BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

16 września 2026

Od Gronostaja CD. Bratek

Zerknąłem na siostrę i zachwiałem się lekko pod ciężarem mojej dużej główki, skupionym na krótkich łapkach.
– TAK! TAK! A żebyś wiedziała, że pójdziemy i zbadamy. – Tupnąłem łapką. – Może… MOŻE nawet na treningu pójdziemy tak razem? Jak już się od-obrażę na Jaśminowiec! Nie będzie to prędko, ale… ale już niedługo na pewno! TAK! TAK ZROBIMY!
Skoczyłem znienacka na Bratek, która nie spodziewała się tego w takim samym stopniu, co ja.
– EJ! Złaź ze mnie, Gronostajuuu! – krzyknęła, zdezorientowana nagłym atakiem.
Kotka, dzięki swoim dłuższym od moich łapkom, zrzuciła mnie z siebie dość prędko. Ja przeturlałem się trzykrotnie po ziemi, po czym popędziłem w stronę legowiska wojowników, by znaleźć moją mentorkę, nie odwracając się do Bratek.
Być może nadal byłem na nią śmiertelnie obrażony za te wszystkie poprzednie treningi, ale TO było chwilowo ważniejsze, niż moja urażona duma.

***

Następnego dnia, ja i Jaśminowiec wybraliśmy się na trening razem z Gondorem i Bratek. Szedłem sobie dumnie obok siostry, nasi mentorzy uzgadniali za nami szczegóły treningu, ja jednak nie słuchałem za bardzo. W mojej głowie wybrzmiewała jedna myśl - TRENING Z BRATEK, TAKKK.
– BRATEK, PATRZ! Chcesz zobaczyć fajną sztuczkę, której się nauczyłem? – Spojrzałem w kierunku siostry, gotowy zaprezentować jej w dokładnie tym momencie.
– Jasne, co to za sztuczka?!
– SZTUCZKA DO WALKI! Jaśminowiec nauczyła mnie, jak zrobić, żeby, jak już się ma przeciwnika pod sobą, to żeby mu tak wygiąć łapki, co by się NIE MÓGŁ RUSZYĆ JUŻ POTEM NIGDY! Chcesz spróbować?
Bratek spojrzała na mnie i jedynie lekko uniosła brwi.
– To brzmi… ciekawie, ale… może innym razem. Ja to jednak wolałabym jeszcze trochę się poruszać.
– WUSZ! W sumie racja… Nie pomyślałem o tym! Ale jak tam wolisz. Na pewno ktoś chętny na prezentację sztuczki się znajdzie! Może… O! JAŚMINOWIEC? – Odwróciłem się nagle do mentorki. – Czy byłabyś chętna na-…
– Dziś potrenujecie wspinaczkę na drzewa – powiedziała, nie dając mi dokończyć pytania.
Zatrzymałem się nagle, wpadając na nią.
Nie lubię, jak ktoś mi przerywa.
Spojrzałem na nią spod zmarszczonych brwi.
– EJ! ALE JA NIE CHCĘ! DRZEWA SĄ DLA… DLA DRZEWNYCH KOTÓW! – warknąłem z irytacją.
Kątem oka dojrzałem nagłe zaniepokojenie w oczach Bratek, spowodowane moim nagłym wybuchem.
Jaśminowiec jedynie nieco uniosła brwi.
– To my, Gronostaju. My jesteśmy teoretycznie… “drzewnymi kotami”. Dosłownie na jednym żyjesz.
– NO I CO… no i co z tego?! – dodałem już nieco ciszej. – Ja nie chcę! Nastawiłem się na… na inny trening!
– To znaczy jaki? – spytała moja mentorka.
– A bo ja wiem?! Ale na pewno nie taki! Prawda, Bratek? – Spojrzałem na siostrę.
– Ja to właściwie lubię wspinaczkę na drzewa.
Zatopiony.
Świetnie. No to już koniec. Już po mnie. Wspinaczka jest taka głupia! Moje krótkie łapki wcale w tym nie pomagają. Oczywiście, że siostra to lubi, jej łapki są w miarę proporcjonalne do reszty jej ciała, dzięki temu wspinaczka na drzewa staje się o wiele prostsza…
– Nie! Nieee! Jaaa tam nie wejdę! Nie-e! Nie umiem i nie chcę! Nie zmusisz mnie tym razem! – Głęboko wbiłem pazurki w ziemię, w razie, gdyby Jaśminowiec po raz kolejny postanowiła mnie gdzieś przenieść siłą.
Bratek spojrzała na mnie z lekko przechyloną głową.
Gondor i Jaśminowiec wymienili spojrzenia. Moja mentorka westchnęła.
– Gondorze, możecie zacząć. Ja pogadam z Gronostajem.
Spojrzałem na nią z jeszcze większą irytacją.
Ja nie potrzebuję żadnej rozmowy! Nie po to tu przyszedłem! Nie tak miało być!
– Gronostaju. – Jaśminowiec usiadła przede mną.
Oho. Kolejna pouczająca rozmowa. Za kogo ona się uważa?!
– Co? – burknąłem, patrząc jej z wyzwaniem w oczy.
– Pamiętasz, co ci mówiłam? – spytała spokojnie.
– A bo ja wiem, wiele rzeczy mówisz.
– Dobrze, to ja ci przypomnę. Mówiłam ci, że jako przyszły wojownik musisz nauczyć się wychodzić ze swojej strefy komfortu. Przyzwyczaić się do zmiennego środowiska i okoliczności. Do tego, że coś może pójść nie po twojej myśli. Ja nie proszę cię, żebyś czuł się z tym dobrze. Ja każę ci wleźć na to zapchlone drzewo i pokazać, jak uzdolnionym uczniem jesteś. Zrozumiano?
– No… – mruknąłem.
Nie cierpię, gdy Jaśminowiec ma rację. A ma ją… no, zawsze. Nie lubię kotów, które mają zawsze rację.
Kotka uśmiechnęła się lekko.
– No, to dawaj. Chodź. – powiedziała, wstając i kierując się w stronę Bratek i Gondora.
– Ale moje łapki są za krótkie. – dodałem nagle.
Mentorka odwróciła się do mnie.
– I co? Wiewiórki też mają krótkie łapki, a patrz, jak kicają po gałęziach! Bądź jak wiewiórka, Gronostaju.
Bądź jak wiewiórka? Co to ma w ogóle znaczyć? Nie mogę być jak wiewiórka, jestem przecież kotem. I nie jestem ani trochę rudy…
Ale może…?

***

Ja i Bratek staliśmy razem na gałęzi wysokiego drzewa o bliżej niesprecyzowanym gatunku (znaczy no, nie znam go). Jaśminowiec i Gondor wymyślili nam dość ciekawą zabawę - wyścig po gałęziach drzew…
– Które z was dotrze do Gondora i nie zginie na skutek upadku z drzewa, ten wygrywa. Pasuje? Pasuje. To… start!

[775 słów + wspinaczka na drzewa]
< Bratek, ścigaj się ze mną 0.0 >

15 września 2026

Od Trzcinowego Szmeru CD. Łabędziego Tanu

Cały krzyk rozwydrzonej Łabędziej Tan postawił jej sierść na karku. Trzcinowy Szmer wiedziała, że musiała być cierpliwa dla kotki, bo była jeszcze w wieku nastoletnim i wiele rzeczy nie rozumiała lub za bardzo ją dotykały. Jednak… Złość oraz jej surowy charakter nie pozwalały jej przejść wokół tego wybuchu złości córki obojętnie.
— Łabędzi Tanie! — warknęła groźnie i surowo, by tamta dopuściła ją w końcu do głosu. Córka wzdrygnęła się i położyła po sobie uszy. Trzcinowy Szmer podeszła bliżej, patrząc na Łabędzi Tan chłodno i z urazą. — Nie spodziewałam się, że moja własna córka, która na dodatek jest namiestniczką, będzie przejmowała się, jakimiś bzdetami! Od kogo jest ta plotka, skoro jej nigdy nie słyszałam? Martwisz się jakimiś historyjkami wyssanymi z pazura przez jakiegoś szarego wojownika i przychodzisz do mnie, obarczając mnie tym! Trzęsiesz się jak liść na wietrze przez plotki, przynajmniej jakbyś była ciągle zwykłą głupią uczennicą! Jesteś namiestniczką, na Klan Gwiazdy!
— Ale Żmijowcowa Wić nic nie wie! Przecież rozmawiasz z Niezapominajkową Nadzieją oraz Liliową Łapą!
— Klanie Gwiazdy, widzisz, a nie grzmisz! Łabędzi Tanie, ja ze Żmijowcową Wicią śpię w tym samym posłaniu i dzielimy się ze sobą wszystkim! Ojciec o wszystkim wie, oprócz o twojej słabości — Strzepnęła ogonem, a z każdym następnym słowem było więcej gestykulacji oraz syknięć. — Nie masz co robić, tylko przejmować się ochłapami z pysków zwykle zazdrosnych Nocniaków?! Może powinnam porozmawiać z ojcem oraz Mandarynkową Gwiazdą i znaleźć ci jakieś zajęcie.
— Nie odpowiedziałaś mi! Rozmawiasz przecież z nimi! — powiedziała cała zjeżona Łabędzi Tan, a z gniewu i strachu do oczu napłynęły jej łzy.
— Ponieważ to moje obowiązki! Jako namiestnik mam obowiązek pomagać zastępcy oraz przywódcy, a w tym dochodzą codzienne rozmowy o treningach, raportach z patroli bądź zwykłych prośbach lub pytaniach, które mam później powierzyć Mandarynkowej Gwieździe! To też jest twoim obowiązkiem, jednak nie widzę, byś to wykonywała, skoro ranią cię takie plotki! Łabędzi Tanie, dorośnij. Bierz przykład z brata i ze Żmijowcowej Wici, a nie ciągnij wszystkich na dno przez twoją słabość.
Szok i urazę na pysku Łabędziego Tanu, nie mogła pomylić z niczym innym. Może kotka potrzebowała kubła zimnej wody, skoro zapomniała z kim rozmawiała? Chociaż, czy czasem jej własne słowa nie były zbyt mocne dla młodej wojowniczki? Nie. Trzcinowy Szmer powiedziała dobitnie wszystko, to co miało być powiedziane. Była surową matką. Oczekiwała od jej dzieci wszystkiego najlepszego, a zachowanie jej córki było hańbą. Brudem i krzywizną, którą od razu trzeba było naprostować.
— Wracamy do obozu. Koniec tych przekrzykiwań. Pójdziesz na patrol graniczny wraz ze Śnieżną Mordką, Niedźwiedziówkowym Pyłem, Morszczynowym Wąsem i Rysim Borem — zażądała i oboje skierowały się w stronę obozu. Łabędzi Tan nie skomentowała więcej jej argumentów bądź samego pomysłu patrolu, na który ją zamierzała wysłać. Widziała jednak po jej minie, że w myślach była obrażana, bądź biało bura namiestniczka toczyła z nią nadal kłótnie. — Bardzo się na tobie zawiodłam…
Trzcinowy Szmer wyszła na prowadzenie, a za nią szła posłusznie Łabędzi Tan. Były już blisko obozu. Chciała zakończyć ten problem bez krzyku i agresji. Chciała porozmawiać przecież z córką, jednak tamta wybrała inną drogę. Dlatego też dostała odpowiedź na swoje problemy w ostrzejszej wersji, niż młoda mogła się tego spodziewać.
Kiedy tylko wróciły na polanę główną, od razu wysłała Łabędzi Tan na patrol i ruszyła do Żmijowcowej Wici, opowiadając mu całe zajście i wybuch złości córki. Trzcinowy Szmer wiedziała po dzisiejszym jedno, że Łabędzi Tan nie dałaby sobie rady w jej skórze. Mimo historii o swojej rodzinie i co musiała przeżyć, jedno z jej dzieci puściło to wszystko mimowolnie, nie zapamiętując chyba niczego, co starała się ich nauczyć. Jak kotka przemyśli swoje zachowanie, to wtedy porozmawiają.

< Łabędzi Tanie? Jak ochłoniesz to porozmawiamy >
🎍

Od Wróżki

Przeszłość

Dzięki opiece uzdrowicieli Owocowego Lasu Wróżce udało się w pełni dojść do siebie, a przynajmniej na tyle, że była w stanie podnieść się z posłania, nie chcąc spędzić na nim kolejnego całego dnia. Dlatego też, korzystając z faktu, że oprócz pacjentów i mieszkańców legowiska uzdrowicieli nie było nikogo innego w dziupli, za pozwoleniem Purchawki zdecydowała się przycupnąć na rampie prowadzącej do wnętrza lecznicy, która ku zadowoleniu pokiereszowanej albinoski, znajdowała się akurat w cieniu drzew.
Fioletowe oczy spoczęły na dwójce przekomarzających się uczniów, którzy właśnie wracali z treningu, a tuż za nimi powolnym krokiem zbliżali się do obozowiska ich mentorzy. Z kociarni dochodziło ciche popiskiwanie kociąt, a oprócz nich dało się usłyszeć brzmienie melodii kołysanki. Kilkoro stróży wiło z gałęzi nowe legowiska na środku obozu. Grupka starszych wylegiwała się tuż przed swoim legowiskiem, grzejąc się w promieniach słońca wpadających przez dziurę w koronie drzew, na której znajdowali się odpoczywający wojownicy i zwiadowcy. Gdy kotka przeniosła wzrok na jedną z gałęzi, spostrzegła na niej drzemiącego czarnego kocura, z którym spędziła całą wczorajszą i dzisiejszą noc na rozmowie.
Albinoska wciąż miała status gościa w Owocowym Lesie, czy też raczej więźnia. Mimo że urazy fizyczne zdążyły się zagoić, nadal pozostawała mieszkańcem legowiska medyków, który przypominał jej o prawdziwym domu. O swoich bliskich, zmarłych i żywych, tych, którzy byli na wyciągnięcie łapy i tych, którzy byli mieszkańcami Srebrzystej Skóry. Na dobrą sprawę nic jej nie powstrzymywało przed próbą kontaktu z braćmi, jednak nie chciała dodatkowo narażać się Czereśni, który przez te kilka księżyców pozwolił jej pomieszkiwać w Owocowym Lesie. Dlatego też posłusznie czekała na jego zgodę odnośnie do prośby, którą podczas ostatniej rozmowy z nim przedstawiła.
Im dłużej przyglądała się życiu członków Owocowego Lasu, jak i rozłożeniu obozu, tym bardziej pojmowała, dlaczego zamiast niepokoju odczuwała jedynie spokój, przebywając na tych terenach. W Klanie Burzy większość swojego życia spędziła na parterze Skruszonej Wieży, do której tak bardzo podobne było drzewo w społeczności wyznawców Wszechmatki. Podobnie, jak kamienna budowla, drzewo również było legowiskiem lidera oraz miejscem, z którego przemawiał. Sam układ obozu przypominał jej obóz Klanu Burzy, przynajmniej w czasach swojej świetności nim języki ognia na zawsze go pochłonęły. Bliska odległość lecznicy od kociarni i legowiska starszych, jak i pozostałych legowisk. W tym wypadku jedynym problemem dla Burzaczki był fakt, że zwiadowcy, wojownicy oraz uczniowie mieszkali wśród koron drzew, na które przez wzgląd na swoje pochodzenie niekoniecznie potrafiła się wspinać, przynajmniej z taką łatwością, jak chociażby Śnienie czy inni mieszkańcy Owocowego Lasu.
"Nic dziwnego, że Klan Burzy oraz Owocowy Las od zarania dziejów mają ze sobą sojusz, który z biegiem księżyców jedynie starają się jeszcze bardziej umacniać".
Dwoje z czwórki kociąt Zawodzącej Gwiazdy, które na stałe mieszkało w Owocowym Lesie, właśnie wróciło do obozu, trzymając w pyskach kępki ziół. Na sam ten widok w jej umyśle zaczęły pojawiać się wspomnienia, jak to ona sama, jako uczennica wraz z Lotosowym Pąkiem czy Białym Strumieniem, a nawet Skrzydlatą Płomykówką, gdy cała ich trójka nosiła człon "łapa" spędzała wspólnie czas podczas zbierania ziół. Jak witała się z rodzicem po powrocie ze szkolenia, w podobny sposób, jak to robił Modrogończyk czy Psianka.

~~~

Aktualnie

Była świadkiem wielu ważnych wydarzeń mających miejsce w Owocowym Lesie. Widziała, jak rudy kocur o imieniu Kolendra, który do tej pory pełnił funkcję zastępcy, ustąpił z pozycji młodszemu buremu kocurowi o imieniu Guziczek. Uczestniczyła również w ceremonii pogrzebowej Fruczaka, czując, że powinna pożegnać mieszkańca tutejszej społeczności, nawet jeśli nie zamieniła z nim innych słów, jak przywitanie się, gdy czarno-biały gościł w lecznicy. Również do jej uszu doszły słuchy na temat tego, że w Owocowym Lesie została utworzona rada. Miała cenne informacje na temat sojuszniczej społeczności i to w dodatku z pierwszej ręki, a właściwie łapy. Ba, nawet udało jej się zażartować podczas rozmowy ze Śnieniem, że przez to, że nie była na bieżąco z wydarzeniami, nie udało się jej zgłosić jego kandydatury na czas do rozpatrzenia przez pozostałych członków, którzy na pewno doceniliby jego zasługi względem ich społeczności.
– Klan Gwiazdy do mnie nie przemawiał od kilkudziesięciu księżyców, jak nie więcej, Śnienie – miauknęła podczas rozmowy z kocurem, gdy temat przeniósł się na ten odnośnie Srebrzystej Skóry i tego, czego od nich oczekiwano, jako medyczki, jak i członka Świetlików. Ostatni raz, kiedy słyszała głos przodków, miało to miejsce podczas jej ostatniego zgromadzenia medyków. – Jednak odnoszę wrażenie, że przodkowie maczali swoje palce odnośnie mojej tułaczki na terenach niczyich. Zamiast przyciągać mnie do klanu, wszystkie zdarzenia odciągały mnie od niego. Zupełnie tak, jakby przodkowie zgodnie przystali na to, że ja, medyczka klanu powinnam go opuścić i nie powinnam do niego wracać, pomimo paru prób... Pożar, potwór oraz lis uniemożliwili mi powrót do klanu. Zupełnie tak, jakby mieli mnie zaprowadzić do czegoś... a raczej kogoś... – Nie odrywała spojrzenia od złotych oczu Śnienia. – Zaczęłam się zastanawiać, czy Klan Gwiazdy nie chciał, abym was, Świetliki, w jakiś sposób wsparła, tym razem oficjalnie. Nawet pomimo tego, że aktualnie ty i pozostali jesteście członkami Owocowego Lasu... – Tylko w jaki sposób miała ich wesprzeć, grupę, która się rozpadła i tych, którzy ostali żyli na terenach Wszechmatki? Może chodziło o wyjawienie prawdy na temat sytuacji wygnańców z Klanu Wilka, jak i fakt, że na terenach Klanu Wilka dochodziło do kontaktów z Mroczną Puszczą, która była czczona przez kult, o którym istnieniu wiedziała od czarnego? – Słyszałam, jak Modrogończyk podczas rozmowy z Gołąbkiem mówił, że powinnam być martwa już dawno temu i zgadzam się z jego słowami. A jednak... wciąż tu jestem... Już sama nie wiem, co o tym wszystkim myśleć... – miauknęła zrezygnowana, żałując, że Klan Gwiazdy nie mógł po prostu jej powiedzieć wprost, czego od niej oczekiwał i dlaczego zaprowadził ją na tereny Owocowego Lasu. – Udało ci się spotkać i porozmawiać z Brukselkową Zadrą? – zagadnęła, spoglądając na kocura z nadzieją, jednak ten jedynie pokręcił przecząco głową.

🐑

Od Modrogończyka

Chłodny wiatr smagał futro na karku Modrogończyka. Kocur tuż po tym, jak sporządził zapas mieszanek ziół, udał się na samotną przechadzkę do Dębowej Ostoi, która o tej porze Pory Opadających Liści prezentowała się jeszcze piękniej niż dotychczas. Liście drzew mieniły się ciepłymi barwami w blasku popołudniowego słońca, a ptaki świergotały wśród koron drzew. Młody szaman, co jakiś czas przystawał na leśnej ścieżce, starając się nie tyle, co napawać otaczającym pięknem, ale również chciał odbierać w pełni wszystkimi zmysłami otaczającą go naturę.
Szum wiatru i jego chłód, gdy jego futro było przez niego muskane. Trzepot skrzydeł ptactwa i ich śpiew wśród koron drzew. Szelest gałęzi na wietrze. Zapach zbutwiałych kolorowych liści oraz ta charakterystyczna woń wilgotnej trawy, oraz ziemi. Promienie słońca oświetlające ścieżkę, którą kroczył młody szaman, opowiadały własną historię Dębowej Ostoi, której stał się częścią.
"Gdybym to ja, a nie Łza czy Zew, trafił do Klanu Burzy, to czy moje życie wyglądałoby podobnie? Czy obrałbym ścieżkę medyka? Czy przeżyłbym tam pierwsze przyjaźnie i pierwsze kłótnie? Pierwsze miłości? Czy gorliwie broniłbym swojej wiary, nie pozwalając nikomu jej obrażać? A co najważniejsze, czy byłbym tak zżyty z ojcem, jak z matką?"
Wciąż miał tyle pytań do Zawodzącej Gwiazdy. I nie tylko do niego. Do Skrzydlatej Płomykówki, jego ciotki, która była zastępczynią, jak i do dalszych krewnych. Również do swojego brata i siostry miał wiele pytań, których lista z każdym kolejnym księżycem się powiększała.
Słysząc szelest gałęzi tuż nad swoją głową, instynktownie spojrzał w górę, starając się dostrzec ptaka czy też wiewiórkę, która najprawdopodobniej przemykała wśród gałęzi. Jednak nie spodziewał się zobaczyć jasnobrązowego futra, które z każdym uderzeniem serca znajdowało się coraz bliżej niego, z każdą chwilą zwiększając przy tym swoją wielkość. Nie zdążył w porę zareagować - chcąc nie chcąc był zmuszony zamortyzować upadek samotnika, który dosłownie zwalił go z łap.

🍃🌱🌿

Od Modrogończyka CD. Mistral

Akcja ma miejsce po śmierci Fruczaka oraz po rozmowie z Wróżką i Śnieniem

Modrogończyk od dłuższego czasu chodził przygnębiony, poza terenem obozu, jak i w samej lecznicy. Głównym powodem jego stanu było wyjawienie mu przez szylkretową kocicę, co ta myślała o Wszechmatce i jej wyznawcach podczas ich ostatniej rozmowy, która miała jakiś czas temu miejsce. Od tego czasu nie zamienił z szylkretką ani słowa. Co prawda rozważał wyciągnięcie do niej łapy jako pierwszy, w dodatku zamierzał ją zaprosić na spotkanie wyznawców Wszechmatki, aby spróbowała poszerzyć swój punkt widzenia o wierze w Owocowym Lesie, jednak im dłużej się do tego zbierał, tym bardziej przekonywał się o tym, że to zły pomysł. Skoro ostatnim razem go wyśmiała, a na dodatek w jednym zdaniu zwyzywała połowę społeczności Owocowego Lasu, nawet nie chciał myśleć o tym, na jaki pomysł kocica by wpadła, gdyby faktycznie wzięła udział w spotkaniu. Wchodziłaby w słowo Purchawce, uniemożliwiając prowadzenie spotkania? A może wdrapałaby się na najwyższy punkt, z którego wyśmiewałaby zebranych? Chyba tylko sama Wszechmatka była świadoma tego, do czego szylkretka była zdolna. Modrogończyk powoli również zdawał sobie z tego sprawę.
Drugim powodem złego samopoczucia młodego szamana była śmierć Fruczaka. Wciąż pamiętał, jak rozmawiał ze stróżem na temat Wszechmatki, i jak rodzeństwo Kolendry wykazywało zainteresowanie wspomnianą wiarą. Nadal nie rozumiał, dlaczego czarny bronił się przed interakcją z pozostałymi wyznawcami, mimo że jego poglądy były wręcz identyczne wobec głoszonych nauk i nakazów. I sam kocur się z nimi zgadzał, nie raz powołując się na nie podczas rozmów. I, mimo że Fruczak ani razu nie zdecydował się wziąć udziału w spotkaniach, doceniał te ich rozmowy prowadzone w nienachalnym tonie.
Teraz niestety były jedynie wspomnieniem.
– Nie, Mistral – odparł krótko, wpatrując się w kocicę wzrokiem zbitego psa. Ostatnia rozmowa z kocicą niekoniecznie pomogła mu rozgryźć sytuację Fruczaka i jego sprzeczności. A nawet, gdyby udało mu się ponownie zasięgnąć porady starszej, nie mógł teraz zrobić już nic więcej, jak pomodlić się o starszego i mieć nadzieję, że po śmierci udało mu się zaznać spokoju. – Pod wieczór zajrzę do starszyzny. Ostatnio, gdy u nich byłem, skarżyli się na bóle stawów, więc zapasy aksamitki nam się trochę uszczuplą... przygotuje dla nich spory zapas maści... i popytam czy nic więcej im nie doskwiera.
Po tym, gdy poinformował zielarkę na temat tego, co zamierzał robić dzisiejszego dnia, zszedł jej z drogi, udając się do składziku. Jak na złość, aksamitki mieli o wiele mniej w zapasie, niż przypuszczał. Wzdychając, pochwycił w pysk część roślin, które zamierzał przerobić na papkę i sprezentować ją starszym. A gdy już upora się z przygotowaniem maści i zaniesie ją starszym, zamierzał udać się na samotną wyprawę medyczną, po aksamitkę, bądź inną roślinę, która również pomagała na bóle stawów u starszych kotów. Może mógłby udać się z wyprawą na tereny Klanu Burzy i przy okazji odwiedzić swoich bliskich? Połączyłby przyjemne z pożytecznym.

<Mistral?>
🍃🌱🌿

Od Migoczącej Łapy DO Żabiego Oka

Czuł na sobie wzrok ojca. Ostry, aż wywołujący dreszcze. Tak strasznie nieprzyjemny. W końcu ogon Migoczącej Łapy zaczął nerwowo drgać, pokazując całemu światu stres, który się w nim kłębił.
Był strasznie przejęty opinią Lśniącej Gwiazdy. Po raz kolejny go zawodził i mimo starań, nie potrafił sprostać wymaganiom. Ba, miał problem nawet z podstawą, a co dopiero z oczekiwaniami ojca. Z każdym dniem stres Migoczącej Łapy wzrastał, sprawiając, że kocur czuł się coraz gorzej. Jego wyobrażenia o wspaniałej przyszłości szybko się waliły, pozostawiając za sobą rozczarowanie. Rozczarowanie, którym sam się stawał. Choć w oczach innych starał się kreować na tego lepszego (jak zawsze), w głowie czuł się jak przegryw, zwłaszcza podczas treningów. Migot był też pewien, że Lśniąca Gwiazda również go tak widział. Jako rozczarowanie, przegraną sprawę, zmarnowany potencjał.
Spuścił wzrok na zwierzynę, leżącą tuż przy jego łapach. Po całym tym rozmyślaniu stracił jakikolwiek apetyt, a że posiłek był nienaruszony, szybko poszedł go odłożyć, chcąc przy tym uciec od uczucia bycia obserwowanym. Jednak jeśli chciał, by to na zawsze się skończyło, musiał się poprawić, co oznaczało więcej treningów. A do tego potrzebował asysty dobrze znanej kupy futra!
Dosyć szybko udało mu się znaleźć Pszczeli Lilak, a jeszcze szybciej nawiązać z nią kontakt. Kotka była tak naiwna... Aż żal było patrzeć.
– Wiesz, Lśniąca Gwiazda miał dziś ze mną ćwiczyć walkę, ale zatrzymały go obowiązki – zaczął Migot, przykuwając tym samym uwagę Lilak. – Może chciałabyś ze mną poćwiczyć? – zapytał, starając się brzmieć milej niż zazwyczaj.
 
***
 
– Jeszcze raz – rozkazał Migot. Chwilę po tych słowach, Pszczeli Lilak skoczyła w stronę ucznia, wykonując kolejny atak. Ten jednak nie zdążył się obronić, znów obrywając.
– Wszystko dobrze? – zapytała Lilak, na co kocur syknął coś pod nosem.
– Oczywiście! – warknął. – Przecież nie używasz pazurów, nic mi nie będzie! – powiedział i podniósł się z ziemi. – Jeszcze raz.
Kotka niepewnie wróciła na swoje miejsce i na znak wykonała ten sam atak. Tym razem Migot nieco koślawo zrobił unik, po czym kazał wojowniczce wszystko powtórzyć.
Ćwiczyli tak dłuższy czas, bez większych przerw. Migoczącej Łapie nie zawsze wychodziło, jednak się nie poddawał, napędzany ambicjami i lękiem.
– Myślałam, że to ma być lekki trening – zauważyła Lilak.
– Tak, tak. Po prostu muszę być lepszy – wydyszał uczeń. – Zmiana, teraz ja atakuje – oznajmił i ustawił się w odpowiedniej pozycji. Po paru uderzeniach serca zaatakował Lilak, która dała radę zrobić unik. Migot jednak nie odpuszczał i próbował dalej, z dość marnym skutkiem. W końcu twardo wylądował na piasku i ciężko dysząc, leżał tak w bezruchu.
– Może wrócimy do obozu?
– Idź. Ja tu jeszcze zostanę – odparł niebieski.
– Ale przecież... – zaczęła przejęta wojowniczka.
– Idź, wynocha! – przerwał Migot i sypnął odrobinę piasku w stronę Lilak, chcąc ją odstraszyć. Ta, ewidentnie zmartwiona, zaczęła się wycofywać, a gdy w pełni zniknęła z okolicy, uczeń z kłębiącej się w nim bezsilności, zaczął mocno uderzać łapą w ziemię.
Po jakimś czasie podniósł się. Wtedy wróciło do niego poczucie bycia obserwowanym. Zjeżył sierść na karku i szybko zaczął się rozglądać. W końcu jego wzrok padł na wielkie, wpatrujące się w niego oczy, należące do nieznajomej kotki, która to stała po stronie Klanu Nocy. Lekki dreszcz aż przeszedł po karku Migoczącej Łapy, na widok kotki, a raczej jej wielkich, pomarańczowych ślepi. Nie chciał jednak dać po sobie tego poznać, dlatego wyprostował się i zdecydowanym ruchem odwrócił w stronę granicy.
– Czego chcesz? – zapytał ostro, zastanawiając się przy tym, od kiedy nieznajoma go obserwuje.

<Ty co masz takie wielkie oczy?>
[553 słowa]

[11%]

Od Kurzej Łapy CD. Milknącej Łapy

Kurza Łapa prowadził dymnego głębiej w tunele, umykając przed rozwścieczonym pyskiem syna Zawodzącej Gwiazdy. Nie raczył go zaatakować fizycznie, lecz werbalnie.
— Czemu masz taką obsesję na swojej siostrze? Przecież razem możemy się kumplować. — Odbiło się echo słów rudzielca. — No, chyba że jesteś zazdrosny... w końcu nie masz tu zbytnio przyjaciół. Dosyć żenujące, jak na syna przywódcy.
— Kumplować? Dobre sobie! Łzawa Łapa szuka uwagi, jest w stanie wiele zrobić dla uwagi innych. Myślisz, że co robi, gdy ma chwilę i jestem w pobliżu? Poniża mnie, ponieważ dość mocno przeżywałem rozłąkę z matką! — odparł.
Trafił w pierś kuzyna, przejeżdżając po niej pazurami.
Kurza Łapa nie miał czasu na kontratak słowny. Czując ciepło na piersi, zmarszczył brwi. Nie ruszył jak dzika bestia, nie było to w jego stylu. Mimo to użył swojej ogromnej, niespodziewanej siły, jakiej jeszcze dotąd nie miał okazji pokazać.
Milknąca Łapa nagle z impetem przywalił ciałem w trochę kamienistą ścianę, robiąc sobie drobne rany na ciele, zwłaszcza na plecach. Niegdyś urokliwy, teraz mrożący krew w żyłach chłodny pysk przyszłego przewodnika rozmazał się, a świat natychmiastowo przybrał barwę niepokojącej czerni dla ucznia.
— Przedstawienie się skończyło.
Miękkie, tak ciepłe i rozkoszne słowa, które jeszcze zdążył przechwycić, należały do Kurzej Łapy.

***

Siedział w legowisku medyczki. Milknąca Łapa nie był jakoś ciężko ranny, pomyślał. Dramatyzował.
Wymienił parę słów z Łzawą Łapą. A tak naprawdę… była to bardzo długa rozmowa, która należała do jednych z przyjemniejszych. Czuł się dobrze w towarzystwie Łzawej Łapy. Nieważne, co inni mu mieli wmówić. Przecież była jego najlepszą przyjaciółką.
Ufał jej.
Pochylił się nad wciąż nieprzytomnym kuzynem. Gapił się na niego swoimi wielkimi, ciemnymi oczami. W nich nie można było rozróżnić koloru tęczówki od źrenicy. Zdawałoby się, że ślepia Kurczaka nie miały końca. Niczym bezkresna dziura.
Czemu właściwie tu siedział? Rozmawiał z Łzawą Łapą. Śmiał się z nią szczerze. Żartował z przegranego… mimo to go nie opuścił, odkąd wywlókł go bez żadnej pomocy z tunelów. Wykorzystał tę walkę do sprawdzenia głębiej tuneli, ale nadal nic nie znalazł. Nie wiedział, co dokładnie się tam kryło i jaka była liczba tych istot.
Na razie w lecznicy był tylko on i Milknąca Łapa.
— Halooo…! — miauczał co jakiś czas.
W końcu syn Echa raczył się obudzić. Czempion rozejrzał się po legowisku medyczki.

[368 słów + walka w tunelach]
<Milknąca Łapo?>

[7% + 5%]

Od Gronostaja do Śnienia

Tego dnia, zostałem pozostawiony praktycznie sam sobie. Jaśminowiec mnie porzuciła. To znaczy… poszła na polowanie z dziećmi, bo miała mnie dość. Ja też jej mam dość. WIĘC DOBRZE! Przecież ona ze mną trenowała codziennie praktycznie od rana do wieczora, więc należała się komuś za to jakaś przerwa… SZKODA, ŻE NIE MI! USZ! MI KAZAŁA DALEJ TRENOWAĆ!
Dość szybko zrobiłem dokładny rachunek moich umiejętności i wyszło mi, że najniżej w rankingu plasowała się wspinaczka na drzewa. Posiadłem tę umiejętność na tyle, by umieć wleźć do mojego legowiska, ewentualnie zleźć. I tyle! Nie potrzebuję niczego więcej! Jak bym chciał latać po drzewach od świtu do zmierzchu, to bym został zwiadowcą albo wiewiórką!
Ale no nic, jak mi każą to, co zrobić?
Plus był taki, że nie zostanie przerwany mój grafik treningowy i to mnie niezmiernie cieszyło.
Westchnąłem ciężko i objąłem spojrzeniem cały obóz. Większość kotów była akurat na patrolach lub zajęta treningami… i wtedy mnie olśniło. Wpadłem na prze-genialny pomysł.
Nieopodal wyjścia z obozu dostrzegłem czarnego kocura z pokaźną brodą, zdawało się, że zbierał się do wyjścia ze swoją uczennicą, Serduszko. Otworzyłem szeroko oczęta, widząc w tym moją szansę. Przemierzyłem dzielącą nas długość w tempie ekspresowym.
– STÓJCIEEE! – krzyknąłem, hamując gwałtownie.
Choć właściwie nie musiałem, Śnienie siedział spokojnie na ziemi, chyba objaśniając coś uczennicy, nie ruszając jeszcze do wyjścia…
Usz!
Kocur uniósł lekko brwi.
– Gronostaju, co się stało? Pali się, czy co? – Przechylił nieco głowę na bok, wąsy zadrżały mu z rozbawienia.
Serduszko, siedząca przy nim, wydawała się równie zdezorientowana.
– Uh. No… NO NIE! – przyznałem niechętnie. – Nie, ale… ale ja sprawę mam! Tak! Śnienie? Bo ty to jesteś tym całym… no, zwiadowcą, co po drzewach łazi, co nie? I wy to teraz tak sobie na ten trening idziecie? I! I moje pytanie brzmi: czy mogę się podłączyć do was? Bo… bo wy teraz idziecie się uczyć po tych… drzewach… nie? I ja też chcę! WEŹCIE MNIEEE! Proszę! Proszę! – Podskoczyłem dwukrotnie, akcentując moją wypowiedź.
– A co się stało z twoją mentorką? To Jaśminowiec chyba powinna… – zaczął spokojnie kocur, rozglądając się dookoła, jakby licząc, że wypatrzy gdzieś srebrną kotkę.
– PORZUCIŁA MNIE! I… i kazała samemu ogarnąć… TO! No to ogarniam! Weź mnie! – Przypadłem do ziemi i skoczyłem znienacka na łapę Śnienia, chwytając ją w kleszczowym uścisku. – Tylko razzz! Przecież i tak na pewno lepszy jesteś w tym, bo ty zwiadowca, nie wojownik! To nawet lepiej! Ja nikomu nie powiem, że mnie wzięliście! A… a poza tym! Jak sam bym zaczął się wspinać, to ja bym przecież od razu zleciał na ziemię i się połamał i umarł! NIE DAJ MI UMRZEĆ, ŚNIENIE!

[427 słów]
< Śnienie, nie daj mu umrzeć :3 >

[9%]

14 września 2026

Nowy członek Klanu Wilka!

5 księżyców

Od Kokoszki

Wtulona w siostry liliowa koteczka przewracała się z boku na bok, nie mogąc zdecydować się na pozycję zaśnięcia. Siostrzyczki w końcu nie mogły znieść przepychania przez Kokoszkę, przez co w żłobku o późnej godzinie powstała pierwsza siostrzana wojna rozpoczęta przez pierworodną Ulewnego Szkwału, w której córki niebieskiego wojownika zaczęły się w śnie nawzajem kopać i targać za futro. A zwęglona opiekunka, zbyt zmęczona dziennymi problemami z nimi, spała snem twardym niczym kamień. Pomruki, szamotanie i kocięce piski było słychać nawet poza żłobkiem. A tym piskom nie było końca. 
 — Ej, złaź ze mnie!
— Weź tę syrę z mojego pyska!
— Rrrah!
Najwyraźniej tylko Rzęsorek znał etykietę Klanu Nocy i był świadomy ciszy nocnej.
Kokoszka odepchnęła swoje dwie siostry przednimi łapami i wygramoliła na wpół przytomna z legowiska z grymasem. Fuknęła, otrzepała się z futra Mandarynki oraz Alki i obróciła w idealnym momencie, gdy ciemna sylwetka pojawiła się w wejściu do żłobka. Zmrużyła podejrzliwie oczy.
— Kto ty? — pisnęła z chrypką liliowa koteczka. — Ja jestem Kokoszka! — przedstawiła się i z dumą wypięła pierś.
Kot podszedł bliżej, przyglądając się, na tyle, na ile mógł, zważając na wszechobecną ciemność, małym rozrabiakom.
— Jestem Lulkowe Ziele — odmiauknęła postać, przyglądając się koteczce. — Miło mi cię poznać. Przyszłom odwiedzić mojego syna, nie przerywajcie sobie zabawy.
Koteczka gapiła się w istotę swoimi wielkimi, zielonymi patrzałkami. Przechyliła główkę na bok, zaciekawiona akcentem Lulkowego Ziela. "Przyszłom..." - czy w Klanie Nocy tak niektórzy mówili? "Nawet ładne", pomyślała. Powinna też tak mówić. Będzie wtedy na pewno lepsza od siostrzyczek, które mówią jak jakaś niedorozwinięta dżdżownica spod kamienia.
Zamrugała i odchrząknęła.
— Rzęsorek? On jeszcze śpi — miauknęła spokojniej. — No chyba, że mam go obudzić.
Nie czekając na odpowiedź starszego, kilkoma susami zjawiła się przy czarnym, chudym kocurku. Zaczęła nim szturchać z całej siły, potrząsając tym drobnym ciałkiem jakby nie była zrobiona z porcelany tylko z najtwardszej gałęzi. "Atak" z zaskoczenia Kokoszki zapewne wybudził malca. Ten ruch był bardzo efektywny, można wręcz rzec.
Malec pisnął, nagle wyrwany ze snu. Przeciągnął się, szeroko otwierając malutkie oczka i spojrzał na agresorkę.
— Kokoszko, co ty robisz?... — zapytał zaspanym głosem, ziewając. Przechylił głowę w bok, mrugając.
— No jak to, co? Budzę cię! — miauknęła energicznie. Popchnęła go nosem do góry, aby wstał. — Lulkowe Ziele chciał cię zobaczyć! — dodała z szerokim uśmiechem.
Za koleżanką ze żłobka zauważył znaną mu sylwetkę.
— O, mama Lulu!
Obejrzała się na dorosłego kota. Spoważniała, widząc skrzywienie nowego poznanego.
Lulkowe Ziele uśmiechnęło się nieśmiało do swojego synka i podreptało w jego stronę, siadając przy jego boku i owijając wokół niego ogon.
— Nie musiałaś go budzić... — mruknęło w stronę Kokoszki, chociaż nie brzmiało do końca karcąco.
Odsunęła się, niby wyssana z emocji, i uciekła wzrokiem w bok.
— To może ja sobie pójdę... — wymamrotała zawstydzona, po czym wróciła z zwieszoną głową do posłania.
Wcisnęła się w siostry, a wtedy akurat zauważyła w ciemnościach, tuż przed żłobkiem, jakąś zmianę w cieniach; jakby coś tam było. Teorię potwierdził odgłos złamanej gałązki. Kokoszka wybałuszyła oczy i wyskoczyła z powrotem z legowiska zwęglonej kotki, aby następnie wybiec bez namysłu ze żłobka.
Czy tato przyszedł je odwiedzić?!
— Taaaato! — zawołała, stając nagle na środku obozu, jednakże nic nie zobaczyła przed sobą. — Taaatoooo!
Obróciła się wokół własnej osi, ale nie umiała dojrzeć żadnego niebieskiego kota. Zaciekawiona zmrużyła oczy, namierzając kolejny szelest swymi wielkimi uszami. Była wręcz jak radar — tylko problemem pozostawała ciemność panująca w środku nocy.
— Gdzie jest mój tato... — miauknęła ciszej i zaczęła się rozglądać za źródłem hałasu. — Hmm…
Niebieski fińczyk wyszedł z legowiska wojowników, widząc Kokoszkę, od razu dobiegł do niej.
— Córeczko, czemu nie jesteś u boku swojej matki, Świteziankowego Jeziora? Coś się stało? — zapytał liliową córeczkę.
Tajemniczy cień wlał się do obozu wprost z wejścia...
Malutka koteczka podbiegła i przytuliła wielką łapę swojego ojca, pozwalając sobie na ten czuły akt. Po chwili jednak oderwała się, słysząc za sobą rozmowę Lulkowego Ziela z nieznajomymi. Odsunęła się i wskazała fińczykowi źródło szelestu.
— Tam ktoś był — miauknęła. — Obserwowali nas! — dodała, przypominając sobie scenę z żłobka. Cienie, a raczej teraz już sylwetki kotki, patrzyły na nią i jej siostrzyczki!
— Myślałam, że to ty... — mruknęła ciszej do ojca.
Zaraz po tym obróciła się w kierunku wyjścia. Wielka fali ciemności ją zaniepokoiła i przybliżyła się do Ulewnego Szkwała.
Widząc że kotka się do niego przybliża, to liznął ją w czółko.
— Nie martw się kochanie, ja to ogarnę, a ty wracaj do żłobka. — Spuścił na chwilę z niej wzrok i zauważył cztery pary łap. — Niezwłocznie — powiedział już stanowczo, jeżąc się w stronę czegoś nieznanego.
Chaos rozpętał się na oczach tej małej, lecz pięknej na swój sposób rodzinki. Kokoszka otwarła pyszczek i z przerażeniem krzyknęła, gdy zauważyła jak ciemna postać popchnęła Lulkowego Ziela. Jednak nie czuła strachu. Nie.
Kokoszka chciała zareagować. Chciała poprawić reputację w oczach nowego poznanego kota. Dlatego więc... bez namysłu i bez zbędnego gadania, zaszarżowała na obcą istotę. Klapnęła szczękami i próbowała ugryźć małymi kiełkami w tylną łapę, ale zwierzę się odsunęło. Kokoszka wybałuszyła oczy na brzydkie stworzenie z bliska. Zmroziło ją na widok wydry.
Większa bestia spostrzegła kocie, które chwilę wcześniej próbowało ją zaatakować. Ryknęła, chwytając za delikatne ciałko. Przy pierwszym pociągnięciu rozbrzmiał dźwięk pękających tkanek. Podrzuciła kotką, która następnie uderzyła w ziemię, a wydra ponownie chwyciła ją w swoje kły, tym razem za ogon. Niestety, chwyt był za mocny. Kość pękła, a maluch sturlał się w głąb żłobka. Przymknęła oczy, aby piach ich nie podrażnił. Opadła na plecy.
Doznała tragicznego szoku. Krew tryskała. Nie mogła wstać z brudnej ziemi. Oddychała szybko, płytko. Świat wirował. Widziała za sobą ślad szkarłatnej cieczy. Wytrzeszczyła ślepia i przyspieszyła oddech. 
Kątem oka dostrzegła znajomą sylwetkę kremowego piastuna. Jego wzrok wodził po żłobku, a pod jego ogonem chowały się kocięta. Wtedy też ich spojrzenia się przecięły. Pochylił nisko łeb.
— Chodźcie, ale pomiędzy moimi łapami. Nie wychodzicie poza. Trzymajcie się mnie, jakby od tego zależało wasze życie — miauknął cicho do Rzęsorka i Mandarynki. Ruszył w stronę Kokoszki, uważając, by nie pozostawić reszty kociąt.
— Kokoszko — wyszeptał, liżąc ją ostrożnie między uszami. Wziął kocię bardzo ostrożnie w pysk. 
Kruche ciałko kocięcia delikatnie zostało ujęte w pyszczek Złocistego Widlika, a ona nie miała sił, aby jakkolwiek zaprotestować. Kotka dalej traciła krew.
Kocur kierował się w stronę wyjścia ze żłobka. Rozglądał się uważnie. Zapewne miał jakiś plan na dalszą podróż, choć Kokoszka nie wiedziała, jaki. Wyszli jakimś cudem ze żłobka. Powoli do przodu.
Gdy przebywali już na świeżym powietrzu, poczuła obecność kogoś nowego. Otworzyła oczy, dostrzegając szylkretową, puszystą wojowniczkę. Wężynowy Splot. Kocica przyłączyła się do nich i wspólnie weszli do pachnącego ziołami legowiska.
— Klekoczący Bocianie, Gąbczasta Perło! — Złocisty Widlik zawołał, gdy położył ranne kocię na jednym z posłań.
Kokoszka czekała na pomoc. Liliowa poszkodowana spojrzała kątem oka z bólem na swoje siostry.
Jaka była lekkomyślna…
W końcu jakiś kocur do niej podszedł. Zapewne był to książe, syn Czyhającej Mureny. Kotka nie mogła zaprotestować. Zacisnęła szczęki i zamknęła oczy.
“Klekoczący Bocianie… Proszę… Ja nie chcę umrzeć…”
Jedna rzecz jeszcze ją martwiła — jej łapka i ogon wciąż pozostawały na polu bitwy. Kiedy się wyleczy, będzie musiała po nie wrócić… Tatuś pewnie się wściekł.