BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 22 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

22 marca 2026

Od Jagnięcej Łapy (Jagnięcego Ukłonu) CD. Trójokiego Zająca

Przeszłość

Rudaska, widząc Trójokiego Zająca, postanowiła do niego podejść. Była ciekawa czy ich rozmowa przyniosła jakiś efekt. W końcu kocur nie był do tego pomysłu przekonany. Usiadła przy nim i wlepiła w niego kobaltowe oczka. Milczała przez kilka chwil, dając możliwość wypowiedzi wojownikowi.
— Widzisz? Mówiłam, że powiedzenie tego w bardziej lub mniej jawny sposób będzie dobrym posunięciem — wymruczała. Była wyraźnie zadowolona z odpowiedzi kocura. Nie lubiła, gdy ktoś się smucił lub powstrzymywał przed szczerością. Często powiedzenie czegoś dawało szansę na to, że dwa koty odnajdywały do siebie drogę. Gorzej jak się milczało, a potem żałowało, że się nie powiedziało.
— Jestem z ciebie dumna — wymruczała ciepło. Czasem czuła się jak matka niektórych kotów. Szczególnie jeśli ktoś pytał ją o radę w jakiejś kwestii, a potem rzeczywiście z niej korzystał.

Dzień po mianowaniu na medyka

Jagnięcy Ukłon oficjalnie została medyczką Klanu Klifu. Z jednej strony cieszyła się, ale z drugiej nie była pewna czy cokolwiek to zmieniało w kwestii podejścia innych kotów do niej. Musiała jednak przyznać, że trochę kotów nie było już tak bardzo negatywnie do niej nastawionych. Przynajmniej z tak małego sukcesu mogła się cieszyć. Zresztą nie była posiłkiem, który wszyscy musieli lubić. Jej życiowym celem było nieść pomoc i wsparcie. Nic więcej i nic mniej. Właśnie szła w stronę legowiska starszych, kiedy o mało co nie wpadła w przyjaciela. Chyba mogła go uznać za przyjaciela, ale pewna nie była. W każdym razie Trójoki Zając był do niej pokojowo nastawiony.
— Och wybacz Trójoki Zającu, trochę się zamyśliłam — miauknęła z lekkim rozbawieniem w głosie. Przy tym kocie czuła się swobodnie.
— Jak się dziś czujesz? Jak tam na patrolach. Mam nadzieję, że obyło się bez przykrych niespodzianek — wymruczała pogodnie, przechylając leciutko łebek. Czekała cierpliwie na jego odpowiedź. Postanowiła nie wyskakiwać od razu z tekstem dotyczącym lubej kocurka. Najpierw chciała się upewnić, że u niego było dobrze.
— Ach i jak tam twój brat? — dodała jeszcze. Chyba nie miała przyjemności rozmawiać z Króliczą Prawdą. Widywała go tylko czasami, bo więcej czasu spędzała w legowisku medyka lub w żłobku czy u starszych. Z kolei z Zającem starała się rozmawiać w miarę możliwości często.

<Trójoki Zającu?>

Od Poczciwego Szakłaka CD. Pchełkowego Skoku

Pomimo przykrych wydarzeń u pewnego czarnofutrego Burzaka, ten nie miał serca odmawiać spotkań siostrze, szczególnie że zbyt długo między nimi była cisza i jedynym czasem, kiedy to mogli na spokojnie porozmawiać były zgromadzenia. Poczciwy Szakłak z każdym dniem czuł się coraz gorzej, lecz nie narzekał, w końcu nadal w Klanie Burzy miał jeszcze ojca i Słoneczny Fragment, będący w jakimś stopniu z jego rodziny.
— Jak to wyznać miłość? To do ciebie niepodobne. Pamiętam, jak byłaś taka nieśmiała, a tu proszę! — powiedział z lekkim uśmiechem na pysku, kiedy to do jego uszu dotarły słowa szylkretki. Cieszył się ze szczęścia siostry, niech, chociaż ona ma z życia, skoro po jego piętach depcze śmierć.
— Dużo się wydarzyło. Tawułowa Łapa niemal kończy trening, jestem z niej taka dumna... — zaczęła. — A ja jestem pełna nadziei, dla Klanu Klifu. Nadchodzą lepsze czasy, czuję to, Szakłaku! Bardzo żałuję, że nie możesz ze mną mieszkać w Klanie i cieszyć tym wszystkim. Spodobałoby Ci się, moglibyśmy codziennie rozmawiać i dzielić językami. Pokazałabym Ci moje ulubione miejsca — westchnęła.
— P-Pomyślałam... że jeśli teraz tego nie zrobię, t-to nigdy się nie o-odważę... — dodała, nawiązując do wyznania miłosnego.
— Wiem, też nad tym bardzo ubolewam. Barszczowa Łodyga nie młodnieje, więc niedługo pozostanę sam w Klanie Burzy, a mojej kochanej siostrzyczki nie będzie u mego boku — przyznał, opierając czoło o jej brak. — Jednakże cieszę się, że u ciebie dobrze oraz chcesz się na coś odważyć. W końcu mała Pchełka dorasta — dodał, podnosząc głowę, by spojrzeć w jej zielone oczy. Te były podobne to tych jego, lecz różnił je jeden ważny czynnik — szylkretka cieszyła się z życia, co było widać z daleka, a on? Ledwo udawało mu się ukrywać oznaki letargu, nie chcąc niepokoić Pchełki swoim stanem, jednakże zaniedbana czarna sierść i pusty wyraz oczu musiały się w jakimś stopniu rzucać, a już zwłaszcza na tle takiego promyczka słońca, jakim obecnie była Klifiaczka.
Kotka łagodnie patrzyła na brata, przez co mogła dostrzec w nich znaczną różnicę, która nastąpiła pomiędzy ich spotkaniami
— Najwyższa pora... prawda? Dorosnąć... — miauknęła cicho. — Nasz tata... Nie chcę go tracić. Ani Ciebie, n-nigdy. Ale wiem... że to n-nieuniknione — szepnęła cicho. — Czy... w tym Klanie Burzy wszystko w porządku? Macie... odpowiednio z-zwierzyny? Jesz jak trzeba? A tata?
— Szkoda, że mnie przy tym nie mogło być. Nasz ojciec na pewno jest z ciebie dumny — dodał, kładąc ogon na jej grzbiecie w geście wsparcia. — Raczej dobrze, choć w ostatnich księżycach nasi najmłodsi członkowie sprawiają niemałe problemy. Zwierzyna dopisuje, choć zdarza nam się natknąć na Dwunożnych przy wodzie, a o mnie nie musisz się martwić... Choć żałuje, że nie poznałem cię z moim mentorem... Ani uczniem…
Pchełkowy Skok sama widocznie posmutniała, jednak to nie stanowiło przeszkody, by okazać parę gestów, które miały podnieść kocura na duchu — co raczej było marną próbą, jednak liczą się chęci, co zdecydowanie Poczciwy Szakłak doceniał.
— Nie martw się tym, na pewno byli wspaniali — mruknęła. — Macie niegrzeczną młodzież? W Klanie Klifu z-zagrażają kotom mewy... A-Ale ja na siebie uważam! Więc nie m-musisz się martwić.
Spróbowała pokrzepić go krzywym uśmiechem. Ostatnie czego chciała to dokładać kocurowi zmartwień.
— Na pewno uważasz? Nie chciałbym i ciebie stracić... Kogo wtedy bym męczył lub witał z zaskoczenia na każdym naszym spotkaniu. Jeśli... jeśli będziecie działać coś z tymi mewami to... Obiecaj mi, że pozostaniesz w obozie, bezpieczna — powiedział ze słyszalną nutą twardości i braku możliwości sprzeciwu w danej kwestii. Przy czym skutecznie zmienił temat, woląc nie mówić o sobie i swoich problemach. Jemu wystarczało w zupełności, że to Pchełce się w życiu powodzi, on od zawsze grał jako tło.
— Obiecuję — miauknęła. — Zapewne i tak by mnie nie wzięli na taką misję...
— Dziękuję siostro. Nie umniejszaj sobie umiejętności, lecz oprócz ojca już w sumie nie mam nikogo. Matka to nie wiem nawet, czy żyje…

<Pchełkowy Skoku? Mam nadzieję, że dotrzymasz słowa i następnym razem przyjdziesz cała>

Od Kalinowej Łapy (Kalinowego Powiewu)

Kalinowa Łapa czyściła sobie zmierzwiony kosmyk futra, który jak na złość nie chciał się wyprostować. Odkąd zawalczyła z psem, kawałki jej sierści uszkodziły się, co wcale jej nie cieszyło. Miała obawy, że mogło to już tak zostać, chociaż były one absurdalne i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. W końcu jej futro cały czas rosło, więc z pewnością, zanim się obejrzy, będzie miała futra dwa razy tyle. Jednak nadal była odrobinę wstrząśnięta po ostatnich wydarzeniach. Mimo wszystko musiała prezentować się zawsze jak najlepiej – musiała się sobie podobać! Gdy wreszcie była usatysfakcjonowana z efektu, jaki udało jej się uzyskać, do jej uszu dotarło donośne wołanie. Zastrzygła wąsami.
— Niech wszystkie koty na tyle dorosłe, żeby polować, zbiorą się na zebranie klanu! — zawołała Zalotna Gwiazda, sadowiąc się wygodnie na wiekowym pniu pod sobą. Kora zaskrzypiała pod lekkim naciskiem. Kalinowa Łapa wyszła na polanę pospiesznie, będąc jedną z pierwszych, którzy się zebrali. Zaraz potem z jam zaczęły wychodzić koty, oczy świeciły im z zaciekawieniem w półmroku zacienionego wgłębienia. Słońce prażyło każdemu grzbiety, a Zalotnej Gwieździe promienie padały prosto na pysk. Brązowe oczy liderki powędrowały po pobratymcach z góry, zatrzymując się na Kalinowej Łapie, przeskakując potem na Wąsatkową Łapę. Szara poruszyła odrobinę puchatym ogonem. — Kalinowa Łapo, Wąsatkowa Łapo, wystąpcie — zażądała, wznosząc końcówkę swojego ogona lekko do góry. Obydwie Wilczaczki postąpiły tak, jak im nakazano. — Zebraliśmy się dzisiaj, żeby pochwalić te dwie uczennice, które zapracowały sobie na to, aby wspomnieć o ich niezwykłym czynie. Udało im się przegonić psa, który grasował na naszym terytorium. Zasługują na pochwałę — miauknęła poważnie, z lekkim uśmiechem wymalowanym na pysku.
Żółtooka schyliła odrobinę łeb w geście szacunku. Miała wrażenie, jakby serce miało jej wyskoczyć z piersi z podekscytowania. Zamrugała parokrotnie, zupełnie ignorując gorąc, jaki coraz intensywniej grzał jej grzbiet. Skupiona teraz była na słowach przywódczyni.
— Kalinowa Łapo, od dzisiaj znana będziesz jako Kalinowy Powiew. Wąsatkowa Łapo, ty zaś od dzisiaj zwana będziesz Wąsatkowym Ruczajem. Klan Wilka jest z was dumny. Mimo ogromnego ryzyka, jakiego się podjęłyście, nie ugięłyście się pod zadaniem, pomyślnie przepędzając niebezpieczeństwo z naszych terenów, tym samym dbając o dobro pobratymców. Nie zapomnimy wam tego prędko.
— Kalinowy Powiew, Wąsatkowy Ruczaj! Kalinowy Powiew, Wąsatkowy Ruczaj! — poniosło się donośnym echem po obozie. Koty wykrzykiwały te imiona z uznaniem oraz dumą. Vanka miała wrażenie, jakby ich głosy były w stanie przedrzeć się przez drzewa iglaste, docierając do sąsiednich klanów. Jej serce wypełniło się ciepłem.
Szara rozejrzała się z uśmiechem wymalowanym na pysku po zebranych. Wypatrywała w nich swojej matki – gdy ich spojrzenia się spotkały, w żółtych oczach koteczki zakręciła się nadzieja. Czy będzie wreszcie z niej zadowolona? Pochwali ją? Pogodzą się? Na pysku starszej jednak wymalowane było niezadowolenie, może nawet swego rodzaju zawód. Poczuła nieprzyjemnie ukłucie w piersi, jej uśmiech lekko opadł. Przez głośne skandowanie przebił się jeden konkretny głos, który zwrócił jej uwagę najbardziej. Był to Trzcinniczkowa Dziupla, jej kochany wujek, który starał się jak mógł, żeby koteczce nie było przykro w tak ważny dla niej dzień. Miała wrażenie, jakby sam fakt, że starszy był gdzieś obok, mocno podnosił ją na duchu. Rozpromieniła się ponownie, w rozemocjonowaniu lekko przygniatając grunt. To był niezwykle ważny dzień, od dzisiaj miała nazywać się Kalinowym Powiewem. Było to eleganckie imię, bardzo jej się podobało!

Od Węgielek (Zwęglonej Łapy)

Przeszłość

Szylkretka cicho zapiszczała, kiedy jej drobne dymne ciałko zostało dotknięte przez przenikliwy jęzor chłodu. Mimowolnie się wzdrygnęła, wtulając w najbliższe źródło ciepła, jakim była jej siostra, choć ta także trzęsła się z zimna. Kiedy tylko młódka uświadomiła sobie, że ich rodzicielki nie ma obok, uchyliła powieki, ukazując swoje żółte ślepia, które kontrastowały z czarnym tłem, będącym sierścią w tym kolorze nad jej oczami, choć sam pyszczek z grzbietem nosa były białe niczym świeży puch w porze nagich drzew. Ta jasna barwa ciągnęła się aż pod patrzałki koteczki, tworząc w stronę polików kształt złudnie przypominający księżyc w fazie szpona.
Z każdym uderzeniem serca ogarniał ją paniczny strach i tęsknota za matką, która powinna być obok, jednakże zamiast niej, miejsce zieje pustką, bolącą bardziej niż najostrzejszy cierń wbity w serce. Kocica ich porzuciła, jednak dlaczego? Dlaczego. Dlaczego! Szylkretka pisnęła głośno, a cała okolica, jakby zdawała się milczeć, dając się owładnąć dźwiękom rozpaczy, które opuszczały tak młody pyszczek. Czyżby Gwiezdni Przodkowie już na samym początku skazali ją na okrutny los za czyny poprzedniego życia? Jednak co takiego musiała zrobić, by tak rozpocząć swoją żywot?
Kolejny pisk rozbrzmiał, niesiony przez wiatr dotarł do liliowych uszu pewnej Wilczaczki. Długie futro falowało pod wpływem chłodnych podmuchów, kiedy to wyłoniła się z zarośli, zbawiona zrozpaczonym echem. Żółtym oczom ukazał się widok ściskający serce — pod Świetlistą Wierzbą malowały się dwa drobne kształty, które coraz bardziej drżały z przeniknionego zimna. Kocica podeszła do porzuconych maluchów, by użyczyć im trochę swojego ciepła, otulając je swoim gęstym ogonem.
Szylkretka od razu przylgnęła do źródła, które zapewniało jej znaczenie lepsze warunki ogrzania niżeli siostra, po chwili podążając w ślad za nią.

Test na ucznia

Żółtooka została wyrwana ze spokojnego snu przez jednego z wojowników Klanu Wilka. W pierwszej chwili panika ogarnęła jej ciało, kiedy to była ponaglana i popychana w stronę wyjścia ze żłobka — czyżby zrobiła coś złego, że jest wyciągana z początkiem nocy z bezpiecznego legowiska? Dopiero po paru uderzeniach serca uświadomiła sobie, że przecież jej siostrze może się coś stać, gdy nie będzie u jej boku. Zdezorientowane ślepia błądziły po wszystkim dookoła, starając się wyłapać pewną jasną sylwetkę, która jak się okazało nieco zaspana, ale i radośnie szła parę długości za nią. “Czasem nienawidzę tej jej niewinności…” — pomyślała, spoglądając na wojownika, który ciągle ją poganiał, jakby to jej winą było, że posiada krótsze łapy od niego i trudniej jest nadążyć narzuconym tempem.
W pewnym momencie przez przypadek skrzyżowała spojrzenie z kocurem o zielonych oczach, które jasno mówiły o mało pozytywnym nastawieniu wobec młódki. Speszona spuściła wzrok na własne łapy, obserwując, jak podłoże pod nimi się zmieni — początkowa trawa, która wyścielała polanę w obozie, zmieniła się w wydeptaną ścieżkę, z czasem przecinaną przez korzenie potężnych drzew, górujących nad nimi. Szylkretka przez ostatnie cztery księżyce raczej zbyt dużo okazji nie miała, jak nie wcale, by pozwiedzać coś więcej niż najbliższy obszar żłobka w obozie — jej aż tak nie ciągnęło do zwiedzania nieodkrytego świata, jak Kryształek. Prędzej był to kolejny powód do obaw o siostrę, kolejna możliwa przyczyna utraty jej niewinności. Węgiel wolałaby tego uniknąć, by srebrna jak najdłużej pozostała sobą i nie zmieniała się przez czynniki zewnętrzne, jak klan czy ktokolwiek lub cokolwiek innego.
— Zostać tu inaczej zginiesz. — Głos wojownika był szorstki i chłodny w obyciu, co jedynie potęgowało wagę ostrzeżenia i możliwej śmierci. Skinęła parę razy krótko głową, chcąc mieć to wszystko za sobą — w jej głowie od razu zostały przywołane wspomnienia, kiedy to obudziła się obok siostry samotne w lesie, porzucone na łaskę losu i drapieżników grasujących w okolicy.
Dopiero kiedy kroki Wilczaka ucichły, odważyła się podnieść wzrok ze swoich jasnych łap, a jej żółtym oczom ukazał się obraz samotnego drzewa pośród niczego, będące otoczone ciernistymi krzewami, które przerzedzały się wraz ze zmniejszającą się odległością do linii zielonych drzew, gdzie stała młódka. Całe miejsce było owiane uczuciem grozy i strachu, wywołanego u swego obserwatora, co raczej było dość irracjonalne, jednak szylkretki to nie obchodziło. Cierniste Drzewo dla niej zdawało się wręcz krzyczeć śmiercią i okrucieństwem, tak podobnym, jak ze strony niektórych wojowników w obozie, na których sam widok miała ochotę schować się w ciasnym zakamarku żłobka, modląc się do Przodków, by ci ochronili ją i siostrę od tych bestii w kociej skórze.
Każde uderzenie serca zdawało się trwać księżyce, a mimo to jej wzrok był skupiony na martwym konarze, budzącym nieopisaną grozę. Pomimo tego coś ją do niego ciągnęło, kusiło, niczym najsłodsza obietnica, która spełni się od razu, kiedy odrzuci wszystko, w co wierzy — wartości, rodzina, Przodkowie. Brzmiało to pięknie, jednak nie mogła pozwolić, by zostawiła Kryształek na pastwę okrutnego losu. Z trudem oderwała żółte ślepia od Ciernistego Drzewa, by znaleźć parę kroków dalej kępę krzewów, będących idealną kryjówką na resztę samotnej nocy. Sprawnie przecisnęła się między gęstymi gałęziami, by zająć miejsce obok nasady, od której rozgałęziają się zdrewniałe pędy — może nie było to najwygodniejsze miejsce, lecz ważne, że stanowiło dobrą ochronę przed możliwymi drapieżnikami, które miałaby chrapkę na bezbronne kocię.
Dopiero kiedy słońce powoli pojawiało się na horyzoncie, do jej uszu doszedł dźwięk stawianych kroków oraz szelest liści. Niepewnie wychyliła głowę w stronę źródła, by po chwili ujrzeć burego wojownika, który wcześniej ją tu przyprowadził — poczuła, jak nieopisany ciężar spada jej z serca. Wypełzła spomiędzy cienkich gałęzi krzewu, aby następnie ukazać się cała i zdrowa Wilgowej Goryczy. Ten jedynie spojrzał na nią z wyższością, skanując ją wzrokiem, a po stwierdzeniu, że szylkretka żyje, obrócił się na pięcie i ruchem ogona dał znać, by ruszyła za nim. Ta nie ociągając się, żwawo ruszyła za starszym, chcąc jak najszybciej powrócić do bezpiecznego obozu, chronionego murem gęstych krzewów i gałęzi — w środku wręcz skakała z radości, że udało jej się przeżyć samotną noc w lesie, lecz po chwili pojawiła się obawa o Kryształek. Co, jeśli coś jej się stało, a Węgiel nie było obok, by ją ochronić? Czy będzie w stanie żyć bez swej niewinnej siostrzyczki u boku?
Początkowo nawet w obozie jej obawy nie zniknęły, gdyż nigdzie pośród zbiorowiska Wilczaków nie widziała tak dobrze znanego srebrnego futerka, należącego do niebieskookiej. Niepewnie przeszła pomiędzy rozchodzącymi się wojownikami, by następnie trafić tuż przed samo oblicze Zalotnej Gwiazdy. Brązowooka budziła respekt, podziw i strach u młódki, a liczne szramy na białym ciele były dowodem, że liderka w swym życiu stoczyła nie jedną walkę, co zapewne czynią ją bardzo doświadczoną kocią w boju. Skupiona na obserwacji starszej, nawet nie zauważyła, kiedy obok niej pojawiła się Kryształek, cała i jednocześnie w skowronkach, jakby samotna noc w lesie była czymś ekscytującym i wcale nie kończąca się możliwą śmiercią.
— Węgielek — zaczęła Zalotna Gwiazda, choć szylkretce zdawało się, że jej imię z trudem przechodzi przez wargi liderki. — Ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczennicą. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Zwęglona Łapa. Twoim mentorem będzie Sowie Zmierzch. Mam nadzieję, że Sowi Zmierzch przekaże ci całą swoją wiedzę.
W międzyczasie wywołany wojownik stanął po lewej stronie nowo mianowanej uczennicy, którą od dziś miał szkolić.
— Swoi Zmierzchu, jesteś gotowy do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałeś od swojego mentora Mrocznej Wizji doskonałe szkolenie i pokazałeś swoją cierpliwość i rozwagę. Będziesz mentorem Zwęglonej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz jej całą swoją wiedzę.
Po tym nastąpiło mianowanie Kryształki, która od teraz będzie znana jako Kryształowa Łapa, a jej mentorem będzie Cienista Zjawa. Dopiero kiedy skandowania ich nowych imion ucichły, Wilczaki zaczęły się rozchodzić, by powrócić do wcześniejszych obowiązków, Zwęglona Łapa zdała sobie sprawę, że od teraz już nie będzie jej non stop u boku srebrnej i nie będzie mogła jej chronić przed możliwym złem. Strach i panika powoli zaczęły oplatać się wokół jej ciała, dopóki nie usłyszała głębokiego głosu swojego mentora. Żółte ślepia gwałtownie przeniosły się na sylwetkę liliowego kocura, który zdawał się nie być wzruszony obecnym stanem swojej uczennicy.
— Chcesz przyjąć osobiste gratulacje od Brukselkowej Zadry lub porozmawiać z siostrą? Jeśli nie, to zechciałbym omówić z tobą najbliższe księżyce naszej współpracy.
— Chyba wolałabym później z nimi porozmawiać… — przyznała, spuszczając wzrok na swoje łapy.
— W takim razie chciałbym ci pokazać nasze terytorium i w międzyczasie porozmawiać. Chyba że jesteś zmęczona po nocy.
— Nie nie, możemy ruszać — odpowiedziała, na co liliowy skinął głową, a następnie ruszył w stronę tunelu, stanowiącego wyjście z obozu. Szylkretka ostatni raz spojrzała na niebieską uczennicę, by po paru uderzeniach serca ruszyć za zielonookim wojownikiem. Zwęglona Łapa w duchu była wdzięczna, że trafiła na tak spokojnego i wyrozumiałego mentora, gdyż Cienista Zjawa zdawał się być kompletnym przeciwieństwem starszego wojownika, co nieco niepokoiło młódkę, głównie z oczywistych obaw o Kryształową Łapę.

[1396 słów]

Od Wąsatkowej Łapy CD. Pustułkowego Szponu

— Nic nie robisz źle. Niektórzy po prostu nie są nam pisani jako przyjaciele. Jeśli Cykoriowa Łapa faktycznie jest twoją prawdziwą koleżanką, to niedługo jej przejdzie — wyjaśnił czekoladowy. W oczekiwaniu aż młódka się uspokoi, zaczął skubać wróbla z piór, by jedną z lotek podarować czarno-białej, dołączając ją do niewielkiej kolekcji, którą miała za uchem. — Tak w ogóle to skąd masz te pióra? Nie kojarzę, by któryś z ptaków na terenie Klanu Wilka miał takie.
Wąsatkowa Łapa pociągnęła nosem, po czym wzruszyła ramionami. Właściwie pamiętała, że dostała te pióra od swojej mamy, ale nie miała teraz ochoty się z tego tłumaczyć kocurowi. Zresztą, powinien sam to wiedzieć. Widział ją już nieraz z tymi piórami za uchem. Powinien też wiedzieć, że jego partnerka lubiła się szlajać po różnych terenach! Czyżby pamięć jej taty znacznie się pogarszała? To… bardzo przykre. Może powinna coś z tym zrobić, nim zapomni i ją?
Kotka wzięła głęboki oddech i subtelnie położyła po sobie uszy. Uniosła swoje duże, zmartwione ślepia na kocura i prześledziła wyraz jego pyska jednym z nich.
— Tato… Ale nie zapomnisz mnie nigdy, prawda? — zapytała zmartwionym głosem.
Czekoladowy zamrugał kilkakrotnie, a na jego mordce pojawiło się zmieszanie.
— Dlaczego miałbym cię zapomnieć? — odparł, uśmiechając się do niej z politowaniem.
— No nie wiem… Cały czas zapominasz o mamie! Wcześniej przecież odwiedzałeś ją co drugi dzień, a teraz? Czy ty w ogóle pamiętasz, jak ona wygląda? — burknęła, odwracając od niego wzrok. — Bardzo za nią tęsknię… i za swoim bratem też. Dlaczego nie możemy się z nimi spotkać…? — wymamrotała pod nosem.

* * *

Jeszcze kilka dni, a w końcu zostanie wojowniczką! Przynajmniej tak przekonywał ją czekoladowy kocur. Zastępca nieugięcie budził ją każdego ranka punktualnie, zabierając na leśne schadzki, podczas których doskonaliła swoje techniki polowania i walki. Miała co prawda wrażenie, że i tak wie mniej niż niektórzy jej bliscy, ale to chyba ze względu na to przeklęte oko!
Wcześniej nie zwracała na to zbyt dużej uwagi. Wydawało jej się, że każdy widzi świat tak samo, jak ona. Teraz jednak już wiedziała, że ma gorzej i ciężej od innych – przez to musiała przykładać się dwa razy bardziej na treningach! Nie wiedziała, czemu los zdecydował się tak pokarać akurat ją, ale przynajmniej cieszył ją fakt, że Kobczyk był zdrowy. Już wolała sama męczyć się z tym świństwem, niż żeby jej brat cierpiał! Ciekawe zresztą, jak jemu szedł trening. Czy też miał jakiegoś mentora? Może skoro Wąsatkę uczył jej tata, to Kobczyka uczy mama? To miałoby przecież sens, no nie?
Tym razem Wąsatkowa Łapa była już na nogach, krocząc obok swojego taty-mentora. Maszerowali lasem. Młódka nie do końca wiedziała dokąd, ale pamiętała, że czekoladowy wspominał coś o tunelach. Czyżby miała się nauczyć poruszać między nimi?
“Trenuję, by zostać wojowniczką, czy kretem?” – pomyślała, patrząc na swojego tatę, którego pysk nie zdradzał żadnych konkretnych emocji. No cóż, dowie się na miejscu.
Nie musiała długo czekać, bo w końcu udało im się dotrzeć do celu. Przed nią pojawiła się dziura w ziemi, która najwyraźniej była jednym z wejść do sieci tuneli.
— Tunele, do których wejścia są na terenach Klanu Wilka, ciągną się również na terytorium Klanu Klifu — wyjaśnił kocur, podchodząc powoli do nory. — Są ważną częścią życia Wilczaków, dlatego większość wojowników powinna wiedzieć, jak się w nich przemieszczać, by nie zrobić sobie krzywdy. Nie trudno tu o to, by wpaść w jakąś dziurę czy zabłądzić w którymś z korytarzy. Nie można mieć też pewności, że tunel nie zawali się, podczas gdy w nim będziesz — tłumaczył dalej, aż po ciele uczennicy przeszedł dreszcz. Skoro te tunele były takie niebezpieczne, dlaczego z nich korzystali? Przecież równie dobrze można się poruszać po powierzchni ziemi, a nie pod nią! Ale kim ona była, by się temu sprzeciwiać? Skoro według starszyzny tunele były istotne, to zapewne tak było – choć jeszcze nie potrafiła pojąć dlaczego.
— A na czym będzie polegał trening? — spytała, przekręcając głowę. — Oprowadzisz mnie po tych tunelach, czy będę musiała iść sama? — dodała, marszcząc nieznacznie czoło ze zmartwienia.
Czekoladowy milczał przez moment, po czym poruszył ogonem.
— Wolałbym, byś spróbowała sama odnaleźć się w tunelach. To nie będzie trudne, bo nie wymaga od ciebie zmysłu wzroku. Musisz mieć tylko dobry węch, słuch i używać swoich wibrysów! — wyjaśnił, na co Wąsatka niechętnie skinęła głową. — Wpuścimy tam mysz, a ty będziesz miała za zadanie upolować ją i przynieść mi. Dobrze?
Czarno-biała ufała swojemu tacie i wiedziała, że nie posłałby jej do tych tuneli na pewną śmierć, dlatego posłusznie skinęła głową.

* * *

Dzisiejszy dzień był wyjątkowy! Jej tata postanowił, że na trening wybierze się wraz z Kruczym Piórem, a także jego uczennicą – Kalinową Łapą! Młódka uwielbiała naukę ze swoimi rówieśnikami. Gdy mogła spędzić czas z Cykoriową Łapą pod okiem swojego mentora, też było fajnie, ale z niewiadomych powodów już po powrocie do obozu czekoladowa obraziła się na nią. Myśl o tym wydarzeniu sprawiła, że Wąsatka położyła po sobie uszy i podeszła do Kalinki.
— Hej, Kalinko. Nie obrazisz się na mnie po skończonym treningu? — mruknęła, chcąc się upewnić.
Młodsza zwróciła wzrok w jej stronę, trochę zdziwiona pytaniem kotki.
— Nie, nie obrażę. Chyba że zrobisz coś bardzo głupiego — oznajmiła jasnofutra, uśmiechając się nieznacznie do starszej uczennicy.
— Uf, to dobrze! Bo kiedyś mój tata zabrał mnie na trening z Cykorią i od jego zakończenia ona nie odezwała się do mnie ani słowem! No… prawie. Najpierw na mnie nakrzyczała, a potem przestała ze mną rozmawiać. To takie smutne, prawda? — westchnęła ciężko.
Kalinowa Łapa spojrzała na swoje łapy, jakby się nad czymś zastanawiając.
— Naprawdę? To dziwne… — odparła niebieskofutra. — Nie próbowałaś się z nią jakoś dogadać?
Uczennica prychnęła.
— Próbowałam! Ale ona nie chce ze mną rozmawiać, a ja nawet nie wiem czemu! Muszę przyznać, że jest trochę uparta… — wymamrotała pod nosem, jakby bojąc się, że Cykoriowa Łapa ich tu podsłucha.
— To nie wiem… Zostało ci chyba tylko czekanie — miauknęła Kalinka.
Można powiedzieć, że obie kotki tak się zagadały, że aż straciły z oczu swoich mentorów, którzy jeszcze chwilę temu szli przodem, wyznaczając im ścieżkę. Może zrobili to specjalnie? Może to test na to, jak sobie poradzą same?
Wąsatkowa Łapa zatrzymała się jako pierwsza, a zaraz potem jej młodsza towarzyszka zrobiła to samo.
— Gdzie oni są? — mruknęła czarno-biała, unosząc jedną brew do góry.
— Nie mam pojęcia. Może powinniśmy pójść za ich zapachem? — zaproponowała.
Nim jednak wdrożyły ten plan w życie, do ich uszu dotarł niski warkot. Futro na karku Wąsatkowej Łapy od razu wystrzeliło w górę, a jej serce zabiło szybciej.
— Czy słyszysz to, co ja? — zapytała, patrząc na Kalinową Łapę szeroko otwartymi oczami.
— Obawiam się, że tak…
Nie zdążyły się nawet rozejrzeć, a po lesie rozległ się szelest. Z krzewów wystrzelił średniej wielkości, rdzawo-kremowy pies. Z wyszczerzonymi kłami i rozwścieczoną miną rzucił się wprost na dwie samotne kotki. Jego oczy były dzikie, a ruchy gwałtowne – jakby był żądny ich krwi!
Najpierw spróbował ugryźć Wąsatkową Łapę, lecz kotce udało się niezgrabnie uniknąć jego szczęk. Zacisnęły się tuż obok jej ucha, przez co po grzbiecie czarno-białej przeszedł dreszcz. Gdyby nie udało jej się zrobić tego uniku, już nie miałaby jednego ucha!
Postanowiła nie pozostawać dłużna i zamachnęła się łapą z wysuniętymi pazurami. Dzięki nieuwadze kundla udało jej się zadać mu ranę na barku, po czym zgrabnie oddaliła się od niego na kilka lisich ogonów. Tym samym zostawiła z nim Kalinkę, która już nie miała tyle szczęścia. Wąsatka zauważyła, jak pies ugryzł ją w bok. Brązowooka spięła mięśnie i pobiegła jej na ratunek, strącając z młodszej przeciwnika. Na całe szczęście rana nie była zbyt głęboka. Wyglądało na to, że zagoi się dość szybko, a ponadto nie zostanie po niej blizna.
Wąsatkowa Łapa zaczęła tarzać się z psem po ziemi, wzbijając w powietrze kosmyki trawy i kurz. Po lesie poniosły się odgłosy wściekłego syczenia i warczenia, które zapewne odstraszyły każdą zwierzynę w okolicy! Niestety, tym razem psu udało się zadać cios młodej Wilczaczce. Poczuła, jak jego zęby zaciskają się na jej łapie. Ból był na tyle niespodziewany i silny, że brązowooka pisnęła na całe gardło i cisnęła pazurami w oczy kundla. Ten w porę je zamknął, ale i tak polała się krew.
Czarno-biała, korzystając z tego, że napastnik rozluźnił szczęki, uwolniła się od niego i uciekła na bok. Pies podniósł się na równe łapy i otrzepał, znów skupiając się na Kalinowej Łapie. Ta jednak wygięła grzbiet w łuk i syknęła. Jej pazury zalśniły w promieniach słonecznych, które przebijały się przez korony drzew. W tym momencie ich przeciwnik chyba zrozumiał, że nie miał tu czego szukać. Szczeknął na nie, lecz gdy niebiesko-biała wykonała krok w przód, podkulił ogon i czmychnął w stronę terenów Klanu Klifu.

<Tato-mentorze? Gdzie cię wywiało?>

[1398 słów + nawigacja w tunelach]

Od Śpiewającej Łapy

 - Dzień dobry, Bąbelkowa Łapo! - przywitała się radośnie z czekoladowym młodszym uczniem, który stał obok Trzmielego Pyłku. Co do Trzmiela miała całkiem dobrą opinię. Skończył swoje szkolenie wtedy, kiedy trzeba i nie przynosił wstydu rodzinie, więc mogła go zaakceptować jako członka rodziny i śmiało powiedzieć, że tak, jest to jej kuzyn. Nie miała więc żadnych obiekcji, by się z nim przywitać i utrzymywać ich znajomość w dobrych relacjach, nie zabijając się przy wigilijnym stole, jak z resztą kuzynostwa... znaczy, w sumie, to z jednym kuzynem, z większością nie miała konkretnych relacji. 
- Cześć Trzmiel - przywitała się również oczywiście więc i z nim. 
- Cześć Raniuszku, Słodka Dziewanno - przywitał się również i z mentorką, która to kiwnęła głową na powitanie. Zgadali się, żeby poćwiczyć razem polowanie na króliki, chociaż dla niej było to coś, co leżało na drugim miejscu ,,rzeczy do przerobienia których chcę się najpierw nauczyć". W końcu powinni się skupić na nauce walki w tunelach bo był to ich efekt zaskoczenia na przeciwniku. Nauczyła się już rozmieszczenia wszystkich dziur i jak biegną tunele, żeby przezwyciężyć strach i niechęć do nich. Nie wiedziała dokładnie, kiedy się to pojawiło, ale chciała się tego pozbyć. Być może miało to związek ze śmiercią Cichej Łapy i sposobu w jaki umarł (na pewno), ale od jakiegoś czasu ciemne nory sprawiały, że po jej karku dreptało stado mrówek, które zamiast stóp miały sosnowe igły. Dlatego chciała mieć to już za sobą, chciała przejść to wszystko jak najszybciej i z dumą ogłosić, że nie ma się czego bać, wszystko można przezwyciężyć i nie być tym samym ciężarem dla klanu. Niestety jednak wejście do tuneli teraz nie było możliwe, więc zostały te nieszczęsne króliki... mogła to jednak wykorzystać, jakoś. Bąbelkowa Łapa był tym, którego wykluczono z głupiego spisku pójścia na zgromadzenie, nie wiedziała, czy to dlatego, że pozostali bracia byli po prostu głupsi i go nie lubili, czy dlatego, że zwyczajnie czekolad znalazł się w nieodpowiednim (czy też właśnie odpowiednim) miejscu o właściwym czasie. Miała nadzieję, że to pierwsze, bo to oznaczało, że miała szansę go poznać i może poprowadzić w odpowiednim kierunku, ucząc dyscypliny i tak dalej, jednocześnie wyciągając z łap przygłupich braci. 
- Polowałeś już kiedyś na króliki? - spytała, zrównując krok z kocurkiem. Nie było w tym pytaniu ironii, jadu czy nawet słodkiej nuty której często używała przy nowych kotach (no, może odrobinę, tak dla niepoznaki), dlatego też Bąbelek spojrzał na nią odrobinę niepewnie. Nie winiła go, ani też nie była zdziwiona, w końcu na pewno usłyszał już od swojego brata jaka to pewna kotka nie jest zła, okropna i w ogóle paskudna i że należy na nią uważać. Co z tym zrobi? Oczyści swoje imię w oczach młodszego kocurka i pokaże mu o wiele lepszą drogę. Mogła z tym pracować, nie było to nic niemożliwego, a jeśli nagrodą miał być prawilny członek klanu, to mogła zaryzykować. - Nie wstydź się, nie gryzę - dodała pół żartem z uśmiechem, gdy ten nie odpowiadał od dłuższego czasu. Może był niemową tak jak Cichy?
- Miałem tylko teorię, ale jeszcze za żadnym nie goniłem - przyznał trochę nieśmiało, jakby się jednak obawiał, że go Śpiewka ugryzie, chociaż powiedziała, że tego nie robi. 
- W takim razie trzymaj się mnie a wszystko będzie dobrze, w polowaniu grupowym możesz polegać też na drugim kocie! Chociaż moje łapy są dość krótkie, nie uważasz? Nie powstrzymuje mnie to jednak, daję ci słowo, że potrafiłabym przegonić i ciebie i królika. - miauknęła wesoło, już ubarwiając nieco swój ton. Wciąż niezbyt jej ufał, co? Ale damy radę, w końcu zacznie kwestionować, czy aby na pewno Pierze po prostu nie był dla niej wredny, dlatego ta nie odpłaciła się tym samym, chociaż, była to w sumie po części prawda? W końcu próbowała go zmaaa... znaczy, próbowała być miła, a on postanowił odegrać rolę wrednego, więc zwyczajnie za tym poszła, żadna filozofia. 
- Rzeczywiście jesteś niska, jesteś pewna, że jesteś starsza? Chyba widziałem zające większe od ciebie - Co proszę? Jej wąsy lekko drgnęły, kiedy zerknęła na Bąbelka badawczo. Wydawał się być całkiem szczery w tym co mówił, nie dlatego, że był wredny, po prostu nie myślał.
... Idealnie. 
- Może masz rację, ale to tylko po to, by uśpić czujność wroga - miauknęła lekko, unosząc brodę wysoko, wraz z ogonem. 
- Tsi! - krótki alarm wychodzący z pyska Trzmiela, jednocześnie mówiącego o tym, że to pora by się zamknąć, skutecznie uciszył dalszą możliwość wypowiedzi dla Śpiewki, która zaraz przypadła wraz ze starszymi do ziemi, podczas, gdy Bąbelek poszedł z lekkim opóźnieniem w ich ślady. Chwilę później Trzmieli Pyłek wskazał wąsami w stronę, gdzie po chwili zobaczyć można było mały ruch zająca, skutecznie zlewającego się z tłem. Rzeczywiście był tam i czekał, wysłuchując niebezpieczeństwa. Śpiewająca Łapa poczuła szturchnięcie w bok, kiedy Słodka Dziewanna dała jej znać, że to czas, by się ruszyła i spróbowała się jakoś wykazać. W końcu już to robiły, co prawda Dziewanna była o wiele bardziej doświadczonym partnerem, nie oznaczało to jednak od razu pewnej porażki. Raniuszek kiwnęła głową, po czym zerknęła zdecydowanym wzrokiem w stronę Bąbelka, z którym bezgłośnie wymienili spojrzenia zgody. Szybkie wskazanie głową stanowiska i podziału ról i już po chwili czekoladowy siedział w trawie wyczekując by wyskoczyć w odpowiedniej chwili na zajęczaka, podczas, gdy Śpiewająca Łapa starała się go okrążyć dookoła, nie dając się złapać wiatrowi czy kruchym gałązkom. Jeszcze sekunda, jeszcze chwila... wyskoczyła! Zające były niezwykle szybkie i nie oddalały się od swoich nor, więc obok powinna być dziura do której się skierował, a przed którą już miał czekać drugi uczeń, gotów by złapać zająca. Gotów... gotów! Iiiii nie wyszło. 
Co prawda udało mu się zahaczyć pazurami o skórę zwierzęcia, jednak to wcale nie miało zamiaru się poddać, zaraz zaczynając walkę z użyciem swoich tylnych nóg, szarpiąc się i wijąc, nie tylko zostawiając ucznia z niczym więcej, jak kłębkiem futra między pazurami, ale również z poobijaną i poranioną mordką. Obiad zniknął w oddali wzniecając chmury pyłu. 
- Uciekł mi, przepraszam!
- O tak, widzieliśmy, spektakularna ucieczka - miauknęła Słodka Dziewanna, wynurzając się zza traw - Nic ci nie jest? - kocurek zbadał sobie pysk łapami, po czym pociągnął obitym nosem i pokręcił przecząco głową. Było w porządku... raczej. Raniuszek przygryzła z niezadowoleniem wnętrze policzka, przydreptując powoli do poobijanego ucznia. 
- Następnym razem ci wyjdzie, w końcu dopiero się uczysz - pocieszyła spokojnie, siadając w miejscu. Bądź co bądź była to prawda i była z tym całkowicie szczera, chociaż, mimo wszystko, nie przepadała za porażką. Ale początek nie był wcale taki zły. Zmierzyła czekolada wzrokiem, w tyle głowy mając myśl, że jest w nim potencjał, który należy wykorzystać. 

[1066 słów]
+ polowanie na króliki (w sumie zając ale no)

Od Jagnięcego Ukłonu CD. Rozżarzonej Pieśni

Przeszłość

Rudaska skupiła się na tym, co mówiła kotka. W miarę jak wypowiedź się rozwijała, Jagnięcy Ukłon coraz bardziej rozumiała smutek i ból rozmówczyni. Obie były w podobnej sytuacji. Obie były kimś obcym dla jakiejś części. Nazywane za plecami lub wprost wrogami bądź szpiegami. Niewartymi zaufania kotami pomimo wszelkich starań, by pokazać swoją przydatność i szczere intencje względem Klanu Klifu. Medyczka delikatnie otuliła koteczkę ogonem. Chciała ją w ten sposób pocieszyć lub wlać trochę otuchy w serduszko i duszę kocicy.
— Wiem, co czujesz Rozżarzona Pieśnio — wyszeptała rudzinka. Westchnęła cichutko i również spojrzała na sklepienie legowiska medyka. Teraz obie spoglądały w górę. Jagienka wiedziała, że mają naprawdę wiele wspólnego.
— Gdyby nie Ćmi Księżyc nie byłoby mnie tu. Prawdopodobnie wciąż byłabym więźniem albo zostałabym wygnana, chociaż gdyby mnie wygnano pewnie bym umarła. Nie poradziłabym sobie, głównie przez to, że nie mam pazurów i wprawy w radzeniu sobie samej. Zawsze ktoś był obok — miauknęła. Oderwała wzrok od sklepienia i przeniosła na koteczkę. Uśmiechnęła się smutno, ale szczerze.
— Jeśli potrzebujesz z kimś pogadać, jestem tu dla ciebie. Dla ciebie i każdego, kto potrzebuje szczerej rozmowy. Zawsze — wymruczała cicho. Nigdy nie odmawiała pomocy i zawsze cieszyła się, gdy ktoś ją o to prosił. Dzięki temu czuła się potrzebna. Czuła się choć trochę istotna.

Obecnie

Jagnięcy Ukłon siedziała w legowisku i układała zioła, podczas gdy jej uczennica poszła do legowiska starszych. Ruda kocica potrzebowała chwili spokoju. Musiała przemyśleć słowa, które powiedziała jej Aldrowandowa Łapa. Wierzyła uczennicy. W końcu, dlaczego młodsza miałaby kłamać w tej sprawie? Jednak nie była pewna jak to przekazać Judaszowcowej Gwieździe i Pikującej Jaskółce. Szczególnie ta ostatnia nie darzyła Jagienki choćby krztą łagodności. Jedyne co zastępczyni potrafiła to fukać i prychać na nią czy rzucać obelgami. Medyczka położyła uszka po sobie. Bardzo chciała o tym powiedzieć. Chciała wyrazić swój smutek i rozczarowanie zachowaniem Klanu Nocy, który nie raczył zwrócić im Ćmiego Księżyca, chociaż jej mentorka zasługiwała na pochówek na terenach jej znanych, kochanych i przez nią zamieszkanych, ale nie wiedziała jak. Czuła się z tym podle i wiedziała, że jakoś ten temat będzie musiała ugryźć.
— Jagnięcy Ukłonie? — rozległ się za jej plecami głos. Rudaska podskoczyła i odwróciła kobaltowe spojrzenie w stronę znanej jej kotki.
— Ach, Rozżarzona Pieśnio. Witaj i wybacz, że cię nie usłyszałam — mruknęła cicho. Ułożyła sierść na piersi. Odwróciła się do wojowniczki.
— Czy wszystko w porządku? Potrzebujesz pomocy z jakimś urazem? Może chciałabyś o czymś pogadać? Jeśli tak jestem do usług — miauknęła i wysiliła się na spokojniejszy uśmiech, jakby chcąc zakamuflować niedawny sztorm myśli.

<Rozżarzona Pieśnio? Jak mogę pomóc?>

Od Oszronionej Łapy (Oszronionego Kła) CD. Wzburzonego Kormorana

— Oszroniona Łapo, wystąp — rozbrzmiał głos jej dziadka. Zrobiła krok do przodu. Jej brat został już mianowany. Stał otoczony przez ojca i wuja. Matka stała nieco dalej. Czy była dumna? — Ja, Judaszowcowa Gwiazda, lider Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała ona pilnie, aby poznać tajniki waszego szlachetnego kodeksu, a także aby ukazać, że godna jest nowego miana. Polecam wam ją jako kolejnego wojownika. Oszroniona Łapo, czy przysięgasz bronić swojego klanu nawet za cenę swojego zdrowia i życia? — Zanikające pod starczym bielmem ślepia wlepione były w wnuczkę.
— Przyszęgam! — oznajmiła głośno, uśmiechając się pod nosem.
"Nie widziałam jeszcze, aby ktoś tak prędko był mianowany! Jestem lepsza, jestem najlepsza…" — uśmiechała się coraz szerzej i szerzej. Jedyne, co nieco polewało tę słodycz goryczą, było to, że nie stała pod skałą sama. Był obok niej brat. Brat, który był (ciężko jej to przechodziło przez myśl) równie utalentowany jak ona.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci więc imię wojownika. Od dziś znana będziesz w Klanie Klifu jako Oszroniony Kieł. Nasi Wielcy Przodkowie cenią twoje ambicje, zapał i hart ducha oraz witają cię jako nowego wojownika Klanu Kifu — ogłosił i z zgrzytem stawów zeskoczył ciężko na ziemię. Dotknął ją nosem w czoło. Klifiacy wykrzykiwali jej imię. Czuła się dobrze, bardzo dobrze. Jedyne, co mogło zniszczyć dla niej ten dzień, to myśl, że nigdy nie będzie miała możliwości być po drugiej stronie, na miejscu Judaszowcowej Gwiazdy. 

* * *

Stała u wejścia do lecznicy. Była akurat na patrolu łowieckim z ojcem i Gołębim Puchem, kiedy jej brat wybył z obozu wraz z Morźnym Wichrem. Byli po drugiej stronie terenów, niedaleko Złotych Kłosów, gdzie myszy harcowały dowoli. Tam było bezpieczniej. Tam nie docierał skrzek wściekłych ptaków. Nie żeby ona się ich obawiała. Była wściekła, kiedy dowiedziała się, że po tym, jak Wzburzony Kormoran wybudził się, Pikująca Jaskółka zaczęła zbierać koty, które miały wybrać się na mewy i wybić je, przegonić, pozbyć się... cokolwiek. Nikt jej nie powiedział i była pewna, że była to zagrywka ojca i matki. Pewnie wiedzieli, że młoda rzuciłaby się wręcz na tę propozycję. To byłaby jej szansa… Zwłaszcza że byłaby tam babka. 
"Mogłabym zostać najmłodszym zastępcą... Gdybym tylko miała szansę się wykazać!" 
— wściekała się w myślach. "Teraz jest już za późno. Podcięto mi skrzydła. To była szansa, abym pokazała, że jestem lepsza od brata." — Zmarszczyła brwi. Nie wiedziała, kiedy znów jej brat zostanie uziemiony na jakiś czas w lecznicy. To mogło być idealne zrządzenie losu. Ale nie było. Ale rodzina wszystko popsuła (była tego pewna, nie podważała tego nawet w najmniejszym stopniu (stay delulu queen)). 
Odgoniła na moment owe czarne myśli. Wkroczyła. Z pyska zwisała jej ładna, ruda wiewiórka. 
— O! Dzień dobry, Szron, czy coś dalej nie tak z twoim gardłem? — zapytała nagle, niemal znikąd Jagnięcy Ukłon. Wojowniczka położyła po sobie uszy. Nie odpowiedziała; według niej było to równoznaczne z odpowiedzią negatywną. Czuła się już dobrze. Nawet jakby wciąż coś jej dolegało, nie miała zamiaru marnować czasu na choroby. Przeszła obok medyczki prosto do legowiska, gdzie leżał jej pokiereszowany brat. Był widocznie znudzony. Nie winiła go; też oszalałaby, gdyby kazano jej siedzieć tutaj bez większego celu. Niedaleko leżała Jenocia Kufa, która próbowała coś mu poopowiadać, ale point umiejętnie ją ignorował. W końcu, kiedy szylkretka ujrzała, że do środka weszła siostra kocurka, zamilkła i zajęła się myciem swojego pobolewającego barku.
— Hej wojaku — zaczęła Oszroniony Kieł, rzucając rudzielca prosto pod łapy Wzburzonego Kormorana. — Te twoje dziwne imię to chyba był omen.
— Może... — mruknął jedynie. Zmarsczczył po chwili ślepia, wgapiając się w niebieskie oblicze kotki. — Idziesz na mewy? — Wiedziała, że spodziewał się odpowiedzi twierdzącej, ale nie była pewna, czy byłby z niej zadowolony. Sam przecież stanął przed jedną, sam przecież został ranny. 
— Nie. Zoształam oszukana... Nikt nie powiedział mi o planowanym ataku. Pewnie wina matki i ojca — warknęła. 
— To dobrze. Nie chciałbym, żebyś skończyła jak Mroźny Wicher... — przyznał szczerze. Ona sama nawet nie brała pod uwagę, że mogłaby przypłacić brawurę życiem. Wzruszyła ramionami. 
— Znajdę inną szansze żeby szie wykazać. 
— Wiem Szronko, wiem... Znam cię zbyt dobrze — westchnął, nieco się krzywiąc. Rana na pysku wyglądała paskudnie. 
— Boli cię? Jak w ogólę szie czujesz?

<Bratek pocharatek?>

Wyleczeni: Oszroniona Łapa (Kieł), Jenocia Kufa

Od Żmijowcowej Wici CD. Mandarynkowej Gwiazdy

Przez moment wpatrywał się w oblicze liderki. Nie tego się spodziewał. Nie na to liczył. Był nieco zawiedziony. Nie tylko jej pojedynczą odpowiedzią, ale też tym, jak zachowywała się od tych kilku wschodów słońca. Szanował ją i wynosił ponad inne koty, ale głównie dlatego, że wyglądała na kota, zachowywała się jak kot, który na takie traktowanie zasługiwał. Teraz tak nie wyglądała.
— Hm... No cóż, rozumiem... — mruknął. Chciał podejść do tego na spokojnie, przynajmniej na początku. Wiedział, że Mandarynka jest blisko z jego matką, tak samo ze swoim synem; dlaczego miałaby więc wiedzieć kompletne nic? Nie mógł sobie wyobrazić, że któreś z jego rodzeństwa mogłoby być tak skryte w sprawie swojej ciąży i partnerstwa. No... Teraz może on by nie był taki wylewny, ale Wężyna sama sobie sprawiła ten los. 
— To był dla mnie szok. Nie spodziewałam się tego — wydukała kotka. Żmijowiec zdziwił się, że się odezwała. Nie wyglądała tak, jakby chciała kontynuować tę rozmowę. Teraz to nie wiedział, czy on ma na to ochotę. 
— Nie dziwię się — rzucił sucho. Zmrużył oczy; próbował coś wyczytać z jej oblicza, ale nawet w takim stanie była niezwykle skryta i niesamowicie dobrze maskowała swoje prawdziwe emocje. — Ale... Czy to nie dobrze, że ród się rozrasta? Miałaś przecież tylko jednego wnuka, a do tego na stanowisku medycznym. Ktoś będzie musiał zastąpić Błękitną Lagunę, kiedy on zajmie twoje miejsce, prawda? Czy nie ma większej pewności, że na to miejsce wzejdzie kot godny, niż stworzenie potomka samodzielnie? — rzucił, może zbyt żartobliwie i z przekąsem. Mandarynka milczała dłuższą chwilę. Wojownik nie miał czasu na takie zbytkowe rozmowy. Liderka jednak również nie chciała dłużej kontynuować paplaniny, a więc zmieniła temat. 
— Poprowadzisz dziś patrol. — Przyjęła swoją codzienną stoicką maskę. — Weź Lśniąca Ikrę oraz Kuni Strumyczek. 
— Dobrze. Zabiore Lawendową Łapę — oznajmił. — Ikra pewnie będzie chciał zabrać Narcyzową Łapę. Zgadzasz się, czy wolisz, aby pozostał w obozie i zajął się sprzątaniem?
— Niech zostanie. Idźcie we czwórkę. — Odwróciła się już. 
— Jeśli taka jest twoja wola — mruknął. Poszedł szukać swoich towarzyszy oraz ucznia. 

* * *

Potomek się narodził. Był to kocurek; zapewne wielka radość dla ojca i matki. Zapewne wyrośnie na wielkiego, mocnego młodzieńca; w końcu żaden z jego rodziców nie był chucherkiem. Był jeszcze mały. Wił się jedynie i popiskiwał, próbując przecisnąć się bliżej brzucha matki, wierzgając łapami tak, jakby miał walczyć ze swoim rodzeństwem, które jednak nie istniało. Był to jedynak. Oczko w głowie wszystkich kotów z rodu. A przynajmniej taka powinna być kolej rzeczy. 
Nie można było nie zauważyć, że nie wszyscy książęta i księżniczki byli zadowoleni z pojawienia się tego malucha. Nawet sam ojciec nie bywał zbyt często u swojego potomka. Jego kuzyn, za to jeszcze do niedawna najmłodszy członek królewskiej rodziny, kiedy już był zmuszony na niego patrzeć, mordował go wzrokiem. Nie widział zbyt często liderki. Na pewno nie w okolicach kociarni, co też bardzo go zainteresowało. Nie chciała być blisko swojej przyjaciółki, kiedy ta ledwo co została matką, a tym samym wkroczyła do jej szanowanej rodziny? Nawet on odwiedzał co jakiś czas matkę, słuchając jej narzekań i postękiwań. 
Właśnie kiedy wracał z jednego takiego krótkiego spotkania, ujrzał przywódczynię siedzącą niedaleko kłody z zwierzyną. Nie jadła, chociaż pod łapami leżał dorodny okoń. Westchnął i skierował się do niej. I tak musiał zdać jej raport z postępów Lawendowej Łapy. 
— Dzień dobry, Mandarynkowa Gwiazdo — zaczął, zanim jeszcze doszedł do niebieskiej. 
— Dzień dobry — mruknęła. Zerkała w jego stronę, kiedy wyślizgiwał się z kociarni. Wiedziała, że był u Wężynowego Kła. Chociaż wydawało się, że ciężko przechodzi jej to przez gardło, zapytała: — Jak czuje się twoja matka?
— Znakomicie. Oczywiście narzeka na wszystko, na co tylko może, ale znasz ją... Promienieje, a futro lśni  jej jak nigdy. Zdradziła mi, że zapędziła do czyszczenia swojego futra córki Tojadowej Kryzy — zaśmiał się sucho. 
— To dobrze... Słyszałam, że poród był szybki i bezproblemowy. To dobrze... — Wciąż wpatrywała się w rybę.
— Nie zapytasz o swojego wnuka? 
— Rozmawiałam o nim ze swoim synem. 
— Och. W porządku... Lawendowa Łapa świetnie sobie radzi — powiedział, zmieniając temat. — Poluję już na ryby i pływa coraz lepiej. Musimy jeszcze popracować nad walką i wspinaczką, ale ma bardzo łamliwe pazury. Często chodzi do medyczek. 
— To dobrze... — powtórzyła ponownie to samo. — Masz łapę do młodych — pochwaliła go dośc machinalnie. Machnął na to ogonem. 
— Nic nie knuję — rzucił nagle, cicho, prosto do jej ucha. 
— Tojadowa Kryza? — dopytała, aby mieć pewność. Skinął łbem. 
— Nieważne, gdzie idzie, co robi... Na razie jest czysty. Oczywiście będę kontynuował, ale czy mamy też może jakieś inne tropy?

<Mandi?>

Od Żywicy

Wyrwanie z otuliny nieustannego ciepła nastąpiło zbyt nagle, by mogła to w jakikolwiek sposób pojąć. Świat, który do tej pory był miękki, przytłumiony i bezpieczny, zmienił się na chłodniejsze powietrze, obce zapachy i dotyk, który nie zawsze był znajomy. Jej ciało reagowało instynktownie. Wydobywało się z niej drobne i ciche popiskiwanie, w którym kryło się więcej dezorientacji, aniżeli prawdziwego sprzeciwu. Nie rozumiała nawet jeszcze, czym jest zmiana. Nie rozumiała, że coś się zaczęło. Nie wiedziała, że to dopiero pierwszy krok w stronę świata, który będzie od niej wymagał coraz to więcej. 
Ale stało się. Urodziła się w Klanie Burzy, choć to również nic dla niej nie znaczyło. Nazwy, miejsca, to wszystko miało dopiero nabrać sensu. Póki co istniało tylko ciepło, którego szukała, oraz jego brak, który natychmiast budził w niej niepokój. Z zamkniętymi ślepiami, odnajdując drogę po zapachu i dotyku, przywierała do miękkiego futra matki, uspokajając się dopiero wtedy, gdy znajome ciepło znów ją otulało. To był prosty schemat. Albo ktoś był, albo nie było nikogo. 
Pierwsze dni mijały pod znakiem tych drobnych, powtarzalnych, wrodzonych odruchów. Szukanie, przywieranie i zasypianie. Czasem cichy dźwięk, czasem nagły ruch gdzieś obok — to powodowało, że napinała się niepewna, próbując nieświadomie zadecydować, czy powinna znowu zacząć popiskiwać z niezadowolenia, czy po prostu przeczekać.  
Z czasem do tego chaosu zaczęły wdzierać się pierwsze bodźce, które powoli poczęły układać się w coś bardziej zrozumiałego. Ciepły język przesuwający się po futrze, znajomy zapach, powtarzające się dźwięki. Głosy, które jeszcze nic nie znaczyły, ale zaczynały brzmieć znajomo. 
I gdy nastąpił dzień, w którym uchyliła powieki, świat nie stał się nagle jasny i oczywisty. Było wręcz przeciwnie, był rozmyty, zbyt duży, pełen ruchu i kształtów, które trudno było uchwycić. Światło ja raziło, cienie wydawały się zbyt ciemne, a każdy ruch innych kotów przyciągał jej uwagę bardziej, niż by tego chciała. Nie wyrywała się do przodu, po prostu tkwiła i obserwowała.  Zawsze z bezpiecznego dystansu, blisko brzucha matki. 
Dosyć szybko za to zorientowała się, że nie jest sama. Od samego początku nieopodal niej wiernie kręciła się druga, podobnych do niej rozmiarów istota, której barwa była jednolita z tą, należącą do rodzicielki. Czasami obraz jej się zlewał i nie była pewna, czy ma do czynienia z tym drugim bytem, czy łapą matki. 
W końcu jednak coś załapała. Miała brata. Brata, który poruszał się dużo odważniej, podczas gdy ona zatrzymywała się na dłużej, potrzebując się upewnić, czy grunt pod jej łapami jest rzeczywiście bezpieczny. 
Instynkt nigdy nie pchał jej ku centrum wydarzeń, raczej kazał pozostawać z boku i najpierw zrozumieć, czy to, co widziała, nie zrobi jej krzywdy. Każdy nowy dźwięk był analizowany, każdy ruch śledzony uważnym, choć wciąż niepewnym spojrzeniem.
I te mijające dni doprowadziły ją do pierwszych oznak samoświadomości. Nazywała się Żywica, a rudzielec, który budził ją każdego ranka memląc jej ucho, Bursztyn. Dorosła kotka, którą z czasem i z nauką mowy zaczęli nazywać mamą, była Pożarową Łapą. Odwiedzający ich każdego poranka kocur, Dzwonkowy Świst, był ich tatą. 
Była zbyt młoda, by rozumieć czym tak naprawdę było imię i dlaczego u każdego wyglądało to inaczej. Dla niej stanowiło to uproszczenie do tego, aby rozróżniać, kto się do kogo zwracał. Zresztą, na ten czas za bardzo się tym nie przejmowała. Miała tuż pod nosem swój mały, bezpieczny i radosny świat. 
To, co czekało na nią na zewnątrz, stanowiło za to przyszłość, na którą nie była jeszcze gotowa.