Słońce wisiało wysoko na niebie, zalewając obozowisko ciepłym światłem, które odbijało się od kamieni, liści oraz futer przechodzących kotów. Z królikiem ostrożnie zaciśniętym w pysku stawiała kolejne kroki z delikatnością i wyuczoną precyzją, poruszając się z wdziękiem, który jeszcze 30 księżyców temu wydawałby się jej nieosiągalny. Teraz, co zabawne, podobna płynność była czymś całkowicie naturalnym — liczne polowania, treningi i godziny spędzone poza obozowiskiem sprawiły, że jej ciało samo pamiętało, jak powinno się poruszać.
Tuż obok niej kroczył Ruda Lisówka.
Rudy wojownik od czasu do czasu rzucał jakąś uwagę dotyczącą patrolu, zwierzyny albo wydarzeń z ostatnich dni, jednak żaden z tych tematów nie rozwijał się w nic bardziej znaczącego, przez co rozmowa nieustannie wracała do niezręcznej, choć spokojnej ciszy.
Jeszcze jakiś czas temu próbowała to zmienić, ponieważ wydawało jej się, że z biegiem czasu łatwiej będzie im znaleźć wspólny język. Zadawała pytania, rozwijała poruszane przez niego tematy i szukała punktów zaczepienia, które mogłyby przerodzić się w prawdziwą rozmowę, jednak ostatecznie przestała się starać, gdy coraz wyraźniej dostrzegała, że nie odczuwa wobec niego nawet cienia zainteresowania.
Nie wynikało to z niechęci ani z faktu, że Ruda Lisówka był trudnym towarzyszem — wojownik sprawiał raczej wrażenie uprzejmego i całkiem otwartego kota. Problem polegał na czymś znacznie prostszym, a zarazem trudniejszym do wyjaśnienia, ponieważ jego słowa zwyczajnie nie budziły w niej żadnej ciekawości.
Słuchała go więc wtedy, gdy do niej mówił, odpowiadała wtedy, gdy oczekiwał odpowiedzi, a na jej pysku często pojawiał się uprzejmy uśmiech, jednak pod tą warstwą grzeczności nie kryło się nic więcej. Coraz częściej łapała się na tym, że większość jego słów umyka jej niemal natychmiast po ich usłyszeniu, co wydawało jej się szczególnie dziwne, ponieważ zwykle uwielbiała rozmawiać z innymi kotami, słuchać ich historii i dzielić się własnymi przemyśleniami.
Zdawało się, że pomiędzy nimi istnieje jakaś niewidzialna przeszkoda, której nie potrafiła pokonać, przez co każda kolejna rozmowa pozostawała wyłącznie… no, rozmową. Prawdę mówiąc, coraz częściej dochodziła do wniosku, że gdyby nie był jej mentorem, najpewniej nie próbowałaby nawiązać z nim bliższej znajomości.
Myśl ta pozostawiła po sobie dziwny posmak, dlatego westchnęła cicho i pozwoliła, by jej wzrok przesunął się po całym obozowisku.
Natychmiast poczuła przyjemne ciepło rozlewające się po piersi, gdy spostrzegła, że polana tętniła życiem. Wojownicy wracali z patroli, uczniowie przebiegali pomiędzy legowiskami, starsi wymieniali się opowieściami sprzed wielu księżyców, a gdzieś w oddali rozbrzmiewały głosy kociąt pochłoniętych zabawą.
To właśnie tego brakowało jej najbardziej.
Nie polowań ani granic, lecz poczucia przynależności, którego przez długi czas nie potrafiła odnaleźć. W Klanie Nocy często miała wrażenie, że znajduje się obok wszystkich, nigdy naprawdę pomiędzy nimi — i nieważne, jak bardzo się starała, zawsze pozostawała kimś obcym, komu przyglądano się odrobinę uważniej i komu ufano odrobinę mniej.
Tutaj było inaczej — większość kotów patrzyła na nią jak na zwyczajną uczennicę, a nie jak na zdrajczynię, zagrożenie czy problem.
Ale były też i wyjątki.
Poczuła nagle, jak sierść na karku unosi się lekko, gdy uświadomiła sobie, że ktoś od dłuższego czasu się jej przygląda. Nie było to jednak zwykłe spojrzenie — kryło się w nim coś chłodnego i nieprzyjemnego, coś, co sprawiło, że instynktownie zaczęła rozglądać się za jego właścicielem.
Jej wzrok niemal natychmiast odnalazł wojownika siedzącego po drugiej stronie polany. Kocur obserwował ją bez cienia życzliwości, a jego oczy przesuwały się po niej powoli, jakby analizował każdy ruch i każdy gest w poszukiwaniu potwierdzenia czegoś, w co już dawno uwierzył.
Nieświadomie ścisnęła mocniej szczęki na futrze królika, podczas gdy nieprzyjemny ucisk zaczął narastać gdzieś głęboko w jej wnętrzu. Przez moment rozważała odwrócenie wzroku i odejście — znacznie łatwiej byłoby udawać, że niczego nie zauważyła, jednak jakaś część niej nie potrafiła tego zrobić.
Być może kierowała nią ciekawość, a być może zwykłe zmęczenie podobnymi spojrzeniami.
Podała królika Rudemu Lisówce, który bez większego zastanowienia zaoferował odniesienie zdobyczy na stertę, po czym przez krótką chwilę obserwowała oddalającego się mentora. Kiedy została sama, odwróciła się ponownie w stronę wojownika i ruszyła przed siebie, czując, jak każdy kolejny krok staje się odrobinę cięższy od poprzedniego.
Im bardziej się zbliżała, tym wyraźniej dostrzegała napięcie rysujące się w jego postawie. W pewnym momencie odwrócił wzrok, jakby nagle zainteresowało go coś zupełnie innego, jednak nie uwierzyła w to ani przez chwilę — zbyt dobrze pamiętała sposób, w jaki patrzył na nią jeszcze przed momentem.
Zatrzymała się kilka długości ogona od niego, starając się zachować spokój pomimo narastającego niepokoju.
— Przepraszam... — zaczęła ostrożnie, nadając głosowi możliwie łagodne brzmienie. — Czy coś się... stało?
<Dziki Berberysie?>