BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 22 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

15 marca 2026

Od Wilczego Skowytu

Nadeszła noc zgromadzenia, Zalotna Gwiazda zaczęła zbierać swoich wojowników gotów do wyjścia i podróży na skałę zgromadzeń. Dwa księżyce temu na zgromadzeniu miał ochotę rozszarpać jedną z wojowniczek z jego klanu, ciekaw był, co się odbędzie na tym. Tym bardziej ta plotka od Kocimiętkowego Wiru! Same kłamstwa i oszczerstwa! Znaczy… oczywiście miał tajemniczą partnerkę, o której wiedziała tylko jego „mama”  Brukselkowa Zadra. Gdyby jakiś Wilczak się dowiedział, chyba by go samego rozszarpali. Nic nie mógł zrobić z tym faktem. Z myśli wyrwał go piaskowo rudy ogon jednej z wojowniczek. Była to właśnie Kocimiętkowy Wir! Jego wróg numer jeden! Kremowa nie zwróciła na niego większej uwagi oprócz spojrzenia z ukosa. Ten jednak od razu był gotowy na kolejną kłótnię na zgromadzeniu.
— Klanie Wilka! Wyruszamy — mruknęła donośnie Zalotna Gwiazda, która zaczęła wychodzić na leśną polanę oświetloną przez powoli zachodzące słońce.

***

Podróż nie była długa oraz ciężka, ale za to bardzo męcząca. Samo przejście przez tereny Klanu Klifu przyprawiało go o mdłości. Na bursztynowej wyspie siedziały już dwa klany, może chętnie, a może nie przywitały się z Wilczakami, którzy weszli z Zalotną Gwiazdą na przodzie. W każdym razie Wilczy Skowyt odszedł od całej grupy i poszedł usiąść gdzieś. Kocimiętkowy Wir na samym początku rozglądała się po wyspie, a potem czekoladowy do niej podszedł i zaczął.
— Słuchaj mnie ty zawzięta kupo futra! Myślisz, że możesz o mnie rozpowiadać byle jakie plotki?!
Rudofutra spodziewała się wszystkiego, tylko nie tego, że jakiś rozjuszony wojownik zacznie jej buczeć nad uchem. Zwróciła się w jego stronę z wyraźnie znudzonym wyrazem pyska.
— Ojej, no proszę, staruszek w końcu się obudził — prychnęła, przewracając oczami. — Ta plotka krąży po obozie już od dobrych kilku księżyców, a ty dopiero teraz odkryłeś, kto ją rozpowiada? W takim razie gratuluję spostrzegawczości!
— Posłuchaj mnie! Nie będziesz mi pyskować! Jestem od Ciebie starszy, więc okazałabyś mi szacunek! Niewdzięczna! — prychnął i machnął nerwowo ogonem, nie chciał już panować nad emocjami, a to czy inny kot by go upomniał o jego krzyki, nie zmieniało jego myśli oraz aktualnego stanu. — A spostrzegawczy jestem bardzo i od początku dobrze wiedziałem, kto to rozpowiada! Może jeszcze idź do innego klanu i im porozpowiadaj! Pysk ci się nie zamyka! — syknął.
Na pysku wojowniczki pojawił się złowieszczy uśmiech.
— Mówisz i masz! — miauknęła, po czym wzięła powietrze w płuca i zaczęła krzyczeć:
— TEN KOT MA ROMANS Z KIMŚ Z INNEGO KLANU!
— Zamknij się, pchlico! Tyle potrafisz? Durna jesteś! Okropna! Idiotka!!! Mam nadzieję, że twój mech będzie okropnie twardy i wbijać będzie ci się w skórę w każdym miejscu podczas snu! I wcale nie jest z innego klanu! Kłamczucha! — strzepnął ogonem, a gdyby mógł, zrobiłby się czerwony bardziej niż czerwona kredka. Gdy skończyła się już wydzierać, pokazała Wilczemu Skowytowi język. Żadna z jego tanich obelg nie robiła na niej wrażenia! Czekoladowy mógł sobie krzyczeć i krzyczeć, jednak każde jego słowo wlatywało do głowy wojowniczki jednym uchem, a wylatywało drugim. Też jej pokazał język i już miał ochotę ją pacnąć w ten jej głupi uśmiechnięty przed chwilą pysk. Łapa mu drżała, ale wiedział, że jak to zrobi, Zalotna Gwiazda go ukarze.
— Gdy patrzę na ciebie, rozumiem, czemu gwiezdny klan czasem się myli!
Zielonooka dostrzegła, że łapy czekoladowego zaczynają drżeć i uśmiechnęła się pod nosem.
— Przywódca się pomylił, w ogóle nadając ci miano wojownika!
— Masz odwagę myszy i rozum jeszcze mniejszy — prychnął i pacnął ją w pysk łapą. Nie użył za dużo siły, ale już po fakcie wiedział, że Kocimiętka zaraz zacznie histeryzować i robić z tego sensacje na całą skalę. Ruch Wilczego Skowytu wybił ją z rytmu.
— Zabierz te swoje brudne łapy ode mnie! — krzyknęła, odsuwając się od czekoladowego, jakby był zarazą. — Bo mnie jeszcze czymś zarazisz, ty zdrajco!
Miał ochotę zrobić to ponownie, ale nie darować sobie siły.
— Nie jestem zdrajcą! — krzyknął. — A jak ci nie pasuje, to wynoś się z klanu, mieszkaj pod wodą i nikt cię nie będzie dotykać!
— Jak nie jesteś zdrajcą, skoro się miziasz z kimś spoza Klanu Wilka?! — wygarnęła mu. — Niby jak inaczej chcesz to nazwać, geniuszu?
— Z nikim spoza Klanu Wilka się nie miziam. To, co mówisz to kłamstwo i chyba masz nie po kolei w głowie albo nie wiesz, co jest pięć, że takie rzeczy wymyślasz — burknął oburzony i już lekko zmęczony kłótnią
Zmrużyła podejrzliwie oczy.
— To oczywiste, że się teraz nie przyznasz — stwierdziła, po czym zadarła brodę. — Ale ja wiem swoje!
— A ja wiem, że jesteś głupsza niż Klifiacy — burknął pod nosem, Kocimiętka zadarła nos i zaczęła odchodzić od czekoladowego. Najwidoczniej się obraziła. No i tyle z tego było, może to nawet lepiej, bo młoda już zaczynała go męczyć swoimi krzykami, głosem i po prostu zapachem!

Od Księżycowego Odłamka CD. Latającej Ryby

 — Sam? Nie jestem sam, mówiłem, że zawsze mogę krzyknąć, z resztą, nie przekroczyłem granicy, więc nawet jakbym został zaatakowany, to nie moja wina — odpowiedział, znów, jakby niebezpieczeństwo było czymś, o czym w życiu nie słyszał. Może to wina ignorancji a może zbytniego wyluzowania, chociaż wciąż było to lepsze od bycia paranoikiem, w którego się zamieniał gdy fazy księżyca były nieodpowiednie... czy jakoś tak. Wtedy niebezpieczne było nawet spanie w legowisku
— I nie, nie zostawiamy kociąt na... z resztą, nie ważne, jestem bardzo kochany, przez wiele fajnych kotów — rzekł pewnie, marszcząc czoło, jednak nocniaczka nie zdawała się być przekonana. Naprawdę wyglądał na takiego, co nie miał przyjaciół? Co prawda trzymał się wąskiego grona, ale wciąż! No i po tym jak został pobity przez wściekłego wilczaka, naprawdę nie ruszał się daleko od patrolu czy kogoś do towarzystwa. 
— Ja bym cię nawet kijem tknąć nie chciała, więc z mojej strony o atak martwić się nie musisz. Widzę, że brak ci całkowicie wyobraźni — stwierdziła gorzko. — Pierwszy lepszy głodny drapieżnik i nawet nie zdążyłbyś pisnąć głośniej od myszy, a już byś został pożarty żywcem. Gdybym chciała cię skrzywdzić, zdążyłabym to zrobić kilka razy, a nikt by tu nawet nie dobiegł. Te twoje fajne koty to fajne muszą być tylko w twojej głowie — uznała z przekąsem.
— Nie, akurat jak ostatni raz sprawdzałem to były prawdziwe — powiedział pół żartem, chociaż ton był raczej luźny niż żartobliwy, nie wiedząc jeszcze, czy się denerwować czy nie, ale jak na razie całkiem dobrze się bawił. Może byłby na tym etapie już głęboko urażony kilka księżyców temu, jednak z wiekiem nauczył się ignorować większość zaczepek, o ile nie wchodziły za głęboko w jego strefę komfortu, która swoją drogą nie została jeszcze naruszona na tyle, by się złościć. — I wyobraźnia też mi działa, chociaż zgaduję, że nieco inaczej od innych. W końcu nie mogę się bać czegoś, czego nie widać, chyba, że to poczuję albo usłyszę... z resztą, wcale nie jestem taki bezrady, wiesz? Mógłbym na przykład, na ciebie, nie wiem, napluć i co wtedy? — I chociaż nie wiedział czy się denerwować, już dawno zdecydował, że raczej nie podejdzie do tej konwersacji poważnie. Z resztą, już zadeklarowała, że go nie dotknie, więc czego się bać? Wyraźny szmer a następnie dochodzący z większej odległości jej głos świadczył o tym, że jego słowa o pluciu potraktowała dosyć poważnie, co zauważył z lekkim rozbawieniem. 
 — Obrzydlistwo — wycedziła. — Każdy Burzak jest taki niewychowany czy tylko ty jesteś wyjątkiem?
— Jestem jedyny w swoim rodzaju — kontynuował swoim rozluźnionym tonem — Ale popatrz, zadziałało. — dodał, może trochę zbyt rozmytym tonem, jakby niezbyt przytomnym. Można by uznać, że w ogóle nie wiedział, gdzie jest ani co się dzieje! 
— Tak, tak, ja patrzę. — na ostatnie słowo dała większy nacisk. — Nie jest ci źle z tym, że pogłębiasz już i tak słabą opinie swojego klanu? — spytała z wyższością.
— Słabą? Pogłębiam? Z jakiego powodu, bo jestem ślepy? — przekręcił głowę w bok, trochę na pokaz zgrywając głupiego. Zazwyczaj bycie idiotą w podobnych sytuacjach go ratowało. Co prawda nikt potem nie brał go zbyt na poważnie, ale dało się przyzwyczaić, z resztą, w połowie sytuacji nie grał idioty; po prostu nim był. — Też mogłabyś się urodzić ślepa, albo w ogóle pozbawiona oczu, albo z krzywym pyskiem, barkiem, bez umiejętności mowy czy ze sparaliżowanymi nogami, które mogą być również winą przypadku... więc nie rozumiem, może chodzi o coś innego? Co pozwala ci sądzić, że jesteś lepsza? — zagadał zainteresowany, chociaż w głębi duszy obwiniał za to wszystko swoich kuzynów i jakąś kotkę, co miała tyle samo rozumu co oni. Z jednej strony w nosie miał, jak ktoś w klanie obraża burzaków, ale kiedy ktoś spoza społeczności postanowił coś krzywego powiedzieć, czuł jakąś powinność by bronić dumy tej zapchlonej dziury. Po samym prychnięciu, jakie kotka z siebie wydała po jego monologu, można było wywnioskować narastające u niej oburzenie. 
— Nic mi do tego, że nie widzisz! Już nie przesadzaj i nie wciskaj mi do pyska opinii jakiej nie podzielam — fuknęła. — Ktoś mógłby się urodzić z wszystkimi wadami jakie tylko są możliwe, a nadal prezentować się z większą inteligencją niż pałętający się po granicy bezbronny ślepiec — burknęła. — I nie, nie mów nic o twoich niby znajomych co przylecą tu na zawołanie, bo najwyraźniej już długo tu siedzisz sam, a nikt się tym jeszcze nie zainteresował — zauważyła. — Oh, a co do ostatniego pytania, to uwierz, nie starczyłoby mi czasu, by wymienić wszystkie powody. Tu nawet nie trzeba nic sądzić, to się po prostu wie.
— Ah tak! To dobrze! Dziękuję za wyjaśnienie! — uśmiechnął się szeroko, klaszcząc w łapki, które przystawił sobie do pyska, jakby miał zamiar się modlić. Czyli zgrywanie debila tym razem nie zadziałało? Aaah, szkoda. — Ale wciąż trochę boli, że uważa pani, że pałętam się tu sam i uważa mnie pani za bezbronnego. Wciąż są wątpliwości, że mam przyjaciół? Naprawdę wyglądam na takiego? Przysięgam, nie jestem aż tak irytujący... prawda? Śniak? — tu nachylił się w tył nieco, w stronę... dziury w ziemi? Zdecydowanie dziury w ziemi, w której na pierwszy rzut oka, można by powiedzieć, że siedział całkiem puchaty królik. Dopiero później dostrzec można było, że to wcale nie długouszny zwierz, a najprawdziwszy kot, który wyglądał na odrobinę znudzonego, chociaż oczy miał całkiem przytomne — Zostałeś zignorowany — zauważył Księżyc.
— Śniak? — powtórzyła tępo, dopiero później zdając się zauważyć, do kogo mówił — Aha... Aha —  Te dwa krótkie słowa brzmiały bardziej na bełkot, po którym nastąpił kolejny szmer. — Uh, ty... Dobrze... Dobrze, że nie jesteś sam. To znaczy, nie obchodzi mnie to, jak coś będzie chciało cię zjeść i to tak by zdążyło, więc nadal brak ci... wam — poprawiła się niezgrabnie — rozsądku, także... Nic tu po mnie. Uwa... Nie. Skoro nie uważasz na siebie to i tak to nic nie zmieni, żegnam — prychnęła, by zaraz jedyne, co mogło po niej pozostać, to kłębiący się w powietrzu piach. Może jednak widomy kot był dla niej większym zagrożeniem? Cóż, nie, żeby spodziewał się jakiejś innej reakcji, większość klanów jak zgadywał nie wiedziała o tym, że Burzaki już od kilku pokoleń zamieniali się skrupulatnie w króliki, podróżując po norach. Szczególnie przewodnicy. 
— Weź sobie następnym razem innego pachołka do pomocy, prawie zasnąłem — odezwał się Śniątko, które zaraz potem zagłębił się w tunel, do którego wpełzł również Księżycowy Odłamek, czując narastające zmęczenie, które pojawiło się po rozmowie, powoli zapominając o zdarzeniu, bardziej przejmując się Śniątkiem, który wydawał się bardziej przygaszony niż zwykle. 

┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦----

zgromadzenie

Śniący nie szedł na zgromadzenie. Nie, żeby Księżyc był o to zły, w końcu brat ostatnio zachowywał się podobnie do niego samego, gdy umarła Szanta, niemniej wraz z brakiem brata, brakowało mu też przewodnika. Dosłownie i w przenośni, bo to zazwyczaj jego ogonu się trzymał. Więc czyjego teraz? Białego? Do niego mogła podejść Wróżka.. nie, kto jeszcze został? Przysiadł się do Dryfującego Fluorytu, prosząc o możliwość potrzymania się jej sierści.
— Nie dusisz się futrem? — odezwał się głos obok niego. Bazia Łapa na moment odłączyła się od Równonocnej Łapy, przystając obok kocura. Pokręcił przecząco głową. Akurat sierść Dryfującego Fluorytu była cienka i lejąca, a nie puchata, więc nie musiał się obawiać o kłaki w nosie. 
— Ej, a nie chcesz potrzymać mojego ogona? Będziemy jak stonoga! — zmarszczenie brwi i niepewny, oceniający wyraz pyska zdradzający dyskomfort były wystarczającą odpowiedzią, a kotka dalej nie ciągnęła tematu, jedynie coś prychając pod nosem, nim podreptała znów do Równonocy. Podróż na wyspę przebiegła spokojnie, a na miejscu usiadł obok swojej tymczasowej przewodniczki, która nie zdawała się chcieć za bardzo nigdzie oddalać. Wymienili więc najpierw między sobą kilka zdań, a gdy tematy się wyczerpały, kotka zaczęła prowadzić cichą rozmowę z jakimś kotem z innego klanu, którego najwyraźniej poznała jeszcze za czasów bycia uczniem. Księżyc natomiast... nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. Przynajmniej do momentu, w którym nie poczuł na sobie intensywnego wzorku. Odwrócił głowę, nieco zdezorientowany. Co za nieprzyjemne uczucie, kiedy nie można się domyślić, gdzie jest przyczyna. Chociaż, chwila, zapach Klanu Nocy... tak, nocniak na pewno. Znają się? Nie rozpoznał zapachu, ale na pewno ktoś się na niego patrzył. Znali się? Nie? Postanowił się uśmiechnąć i pomachać łapą na przywitanie. W końcu głupio by było, gdyby się nie przywitał. Głupio by też było, gdyby pomachał i ten ktoś go nie zauważył, ale o to będzie się martwić potem.

<Pani Ryba?>

Od Aldrowandowej Łapy

Pierwsze zgromadzenie. To wydarzenie wiele kotów wyobrażało sobie w podobny sposób – poznanie nowych kotów, wymiana doświadczeń oraz myśli. W grę wchodziły również przeróżne plotki na temat wydarzeń ze wszystkich klanów. Takie też były wyobrażenia Aldrowandowej Łapy. Jednak nigdy nie spodziewałaby się, że gdy postanowi podsłuchać rozmowę dwójki uczniów, to dowie się, iż znaleziono ciało Ćmiego Księżyca. Ta informacja nie była czymś, co spodziewałaby się usłyszeć. Plotki były czymś, co zawsze ją ciekawiło. Jednak to nie była już zwykła plotka, a fakt. Ciało medyczki zostało znalezione na terenie innego klanu, w dodatku jego wojownicy nawet nie raczyli z jakiegoś powodu tych zwłok oddać. „Dlaczego, co i jak” — te pytania chodziły kotce po głowie. Jak zginęła Ćmi Księżyc? Co ona w ogóle robiła na terytorium innego klanu? Dlaczego nie oddali jej zwłok, tylko pochowali je u siebie?
Z jej myśli wyrwał ją dźwięk pazurów stukających o skalną powierzchnię. Jej wzrok zwrócił się w stronę tunelu prowadzącego do legowiska medyka, przez który właśnie szła Jagnięcy Ukłon. Uczennica nie zdążyła jej jeszcze powiedzieć o tym, czego się dowiedziała. Ale wiedziała, że powinna jej o tym powiedzieć. Szczególnie że Ćmi Księżyc była jej mentorką. Koteczka podniosła się z siadu i podeszła do medyczki.
— Jagnięcy Ukłonie? — zwróciła się do mentorki szylkretka. — Wczoraj na zgromadzeniu podsłuchałam rozmowę dwójki uczniów…
Gdy spojrzała na kremową kocicę, ujrzała jej wzrok niosący ze sobą nutkę dezaprobaty. Aldrowandowa Łapa fuknęła cicho i wywróciła oczami.
— Och, no nie rzucaj mi takiego spojrzenia. Poza tym to, co usłyszałam to ważne! — koteczka machnęła ogonem, próbując rozładować nieco budujące się w niej napięcie. — Ci dwaj uczniowie… rozmawiali o ciele kota, które zostało znalezione na terytorium jednego z pozostałych trzech klanów. Mówili o ślepej medyczce… To MUSIAŁA być Ćmi Księżyc, Jagnięcy Ukłonie.

[285 słów]

Od Borówkowej Słodyczy CD. Konwaliowej Mielizny

Borówkowa Słodycz poruszyła lekko uszami, których końcówki drgnęły niemal niezauważalnie, gdy słowa syna dotarły do niej z pełną mocą. Z jej piersi wydobyło się ciche westchnienie.
Czy jej kochany synek naprawdę czuł się winny?
Ta myśl przemknęła przez jej umysł niczym nagły podmuch zimnego wiatru.
Przecież nie powinien. Nigdy nie powinna pozwolić, by uwierzył, że jego gniew był czymś niewłaściwym. Fakt iż nie udało mu się zostać ogrodnikiem — rolą, o której marzył z tak cichą, lecz uparcie pielęgnowaną nadzieją — nie był jego winą. Świat bywał kapryśny, a los nie zawsze słuchał najgorętszych pragnień. Gniew w takiej sytuacji wydawał jej się czymś naturalnym, czymś tak nieuniknionym jak burza nadchodząca po dusznym, ciężkim dniu. Nie czuła do niego żalu; nigdy nie potrafiłaby go poczuć.
A jednak, gdy patrzyła na jego przygarbioną sylwetkę, poczuła, jak ze wszystkich stron otacza ją smutek — intensywny i wszechobecny, niczym ulewny deszcz. Był to smutek cichy, głęboki, osiadający gdzieś w samym centrum serca.
Zastrzygła krótko uszami, jakby pragnęła otrząsnąć się z tej melancholii, po czym podniosła wzrok i spojrzała prosto w oczy syna.
Konwaliowa Mielizna zdawał się jednak unikać jej spojrzenia. Jego oczy, zwykle jasne i czujne, teraz uciekały w bok, błądząc gdzieś pomiędzy cieniami krzewów, jak gdyby nie do końca był pewien, czy naprawdę jest gotowy na tę rozmowę, którą sam przecież rozpoczął.
Pysk Borówkowej Słodyczy uchylił się lekko.
Przez krótką chwilę zdawało się, że zaraz coś powie — że słowa popłyną z niej swobodnie niczym woda ze źródła. Lecz żadne z nich nie opuściło jej ust. W tej chwili słowa wydawały się dziwnie niepotrzebne…
Zamiast tego zrobiła krok naprzód.
Jej śnieżnobiały ogon, miękki niczym świeży puch, powoli ułożył się na liliowych plecach syna.
— Nie martw się — odezwała się w końcu cicho. — Każdy czasem czuje się zagubiony i przejawia to na swój własny sposób.
Jej oczy, miękkie i ciepłe, spoczęły na jego twarzy.
— Nigdy nie chciałabym, abyś czuł się winny za to, na co sam nie masz większego wpływu. Los bywa kręty jak leśna ścieżka, a my możemy jedynie iść naprzód, ucząc się z każdego kroku.
Na jej pysku pojawił się delikatny, niemal nieuchwytny uśmiech.
— Cieszę się, że chciałeś ze mną porozmawiać — dodała spokojnie, a w jej głosie zabrzmiała nuta ciepła, która zdawała się rozpraszać ciężar zalegający między nimi. — Nigdy nie czułam się zła czy rozczarowana, nawet, gdy byłeś nieco oschły.

 
***


Błękit rozlewał się po niebie szeroko i niemal bezkresnie, przypominając ogromny, spokojny ocean zawieszony ponad światem, którego głęboka, czysta barwa zdawała się pulsować cichą obietnicą ciepła oraz spokoju, jak gdyby sama natura pragnęła przypomnieć wszystkim stworzeniom żyjącym pod jego sklepieniem o prostym szczęściu, jakie przynosiła pora Zielonych Liści — czas długich dni, podczas których słońce wspinało się powoli ku najwyższemu punktowi nieba, a cienie drzew przesuwały się leniwie po leśnej ściółce, jakby świat nie miał żadnego powodu, by się spieszyć. Promienie światła spływały z góry miękkimi, złocistymi smugami, muskając delikatnie korony drzew, które szumiały cicho pod dotykiem wiatru, nagrzewając kamienie rozsypane przy brzegu rzeki oraz rozświetlając rozległe połacie wysokich traw, które falowały powoli, poruszane oddechem powietrza.
Zapach nagrzanej ziemi unosił się ciężko nad wyspą, mieszając się z wilgotną wonią mchu oraz słodkawym aromatem kwiatów ukrytych pomiędzy krzewami, a ponad koronami drzew krążyły ptaki, których nawoływania niosły się daleko, rozbrzmiewając wokół cichym echem.
Słońce obejmowało swoim żarem wszystko, co znalazło się w zasięgu jego światła, przez co nawet cieniste zakamarki pomiędzy korzeniami drzew zdawały się oddychać ciepłem, które powoli przenikało każdą cząstkę otoczenia, pozostawiając niewiele miejsc, gdzie można było odnaleźć prawdziwą ulgę. Jedynie rzeka, opływająca wyspę szerokim, spokojnym nurtem, przynosiła obietnicę chłodu, ponieważ jej woda płynęła nieustannie, rozbijając się o kamienie i odbijając promienie słońca w drobnych, srebrzystych błyskach. Zdawało się, że przyszedł najlepszy czas na spędzanie czasu z bliskimi, pluskając się w nurcie wody, ganiając za motylkami i rozkoszując się dobrą pogodą.
Wszystko wyglądało tak zwyczajnie, tak znajomo, że aż niemal niepokojąco spokojnie, jak gdyby świat trwał w swojej niezmiennej harmonii i nie zamierzał dopuścić do siebie myśli, że gdzieś pomiędzy tym pięknem mogą istnieć zdrada, niesprawiedliwość oraz ból.
Bo przecież każda pora Zielonych Liści wyglądała podobnie, a przynoszony przez nią upał był równie oczywisty i nieunikniony jak fakt, że jeże nie potrafią latać.
Jednak… Mimo tej pozornej normalności na pysku Borówkowej Słodyczy wciąż gościło zaskoczenie, które nie chciało ustąpić.
Mijały kolejne chwile, podczas których jej spojrzenie śledziło powolny ruch wiatru kołyszącego wysoką trawą. Źdźbła uginały się miękko pod naciskiem powietrza, by po chwili unieść się ponownie ku słońcu, jak gdyby sama ziemia oddychała spokojnym rytmem, który pozostawał niezmienny bez względu na to, co działo się w sercach tych, którzy po niej stąpali.
Patrzyła na to wszystko długo i uważnie, a w jej oczach odbijał się błękit nieba oraz złote światło dnia, lecz mimo to nie potrafiła odnaleźć w sobie ani cienia tej cichej radości, którą kiedyś odczuwała niemal instynktownie, gdy tylko nadchodziły ciepłe dni lata.
Myśl ta wydawała jej się dziwnie niedorzeczna, ponieważ przez całe życie kochała tę porę roku z prostą, nieskomplikowaną szczerością, która nie potrzebowała żadnego wyjaśnienia. Kochała długie dni, podczas których słońce wędrowało po niebie powoli i dostojnie, kochała zapach świeżej zwierzyny niesiony przez wiatr oraz miękkie cienie drzew, które rozciągały się po ziemi niczym spokojne wyspy chłodu, w których można było schronić się przed żarem południa.
Teraz jednak wszystko to wydawało się odległe, jak wspomnienie należące do innego życia.
Bo odkąd nie mogła zobaczyć pyszczka Tojadowej Kryzy, odkąd została oddzielona od miejsca, które przez tyle księżyców uważała za swój dom, radość zaczęła powoli wyciekać z jej serca, aż w końcu pozostała po niej jedynie chłodna pustka, która rozlewała się w niej niczym cień rosnący wraz z zachodzącym słońcem.
Nie potrafiła nawet wskazać chwili, w której pozwoliła, by tamte koty — koty, którym ufała i którym oddała swoją lojalność — zamknęły ją na tej niewielkiej wyspie, traktując ją tak, jak gdyby była kimś obcym, kimś niegodnym nawet wysłuchania.
Przecież niczego nie zrobiła.
Ta myśl powracała do niej nieustannie, niczym echo odbijające się od ścian głębokiej jaskini. Czuła się tak, jakby nagle przestała znaczyć cokolwiek — nie tylko w oczach kotów z Klanu Nocy, które odwróciły się od niej bez wahania, lecz także w swoich własnych, ponieważ wszystkie wartości, które przez całe życie uważała za najważniejsze, zdawały się nagle tracić swoje znaczenie. A przecież zawsze przestrzegała kodeksu, zawsze starała się robić to, co słuszne, i zawsze była gotowa pomagać innym, nawet wtedy, gdy oznaczało to zmęczenie albo poświęcenie własnego czasu.
Pomagała przy odbudowie obozu, gdy powódź zabrała niemal wszystko, co znali, przenosząc gałęzie, wzmacniając legowiska i pracując bez wytchnienia obok innych kotów, które podobnie jak ona wierzyły, że wspólnym wysiłkiem można przywrócić dawny porządek. Nieraz była gotowa poświęcić własną wygodę dla dobra innych, czy to pomagając przy starszych czy łapiąc dodatkową zwierzynę.
Dlaczego więc nikt teraz o tym nie pamiętał?
Jej łapa zacisnęła się w ziemi, gdy poczuła jak gniew zaczyna narastać pod jej futrem niczym burza zbierająca się powoli nad horyzontem, lecz niemal natychmiast rozluźniła chwyt, ponieważ dobrze wiedziała, że nawet gdyby pozwoliła temu gniewowi przejąć nad sobą kontrolę, nie miałaby żadnych szans przeciwko strażnikom pilnującym wyspy.
Pozostało jej więc jedynie słuchać świata wokół siebie — szumu trawy poruszanej przez wiatr, plusku rzeki opływającej wyspę spokojnym nurtem oraz odległych odgłosów lasu, który zdawał się żyć własnym rytmem, zupełnie obojętny na los kilku kotów uwięzionych pośród wody.
Powoli rozejrzała się wokół, a jej spojrzenie najpierw spoczęło na sylwetce ojca, Rysiego Bora, którego potężna postura zdawała się teraz przygarbiona pod ciężarem sytuacji, w jakiej się znaleźli, po czym przesunęło się na Rozpromienionego Skowronka — jej brata, który zwykle emanował energią i pogodą ducha, lecz teraz siedział nieruchomo, wpatrując się gdzieś w dal z wyrazem zmęczenia i niepewności.
W końcu jej wzrok zatrzymał się na Konwaliowej Mieliźnie, jej synu, którego obecność przypominała jej najboleśniej o niesprawiedliwości tego wszystkiego, ponieważ dobrze wiedziała, że nigdy nie dopuściłby się niczego, co mogłoby zasłużyć na taki los.
Przełknęła ślinę, czując jak gardło zaciska się boleśnie, gdy w jej myślach pojawiło się pytanie, którego nie potrafiła już dłużej od siebie odsunąć — dlaczego Klan Gwiazdy nie mógł ukarać tylko jej, zamiast pozwalać, by cierpieli również ci, których kochała najbardziej?
Podniosła się powoli, biorąc głęboki oddech, podczas gdy w jej sercu zaczynała krystalizować się myśl tak bolesna, że jeszcze niedawno nie potrafiłaby jej nawet wypowiedzieć.
Klan Nocy nie był już jej domem.
Choć przez większość życia wierzyła, że każdy kot ma dobre serce, które wystarczy jedynie odnaleźć, teraz zaczynała rozumieć, że dla wielu cudze cierpienie było czymś obojętnym, a prawda ta stawała się szczególnie widoczna, gdy myślała o członkach tego rodu — o Szałwiowym Sercu, który potrafił oszukać wszystkich, o Mandarynkowej Gwieździe, choć w jej oczach nie była liderką, a jedynie tyranką, cudem dopuszczoną do władzy, oraz o Błękitnej Lagunie, który był zbyt dumny i zadufany w sobie, by przejmować się losem kilku kotów.
Westchnęła, po czym jeszcze raz spojrzała na Konwalię. Chciała w końcu z kimś porozmawiać, załagodzić ból, jaki odczuwała, przynajmniej odrobinkę. Podniosła się więc, po czym podeszła do liliowego kocura.
— Ja… — poczuła, jak coś zatyka jej gardło, odbierając mowę. Nie wiedziała, o czym chciała z nim rozmawiać i czy rozmowa była teraz odpowiednia. — Nie wiem już, co mam właściwie zrobić… — wydobyła z siebie.


<Konwalio?>

Od Borówkowej Słodyczy

Od dłuższego czasu wszystko wokół niej zdawało się stopniowo tracić swoje barwy, jak gdyby świat, który niegdyś tętnił życiem i różnorodnością, został przykryty cienką, mleczną zasłoną mgły. Zieleń traw nie była już tak soczysta, jaką pamiętała z dawnych dni, błękit nieba przestał razić jasnością, a nawet ciepłe promienie słońca, które jeszcze niedawno potrafiły rozgrzać jej futro i serce, teraz wydawały się jedynie bladym, odległym wspomnieniem prawdziwego światła. Czasami miała wrażenie, że to sam Klan Gwiazdy postanowił osłonić jej wzrok mglistą poświatą, jakby chcąc oddzielić ją od dawnego życia — od wszystkiego, co kiedyś było jej bliskie.
Intensywnie niebieskie oczy Borówkowej Słodyczy coraz częściej wpatrywały się w jeden, odległy punkt na horyzoncie, miejsce, które dla innych kotów było jedynie pustą linią między wodą a niebem, lecz dla niej zdawało się skrywać coś więcej — cichy, niewidzialny ślad wolności. Czasami siedziała tak przez długie chwile, nieruchoma jak kamień, pozwalając, by wiatr rozwiewał jej futro, a myśli odpływały gdzieś daleko, tam, gdzie nie sięgały ani strażnicze spojrzenia wojowników, ani ciężar niesprawiedliwego wyroku.
Wszystko stawało się coraz bardziej monotonne. Nie tylko kolory świata zdawały się blednąć, lecz także rytm jej własnego życia. Dawniej dni wypełniał ruch — polowania w wilgotnym półmroku lasu, szybkie kroki na patrolach, rozmowy z innymi kotami przy stosie świeżej zwierzyny, drobne żarty i opowieści snute przy wspólnym odpoczynku. Teraz jednak, odkąd odcięto ją od większości tych prostych przywilejów, jej codzienność składała się niemal wyłącznie z bezczynności.
Godziny płynęły wolno, przeciągając się niczym długie cienie wieczoru.
Coraz rzadziej próbowała odnajdywać w tym wszystkim jakiekolwiek pozytywy. Coraz rzadziej pozwalała sobie wierzyć, że jej los może jeszcze się odmienić. Wschody słońca, które niegdyś zwiastowały początek nowego dnia, teraz wydawały się dziwnie ospałe, jakby sam czas płynął tu w innym tempie, powolniejszym i cięższym, jak gdyby wyspa była miejscem zapomnianym nawet przez bieg gwiazd.
Często ogarniało ją tylko jedno pragnienie — by znaleźć się gdzieś indziej. Daleko stąd. W miejscu, gdzie nie sięgałyby chłodne spojrzenia strażników, gdzie nikt nie przypominałby jej każdego dnia, że jest więźniem. W miejscu, gdzie nie musiałaby już czuć ciężaru cudzych decyzji, ani drżenia niesprawiedliwej władzy wiszącej nad jej losem jak cień burzowej chmury.
Chciała po prostu odpocząć.
Oddychać spokojnie i patrzeć na świat takim, jakim był naprawdę — pięknym, wolnym oraz wartym podziwiania.
Im częściej pozwalała swoim myślom krążyć wokół pragnienia opuszczenia tej przeklętej wyspy, tym częściej powracały wspomnienia z dawnych czasów. Obrazy z życia w Klanie Nocy pojawiały się w jej głowie nagle i niespodziewanie, jak ciepłe błyski światła przebijające się przez chmury.
Widziała siebie jako młodą uczennicę, stawiającą pierwsze kroki na ścieżce wojownika. Pamiętała zapach wilgotnego mchu pod łapami, chłodny powiew nocnego wiatru na futrze oraz ekscytację, która towarzyszyła każdej nowej lekcji. Przypominała sobie długie patrole przez gęsty las, szybkie biegi między drzewami i te wszystkie rozmowy, które prowadziła z Tojadową Kryzą… A jednak gdzieś po drodze wszystko zaczęło się zmieniać.
Nie potrafiła nawet wskazać momentu, w którym radość zaczęła powoli ustępować miejsca niepokojowi. Nie pamiętała chwili, w której przestała czerpać z życia prostą przyjemność, a zamiast tego zaczęła coraz częściej zamartwiać się sprawami, na które nie miała żadnego wpływu.
Przecież życie miało być takie proste: Żyć w zgodzie ze sobą i żyć w zgodzie z Klanem Gwiazdy.
A jednak teraz, gdy najbardziej potrzebowała wskazówki przodków, rozmowa z nimi wydawała się dziwnie trudna. Jakby gwiazdy, które niegdyś świeciły nad nią jasno i pewnie, nagle oddaliły się gdzieś poza jej zasięg. Jak odlegli obserwatorzy, którzy widzą wszystko, lecz nie zamierzają ingerować.
Borówkowa Słodycz westchnęła cicho i powoli podniosła się z miejsca, w którym dotąd siedziała. Przez chwilę wahała się jeszcze, po czym ruszyła w stronę jednego ze strażników pilnujących wyspy.
— Ostatnio źle się czuję — powiedziała, zatrzymując się przed nim. Jej głos był spokojny, lecz w jego brzmieniu czaiło się zmęczenie. — Łapią mnie nudności. Czy mogłabym zostać zaprowadzona do legowiska medyka? Sądzę, że najlepiej będzie, jeśli ktoś będzie mógł monitorować mój stan… a przy okazji pomóc mi wydobrzeć.
Wojownik — Kijankowe Moczary — przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nią bez słowa. Jego spojrzenie było uważne, lecz chłodne, jak gdyby w jego oczach była przede wszystkim więźniem, a dopiero potem kotką proszącą o pomoc.
Po chwili podszedł do drugiego strażnika i pochylił się ku niemu, szepcząc coś cicho. Ich rozmowa trwała krótko, lecz Borówkowa Słodycz nie była w stanie usłyszeć ani jednego słowa.
W końcu Kijanka odwrócił się ponownie w jej stronę.
— Nie sądzę, aby istniała możliwość, byś mogła wyjść poza wyspę — oznajmił rzeczowo. — Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by któryś z medyków przyszedł tutaj z potrzebnymi ziołami.
Czyli nawet teraz…
Nawet w obliczu choroby nie mogli pozwolić jej opuścić tego miejsca.
Borówkowa Słodycz spodziewała się takiej odpowiedzi, a jednak gdzieś głęboko w jej sercu przez krótką chwilę tliła się cicha nadzieja. Nadzieja, że może — choćby na moment — uda jej się wydostać z tego więzienia, poczuć pod łapami inną ziemię niż ta niewielka wyspa otoczona wodą.
Nadzieja ta jednak zgasła równie szybko, jak się pojawiła.
— No dobrze — mruknęła w końcu. — Zgaduję, że nic lepszego mi nie pozostało.
Jej słowa były ciche i pozbawione emocji, jak gdyby mówiła bardziej do samej siebie niż do czarnobiałego strażnika.
Minęło trochę czasu, zanim na wyspie pojawiła się Różana Woń, niosąc ze sobą garść ziół. Medyczka wyglądała na znużoną, a w jej spojrzeniu nie było ani szczególnej troski, ani ciekawości. Przekazała Borówkowej Słodyczy lekarstwo niemal mechanicznie, wyjaśniając krótko, jak ma je przyjąć, po czym bez zbędnych słów odwróciła się i ruszyła z powrotem w stronę obozu.
Borówkowa Słodycz przełknęła gorzkie zioła, krzywiąc się lekko na ich ostry smak, który na moment wypełnił jej pysk.
Westchnęła ciężko.
Miała dość tych wszystkich kotów. Tego chłodu w ich głosach, tej obojętności w ich spojrzeniach. Coraz częściej łapała się na myśli, że chciałaby zobaczyć ich cierpiących — tak samo bezradnych i samotnych, jak ona sama czuła się teraz.
Jednak gdzieś w głębi serca wiedziała, że Klan Gwiazdy pozostaje głuchy na jej błagania. Że ich życia dalej się toczą tak samo, jak dotychczas — beztroskie, łatwe oraz przyjemne… Dlaczego tylko dobre koty muszą zawsze cierpieć?


Wyleczeni: Borówkowa Słodycz

Od Błyskotki

Słońce powoli wstawało, a jego promienie zaczynały sięgać obozu Klanu Klifu. W rezydencji kociego klanu panował spokój. Mieszkańcy żłobka byli jeszcze cicho, powoli otwierając znużone snem oczka i rozciągając sztywne po odpoczynku łapki. Mała, puchata kulka też otworzyła zielone oczęta i oglądała żłobek. Na jej szyi wisiał dwukolorowy naszyjnik, przez małą nazywany Wisiełkiem. Na imię było jej Błyskotka.
Z boku jej także puchaty braciszek zwany Agatówka również zaczął się ruszać. Po chwili obudziła się też dorosła kotka – mama dwójki małych urwipołciów, nazywana Morświnowa Płetwa. Wkrótce, ze wszystkich legowisk zaczęły wyłaniać się koty – małe i duże, młode i stare, łaciate, pręgowane lub takie z jednolitym futrem – mówiąc zwięźle, cały Klan Klifu stanął na łapach gotowy, by rozpocząć nowy dzień. Zastępca przywódcy klanu przysiadł na swoim miejscu i zawołał koty na patrole. Zaczął wyznaczać grupki kotów na polowania oraz patrole graniczne. Wszystkiemu przyglądała się z fascynacją Błyskotka. Mała zdążyła przyzwyczaić się do zwyczajów jej klanu. Znała każdą rolę istniejącą u Klifiaków i wiedziała już, że w przyszłości będzie chciała być protektorką. Błyskotka usiadła i małą, puchatą łapką dotknęła Wisiełka. Dostała je od mamusi, której podarował to tatuś. Gdy tylko koteczka otworzyła oczy po raz pierwszy, mama dała jej przedmiot. Błyskotka często zastanawiała się, jak te wielkie, niezdarne łapy dwunożnych mogły zrobić coś tak delikatnego i pięknego. Mała słyszała od dwunożnych od rodziców i od razu wiedziała, że ich nie lubi. Bezwłose stwory wydawały się przerażające dla tak małego stworzonka, jak nasza szylkretka.

Od Szkwalnej Łapy

Uczeń wylegiwał się w obozie, był tak spłaszczony, że wyglądał jak szeroki, puszysty dywan. Leżenie w cieniu było tak przyjemne, gdy Pora Zielonych Liści bardziej przeszkadzała, niż współpracowała z kotami, miał już dosyć tego upału! Chciał już Porę Spadających Liści, przynajmniej już nie byłoby tak ciepło, jak jest teraz.
– Witaj Szkwalna Łapo, dzisiaj zabiorę cię na łowienie ryb. Oczywiście nie będę cię za bardzo przemęczać – co Mewi Puch chciał mu powiedzieć, niby że łatwo się męczył? Wcale nie był leniem! Wstał ze swojego wygodnego miejsca, ruszając za mentorem. Od czasu, do czasu ziewając.

***

Byli blisko tego lasu gdzie był charakterystyczny kamień, który Szkwalna Łapa omijał, gdy szedł w stronę Kolorowej Łąki. Przyglądał się wodzie, ciekawe ile tam mogło być ryb? Skoro ciągle się nimi pożywiał to pewnie sporo, choć całego stada nie zamierzał złapać, tylko jedną lub dwie ryby.
– Jeśli chcesz złapać rybę, to musisz stanąć blisko rzeki, lecz nie możesz rzucać cienia, bo ryba go zauważy i ucieknie. Gdy idealnie się ustawisz, to musisz poczekać cierpliwie, aż ryba do ciebie przypłynie, następnie szybko uderzasz ją łapą z wysuniętymi pazurami, żeby się przyczepić jej łusek, lub możesz użyć do tego pyska i złapać ją zębami. Jednak ryzyko zakrztuszenia się wodą jest wysokie. Chciałobym, żebyś złapał jedną rybę, tyle wystarczy – wojownik zbliżył się do rzeki, wyczekując na rybę. Szkwalna Łapa patrzył na niego, by potem samemu być pewnym, jak złowić. Chociaż skoro mu mentor wszystko wyjaśnił, to na co on czekał? Zbliżył się do sadzawki, przynajmniej, tak by nie zostawić cienia w wodzie, choć nie zostawiał trochę, przesunął się w lewo, ale było tego więcej. Może w prawo? Przesunął się lekko w prawo i już było lepiej, skupił się więc na patrzeniu w wodę. Nie zauważył nic od dłuższego czasu, nawet Mewi Puch już zdążył coś złapać, a on tylko miał wodę z piaskiem przed nosem! To było takie niewdzięczne, łowienie ryb chyba było dla cierpliwych kotów, choć on taki nie był. Nagle coś jednak przepłynęło, to był sandacz, dzięki temu Szkwalna łapa odzyskał cierpliwość, czekał tylko, aż ryba podpłynie bliżej, a on będzie miał robotę z głowy. Ryba tak pływała i pływała, że gdy tylko raczyła znaleźć się blisko, to Szkwał szybko wyciągnął łapę i swoimi pazurami się przyczepił do ryby, próbował ją wyciągnąć na brzeg, ale ryba miała lepszy pomysł. Ze strachu ugryzła ucznia i nie chciała puścić, Szkwalna łapa szybko oddalił się sprintem od rzeki i zaczął walić rybą w ziemię, by puściła jego pysk, ale ta ryba nie chciała go puścić! Co za zołza! Jego mentor szybko zareagował, gryząc rybę od tyłu, pociągnął mocna i Szkwalna Łapa był wolny od tej ryby.
– To była wredna sztuka, ale poradziłeś sobie z nią dobrze. Pierwszy lepszy uczeń chciałby ją strzepnąć w wodzie. Na tym poprzestaniemy – Szkwalna Łapa nabierał agresywnie powietrza, ta ryba sprawiła, że zmęczył się, jak dobrze, że Mewi Puch był przy nim.
– A czemu nie możemy złowić więcej ryb? – dwie ryby to nie było jakoś dużo, a Szkwalna Łapa czuł, że stać go na więcej niż ten przebrzydły sandacz.
– Idziesz dziś na zgromadzenie, więc chciałobym, żebyś miał więcej energii, by tam dojść i poznać na własne oczy, czym ono jest – czekaj, to było już dzisiaj? Złocisty Widlik mówił mu, że kiedyś pójdzie na zgromadzenie, ale że te kiedyś było tego wschodu słońca? Szkwalna Łapa się uśmiechnął jak mały kociak, który dostał swoją ulubioną zabawkę. Mandarynkowa Gwiazda zabierze go na zgromadzenie! Może zrobił na niej dobre wrażenie? Na pewno nie chciał go zepsuć.
– Czyli Mandarynkowa Gwiazda naprawdę mnie zauważyła? – chciał się upewnić, że to nie jest jakiś piękny sen, w którym łowi rybki i po tym idzie na zgromadzenie.
– Owszem, ale teraz chodźmy do domu. Teraz będziesz miał czas wolny do odpoczynku, by być pełni sił na zgromadzeniu – dwa kocury szły do domu, uczeń teraz tylko marzył, żeby szybko nadeszła noc.

***

Zgromadzenie

Szkwalna Łapa szedł za przywódczynią, trzymał się bardziej boku Mewiego Puchu. Rozglądał się lekko, stresując. Dużo jego rówieśników z klanu poszło na zgromadzenie, w tym jego rodzeństwo. Nie mógł się doczekać, aż przekroczą próg bursztynowej wyspy. Byli tak blisko, że wystarczyło tylko przejść morze, w którym woda się cofnęła za sprawą pełni. Czuł się dziwnie, idąc w stronę wyspy, tam, gdzie była wcześniej woda nie było jej. Tak mieszały mu się emocje, że będąc już blisko Bursztynowej Wyspy, przez chwilę jakby przestał myśleć, nie mógł się po prostu doczekać, aż tam wejdzie.
– Skoro jesteśmy już blisko, to leć do swoich rówieśników i baw się dobrze! Tylko musisz pamiętać, że gdy przywódcy przemawiają, to nie możesz być zbyt głośno by ogłuszyć ich słowa – uczeń kiwnął głową, wysuwając się bardziej do przodu. Dzięki temu już postawił łapy na wyspie zgromadzeń, jak i koty, które szły pierwsze blisko przywódczyni. Było tu dużo kotów, wiedział od Złocistego Widlika, że wszystkie klany się zbierają na nim. Nie spodziewał się on tłumów, naprawdę było dużo kotów do poznania, o ile pozna tyle. Spojrzał, że Przypalona Łapa szedł u boku jego siostry, zwłaszcza jak Urodziwa Łapa się odezwała do niego, "Ale fajnie nie? Pierwsze zgromadzenie! I to w tak doborowym towarzystwie!", doborowym towarzystwie? Ciekawie to brzmiało, bardzo ciekawie, jakby koty miało coś łączyć więcej, nie mówiąc tego, że Szafirka szturchnęła burego ogonem. Postanowił się wcisnąć do ich randki, bo sądził, że oni coś kręcą.
– Zgodziłbym się z tobą, siostro! Jest tu tak różnorodnie, mam nadzieję, tylko że nie spotkamy kotów z Klanu Burzy, bo to stan umysłu. Sam się przekonałem, jak jeden z ich kotów prawie mi się rzucił do gardła! – mówił tu oczywiście o tej wstrętnej Burzaczce, co spotkał na granicy. Szkwalna Łapa nie chciał jej ponownie spotkać, bo bał się, że mogą się pokłócić, a nie chciał źle wypaść na swoim pierwszym zgromadzeniu.
– M–myślisz, że zaatakowaliby i nas? W końcu jesteśmy młodzi, nie wiem, czy nie będzie ich więcej... – Przypalona Łapa, zająknął się, przebierając nerwowo łapami.
– Gdyby nie było zgromadzenia, to jestem pewny, że z własnej głupoty się by nie zawahali. Mamy szczęście, że przodkowie nad nami czuwają, w końcu to my jesteśmy najbliżej gwiazd – odpowiedział mu, brzmiał, jakby się bał hordy Burzaków. To było śmieszne, z jego punktu widzenia, nie było warto ich brać na poważnie. To była tylko horda bezmózgów, która zazdrościła im, bo oni go mieli, a oni nie.
– Och spokojnie, Kasztanku, Szkwałku, na zgromadzeniu nie powinno być walk, bo to czas pokoju. Czas, który wyznaczył nam sam Klan Gwiazdy, byśmy choć na jedną noc zapomnieli o różnicach, których w ogóle nie powinno być. Przecież my wszyscy jesteśmy tacy sami. Każdy kot ma serce i duszę. Dlatego spokojnie – wymruczała ciepło jego siostra. Chociaż Urodziwa Łapa ich uspokajała, że nie było obaw do stresu, to była to prawda, bo zgromadzenie z definicji rzeczywiście było pokojowe. Ale żeby wszyscy mieli od razu serce i dusze? Rozbawiło go to.
– Nie zgodziłbym się tylko z jednym, Urodziwa Łapo, a właściwie, z tym że nie każdy ma duszę i serce oraz nie wszyscy jesteśmy tacy sami. Takim przykładem są czeko koty, one ogólnie nie mają tego wszystkiego, wredne pasożyty. Jak dobrze, że nie wypuszczamy naszych na zgromadzenia, jedynie co by nam przynosili to wstyd i hańbę. Na zgromadzenia powinny chodzić takie koty jak my! Jesteśmy bardzo przykładnym dowodem, jak można reprezentować swój klan. Jak dobrze, że istnieją zgromadzenia, już je lubię, można się tu rozkręcić towarzysko, nie sądzicie? – niestety musiał powiedzieć swojej siostrze niewygodną prawdę. Bo jeszcze zaczęłaby gadać gorsze bzdury. Choćby że czeko koty mają prawa o decydowaniu o sobie! To by było coś, co by go zmroziło, przecież tylko Mandarynkowa Gwiazda mogła decydować, kto ma prawa, a kto nie. Skoro koty o czekoladowej maści nie miały przywilejów, to pewnie im się należało.
– Myślisz, że takie koty są też w innych klanach? – zamruczał Kasztan. Usłyszawszy dalszą część jego wypowiedzi, nie zwlekał z odpowiedzią. – Nie wiem... jak chcesz się rozkręcić towarzysko? Planujesz z kimś porozmawiać, spoza Klanu Nocy?
– Oczywiście, że są! Rozsiały się jak plaga, a nawet zaskarbiły sobie wysokie miejsca w hierarchii. Dobrze, że mamy mało takich kotów, bowiem tym im mniej, tym więcej szczęścia jest w klanie – było przecież u nich tylko dwa czekoladowe koty i dało się jakoś żyć w Klanie Nocy. Nie było źle, a nawet można powiedzieć, że było owocnie! Przecież dużo kotów żyło w Klanie Nocy w spokoju i dobrobycie. Królewska rodzina, stojąc na straży porządku, sprawiała, że tak było. Szybko odpowiedział na następne pytanie kolegi. – Mam na myśli, że jak nam się znudzi, to możemy podbić do jakiegoś ucznia z innego klanu. – Zwłaszcza że chciał mieć jakieś bliższe kontakty z innymi paroma kotami z innego klanu. Przecież tu było ich tak dużo, że aż było żal nie podejść do kogoś z okolicy. Jednak długo jego siostra nie dołączała do rozmowy, tylko dlaczego? Jedynie co robiła, to mierzyła go wzrokiem, czy on coś źle powiedział?
– Nieprawda! Jesteś okrutny w swojej wypowiedzi. Czekoladowe koty też mają uczucia! Też mają duszę. Mają prawo, by żyć. Wierzysz w jakieś historyjki, które opowiadał nam ojciec? Wierzysz w to na jakiej podstawie? Może to nie czekoladowe koty są złe, a ci, którzy je tak perfidnie obrażają i wyrzucają poza struktury klanu. Czy naprawdę jesteś tak ślepy? Zawiodłam się na tobie – warknęła na niego, przenosząc wzrok na Przypaloną Łapę. – Na pewno są i podejrzewam, że są lepiej traktowani – kotka odparła chłodno i lekko wysunęła się naprzód. Szkwalna Łapa nie tolerował tego i przybliżył się do niej, nie zamierzał, tak łatwo kończyć tej dyskusji.
– Co masz na myśli? Sądzisz, że nasz ojciec kłamie?! To posłuchaj mnie uważnie, nie tylko nasz ojciec tak myśli, też tak sądzi większość naszego klanu wraz z królewską rodziną. Nawet medyczka potwierdza, że one przynoszą pecha. Powiem ci, że takie zdanie o czeko kotach nie powstało w wczoraj! To historia przekazana z pokolenia na pokolenie! Więc skoro się to ciągnie długo, to jest to prawdą, bo widzisz, gdyby to było kłamstwem, to by już dawno to obalono – to było prawdą, bo skoro czekoladowe koty były takie skrzywdzone to, czemu niby nikt tego nie obalił? To przecież dało się prosto wyjaśnić, było to po prostu prawdą, dlatego nikt nie miał argumentów, by powiedzieć inaczej.
– N–nie sądzę, żeby to było prawdą. Przecież to nie ma sensu... – bury uczeń mruknął cicho, ale Szkwał to usłyszał, krzywiąc się. Gdy tylko sądził, że przemówi siostrze do rozumu, to chyba nie sądził, że nawet Kasztanek będzie sprzeciwiał się porządkowi w Klanie Nocy.
– Bardzo śmieszne, oczywiście, że ma to sens! A wasze jakieś teorie spiskowe tego nie przyćmią – burknął, dlaczego tak bronili te koty? Nie rozumiał tego, przecież były złe, a ich sam kolor przesiąkał nienawiścią do innych. Nagle zjeżył się, gdy Kasztan zaczął krzyczeć, "Przestań! Szkwalna Łapo, przestań, niedobrze mi" co go pogięło na jasnego grzyba?! Nawet go nie tknął, a ten się wydzierał po niebo głosy, nie brakowało jeszcze jego siostry i jej śmiesznych foch. Jeszcze zaś obrażała, ich ojca mówiąc dodatkowo, żeby już się do niej nie zbliżał. Co jej zrobił takiego?! Przecież tylko wyraził własne zdanie, to oni odwalali kaszane.
– Dlaczego tylko nasz klan jest taki cięty na te czekoladowe koty?! Bo jakaś stara historyjka była przekazywana z pokolenia na pokolenie? Nasz ojciec słyszał ją od kogoś. To są powielane bzdury i nic więcej – warknęła Szafirek cicho w odpowiedzi. – Przypalona Łapo! Co się dzieje? – miauknęła przestraszona kotka i podbiegła do Kasztanka. – A ty? Nie zbliżaj się do mnie Szkwalna Łapo. Nie chcę rozmawiać z tobą w tej chwili – odparła chłodno, kładąc po sobie uszy. Po czym uczennica skupiła się całkiem na Przypalonej Łapie. Zaczęła go czule lizać, by go uspokoić. – Już cichutko, Kasztanku. Spokojnie, jestem tutaj... – mruknęła do kocura. Skoro tak bardzo nie chciała się z nim zadawać, to nie będzie się błaźnił przed nią, gdy było zgromadzenie.
– Świetnie, to se nie chciej! Nie potrzebuję waszego zwariowanego towarzystwa. Chce mi się rzygać, jak słyszę ten ściek słów, który uznajesz za prawdę, idę sobie! – syknął głośno, odchodząc od kotów z wysuniętymi pazurami. Nie chciał już z nimi dzisiaj rozmawiać, czy kiedykolwiek. Sam na pewno znajdzie kogoś innego do rozmowy niż ich. Nawet gdyby cokolwiek mówili, to kocur już był na tyle daleko, że miał ich gdzieś. Nic nie zrobił im, a potraktowali go jak potwora, a wcale nim nie był, tylko czekoladowe koty. Tak! To one były złe nie on, miał rację, a oni nie chcieli mu jej przyznać.

***

Przecisnął się przez tłum, szukając innych uczniów. Nie będzie się przejmować jego siostrą i jej chłoptasiem. Nie odezwie się do nich, nawet jak wróci do obozu, przecież ma rację to po co ma się uniżać przed nimi? Zobaczył w tłumie niebieską dymną kotkę, chyba była uczennicą, bo wyglądała młodo. Postanowił do niej zagadać.
– Witaj! Jestem Szkwalna Łapa, a ty? Z Klanu Nocy jestem, powiem tyle że mam niezwykłe szczęście, że na pierwszym zgromadzeniu natrafiłem na ciebie. Rzadko bowiem można znaleźć z wyglądu okazałe kotki – niebieski kocur puścił jej oczko, nawet ładna była, a mały flirt nie zaszkodzi.
– Ew – wykrzyknęła kotka, czy on był brzydki lub śmierdział? Przecież świeżo się mył i pachniał kwiatami. Powąchał się, by się upewnić, rzeczywiście nie śmierdział. – Przepraszam! Nie ty, glon – wskazała łapą na zielonkawe, śliskie, papkowate coś, na które nadepnęła. – Przepraszam, co mówiłeś? Jestem Równonocna Łapa – przedstawiła się kotka.
Czy ona była głucha, czy coś? Nie lubił się powtarzać i to bardzo.
– No to jestem Szkwalna Łapa, z Klanu nocy jestem. Chcesz się zapoznać? Kontakty międzyklanowe zwykle są ciekawe – uśmiechnął się jak macho.
Ona go jednak zmierzyła z początku chłodnym wzrokiem, aż się zaniepokoił, zanim uśmiechnęła się cieplej.
– Jasne, miło mi cię poznaćm, sąsiedzie – ta kotka wydawała się fajna, ciekawe, z jakiego klanu była?
– Ja jestem z Klanu Burzy – zaakcentowała, kotka, przykładając łapę do piersi. – Chcesz się zaprzyjaźnić? – wypaliła od razu, bez żadnych oporów.
Dymna była bardzo przyjazna i majestatyczna, podobało mu się to. Nawet zignorował fakt, że jest z Klanu Burzy. Może ta czarna świruska była tylko taka wredna?
– Chętnie! Będę zaszczycony się z tobą przyjaźnić – osłodził, bo w słodzeniu był dobry, zwłaszcza dla pięknych kotek. Czuł, że humor mu wrócił, nawet już nie myślał o Urodziwej Łapie i Przypalonej Łapie.
– U nas w Klanie Nocy nic się nie działo, choć ci zdradzę tajemnicę – przybliżył się bliżej jej ucha, szepcząc. – Ostatnio, jeden z naszych patroli na plaży znalazł jakieś mogiły, które były już martwe, moczone połowicznie przez fale, ponoć były od kotki z Klanu Klifu. Choć nie jestem pewien... – były chyba, choć pewny nie był, bo nie był na miejscu. Przybliżył się do jej ucha, mówiąc. – Trochę dziwne to. Rzadko się spotyka takie przypadki... – miał nadzieję, że nikt tego nie słyszał, chciał tylko jakieś fajne ploty przyciągnąć, by przyciągnąć znajomą do siebie. Powiedział jej to bo chciał wydawać się ciekawszy, bo w sumie był, ale musiał lepiej to pokazać.
– Wspaniale! Ja również jestem zaszczycona, w końcu ile można przebywać ciągle z tymi samymi kotami – to było dla niego wyróżnienie, cieszył się, że nawet koty spoza klanu też uważają go za godnego zainteresowania. – Mogiła... a to nie taki grób? – Burzaczka potem przyłożyła łapę do pyska w szoku. – Ale nie mów... myślisz, że ktoś kogoś zabił z nienawiści? Albo zepchnął z klifu do wody w akcie zemsty? Agh! – sapnęła, zanim się nachyliła z szeroko otwartymi oczyma. – Albo ktoś sam skoczył?
W sumie przypomniał sobie, że użył złego słowa. Mogiłą opisywało się zbiorowy grób, a nie o to mu chodziło.
– A sorki. Chodziło mi po prostu o zwłoki – słuchał dalej koleżanki, a jej teorie były bardzo ciekawe. – Wiesz, była ich medyczką... Wszystko możliwe, zwłaszcza że ponoć była ślepa. Biedna... – mówił to wszystko ciszej by mieć pewność, że na pewno nikt ich nie słyszy. Obrócił się nawet kilka razy i nie zauważył podejrzanego kota, który mógłby donieść.
– Też była ślepa? I miała pozycję medyka? Jakim cudem – w jej głosie można by było słyszeć zdziwienie, w sumie on też był tym zdziwiony, bo jakby, ślepy medyk? Niby na co klanowi ślepy medyk? Chyba że miała jakieś nadprzyrodzone moce czy coś. – Ale po co mieliby pozbywać się medyczki... może to jakaś szemrana sprawa z Klanem Gwiazdy? Albo... – tu wyciągnęła szyję, stając na dwóch tylnych łapach, chciała coś zobaczyć czy co? Obrócił się, ale nic ciekawego nie widział i obrócił się do niej. – Nie... mają tylko jednego medyka, co, jeśli ten też umrze?
Odwrócił się na moment znowu, bo coś usłyszał, tym razem to była bitka. Widząc, że to był uczeń z jego klanu, Narcyzowa Łapa, więc postanowił podsycić sytuację.
– Dalej Narcyz, pokaż mu! – krzyknął w stronę Narcyza, potem znowu wrócił do kotki z Klanu Burzy.
Kiwnął tylko głową na jej pierwsze zdanie, bo nie dosłyszał go, a na następne odparł.
– Albo może to spisek? Jeśli tak to nie chcę, by więcej medyków już umierało. Wystarczy już, że ją pochowaliśmy, ale sam nie wiem gdzie jej ciało... Choć to chyba głupie, bo trzeba było je oddać, ale to już nie moja sprawa – szepnął cicho w jej stronę.
– Pfft, popatrz, jak komicznie wyglądają... zaraz będą cali w glonach, paskudztwo – Równonocna Łapa skomentowała walkę dwóch kocurów. – Co...? Ale to, oddaliście ją, czy pochowaliście? Po co w ogóle oddawać czyjeś zwłoki, przecież już nie żyją? Na nic im martwa medyczka, chyba... o nie, myślisz... chyba że wykorzystują martwe ciało medyczki do jakiegoś rytuału… – em… chociaż to było dobre pytanie, po co mieli oddawać te zwłoki? Jak Klifiacy by je chcieli, to niech se wezmą.
– Dziwnie by było robić na takim czymś rytuał i czy ogólnie to jest zgodne z kodeksem? No tyle powiem, zwłok nie oddaliśmy niestety... Ale zmieniając temat to jak tam u was w Klanie Burzy? – chciał zmienić temat, bo czuł się bardziej niebezpiecznie. Gdy jednak zmieni temat, będzie spokojniejszy, bo gdy ktoś go zapyta, o czym gadają, to powie, że o Klanie Burzy.
– A kto ich tam wie? Może mają gdzieś kodeks, przecież nie żyjesz pod ich posłaniem – zauważyła kotka, a potem z niezadowoleniem poruszyła wąsami, trochę rozczarowana. – W sensie, że jak chowamy zmarłych? No normalnie, pod ziemią. Czasem pewnie jakiś popłynął z nurtem do was, jestem ciekawa, czy widzieliście już wiele przepływających trupów przez wasze tereny. Musiałoby być ciekawie.
Czuł, że za bardzo poszli temat trupów, ciekawe czemu? Możliwe, że to była jego wina, ale kocur nie chciał się do tego przyznawać.
– Niestety nie i oby tak zostało. Widok martwych kotów może też być dobijający i frustrujący, jakbym miał widzieć martwe koty codziennie. A co do mojego pytania to pytałem, bardziej czy też może u was była jakaś intryga? Wierzę, że coś musiało u was się stać, o czym wrzosowiska nie szepczą, a wiatr nie unosi do sąsiednich klanów – kotka miała już otworzyć pysk, ale przywódcy już skończyli zgromadzenie, a nawet nie poczuł, że to szybko minęło.
– Powiedziałabym, co u nas, ale widzisz, muszę już iść – on też w sumie musiał iść, ale nie chciał kończyć na tej jednej rozmowie ich znajomości.
– Może kiedyś się spotkamy przy granicy? Jesteśmy sąsiadami co nie? Co ty na to? – zbombardował pytaniami kotkę. Równonoc tylko spojrzała ostatni raz na niego swymi błyszczącymi brązowymi oczyma.
– Oczywiście! Miło mi było z tobą rozmawiać, to do następnego razu – zniknęła już w tłumie swojego klanu, a Szkwalna Łapa też poszedł za swoimi.

[Umiejętność – łowienie ryb]

[3138 słów]

Od Iskrzącej Nadziei Do Koperkowej Łapy (Roztargnionego Koperku)

Dzieje się to przed zakończeniem przesłuchań!

✩ ★ ✩ ★ ✩

Co się działo w tym Klanie Wilka, to ja nie wiem. Nagła śmierć nie dość, że liderki, to jeszcze zastępczyni. Może i mieliśmy trudną sytuację w tamtym czasie, ale to nie znaczy, że mogliśmy zaniedbać wszystko inne. W takim więc razie weszłam cicho do legowiska wojowników.
— Ktoś pójdzie ze mną na polowanie? — zapytałam, spoglądając po zmęczonych oczach kompanów z legowiska.
— Iskrząca Nadziejo, dzięki, że próbujesz, ale wydaje mi się, że zaraz po wysokim słońcu, ktoś wysłał już patrol łowiecki — odparła półśpiąca.
Oh, na Klan Gwiazdy! Jakim cudem przegapiłam, że ktoś wychodzi z obozu?
— Okej, dziękuję — odpowiedziałam cicho, wycofując się z legowiska.
No cóż, skoro wyszedł już patrol łowiecki, to może chociaż załapie się na grani... No tak, tamten też już poszedł...” — pomyślałam, przechodząc niedaleko legowiska Cisowego Tchnienia.
W tamtej chwili przez przypadek usłyszałam, jak mówi coś w stronę Koperkowej Łapy.
— Koperkowa Łapo, powoli kończy nam się pajęczyna i przydałoby się uzupełnić zapas gwiazdnicy pospolitej, oraz czyśćca wełnistego, bądź tak łaskawe i pozbieraj trochę. Możesz sobie wziąć to pomocy jakiegoś wojownika.
Zamiast odpowiedzieć, to tylko prychnęło pod nosem, a następnie zauważyłam, jak wychodzi z lecznicy.
— Hej, Koperkowa Łapo, słyszałam, że szukasz wojownika do pomocy! Z chęcią bym Ci pomogła, co Ty na to? — powiedziałam, podchodząc do jeno.
Obejrzało mnie od góry do dołu, trochę oceniającym wzrokiem. Westchnęło nieco zirytowane, a następnie odparło.
— Witaj, Iskrząca Nadziejo, niezbyt kulturalne, żeby tak podsłuchiwać… — mruknęło jakby odrobinę zniesmaczone. — Ale tak, w zasadzie to przyda mi się para pomocnych łap — dodało po chwili.
— Przepraszam, nie miałam zamiaru Was podsłuchać, przechodziłam obok, bo tak w zasadzie to chciałam iść sprawdzić co u starszych, ale szczerze, wolę pomóc Ci ze zbieraniem ziół, niż szukać kleszczy u starszych — mruknęłam, lekko się uśmiechając, na wpół z zakłopotania, na wpół chcąc pokazać swoją przyjazność.
Koperek wydawało się fajne, może i trochę ciche, ale to nic! W każdym razie im więcej kotów mnie lubi, tym lepiej, a ono wydawało się świetnym kandydatem na przyjaciela! Im więcej mam znajomych w klanie, tym lepiej, szczególnie w tak trudnym czasie.
— W takim razie chodźmy — miauknęło, strzepując delikatnie ogonem, a ja od razu podążyłam za jeno.

Już po zbieraniu ziół

✩ ★ ✩ ★ ✩

Wracaliśmy już do obozu, obładowani ziołami nie tylko tymi, o które prosiła medyczka, ale i kilkoma innymi.
— Wiesz co, nigdy nie interesowałam się szczególnie ziołolecznictwem i takimi tam, ale to jest super zajęcie! — mruknęłam niewyraźnie przez zioła trzymane w pysku.
Jeno zachichotało, zapewne przez to, jak dziwnie brzmiałam.
— No, coś w tym jest. Mnie podobała się historia poznania Makowego Nowiu, to było całkiem… Urocze. Nie spodziewałobym się, że odwzajemni Twój gest. Gdzieś słyszałom, że nie przepadała za samotniczkami. Cóż, może się myliłom, albo to się zmieniło?
Koperkowa Łapa zastanawiało się na głos, a ja starałam się nie odpłynąć własnym tokiem myśli, który bardziej przypominał rwącą rzekę.
— Iskrząca Nadziejo! — usłyszałam wołanie, które oderwało mnie od wypowiedzi ucznia medyka.
Była to Rysi Trop, moja dobra przyjaciółka, z którą zawsze miło było pogadać.
— Tak? — odpowiedziałam, przystając.
— Zaraz powinnyśmy spotkać się razem z Jaskółczym Zielem, mam nadzieję, że pamiętasz? — odparła, na co mnie olśniło.
Na szczęście nie byłam jeszcze spóźniona.
— Tak, teraz już pamiętam, dziękuję Rysi Tropie, na pewno się pojawię!
Ryś kiwnęła mi z aprobatą głową, odchodząc w innym kierunku.
Natomiast my z kotem staliśmy tuż przed legowiskiem Cisowego Tchnienia.
— Leć, bo naprawdę się spóźnisz, ja już z tym sobie poradzę — miauknęło, strzepując ogonem.
Odłożyłam zioła, przekręcając lekko łebek.
— Na pewno? To naprawdę nie problem, zdążę! A nawet jeśli nie, spotykam się z siostrą i najlepszą przyjaciółką, chyba mi wybaczą kilka uderzeń serca spóźnienia, nie?
Uśmiechnęłam się, na co Koperek przewrócił oczami.
— No idź, idź! Wiem, co mówię, nie musisz się martwić!
— Cóż, skoro tak mówisz, do zobaczenia, Koperkowa Łapo, miło było cię bliżej poznać! — mruknęłam, a następnie pognałam w umówione miejsce naszego spotkania.

Teraźniejszość
(TW, silny atak paniki przypominający atak serca, nieco drastyczny opis, dużo wyzywania, koszmar)

✩ ★ ✩ ★ ✩

Pierwszy raz w życiu nie czułam się dobrze wśród Wilczaków. Do moich uszu dochodziły szepty, który zdecydowanie nie należały do najprzyjemniejszych. Próbowałam nie słuchać. Zakrywać je łapami. Wychodzić. Ale nawet kiedy zostawałam sama, pogrążając się w smutku, myśli nie dawały za wygraną, w głowie odtwarzałam usłyszane okropieństwa, ale nie tylko, ponieważ tworzyłam też własne scenariusze. Widziałam scenę rozmowy z Miodową Korą, ale mimo wszystko to nie było najgorsze. Najgorsze były słowa kotów, które zawiodłam. Właśnie stawiałam niepewne kroki przez gęsty, w moim odczuciu wręcz nieskończony las, nad którym Klan Gwiazdy raczej nie czuwał. Tak jak raczej nie czuwał nade mną. Nagle wśród gąszczu zalśniło mroźne, pogardliwe spojrzenie, skierowane wprost na mnie, jakby chciało co najmniej wypalić mi dziurę w matowym, skołtuniony futrze. Nigdy bym nie sądziła, że doprowadzę siebie do takiego stanu. Mało tego… że nie będzie mnie w ogóle obchodziło to, że w nim jestem.
— Jak mogłaś zdradzić Klan Wilka, ty mysia strawo… — wycedziła istota, powoli do mnie podchodząc.
— Zalo-lotna Gwiazda…?— szepnęłam, płaszcząc uszy w strachu.
— Jak mogłaś to zrobić?! Przyjęliśmy cię, twoją matkę i siostry, a ty tak nam się odpłacasz?! Zdradą?! Przynajmniej one są nam wierne, w porównaniu do ciebie!
— Al-ale to nie ja!... Ni-nie chciał-łam uciekać, odm-mówiłam! Ja… J-ja myślałam, że… Że się… Przyjaźnimy…
Zalotna Gwiazda przystanęła w panującym półmroku, wznosząc swoje uszy do normalnej postawy, jednocześnie się prostując.
— Przyjaźnimy? — splunęła, a ja cofnęłam się o kolejne dwa kroki. — W życiu, a nawet i po nim! Czemu miałabym chcieć przyjaźnić się z takimi lisim ścierwem jak ty? Proszę cię!
Zalotka gorzko się zaśmiała.
Nagle w przeciągu mrugnięcia okiem, kocica przemieniła się w moją rodzicielkę.
— Ty parszywy gnoju… Wstyd mi za ciebie! Przynosisz wstyd mi i swoim siostrom! Wiedziałam od początku, że coś było z tobą nie tak. Po prostu wiedziałam! Wychowałam cię, byłam dla ciebie, a ty, ty fałszywa żmijo tak mi się odpłacasz? Rozszarpałabym ci gardło tuż po urodzeniu, gdybym tylko wiedziała. Nie jesteś moim dzieckiem, nie przyznaje się do ciebie!
Zaczerwienione oczy piekły mnie od napierających na nie słonych łez, łapy trzęsły się pode mną w takim stopniu, że o mało się nie przewracałam, będąc przeciążona własnym ciężarem ciała.
— Tt-ty… J-ja… N…NI- — krztusiłam się, a w gardle jakby rosła mi kolczasta, wielka gula.
— Co jest, wronia strawo?
— T-to musi być ja-akiś sen… Zł-ły se-sen… Ni- Koszm-mar…
Borsucza Puszcza sarkastycznie zachichotała.
— Witaj w swojej nowej rzeczywistości, Iskiereczko — parsknęła, specjalnie sarkastycznie “słodząc” moje imię.
Pojawiało się coraz więcej wspomnień, więcej wizji, więcej pysków. Szałwiowe Serce, Porywisty Dąb, Miodowa Kora, oczywiście, Rysi Trop, Lodowa Sałata, Jaskółcze Ziele, wszystkie słodkie (lecz nie teraz, nie tutaj) kocięta moich sióstr, Kamienne Pióro, Wilgowa Gorycz… od tego wszystkiego zaczynało robić mi się niedobrze, a obrazy i tak przeskakiwały tylko szybciej i szybciej. Mimo to najgorsze miało dopiero nadejść, ponieważ nagle wszystko ucichło. Była ta cisza, która zawsze zwiastowała najgorsze. Ten jeden ostatni, najgorszy kop. Wisienka na torcie. Zakazany chwyt. To jakby podczas zwykłej sprzeczki jakimś cudem nasłać na kota pięć lisów, sowę, dwie krwiożercze mewy i stado wygłodniałych potworów, wraz z psami i dwunożnymi.
Przede mną stanęła nie kto inny jak Makowy Nów.
— Makowy Nowiu! Tak bardzo za Tobą tęsknię! Czuję, jakby wszystko wokół mnie było nastawione przeciwko mnie. Świat wali mi się na głowę! Oh, tak bardzo, bardzo, BARDZO mi cię brakuje…
Zamiast jakiejkolwiek ”przyjaznej” reakcji, na jej pysku zawitał grymas obrzydzenia.
— Tylko mnie nie dotykaj, bo jeszcze mnie zarazisz swoją głupotą, albo pal licho wie czym jeszcze!
Poczułam, jakby ktoś wbił mi pazury prosto w serce. Wstrzymałam oddech, nie wierząc własnym zmysłom.
— C-co?... — chlipnęłam, zalewając się gorzkimi łzami.
— Wiesz co? Zawsze powtarzałam ci jedno. Musisz być twarda. Koty z Klanu Wilka mają być twarde! Ja… Zawiodłam się na tobie. Jesteś największym rozczarowaniem, jakiego mogłabym się spodziewać, a nawet większym niż to, bo takiego czegoś jeszcze nie było. Przebiłaś… Samą siebie! Brawo!
Zapowietrzyłam się, mając wrażenie, jakbym jednocześnie tonęła, była mierzona przez tonę kamieni, rozrywana na strzępy i stojąca w płomieniach najrzadszego ognia. Wszystko się zatrzymało. Tylko ja spadałam, zatapiając się w czarną otchłań. Nieskończoną otchłań. Świat zaczął na nowo wirować w nienaturalnych barwach. Wszystko i nic działo się w tym samym czasie. Chaos, czysty chaos, roznoszący się w każdym zakamarku… Wszystkiego.

I nagle.
Poderwałam się ze swojego posłania, wznosząc krzyk przerażenia. Ledwo stałam, ponieważ drgawki objęły całe moje ciało. Chwiejnym krokiem wyszłam z legowiska wojowników, jeśli w ogóle można to nazwać jakimś krokiem. Myślałam, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi, albo w niej wybuchnie, albo sam Klan Gwiazdy wie co jeszcze! Prawie na oślep, bo inaczej tego nie nazwę, weszłam do legowiska przeznaczonego dla medyków. Słabym, urywanym szeptem wołając imię asystenta medyka. Cisowego Tchnienia nie było, zapewne przeszła się na typowy dla niej ostatnio nocny spacer, aby poszukać ziół. Często widziałam ją wychodzącą, kiedy sama nie mogłam spać. To nawet lepiej, że jej nie było. Chciałam teraz być z jedynym kotem, któremu jakkolwiek ufałam. Którego wydawało mi się, że znałam, z całego Klanu Wilka. Bo niczego nie mogłam być już taka pewna.
— Ro-oz… ztar-rgnio-iony Ko… pe-rku… Po… Pom-móż… — wydusiłam, nie mogąc nabrać powietrza.
Z mojego pyszczka uchodziły płytkie, “charkające” oddechy, a wdechy były łapczywe i kurczowe. Cały świat wirował i był całkowicie rozmyty. Nie wiedziałam, co się dzieje. Łzy mimo wszystko spływały mi po pyszczku, a zapachy zupełnie pomieszały. Nie wiedziałam, co się dzieje. Czy ja… Umierałam? Sama nie wiedziałam. Plusem było to, że dałam radę o własnych siłach przytoczyć się do miejsca, w krotnym miałam szansę na pomoc.

<Kopruś? Help mi czy ja idę w stronę światła>

Od Naparstnicowej Łapy CD. Zszarzałej Łapy (Wzburzonego Kormorana)

Naparstnicowa Łapa szwendał się po obozie, gdy nagle przypadkiem szturchnął idącego przed nim kocura. Strzępek zachwiał się, a ptak, który jeszcze przed chwilą spoczywał w jego pysku, z hukiem spadł na ziemię.
Niebieskooki zamrugał kilkakrotnie i położył po sobie uszy, gdy młodszy spojrzał na niego z obrzydzeniem. “Świetnie, teraz znowu będę się musiał użerać z tym idiotą” – pomyślał.
— Weź ją sobie, nie będę tego już jeść — rzucił point ze słyszalną pogardą.
Na jego słowa biało-niebieski wyprostował się i zmarszczył brwi.
— Weź ją sobie? — powtórzył jakby niedowierzająco. — Za kogo ty mnie uważasz? Nie będę jadł zwierzyny, na którą ktoś już naślinił — oburzył się, strzepując końcówką ogona. — Ta zwierzyna gorsze rzeczy już widziała. Naprawdę jesteś takim czyścioszkiem, że boisz się zjeść ptaszka, który spadł na ziemię? — zakpił ze Zszarzałej Łapy. Może i kocur był większy i silniejszy, ale nie będzie mu pozwalać na to, by tak się panoszył!

* * *

Zgromadzenie

Nie był szczególnie zachwycony faktem, że już po raz kolejny znalazł się na zgromadzeniu. Najchętniej siedziałby teraz w swoim posłaniu albo w ogóle już dawno drzemał. Uważał te głupie spotkania wszystkich klanów raczej za przekleństwo niż coś, na co można czekać. W końcu najpierw musiał się trochę nałazić, by dotrzeć na Bursztynową Wyspę, a potem wysłuchiwać jakichś staruchów i jakoś wytrzymać, mimo iż miał wrażenie, że wszystkie oczy były zwrócone właśnie w jego stronę. Takie jednostki jak on raczej nie były często spotykane w innych przynależnościach. Na pewno każdy patrzył na niego jak na jakiś żałosny błąd natury.
Nagle podszedł do niego kot. Nie był mu jednak obcy ani zresztą z innego klanu. Biało-niebieski podniósł wzrok, by dostrzec przed sobą znacznie większego i jeszcze bardziej denerwującego ścierwojada – Wzburzonego Kormorana.
— A ty co, Naparstnico, nadal uczniem jesteś? — zagaił jakby nigdy nic.
Niebieskooki dobrze wiedział, że po mianowaniu pointa jego mniemanie o sobie stanie się jeszcze wyższe. Cóż, jaki mentor, taki uczeń.
— Jak widać — prychnął, marszcząc brwi. — Ja przynajmniej poszerzam swoją wiedzę w dwóch dziedzinach, nie ograniczając się do jednej. Nie licząc tego, co ty musisz wkuć do głowy, muszę jeszcze poznać zioła i ich zastosowanie — wyjaśnił spokojniej.
Na jego słowa point gwałtownie przeciął powietrze ogonem i spiął mięśnie.
— A ja przynajmniej jakoś przysłużę się klanu, a nie będę tylko kolejną gębą do wykarmienia! — stwierdził gniewnie.
Naparstnicowa Łapa ledwie drgnął, udając, że wcale go to nie rusza. W rzeczywistości naprawdę bał się tego, że nie przyda się klanowi. Sam uważał posadę protektora za bezsensowną, ale przecież nie mógł przyznać temu dupkowi racji.
— Tak, bo to moja wina, że zostałem protektorem. Jak jesteś taki mądry, to idź do Judaszowcowej Gwiazdy i sam mu wygarnij, że skazał mnie na bycie “kolejną gębą do wykarmienia”! — odparł, a futro na jego karku nieznacznie się zjeżyło.
— I jeszcze czego? To nie jest mój problem, jak na razie — rzucił Kormoran, teraz grając obojętnego. — Przecież on sam już nawet nie pamięta, kogo mianował w ostatnich księżycach — zauważył.
Naparstnica miał wrażenie, że zaraz nie wytrzyma. Miał ochotę napluć na pysk tego lisiego bobka, ale zamiast tego wziął głęboki wdech, starając się opanować.
— Skoro to nie twój problem, to po co w ogóle zaczynasz dyskusję? — fuknął, a jego wąsy zadrżały z poirytowania. — Wypchałbyś lepiej tą swoją durną gębę jakimś mchem i chociaż raz zastanowił nad tym, jakie głupoty z niej uciekają — dodał.
— Czemu zaczynam? Nudzi mi się i nie mam nic lepszego do roboty, a ty mi zapewniasz niemałą rozrywkę — przyznał z minimalnym uśmiechem, który oczywiście był w pełni przesiąknięty wredotą. — A wiesz, że chciałbym, by Bukowa Korona zatkał swój pysk mchem? Nie raz tak to chciałem uczynić.
Biało-niebieski zacisnął szczękę.
— Wiesz, gdzie mam twoje zachcianki? — odezwał się, a końcówka jego ogona zadrżała. — Tam, gdzie promienie słoneczne nie sięgają. Więc na litość Klanu Gwiazdy zamknij się i zostaw mnie w spokoju! Idź sobie do tego swojego mentora i jego denerwuj, ale ode mnie się odczep!
— Och, czyżby komuś nerwy puszczały? — spytał point, drocząc się ze starszym.
— A czyżby komuś mózg uchem uciekał? — odparł, subtelnie kładąc po sobie uszy. Ile mógł przezywać tego wrzoda, by w końcu odczepił się od jego ogona?
— Mi nie, ale zapewne Judaszowcowej Gwieździe już tak. Zastanawiam się, czy on jeszcze pamięta swoje imię. Jakim on cudem jeszcze dycha? — mruknął, zmieniając temat wraz z nastawieniem wobec kocura. — Jak tam twoje szkolenie? Radzisz sobie z Aster?
Naparstnicowa Łapa wyprostował się i kilkoma liźnięciami ułożył swoje zmierzwione futro na klatce piersiowej.
— Nie jesteśmy znajomymi — przypomniał mu szorstko.
— No weeeź, aż tak dziecinny jesteś, by strzelić focha, jak jakiś kociak? Nie możemy pogadać jak koledzy czy coś? Aż tak bierzesz swoje moje idiotyczne słowa do siebie?
Biało-niebieski najchętniej strzeliłby sobie teraz łapą w czoło z zażenowania Wzburzonym Kormoranem, ale nawet nie chciało mu się na tyle wysilać, by wykonać taki ruch.
— A ty naprawdę jesteś aż tak dziecinny, by mnie zaczepiać? — mruknął znudzony. — Tylko kocięta w żłobku mają taki niewyparzony język. Od ciebie oczekiwałbym nieco więcej rozumu, “wielki wojowniku”.
Kormoran przewrócił oczami.
— Wyluzuj, nadal jestem młodszy od ciebie — zauważył. — Plus może wyciągnij ten kij spod ogona, bo daleko z nim nie zajdziesz. A i tak już zapewne jest ci ciężko chodzić na tych króciutkich łapkach.
Pysk ucznia nawet nie drgnął.
— Jesteś żałosny.
Przez dłuższą chwilę w ogóle się nie odzywał, patrząc na pointa z zawiedzionym wyrazem.
— Po powrocie do obozu lepiej przeproś swoją matkę za to, że musiała wychowywać takiego nieczułego łajnojada.
— Ej, teraz to już przesada! Możesz obrażać mnie lub kogoś innego z mojej rodziny, ale nigdy nie rób tego z moją siostry czy matką — warknął najeżony.
— Naucz się lepiej słuchać ze zrozumieniem, bo nie obraziłem twojej matki — odparł spokojnie. — Okazałem jej tylko współczucie, bo na jej miejscu już dawno wziąłbym cię za uszy i zrzucił z klifu.
Młodszy zmarszczył czoło.
— A ja żałuję, że protektorzy nie chodzą na patrole! Już na pierwszym bym cię zrzucił z klifu!
Naparstnica westchnął głęboko.
— Odpuść już lepiej, bo twoje obelgi tracą na kreatywności — polecił.
— Bo ty to taki wielki znawca, ta?
Uczeń usiadł w końcu, owijając łapy ogonem.
— A żebyś wiedział — odparł i podniósł jedną z kończyn, by następnie zająć się czyszczeniem swojego futra, jakby Wzburzony Kormoran nie stał tuż przed nim. Stwierdził, że nie będzie się dłużej przejmować kimś na tak niskim poziomie i skupi się na czymś przyjemniejszym.
— No, skoro tak, to może byś mnie podszkolił? W końcu sam stwierdziłeś, że poziom moich obelg jest coraz niższy, a czymś muszę zawsze utrzeć nosa Bukowej Koronie — odezwał się point.
Naparstnicowa Łapa uniósł na niego wzrok pełen politowania.
— Ach, jak mi przykro, ale ostatnio jak sprawdzałem… dowiedziałem się, że mam to gdzieś — rzucił i kontynuował staranne porządkowanie swojej sierści.
— No weeeź... Nie bądź taki, przecież jako protektor chyba powinieneś pomagać innym, nie?
Niebieskooki strzepnął uchem.
— Tak, pomagać, ale nie w obrażaniu innych!
— Nawet jeśli chodzi o takie lisie łajno, jak Bukowa Korona?
Gdy to powiedział, starszy zamilkł na moment i strzepnął uchem.
— Dla dobra swojej przyszłej kariery nie odpowiem na to pytanie — odparł po jakimś czasie.
— Czyli jednak! Słuchaj, nikt się nie musi o tym dowiadywać, tak? To będzie taka nasza mała tajemnica, co ty na to?
— Ach, nie denerwuj mnie nawet! Bukowa Korona nie może być przecież taki zły. Pewnie ci się wydaje, że jest lisim łajnem, bo nienawidzisz autorytetów! — zauważył.
— Nie? Spytaj kogokolwiek innego, dostaniesz podobną odpowiedź. Mogę się nawet o to założyć z tobą! — kontynuował Wzburzony Kormoran.

* * *

Od zgromadzenia zaczął coraz bardziej przykładać się do treningów, by w końcu móc zostać mianowanym na pełnoprawnego protektora. Nie będzie dawał Wzburzonemu Kormoranowi tej satysfakcji z tego, że jest rangę wyżej! Może go obrażać za cokolwiek innego, ale za to, że wciąż się uczy, już niedługo nie będzie w stanie.
Judaszowcowa Gwiazda pewnie miał trudność z ocenieniem umiejętności Strzępka i mianował go wtedy, kiedy mu się podobało. Czekoladowy już ledwo kontaktował z rzeczywistością i dawno powinien przejść do legowiska starszych. Nie, żeby Naparstnica go nie lubił – bo lubił, a może bardziej szanował. Zależało mu jednak na dobru Klanu Klifu, a z takim liderem na czele nie byli w zbyt dobrym położeniu. Kto wie, co by się stało, gdyby doszło teraz do jakiejś wojny…
Naparstnicowa Łapa zdecydował się podnieść ze swojego posłania. Niedawno wybudził się z krótkiej drzemki, którą odbył po zakończonym treningu. Teraz natomiast jego brzuch potwornie burczał, upominając się o jakiś posiłek, więc biało-niebieski zmuszony był udać się w stronę stosu ze zwierzyną. Nie chciał się przecież upokorzyć przed innymi uczniami tym dźwiękiem, który mógłby wydobyć się z jego wnętrza. Kocur wolał raczej nie zwracać na siebie uwagi, a taka sytuacja mogłaby sprawić, że niektórzy skierowaliby swoje oczy właśnie w jego stronę.
Udało mu się doczłapać do stosu, a z niego wyciągnąć tłustą mysz. Widać było, że Pora Zielonych Liści ją rozpieszczała. Naparstnica przysiadł gdzieś na uboczu obozu, starając się nie przyciągać uwagi, i zaczął powoli skubać swoją piszczkę, delektując się jej smakiem, który przy każdym gryzie rozpływał się po podniebieniu. Cieszył się, że po tych ciężkich czasach miał teraz chwilę, by usiąść i na spokojnie zjeść posiłek. Pora Nagich Drzew naprawdę nie oszczędzała nikogo. Podczas niej porcje były znacznie mniejsze, chudsze i bardziej żylaste. Wtedy jadło się wyłącznie dla energii, a nie dla przyjemności.

<Suchołapy?>

[1500 słów do treningu wojownika]

Od Przypalonej Łapy

Zgromadzenie

Kocur ruszył za Mandarynkową Gwiazdą, drepcząc u boku Urodziwej Łapy. Wszystko działo się tak szybko. Nawet nie był pewien, kiedy rudawa się do niego przyłączyła. To było jego pierwsze zgromadzenie. Słyszał już o nich co nieco, jednak nie był pewien, czego dokładnie się spodziewać. Oczywiście mógł próbować sobie to wyobrazić, miał co nieco wyobraźni. Aczkolwiek z pewnością różniło się to od tego, co miało miejsce w rzeczywistości.
Urodziwa Łapa była widocznie podekscytowana. Skakała radośnie u boku Przypalonej łapy.
— Ale fajnie, nie? Pierwsze zgromadzenie! I to w tak doborowym towarzystwie! — wymruczała radośnie i szturchnęła lekko Kasztanka ogonem w bok.
— Zgodziłbym się z tobą, siostro! Jest tu tak różnorodnie, mam nadzieję tylko, że nie spotkamy kotów z Klanu Burzy, bo to stan umysłu. Sam się przekonałem, jak jeden z ich kotów prawie mi się rzucił do gardła! — powiedział Szkwalna Łapa, przyłączając się do dwójki.
Przypalona Łapa poczuł lekkie szturchnięcie w bok, które na szczęście nie zaburzyło jego równowagi. Prawdopodobnie, gdyby szylkretka włożyła w to więcej siły, mógłby się wywrócić, ale z pewnością nie miała niczego negatywnie nacechowanego na myśli. Spojrzał na Urodziwą Łapę. Zawsze dziwiło go, ile energii odnajdywała w sobie kotka. Wyglądało to tak, jakby miała jej jakieś nieskończone źródła. Podobnie było ze Szkwalną Łapą, który nawet zdecydował się na dłuższą wypowiedź. Dziwiło go także to, jak chętnie kotka podchodziła do rozmów i spędzania z nim czasu. Raczej zawsze żył w przekonaniu, że jest tym dziwnym – tym, z którym niekoniecznie każdy chciałby przebywać, ponieważ odstawał od reszty. Przypalona Łapa nie odpowiedział od razu, pomyślał, że w tej sytuacji lepiej jest udzielić własnego zdania dopiero wtedy, kiedy jest się pewnym, że się niczego nie popsuje. On nie miał takiej pewności, ale próbował w sobie się jej doszukać, żeby nie wyszedł na takiego, co wcale nie słucha. Słysząc dalsze słowa szarego, otworzył oczy szerzej. — M-myślisz, że zaatakowaliby i nas? W końcu jesteśmy młodzi, nie wiem, czy nie będzie ich więcej... — zająknął się, przebierając nerwowo łapami. Podczas zgromadzenia trwał rozejm i wszelkie próby zerwania go nie kończyły się dla kotów dobrze, z tego, co słyszał. Jednak na moment jakby o tym zapomniał, zamartwiając się, że jego pierwsze zgromadzenie może być jego ostatnim.
Urodziwa Łapa spojrzała na oba kocury i zaśmiała się rozbawiona.
— Och, spokojnie, Kasztanku. Szkwałku, na zgromadzeniu nie powinno być walk, bo to czas pokoju. Czas, który wyznaczył nam sam Klan Gwiazdy, byśmy choć na jedną noc zapomnieli o różnicach, których w ogóle nie powinno być. Przecież my wszyscy jesteśmy tacy sami. Każdy kot ma serce i duszę. Dlatego spokojnie — wymruczała ciepło do brata i kolegi.
— Gdyby nie było zgromadzenia, to jestem pewny, że z własnej głupoty nie zawahaliby się. Mamy szczęście, że przodkowie nad nami czuwają, w końcu to my jesteśmy najbliżej gwiazd — odpowiedział szary kocur. — Nie zgodziłbym się tylko z jednym, Urodziwa Łapo, a właściwie z tym, że nie każdy ma duszę i serce oraz nie wszyscy jesteśmy tacy sami. Takim przykładem są czekokoty, one ogólnie nie mają tego wszystkiego, wredne pasożyty. Jak dobrze, że nie wypuszczamy naszych na zgromadzenia, jedynie co by nam przynosili to wstyd i hańbę. Na zgromadzenia powinny chodzić takie koty jak my! Jesteśmy bardzo przykładnym dowodem, jak można reprezentować swój klan. Jak dobrze, że istnieją zgromadzenia, już je lubię, można się tu rozkręcić towarzysko, nie sądzicie?
— Naprawdę myślisz, że jesteśmy dobrym przykładem? ~ miał ochotę zadać mu pytanie, jednak ugryzł się w język. Skoro tak powiedział, to najprawdopodobniej właśnie w ten sposób myślał, bo niby dlaczego miałby kłamać w tej sprawie? Nie był pewien, co myśleć o sercu i duszy. O Klanie Gwiazdy też słyszał, jednak nie wiedział, z jakiej strony do tego w ogóle podejść. Czy wiara mogła zapewnić mu spokój? Czy dzięki temu zyskałby coś konkretnego, może materialnego? Pewność siebie, pewność przynajmniej jednej rzeczy? Usłyszawszy wzmiankę o czekotach, zmrużył oczy na parę uderzeń serca, próbując to wszystko zrozumieć. Oczywiście, nie było drugiego takiego kota jak przykładowo Urodziwa Łapa czy nawet Szkwalna Łapa. Każdy był wyjątkowy na swój sposób. Ale dlaczego koty o brązowym futrze nie miały serca? Może było to związane w dużej mierze z przekonaniami, jakie panowały w Klanie Nocy. Sam łaciaty nie brał sobie ich nigdy aż tak bardzo do serca.
— Myślisz, że takie koty są też w innych klanach? — zamruczał. Usłyszawszy dalszą część wypowiedzi kolegi, nie zwlekał tym razem z odpowiedzią niepotrzebnie. — Nie wiem... jak chcesz się rozkręcić towarzysko? Planujesz z kimś porozmawiać, spoza Klanu Nocy? — sam Przypalona Łapa nie podchodził do tego zbyt chętnie. Jemu w zupełności wystarczyło towarzystwo dwójki. Czuł się trochę przytłoczony ilością każdego z kotów, aczkolwiek próbował jakoś to zagłuszyć. Żołądek mu się ścisnął w kłębek, gdy nawiązał kontakt wzrokowy z jakimś nieznanym mu kotem. Nie starał się nawet rozglądać po tym, prawie nikogo tu nie znał. Chociaż sama wyspa wyglądała tak, jak ją sobie wyobrażał. Może nawet nieco lepiej. Fakt, że miał kogoś, kogo znał u boku, trochę podnosił go na duchu. Próbował też trzymać pysk w miarę wysoko, żeby nie pokazać siebie od tej gorszej strony. Zrobiło mu się odrobinę słabo. Wymuszanie w sobie uspokojenia nie działało tak korzystnie, jak mógłby tego chcieć.
Urodziwa Łapa skrzywiła się lekko na wypowiedź odnośnie do tego, że byli najbliżej Klanu Gwiazdy. Kotka położyła uszy po sobie i zmierzyła brata wzrokiem.
— Nieprawda! Jesteś okrutny w swojej wypowiedzi. Czekoladowe koty też mają uczucia! Też mają duszę. Mają prawo, by żyć. Wierzysz w jakieś historyjki, które opowiadał nam ojciec? Wierzysz w to na jakiej podstawie? Może to nie czekoladowe koty są złe, a ci, którzy je tak perfidnie obrażają i wyrzucają poza struktury klanu. Czy naprawdę jesteś tak ślepy? Zawiodłam się na tobie — warknęła.
Po paru uderzeniach serca przeniosła wzrok na Kasztanka.
— Na pewno są i podejrzewam, że są lepiej traktowani — odparła chłodno i lekko wysunęła się naprzód.
— Oczywiście, że są! Rozsiały się jak plaga, a nawet zaskarbiły sobie wysokie miejsca w hierarchii. Dobrze, że mamy mało takich kotów, bowiem tym im mniej, tym więcej szczęścia jest w klanie — podjął niebieski terminator. — Mam na myśli, że jak nam się znudzi, to możemy podbić do jakiegoś ucznia z innego klanu — wyjaśnił Przypalonej Łapie.
Niebieskooki kocur nie tolerował zachowania siostry i przybliżył się do niej.
— Co masz na myśli? Sądzisz, że nasz ojciec kłamie?! To posłuchaj mnie uważnie, nie tylko nasz ojciec tak myśli, też tak sądzi większość naszego klanu, wraz z królewską rodziną. Nawet medyczka potwierdza, że one przynoszą pecha. Powiem ci, że takie zdanie o czekokotach nie powstało wczoraj! To historia przekazywana z pokolenia na pokolenie! Więc skoro się to ciągnie długo, to jest to prawdą, bo widzisz, gdyby to było kłamstwem, to by już dawno to obalono.
Dobrym przykładem całej pierwszej tej części ich rozmowy była Fląderka. Kotka nie była traktowana jak typowa terminatorka Klanu Nocy. Przypalona Łapa nie widywał jej tak często, aczkolwiek jak już było mu to dane, to nie wyglądała na szczęśliwą. A może tylko sobie to wmówił? On sam niekiedy czuł się dość skołowany. Spiął mięśnie u łap z podenerwowania, prawie wysuwając pazury, jednak udało mu się w porę opanować. Zastrzygł wąsami.
Słowa, które przekazała im Urodziwa Łapa miały dla niego wiele sensu. Bo jak inaczej mogłyby funkcjonować? Dlaczego kolor futra miał odpowiadać za to, czy miało się serce, duszę, czy potrafiło się zachować? On był łaciaty, futro miał czarne z lekko wybijającymi się pręgami, a nie nazwałby siebie kotem, za którego śladami należało podążać. Nie sądził, żeby był kimś takim, a już na pewno nie miał siebie za lepszego od reszty. Nie wybrał sobie tego umaszczenia.
Gdy szylkretka odsunęła się od nich odrobinę, miał ochotę przysunąć się do niej, chociaż sam nie był pewien dlaczego. Poczuł nieprzyjemne ukłucie w piersi, w dodatku coś, jakby mu się serce zapadło. Zupełnie tak, jakby obecność kotki wpływała diametralnie na jego samopoczucie.
I mogło w tym coś być – w końcu Kasztanek nie znał wcale tak wielu kotów. Wizja, że Urodziwa Łapa mogłaby się od niego odwrócić z powodu tego typu dyskusji, przyprawiała go o mdłości. Spojrzał na swoje łapy, którymi ugniatał teraz z nerwów chłodną posadzkę. Nie było tu nawet mrówek, na których mógłby zawiesić wzrok. Jedynie masa obcych kotów, Szkwalna Łapa i Urodziwa Łapa. Oczywiście także jego rodzeństwo, Narwana Łapa i Narcyzowa Łapa. Oni jednak radzili sobie znacznie lepiej w tego typu sytuacjach, tak myślał. Z pewnością zaczęli już trajkotać z kimś w najlepsze. On czuł się tutaj odrobinę nie na miejscu – bo do kogo miałby niby zagadać, jak nie do dwójki, z którą tu przyszedł? A dwójka musiała się niestety pokłócić. Położył uszy po sobie. Musiał jakoś to naprawić, nawet jeśli sam nie zaczął tematu czekotów. Nie sądził, by strata kogoś takiego jak Urodziwa Łapa dobrze na niego wpłynęła. Jego pysk przybrał swego rodzaju nutę obojętności, po tym, jak w oczach zakręciła mu się czysta panika. Czuł się tak, jakby ktoś nakarmił go kostkami lodu. Chłód zapanował w gardle, ściskającym się teraz z nerwów.
Szkwalna Łapa go prześcignął. Przysunął się do kotki, kontynuując nieprzyjemny temat. Przypalona Łapa obrócił się, nerwowo przylizując kawałki odstającej sierści. Zrobił to na tyle mocno, że wyrwał parę z włosków. Co ma zrobić w takiej sytuacji? Przecież nie powie Szkwałowi, żeby sobie poszedł. Sytuacja zaczęła przyprawiać go o mdłości, zakręciło mu się lekko w głowie.
— Dlaczego tylko nasz klan jest taki cięty na te czekoladowe koty?! Bo jakaś stara historyjka była przekazywana z pokolenia na pokolenie? Nasz ojciec słyszał ją od kogoś. To są powielanie bzdury i nic więcej — warknęła cicho w odpowiedzi.
— N-nie sądzę, żeby to było prawdą, Szkwale . Przecież to nie ma sensu... — mruknął, jednak zrobił to na tyle cicho, że nie był pewien, czy w ogóle doleciało to do dwójki. Takie słowa mogły być też dość ryzykowne, skoro lwia część Klanu Nocy wychowywała się w takim przekonaniu. Pociemniało mu odrobinę przed oczami. Położył się na brzuchu, kładąc łapy na głowie. Co miał zrobić, żeby polepszyć tę sytuację? Nie chciał, żeby byli na niego źli. A w tej dyskusji ewidentnie musiał zabrać jedną stronę, bo jeśli zamierzał brać drugą, to drugi kot byłby na niego zły. Jeśli nie pocieszy żadnego z nich, to będzie to jego wina. Wszystko spadnie na niego. Jak miał wyjść z tej sytuacji? Zamknął oczy, marszcząc brwi. Miał wrażenie, jakby jego uszy zajęły się ogniem, dudnienie serca wydawało się jedynym, co przekrzykiwało każdego, chociaż nie trwało wcale długo. — Przestań! Szkwalna Łapo, przestań, niedobrze mi — zawył.
— Przypalona Łapo! Co się dzieje? — miauknęła przestraszona i podbiegła do Kasztanka.
— A ty? Nie zbliżaj się do mnie, Szkwalna Łapo. Nie chcę rozmawiać z tobą w tej chwili — odparła chłodno, kładąc po sobie uszy. Po czym skupiła się całkiem na Przypalonej Łapie. Zaczęła go czule lizać tak, jak robił to Złocisty Widlik, by ich uspokoić. — Już, cichutko, Kasztanku. Spokojnie, jestem tutaj... — miauknęła do kocura.
— Bardzo śmieszne, oczywiście, że ma to sens! A wasze jakieś teorie spiskowe tego nie przyćmią — burknął. Nagle zjeżył się, gdy Kasztan zaczął krzyczeć. — Świetnie, to se nie chciej! Nie potrzebuję waszego zwariowanego towarzystwa. Chce mi się rzygać, jak słyszę ten ściek słów, który uznajesz za prawdę, idę sobie! — syknął głośno, odchodząc od kotów z wysuniętymi pazurami.
Sposób, w jaki kotka próbowała go uspokoić, przypominał mu ten, który wiele razy wykorzystał Złocisty Widlik. Poczuł się nagle niczym kocię w żłobku, wtulone w puchaty ogon piastuna. Rozluźnił mięśnie, kładąc łapy teraz pod brodą. Niestety tkwił na zgromadzeniu, a nie w ciepłej, bezpiecznej kociarni. W dodatku spadła na niego odpowiedzialność za własne czyny, a wcześniej nie musiał się przejmować takimi rzeczami. Nie musiał chodzić na zgromadzenia ani nic. Nic nie musiał.
Przypalona Łapa podniósł się po jakimś czasie, rozglądając niepewnie. Nie chciał, żeby Szkwalna Łapa się na niego złościł, aczkolwiek naprawdę trudnym było pogodzenie dwójki, szczególnie teraz. Nie wiedział, czy dało się to jakkolwiek naprawić. Ciężko było mu wybierać pomiędzy dwójką, jednak nie zgadzał się z jego przekonaniami, co wydało się dosyć szybko. — Nie chciałem, żeby tak wyszło... — zaczął, po czym szybko zamknął pysk. Czy to miało jakieś znaczenie, skoro już szary sobie od nich poszedł? W emocjach robiło się wiele rzeczy, jednak ta nietolerancja ze strony terminatora nie brzmiała za dobrze. Spojrzał smutno na Urodziwą Łapę. — Dziękuję, Urodziwa Łapo — mruknął niepewnie, chociaż z wyraźną wdzięcznością. Gdyby nie było jej obok, to byłoby gorzej, tak mu się wydawało. Kto by pomyślał, że pierwsze zgromadzenie potoczy się w tak nieprzyjemny sposób?