— Kobczyku? Ah… — biała westchnęła, ozięble mając nadzieję, że zje śniadanie z córką. Mówi się trudno. Mewa postanowiła, że zje sama, po czym wyłoniła się z ciepłej nory i odbiegła w poszukiwaniu pierwszego posiłku. Do jej nosa doszedł uroczy zapach nornicy, która wędrowała gdzieś w okolicach jej miejsca zamieszkania. Szybkim ruchem nornica wleciała w objęcia łap kocicy, po czym jednym celnym ugryzieniem samotniczka zakończyła polowanie. Mewa usiadła pod paprocią i zaczęła spokojnie jeść zdobycz, co chwilę nastawiając uszu. Las budził się do życia, gdzieś wysoko śpiewały ptaki, a chłodny wiatr poruszał gałęziami drzew. Kotka oblizała pysk i już miała wracać do nory, aby w niej dokończyć posiłek, gdy nagle poczuła już powoli zapomniany zapach. Zapach kota. Nie należał do nikogo z okolicy. Futro na jej karku lekko się zjeżyło. — Kto tu jest? — mruknęła cicho, rozglądając się między krzakami. Przez chwilę panowała cisza, aż w końcu z gęstych zarośli błysnęły dwie brązowe ślepia.
— Hej! To tylko ja, przyniosłem ci śniadanie! — mruknął przyjaźnie Wilczy Skowyt, a na jego pysku pojawił się prześmiewczy uśmiech.
— Jadłam już śniadanie, ale chętnie to też zjem — odparła Mewa, a Wilczy Skowyt odłożył drozda na ziemię i usiadł pod paprocią, a Mewa przez chwilę obserwowała go z zaciekawieniem. Zwykle był pełen energii, rzucał żartami i trudno było sprawić, by usiedział spokojnie choćby przez kilka chwil. Dziś jednak wydawał się inny. Cichszy. Jakby myślami znajdował się gdzieś daleko od tego lasu. Mewa zjadła ostatni kęs nornicy i oblizała pysk. Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu. Nie było ono niezręczne. Las wokół nich dostarczał wystarczająco dużo dźwięków, by nie czuć potrzeby ciągłego rozmawiania. Wiatr poruszał koronami drzew, gdzieś wysoko śpiewał drozd, a spod korzeni starego dębu wyłoniła się mysz, która szybko zniknęła wśród traw. Kotka zerknęła na Wilczego Skowyta kątem oka. Dopiero teraz zauważyła, jak bardzo się zmienił przez ostatnie księżyce. Nie chodziło o wygląd. Nadal był tym samym wojownikiem, którego znała od dawna. Zmieniło się coś innego. Coraz częściej sprawiał wrażenie zamkniętego w sobie. Ptaszki jej wyćwierkały, że coraz rzadziej można go było spotkać w towarzystwie Brukselkowej Zadry. Jeszcze niedawno niemal zawsze rozmawiali podczas wspólnych patroli albo siedzieli obok siebie w obozie. Teraz podobno mijali się częściej, niż ze sobą rozmawiali. Nikt nie wiedział dlaczego. Może była to zwykła kolej rzeczy. Może obowiązki zaczęły ich od siebie oddalać. A może wydarzyło się coś, o czym nie chciał mówić. Mewa nie zamierzała jednak wypytywać. Wiedziała, że niektóre sprawy potrzebują czasu. Po skończonym posiłku podniosła się i przeciągnęła. Słońce wspięło się już wyżej nad linię drzew, ogrzewając leśne runo. Wilczy Skowyt również wstał, ale zamiast od razu ruszyć w drogę, przez chwilę patrzył gdzieś pomiędzy pnie. Jego spojrzenie zatrzymało się na odległej ścieżce prowadzącej w stronę obozowiska Klanu Wilka. Na moment wyglądał tak, jakby chciał tam pobiec. Zaraz potem odwrócił wzrok. Mewa zauważyła ten drobny gest. Las wydawał się spokojny, lecz pod powierzchnią spokoju kryło się coś trudnego do opisania. Napięcie. Zmiany. Każdy kot przeżywał je inaczej. Niektórzy mówili o nich bez końca. Inni milczeli. Wilczy Skowyt najwyraźniej należał ostatnio do tej drugiej grupy. Po chwili ruszyli wolnym krokiem przez las. Nie mieli konkretnego celu. Szli między paprociami i omszałymi głazami, mijając miejsca, gdzie poranne słońce tworzyło na ziemi jasne plamy światła. W pewnym momencie natknęli się na mały strumień. Woda płynęła spokojnie po kamieniach, niosąc ze sobą pojedyncze liście. Mewa przystanęła przy brzegu i napiła się chłodnej wody. Kiedy podniosła głowę, zauważyła odbicie swoje i Wilczego Skowyta na powierzchni strumienia. Przez moment wydawało się nieruchome, lecz wystarczył jeden podmuch wiatru, by obraz rozpadł się na dziesiątki fal. Kotka pomyślała wtedy, że życie kotów w klanie przypomina właśnie taki obraz. Czasami wszystko wydaje się spokojne i poukładane, a potem przychodzi jedna zmiana i nagle nic nie wygląda już tak samo, jak wcześniej. Nie wiedziała, co czeka, Wilczego Skowyta. Nie wiedziała też, czy jeszcze kiedyś będzie tak blisko Brukselkowej Zadry, jak dawniej.
— Już chwilę o tym myślę. Co się stało między tobą a Brukselką? Przecież była dla Ciebie jak mama. Co nagle was tak rozdzieliło? Coraz mniej rozmawiacie… — przerwała ciszę, na co jej partner spiął swoje ciało.
— Nie ma powodu, nie wiem dlaczego, tak się od siebie oddaliliśmy. Tęsknie za codziennym wychodzeniem z nią na spacery. Myślę, że nie powinnaś była o to pytać — burknął i zarzucił ogonem, roztrzepując piach i piasek, który leżał pod ich łapami.
***
Mewa po powrocie ze spotkania z czekoladowym wojownikiem Klanu Wilka była rozgniewana i to strasznie! Miała ochotę mu skopać tyłek za to, jakim tonem do niej mówił. Biała już od dłuższego czasu planowała porzucenie Wilczego Skowyta, przez to, że nie miał czasu na partnerkę, jak i na swoją córkę! To niedorzeczne! Mewa parsknęła gniewnie, gdzie nagle do jej uszu dobiegł miły, kochany głos jej córeczki – Kobczyka.
— Dobry Wieczór mamo! Coś się stało? Jesteś… Naburmuszona…? — koteczka przekręciła łeb pytająco.
— A daj spokój! Mam już dosyć twojego ojca. Nie ma czasu ani na mnie, ani na Ciebie. Kończę to. Nie obchodzą mnie jego dalsze losy! Nie mówi mi już kompletnie o swoim życiu nic! Ja muszę sama się domyślać — syknęła donośnie Mewa, a echo rozniosło się po norze, w której mieszkały. Kobczyk przerażona nastawieniem matki do swojego ojca postanowiła o tym pomyśleć. Gdyby nie było, to jej mama miała rację.
— Nie chciałabym stracić taty… Ale jeśli naprawdę jesteś przez niego nieszczęśliwa, to chyba też nie jest dobrze — mruknęła Kobczyk stłumionym głosem. Mewa spojrzała na córkę, a jej gniew na moment przygasł. Widok przestraszonej Kobczyka sprawił, że poczuła nieprzyjemne ukłucie w sercu. Nie chciała, żeby koteczka cierpiała przez problemy dorosłych.
— To nie tak, że chcę ci go zabrać — westchnęła ciszej. — Po prostu mam dość czekania. Dość obiecanek. Ile razy mówił, że przyjdzie? Ile razy miał znaleźć dla nas czas? — Kobczyk spuściła wzrok na własne łapy. Przez chwilę w norze panowała niezręczna cisza, przerywana jedynie szumem wiatru za wejściem.
— Może… może tata jest po prostu bardzo zajęty? Albo chory? — zaproponowała niepewnie.
— Zawsze jest zajęty — odburknęła Mewa. — A rodzina nie powinna być ostatnia na liście ważnych rzeczy — koteczka nie odpowiedziała od razu. W głębi duszy wiedziała, że matka ma rację, ale mimo to nie potrafiła wyobrazić sobie życia bez Wilczego Skowytu. Wspomnienia wspólnych spacerów, opowieści i rzadkich chwil spędzonych razem były dla niej zbyt cenne.
— Chciałabym, tylko żebyśmy znowu byli szczęśliwi — wyszeptała. Słowa córki zawisły w powietrzu. Mewa zamknęła oczy i odwróciła wzrok. Nagle cały jej gniew wydał się znacznie cięższy niż wcześniej. Nie była już pewna, czy rozstanie rozwiąże wszystkie problemy, ale wiedziała jedno: nie mogła dłużej udawać, że wszystko jest w porządku.
***
Nastał już ranek. Wczorajsza wieczorna rozmowa z córką rozładowała większość jej negatywnych emocji. Mewa po ledwo przespanych ostatnich nocach postanowiła udać się do byłej „znajomej” Izydy. Liliowej kotki medyczki, mieszkającej w mieście. Skwer miasta najwidoczniej jej nie przeszkadzał, a wręcz przeciwnie, sprawiał jej przyjemność!
— Dzień dobry, córeczko. Muszę wybrać się do koleżanki z miasta. Wydaje mi się, że doskwiera mi… bezsenność — westchnęła zmęczona Mewa. Kobczyk skinęła jej łbem, po czym odpowiedziała:
— Bezpiecznej podróży! Kocham cię, mamo! — mruknęła z uśmiechem na pysku dopiero co obudzona Kobczyk. Mewa prędko zerwała się i wyruszyła w podróż. Poranne powietrze było chłodne, a krople rosy połyskiwały na źdźbłach trawy niczym drobne kryształki. Mewa szła pewnym krokiem przez las, choć zmęczenie dawało o sobie znać przy każdym kolejnym kroku. Kilka razy przyłapała się na tym, że zamykała oczy na ułamek sekundy dłużej, niż powinna. Im bardziej zbliżała się do miasta, tym wyraźniej słyszała odgłosy Dwunożnych. Szum potworów, stukot łap przechodniów i nawoływania ptaków mieszały się w jeden nieustanny hałas. Nie przepadała za tym miejscem, ale jeśli ktoś miał jej pomóc, była to właśnie Izyda. W końcu dostrzegła znajomy skwer. Zielone krzewy otaczały niewielki zakątek, w którym medyczka zwykle przyjmowała swoich pacjentów. Mewa zatrzymała się na moment, biorąc głęboki oddech. Nie widziała Izydy od wielu księżyców i nie miała pojęcia, jak zostanie przyjęta. — Obyś nadal była tak pomocna, jak dawniej… — mruknęła pod nosem, po czym ruszyła w stronę legowiska liliowej kotki.
— Witaj, Mewo! Co ci znów dolega? Nie wyglądasz dobrze — mruknęła Izyda, a słońce zaczęło wzbijać się już nad drzewa. Mewa zaczęła wyjaśniać jej całą sytuację, nie zapomniała też wspomnieć o całej sytuacji z Wilczym Skowytem. Izyda z wyraźnym zaciekawieniem słuchała, a Mewa wręczyła jej zdobyty po drodze lśniący kapsel. Liliowa kotka wzięła nasiona maku i podała białej.
— To powinno zadziałać, gdyby coś się działo, wiesz gdzie mnie szukać! — mruknęła Izyda, a Mewa szybkim ruchem wsunęła nasionka maku. Skinęła jej głową w podziękowaniu i zmęczona odeszła w stronę miejskiego hałasu.
***
Już powoli był wieczór, Mewy nie było cały dzień. Kto by się spodziewał, że jedna podróż po nasiona maku zajmie jej cały dzień! Masakra… Jej zmęczenie było ogromne! Miała ochotę paść na ziemię i leżeć tak do końca świata! Powoli już i tak docierała do swojej nory, noc już była bardzo ciemna, a nocne ptaki śpiewały już kołysanki kotom z lasu. Mewa zobaczyła w norce już śpiącą Kobczyk i powoli weszła tak, aby jej nie budzić na swoje posłanie. Dotarła na ściółkę, na której zazwyczaj spały razem z córką i zasnęła jak mały kociak. Noc minęła spokojnie i szybko. Mewa wyspała się chyba pierwszy raz od 3 dni! Niesamowite! Szybko się przeciągnęła i zaczęła lizać i myć jej futro. Brązowa koteczka – jej córka, dalej spała. Mewa nie chcąc jej obudzić, przeskoczyła na górę i znalazła się u brzegu jej miejsca zamieszkania.
— Hm… Może to od braku tego snu tak zaczęłam myśleć o Wilczym Skowycie…? Nie wiem. Muszę się przejść, upoluje coś dla mnie i Kobczyka — pomyślała spokojnie, po czym sprintem pobiegła w głąb terenów Klanu Wilka, bliżej obozowiska. Widząc na ziemi niczego nieświadomą jaskółkę, rzuciła się na nią z ostro wysuniętymi pazurami, przeszywając jej ciało na wylot. Chwyciła ją po chwili w pysk i zaniosła ją do legowiska, aby jej córka chwilę po przebudzeniu mogła zjeść.
Wyleczeni: Mewa



