BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

25 maja 2026

Od Urodziwej Łapy CD. Liliowej Łapy (Liliowej Pieśni)

Przeszłość

Szylkretka opuściła legowisko uczniów, by zaczekać na mentorkę w umówionym miejscu. Kropiatkowa Skórka miała ją tego dnia nauczyć wspinaczki na drzewa. Urodziwa Łapa nie mogła się tego doczekać. W końcu była z natury kotem ciekawskim, a to kolejna interesująca umiejętność. To prawie jak bycie ptakiem, ale bez skrzydeł i na gałęzi. Świetne urozmaicenie życia. Obserwowanie świata z góry musiało być ciekawym doświadczeniem.
— Urodziwa Łapo? — rozległ się za jej plecami głos ciemniejszej kotki. Szafirka odwróciła się do Kropiatkowej Skórki i posłała jej ciepły uśmiech.
— Witaj Kropiatkowa Skórko, wybacz, zamyśliłam się troszkę — przyznała z lekkim rozbawieniem młodsza.
— Nie szkodzi, każdemu się to zdarza — odparła pogodnie jej mentorka. Niebieskooka uwielbiała tę kotkę. Cieszyła się, że to właśnie Kropiatka ją uczyła.
— To co? Gotowa? — wymruczała starsza. Uroda entuzjastycznie pokiwała łebkiem.
— Jak nigdy! — odparła rozpromieniona. Mentorka skinęła lekko łebkiem i obie kotki ruszyły do miejsca treningu. Po jakimś czasie dotarły do celu. Było to drzewo, które specjalnie wybrała Kropiatka dla swojej uczennicy. Upewniła się, że na pewno było bezpieczne.
— Usiądźmy na chwilę — zdecydowała Kropiatkowa Skórka. Szafirka posłusznie usiadła naprzeciwko niej. Wlepiła ślepka w te należące do mentorki i z uwagą czekała na dalsze słowa kocicy.
— Przede wszystkim musisz pamiętać, by zawsze wysuwać pazury. To jest podstawa i najważniejsza część, jeśli chcesz wspinać się na drzewo — zaczęła starsza. Szafirka przytaknęła pyszczkiem, zapamiętując tę uwagę.
— Przednie łapy służą do podciągania się i nawigacji, a tylne pomagają we wspinaczce. Twoje ciało musi przylegać do pnia, by nie stracić równowagi i nie spaść. Takie upadki nie kończą się dobrze. Przy odrobinie szczęście trafia się do medyków i oni pomagają albo źle spadniesz i niestety nie ma czego ratować — miauknęła bardzo poważnie Kropiatka.
— Dobrze, zapamiętam Kropiatkowa Skórko — odparła szylkretka.
— Zawsze sprawdzaj, czy gałąź, na którą chcesz wejść, utrzyma twój ciężar. Nigdy nie skacz na pewniaka — kontynuowała Kropiatka. Urodziwa Łapa wszystko sobie powtarzała w myślach, by ugruntować sobie tę wiedzę.
— Jak chodzi o schodzenie, jest to najtrudniejsze w tej umiejętności. Zazwyczaj łatwo wejść i trudniej zejść. Schodzisz tyłem. Głowa w stronę korony drzew. Opuszczasz bardzo powoli tylne łapy i szukając oparcia, starasz się zejść — dokończyła mentorka.
— Rozumiem — wymruczała w odpowiedzi młodsza kotka.
— Dobrze, skoro była teoria pora na praktykę. Najpierw ja ci pokażę, a potem ty spróbujesz. Zgoda? — miauknęła Kropiatkowa Skórka.
— Zgoda — wymruczała córka Złocistego Widlika, co Kropiatka przyjęła z ulgą. Chwilę później szylkretka cofnęła się delikatnie, chcąc zrobić miejsce Kropiatkowej Skórce. Starsza klanowiczka płynnie wskoczyła na pień, wbijając pazury w korę drzewa. Zaczęła się precyzyjnie podciągać. Jej ruchy były przemyślane, a mięśnie wyraźnie działały pod jej skórą. Przesuwała się bezbłędnie do góry, aż dotarła do pierwszej gałęzi. Przez cały czas Urodziwa Łapa przyglądała jej się z uwagą jakiej dawno nie miała. Była pełna podziwu dla umiejętności mentorki. Bardzo chciała być kiedyś jak ona. Wiedziała, że mimo wszystko, zawsze będzie jej wdzięczna za poświęcony czas i naukę. W końcu starsza dotarła na gałąź i wpatrzyła się w niebieskie ślipka uczennicy.
— Tak to ma mniej więcej wyglądać. Wiadomo, że każdy kot i tak musi znaleźć swój własny styl wspinaczki, ale na początek to musi wystarczyć — rzuciła w stronę młodszej.
— Dobrze! — odparła szylkretka, a następnie obserwowała jak Kropiatkowa Skórka schodzi z drzewa. Rzeczywiście poruszała się głową w stronę gałęzi. Chwilę później ciemna kocica stała już koło Szafirki.
— Wow! To było niesamowite! — wymruczała zachwycona Urodziwa Łapa.
— Też będziesz tak śmigać, gdy nabędziesz doświadczenia — odparła pogodnie ciemniejsza.
— Naprawdę? — szylkretka przekrzywiła lekko łebek.
— Oczywiście, a teraz spróbuj. Będę w pogotowiu, więc postaraj się nie stresować jakoś bardzo. Pomogę ci, gdyby zaszła taka potrzeba — poinformowała ze spokojem Kropiatka. Szylkretka pokiwała łebkiem.
— Dobrze, dziękuję — odparła niebieskooka. Podeszła do drzewa i odbiła się od ziemi tak jak jej mentorka. Wysunęła pazury i wbiła je w korę. Spróbowała się podciągnąć tak jak jej mentorka, ale nie ruszyła się nawet o mysi ogon, kiedy zsunęła się z drzewa.
— Spokojnie Urodziwa Łapo, mocniej wbij pazury. Nie bój się, nie złamią ci się od mocniejszego wbicia — uspokajała ją mentorka, stojąc blisko uczennicy. Uroda skinęła lekko łebkiem.
— Dobrze — miauknęła cicho. Przeniosła spojrzenie z pyszczka kocicy na korę. Ponowiła skok i tym razem mocniej wbiła pazury. Tym razem się nie zsunęła. Starała się mieć w głowie tylko instrukcje kocicy. W końcu po kilku próbach udało jej się zbliżyć do gałęzi. Pomogła sobie ogonem i po chwili była u góry. Co prawda była to pierwsza gałąź, ale jak na pierwszy raz i tak dla kotki było zbyt wysoko. Przez jakiś dłuższy moment tak siedziała, by przyzwyczaić się do wysokości. Dopiero później spróbowała zejść.
— Głowa u góry, a tylne łapy w dół — mruczała do siebie, kiedy schodziła. W końcu dotarła na sam dół.
— Brawo Urodziwa Łapo! — pochwaliła ją mentorka. Młodsza dyszała ciężko. Próbowała uspokoić swój oddech. Pomógł jej w tym ogon mentorki muskający jej grzbiet.
— Dziękuję, chociaż przyznaję, że to trudniejsze niż myślałam — zaśmiała się cicho.
— Nabierzesz wprawy. Jesteś bardzo utalentowaną kotką — wymruczała ciepło Kropiatkowa Skórka.
— Będziesz ze mnie dumna, obiecuję! — miauknęła Uroda, lekko się rumieniąc na pochwałę mentorki.
— Spróbujesz jeszcze raz? — spytała Kropiatka.
— Pewnie! — wymruczała Szafirka. Chwilę później wbijała już pazury w korę drzewa i zaczęła się wspinać. Ćwiczyły tak jeszcze przez długi czas. W końcu Kropiatkowa Skórka zarządziła powrót do obozu.
— Świetnie ci poszło. Jak wrócimy do obozu to zjedz porządny posiłek. Zasłużyłaś na to — wymruczała Kropiatka. Szylkretce oczka zabłysły.
— Oczywiście! Mam wrażenie, że zjadłabym ławicę ryb, gdybym mogła — zażartowała. Kropiatka roześmiała się i obie kotki ruszyły w stronę domu. Droga im minęła na rozmowie i wygłupach Szafirki. W końcu dotarły do obozu, a gdy przekroczyły wejście, zatrzymały się tak, by nie przeszkadzać innym.
— Był to wyczerpujący dzień, więc jutro masz wolne od szkolenia. Odpocznij sobie i poświęć czas sobie — wymruczała Kropiatkowa Skórka.
— Dobrze, bardzo dziękuję Kropiatkowa Skórko. Dobranoc — wymruczała Szafirek.
— Ja również dziękuję za dziś Urodziwa Łapo, spokojnych snów — odparła mentorka. Kotki rozeszły się. Szylkretowa uczennica podeszła do miejsca ze zwierzyną. Wzięła dwie myszy ze sobą. Jedna dla niej, a druga dla Liliowej Łapy. Miała nadzieję ją spotkać w legowisku uczniów. Skierowała się do miejsca odpoczynkowego, chcąc odpocząć w miłym towarzystwie po ciężkim dniu. Jednak gdy tylko weszła do legowiska, zastała przyjaciółkę w złym stanie. Podeszła do niej.
— Hej, Liliowa Łapo. Czy coś się stało? Jesteś głodna? Mam też coś dla ciebie — młodsza kiwnęła głową, a Szafirek usiadła obok niej.
— Cóż, dowiedziałam się, że moja matka nie żyje i byłam nieświadomie świadkiem jej śmierci — wyjaśniła cicho Liliowa Łapa. Uroda nieco spochmurniała.
— Liliowa Łapo, tak mi przykro z tego powodu — zaczęła cicho. Raczej marna była z niej pociecha w takich sprawach, bo nigdy nie wiedziała co powiedzieć. Przytuliła się do boku przyjaciółki i owinęła ją swoim przyozdobionym ogonem. Liznęła ją delikatnie w policzek.
— Wiem, że to ciężkie, ale tam, gdzie trafiła na pewno jest jej lepiej. Wiem, że się spotkacie, gdy przyjdzie czas, a na razie będzie cię obserwować z góry i cieszyć z każdego twojego sukcesu — miauknęła Urodziwa Łapa. Podsunęła jej zwierzątko. Spędziła z nią naprawdę sporo czasu, a końcowo zasnęły wtulone w siebie.

Aktualnie

Urodziwa Łapa wróciła niedawno z ostatniego treningu z zastępczym mentorem. Morszczynowy Wąs postanowił pogadać z Kropiatkową Skórką, więc Szafirek nie miała nic do roboty. Odszukała wzrokiem jakiegoś znanego futra, by zabić czas. W pewnej chwili dostrzegła sierść Liliowej Łapy, choć teraz już Liliowej Pieśni.
— Liliowa Pieśnio! — ruszyła do niej w podskokach. Zatrzymała się przy kotce i otarła o jej bok.
— Jeszcze raz ci gratuluję awansu na wojowniczkę, zasłużyłaś na to — wymruczała wyraźnie szczęśliwa. Liliowa Pieśń zamruczała cicho.
— Jestem pewna, że niedługo do mnie dołączysz — zapewniła Szafirkę. Niebieskie oczka uczennicy zabłysły.
— Na pewno, może lada moment i znów będziemy cieszyć się wspólnym legowiskiem — miauknęła z entuzjazmem starsza. Czekała na ten moment i już snuła teorię, jakie imię dostanie. Było ono raczej oczywiste, a przez to jeszcze bardziej wyczekiwane.
— Lilio? Masz może chwilkę? Chciałabym z tobą o czymś pogadać — wymruczała szylkretka.
— Oczywiście — odparła pogodnie wojowniczka. Urodziwa Łapa poprowadziła je na bok, gdzie usiadła. Owinęła łapy ogonem i spojrzała Lilii w oczy.
— Wiesz? Podoba mi się Przypalona Łapa, no teraz już Przypalony Kasztan i ostatnio byliśmy na spacerze — zaczęła szylkretka. Jej głos tym razem był spokojniejszy.
— Naprawdę? — odezwała się młodsza, a Szafirek kiwnęła łebkiem.
— Tak, a, jak wiesz już za kociaka przebywaliśmy sporo czasu razem. Chciałabym mu coś podarować, ale zastanawiam się, co byłoby najlepsze. Musi to być coś godnego dla niego, bo wiesz Przypalony Kasztan to dla mnie prawdziwy książę, ale nie mów tego nikomu, bo mi sierść wyskubią i będę w połowie łysa — miauknęła ciszej, a następnie zaśmiała się krótko.

<Liliowa Pieśnio? Co mogę mu dać?>

[1391 słów+nauka wspinaczki na drzewa]

Od Łzy do Mistral

Słońce wisiało wysoko nad obozowiskiem Owocowego Lasu, rozlewając po polanie złociste światło, które miękko osiadało na futrach kotów niczym ciepły pył unoszący się w powietrzu podczas bezwietrznego dnia. Niebo miało barwę czystego, głębokiego błękitu, który co jakiś czas przecinały jasne, mleczne smugi chmur, przypominające delikatne rysy na gładkiej powierzchni nieba, jakby coś próbowało przedostać się przez jego granice, lecz wciąż pozostawało poza zasięgiem. Powietrze było przyjemnie ciepłe, typowe dla pory Nowych Liści, choć gdzieniegdzie dało się jeszcze wyczuć subtelny chłód, który przemykał między kamieniami i cieniem drzew, przypominając, że zima nie odeszła jeszcze całkowicie z pamięci lasu..
Łza siedziała nieco z boku, z łapami starannie podwiniętymi pod ciało, choć jej postawa wcale nie zdradzała spokoju. Przeciwnie — w jej błękitnych oczach czaiło się coś na kształt cichego znużenia, które mieszało się z narastającą irytacją, kiedy obserwowała swoją matkę. Purchawka znajdowała się nieopodal, zajęta Mordogończykiem, którego otaczała ogonem w sposób czuły i opiekuńczy, jednocześnie mrucząc do niego coś łagodnie, jakby cały świat poza tym małym kocięciem przestał w tej chwili istnieć.
Łza wpatrywała się w tę scenę z coraz większym napięciem w piersi, którego sama nie potrafiła do końca nazwać, choć przypominało ono coś pomiędzy zazdrością a rozdrażnieniem, jakby ktoś powoli odbierał jej coś, co zawsze uważała za oczywiste. Nie cierpiała tego widoku, a jednocześnie nie potrafiła oderwać wzroku, zmuszając się do obserwowania każdego ruchu matki, każdego muśnięcia ogona i każdego czułego spojrzenia, które nie było skierowane w jej stronę. Z każdym kolejnym uderzeniem serca coraz wyraźniej czuła, że coś się zmienia — nie na zewnątrz, lecz w relacjach, które do tej pory uważała za nienaruszalne.
Mordogończyk uniósł nagle głowę, jakby wyczuwając jej spojrzenie, po czym popatrzył w jej stronę z wyraźnym zawahaniem, które mogło przypominać strach. Łza natychmiast drgnęła, a jej uszy lekko się nastroszyły, podczas gdy w jej spojrzeniu pojawił się cień ostrego, kwaśnego niezadowolenia — nie powiedziała jednak ani słowa, ograniczając się jedynie do wyrazu pyska, który jasno komunikował, że zauważyła jego reakcję i zapamiętała ją.
Przez moment trwała w bezruchu, jakby ważyła w głowie różne możliwe reakcje, analizując sytuację z tą samą impulsywnością, która często popychała ją do działania bez zastanowienia. W końcu jednak podniosła się gwałtownie, a jej ogon uniósł się wysoko, zdradzając nagłą decyzję, zanim jeszcze sama zdążyła ją w pełni przemyśleć. Ruszyła w stronę matki szybkim, niemal sprężystym krokiem, przeciskając się między innymi kociakami z wyraźną determinacją, która jednak nie tłumiła narastającej w niej emocjonalnej burzy.
Gdy tylko zbliżyła się do Purchawki, w jej nozdrza uderzył intensywny zapach ziół — mieszanka ostrej mięty, gorzkiej bylicy oraz czegoś ziemistego. Skrzywiła się lekko, choć nie był to jedynie grymas niechęci wobec zapachu, lecz także wobec faktu, że ten zapach zdawał się należeć do matki bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
— Mamuś… — odezwała się w końcu, unosząc głowę i wbijając w Purchawkę spojrzenie pełne mieszaniny ciekawości oraz nie do końca ukrytej pretensji. — Dlaczego ciągle pachniesz ziołami?
— Bo jestem szamanką, skarbie.
— A możemy pójść do twojego legowiska..?
— Nie wiem. Trudno będzie mi pilnować czwórki kociąt w jednym momencie. Może kiedy indziej…
Końcówka ogona Łzy drgnęła gwałtownie, zdradzając ukłucie irytacji, które pojawiło się w niej niemal natychmiast po usłyszeniu odpowiedzi Purchawki. Przez krótką chwilę wydawało się, że zaraz zaprotestuje, że podniesie głos i zacznie domagać się uwagi, której tak bardzo pragnęła, lecz słowa uwięzły jej w gardle, ciężkie oraz gorzkie niczym źle przełknięte zioła. Zamiast tego jedynie skinęła głową, choć ruch ten był sztywny oraz wyraźnie wymuszony.
Jej błękitne oczy przesunęły się ku Mordogończykowi. Przez moment patrzyła na niego w ciszy, a w jej spojrzeniu mieszało się coś dziwnie ciężkiego — zazdrość, frustracja i potrzeba odzyskania kontroli nad czymś, cokolwiek by to nie było.
— Mordogończyku… Chcesz się pobawić?
Brat zawahał się, co tylko bardziej podrażniło ją od środka. Nie rozumiała, dlaczego zawsze wyglądał tak, jakby się jej obawiał.
— W porządku… — odpowiedział cicho. — Mamo, mogę?
Łza niemal natychmiast odwróciła wzrok ku Purchawce, czekając na odpowiedź z napięciem tak silnym, że aż ścisnęło ją w brzuchu. Kiedy matka skinęła głową, poczuła krótką falę satysfakcji, małą i dziecinną, ale wystarczającą, by wyprostowała się odrobinę dumniej.
A więc jednak potrafiła zwrócić na siebie uwagę.
— Tylko bawcie się przy wejściu! — krzyknęła za nimi Purchawka.
Łza ledwie powstrzymała przewrócenie oczami. Oczywiście. Nawet teraz musiała coś narzucić, coś kontrolować, jakby Łza była zbyt mała albo zbyt nierozsądna, by podejmować własne decyzje.
— Nie lepiej będzie bawić się w środku? — spytał Mordogończyk.
— Cicho, nie zachowuj się jak jakiś głupi szczur — syknęła odruchowo, czując nagłe rozdrażnienie.
Prawdę mówiąc, nie chodziło nawet o niego. Po prostu wszystko ją drażniło — ostrożność brata, ciągłe polecenia Purchawki, a przede wszystkim świadomość, że istnieje miejsce, do którego matka chodziła bez niej. Własne legowisko. Własna dziupla. Coś ważnego.
Gdy tylko wyszli na zewnątrz, ostre światło słońca rozlało się po jej futrze, lecz Łza niemal tego nie zauważyła. W jej głowie wirowała już zupełnie inna myśl, coraz większa oraz bardziej ekscytująca.
Szamanka.
To słowo brzmiało dostojnie. Ważnie. Inaczej niż zwykły wojownik czy uczeń. A skoro Purchawka była szamanką… to ona sama również musiała być kimś wyjątkowym.
— Słyszałeś, co mówiła Purchawka… Jest szamanką! A wiesz, co to znaczy?
W jej głosie zabrzmiał entuzjazm niemal graniczący z obsesją, a oczy rozbłysły jasnym podekscytowaniem.
— Że jesteśmy jej dziećmi?
— Że jest sporą szychą! — wyrzuciła z siebie szybko. — Przynajmniej z tego, co udało mi się podsłuchać od uczniów.
Im więcej o tym myślała, tym bardziej rosło w niej przekonanie, że to wszystko musi coś znaczyć. Że skoro Purchawka była kimś tak ważnym, ona również powinna być traktowana inaczej niż reszta kociąt.
Wyjątkowo.
— I to znaczy, że możemy robić cokolwiek chcemy! A do dyspozycji mamy jej własne legowisko!
Sama myśl o wejściu do miejsca należącego wyłącznie do Purchawki sprawiła, że serce zaczęło bić jej szybciej. Było w tym coś zakazanego, ekscytującego i jednocześnie dającego dziwne poczucie wyższości nad innymi.
— Wiesz w ogóle, gdzie ma to legowisko?
Łza zamrugała lekko, jakby samo pytanie wydało jej się wręcz absurdalne. Oczywiście, że musiała je mieć. Znaczy… Tak przynajmniej sądziła.
— Może… Zresztą, czekaj chwilę.
Nie zamierzała opierać się wyłącznie na własnych domysłach. Ciekawość paliła ją od środka zbyt mocno, by mogła po prostu odpuścić, dlatego niemal natychmiast ruszyła ku czekoladowej kotce siedzącej nieopodal. W jej krokach dało się dostrzec dziecięcą pewność siebie zmieszaną z ekscytacją, która rosła z każdym uderzeniem serca.
— Wiesz, gdzie szamani mają swoje legowisko? — spytała szybko, unosząc lekko głowę, jakby samo pytanie było czymś niezwykle istotnym.
— Oczywiście. To ta dziupla.
Kotka wskazała łapą na ciemny otwór w pniu drzewa. Łza natychmiast skierowała tam spojrzenie, a jej oczy rozbłysły gwałtownym zainteresowaniem.
Jej serce zabiło szybciej, gdy wyobraziła sobie wszystkie zioła, tajemnice oraz ważne rozmowy skrywane wewnątrz tej dziupli.
— Dziękuję! — miauknęła szybko, obdarzając kotkę szerokim uśmiechem, po czym niemal natychmiast odwróciła się i podbiegła z powrotem do Mordogończyka.
— Wiem dokładnie, gdzie jest! — miauknęła, po czym ruszyła w stronę miejsca wskazanego wcześniej przez  kotkę.
Wsunęła się do dziupli, z zaciekawieniem obserwując poukładane sterty roślin oraz puste posłania.
— Co ty tu robisz, kociaku? — zaskoczył ją czyjś głos.
Patrzyła na nią biała kotka o intensywnie niebieskich oczach — aż dziwnie, że Łza wcześniej jej nie dostrzegła.
— My-
Obejrzała się za siebie. Ten drań, Mordogyńczyk, nie wszedł za nią! Jaki brat zostawiłby swoją kochaną siostrzyczkę samą sobie?
— Rozglądam się tylko po moim legowisku. — odparła z lekkim chłodem, ale też i dumą.
— To nie jest miejsce dla kociąt. Wyjdź stąd.
Poczuła, jak pod futrem pali ją irytacja. Co ten wstrętny robal mógł o tym wiedzieć? Pewnie nawet nie była szamanką…
— TAK SIĘ SKŁADA, że moja MAMA zarządza TYM miejscem. Więc TY stąd wyjdź.

<Mistral?>

Od Zwęglonej Łapy (Zwęglonej Kukułki) CD. Wąsatkowego Ruczaju

Przeszłość

Próbowała jakoś się wytłumaczyć z przypadkowego wpadnięcia na wojowniczkę, lecz tak naprawdę nieco jej mowę odjęło, kiedy ta zaczęła się zwracać do niej w męskiej formie. Nigdy nikt tak się do niej nie wracał, jednak jakoś… nie przeszkadzało jej to. Fakt, czuła się niecodziennie z tą świadomością, ale i niespodziewanie dobrze? Jakby coś wewnątrz niej przeskoczyło, niespodziewanie i równie cicho, niczym delikatny wiatr niosący zapowiedź wielkich zmian.
Żółte oczy nieśmiało powędrowały za oddalającą się już Wąsatką. Uczennica nie chcąc się narażać na jeszcze większy gniew starszej, ruszyła z dotychczasowego miejsca i prędko ją dogoniła. Do legowiska medyków jednakże nie weszła, woląc pozostać przed, by nie zakłócać powrotu do zdrowia innych kotów, które faktycznie musiały przebywać w norze — nie to, co ona, nieproszony gość, który został tu zaciągnięty jedynie z woli córki zastępcy.
— No, więc gdzie się tak śpieszyłeś, że musiałeś we mnie wlecieć? — zagaiła, dalają się wraz z uczniem od lecznicy.
— Ja… Cóż… — zaczęła, kierując swój wzrok na wielokolorowe łapy. — Chciałem się udać do starszyzny… — przyznała po krótkiej chwili.
Kiedy uświadomiła sobie, co powiedziała, momentalnie stanęła w miejscu. Szeroko otwartymi oczami, wpatrywała się w pazury, które nieświadomie wysunęła i teraz wbijała głęboko w ziemię pod sobą. Czy ona naprawdę ot tak zaczęła mówić w męskiej formie? Przecież była kotką! Więc dlaczego? Dlaczego jej umysł stwierdził, że dobrym pomysłem będzie kontynuowanie tego, co narzuciła przypadkowo Wąsatkowy Ruczaj? Nie była kocurem, by się zwracać w ten sposób! Była tej samej płci, co Kryształek i biało-czarna wojowniczka, która teraz uważnie jej się przyglądała.
— Coś się stało? — spytała Wilczaczka, zdając się nieco zaniepokojona lub przejęta obecnym stanem uczennicy.
— Chciałem powiedzieć…! Znaczy, chciałam, tak, chciałam! — powiedziała, z trudem opanowując panikę, która powoli przejmowała jej drobne ciało. — Wybacz, muszę iść! — dodała i nie przejmując się teraz możliwymi konsekwencjami, czmychnęła do legowiska starszyzny.
Dawni wojownicy początkowo spojrzeli na nią zdziwieni — a przynajmniej ci, co mogli.
— Coś się stało Zwęglona Łapo? — spytała jako pierwsza Srebrzysta Łuna.
— Tak, znaczy nie! Już sama nie wiem… — mówiła nadal ogarnięta paniką i natłokiem myśli.
— Wdech i wydech — polecił spokojnie biały kocur, który w spokojnym rytmie zaczął oddychać wraz z młódką.
— Dziękuję Ci Blade Lico — podziękowała, wchodząc w głąb legowiska, by następnie podejść do Trzcinniczkowej Dziupli, ówcześnie informując go o swojej obecności blisko niego oraz mówiąc, co będzie robić. Arlekin coś jedynie na to mruknął pod nosem, pozwalając uczennicy na przegląd swojej sierści w poszukiwaniu możliwych kleszczy.
— Wszystko dobrze? — Pytanie ze strony szylkretki na nowo rozbrzmiało.
— Tak, po prostu spanikowałam w czasie rozmowy z Wąsatkowym Ruczajem — odparła, posyłając starszej nieco niemrawy uśmiech.

«★»

Obecnie

Od stresującej rozmowy z Wąsatkowym Ruczajem minęło trochę czasu, a dymna starała się unikać starszej, nie chcąc na nowo powracać do natłoku myśli, którego wtedy doświadczyła. Od tamtego momentu nie zdarzyło się już mówić w męskich zaimkach, dzięki czemu powoli zapominała o tym, dusząc głęboko w sobie cichutki głos, który pojawił się niedługo po tamtym dniu. Kukułka zyskała nieco na pewności siebie, lecz nadal ulegała namowom siostry lub innych Wilczaków, które mogłyby ściągnąć na nią gniew zastępców czy też samej liderki.
Górujące słońce z każdym dniem powoli coraz bardziej zaczynało dawać się we znaki, nawet jeśli w większości tereny Klanu Wilka były porośnięte wysokimi i rozłożystymi drzewami. Parne powietrze często wisiało nisko ziemi, oblepiając płuca i drogi oddechowe wojowników, sprawiając, że temperatura w odczuciu była znacznie wyższa niż w rzeczywistości. Szylkretka właśnie miała wychodzić z obozu, by zapolować na jakieś zwierzęta, którym nie było straszne słońce na niebie, gdy została zatrzymana przez głos, który odbił się echem w jej głowie. Od razu cała zesztywniała, doskonale wiedząc, kto jest właścicielem tego wołania. Spięta odwróciła się na pięcie, by ujrzeć Wąsatkowy Ruczaj, która właśnie zmierzała w jej stronę.
“Niech Klan Gwiazdy ma mnie w opiece” — pomyślała, czekając w napięciu, aż wojowniczka podejdzie wystarczająco blisko.
— Mogę się dołączyć? — spytała od razu, nie tracąc czasu na uprzejmości, których raczej nie musiała stosować, w końcu była córką samego zastępcy, więc to inni powinni się odnosić do niej z należytą uprzejmością.
— J-jasne — wydukała, przepuszczając starszą w przejściu.
— No, to powiedz mi, czemu mnie unikasz? — Pytanie to padło niczym grom z jasnego nieba. Czarno-biała nawet nie dała chwili młodszej po opuszczeniu azylu klanu.
— Nie unikam Cię…! — zaprzeczyła, choć raczej nie brzmiała na przekonująco. — No dobra, może unikam, ale… Od tamtej rozmowy jakoś nie czułam się sobą… Nawet nie wiem, czemu powiedziałam w innej formie niż zwykle, przecież nie jestem kocurem!

<Wąsatkowy Ruczaju?>

Konwaliowej Mielizny CD. Borówkowej Słodyczy

Przeszłość

— Ja… — zaczęła, lecz szybko urwała, a liliowy nie naciskał. — Nie wiem już, co mam właściwie zrobić… — wydobyła z siebie.
Było mu żal matki, gdyż miał wrażenie, że to ona najbardziej cierpi z całego ich towarzystwa. Odosobnienie dawało się we znaki każdemu, jednak to biała wojowniczka zdawała się jedynie cieniem dawnej siebie, jakby czasy jej największej świetności przeminęły, a Konwalia musiał z bólem być tego świadkiem. Miał nadzieję, że chociaż jego siostry pod opieką Fląderki mają się lepiej, gdyż chyba by nie zniósł kolejnych kotów rozsypanych psychicznie. Wystarczyło mu, że obecnie miał na głowie właśnie Borówkę, której dawał czas na zebranie się nieco w sobie.
— Nie tylko ty, matko — przyznał. — Kiedy tylko nas tu wtrącono, przybyła Fląderka. Niosła wieści o Słodkiej i Korzonek. — Na te słowa niebieskie ślepia starszej się rozszerzyły, jakby od razu zakładała najgorszy możliwy scenariusz dla swoich córek. — Spokojnie, zostały jedynie zdegradowane i pełnią podobną rolę, co sama Fląderka. Poprosiłem też ją, by pełniła opiekę nad nimi, gdy nas u boku nie ma.
— Przecież Tojadowa Kryza z nimi pozostał… — zauważyła, nie rozumiejąc postępowania syna.
— Ale on cały czas u ich boku nie będzie — mruknął, kładąc ogon na jej śnieżnym grzbiecie.
Nawet jeśli nie tylko oni znajdowali na tej przeklętej wyspie w odosobnieniu, to zapewne czuli się najbardziej samotni, odcięci od najbliższej rodziny.

«★»

Obecnie

“Jak mogła! Ona i ten pożal się ojciec!” — fuknął w myślach, chodząc niespokojnie nad brzegiem rzeki. Kiedy tylko do jego uszu dotarła wieść, iż Borówkowa Słodycz z Tojadową Kryzą udali się do innego klanu, czuł, jak krew zaczyna w nim wrzeć. Czy dla białej straciły sens te wszystkie dni, kiedy trwał u jej boku w czasie izolacji? Straciły sens również słowa, którymi próbował ją pocieszać? Poczuł się zdradzony, a uczucie to nie było mu obce, lecz tym razem było gorzej. Znacznie gorzej niż w momencie, gdy niesłusznie oskarżono go o zdradę klanu. Nocniacy to w większości jedynie zbitka paru rodzin, których nawet mogą nie łączyć więzy krwi, nawet nie muszą być dla siebie jakoś wyjątkowo bliscy — dlatego też tak mocno odbiła się na nim decyzja matki.
Przez jej egoistyczny pomysł klan patrzył na niego i siostry, jak na kogoś, kto nawet nie powinien oddychać tym samym powietrzem, co oni. Miał wrażenie, że jego każdy ruch jest jeszcze dokładniej obserwowany niż zazwyczaj. Tak jak kiedyś kochał Borówkową Słodycz, która była dla niego całym światem, ostoją, do której mógł się udać w najtrudniejszych momentach, tak teraz po tym wszystkim nie został choćby cień śladu — całym sercem znienawidził i ją i Tojadową Kryzę, niemal karmiąc się jedynie tą nienawiścią. Najchętniej odciąłby się i również od sióstr, które mu przypominały o zdrajcach, lecz nie mógł ich tak porzucić, wystarczy, że zrobili to ich rodzice. Teraz to on jakoby przejął obowiązek opieki nad nimi.
“Jesteś z siebie dumna, Borówko? Zniszczyłaś życie nie tylko mi, ale i wszystkim swoim dzieciom. Mam nadzieję, że doświadczysz również takiej zdrady, co my.”

Sesja wstrzymana

Od Rozżarzonej Pieśni CD. Naparstnicowej Łapy (Serdecznej Naparstnicy)

Przeszłość

Cętkowana od rana chodziła z bólem głowy, przez co była drażliwa znacznie bardziej niż zwykle. Kotka zastanawiała się przez część dnia, co może być tego przyczyną, lecz kiedy porządne nawodnienie nie pomogła, postanowiła udać się do Jagnięcego Ukłonu z prośbą o parę ziaren maku. Przy okazji może, by porozmawiała chwilę z medyczką — w ostatnim czasie coraz rzadziej zdarzało im się urządzać niezobowiązujące rozmowy.
Nawet nie zauważyła, że ktoś wcześniej wszedł do legowiska, dopóki o mało, co jakiś uczeń na nią nie wpadł. Kojarzyła go głównie z widzenia oraz faktu, iż często można było go ujrzeć w towarzystwie Rozkwitającego Astra, która zapewne była jego mentorką lub kimś innym dla młodzika. Ruda nadal jakoś nie umiała się przyzwyczaić do faktu, iż w Klanie Klifu jest osobna rola dla kotów, które nie mogą zostać wojownikami i zamiast podstawowych ich obowiązków, zajmowali się pobratymcami.
— Źle ci? — mruknęła, mrużąc ślepia na widok ucznia, który stanął jak wryty i nawet nie był łaskaw przeprosić. Normalnie, by to ją nie obchodziło, lecz ten trafił na zły momentu u Żar, plus tym swoim stanie nieco zawadzał jej na drodze do lecznicy. Zirytowana strzepnęła krótkim ogonem, czekając, aż ten łaskawie wydusi z siebie jakieś słowo lub ruszy się z miejsca.
— Nie, nie… — odpowiedział w końcu. — Ale… jesteś z Klanu Wilka, tak? — zapytał ostrożnie.
Rozżarzona Pieśń zmierzyła go wzrokiem tak chłodnym, jakby chciała wbić go w ziemię na głębokość kilku zajęczych susów.
— Nie, nie jestem z Klanu Wilka. Urodziłam się z dala od klanów — odparła sucho, mając dość tego, że każdy patrzy na nią przez pryzmat miejsca, gdzie została wychowana przez kochającą matkę zastępczą.
— To… nie o to mi chodziło.
— Przecież wiem.
— Nie mam nic złego na myśli — dodał ciszej, na co ucho rudej drgnęło nieznacznie. — Chciałem tylko wiedzieć, jak jest w Klanie Wilka… bo… mam przypuszczenia, że-
Urwał w połowie zdania, spuszczając wzrok na własne łapy.
Cętkowana na nowo zmrużyła oczy, zastanawiając się przez chwilę, co dalej z tym wszystkim zrobić. Skoro kocur był ciekaw jej dawnego klanu, to nie widziała żadnych przeciwwskazań, aby mu o tym nie opowiedzieć — nawet dobrze, by się stało, gdyż więcej kotów, by dostrzegł, że Klan Wilka jest wylęgarnią zbrodniarzy, którzy nawet nie powinni mieć prawa stąpać po ziemi, a ich miejsce było jedynie w Mrocznej Puszczy, zapomnianych przez resztę kotów.
— Słuchaj, aktualnie nieco stoisz mi na drodze do lecznicy, więc jeśli chcesz wiedzieć coś o Wilczakach, to złap mnie jutro czy kiedykolwiek później. Obecnie umieram z bólu głowy — wyjaśniła, a kiedy tylko młodzik się odsunął, robiąc jej przejść, nie zwróciła uwagi na jego słowa, marząc tylko o tym, by mak uśmierzył ten pulsujący ból w czaszce.

«★»

Obecnie

Rozżarzona Pieśń wraz ze wschodem słońca już była gotowa na pierwszy patrol jego dnia. Pora zielonych liści powoli przeobrażała się w kolejnym, znacznie cieplejszy sezon, który dla większości kotów będzie istną katorgą. Ona na szczęście nie miała tak źle, gdyż jej płomienno-ruda szata nie przyciągała tak bardzo promieni słonecznych, jak ciemniejsze kolory, lecz sama długość mogła być nieco zgubna. Długa sierść miała swoje plusy, a także minusy, które można było odczuć przy skrajnych temperaturach — w czasie przymrozków stanowiła dobrą ochrony, inaczej w czasie pory opadających czy też zielonych liści, kiedy to była narażona na przegrzanie.
Wojowniczka właśnie wygrzebywała się z legowiska na jednej z półek w jaskini, kiedy zauważyła ruch w pobliżu legowiska uczniów. Bury kocur przysiadł niedaleko wyjścia, jakby w oczekiwaniu na kogoś — Żar była typem rannego ptaszka, więc nawet jeśli nie była przydzielona do porannego patrolu, to i tak się pchała o wczesnej porze do opuszczenia obozu. Część kotów początkowo nie była z tego zadowolona, lecz z czasem było im to na łapę, gdyż mogli dłużej pospać i swój przydział patrolu mieć w późniejszych porach dnia.
Cętkowana sama podeszła bliżej do wielkiego otworu, który był początkiem jaskini, gdzie Klifiacy urządzili obóz. Widok i szum spadającej wody skutecznie wypełniały jej umysł. Kiedyś ciągły dźwięk wodospadu tuż obok było uciążliwe, lecz dość szybko stało się idealną melodią przed snem.
Żar nawet nie zauważyła, gdy obok zjawił się Skrzydlata Pogoń, będący mentorem Agatówkowej Łapy. Najwidoczniej ci szli na trening bądź patrol — ruda nie roztrząsała tego, gdyż po chwili do nich dołączyła Jenocia Kufa. Żółtooka już wiedziała, że to wyjście nie będzie spokojne. Rodzeństwo wojowników było tym, które często ze sobą konkurowało, chcąc być lepsze od tego drugiego. Dawna Wilczaczka czuła się wtedy nieco, jak piąte koło u wozu, ponieważ nie zdarzało jej się angażować w ich przepychanki, wolała wtedy popatrzeć z boku lub zająć się czymś innym, jak na przykład polowanie.
Kiedy tylko opuścili klifu, ich kroki skierowały się w stronę granicy z Klanem Wilka. Dawniej Żar obawiała się tych terenów Klifiaków, lecz po tylu księżycach wątpiła, by ktokolwiek był w stanie ją rozpoznać, patrząc na ilość nowych szram na ciele, lub by ktoś jeszcze pamiętał o jej istnieniu. Zapach, który utrzymywał się na rudym futrze, zdążył się zmienić z ostrego i nieprzyjemnego Wilczackiego na woń soli morskiej. W dodatku od słonej wody sierść wojowniczki była nieco bardziej sztywna, jakby drobinki soli oblepiły niektóre pasma, tworząc kolejne grubsze i mniej aksamitne w dotyku. Żółtookiej to nie przeszkadzało, wręcz się cieszyła z takich zmian, gdyż w końcu zapominała o wszystkim, co mogłoby ją jeszcze jakoś wiązać z Klanem Wilka. Oczywiście nie wliczała w to rodziną, za którą nadal mimowolnie tęskniła, choć było to uczucie, z którego istnieniem się pogodziła.

«★»

Obóz powoli budził się do życia, choć większość kotów wyglądała, jakby nadal spała. Rozżarzona Pieśń z nornicą i kosem w pysku podeszła do gniazda na środku jaskini, pełniące funkcję stosu na zwierzynę, do którego zostały dorzucone dwa świeże i jeszcze ciepłe kąski. Żółtooka miała w planach położyć się gdzieś na zimnej skale, lecz wtedy jej spojrzenie padło na niskiego protektora, który właśnie rozmawiał z Rozświetloną Skórą w wejściu do legowiska starszyny. Ruda zrezygnowała z pomysłu podejścia do niebieskiego, nie chcąc przeszkadzać, lecz kiedy ten zakończył rozmowę ze starszym, od razu ruszyła w jego stronę.
— Serdeczna Naparstnico — zawołała go, chcąc, by ten zatrzymał się w miejscu. — Hej, jak tam Ci poranek mija? — zagadała jakby nigdy nic. — Masz może chwilę na rozmowę? Dawniej chciałeś coś się dowiedzieć o Klanie Wilka, ale Cię wtedy zbyłam. Jeśli nadal chcesz posłuchać, to teraz masz możliwość.

<Naparstku? Gotowy na mroczne sekrety Wilczaków?>

Od Fląderki CD. Trzcinowego Szmeru

Przeszłość

— Gotowi.
—G-gotowi...
Fląderka starała się z całych sił nie spojrzeć w stronę brata. Wiedziała, że gdy Trzcinowy Szmer się oddali, najpewniej będzie świdrował ją spojrzeniem. Była niemal tego pewna. Wątpiła, że kocur otwarcie w jakiś inny sposób da jej do zrozumienia, że nie jest tu mile widziana — przynajmniej przez niego. W końcu szylkretowa kocica oddaliła się, pozostawiając rodzeństwo na otwartym terenie. Rezedowa Łapa głośno westchnął, ale zamiast zwyzywać pod nosem siostrę, że mogła udać chorą, machnął ogonem, aby za nim się udała. Nim odrzutek ruszył za rudym kocurem, rozejrzał się dookoła, starając się spróbować dostrzec burą kotkę, jednak ta zlała się z otoczeniem.
— P-przepraszam... wiem, że nie powinnam, ale nie chciałam...
— Cicho! Bądź po prostu cicho i chociaż raz przydaj się na coś — fuknął Rezedowa Łapa, po czym spokojniejszym tonem dodał: — Obserwowałaś wojowników podczas innych polowań, prawda? Wiesz, z czym to się je... — Fląderka przytaknęła. Mimo że sama nigdy nie polowała, z zainteresowaniem obserwowała inne koty w trakcie polowania na zwierzynę. Zauważyła, że niektórym kotom łatwiej przychodziło polować na ryby, a jeszcze inni byli dobrze wyszkoleni w polowaniu na ptactwo. — No to super. W każdym razie wystarczy, że będziesz nasłuchiwać, węszyć i nie spłoszysz mi zwierzyny, jak już ją znajdziemy. Rozumiesz?
— R-rozumiem.
Oddalili się na kilka lisich długości od punktu, w którym rozdzielili się z córką Baśniowej Stokrotki. Brązowooki robiąc dobrą minę do złej gry, na spokojnie starał się tłumaczyć wszystko swojej siostrze. Nie robił tego jednak z litości, po prostu chciał dobrze wypaść przed swoją mentorką, która chcąc nie chcąc zmusiła go do współpracy z odrzutkiem. Fląderka z całych sił starała się skupić na zadaniu, jakie otrzymała. Było to o wiele trudniejsze, niż myślała. Jednak musiała dać z siebie sto procent, bo nie chciała, aby brat się na nią gniewał, jak i Trzcina była zawiedziona jego postępem.
Cierpliwość Rezedowej Łapy względem siostry powoli się kończyła, gdy Fląderka dwukrotnie spłoszyła zwierzynę. W pewnym momencie kocur przewrócił szylkretkę na plecy i docisnął ją łapą do runa leśnego.
— Jeśli zawiodę Trzcinowy Szmer po raz kolejny, najpewniej skończę jako odrzutek, jak ty, a nie jako wojowników. Tego chcesz? Tak bardzo ci zależy na tym, aby ktoś z naszej rodziny dzielił z tobą los i był popychadłem? — wysyczał. Być może, gdyby to nie był Rezedowa Łapa, Fląderka by się przeraziła, jednak za maską złości spostrzegła również w głównej mierze strach, ale również inne emocje.
Oczy kotki zaszkliły się. Mimo że jej funkcja odrzutka nie przeszkadzała, wiedziała, że Rezedowa Łapa prędzej by odgryzł sobie ogon, niż żył w podobny sposób, jak ona. Widziała, że jej brat pragnął zostać wojownikiem. Chociaż on z trójki kociąt Nemezji. Fląderka z całego sercu życzyła bratu zdobycia miana wojownika i sama wyczekiwała jego ceremonii. Bo tylko ona z żywych bliskich mogła mu życzyć szczęścia.
Kocur puścił siostrę, rzucając przekleństwo pod nosem. Fląderka pomału podniosła się do siadu. Nerwowo rozejrzała się wokół, w obawie, czy Trzcinowy Szmer nie widziała ich rozmowy. Gdyby kotka przyczepiła się do Rezedy, miała zamiar stanąć po stronie brata, broniąc go i tłumacząc jego frustrację.
Przetarła łapką oko i jak gdyby nic, ruszyła za kocurem, który ponownie starał się wytropić zwierzynę. Tym razem z całych sił starała się poruszać zgodnie z tym, co powiedział jej Rezedowa Łapa. Długie, lecz powolne kroki. Niska głowa oraz grzbiet. No i przede wszystkim powinna być cicho.
Węszyła, nasłuchując i rozglądając się dookoła zielonych terenów. Aż w końcu brat kazał jej się zatrzymać, ponieważ dostrzegł swoją ofiarę. Nim jednak kocur ruszył naprzód, Fląderka go zatrzymała.
— P-poczekaj Rezedo... Tego ptaka łatwo spłoszyć — zaczęła, przypominając sobie ostatnie spotkanie z dostojnym ptakiem, który kroczył przed nimi między zaroślami. Starała sobie przypomnieć, jak Wężynowemu Splotowi i Niedźwiedziówkowemu Pyłowi udało się pochwycić ptactwo. — Chyba... chyba mam pomysł, dzięki któremu uda ci się go złapać, a ja go nie spłoszę...
Pokrótce opowiedziała bratu o przebiegu wcześniejszego polowania na ten sam gatunek ptaka. Rezedowa Łapa nie wydawał się przekonany co do pomysłu odrzutka, jednak odpowiadał mu fakt, że Fląderka miała siedzieć nieruchomo i dopiero na jego znak wyskoczyć ukrycia, zagradzając tym samym ptactwu drogę ucieczki. Poza tym mogła również spróbować go do siebie zawołać... widziała, jak jeden z kotów charakterystycznie wydawał dźwięki, wabiąc w swoją stronę ptaki.
— S-spróbuję...
— Tylko nie schrzań tego... — zamruczał.
"Nie schrzanię. Spróbuję nie schrzanić."
Fląderka udała się na swoje miejsce, niedaleko terenu, po którym poruszał się średniej wielkości ptak. Dzięki swojej barwie futra udało jej się zlać z liśćmi oraz z korzeniami, które były jej tymczasową kryjówką. Cichutko zaczęła naśladować odgłos ptaka, tak jak inni wojownicy, jednak jej nawoływanie pozostawiało wiele do życzenia. Na szczęście nie spłoszyła ptaka — jedynie skupiła na nim swoją uwagę, pomagając tym samym Rezedzie się do niego podkraść.
Następne wydarzenia działy się tak szybko, że z trudem była w stanie sobie przypomnieć ich przebieg. Ptak próbował wzbić się do lotu, chcąc uniknąć ataku ze strony Rezedowej Łapy, jednak dzięki Fląderce udało się wybić go z rytmu i zaburzyć jego lot. Rudy kocur wybił się z ziemi i z całych sił uczepił się czarnego cielska, z którym przeturlał się po trawie. Fląderka stała z boku, przyglądając się, jak kocur szamota się ze zdobyczą, nie decydując się mu pomóc. Widziała, że Rezeda byłby na nią zły, a poza tym bała się, że zdobycze może im się wymknąć.
W końcu jednak ptasi skrzek zamilkł, a z rudego pyska kocura spływała stróżka krwi. Rezeda mocno zacisnął szczękę na szyi ptaka, dając upust nagromadzonej frustracji.
— U-udało ci się! — zawołała, podbiegając do brata, ciesząc się jego szczęściem. Rezeda zadarł nos, upuszczając truchło zwierzęcia. Puszył się, nie robiąc sobie nic z tego, że jego futro zdobiły liście, pył i najpewniej w kilku miejscach był poobijany.

~~~

Gdy Trzcinowy Szmer rozmawiała z Rezedową Łapą na temat jego zdobyczy, Fląderka w tym samym momencie skupiała uwagę na ropuszce. Płaz siedział na mokrej ziemi koło niej, nie robiąc sobie nic, a nic z obecności Fląderki. Nawet faktu, że kotka spróbowała dotknąć go łapą. Kilkukrotnie szturchnęła ropuszczkę, będąc zafascynowana tym stworzeniem. Nawet jeśli nie była ładna jak żabka, cieszyła oko kotki.
— To był pomysł Fląderki... — napomknął Rezeda, sprawiając tym samym, że kotka zdecydowała się wrócić do rozmowy z bratem i mentorką.
— Nie mój, tylko innych wojowniczek. W-widziałam, jak polowały na podobnego ptaka i zastosowały podobną technikę...
Po raz pierwszy w życiu naprawdę uciszyła się, że jej futerko zdobi ciemny odcień brązu. Dzięki temu Trzcinowy Szmer była dumna z Rezedowej Łapy i na pewno lada dzień poinformuje Mandarynkową Gwiazdę o zakończeniu jego treningu.
Mimo radości z sukcesu brata, myślami powróciła do Mysiomózgiej Łapy, o której stanie chciała porozmawiać ze Słodką Łapą. Może z Trzcinowym Szmerem również mogłaby porozmawiać na jej temat? W końcu bura kotka była jej ciocią, jeśli dobrze pamiętała. Może pomogłaby zadać o czekoladową szylkretkę, aby już nigdy więcej nie zrobiła nic głupiego... Ani nie pozwoliła rozprzestrzeniać się klątwie.

<Trzcina? Nowa uczennica na doczepkę, co szkoli się również u innych, poleca się jako pomoc przy polowaniach>

Od Fląderki CD. Klekoczącego Bociana

Przeszłość

Wpatrywała się w plecy kocura, starając się stłumić kaszel. Nie odpowiedziała nic na uwagę księcia, obserwując go w ciszy i spijając wodę z mchu. Gdy skończyła, przeniosła spojrzenie na swoje łapki, po czym wsunęła je pod brzuch, starając się wygodnie ułożyć.
Książę miał rację. Znowu na dłuższy czas będzie zmuszona przebywać w lecznicy, aby mieć pewność, że jest zdrowa. I pewnie przez następne dni będzie zmuszona wziąć kolejną dawkę ziół. I to na własne życzenie.
Wtuliła mordkę w posłanie i zmrużyła oczy. Nie mogła się doczekać, aż ból gardła i biały nalot będą historią i będzie mogła ponownie wychodzić poza obóz. Mimo że obiecała Rezedowej Łapie, że już nigdy nie uda się z nimi w teren, miała nadzieję, że jeszcze nadąży się okazja i zostanie zabrana przez Trzcinowy Szmer w piękne nieznane jej miejsca.

~~~

Fląderka starała się stosować do zasad, które usłyszała od medyków, w głównej mierze od Różanej Woni. Udało im się wtłuc do jej łebka kilka zasad, dzięki którym widziała, kiedy powinna udać się do nich o pomoc, aby nie musieli marnować na nią zbyt dużej ilości ziół, a kiedy po prostu nie powinna zawracać im głowy. Dzięki temu stała się rzadką bywalczynią lecznicy. Co prawda czasami, gdy książę Rogata Łapa, jeszcze jako kociak, zażyczył sobie, zabrania go na przejażdżkę po obozie, zaglądała do legowiska medyków na parę uderzeń serca. Wtedy miała okazję nawet przez chwilę popatrzeć czy to na Różaną Woń, Gąbczastą Perłę, a nawet na Klekoczącego Bociana podczas pracy. Nie wiedzieć czemu, lubiła obserwować księcia, gdy zajmuje się chorymi kotami czy przygotuje lekarstwa z ziół. Zauważyła, że jego kącik pyska wygina się jakby w geście grymasu podczas tych czynności, tak jakby fakt pełnienia funkcji medyka do końca mu nie odpowiadał.
Flaming stanął na grzbiecie Fląderki, opierając na jej głowie przednie łapy.
— N-nudy! Zabierz mnie w inne miejsce! — krzyknął jej do ucha
— A-ale przed chwilą mówiłeś, że chcesz odwiedzić...
— Nic takiego sobie nie przypominam. — Mówiąc to, przeniósł spojrzenie na kichającego Rezedową Łapę siedzącego przy wyjściu. Najeżył się cały i dwukrotnie uderzył Fląderkę łapkami po głowie. — Chcesz, żeby się rozchorował? — Łypnął podejrzliwie. — Głupia jesteś? Zabierz mnie do legowiska uczniów, ale już!
Posłusznie wykonała polecenie syna Błękitnej Laguny. Wycofała się i skierowała się w stronę legowiska uczniów. Gdy Flaming zeskoczył z jej grzbietu, została na zewnątrz, nie racząc zakłócić spokoju uczniów, którzy odpoczywali po treningu i najprawdopodobniej nie życzyliby sobie jej obecności.
Rozejrzała się po obozie. Kilka kotów dzieliło języki, korzystając z ostatnich promieni słońca nim zajdzie słońce. Fląderka, idąc za ich przykładem, zdecydowała się przylizać swoje futerko i pozbyć się pyłków, które na nim osiadły. Nie mogła przecież pozwolić, aby Flaming dotykał jej brudnego futerka swoimi śnieżnobiałymi łapkami.
Nie widziała, co takiego Flaming robił wewnątrz legowiska uczniów. Prawdopodobnie rozmawiał ze starszymi uczniami, ponieważ co jakiś czas dochodził do jej uszka jego głos nieco głośniejszy niż pozostałe. Może kocurek chciał poćwiczyć przemawianie do rówieśników? Albo dowiedzieć się obok kogo przyjdzie mu spać, gdy już zostanie mianowany.
Fląderka pochyliła łebek, gdy obok niej przeszła Czyhająca Murena. Mimo że kocica ją jedynie wykarmiła, szanowała ją chyba najbardziej ze wszystkich kotów należących do rodu. Czarno-biała, mimo że wydawać by się mogło, spieszyła się, zdecydowała się zatrzymać i zamienić z Fląderką parę słów. Kotka starała się odpowiadać bez zająknięcia, jednak czasami zawieszała się z powodu stresu samą rozmową z Mureną. W końcu nawet udało się odrzutkowi uśmiechnąć, chcąc upewnić księżniczkę, że wszystko jest w porządku i po prostu oczekuje na Flaminga, który udał się spędzić czas z uczniakami, gdy za sylwetką kocicy dostrzegła postać medyka. Prawdopodobnie książę udał się zanieść zioła starszyźnie, dlatego opuścił lecznicę o tej porze. Zauważyła, że kocur przygląda się swojej matce i jej, co nieco ją rozproszyło.
Na szczęście w tym samym czasie poczuła, jak coś dotyka jej łapy. Flaming wpatrywał się w nią z nadąsaną miną, po czym przeniósł spojrzenie na ciotkę, z którą się przywitał i streścił przebieg swojego dzisiejszego dnia.

<Klekot? Kradnę uwagę twej matki, może mnie uzna za swoją córkę>

Od Fląderki CD. Konwaliowej Mielizny

Przeszłość, przed mianowaniem Słodkiej i opuszczeniem Klanu przez Borówkę i Tojada

Dwa uderzenia serca — tyle minęło, nim kotka ruszyła za liliowym wojownikiem. Nim opuściła obóz, poczuła na sobie spojrzenie między innymi Rosiczkowej Kropli. Położyła po sobie ucho i nieco się zgarbiła, chcąc wydawać się jeszcze mniejszą, niż jest.
Nieco przyspieszyła kroku, nie chcąc spowalniać kocura, gdy znaleźli się parę lisich długości za wyjściem z obozu. Kotka zastanawiała się, dlaczego Konwaliowa Mielizna zechciał się z nią przejść. Mało który kot pragnął towarzystwa Fląderki, a jednak wojownik zdecydował się podejść do niej, a nie do chociażby Narwanej Łapy czy jej jednego z braci. Nie wyglądał, jakby miał zamiar udać się na polowanie.
Może chciał ją poprosić, aby zakończyła przyjaźń ze Słodką Łapą i trzymała się od niej z dala? I od Korzonek, to znaczy Mysiomózgiej Łapy również? W szczególności po tych ostatnich wydarzeniach z udziałem borsuków.
Futro na grzbiecie szylkretowej kotki nastroszyło się niemalże w tym samym czasie, w którym pytanie opuściło pysk kocura.
Konwalia był kiedyś więźniem, jednak powrócił do pełnienia funkcji wojownika, podobnie jak jego bliscy. Pamiętała, jak wyraził otwarcie niezadowolenia w związku z degradacją swoich sióstr z roli uczennic. I jak poprosił, aby o nie dbała. Wiedziała, że jego rodzina nie lubiła się z rodem królewskim, chociaż do końca tego nie rozumiała, dlaczego tak było — nie potrafiła spojrzeć na tę sytuację oczami innych. Według liderki brat i rodzice Słodkiej Łapy, podobnie jak ich dziadkowie od strony matki, było zdrajcami. A według nich srebrzysta bezprawnie zniewoliła ich na wyspie, jak i również dochodziły inne rzeczy.
I w tym wszystkim Fląderka była rzucona pomiędzy dwa skłócone obozy. Była przyjaciółką Słodkiej Łapy, jak i również była w dobrych relacjach z jej siostrą, o której pogarszający się stan martwiła. Jednak jej przekonania różniły się od przekonań córki Borówkowej Słodyczy, co często było powodem małych kłótni między szylkretkami — czy właściwie próby przekonania Fląderki, aby spróbowała spojrzeć na świat oczami Słodkiej Łapy.
Fląderka wierzyła w legendę o powstawaniu maści, jak i najzwyczajniej w świecie akceptowała swój los. Nie rozumiała, gdy jakiś kot pytał się jej czy odpowiada jej to, że jest odrzutkiem lub zwracał uwagę na to, jak jest traktowana przez księcia Rogatą Łapę. Zazwyczaj kończyło się na tym, że stawała w obronie syna księcia Błękitnej Laguny, nie będąc w stanie powiedzieć na jego temat nic złego, jak i nie będąc w stanie słuchać złośliwych uwag na temat jego zachowania. No i nie zapominajmy, że gdyby nie księżniczka Czyhająca Murena, która ją wykarmiła i otoczyła ciepłem przez pierwsze księżyce, mogło jej najzwyczajniej w świecie już dawno nie być wśród żywych.
—O-odpowiem — zaczęła nieśmiało, obawiając się, czy ktoś ich w tej chwili nie podsłuchuje. Zdecydowała się odpowiedzieć, nie chcąc, aby między nimi były jakieś nieporozumienia. — Nie chce odejść. Nigdy nie przyszło mi do głowy, aby odjeść... Klan Nocy jest moim domem... to w nim się urodziłam... — Na jej pysku zagościł smutek, ponieważ jej narodziny nie należały do najszczęśliwszych wydarzeń. — I w nim kiedyś najpewniej umrę. W-wiem, że niektóre koty mogą uważać, że jestem nieszczęśliwa, ale mylą się. Ten stan rzeczy, moja rola i wiele innych rzeczy mi naprawdę odpowiada. Bo wszystko jest na swoim miejscu... zachowana jest równowaga — ściszyła głos, widząc, że jej odpowiedź, będąca niczym innym, jak dziełem Kotewkowego Powiewu, która wbijała jej idee, przekonania oraz wierzenia dzień w dzień, gdy była małym kociakiem, nie były tym, czego oczekiwał od niej w odpowiedzi Konwaliowa Mielizna. Nie potrafiła myśleć inaczej. — Dla swojej mamy i Centuriowej Łapy muszę tutaj pozostać. Jestem im to winna... w końcu to one zostały zabrane przez przodków, a ja wciąż tutaj jestem... to znaczy, że nie powinnam odchodzić... Chyba... chyba że Mandarynkowa Gwiazda lub Błękitna Laguna nakazaliby mi opuścić klan, to wtedy, tak, odeszłabym...
To chyba był jedyny sensowny scenariusz, w którym opuszcza Klan Nocy. Przynajmniej w tej chwili tak sądziła. Jeśli taka byłaby wola przywódczyni i zastępcy, jak i Klanu Gwiazdy, spełniłaby by ją, nie decydując się sprzeciwić.
— A czy ty Konwaliowa Mielizno... chcesz odejść z Klanu Nocy? — spytała po dłuższej chwili ciszy, przełykając ślinę. Czy jeśli kocur odpowie, że chce odejść, powinna uprzedzić kogoś z królewskiego rodu? Tylko wtedy zdradziłaby Słodką Łapę i Korzonek oraz ich rodziców, narażając je na być może kolejną degradację w związku z ucieczką ich brata. Ale pozostałaby lojalna tym, którym przecież powinna pozostać lojalna. Czy może powinna pozwolić mu odejść, być może nawet teraz i poprosić go, aby nie naprzykrzał się Klanu Nocy, jeśli kocur faktycznie miał zamiar odejść i być może chciał ze sobą zabrać Fląderkę, uznając, że wyświadczy jej tym samym przysługę?

<Konwalio?>

Letnie dolegliwości!

Nadeszła Pora Zielonych Liści, a z nią nowe dolegliwości!

POGODA

(wkrótce zostanie uzupełniona)

Klanu Burzy:

Lotosowy Pąk - katar
Cyklonowe Oko - przegrzanie
Śpiewający Raniuszek - bezsenność
Dziki Berberys - infekcja gardła
Perłówka - odwodnienie

Klanu Klifu:
 
Aldrowandowa Łapa - popękane poduszki łap
Jagnięcy Ukłon - wybicie barku
Morświnowa Płetwa - szkło w łapie
Agatówkowa Łapa - ból głowy
Lilak - infekcja ucha

Klanu Nocy:

Rosiczkowa Kropla - ból zęba
Błękitna Laguna - infekcja oka
Niedźwiedziówkowy Pył - przegrzanie
Wymarzona Słodycz - niestrawność
Ulewny Szkwał - biały kaszel

Klanu Wilka:
 
Zalotna Gwiazda - szkło w łapie
Iskrząca Nadzieja - ból głowy
Tropiąca Łaska - swędząca infekcja
Gruba Łapa - bezsenność
Seradelowa Łapa - popękane poduszki łap

Owocowego Lasu:
 
Mordor - zranienie łapy
Dereńka - wybicie barku
Psianka - katar
Lis - niestrawność
Jeżyna - odwodnienie

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Czajka - swędząca infekcja
Mewa - bezsenność
Baśniowa Stokrotka - ból zęba

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w kolejne stadium. Dotyczy to kotów z:

Klanu Burzy:

Aminkowa Łapa - biały kaszel > zielony kaszel > czarny kaszel
Burzowe Chmury - kolec w łapie > infekcja

Klanu Klifu:
 
Majacząca Łapa - niemożność stawania na łapę > gnicie kończyny > amputacja

Klanu Nocy:

Narcyzowa Łapa - infekcja gardła > chrypa

Klanu Wilka:
 
Wszyscy wyleczeni!

Owocowego Lasu:

Wszyscy wyleczeni!

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Skrzelowy Szept - katar > kłopoty z oddychaniem > duszności
Przebiśnieg - zranienie ogona > infekcja > niemożność poruszania kończyną
Dryfująca Bulwa - infekcja oka > tymczasowa ślepota
Rysi Trop - bezsenność > halucynacje

Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka latem.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu lata - mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!

Od Nieustraszonego Chomika CD. Barszczowej Łodygi

W jej klanie panował chyba jakiś kryzys wyższy. Koty gdzieś znikały bez śladu, zabrane przez Dwunożnych lub przez inne licho, śmierć. Patrzyła na obóz, widząc, że nie było jej ulubionego dziwadła w postaci Księżycowego Odłamka, z którego mogłaby się ponabijać. Na serio chyba jakaś klątwa rozprzestrzeniła się wraz ze śmiercią Przeplatkowego Wianku. Na tyle istnień, które zostały odebrane, Klan Gwiazdy zesłał im tylko jednego kota. Jakiegoś samotnika co się teraz Gasnącą Łapą nazywał. Mogłaby marudzić, że co to za przybłęda, ale ona też pochodziła z rodziny, która się przypałętała do Klanu Burzy. Nie mogła przestać myśleć o słabości jej klanu, nawet gdy nie chciała, to zawsze pojawiało się coś, co sprawiało, że te myśli wracały. Gdyby tylko Norniczy Ślad żyła, byłaby lepszym przywódcą, a ona zastępcą u jej boku. Dawno temu jednak ta okazja przeminęła, a teraz kilka kotów miało chrapkę na władze i zmiany w Klanie Burzy, oprócz niej.
Zobaczyła starego Barszcza. Jedyny porządny kot, który jeszcze żył. Czemu nie on rządzi? Byłby lepszym przywódcą kilkukrotnie od Króliczej Gwiazdy.
— Witaj, Barszczowa Łodygo, czy mogę z tobą spędzić czas? Mamy o czym gadać, jesteśmy świadkami gwałtownych zmian w naszym klanie — czekoladowy kocur posłał jej tylko spokojny uśmiech. Patrząc na niego, naprawdę się zestarzał, było powoli widać mu kości i zmarszczki, a jego futro lekko siwiało przez czas.
Pysk posiwiały, a wąsy długie, opuszczone w spokojnym, dziadkowym wyrazie.
— Z Tobą zawsze chętnie — miauknął nieco chrapliwym głosem. — Może przejdziemy się jak za starych, dobrych czasów?
— Jasne, nie mogę ci odmówić. Nie mówiąc, że pogoda nam sprzyja — niebo było tak bezchmurne i tak intensywnie niebieskie, aż chciałoby się wyjść. Bez wahania pociągnęła za sobą Barszczową Łodygę i już byli poza obozem.
— Wiesz, chyba nie tylko ty odczuwasz starość, mi same łzy się nasuwają, gdy widzę jak moja Raniuszek urosła! Teraz jest Śpiewającym Raniuszkiem, a ja nadal mówię do niej jej pierwszym imieniem, urosła na wspaniałą wojowniczkę, jest jedyną moją dumą i Rudej Lisówki, która się odstała. Pomyśleć, że miałam kiedyś dwóch potomków, a teraz tylko jednego — nie umiała wymówić z pyska imienia Cichej Łapy, powinien i tak zostać zapomniany. Raniuszek była lepszym darem od Klanu Gwiazdy i zawsze nim będzie, nieme potomstwo nic by nie dało klanowi. Starszemu kocurowi przez chwilę wąsy opadły na dół, chyba z powodu jej syna.
— Masz rację, Raniuszek jest porządnym kotem — odpowiedział po dłuższej chwili starszy kocur. — Chociaż mojemu Szakłakowi oraz Pchełce również nic nie brakuje. Dawno nie widziałem córki... A z Poczciwego Szakłaka wyrósł przepiękny kocur — wymruczał starszy.
Szli przez rozległe równiny Klanu Burzy. Kotka patrzyła na nie z sentymentem, przypominając sobie, jak trenowała tutaj jako uczennica Barszczowej Łodygi i Jako mentorka ze Skrzypiącym Skrzypem, gdy był jeszcze jej uczniem.
— Czy mi się wydaje, czy ułożyłaś dzisiaj jakoś inaczej sierść? — zagaił po chwili kontemplacji. Starszy pewnie zauważył zmianę na jej futrze, kotka się rozpromieniła.
— Dzięki, że zauważyłeś. Jak szłam z Rudą Lisówką, to stwierdziłam, że tyle kwiatów teraz rośnie, że postanowiłam kilka wykorzystać do pielęgnacji mego futra. Świeże kwiaty jednak dają inny efekt niż suszone — pogładziła swoje piękne futro, które miało w sobie kwiatową esencję. — Dawno jej nie widziałeś? Musimy zatem iść na granicę z Klanem Klifu, może ją spotkamy, co ty na to? — nie wyobrażała sobie, że Barszczowa Łodyga miałby odejść bez zobaczenia się z własną córką, choć ostatni raz. Kocur w końcu nie był w kwiecie młodości.

<Ścigamy się na granicę z Klanem Klifu, Barszczu?>