BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

01 lipca 2026

Od Gołąbka do Bursztynowej Łapy

Gołąbek wraz z Mistralem, swoją nową mentorką, wybrał się na poszukiwanie ziół leczniczych blisko granicy z Klanem Burzy. Zapasy w legowisku powoli się kończyły, a chorych i obolałych nie brakowało. Trzeba je było więc jak najszybciej uzupełnić. Mistral była już trzecią mentorką Gołąbka. Niedawno stracił drugiego nauczyciela, Wiciokrzewa, po tym, jak ten niechcący otruł swojego pacjenta i za karę został przeniesiony do legowiska starszyzny. Uczeń zupełnie nie winił medyka za to, co się stało. Śmierć pacjenta była przecież błędem, niecelowym działaniem. Dlatego też błąd ten, pomimo tego, jak bardzo był straszny, nie popsuł jego mniemania o mentorze. Nadal kochał go tak bardzo, jak kochał go wcześniej i bardzo często odwiedzał go w legowisku starszych, by podnieść go na duchu.
Po kilkunastu minutach wędrówki Gołąbek i Mistral znaleźli się przy poletku z ziołami. Bury zaczął zrywać intensywnie pachnące łodygi, kładąc je na ziemi do późniejszego zebrania. Silny zapach ziół sprawił, że uczeń zupełnie nie poczuł zbliżającego się do granicy patrolu. Dopiero po powitalnym okrzyku jednego z Burzaków zauważył stojące przy linii oznaczeń koty, najprawdopodobniej mentora z uczniem. Gołąbek nagle przypomniał sobie o obietnicy danej Oświeconej, dziwnej pieszczoszce, którą spotkał kilka księżyców temu. Poprosiła go, by przekazał Klanowi Burzy o nowej religii, którą utworzyła: wyznawaniu Dwunożnych. Bury nie wiedział, co Burzaki miałyby zrobić z tą informacją, ale obietnica to obietnica, musiał więc ją spełnić.
– Zaraz wracam. Muszę coś przekazać – powiedział mentorce. Ta jedynie kiwnęła głową, nadal zajęta zbieraniem leczniczych roślin.
Gołąbek podszedł do patrolu, skinieniem głowy witając się z przybyszami. Wstydził się rozmawiać z obcymi, ale musiał wykorzystać szansę na przekazanie dziwnej informacji.
– Ja… Mam dla was wiadomość od pieszczoszki o imieniu Oświecona – powiedział niepewnym głosem. – Kazała mi przekazać, że zakłada nową religię, religię Dwunożnych. I… umm… podobno szuka członków.
Oba koty z klanu Burzy patrzyły się na niego z ogromnym zdziwieniem. Czyżby myślały, że on też ma zamiar wyznawać Dwunożnych?
– Ja tylko to przekazuję. Nie mam z tym nic do czynienia – rzucił szybko, uciekając wzrokiem na bok. – Poznaliście już kiedyś tą Oświeconą? Kiedy z nią rozmawiałem, mówiła tak, jakby was znała.

[339 słów]

Od Nura CD. Łabądka

Pogoda robiła się coraz to brzydsza, Mama powiedziała mu, że to zmiana pory roku. Według jej słów nadchodziła Pora Nagich Liści. W każdym razie – było zimno. Nur nie mógł siedzieć w wodzie z mamą ani nie mógł kręcić się po okolicy z Żabią Łapą. Siedział więc w żłobku z siostrą. Rodzeństwo naprawdę się różniło. I wyglądem i charakterem. Nur nie mógł powiedzieć, że nie lubił bawić się z siostrą, ale nie mógł też stwierdzić, że to uwielbia. Było to bardziej zabicie wolnego czasu. Tym razem na to też nie miał ochoty. Leżał więc na ziemi, wpatrując się w drzwi żłobka. Miał nadzieję, że zaraz przyjdzie ktoś ciekawy.
Między łapami miał prezent od ojca – ostatnio kocur zaczął przynosić takie prezenty też Nurowi, a nie tylko Łabądce. Van był z siebie dumny, bo według niego prezent od jego ojca równał się, z tym że zrobił coś dobrze. Nie do końca był pewien co, ale ważne, że nie objawiał żadnych cech zdrajcy. Trzcinowy Szmer opowiadała mu o jego przodkach, a kocurek bał się, że zdrada może płynąć we krwi i jego krew też może być zakażona. Dlatego musiał zachowywać się jak najlepiej i wyplenić to ziarenko, zanim będzie za późno!
— Dzień dobry, braciszku! — z letargu jego myśli wyrwała go siostra.
Spojrzał na nią i kiwnął głową na przywitanie.
— Ładny dziś dzień, nieprawdaż? — uśmiechnęła się, na co Nur przewrócił oczyma.
Chciałby, żeby dzień był ładny. Wtedy mógłby popływać albo polować na mech! Może nawet namówiłby mamę na jakiś spacer po obozie?
— O! A co tam masz pomiędzy łapami? Nigdy czegoś takiego nie widziałam, mogę zobaczyć? — zapytała, trzepocząc rzęsami.
Kocurek znał te jej tanie sztuczki, ale nie mógł się z nią przecież kłócić. Takie zachowanie nie było dostojne. Podniósł więc łapy ujawniać kamień.
— Dostałem od taty — wypiął dumnie pierś. — Pewnie za to, jak dobrze pływam!
Zauważył wzrok kotki i od razu zakrył kamyk łapkami.
— Jest prezentem dla mnie.
Łabądka jednak nadal patrzyła na niego tymi swoimi wielkimi oczami. Nur spodziewał się, że kotka może go zaraz o coś posądzić… A nie chciał problemów. Skrzywił się na samą myśl. Nie powinien być zachłanny… To była raczej zła cecha. Westchnął więc cicho.
— Chcesz go tylko zobaczyć? — zapytał.
Czarna arlekinka pokiwała energicznie głową. Rudzielec nie do końca jej wierzył – widział, ile miała kamieni w swojej kolekcji. On właściwie nie potrzebował nawet tego kamienia, ale był prezentem od ojca, więc miał największą wartość. Mimo to rudzielec odsunął się od kamienia, pozwalając siostrze się przyjrzeć. Łabądka jednak wzięła kamień w swoje łapy, na co Nur się zjeżył.
— Zostaw — syknął.

< Łabądku?>

Od Psianki CD. Kropli

Po mianowaniu na ucznia

Na dźwięk znajomego głosu odwróciłam uszy, a po chwili uśmiechnęłam się szeroko. Przez moment wpatrywałam się w Kroplę z lekkim zaskoczeniem. Dawno jej nie widziałam. Jeszcze zanim moje rodzeństwo przeprowadziło się do Klanu Burzy, często kręciła się przy żłobku, pomagała karmicielkom i zaglądała do kociaków. Wtedy wydawała mi się ogromna, niesamowicie odpowiedzialna i... właściwie trochę tajemnicza. Nigdy nie mówiła zbyt wiele, ale zawsze była gdzieś obok, gotowa pomóc. Dopiero teraz zauważyłam, że w jej cichym sposobie bycia kryło się coś więcej niż zwykła nieśmiałość.
— Kropla! — odpowiedziałam z wyraźną radością. — Dawno cię nie widziałam. Jak się masz?
Nie zdążyłam jednak usłyszeć odpowiedzi, bo zaraz padło kolejne pytanie. Uniosłam lekko brwi, słysząc wzmiankę o zwiadowcach. Na końcu Kropla niemal od razu zaczęła się wycofywać ze swoich słów, spuszczając wzrok i przepraszając, jakby samo zadanie pytania było czymś niewłaściwym. Mimowolnie zrobiło mi się trochę przykro. Nie dlatego, że zapytała, ale dlatego, że wyglądała, jakby spodziewała się, że ktoś zaraz będzie miał do niej pretensje. Usiadłam spokojnie obok niej, zostawiając między nami trochę przestrzeni. Pamiętałam jeszcze z dzieciństwa, że nie przepadała za zbyt bliskim kontaktem, więc nie chciałam jej tego narzucać.
— Wiesz... właściwie to trochę twój interes — odpowiedziałam z cichym śmiechem. — Bo kiedyś byłam prawie pewna, że sama zostanę stróżem.
Na samą myśl o tamtym dniu uśmiechnęłam się jeszcze szerzej.
— Pamiętasz? Bawiłyśmy się w pomocników. Ty byłaś wielkim stróżem, a ja twoją pomocniczką. Leczyłyśmy kawałek mchu i ratowałyśmy wyimaginowane kociaki. Byłam wtedy przekonana, że nie istnieje ważniejsza praca na świecie — zaśmiałam się pod nosem, kręcąc lekko głową.
— W sumie nadal uważam, że jest bardzo ważna. Bez stróżów obóz pewnie szybko przestałby działać tak, jak powinien. Po prostu... z czasem odkryłam, że mnie ciągnie trochę gdzie indziej.
Mój wzrok sam powędrował ku wyjściu z obozu.
— Na samym początku, wszystko wydawało mi się obce. Nawet zwykły spacer poza obozem był czymś zupełnie nowym. Było tyle zapachów, śladów i miejsc, których wcześniej nigdy nie widziałam. Pamiętam, że nie mogłam przestać się rozglądać. Chciałam wiedzieć, dokąd prowadzi każda ścieżka, kto tędy przechodził i co znajduje się za kolejnym wzgórzem.
Westchnęłam cicho, choć na pysku wciąż gościł lekki uśmiech.
— Chyba właśnie wtedy zrozumiałam, że chciałabym zostać zwiadowczynią. Nie dlatego, że praca stróża przestała mi się podobać. Po prostu... poczułam, że las mnie woła. Że chcę go poznawać i pomagać klanowi właśnie w taki sposób.
Przez krótką chwilę przyglądałam się Kropli. Wyglądała na zmęczoną, ale nie tylko fizycznie. Bardziej tak, jakby od dawna nosiła na barkach coś bardzo ciężkiego. To dziwne uczucie ścisnęło mnie gdzieś w środku.
— Ale wiesz co? — odezwałam się znacznie ciszej. — Ja naprawdę cię pamiętam — uśmiechnęłam się ciepło.
— Pewnie myślisz, że dla ciebie to były zwykłe obowiązki. Przychodziłaś do żłobka, pomagałaś karmicielkom i wracałaś do swoich zajęć. Ale dla mnie to nie było takie zwyczajne. Byłaś jedną z pierwszych dorosłych kotek, które pokazały mi, że pomaganie komuś może być czymś naprawdę fajnym — pokręciłam lekko głową. — Nawet jeśli wtedy ratowałyśmy tylko kawałek mchu.
Na chwilę zamilkłam, a potem uśmiechnęłam się pod nosem, przypominając sobie ostatni trening.
— W sumie... ostatnio miałam chyba jeden z najfajniejszych treningów, odkąd zostałam uczennicą — poruszyłam lekko końcówką ogona.
— Rohan zabrała mnie naprawdę daleko od obozu. Dalej niż zwykle. Powiedziała, że zwiadowca powinien umieć czytać las tak, jak wojownik czyta mowę ciała przeciwnika. Wtedy jeszcze nie bardzo rozumiałam, o co jej chodziło. Przecież las jest po prostu... lasem.
Parsknęłam cicho śmiechem.
— Okazało się, że byłam strasznie głupia — spojrzałam na Kroplę z rozbawieniem. — Zatrzymała się nagle i kazała mi spojrzeć pod łapy. Byłam pewna, że zaraz pokaże mi jakiś wyjątkowy kwiat albo zioło. A ona tylko zapytała: "co tu widzisz?". Powiedziałam, że błoto.
Pokręciłam głową z lekkim zażenowaniem.
— Rohan tylko westchnęła i powiedziała, żebym przyjrzała się uważniej. Dopiero wtedy zobaczyłam odciski łap. Byłam pewna, że należą do psa. Takiego dużego. Nawet byłam z siebie dumna, że cokolwiek zgadłam — rozciągnęłam uśmiech. — A ona powiedziała, że to lis.
Na moment spuściłam wzrok.
— Nie mogłam zrozumieć, skąd to wie. Dla mnie wszystkie tropy wyglądały prawie identycznie. Cztery palce, poduszka i tyle. Wydawało mi się, że trzeba mieć jakiś niezwykły dar, żeby widzieć między nimi różnicę.
Westchnęłam cicho.
— Ale Rohan usiadła obok mnie i zaczęła tłumaczyć wszystko bardzo powoli. Pokazywała, gdzie lis stawia łapy, jak głęboko odciska pazury, dlaczego ślady układają się właśnie w taki sposób. Nawet nie zauważyłam, kiedy minęło pół dnia.
Mój ogon poruszył się z wyraźnym ożywieniem.
— Później znaleźliśmy kolejne tropy. Tym razem borsuka. Jeszcze inne zostawił zając. Rohan ciągle zadawała mi pytania. Czasami odpowiadałam dobrze, częściej źle, ale ani razu się nie zdenerwowała — zaśmiałam się cicho.
— Chociaż chyba raz naprawdę miała mnie dość. Uparcie twierdziłam, że ślad należy do lisa, a okazało się, że zostawił go zwyczajny kot z naszego klanu. Do tej pory mi to wypomina.
Na wspomnienie mentorki uśmiechnęłam się jeszcze szerzej.
— Ale wiesz co? Chyba właśnie to lubię najbardziej. To uczucie, kiedy nagle zaczynasz dostrzegać rzeczy, których wcześniej w ogóle nie widziałaś. Teraz kiedy wychodzę z obozu, nie patrzę już tylko przed siebie. Patrzę pod łapy, na krzaki, na połamane gałązki. Zastanawiam się, kto tędy przechodził i jak dawno temu — podniosłam wzrok ku niebu.
— To trochę tak, jakby cały las opowiadał historię, tylko większość kotów nawet nie wie, że można ją przeczytać — odwróciłam głowę z powrotem w stronę Kropli.
— I właśnie dlatego chyba zostałam zwiadowczynią. Bo ciągle mam wrażenie, że jeszcze niewiele umiem. Że każdego dnia mogę nauczyć się czegoś nowego. Nie wiem, czy będę najlepszą zwiadowczynią w klanie... ale bardzo chciałabym kiedyś spojrzeć na ślady w ziemi i od razu wiedzieć, kto tędy szedł, dokąd zmierzał i czy powinien mnie zaniepokoić.
Uśmiechnęłam się nieco szerzej.
— Rohan mówi, że z czasem przestanie to być zgadywanka, a stanie się czymś naturalnym. Mam nadzieję, że ma rację. Bo naprawdę chciałabym kiedyś znać las tak dobrze, jakby był moim własnym legowiskiem — w tym momencie przerwałam.
Spojrzałam na Kroplę, która przez ten czas nie mówiła za wiele. Oh, Wszechmatko, tak się rozgadałam, że nie dałam jej dojść do słowa! Co ze mnie za uczennica, kiedy nawet nie potrafię zamknąć pyszczka w odpowiednim momencie!
— Wybacz mi Kroplo, trochę się rozgadałam… — mruknęłam zakłopotana.

<Kroplo?>
[1004 słowa + rozpoznawanie tropów lisów]

Od Cisowego Tchnienia

Ostatnio nie mogła za bardzo skupić się na wykonywaniu swoich codziennych obowiązków. Nadal je robiła, ale nie myślała o tym zupełnie, wszystko robiąc jakby z pamięci. Jej myśli nadal krążyły wokół zabójstwa Bladego Lica. Bez namysłu sporządziła okład na swędzącą infekcję Kruczego Pióra, zaaplikowała go i pożegnała zastępcę. Potem miała zająć się Makową Iluzją. Poszła do magazynku ziół i wzięła odpowiednie zioła na katar z ich miejsc. Z przewidywalnego rytmu wybiła ją dopiero pusta skrytka na trucizny.

***

Retrospekcja, jak już była z Bladym zaprzyjaźniona. W trakcie jego choroby

Coś na gorączkę, coś na ból głowy, coś na katar, jeszcze trochę ziół na kaszel… Niby mogłoby wystarczyć. Mogłaby po prostu pójść do starszego i go wyleczyć. Ale… czemu miałaby leczyć zdrajców? Wtedy do jej głowy wpadł pomysł. Co, jeżeli dawałaby mu regularnie małe ilości roślin trujących? W długotrwałym stosowaniu spowodowałoby to osłabienie organizmu. Jakby ktoś się pytał, można by zrzucić na wiek. Tak! To było genialne! Dzięki temu organizm Bladego Lica nie mógłby sprawnie walczyć z chorobą, co dawałoby jej więcej wymówek na podawanie mu ziół. Stworzyła mechanizm, który sam się napędza! Była geniuszem! Uśmiechnęła się i ucięła mały kawałek trującego ziela. Teraz mieszanka była gotowa.

***

Prawie otruła Makową Iluzję. Kiedy to do niej dotarło, aż się zjeżyła. Musiała się bardziej pilnować. Nikt nie mógł się dowiedzieć.
– Cisowe Tchnienie? Nie możesz czegoś znaleźć? – usłyszała pytanie Roztargnionego Koperku.
– Wszystko w porządku – miauknęła, po czym wzięła zawiniątko w zęby i wróciła do swojej pacjentki.

Wyleczeni: Krucze Pióro, Makowa Iluzja

Od Kasztanka (Przypalonego Kasztana) CD. Trzcinowego Szmeru

Przeszłość

— Co tam u ciebie słychać Kasztanku? Jak się czujesz? O czym chciałeś porozmawiać?
— Czy… czy koty związane z… z… z M-Mandarynkową Gwiazdą są z samego Klanu Gwiazdy? No… no bo znałaś moje imię, a… a nigdy wcześniej ci się nie przedstawiłem — zapytał, czując narastający niepokój, ale próbował zgrywać odważnego przed starszą kocicą, żeby nie wyszedł przypadkiem na takiego, co się boi własnego cienia, mimo że właśnie takim był. Trzcinowy Szmer uśmiechnęła się lekko.
— Tak. Mamy moc naszych pradawnych przodków, dzięki której możemy kontrolować wiele rzeczy, jak na przykład sny lub wskazać kotu drogę, która może dla niego wydawać się niemożliwa lub bardzo odległa.
Kociak zrobił wielkie oczka. Czy naprawdę mogli tak wiele? Czy zatem wiedzieli, co mu się śniło? Może mogli czytać też w myślach? To dopiero byłoby straszne… nie mógłby zachować zupełnie niczego, niczego dla siebie! Jego kikut napuszył się lekko, a pazurki wielkości igły wpychały się powoli w grunt pod jego łapkami, chociaż z malutkim naciskiem, bo nawet nie był ciężki, więc nie mógł wyrządzić wielkich szkód, całe szczęście.
— Naprawdę?! — zapytał, rozglądając się dookoła, jakby ktoś inny miał odpowiedzieć mu na to pytanie.
— Możemy też sprawić, żeby cała zwierzyna zniknęła ze stosu, ale wolimy mieć na nim przynajmniej jedną piszczkę, żebyśmy mieli co jeść.
Kasztanek wyraźnie się zamyślił, jego umysł zaczął analizować, na ile to, co do niego zostało właśnie powiedziane, było zgodne z prawdą. Nie miał powodów ku temu, żeby nie wierzyć doświadczonej i dorosłej wojowniczce, kocicy z jego klanu, więc musiała zatem mówić prawdę. Jednak skoro koty potrafiły tak wiele, to dlaczego on nigdy nie poczuł nawet ukłucia, stuknięcia, nic, co by mu powiedziało, że ktoś właśnie obserwuje jego sen? I co najważniejsze, czemu nigdy wcześniej sam nie był w stanie zajrzeć komuś do głowy w celu zaobserwowania czyjegoś snu? Nie mógł tego zrozumieć. Trzcinowy Szmer popchnęła lekko kulkę mchu, a on podążył za nią jakoś odruchowo wzrokiem.
— A czy… czy w moich myślach i snach też potraficie czytać? — pytał dalej, nie wątpiąc ani trochę w to, co właśnie słyszał. Trzcinowy Szmer parsknęła cicho.
— Nie. Gdybyśmy potrafili, już wcześniej bym wiedziała, o co chciałeś mnie zapytać — miauknęła najpierw z kamienną twarzą, a po uderzeniu serca zachichotała, chociaż nie złośliwie. Kociak zmarszczył brwi, jakby nie dotarło do niego jeszcze to, co właśnie usłyszał… Nagle zadarł łeb ku górze znowu. Co?! Nie mogli? Czyli… to po co mu to powiedziała…?

Teraźniejszość

Nadeszła chłodna Pora Opadających Liści, która dość sprawnie przegoniła nieprzyjemne ukropy, wybijające niekorzystnie koty z ich rutyny, jeśli nie mogli sobie pozwolić na ochłodzenie się w którymś ze zbiorników wodnych. Przypalony Kasztan zrobił krok ku żłobkowi, jednak szybko się zorientował, że w rzeczywistości wchodzi właśnie z pustymi łapami. Nawiązał przypadkowy kontakt wzrokowy z Trzcinowym Szmerem, a u jej brzucha leżały dwa kocięta, pogrążone w rozmowie. Wojownik wycofał się pospiesznie, czując z tyłu głowy mrowienie. Tak, jakby ktoś śledził go wzrokiem. Otworzył szerzej ślepia i rozejrzał się na boki, aczkolwiek każdy był zajęty sobą, jedni dzielili się językami, drudzy chichotali w najlepsze, rozłożeni na polance… Chwycił w zęby najlepiej wyglądającą rybę i tym razem pewniej, acz nadal niezupełnie szczególnie śmiało zajrzał do legowiska. Zerknął na szylkretkę, uśmiechając się do niej lekko nerwowo, ale szczerze.
— Trzcinowy Szmerze, czy mogę wejść? — poprosił z nadzieją, na co kocica z lekkim zdziwieniem pokiwała głową.
— W porządku. Tylko uważaj na kocięta — odparła. Kasztan przysunął się do kotki, kładąc tuż obok niej zwierzynę. Brązowooka przysunęła ją do siebie łapą, po czym oderwała pierwszy kęs i gdy go zjadła, kolejny zaproponowała małej Łabądce najpierw, potem Nurowi, po tyle samo. Przypalony Kasztan uśmiechnął się lekko, spoglądając na trójkę. Trzcinowy Szmer polizała parokrotnie kocięta po główkach, a one, po skończonym posiłku, wystrzeliły w jeden z kątów legowiska, ponieważ coś przykuło ich uwagę.
— Nurze, zobacz, co znalazłam! — młodzik doskoczył tam w paru susach.
— Co cię do nas sprowadza, Przypalony Kasztanie?
Przypalony Kasztan po chwili spiął się lekko, próbując jakoś rozluźnić mięśnie. Przełknął nerwowo ślinę, gdy zorientował się, że znowu wgapiał się w nią jak w kota ze Srebrnej Skóry. Łatwo odpływał myślami.
— Ach…! C-czy pamiętasz, jak powiedziałaś mi kiedyś, że porozmawiamy na poważniejsze tematy? Czy… czy teraz nadszedł ten czas? — zapytał, patrząc na karmicielkę z niepewnością. — Trzcinowy Szmerze, a… — zatrzymał się na chwilę, nie zamykając pyska. — J-jak to jest… opiekować się kociętami? Jak to robicie…? Ze… Żmijowcową Wicią? — dopytywał, przypomniawszy sobie o Nurze oraz Łabądce, którzy teraz wyglądali na szczególnie zajętych jakimś kamieniem u ich łap. — Ja… przepraszam, jeśli wam przeszkadzam. Naprawdę nie chciałem, ale… ale… może mi się to kiedyś przydać, tak myślę — kontynuował dość nieśmiało.
Pamiętał ich rozmowę, którą przeprowadzili, gdy był jeszcze malutkim kociakiem. Wtedy to on znalazł się u boku szylkretki, która szybko go pocieszyła i to w dość prosty sposób. Kto by pomyślał, że ten właśnie sposób stanie się jego ulubionym i że właśnie ten sposób kojarzył także od Złocistego Widlika, a nawet… Urodziwego Szafirka. Wojownik próbował ukryć stres, jednakże zapachu nie był w stanie zamaskować, nieważne jak bardzo by się nie starał. Nawet nie był pewien, dlaczego tak się denerwował. Chociaż… wiedział, tak, raczej. Przecież… czy nie przeszkadzał karmicielce właśnie?
— Jesteś blisko z Urodziwym Szafirkiem, prawda? Praktycznie nierozłączni — uśmiechnęła się starsza, a końcówka jej ogona poruszała się spokojnie po posłaniu pod nią.
Ucho dymnego drgnęło, a niedługo po tym kiwnął nieśmiało głową.
— T-tak… — wydobyło się z jego pyska prawie że szeptem, co było dziwne, ponieważ nigdy nie ukrywał szczególnie ich relacji, ale też nie nazywał jej w żaden sposób. Nadal się uczył, jak powinien się zachowywać przy kimś, kto był… twoim partnerem. Było to niezwykle istotne. Wyróżnienie drugiego kota do takiego miana… nie każdy przecież był dla niego taki ważny, tylko jedna kotka, która była przy nim zawsze, odkąd tylko pojawiła się w żłobku. Na samą myśl o szylkretce zamruczał cicho.

<Trzcinowy Szmerze? Kocięta są bardzo słodkie>

Od Ostatniego Pożaru

Wreszcie znalazły trochę wolnego czasu, żeby spokojnie się przejść. Niby na to właśnie czekała, ale teraz kiedy to miało się rzeczywiście wydarzyć, czuła ogromny stres. Co, jeśli powie coś nie tak? Co, jeśli wszystko zepsuje? Czuła się tak dziwnie. Zazwyczaj podchodziła do wszystkiego na luzie, myśląc, że jakoś to się ułoży. Ale teraz nie potrafiła. Nawet nie wiedziała dlaczego. Starała się uśmiechać przez cały spacer. Złocista Wydma nie powinna psuć sobie nastroju przez jej ponure myśli. W końcu dotarły do Przybrzeżnego Oka. Usiadły obok siebie. Pożar zwiesiła trochę głowę i na chwilę przestała się uśmiechać. Kremowa od razu to zauważyła.
– Co się stało?
Westchnęła. Nie było szans odwlec Sahary od tej myśli. W końcu… nie powinny mieć przed sobą sekretów. Przynajmniej jeżeli chciały, żeby to wyszło. A Pożar nie mogła pozwolić temu szczęściu wyślizgnąć się, kiedy już było w jej zasięgu.
– Nie wiem… Po prostu… Co, jeżeli to wszystko nie wyjdzie?
Była samotniczka wydawała się zaskoczona.
– Czemu miałoby nie wyjść? Przecież… chyba obie tego chcemy? Kochamy się i chcemy być szczęśliwe razem… tak?
No właśnie. “Kochamy się”. Tylko że ruda nigdy tego nie powiedziała. Nawet w myślach. Nie dlatego, że nie chciała tego związku. Wręcz przeciwnie. Bała się, że będzie jak z Dzwonkiem. Że powie, że ją kocha, a potem ją porzuci. Wtedy wyszłoby na to, że ją okłamała. Kłamała wiele razy w życiu, ale ten jeden raz naprawdę bała się, że to zrobi. Łzy napłynęły do jej oczu.
– Co, jeżeli wszystko zepsuję? Okłamię nas, zawiodę cię? Może ja nie potrafię uszczęśliwiać innych? Tylko każdego krzywdzę… – pojedyncza z łez spadła do stawu, marszcząc jego taflę. – A ciebie nie chcę krzywdzić… Za bardzo mi na tobie zależy.
Poczuła ciepły dotyk przytulającej się do niej kotki.
– Wszystko będzie dobrze. Nic nie zepsujesz, a ja cię nie zostawię. Zaufaj mi. Proszę.

Od Figi CD. Puchacza

Taktyczny time skip

Puchacz rósł jak na drożdżach. Robił się coraz bardziej przystojny z każdym księżycem, a jego umiejętności rosły w zawrotnym tempie. Figę rozpierała duma, że syn poszedł w jej ślady i był istnym geniuszem! Wrona też nie odpuszczała, piękniejąc jak mamusia.
Pogoda zaczęła się zmieniać; Pora Zielonych Liści odpuszczała, a w jej miejsce przyszła Pora Opadających Liści. Zielone liście powoli stawały się brązowe, pomarańczowe, nawet czerwone. Część pospadała już na ziemię, tworząc kolorowy dywan. Powietrze miało w sobie przyjemną wilgoć, a wieczory stawały się chłodne.
Figa stanęła przy wyjściu z obozu, czekając na swojego ucznia, a zarazem syna. Na dzisiejszy trening zaplanowała rozpoznawanie tropów lisów, czego Puchacz na pewno się ucieszy. W końcu zawsze był pierwszy do takich ekspedycji, zupełnie jak ona, haha! A lisy były realnym zagrożeniem, więc musiał znać zapach tych szkarad. Czekając, rozglądała się po obozie. Jakiś czas temu przyjęli do siebie Świetliki, na które Figa patrzyła wręcz z wyniosłością. Mieli czelność być kiedyś nieopodal ich terenów, a gdy zrobiło im się ciężko, z podkulonymi ogonami przybyli szukać pomocy. Pff, żałosne. Koniec końców znowu byli na ich łasce.
Dodatkowo Klan Burzy wzmocnił z nimi sojusz, a kocięta z tego skojarzenia rozpoczęły swoje treningi. Widziała więc biegające pół-Burzakowe bachorki na terenie obozu. Dostrzegła też w legowisku Uzdrowicieli jedną ze Świetlików, bodajże Rysi Trop, która przyjęła teraz imię Ryś. Kotka od jakiegoś czasu chorowała, chyba na halucynacje. Cóż, nic dziwnego, jeśli była z Klanu Wilka, a potem została samotniczką, kiedy nie posiadała do tego umiejętności. Wilczaki to podstępne koty, toteż Figa czujnym okiem patrzyła na wszystkich pochodzących stamtąd, lub mieszkających aktualnie. Na zgromadzeniach wręcz czekała, kto dzisiaj z Wilczaków wznieci awanturę.
Kiedy dostrzegła ciemne futro kocurka, machnęła ogonem zapraszająco. Wstała również z wilgotnej po deszczu trawy, posyłając mu uśmiech.
— Co powiesz na tropienie lisów dzisiaj? — zapytała ochoczo.

Wyleczeni: Rysi Trop (Ryś)

<Puchaczu?>

30 czerwca 2026

Od Guziczka CD. Kurki

Szukanie odpowiedniej kotki, która mogłaby zostać matką ich kociąt, było wyzwaniem. Wraz z Kurką zastanawiali się nad ich opcjami.
— Dereńka jest… wiesz… wolna i może by się zgodziła? — zaproponował Kurka.
Guziczek od razu pokręcił głową.
— Jest już starsza — zauważył. Nie ma co motywować jej do noszenia kociąt. Jaśminowiec ma partnera, prawda?
— Len. Jest z Lnem.
Guziczek skrzywił się. Między zwiadowcami nastała chwila ciszy.
— Prościej by było poczekać na znajdki… — zauważył Guziczek.
— Nie ma się co poddawać — Kurka polizał go za uchem, na co czarno-biały zamruczał... — Znajdziemy kogoś.
— Wiem… Daglezja może? — Guziczek spojrzał w niebo.
Właściwie trochę nie interesowało go kto będzie matką jego maluchów. Chciał, tylko żeby ktoś przyniósł je na świat…
— Nie dziękuję. Ona ma… specyficzny charakter. Nie sądzę, że w ogóle by się zgodziła.
Guziczek zmarszczył nos i pokiwał głową.
— Masz rację — westchnął. — Jest raczej… Wybuchowa.
— A może… Może… — Kurka zastanowił się chwilę. — Jeżogłówka? Może ona by się zgodziła?
— Ta… wędrowczyni? Ta z tej bandy co plątają się po terenach Owocowego Lasu? — Guziczek nastawił uszu.
— Yhymmm… Ona jest niezwykle miła i… może by się zgodziła? — propozycja Kurki była oczywiście nieśmiała.
Guziczek kochał swojego partnera takim, jakim był, ale jego nieśmiałość zawsze rozczulała go bardziej. Może i nie była to świetna cecha, ale przez nią Kurka był Kurką.
— Warto spróbować — Guziczek uśmiechnął się do partnera. — Daje nam to też brak jakichkolwiek problemów potem z kotami w obozie czy sporów o rodzicielstwo!
— Tak… to dobry pomysł.
Jeżogłówka na szczęście zgodziła się na ich propozycje. Praktycznie bez wahania! Oczywiście zwiadowcy rozpieszczali kotkę, gdy ta nosiła ich maluchy pod sercem. Dostawała wszystko, czego chciała, a nawet więcej. A sam Guziczek chodził wniebowzięty, ale i zmartwiony, że coś pójdzie nie tak.
Przypomniał sobie Czerwca i to jak chodził w skowronkach, gdy jego maluchy miały się urodzić. Wtedy tego nie rozumiał, ale teraz? Teraz zachowywał się praktycznie tak samo. Nienawidził faktu, że kilkanaście godzin przed porodem musiał iść na zgromadzenie, lecz gdy tylko wrócił, to wraz z Kurką czuwali przy żłóbku. Nie byli przy samym porodzie, ale gdy Mistral ich wpuściła, a Guziczek zauważył maluszki przy Jeżogłówce, to łzy same napłynęły mu do oczu.
— Myśleliście już nad imionami? — spytała kotka.
— A jakie mamy tutaj skarby? Kotki? Koty? — Guziczek nachylił się nad nimi.
Jedna mała kulka prychnęła, gdy ten zbliżył się bardziej. Kocur uśmiechnął się delikatnie, patrząc na maluszki.
— Dwie koteczki i kocurek — odparła Jeżogłówka.
— Dla każdego po jednym imieniu? — Guziczek zerknął na Kurkę, który przytaknął z uśmiechem. — To… kocurek może Gronostaj?
— A szylkreteczka, Bratek? — zaproponowała Jeżogłówka, na co oba koty jej przytaknęły.
Nastała chwila ciszy. Guziczek widział, że Kurka się zastanawiał. Wiedział, że nieważne, jakie imię wymyśli, będzie je kochać. Tak samo, jak już pokochał te maluszki i tak samo, jak kochał Kurkę.
— Alka… — mruknął Kurka cichutko. — Czekoladowa kotka będzie się nazywać Alka.
— Piękne… Piękne… Nasze dzieci, Kurko… Nie mogę w to uwierzyć.
— Są piękne… — potwierdził Kurka. — Nie mogę się doczekać, aż zaczną rozrabiać!
Guziczek zaśmiał się i położył, tak aby widzieć maluszki lepiej. Wiedział, że przez kilka pierwszych tygodni będą siedziały z Jeżogłówką w żłobku, lecz nie mógł się doczekać, aż będą już biegać. W głowie słyszał, jak wołają go tata. Jego maluszki…
— Musimy ich pilnować za wszelką cenę — szepnął, zerkając na Kurkę.
Obydwoje stracili bliskie osoby i wiedzieli, jaki to był ból. Nie mogli sobie pozwolić, aby stracić też swoje dzieci.
— Będziemy — zapewnił Kurka.
Guziczek kiwnął głową i wstał. Podszedł do Kurki i otarł się o niego.
— Dajmy Jeżogłówce odpocząć — zaproponował.
Obydwoje wyszli ze żłobka i stanęli przed nim. Guziczek odetchnął i uśmiechnął się ciepło.
— Tyle czekaliśmy… A teraz tam są nasze maluszki — szepnął bardziej do siebie niż do partnera.
A potem spojrzał przed siebie. Jego rodzeństwa przy nim już nie było, jego rodzice zginęli. Został mu tylko Kurka i te małe kuleczki futra w żłobku…
— Kurko… — spojrzał na zwiadowcę i pocałował go krótko. — Kocham cię. I dziękuję.

<Kurko?>

Od Perłówkowej Łapy

Perłówkowa Łapa, wychodząc z obozu pierwszy raz, zatrzymała się kawałek za przejściem w krzewach i się odwróciła. Ten sam zarys ceglanej wieży, te same zarośla, ale pod nowym kątem, który sprawiał, że czuła się prawie, jakby spoglądała na nie po raz pierwszy. Stała tak przez chwilę i patrzyła, nie do końca świadomie, aż zorientowała się, że Srebrzysta Równonoc stoi w miejscu i obserwuje ją z lekkim uśmiechem.
Perłówka machnęła ogonem i podbiegła, żeby zrównać się z mentorką, zanim zmieszanie zdążyłoby przybrać jakikolwiek wyraz twarzy.
Srebrzysta Równonoc szła bez pośpiechu, ale miarowo, i mówiła przy tym niemal bez przerwy. Zaczęła od rzeczy podstawowych – jak terytorium ich klanu wygląda w ogólnym zarysie, gdzie leżą granice z każdym sąsiednim klanem, jak orientować się na otwartym terenie bez wyraźnych punktów charakterystycznych. Perłówkowa Łapa słuchała, starając się jednocześnie nie koncentrować za bardzo na tym, że łapy zaczynają jej sygnalizować pokonywanie odległości, do której nie była przyzwyczajona. Siedziba klanu nie była ciasna, ale jednak ograniczona. Tu teren nie kończył się nigdzie, gdzie wzrok sięgał.
Obóz znikał wolniej, niż się spodziewała. Przez pierwszych kilkanaście minut wieża nadal była widoczna za jej plecami. Dopiero gdy teren zaczął się lekko obniżać, zauważyła wyraźniejszą różnicę. Odwróciła się jeszcze raz i stwierdziła, że obóz wygląda na mały. Zaskakująco mały, biorąc pod uwagę, jak przez sześć księżyców zawierał w sobie cały znany jej świat.
Perłówkowa Łapa notowała w głowie to, co mówiła Srebrzysta Równonoc, i jednocześnie przyglądała się okolicy, próbując złożyć w całość to, co słyszała, z tym, co widziała.
— Skąd dziś rano wschodziło słońce? — zapytała Równonoc, nie zwalniając kroku.
Dotychczas to pytanie byłoby oczywiste, wręcz trochę głupie, w końcu słońce zawsze wschodzi od tej samej strony, ale teraz bez żadnych znajomych punktów odniesienia uczennica musiała się rozejrzeć.
— Stamtąd — wskazała pyskiem po krótkiej chwili.
— Dobrze. Idziemy od niego. Na otwartym terenie to twój pierwszy punkt odniesienia, zanim nauczysz się rozpoznawać okolicę samym zapachem i widokiem.
Szły dalej. Perłówka stopniowo czuła coraz więcej mało stabilnego piasku pod łapami, a wśród rzednącej suchej trawy pojawiała się rosnąca ilość kamieni. Równonoc nie komentowała zmiany, jakby była oczywista. Młodsza kotka mimo to wzięła to pod uwagę i próbowała sobie przypomnieć, co mentorka mówiła wcześniej o położeniu granic, zastanawiając się, do jakiego miejsca zmierzają.
Odpowiedź przyszła nosem. Jej własny zapach klanu, oczywisty jak powietrze, którym oddychała, był nadal obecny, ale trochę mniej skoncentrowany. Pod nim zaczął się przebijać inny, obcy zapach. Nie był to pierwszy raz, jak czuła inny klan, w końcu spędziła ostatni miesiąc w żłobku koło kociaków z Owocowego Lasu, ale trzymająca się ich woń była słabsza, a z czasem całkowicie zmieszała się z Burzakami.
To było inne, dalej dosyć słabe, ale zauważalne przez wiatr wiejący prosto w jej nos. Wraz z nim czuła coś wilgotnego, ale bardziej słonego niż deszcze, jakich dotychczas doświadczyła. W końcu patrząc się mniej na ziemię pod łapami, a bardziej przed siebie, dostrzegła źródło tego drugiego zapachu. Ogromny zbiornik wody, sięgający dalej niż była w stanie sobie wyobrazić, może nawet ciągnący się aż do Srebrnej Skóry.
Zatrzymała się na kilka uderzeń serca.
— Morze. Nie mamy do niego dostępu, nasze terytorium tam nie sięga — powiedziała Równonoc i się odwróciła. — Czujesz już granicę?
— Tak, od jakiegoś czasu.
— Obydwa klany patrolują i znakują regularnie po swojej stronie. Im bliżej granicy, tym bardziej to czuć — mentorka zwolniła przy większym kamieniu i wskazała na niego. — Znak jest bardzo świeży, przechodził tutaj dziś poranny patrol. Nie podchodź bliżej, ale z tamtej strony widać ścieżkę, którą przechodził patrol Klanu Klifu.
Perłówkowa Łapa podniosła wyżej głowę, próbując znaleźć miejsce, które wskazała. Rzeczywiście, na piasku widać było ślady kilku kocich łap nachodzących miejscami na siebie.
Srebrzysta Równonoc wskazywała raz na jakiś czas na różne warte uwagi punkty i tłumaczyła, jak czytać teren nosem, kiedy brak obcego zapachu jest równie ważny, jak jego obecność i czego szukać przy zmieniającym się wietrze. Mówiła konkretnie, ale dalej dużo, z zapałem, jakiego można się spodziewać od kogoś, kto dalej dobrze pamięta swoje uczniowskie dni.
Gdy słońce powoli zaczęło się chylić ku dołowi, choć dalej było dość wysoko na niebie, Równonoc oznajmiła spokojnie, że wracają. Nie przemierzyły jeszcze nawet granicy z kolejnym klanem, a Perłówkowa Łapa poczuła, że jej łapy mają na ten temat swoje zdanie po tylu godzinach marszu.
Przed powrotem mentorka poprosiła ją o powtórzenie punktów i innych osobliwości terenu, który minęły. Młodej kotce szło sprawnie, aż do momentu, kiedy urwała w połowie zdania.
Zagłębienie gdzieś przy ścieżce. Minęły je, jak Równonoc mówiła o wietrze i o tym, jak roznosi zapach w nieoczekiwanych kierunkach. Perłówka zapamiętała te słowa, ale samo miejsce gdzieś wypadło.
— Niedaleko kamiennych strażników. Tam, gdzie zebrała się woda — dopowiedziała Równonoc. — Bardzo dobrze jak na pierwszy raz.
Perłówkowa Łapa kiwnęła głową, była to w końcu prawda i zaprzeczanie byłoby głupie, ale to pominięte miejsce siedziało jej teraz w głowie.

***

Gorzej poszło jej ze skradaniem. Otwarta łąka wyglądała na przyjazny teren – żadnych gałęzi ani liści. Największym wyzwaniem powinno być schowanie się odpowiednio w wyższej trawie tak, aby pozostać niezauważonym. Miejsce okazało się jednak głośne w sposób, którego nie przewidziała. Sucha trawa po szczególnie nieprzyjemnej Porze Zielonych Liści szeleściła przy każdym kroku, wysuszona ziemia trzaskała tam, gdzie była najbardziej twarda, a jej puszysty ogon zamiatał po roślinności zupełnie niezależnie od jej planów.
Srebrzysta Równonoc zaprezentowała jej, jak przenosić ciężar ciała – obniżając swój środek ciężkości, nie prostując całkowicie łap, powoli kontrolując każdy ruch – i Perłówkowa Łapa starała się natychmiast jak najlepiej to zastosować.
Początek kolejnej próby był nie najgorszy, ale skończyło się na tym, że weszła w suchą kępę trawy i wydała niosący się w ciszy otwartego terenu dźwięk, brzmiący jak łamiąca się gałąź.
Zastygła w miejscu i odczekała chwilę, zanim ruszyła się dalej.
— Ogon — zwróciła uwagę mentorka.
— Wiem — odpowiedziała przez zaciśnięte zęby.
Wiedziała. Właśnie w tym był sęk problemu. Rozumiała, co ma zrobić i dalej nie wychodziło, a rosnące zirytowanie, z którym nie wiedziała jak sobie poradzić, sabotowało ją coraz bardziej.
— Jeszcze raz.
Następna próba zakończyła się tak samo, jak poprzednia, tylko szybciej.
— Ogon — powtórzyła Równonoc.
— Słyszałam pierwszy raz.
Brzmiało to ostrzej, niż zamierzała. Równonoc uniosła brew, ale nic nie powiedziała, co było w jakiś sposób gorsze, niż gdyby odpowiedziała. Perłówkowa Łapa odwróciła wzrok i skupiła się na trawie przed sobą, bo patrząc na mentorkę, trudniej było udawać, że była zupełnie spokojna.
Im bardziej jej frustracja rosła, tym więcej mimowolnych błędów robiła i żadna ilość świadomości tego faktu nie zmieniała sytuacji. Wiedziała o ogonie. Myślała o ogonie. A ogon i tak zamiatał, jakby należał do kogoś innego i tylko przypadkowo był z nią połączony. Do tego ziemia trzeszczała, trawa szeleściła i każdy dźwięk brzmiał w jej uszach jak kompletna porażka, co sprawiało, że napinała się coraz bardziej, a im bardziej się napinała, tym głośniej szła, i cały ten mechanizm kręcił się w kółko, które zaczynało doprowadzać ją do stanu, w którym bardzo miała ochotę powiedzieć coś, czego by potem żałowała.
— Perłówkowa Łapo.
— Wiem, ogon…
— Zatrzymaj się.
Sztywno wykonała polecenie. Równonoc podeszła i stanęła obok niej.
— Napinasz się — powiedziała, bez pouczającego tonu. — Im bardziej się starasz, tym więcej słychać.
— Bardzo pomocne — mruknęła Perłówka, nie patrząc na nią. — Nie zauważyłabym. To na pewno naprawi mój ogon.
Równonoc nie wyglądała na poruszoną tym tonem, co tylko bardziej irytowało.
— Nie naprawi, ale próbowanie kolejne dwadzieścia razy tą samą metodą tym bardziej nic nie zmieni, dopóki się nie rozluźnisz.
Młoda kotka zacisnęła pyszczek, bo każda kolejna odpowiedź, jaka przychodziła jej do głowy, była bardziej niesprawiedliwa niż poprzednia, a nawet ona wiedziała, że nie wydarzyło się tu nic, co zasługiwałoby na taki ton.
Mentorka podeszła jeszcze bliżej i trąciła ją łapą w bark.
— Tutaj. Czujesz, jak jest spięty?
Skoncentrowała się i rzeczywiście – był twardszy niż reszta ciała, jakby cała irytacja zebrała się akurat w jednym miejscu.
— Weź głęboki wdech i opuść go. Nie myśl o ogonie, nie myśl o łapach. Jedna rzecz na raz.
Spróbowała. Bark opadł nieznacznie, a wraz z nim zelżał trochę ucisk, który czuła gdzieś między żebrami od dłuższej chwili.
— Jeszcze raz — powiedziała Równonoc.
Krok był cichszy. Jeszcze nie całkiem cichy, ale na tyle, aby Perłówkowa Łapa pozwoliła sobie na małą, niechętną satysfakcję, jakiej nie zamierzała pokazać na pysku, bo jedna próba nie usprawiedliwiała jeszcze entuzjazmu, ale był to start.
Na razie musiało wystarczyć.

[1349 słów]

Od Łabądka do Nura

Ostatnio pogoda robiła się coraz gorsza. Było zimno, wietrznie i padało. Mama zabraniała im wychodzić do kącika zabaw, żeby się nie przeziębili. Może i nie lubiła tego całego chlapania się w wodzie, ale tylko tam mogła znajdować ładne rzeczy do swojej kolekcji. Oczywiście tata przynosił jej dużo rzeczy i była mu za to wdzięczna, ale bardzo się cieszyła z samodzielnych poszukiwań. Do tego tam czasem widywała motyle, których wewnątrz żłobka nigdy nie było. Teraz kiedy musiała przesiadywać wewnątrz, jedyne co mogła robić to podziwianie swojej kolekcji. To właśnie teraz robiła. Zauważyła jednak ostatnio, że jej brat również dostał coś od taty. I to nie byle co! Idealnie okrągły kamyk z rzeki. Nie był błyszczący ani nic w tym stylu, ale jego nieskazitelna symetria w połączeniu z brakiem czegoś podobnego sprawiała, że chciała go mieć. Może jeżeli ładnie poprosi, to Nur jej go odda? Dlatego teraz przejechała kilka razy językiem po futrze na piersi, po czym podeszła do brata. Ten akurat leżał na ziemi z otoczakiem między łapami.
– Dzień dobry, braciszku! – przywitała się, wyszczerzając zęby. – Ładny mamy dziś dzień nieprawdaż? – zadała pytanie retoryczne. Wiadomo było, że dzień nie był ładny. Prawdopodobnie zaraz miało zacząć padać. Nie zmieniało to faktu, że jakoś rozmowę trzeba było zacząć, żeby nie wyszło na to, że interesuje się bratem tylko, kiedy coś od niego chce. I co z tego, że taka była prawda?
– O! A co tam masz pomiędzy łapami? Nigdy czegoś takiego nie widziałam, mogę zobaczyć? – zapytała, trzepocząc rzęsami.

<Nurze? Daj kamienia>