— Wiciokrzewie — zaczęła Mistral, podchodząc do zielonookiego. — Jak się dzisiaj czujesz? — spytała, ostrożnie kładąc zioła na ziemi, by następnie usiąść przed dawnym uzdrowicielem.
Liliowy martwił się stanem swojej córki, która od ostatnich kilku dni izolowała go od większości społeczności Owocowego Lasu. Nie pozwalała, by jakikolwiek stróż do niego podchodził i ingerował w jego stan zdrowia. To samo tyczyło się szamanki, jej ucznia i Gołąbka. Białofutra jakby kompletnie zatraciła się w chęci pomocy Wiciokrzewowi, co znacznie go niepokoiło. W końcu ją to wyniszczy. Powinna skupić się na swoich obowiązkach, rozmawiać z kotami w swoim wieku i nawiązywać nowe relacje, a zamiast tego większość czasu spędzała z byłym uzdrowicielem, który już dawno stracił sens życia. Dlaczego tak bardzo się nim przejmowała? Teraz był tylko schorowanym starszym. Jedną łapą stał już w grobie, a najintensywniejsze i najważniejsze księżyce jego życia dawno minęły. Próba naprawienia go nigdy nie przyniesie owoców, więc nie powinna być nawet podejmowana.
Zielonooki wiedział jednak, że samymi słowami nie sprawi, by Mistral odpuściła. Znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie spocznie, póki nie dopnie swego. Nawet gdyby miała odciąć się od całej społeczności Owocowego Lasu, zrobiłaby to bez wahania. Ta myśl niepokoiła Wiciokrzewa. Nie mógł pogodzić się z tym, że z jego winy jego własna córka mogłaby zmarnować najlepsze księżyce swojego życia.
Wpatrywał się w nią smutnym wzrokiem, nie odpowiadając na jej pytanie. W końcu białofutra odchrząknęła, przypominając mu, że wciąż czeka na odpowiedź.
— C-coraz lepiej, có- — urwał nagle, po czym odkaszlnął nerwowo. — Dziękuję za te z-zioła, M-Mistral. Naprawdę się s-starasz i na-należy ci się... odpoczynek — dodał, spuszczając wzrok na własne łapy.
— Chcę po prostu nadrobić czas, kiedy to nie byłam najlepszą uczennicą dla ciebie. Do dziś żałuję, że tak cię traktowałam i to tylko z powodu, że moja matka umarła, a to nawet twoja wina nie była — wymruczała niebieskooka. — Na odpoczynek przyjdzie czas później, poza tym odkąd jest Modrogończyk, to nie mam aż tylu obowiązków. W końcu to on zastąpi Purchawkę, a nie wybrany uzdrowiciel lub zielarz, jak to dawniej bywało.
Wiciokrzew wiedział, że tak właśnie będzie. Czuł się bezsilny wobec uporu Mistral. Nie nakrzyczy przecież na nią. Nie zmusi jej, by przestała go odwiedzać. Robiła to z dobroci serca, więc powinien być jej za to wdzięczny, zamiast próbować ją od siebie odsunąć. A jednak, widząc, jak bardzo odbija się to na jej zdrowiu, nie potrafił się z tego cieszyć.
— N-nie musisz. Nie mam ci te-tego za z-złe — przypomniał cicho, wciąż nie podnosząc wzroku, jakby się czegoś wstydził. Bo, co wcale nie było dziwne, wstydził się — i to bardzo. Czuł, że powinien być silniejszym kotem. Takim, któremu jakiś młodziak nie musiałby zanosić przeróżnych ziołowych mieszanek, by dodać mu sił. — Po-powinnaś za-zająć się Owocowym La-Lasem... i zrobić wszystko, żeby ni-nigdy więcej nie wy-wyrósł w nim ktoś taki jak j-ja — westchnął smutno.
— Ktoś taki jak ty? Nie mów tak! Nawet nie próbuj przy mnie ciągle rozpamiętywać śmierci tego wojownika! — Mistral fuknęła niczym obrażony kociak. — Nie możesz całe życie żyć tym jednym błędem. Takim podejściem zły mi przykład dajesz, wiesz?
Starszy w końcu uniósł brodę, spoglądając na swoją córkę wzrokiem pełnym bólu, jakby ten kumulował się w nim od samego dzieciństwa. Choć tak naprawdę właśnie tak było. Jego zmęczenie i bezsilność nie narodziły się dopiero po śmierci Ziemniaka. Były z nim znacznie dłużej. Już od chwili narodzin skazany był na cierpienie.
— Och, Mistral. G-gdyby to tylko o n-niego chodziło… — mruknął smętnie, przypominając sobie czasy swojego dzieciństwa. Pamiętał słowa matki, które raniły go niczym ciernie. Pamiętał też, jak Cierń powtarzała mu, że bycie medykiem nie jest honorowe i że powinien zostać wojownikiem. Potem przyszedł czas wyczerpujących — zarówno fizycznie, jak i psychicznie — treningów z Rokitnikiem, które zmieniły go na zawsze. Jego życie było po prostu niekończącą się serią porażek, przez które na starość stał się tym, kim był dzisiaj.
— Skoro nie tylko to opowiedz mi o tym, proszę. Sam mówisz, że powinnam zająć się Owocowym Lasem, lecz ty też jesteś jego częścią. Nie chcę nie wiadomo ilu kotom na raz pomagać, gdyż to finalnie minie się z celem. Chce pomagać po kolei, powoli, w tempie każdego, by te działania niosły ze sobą odpowiedni skutek, a nie były krótkotrwałą ulgą dla kogoś — naciskała białofutra.
Dawny uzdrowiciel nie wiedział, jak ubrać w słowa to, co chciał przekazać córce. Ostatecznie postanowił mówić to, co samo cisnęło mu się na język.
— Może i je-jestem jego częścią, ale na pe-pewno nie jego przyszłością. Po-powinnaś zająć się ty-tymi, których je-jeszcze da się uratować. Ja nie-niedługo odejdę i na nic z-zdadzą się twoje próby po-pomocy mi. Mu-musisz dopilnować, żeby ni-nikt z Owocniaków na s-starość nie skończył tak s-samo, jak ja. Taki zgorzkniały… b-bezsilny — wyjaśnił drżącym głosem, czując, jak oczy zaczynają zachodzić mu łzami.
— Możliwe, lecz każdy zasługuje, by nawet w ostatnich księżycach życia odnaleźć spokój ducha, szczególnie nim spotka Wszechmatkę. Tobie może i nikt nie pomógł wcześniej, jednak teraz jestem ja i możesz mówić, co chcesz, lecz będę do ciebie przychodzić dopóty, dopóki oddychasz. Jeśli będzie z tobą lepiej to może niekoniecznie codziennie, ale jednak nie będziesz czuł się porzucony ani zostawiony samemu sobie.
Wiciokrzew nie wiedział, jak długo musiałby jeszcze zapewniać Mistral, że żadne słowa nie są już w stanie mu pomóc. Najpewniej aż do samej śmierci, bo do białofutrej zdawał się nie docierać żaden z jego argumentów.
Na moment umilkł, ponownie spuszczając wzrok na własne łapy. Zastanawiał się, co jeszcze chciałby przekazać córce, nim odejdzie z tego świata. Czy powinien w końcu wyznać jej, że jest jej biologicznym ojcem, czy może lepiej będzie, jeśli pozostanie w błogiej nieświadomości? W ten sposób przynajmniej mieli ze sobą coś wspólnego. Liliowy również nigdy nie poznał swojego ojca i raczej już go nie pozna, skoro Cierń odeszła z tego świata.
— Niech ci b-będzie — miauknął w końcu, po czym poprawił się na posłaniu i odchrząknął. — Prawda jest taka, że ni-nigdy nie znałem s-swojego ojca, a moja ma-matka była kotką niezwykle s-surową i wymagającą. Uważała, że je-jestem dziwny. Wstydziła się mnie. Wi-widziałem, jak patrzy na mnie z o-odrazą, a to wszystko dla-dlatego, że nie byłem si-silny. Nie byłem dumny. Nie byłem a-ambitny. Marzyła o tym, bym zo-został wojownikiem. Chciała, bym był w sta-stanie się bronić. A ja… ja ją za-zawiodłem — wyrzucił z siebie w końcu.
Mógłby mówić dalej, lecz za bardzo się wystraszył. Zrzucenie tego wszystkiego z serca wcale nie przyniosło mu ulgi, a zamiast tego sprawiło, że zestresował się jeszcze bardziej. Nigdy przecież nie chciał obciążać innych kotów swoimi problemami. Tym bardziej nie kogoś młodszego od siebie.
— Może i w jej mniemaniu ją zawiodłeś, lecz to twoje życie, to ty decydujesz, nie inni. Dobra, może to egoistycznie zabrzmiało, biorąc pod uwagę moje dotychczasowe działanie, lecz ja to robię z troski, a ona zapewne ze swoich niespełnionych ambicji. Może nie byłeś dumny czy silny, ale byłeś sobą i to powinno się liczyć. Prawdziwa matka powinna to zaakceptować, a przynajmniej tak mi się wydaje... Sama wzoru nie miałam, lecz Purchawka jest dla mnie niczym przybrana matka, a ona akceptuje moje wady, nawet pomaga mi z niektórymi pracować, by było mi łatwiej w życiu.
Zielonooki pokręcił głową z rezygnacją.
— Wi-widzisz, Mistral, w tym wła-właśnie tkwi sęk. Łatwo jest mó-mówić, że po-poszczególny kot nie powinien dy-dyktować tego, jak się czujesz ani ja-jaki masz stosunek do sa-samego siebie. Ale je-jeśli ten kot przez długi cza-czas był dla ciebie naj-najważniejszy i najbliższy, to trudno nie brać sobie do se-serca jego słów. Może i to, co mó-mówiła moja ma-matka, było raniące, szko-szkodliwe i nieprawdziwe, ale jako młody, głupiutki kociak wi-widziałem w niej jedyne o-oparcie. Była dla mnie na-najmądrzejszym kotem w Owocowym Le-Lesie, któremu chciałem za-zaimponować — wyjaśnił, czując, jak supeł zaciska mu się na gardle. — To my-myślenie we mnie zo-zostało. Wiem, że jest szko-szkodliwe. Ale ono... za-zakorzeniło się we mnie. Jest jak za-zaraza, z której ni-nigdy nie będę w stanie się wy-wyleczyć — dokończył, po czym wlepił swój przestraszony wzrok w białofutrą kotkę.
Czy powiedział za dużo? Dlaczego nie mógł po prostu udawać, że słowa Mistral naprawdę go pocieszały? Wtedy przynajmniej miałaby spokój, wierząc, że jakoś mu pomaga. Och, czemu musiał być taki głupi i nie pomyśleć o tym wcześniej?
— Nawet jeśli to prawda, to nie szkodzi spróbować to zmienić. Może nie będzie to proste, lecz same chęci do zmiany tego są już dużym postępem. Cieszę się, że w końcu zacząłeś mi o tym wszystkim mówić, będę teraz nieco spokojniejsza. Wiedz jednak, że nadal będę przychodzić. Może nawet zmienię moje dotychczasowe ustalenia, ale chciałabym nadal z tobą rozmawiać, obojętnie na jaki temat. Chcę, byś czuł się częścią Owocowego Lasu, albo przynajmniej kimś ważnym dla mnie, dobrze?
Wiciokrzew czuł się obrzydliwie po tym wszystkim, co powiedział Mistral. Czuł się taki… bezbronny. Przez tak długi czas nie dzielił się swoimi problemami z innymi kotami, że zdążył już zapomnieć, iż podobno miało to przynosić ulgę. Zamiast niej czuł jedynie wstyd. Jakby właśnie dał białofutrej kolejny powód, by patrzyła na niego jak na pokrakę. Wiedział, że już wcześniej nie było szans, by widziała w nim kogokolwiek innego niż płaczliwego, słabego uzdrowiciela, lecz teraz, gdy z jego pyska padły te wszystkie słowa, miał wrażenie, że pogrążył się jeszcze bardziej.
Nie rozumiał, dlaczego tak się czuł. Dlaczego miał ochotę wyszarpać sobie język, byle tylko nigdy więcej nie dzielić się swoimi przeżyciami z kimkolwiek? Przecież nie powinno tak być. Powinien rozmawiać z Mistral, by mogła mu pomóc. Tak przecież robiły normalne koty. Mówiły głośno o swoich problemach, by poczuć się lżej.
Liliowy w końcu skinął głową na słowa zielarki, jednak jedyne, o czym potrafił teraz myśleć, to to, jak okropnie się czuł i jak bardzo nie potrafił uwolnić się od tego uczucia. Chciał zapaść się pod ziemię. Albo uciec z Owocowego Lasu. Może nawet zrobić coś znacznie bardziej desperackiego, o czym nie chciał nawet teraz myśleć. Nie w towarzystwie młodszej.
— Mo-możesz już mnie zo-zostawić s-samego? — wydukał z trudem, ledwo potrafiąc spojrzeć córce w oczy.
Mistral widząc, jak ciężka była to rozmowa dla starszego, skinęła głową i w ciszy wyszła, prosząc najbliższego stróża, by w razie jakieś niepokojących dźwięków z legowiska starszyzny, od razu ją informował.
Liliowy czuł się teraz tak, jakby był uwięziony. Jakby z każdej strony otaczały go spojrzenia córki, stróży i reszty starszyzny. Wiedział jednak, że prędzej czy później znajdzie sposób, by przestać czuć się w ten sposób. Musiał go znaleźć. Nieważne, jak bardzo Mistral próbowałaby go powstrzymać — on lepiej wiedział, co będzie najkorzystniejsze dla wszystkich. A skoro po raz ostatni miał okazję przysłużyć się kotom, które kochał, zamierzał jej nie zmarnować.
* * *
Teraźniejszość
Od rozmowy z Mistral, w której zdradził jej część informacji o swoim dzieciństwie, ani razu nie powiedział jej niczego więcej. Właściwie od tamtego momentu jeszcze bardziej pilnował się w kwestii tego, co mówił, i coraz częściej starał się udawać, że czuje się lepiej psychicznie, jak i fizycznie. Nie próbował odtrącić swojej córki ani nie mówił jej, że jej starania, by go naprawić, są bezużyteczne. Dalej oczywiście tak uważał, lecz w trosce o nią pozwalał jej żyć w przekonaniu, że jej praca w końcu przynosi jakieś efekty.
Jednocześnie nie potrafił pozbyć się myśli, że prędzej czy później nadejdzie czas na to, o czym tak długo rozmyślał. Wiedział, że lepiej będzie, jeśli ukróci cierpienia zarówno sobie, jak i białofutrej. Nawet jeśli przez kilka następnych księżyców niebieskooka miałaby czuć się przez to źle, wierzył, że później uda jej się o tym zapomnieć i będzie w stanie żyć jak normalny Owocniak. Nie mógł pozwolić na to, by jej obsesyjne zamartwianie się stanem liliowego zniszczyło ją jeszcze bardziej niż dotychczas. A skoro zielarka sama nie zamierzała odpuścić, pozostawał mu tylko jeden sposób. Może i niezbyt łatwy ani przyjemny, ale jedyny.
Właśnie dlatego pewnego dnia Wiciokrzew postanowił przejść się na spacer. Bardzo niepozorny, choć już wtedy, gdy wyszedł z legowiska starszyzny, podeszła do niego stróżka — Miodunka.
— Dokąd się wybierasz, Wiciokrzewie? — zapytała.
Liliowy wiedział, że srebrzysta nie robiła tego z własnej woli, lecz dlatego, że poprosiła ją o to Mistral. Trochę go to dobijało.
— Na te-terenach zawitała Po-Pora Nowych Liści! Chciałem tylko prze-przejść się i po-popodziwiać jej piękno — wyjaśnił, siląc się na najbardziej entuzjastyczny ton, jaki tylko potrafił.
Stróżka jeszcze przez moment patrzyła na niego podejrzliwie, lecz finalnie niczego nie powiedziała. Wiciokrzew był w końcu dorosłym kotem i nikt nie mógł mu zakazać wychodzenia poza obóz. Nie był więźniem, a jedynie starszym.
Prędko opuścił azyl, nim zdążyła zauważyć go białofutra kotka. Gdyby tylko dostrzegła, że kocur przebywa poza legowiskiem starszych, najpewniej zdenerwowałaby się i kazała mu do niego wracać. Zielonooki musiał działać szybko, jeśli nie chciał, by ta uparta młódka przeszkodziła mu w zrealizowaniu swojego planu.
Udało mu się szybko dotrzeć nad Drogę Grzmotu, mimo że przez tak szybkie tempo zdążył się zmęczyć. Na tyle, że łapy zaczęły go palić ze zmęczenia. Wiedział jednak, że niedługo ten ból minie i nie będzie już miał znaczenia.
Widząc chropowatą powierzchnię i czując gryzący zapach, uśmiechnął się pod nosem. Śmiało wkroczył wprost na drogę, czując, jak ogarnia go spokój. W końcu usiadł, gotów na to, co miało się stać za chwilę. A przynajmniej na to, co myślał, że miało się stać.
Nagle jednak w oddali usłyszał znajomy głos, który został przerwany przez głośny ryk potwora. Wiciokrzew otworzył szerzej oczy, zamierając w kompletnym bezruchu.
<Mistral? Czy to ty?>