny, Tropiąca Łaska musi być z ciebie zadowolona — oczywiście, aż się na niego rzucała, przyprawiając go o zawał.
— Tak, też tak myślę. Babciu, bo słyszałem o tych dwunożnych, co wycinają nam las, dlaczego oni nam to robią? — przypomniał sobie obraz walących się drzew i zwierzyny, która uciekała z tego miejsca, gdzie indziej. Pysk Zalotnej Gwiazdy spoważniał.
— Nie wiem, Cętkowana Łapo, ale wiem za to, że trzeba ich się jak najszybciej pozbyć. Zanim narobią więcej szkód — sam szczerze, gdyby miał się spotkać z takim problemem jako przywódca, chciałby zapewne z nimi walczyć. Tylko czy mogliby z nimi wygrać?
— Czyli co, zaatakujemy ich? — nigdy nie walczył z potworami, ale może to będzie jego pierwszy raz? Nie widział innego racjonalnego rozwiązania, jak sprawić by ten problem zniknął. Nie robienie nic przecież nie byłoby jakimś sposobem na ich problemy. Borsucza Puszcza została porwana, a wcześniej Barczatkowy Świt zginęła. Jakiś samotnik dodatkowo panoszył się po ich terenie, co będzie dalej? Ten przybłęda zaprosi swoich kolegów albo sam będzie dalej wykorzystywał słabość ich klanu i jak nic będzie łaził po ich terenach? Następne koty umrą z jego klanu? Oby nie.
<Zalotna Gwiazdo?>
[1371 słów + Wspinaczka na drzewa]
Od Chudego Grzbietu CD. Bielinki
Jeszcze gdy Chudy był uczniem
— Ty śmierdzielu! Ty przebrzydły robalu! Ty... ty chude mysie serce! Tylko poczekaj, aż zostanę uczennicą! Będę o wiele silniejsza od... tfu... Ciebie! Lepiej ze mną nie zadzieraj!
Wielka koteczka najeżyła się i jeszcze raz zasyczała. Potem zademonstrowała Chudej Łapie kilka ciosów w powietrzu i czekała, aż kocur odpowie.
Chudy splunął i popatrzył na nią z politowaniem. Taka mała a jaka pyskata, nawet on taki nie był! NAWET ON!
— Słuchaj no, zasrańcu! Nie rzucaj tak groźbami, kiedy matka wciąż Ci tyłek myje! — odpowiedział jej, a na ten pokaz umiejętności aż prychnął z rozbawieniem pod nosem. Stanął obok niej. — Wyglądasz jak umierająca modliszka! — zaśmiał się skrzeczącym tonem. — Daleko tak nie zajdziesz! Zostaniesz w lesie i zjedzą Cię potwory! Weź się uspokój i zajmij zabawą kasztanami albo czymś.
— Ty padlino! Jak śmiesz tak do mnie mówić, mysia paszo?! Jesteś chudszy od patyka i pewnie nigdy nie nauczysz się walczyć. Będziesz tylko siedział nad jakimiś listkami i podziwiał PRAWDZIWE koty, nie jakichś... phi... podziwiaczy listków.
Bielinka wysunęła pazury i zamachnęła się, jej łapa przemknęła tuż obok pyska Chudej Łapy, o mało go nie raniąc. Chudy widział zamach kocięcej łapki. Nieomal go nie drasnęła, ale bury medyk też jakoś niespecjalnie przejął się dziecięcymi groźbami. Póki była małym smrodem, nie miał powodów do obaw. W końcu przeszedł część treningu wojownika! Jak Bielinka podrośnie i go przerośnie, to wtedy najwyżej będzie jej unikać... albo znajdzie sobie ochroniarza.
Prychnął z rozbawieniem na próbę młodej koteczki. Pokręcił głową na jej słowa.
— Mogę być chudszy od patyka, ale wciąż jestem od Ciebie lepszy! Pogódź się z tym i daj spokój DOROSŁYM, gówniaku! — syknął z wyższością w głosie. — POZA TYM, gdyby nie moje "listki" to byście wszyscy poumierali! Bezmózgie mięśniaki, które wiedzą tylko jak spuszczać innym łomot! Medycyna to prawdziwa sztuka! Tylko wybrani mogą ją poznać, a machać łapami to może każdy! Więc ja jestem wyjątkowy. A Ty nie!
Wystawił jej język.
— Phi. Medycyna to żadna sztuka! Wisisz całymi dniami nad jakimiś listkami i kwiatkami, i nie umiesz sobie ich zapamiętać, podczas gdy wojownicy, prawdziwi członkowie klanu, walczą i polują! Gdyby nie wojownicy, klan dopiero by umarł! Ranki można wylizać, nie trzeba do tego kwiatków i łodyżek. Poza tym wyobraź sobie, co by się stało z klanem, gdyby byli w nim sami... medycy! Klan by nie przeżył, Ty zapchleńcu! Ty padlino!
Bielinka zasyczała z furią i jeszcze bardziej wysunęła pazury. Chudego zatkało na chwilę przez głupotę młodej kotki. Ona miała wyprany mózg! A jak nie przestanie, to będzie mieć też spraną dupę!
— Posłuchaj no mnie, Ty masz tam orzecha zamiast mózgu w tej łepetynie! — burknął, czując, że wysycha mu powoli gardło od tego darcia się. — Ja pamiętam wszystkie zioła! A wiesz, ile ich jest?! Mnóstwo! Wszędzie są, każda roślina prawie to zioło! Ale Ty nigdy się o tym nie dowiesz, bo masz papkę zamiast mózgu i wolisz wybijać innym zęby! Nic wartego podziwu, wyżej srasz, niż dupę masz, ot co! Weź się, trochę uspokój, bo cały obóz obudzisz!
— Raczej Ty, mysia paszo! Ucisz się, bo ten twój okropny głos obudzi wojowników, którzy cię rozszarpią. Ale ty pewnie w tym czasie będziesz próbował bronić się łodyżkami i korzonkami!
Chudy zastanowił się, czy to były jedyne obelgi, jakie znała mała kotka. Bielinka natomiast parsknęła śmiechem i odbiegła cała nastroszona. Chuda Łapa skrzywił krótki pysk i zjeżył swoje trzy włoski na grzbiecie.
Kiedy kotka pobiegła z powrotem do żłobka, powiódł za nią wzrokiem. To, co powiedziała...
— Hm... ciekawe czy da się obronić łodyżkami i korzonkami — mruknął w zamyśleniu, już do siebie.
Teraźniejszość
Przyszła Pora Nowych Liści, a wraz z nią masa świeżutkich ziół! Nic nie działało na nastrój Chudego lepiej, aniżeli porządna dawka zbierania korzonków czy liści. Odkąd został medykiem, pracy miał co niemiara, ale na szczęście był też Koper i Cis, więc dzielili się robotą. Dzięki temu Chudy Grzbiet mógł wygospodarować nieco czasu na… eksperymenty.
Od czasu kłótni z Bielinką i jej uwagi na temat bronienia się za pomocą ziół, umysł Chudego intensywnie obmyślał jakieś narzędzia, które można byłoby z nich stworzyć. Może coś w rodzaju liny z długich łodyg, na tyle mocnych, by coś owinąć? Mógłby skleić je żywicą, by były odpowiednio mocne. Podczas prób jednak nie wychodziło mu to tak dobrze, jak zakładał. Łodygi owszem, może i zostawały fajnie posklejane, jednak dużo ciężej było nimi operować no i strasznie się rwały… co gdyby mógł znaleźć coś, by je zastąpić?
Zaczął też myśleć nad jakimiś pociskami. Najpierw próbował nasączyć kulki mchu w żółci, ale mieli jej za mało, poza tym była całkiem trudna do zdobycia, by mógł sobie z nią tak eksperymentować. Chudy Grzbiet spróbował więc szukać śmierdzących roślin, ale nie bardzo miał też tyle czasu, by przewertować ogromne lasy Klanu Wilka. No i poza tym… może istniało coś innego poza roślinami? Odpadki z jakichś piszczek?
Chudy Grzbiet miał głowę pełną pomysłów, ale brak czasu, by je zrealizować…
Wtem właśnie, idąc zamyślony przez obóz, dostrzegł nikogo innego jak Bielinkę. Kotka nie została jeszcze uczniem, ale niedługo nim zostanie… hmmm mógłby to wykorzystać. Tylko jak nakłonić tego głupiego dzieciaka do szukania dla niego roślin?
— E, śmierdzielu! — zaczął, podchodząc do niej. — Nauczyłaś się wreszcie walczyć czy wciąż będziesz się ośmieszać tymi swoimi marnymi ciosami? Kiedy zostaniesz uczniem?
<Bielinko?>
17 maja 2026
Od Ognikowej Słoty CD. Jesionowej Łapy
— Będziesz mogła się dziś wykazać. Może przy okazji dowiemy się, jak pchły wpływają na funkcjonowanie — powiedziała Ognikowa Słota, mierząc Jesionową Łapę dość nieprzychylnym spojrzeniem. Po chwili posłała jej złośliwy uśmieszek. — Chodź, zapolujemy dziś na zające. I się nie ociągaj, bo nie mamy dla ciebie całego dnia — dopowiedziała jeszcze, dość chłodno, zanim nie odwróciła się na pięcie i skierowała w stronę Kocimiętkowego Wiru, a także Księżycowej Łapy, już czekających na nie. Tuż obok stała również Aksamitkowy Nos. Jeżeli liliowa uczennica coś jej odpowiedziała, mistrzyni była zbyt skupiona na rudej przyjaciółce, żeby cokolwiek z tego wyłapać. Kocimiętkowy Wir spoglądała już w ich stronę.
— Kocimiętkowy Wirze, możemy wyruszać! — miauknęła z większym entuzjazmem, chociaż nadal dość stonowanym. Machnęła ogonem w kierunku Jesionowej Łapy. — Pokażemy jej, jak na nie polować. Przyda jej się, jeśli chce zostać jedną z nas. Pełnoprawną wojowniczką Klanu Wilka — przedstawiła jeszcze dumnie, a sama Kocimiętka w odpowiedzi posłała zielonookiej pokrzepiający uśmiech.
— Kocimiętkowy Wirze, możemy wyruszać! — miauknęła z większym entuzjazmem, chociaż nadal dość stonowanym. Machnęła ogonem w kierunku Jesionowej Łapy. — Pokażemy jej, jak na nie polować. Przyda jej się, jeśli chce zostać jedną z nas. Pełnoprawną wojowniczką Klanu Wilka — przedstawiła jeszcze dumnie, a sama Kocimiętka w odpowiedzi posłała zielonookiej pokrzepiający uśmiech.
— Chodźmy zatem — do ich uszu dotarła jeszcze odpowiedź rudaski. Pomarańczowooka zamruczała z aprobatą. Prawdopodobnie, gdyby tylko jej pozwolili, to by się rozgadała na cały dzień...
Grunt chrzęścił jej pod łapami, gdy szła u boku jaskrawej wojowniczki, co jakiś czas spoglądając na jej pyszczek. Jesionowa Łapa szła obok Aksamitkowego Nosa, która opowiadała jej jakąś historię. Kocimiętka wyglądała dziś naprawdę pięknie, zresztą ona chyba nigdy nie prezentowała się nagannie, nawet jeśli kosmyki futra odstawały jej kępkami, czy mimowolnie wystawiała i pokazywała każdemu język. Jej melodyjny głos rozbrzmiewał szylkretce w głowie, gdy prowadziła zawziętą konwersację ze swoim podopiecznym.
— Musisz uważać, zające są naprawdę silne i potrzeba kilku doskonale wyszkolonych wojowników, żeby je upolować! Dlatego idziemy taką grupką. Gdybyśmy poszli sami, istnieje ryzyko, że zając by nam zrobił więcej krzywdy, niż my jemu. Mógłby nas nawet na stałe oślepić — tłumaczyła śnieżnobiałemu młodzikowi, który chłonął każde jej słowo z ogromną uwagą, ale i lekkim przerażeniem, pewnie nigdy wcześniej o nich nie słyszał…
— Och, ojej! W takim razie musimy bardzo, bardzo uważać! — Księżycowa Łapa zrobił większe oczka, kiwając łebkiem. Ruda mistrzyni co jakiś czas odpływała myślami, prawie że zapominając, o czym przed chwilą rozmawiała. Ognikowa Słota nie skupiła się na tym jakoś szczególnie.
Dotarli do miejsca, w którym rzekomo było najwięcej zająców. Jeśli uda im się złapać przynajmniej jednego, to już będzie sukces – w końcu były one znane nie dość, że ze swojego nietypowego, wręcz niepokojącego wyglądu, to w dodatku wielkością mogły dorównać nawet kotu, więc nie było dziwne to, że zaatakowanie jednego mogło równać się nawet stałemu okaleczeniu wojownika, nawet takiego najbardziej, najlepiej wyszkolonego. Szylkretka gotowa była podjąć się ryzyka, a wszystko po to, żeby móc go skosztować. Króliki bardzo jej smakowały, więc ciekawa była, czy mięso ich większych przedstawicieli było smaczniejsze. Oczywiście, musiało być, w końcu, gdyby takie nie było, to by nikt na nie nie polował. Gdyby nikt ich nie łapał, to by wyjadły im całe łąki, nie zostawiając za sobą nawet najmniejszego skrawka zieleni! Mistrzyni otworzyła pysk, pozwalając zapachom owiać jej nozdrza. Postawiła uszy czujnie, nasłuchując i doszukując się dookoła nawet najcichszego chrupania pomiędzy źdźbłami trawy. Wreszcie jej nos natrafił na trop, a oczom ukazał się szarawy puch, który ostał się na ostrej gałęzi krzewu jeżyn. Musiał tędy przechodzić zając! Końcówką ogona wskazała poszlakę, a po paru uderzeniach serca dalszej wędrówki, udało jej się znaleźć ślady łap, charakterystyczny wzorek wyżłobiony w błocie. To, że Aksamitkowy Nos znalazła je przed nią, to był... szczegół! Bingo! Na horyzoncie zamajaczyła sylwetka, dokładnie ta, której szukali. Los się do nich dzisiaj uśmiechnął.
— Przygotujcie się. Zaraz na niego naskoczymy! — szepnęła z podekscytowaniem Słota, trzymając ogon nisko, wraz z brzuchem, którym wręcz szorowała po gruncie. Miała szczerą nadzieję, że nikt nie popsuje tego jakże wspaniałego dnia. Oby Jesionowej Łapie udało się wykazać, może zyska w oczach Wilczaczki. Może przestanie nosić miano tej zapchlonej. Towarzystwo miało świadomość ryzyka, więc Słota nie musiała się nadto produkować, więc to nawet lepiej. Podeszła żwawym krokiem do zająca, który skubał sobie trawę w najlepsze. Zwierzątko nagle stanęło na dwóch łapach, stawiając uszy czujnie. Nawigował nimi na wszystkie strony, a nos latał mu tak zabawnie, że brązowooka miała ochotę się szczerze uśmiechnąć. Ciekawe jak długo zajmie mu dostrzeżenie ich grupki?
O dziwo zajęło mu krócej, niż mogłaby zgadywać. Najprawdopodobniej było to spowodowane tym, że w ich szeregach stąpał Księżycowa Łapa. Jego śnieżnobiałe futerko źle wtapiało się w tło, szczególnie jeśli była Pora inna niż Nagich Drzew. Pręguska pokręciła głową ze zrezygnowaniem, gdy zając wydał z siebie głośny, ostrzegawczy dźwięk do własnych, uciekających właśnie towarzyszy i gdy już szykował się do ucieczki, w paru susach do niego dotarła, wczepiając się w jego bok niczym pijawka. Zając fuknął rozwścieczony, tupiąc i próbując dosięgnąć to pazurami, to ostrymi kłami boku Ognikowej Słoty. Kocica odskoczyła od niego, gdy prawie dosięgnął jej łapy. Gdyby się jej w nią wgryzł, to mógłby wyrządzić jej bardzo nieprzyjemne szkody! Księżycowa Łapa zamachnął się, jednak niestety nie trafił. Nie było czasu na tłumaczenie mu, dlaczego to był niezbyt rozsądny ruch. Może ruda mistrzyni zrobi to, gdy już wrócą albo gdy uda im się go powalić.
Zając trzepnął kończyną, niemal trafiając w drobnego Księżycową Łapę. Młodziak pisnął, zamykając ze strachem oczy. Kocimiętkowy Wir odsunęła go w porę, sama zadając zwierzęciu cios prosto w ślepie. Kłapouchy zaskwierczał donośnie, kopiąc, wydawałoby się, na oślep. Ognikowa Słota skoczyła w jego kierunku raz jeszcze i zadała parę zwinnych ciosów, robiąc ze dwie rany otwarte na jego barkach. Aksamitkowy Nos ustawiła się obok niej, wydając od siebie także parę szram. Posoka prysnęła czarnej szylkretce prosto w pysk, na szczęście unikając oczu. Słota wycofała się, gdy tuptająca łapa przeciwnika wyrwała kawałek czarnego futra z jej kity. Syknęła pod nosem, chcąc wymierzyć mu kolejny cios, jednak się wstrzymała, widząc, że Jesionowa Łapa uczepiła się jego grzbietu, tylnymi łapami drapiąc go po brzuchu. Srebrna szylkretka podnosiła się z ziemi. Biały puch sypał się z niego niczym pióra ze świeżo upolowanego grzywacza. Istota próbowała zrzucić ją z siebie, stając na dwóch długich kończynach i prostując kręgosłup. Kocimiętkowy Wir wykorzystała chwilę jego nieuwagi, tnąc go przednimi łapami w odsłonięty brzuch. Księżycowa Łapa podążył śladem swojej mentorki, kopiąc go zwinnie. Liliowa chyżym ruchem zanurkowała mu pod brzuchem, po czym uczepiła się gardła, z którego zaczęła cienkimi strużkami spływać krew. Zając padł na ziemię, otwierając oczy szeroko. Z płuc uszło mu całe powietrze, gdy Ognikowa Słota przygniotła go od boku, a Kocimiętkowy Wir wgryzła się w okolice pleców, szukając kręgosłupa. Jesionowa Łapa zaczęła szarpać, a na trawie pojawiało się z każdym uderzeniem serca coraz to więcej szkarłatu.
Pokonany, okrążony przez czwórkę kotów, wreszcie, zdawało się, poddał się, a w ostatnich konwulsjach zaczął trzepać łapami tak, jakby biegł po raz ostatni. Liliowa pręguska puściła go, gdy wreszcie zesztywniał. Ognikowa Słota podeszła do niego i chwyciwszy go za szyję, poczuła ogromny przypływ dumy. Za drugi kraniec chwyciła mistrzyni tuż obok, pomagając swojej koleżance w niesieniu zdobyczy.
— Udało nam się, naprawdę się udało! — zawołał podekscytowany Księżycowa Łapa. Poruszał śnieżnym ogonkiem na boki, ciesząc się z wygranej.
Brązowooka odwróciła łeb w kierunku Jesionowej Łapy. Pewnie, gdyby nie to, że tak szybko postanowiła go chwycić w celu zaniesienia go na stertę zwierzyny, to by sypnęła jej paroma miłymi słówkami, ponieważ to właśnie zielonooka zadała ostateczny cios, chociaż była to w pełni praca zespołowa.
— Musisz uważać, zające są naprawdę silne i potrzeba kilku doskonale wyszkolonych wojowników, żeby je upolować! Dlatego idziemy taką grupką. Gdybyśmy poszli sami, istnieje ryzyko, że zając by nam zrobił więcej krzywdy, niż my jemu. Mógłby nas nawet na stałe oślepić — tłumaczyła śnieżnobiałemu młodzikowi, który chłonął każde jej słowo z ogromną uwagą, ale i lekkim przerażeniem, pewnie nigdy wcześniej o nich nie słyszał…
— Och, ojej! W takim razie musimy bardzo, bardzo uważać! — Księżycowa Łapa zrobił większe oczka, kiwając łebkiem. Ruda mistrzyni co jakiś czas odpływała myślami, prawie że zapominając, o czym przed chwilą rozmawiała. Ognikowa Słota nie skupiła się na tym jakoś szczególnie.
Dotarli do miejsca, w którym rzekomo było najwięcej zająców. Jeśli uda im się złapać przynajmniej jednego, to już będzie sukces – w końcu były one znane nie dość, że ze swojego nietypowego, wręcz niepokojącego wyglądu, to w dodatku wielkością mogły dorównać nawet kotu, więc nie było dziwne to, że zaatakowanie jednego mogło równać się nawet stałemu okaleczeniu wojownika, nawet takiego najbardziej, najlepiej wyszkolonego. Szylkretka gotowa była podjąć się ryzyka, a wszystko po to, żeby móc go skosztować. Króliki bardzo jej smakowały, więc ciekawa była, czy mięso ich większych przedstawicieli było smaczniejsze. Oczywiście, musiało być, w końcu, gdyby takie nie było, to by nikt na nie nie polował. Gdyby nikt ich nie łapał, to by wyjadły im całe łąki, nie zostawiając za sobą nawet najmniejszego skrawka zieleni! Mistrzyni otworzyła pysk, pozwalając zapachom owiać jej nozdrza. Postawiła uszy czujnie, nasłuchując i doszukując się dookoła nawet najcichszego chrupania pomiędzy źdźbłami trawy. Wreszcie jej nos natrafił na trop, a oczom ukazał się szarawy puch, który ostał się na ostrej gałęzi krzewu jeżyn. Musiał tędy przechodzić zając! Końcówką ogona wskazała poszlakę, a po paru uderzeniach serca dalszej wędrówki, udało jej się znaleźć ślady łap, charakterystyczny wzorek wyżłobiony w błocie. To, że Aksamitkowy Nos znalazła je przed nią, to był... szczegół! Bingo! Na horyzoncie zamajaczyła sylwetka, dokładnie ta, której szukali. Los się do nich dzisiaj uśmiechnął.
— Przygotujcie się. Zaraz na niego naskoczymy! — szepnęła z podekscytowaniem Słota, trzymając ogon nisko, wraz z brzuchem, którym wręcz szorowała po gruncie. Miała szczerą nadzieję, że nikt nie popsuje tego jakże wspaniałego dnia. Oby Jesionowej Łapie udało się wykazać, może zyska w oczach Wilczaczki. Może przestanie nosić miano tej zapchlonej. Towarzystwo miało świadomość ryzyka, więc Słota nie musiała się nadto produkować, więc to nawet lepiej. Podeszła żwawym krokiem do zająca, który skubał sobie trawę w najlepsze. Zwierzątko nagle stanęło na dwóch łapach, stawiając uszy czujnie. Nawigował nimi na wszystkie strony, a nos latał mu tak zabawnie, że brązowooka miała ochotę się szczerze uśmiechnąć. Ciekawe jak długo zajmie mu dostrzeżenie ich grupki?
O dziwo zajęło mu krócej, niż mogłaby zgadywać. Najprawdopodobniej było to spowodowane tym, że w ich szeregach stąpał Księżycowa Łapa. Jego śnieżnobiałe futerko źle wtapiało się w tło, szczególnie jeśli była Pora inna niż Nagich Drzew. Pręguska pokręciła głową ze zrezygnowaniem, gdy zając wydał z siebie głośny, ostrzegawczy dźwięk do własnych, uciekających właśnie towarzyszy i gdy już szykował się do ucieczki, w paru susach do niego dotarła, wczepiając się w jego bok niczym pijawka. Zając fuknął rozwścieczony, tupiąc i próbując dosięgnąć to pazurami, to ostrymi kłami boku Ognikowej Słoty. Kocica odskoczyła od niego, gdy prawie dosięgnął jej łapy. Gdyby się jej w nią wgryzł, to mógłby wyrządzić jej bardzo nieprzyjemne szkody! Księżycowa Łapa zamachnął się, jednak niestety nie trafił. Nie było czasu na tłumaczenie mu, dlaczego to był niezbyt rozsądny ruch. Może ruda mistrzyni zrobi to, gdy już wrócą albo gdy uda im się go powalić.
Zając trzepnął kończyną, niemal trafiając w drobnego Księżycową Łapę. Młodziak pisnął, zamykając ze strachem oczy. Kocimiętkowy Wir odsunęła go w porę, sama zadając zwierzęciu cios prosto w ślepie. Kłapouchy zaskwierczał donośnie, kopiąc, wydawałoby się, na oślep. Ognikowa Słota skoczyła w jego kierunku raz jeszcze i zadała parę zwinnych ciosów, robiąc ze dwie rany otwarte na jego barkach. Aksamitkowy Nos ustawiła się obok niej, wydając od siebie także parę szram. Posoka prysnęła czarnej szylkretce prosto w pysk, na szczęście unikając oczu. Słota wycofała się, gdy tuptająca łapa przeciwnika wyrwała kawałek czarnego futra z jej kity. Syknęła pod nosem, chcąc wymierzyć mu kolejny cios, jednak się wstrzymała, widząc, że Jesionowa Łapa uczepiła się jego grzbietu, tylnymi łapami drapiąc go po brzuchu. Srebrna szylkretka podnosiła się z ziemi. Biały puch sypał się z niego niczym pióra ze świeżo upolowanego grzywacza. Istota próbowała zrzucić ją z siebie, stając na dwóch długich kończynach i prostując kręgosłup. Kocimiętkowy Wir wykorzystała chwilę jego nieuwagi, tnąc go przednimi łapami w odsłonięty brzuch. Księżycowa Łapa podążył śladem swojej mentorki, kopiąc go zwinnie. Liliowa chyżym ruchem zanurkowała mu pod brzuchem, po czym uczepiła się gardła, z którego zaczęła cienkimi strużkami spływać krew. Zając padł na ziemię, otwierając oczy szeroko. Z płuc uszło mu całe powietrze, gdy Ognikowa Słota przygniotła go od boku, a Kocimiętkowy Wir wgryzła się w okolice pleców, szukając kręgosłupa. Jesionowa Łapa zaczęła szarpać, a na trawie pojawiało się z każdym uderzeniem serca coraz to więcej szkarłatu.
Pokonany, okrążony przez czwórkę kotów, wreszcie, zdawało się, poddał się, a w ostatnich konwulsjach zaczął trzepać łapami tak, jakby biegł po raz ostatni. Liliowa pręguska puściła go, gdy wreszcie zesztywniał. Ognikowa Słota podeszła do niego i chwyciwszy go za szyję, poczuła ogromny przypływ dumy. Za drugi kraniec chwyciła mistrzyni tuż obok, pomagając swojej koleżance w niesieniu zdobyczy.
— Udało nam się, naprawdę się udało! — zawołał podekscytowany Księżycowa Łapa. Poruszał śnieżnym ogonkiem na boki, ciesząc się z wygranej.
Brązowooka odwróciła łeb w kierunku Jesionowej Łapy. Pewnie, gdyby nie to, że tak szybko postanowiła go chwycić w celu zaniesienia go na stertę zwierzyny, to by sypnęła jej paroma miłymi słówkami, ponieważ to właśnie zielonooka zadała ostateczny cios, chociaż była to w pełni praca zespołowa.
<Jesionowa Łapo, może za niedługo pozbędziesz się pcheł!>
Od Mistral Do Wrony
Kiedy tylko pierwsza fala szoku nowymi członkami Owocowego Lasu minęła, biała miała wrażenie, jakby każdy w jakiś sposób odetchnął, nawet jeśli zwiadowcy i wojownicy mieli więcej do roboty przez kolejne pyski do wykarmienia. Uczennica zastanawiała się nawet, czy by samej nie spróbować zapolować lub nieco ograniczyć ilość piszczek, które brała ze stosu — szybko jednak zrezygnowała z obu pomysłów, uznając, że w przypadku pierwszego nie będzie z siebie jakiegoś pośmiewiska robić, a przy drugim to po prostu byłoby głupotą głodzić się z powodu paru nowych kotów. Szczególnie że była pora nowych liście, więc zwierzyny aż tak nie brakowało, jak w czasie nagich drzew, kiedy to przymrozki dają o sobie znać na niemal każdym kroku.
Wraz z Purpurą właśnie wracała ze zbierania ziół, by uzupełnić braki po zimniejszej porze roku. Przy okazji wojownik niósł w pysku upolowaną wiewiórkę, która w czasie ich wyprawy popełniła największy błąd życia, zbliżając się do dwójki Owocniaków. Oboje przez większość czasu byli niczym myszy w poszyciu, kiedy uczennica zbierała rośliny do składziku, dlatego też rude stworzenie za późno zdało sobie sprawę z zagrożenia, schodząc z drzewa. Purpura nie wahał się, kiedy tylko gryzoń znalazł się w zasięgu jego skoku. Mistral nawet powieka nie drgnęła na ruch starszego — była zbyt zajęta zbieraniem ziół, by przejmować się zwierzyną, plus ufała wojownikowi, że w razie zagrożenia ją obroni.
Ledwo przekroczyła obóz, a już jakiś kociak przebiegł jej przed łapami. Machnęła ogonem, przez przypadek trącając Purpurę, hamując się przed wydaniem z siebie zdenerwowanego fuknięcia. Może i przeszła sporą zmianę charakteru dzięki Purchawce, jednak mimo to nie lubiła, kiedy jakiś kociak plątał się jej pod łapami. Wojownik spojrzał na nią pytającym spojrzeniem, na co kotka przepraszająco się do niego uśmiechnęła, by następnie rozejść się w swoje strony — liliowy do stosu, a biała do dziupli. Przywitała się skinięciem głowy z Wiciokrzewem i Gołąbkiem, którzy byli zajęci treningiem młodszego. Fakt, iż zielonooki miał aż dwójkę uczniów na raz, motywował Mistral, by jak najszybciej ukończyć swoje szkolenie i objąć profesję, które długi czas było puste, jakby czekało na nią.
— Mistral, możesz się z-zająć Kroplą? — Do jej uszu dobiegł głos ojca.
— Zaraz! — odpowiedziała, przyspieszając swoje ruchu w składziku. Po dłuższej chwili wyłoniła się i przywitała z kotką, która ledwo powstrzymywała się przed drapaniem. Niebieskookiej to wystarczyło, by na szybko zniknąć po aksamitkę i wrócić z nią do chorej. Płatki wraz z liśćmi przeżuła na papkę i zaczęła ją nakładać w miejscach, gdzie stróż czuł swędzenie.
Kiedy tylko Kropla opuścił legowiska uzdrowicieli, uczennica sama chciała to uczynić, chcąc wziąć coś na ząb.
— Chcecie coś ze stosu? — spytała dwójkę kocurów.
— Ja chce nornicę! — odparł radośnie bury. Niebieskooka skinęła głową, jako znak, że przyjęła jego prośbę do wiadomości.
— Sam później coś w-wezmę… — poinformował liliowy, co spotkało się z mało przychylnym spojrzeniem córki.
— Trzymam za słowo, inaczej powiem Purchawce — rzuciła, by następnie skierować się do wyjścia. Miała szczęście, że stos ze zwierzyną był tuż obok ich legowiska, więc daleko nie musiała chodzić, choć i tak to wystarczyło, aby jakiś kociak wpadł na nią. — Uważaj! — fuknęła na jedno z dzieci Figi. Dopiero po chwili zdała sobie z tego sprawę, a wolałaby nie ściągać na siebie gniewu zastępczyni. — Znaczy, uważaj następnym razem malcu, co? Następnym razem możesz nie mieć tyle szczęścia — poprawiła się, posyłając kociakowi uśmiech.
<Wrono?>
[534 słowa]
Wyleczeni: Kropla
Subskrybuj:
Posty (Atom)


