BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 22 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

13 marca 2026

Od Oszronionej Łapy CD. Zszarzałej Łapy

Przeszłość

Wilgoć, smród rozkładającej się roślinności, chłód kamiennych ścian, a co najgorsze… całkowita ciemność otulająca ich ze wszystkich stron. Serce waliło jej w piersi niczym młot. Uważała się za kota, który chociaż nie ma wielu księżyców na karku, nie obawia się rzeczy, których nie ma potrzeby się obawiać na zapas. Nie czuła strachu, kiedy zostawała sama nocą w legowisku, nawet jako kociak nie miała problemu ze spaniem w najbardziej oddalonym kąciku żłobka, byle by nie czuć obecności matki u boku. Polowania w porze zmierzchu były dla niej ekscytujące, a nawet nieco łatwiejsze, gdyż zwierzyna chętniej wychodziła z ukrycia, a rozśpiewane robactwo świetnie maskowało dźwięk jej kroków. Wszystko to mogła znieść z łatwością, ba! Mogła to znieść z uśmiechem zadowolenia na pysku. Ale nie przesiadywanie w tunelach. Nie te całkowite ciemności, których nie mogła nawet porównać do czegokolwiek innego, co było jej dane doświadczyć. To nie była noc; nie było gwiazd, które mogłyby pokazać jej drogę, nie było księżyca, który zastąpił słońce na warcie na nieboskłonie, nie było dźwięków szumiących fal i sów, których pohukiwanie wskazywało na to, że nie cały las zapadł w sen. Nie był to też cień, z którego łatwo było znów wkroczyć na ścieżkę pełną światła dziennego. Nie była to nawet ciemność, którą można ujrzeć, kiedy zamykamy powieki. Wszystko, co miała przed oczyma teraz, było... kompletnie nierealnie czarne. Czuła jedynie kropelki wody, które osadzają się na jej futrze. Słyszała krew, która szumiała jej w uszach. Rozpoznawała blade, ledwo obecne zapachy kotów, które musiały niedawno przebywać w tych korytarzach.
"Najpewniej inny uczeń i jego mentor... Być może Zszarzała Łapa i Bukowa Korona?" — pomyślała przez moment, aby uspokoić się nieco. Zganiła swoją głupotę. "Nie możliwe... To nie zapach Strzępka. Rozpoznałabym go od razu, bez zastanowienia. Nawet gdyby dzieły nas setki korytarzy i kocich długości przepełnionych mrokiem i stęchlizną."
— Wszystko w porządku, Oszroniona Łapo? Jeśli nie czujesz się jeszcze gotowa na trening w tunelach, jak najbardziej możemy zawrócić i poćwiczyć coś innego. Dobrze sobie radzisz z polowaniem, ale może walka? Co ty na to? — zaproponował przyjaźnie wuj, wciskając pysk między kamienną ścianę a jej bark. Nastroszyła się nieco. 
— Nie! Nie ma takiej opcji — burknęła. Nie mogła pokazywać słabości, nie na treningach. Strach był dopuszczalny jedynie na polu walki lub w innych znacznie bardziej ryzykownych sytuacjach i jedynie wtedy, kiedy napędzał nas do czynienia tego, co słuszne i wymagane od nas. — Po prosztu... Myszlałam o tym zapachu... Można roszposznać czyj jeszt? Czy ty czujesz?
Wojownik skupił się na tropie i przez dłuższy moment milczał.
— To nie Sztrzępek, ni Bukowa Korona, prawda? — zapytała jeszcze. Mentor pokręcił głową. 
— Nie, zdecydowanie nie, ale to na pewno ktoś z naszego klanu. Nie musisz się martwić o jakichś nieproszonych gości czyhających za zakrętem. Gdyby samotnicy się tutaj wprosili, raczej prędko pogubiliby jakikolwiek ślad i drogę powrotną — zapewnił ją. 
— Nie boję się… — prychnęła, zwieszając głowę nieco niżej i skupiając się na tym, co miała przed sobą. Wytężyła wzrok, a po chwili skupienia faktycznie zaczęła widzieć zarysy kamiennego korytarza, który ciągnął się dalej i dalej. 
— W takim razie nie widzę powodu, abyśmy dalej tutaj stali, co? — miauknął, wracając na swoje poprzednie miejsce za uczennicą. — Prowadź.

* * *

Wrócili niedawno po porze szczytowania słońca. Obóz nie zdążył jeszcze zapełnić się kotami, które wybyły z niego wraz z świtem. Zerknęła przelotnie na Pchełkowy Skok i Mirtowe Lśnienie, którzy siedzieli niedaleko wyjścia, skryci nieco za kamieniem, rozglądając się co kilka wdechów, czy aby nikt się do nich nie zbliża. 
"Dziwadła..." — mruknęła w głowie. Nie miała teraz ochoty przejmować się zachowaniem wuja, który nie znaczył dla niej o wiele więcej niż zwykły inny wojownik w klanie. Miała ochotę na porządny posiłek. Brzuch burczał jej niemożliwie; niemal nie przestraszył traszki, którą udało jej dostrzec na brzgu małego bajorka. Na szczęście kotki i nieszczęście biednej jaszczurki... pointka była szybsza, nawet jeśli zdradził ją głód. Chociaż gad nie był ładny i pokaźny, zwierzyna to zawsze zwierzyna. Pożegnała się z Zającem, który od razu skierował się w kierunku grupki wojowników, aby uciąć sobie przyjazną pogawędke. Szron za to pognała wręcz do stosu i wybrał dla siebie pożądną wiewiórkę, której futerko lśniło rdzawo mimo bycia zbrukanym przez krwiste plamy. Rozejrzała się. W oddali mignął jej oszpecony, grymaśny pysk Bukowej Korony, a to znaczyło, że jej brat również powinien gdzieś się tutaj kręcić. Nigdzie go jednak nie była w stanie dostrzec, a to znaczyło, że znów musiała zjeść posiłek sama. Nikt inny, kto siedział w głównej części obozu, nie wydawał się na ten moment dobrym kandydatem do rozmowy. Przysiadła więc i postarała się skupić wyłącznie na przeżuwaniu. Nie podnosiła wzroku znad wiewiórki; nie chciała wyglądać żałośnie i jakby szukała kompana do rozmowy. Jej jedynym zadaniem było napełnić brzuch, a potem skupić się na ustaleniu, gdzie przebywał Strzępek. Musiała mu coś zaproponować. Coś, co mogło mu się nie spodobać. 
Kiedy po raz ostatni oblizała pysk, a kostki gryzonia wyniosła poza obóz, gdzie zakopała je przy jaskini, zaczęła znów się rozglądać. W końcu zajrzała też do legowiska, gdzie faktycznie go znalazła. Niebieski kocur leżał zwinięty na kawałku mchu. Nie miała nawet ochoty go budzić, ale ten musiał wyczuć jej obecność i fakt, że bardzo dobitnie się w niego wpatruję, gdyż najpierw drgnęły mu wąsy, a następnie cały łebek podniósł się spomiędzy łap. 
— Coś się stało, Oszroniona Łapo? — spytał, nieznacznie się przeciągając. Zamrugał kilkukrotnie, zanim jego wzrok spoczął na jej mordce. Terminatorka zrobiła parę kroków w jego kierunku, aby mieć pewność, że nikt nie usłyszy. 
— Mam dla ciebie propozycję… — szepnęła, schylając się. 
— Czemu jesteś taka… tajemnicza i skryta? Nie wiem, czy mi się to do końca podoba, siostro — przyznał, marszcząc nieco nos. Pomarańczowe światło zaczynało wpadać do środka obozu, barwiąc przy tym morskie ślepia Zszarzałej Łapy. Kotka zignorowała jego pytanie.
— Byłesz już z Bukową Koroną w tunelach? — zapytała, przekręcając nieco głowę w bok. 
— Nie, jeszcze nie... Ale mówił, że wkrótce się tam wybierzemy — zamyślił się.
— A niech to piesz! — warknęła krótko. 
— A co wymyśliłaś? — próbował dalej się dowiedzieć. Terminatorka położyła uszy po sobie i przycupła. Teraz mówiła już zdecydowanie głośniej. Jej plan i tak nie wypalił.
— Chciałam iszć razem, wiesz... potrenować. Ale tak to szie zgubimy — przyznała ze wstydem. Szron mało kiedy przyznawała się do słabości czy faktu, że nie jest w stanie czegoś zrobić. To była jedna z niewielu takich sytuacji, której świadkiem był jej brat. 
— To nie byłby dobry pomysł... Nawet jakby był już po kilku treningach z tej dziedziny. — Pokręcił głową i podniósł się na przednich łapach. Teraz znów byli na równym poziomie. Ziewnął jeszcze raz i przerwał chwilę milczenia: — A jak było? 
— Ciemno... Mokro i trochę szmierdziało — powiedziała szczerze. Kocur zaśmiał się krótko; kotka parsknęła cicho za nim. 
— No to nie mogę się doczekać. 
— Może uda ci szie go tam zosztawić? — zaproponowała z żartobliwą iskierką w spojrzeniu. Zszarzała Łapa znów zarechotał, zwieszając łeb. 
— Nie mów tak, bo zaraz zacznę się obawiać nie ciemności, a tego, że to on wpadnie na ten pomysł. 
— Szpokojnie, ja cię wszędzie znajdę — zapewniła, a po tych słowach zapanowała nieco ciężka cisza. Żadne z nich nie wiedziało, co powinno powiedzieć, co dodać, jak odpowiedzieć. W końcu więc po prostu powrócili na swoje mchy, czekając, aż do legowiska powrócą inni terminatorzy. Czekając na noc.

* * *
Teraźniejszość

— Powinnaś przejść się z tym uchem do Jagnięcego Ukłony, Oszroniona Łapo — powiedział Trójoki Zając, wpatrując się w swoją uczennice, która teraz siedziała na jednej z niższych gałęzi drzewa, drapiąc się szaleńczo. — Zaraz zlecisz na dół i coś mi się wydaje, że nie na cztery łapy. Uważaj trochę bardziej…
— Nie-nie ma potrzeby! — burknęła między szarpnięciami. 
— Słuchaj staruszka mała — zawołała z góry Truskawkowe Pole. Jej niespotykane umiejętności skakania po drzewach, których nauczano zwiadowców w Owocowym Lesie, nie przemknęły niezauważone. Od kiedy tylko została wojowniczką, często zapraszano ją na treningi wspinaczki, aby pomagała tym, którzy gorzej sobie z tym radzą lub tym, którzy mają znacznie większe ambicje niż przeciętny Klifiak. Taką kotką była właśnie Szron, która musiała uciszyć głos niechęci, mówiący jej, że żadna brudna wycierucha nie będzie jej mówiła, jak ma coś robić, a jak nie, jeśli chce być w czymś lepsza. 
— To ty jesteś stara — prychnęła, kierując wzrok w górę. 
— Tja~? Może ciałem jestem starsza od Zajączka, ale ducha mam młodego, niczym te maluchy Morświnki, które nam zawitały niedawno. A widzieliście, jak się ten jeden maluch wiecznie krzywi i jak grymasi? Niezłe ziółko, co? Ale im daję popalić. Takie to małe, a tak tupie, tak wrzeszczy na całe gardło. Wow! Że też oni to wytrzymują. A tacy są milusi i słodziusi ci jego rodzice… — paplała bez końca kotka. 
— Proszę cię, Truskawkowe Pole... Potem możemy sobie porozmawiać, ale teraz miałaś pomóc Oszronionej Łapie — zganił ją zmęczony już kremowy. 
— Ale jak ja mam jej pomóc, skoro trzepie się, jakby jej robale wlazły do tego ucha? Nie będę brała za to odpowiedzialności — oznajmiła, kładąc się na gałęzi i oglądając sobie pazurki. — Niech wróci do mnie po tym, jak wyciągną jej to paskudztwo, co jej się pewnie tam zagnieździło. Wiem, co mówię, sama, jak tu przylazłam, to takie miałam. Na Wszechmatke, jak to swędziało i żyć nie dawało.
— Nie! Nie będę czekać niewiadomo ile, żebysz potem znalazła inną wymówkę! — krzyknęła w jej kierunku terminatorka. Dawna Owocniaczka posłała jej słodziutki uśmieszek. 
— Ah, ale to nie moja wina, że mam tak dużo chętnych.
— Przestańcie... — poprosił Trójoki Zająć. — Oszroniona Łapo, to nie jest propozycja, a polecenie: marsz do medyczki albo wstrzymam twój trening do odwołania — zagroził, a niebieskie ślepia kotki rozszerzyły się w szczerym strachu. 
— O wow... Pokazałeś pazurki, co? — skomentowała szylkretka. — Nie wierzę, że na ciebie coś takiego działa… Gdyby mi ktoś tak pogroził, to bym specjalnie jeszcze zrzuciła się z drzewa, żeby sobie dłużej odpocząć u starej Świergot. 
— Widać po tobie — burknęła na odchodne Szron. Dwójka zostawiła rudą, która potem wróciła do obozu z pyskiem pełnym ptaków. 

* * *

— Czemu przyszłaś dopiero teraz, jeśli Trójoki Zając mówi, że drapiesz się już kilka wschodów słońca — zapytała zatroskana i przemęczona kotka, zaglądając terminatorce do ucha. — No jak nic infekcja... Ale co się dziwić... Tak ostatnio wieje, że nie trudno o złapanie czegoś takiego. Przewianie uszu czy przeziębienie to momencik nieuwagi, a może się skończyć czymś poważniejszym — trajkotała zwykle cicha i spokojna ruda. Widać było, że od kiedy zniknęła Ćmi Księżyc jest niezwykle zestresowana. Nie dość, że duża część wciąż nie była zbyt przekonana do dawnej samotniczki na tak ważnym stanowisku, tak teraz musiała na własnych barkach nosić zdrowie całego Klanu Klifu. 
— Chciałam, ale — urwała, kiedy srebrna zaczęła grzebać jej głębiej. Poczuła, jak swędzi ją gardło i chce jej się kaszleć. — A-ale potem zoształasz sama i... Po co robić problem… — przyznała, unikając wzroku mentora, który świdrował ją zielonymi oczami.
— Mm... Problem byłby dopiero potem… I to nie tylko dla Jagnięcego Ukłonu, ale i dla ciebie. Musisz cenić swój słuch. Uszy to twoje drugie oczy. 
— Często nawet pierwsze… — mruknęła Jagienka, robiąc pewną aluzję do swojej zaginionej przyjaciółki. Na moment zapanowało milczenie, które ostatecznie zakończyła: — Pójde po aksamitkę… Trójoki Zającu, może odejść i odpocząć. Oszroniona Łapa zostanie tutaj, zanim jej nie opatrzę, ale potem wyślę ją do legowiska. Nie powinna nie móc iść jutro na trening, ale może wybierzcie coś, gdzie nie będzie wiać. — Wuj skinął łbem i opuścił lecznicę. 
Uczennica nie wdała się już w rozmowę z medyczką. Nie miała ku temu żadnego powodu. Wiedziała, że duża część klanu jest niezwykle przejęta zniknięciem dawnej piastunki tej roli, a sama Jagnięcy Ukłon nie chce, aby ktokolwiek nazywał ją inaczej niż asystentką, nie dopuszczając do siebie możliwości okrutnego awansu; po co miała więc jeszcze stresować ją niepotrzebną paplaniną. Z jej uchem uwinęła się prędko. Ze składziku wróciła z kępką ładnych kwiatuszków, które szybko przeżuła, a następnie włożyła je głęboko, niemal boleśnie do różowiutkiego środka. Szron krzywiła się niemiłosiernie, ale nie pozwoliła sobie pisnąć mimo sporego dyskomfortu. Kiedy skończyła, kazała jej jeszcze chwilę poczekać tutaj. Dopiero wtedy skrzywiła się. Nie lubiła legowiska medyczek; było przesiąknięte zapachem ziół i pozostałości po przeróżnych chorobach. Chciała już wrócić i móc coś zjeść. Rozchmurzyła się momentalnie na widok znajomego pyszczka brata, który niósł w jej kierunku ładnego wróbelka. 
— Miło z twojej strony, Zszarzała Łapo — odezwała się ruda, jeszcze zanim zdążył puścić ptaszka. 
— Spotkałem po drodze wujka; powiedział, że udało mu się w końcu zmusić cię do wizyty z tym paskudnym uchem — powiedział, przysuwając piszczkę pod prażkowane łapy siostry. 
— Użył niecnych zagrywek… — prychnęła, wyrywając piórka z okrągłego brzuszka. 
— Najważniejsze, że wyzdrowiejesz — oznajmił i usiadł przy niej. Owinął ogon wokół grzbietu koteczki. — Udało ci się poćwiczyć z Truskawkowym Polem? To dzisiaj mieliście iść, prawda? 
— To jej wina, że tu jesztem. Powiedziała, że mnie nie nauczy niczego, bo szie drapie — wypluła słowa razem z kawałkiem pierza. 
— Miło, że się zmartwiła. Na pewno jeszcze ci coś popokazuję. A wczoraj? Nie udało nam się porozmawiać, bo wróciłaś strasznie późno — zauważył brat. 
— Szukaliszmy krabów. Nieźle nam poszło, znacznie lepiej nisz osztatnio, kiedy poszliszmy wszyscy całą czwórką — opowiedziała między gryzami. — Złapałam jednego, co był wielkości tego kamienia. — Wskazała na dość pokaźny otoczak. — Lepiej już mi idzie otwieranie; tak powiedział wuj. 
— Byliście na plaży do późna? — zaniepokoił się nieco. Szron pokręciła głową. 
— Potem poszlijmy na patrol poszukiwawczy… znowu. — Drugie słowo dodała ciszej, aby nie usłyszała go Jagnięcy Ukłon. — Myszleliszmy, że mamy jakisz trop, ale to znowu tylko te paszkudne mewy. Panoszą szie tutaj tak, że już niemal pachną jak koty. 
— Prawda... W końcu będzie trzeba coś z tym zrobić... 
— A ty? Co robiłesz dzisziaj i wczoraj?

<Bratek?>
[2190 słów + nawigacja w tunelach + wspinaczka na drzewa + otwieranie krabów]

[Przyznano 44% + 5% + 5% + 5%]


Od Oszronionej Łapy

Kolejni towarzysze coraz częściej opuszczali ściany legowiska uczniów. Szron obserwowała ich, kiedy po ceremonii przychodzili, aby wykonać ostatnią przysługę swoim dawnym współlokatorom i samemu wynieść stary mech. Obserwowała ich z zazdrością. Obserwowała ich każdy krok. Nie odwzajemniała uśmiechu, który jej posyłali, nie odpowiadała na przyjemne pożegnania i zapewnienia, że zapewne za niedługo znów będą mieli możliwość spania pod jednym kamiennym sklepieniem. Nie obchodziło jej to. Nic dla niej nie znaczył fakt, że nie będzie już słyszeć ich pochrapywania. Nie miała zbyt wielu przyjaciół, na pewno nie w gronie terminatorów, którzy w większości wydawali jej się zwyczajnie poniżej jej poziomu. Nawet kiedy znacznie przewyższali ją i wiekiem, i ogólnym doświadczeniem w treningach. Chociaż wiedziała o tym, w końcu była kotką dość inteligentną, jej ambicje i duma nie pozwalały jej przejść z tym na porządek dzienny. W końcu jeśli ktoś dopiero w wieku ponad dwudziestu księżyców wyniósł swój leniwy, dorosły zadek z legowiska, które dzielił ze świeżomianowanymi kociakami, którym  mleko wciąż świeciło pod noskiem, nie mógł być kompetentny, a co dopiero godny miana prawdziwego wojownika Klanu Klifu. Od czasu do czasu napotykała takiego Słoneczną Łapę (teraz już Słoneczne Oko), kiedy była z Trójokim Zającem akurat w tej samej okolicy co on i Mysi Postrach. Chociaż liliowy wyglądał już na kota w pełni dorosłego, jego umiejętności były zdecydowanie na poziomie zwykłego, niezbyt utalentowanego uczniaka, za którego Oszroniona Łapa się oczywiście nie uważała. Posyłała im wtedy oceniające spojrzenie. Nigdy nie odpowiadała im tym samym uprzejmym, nieco zawadiackim uśmieszkiem, którym obrzucali każde młodsze (i w sumie nie tylko) kotki w klanie. Wuj zwykle był milszy, czasami nawet przystawał i urywał sobie z dwójką krótką pogawędke. Nigdy nie "balowali" tam długo, jednak każde uderzenie serca, które spędzali w stanie statycznym, koteczka uważała za kompletnie zmarnowane. Nie mogła tego znieść. Nie mogła wytrzymać, stojąc tam bez sensu, wkurzona jakimikolwiek opóźnieniami. Nie wtrącała się w sprawy innych; jeśli oni nie mieli zamiaru brać treningu na poważnie, to było całkowicie w porządku. Nie miała jednak cierpliwości do tego, że ktoś próbował sabotować ją, nieważne, czy umyślnie, czy nie. 
Podobne odczucia miała względem Promiennej Łapy. Pointka nie wiedziała, jakim cudem nie umiera ona ze wstydu każdego dnia, wiedząc, że nie tylko jest ostatnią z rodzeństwa, która nie zakończyła jeszcze szkolenia, ale jest też ogólnie najstarszą terminatorką w klanie. Długi czas przed tym tytułem broniła ją dwójka przybłęd z Owocowego Lasu, ale teraz nawet oni wybyli, aby spędzać noce w towarzystwie kotów w ich wieku. Nie pomagał fakt, że jej mentorką była matka Szron. Codziennie, kiedy uczniowie w podobnej porze wychodzili na treningi, widziała, jak dwie kotki spotykają się przy wejściu. Z każdym wschodem słońca, który mijał, a nie dochodziło do ceremonii mianowania Promiennej Łapy, nie tylko traciła szacunek do niej jako starszej koleżanki, ale też do matki, która malowała się gorzej i gorzej w oczach córki. Jeśli chce być kimś w przyszłości, zacznie od tego, by być lepsza od Źródlanej Łuny. Co jakiś czas nawet nachodziły ją myśli, że to ona w jakiś sposób przyczyniła się do tego, że trening szylkretki trwa tak długo. W końcu ciąża nauczycielki zapewne była nieco problematyczna, ale nie przesadzajmy… Na pewno ktoś przejął ten obowiązek podczas niedyspozycji dymnej. A to pokazywało Oszronionej Łapie tylko jedno… W Klanie Klifu była masa kotów, które nosiły imię wojowników, chociaż kompletnie się do tego nie nadawały. Nie umiały nawet wytrenować terminatora. 
Ona sama nie mogła powiedzieć, że była niezadowolona ze swojego mentora. Przepadała za Trójokim Zającem, w którym widziała zwyczajnego, porządnego wojownika, który powinien być standardem w społeczności, która sama siebie uważa za godną okazywania jej szacunku. Nie był ani szczególnie silny, ani nie wymądrzał się, nie wracał za każdym razem z pyskiem pełnym piszczek, nie biegał po drzewach niczym wiewiórka, ale był w stanie nauczyć ją tego, co było potrzebne. Na podstawach, które jej pokazał, mogła stworzyć coś wielkiego, coś, co będzie owocem jej wysiłków, a nie tylko chwiejnym odbiciem umiejętności jej mentora. Wolała sama wysilić się mocniej, a nie potem jęczeć, że ledwo co skończyła szkolenie pod czyimś okiem i już wszystko pozapominała. W dodatku często wpadali na Zszarzałą Łape i Bukową Koronę. Wtedy najbardziej doceniała swojego wuja. Doceniała, że nie prychał na nią, nie wyzywał jej od najgorszych padlin, nawet kiedy była w złym humorze lub narastała w niej frustracja, gdy coś nie wychodziło jej od samiutkiego razu (a co gorsza, jeśli po prostu była w czymś kiepska). Doceniała, że potrafił zachować pysk nawet w najbardziej nieciekawych sytuacjach, kiedy niespodziewany deszcz uderzał ich prosto w oczy lub morska wichura szargała ich za uszy. Potrafił ją chwalić, ale nie przesadzał z tym, zwłaszcza że znał swoją bratanicę na tyle dobrze, aby wiedzieć, jak ważna jest dla niej satysfakcja z dobrze wykonanego zadania. Gdyby ktoś powiedział jej, że chociaż na jeden dzień ma zamienić się z bratem... najpewniej skończyłoby się to latającymi wokół kupkami futra... I nie należałoby ono tylko do niej. Nie lubiła jednookiego. Nie lubiła jego wiecznie wykrzywionego pyska, który nosił wyżej niż zasłużył. Nie lubiła go, bo męczył jej drogiego brata. Nie lubiła go, bo momentami miała wrażenie, że gdyby ktoś szkolił ją tak mocną łapą… byłaby znacznie lepsza niż jest teraz. 
Kot, zazdrosny z natury, znajdzie we wszystkim możliwość zazdrości, nawet jeśli kłóci się to nie tylko ze zdrowym rozsądkiem, ale też z jego innymi opiniami i przemyśleniami. Czasami obawiała się swojej zazdrości. Kochała Strzępka niesamowicie, najpewniej najmocniej na świecie i nigdy nie życzyłaby mu źle. Chciała, aby doszedł gdzieś w życiu, aby znaczył coś w klanie, aby mógł być dumny z tego, co uczynił przez całe swoje życie. Chciała tego dopóty, dopóki to wszystko nie sprawi, że będzie on lepszy od niej. Nie mogła znieść myśli, że Zszarzała Łapa zajdzie dalej niż ona, że będzie wyżej postawiony, bardziej szanowany i lepiej traktowany przez resztę kotów, nie tylko klifiaków. Pamiętała ich rozmowę o przyszłości. Pamiętała, że zwierzyła mu się, że marzy jej się wizja siebie na mównicy, z opatrznością Klanu Gwiazdy, z władzą w swoich łapach. Nie rozmyślała o tym. Nie mogła. Nienawidziła bezczynnego oddawania się marzeniom, uciekania w ten wyidealizowany świat tylko po to, aby nie musieć robić rzeczy, które faktycznie mogłyby nas zbliżyć do zamienienia ich w rzeczywistość. Gardziła biernością, gardziła lenistwem i podejściem, że cokolwiek się komukolwiek należy z byle powodu. Nic nie powinno być gwarantem. Był też drugi powód, przez który raczej nie rozmyślała już o Oszronionej Gwieździe… Często jej pysk zamieniał się na pysk brata. Oszroniona gwiazda przeobrażała się w Zszarzałą Gwiazdę, a tego znieść by nie mogła. To ona miała stać na czele, to ona miała być ponad. Zawsze tak było i zawsze miało tak być; to nigdy nie powinno podlegać dyskusji. Brat wiedział o ogromnych ambicjach siostry i, chociaż nigdy nie zostało to wypowiedziane wprost, musiał być świadomy, że ta zrobi wszystko, aby wybić się ponad niego, ponad innych. Nieważne, jakie będą konsekwencje, jakie skutki, jakie rzeczy będzie musiała poświęcić. Taka już w końcu była Szron. W tej kwestii niezwykle przypominała swoją babkę Pikującą Jaskółkę. 
Mówiąc o właśnie tej kremowej kotce... Pointka nie mogła się wręcz doczekać dnia, w którym zostanie ona mianowana Pikującą Gwiazdą. Wierzyła szczerze i całkowicie, że będzie ona niesamowitą liderką, dzięki której Klan Klifu wręcz rozkwitnie w całej swojej okazałości. Wszystkie cechy, które według niebieskookiej powinien posiadać przywódca, były właśnie czymś, czym mogła poszczycić się Jaskółka. Była sroga i wyrachowana, a jednocześnie tak elegancka i szlachetna, jak gdyby fale same wyciosały jej sylwetkę w żółtawych skałach. Mimo podeszłego już wieku, na jej pysku nie można było doszukać się siwyzny, która nadawała innym kotom wygląd słaby i żałosny. Była doświadczona i pełna wiedzy, której nie można było nauczyć się na zwykłych treningach. Widziała krew, widziała pola walki i śmierć, widziała, jak klan się przemianiał, więc wiedziała, w jaki sposób uczynić go najwspanialszym. Oszroniona Łapa lubiła obserwować koty wokół siebie. Według niej była to rzecz lepsza niż zwyczajny, bezsensowny odpoczynek; jeśli już została zmuszona do fizycznej bezczynności, niech jej mózg popracuje. Nie uszło jej uwadze, że wielu wojowników podchodzi do zastępczyni z widoczną dozą niechęci i dystansu, co młodej kotce wydało się nadzwyczaj dziwne, a jednak tak… elektryzujące. Jaką moc musiała mieć w sobie babka, skoro nawet jej własni współklanowicze nieco się jej obawiali? Jakim szacunkiem musieli ją obdarzać..? Czy istniał lepszy sposób na pokazanie komuś, że jest się ponad nim, niż zasadzenie w nim małego ziarenka strachu?
Od czasu do czasu, kiedy tak rozmyślała i wpatrywała się w odgrywające się w obozie sceny, udało jej się napotkać przeszywający, czujny wzrok zielonookiej. Przybierał on wtedy przedziwny wyraz, który był dla Szron niemal niemożliwy do rozgryzienia. Nie był wrogi; miała nawet czasem wrażenie, że łagodniał nieco, zwłaszcza jeśli wcześniej zastępczyni rozmawiała z innym wojownikiem lub uczniem (szczególnie nie przepadała za kotami o samotniczym pochodzeniu, co pointka prędko wyłapała). Nigdy jednak się nie uśmiechała, podobnie jak wnuczka. Często wpatrywały się jedynie w swoje mordki, w milczeniu, trzymając dystans, nie zbliżając się nawet o krok. Wydawało się, że Pikująca Jaskółka wiedziała, że w oczach swojej rzekomej potomkini jest czymś w rodzaju ideału, wzoru do naśladowania, a więc nie chciała zbyt często niszcyć tej otoczki. Nie rozmawiały zbyt często; sama Szron nie chciała, aby babcia pomyślała, że zbyt się do niej przymila. Jeśli kiedykolwiek miała zostać tym, kim ona (zastępczynią), chciała zrobić to w sposób całkowicie samodzielny. Nie miała zamiaru wykorzystywać więzów krwi, nie miała zamiaru prosić jej za grzbietami innych. Wypracuję sobie ten tytuł tak jak ona… Niekoniecznie sprawiedliwie, ale na pewno z pomocą swoich własnych umiejętności i sprytu.
Mimo nienawiści, którą posiadała do marzycielstwa, od czasu do czasu (zwłaszcza po wyjątkowo udanym treningu, podczas którego wszystko wychodziło jej niemal perfekcyjnie, a myszy same wpadały jej pod łapy) pozwalała sobie na momenty, w których zastanawiała się, co ona by zrobiła, gdyby już została liderką, jakie zmiany by wprowadziła, czego by zakazała, a co stałoby się niezbędne w klanowym życiu. Lubiła robić listy w głowie, w których zaznaczałaby rzeczy, które są w Klanie Klifu niczym pluskwy czy inne paskudne robale, a co mogłoby pomóc im w pozbyciu się ich. Najwięcej czasu spędzała nad kwestią kotów, które urodziły się poza granicami. Było to spowodowane oczywiście faktem, że babka Jaskółka była dość otwarta ze swoją niechęcią do owych osobników, nawet jeśli jedyną częścią życia, którą spędziły one poza Klanem Klifu, było wczesne dzieciństwo czy też młodość. Z łatwością mogła dojść do wniosku, kto właśnie należy do takich wojowników "z zewnątrz" lub kto zdecydowanie za mocno bratał się z nie-Klifiakami. Kremowa nie przepadała za Mysim Postrachem, to była sprawa iście oczywista, a podobną niechęcią obdarzała również jego córki. Zdarzało jej się krzywo spojrzeć na Kukułkę, Przepiórkę i Gołąbka, a na Pajęczą Nić wolała w ogóle nie patrzeć, podobnie było z kotami, które przybyły z innych klanów. Najgorzej traktowała Rozżarzoną Pieśń, której krew z Klanu Wilka wydawała się być najgorszą zarazą w legowisku wojowników. Nieco mniej wrogo patrzyła na Truskawkowe Pole i Wędrującego Wibrysa; być może z powodu ich ojca, którego pamiętała jeszcze ze swoich wojowniczych dni, a może zwyczajnie dlatego, że Owocniacy nie wymordowali im przyjaciół kilkadziesiąt księżyców temu. Musiała się mocno skupić, aby mieć swoją własną opinię na ten temat, a nie kierować się jedynie tym, co na ten temat sądzi aktualna zastępczyni. Oszroniona Łapa, nieważne, jak bardzo chciałaby być taka jak babcia, nie mogła przywołać nawet jednego wspomnienia, gdzie jakiś samotnik lub kot z innego klanu był dla niej wrogi czy zwyczajnie nie miły. Nie miała co prawda nigdy doczynienia z przybłędą lub jakimś agresorem, ale to tylko pokazywało, że nie byli oni faktycznym zagrożeniem, z którym klan miałby musieć się codziennie zmagać. I o ile nie była blisko ani z kotami z Owocowego Lasu, ani z uciekinierką z Klanu Wilka... Nie widziała w ich zachowaniu niczego, czego nie zauważyłaby też u swoich Klifiaków z krwi i kości. Oczywiście, Truskawkowe Pole była irytująca i głosna, a do tego uważała się za najlepszego wspinacza w całym lesie (a co denerwowało Szron najbardziej, było to, że szylkretka faktycznie była w tym wyśmienita, najpewniej najsprawniejsza w Klanie Klifu), ale nie były to cechy, które można było przylepić wszystkim kotom, które wychowały się wśród zapachu jabłoni. Zwłaszcza że jej brat był zdecydowanie bardziej znośny… no może gdyby nie był tak leniwy i wymemłany za każdym razem, kiedy niebieska go spotykała. Rozżarzona Pieśń była nawet mniej problematyczną postacią w oczach córki Łuny. Wykonywała swoje obowiązki dobrze, nie była ślamazarna czy niedokładna, a do tego nie memłała jezorem, kiedy nie musiała. Gdyby musiała, mogłaby nawet powiedzieć, że za nią szczerze przepada. Ale nie powie. 
Zazwyczaj te dogłębne przemyślenia kończyły się, gdy powieki uczennicy stawały się zdecydowanie zbyt ciężkie, aby móc utrzymać je otwarte choć kilka uderzeń serca dłużej. Zaczynała wtedy czuć lekkie pulsowanie w poduszkach łap, a mięśnie rozluźniały się i pozwalały sobie na odpoczynek. Spoglądała wtedy na skulonego brata, karcąc się w myślach, że mogła tak okrutnie zazdrościć mu rzeczy, które istniały tylko i wyłącznie w jej własnej głowie. Jeśli miała faktycznie kiepski dzień za sobą, jeśli potrzebowała tej nocy niecodziennie dużo komfortu, przysuwała się bliżej do tego postrzępionego, niebieskiego grzbietu, aby położyć na nim łeb. Brode wciskała mocniej w gęstą sierść, nierzadko budząc go przy tym. Mamrotała ciche przeprosiny, a on nie odpowiadał; nigdy nie miał jej tego za złe. Przez chwilę pomrukiwali do siebie, pokazując, że ani jednemu, ani drugiemu nie przeszkadza ta bliskość, która w żłobku była dla nich czymś codziennym, a teraz zdarza się coraz rzadziej. Terminatorka zasypiała wtedy prędko, acz niespokojnie, wiedząc, że nigdy nie będzie tak dobrą siostrą jak on dobrym jest bratem. 

[2226 słów]

[Przyznano 45%]

12 marca 2026

Od Błyskotki

Niedaleka przeszłość

Błyskotka pisnęła swoim głośnym, cieniutkim głosikiem. Jej oczka były wciąż zamknięte, jednak mała już piszczała oraz próbowała wejść na brzuch mamusi, co ze względu na jej wiek nie udawało się. Koteczka przytuliła się bliżej do mamy, która zamruczała i owinęła małą ogonem. Obok niej Agatówka, jej braciszek także wierzgał się przy brzuchu Morświniowej Płetwy. Błyskotka gniewnie pisnęła, gdy brat łapą oparł się na jej grzbiecie. Jednak mamusia szybko wkroczyła do akcji i podniosła Agatówkę za luźną skórę na karku, przesuwając go trochę dalej od Błyskotki. Maleńka koteczka zapiszczała znów i spokojnie zasnęła.

***

Następnego dnia

Morświniowa Płetwa podniosła Błyskotkę oraz Agatówkę i wyniosła swoje pociechy na dwór, owijając się wokół nich. Kotka chciała się przewietrzyć i wystawić kociątka na słońce. Błyskotka łapkami ugniatała brzuszek mamy i piszczała. Jej brat także piszczał jak zresztą każdy nowo narodzony kociak.
Za chwilę zjawił się kocur nieznany Błyskotce - był to jej tatuś, Drzemiące Słońce. Tata dwójki kociątek zamruczał, liżąc każde z nich po głowie. Błyskotka skuliła się obok mamy, opierając się o nią.
Jej tata trzymał coś w pysku- to coś smagnęło Błyskotkę lekko po czółku. Mała kotka poczuła, że to coś jest długie. Tata przekazał mamusi przedmiot i powiedział, że znalazł to na zewnątrz i chciał podarować rodzinie obiekt. Mamusia na to odrzekła, że Błyskotka z pewnością ucieszy się z długiego czegoś, gdy tylko otworzy oczęta.
W tym czasie mała dawno już spała, ukojona obecnością mamusi oraz ciepłem słoneczka.

Od Cisowego Tchnienia CD. Roztargnionego Koperku

Westchnęła. Nie miała siły na kolejne roztrząsanie spraw, które i tak nie podlegały jej jurysdykcji. Miała nadzieję, że kot przestanie już zadawać tak dużo pytań, ale to się nie zmieniało. Z drugiej strony nie miała powodu, żeby jeno winić.
– To, co robi Zalotna Gwiazda, nie jest naszą sprawą. – powiedziała, niczym wyuczoną formułkę. Widząc jednak, że liliowe nadal wyglądało na zasmucone, popatrzyła na nie z odrobiną współczucia.
– Hej, jesteśmy w tym razem, możesz na mnie liczyć.

***

Nie podobało jej się to. Nie wiedziała, co działo się z Wrotyczową Szramą w legowisku liderki, ale definitywnie nie było to nic dobrego. Powiodła wzrokiem za kotką wychodzącą z legowiska medyka. Kiedy ostatnio odwiedzała lecznicę, zachowywała się inaczej. Pomimo że nie mogła powiedzieć, że się martwiła, napawało ją to w jakimś sensie niepokojem. Przestała się już winić. Była na tyle inteligentna, że wiedziała, że nie da rady pozbyć się jakiegoś poczucia odpowiedzialności za Wrotycz na długo. To był jeden z tych momentów, kiedy lecznica była prawie całkowicie pusta. Oprócz niej przebywało tu tylko Koper. Właśnie. Asystent medyka podeszło do niej i usiadło obok. Nie odzywało się. Z nimi też był dziwny przypadek. Pomimo początkowej niechęci względem aroganckiego ucznia, teraz było ono dla niej najbliższym kotem z klanu. Prawdopodobnie ostatnim, z którym będzie jej dane nawiązać więź.
– Koper.
Niebieskookie zdziwiło się. Pewnie dlatego, że zazwyczaj używała jeno pełnoprawnego imienia.
– Obiecaj mi, że kiedy trafisz do ziemi bez gwiazd, znajdziesz mnie tam.

<Koper?>
Wyleczeni: Wrotyczowa Szrama

Od Drobnego Ukojenia do Białego Strumienia

Czasy uczniowskie

Drobna Łapa chodziła zestresowana od samego rana. Dzisiaj w nocy miała spotkać się z Białą Łapą… co było dość ważnym wydarzeniem. Miała nadzieję, że się nie zgubi, idąc na granicę z Klanem Burzy, zawsze była tam za dnia, więc nie wiedziała, jak wygląda teren oświetlony jedynie światłem księżyca. Kiedy słońce powoli opuszczało nieboskłon, a potem zaszło, niziutka kotka poszła spać, a raczej udała, że poszła spać. Nie musiała się nawet specjalnie wysilać, aby nie zasnąć, adrenalina buzowała w jej krwi, sprawiając, że jej serduszko biło niczym skrzydła uwięzionego ptaszka. Kiedy była pewna, że reszta uczniów śpi, wymknęła się z legowiska, a potem przeszła pod wodospadem. Las był… dość straszny w nocy, wsłuchiwała się w dźwięki otoczenia, mając nadzieję, że Królicza Prawda naprawdę odgonił tego lisa… bardzo nie chciała spotkać tego konkretnego zwierzęcia. Szła prędko, popędzana nerwami i chęcią zobaczenia jej znajomego. Odetchnęła, kiedy udało jej się dotrzeć do granicy i przysiadła w krzaku, kryjąc się pod osłoną liści, nie chcąc zostawać na widoku… bo co jeśli przyjdzie nie Biały, a ktoś inny? Wtedy by się wydało, że się wymyka, a Judaszowcowa Gwiazda na pewno nie byłby z tego zadowolony, może nawet jej nie puścić na kolejne zgromadzenie albo nie będzie mogła w ogóle wychodzić z obozu.
Kiedy usłyszała szmer liści, dochodzący z terytorium klanu albinosa, aż przytrzymała oddech, wlepiając oczy w ciemność, mając nadzieję wychwycić białe futro.
— Biała Łapo? — szepnęła bardzo cichutko. Futerko na jej karku napuszyło się lekko ze stresu. Po chwili ktoś się do niej zakradł, a niebieska kotka nie zorientowała się i…
— Uhh... Drobna Łapo?
Drobna podskoczyła, jakby ktoś jej nadepnął na ogon. Serce stanęło jej ze strachu. Futro nastroszyło się, sprawiając, że wyglądała jeszcze bardziej puchato niż zwykle. W dodatku pisk, jaki z siebie wydała, był kompletnie nieprzystający uczennicy w jej wieku. Po kilku chwilach złapała oddech i spojrzała na jej kompana z bardzo zawstydzonym i zdradzonym wzrokiem.
— Biała Łapo…! — wydusiła z siebie w końcu, liznęła się po piersi, żeby choć trochę wygładzić swoje futerko. — …mogłeś jakoś ostrzec czy coś! — syknęła cicho, czując wstyd za swoją reakcję. Na jej słowa kocur odsunął się o krok, a jego zakończone pędzelkami uszy obniżyły się, kładąc się do tyłu.
— Przepraszam — miauknął, uciekając wzrokiem w bok. — Następnym razem ostrzegę.
Uczennica obserwowała, jak Biała Łapa odsunął się w cień krzewów, gdy księżyc postanowił nieco wychylić się zza chmur, które zakrywały nocne niebo.
— Powinnaś być też bardziej czujna — czerwonooki albinos odezwał się znowu. — Ładnie dziś wyglądasz — oznajmił po chwili zawahania. — Wszystko w porządku?
Kotka obróciła łepek, patrząc na Białą Łapę z ukosa.
— Wiem… ale ścieżka wojownika ogólnie kiepsko mi idzie — burknęła, kładąc uszka do tyłu. Jej spojrzenie złagodniało, kiedy kocur udobruchał ją komplementem. — Dziękuję, twoje futerko też bardzo ładnie wygląda — odpowiedziała, a na jej mordkę wkroczył delikatny uśmiech.
Podeszła do niego bliżej i usiadła obok, podnosząc głowę, aby złapać jego spojrzenie. Kocur odwrócił głowę, gdy dostał komplement, wyglądał na trochę zmieszanego, ale Drobna Łapa nie zwróciła na to większej uwagi.
— Dziękuję — szepnął. A kiedy usiadła obok niego koło krzaków, owinął łapy ogonem, przysłuchując się jej kolejnym słowom.
— Coś nowego słychać w Klanie Burzy? U nas… znaleziono dwie znajdki! W wieku uczniowskim więc pewnie niedługo przydzielą im mentorów. I ponoć lis był na naszym terytorium, ale Królicza Prawda go odgonił! Wyobrażasz sobie? Walczyć z lisem sam na sam?
— To dobre wieści — odpowiedział po chwili. — Cieszę się, że jesteś cała i zdrowa. Lisy to niebezpieczne stworzenia. U nas... — zamyślił się, przerywając swoje zdanie. — Jedna kotka... uciekła z naszego Klanu — oznajmił w końcu. — Zostawiła jednak kocię. Brzydkie, ale żywe. Poza tym niedługo odbędę mianowanie.
Drobna Łapa zmartwiła się lekko, słysząc o ucieczce i biednym kociaku.
— Ojej… ale przynajmniej dobrze, że sobie radzi ten kociak… bez mamy pewnie ciężko trochę? A czemu uciekła? Wiadomo? — zapytała cicho. Słysząc o nadchodzącym mianowaniu Białej Łapy, szturchnęła go lekko. — Nieźle! Pogratuluję ci, jak już będziesz mianowany. Ja jeszcze muszę trochę się poprawić w tej… bardziej wojowniczej części szkolenia, bo jako medyk już wiem wszystko, co można! — pochwaliła się, dumna ze swoich osiągnięć. Przecież miała do ogarnięcia podwójną ilość informacji i umiejętności, więc bardzo się cieszyła, że nie odstaje, aż tak bardzo na tle innych uczniów… bardzo nie chciała zalegać w rangach, tak jak kiedyś Mamrok, matka Astrowej Łapy… zdecydowania nie chciała być ciężarem dla klanu.
— Moja matka też nie żyła długo — mruknął cicho. — Nie wiadomo, po prostu zniknęła którejś nocy, zostawiając dziecko — westchnął, kładąc się na chłodnej, nocnej trawie i podwijając łapy pod siebie.
— …no cóż, najważniejsze, że kociątko jest otoczone opieką, na pewno sobie poradzi — miauknęła z przekonaniem, przecież nieraz klany przygarniały znajdki i one wyrastały na wspaniałe koty.
— Czy pomóc Ci z wojowniczym treningiem? — zapytał, nawiązując do jej wcześniejszego wspomnienia o tym, że tylko to jej zostało do poprawienia, i wlepił w Drobną Łapę spojrzenie czerwonych oczu.
Kiedy usłyszała propozycję Białej Łapy, zrobiło jej się ciepło na serduszku. To było bardzo miłe z jego strony, tak zaproponować… ale nie chciała dokładać na niego więcej, w końcu, poradzi sobie na pewno.
— Nie trzeba, ale bardzo dziękuję. Pomocny Wróbelek, mój mentor, mówi, że nie muszę być wyszkolona do samego końca i że podstawy wystarczą — zapewniła go z uśmiechem na pyszczku, po czym wyciągnęła się obok niego. — Bardzo ładna noc dzisiaj… nic chmur nie ma, gwiazdy widać… nigdy tak nie wychodziłam z obozu w nocy. Wiesz, nawet się trochę martwiłam, że się zgubię — przyznała się z rozbawieniem.
— Tak. Piękna noc — zgodził się z nią, kiwając głową. — Jeśli byś się nie zjawiła, zapewne poszedłbym Cię szukać i pomógł tu dotrzeć.
Niebieska kotka uśmiechnęła się lekko na myśl o tym, że kocur, zamiast wrócić do obozu swojego klanu, to by poszedł jej szukać. Biała Łapa, pomimo tego, jak bardzo niechętny byłby z nią rozmawiać podczas ich pierwszego spotkania, okazał się bardzo miłym kotem, nawet jeśli nie był wylewny.
— Miło mi to słyszeć, ale! Ważne, że to się nie stało. Nie chciałabym, żebyś sam się włóczył po nocy, jeszcze po terytorium, którego nie znasz! Więc jeśli się nie pojawię przez dłuższy czas na następnych spotkaniach to, proszę, wróć do siebie, dobrze? — kotka poprosiła, że zmartwieniem, bo o ile nie miała wątpliwości co do zdolności kocura, to jednak nigdy nie był na terytorium Klanu Klifu, więc jeszcze, nie dajcie Gwiezdni, coś by mu się stało. Klifiaczka przekręciła się na plecy, tym samym odsuwając trochę od kocura i spojrzała na nocne niebo.
— Czy niebo za dnia również jest takie ładne jak nocą? — zapytał po dłuższej chwili milczenia i obserwowania nocnego nieba.
Aż przykro jej się zrobiło na to pytanie, no tak, przecież kocur unikał wychodzenia na światło słońca, więc zapewne nie widział za dużo z tego, jak wygląda świat za dnia…
— Wiesz co i tak uważam, że dużo ładniej jest w nocy — stwierdziła z pewnością. — Za dnia nie widać gwiazd i czasami jest dość gorąco... szczególnie podczas Pory Zielonych Liści... w nocy jest dużo przyjemniej. I ciszej — ciągnęła, bardzo nie chciała, żeby Biała Łapa poczuł się, jakby tracił dużo, z powodu swojej przypadłości... sama wiedziała, jak to jest, mieć swoje możliwości ograniczone, chociaż u niej było to w mniejszym stopniu i bardziej po prostu nie mogła nadążyć za innymi kotami fizycznie, to i tak... wolała nie wpadać w opisy, jak ładnie wygląda morze, kiedy światło migotało na falach, mogłoby mu to sprawić przykrość, a zdecydowanie tego nie chciała.
— Jeśli się wsłuchasz... to usłyszysz żyjący las — oznajmił spokojnie, patrząc na nią. Po chwili przeniósł wzrok na zarośla. — Cykady, myszy, pasikoniki...ćmy czy żaby. Żyją w nocy i ich śpiewem rozbrzmiewa las… A gwiazdy rzeczywiście są piękne — mruknął cicho, spoglądając na nią kątem oka.
Drobna Łapa uśmiechnęła się lekko, wpatrując się w nocne niebo. Głos kocura był bardzo przyjemny, taki spokojny, trochę kojarzył jej się z wolno płynącą rzeką.
— Prawda, każda pora dnia ma swoje dźwięki. A cykady to mogłyby czasami przestać cykać, serio, mam tego po uszy jak jest to enty dzień albo noc — zaśmiała się cicho. Bardzo się cieszyła, że udało jej się spotkać z Białą Łapą dzisiaj i miała nadzieję, że te spotkania będą trwać, bo zdążyła polubić kocura i miała szczerą nadzieję, że on ją też. Chociaż patrząc po jego zachowaniu, to nie było za dużo wątpliwości co do tego, czy albinos za nią przepada, czy nie. Odpowiedź była oczywista.
Noc ciągnęła się jeszcze przez dłuższy czas, a tym samym rozmowa białego kocura i niebieskiej kotki. Dopiero kiedy księżyc zniknął im z oczu, skryty gdzieś w zasnuwających niebo chmurach, pożegnali się ciepło, życząc bezpiecznego powrotu i wracając do swoich obozów, choć Drobna zerknęła ostatni raz, obracając głowę za Białą Łapą, po czym odbiegła w swoją stronę.

<Biały Strumieniu?>

Nowa członkini Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd!

PIETRUSZKOWA BŁYSKAWICA
Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: Utonięcie
Zasłużenie: Morderstwo, romans z medyczką

Odeszła do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd!

Od Szkwalnej Łapy CD. Lilii

Gdy inne koty wolały dłużej spać w legowiskach, Szkwalna Łapa czekał już na Mewi Puch. Uważał go za ideał, choć nie do końca go znał. Chciał mu się pokazać od jak najlepszej strony. W końcu to kot, który zaskarbił serce księżniczki, musiał być wyjątkowy. Przez noc po swojej ceremonii i tak nie umiał spać, był zbyt przebodźcowany, by zamknąć oczy. Nie każdemu kotu by się dobrze spało, gdyby łaska z Klanu Gwiazdy do niego przyszła. Rozglądając się, zobaczył szeroki kroczący ideał, który miał go szkolić, Mewi Puch. Czarny dymny kocur patrzył na niego jakby coś miał na sobie, miał coś? Obrócił się, ale nic nie dostrzegł na swoim pięknym futrze.
– Ty jesteś tym moim uczniem, co nie? – Szkwalna Łapa chyba się przesłyszał. Czy on zapytał, czy on jest jego uczniem? Gdyby jakiś zwyczajny mentor by mu tak powiedział, to by natychmiast go sforsował swoimi uwagami, ale Mewi Puch był specjalnym kotem, więc musiał się wstrzymać, choć było to trudne.
– Tak, Szkwalna Łapa.
Wojownik się uśmiechnął.
– Możesz mówić do mnie Bagietka i jeszcze w celu bliższego zapoznania preferowałobym, żebyś używał moich zaimków, ono/jego. Miło mi cię poznać, Szkwalna łapo – niebieski kocur kiwnął głową, choć go skręciło lekko, gdy kocur powiedział "preferowałobym", brzmiało to, jakby nie umiał prawidłowych zaimków mu przedstawić. Może to tylko pierwsze wrażenie było takie złe? Może nie będzie tak źle, jak myślał?
– Mi też miło ciebie poznać, Bagietko. To, co będziemy pierwsze robić dzisiaj? – może chociaż dobrze prowadził lekcje. Sucha teoria byłaby zbyt nudna do wysłuchania, wolałby się uczyć bardziej praktycznie, bez zbędnego gadania. Miałby czas wtedy na to, co naprawdę mu potrzebne, a pewnie paplaniny zabierały przynajmniej połowę takiej frajdy.
– Nauczymy się dzisiaj pływać, ale tak całkowicie będzie się to różnić od tego, co ci pokazywał piastun. Pójdziemy w tym celu poza obóz w pobliżu innych wysp – pływać? Brzmiało dobrze, każdy Nocniak powinien pływać, a on czuł, że był do tego! Mewi Puch już wychodził z obozu, a Szkwalna Łapa ruszył za nim.

***

Nie sądził, że obok obozu jest tyle wysp. Czasami musiał przepływać na plecach Mewiego Puchu jakiś odcinek, by wejść na inną wyspę. Tyle to trwało przechodzenie z jednej, na drugą wyspę, że aż Szkwalna Łapa przez chwilę zaczął myśleć, że świat to same wysepki, które go otaczają, a reszta to woda. Zatrzymali się, będąc już na większej wysepce niż te poprzednie.
– Tutaj nauczę cię pływać. Jeśli szybko się nauczysz, to pójdziemy zwiedzać granicę. Chciałobym ci pokazać kilka ciekawych miejsc. Na naszym terenie jest ich pełno. Wracając do pływania, wystarczy, że będziesz machać łapami intensywnie, wtedy utrzymasz się na powierzchni – Szkwalna Łapa przejrzał się w wodzie, musiało to być bardzo głęboko, bardzo... Czy na pewno mu tak dobrze pójdzie, jakby chciał Mewi Puch?
– Będę patrzało na ciebie, jak się uczysz – wielki czarno-dymny z bielą kocur położył się na wyspie, a Szkwalna Łapa patrzył w głąb wody. Mewi Puch był dość spokojny, jakby sądził, że on się nie utopi. Szkwał pomoczył tylko łapę, woda była nawet ciepła, to pewnie przez ten skwar, na pewno mu to ułatwi pływanie. Choć chyba nadal nie był pewny czy wskoczyć, choć nie chciał tu tkwić cały dzień tylko z powodu tego, że myślał przez pół dnia czy wskoczyć, czy nie. Uczeń z impetem wskoczył do wody, będąc na powierzchni wody, machał intensywnie łapami. Był przerażony, nie wiedział, czy się długo utrzyma, póki się unosił, jednak w wodzie chciał zwrócić uwagę mentora.
– Ja pływam! – wykrzyknął. Mewi Puch spojrzał na niego, zdobył jego uwagę! Cieszył się, że kot bliski królewskiej rodziny mógł patrzeć, jak się stara, tylko ile on ma pływać w miejscu? Łapy mu się męczyły. Czy ma wejść na wyspę? Próbował do niej podpłynąć, ale w coś kopnął i stracił równowagę, topiąc się. Szkwalna Łapa próbował wypłynąć na powierzchnię, ale jego machanie łapami nic nie dało, nie mógł przecież utonąć! Chciał zostać wielkim wojownikiem, on musiał się z tego wydostać! Próbował ile sił, ale to chyba była wersja techniki, na szczęście zobaczył coś czarnego, co płynęło w jego stronę, czy to Mewi Puch?

***

Zakasłał wodą, gdy się obudził. Pierwsze co zobaczył to zmartwioną twarz Mewiego Puchu.
– Na Klan Gwiazdy! Jak dobrze, że żyjesz! – czarny wojownik przejął się nim chyba aż za bardzo, przecież żył, więc nie było jakiejś wielkiej tragedii.
– Tak... Żyje jakoś – odparł niebieski uczeń, tylko tyle umiał z siebie wydobyć. Był zdziwiony. Nie tak miała wyglądać jego pierwsza lekcja pływania z kotem, który był związany z rodziną królewską. Miał przynieść na początku dumę, a nie coś, co trzeba ratować na pierwszym wschodzie słońca lekcji.
– Wyglądasz na słabego, chyba powinniśmy iść do obozu – co?! Do obozu! Mewi Puch żartował, co nie? To żart? Szkwalna Łapa wyjdzie na pośmiewisko, gdy wróci do obozu tylko dlatego, że zachłysnął się kroplą wody. Uczeń odżył, torując drogę mentorowi.
– Jestem zdrów jak ryba! Nie musimy wracać, proszę! Nauczę się pływać, obiecuję, że już się nie utopię! – błagał rozpaczliwie, tylko on mógł się nabijać z innych kotów, a nie inni z niego. Nie pozwoli na to, by nakarmić tą sytuacją potencjalne koty, które potem by mu wypominały to. Chciał być postrzegany jako idealny uczeń i tak będzie, choćby miał się utopić jeszcze dwa razy. Oprócz jego mentora nikt nie musi o tym wiedzieć. Mewi Puch nie wiedział, co powiedzieć był dosyć zdziwiony reakcją swego ucznia.
– Spokojnie, wszystko dobrze. Jeśli twierdzisz, że czujesz się już lepiej, to możemy wrócić ponownie do nauki – Szkwalna Łapa uspokoił się, czuł ulgę, że dokończą lekcje pływania.

***

Znalazł się znowu wodzie, ale tym razem Mewi Puch już bardziej go pilnował, rozglądając się przy okazji bardziej po otoczeniu.
– Skoro już opanowałeś pływanie w miejscu, to teraz spróbuj podążać za mną. Gdy się zatrzymam to znak, że już kończymy – Szkwał kiwnął głową, a wojownik już poszedł spacerkiem, przeskakując mniejsze wyspy. Kocurek płynął za nim, czasami robiąc ciekawe szlaczki. Dobrze, że nurt rzeki nie był mocny, inaczej by go zmiotło w stronę obozu. Gdy w końcu czuł, że zaczął panować nad swymi łapami w wodzie, to chyba pokochał pływanie, czuł się do tego stworzony jak ryba, od kiedy opanował coś, to stwierdził, że będzie to robić częściej, a ten jeden incydent nie obrzydzi mu tego. Mewi Puch przyspieszył, więc Szkwalna Łapa zaczął mocniej ruszać łapami, wojownik chyba chciał go przetestować czy umie szybciej pływać, lubił takie wyzwania! Przyspieszył, omijając wyspy, uczeń był tak sprawny, że dogonił Mewi Puch. Wojownik spojrzał na niego, zatrzymując się. To był znak końca ich treningu. Szkwalna Łapa wszedł na wysepkę, czekając, co powie Mewi Puch o nim. Czy teraz, gdy się poprawił, to doceni go?
– Dobra robota Szkwalna Łapo! Szybko nauczyłeś się pływać, pomimo poprzedniego błędu nie dopuściłeś. Zasłużyłeś sobie na resztę wolnego wschodu słońca, należy ci się. Teraz wracamy – masywny wojownik poczochrał go po czuprynie, po czym zaczął iść w stronę obozu. Szkwalna Łapa dorównał mu kroku. Poczuł dumę z powodu swoich umiejętności pływania, jak i tego, że jego mentor mu pogratulował. Będzie miał co opowiadać swoim siostrom i Lilli, gdy wróci. Mewi Puch pomimo używania lewych zaimków, nie był taki zły jako jego mentor.

***

Siedział w obozie, nic nie robiąc, było to w końcu jego nagrodą za jego ciężką pracę. Po pływaniu czuł się dosyć wyczerpany, a upał nie przynosił mu ochoty robienia czegoś innego niż nic. Tak wylegiwał się, patrząc na wyjście z obozu, Urodziwa Łapa i Lawendowa Łapa były jeszcze na treningu. Nie miał z kim pogadać. Zobaczył zamyśloną Lilie, była jego rówieśniczką więc mógł do niej zagadać. Wstał i podszedł do niej.
– O czym tak myślisz? Zwykle bywasz energiczna – spojrzał w przeźroczyste niebo, bez żadnej chmury. Lilia tylko westchnęła.
– To nic takiego, tylko też chciałabym uczniem, jak ty razem z Lawendową Łapą i Urodziwą Łapą. Czuję się samotna w żłobku od waszego mianowania, a moglibyśmy już razem trenować! – Szkwałowi było jej żal, zostanie w żłobku samemu, nie było czymś fajnym.
– Nie zamartwiaj się! Twoje mianowanie jest tak blisko, że nawet mogłoby być jutro. Jak tylko Mandarynkowa Gwiazda cię mianuję, to obiecuję, że razem potrenujemy – liliowa koteczka, słuchając tego, miała błysk w oczach. Poprawiło to pewnie jej humor.
– Naprawdę? – Lilia owszem była dla niego trochę kontrowersyjna, zwłaszcza za zrobienie sobie znaku królewskiego na czole z jagody. Była jednak jego przyjaciółką i nie mógł jej skreślić, zwłaszcza że dobrze mu się spędzało z nią czas. Była w końcu jego jedynym bliskim kotem spoza rodziny, bo ile można bawić się z siostrami. Kochał je, ale czasem działały mu na nerwy.
– Naprawdę, mogę ci pokazać jak pływać! Dzisiaj się nauczyłem tego z jednym palcem w łapie, chcesz spróbować? Bo to naprawdę fajna zabawa!

<Lilio, gdy w końcu zostaniesz uczennicą, to popływamy?>

[Umiejętność – pływanie]
[1406 słów]

[Przyznano 28% + 5%]

11 marca 2026

Od Zszarzałej Łapy CD. Bukowej Korony

Strzępek musiał przyznać, że jego mentor raczej nie znał słowa litość lub nawet nie posiadał go w swoim słowniku. Point już nie wiedział, ile wojownik go ciąga po terenach klanu, jednak Wysokie Słońce intensywnie grzało ich w odsłonięte grzbiety. Na szczęście uczeń miał nieco łatwiej niż wojownik ze względu, że on jako młody point nadal był dość jasny, natomiast Bukowa Korona na plecach był pokryty sierścią w odcieniu brązu, która skuteczniej przyciągała promienie górującego słońca. Jednakże żadnemu z nich nie przyszło do głowy narzekać, choć i tak z czasem pogoda zaczęła się drastycznie zmieniać. Jasna kula na niebie została przysłonięta szarymi chmurami, a nagłe porywy wiatru próbowały ich powalić swoją gwałtownością i raptownością. Później już wszystko potoczyło się znacznie szybciej i z nieboskłonu poczęły spadać chłodne krople deszczu. Zszarzała Łapa w duchu był wdzięczny, że pogoda nad nimi się zlitowała i dalszą drogę mogą pokonać w bardziej przystępnych warunkach.
— Zaraz się na dobre rozpada, powinniśmy się sprężać — oznajmił wojownik, przyspieszając kroku.
Uczeń nie protestował, gdyż mimo wszystko wolałby uniknąć większego oberwania chmury. Świadomość tego, ile by mu zajęło ogarnięcie się po ulewie, sprawiało, że odechciewało mu się czegokolwiek, nawet dalszego marszu. Jednakże musieli coś przynieść do obozu, co mogłoby wykarmić parę kotów, dlatego też udali się na plażę.
Dotychczas Zszarzała Łapa nie miał styczności z Dwunożnymi, dlatego, kiedy ujrzał ich w pobliżu morza, jego wzrok był skupiony na każdym ich ruchu. Te zdawały się wykonywane w pośpiechu, jakby i te wysokie stworzenia wolałby uniknąć mocniejszego deszczu. Morskooki nawet nie dostrzegł, że jeden z kociąt Dwunogów zatrzymało się i spogląda w ich stronę, dopiero kiedy poczuł szturchnięcie w bark, oderwał wzrok od tych dziwnych stworzeń, by skierować je na swojego mentora.
— Nic tu po nas — rzucił, mając zamiar odejść i to jak najszybciej.
— Jak to? Co z krabami? — spytał zdziwiony, zapominając na moment o Dwunożnym, który powoli się do nich zbliżał.
— Mówię nic tu po nas, więc idziemy. Chyba że chcesz zostać zabrany do ich siedliska, jeśli tak to droga wolna. Jednakże wtedy możesz być pewnym, że nie zostaniesz wojownikiem, a to czy jeszcze zobaczysz siostrę lub innych jest bardzo wątpliwą kwestią — warknął Buk, chwilę przed tym, jak point został pochwycony przez to wyprostowane stworzenie.
Strzępek od razu zaczął syczeć, wymachiwać łapami z wysuniętymi pazurami, jednakże Dwunożny miał inne plany, co do ucznia i nie miał zamiaru tak łatwo go wypuścić. W ciągu paru kolejnych uderzeń serca do walki wkroczył Bukowa Korona, który zaczął wykonywać cięcia pazurami na jednej z nóg oprawcy morskookiego. Po chwili rozległ się krzyk bólu, a dotychczas trzymany kocurek, wylądował ciut niezgrabnie na ziemi, by następnie ruszyć biegiem w stronę obozu. Nawet nie oglądał się, by sprawdzić, czy jego mentorowi nic nie jest i czy nie został porwany zamiast niego. Dopiero na bezpiecznym klifie zwolnił, mając wrażenie, że zaraz płuca wypluje. Jego rozszalałe serce wręcz galopowało w klatce piersiowej, nieprzyjemnie obijając się o żebra. Musiał przyznać, że chyba jeszcze nigdy w życiu nie czuł się tak pozbawiony tchu, nawet po morderczych treningach czekoladowego nie był tak padnięty, jak teraz.

<Bukowa Korono? Mam nadzieję, że przetrwałeś>
[502 słowa]

[Przyznano 10%]

Od Pchełkowego Skoku CD. Szakłakowej Barwy (Poczciwego Szakłaka)

Kotka podskoczyła na dźwięk ruchu w zaroślach. Od razu dostrzegła pomiędzy krzewami oczy, takie same, jak jej.
— Witaj, siostro — powiedział Szakłak, wyłaniając się z mroku. Jego czarne futro idealnie zlewało się z panującą ciemnością, dzięki czemu był niezauważalny. — Wybacz, że Cię tak nastraszyłem — dodał, stając tuż przed granicą. — Jak Ci dziś dzień minął? Jak tam Twój obiekt westchnień? — spytał.
Pchełka nieco się zakłopotała pytaniami. Rozejrzała się na boki, niby to czegoś szukając wzrokiem, a jednak układając w głowie odpowiedź.
— Dobry wieczór, braciszku — odpowiedziała, po czym nieśmiało otarła się o brata.
Zamruczała przy tym, a Szakłak objął jej bok ogonem, oddając przytulasa. Szylkretka westchnęła, wciągając zapach Klanu Burzy do płuc. Był przyjemny; bo należał do jej brata. Przymknęła na dłuższą chwilę oczy.
— Życie płynie p-powoli — szepnęła. — Mirtowe Lśnienie z-zdaje się mnie nie zauważać. Nie tak… jakbym c-chciała — dodała cicho.
Odsunęła się od brata i spojrzała na jego pyszczek. Był przystojny jak ich ojciec, Barszcz, a jednocześnie dostojny, niczym Jastrząb. Piękne, gęste futro dodawało mu powagi, którą zdobył z wiekiem, a Pchełka nie mogła się nadziwić, jak on wyrósł. Pamiętała go jako kulkę sierści, jeszcze tak niedawno temu… A teraz? Oboje byli wojownikami.
— P-Przejdziemy się? — zaproponowała po chwili.

~ Skip time do teraz, bo trochę się porobiło ~

Pchełkowy Skok przy ostatnim spotkaniu z Burzakiem ustaliła następną wizytę, o ile można było to tak nazwać. Mieli kilka miejsc, w których się spotykali i rotowali między nimi, by nie zostawiać zbyt wiele zapachów, ani nie zwiększać szansy, że ktoś ich nakryje i wyciągnie błędne wnioski. Przyjaźnie międzyklanowe były dopuszczalne, jednak rodzeństwo wolało nie ryzykować… zwłaszcza że Judaszowcowa Gwiazda potrafił zaskoczyć.
Nadszedł upalny wieczór, zwieńczony przepięknym zachodem słońca, który miała nadzieję zdążyć obejrzeć wraz z bratem. Była akurat po popołudniowym patrolu, a doskonale wiedziała, że do wieczornego zostało jeszcze sporo czasu. Poza tym, Klan Klifu w związku z mewami, był dużo ostrożniejszy, a ich wyjścia poza obóz zaplanowane co do joty. Wojowniczka jednak nie przejmowała się aktualnie drapieżnymi ptakami, chociaż powinna. Zabiły mnóstwo kotów, w tym ostatnio prawdopodobnie Ćmę, za którą Klifiacy wciąż płakali. Szylkretka jednak nigdy nie była blisko z kotką, a jej żałoba za nią trwała krótko. Bardziej martwiła się o ich plan, który wraz z Mirtowym Lśnieniem dopinali na ostatni guzik. Jeśli Ćma przestała stanowić dla kotów przeszkodę, to chyba pozostała tylko Jaskółka…? Tak?
Zielonooka idąc przez plażę, stawiała szybkie, krótkie kroki. Piach wciąż parzył, a ona nie mogła pozwolić sobie na wizytę u medyczki. Nie dziś ani w najbliższym czasie. Klan jej potrzebuje sprawnej, Mirtowe Lśnienie jej potrzebował. Przynajmniej kotka chciała w to wierzyć, wciąż głęboko po uszy zakochana w rudym synu lidera.
Dotarłszy na granicę, słońce wciąż zachodziło za horyzont, co przy Kamiennych Strażnikach było wspaniale widoczne. Widok zapierał dech w piersiach, a ona szeroko się uśmiechnęła, ukazując rząd białych zębów.
Usłyszawszy kroki po drugiej stronie granicy, zerknęła w tamtym kierunku. Dostrzegła swojego brata, do którego zerwała się na równe łapy. Pędziła przez te kilka długości zająca, niemal wpadając mu w ramiona. Otarła się prędko o brata.
— Szakłaku! — Westchnęła szczęśliwa. — Spójrz, jaki mamy piękny zachód słońca! Wygląda niczym zwiastun czegoś dobrego.
Czegoś tak dobrego, jak…śmierć aktualnego lidera. Pchełka nie skłamałaby, gdyby powiedziała, że odliczała wschody słońca do tego jednego wydarzenia. Jakby zależało od niego jej życie, a… poniekąd przecież tak było. Nie mogli dopuścić kremowej zastępczyni do władzy, bo cały Klan Klifu będzie cierpiał. Pchełkowy Skok, patrząc tak w dal, w głębi serca szczerze cieszyła się, że ich lider jest taki stary, że zaraz umrze, a oni będą mogli wykonać swój plan. Nigdy nie pomyślałaby, iż będzie wyczekiwać czegoś takiego, a jednak.
Gdy zachód się zakończył, a pomarańcz na niebie zastąpiła piękna purpura, spojrzała ponownie na brata.
— Planuję mu wyznać miłość — oznajmiła cicho, ale pełna nadziei.

<Szakłaczku? Zaczynamy z grubej rury!>

Nowi samotnicy!

 




Wernyhora