BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

31 maja 2026

Od Borowika CD. Łzy

Przeturlałem się na plecy i z pleców znowu na brzuch, patrząc na wróbla spod innego kąta, oceniając wszystkie za i przeciw.
– Uh. Hm. No nie, nie. Fuj. Jedzenie po kimś jest fuj. Więc albo ja, albo ty – mruknąłem, marszcząc brwi, nie odrywając spojrzenia od wróbla.
Nie wiem, co powinienem uczynić w zaistniałej sytuacji. Niby jestem głodny. I odrzucić dar od takiej milutkiej, malutkiej koteczki jak Łza to też nie za dobrze.
– Jest to ciężka kość do przełknięcia – dodałem.
To… metafora taka. No bo… kości się nie połyka. Trzeba być niemądrym bardzo. Ostatnio chyba udało mi się odkryć stojący za metaforami spisek i zacząłem rozumieć ich funkcjonowanie. Wystarczy użyć losowego przedmiotu i połączyć go z nazwą czynności, najczęściej sprzeczną, i wychodzi oto takie zdanie, godne najtęższego kociego umysłu. A już najlepiej, gdy nie powie się wprost, że to metafora, tylko domyślić się trzeba. Wtedy wszystko działa idealnie. Choć… jest to niewątpliwie całkowicie pozbawione jakiegokolwiek sensu.
Nie zastanawiałem się jednak długo nad tymże dylematem.
– Uh. Dobra, to wróbel mój.
Chwyciłem go moją paszczą i niemal od razu zniknął tam w całości. Przemieliłem go, wypluwając na bok niejadalne części.
Przełknąłem.
– No. Dobry wróbel. Szkoda, że nie chciałaś. Ale rozumiem. Nie każdy lubi wróble. Mówiłem ci już, że nienawidzę wiewiór? Być może mówiłem. Uh. Bo ich futro… no wiesz, wchodzi mi… w zęby zawsze… Wróble… pewnie też jakoś mogą wchodzić tak co poniektórym…
Oblizałem zęby. Spojrzałem na Łzę. Wydawała się… nieco skonsternowana. Nie potrafię jednak bliżej określić czym. Ale to chyba bardziej ogólne kocięce zdezorientowanie. Kociaczkom wszystko wydaje się takie duże i głośne. Dlatego o kociaczki trzeba dbać. Tak.
– Dobra. Wiem. Słuchaj teraz, Łzo. Powiem ci coś – usiadłem, prostując się lekko i nachyliłem się do niej. – Czy ty. Widziałaś kiedykolwiek. Yyy… – obróciłem gałkami dookoła, próbując zaczepić na czymś wzrok. – Taki jakby… kopiec? To znaczy… mrówczy. Mrówczy kopiec mrówek? Powiem ci teraz… najważniejszą życiową radę, jaką otrzymasz w przeciągu kilku następnych dni. Bo mi się akurat historia przypomniała taka. I myślę sobie, że warto ostrzec cię – odchrząknąłem. - Jak na treningu byłem raz, to tam kopiec był mrówczy na ziemi. Co po nim biegały mrówki. Ćwiczyłem kamuflaż. A kamuflaż polega często na tym, że się leży pod warstwą błota w bezruchu od świtu do nocy. I ja tak leżałem na tym kopcu mrówczym. Nie znając jego prawdziwej istoty. I… I w skrócie to… mrówki mnie oblazły. I biegały po mnie. Od świtu do… obiadu. Nie powiem więcej, co tam zaszło, gdyż pewnych rzeczy słowa nie opiszą. Więc tak. Moja rada. Mrówcze kopce są niedobre. Nie kładź się na nich. Tak. Dziękuję.
Strzepnąłem głową. Cieszę się, że udało mi się przekazać, choć cząstkę mojej wiedzy przyszłej wojowniczce. Może jej to kiedyś uratuje życie. Tak jak mnie ta wiedza mogła wtedy uratować…

<Łzo?>
[454 słowa]

Od Dzwonkowego Świstu CD. Pożarowej Łapy

*Czasy, gdy Bursztyn i Żywica są kociętami*

Napadły go ostatnimi czasy nieustanne wątpliwości. Oczywiście nie chodziło mu o dzieci, one były dla niego oczkiem w głowie, niezależnie od tego, jak się zachowywały. Kwestie sporne dotyczyły jego partnerki, jeśli mógł ją w ogóle tak nazwać. Ich relacja była dość skomplikowana. Pomimo że mieli razem dzieci, a on darzył Pożar uczuciem, to miewał dylemat, czy nie za szybko się to wszystko potoczyło. Pokochał szczerze kotkę, a wspólne chwile zawsze miło wspominał, nawet jeśli charakterami byli od siebie totalnie różni.
Westchnął ciężko i spojrzał w stronę legowiska, gdzie odpoczywała Pożar. Jej ogniste futro lśniło w blasku księżyca. Była silna, niezależna i dumna. Cechy, które na początku tak bardzo go fascynowały i na dłużej zatrzymały go u jej boku. Jednak tempo, w jakim ich losy się splotły, wciąż budziło w nim niepokój. Czy to była prawdziwa miłość, zrodzona z głębokiego uczucia, czy może jedynie wynik chwilowego zauroczenia? Nie był przecież już od dawna młodzieńcem którym szargały emocje, powinien być bardziej stabilny w kwestii swoich uczuć.
Nadal pamiętał ich pierwsze spotkania, pełne napięcia i niepewności, a potem nagły zwrot akcji, który rzucił ich w wir wspólnych obowiązków. Narodziny kociąt zmieniły wszystko. Od tamtej pory nie był już tylko wolnym kocurem odpowiedzialnym za samego siebie. Stał się filarem rodziny. Rodziny, której już prawie sam nie miał.
Wydawało mu się, że to, co z reguły łączy i zbliża, ich oddalało coraz to bardziej od siebie z dnia na dzień. Zauważył, że to mu zdarza się spędzać więcej czasu z dziećmi niż jej. Wpierw zrzucał to na zmęczenie po porodzie, jednak gdy maluchy rosły, jej obecność zdawała się coraz to rzadsza. Może tak niefortunnie się mijali, choć w to szczerze wątpił.
Zauważył ruch po swojej lewej stronie. Pożar uniosła głowę i spojrzała prosto na niego. Przez dłuższą chwilę milczeli, wpatrzeni w siebie. Dzwonek przełknął ślinę, czując jak serce zaczyna mu szybciej bić.
— Nie śpisz? — zapytał cicho, starając się, by w jego głosie nie brzmiał żal, a jedynie troska. Tamta westchnęła cicho, poruszając powoli ogonem.
— Słyszałam, jak kręcisz się po okolicy. Obserwowałam cię jakiś czas. O czym myślisz?
Zawahał się. Przywołał w głowie obraz małych, wtulonych w siebie kociąt. Wiedział, że jeśli teraz nie powie prawdy, będzie go to zżerać do końca życia.
— O nas, Pożar — zaczął, zniżając głos do szeptu. — O tym, jak szybko to wszystko się potoczyło. I o tym, że coraz mniej cię tu widzę. Maluchy rosną, potrzebują cię, a ty ciągle gdzieś znikasz. Czasami mam wrażenie, że uciekasz. Od nich... albo ode mnie — wyznał.

< Pożar?>


Od Borowika CD. Wrony

Usiadłem na ziemi i strzepnąłem głową na boki. Spojrzałem na nornicę, którą uczennica upuściła pod moje łapy.
– Ojej. Obiadek. Dziękuję, Wrono. Obiadek dobry. Zjem sobie. Ale to później, później… – zmarszczyłem brwi i zamyśliłem się na chwilę. – Dawno nie jadłem nornicy, w sumie…
– A no tak, bo ty jesz prawie same wiewiórki. Zauważyłam – zaśmiała się lekko kotka, przechylając głowę na bok.
Ugh.
Wrona miała rację. Jak ja nie cierpię wiewiór… Ale nie jestem w stanie przestać. Być może dzięki hojności uczennicy w końcu uda mi się wyrwać z tego błędnego, destrukcyjnego koła…
Położyłem się na ziemi, kładąc pysk na łapach, oczami świdrowałem nornicę.
– Uh. No. Ogólnie… dobrze, dobrze jest. Chyba. Wydaje mi się... – kontynuowałem myśl. Kiwnąłem głową. – Hm. Wydaje mi się, że biorąc pod uwagę mój poziom początkowy i porównując go z obecnymi umiejętnościami, można z łatwością dojść do wniosku, że… uh… no. Że jest… dobrze. Po prostu – przewróciłem nornicę do góry brzuchem. – Kurka… też mówi, że jest dobrze. Wszyscy tak mówią. Więc na około siedemdziesiąt procent tak właśnie jest. Lub też… lub też nie – zamrugałem i przekręciłem głowę lekko na bok. – Myślę, że w takim tempie bardzo prawdopodobne jest, że zwiadowcą… zostanę. Tak, tak. To na pewno. I… yyy… no… tyle mam… do przekazania na ten temat. Tak. Ale ty to masz jeszcze duuużo czasu. I… słyszałem, że radzisz sobie… też dobrze – spojrzałem jej na chwilkę w oczka. – Cieszy mnie to… naprawdę. Bo ty… bo ty taka miła. Zasługujesz, żeby ci…dobrze szło też.
Oczy uczennicy zabłysły lekko z radości. Wyprostowała się lekko.
– O, dziękuję, Borowiku! Też mi się wydaje, że robię postępy. Czereśnia to naprawdę najlepszy mentor!
– Uh. Zapewne, zapewne… Dużo cię nauczy. Bardzo dobry wojownik… to – mruknąłem, próbując skupić wzrok na małym kamieniu przede mną. – Ja pamiętam, jak ty jeszcze kociaczkiem przed chwilą byłaś. A za niedługi stosunkowo czas razem będziemy już zwiadowcami. Hm… A… ty to, co trenowałaś już…? Mogę ci… podpowiedzieć różne rzeczy ciekawe. Do których doszedłem drogą bolesnych prób i jeszcze boleśniejszych błędów – poddałem się i położyłem się na boku obok mojego potencjalnego obiadu. – Uh… No bo… wiem, że na przykład do tego rozpoznawania tropów lisa, to… nie chodzi tylko o patrzenie na jeden konkretny ślad. Ułatwia bardzo sprawę jak się… no, patrzy na całość tropu. Typ chodu. Lisy chodzą tak, że... zostawiają niemal równy łańcuch pojedynczych odcisków. Tak można rozpoznać szybko… No.

<Wrono?>
[379 słów]

Od Borowika do Iskrzyka

To było wcześnie rano. Słońce jak zwykle prosto w oczy. Tym razem nie metaforycznie. Obudziłem się więc. Przeciągnąłem się na posłaniu.
Trach.
Ojjj, niedobrze. Coś mi w kręgosłupie strzeliło. Ojej. Uf…
Ale dobra.
Trening miałem zacząć dopiero przed obiadem, zostało mi więc dużo czasu. No to poszedłem sobie po śniadanko. Zszedłem ostrożnie z drzewa i wylądowałem na ziemi. Podszedłem do stosu ze zwierzyną. Usiadłem. Oceniałem.
– Ugh… – mruknąłem z dezaprobatą, skanując cały nasz zapas.
Nic tu nie ma. Zupełnie.
To znaczy… są ptaki. Wróble. Wrony. Myszy ze trzy. Królik nawet. Ale zupełnie tak, jakby nic nie było. Masakra. Na szczęście nie ma wiewiór. Nie cierpię wiewiór. Ich futerko włazi mi między zęby za każdym razem. Bez sensu, że i tak za każdym razem kończę, jedząc tylko je… Nie wiem, co zrobić w takiej sytuacji. Może po prostu spróbuję upolować wiewiórę jakąś podczas treningu. Ale to później, później…
Wtedy usłyszałem kroki. Postawiłem uszy na sztorc i odwróciłem się w prawo. Zobaczyłem tam Iskrzyka. Zwiadowca leżał sobie pod drzewem, tak jakby to było całkowicie normalne tak leżeć, a między jego łapami spoczywała… wiewióra.
O nie.
Nie cierpię wiewiór.
Ale wychodzi na to, że jestem skazany na cierpienie przez wieczność.
Przypadłem do ziemi i zacząłem czołgać się w stronę Iskrzyka, trzymając się granicy obozu. Byłem już blisko, zaszedłem go od lewego boku, jeśli dobrze pójdzie, to nie ma opcji, żeby się zorientował…
– Borowiku…? Mogę wiedzieć, dlaczego się do mnie skradasz…? – kremowy kocur patrzył na mnie z lekko uniesioną brwią.
Oklapły mi uszy. Nastroszyło mi się lekko futerko.
Jakim cudem on mnie zauważył? Moja technika czołgania się jest przecież bezbłędna, a mój siódmy lub ósmy zmysł momentalnie wykryłby czyjś wzrok na mnie…
– Uh. Ja…? No… no wiesz, tak tylko… um – rozejrzałem się na boki i podpełzłem jeszcze kawałek, świdrując wiewiórę wzrokiem. – Dobra. No więc… uh… przychodzę z interesem. A mianowicie… no, daj wiewiórę. Daj zjeść. Bo umrę.

<Iskrzyku?>
[312 słów]

Od Wrony CD. Borowika

Przeszłość

Wrona śledziła wzrokiem omszoną kuleczkę, która leciała poza obóz.
– Dobra, tego nie było. Yyy… czas na nową grę – rzekł Borowik, rozglądając się dookoła, szukając inspiracji do nowego zajęcia. Wrona, zamiast być smutna, zaczęła się śmiać. Przekręciła się na plecy i nie mogła przestać. Bury uczeń popatrzył się na nią, nie spodziewając się takiej reakcji ze strony kotki. Aby przełamać niezręczność, nagle się odezwał:
– Hej, co powiesz na zabawę w lisa?
– W lisa? Super! – kociak skoczył i wszedł w rolę. – O ty wredny, paskudny lisie! Za chwilę pożałujesz, że postawiłeś łapę na naszym terytorium!
– A może ty pożałujesz, że chcesz ze mną zadzierać! – miauknął Borowik grubym głosem.
– Zobaczymy! – odpowiedziała Wrona i skoczyła na ucznia.

***

Teraźniejszość

Dymna kotka przeciągnęła się w legowisku uczniów i szybciutko z niego wyszła, by wyjść na spotkanie z jej mentorem. Czereśnia dziś miał ją nauczyć tworzenia legowisk na gałęziach drzewa, a perspektywa takiej umiejętności sprawiała, że popędziła do wyjścia z obozu najszybciej, jak tylko to było możliwe. Czekoladowy jak zawsze czekał na nią, siedząc z łapami owiniętymi ogonem.
– Witaj, Czereśnio! Już jestem! – miauknęła kłapoucha uśmiechając się.
– Witaj, Wrono! Jak ci się spało?
– Bardzo dobrze, dziękuję. Mam nadzieję, że tobie również!
– Tak, też dziękuję. Jak zapewne pamiętasz, mieliśmy się uczyć robienia legowisk na drzewach, ale postanowiłem zmienić plany, gdyż pomiędzy rozlewiskiem a złomowiskiem został znaleziony świeży trop lisa, więc dziś nauczysz się jak rozpoznawać tropy i zapach lisa – powiedział kocur. To nie to samo, co robienie kociego gniazda na drzewie, ale i tak było to czymś fajnym. Wyszli żwawym krokiem z obozu, przez całą drogę Wrona myślała o niebieskich jabłkach, aż o mało nie weszła na Czereśnię, który nagle się zatrzymał przed konającym bukiem.
– Czereśnio, czy coś się stało? – spytała.
– Woda w rzece lekko opadła. Cóż się dziwić, jest strasznie gorąco, a od dawna nie padało. Jeśli tak dalej pójdzie, to poziom w niej będzie zbyt niski i może to skutkować problemami z nawodnieniem pobratymców. Ale nie czas się teraz nad tym użalać, ruszajmy dalej.
Nie minęło dużo czasu, gdy Wrona wyczuła jakiś smród.
– Na Wszechmatkę! Co tak pachnie?
– To właśnie zapach lisa. Niezbyt przyjemny, prawda? A tu masz jego ślad – mentor wskazał ogonem na odciśniętą łapę w rozmokniętej ziemi. Była ona podobna do odcisku kota, lecz był większy, szerszy i było wyraźnie widać pazury. Ponadto, gdy przybliżyła nos do niego, czuła silny smród zwierzęcia.
– Zapamiętaj jego szczegóły. Otóż czasami zapach może być czasami zwietrzały lub zmieszany z innym, a ślad niemal nienaruszony – miauknął czekoladowy.
Dymna popatrzyła na niego wyraźnie, nie wiedziała, co zamierzał zrobić Czereśnia, ale wolała się przygotować na test mentora. Gdy była gotowa, skinęła głową i lider poprowadził ją dalej, na małą polankę otoczoną drzewami. Kocur usiadł, pokazując łapą na dwa ślady w ziemi. Gdy Wrona przyszła się im bliżej przyjrzeć, Ziemia była wokół nich sucha, a z nich nie było czuć ani trochę zapachu lisa, czy innego zwierzęcia. Wtedy Czereśnia odparł:
– Jeden z nich to ślad lisa, a drugi nie. Twoim zadaniem jest odróżnić, który z nich jest lisa. Czas start.
Dymna lekko zestresowana popatrzyła na oba odciski. Wiatr i pył zatarł w większości ślady pazurów i poduszek, więc musiała patrzeć na ogólny kształt.
– Dziesięć, dziewięć… – zaczął odliczać Czereśnia. Kłapouchą złapał stres i zaczęła szybciej myśleć o tym, który należy do rudzielca.
– Pięć, cztery… – ciągnął dalej. Na słowo “dwa” w końcu rzekła:
– Ten po prawej!
Lider popatrzył się na nią.
– Przykro mi, to ślad kuny.
Uczennica stanęła jak wryta. Zawiodła go! Teraz pewnie myśli, że jest słaba! Kotka opuściła głowę i wymruczała:
– Przepraszam.
Czereśnia spojrzał na nią zaniepokojonym, pomarańczowym wzrokiem.
– Nie martw się, znalazłem jeszcze inne podobne ślady, ale musimy się przejść do śliwowego gaju.
Dymna kiwnęła głową i ruszyła za przywódcą. Myślała przez całą drogę (krótką drogę, ale jednak przez cały czas) o tym błędzie, małym, ale dla niej okropnym. Bardzo się bała, że straciła w jego oczach. Kiedy doszli, kotka się otrząsnęła i z determinacją w oczach podeszła do kolejnych śladów.
– Tu musisz zrobić to samo. Jeden z nich należy do lisa, a drugi do innego zwierzęcia.
W tych odciskach nie było już widać szczegółów takich jak pazury czy poduszeczki, ale same kształty łapy bardziej się różniły od poprzednich.
– Dziesięć, dziewięć…
Popatrzyła się na pierwszy, a potem na drugi. Ten był dłuższy od pierwszego, jego kształt był też podłużny, a drugi okrąglejszy.
– Sześć, pięć…
– Ten! – krzyknęła uczennica i wskazała na drugi ślad.
– Dobrze, Wrono. Pierwszy jest wilka, a drugi lisa.
Kotka się uśmiechnęła. Udało jej się! Jeżeli wcześniej straciła w jego oczach, to teraz na pewno to naprawiła, albo i nawet zyskała!
Słyszała też iskrę zadowolenia w jego głosie, więc to musiało być na plus!
– Jeśli chcesz, możemy jeszcze pójść do Owocowego Lasku powspinać się na drzewa – zaproponował czekoladowy.
– Oczywiście! – mruknęła dymna.
W trakcie kolejnej drogi Wrona zebrała się na odwagę, by powiedzieć do mentora.
– Czereśnio, przepraszam, że cię zawiodłam za pierwszym razem.
– Czemu mnie przepraszasz? – spytał się przywódca.
– Bo wybrałam złą odpowiedź! – oznajmiła.
– Wrono – zaczął. – Jesteś uczniem, bo się uczysz nowych rzeczy, a błędy są tego częścią. Obwinianie się za wszystko, co nie wyjdzie, nie jest dobre. Musisz być dla siebie bardziej wyrozumiała, a jak by ci po kolejnym razie nie wychodziło, to ja tu jestem, żeby ci pomóc.
Kłapoucha wtuliła się w futro na piersi mentora.
– Dziękuję, Czereśnio! Jesteś najlepszym mentorem!
– Nie ma za co, Wrono – odpowiedział, odwzajemniając jej gest muśnięciem ją w głowę jego dwukolorowym nosem. – No dobrze, chodźmy, bo nas zachód słońca zastanie! – powiedział, machając ogonem, dając jej znak, by poszła za nim.

***

Dzień chylił się ku końcowi. Kotka leżała, jedząc ryjówkę. Kątem oka zauważyła Borowika wchodzącego do obozu. Wzięła ostatni kęs gryzonia, oblizała się, wzięła nornicę dla kocurka i poszła do niego.
– Witaj, Borowiku! – miaukęła do niego.
– Witaj, Wrono, co u ciebie? Jak treningi?
– Dobrze, dziękuję. Dzisiaj Czereśnia uczył mnie odróżniania śladów lisa od innych odcisków! - mruknęła kłapoucha. – A co u ciebie? Kiedy zostaniesz zwiadowcą i jak tam treningi z Kurką? Podobają ci się?

<Borowiku?>
[976 słów]

Od Pierścienia CD. Mistral

Kociątko podniosło głowę i z pewną niepewnością zlustrowało wzrokiem stojącą przed nim kotkę. Jej długie, puszyste, białe futro różniło się od tych znanych Pierścieniowi ze żłobka. Pachniała... dziwnie. Zapach przypominał liście przynoszone jego mamie i Purchawce przez obce koty, których pysków młody umysł Pierścienia nie zdołał zapamiętać. Domyślał się, że to nie było jego pierwsze spotkanie z gościnią żłobka; w końcu znała jego imię. On jednak nie zwracał szczególnej uwagi na przedstawiane mu koty. W kontaktach z nieznajomymi zazwyczaj chował się za łapą swojej mamy i zajmował się łapaniem własnego ogona. Było to dużo przyjemniejsze niż szum nowych informacji zalewających go przy każdej niezrozumiałej dla niego interakcji z dorosłymi.

— Co tam obserwujesz? — zapytała kotka. Pierścień łapką przyciągnął do siebie swoje znalezisko, z naburmuszeniem wpatrując się w nieznajomą. Żuczek przeturlał się po ziemi, bezsilnie machając odnóżami w powietrzu.

— Nic — wymamrotał kocurek. To był jego owad i nie chciał dzielić się z nieznaną osobą! Jeszcze pomyślałaby sobie, że może go zabrać i wyrzucić, a tego Pierścień nie chciał. Siedząca nieopodal Rohan podniosła głowę.

—  Pierścieniu, nie wstydź się! Pokaż Mistral, czym się bawisz! — zawołała zachęcająco. Jej przyjazny ton głosu w uszach kociaka zabrzmiał jak twardy, pełen nieczułości rozkaz. Z niechęcią odsunął podwinięte jak najbliżej siebie łapki, pokazując obcej swoje znalezisko.

— To żuczek — oznajmił pewnie. Dopiero kilka dni temu poznał nazwę dziwnego stworzonka, które czasami zakradało się do żłobka. Rohan była niezwykle dumna, gdy zapamiętywał nowe informacje, więc przykładał do tego dużą uwagę. Teraz znał już nazwy tak wielu owadów! — Zbieram żuczki.

— I co z nimi robisz?

—  Kopię dla nich dziury — stwierdził zgodnie z prawdą. Uwielbiał wrzucać małe owady do wykopanych dołów, a następnie patrzeć, jak znikają pod ziemią. Oglądanie nagłego niebytu żyjątek było niezwykle fascynujące. Po udanej zabawie mógł je odkopać i ponownie schować!

— Kopiesz dla nich... dziury? — dopytała Mistral, przesuwając wzrok z owada na kociaka. — Ciekawe — mruknęła. Pierścień ochoczo kiwnął główką. Obca kotka doceniała jego zabawę!

— Mama mówi, że w obozie jest dużo żuczków! — oznajmił, przesuwając rozmarzone spojrzenie na wyjście ze żłobka. Nagle gwałtownie odwrócił głowę w kierunku Mistral. Przez chwilę przypatrywał się jej z niepewnością, oceniając możliwość sukcesu swojego planu. — Zabierz mnie do obozu — zażądał. — Chcę poszukać żuczków!

< Mistral? >

Od Mordoru do Koniczyny

Mordor, gdy tylko pierwszy raz wyszła ze żłobka, zaczęła zwiedzać każdy możliwy zakątek obozu. Czasem również zakątki poza obozem, jednak na tyle blisko, aby w razie potrzeby szybko zwiąć i oczywiście w celach edukacyjnych, żeby znaleźć materiały do swoich figurek. Pewnego dnia słysząc od mamy o jakiś więźniach, musiała koniecznie dowiedzieć się, o kogo chodzi. Rozpoznając jednego z nich z opisu Rohan bez zastanowienia podeszła i wskazała łapą na kocura.
— Ty! Jesteś jednym z więźniów. Jak cię zwą? — zapytała, mrużąc żółte oczka.
— Ja? — wymamrotał chudzielec w kącie. — Jestem Zapo...Koniczyn. Mów na mnie Koniczyn — odpowiedział oriental.
Podejrzliwie badał kociaka wzrokiem, jakby miał nadzieję, że ów maluch nie będzie go gnębił.
— Zapokoniczyn... Koniczyn. Dziwnie imię — mruknęła, szukając czegoś nieopodal.
W końcu wyciągnęła zza jednego z legowisk figurkę z mchu i błota.
— Fajne? Tylko muszę podlewać, bo błoto schnie — miauknęła, przedstawiając swoje arcydzieło, czyli właściwie kulkę czegoś, próbującą być faktycznym czymś.
— Jestem Moldol. Mmmooolrrrdollllr. Nie umiem mówić dobrze l — miauknęła, przewracając oczami.
Koniczyna skrzywił się na "figurkę" z mchu i błota. Zamrugał i skinął głową, wymuszając uśmiech.
— Tak, tak, Mol... Mordor... - wymamrotał po dłuższej chwili. — Fajna... figurka. Co ona przedstawia? — zapytał.
— Ymmm... Właściwie jeszcze nie do końca wiem. Takie coś z takiego czegoś z pierwszego legowiska moich rodziców. Takie dziwne zwierzątko. Po nim podobno mam swoje imię! — miauknęła. — Brzmisz dziwnie. Jesteś...dziwny. Zapo...koniczynie — miauknęła, ale zaraz pokręciła główką na boki. — Koniczynie dlaczego tutaj jesteś? — zapytała, siadając w końcu na ziemi, lecz przedtem odłożyła figureczkę na swoje miejsce.

<Dziwny więźniu?>

Od Mordoru do Borowika

Jakiś czas temu

Mordor jak co dzień leżała w żłobku, na własnym mini legowisku z “kradzionego” mchu obok swojej mamy. Było dosyć ciepło, zbliżała się w końcu nieubłaganie Pora Zielonych Liści. Szylkretka coraz bardziej oddalała się od innych legowisk, żeby nie musieć znosić ich gorąca. Nadstawiła lekko uszu, słysząc szelest liści. Ktoś właśnie wszedł do złobka. Przytuptała swoje legowisko, nie chcąc, aby ktoś je jej odebrał. Ostatnim razem udało się jej tego uniknąć, gdy to wdała się w sprzeczkę z jednym uczniem. W końcu sama je zbudowała! Co prawda z kradzionego mchu, jednak było jej własne. Widząc burego kocurka zjeżyła futerko.
“Nie tym razem!” pomyślała, chcąc bronić swojego mchu za wszelką cenę. Gdy, jak się okazało, uczeń podszedł do kotki, leżącej na swoim posłaniu, ta posłała mu niezadowolone spojrzenie.
— Nu! Moje!! — miauknęła, pacając łapka w ziemię przed kocurem. — Nie oddam! — zmrużyła oczka, a uczeń spojrzał na nią pytająco.
— Ale… — zawiesił się na moment. — Muszę je wziąć. Wymienić na czyste — stwierdził, zapewne nie wiedząc o co może chodzić małej kotce.
— Siama to zlobię! Siama!! — pisnęła niezadowolona, wyrywając fragment świeżrgo mchu, który akurat przyniósł kocur.
Nie spodziewała się jednak, że to sprawi, że mech będzie rozniesiony…po całym żłobku. Położyła uszy po sobie, patrząc na ucznia, tak jakby zastanawiała się czy jest zły. Nie wyglądał jednak na takiego. Zaczął spokojnie zbierać świeży mech. Mordor westchnęła, ale ostatecznie pomogła kocurowi.
— Moldol! Jeśtem Moldol! — miauknęła za chwilę w stronę ucznia.
— Moldol? Dziwne imię. Jestem Borowik — mruknął cicho.
— Nie! Mmmmoldol! — zawyła zdenerwowana i podrapała podłoże drobnymi pazurkami. — Llllllrlllr!!! — miauknęła niezadowolona.
— Mordo? — zapytał, a szylkretka wyglądała jakby próbowała sobie przypomnieć jak brzmi jej imię.
Pokręciła zaraz głową na nie. Zaczęła szukać czegoś po żłobku, aż w końcu przywlokła ze sobą dwa patyczki.
— Dwa! — miauknęła, dumna z siebie.
Naprawdę wierzyła, że w ten sposób zdoła się porządnie przedstawić uczniowi.
— Co dwa? — zapytał kocur, ale po chwili go oświeciło. — Aach! Mordor, tak? — uśmiechnął się lekko, jednak trochę nieśmiało.
Kotka kiwnęła ochoczo głową, zbierając ostatecznie kawałki mchu.
— Nauc! Legowiska! Jak! — miauknęła, machając ogonkiem na boki podekscytowana.

<Bolowiku?>

Od Mordoru CD. Mistral

Dawniej

Niebieska kotka wypełzła ze żłobka zaraz za matką. Nie było nawet opcji, aby ominęła jakieś zbiorowisko kotów. W końcu uwagę niejednego przyciągnęłaby taka ich ilość. Mimo że kocięta nie musiały pojawiać się na przemówieniach, Mordor bardzo chciała uczestniczyć w jednym z nich. W końcu kiedyś to ona kiedyś będzie tam — oczywiście nie ma miejscu ucznia, lecz na Miejscu Przemówień, skąd przemawiał Czereśnia. Uśmiechnęła się pusto i machnęła puszystym ogonkiem. Słysząc słowo “zielarz” wydobywające się z ust czekoladowego przywódcy, zmrużyła lekko oczka zainteresowana. Szybko uznała, że będzie chciała porozmawiać z kotką o śmiesznym imieniu, odrobinę podobnym do tego jej.

***

Siedziała koło żłobka, pilnie wypatrując kogoś do zaczepienia. Widząc dwa futra wchodzące do obozu, uznała, że to idealna okazja, aby porozmawiać z tą, którą Czereśnia nazwał Zielarzem. Nie musiała jednak podchodzić, gdyż obie kotki podeszły do niej. Z tym że Purchawka wróciła na swoje miejsce, do żłobka, aby opiekować się swoimi kociętami, a druga najwyraźniej kogoś szukała. Mordor nie do końca rozumiała obecność innych istot w żłobku. Było ich tak już za dużo, gdy znajdowała się w nim tylko jej rodzinka, a teraz gdy dorzucili kolejne kocięta, nagle stało się zbyt tłoczno. Już nawet nie była w stanie robić sobie oddzielnego legowiska i musiała znosić ciepło swojej siostry, brata i mamy. Do tego ten hałas… Szylkretka co chwila miała ochotę komuś przyłożyć łapą. Miała tylko nadzieję, że nie będzie musiała użyć łapoczynów na kotce przed nią, która wydawała się raczej przyjazna. Spojrzała się na nią niezadowolonym spojrzeniem, a słysząc głos białej, mruknęła coś pod białym noskiem.
— Cześć? — miauknęła, nieco pytająco, posyłając kotce niezbyt radosny uśmiech.
W końcu nie potrafiła nic poza wyszczerzeniem kłów lub zmęczonym uśmieszkiem. Uniosła lekko ogon i podeszła do kotki.
— Moldol jestem — rzuciła niebieska, obwąchując zielarkę. — Śmiesznie pachniesz. Boli mnie łapa — burknęła, siadając na ziemi przed kotką. — Co to zielarz? — zapytała w końcu.

<Chyba Mistral?>

Od Mordoru do Gołąbka

Jak można było się spodziewać mała Mordor wkrótce po tym, jak bawiła się z bratem Pierścieniem, doznała uszczerbku na zdrowiu. Oprócz pokaleczonego skorupką ślimaka opuszka ucierpiał także fragment jej łapki. Wolała nie opowiadać o głupiej sytuacji, gdy to zgniotła obślizgłe stworzenie, kalecząc przy tym samą siebie. Była jednak pewna, że brat będzie przypominał jej o tym wydarzeniu za nią. Nie mniej nie zmieniało to faktu, że mama Rohan musiała zabrać swoją córkę do lecznicy, aby ktoś z tamtejszych kotów mógł ją wyleczyć. Na początku kotka chciała nieść swoją córkę, jednak szylkretka nie pozwoliła na to, ostatecznie idąc obok matki “dumnym” krokiem, który w rzeczywistości przypominał raczej chód kota bez łapy. Nie martwiło to jednak małej kotki, szła w podniesionym pyszczkiem. Gdy wylądowała w legowisku medyka, miauknęła sama, wołając kogoś, kto byłby w stanie pomóc.
— Halo? Boli! — mruknęła niezadowolona.
Wkrótce przyszedł do nich buty kocur, w dosyć młodym wieku.
Wyglądał raczej na ucznia niż na samego uzdrowiciela. Mordor nie była pewna czy chce, aby to on leczył jej łapkę. Było w nim jednak coś, co ją zaciekawiło. Pasja. Najwyraźniej większość medyków uwielbiała swoje zajęcia. Wyglądał jednak też na niezbyt rozmownego, był raczej nieśmiały. Tak czy owak, mała szylkretka podziwiała tych, którzy mieli wiedzę i szybko zapragnęła porozmawiać z dziwnym osobnikiem. Chociaż sądząc po jego posturze, nie była pewna czy powinna.
— Jestem Moldol. Mmmmooolllrdolllr! — miauknęła, jak zwykle usiłując wymówić swoje jakże skomplikowane imię poprawnie. — A ty? — zapytała, gdy uczeń uzdrowiciela zajmował się jej łapą.

<Uczniu?>

Wyleczeni: Mordor