BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

25 czerwca 2026

Od Śnienia CD. Guziczka

— Jeśli chcesz, to mogę ci pomóc — zwrócił się do niego Guziczek. — Koty ufają mi bardziej, gdyż jestem częścią Owocowego Lasu, ale jeśli przedstawisz mi swój plan, ten, o którym rozmawiałeś z Czereśnią, to może uda mi się namówić kilka kotów, aby też cię posłuchali.
Śnienie stanął jak wryty. Czyżby kocur proponował mu współpracę? Niby nie miałby nic przeciwko, żeby się zgodzić, jednak wolał jeszcze dogłębnie się zastanowić. Czarny wojownik zastrzygł uchem, pokazując, że zaciekawił go zwiadowca.
— Teraz na pewno ci nie powiem. Najpierw będę musiał uzgodnić to z Kolendrą, a poza tym ja ostatnio też jestem częścią Owocowego Lasu. Daj mi trochę czasu na przemyślenia, czy warto.
Wolał być ostrożny. Przed chwilą Guziczek był dla niego oschły i nie ufał mu. Czyżby jedna zdobycz zmieniła coś w nim? Śnienie potrzebował czasu, żeby samemu zaufać Guziczkowi. Sam raczej nie będzie aż taki uszczypliwy pod warunkiem, jeśli tamten nie będzie zadawał głupich pytań i nie będzie go denerwował.
— A teraz wybacz, ale muszę wracać do polowania. Kolendra czeka na mnie na dole — wskazał nosem na wielkiego rudzielca ukrywającego się w podszyciu.
Guziczek jedynie machnął ogonem, nie ukrywając zawodu. No cóż, Śnienie nie może być zbyt łatwy w takich sprawach. Zeskoczył dumnie z drzewa, trzymając w pysku gołębia, którego udało mu się upolować. Podszedł do swojego mentora, który wyłonił się z krzaków i z zadowoleniem skinął głową. Idąc w kierunku obozowiska, rzucił ostatnie spojrzenie na czarnego pręgowanego cętkowanie z bielą zwiadowcę.

***

Dni mijały. Nadeszła Pora Opadających Liści na tereny Owocowego Lasu. Liście zaczęły powoli zmieniać kolor, a gorące dni leniwie stawały się chłodniejsze. Było to dość przyjemne przejście, które zamierzali wykorzystać z Kolendrą na tropienie lisów. Wiedział, że ważne jest tropienie innych zwierząt, a w szczególności innych drapieżników, jednak nie praktykowali to w Klanie Wilka na taką skalę. Było to dziwne, a jednak przydatne. Na terenach Owocowego Lasu zaczął zauważać większą obecność lisów i borsuków niż na terenach niczyich lub Klanu Wilka.
— Dobrze ci idzie, Śnienie. Jesteś znakomitym tropicielem na ziemi, może niedługo zostaniesz mianowany na wojownika — pochwalił go zastępca.
— Dziękuję, staram się, jak mogę, chociaż wiem, że nigdy nie będę prawdziwym Owocniakiem. Nie czuję się na Owocniaka, zbyt często zmieniałem przynależność, żeby umieć się przywiązać.
— To nie jest prawda. Przyzwyczaisz się do mieszkania w Owocowym Lesie, nawet jeśli wcześniej byłeś Wilczakiem, czy tam innym Świetlikiem.
— Nadal jestem Świetlikiem! Nikt mi tego nie odbierze. Jestem przywódcom Świetlików, kotów, które wierzą w Klan Gwiazdy w Owocowym Lesie. Tylko muszę zebrać wierzących i chętnych, którzy wyznają te same wartości, co my.
Kolendra zmierzył go wzrokiem, jednak już się nie odezwał. Kiedy tylko skończyli trening, szybko wrócili do obozu, gdzie przed nim wyrósł Guziczek. Tym razem na nieszczęście Śnienia to właśnie on wpadł na zwiadowcę przez swoją nieuwagę.
— Przepraszam — burknął, chcąc już wyminąć kocura i podejść do Koniczyna, który rozmawiał z Poinsecją.

< Guziczku? >
🌙

Od Błyskotliwej Łapy

– Czy to była mięta? A nie, nie! To kocimiętka!
Błyskotliwa Łapa właśnie wymieniała Drobnemu Ukojeniu zioła ułożone przed nią w rzędzie.
– Tak, to kocimiętka. Mięta wygląda o tak…
Mentorka pokazała pazurem na liść mięty, a Błyskotka pokiwała głową i miauknęła:
– Dobrze. Teraz skończyłam wymieniać zioła, obiecałaś, że pokażesz mi nowy ruch bitewny! Ten bardzo trudny!
Drobne Ukojenie zamruczała rozbawiona.
– Widzę, że rzucasz się do nauki! Dobrze, posprzątaj zioła i pójdziemy na trening.
Błyskotka podskoczyła w miejscu i rach-ciach ułożyła zioła na ich miejscach.
Potem wraz z mentorką wybrała się na trening bitewny.
Drobne Ukojenie pokazała uczennicy skomplikowany ruch bitewny. Błyskotliwa Łapa spróbowała. Nie udało jej się, lecz ćwiczyła potem całe popołudnie i w końcu zrobiła ruch płynnie.
– Super! Nie sądziłam, że pojmiesz to w jeden dzień. Dobra robota – rzekła Drobne Ukojenie z aprobatą w głosie.
Błyskotliwa Łapa zmęczona, lecz dumna z nowej umiejętności przysiadła obok mentorki i ziewnęła.
– Wracajmy do obozu. Musisz być przemęczona po dzisiejszym dniu, Błyskotliwa Łapo.
Uczennica tylko kiwnęła głową i na obolałych łapach powlekła się za mentorką aż do obozu, gdzie po obfitej kolacji poszła do swojego ciepłego gniazda.
Gdy leżała w gnieździe, poczuła ukłucie smutku. Zwykle przy jej mszystym legowisku leżało legowisko jej brata, jednak teraz stał on się już wojownikiem.
Jednak Błyskotka potrząsnęła tylko głową. W końcu także dostanie swoje pełne imię. Na razie musi skupić się na szkoleniu, aby stać się najlepszą protektorką, jaką ten klan kiedykolwiek widział!

(235 słów, szkolenie protektora: walka i nauka ziół)

Od Trzcinowego Szmeru CD. Dryfującej Bulwy

Od rozmowy z jej ojcem minęło wiele księżyców. Dryfująca Bulwa dawno zniknął z obozu wraz z Baśniową Stokrotką, która została oskarżona o próbę morderstwa na Błękitnej Lagunie. Widziała krzywe spojrzenia swojej matki, kiedy tak bardzo zbliżyła się do Niezapominajkowej Nadziei. Ten zawód w oczach, kiedy to otwarcie stała za wolą i prawdą, jaką jej przekazywała sama Mandarynkowa Gwiazda.
Jednak czasami łapała się na tym, że tęskniła za rodzicami i starymi czasami, kiedy to wszyscy byli w obozie Klanu Nocy przed tą złą powodzią, która w jej życiu tak wiele zmieniła. Co by się stało, gdyby nie doszło do tak strasznego incydentu, w którym zmarły jej obie siostry? Może dzisiaj nie byłaby tak smutna? Albo nie miałaby Łabądka oraz Nura.
Położyła łeb na łapach i ogonem popchnęła kuleczkę mchu, która ładnie poturlała się przez żłobek. Za nią od razu rzuciła się Łabądek oraz Nur. Kociaki zaczęły sobie dokuczać i dalej rzucać sobie zabawkę.
Miała za złe reszcie swojej rodziny to, że uciekli z Klanu Nocy. Wiedziała, że Borówkowa Słodycz wraz z Tojadową Kryzą pewnie źle się czuli przez to wszystko, co zrobili Pluskający Potok, Baśniowa Stokrotka oraz Dryfująca Bulwa. Jednak teraz porzucili za sobą własne dzieci. Jak mogli czuć się teraz Konwaliowa Mielizna, Wymarzona Słodycz i Mysiomózga Łapa? Współczuła im strasznie. Na szczęście ona wypracowała sobie już dobrą opinię między Nocniakami. Nikt nie mógł odmówić jej lojalności względem Mandarynkowej Gwiazdy oraz pracowitości.
Jej smętne rozmyślania nad przeszłością chwilowo rozmył Nur, który podszedł do niej z zaciekawioną miną.
— Mamo?
— Tak, kochanie? — podniosła łeb, nie ukrywając smutku.
— Pamiętam, jak mówiłaś już innym kotom, że jestem podobny z sylwetki do Dryfującej Bulwy. Kto to?
Trzcinowy Szmer westchnęła ciężko i łapą zagarnęła do siebie kocurka. Utulając go przy swojej piersi, liznęła go parę razy po pyszczku, co nie spodobało się malcowi. Poirytowany kichnął parę razy i wystawił łapki, broniąc się przed jej pyskiem.
— Dryfująca Bulwa to mój tata, a twój dziadek. Był wielkim, silnym, barczystym kotem, jednak zrobił coś, czego nie możemy mu wybaczyć.
Nur spokojnie wpatrywał się w nią, analizując każde słowo, jakie wychodziło z jej pyska. Uśmiechnęła się smutno i kontynuowała opowieść.
— Mandarynkowa Gwiazda uważa, że miał związek z zamachem twojej babci, na naszego zastępcę, Błękitną Lagunę. Widzisz Nurze, nasza rodzina jest pełna zdrajców, jednak ja zamierzam to naprawić i wy również macie podążać słuszną ścieżką. Ty wraz z Łabądkiem macie być najlepsi i nie popełniać błędów tak ciężkich, przez które mogliby was porównywać do zdradzieckich korzeni, które nas wiążą — mówiąc to, utrzymywała poważny ton i tajemnicze spojrzenie, które intrygowało jej dziecię. — Obiecaj mi Nurze, że nigdy nie zawiedziesz lidera, rodu i honoru Klanu Nocy. Masz być najlepszą wersją siebie i prawdziwym wojownikiem. Musisz odkupić winy poprzedników, tak jak to robię i będzie to robić twoja siostra, a nawet zapewne wasze przyszłe potomstwo.
Nur nie odezwał się, tylko z powagą pokiwał głową. Był mądry, jak na tyle księżyców ile posiadał.
— Dobrze, w takim razie idź się bawić z Łabądkiem. Zapewne za niedługo przyjdzie do was Żmijowcowa Wić — pogoniła łapką kocurka, który posłusznie poszedł w stronę siostry. Czy już się z nią bawił, nie interesowało to kocicę, byli rodzeństwem, powinni się dogadywać.
Skierowała swoje brązowe oczy na wyjście ze żłobka, gdzie widziała, jak krzątają się kolorowe futra Nocniaków. Nadal była smutna. Nie chciała tego przyznać, jednak coraz częściej widziała w Nurze swojego ojca oraz brata - Pluskający Potok, jednak o nim już nie zamierzała nikomu wspominać. Rudy kocur powinien gnić w głębokich odmętach morza, a nie wracać do Klanu Nocy, nawet pod postacią opowieści i przestrogi. Chociaż w tym przypadku, musiała powiedzieć dziecku całą prawdę o jego korzeniach. Zamierzała dać sens tej rodzinie.

< Dryfująca Bulwo?>

Sesja wstrzymana
🎍

Od Trzcinowego Szmeru CD. Gąbczastej Perły

— Jak tam u ciebie, Trzcinko? — spytała, poruszając radośnie wibrysami. — Mam nadzieję, że maluchy nie wymęczają cię zbyt bardzo. Nur i Łabądek, mam rację? — księżniczka popatrzyła na jej kociaki, które grzecznie bawiły się pod czujnym okiem Złocistego Widlika. — No, a poza tym chciałam jeszcze spytać, jak Żmijowcowa Wić spisuje się jako ojciec! Odwiedza cię czasem, opiekuje się kociętami? Jeśli się leni, to ja chętnie mu przypomnę, gdzie leży jego partnerka i kocięta! — zaśmiała się Gąbczasta Perła.
Trzcinowy Szmer zamruczała zadowolona odwiedzinami samej medyczki. Wychodziło na to, że miała chody u kotów z rodu. Czy to coś złego? Oczywiście, że nie! Tym bardziej że mogła powiedzieć o całkiem dobrze kiełkującej przyjaźni u medyczki. Wzięła jednego kęsa okonia, którego ta jej przyniosła. Był świeży, a mięso rozpływało się jej w pysku. Idealne jedzenie na długie pogawędki.
— Nur i Łabądek są grzeczni, przynajmniej pod moim sokolim wzrokiem. Widzę, że Nur jest cichszy i lubi obserwować koty w obozie, a Łabądka bardziej wydaje się towarzyska, jednak ona jest czystym Żmijowcową Wicią. Nie da się tego ukryć, jak lubi się stroić w najróżniejsze kwiaty oraz piórka, które jej ojciec przynosi — powiedziała szczerze zadowolona, co rzadko można było od niej usłyszeć. Będąc królową, czuła się naprawdę szczęśliwa. — Żmijowcowa Wić nie zostawił mnie samej z kociętami. Jest nad wyraz aktywnym ojcem i ciągle przychodzi do żłobka, jeśli nie ma go na patrolu. Bardzo mi pomaga.
Gąbczasta Perła na jej odpowiedź zamruczała rozczulona.
— Miło jest mi to słyszeć. Może nie zastanawialiście się, żeby wziąć ceremonii łączącej? Dawno w Klanie Nocy ich nie było. Koty zapomniały, jak to powinno się zaczynać rodziny.
— Owszem, zastanawialiśmy się i nawet byliśmy u Mandarynkowej Gwiazdy.
— Serio? I co powiedziała? Zgodziła się? Jak nie mogła się zgodzić! Pewnie sama tęskni za takimi wydarzeniami w klanie!
— Dowiesz się, jak dostaniesz zaproszenie na ceremonię — zaśmiała się z dymnej.
— Trzcinko, kochana, przecież jako medyczka, nawet jeśli nie mam zaproszenia, to muszę się tam zjawić, tak samo, jak Błękitna Laguna oraz Mandarynkowa Gwiazda — medyczka polizała się nonszalancko po futerku na piersi.
— To jest pewne, jednak myślę, że byłoby ci miło, gdybyś dostała specjalne zaproszenie od nas. Czułabyś się chciana, jako gość, a nie z obowiązku. Wiesz, że bardzo cię lubię. Przyjaźnimy się, więc wolałabym, żebyś dostała ładny upominek w postaci pierza lub kolorowej muszelki oraz oficjalne zaproszenie. Może nawet bym zrobiła z Łabądka małego posłańca? Nie byłoby to urocze?
— Byłoby, chociaż teraz nie będę mieć uroczej niespodzianki, bo się wysypałaś z wszystkich pomysłów — zamruczała rozbawiona Gąbczasta Perła.
— No cóż, mówi się trudno! — wzięła kęsa i znów zamruczała z eksplozji smaków w jej pyszczku. — Za to powiedz mi, co tam u ciebie? Czy przyszłaś powiedzieć mi, jak strasznie idzie Klekoczącemu Bocianowi? A może masz coś innego ciekawego do powiedzenia?

< Gąbczasta Perło? >
🎍

24 czerwca 2026

Nowy samotnik!


12 księżycy

Od Lśniącej Gwiazdy

Jakiś czas po ogłoszeniu śmierci Tawuły i ucieczce Promiennego Słońca…

Lśniąca Gwiazda siedział wysoko na mównicy, podczas gdy wiatr poruszał delikatnie jego futrem. Przez dłuższą chwilę nie odzywał się ani słowem, pozwalając, by cisza osiadła pomiędzy kotami i zaczęła ciążyć im na barkach niczym niewidzialny ciężar. Jego spojrzenie przesuwało się spokojnie po zebranych kotach, jakby chciał podzielić z nimi własny smutek.
— Nigdy nie spodziewałbym się, że Tawułowa Bryza dopuściłby się takiej zbrodni — zaczął w końcu cicho, a w jego głosie pobrzmiewało zmęczenie, które wydawało się znacznie głębsze niż zwykłe wyczerpanie. — W moich oczach był kotem o dobrych intencjach i szczerym sercu. Nawet wtedy, gdy się ze mną nie zgadzał, widziałem w nim wojownika, któremu zależało na przyszłości naszego klanu. Różnica poglądów nigdy nie zaślepiłaby mnie na podobną prawdę.
Opuścił na chwilę wzrok, jakby samo wypowiedzenie tych słów sprawiało mu trudność.
— Właśnie dlatego to boli tak bardzo. Ponieważ najgroźniejsze zagrożenia rzadko przychodzą do nas z odsłoniętymi pazurami. Najczęściej noszą twarz przyjaciela. Najczęściej mówią głosem, który dobrze znamy. Najczęściej patrzą na nas oczami, którym nauczyliśmy się ufać.
Po klanowej polanie subtelnie, lecz odczuwalną, niemal nachalną elegancją przebiegł nieco zimniejszy, chłodnawy podmuch wiatru. Wyglądało to niemal tak, jak gdyby natura odczuwała potrzebę podkreślenia pozornego ciężaru tego momentu. Nawet, jeśli w rzeczywistości dla samego przywódcy chwila ta była jedynie pustymi słowami.
— Chciałbym wam powiedzieć, że dostrzegłem wszystko odpowiednio wcześnie. Chciałbym wam powiedzieć, że od początku wiedziałem, co planował. Chciałbym wam powiedzieć, że byłem wystarczająco mądry, aby temu zapobiec. Ale nie mogę. Ponieważ ja również zostałem oszukany.
Przerwał na moment, pozwalając, by słowa echem rozniosły się po skalnych ścianach i zakorzeniły się w uszach kotów.
— Kiedy Tawułowa Bryza próbował odebrać mi życie, nie zaatakował wyłącznie mnie. Nie zaatakował tylko przywódcy. Nie zaatakował tylko kota siedzącego na tej mównicy. Za jego pazurami kryło się zagrożenie dla całego Klanu Klifu. Dla każdego wojownika, który codziennie ryzykuje zdrowie na patrolach. Dla każdego ucznia uczącego się Kodeksu Wojownika. Dla każdego kocięcia śpiącego bezpiecznie w żłobku, nieświadomego tego, jak kruche potrafi być bezpieczeństwo.
Jego głos pozostał spokojny, lecz w tej spokojności pojawiło się coś cięższego.
— Nie chciałem go krzywdzić. Nie chciałem patrzeć, jak przede mną ginie wojownik mojego własnego klanu. Czuję się źle z tym, co się stało. Czuję się tak, jakbym zawiódł sam siebie. Jakbym złamał coś świętego. Jakbym zdradził nie tylko kodeks, lecz także tych, którzy obserwują nas z Klanu Gwiazdy.
W powolnym ruchu uniósł głowę swoją głowę ku górze, aż jego oczy nie patrzyły dłużej na zebrane przy nim koty, a spoczywały na kamiennym suficie. Przez kilka uderzeń serca trwał w kompletnym bezruchu — jedynie kosmyki jego futra, szarpane przez wiatr nadawały jego sylwetce jakiekolwiek życie — po czym ponownie skierował wzrok na polanę.
— Lecz nie miałem wyboru.
Słowa te wypowiedział przyciszonym głosem, niemal przypominającym szept, który zdawał się nie tyle tracić na sile, co zmieniać swoją naturę, stając się skierowany nie do tłumu, lecz do każdego kota z osobna, jakby Lśniąca Gwiazda zwracał się w tej chwili bezpośrednio do pojedynczych serc, a nie do zbiorowości. W rzeczywistości jednak jego głos został starannie wyważony, tak by mimo tej pozornej delikatności nadal docierał do najdalszych końców polany, niosąc się po niej w sposób kontrolowany, niemal celowy.
— Jeśli pozwoliłbym mu żyć, pozwoliłbym również, by zagrożenie rosło dalej. Pozwoliłbym, by nieufność zatruwała nasze legowiska. Pozwoliłbym, by strach wkradł się pomiędzy przyjaciół. Pozwoliłbym, by cierpiały wasze rodziny. Wasze dzieci. Wasi uczniowie. Wasi mentorzy. Wasi przyjaciele. Wasi partnerzy.
Jego głos pozostał łagodny, niemal ciepły, jakby każde wypowiadane słowo było starannie wygładzone jeszcze przed opuszczeniem pyska, pozbawione ostrych krawędzi, które mogłyby wzbudzić niepokój lub sprzeciw. Nie było w nim śladu rozkazu ani groźby, choć siedział przecież wysoko ponad całym klanem, przemawiając z miejsca należącego wyłącznie do przywódcy. Przeciwnie, mówił tak, jak gdyby zwracał się nie do podwładnych, lecz do bliskich towarzyszy, których zdanie naprawdę miało dla niego znaczenie, a których dobro leżało mu głęboko na sercu.
— Dlatego proszę was dziś tylko o jedno. Nie pozwólcie, by ta tragedia nauczyła was nienawiści, by nauczyła was podejrzliwości wobec wszystkich wokół. Pozwólcie natomiast, by przypomniała wam, jak ważna jest lojalność, szczerość. Jak ważne jest to, abyśmy pozostali zjednoczeni.
Kąciki jego pyska uniosły się ledwie odrobinę, podczas gdy w oczach wciąż pozostawała zaduma, przez co wyglądał niemal jak wojownik wspominający dawnego przyjaciela, którego nie zdołał ocalić przed własnymi błędami. W połączeniu z łagodnym tonem głosu oraz spokojną postawą tworzyło to obraz przywódcy przeżywającego stratę, a nie kota przemawiającego po zwycięstwie.
— Ponieważ jeśli jest coś, czego nauczyła mnie śmierć Tawułowej Bryzy, to fakt, że klan nie rozpada się od zewnętrznych zagrożeń. Klan rozpada się wtedy, gdy koty przestają ufać swoim wartościom.
Przy ostatnich słowach jego głos stwardniał ledwie zauważalnie.
— Klan Klifu zawsze był miejscem lojalności, obowiązku i wzajemnego zaufania. Chcę jednak mieć pewność, że tak pozostanie. Chcę mieć pewność, że żaden wojownik nie będzie musiał samotnie dźwigać swoich obaw. Że jeśli w naszym klanie pojawi się coś, co mogłoby zagrozić jego jedności, dowiemy się o tym, zanim będzie za późno.
Na moment zamilkł, pozwalając, by wypowiedziane przed chwilą słowa wybrzmiały wśród zgromadzonych kotów i osiadły pomiędzy nimi niczym pył niesiony przez wiatr. W tym krótkim zawieszeniu nie było jednak niezręczności ani wahania. Cisza zdawała się równie starannie przemyślana jak sama przemowa.
Jego spojrzenie przesuwało się powoli po zgromadzonych wojownikach, uczniach, starszych i królowych, zatrzymując się na poszczególnych pyskach tylko na moment, lecz wystarczająco długo, by każdy mógł odnieść wrażenie, że został zauważony. Nie patrzył na tłum. Patrzył na konkretne koty. Na ich reakcje. Na poruszenie uszu, napięcie barków, wymieniane ukradkiem spojrzenia i drgnięcia ogonów.
— Dlatego od dziś niektóre koty otrzymają możliwość bliższej współpracy ze mną. Będę częściej prosił je o rady. Będę pytał je o nastroje panujące w klanie. Będę słuchał ich opinii i obserwacji. Nie dlatego, że są lepsze od innych, lecz dlatego, że ufam ich osądowi.
Spojrzał na wojowników, a jego wzrok nie przesunął się po nich przypadkowo, lecz zatrzymał się na tej części zgromadzenia z wyraźnie większą uwagą, jakby właśnie w nich skupiał się ciężar całej przemowy i jakby to od nich w największym stopniu zależała przyszłość, o której mówił. Przez moment jego spojrzenie zdawało się bardziej przenikliwe, choć wciąż zachowywało pozory spokoju.
— Jeśli kiedykolwiek zauważycie coś, co mogłoby zaszkodzić naszemu klanowi, możecie przyjść do mnie. Jeśli usłyszycie słowa podważające Kodeks Wojownika, szerzące niepotrzebne podziały lub zachęcające do konfliktów, możecie przyjść do mnie. Jeśli martwicie się o przyszłość naszego domu, możecie przyjść do mnie.
Jego ogon poruszył się powoli, z niemal niedostrzegalną precyzją, jakby każdy jego ruch był nie tyle odruchem, co świadomie kontrolowanym sygnałem, który miał wprowadzić dodatkowy porządek w to, co już zostało powiedziane.
— Niektórzy z was być może otrzymają ode mnie więcej pytań niż inni. Niektórzy być może częściej będą proszeni o opinię. Traktujcie to jako dowód mojego zaufania. Jako dowód tego, że należycie do Skrytych Serc.
Na moment zamilkł, pozwalając, by ostatnie słowa rozpłynęły się po polanie, po czym westchnął cicho, a dźwięk ten zabrzmiał niemal jak oznaka zmęczenia, którego nie sposób było ukryć pod maską przywódcy. W jego oczach pojawiło się coś nowego, głęboko schowanego pod warstwami opanowania i uprzejmości — ledwie dostrzegalna frustracja, która nie przypominała gniewu, lecz raczej rozczarowanie kogoś, kto od dłuższego czasu obserwuje ten sam problem i za każdym razem dochodzi do tych samych wniosków.
— Jeśli chodzi o ciągłe ucieczki... — zaczął w końcu, podczas gdy jego ogon drgnął lekko za plecami. — To choć nie mogę nikogo zatrzymywać w naszym klanie, ani zmuszać kogokolwiek do pozostania w miejscu, którego nie chce nazywać domem, skłaniam was, abyście porozmawiali z naszymi protektorami, jeśli odczuwacie podobne potrzeby. Klan Klifu jest miejscem, w którym każdy powinien czuć się bezpiecznie. Powinien czuć się wysłuchany. Powinien mieć możliwość znalezienia pomocy, zanim podejmie decyzję, której być może nie będzie w stanie cofnąć.
Przerwał na chwilę.
— Nie ma nic złego w zwątpieniu. Nie ma nic złego w zmęczeniu. Nie ma nic złego w tym, że czasami ciężar obowiązków wydaje się większy, niż jesteśmy w stanie unieść. Każdy wojownik przechodzi przez podobne chwile. Każdy. Jednak istnieje ogromna różnica pomiędzy szukaniem pomocy a odwróceniem się od tych, którzy przez całe życie stali obok nas.
Jego oczy ponownie przejechały po zebranych kotach.
— Klan jest rodziną i żaden prawdziwy wojownik nie powinien porzucać swoich bliskich.
Ponownie westchnął, tym razem nieco głębiej.
— Kiedy odchodzi jeden kot, nie odchodzi sam. Pozostawia za sobą przyjaciół. Pozostawia uczniów. Pozostawia opiekunów i rodziców, którzy pamiętają jego pierwsze chwile w klanie. Pozostawia tych, którzy martwią się o jego los i zadają sobie pytania, na które często nigdy nie otrzymują odpowiedzi.
Przechylił głowę.
— Być może niektórzy postrzegają odejście jako drogę do wolności. Być może wierzą, że poza granicami klanu odnajdą coś, czego nie mogli znaleźć tutaj. Nie zamierzam nikogo osądzać za podobne myśli. Chciałbym jednak, aby każdy kot zastanowił się nad tym, co pozostawia za sobą. Nad tym, kto będzie cierpiał z powodu jego decyzji. Nad tym, kto będzie czekał na jego powrót, nawet wtedy, gdy ten powrót nigdy nie nadejdzie.
Przez krótką chwilę jego spojrzenie straciło część swojej zwyczajowej stanowczości, a w oczach pojawiła się zaduma sprawiająca wrażenie szczerej. Wyglądał niemal tak, jakby myślał o wszystkich kotach, które odeszły z klanu przez minione księżyce, o pustych miejscach w legowiskach, o niedokończonych rozmowach i o tych, którzy pewnego dnia po prostu zniknęli za granicą terytorium, nie pozostawiając po sobie niczego poza wspomnieniami.
W połączeniu z jego wcześniejszymi słowami ten drobny wyraz pyska nadawał całej przemowie bardziej osobisty charakter — zamiast przywódcy wygłaszającego polecenia widzieli przed sobą kota, który zdawał się autentycznie przeżywać każdą stratę. Trudno było nie odnieść wrażenia, że mówił nie z pozycji władzy, lecz z pozycji kogoś, kto wielokrotnie patrzył, jak bliskie mu koty odchodzą w nieznane.
To właśnie dlatego uśmiech ten był tak przekonujący. Nie był szeroki. Nie był teatralny. Nie próbował zwracać na siebie uwagi. Sprawiał raczej wrażenie emocji, która wymknęła się spod kontroli i na krótką chwilę przedostała na powierzchnię, zanim Lśniąca Gwiazda zdążył ponownie ukryć ją pod swoją zwyczajową maską opanowania.
Dzięki temu wielu kotom łatwiej byłoby uwierzyć, że za słowami o lojalności, rodzinie i pozostawaniu w klanie nie kryje się pragnienie kontroli, lecz zwykły lęk przed kolejną stratą.
— Ponieważ Klan Klifu nie jest tylko terytorium. Nie jest tylko obozowiskiem ani grupą wojowników. Jest domem. A domów nie porzuca się bez walki o to, by znów poczuć się w nich jak u siebie.

Od Neriny (Puszystej Łapy) CD. Psotnego Nietoperza

Czas w siedlisku dwunożnych leciał, a Nerina zaczął powoli zapominać, kim był. Nabrała więcej masy niż dotychczas, jednak nadal nie była jak te wielgaśne, pulchne koty przekarmiane przez swoich właścicieli. Mimo to pani Szafirek była jedną z lepszych dwunożnych, na jakich mogło trafić. Miał pewne pretensje co do kociaka, z którym mieszkał, jednak ostatecznie i z nim udawało mu się dogadywać. Pewnego razu, gdy Frezja wrócił do domu po ucieczce cały wyziębiony, Nerina postanowił pomóc wymyć mu futerko. Szafirek robiła z tego najwyraźniej wielkie święto, gdy wyciągnęła nawet śmieszne świecące pudełko, które z reguły zajmowało jej dużo czasu. Czasu, który mogłaby poświęcić własnym, znudzonym kotom.
— Nerino? — mruknął kremowy kocur. — Czy pamiętasz jeszcze o klanach? Nie mówiłeś, że kiedyś…tam wrócisz? — zapytał, jakby trochę niepewnie.
— Tam… Klany… — mruknął, wylizując swoją łapkę.
Ułożyła się wygodniej w fotelu, pokazując wrażliwy brzuszek. Następnie, co prawda do góry nogami, spojrzała na miskę z karmą, swojego towarzysza i spokojną przestrzeń.
— Wiesz, nie wydaje mi się. Raczej odpadam — burknęło w końcu, mrucząc cicho pod nosem.
— Nie tęsknisz za swoimi? Nie miałeś tam nikogo Ner… Dryfująca Gałęzatko? Z pewnością ktoś nadal na ciebie czeka. Nie żal ci go? — kontynuował swoją wywód zielonooki.
— Za kim mam tęsknić? — warknęło nagle zirytowane. — Nikt się mną nie interesował. Zresztą czemu nagle zaczęło to interesować cię? — odparło, kładąc się z powrotem na brzuchu.
Głowa niebieskiego powoli opadła na łapy. Zapiszała cicho, wkładając pysk między przednie kończyny.
— Widlik. Morszczyn… — miauknął cicho. — Jestem pewien, że moi bracia za mną tęsknią. Jednak obiecałem sobie, że już nigdy więcej nie wrócę do klanów. Miałam zostać samotnikiem, ale może to porwanie wyszło mi na dobre? — zasugerowała, spoglądając na Frezję.
Nastała krótka cisza, wypełniona jedynie dźwiękami tworzonymi przez sprzątającą dwunożną.
— Był ktoś jeszcze. Ktoś, kogo nie mogłabym opisać słowami. Kotka z innego klanu, o dobrym sercu i pięknym czarnym futrze przyozdobionym w niebieskie kwiaty. Jeśli tęsknię… to za nią, za swoją przyjaciółką. Psotnym Nietoperzem z Klanu Klifu — odparła. — Są tu jakieś złote pola? Lub chociaż rzeka — zapytał, zwracając się do Frezji.
— Złote pola? Tak mi się wydaje. Nieopodal za rzeką. Tak przynajmniej słyszałem. Jak uda ci się wyjść na skraju miasta to zapewne będziesz mógł już ujrzeć rzekę w oddali. Ty chyba nie wybierasz się tam na s… — odparł, ale widząc zdeterminowany wzrok drugiego kota, przerwał swoją wypowiedź.
— Zawijam się stąd. Teraz — miauknęła cicho niebieska.
Nerina wstało gwałtownie i zeskoczyło z fotela. Podbiegło do pani Szafirek, krótko tuląc na pożegnanie jej nogę, a następnie, zanim kobieta zdążyła się zorientować, o co mogło jeno chodzić, czmychnęło przez uchylone drzwi. Otwarte drzwi, które miały siedlisku dwunożnym przynieść ochłodę, okazały się najlepszą opcją ucieczki Neriny.

***

Niebieski kocur zdołał w końcu trafić w znajome miejsce. Przed nim rozciągały się ogromne ilości o też porze roku złocących się kłosów. Pamiętała opowieści Psotnego Nietoperza. Zdarzało się, że opowiadała o tym miejscu podczas ich rozmów. Nerina poczuła ciepło na serduchu, jednak obawiało się iść dalej. Zamiast tego schowało się, dopóki nie zobaczyło poruszających się przed nim kłosów.
— A mówiłam ci Morświn, że poznałam kiedyś bardzo miłego kota? Szkoda, że kontakt nam się urwał tak nagle — mruknęła smutno jedna z kotek.
— Nie martw się, na pewno się spotkacie — odparła pocieszająco druga.
Nerina uniósł lekko swoje uszy, słysząc głosy dwóch kotek. Jeden brzmiał nawet bardzo znajomo. Niebieska od razu skojarzyła, do kogo mógł należeć ten głos. Miało tylko nadzieję, że się nie pomyliło. Dwa głosy jednak sprawiły, że przez moment się zawahał. Nie był pewny czy chce rozmawiać z przyjaciółką w obecności innego kota. Brzmiała jednak na pozytywnie nastawioną, więc powoli, lecz na tyle, aby być zauważonym, zaczął zbliżać się do kotek.
— O wilku moowaa — zachichotała cicho, pokazując się klifiaczkom. — Trochę przybrałem na wadze, ale ciężko było uciec zbyt przyjaznej pani Szafirek — uśmiechnęła się, choć po jej postawie było widać lekki dyskomfort przez nowe towarzystwo.
Psotka przeniosła wzrok na przybysza, a jej błękitne oczy zalśniły. Zanim zdążyła pomyśleć, wyskoczyła i wpadła na kocura.
— Gdzieś ty był? Nawet nie wiesz, jak tęskniłam! — miauknęła i lekko pacnęła go łapą w głowę. Tajemnicza kotka, znajoma Nietoperza podeszła bliżej.
— Czy to o niego chodziło Psotko? — spytała ją siostra. Czarna wojowniczka kiwnęła lekko łebkiem.
— Tak. Dryfująca Gałęzatko to moja siostra Morświnowa Płetwa. Morświnowa Płetwo to jest Dryfująca Gałęzatka — odparła, nie znając jego nowego imienia.
Widząc kotkę, niebieski uśmiechnął się ciepło. Gdy pacnęła go w głowę, zmrużył oczy rozbawiony.
— Nie złość się, złość piękności szkodzi — miauknął. — Hmm... Wiesz, tak się składa, że mnie porwali — odparł, nieco ironicznym głosem. — Serio. Byłam pieszczochem — parsknęła.
Spojrzało na towarzystwo.
"Siostra, hm?" pomyślał i uśmiechnął się w stronę kotki.
— Miło mi poznać! — odparł, przez moment zastanawiając się nad tym, co powinien powiedzieć. — Właściwe to teraz nazywam się Nerina. Zachowałem imię, które dała mi była właścicielka — dodał w końcu, liżąc się nerwowo po piersi.
— Czy... Znaczy. Co u ciebie? Jak klany? Iii... Chyba musimy porozmawiać droga Psotko — wyszeptało nerwowo. — Za dużo mówię?
Wojowniczka zastrzygła uszkiem. Obwąchała kocura i upewniła się, że nic mu nie było.
— Nie skrzywdzono cię prawda? — wyszeptała z troską. Uśmiechnęła się łagodnie.
— Nerina? Bardzo ładne imię. Podoba mi się — wymruczała Psotka. Słysząc, że musieli pogadać, Nietoperek kiwnęła lekko łebkiem.
— Tak, masz rację — wymruczała.
— A co do klanów to trochę się pozmieniało, ale jak na razie nie doszło do gorszych sytuacji — dodała.
— Przeszkadzam wam? Mogę pójść i zapolować, a wy sobie pogadacie. Co wy na to? — zasugerowała Morświn.
Pokręciło głową na nie.
— W żadnym przypadku. Miałem nawet miłe towarzystwo. Właściwie to prawie zapomniałem o istnieniu klanów. Jestem tu dzięki tobie. A raczej o tym, że pamiętałam o tobie — uśmiechnął się leciutko.
— Cieszy mnie to. Trochę się bałem, że podczas mojej nieobecności może dojść do jakiej walki między klanami — skomentował.
Słysząc słowa Morświn, zastrzygł lekko uchem i jakby zesztywniał. Nie do końca wiedział, jak powinien odpowiedzieć. Co, jeśli kotka poczuje się obrażona? Spojrzał na niebieskooką proszącym o pomoc wzrokiem.
Psotny Nietoperz przeniosła wzrok na siostrę. Podeszła do niej i otarła się o nią.
— Dobrze, ale nie odchodź daleko — wymruczała. Morświn skinęła łebkiem.
— Dobrze, bawcie się dobrze — wymruczała, puszczając oczko i odeszła nieco.
— Kocham ją — wymruczała Psotka. Zaraz jednak skupiła się na kocurze.
— Cieszę się, że jesteś i bardzo miło mi słyszeć, że dzięki mnie nie zapomniałeś o klanach. Ja o tobie również nie. Przychodziłam na plażę, mając nadzieję, że będziesz. Na zgromadzeniu cię szukałam, ale tam też ciebie nie było — odparła i cicho westchnęła. Zaraz jednak się uśmiechnęła.
Czując dotyk kotki, zamruczała cicho, a podczas tej chwili nieco bardziej wtuliła się w jej futerko. Odetchnął z ulgą, gdy Morświn od nich odeszła, chociaż coś mu mówiło, że nadal może ich słyszeć. Poczuł się jednak wyraźnie bardziej komfortowo.
— Wybacz. Planowałem zostać samotnikiem i kręcić się gdzieś w pobliżu twojego klanu. W rzeczywistości uciekłem, chociaż oficjalna wersja jest taka, że zostałem porwany podczas spaceru. Naprawdę nie chciałom cię opuszczać — wyszeptała, wycierając łapką nieco zaszklone żółte oczka.
— M-Myślisz, że mógłbym tu zostać? — wypalił nagle.
Pozwoliła kocurowi się wtulić. Sama była zaskoczona tym, jak miłe to było uczucie.
— Och, rozumiem. Cieszę się, że nic ci się nie stało — wymruczała. Na jego slowa, zamyśliła się na moment. Raczej z przywódcą nie miała złego kontaktu.
— Mogę pogadać z Lśniącą Gwiazdą. Możemy pójść do obozu od razu, jak moja siostra zapoluje. Wstawię się za tobą przed nim — wymruczała.
Niebieskiej zaświeciły się oczy.
— Jasne. Dziękuję — miauknął i liznął kotkę w polik, odrobinkę się przy tym rumieniąc.
Przyjaciele w końcu też okazują sobie takie gesty, prawda?
Psotka zarumieniła się, ale odwzajemniła liźnięcie. Podniosła się i zawołała siostrę. Cała trójka skierowała się w stronę obozu.

***

Nietoperz zaprowadziła kocura prosto do przywódcy. Nerina przełknął ślinę zdenerwowany i uśmiechnął się słabo, widząc rude futro i dumną postawę drugiego kota.
— Witaj Lśniąca Gwiazdo — miauknął powoli i ukłonił się lekko. — Jestem Nerina. Dawniej Dryfująca Gałęzatka były wojownik Klanu Nocy. Czy znalazłoby się dla mnie miejsce w Klanie Klifu? Obiecuję być lojalna nowej przynależności i wykonywać swoje obowiązki — dodał, unosząc łebek.
Próbowało ukryć w sobie cały strach związany z rozmową.
— Witaj Nerino — odparł rudzielec, przyglądając się uważnie samotnikowi. — Może najpierw opowiedz mi swoją historię? — zapytał kocur.
Nerina bardzo szybko uznała, że musiało chodzić i sprawdzenie, czy był niebezpieczny. Otworzył nieco szerzej oczy.
— A-Ah wybacz! W Klanie Nocy byłom bardzo samotne. Wieczorem wyszedłem poza tereny Klanu Nocy, a gdy zacząłem wahać się nad swoją decyzją, porwali mnie dwunożni. Już nic nie trzyma mnie przy nocniakach, bycia pieszczochem także się wyrzekłem. Przyszedłam tutaj…ponieważ tu jest bliska mojego serca — dodała nieco ciszej.
Lśniący wyglądał, jakby nad czymś rozważał.
— W takim razie zostaniesz uczniem. Wykaż się, a może już wkrótce staniesz się pełnoprawnym wojownikiem Klanu Klifu — mruknął, kiwając głową z delikatnym uśmiechem na pyszczku.
Cętkowany przeszedł obok samotnika i skierował się w stronę mównicy. Nerina prędko zrozumiał, o co chodziło, więc zafundował sobie szybkie odświeżenie futra.
— Nerino nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia — przerwał i spojrzał na pulchnego kocura. — …protektora będziesz się nazywać Puszysta Łapa. Twoim mentorem będzie Serdeczna Naparstnica. Mam nadzieję, że Serdeczna Naparstnica przekaże ci całą swoją wiedzę — spojrzał na niebieskiego z łagodnie uniesionymi kącikami ust.
Spuścił wzrok z niebieskiego i spojrzał na protektora.
— Serdeczna Naparstnico, jesteś gotowy do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałeś od swojego mentora, Rozkwitającego Astru doskonałe szkolenie i pokazałeś swoją błyskotliwość i wyrozumiałość. Będziesz mentorem Puszystej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzę — cętkowany zakończył swoją przemowę, a gdy ceremonia dobiegła końca, kiwnął głową obu kotom na znak niemego pożegnania i odszedł do swojego legowiska.
Nerina, gdy tylko zniknął łebek przywódcy, zaczął rozglądać się za Psotką.
— Udało się! — miauknęło radośnie.

<Psoteczko?>

Od Lisiego Ostu CD. Konwaliowej Mielizny

— Wraz z rodziną zostałem niesłusznie oskarżony o zdradę — przyznał wprost, co zszokowało Lisiego Osta.
— Oskarżony? O zdradę? — dopytywał zielonooki, ponieważ było mu ciężko w to uwierzyć.
— Jednego dnia spokojnie wypełniałem swoje obowiązki, by następnego zostać uwięziony na jednej z wysp blisko obozu bez żadnych wyjaśnień. Potraktowano nas jak najgorszych przestępców. Wydzielano niewielką ilość jedzenia, taką byśmy przeżyli, zero kontaktu z innymi, a jeśli już, to potem podobny dany kot był podejrzewany o współudział. To jest chore, co się tam dzieje! — mówił bez zastanowienia.
Czarnofutry otworzył szerzej oczy, wpatrując się w swojego znajomego pełen zdumienia. To brzmiało jak koszmar! Jak liderka Klanu Nocy mogła traktować tak członków swojej przynależności?
— Jak to jest być samotnikiem? — spytał nagle, zmieniając temat.
To pytanie zbiło z tropu Osetka.
— Jeszcze nie skończyliśmy rozmawiać o tamtej sytuacji! — oburzył się czarnofutry, wciąż zdziwiony. — Przecież to jakiś żart, to musi być żart! Dlaczego Mandarynkowa Gwiazda skazała was na takie tortury? Przecież musiała mieć jakiś powód, choćby głupi? — zapytał, patrząc na Konwaliową Mieliznę z politowaniem.
— Owszem, miała. Powód był wprawdzie niedorzeczny, lecz w jej mniemaniu najwyraźniej wystarczający. Mandarynkowa Gwiazda jest kotką niezwykle podejrzliwą. Uważa mnie i moich krewnych za potencjalnych zdrajców wyłącznie dlatego, że jesteśmy potomkami Baśniowej Stokrotki, która niegdyś zaszła jej za skórę — narzekał, nie kryjąc rozgoryczenia. — Szczerze mówiąc, nie sądzę, by ktoś kierujący się podobnymi uprzedzeniami powinien sprawować władzę nad całym klanem. Znacznie bardziej pasowałaby do starszyzny niż na stanowisko liderki. Obawiam się, że pewnego dnia może odkryć, iż nie ma już komu wydawać rozkazów. Pod jej przywództwem coraz trudniej jest swobodnie funkcjonować, a z czasem coraz więcej kotów zacznie to dostrzegać. Wówczas nawet najlojalniejsi mogą przestać uważać odejście za coś niewyobrażalnego — kontynuował, aż jego futro na całej długości grzbietu zjeżyło się ze zirytowania. Bądź co bądź, miał do tego powód. Miał prawo być sfrustrowany przez to, co przydarzyło mu się w klanie, który miał być dla niego domem.
— To okropne, Konwalio… Strasznie ci współczuję. Ja wiem, jak to jest czuć się zagrożonym we własnej przynależności. Nie życzyłbym tego nawet swojemu największemu wrogowi — przyznał Osetek, poruszając smutno wibrysami. — Pytałeś o to, jak to jest być samotnikiem, prawda? Cóż, czasem nie jest łatwo, ale mimo wszystko cieszę się, że mogę być wolny i nic mi nie zagraża. Poza tym znam się trochę na ziołach, ponieważ uczyłem się o nich w Owocowym Lesie. Jeśli ty i twoi bliscy zechcą odejść z Klanu Nocy, chętnie wam pomogę. Moglibyście dołączyć do grupy, w której jestem. Nazywamy się Świetlikami, choć ostatnio brakuje nam członków — przyznał. Gdyby przyprowadził do Mglistego Snu kilka kotów, ten na pewno by się ucieszył!
— Obawiam się, że byłaby to jedynie zamiana jednego problemu na drugi — odparł liliowy, niezbyt przekonany propozycją dołączenia do nowej grupy. — Każda grupa potrzebuje przywódcy, a każdy przywódca może pewnego dnia dojść do wniosku, że jego osąd jest ważniejszy od dobra innych. Wiem o tym aż za dobrze.
— Nie, nie! Mglisty Sen jest moim mentorem. Jest naprawdę dobrym kotem. On nigdy nie skazałby kogoś tylko ze względu na więzy rodzinne. Nie mielibyście o co się bać! — przekonywał go.
W końcu wojownik Klanu Nocy westchnął, odwracając wzrok od samotnika.
— Sądzę jednak, że powinienem już wracać. Nie chciałbym, aby ktoś dostrzegł naszą rozmowę i wysnuł z niej zbyt śmiałe wnioski. W obecnych czasach nawet zwykła wymiana zdań może zostać uznana za spisek przeciwko Mandarynkowej Gwieździe — stwierdził, po czym pożegnał się skinieniem głowy i wyruszył w głąb terenów swojej przynależności.

* * *

Teraźniejszość

Przez swoją nieuwagę, gdy przechadzał się przy Drodze Grzmotu, nadepnął na odłamek szkła, który wbił mu się w poduszkę łapy. Ból przeszedł przez całe jego ciało, aż musiał zatrzymać się i prychnąć pod nosem, by jakoś go znieść. Może i nie była to wielka, krwawiąca rana, lecz takie nagłe ukłucie zabolało go bardziej, niż powinno.
— Głupi Dwunożni! Nie potrafią nie ingerować w naturę — stwierdził oburzony, musząc na coś przelać frustrację związaną z bólem łapy. Teraz będzie musiał znaleźć jakieś zioło, by to opatrzyć. Nie chciał przecież nabawić się infekcji.
Wracając do Czajki, cały czas kuśtykał. Gdy już w końcu znalazł się w pobliżu ich niewielkiego obozu, natychmiast zwrócił uwagę niebieskofutrego swoim nietypowym chodem.
— Co ci się stało? — zapytał od razu Czajka, podchodząc do niego i oglądając jego łapę.
— Nic wielkiego, tylko przypadkiem wdepnąłem w kawałek szkła… Nałożę trochę trybuli czy skrzypu i będzie po sprawie — oznajmił, uśmiechając się do przyjaciela.
Ten przytaknął głową, a wyraz jego pyska widocznie się rozpogodził.
Lisi Oset nie mógłby być szczęśliwszy, odkąd spotkał niebieskofutrego. Żyli sobie wspólnie, pomagając sobie nawzajem. Jak przyjaciele. Zielonooki wreszcie czuł, że ma dla kogo żyć, i nie śmiał już myśleć o odejściu z tego świata. Cieszył się, że nie zdecydował się wtedy na wzięcie tych jagód. Inaczej wiele by stracił.
— Tak przy okazji, to przejdę się nad granicę z Klanem Nocy. Opowiadałem ci już o Sennej Łzie? Chyba nie, ale w każdym razie... umówiliśmy się tam na spotkanie — mruknął, przenosząc zawstydzony wzrok na łapy.
Na wzmiankę o szylkretowej kotce jego serce zabiło szybciej. Chyba naprawdę się w niej zauroczył...
Czajka nie odpowiedział, a po chwili Osetek podniósł głowę i ruszył w stronę rzeki, która oddzielała tereny samotnicze od terenów Klanu Nocy.
— Do zobaczenia, Czajko! Wrócę jeszcze przed zachodem! — pożegnał się z przyjacielem i przyspieszył kroku.
Już nie mógł się doczekać, by ujrzeć te piękne, żółte ślepia Nocniaczki.
Gdy dotarł na miejsce, Senna Łza już tam na niego czekała. Była wręcz idealnym materiałem na partnerkę! Nie spóźniała się, była obowiązkowa. Była wszystkim, czego Lisi Oset oczekiwał od partnerki. Miał tylko nadzieję, że ona czuje wobec niego to samo i że gdy wreszcie zbierze się na odwagę, by wyznać jej miłość, ta nie odrzuci go, lecz zgodzi się spędzić z nim resztę życia.
— Dzień dobry, Łezko! — przywitał się z nią, zatrzymując się przy brzegu rzeki.
— Hej, Osetku! A co ci się stało w łapę? — odparła, przekręcając głowę.
Czarnofutry kompletnie o tym zapomniał, mimo że przez całą drogę kuśtykał. Tak bardzo był zajęty rozmyślaniem o szylkretce, że przestał zwracać uwagę na ból. Uśmiechnął się i prędko wyciągnął z poduszki szkło, po czym wrzucił je do rzeki. Opatrunek ziołowy nałoży sobie, gdy już wróci ze spotkania z Senną Łzą.
— Och, Osetku! — zaśmiała się szylkretka, po czym rozejrzała się wokół i przepłynęła rzekę na drugą stronę, by spotkać się z czarnofutrym w cztery oczy. — Jeszcze kiedyś nauczę cię pływać. To kocury powinny się wysilać, a kotki tylko ładnie pachnieć i wyglądać — stwierdziła, pocierając swoim mokrym pyskiem o jego policzek.
Lisi Oset zamruczał na ten gest, mimo iż chłód, który poczuł po zetknięciu się z przemoczoną Łezką, nie był zbyt przyjemny.
— Jak dużo czasu masz, nim ktokolwiek zacznie się martwić? — spytał w końcu, gdy szylkretka skończyła się już z nim witać. — Chciałbym pójść z tobą na wspólny spacer — dodał, uśmiechając się ciepło do kotki.
— Chyba całkiem sporo. Moja matka jest dziś zajęta, więc nie powinna niepokoić się moją nieobecnością. Możesz mnie zabrać, gdzie tylko chcesz! — zachichotała, poruszając wibrysami z radości.
— W takim razie ruszajmy!
Lisi Oset tak bardzo wciągnął się w spacer z Senną Łzą, że chodził z nią aż do zachodu słońca. A gdy nastała noc, znaleźli w lesie polankę i położyli się na niej, obserwując gwiazdy.
— Te kropki na niebie... są takie piękne! Przypominają mi te plamki, które masz na łapach i boku — przyznał, po czym spojrzał na szylkretkę.
— Nie sądziłam, że jesteś taki uważny! — odparła, a jej ślepia zalśniły z ekscytacji. — Teraz mi jeszcze powiedz, że pamiętasz każdą moją pręgę!
Lisi Oset przewrócił oczami.
— Ależ oczywiście, że pamiętam! Przypominają mi czasem pajęczyny...
Na te słowa Senna Łza dała mu kuksańca.
— Przestań się wygłupiać! — mruknęła żartobliwie.
Przez chwilę leżeli w ciszy. Aż do momentu, w którym czarnofutry nagle zbladł.
— Wszystko w porządku? — spytała szylkretka, dostrzegając zmianę w jego mimice.
— Ja... będę się już musiał zbierać. Obiecałem znajomemu, z którym obecnie mieszkam, że wrócę do niego przed zachodem słońca, a już dawno zapadła noc! Ach, teraz mi głupio... — westchnął, podnosząc się na cztery łapy.
Senna Łza nie wyglądała na zadowoloną.
— Przecież to tylko znajomy, czyż nie? Nie kontroluje twojego dnia. Nic się nie stanie, jeśli jeszcze chwilę tu sobie poleżymy... — zauważyła.
— W sumie... masz rację. Nic się nie stanie.
W końcu przypadkiem zasnął obok Sennej Łzy, lecz gdy się obudził, nie było jej przy nim. Musiała już wrócić do Klanu Nocy, co było całkiem zrozumiałe. Przecież miała swoje wojownicze obowiązki.
Lisi Oset przeciągnął się, po czym zabrał się za poszukiwania trybuli i pajęczyny, by w końcu sporządzić opatrunek.
Po jakimś czasie udało mu się zabandażować zranioną poduszkę, a przy okazji znaleźć się ponownie blisko granicy z Klanem Nocy. Jednak tym razem, zamiast Sennej Łzy, ujrzał po drugiej stronie Konwaliową Mieliznę.

<Konwaliowa Mielizno?>

Wyleczeni: Lisi Oset

Od Króliczej Prawdy (Gasnącej Łapy) CD. Oszronionego Kła

— Dzień dobry, Oszroniony Kle, nie idziesz na patrol? — mruknął do swojej córki, która pogrążona była w myślach. Na tyle, że wcześniej jeszcze nie wiedziała, iż zbliża się do niej kremowy. Trzymał on w pysku całkiem sporą mysz — dziwnie sporą, jak na fakt, że była Pora Nagich Drzew.
— Nie — rzuciła twardo, nie siląc się na wyjaśnienia.
— Czy w takim razie zjesz ze mną? — zapytał, wskazując łapą na gryzonia. Kotka skinęła głową, lecz jej pysk pozostawał wygięty w grymasie. — Wyglądasz na zdenerwowaną — rzucił w końcu, nie chcąc ignorować irytacji wymalowanej na mordce pointki.
— Bo jesztem... — wyburczała, schylając się po pierwszy kęs.
— Młodość powinnaś spędzić na czymś innym niż przejmowaniem się każdą sprawą w klanie — poradził z dobroci serca.
— Nie wydaję mi szię... Gdyby wszyszcy chociaż trochę ruszali głowami od maleńkoszci, nie muszielibyszmy wiecznie zmagać szie z takimi problemami — rzuciła, wpatrując się w powoli pustoszejący, poranny obóz.
— Nie powiedziałem, że masz działać bez pomyślunku. Na to jesteś za mądra — stwierdził, biorąc kilka kęsów zwierzyny.
— Tak, jesztem. Ja nigdy nie dałabym jakiejsz przybłędy na sztanowiszko zasztępcy. Tak szamo nie zrobiłaby tego babka. Nawet ja jesztem w Klanie Klifu dłużej niż Truszkawkowe Pole, a jesztem niemal trzykrotnie młodsza. To niepoważne. To podejrzane. To wszystko, nie tylko szprawa zasztępcy. Nie podoba mi szię to, wszysztko mi szię nie podoba. Jeszcze nasz wszystkich zanieszie na dno — wywarczała pod nosem.
Królicza Prawda nie mógł ukryć, że zgadza się ze słowami córki. Nie podobał mu się ten cały Lśniąca Gwiazda i nie podobało mu się to, jak głęboko w poważaniu miał decyzję swojej poprzedniczki — Pikującej Jaskółki. To Mysi Postrach powinien był dostąpić zaszczytu zostania liderem, a zamiast tego został strącony na samo dno hierarchii. Został wojownikiem. Dobrze, że chociaż nie więźniem! Ciekawe, co on sam o tym wszystkim myślał. Dlaczego nie walczył o swoją posadę? Dlaczego nie było słychać w obozie jego sprzeciwów? Czyżby cieszył się, że nie musiał teraz nosić na barkach obowiązków lidera? A może rudofutry kocur zagroził mu, że jeśli spróbuje podskakiwać, to zostanie zabity? Wygnany? Nazwany zdrajcą, zagrożeniem?
— Rozumiem, że cię to frustruje, ale Lśniąca Gwiazda zapewne będzie jeszcze rządził przez długie księżyce. Póki cię lubi, a zakładam, że tak jest, skoro jesteś jego siostrzenicą, to nie próbuj tego zmienić. Nawet jeśli Klan Klifu zacznie się walić, to przynajmniej będziesz pierwsza do uratowania — stwierdził, smutnym wzrokiem patrząc na pointkę. On, mimo że w klanie uchodził za partnera Źródlanej Łuny, nie miał takich przywilejów. Lśniąca Gwiazda patrzył na niego raczej jak na syna Pikującej Jaskółki, przez co kremowy nie czuł się tu do końca bezpiecznie. Już nie. — Nie wydaje mi się, by Klifiacy szykowali przeciwko niemu jakiś bunt. Tak już jest. Niektórzy wolą być ślepymi owcami i podążać za tłumem, zamiast połączyć siły i wspólnie walczyć przeciwko wrogowi — dodał, przenosząc wzrok na nadgryzioną piszczkę. Stracił już apetyt. — Nie mówię, że ja jestem lepszy. Także nie staram się, by coś zmienić. Nie chcę skończyć z poderżniętym gardłem, choć wiem, że póki nikt nie umrze, każdy będzie sobie wmawiał, że jeszcze nie jest tak źle. Że zagrożenie nie istnieje, że nie może im się przytrafić coś złego — zakończył, po czym umilkł, nie chcąc już więcej niczego dodawać. Mimo wszystko istniała szansa, że ktoś może podsłuchać ich rozmowę.
— No wlasznie… — fuknęła pointka. — W końcu ktosz umrze! Co, jeszli będzie to twój brat? Albo ten Bukowa Korona? — odparła, specjalnie wymieniając koty, które Królicza Prawda lubił i na których mu zależało.
To sprawiło, że kremowego zatkało. No właśnie, co jeśli?
— W takim razie im też powiem, by mieli się na baczności. Przecież Lśniąca Gwiazda nie będzie mógł im zrobić krzywdy na oczach całego klanu, prawda? — zastanowił się, choć jego słowa brzmiały dosyć niepewnie.
— Nie byłabym tego taka pewna. Niektórym to i mógłby wcisznąć liszie bobki poszypane płatkami kwiatów, a i tak by za nie podziękowali! — stwierdziła oburzona, uderzając ogonem o podłoże.
Może i było w tym trochę racji. Lśniąca Gwiazda z całą pewnością miał koty, które popierały jego przywództwo.
— Dobra, koniec już tego. Nie będę pozwalał na to, by jakiś futrzak zepsuł nam wspólny, rodzinny posiłek — mruknął, choć wiedział już dobrze, że nie miał nawet ochoty kończyć tej myszy. Więc z posiłku nici.
Oszroniony Kieł przewróciła oczami, zirytowana.

* * *

Po straceniu życia przez Króliczą Gwiazdę

Nastroje w Klanie Burzy były… różne. Królicza Gwiazda prawie nie wychodził ze swojego legowiska, a zamiast tego wszystkim zajmował się Zawodzące Echo. Dymny kocur zresztą przez ostatnie dni też nie wyglądał najlepiej. Coś widocznie go uwierało, stresowało. Czyżby szykowało się coś niedobrego? Może jakaś wojna z Klanem Klifu…? Kremowy wolałby, by sprawa jego zmiany przynależności nie poskutkowała konfliktem tych dwóch klanów. Tym bardziej że przecież miały ze sobą sojusz, którego dowodem była dwójka dorosłych już kociąt — Poczciwy Szakłak i Pchełkowy Skok.
Z tym pierwszym kocurem pręgowany nawiązał tu bliższą relację. To właściwie jeden z niewielu Burzaków, z którym miał okazję porozmawiać jeszcze przed zmianą klanu. Wcześniej, gdy spotykali się na granicy, Poczciwy Szakłak wydawał mu się zupełnie inny. Gdy jednak rozmawiali częściej, okazało się, że czarnofutry był wrażliwym, smutnym kocurem, któremu los cały czas rzucał kłody pod łapy. Gasnąca Łapa starał się mu pomagać, jak mógł, lecz nie wiedział, na ile mu to wychodziło. Jak na razie czarnofutry zdawał się go lubić i szanować jego obecność, toteż wysnuł z tego wniosek, że całkiem dobrze szło mu to pocieszanie.
Szkoda tylko, że tak późno nauczył się być dobrym kotem. Może gdyby już wcześniej potrafił pomagać i wspierać, to Dyniowa Skórka by od niego nie odeszła? Może wcale nie musiałby uciekać do Klanu Burzy i wciąż żyłby z nią w mieście? Nie musiałby stać się utrapieniem dla Oszronionego Kła i Wzburzonego Kormorana, a także nie musiałby sprawiać bólu Źródlanej Łunie, która przecież kochała innego kocura.
Przy okazji mógłby uczestniczyć w życiu Kocimiętki i Mak, które teraz zapewne nienawidziły go i myślały, że zdradził Dynię. To nie była prawda. Wciąż ją kochał, lecz wiedział, że ich drogi rozeszły się na dobre. Nie zamierzał szwendać się po granicach ani chodzić na żadne zgromadzenia. Wiedział, że już nigdy nie ujrzy jej pięknych zielonych oczu ani nie usłyszy jej głosu, który był dla niego niczym miód.
Nie chciał więcej o tym myśleć. Postanowił podnieść się ze swojego posłania w legowisku uczniów i przejść się po azylu, by zaczerpnąć trochę świeżego powietrza i odciągnąć się od nieprzyjemnych wspomnień. Gdy wyszedł, zaczął zastanawiać się nad tym, kiedy w końcu go mianują. Słyszał, że nowi wojownicy odciskali swoje łapy na jakiejś ścianie, lecz czy jemu też przyjdzie zrobić coś takiego?
W końcu nie był rodowitym Burzakiem, a jedynie jakąś przybłędą, która o mało nie zniszczyła sojuszu trwającego już od wielu księżyców, a może nawet sezonów. Chyba nie zasługiwał na to, by na stałe zapisać się w historii Klanu Burzy, choć wolał tę decyzję pozostawić Króliczej Gwieździe.
W końcu zatrzymał się na środku obozu, a jego wzrok mimowolnie powędrował do rozmawiających ze sobą Zawodzącego Echa i Wdzięcznej Firletki. O czym oni mogli tak dyskutować? Ich zachowanie jeszcze bardziej zaniepokoiło kremowego.
Dyskretnie zrobił krok w ich stronę, by może co nieco podsłuchać, lecz wtem przestali rozmawiać. Dymny kocur pożegnał się z medyczką i odszedł od niej, po czym minął się z pręgowanym. Przechodząc obok, spojrzał na niego wzrokiem trudnym do odgadnięcia i poszedł dalej, niczego nie mówiąc.

Koniec sesji

Od Gąbczastej Perły CD. Trzcinowego Szmeru

— Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o kociętach, Zmierzchającej Fali oraz partnerstwie?
— Owszem. Mówiłaś, że jednak nie jesteście razem. Czy coś się zmieniło? Odbiłaś go Kropiatkowej Skórce, skoro o tym mówisz? Nie mów, że to zrobiłaś!
— Oczywiście, że nie! Kropiatkowa Skórka to moja przyjaciółka, nie mogłabym tego zrobić! Tym bardziej że są ze sobą szczęśliwi oraz mają swoje małe urwisy.
— Okej… To do czego bijesz w takim razie?
— Do tego, że znalazłam kandydata na ojca dla moich przyszłych kociąt!
— Na Klan Gwiazdy! — Gąbczasta Perła wytrzeszczyła oczy. — Kto to?
— Żmijowcowa Wić.
Po pysku medyczki przeszło wiele różnych emocji. Od zdziwienia po ekscytację. Kotka poprawiła się na posłaniu, zapominając, że miała co jakiś czas jeść jej okonia.
— I jak? Już się staraliście o kocięta? Były jakieś komplikacje, czy potrzebujesz w tym medycznej pomocy? — zalała ją morzem pytań. — No, chyba że chcesz mi wszystko opowiedzieć dokładnie, ale to już na uszko — spojrzała na nią sugestywnie.
— A tego to już nie musisz wiedzieć! — prychnęła speszona, odwracając wzrok. — Możesz być pewna, że plan wejdzie w życie, a ja potrzebuję coś wykombinować z Rezedową Łapą, który nadal nie jest choćby o wąs od mianowania! Musisz go trochę postraszyć. Może członkini rodu królewskiego się posłucha w końcu!
Gąbczasta Perła przewróciła oczami na wzmiankę o rudym uczniu.
— To nie do mnie takie prośby! Powinnaś już dawno pójść do Mandarynkowej Gwiazdy i powiedzieć jej, żeby wyrzuciła z klanu tego darmozjada. Nie zapowiada się, żeby wyrosło z niego coś porządnego — mruknęła, machając zbywająco łapą. — Powinien się cieszyć, że dostał tak świetną mentorkę, a zamiast tego woli się lenić. To już naprawdę ciężki przypadek!
Dymna tak bardzo się rozgadała, że aż zapomniała o tym, co wcześniej powiedziała jej Trzcinka. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że rozmawiały o partnerstwie, zakładaniu rodziny i o Żmijowcowej Wici.
— No dobra, ale co nam tam będzie humor psuł jakiś niesforny młodziak. Lepiej mi opowiadaj... czemu akurat Żmijowiec? Nie mówię, że nie jest niczego sobie, ale wiesz. Nie spodziewałabym się, że skończysz właśnie z nim! — przyznała, uśmiechając się zadziornie do towarzyszki. — W sumie jest z niego całkiem dobry wojownik. Jestem pewna, że wasze dzieci będą silne i piękne, tak jak ich mamusia! — dodała.
Trzcinowy Szmer odwróciła wzrok, lekko zawstydzona.
— Och, daruj sobie te komplementy! — miauknęła, śmiejąc się pod nosem.
— Daj spokój, w tych czasach nie zawsze jest kogo chwalić! Spójrz na przykład na Klekoczącego Bociana. Jeśli mam być szczera, to medyk z niego dosyć marny! — przyznała szeptem, jakby bała się, że młodszy ją usłyszy. — Ale oczywiście bez urazy. I nie mów mu nawet o tym, że tak go tutaj obgaduję! Bo znienawidzi mnie jeszcze bardziej... o ile to w ogóle możliwe.

* * *

Klekoczący Bocian przez ostatnie dni wydawał się wyjątkowo bezużyteczny. Nawet bardziej niż zwykle! Dymna zastanawiała się, co jest powodem tej zmiany, lecz nie na tyle ją to ciekawiło, by chciało jej się spytać o to osobiście. Może to przez te upały, które utrzymywały się nawet dłużej, niż powinny? Nieważne. W każdym razie liczyła na to, że szybko się ocknie i wróci do aktywnego wykonywania swoich obowiązków, bo jak nie, to będzie musiała go przywrócić do zmysłów siłą! Poza tym ostatnio zaczęła się trochę obawiać o następstwo czarno-białego kocura. Jak na razie ona sama nie wybierała się na emeryturę, a Klekotek także był młody, lecz co potem? Nie było zbyt wiele kotów z młodego pokolenia, które należałyby do rodu. Jedynym z nich był Rogaty Flaming, w którym tkwiła cała nadzieja na sprowadzenie na ten świat przyszłego medyka.
Całe te gdybania na temat potomstwa sprawiły, że pomyślała o Trzcinowym Szmerze. Dawno jej nie odwiedziła! Była u niej tylko wtedy, gdy kocięta rodziły się i gdy były bardzo małe. Potem jej wizyty w żłobku ograniczyły się, choć teraz zapragnęła odwiedzić swoją znajomą i spytać, czy wszystko dalej jest w porządku. Choć prawda była taka, że od narodzin kociąt minęło już całkiem sporo księżyców, toteż Trzcinka powinna już w większości dojść do siebie. Zresztą, kto jak nie ona! Była porządną wojowniczką w Klanie Nocy, jedną z najlepszych. Szkoliła ją w końcu sama Mandarynkowa Gwiazda! To zaszczyt być szkolonym przez członkinię rodu, gdy samemu się do niego nie przynależy. Ostatnio dostąpiła go też Rzekotka, która za nauczyciela dostała wspomnianego wcześniej Rogatego Flaminga. Ciekawe tylko, dlaczego ona? Czy wyróżniała się czymś spośród kociąt? Ciężko było stwierdzić, gdyż Gąbczasta Perła nie interesowała się tak bardzo losami potomstwa Kropiatkowej Skórki i Zmierzającej Fali — choć może powinna? W końcu Kropiatka była dawniej głównym tematem jej plotek, oskarżona o bycie szpiegiem. Teraz miała już trochę spokoju, lecz Gąbka wciąż posiadała wobec niej pewne uprzedzenia. Niej, jak i Szepczącej Hipnozy.
Finalnie dymna zdecydowała się wyjść z lecznicy. Wpierw ruszyła w stronę stosu ze zwierzyną, by wybrać z niego dwa soczyste kąski. Dla niej i dla Trzcinowego Szmeru, którą zamierzała odwiedzić. Jej kocięta zapewne przyjmowały już stały pokarm, lecz tym razem będą musiały jedynie patrzeć na to, jak ich matka zajada się piszczką, ponieważ dymna nie miała tyle miejsca w pysku, by zabrać ze sobą więcej zwierzyny.
W końcu ruszyła do kociarni. Weszła do niej, jak prawdziwa księżniczka, i od razu zwróciła na siebie wzrok szylkretowej wojowniczki, która ogonem otulała dwójkę swoich pociech. Na szczęście właśnie drzemały, więc przynajmniej nie będą wiedziały, co ich omija.
Gąbka podeszła do swojej znajomej z szerokim uśmiechem wymalowanym na pysku i położyła przed nią jedną z ryb, które zabrała uprzednio ze stosu.
— Jak tam u ciebie, Trzcinko? — spytała, poruszając radośnie wibrysami. — Mam nadzieję, że maluchy nie wymęczają cię zbyt bardzo. Nur i Łabądek, mam rację? — dodała, przenosząc wzrok na puchate kuleczki futra. Gdy nie piszczały ani biegały po żłobku, były naprawdę urocze. Przypominały jej trochę Łezkę i Stroczka, gdy byli młodsi. I choć wciąż kochała znalezione wtedy kocięta, tak myśl o Szczawiowym Sercu, nieznacznie ją obrzydziła. Jak ona mogła zakochać się w kocie o brzydkim, czekoladowym futrze? Wstyd jej się było do tego przyznawać. Nawet przed kimś takim jak Trzcinowy Szmer.
— No, a poza tym chciałam jeszcze spytać, jak Żmijowcowa Wić spisuje się jako ojciec! Odwiedza cię czasem, opiekuje się kociętami? Jeśli się leni, to ja chętnie mu przypomnę, gdzie leży jego partnerka i kocięta! — zaśmiała się, lecz pod płaszczem tego rozbawienia kryła się też śmiertelna powaga.

<Trzcinowy Szmerze?>