— Ach… Wąsatko, może pójdziemy na spacer i coś by ci się przypomniało? Warto chyba spróbować… racja? — zapytał, zmieszany czekając, aż ta mu odpowie.
Wąsatka, pogrążona w myślach, nie zdążyła jeszcze nic odpowiedzieć, więc Wilczy Skowyt lekko znowu ją poklepał po barku.
— Halo! Ziemia do Wąsatkowego Ruczaju! — mruknął głośniej, a kotka ocknęła się z zamyślenia.
To wszystko działo się tak szybko. Ledwo mogła przetrawić to, co wydarzyło się wczoraj! Ciężko jej było uwierzyć w to, że cały czas kleiła się do Pustułkowego Szponu, podczas gdy jej prawdziwy ojciec był tuż obok. Czy reszta Wilczaków o tym wiedziała? Czy przez cały czas mieli świadomość tego, że Wąsatka uważała nie tego kota za ojca? Może nie mówili o tym dla jej własnego dobra? W końcu Wąsatkowy Ruczaj wiedziała, jaką reputację ma w Klanie Wilczy Skowyt. To znaczy… gorszą od Pustułkowego Szponu, który był przecież zastępcą! O Wilczku mówiło się tylko tyle, że często przebywał z Brukselkową Zadrą, która natomiast była uważana za zdrajczynię. Czy więc jeśli Wąsatka zacznie się teraz integrować ze swoim ojcem, nie spadnie jej reputacja?
— No… dzisiaj nie mogę — odparła po chwili, posyłając swojemu ojcu sztuczny uśmiech.
Ten otworzył szerzej oczy, rozdziawiając pysk w zdziwieniu.
— Co? Jak to nie możesz? — zapytał, a jego mina stała się zgorzkniała. — Co takiego ważnego masz do zrobienia, żeby nie móc iść się spotkać z zaginioną rodziną? Mewa i Kobczyk bardzo za tobą tęsknią, Wąsatko… — mruknął, pociągając smutno nosem.
Wojowniczce udzielił się jego humor i od razu poczuła żal w sercu. To prawda… nie widziała swojego brata już od wielu księżyców, a dawniej byli przecież tak blisko! Może naprawdę powinna się przejść z Wilczkiem? Co złego mogłoby się stać?
Nie… nie. Musiała pozostać nieugięta. Nie chciała w końcu, by ktoś oskarżył ją o utrzymywanie kontaktu z kotami, które wierzą w Klan Gwiazdy! Przynajmniej taka plotka chodziła wśród kotów, że Brukselka i jej bliscy praktykują inną wiarę niż większość Wilczaków.
— No… nie mogę — westchnęła, odwracając pysk od czekoladowego wojownika. — Ale… powie mi Pan… czy to prawda, że wierzy Pan w Klan Gwiazdy? — spytała po chwili, wracając wzrokiem do Wilczka.
— Oczywiście? Nie chciałbym wierzyć w Mroczną Puszczę… Tam trafiają koty, które były złe… Nie chciałbym czcić złych kotów. Skąd w ogóle to pytanie? Ktoś ci wmówił, że powinnaś była wierzyć w coś innego? — Wilczy Skowyt machnął nerwowo ogonem, cały czas wpatrując się w swoją córkę.
Wąsatka poczuła zniesmaczenie. Więc jej pobratymcy mieli rację. Czy w takim razie powinna zadawać się ze swoim ojcem? Przecież była wychowana w wierze w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd. Uważała tę wiarę za słuszną. Zawsze jej mówili, że to Klan Gwiazdy jest tym złym, więc czemu miałoby być inaczej?
— Proszę Pana… Nie mogę z Panem rozmawiać. Pustułkowy Szpo- — urwała.
Tak właściwie wierzyła w Mroczną Puszczę tylko dlatego, że jej przybrany ojciec o to dbał. To on wprowadził ją w tę mroczną część Klanu Wilka. Wyjaśniał jej, kogo powinna szanować, a kogo nie. I tak żyła według tych zasad. Może nie powinna była? Może przez ten cały czas Pustułkowy Szpon się mylił? Albo ją okłamywał? Tak, jak okłamywał ją na temat tego, że jest jej ojcem.
— Chociaż… Może nic się nie stanie, jeśli raz mnie zobaczą, jak wychodzę z Panem poza obóz — zaczęła się zastanawiać, przeczesując futerko na brodzie swoimi pazurami.
— Ale… Co z Pustułkowym Szponem? Nie dokończyłaś… Dlaczego powiedziałaś, że nie możesz ze mną rozmawiać? Co ci ten drań nagadał. Och, Wąsatko, tak bardzo chcę iść z tobą do rodziny. Do twojej prawdziwej rodziny, ale wytłumacz mi, proszę, o co chodzi z Pustułkowym Szponem. — Wbił pazury w ziemię.
Czarno-biała pokręciła głową. Słyszała już o tym, co wydarzyło się wcześniej. Podobno Wilczy Skowyt pobił się z Pustułkowym Szponem! Wąsatka nie wiedziała, czemu ta dwójka kocurów tak bardzo skakała sobie do gardeł. Czy to wszystko przez nią?
— O nic. Niech go Pan nie zaczepia, bo narobi Pan sobie problemów… — odparła, nerwowo ugniatając ziemię łapami. — To mój przybrany tata, przecież… Uratował mnie, gdy byłam mała i mnie wychowywał. Ot co! — wyjaśniła po chwili.
Czy Wilczy Skowyt nie powinien się cieszyć i lubić Pustułka? Przecież gdyby nie on, Wąsatka najpewniej utonęłaby już jako kociak.
— Uważam, że powinien być mu Pan wdzięczny. Jeśli naprawdę jest Pan moim ojcem, to powinien Pan się cieszyć, że mimo waszego niedopilnowania udało mi się przeżyć dzięki Pustułkowemu Szponowi — stwierdziła.
— Nie… Nie… To ty za mną poszłaś, nie miałem pojęcia, że nawet za mną idziesz! To nie było niedopilnowanie tylko twoja głupota. Matka ci powtarzała! Opuszczać samej nory ci nie było wolno, a ty zrobiłaś swoje. Nie będę skakać z radości przez… Niego! Nie cierpię go!
Wąsatkowy Ruczaj oburzyła się na słowa czekoladowego kocura.
— To obowiązek rodziców, żeby zajmować się kociakiem! — syknęła, smagając powietrze ogonem. — Nie próbuj zwalać winy na mnie, skoro miałam wtedy jakieś cztery księżyce! To wy byliście nieuważni i się mną nie zajęliście! — złościła się dalej, czując, jak włos jeży jej się na karku. — Trzeba było nie zdradzać klanu, proszę Pana! Jeśli jest Pan moim ojcem, to oznacza, że wbrew kodeksowi spiknął się Pan z samotniczką! Gdyby nie to, że odwiedzał nas Pan raz na jakiś czas, to nie czułabym potrzeby, by dowiedzieć się, dokąd Pan tak znika! W końcu czy rodzina nie jest dla Pana najważniejsza?
— Tak, jest najważniejsza! Oczywiście, ale najwidoczniej dla ciebie jest chyba ważniejsze to, co powie ten święcie mądry zastępca! Jakbym mógł wybrać, to bym nie zdradził klanu, gdybym wiedział, że trafi mi się akurat taka córka jak ty! — syknął i przednimi pazurami podrapał z całej siły ziemię i piach. — I znikałem dla waszego dobra! Gdyby nie ja to nikt z was nie miałby co jeść. Proszę bardzo, idź! Wracaj do swojego tatusia!
Wojowniczka była w szoku. Wilczy Skowyt zachowywał się nie lepiej niż naburmuszony kociak. Może Pustułkowy Szpon miał rację? Może koty, które wierzyły w Klan Gwiazdy, były chore na głowę? Czuła, że powinna go przeprosić za to, jak się zachowywała. Z tą kłótnią zdała sobie sprawę, że nie chciałaby mieć innego ojca niż on. Nawet jeśli ją oszukiwał, to najwyraźniej robił to dla dobra Wąsatki, by nie musiała rozmawiać z tym stukniętym kotem.
— Jest Pan psychiczny! Niech się Pan nawet nie próbuje nazywać moim ojcem, bo to dla mnie obraza! — splunęła, marszcząc nos. — Pustułkowy Szpon jest święcie mądrym zastępcą, a żeby Pan wiedział! Próbował mnie przez ten cały czas uratować przed Panem! Szkoda, że podczas gdy wczoraj się kłóciliście, mój tata nie wyrwał Panu języka, żeby Pan nie wygadywał takich głupot! — rzuciła w emocjach.
— Ale Wąsatko! — Czekoladowy uspokoił się i całe nerwy z niego zeszły, gdy znowu usłyszał głos swojej córki. — Przepraszam, po prostu za dużo się dzieje… Nagle się dowiaduję, że tak naprawdę cały czas razem żyliśmy, a Pustułkowy Szpon powiedział, że jestem okropnym ojcem. Może ma rację? Ale cały ten czas ja i twoja matka… My cię szukaliśmy i… Wpadnij może kiedyś do niej, ucieszy się na twój widok — Uśmiechnął się lekko.
Czarno-biała nie mogła się uspokoić tak szybko, jak cętkowany. Przed chwilą jeszcze ją obrażał, a teraz nagle zmienił taktykę? Był naprawdę dziwnym kotem. Dziwniejszym od samej Wąsatki! Ona na miejscu Pustułka też by go zaatakowała i nawet by się nie wahała.
— Tak mnie Pan szukał, a nawet Pan nie wiedział, że przez cały ten czas żyłam w tym samym klanie! Czy Pan jest głuchy? Przecież Zalotna Gwiazda przeprowadzała ceremonie! Były takie dni, w których to ja byłam w centrum uwagi Wilczaków! I wciąż Pan się nie skapnął, że jestem pańską córką? To naprawdę chore! — krzyczała dalej.
— Wiesz co! Nie masz dzieci! Nie wiesz, jak to jest gdy, nagle z dnia na dzień twoje dziecko znika! Wyrywałem sobie futro, stawałem na pazurach przez tyle księżyców, próbując cię znaleźć, szukałem wszędzie tylko nie w obozie! Myślałem, że to zbyt oczywiste! Odkąd zaginęłaś, omijałem ceremonie uczniów czy inne podobne wydarzenia związane z młodymi kotami tylko po to, aby nie myśleć o tym, że moja córka nie żyje!
Wąsatkowy Ruczaj zdziwiła się słowami ojca. Naprawdę? Specjalnie omijał mianowania, by nie musieć za każdym razem przypominać sobie o tym, co stracił?
Gdy myślała o tym dłużej, w końcu jej oczy zaszły łzami. Szybko podniosła jednak łapę, by je otrzeć.
— To i tak nie jest żadne wytłumaczenie! Przecież spaliśmy w tym samym legowisku! — upierała się, choć tym razem jej głos znacznie bardziej drżał. — Ja chyba… chyba muszę to wszystko przemyśleć… — stwierdziła po chwili, robiąc krok w tył.
Kocur skinął łbem i odszedł.
Tak po prostu odszedł.
Wąsatkowy Ruczaj nie wiedziała, czy powinna się cieszyć z tego, że pozwolił jej to wszystko przemyśleć, czy być oburzona, że tak łatwo się poddał. Naprawdę nie zamierzał jej jeszcze przekonywać? Naprawdę nie próbował nakłonić jej do tego, by poszła wraz z nim odwiedzić Mewę i Kobczyka? Czy w ogóle zależało mu jeszcze na niej?
Wojowniczka zawiesiła głowę i powolnym krokiem ruszyła w stronę swojego legowiska. Zachowanie Wilczego Skowytu było jak cios prosto w serce. Kocur był taki… specyficzny. Najpierw ją obrażał, potem zaś mówił, jak często jej szukał i jak bardzo był zraniony jej zaginięciem. Wąsatka chciałaby po prostu wejść do jego głowy i poznać prawdę, gdyż czuła, że to, co uciekło z pyska czekoladowego, było tylko jej cząstką.
Nim jednak zdążyła przekroczyć próg legowiska wojowników, usłyszała za sobą czyjś głos.
— No… wiesz. Może jednak pójdziesz ze mną i odwiedzisz Mewę i Kobczyk. Możemy równie dobrze iść do nich w ciszy, wcale nie musimy rozmawiać.
Wąsatka obserwowała go przez kilka uderzeń serca. Wilczy Skowyt kolejny raz wykazał się tym, jak bardzo zmienny był. To już powoli zaczynało robić się niepokojące.
— Pójdę, ale kiedy indziej — mruknęła, przenosząc wzrok na ziemię. — Myślałam, że już nie chcesz ze mną rozmawiać, skoro sobie poszedłeś. Czemu wróciłeś? Zapomniałeś, że śpimy w tym samym legowisku?
Wilczy Skowyt uśmiechnął się nerwowo.
— Bo… Pewien kot walnął mnie w łeb i kazał wrócić do ciebie. I pamiętam, że śpimy w jednym legowisku. Ale na razie chyba nie wracam do niego. W sensie wrócę spać, ale no wiesz, o co mi chodzi, co nie?
Wąsatka przewróciła oczami. Rozmawiając z czekoladowym kocurem, czuła się, jakby rozmawiała z o wiele młodszym od niej uczniem. Czyżby cętkowany cofnął się w rozwoju? A może po prostu nigdy nie dorósł? Cóż, Wąsatka musiała to po kimś mieć.
— No, wiem… — odparła. — Ale ja już pójdę się położyć. Ty wróć, kiedy chcesz. Nie musimy teraz rozmawiać, jeśli nie chcesz i jeśli jedyny powód, dla którego to robisz, to reprymenda od innego kota — oznajmiła.
— No nie! To nie jest jedyny powód, jestem przecież twoim ojcem, dlatego chcę z tobą rozmawiać, a nie dlatego, że dostałem po głowie — mruknął starszy.
Wojowniczka pokręciła głową.
— Przykro mi, Wilczy Skowycie. Jedną rozmową nie naprawisz tych trzydziestu straconych księżyców! Zaczęłam układać sobie życie bez ciebie i twojej rodziny w nim i nie wiem, czy tak szybko będę w stanie was dostosować do mojej codzienności — miauknęła, pierwszy raz w życiu traktując jakąś sytuację z dozą powagi.
— To nie jest przecież tylko moja rodzina, to też twoja rodzina. Dlaczego powiedziałaś mojej rodziny? To nie tylko moja rodzina, jesteś jej częścią… — mruknął zawiedziony.
Czarno-biała westchnęła ciężko.
— Mówię, że ciężko mi was traktować jak rodzinę! Nie było was przy mnie przez trzydzieści księżyców, a moje ostatnie wspomnienia z wami pochodzą z czasów, gdy byłam jeszcze małym kociakiem. Ja… ja już nawet nie pamiętam, jak wyglądają mama i brat. Wiem, że łączą nas więzy krwi, ale oni są dla mnie prawie obcymi kotami! — wyjaśniła.
— Nie są obcymi kotami! Nawet tak nie mów. To twoja rodzina. — Wilczy Skowyt westchnął. — Dlatego też chcę cię do nich zabrać, abyś sobie o nich przypomniała.
Wojowniczka czuła się co najmniej tak, jakby rozmawiała ze ścianą legowiska. To nie jej wina, że Wilczy Skowyt był na tyle uprzywilejowany, by nie musieć stracić swojej rodziny w młodym wieku — a przynajmniej tak jej się wydawało. Gdyby był na jej miejscu, na pewno by ją zrozumiał, lecz teraz? Wydawało mu się niepojęte, że nie uważała za rodzinę kotów, z którymi spędziła jedynie cząstkę swojego życia i którzy nie potrafili zadbać o to, by się nie zgubiła.
— Proszę Pana… Wiem, że są moją rodziną. Ale są też dla mnie obcy. Te dwie rzeczy mogą się ze sobą łączyć — stwierdziła. — Nie pamiętam, jak wyglądają, jak się zachowują. Gdybym ich spotkała gdzieś w dziczy, nawet nie wiedziałabym, że to oni. Dlatego tak, są dla mnie obcy. Są dla mnie jak nieznajomi — kontynuowała, po czym postąpiła krok do przodu, zanurzając łeb w półmroku legowiska wojowników. — Może kiedyś zdecyduję się, by ich odwiedzić i naprawić to wszystko, co straciłam… Lecz jeszcze nie teraz.
Wypowiedziawszy te słowa, odeszła od Wilczego Skowytu i ułożyła się w swoim posłaniu, próbując zasnąć.
* * *
Rankiem obudziła ją czyjaś łapa, która trącała ją w bark. Wąsatka otworzyła oczy, zdenerwowana. Kto śmiał wyrywać ją z pięknego snu? Gdy rozejrzała się wokół, dostrzegła przed sobą czekoladowego kocura. Wilczy Skowyt.
— Co Pan robi! — zezłościła się, podnosząc się na wszystkie łapy i jeżąc futro na karku. — Niech mnie Pan zostawi! Rozmawialiśmy wczoraj, nie zdążyłam się jeszcze namyślić! — oburzyła się, lecz ten pokręcił głową.
— To nie o to chodzi! Chodź, Wąsatko. Załatwiłem nam wspólny patrol u Kruczego Pióra. Pójdzie z nami jeszcze Sowi Zmierzch — wyjaśnił, uśmiechając się do kotki.
Wojowniczka otworzyła szerzej oczy ze zdumienia.
— Wypraszam to sobie! Nigdzie nie idę! — zdenerwowała się, strzepując gniewnie ogonem. — Chyba się Panu w głowie poprzewracało, że Pan będzie za mnie wybierał, na jaki patrol idę, a na jaki nie! — złościła się dalej, lecz po chwili Wilczek wyciągnął łapę w jej stronę i położył ją na jej szyi.
— Spokojnie, Wąsatko. To będzie miły, rodzinny spacer. Jak ojciec z córką — wyjaśnił.
— Wypluj to! — warknęła, odsuwając się od wojownika. — Nie nazywaj mnie swoją córką, bo nią nie jestem! — zirytowała się, po czym wyminęła czekoladowego i ruszyła w stronę Sowiego Zmierzchu, który już czekał przy wyjściu z azylu.
Trudno. Już pójdzie z nimi na ten patrol, choć wciąż była sfrustrowana zachowaniem swojego niby-ojca.