Jakiś czas po przybyciu do Klanu Burzy…
Obóz żył własnym, spokojnym rytmem. W powietrzu unosił się ciężki zapach mchu, świeżo przyniesionej zwierzyny oraz wilgotnej ziemi, która nie zdążyła jeszcze całkowicie wyschnąć po nocnym chłodzie. Gdzieś z oddali dochodził śmiech starszyzny opowiadającej kolejną historię z dawnych czasów, zaś spod gałęzi osłaniających żłobek rozlegały się cienkie piski najmłodszych kociąt.
Jej spojrzenie niestrudzenie wędrowało od jednego kota do drugiego, z niezwykłą uwagą wyłapując nawet najkrótsze spojrzenia kierowane w jej stronę. Nie musiały trwać długo. Wystarczała sekunda. Krótkie uniesienie wzroku. Przelotny uśmiech. Mimowolne zatrzymanie spojrzenia.
Łza chłonęła ten gwar z nieukrywaną przyjemnością.
Patrzą.
To jedno słowo wystarczało.
Nie zastanawiała się, dlaczego to robili. Nie miało znaczenia, czy ktoś spojrzał na nią z czułością, rozbawieniem, czy zupełnie przypadkiem. Liczył się sam fakt, że przez krótką chwilę była częścią czyjejś uwagi.
Bo uwaga innych była dla Łzy czymś znacznie cenniejszym, niż potrafiłaby ubrać w słowa.
Nie przypominała jedynie miłego dodatku do codzienności ani przelotnej przyjemności. Stanowiła coś, od czego coraz trudniej było jej oddzielić własne poczucie wartości. Im częściej czuła na sobie czyjś wzrok, tym pewniej stąpała po ziemi, jakby każde spojrzenie dodawało jej odrobinę siły.
Nie potrafiła nawet wyobrazić sobie świata, w którym nikt nie zwracałby na nią uwagi.
Sama myśl o tym budziła w niej trudny do nazwania niepokój. Wydawało jej się, że cisza pozbawiona czyichś spojrzeń byłaby znacznie gorsza od najgłośniejszego hałasu. Gdyby któregoś dnia miała zniknąć z pola widzenia wszystkich kotów, jakby rozpłynęła się w cieniu otaczających obóz paproci, nie wiedziałaby nawet, co zrobić z własnymi myślami.
Nie chodziło wyłącznie o samotność.
Samotność można było przecież przerwać.
Znacznie bardziej przerażała ją obojętność.
Przerażała ją wizja, że mogłaby przejść przez środek obozowiska, a żadne uszy nie drgnęłyby na dźwięk jej kroków, żaden pysk nie uniósłby się choćby na chwilę, a żadne spojrzenie nie odnalazłoby jej pośród tłumu. W jej dziecięcym umyśle taki obraz wydawał się niemal równoznaczny z przestaniem istnieć…
Jej spojrzenie mimowolnie powędrowało ku wejściu do obozowiska, gdy zauważyła kilku wojowników niosących w zębach świeżo upolowaną zwierzynę. Ich futra przesiąknięte były zapachem wrzosowisk, chłodnego porannego wiatru oraz świeżej ziemi, podczas gdy ciężkie króliki kołysały się w ich pyskach przy każdym kolejnym kroku.
Widok ten natychmiast przykuł uwagę Łzy.
Ruszyła przed siebie spokojnym, dobrze odmierzonym krokiem. Nie chciała jednak znaleźć się zbyt blisko. Intuicja podpowiadała jej, że gdyby podbiegła do nich zbyt szybko albo zbyt nachalnie próbowała zwrócić na siebie uwagę, mogłaby osiągnąć efekt zupełnie odwrotny od zamierzonego. Zatrzymała się więc w miejscu, z którego bez trudu można było dostrzec jej drobną sylwetkę, jednocześnie sprawiając wrażenie, jakby znalazła się tam zupełnym przypadkiem.
Uniosła nieco wyżej głowę, a na jej pyszczku rozkwitł ciepły, serdeczny uśmiech. Posłała go wracającym wojownikom z nadzieją, że choć jedno z nich odpowie tym samym. Chociaż sprawiała wrażenie, jakby całą uwagę poświęcała kotom wracającym z patrolu, jej spojrzenie nieustannie wymykało się ku zwierzynie zwisającej z ich pysków. Była to ciekawość niemal mimowolna, której zwyczajnie nie potrafiła powstrzymać — każda zdobycz przypominała jej o tym, jak bardzo różniło się życie w poszczególnych klanach.
Od chwili przybycia do Klanu Burzy niemal wszystko porównywała z Owocowym Lasem. Obrazy dawnego domu pozostawały żywe w jej pamięci, przez co każda nowa rzecz wydawała się jeszcze bardziej niezwykła. Sterta świeżej zwierzyny wyglądała tam zupełnie inaczej. Wypełniały ją ptaki o lśniących piórach, drobne myszy, tłuste nornice oraz wiele innych leśnych stworzeń, których zapach mieszał się w jedną, dobrze znaną woń. Tutaj natomiast niemal za każdym razem dominowały króliki. Ich długie uszy i masywne sylwetki powtarzały się tak często, że Łza zaczynała odnosić wrażenie, iż wrzosowiska nie mają do zaoferowania niczego więcej.
Nie uważała tego za wadę. Rozumiała już, że każdy teren obdarza swoje koty innymi darami, a każdy klan nauczył się żyć w zgodzie z tym, co dawała mu natura. Mimo to ciekawość nie opuszczała jej ani na chwilę. Zastanawiała się, jak wiele podobnych różnic odkryje jeszcze w przyszłości.
Dwójka wojowników, przechodząc obok niej, dostrzegła jej uśmiech i odwzajemniła go krótkim skinieniem głowy. Następnie ruszyli dalej w stronę sterty zwierzyny, gdzie mieli złożyć swoją zdobycz. Dla nich był to zapewne zwykły, nic nieznaczący gest. Dla Łzy znaczył znacznie więcej.
W jej piersi natychmiast rozlało się przyjemne ciepło. Ogon uniósł się odrobinę wyżej, a uśmiech jeszcze bardziej rozjaśnił jej pyszczek. Wystarczyło zaledwie kilka sekund czyjejś uwagi, by poczuła się ważna. Każde spojrzenie wydawało jej się małym zwycięstwem. Każdy uśmiech utwierdzał ją w przekonaniu, że inni zaczynają ją dostrzegać.
Ciekawe, czy gdy będzie już wojowniczką też będą ją tak postrzegać…
Nie było dnia, aby jej myśli choć raz nie powędrowały ku przyszłości. Z niezwykłą łatwością zastępowała rzeczywistość obrazami własnych marzeń. Widziała siebie wybiegającą z obozu u boku patrolu, podczas gdy poranne słońce połyskiwało na jej futrze, a chłodny wiatr rozwiewał je podczas biegu przez rozległe wrzosowiska. Wyobrażała sobie, że wojownicy coraz częściej wypowiadają jej imię z uznaniem, a uczniowie śledzą każdy jej ruch z nadzieją, że kiedyś sami dorównają jej umiejętnościom.
Jej krok zawsze będzie tym, w którym najwięcej jest gracji.
Z polowań zawsze wracać będzie z największą ilością zwierzyny w pyszczku.
W walce jej ruchy będą lepsze, niż kogokolwiek innego.
“Och, będę po prostu najlepsza…” — Myśl ta otuliła ją przyjemnym ciepłem, które rozlało się po całym ciele. Przez krótką chwilę wydawało jej się nawet, że przyszłość już została zapisana, a wszystkie te obrazy czekały jedynie na moment, w którym staną się rzeczywistością.
Nie zdążyła jednak zanurzyć się w nich głębiej, ponieważ spomiędzy gwaru wypełniającego obozowisko wyłonił się znajomy głos, który z łatwością przebił się przez szum wiatru i rozmowy wojowników.
— Hej, Łzo!
Jej uszy natychmiast wystrzeliły ku górze, obracając się w kierunku, z którego dobiegło wołanie, a błękitne oczy rozbłysły żywym entuzjazmem. Nie potrzebowała nawet chwili, by rozpoznać właściciela tego głosu.
Znałaby go wszędzie.
Choć marzenia o chwale i podziwie pochłaniały ją coraz bardziej z każdym kolejnym dniem, istniało kilka rzeczy, którym wciąż bez wahania pozwalała odwrócić swoją uwagę.
Jedną z nich był jej tata.
Nie zastanawiając się ani chwili, ruszyła przed siebie.
Wystrzeliła niczym napięta do granic możliwości strzała, którą ktoś wreszcie wypuścił z cięciwy. Jej drobne łapki miękko uderzały o wilgotną ziemię, rozsypując spod siebie drobinki piasku i igliwia, podczas gdy chłodny wiatr nieustannie uderzał ją w pyszczek, rozwiewając delikatne futro wokół policzków. Mijała znajome paprocie, krzewy i kamienie z taką prędkością, że cały świat zdawał się zamieniać w zieloną smugę.
Dymny kocur siedział spokojnie przed wejściem do żłobka. Jego ciemne futro poruszało się lekko pod wpływem wiatru, a ciepłe, łagodne spojrzenie śledziło pędzącą ku niemu córkę z wyraźnym rozbawieniem. Nie zdążył nawet otworzyć pyska, gdy Łza z całym impetem wtuliła się w jego gęstą grzywę, niemal całkowicie znikając w miękkim futrze.
— Tato! Tato! — zapiszczała radośnie.
Przez kilka uderzeń serca po prostu trwała w tym uścisku, nie mając najmniejszej ochoty się odsuwać.
Dopiero po chwili uniosła głowę, a jej spojrzenie zaczęło niespokojnie błądzić gdzieś ponad barkiem ojca. Myśli wirowały jej po głowie z taką prędkością, że sama nie potrafiła zdecydować, od czego właściwie zacząć.
Musiała zapytać o swoją przyszłość. I w ogóle, o cały Klan Burzy. O wojowników. O patrole. O polowania. O ceremonie. O to, jak wygląda życie poza bezpiecznym żłobkiem.
Przez krótką chwilę marszczyła nos, usiłując złapać jedną z tych uciekających myśli.
— Uhh... — wymamrotała, przeciągając sylabę, podczas gdy koniuszek jej ogona nerwowo uderzał o ziemię. — Na czym właściwie polega bycie zastępcą? Albo liderem? Albo... uhh... no nie wiem...
Urwała, wyraźnie niezadowolona z własnego chaosu.
Po chwili jednak oczy ponownie rozbłysły jej ciekawością.
— Jakie jeszcze ważne role są w klanach?
Dymny zastępca odpowiedział córce łagodnym uśmiechem, w którym pobrzmiewało zarówno rozbawienie, jak i cierpliwość właściwa kotu przyzwyczajonemu do niekończących się pytań ciekawskiego kocięcia. Nie odpowiedział jednak od razu. Skinął jedynie lekko głową, po czym odwrócił się i spokojnym krokiem wszedł do wnętrza żłobka.
Miękkie posłania uplecione z mchu i suchych paproci wypełniały znaczną część nory, a unoszący się w powietrzu rozgrzanego futra oraz wilgotnej ziemi tworzył znajomą, kojącą woń, która od zawsze kojarzyła się Łzie z bezpieczeństwem. Przez szczeliny pomiędzy gałęziami wpadały cienkie smugi światła, delikatnie rozjaśniając półmrok panujący wewnątrz żłobka i kładąc złociste plamy na miękkich legowiskach.
Łza przez krótką chwilę stała nieruchomo przy wejściu, obserwując ojca z nieukrywaną ciekawością. Jej błękitne oczy śledziły każdy jego krok, gdy spokojnie omijał kolejne posłania, aż wreszcie usiadł przy jednym z tych znajdujących się bliżej ściany. Dopiero wtedy poruszyła się ponownie, niemal natychmiast pokonując dzielący ich dystans i z wyraźnym zadowoleniem zajmując miejsce tuż obok niego.
Nie musiała nawet nic mówić. Wystarczyło spojrzenie pełne wyczekiwania, aby bez trudu odgadł, że od chwili zadania pytania nie przestała o nim myśleć ani na moment.
Kilka uderzeń serca później z głębi żłobka wyłonił się również Zew. Czarno-biały kocurek zbliżył się powoli, jakby każdy kolejny krok wymagał od niego krótkiego zastanowienia, po czym przysiadł w niewielkiej odległości od siostry. Nie było to miejsce przypadkowe. Zostawił pomiędzy nimi tyle przestrzeni, by nie musieć obawiać się przypadkowego szturchnięcia czy uszczypliwej uwagi, którą Łza z pewnością wykorzystałaby przy pierwszej lepszej okazji.
Kotka zauważyła ten dystans niemal natychmiast.
Kącik jej pyska drgnął nieznacznie.
Przez krótką chwilę w jej głowie przemknęło kilka złośliwych uwag, które aż prosiły się o wypowiedzenie. Wystarczyłoby jedno krótkie mruknięcie albo przewrócenie oczami, aby wyprowadzić brata z równowagi. Tym razem jednak zrezygnowała z tej pokusy. Ciekawość, która od kilku chwil nie dawała jej spokoju, skutecznie zagłuszyła chęć droczenia się z rodzeństwem.
Całą uwagę poświęciła ojcu.
— Więc, Łzo... — rozpoczął Zawodzące Echo spokojnym głosem, przenosząc spojrzenie najpierw na córkę, a następnie na siedzącego nieopodal syna. — Jeśli chodzi o inne ważne role w naszym klanie, z przyjemnością opowiem wam o każdej z nich. Myślę zresztą, że twój brat również chętnie tego posłucha.
Ostatnie słowa skierował już wyraźnie do Zewu.
Młody kocurek zastrzygł uszami, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, że również został zaproszony do rozmowy. Na jego pysku pojawił się nieśmiały uśmiech, a po krótkim wahaniu przysunął się odrobinę bliżej. Jego spojrzenie na moment tkwiło jednak w siostrze, wciąż pozostawało ostrożne i uważne, jakby próbował odgadnąć, czy nie spotka go za to jakaś kąśliwa uwaga. Gdy jednak Łza nie zareagowała w żaden sposób, odetchnął niemal niezauważalnie i ponownie skupił całą uwagę na ojcu.
Echo spojrzał na oboje z wyraźnym zadowoleniem, po czym odchrząknął cicho.
— Role w Klanie Burzy wyglądają nieco inaczej od tych, które znaliście w swoim poprzednim domu — zaczął spokojnie Zawodzące Echo, zerkając kolejno na oboje kociąt. — Nie spotkacie tutaj szamana, uzdrowiciela ani zielarza. Zamiast nich jest medyk. Choć nosi inne miano, jego obowiązki łączą w sobie niemal wszystko to, czym zajmowały się tamte role.
Na krótką chwilę zamilkł. Jego spojrzenie uciekło gdzieś ponad głowy kociąt, jakby próbował odnaleźć najprostszy sposób na wyjaśnienie czegoś, co dla dorosłego wojownika wydawało się zupełnie oczywiste, lecz dla nich wciąż pozostawało obcym pojęciem.
— Medyk leczy chorych i rannych członków klanu, zna właściwości ziół oraz wie, gdzie ich szukać. Potrafi przygotować z nich lekarstwa, opatrzyć rany i rozpoznać choroby, zanim staną się naprawdę niebezpieczne. To jednak nie wszystko. Medyk utrzymuje również więź z Klanem Gwiazdy. Odczytuje znaki, które zsyłają nasi przodkowie, oraz przekazuje ich wolę liderowi, jeśli uzna, że jest to konieczne. Można więc powiedzieć, że spośród ról, które znaliście w Owocowym Lesie, najbardziej przypomina uzdrowiciela... choć nawet to porównanie nie oddaje w pełni znaczenia jego obowiązków.
Łza słuchała w niezwykłym skupieniu.
Jej błękitne oczy ani na moment nie odrywały się od pyska ojca, a uszy pozostawały skierowane ku niemu tak wyraźnie, że zdawały się wychwytywać każde, nawet najcichsze słowo. Im dłużej mówił, tym mocniej marszczyła nos, próbując poukładać wszystkie nowe informacje we własnej głowie.
Klan Gwiazdy...
Pierwszy raz spotkała się z takim określeniem.
Przez kilka uderzeń serca siedziała w ciszy, pozwalając, by ciekawość narastała z każdą kolejną chwilą. Jej ogon zakołysał się niespokojnie po miękkim mchu, a spojrzenie stało się jeszcze bardziej intensywne.
W końcu nie wytrzymała.
— Czym właściwie jest Klan Gwiazdy? — zapytała, przechylając lekko głowę na bok. W jej głosie pobrzmiewała szczera ciekawość, która całkowicie wyparła wcześniejszy zachwyt nad wojownikami i patrolami. — To... jakiś inny klan?
Nie zdążyła nawet zaczerpnąć kolejnego oddechu, gdy następne pytanie samo wyrwało się z jej pyska.
— I... jak ważny jest medyk?
Jej oczy rozbłysły zaintrygowaniem.
— To znaczy... czy jest tak samo ważny jak zastępca? Albo lider? Czy wszyscy go słuchają? I... jeśli potrafi rozmawiać z Klanem Gwiazdy, to czy oni wybierają właśnie jego? Czy każdy kot mógłby się tego nauczyć?
Słowa wypływały z niej coraz szybciej, jedno niemal wpadało na drugie, aż sama urwała w pół zdania, orientując się, że znowu zasypuje ojca lawiną pytań. Mimo to nie odwróciła wzroku. Czekała z wyraźnym podekscytowaniem, jakby była przekonana, że zaraz usłyszy jedną z największych tajemnic całego klanu.
Na pysku Zawodzącego Echa pojawił się łagodny uśmiech. Nie wyglądał jednak na zaskoczonego ilością pytań. Wręcz przeciwnie — zdawał się spodziewać, że wcześniej czy później właśnie one padną.
— To dobre pytania — odparł spokojnie, poprawiając ułożenie ogona wokół łap. — A odpowiedź na nie nie jest tak krótka, jak mogłoby się wydawać.
Na moment uniósł spojrzenie ku otworowi prowadzącemu na zewnątrz żłobka. Ponad koronami drzew rozciągało się jasne niebo, na którym mimo dnia wciąż można było dostrzec kilka blednących gwiazd. Zaledwie maleńkie punkty światła, niemal ginące w blasku słońca.
— Klan Gwiazdy tworzą wojownicy, którzy odeszli z tego świata — zaczął cicho. — Wszystkie koty, które wiernie przestrzegały kodeksu wojownika i dobrze służyły swojemu klanowi, po śmierci trafiają właśnie tam. Mówi się, że zamieszkują las utkany z gwiazd i że wciąż czuwają nad nami, nawet jeśli nie możemy ich zobaczyć.
Łza automatycznie uniosła wzrok.
Przez szczelinę pomiędzy gałęziami rzeczywiście dostrzegała fragment błękitnego nieba, choć żadne gwiazdy nie były już widoczne.
Naprawdę tam są...?
Myśl wywołała w niej dziwne uczucie. Nie był to strach. Raczej coś pomiędzy zachwytem a niedowierzaniem.
— To... oni naprawdę istnieją? — zapytała ciszej niż wcześniej. — To nie jest tylko jakaś opowieść?
— Dla kotów klanowych nie jest. Wielu medyków i liderów rozmawiało z Klanem Gwiazdy. Otrzymywali od niego sny, znaki i ostrzeżenia. Dzięki nim wiedzieli, kiedy nadchodzi niebezpieczeństwo albo jaką decyzję powinni podjąć.
Łza słuchała z otwartym pyskiem.
W jej wyobraźni natychmiast pojawił się obraz ogromnego, srebrzystego lasu, którego korony drzew błyszczały niczym nocne niebo. Wyobraziła sobie dziesiątki wojowników spacerujących pomiędzy gwiazdami, ich futra migoczące delikatnym blaskiem księżyca.
Brzmiało to... pięknie.
I trochę przerażająco.
— A medyk... — podjęło Echo. — Medyk jest jednym z najważniejszych kotów w całym klanie. Bez niego ranni mogliby nie przeżyć, choroby rozprzestrzeniałyby się znacznie szybciej, a lider zostałby pozbawiony rady płynącej od naszych przodków.
Łza zamrugała kilka razy.
— Czyli... jeśli medyka nie ma...
— ...cały klan staje się znacznie słabszy — dokończył łagodnie ojciec. — Wojownicy potrafią polować. Potrafią walczyć. Jednak nawet najlepszy wojownik niewiele zdziała, jeśli ciężko zachoruje i nikt nie będzie wiedział, jak mu pomóc.
Powoli pokiwała głową.
W jej myślach medyk zaczął właśnie wspinać się na niewidzialną listę najważniejszych kotów w klanie. Jeszcze chwilę wcześniej była przekonana, że jedynie lider i zastępca mają prawdziwe znaczenie.
Najwyraźniej bardzo się myliła.
— To... — zaczęła ostrożnie. — Medyk chyba też jest bardzo podziwiany?
Echo zaśmiał się cicho.
— Bywa szanowany. Bardzo szanowany. Ale nie dlatego, że szuka podziwu.
Łza przechyliła głowę.
— To dlaczego?
— Bo wykonuje swoją pracę dla dobra innych. Medyk nie leczy kotów po to, żeby usłyszeć pochwały. Robi to dlatego, że klan go potrzebuje.
Słowa zawisły pomiędzy nimi na kilka uderzeń serca.
Łza wpatrywała się w ojca z zamyśleniem, chociaż trudno było powiedzieć, czy rzeczywiście rozumiała sens jego odpowiedzi. W jej głowie oba pojęcia wydawały się niemal nierozłączne.
Jeżeli ktoś jest potrzebny...
...to przecież wszyscy go podziwiają!
Wyobraziła sobie niewielką norę wypełnioną zapachem suszonych ziół. Pęki liści zwisały spod sklepienia, kamienne zagłębienia pełniły rolę miseczek, a wokół panowała cicha, niemal uroczysta atmosfera. Koty nieustannie zaglądały do środka. Jedne przychodziły z drobnymi zadrapaniami, inne z poważniejszymi ranami, jeszcze inne tylko po radę. Każdy zwracał się właśnie do medyka. Każdy czekał na jego odpowiedź. Każdy ufał jego słowom.
Ta myśl niezwykle jej się spodobała.
Przecież bycie potrzebnym oznaczało, że inni będą szukać właśnie ciebie.
Że będą wymawiać twoje imię.
Że nie przejdą obok ciebie obojętnie.
Przez krótką chwilę niemal zobaczyła samą siebie siedzącą pośród pachnących ziół. Wojownicy ustawiali się przed jej legowiskiem, cierpliwie czekając, aż poświęci im choć odrobinę uwagi, podczas gdy ona z pełnym skupieniem oglądała ich rany i pewnym głosem mówiła, co należy zrobić. Każdy słuchał jej uważnie. Nawet lider.
Na samą myśl o tym poczuła przyjemne ciepło rozlewające się po piersi.
Jej wyobraźnia nie zatrzymała się jednak na tym obrazie.
Przed oczami stanęła jej kolejna scena. Zapadła noc, a srebrzysty blask księżyca spływał pomiędzy gałęziami drzew. Cały obóz pogrążony był w ciszy, podczas gdy ona samotnie siedziała przed wejściem do swojej nory, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo. W pewnym momencie jedna z gwiazd zaczynała migotać jaśniej od pozostałych, jakby próbowała zwrócić na siebie jej uwagę.
Klan Gwiazdy...
Sama możliwość rozmawiania z przodkami wydawała się czymś niemal niewyobrażalnym.
Gdyby naprawdę tylko medycy potrafili odbierać ich znaki, musieli być kimś wyjątkowym. Kimś, kogo darzono ogromnym szacunkiem.
Jej uszy drgnęły lekko.
Po chwili przypomniała sobie jednak coś jeszcze.
Medyk nie opuszczał obozu, aby polować z patrolami. Nie szkolił uczniów na wojowników. Nie prowadził bitew. Nie walczył ramię w ramię z resztą klanu.
Uśmiech na jej pysku nieznacznie przygasł.
“To znaczy... nie mogłabym pokazać wszystkim, jaka jestem szybka."
Nie mogłaby wracać do obozu z największym królikiem w pysku.
Nie mogłaby imponować innym podczas treningów.
Nie mogłaby usłyszeć, jak wojownicy zachwycają się jej umiejętnościami w walce.
To odrobinę ją rozczarowało.
Zmarszczyła nos, próbując pogodzić ze sobą oba obrazy.
Z jednej strony medyk wydawał się niezwykle ważny. Potrzebowali go wszyscy. Wojownicy, królowe, starszyzna, a nawet sam lider. Z drugiej jednak… Wydawał się znacznie bardziej oddalony od tego, nad czym myślała przez tyle czasu.
Zawodzące Echo nie zatrzymał się jednak na opowieści o medyku. Gdy upewnił się, że oboje kociąt nadążają za jego wyjaśnieniami, płynnie przeszedł do kolejnych ról pełnionych w Klanie Burzy. Opowiadał o przewodnikach, którzy potrafili poruszać się niezwykle sprawnie po tunelach, a następnie wspomniał o kronikarzach, odpowiedzialnych za pielęgnowanie pamięci o wydarzeniach ważnych dla klanu.
Łza słuchała uważnie, od czasu do czasu przytakując lub zadając krótkie pytanie, jednak z każdą kolejną chwilą coraz wyraźniej czuła, że żadna z tych funkcji nie porusza jej wyobraźni równie mocno, co opowieść o medyku. Choć przewodnicy wydawali się niezwykle odpowiedzialni, a kronikarze bez wątpienia odgrywali istotną rolę w zachowaniu historii klanu, jej myśli raz po raz powracały do pachnącej ziołami nory i tajemniczego Klanu Gwiazdy. Nawet gdy ojciec mówił o czymś zupełnie innym, przed oczami wciąż stawał jej obraz kota potrafiącego rozmawiać z przodkami.
Echo zdawał się tego nie zauważać albo zwyczajnie uznał, że podobne zamyślenia są czymś naturalnym u młodych kociąt.
Mówił dalej spokojnym, równym głosem, aż w końcu poruszył temat tak zwanych kretów, wyjaśniając, na czym polega ich miejsce w klanie. Następnie rozmowa zeszła na codzienne zwyczaje Klanu Burzy. Opowiadał o rytmie życia wyznaczanym przez patrole, wspólne polowania i zebrania klanu, tłumacząc przy okazji, które obyczaje są wspólne dla wszystkich klanów, a które stanowią wyłącznie tradycję Burzowych.
Na zakończenie wrócił jeszcze myślami do Owocowego Lasu, cierpliwie wskazując role, których tutaj próżno było szukać. Mówił właśnie o tym, dlaczego nie posiadają zwiadowców.
Łza słuchała go tylko pozornie.
Choć jej spojrzenie pozostawało utkwione w ojcu, myśli od dłuższego czasu krążyły wokół zupełnie innego tematu. Słowa o przewodnikach, kronikarzach czy kretach przelatywały obok niej niczym jesienne liście niesione przez wiatr — dostrzegała je, lecz żadne nie potrafiło zatrzymać jej uwagi na dłużej.
Wciąż wracała myślami do medyka. Do Klanu Gwiazdy. Do kota, którego słuchał nawet lider.
Próbowała wyobrazić sobie miejsce, w którym taki kot mieszkał. Czy jego legowisko wyglądało inaczej od pozostałych? Czy było większe? Jak wyglądało od środka?
Im dłużej nad tym rozmyślała, tym bardziej ciekawość zaczynała ją uwierać.
Nie czekając, aż ojciec skończy wyjaśniać kwestię zwiadowców, weszła mu w słowo z taką nagłością, że sama nie zdążyła się nad tym zastanowić.
— A gdzie medyk ma swoje legowisko?
Pytanie wyrwało się z jej pyska niemal odruchowo.
Przechyliła głowę, a jej błękitne oczy zalśniły żywym zainteresowaniem. Nie było w nich już śladu wcześniejszego rozproszenia. Cała jej uwaga ponownie skupiła się na ojcu, który z pewnością zdążył zauważyć, że spośród wszystkich opowiedzianych dotąd ról właśnie ta jedna najbardziej rozpaliła wyobraźnię jego córki.
— Widzę, że medycy wyjątkowo cię zainteresowali — mruknął łagodnie.
Łza nie odpowiedziała od razu. Jedynie poruszyła lekko uszami i uśmiechnęła się nieco szerzej, uznając to za wystarczające potwierdzenie.
Echo cicho się zaśmiał.
— Pewnie rzuciło ci się już w oczy Skruszone Drzewo, prawda? — miauknął Zawodzące Echo, spoglądając w kierunku wysokiej, kamiennej wieży górującej nad obozowiskiem.
Łza natychmiast podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem.
Skruszone Drzewo od samego początku przyciągało jej uwagę. Nie przypominało niczego, co znała z Owocowego Lasu. Wznosiło się ponad pozostałymi legowiskami niczym strażnik pilnujący całego obozu, a jego nierówne, popękane ściany nosiły ślady wielu pór roku, deszczu i chłodnych wiatrów, które przez lata próbowały odebrać mu dawną siłę. Choć zbudowane było z kamienia, jego kształt wciąż przywodził na myśl stare, rozłożyste drzewo — takie, które dawno utraciło liście, lecz nadal pozostawało zakorzenione w ziemi.
— Z pewnością widziałaś już, jak z jego czubka mianowano Kurzą Łapę oraz Perłówkową Łapę.
Łza energicznie pokiwała głową.
— Widziałam!
Wciąż pamiętała tamtą chwilę. Cały klan zgromadził się wtedy u podstawy wieży, a wszystkie spojrzenia unosiły się ku górze, gdzie sylwetka lidera odcinała się na tle nieba. Głos Króliczej Gwiazdy rozbrzmiewał po caaałym obozie.
— Najwyższe piętro należy do lidera — wyjaśnił Echo. — To tam znajduje się legowisko Króliczej Gwiazdy. Stamtąd wychodził podczas ważnych zebrań i ceremonii, a także tam odpoczywał po całym dniu pełnym obowiązków.
Brzmiało dokładnie tak, jak wyobrażała sobie siedzibę najważniejszego kota w obozie.
— A na pierwszym piętrze znajduje się legowisko medyka — kontynuował jej ojciec. — To tam przechowuje swoje zioła, leczy rannych oraz odpoczywają koty, które potrzebują więcej czasu na powrót do zdrowia.
— Czyli medyk jest... prawie obok lidera? — zapytała, spoglądając z zaciekawieniem na Echo.
— Można tak powiedzieć.
Och, to brzmiało jeszcze fajniej, niż jakaś nora!
Kilka dni później…
Od czasu rozmowy z Zawodzącym Echem Łza nie potrafiła przestać myśleć o roli medyka. Ciekawość zdawała się pożerać ją od środka, nie pozwalając, by temat ten po prostu zniknął pośród wszystkich innych nowych informacji, które każdego dnia przynosiło jej życie w Klanie Burzy. Choć wcześniej z ogromnym entuzjazmem wyobrażała sobie siebie jako najwspanialszą wojowniczkę, której imię znają wszystkie koty w klanie, teraz w jej głowie pojawił się zupełnie nowy obraz przyszłości.
I, ku jej własnemu zaskoczeniu, wcale nie był mniej kuszący.
Za każdym razem, gdy przechodziła obok Skruszonego Drzewa, jej spojrzenie mimowolnie unosiło się ku pierwszemu piętru, gdzie znajdowało się legowisko medyka. Zastanawiała się, jak wyglądało od środka. Czy wszędzie leżały poukładane pęki ziół? Czy każdy zapach miał swoje znaczenie? Czy medyk potrafił rozpoznać lekarstwo jedynie po krótkim muśnięciu nosem liścia albo korzenia?
Te pytania pojawiały się jedno za drugim, tworząc w jej głowie coraz bardziej szczegółowy obraz czegoś, czego nigdy wcześniej nawet nie brała pod uwagę.
Najbardziej fascynowało ją jednak nie samo leczenie.
Nie zioła.
Nie nawet tajemnicze znaki Klanu Gwiazdy.
Tylko to, że wszyscy przychodzili właśnie do medyka.
Kot, który złamał pazur podczas polowania. Wojownik, który wrócił z patrolu z raną na boku. Starszy kot, którego łapy odmawiały już posłuszeństwa. Każdy z nich potrzebował pomocy i każdy musiał zaufać właśnie tej jednej osobie.
Sama myśl o tym sprawiała, że jej ogon lekko drżał z podekscytowania, a w błękitnych oczach pojawiał się ten sam błysk, który towarzyszył jej zawsze wtedy, gdy wyobrażała sobie przyszłość pełną zachwytów i uznania. Było w tym coś niezwykle kuszącego — świadomość, że niezależnie od pory dnia czy nocy ktoś będzie jej szukał. Że ktoś będzie wypowiadał jej imię nie dlatego, że akurat przechodziła obok, ale dlatego, że naprawdę będzie jej potrzebował.
Wyobrażała sobie, jak siedzi w swoim legowisku pośród zapachu ziół i świeżego mchu, a kolejne koty przychodzą do niej z prośbą o pomoc. Jak pochylają głowy, gdy uważnie ogląda ich rany. Jak słuchają każdego jej słowa, ponieważ wiedzą, że właśnie od jej decyzji może zależeć ich zdrowie. Jak po wszystkim odchodzą spokojniejsi, wdzięczni za to, że ktoś się nimi zajął.
Nie musiałaby wtedy martwić się, że ktoś zapomni o jej istnieniu. Nie musiałaby wypatrywać spojrzeń innych kotów ani zastanawiać się, czy ktoś zauważył jej starania. Medyk przecież nigdy nie pozostawał całkowicie niezauważony. Zawsze znalazłby się ktoś, kto potrzebowałby jego pomocy, ktoś, kto czekałby właśnie na niego.
I to było chyba najbardziej uspokajające ze wszystkich.
Bo nawet gdyby pewnego dnia inni wojownicy przestali podziwiać jej umiejętności, nawet gdyby ktoś inny stał się szybszy, silniejszy albo bardziej lubiany, ona nadal miałaby swoje miejsce.
Może właśnie dlatego rola medyka tak bardzo nie dawała jej spokoju. Nie chodziło wyłącznie o tajemnice Klanu Gwiazdy ani o niezwykłą wiedzę, którą musiał posiadać. Chodziło o to uczucie, że jest się kimś niezbędnym. Kimś, bez kogo innym byłoby trudniej.
A Łza nie potrafiła wyobrazić sobie niczego piękniejszego.
I nagle poczuła, że chce zobaczyć miejsce, o którym tyle usłyszała. Chciała poczuć zapach ziół, zobaczyć, gdzie medyk przechowywał swoje lekarstwa i przekonać się, czy legowisko rzeczywiście wyglądało tak niezwykle, jak stworzyła to jej wyobraźnia.
Poruszyła niespokojnie ogonem, po czym odwróciła głowę w stronę brata.
Zew wciąż siedział niedaleko, choć teraz wydawał się bardziej rozluźniony niż wcześniej. Jego wzrok błądził po wnętrzu żłobka, a uszy od czasu do czasu poruszały się, gdy dobiegały go dźwięki z zewnątrz. Przez chwilę Łza przyglądała mu się w milczeniu. Zazwyczaj pierwszą rzeczą, która przychodziła jej do głowy, gdy patrzyła na brata, była chęć zwrócenia mu uwagi albo udowodnienia, że to ona radzi sobie lepiej.
Tym razem jednak ciekawość okazała się silniejsza.
— Zew?
— Co?
Łza uniosła głowę, a na jej pysku pojawił się szeroki, podekscytowany uśmiech.
— Chcę zobaczyć legowisko medyka — powiedziała to z takim przekonaniem, jakby właśnie ogłosiła coś niezwykle ważnego.
Zew zamrugał.
— Teraz?
— No... może nie dokładnie teraz — przyznała po chwili, choć jej ogon zdradzał, że najchętniej ruszyłaby natychmiast. — Ale chcę tam pójść. Chcę zobaczyć, jak wygląda. Tata mówił, że są tam zioła i że przychodzą tam wszystkie koty, kiedy czegoś potrzebują.
Jej głos z każdą chwilą stawał się coraz bardziej entuzjastyczny.
— Pomyśl tylko. To miejsce musi być niesamowite. Pewnie wszędzie pachnie ziołami i każdy wie, gdzie co leży. I medyk musi znać tyle rzeczy... — urwała na moment, po czym spojrzała na brata z błyskiem w oczach. — Chcesz pójść ze mną?
— No nie wiem… Nie pamiętasz, jak skończyło się to ostatnim razem? Gdy weszłaś do legowiska naszej matki, w Owocowym Lesie? — spytał, posyłając jej niepewne spojrzenie. — Myślę, że te koty mają ważniejsze sprawy, niż zajmowanie się jakimiś kociak-
— NIE jestem jakimś kociakiem!
Czarno-biała kotka wyprostowała się dumnie, unosząc wysoko podbródek, jakby właśnie została niesprawiedliwie oskarżona o coś niewybaczalnego.
— Jestem córką zastępcy, mam ładne futro i w przyszłości będę najwspanialszą kotką w Klanie Burzy!
Futro na jego karku lekko się najeżyło, gdy skrzekliwy ton głosu siostry uderzył w niego pełną falą.
— Wiem, Łzo — powiedział spokojniej, najwyraźniej próbując nie zabrzmieć na zirytowanego. — Nie mówię, że jesteś zwykłym kociakiem.
Łza zmrużyła lekko oczy, przyglądając mu się z miną pełną niezadowolenia, ponieważ jego słowa, choć miały zapewne zabrzmieć uspokajająco, w jej uszach zabrzmiały raczej tak, jakby Zew próbował ją poprawiać. Nie lubiła tego uczucia, kiedy jej brat przyjmował ten swój spokojny, rozsądny ton, jakby właśnie on najlepiej wiedział, jak wygląda świat i jak należy się w nim zachowywać.
— Po prostu... czasami zachowujesz się tak, jakbyś zapominała, że inni też mają swoje obowiązki — dodał.
Łza przez chwilę milczała, jakby próbowała zrozumieć, dlaczego jej brat w ogóle uznał tę uwagę za konieczną, po czym uniosła wyżej głowę, a na jej pysku pojawił się wyraz szczerego przekonania.
— A czemu mieliby się przejmować swoimi obowiązkami, gdy stoi przed nimi najwspanialszy kot, jaki dotknął ziemi? — miauknęła, zupełnie nie widząc w swoich słowach niczego dziwnego. — Myśl czasem, czubku.
Dla niej było to przecież całkowicie logiczne. Gdyby sama spotkała kota niezwykłego, takiego, którego nie dało się pomylić z nikim innym, również chciałaby zatrzymać się na chwilę i poświęcić mu swoją uwagę. Nie dlatego, że ktoś by ją do tego zmuszał, lecz dlatego, że niektóre koty po prostu zasługiwały na to, by być zauważone.
A Łza była pewna, że właśnie do takich kotów należała.
Zew najwyraźniej nie zamierzał jednak dalej ciągnąć tej rozmowy, ponieważ po krótkim westchnięciu postanowił skupić się na czymś znacznie bardziej przydatnym.
— Jeśli naprawdę chcesz tam pójść, możesz spróbować zapytać Wdzięczną Firletkę.
Uszy Łzy natychmiast uniosły się ku górze, a cała wcześniejsza irytacja niemal od razu ustąpiła miejsca ciekawości, która od chwili rozmowy z ojcem nie dawała jej spokoju.
Wdzięczna Firletka.
Samo imię brzmiało już interesująco, lecz gdy Zew zaczął opisywać medyczkę, Łza zaczęła chłonąć każde jego słowo z taką uwagą, jakby właśnie otrzymywała najważniejsze informacje w swoim życiu.
— To dymna szylkretka o liliowym futrze. Ma zielone oczy i pędzelki na uszach, a zwykle pachnie ziołami. Możesz do niej zagadać. Ale mnie w to nie mieszaj.
Łza przez moment jedynie patrzyła na brata, a potem jej pyszczek rozjaśnił szeroki, pełen zachwytu uśmiech.
— Dzięki! Ah, mówiłam ci, że jesteś moim ulubionym bratem?
Po chwili jednak przechyliła głowę, przypominając sobie coś, co nadal nie dawało jej spokoju.
— Właściwie, to skąd ty w ogóle o tym wiesz...?
Przez krótką chwilę zastanawiała się, czy może Zew również interesował się medykami albo czy może sam wcześniej próbował dowiedzieć się czegoś więcej o tej roli. Szybko jednak okazało się, że odpowiedź była znacznie prostsza.
— Widziałem ją, jak szła z ziołami, jeszcze przed tą rozmową z ojcem.
Skinęła Zewowi krótko głową, nie zamierzając tracić ani chwili więcej, po czym lekkim krokiem opuściła wnętrze żłobka. Chłodny wiatr natychmiast wsunął się pomiędzy pasma jej futra, delikatnie muskając policzki i poruszając dłuższe włosy na karku, podczas gdy gwar obozowiska ponownie otulił ją ze wszystkich stron.
Pewnym krokiem ruszyła w stronę Skruszonego Drzewa, którego kamienne ściany górowały nad obozowiskiem niczym milczący strażnik klanu. Zatrzymała się tuż przy wejściu i usiadła, starannie owijając ogon wokół łap — uznała, że właśnie w ten sposób będzie wyglądała najbardziej dostojnie, gdy medyczka w końcu się pojawi.
Czekała.
Najpierw cierpliwie.
Później z coraz większym zniecierpliwieniem.
Jej spojrzenie raz po raz przesuwało się po kotach krążących pomiędzy legowiskami, a błękitne oczy uważnie wyszukiwały dymnego, liliowo-szylkretowego futra, zielonych oczu i charakterystycznych pędzelków na uszach. Za każdym razem, gdy dostrzegała z oddali sylwetkę przypominającą opis Zewa, serce przyspieszało jej na krótką chwilę, by niemal natychmiast opaść wraz z kolejnym rozczarowaniem.
Minęło już tyle czasu, że zaczęła nerwowo uderzać końcówką ogona o ziemię.
Może Zew jednak się pomylił...
Ta myśl pojawiła się niespodziewanie, a zaraz za nią przyszła kolejna, znacznie mniej przyjemna.
A może zrobił to specjalnie?
Zmarszczyła lekko nos.
Nie byłby to może najbardziej zabawny żart na świecie, ale przecież Zew czasami bywał dziwny. Może uznał, że wysłanie jej pod Skruszone Drzewo, gdzie będzie bez końca czekała na kota, który wcale się nie pojawi, okaże się śmieszne.
Im dłużej o tym myślała, tym bardziej ta możliwość wydawała jej się prawdopodobna.
W końcu z ciężkim westchnieniem podniosła się z miejsca, dochodząc do wniosku, że najwyraźniej zmarnowała wystarczająco dużo czasu. Już miała odwrócić się w stronę żłobka i wrócić do brata, aby wygarnąć mu, co myśli o jego poczuciu humoru, gdy nagle ruch po drugiej stronie obozowiska przykuł jej uwagę.
Dymne, liliowo-szylkretowe futro miękko połyskiwało w świetle dnia. Zielone oczy spokojnie obserwowały otoczenie, a zakończone pędzelkami uszy poruszały się czujnie przy każdym nowym dźwięku. Gdy tylko lekki podmuch wiatru musnął jej sierść, do nozdrzy Łzy dotarła wyraźna, złożona woń ziół — świeżych liści, korzeni i suszonych roślin, których nie potrafiła jeszcze nazwać, lecz które od razu skojarzyły jej się z opowieścią Zawodzącego Echa.
To musiała być ona.
Wdzięczna Firletka.
Serce Łzy zabiło szybciej, a jej uszy wystrzeliły ku górze, gdy dymna kotka zbliżała się do Skruszonego Drzewa spokojnym, równym krokiem. Przez krótką chwilę po prostu ją obserwowała, próbując upewnić się, że żaden szczegół nie umknął jej uwadze.
Liliowe futro... zielone oczy... pędzelki na uszach...
Zew się nie pomylił.
A więc naprawdę stała przed medyczką.
Przez ułamek chwili poczuła dziwny ucisk w brzuchu.
Jeszcze przed momentem wydawało jej się, że wystarczy odnaleźć Wdzięczną Firletkę, podejść do niej i po prostu poprosić o pokazanie legowiska. Teraz jednak, kiedy kotka znajdowała się zaledwie kilka długości ogona od niej, cała ta pewność siebie jakby nieco przygasła.
Przecież to była medyczka.
Kotka, która rozmawiała z samym Klanem Gwiazdy.
Kotka, do której przychodzili wszyscy, gdy potrzebowali pomocy.
Nie mogła przecież sprawiać wrażenia zwykłego, ciekawskiego kociaka.
Szybko wyprostowała łapy, poprawiła ułożenie ogona i uniosła podbródek odrobinę wyżej, starając się wyglądać możliwie jak najbardziej dostojnie. Na jej pyszczku rozkwitł ciepły, starannie wyćwiczony uśmiech, którym zwykle obdarzała koty, na których chciała zrobić dobre wrażenie.
Gdy Wdzięczna Firletka zrównała się z wejściem do Skruszonego Drzewa, Łza zrobiła ostrożny krok naprzód.
— Dzień dobry! — zapiszczała z wyraźnym entuzjazmem, po czym szybko odchrząknęła, próbując nadać swojemu głosowi odrobinę więcej powagi. — To znaczy... dzień dobry.
— Nazywam się Łza — przedstawiła się szybko, zanim cisza zdążyła zrobić się niezręczna. — Jestem córką Zawodzącego Echa. Mój tata opowiadał mi o medykach i... — urwała na moment, czując, jak podekscytowanie zaczyna wygrywać z próbami zachowania powagi. — I pomyślałam, że... jeśli nie jesteś bardzo zajęta... może mogłabym zobaczyć twoje legowisko?
Ostatnie słowa wypowiedziała już nieco ciszej.
Nie dlatego, że zabrakło jej odwagi.
Po prostu nagle dotarło do niej, że medyczka rzeczywiście mogła mieć ważniejsze sprawy do zrobienia niż oprowadzanie ciekawskiej kotki po swoim legowisku.
Mimo to patrzyła na Wdzięczną Firletkę z wyraźną nadzieją, a błękitne oczy błyszczały tak intensywnie, że niemal zdradzały, jak wiele znaczyłaby dla niej twierdząca odpowiedź.
Liliowa szylkretka roześmiała się cicho.
— Przyniosłam akurat kilka świeżych ziół i zamierzałam je posortować. Więc… jeśli chcesz zobaczyć, jak wygląda praca medyka, trafiła ci się idealna okazja, by trochę się o tym dowiedzieć — uśmiechnęła się lekko, choć w jej spojrzeniu nadal pozostawała ta sama spokojna ostrożność, którą Łza zauważyła już wcześniej. — Ale musisz mi obiecać, że pod żadnym pozorem nie będziesz dotykać żadnego z tych ziół. Możesz mi to obiecać, Łzo?
Obiecała.
Wdzięczna Firletka najwyraźniej uznała jej zapewnienie za wystarczające, ponieważ odsunęła się, robiąc miejsce przy wejściu do swojego legowiska. Łza niemal natychmiast podążyła za nią, a gdy tylko przekroczyła próg kamiennej wieży, poczuła, jak zupełnie nowy świat otwiera się przed jej oczami.
Ostry, intensywny zapach ziół natychmiast wypełnił jej nozdrza.
Nie był nieprzyjemny.
Wręcz przeciwnie.
Był czymś zupełnie innym niż wszystkie wonie, które znała do tej pory. Mieszały się w nim słodkie aromaty kwiatów, gorzkie nuty roślin leczniczych oraz świeżość liści, które dopiero niedawno zostały przyniesione z lasu. Każdy zakątek legowiska zdawał się skrywać coś nowego — niewielkie stosiki ułożonych roślin, wiązki suszonych pędów oraz miejsca, których przeznaczenia jeszcze nie potrafiła odgadnąć.
Łza próbowała pochłonąć wzrokiem wszystko naraz.
Jej oczy przeskakiwały z jednego miejsca na drugie, jakby bała się, że jeśli spojrzy gdzieś indziej, ominie ją coś niezwykle ważnego. Chciała zapamiętać każdy szczegół. Każdy zapach. Każdą rzecz, która sprawiała, że legowisko medyka wydawało się tak odmienne od wszystkich innych miejsc w klanie.
Jednak jej uwagę szybko ponownie przyciągnęła sama Firletka.
Medyczka siedziała niedaleko składziku, a jej łapy poruszały się z niezwykłą precyzją. Nie spieszyła się. Każdy ruch wykonywała spokojnie i dokładnie, jakby nawet najdrobniejszy liść zasługiwał na pełną uwagę. Wybierała nieświeże rośliny, odkładając je na niewielki stosik obok siebie, podczas gdy świeże zioła układała z powrotem na odpowiednich miejscach.
Łza podeszła bliżej, po czym usiadła niedaleko kotki.
— Mogłabyś może opowiedzieć mi trochę o ziołach? — zapytała w końcu, nie mogąc dłużej powstrzymać swojej ciekawości.
Firletka uniosła wzrok znad roślin, a po chwili sięgnęła po jedną z nich.
— To tutaj nazywa się rumiankiem — wyjaśniła, wyciągając w jej stronę niewielki kwiat o białych płatkach i żółtym środku. — Na pierwszy rzut oka może przypominać trochę przerośniętą stokrotkę.
Mówiąc to, odwróciła łapę w stronę innego stosiku, z którego ostrożnie wyciągnęła kilka podobnych kwiatów. Najpierw wybrała te zwiędnięte i odłożyła je na bok, a następnie sięgnęła po świeższe okazy, które położyła przed Łzą.
— Widzisz różnicę?
Kotka nachyliła się lekko, przyglądając się roślinom z większą uwagą.
— Stokrotka jest znacznie mniejsza — kontynuowała Firletka, wskazując jedną z nich. — A jej płatki wydają się bardziej ostre. Rumianek natomiast ma bardziej zaokrąglone kwiaty i charakterystyczny zapach.
Łza wciągnęła powietrze, próbując wyczuć tę różnicę, choć dla niej obie rośliny pachniały po prostu... roślinami.
Firletka odłożyła kwiaty na swoje miejsce i ponownie wróciła do sortowania.
— Sortowanie ziół nie polega jednak wyłącznie na wyłapywaniu nieświeżych pędów — powiedziała po chwili. — Trzeba również sprawdzić, czy wszystkie rośliny znajdują się tam, gdzie powinny. Najczęściej grupuje się je według ich działania.
Łza zastrzygła uszami.
— A dlaczego jest to takie… ważne?
Medyczka nawet na chwilę nie przerwała pracy.
— Ponieważ jeśli sytuacja będzie wymagała szybkiego działania, tracenie czasu na szukanie odpowiedniej rośliny może oznaczać utratę czegoś znacznie cenniejszego — odpowiedziała spokojnie. Po chwili uniosła wzrok i uśmiechnęła się lekko. — Poza tym, czy nie sądzisz, że wszystko wygląda znacznie lepiej, kiedy każda rzecz ma swoje miejsce?
Łza skinęła krótko głową.
Tak.
To rzeczywiście miało sens.
— Jak właściwie używa się ziół? — zapytała po chwili, ponownie pochylając się nieco bliżej.
Firletka spojrzała na nią z łagodnym zainteresowaniem.
— To bardzo ważna wiedza — zaczęła. — Medyk musi wiedzieć nie tylko, która roślina może pomóc, ale również w jaki sposób należy ją zastosować. Niektóre zioła można podawać do jedzenia, inne trzeba przykładać bezpośrednio do ran, a jeszcze inne wymagają odpowiedniego przygotowania, zanim w ogóle będą bezpieczne.
***
Od tamtego momentu Łza zaczęła coraz częściej zaglądać do legowiska medyczki. Oczywiście, nigdy nie wchodziła tam bez pozwolenia — nauczyła się, że to miejsce wymagało odrobiny cierpliwości. Zazwyczaj siadała więc obok wejścia do Skruszonej Wieży i czekała, aż Firletka wróci ze świeżymi ziołami albo wyjdzie, by rozejrzeć się po obozowisku.
Początkowo czekanie nie było dla niej łatwe.
Łza nie należała do kotów, które dobrze znosiły bezczynność, jednak szybko zauważyła, że praca medyczki miała swój własny rytm. Firletka zawsze wykonywała określone czynności o podobnych porach, pilnując porządku w swoich zapasach i nigdy nie pozwalając, by coś zostało zrobione niedbale.
Wkrótce młoda kotka sama zaczęła pojawiać się przy Skruszonej Wieży o ustalonej porze.
Liliowa medyczka chętnie opowiadała jej o ziołach, a Łza nie mogła przestać podziwiać tego, jak ogromną wiedzę posiadała. Miała wrażenie, że Firletka zna każdy szczegół dotyczący każdej rośliny — miejsce, w którym można ją znaleźć, sposób przygotowania oraz sytuacje, w których może okazać się przydatna.
Prędko poznała również Wełnistą Mszzycę, która pełniła rolę asystentki medyczki. Początkowo nie była pewna, co właściwie o niej myśleć. Z jednej strony nie podobało jej się, że Firletka nie mogła poświęcać całej swojej uwagi wyłącznie jej, ponieważ obecność albinoski oznaczała, że czasami musiała dzielić się rozmową i zainteresowaniem.
Z drugiej jednak strony… Wełnista Mszyca wydawała się naprawdę miła. Nie próbowała jej odganiać ani traktować jak zwykłego kociaka, który przeszkadza dorosłym w pracy. Wręcz przeciwnie — czasami sama tłumaczyła jej różne rzeczy, dzięki czemu Łza zaczynała dostrzegać w niej nie rywalkę, lecz… No, coś troszkę lepszego.
Dzień mianowania zbliżał się coraz większymi krokami, a Łza jeszcze bardziej zastanawiała się nad swoją przyszłością.
I chyba zrozumiała, jaką ścieżką naprawdę chciałaby podążyć.
Dzień mianowania...
Przygotowania do mianowania okazały się znacznie przyjemniejsze, niż Łza początkowo przypuszczała. Dwie wojowniczki przyszły do żłobka, aby odpowiednio wyszykować ją i Zewa przed ceremonią, a ona niemal od razu uznała, że nie zamierza zmarnować takiej okazji.
W końcu przez krótką chwilę cała ich uwaga należała właśnie do niej.
Kręciła się wokół nich z wysoko uniesioną głową, posyłając im urocze uśmiechy i niewinne spojrzenia, od czasu do czasu obracając się w miejscu tylko po to, by któraś z kotek pochwaliła jej lśniące futro albo poprawiła pojedynczy kosmyk sierści. Śmiała się głośno, zasypywała je pytaniami i komentowała niemal wszystko, co robiły, ciesząc się każdą chwilą, podczas której czyjeś oczy spoczywały właśnie na niej.
— Myślicie, że będę dziś wyglądać najładniej w całym obozie? — zapytała z szerokim uśmiechem, zanim którakolwiek zdążyła odpowiedzieć na poprzednie pytanie. — Bo ja myślę, że tak.
Jedna z wojowniczek zaśmiała się cicho. I to wystarczyło, by Łza natychmiast poczuła przyjemne ciepło rozlewające się po piersi.
Niestety...
Nie mogła mieć tej uwagi wyłącznie dla siebie.
Zew, oczywiście, siedział skulony w kącie, jakby mianowanie miało być najstraszniejszą rzeczą na świecie. Miał przyciśnięte uszy, spuszczony wzrok i wyglądał tak żałośnie, że Łza aż przewróciła oczami.
Co za mięczak!
Jeszcze bardziej zirytowała się jednak wtedy, gdy Zawodzące Echo podszedł właśnie do niego i zaczął mówić coś cichym, uspokajającym głosem. Łza nawet nie próbowała wsłuchiwać się w słowa ojca. Znacznie bardziej obchodził ją sam fakt, że nie były kierowane do niej.
Jej spojrzenie niemal przykleiło się do tej dwójki.
Przecież to ona za chwilę miała zostać uczennicą medyczki. To ona miała rozpocząć wyjątkowe szkolenie. To ona robiła coś naprawdę ważnego. Dlaczego więc tata pocieszał właśnie Zewa?
Czy naprawdę uważał, że brat bardziej potrzebował jego uwagi?
A może...
Może po prostu bardziej go lubił?
Ta myśl przemknęła przez jej głowę równie szybko, jak się pojawiła, lecz pozostawiła po sobie nieprzyjemne ukłucie.
Gdy wojowniczki skończyły pielęgnować przyszłych uczniów, Dryfujący Fluoryt wyprowadziła ich ze żłobka, podczas gdy Zawodzące Echo zwołał cały Klan Burzy na polanę.
Łza niemal promieniała.
Czuła na sobie spojrzenia wojowników, uczniów i starszyzny. Widziała koty odwracające ku niej pyski. Słyszała ciche szepty, które rozchodziły się po zgromadzeniu niczym szmer liści poruszanych wiatrem.
Właśnie na takie chwile czekała.
Właśnie dlatego nie mogła doczekać się życia w klanie.
— Łzo, ukończyłaś już sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczennicą. Od tego dnia, aż do momentu otrzymania imienia medyka, będziesz nazywać się Łzawą Łapą. Twoją mentorką zostanie Wdzięczna Firletka. Jestem pewien, że przekaże ci całą swoją wiedzę.
Na pyszczku kotki natychmiast pojawił się szeroki uśmiech, a serce zabiło jej mocniej, gdy wreszcie dotarło do niej, że to wszystko dzieje się naprawdę. Od tej chwili nie była już zwykłym kociakiem, który całymi dniami biegał po obozowisku, marząc o wielkich czynach. Rozpoczynała własną drogę.
Echo odwrócił się następnie ku Firletce.
— Wdzięczna Firletko, jesteś gotowa do szkolenia własnej uczennicy. Otrzymałaś od swojego mentora, Skowroniego Odłamka, doskonałe szkolenie i pokazałaś swoją dobroć oraz cierpliwość. Powierzam ci Łzawą Łapę i mam nadzieję, że przekażesz jej całą swoją wiedzę.
Łza z dumą dotknęła nosem mentorki, czując, że nie istniało nic, co mogłoby uczynić tę chwilę jeszcze piękniejszą.
Później odbyło się mianowanie jej brata.
Kiedy ceremonia dobiegła końca, niemal natychmiast zaczęła rozglądać się za ojcem — była przekonana, że za moment podejdzie do niej, pogratuluje jej i powie, jak bardzo jest z niej dumny. Być może nawet da jej przytulasa, tak jak wtedy, gdy rozmawiali o tym, jak wygląda życie w klanie.
Zamiast tego Zawodzące Echo skierował jednak swoje kroki ku Zewowi.
A właściwie...
Milknącej Łapie.
Gdy pierwszy raz usłyszała dźwięk nowego imienia Zewu jej uszy drgnęły z rozbawieniem — niemal natychmiast wpadło jej do głowy znacznie lepsze przezwisko.
Milcząca Fajtłapa.
Prawie parsknęła śmiechem, wyobrażając sobie minę brata, gdy w końcu zwróci się do niego w ten sposób przy innych kotach.
Uśmiech nie utrzymał się jednak długo.
Obserwowała, jak ojciec rozmawia z Milknącą Łapą i poświęca mu całą swoją uwagę, podczas gdy ona stała kilka długości ogona dalej, jakby nagle przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Poczuła nieprzyjemny ucisk w piersi.
Dlaczego znów została pominięta?
— Chcesz zobaczyć swoje nowe legowisko? — odezwała się cicho Firletka, która przez cały ten czas siedziała obok niej. — Obiecuję, że ci się spodoba.
Łzawa Łapa nie odpowiedziała od razu — jeszcze przez kilka uderzeń serca wpatrywała się w sylwetkę ojca, mając cichą nadzieję, że może jednak odwróci głowę, zauważy ją i przypomni sobie, że ma jeszcze córkę.
Nic takiego się jednak nie wydarzyło.
— Pewnie tak... — mruknęła obojętnie, po czym odwróciła wzrok w stronę Firletki. — Nie sądzisz, że to niesprawiedliwe? Myślałam, że podejdzie najpierw do mnie i mi pogratuluje. A on... — urwała, przyciskając uszy do głowy. — Zachowuje się tak, jakby Zew był ważniejszy.
Ostatnie słowa zabrzmiały znacznie ostrzej, niż zamierzała, a choć próbowała zachować obojętną minę, w jej głosie wyraźnie pobrzmiewało rozczarowanie, którego nie potrafiła już ukryć.
— I… To nie pierwszy raz. Dlaczego nagle jestem pomijana? Przecież odkąd trafiłam do Klanu Burzy cały czas się uśmiechałam, byłam otwarta na inne koty, dbałam o to, by wyglądać ładnie. A Zew ciągle chodził smutny! Dlaczego to on dostaje więc dobre słowa?! Przecież nie zrobił nic specjalnego!
<Firletko? Twoja uczennica ma dość swojego brata!>
[7206 słów]