BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

18 lipca 2026

Od Liliowej Pieśni CD. Ulewnego Szkwału

Przeszłość, spacer po plaży

— Szkwale! Ten kamyk jest prześliczny! — wymruczała do niebieskiego. — Dołożę go do mojej pierwszorzędnej kolekcji.
— Cieszę się, że ci się podoba — odpowiedział fińczyk, a następnie poszli dalej wzdłuż morza.

Zgromadzenie

Księżyc świecił nad Bursztynową Wyspą, koty już zebrały się przy skale, aby wysłuchać przywódców klanów. Gdy weszła na litą skałę, rozdzieliła się ze swoim towarzyszem podróży, Szkwałem i zaczęła szukać Tańcującego Pierza. W tłumie kotów udało się jej zauważyć biało-rudą gęstą sierść i podreptała w jej stronę. On chyba również zauważył kątem oka Liliową Pieśń, ponieważ się podniósł. Ich spotkania odbywały się regularnie pod osłoną ciemności. Kotka w gorętsze, tropikalne noce zaczęła go uczyć, pływać! Było to ciekawe doświadczenie uczyć kogoś z Klanu Burzy. Pierze skręcił od razu w jej stronę. W odpowiednim momencie, gdy Nocniaczka szła przed nim nieświadoma obecności kocura, zakradł się z mrocznym uśmieszkiem i ją wystraszył.
— Bu! — krzyknął przy jej uchu. Liliową Pieśń przeszły ciarki. Na głęboki śmiech Pierza, który zmrużył lisie oczy ze swoim typowym, pewnym siebie uśmieszkiem, zrozumiała, co się dzieje.
— Ach! Przestraszyłeś mnie! — rzekła kotka. — Co u ciebie?
Pierze szybko spoważniał, a powaga przerodziła się w smutek.
— Ja... — uciekł wzrokiem w bok. — A, tam! Nic ciekawego! — miauknął, mając twarz chęci zignorowania problemu. — A jak tam u ciebie, co, Lilijko? — zapytał, przybliżając się. — Może ty masz jakieś plotki warte mej uwagi? Albo... coś ważnego do przekazania? — wyszczerzył się szerzej, mając na myśli to coś.

***

Koty zaczęły się zbierać w grupy, gotowe do opuszczenia wyspy. Liliowa Pieśń i Tańcujące Pierze nadal siedzieli w tym samym miejscu.
— Ja... — zaczęła. — Ja... bardzo cię lubię, ale... — zacięła się. Czemu musi wybierać?
Burzak zmarszczył brwi, zachowując drwiący uśmiech.
—... Ale co? — wtrącił jej nagle. — Nie zaczynaj znowu z tą lojalnością do klanu... każdy z nas miał włóczęgę lub pieszczocha jako przodka. Klany to tylko propaganda i czysta dyskryminacja reszty — rzekł i wzruszył barkami. — W każdym razie, miło, że chcesz mi zaproponować relację na wyższym stopniu... — wymamrotał, siadając koło niej. Ich ciała się stykały; Tańcujące Pierze przy Liliowej Pieśni był niczym słońce, a ona – księżycem. Te dwie istoty teraz siedziały obok siebie, wpatrzone w pustkę.
— Lubię cię, bardzo cię lubię — zaczęła. — Dzięki tobie zrozumiałam dużo rzeczy, które nurtowały mi głowę, ale... — zacięła się. — Kocham kogoś innego — bała się, jak na to zareaguje. Nie chciała, by został jej wrogiem!
— A...ha... aha.
Uśmiech zniknął z jego pyska. Skrzywił się. Zmrużył oczy w szparki. Słońce zaczynało zachodzić, księżyc obecnie triumfował. Czuł się zawiedziony. Rozczarowany.
Wstał i cofnął się, bez słowa odwracając się do niej tyłem i próbując odejść.
— Ja, ja przepraszam, ja — przerwała, słysząc mruk Szkwału.
— O co biega?
Do uszu niebieskiego dobiegła jakaś ostra dyskusja, widział Liliową Pieśń dyskutującą z jakimś rudym kocurem, czy to Tańcujące Pierze? Szybko poszedł do kotki, by stanąć w jej obronie, oczywiście Burzak się oddalił.
— Widziałem, że cię drażnił, więc przyszedłem cię odciążyć od niego — chociaż sam nie wiedział, czy rzeczywiście tak było, skoro jego pytanie bardziej brzmiało, jakby był zbędny.
— Ulewny Szkwale, nic się nie dzieje — przerwał jej Pierze, który obrócił się w samą porę. Lilia mogła dostrzec jak w jego szmaragdowych, niegdyś spokojnych, nieco posmutniałych oczach tlił się dziki żar. Ogień, jakiego jeszcze nie zobaczyła. Kątem oka zobaczył jakiegoś puszystego młodziaka, który najwyraźniej chciał się bawić w ofiarę. Syknął na mniejszego, niebieskiego kocura, prawie się na niego rzucając. Mało brakowało, a bliski kontakt zakończyłby się tragicznie dla Nocniaka.
— Drażnić? — warknął przez zaciśnięte szczęki. Odwrócił się na pięcie z wyższością. Mieli tylko widok na jego umięśniony zadek. Wziął głęboki wdech i wydech, po czym zaczął beznamiętnie:
— Nie mam na was czasu. Jedzcie sobie te śmierdzące ryby czy coś. Zawsze wam z pyska tak śmierdziało, że byście swym jednym oddechem powalili nie jednego dwunożnego…
Fińczyk przewrócił oczami.
— Lepsze ryby niż naśladowanie królików w jedzeniu trawy, widać, że ci się udziela, życie wśród nich chyba nie jest na twoją korzyść. Lepiej kicaj do swojej gromadki, bo widzę, że twój Króliczek już odprowadza klan.
— Nie! Stop! — krzyknęła kotka, ale kocury nie zwracały na nią uwagi. Czuła, że zaraz wejdą sobie do gardeł…
Rudy point odwrócił się błyskawicznie, wręcz hipnotyzująco poruszając płynnie swym ciałem. Przybliżył się do Nocniaków, uwagę zwracając na Liliową Pieśń z wyraźnym smutkiem.
— ... Lilio, nie mów mi, że on... — spojrzał kątem oka z obrzydzeniem na wściekłego niebieskiego. Westchnął ciężko i przekręcił oczyma, wracając do kotki. — Co za rozczarowanie. Liczyłem na coś, co faktycznie by mnie zaskoczyło pozytywnie — miauknął bez ani jednej krzty emocji w głosie, patrząc na nich z dołu. — Niestety. Jak to ja, ciągle mnie koty rozczarowują. Dogłębnie ci współczuję, Lilio... — dodał ciszej, wręcz intymnie się pochylając ku Nocniaczce; tak, aby ostatnie słowa dotarły tylko do niej. Szmaragdowe oczy zalśniły, gdy w nich odbijała się cała Srebrna Skóra nad nimi. Pokręcił głową i się odsunął. Wydawał się niemalże zawiedziony niczym ojciec swoim synem.
Ulewny Szkwał położył swój puszysty ogon na jej ramieniu.
— Nie zwracaj na niego uwagi Lilio, on nawet nie jest Nocniakiem — spojrzał na grupę kotów z ich klanu która opuszczała wyspę.
— Odprowadzę cię od tego Burzaka. Wrócimy razem do Klanu Nocy, nasi pobratymcy pewnie i tak zauważą, że wyjdziemy ostatni z wyspy.
— Och, ja... — wykrztusiła. Czuła się jak przy Sośnie. Czy naprawdę musiała niszczyć komuś uczucia?
Dwójka kotów już miała wyjść z wyspy, dogonić swoich pobratymców, którzy byli poza nią. Ulewny Szkwał szedł ostatni, a Lilia pierwsza. Kotka jeszcze raz, a może ostatni chciała spojrzeć na Pierza ze współczuciem, obróciła łeb a zamiast widzieć rudego kocura, który też wraca, to zobaczyła, jak skacze na Szkwał.
— Uważaj! — niebieski fińczyk zauważył próbę ataku rudzielca i szybko zrobił unik. Point popatrzył tylko w stronę Szkwału, ignorując Lilie.
— Myślisz, że możesz mi ją odebrać ot, tak? Zapłacisz mi za to, ty zepsuty pomiocie! — rudzielec ponownie skoczył na niebieskiego, wbijając swoje szczęki w jego plecy. Ulewny Szkwał zawył, próbując zrzucić z siebie agresywnego Burzaka.
— Stop! — krzyknęła liliowa, próbując się wrzucić do walki, ale nic to nie dało. Kocury przyczepiły się do siebie, nie dając przestrzeni, by je odczepić. Kocury nie słyszały jej słów, dla nich się tylko liczyło, żeby siebie wykończyć. Ulewny Szkwał zrzucił z siebie Pierze, uderzając nim mocno o ziemię.
— Odejdź, Pierze, albo użyje w ostateczności większej przemocy — Tańcujące Pierze się zaśmiał na Całą Bursztynową wyspę.
— Śmiesz z nią być, nienawidząc jej czekoladowej rodziny? Ja, gdybym był z nią, pokochałbym wszystko, co jest z nią związane — niebieski kocur przez chwilę milczał.
Czuła rumieńce na twarzy, dwójka kotów się o nią biła...
"Lilio, wróć na ziemię!" potrząsnęła głową i ocknęła się. Zrozumiała, że nie mogła mieć obie łapy na obu stronach, musiała wybrać, którą ścieżką pójdzie. Lecz nie chciała nikogo kaleczyć, nie chciała któregoś z nich opuszczać... Ale zrozumiała, że tylko jedną ścieżką może pójść, lecz kogo miała wybrać?
"Kieruj się sercem" pojawił się głos w jej głowie, nie wiedziała, czy miała paranoje, czy ktoś do niej gadał. Pomyślała przez parę chwil, po której stronie stanąć, aż w końcu przeszła kilka kroków, zasłoniła wybranka ciałem. A tym wybrankiem był Ulewny Szkwał.
Nocniak miał pozytywne zdziwienie na pysku, zaś Pierze to widząc, zjeżył się i spojrzał na nich wrogo.
— Jesteście obaj siebie warci! Idę sobie, straciłem za dużo czasu na niewłaściwego kota — Tańcujące Pierze szybkim susem uciekł z Bursztynowej Wyspy, Liliową Pieśń dotknęły ostre słowa Burzaka, bo lekko posmutniała. Ulewny Szkwał zbliżył się do Liliowej Pieśni, chcąc ją pocieszyć.
— Dla mnie zawsze będziesz właściwym kotem i wyborem, jakiego podjąłem — musnął ogonem po grzbiecie liliowej, po czym wyciągnął głowę, by zobaczyć gwieździsty horyzont.
— Teraz nam też by się przydało popędzić jak królikojady, żeby dogonić resztę — zażartował.
Kotka zaśmiała się, spojrzała w jego oczy i obaj popędzili w stronę rodzimych ziem.

Teraźniejszość

Po obozie rozległ się szmer rozmów kotów. To dzisiaj miał być ślub nowych namiestników, Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici. Ulewny Szkwał, który został na niego zaproszony, kilka dni wcześniej powiedział jej o planie przemycenia jej na ślub jako rekompensatę za akcję z Tańcującym Pierzem. Liliowa Pieśń wystroiła się na tą okazję, miała dwa kwiaty przy uszach podarowane przez jej brata (skradzione od Dwunożnych, lecz o tym nie wiedziała) oraz pnącza powoju na ogonie i łapach. Gdy dotarli na Wyspę Świetlikową, schowała się za Ulewnym Szkwałem i wtopiła się w tłum. Usiedli przy wodzie, na wprost ołtarza.
Obok nich usiadł książę – Rogaty Flaming – i zaczął rozmawiać z fińskim. Gdy zobaczyła ukradkiem księcia, próbowała wejść pod futro przyjaciela. Na szczęście, Szafirek, która przed chwilą przybyła, usiadła obok niej, zasłaniając ją i mrugnęła do niej oczkiem. Jak dobrze, że miała takich przyjaciół!
— Ceremonia się zaczyna! — szepnął do niej Ulewny Szkwał, więc skupiła swój słuch na słowach Mandarynkowej Gwiazdy.
— Zebraliśmy się tutaj, aby połączyć ze sobą Trzcinowy Szmer i Żmijowcową Wić. Czy ktoś jest przeciwny? — zapytała, rozglądając się dookoła.
— Ja! — krzyknął ktoś z tłumu. — Trzcinowy Szmerze, nie mogę na to pozwolić! Czy nasze wspólne chwile nic dla ciebie nie znaczyły?
— Pst, Szkwale, co się dzieje? — spytała przyjaciela, gdyż inni jej zasłaniali.
Wojownik obrócił się do Lilli.
— Niezapominajka wniosła sprzeciw co do ślubu Trzcinowego Szmeru i Żmijowej Wici — szepnął do niej, następnie patrząc na Flaminga, który patrzył na niego z wyraźnym zdziwieniem, poklepał się po brzuchu jak foka.
— To chyba mi w brzuchu burczy, em... To przez ten chaos.
— Bul bul! — to było dość desperackie posunięcie, ale musiała pozostać niezauważona, a szczególnie do wręczania prezentów.
Popatrzyła na Flaminga, a potem na Szkwał, mając nadzieję, że jej nie zauważyli. W ogóle, co Niezapominajce odbiło? Z drugiej strony było jej żal kotki, w końcu ona nie odwzajemniła uczuć Tańcującego Pierza, którego też może zraniła, ale kochała innego kocura, a rudy był jej przyjacielem, tylko przyjacielem, Trzcina też wybrała kogoś innego. Miała wrażenie, że to sprawa gdzie nie ma ofiar i winnych…
— Chyba jakieś zwierzę jest w wodzie! — znienacka do jej uszu dotarł kolejny głos, jak się później okazało, należał do Ćmiego Mżenia. Wstrzymała oddech, słysząc kota, który mówił o niej. Schyliła głowę, mając nadzieję, że pozostanie niezauważona.
— Szkwale, jest już pomówienie ceremonii? — wyszeptała do kocura, lecz zamiast odpowiedzi usłyszała tylko słowa dalszej inspekcji szarej kotki.
— B-bul bła bul! — brnęła w to dalej, nie mogła się dać zdemaskować. Z desperacji, wyciągnęła łapę i uderzyła Ćmę w brzuch.
— NO CO ZA ŁAJNO — wybrzmiała frustracja wojowniczki.
Szkwał, który był zajęty oderwaniem uwagi księcia, obrócił się do Lili.
— Świetnie ci idzie udawanie mego brzucha, brzmi, jakbym na serio był głodny, przy okazji chyba jeszcze nie ma ceremonii, ktoś tam coś wrzeszczy z tyłu. Zachowuj się naturalnie — rzekłszy to, obrócił się do Ćmy z zastanawiającym spojrzeniem.
Cóż, jak to działało, to udawała dalej, przy okazji dotykając znów Ćmę.
— BUL BAL BŁABUL! — dała z siebie wszystko, inne koty się jakoś dziwnie popatrzyły…
Kryjący ją fińczyk zrobił wielkie oczy, a potem emitował duszenie się.
— BLAUGHHH UGBLE — walił się po klatce piersiowej, aż przestał kaszleć.
— Przepraszam was wszystkich w tym nowożeńców, mam problemy z żołądkiem, jakoś nie miałem tego rano. Myślę, że teraz powinniśmy skupić uwagę na nowożeńcach, nie koniecznie na moje niezawinione problemy żołądkowe — czuł krzywe spojrzenia i powiedział do Lili.
— Tyle wystarczy jak na odgłosy brzuszne — oznajmił. Czuła, że przesadziła z odgłosami dźwiękowymi, więc skinęła głową i szeptem, figlarnie odpowiedziała:
— Bul.
— Słyszę cię — usłyszała skupioną nad zdemaskowaniem intruza Ćmę, która skoczyła na łapę Liliowej Pieśni. W odpowiedzi na atak kotka wrzasnęła. W tym całym harmidrze ledwo słyszała słowa przywódczyni, głośno i wyraźnie usłyszała dopiero:
— A więc ogłaszam was mężem i żoną!
Wszyscy wokół zaczęli wiwatować, Szkwał również.
— Możesz się już trochę wychylić! — mruknął do niej, po czym wrócił do wiwatów.
Ćma nie widziała, że to łapka, a nie wąż i ją szybko schowała.
Spojrzała na Liliową Pieśń, która wychyliła się trochę, za bardzo. Była podejrzanie mokra... chwila...
— Ej ty! — zawołała, idąc w jej stronę. — Zrób "bul bul".
— Eee... Bul bul?
Jak dobrze, że tak starała się oddać, że to żołądek Szkwału i mówiła basowym głosem!
— To ty! Czemu ukrywałaś się w wodzie? Jesteś w ogóle zaproszona?! I DLACZEGO MNIE KOPNĘŁAŚ W BRZUCH???
— Hę? — liliowa udawała zdezorientowaną, jak mogła się domyślić?
— Nie myśl sobie, że jesteś taka mądra! Tylko ty bulbulowałaś podczas całej ceremonii, a na pytanie, żeby zrobić bulbul, zrobiłaś DOKŁADNIE takie samo!
— To ty w ogóle tutaj byłaś? — spytała.
— Oczywiście, że byłam! Naskoczyłam ci na ogon, mysi móżdżku!
Wyglądało to trochę, jakby Ćma rozmawiała z dwoma wymyślonymi kotami
— Ćmo, proszę, to musiało być nieporozumienie... — mruknęła.
— Dobra, nieważne — zrobiła pauzę, jakby właśnie coś przyszło jej do głowy. — Słuchaj, nie wydam cię, jeśli zabierzesz tej łajniarze MOJĄ żabę — wskazała na Wesołą Łapę.
— Ćmo, błagam, wybacz za wystraszenie cię, wygłupy widać mi nie służą. A co do brzucha to musiał być przypadek, naprawdę, wybacz.
To prawda, wygłupiała się i walnęła najpierw nie chcący, potem specjalnie kotkę w brzuch. Co się z nią ostatnio działo?! Masakra. Ale nie będzie uganiać się za żabą. Gdy kotka odeszła i zrobiło się zamieszanie, syknęła do niebieskiego:
— Szkwale, idziemy dać prezenty?
— Jasne, damy je razem. Myślę, że może się ucieszą — owinął swoim ogonem ogonek Lili i poszli w stronę nowożeńców. Uśmiechnęła się do niego i przyszli dać prezenty. Gdy doszła, skinęła głowę w stronę Trzciny oraz Żmija i miauknęła.
— Trzcinowy Szmerze i Żmijowcowa Wici, przepraszam, że tak was nachodzę bez zaproszenia, lecz chciałabym wam dać te prezenty. Oto niebieski krzemień w kształcie głowy kota oraz pomarańczowy kamień w kształcie zachodzącego słońca. Niech Klan Gwiazdy was prowadzi!
Szkwał poczekał, aż Lilia skończy i odezwał się kolejno.
— Żmijowa Wici i Trzcinowy Szmerze, też mam dla was prezenty — mocniej przytulił ogonek Lili, się stresując, bo zaprosił kogoś na ich ślub, kto nie powinien na nim być, ale tak chciał sprawić kotce przyjemność.
— Chciałbym wam złożyć trzy kamyczki, które się błyszczą, jeden jest zielony, drugi niebieski a ten ostatni pomarańczowy. Są bardzo unikatowe, gdy szukałem czegoś dla was, to mogę stwierdzić, że zajęło mi to dużo czasu. Co do Liliowej Pieśni to ja tutaj ją przyprowadziłem, może nie powinienem, ale stwierdziłem, że byłbym niekompletny, świętując samotnie wasze szczęście.
Kiedy skończyli mówić, ta skinęła głową.
— Dziękuję bardzo za prezenty. Kamienie są naprawdę ładne, szczególnie ich kolory. Mam nadzieję, że nam wybaczycie, że nie zostaliście razem zaproszeni na ślub. Jesteście parą? Mam nadzieję, że wybaczycie nasz mały błąd.
— Dziękuję Trzcinowy Szmerze za zrozumienie — uśmiechnęła się. Para... W sumie, od księżyca zaczęła sobie uświadamiać, że Szkwał był kimś więcej niż przyjacielem. No cóż, może kiedyś…
Koty skinęli głowami przed nowożeńcami i oddalili się, by zrobić innym miejsce.
— Ulewny Szkwale, ostatnio coś się ze mną dzieje! Najpierw Tańcujące Pierze, potem walnięcie w brzuch Ćmiego Mżenia, a najgorsze jest to, że nie wiem, co mnie kieruje!
— Kopnęłaś Ćmie Mżenie? No cóż, to raczej nie koniec świata, zagoi jej się. Co do Tańcującego Pierza to może o nim zapomnij?
— Może masz rację? — miauknęła. — Może za bardzo się staram i nie daje upust emocjom, które później wybuchają? Ach, nie wiem — kotka popatrzyła na niego i znów impulsywnie się do niego przytuliła.
— Wiesz, zawsze możesz ze mną pogadać. Po coś niby tu jestem, ''Liliowa Pieśni''.
— Dziękuję, Ulewny Szkwale, zawsze mogę na ciebie liczyć.
— Wiesz, nie wiem, czy to dobre miejsce na takie rozmowy. Ale myślisz, że po tym, co się stało po zgromadzeniu, możemy nadal nazywać się przyjaciółmi? — ta konfrontacja z Pierzem sprawiła, że coś się zmieniło, a przynajmniej kierunek ich relacji. ''Liliowa Pieśń''.
— Nie — miauknęła. — Dla mnie... Jesteś kimś więcej... — wymruczała.
— Ty dla mnie szczerze też, zdałem sobie ostatecznie z tego sprawę, gdy zobaczyłem cię u boku Pierza. Tego nachalnego kocura. Byłem tam zły, nie wiem czemu, chyba nie mogłem znieść, że wymieniasz swój śmiech radości i spojrzenia z kimś innym — wbił pazury w ziemię. — Chciałbym być tym, który byłby godny, choćby twego jednego uśmiechu.
Kotka czuła motylki w brzuchu. Przy nim czuła się bezpiecznie i dobrze.
— Zapomnijmy o tym. Jeśli Pierze zechce ze mną rozmawiać, to tylko jako przyjaciel lub kolega.
Słowa Szkwału odbijały jej się echem po głowie.
— I chce z tobą wymieniać uśmiechy i szczęście, dla mnie nawet przekonałeś się do mojego czekoladowego brata! — zrobiła pauzę i spojrzała mu prosto w oczy. — Kocham Cię, Ulewny Szkwale. 
— Ja ciebie też kocham, Liliowa Pieśni, oby nasz ślub kiedyś też był taki piękny — spojrzał głęboko w jej oczy, swoim błękitnym spojrzeniem.

<Ulewny Szkwale?>

Od Żabiej Łapy (Żabiego Oka)

Żabia Łapa spojrzała na opadające płatki śniegu. Zimno wżynało się w jej kości o tym poranku. Lawendowa Rozkosz także nie wyglądała na zadowoloną z tej pogody. Uczennica jej nie winiła. Poprzedniego wieczoru spadła świeża warstwa śniegu, a uporczywy mróz zamienił ją w śliską taflę lodu, który teraz gryzł wszystkie koty po łapach.
Słońce jeszcze spało, kiedy Lawendowa Rozkosz przebudziła ją z głębokiego snu. Obie kotki stały teraz w ciemności w milczeniu. Żabia Łapa przebudzała się, a zimno jej nie sprzyjało. Jej ciało chciało desperacko wrócić do ciepłego legowiska. Nie było jej to jednak dane. Wszystko wskazywało na bardzo wczesny trening ze starszą kotką.
Wojowniczka sięgnęła na nią głową, pokazując jasno i wyraźnie, że wychodzą poza obóz. Żabka grzecznie udała się za mentorką, jeszcze odrobinę rozespana. Powolnymi krokami przeszły po zamarzniętej rzece i udały się w pola. Kiedy doszły na miejsce już światło.
– Żabia Łapo… – Lawendowa Rozkosz spojrzała na nią poważnie. Było to do niej bardzo niepodobne. Kotka zazwyczaj była bardzo wesoła i szczęśliwa, wręcz beztroska. Taki wyraz pyska świadczył albo o kłopotach, albo o jakiś żartach. Żadna z tych opcji nie była żabce na łapę, zwłaszcza o tej porze. – Najwyższy czas. – Oświadczyła kotka.
– Czas na co? – Żabia Łapa po raz ostatni przetarła oczy i otrzepała łapy ze śniegu. Zapowiadało się, że będzie cały dzień prószyć śniegiem. Słońce tylko delikatnie wybijało się zza gęstych chmur, dając im złocistą aureolę na horyzoncie.
– Twój test na wojownika. – mruknęła Lawendowa Rozkosz.
– Tak szybko? – odparła Żabka. Niedawno osiągnęła dziesięć księżyców. – Nie jestem jeszcze trochę za młoda?
– Nie. Raczej nie. Chciałam już cię przetestować w poprzednim księżycu, ale Mandarynkowa Gwiazda zaleciła mi, abym poczekała do twojego dziesiątego. Zaraz będziesz miała jedenaście i myślę, że mogłabyś wejść w ten wiek już z nowym imieniem. – odparła wojowniczka, z coraz szerszym uśmiechem. Jej powaga była widocznie tylko po to, aby narobić Żabce strachu. Nie, żeby jej się to udało.
Test na wojownika, huh? Żabka nie zastanawiała się jeszcze jak to w ogóle będzie wyglądać. Nie stresowała się nim, nic a nic. Nie spytała się jeszcze nikogo nawet o to, żeby wiedzieć, czego oczekiwać.
– Miałam nadzieję, że będzie wiosna, kiedy będę cię testować. – odetchnęła cichutko Lawenda. – Wtedy miałabyś test jak prawdziwy nocniak! Ale niestety… lód bardzo w tym przeszkadza… – Lawenda wzruszyła ramionami.
– Więc czemu nie poczekamy do roztopu? – uczennica przekrzywiła łeb z konsternacją.
– Nie sądzę, że jest taka potrzeba. – mruknęła Lawenda. – Da się zrobić dobry test i w tej pogodzie. Jest on tak samo trudny. Dobra. Bez przedłużania. Gotowa?
– A … a co mam robić? – Żabka spojrzała na swoją mentorkę ze zrezygnowaniem.
– Racja. Idź w tereny i wróć cała to najważniejsze. Im więcej zwierzyny przyniesiesz, tym lepszy rezultat będziesz miała. – miauknęła Lawenda szczęśliwie. – Proste prawda?
– Mamy środek najbardziej marnej w zwierzynę pory roku. Łatwe… z pewnością. – Żabcia fuknęła cichutko, bardziej do siebie niż do Lawendowej Rozkoszy.
– Nie narzekaj. Zawsze mogłaś pływać w lodzie. A teraz sio. Ruszaj. Widzę cię tutaj z przynajmniej dwiema zdobyczami o zachodzie słońca. – i na tym się skończyło.
Żabia Łapa wkroczyła w rześkie powietrze i skierowała swoje kroki w kierunku wodospadu. Rwąca woda mogła nadal płynąć gdzieś ciurkiem i zapewniać, chociaż odrobinę płynnej wody spragnionej zwierzynie. To była jej szansa. Jakakolwiek szansa.
Żabka była więc zawiedziona, kiedy spotkała głównie zamarzniętą taflę i tylko szelest wody pod nią. Rozejrzała się dokoła, omijając to miejsce z daleka. Nie było tam widać nic, a nic ciekawego. Krążyła i krążyła, a czas nad jej głową płynął nieubłaganie. W końcu kotka natknęła się na małą blednącą kuleczkę. Ta poruszyła się i zaraz spośród śniegu wyłoniła się para uszu. Długie, zakończone małymi pędzelkami, a za nimi oczy. Wielkie, czerwone i spanikowane. Żabka uśmiechnęła się i zaszła nieszczęsnego królika od tyłu. Powoli, skrupulatnie dążyła do przodu. I zaraz jej kły zatopiły się w karku nieszczęsnej ofiary. Królik pisnął i zaraz opadł bezwładnie u jej stóp. Żabka podniosła głowę z zadowoleniem i oblizała pysk z krwi.
– Jest dobrze. To nakarmi wszystkie królowe. – mruknęła zadowolona z siebie. Upewniła się, że jej zdobycz jest dobrze zabezpieczona i ruszyła dalej.
Koniec końców na miejsce wróciła niewiele po zachodzie słońca. W pysku taszczyła swojego zająca, sporą wronę, którą złapała jakimś cudem i małą nornicę, którą na sam koniec wykopała ze śniegu. Śniegu, który jeszcze siedział na jej głowie i ozdabiał jej plecy.
Lawendowa Rozkosz rozpromieniła się na ten widok i pomogła swojej uczennicy przenieść zdobycz do obozu. I zaraz potem kazała jej coś zjeść w nagrodę za taki dobry łów i zniknęła jej z oczu.
Żabka nachyliła się do swojego posiłku, jednak zdążyła zjeść tylko połowę. Jej żołądek był ściśnięty z lekkiego stresu, ale też najadła się... w miarę. Wzięła resztę zdobyczy i znalazła swojej siostry. Podzieliła się z nimi swoim kąskiem.
– I co robiłaś, że cię nakarmili jako pierwszą? – zagadnęła Ropusza Łapa z pełnym pyszczkiem.
– Zdawałam test. – odparła Żabcia.
– Ooo, a jaki? – Wesoła Łapa też odgryzła kawałek zdobyczy.
– Na wojownika. – powiedziała Żabka bez żadnego większego podekscytowania. Nadal nie była pewna czy Mandarynkowa Gwiazda ją tak młodo. Chociaż czy dziesięć księżyców to rzeczywiście było tak młodo?
– Na wojownika?! – Ropuszka rozpromieniła się jeszcze bardziej. – To wspaniale! – kotka klapnęła w łapki i otarła pyszczek z jedzenia.
– To cudownie! – zawtórowała jej Rzekotka. Żabka wcale nie czuła się jakoś bardzo wspaniale. Czuła się… normalnie. Jakby to był tylko kolejny dzień w jej życiu.
Rodzeństwo siedziało jeszcze chwilę i rozmawiało, zanim głośne miauknięcie przerwało wszystkim ich zajęcia. Zapadła cała sekunda ciszy, zanim Mandarynkowa Gwiazda wygłosiła typową formułkę. Wszystkie koty,i tak dalej. Żabia Łapa z siostrami podeszły do miejsca zebrania i usiadły pośród innych kotów. Ciekawskie szepty otaczały je ze wszystkich stron. Mandarynkowa Gwiazda spojrzała na tłum przed sobą i z uniesioną głową wywołała imię Żabki. Uczennica podniosła oczy na liderkę i powoli wysunęła się przed inne koty. Jej krok był bardzo niepewny, kiedy usiadła przed obliczem lidera. Nie sądziła, że będzie się tak stresowała tym wydarzeniem. Jeszcze przed chwilą nie było w niej żadnej obawy, a teraz miała wrażenie jakby jej serce, chciało wyskoczyć z jej ciała. Mimo to nie zatrzęsła się, nie zawahała, nie chciała pokazać żadnej oznaki słabości przed wszystkimi.
– Żabia Łapo. Dzisiaj zakańczasz swój trening. Ja, mandarynkowa Gwiazda, przywódczyni Klanu Nocy, wzywam naszych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady kodu i działania naszego klanu. Żabia Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia? – liderka spojrzała na nią z oczekiwaniem.
– Przysięgam. – miauknęła głośno. Musiała udawać pewną siebie.
– Mocą Klanu Gwiazdy nadaję Ci imię wojownika. Żabia Łapo, od tej pory będziesz znana jako Żabie Oko. Klan ceni twoją wytrwałość i gotowość do pomocy innym. – oświadczyła liderka i kiwnęła do niej głową. Żabka pochyliła głowę w dół w ramach podziękowania i uśmiechnęła się szeroko. Klan za nią wybuchł w wiwatach. Jej nowe imię było powtarzane w kółko i kółko. Jak pięknie. Jak cudownie. Żabka właśnie zdała sobie sprawę, że całe napięcie zniknęło z jej ramion, kiedy otrzymała nowe imię. Jej siostry przypadły do niej z radością. Jej rodzice także zaraz pojawili się u jej boku. Jak pięknie!

[1155 słów]

[23%]

Od Gronostaja CD. Guziczka

Odbiłem się od ziemi, celując w grzbiet taty, ale, niestety, nie udało mi się trafić tam, gdzie planowałem. Ześlizgnąłem się po jego gładkim futrze, zahaczając łapkami o jego lewe ucho i futro na szyi. Wylądowałem tuż przy boku taty, patrząc na Guziczka z szeroko otwartymi oczkami.
– Tato! Tato, cześć. Co porabiałem? Duuużo rzeczy, tato. Bawiłem się mchem. Wcześniej spałem. Jeszcze wcześniej jadłem. A jeszcze, jeszcze, jeszcze wcześniej to… – zakołysałem się lekko, zezując na mój nosek. – …To nie pamiętam!
Ponownie skoczyłem na Guziczka, chwytając kurczowo moimi małymi łapkami jego większą. Czarny kocur zaśmiał się, nie przerywając mojej zabawy.
– Hm… Może… bawiłeś się z Bratkiem i z Alką?
– Nie! – przyznałem, wytrzeszczając oczka jeszcze szerzej. – Tato, oni… oni non stop śpią! Masakra, mówię ci. A jak w końcu się budzą, to ja zasypiam! Wyobrażasz sobie?
Guziczek parsknął cicho.
– Faktycznie ciężka sprawa… – odparł z zamyśleniem. – To może połóż się spać i poproś Jeżogłówkę, by obudziła cię, jak tylko twoje rodzeństwo wstanie.
– NIE! NIE! – wykrzyknąłem, oburzając się już całkowicie, ale szybko wróciłem do opanowanego tonu. Miałem jeszcze sporo do przekazania, za dużo by zaprzepaścić to jednym wybuchem. – Nie, bo… bo to tak nie działa. Nie. Nie. Muszę po prostu… poczekać. Tak. Z moich obliczeń, że tak powiem, wynika, że w którymś momencie nasz czas drzemki i czas zabawy się pokryją. Na pewno! Mówię ci, tato.
Ułożyłem się wygodnie między łapami Guziczka, robiąc uprzednio dwa małe kółeczka. Zmieściłem się z łatwością dzięki mojemu niewielkiemu rozmiarowi.
– Tato, musimy obgadać jeszcze jedną sprawę. To bardzo, bardzo, ale to bardzo ważne.
Czarny kocur przechylił głowę na bok.
– Co to takiego, Gronostaju?
– Ja chcę już NA DWÓR! Kiedy będę mógł wyjść? Mogę teraz? Jeżogłówka mówi, że nie teraz. Tata też mówi, że nie teraz ani nie w ciągu najbliższych księżyców! Ale to chyba jakieś żarty! Może i jest dużo śniegu, ale ja to jestem na tyle lekki, że się nie zapadnę. Naprawdę!

<Guziczku?>

Od Mniszkowego Nektaru do Psotnego Nietoperza

Mniszkowy Nektar stanął naprzeciw swej siostry, która opłakiwała ucieczkę Pchełkowego Skoku. Szylkretka uciekła w nocy, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Co mogły znaczyć te zniknięcia? Kocur sam tego nie wiedział i nie chciał mieć z tym nic wspólnego. Z głębokich myśli wyrwało go łkanie królowej. Ta żmudnie uderzała łapą w ziemię, próbując się uspokoić, jakby to miało naprawić wyrządzone szkody w jej sercu.
— Nasza rodzina… Moja córka… — sapała z trudem. Starszy chciał ją nieco pocieszyć, dlatego położył na jej chłodnym barku swój ogon. Poczuł na nim dreszcze kotki, które odbijały się echem po jego skórze.
— Jastrzębi Zewie, ja dalej wierzę w-
Kotka rozjuszyła się jeżąc futro, które stanęło jej dęba.
— W co wierzysz?! Wierzysz, że dalej jesteśmy rodziną? Miedziany Kieł… Jerzykowa Werwa… Wszyscy zginęli! — jęknęła, upadając na ziemię. — Nigdy nie byłeś jego częścią! Odkąd pozostawiłeś mojego ojca na śmierć! Na polu bitwy! Jak możesz nazywać się wojownikiem, skoro nie potrafiłeś obronić kota w potrzebie! — wysyczała przez zęby.
Mniszek przełknął ślinę i odwrócił wzrok.
— Ta śmierć nie była konieczna, ale tylko to mogłem zrobić, żeby ocalić klan — wymruczał. Odwrócił łeb w stronę siostry, chcąc pomóc jej wstać. Ta odepchnęła jego łapę, zakrywając ogonem pysk.
— Jesteś nie empatyczny, zadufany w sobie i żałosny, nie obchodziła cię nawet śmierć naszej własnej siostry, kiedy wróciłeś… — jęczała. Otarła łzy o łapę i wskazała na rudego lidera, który rozmawiał z Kukułczym Wdziękiem.
— Spójrz na siebie! Może i Lśniąca Gwiazda i Źródlana Łuna mieszają się z błotem, ale wiedzą co to znaczy rodzina! — warknęła. W napięciu starszy odwrócił się od Jastrzębiej, wracając do jednego z ciemniejszych kątów, jakie mógł znaleźć. Liliowy oparł się o ścianę, próbując uspokoić oddech.
To znowu się dzieje… Zawsze czuję, jak przychodzi z tyłu, zawsze się za to obwiniam…” — pomyślał. Kocur ugiął się w łuk, krzywiąc się z bólu, zakrył łapą pysk, jednak po chwili zwymiotował krwią. Przed jego oczami wirował kalejdoskop zdarzeń, gdzie do jego nozdrzy dostawała się krew, a on panicznie się bał. Został porwany przez jastrzębia jako kocię i cudem udało mu się przeżyć. Zabił Eter oraz kilku innych samotników. Widział, jak umierał jego własny ojciec, ale po co? Po co było mu się żalić, skoro wojownicy tego nie robią? Mniszkowy Nektar przestał okazywać uczucia oraz dbać o relacje, stał się apatyczny, żeby nie okazywać więcej uczuć. Nigdy więcej nie wracać do takich sytuacji jak ta. Starszy otarł krew na łapie o kamienną ścianę, po czym położył się na ziemi. Wolał już nie żyć i nie przeżywać tego dzień w dzień, czując, jak ptasie szpony wbijają mu się w żebra, czy krew, którą wypluwał raz za razem, każdego dnia z poczucia winy.

***

Liliowy kocur z obrzydzeniem patrzył w kierunku pozostałej starszyzny, jak ci zajadali się zwierzyną. Nie zapracowali na odpoczynek, żaden z nich nie pracował tak jak on. Nie poświęcili się dla dobra klanu tak jak on! To żałosne, jak nowy lider ustanawiał tutaj prawo, a raczej pełną swobodę. To on mógł być przywódcą… Gdyby nie Judaszowcowa Gwiazda, aghrrr… Ten zawsze miał pecha do zastępców, bo musiał wybierać kocice. Mniejsza, dobrze, że już dawno siedział tam wysoko, w Klanie Gwiazdy. Pomocny Wróbelek? Według Mniszka miał schizofrenie i paranoje, a te jego sztuczne łzy? Ba, tylko on się na nie nie nabierał. Wyglądał na umierającego, więc więcej spokoju w legowisku dla niego. Rozświetlona Skóra – dostał się do starszyzny, pod pretekstem “łapka mnie boli… Och nie mogę już służyć klanowi z godnością!”. Brednie, pewnie tylko zmyślał, by nie ruszać swojego leniwego dupska z ciepłego gniazdka. Mniszkowy Nektar strzepnął z siebie kurz, który osiadł na jego futrze przez noc. Rozciągnął się, czując, jak gdzieś w środku strzykają mu kości. Starszy oblizał sobie wargi, mając ochotę na wiewiórkę. W końcu wyłonił się zza legowiska, próbując przyzwyczaić swoje oczy do światła, które przebijało się przez wodospad. W Klanie Klifu nie działo się zbyt dużo, zwłaszcza że nadeszła Pora Nagich Drzew. Niestety ten rudy pchlarz, który zwie się naszym przywódcą, przyjmuję do klanu coraz to więcej kotów, a zwłaszcza karmicielek. Małych pogardliwych, pyzatych pysków jest więcej do wykarmienia, a przy takiej pogodzie braknie nam zwierzyny. Przez te śnieżyce, wojownicy zostają w obozie, nie zdobywając zwierzyny, a nawet małej, chorowitej myszki. Sama warstwa śniegu przerastała nawet ogromnego starszego, co niezbyt go zadowalało. Kocur nie mógł spokojnie wyjść z obozu i podziać się tam, gdzie nie każdy zwracał na niego uwagę. Liliowy chciał odwiedzić także grób jego rodziców – Jerzykowej Werwy i Miedzianego Kła. Od wojny z Klanem Wilka dalej trzymał do nich urazę i czystą nienawiść. Gdyby byli prowadzeni przez lepszego przywódcę, na pewno by wygrali. A teraz? Czarne gniazda podzielone były na pół, a to właśnie tam uczył Kukułczy Wdzięk. Starszego przepełniała nostalgia, a jego bezsenność dawała we znaki. Mniszek nie potrafił zasnąć w nowym legowisku, bo śmierdziało tam stęchlizną i padliną. Uczniowie za karę mieli czyścić mu posłanie i wyciągać mu kleszcze, czego ten szczerze nie znosił. Stronił kły przed wypierdkami, którzy próbowali dotknąć jego gładkiego futra. A legowisko? Pftt, przecież wojownik mógł zrobić to sam. Mniszkowy Nektar próbował dalej odgrywać swą rolę wojownika, ale z przepracowania często lądował w legowisku medyka. Lśniąca Gwiazda z czasem podsuwał mu propozycję, a pod jego łapy przysyłał protektorów. Po co miał iść do starszyzny? Ciągle zadawał sobie to pytanie w głowie i odtwarzał je każdego następnego dnia, aż padło mu w głowie “dlaczego chciał być jeszcze wojownikiem?”. Odpowiedź była mu dobrze znana – Modliszkowa Cisza. Liliowy znosił dla niego wszystkie cierpienia, by tylko raz na księżyc spotkać się z nim na granicy, wymienić kilka słów, czy spędzić wspólnie czas. Tak samo było na zgromadzeniach, kiedy odnajdywał go wzrokiem, gdzieś w szeregach kotów z Klanu Burzy.
Mniszek przysiadł na półce skalnej, próbując złapać oddech. Wypluł rude futro z pyska i zaczął z wielkim apetytem zajadać wiewiórkę. Była jednak bardzo drobna i chuda, bo zimno doskwierało także zwierzynie. Do nozdrzy wojownika dostawało się bardzo dużo nowych zapachów. Kilku uczniów wybiegło w tej chwili z legowiska, a patrol łowiecki właśnie wrócił z polowania. Mniszkowy Nektar chętnie by z kimś zamienił kilka słów, ale nigdy nie mógł znaleźć wspólnego języka z pobliskimi kotami. Ich umysły wydawały się strasznie puste i kolorowe… Koty z jego klanu miały bardzo denne w dodatku płytkie myślenie, bo większość z nich nie potrafiła wyobrazić sobie innego życia, niż tego w dostatku. Po skończeniu śniadania, Mniszek wstał ze skały, strzepując z siebie zbędny kurz. Dziś miał w planach własnoręcznie upolować jakąś dobrą zdobycz i pokazać tym niedowiarkom, że coś na tych terenach jeszcze było. Liliowy ugiął się w łuk, po czym zszedł z półki, wychodząc na środek obozu. Gdzieś powiewało chłodem albo lodem, a gdzieś smrodem, który unosił się z innych legowisk. Liliowy z obrzydzeniem spoglądał się w chmurę dymu, która unosiła się z legowiska. Czyżby wilgoć w niej fermentowała? Kocur przechylił łeb w raz lewą raz w prawą stronę. Po czym przesunął się bliżej wyjścia. Musiał być niezauważony… Kot stawał na piętach, by nie wydać żadnego dźwięku, bo na jego nieszczęście, te upierdliwe dzieciaki, zawsze kazały mu zostać w obozie.
— “Poza obozem jest bardzo zimno! Przeziębisz się albo zginiesz!” — stękał rozgniewany, naśladując pobratymców. Misja kocura prawie dobiegła końca, jednak coś albo ktoś złapał go za ogon. Ten gniewnie mruknął, próbując iść dalej, niestety piskliwy głosik przywołał go do porządku. Mniszek obrócił zdezorientowany łeb, widząc małego, szylkretowego kociaka, który trzymał go za końcówkę ogona. Wojownik warknął, mając na celu odstraszenie małego pchlarza, ale ten ani rusz. Tylko zmarszczył czoło, po czym zaczął wyrywać mu futro z ogona. Emerytowany wojownik próbował nie kopnąć malucha, ale to było jakieś odruchowe… Kiedy ten zgiął łapę, chcąc odepchnąć go najdalej, jak się dało, powstrzymał go czyjś głos.
— Mysikróliku! Miałaś nie wychodzić z legowiska, tak jak Ci kazałam!
Mysikrólik? Kto skrzywdził go tak tym szpetnym imieniem…” — pomyślał liliowy. Mała koteczka wciąż ciągnęła kocura za ogon, a ten musiał odreagować. Przełknął ślinę i z całej siły kopnął kociaka w brzuch. Kot musiał to zobaczyć, dlatego odwrócił łeb i zobaczył, jak szylkretka z wielką prędkością toczy się do mamy. Mniszkowy Nektar podniósł pysk do góry, czując się jak najśmielsza księżniczka Klanu Nocy, fuknął, udając obrażonego, po czym skierował się w stronę swego “tronu” legowiska. Przymrużając delikatnie oczy, mógł zobaczyć, jak dzieciak ślini i łka do mamy z bólu. Te bachory trzeba było lepiej trenować, jaskinie są wciąż wolne, to niezła izolatka.
— Hej, uch… Wracaj tu! — krzyknęła z daleka zdenerwowana matka. Ten jednak się nie obrócił, a usiadł na legowisku, czując ogromny smród padliny. Na szczęście był legowisku sam, bo pozostała dwójka przeklętego rodzeństwa gdzieś się zapodziała. Kocur wydawał się niewzruszony całą sytuacją, bo nie lubił kociąt. Trzeba było jej lepiej pilnować, a nie oczekiwać, że Klan Gwiazdy zrobi to za ciebie! Mniszkowy Nektar zwinął się w kłębek, mrucząc z zadowolenia. Przyjemnie zimny wiatr, który dostawał się do legowiska, mierzwił jego grube i lśniące futro, dając mu trochę ulgi, bo nie ukrywał, że trochę się przegrzał. Chociaż było mu wstyd, bo kiedyś w swojej formie świetności, nikt nie miał z nim szans, teraz męczył się po pokonaniu jednego metra. Nagle do jego legowiska zajrzał ciemny łeb. Niebieskie i przenikliwie oczy jakby czegoś szukały. Kiedy źrenice znalazły śpiącego wojownika, zwężyły się.

<Nieznajoma?>

17 lipca 2026

Nowy członek Pustki!

 


Powód odejścia: decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: starość, wyziębienie organizmu

Odszedł do Pustki!

Od Modliszkowej Ciszy

Kremowy ledwie dowierzał, co ostatnio wydarzyło się w Klanie Burzy, gniew go rozrywał, gdy myślał o tym, że morderczyni jego siostry wyznaczyli minimalną karę. Czy innym kotom nie przeszkadza fakt, że tuż przy nich żyją mordercy? Modliszka podszedł i usiadł trochę dalej od innych kotów, przy swojej siostrze, Czuwającej Salamandrze, kotka obrzuciła go jedynie pytającym spojrzeniem.
– Wybacz, że nie dałem rady jej uratować. – wyszeptał brat. Po śmierci rodziców obiecał sobie, że będzie chronił swoje siostry, w końcu są ostatnią rodziną, jaka mu pozostała.
Salamandra spojrzała na niego wzrokiem, którego nie do końca mógł rozgryźć, po czym położyła na jego barku swój rudo czarny ogon. Kremowy spojrzał na bliznę na szyi siostry, przez którą straciła głos, ochrona rodzeństwa była wyraźnie porażka. Jego siostra była tak podobna do matki, której obraz w jego pamięci powoli zaczął się zacierać. Gdy myślał o matce, w jego głowie pojawiały się jej żółte oczy, prześwity szylkretowego futra, jej ciepły głos i szorstki język. Ciekawe czy on wygląda jak ojciec. Odwrócił niechętnie wzrok, by spojrzeć na koty kręcące się wokół.
– Nie mogę uwierzyć, że te wszystkie koty godzą się, by ci mordercy uszli z życiem – syknął gniewnie, próbując odtrącić natarczywe myśli.
Gdy skończył zdanie, kątem oka zauważył, że głowa kotki była skierowana lekko w dół, zaskoczony odwrócił kremowy łeb, by zauważyć, że Czuwająca Salamandra najwyraźniej ucięła sobie drzemkę. Nic dziwnego najwyraźniej ilość wrażeń ja wykończyła. Modliszka podkulił łapy pod siebie i przymykając jaskrawo-zielone ślepia, usnął, biorąc przykład z siostry.

***

Na terenach Klanu Burzy szalała pora nagich drzew, powietrze było lodowate, a zamrożona ziemia była przykryta grubą warstwą śnieżnobiałego puchu. Co było niczym kolejny kop od losu dla burzaków. Kremowy czuł, jak z każdym dniem słabł, ledwo miał siły na codzienne czynności życiowe a co dopiero na polowanie. Nie zamierzał stać się ciężarem dla swego ukochanego klanu. Wstał niechętnie z ogrzanej przez jego ciało ziemi i pomaszerował w stronę miejsca odpoczynku jego siostry. Ujrzał lekko unoszące się łaciate boki siostry i parę zielonych oczu patrzących się wprost na niego, kremowy podszedł bliżej by dotknąć swoim nosem nos siostry.
– Trzymaj się. – powiedział przed wyjściem z ich nowego obozu, nie dając nawet Salamandrze czasu na reakcje.
Chłodna bryza powitała go na zewnątrz, Modliszka w odpowiedzi na jej ozięble przywitanie zmrużył oczy i położył po sobie uszy, by chronić je przed wiatrem. Poszedł przed siebie, nie zwracając większej uwagi na kierunek. Gdy wystarczająco oddalił się od obozu, ułożył się w puszystym śniegu, zwijając się w kłębek. Śnieg szybko zaczął przemaczać jego kremowa sierść, sprawiając, że chłód przedzierał się do jego ciała. Kocur mimowolnie zaczął się trząść i zgrzytać zębami, czuł, jak gdyby mróz odbierał mu życie z każdym uderzeniem serca. Na szczęście uczucie chłodu powoli odeszło, zostawiając po sobie jedynie pustkę w środku wojownika. Modliszkowa Cisza przez chwile, ostatkami sił podziwiał, jak z każdym wydechem jego oddech tworzył chmurki przed jego pyskiem. Obraz powoli mu się rozmazywał i ostatecznie przymykając oczy, ujrzał swój oddech po raz ostatni.

Od Białego Strumienia do Kurczątka (Kurzej Łapy)

Dawno temu, kiedy Kurczak był małym uroczym kurczaczkiem i nie spaliło nam obozu

Biały Strumień był bardzo zamyślony i cichszy niż zazwyczaj. Nie odzywał się prawie w ogóle, aż łapała go chrypa. Zajmował łapy pracą lub inspekcją tuneli, a w nocy chodził na spacery lub spał. Jego zegar biologiczny był tak popsuty, że nie próbował go nawet naprawiać. W tunelach czas leciał inaczej, nie do końca było się pewnym, jaka była pora dnia, więc przewodnicy żyli swoimi trybami. Spali, kiedy czuli się zmęczeni, a pracowali przez resztę czasu.
Tak było i tym razem. Zapadła już ciemna noc, która Porą Zielonych Liści przychodziła dużo później, aniżeli Porą Nagich Drzew. Przez to albinos rzadziej mógł wychodzić na powierzchnię, gdyż zwiększało się ryzyko poparzenia jego skóry, którego zresztą już raz doświadczył i nie było to nic przyjemnego.
Ruszył tunelem ku powierzchni, czując parne powietrze z zewnątrz. Kiedy już miał wyściubiać nos na dwór, spotkał się pysk w pysk z jakimś kociakiem.
Sam musiał przyznać, że go nie kojarzył. Spędzając całe dnie odizolowany, nie miał czasu ani chęci na socjalizację z innymi; zwłaszcza kiedy był w takim stanie jak aktualnie. Zeskanował młodego wzrokiem, nieco zszokowany. Odchrząknął.
— Kim jesteś i czemu nie śpisz?
Rudy nie odpowiedział. Dalej piorunował go kobaltowymi oczami, nie odrywając wzroku. W ciemności albinos nie był pewien czy w ogóle kociak mrugał. Mały Burzak przechylił główkę na bok pytająco. Usiadł przed nim i go obserwował dokładnie.
Biały nie wiedział, co ma zrobić. Kociak po prostu usiadł i wlepił w niego gały, co nie było niczym nowym. Jako albinos najczęściej spotykał się z takim zachowaniem, ale teraz... ten dzieciak powinien wrócić do żłobka.
— Wracaj do rodziców — mruknął do niego, wychodząc z tunelu. Wyminął kociaka i obrzucił go poganiającym spojrzeniem. — No już, ruchy.
Maluch pokręcił głową. Nie ruszył się z miejsca, a przez ramię spojrzał na odchodzącego albinosa ze smutną minką. Biały zerknął na niego z poirytowaniem.
— Nie weźmiesz mnie na ten szczenięcy pyszczek — miauknął. — Czemu nie chcesz wrócić? Chociaż zresztą, to nie moja sprawa.
A z drugiej strony nie powinien zostawiać małego dziecka samego w nocy. Niby obóz uchodził za bezpieczny, a jednak mógł dostać się tutaj wąż lub inny drapieżnik i zrobić krzywdę temu kocięciu. Biały czekał na odpowiedź, o ile w ogóle takową miał otrzymać.
Kociak wstał i obrócił się ciałem w jego stronę. Podreptał do jego łap, bez słowa za nim podążając. Najwidoczniej niemowa zmieniła zdanie. Albinos zmarszczył nos. Dlaczego on do niego podszedł?
Biały podniósł łapę i zrobił dwa kroki, by zobaczyć, jak rudy tupta w ślad za nim. Machnął długim ogonem z poirytowaniem. Był zmęczony, a tu jeszcze trafiła mu się taka mała gąska... co miał robić? Może podrzuci go do żłobka?
— Świetnie. Idziemy — zarządził w związku ze zmianą nastawienia malucha.
Szli w ciszy. Malec starał się nadążać za tempem przewodnika, próbując go nie zgubić. Kiedy Biały Strumień pomyślał, że miał do czynienia z niemową jak zmarłym Cichą Łapą, usłyszał za sobą spokojne, ciche miauknięcie.
— Gdzie te dziury prowadzą? — wyrwało się z nieśmiałego malca, który kurczowo trzymał się białych łap przewodnika.
Biały postawił uszy w sztorc, gdy z gardła młodego wydobył się głos. Obejrzał się za siebie, a po chwili wziął wdech.
— W różne miejsca — odpowiedział ze spokojem. — Część jest ślepa, przeznaczona dla więźniów, a część prowadzi pod granice z innymi klanami lub do różnych lokacji na terenie Klanu Burzy.
— Łooo... — wymamrotał zafascynowany. — Czy wrócimy? — zapytał, widocznie się wybudzając z trybu niemowy.
— Gdzie chcesz wracać? Idziesz do żłobka spać.
Kociak się zatrzymał, widocznie stawiając opór. Zastanowił się przez chwilę, po czym pokręcił głową.
— Nigdzie się nie ruszam! — oznajmił, unosząc podbródek do góry. Widać, że malec był w dosyć bojowym nastroju.
Albinos zmarszczył brwi i położył po sobie uszy. Nie potrafił obchodzić się z dziećmi, toteż nie wiedział jak pedagogicznie rozegrać tę sytuację. Zwyczajnie nachylił się nad rudym buntownikiem.
— A właśnie, że się ruszasz — złapał go za sierść i zaczął ciągnąć do żłobka.
Kurczak zaczął się wierzgać i wyginać jak dzikie zwierzę, próbując wyrwać się z uścisku Białego Strumienia. Przewodnik się nieco bardziej wkurzył. Wypuścił wierzgającego malucha.
— Uspokój się — syknął. — Zaraz wszystkich obudzisz.
Kociak prychnął i strzelił widocznego focha.
— Ja nigdzie nie idę! — powtórzył.
Biały bardzo ciężko westchnął. Co za utrapienie...
— Do widzenia w takim razie — miauknął.
Miał tylko nadzieję, że kociak nie zamarznie. Jeśli nie wróci do żłobka w ciągu dłuższej chwili, Biały pewnie ponownie podejmie próbę zawleczenia go do ciepła.
— Do widzenia! — odpowiedział rudzielec i zaczął maszerować w stronę, gdzie Biały Strumień go pierwszy raz zobaczył.
Przewodnik powiódł za nim wzrokiem i zrezygnowany opuścił głowę. Co za mały wredny bachor! Nie mógł zrozumieć, że albinos chciał mu pomóc nie umrzeć?
Biały patrzył, jak rudy kuper tupta w stronę tuneli i już wiedział, że łatwo nie będzie. Przewrócił oczami, a po chwili poszedł do stosu ze zwierzyną po coś na ząb.
Minęło trochę czasu od jego spotkania z kociakiem. Biały zjadł posiłek i mógł wrócić do tuneli, więc przy okazji zobaczy, czy rudy nie zamarzł tam na kość. Poszedł w kierunku tego wyjścia, do którego poszedł młodziak, by zerknąć. Gdy dotarł, nie zauważył srebrno-rudego futra. Zmarszczył nos. Pewnie ten dzieciak się potknął i poturlał w dół, a teraz on musiał go szukać. Cóż, o tyle dobrze, że tunele były jak jego druga skóra.
Wszedł do nich i od razu złapał trop, idąc w dół, szukając małego uciekiniera.
Znalazł rudzielca jak stał odwrócony tyłem do przewodnika. Patrzył w mrok, w głąb tunelu.
— Tam coś było! — drżący głos kociaka był skierowany do Białego Strumienia, ale malec nie raczył spojrzeć na albinosa. Zamiast tego gapił się w to samo miejsce z wytrzeszczonymi, przerażonymi oczami.
Poruszył wąsami, jednak nie panikował. Powęszył w tunelowym powietrzu, a następnie spojrzał na rudzielca.
— Tak, na pewno było — mruknął. — Ale już zniknęło, więc wracaj do żłobka albo zaciągnę Cię tam za ogon.
Odwrócił się do niego zmartwiony. Kociak zmarszczył brwi.
— Ale tam coś było! — miauknął przejęty. — Naprawdę!
Albinos przewrócił oczami i tym razem, zachowując się mało pedagogicznie, zaciągnął go po prostu za fraki do żłobka. Wrzucił kulkę futra pod krzak i wrócił do tunelu, by pójść na spoczynek.

~ Jeszcze przed pożarem ~

Kurczak, bo jak się okazało, takie imię nosił tamten uciekinier, niedługo później został mianowany. W dodatku jego mentorem został sam Biały Strumień, który patrzył na rudego, pamiętając nadal tamtą sytuację, prychnął jedynie pod nosem.
Po mianowaniu Kurza Łapa znowu przykleił się do jego łapy. Normalnie jakby był cieniem Białego, o który nie prosił. Albinos nachylił się nad młodziakiem.
— Jestem wymagający — uprzedził, a jego czerwone spojrzenie świdrowało świeżo upieczonego ucznia. — Lepiej byś sprostał moim wymaganiom i nie przyniósł wstydu klanowi.

<Kurczaczku?>

[Liczba słów: 1067, trening Kurzej Łapy]

[11%]

Od Gradobijącego Ciernia

Przeżył. Cudem, ale przeżył. Odbudowa obozu ruszyła pełną parą, koty przemierzały korytarze aby naprawić to, co zniszczył ogień. Gradobijący Cierń czasem czuł obecność Pierza, który po śmierci nawiedzał go i w snach. W koszmarach objawiał się mu, zasypując go piórami kaczek, gęsi, wron, najróżniejszego ptactwa, oraz krwią jego pobratymców. Widział ciało Króliczej Gwiazdy, Sójki… Tak wiele kotów musiało przez niego ucierpieć, czemu Cierń był na tyle głupi, aby mu zaufać? Zawodzące Echo wyznaczył Skrzydlatą Płomykówkę oraz Gadożerowy Pysk do pomocy w odnawianiu tuneli. Jego przybrany syn nie chciał mu spojrzeć w oczy. Ignorował go, a Ciernia bolało to z każdym dniem coraz bardziej. Teraz siedział obok niego, plotąc z trawy posłania. Zerkał co jakiś czas na Gadożera, chcąc zacząć dyskusję.
— Poza tunelami… Czy obóz wygląda jakoś lepiej..? — zaczął zachrypniętym głosem. Biały nie odpowiedział od razu.
— Co cie to obchodzi? To twoja wina, ty go zniszczyłeś. W dodatku zaufałeś zapchlonemu kocurowi, który wykorzystał cię jak wronią karmę. Jestem tobą zawiedziony, Gradobijący Cierniu. Byłeś dla mnie tak ważny, ale zrujnowałeś to. — powiedział kocur, plotąc trawę.
— Nie ja podpaliłem Klan Burzy. Nie posunąłbym się do czegoś takiego. — odpowiedział oplatając ogon wokół łap nerwowo.
— A jednak zabiłeś Króliczą Gwiazdę. Dobre sobie. — prychnął, w końcu kończąc swoje posłanie. Gradobijący Cierń spojrzał na ziemię, decydując się na brak komentarza. Słowa Gadożera ćwiartowały mu serce na kawałeczki. Również prawie kończył swoje własne posłanie, miał właśnie sięgnąć po jedno z piór, jednak na sam ich widok jego łapa zrobiła się ciepła, jak gdyby płonęła tym samym ogniem, którym Pierze zniszczył Klan Burzy. W końcu sięgnął zamiast tego po mech, wpychając go w dziury, które jeszcze zostały pomiędzy trawami. Kiedy już skończył spojrzał na swoje dzieło, delikatnie się uśmiechając. Przypomniały mu się czasy, gdy jeszcze był uczniem i często sprzątał u starszyzny w legowiskach. Narzekał na wyciąganie kleszczy z ich futra, a jednak teraz oddałby za to wszystko… Czy jego ojciec patrzy na niego teraz zawiedziony? W może… Dumny? Może chciał, aby jego syn też stał się mordercą? Wbił pazury do ziemi, aby nie myśleć o tym. Na szczęście były zakryte jego ogonem, przez co Gadożerowa Łapa nie zauważył tego gestu. Jemu samemu robiło się duszno w tunelu, więc skinął Cierniowi na znak, że skończyli. Skrzydlata Płomykówka, która dawno skończyła swoje posłanie również skierowała się do wyjścia, przez co srebrny skończył pomiędzy nimi. Jednak nie narzekał. Cieszył się, że mógł chociaż jeszcze być teraz ze swoimi pobratymcami… Choć ci nienawidzieli go.

Event Klanu Burzy:
Uwinięcie nowych posłań z traw, puchu i mchów

Od Kamiennego Pióra do Iglaka

Zanurkował w stronę żłobka i przecisnął się przez wejście do legowiska. W środku było przyjemnie ciepło. Panował też półmrok. Zamrugał oczami, aby przyzwyczaić się do niewielkiej ilości światła. Nie przepadał za ciemnością. Nie potrafił nawet stwierdzić dlaczego. Był przecież kotem i doskonale w niej widział, ale… Coś mu po prostu w tym nie pasowało. Kiedyś, gdy był młodszy, to nawet się jej bał, teraz jednak dokuczało mu tylko drobne uczucie niepokoju.
Już chwilę później kontury karmicielki i kociaków, które skakały po całym legowisku, wyostrzyły się, a ich futro nabrało intensywniejszego koloru.
Wojownik położył pysznie pachnącego nornika przy łapach Ognikowej Słoty, która siedziała z łapami owiniętymi ogonem i obserwowała swoje kociaki. Starał się ignorować to, jak apetycznie i zachęcająco wyglądała zdobycz. Wiedział, że nie mógł jej zjeść. Karmicielki miały pierwszeństwo, musiały przecież wykarmić swoje młode. W brzuchu głośno mu zaburczało, więc jak najszybciej odwrócił wzrok od nornika i wmawiał sobie, że nie czuje jego zapachu.
Dzisiejszy patrol zakończył się sukcesem. Kamienne Pióro upolował właśnie tego nornika, a parę innych kotów też coś złapało. Pora Nowych Liści się zbliżała, a to znaczyło, że już niedługo cały klan porządnie się naje. Wojownik tęsknił za ciepłem w sierści i zwierzyną, którą można było znaleźć równie łatwo, jak gałązkę. No, może trochę przesadził.
Z rozmyślań wyrwało go podziękowanie Ognikowej Słoty, a chwilę później usłyszał, jak karmicielka się posila. Spojrzał w stronę wyjścia. Nieee, nie chciał tam wracać. Na zewnątrz było zimno, a tu? Przyjemnie ciepło. Uznał, że może jeszcze trochę posiedzieć w żłobku, może z kimś porozmawia albo pobawi się z kociakami. I tak na razie nie miał nic ważnego do roboty, dopiero co wrócił z polowania, a kolejne patrole jeszcze nie wychodziły.
Nagle poczuł, jak coś się zaciska na jego ogonie. Instynktownie wyszarpnął go, a kiedy się odwrócił, zobaczył małego czarnego dymnego kocurka niezgrabnie goniącego jego ogon.
Uśmiechnął się na ten słodki widok. Ile to maleństwo mogło mieć księżyców?
— Hej, mały — miauknął, a wtedy okrągłe brązowe oczka spotkały się z jego spojrzeniem, trochę jakby zdziwione, że ten kot się do niego odezwał. Chwilę Kamienne Pióro zastanawiał się nad imieniem kociaka i kiedy już je sobie przypomniał, dodał: — Ty jesteś Iglak, prawda? Ja się nazywam Kamienne Pióro. Chcesz się pobawić?
Ciekawe, jak to było mieć swoje własne kociaki. To musiało być przyjemne uczucie. Pewnie się je bardzo kochało. Bardzo się o nie martwiło, na przykład, kiedy szły na bitwę. I było się z nich bardzo dumnym, kiedy na przykład przechodziły one ceremonię na ucznia lub wojownika. Albo, kiedy zdobywały odznaczenia… Może kiedyś, on i Korowy Szept…

<Iglaku?>

Od Konwaliowej Mielizny CD. Wymarzonej Słodyczy

Już tyle czasu męczył się pośród innych Nocniaków, że nawet nie pamiętał, kiedy ostatni raz szczerze się uśmiechał. Chyba ostatni raz coś takiego miało miejsce w dniu, kiedy to jego kochana siostrzyczka została w końcu wojowniczką i ze Słodkiej Łapy stała się Wymarzoną Słodyczą. Był z niej wtedy bardzo dumny i skandował jej nowe imię na całe swoje biedne gardło.
Na samo wspomnienie tamtego dnia prychnął pod nosem. Był wtedy tak naiwny i głupi. Myślał, że z czasem się wszystko ułoży i również Korzonek zostanie wojowniczką, lecz do teraz nosiła miano Mysimózgiej Łapy, a Borówkowa Słodycz z Tojadową Kryzą odeszli. Uciekli, porzucając swoje jedyne dzieci, jakby były nic niewartym odpadkiem po zjedzonej piszczce. To on wypruwał sobie wręcz żyły, starał się wspierać rodzicielkę w czasie uwięzienia na wyspie, by ta nagle uznała, że ucieknie z ich ojcem i nie powie o tym nikomu. Przez te ich egoistyczne podejście został zrzucony na jego barki obowiązek dbania o rodzinę, która jeszcze pozostała w Klanie Nocy.
Miał po prostu tego wszystkiego dość. Dość klanu, dość rodu, dość obowiązków, dość bycia bratem. To wszystko powoli, dzień po dniu go wyniszczało, aż w końcu pozostał pustą skorupą. Bez życia, energii, emocji. Każdy bodziec stał się dla niego obojętny do granic możliwości. Co ranek zmagał się z kuszącą wizją pozostania na swym posłaniu już na zawsze, jednak jedna rzecz go motywowała. Pozory. Pozory, by nikt nie dostrzegł jego stanu, jego chęci odejścia stąd. Pozory tak ważne w rozmowie ze Słodką, Fląderką czy Widlikiem, by ci niepotrzebnie nie pytali, czy wszystko w porządku. Nic nie było w porządku, nie było i nie będzie, dopóki tkwi w tym przeklętym miejscu. Zaczął nawet żałować, że urodził się jako syn Borówkowej Słodyczy i Tojadowej Kryzy oraz jako brat Wymarzonej Słodyczy i Mysiomózgiej Łapy. Gdyby był potomkiem kogoś z rodu lub jakiejkolwiek innej pary w klanie, jego życie byłoby znacznie prostsze, bez ciągłych zawodów ze strony bliskich.
— Ja już nie daje rady siostro. Staram się, jak mogę, lecz po odejściu rodziców wszystko zaczęło mnie przytłaczać. Dłużej już nie mogę, czuję, jakbym się dusił w tym miejscu… Nie chce być równie okrutny, co ci zdrajcy, dlatego Ci o wszystkim mówię. Opiekuj się naszą siostrą oraz Fląderką, jesteśmy jej to winni. — W końcu któregoś wieczoru wyznał wszystko szylkretce, czując się podle. Chciał zostawić ją i siostrę niczym ich rodzice. Niczym się od nich nie różnił, nie był w stanie nawet się poświęcić dla sióstr i pozostać w klanie. — Ja… już nie mam sił. Mam dość… Muszę odejść, jeśli chce nadal żyć. Nie wiem kiedy, ale to uczynię, dlatego proszę, nie zatrzymuj mnie.
Po tych słowach z bólem serca zostawił wojowniczkę samą sobie. Czuł, że już nigdy nie będzie mógł spojrzeć jej w oczy, nie po tym, jak okazał się kolejny egoistą w ich rodzinie.

<Przepraszam Słodka>

Sesja wstrzymana/zakończona