BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

20 września 2026

Od Puszystej Łapy (Puszystej Neriny) CD. Dymówki (Dymówkowej Łapy)

Dawniej

Nerina obniżyła lekko pyszczek, obserwując rozbawiona poczynania swojej córki. Badała go łapkami, tak jakby jego futerko było najciekawszym obiektem w żłobku. Uśmiechnęło się ciepło, spoglądając w stronę Psotnego Nietoperza. W którymś momencie malutka kulka tak po prostu zaczęła próbować chować się w sierści. Towarzyszyły temu zabawne piski i śmiech rodziców.
— No, no skarbie, właśnie zostałeś jej schronieniem — zamruczała rozbawiona Psotny Nietoperz.
Dymówka zapiszczała cicho uradowana.
Chwilę później koteczka zaczęła bardziej grzebać jeno w futerku na brzuchu. Puszek strzepnął uchem, przechylając odrobinę głowę.
— Teraz chyba ja mam być jej mamą — zachichotała Gałęzatka, liżąc Dymówkę po główce, czemu towarzyszył cichy, lecz niezbyt zadowolony pisk.
W którymś momencie jednak niebieski poczuł nieco mocniejsze pociągnięcie. Syknęło z bólu i spróbowało lekko odciągnąć kociaka. W końcu złapało delikatnie koteczkę w ząbki i oddało Psotce.
— Mała bestia… — mruknął z przekąsem, ale na jego pyszczku nadal widniał uśmiech.
Pręgowana spojrzała na Ciskę, zaraz obok swojej mamy i ją również polizała troskliwie po łebku.
— Mam wspaniałe kotecki… — zamruczało pieszczotliwie, ocierając swoim pyszczkiem o pyszczek Nietoperki.

Aktualnie

Możnaby stwierdzić, że praca protektora była nudna. Ci, którzy patrzyli z boku, mogliby stwierdzić, że protektorzy lenią się całe dnie, okazjonalnie tuptając sobie po obozie, aby coś zrobić. Tak jednak mogli stwierdzić tylko głupi wojownicy i uczniowie. Z pewnością robili mniej, ale ich praca była równie ważna. Nerina był nie raz wzywany, aby pomóc w lecznicy. Rozmawiał ze starszymi o ich samopoczuciu, podczas usuwania ich kleszczy. Czasem nawet pomagał uczniom przy wymianie legowisk i wysłuchiwał opowieści tych bardziej gadatliwych, dopytując, jak idą im treningi i czy mentorzy za bardzo ich nie wyciskają. Pamiętała treningi z Rozpromienionym Skowronkiem. Kocur był wesoły i irytujący, ale Gałęzatka przeprosiłaby go teraz, gdyby miała taką możliwość i oczywiście, gdyby kocur nie był martwy. Nerina przeciągnął się w legowisku i spojrzał w stronę Serdecznej Naparstnicy. Kocur był chyba najlepszym mentorem z całej trójki. Wężynowy Splot była zdecydowanie najgorsza, chociaż pod jej okiem spędził tylko kilka księżyców. Wyszedł z obozu i ujrzał Rozkwitający Aster wraz z Dymówkową Łapą. Niebieska zamruczał cichutko i podeszło do obu kotek, przez chwilę wąchając się z przywitaniem.
— Dzień dobry — miauknął, obserwując, jak Aster dokładnie tłumaczy coś uczennicy.
— Akurat kończymy — mruknęła ciepło bura protektorka.
Nerina kiwnęła głową i zaczęła słuchać treningu. Rozkwitający Aster miała nieco inne techniki niż Serdeczna Naparstnica, ale miała bardzo podobną wiedzę. Puszek zastanawiał się, kiedy on sam będzie miał ucznia. Po jakimś czasie Dymówka podeszła do niego powoli ze słabym uśmiechem na pyszczku.
— Tato czy protektorzy są bezużyteczni? — zapytała koteczka, a Nerina zmarszczyła brwi.
— A czy czujesz się bezużyteczna? Przecież tyle się nauczyłaś. Jestem pewna, że również wielu kotom pomogłaś — odparła, przechylając łebek.
Dymówka była cicho tak jakby niezbyt pewna słów rodzica.
— Przydajemy się. Pomagamy wszystkim, bez nas Klan Klifu mógłby skończyć jak Wilczaki — zasugerował z głupim uśmieszkiem i przytulił córkę. — Kto ci takich głupot naopowiadał Dymóweczko? — zapytała.

<Dymówko?>

19 września 2026

Od Ćmiej Łapy CD. Migoczącej Łapy

Ćmia Łapa kątem oka zauważyła niebieskiego pointa, który odskoczył od mysiej żółci. Wielki panicz. Na wyrazie pyska koteczki pojawił się dyskretny uśmieszek. Potem przybrała zdziwiony wyraz i odwróciła się do ucznia.
– Migocząca Łapo, mówiłeś, że umiesz wyciągać kleszcze. Na pewno to wcześniej robiłeś?
Kocur się lekko zezłościł.
– Oczywiście, że to wcześniej robiłem! – oburzył się.
– W takim razie czemu tak zareagowałeś?
– Ponieważ… – Kocur próbował znaleźć jak najmniej upokarzającą odpowiedź. – Jakieś zepsute to musi być, jakieś takie… gęste i w ogóle.
– To nie możliwe, to najnowsza partia. Zobaczę… – zastanowiła się, czy nie zrobił jakiegoś głupiego psikusa, ale nie zrobiłby tego w towarzystwie tak zwanych kotów trzecich.
– Jest idealnej konsystencji i świeżości. Wiem, że to nie zapach kwiatów, ale jeżeli nie zajmiemy się kleszczami, mogą zrobić krzywdę starszym. Proszę, wróć do pracy.
Migocząca Łapa zastanowił się, co zrobić, fuknął i z obrzydzeniem zamoczył mech w żółtej, źle pachnącej cieczy.

~*~

Skończyli. Żaden kleszcz (przynajmniej u Rozświetlonej Skóry i Mniszkowego Nektaru, gdyż wątpiła w to, że kocurek dogłębnie obejrzał Wieczne Zaćmienie) się nie mógł uchować. Niebieski point wyszedł z legowiska starszyzny, naburmuszony. Ćmia Łapa miała nadzieję, że poszło mu w pięty i chociaż trochę ostudzi to jego wredną naturę.
– Chwaście, jeszcze się policzymy.
– A myślałam, że chociaż z tego wyciągniesz lekcję. No ale trudno, dzięki za twoją “pomoc”. Na razie, ego topie! – odmruknęła i poszła do legowiska medyka.
W środku czekały na nią medyczki opiekujące się jej bratem, Firletkową Łapą.
– Witajcie, Jagnięcy Ukłonie i Księżycowa Aldrowando! – przywitała się. – Co u Firletkowej Łapy?
– Coraz lepiej. Pamięta coraz więcej, ale wybudzony jest bardzo przewrażliwiony. Obawiam się, że to może być nie szok, a uszkodzenie pamięci – miauknęła mentorka. – Idź z nim porozmawiać, to mu pomoże.
Młodsza kremowa kiwnęła głową i poszła do niebieskiego. Kocurek leżał w kłębku, a jego bok się unosił i opadał. Gdy podeszła bliżej, kocur podniósł głowę i z zaspanymi oczami popatrzył się na kotkę.
– Siostra? Ćmia Łapa? – mruknął.
Kremowej oczy się zaświeciły szczęściem i wzruszeniem.
– Tak! To ja! Siostra! Ćmia Łapa!
– Ach… – mruknął spokojnie.
– Jak się czujesz? – zapytała.
– Moja łapa… boli. Zły ten kot.
– Jaki kot? – zastrzygła uszami.
– Co mi to zrobił… jak spałem… zły… niedobry…
Kremowa machnęła swym małym ogonkiem w kształcie piórka.
– Firletkowa Łapo, nikt ci tego nie zrobił. Spadłeś z klifu.
– Co? Nie! To był kot… kot! Jak spałem… zrobił mi to!
– Bracie, łapę straciłeś przez wypadek! Z klifu spadłeś!
– WCALE NIE! – zapiszczał. – Tak nie było!
– Dobrze, już dobrze… – uspokoiła go. – Chcesz, abym opowiedziała ci o naszych czasach kocięcych?
– Tak! Proszę! – mruknął.
– A więc, oprócz mnie, mamy i taty masz jeszcze dwie siostry: Mysikróliczą Łapę i Słonkową Łapę. Kiedy byliśmy jeszcze w żłobku, razem się bawiliśmy, śmialiśmy i rozrabialiśmy. Nasza mama mówiła nam wiele świetnych historii, również o ptakach i jak nas wspierają…
Klasyczna opowiadała zielonookiemu powoli i dokładnie różne sytuacje z ich życia, czasami nawet się śmiał, czasami się denerwował, a czasami słuchał jak nawiedzony przez Klan Gwiazdy.
– Później cię przestraszyłam i…
– Ćmia Łapo, Jagnięcy Ukłon cię woła – rzekła zza roślinnej kurtyny Księżycowa Aldrowanda.
– Już idę! – odpowiedziała i wstała.
– Nie! Zostań! Zostań! – Firletka chciał ją zatrzymać amputowaną łapą.
– Nie martw się, Firletkowa Łapo. Później znów do ciebie przyjdę i poopowiadam ci więcej, dobrze?
– Dobrze… – mruknął.
– Pa! – pożegnała się.
– Pa! – odpowiedział.

~*~

Ćmia Łapa wróciła z uzupełniania magazynu. Dzień powoli dobiegał końca, ale nie obyło się bez afer, przy wejściu do legowiska uczniów. Wodospad wszystko zagłuszał, a więc podeszła bliżej. Całe legowisko było puste, pewnie inni uczniowie poszli na treningi... W środku byli tylko Migocząca Łapa i Mysikrólicza Łapa.
– Wzięłaś MOJĄ nornicę. Wiesz, jak ciężko jest zdobyć tak pulchną zwierzynę w czasie Pory Opadających Liści?
– Ale zwierzyna się tuczy na Porę Nagich Drzew. Jest jeszcze dużo zwierzyny, a w dodatku nie pachniała tobą!
– Oddaj mi tę nornicę! – zażądał.
– Nie! Była na stercie i ja ją sobie wzięłam!
– Powiedziałem, oddaj! – Wysunął pazury i otworzył złowieszczo pysk. Szylkretka położyła po sobie uszy.
– Hej! Co robisz? – krzyknęła Ćmia Łapa.
– Nic, w co mogłabyś znowu wsunąć swój wścibski nos, chwaście – warknął.
– Ciebie również mi miło widzieć, Migocie – rzekła ironicznie. – Czemu dokuczasz Mysikróliczej Łapie?
– Gdyż ukradła moją nornicę, która właśnie należy do mnie. Złodziej!
– A niby jakim prawem? Odłożyłeś ją gdzieś na bok!
Mysikrólicza Łapa zmarszczyła brwi, a futro wzdłuż jej karku się uniosło.
– Ona była na stercie, kłamco! – odbiła piłeczkę, obnażając kły w grymasie.
– A upolowałeś ją chociaż? – zapytała się kremowa Migoczącej Łapy.
– Eee… nie, ale nie ma już żadnej jadalnej zwierzyny, a ja nie będę jeść jakiegoś paskudztwa!
Ćma nie wierzyła własnym uszom. Ten kocur doprowadzał ją czasami do szału.

<Migot?>
[745 słów]

Od Słonkowej Łapy do Trójokiego Zająca

Zgromadzenie

Słonkowa Łapa nie potrafiła się pogodzić z faktem, że poszła na zgromadzenie, podczas gdy jej brat musiał wciąż przebywać w lecznicy. To wszystko było takie niesprawiedliwe! Zresztą, niewiele dzieliło ją od tego, by również została w obozie, by dotrzymać swojemu braciszkowi towarzystwa, i by nie musiał żałować, że został w azylu, podczas gdy jego siostry zdobywały nowe znajomości.
Finalnie jednak dotarła na Bursztynową Wyspę, choć starała się trzymać na uboczu i nie wydawać z siebie żadnego dźwięku, jakby naprawdę chciała, by Firletka nie musiał niczego żałować. Jej plany zakończyły się jednak fiaskiem, gdy przypadkiem nadepnęła na czyjś śnieżnobiały ogon.
— Ach! — westchnęła, otwierając szerzej oczy. — Najmocniej przepraszam! Ja n-nie chciałam!
Nieznajomy syknął z bólu i kładąc uszy po sobie, spojrzał na uczennicę.
— Nic się nie stało — uśmiechnął się lekko Wilczak. Wciągnął powietrze w płuca i zastrzygł uchem. — Jesteś z Klanu Klifu, co? — mruknął cicho. — Jak cię zwą? — zapytał.
Słonkowej Łapie kamień spadł z serca, lecz wciąż czuła się trochę zażenowana swoją niezdarnością. Najchętniej już zniknęłaby pośród tłumu, by dotrzymać obietnicy, którą sama sobie ustanowiła, jednak białofutry kocur zaczął coś do niej mówić. Nie mogła go zignorować, rodzice nie tak ją wychowali
— Tak, jestem… — przyznała. — Nazywam się Słonkowa Łapa, a ty? Jesteś chyba z… Klanu Wilka, tak? — kontynuowała niepewnie.
“Po co zadajesz pytania? W taki sposób tylko ciągniesz rozmowę dalej, a miałaś z nikim nie rozmawiać, by Firletce nie było przykro!”— skarciła się w myślach, lecz mimo wszystko było już za późno na cofnięcie tego, co właśnie powiedziała.
Kocur przechylił lekko głowę, mrugając kilkakrotnie.
— Jestem Rozbity Księżyc. Zgadza się, Klan Wilka — odparł. — Jak ci idzie trening? Dobrego masz mentora? — zapytał.
Szylkretka przełknęła głośno ślinę. Przed jej oczami od razu pojawił się obraz Jenociej Kufy, która ciągała ją na treningi nawet wtedy, gdy Słonka była jeszcze kompletnie przybita po wypadku Firletkowej Łapy.
— Wiesz… Czasami nam nie po drodze, ale uważam, że moja mentorka jest… bardzo doświadczona i wie, co robi — stwierdziła, wlepiając wzrok w łapy.
Biały przyjrzał się kotce z zainteresowaniem.
— Hm... To chyba dobrze, co? — miauknął cicho. — Wiesz, chciałbym mieć ucznia. To musi być fajne — uśmiechnął się lekko. — Wszystko dobrze?
Słonkowa Łapa skinęła tylko głową na słowa białofutrego o tym, że to dobrze, że jej mentorka jest doświadczona. “Byłoby jeszcze lepiej, gdyby wiedziała, jak uczyć tak, by jej uczeń faktycznie ją lubił i jej ufał” — pomyślała, lecz nie miała odwagi splamić honoru Jenociej Kufy przed jakimś Wilczakiem. Nawet jeśli ten nawet jej nie znał.
Gdy kocur spytał o jej samopoczucie, Słonka na moment wstrzymała oddech.
— Czy wszystko dobrze? Tak, tak… Jak n-najbardziej — odparła, unosząc na niego wzrok i uśmiechając się słabo. — To znaczy… ostatnio wydarzyło się coś niedobrego, ale jakoś sobie… radzę — dodała, natychmiast kładąc po sobie uszy. Czy powinna dzielić się taką informacją z tym kocurem?
— Jeśli mogę spytać...to, co się stało? — przechylił lekko głowę. — Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz, zrozumiem to — dodał zaraz, wyjaśniając.
Przez moment szylkretka zastanawiała się, czy chce opowiedzieć białofutremu o wypadku Firletkowej Łapy, lecz wtem po wyspie rozległ się głos Mandarynkowej Gwiazdy, która zaczęła przemawiać. Dopiero gdy skończyła, Słonka spojrzała znów na Wilczaka.
— Może… może Lśniąca Gwiazda coś o tym wspomni. Nie wiem… ale… muszę już iść — mruknęła i, nie czekając na reakcję nieznajomego, zniknęła gdzieś w tłumie, by nie musieć dłużej przeprowadzać interakcji z innym kotem.

* * *

Teraźniejszość

Od ostatniego czasu czuła się już lepiej. Firletkowa Łapa zdawał się powoli dochodzić do siebie, a przede wszystkim wciąż żył, więc Słonka była wypełniona nadzieją, że kocur jeszcze donikąd się nie wybierał. Nie była pewna, czy będzie w stanie kontynuować swoje szkolenie na wojownika, lecz cieszyła się, że wciąż mógł stąpać po tej samej ziemi co ona. I nawet jeśli Lśniąca Gwiazda zdecyduje się uczynić z niego na wieczność starszego, to i tak będzie go kochać i regularnie odwiedzać! Po prostu nie mogła się doczekać, aż kocur w końcu opuści lecznicę i już nie będzie musiał przebywać wśród gryzącego zapachu tych wszystkich ziół, jak i okazjonalnie chorób, gdyż oprócz Firletki w legowisku medyków często przebywały także koty z katarem czy jakimś kaszlem. Ogólnie rzecz biorąc — lecznica nie była miejscem, w którym jakiś kot, który nie jest medykiem, chciałby przebywać na co dzień. Właśnie dlatego szylkretka miała nadzieję, że już niedługo Firletka przestanie potrzebować ciągłego nadzoru Jagnięcego Ukłonu, Księżycowej Aldrowandy i Ćmiej Łapy oraz że wreszcie będzie mu dane przenieść się gdzieś indziej.
Pewnego dnia, chcąc uczcić to, jak silny był niebieski kocur, Trójoki Zając, Kukułczy Wdzięk, Mysikrólicza Łapa i Słonkowa Łapa wspólnie postanowili wybrać się na rodzinny spacer. W czwórkę mieli przejść się po terenach Klanu Klifu, by wreszcie nacieszyć się swoją obecnością w miejscu innym niż lecznica. Szylkretka nie mogła doczekać się tego wypadu, mimo iż najpewniej podczas niego pozostanie cicho. Nie lubiła się odzywać, nawet wtedy, gdy była razem z rodziną. Wolała po prostu nasłuchiwać tego, co inni mieli do powiedzenia. Na szczęście jej rodzice nigdy nie próbowali na nią naciskać, by się do nich odzywała, dzięki czemu takie spacery były dla niej naprawdę komfortowe.
Miała też nadzieję, że podczas tego spaceru jej tata trochę się rozluźni, bo zauważyła, że to chyba jemu najciężej było funkcjonować po wypadku syna. Być może czuł się winny za to, co się wydarzyło? Z tego, co słyszała Słonka, Firletka spadł z klifu podczas spaceru z rodzicami. Nie byłoby więc dziwne, gdyby Trójoki Zając winił się za niedopilnowanie niebieskiego. Szylkretka miała nadzieję, że kremowy szybko zrozumie, iż nie wszystko w życiu da się przewidzieć i skontrolować.
Dopiero co wzeszło słońce, a Słonka już siedziała na swoim posłaniu, niemal gotowa do wyruszenia na zewnątrz. Umówili się, że wspólnie przejdą się z samego ranka, gdyż później Słonkowa Łapa i Mysikrólicza Łapa będą musiały iść na trening. Wkrótce uczennica zadecydowała, że obudzi również swoją siostrę, by ta zdążyła się przygotować. Trochę obawiała się, że liliowa będzie zła za przerwanie jej snu, ale mimo wszystko zależało jej na tym, by wyruszyć na spacer jak najszybciej. Już nie mogła się doczekać, aż poczuje w swoim futrze rześki wiatr i będzie mogła przyjrzeć się porannej mgle. Słonkowa Łapa uwielbiała taką pogodę, jaka panowała teraz — przynajmniej ze względu na jej wygląd. Szylkretka nie lubiła chłodu, ale podobały jej się ponure krajobrazy.
— Psst, Mysikrólik! — szepnęła do ucha siostrze, gdy już do niej podeszła. — Zaraz wychodzimy na spacer, musisz wstać! — dodała, lecz tym razem trochę mniej śmiało, gdyż szylkretka już drgnęła, co oznaczało, że powoli zaczynała się wybudzać!
W końcu liliowa sennie otworzyła oczy, lecz gdy tylko jej wzrok napotkał pysk Słonki, nieznacznie zmarszczyła brwi.
“Może akurat śniło jej się coś fajnego?” — pomyślała szylkretka, po czym odsunęła się nieco od siostry. Może powinna zaczekać, aż Kukułczy Wdzięk i Trójoki Zając się obudzą, nim postanowi zbudzić Mysikrólik?
— Czemu mnie budzisz? — mruknęła w końcu liliowa, wzdychając ciężko i przewracając się na drugi bok.
— Nie pamiętasz? — odparła od razu Słonka, po czym odchrząknęła. — No… mieliśmy iść z rodzicami na spacer. Dzisiaj, rano — wyjaśniła spokojnie.
Mysikrólik z pewnością również pamiętała o tym spacerze, tylko najwidoczniej potrzebowała jeszcze chwili, by porządnie się rozbudzić.
— Tak wcześnie? — prychnęła, wyraźnie sfrustrowana.
Słonkowa Łapa przełknęła ślinę. Czy zrobiła coś złego? A może jej siostra znowu miała jakiś zły humor? Od wypadku Firletkowej Łapy faktycznie stała się bardziej nerwowa. Irytowała się znacznie szybciej niż niegdyś, a niekiedy potrafiła rzucić w stronę Słonki jakimś niepochlebnym słowem. Mimo to uczennica nie miała jej tego za złe. Wiedziała, że Mysikrólik mogła po prostu nie radzić sobie z katastrofą, jaka spotkała ich rodzinę — podobnie zresztą jak Trójoki Zając.
Nawet jeśli niektóre zachowania liliowej raniły ją samą, nie potrafiła gniewać się na nią zbyt długo. W końcu to nie ona zdecydowała o tym, że Firletkowa Łapa stracił łapę.
— Tak się umawialiśmy… — mruknęła w końcu cicho, po czym wzięła głęboki wdech i ruszyła w stronę wyjścia z legowiska uczniów. — Będę czekać w centrum… — oznajmiła, wychodząc.
Przysiadła niedaleko wyjścia i wlepiła wzrok w kamienną posadzkę. Wsłuchiwała się w szum wodospadu, próbując nie dopuścić do siebie żadnych konkretnych myśli. Nie chciała teraz o niczym rozmyślać. Pragnęła po prostu przez kilka uderzeń serca nacieszyć się spokojem.
Trwało to jednak tylko do momentu, aż po azylu rozległ się odgłos kroków. Słonka od razu uniosła głowę i omiotła wzrokiem cały obóz, aż w końcu jej spojrzenie spoczęło na dwóch sylwetkach — jednej kremowej, drugiej szylkretowej. Trudno było nie rozpoznać w nich Trójokiego Zająca i Kukułczego Wdzięku.
Słonkowa Łapa uśmiechnęła się nieznacznie i podniosła z miejsca, by do nich podejść.
— Już nie śpisz? — odezwała się Kukułka. — Myślałam, że będziemy was musieli za uszy wyciągać z legowisk — dodała nieco żartobliwie, choć w jej oczach wciąż widniał smutek. Od wypadku Firletki był on w ślepiach matki zakorzeniony tak głęboko, że nawet kiedy Kukułka z pozoru wyglądała na szczęśliwą, jej oczy zawsze sprawiały wrażenie wręcz zgaszonych.
— Nie ma takiej potrzeby… — odparła Słonka. — Obudziłam też Mysikrólik. Za chwilę powinna tu przyjść.
Kukułczy Wdzięk spojrzała na Trójokiego Zająca, po czym ponownie przeniosła wzrok na córkę i skinęła głową.
— Często budzisz się tak wcześnie? — spytała wojowniczka, wciąż zdziwiona tym, że jej córka była już na nogach wcześniej niż ona.
Słonka wzruszyła ramionami, jakby miała zamiar zbyć to pytanie, lecz zaraz potem westchnęła ciężko.
— Właściwie to tak — przyznała posępnie, nieznacznie kładąc po sobie uszy. — Nie wiem, czemu tak jest, ale przynajmniej Jenocia Kufa nie musi się na mnie denerwować z samego rana, prawda? — dodała, ponownie posyłając matce uśmiech.
Kukułce jednak nie było do śmiechu. Zamiast tego jej pysk wyraźnie spoważniał, a w spojrzeniu pojawiła się troska.
— A czy w ciągu dnia czujesz się potem senna? Jeśli tak, to może po powrocie do obozu wpadniemy do Ćmiej Łapy, żeby coś na to zaradziła? Na pewno medyczki mają na to jakieś zioło — zaproponowała.
Uczennica miała już otwierać pysk, by odpowiedzieć matce, lecz wtem przed oczami pojawiła jej się sylwetka siostry. Mysikrólik wciąż wyglądała na zaspaną, jej futro było zmierzwione, a pysk przybrał nieco naburmuszony wyraz.
Jej kroki od razu przyciągnęły uwagę Kukułki i Zająca. Szylkretka zamknęła pyszczek, który jeszcze przed chwilą miała rozdziawiony, i również skupiła całą uwagę na siostrze. Nim ktokolwiek zdążył się odezwać, ze skalnych półek, na których spali wojownicy, zeszli Drzemiące Słońce, Morświnowa Płetwa i Słoneczne Oko, kierując się na poranny patrol. Gdy końcówki ich ogonów zniknęły poza azylem, stało się jasne, że Słonka i jej rodzina wreszcie mogą wyruszyć na spacer.
— Idziemy? — spytała Mysikrólik, wpatrując się w wodospad.
— Idziemy — oznajmiła Kukułczy Wdzięk, po czym wraz z Trójokim Zającem ruszyła w stronę wyjścia.
Słonkowa Łapa podążyła tuż za matką, niemal się od niej nie odrywając, jakby obawiała się, że za chwilę jakimś nieszczęśliwym trafem sama znajdzie się na krawędzi klifu. Trójoki Zając również wyglądał na wyraźnie spiętego, gdy opuszczali obóz. Słonka dostrzegła, jak napinają się jego mięśnie, a w oczach pojawia się znajomy ból. Obecne okoliczności były niemal identyczne z tymi, w których doszło do wypadku Firletkowej Łapy.
Może wcale nie powinni byli wybierać się na spacer z samego rana? Może rozsądniej byłoby przełożyć go na późniejszą porę, kiedy Słonka i Mysikrólik wrócą już z treningu? Teraz jednak nie było już sensu tego roztrząsać. Cała czwórka maszerowała przed siebie w milczeniu, a atmosfera między nimi z każdą chwilą stawała się coraz cięższa. Nie dlatego, że żywili wobec siebie jakiekolwiek negatywne uczucia, lecz dlatego, że czegoś — a właściwie kogoś — wyraźnie im brakowało. Nie licząc oczywiście Ćmiej Łapy, która nie miała dziś zbyt wiele czasu, by do nich dołączyć.
Szylkretka liczyła na to, że w końcu któreś z nich zdecyduje się odezwać i w jakiś sposób rozluźni atmosferę, lecz taka chwila nie nadeszła. Wszyscy stawiali kolejne kroki w zupełnej ciszy, jakby zamiast na zwyczajny rodzinny spacer zmierzali właśnie na czyjś pogrzeb. Słonka z jednej strony cieszyła się, że nie musi wysilać się na uczestniczenie w rozmowie, z drugiej jednak ta cisza zaczynała ją coraz bardziej uwierać. Było w niej coś niepokojącego. Jakby stanowiła ostateczne potwierdzenie tego, że przez Firletkę ich rodzina zmieniła się już na zawsze i od jego wypadku nic nie mogło wrócić do dawnego stanu.
Nim Słonka się obejrzała, dotarli w okolice rzeki. Szylkretka szła z głową lekko spuszczoną, natomiast Mysikrólik rozglądała się na boki, idąc z tyłu swojej siostry. Trójoki Zając maszerował kilka kroków przed nimi i uparcie wpatrywał się w przestrzeń przed sobą.
Nagle zatrzymał się tak gwałtownie, że Słonka niemal na niego nie wpadła.
— Nie patrzcie! — wydusił z siebie prędko.
Było jednak za późno.
Słonka podniosła wzrok i dostrzegła w oddali rudą plamę. Przez pierwszą chwilę nie potrafiła nawet zrozumieć, na co patrzy. Dopiero po kilku uderzeniach serca dotarło do niej, że między śliskimi kamieniami prowadzącymi na drugą stronę rzeki zaklinowane było ciało kota. Natychmiast zebrało jej się na wymioty.
Rudofutry kot był pokryty ranami, przez co na pierwszy rzut oka trudno było w nim rozpoznać dawniej żywą istotę. Szylkretka nie potrafiła pojąć, że te bezwładne ciało, którym teraz poruszał nurt rzeki, jeszcze jakiś czas temu musiało chodzić po ziemi, polować, walczyć i rozmawiać z innymi kotami. Musiało mieć własne życie, własne wspomnienia i własnych bliskich. Teraz jednak pozostało po nim tylko... to.
Słonka natychmiast odwróciła wzrok. Nie chciała już na to patrzeć ani nawet próbować wyobrażać sobie, kim był ten kot. W rzeczywistości wpatrywała się w niego zaledwie przez kilka uderzeń serca, lecz miała wrażenie, jakby minęła cała wieczność. Czym prędzej zrobiła krok w tył, ustawiając się tak, by zasłonić siostrze widok na to, co znajdowało się między kamieniami.
— Idźcie… do obozu — poradził po chwili Trójoki Zając.
Słonka skinęła głową, po czym przełknęła ślinę i odwróciła łeb w stronę Mysikrólik.
— Odwróć się i wracajmy, s-szybko — rozkazała.
Pysk liliowej szylkretki wygiął się w dziwnym grymasie, jednak już po chwili kotka odwróciła się i zaczęła zmierzać w stronę azylu. Słonka poczuła, jak kamień spada jej z serca. Cieszyła się, że jej siostra posłuchała zarówno ojca, jak i jej samej i nie postanowiła przekonać się na własne oczy, co takiego zobaczyli.
— Co tam było? — zapytała, gdy znalazły się już nieco dalej od rodziców.
— N-nie wiem… nie zauważyłam niczego — odparła Słonka, jednak zaraz potem Mysikrólik stęknęła.
— Nie kłam! Masz minę jak przybity szczeniak — zauważyła szylkretka, nieznacznie marszcząc brwi. — Co to było? Łapa Firletki? A może… jakiś trup? — drążyła dalej, delikatnie zadzierając brodę.
— Mhm… — mruknęła Słonka, wbijając wzrok w ziemię.
— Mhm co? — Mysikrólik nie zamierzała jej odpuścić.
Co ją ugryzło? Dlaczego tak bardzo zależało jej na tym, by się dowiedzieć?
— Trup… Zobaczyłam trupa — przyznała w końcu niebieska, wiedząc, że inaczej liliowa cały czas będzie zasypywała ją pytaniami.
Po tych słowach młodsza siostra ucichła, jakby nagle wyrwano jej język.
Słonka myślała, że reszta podróży minie im w milczeniu, jednak po jakimś czasie dołączyła do nich ich matka. Szylkretka chciała ją spytać, gdzie teraz był tata, lecz ostatecznie się powstrzymała. Może ten martwy kot był kimś, kogo Trójoki Zając znał? Tylko dlaczego miałby znajdować się na terenach Klanu Klifu? A co, jeśli to nie był żaden samotnik, tylko jakiś członek klanu? Co, jeśli była to na przykład… Jajeczna Skorupka?
Szylkretka przełknęła ślinę i postanowiła skupić się na dźwięku, który rozlegał się w jej uszach za każdym razem, gdy stawiała kolejny krok w błocie. W ten sposób udało jej się dotrzeć do azylu bez poczucia, że serce zaraz wyrwie jej się z piersi, a żołądek zrobi fikołka. Nie chciała nawet myśleć o tych wszystkich czarnych scenariuszach, bo zawsze przyprawiało ją to o nerwy. Zamiast tego udała się do legowiska uczniów, by zwinąć się w kulkę na swoim posłaniu i zasnąć.

* * *

Jej drzemka nie trwała zbyt długo, gdyż szybko przerwała ją Jenocia Kufa, chcąca zabrać Słonkę na trening. Niestety, luźniejsze traktowanie szylkretki ze strony Jenot ze względu na wypadek w rodzinie zdążyło już odejść w zapomnienie, a wojowniczka ponownie stała się tą samą surową i wymagającą nauczycielką co wcześniej. Słonka, choć wciąż miewała gorsze dni, starała się zachowywać tak jak dawniej. Nie chciała sprawiać problemów Jenociej Kufie, a przede wszystkim swoim rodzicom. Kukułka i Zając mieli już wystarczająco dużo na głowie, by dodatkowo przejmować się treningiem swojej najstarszej córki.
Słonkowa Łapa właśnie kierowała się wraz z wojowniczką w stronę wyjścia, gdy nagle dostrzegła swojego ojca. Trójoki Zając wyglądał na zmęczonego, a może wręcz przybitego. Jego łapy i brzuch były subtelnie zabarwione na kolor brązowy, jakby kocur niemal po łokcie zanurzał się w ziemi i nie zdołał później dokładnie oczyścić futra. Czy ubrudził się tak wyłącznie podczas przemierzania terenów Klanu Klifu, czy może przez cały ten czas kopał grób dla znalezionego kota? Sama myśl o tym sprawiła, że Słonka poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku.
Gdy szylkretka przechodziła obok niego, zatrzymała się na moment i nawiązała z nim kontakt wzrokowy. Kocur również stanął i przez kilka uderzeń serca oboje trwali w bezruchu, wpatrując się w siebie w milczeniu. Jenocia Kufa tymczasem oddalała się coraz bardziej od azylu. Słonka nie wiedziała, co powinna powiedzieć. W jej głowie wciąż tkwiło te samo pytanie, którego nie odważyła się wcześniej zadać. Czy tata wiedział, kim był martwy kot?

<Tato?>

[2759 słów]

Nowa członkini Pustki!

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zabicie przez Tropiącą Łaskę

Odeszła do Pustki!

Od Kocimiętkowego Wiru do Iglastej Łapy

Choć cieszyła się z tego, że Ognikowa Słota została Matką Kultu i wspinała się w hierarchii, to niekiedy, a zwłaszcza teraz, czuła się samotna. Żłobek przepełniony był kociętami, a tak właściwie to całą ich jedenastką. Zjawa, Bryzka, Skowronek, Nicość, Ślepowron, Noc, Niedźwiedź, Wodnik, Smuklik, Agrest i Aronia — oni wszyscy musieli zostać wychowani w wierze w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd. Szylkretowa mistrzyni miała łapy pełne roboty, próbując każdemu kociakowi z osobna wpoić, jak cudowną liderką jest Zalotna Gwiazda i jak ważna jest wiara w Mrocznych Przodków. I choć Kocimiętkowy Wir wiedziała, że jej partnerka świetnie odnajduje się w swojej roli i cieszy się z dzielenia się swoimi wierzeniami, to powoli zaczynało jej brakować ich wspólnych spacerów i polowań. Już dawno nie śmiała się wraz z mistrzynią, trzymając w zębach tłustego królika. Kiedyś ich wypady były niemal codziennością, a teraz Ognikowa Słota wieczory spędzała na opowiadaniu młodzikom bajek o potężnych przodkach.
Przecież powinna się cieszyć, prawda? Była zachwycona, że Klan Wilka rósł w siłę i zyskiwał obiecujących członków, lecz czy musiał robić to kosztem miłości dwóch kotek? Ciekawe, czy Słota również tęskniła za częstymi spotkaniami ze swoją partnerką, czy może była zbyt zajęta jedenastką szkrabów, które kleiły jej się do łap. Rudofutra bardzo chciałaby ją o to spytać, lecz żeby to zrobić, musiałyby się najpierw jakoś złapać, a szylkretka niemalże nie wychodziła z kociarni.
Z drugiej strony to Kocimiętka mogłaby ją odwiedzić, ale czy na pewno chciała to robić? W żłobku pewnie nawet nie było tyle miejsca, by się w nim zmieściła! Pszczeli Rój, Kwaśna Kocanka, Jesionowa Szadź, Miodowy Ul i Ognikowa Słota pewnie dyszeli sobie nawzajem na karki, będąc ściśniętymi tak blisko siebie! Choć może nie było tam aż tak źle. W końcu w legowisku wojowników jakoś wszyscy na spokojnie się mieścili. W takim razie Kocimiętka może faktycznie mogłaby złożyć wizytę swojej ukochanej? A może powinna czekać, aż Ognikowa Słota sama wyjdzie z inicjatywą, by zabrać ją na jakiś spacer i porozmawiać? Ciekawe, jak długo zajmie jej przypomnienie sobie o tym, że ma partnerkę, bo jak na razie chyba wydawało jej się, że świata poza uczeniem kociąt o wilczackich zwyczajach i tradycjach nie było. Zastanawiała się tylko, czy nie była okrutna, wystawiając kocicę na takie próby. Może jednak nie powinna testować tego, jak długo zajmie kotce, by do niej zagadać? Były w końcu partnerkami, więc jeśli Kocimiętka miała jakiś problem ze Słotą, powinna jej to zakomunikować.
Nieważne. Sama przecież miała teraz dużo na głowie. Może dobrze im zrobi chwila przerwy od siebie nawzajem. Musiała się skupić przede wszystkim na tym, by wyśmienicie wyszkolić swojego syna i ucznia zarazem — Iglastą Łapę. Dymny nie mógł lepiej trafić w życiu. Przyszedł na świat jako wnuk przywódczyni, a także syn dwóch mistrzyń i Matki Kultu jednocześnie. W dodatku za mentorkę otrzymał jedną ze swoich mam. Czy mogłoby być lepiej? Choć… to niesprawiedliwe, że Iglak pławił się w takich luksusach, podczas gdy koty takie jak Garbata Łapa były tylko pośmiewiskami. Czekoladowy kocur nie urodził się słaby z wyboru. Czy tak powinno to wyglądać? Czy coś, na co nikt nie ma wpływu, powinno decydować o reszcie życia kota? Kocimiętkowy Wir uważała, że zarówno Iglak, jak i Garbatek powinni mieć równe szanse na to, by stać się kimś ważniejszym. Ale żyła przecież w Klanie Wilka. Tu nie było miejsca na takie przemyślenia.
By odciągnąć swoją uwagę od tego, co działo się w Klanie Wilka, postanowiła do kogoś zagadać. Nie musiała się długo zastanawiać, z kim mogłaby zamienić kilka zdań, gdyż jej oczom ukazała się ruda sylwetka kota, który był Kocimiętce bardzo znajomy. Nie była to jednak Makowa Iluzja. Znajoma sylwetka była masywna, a to właśnie Dynia była znacznie bardziej umięśniona niż jej córka.
— Mamo! — zawołała mistrzyni, podchodząc do kotki szybkim krokiem. — Co powiesz na jakiś krótki spacer? — zaproponowała, zbliżając się do starszej. Teraz starała się nieco odnowić z nią kontakt, ponieważ ostatnimi czasy nie zdarzało jej się z nią często rozmawiać. Co prawda udało jej się z nią pokonwersować jakiś czas temu, a także wkręcić w tę rozmowę Koszmarną Łapę, lecz przedtem rozmawiały ze sobą jedynie sporadycznie.
— Hej, Kocimiętko — przywitała się wpierw rudofutra. — Byłabym głupia, gdybym własnej córce odmówiła spaceru! Tym bardziej że kości już nie te same, a pysk coraz to siwszy. Kto wie, za ile księżyców Zalotna Gwiazda pośle mnie do legowiska starszyzny… — zażartowała, na co mistrzyni zrobiła nadąsaną minę.
— Nawet tak nie mów! Jesteś dopiero w kwiecie wieku, mamo. Nigdzie się nie wybierasz! — uparła się, pewna swoich słów.
Dyniowa Skórka przewróciła oczami i powolnym krokiem skierowała się w stronę wyjścia z azylu. No tak. Przecież miały iść na spacer.
— Daj spokój — odparła w końcu starsza. — Kiedyś w końcu trzeba jakoś odejść, prawda? Ja już wychowałam dwie wspaniałe córki, doczekałam się nawet wnuków! Powiedz mi, Kocimiętko, czego tu chcieć więcej od życia? — kontynuowała, wcale nie uspokajając swojej córki.
— Nie! Jeszcze nie zemściłyśmy się na ojcu, więc nie możesz umierać — mówiła dalej. — Razem go odnajdziemy, gdziekolwiek jest, i tak go poturbujemy, że go własna matka nie pozna! Co ty na to, mamo? — rzuciła żartobliwie, próbując jakoś zmienić temat.
— Czy ja wiem, czy to konieczne? Myślę, że on żałuje tego, jak się zachował. I myślę, że poczucie winy, które go zżera, jest dla niego większą karą niż rany zadane przez pazury czy kły — stwierdziła, co dla Kocimiętki zabrzmiało bardzo mądrze. Jej matka zawsze miała rację — poza momentami, w których twierdziła, że jest już gotowa na odejście — więc może naprawdę Królik męczył się teraz przez to, jak zachował się w przeszłości?
— Mam nadzieję! Chyba bym go udusiła, gdyby teraz żył sobie w spokoju po tym wszystkim, co zrobił — odparła, strzepując ogonem. — Choć to nie tak, że jego głupota jakoś bardzo na nas wpłynęła, prawda? Co nas interesuje jakiś mysi móżdżek! To jego strata, że nie mógł obserwować, jak ja i Mak dorastamy, a potem jak zostajemy wojowniczkami, a ja mistrzynią… — westchnęła, lecz po chwili pokręciła głową.
Ta rozmowa schodziła na złą drogę.
— Nieważne! Może porozmawiamy o czymś… pogodniejszym? No, mogę się na przykład pochwalić, że całkiem dobrze mi idzie trening z Iglastą Łapą. Lepszego ucznia nie mogłam dostać! — oznajmiła, uśmiechając się szeroko. — Musisz go w końcu poznać, bo jeszcze z nim chyba nie rozmawiałaś… Ale na to przyjdzie jeszcze czas. Zamroczoną Łapę też ci muszę przedstawić, koniecznie! — oznajmiła. Podczas poprzedniego spotkania również o tym rozmawiały, lecz co począć. Kocimiętka odczuwała potrzebę zmiany tematu, a to była pierwsza rzecz, która przyszła jej do głowy.
— Oj, wiem, Kocimiętko. Już to mówiłaś — zaśmiała się Dynia. — Ale w tym tempie to faktycznie nigdy nie zorganizujemy tego spotkania rodzinnego — dodała, po czym zamilkła na chwilę. — W takim razie może jutro? Jak Koszmarna Łapa i Zamroczona Łapa wrócą już z treningu — zaproponowała.
Mistrzyni poruszyła wąsami z zadowolenia.
— No pewnie! Im szybciej, tym lepiej — mruknęła. — Ach, nie mogę się już doczekać!
Starsza zaśmiała się cicho pod nosem.
— Tak, ja również.

* * *

W nocy

Kocimiętkowy Wir została wybrana na wartę, lecz wiedziała dobrze, że nie przyjdzie jej spędzić całej nocy na pilnowaniu obozu. Tej nocy miało się odbyć polowanie na samotników, a ona nie zamierzała go przegapić. Była w końcu częścią kultu i musiała uczestniczyć w jego obrzędach. Szkoda tylko, że jej partnerka musiała pilnować kociąt w żłobku i nie była w stanie udać się na polowanie wraz z Kocimiętką. Gdyby tak się stało, może wspólnie udałoby im się zwabić jakiegoś samotnika, tak jak robiły to już nieraz! Rudofutra doceniała te chwile spędzone w towarzystwie drugiej mistrzyni. To było takie zabawne, gdy wspólnie przekonywały nieznajomego kota o tym, że są w stanie dać mu lepsze życie. Kocimiętka czuła się wtedy, jakby się bawiły. Jakby ten samotnik wcale nie był żywym, czującym kotem, a jedynie pionkiem.
Uszy mistrzyni nagle stanęły na sztorc. Jej uwagę skupiły szmery dobiegające z azylu, prędko rozpraszając jej myśli. Pręgowana szybko wzrokiem przemierzyła skąpaną w świetle księżyca polanę, w końcu dostrzegając na niej nikłe zarysy kocich sylwetek. Było ich coraz więcej. Niemal bezszelestnie przemieszczały się w jej stronę, instynktownie wzbudzając w niej niepokój. Wiedziała jednak, że to kultyści, których była częścią, i że nie zrobią jej krzywdy. Odetchnęła z ulgą, po czym odczekała, aż ostatni członek sekretnej społeczności opuści azyl. Dopiero wtedy podniosła się z miejsca i zaczęła podążać za nimi na miejsce, w którym zazwyczaj się rozdzielali, by wytropić samotników, którzy tej nocy nieszczęśliwie błąkali się na terenach łowów.
Z racji nieobecności Ognikowej Słoty rudofutra postanowiła zapolować na bezklanowca bez niczyjej pomocy. Wolała, rzecz jasna, robić to u boku partnerki, lecz skoro jej nie było, mogła zrobić to i samodzielnie. Zresztą, to właśnie tak zazwyczaj polowali kultyści. Łowy w parach zdarzały się trochę rzadziej, mimo że były równie akceptowalne. Nieważne. Zielonooka musiała się teraz skupić na tym, by wytropić jakąś ofiarę. Była w końcu jedną z najbardziej zaufanych członkiń kultu, toteż przyniosłaby sobie wstyd, gdyby niczego, a właściwie to nikogo, nie złapała.
Na szczęście nie musiała węszyć zbyt długo. Już po kilku uderzeniach serca do jej nozdrzy dotarł świeży zapach samotnika. Był jeszcze nieświadomy tego, że właśnie stał się celem Kocimiętkowego Wiru, która nie zamierzała puszczać go wolno… Od tej chwili był już ofiarą. Czekała go nieuchronna śmierć z łap kultystki. Nieważne, jak szybko będzie biegł i jak sprawne uniki będzie robił, i tak skończy jako podarek dla Mrocznych Przodków.
Kocimiętkowy Wir zaczęła podążać jego tropem, przedzierając się przez krzewy i lawirując między gęsto rozłożonymi pniami iglaków. W końcu zatrzymała się przed jednym z krzaków, gdy do jej uszu dotarło czyjeś ciche podśpiewywanie. Ostrożnie wysunęła pysk zza ukrycia, w ciemności próbując namierzyć samotnika. Szybko spostrzegła, że był to kocur. Nadzwyczaj nieostrożny. Pałętał się samotnie w lesie, a w dodatku strasznie hałasował. Miał półdługie, lejące się futro w brązowym kolorze, poprzecinane tygrysimi pręgami. Jego łapy, brzuch i szyja splamione były bielą, a pomarańczowe oczy lśniły w mroku. Kocimiętka musiała przyznać, że był całkiem urodziwy, a ponadto w podobnym wieku co ona. Szkoda, że już za moment przyjdzie mu umrzeć.
Wyprostowała się i przywdziała zmartwiony wyraz pyska. Starała się wyglądać najłagodniej, jak tylko potrafiła. Nie zamierzała w końcu uciekać się do przemocy, tak jak wtedy, gdy przyszło jej zapolować na samotnika po raz pierwszy. Nie chodziło o to, by ofiarę zmusić tylko i wyłącznie siłą. Równie dobrze było spróbować przekonać ją samymi słowami, by podszkolić się w sztuce perswazji.
— Hej… — przywitała się nieśmiało, podchodząc do kocura.
Ten wzdrygnął się na dźwięk jej głosu i od razu przestał nucić. Stanął w bezruchu, jeżąc futro i wlepiając wyłupiaste oczy w rudofutrą.
— Wybacz, nie chciałam cię przestraszyć! — dodała szybko, nieznacznie chyląc przed nim głowę. — Poszłam tylko na nocny spacer i… przypadkiem wpadłam na twój trop. Trochę mnie zmartwiło to, że jakiś kot błąka się sam po lesie w nocy — wyjaśniła spokojnie. — To niebezpieczne, wiesz?
Czekoladowy odwrócił od niej wzrok, trochę skołowany.
— Przepraszam… Zaraz stąd pójdę — odparł, już wykonując krok w tył.
— Nie, nie! — miauknęła Kocimiętka, nie chcąc, by ofiara uciekła jej sprzed nosa. — Nie musisz odchodzić. Właściwie to… myślałam, żeby zaoferować ci schronienie u mnie — dodała, znowu uśmiechając się do kocura troskliwie. — Tak jak mówiłam, w nocy po lesie błąka się dużo drapieżników. Na twoim miejscu dałabym sobie pomóc… — wyjaśniła.
Widać było, że samotnik wciąż się waha, co trochę frustrowało mistrzynię. Chciała mieć to już za sobą.
— No nie wiem… A co z moim bratem? Nie chcę go zostawiać — zauważył.
Kocimiętka przez chwilę myślała nad odpowiedzią, aż w końcu machnęła łapą.
— Nie martw się. Rano po niego pójdziesz, a ja mogę zrobić to razem z tobą. Wiesz, wydajesz się… całkiem silny — przyznała, podchodząc do niego bliżej i uważnie obserwując jego pysk. — Myślę, że ty i twój brat znajdziecie u mnie swoje miejsce. Wiesz, żyję jeszcze z kilkoma innymi kotami. Wspólnie dla siebie polujemy, pomagamy sobie. Chyba nie wiesz nic o ziołach, prawda? — spytała, przekręcając głowę.
— Nie, nie… — wydusił z siebie czekoladowy. — Nie znam się na roślinach i, no… chorobach… — wyjaśnił, wciąż trochę zmieszany.
— W takim razie co zrobisz, jeśli twój brat zachoruje? — spytała, po czym zamilkła na moment.
Kocur nie odpowiedział. Wlepił jedynie wzrok w swoje własne łapy.
— Moja skromna grupa posiada w swoich szeregach aż dwójkę kotów, którzy potrafią leczyć. Gdybyś do nas dołączył wraz ze swoim bratem, nie musiałbyś się więcej martwić o to, że kiedyś złapie was zielony kaszel i będziecie skazani na rychłą śmierć — przekonywała go dalej.
Nieznajomy prychnął.
— Na pewno jest jakiś haczyk — odparł, ponownie odsuwając się od Kocimiętki. — Nie ma szans, że chcesz mi udzielić schronienia tak zupełnie za darmo, prawda…?
Rudofutra zaśmiała się cicho pod nosem. Jej śmiech poniósł się po lesie niczym lekki podmuch wiatru.
— Oczekuję od was tylko tego, że będziecie sumiennie wykonywać swoje obowiązki. Będziecie codziennie wychodzić na patrole, by złapać kilka piszczek. Czy to naprawdę tak dużo? Ponadto byłabym bardziej niż zachwycona, gdybym mogła poznać cię nieco bliżej… — oznajmiła. — Nie daj się prosić… To może być jedyna taka szansa dla ciebie i twojego brata. No, chyba że wolicie codziennie ryzykować własnym zdrowiem, żyjąc na własną łapę.
Po postawie samotnika i jego wyrazie pyska można było wywnioskować, że powoli przekonywał się do propozycji rudofutrej. Jego futro powoli przylegało do ciała, a mięśnie się rozluźniały.
— Cóż… jedna noc spędzona u was chyba mi nie zaszkodzi. Ale obiecaj, że nie będziesz mnie zatrzymywać, jeśli rano zechcę odejść i nie dołączę do was — miauknął, poruszając nerwowo ogonem.
— Obiecuję. Jeśli uznasz, że wraz z bratem nie jesteście stworzeni do takiego życia, to droga wolna. Będziecie mogli odejść, kiedy tylko chcecie, choć… wolałabym, byś dał mi — a także nam — szansę.
Czekoladowy uniósł jedną brew, przenosząc wzrok na zielonooką.
— Nam? — dopytał.
— Nam, to znaczy mi i mojej grupie, oczywiście — odrzekła, po czym puściła kocurowi oczko. — W takim razie nie ma na co czekać! Chodź za mną, zaprowadzę cię do naszego obozu. Zaraz jeszcze znajdą nas jakieś lisy czy wilki, a tego byśmy przecież nie chcieli… — wyjaśniła, żwawym krokiem ruszając w stronę miejsca zbiórki kultystów.
— Tak, tak. A tak w ogóle… jak masz na imię? — zagaił czekoladowy, doganiając kotkę.
— Kocimiętka! — odparła wesoło. — A ty?
— Kocimiętka? Ładne imię — odparł, powoli przekonując się do pręgowanej. — Ja nazywam się Daniel.
Mistrzyni przez moment dreptała w ciszy, aż w końcu przypomniało jej się, że kocur wspominał o bracie. Z grzeczności wypadałoby dopytać również o niego.
— A twój brat? Jak on się nazywa? — zapytała, zgrywając szczerze zainteresowaną.
— Łosiek! I… mieliśmy też siostrę, nazywała się Sarna. Tylko pewnej nocy… chyba od nas uciekła. Opuściła naszą norę i już nie wróciła. Zastanawiam się, czy to jacyś drapieżnicy zrobili jej krzywdę, czy może planowała to od dawna… — rozgadał się, co nawet trochę zdziwiło mistrzynię.
Tak łatwo jej zaufał, nie wiedząc, że za niedługo tego pożałuje. Przez chwilę zrobiło jej się go żal, ale nie mogła zapomnieć o tym, że robiła to dla Mrocznych Przodków. Było już za późno, by się wycofać i puścić go wolno. Teraz już musiał umrzeć.
W końcu Kocimiętka wraz z Danielem dotarli na miejsce spotkania kultu. Członkowie już zataczali ciasne koło, oczekując tylko momentu, w którym Kocimiętka zaciągnie do niego swoją ofiarę.
— Kim… Kim oni są? — szepnął pręgowany, zatrzymując się w miejscu. Zmrużył oczy i wyciągnął szyję do przodu, próbując lepiej zrozumieć to, na co patrzył. — To… to ta twoja grupa? Co… co oni robią? — wydukał zdumiony, lecz Kocimiętka milczała.
Dopiero gdy samotnik wzdrygnął się i wyprostował, rudofutra napięła mięśnie i skoczyła na niego. Była silniejsza. Wyczuła to od razu. Miała masywne, umięśnione łapy, w przeciwieństwie do Daniela, który był raczej szczupły. Z łatwością udało jej się powalić go na ziemię. Głowa kocura uderzyła ciężko o glebę, co oszołomiło go na kilka uderzeń serca. W międzyczasie mistrzyni zdążyła złapać go za kark i zaciągnąć do środka kręgu.
Dołączyła do szeregu Wilczaków, patrząc, jak Daniel powoli wraca do siebie i zdaje sobie sprawę z tego, co go czeka. Po jakimś czasie nawiązała z nim nawet kontakt wzrokowy i miała okazję zatopić się w tych jego ogromnych, pomarańczowych ślepiach, w których lśnił niepokój. Kocimiętka posłała mu tylko delikatny, wręcz pokrzepiający uśmiech.
Krucze Pióro zgłosił się jako ochotnik do zamordowania Daniela, toteż już po kilku uderzeniach serca czekoladowe ciało spoczywało na ziemi, podczas gdy powoli uchodziło z niego życie. Zastępca wciąż, jak widać, był w całkiem dobrej formie. Podczas ich walki mistrzyni wznosiła modły do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd, lecz nawet nie zdążyło zaschnąć jej w gardle przez to, jak szybko Kruk uporał się z czekoladowym. Może to i lepiej. Kocimiętka nawet polubiła Daniela, a tak przynajmniej nie musiał męczyć się zbyt długo.
Kolejny kultysta już miał wyruszać na polowanie na kolejnego samotnika, gdy nagle do uszu zgromadzonych dotarł niespodziewany szelest. Zbyt głośny, by jego źródłem mógł być wiatr. Zbyt cichy, by był sprawką jakiejś pędzącej myszy. Pysk każdego ze zgromadzonych Wilczaków od razu zwrócił się w stronę źródła dźwięku, a tam wszyscy — łącznie z Kocimiętkowym Wirem — spostrzegli między krzewami parę zielonych oczu osadzonych na rudym, pręgowanym pyszczku. Mistrzyni znała te oczy aż zbyt dobrze.
— To Dyniowa Skórka! — krzyknął ktoś z tłumu, a wtedy wojowniczka odwróciła się na pięcie i zaczęła uciekać.
— Łapcie ją! — wrzasnęła gniewnie Zalotna Gwiazda, cała się jeżąc. Nim Kocimiętka zdążyła się ocknąć i jakkolwiek zareagować, Tropiąca Łaska wyrwała się naprzód i ruszyła w pogoń za Dynią.
“Nie, nie, nie!” — pomyślała mistrzyni, w szoku wpatrując się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą skrywała się jej matka. “Oni ją zabiją! Zabiją ją!” — powtarzała, czując, jak jej serce zaczyna bić coraz szybciej. To koniec! Jeśli to naprawdę była jej matka, to była już martwa. Nie było szans na to, żeby przeżyła spotkanie z kultystami, skoro do nich nie należała. Nie wolno jej było znać mrocznych sekretów Klanu Wilka. Każdego, kto o nich wiedział, a nie powinien, prędzej czy później czekała śmierć!
Mistrzyni wciąż stała w bezruchu, podczas gdy koty wokół niej szeptały. Ich głosy zlewały się w jedność, doprowadzając Kocimiętkę do szału. Chciała biec, jakoś ratować Dyniową Skórkę, powstrzymać Tropiącą Łaskę, ale… była sparaliżowana. Nie wiedziała, czy ważniejsza była dla niej własna matka, czy własne miejsce w klanie. Gdyby próbowała sprzeciwić się rozkazom Zalotnej Gwiazdy, nie skończyłoby się to zbyt dobrze. Uznaliby ją za zdrajczynię. Za słabeusza. Przestałaby być tak bardzo szanowana w oczach liderki, kultystów, a nawet swojej partnerki — co do tego nie miała żadnych wątpliwości. Ognikowa Słota zostawiłaby ją, gdyby tylko rudofutra zawiodła kult.
Kocimiętka przełknęła ślinę, modląc się tylko o to, by ta noc szybko się skończyła.

* * *

Dyniowa Skórka naprawdę została zabita. Tropiąca Łaska dopadła ją podczas ucieczki i zabiła bez najmniejszych skrupułów. Szylkretka obserwowała, jak z ciała rudej wojowniczki ulatnia się życie. Potem chwyciła je za kark i zaciągnęła na miejsce spotkania kultystów, zupełnie tak, jakby starsza była jednym z obcych samotników, a nie kimś, z kim jeszcze tej nocy dzieliła legowisko. Na miejscu kultyści postanowili wrzucić truchło Dyniowej Skórki do rzeki, by się go pozbyć. Uznali, że kopanie dla niej grobu będzie zbyt czasochłonne. Chcieli zbezcześcić ciało swojej pobratymczyni tylko dlatego, że weszła im w drogę. Czy teraz już nie zasługiwała na należyty pochówek tak jak każdy inny kot? Czy naprawdę musiała zostać puszczona z nurtem rzeki, który najpewniej zaprowadzi ją wprost do morza? Najwyraźniej.
Kocimiętkowy Wir stała wśród innych kultystów, patrząc, jak w zupełnej ciszy jeden z nich chwyta skórę na karku Dyniowej Skórki i zaciąga ją wprost do strumienia. Miała ochotę krzyknąć, powstrzymać ich, lecz za każdym razem, gdy wrzask chciał wyrwać się jej z gardła, gryzła się w język. Musiała zachować kamienny wyraz pyska i zachowywać się tak, jakby śmierć jej matki wcale nie wywarła na niej wrażenia. W końcu tak zachowywali się kultyści, prawda?
Po chwili, gdy rudofutre ciało zaczęło płynąć z prądem w stronę terenów Klanu Klifu, kultyści zaczęli wracać na miejsce swoich spotkań. Kocimiętka przez dłuższy czas stała jednak w miejscu, wpatrując się w miejsce, w którym przed chwilą zniknęła jej matka. Nie wiedziała nawet, że wraz z nią została również Zalotna Gwiazda, dopóki liderka nie postanowiła się odezwać:
— Kocimiętkowy Wirze — zaczęła poważnym głosem, na co mistrzyni się wzdrygnęła. — Pełniłaś tej nocy wartę, tak? — zapytała.
Rudofutra przełknęła ślinę, odwracając pysk w stronę szylkretki. Czy przywódczyni była na nią zła? Czy spotka ją jakaś kara? Miała nadzieję, że jednak nie. Nie zniosłaby śmierci swojej matki i gniewu Zalotnej Gwiazdy na raz.
— Tak… — odparła, nieznacznie się wahając. Mimo wszystko nie było co okłamywać liderki. Musiała odpowiadać zgodnie z prawdą i liczyć na litość szylkretki.
Zalotna Gwiazda przez moment wpatrywała się w mistrzynię, jakby się nad czymś zastanawiała. Kocimiętce zaczęło się robić gorąco z tych wszystkich nerwów. Wciąż nie potrafiła uwierzyć w to, jak wiele wydarzyło się w jedną noc. Nie potrafiła tego przełknąć ani tym bardziej przetrawić. Chyba nawet śmierć Dyniowej Skórki jeszcze do niej nie dotarła, choć może to dobrze. Sprawiało to, że zamiast mazgaić się przed kultystami, mogła oderwać się od rzeczywistości, zachowując neutralny wyraz pyska.
— Z rana przyjdziesz do mnie do legowiska i opowiesz mi, że Dyniowa Skórka wyszła w nocy z obozu za potrzebą i nie wróciła. Wtedy ja wyślę patrol poszukiwawczy. Jeśli natrafi na jakieś ślady krwi czy walki, wina zostanie zrzucona na samotników — wyjaśniła przywódczyni.
Kocimiętkowy Wir spodziewała się wszystkiego, tylko nie tego. Mimo wszystko posłusznie przytaknęła głową, nie mając innego wyboru. Cała ta sytuacja była dla niej absurdalna i wręcz ją brzydziła. Nigdy wcześniej nie myślała, że to, co robią kultyści, tak naprawdę jest złe, lecz teraz… czuła się nimi wręcz zawiedziona. Spodziewała się, że Dyniowa Skórka, będąc jej matką, otrzyma z ich strony nieco więcej szacunku — a jednak potraktowali ją jedynie jak przeszkodę, którą trzeba było usunąć.

* * *

Z rana Kocimiętkowy Wir wykonała polecenie, jakie wydała jej Zalotna Gwiazda. Oczekując na powrót patrolu poszukiwawczego złożonego z Tropiącej Łaski, Sowiego Zmierzchu i Nadciągającego Pomroku, przez moment jakby zapomniała, że jej matka nie żyje. Siedząc przy wyjściu z legowiska wojowników, w jej sercu pojawił się promyczek nadziei na to, że już za chwilę trójka kultystów wróci z rudofutrą kotką u boku, jednak tak szybko, jak się pojawił, tak prędko i zgasł. Dyniowa Skórka już dawno znajdowała się daleko poza terenami Klanu Wilka, a może i nawet wszystkich klanów. Być może dryfowała już teraz w morzu — Kocimiętka zakładała, że to właśnie tam wypchnęła ją rzeka. Mogła jedynie czekać na powrót swoich pobratymców, a potem na ogłoszenie ze strony Zalotnej Gwiazdy, które pozwoli jej rozpocząć opłakiwanie Dyni. Teraz w końcu jeszcze istniała szansa, że rudofutra kotka żyje, więc nie mogła się smucić, czyż nie?
W pewnym momencie do jej uszu dotarł dźwięk kroków. Dobiegł ją od strony wejścia do obozu, toteż Kocimiętkowy Wir od razu założyła, że należały one do patrolu poszukiwawczego. Nim w ogóle podniosła wzrok na trójkę kotów, poczuła, jak na jej żołądku zaciska się supeł. Nie chciała, by ta chwila, w której liderka ogłosi wszystkim, że samotnicy odebrali Dyni życie, wreszcie nadeszła. Wiedziała, że czasu już nie cofnie, a jej matka mimo wszystko już nie wróci, ale wciąż nie potrafiła się z tym pogodzić. Przemowa Zalotnej Gwiazdy będzie w pewnym sensie potwierdzeniem tego wszystkiego. Po niej śmierć Dyniowej Skórki nie będzie już sekretem i domysłami, lecz jawnym faktem.
Mistrzyni siedziała w miejscu przez długą chwilę po tym, jak patrol powrócił do azylu. Przesiedziała również całą przemowę Zalotki i niewiele z niej wyniosła, gdyż słowa jak na złość wpadały jej do głowy jednym uchem, a wychodziły drugim. W ogóle nie potrafiła się na nich skupić, mimo iż dobrze wiedziała, jaki niosą za sobą przekaz. Zalotna Gwiazda wszystko jej powiedziała tej nocy.
Po zakończonym zebraniu wszystkie koty zaczęły się rozchodzić i wracać do wykonywania swoich codziennych obowiązków. Dla większości był to dzień jak każdy inny. Samotnicy w końcu już nieraz okazywali się zagrożeniem dla Wilczaków, toteż kolejna śmierć z ich łap nie była niczym nadzwyczajnym. Tak samo odszedł również Cienista Zjawa.
Mistrzyni przełknęła ślinę na myśl o burym kocurze. Czy w takim razie on naprawdę zmarł przez samotników, czy może również okazał się przeszkodą dla kultu? Nie, to niemożliwe. Zalotna Gwiazda nie skrzywdziłaby i nie zatuszowałaby śmierci swojego syna, prawda? Mimo wszystko samotnicy często grasowali po wilczackich terenach. W przeciwnym razie Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd nie otrzymywałoby żadnych ofiar! Rudofutrej musiało już odbijać do głowy, że wysnuwała takie wnioski. Ale czy na pewno? Kultyści, jak się przekonała, byli bestiami. Nie powstrzymaliby się przed usunięciem jednego ze swoich, gdyby ten okazał się dla nich niewygodny. Ale niby w czym miałby im przeszkadzać Cienista Zjawa? Był przecież bohaterem i wzorem dla reszty Wilczaków — a przynajmniej jako takiego przedstawiła go Zalotna Gwiazda. Był niezwykle szanowany i nigdy wcześniej nie sprawiał nikomu problemów. Przynależał do kultu i z pozoru dogadywał się ze swoją rodziną i resztą kultystów. Jego śmierć musiała być więc przypadkiem, prawda?
Nim jednak Kocimiętkowy Wir zdążyła popaść w wir myśli, do jej uszu doszedł czyjś głos. Cienki, wciąż młodzieńczy. Nie mógł należeć do nikogo innego niż do Iglastej Łapy. Rudofutra nie usłyszała jednak jego słów. Zamiast tego podniosła głowę, by na niego spojrzeć. Czyżby dymny kocurek domagał się treningu? Zapewne tak. Mistrzyni nie miała nawet najmniejszych chęci na to, by wyjść teraz poza obóz i zgrywać przykładną mentorkę, ale wiedziała, że musi być silna.
— Zaraz wychodzimy z obozu, Iglasta Łapo — odezwała się płaskim głosem. — Co powiesz na wspólny trening z Pyzatą Łapą i jej mentorką, Brukselkową Zadrą? Nauczylibyście się podczas niego walki — dodała, mając nadzieję, że jeśli udałaby się wraz z liliową wojowniczką na trening, to mogłaby zrzucić na nią obowiązek zajmowania się dwójką uczniów.

<Iglasta Łapo?>

[4146 słów]

Od Migoczącej Łapy DO Słonkowej Łapy

– I co Migocząca Łapo? – zapytała Kurzy Pazur, specjalnie dając większy nacisk na drugą część jego imienia. Kotka doskonale wiedziała, jak bardzo uczeń był zazdrosny jej mianowaniem. Dlatego bezkarnie to wykorzystywała, czego Migot szczerze nienawidził. Jednak co on miał zrobić? Kura i tak była za głupia, by cokolwiek zrozumieć! – Nie boli cię ten zad w legowisku uczniów? Coś długo tam siedzisz – zaśmiała się wojowniczka. Migot zjeżył sierść na karku. Choć nie chciał tego przyznać, kotka miała trochę racji. Siedział tam długo. Już powoli dobijał wieku, w którym Kurzy Pazur została mianowana. Z każdym dniem myśl ta coraz bardziej go uwierała, przypominając o szarej rzeczywistości, w której to się znajdował.
– Zamknij się! – syknął w końcu kocur, z ogniem w oczach obserwując ten głupi uśmiech na pysku Kury.
– Spokojnie, spokojnie – prychnęła wojowniczka i po chwili, jak gdyby nigdy nic, wróciła do swoich zajęć, zostawiając Migoczącą Łapę samego z jej słowami, dalej wirującymi mu w głowie.
Jak ona go denerwowała! Zdecydowanie ze wszystkich otaczających go mysich bobków, ona była najgorsza. Pewnie głównie dlatego, że potrafiła się odezwać. Większość ofiar Migotu była jakaś taka cicha, zamknięta w sobie... Ale co go to obchodziło? Całe legowisko uczniów było pełne takich kotów. Każdy strachliwy, bez grama odwagi. Nikt z nich nie mógł mu podskoczyć! No może nie licząc Ćmiej Łapy. Ta pokraka była zdecydowanie za mądra, co stawiało ją na drugim miejscu na liście mysich bobków. Dobrze, że przynajmniej jej rodzeństwo było jakoś bardziej wychowane.
 
***
 
Wbijając pazury mocno w korę drzewa, starał się nie stracić równowagi. Jego koordynacja nie była na najlepszym poziomie, dlatego ten trening był dla niego zdecydowanie trudniejszy. Nie mógł zliczyć już, ile razy spadł z tego durnego drzewa, oczywiście wszystko na oczach Lśniącej Gwiazdy, który dokładnie obserwował postępy swojego ucznia. Ten fakt dla Migotu był chyba najbardziej stresujący. Obecność ojca zawsze wywoływała w nim jakiś lęk, a po ostatnich niepowodzeniach, strach ten tylko się nasilał, co Migot starał się za wszelką cenę ukryć.
Używając całej swojej siły podciągnął się nieco wyżej, tym samym szukając łapą jakiegoś punktu oparcia. Dopiero gdy wyczuł to miejsce, odetchnął cicho z ulgą i spojrzał za siebie. Pysk lekko mu się otworzył ze zdziwienia widząc, jak mało udało mu się przejść. Przecież ledwo co był nad ziemią! To drzewo było zepsute, czy jak? Jednak zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, jego wzrok padł na nieproszonych gości, którzy wyłonili się zza krzaków. Jenocia Kufa, z głową uniesioną wysoko do góry, szła przed siebie, ciągnąć za sobą swoją uczennicę - Słonkową Łapę. Obie kotki na widok lidera i jego syna zatrzymały się gwałtownie, ewidentnie zdziwione tym spotkaniem. Lśniąca Gwiazda jednak się tym nie przejął i obie je powitał, tym samym dając uczniowi znak, by zszedł z drzewa.
– Witaj Jenocia Kufo – przywitał się Lśniąca Gwiazda, po chwili zaczynając rozmowę. Migota to jednak nie obchodziło. Był obrażony, że kotki przerwały im trening. I to z jakiej przyczyny? Klan Gwiazdy wie! Bo im zdecydowanie nie było dane dowiedzieć się, dlaczego ta przemądrzała wojowniczka i jej strachliwa uczennica, przerwały tak ważny trening.
– Ty. Co ty tu robisz, co? – zapytał Migot, zwracając się do młodszej kotki.
– Ja... Nie wiem. Szłam za swoją mentorką – wydukała Słonka, od razu wbijając wzrok w swoje łapy. Na ten widok niebieski prychnął rozbawiony. Czy ona tak na serio?
– Co ty taka strachliwa myszka? Mysie serce się znalazło! – zaśmiał się kocur. – Weź przestań, jesteś żałosna. Już lepiej by było, gdybyś była uczennicą protektora. Tam się nadajesz, do tych bezużytecznych pionków. A nie, bawisz się w wojownika, przerywasz innym treningi tylko po to, byś na koniec stchórzyła – warknął cicho, tak, by ich mentorzy tego nie słyszeli. – Wystarczy nam już takich pokrak w klanie – oznajmił i lekko popchnął Słonkę. Na widok przerażenia, malującego się na jej pysku, kocur wybuchł śmiechem. Ona naprawdę była tak żałosna! Kogo Klan Klifu chciał mieć jako wojownika... Przecież to się na nic nie nadaje!
– Migocząca Łapo – odezwał się Lśniąca Gwiazda, przerywając uczniom chwilę integracji. – Pokażesz Słonkowej Łapie jak się wspiąć na drzewo. Pomoże to nie tylko tobie, ale również jej przyswoić nową wiedzę, potrzebną w przyszłości – wyjaśnił rudy, przyglądając się dwójce młodszych. Migot nie potrafił powiedzieć, co kryło się w spojrzeniu mentora. Chwilę później ruszył do najbliższego drzewa i zrobił dokładnie to, czego niedługo wcześniej udało mu się nauczyć. Tym razem jednak miał więcej motywacji. Nie mógł przecież pozwolić sobie na jakikolwiek błąd w obecności dwóch dodatkowych przegrywów. Bo jeszcze pomyślały by sobie, że są równe z nim.

<Mysie serce?>
[726 słów + wspinaczka na drzewa]

18 września 2026

Od Aronii

Przez okryty chłodnawą, choć przepełnioną spokojnym odcieniem zieleni sufit żłobka przesączały się delikatne promienie słońca, które wpadając do wnętrza, rozlewały się po mszystych posłaniach, pozostawiając na podłodze ciepłe, złociste plamy. W powietrzu wciąż unosił się mleczny zapach, przeplatający się z wonią świeżego mchu oraz miękkiego futra, a ciche oddechy śpiących kociąt sprawiały, że całe pomieszczenie zdawało się pogrążone w niemal zupełnym spokoju.
Aronia leżał pośród rodzeństwa, wtulony głębiej w miękką grzywę Miodowego Ulu, starając się znaleźć choć odrobinę miejsca, w którym nikt nie próbowałby przypadkiem zepchnąć go z posłania. Kiedy jedna z nieporadnych łap ponownie wylądowała na jego boku, drgnął lekko, lecz zamiast od razu się oburzyć, jedynie westchnął cicho i przesunął się jeszcze kawałek, jakby przekonywał sam siebie, że nie ma sensu robić z tego większego problemu.
Mimo tego spokoju jego myśli często uciekały ku przyszłości, która wydawała mu się ogromna i niemal niemożliwa do wyobrażenia — świat poza bezpiecznym wnętrzem żłobka skrywał zdecydowanie więcej, niż Aronia był jeszcze w stanie pojąć. Nie wiedział, kim zostanie, czego będzie pragnął ani jakie koty pojawią się na jego drodze, a jednak gdzieś głęboko w sobie nosił przekonanie, że jego życie nie może skończyć się na zwyczajnym dorastaniu i wykonywaniu tych samych obowiązków, które wykonywały tysiące kotów przed nim.
Nie potrafił powiedzieć, skąd właściwie wzięła się ta pewność, ponieważ nikt jeszcze nie wskazał mu żadnej konkretnej drogi ani nie powiedział, że czeka go coś wyjątkowego, lecz sama myśl o tym, że mógłby przeżyć całe życie, pozostając jednym z wielu, wydawała mu się dziwnie niepokojąca. Wolał wierzyć, że gdzieś przed nim znajduje się coś większego, nawet jeśli nie potrafił jeszcze określić, czym dokładnie miałoby być.
Może zostanie kimś ważnym, może dokona czegoś, o czym inne koty będą opowiadały przez wiele księżyców, a może pewnego dnia wydarzy się coś, co samo wskaże mu właściwą drogę; na razie nie potrzebował żadnej konkretnej odpowiedzi — tak naprawdę wystarczała mu sama świadomość, że jego przyszłość musi skrywać coś niezwykłego.
Z zamyślenia wyrwał go dopiero głos dobiegający z boku.
— Hej, możesz przestać się tak rozpychać, czy zamierzasz zająć całe posłanie?
Aronia zamrugał, po czym poczuł, jak coś niewielkiego, lecz zaskakująco zdecydowanego popycha go w bok, przez co na moment stracił równowagę i oparł się łapami o miękki mech.
Kiedy odwrócił głowę, dostrzegł Agresta, który przyglądał mu się z charakterystycznym, lekko zaczepnym uśmiechem, jakby właśnie czekał na reakcję brata.
Aronia warknął cicho, a na pysku pojawił się podobny uśmiech. Przy bracie łatwiej było mu zachowywać się w taki sposób, ponieważ Agrest swoją pewnością siebie niemal automatycznie pociągał go za sobą, sprawiając, że Aronia również nabierał ochoty na zaczepki i głośniejsze odpowiedzi.
— Ja się rozpycham? — powtórzył, unosząc lekko brew. — Wydaje mi się, że to raczej ty próbujesz zagarnąć całą przestrzeń dla siebie.
— No, w końcu to ja znalazłem tutaj najlepsze miejsce — odpowiedział Agrest, jakby sprawa od początku była oczywista.
— Od kiedy znalezienie miejsca oznacza, że można je sobie przywłaszczyć?
— Od kiedy ktoś jest wystarczająco sprytny, żeby zrobić to pierwszy.
Aronia parsknął cicho, a ponieważ Agrest najwyraźniej oczekiwał od niego odpowiedzi, nie zamierzał pozwolić mu zakończyć tej rozmowy zwycięsko.
— W takim razie chyba będę musiał być sprytniejszy od ciebie.
Ledwie wypowiedział te słowa, wyciągnął przed siebie łapy i delikatnie, choć wystarczająco stanowczo, odepchnął nimi brata, który zachwiał się na mchu.
— Ej, tylko nie mów, że naprawdę to zrobiłeś! — oburzył się Agrest, chociaż jego szeroki uśmiech zdradzał, że wcale nie był zły.
— Sam powiedziałeś, że trzeba być sprytnym, więc tylko zastosowałem twoją radę — odpowiedział Aronia, a jego własny uśmiech stał się szerszy.
Nawet nie zastanawiał się nawet nad tym, że jeszcze kilka chwil wcześniej najchętniej pozostałby cicho wtulony w matkę — przy bracie jego zachowanie zmieniało się niemal samoistnie. Skoro Agrest mówił głośniej, z jakiegoś powodu Aronia również podnosił głos, skoro tamten żartował, Aronia natychmiast szukał kolejnej zaczepki, a kiedy brat zachowywał się tak, jakby żadna rzecz na świecie nie mogła go speszyć, Aronia naprawdę zaczynał wierzyć, że sam również nie ma powodów do wahania.
— Skoro jesteś taki sprytny, to spróbuj mnie jeszcze raz odsunąć — rzucił Agrest, podsuwając się bliżej z wyraźnym wyzwaniem w oczach.
Aronia nie potrzebował dalszej zachęty — niemal natychmiast rzucił się na brata, próbując przepchnąć go na drugą stronę posłania, podczas gdy Agrest zaczął odpychać go równie zawzięcie. Ich futra szybko się zmierzwiły, łapy plątały się ze sobą, a stłumione piski i śmiech mieszały się z cichymi pomrukami pozostałych kociąt, które najwyraźniej nie zamierzały jeszcze wstawać tylko dlatego, że dwaj bracia postanowili rozpocząć potyczkę.
— Przestań się tak wiercić! — prychnął Aronia, próbując przytrzymać Agresta obiema łapami.
— To ty się wiercisz!
— Wcale nie!
— Właśnie, że tak!
Aronia roześmiał się, próbując odpowiedzieć coś równie zadziornego, lecz zanim zdążył znaleźć odpowiednie słowa, Agrestowi udało się wyswobodzić i odepchnąć go na bok. Niebieski kociak przez moment leżał na mchu, patrząc na brata z udawanym oburzeniem, po czym podniósł głowę i zmrużył oczy.
— Widzisz, jestem od ciebie silniejszy!
— Serioo? — miauknął Aronia, przeciągając słowo z wyraźnym niedowierzaniem, a jego pyszczek rozciągnął się w zaczepnym uśmiechu. — Jak na razie jakoś tego nie widzę, ale próbuj śmiało, skoro tak bardzo wierzysz w swoje możliwości. Może kiedyś rzeczywiście uda ci się być ode mnie silniejszym.
Aronia zmrużył oczy, czując, jak zaczepny ton brata ponownie budzi w nim ochotę do dalszej zabawy, a łapy niemal same napięły się pod jego ciałem, kiedy przygotowywał się do skoku. Już miał rzucić się na Agresta, chcąc udowodnić mu, że wcale nie zamierza dać za wygraną, gdy nagle kątem oka dostrzegł poruszenie Miodowego Ulu.
Matka przyglądała im się z wyraźnym zmartwieniem, a jej spojrzenie, które jeszcze przed chwilą było spokojne i ciepłe, teraz stało się nieco przygaszone.
— Proszę, nie kłóćcie się... — odezwała się cicho, a w jej głosie nie było złości, lecz raczej łagodna prośba. — Mogłabym wam pomóc znaleźć odpowiednią pozycję, tak żeby każdy miał wystarczająco dużo miejsca i żebyście nie musieli się przepychać.
Aronia zastygł w połowie ruchu, a cała wcześniejsza pewność siebie niemal natychmiast z niego uleciała, jakby jedno spojrzenie matki wystarczyło, żeby przypomnieć mu, że to, co jeszcze chwilę temu wydawało się tylko niewinną zabawą, mogło sprawić komuś przykrość.
Przeniósł wzrok na Miodowy Ul i dopiero wtedy zauważył, jak bardzo wyglądała na zmartwioną. Jej uszy były lekko opuszczone, a w oczach czaił się smutek oraz rozczarowanie, którego Aronia zdecydowanie nie chciał tam widzieć.
Niebieski spuścił głowę, czując, jak uszy powoli przylegają mu do czaszki, a wcześniejszy uśmiech znika z jego pyska. W gardle zaczęło nieprzyjemnie go ściskać, przez co musiał przełknąć ślinę, żeby powstrzymać napływające łzy. Nie chciał płakać, zwłaszcza przy rodzeństwie, ale jeszcze bardziej nie chciał, żeby matka pomyślała, że jej słowa nic dla niego nie znaczą.
Przecież była dla niego dobra.
Zawsze znajdowała dla niego miejsce przy sobie, otulała go swoim futrem, kiedy było mu zimno, uspokajała, gdy coś go przestraszyło, i cierpliwie słuchała nawet wtedy, gdy opowiadał jej o rzeczach, które dla innych mogły wydawać się zupełnie nieistotne. Nie potrafił więc znieść myśli, że mógłby odpłacić jej za to zmartwieniem albo sprawić, że poczuje się zawiedziona własnym synem.
Może rzeczywiście nie powinien był się z Agrestem przepychać.
Może powinien był od razu odsunąć się na bok.
A jeśli Miodowy Ul teraz uważała, że jest niegrzeczny?
Ta myśl zabolała go znacznie bardziej, niż powinna.
— Przepraszam, mamuś... — miauknął cicho, a jego głos zabrzmiał zupełnie inaczej niż jeszcze przed chwilą, kiedy droczył się z Agrestem. — Wiem, że nie powinniśmy byli się tak przepychać.
Przez moment zerknął na brata, jakby chciał upewnić się, czy Agrest również słucha, po czym szybko ponownie skierował spojrzenie ku matce.
— To już nie będziemy — dodał pospiesznie, jakby sama obietnica mogła naprawić wszystko, co wydarzyło się zaledwie kilka chwil wcześniej. — Jeśli chcesz, mogę się nawet ułożyć gdziekolwiek, tylko... proszę, nie martw się.
Na moment zamilkł.
— Mogę leżeć przy samym brzegu albo nawet trochę dalej od was, jeśli będzie trzeba — kontynuował niepewnie, przesuwając się kawałek po mchu, jakby już chciał zrobić miejsce wszystkim pozostałym. — Naprawdę mi to nie przeszkadza, więc nie musisz się przeze mnie martwić.
Nie zastanawiał się nawet, czy rzeczywiście byłoby mu wygodnie, ani czy ktoś poprosił go o takie poświęcenie, ponieważ w tej chwili znacznie ważniejsze było dla niego to, żeby na pysku matki znowu pojawił się ten spokojny, ciepły wyraz przy którym zawsze czuł się bezpiecznie.
Jeśli oznaczało to oddanie własnego miejsca, Aronia nie widział w tym niczego złego.
Jeśli dzięki temu Miodowy Ul przestałaby wyglądać na smutną, mógł przecież przesunąć się jeszcze dalej.
— Napewno? Chciałabym, żebyście wszyscy mogli mieć równą ilość przestrzeni. Nie musisz się odsuwać, ani ustępować miejsca Agrestowi jeśli tego nie chcesz.
— Naprawdę, mamuś... — odpowiedział cicho, choć przez chwilę nie był pewien, czy powinien tak powiedzieć. Zerknął na Agresta, a potem ponownie na Miodowy Ul, jakby próbował odgadnąć, która odpowiedź najbardziej ją uspokoi. — Ja... chyba nie potrzebuję aż tak dużo miejsca, więc mogę się trochę przesunąć, jeśli Agrestowi będzie wygodniej.
— Nie, nie. Aronio, mogę się trochę przesunąć a wtedy wszyscy się pomieścimy — miauknął Agrest, ogonem wskazując miejsce dla brata.
Sam nie wiedział już, czy dobrze postąpił, wdając się z bratem w tę całą „walkę”, skoro jeszcze przed chwilą był przekonany, że była to tylko niewinna zabawa. Przecież nic złego się nie wydarzyło, a on naprawdę świetnie się bawił, ponieważ przy Agreście znacznie łatwiej było mu zapomnieć o wszystkim innym i po prostu dać się ponieść chwili.
Właściwie chciałby jeszcze trochę się z nim pobawić, gdyby tylko nie zauważył wcześniej zmartwionego spojrzenia Miodowego Ulu.
To właśnie ono nie dawało mu spokoju, ponieważ za każdym razem, gdy o nim myślał, wcześniejsza radość gdzieś się rozpływała, ustępując miejsca nieprzyjemnemu ściskaniu w brzuchu. Nie chciał przecież, żeby mama była smutna, a tym bardziej nie chciał, żeby przez niego musiała się martwić.
Tylko czy to oznaczało, że nie powinien był się bawić z Agrestem?
Aronia przez chwilę próbował znaleźć odpowiedź, lecz żadna nie wydawała mu się wystarczająco dobra. Gdyby od razu odmówił bratu i spokojnie leżał na posłaniu, może Miodowy Ul nie musiałaby się odzywać, ale wtedy nie dowiedziałby się, jak przyjemnie jest śmiać się razem z Agrestem i przepychać z nim, dopóki obaj nie zmęczą się na tyle, że nie będą mieli już siły na kolejną zaczepkę. Z drugiej strony, gdyby dalej się bawili, mama mogłaby znowu wyglądać na zmartwioną, a tego Aronia zdecydowanie nie chciał.
Im dłużej o tym myślał, tym mniej rozumiał, która możliwość była właściwa.
Może powinien był ustąpić wcześniej, zanim Miodowy Ul zdążyła się odezwać, a może wcale nie zrobił nic złego, skoro Agrest również brał udział w zabawie i teraz bez żadnego żalu przesunął się, żeby zrobić mu więcej miejsca. Aronia zerknął na brata z ukosa, próbując odgadnąć, czy ten wciąż był na niego zły, lecz Agrest wyglądał tak, jakby już dawno zapomniał o całej sprzeczce.
Dlaczego więc on nadal nie potrafił o niej zapomnieć?
Aronia uśmiechnął się niepewnie, po czym położył się, ponownie wtulając pyszczek w futerko matki.
Miodowy Ul najwyraźniej zauważyła, że Aronia wciąż nie może się uspokoić, ponieważ po chwili pochyliła się nad nim i delikatnie polizała go między uszami. Ciepły język matki sprawił, że kociak przymknął oczy, a napięcie, które przez cały czas nieprzyjemnie ściskało jego brzuch, zaczęło powoli ustępować.
— Nie musisz się tak martwić, maleństwo — miauknęła łagodnie, przesuwając językiem po jego zmierzwionym futerku. — Nie jestem na ciebie zła. Wiem, że chcieliście się tylko pobawić.
Aronia uniósł głowę, przyglądając się jej z wyraźnym niedowierzaniem, jakby próbował upewnić się, czy rzeczywiście dobrze usłyszał. Jeszcze przed chwilą był przekonany, że zrobił coś niewłaściwego, a teraz nagle okazywało się, że wcale nie musiał się aż tak przejmować.
— Naprawdę? — zapytał cichutko, a kiedy Miodowy Ul skinęła głową, jego pyszczek od razu rozjaśnił się nieśmiałym uśmiechem. — Czyli nie jesteś smutna?
— Trochę się zmartwiłam, ale to przecież nie znaczy, że jestem na was zła — odpowiedziała, po czym otuliła go ogonem. — Czasami możecie się ze sobą bawić, nawet jeśli przy tym trochę się posprzeczacie, tylko pamiętajcie, żeby uważać na siebie nawzajem.
Aronia pokiwał głową, chłonąc każde jej słowo z ogromną uwagą, a wraz z nimi powoli wracało do niego wcześniejsze poczucie bezpieczeństwa. Skoro Miodowy Ul powiedziała, że wszystko było w porządku, to rzeczywiście musiało być w porządku, dlatego nie widział już powodu, aby dłużej zastanawiać się nad tym, czy powinien był zrobić coś inaczej.
— Dobrze, mamuś — wymruczał, wtulając się w nią mocniej.
Agrest, który przez cały ten czas milczał, nagle poruszył ogonem i trącił nim lekko bok Aroni.
— To co, skoro już nie jesteś smutny, to może kiedyś dokończymy naszą walkę? — zapytał, a w jego oczach ponownie pojawił się ten sam zaczepny błysk, który jeszcze przed chwilą tak łatwo udzielił się Aroni.
Kociak spojrzał na niego, a przez moment próbował zachować poważny wyraz pyska, jednak szybko przegrał z cisnącym się na pyszczek uśmiechem. Wystarczyło kilka słów Agresta, aby cała wcześniejsza niepewność zaczęła wydawać mu się mniej ważna.
— Jak będziesz gotowy przegrać, to możemy!
— Ja przegrać? Chyba śnisz.
Aronia zachichotał, a jego ogon poruszył się energicznie po mchu.
Jeszcze chwilę temu był przekonany, że najlepiej będzie po prostu siedzieć cicho i nikomu nie przeszkadzać, lecz teraz znowu miał ochotę się bawić, a wcześniejsze poczucie winy niemal całkowicie zniknęło. Nie zauważył nawet, jak szybko jego nastrój zmienił się pod wpływem Agresta, ani że jeszcze kilka chwil wcześniej potrzebował słów Miodowego Ulu, żeby uwierzyć, że nie zrobił nic złego.
Na razie nie widział w tym niczego dziwnego.
Po prostu pragnął zadowolić innych.

Mariposa urodziła!

Do rodziny pieszczochów dołączyła trójka dzieci!



Karlik

17 września 2026

Od Bryzki

Pora Opadających Liści przyniosła ze sobą wiele, wiele przepięknych krajobrazów, których Bryzka nie potrafiła zapomnieć. To, jak układały się chmury każdego dnia na niebie, podmuchy wiatru, które targały jej futerkiem niezwykle przyjemnie, diametralnie poprawiało jej humor. Była zafascynowana wszystkimi zjawiskami dookoła, nie mogła się każdym z nich wystarczająco i jednakowo nacieszyć. Zupełnie tak, jakby przebywała na wrzosowiskach, czesanych każdego dnia przez różnej prędkości wiatr, napierający na wąsy kotów zamieszkujących tamte tereny. Z westchnieniem i łapką pod brodą wpatrywała się w niebo, jak to miała w zwyczaju. Skowronek słuchał nauczań Nocnego Śpiewaka, a młódka odpłynęła myślami, podziwiając leniwie sunącą po błękitnym nieboskłonie chmurę. Była na tyle ogromna, by przyciągnąć jej uwagę i to na niezwykle długo – nawet tata, w tej chwili, nie był od niej ważniejszy! Musiała się nią nacieszyć, póki wisiała, miała wrażenie, idealnie nad obozem Klanu Wilka. Jakimi szczęśliwcami byli! Mogła oczywiście ponarzekać, niestety, na wysoko pnące się drzewa iglaste, które dosyć sprawnie zasłaniały jej tak zapierający dech w piersi widok. Czasami zazdrościła kotom z Klanu Burzy, mimo że kochała swój dom. Zazdrościła królikojadom tego, że musieli z pewnością mieć dużo lepszy widok na niebo. Ona musiała dreptać i kombinować, jak się ustawić, żeby jej drzewa nie zabierały promieni słonecznych. Były na tyle wysokie, że udawało im się to praktycznie zawsze, a ona biedna, musiała polegać jedynie na skrawkach, które do niej docierały. Pokręciła główką i podeszła do Skowronka. Kocurek siedział wpatrzony w ojca, nawet nie odwrócił od niego wzroku, gdy usadowiła się wygodnie obok niego i niemal nie wpadła na dymnego, wzdychając głośno. Może innym razem poogląda lepiej śnieżnobiałe giganty. Ciekawe, jak smakowały chmury? Czy były słodkie? Czy w smaku lepsze od zwierzyny, której spróbowała po raz pierwszy już jakiś czas temu? Może tatuś by wiedział... jak tylko skończy monolog, będzie musiała się go koniecznie zapytać!

Od Drzemlika (Drzemlikowej Łapy) CD. Wełnianki (Wełniankowej Łapy)

Przeszłość

Drzemlik pokiwał ochoczo główką, usłyszawszy słowa vanki. Gdyby miał nieskończone ilości energii oraz czasu, najprawdopodobniej spędziłby jeszcze wiele księżyców, powtarzając właśnie ten dzień. Nie sądził, że zabawa z innymi kociętami mogła być taka świetna. Oczywiście, z Orzeszką również doskonale się bawił! Kochał swoją siostrzyczkę nad życie, jednak dobrze było zakolegować się również z resztą mieszkańców żłobka.
— Przez chwilę myślałem, że prawdziwy borsuk mnie goni, świetnie ci to wyszło! — mówił, poruszając delikatnie ogonem na boki. — Może pobawimy się tak jeszcze raz jutro? I bardzo chciałbym się z tobą zakolegować! Jeszcze z nikim się tak dobrze nie bawiłem — wymruczał, układając się wygodnie. Oczka zaczęły mu się powoli kleić, ale nie chciał przecież pokazywać koleżance, że się zmęczył i potrzebował spać! Potarł łapką jedno z oczu, a potem zaczął nieudolnie czyścić sobie wąsy z paprochów.

***

Teraźniejszość

— Niech wszystkie koty, które umieją polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się na zebranie klanu! — zawołała Mandarynkowa Gwiazda, owijając swoje łapy gęstym, srebrnym ogonem. Drzemlik wygramolił się ze żłobka u boku Orzechówki, swojej kochanej siostrzyczki, a za nimi mamusia, Świtezianka. Kotlina po paru uderzeniach serca wypełniła się kotami, ustawiającymi się starannie na swoje miejsca w celu wysłuchania, co miała do powiedzenia ich liderka. Wszystkie spojrzenia padły na mównicę, a niebieski kocurek czuł, jak serce zaczyna mu bić szybciej. Czy dzisiaj był ten pamiętny dzień, kiedy zostanie mianowany uczniem wraz z Orzeszką? Na samą myśl w jego oczach zatańczyły iskierki podekscytowania. Trzciny szeleściły na chłodnym wietrze Pory Opadających Liści, jednocześnie doskonale blokując niezwykle bladziutkie promienie słońca z góry. Drzemlik czuł szorstki język matki przejeżdżający mu po policzku. Przysunął się do niej bliżej, mrucząc cichutko. Bardzo lubił, gdy mama pomagała mu w pielęgnacji futra. On miał tendencję do wylizywania swojego włosia w złym kierunku, przez co zawsze sterczało, ilekroć próbował nauczyć się sztuki dbania o siebie. Miał jednak o tyle łatwiej, ponieważ porastały go krótkie kłosy, w porównaniu do jego siostrzyczki, która długością futra, a nawet kolorem, wdała się raczej w mamusię.
— Drzemliku, wystąp.
Kocurek poczuł, jak serce podskakuje mu wręcz do gardła. Nie był pewien, czy to ze strachu, czy podekscytowania, jednak prędko pocieszył się myślą, że był tutaj przecież bezpieczny. Dlatego też nie odczytał tego w negatywny sposób i ruszył przed szereg kotów nieco nieśmiało, ale na tyle pewnie, na ile był fizycznie w stanie. Nawet uniósł ogon do góry z zadowolenia. Podniósł głowę do góry i spojrzał na Mandarynkową Gwiazdę. Siwe włoski porastały jej pyszczek, nadgryziony już przez ząb czasu. Mimo to nadal była bardzo piękna.
— Drzemliku, jesteś z nami już od sześciu księżyców. Dziś zaczniesz swój trening. Od dzisiaj aż do czasu, gdy zdasz test, będziesz nazywać się Drzemlikowa Łapa. Twoim mentorem zostanie Szepcząca Hipnoza, a ty nie będziesz szkolić się na wojownika. Zostaniesz ogrodnikiem — powiedziała pewnie, wzrokiem szukając wspomnianej kotki w tłumie. Wśród kotów wzniosły się ciche pomruki zaskoczenia, chociaż większość z nich pozostała w milczeniu. Skinęła jej głową, a niebieska pointka wyszła przed szereg, wywołana. Nieśmiało zgarbiła się, stając przed niebieskim kocurkiem. Była od niego wyższa, chociaż niewiele. Ilość przeróżnych ozdóbek w jej kłosach wprawiały go w zachwyt. Wlepił duże oczka w nowo poznaną, posyłając jej pocieszający uśmiech. Ciekawe, czy stresowała się bardziej niż on? Niech nic się nie martwi, on już zadba, żeby się więcej uśmiechała! Tak, jak dbał o mamusię.
Tak, jak nakazywała tradycja, zetknęli się nosami. Drzemlikowa Łapa spojrzał na wszystkich zebranych, a jego cieniutki ogon podrygiwał z rozemocjonowania. Nigdy wcześniej nie miał na sobie tylu oczu i poczuł się tym odrobinę przytłoczony, jednak nie na tyle mocno, żeby z tego powodu na cokolwiek narzekać. W rzeczywistości był niezwykle wdzięczny, iż otrzymał taką szansę! Bo nie każdy mógł dostąpić takiego zaszczytu.
— Drzemlikowa Łapa! Drzemlikowa Łapa! — odbijało się jeszcze, ginąc w gęsto porośniętych dookoła obozu trzcinach, pnących się niemal do samego nieba.

***

Kocurek spojrzał na swoje odbicie w wodzie. Obraz niebieskiego, pręgowanego pyszczka rozmył się po wzburzonej tafli, obijającej się o piaszczysty brzeg. Chłodna ciecz dotknęła jego poduszeczek łap, na co kocurek zapiszczał cicho, chociaż nie z przerażenia, a raczej zdziwienia, że woda mogła być taka zimna. Gdy był jeszcze w kociarni, Złocisty Widlik uczył go pływać w malutkim zbiorniku, różnica była jednak taka, że tamto miejsce miało wyżej dno i było je widać z góry, a ponadto woda go raczej grzała, niżeli oziębiała. Dlatego też musiał przyzwyczaić się do takiej zmiany. Spojrzał na Szepczącą Hipnozę, nieśmiało i dość niezręcznie wpatrującą się w niego. Czy powinien powiedzieć coś jako pierwszy?
— W żłobku uczyłem się już nieco pływać — zaczął, poruszając lekko uchem. — Umiałem nawet nurkować! Dlatego myślę, że nie sprawi mi kłopotu dzisiejsza lekcja — próbował ją zapewnić, chociaż sam nie był pewien; zapewniał siebie, czy może pointkę?
Kocica pokiwała lekko głową.
— W-wiem. Każde kocię uczyło się pływać pod okiem piastuna. Woda tutaj jednak różni się diametralnie, jak już zdążyłeś z pewnością poczuć. Jest d-d…użo chłodniejsza, szczególnie teraz, Porą Opadających Liści. Nie uniesie cię tak łatwo, jak zbiornik w k-kociarni, tutaj musisz myśleć nad każdym swoim ruchem. Nie wątpię jednak w twoje umiejętności — wymruczała, robiąc co jakiś czas przerwy w wypowiedzi. Drzemlikowa Łapa kiwał głową, dając jej tym samym znać, że słuchał.
— Spróbuj się zanurzyć. Będę cię p-pilnować — poleciła mu, a on wrócił jasnymi ślepkami do wody przed sobą. Nie miał co się nastawiać od razu na najgorsze! W końcu wojowniczka z pewnością by go uratowała, w razie kryzysu. Dlatego też zanurzył jedną łapkę, a mroźny dreszcz poniósł mu się wzdłuż kręgosłupa, podnosząc futerko gdzieniegdzie. Wzdrygnął się, ale nie zamierzał poddawać. Druga łapa skończyła w wodzie, a on miał wrażenie, że czuł, jak krew, przynajmniej częściowo, odchodzi mu z kończyn. Nie było to przyjemne, dlatego też kłosy wzdłuż kręgosłupa stanęły mu dęba.
— Aah! Strasznie zimna ta woda — powiedział, otrzepując się z niewidzialnej cieczy. W końcu nie zanurzył się jeszcze na tyle głęboko, żeby tak robić, jednak poczuł taką potrzebę. Szepcząca Hipnoza zachęciła go do tego, żeby wszedł cały. Dlatego też kontynuował. Zanurzył brzuch, a potem granat pochłonął również jego boki. Wreszcie, znalazł się w sytuacji, w której wystawał tylko łeb. Zaczął wykonywać zamaszyste ruchy, czując, że się zapada. Szepcząca Hipnoza przybliżyła się do niego, pozwalając mu oprzeć się o własny bok.
— Musisz spokojniej odpychać wodę. Jeśli będziesz panikował, to będziesz się topił — powiedziała, strzygąc lekko wąsami. Drzemlikowa Łapa pokiwał łebkiem, trzęsąc się z zimna. Było to trudniejsze, niż przypuszczał. Zrobiło mu się aż głupio, że tak się wychwalał, zanim w ogóle wszedł cały do wody. Nie było jednak miejsca na wycofanie się, chciał coś osiągnąć! Dlatego też odsunął się lekko od mentorki łapkami i z ogonem nad taflą, zaczął młócić łapkami wodę, tym razem dużo spokojniej niż chwilę temu. Nie dotykały dna. Jego ruchy stały się bardziej przemyślane, a on sam wyglądał niczym mała wydra w wodzie. Od zawsze lubił pływać i nierzadko prosił Złocistego Widlika o dodatkowe sesje, żeby tylko móc poczuć wodę otulającą go niczym ciepłe łapy matki. Musiał obrać w tym środowisku inną taktykę i postępując zgodnie z poleceniem, udało mu się unieść nad wodą, jednocześnie nie marnując przy tym zbyt wiele potrzebnej energii. Chwilę jeszcze pomłócił łapami, gdy Szepcząca Hipnoza wynurzyła się z wody i przysiadła na brzegu, a kropelki skapywały jej z długich kłosów. Kiwnęła wreszcie głową.
— D-dobrze. Na dzisiaj tyle wystarczy. Wyjdź z wody i wrócimy do obozu. Jutro pokażę ci parę roślin, których będziesz musiał się n-nauczyć — miauknęła, jąkając się. Zwęglonemu to nie przeszkadzało. Tak naprawdę wynalazł sobie w wodzie zabawę, w której oprócz młócenia, próbował jednocześnie złapać wszelkie brudy, które przyniósł prąd. Najczęstszym z nich były skorupki po najprawdopodobniej owadach, a także martwe osy. Nigdy nie został przez żadną użądlony, a sam widok wywołał u niego lekki uśmiech. Z Lipieńkiem znaleźli kiedyś podobne! A potem poznali swojego ślimaka pupila.
Kocurek wynurzył się z wody, otrzepując i dbając przy tym jednocześnie o to, żeby nie ochlapać swojej mentorki. Miał świadomość, jak kluczowym była umiejętność pływania, szczególnie na terenach Klanu Nocy. W końcu tu wszędzie były wysepki otoczone wodą, dlatego kot, który nie potrafił pływać, musiał mieć niezwykle ciężko wśród Nocniaków, o ile taki istniał… Szarofutry był wdzięczny, że tak bardzo lubił od zawsze wodę i ogólnie pływanie. To mu bardzo ułatwiało sprawę. Zrównał kroku z pointką i posłusznie trzymał się jej, aż do powrotu.
Znalazłszy się w sercu Klanu Nocy, pożegnał się z Szepczącą Hipnozą, machając jej jeszcze ogonkiem na pożegnanie. Dzisiejszy trening był niezwykle przyjemny! Bardzo polubił kotkę, którą przydzieliła mu Mandarynkowa Gwiazda jako mentorkę. Nie mógł doczekać się jutra! Był niezwykle ciekawy, jakie rośliny mu pokaże. Czy będzie to bardzo różniło się od treningu, jaki musieli przejść medycy? Niebo przestrzelone było szarymi chmurami, zwiastującymi nadchodzący wielkimi krokami deszcz. Trzciny kołysane były przez silniejszy wiatr, który wprawiał je w przyjemny dla uszu szum. Drzemlikowa Łapa z przyzwyczajenia skierował się do żłobka, a wewnątrz dostrzegł Czosnkową Krewetkę, spodziewającą się kociąt i resztę obecnie zamieszkujących żłobek. Pokręcił głową z zawstydzeniem i wycofał się, ślepkami odszukując nory uczniów. Od dzisiaj to właśnie tam miał spać. Wetknął łeb do środka, upewniając się, czy to było dobre miejsce. Zauważywszy odpoczywającą Orzeszkę na jednym z posłań, westchnął z ulgą. Nie chciał budzić siostry, dlatego też, gdy dostrzegł nieopodal siedzącą Wełniankową Łapę, która akurat myła łapą policzki, podszedł do niej z uśmieszkiem.
— Wełniankowa Łapo! Ja też zostałem już uczniem. Dogoniłem cię, prawie! — uśmiechnął się do niej szeroko, a kocica podniosła ciemne spojrzenie znad własnej łapy. Ruchem ogona zachęciła go do tego, żeby usiadł obok.
— No, no! Gratulację, jednak… Jeszcze trochę ci brakuje, żebyś wzrostem mi dorównał! — powiedziała do niego, po czym niespodziewanie powaliła go na grunt, tak, jak kiedyś, jeszcze za czasów kocięcych. Delikatnie oszołomiony Drzemlikowa Łapa poczuł, jak zderza się z posadzką, chociaż wcale nie boleśnie. Vanka uśmiechnęła się szelmowsko, a zwęglony pozwolił jej tym razem wygrać.
— Aaaa! — krzyknął, udając śmiertelnie przerażonego zaistniałą sytuacją. Orzechówka podniosła głowę ze swojego posłania, zaalarmowana, aczkolwiek nie skomentowała tego, a żółtooki nie miał nawet pojęcia, że spogląda w jego stronę. Miał pomysł na ich kolejną zabawę, za którymi swoją drogą tęsknił, odkąd Wełnianka zamieszkała w legowisku uczniów. Miała ceremonię wcześniej, niż on, ale teraz mogli już na nowo sypiać nieopodal siebie. — Ratunku! Atakuje mnie straszny borsuk! — mówił, otwierając szeroko oczy. Po paru uderzeniach serca udało mu się wyślizgnąć spod jej uścisku sprytnie i stanął naprzeciw niej, prezentując się niczym najsilniejszy wojownik. Ogon miał uniesiony wysoko, a pierś wypiętą do przodu. — Nic się nie martw, uratuję cię! — powiedział sam do siebie, odgrywając rolę bohatera. Spojrzał raz jeszcze na Wełniankową Łapę, szykując się do swojego “ataku”.

<Wełnianko-borsuku? Czy podoba ci się zabawa, którą już znamy? Może wolisz pobawić się w coś nowego, albo w to samo?>
[1728 słów + pływanie, trening ogrodnika]

[35% + 5%]