BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

19 lipca 2026

Nowi członkowie Klanu Nocy!

Do Klanu Nocy dołączyły zdrowe, acz... niespodziewane znajdki!



Od Narwanej Łapy

Szare niebo rozciągało się nad terenami Klanu Nocy; pojedyncze śnieżynki opadały na jej grzbiet, a wiatr ciągnął za kosmyki jej futra. Zastrzygła uszyma i w miarę entuzjastycznym krokiem podążała za Kijankowymi Moczarami.
Sama nie była pewna, co myślała o treningach podczas pory Nagich Drzew. Pomimo ciągłego narzekania, bo nie umiała przestać mielić jęzorem przy uchu mentora, niskie temperatury malowały idealne okoliczności do wymagających i męczących lekcji. Przy których porą Zielonych Liści leżałaby na ziemi i zdychała, stapiając się w jedność z parującą ziemią. Kijanka zabierał ją więc na treningi wytrzymałościowe, biegi – w których szło jej całkiem dobrze – czy długie polowania na konkretne rodzaje zwierzyny. Gdy proponował jej walkę, za każdym razem odmawiała.

Spojrzała z ukosa na wojownika.
— No chyba cię pogięło — prychnęła. — Nie widzi mi się kończyć z pyskiem pełnym śniegu.
Kijanka strzepnął jednym z tych jego wielkich uszu, zmierzył ją wszechwiedzącym spojrzeniem, po czym machnął ogonem w stronę Kolorowej Łąki.
— To zapraszam na polowanie.

Oboje wiedzieli, że puch w pysku wcale by jej nie przeszkadzał. Chociaż, to też byłoby nieprzyjemne! Oszczany śnieg mogą jeść takie przegrywy jak Kasztanek czy bura wywłoka z Klanu Wilka, a nie ona…
— Możemy zapolować, zanim wrócimy do obozu.
Zerknęła na Kijankę.
— Spooooko — zaświergotała, unosząc łeb i węsząc. — Jakieś konkretne zachcianki?
Czarnofutry machnął ogonem. Czyli nie. Oddaliła się więc o parę kroków, strzygąc uszyma, i przeniosła wzrok na linię drzew. Może wśród łysych pniaków nawinie się jej pod łapy jakiś ptak? Ruszyła truchtem w tamtym kierunku. Przyniesie do obozowiska jakąś sikorkę, czy dużego drozda… Wszyscy będą zadowoleni…
Odwróciła się dopiero wtedy, gdy przystanęła parę susów przed lasem. Sylwetka Kijanki stała się nieco rozmazanym kształtem niedaleko brzegu; ruszyłaby dalej, gdyby nie nerwowe ruchy jego ogona i napięte łapy. Pysk wojownika zwrócony był w stronę obozu, a futro na jego grzbiecie stało dęba. Zmrużyła ślipia. Co on tam widział? Czy te jego gigantyczne uszy naprawdę słyszały więcej?
Przestąpiła z łapy na łapę, wyciągając łeb do przodu- halo, halo!
— Narwana Łapo! Wracamy do obozu!
Kijankowe Moczary, nie czekając na nią, rzucił się do przodu.
Naprężyła grzbiet, z rozdziawionym pyskiem spoglądając za czarnofutrym wojownikiem
— Ej- halo! — zawołała, otrząsnąwszy się z zaskoczenia. Dała susa z powrotem w kierunku rzeki, przedzierając się przez warstwy śniegu. — Ale poczekaj na mnie! Ja nie mam gałęzi za łapy, zapadam się tu!
Jej krzyki nie zaskutkowały niczym. Kijanka zniknął za linią brzegu zanim ona zdążyła porządnie oddalić się od drzew. Świetnie. Zatrzymała się, wbijając pazury w zmarzłą ziemię. Mhm. No, to została sama.

↬◦⌑⛯⌑◦↫
TW: krew, śmierć, opisy porodu

Ciekawe, czy Kijankowym Moczarom również się oberwie, gdy wszyscy skapną się, że do obozu wrócił bez niej.
Końcowo, zamiast wlec się do domu przez śnieg, postanowiła skorzystać z okazji i zapuściła się głębiej w las. Skoro już ją tak zostawił, to po co ma się fatygować na wyspę… Niech chłop czuje wyrzuty sumienia. Nie zostawia się niższych od siebie w śniegu po pachy!
Wędrowała po terenach, które kiedyś podobno należały do włóczęgów, lawirując pomiędzy łysymi drzewami i wymijając zaspy. Powoli zniżające się do horyzontu słońce przebijało się przez korony, malując złote plamy i linie na białym podłożu. Jej wzrok skakał z prawej na lewą stronę, z ptaków na zacienione zagłębienia w ziemi…
Zatrzymała się przy jednym z takich. Śnieg przed dziurą był częściowo stopiony, wydeptany, a z wewnątrz dochodziły do niej… Głosy?
Teraz… Teraz mogłaby być mądra. Rozsądna. Nie wiedziała przecież, do kogo one należały. Jednak, ciekawość wzięła górę; przysunęła się bliżej urwanego brzegu wgłębienia, pochylając się nad nim, wytężając słuch i mrużąc ślipia. Na dół prowadziła ścieżka wyższych i niższych kamieni i półek skalnych. Zmrużyła oczy. Widziała parę kręcących się w mroku sylwetek. Hm… Zaraz, zaraz-
— Narcyz?
Rzuciła się do przodu. W paru susach pokonała skalne stopnie, o mało nie lądując na pysku, gdy na śliskiej skale podwinęła się jej łapa.
— Narcyz!
— Narwana Łapo!
Przystanęła obok grupy kotów; Narcyza, Ulewnego Szkwału, Morszczynowego Wąsa, Pierzastej Kołysanki i Mandarynkowej Gwiazdy.
— A wy co tu za scenę odstawiacie? — zapytała. — Czemu siedzimy w dziurze?
Szkwał fuknął poirytowany w ich stronę. Uniosła brew na widok liderki, przyciskając się do boku brata, który uśmiechał się do niej głupkowato.
— Jak dobrze, że jesteś!
Ignorując wszystkich, Werwa przechyliła łeb w stronę brata.
— Wiem — wyszczerzyła się — ja zawsze ratuję sytuację.
Zignorowała syki Mandarynkowej Gwiazdy, której najwyraźniej hałas zaczął przeszkadzać, idąc dalej.
— Tylko- No, w sumie, to jaką sytuację ratuję?
— Ulewny Szkwał się panoszy.
Zerknęła na wojownika przez ramię brata.
— A tak z mniej istotnych rzeczy, to szukamy miejsca, w którym zaatakowano Świteziankę — kontynuował Narcyz, unosząc podbródek. — I chyba idziemy w złym kierunku.
Uniosła brwi.
— Aha.
Po chwili zerknęła kątem oka na liderkę i jej córkę.
— Czyli tradycyjnie, nikt nic nie wie, ale i tak pchają się do przodu, bo są lepsi.
Łaciaty przytaknął jej, poruszając się dalej z grupą w głąb jaskini. Po dłuższej chwili ciszy, przerywanej tylko ich krokami i westchnieniami, Ulewny Szkwał uchylił pysk.
— Trzeba zawrócić, tutaj nic nie ma.
Zatrzymali się. Mandarynkowa Gwiazda obrzuciła ich wszystkich wzrokiem i machnęła ogonem.
— Dobrze, zawracamy.
— Mówiłam! — zamiauczała Pierzasta Kołysanka. — Jedyne co tu znaleźliśmy, to nietoperze i ich bobki.
Na słowa ogrodniczki uniosła spojrzenie na sklepienie jaskini. Rzeczywiście, w mroku błyszczały się niezliczone ilości drobnych ślepi, a co jakiś czas słyszała bicie błoniastych skrzydeł. Strzepnęła ogonem i odwróciła się w stronę brata.
— A co się w ogóle stało z tą Świtezianką? Bo chyba mnie coś ominęło.
Narcyz zastrzygł uszyma.
— Borsuk przyniósł ciało Świtezianki do obozu, a potem zaczął… GADAĆ z Żabią Łapą — wyjaśnił, po czym wzruszył ramionami. — Ulewny Szkwał mówi, że to sobie wyobraziłem, a Mandarynkowa Gwiazda mi nie wierzy, ale jeszcze się przekonają... W każdym razie, Świtezianka żyje, tylko nie wiemy, kto ją zaata-
Mandarynkowa Gwiazda przerwała wywody łaciatego.
— Ja pójdę w stronę wodospadu — oznajmiła. — Pójdą ze mną Narcyzowa Łapa i Narwana Łapa… Oraz Morszczynowy Wąs.
Oderwała wzrok od Narcyza, wywróciła oczyma w stronę liderki, po czym niezbyt chętnie za nią podążyła. Mandarynowa Prukwa…
— Gadać? — ponownie zwróciła się do brata. — A od kiedy ona rozumie bo- borsukowy? Borsuczy?
— Nie wiem. Pewnie ma kontakty z Mroczną Puszczą, tak, jak Świtezianka. Mówię ci, nie można im ufać!
Przywódczyni zgromiła ich wzrokiem.
— Nikt nie ma żadnych kontaktów z Mroczną Puszczą. Żabią Łapę po powrocie też przeprosisz. — miauknęła. — A ty, Narwana Łapo, skoro nie potrafisz okazać szacunku mentorowi i uciekasz z treningów, przynajmniej zachowuj się przyzwoicie wobec przywódczyni.
Spojrzała na kocicę z nutą oburzenia. A tak się cieszyła, że Mandaryna nie zwracała na nią uwagi…
— Nie uciekam z treningów! To on mnie zgubił po drodze! Nawet z tymi swoimi wielkimi uszyma nie słyszał, jak się za nim darłam, by poczekał, bo nie posiadam tyczek zamiast łap tak jak on i zakopuję się w śniegu.
Ostatnie słowa wyburczała pod nosem. No, może tylko trochę naciągnęła prawdę...
Narcyz przytaknął jej, po czym zwrócił się do przywódczyni.
— Żabia Łapa też nie żyje.
— Wiem, ja też — prychnęła ta w odpowiedzi, wywracając oczyma.
Werwa uśmiechnęła się pod nosem.
— No to musisz uważać, bo jak nie żyjesz, to ja i Narcyz przejmujemy prowadzenie i wtedy nigdy nie znajdziemy tego, czego szukamy.
Zamilkła na moment.
— Bo czego my tu szukamy? Skoro Świtezianka jest już w obozie? Pozostałości mrocznych mocy, dzięki którym przeżyła?
Łaciaty trącił ją łapą w bark, po czym nerwowo odsunął się o wąs, jakby spodziewał się, że mu odda. Za dobrze ją zna!
— Mówiłem ci już, że musimy znaleźć miejsce, w którym zaatakowano Świteziankę — mruknął. — Może znajdziemy coś potrzebnego.
Oburzone spojrzenie skierowała z brata na liderkę. No, tyle to wiedziała! Uchyliła pysk, jednak przerwała jej Mandarynkowa Gwiazda. Kocica zatrzymała się i machnęła ogonem; uczennica podniosła wzrok, wbijając go w wodospad, przed którym się znaleźli.
— Morszczynowy Wąsie, znajdzcie jakąś kryjówkę.
Zamknęła buzię i zacisnęła zęby. Phi.
Do jej nosa dobiegł zapach… Krwi. Wojownik zawlókł ich za jeden z kamieni, gdzie Narcyz przycisnął się do jej boku; z ukrycia mogli obserwować Mandarynę, która wspięła się na jedno z drzew, wtapiając się pręgami w jego brzozową korę, i wpatrywała się w coś w oddali. Widziała, jak po jej pysku przeszedł cień paniki, po czym liderka odwróciła się i zaczęła wymachiwać łapami. Patrząc właśnie na nią.
Uchyliła pysk i rozejrzała się dookoła. Huh? Nie no, to chyba do niej... Spojrzała na kierunek, w którym latała łapa kocicy. No, stamtąd przyszli. Miała uciekać? Coś tam było? A może jakimś cudem zezłościła Mandarynę ze swojego miejsca u jej łapek i tamta odsyłała ją do obozu?
Wytężyła wzrok i skupiła się na ruchu warg przywódczyni. Wspa.... Bieg. Szy...bko. Co?
Spojrzała na spanikowane oczy liderki. Aha. AHA! Miała biec po pomoc!
Okej. Oczywiście. Nic trudnego.
Dlaczego potrzebowali pomocy? Po jej karku przeszedł dreszcz; chyba wolała… Nie wiedzieć… Wyminęła przyklejonego do niej Narcyza, posyłając mu lekko zdenerwowane spojrzenie.
Ostrożnym ruchem wysunęła się zza skały, za którą wcześniej wepchnął ich Morszczyn. Zastrzygła uszyma. Rzeczywiście, ktoś... Inny przebywał tu poza nimi. Kot? Drapieżnik?
Będąc bardzo, BARDZO, cicho, zaczęła wycofywać się w kierunku, z którego przyszli. Na początku nie do końca przekonana, powoli... Ale gdy kątem oka zobaczyła poruszającą się w oddali kocią sylwetkę, jakakolwiek chęć sprzeciwiania się rozkazowi Mandaryny wyparowała. Przełknęła ślinę, odwróciła się na pięcie, i skradając się zaczęła oddalać się w kierunku dziury, w której zostawili Szkwała i Piórko.
Nie zaszła jednak za daleko, nim nad jej głową, wysoko na niebie, jakieś stworzenie wydało z siebie przeraźliwy skrzek-
Wrzasnęła. Lepiej tego dźwięku nie dało się określić. W przeciągu paru uderzeń serca ostre pazury wbiły się w jej grzbiet, a łapy na moment oderwały się od podłoża. Żołądek podszedł jej do gardła; czuła szpony rwące jej skórę, słyszała zawodzenie ptaka. Warknęła. Ból był okropny. Wszechogarniający, jak nic, czego wcześniej nie-
Coś innego trzasnęło w jej napastnika. Zawyła jeszcze raz, gdy pazury gwałtownie wyrwały się spod jej skóry.
To koniec. To na pewno był jej koniec. Koniec jej marnego, powtórzonego żywota, przypieczętowany przedwcześnie przez ciotkę wyciągającą do niej łapy z Mrocznej Puszczy.
Skrzeki i wściekłe bicie skrzydeł wybrzmiewały tuż nad jej głową, jednak ona mogła skupić się jedynie na pulsującym bólu wzdłuż jej kręgosłupa. Miała wrażenie, że przebiega od jej barków, ciągnąc się w nierównej, pulsującej i krwistej linii, aż do ogona. Każdy oddech równał się kolejnej fali palących iskier; jej żebra łapały za płuca, nie pozwalając jej nabrać wystarczająco powietrza, a po pręgowanych bokach rozchodziły się spazmy napiętych mięśni. Jej gardło zalewał okropny, kwaśny, gorzki smak; porażki, wymiocin, wszystko jedno. Ruchy przed jej oczami zamieniały się w barwne smugi.
Zamiast zebrać pod sobą łapy i dać nogi gdzieś, gdzie ptaszysko już by jej nie dosięgło, zdołała przewrócić się połowicznie na grzbiet i spojrzeć na walczące stworzenia. Duży, szary ptak o wyłysiałym łbie; ścierwnik, oraz mniejszy, skrzeczący na jej napastnika.
Jej łapy drżały, drętwiały, jakby nie były w stanie utrzymać ciężaru jej ciała; czuła, jak jej krew skapuje na śnieg. Trudno było się skupić na czymkolwiek innym. Na parę uderzeń serca oderwała wzrok od ptaków, posyłając spanikowane i wściekłe spojrzenie siedzącej na drzewie Mandarynie, po czym szarpnęła się do tyłu i zaczęła wycofywać, ledwo odzyskując koorydynację w kończynach. Powolnymi ruchami odsuwała się od wrzeszczących na siebie ptaków, pozostawiając na śniegu ślad czerwieni. Pióra leciały na prawo i na lewo; szarpnęła się w bok, gdy jedno ze skrzydeł większego ptaszyska przeleciało nad jej głową.
Z tyłu dobiegało do niej wołanie i krzyki. W kąciku jej oka błysnęła bura smuga, uciekająca od krwawej afery.
Potrząsnęła głową i zamrugała, odganiając łzy. W pewnym momencie musiały zacząć spływać jej po pysku. Sierść na grzbiecie sklejała jej się mieszanką roztopionego śniegu i szkarłatu. Brudząc nieskazitelne futro, nieskazitelną biel dookoła, znacząc jej plecy okropnymi szramami. Jedyne, co słyszała, to szum własnej krwi w uszach i krzyczący na nią głos w głowie; uciekaj. Uchyliła pysk, dysząc. Uciekaj. Słyszysz? Uciekaj, uciekaj zanim cię złapią, ZŁAPIĄ CIĘ tymi brudnymi szponami, ROZSZARPIĄ-
Nieskoordynowanymi ruchami cofnęła się o parę kroków, oddychając ciężko, i cały czas utrzymując ptaki w polu widzenia, zaczęła nieświadomie cofać się. W przeciągu paru uderzeń serca łapy musnęły jej boki. Podskoczyła, szarpiąc się w drugą stronę. Kolejny drapieżnik, kolejne niebezpieczeństwo, kolejne- Chcą rozerwać Twoją skórę, chcą Twojej krwi- Ciepły bok przywarł do jej własnego. Chcą wyrwać Twoje-
Stanęła pysk w pysk z Narcyzową Łapą.
Kocur chwycił ją za nie zranioną część barków, nakierowując w stronę ich ówczesnej kryjówki. Dała się zaprowadzić za skałę, tępo wpatrując się to w jego pysk, to w zaśnieżone podłoże. Z jej brody skapnęło więcej łez.
— Werwa…
Zerknęła bratu w oczy.
— Werwa, nie wygłupiaj się — wyszeptał, utrzymując ją w pionie. Jego głos się załamał. — To tylko zadrapanie…
Ucisk w klatce piersiowej nie pozwalał wziąć jej głębokiego oddechu. Uniosła wysoko głowę, niemal zachłysnąwszy się drżącym haustem powietrza. Tylko zadrapanie… Poruszyła zdrętwiałymi łapami, wysuwając i chowając pazury, które ostro zaryły o skałę.
— Mhm — wydusiła z siebie odgłos, ni to pomruk, ni to jęk. — Tylko...
Zacisnęła ślipia, a jej zęby zazgrzytały. Tylko zadrapanie. Tylko zadrapanie, które niechciane zdobić teraz będzie jej skórę brudną, brzydką szramą, znaczyć jej nieskazitelne do tego czasu, symboliczne ciało, niszczyć wizerunek ciotki, który matka wepchnęła jej między łapy… Co powie Niedźwiedziówkowy Pył? 
Futro na jej karku stanęło dęba. Co powie? Jej pierś drgnęła w kolejnym nierównym oddechu. Będzie zawiedziona? Będzie wściekła? Na pewno będzie. Historie, które matka opowiadała o swojej i siostrzanej przeszłości mówiły same za siebie. Postanowi poprawić nieskończoną robotę? Nie wątpiła w siłę i brutalność, na którą matka zdołałaby się zdobyć. Postanowi zatopić swoje pazury głębiej, aby poczuła ból, który chciała zadać jej sama Ballada, z odmętów mrocznych lasów, za naruszenie jej drugiego, nieskazitelnego, młodego ciała? Za naruszenie jej kolejnej szansy na zbyt szybko zakończone życie-
Obok wodospadu nadal miejsce miała krwawa rzeź. Bura sylwetka Morszczynowego Wąsa zataczała się na polance, jego wzrok zaślepiony ściekającą z czoła posoką, a Ulewny Szkwał, który przybiegł wraz z Pierzastą Kołysanką, warczał na ścierwnika, aby po chwili zostać odciągniętym za ucho przez drugiego ptaka. Syki i skrzeki dudniły jej w uszach. Obserwowała pół-obecnym wzrokiem, jak padlinożerca odpuszcza sobie dalszy atak, i wzbija się wyżej w niebo.
Z gałęzi brzozy rozległ się głos Mandarynkowej Gwiazdy.
— Zdolni do walki niech na razie się schowają, i przygotują na możliwą bitwę. Pierzasta Kołysanka i Narwana Łapa niech wracają do obozu po wsparcie i medyków.
Werwa potrząsnęła gwałtownie głową i ponownie wysunęła pazury.
— Nigdzie- nie idę! — zawyła, tłumiąc głos we własnym futrze.
Uchyliła powieki i zamrugała. Narcyz wpatrywał się w nią z paniką; przycisnęła swój bark mocniej do jego boku i odwróciła wzrok.
Zanim przywódczyni zdołała odpowiedzieć na jej protesty, po okolicy rozległ się głos Szkwału.
— Złaź z tego drzewa! Będę Cię osłaniał!
Kto? Kogo osłaniać? Wraz z Narcyzem odruchowo wychyliła głowy zza skały, aby ujrzeć wojownika stojącego pod jednym z pni, wokół którego krążył jeden z ptaków. Szkwał zwrócił uwagę na zwierzę.
— Kekekeke! Chodź tu, dam Ci takie kekeke, że skrzydła se połamiesz-
— Durne ptaszysko!
Wszyscy zamarli na nowy, kobiecy głos, dobiegający właśnie z tamtego drzewa.
— Przeklęta Ibis, brudne ścierwo, nie umie nawet głupiego ptaka wyszkolić! Na chu-
Głos urwał się. Przez chwilę wszyscy wstrzymywali oddech, łącznie z Werwą. Po paru uderzeniach serca rozległ się szum, trzask liści, i ciemna sylwetka kocicy rzuciła się na inne drzewo, przelatując z gałęzi na gałąź. Praktycznie od razu Szkwał ruszył za nią w pogoń, wraz z jeszcze jednym kotem.
Wszystko to widziała i słyszała, jak gdyby jej głowa zanurzona była pod wodą; soczewki oczu niesprawne, nie będące w stanie skupić się na jednym punkcie, a uszy zapchane wodorostami. Każdy ruch wydawał się sztuczny i opóźniony. Przez szum krwi w uszach usłyszała... Coś innego. Przekręciła pysk w bok i rozbieganym wzrokiem przeskanowała otoczenie. Narcyz zesztywniał u jej boku.
— Co…
Dobiegł do nich tupot łap i zmęczone, zdyszane oddechy. Łyse gałęzie, jak i te pokryte zimozieloną roślinnością, zaszeleściły, a spomiędzy nich wychylił się pysk Rysiego Boru.
— Mam was!
Wszyscy wbili wzrok w wojownika.
— Przechodziłem niedaleko z Korz- Mysiomózgą Łapą, gdy usłyszałem hałasy. Kazałem jej się schować na drzewie, musimy zaraz po nią wrócić, ale teraz...
— A od kiedy to Mysiomózga Łapa chodzi na wycieczki?
Kocur podskoczył na głos przywódczyni.
— Mandarynkowa Gwiazdo... To nadal moja wnuczka... Chciałem wziąć ją, by pomogła mi nosić zwierzynę.
Werwa z rozdziawionym pyskiem wpatrywała się przez parę uderzeń serca w rozgrywającą się przed nią scenę.
— A czy można się zająć- no! — zawoła po chwili drżącym głosem, marszcząc brwi, uparcie wskazując łapą w kierunku wodospadu. — Tym teatrzykiem!
Mandarynkowa Gwiazda zmrużyła ślipia, po czym zaczęła zsuwać się z drzewa.
— Bądźcie przygotowani na walkę i patrzcie na niebo. Ptaki też są zagrożeniem.
Ze swojego ukrycia nie widziała, gdzie odbiegła kocica. Jej łapy zadrżały i przycisnęła do nich ogon. Pięknie, pięknie… Do ich kryjówki wparował kolejny kot.
— Ej, Narwańcu! Idziemy do obozu, ktoś musi cię opatrzyć…
Czyiś ogon przylgnął do jej grzbietu. Odskoczyła w bok, podczas gdy Narcyz nastroszył sierść. Obóz? Tam, gdzie matka zobaczy jej zrujnowany grzbiet i na dodatek metaforycznie odgryzie jej uszy? Lub mniej metaforycznie, bardziej swoimi prawdziwymi, ostrymi zębami- Bez Narcyza do pomocy? Bez-
— Słuchaj, nie zjem jej, a ona potrzebuje pomocy!
Szarpnęła się w bok i odwróciła pysk do Morszczynowego Wąsa, spoglądając na niego w miarę już świadomym wzrokiem.
— Bierz ode mnie ten swój kikut, wywłoko! Zaraz Ci dam narwańca! — wrzasnęła, odpychając wojownika łapą. Przysunęła się bliżej Narcyza. — Nie bez niego! Ni- nic mi nie jest!
Narcyz nastroszył się i przesunął się minimalnie pomiędzy nią a wojownika
— Niech Pierzasta Kołysanka przyda się na coś i opatrzy Werwę. Ziół jest wszędzie pełno.
Zioła? Prędzej śnieg. Wychodzi na to, że czasem brat musiał jej przypominać, że jednak wcale nie tak daleko mu do idioty...
Nie skomentowała jednak tego. Próbował ją uratować od powrotu z Morszczynem, więc nie będzie się czepiać! Odwróciła od nich pysk i przejechała językiem po poranionym grzbiecie; po jej karku przebiegł dreszcz, gdy natrafiła na poszarpaną skórę, która ledwo co zaczynała się lepić zasychającą krwią. Wszystkie kończyny miała zdrętwiałe, a jej myśli skupiały się na ostrym pieczeniu ran i czerwieni barwiącej śnieg i skałę pod nią.
Nie mieli szansy kontynuować dyskusji. Zza zakrętu wyłonili się Ulewny Szkwał z towarzyszącym mu jasnym, puchaty kotem, w którym po chwili rozpoznała Siwą Czaplą, ciągnący… Kota. Albo jego zwłoki?
— Wy ścierwa, kupy łajna! Jak tylko się uwolnię powyrywam wam wasze parszywe języki, a potem wepchnę do gardła tak głęboko, aż się nimi zadławicie!
Czyli nie zwłoki.
— Zasrańce, piecuszki żałosne, będziecie łkać i błagać mnie o litość gdy z wami skończę! Z dupą na mózgi się chyba zamieniliście, nie wiecie, co robicie!
Ciało włóczęgi uderzyło o zmarzniętą ziemię. Rzadkie, przemoknięte, czekoladowe futro pokrywało jego powyginaną sylwetkę, a zmrużone ślipia błyskały ostrzegawczo.
— Znaleźliście coś? Lub pokonaliście tego ptaka?
Wszyscy przenieśli wzrok na Ulewnego Szkwała.
— Bo my mamy podejrzaną samotniczkę którą powinniśmy wysłuchać! Usłyszałem od niej tylko skrawek ważnych informacji, które na pewno się przydadzą, zwłaszcza rodowi królewskiemu.
Oczywiście. Ród królewski! Bo dobro paru nadętych kotów jest ważniejsze od reszty! Prychnęła, odrywając język od grzbietu. Nawet w takiej sytuacji nie mogli zapomnieć o tym gównianym podziale?
— Ptak odleciał — rzucił beznamiętnie Narcyz. Popatrzył na rzucającą przekleństwami włóczęgę, deptaną przez dwójkę wojowników. Kąciki jego pyska uniosły się i szturchnął ją niepewnie. — Ale głupia. Patrz Werwa, oni próbują być straszni-
— Fuj! Ulewny Szkwale, ona mnie chyba obsikała!
Po okolicy rozległ się przeraźliwy wrzask.
— Ty zapchlony idioto!
Wszyscy przenieśli wzrok na nieznaną kocicę.
— Czy pająki do reszty zasnuły ci mózg?! Kotki nigdy nie dotykałeś? Nic dziwnego, patrząc na twoją mordę, każda normalna by czmychnęła na drugi kraniec lasu albo i dalej! Z resztą, wy wszyscy wyglądacie, jakbyście co najwyżej na babę spojrzeli z odległości kilku drzew! I samo to już sprawiło, że szczaliście pod siebie z ekscytacji, wy oblechy, wy zboczeńcy!
Czekoladowa wiła się pod dwójką kocurów, warcząc i obnażając zęby.
— Ja RODZĘ, wy ścierwojady! Wiecie co to znaczy? Wiecie? Bo nie wyglądacie jakbyście mieli wiedzieć, skoro wody płodowe mylicie z zasranymi szczynami! Przegrywy życiowe, co sobie mogą najwyżej pośnić o kocicy! Pewnie to pierwszy i ostatni raz jak kładziecie swoje brudne łapy na babskim ciele, ohydy! Wszystko przez was! Teraz jeszcze się gapicie jak cielę na korek, dewianci, zboczeńcy! Miło wam? Miło? Fajnie tak się gapić, co nie?
Wszyscy zaczęli się przekrzykiwać. Ktoś wołał za Pierzastą Kołysanką, ktoś kręcił się spanikowany wokół samotniczki… A sama samotniczka wiła się na ziemi, jęcząc i wbijając pazury w ziemię. Jakiekolwiek ślady uśmiechów zeszły i jej i Narcyzowi z pyska.
— Nawet nie waż się mnie dotykać. Wydłubię Ci oczy jak tkniesz mnie choćby palcem!
Ciałem czekoladowej wstrząsnęły konwulsje.
— To nie jest mój pierwszy poród. Dam radę sama. Wy byście prędzej mi zaszkodzili niż cokolwiek pomogli, głupcy!
No, ona to zdecydowanie nie miała ochoty jej dotykać. Wykrzywiła się, z szeroko otwartymi oczyma wpatrując się w całą sytuację.
— Co się dzieje?
Pierzasta Kołysanka wysunęła głowę zza pobliskiego kamienia.
— Ktoś mi jest to w stanie wytłumaczyć innymi słowami niż nerwowymi westchnieniami jak u speszonego kocięcia?
— Ona rodzi, Księżniczko! Proszę Cię o pomoc! Jej życie jest ważne, posiada informacje które nam się przydadzą, musimy o nią zadbać, przynajmniej na ten moment-
Ogrodniczka uklęknęła przy włóczędze, która z sykiem odsunęła się od niej. Niezrażona Piórko złapała ją za łapę i pochyliła łeb nad jej nabrzmiałym brzuchem.
— Spokojnie! Na mój znak musisz przeć-
Czekoladowa odepchnęła ją od siebie gwałtownym ruchem.
— Wy jesteście głusi? Nie dotykać mówiłam! — wydarła się. — A ty to w ogóle chyba oślepłaś, myślisz, że ja się tak wiję dla zabawy? Bo lubię? Prę, lisie łajno, prę!
— Jeszcze jedno słowo, a to kocię wypierdzisz martwe na ziemię!
Zszokowana przeniosła wzrok na Piórko, która nastroszona warczała na kocicę, uwijając się sprawnie przy jej ogonie.
— Spróbuj jeszcze raz chociażby na mnie podnieść swój cięty język — kontynuowała, zaciskając zęby — a sama zaraz wepchnę to kocię z powrotem do Twojego brzucha!
Z ciała włóczęgi na śnieg wysunął się marny, obrzydliwy, ciemny i oklejony krwistymi żyłkami kształt. Ta niewzruszona parła dalej, nie odwracając nawet głowy w stronę oklejonego mazią i błonami nowonarodzonego.
W przeciągu paru uderzeń serca obok nich znalazła się księżniczka z tym samym kocięciem w zębach. Pochyliła się przed Narcyzem, upuszczając ledwo-koci kształt u jego łap. Uczeń szarpnął się do tyłu i zrobił wielkie oczy.
— A tobie co? Mowę odjęło? Wylizuj!
Kocur uniósł łapę do piersi.
— Nie dotknę tego! — zaprotestował. — Ubrudzę sobie łapy! Niech-
— Nie słyszysz mnie? Wylizuj! Chcesz, żeby ten kociak umarł w twoich ramionach? Wylizuj go!
Z jej gardła odruchowo wydobył się urwany chichot. Wcale nie było jej do śmiechu.
Po polanie rozniosły się kolejne jęki. Na świat przyszło drugie kocię, równie ciemne i obrzydliwe, lepkie od mazi. Boki włóczęgi poruszyły się boleśnie z kolejnym skurczem, jednak zamiast narodzin kolejnego obłego kształtu… Można było usłyszeć rwanie mięsa i pękające tkanki. Pękające jak skóra na jej- Wokół zadu kocicy rozlała się plama czerwieni, a zawodzenie uniosło się ku niebu. Trzecie kocię wysunęło się z jej ciała bez oporu, wraz z kolejną falą krwi.
Widok był okropny. Ochydny. Wrzaski włóczęgi dzwoniły jej w uszach. Czy to zawsze tak wyglądało?
Pod jej łapy podsunięte zostało jedno z kociąt. Wciąż zakrwawione, obślizgłe. Mokre, szylkretowe futerko nadal pokrywał śluz i półprzezroczyste płaty błony, a sam osesek drżał, z przemoczonymi łapami i ogonkiem przyciśniętymi ciasno do ciała. Przełykając żółć zbierającą się jej w pysku, pochyliła się nad nim. Skóra na jej grzbiecie napięła się. Ledwo zasklepione rany ponownie zaiskrzyły bólem, znowu- znowu wszystko pogorszyłaś. Poczuła świeżą strużkę krwi, obrzydliwie ciepłą na jej kręgosłupie. Poczekaj tylko, aż matka Cię zobaczy- Zacisnęła ślipia i wysunęła język, zaczynając oczyszczać pyszczek kocięcia.
To był jakiś koszmar. Tak strasznie się bała. Nie wiedziała do końca, co dzieje się naprawdę, a jakie krwawe detale domalowywał jej nieobecny umysł. Jej ciało drżało, gdy powtarzalnymi ruchami przejeżdżała językiem pod włos po futrze kociaka; nie czuła nawet jakiegokolwiek smaku, co nie spotkało za to krzywiącego się Narcyza. Nie umiała skupić się na powoli nabierającym ciepła ciele pod jej pyskiem, rozbieganym wzrokiem wodząc po krzątających się przed nią kotach. Wszyscy krzyczeli, warczeli, darli się i biegali wokół samotniczki. Sama czekoladowa wiła się w bólu na ziemi, sapiąc i wbijając pazury w ziemię. Wzdłuż jej ciała przeszedł kolejny skurcz i po paru uderzeniach serca, gładkim ruchem, praktycznie bez odstępów, na śnieg wysunęły się ostatnie trzy kocięta; jedno po drugim, każde kolejne mniejsze. Ciało kotki już nie stanowiło dla nich przeszkody, rozerwane; krew spływała po bieli strumieniami w nieodmierzalnych ilościach.
Łeb samotniczki opadł na jej łapy, a pysk uchylił się w syku.
— Zostawcie mnie, dajcie mi chociaż godnie umrzeć, łajna.
Werwa opuściła wzrok na kocię. Małe, okropne, bezbronne-
— Nie oddam wam ich!
Ruch w kąciku oka zwrócił jej uwagę. Szczęki włóczęgi wysunięte były w kierunku leżących u jej zadu pozostałych kociąt. Jej ślipia błyszczały z okropnym pomysłem. Serce podskoczyło jej do gardła. Szarpnęła głową w bok, przesuwając wylizywanego oseska na bok; rzuciła się do przodu, wyciągając łapy w stronę kocicy-
Trzask.
Żółte kły zacisnęły się na szyi młodego. Wrzasnęła, cofając się o krok i zataczając na bok. Zawtórował jej zduszony krzyk Narcyza, zanim włóczęga zastrzasnęła szczęki na karku kolejnego kocięcia. Zaledwie parę uderzeń serca później ten sam los spotkał ostatniego z nich.
Zamarła. Czy obudzi się zaraz, aby przekonać się, że to tylko umysł płata jej figle? To wszystko to był po prostu zasrany koszmar. Musiał być.
Krew nadal rozlewała się pod ich łapami.
Włóczęga wrzasnęła, szarpiąc się na ziemi. Jej pazury przeleciały tuż obok pyska jednego z kotów; Pierzasta Kołysanka w odpowiedzi odepchnęła ją do tyłu, warcząc. Instynktownie ruszyła za nią. Chwyciła za jedno z ramion czekoladowej, wbijając w nie pazury, a za nią z podobnymi ruchami podążyła reszta kotów. Korzystając z odchylonej głowy kocicy, zanurkowała pomiędzy wymachującymi łapami pobratymcami, i zacisnęła szczęki na gardle samotniczki.
Mięso w jej pysku nie stawiało oporu; ugięło się pod jej zębami, plamiąc jej język okropnie słodkawym, metalicznym smakiem. Sama nie była pewna, co robi. Starsza szarpała się w miejscu, charcząc i warcząc. W jej krtani bulgotała krew, cieknąc z ran i kącików jej pyska. Werwa szarpnęła w bok, unikając jej nieskoordynowanych ruchów pazurami-
Ciało włóczęgi zwiotczało.
Rozluźniła szczęki i upuściła je na śnieg. Nie przypominający już białego puchu, a bardziej brudną, czerwoną, na wpół stopioną maź. Zwróciła wzrok na bezwładnego trupa, na jego rozszarpaną krtań, na zwisające z szyi rozerwane tkanki. Co Ty znowu zrobiłaś?
Cofnęła się do tyłu. Krew kapała jej z brody na pierś; cudza, jeszcze ciepła, obrzydliwa. Jej łapy zadrżały. Zatoczyła się, oddychając ciężko, po czym wbiła przerażone spojrzenie w brata. Koszmar, na pewno koszmar.

↬◦⌑⛯⌑◦↫

Pod drzewem, w zbiorowym grobie, leżała trójka kociąt – Misiu, Słoneczko oraz Maluszek.
Wraz z Narcyzem siedziała z boku, ogonami owijając pozostałe potomstwo włóczęgi. Jednym okiem spoglądała na szylkretowe ciałko wylizywanego przez nią wcześniej kocięcia, a drugim na kręcącą się wokół grobu Pierzastą Kołysankę. Mimo uszu puściła jednak narzekania ogrodniczki co do ich imion (według kogo Ciemiernik to lepsze imię od Maluszka?) i pomruki modlitw nad kopcem.
Pod pazurami nadal miała krew samotniczki. Po powrocie Mandarynkowej Gwiazdy do wodospadu wojownicy zdali jej raport z wydarzeń; ona jedynie stała obok brata i łypała na nią oczyma, gdy wzrok przywódczyni się na niej zatrzymał. Wszystko, ku jej przerażeniu, wcale się okazało się być złym snem; swąd krwi był prawdziwy, tak jak strupy na jej grzbiecie i wspomnienie krtani między jej zębami. Prawdziwa pozostała jedynie panika i skręcający się żołądek. Nie wiedziała, co teraz zrobi, jak- jak wytłumaczysz to matce?
— Ciało ich matki zatopimy w rzece — oznajmiła bezceremonialnie Mandarynkowa Gwiazda, po czym podniosła się z ziemi. Machnęła ogonem. — Chodźcie. Nie możemy się ociągać.

↬◦⌑⛯⌑◦↫

Woda spłynęła po jej bokach. Zaczepiła się o grunt i wciągnęła na brzeg, dysząc.
Przycisnęła się ponownie do boku Narcyza. Serce uderzało o jej pierś w szybkim, nierównym rytmie. Nie chciała wracać do obozu. Nie wiedziała, co innego mogłaby zrobić, ale tak bardzo nie chciała. Bała się. Nie chciała stawać przed matką. Nie chciała pokazywać jej ran, szram, które były dowodem na to, że o mało co nie została tam porwana- zabita, zabita! Potrząsnęła głową. Zabita, zabita przedwcześnie jak-
Przecisnęli się jeden po drugim przez szuwary. Gorączkowo rozejrzała się po obozowisku, szukając wzrokiem Niedźwiedziówkowego Pyłu. Stos zwierzyny – pusto, przed legowiskiem wojowników – też pusto….
— Narcyz — syknęła niemal bezgłośnie. — Narcyz!
— Co!
Pochyliła łeb i zgarbiła się.
— Musisz mnie kryć!
Łaciaty spojrzał na nią krzywo. Uchylił pysk, jak gdyby chciał protestować.
— Nie marudź! — wcięła mu się w niewypowiedziane jeszcze zdanie. Starała się nie panikować. — No weź! Nie bądź taki, proszę-
Czyjaś łapa popchnęła ją od tyłu. Zatoczyła się do przodu, warknąwszy z zaskoczeniem, zanim kolejne popchnięcie skierowało ją do legowiska medyka.
— Narcyz! Narcyz, chodź tu ze mną-
— No już!
Usiadła na środku lecznicy, spoglądając niepewnie na medyczkę. Gąbczasta Perła zaczęła obracać się wokół niej, skupiając się na jej grzbiecie i mamrocząc polecenia do swojego asystenta. Odwróciła się do brata, mrugając nerwowo. Nie widziała jej. Napewno? Nie miała jak jej zobaczyć, nie było jej tam przecież-
Znad ramienia Narcyza spojrzała na nią para zmrużonych, brązowych ślipi.
O nie. Mówiłam! Zamarła w miejscu. Widziała, widzi Cię, zaraz zrozumiesz, czemu nie powinnaś była w ogóle-
— Pająki mózg Ci wyżarły?
Uchyliła pysk. To koniec, to Twój koniec. Matka spojrzała na nią ze zmarszczonymi brwiami, westchnęła, po czym odwróciła łeb i machnęła ogonem. Zaraz wyciągnie Cię stąd za ogon, oberwie Ci uszy, zatopi pazury w Twoim-
— W poprzednim życiu byłaś mądrzejsza.

[4788 słów]

Od Rogatego Flaminga CD. Wesołej Łapy

Przeszłość

Końcówka jego ogona drgnęła w lekkim poirytowaniu. Czy Rzekotkowa Łapa miała trudności z wymową? — Man-da-ryn-ko-wa Gwiazda. Tak, jestem członkiem rodu, najmłodszym, ale też jednym z najzdolniejszych — poprawił ją dość sprawnie, ale też nie mógł zaprzepaścić kolejnej okazji ku temu, żeby podkreślić swoją wyższość, lepszość. Kocur odsunął lekko łeb, żeby przypadkiem nie zderzyć się z podskakującą na każde strony młódką. Wreszcie odsunął ją nieco, gdy uznał, iż sytuacja zbyt bardzo wymykała się spod kontroli, nie mógł pozwolić na to, żeby doszło do jakichś nieprzyjemności. Pokręcił głową, entuzjazm koteczki był naprawdę ogromny, chyba nie spotkał nigdy wcześniej kogoś tak szczęśliwego... chociaż on na jej miejscu też by się tak cieszył, cieszył, że może rozmawiać z kimś tak niesamowitym, jak on sam. Że dostał kogoś tak boskiego za mentora. — Nie, członków rodu rozpoznasz po charakterystycznym, krwistym znaku lotosu na czole, a także tym, iż są spokrewnieni z Mandarynkową Gwiazdą, parę pokoleń wstecz, ze Sroczą Gwiazdą. Była ona przewspaniałą przywódczynią. Jest to również ściśle związane z historią o powstaniu świata. Rodzice opowiadali ci o niej, prawda? — rozgadał się nieco, jakaż szkoda, że nigdy nie miał okazji jej poznać osobiście! Czy czuwała nad nim ze Srebrnej Skóry? W końcu woda była jednym z łączników z gwiezdnymi przodkami, byli bliżej nich niż którykolwiek inny klan, nawet Klan Klifu.
Dotarłszy do następnego legowiska, legowiska uczniów, miauknął:
— To tutaj od dzisiaj będziesz mieszkać. Po naszym treningu będziesz mogła przenieść swoje legowisko z kociarni, tutaj, albo stworzyć nowe — kontynuował.
Niebieska pokiwała głową na pytanie o historiach przekazywanym kotkom. Słuchała dalej co point miał jej do powiedzenia, chłonąc wszystko jak gąbka. Zaraz jednak, niestety, się rozkojarzyła. Wesoła Łapa wlepiła gały w znak na czole mentora. Był taki wyrazisty! W porównaniu z futrem kocura prezentował się świetnie!
Poszli do legowisk uczniów. Kotka zajrzała do środka, ale już po chwili jej pyszczek przybrało swego rodzaju rozczarowanie, jakby oczekiwała tam zobaczyć samą Sroczą Gwiazdę albo Mandarynkową Gwiazdę, a nie jamę z legowiskami. Widać było na jej mordce znudzenie.
— A z czego zrobić nowee? — zapytała. — Bo ja spałam zawsze na mamusi! Albo na siostrach! Czy tu też będę mogła?
— Z leśnej ściółki, uschniętych paproci, piór… jeśli zależy ci na wygodzie i zazwyczaj właśnie z takich materiałów robi się legowiska, spójrz na to — zachęcił ją, wskazując na jedno z wielu łóż poukładanych nieregularnie blisko siebie. Dalsze pytanie wydało mu się dość absurdalne, teraz przecież była uczennicą, a jej mama musiała wrócić do obowiązków wojowniczych. Pokręcił głową. — Nie. Jeśli siostry ci pozwolą, to na nich możesz, ale wojownikom nie spodoba się twoja obecność w ich norze. Uczniowie są głośni i się często rozpychają, a wojownicy po całym dniu pracy marzą jedynie o odpoczynku. Chyba że dostaniesz od niej pozwolenie, ale wtedy musisz być bardzo cicho, żeby nikomu nie przeszkadzać — odparł stanowczo i może chłodniej, niż zamierzał, jednak musiała wiedzieć o granicach innych kotów.

***

Parę wschodów słońca później

Od jakiegoś czasu lecznica przepełniona była chorymi, na co Rogaty Flaming nie zwrócił wcześniej aż tak wielkiej uwagi - przeprowadzał treningi wraz ze swoją uczennicą, Wesołą Łapą. Nie był medykiem, nie znał się na ziołolecznictwie, więc nawet nie mógł za wiele z tym zrobić (nie, żeby planował). Musieli przecież udoskonalić tamten chwyt, który nie wyszedł jej wcale tak świetnie podczas ślubu. Nie mógł pozwolić na to, by jego uczennica była bita przez losowe koty należące do jego klanu. Nie mogła być przez kogokolwiek! Nie dość, że było to z pewnością przykre dla niej, tak też przynosiło i jemu ujmę, bo skoro jego uczennica nie potrafiła się obronić, oznaczało to, że albo nie przykładał się do ich treningów (co było oczywiście nieprawdą, niezwykle zależało mu na tym, żeby nie przynosiła mu wstydu, a tylko dumę), albo z uczennicą był kłopot, co również byłoby dość dotkliwym i nieprzyjemnym stwierdzeniem. Point czyścił sobie właśnie dość zawzięcie łapę, po tym, jak przebywał na śniegu odrobinę zbyt długo - czuł mrowienie, a wraz z nim dość leniwie powracało mu czucie do poduszek, lekko go łaskocząc i rozprowadzając aksamitne ciepło. Podczas treningu musiał zapodziać mu się tam drobny kamyczek, którego właśnie udało mu się wyjąć...
Podszedł do niego Ulewny Szkwał, Rogaty Flaming początkowo nie podniósł nawet wzroku znad swojej łapy, którą teraz oglądał w celu doszukania się wszelkich większych niedoskonałości. Mimo to informacje wlatywały mu jednym uchem.
— Witaj, Książę, cieszę się, że kaszel nie dotknął twojej osoby. Ślub Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici, był wybitnym wydarzeniem, pomimo niezbyt dobrego wstępu. Od tego czasu jest spokój, oby tak zostało. Skoro jednak już zajmuję uwagę Księcia, to jak idą treningi z Wesołą Łapą? Jestem pewny, że Książe jest wybitnym mentorem, którego Wesoła Łapa z przyjemnością słucha.
— Z Wesołą Łapą wspaniale. Prawdopodobnie, gdyby przydzielono jej kogoś innego za mentora, wcale nie szłoby tak łatwo. Nie każdy się nadaje do nauczania przyszłych pokoleń, dlatego jej przyszłość jest w bezpiecznych łapach. Pod moimi skrzydłami uczy się pilnie, często trenujemy teraz chwyty bitewne w razie potrzeby — rozgadał się, przyozdabiając swój pysk w uśmiech, usłyszawszy końcówkę wypowiedzi fińczyka i spojrzał na niego. Pokiwał ochoczo głową. — Cieszy mnie, że to dostrzegasz, Ulewny Szkwale. Mało kto docenia wybitnych mentorów, raczej każdy uważa nauczanie młodych za powinność i nikomu z wojowników nie gratulują za wiele — kontynuował, poruszając spokojnie końcówką ogona. Mogliby to zmienić, parę miłych słówek zawsze poprawiało humor, szczególnie jemu! Dzień bez chwalenia go, jego wybitnych umiejętności i obszernej wiedzy był dniem straconym.
Zauważywszy w oddali Wesołą Łapę, brodzącą w gęsto porozrzucanym po ich terenach puchu, zamyślił się na parę uderzeń serca. Oby tylko nie wpadła na lód, szkoda, żeby sobie powybijała zęby albo nabiła kolejnych siniaków.
Poprawił nieco zeschnięte już kwiaty ogórecznika w swoim ogonie.
Wesoła Łapa wytarzała się w pobliskiej zaspie, wynurzając z niej głowę niczym kret z kretowiska. Wyskoczyła z powrotem na płaski grunt, ślizgając się na lodzie skrytym pod śniegiem. Zakręciła kilka niezbyt zgrabnych piruetów, po czym upadła na tyłek. Zauważyła w tym czasie swojego mentora oraz jakiegoś kota nieopodal, więc podniosła się i podeszła. Dotarłszy, otrzepała futro z piasku, sypiąc na tego niebieskiego kota, bo przecież Pan Książę Rogaty Flaming nie lubił być brudny! Więc na niego musiała uważać.
— Wytarzałam się w piasku! — oznajmiła. — Ale był taaaaki zimny! TAAAKI! — kichnęła, a gluta wciągnęła z powrotem do nosa.
Rogaty Flaming zrobił nieco obrzydzoną minę, podnosząc jedną z łap do góry, jakby chcąc ochronić się przed nawałnicą mokrego piachu zmieszanego ze śniegiem, który i tak - całe szczęście - nie sypnął na niego. Już miał mówić, żeby uważała, aczkolwiek nawet go nie dotknęły te obrzydlistwa, więc nie musiał nic mówić. Szkwał tuż obok był nim pokryty dość obficie, a point, zauważywszy to, zaczął się śmiać. Wyglądał absurdalnie.
Niebieskiego fińczyka nieco skręciło, gdy Wesoła Łapa smarknęła z powrotem tego gluta. Jeszcze dodatkowo został przez nią ochlapany piachem, przez to Rogaty Flaming z niego się śmiał. Otrzepał się z piachu i już nie miał go na sobie. Zobaczył, że Lilia wróciła do obozu, więc podszedł w podskokach do swojej partnerki, wtulając się w jej futro.
— Cześć, Liliowa Pieśni, upolowałaś coś może lub zobaczyłaś coś ciekawego? Bo ja pilnuje obozu przepełnionego zasmarkanymi kotami — popatrzył z ukosa na Wesołkę, która raczej powinna być w lecznicy, a nie na wolnym powietrzu.
— Upolowałam dwie, całkiem pulchne nornice! Chcesz zjeść jedną ze mną? — spytała.
— Jasne, jestem głodny od tej warty.
— Pańskie futerko wygląda prześlicznie na tle tego śniegu! — niebieska miauknęła beztrosko.
Kocur napuszył sierść na piersi, poprawiając ją jednokrotnie łapą. — Wiem, wspaniałe jest, prawda? — powiedział, mrużąc oczy z zadowoleniem.
Nagle po obozie rozeszło się kilka zszokowanych, zduszonych okrzyków, gdy zza trzcinowych ścian obozu, wprost z mroków jego wejścia, dobiegł najpierw ostry, intensywny zapach, a po chwili charakterystyczny dźwięk czyichś ciężkich, wolno stawianych kroków. Pierzasta Kołysanka pomrukiwała coś pod nosem, a wszystko dookoła, zdawało się, zamarło. Liliowa wojowniczka nastawiła uszu, a fińczyk natychmiast się zjeżył. Stanął przed partnerką w celu ochrony jej, jeżąc się tak, że wyglądał na większego, młoda Żabia Łapa poszła w jego ślady, również się strosząc. Patrzyła po starszych w celu otrzymania reakcji, która jasno powiedziałaby jej: “możesz podejść”, ale nie otrzymała tego.
Gdy zza trzcinowych ścian obozu dobiegł pointa intensywny, ostry zapach, a potem ciężko stawiane kroki, postawił czujnie uszy, chociaż starał się nie dać po sobie pokazać, że jednak ta rzecz zwróciła jego uwagę.
Wesoła Łapa podziwiała swojego mentora przez dłuższe uderzenie serca, a kocur pozwalał jej na to, jednak nic nie trwało wiecznie. Młódka zwróciła pysk ku dźwiękom.
— Fuj! Co tak śmierdzi, Panie Książę Rogaty Flamingu?
Książę zawęszył, obserwując rozwój wydarzeń. Kojarzył ten smród z czasów młodości, kiedy to do obozu wtargnęły borsuki. Nie widział ich, aczkolwiek słyszał sporo, no i pamiętał, jak przeszkadzano mu tamtego razu w odpoczynku. Poruszył lekko ogonem, ale nie odpowiedział na pytanie.
Do obozu, jak większość kotów zdążyła już odgadnąć, wtargnęło wielkie, umięśnione zwierzę. Borsuk. Nie był on jednak sam – w szczękach trzymał kocie ciało. **Znajome** kocie ciało. Choć pokryte przez szramki, ciemne, pręgowane futro o złocistym podbrzuszu nadal pozostawało charakterystyczne dla jednego z członków Klanu Nocy.
Spojrzała na stwora. Uniosła ogon do góry.
— Ale misiaczek! Czemu ma w pysku coś futrzanego?
Rodzice nie opowiadali jej nigdy o borsukach? Ciekawe, czy w takim razie słyszała o lisach albo innych drapieżnikach, które pilnowały, żeby kotom nie było nigdy za komfortowo i na zawsze dobrze. Skoro nie kojarzyła, będą mieli co robić na następnych treningach… Z zamyślenia wyrwał go zawzięty syk, a potem wysunięte do przodu cielsko nakrapianego kocura.
— Zostaw nas w spokoju, borsucza strawo, albo moje kły wylądują na twojej szyi! Słyszysz mnie?! — swoją klatkę piersiową tak nadmuchał, jak dzikie ptaki podczas godów i zaczął komicznie chodzić to na prawo, to na lewo, czekając na atak zwierzęcia. Rogaty Flaming poczuł, jak serce przyśpiesza mu bicia. Gdyby borsuk zechciał, jednym ruchem łapy powaliłby fińczyka, a szczęką zmiażdżyłby mu czaszkę. Może i Rogaty Flaming był niezwykle dumny i przekonany o swojej wyższości, ale wiedział, kiedy powinno się wycofać. Kotom mógł pokazywać, jaki to on wspaniały, ale borsukowi… borsuki działały prawdopodobnie inaczej. On był mądrzejszy od kotów rzucających się do gardła borsukowi!
Do Ulewnego Szkwału przysunęła się bliżej Żabia Łapa, która coś do niego cicho mruknęła, a czego Flaming nie wyłapał słuchem, na parę uderzeń serca wybity z rytmu przez scenę, która odgrywała się przed jego oczami. Tak się skupił na bestii, że zupełnie zapomniał o kocie, którego trzymała w paszczy.
Gdyby dało się coś dostrzec w małych, czarnych jak noc oczkach borsuka, byłby to zapewne ruch przewracanych źrenic. Zwierzę uchyliło pysk, pozwalając ciału upaść na ziemię. Bok kotki uniósł się nieznacznie, a kilka piór wysunęło się zza jej uszu i wzbiło w powietrze. Z nieba dobiegł pisk. Kocur przyglądał się scenie dalej.
— Co się tu odwala? Borsuki zaczęły już latać? Kociaki? Jeszcze czego, na Klan Gwiazdy! — syknął niebieski, zdezorientowany całkowicie.
Liliowa Pieśń dotknęła ogonem barku partnera i zasyczała na borsuka.
— Jeśli to ty zabiłeś Nenufarowy Kielich oraz zraniłeś Czosnkową Krewetkę, zabije cię! — ale chwilę później z jej pyszczka wybrzmiało: — Przepraszam.
— Za co przepraszasz? Twoja reakcja była prawidłowa, przecież każdy normalny kot by zasyczał na borsuka. Zwłaszcza że niedawno nam wtargnęły do obozu — polizał partnerkę za uchem pocieszająco.
Żabia Łapa rozwarła szeroko oczy i spojrzała na starszego wojownika. Ten zadarł głowę do góry więc Żabka i też tam spojrzała. Podeszła parę kroków bliżej do borsuka, przywarta do ziemi jak glonojad do dna rzeki. Kotka przyniesiona przez borsuka jeszcze żyła, potrzebowała pomocy!
Borsuczyca warknęła na jazgoczące koty, obdarzając je spojrzeniem pełnym irytacji.
— Lesz-nhik — wycharczała, łapą szturchając Świteziankowe Jezioro.
— Le...Lecznik? — Żabka powtórzyła samej sobie i wstała z ziemi. Nieco pewniejszym krokiem podeszła w kierunku borsuka, obracając się na resztę wojowników. Była tylko uczniem to nie tak, że całkowicie bała się podejść, ale byłoby to nierozważne.
Wesoła Łapa, niewiele myśląc, wyszła krok do przodu, a Rogaty Flaming poczuł, jak zaczyna się w nim lekko gotować. Czy ona miała ikrę zamiast mózgu?
— Dzień dobry! Witamy w Klanie Nocy! Co Pan przyniósł, panie misiaczku? — zapytała, dostrzegając po chwili, że to futerko było... praktycznie martwym kotem. Jej entuzjazm uleciał, mina zbledła, a łapki zaczęły się trząść.
Bestia tupnęła łapą zniecierpliwiona, a point przybliżył się i stanął tuż obok swojej uczennicy, spoglądając nieufnie na zwierzę. Jej krótki ogon uniósł się na sztorc, gdy mała kotka przyczołgała się bliżej niej. Słysząc jej słowa, po chwili zamyślenia przytaknęła masywnym łbem.
— Lesz-hnik? — spytała, tym razem wskazując pazurem na Żabią Łapę. Nieco przechyliła głowę na bok.
Żabia Łapa opuściła po sobie uszy.
— Nie... ale... Lecznik tam — wskazała łapą na norę do leczenia, gdzie stały inne koty. — Wezmę... do lecznika? Proszę?
Samica innego gatunku przyglądała się z uwagą srebrnej istocie. Jej mina (o ile nazwać to można było miną) wydawała się złagodnieć, a wargi, dotąd odsunięte i ukazujące rzędy pokaźnych zębów, opadły. Przytaknęła, łapą popychając nieprzytomną w stronę kotki.
— Wóz? Ghie? — padło kolejne zachrypłe pytanie.
— Nie wiem. Pytać, ich! — srebrna wskazała na resztę kotów i chwyciła nieprzytomną kotkę, jak tylko silnie mogła za kark i zaczęła ciągnąć. Była od niej mniejsza, słabsza, ale robiła, co mogła.
Ulewny Szkwał podszedł do kotki, pomagając w transporcie Świteziankowego Jeziora.
— Myślałaś, że sama to uniesiesz? Idziemy z nią do medyka, natychmiast — odparł, idąc z Żabią Łapą łapa w łapę, w stronę lecznicy. Żabia Łapa z wielką chęcią skorzystała z pomocy Szkwału. Pokiwała łebkiem i razem z wojownikiem zaniosła ją do medyka, a już po paru uderzeniach serca wyskoczyła z nory raz jeszcze, oglądając wszystkich, jakby doszukiwała się nowych zmian w zachowaniu. Rogaty Flaming nie ingerował ani nie powstrzymywał nikogo, chociaż może powinien porozstawiać co po niektórych…
Liliowa odwzajemniła gest i rzekła do borsuczycy, tym samym wykonując gest co uczennica:
— Tam, co ciebie sprowadza? Albo co ciebie sprowadzać?
Karmicielka wychyliła łeb z kociarni, a jej źrenice były zwężone w szparki. Zagradzała wyjście kociętom, żeby nie wyszły na polanę obozowiska. Kiedy tylko dostrzegła wielkiego borsuka, zjeżyła się i nieufnie oglądała dzikie stworzenie z odległości.
— Co się tam dzieje?! — Trzcinowy Szmer prychnęła nieufnie. — Czemu nie przeganiacie tego borsuka? Ostatnio straciliśmy wojownika przez jednego z nich!
Czułość, którą chwilę wcześniej borsuczyca obdarzyła Żabią Łapę, znikła wraz z momentem krzyku Trzcinowego Szmeru. Na grzbiecie ciemnego nosa pojawiły się głębokie zmarszczki, a oczy częściowo przykryła ściągnięta w dół skóra.
— Kot milszy — odprychnęła karmicielce. — Zamary dobhe. Koty iss wóz. Znaheść. Cas kytki.
Narcyzowa Łapa już z daleka słyszał nerwowe głosy kotów, a jego nozdrza wypełniała drażniąca, obca woń. Gdy wylazł z legowiska uczniów, smród tylko się spotęgował; zmarszczył nos i stanął przy jednym z kotów, kierując wzrok na... borsuka?
— Ale jaja!
— Czas krótki? — zapytała Liliowa Pieśń, ignorując łaciatego kocurka.
Borsuczyca zarzuciła ostro ogonem raz w jedną, a raz w drugą stronę. Widać było, że nie jest cierpliwa, a zlewające lub struchlałe ze strachu koty jedynie ją rozsierdzają. Mąciła wzrokiem po tłumie, jakby czegoś szukając, aż w końcu wzrokiem natrafiła na wychodzącą z lecznicy Żabią Łapę. Pewnym siebie krokiem, jak gdyby wcale nie otaczała ją chmara wojowników, ruszyła przed siebie, pokonując dzielącą je przestrzeń szybciej, niż ktokolwiek by się spodziewał. Ciepły oddech borsuczycy uderzył w pysk uczennicy.
Żabia Łapa zdębiała na dokładnie pół sekundy i spojrzała na wielkie stworzenie przed swoim pyskiem.
— T... tak? Potrzeba? Coś?
Ulewny Szkwał przystanął u boku młódki na wszelki wypadek, przyglądając się zwierzu.
Łaciata o guzikowatych, małych oczach pokiwała głową, w końcu zadowolona z interakcji z kotem.
— Znahesc kot na granisy — sapnęła, czubkiem nosa wskazując na lecznicę. — Koty — poprawiła się. Spokój jednak nie trwał długo, bo bura szylkretka postanowiła również dołączyć się do powoli powstającego rzędu kotów przed bestią.
— Co się tutaj dzieje?! — powtórzyła, zwracając na siebie uwagę obcego. — Kogo szukasz? Nie ma tutaj lidera, ja reprezentuje władzę podczas ich nieobecności.
Liliowa Pieśń zjeżyła futro wzdłuż kręgosłupa, a następnie przerażona, krzyknęła:
— Chyba nasi pobratymcy są ranni! Trzeba ich przetransportować!
Żabia Łapa jednak nie dała się wytrącić z równowagi, próbując dowiedzieć się, co miał gość na myśli.
— Więcej kot? Więcej kotów? Na granicy? — spytała, słysząc słowa Lili, które ją naprowadziły. — Czy… tylko ten na granicy? — pokazała jeden paluszek.
— Pokażesz kierunek? — do stosu pytań liliowa także dorzuciła własną cegiełkę, kręcąc głową w różnych kierunkach.
— Na razie nie wiemy gdzie, musimy poczekać, aż borsuk nam wskażę drogę — udzielił się i Ulewny Szkwał.
Bestia zatrząsła łbem, marszcząc brwi. Przytłaczała ją ilość dochodzących do niej odgłosów.
— Ihny kot... Zy. Skswyshic. Skswyshic sahmihse — splunęła na ziemię z obrzydzeniem. — Niehyhny. Brdny. Bsytia. — dotknęła swojego brzucha, kończąc ostatnie zdanie. Jej oczy utkwione były w wejściu do lecznicy.
— Jaki zapach miał?
— Inny... zły kot ją skrzywdził... Bestia... Gdzie proszę? W którą stronę? — Żabia Łapa spojrzała na wojowników wokół siebie.
— Inny kot skrzywdził samice? — przedarł się cichy głos Wymarzonej Słodyczy.
Trzcinowy Szmer popatrzyła się na młodsze koty.
— Nic z tego nie zrozumiałam. Umie ktoś to przetłumaczyć? Czego ona chce?
Żabia łapa spojrzała na Trzcinę.
— Świtezianka została zaatakowana przez innego kota na granicy i ten borsuk ją tutaj przyniósł w bardzo złym stanie! — szybko mruknęła do kotki. — Z tego... co ledwo zrozumiałam.
— Sym... — warknęła łaciata, zanurzając pazury w ziemi. — Sym tyn, tsy szenie mohe zbil... Zbic go. Ja.
Wymarzona Słodycz się przybliżyła, ale nic nie wypowiedziała.
— Czy ten kot nadal jest na naszym terytorium? Może powinniśmy go przegonić. Jest nas za mało, ktoś musi powiadomić inny patrol... — szylkretka spytała borsuka.
Srebrna opuściła uszy po sobie.
— Syn... Zabił twojego syna... a ty jego... — przetarła łapą pysk. — Gdzie? Gdzie? — zbliżyła się do Trzcinowego Szmeru, jakby doszukując się u niej swego rodzaju wsparcia. Rogaty Flaming do tej pory milczał, przyglądając się każdej najmniejszej ich reakcji. Było to dziwne, nic nie przykuło do tej pory na tak długo jego uwagi, ani tym bardziej nie zamknęło pyska na tak długą chwilę. Żabia Łapa również przymknęła pyszczek, wtulając się w bok karmicielki. Może było jej zimno.
— To okropne! Czyżby to był kot, którego przyniosłaś? — wyrwało się z pyszczka liliowej.
Borsuczyca w odpowiedzi milczała przez wiele uderzeń serca, patrząc po wszystkich tych kotach ustawionych naokoło niej. Najwyraźniej nie umiała nazwać wszystkiego, co widziała. Wydała z siebie natomiast szumiący syk, łapą robiąc w śniegu zagłębienie.
Narcyzowa Łapa strzepnął ogonem, przysłuchując się rozmowie, do tej pory i on również nikomu nie przerywał, więc było to niezwykle miłe dla uszu i nerwów.
— O czym ona bełkocze? I tak zaraz nas wszystkich zje! — syknął. — Trzeba ją wygonić!
Zimny wiatr mierzwił futra pobratymców, wyjąc wniebogłosy donośnie, odbierając uszom, poduszkom łap, a także samej skórze u niektórych ciepło, chociaż sam point nie odczuwał tego szczególnie dotkliwie ze względu na swoją wspaniałą, gęstą okrywę, idealnie przystosowaną do nieprzychylnych warunków.
— Co się tu dziej… — wybełkotała Pierzasta Kołysanka, marszcząc nos. Zdecydowanym, ale i eleganckim krokiem ruszyła do pozostałych. Świetnie, kolejni gapie…
Trzcinowy Szmer rzuciła ostre spojrzenie na Narcyzową Łapę i ogonem wskazała lecznicę.
— Narcyzowa Łapo, jeśli zamierzasz przeszkadzać mi w pracy, to może lepiej, żebyś popilnował kociąt albo zatroszczył się o Świteziankowe Jezioro — uciszyła kocura.
Przeniosła swoje spojrzenie na borsuczyce i Żabią Łapę.
— Jesteś w stanie dokładnie przetłumaczyć, co ten borsuk chce? Nie jesteśmy w stanie nad tym zapanować, jeśli każdy będzie syczał.
— Rozumiem... część. Mogę spróbować, Zrobię, co mogę — przytaknęła młódka. W końcu już i tak rozmawiała z borsukiem, coś rozumiała.
Borsuczyca, widząc brak zrozumienia ze strony Klanu Nocy, wydała z siebie wpierw zmęczony furkot, a następnie ponownie poczęła gadać swym dziwnym, ciężkim do rozszyfrowania głosem, brzmiącym jak bulgot wzburzonej wody podczas burzy. Jej głos był niezwykle niski i zapadał w pamięci. Flaming nie fatygował się nawet, żeby rozwodzić nad tym, cokolwiek do nich hurkotała, już były do tego przynajmniej trzy koty.
— Pomyc... Warga. Kreh bryhna. Kot dory — znowu wskazała na lecznicę. — Warga czuha. Phak pomyk. Pomyc zieki phak. Ja. Muszy czywaci koty... Kamić brynytke. Sznięta. Mszyne. Wasz ahe. Brynytka sahba. Sihy bryk. Sznięta urą. Kamić! Dyży! — poleciła.
Żabia Łapa opuściła uszy, słysząc tyle średnio zrozumiałych słów skierowanych do nich. Usiadła sobie i założyła łapę na łapę.
— Pomoc... Warga...? Kres bruta… Świtezianka jest dobra... to na pewno zrozumiałam… — zrobiła chwilę przerwy. — Warga... Warga twoje imię? — wskazała na borsuczycę. — I... Pomogła ci. Kotka. Tamta — jej palec poszybował ku lecznicy. — I... Koty muszą czuwać... karmić? Szczenięta. Myszami... Brytynka słaba? Bryk silny? Szczenięta umrą... Karmić... Dyży…? Dużo?
Gość pokręcił głową, gdy został nazwany Wargą. Wskazała na niebo.
— Warga.
— Wagra... syn? — podniosła prawą łapę. — Warga bóg? — podniosła lewą.
— Buh. Mahtka.
— Warga! To przecież borsucza wiara! — olśniło zielonooką.
Borsuczyca przyjrzała się Liliowej Pieśni, która dokazywała od początku jej zjawienia się. Pokiwała.
— Świtezianka dobra... — powtórzyła pod nosem słowa Żabiej Łapy. — Świteziankowe Jezioro była kiedyś samotniczką. Może właśnie samotnicy nas zaatakowali oraz tę borsuczycę. Musimy sami to sprawdzić i zawołać po pomoc resztę Nocniaków z patrolu granicznego... Wszystkie koty zdolne do samodzielnego pływania! — Trzcinowy Szmer podniosła głos, żeby koty zwróciły na nią uwagę. — Potrzebujemy patrolu o małej ilości kotów, który szybko by odszukał patrol graniczny oraz sprawdził dogłębnie miejsce, w którym Świteziankowe Jezioro została zaatakowana!
— Ja nie wiedziałam, urodziłam się siedem księżyców temu... — mruknęła cichutko do lilki. — Dziękuję... Nakarmimy ją dobrze — wskazała na lecznicę. — Dziękuję... za pomoc... czy coś... coś jeszcze?
— Wiem, nie obwiniam cię — mruknęła pocieszająco wojowniczka. Przekierowała spojrzenie na borsuczycę z błyskiem nadziei w ślepiach. — Czy możesz nam podać kierunek?
Ulewny Szkwał kiwnął głową w stronę Trzcinki, unosząc niebieski ogon wysoko.
— Ja jestem chętny, namiestniczko! Zrobię wszystko w mojej mocy, by zebrać wsparcie i przeszukać to miejsce. Nie możemy mieć więcej rannych kotów, jak to się stało ze Świtezianką.
— Ja również — zgłosiła się liliowa, acz z nutą niepewności. — Chociaż nie wiem, czy nie będę bardziej potrzebna tutaj, przy Żabiej Łapie — położyła ogon pocieszająco na barkach małej, widać było, że cała ta sytuacja jest dla niej stresująca.
Borsuczyca, nie myśląc długo, chwyciła Żabią Łapę za jedną z przednich kończyn, widząc, że koty zaczynają się zbierać.
— Brynytka jes mhi — powiedziała, machając energicznie łbem raz w stronę lecznicy, a raz w stronę stosu zwierzyny. — Sznięta... Nje. Kocita. Kot — uniosła łapę nieco ponad ziemię, jakby pokazywała coś małego.
Narcyzowa Łapa również się odezwał jak od niechcenia. Strzepnął ogonem.
— Mogę iść — burknął. — Byle z dala od tego śmierdziela — wskazał łapą na borsuka.
Żabka, gdyby nie to, że oparta była o innego kota, to prawdopodobnie by padła na ziemię na gest borsuka. Mimo to uśmiechnęła się i niepewnym wzrokiem spojrzała na stos zwierzyny. — Nakarmić ją? Teraz?
— Dziecko kota?
Bestia smętnie przytaknęła.
Ulewny Szkwał obrócił się w stronę swojej ukochanej.
— Lepiej tu zostań, to dosyć ryzykowna akcja. Będę spokojniejszy, gdy zostaniesz tutaj i będziesz bezpieczna — polizał ją czule za uszami. — Przy okazji dobrze ci idzie tłumaczenie języka borsuków, Trzcinowemu Szmerowi bardziej się przydasz pod tym kątem — posłał jej lekki uśmiech, gdy nawiązali kontakt wzrokowy.
— Dobrze, ale nie uważaj mnie za delikatny liść! Kto przyniósł raz jastrzębia? — zaczęła się z nim droczyć, odwzajemniając gest. Łbem potarła o jego policzek parokrotnie. Jej entuzjazm jednak opadł, gdy ponownie skupiła się na słowach olbrzyma. — Może znalazła malucha? Prawie nic nie rozumiem — zrobiła chwilę przerwy, poruszając nieco nerwowo łapą. — Jedno dziecko, czy wiele? — zaczęła gestykulować tak, jak tylko potrafiła, żeby może ją zrozumiano.
Borsuczyca w odpowiedzi jednak wzruszyła ramionami. Znowu pokazała raz na lecznicę, a raz na... Znowu na brzuch. Przejechała po nim łapą.
Żabia łapa wytrzeszczyła oczka tak, że wyglądały niczym dwie, wielkie okrągłe monety obok siebie. — Świtezianka jest W CIĄŻY?! — mało nie zmiotło ją z łap, gdy zatoczyła się, ale szybko oparła o bok stojącej nadal Trzcinowego Szmeru. Rogaty Flaming spojrzał z lekkim zdziwieniem również, chociaż nie powinno go to dziwić szczególnie – przecież w Klanie Nocy wiecznie rodziły się jakieś kocięta… Trzcinka w odpowiedzi pacnęła młódkę w głowę, bo jej reakcja była dość niepoważna i nieadekwatna do sytuacji. Odwróciła pysk do dwóch kocurów.
— Ulewny Szkwale i Narcyzowa Łapo, to będzie wasze zadanie. Natomiast ty, Liliowa Pieśni, zostaniesz, gdyż dobrze rozumiesz borsuczycę — postanowiła, po czym znów zwróciła się do młodego wojownika. — Szkwale, postarajcie się znaleźć jak najszybciej patrol graniczny i sprawdzić miejsce, gdzie została zaatakowana Świteziankowe Jezioro. Jeśli znajdziecie kogoś podejrzanego, sami we dwójkę nie atakujcie. Jest nas mało tutaj i potrzebne jest wsparcie. Ruszajcie jak najszybciej.
— Tak jest, namiestniczko! Chodź, Narcyzie — niebieski szybko zniknął z obozu.
Borsuczyca obdarzyła Żabią Łapę pełnym bólu i goryczy spojrzeniem.
— Zy kot. Szwydził one...
Jasna kotka wytrzeszczyła oczy, również zszokowana tym, czego właśnie się dowiedziała.
— Chyba rozumiem! Ty obroniłaś kotkę z lecznicy, bo była w ciąży przed złym kotem?
Żabia Łapa położyła uszy po sobie z żalem.
— Była... w ciąży... Zły kot... nie... To straszne... — przykryła łapą pyszczek, a w jej oczkach zaczęło tlić się tak wiele emocji, że musiały w końcu znaleźć gdzieś upust.
— Gyszej... Nje byha... Sześniej.
Żabka pokiwała głową i nieco bardziej oparła się o futro Słodyczy. Jej uszy nie mogły przywrzeć bardziej do jej ciała. Trzcinowy Szmer również wydawała się przybita nowymi informacjami, chociaż nie ruszyła się z miejsca.
— Straszne...
Parę uderzeń serca później, z głębokim westchnieniem pochyliła głowę w kierunku borsuczycy.
— Dziękuję — miauknęła. — Że przyniosłaś... Tutaj — mruknęła. Czas na przemyślenie swoich słów będzie potem. Ten borsuk bowiem zdawał się wyjątkowo przyjazny... Trochę szacunku za jej gest się jej należał.
Zdawało się, że bestia skończyła mówić. Na ten moment. Ruszyła ku wyjściu z obozu, jednak nim wstąpiła w tunel z niego wyprowadzający, odwróciła się.
— On... Czykał. Zapach dygi. Mycny. Wieział. Mysli tak. Ja.
Srebrna, po wysłuchaniu słów, wręcz z impetem uderzyła o ziemię, kładąc się na niej, ponieważ łapy ją zawiodły. Koty pochyliły się nad małą, jednak jej bok unosił się, a potem opadał, a ślepia były rozszerzone. To spotkanie przepełnione było przeróżnymi emocjami i reakcjami, co mogło być najzwyczajniej w świecie zbyt wielkim obciążeniem dla tak młodego kota. Trzcina nakryła ją swoim ogonem w próbie pocieszenia i podniesienia na duchu, a ślepiami wracała do żłobka w celu skontrolowania, czy jej dwie małe pociechy przypadkiem nie ulotniły się z kociarni. Rogaty Flaming machnął ogonem do Wesołej Łapy, która stała obok niego jak wryta. Wiatr targał jej futerkiem, a poduszki łap z pewnością zaczynały szczypać od tak długiego przebywania na chłodnym puchu.

Teraźniejszość

Mroźne pazury chłodnej Pory Nagich Drzew wisiały nad obozem, próbując wedrzeć się do legowisk Klanu Nocy. Koty zajmowały się odśnieżaniem niemal każdego dnia, ponieważ ilość pierza lecącego z nieba niemal wymykała się spod kontroli. Rogaty Flaming próbował się oczywiście nie przepracowywać. Jeśli tylko miał okazję, swoją robotę zrzucał na kogoś innego w celu wykonania bardziej ambitnych obowiązków, czyli… polowanie, patrolowanie granic i obowiązkowo – prezentowanie się jak na księcia przystało. Pielęgnacji swojego niezwykłego futra poświęcał niezwykle wiele czasu, była to rutyna, której się trzymał każdego dnia. Rozejrzał się po obozowiczach. Już parę uderzeń serca później w podskokach przybyła do niego jego uczennica, której właśnie nadmiar piachu zsuwał się z jasnych wąsów.
— Wesoła Łapo, następnym razem, gdy do obozu wkroczy nam borsuk, nie przybliżaj się do niego tak, nawet jeśli wydaje ci się, że może mieć dobre zamiary. Nie każda bestia ma tyle cierpliwości, gdyby tylko zechciał, wielu z nas mogłoby nie być w stanie mu sprostać, oczywiście poza mną, Mandarynkową Gwiazdą i resztą kotów z rodu. Nie wolno ci ufać każdej istocie, która nie szczerzy do ciebie kłów od razu. Może zrobić to za uderzenie serca, a ty nie zdążysz zareagować — tłumaczył, językiem przejeżdżając po swojej puchatej, śnieżnobiałej piersi. Naprawdę musiał jej tłumaczyć coś, co było oczywiste dla niego, odkąd tylko pamiętał? Dziwne, że sama o tym nie wiedziała.

[4429 słów, trening Wesołej Łapy]

Od Narwanej Łapy CD. Rogatej Łapy (Rogatego Flaminga)

↬◦⌑⛯⌑◦↫
Dawno temu; poprzedniej pory Nowych Liści…

Powietrze w legowisku zdawało się być gęste, wypełnione napięciem i ledwo trzymanymi za zębami obelgami. Książe zmrużył nieznacznie ślipia, jak gdyby nie była warta dla niego marszczenia malowanego czarnymi i czerwonymi znaczeniami pyska; podniósł się z posłania i skierował do wyjścia, spoglądając na nią przez ramię.
— Pamiętaj, że jak do nich wejdziesz, to powinnaś zwracać się do nich z należytym szacunkiem.
Prychnęła. Tak, żeby jeszcze bardziej im się wszystkim w dupach poprzewracało.
Nie rozumiała całej problematyki tej "Rodziny Królewskiej" Klanu Nocy, nie rwała się do rozumienia, i nie miała zamiaru rozumieć. Grupa nadętych kotów z Mandarynową Prukwą na czele. Księżniczki i książęta. Kto im w ogóle te tytuły ponadawał? Na jakiej podstawie? Pokrewieństwa? Jeżeli tak, to pokrewienstwa z kim?
Idąc ich tokiem myślenia i patrząc na to, jaki podział miał miejsce w Klanie Nocy na podstawie kolorów sierści, równie dobrze mogli nadać takie tytuły Narcyzowi czy Przypalonemu Kasztanowi. Wykrzywiła pysk. No, może nie temu drugiemu… Ale proszę, idealny przykład czarno-białego, nieskażonego inną barwą futerka! Może, gdyby nie ich powiązania z matką i samotnicze pochodzenie, to dwójka kocurów miałaby szansę na wżenienie się do Królewskiego Rodu i ułożenie sobie wygodnego życie pełnego przywilejów.
Ona nie mogła liczyć na taką okazję. Pomijając to, że wcale nie miała ochoty obracać sobie wokół pazura jakiegoś osobnika z wygórowanym ego i czerwonym śladem na czole, tylko po to, aby inni patrzli na nią troszkę przyjaźniejszym wzrokiem. Powiązania z Niedźwiedziówkowym Pyłem najbardziej się na niej odbiły; bure, ciemnopręgowane futro, niekoniecznie przystosowane do wodnego trybu życia Nocniaków, pozostawiało wiele do życzenia w pewnych aspektach. Plamy bieli i rudego jeszcze bardziej przypominały jej o własnym, zapieczętowanym w oczach matki losie. Plamy, które przybliżały ją do wizerunku Wieleniego Szlaku. Zastanawiała się czasem, czy ojciec, kimkolwiek on był, przekazał jej cokolwiek. Może osobliwe, wykręcone uszy? Gibką sylwetkę, długie łapy?
Czy jeżeli wdałaby się w niego, to uniknęłaby uwagi matki? Początkowo bez przerwy o nią ubiegała, chłonąc każdą, choć najmniejszą kroplę. A teraz? Teraz z chęcią uciekałaby wzrokiem za każdym razem, gdy Niedźwiedziówkowy Pył na nią spoglądała. Wyczekując. Wyczekując czego? Aż dorówna temu, kim nie jest, i kim nigdy nie będzie?

↬◦⌑⛯⌑◦↫
Jakiś czas temu; początek pory Nagich Drzew…

Ciemne łapy grzęzły w białym śniegu. Dysząc, cofnęła się o krok, spoglądając z dołu na kocura przed nią.

Nie widzę na twoim ciele żadnej blizny.

Śmieszne. Posłała Kijankowym Moczarom wściekłe spojrzenie, rzucając się w bok. Ona też nie posiadała żadnej blizny. Nie chciała. Łapa wojownika ledwo co wyminęła jej bark; szarpnęła głową do tyłu. Bała się.
— Czy my naprawdę musimy wokół siebie tak skakać-
Jej syk przerwała para silnych łap na jej barkach. Jej grzbiet uderzył o ziemię; parsknęła, prychnęła, i zastygła w miejscu.
Nienawidziła treningów walki. Bała się ich. Zawsze, gdy Kijanka wyciągał do niej łapy, nawet te ze schowanymi pazurami, zawsze, gdy napinał ciało, aby na nią skoczyć, jej ciało oblewał zimny pot. Zawsze towarzyszył jej nieuzasadniony strach; nawet nie przed samym bólem, a przed krzywdą, którą można by jej było jej wyrządzić.
Jej rozbiegane spojrzenie trafiło na przechodzący obok patrol. Odepchnęła mentora tylnymi łapami i podniosła się ze śniegu, chyląc głowę przed innymi kotami. Gdzieś w grupie mignął jej łeb Rogatego Flaminga. Wykrzywiła wargi i uchyliła pysk, patrząc, jak Kijanka staje na łapy.
— Już się w to nie bawimy.

<Rogaty Flamingu?>

[554 słowa]

Od Firmamentowej Łapy (Firmamentu)


Klan Klifu wydawał się od rana być czymś poruszony. On sam dopiero co obudził się, toteż lekko zaspany ziewnął, przeciągając się na posłaniu. Rzucił mu się w oczy od razu brak matki, jednak był on już do tego przyzwyczajony. Z resztą, może po prostu jest ona na zewnątrz, skoro jest tam taki tłok i rozgardiasz. Zauważył, jak Kukułczy Wdzięk zmartwiona zerka w stronę jego posłania, jednak szybko odwróciła wzrok widząc, że wstał. Natomiast Jastrzębi zew siedziała przy wyjściu, patrząc na polanę, jednak w końcu zauważyła, że Firmament nie śpi. Migot natomiast nadal zadowolony chrapał na posłaniu brzuchem do góry. Zero klasy, zero wyrafinowania…
— Pani Jastrzębi Zewie, co się dzieje na zewnątrz, jeśli mogę zapytać? — kocurek zaciekawiony zerknął na zgromadzenie, które na wezwanie jego ojca zaczęło się zbierać pod półką skalną. Kotka odwróciła wzrok od młodszego.
— Firmamencie, nie powinieneś się interesować sprawami wojowników. — odpowiedziała mu spokojnie. Kocurek jednak nie bardzo chciał dać za wygraną. Za wszelką cenę chciał wiedzieć cóż to takiego sprawiło, że zebrał się cały klan.
— Chciałbym ogłosić coś, czego wolałbym nie musieć ogłaszać. Truskawkowe Pole zaginęła. Z rana tuż po zgłoszeniu jej nieobecności wyruszył patrol poszukiwawczy, jednak nie udało się jej znaleźć. — Zaczął kocur, a jego głos lekko się podłamał. — W następnych dniach będę musiał zadecydować o tym, kto zostanie moim zastępcą. — Po tych słowach jeszcze chwilę spojrzał po kotach, po czym odwrócił się od tłumu. Wszyscy rozeszli się, niosąc ze sobą szepty podejrzeń na temat tego, co mogło się stać z jego matką. On sam nie poczuł… Nic. Nie było jej przy nim prawie wcale, jedyne co dla niego zrobiła, to tchnęła w niego życie, niczym stwórca w dzieło. Teraz jednak to dzieło musiało pogodzić się z tym, że będzie musiało żyć z myślą, że jego autor nienawidził go, a więc od teraz jest on anonimowy…

⚜⚜⚜⚜┄┄Dzień Mianowania┄┄ ⚜⚜⚜⚜

Kocur sam wypielęgnował dokładnie swoje futro w dzień mianowania, przy okazji ganiając Migota, aby zrobił to samo. Ten jednak uparcie stał na swoim, twierdząc, że kurz z jego futerka również chce być mianowany, toteż nie dyskutował, choć w końcu dał się on namówić karmicielkom na pomoc w opiece nad futerkiem. Gdy już zbliżała się ceremonia zdecydował się podejść do Migotu.
– Jak się trzymasz? – zapytał Firmament. Zależało mu na bracie, w końcu był jego rodziną.
– Dobrze! Co to w ogóle za pytanie? Zaraz będziemy mianowani! Wreszcie. Czekałem na ten dzień od tak dawna! — Na odpowiedź brata uśmiechnął się delikatnie. Karmicielki w żłobku oferowały mu co prawda pomoc, jednak on wiedział, że strata autora- To znaczy matki, była równoważna z usamodzielnieniem, po prostu… Wcześniej niż niektóre koty. Gdy już usłyszał ojca zwołującego cały klan pod skalną półką, wypiął dumnie pierś, ruszając w stronę tłumu, Migot za nim. Czuł spojrzenia współklanowiczów na sobie, wyglądali, jakby mu współczuli. Czemu jednak współczuli mu tego, że zostawił go autor, który nawet nigdy nie kochał go jak własne dzieło? Przecież gdyby tak było, to dzieło teraz przejmowałoby się strasznie tym, że jego autor będzie teraz nieznany tym, którym go nie przedstawi, a nie miał takiego zamiaru tego robić. Widocznie taki był plan Klanu Gwiazdy. Musi żyć w świadomości, że jest dziełem, którego autor niczym po śmierci nie zobaczy, jak osiąga sukces. Jak staje się dziełem kultury. W końcu dotarł na sam przód, słysząc teraz wyraźnie kocura na półce skalnej.
— Zebraliśmy się tu dzisiaj, aby mianować dwójkę uczniów. Firmamencie, wystąp. — Na słowa ojca wyszedł przed grupę, stojąc teraz na przodzie. — Firmamencie, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz nosił imię Firmamentowa Łapa. Twoim mentorem będzie Wzburzony Kormoran. Mam nadzieję, że przekaże ci on całą swoją wiedzę.
Wzburzony Kormoranie, jesteś gotowy do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałeś od swojego mentora doskonałe szkolenie i pokazałeś swoją odwagę i determinację. Będziesz mentorem Firmamentowej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzę.
— Dziękuję, Lśniąca Gwiazdo. — skinął łbem, po czym wyszedł na środek do Firmamentowej Łapy. On sam był pointem, jak i on. Kocur przyłożył nos do jego czoła, po chwili odsuwając się, patrząc z dumą na młodszego. Ten odwzajemnił wzrok lekkim ukłonem głowy. Musiał tym zdziwić wojownika, gdyż wymalowało się na jego pysku zdziwienie, ale i pozytywne zaskoczenie. Po nim przyszła pora na jego brata.
— Migocie, ty również ukończyłeś 6 księżyców i nadszedł czas, abyś szkolił się na wojownika. Twoim mentorem zostanę ja, Lśniąca Gwiazda. Postaram się przekazać ci całą swoją wiedzę i wyszkolić cię na wspaniałego wojownika. Od tego momentu twoje imię to Migocząca Łapa. — Zeskoczył, swój nos przyciskając do czoła kocurka, który stał teraz dumnie. Firmamentowa Łapa poczuł lekki zawód, jednak nie dał tego po sobie poznać. Jego wyraz twarzy pozostał taki sam, jednak było mu trochę żal, że sam lider, w dodatku ich ojciec, będzie szkolił Migoczącą Łapę. Po zakończonej ceremonii rozniosły się okrzyki. Imiona kocurków wybrzmiewały od ich pobratymców, a oni sami zbierali teraz gratulacje. Firmamentowa Łapa zbierał je z ciepłym, ale i poważnym uśmiechem. W końcu wybrali się z bratem w stronę legowiska uczniów. Zdziwił go fakt, że czekały na nich już dwa nowe, miękkie posłania. Jednak dzień wcześniej słyszał uczniów chodzących po mech i szepczących do siebie, że choć tyle mogą zrobić dla kocurów, skoro już uciekła ich matka. Był to w sumie miły gest, doceniał to, jednak czuł się tak, jakby popełniał zbrodnię nie opłakując matki. Westchnął, kładąc się na posłaniu. Tuż obok leżał Cicha Łapa, układając się do snu po zebraniu. Uśmiechnął się do nowego ucznia, co ten odwzajemnił. Point w końcu zawinął się wygodnie w kulkę, po czym zasnął, myśląc o tym, jak będzie wyglądało jego szkolenie.
[910 słów]

18 lipca 2026

Od Gradobijącego Ciernia

Niezadowolony obrotem spraw, a dokładniej siedzącym mu na ogonie Gadożerowym Pyskiem, miał dość słuchania go. Może i był jego synem, jednak wychodziło mu bokiem słuchanie się młodszego kocura, który w dodatku cały czas ganiał go za wszystko jak kocię. Cóż, może na to zasługiwał..? Pokręcił łbem, odwracając się od białego. Spojrzał na wieżę, którą nie tak dawno sprawdzał, poszukując czegokolwiek, co mogłoby być własnością Króliczej Gwiazdy. W końcu kocur miał swoje lata, więc na pewno nagromadził jakieś pamiątki z życia. A kto wie, może i Zawodząca Gwiazda wyróżni go jakoś za pomoc w odnalezieniu takowej pamiątki? Wszedł do środka wieży niezauważenie, podczas gdy Gadożer rozmawiał z Lodówkową Łapą. Rozejrzał się dokładnie dopiero teraz, jeśli miał być szczery. Ślady pazurów na ścianach nie wyglądały na zostawione tam dla estetyki. Wyglądały, jakby były efektem jakiejś… Paniki. Kocur delikatnie się skrzywił. Cóż takiego mogło wywołać tą panikę? A może Królicza Gwiazda jak i on sam był niezrównoważony psychicznie? Szedł dalej, patrząc na ślady na ścianach. Pod łapy Gradobijącego Ciernia, gdy zbliżył się do okna Kamiennej Wieży, nawinęło się... Małe, brązowe zawiniątko. We fragment giętkiej, cienkiej kory schowane zostały liście; włochate, szerokie, pachnące przyjemnie i rześko - macierzanka. Kocur spojrzał zaintrygowany na pakunek. Jak nikt dotąd go nie zauważył? Rozejrzał się, po chwili jednak skupiony na nim całkowicie. Schylił się, wąchając zioło. Skądś je kojarzył, może nie dokładnie, jednak to samo zioło podano mu wieczorem dzień przed sądem ostatecznym. Przed decyzją na temat jego i reszty więźniów. Spróbował sobie przypomnieć uczucie, które mu towarzyszyło po ziole, lub do czego mogło służyć.

Dzień przed sądem ostatecznym

Wdzięczna Firletka podeszła ostrożnie do kocura z pakunkiem, przy niej był jeden z wojowników, na wypadek, gdyby któryś z więźniów zaatakował. Położyła zioła przed kotami, zerkając na nich.
— Musicie wszyscy wziąć swoją porcję. Dla bezpieczeństwa Zawodzące Echo zarządził, abyście wzięli zioła na uspokojenie. — powiedziała spokojnym, jednak czujnym tonem. Podała każdemu porcję, jak i Gradobijącemu Cierniowi. Nie zamierzał dyskutować, tak więc zaczął zlizywać swoją porcję. Pierze stał teraz obok niego, biorąc i swoją.
— Tchórzu. Jesteś z siebie dumny? — szepnął do srebrnego, na co ten zesztywniał. — Jesteś mordercą i zdrajcą w jednym. Nie martw się, jeśli dojdzie do tego, że umrę, to będę cię odwiedzał. A raczej… Nawiedzał. — Cierń odwrócił głowę powoli w jego stronę, a widząc jego niepokojący, zimny uśmieszek, przełknął ślinę. Gdy po chwili poczuł ogon rudego blisko tego swojego, wstał, odchodząc. Jego porcja i tak została już zjedzona, a na jego ciele pojawiły się nieprzyjemne dreszcze.

Teraźniejszość

Patrzył teraz na zioła ze zrozumieniem. Były to zioła na uspokojenie. Co prawda nie wiedział, czy były mocne czy nie, jednak wiedział, że na pewno należały do Króliczej Gwiazdy. Musiały. Rozejrzał się, aby sprawdzić, czy ktoś nie widzi go w wieży. Co on ma teraz zrobić? Po prostu zanieść to medykom..? Ma wspominać o tym, gdzie je znalazł? Potrząsnął głową, w końcu biorąc do pyska pakunek. Stanął na krawędzi wyjścia, jeszcze chwilę odwracając się do tyłu, wchłaniając widok legowiska, które wyglądało, jakby było pełne chaosu przed śmiercią lidera. Wyskoczył z wieży, szukając wzrokiem medyków lub kogoś, komu mógłby powierzyć znalezisko. W końcu wzrokiem odnalazł Łzawą Łapę. Podszedł do niej powoli, siadając przed nią, robiąc między nimi dystans około dwóch lisich ogonów.
— Znalazłem te zioła, może przydadzą się wam..? Nie jest ich chyba jakoś wiele… — Ignorując jednak jego słowa i to, że miała do czynienia z mordercą, kotka podeszła do niego zafascynowana.
— Jest ich bardzo dużo! Na pewno się przydadzą, dziękuję. Leć szukać dalej, może uda ci się coś jeszcze znaleźć. W sumie to gdzie one były? — Na to pytanie nie chciał odpowiedzieć byle komu.
— O tym chciałbym porozmawiać z Zawodzącą Gwiazdą. Jeśli tylko dostanę na to pozwolenie…

Event Klanu Burzy:
Poszukiwania - zioła z legowiska Króliczej Gwiazdy

Od Gradobijącego Ciernia


Ku jego zdziwieniu, Zawodząca Gwiazda przez niedobór wojowników zezwolił jemu i reszcie więźniów na przejrzenie obozu. Gdy szedł w jego stronę jego żołądek ściskał się ze stresu. Widział, jak przepracowani aktualnie są wojownicy w klanie, a sytuacja nie polepszała się wcale. Zwierzyny było mało, pierwszego dnia byli jeszcze w stanie zjeść tą, która była jeszcze ciepła a pomdlała od dymu, jednak teraz było jej bardzo mało. On sam nie dostawał jako więzień za dużo jedzenia. Lodówkowa Łapa czasem gdy miała okazję dzieliła się z nim kawałkiem z królika, jednak nie pozwalał jej na robienie tego zbyt często, gdyż bał się, że dosięgną go konsekwencje. Dotarli do obozu, a kocur zamarł aż widząc, co płomienie zrobiły z nim. Wieża była kompletnie czarna od dymu i smoły, które tam były, a legowiska przypalone. Mieliby farta jakby cokolwiek byli w stanie tam znaleźć. Skierował wzrok ukradkiem w stronę legowiska Króliczej Gwiazdy. Czy on sam zostawił tam coś własnego? Potrząsnął głową, odwracając wzrok i słuchając teraz Skrzydlatej Płomykóki. Nie wydawała się być zadowoloną z tego, że musi zajmować się nim i innymi więźniami. Nie dziwił się jej. Na niego natomiast patrzyła z największym obrzydzeniem, jego partnerzy w zbrodni w sumie też. Mieli mu za złe to, że powiedział całą prawdę reszcie, co wpłynęło w sumie na decyzję o zabiciu Pierza i Chomik. Kocur poczuł, jak jego futro staje dęba na jego plecach. Czy jest współwinny ich śmierci? “Tak, jesteś Cierniu. Przez ciebie nie żyję.” Usłyszał głos Pierza, przez co od razu odwrócił się za siebie. Przed jego pyskiem stał zdziwiony i zmieszany Bąbelkowy Plusk.
— Odbija ci czy co? Zachowujesz się jak nieoczytany. Może się ogarnij, bo zaraz wszyscy pomyślą, że znowu kogoś zabijesz. — syknęła Zwiewny Mak, patrząc na brata, machając ogonem. Srebrny jedynie westchnął i odwrócił się. Nie rozmawiał z siostrą, chyba, że ta chciała mu wytknąć, że przez niego ich brat pewnie błąka się gdzieś po terytorium samotników, a może i nawet już nie żyje. Cierń jedynie wtedy odwracał wzrok, to też teraz zrobił to samo. Gdy jego sioistra przewróciła oczami i odeszła z jednym z wojowników, on został sam. Przyłączył się do niego Gadożer, który pomimo tego, że był z kocurem blisko, nie wykazywał teraz jakiegokolwiek połączenia z nim. Dlatego też Skrzydlata Płomykówka zezwalała mu na pilnowanie go. A może po prostu chciała patrzeć, jak oczy kocura wypełniają się bólem i tęsknotą za kotem, który był dla niego jak syn. Kocur poprowadził go w stronę legowiska Króliczej Gwiazdy, na co Gradobijący Cierń lekko zamarł. Patrzył na wieżę, jakby widział tam samego ducha lidera. Biały spojrzał za siebie wprost na srebrnego, który stał teraz zapatrzony. Zawrócił się, sprzedając mu cios łapą w głowę. Cierń syknął, patrząc teraz ze zdziwieniem na Gadożera.
— Nie mamy całego dnia, wiesz? Byłbym wdzięczny, gdybyś się ruszył. — Cierń odczuwał od kocura, że całe te kłamstwa wpłynęły na niego, bardziej niż komukolwiek by się zdawało. Był posądzony za zatrucie kota, oraz nazwany kłamcą. On sam go tak nazwał. Gadożer pewnie sam nie potrafił przetrawić tego, że dwa najbliższe mu koty tak go potraktowały. Podążył za nim znowu do wieży, wspinając się do legowiska Króliczej Gwiazdy. Biały okrążył je, patrząc na nie z żalem. Sam Cierń zatrzymał na nim swoje zmęczone i załamane spojrzenie. Nie potrafił na nie patrzeć. Siedział przed nim jak zahipnotyzowany. Przed jego pyskiem nagle pojawił się Gadożer, toteż na niego przeniósł wzrok.
— Zdajesz sobie sprawę z tego, że gdyby nie ty, nadal by tu był? A obóz nie spaliłby się? Wystarczyło przyznać się Zawodzącej Gwieździe, że coś knuli. Ale tego nie zrobiłeś. Niczego nie żałujesz, prawda? — zapytał, na końcu wypuszczając z siebie śmiech pełen bólu i żalu. Gradobijący Cierń spuścił wzrok na ziemię.
— Wiem o tym, nie cofnę czasu. Żałuję, bardzo… — odpowiedział mu zachrypniętym głosem.
— Widać. — syknął z obrzydzeniem. Cierń spojrzał na legowisko, przypatrując się mu dokładniej. Zaczął grzebać w nim, jednak Gadożer odwrócił się do niego, odciągając go. — Co ty najlepszego wyprawiasz?!
— A co jeśli tu coś zostawił? Coś cennego… Zawodząca Gwiazda na pewno chciałby zobaczyć cokolwiek co zostało po jego ojcu…
— Zostaw to legowisko! — warknął młodszy. Cierń nie posłuchał. Podjął kolejną próbę, znowu grzebiąc w środku. Młodszy jednak nie dawał za wygraną, wskakując przed jego nos. — Powiedziałem zostaw! Gradobijący Cierniu, to jedna z jedynych pozostałości po byłym liderze. Masz je traktować z szacunkiem.
— Dobrze, przepraszam… — powiedział w końcu zrezygnowany. Gadożer wyprowadził go z wieży, gniewnie machając ogonem na srebrnego. Ten jednak nadal miał poczucie, że coś tam jest. Że coś jest w legowisku Króliczej Gwiazdy, coś, co przywołuje go do siebie, aby to znalazł…

Event Klanu Burzy:
Poszukiwania w legowisku Króliczej Gwiazdy, zakończone niepowodzeniem.

Zaginęła!

 


Powód odejścia: decyzja właściciela
Przyczyna zaginięcia: zmiana właściciela, wywiezienie na inne tereny

Zaginęła!

Od Jesionowej Szadzi CD. Miodowego Ula

Przeszłość

Wiatr delikatnie muskał futra kotek, gdy te stały na łące. Kłosy traw i ziół falowały z rytmem bicia serca na całej przestrzeni przed nimi. Nad ich głowami ścigały się szarzejące, puchate chmury na błękitnym tle, który już na zachodnim horyzoncie stawały się z lekka żółtawy. Liliowa usiadła i powąchała najbliższego chabra, delektując się jego delikatną wonią, która, tak na upartego, mogła przypominać zapach miodu. Objęła kwiecie łapą i się uśmiechnęła do siebie. Zaraz potem uniosła wzrok na towarzyszkę.
— Jak tu ślicznie! — przyznała ze spokojem, rozglądając się wokół. — Nie wiedziałam, że tu kwitnie aż tyle ładnych kwiatów.
Miodowy Ul uśmiechnęła się czule. Podeszła do Jesionowej Szadzi i wetknęła w jej sierść biały kwiat, który trzymała w łapach chwilę wcześniej. Pyszczek liliowej ozdobił chytry grymas i pacnęła łapą towarzyszkę, a zaraz potem ruszyła biegiem przez łąkę. Złota od razu zrozumiała przekaz i ze śmiechem rzuciła się za nią w pogoń. Kotki ścigały się wśród zielonych kłosów, zabierając ze sobą wplatającą się w ich futra roślinność. Czuły, jak wiatr im wieje pod włos, szumiał im do uszu, a ich śmiech rozbrzmiewał wokół, z pewnością odstraszając parę ptaków, które się zdecydowały gdzieś w pobliżu spędzić czas.
Gdy Miodka wreszcie ją dorwała, obie się przeturlały parę lisich ogonów po glebie, posyłając dużą część trawy, ziemi i ziół w powietrze. Zatrzymały się, dopiero gdy Jesionka leżała pod łapami młodszej, sapiąc. Przez moment jeszcze się śmiały, po czym wzięły oddech.
— Mam cię! — zachichotała była pieszczoszka z dumą.
— A niech to — odparła liliowa z szerokim uśmiechem, a następnie położyła swoją łapę na jej klatce piersiowej. — Dawno się tak nie bawiłam. W sumie to nigdy nie miałam szansy się wyszaleć tak po prostu — przyznała, po czym wstała, gdy tylko została wyzwolona z uścisku. Usiadła na chłodnej ziemi, pozwalając sobie na głębsze oddechy po szalonym biegu.
— Serio, nigdy? — dopytała złota, otrzepując się ze źdźbeł trawy.
— Tak, niestety, ale tak. Matka nigdy nam nie pozwalała rozrabiać ani się bawić. Ciągle albo ojciec nas uczył walki lub polowania, albo ona nam prawiła kazania, które czasem trwały całe popołudnie. Wszystkie wygłupy były zabronione — wymruczała, strząsając z siebie roślinność i ziemię, na której leżała parę oddechów wcześniej.
Miodka podniosła brwi i odwróciła wzrok na moment.
— Ja nie pamiętam zbyt wiele z tego, jak byłam jeszcze z rodzeństwem, ale w nowym domu czasem coś narozrabiałam — poruszyła wąsami w rozbawieniu na wspomnienie. — Czasem jakiś przedmiot skończył na ziemi, ale Wyprostowani raczej nie mieli do mnie problemu.
Jesionowa Szadź spuściła wzrok, po czym z ukradka spojrzała z rozszerzonymi źrenicami w błękitne oczy, które akurat były wpatrzone w jej pysk z czułością. Zaraz po nawiązaniu kontaktu wzrokowego, obie się speszyły i zaśmiały się krótko, lekko niezręcznie. Zielonooka czuła, jak jej pysk się rozpalił od wstydu. To było dziwne uczucie. Takie intensywne i dające ukojenie. Gdyby mogła, siedziałaby w ciszy z tą kotką przez całe długie noce, a jej obecnym marzeniem było spędzić jak najwięcej tych nocy właśnie z nią. Z zadumy wyrwały je potężne podmuchy wiatru, które zaczęły przynosić z daleka nieładne, deszczowe chmury.
— Może lepiej wróćmy już do obozu? — zaproponowała Jesionka, oglądając się za horyzont, który ciemniał przez nadchodzące opady.
— Faktycznie, nie warto tu zostawać — stwierdziła, po czym wstała i skierowała się w stronę lasu. Jeszcze się obejrzała, by się upewnić, że towarzyszka idzie za nią.
Ona pozostawała jeden i pół kociego ogona za Miodką, by pozbierać po drodze parę kwiatków, które wtykała sobie w futro. Miała pewien pomysł.

* * *

Obie weszły do obozu w chwili, gdy zaczynało kropić. Miodowy Ul od razu podeszła do sterty zwierzyny, by coś wziąć do zjedzenia. Gdy ta się zastanawiała nad wyborem, Jesionka na szybko weszła do legowiska wojowników i zrzuciła wszystkie kwiaty, lecz na posłanie złotej kotki. Poutykała je pospiesznie w mech i wyszła akurat, gdy tamta odwracała się od sterty z dość pokaźnym gołębiem. Liliowa, lekko drżąc z ekscytacji i chłodnych kropel, które spadały z nieba, uśmiechnęła się ciepło do Miodki. Następnie obie wcisnęły się szybko w kąt, w którym zawsze spożywały posiłki.
Przy jedzeniu spieszyły się trochę, by jak najszybciej wrócić do legowiska nieprzemoknięte. Jesionowa Szadź odkładała pióra ze skrzydeł i ogona pod piach, gdy towarzyszka nie patrzyła, tak na później. Chciała pobawić się trochę z Miodką, nawet jeśli ona o tym nie miała pojęcia. Liliowa uwielbiała się bawić w takie małe sygnały, które trzeba było po trochu znajdywać, rozpoznawać i odczytywać. Sama w sumie nie była pewna, czy to, co czuła do kotki, było tym samym, co normalnie powinna czuć do kocura, lecz wiedziała, że to dzięki niej była szczęśliwa. Bez niej, każdy dzień był jak zwykła rutyna, a z nią? Ona wnosiła coś nowego, jakiegoś dreszczyku emocji, ale takiego dobrego. Oczywiście, były inne koty, jakoś z nimi rozmawiała, ale raczej było to tylko dlatego, że byli w tym samym klanie. Z nikim nie umiała się tak połączyć na jakimś głębszym poziomie, jak z nią. Sam jej uśmiech starczył, by jej serce rozgrzało całe ciało, nawet w najchłodniejszą noc. Gdy Miodka opowiadała o historii z czasów, gdy była pieszczoszką, to nawet delikatny deszcz jej nie przeszkadzał. Niestety, ale musiały przerwać swoją rozmowę, ponieważ zamiast kropić, zaczynało lać. Obie jednogłośnie zdecydowały, że trzeba się schować. Pospiesznie zwiały do legowiska, ale już zdążyły zmoknąć. Jesionowa Szadź parsknęła, czując się, jakby właśnie wyszła z kałuży. Zaczęła wylizywać swoją sierść, by się pozbyć z niej wody. Gdy się ogarniała, dojrzała kątem oka, że Miodowy Ul zauważyła dodatkowe kwiaty na swoim posłaniu. Przyjrzała się im z zaciekawieniem, lecz zbyła to i wróciła do przywrócenia swojej objętościowej sierści do porządku.
Gdy w miarę Jesionka się wymyła, zwróciła uwagę na fakt, że niebieskooka miała problem z osuszeniem futra. Kotka od razu bez słowa pomogła przyjaciółce, bo wiedziała, że przyda jej się pomoc. Gdy Miodka poczuła język liliowej na swoim futrze, uśmiechnęła się czule do niej i skinęła głową, po czym kontynuowała.
Ten moment był trochę jak zacieśnienie więzi między nimi i chwilą bliskości. Jesionka wdychała słodką woń złotofutrej z zamkniętymi oczami, jakby rozkoszując się chwilą.
Gdy wreszcie skończyły, ułożyły się w posłaniach tak, że patrzyły sobie w oczy. Chwilę potem obie oddały się w otchłań snu.

Ćwierć księżyca później

Poranna mżawka moczyła sierść Jesionowej Szadzi, gdy ta przeczesywała wzrokiem ściółkę lasu. Ptaki już nie dawały o sobie znać śpiewem, jak to robiły w czasie upałów, przez co ponura cisza wisiała w rześkim powietrzu. Liliowa skryła się za krzewami, szukając jakiegoś poruszenia lub oczekując popiskiwania zwierzyny. Niestety jej sierść nie dawała aż tak dobrego kamuflażu, lecz podczas mżawki była nieco mniej widoczna. Leżąc w bezruchu czekała, aż jakiś nieszczęśliwiec trafi się w jej pole widzenia. Otóż to! Wiewiórka właśnie zeskoczyła z niedaleko rosnącej jodły i węszyła wśród liści. Wtedy wojowniczka się spięła i zaczęła powoli podchodzić zwierzątko. Chwilę przed zauważeniem kotki, ta zdążyła dać susa, kończąc żywot gryzonia ciosem pazurami. Wzięła ją w pysk i podeszła do wcześniej upolowanych zwierząt, jakimi były gawron i mysz. Polowanie mogła nazwać sukcesem.

* * *

Gdy wróciła do obozu, akurat mijała wychodzącą na patrol Miodowy Ul. Uśmiechnęły się do siebie, po czym Jesionowa Szadź poszła odłożyć zwierzynę na stos. Blednąca Łapa akurat podszedł, by zabrać z niego jedzenie dla starszych i karmicielek. Kiwnęła do niego głową z uśmiechem, lecz on trochę ją zbył i poszedł dalej. Westchnęła. Nawet młode koty były jakieś strasznie spięte w tym klanie. Nie przejęła się tym i wzięła ze sterty srokę, po czym poszła się położyć w tym samym kącie, w którym jadała razem z Miodką. Sama nie czuła się zbyt dobrze. Wolała złotofutrą do towarzystwa.
Powyciągała pióra z ogona i skrzydeł ptaka, po czym odłożyła na bok. Wtedy przypomniała sobie o gołębich piórach, które niedawno sobie ukryła na później. Zastanowiła się chwilę, po czym wzięła najpiękniejsze sztuki zarówno ze sroki, jak i te z gołębia i weszła na moment do legowiska wojowników. Odszukała posłanie Miodowego Ula i powtykała w nie nowo przyniesione ozdoby. Upewniła się, że wygląda to porządnie, po czym wróciła do swojego posiłku.
Niedługo potem mżawka ustała i niebo nieco się rozjaśniło. Jesionka strzepnęła krople wody z wąsów, po czym kontynuowała jedzenie. Zostawiła połowę zwierza dla Miodki, po czym zaczęła zlizywać z siebie wilgoć. Niedługo potem w wejściu stanęła Miodka, z uśmiechem żegnając Aksamitkowy Nos. Widok ten trochę odpalił w Jesionce czerwoną lampkę. Skrzywiła się spięta. Nie spodobało jej się to, chociaż nie miała ku temu powodu. Coś w środku sprawiało, że zaczęła zwracać uwagę na to, jakie relacje łączyły Miodkę z kimś innym. Wolała, gdy ta oddawała właśnie niej jak najwięcej swojej uwagi. Gdy złota podeszła do Jesionowej Szadzi, tej wyraz pyska złagodniał i kąciki pyska się uniosły.
— Witaj, słoneczko — wymruczała z uśmiechem, po czym się położyła obok niej. — Oo, masz srokę! — Dodała, zauważając zaczętego ptaka między łapami wojowniczki.
— Hejo, i tak, zostawiłam resztę dla ciebie — odparła, po czym podsunęła kotce jedzenie. Miodowy Ul oblizała się.
— Dziękuję — mruknęła, a zaraz potem wgryzła się w zwierzę. Liliowa przewróciła oczami, zastanawiając się chwilę, jak ująć w słowa swoje pytanie.
— Miodko, słuchaj… — zaczęła z lekką powagą, a kotka nastawiła uszu. — A… przyjemnie ci minął patrol? Widziałam, jak coś tam rozmawiałaś z Aksamitkowym Nosem.
Złota lekko się speszyła, po czym przełknęła kęs i uśmiechnęła.
— Tak, było fajnie. Po prostu upolowałam mysz i dałam ją do zjedzenia Aksamitce, bo mówiła, że nie jadła od rana wczoraj. Chciałam być miła — odpowiedziała, a jej wąsy zadrżały. — Wciąż jednak wolałabym, gdybyś też była. Na pewno idzie ci polowanie znacznie lepiej ode mnie! — dodała szybko. Jesionka złagodniała z dziwną ulgą. Czemu tak ją to stresowało?
— Na spokojnie, nie mam ci niczego za złe przecież — wymruczała i położyła łapę na jej łapie. Miodka się onieśmieliła i odwróciła wzrok z niepewnym śmiechem. Jednak na jej pysku widoczny był samoistny uśmiech. Zaraz wróciła do jedzenia, a gdy przełknęła, zwróciła się do Jesionki.
— Właśnie… opowiesz może coś więcej o tej wierze z tymi gwiazdami? Tej, co twoja mama cię uczyła. Skoro tyle wam kazań robiła, to pewnie jest co opowiadać! — zaczęła z entuzjazmem, a liliowa się zastanowiła.
— No dobra — odparła. — Ogólnie to mamy grupę dwunastu niezwykle ważnych konstelacji, nazywanych zodiakami. Te gwiazdozbiory idą wzdłuż linii, którą wędruje słońce. Są to po kolei: baran, byk, bliźnięta, rak, lew, panna, waga, skorpion, strzelec, koziorożec, wodnik i ryby. Zależnie od tego, na jakiego tle zodiaku jest poranne słońce w dniu twoich narodzin, to jest twój znak zodiaku. Moim jest panna. Każdy znak zodiaku podobno pośrednio wpływa na charakter urodzonego pod nim kota, jednak nie jestem pewna, czy to faktycznie jest istotne. Co lepsze, moja matka, tak jak ja i moje rodzeństwo, jest panną, a wszyscy mamy… mieliśmy różne charaktery — Miodce zadrżały wąsy, w chwili, gdy głos Jesionki się odrobinę załamał na wspomnienie rodziny. Przełknęła kęs i się zająknęła.
— Coś… się stało? — przyjrzała się kotce, lecz ta, po chwili zwątpienia, zaśmiała się niezręcznie.
— Nie mam powodu, żeby za nimi tęsknić, zwłaszcza za matką, lecz wciąż coś mnie ciągnie wspomnieniami do nich — uśmiechnęła się niepewnie, a niebieskooka patrzyła na nią z niewielkim zmartwieniem, przerywając jedzenie. — W dzień, gdy opuściłam rodzinę, pokłóciłam się z matką na temat jej obsesji do tej swojej wiary i jej surowości. Wtedy coś we mnie pękło i, mimo że starałam się pozostać spokojna, raz wybuchłam, a ona mnie ukarała tym — wskazała łapą na swoją wielką bliznę idącą od łuku brwiowego po nos. — Wtedy, pierwszy raz w życiu, pozwoliłam sobie na łzy, gdy ona mnie wydziedziczyła za bycie niegodną swojego imienia. Wyniosłam się od nich zaraz po tym — teraz, pierwszy raz można było zobaczyć tak przygnębioną Jesionową Szadź. W kącikach oczu zebrały się łzy, a ona sama odwróciła głowę od towarzyszki, jakby wstydząc się własnych uczuć.
Miodowy Ul chwilę leżała lekko zmieszana i zmartwiona, po czym wstała i położyła się bezpośrednio obok Jesionki, niemal ją otulając. Położyła głowę na cielsku liliowej, mrucząc na tyle głośno, by jej zrobiło się lepiej. Ta podniosła wzrok na kotkę i poczuła, jak jej się robi już nieco lżej na sercu. Uśmiechnęła się delikatnie i otarła łzy.
— Dziękuję — wyszeptała.

Następne parę tygodni

Przez ten czas Jesionowa Szadź regularnie zdobiła posłanie Miodki ładnymi różnościami. Od ładnych listków (bo kwiatów już brakło), przez pióra i nawet różnorodne kamyczki. Gdy Miodowy Ul wreszcie to zaadresowała, ona zaproponowała:
— Może masz jakiegoś tajemniczego wielbiciela? — zapytała z zadziornym uśmiechem, a złota pozostawała skonfundowana.
Wiele razy myślała na głos, kto mógłby to być? Wykluczała po kolei różne koty, a w tych gdybaniach pojawiała się między innymi Aksamitkowy Nos czy Tygrysia Noc, lecz zawsze kończyła bez jednoznacznych wniosków. W końcu jednak domyśliła się.

Teraźniejszość

Od dłuższego czasu śnieg był jedyną rzeczą, którą było widać. Obóz stale musiał być oczyszczany z białego puchu, a po każdych opadach dwaj jedyni uczniowie trudnili się i męczyli z odśnieżaniem domu Klanu Wilka. Jesionowa Szadź również pomagała w pracach przy obozie, ale najczęściej spędzała czas na polowaniu. Jedyne, co mogła przynosić to jakieś marne gryzonie lub ptaki, rzadko przekraczając dwie zdobycze dziennie. Każdy, kogo się spytało, jednoznacznie stwierdzał, że ta pora była okropna. Jesionka jednak, mimo trudności powodowanych przez śnieg, była zadowolona, że było jakieś zajęcie każdego dnia. Owszem, chodziła wygłodniała, lecz piękno ośnieżonego lasu miało swój urok. Chłód na pewno nie przeszkadzał jej aż tak bardzo przez gęstą i długą okrywę z futra, a jedyne, na co mogła się skarżyć, to na odmrożenia poduszek łap.
Pewnego dnia, gdy niebo już zaczynało się ściemniać, kotka wróciła z polowania, trzymając jednego, lecz pulchnego gila. Odniosła go do aktualnie jedynej karmicielki i trójki jej kociąt. Oczywiście, przy każdej wizycie u karmicielek lub starszych, składała drobny ukłon. Zwłaszcza że ową kotką była sama Ognikowa Słota. Jednak zaraz po tym odstawiła zwierzątko i wróciła z powrotem do obozu. Akurat Miodowy Ul kończyła pomagać uczniom w odśnieżaniu ich legowiska, gdy obie złapały kontakt wzrokowy. Złota kotka z dużym uśmiechem podreptała do liliowej.
— Słoneczko, już chyba wiem!
— Co wiesz?
— Kto jest moim “sekretnym wielbicielem” — zachichotała, a Jesionka poruszyła wąsami z lekkim napięciem.
— To samo mówiłaś ostatnio, gdy zgadywałaś Aksamitkowy Nos — starała się jakoś podroczyć z kotką.
— Ale teraz tak na serio!! — powiedziała. — Ale… najpierw chodź ze mną nad jezioro. Tam o wszystkim opowiem.
Nim zielonooka mogła jakkolwiek zareagować, ta zaraz niemal wystrzeliła ku wyjściu. Jesionowa Szadź nie miała nic do gadania.

* * *

Niebo zasłonięte solidną warstwą chmur już zbliżało się do nocnej czerni, gdy zaczęły sypać się z niego płatki śniegu, lecz nie było ich zbyt dużo. Powietrze, mimo że mroźne, to stało w miejscu i nie dało się poczuć żadnego podmuchu wiatru. To wszystko nadawało eterycznego i nieziemskiego nastroju.
Gdy kotki przyszły nad jezioro, które aktualnie było skute lodem, usiadły w tym samym miejscu, gdzie siedziały nad nim razem po raz pierwszy. Jesionka westchnęła w zadumie, a Miodka niemal świeciła podekscytowaniem. Podrygiwała z łapy na łapę, ciągle zmieniając ułożenie ogona. Wtedy wzięła głęboki oddech.
— Słoneczko… — zaczęła, a liliowa zwróciła się do niej przodem. Czekała cierpliwie na kontynuację. Niebieskooka zebrała całą odwagę.
— Słuchaj… ja wiem wszystko. I ty pewnie też, ale; jesteś świetną kotką, rozświetlasz wszystkie dni niczym słońce, którym cię nazywam. Gwiazd jest dużo, lecz słońce mamy jedno. Może i fajnie się o nich uczyć czy je obserwować, lecz to słońce daje nam życie. Chcę, żebyś wiedziała, że… ja cię tak bardzo, bardzo kocham! Nie jak przyjaciółkę, lecz tak jak kotka powinna kochać kocura, tak, że chcę spędzić z tobą życie, całe, calutkie życie! — przyznała i ucichła, jakby czekając na osąd ze strony liliowej. Ta zaniemówiła, lecz sama wiedziała, co do niej czuła. Od jakiegoś czasu, zresztą. Kąciki jej pyska uniosły się, a jej wzrok czule oplótł kotkę.
— Miodko… ja… — zająknęła się. — N-nie wiem co mam powiedzieć za bardzo, bo ty tak bardzo ładnie to ujęłaś. Ja też to czuję. Czuję i chcę spędzić swoje życie z tobą — w jej oczach błysnęły łzy szczęścia, a zaraz po tym Miodowy Ul pisnęła radośnie i przytuliła kotkę z dużą siłą, wdychając ciepły zapach Jesionki, która odwzajemniła uścisk i wtuliła głowę w bujną sierść ukochanej.

<Śliczna moja, razem łapmy gwiazdy 🌟💝>