BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

06 sierpnia 2026

Od Ośnieżonego Kryształu do Nadciągającego Pomroku

Niedawno do głowy przyszedł jej pewien pomysł, jak mogłaby pomóc Brukselkowej Zadrze w nawracaniu Wilczaków na wiarę w Klan Gwiazdy. Czuła się podekscytowana faktem, że wreszcie się na coś przyda w oczach matki, zamiast tylko bezczynnie siedzieć. W końcu liliowa nie przekazała jej całej prawdy o Klanie Wilka tylko po to, by Kryształka teraz się leniła! Trochę obawiała się jednak zrealizować swój plan, bo wiedziała, że niektóre Wilczaki potrafiły być naprawdę niebezpieczne. Pozostawało jej mieć nadzieję, że trafi raczej na takie neutralne, które dadzą się przekonać, iż wiara w Klan Gwiazdy jest tą właściwą. O ile takie jeszcze istniały.
Gdy o tym pomyślała, przypomniał jej się młody kocurek, który niedawno został uczniem — Tęczowa Łapa. Na pewno nie miał jeszcze zbyt dużej styczności z wiarą w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd! A nawet jeśli już coś o niej słyszał, to z pewnością nie był do niej tak przywiązany, jak starsze pokolenie. Może więc powinna do niego zagadać? Wybrać się z nim na spacer? Tylko czy kocurek zaufałby jej na tyle, by wyjść z nią sam na sam poza obóz? I jak zareagowałaby na to jego mentorka? Kryształka uznała, że najlepiej byłoby porozmawiać z nim wieczorem, gdy zakończy już trening, by nie przeszkadzać mu w obowiązkach.
Nagle, gdy rozejrzała się po obozie, dostrzegła przy wyjściu Gwiazdnicowy Blask i Tęczową Łapę. Czyżby wybierali się na patrol? Ośnieżony Kryształ postanowiła do nich podejść, uśmiechając się szeroko do swojej przybranej siostry. W jej towarzystwie nawrócenie kremowego ucznia będzie banalnie proste!
— Cześć! — przywitała się z dwójką kotów. — Idziecie na patrol? Może mogłabym do was dołączyć? Czuję już Porę Nowych Liści w powietrzu, a to znaczy, że zwierzyny będzie coraz więcej! — zaproponowała.
— No pewnie! Chętnie spędzę trochę czasu z siostrzyczką — odparła liliowa szylkretka.
Przez moment wszyscy wpatrywali się w siebie, aż w końcu Kryształka przechyliła głowę.
— To... kiedy wychodzimy? — zapytała. Skoro wszyscy byli już gotowi, to czemu wciąż stali w miejscu? Nie mieli przecież czasu do stracenia!
Gwiazdnicowy Blask zamrugała kilka razy, wyraźnie zdziwiona tym pytaniem.
— Czekamy jeszcze na Nadciągający Pomrok — wyjaśniła.
Uśmiech Kryształki nieco przygasł. Przecież mistrzyni była córką Zalotnej Gwiazdy… Na pewno mocno wierzyła w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd. Nie była tym typem Wilczaka, którego dałoby się jeszcze uratować przed mrokiem. Ona sama była jego ucieleśnieniem.
Nim biało-niebieska zdążyła rozwinąć tę myśl, usłyszała za plecami znajomy odgłos kroków. Domyślała się, do kogo należały.
— Co ona tu robi? — odezwała się Nadciągający Pomrok, stając obok Ośnieżonego Kryształu. — Nie została wyznaczona na patrol — dodała, mierząc wojowniczkę podejrzliwym spojrzeniem.
— Postanowiłam, że do was dołączę! — wyjaśniła Kryształka z szerokim uśmiechem. — Nie mam teraz nic do roboty, a skoro mogę przydać się Klanowi Wilka, to czemu nie pójść na dodatkowy patrol? — miauknęła, widząc nieprzekonany wyraz pyska starszej kotki.
Mistrzyni przez chwilę milczała, po czym bez słowa ruszyła przed siebie. Reszta patrolu natychmiast podążyła za nią.
Kryształka starała się trzymać jak najdalej od Nadciągającego Pomroku, jednocześnie dyskretnie zwalniając tempo Gwiazdnicowego Blasku i Tęczowej Łapy. Zależało jej, by choć przez chwilę znaleźć się z kremowym uczniem nieco dalej od dymnej mistrzyni. Nie chciała przecież, by zaczęła ją podsłuchiwać, gdy będzie opowiadała Tęczy o Klanie Gwiazdy. Mogłoby się to skończyć czymś bardzo nieprzyjemnym, a tego Kryształka wolała za wszelką cenę uniknąć.
Gdy minęło już trochę czasu, a Nadciągający Pomrok wyraźnie skupiła się na patrolu, biało-niebieska spojrzała wymownie na siostrę, jakby próbowała porozumieć się z nią bez słów. Gwiazdnicowy Blask jedynie przechyliła głowę, najwyraźniej nie rozumiejąc, co Kryształka chciała jej przekazać.
Ta westchnęła cicho i przeniosła wzrok na Tęczową Łapę, posyłając mu ciepły uśmiech.
— Hej, Tęczo! — mruknęła, zwracając na siebie jego uwagę. — Jak idą ci treningi z Makową Iluzją? — zagaiła, nie chcąc od razu przechodzić do tematu wiary. Gdyby zrobiła to od razu, kremowy mógłby poczuć się przytłoczony, a tego przecież nie chciała. Musiała podejść do sprawy rozsądnie, by nie zaprzepaścić pierwszej misji, którą sama sobie wyznaczyła.
Młodszy kocurek spojrzał na nią i odwzajemnił uśmiech.
— Bardzo dobrze! Podobno szybko się uczę — pochwalił się, prostując dumnie. — Moja mentorka mówi, że świetnie robię uniki! Zdążyłem już nawet stoczyć sparing z Białą Łapą. To dopiero była zabawa! Była na mnie taka zła! Ciągle próbowała mnie złapać, ale jej się nie udawało! A nawet jak już mnie dorwała, to i tak zawsze zdołałem się wyrwać. Gdybyś tylko widziała jej minę! — rozgadał się bez żadnych oporów.
Ośnieżony Kryształ zdziwiła się jego otwartością. Tak naprawdę była dla niego zupełnie obcą kotką. Nie rozumiała, dlaczego tak łatwo się przed nią otworzył, ale uznała, że po prostu taki miał charakter. W końcu każdy był inny — może Tęczowa Łapa był po prostu wyjątkowo towarzyski.
— Och, naprawdę? — mruknęła Kryształka. — Widzę, że wyrośnie z ciebie dobry wojownik. Obyś tylko nigdy nie użył swojej siły w złych celach… — dodała tajemniczo, odwracając od niego wzrok.
Kremowy natychmiast nastawił uszy, a w jego oczach rozbłysło zaciekawienie.
— Jakich złych celach? Co masz na myśli? — dopytywał.
Biało-niebieska już miała odpowiedzieć, gdy nagle dostrzegła mordercze spojrzenie Gwiazdnicowego Blasku. Przez chwilę milczała, zastanawiając się, o co mogło chodzić liliowej szylkretce.
— Słyszałeś już o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd? — zapytała w końcu, ignorując zachowanie siostry.
Gwiazdnica westchnęła ciężko, ale nie zaprotestowała. Przynajmniej nie słowami.
— Tak, słyszałem! Opowiadali mi o nim jeszcze w żłobku — odparł radośnie Tęczowa Łapa, a w jego oczach zalśniła duma. Czyżby myślał, że Kryształka zamierza go za to pochwalić? Biedaczek. Jeszcze nie wiedział, jak bardzo się mylił. — Podobno żyją tam moi przodkowie. Choć właściwie… nie moi. Wasi. Chyba że przodkowie mojego taty i siostrzyczki też się liczą? — zastanowił się na głos.
Biało-niebieska zdążyła już zauważyć, że był z niego straszny gaduła.
— Tak, ich przodkowie tam żyją. Ale to niedobrze — przyznała, a jej pysk wyraźnie posępniał. — Bo widzisz… ja sama nie jestem już taka pewna, czy powinniśmy wyznawać Mrocznych Przodków. To przecież koty, które za życia czyniły zło. Do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd trafiają mordercy i inni źli wojownicy, a my przecież nie powinniśmy dążyć do krzywdzenia innych. Mam rację, Tęczowa Łapo? — zapytała, kładąc uszy po sobie.
Kremowy patrzył na nią przez chwilę z lekko rozchylonym pyszczkiem, wyraźnie zaskoczony. Wyglądał, jakby nie wiedział, co odpowiedzieć.
Zanim jednak zdążył wydobyć z siebie choćby słowo, Kryształka z impetem na coś, a raczej na kogoś, wpadła. O mało nie straciła równowagi, a gdy w końcu ją odzyskała i kilkakrotnie zamrugała, tuż przed sobą ujrzała Nadciągający Pomrok.
— Strasznie cię przepraszam! — pisnęła. — Nie chciałam na ciebie wpaść, to był przypa-
Nie zdążyła jednak dokończyć, dymna napięła mięśnie i skoczyła na młodszą kotkę, powalając ją z nóg i przygważdżając do ziemi.
— Co ty za farmazony pleciesz, Ośnieżony Krysztale?! — warknęła, niemal obśliniając przy tym biało-niebieską. — Chcesz, żebym powiedziała Zalotnej Gwieździe, że kwestionujesz słuszność naszej wiary? — syknęła, wysuwając pazury i wbijając je w delikatną skórę Kryształki. — Najwyraźniej zbyt dobrze ci się żyje z tymi wszystkimi kępkami futra, skoro tak bardzo zależy ci na tym, żeby zostały wyrwane — zagroziła.
Młodsza zadrżała pod ciężarem łap szylkretki, nie wiedząc nawet, co powiedzieć. Nie spodziewała się tak gwałtownej reakcji starszej kocicy. Nie przypuszczała nawet, że ta ich usłyszała.
— Na-Nadciągający Pomroku... Ja... — zaczęła, chcąc ją przeprosić.
W tej samej chwili mistrzyni zamachnęła się łapą. Cios było tak szybki, że Kryształka nawet go nie zauważyła. Dopiero po chwili poczuła piekący ból nad nosem, a z powstałej rany cienką strużką zaczęła spływać krew.
— Zachowaj te przeprosiny na moment, w którym staniesz przed liderką i będziesz musiała tłumaczyć się z tych herezji, które wygłaszasz — splunęła Nadciągający Pomrok, po czym w końcu zeszła z jasnofutrej, pozwalając jej podnieść się i otrzepać z ziemi.
Ośnieżony Kryształ wpatrywała się w mistrzynię z niedowierzaniem. W jej niebieskich oczach lśnił ból i strach. Futro na pysku splamiła szkarłatna krew, a po policzkach spłynęło kilka łez, których nie zdołała powstrzymać.

<Nadciągający Pomroku?>

Od Gasnącej Łapy (Gasnącej Prawdy) do Skrzydlatej Płomykówki

Zgromadzenie

Najbardziej na świecie bał się tego, że spotka kogoś, kto go rozpozna. Co wcale nie było niemożliwe. Na Bursztynowej Wyspie roiło się od Klifiaków i nie było wątpliwości, że gdzieś wśród nich znajdowali się dawni znajomi Królika. Być może był tu Trójoki Zając, Wzburzony Kormoran albo Oszroniony Kieł. Co do jednego kremowy był jednak pewny — Źródlana Łuna pełniła teraz rolę zastępczyni i siedziała nieopodal pozostałych zastępców. Kocur czuł ogromną chęć, by jej pogratulować, lecz wiedział, że nie powinien. Nie miał nawet jak do niej podejść. Zresztą, ona pewnie i tak nie chciałaby z nim rozmawiać po tym, jak tak bezczelnie uciekł z Klanu Klifu.
Siedział więc smutno gdzieś na uboczu, przygnębionym wzrokiem przeskakując po kotach zgromadzonych na wyspie. Miał ochotę zwinąć się w kłębek, zajmować jak najmniej miejsca i zmniejszyć szanse na to, że ktoś go rozpozna. Jednak wtem podeszła do niego młodsza kotka. Miała kremowe, pręgowane futerko, krótki ogonek i żółte oczy, do złudzenia przypominające te należące do Kukułczego Wdzięku. Czy to...? Nie, niemożliwe.
— Dzień dobry, proszę pana. Jak pan ma na imię?
— Uch, och! Dobry wieczór, młoda damo... Mam na imię Gasnąca Łapa — odpowiedział nieco speszony, gdy koteczka się do niego odezwała.
Wpatrywał się w jej pyszczek w milczeniu, nie potrafiąc pozbyć się wrażenia, że kogoś mu przypominała.
— Jak panie Gasnąca Łapo układa się w Klanie Burzy?
Kremowy miał ochotę zapytać młodszą, czy była spokrewniona z Trójokim Zającem albo chociaż z Kukułczym Wdziękiem, lecz nie potrafił się do tego przemóc. Jeśli naprawdę była jego bratanicą, to czy chciał opowiadać jej o tym, jak bardzo zawiódł jej ojca? Przecież równie dobrze mógł wciąż być w Klanie Klifu. Mógł odwiedzać ją i jej rodzeństwo w żłobku, bawić się z nimi kulkami mchu i patrzeć, jak dorastają. Zamiast tego siedział tu teraz jako uczeń Klanu Burzy i udawał, że ta kotka wcale nikogo mu nie przypomina.
— Jak układa mi się w Klanie Burzy? Cóż... chyba całkiem dobrze. Oprócz tego, że wciąż jestem uczniem! — zaśmiał się nerwowo, próbując się rozluźnić.
Po chwili uniósł uszy i spojrzał na nią z zainteresowaniem.
— A jak u ciebie, młoda damo? Wszyscy w rodzinie zdrowi? Lśniąca Gwiazda dobrze was traktuje? — zapytał łagodnym tonem.
Zastanawiał się, czy przywódca nadal ścigał rodzinę Pikującej Jaskółki, czy może w końcu odpuścił po tym, jak pozwolił Królikowi zostać wśród Burzaków. Kremowy był mu za to wdzięczny, choć mimo wszystko wciąż za nim nie przepadał i nadal uważał, że rudy mógł stanowić zagrożenie dla jego bliskich.
Kotka uśmiechnęła się lekko.
— Tak, Lśniąca Gwiazda pozwolił mi zostać uczennicą medyka, bardzo się z tego powodu cieszę. Pan akurat sformułował pytanie tak, jakby pan chciał sprawdzić, czy Lśniąca Gwiazda nas źle traktuje... Czy pan jest moim wujkiem? Niech pan się nie krępuje, nie mam panu za złe, że pan nas opuścił.
Wpatrywał się w nią z wyraźnym zakłopotaniem i zdziwieniem. Przez chwilę nie potrafił znaleźć odpowiednich słów, a po kilku uderzeniach serca zamrugał parę razy, przybierając jeszcze bardziej zmieszany wyraz pyska.
— Oczywiście, że chcę sprawdzić, jak sprawuje się lider klanu, z którym mamy sojusz. Tym bardziej teraz, gdy... sytuacja mojego klanu nie jest najlepsza. Musimy wiedzieć, czy możemy liczyć na kogoś kompetentnego — odparł w końcu, prostując się i próbując przybrać pewniejszą postawę. Nie chciał przecież pokazać, że jej słowa go zaskoczyły.
Zmarszczył lekko nos, słysząc dalszą część jej wypowiedzi.
— Nie wiem, o kim mówisz, młoda damo. Pierwszy raz w życiu widzę cię na oczy, więc trudno mi stwierdzić, czy rzeczywiście jesteśmy spokrewnieni — wyjaśnił spokojnie. — To, że mamy podobne futro i oboje posiadamy krótkie ogony, jeszcze o niczym nie świadczy. Czy gdybym zobaczył dwa czarne koty stojące obok siebie, od razu uznałbym, że są rodzeństwem albo kuzynostwem? Oczywiście, że nie.
— Hm, może pana z kimś pomyliłam, przepraszam bardzo. Pan jest bardzo podobny do Trójokiego Pyska — stwierdziła, po czym usiadła. — No cóż, zawsze chciałam poznać jego brata...
Kremowy wzruszył ramionami na słowa młodszej kotki, choć w środku poczuł, jak żołądek zaciska mu się ze stresu.
— Przykro mi, młoda damo. Nie znam nikogo o imieniu Trójoki Pysk — westchnął. — Radzę ci się jednak nie poddawać. Wierzę, że jeszcze kiedyś uda ci się odnaleźć kota, którego szukasz.
Na chwilę umilkł, zastanawiając się, co mógłby powiedzieć, by jej pomóc.
— Może Trójoki Pysk wspominał ci kiedyś o nim? Albo mówił, gdzie mógł pójść? Jeśli masz jakiekolwiek wskazówki, na pewno łatwiej będzie ci go odnaleźć — mruknął łagodnie, starając się brzmieć na szczerze przejętego i zaangażowanego.
Żółtooka westchnęła.
— No cóż, chętnie bym się pobawiła z wujkiem... ale cóż. Nie będę już panu przeszkadzać. Do widzenia! — uśmiechnęła się.
Kremowy westchnął ciężko.
— Dobrze, młoda damo. Lepiej porozmawiaj z kimś w swoim wieku, zamiast marnować czas na jakiegoś staruszka — mruknął żartobliwie, choć poczucie winy zaczęło go gryźć, gdy obserwował, jak kotka odchodzi.
Miał szansę. Miał szansę przyznać się do tego, że był jej wujkiem. Miał szansę być może naprawić to wszystko, co zniszczył kilka księżyców temu. Lecz czy naprawdę chciał to zrobić?
Był taki żałosny. To nie byłby pierwszy raz, gdy przepraszał Trójokiego Zająca i innych swoich bliskich. Na pewno tym razem nie zaakceptowaliby jego przeprosin. Uznaliby je za nieszczere, skoro już tyle razy udowodnił im, że nie potrafi się zmienić.

* * *

Odkąd wrócił ze swojego pierwszego zgromadzenia po trafieniu do Klanu Burzy, często o nim rozmyślał. Czy tamta kremowa kotka naprawdę mogła być jego… bratanicą? Czy naprawdę Trójoki Zając w końcu wyznał miłość Kukułczemu Wdziękowi, zostali parą, a nawet doczekali się kociąt? To było bardzo możliwe; w końcu kremus musiał kiedyś założyć rodzinę. Nie mógł do końca swoich dni pozostać bezdzietny i bez miłości. To znaczy, mógł, oczywiście, lecz Królik mu tego nie życzył. Wierzył, że posiadanie własnych dzieci było czymś pięknym i przynosiło kotom wiele radości, dlatego miał nadzieję, że tamta kremowa koteczka naprawdę była córką Zająca.
Zastanawiał się też, czy była jedynaczką, a jeśli już miała rodzeństwo, to ile. I jak wyglądali? Czy również byli tak uderzająco podobni do Trójokiego Zająca? A może któreś z nich bardziej przypominało Kukułczy Wdzięk? Och, tak bardzo chciałby ich wszystkich zobaczyć! Chociaż raz w życiu mógłby się postarać, być dobrym kotem i stać się dla nich prawdziwym wujkiem. Odwiedzałby je w żłobku, bawił się z nimi i opowiadał im przeróżne historie ze swojego życia. Zrobiłby wszystko, by dać im wsparcie i otuchę, których wcześniej nie potrafił podarować Mak, Kocimiętce, Kormoranowi i Szronce. Chciał jakoś odpokutować swoje winy. Naprawdę chciał. Lecz teraz nawet nie miał ku temu okazji.
Lśniąca Gwiazda nie pozwoliłby mu wrócić do Klanu Klifu, a on sam nie miał pod opieką żadnego kocięcia. Może gdyby w końcu został mianowany, dostałby chociaż ucznia? W ten sposób mógłby wnieść jakiś wkład w odbudowę Klanu Burzy, szkoląc przyszłego wojownika. Na razie jednak sam wciąż był uczniem i miał wrażenie, że jedyne, co robi, to utrudnia wszystkim życie. A przede wszystkim przynosi sobie wstyd. Był już przecież całkiem starym kotem, a nadal nosił uczniowskie imię. Nawet podczas rozmowy z kremową kotką czuł zażenowanie, przedstawiając się jako Gasnąca Łapa. Był przekonany, że żółtooka zaraz zapyta, dlaczego jest taki stary, a wciąż się uczy, lecz na całe szczęście nawet o tym nie wspomniała. A może jednak zwróciła na to uwagę, tylko nie chciała mówić tego na głos? Ciężko było stwierdzić, bo przecież Królik nie potrafił czytać w cudzych myślach.
Śniący Obserwator chyba miał już dosyć treningów z kremusem, przez co odbywały się one coraz rzadziej. Królik zastanawiał się więc, dlaczego srebrzysty po prostu nie powie Zawodzącej Gwieździe, że Gasnąca Łapa jest gotowy zostać pełnoprawnym wojownikiem Klanu Burzy. W końcu znał już niemal całe tereny na pamięć, potrafił polować na swoich imienników i całkiem nieźle dogadywał się z pobratymcami. Czuł się Burzakiem i chciał nim zostać również oficjalnie.
Dlatego, gdy minął przewodnika w jednym z podziemnych korytarzy, mruknął za nim:
— Śniący Obserwatorze, czy mogę na słówko? — zapytał, nieznacznie kładąc po sobie uszy, jakby chciał pokazać, że nie ma żadnych złych zamiarów.
Młodszy zatrzymał się, sennie mrużąc ślepia, po czym skinął głową i podążył za Królikiem na zewnątrz. Gdy znaleźli się nieco dalej od azylu, uczeń odezwał się ponownie:
— Wiem, że nie powinienem o to pytać, ale zastanawiam się… kiedy w końcu zostanę wojownikiem? Uważam, że spędziłem jako uczeń już wystarczająco dużo czasu i z tak wspaniałym mentorem, jak ty, nauczyłem się wszystkiego, co potrzebne. Oczywiście wiem, że ostateczna decyzja należy do ciebie i nie chcę wywierać na tobie żadnej presji ani cię popędzać. Och, co to, to nie… — urwał, odwracając wzrok od Śniącego Obserwatora i modląc się w duchu, by nie zabrzmiał zbyt nachalnie. Przecież wcale nie o to mu chodziło.
Srebrzysty wyglądał, jakby przez chwilę się zastanawiał. W końcu jednak wzruszył ramionami.
— Ach, niech ci będzie — stwierdził, po czym gwałtownie zawrócił i ruszył z powrotem do obozu.
Gasnąca Łapa szybko pognał za nim. Zastanawiał się, czy przewodnik zgodził się na mianowanie tylko po to, by kremowy przestał zawracać mu głowę, czy naprawdę uważał, że na to zasłużył.
Zresztą… czy to w ogóle miało znaczenie? Najpewniej i tak nie będą utrzymywać ze sobą bliższego kontaktu, gdy Królik zostanie wojownikiem. Najważniejsze było to, że wreszcie nim zostanie i nie będzie już musiał przedstawiać się uczniowskim imieniem. No i będzie mógł samodzielnie opuszczać obóz, choć jeszcze nie wiedział, czy odważy się z tego korzystać. Wciąż bał się tego, co mogliby powiedzieć jego bliscy, gdyby któregoś dnia spotkali go na granicy.

* * *

Gasnąca Łapa stał w Grocie Pamięci, a przed nim leżał skrawek kory, na którym połyskiwał rdzawy barwnik. Kremowy czuł, jak serce wali mu w piersi tak mocno, że był niemal pewien, iż każdy kot, który go otaczał, mógł to usłyszeć — a może nawet wyczuć w postaci drgań.
— Ja, Zawodząca Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady panujące w Klanie Burzy. Polecam wam go jako kolejnego wojownika — odezwał się dymny, mierząc pręgowanego skupionym wzrokiem. — Gasnąca Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić ten klan nawet za cenę życia?
Kremowy uśmiechnął się, czując, jak całe jego ciało wypełnia radość.
— Przysięgam — odparł bez chwili wahania.
— Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Gasnąca Łapo, od tej pory będziesz znany jako Gasnąca Prawda. Klan Gwiazdy ceni twoją determinację i zaangażowanie oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy — zakończył Zawodząca Gwiazda, po czym skinął głową w stronę Królika.
Ten zaś poczuł, jakby na krótką chwilę serce przestało mu bić. Zanurzył poduszkę łapy w pomarańczowej mazi i odwrócił się w stronę ściany, na której widniały już dziesiątki odcisków w różnych rozmiarach i barwach. Na pysku kremowego wciąż gościł ciepły, pełen wdzięczności uśmiech, gdy odbijał własną łapę pośród wielu innych.
Wreszcie mógł poczuć się częścią Klanu Burzy.
Cieszył się, że zdecydowali się go przyjąć. Tego dnia był niezwykle wdzięczny liderowi, który kilka księżyców wcześniej negocjował z Lśniącą Gwiazdą, by bursztynowooki nie musiał wracać do Klanu Klifu. Królik czuł, że pozostanie mu za to dłużny do końca życia. Gdyby nie jego litość, być może skończyłby martwy z łap rudego przywódcy. Wtedy na pewno nie poznałby swojej — być może — bratanicy. Nie rozwinęłaby się też jego relacja z Poczciwym Szakłakiem, a utraty właśnie tego obawiał się chyba najbardziej.
Jak widać, jego ucieczka miała swoje konsekwencje i przyniosła mu trochę nerwów, lecz nie mógł powiedzieć, że była pozbawiona pozytywów. Nawet jeśli wciąż nosił na barkach ciężar dawnych błędów, dziś po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł, że naprawdę znalazł swoje miejsce.

* * *

Po zakończeniu swojego czuwania był zmęczony i jedyne, o czym marzył, to by w końcu zwinąć się w kłębek na swoim nowym posłaniu i zasnąć. Miał tylko nadzieję, że Poczciwy Szakłak zadbał o to, by mogli spać obok siebie! Byli w końcu najlepszymi przyjaciółmi, a już niedługo może i kimś więcej… Wypadałoby więc, by nawet sen dzielili ze sobą.
Półprzytomny wlókł się w stronę legowiska wojowników, gdy omal nie wpadł na Skrzydlatą Płomykówkę — samą zastępczynię. Przeraził się, że kotka mogłaby go za to zganić, więc natychmiast położył uszy po sobie i skłonił lekko głowę na znak przeprosin.
— Nie chciałem na ciebie wpaść, Skrzydlata Płomykówko. Jestem trochę zmęczony, wiesz… po tym całym czuwaniu — wyjaśnił, uśmiechając się słabo do rudej kotki. Wiedział, że czasami przebywała z czarnofutrym wojownikiem i często z nim rozmawiała. Nie miał jednak pojęcia, o czym. — Czy Szakłacz... To znaczy, czy Poczciwy Szakłak został przydzielony do jakiegoś patrolu, czy powinienem szukać go w obozie? Pewnie będzie chciał ze mną porozmawiać — zapytał z nadzieją, licząc na to, że z tej krótkiej wymiany zdań wywiąże się nieco dłuższa rozmowa. Być może o Poczciwym Szakłaku.

<Skrzydlata Płomykówko?>

Od Kazarka do Opadającego Rumianka

Cynamon wyszedł z nory. Chciał przejechać plecami po drzewie, bo strasznie go swędziało w tym miejscu. Oczywiście tylko głowę uchylił i poczuł, że wiatr tak wieje, że lekko go przesuwało. Najlepiej to by do nory wrócił, ale jak siedzieć w norze, gdzie nie ma już zapachu świeżych wrzosów? Zwykle je zbierał na terenach, gdzie zaś czuł dużą ilość kotów, jednak przecież nie ukradnie tym kotom jedzenia, tylko kwiatki, więc raczej nie powinny go zjeść za to.

***

Zgrabnie z Drogi Grzmotu przeszedł na tereny Klanu Wilka, następnie przepłynął rzekę, nadal tam będąc, aż w końcu przekroczył granicę zapachową, która już pachniała królikami. Teraz aktualnie szedł w stronę wrzosów, by zebrać ich trochę. Na szczęście były blisko granicy, więc bez wahania schwytał kilka świeżych pączków. Jakiś Burzak go zauważył, czego nie był świadomy. Jednak kot, zamiast zaatakować, przyglądał mu się.
— Ty. Co ty właściwie robisz? — Kazarek usłyszał jakiś głos. Powoli obrócił się i zobaczył jakąś kotkę, która go wołała. Jego futro lekko się podniosło, bo nie spodziewał się tu kogoś.
— No, kwiatki sobie zbieram. — Raczej nieznajoma kotka powinna to od razu zauważyć, bo niczego skomplikowanego nie robił.
— Ale dlaczego akurat tutaj? — mruknęła, przewracając oczami. — Na terenach samotników mało macie kwiatuszków? — nieznajoma miauknęła pieszczotliwym głosem, mrugając przy tym pokaźnymi rzęsami. — Wiesz, że te twoje kwiaty mogą się okazać cennymi ziołami dla naszych medyków? — zasugerowała, unosząc brew.
— Bo najbardziej mi zależy na wrzosach, a nigdzie indziej nie rosną niż tu. — Zresztą, co ona miała do niego? Póki nie atakowała go, to mógł zbierać spokojnie wrzosy do swojego legowiska. Obca mówiła też coś o medykach i że wrzosy też są przydatnymi ziołami, choć nie wiedział o tym.
— A w jaki sposób? Ci medycy są obeznani w ziołach?

<Nieznajoma lub czymkolwiek jesteś, możesz rozwinąć te właściwości wrzosów?>

Od Kazarka CD. Kobczyka

— Przezorny zawsze ubezpieczony. — Spoglądał z nieufnością na liść, bo co, jakby chciała go otruć? Przecież liście ze śniegu nie wyrastały, więc musiała to znaleźć daleko poza terenami albo miała swoją tajną skrytkę na to. Po prostu był bardzo ciekawy właściwości tego liścia, ogólnie interesowały go zioła, ale wiedzę na ich temat uzyskał od dalekich krewnych, którzy mieszkali blisko gniazd Dwunożnych.
Czekoladowa kotka nie skomentowała jego słów, zamiast tego pozwoliła sobie na milczenie, przynajmniej do pewnego czasu.
— Jesteś z okolicy? — zapytała, będąc ciekawa, od jakiego czasu tu mieszka. — Czy... słyszałeś o klanach?
Kazarek mógł tak patrzeć na to zioło, ale prędzej czy później, musiał je zjeść. Także zjadł je niechętnie, trochę się krzywiąc od jego smaku. Nieznajoma wydawała się mieć znudzenie w oczach. Nie zdziwiło go to, pewnie i tak nie był jakiś interesujący dla kogoś jako kot, bardziej jako gotowa przystawka do zjedzenia. Może czekoladowa kotka nie była jakoś bardzo nim znudzona, skoro go pytała, czy mieszka w okolicy, ale mama niby jemu zawsze mówiła, żeby nie podawać swojej lokalizacji nieznajomym. Problem był taki, że nawet teraz nie znał nawet lokalizacji swoich rodziców, co było niezręczne.
— Owszem, mieszkam tu, no od długiego czasu, właściwie to przez przypadek taki. No bo Potwór Dwunożnych prawie mnie hen, hen wygonił. — Nie wiedział, ile już tu był, co go smuciło.
— Tak, coś słyszałem, ale to tylko o tym Klanie Wilków, tym takim co go nazwali od psów wyjących. — Chciał już spytać, skąd wiedziała o klanach, ale każdy samotnik, którego spotykał, coś o nich wiedział. Także takie pytanie jej było zbędne.

<Kobczyk, teraz będę dla ciebie ciekawszy?>

Od Iglaka CD. Koszmaru

— I co, braciszku? Mam cię! — powiedział z triumfem w głosie jego brat, który przygwoździł go ziemi.
Iglak zaśmiał się. Oczywiście, że może tam niechcący wpadł w pułapkę braciszka, jednak słyszał po jego oddechu, że ten jednak trochę go zmęczył. Czyżby jego uniki były całkiem dobre?
— Czasami chyba muszę przegrać, żeby przypadkiem wam smutno nie było. Wiesz… Ja z wyglądu najbardziej przypominam naszego zasłużonego wujaszka — powiedział pół żartem, pół nie, wspominając Cienistą Zjawę, który został głośno ogłoszony zmarłym, zanim ci się nawet urodzili. Tylnymi łapkami odepchnął swojego brata, by mógł wstać.
Jego brat był lepiej zbudowany od niego i z tego, co już zdążył zauważyć Iglak, Koszmar był od niego cięższy. Czy to dobrze? Raczej nie. No, chyba że celem Koszmaru jest zostanie grubasem. To też jest jakaś opcja.
— Może teraz pobawimy się w polowanie? Co ty na to? Zabawa w walkę trochę mi się znudziła — wskazał nosem bratu na ogon Ognikowej Słoty, który spokojnie leżał na posłaniu.
Matka była do nich tyłem i zajmowała się aktualnie wylizywaniem Zamroczki. Jeśli zapolują na ogon matki, to pewnie przerwą jej pielęgnowanie siostrzyczki. Jednak może kotka nie będzie na nich tak zła?
Z błyskiem w oczach zastrzygł uszami. Nie mogli teraz rozmawiać, bo inaczej ich matka domyśli się, że została na nią zastawiona zasadzka. Koszmar na początku wpatrywał się w niego, jakby nie do końca rozumiał, co właśnie ten chce zrobić. Jednak po upływie kilku uderzeń serca, jego brat dostał olśnienia, łącząc sprawnie kropki. Jego mina zdradzała, że się waha. Iglak znakomicie zna naturę Koszmaru. Wie, że kocurek nie obawia się niebezpieczeństw i stawia im czoło. Jednak, czy to wystarcza, żeby zrobić psikusa Ognikowej Słocie?
— Boisz się, Koszmarze? — spytał brata z denerwującym uśmieszkiem na pyszczku.
— Co?! Absolutnie nie! — prychnął buras oburzony, jakby Iglak śmiał go posądzić o słabość.
— To śmiało.
Koszmar wpatrywał się w niego przez kilka uderzeń serca, po czym skradając się, ruszył pierwszy na niespodziewającą się Ognikową Słotę. Iglak, nie spiesząc się, ruszył zaraz za nim. Nie miał żadnego złowieszczego planu w swoim małym rozumku, przynajmniej dotąd. A co jeśli by wystawić brata na złość kochanej mamusi? Trochę by na niego nawrzeszczała albo coś syknęła niemiłego. Byłyby to całkiem śmieszne.
Skradając się tak, oboje zbliżali się do celu. Na dodatek w powietrzu czuć było napięcie. Czy im się uda? On skradał się wolniej, pozwalając bratu zaatakować jako pierwszemu. Jednak brat był bardzo niezdarny. Bardzo. A byli już blisko.
— Co robicie? — Ognikowa Słota odwróciła się w ostatniej chwili. A jej brązowe oczy wbiły się w nich obu.
Ups?

***

Iglak wraz z Koszmarem siedzieli przed żłobkiem. Zostali przyłapani na gorącym uczynku i dostali dość suchą reprymendę od Ognikowej Słoty. Uszy go bolały z głośności, z jaką został wyrażony zawód szylkretki. Siedzieli tak w milczeniu dłuższą chwilę, jednak Iglak stwierdził, że powinien ją prezerwać.
— To w co teraz chcesz się pobawić?

<Koszmarze? Brat cię naprawdę lubi, nie masz co się stresować. Nie jesteś słabiakiem>

Od Fiołka do Złocistego Widlika

Szylkretowa koteczka siedziała na swoim posłaniu i niezbyt dyskretnie obserwowała Świteziankowe Jezioro rozmawiającą z ich piastunem. Bura poprzedniego wschodu słońca urodziła dwójkę kociąt. Na czas porodu Fiołce i innym kociętom nie wolno było wchodzić do żłobka, aby nie przeszkadzać karmicielce. Koteczka wciąż pamiętała lekkie ślady krwi znaczące posłanie królowej, kiedy Senna Łza wyganiała ją i Jasność ze żłobka. Gąbczasta Perła mówiła, że to normalne, o ile krwawienie nie jest zbyt obfite, jak to było w przypadku tej czekoladowej samotniczki, której kociaki zostały zaadoptowane przez Klan Nocy. Ściółka oczywiście już dawno została wymieniona na nową i nie było na niej ani śladu po szkarłatnych smugach.
Szylkretka nie wspominała tamtego wschodu słońca przyjemnie. Babcia cały czas siedziała w żłobku ze Świtezianką, tak samo, jak ich piastun. Każdy zachowywał się, jakby bura i jej nowo narodzone kociaki były najważniejsze, a Fiołek już się w ogóle nie liczyła. Nikt nie zwracał na nią uwagi, nikt nie chciał się z nią pobawić, ani chociaż pogadać z nią o czymś innym niż o porodzie.
Złocisty Widlik instruował teraz Świteziankowe Jezioro, jak radzić sobie z maluchami, mówił coś o masowaniu maluchom brzuszków po karmieniu, sprawdzał, czy wszystkie ładnie piją mleko i badał ich zachowanie. Następnie zwrócił się do Fląderki i spytał, kiedy ostatnio odwiedziła legowisko medyków z Wełnianką i Centurią. Fiołek przez chwilę zastanawiała się, czy kociaki Fląderki są chore. Uznała, że aby dowiedzieć się więcej, skuteczną metodą będzie podsłuchiwanie. Rozmowa jednak zaraz przybrała nudny charakter, przy czym szylkretka nie rozumiała połowy zdań, które koty między sobą wymieniały.
Chwilę później Pyza podeszła do kremowego kocura i się go o coś zapytała, jednak Fiołek nie słyszała konkretnych słów. Piastun długo mówił w odpowiedzi, a tymczasem szylkretka przestała podsłuchiwać i zaczęła zastanawiać się, co mogłaby zrobić, żeby ściągnąć na siebie uwagę Złocistego Widlika. Wiedziała, że obecnie w żłobku było sporo kociąt, jednak chyba piastun mógłby wygospodarować jej chociaż trochę czasu?
Wcale nie podobało jej się to, że teraz kiedy Świteziankowe Jezioro urodziła, wszystko kręciło się wokół niej i jej maluchów, Orzechówki i Drzemlika. Nie można było się bawić w żłobku, ani nawet w nim głośno mówić, żeby nie obudzić tych dwóch wrzodów na ogonie. Oczywiście one mogły piszczeć od jednego wschodu słońca do następnego i nikt nie był na nie za to zły. A jeśli Fiołek coś powiedziała zbyt głośnym szeptem, od razu czuła na sobie karcące spojrzenia ze wszystkich stron. Wolała jednak tak, niż żeby wszyscy się zachowywali, jakby jej nie było.
Może poprosi Złocistego Widlika, żeby opowiedział jej jakąś historię…? Nie, wtedy łatwo będzie innym kociakom i karmicielkom odciągnąć uwagę piastuna od niej. W takim razie najlepiej byłoby wyciągnąć go poza żłobek, może tam się razem pobawią…
Jej oczka zalśniły, kiedy wpadła na genialny pomysł. Pójdą do Kącika Zabaw! Zawsze chciała tam wpaść, ale nie mogła bez opiekuna, a ze Złocistym Widlikiem świetnie by się tam bawiła. Może nawet nauczyłby ją pływać? Wtedy byłaby o krok bliżej do zostania wojowniczką. I byłaby lepsza od reszty kociaków ze żłobka. Nie wiedziała co prawda, czy inni umieją pływać, czy nie, ale nawet jeśli to chciałaby to robić lepiej od nich. Poza tym pływanie musi być świetną zabawą.
Wstała, przeciągnęła się, następnie z podniesionym ogonkiem podeszła do piastuna, zgrabnie wślizgując się między niego a Pyzę. Niech sama się sobą zajmie!
— Złocisty Widliku… — zaczęła, aby zwrócić na siebie jego uwagę.
— Tak, Fiołko?
— Pójdziemy do Kącika Zabaw, proszę? Może byś mnie nauczył pływać… Co ty na to?
Uśmiechnęła się delikatnie, w myślach modląc się do wszystkiego, co możliwe, żeby piastun się zgodził i nie zostawił jej samej.

<Złocisty Widliku? Pójdziemy?>

Od Truskawki CD. Promiennego Słońca

— Pochodzę… z klanu. Z klanu kotów, żyjących nad klifami… — mruknęła Promyk.
Malutka postawiła radośnie uszy. Czyżby właśnie spotkała nieustraszonego, potężnego kota, który siłą umysłu potrafi rozmawiać z gwiazdami i nigdy nie przegrywa stoczonej bitwy?
— O! Z klanu! Słyszałam o nich! Jaki był twój klan!?
— Taka tam… banda świrów. Samolubni i łatwowierni. Teraz już nie jestem z klanu… pochodzę z miasta. — Promyk otrzepała się. — Jeszcze jakieś pytania?
Malutka otworzyła szeroko oczy. Czy jeszcze jakieś pytania?
— Oczywiście, że tak! Mam ich mnóstwo! Czy potrafisz rozmawiać z gwiazdkami?
— Tylko medycy i liderzy są do tego zdolni. No i garstka wybranych kotów przez gwiezdnych. — Kotka nie była specjalnie entuzjastyczna opowiadając o klanach. Zaraz stwierdziła, że ma jakieś niezwykle ważne sprawy i musi już iść.
— Zaczekaj! Przyjdziesz do mnie niedługo? Spotkamy się jeszcze? — zapytała Malutka z nadzieją.
— Och tak, jasne — odparła Promyk, a następnie znikła z pola widzenia białej. Koteczce naprawdę zależało, aby była wojowniczka odwiedziła ją jeszcze raz. Postanowiła, że będzie codziennie jej wypatrywać.

*****

Od rozmowy z Promykiem minęło trochę czasu. Od tej pory nikt jej nie odwiedził. Wciąż miała tylko czterech znajomych: Nalę, Promyk, Monarchę i Kobczyk. Z każdym z tych kotów Truskawka widziała się tylko raz odkąd została wybrana i trafiła do nowego gniazda. Czyli od trzech księżyców. Całe szczęście towarzystwa dotrzymywali jej Dwunożni.
Właśnie, Wyprostowani. Byli oni trochę… specyficzni. Każdego dnia zadziwiali oni Truskawkę coraz bardziej. Gdy koteczka już myślała, że nauczyła się ich języka ciała, że wie, co oznaczają poszczególne słowa, wszystko odwracało się do góry nogami.
Biała starała się poznać swoich dwunożnych, a w szczególności jasnowłosą. To ona bowiem spędzała z Truskawką najwięcej czasu, a jej kolega był opiekunem Nali. Koteczka podejrzewała również, że to właśnie dzięki Majce została wybrana i opuściła hodowlę.
Dzień jej właścicielki wyglądał następująco. Gdy małe śmieszne urządzonko na szafce przy jej łóżku bzyczało, młoda Wyprostowana wyłączała je i wkładała coś miękkiego na łapy. Następnie szła do pokoju, z którego leci woda i spędzała tam prawie cały ranek. Nigdy nie zostawiała jednak otwartych drzwi, więc Truskawce nie dane było dowiedzieć się, co zajmuje jej tyle czasu. Po wyjściu zmienia ubrania i sprząta swoje posłanie. Następnie zbiega na dół do aromatycznego zapachu mięska i jajek. Koteczka w tym czasie dostaje trochę granulek do miski. Rano prawie nikt nie daje jej atencji, bo wszyscy się gdzieś śpieszą. Następnie znikają na pół dnia i wracają zmęczeni. I tak jest przez pięć dni w tygodniu.
Istniało też coś takiego, co nazywało się weekend i w te dwa dni wszyscy zostawali w domu. Koteczka najbardziej lubiła ten czas. Wtedy często ktoś się z nią bawił.
Całe szczęście, że Truskawka miała klapkę w drzwiach wyjściowych. Chyba zanudziłaby się na śmierć, gdyby nie mogła wychodzić do ogrodu. Robiło się coraz cieplej, a słońce każdego dnia wstawało wcześniej i zachodziło później. Czyżby nadchodziła pora, o której mówiła mama? Czas, w którym wszystko wokół kwitnie, śnieg się topi i latają ptaszki?
Właściwie to biały puch, który okrywał ziemię, odkąd koteczka pamiętała, już zniknął. Trawa była śmieszna. Nie mroziła Truskawce łapek i delikatnie je łaskotała. Koteczka nie mogła się doczekać pierwszych kwiatków, o których kwitnięciu po porze zimna zapowiadała mama.
Tego dnia ogród nie wydawał się malutkiej taki fascynujący. Wszystko w nim już znała. Choć gniazdo z podwórkiem było znacznie lepsze od zamkniętego pomieszczenia hodowli, Truskawka chciała poznawać świat! Nie być zależna od płotu, który uniemożliwiał jej przeżywanie przygód, odkrywanie nowych rzeczy i podróży w nieznane.
Podeszła do drewnianej konstrukcji i ze zmarszczonym noskiem spojrzała w górę . Choć trudno było jej to przyznać, wciąż była malutka. Przeskoczenie czegoś takiego przy jej rozmiarze graniczyło z cudem.
Biała wpadła jednak na inny cudowny pomysł. Na początku była wobec niego trochę sceptyczna, ale im dłużej nad nim rozmyślała, tym bardziej wydawał jej się on realistyczny. Może starała się przekonać samą siebie, ale wierzyła, że się uda.
Skoro nie mogła wskoczyć na płot, może dałoby się spróbować się na niego wspiąć? Koteczka spojrzała z dumą na swoje pazurki. Kilka wschodów słońca temu miała je obcinane i przypiłowane przez samca Wyprostowanego. Teraz były ostre i wręcz same się prosiły o wbicie ich w coś miękkiego. Na przykład w drewienko.
Spojrzała z determinacją na barierę dzielącą ją od świata. Dziś była gotowa ją pokonać.
To zadanie było trudniejsze niż jej się na początku wydawało. Truskawka wbiła niepewnie pazurki w gładką powierzchnię płotu. Szkoda, że obok nie było Kobczyka albo innego kota, który mógłby jej pokazać, jak to się robi. Albo nawet pyrgnąć koteczkę z dołu, lub po prostu stanąć i dać białej oparcie. Ale nie, była tu tylko ona. No i ten drewniany płot.
Wybiła się tylnymi łapkami jak najwyżej, a przednie wyprostowała, licząc, że zachaczą o powierzchnię drewna. Pudło. Próbowała jeszcze kilkakrotnie, również bez powodzenia.
— Musisz skoczyć w stronę płotu, jeśli chcesz się na niego wspiąć — zakpił głos dobiegający gdzieś z lewej strony. Truskawka odwróciła się gwałtownie, jednak nikogo nie ujrzała.
— A jak myślisz, co właśnie robię? — odfuknęła poirytowana.
— Myślę, że skaczesz do góry — parsknął kot.
Truskawka wbiła spojrzenie w postać, którą właśnie udało jej się zauważyć. To była kotka. Miała krótkie rude futro pręgowane klasycznie. Jej oczy były jasnozielone. Obca była młoda, co prawda starsza od Truskawki, ale mimo tego nie mogła mieć więcej niż dwudziestu księżyców. Wyglądała na rozbawioną nieudolnymi próbami wspinaczki białej koteczki. Jej wibrysy poruszały się, a malutka dopiero po chwili zorientowała się, że ruda się śmieje. Truskawka nastroszyła futerko.
— Robię to pierwszy raz — usprawiedliwiła się koteczka. — To bardzo niemiłe tak śmiać się z kocięcia pokonującego swoje lęki — miauknęła pouczająco.
Obca machnęła ogonem. Widać było, że ledwo powstrzymuje się od wybuchnięcia śmiechem. Biała przewróciła oczami i już miała ją zignorować, kiedy ruda bez najmniejszego wysiłku wspięła się na płot i wylądowała na podwórku Truskawki.
— Masz rację, bardzo cię przepraszam. Może ci pomogę? — zaoferowała.
Truskawka zdecydowanie pokręciła główką.
— Nie wolno mi rozmawiać z nieznajomymi! Po pierwsze, kim jesteś, a po drugie, co robisz w moim ogródku?
Biała koteczka miała nieodparte wrażenie, że już widziała tę kotkę. Może mieszkała gdzieś niedaleko? W każdym razie wzbudzała ona zaufanie malutkiej, więc postanowiła, że jak usłyszy odpowiedzi na swoje pytanie, pozwoli obcej sobie pomóc. Może nawet się zaprzyjaźnią i razem wyruszą na wyprawę? Byłoby to znacznie lepsze od podróżowania w samotności.
— Mam na imię Iskra — przedstawiła się kotka. — I weszłam na twoje terytorium, aby pomóc ci pokonać płot. Jeśli sobie tego nie życzysz, w każdej chwili mogę odejść, wystarczy twoje jedno słówko — zapewniła ruda.
— No dobra — burknęła Truskawka, a następnie zalała Iskrę falą pytań. — Skąd pochodzisz? Gdzie aktualnie mieszkasz? Jesteś wybraną czy samotniczką? Masz jakichś przyjaciół, z którymi i ja mogłabym się zaprzyjaźnić? Co wiesz o klanach? Znasz miasto? Zgubiłaś się kiedyś? Jaka jest najniebezpieczniejsza przygoda, którą kiedykolwiek przeżyłaś? Widziałaś kiedyś psa lub inne niebezpieczne zwierzątko? Gdzie i jak nauczyłaś się tak dobrze wspinać na płoty? Potrafisz chodzić po dachach? — Biała musiała zaczerpnąć tchu, bo nie starczyło jej powietrza na kolejne pytania.
— Ej, przystopuj trochę z tymi pytaniami, bo zapomnę, jakie było pierwsze z nich, zanim zdążę ci odpowiedzieć. Zawsze tyle mówiłaś?
Truskawka wzruszyła ramionami.
— Nie wiem. W każdym razie, to ty odpowiadaj na moje pytania, zamiast zadawać mi kolejne — miauknęła rozkazująco.
— Widzę, że to ty dyktujesz warunki. Podoba mi się to — pochwaliła Iskra Truskawkę. W jej lewym oku koteczka dostrzegła błysk. Był on jej znajomy. Teraz już była pewna, że wcześniej musiała widzieć gdzieś tę kotkę, jednak nie miała pomysłu, gdzie mogło dojść do spotkania ich dwóch.
— No to gadaj — miauknęła władczo biała.
— Pochodzę z niedaleka, a mieszkam tam, gdzie chcę. Jestem samotniczką, to pierwsze nie wiem, co oznacza. Nie mam przyjaciół, jedynie kilku sojuszników, jak już mówiłam, jestem samotniczką. Co wiem o klanach? Tyle, co inni. Oczywiście, że znam miasto, w końcu tu mieszkam. Nigdy się nie zgubiłam, bo nigdzie nie mieszkam, zatem trudno mi by było nie móc odnaleźć drogi do domu, który jest dokładnie tam, gdzie ja. Oczywiście, że widziałam psy. Kto ich nie widział? Wspinać się nauczyłam od mamy, gdy ja i moje rodzeństwo ukończyliśmy trzy księżyce. Zaczęliśmy wtedy trenować, między innymi wspinanie się i chodzenie po dachach. Czy pominęłam któreś z twoich pytań? — zapytała, również łapiąc powietrze. — Musimy rozdzielać nasze wypowiedzi, bo w przeciwnym wypadku grozi nam niedotlenienie — zażartowała Iskra. — To jak to będzie? Będziemy dalej tu sobie gadu gadu, czy pokonujesz płot i pokazuję ci miasto? — zapytała ruda.
— To drugie, oczywiście! Ja też chcę trenować, ale dotąd nie było ku temu okazji. Musiałabym mieć mentora. Możesz mnie uczyć?
— Zastanowię się. Na razie chodź, pokażę ci, jak się wspinać.
Truskawka posłusznie podążyła za Iskrą, starając się zapamiętać wszystko, co mówiła kotka.
— Tu wczepiasz pazury, o tak. Na początek wcale nie musisz wyskakiwać. Robią tak tylko doświadczone koty — wyjaśniła.
— Takie jak ty? — podsunęła biała.
— Dokładnie. Szybko się uczysz — odparła ruda.
Truskawka podążyła za instrukcjami obcej i zanim zdążyła powiedzieć cokolwiek więcej, już znalazła się na górze.
— Wow — wyrwało jej się. — Jakie to wszystko jest ogromne…
— Masz szczęście, że mieszkasz tuż przy samym lesie. Przychodzi tu niewielu Dwunożnych, więc chodniki są praktycznie puste. Minusem jest jednak duża ilość włóczęgów. No i znajdujemy się blisko klanów, co też jest niebezpieczne.
Truskawce rozbłysły oczy. Tyle już słyszała o tych klanach, a wciąż żadnego nie odwiedziła. Podobno Klan Klifu był najbliżej jej gniazda. Miała nadzieję, że niedługo spotka tę grupę kotów, o której tyle jej opowiadano. Na razie jednak skupiła się na tym, żeby zachować równowagę i nie spaść z płotu. Była teraz bardzo pewna siebie. Machała nonszalancko ogonem i wypięła pierś. Już wiedziała, jakie to uczucie. Następnym razem, jak ktoś do niej przyjdzie, Truskawka bez najmniejszego wysiłku skoczy i do niego dołączy!
Starała się słuchać dalszych słów rudej, ale nie mogła się skupić. Była zbyt podekscytowana.
— Schodzimy na drugą stronę? — przerwała nowo poznanej kotce. Ta wzruszyła ramionami.
— Zależy. Czy twoi Wyprostowani będą mieli coś przeciwko?
Truskawka zastanawiała się chwilę, a później pokręciła zdecydowanie główką.
— Nie. Pozwalają mi wychodzić. Wracają dopiero po południu.
— Zatem chodźmy. — Iskra zeskoczyła z płotu. Tam zaczekała, aż Truskawka niezdarnie się z niego stoczy. Choć upadek trochę bolał, biała z dumą wyprostowała się i czekała na dalsze instrukcje, które jednak nie nastąpiły. Kotki szły przez chwilę chodnikiem w milczeniu.
— Później odprowadzisz mnie do domu, prawda? — Koteczka nerwowo obejrzała się przez ramię.
— Jasne — parsknęła Iskra. — Choć wcale nie odchodzimy bardzo daleko.
— Możesz mnie nauczyć chodzenia po dachach? To wygląda bardzo ciekawie! Czasami widzę, jak inne koty prawie latają pomiędzy płotami i gniazdami. Tylko się odpychają, robią to bez wysiłku i wygląda to tak magicznie… Chciałabym umieć robić takie rzeczy.
— Mogę, jednak przemyślałam twoje wcześniejsze pytanie i nie będę cię szkolić na stałe — powiedziała ruda.
To wyznanie zaskoczyło białą. Zatrzymała się.
— Jak to? Czemu? — zapytała zawiedziona. Iskra również się zatrzymała.
— To by oznaczało, że musiałabym zamieszkać gdzieś na stałe blisko twojego gniazda, a ja jestem włóczęgą. Poza tym, czemu miałabym poświęcać całe dnie na uczenie kocięcia, które poznałam pół wschodu słońca temu? Muszę polować, a wolę odpoczywać niż przeznaczać każdą wolną chwilę na szkolenie kogoś, kogo praktycznie nie znam i nie będę miała z tego żadnego pożytku. Chcesz szkolenia, to może powinnaś iść do klanów — kotka parsknęła.
W oczkach białej zakręciło się kilka łezek. Czemu Iskra tak się zachowywała? Jeszcze przed chwilą Truskawka miała wrażenie, że ruda lubi koteczkę i będzie chciała spędzać z nią czas. Wiedziała, że jej towarzyszka prawdopodobnie miała rację, ale mimo to ta prawda wcale nie podobała się malutkiej.
— W porządku, rozumiem — wymamrotała i przełknęła ślinę. Postanowiła, że nie obrazi się na kotkę, która miała pełne prawo jej odmówić. Truskawka musiała sobie znaleźć mentora i to szybko. Kogoś, kto mógłby ją szkolić. Teraz już na pewno była w odpowiednim wieku, aby rozpocząć trening.
— Chcesz nadal zobaczyć, jak się chodzi po dachach? — zapytała Iskra mimo wszystko.
Truskawka z zapałem pokiwała głową.
— Jest to niezwykle prosta sztuka. Najpierw musisz wspiąć się na płot, drzewo, rynnę lub inny wysoki przedmiot, który pozwoli ci się dostać na górę gniazda. Później musisz przedostać się na dach, co jest w tym wszystkim najtrudniejsze. Później już jest banalnie, wystarczy chodzić po praktycznie płaskiej powierzchni. Unikaj kominów, a jeśli już wpadniesz do środka, postaraj się z niego wyjść jak najszybciej. Jeśli leci dym, to już po tobie. Uważaj też na stare, spróchniałe lub zardzewiałe blaszki, gdyż są one niestabilne i mogą się osunąć w każdej chwili — przerwała i spojrzała się uważnie na białą. — Spokojnie, znacznie więcej wypadków jest spowodowanych przez Dwunożnych niż przez dachy — zażartowała, najwyraźniej widząc przerażenie w oczach Truskawki.
— Dobra — westchnęła koteczka. — Zróbmy to wreszcie.
— Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem — Iskra pokłoniła się koteczce i wskoczyła na najbliższy płot. Później odbiła się od niego i zaczepiła pazurami o długą rurę, za pomocą której dostała się na dach gniazda.
— Dawaj, młoda, teraz twoja kolej — poleciła.
— Mam na imię Truskawka — zaprzeczyła biała. Iskra przewróciła oczami.
— Tak nazwali cię Dwunożni — przypomniała. — Musisz sama sobie wybrać imię, którego będziesz używać.
Truskawka pokręciła głową.
— Bardzo lubię moje imię. Wcześniej mama nazwała mnie “Malutka”. Truskawka jest o niebo lepsze. Nie zamierzam drugi raz zmieniać imienia. Masz pojęcie jak trudno było mi się przestawić z jednego na drugie? Poza tym, gdybym sama siebie nazwała, mogłabym codziennie zmieniać imię, gdybym usłyszała jakieś ładniejsze od tego, co miałabym obecnie. Wtedy każdy mój przyjaciel znałby mnie pod innym imieniem. To byłoby okropne, nie sądzisz? — zapytała starszą. Ruda przechyliła łeb w lewo.
— Może… Niezbyt rozumiem twój problem. Nie to nie, jesteś w końcu pieszczochem, a nie samotnikiem. — Kotka zmarszczyła pysk w grymasie i odsunęła się od krawędzi dachu tak, że biała nie mogła jej dostrzec.
— Hej, zaczekaj! — zawołała zezłoszczona. Niewiele myśląc wdrapała się na płot. Nie skoczyła tak jak Iskra na rynnę. Przeszła płotem balansując nad przepaścią o wysokości trzech długości kota i gdy dotarła do rynny, po prostu na nią weszła. Ruda miała rację, najtrudniejsze było przedostanie się z rury na dach. W końcu jednak i to udało się Truskawce. Gdy jednak dotarła na górę, drugiej kotki nie było.
— Iskra? — zawołała spanikowana koteczka. Po rudej nie było ani śladu. Stało się jasne, że kotka zostawiła Truskawkę samą. Dlaczego? Tego biała nie wiedziała.
Poruszyła się ostrożnie na niepewnym terenie. Pierwszy raz w życiu stała na dachu, jednak zamiast cieszyć się tą cudowną chwilą, cała drżała ze strachu. Jak ona teraz trafi do domu? Czy kiedykolwiek jeszcze zobaczy Majkę, Nalę i Małpkę?
Zerknęła w dół. Nie była nawet pewna, czy uda jej się zejść z gniazda. Zamiast tego zaczęła chodzić po dachach nieświadomie oddalając się od domu coraz bardziej.

*****

Po jakimś czasie wędrówki natrafiła na znajomy pysczek.
— Promyk! Pomocy! Jedna taka ruda kotka zabrała mnie z gniazda i zostawiła na pastwę losu na jednym z dachów! Musisz mnie zabrać do domu! — miauczała Truskawka żałośnie. Po jej policzkach spływały duże łzy.
Kotka uniosła głowę, najwyraźniej zaskoczona faktem, że jakiś cieniutki zapłakany głosik mógłby czegoś od niej chcieć z nieba.
— Ach… To ty. Co się stało? Złaź lepiej z tego dachu — odezwała się kotka.
Truskawka zaczęła płakać jeszcze bardziej.
— Nie umiem! Iskra pokazała mi jak się wchodzi, a nie nauczyła mnie, jak schodzić! Musisz mi pomóc. — Koteczka zakrztusiła się własnymi łzami, a jej malutkie ciałko dygotało — Jest mi zimno, moje futerko się zabrudziło i chcę do domu — chlipała. Wszyscy na pewno bardzo się o mnie martwią — wyznała.
Nie minęło dużo czasu, zanim Promyk wskoczyła na dach i usiadła przy Truskawce. Kotka poinstruowała białą, jak zejść z gniazda, a gdy wylądowały na chodniku, trąciła ją nosem.
— Cii, nie płacz. Nie chcemy przyciągnąć do siebie przecież wszystkich kotów w okolicy. Nie jest tu bezpiecznie nocą — upomniała koteczkę, jednak ta po tych słowach zaczęła płakać jeszcze bardziej. Starała się uspokoić, ale nie wychodziło. Po chwili udało jej się zamknąć pyszczek. Miała niejasne poczucie, że z noska ciekną jej glutki, a cały pysk jest mokry.
— Patrz na moje futerko — powiedziała tylko, zerkając na swoje łapki. Już miała nimi obetrzeć oczka, jednak Promyk powstrzymała ją.
— Przestań! Jeśli brud dostanie ci się do oczu, może wdać ci się infekcja — miauknęła poważnie. — Nie jesteśmy wcale tak bardzo daleko do twojego gniazda. Powinnyśmy tam dotrzeć zanim całkiem się ściemni — obiecała.

*****

Tak jak Promyk obiecała, odprowadziła Truskawkę do domu.
— Musisz znaleźć sobie jakiegoś mentora — zasugerowała kotka. — On pokazałby ci miasto i więcej już byś się nie zgubiła. Małe kociaki bez opieki nie mogą samotnie chodzić po Betonowym Świecie. Jest to bardzo niebezpieczne — wyjaśniła.
Malutka westchnęła.
— Tak, tylko tak trudno jest go znaleźć… Próbowałam z Iskrą, sama widziałaś, jak to się skończyło — miauknęła ze smutkiem. Nagle wpadła na wspaniały pomysł. — Zaraz… Ty też jesteś bardzo mądra, może ty byś mnie szkoliła? — miauknęła wręcz błagalnie.
Promyk chyba zrobiło się jej żal, bo się zgodziła.
— Zaczynamy jutro rano, o ile twoi Dwunożni wypuszczą cię na dwór. Prawdopodobnie właśnie wychodzą z futer. Widzisz to gniazdo, o tam? To chyba twoje. Rozstaniemy się już tutaj, nie chcę, aby Wyprostowani mnie widzieli — wyznała.
— Wychodzą z futer? Oni są bezwłosi… Zaraz, wypadają im włosy?!? O nie! — jęknęła. Wyobraziła sobie swoją Wyprostowaną bez złotych włosów.
— Na pewno nic im nie będzie, jeśli zaraz do nich wrócisz — zapewniła koteczkę Promyk. — Będę czekać jutro rano tam, gdzie zawsze — obiecała. — Pod jednym warunkiem: Masz się mnie słuchać i robić dokładnie to, co mówię — poleciła. — To dla twojego bezpieczeństwa, Malutka — wyjaśniła.
Koteczka pokiwała głową.
— Przysięgam, będę się słuchać każdego twojego słowa. A i jeszcze jedno, teraz już nazywam się Truskawka. Dwunożni wreszcie nadali mi imię.
Biała pożegnała się z Promyk i długo jej dziękowała, zanim popędziła w stronę swojego gniazda. Szybko pokonała płot i weszła przez klapę do gniazda.
Gdy tylko jej opiekunowie ją ujrzeli, zaczęli piszczeć, krzyczeć i tulić koteczkę. Po policzkach jasnowłosej spływały łzy.
— Przepraszam — miauczała. — Zgubiłam się.
“Wiedziałam, że wrócisz do domu” — zrozumiała koteczka Majkę. Właściwie to wyczytała to po jej spojrzeniu.
Była bardzo wdzięczna Promyk za uratowanie jej i odprowadzenie jej do domu. Postanowiła, że da z siebie wszystko na jutrzejszym treningu. Będzie dobrą uczennicą i w ten sposób odwdzięczy się kotce.
Na razie jednak wdrapała się na kolana młodej wyprostowanej i donośnie tam mruczała. Nie rozumiała jak inne koty mogą chcieć się włóczyć, zamiast mieć dom i kochających opiekunów, którzy karmią, chronią, bawią się i głaszczą.
Pamiętała jedynie, że Dwunożni nie położyli jej na miękkim głazie, a zanieśli na górę, do pokoju Majki, gdzie mogła się zwinąć w kłębuszek przy jej głowie. Choć podobało jej się leżenie na łóżku, które było dużo wygodniejsze od legowiska białej, to jednak nie mogła się doczekać świtu, aby odbyć swój pierwszy prawdziwy trening z Promyk. Nie była ona byle jaką samotniczką. Była byłą kotką z klanów. Truskawka miała nadzieję, że uda jej się dowiedzieć o swojej mentorce czegoś więcej. Może zostaną najlepszymi przyjaciółkami? Szybko zasnęła, bo była bardzo zmęczona. Nie śniło jej się nic szczególnego.

*****

Następnego dnia obudziły ja promienie słońca. To już czas na spotkanie z Promyk, trening i przygodę!

<Promyk?>

[3091 słów + nauka chodzenia po dachach]

Od Firletkowej Łapy

Parę dni po mianowaniu

Kocurek przekręcił się w posłaniu, by rozciągnąć spięte ciało po chłodnej nocy. Pierwszy raz spał sam, bez ciepłego i miękkiego futerka mamy i sióstr otaczających go od każdej strony. Poczuł się trochę osamotniony, mimo że gdzieś obok widział unoszące się boki śpiących uczniów. Jego posłanie było usytuowane obok wejścia do legowiska, więc wyciągnął głowę, by zobaczyć, co się dzieje w obozie.
Delikatne promienie porannego słońca leniwie przebijały się przez zasłonę z wody u wejścia do jaskini, dając wnętrzu przytłumione oświetlenie. Widział, jak wojownicy się przeciągali i wychodzili ze swoich posłań na półkach skalnych, a wśród nich dojrzał swojego tatę. Od razu rozbłysły mu iskierki w oczach, po czym jego wąsy zadrżały z ekscytacji. W centrum jaskini zbierał się poranny patrol, a zaraz po jego wyjściu więcej kotów się podnosiło z wygodnych legowisk i przeciągało zdrętwiałe łapy. Gdy tak obserwował poranne rutyny kotów, usłyszał nagle ziewnięcie gdzieś obok. Po obejrzeniu się za siebie dojrzał liliową siostrę, która próbowała się wybudzić do końca. Chwilę potem, gdy zaczęła rozumieć, co jest wokół niej, mlasnęła niezadowolona.
— A ty co się patrzysz — burknęła do brata, po czym poprawiła swoje “rogi” z futra i oblizała wystające kły.
— Nic — odparł bez emocji i oparł swoją głowę na łapach, które sobie wyciągnął na brzeg posłania.
Wtedy do legowiska wetknął swój łeb Trójoki Zając, a Mysikrólicza Łapa szturchnęła i pacnęła w ucho Słonkową Łapę, która jeszcze się nie rozbudziła do końca. Wszystkie trzy pary oczu rodzeństwa spoczęły na ojcu.
— Pobudka, pociechy — miauknął z uśmiechem, choć z oczu widać mu było jeszcze lekkie znużenie po śnie. — Firletko… to znaczy, Firletkowa Łapo, ułóż sobie futerko i wyjdziemy sobie na trening. Ja czekam przy stercie zwierzyny — powiedział, na co niebieski arlekin pokiwał głową, a kremus wrócił do centrum obozu.
Mysikrólik przekręciła oczami i otrzepała się z resztek mchu, po czym wyszła z legowiska, odpychając Firletkę, który właśnie miał zrobić to samo i pokazała mu język. Zmarszczył brwi, po czym trochę naburmuszony wydreptał na bardziej otwartą przestrzeń i skosztował rześkiego powietrza. Chłód jaskini po zimnej nocy trochę go przyszczypnął w nos, więc zaczął się myć, by odrobinę się ogrzać. Pozbył się mchu z sierści i przeciągnął się, ale tym razem porządnie. Rozdziawił pysk w ziewnięciu i strzepnął uszami, po czym był gotowy na trening.
W dwóch susach dotarł do taty, po czym zetknął się z nim nosem.
— To co, chcesz może zacząć od ćwiczenia polowania? — zapytał, a kocurek pokiwał głową.
— Ale… chyba nie na ptaki, prawda? — dopytał, wyraźnie zmartwiony.
— Oczywiście, że nie na ptaki — zapewnił. — Może po drodze zobaczymy jakieś? — zastanowił się na głos, a Firletkowej Łapie powrócił entuzjazm. — No to chodźmy.
Wyruszyli z obozu. Te klify były dosyć przerażające, dlatego więc młody uczeń raczej pozostawał przyklejony do Trójokiego Zająca. Ani mu się śniło go wyprzedzać, bo może się potknie, i co wtedy? Dreszcz aż przeszedł po plecach arlekina. Gdy w końcu odeszli od klifów na tyle, by na pewno w przypadku przewrócenia się nic nie stało, młodzik trochę przyspieszył i zaczął się ścigać z wiatrem, który okazał się dość porywisty. Gdy się rozgrzał, wrócił truchtem do mentora i od tej chwili szli bokiem w bok z uśmiechami wymalowanymi na pyskach.
— Gdzie idziemy?
— Na pole Złotych Kłosów. Teraz pewnie się tam roi od myszy lub innych piszczek — wytłumaczył Zając. — Miniemy też Kacze Bajorko, może już kaczki się obudziły i sobie na nie popatrzysz — dodał, a kocurek podskoczył zadowolony.
Szli tak powoli, a wiatr im wiał w pyski. Wreszcie dotarli do Kaczego Bajorka, ale niestety bez kaczek. Firletkowa Łapa podszedł do brzegu i trochę spochmurniał.
— Może za wietrznie dla nich — zagadał wojownik. — Następnym razem je zobaczysz, obiecuję — Zając starał się mu dodać otuchy, po czym polizał go po uchu.
— No dobrze… — mruknął młodzik i odszedł od wody, a zaraz za nim podążył Trójoki Zając, który chwilę później doprowadził ich do Złotych Kłosów, aczkolwiek bez kłosów.
Trochę to dziwiło Firletkę, bo czemu to się tak nazywa, a tak nie wygląda? Nie mówiąc nic, zszedł na pole za ojcem, który właśnie próbował coś wywęszyć. Niestety, ale silny wiatr odrobinę mu w tym przeszkadzał.
— No dobra, może nie jest to teraz zbyt łatwe, ale spróbuj coś wywęszyć — rzekł. — Pamiętasz może, jak pachnie mysz lub ryjówka? Właśnie podobnego zapachu szukaj.
Uczeń zniżył nos do ziemi, po czym, niemal czołgając się, pokręcił się po polu. W tym czasie kremowy wojownik trzymał się blisko, by mógł instruować syna.
Wreszcie Firletka złapał jakiś trop. Podniósł głowę, a to zaraz zaalarmowało Trójokiego Zająca.
— No dobrze, masz coś?
— Tak, chyba… tak… tak mi się wydaje — wydukał arlekinek.
— W takim razie postaraj się podążać za zapachem, lecz trzymaj ciało blisko ziemi, by cię zdobycz nie zobaczyła — tłumaczył wojownik, bacznie obserwując młodzika, który starał się trzymać instrukcji. Jednak w pewnym momencie stracił swój trop, lecz zanim się poddał, zobaczył, jak coś małego i brązowego grzebie coś w ziemi. Ciężko było dobrze dojrzeć sylwetkę zwierzątka, lecz prawdopodobnie była to zwykła mysz. Firletkowa Łapa przykucnął tak nisko, że niemal brodził w glebie. Gdy się zatrzymał, by odpowiednio wymierzyć odległość do zwierzyny, nagle mu zniknęła z oczu. Skonfundowany przełknął ślinę i stał chwilę tak w bezruchu, a gdy trochę ścierpł i przestawił łapę, nagle zjawiła się mysz ponownie, lecz tym razem uciekła w siną dal. Uczeń nie widział sensu w gonitwie i wrócił do ojca, nie dość, że smutny, to jeszcze brudny od ziemi.
Trójoki Zając przechylił łeb zmartwiony.
— I co?
— Była mysz, ale coś się stało, że nagle uciekła — wyjaśnił znużony. — Wszystko idzie nie tak! Najpierw jest duży wiatr, potem kaczek nie ma, a teraz mysz mi uciekła! — marudził, strzepując ze swojego przedtem bialutkiego futra ziemię. Wojownikowi spojrzenie zmiękło i polizał syna między uszami.
— Będzie dobrze. Będzie tylko lepiej, obiecuję. Tak? — starał się go pocieszyć, a Firletka spuścił wzrok, po czym smętnie pokiwał głową.
— Ja chcę do domu — miauknął, po czym wtulił się w sierść kremusa.

* * *

Dwójka kocurów wróciła do obozu z pustymi łapami. Trójoki Zając jeszcze kazał Firletce pójść roznieść zwierzynę do starszyzny i do żłobka, by mieć coś z obowiązków zrobionego z dziś. Wybrał ze sterty same ssaki, trochę wręcz opłakując martwe ptaki, które były porzucone tak sobie do pożarcia przez okrutne koty. Poroznosił tam, gdzie powinien i gdy już szedł, by wziąć coś dla siebie, nagle zjawiła się Mysikrólik, która wyglądała nie najlepiej. Była wyjątkowo stonowana i zmęczona. Zgarnęła ostatnią mysz ze sterty sprzed jego nosa, na co on się lekko najeżył.
— Ej, co ty robisz! — burknął do niej, a ona się obróciła do niego z chytrym uśmiechem, po czym poszła sobie do swojego kąta. — Aha — fuknął i obrócił się na pięcie. Mógł z bólem serca dać Mniszkowemu Nektarowi ptaka, a on sam sobie by wziął ryjówkę, którą mu dał. Teraz było za późno, bo on nigdy nie zjadłby ptaka. Zmęczony i głodny wrócił do legowiska uczniów ze łzami w oczach, po czym skulił się w kłębek na swoim posłaniu.
“Ten dzień był okropny” — pomyślał sobie ze wściekłością. “Oby jutro było lepiej”.

[1141 słów]

Od Wełnianki do Fląderki

Wełnianka leżała wtulona w mięciutkie, wielobarwne futerko mamy, drzemiąc spokojnie, jak to na kociego maluszka przystało. Cicho chrapała, otoczona nie do końca namacalną, acz stale wyczuwalną, ciepłą miłością. Co jakąś dłuższą chwilę przewracała się tylko na drugi bok, delikatnie wierciła w miejscu lub mruczała coś, co sens miało zapewne jedynie w kontekście jej barwnych marzeń sennych. Przynajmniej do czasu.
W pewnym momencie jej maleńkie, wciąż słabe, bezwładne ciałko przeszył dreszcz. Silny, niekontrolowany skurcz niemalże wszystkich mięśni. Bezbronna koteczka wyprostowała się niczym struna, szeroko otwierając duże, brązowe ślepka, nie do końca rozumiejąc, co tak właściwie miało miejsce. Była w szoku. Mrugała prędko, końcówka jej rudego ogona drgała nerwowo, pazurki wbijały się w mchowe posłanko, a drobne serduszko biło tak silnie, że sama Wełnianka przez moment obawiała się, czy nie chciało wyskoczyć z jej piersi.
Jednak… nic jej nie bolało, choć z zewnątrz mogło to tak wyglądać. Spojrzała na swoje łapki, tułów, tył. Wszystko było na miejscu, w jak najnormalniejszym porządku. Mimo to wciąż odczuwała niepokój. Czy to jej się tylko śniło? Może to był zwyczajny koszmar? Złocisty Widlik mówił, że czasami mogą zdarzyć się złe sny… Tak, to na pewno było to! Kryzys zażegnany, można się rozejść.
Uczucie ulgi minęło prawie tak szybko, jak się pojawiło, gdy tylko Wełnianka zerknęła na mordkę swojej rodzicielki. Fląderka wyraźnie posmutniała. Położyła po sobie jedyne posiadane ucho, rozglądając się po żłobku nerwowo — choć tylko przez moment. Po kilku uderzeniach serca jej spojrzenie znowu skupiło się na biało-rudej pierworodnej. Wyglądała na zmartwioną, zatroskaną. Otoczyła córeczkę ciasno ogonkiem, jak gdyby zastanawiając się, co powinna była w tej sytuacji zrobić.
— Mamusiu — zaczęła cicho, przekrzywiając łebek w bok, zbita z tropu zachowaniem mamy. — Co się stało...?

<Fląderko?>

Od Centurii do Orzechówki

Centuria była wpatrzona w jedno z nowych kociąt. Minął jakiś czas od narodzin Orzechówki i jej braciszka, ale do dziś pamiętała, jak te kociaki przyszły na świat. No dobra nie dokładnie, ale pamiętała, gdy zabrali ją ze żłobka z resztą kociąt. Gdy wrócili maluchy już leżały u boku ich matki. Od tego czasu była nieco zainteresowana maluchami, ale długo nie pozwalali się jej z nimi bawić! Ciekawe czemu… W każdym razie Orzechówka wydawała jej się dosyć interesująca. Miała naprawdę ładny kolor futerka! Była też bardzo podobna do swojej mamusi, odziedziczyła to po swojej rodzicielce… Centuria z tego, co widziała, nie dzieliła zbytnio wyglądu z własną matką, choć w jej przypadku podobno było to coś dobrego. W każdym razie koteczka obserwowała siedzącą w kącie kociczkę bawiącą się sama ze sobą kulką mchu. W pyszczku dymna miała małego motylka, trzymała go delikatnie, by ten się nie zniszczył. Chciała dać go Orzechówce jako prezent, żeby zrobić na niej dobre wrażenie. Odetchnęła głęboko, zastanawiając się jak podejść do Orzechówki. Gdyby tylko mogła mówić… Oby Klan Gwiazdy szybciej wysłuchał jej modlitwy o zyskanie głosu. Kotka przebiera łapkami w miejscu, pogrążona w zastanowieniu. Pozostałoby i tak dłużej, gdyby nie to, że Orzechówka, uderzając kuleczkę z mchu, uderzyła ją za mocno i ta przeleciała tuż obok. Czyżby był to znak, że powinna podejść? Być może. Szybko podeszła do idącej po kulkę mchu koteczki i położyła motylka przed nią, mając nadzieję, że ta zrozumie, o co jej chodzi.

<Orzechówko?>