BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

22 maja 2026

Od Gasnącej Łapy CD. Poczciwego Szakłaka

— Nie zasługuję na ciebie… — wymruczał czarnofutry. — Czy na pewno jesteś prawdziwy? — zażartował. — Odkąd pamiętał, byłem niemal całkowicie sam. Jak za kociaka ma się problemy z nawiązywaniem znajomości, to ciągnie się to za tobą już do końca. Pierwszym, który był mi bardzo bliski, był mój mentor, Poczciwy Dziwaczek. Jednak sezony temu zmarł, nie mogąc nawet zobaczyć swych dzieci, które niedługo później się narodziły. Byłem wtedy już wojownikiem, więc mogłem się spodziewać, że kiedyś dostanę własnego ucznia i tak też się stało, tylko że zmarł, nim ukończył szkolenie. Potem był Słoneczny Fragment, który zainteresował się mną nieco, ale i on podzielił ich los. Czuję się, jakbym to ja był główną przyczyną ich śmierci…
Nim Gasnąca Łapa odpowiedział na wyznanie Poczciwego Szakłaka, miauknął cicho:
— Nawet tak nie mów… W końcu z jakiegoś powodu mam drugi człon “Prawda”!
Po tych słowach zamilkł, próbując ułożyć w głowie sensowną odpowiedź. Właściwie nigdy nie był zbyt dobry w pocieszaniu innych kotów, więc sam nie wiedział, czemu od razu rzucił się na głęboką wodę, próbując pomóc Burzakowi. Czy naprawdę aż tak zależało mu na tym, by w tej przynależności widziano w nim wsparcie, a może po prostu zależało mu na samym Szakłaku?
Czuł ciepło ciała wojownika, a także ciężar głowy opartej na własnym barku. Nieczęsto zdarzało mu się być z kimś tak blisko — w sensie fizycznym, rzecz jasna. Ze Źródlaną Łuną raczej nie siadał wieczorami i nie pozwalał, by jej podbródek spoczywał na nim. Właściwie nigdy nie byli szczególnie przekonującą parą. Zresztą oboje chyba poddali się już z udawaniem, że są razem, gdy większość Klifiaków zaczęła twierdzić, że Królicza Prawda wcale nie wygląda jak Oszroniony Kieł ani Wzburzony Kormoran.
— To takie piękne, że przyjąłeś człon imienia po zmarłym mentorze… — mruknął w końcu kremowy, czując, że jego czas na przemyślenia właśnie się kończy. — Właściwie… ja zrobiłem dokładnie to samo! — Jego pysk nagle się rozjaśnił. — Moją mentorką była moja babcia, Gasnący Promyk. Niestety zmarła na moich oczach, gdy byłem znacznie młodszy… — kontynuował, lecz zaraz potem poczuł falę gorąca i wstydu.
Miał ochotę zakryć pysk łapami, ale jedynie wziął głęboki oddech i odparł:
— Ach, przepraszam, że tak sprowadzam temat na siebie. Nie powinienem tego robić, w końcu teraz to ty jesteś tu najważniejszy — poprawił się i kilkoma liźnięciami wygładził futro na klatce piersiowej.
Przez moment siedział cicho, skupiony na tym, jak skóra w miejscu, o które opierał się Poczciwy Szakłak, dziwnie go łaskotała. Po chwili zadarł brodę, spoglądając w niebo.
— Muszę przyznać, że masz w sobie silnego ducha. Tyle straciłeś, ale popatrz… wciąż się nie poddałeś. Nadal walczysz. I może wydaje ci się, że stoisz w miejscu albo upadasz, ale to zwykłe złudzenie! — zaczął szczerze, uśmiechając się lekko do samego siebie. — Nie każdy, kto przeszedł tak wiele, miałby dość siły, by codziennie wstawać z posłania, a do tego jeszcze być kimś tak charyzmatycznym! — kontynuował, tym razem odwracając wzrok, by kątem oka spojrzeć na Poczciwego Szakłaka. — Według mnie nie jesteś niczemu winien. To nie przez ciebie zginęły najbliższe ci koty. Wiesz co? Według mnie to świat jest ci winien przeprosiny! Tobie i wszystkim innym cudownym kotom, którym rzuca pod łapy same kłody! — oburzył się żartobliwie, uderzając krótkim ogonem o ziemię.
Szakłak milczał, ale Królik pozwalał mu na to milczenie. Siedzieli razem jeszcze przez jakiś czas, dopóki do uszu kremowego nie dotarł dźwięk zbliżających się kroków.
Odwrócił łeb, by ujrzeć przed sobą Śniącego Obserwatora. Od razu się wzdrygnął, na co Poczciwy Szakłak podniósł głowę ze zdziwieniem.
— Śniący Obserwatorze! Czyżby świat się walił? Jest dosyć wcześnie, nie powinieneś jeszcze spać? — zażartował nerwowo, delikatnie odsuwając się od czarnofutrego wojownika, który obserwował ich rozmowę.
Srebrzysty wyglądał, jakby miał ochotę przewrócić oczami, ale najwyraźniej szkoda mu było na to energii.
— Nie będziemy dziś wychodzić bardzo daleko, ale mam ci sporo do powiedzenia o Klanie Burzy. Muszę zadbać o to, byś poznał każdy szczegół naszych tradycji — odparł, po czym przeciągle ziewnął.
Gasnąca Łapa rzucił zielonookiemu przepraszające spojrzenie, po czym podniósł się z miejsca, otrzepał futro i podszedł do swojego mentora.
— A ja zadbam o to, by każdy z tych szczegółów zapamiętać! — mruknął, podążając za srebrzystym, który już dreptał w stronę wyjścia z azylu. Naprawdę zastanawiał się, czemu Śniący Obserwator tak bardzo pospieszył się z dzisiejszym treningiem. Może nie zrobiłby tego, gdyby Królik nie siedział tak blisko Poczciwego Szakłaka? Może jego mentor snuł już jakieś domysły, a w głowie rodziły mu się najróżniejsze plotki? Ile czasu minie, nim ktoś stwierdzi, że czarnofutry wojownik to zdrajca, który od dawna znał się bliżej z Klifiakiem?
— Widzę, że dobrze się bawisz w Klanie Burzy — mruknął przewodnik, gdy znaleźli się z dala od obozu.
— Jest coś dziwnego w tym, że próbuję znaleźć tu znajomych? — burknął, pusząc nieznacznie futro. Był tu ledwie kilka dni, a już czasami nie miał ochoty zakładać maski przytulnego kota.
— Znajomych?
Gasnąca Łapa westchnął ciężko na słowa mentora, któremu nagle zachciało się prowadzić konwersację. Wcześniej był taki cichy i nieobecny, a teraz będzie mu wypominał fakt, że jak normalny kot rozmawiał z drugim kotem!
— Tak, znajomych. Bardzo mi na nich zależy, bo nie uśmiecha mi się spędzać tu czasu w samotności. Przyszedłem tu szukać schronienia i szansy na lepsze jutro, a nie po to, by być jakimś dziwakiem, który do nikogo się nie odzywa — oznajmił.
Po jego słowach Śniący Obserwator najwyraźniej zmęczył się już dialogiem i umilkł, w ciszy prowadząc Gasnącą Łapę w jakieś miejsce na terenach Klanu Burzy.

* * *

Wspólnie zaczęli zbliżać się niebezpiecznie blisko granicy z Klanem Klifu, na co kremowemu aż włos zjeżył się na karku. Czyżby przewodnik chciał go tutaj zostawić, kazać wrócić do dawnego klanu i przestać mieszać się w życie Burzaków? Ale dlaczego miałby być tak zły o to, że Królik znalazł sobie towarzysza? Przecież teoretycznie nie zrobił nic złego!
Srebrzysty zatrzymał się jednak pośrodku okręgu utworzonego z wysokich skał. Nie wyglądał na rozgniewanego; właściwie wyglądał jak zwykle — sennie i nieobecnie.
— To miejsce nazywane jest Kamiennymi Strażnikami — wyjaśnił, wodząc spojrzeniem po skałach. — Legendy głoszą, że pod ziemią znajduje się coś bardzo cennego. A jeśli jeszcze tego nie zauważyłeś, Klan Burzy słynie z legend… — kontynuował, na co Królik uniósł uszy z zainteresowaniem.
— Co masz na myśli? — zapytał, a jego wibrysy zadrżały z ciekawości.
— Cóż… mogę opowiedzieć ci o Szlakach Nieba…

* * *

Z każdym kolejnym dniem Królik był coraz bardziej zachwycony Klanem Burzy. Nie spodziewał się, że koty miały tu przypisane gwieździste wzory zależnie od tego, kiedy się urodziły! Ciekawe, spod jakiego znaku był Poczciwy Szakłak… Może powinien go o to spytać? To zawsze jakiś sposób, by urozmaicić rozmowę i dowiedzieć się o sobie nawzajem czegoś więcej. Kremowy sam też chciałby wiedzieć, spod jakiego jest znaku, ale nie pamiętał nawet, w jakiej porze się urodził…
Szkoda, że nie przyszedł na świat w Klanie Burzy. Może wtedy jego życie potoczyłoby się inaczej — lepiej? Może nie zakochałby się w kotce, która wybrała innego? Może nie musiałby z obawą o własne życie uciekać z rodzinnej przynależności? Jak dobre mogłoby być jego życie, gdyby wychował się w innym środowisku? Pytań było wiele, a odpowiedzi wcale. Można się też było zastanawiać, jakie przeszkody spotkałyby go tutaj i czy mimo wszystko znów czegoś by nie zaprzepaścił, nawet jako Burzak od urodzenia.
Z rozmyślań wyrwał go znajomy pysk przemykający tuż obok.
— Poczciwy Szakłaku! — zawołał niemal odruchowo, zatrzymując się w miejscu.
Gdy czarnofutry również stanął, uczeń ruszył ku niemu prędkim krokiem.
— Tak sobie pomyślałem, że moglibyśmy wybrać się na spacer, co? Doszedłem do wniosku, że teraz moja kolej, by opowiedzieć ci trochę o sobie — oznajmił, uśmiechając się do zielonookiego.
“Co mi szkodzi?” — pomyślał. Niech wojownik wie, że nie jest sam w tym wszystkim. Niech ma świadomość, że każdy czasem się potyka i nikt nie jest idealny, dlatego nie warto katować się za każdy błąd. Może i Królik sam nie stosował się do tej zasady, ale zależało mu na tym, by chociaż inni potrafili wziąć ją sobie do serca.
— Dobrze… — odparł Poczciwy Szakłak.
Wspólnie opuścili więc progi azylu.
Gdy szli w ciszy, kremowy zaczął się zastanawiać, czy ich relacja nie rozwijała się zbyt szybko. W końcu nie znali się aż tak długo, a przed dołączeniem pręgowanego do Klanu Burzy ich spotkania nie były ani częste, ani regularne. Mimo to już dzielili się swoimi problemami i troskami. Czy tak właśnie powinna wyglądać znajomość? Przyjaźń?
Królik nigdy właściwie nie nawiązał z nikim w swoim wieku typowej, bliskiej więzi, dlatego nie wiedział, co było odpowiednie, a co nie. Pamiętał tylko, że Dyniowa Skórka od samego początku ich relacji była bardzo wylewna i nie miała oporów, by wypłakiwać się kremowemu Klifiakowi w ramię, opowiadając o stracie swojego brata. Jednak pomarańczowooki dawno już doszedł do wniosku, że nigdy nie byli sobie przeznaczeni.
Czy więc z Poczciwym Szakłakiem będzie tak samo? Zaczną dzielić się swoimi rozterkami, zbudują intensywną przyjaźń, a potem… wszystko się rozpadnie?
Na samą myśl o takim obrocie spraw przeszedł go dreszcz. Nie chciał już nigdy więcej tracić żadnego kota. Wystarczało mu to, że porzucił własne dzieci, brata i znajomych. Ledwo znosił świadomość, że zostawił ich bez słowa, i chyba nie wytrzymałby, gdyby przyszło mu zakończyć relację jeszcze z kimś.
W końcu uczeń przeciągle westchnął.
— Muszę przyznać, że w Klanie Klifu też raczej nie miałem wielu bliskich sobie kotów. Właściwie… to chyba nawet nie wiem, jak powinna wyglądać przyjaźń — stwierdził, wpatrując się w trawę kołyszącą się na wietrze. — Czy to normalne? Opowiadać sobie o wszystkim, co się przeżyło? Może to zbyt personalne… zbyt intymne? Może takie rzeczy są zarezerwowane dla bliższych relacji? — westchnął, wciąż nie patrząc na czarnofutrego wojownika. — Wiele księżyców temu spotkałem na granicy z Klanem Wilka pewną kotkę o rudej sierści i pięknych, zielonych oczach. Chyba to właśnie ona zaburzyła mi granicę między przyjaźnią a partnerstwem — zaśmiał się nerwowo, lekko kładąc po sobie uszy.

<Poczciwy Szakłaku?>

Od Psianki

Pierwszą rzeczą, jaką poczułam, było ciepło. Miękkie, spokojne i bezpieczne, otulające mnie niczym mech ukryty pod korzeniami starego drzewa. Potem pojawił się zapach mleka, mokrego futra oraz ziół, które tak mocno wypełniały żłobek, że nawet świeżo narodzone kocię potrafiło je wyczuć. Nad sobą słyszałam ciche mruczenie matki, niskie, kojące i pełne troski.
Nie widziałam jeszcze świata. Moje oczy były zamknięte, łapki chwiały się przy każdym ruchu, a wszystko wokół wydawało się ogromne i nieznane. Czułam jednak obecność innych małych ciał przyciśniętych do mojego boku, rodzeństwo. Łza wierciła się niespokojnie obok mnie, Modrogończyk spał tak spokojnie, jakby nic nie mogło go zaniepokoić, a Zew co chwilę przepychał się przez nas wszystkich, szukając najlepszego miejsca przy brzuchu matki.
Purchawka otoczyła nas ogonem niczym miękkim gniazdem. Pachniała Owocowym Lasem, deszczem osiadającym na liściach, korą drzew i słodkim aromatem owoców dojrzewających gdzieś poza obozem. W jej futrze kryły się także wonie ziół. Gorzka mięta, mokre liście i coś delikatnego, czego wtedy jeszcze nie potrafiłam nazwać.
Wokół żłobka życie toczyło się swoim rytmem. Słyszałam skrzypienie gałęzi pod łapami wojowników, odległe nawoływania zwiadowców i cichy szelest liści poruszanych wiatrem. Gdzieś wysoko nad topolą śpiewały jaskółki, a ich głosy mieszały się z dźwiękami lasu, tworząc spokojną melodię. Owocowy Las oddychał razem z nami.
— Są piękne… — wyszeptał ktoś przy wejściu do żłobka.
Purchawka zamruczała cicho i pochyliła głowę nad nami. Czułam, jak ostrożnie przesuwa językiem po naszych głowach, poprawiając futro z troską, jakbyśmy byli czymś najcenniejszym na świecie.
— Wszechmatka była dla mnie łaskawa — odpowiedziała cicho.
Nie rozumiałam tych słów. Nie wiedziałam jeszcze, kim jest Wszechmatka ani dlaczego matka mówi o niej z tak wielkim spokojem i szacunkiem. Wiedziałam jedynie, że gdy słyszałam jej głos, czułam się bezpieczna.
Po chwili Purchawka po kolei zaczęła nadawać nam imiona. Kiedy przyszła moja kolej, zatrzymała się na moment dłużej. Poczułam delikatne dotknięcie nosa na czole.
— Psianka.
Jej głos był miękki niczym poranny wiatr w Owocowym Lasku. Psianka. Moje imię.
Wtuliłam się mocniej w jej futro, wydając z siebie ciche, ledwie słyszalne mruknięcie. Nad obozem zaszumiały liście starej topoli, a jaskółki przecięły niebo swoim śpiewem, jakby cały Owocowy Las witał nas na świecie.

Od Niezapominajkowej Nadziei

Jej życie wydawało się chyba być zbyt beztroskie, a przynajmniej chyba tak stwierdził pewnego dnia Klan Gwiazdy…
Im więcej przyglądała się swoim klanowiczom, tym więcej widziała w sobie podobieństw do nich. Nie takich, które nabyła jako dziecko. Pomimo swojej dziwnej budowy, którą przybierał jedynie jeden kocur w całym klanie, nie miała wstrętu do wody, który tak ogarniał Klan Wilka, z którego pochodziła. Wiedziała o tym jedynie Trzcinowy Szmer. Choć dymna zauważała coraz częściej spojrzenia, jakie rzucali sobie ze Żmijową Wicią. Może po prostu była szalona..? Doskwiera jej samotność, bo poza kotką nie ma zbyt wielu bliższych osób w Klanie Nocy. Choć tak, bardzo dobrze dogadywała się z na przykład Szepczącą Hipnozą, to po prostu chyba była dość przywiązana do szylkretki, choć nie chciała tego przyznać. Czy ta cokolwiek czuje do niej, czy jednak preferuje kocura..? Potrząsnęła łbem, aby odsunąć od siebie te myśli. Wróciła jednak do tych innych, które zalewały ją przez ostatnie księżyce. Była pewna, że na to, że uwielbiała dźwięk rzeki i wody za kociaka musi być jakaś odpowiedź. A mogło nim być nawet pochodzenie półkrwi. Jednak czy nie miałoby to sensu, skoro Lodowa Sałata unikała wspominania ich ojca? Niezapominajkowa Nadzieja zdecydowała się wyjść na spacer, aby uniknąć tych myśli, jednak przy wyjściu zatrzymała ją Senna Łza. Ta, jak wiedziała Niezapominajkowa Nadzieja, była przyprowadzona z Klanu Wilka i rozdzielona od swojego brata. Najbliższą osobą dla niej była jej przybrana matka, Gąbczasta Perła.
— Hej, mogę się zabrać z tobą? Nie chcę wychodzić sama z obozu, a obiecałam Gąbczastej Perle, że przyniosę jej trochę mchu. — zapytała z ciepłym uśmiechem na pyszczku. Po chwili Niezapominajkowa Nadzieja skinęła, również odwzajemniając uśmiech.
— Jasne, nie ma problemu. Tak czy siak chciałam się tylko przewietrzyć, przynajmniej pomogę…
Ruszyły razem w stronę granicy z Klanem Klifu i Klanem Burzy. To tam księżyce temu odnalazł ją patrol Klanu Nocy, przygarniając ją do ich kochającego wodę domu. Spojrzała na młodszą, w końcu decydując się na zadanie pytania.
— Czy tęsknisz za bratem? — Na to pytanie młodsza lekko się spięła, nie wiadomo czemu. W końcu potrząsnęła głową.
— Tak, oczywiście, że tak… Przykro mi, że musiał zostać w Klanie Wilka. Przynajmniej ma tam ze sobą tatę… Wiesz, jego też mi brak. Był wspaniałym kocurem…
— Jak miał na imię? — zapytała młodszą dymna.
— Szczawiowe Serce. — powiedziała po chwili niepewności. — On… Znalazł mnie i brata. Teraz… Pewnie są gdzieś tam, w Klanie Wilka…
Pomimo jej słów, Niezapominajkowa Nadzieja była pewna, że skądś go kojarzyła. Jakby pysk kocura widziała jakoś częściej, niż tylko w obozie. Wie, że ten odwiedzał ją i brata w żłobku. Nie przypuszczała, że będzie w stanie zobaczyć go w roli ojca. Sama swojego nigdy nie poznała… W końcu z myśli wyrwało ją dotarcie na miejsce i słowa kotki.
— Był dobrym ojcem. Nadal jest…
— Tęsknisz za Klanem Wilka? — zapytała ją niepewnie.
— Czasami, choć chyba bardziej za bratem. Miałam przed Gąbczastą Perłą tylko jego… Ale Klan Nocy to mój dom. Dobrze się tu czuję.
Senna Łza wcisnęła jej w pyszczek uzbierany już przez siebie mech i nie dała jej nawet dojść w ten sposób to słowa. Gdy już zebrała swoją część, zwróciła się w stronę obozu i skinęła w jego stronę. Rozbawiona Niezapominajkowa Nadzieja podążyła za nią. Wkroczyła do obozu, odkładając obok legowiska medyczki mech. Kątem oka zobaczyła, jak Trzcinowy Szmer wybiega w stronę śmietniska z legowiska wojowników. Zmartwiona instynktownie już miała się skierować w tą stronę, gdy zobaczyła, jak wybiega za nią Żmijowa Wić. Zatrzymała się momentalnie, nie wiedząc co zrobić. W końcu zdecydowała, że jest to też i jej znajoma, więc może chociaż sprawdzić, czy wszystko z nią okej. Stanęła niedaleko śmietniska, nastawiając na nie ucho. Skoro już obdarzono ją dużymi uszami, to może chociaż na coś się przydadzą.
— Coś zjadłaś niezdrowego? — usłyszała w końcu Żmijową Wić. — Ostatnio mam wrażenie, że gorzej się czujesz.
— To prawda… Nie wiem, o co chodzi, jednak wolę jeszcze nie iść do Gąbczastej Perły, jeszcze nie teraz…
— Czy to nie są objawy jakiegoś przeziębienia albo zielonego kaszlu? — Czyżby faktycznie kotka była chora? Niezapominajkowa Nadzieja zamarłą lekko. Nie mogła jej przecież stracić… Przysunęła się bliżej do śmietniska, jednak poczuła, jak do gardła nachodzi jej żółć i to nie przez zapach.
— Wątpię… Chyba jestem w ciąży, Żmijowcowa Wicio.
Po słowach Trzcinowego Szmeru chyba sama miała ochotę zwymiotować. Spojrzała na swoje łapy. Nie, to niemożliwe… Czy kotka na prawdę..? Potrząsnęła głową. Przecież były ze sobą do niedawna blisko, potem ta oddaliła się i… Zostawiłą ją. Pewnie nigdy nawet nie była nią zainteresowana, a ona przecież starała się, przychodziła do niej, pomagała jej… Troszczyła się… Jak mogła być taka głupia i uwierzyć, że szylkretka faktycznie może żywić do niej jakieś uczucie? Poczuła, jak łzy zbierają się przy kącikach jej oczu. Wybiegła nie patrząc wstecz z obozu. Biegła przed siebie, nawet nie wiedząc gdzie. Dotarła nareszcie do granicy z Klanem Klifu i Klanem Burzy, dysząc ciężko. Przypomniała sobie, jak znaleziono ją, jak razem z Trzcinową Łapą odbudowywały obóz… Jak poznały się na ślubie… Jak powiedziała jej, o swoim pochodzeniu… Potrząsnęła głową zła, odsuwając pazury, wbijając je w ziemię. Poczuła się zdradzona przez wszystkich, nawet własną matkę, która…
— Wszystko w porządku? — zapytał nieśmiało stojący za nią kocur. Spojrzała w jego stronę. Dziwnie podobny do niej Kijankowe Moczary stał na polanie, teraz przypatrując się jej niepewnie. Ten chyba rozumiał ją najbardziej ze wszystkich, gdyż dzielili nie tylko wygląd, ale i może nawet temperament… Kotka westchnęła, poklepując miejsce obok siebie swoim ogonem. Czarny podszedł bliżej, w końcu decydując się na przycupnięcie przy niej. Przez chwilę milczeli, do momentu, gdy ten w końcu zdecydował się przemówić.
— Widziałem, jak wybiegasz z obozu. Stwierdziłem, że… Może potrzebujesz kogoś do rozmowy. — odezwał się w końcu starszy. Ta skinęła na jego słowa.
— Dziękuję. Ty też jesteś inni niż oni wszyscy… Jednak nigdy cię nie oceniano. — na jej słowa kocur prychnął rozbawiony.
— Tego nie wiesz. Za kociaka lubili mnie przezywać od pijawek.
— Mnie… Też. — odpowiedziała, patrząc na niego porozumiewawczo. W końcu odwróciła wzrok. — Ale moja matka, Lodowa Sałata, zawsze mnie broniła. Nigdy mnie nie oceniała jak reszta. Wierzyła we mnie. — Na te słowa kocur spiął się.
— Lodowa… Sałata..? — wypowiedział to imię powoli, jakby smakując je na języku. Kotka spojrzała na niego zdezorientowana.
— Tak..? Znałeś ją? — zapytała po chwili. Kocur spojrzał na swoje łapy, przełykając ślinę. Nie chciał spojrzeć na dymną. Unikał jej wzroku, jakby odwlekał i odpowiedź.
— Chyba… Muszę wrócić do obozu. — na jego słowa jednak kotka wyskoczyła na niego, przez co oboje przeturlali się przez polanę. Wylądowała na kocurze, trzymając łapę na jego gardle. Wokół niego były rozsiane niezapominajki, te same kwiaty, po których została nazwana. Rosnące na terenie Klanu Nocy. Ten patrzył na nią trochę przestraszony, jednak nie miała zamiaru teraz go po prostu wypuścić. Na pewno nie po przypuszczeniach, które zaczęły się powoli potwierdzać.
— Mów, kim była dla ciebie Lodowa Sałata! — syknęła, wbijając pazury głębiej.
— Jesteś szalona?! Puszczaj mnie! — próbował ją odepchnąć, jednak widząc brak skutku, w końcu zamachnął się, pazurami trafiając w jej ledwo przed atakiem zamknięte oko. Syknęła z bólu, odsuwając się od niego. Kijankowe Moczary od razu podniósł się, zmartwiony podchodząc do kotki.
— Nic ci nie jest..? Przep- — Zanim skończył ta obróciła się i również zadała mu cios, tak samo zadany w oko. Jednak ona była szybsza. Kocur wrzasnął z bólu, a ta wykorzystała okazję. Skoczyła na niego, wgryzając się w jego łapę. Oślepiony czarny wierzgał się, jednak ta powaliła go. Łzy zaczęły spływać po jej policzkach. Patrzyła na kocura oślepiona złością i nienawiścią.
— Gadaj, kim była dla ciebie moja matka!
— BYŁA MOJĄ PARTNERKĄ! — odkrzyknął z chrypą w głosie w końcu kocur. Oboje dyszeli teraz ciężko, a kotka walczyła z łzami napływającymi jej do oczu. — Byłem młody, głupi, ja… Nie miałem pojęcia, że jest w ciąży! Gdy zobaczyłem cię w obozie Klanu Nocy chciałem z nią porozmawiać, podejrzewałem, że możesz być moją córką, ale nigdy już jej nie zobaczyłem! Skąd miałem wiedzieć..?! — krzyczał dalej, jednak jego słowa tylko bardziej zdenerwowały kotkę.
— Młody? Głupi?! Powyrywam ci uszy! — Schyliła się szybko w stronę jego lewego ucha. Kocur niestety nie zdążył uniknąć jej ataku. Kolejny wrzask rozległ się na polanie. Wypluła większość ucha kocura, po czym schyliła się do drugiego, z którego zanim się wyrwał oderwała jedynie końcówkę. — Walcz, tchórzu!
Jednak Kijankowe Moczary charczał tylko. Kotka spojrzała na niego i zdała sobie nagle sprawę z tego co zrobiła. Położyła uszy po sobie, nie wiedząc, co powiedzieć.
— Kijankowe Moczary, ja…
— Niezapominajko… Gdybym tylko wiedział, że jesteś moją córką, to zrobiłbym wszystko, co w mojej mocy, aby o ciebie zadbać jeszcze bardziej niż do tej pory… — kaszlnął, wzdrygając się z bólu. Ta od razu spanikowana spojrzała na kocura teraz ze strachem.
— Nie, nie, nie..! Nie umieraj, proszę, ja… Ja nie… — po chwili potrząsnęła głową i spojrzała w bok. Zobaczyła łajno borsuka pozostałe po walce, która odbyła się w obozie. Decyzja zapadła szybko. Niczym w momencie, gdy była kociakiem, umorusała w nim łapę, oraz łapę kocura. Tuż po tym podniosła go, próbując założyć go sobie na plecy. Ruszyła w stronę Klanu Nocy, starając się nie spuścić z pleców kocura. — Uratuję cię, proszę… Wytrzymaj, tato… Jeśli ktokolwiek zapyta, co się stało, zaatakowały nas borsuki… Będzie dobrze… Będzie tak, jak… Mogło być…
Do obozu wpadła już ciągnąc kocura. Widziała, jak iskierki w jego oczach jakby gasły, jednak nie miała zamiaru się poddawać. Zaczepiła stojącego przy wejściu Latającą Rybę, który spojrzał zdziwiony na nią i kocura.
— Borsuki! Zaatakowały nas, one… Kijankowe Moczary… — Zerknęła na kocura, który oddychał ciężko. Latająca Ryba od razu podbiegł do niej i pomógł jej z zaniesieniem kocura do medyczki płaczącej Niezapominajkowej Nadziei. — Gąbczasta Perło! Proszę!
Medyczka nie zwlekała z wybiegnięciem na polanę, jednak widok zmasakrowanego kocura był dla niej szokiem. Od razu kazała go wnieść do środka. Zaczęła intensywnie pracować przy ciele poturbowanego. Niezapominajkowa Nadzieja stała w wejściu do jej legowiska, skakając wzrokiem po plamach krwi, które kocur utworzył w środku. Z letargu wyrwała ją idąca do medyczki Trzcinowy Szmer. Spojrzała na kotkę zdziwiona, skupiając się na jej ranie na oku.
— Na Klan Gwiazdy, wszystko w porządku? Co ci się stało, Niezapominajkowa Nadziejo..? — zobaczyła przebłysk troski w oku wojowniczki, ten sam, jaki darzyła ją księżyce temu. Odsunęła się jednak, sama nie wiedziała dlaczego. Ruch ten wybił z rytmu szlkretkę, jednak Niezapominajkowa Nadzieja sama nie wiedziała, co ma powiedzieć. Życzyć jej szczęścia z nowym partnerem? Spojrzała na swoje łapy, a potem na bok.
— Wszystko w porządku. Nie musisz się o mnie martwić. — Dymna stała jednak teraz roztrzęsiona, co nie umknęło oku Trzcinowego Szmeru.
— Chodź. Chyba… Potrzebujesz odpoczynku. — odpowiedziała cicho kotka, kładąc ogon na tym dymnej. Niezapominajkowa Nadzieja nastroszyła lekko futro mimowolnie, jednak skinęła głową, podążając za szylkretką. — Poproszę Klekoczącego Bociana, żeby opatrzył twoje oko…

Od Borowika CD. Wrony

Wrona popchnęła kulkę w moją stronę.
Przypadłem odruchowo do ziemi. Gdy zamszona piłeczka dotknęła mojego noska, podrzuciłem ją lekko i odbiłem w stronę Wrony przy pomocy głowy. Co jak co, ale zamszone piłeczki umiem odbijać, nie tylko turlać. Kiedyś bardzo dużo to ćwiczyłem.
Wrona otworzyła szerzej oczka, zatrzymując piłeczkę łapką.
— O łał! Ja też tak chcę! Naucz mnie odbijać wysoko!
Spojrzałem na Wronę i przekręciłem głowę lekko na bok.
— Uh. No nie wiem. To wymaga księżyców praktyki, odpowiedniej proporcji ciężaru głowy do tułowia, wyważonej siły... — wyliczałem na głos.
Nie no. Nie mogę jej odmówić przecież. Będzie smutna. Nie chcę, żeby była smutna. Z drugiej strony jak jej się nie uda, to też będzie raczej smutna. Ale na to drugie jest mniejsze prawdopodobieństwo. — …ale no, dobra. Możemy spróbować. W sumie.
Wrona niemal podskoczyła z radości, ale szybko się opanowała. Przyczołgałem się do niej i przysunąłem do siebie kulkę.
— Hm. Możemy to zrobić tak. Ja ją podrzucę. A ty… musisz z całej siły wyskoczyć w górę i ją odbić. Okej?
— Okej! — Wrona stanęła w pozycji bojowej, nerwowo poruszając ogonkiem w wyczekiwaniu.
— Uh. Dobra — wziąłem kłębek do pyska. — No to... na trzy. Raz... dwa... uh... i trzy.
Podrzuciłem piłeczkę i cofnąłem się lekko. Wrona w idealnym momencie wyskoczyła i odbiła piłeczkę główką. Było to lekko nieporadne. Niewyćwiczone. Ale jej się udało. Nie, żebym się nie spodziewał sukcesu. Wręcz przeciwnie… I nie będzie smutna. Moje obliczenia więc były trafne.
Widząc lecącą w moją stronę kulkę znowu odruchowo przypadłem do ziemi i... również nie do końca świadomie wybiłem się. Nieco za mocno. Piłka wystrzeliła hen hen wysoko, przeleciała nad legowiskiem starszyzny, po czym zniknęła za granicą obozu.
Ja i Wrona staliśmy tak i patrzyliśmy w miejsce, gdzie chwilę temu zniknął główny element naszej zabawy.
Zamrugałem.
— Ugh… — mruknąłem, odwracając wzrok lekko zażenowany. — Dobra. Tego nie było. Yyy… Czas na nową grę.

<Wrono?>
[305 słów]

Od Miodowej Łapy do Cętkowanej Łapy

— Dzisiaj mam dla ciebie niespodziankę! — usłyszała złotofutra, co od razu postawiło jej uszy do góry, a pyszczek rozświetliło lekkie rozpromienienie. Spojrzała na mentora z widocznym zaciekawieniem wymalowanym na mordce.
— Dla mnie? Naprawdę? — zapytała, jakby nie mogąc w to uwierzyć. — Nie trzeba, nie trzeba — dodała jeszcze nieśmiało. Nieczęsto dostawała prezenty… każdy był wyjątkowy i nanosił na jej pyszczek szczery uśmiech. Ciekawe, co Wilczy Skowyt mógłby chcieć jej podarować? Czy była to może zwierzyna, czy raczej jakaś ozdoba do futra? Może coś zupełnie innego? Ustawiła się tuż przy wyjściu do obozu, czekając, aż mentor wróci, ponieważ na chwilę odszedł, uprzednio każąc jej poczekać w tym miejscu. Dzisiaj miała uczyć się z Cętkowaną Łapą, co było dla niej dość sporym powodem do ciekawości – mianowicie nie miała nigdy wcześniej z tym kocurkiem do czynienia, przynajmniej na tyle, by zamienić z nim, chociażby słówko, mimo że dzielili legowisko i codziennie się widywali. Znała go jedynie z widzenia. Tropiąca Łaska wyrosła niemal z ziemi i przystanęła obok złotej koteczki, nie spoglądając na nią nawet. Ula posłała jej serdeczny uśmiech, chcąc zrobić dobre wrażenie.
Wyruszyli poza obóz. Liście wiekowych roślin szeleściły na wietrze, przepuszczając blade promienie słońca, które padały prosto na grzbiety wędrujących kotów. Pomiędzy źdźbłami trawy dało się co jakiś czas usłyszeć szelest czy chrupanie, aczkolwiek nie po to dzisiaj wyszli. Jeśli będą chcieli zapolować, prawdopodobnie zrobią to później, o ile w ogóle. Miodek miała ochotę wytropić jakąś zdobycz. Co jakiś czas dopatrywała się na gruncie drobnych włosków zwierzyny, czy odbitych śladów na ziemi. Przeróżne zapachy kręciły jej również w nosie, co sprawiało, że oblizywała się co jakiś czas, zastanawiając się, kiedy przyjdzie jej coś zjeść i co najważniejsze – co zje. Pokręciła głową. Na jedzenie przyjdzie pora, teraz musi skupić się na czymś istotnym! Na słowach swojego mentora. Jednak Wilczy Skowyt w ciszy prowadził grupką… no nic. Koteczka jak to miała w zwyczaju, spozierała po drzewach z nadzieją, że dostrzeże dzisiaj coś wyjątkowego, ale i zachwytem, ponieważ potrafiła docenić taki widok. Między gęstymi gałęziami, udało jej się dostrzec łaciatą srokę, układającą gałązki na prawdopodobnie swoim gnieździe. Przysiadła na nim, moszcząc się wygodnie i tym samym rozpychając własną budowlę w celu zapewnienia większego miejsca swojemu potomstwu, którego pewnie oczekiwała. Byli na tyle daleko, że ptak nie zwrócił na nich jakiejś szczególnej uwagi, jednak parokrotnie zwrócił w ich kierunku dziób. Sroka była niezwykle podobna do tamtej, którą Ula widziała, jak jeszcze przebywała w Domostwie… pokręciła głową raz jeszcze. Musiała skupić się na tym, co działo się teraz dookoła niej! Teraz na poważnie. Nie mogła zatracić się w przeszłości, gdy przed nią było jeszcze tak wiele wspaniałych rzeczy i kotów.
Dotarli na wypłowiałą polankę, która niegdyś prawdopodobnie była łąką porośniętą gęsto kwiatami. Miodowa Łapa próbowała wyobrazić sobie całą tę masę przeróżnych kolorów – od przepięknego różowego, wymieszanego wraz z fioletowym i białym, aż po niebieskie czy żółtopomarańczowe, miło zaakcentowane intensywną czerwienią. Spojrzała z zaciekawieniem na trójkę kotów. Szylkretowa kocica ustawiła się nieopodal rudego kocurka, a sam brązowy kocur przysiadł wygodnie, również wpatrując się w dwójkę. Zielonooki zawiesił na niej wzrok, przybierając pozycję gotową do wyskoku. Ogon Miodki był postawiony wysoko, przyjaźnie, a na kufie nie widniał nawet cień podejrzeń, co dzisiaj będą robić i dlaczego została zabrana w to miejsce.
— Dzisiaj zawalczysz z Cętkowaną Łapą. Świetnie, prawda? — zagadnął, mimo że doskonale wiedział, jaką opinię złota miała o przemocy. Nie… wcale nie było to świetne czy wspaniałe i nie spodobała jej się taka wizja. — Dlaczego…? — zapytała cicho, otworzyła oczy szerzej i zerknęła na cętkowanego, który w tym momencie ruszył przed siebie i jednym zwinnym ruchem powalił ją na ziemię. Uderzyła z łomotem głową o grunt, zabrało jej dech w piersi, przez co nabrała go odruchowo, a uczniak tylko to wykorzystał, ponieważ przycisnął ją do gruntu, kładąc łapę na jej piersi. W uszach jej zadzwoniło, jakby ktoś do mózgu przyczepił jej parę dzwonków, które niekoniecznie chciała mieć. Próbowała wydostać się spod młodziaka, jednak wcale jej to nie wyszło.
— Trzy… dwa… jeden… dość! Cętkowana Łapa wygrywa — głos Tropiącej Łaski poniósł się po polance, dało się w nim wyczuć swego rodzaju dumę, która była z pewnością czymś miłym dla drugiego ucznia, jednak samej Miodowej Łapie zrobiło się niedobrze, a mięśnie same mimowolnie się napięły. Skuliła się niczym maleńkie kocię. Po chwili poczuła, jak ktoś trąca ją łapą. Momentalnie spróbowała podnieść się z gruntu, co wyszło jej dość chwiejnie, niemal nie upadła z powrotem w pył. Czy Cętkowana Łapa musiał wkładać w to taką siłę? Nie mogli załatwić tego w inny sposób? Porozmawiać? Stanęła przy Wilczym Skowycie, który ją podparł, widząc, że ledwo stoi na łapach.
— Nie nauczysz się walczyć, jeśli będziesz stała niczym wystraszona sarna, którą za moment ma potrącić Potwór Dwunożnych — powiedział jej Wilczy Skowyt, marszcząc nos z niezadowoleniem. Ale ona nie chciała wcale walczyć, nie widziała w tym sensu ani nie odczuwała potrzeby walki z drugim kotem. Złotofutra popatrzyła na niego smutno, spod przymrużonych powiek. Odczuwała dyskomfort, a to jej wcale nie pomagało w rozumieniu, co się do niej mówiło.
— Wszystko mnie boli — pomyślała ze zmartwieniem. Nie zdążyła nawet się wykazać, a zresztą nie chciała wykazywać się w ten sposób… Spojrzała w kierunku kocurka, który wsłuchiwał się w słowa swojej mentorki. Miodek podeszła do niego, po czym posłała mu lekki uśmiech.
— Gratulacje, Cętkowana Łapo — powiedziała mu, szczerze czując radość z powodu jego wygranej, nawet jeśli sama wygrana przyniosła jej tyle dyskomfortu i trochę bólu. Oby tylko nie musiała z powrotem przesiadywać w legowisku medyka, już i tak miała sporo powodów do niepokoju w głowie. Nie chciała nikogo znowu kłopotać.

[907 słów, walka uczniów]
<Cętkowana Łapo, moje gratulacje! Boli mnie trochę głowa...>

Od Rozżarzonej Pieśni CD. Oszronionej Łapy (Oszronionego Kła)

Przeszłość

Pogoda często nie dopisywała nad klifami ze względu na prądy wiatru znad morza, lecz dziś fale przechodziły same siebie, podobnie jak potężne podmuchy powietrza. Ruda dzień wcześniej została przydzielona do jednego z patroli łowieckich, jednakże nikt się nie spodziewał aż tak drastycznych warunków atmosferycznych. Wraz z Mroźnym Wierchem miała niemal z samego rana opuszczać obóz, ale kiedy tylko ledwo opuścili bezpieczną jaskinię, uderzył w nich tak silny podmuch wiatru, że cętkowana o mało, co nie skończyła u podnóża klifu. Miała wrażenie, jakby całe życie przeleciało jej przed oczami – zdecydowanie wolałby tego nie powtarzać. Liliowy z uwagi na wciąż niewielkie doświadczenie Wilczaczki w poruszaniu się klifach w ekstremalnych warunkach, zadecydował, że powinni pozostać w obozie, podobnie jak uczniowie, dla których przeprawa wzdłuż ściany mogłaby zakończyć się tragicznie w skutkach.
— Pikująca Jaskółko. — Kocur od razu rozpoczął rozmowę z zastępczynią, kiedy tylko ta znalazła się w zasięgu ich wzroku.
— O co chodzi? Nie mieliście wychodzić na patrol łowiecki?
— Mieliśmy, ale pogoda na tyle się rozszalała, że byłam bliska upadku — wyjaśniła Pieśń, stając u boku Wierchu.
— Niech uczniowie z mentorami dziś pozostaną w obozie, przekaż to innym Mroźny Wierchu — poleciła kremowa. Zielonooka oddaliła się od wojowniczki, która pozostała w dotychczasowym miejscu.
Wieści o niesprzyjających warunkach pogodowych szybko się rozniosły, a w jaskini zaczęło być dość tłoczno. Żółtooka miała wrażenie, jakby miała się zaraz udusić w tym zgiełku – bardziej przywykła do dni, kiedy obóz tętnił życiem, ale zachodziła rotacja między wychodzącymi a wracającymi kotami, przez co ciężko było stwierdzić faktyczną ilość Klifiaków na tak ograniczonej powierzchni. Cicho jęknęła, próbująca się przedostać przez kolejnych to pobratymców, a radośni uczniowie plączący się między łapami nie pomagali. Kotka starała się nikogo nie nadepnąć, choć oczywiście jej próby spełzły na niczym, gdyż już po paru krokach zdążyła stanąć łapą na czyimś ogonem, przez co ktoś syknął z bólu w jej kierunku. Zdecydowanie to nie był jej dzień i jedyne, o czym teraz marzyła, to znalezienie się ponownie na półce skalnej z jej posłaniem.
W pewnym momencie na drodze stanęła jej pointka, córka Źródlanej Łuny. Kotka nie rozmawiała ze starszą od dłuższego czasu, dając jej czas i przestrzeń na wychowanie dwójki kociąt, która obecnie była uczniami. Szron i Strzępka kojarzyła jedynie z widzenia, gdyż czasem któreś z nich podchodziło bliżej wyjścia ze żłobka, więc mogła ich z pewnej odległości obserwować.
— Hej... — rzuciła. Ruda od razu chciała odwzajemnić przywitanie, lecz uczennica nie nie pozwoliła i kontynuowała: — Zoształam zmuszona do konswerszacji z tobą.
— Słucham…? — mruknęła, nie spodziewając się takiego ciągu dalszego. W dodatku nie była pewna, jak na to zareagować.
— Dokładnie tak, jak powiedziałam. Nie wiem, o czym mam z tobą rozmawiać, nie mam na to ochoty, ale to polecenie mojego mentora. Nie będę mu się szprzeciwiać ani ignorować jego szłów — wyrecytowała. — Jesztem Oszroniona Łapa... A mój mentor to Trójoki Zając.
Chwilę jej zajęło przetworzenie słów, biorąc pod uwagę ich treść oraz niewielką wadę wymowy, którą posiadała terminatorka. Ruda nic do tego nie miała, lecz była jej to pierwsza styczność z kotem, którego wyróżniał sposób mówienia.
— Wiem, kim jesteś, więc nie musiałaś się przestawiać — odparła, posyłając niebieskookiej lekki uśmiech. Nie wiedziała do końca, jak kontynuować tę rozmowę, głównie z uwagi, iż nie znała podejścia uczennicy do jej wilczackiego pochodzenia.

«★»

Obecnie

W ostatnich dniach pogoda wręcz dopisywała i większość Klifiaków spędzała ten czas poza obozem, w tym ruda wojowniczka, która często wędrowała na plaże, by obserwować morze. Takich widoków nie miała w Klanie Wilka – fakt, mieli może jezioro czy coś w tym stylu, jednak w żadnym stopniu się to nie umywa do widoku otwartej toni. Przy okazji mogła zapolować na kraby, co było kiedyś nowością dla niej, do dziś pamięta ból, kiedy skorupiak złapał ją za łapę swoimi szczypcami. Od tamtego momentu z ostrożnością obchodziła się z tymi żyjątkami.
Właśnie jednego z nich miała łapać, kiedy to usłyszała kroki pobratymca. Zaciekawiona zerknęła w stronę kota, który także postanowił udać się na plażę. Odwrócenie wzroku od kraba było największym błędem, gdyż ten, zamiast uciec, to jakby specjalnie pozostał i nawet zacisnął swoje szczypce na jednej z łap rudej. Wręcz zawyła z bólu, próbując się pozbyć złośliwego skorupiaka. Oczywiście temu wszystkiemu przyglądała się Oszroniony Kieł, której kroki słyszała cętkowana.

<Szron?>

Od Ciernistej Łapy (Gradobijącego Ciernia)

Jego mentor już dzień wcześniej zapowiedział mu, że czeka go nareszcie sprawdzian wojownika. Był podekscytowany, nie mógł tego ukryć. W końcu nareszcie zostanie wojownikiem, po tym, jak tak długo na to czekał, pomimo tego, że jego rodzeństwo dawno było mianowane. Wreszcie wszyscy klanowicze będą patrzeć na niego z podziwem. Co prawda jego trening przedłużył się nieco, ale to tylko z powodu zachowania głupiego starego Króliczej Gwiazdy. Lider ewidentnie nie nadawał się już do sprawowania swojej roli. Prychnął widząc, jak jeden z wojowników wchodzi do jego legowiska, aby zanieść mu chociaż coś do jedzenia. Żałosne, po prostu żałosne. Wyszedł z Szarym Klifem poza obóz, ciągnąc za sobą ogon.
— Jakie czujesz zapachy, Ciernista Łapo? — zapytał go, co wybiło go z rytmu. Zawęszył, wyczuwając zapach zająca i myszy.
— Zająca i mysz, zapachy są świeże. — odpowiedział kocurowi. Jego mentor spojrzał na niego przez chwilę.
— Nie, nie są świeże. Zapachy są dość zwietrzałe. Przebiegły tędy dawno temu. — Na słowa kocura zapeszył się lekko, liżąc swój bark.
— Tak, racja… Musiałem się pomylić, przepraszam. Ale to miałem na myśli. — odpowiedział kocur, trochę zły na siebie. Jak mógł pomylić zapachy? A może go sprawdza..? Potrząsnął łbem. Chyba jednak mówił na serio. Westchnął, podążając za mentorem dalej. Dotarli do Przybrzeżnego Oka, gdzie kocur miał zapolować. Zawęszył znowu, wyczuwając zapach królika. Przykucnął, zbliżając się w kierunku, z którego zapach dochodził do jego nozdrzy. Powoli stawiał kroki, uważając, aby nie wystraszyć zwierzyny. W końcu trochę słabo byłoby teraz oblać test, szczególnie po tylu księżycach treningu. Po śmierci matki… Poczuł, jak po jego ciele przechodzą dreszcze. Znów głosy atakowały jego myśli. “Musi być zawiedziona, patrząc na tak okropnego syna z Klanu Gwiazdy… Wstydziłbyś się, Ciernista Łapo.” Kocur od razu potrząsnął głową, nastraszając futro. Skupił się w końcu na zadaniu, jakie dostał. Nareszcie gdy dostrzegł królika wyskoczył, lądując prosto na karku zwierzęcia, wgryzając się w nie. Odwrócił się do mentora, który skinął do niego z aprobatą.
— Brawo, Ciernista Łapo. Przejdziemy teraz do tuneli. — Srebrny skinął na polecenie starszego i podążył za nim. Gdy już dotarli, mentor wskazał na wejście do tuneli i jako polecenie rzucił, aby wyszedł z tunelu prowadzącego do Upadłego Potwora. Wcisnął się do środka, węsząc intensywnie. W tunelach czuł się nieswojo od śmierci Cichej Łapy. Jakby jego dusza nigdy z nich nie wyszła. Spięty kroczył przez podziemia, nadal próbując wyczuć drogę. W pewnym momencie tunel rozwidlał się, przez co zatrzymał się w miejscu. Zapachy były słabe, i to bardzo… Czyżby Szary Klif po prostu nie chciał, aby ten zdał? Potrząsnął głową. Czy kocur naprawdę zrobiłby mu coś takiego? Może to Królicza gwiazda mu kazał? W końcu zdecydował się na prawy tunel. Czołgając się przez niego jego złe myśli znów przejmowały nad nim kontrolę. “Może po prostu się nie nadajesz i to dlatego nie zdasz?”. Kocur zatrzymał się słysząc ten głos w głowie po raz kolejny.
— Ja? Nie nadaje się? Jeszcze wam wszystkim pokażę. — wycedził przez zęby, przyspieszając kroku. Znalazł się na miejscu po krótkiej chwili, lądując tam, gdzie mentor kazał mu wylądować. Szary Klif uśmiechnął się na jego widok, czego srebrny nie odwzajemnił.
— Jestem w podziwie, Ciernista Łapo. Świetnie sobie poradziłeś z zadaniem, szczególnie, że ten tunel jest o wiele dłuższy i ma słabszy zapach. — Na słowa kocura jego futro zjeżyło się mu na grzbiecie.
— Więc specjalnie wybrałeś dla mnie ten trudniejszy? Żebym nie zdał, prawda? — wysyczał, na co starszy spojrzał na niego zdziwiony.
— Co proszę? Dałem ci zadanie jak każde inne. — odpowiedział mu zdezorientowany.
— Tak, na pewno. Królicza Gwiazda kazał ci mnie oblać? Albo może chciał, abym skończył jak Cicha Łapa? — zaśmiał się w twarz kocurowi. Prawdopodobnie wyglądał na szalonego, bo ten aż odsunął się od niego. No i dobrze, niech się go boi. Niech wie, z kim ma do czynienia. — Nie zepsujesz mi tego. Ani ty, ani on. Jakie jest ostatnie zadanie?
— Ciernista Łapo…
— Jakie. Jest. Ostatnie. Zadanie. — słowa te powoli wypluwał patrząc z nienawiścią na mentora. Zachowywał się tak, jakby coś go opętało, co najwyraźniej niepokoiło szarego. Westchnął jednak, próbując zignorować to uczucie.
— Walka.
— W takim razie walczmy. — zanim kocur zdążył zaprotestować, Ciernista Łapa zaatakował go, skacząc prosto na jego plecy, na co ten syknął. Wplątał swoje pazury w jego futro, podczas gdy wojownik próbował go zrzucić. Wgryzł się w jego kark, na co Szary Klif rzucił się na trawę, uderzając srebrnym w ziemię. Stracił oddech, próbując go łapczywie złapać. Szary Klif spróbował zaatakować, jednak Ciernista Łapa zdążył się ocknąć na tyle, aby odepchnąć go od siebie łapą. W końcu wyskoczył na niego, przybijając go do ziemi poprzez złapanie go za gardło pazurami. Szary Klif wpatrywał się na niego z przerażeniem.
— Możesz mnie już zostawić, wygrałeś! Co jest z tobą nie tak?! — zapytał kocura starszy, na co srebrny po zdaniu sobie sprawy z tego, co robi, odsunął się od razu. Spojrzał na swoją łapę, która nadal między pazurami miała kawałki futra wojownika.
— Przepraszam, ja po prostu… — musiał coś wymyślić, usiadł, patrząc na ziemię. — Chciałem bardzo zdać, dla mamy… Cały ten stres i to wszystko… Za wiele tego, wiesz..? Chciałbym, żeby to ona oglądała mój sprawdzian wojownika.
— Ciernista Łapo… Rozumiem to… — Najwyraźniej technika ucznia zadziałała, gdyż Szary Klif zbliżył się, już nieco mniej roztrzęsiony. Patrzył na niego ze współczuciem. — Twoja matka na pewno patrzy na ciebie z Klanu Gwiazdy. Wracajmy do obozu…
Ciernista Łapa skinął głową, podążając za kocurem, który skierował się w stronę obozu.

***

Niechętnie patrzył na starego kocura, który wdrapywał się na wieżę, aby wyjrzeć z jednego z okienek. Ogon srebrnego bił po ziemi w oczekiwaniu na mianowanie.
— Wszystkie koty zdolne do polowania oraz walki niech zbiorą się pod Skruszonym Drzewem!
Ciernista Łapa został w miejscu, podczas gdy jego klanowicze zebrali się wokół.
— Zebraliśmy się tu, aby mianować jednego z uczniów. Ciernista Łapo, wystąp. — Na te słowa uczeń wstał, dumnie krocząc w stronę lidera. — Ja, Królicza Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Ciernista Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam. — Kocur czuł, jak krew pulsuje w nim. Z niecierpliwością czekał na swoje nowe imię.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Ciernista Łapo, od tej pory będziesz znany jako Gradobijący Cierń. Klan Gwiazdy ceni twoją siłę i determinację, oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy.
Okrzyki wzniosły się po obozie. Kocur uśmiechnął się triumfalnie, patrząc na koty wokół siebie. Gdzieś w nich dostrzegł Tańcujące Pierze, który patrzył na kocura porozumiewawczym wzrokiem. Cierń wiedział, co to znaczy. Są o krok bliżej w planie…

1076 słów

Od Rohan CD. Smoka

Słodkie miauknięcia, które wydobyły się z pyszczka Smok były niczym miód na jej serce. Chociaż każdego dnia jej dzieciaczki wystawiały jej już i tak nie za dużą cierpliwość na ogromną próbę, a nerwy szargane były niemal nieustannie, to nigdy nie mogła denerwować się na tę kolorową zgraję dłużej niż kilka uderzeń serca. Kochała całą trójkę tak niesamowicie, że nie mogła sobie wyobrazić, że ktokolwiek mógł kochać cokolwiek mocniej. Złapała szylkretowe ciałko pod brzuszkiem, uważając, aby nie drasnąć córeczki pazurkami, a następnie przycisnęła ją do piersi. 
— Bardzo ładnie — pochwaliła wierzgającego malucha. — Jesteś taka silna, taka dzielna, jak twój tato.
Polizała zmierzwiony policzek, mrucząc głośno. Zawsze starała się, aby jej drżenie było jak najbardziej słyszalne, zwłaszcza odkąd Purchawka wyznała jej, że ma to podobno bardzo uspokajać kocięta. Chociaż nie zauważyła żadnej faktycznej różnicy, zwłaszcza w zachowaniu właśnie małego Smoka, tak nie poddawała się i nie traciła nadziei, że może w końcu uda jej się ją poskromić. Ją i jej ciekawość i zapędy do odkrywania wszystkiego i wszystkich. 
— A powiedz teraz "tata" — zachęciła karmicielka, odkładając przedtem córeczkę na ziemię. Zanim szkrab się nią jakkolwiek ponownie zainteresował, otrzepał przylizane futerko i kichnął potężnie, posyłając swój mały tyłeczek na ziemię. — Ojej, musisz uważać, Smoku. Nie chcemy sobie połamać nóżki czy ogonka, prawda? Co to by był z ciebie za kotek bez ogonka, hm? — Żółtooka strzepnęła uszkiem. Wlepiła ślepka w pysk matki, a ta znów powtórzyła "tata". 
— Ma-ma! — powtórzyła koteczka, a Rohan jedynie uśmiechnęła się pobłażliwie. Próbowała znów złapać ją i przycignąć bliżej, ale szylkretka czmychnęła od niej, uciekając bliżej ciemnego kącika pełna wigoru i chęci do zabawy. 
— Oj nie, moja droga! Teraz mamy czas na odpoczynek i spanie, a nie na charce i swawole. Już i tak ledwo was można zmusić do drzemeczki — skarciła ją, chociaż jej twardy ton brzmiał bardziej jak stłumiony śmiech niż rozkaz. — Chodź tutaj, bo tatuś nie opowie wam bajki, kiedy wróci od Pana Wiciokrzewia. 
To zdało się podziałać, a Smok faktycznie wróciła na swoje poprzednie miejsce. Jej naburmuszony pyszczek pokazywał jednak, jak bardzo nie spodobał jej się ten fakt. Położyła policzek na łapach matki i wpatrywała się z tęsknotą w promienie, które wpadały przez wyjście na obóz. 
— Żebyś się nie nudziła, to możemy poćwiczyć mówienie, a twój tatuś na pewno ucieszy się, kiedy będzie już zdrowy, jeśli powiesz do niego "tata". Co ty na to? Będziesz taka dzielna i podejmiesz się tego wyzwania, Smoczku? — zapytała, wcześniej też kładąc pyszczek na swoich przednich łapkach. 

<Córunia? Słuchaj nie masz psychy powiedzieć "tata">

Wyleczeni: Gondor

Od Mandarynkowej Gwiazdy

Sama zdecydowała się na trenowanie Rogatej Łapy. Początkowo było to spowodowane jedynie chęcią odcięcia księcia od matki, ale im więcej spędzała z nim czasu, tym coraz bardziej widziała w nim młodą siebie. Nigdy nie dopuszczała do siebie tej myśli. Nie pozwalała sobie na świadomość, że już się starzeje. Niestety nawet dziewięć żyć nie mogło jej zapewnić nieśmiertelności, wiedziała to. W końcu jej czas na tym świecie się skończy. Niestety powodowało to tylko panikę i kulenie się w legowisku w samotności…

***

Próbowała odwlekać tę myśl od siebie. Tylko dzięki temu była w stanie rzeczywiście funkcjonować. Ostatnio zaczęła kolekcjonować rzeczy, które kojarzyły jej się z babcią i ciotką. Pod jej posłaniem leżało już pióro sroki, kaczki krzyżówki i mandarynki. Dzięki takim małym drobiazgom czuła jakby były przy niej i wspierały ją. Dodawało jej to otuchy. Dzisiaj postanowiła poszukać kwiatów, kierując się tym samym schematem. Za uchem miała wetknięty pomarańczowy aster. Zamyślona stąpała brzegiem rzeki w poszukiwaniu kaczeńców. Rozmyślała czy na pewno robi wszystko dobrze. Wiedziała, że nie. Nie była idealna. Zawsze tylko popełniała bez przerwy błędy. Ważne było, tylko żeby babcia była dumna. Niestety, kiedy ostatnio ją widziała… była zawiedziona. Tak samo, jak matka. Mandarynka zupełnie jej nie pamiętała, zmarła zbyt szybko. Widziała ją jednak dwa razy w snach. Za każdym razem była smutna i patrzyła na nią z rozczarowaniem. Smutne… niby matka, a nigdy nie widziała jej uśmiechu. Chociaż… czy ona nie była podobna? Nie utrzymywała relacji z dziećmi. Z Pierzastą Kołysanką nie rozmawiała chyba, od kiedy wyszła ze żłobka. Sterletowa Łuska nie żyło, Szałwiowe Serce jej unikał, a Czyhająca Murena i Błękitna Laguna… Nie chcieli jej dobra. Z melancholią zerwała z ziemi pojedynczy żółty kwiat.

***

Udało jej się znaleźć jeszcze fiołek. Jego niezwykły kolor, rzadko spotykany w naturze, sprawiał, że był kwiatem wyjątkowym. Tak jak wyjątkowa była Srocza Gwiazda. O świcie zaniosła swoje znaleziska na wyspę rodu królewskiego. Usiadła przed grobami i westchnęła ciężko.
— Ja… — Słowa uwięzły jej w gardle. Nie wiedziała nawet do końca, czego się spodziewała ani co chciała powiedzieć. Po prostu zamilkła i wsłuchała się w odgłosy dookoła. Pluskanie wody, szum trzcin, trzepot skrzydeł. Podniosła wzrok. Na gałęzi wierzby płaczącej przysiadła sroka i patrzyła prosto na nią.
— To tylko zwykła sroka — mruknęła do siebie. — Na Klan Gwiazdy! Czemu ja się nad sobą użalam…
Westchnęła raz jeszcze, włożyła pióra i kwiaty w futro, po czym uśmiechnęła się do siebie. Miała jeszcze dużo czasu. Musiała z niego korzystać.

Od Rohan CD. Borowika

Uśmiechnęła się szczerze i szeroko do kocurka. 
— Oh, jaki z ciebie miły i słodki dżentelmen, Borowiku — zaśmiała się i poklepała go po policzku swoim ogonem. — Oj, no i się nie martw, że będziesz tęsknić. Obóz nie jest ani wielki, ani pełen zakamarków, w których kot mógłby się całe dnie skrywać, a no na pewno nie byłabym to ja. Ja o wiele bardziej wolę otwartą przestrzeń. Czasami nawet właśnie i samo obozowisko jest zbyt ciasnawe. Rozumiesz, o czym mówię? — zapytała.
— Chyba tak... No tak, tak — wydukał, rozglądając się z gałęzi po znajdującym się pod nim terenie. — Może być nieco... Gwarno i głośno. Czasem i mnie to przytłacza — przyznał. 
— Właśnie dlatego tak fajnie skakać po drzewach, co nie? — Nie czekała na odpowiedź. — Ja to bardzo lubię. To takie wyzwalające! Fajnie jest być zwiadowcą, chociaż jestem nim oficjalnie od kilku krótkich chwil, ale już nie mogę się doczekać, aby wyjść w pojedynkę i poszaleć niczym kociak! No, może wzięłabym Gondora, aby mnie popilnował, bo trochę boję się tych wszystkich lisów czy jadowitych węży. 
— No to też może być kłopot. Zwłaszcza węże, bo ich nie widać i nie czuć. Lisi czuć, no i są wielkie, jak góra — zgodził się młodszy. 
— Kolejny powód, dla którego drzewa są po prostu lepsze i bezpieczniejsze. Nie widziałam na gałęziach jeszcze ani jednego węża! A taka sikoreczka to nic nie zrobić. Co najwyżej możesz się poobijać, kiedy odleci ci sprzed nosa, a ty przekoziołkujesz prosto z gałęzi na ziemię. Ale to każdemu się zdarza, nawet najlepszym.
— No mi na pewno tak... Chociaż Kurka wydaje się być zadowolony… — zamyślił się. Rohan za to usłyszała wołanie białego wojownika z dołu.
"No tak... Mieliśmy wykorzystać fakt, że w końcu mogę opuszczać obóz bez Jeżyny…" — przypomniała sobie.
 
— Oj, przepraszam cię, Borowiku, bardzo cię przepraszam, ale byłam umówiona na spacer, a kompletnie mi to umknęło. Miałam tylko zabrać swój mech, a tak miło się z tobą gawędzi, że no całkowicie straciłam poczucie czasu. No to papa! — wypluła te wszystkie słowa na raz i momentalnie zniknęła z legowiska uczniów, aby dołączyć do Gondora, który potulnie siedział już przy wyjściu.

* * *
Aktualnie

Siedziała właśnie przed żłobkiem łapiąc promienie wieczornego słońca.  Purchawka zabawiała właśnie wszystkie kocięta jakimiś swoimi pouczającymi opowiastkami, co bardzo doceniała srebrna. Niezwykle ją cieszyło, że miała szamankę do towarzystwa, gdyż najpewniej umarłaby z nudów, gdyby musiała przesiadywać tam całkiem sama przez tyle księżyców. Teraz oczywiście nie narzekała na brak zajęć, gdyż maluchy bardzo dbały o to, aby wiecznie miała na głowie masę rzeczy, ale zwyczajnie miło było mieć kogoś do poplotkowania. Purchawka była też po prostu przesympatyczną i ciepłą osobniczką; wszyscy dobrze czuliby się w jej obecności. 
Przyglądała się przez moment Jaśminowiec, która wychodziła właśnie z legowiska uzdrowicieli. Chwile zastanawiała się nad tym, jak czuję się mały, biedny Gołąbek. Wiedziała, że zniknął na kilka nocy, kiedy przyniesiono do obozu zwłoki Poranka, który był jego drogim mentorem. Było jej żal burego ucznia. Miała nadzieję, że nie mają zbyt dużo pracy, zwłaszcza że Wiciokrzew na pewno zmuszony był wykonywać swoje obowiązki znacznie wolniej z powodu brakującej nogi. Nigdy nie zapytała, co mu się stało; to nie byłoby okej, chociaż zjadała ją nieco ciekawość. Wspomniana przed momenty wojowniczka niosła w pyszczku liści maliny. Chociaż królowa potrafiła je rozpoznać, w ogródku jej dwunożnego rosły owe różowiutkie owoce, tak nie miała pojęcia, na co mogły pomagać. Nigdy nie byłaby dobrą uzdrowicielką, była do tego zbyt roztrzepana i energiczna; najpewniej rozniosłaby składzik zanim udałoby się jej cokolwiek znaleźć na ciemnych kupkach. 
Ktoś inny nagle zasłonił srebrną kotkę. Znajome bure futerko lśniło w zachodzących promieniach. Zastanawiała się, czy terminator robił porządne postępy w swoim treningu na zwiadowcę, a więc dziarsko zawołała:
— Hej, Borowiku! — Skrzące ślepka zwróciły się w jej kierunku. — Jak tam twój trening? Czy odnalazłeś już może nadrzewnego węża?

<Borowik?>

Wyleczeni: Jaśminowiec