BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 14 czerwca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

13 czerwca 2026

Od Kryształowej Łapy do Cętkowanej Łapy

Wiedziała, że nim Zalotna Gwiazda zacznie poważnie rozmyślać nad tym, kiedy wygnać z klanu Kryształową Łapę, minie jeszcze trochę księżyców, ale wolała nie zbliżać się bardziej do tego terminu. Wiedziała, że liderka ma wobec niej pewne uprzedzenia związane z jej relacją z Brukselkową Zadrą, więc nie chciała dawać jej kolejnych powodów do niechęci. Już i tak miała wystarczająco ciężko tylko przez to, że to akurat liliowa odnalazła ją i jej siostrę w tamtą noc. Nie wiedziała tylko dlaczego Brukselka tak bardzo nie lubi przywódczyni i dlaczego przywódczyni tak bardzo nie lubi Brukselki. Jeszcze nigdy nie miała odwagi o to spytać, bo domyślała się, że spór z najwyżej położoną w hierarchii klanu kotką nie był zbyt łatwy ani przyjemny. Czuła, że w końcu zakończy się czymś złym… Nie sądziła, że Zalotna Gwiazda naprawdę była potworem i nienawidziła liliowej, ale jednocześnie nie umiała sobie wyobrazić Brukselkowej Zadry jako tej złej. Wierzyła, że obie kotki niczym nie zawiniły i że gdyby tylko spokojnie porozmawiały, mogłyby rozwiązać swój konflikt! Nie wiedziała tylko, jak mogłaby do tego doprowadzić. Brukselka pewnie nie zgodziłaby się na to, by sama miała wyjść do liderki z inicjatywą pokojowej rozmowy.
Kryształowa Łapa westchnęła ciężko, siedząc przed legowiskiem uczniów i obserwując przewijające się przez obóz koty. Czy one czasem też miały takie życiowe rozterki? Czy też czasem wpatrywały się w jeden punkt przed sobą i zastanawiały się, jak poradzić sobie z jakimś problemem? Zapewne tak. W końcu biało-niebieska już nieraz słyszała, że każdy w życiu miał własne przeszkody i musiał się z nimi zmierzać na co dzień. Brzmiało to całkiem pięknie; a przynajmniej dla Kryształki. Może i nie podobała jej się wizja, że każdy z jej pobratymców miał jakieś udręki, ale niezwykle interesował ją fakt, że każdy kot był od siebie inny i nikt nie znał go lepiej, niż on sam.
Zwróciła wzrok w stronę rudej wojowniczki z blizną na grzbiecie i zielonymi oczami. Jak mogło wyglądać jej życie? Co takiego robiła, gdy Kryształowej Łapy nie było jeszcze na tym świecie? Czy urodziła się w Klanie Wilka i spędziła tu całe życie? Może tak samo, jak Kryształka, urodziła się jako samotnik i została do klanu przygarnięta? Kto był ojcem jej dwójki rudych córek, które były do niej niezwykle podobne i często z nią rozmawiały? Może tak naprawdę ten kocur już nie żył, może był samotnikiem, a może nawet pochodził z innego klanu?
Następnie spojrzała na czekoladową, pręgowaną klasycznie kocicę o naburmuszonym wyrazie pyska. Słyszała o niej już całkiem sporo. Miała na imię Cykoriowy Cykor i była przybraną córką brata Brukselkowej Zadry. Została przyniesiona do Klanu Wilka jako kocię i szybko okazało się, że sprawia więcej problemów, niż przeciętny kot w jej wieku. Słyszała, że nie starała się na treningach i ledwo uniknęła wygnania! Potem dostała ucznia, Garbatą Łapę, i teraz w ogóle nie wychodzi z nim na treningi. Kryształka nie winiła jej jednak za to, a zamiast tego zastanawiała się, co takiego mogło stać się w życiu Cykorii, o czym nikt nie wiedział, co sprawiło, że tak się zachowuje. Może po prostu nikt nie spróbował jej nigdy zrozumieć? Może inaczej zachowałaby się w stosunku do kogoś, kto jest jej… przyjacielem?
Gdy czekoladowa zwróciła wzrok w stronę Kryształki i przez ułamek uderzenia serca nawiązały ze sobą kontakt wzrokowy, biało-niebieska natychmiast spuściła spojrzenie na łapy. Faktycznie, to trochę dziwne, że wpatruje się bezmyślnie w losowe koty w obozie… Na szczęście Cykoriowy Cykor nie postanowiła do niej podejść i robić o to problemu. Zamiast tego prychnęła i wślizgnęła się do legowiska wojowników.
Kryształowa Łapa odetchnęła z ulgą. Nie, żeby nie lubiła Cykorii, ale zdawała sobie sprawę z tego, że kotka niekiedy może wydawać się… agresywna. Sama nie chciała wdawać się teraz, ani nigdy, w żadne sprzeczki. Zależało jej na tym, by ze wszystkimi mieć pozytywną lub neutralną relację, nawet jeśli niektóre koty już od razu określiły ją mianem zagrożenia przez to, kto ją wychowywał. Wierzyła, że z czasem inni zrozumieją, że nie jest ona zła!
Zanim jednak miałaby postarać się o zmianę reputacji w klanie, musiałaby się mianować. Właśnie dlatego oprócz tego, że obserwowała życie swoich pobratymców, wyczekiwała również przybycia Cienistej Zjawy. I nie musiała nawet czekać zbyt długo, bo wkrótce w jej polu widzenia znalazł się buras! Przy jego boku szła jednak liliowa szylkretka, siostra Kryształki — Gwiazdnicowy Blask. Dlaczego ta dwójka znajdowała się akurat razem? Czyżby się zaprzyjaźnili?
— Cześć, Cienista Zjawo! — mruknęła Kryształowa Łapa, gdy jej mentor znalazł się wystarczająco blisko. Potem wstała i podeszła do siostry, ocierając się pyskiem o jej policzek. — A ty, Gwiazdnico, dlaczego tu przyszłaś? — zapytała, w końcu robiąc krok w tył od szylkretki.
Wojowniczka łypnęła wpierw wzrokiem na burasa, a potem spojrzała na uczennicę i uśmiechnęła się ciepło.
— Twój mentor zaproponował, byśmy wspólnie poćwiczyły walkę. W końcu jestem twoją siostrą i uznaliśmy, że może tak będzie ci wygodniej — wyjaśniła spokojnie, na co niebieskooka przytaknęła głową. Mimo tego miała sporo wątpliwości.
Brzydziła się przemocą. Nawet taką w formie zabawy. Nie potrafiłaby skrzywdzić obcego kota, a co dopiero takiego, który należy do jej rodziny! Nie widziała jej się walka z Gwiazdnicowym Blaskiem, ale nie, żeby miała jakieś zdanie w tej sprawie. Szanowała rozkazy Cienistej Zjawy i wiedziała, że nie może wyrażać wobec niego sprzeciwu. Właśnie dlatego posłusznie ruszyła za dwójką starszych kotów, gdy już zaczęli zmierzać w stronę wyjścia z azylu. Nawet jeśli w jej głowie narastały obawy.

* * *

Podążając za liliową i burym, przypomniała sobie o istnieniu pewnej kotki — Kalinowego Powiewu. Wciąż jeszcze zdarzało jej się rozmyślać o miłej, eleganckiej wojowniczce, a także czasem do niej zagadywać. Starała się jednak nie myśleć o niej podczas treningów, by znów się nie zagapić i nie uderzyć w jakieś drzewo! To było takie upokarzające, że aż Kryształka za każdym razem, gdy sobie o tym przypominała, czuła pieczenie na skórze. Dobrze, że Cienista Zjawa nie potrafił czytać w myślach, bo gdyby dowiedział się, że rozkojarzyła się przez jakąś kotkę, nie byłby zbyt szczęśliwy! Powiedziałby pewnie coś w stylu, że prawdziwy wojownik Klanu Wilka nie pozwala, by inny kot wpływał negatywnie na jego czujność i umiejętności. Kryształka nie twierdziła, że nie było w tym prawdy. Faktycznie nie powinna pozwalać na to, by Kalinowy Powiew zajmowała tyle miejsca w jej głowie. Ale była tak… idealna, że aż ciężko było nie myśleć o niej wcale!
W końcu cała ekipa dotarła na polanę, a Kryształce żołądek wywinął fikołka. Przełknęła gulę, która utknęła jej w gardle, i zatrzymała się obok swojej siostry. Czy naprawdę będzie musiała z nią walczyć…?
— Ja będę was obserwował z boku — oznajmił Cienista Zjawa, siadając gdzieś z dala od środka polany. — Kryształowa Łapo, postaraj się tylko. Masz już całkiem sporo księżyców na karku jak na ucznia, więc chciałbym, byś nie lekceważyła treningów.
Biało-niebieska przytaknęła łbem, uśmiechając się nerwowo w stronę mentora.
— Po-postaram się, oczywiście! — odparła, a zaraz potem Gwiazdnica odeszła od niej i stanęła naprzeciwko. — Ale… nie będziemy walczyć na pazury, prawda? — chciała się upewnić.
— Na ten moment raczej nie, bo jeszcze Gwiazdnicowy Blask przerobiłaby cię na papkę — zaśmiał się, na co Kryształka spojrzała na szylkretkę. Nie… ona na pewno by jej nie skrzywdziła.
W końcu obie kotki ustawiły się przodem do siebie i czekały, aż buras wyda rozkaz do walki. Uczennica czuła bicie własnego serca, które zachowywało się tak, jakby chciało wyrwać się z jej klatki piersiowej. Nie wiedziała nawet, dlaczego aż tak bardzo się stresuje!
— Niech zacznie się walka! — krzyknął Cienista Zjawa.
Na te słowa Kryształka spięła mięśnie, chcąc wyskoczyć do przodu. Zawahała się jednak i nim zdążyła to zrobić, jej siostra już szarżowała w jej stronę. Jasnofutra przeraziła się i odskoczyła na bok, unikając ciosu ze strony Gwiazdnicy. Liliowa odwróciła się ku młodszej siostrze i zamachnęła łapą, na co Kryształka ponownie zrobiła unik i oddaliła się od niej o kilka lisich ogonów.
— Kryształowa Łapo, walcz! — warknął buras, obserwując ciągłe ucieczki i uniki uczennicy.
Biało-niebieska spojrzała na swojego mentora przepraszającym wzrokiem, a w międzyczasie dobiegła do niej Gwiazdnica i skoczyła na nią, przez co obie kotki zaczęły koziołkować po ziemi. W końcu wojowniczce udało się przygwoździć młodszą do podłoża.
Oddech łaciatej przyspieszył, a jej uszy położyły się po głowie. Wyglądała na tak przerażoną, że liliowa zeszła z niej i spytała zatroskana:
— Wszystko w porządku?
Kryształowa Łapa na moment zmrużyła oczy i rozluźniła mięśnie, kładąc się na boku. Po chwili westchnęła ciężko i chwiejnie podniosła się na wszystkie cztery łapy.
— Ach, przepraszam, Cienista Zjawo! Tak okropnie mi poszło… w ogóle nie udało mi się zaatakować Gwiazdnicy! — stęknęła, gdy podszedł do niej mentor. — To się nie powtórzy, przysięgam! — dodała, podnosząc na niego wzrok.
— Daruj sobie te przeprosiny — mruknął, po czym pokręcił głową. — Jutro spróbujesz zawalczyć z Cętkowaną Łapą. Tylko przyłóż się do tego bardziej albo będę zmuszony powiedzieć Zalotnej Gwieździe, że nie robisz postępów! — zagroził Kryształce, na co ta o mało nie zatrzęsła się ze strachu.
— Postaram się najbardziej, jak umiem! — pisnęła od razu.
Bury na moment zamilkł, dopóki nie odwrócił się od uczennicy i nie szepnął:
— Ale to wciąż za mało...

* * *

W nocy nie zmrużyła prawie oka, zastanawiając się nad tym, jak niby ma pokonać Cętkowaną Łapę. Kocur co prawda był młodszy, ale z całą pewnością silniejszy! Widziała jego zapał do treningów, widziała, jaki był zaangażowany i wytrenowany. Właściwie już teraz mógłby nosić miano wojownika! W przeciwieństwie do Kryształowej Łapy, której jeszcze trochę brakowało do awansu. Nie ma szans, że uda jej się z nim wygrać! A może jednak wcale nie musiała? Może Cienistej Zjawie wystarczy to, że będzie się starała i nie da się tak łatwo znokautować? Miała taką nadzieję, bo w przeciwnym wypadku chyba skończy jako wygnaniec…
Rankiem co chwilę spoglądała na rudego ucznia, zastanawiając się, kiedy otworzy ślepia. Tak bardzo chciałaby w tym momencie zatrzymać czas… Tak bardzo chciałaby odwlekać tę walkę tak długo, jak tylko mogła. Lecz niestety życie nie było bajką, a ona nie miała żadnych nadprzyrodzonych umiejętności. Wiedziała, że już niedługo przyjdzie jej zmierzyć się z Cętkowaną Łapą na treningu.
Gdy w końcu rudofutry otworzył oczy, jej serce na moment stanęło. Po chwili odwróciła od niego wzrok, wpatrując się teraz w wejście do legowiska uczniów. Teraz to już tylko kwestia czasu, nim w progu zawita Cienista Zjawa wraz z Tropiącą Łaską…
— Ej, Kryształowa Łapo! — mruknął nagle Tęgosz, na co uczennica o mało nie zakrztusiła się własną śliną. Powoli, nieśmiało odwróciła głowę w jego stronę.
— Tak…? — zapytała niepewnie. Czyżby rudy chciał ją wyśmiać?
— O ile zakład, że z tobą wygram? — dodał, uśmiechając się złośliwie do kotki.
Och, no tak. Czyli on też zdawał sobie sprawę z tego, że był od niej lepszy. Należał w końcu do rodziny Zalotnej Gwiazdy i był jej bardzo lojalny, a co za tym szło, tak samo nie cierpiał Brukselkowej Zadry, Zwęglonej Kukułki i niej samej — Kryształowej Łapy.
— Nie wiem… — westchnęła uczennica.
Teraz nie chciała już odwlekać treningu, tylko mieć go za sobą! W końcu, gdy już się odbędzie, będzie mogła rozpocząć proces wypierania go z pamięci.
Niedługo później do legowiska uczniów zawitał Cienista Zjawa z czekoladową szylkretką u boku i przywołał do siebie dwójkę uczniów, by następnie wyjść z nimi z obozu i ruszyć w stronę polany, na której wczoraj Kryształowa Łapa zmierzyła się z siostrą.
Gdy znaleźli się na miejscu, bury wojownik jak zwykle kazał ustawić się uczniom naprzeciw siebie. Gdy wydał rozkaz do walki, Cętkowana Łapa rzucił się pierwszy do ataku. Uderzył Kryształkę łapą w pysk, ale kotka szybko się zrewanżowała, rzucając się na niego i przewracając go na ziemię. Oboje przetoczyli się po glebie, aż w końcu rudofutry odepchnął od siebie starszą kotkę i wstał na cztery łapy. Niebieskookiej również udało się podnieść i ponownie przyjąć pozycję bojową.
W taki sposób minęło trochę czasu. Uczniowie nawzajem się przewracali i uderzali łapami bez wysuniętych pazurów. Cętkowanej Łapie walka szła nieco lepiej, ale Kryształka nie poddawała się podczas sparingu i nie podkulała ogona.
W końcu przerwał im Cienista Zjawa.
— Możecie już skończyć walkę. Wraz z Tropiącą Łaską widzieliśmy wystarczająco waszych ruchów bitewnych — stwierdził, spoglądając na czekoladową szylkretkę.
— Cienista Zjawa ma rację. Możemy już się zbierać — mruknęła, mierząc uczniów chłodnym wzrokiem.
Kryształowa Łapa uśmiechnęła się nieznacznie do mentora, czując się dumna ze swojego osiągnięcia. Po chwili cała czwórka wyruszyła z powrotem do obozu, a biało-niebieska postanowiła zagadać do swojego dzisiejszego przeciwnika.
— Cześć, Cętkowana Łapo! Widzę, że nikt nie wygrał zakładu — miauknęła, nawiązując do ich porannej rozmowy. — Ale muszę przyznać, że naprawdę świetnie walczysz! Zalotna Gwiazda na pewno już niedługo będzie chciała cię mianować. Ja na jej miejscu zrobiłabym to od razu! — dodała z ciepłym uśmiechem.

<Cętkowana Łapo?>

[2030 słów + udział w pojedynkach uczniów]

Od Lśniącej Gwiazdy do Rozkwitającego Astra

Leżał w swoim legowisku od dłuższej chwili, choć trudno byłoby stwierdzić, czy rzeczywiście odpoczywał, czy jedynie pozostawał w bezruchu, który z biegiem księżyców stał się dla niego równie naturalny jak oddychanie. Nawet wtedy, gdy jego ciało pozostawało nieruchome, umysł nieustannie krążył wokół tych samych spraw, przesuwając między sobą obrazy, imiona oraz urywki rozmów z cierpliwością przypominającą nurt rzeki, który pozornie nie zmienia swojego biegu, a mimo to z czasem potrafi nadać nowy kształt nawet najtwardszej skale.
Kamienne ściany kryjówki nasiąkły chłodem i wilgocią tak głęboko, że zdawały się zatrzymywać w sobie każdą cząstkę ciepła. Ich szarość nie różniła się od tej, która od wielu księżyców spowijała całe obozowisko, przez co niekiedy odnosił wrażenie, że nie znajduje się w samym sercu Klanu Klifu, lecz gdzieś na jego obrzeżach, w cieniu dawnej wielkości, której ślady nadal były widoczne, choć coraz trudniej było wskazać ich źródło. Wszystko funkcjonowało tak jak wcześniej — patrole opuszczały obóz o wyznaczonych porach, wojownicy wykonywali swoje obowiązki, a życie płynęło utartym rytmem — jednak pod powierzchnią tej zwyczajności wyczuwał coś nieuchwytnego, subtelne przesunięcie, którego większość kotów zdawała się nie dostrzegać.
Z zewnątrz docierały do niego przytłumione odgłosy codzienności. Szelest łap przesuwających się po kamieniach splatał się z rozmowami wojowników oraz odległym szumem wodospadu, który od zawsze towarzyszył życiu klanu niczym nieustannie powracająca melodia. Dziś jednak dźwięk ten wydawał się inny, cięższy i bardziej uporczywy, przypominając raczej ciche świadectwo trwania niż zwyczajny element krajobrazu, jak gdyby sama ziemia próbowała przypomnieć wszystkim, że pewne rzeczy istnieją niezależnie od tego, czy ktoś poświęca im uwagę.
Lśniąca Gwiazda powoli uniósł głowę, a jego spojrzenie przesunęło się po wnętrzu legowiska bez wyraźnego celu, choć rzadko pozwalał sobie na gesty pozbawione znaczenia. Od kilku dni jego myśli wracały do tych samych obserwacji, które początkowo wydawały się jedynie luźnym zbiorem przypadkowych spostrzeżeń, teraz jednak zaczynały układać się w znacznie bardziej uporządkowany wzór. To właśnie ta stopniowo wyłaniająca się struktura nie dawała mu spokoju, gdyż raz dostrzeżonych zależności nie sposób było ponownie zamienić w przypadek.
Słowa Tawułowej Bryzy powracały do niego nie jako zwyczajne wspomnienie rozmowy, lecz jako zbiór elementów, które z każdą kolejną godziną coraz mocniej zazębiały się ze sobą w jego umyśle. Imiona, które wówczas padły, nie brzmiały już jak pojedyncze skargi ani chwilowe oznaki niezadowolenia. Przeciwnie — zaczynały przypominać fragmenty większej opowieści, której pełnego kształtu nadal nie potrafił dostrzec, choć jej kontury stawały się coraz wyraźniejsze. Każdy kolejny szczegół znajdował swoje miejsce obok poprzednich, a przypadkowe zbieżności coraz częściej sprawiały wrażenie części wzoru istniejącego od dawna, czekającego jedynie na kogoś, kto zechce poświęcić mu wystarczająco dużo uwagi.
Bukowa Korona, Przepiórcza Wichura, Kukułczy Wdzięk, Skrzydlata Pogoń, Płomienne Serce oraz Morświnowa Płetwa nie stanowili dla niego jedynie imion, które należało zachować w pamięci. Każde z nich zajmowało określone miejsce w znacznie większej konstrukcji, którą jakiegoś czasu budował w swoim umyśle z cierpliwością godną kota układającego kamienie pod przyszłą ścianę obozu. Pojedyncze rozmowy, przypadkowo zasłyszane uwagi oraz subtelne zmiany zachowania rzadko znaczyły cokolwiek same w sobie, jednak zestawione obok siebie zaczynały tworzyć obraz znacznie bardziej interesujący niż jakakolwiek otwarta deklaracja. Właśnie z takich drobiazgów powstawała prawdziwa mapa klanu, a mapa ta nigdy nie pozostawała niezmienna, gdyż nastroje kotów zmieniały się równie płynnie jak morska linia brzegowa podczas przypływu.
Najbardziej zajmujący nie był jednak sam fakt istnienia tych głosów, lecz sposób, w jaki zaczynały splatać się ze sobą w jego myślach. Nawet jeśli powiązania, które dostrzegał, pozostawały jeszcze niepełne, trudno było zignorować ich obecność. Wiedział doskonale, że klany niemal nigdy nie stawały przed zagrożeniem w postaci świadomie zawiązanego spisku, ponieważ podobne rzeczy należały raczej do opowieści snutych przy wspólnych posiłkach niż do rzeczywistości. Znacznie częściej źródłem problemów okazywały się drobne urazy, rozczarowania oraz ambicje, które przez długi czas pozostawały niezauważone, aż w końcu zaczynały oddziaływać na siebie niczym korzenie roślin rosnących pod powierzchnią ziemi.
Myśl o Truskawkowym Polu pojawiła się pośród tych rozważań niemal niezauważalnie, jakby od początku należała do tego obrazu. Jej pozycja, decyzje oraz reakcje, jakie wywołały, przestały być pojedynczym wydarzeniem i zaczynały funkcjonować jako punkt odniesienia dla coraz większej liczby interpretacji. Dla jednych mogła stanowić dowód słuszności obranej przez niego drogi, dla innych zaś przypomnienie o decyzjach, których nie zaakceptowali w pełni. Sam fakt, że jedno wydarzenie potrafiło rodzić tak odmienne wnioski, był wart znacznie większej uwagi niż większość wojowników mogłaby przypuszczać.
Nie odczuwał przy tym gniewu ani niepokoju. Emocje tego rodzaju wydawały mu się zbyt gwałtowne, zbyt chaotyczne, by mogły przynieść jakąkolwiek korzyść. Zamiast nich pojawiała się znajoma chłodna koncentracja, która pozwalała patrzeć na sytuację z odpowiedniego dystansu. W jego umyśle wszystko przypominało planszę rozłożoną pomiędzy wieloma ruchomymi elementami, gdzie znaczenie miał nie sam ruch, lecz chwila, w której zostawał wykonany.
Coraz wyraźniej czuł potrzebę uporządkowania napływających informacji, choć nie zamierzał działać pochopnie ani zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Największą wartość posiadały przecież te działania, których obecności nikt nie dostrzegał, a które mimo to stopniowo wpływały na kształt całej sytuacji. Chciał zrozumieć, jak głęboko sięgają te nastroje, czy są jedynie przejściowym skutkiem zmęczenia oraz ostatnich wydarzeń, czy też stanowią początek czegoś bardziej trwałego. Odpowiedź nie była jeszcze widoczna, lecz samo pytanie okazywało się zbyt istotne, by pozostawić je bez uwagi.
Nie postrzegał tego w kategoriach zagrożenia. Zagrożenia były zjawiskami prostymi, łatwymi do nazwania i jeszcze łatwiejszymi do dostrzeżenia, podczas gdy sytuacja rozwijająca się na obrzeżach jego świadomości przypominała raczej drobne pęknięcie ukryte głęboko w skale, niewidoczne dla oka aż do chwili, gdy zaczyna wpływać na ciężar całej konstrukcji. To właśnie takie zmiany zasługiwały na największą uwagę, gdyż najrzadziej przychodziły z ostrzeżeniem.
Kiedy w końcu podniósł się z legowiska, uczynił to bez pośpiechu, z tą samą spokojną precyzją, która od dawna stała się nieodłącznym elementem jego codzienności. W jego ruchach nie było jednak nic przypadkowego; każdy gest zdawał się płynąć z naturalnej pewności siebie, choć w rzeczywistości stanowił część roli odgrywanej tak długo, że granica pomiędzy przyzwyczajeniem a świadomym wyborem zaczynała się zacierać. Przywódca nie należał wyłącznie do siebie, a świadomość tego towarzyszyła mu nieustannie niczym cień podążający krok za krokiem za swoim właścicielem.
Ruszył przed siebie spokojnym krokiem, a jego obecność zdawała się wtapiać w otoczenie z niemal nienaturalną łatwością. Dla większości wojowników pozostawał tym samym łagodnym i opanowanym przywódcą, którego słowa koiły spory. Z biegiem czasu ten wizerunek zakorzenił się w świadomości klanu tak głęboko, że stał się po prostu nie odłączną częścią klanowej codzienności.
Przesuwając wzrok po obozie, dostrzegł Morświnową Płetwę jedynie przez krótką chwilę, pomiędzy sylwetkami innych kotów przemieszczających się przez centralną część obozowiska. Obraz ten zniknął niemal natychmiast, pochłonięty przez ruch i codzienny gwar, jednak jego obecność została odnotowana z tą samą dokładnością, z jaką zapamiętywał wszystkie rzeczy pozornie nieistotne. Nie zatrzymał się, nie poświęcił wojowniczce dodatkowego spojrzenia, a mimo to jej pojawienie się zajęło swoje miejsce pośród innych obserwacji, które od kilku dni coraz mocniej splatały się ze sobą w jego umyśle.
Niektóre szczegóły miały bowiem tę szczególną właściwość, że początkowo wydawały się bez znaczenia, by dopiero później ujawnić swoje prawdziwe miejsce w większym wzorze. Lśniąca Gwiazda nauczył się już dawno, że najcenniejsze informacje rzadko przychodzą w postaci odpowiedzi; znacznie częściej pojawiają się jako drobne nieścisłości, przypadkowe zbieżności oraz krótkie momenty, którym większość kotów nie poświęciłaby nawet jednej myśli.
Przyspieszył nieznacznie kroku, przecinając obozowisko z płynnością wypracowaną przez księżyce nieustannej samokontroli. Dla postronnego obserwatora zmiana tempa pozostawała niemal niezauważalna, jednak sam był świadomy jej aż nazbyt dobrze. Rzadko mógł pozwolić sobie na gest pozbawiony znaczenia, gdyż nawet najdrobniejsze odstępstwo od codziennego rytmu potrafiło stać się przedmiotem cudzych interpretacji, a interpretacje posiadały niebezpieczny zwyczaj życia znacznie dłuższego niż fakty, które je zrodziły.
Ostro zatrzymał się dopiero wtedy, gdy jedna z kotek niespodziewanie przecięła jego drogę. Zderzenie było ledwie muśnięciem, krótkim zaburzeniem ruchu, które zniknęło równie szybko, jak się pojawiło, jednak wystarczyło, by na moment wyrwać go z toku własnych rozmyślań.
Zanim zdążyła się cofnąć, jej głos rozlał się pomiędzy nimi szybkim strumieniem słów.
— Przepraszam, Lśniąca Gwiazdo! Ja naprawdę nie chciałam! — miauknęła pospiesznie, posyłając mu zakłopotany uśmiech. — Ja po prostu... akurat się zamyśliłam! Ale jeśli coś ci się stało, mogłabym zaprowadzić cię do medyczki. Sama tak w sumie po części nią jestem, hah! Szkolenie protektora—
Rozkwitający Aster.
Rozpoznał ją natychmiast, choć przez krótką chwilę pozwolił jej mówić dalej, obserwując sposób, w jaki kolejne słowa wypływały z jej pyska niemal szybciej, niż zdążyła je uporządkować. Zakłopotanie mieszało się z entuzjazmem, a nerwowość z nieporadną próbą naprawienia sytuacji, tworząc obraz tak szczery, że niemal rozbrajający.
Lśniąca Gwiazda nie okazał jednak ani irytacji, ani zaskoczenia. Pozwolił jedynie, by jego uwaga przesunęła się ku kotce z tą samą spokojną dokładnością, z jaką zwykle przyglądał się wszystkiemu wokół siebie. Łagodność pojawiła się w jego spojrzeniu naturalnie, niemal bezwysiłkowo, choć ktoś bardziej spostrzegawczy mógłby odnieść wrażenie, że była zbyt idealna, zbyt precyzyjnie odmierzona, by stanowić wyłącznie odruch.
Przez krótką chwilę przyglądał się jej w milczeniu, dając jej pełnię swojej uwagi w sposób, który wielu kotom wydawał się niezwykle ujmujący. Miał bowiem rzadki talent sprawiania wrażenia, że w danym momencie nic nie jest ważniejsze od rozmówcy, nawet jeśli jego myśli od dawna podążały już zupełnie innym tropem.
— Nie, nie. Nic się nie stało. Spokojnie — odparł łagodnie, a jego głos popłynął miękko pomiędzy nimi, niczym spokojna fala rozbijająca się o brzeg bez śladu gwałtowności. Na pysku przywódcy pojawił się lekki uśmiech, starannie wyważony pomiędzy uprzejmością a ciepłem. — Właściwie chciałem z tobą porozmawiać, Rozkwitający Astrze. Jest kilka spraw, które chciałbym z tobą omówić.
Kotka zastrzygła uszami niemal natychmiast, a w jej spojrzeniu pojawił się błysk żywego zainteresowania, który rozświetlił pysk skuteczniej niż poranne światło wpadające pomiędzy skalne szczeliny.
Lśniąca Gwiazda obserwował tę reakcję w milczeniu.
Nie był to jednak rodzaj uwagi, jaki poświęca się przyjacielowi. Jego spojrzenie przesuwało się po rysach pyska kotki z cierpliwą dokładnością, wyłapując drobne szczegóły, których większość wojowników prawdopodobnie nawet by nie zauważyła. Entuzjazm pojawił się natychmiast. Żadnego zawahania. Żadnej ostrożności. Żadnej próby ukrycia emocji.
Interesujące.
Rozkwitający Aster najpewniej należała do tych kotów, których uczucia niemal zawsze znajdowały drogę na powierzchnię. W świecie pełnym niedopowiedzeń i ostrożnie dobieranych słów podobna cecha mogła być zarówno zaletą, jak i słabością, zależnie od tego, kto znajdował się po drugiej stronie rozmowy.
Przez moment przyglądał się ozdobom starannie wplecionym w jej futro. Drobne dekoracje łagodnie poruszały się przy każdym ruchu głowy, nadając jej wygląd bardziej pogodny niż większości członków Klanu Klifu. Było w niej coś lekkiego, coś, co sprawiało, że inni instynktownie czuli się przy niej swobodniej.
Jego spojrzenie przesunęło się ku zagłębieniu ukrytemu pod mównicą.
— Chodźmy — miauknął spokojnie.
Nie czekał na odpowiedź. Odwrócił się i ruszył przed siebie tym samym równym krokiem, co zwykle. Kamienne podłoże cicho zachrzęściło pod łapami, gdy schodził do swojego legowiska, a chłodniejsze powietrze otuliło go znajomym zapachem mchu oraz słonej bryzy przynoszonej przez morze.
— Więc… — zaczął, a słowo wypłynęło z jego pyska miękko, niemal ostrożnie, jakby samo istnienie ciszy wokół niego wymagało odpowiedniego uszanowania, zanim zostanie przerwane. W jego głosie pobrzmiewała wyważona łagodność, starannie utrzymana pomiędzy ciepłem a dystansem, a choć na pysku pojawił się lekki, przepraszający uśmiech, trudno było oprzeć się wrażeniu, że był on raczej częścią dobrze znanego gestu niż spontanicznym odruchem.
— Zauważyłem, że wielu spośród moich wspaniałych wojowników nosi w sobie ostatnio coś, co nie do końca przystaje do tego, czym powinien być Klan Klifu.
Nie użył słowa „nieszczęśliwi”, jakby zbyt proste określenia nie były w stanie objąć złożoności tego, co obserwował, albo jakby sama precyzja języka wymagała od niego większej ostrożności niż zwykle. Jego spojrzenie pozostawało spokojne, niemal życzliwe, choć sposób, w jaki zatrzymał je na Rozkwitającym Astrowi, sugerował raczej uważne mierzenie reakcji niż zwyczajną troskę.
— Przepiórcza Wichura oraz Morświnowa Płetwa — kontynuował po chwili, starannie odmierzając rytm słów — szczególnie przykuwają moją uwagę. Od pewnego czasu odnoszę wrażenie, że niosą w sobie ciężar, który nie zawsze znajduje ujście tam, gdzie powinien. Niepokój, zmęczenie… być może również coś, co można by nazwać rozchwianiem wiary w to, co nas otacza.
Jego uszy poruszyły się lekko, jakby reagowały nie na własne myśli, lecz na samą strukturę wypowiadanych zdań.
— Klan jest jak ściana zbudowana z wielu kamieni — powiedział po chwili ciszej, z niemal nabożną precyzją — i choć z oddali wydaje się jednolita, wystarczy niewidoczna szczelina, by z czasem wpłynęła na jej stabilność. Dlatego właśnie tak istotne jest, by dostrzegać te szczeliny, zanim staną się czymś więcej niż tylko drobną nieciągłością.
Na moment zamilkł, pozwalając, by cisza ułożyła się pomiędzy nimi w sposób starannie kontrolowany, niemal uporządkowany.
— Proszę, porozmawiaj z nimi — podjął w końcu ciszej, a jego głos stracił część wcześniejszej oficjalnej gładkości, nabierając tonu bardziej osobistego, choć wciąż niepozbawionego tej samej starannej równowagi — wysłuchaj ich, jeśli zechcą mówić, i pozwól im milczeć, jeśli słowa okażą się dla nich zbyt ciężkie. Wydaje mi się, że łatwiej im będzie otworzyć się przed kimś, kto nie niesie ze sobą ciężaru mojego tytułu.
Odwrócił głowę i spojrzał jej prosto w oczy, a gest ten wykonał z taką naturalnością i precyzją, jakby od zawsze wiedział, w którym dokładnie momencie należy zatrzymać wzrok, by rozmówca poczuł się jednocześnie dostrzeżony i delikatnie zobowiązany do odpowiedzi.
— A jeśli uznasz to za słuszne, byłbym wdzięczny, gdybyś podzieliła się ze mną tym, czego się dowiesz — powiedział spokojnie, a jego głos utrzymał tę samą miękką równowagę, która sprawiała wrażenie szczerości, choć w rzeczywistości była raczej starannie utrzymanym porządkiem tonu niż spontanicznym odruchem. — Oczywiście mówię wyłącznie o sprawach dotyczących Klanu Klifu, gdyż nie interesują mnie cudze sekrety same w sobie, a jedynie to, w jaki sposób wpływają one na harmonię tego, co wspólnie utrzymujemy.
Przez ułamek chwili pozwolił ciszy zawisnąć pomiędzy nimi w sposób kontrolowany, jakby nawet brak słów podlegał tu pewnej wewnętrznej dyscyplinie, a następnie jego spojrzenie pozostało na niej niezmienne, spokojne, wyważone, niemal uprzejmie uważne.
— Zależy mi na tym, aby nasz klan pozostawał miejscem, w którym każdy kot może odnaleźć swoje miejsce pod gwiazdami — podjął po chwili, a jego głos nabrał jeszcze większej gładkości, jakby sama treść wypowiedzi wymagała szczególnej dbałości o formę — miejscem, w którym ciężar codziennych obowiązków nie staje się czymś, co przygniata ducha, a troski nie gromadzą się bezładnie w sercach, lecz znajdują ujście zanim zdążą zmienić się w coś trudniejszego do uporządkowania.
Przyglądał się jej przez moment w milczeniu, które nie było pustką, lecz raczej starannie utrzymanym odstępem pomiędzy kolejnymi warstwami rozmowy, a w jego oczach pojawiło się coś, co mogło uchodzić za nadzieję, choć w rzeczywistości przypominało bardziej jej dokładnie odtworzony obraz, na tyle przekonujący, by nikt nie miał potrzeby go kwestionować.
— Twoja pomoc mogłaby okazać się bezcenna — dodał ciszej, niemal z ostrożnością, jakby samo znaczenie tych słów wymagało odpowiedniego wyważenia — czasami nawet przywódca nie jest w stanie dostrzec wszystkiego, co dzieje się w cieniu własnego obozu, a ja nie chciałbym, by cokolwiek istotnego umknęło mojej uwadze i stało się później powodem niepotrzebnych strat w zaufaniu, które zostało mi powierzone.

<Aster?>

12 czerwca 2026

Od Cienistej Zjawy

Razem z Kryształową Łapą oraz Tygrysią Nocą patrolował granicę z Klanem Klifu. Rudy kocur szedł na przodzie, terminatorka w środku, a Cienista Zjawa zamykał pochód. Rozglądał się dookoła, nasłuchując odgłosów dochodzących z klifiackich terenów. Mijali właśnie Czarne Gniazda, o które udało im się poszerzyć obszar Klanu Wilka w zwycięskiej bitwie. Spojrzenie kocura sięgało jednak dalej niż czarne okręgi rozłożone poziomo na ziemi. W oddali spostrzegł piaszczysty teren, za którym rozpościerało się morze. Może kiedyś ponownie udałoby się im poszerzyć tereny klanu? Rozmarzony wizją wylegiwania się na plaży zamruczał cicho, gdy nagle spostrzegł białą postać chodzącą dookoła ogromnego kamienia (Sekretnego Tunelu). Wskoczył na jedną z opon, która znajdowała się na styku granicy, z zaciekawieniem obserwując samotnego Klifiaka. Postać poruszała się szybkim krokiem, co rusz zmieniając kierunek wokół głazu. Coś wykrzykiwała, jednak brzmienie jej słów nie dochodziło do uszu kocura. Rozbawiony jej zachowaniem parsknął, przywołując ogonem swoją terminatorkę oraz rudego wojownika. Kryształowa Łapa, jako pierwsza zbliżyła się do burego wojownika.
– Widzisz go, Kryształowa Łapo? – miauknął, a uczennica przytaknęła. – Musiał się opić słonej wody. Żeby ci nigdy do głowy nie przyszło napić się wody z morza podczas zgromadzenia, bo skończysz jak ten biedak i nie będziesz w stanie wrócić o własnych siłach do obozu.
Znudzeni obserwacją kręcącego się w kółko Klifiaka, wrócili na szlak, aby się spotkać z drugą grupą, która patrolowała tereny z Klanem Burzy. Spotkali się z nimi przy Potwornej Przełęczy. Wśród nich był jego syn, Cętkowana Łapa wraz z mentorką. Zamierzał później porozmawiać z Tropiącą Łaską na temat postępów w treningu jego syna. Mimo że kocica nie była tą, którą chciał jako pierwszy wybór na mentorkę swego syna, widział, że jako kultystka zadba o odpowiednią naukę kocura i jego szkolenie.

~~~

Do Klanu Wilka zawitała kolejna mała rudzinka, licząca na oko dwa księżyce. Cienista Zjawa lustrował spojrzeniem kociaka, który stroszył nieznacznie swoje futerko i wyginał grzbiet, gdy któryś z Wilczaków odwiedził go w kociarni i spoglądał na niego z góry. Przypominał mu Tęgosza, gdy ten był w jego wieku, nie tyle, co z wyglądu, ale i z charakteru. Cienista Zjawa od niechcenia szturchnął kociaka, przewracając go na plecy. Zamiast się skulić, jak miał to w zwyczaju robić Garbatek jako kociak, gdy Cienista Zjawa starał się dokuczyć słabszemu z kociąt Wrotyczowej Szramy, rudy złapał Cienistą Zjawę za łapę, próbując wygrać z góry spisane na przegraną starcie.
Cisowe Tchnienie spisała się, przyprowadzając ze sobą silnego kocurka. Tego właśnie potrzebował Klan Wilka. Silnych kotów, które wierzyły w Mroczną Puszczę i nie znały strachu.
– No już, koniec zabawy, Szaleju...
– Wojownik Klanu Wilka się nie poddaje – mruknął, próbując ugryźć Cienistą Zjawę w łapę. Czyżby młodzik uznał, że dzięki temu uda mu się na dobre powalić starszego? – W-walcz!
– Gdybym chciał, mógłbym cię zgnieść, jak robaka. A tego nie chcę – odtrącił go. – W przyszłości z przyjemnością się z tobą zmierzę, gdy skończysz swój trening, a twoje lewe ucho będzie wyglądać jak moje. Na razie po prostu słuchaj się Cisowego Tchnienia, a przede wszystkim Zalotnej Gwiazdy. I ich nie zawiedź. Tym bardziej szansy, jaką ci dały – mówiąc to, przeniósł spojrzenie na liderkę, która właśnie w tym momencie weszła do kociarni. Pozdrowił matkę, pozwalając jej na rozmowę z nowym nabytkiem.
Opuścił kociarnie, pozostawiając kociaka samego sobie na łasce Zalotnej Gwiazdy. Otrzepał się, lustrując spojrzeniem wojowników w sercu obozu. Spojrzenie zatrzymał na Gwiazdnicowym Blasku. Kocica dzieliła języki z Brukselkową Zadrą, która z troską pielęgnowała futro swojej przybranej córki. Liliowa pochwyciła spojrzenie Cienistej Zjawy na chwilę. Kocur zrozumiał ostrzeżenie kryjące się za nim, a mimo to zdecydował się zbliżyć do obu kocic. Zajął miejsce u boku szylkretki.
– Nie ma lepszego klanu niż Klan Wilka – zagaił, głośno zaciągając się rześkim powietrzem. Oparł się grzbietem o bok Gwiazdnicowego Blasku. – Prawda, Brukselkowa Zadro? – uśmiechnął się do liliowej. – Dzięki tobie Klan Wilka zyskał tyle wspaniałych kotów, co prawda poniektórzy okazali się końcowo parszywymi zdrajcami, jednak na całe szczęście Gwiazdnicowy Blask, Zwęglona Kukułka oraz Kryształowa Łapa do nich nie należą – zamruczał. – Kryształowa Łapa jest taka pojęta, ale zauważyłem, że różni się od pozostałych wojowników... chyba cierpi na jakąś dziwną przypadłość... dłuższe biegi jej nie służą... – wydawał się zatroskany. – Mogłaby w inny sposób przysłużyć się klanowi, jednak zgodnie z wolą matki zamierzam doprowadzić jej trening do końca. Miejmy nadzieję, że uda jej się za pierwszym razem wygrać bitwę i nie zostanie za bardzo pokiereszowana... Gwiazdnicowy Blasku – zwrócił się do szylkretki. – Chciałabyś towarzyszyć nam na jutrzejszym treningu Kryształowej Łapy? Jestem pewien, że twoja obecność na treningu będzie miała na nią dobry wpływ! I sądzę, że lepiej, aby pierwszy sparing przeprowadziła razem z tobą, a nie ze mną. Mam większe i silniejsze łapy niż ty... nie mówiąc o ostrzejszych pazurach... To jak? Zechcesz nam towarzyszyć?

Nowy Członek Klanu Gwiazdy!

 BARSZCZOWA ŁODYGA
Powód odejścia: decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: starość

Odszedł do Klanu Gwiazdy!

Od Barszczowej Łodygi

Upalne dni przysparzały kotom masę niedogodności. Brakująca woda, susza, a po kilku dniach tak ulewna burza, że strach było wyjść na zewnątrz. Wszystko były zalewane, nieostrożne kociaki mogły się nawet podtopić, gdyby wyszły na zewnątrz.
Barszczowa Łodyga, najstarszy wraz ze swoim bratem kot w Klanie, czuł, że kończy mu się czas. W starych kościach mógł wyczuć przychodzącą ku niemu śmierć. Jakby jej chłodny oddech zmierzwił mu sierść na karku… a w nocy próbowała odebrać mu duszę. Budził się bez dechu, czasem nie mógł w ogóle zasnąć. Był tym nieco zestresowany, dopóki nie zrozumiał, o co chodziło. Wystarczyło, by pogodził się z tym, że umiera. Z bólem, który mu towarzyszył przy każdym wstawaniu, myciu łap czy podnoszeniu jakichś rzeczy. Sylwetka chudnąca w oczach, oczy zachodzące mgłą oraz wąsy, które z każdym wschodem słońca opadały coraz niżej. Sierść na pysku miał całkowicie szarą, nawet na łapach mógł dostrzec takie przebłyski, jakby życie nie pozwalało mu zapomnieć, w jakim był wieku.
Barszcz na początku bał się umierać. Nie chciał zostawiać Nieustraszonego Chomika, czy Poczciwego Szakłaka, martwił się również o Biały Strumień, który był wyraźnie bardziej zdołowany, niż wcześniej. Jego obawy sięgały również aktualnych uczniów, którzy sprawiali niemałe problemy, oraz Zawodzącego Echa, który lada chwila zostanie oficjalnym Liderem i pójdzie odebrać życia. Czy Klan Burzy pozostanie zdrowy i silny? Czy Przodkowie może planują dla nich Próby?
Barszcz nie wiedział, a nie będzie miał również okazji, by otrzymać odpowiedzi na swoje pytania. Tej nocy, leżąc na swoim mchowym posłaniu, wiedział, że ten sen będzie jego najdłuższym. Biorąc ostatnie wdechy, myślał o swojej rodzinie i bliskich. Życzył Nieosutraszonemu Chomikowi dużo cierpliwości oraz siły, by mogła mierzyć się z trudnościami losu. Poczciwemu Szakłakowi chciał życzyć mnóstwo miłości i wiary w siebie, radości. Barszcz żałował, że nie był lepszym ojcem. Może z zaświatów będzie mógł zsyłać synowi jakieś dobre znaki? A Pchełka… jego córeczka, mieszkająca w Klanie Klifu, jak się miała? Była zdrowa, szczęśliwa? Nie miał okazji się dowiedzieć, będąc zbyt starym na dalekie wycieczki na Zgromadzenia czy spotkania na granicach Klanów. Uznał więc, że jest silna i na pewno daje sobie radę w tamtym Klanie.
Gdy już życzył bez słów każdemu tego, co chciał, mógł powitać śmierć. Ponownie czując chłodny oddech na karku, sztywniejące mięśnie oraz poczucie, że tracił kontrolę nad własnym ciałem. Położył bezsilnie głowę na mchu, zamknął oczy i przestał walczyć z tym uczuciem. Wziął wdech, a wraz z wydechem pozwolił, by śmierć zabrała jego duszę na Srebrną Skórkę.

Dziękuję wszystkim za możliwość stworzenia wraz z Wami interesującej fabuły! Barszczyk miał udane życie, a mi się bardzo miło nam pisało :D

11 czerwca 2026

Od Niezapominajkowej Nadziei CD. Trzcinowego Szmeru

Księżyce temu leżała obok kotki, zwierzały się sobie z sekretów, czyściły sobie nawzajem futra, dzieląc się swoimi marzeniami, a teraz kotka miała partnera, kocięta… Gdzie Niezapominajka popełniła błąd? Może powinna była spędzać z nią więcej czasu? Wbijała teraz pazury w ziemię, patrząc tępo na pazury, które nie tak dawno drapały wściekle po jej ojcu. Wzdrygnęła się, w końcu wstając. Nie była pewna co do odwiedzin kotki, jednak nie odzywanie się do niej też nie było wcale najlepszym pomysłem. Westchnęła, gdy nagle do jej boku podszedł jej ojciec. Klan Nocy nadal był pewien, że powodem jego ran były borsuki, a ona sama nie potrafiła sobie spojrzeć w oczy w odbiciu kałuży, wiedząc, że to ona go tak urządziła. On sam jednak nie wydawał się być zły. Może to było w tym wszystkim najgorsze? Teraz usiadł obok córki, zerkając na jej drgający nerwowo koniuszek ogona. Ona nadal stała, patrząc na żłobek. Jej ojciec westchnął.
— Wiesz, myślę, że powinnaś ją odwiedzić. Wiem, że to boli, ale przyda się jej teraz wsparcie, wiesz? — kocur patrzył na nią nadal, wręcz ciepłym wzrokiem. Musiała przyznać, że ciężko było się przyzwyczaić do posiadania jakiejkolwiek faktycznej rodziny obok siebie. Szczególnie wtedy, gdy nikt inny nie wiedział o ich spokrewnieniu. Przyzwyczaiła się do osamotnienia. Gdyby tak pomyśleć, to Trzcinowy Szmer była jedyną najbliższą osobą, jaką dotąd miała przy sobie. Jej futro nastroszyło się na tą myśl, jednak od razu wygładziła je językiem. Jej ojciec skinął w stronę żłobka, na co ta w końcu po chwili ruszyła się, przełykając ślinę. Myślała cały czas o tym, co powiedziała jej księżyce temu kotka i ona sama jej. Kotka zabiła członka rodziny, ale Niezapominajka nigdy jej nie oceniała za ten czyn. W dodatku wiedziała, że sama teraz nie jest niewiniątkiem. Jednak Trzcina też znała jej najskrytszy sekret, mianowicie jej pochodzenie. Łapy same w końcu poniosły ją do żłobka, co zauważyła dopiero wtedy, gdy się tam znalazła. Trzcinowy Szmer patrzyła czule na dwie kulki u swojego boku. Niezapominajkę przeszedł dreszcz na myśl, że mogły być jej. Że mogły razem znaleźć kocięta na granicy, tak jak to ją samą znaleziono. Ruszyła w stronę kotki, czując lekki dyskomfort. Głowa jej wirowała, ostatni raz widziały się gdy wróciła z Kijankowymi Moczarami po “ataku”.
— Niezapominajkowa Nadziejo? Już myślałam, że mnie nie odwiedzisz. — usłyszała dymna, co wyrwało ją z myśli po raz kolejny, a wirowanie zastąpione zostało… Smutkiem. Nie dała po sobie tego poznać, jednak kojący głos szylkretki był dla niej czymś, czego mogłaby słuchać o wiele częściej, obok siebie, jak kiedyś gdy miały legowiska tuż obok siebie. Teraz jej legowisko było puste, może nawet bliższe tego, które zajmował Żmijowiec…
— Tak, przepraszam, że nie od razu, po prostu po tym ataku…
— Nie musisz mi tłumaczyć. To musiało być straszne, atak w obozie już sam w sobie był okropny… Rannych było sporo. — odpowiedziała kotce, zakrywając kocięta ogonem, jakby borsuk znów miał się wyłonić zza rogu. Gdyby tylko wiedziała…
— Było. Szczególnie dla Kijankowych Moczar… — usiadła, patrząc na swoje łapy, turlając pod nimi jakiś kamyczek, który się pod nimi akurat znalazł.
— Wyglądał okropnie… Dobrze się ostatnio dogadujecie, chyba wspólna walka was zbliżyła do siebie, co?
— Tak, tak… Cieszę się, że przeżył. Faktycznie trochę się zbliżyliśmy. — Wspólna walka była czymś innym w głowie Trzciny, a głowie dymnej. Niezapominajkowa Nadzieja odepchnęła kamyczek w bok, czego pożałowała, bo jednak nie miała czego zrobić z łapami, a powietrze robiło się dla niej gęste. Mogłaby je ciąć pazurami. W końcu spojrzała na przylegające do jej boku puchate maluchy. Jej serce delikatnie zakłuło, jednak uśmiechnęłą się. — Jak tam twoje kocięta? Żmijowa Wić wydaje się być dość dumny z siebie, z tego co zauważyłam.

<Trzcinowy Szmerze?>

09 czerwca 2026

Od Kalinowego Powiewu

Słońce przebijało się dość ostro przez wysokie korony drzew iglastych, rzucając przepełnione gorącem promienie na grzbiety kotów, które wyłoniły się dzisiejszego dnia z legowisk. Kalinowy Powiew czuła się tak, jakby była chodzącą kulą ognia. Poduszki łap piekły ją, gdy wchodziły w kontakt z wysuszonym, twardym gruntem, nieporośniętym ani kępką trawy. Trafiła jej się akurat taka mini łysa… “połać”, która jeszcze za poprzedniej pory dumnie prezentowała swoją gęstą, trawiastą grzywę. Skwar nie służył nikomu, wody, zdawało się, było coraz mniej, a spragnionych i zmęczonych kotów coraz więcej. Jak dobrze, że Wilczacy nie musieli polować na ryby. Dla Klanu Nocy takie susze musiały być szczególnie dotkliwe, tak myślała niebieska. Co prawda na nich to również wpływało, ponieważ zwierzyna wyruszała w podróż w celu odnalezienia lepszego, większego źródełka, aczkolwiek nadal nie mogli narzekać, mieli, na razie czym napełniać brzuchy, a każdy patrol powracał z owocnych łowów.
Dzisiejsze grupki miały mieć tyle samo szczęścia, co każda inna do tej pory, a może nawet i o włos więcej. Doszły ją ostatnio słuchy, iż Klan Wilka powiększył się o następnego członka, który zresztą miał imię – Szalej. Kocica z zaciekawieniem rozglądała się w wejściu do legowiska medyka za kocurkiem, zastanawiając się, co z niego wyrośnie. Została wysłana na patrol graniczny, podczas którego jej myśli przeniosły się na inny tor, zostawiając młodego w spokoju. Żółtooka rozmyślała nad tym, czy złapanie królika sprawiłoby jej szczególną trudność – może łatwiej dla niej byłoby złowić rybę? Wyobraziła sobie siebie, wspinającą się na drzewo, tylko po to, żeby zeskoczyć z niskiej gałęzi na nic niespodziewającego się królika, skubiącego trawę gdzieś u podnóży wielkiego drzewa. Na samą myśl uśmiechnęła się nieco. Może i by jej się udało go dogonić bez konieczności wspinaczki, chociaż miały długie łapy i niezwykle wielkie uszy, albo by ją usłyszał z daleka, albo by jej zdążył uciec do jednej z pobliskich norek, które miał wykopane nieopodal, a wraz z nim jego towarzysze. Z tego, co się orientowała, Ognikowa Słota przepadała za uszakami. Chociaż Kalinowy Powiew nie miała powodów do tego, by przynosić jej takie upominki, raczej, prawda?
Przechodząc obok kociarni, w celu odłożenia swojej zdobyczy, do jej uszu doleciał znany jej głos mistrzyni. Z pewnością przeprowadzała właśnie niezwykle istotną rozmowę z nowym kociakiem, z każdym tak robiła. Co prawda zdobycz Kalinki była licha w porównaniu do takiego wielkiego grzywacza leżącego obok, czy nie mniej utuczonej wiewiórki, to Kalinowy Powiew nie miała powodów do wstydu, przyniosła dwie nornice, tyle musiało na dzisiaj wystarczyć. Zajrzała do żłobka, stawiając czujnie uszy. Spojrzenie rudego przeszło na nią prędko, a zaraz potem została również obdarzona kontaktem wzrokowym z ciemnymi, guzikowatymi oczami.
— Usiądź, Kalinowy Powiewie, opowiadam właśnie Szalejowi o tym, jak wspaniałe dostał szczęście od Mrocznej Puszczy, że trafił właśnie na nasz patrol — miauknęła, uśmiechając się szeroko i mrużąc delikatnie oczy.
Szara kocica przysiadła obok, owijając ogon wokół swoich łap. Ognikowa Słota powróciła wzrokiem do młodzika.
— Więc wracając do tego, na czym skończyliśmy… Na naszych terenach rośnie drzewo, pnące się tak wysoko, wygląda złowieszczo i krąży wokół niego wiele, wiele plotek. Większością straszy się niegrzeczne kociaki — powiedziała, układając się wygodnie. Jedną łapę podłożyła sobie pod brodę, a drugą pazurem zaczęła rysować coś na wzór obrazu w ziemi, który szybko przetarła poduszką. Ponowiła próbę uderzenie serca później. Wyrysowała dość poprzerywane, niewyraźne drzewo, aczkolwiek robiło robotę. Przypominało nawet te, o którym wspominała. — Jeśli trochę podrośniesz, to cię tam zabiorę — dorzuciła chętnie, patrząc raz jeszcze na rudego srebrnego.
Szalej przez cały ten czas milczał, raz po raz kiwając głową, żeby nie było, że nie słucha, a przynajmniej tak wydawało się wojowniczce. Może się wstydził? Albo bardzo się bał? W końcu siedziały przed nim zupełnie obce mu, dwie kocice. Chociaż teraz, należąc do klanu, musiał przyzwyczaić się do takiej kolei rzeczy. Jeszcze wiele obcych, nowych pysków mu mignie przed kufą… czy tego chciał, czy nie.

Od Tawułowej Bryzy

Czasy teraźniejsze

Mimo że wciąż był wojownikiem Klanu Klifu, czuł się bardziej jak samotnik. Większość czasu spędzał samotnie na klifach, Złotych Kłosach, a nawet kilkukrotnie zdecydował się postawić łapę na terenach niczyich. Częściej go nie było w obozie, niż był, a gdy już udało mu się zajrzeć za wnękę wodospadu, odłożyć upolowaną zwierzynę i zamienić parę słów z rodziną, szybko wyczerpywał baterię społeczną. Mimo że nie zaglądał do żłobka, doszły go słuchy, że Lśniąca Gwiazda doczekał się dwójki synów. Tawułowa Bryza miał nadzieję, że kocięta nie wdadzą się w swoich rodziców. Może dzięki Jastrzębiemu Zewowi wyrosną na lojalnych wojowników Klanu Klifu, bo wątpił, aby zarówno szylkretka, jak i rudy kocur zadbali o to, aby na pierwszym miejscu stawiali dobro i przyszłość klanu.
– Tawuła...
Wzdrygnął się, gdy usłyszał głos Pchełkowego Skoku. Porozmawiał z nią jakiś czas temu i zdecydował się wyznać, że przeprowadził rozmowę z Lśniącą Gwiazdą, która w głównej mierze kręciła się wokół jej osoby. Pamiętał, jak go nieco złoiła za to, że sam udał się przed oblicze lidera, jak i również podziękowała, że Tawuła w nią aż tak bardzo wierzy, uważając, że byłaby godna miana zastępczyni.
Wciąż uważał, że Pchełkowy Skok byłaby kotem dzięki, któremu Klan Klifu podniósłby się po tylu klęskach, które ich spotkały. Byłaby idealną zastępczynią, taką, której Klifiacy potrzebowaliby w tych czasach. Nawet jeśli w jej spojrzeniu oraz pysku krył się w tym momencie smutek. On to widział, więc pozostali wojownicy również musieli wiedzieć. Mimo to milczeli.
– Rozświetlona Skóra się o ciebie martwi – zamruczała, po czym dodała. – I nie tylko on.
– Niepotrzebnie! Wszystko jest w porządku – na jego pysk wkradł się uśmiech. – Przecież dalej jestem wojownikiem, który sumiennie wypełnia swoje obowiązki... – wskazał na kraba, którego udało mu się upolować. – Po prostu od dusznego legowiska wojowników wolę gałąź, z której mogę być bliżej Srebrzystej Skóry – miauknął.
Chcąc uspokoić swoją starszą przyrodnią siostrę, która odpowiadała za jego trening, zbliżył się do niej i zetknął czołem. Może ojca również powinien uspokoić i zapewnić, że rozmowa przeprowadzona z Lśniącą Gwiazdą była prowadzona w miarę przyjaznym tonie?
– Muszę już iść. Zapolować – miauknął, cofając się od kocicy. – Mogę mieć do ciebie prośbę, Pchełkowy Skoku? Przypilnuj, aby żaden z wojowników nie zajął mojego legowiska. Mam w nich pochowane muszle oraz kolorowe kamyki. Nie chciałbym, aby żaden obcy koci zadek na nich leżał – parsknął. – Kiedyś ponownie się na nim położę, ale na razie, niech pozostaje puste.
Czy to był swego rodzaju sprzeciw Tawułowej Bryzy wobec rządów Lśniącej Gwiazdy i jego partnerki? Być może. Jednak dobrze się czuł, nie musiał widywać zbyt często ich pysków, jak i słyszeć ich głosów. Jedynie żałował, że tak rzadko widywał się z Pchełkowym Skokiem, Promiennym Słońcem, Słonecznym Okiem, Rozświetloną Skórą oraz nawet z Jastrzębim Zewem. Cieszył się jednak, wiedząc, że z jego powodu jego bliskim nic się nie stało. Ojciec mieszkał w starszyźnie, a matka wciąż pozostawała wieczną królową. Wszystko było na swoim miejscu. No, nie wszystko, ale patrząc na jego bliskich, owszem.
Pożegnał się z siostrą, po czym ruszył z powrotem ścieżką wzdłuż klifów, prowadzących na ich szczyt. Sprawnie pokonał odcinek, który jeszcze, gdy był uczniem, budził w nim przeogromny strach. Skupił spojrzenie na rozpościerającej się przed nim trawie, po czym ruszył naprzód biegiem, wpatrując się w gwieździste niebo.

Od Modrogończyka

Gończyk smacznie spał, przytulony do swojego rodzeństwa, jak i boku matki. Czarna kocica, co jakiś czas przejeżdżała językiem po grzbiecie młodych, pielęgnując ich futerka. W końcu jednak zaintrygowana jednym ze swoich kociąt przybliżyła swój pysk i wpatrywała się w mordkę brązowego samczyka. Obwąchała malca, na co ten po raz pierwszy w ciągu dnia cicho pisnął. Zazwyczaj starał się nie wokalizować swoich potrzeb, jednak podmuch z nozdrzy prosto w jego mały pyszczek nie był tym, czego pragnął.
– Wygląda jak mały Czereśnia – mruknął jakiś kot, który przebywał razem z nimi w kociarni. – Łatwo go dostrzec, nawet z daleka. Reszta kociąt z łatwością kamufluje się w twojej sierści, Purchawko.
Kolejny pisk opuścił pysk Modrogończyka, tak jakby pragnął się pokłócić ze starszym kotem, który przeszkodził im w odpoczynku. Co prawda, to własna matka go wybudziła ze snu, ale jej to mógł wybaczyć. Najpewniej zasnąłby chwilę później, ale ktoś musiał ich odwiedzić.
– Jak je nazwałaś?
– Łza, Psianka, Zew – kocica wskazała kolejno końcówką ogona na młode, które kotłowały się u jej boku. I faktycznie, pomimo zdobiącej ich ciałka bieli, jako czarnuszki zlewały się z ciemnym futrem matki. – A mały Czereśnia nazywa się Gończyk. Modrogończyk.

~~~

Gończyk w końcu otworzył oczka i mógł na własną łapę zobaczyć, jak piękny jest świat. Siedział w wejściu do kociarni, z zaciekawieniem przyglądając się kotom, krzątającym się w obozowisku. Całkowicie stracił zainteresowanie rodzeństwem oraz starszymi kociętami. Po prostu musiał od nich odpocząć.
Ostrożnie się przesunął w bok, gdy jeden z wojowników, niosący posiłek dla matki, zbliżył się do kociarni.
– Co tam, Gończyku? Kogo tam wypatrujesz? – Sajgon poczochrał czekoladowego kocurka po łebku, starając się być miły dla kociaka, łączącego dwie społeczności. – Jeszcze chwila i opuścisz kociarnię. Póki możesz, baw się i ciesz się chwilą. Jako uczeń zatęsknisz za beztroskimi czasami w kociarni.
– Czyim uczniem zostanę? – spytał
– Mhm. Możesz zostać wojownikiem, zwiadowcą lub stróżem. Uzdrowicielem lub zielarzem, chociaż w lecznicy mamy chyba wystarczająco kotów – kocur się zamyślił.
– A szaman? Można się uczyć na szamana? Jak mama... – przechylił łebek, wlepiając spojrzenie w kocice. – Bo widzisz, Panie Sajgonie, do mnie chyba Wszechmatka przemawia, jak do mamy...
– Wszechmatka do ciebie przemawia...
– Mhm. Dzisiaj śniło mi się, że latałem. Chyba. N-nie wiem, jak to jest latać, ale miałem skrzydła i mogłem się bardzo szybko poruszać wśród drzew. Słyszałem miły głos jakiejś Pani i myślę, że to była Wszechmatka...
– No proszę. A jesteś pewny, że to nie głos Purchawki, próbującej cię wybudzić ze snu? – zaśmiał się Sajgon. – Miałem podobną sytuację. Kiedyś śniła mi się gadająca ropucha, a okazało się, że to mój mentor próbuje mnie wybudzić ze snu, abym mógł udać się z nim na trening...
Gończyk zrobił nadąsaną minę. Przecież potrafił rozróżnić głos matki. Głos Pani ze snu brzmiał całkowicie inaczej, ale również w nim było matczyne ciepło. To na pewno musiała być Wszechmatka!
Został wyminięty przez Sajgona. Oparł łebek na stopniu i westchnął. Może ten głos ze świata snów pomoże mu w podjęciu decyzji, dotyczącej tego, jaką ścieżkę powinien wybrać?

Od Kropli do Koniczyny

Kropla była szczerze zaskoczona, że dostała ucznia. I to starszego od siebie! Przez moment nie wierzyła, że ma uczyć Koniczynę – sądziła, że to jakiś głupi żart. Ale potem niebieski kocur sam do niej przyszedł.
– Kroplo? – zapytał.
– Tak…? – odpowiedziała niepewnie.
– Kiedy zaczniemy treningi?
Kotka zawiesiła się moment, jakby nadal próbując to wszystko przeanalizować. Nie udało się jej.
– Jutro – odpowiedziała cicho.
I następny dzień nadszedł dużo szybciej, niż kotka by chciała. Na początku wciąż trochę w to wszystko nie wierzyła, ale nic przecież nie mogła zrobić. Była teraz mentorką, musiała dać z siebie jak najwięcej. Dlatego, gdy tylko wywlekła się ze swojego posłania, poszła do posłania uczniów. Wzrokiem odnalazła Koniczynę i podeszła do niego.
– Powiedz mi… Co dokładnie potrafisz? – zapytała, uciekając gdzieś wzrokiem.
Nie chciała, aby niebieski musiał przechodzić drugi raz taki sam trening. Jeśli pozna dobre i słabe strony ucznia to będzie wiedziała, nad czym musi bardziej popracować.
– Wspinać się na drzewa i nawigować w tunelach.
Kotka pokiwała głową. Cóż, przynajmniej wspinaczkę miała z głowy…
– To zaczniemy od czegoś łatwego. Chodź.
Razem poszli nazbierać patyków, liści i mchu. Stróż nie odzywał się praktycznie wcale, czasem tylko wybierał lepszą rzecz.
– Teraz jest nas więcej. Więc trzeba zbudować posłania – uśmiechnęła się ciepło.
Zaczęła wyjaśniać, jak to się robi, przy okazji też pokazując. Była raczej cicha i cierpliwa, gdy Koniczyna sobie nie radził.
– Spokojnie. Za pierwszym razem nie wychodzi – poprawiła legowisko, aby to się trzymało, a potem przyjrzała się kocurowi.
Na jego ciele widniały blizny i Kropla zastanawiała się, skąd są. Nie mogła też powiedzieć, że czuła się szczególnie bezpiecznie przy kocurze, ale nie mogła narzekać. Jedynie co ją zastanawiało to, dlaczego były wojownik nie chciał znów obrać tej samej ścieżki. Byłoby łatwiej.
– Dlaczego stróż? – zapytała cicho.

<Koniczyno?>