BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

20 października 2026

Od Wesołej Łapy (Wesołej Rzekotki) CD. Rogatego Flaminga

Dawno temu po wejściu borsuka do obozu

Wesoła Łapa wysłuchała grzecznie, tego co mówił jej mentor, podziwiając jednocześnie jego bujne, aksamitne futro. Posmutniała trochę na wieści, że nie powinna przyjaźnić się z borsukami i innymi futrzakami…
— Chlip — mruknęła. — No dobrze. Czyyyyy zamiast tego Pan Książę Rogaty Flaming będzie moim futrzastym przyjacielem?
Posłała mu głupkowaty, bardzo szczery uśmiech.

Teraźniejszość

Wesoła Łapa spędzała dużo czasu z Szumiącą Wyspą. Kocurek twierdził, że znał świetne metody jak zostać wojownikiem! Więc naturalnie, Rzekotka z nim trenowała, nawet jeśli dla kogoś z boku były to wygłupy.
— Ahaaa i pamiętaj, żeby sypać piaskiem w oczy! — Miauknął, kiedy się tarzali po ziemi.
Śnieg stopniał, nadeszła powoli wiosna. Rzekotka była ciekawa czy znajdzie jako pierwsza żonkile, o których słyszała jak na razie tylko legendy. Ponoć wtedy, jeśli trafi na taki kwiat, musi go zerwać i pobiec prędko do obozu, obwieścić, że nadeszła wiosna! Bardzo chciałaby to zrobić! BARDZO!
Kiedy jednak jej rozmarzenie przerwał Szumek, Wesoła Łapa spojrzała na niego rozczarowana.
— Czemu mam sypać piaskiem?! — Miauknęła oburzona. — To niegrzeczne!
— Ale skuteczne! Jak spotkasz kiedyś kogoś z Klanu Burzy albo Klanu Klifu to sypnij w nich!
— Ale po co?
— Dla zasady.
— Jakiej? — Przekrzywiła główkę, kiedy Szumek usiadł obok niej, a ona łapą brodziła w mokrym piachu.
— Każdej! Jesteśmy z Klanu Nocy, jesteśmy lepsi! — Mówił. — Dlatego tych gorszych sypiemy piaskiem.
— Ale nikt nie jest gorszy. Wszyscy są równi! — Miauknęła, po czym wstała, otrzepała się i zadzierając nosek, odeszła.
Nie podobało jej się to podejście! Jak on mógł mówić takie okropne rzeczy? Dlaczego miałaby sypać piasek w niewinne koty?!

Tuptała rozeźlona z powrotem do obozu. Przekroczyła jego próg, dostrzegając przy stoisku ze zwierzyną swoją siostrę, Ropuszkę. Od razu skierowała ku niej kroki. Kotka wzięła rybę zwaną ukleją z dostępnych opcji, a Ropuszy Skok wzięła płocia. Potuptały na bok, żeby zjeść.
— Nie uwierzysz, co mi dziś Szumiąca Wyspa powiedział! — Miauknęła rozemocjonowana.
— Hmm? — Kotka zerknęła na nią znad jedzenia.
— No, że mam sypać piasek w obce koty! Bo są gorsze! — Jej puchaty ogon zamiatał podłoże.
— Oh. To nie miło! — Odparła.
— Racja!
Siostry zajęły się posiłkiem, a następnie nawzajem się umyły.
Kiedy skończyły, Rzekotka zauważyła swojego mentora nieopodal. Jego pokaźna sylwetka, piękne, napuszone, idealnie ułożone futro zabawnie skakało przy stawianych krokach. Ogon dumnie uniesiony, a pysk jak zawsze, zdobił stonowany wyraz. Wesoła Łapa w podskokach do niego doskoczyła.
— Idziemy na trening? — Zapytała uradowana.
— Nie, Wesoła Łapo. Oficjalnie zakończyłaś swoją ścieżkę szkolenia i możesz zostać mianowana. Rozmawiałem już z Mandarynkową Gwiazdą. Dziś wieczór przejdziesz ceremonię nadania nowego imienia. — Wyjaśnił.
Niebieska kotka otworzyła pyszczek ze zdumienia. To naprawdę się działo? TAK NAPRAWDE?!
— O rajciu! NIECH MNIE KTOŚ USZCZYPNIEEE — Krzyknęła przeszczęśliwa, skacząc jak mały zajączek dookoła mentora. Wyglądała zabawnie, dorosła już kotka, a zachowująca się wciąż niczym mały kociak.
Nie brakło jej energii nawet zima, by przekopywać się przez zaspy i lepić bałwany. Teraz, idealnie na wiosnę, zostanie oficjalnie mianowana! Jak wspaniałe!!

Tego wieczora Mandarynkowa Gwiazda zwołała koty. Rzekotka stała, trzęsąc się z emocji i czekając, aż ją wywoła. Stał u jej boku Rogaty Flaming, pusząc futro z dumą. Niebieska miała ochotę się rozpłakać z emocji! Kiedy srebrna liderka zawołała ją, podeszła do kotki. Próbowała zachowywać powagę i elegancję. Tak jak uczył ją Pan Książę Rogaty Flaming.
— Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. — Poniosło się nad zebranych. — Wesoła Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
– Przysięgam!!! — Krzyknęła. Mandarynkowa Gwiazda zerknęła na nią z ukosa.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Wesoła Łapo, od tej pory będziesz znany jako Wesoła Rzekotka. Klan Gwiazdy ceni twój zapał i… — spojrzała, jak kotka aż trzęsła się z radości. — …entuzjazm oraz wita Cię jako nowego wojownika Klanu Nocy.
— Wesoła Rzekotka! Wesoła Rzekotka! — Skandował tłum, a niebieska wypatrzyła w nim swoje siostry, rodziców, którym pomachała, oraz… Szumiącą Wyspę. Na niego była aktualnie obrażona, więc zeszła z miejsca do przemawiania, by pobiec do Rogatego Flaminga. Wtuliła się w jego miękkie futro jak do własnej siostry. Ciekawe czy zostałby jej bratem tak jak Milczek? Na pewno wszyscy by się ucieszyli!
Odeszli troszkę na bok, by nie przeszkadzać i nim koty otoczyły niebieską, by złożyć jej gratulacje, kotka odezwała się do mentora.
— Jesteś najwspaniaaalszym mentorem, Panie Książę Rogaty Flamingu! — Miauknęła, a z jej oczu popłynęły łzy. — Będę tęsknić za naszymi treningami! Kocham Pana, Panie Księciu Rogaty Flamingu, nie chcę się rozstawać!!!
Prawdopodobnie do jej łebka nie dotarło, że mianowanie nie oznaczało odejścia z Klanu, a co za tym idzie — zaprzestania widywania pointa. Stała tak i się smarkała, myśląc, że to już jest koniec i nie będzie mogła z nim więcej spędzać czasu. Otarła nos i spojrzała na niego wielkimi, pomarańczowymi oczami.

<Flamingu? Weź ją przytul czy coś! >
[784 słowa]

[16%]

Od Kaczorka do Pszczelego Lilaku

Dni były bure, ciemnawe i na pewno niezbyt sprzyjające młodziutkim kociakom oraz ich igraszkom. Na szczęście, Kaczorek nie był typem kota, który mógłby narzekać na takie wydarzenia. Zamiast tego cieszył się, spędzając dni w żłobku, drzemiąc lub też zapuszczając się w jego kąty. Jaskinia swoim cieniem oferowała bycie bezpieczną przystanią bez wścibskich oczu, zamiast tego pozwalając mu na spoglądanie na innych.
Wilgotne dni zlewały się ze sobą przez swoją szarość. Czasem trudno było rozróżnić poranek od południa. Głównym wyznacznikiem zmian, był albo padający deszcz, albo zasnute chmurami niebo, ale sypiący śnieg. Z tym wiedziałeś, że dni przemijają. Kocurkowi przychodziło na myśl, aby zabawić się czasem w zjawiskach atmosferycznych, ale ukrycie jamy skutecznie mu to uniemożliwiało, a on nie chciał narażać się na spotkania z innymi. Już w pierwszych księżycach swojego życia, dowiedział się, jak nienawidzi bezpośredniej antencji. Czas upływał głównie w obecności jedynie Morświnowej Płetwy, Komosy i Żołędzia. Jemu to nie przeszkadzało. W zupełności wystarczało mu to ograniczone towarzystwo. Nie narażał się wtedy na zapomnienie czegoś ważnego. Poza tym byli oni doskonałymi towarzyszami zabaw!
Jego pierwszym spotkaniem z innym kotem było przybycie partnera jego opiekunki w odwiedziny. Niby królowa mówiła mu o nim, ale rozmowa była okropnie niezręczna, ponieważ nie był w stanie przywołać żadnych wspomnień o jego osobie, a zapach, który przyniósł, był tak obcy, aż czuł się przestraszony! Potem był zażenowany własnym zachowaniem, choć wiedział, iż obecnie nie zrobiłby niczego odmiennego.
Jednak czasem, tylko żeby jego matka czuła się zaniepokojona z powodu odosobnionego syna, pozwolił jej odprowadzić się do centrum i przechadzał się dookoła lub też udawał się w górę, aby wysłuchiwać opowiastek u starszych. Lubili oni dużo gadać, a on lubił nie musieć się odzywać. Ten układ bardzo im pasował, zwłaszcza kiedy historie były intrygujące i pozwalały mu na ucieczkę w głąb, a oni widzieli jawnie oferowane zaangażowanie. Większość z morałów zapominał po dniu albo dwóch, niektóre natomiast zapadały mu w pamięć na długo. Tego akurat dnia, już parę minut po opuszczeniu podwyższenia przeznaczonego dla starszych, z jego głowy wypadła opowieść, która dziś usłyszał.
— Od wieków w Klanie panują zasady, których wszyscy przestrzegamy. To ważne dla… — mówił kocurek pachnący snem, którego pysk w głowie malucha wyglądał jak zamazany. Pogoda chyba przyczyniła się do usypiania starszych, sądząc po woni, która wyryła mu się w pamięci. W porównaniu do zapachu, reszty wypowiedzi nie pamiętał. Inni lubili mówić o regułach, podczas gdy on nie miał do tego głowy. Mimo tego zawsze kiwa głową i uprzejmie odpowiada, nawet jeśli ma zapomnieć o tym zaraz za chwilę. Nie chce przecież wyjść na niemiłego względem pobratymców!
Nie myślał jednak o tym przesadnie, lekkim krokiem schodząc po śliskim kamieniu. Deszcz dudniący o skały na zewnątrz sprawił, że chciał tylko usiąść w żłobku, zaraz obok rodzicielki i zająć się oglądaniem zewnętrza. Niemniej, był kotem wody, nieważne co mogło mówić jego futerko. Odgłosy kropel uspokajały go na poziomie, którego nie mógł zrozumieć. Wyjaśniał to sobie pochodzeniem, bo jaki kot znad wodospadu nie lubiłby podobnego mu szumu? On nie był w stanie odpowiedzieć na to pytanie, bo ten dźwięk sam uwielbiał.
Zanim dane mu dotrzeć do upragnionego fragmentu obozu, wyskoczył przed nim jakiś malutki futrzak. Sam nie był pokaźnego wzrostu, lecz gdy znikąd przed nim wyrosła postać Pszczelego Lilaku, poczuł się co najmniej zaskoczony! Wiedziony swoją ciekawością, zatrzymał się i przykuł do niej oczy. Stała do niego plecami, więc mogła wyczuć jedynie niepokojąco długie spojrzenie na karku, rzucane jej przez malca. Nie często widzi się podobne koty… a przynajmniej Kaczorek nie doświadczył jeszcze całej tej różnorodności! Czy świat naprawdę posiada tak odmienne koty? Oniemiały, schylił się do pozycji skradania i pozostał na skalnym zejściu. Przez wysokość, na jakiej się znajdował, patrzył z góry.
Ten ktoś jest puszysty niczym chmurka. A gdyby tego było mało, kolorem przypomina zupełnie ten obiekt podczas zbierania się deszczu. Mimo swojej cichej natury był on młodziutki, przez co chichot wyrwał mu się z pyska zupełnie przypadkiem. Niechybna wpadka! Jednak jak mógł się powstrzymać przy tak pocieszenie wyglądającym pobratymcu?

<Pani chmurko?>

Od Kaczorka CD. Cisowej Łapy

Wszystkim, co znał, był Klan Klifu. Wszystko, czego chciał to bycie dobrym klifiakiem. Wszystko, co czuł, kierował względem swoich pobratymców. Pomimo bycia na świecie od zaledwie księżyca, był przede wszystkim kotem wyuczonym o wartości Klanu w jego życiu. Jego matka przypominała mu i jego rodzeństwu o tym każdego dnia. To był jeden z pierwszych razy narażania go na wpływy społeczeństwa, czego spokojna Morświnowa Płetwa nie lubiła. Na co dzień był szczęśliwy, żyjąc w swoim kącie, wyłącznie z rzadka wychylając łebek, aby popatrzeć na otoczenie. Przekonał się o jeszcze większej prawdziwości tego stwierdzenia, gdy do legowiska królowych i kociąt wpadł Drzemiące Słońce. Nie pierwszy odwiedzający, ale pamiętny.
— Cześć, maluchy. — powiedział, wchodząc. Niby taki podobny do Kaczorka zarówno wyglądem, jak i spokojnym charakterem, jednak przy swojej partnerce tracił te łączące ich cechy charakteru. Kocurek obserwował z boku te poczynania. Jeśli zapytacie go o to, kim był tenże wojownik — powiem wam, że nie ma bladego pojęcia! Patrząc na niego, momentalnie uderzył go stres. Przywitał się zupełnie, jakby mieli go znać. Do tego teraz patrzył na nich, oczekując jakiejś odpowiedzi?
— Cześć! — odpowiedzieli po kolei, przyzwyczajeni do odwiedzin względem najmłodszych członków grupy. A mimo tego łaciaty poczuł uderzający go wstyd. Dla każdego innego byłby to któryś kolei, nic nieznaczący dzień. Natomiast on zapamięta go, jako piętno wstydu odciśnięte mocno na normalności.
Rozmowa zeszła na inne tematy, których po prostu słuchał. Pomimo zainteresowania, mógł skrzywić się na samą myśl o tym, kim właściwie był przybysz. Dopiero po zetknięciu się nosami obydwu dorosłych, pojął. Wówczas mimowolnie uderzył ogonem o ziemię w zdenerwowaniu. Czuł się tak strasznie głupi! Od tej chwili markotny, został wyprowadzony na zewnątrz. To nie tak, iż nigdy nie wychodził, aczkolwiek sam wybierał raczej pozostawanie w przestrzeni pomiędzy miejscem snu a centrum. Teraz został zmuszony do bycia w środku całego zgromadzenia. Jego mottem stało się: wtop się w tłum. Wówczas więc zaczynająca się zabawą z kulką mchu niewiadomego pochodzenia była doskonałą okazją. Chociaż nie lubował się w takich gonitwach, tej oddala się w pełni i nawet dosyć dobrze się bawił.
Podczas gdy opiekunowie bacznie obserwowali ich z kącików oczu, oni biegali w najlepsze. W jedną, a potem w drugą. Potem skoki, fikołki i wywrotki, aby tylko złapać zielony przedmiot. Kaczorek musiał przyznać, że z czasem zabawa stała się przednia! Nie miał chęci do rozpamiętywania przeszłości, a wyjątkowo łatwo przychodziło mu zapominanie. Korzystał z tego jak mógł.
Wtem kuleczka trafiła pod łapy kota. Rodzeństwo zatrzymało się nagle, a skoro to on stał na czele gromadki, wylądował zaraz przed kotką i tym samym był zmuszony podejść do przodu. Grzecznie uśmiechnął się do uczennicy — przynajmniej tak ocenił ją, opierając się na młodym wyglądzie. Finalnie znał rangi w społeczności w jakimś stopniu! Mniejsza o większe, zabawka została mu oddana bez zbędnych słów. Wyskoczył i złapał w pyszczek rzucony mu mech pełen wdzięczności.
Wciąż nie zapomniawszy o wcześniejszej kompromitacji, lecz z wielką chęcią zachowania uprzejmości, odezwał się cichutko: — Dziękuję, przepani. — jego głos był stłumiony przez trzymany materiał. Natomiast nie mógł powstrzymać się przed przejrzeniem się spotkanej. Ładny listek schowany był za jej uchem! Mimowolnie jego wzrok powędrował właśnie w tamto miejsce, a on zatrzymał się na dłuższy czas, po prostu patrząc.

<Pani z listkiem?>

Od Fiołkowej Łapy

Spojrzała z tęsknotą na legowisko uczniów, gdzie jej koledzy dzielili się językami, kiedy wychodziła z Ćmim Mżeniem na kolejne szkolenie. Szybko odwróciła wzrok. Na treningu na pewno będzie jeszcze ciekawiej. A jak wróci, to się im pochwali, czego się nauczyła. Była wdzięczna mentorce za to, że ta zgodnie z jej niedawną prośbą zabierała ją na trochę więcej treningów.Fiołkowa Łapa chciała się jak najszybciej stać wojowniczką, a czuła, że przed nią jeszcze dużo pracy. Miała nadzieję, że z pomocą Ćmiego Mżenia uda jej się zdobyć nową rangę jako pierwsza ze swoich rówieśników.
Spojrzała na liliową kotkę.
— Co będziemy dzisiaj robić? — spytała z entuzjazmem w głosie, podskakując u boku mentorki. Miała nadzieję na walkę, jednak wiedziała, że ze wszystkiego się ucieszy.
— Poćwiczymy polowanie — odparła z uśmiechem Ćmie Mżenie — Ale najpierw musisz sobie znaleźć zwierzynę. Powiedz, co czujesz i słyszysz.
Uczennica otworzyła pyszczek, aby posmakować powietrza.

***

Zagłębiła pazury w śniegu zirytowana. Nie udało jej się. Wytropiła mysz, ale kiedy skradała się do niej, nastąpiła na suchą gałązkę, która głośno pękła pod ciężarem jej łapy. Machnęła gniewnie ogonem i podążyła za Ćmim Mżeniem do obozu.

***

— I jak poszło? — spytała Jasna Łapa, na co szylkretka się nastroszyła. Już była w złym nastroju, a dodatkowo jej siostra musiała o wszystkim wiedzieć. Poza tym wciąż miała Jasności za złe to, że dostała Łabędzi Tan jako swoją mentorkę. To było takie niesprawiedliwe! Fiołkowa Łapa, chociaż zawsze starała się, jak mogła, nie została w ten sposób nagrodzona przez Mandarynkową Gwiazdę. I jeszcze to nieudane polowanie…
— A co, chcesz się ze mnie pośmiać? Mysz mi uciekła, proszę bardzo, śmiej się — syknęła ostro i odwróciła się, posyłając przedtem siostrze chłodne spojrzenie.
— Czemu miałabym się śmiać? Przecież to normalne! Mi też kompletnie nie idzie polowanie — odpowiedziała siostra zdziwionym i lekko zmartwionym tonem głosu.
Fiołkowa Łapa znowu na nią spojrzała. Kiedy usłyszała o porażkach Jasności, jej humor trochę się poprawił.
— Ale mi wcale nie idzie tak beznadziejnie. Ostatnio złapałam ryjówkę. Po prostu tym razem mi nie wyszło — mruknęła.
— No właśnie! Jutro na pewno lepiej ci pójdzie.
— No tak, masz rację. Bez sensu byłoby się tym przejmować.
Chciała przeprosić siostrę, że tak na nią naskoczyła bez powodu, ale jakoś to słowo nie przeszło jej przez gardło. Zamiast tego położyła się bliżej i wtuliła nosek w jej czarne futro. Przez chwilę zastanawiała się, czemu tak właściwie gniewała się na Jasną Łapę za to, że dostała wyżej położoną w hierarchii klanu mentorkę. Przecież to nie jej wina.
Poza tym, czemu tak bardzo się przejmowała wszystkim i próbowała się ciągle do każdego porównywać? Przecież Jasna Łapa była jej siostrą, a nie rywalką. Powinny się wspierać i sobie nawzajem pomagać. I Jasność tak robiła, ale Fiołkowa Łapa miała wrażenie, że nie potrafi. Zazdrość i obrażanie się nawet o drobiazgi same jej przychodziły i nie wiedziała, jak to powstrzymać, jak stłumić te nieprzyjemne uczucia. Przecież to nie było dobre ani dla niej, ani dla innych.
Westchnęła cicho. Była już zmęczona, nie wiedziała nawet, czy fizycznie, czy psychicznie. Uznała, że zastanowi się nad sobą kiedy indziej, a na razie pozwoliła sobie odpłynąć do krainy snów.

[505 słów]

[10%]

Od Fiołkowej Łapy CD. Łabędziego Tanu

Szła zamyślona obok Jasnej Łapy. Nie miała ochoty z nią rozmawiać. Od czasu, kiedy jej siostra została uczennicą Łabędziego Tanu, ich relacja mocno się pogorszyła. Też chciałaby mieć mentorkę namiestniczkę. To było takie niesprawiedliwe. Zasługiwała na kogoś lepszego niż na zwykłą Ćmie Mżenie. A przynajmniej chciałaby zasługiwać. Ledwo się powstrzymywała przed jeżeniem futra, ale wiedziała, że na razie musi sprawiać jak najlepsze pozory. Musiała pokazać, że jest lepsza od swojej siostry, pod każdym możliwym względem. Musiała sprawić, że Łabędzi Tan zacznie żałować, że nie dostała Fiołkowej Łapy za swoją uczennicę.
To wszystko była wina Jasnej Łapy. A może jednak nie? Może to Fiołka powinna się bardziej starać? Czy źle jej szedł trening? Chyba nie, ale Milcząca Jemiołuszka już został wojownikiem… Co prawda był trochę starszy.
“Muszę więcej trenować”, postanowiła.
Była wściekła na siostrę, na Ćmie Mżenie, na Mandarynkową Gwiazdę, na siebie i na namiestniczkę. Miała wrażenie, że każdy jest przeciwko niej.
“Może, gdybym już była wojowniczką, Morszczynowy Wąs by mnie bardziej kochał”, pomyślała ze smutkiem, a jej myśli skupiły się wokół ojca.
Czemu kocur nigdy nie rozmawiał ze swoimi córkami? Czy w ogóle się nimi nie przejmował? Z Senną Łzą też nie spędzał czasu! W dodatku miał dzieci z Czosnkową Krewetką. Fiołkowa Łapa widziała, że na swoich synów patrzył inaczej i czuła dziwną pustkę w sercu, kiedy o tym myślała. Praktycznie nie znała Morszczyna. Co zrobiła źle? Czemu jej nie kochał?
“Powinnam więcej trenować”, pomyślała znowu.
Tak bardzo chciałaby już zostać wojowniczką. Martwiła się, że zostanie wyrzucona z klanu tak jak Narcyzowa Łapa, chociaż była jeszcze młoda. Albo, że jej siostra lub któreś z kociąt Fląderki ukończy trening przed nią.

***

— Dobrze, poćwiczymy sobie dzisiaj pływanie — wyjaśniła Ćmie Mżenie, kiedy mentorki i ich uczennice przysiadły przy brzegu strumienia.
Fiołkowa Łapa rzucała nerwowe spojrzenia na Łabędzi Tan i swoją siostrę. Modliła się do Klanu Gwiazdy, żeby poszło jej lepiej od siostry. Chciała zaimponować wojowniczkom, a w szczególności namiestniczce. Po tej całej nie do końca udanej sytuacji z Mandarynkową Gwiazdą w drodze na zgromadzenie dobrze by było zdobyć uznanie kogoś o wysokiej pozycji w hierarchii Klanu Nocy.
Kiedy już mentorki wytłumaczyły swoim uczennicom, do którego miejsca mają dopłynąć, siostry zaczęły wykonywać zadanie. Jasna Łapa popłynęła pierwsza. Fiołkowa Łapa uważnie patrzyła i słuchała uwag wojowniczek, próbując zapamiętać jak najwięcej.
Później nadeszła kolej na szylkretkę. Wskoczyła do strumienia i z zaciśniętymi zębami w skupieniu machała kończynami, starając się opanować stres. Wiedziała, że nie może się spieszyć, bo jej ruchy powinny być spokojne i opanowane. Próbowała więc kontrolować wszystkie swoje instynkty. Miała wrażenie, że podczas płynięcia Jasnej Łapy mentorki wygłaszały więcej uwag, jednak nie była pewna, a nie chciała sobie robić nadziei.
Chwilę później siedziała na brzegu przy Łabędzim Tanie.
— Jak ci się wydaje, komu lepiej poszło? — spytała, starając się mówić normalnie, jednak nie mogła ukryć lekkiego napięcia w głosie.

[464 słowa]
<Łabędzi Tanie? Pochwal mnie pls>

[9%]

Od Zwisającej Perłówki CD Połyskliwego Koguta

Zaraz po mianowaniu na wojownika…

Niebo było dalej szare, gdy poranny patrol wyłonił się z obozu, zwalniając tym samym Zwisającą Perłówkę z czuwania. Kotka wstała z miejsca, gdzie siedziała całą noc i otrzepała śnieg z futra. Nogi miała sztywne od zimna i bezruchu, ale zignorowała to uczucie i ruszyła prosto do tunelu prowadzącego do legowiska więźniów.
Miała dużo czasu na przemyślenia. O tym, o co się spyta, jakie odpowiedzi może usłyszeć. Przygotowywała się mentalnie na możliwe scenariusze, a jednak z każdym kolejnym krokiem głębiej w podziemny obóz czuła, jak spokój nocy od niej odpływa, kroki stają się trochę mniej regularne, a napuszone futro, zamiast powoli opadać przez cieplejsze otoczenie, zaczyna wyglądać na zjeżone.
Zatrzymała się przed wejściem i wzięła głęboki wdech. Posłała spojrzenie w stronę Rudej Lisówki, na którego przypadła ostatnia warta pilnowania więźniów. Moment, który wybrała na odwiedziny, nakładał się na czas zmienienia strażnika, więc dostała w odpowiedzi tylko znużone kiwnięcie głową.
Ostrożnie zajrzała do środka. Jej brat leżał na swoim nowym posłaniu. Kiedy weszła, stukanie jego pazurów ustało, a kocur podniósł łeb, napotykając jej spojrzenie.
— Dlaczego… — Skrzywiła się na dźwięk własnego drżącego głosu. Potrząsnęła głową. — Połyskliwy Kogucie! Co się tam wydarzyło?!
Połyskliwy Kogut westchnął ciężko, unikając jej wzroku.
— Ona cierpiała — zaczął powoli, a jego głos brzmiał tak spokojnie, że aż nie pasował do okoliczności — Czarny kaszel musiał trawić jej płuca od wielu wschodów słońca, ale ukrywała to przed Wdzięczną Firletką. Kiedy wszedłem do jej legowiska… Wyglądała jak cień samej siebie. Ciężko było na to patrzeć…
— Dlaczego nic nie powiedziałeś od razu? — warknęła, choć poczuła, że pod powiekami znów zbierają jej się palące łzy. — M-może, gdyby wiedziała, wtedy…
— Perłówkowa Łapo…
— Zwisająca Perłówko — poprawiła go, choć słowa prawie utknęły jej w gardle. — Mogłeś nie słyszeć o wczorajszej ceremonii. — mruknęła pod nosem.
Kocur zniżył lekko uszy, a w jego spojrzeniu zagościło pełne melancholii uznanie.
— Gratuluję ci, Zwisająca Perłówko. Zasłużyłaś na to imię. Żałuję tylko, że spadło to na ciebie w takim momencie. Nasza matka… Ona już od jakiegoś czasu nie spała, nie jadła prawie nic. Gasła w oczach, podczas gdy reszta klanu się nią nie przejmowała.
— Nie chodzi tylko o to! — fuknęła, podchodząc krok bliżej, a jej gęste futro zjeżyło się tak samo, jak podczas sądu w Grocie Pamięci. — Martwię się też o ciebie! Co, gdyby ciebie też zabili?! Słyszałeś, co Skrzydlata Płomykówka mówiła… Nie wierzę, że ktoś mógłby to zasugerować, a co dopiero własna ciotka. Jakbyśmy wystarczająco nie stracili! Nawet jeśli Rudzik musiała już niedługo odejść, jeśli twoje pochopne działanie sprawiłoby, że ty też…
— Błagała mnie o to.
Zwisająca Perłówka zamarła, wpatrując się w brata. Kocur przymknął lekko ślepia, jakby w pamięci odtwarzał tamtą chwilę.
— O czym ty mówisz? — wykrztusiła.
— Nie od razu, ale… Sama przyznała, że już nie może. — Połyskliwy Kogut nie drgnął. — Wiesz, jaka wylewna była. Miała dość i nie wiedziała co zrobić, chciała, żebym pomógł jej skrócić tę udrękę, a ja… Po prostu nie mogłem odwrócić oczu od jej katorgi. Chciałem, tylko żeby przestała się męczyć… Dałem jej spokój, by mogła bez bólu odejść do gwiezdnych przodków.
— Nie myśl, że zapomniałam, co mówiłeś o niej wcześniej — mruknęła, cofając się o krok, jakby próbując uciec przed jego spojrzeniem. — Wtedy, w starym żłobku… Nie kryłeś, jak bardzo masz jej za złe to wszystko. Syczałeś na sam dźwięk jej imienia.
Na pysk Połyskliwego Koguta wstąpił tak nagły, głęboki żal, że Perłówka poczuła ukłucie w piersi.
— Byłem wtedy wściekły… Na nią, na wszystko, co się wydarzyło — jego głos załamał się z idealnym wyczuciem czasu. — Poniosło mnie… Ale nigdy nie życzyłem jej powolnego konania w męczarniach! Zwisająca Perłówko, to była przecież nasza matka… Czy naprawdę wierzysz, że zrobiłem to z okrucieństwa?
— Nie… Nie, masz rację. Ja po prostu… Musiałam to usłyszeć bezpośrednio od ciebie. — Otarła łapą policzek. — Nie miałam pojęcia, że jej stan był aż tak tragiczny… Nikt nie wiedział. Gdyby wiedzieli, nie byłoby tej całej sytuacji, może nawet jej choroba potoczyłaby się inaczej.
Usiadła ciężko na podłodze wykopanej nory, owijając ogon wokół łap.
— Powinnam była przy niej być — powiedziała trochę niewyraźnie, wpatrując się w ziemię. — Odkąd stała się więźniem, nie zajrzałam do niej ani razu. Gdybym nie odwracała wzroku, gdybym przyszła trochę wcześniej… Może skończyłoby się to inaczej. Może nie musiałbyś nieść tego potwornego brzemienia.
Pokręciła gwałtownie łbem, próbując odegnać wizje, jakie to miejsce uporczywie próbowało wywołać. Wspomnienie żywego, ciepłego futra matki zderzało się z obrazem zmarniałego, nieruchomego ciała z pogrzebu. Perłówka do pewnego stopnia miała nadzieję, że mama jakoś sobie radziła jako więzień. Jak potworne katusze musiała rzeczywiście przeżywać, żeby być tak zdesperowana, by prosić własne dziecko o śmierć? Jak musi czuć się Połyskliwy Kogut, śpiąc w tym samym miejscu, gdzie widział, jak odchodzi Rudzikowe Skrzydełko?
— Nie. Wiem, że nie ma sensu nad tym teraz gdybać. Nie mam pojęcia, co sama bym zrobiła, gdybym to ja stała wtedy nad nią zamiast ciebie.
Spojrzała w stronę Łzawej Łapy, śpiącej nieruchomo w kącie legowiska. Zastanawiała się, jak wycieńczona musi być, żeby nie obudzić się przez jej podniesiony głos, choć nie mogła być tego pewna. Połyskliwy Kogut podążył głową za jej wzrokiem.
— Nie miej jej tego za złe… — rzekł cicho, z drżącym głosem. — To moja wina, że tutaj teraz jest. Nie powinienem był jej w to wciągać.
Poczucie winy z powodu porzucenia matki nie odeszło, ale w jednym momencie, pod wpływem słów brata, przekształciło się też pewnego rodzaju zrozumienie. Wybaczyła mu. Słysząc o katuszach matki, po prostu nie potrafiła go potępić.
A jednak gdzieś pod twardą skorupą jej nowego, wojowniczego imienia, odezwał się jednocześnie głos rozsądku. Kochała brata i współczuła Łzawej Łapie, ale nie zamierzała od razu całkowicie ignorować wszystkich reguł. Połyskliwy Kogut nie miał prawa sam decydować o życiu i śmierci współklanowicza. Samowolne odebranie życia, nawet zdrajcy, było niebezpiecznym precedensem. Dlatego w głębi duszy przyznawała Zawodzącej Gwieździe trochę racji – jakaś kara musiała ich spotkać. Izolacja w tej norze i odebranie obowiązków były bolesne, ale przynajmniej nie aż tak permanentne. Nie było to wygnanie ani krwawa egzekucja. Ale czy to naprawdę taka sprawiedliwa kara, jeśli Rudzik, którą to spotkało najpewniej głównie przez własną naiwność, skończyła w tak tragiczny sposób? Jeśli ona jest w stanie zobaczyć, że ich czyny wyszły z dobrego miejsca, to reszta klanu również powinna to w końcu ujrzeć, prawda? To była jej rozszarpana wyrzutami sumienia rodzina. I to właśnie jej wybaczenie, jako rodzonej córki i jednej z najbardziej dotkniętych tą tragedią istot, miało teraz jedną z prawdziwych, najwyższych wag. Jeśli ona, najbliższa krew Rudzikowego Skrzydełka, rozgrzeszyła brata w tej norze, to nikt inny nie miał już prawa nazywać go potworem.
— Wiecznie was tu nie będą trzymać — westchnęła, podnosząc się powoli w stronę wyjścia. — Lepiej nie wyjdź do reszty z wprawy do tego czasu. Wpadnę znowu niedługo.

***

Mimo spędzenia całej nocy na mrozie, po wyjściu z wizyty czuła się tak rozgrzana, że od razu zawróciła z powrotem na zewnątrz. Łapy poprowadziły ją tam, gdzie zwykle. Stary żłobek nie miał okazji zmienić się od poprzednich wizyt. Spalone ściany, śnieg, który wcisnął się przez szczeliny i nie roztopił, słaby zapach popiołu pod zimnym powietrzem.
Przy tylnej ścianie, wepchnięte głęboko pod korzenie, znalazła posłanie. Prawie nienaruszone. Mech i sucha trawa zbite razem, ze śladami czyjejś łapy, która je kiedyś formowała. Zwisająca Perłówka patrzyła na nie chwilę w milczeniu z zaskoczoną miną, że też udało mu się przetrwać tu tyle czasu w tak dobrym stanie, nie będąc ani razu zauważonym przez nikogo, kto próbował szczęścia. Sama przecież przetrzepywała to miejsce tyle razy w przeciągu ostatnich księżyców, że przestała liczyć. Ostrożnie uniosła posłanie i zauważyła, że zaplątane w nie są trochę poszarpane pióra. Pamiętała, jak mama przyniosła je kiedyś do żłobka, jakby były to co najmniej kawałki Srebrnej Skóry, a nie parę piór, które znalazła przy obozie. Kurczątko chodził z nimi wszędzie przez jakiś, choć raczej krótki czas, a ona udawała, że jej nie zależy i bawiła się nimi potajemnie.
Pomyślała chwilę o fakcie, że każdy z jej bliższej rodziny ma, lub miał, w imionach jakiś motyw ptaków, jakby była to jakaś nitka, która ich łączy poza więzami krwi. Każdy oprócz niej. Zauważyła to, gdy była jeszcze mała, ale nie przywiązywała do tego faktu szczególnej uwagi. Myślała, że może pojawi się to w jej wojowniczym imieniu, ale teraz nie wiedziała, czy przerwanie tej krótkiej rodzinnej tradycji byłoby smutniejsze, czy nie, z nowymi skojarzeniami.
Gdyby nie miała właśnie zajętych zębów, to może by westchnęła, ale jedyne co zostało jej zrobić to podnieść łeb. Ruszyła z nowymi znaleziskami do obozu i nie zatrzymywała się po drodze.

[Event Klanu Burzy: przeszukiwanie starego obozu]

Od Skowronkowej Łapy Do Dymówkowej Łapy

Pora Opadających Liści

Jesień powoli ustępowała miejsca nadchodzącym chłodom, a ja miałem wrażenie, że wraz z nią znikały ostatnie odrobiny kolorów z naszego lasu. Większość drzew zdążyła już zrzucić liście, a te, które wciąż trzymały się gałęzi, wyglądały na zmęczone i gotowe do poddania się pierwszemu mocniejszemu podmuchowi wiatru. Ziemia była nimi usłana, gdzieniegdzie wilgotna od porannej rosy, a powietrze miało w sobie coś, co przypominało mi, że niedługo nadejdzie pora nagich liści. Nie przeszkadzało mi to jednak w wychodzeniu z obozu. Wręcz przeciwnie — każda wyprawa poza jego granice była doskonałą okazją do odkrywania czegoś nowego.
Tego dnia miałem udać się na polowanie. Przynajmniej taki był pierwotny plan, kiedy wyruszyłem przed siebie, starając się zachowywać powagę godną przyszłego wojownika. Sowi Zmierzch wielokrotnie powtarzał mi, że podczas polowania powinienem skupiać się na otoczeniu, a nie na wszystkim, co akurat przyciągnie mój wzrok. Naprawdę próbowałem brać sobie jego rady do serca. Szedłem cicho, ostrożnie stawiając łapy, co jakiś czas unosząc pysk, żeby sprawdzić, czy wiatr nie przynosi zapachu potencjalnej zwierzyny. Przez pierwsze kilka chwil szło mi całkiem nieźle. A potem zobaczyłem kwiaty.
Zatrzymałem się tak gwałtownie, że niemal sam zaplątałem się we własne łapy. Pomiędzy kępą traw i stertą opadłych liści rosły drobne, delikatne kwiaty. Ich płatki miały niezwykłe kolory, które wydawały się jeszcze bardziej wyraziste na tle szarzejącego lasu. Nie było ich wiele. Właściwie wyglądały jak ostatnie niedobitki całego jesiennego kwitnienia, jakby natura zostawiła je specjalnie po to, żeby przypominały, że nawet kiedy wszystko wokół powoli zamiera, wciąż można znaleźć coś pięknego.
Podszedłem bliżej, ostrożnie obchodząc rośliny, by przypadkiem nie podeptać ich łapami. Przez dłuższą chwilę po prostu na nie patrzyłem. Nie znałem ich nazwy, ale wcale nie musiałem jej znać, żeby uznać je za wyjątkowe. Przysunąłem nos do jednego z kwiatów i delikatnie wciągnąłem powietrze. Pachniał subtelnie, niemal niewyczuwalnie, ale to tylko sprawiło, że bardziej chciałem zapamiętać ten moment.
— No proszę. A myślałem, że jesień nie ma już niczego ciekawego do zaoferowania! — mruknąłem do siebie z zadowoleniem.
Oczywiście, mogłem po prostu zapamiętać miejsce, w którym rosły, i wrócić do polowania. Mogłem też pójść dalej, tak jak zrobiłby to rozsądny uczeń, który chciał udowodnić swojemu mentorowi, że potrafi wykonywać polecenia bez rozpraszania się co kilka kroków. Tylko że ja nie byłem pewien, czy ktokolwiek zdołałby przejść obok takich okazów i nawet nie pomyśleć o zabraniu ze sobą choćby jednego. Nie chciałem zrywać wszystkich. To byłoby zwyczajnie nie w porządku wobec lasu. Wybrałem więc jeden z kwiatów, który wyglądał na najmocniejszy, i ostrożnie go zerwałem, uważając, by nie uszkodzić pozostałych.
Dopiero wtedy zauważyłem leżące niedaleko liście. Jeden z nich był rdzawoczerwony, drugi miał odcień przygaszonego złota, a trzeci przypominał mi kolor futra niektórych wojowników, kiedy promienie słońca padały na nie pod odpowiednim kątem. Zacząłem je przeglądać, wybierając te, które nie były zbyt kruche ani nadmiernie wilgotne. Nie miałem jeszcze konkretnego pomysłu na to, co z nimi zrobię, ale byłem pewien, że coś wymyślę.
Wtedy natknąłem się również na pióra. Nie były duże ani szczególnie efektowne, ale jedno z nich od razu przykuło moją uwagę. Było lekkie, miało delikatnie brązowawe i jasne znaczenia, a jego kształt przypominał mi pióra skowronków, które czasem znajdowałem podczas spacerów. Podniosłem je ostrożnie i obróciłem między łapami. Właściwie nie musiałem długo się zastanawiać, zanim zdecydowałem, że zabiorę je ze sobą.
Skowronki od zawsze kojarzyły mi się z czymś wyjątkowym. Może dlatego, że moje imię przypominało mi o ich śpiewie, a może dlatego, że od małego chciałem być taki jak mój tata, Nocny Śpiewak. On potrafił sprawić, że nawet zwyczajna chwila stawała się czymś wartym zapamiętania. Miał swoje upodobania, swoje drobne przyzwyczajenia i nie bał się pokazywać innym, co sprawia mu radość. Chciałem mieć w sobie podobną odwagę. Chciałem być kimś, kogo inni zapamiętają, kimś, kto ma własny styl, a jednocześnie nie musi nikomu udowadniać, że zasługuje na uwagę.
Właśnie dlatego nie zamierzałem poprzestać na zwyczajnym schowaniu znalezisk wśród mchu. Skoro już znalazłem takie skarby, powinienem zrobić z nich coś, co będzie mi towarzyszyło przez resztę jesieni. Zacząłem więc nucić jakąś radosną melodię, zanim zabrałem się do pracy.
Zabrałem ze sobą kwiat, kilka liści i pióra, po czym ruszyłem w stronę miejsca, w którym wcześniej widziałem zaschniętą żywicę na pniu drzewa. Zbierałem ją już wcześniej, głównie z ciekawości, i pamiętałem, że potrafiła być lepka, kiedy nie zdążyła całkiem stwardnieć. Potrzebowałem jeszcze czegoś, co pomogłoby mi przytwierdzić ozdoby do futra, nie sprawiając przy tym, że całość odpadnie przy pierwszym ruchu.
Przypomniałem sobie o mleczach. Ich biały sok wydawał mi się całkiem użyteczny, chociaż nie miałem pewności, czy rzeczywiście zadziała tak, jak sobie wyobrażałem. W końcu jednak uznałem, że najlepiej będzie po prostu spróbować. Znalazłem kilka roślin, ostrożnie naruszyłem ich łodygi i zebrałem odrobinę mlecznego płynu, starając się nie pobrudzić sobie całego pyska.
Przygotowania zajęły mi zdecydowanie więcej czasu, niż początkowo zakładałem. Najpierw próbowałem umieścić pióro przy karku, ale po kilku ruchach głową zsunęło się i wylądowało na ziemi. Za drugim razem przykleiłem je pod złym kątem, przez co sterczało w zupełnie inną stronę, niż chciałem. Trzecia próba zakończyła się tym, że część żywicy przykleiła mi się do futra, a ja przez chwilę zastanawiałem się, czy nie powinienem poprosić kogoś o pomoc. Nie. Musiałem sobie poradzić sam.
Przecież tata nie poddawałby się z powodu kilku niesfornych piór. A przynajmniej tak sobie wyobrażałem. Wytrwale poprawiałem więc swoje dzieło, używając niewielkiej ilości żywicy i mlecznego płynu, aż w końcu udało mi się przymocować pierwsze ozdoby. Pióra znalazły swoje miejsce przy karku, gdzie układały się wzdłuż futra, a kilka mniejszych umieściłem bliżej nasady ogona. Pomiędzy nimi dodałem liście, układając je tak, by ich kolory ze sobą współgrały. Na koniec wkomponowałem kwiat, najstaranniej, jak tylko potrafiłem, żeby nie zgnieść jego delikatnych płatków.
Odsunąłem się odrobinę i spróbowałem obejrzeć własne dzieło, obracając głowę to w jedną, to w drugą stronę. Nie miałem do dyspozycji żadnego lustra, ale mogłem przynajmniej sprawdzić, czy ozdoby nie odstają zbyt mocno. Przesunąłem łapą po karku, potem zerknąłem na ogon. Wszystko trzymało się na swoim miejscu.
— Ha! Wiedziałem, że mi się uda! — oznajmiłem z dumą, jak gdybym właśnie dokonał czegoś godnego opowiedzenia na najbliższym zgromadzeniu. Dopiero po chwili przypomniałem sobie o polowaniu.
Spojrzałem w stronę lasu, z którego przyszedłem. Zwierzyna nie zamierzała przecież czekać, aż skończę swoje artystyczne eksperymenty. Jeśli Sowi Zmierzch zapytałby mnie później, dlaczego wróciłem bez zdobyczy, miałem nadzieję, że uda mi się wymyślić coś lepszego niż przyznanie, że po drodze urządziłem sobie mały warsztat ozdób. Z drugiej strony, może udałoby mi się jeszcze coś upolować. Nie wszystko było stracone!
Ruszyłem dalej, tym razem rzeczywiście starając się skupić na zadaniu. Co jakiś czas zerkałem jednak na własny ogon, upewniając się, że liście i pióra nadal są na miejscu. Nie mogłem nic na to poradzić. Byłem zwyczajnie zachwycony tym, co udało mi się stworzyć. Znalazłem coś, czego nie miał nikt inny, a przynajmniej tak mi się wydawało. Coś, co przypominało mi o ostatnich barwach jesieni i o tym, że nawet kiedy świat wokół robi się coraz bardziej szary, zawsze można znaleźć sposób, by dodać mu trochę koloru.
Nie wiedziałem jeszcze, że te drobne ozdoby zostaną ze mną na dłużej, niż początkowo planowałem.
Pora Nagich Liści
Zima nie była tak piękna, jak jesień. Przynajmniej nie w taki sposób, do jakiego zdążyłem się przyzwyczaić. Zamiast kolorowych liści miałem pod łapami twardą ziemię, miejscami przykrytą cienką warstwą śniegu, a zamiast ostatnich kwiatów — nagie gałęzie i zeschnięte łodygi roślin. Las sprawiał wrażenie cichszego, jakby wszystkie jego sekrety pochowały się głęboko pod ziemią i zamierzały przeczekać chłody aż do nadejścia nowej pory młodych liści.
Nie oznaczało to jednak, że zamierzałem siedzieć w obozie i narzekać na pogodę. Wręcz przeciwnie. Ostatnio coraz częściej myślałem o tym, jak wiele rzeczy potrafił robić mój tata. Nocny Śpiewak zawsze wydawał mi się kimś, kto doskonale wie, co robi, nawet jeśli w rzeczywistości nie wszystko szło po jego myśli. Podziwiałem jego pewność siebie, siłę i to, że nie bał się podejmować inicjatywy. Chciałem być taki sam. Chciałem, żeby kiedyś ktoś spojrzał na mnie i pomyślał, że jestem równie godny zaufania, równie odważny i równie zdolny. Ostatnio szczególnie mocno zaprzątała mi głowę jedna myśl: samodzielny patrol.
Wiedziałem, że nie powinienem wybierać się na niego bez zgody starszych, a granice klanu nie były miejscem do beztroskich spacerów. Mimo to trudno mi było przestać wyobrażać sobie, jak tata wyrusza na patrol, uważnie obserwuje teren i upewnia się, że wszystko jest w porządku. Chciałem sprawdzić, czy ja też potrafię zachować się w taki sposób. Czy potrafię samodzielnie ocenić sytuację, zauważyć coś podejrzanego i zachować się jak przyszły wojownik, a nie rozkojarzony uczeń, który potrafi zatrzymać się na środku polowania tylko dlatego, że znalazł ładny kwiatek?
Nie zamierzałem nikomu robić krzywdy ani prowokować konfliktu. Chciałem jedynie przejść się wzdłuż granicy z Klanem Klifu i przyjrzeć się oznaczeniom. Przecież znałem już podstawy. Wiedziałem, jak rozpoznawać zapachy, na co zwracać uwagę i jak zachowywać się na terytorium należącym do mojego klanu. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Wyszedłem z obozu, starając się nie zwracać niczyjej uwagi. Z każdym kolejnym krokiem rosło we mnie poczucie, że robię coś ważnego. Może trochę nierozważnego, ale przecież nie zamierzałem oddalać się zbyt daleko. Poza tym, jeśli nic się nie wydarzy, wrócę, zanim ktokolwiek zdąży zauważyć moją nieobecność. A jeśli wszystko pójdzie dobrze, będę miał przynajmniej jeden powód więcej, by uznać, że naprawdę zaczynam przypominać tatę.
Śnieg skrzypiał pod moimi łapami, zdradzając każdy krok. Nie podobało mi się to ani trochę. Próbowałem stawiać łapy ostrożniej, wybierając miejsca, w których warstwa śniegu była cieńsza, ale trudno było poruszać się całkowicie bezgłośnie. Mimo to szedłem dalej, z uniesionym ogonem i uszami skierowanymi do przodu. Na karku nadal miałem swoje ozdoby. Pióra i zasuszone liście nie wyglądały już tak świeżo, jak w dniu, kiedy je znalazłem, ale wciąż trzymały się futra. Kwiat nieco się skurczył, a jego płatki straciły część koloru, jednak nie miałem zamiaru go usuwać. Był pamiątką po ostatnich dniach jesieni, a poza tym wciąż uważałem, że wyglądał świetnie.
Co jakiś czas poprawiałem ozdoby, upewniając się, że żywica nadal trzyma. Nie chciałem, żeby któreś z piór odpadło, zwłaszcza że byłem z nich naprawdę dumny. Przypominały mi o tym, że nie trzeba mieć do dyspozycji wielkich rzeczy, by wyróżniać się z tłumu. Czasem wystarczy odrobina pomysłowości.
Kiedy dotarłem w pobliże granicy z Klanem Klifu, zatrzymałem się i uniosłem pysk. Zapach obcego klanu był wyraźniejszy niż gdziekolwiek indziej, nawet mimo zimnego powietrza. Przez chwilę przyglądałem się okolicy, próbując wypatrzyć coś, co mogłoby świadczyć o niedawnym przejściu patrolu. Znalazłem kilka śladów w śniegu, ale nie potrafiłem z całą pewnością stwierdzić, jak dawno zostały pozostawione. Zamiast udawać, że znam odpowiedź, zapamiętałem ich położenie i ruszyłem wzdłuż granicy. Wtedy dostrzegłem kotkę.
Była po drugiej stronie granicy, na terenie Klanu Klifu. Jej niebieskie futro, pokryte ciemniejszymi pręgami, wyróżniało się na tle jasnego śniegu. Miała cztery białe skarpetki, delikatną sylwetkę i charakterystyczną jasną plamkę na pysku, która ciągnęła się aż do czoła. Kiedy przyjrzałem się jej uważniej, zauważyłem również pędzelki na uszach oraz błękitne oczy. Nie wyglądała na wojowniczkę, więc założyłem, że podobnie jak ja była uczennicą.
Zatrzymałem się, zachowując odległość od granicy. Nie zamierzałem przekraczać jej bez powodu. Mimo to nie potrafiłem po prostu przejść dalej. Byłem ciekaw, kim była i co robiła w tej okolicy. Może również odbywała patrol? A może po prostu wybrała się na spacer?
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że jej futro zdobiły kwiaty i pióra. Nie były identyczne z moimi, ale sam pomysł wydał mi się na tyle interesujący, że niemal natychmiast zapomniałem o tym, iż powinienem zachowywać się jak poważny patrolujący kot.
— Hej! — zawołałem, unosząc łapę w przyjaznym geście. — Jestem Skowronkowa Łapa, z Klanu Wilka!
Przez chwilę zastanawiałem się, czy powinienem od razu wspomnieć, że znalazłem się tutaj w ramach samodzielnego patrolu. Ostatecznie uznałem, że nie ma potrzeby opowiadać obcej kotce o wszystkim, co robię. Zwłaszcza że nie byłem do końca pewien, czy ktokolwiek uznałby mój pomysł za rozsądny.
Zamiast tego zerknąłem na jej ozdoby, a następnie na własny kark. Poczułem nagły przypływ ekscytacji. Rzadko zdarzało się, żeby ktoś nosił w futrze podobne rzeczy, a jeszcze rzadziej, żeby natknął się na mnie ktoś, kto mógłby docenić moje starania.
— Ty też masz pióra! — zauważyłem, nie kryjąc zadowolenia. — I kwiaty! Są naprawdę ładne. Sama je znalazłaś?
Nie czekając zbyt długo, przekręciłem się nieco bokiem, żeby mogła lepiej zobaczyć ozdoby przy moim karku. Potem uniosłem ogon i poruszyłem nim lekko, prezentując liście oraz pióra umocowane przy jego nasadzie. Byłem niemal pewien, że wyglądałem przy tym niezwykle dostojnie. Przynajmniej w mojej własnej ocenie.
— Patrz, ja też mam swoje! — pochwaliłem się z dumą. — Znalazłem je jeszcze pod koniec jesieni. Były wtedy ostatnie kwiaty, jakie widziałem w lesie, więc musiałem coś z nimi zrobić. Nie chciałem ich wszystkich zrywać, bo to byłoby trochę bez sensu, ale jeden zabrałem. A potem znalazłem liście i pióra skowronka!
Na samo wspomnienie tamtego dnia poczułem się jeszcze bardziej zadowolony z siebie. Oczywiście, nie wspomniałem o tym, ile razy próbowałem przytwierdzić pióra, zanim wreszcie przestały odpadać. Niektóre szczegóły nie były przecież potrzebne, kiedy opowiadało się o swoim wielkim dziele.
— Przyczepiłem je do futra za pomocą żywicy i płynu z mlecza. Trochę się namęczyłem, ale się udało! — dodałem, obracając się jeszcze odrobinę, żeby pokazać jej ozdoby z drugiej strony. — Te przy karku trzymają się najlepiej. Przy ogonie też, chociaż czasami muszę je poprawiać.
Zerknąłem na nią z szerokim uśmiechem, ciekaw, co o tym wszystkim pomyśli. Może również zbierała pióra i kwiaty, a może miała zupełnie inny sposób na ozdabianie futra. Chciałem się dowiedzieć. W końcu skoro los postawił na mojej drodze kogoś, kto podzielał moje zainteresowanie takimi drobiazgami, szkoda byłoby zmarnować okazję do rozmowy.
— A ty jak masz na imię? — zapytałem, przekrzywiając lekko głowę. — Jesteś uczennicą, prawda? Wyglądasz na mniej więcej w moim wieku.
Na moment przeniosłem wzrok na ślady w śniegu, które wcześniej zauważyłem, i przypomniałem sobie, po co właściwie tutaj przyszedłem. Granica nadal była przede mną, a ja wciąż miałem do sprawdzenia spory kawałek terenu. Nie chciałem jednak odchodzić od razu. Spotkanie z niebieską kotką było znacznie ciekawsze, niż się spodziewałem, a moje ozdoby wreszcie miały szansę zostać docenione przez kogoś, kto również lubił takie rzeczy.
Poza tym tata zawsze wydawał mi się kotem, który potrafi rozmawiać z innymi bez względu na okoliczności. Może właśnie od tego powinienem zacząć, jeśli naprawdę chciałem być do niego podobny.
— Właściwie jestem tutaj na patrolu — oznajmiłem po chwili, starając się nadać głosowi nieco poważniejszy ton. — Samodzielnym. Chciałem sprawdzić granicę i zobaczyć, czy wszystko jest w porządku. Wiem, że powinienem uważać, ale przecież kiedyś będę wojownikiem, więc muszę się uczyć!
Nie dodałem, że nikt nie wysłał mnie tutaj z takim zadaniem. W mojej głowie brzmiało to znacznie lepiej, kiedy nazywałem swoją wyprawę patrolowaniem granicy, a nie zwykłym wypadem z obozu. W końcu zamierzałem zachowywać się odpowiedzialnie. Miałem zamiar.
Znów spojrzałem na jej ozdoby, tym razem z nieco większą ciekawością. Byłem gotowy opowiedzieć jej jeszcze więcej o swoich znaleziskach, a jeśli chciałaby, mógłbym nawet pokazać jej, gdzie znalazłem pióra. Oczywiście nie zamierzałem przekraczać granicy, ale może kiedyś, podczas kolejnego spaceru, udałoby się znaleźć coś równie pięknego.
— W każdym razie, jeśli lubisz takie rzeczy, to chyba mamy coś wspólnego — stwierdziłem wesoło. — Ja zamierzam zbierać kolejne pióra, kiedy tylko trafię na jakieś ładne. A jak znowu znajdę kwiaty, to też je zabiorę. Może następnym razem uda mi się zrobić jeszcze lepsze ozdoby!
Unosząc dumnie głowę, poruszyłem ogonem, a liście przy jego nasadzie zadrżały delikatnie na zimowym wietrze. Czułem się niemal tak, jakbym właśnie udowodnił sobie, że potrafię być kimś więcej niż tylko uczniem, który dopiero uczy się polowania i walki. Byłem Skowronkową Łapą, synem Nocnego Śpiewaka, i miałem własne pomysły, własne cele oraz własny sposób na to, by pozostawić po sobie coś wyjątkowego.
Teraz pozostawało mi tylko dowiedzieć się, czy Dymówkowa Łapa — bo tak przedstawiła się po chwili, jeśli dobrze usłyszałem — również uzna moje ozdoby za coś wartego uwagi. A jeśli tak, być może właśnie zaczynała się znajomość, która sprawi, że następna pora nagich liści nie będzie aż tak szara i nudna, jak początkowo mi się wydawało.

<Dymówkowa Łapo?>
[2635 słów]

[53%]

19 października 2026

Od Tropiącej Łaski

TW: Walka

Odkąd Kocimiętkowy Wir zawiodła, Tropiącą Łaskę nawiedzały najdziwniejsze sny. Żyła w błogiej nieświadomości tego, co nadchodziło, jednak wiedziała, że wszyscy wokół niej mają poczucie zbliżającej się katastrofy. Wszystko, co stało się na tamtym zgromadzeniu kultu, gdy Ognikowa Słota przywlekła i zarżnęła samotnika z symbolem na pysku, było jednym wielkim nieporozumieniem. W pamięci wojowniczki utknął widok jaśniejących ślepi podglądacza. Widziała w snach wciąż to samo i wciąż bała się zasnąć. Jej wyobraźnia tworzyła z tego obrazu coś zupełnie zwyczajnego, rozum próbował jej udowodnić, że żółte ślepia, były jedynie ślepiami wilka czy innego zwierzęcia, które oszczędziło członków kultu i nie urządziło im krwawej jatki. Wmawiała sobie, że mieli ogromne szczęście, że to coś ich nie rozszarpało. Wmawiała sobie, że to nie był kot świadomy istnienia kultu. Czuła jednak, że pomimo wielu prób racjonalnego wyjaśnienia sytuacji, jedno pozostawało pewne — ktoś ich widział. I ten ktoś mógł wykorzystać tę wiedzę, aby wyrządzić Klanowi Wilka krzywdę większą, niż którekolwiek z nich potrafiło sobie wyobrazić.
Patrol, na który Zalotna Gwiazda posłała Tropiącą Łaskę, Nadciągający Pomrok i Rozbity Księżyc, miał dla kultystów oczywisty zamysł. Musieli wędrować w okolicach rzeki, tam, gdzie można było przejść na tereny niczyje, aby szukać tropów i świeżych zapachów owego samotnika. Pachniał on niemal dokładnie tak jak kotka, którą Ognikowa Słota pozbawiła życia. Aby więc dobrze pamiętać, czego szukają, z truchła zmarłej zabrano kilka kosmyków futra. W opinii szylkretki nie były one jednak zbyt przydatne. Gdy wydzierali je z okrycia wciąż drżącej w agonii samotniczki, jej własny zapach już słabł. Został przykryty silniejszą wonią krwi, którą każdy członek kultu znał przecież doskonale. Na co komu były kosmyki futra pachnące wyłącznie krwią? Do tej pory pokonali niewielką część terenów klanu, a do ich uszu powoli docierał już szum rzeki. W obliczu niebezpieczeństwa ze strony samotników zielonooka nie zamierzała nawet narzekać na obecność mistrzyni. Ciemnooka była teraz jej najmniejszym problemem; żadna z nich nie miała ochoty na przerzucanie się złośliwymi słówkami, kiedy na głowie miały o wiele poważniejsze zmartwienia.
Przez napięcie związane z wydarzeniami, choć może jedynie jej się to wydawało, jej relacja z Nadciągającym Pomrokiem uległa zmianie. Zmianie, której z pewnością nie można było nazwać „zmianą na gorsze”. Podczas patrolowania sprawdzały oznakowania zapachowe granic i co jakiś czas wygłaszały luźne uwagi, pokroju: „Należałoby odświeżyć tutaj znaki” czy „Poinformujemy o tym Zalotną Gwiazdę”. Zdawało się, że nawiązywanie relatywnie normalnej konwersacji w takich okolicznościach sprawiło, że cała trójka nie postradała jeszcze zmysłów. W pewnym momencie nawet Wielka Kapłanka kultu i Tropiąca Łaska zaczęły wymieniać się spostrzeżeniami na temat ostatnich wydarzeń w Klanie. Rozmawiały o wielkości żłobka i o liczbie kociąt, które ostatnimi czasy zasiliły jego szeregi. Zaczęły rozmawiać też o uczniach. Tym razem wojowniczka wcale nie musiała wyciągać informacji od mistrzyni niczym na przesłuchaniu. Nadciągający Pomrok sama z siebie, z widocznym przez pękającą fasadę powagi podekscytowaniem, zaczęła opowiadać o swoim świeżo nabytym uczniu — Koszmarnej Łapie. Gdy kotka wspomniała jego imię, wojowniczka zaczęła się zastanawiać, co w ogóle wie na jego temat. Jak się okazało, niewiele. Wiedziała, że był synem Kocimiętkowego Wiru i Ognikowej Słoty, ale samo wskazanie rodziców to tyle, co nic. Nadciągający Pomrok miała jednak wiele do powiedzenia na temat siostrzeńca. Tropiąca Łaska z zaskoczeniem musiała przyznać, że z przyjemnością słucha przemyśleń rówieśniczki. Koszmarna Łapa brzmiał jak obiecujący uczeń, który w przyszłości zostanie oddanym kultystą. Nawet jeśli jeszcze tego nie chciał, jego matki i najbliższa rodzina z pewnością przyłożą łapę do tego, aby jednak w przyszłości zechciał. Mentorka wspomniała, że kocur jest dość silny — nawet zaskakująco silny jak na swój wiek. Rozmawiały bez chwili wytchnienia, jak za czasów uczniowskich, przeszkadzając Rozbitemu Księżycowi w patrolowaniu, aż do pewnego momentu.
— Słyszałyście to? — powiedział cicho jasny kocur, który jako jedyny zachował czujność, nie pogrążając się w rozmowie.
— Jestem prawie pewna, że nic tu nie ma — mruknęła Nadciągający Pomrok. — Chyba że to zwierzyna.
— Rozbity Księżyc może mieć rację. To brzmiało jak stukot łap, ale teraz nikogo nie widać, ani nie słychać.
— Słynne ostatnie słowa. — Ciemnooka zaczęła wyglądać, jakby straciła przekonanie, że to jedynie zwierzyna.
Nadciągający Pomrok miała rację. To mogły być ich słynne ostatnie słowa. Las nagle utonął w złowrogiej ciszy tak głębokiej, że aż dzwoniło od niej w uszach. Nawet najmniejsze skrzypienie śniegu pod łapami budziło niepokój w patrolu. Napięcie Rozbitego Księżyca stało się wręcz namacalne, gdy łapy kocura zaczęły nerwowo drżeć. Tropiąca Łaska nie potrafiła już skupić się na odgłosach otoczenia; jak miała usłyszeć zbliżające się zagrożenie, skoro jej towarzysz bez przerwy przestępował z łapy na łapę? Dopiero po chwili zmysły kotki zaalarmował nagły podmuch wiatru. Przyniesiony przez niego zapach ewidentnie łączył się z wonią kępek futra, które znaleźli wcześniej, mimo że tamte umazane były posoką. Rozbity Księżyc i Nadciągający Pomrok również to poczuli i obydwoje zamarli, sparaliżowani strachem. W ich stronę leniwie wylała się drażniąca nozdrza woń. Nagle trzask łamanej gałązki zmusił całą trójkę do gwałtownego odwrócenia głów. Z mroku wyłonił się pierwszy kot, a z gardła Tropiącej Łaski dobył się niski, wibrujący warkot. Urwał się jednak gwałtownie, gdy za przybyszem zaczęły kroczyć kolejne sylwetki, pachnące dokładnie tak samo. Szylkretka naliczyła pięciu samotników. Ich nastroszone, różnobarwne futra nie pozostawiały złudzeń, patrol ewidentnie był na ich celowniku, a obcy wyglądali na gotowych do walki. W uszach kotki rozbrzmiało przeciągłe warknięcie Wielkiej Kapłanki kultu. Tropiąca Łaska przeniosła wzrok na mistrzynię. Choć jej futro wciąż silnie biło zapachem strachu, widać było, że nie podda się bez bitwy.
Sytuacja stała się krytyczna, gdy z krzewów przed grupę samotników wyszła samotniczka. Na pysku nosiła największą bliznę, jaką Tropiąca Łaska widziała w życiu. Dwie przecinające się linie, ciągnące się od żuchwy aż po uszy. Była niewielka, czarno-biała, a poza tym jednym, potężnym śladem jej skóra wydawała się nienaruszona. Gdy uniosła łeb, błysnęły znajome, żółte ślepia. W tym momencie szylkretka zyskała pewność. To ona ich wtedy podglądała.
— To oni ją zabili! Do ataku! — Pomimo dzielącej ich odległości, słowa wycedzone przez czarno-białą kotkę dotarły do zielonookiej wojowniczki Klanu Wilka z przerażającą wyrazistością. Przeciwnicy zareagowali błyskawicznie. Ruszyły na nich trzy, może cztery koty, podczas gdy piąty pozostał u boku czarnobiałej kotki. Ten bezpodstawny i pozbawiony honoru atak wymagał równie bezwzględnej odpowiedzi. Czekoladowa kotka miała szczęście, że na swój cel obrała ją niewielka samotniczka. W tym samym czasie Rozbity Księżyc i Nadciągający Pomrok musieli stawić czoła trzem średniej wielkości, chuderlawym kocurom. Z zaskoczeniem zauważyła, że jej drobna przeciwniczka z blizną na pysku była ruda i pręgowana, zupełnie jak jej brat, Tygrysia Noc. W jej zielonych oczach płonęła ta sama, mordercza determinacja. Choć napastniczka była drobna, miała zaskakująco długie łapy. Tropiąca Łaska wykorzystała to, błyskawicznie wślizgując się pod jej brzuch i podcinając jej przednie kończyny. Spodziewając się, że ruda zaraz się obróci, wojowniczka natychmiast odskoczyła, wbiła pazury w jej bok i z impetem cisnęła ją na ziemię. Wymagało to ogromnego wysiłku, ale mała kotka runęła jak długa. Uderzyła głową o wystające kamienie, które rozorały jej skórę na pyszczku. Strużka krwi natychmiast zalała jej zielone oko i skleiła futro. Gdy tylko minęło pierwsze oszołomienie, ruda poderwała się i rzuciła do ucieczki. Dopiero gdy odbiegała, Tropiąca Łaska dostrzegła, jak wątła jest w rzeczywistości. Wyglądała na młodszą niż Cętkowany Tęgosz w dniu mianowania na wojownika, w Klanie Wilka mogła być co najwyżej starszą uczennicą, wciąż niezdarną i niedoświadczoną. Niestety, nim Tropiąca Łaska zdążyła ruszyć z pomocą pobratymcom, Rozbity Księżyc padł nieprzytomny na ziemię. Nie poddał się jednak bez walki; jeden z trzech otaczających go samotników broczył krwią, nosząc wyraźne ślady jego pazurów. Na polu walki została sama z Nadciągającym Pomrokiem i samotnikami.
Broczący krwią, bury samotnik o ciemnych oczach opuścił pole bitwy. Przeniósł całą uwagę na pilnowanie Rozbitego Księżyca, chcąc się upewnić, że powalony wróg nie odzyska przytomności. W tym samym czasie Nadciągający Pomrok i Tropiąca Łaska stanęły oko w oko z dwoma przeciwnikami. Pierwszym był szczupły, żylasty, jasnobrązowy kocur o niebieskich ślepiach, z których jedno zostało całkowicie oślepione przez rozległą bliznę. Drugim długowłosy, kremowy samiec o krótkim ogonie i równie szpetnym śladzie na pysku. Tropiąca Łaska natychmiast poczuła głęboką odrazę. Wyglądali ohydnie! Uznając, że najlepszą obroną jest atak, wojowniczka bez wahania rzuciła się na jednookiego kocura. Ten okazał się jednak o wiele sprawniejszy, niż przypuszczała. Wykorzystał przewagę masy, błyskawicznie powalił ją na ziemię i boleśnie przygniótł do podłoża. Unieruchomił jej całe ciało. Gdy kotka próbowała się oswobodzić, napastnik ostentacyjnie położył jej łapę na głowie, zupełnie tak, jakby chciał pokazać Nadciągającemu Pomrokowi, jaki los czeka ją za chwilę. W tym samym czasie mistrzyni mierzyła się z kremowym kocurem o dziwacznym kikucie zamiast ogona. Brązowooka wojowniczka w mgnieniu oka chwyciła rywala za kark i szarpnęła nim, próbując go zdezorientować. Ruch okazał się całkowicie bezskuteczny. Tropiąca Łaska poczuła nagłą falę żalu. Gorzko żałowała, że w czasach uczniowskich nie trenowała ciężej z mistrzynią. Gdyby częściej ze sobą walczyły, teraz instynktownie przyjęłyby pozycję obronną, osłaniając nawzajem swoje plecy. Zsynchronizowane cięcia, uderzenia pazurów i zwinne skoki mogły uczynić z nich zagrożenie dla napastników. One jednak nie stanowiły żadnego zagrożenia. Nawet Nadciągający Pomrok została pokonana niemal natychmiast. Silny samotnik zasypał jej grzbiet serią potężnych uderzeń, pozostawiając zadrapania. W starciu z takim przeciwnikiem nawet mistrzyni okazała się zbyt słaba i została obezwładniona.
Rozbity Księżyc leżał bezwładnie, podczas gdy kapłanka była przygwożdżona do ziemi przez kremowego kocura. Podobny los spotkał Tropiącą Łaskę, z tą różnicą, że trzymający ją kocur miał inne ubarwienie oraz brakowało mu jednego oka. Napastnik mistrzyni miał komplet ślepi. Czarno-biała, która do tej pory trzymała się na uboczu, zerwała się nagle z miejsca. Leniwym, wręcz znudzonym krokiem podeszła do wojowników w towarzystwie jakiegoś kocura. Jej żółte ślepia i pokryty bliznami pysk utknęły wpatrzone w kotki. W tym samym czasie ciemnobrązowy kocur o bursztynowych oczach, zmrużonych teraz w wąskie szparki, mruknął jej coś na ucho. Czarno-biała wyglądała tak, jakby zastanawiała się nad ich losem. Werdykt mógł być tylko jeden: albo oszczędzić je, zostawiając rany jako krwawy dowód porażki, albo zabić. Ciemnobrązowy pokręcił przecząco głową. Spojrzał spode łba na szylkretkę, po czym przeniósł na Nadciągający Pomrok znacznie łagodniejszy, pełen żądzy wzrok. W Tropiącej Łasce aż zawrzało. Jak on śmiał tak patrzeć na kotkę, która jednym ciosem powaliłaby go na ziemię? Jak on mógł ją lekceważyć?
— Zielonooka wraca z nami do miasta jako zakładniczka — podyktowała warunki tajemnicza, czarno-biała kotka. — Wy zanieście swojemu przywódcy wieść o klęsce. Powiedzcie mu, że jego wojownicy okazali się bezsilni w starciu z nami, a jedna z was jest w naszych łapach. Niech wie. — Z gardła Tropiącej Łaski wyrwało się warknięcie. Nim jednak zdążyła zareagować, przygniatający ją jednooki kocur zawlókł ją prosto pod łapy czarno-białej. W jej głowie zaczęły kłębić się myśli. Co, jeśli te czarno-biała wcale nie była najgorszym, co ich czekało? Co, jeśli dowodziła zaledwie patrolem? Kim były te koty z bliznami? Obok Nadciągający Pomrok próbowała jeszcze protestować, ale kremowy kocur skutecznie trzymał ją w ryzach, podczas gdy reszta ruszyła już w stronę miasta. Pojmana, obezwładniona wojowniczka poczuła nagły uścisk w żołądku. Ogarnęło ją złowrogie przeczucie, że już nigdy nie zobaczy pobratymców ani rodziny. Rzuciła ostatnie, pełne rozpaczy spojrzenie swojej mistrzyni. Dlaczego Nadciągający Pomrok nie była w stanie jej obronić? Czy to oznacza dla niej śmierć? Samotnicy naprawdę zaciągali ją do miasta.

Wiosenne dolegliwości!

Nadeszła Pora Nowych Liści, a z nią nowe dolegliwości!

POGODA

(wkrótce zostanie uzupełniona)

Klanu Burzy:

Jabłkowa Łapa - katar
Gradobijący Cień - wymioty
Żywiczna Kropla - kolec w łapie
Srebrzysta Równonoc - bezsenność
Trafna Łapa - przewianie

Klanu Klifu:
 
Kurzy Pazur - zranienie przedniej łapy
Psotny Nietoperz - ugryzienie przez szczura
Wzburzony Kormoran - gorączka
Mysi Postrach - infekcja oka
Srocza Błyskotka - gorączka

Klanu Nocy:

Lulkowe Ziele - gorączka
Błękitna Laguna - kolec w łapie
Ropuszy Skok - katar
Muszla - biały kaszel
Fląderka - bezsenność

Klanu Wilka:
 
Miodowy Ul - zranienie tylnej łapy
Tropiąca Łaska - wybicie barku
Makowa Iluzja - kolec w łapie
Aksamitkowy Nos - swędząca infekcja
Słoneczna Łapa - infekcja ucha

Owocowego Lasu:
 
Gronostaj - wymioty
Kraska - infekcja oka
Kurka - ból głowy
Puchacz - gorączka
Purchawka - szkło w łapie

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Bursztyn - infekcja ucha
Myszołów - gorączka
Brokuł - katar

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w kolejne stadium. Dotyczy to kotów z:

Klanu Burzy:

Gadożerowy Pysk - katar > kłopoty z oddychaniem
Perłówkowa Łapa - przewianie > katar
Pląsająca Łapa - infekcja ucha > tymczasowa głuchota na ucho
Skrzydlata Płomykówka - szkło w łapie > infekcja

Klanu Klifu:
 
Wszyscy wyleczeni!

Klanu Nocy:

Wężynowy Splot - infekcja ucha > tymczasowa głuchota na ucho

Klanu Wilka:
 
Wszyscy wyleczeni!

Owocowego Lasu:

Drobinka - ból zęba > zepsucie zęba > wypadnięcie zęba
Pierścień - bezsenność > halucynacje > problemy psychiczne
Mistral - infekcja oka > tymczasowa ślepota na oko > stała ślepota na oko
Ryś - swędząca infekcja > podrażniona skóra
Borowik - zranienie przedniej łapy > infekcja

Samotnicy i Pieszczochy:

Lisi Oset - zwichnięcie tylnej łapy > zwyrodnienie > sztywność stawu
Szaruga - infekcja ucha > tymczasowa głuchota na ucho > stała głuchota na ucho
Czajka - ból głowy > osłabienie
Kazarek - bezsenność > halucynacje
Węgorz - przewianie > katar

Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka wiosną.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu wiosny - mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!
Proszę, by wymienione pod opowiadaniem imiona zgadzały się z imionami postaci w momencie ich zachorowania. Stare, zgadzające się z listą imię można zamieścić w nawiasie obok aktualnego imienia.

18 października 2026

Od Wąsatkowego Ruczaju do Aroniowej Łapy

Kontynuacja spotkania z samotniczką

Wąsatka uniosła wzrok, a przed sobą dostrzegła kotkę. Nieznajomą. Pewnie samotniczkę. Wyglądała trochę znajomo, lecz ciężko było stwierdzić, gdyż wojowniczka nie miała zbyt dobrego wzroku, więc pysk kotki wydawał się jej jedynie niewyraźną plamą. Ciekawe, kim była ta samotniczka. Czy chciała zrobić jej krzywdę? Wąsatka nawet by się nie opierała. Nie miała teraz siły walczyć.
Na szczęście obca nie wydawała się groźna. Do uszu Wąsatki nie doszły żadne jej warknięcia czy syknięcia ani zresztą nie poczuła bólu na skórze, więc samotniczka jeszcze jej nie zaatakowała. Stała jedynie w ciszy, przyglądając się wojowniczce, jakby była jakąś zagadką, którą musiała rozwiązać. Przez jej obecność Wąsatkowy Ruczaj przestała nawet płakać. Zainteresowała ją ta kotka, dlatego też zdecydowała się wreszcie podnieść z ziemi i stanąć z nią na równi, by mogły porozmawiać.
Nim jednak cokolwiek powiedziała, pociągnęła nosem i otarła pysk łapą. Nie mogła przecież rozmawiać z samotniczką, będąc taką obsmarkaną, bo tylko by się przed nią ośmieszyła.
— Dzień dobry, proszę pani — przywitała się z nią po chwili, na co samotniczka parsknęła śmiechem.
— Nie przesadzajmy, aż tak stara jeszcze nie jestem, żeby mówić do mnie pani! — odparła, uśmiechając się zadziornie.
Na jej słowa Wąsatka skinęła głową, odwzajemniając uśmiech, mimo że jeszcze przed chwilą wylewała łzy nad losem Cykoriowego Cykora. Teraz miała już inną rzecz na głowie, więc dlaczego miałaby się przejmować czekoladową kotką? Będzie o niej myśleć po powrocie do obozu. Może. A może zapomni o niej już na dobre, gdyż nie miała w zwyczaju być bardzo pamiętliwa.
— Dobrze, przepraszam! — miauknęła Wąsatka. — W takim razie jak mam się do ciebie zwracać? — dopytała jeszcze, przekręcając nieznacznie głowę, jak to miała w zwyczaju.
Obca kotka zamilkła na moment, jakby się nad czymś intensywnie zastanawiała. Czyżby zapomniała, jak ma na imię? To niemożliwe! A może tak naprawdę wcale nie miała imienia? Nie, na pewno nie. Każdy miał przecież jakieś imię, prawda?
— Karusia — mruknęła w końcu samotniczka, uśmiechając się trochę szerzej. Przez moment w jej oczach mignęło poddenerwowanie, lecz zaraz później kotka poruszyła się, rozwiewając napiętą atmosferę, która wytworzyła się wokół niej. — Możesz mi mówić Karusia, ale teraz lepiej powiedz mi, jak ty się nazywasz? — odwzajemniła pytanie.
Wąsatka zmrużyła podejrzliwie ślepia. Coś jej w tej samotniczce nie pasowało. Czemu tak się zawahała przed wypowiedzeniem swojego imienia? Czemu wyglądała na zestresowaną? Coś tu nie grało. Może była jakimś szpiegiem, który miał za zadanie wytropić Wąsatkę i ją porwać? Na pewno tak właśnie było. Wojowniczka nie mogła więc zdradzić jej swojej prawdziwej tożsamości. Musiała wymyślić sobie nową. Od teraz nie była już Wąsatką, a…
— Wąsowska! — odrzekła, zadzierając nieznacznie brodę. — Ja się nazywam Wąsowska, ale jeśli chcesz, to możesz na mnie mówić Wąs. Inne koty często właśnie tak skracają moje imię — wyjaśniła, chcąc brzmieć bardziej przekonująco. W końcu skoro podała więcej szczegółów, to musiało oznaczać, że mówiła prawdę, czyż nie?
Karusia po usłyszeniu jej imienia również zmrużyła oczy, jakby nie do końca jej wierzyła.
— Dobrze, Wąsie… Miło mi cię poznać — mruknęła po jakimś czasie, wracając do swojego przyjaznego usposobienia. — Czy chciałabyś się ze mną podzielić tym, co cię męczyło? Trochę mnie zmartwił twój stan — dodała, z wręcz matczyną troską w głosie.
Wąsatkowy Ruczaj rozdziawiła pysk, by coś odpowiedzieć, lecz wtem przypomniała sobie, że nie mogła przecież zdradzać temu szpiegowi informacji dotyczących swojego życia.
— Ach, nie, nic! To nie było nic ważnego — oznajmiła, przytakując sobie głową. — A przynajmniej nic takiego, czym chciałabym się dzielić z dopiero co poznaną samotniczką, rozumiesz? — dodała jeszcze, choć nieco ciszej, jakby liczyła na to, że Karusia tego jednak nie usłyszy.
— No przecież! Głupia ja, sama też pewnie nie powiedziałabym zupełnie obcej kotce nic o swoim życiu prywatnym — stwierdziła, po czym podniosła łapę i machnęła nią zbywająco.
Wojowniczka uznała, że na dziś wystarczy jej już tej rozmowy.
— Właśnie. Ach, tak w ogóle, to będę już wracać — miauknęła, odwracając się od biało-czarnej kotki. — Do zobaczenia! — dodała jeszcze, zmierzając w stronę terenów Klanu Wilka.
— Do zobaczenia! — mruknęła za nią Karusia.
Wąsatce wydawało się, że usłyszała w jej głosie jakby nadzieję, lecz postanowiła nie zaprzątać sobie tym głowy. Zapewne był to ostatni raz, kiedy widziała się z tą samotniczką. W końcu, jaka była szansa na to, że spotkają się znowu przy granicy? Tego samego dnia i o tej samej porze? Graniczyło to z cudem!

* * *

Teraźniejszość

Po śmierci Dyniowej Skórki, za którą podobno odpowiadali samotnicy, Wąsatka zaczęła zastanawiać się nad tym, jak teraz radzi sobie Cykoriowy Cykor i jej fagas — Wilgowa Gorycz. Czy oni również stali się ofiarami jakiejś grupy bezklanowców, która zabijała koty dla zabawy? A może tak naprawdę to oni byli samotnikami, którzy zabili Dynię? Takie teorie spiskowe, choć zabawnie było je wymyślać, raczej nie miały wiele wspólnego z prawdą. W końcu, dlaczego Cykoria i Wilga mieliby chcieć mordować niewinnych Wilczaków? Może gdyby to Ognikowa Słota została zabita, Wąsatka byłaby w stanie uwierzyć, że Cykoria chciała po prostu zemścić się na swojej mentorce. Ale co takiego zrobiła im Dyniowa Skórka? Była przecież dosyć neutralnym członkiem klanu, a przynajmniej tak uważała Wąsatkowy Ruczaj. Nie słyszała o niej żadnych plotek, a sama nigdy nie pokłóciła się z nią ani razu. Rudofutra zazwyczaj cicho brnęła przez kolejne dni, trzymając się na uboczu. Czarno-biała wiedziała o niej tylko tyle, że była blisko z Kocimiętkowym Wirem, ponieważ obie kotki często spędzały ze sobą czas. Najpewniej Dynia była matką mistrzyni, choć Wąsatka wolała nie snuć domysłów.
Zamiast dłużej się nad tym głowić, postanowiła wybrać się na mały spacer. Od jakiegoś czasu bolał ją staw, a łapa często jej drętwiała, dlatego pomyślała, że może uda jej się rozchodzić te dolegliwości. Poza tym Pora Nagich Drzew powoli dobiegała końca, więc Wąsatka chciała przejść się po terenach i sprawdzić, czy gdzieniegdzie nie pojawiły się już pierwsze oznaki nadchodzącej Pory Nowych Liści. Miała nadzieję, że cieplejsze dni nadejdą szybko, przynosząc ze sobą mnóstwo ziół i zwierzyny! W końcu stos z upolowaną zwierzyną przez ostatnie kilka księżyców świecił pustkami, podobnie jak brzuchy Wąsatki i jej pobratymców. Nie mogła się doczekać, aż wreszcie będzie mogła zatopić zęby w jakiejś tłustej wiewiórce czy myszy. Na samą myśl aż ciekła jej ślinka!
Wojowniczka spacerowała wzdłuż brzegu rzeki, zastanawiając się, kiedy znów zaroi się w niej od ryb. Wilczaki nie były wprawdzie mistrzami w ich łowieniu, ale właściwie, dlaczego nie mieliby zacząć się tego uczyć? Mieli przecież na swoich terenach ogromne jezioro, a także strumienie, z których z pewnością mogliby wyłowić kilka piszczek. Może Zalotna Gwiazda powinna poważnie rozważyć poproszenie Nocniaków o szkolenie w tym zakresie w ramach sojuszu? Wąsatka zastanawiała się jednak, jak długo tak właściwie pożyje jeszcze ich liderka. Wydawała się naprawdę stara! Może nawet starsza niż sam Klan Wilka! Ciekawe, skąd brała energię do życia. Może czerpała ją ze słońca? Ale skoro w Klanie Wilka wszyscy wierzyli w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, to może Zalotna Gwiazda powinna czerpać siłę z mroku? To byłoby fajne!
Kiedy Pustułkowy Szpon zostanie już liderem, Wąsatka mogłaby go podpytać o te wszystkie sprawy związane z byciem przywódcą. Choć oczywiście, wciąż była na niego trochę obrażona i nie zamierzała mu kiedykolwiek wybaczyć, że przez tak wiele księżyców okłamywał ją w sprawie jej pochodzenia! Nadal nie mogła otrząsnąć się z szoku, że zastępca wcale nie był jej ojcem, a zamiast niego jej tatą był jakiś głupi Wilczy Skowyt. Inaczej go zapamiętała z czasów, gdy była jeszcze kocięciem, i teraz nie mogła uwierzyć w to, że jej prawdziwy ojciec okazał się takim lisim bobkiem!
To była gruba przesada. Bardzo gruba. Grubsza nawet od samego Grubej Ryby, haha! Choć trudno było przebić go pod tym względem, bo rudofutry naprawdę był spory. Ciekawe, czy większość jego masy stanowił tłuszcz, czy może po prostu miał grube kości? A może jednak to wszystko to były mięśnie? Tego Wąsatka raczej się nie dowie. Ważne, że przynajmniej przyjemnie było siedzieć obok niego w Porze Nagich Drzew. No, pomijając fakt, że miał problemy z oddychaniem, i czasem zdarzało mu się na kogoś kichnąć albo charknąć.
Nim wojowniczka zdążyła znowu pogrążyć się w myślach na jakiś inny temat, do jej uszu dotarł głos:
— Wąsie! Hej! — odezwała się znajoma Wąsatce kotka. — Co za przypadek, że znowu się widzimy! To chyba jakiś znak od wszechświata, mam rację? — kontynuowała Karusia.
Czarno-biała zwróciła głowę w stronę źródła dźwięku. Faktycznie — po drugiej stronie rzeki stała biało-czarna kotka, która uśmiechała się do Wilczaczki.
— Witaj, Karusiu — miauknęła spokojnie Wąsatka, ostrożnie podchodząc bliżej brzegu.
To naprawdę podejrzane, że udało im się spotkać po raz drugi. To był kolejny dowód na to, że ta niepozorna kotka musiała być szpiegiem w ukryciu! Tylko bardzo słabym szpiegiem, bo Wąsatkowy Ruczaj przejrzała jej zamiary już podczas pierwszej rozmowy!
— Znak od wszechświata, a może jednak twoja chęć ponownego spotkania ze mną? — dodała wojowniczka po chwili, unosząc brew.
Pysk Karusi jakby nagle zbladł. Kotka otworzyła szerzej oczy, zamierając na moment w bezruchu.
— Co? Słuchaj, bo ja… ja… chciałam, żebyśmy odbu-
— Winny się tłumaczy! — przerwała jej Wąsatka, cała się jeżąc. — Przyznaj się, że mnie szpiegujesz! Szpieg! Szpieg! — zaczęła krzyczeć, na co Karusia zdziwiła się jeszcze bardziej.
— Ja? Szpieg? Ależ skądże! Ja nie jestem żadnym szpiegiem! — odparła skonfundowana samotniczka. — To czysty przypadek, że spotkałyśmy się po raz drugi! Przecież nie miałabym powodu, żeby specjalnie cię szukać, czyż nie? Ja tylko chciałam coś upolować i dlatego tu przyszłam! W tych rejonach kręci się bardzo dużo wiewiórek, wiesz? — zaczęła się tłumaczyć.
— Ha! Wiedziałam, że kłamiesz! Przecież teraz nie ma wiewiórek! — upierała się wojowniczka. — Marny z ciebie szpieg, Karusiu! A teraz lepiej przyznaj się, jak brzmi twoje prawdziwe imię! — zażądała.
— O czym ty mówisz! Karusia to moje prawdziwe imię, nie mam żadnego innego! — zapewniła ją samotniczka. — Wąsie, ja naprawdę nie jestem żadnym szpiegiem! Jestem tylko kotką, która mieszka niedaleko tych terenów i często tędy przechodzi. Co w tym niby złego? — fuknęła.
— Mhm, tak właśnie powiedziałby szpieg… — mruknęła wojowniczka pod nosem. — Ech, lepiej przestań mnie śledzić! Jeśli zobaczę cię tu podczas następnego spaceru, to urwę ci uszy! — zagroziła Karusi, wskazując na nią palcem.
Samotniczka westchnęła ciężko. Jej zdumienie szybko ustąpiło miejsca smutkowi, a właściwie przygnębieniu.
— Dobrze, przepraszam… Będę pamiętać, żeby cię unikać — oznajmiła smętnie, robiąc krok w tył.
Nagle atmosfera stała się napięta i poważna. Dlaczego Karusia zachowywała się tak, jakby właśnie straciła najcenniejszy skarb w swoim życiu? Przecież Wąsatka była dla niej zupełnie obcą kotką. Strasznie dziwna była ta Karusia.
— Nie no… Znaczy… Jeśli naprawdę nie jesteś szpiegiem, to możemy się kolegować, skoro ci na tym zależy! — stwierdziła brązowooka, chcąc jakoś pocieszyć samotniczkę. — Może zbyt pochopnie cię oceniłam, wiesz? Ale jestem skłonna zmienić swoje nastawienie do ciebie! Może spotkamy się tu jeszcze za jakiś czas? — zaproponowała.
Biało-czarna kotka podniosła głowę, a na jej pysku pojawił się słaby uśmiech.
— Byłabym zachwycona, gdybyśmy zaczęły spotykać się regularniej! Wiesz… jak jest się samotnikiem, to czasem można poczuć się naprawdę samotnym, haha… Chciałabym po prostu mieć jakąś znajomą — wyznała Karusia, wzdychając ciężko.
Wąsatka skinęła głową, słysząc jej słowa. Może ona wcale nie była dziwna, a jedynie spragniona kontaktu z innym kotem?

* * *

Niestety spacer po terenach Klanu Wilka nie przyniósł oczekiwanych rezultatów, a łapa Wąsatki wciąż była odrętwiała. Wojowniczka czuła się tym bardzo sfrustrowana, tym bardziej, że jeśli taki stan rzeczy utrzyma się do samego rana, nie będzie w stanie dobrze wyszkolić swojego nowego ucznia — Aroniową Łapę! W końcu jak miała pokazywać mu wszystkie ruchy bitewne, skoro sama ledwo się poruszała? Przez jakiś czas Wąsatkowy Ruczaj zastanawiała się, jakie są szanse na to, że jutro obudzi się magicznie uzdrowiona, aż nagle przypomniała sobie, że przecież mogła pójść z tym do medyków. Oni na pewno będą wiedzieli, co poradzić na jej bolący staw i odrętwiałą łapę!
Wąsatka żwawym, choć nieco chwiejnym krokiem ruszyła w stronę lecznicy, z uśmiechem wymalowanym na pysku. Wyglądała zupełnie tak, jakby była z siebie dumna, bo udało jej się połączyć kropki. W środku napotkała Chudy Grzbiet i opowiedziała mu o zaistniałej sytuacji. Kocur przeżuł jakieś zioło na papkę i nałożył ją na bolący staw w postaci okładu, a następnie owinął całość pajęczyną.
Wąsatka grzecznie podziękowała mu za udzieloną pomoc i wyszła z legowiska medyków, gotowa udać się na swoje posłanie i zapaść w sen. Nim jednak to zrobiła, napotkała na swojej drodze niebieskiego kocurka. Postanowiła do niego zagadać, gdy zauważyła, że jego wzrok na ułamek uderzenia serca spoczął na jej opatrunku.
— Hej, Aroniowa Łapo! Jak już zauważyłeś, bolał mnie dzisiaj staw. Jeśli chcesz, żeby jutrzejszy trening się odbył, lepiej pomódl się do Mrocznych Przodków, żeby ta dziwna maść, którą nałożył mi Chudy Grzbiet, zadziałała! — zażartowała, uśmiechając się szeroko do ucznia.

<Aroniowa Łapo?>

[2040 słów]

[20%]

Wyleczeni: Wąsatkowy Ruczaj