BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkęW Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Mioty
Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)
Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)
Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)
26 maja 2026
25 maja 2026
Od Psotnego Nietoperza CD. Dryfującej Gałęzatki (Neriny)
Przeszłość
Spoglądała na kocura, próbowała nadążyć za jego komplementami. Chyba nikt nigdy jeszcze nie pochwalił jej oczu, imienia czy ozdób w jednej rozmowie. Oczywiście nie miała mu tego za złe. Właściwie to podobały jej się te miłe komentarze. Nie, nie była łasa na komplementy, ale najzwyczajniej w świecie było to po prostu miłe.
— Dziękuję za te miłe słowa i nie przejmuj się, wcale nie mówisz za dużo — zaczęła łagodnie. Przyjrzała mu się pogodniej.
— Tak, właśnie po to. Każda metoda do psocenia jest idealna — wymruczała z lekkim rozbawieniem. Po czym umilkła. Uważnie słuchała wypowiedzi kocura, kiwając co chwilę łebkiem, tym samym potwierdzając, że wciąż go słuchała.
— Hodować ślimaki? Ciekawy pomysł — wymruczała szczerze. Zastanowiła się, czy i ona mogłaby spróbować wyhodować jakieś zwierzątko, ale chyba nie miała na to szans. Zresztą, jeśli miałaby pod opieką jakieś stworzonka, nie miałaby na pewno takiej swobody. Nie lubiła ograniczeń.
— To teraz masz mnie — wymruczała na jego ostatnią wypowiedź.
— Pozwól mi się z tobą zaprzyjaźnić. Wierzę, że się dogadamy — dodała, mrucząc ciepło. Porozmawiali ze sobą jeszcze chwilę, ale zrobiło się na tyle późno, że Psotka musiała wracać.
— Spotkajmy się tu też jutro — zaproponowała. Podniosła się i posłała mu radosny uśmiech.
— Do zobaczenia Gałęzatko — miauknęła na zakończenie. Odwróciła się i odeszła.
***
Psotny Nietoperz i Dryfująca Gałęzatka starali się spotykać tak często, jak pozwalały im na to obowiązki. Był to kolejny księżyc spotkań, ale tym razem Psotka znalazła jakąś ładną muszelkę, którą zamierzała dać przyjacielowi. Miała nadzieję, że jeszcze takiej nie miał, albo chociaż ją przyjmie jako prezent. Wymknęła się z obozu tak, by na pewno nikt jej nie przeszkodził w rozmowie z wojownikiem Klanu Nocy.
— Hej Gałęzatko! — wymruczała zadowolona, gdy dostrzegła znajome jej futro. Podeszła do granicy i położyła muszelkę przy swoich łapach.
— Jak się miewasz? — spytała pogodnie, zaczynając od rutynowego pytania. Usiadła sobie tak, by być blisko Nocniaka, a jednocześnie nie przekroczyć granicy, bo żadne z nich nie chciało mieć kłopotów.
— Szkoda, że nie jesteś z Klanu Klifu, albo ja z Klanu Nocy. Moglibyśmy się spotykać częściej. Do tego bez tych wszystkich ograniczeń terenów, ale cóż tyle dobrego, że w ogóle możemy się widywać — miauknęła jeszcze nim umilkła. Chciała pozwolić niebieskiemu dojść do głosu, bo jak na razie to ona głównie gadała. Znaczy zdążyła już zauważyć, że Gałęzatce to nie przeszkadzało, ale nie chciała zachowywać się niemiło względem niego. Zwłaszcza, że kocur zdawał się ostatnio pewniejszy w jej towarzystwie. Przesunęła muszelkę na granicę, cofając łapę, nim ta zdążyła dotknąć terenu Klanu Nocy. Nie odezwała się, czekając na jakąkolwiek reakcję kocura. Nie poganiała go. Nie potrzebowała tego robić.
<Nerino? Mam nadzieję, że wszystko dobrze>
Od Guziczka
TW: Wspominki śmierci
***
Wcześniej
Nie chciał iść na śmietnisko. Od kiedy pierwszy raz tam poszedł i poczuł smród… Nie chciał tam się pojawić nigdy więcej. Ale jego siostra przyszła z tymi słodkimi oczkami i poprosiła go o pomoc. No jak mógł jej odmówić? Nie spędzali szczególnie dużo czasu razem, ale Guziczek starał się to nadrobić, gdy tylko mógł. Tym bardziej po odejściu Czajki i śmierci Orzeszka.
Tylko dlatego stał obok dwóch kotek i pomagał im podnosić ciężkie rzeczy. Obydwie były tylko stróżami, więc to na nim spoczywał obowiązek pomocy. I chociaż na początku kręcił nosem na smród, tak zdążył się do niego przyzwyczaić. No i wcale nie bawił się tak źle! Na śmietnisku był ogrom rzeczy, którymi za dzieciaka chętnie by się bawił, ale też ogrom rzeczy, które wydawały się mu po prostu ciekawe. Nadal nie do końca rozumiał co Drobinka i Gąska dokładnie robiły, ale nie narzekał. Po prostu wykonywał zlecone mu zadania (a to nowość!). Wreszcie chyba zebrali to, co potrzebowali, bo wraz z siostrą zaczęli ciągnąć kawałek materiału. Chcieli wybrać trochę wygodniejszą drogę, chociaż ta była położona tuż obok Drogi Grzmotu. Potwory przejeżdżały obok nich raz po raz z głośnym rykiem.
— Spójrzcie… o, tam! — miauknęła Gąska. — To kot, a nie jakiś drapieżnik, prawda?
— Hm? — Guziczek zerknął w stronę, w którą jeszcze przed chwilą wskazywała jego siostra i zmarszczył brwi.
— Hej, ty tam! Widzimy cię! — zawołała.
— To pewnie jakiś samo… — chciał wyjaśnić, ale kotka miauknęła:
— Cz-czajka?
Zwiadowca nerwowo poruszył uszami. Powoli ruszył w kierunku siostry. Ich brat? Czyżby wrócił…?
— To był Czajka! Jestem tego pewna! T-to mógłby być też Deszcz, ale jego ciało zdobiłyby rany... — cokolwiek mówiła dalej Gąska, zaczęło być bełkotem dla Guziczka.
Czy tam naprawdę był Czajka? Chciał się z nimi zobaczyć? Wrócić? Jeśli tak, to wszystko mogło wrócić do normalności!
— Gąsko, p-poczekaj… — miauknął Guziczek.
Ale kotka już nie słuchała. Wbiegła na Drogę Grzmotu, a zaraz wpadła pod koła Potwora. Kocur przez moment w to nie wierzył. Dopiero szturchnięcie przez Drobinkę go ruszyło. Szybko zgarnął ciało siostry, uważając jednak na Potwory, po czym wrócił do obozu. Chciał wierzyć, że z Gąską jest wszystko w porządku, ale wzrok innych nie pomagał. Tego samego dnia odbył się jej pogrzeb. Guziczek stracił kolejną osobę…
***
Kajzerka zaczęła być nieswoja. Leżała w miejscu, nie ruszała się, nie śmiała się tak jak wcześniej. Wszystko to zaczęło się dziać po śmierci Gąski. Guziczek też trochę ucichł, ale nadal był wszędzie. Przynajmniej próbował, bo gdy dowiedział się o stanie matki… Cały czas był z nią. Starał się z nią rozmawiać, ale mu nie odpowiadała. Starał się ją zmusić do ruchu, ale ta tylko czasem przewracała się na drugi bok. Starał się ją utrzymać przy sobie, ale… Nie mógł.
Tak naprawdę wyszedł tylko na chwilę. Chciał coś złapać dla matki, aby wreszcie coś zjadła, ale gdy wrócił… Matka już nie oddychała. Dowiedział się tego od Drobinki, która przekazała mu tylko, że pogrzeb odbędzie się po zgromadzeniu.
A więc ten nie poszedł nawet na zgromadzenie, chociaż był wytypowany. Miał nadzieję, że Czereśnia zrozumie. Dopóki inni nie wrócili, Guziczek leżał tuż obok martwego ciała matki i przepraszał za wszystko, co zrobił, gdy był jeszcze kociakiem. Ale nie zjawił się na pogrzebie.
***
Teraźniejszość
Guziczek został sam. Jego brat odszedł, był nie wiadomo gdzie. Jego siostra zmarła. Jego matka zmarła. Jego ojciec był już dawno martwy… Guziczek nie miał nikogo. Został sam. I powoli zamieniał się w matkę w jej ostatnich chwilach. Jadł mało, pił mało, przemieszczał się tylko z legowiska do owocowego lasku i z powrotem. Był cichy, smutny, spokojny… Nie był sobą.
Tak naprawdę to Kurka postawił go na nogi, gdy pewnej nocy przyszedł się do niego wtulić. Wyszeptał wtedy:
— Nie zostawiaj mnie.
I to wystarczyło. Guziczek nadal był jakiś cichszy, niż zwykle, ale zaczął funkcjonować. Nie był sam, miał Kurkę. Może niedługo będą mieli potomstwo. Musiał żyć dla niego, dla nich, dla Owocowego Lasu. Musiał…
Od Urodziwej Łapy CD. Przypalonej Łapy (Przypalonego Kasztana)
Urodziwa Łapa spoglądała na wojownika w ciszy. Bez słów zachęciła go, by kontynuował swoją wypowiedź. Wierzyła, że było to coś ważnego, a przez to tym bardziej chciała usłyszeć jego słowa. Oczywiście nie poganiała kocura. Nigdy tego nie robiła, bo wiedziała jakby, to zadziałało na ciemnego. Nie chciała sprawiać mu przykrości. Zawsze próbowała go wesprzeć i stać na straży by nikt mu nie ubliżał. Była gotowa wyrwać każdemu wąsy, gdyby chociaż krzywo spojrzał na wojownika. Przypalony Kasztan milczał przez chwilę, aż w końcu dokończył swoją myśl.
— Spacer? — powtórzyła cicho po nim, a gdy dotarła do niej prawdziwość tych słów, uśmiechnęła się ciepło. Kocur proponował jej spacer i to we dwójkę. Czy mogła nazwać to randką, być może tak. Nie wiedziała czemu, ale te słowa wlały w jej serce tyle ciepła i radości jak mało co. Ostatni raz tak się czuła, gdy była mianowana na uczennicę, chociaż wtedy to była połowa tego, co czuła obecnie.
— Byłoby wspaniale. Zawsze chciałam się z tobą przejść tylko we dwójkę. Pamiętam jak o tym rozmawialiśmy, gdy zaczynaliśmy życie jako uczniowie. Nie zapomniałam o tym nigdy. Liczyłam jednak, że może uda mi się zostać mianowaną, wtedy kiedy ty. Jednak najwyraźniej los miał inny plan i wcale mi to nie przeszkadza. Naprawdę cieszę się z twojego awansu i jeszcze bardziej chcę się postarać, by zostać mianowaną i dołączyć do ciebie. Bez ciebie w legowisku uczniów będzie nudno. W końcu nie został tam prawie nikt, kogo bym darzyła połową tego, co ciebie czy mojego brata. Nie wspominając już o tym, że muszę znosić humorki tego całego księciunia. Strasznie go nie lubię — ostatnie zdanie wyszeptała tak, by tylko Przypalony Kasztan ją usłyszał. Na samo wspomnienie o tym glonojadzie robiło jej się niedobrze. Nienawidziła podejścia tego paniczyka do czekotów i uważania się za lepszego tylko dlatego, że jego ojcem był Błękitna Laguna, a on miał ten durny lotos na czole. Symbol głupoty, arogancji, a przede wszystkim niesprawiedliwości. Irytowało ją podejście każdego, kto uważał czekoladowe koty za gorsze. Chciałaby kiedyś zrobić miejsce dla wszystkich, gdzie każdy mógłby czuć się chciany i kochany, a nie znienawidzony przez jakieś durne legendy i historie. Ciekawe czy gdyby wydry miały czarne lub kremowe futro to nienawidziliby czarnych kotów albo kremowych. Dlaczego tak bardzo uparli się na czekoladowe duszyczki. Czy Klan Gwiazdy naprawdę to popierał? Wątpiła w to, ale nie jej to było oceniać. Brakowało tu jeszcze zakazanego koloru oczu i byłby komplet. Strzepnęła uchem, odpędzając od siebie te myśli. Musiała się uspokoić, bo czekał ją przecież cudowny spacer i czas spędzony z kotem, którego darzyła pewnymi uczuciami tak odmiennymi od tych, które miała do ojca, brata, Lilii czy każdego innego kota. Może powinna pogadać o tym z ojcem, chociaż od czego miało się przyjaciół. Lilia z pewnością jej chętnie pomoże. Do brata nie było sensu iść, bo on na pewno jej nie doradzi. Nie znał się pewnie na tym. Zresztą był teraz wielce poważnym wojownikiem i miał inne rzeczy do roboty. Poza tym z nim miała dość szczególną relację. Oczywiście kochała go, bo jakżeby inaczej, ale wolała ograniczać kontakt, by przypadkiem się z nim nie pokłócić na dobre. Jeśli zaś chodziło o Lawendową Łapę, to jakoś nie czuła chęci rozmawiania z nią o uczuciach i podarkach.
— Och, wybacz Kasztanku. Zamyśliłam się, ale już jestem obecna — miauknęła łagodnie i liznęła go w policzek. Później o tym wszystkim pomyśli, bo teraz miała inne plany.
— To idziemy? Jak myślisz, które miejsce będzie najlepsze? Brzozowy Zagajnik czy może Kolorowa Łąka? — zaczęła myśleć na głos. Była taka pora roku, że może łąka byłaby ciekawszą opcją? Chociaż drzewa wcale nie brzmiały źle. Może udaliby się na plażę i popatrzyli na wodę? To też był dobry pomysł.
— A może pójdziemy na plażę? — zasugerowała łagodnie. Ich łapki wciąż były ze sobą w kontakcie, ale im to nie przeszkadzało. Właściwie to był to już ich zwyczaj i rutyna. W końcu się podniosła i ruszyła z kocurem u boku do wyjścia z obozu.
<Przypalony Kasztanie? Nie przejmuj się moim wujkiem>
[647 słów]
Od Guziczka do Mglistego Snu
Wcześniej
Guziczek był szczerze zaciekawiony więźniami. Kojarzył twarze kilku kotów z jednej z rozmów w lesie. Nadal nie bardzo rozumiał, co dokładnie się działo, ale wiedział, że nie może nikomu ufać. Ci nieznajomi mogli być niebezpieczni! A to jego obowiązkiem jest dbanie o bezpieczeństwo Owocowego Lasu! Nie zmieniało to jednak faktu, że był nimi zaciekawiony. Dlaczego w ogóle kręcili się przy ich terenach? I czemu mieli takie długie, poważnie brzmiące imiona?! Guziczek, oczywiście zapewniając wcześniej Kurce, że będzie ostrożny, postanowił sam to zbadać. Podszedł do jednego z więźnia. Nie wiedział, dlaczego akurat tego, ale czuł, że może od niego dostanie najwięcej odpowiedzi.
— Powiedz mi… — miauknął, zerkając na czarnego kocura. — Co was tak naprawdę tu sprowadza?
Przyjrzał się nieznajomemu. Troszkę wierzył w to, że są tutaj tylko dlatego, że nie mieli gdzie indziej się podziać… Ale to nadal brzmiało dla niego podejrzanie. Guziczek stracił już wiele i nie wybaczyłby sobie, gdyby stracił jeszcze więcej.
— I co oznaczają te wasze długie imiona? — zapytał po chwili.
Jasne, na zgromadzeniach spotykał inne koty, i tak naprawdę wszyscy, oprócz Owocniaków, nosili długie, dziwne imiona. Ale właściwie to Guziczek nigdy nie pytał, co dokładnie oznaczają. Nie interesował się wcale kulturą innych klanów, ale był po prostu ciekawy. Zresztą może i dobrze, może tak naprawdę te człony mają jakąś głębszą historię! A poza tym, chcąc zostać władcą innych kotów, musiał coś wiedzieć na ich temat, nie mógł żyć tylko Owocowym Lasem.
— Jak brzmi twoje imię? — dopytał.
<Więźniu?>
Od Urodziwej Łapy CD. Liliowej Łapy (Liliowej Pieśni)
Przeszłość
Szylkretka opuściła legowisko uczniów, by zaczekać na mentorkę w umówionym miejscu. Kropiatkowa Skórka miała ją tego dnia nauczyć wspinaczki na drzewa. Urodziwa Łapa nie mogła się tego doczekać. W końcu była z natury kotem ciekawskim, a to kolejna interesująca umiejętność. To prawie jak bycie ptakiem, ale bez skrzydeł i na gałęzi. Świetne urozmaicenie życia. Obserwowanie świata z góry musiało być ciekawym doświadczeniem.
— Urodziwa Łapo? — rozległ się za jej plecami głos ciemniejszej kotki. Szafirka odwróciła się do Kropiatkowej Skórki i posłała jej ciepły uśmiech.
— Witaj Kropiatkowa Skórko, wybacz, zamyśliłam się troszkę — przyznała z lekkim rozbawieniem młodsza.
— Nie szkodzi, każdemu się to zdarza — odparła pogodnie jej mentorka. Niebieskooka uwielbiała tę kotkę. Cieszyła się, że to właśnie Kropiatka ją uczyła.
— To co? Gotowa? — wymruczała starsza. Uroda entuzjastycznie pokiwała łebkiem.
— Jak nigdy! — odparła rozpromieniona. Mentorka skinęła lekko łebkiem i obie kotki ruszyły do miejsca treningu. Po jakimś czasie dotarły do celu. Było to drzewo, które specjalnie wybrała Kropiatka dla swojej uczennicy. Upewniła się, że na pewno było bezpieczne.
— Usiądźmy na chwilę — zdecydowała Kropiatkowa Skórka. Szafirka posłusznie usiadła naprzeciwko niej. Wlepiła ślepka w te należące do mentorki i z uwagą czekała na dalsze słowa kocicy.
— Przede wszystkim musisz pamiętać, by zawsze wysuwać pazury. To jest podstawa i najważniejsza część, jeśli chcesz wspinać się na drzewo — zaczęła starsza. Szafirka przytaknęła pyszczkiem, zapamiętując tę uwagę.
— Przednie łapy służą do podciągania się i nawigacji, a tylne pomagają we wspinaczce. Twoje ciało musi przylegać do pnia, by nie stracić równowagi i nie spaść. Takie upadki nie kończą się dobrze. Przy odrobinie szczęście trafia się do medyków i oni pomagają albo źle spadniesz i niestety nie ma czego ratować — miauknęła bardzo poważnie Kropiatka.
— Dobrze, zapamiętam Kropiatkowa Skórko — odparła szylkretka.
— Zawsze sprawdzaj, czy gałąź, na którą chcesz wejść, utrzyma twój ciężar. Nigdy nie skacz na pewniaka — kontynuowała Kropiatka. Urodziwa Łapa wszystko sobie powtarzała w myślach, by ugruntować sobie tę wiedzę.
— Jak chodzi o schodzenie, jest to najtrudniejsze w tej umiejętności. Zazwyczaj łatwo wejść i trudniej zejść. Schodzisz tyłem. Głowa w stronę korony drzew. Opuszczasz bardzo powoli tylne łapy i szukając oparcia, starasz się zejść — dokończyła mentorka.
— Rozumiem — wymruczała w odpowiedzi młodsza kotka.
— Dobrze, skoro była teoria pora na praktykę. Najpierw ja ci pokażę, a potem ty spróbujesz. Zgoda? — miauknęła Kropiatkowa Skórka.
— Zgoda — wymruczała córka Złocistego Widlika, co Kropiatka przyjęła z ulgą. Chwilę później szylkretka cofnęła się delikatnie, chcąc zrobić miejsce Kropiatkowej Skórce. Starsza klanowiczka płynnie wskoczyła na pień, wbijając pazury w korę drzewa. Zaczęła się precyzyjnie podciągać. Jej ruchy były przemyślane, a mięśnie wyraźnie działały pod jej skórą. Przesuwała się bezbłędnie do góry, aż dotarła do pierwszej gałęzi. Przez cały czas Urodziwa Łapa przyglądała jej się z uwagą jakiej dawno nie miała. Była pełna podziwu dla umiejętności mentorki. Bardzo chciała być kiedyś jak ona. Wiedziała, że mimo wszystko, zawsze będzie jej wdzięczna za poświęcony czas i naukę. W końcu starsza dotarła na gałąź i wpatrzyła się w niebieskie ślipka uczennicy.
— Tak to ma mniej więcej wyglądać. Wiadomo, że każdy kot i tak musi znaleźć swój własny styl wspinaczki, ale na początek to musi wystarczyć — rzuciła w stronę młodszej.
— Dobrze! — odparła szylkretka, a następnie obserwowała jak Kropiatkowa Skórka schodzi z drzewa. Rzeczywiście poruszała się głową w stronę gałęzi. Chwilę później ciemna kocica stała już koło Szafirki.
— Wow! To było niesamowite! — wymruczała zachwycona Urodziwa Łapa.
— Też będziesz tak śmigać, gdy nabędziesz doświadczenia — odparła pogodnie ciemniejsza.
— Naprawdę? — szylkretka przekrzywiła lekko łebek.
— Oczywiście, a teraz spróbuj. Będę w pogotowiu, więc postaraj się nie stresować jakoś bardzo. Pomogę ci, gdyby zaszła taka potrzeba — poinformowała ze spokojem Kropiatka. Szylkretka pokiwała łebkiem.
— Dobrze, dziękuję — odparła niebieskooka. Podeszła do drzewa i odbiła się od ziemi tak jak jej mentorka. Wysunęła pazury i wbiła je w korę. Spróbowała się podciągnąć tak jak jej mentorka, ale nie ruszyła się nawet o mysi ogon, kiedy zsunęła się z drzewa.
— Spokojnie Urodziwa Łapo, mocniej wbij pazury. Nie bój się, nie złamią ci się od mocniejszego wbicia — uspokajała ją mentorka, stojąc blisko uczennicy. Uroda skinęła lekko łebkiem.
— Dobrze — miauknęła cicho. Przeniosła spojrzenie z pyszczka kocicy na korę. Ponowiła skok i tym razem mocniej wbiła pazury. Tym razem się nie zsunęła. Starała się mieć w głowie tylko instrukcje kocicy. W końcu po kilku próbach udało jej się zbliżyć do gałęzi. Pomogła sobie ogonem i po chwili była u góry. Co prawda była to pierwsza gałąź, ale jak na pierwszy raz i tak dla kotki było zbyt wysoko. Przez jakiś dłuższy moment tak siedziała, by przyzwyczaić się do wysokości. Dopiero później spróbowała zejść.
— Głowa u góry, a tylne łapy w dół — mruczała do siebie, kiedy schodziła. W końcu dotarła na sam dół.
— Brawo Urodziwa Łapo! — pochwaliła ją mentorka. Młodsza dyszała ciężko. Próbowała uspokoić swój oddech. Pomógł jej w tym ogon mentorki muskający jej grzbiet.
— Dziękuję, chociaż przyznaję, że to trudniejsze niż myślałam — zaśmiała się cicho.
— Nabierzesz wprawy. Jesteś bardzo utalentowaną kotką — wymruczała ciepło Kropiatkowa Skórka.
— Będziesz ze mnie dumna, obiecuję! — miauknęła Uroda, lekko się rumieniąc na pochwałę mentorki.
— Spróbujesz jeszcze raz? — spytała Kropiatka.
— Pewnie! — wymruczała Szafirka. Chwilę później wbijała już pazury w korę drzewa i zaczęła się wspinać. Ćwiczyły tak jeszcze przez długi czas. W końcu Kropiatkowa Skórka zarządziła powrót do obozu.
— Świetnie ci poszło. Jak wrócimy do obozu to zjedz porządny posiłek. Zasłużyłaś na to — wymruczała Kropiatka. Szylkretce oczka zabłysły.
— Oczywiście! Mam wrażenie, że zjadłabym ławicę ryb, gdybym mogła — zażartowała. Kropiatka roześmiała się i obie kotki ruszyły w stronę domu. Droga im minęła na rozmowie i wygłupach Szafirki. W końcu dotarły do obozu, a gdy przekroczyły wejście, zatrzymały się tak, by nie przeszkadzać innym.
— Był to wyczerpujący dzień, więc jutro masz wolne od szkolenia. Odpocznij sobie i poświęć czas sobie — wymruczała Kropiatkowa Skórka.
— Dobrze, bardzo dziękuję Kropiatkowa Skórko. Dobranoc — wymruczała Szafirek.
— Ja również dziękuję za dziś Urodziwa Łapo, spokojnych snów — odparła mentorka. Kotki rozeszły się. Szylkretowa uczennica podeszła do miejsca ze zwierzyną. Wzięła dwie myszy ze sobą. Jedna dla niej, a druga dla Liliowej Łapy. Miała nadzieję ją spotkać w legowisku uczniów. Skierowała się do miejsca odpoczynkowego, chcąc odpocząć w miłym towarzystwie po ciężkim dniu. Jednak gdy tylko weszła do legowiska, zastała przyjaciółkę w złym stanie. Podeszła do niej.
— Hej, Liliowa Łapo. Czy coś się stało? Jesteś głodna? Mam też coś dla ciebie — młodsza kiwnęła głową, a Szafirek usiadła obok niej.
— Cóż, dowiedziałam się, że moja matka nie żyje i byłam nieświadomie świadkiem jej śmierci — wyjaśniła cicho Liliowa Łapa. Uroda nieco spochmurniała.
— Liliowa Łapo, tak mi przykro z tego powodu — zaczęła cicho. Raczej marna była z niej pociecha w takich sprawach, bo nigdy nie wiedziała co powiedzieć. Przytuliła się do boku przyjaciółki i owinęła ją swoim przyozdobionym ogonem. Liznęła ją delikatnie w policzek.
— Wiem, że to ciężkie, ale tam, gdzie trafiła na pewno jest jej lepiej. Wiem, że się spotkacie, gdy przyjdzie czas, a na razie będzie cię obserwować z góry i cieszyć z każdego twojego sukcesu — miauknęła Urodziwa Łapa. Podsunęła jej zwierzątko. Spędziła z nią naprawdę sporo czasu, a końcowo zasnęły wtulone w siebie.
Aktualnie
Urodziwa Łapa wróciła niedawno z ostatniego treningu z zastępczym mentorem. Morszczynowy Wąs postanowił pogadać z Kropiatkową Skórką, więc Szafirek nie miała nic do roboty. Odszukała wzrokiem jakiegoś znanego futra, by zabić czas. W pewnej chwili dostrzegła sierść Liliowej Łapy, choć teraz już Liliowej Pieśni.
— Liliowa Pieśnio! — ruszyła do niej w podskokach. Zatrzymała się przy kotce i otarła o jej bok.
— Jeszcze raz ci gratuluję awansu na wojowniczkę, zasłużyłaś na to — wymruczała wyraźnie szczęśliwa. Liliowa Pieśń zamruczała cicho.
— Jestem pewna, że niedługo do mnie dołączysz — zapewniła Szafirkę. Niebieskie oczka uczennicy zabłysły.
— Na pewno, może lada moment i znów będziemy cieszyć się wspólnym legowiskiem — miauknęła z entuzjazmem starsza. Czekała na ten moment i już snuła teorię, jakie imię dostanie. Było ono raczej oczywiste, a przez to jeszcze bardziej wyczekiwane.
— Lilio? Masz może chwilkę? Chciałabym z tobą o czymś pogadać — wymruczała szylkretka.
— Oczywiście — odparła pogodnie wojowniczka. Urodziwa Łapa poprowadziła je na bok, gdzie usiadła. Owinęła łapy ogonem i spojrzała Lilii w oczy.
— Wiesz? Podoba mi się Przypalona Łapa, no teraz już Przypalony Kasztan i ostatnio byliśmy na spacerze — zaczęła szylkretka. Jej głos tym razem był spokojniejszy.
— Naprawdę? — odezwała się młodsza, a Szafirek kiwnęła łebkiem.
— Tak, a, jak wiesz już za kociaka przebywaliśmy sporo czasu razem. Chciałabym mu coś podarować, ale zastanawiam się, co byłoby najlepsze. Musi to być coś godnego dla niego, bo wiesz Przypalony Kasztan to dla mnie prawdziwy książę, ale nie mów tego nikomu, bo mi sierść wyskubią i będę w połowie łysa — miauknęła ciszej, a następnie zaśmiała się krótko.
<Liliowa Pieśnio? Co mogę mu dać?>
[1391 słów+nauka wspinaczki na drzewa]
Od Łzy do Mistral
Słońce wisiało wysoko nad obozowiskiem Owocowego Lasu, rozlewając po polanie złociste światło, które miękko osiadało na futrach kotów niczym ciepły pył unoszący się w powietrzu podczas bezwietrznego dnia. Niebo miało barwę czystego, głębokiego błękitu, który co jakiś czas przecinały jasne, mleczne smugi chmur, przypominające delikatne rysy na gładkiej powierzchni nieba, jakby coś próbowało przedostać się przez jego granice, lecz wciąż pozostawało poza zasięgiem. Powietrze było przyjemnie ciepłe, typowe dla pory Nowych Liści, choć gdzieniegdzie dało się jeszcze wyczuć subtelny chłód, który przemykał między kamieniami i cieniem drzew, przypominając, że zima nie odeszła jeszcze całkowicie z pamięci lasu..
Łza siedziała nieco z boku, z łapami starannie podwiniętymi pod ciało, choć jej postawa wcale nie zdradzała spokoju. Przeciwnie — w jej błękitnych oczach czaiło się coś na kształt cichego znużenia, które mieszało się z narastającą irytacją, kiedy obserwowała swoją matkę. Purchawka znajdowała się nieopodal, zajęta Mordogończykiem, którego otaczała ogonem w sposób czuły i opiekuńczy, jednocześnie mrucząc do niego coś łagodnie, jakby cały świat poza tym małym kocięciem przestał w tej chwili istnieć.
Łza wpatrywała się w tę scenę z coraz większym napięciem w piersi, którego sama nie potrafiła do końca nazwać, choć przypominało ono coś pomiędzy zazdrością a rozdrażnieniem, jakby ktoś powoli odbierał jej coś, co zawsze uważała za oczywiste. Nie cierpiała tego widoku, a jednocześnie nie potrafiła oderwać wzroku, zmuszając się do obserwowania każdego ruchu matki, każdego muśnięcia ogona i każdego czułego spojrzenia, które nie było skierowane w jej stronę. Z każdym kolejnym uderzeniem serca coraz wyraźniej czuła, że coś się zmienia — nie na zewnątrz, lecz w relacjach, które do tej pory uważała za nienaruszalne.
Mordogończyk uniósł nagle głowę, jakby wyczuwając jej spojrzenie, po czym popatrzył w jej stronę z wyraźnym zawahaniem, które mogło przypominać strach. Łza natychmiast drgnęła, a jej uszy lekko się nastroszyły, podczas gdy w jej spojrzeniu pojawił się cień ostrego, kwaśnego niezadowolenia — nie powiedziała jednak ani słowa, ograniczając się jedynie do wyrazu pyska, który jasno komunikował, że zauważyła jego reakcję i zapamiętała ją.
Przez moment trwała w bezruchu, jakby ważyła w głowie różne możliwe reakcje, analizując sytuację z tą samą impulsywnością, która często popychała ją do działania bez zastanowienia. W końcu jednak podniosła się gwałtownie, a jej ogon uniósł się wysoko, zdradzając nagłą decyzję, zanim jeszcze sama zdążyła ją w pełni przemyśleć. Ruszyła w stronę matki szybkim, niemal sprężystym krokiem, przeciskając się między innymi kociakami z wyraźną determinacją, która jednak nie tłumiła narastającej w niej emocjonalnej burzy.
Gdy tylko zbliżyła się do Purchawki, w jej nozdrza uderzył intensywny zapach ziół — mieszanka ostrej mięty, gorzkiej bylicy oraz czegoś ziemistego. Skrzywiła się lekko, choć nie był to jedynie grymas niechęci wobec zapachu, lecz także wobec faktu, że ten zapach zdawał się należeć do matki bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
— Mamuś… — odezwała się w końcu, unosząc głowę i wbijając w Purchawkę spojrzenie pełne mieszaniny ciekawości oraz nie do końca ukrytej pretensji. — Dlaczego ciągle pachniesz ziołami?
— Bo jestem szamanką, skarbie.
— A możemy pójść do twojego legowiska..?
— Nie wiem. Trudno będzie mi pilnować czwórki kociąt w jednym momencie. Może kiedy indziej…
Końcówka ogona Łzy drgnęła gwałtownie, zdradzając ukłucie irytacji, które pojawiło się w niej niemal natychmiast po usłyszeniu odpowiedzi Purchawki. Przez krótką chwilę wydawało się, że zaraz zaprotestuje, że podniesie głos i zacznie domagać się uwagi, której tak bardzo pragnęła, lecz słowa uwięzły jej w gardle, ciężkie oraz gorzkie niczym źle przełknięte zioła. Zamiast tego jedynie skinęła głową, choć ruch ten był sztywny oraz wyraźnie wymuszony.
Jej błękitne oczy przesunęły się ku Mordogończykowi. Przez moment patrzyła na niego w ciszy, a w jej spojrzeniu mieszało się coś dziwnie ciężkiego — zazdrość, frustracja i potrzeba odzyskania kontroli nad czymś, cokolwiek by to nie było.
— Mordogończyku… Chcesz się pobawić?
Brat zawahał się, co tylko bardziej podrażniło ją od środka. Nie rozumiała, dlaczego zawsze wyglądał tak, jakby się jej obawiał.
— W porządku… — odpowiedział cicho. — Mamo, mogę?
Łza niemal natychmiast odwróciła wzrok ku Purchawce, czekając na odpowiedź z napięciem tak silnym, że aż ścisnęło ją w brzuchu. Kiedy matka skinęła głową, poczuła krótką falę satysfakcji, małą i dziecinną, ale wystarczającą, by wyprostowała się odrobinę dumniej.
A więc jednak potrafiła zwrócić na siebie uwagę.
— Tylko bawcie się przy wejściu! — krzyknęła za nimi Purchawka.
Łza ledwie powstrzymała przewrócenie oczami. Oczywiście. Nawet teraz musiała coś narzucić, coś kontrolować, jakby Łza była zbyt mała albo zbyt nierozsądna, by podejmować własne decyzje.
— Nie lepiej będzie bawić się w środku? — spytał Mordogończyk.
— Cicho, nie zachowuj się jak jakiś głupi szczur — syknęła odruchowo, czując nagłe rozdrażnienie.
Prawdę mówiąc, nie chodziło nawet o niego. Po prostu wszystko ją drażniło — ostrożność brata, ciągłe polecenia Purchawki, a przede wszystkim świadomość, że istnieje miejsce, do którego matka chodziła bez niej. Własne legowisko. Własna dziupla. Coś ważnego.
Gdy tylko wyszli na zewnątrz, ostre światło słońca rozlało się po jej futrze, lecz Łza niemal tego nie zauważyła. W jej głowie wirowała już zupełnie inna myśl, coraz większa oraz bardziej ekscytująca.
Szamanka.
To słowo brzmiało dostojnie. Ważnie. Inaczej niż zwykły wojownik czy uczeń. A skoro Purchawka była szamanką… to ona sama również musiała być kimś wyjątkowym.
— Słyszałeś, co mówiła Purchawka… Jest szamanką! A wiesz, co to znaczy?
W jej głosie zabrzmiał entuzjazm niemal graniczący z obsesją, a oczy rozbłysły jasnym podekscytowaniem.
— Że jesteśmy jej dziećmi?
— Że jest sporą szychą! — wyrzuciła z siebie szybko. — Przynajmniej z tego, co udało mi się podsłuchać od uczniów.
Im więcej o tym myślała, tym bardziej rosło w niej przekonanie, że to wszystko musi coś znaczyć. Że skoro Purchawka była kimś tak ważnym, ona również powinna być traktowana inaczej niż reszta kociąt.
Wyjątkowo.
— I to znaczy, że możemy robić cokolwiek chcemy! A do dyspozycji mamy jej własne legowisko!
Sama myśl o wejściu do miejsca należącego wyłącznie do Purchawki sprawiła, że serce zaczęło bić jej szybciej. Było w tym coś zakazanego, ekscytującego i jednocześnie dającego dziwne poczucie wyższości nad innymi.
— Wiesz w ogóle, gdzie ma to legowisko?
Łza zamrugała lekko, jakby samo pytanie wydało jej się wręcz absurdalne. Oczywiście, że musiała je mieć. Znaczy… Tak przynajmniej sądziła.
— Może… Zresztą, czekaj chwilę.
Nie zamierzała opierać się wyłącznie na własnych domysłach. Ciekawość paliła ją od środka zbyt mocno, by mogła po prostu odpuścić, dlatego niemal natychmiast ruszyła ku czekoladowej kotce siedzącej nieopodal. W jej krokach dało się dostrzec dziecięcą pewność siebie zmieszaną z ekscytacją, która rosła z każdym uderzeniem serca.
— Wiesz, gdzie szamani mają swoje legowisko? — spytała szybko, unosząc lekko głowę, jakby samo pytanie było czymś niezwykle istotnym.
— Oczywiście. To ta dziupla.
Kotka wskazała łapą na ciemny otwór w pniu drzewa. Łza natychmiast skierowała tam spojrzenie, a jej oczy rozbłysły gwałtownym zainteresowaniem.
Jej serce zabiło szybciej, gdy wyobraziła sobie wszystkie zioła, tajemnice oraz ważne rozmowy skrywane wewnątrz tej dziupli.
— Dziękuję! — miauknęła szybko, obdarzając kotkę szerokim uśmiechem, po czym niemal natychmiast odwróciła się i podbiegła z powrotem do Mordogończyka.
— Wiem dokładnie, gdzie jest! — miauknęła, po czym ruszyła w stronę miejsca wskazanego wcześniej przez kotkę.
Wsunęła się do dziupli, z zaciekawieniem obserwując poukładane sterty roślin oraz puste posłania.
— Co ty tu robisz, kociaku? — zaskoczył ją czyjś głos.
Patrzyła na nią biała kotka o intensywnie niebieskich oczach — aż dziwnie, że Łza wcześniej jej nie dostrzegła.
— My-
Obejrzała się za siebie. Ten drań, Mordogyńczyk, nie wszedł za nią! Jaki brat zostawiłby swoją kochaną siostrzyczkę samą sobie?
— Rozglądam się tylko po moim legowisku. — odparła z lekkim chłodem, ale też i dumą.
— To nie jest miejsce dla kociąt. Wyjdź stąd.
Poczuła, jak pod futrem pali ją irytacja. Co ten wstrętny robal mógł o tym wiedzieć? Pewnie nawet nie była szamanką…
— TAK SIĘ SKŁADA, że moja MAMA zarządza TYM miejscem. Więc TY stąd wyjdź.
<Mistral?>
Od Zwęglonej Łapy (Zwęglonej Kukułki) CD. Wąsatkowego Ruczaju
Przeszłość
Próbowała jakoś się wytłumaczyć z przypadkowego wpadnięcia na wojowniczkę, lecz tak naprawdę nieco jej mowę odjęło, kiedy ta zaczęła się zwracać do niej w męskiej formie. Nigdy nikt tak się do niej nie wracał, jednak jakoś… nie przeszkadzało jej to. Fakt, czuła się niecodziennie z tą świadomością, ale i niespodziewanie dobrze? Jakby coś wewnątrz niej przeskoczyło, niespodziewanie i równie cicho, niczym delikatny wiatr niosący zapowiedź wielkich zmian.
Żółte oczy nieśmiało powędrowały za oddalającą się już Wąsatką. Uczennica nie chcąc się narażać na jeszcze większy gniew starszej, ruszyła z dotychczasowego miejsca i prędko ją dogoniła. Do legowiska medyków jednakże nie weszła, woląc pozostać przed, by nie zakłócać powrotu do zdrowia innych kotów, które faktycznie musiały przebywać w norze — nie to, co ona, nieproszony gość, który został tu zaciągnięty jedynie z woli córki zastępcy.
— No, więc gdzie się tak śpieszyłeś, że musiałeś we mnie wlecieć? — zagaiła, dalają się wraz z uczniem od lecznicy.
— Ja… Cóż… — zaczęła, kierując swój wzrok na wielokolorowe łapy. — Chciałem się udać do starszyzny… — przyznała po krótkiej chwili.
Kiedy uświadomiła sobie, co powiedziała, momentalnie stanęła w miejscu. Szeroko otwartymi oczami, wpatrywała się w pazury, które nieświadomie wysunęła i teraz wbijała głęboko w ziemię pod sobą. Czy ona naprawdę ot tak zaczęła mówić w męskiej formie? Przecież była kotką! Więc dlaczego? Dlaczego jej umysł stwierdził, że dobrym pomysłem będzie kontynuowanie tego, co narzuciła przypadkowo Wąsatkowy Ruczaj? Nie była kocurem, by się zwracać w ten sposób! Była tej samej płci, co Kryształek i biało-czarna wojowniczka, która teraz uważnie jej się przyglądała.
— Coś się stało? — spytała Wilczaczka, zdając się nieco zaniepokojona lub przejęta obecnym stanem uczennicy.
— Chciałem powiedzieć…! Znaczy, chciałam, tak, chciałam! — powiedziała, z trudem opanowując panikę, która powoli przejmowała jej drobne ciało. — Wybacz, muszę iść! — dodała i nie przejmując się teraz możliwymi konsekwencjami, czmychnęła do legowiska starszyzny.
Dawni wojownicy początkowo spojrzeli na nią zdziwieni — a przynajmniej ci, co mogli.
— Coś się stało Zwęglona Łapo? — spytała jako pierwsza Srebrzysta Łuna.
— Tak, znaczy nie! Już sama nie wiem… — mówiła nadal ogarnięta paniką i natłokiem myśli.
— Wdech i wydech — polecił spokojnie biały kocur, który w spokojnym rytmie zaczął oddychać wraz z młódką.
— Dziękuję Ci Blade Lico — podziękowała, wchodząc w głąb legowiska, by następnie podejść do Trzcinniczkowej Dziupli, ówcześnie informując go o swojej obecności blisko niego oraz mówiąc, co będzie robić. Arlekin coś jedynie na to mruknął pod nosem, pozwalając uczennicy na przegląd swojej sierści w poszukiwaniu możliwych kleszczy.
— Wszystko dobrze? — Pytanie ze strony szylkretki na nowo rozbrzmiało.
— Tak, po prostu spanikowałam w czasie rozmowy z Wąsatkowym Ruczajem — odparła, posyłając starszej nieco niemrawy uśmiech.
«★»
Obecnie
Od stresującej rozmowy z Wąsatkowym Ruczajem minęło trochę czasu, a dymna starała się unikać starszej, nie chcąc na nowo powracać do natłoku myśli, którego wtedy doświadczyła. Od tamtego momentu nie zdarzyło się już mówić w męskich zaimkach, dzięki czemu powoli zapominała o tym, dusząc głęboko w sobie cichutki głos, który pojawił się niedługo po tamtym dniu. Kukułka zyskała nieco na pewności siebie, lecz nadal ulegała namowom siostry lub innych Wilczaków, które mogłyby ściągnąć na nią gniew zastępców czy też samej liderki.
Górujące słońce z każdym dniem powoli coraz bardziej zaczynało dawać się we znaki, nawet jeśli w większości tereny Klanu Wilka były porośnięte wysokimi i rozłożystymi drzewami. Parne powietrze często wisiało nisko ziemi, oblepiając płuca i drogi oddechowe wojowników, sprawiając, że temperatura w odczuciu była znacznie wyższa niż w rzeczywistości. Szylkretka właśnie miała wychodzić z obozu, by zapolować na jakieś zwierzęta, którym nie było straszne słońce na niebie, gdy została zatrzymana przez głos, który odbił się echem w jej głowie. Od razu cała zesztywniała, doskonale wiedząc, kto jest właścicielem tego wołania. Spięta odwróciła się na pięcie, by ujrzeć Wąsatkowy Ruczaj, która właśnie zmierzała w jej stronę.
“Niech Klan Gwiazdy ma mnie w opiece” — pomyślała, czekając w napięciu, aż wojowniczka podejdzie wystarczająco blisko.
— Mogę się dołączyć? — spytała od razu, nie tracąc czasu na uprzejmości, których raczej nie musiała stosować, w końcu była córką samego zastępcy, więc to inni powinni się odnosić do niej z należytą uprzejmością.
— J-jasne — wydukała, przepuszczając starszą w przejściu.
— No, to powiedz mi, czemu mnie unikasz? — Pytanie to padło niczym grom z jasnego nieba. Czarno-biała nawet nie dała chwili młodszej po opuszczeniu azylu klanu.
— Nie unikam Cię…! — zaprzeczyła, choć raczej nie brzmiała na przekonująco. — No dobra, może unikam, ale… Od tamtej rozmowy jakoś nie czułam się sobą… Nawet nie wiem, czemu powiedziałam w innej formie niż zwykle, przecież nie jestem kocurem!
<Wąsatkowy Ruczaju?>
Konwaliowej Mielizny CD. Borówkowej Słodyczy
Przeszłość
— Ja… — zaczęła, lecz szybko urwała, a liliowy nie naciskał. — Nie wiem już, co mam właściwie zrobić… — wydobyła z siebie.
Było mu żal matki, gdyż miał wrażenie, że to ona najbardziej cierpi z całego ich towarzystwa. Odosobnienie dawało się we znaki każdemu, jednak to biała wojowniczka zdawała się jedynie cieniem dawnej siebie, jakby czasy jej największej świetności przeminęły, a Konwalia musiał z bólem być tego świadkiem. Miał nadzieję, że chociaż jego siostry pod opieką Fląderki mają się lepiej, gdyż chyba by nie zniósł kolejnych kotów rozsypanych psychicznie. Wystarczyło mu, że obecnie miał na głowie właśnie Borówkę, której dawał czas na zebranie się nieco w sobie.
— Nie tylko ty, matko — przyznał. — Kiedy tylko nas tu wtrącono, przybyła Fląderka. Niosła wieści o Słodkiej i Korzonek. — Na te słowa niebieskie ślepia starszej się rozszerzyły, jakby od razu zakładała najgorszy możliwy scenariusz dla swoich córek. — Spokojnie, zostały jedynie zdegradowane i pełnią podobną rolę, co sama Fląderka. Poprosiłem też ją, by pełniła opiekę nad nimi, gdy nas u boku nie ma.
— Przecież Tojadowa Kryza z nimi pozostał… — zauważyła, nie rozumiejąc postępowania syna.
— Ale on cały czas u ich boku nie będzie — mruknął, kładąc ogon na jej śnieżnym grzbiecie.
Nawet jeśli nie tylko oni znajdowali na tej przeklętej wyspie w odosobnieniu, to zapewne czuli się najbardziej samotni, odcięci od najbliższej rodziny.
«★»
Obecnie
“Jak mogła! Ona i ten pożal się ojciec!” — fuknął w myślach, chodząc niespokojnie nad brzegiem rzeki. Kiedy tylko do jego uszu dotarła wieść, iż Borówkowa Słodycz z Tojadową Kryzą udali się do innego klanu, czuł, jak krew zaczyna w nim wrzeć. Czy dla białej straciły sens te wszystkie dni, kiedy trwał u jej boku w czasie izolacji? Straciły sens również słowa, którymi próbował ją pocieszać? Poczuł się zdradzony, a uczucie to nie było mu obce, lecz tym razem było gorzej. Znacznie gorzej niż w momencie, gdy niesłusznie oskarżono go o zdradę klanu. Nocniacy to w większości jedynie zbitka paru rodzin, których nawet mogą nie łączyć więzy krwi, nawet nie muszą być dla siebie jakoś wyjątkowo bliscy — dlatego też tak mocno odbiła się na nim decyzja matki.
Przez jej egoistyczny pomysł klan patrzył na niego i siostry, jak na kogoś, kto nawet nie powinien oddychać tym samym powietrzem, co oni. Miał wrażenie, że jego każdy ruch jest jeszcze dokładniej obserwowany niż zazwyczaj. Tak jak kiedyś kochał Borówkową Słodycz, która była dla niego całym światem, ostoją, do której mógł się udać w najtrudniejszych momentach, tak teraz po tym wszystkim nie został choćby cień śladu — całym sercem znienawidził i ją i Tojadową Kryzę, niemal karmiąc się jedynie tą nienawiścią. Najchętniej odciąłby się i również od sióstr, które mu przypominały o zdrajcach, lecz nie mógł ich tak porzucić, wystarczy, że zrobili to ich rodzice. Teraz to on jakoby przejął obowiązek opieki nad nimi.
“Jesteś z siebie dumna, Borówko? Zniszczyłaś życie nie tylko mi, ale i wszystkim swoim dzieciom. Mam nadzieję, że doświadczysz również takiej zdrady, co my.”
Sesja wstrzymana
Od Rozżarzonej Pieśni CD. Naparstnicowej Łapy (Serdecznej Naparstnicy)
Przeszłość
Cętkowana od rana chodziła z bólem głowy, przez co była drażliwa znacznie bardziej niż zwykle. Kotka zastanawiała się przez część dnia, co może być tego przyczyną, lecz kiedy porządne nawodnienie nie pomogła, postanowiła udać się do Jagnięcego Ukłonu z prośbą o parę ziaren maku. Przy okazji może, by porozmawiała chwilę z medyczką — w ostatnim czasie coraz rzadziej zdarzało im się urządzać niezobowiązujące rozmowy.
Nawet nie zauważyła, że ktoś wcześniej wszedł do legowiska, dopóki o mało, co jakiś uczeń na nią nie wpadł. Kojarzyła go głównie z widzenia oraz faktu, iż często można było go ujrzeć w towarzystwie Rozkwitającego Astra, która zapewne była jego mentorką lub kimś innym dla młodzika. Ruda nadal jakoś nie umiała się przyzwyczaić do faktu, iż w Klanie Klifu jest osobna rola dla kotów, które nie mogą zostać wojownikami i zamiast podstawowych ich obowiązków, zajmowali się pobratymcami.
— Źle ci? — mruknęła, mrużąc ślepia na widok ucznia, który stanął jak wryty i nawet nie był łaskaw przeprosić. Normalnie, by to ją nie obchodziło, lecz ten trafił na zły momentu u Żar, plus tym swoim stanie nieco zawadzał jej na drodze do lecznicy. Zirytowana strzepnęła krótkim ogonem, czekając, aż ten łaskawie wydusi z siebie jakieś słowo lub ruszy się z miejsca.
— Nie, nie… — odpowiedział w końcu. — Ale… jesteś z Klanu Wilka, tak? — zapytał ostrożnie.
Rozżarzona Pieśń zmierzyła go wzrokiem tak chłodnym, jakby chciała wbić go w ziemię na głębokość kilku zajęczych susów.
— Nie, nie jestem z Klanu Wilka. Urodziłam się z dala od klanów — odparła sucho, mając dość tego, że każdy patrzy na nią przez pryzmat miejsca, gdzie została wychowana przez kochającą matkę zastępczą.
— To… nie o to mi chodziło.
— Przecież wiem.
— Nie mam nic złego na myśli — dodał ciszej, na co ucho rudej drgnęło nieznacznie. — Chciałem tylko wiedzieć, jak jest w Klanie Wilka… bo… mam przypuszczenia, że-
Urwał w połowie zdania, spuszczając wzrok na własne łapy.
Cętkowana na nowo zmrużyła oczy, zastanawiając się przez chwilę, co dalej z tym wszystkim zrobić. Skoro kocur był ciekaw jej dawnego klanu, to nie widziała żadnych przeciwwskazań, aby mu o tym nie opowiedzieć — nawet dobrze, by się stało, gdyż więcej kotów, by dostrzegł, że Klan Wilka jest wylęgarnią zbrodniarzy, którzy nawet nie powinni mieć prawa stąpać po ziemi, a ich miejsce było jedynie w Mrocznej Puszczy, zapomnianych przez resztę kotów.
— Słuchaj, aktualnie nieco stoisz mi na drodze do lecznicy, więc jeśli chcesz wiedzieć coś o Wilczakach, to złap mnie jutro czy kiedykolwiek później. Obecnie umieram z bólu głowy — wyjaśniła, a kiedy tylko młodzik się odsunął, robiąc jej przejść, nie zwróciła uwagi na jego słowa, marząc tylko o tym, by mak uśmierzył ten pulsujący ból w czaszce.
«★»
Obecnie
Rozżarzona Pieśń wraz ze wschodem słońca już była gotowa na pierwszy patrol jego dnia. Pora zielonych liści powoli przeobrażała się w kolejnym, znacznie cieplejszy sezon, który dla większości kotów będzie istną katorgą. Ona na szczęście nie miała tak źle, gdyż jej płomienno-ruda szata nie przyciągała tak bardzo promieni słonecznych, jak ciemniejsze kolory, lecz sama długość mogła być nieco zgubna. Długa sierść miała swoje plusy, a także minusy, które można było odczuć przy skrajnych temperaturach — w czasie przymrozków stanowiła dobrą ochrony, inaczej w czasie pory opadających czy też zielonych liści, kiedy to była narażona na przegrzanie.
Wojowniczka właśnie wygrzebywała się z legowiska na jednej z półek w jaskini, kiedy zauważyła ruch w pobliżu legowiska uczniów. Bury kocur przysiadł niedaleko wyjścia, jakby w oczekiwaniu na kogoś — Żar była typem rannego ptaszka, więc nawet jeśli nie była przydzielona do porannego patrolu, to i tak się pchała o wczesnej porze do opuszczenia obozu. Część kotów początkowo nie była z tego zadowolona, lecz z czasem było im to na łapę, gdyż mogli dłużej pospać i swój przydział patrolu mieć w późniejszych porach dnia.
Cętkowana sama podeszła bliżej do wielkiego otworu, który był początkiem jaskini, gdzie Klifiacy urządzili obóz. Widok i szum spadającej wody skutecznie wypełniały jej umysł. Kiedyś ciągły dźwięk wodospadu tuż obok było uciążliwe, lecz dość szybko stało się idealną melodią przed snem.
Żar nawet nie zauważyła, gdy obok zjawił się Skrzydlata Pogoń, będący mentorem Agatówkowej Łapy. Najwidoczniej ci szli na trening bądź patrol — ruda nie roztrząsała tego, gdyż po chwili do nich dołączyła Jenocia Kufa. Żółtooka już wiedziała, że to wyjście nie będzie spokojne. Rodzeństwo wojowników było tym, które często ze sobą konkurowało, chcąc być lepsze od tego drugiego. Dawna Wilczaczka czuła się wtedy nieco, jak piąte koło u wozu, ponieważ nie zdarzało jej się angażować w ich przepychanki, wolała wtedy popatrzeć z boku lub zająć się czymś innym, jak na przykład polowanie.
Kiedy tylko opuścili klifu, ich kroki skierowały się w stronę granicy z Klanem Wilka. Dawniej Żar obawiała się tych terenów Klifiaków, lecz po tylu księżycach wątpiła, by ktokolwiek był w stanie ją rozpoznać, patrząc na ilość nowych szram na ciele, lub by ktoś jeszcze pamiętał o jej istnieniu. Zapach, który utrzymywał się na rudym futrze, zdążył się zmienić z ostrego i nieprzyjemnego Wilczackiego na woń soli morskiej. W dodatku od słonej wody sierść wojowniczki była nieco bardziej sztywna, jakby drobinki soli oblepiły niektóre pasma, tworząc kolejne grubsze i mniej aksamitne w dotyku. Żółtookiej to nie przeszkadzało, wręcz się cieszyła z takich zmian, gdyż w końcu zapominała o wszystkim, co mogłoby ją jeszcze jakoś wiązać z Klanem Wilka. Oczywiście nie wliczała w to rodziną, za którą nadal mimowolnie tęskniła, choć było to uczucie, z którego istnieniem się pogodziła.
«★»
Obóz powoli budził się do życia, choć większość kotów wyglądała, jakby nadal spała. Rozżarzona Pieśń z nornicą i kosem w pysku podeszła do gniazda na środku jaskini, pełniące funkcję stosu na zwierzynę, do którego zostały dorzucone dwa świeże i jeszcze ciepłe kąski. Żółtooka miała w planach położyć się gdzieś na zimnej skale, lecz wtedy jej spojrzenie padło na niskiego protektora, który właśnie rozmawiał z Rozświetloną Skórą w wejściu do legowiska starszyny. Ruda zrezygnowała z pomysłu podejścia do niebieskiego, nie chcąc przeszkadzać, lecz kiedy ten zakończył rozmowę ze starszym, od razu ruszyła w jego stronę.
— Serdeczna Naparstnico — zawołała go, chcąc, by ten zatrzymał się w miejscu. — Hej, jak tam Ci poranek mija? — zagadała jakby nigdy nic. — Masz może chwilę na rozmowę? Dawniej chciałeś coś się dowiedzieć o Klanie Wilka, ale Cię wtedy zbyłam. Jeśli nadal chcesz posłuchać, to teraz masz możliwość.
<Naparstku? Gotowy na mroczne sekrety Wilczaków?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)
