BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

22 maja 2026

Od Króliczej Prawdy (Gasnącej Łapy) CD. Poczciwego Szakłaka

— Nie spodziewałem się ciebie tutaj, Królicza Prawdo — mruknął czarnofutry, lecz po chwili się speszył. — Znaczy… Nie ważne… — dodał, spuszczając wzrok na łapy.
Kremowy zachichotał cicho pod nosem, obserwując zakłopotanie na pysku Burzaka. To takie urocze…
Chwila… nie, nie! Ależ skądże, o czym on w ogóle myślał?
Ach, oni to się dopiero dobrali. Oboje byli tacy niezręczni, ale może to po prostu uroki początków nowych znajomości. Z czasem z całą pewnością rozmowa będzie im przychodzić coraz łatwiej i nie będą się już obrzucać półsłówkami. O ile ich relacja przetrwa, a los pozwoli im spotkać się jeszcze wiele razy w przyszłości. Na to właśnie liczył Królik, bo posiadanie znajomego z Klanu Burzy wydawało mu się całkiem fajne.
— Cóż, ja tak właściwie też… się ciebie tu nie spodziewałem — odparł bursztynowooki, po czym wzdrygnął się z powodu chłodnego wichru, który rozwiał jego szatę. — Choć muszę przyznać, że miałem z tyłu głowy pewnego kota o zielonych oczach, gdy zmierzałem w tę stronę… — kontynuował, nie skupiając się za bardzo na znaczeniu swoich słów. W końcu o to w tym chodziło, nie? Jeśli nie będzie zastanawiał się nad każdą sylabą, rozmowa stanie się znacznie przyjemniejsza.
— Myślałeś o mnie? — zapytał nagle Poczciwy Szakłak, jeszcze bardziej speszony, a może raczej onieśmielony.
— No… wiesz, nie nazwałbym tak tego, jak teraz o tym myślę… — miauknął Królicza Prawda, czując, jak jego serce zaczyna bić szybciej. Co za głupoty uciekały z jego pyska, na litość Klanu Gwiazdy! — Znaczy, rozumiesz… Miałem po prostu na uwadze, że przy granicy mogę spotkać znajomy pysk.
Przez moment między dwójką kocurów zapanowała cisza. Po chwili jednak pręgowany odchrząknął, nie potrafiąc już jej znieść.
— Może zamiast takich bezsensownych pogaduszek porozmawiamy o czymś ciekawszym? Spotykam cię już któryś raz, a wciąż prawie nic o tobie nie wiem! W sensie to w sumie logiczne, bo nie jesteśmy zbyt blisko, ale jeśli tak mamy na siebie wpadać… to wypadałoby wiedzieć o sobie coś więcej niż tylko swoje imiona — zaproponował Królik. Nie wiedział nawet, o czym sam mógłby opowiedzieć Szakłakowi. Przecież nie wyzna mu nagle, że kiedyś był młody, głupi i uciekł do miasta.
— Tak, racja… — zgodził się czarnofutry.
Gdy miał już otworzyć pysk po raz kolejny, powietrze przeszył głos innego kota:
— Królicza Prawdo, skup się na patrolu! — zawołał Bukowa Korona, który dreptał w stronę granicy. — Zwierzyna sama się nie upoluje, a ty sobie urządzasz jakieś pogawędki z Burzakami! — kontynuował, zbliżając się do kocurów.
Kremowy położył po sobie uszy i wyszeptał:
— Przepraszam… Muszę już iść, ale zakładam, że prędzej czy później nasze ścieżki znowu się przetną!

* * *

Teraźniejszość

W Klanie Burzy otrzymał nowe imię. Tym razem zwał się Gasnącą Łapą i już po raz trzeci nosił rangę ucznia. Chyba pobił jakiś rekord! Czy istniał inny kot, który tak wiele razy tracił rolę wojownika? Ciężko było mu się przyzwyczaić do tych wszystkich zmian, ale robił wszystko, by zaaklimatyzować się jak najszybciej. Zadawał swojemu nowemu mentorowi — Śniącemu Obserwatorowi — wiele pytań na temat burzackiej społeczności. Dowiedział się już, że istnieją u nich kronikarze, a także przewodnicy, do których należał srebrny.
Zwiedzał wraz z nim tereny, ale granic unikał jak ognia. Śniący Obserwator nie zawsze był zadowolony z faktu, że tak stary kot, jak Królik, zachowywał się czasem jak uparty kociak, ale co mógł poradzić? Gdyby kremowego zobaczył jakiś Klifiak, przy granicy mogłaby rozpętać się kłótnia albo, nie daj Klanie Gwiazdy, nawet walka! O ile ktoś w Klanie Klifu w ogóle przejął się zniknięciem jednego z wojowników. Królik raczej nie cieszył się dobrą opinią wśród dawnych pobratymców — w końcu uciekł kiedyś z klanu na kilka księżyców, a do tego był synem Pikującej Jaskółki.
Tym razem udali się w pobliże białej konstrukcji, przy której Królicza Prawda — a raczej Gasnąca Łapa — natknął się wcześniej na patrol Burzaków.
— Jak się nazywa to miejsce? — zapytał niemal od razu, odwracając wzrok w stronę srebrzystego kocura, który wyglądał na dosyć zmęczonego. Gasnąca Łapa zauważył jednak, że to była dla niego codzienność. Nawet jego imię zdawało się o tym świadczyć.
— Upadły Potwór… — mruknął krótko, raczej niezbyt chętny do dłuższej rozmowy.
— Ach! Wiedziałem, że ma to jakiś związek z tymi biegającymi stworzeniami Dwunożnych — odparł Gasnąca Łapa, tym razem wlepiając spojrzenie przed siebie. Skoro Śniący Obserwator nie był chętny do pogaduszek o pogodzie, nie zamierzał go do nich zmuszać. Nie chciał się narzucać, bo wtedy wyszedłby na niewychowanego i niegrzecznego, a raczej nie chciał już na samym początku budzić w Burzakach negatywnych odczuć. Wolał, by wszyscy uważali go za porządnego i godnego przyszłego członka klanu.
Gdy byli już blisko Upadłego Potwora, do nozdrzy ucznia dotarł zapach królika. W Klanie Klifu starał się raczej unikać polowania na uszaki ze względu na swoje imię i przywiązanie do niego, ale teraz… najważniejsze było pokazanie się z najlepszej strony — jako ktoś przydatny. Obiecał przecież, że od świtu do zmierzchu będzie polował i wykonywał obowiązki, jeśli tylko Zawodzące Echo i Królicza Gwiazda pozwolą mu tu zostać.
— Spróbuję go upolować, dobrze? — zwrócił się do mentora, który na to wzruszył ramionami.
— Ja ci nie bronię — odrzekł niewzruszony, wciąż nawet nie próbując zabrzmieć choć odrobinę energiczniej.
Choć ta powolność Śniącego Obserwatora mogłaby innych denerwować, Królik uważał, że właśnie ona czyniła srebrzystego rozpoznawalnym i intrygującym. Miał specyficzny sposób mówienia, chodzenia i wyrażania emocji. To podobało się kremowemu. Zapadało w pamięć; on sam też chciałby być w jakimś stopniu ciekawy. Na tyle, by koty, z którymi rozmawiał, od razu go zapamiętywały.
Postanowił jednak nie skupiać się na przewodniku, lecz na swojej ofierze. Wziął kilka głębokich oddechów i ruszył tropem królika. W końcu, pośród wysokiej trawy, dostrzegł parę wystających uszu, obracających się czujnie za każdym szmerem. Kremowy uśmiechnął się, po czym przypadł brzuchem do ziemi, nie spuszczając uszaka z oczu. Bezszelestnie zaczął zbliżać się w jego stronę. Był niezwykle ostrożny i precyzyjny, bo wiedział, że słuch tych stworzeń to nie przelewki.
Gdy znalazł się wystarczająco blisko, napiął mięśnie i wyskoczył w powietrze. Nim długonogi futrzak zdążył zareagować, kremowy już zaciskał zęby na jego karku. Wbił je głębiej, aż po podniebieniu rozlał mu się metaliczny posmak krwi. Zwierzę zaczęło się szamotać, lecz uczniowi szybko udało się je dobić. Nie był zachwycony tym, że musiał zabić swojego dawnego imiennika, ale nie miał wyboru. Burzacy na pewno ucieszą się z kolejnego królika na stosie.

* * *

Wraz ze Śniącym Obserwatorem powrócił do azylu, niosąc w pysku martwą piszczkę. Jej zapach był tak kuszący, że aż ciekła mu ślinka. Wiedział jednak, że nie będzie mógł jej zjeść, bo nie miałoby to sensu. Chciał, by jego zdobycz trafiła do kogoś, kto naprawdę jej potrzebował — do karmicielek, starszych czy kociąt, o ile w Klanie Burzy były już takie, które przyjmowały stały pokarm. Może kiedyś zajrzy do żłobka? Taka królowa pewnie ucieszyłaby się ze świeżo upolowanego kąska. Poza tym mógłby spróbować pobawić się z kociętami kulką mchu czy czymś podobnym, żeby choć trochę odciążyć ich matkę.
Gdy szedł w stronę stosu, przypadkiem musnął bokiem Poczciwego Szakłaka. Ich futra na moment splotły się ze sobą — kremowe i czarne, niczym lśniące gwiazdy i nocne niebo. Uczeń uśmiechnął się, patrząc na znajomego z ciepłem w oczach.
Szybko odłożył królika, po czym podszedł do czarnofutrego wojownika, który szwendał się bez celu po obozie.
— Co u ciebie? — zapytał, jednak zielonooki wyglądał na wyraźnie przybitego. Królik nie miał pojęcia o tym, co ostatnio wydarzyło się w Klanie Burzy, toteż nie wiedział, co było przyczyną takiego stanu Poczciwego Szakłaka. — Coś ostatnio nie jesteś sobą… — zauważył, przechylając delikatnie głowę.
Spostrzegł, że wojownik zacisnął szczękę, jakby z trudem powstrzymywał się przed wybuchem. Tylko czym? Gniewem, a może łzami?
— Wiesz… trochę bolą mnie łapy po dzisiejszym treningu, jeśli można to tak nazwać. Wasze tereny są całkiem spore! — miauknął nagle Gasnąca Łapa, mrużąc pomarańczowe ślepia. — Pójdę się przespać, żeby ci nie przeszkadzać — dodał, po czym, nie czekając na odpowiedź czarnofutrego, czmychnął w stronę legowiska uczniów.
Nim jednak zanurzył się w jego półmroku, objął wzrokiem kamienną wieżę, w której znajdowało się legowisko lidera. Wyglądała tak pięknie i majestatycznie. Nie wiedział, że inne klany mają takie cacka w swoich azylach! Wciąż był przyzwyczajony do skalnych półek i twardego, zimnego podłoża. Cieszył się, że teraz nie musiał opuszczać obozu, by zaczerpnąć trochę słońca.

* * *

Gdy wczesnym rankiem opuścił legowisko uczniów, od razu rzuciła mu się w oczy zgarbiona sylwetka czarnofutrego kota. Przez moment stał jak wryty, obserwując sierść Poczciwego Szakłaka skąpaną w porannym słońcu. Wyglądała tak niezwykle… mieniła się tymi samymi kolorami, które właśnie zdobiły niebo. Żółcią, różem i błękitem.
Po chwili bursztynowooki zamrugał kilkakrotnie i żwawym krokiem ruszył w stronę wojownika. Wcześniej dawał mu fory, pozwalał kisić w sobie emocje i zmartwienia, ale teraz postanowił, że nie odpuści, póki nie dowie się, co faktycznie go trapi.
— Ja wiem, że nie znamy się za dobrze… — zaczął ostrożnie, siadając obok wojownika. — Ale nie mogę patrzeć, jak marniejesz w oczach! Nie jesteś już tym samym Poczciwym Szakłakiem, który kilka księżyców temu rzucał dwuznacznymi stwierdzeniami — zachichotał cicho, ale po chwili znów spoważniał i przybrał zatroskany wyraz pyska. — Chcę wiedzieć, co tak bardzo cię męczy. Też jestem kotem i wiem, jak ciężko jest zmagać się z problemami samemu. Niezliczoną ilość razy chciałem, by ktoś okazał mi wsparcie, dlatego teraz sam chcę podarować je tobie. Nawet jeśli nie opowiesz mi od razu wszystkiego ze szczegółami — wyjaśnił, czując, jak w brzuchu pojawia mu się dziwne uczucie. Może ze stresu? Niewykluczone... — Jestem pewny, że będzie ci lżej, jeśli wypowiesz na głos to, co leży ci na sercu.

<Poczciwy Szakłaku?>

21 maja 2026

Od Miodowej Łapy do Chudego Grzbietu

Miodowa Łapa zastanawiała się nad jej ostatnim spotkaniem z Księżycową Łapą. Co prawda nie wskazywało ono zupełnie na to, że cokolwiek mogło dolegać złotej koteczce, jednak i tak miała wybrać się do legowiska medyków w celu poznania większej ilości kotów oraz dopytania, czy dyskomfort w łapie był czymś normalnym. Nie wydawało jej się, że powinna się czuć w ten sposób, ale nie była też pewna, czy medycy znaleźliby dla niej chwilę, w końcu nie chciała im zaburzać rutyny, jeśli tylko mieli jakąś wyrobioną. Może mogłaby się przy okazji dowiedzieć, czy rzeczywiście była całkowicie zdrowa. W końcu ostatnimi czasy towarzyszył jej naprawdę ogrom stresu, którego nie dało się ot tak zignorować. Owszem, czuła się już lepiej, jednak musiała przyzwyczaić się do masy nowych, nietypowych rzeczy, z którymi miała do czynienia na co dzień. Może mogłaby przy okazji porozmawiać z którymś z medyków i dowiedzieć się czegoś nowego? Czegoś, co musiała koniecznie wiedzieć? Mogła równie dobrze zapytać swojego mentora, Wilczy Skowyt, jednak było już za późno. Jej łapa przekroczyła próg legowiska medyków. Momentalnie intensywna woń ziół uderzyła w jej nos, zmuszając ją do zamknięcia ślepi na parę chwil. Miała odruchową ochotę wycofać się i zaczerpnąć z powrotem świeżego powietrza, jednak już jeden z obeznany w ziołolecznictwie ją dostrzegł i zmierzył chłodnym spojrzeniem. Był on bury, pręgowany i pokryty bielą, a jego pyszczek był spłaszczony.
— Co cię tu sprowadza? — zapytał, odkładając na bok zioła, które do tej pory sortował. Miodowa Łapa spojrzała na niego lekko wystraszona, bo co jeśli przeszkadzała mu w czymś ważnym?
— Och, przeszkodziłam ci w czymś? Przepraszam bardzo… ja… — miauknęła niepewnie, poruszając ogonem, zestresowana. — Słyszałam, że mogę przyjść tutaj, jeśli coś mi dolega. Ostatnio poszłam z Wilczym Skowytem i próbował nauczyć mnie wspinaczki na drzewa, ale zupełnie mi to nie wychodziło — gdy dostrzegła jego lekko zniecierpliwiony wyraz pyszczka, spojrzała na swoje złote łapki. — Mam wrażenie, że od wtedy boli mnie łapa — dokończyła pospiesznie, nie chcąc marnować mu ani sekundy dłużej.
— Jakbyście wszyscy nie mogli patrzeć pod łapy… — burknął z widocznym niezadowoleniem. Uczennica położyła po sobie uszy. — Podejdź, pokaż mi łapę — zachęcił ją, wybierając ze swojej mini sterty ziół liść. Przysiadła tuż przed nim i podniosła łapę, pokazując mu miejsce, które miała na myśli. Niebieskooki zmrużył ślepia, przyglądając się. Pociągnął nosem. — Masz lekko poranione poduszki łap. Dużo ostatnio biegałaś? Prawdopodobnie twoje poduszki nie są przyzwyczajone do naszych terenów — stwierdził niemal od razu.
Miodowa Łapa spojrzała na swoją poduszkę, zastanawiając się nad tym, co usłyszała. Miało to dużo sensu, w końcu przebywając ze swoimi Dwunożnymi, praktycznie nigdy nie musiała martwić się niezbyt sprzyjającym gruntem, bardzo o nią dbano, żeby jej nic nigdy nie doskwierało. Poczuła chłodną maź na swojej poduszce, która następnie została dość sprawnie załatana pajęczynami. Zerknęła na dane miejsce z lekkim zdziwieniem. Czy w ten sposób radzili sobie z takimi rzeczami?
— Proszę. Nie lataj tyle po kamieniach i będzie dobrze — dopowiedział jeszcze, mamrocząc coś pod nosem, czego złota nie mogła za dobrze zrozumieć.
Miodowa Łapa pochyliła przed nim główkę w geście okazania szacunku i wdzięczności.
— Dziękuję…! Przepraszam, jak się nazywasz? — dopytała, czując lekki przypływ wstydu, który znalazł swój początek w jej piersi.
— Chudy Grzbiet.
— Dziękuję, Chudy Grzbiecie — podziękowała mu jeszcze raz, uśmiechając się nieśmiało. Może teraz będzie jej lepiej i nie będą ją już bolały poduszki łap? Nie miała serca wspomnieć mu, że coś jeszcze jej ciążyło na serduszku, w dodatku nie było to coś, na co dało się zwyczajnie położyć chłodną papkę. Nie wiedziała, czy był na to jakikolwiek lek…

<Chudy Grzbiecie?>
[528 słów]

Od Miodowej Łapy do Księżycowej Łapy

Miodowa Łapa przeciągnęła się, mrugając parokrotnie oczkami. Nadeszła Pora Nowych Liści, jak to mówili Wilczacy… nadal trudno było jej spamiętać wszystkie te nazwy i niejednokrotnie myliła je wszystkie, jednak była na dobrej drodze do zapamiętania przynajmniej części z nich! Dobrze, że potrafiła znaleźć jakiś pozytyw w praktycznie każdej rzeczy czy sytuacji. Wiatr przyjemnie poruszał futrami kotów w obozie, radosny ptasi trel niósł się echem z pobliskich gałęzi, a korony drzew szumiały spokojnie na wietrze, wszystkie razem tworzyły niezwykle kojącą melodię, do której Miodowa Łapa również próbowała się przyzwyczaić. Las od tej strony nie wydawał się straszny, przynajmniej od tej! Na samą myśl o ogromnych, głośnych potworach dwunożnych otworzyła oczka szerzej, a mięśnie jakby same jej się napięły, co na szczęście prędko zauważyła, ponieważ rozluźniła je w mgnieniu oka. Wyrósł przed nią śnieżnobiały kocurek, który wpatrywał się w nią z lekkim zmartwieniem.
— Proszę pani? Wszystko w porządku? — zapytał z troską w głosie i machnąwszy ogonem, zaczął ją oglądać, zupełnie tak, jakby mógł w ten sposób odnaleźć na jej ciele wszelkiego rodzaju rany, ubytki czy przykrości najróżniejszego sortu. Złota koteczka spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem.
— Ach…! Nic mi nie jest, nie martw się — zamruczała z pocieszającym błyskiem w oku. To miłe, że ktoś się o nią martwił. Jednak czy aby na pewno chciała, żeby ktoś to robił? Czy nie sprawiała w ten sposób większej ilości kłopotu Wilczakom? Nie, przecież oni byli tacy mili, przyjęli ją bez większych kłopotów, a w dodatku dostała mentora, który dbał o jej szkolenie…
— Ale na pewno? Bo wyglądała pani tak bardzo smutno, że już się zacząłem martwić! Próbowałem przywrócić panią do teraźniejszości, ale udało mi się dopiero po chwili — odmruknął i przysiadłszy, polizał swoją łapę parokrotnie, czyszcząc sobie śnieżnobiałe ucho. — Dzielimy legowisko, prawda? Nazywam się Księżycowa Łapa, a pani? — dopytywał, mrugając oczkami co jakiś czas. Miodowa Łapa usiadła tuż obok niego, posyłając mu kolejny sympatyczny uśmiech, chociaż parę uderzeń serca się wstrzymała z odpowiedzią, jakby musiała się dobrze zastanowić. Poprawiła parę kosmyków w swoim puchatym ogonie, chociaż nie było to wcale konieczne, przyszło jej to dość naturalnie.
— Tak, nazywam się Miodowa Łapa, chociaż jeszcze do niedawna mówili do mnie Ula — przedstawiła się. — Miło mi cię poznać, Księżycowa Łapo — dodała jeszcze, owijając ogon starannie wokół swoich łap. Skoro dzielili legowisko i raczej powinna go kojarzyć, to może wypadałoby za niedługo poznać jeszcze paru Wilczaków? Z pewnością źle jej to nie zrobi, a wręcz przeciwnie. — Twoim mentorem jest Kocimiętkowy Wir, prawda? To bardzo miła kotka — uśmiech nie schodził jej z pyszczka. Ruda była w końcu jedną z kotek, która znalazła ją tamtego dnia, kiedy biedna szwendała się po lesie, szukając dla siebie jakiegokolwiek schronu, była wtedy śmiertelnie przerażona!
Uczniak, usłyszawszy jej słowa, uśmiechnął się szeroko.
— Tak, tak! Jest wspaniałą mentorką, świetnie mnie uczy i jest taka życzliwa i cierpliwa — zaszczebiotał radośnie, a jego długie pędzelki na uszach poruszały się na wietrze, targane wiecznie przez podmuchy i jego ruchliwość.
— Mnie szkoli Wilczy Skowyt i też sądzę, że jest dobrym mentorem. Zresztą nie znam tutaj zbyt wielu kotów, ale jestem tak wdzięczna, bo dostałam kogoś bardzo miłego, tak samo, jak ty, Księżycowa Łapo — rozgadała się, jednak i przed tym musiała sobie parę uderzeń serca odczekać. Zamruczała pod nosem.
— Podoba się pani u nas? Pięknie tu mamy, prawda? — zagadnął jeszcze, obserwując jej reakcje, aczkolwiek nie kryły się za tym gestem żadne nieszczere czy nieprzyjemne intencje.
— Bardzo różni się to od miejsca, w którym dorastałam i do którego zdążyłam przywyknąć, ale tak, nie mogę powiedzieć, że mi się tu nie podoba. Muszę się przyzwyczaić, jednak potrafię docenić miłe aspekty obozu, a nawet samego lasu — odpowiedziała mu szczerze. Prawdopodobnie z każdym dniem coraz bardziej zacznie jej tu odpowiadać, w końcu nie zapowiadało się na to, aby mogła powrócić do swoich Dwunożnych… chociaż czy naprawdę tego pragnęła? Czy powinna była ich poszukać dłużej? Może by ich wtedy znalazła? Ale czy byłoby nadal co szukać? W jej głowie panował mętlik, który musiała na spokojnie sobie poukładać i nie chciała nikogo tym obarczać.

<Księżycowa Łapo, a może mnie oprowadzisz po obozie i opowiesz o swoich historiach z życia?>
[657 słów]

Od Ognikowej Słoty CD. Cętkowanej Łapy

— Ciociu, a chciałabyś kiedyś mnie zabrać na polowanie, tak we dwoje? Chciałbym z tobą spędzić czas i nauczyć się czegoś więcej niż od Tropiącej Łaski, jesteś w końcu mistrzynią a moja mentorka nie. — Popatrzył na nią błagalnymi oczami.
Ognikowa Słota uśmiechnęła się ponownie, poruszając spokojnie ogonem.
— Oczywiście, jeszcze pytasz! — odparła. — Możemy wyruszyć już jutro, porozmawiam z Tropiącą Łaską, żeby cię puściła — dorzuciła szczerze, święcie przekonana, że kocica nie wniesie żadnego sprzeciwu – a nawet jeśli by to zrobiła, to i tak nie miało to najmniejszego znaczenia. Mistrzyni miała prawo zabrać swojego bratanka na spacer, w dodatku Cętkowana Łapa przykładał się do treningów, więc jeśli nie zaczną go o świcie, a po południu, to nie powinno jej to zrobić różnicy. Oczy rudego kocurka wręcz zabłyszczały z ekscytacji, aczkolwiek po paru uderzeniach serca widać było, że zaczął silić się na bardziej poważną mimikę pyska, naśladując tę, którą obserwowało się każdego dnia u lwiej części Wilczaków.
— Do zobaczenia jutro, ciociu — pożegnał się z nią skinięciem głowy, po czym ruszył w stronę legowiska uczniów, najprawdopodobniej w celu zaczerpnięcia odpoczynku, należał mu się zresztą po takim dniu. Szylkretka odprowadziła go wzrokiem, mrucząc pod nosem. Oczywiście, że Tropiąca Łaska nie powiedziała o nim nic złego, niech by tylko spróbowała! O jej bratanku, coś złego! Brązowooka zmrużyła ślepia, spoglądając na wspomnianą wojowniczkę. Nie przepadała za nią. Nadal darzyła ją urazą, mimo upływu tak wielu księżyców i nie zapowiadało się na to, żeby cokolwiek pod tym względem się polepszyło. Słota pamiętała czasy, kiedy czekoladowa łaciata przymilała się do jej siostry – i nawet jeśli nie zwracała na to wtedy uwagi, teraz uważała, że wojowniczka nie byłaby dobrą partnerką, szczególnie dla kogoś tak wspaniałego, jak jej siostra, Nadciągający Pomrok. Nie wiedziała, czy łączyło je coś więcej, jednak nie zamierzała też udawać, że niczego nie dostrzegła.
Podeszła do Wilczaczki spokojnym krokiem i znalazłszy się wystarczająco blisko, odchrząknęła, żeby zwrócić jej uwagę. Początkowo kocica całkowicie ją zignorowała, co sprawiło, że końcówka ogona mistrzyni zaczęła podrygiwać. Wreszcie zagrodziła jej drogę, niemal nie wysuwając pazurów. Prędko jednak opanowała swoje emocje, strzygąc jedynie jednokrotnie wąsami.
— Tropiąca Łasko, wezmę jutro z rana Cętkowaną Łapę. Przeprowadzisz jego trening po południu — poinformowała ją tonem nieznoszącym sprzeciwu. Mimo wszystko wojowniczka i tak prychnęła z niezadowoleniem, mierząc mistrzynię oceniającym wzrokiem. Nie odezwała się nawet słowem, dlatego Ognikowa Słota odwróciła się na pięcie z satysfakcją wymalowaną na pysku. Dobrze było być wyżej postawionym od wojowników. Szczególnie że mogła wykorzystać to w ten sposób.

***

Pysk jej bratanka zdobiły nowe szramy, które nie zdążyły się nawet dobrze zagoić. Nadal chodził z opatrunkami od Chudego Grzbietu i nadal brał udział w treningach – nie żeby miał jakieś inne opcje, w obliczu takiej sytuacji. Parę zadrapań, szczególnie na pysku i to w dodatku takie, które go nie oślepiły, najprawdopodobniej nie robiły mu różnicy. Ognikowej Słocie jednak tym razem, robiły. Musiała dowiedzieć się dokładnie, co spowodowało taki obrót zdarzeń. Oczywiście ślady na ciele postrzegane były i nadal postrzegane są jako coś, z czego warto być dumnym przez wielu – zresztą sama mistrzyni również czuła dumę, za każdym razem, kiedy wspominała swoją potyczkę z tamtą głupią Burzaczką, która ośmieliła się kraść ich zwierzynę, i to w dodatku na ich terenach. Szylkretka czasami zastanawiała się, czy może łaciata zamierzała wrócić… z chęcią dokończyłaby robotę, stanęłaby do walki raz jeszcze, może tym razem nie walczyłaby jak kociak, który nie potrafił posługiwać się własnymi pazurami i dopiero uczył się wszystkiego o świecie dookoła.
Ognikowa Słota wzrokiem odszukała swojego bratanka, który przecierając łapą oczy, wyszedł z legowiska uczniów. Wstał już o świcie, czyli dokładnie wtedy, kiedy miał to zrobić. Podeszła do niego dumnie, z ogonem wysoko uniesionym. Gdy stanęła tuż przed nim, posłała mu pokrzepiający uśmiech, jakby widok lekko zaspanego kocurka ją bawił.
— Możemy iść — powiedziała i machnąwszy ogonem, zaczęła kierować się ku wyjściu. Cętkowana Łapa pospiesznym ruchem potruchtał za kocicą, oglądając się jeszcze przez ramię, jakby kogoś oczekiwał za nimi. Słota zauważyła to, jednak nie skomentowała tego za bardzo. Kątem oka dostrzegła Tropiącą Łaskę, która kierowała się ku stercie zwierzyny. Nie przykładała temu jakiejś wielkiej wagi, może poza kolejnym przypływem lekkiej dawki satysfakcji. Opuścili obóz.
Będąc wreszcie poza nim, mistrzyni szła pewnie przed siebie, jakby czekając, aż oddalą się wystarczająco od azylu. Musiała porozmawiać z Cętkowaną Łapą i nie chciała, żeby ktokolwiek inny usłyszał ich rozmowę. Może by sobie pomyśleli o nim coś złego, a nie mogła do tego dopuścić! Nie chciała, żeby jej bratankowi było wstyd za siebie, szczególnie że do tej pory zachowywał się w porządku. To była kwestia czasu aż przyniesie ich rodzinie powód do dumy. W obozie było pełno uszu, które cały czas słuchały i doszukiwały się miejsca do wytworzenia plotki, a takie głosy szybko rozchodziły się po pobratymcach. Zresztą szybciej, niż komukolwiek by się to podobało, szczególnie jeśli dotyczyły czegoś osobistego, a w szczególności niezbyt przyjemnego. Przysiadła na trawie, mając już pewność, że nikt za nimi nie ruszył.
— Cętkowana Łapo, kto ci to zrobił? — zapytała spokojnie, ruchem pyska wskazując na blizny na jego mordce. Rudy kocurek sięgnął łapą do wspomnianych szram jakby mimowolnie. Po chwili speszył się, ale już uderzenie serca później wzrokiem wrócił do swojej cioci.
— To… ostatnio na treningu z Tropiącą Łaską napadł na mnie samotnik. Bardzo dziwny zresztą — zaczął, a jego końcówka ogona podrygiwała niespokojnie. — Był cały czarny, miał białe łaty na ciele i intensywnie zielone oczy. Był tak agresywny, że przekonany byłem o jego wściekliźnie, ale mimo wszystko podjąłem się ryzyka i odpędziłem go z naszych terenów! — powiedział, jakby się wręcz wyuczył tych słów, a jego mordkę pokryło coś na wzór dumy.
Ognikowa Słota zamruczała z aprobatą. Będzie musiała poinformować o tym Zalotną Gwiazdę. Wścieklizna to nie byle co, musieli coś zrobić z tym samotnikiem, jeśli kiedykolwiek powróci na ich tereny. Nie wolno było tego ot tak zostawić.
— Odpędziłeś go na tereny któregoś z klanów z nami sąsiadującymi, czy w stronę Siedliska? — dopytała jeszcze, stawiając uszy czujnie. Cętkowana Łapa spojrzał na nią raz jeszcze. Futro na jego grzbiecie zafalowało, poruszane przez przyjemny, ciepły wiatr Pory Nowych Liści. Promienie słońca przebijały się nieśmiało przez gęsto porośnięte igłami wysokie, wiekowe rośliny. Korony sprawnie chroniły ich przed słońcem, ale i też w pewnym stopniu wiatrem.
— Wydaję mi się, że pobiegł w stronę siedlisk, gdy uciekał przede mną.
Mistrzyni w odpowiedzi kiwnęła głową na znak, że przyjęła. W takim razie będzie musiała rozglądać się za kotem podobnym do tego opisu. Skoro śmiał podnieść swoje brudne łapska na jej bratanka, to z pewnością nie będzie miał nic przeciwko, jeśli to ona wymierzy mu karę taką, na jaką sobie zapracował. A może… może to Cętkowana Łapa by to zrobił?
Nagle do jej uszu doleciał cichy szmer, który zmusił Słotę do zawęszenia i porzucenia myśli, jakie ją napadły. To coś, nad czym będzie zastanawiać się, jak wrócą, albo jeszcze później. W tej chwili nie miało to aż tak wielkiego znaczenia.
— Możemy zapolować. Działaj — szepnęła, wskazując mu ruchem ogona kierunek, z którego doleciał do niej dźwięk. Cętkowana Łapa też wydawał się bardziej pobudzony, najprawdopodobniej sam go również usłyszał. Przybrał odruchowo pozycję myśliwską i zaczął skradać się w kierunku wspomnianego hałasu.
Ognikowa Słota czmychnęła do krzewów. Prędko dostrzegła grzywacza skubiącego sobie coś pomiędzy wysoko i gęsto rozstawionymi łodygami. Podniósł łeb zaalarmowany, gdy coś wydało głuchy dźwięk niedaleko za nią. Mistrzyni zmarszczyła nos i wyskoczyła ze swojej kryjówki. Nie mogła pozwolić na to, żeby jej teraz odleciał! Dotarłszy do gołębiowatego, przygniotła go sprawnie i nie czekając długo, chwyciła go za kark, jednak jeszcze nie odebrała mu życia. Ptak trzepotał skrzydłami, niejednokrotnie uderzając ją w pierś, jednak na Ognikowej Słocie nie robiło to szczególnego wrażenia. Przytrzymała skrzeczące ptaszysko, szukając wzrokiem swojego bratanka. Kocur już parę uderzeń serca później wyrósł niczym z ziemi przed nią, a w pysku trzymał małą nornicę. Rudaska wypuściła ptaka prosto na niego, ciekawa czy uda mu się go złapać.
Rudy kocurek otworzył oczy szerzej, jednak wykorzystał drzewo tuż obok nich i odbił się od niego, dosięgając sprawnym ruchem łapy grzywacza. Szare pióra zaczęły wylatywać ze zwierzyny masowo, zdobiąc leśną ściółkę. Cętkowana Łapa wgryzł się mu w krtań, pozbawiając go wreszcie życia. Przytrzymał go jeszcze łapą, patrząc, jak wigor powoli z niego ulatuje.
— Gratulacje, Cętkowana Łapo. Jestem pod wrażeniem — pochwaliła go, tarmosząc mu futro na łebku. — Musisz koniecznie pochwalić się Cienistej Zjawie, na pewno będzie dumny z tego, jak wielkie postępy robisz — dopowiedziała jeszcze, posyłając mu uśmiech. Zwierzyny było teraz tak wiele, że praktycznie sama pchała im się pod łapy, co było idealną okazją do szkolenia dla uczniów. Mogli udoskonalić swoje umiejętności, przyda im się to na całe życie. Im lepiej będą polować, tym spokojniejszy będzie mógł być klan, jeśli nadejdą trudne czasy, gdzie zwierzyna będzie ciężko dostępna lub tak płochliwa, że sam widok kota w oddali będzie w stanie ją spłoszyć.

<Cętkowana Łapo, czy jesteś z siebie równie zadowolony?>

Od Konwaliowej Mielizny CD. Fląderki

Przeszłość, przełom poprzedniej pory zielonych i nowych liści

Pora nowych liści powoli dobiegała końca, co było jednoznaczne z coraz cieplejszymi dniami i większą ilością zwierzyny, dopóki ta nie schowa się po swoich chłodniejszych norach w ziemi. Klan Nocy raczej nie cierpiał z powodu głodu, nawet w sezonie nagich drzew, kiedy to temperatura się obniżała, zmuszając ich ofiary do skrycia się. Liliowego jednak nie obchodziła ta kwestia – był uwięziony na jednej z wysp na rzece, a racje żywnościowe były wydzielane i przynoszone przez wybrane koty. Jakiś czas temu zrezygnował z prób rozszyfrowania tej całej sytuacji, mając wrażenie, że niepotrzebnie tworzy coraz więcej pytań w czasie poszukiwań odpowiedzi na nie.
Jego niebieskie oczy śledziły każdy ruch pozostałych członków rodziny, których tu z samego rana zaciągnięto. Ciężko westchnął, skupiając uwagę na cieniu kołyszących się szuwarów – monotonny, powtarzalny ruch nieco koił jego nerwy, pozwalając na oderwanie się od tego wszystkiego. Myśli zaczęły płynąć niczym ryby z nurtem rzeki, nie próbował ich łapać, jedynie je obserwował, będąc świadomym ich obecności. Zwykle o tej porze byłby poza obozem na łowach lub patrolu granicznym – nie przepadał za bezczynnością, więc kiedy mógł, to opuszczał wyspę i wyruszał w głąb terenów klanu, by jakoś przysłużyć się pobratymcom. Wiatr targał, by jego długą szatę, zabierając ze sobą wilgoć, która wcześniej osiadała w czasie przeprawy przez rzekę.
Lekki podmuch powietrza dotarł do więźniów, przedzierając się przez wysokie szuwary otaczające ich z każdej strony. Jedynym miejsce, gdzie było ich mniej, był kawałek czegoś, co nawet nie można nazwać małą plażą. Podłoże z piasku przyozdobione było śladami czwórki rzekomych zdrajców i strażników, którzy ich tu wrzucili i dotąd pilnowali.
Wtem do jego uszu dotarł cichy szum, a następnie chlupot wody, jakby jakiś kot wychodził na brzeg. Podniósł się z dotychczasowego miejsca i podobnie, jak reszta utkwił spojrzenie w przerzedzonym fragmencie naturalnych murów – ich oczom ukazała się Fląderka oraz Rosiczkowa Kropla, która pozostawała bardziej z tyłu, jakby brzydziła się samego obcowania z oskarżonymi. Jako pierwsza w jej kierunku ruszyła Borówkowa Słodycz, a jej pysk wyrażał mieszaninę emocji, które minęły, gdy była na tyle blisko czekoladowej, by nie rozpoznać w niej swojej córki. Biała została wyminięta przez młodszą, choć ta zdawała się nie zwracać uwagi na szylkretkę, gdyż podjęła próbę rozmowy ze strażnikiem.
Liliowy był kolejnym, który skierował swoje kroki do młódki, którą niemal każdy w klanie traktował jak służbę, kogoś gorszego i to tylko z powodu koloru sierści. Jego jasne spojrzenie było skupione na Fląderce, która położyła przyniesioną rybę i nosem podsunęła ją bliżej łap wojownika. Jednak nie to zwróciło uwagę kocura, a to, co cicho wymruczała. Początkowo wręcz się w nim zagotowało, mięśnie spięły, sierść najeżyła.
“Jak śmiała! Rybie flaki, a nie liderka! Mnie może traktować, jak popychadło, ale one nie mając z tym nic wspólnego!” — krzyczał w myślach, będąc początkowo ślepym na to, że swym zachowaniem przestraszył młodszą.
— Wybacz mi — odparł, uspokajając się. — Po prostu krew we mnie wrze, gdy przychodzi mi myśleć o niesprawiedliwości w klanie. Jednakże raduje mnie, że są bezpieczne — dodał, posyłając kotce lekki uśmiech.
— Z-zrozumiałe…
— Mam prośbę, gdyż ja, jak widać, niezdolny do czegokolwiek jestem. Dbaj o me siostry, proszę.

«★»

Obecnie

Od burzliwych wydarzeń związanych z rzekomymi zdrajcami minęły cztery sezony. Niebieskooki początkowo starał się wykonywać swoje dawne obowiązki, jakby nigdy nic, lecz zadanie te utrudniali dawni pobratymcy. Konwalia miał dość tego wszystkiego, co wieczór błagał Przodków, by jakoś zareagowali na to, co się dzieje w Klanie Nocy. Najchętniej, by obserwował, jak to miejsce jest pochłaniane przez gniew rzeki. Jeśli tak miało wyglądać jego życie w kociej społeczności, to wolałby odejść stąd już teraz, w tym momencie – jedynym, co go tu trzymało to rodzina, jedyne koty, które myślały racjonalnie i nie wierzyły we wszystko, co za kociaka starano się im wcisnąć do młodych główek.
Machnął zdenerwowany ogonem, podnosząc się z dotychczasowego miejsca. W zasięgu jego wzroku pojawiła się pewna sylwetka persony, która chyba była niczym kotwice w czasie tego odosobnienia, ochraniając go przed szaleństwem – choć może i już to nastąpiło.
— Fląderko, masz może chwilę? — spytał, podchodząc do młódki. Parę zaciekawiony spojrzeń padło na nich, na co liliowy najeżył sierść.
“Przeklęte mysie móżdżki. No, na co czekacie? Lećcie do niej, by potraktowała zwykłą rozmowę jako dowód zdrady” — fuknął w myślach.
— Może się przejdziemy? — zaproponował i nie czekając na odpowiedź szylkretki, wyruszył w stronę wyjścia z obozu. — Powiedz mi Fląderko, nie masz czasem tego wszystkiego dość, nie chcesz odejść? — zapytał, kiedy byli wystarczająco daleko od ciekawskich spojrzeń i uszu wyczulonych na plotki. — Jeśli nie chcesz, to nie musisz odpowiadać.

<Fląderko?>

Od Lśniącej Gwiazdy

„Doprawdy żałosne” — pomyślał Lśniąca Gwiazda z chłodną irytacją, podczas gdy nieruchomo spoczywał w swoim legowisku.
Królicza Prawda odszedł, pozostawiając po sobie nie tyle pustkę, co nieprzyjemne wrażenie zachwianej równowagi, którego Lśniąca Gwiazda nie potrafił zignorować, nawet jeśli usilnie próbował skupić myśli na czymś innym. Sam fakt ucieczki nie stanowił jeszcze tragedii — wojownicy odchodzili od klanów od pokoleń, czasem z powodu strachu, czasem gniewu, a czasem zwyczajnego zagubienia — lecz obecna sytuacja wydawała się znacznie bardziej skomplikowana, ponieważ wszystko wydarzyło się zaledwie kilka księżyców po objęciu przez niego przywództwa.
Klan potrzebował stabilności, której ostatnio rozpaczliwie brakowało, a wojownicy, choć starali się tego nie okazywać, obserwowali swojego nowego przywódcę znacznie uważniej, niż chcieliby przyznać. Lśniąca Gwiazda wyczuwał to niemal bez przerwy; dostrzegał spojrzenia zatrzymujące się na nim odrobinę zbyt długo podczas zgromadzeń, słyszał przyciszone rozmowy cichnące, gdy przechodził obok, i zauważał owo charakterystyczne napięcie pojawiające się wśród wojowników zawsze wtedy, gdy klan przechodził przez okres zmian.
I właśnie dlatego Królicza Prawda stawał się problemem.
Nie dlatego, że wiedział coś konkretnego, ponieważ Lśniąca Gwiazda nigdy nie pozwoliłby komukolwiek zbliżyć się do siebie na tyle, by rzeczywiście odkryć coś istotnego, lecz dlatego, że tamten zaczął patrzeć na pewne rzeczy zbyt uważnie, jakby próbował dostrzec ukryte pod powierzchnią znaczenie wydarzeń, które dla reszty wojowników pozostawały zupełnie naturalne. Lider zakładał, że stratę matki wiązać może z nim samym. Nawet, jeśli większość uważała Gąsieniczka za jej oprawcę.
Podejrzenia — nawet, jeśli posiadał je tylko jeden kot — były niebezpieczne, zwłaszcza w klanie zmęczonym zmianami i niepewnością.
Lśniąca Gwiazda powoli uniósł wzrok ku wyjściu z legowiska, przez które wpadało blade, przytłumione światło pochmurnego dnia, rozlewające się po kamiennym podłożu długimi smugami szarości. Sylwetki wojowników przesuwały się w oddali pomiędzy legowiskami niczym ciemniejsze plamy na tle mokrych skał, podczas gdy echo ich głosów odbijało się od ścian groty cichym, jednostajnym szmerem przypominającym odległy pomruk burzy.
Przez krótką chwilę wsłuchiwał się w owe dźwięki z nieruchomym spokojem, choć pod powierzchnią owego opanowania jego myśli poruszały się szybko i chłodno, analizując kolejne możliwości oraz potencjalne konsekwencje odejścia Króliczej Prawdy. Nie chodziło nawet o samego uciekiniera, lecz raczej o pytania, które mogły pojawić się po jego zniknięciu, ponieważ koty zawsze potrzebowały wyjaśnień, a brak odpowiedzi niemal automatycznie rodził plotki. Wojownicy zaczną zastanawiać się, dlaczego odszedł, czy był nieszczęśliwy, czy może coś go niepokoiło, a im dłużej podobne rozmowy będą trwały, tym większa szansa, że niektórzy zaczną dostrzegać napięcia, które dotąd ignorowali.
Ta myśl była wystarczająco irytująca, by mięśnie pyska Lśniącej Gwiazdy napięły się lekko pod rudym futrem. Nie znosił sytuacji wymykających się spod kontroli, ponieważ kontrola stanowiła jedyną rzecz naprawdę utrzymującą klan w ryzach, nawet jeśli większość wojowników nigdy nie zdawała sobie z tego sprawy. Koty potrzebowały poczucia bezpieczeństwa równie mocno jak pożywienia czy schronienia, a on zamierzał im to zapewnić — nawet jeśli oznaczało to konieczność odpowiedniego kierowania ich emocjami oraz przekonaniami.
Zmarszczył nagle pysk, gdy przeszywający ból rozlał się po jego prawym oku, a nieprzyjemne pieczenie zmusiło go do gwałtowniejszego mrugnięcia. Od kilku dni ignorował problem, uznając go za drobną niedogodność, lecz teraz pulsowanie stało się niemal nieznośne i przypominało mu o sobie przy każdym ruchu powieki.
Westchnął ciężko, po czym podniósł się z legowiska płynnym ruchem, przeciągając grzbiet tak, by nawet w samotności zachować charakterystyczną dla siebie elegancję. Nawet gdy nikt go nie obserwował, poruszał się z opanowaną pewnością przywódcy, który nigdy nie okazuje słabości, ponieważ maska stanowiła część niego tak trwałą, iż momentami wydawała się niemal prawdziwa.
Kiedy wyszedł do głównej części obozowiska, chłodne powietrze jaskini otuliło go wilgotnym chłodem, a blade światło wpadające przez wejście przecinało półmrok długimi smugami szarości, rzucając drżące cienie na nierówne ściany groty. Kilku wojowników niemal natychmiast skierowało ku niemu spojrzenia, wobec czego na pysku Lśniącej Gwiazdy pojawił się znajomy, łagodny uśmiech, który potrafił wzbudzać w innych kotach poczucie bezpieczeństwa niemal instynktownie.
Zatrzymał się przy jednym z wojowników wracających od stosu świeżej zwierzyny i zamienił z nim kilka spokojnych słów o porannym patrolu, po czym pochwalił młodego ucznia za złapaną mysz. Każdy gest pozostawał odpowiednio wyważony, każde spojrzenie wystarczająco ciepłe, a każde słowo dobrane tak ostrożnie, jakby od początku wiedział dokładnie, czego inni potrzebują od niego usłyszeć.
Dopiero gdy odwracali wzrok, bursztynowe ślepia przywódcy stawały się chłodne i ciężkie niczym kamień zalegający na dnie jeziora.
Legowisko Jagnięcego Ukłonu przywitało go ostrym zapachem ziół, który niemal natychmiast wypełnił jego nozdrza gorzką wonią nagietka, mokrych korzeni oraz suszonych liści. Medyczka siedziała pośród swoich zapasów z charakterystycznym spokojem, oddzielając zwiędłe łodygi od świeższych roślin, a kiedy usłyszała jego kroki, uniosła łeb, zatrzymując na nim intensywnie niebieskie spojrzenie.
— Dobrze cię widzieć, Jagnięcy Ukłonie — odezwał się miękkim, opanowanym tonem, który niemal automatycznie przybierał podczas rozmów z innymi kotami. — Obawiam się, że moje zdrowie postanowiło ostatnio wystawić mnie na próbę, ponieważ od kilku dni coś wyraźnie drażni moje oko, a pieczenie zaczyna stawać się coraz bardziej uciążliwe.
Uśmiechnął się lekko, choć sam ruch pyska sprawił, iż ból znów zapulsował pod powieką ostrym ukłuciem.
— Uznałem więc, że rozsądnie będzie oddać się w łapy najlepszej medyczki, jaką zesłał nam Klan Gwiazdy, zanim podobna drobnostka przerodzi się w coś poważniejszego.
Jak zwykle zabrzmiał szczerze, spokojnie i niemal ciepło, dzięki czemu niewielu kotom przyszłoby do głowy, iż pod ową idealnie kontrolowaną powierzchnią jego myśli pozostawały chłodne oraz nieustannie skupione na jednym problemie.
— Lśniąca Gwiazdo — miauknęła ruda, podczas gdy starannie nakładała na jego oko ziołową maść. — Co chcesz zrobić z Ćmim Księżycem? Obiecałeś, że sprowadzimy ją do domu.
Zastrzygł lekko uszami.
— Nie martw się. Dowiesz się o wszystkim na dzisiejszym zebraniu klanu — miauknął łagodnie, a następnie posłał jej ciepły uśmiech. — Nigdy nie porzucam obietnic, możesz być tego pewna, Jagnięcy Ukłonie.

Wieczór… 

— Moi drodzy — zaczął w końcu spokojnie, a jego głos odbił się od kamiennych ścian głębokim, miękkim echem. — Ostatnie dni wystawiły nasz klan na próbę, jakiej wielu z nas się nie spodziewało.
Kilka kotów poruszyło się lekko, a echo szmerów niemal natychmiast ucichło.
— Nie zamierzam ukrywać przed wami prawdy — ciągnął łagodnie, splatając ogon wokół łap. — Królicza Prawda opuścił obozowisko.
Po jaskini przebiegł cichy pomruk. Niektórzy wojownicy wymienili pomiędzy sobą szybkie spojrzenia, uczniowie unieśli łby gwałtowniej, a starszyzna poruszyła się niespokojnie.
Lśniąca Gwiazda obserwował ich reakcje z nieruchomym spokojem.
— Nie znamy jeszcze wszystkich powodów jego decyzji — mówił dalej tonem tak łagodnym, iż niemal niemożliwe było doszukanie się w nim choćby śladu irytacji. — Być może kierował nim strach. Być może zagubienie. Klan Gwiazdy jeden wie, co dzieje się w sercu kota, który decyduje się odejść od własnego klanu.
Przerwał na moment, opuszczając lekko spojrzenie, jakby sama myśl sprawiała mu autentyczny smutek.
I znów wyglądał przekonująco.
— Nie będę jednak osądzał go pochopnie — dodał po chwili ciszej. — Każdy wojownik czasem się gubi, a naszym obowiązkiem nie jest odpowiadać gniewem, lecz zachować jedność oraz rozsądek.
Lśniąca Gwiazda uniósł lekko łeb, a jego bursztynowe spojrzenie przesunęło się po zgromadzonych wojownikach z niemal ojcowską łagodnością.
— Nie pozwólcie jednak, aby strach lub plotki osłabiły nasz klan — powiedział już nieco pewniejszym tonem. — W chwilach niepewności łatwo jest zapomnieć o tym, kim jesteśmy. Łatwo pozwolić, by podejrzenia podzieliły wojowników, którzy powinni stać ramię w ramię pod spojrzeniem naszych przodków.
Przy ostatnich słowach uniósł wzrok ku górze, ku ciemnemu sklepieniu jaskini, jakby naprawdę wierzył, iż gdzieś ponad skałami Klan Gwiazdy obserwuje każdy jego ruch.
Wziął głęboki wdech, jak gdyby jeszcze raz przemyśleć musiał to, co przed chwilą powiedział.
— Mam pozytywne nadzieje, i naprawdę chciałbym powiedzieć, że decyzja Króliczej Prawdy jest po prostu nie do końca świadomym wyskokiem. Lecz nie jestem w stanie okłamywać samego siebie. A tym bardziej was. Obawiam się, że jego zaginięcie nie jest do końca tak przypadkowe, jak można by pomyśleć. I dlatego też chciałbym porozmawiać z kilkoma kotami o jego zachowaniu sprzed ucieczki — na moment przerwał. — O tym wszystkim dowiecie się jednak niedługo. Choć mam pewne przypuszczenia, to wciąż potrzebuje opinii innych, by móc cokolwiek zrobić.
Zatrzymał spojrzenie na klanie dłużej, niż było to konieczne, pozwalając, by każde wypowiedziane zdanie osiadło w ich umysłach jak ciężki, lecz stabilny kamień, który miał utrzymać konstrukcję ich zaufania w ryzach, nawet jeśli pod spodem wciąż poruszały się niewypowiedziane obawy.
— Jeśli chodzi o Ćmi Księżyc, to już niedługo ja wraz z Truskawkowym Polem dobierzemy koty, które wraz ze mną wyruszą do Klanu Nocy z prośbą o wyjaśnienia — kontynuował spokojnie, a jego głos nie zdradzał ani pośpiechu, ani wahania, choć w rzeczywistości każda decyzja w obecnych czasach wymagała większej ostrożności niż kiedykolwiek wcześniej.
W klanie przebiegł cichy szmer, ponieważ sama wzmianka o wyprawie do Klanu Nocy budziła w niektórych kotach niepokój, a w innych ostrożną nadzieję, że sytuacja Ćmiego Księżyca wreszcie znajdzie swoje rozwiązanie, nawet jeśli droga do tego miała prowadzić przez nieznane i potencjalnie nieprzyjazne tereny.
— A jeśli chodzi o Gąsienicowego Ogryzka — dodał po chwili, a jego ton stał się odrobinę chłodniejszy, choć wciąż zachowywał tę samą, starannie wyważoną łagodność, która sprawiała, że słowa nie brzmiały jak oskarżenie, lecz jak konieczna ostrożność — to na ten moment będzie on musiał pozostać w obozie, ponieważ jego obecność poza nim mogłaby jedynie wprowadzić dodatkowy chaos w już napiętą sytuację. — ...Niestety, obawiam się, że zniknięcie Króliczej Prawdy może mieć z nim coś wspólnego.
Wśród zgromadzonych kotów ponownie przeszedł cichy szmer, tym razem bardziej stłumiony i cięższy, jakby sama wzmianka o potencjalnym związku między Gąsienicowym Ogryzkiem a zniknięciem Króliczej Prawdy natychmiast obudziła w nich mieszankę niepokoju i niepewności, której Lśniąca Gwiazda świadomie nie próbował ani wzmocnić, ani całkowicie rozwiać.
Bo zbyt wiele jasności mogło być równie niebezpieczne jak jej brak.


Wyleczeni: Lśniąca Gwiazda

Od Trzcinowego Szmeru CD. Żmijowcowej Wici

Trzcinowy Szmer popatrzyła na kocura i zamruczała uradowana całkiem sensownym pomyśle, który wyszedł ze żmijowcowej główki.
— Całkiem dobry pomysł… Nie spodziewałam się tego po tobie — zaśmiała się, wbijając czule szpileczkę w wojownika.
— Ja mam same wspaniałe pomysły! Po prostu mnie nie doceniasz! — Zrobił urażoną minę, udając, że go ubodła uwaga kotki. Jednak po chwili również się zaśmiał.
— Imiona od ptaków zamieszkujących tereny Klanu Nocy to naprawdę bardzo dobry pomysł. Brzmią bardzo szlachetnie i typowo dla naszego klanu. Pewnie spodobają się kotom z rodu.
— Maskonur brzmi ciekawie i oryginalnie.
Maskonur rzeczywiście był ciekawym i niespotykanym imieniem, jednak było wiele ptactwa, z którego mogliby wybrać imię dla swoich przyszłych dzieci. Jej myśli skierowały się ku Łyskom, na które tak lubiła polować.
— Łyska jest też ładnym imieniem, szczególnie dla kotki.
Żmijowcowa Wić posłał jej skromny uśmiech, jednak znała go na tyle, by wiedzieć, że jest szczery. Cieszyła się szczęściem kocura.
— Nie mogę się doczekać, aż ujrzę przed sobą małe puchate kuleczki — powiedziała do siebie na głos.
Żmijowcowa Wić zauważył to i nosem delikatnie dotknął jej ucha.
— Również nie mogę się doczekać.

* * *

Pogoda podczas Pory Nowych Liści z czasem stała się chłodna. Podmuchy zimnego wiatru oraz przelotne deszcze obmywały tereny Klany Nocy, jednocześnie uprzykrzając codzienne obowiązki wojowników.
Od ostatnich kilku dni zauważyła, że wzrósł jej apetyt oraz że treningi z własnym uczniem stawały się stopniowo coraz cięższe. Jednak uczeń wydawał się umieć tak samo mało jak od dłuższego czasu. Jednak te same odległości, które wcześniej umiała przebiec i przepłynąć z łatwością, teraz musiała robić sobie przerwy. Bolące łapy, zadyszka i wzrastające zmęczenie uprzykrzały jej codzienne obowiązki.
Rankami coraz częściej czuła mdłości. Nie chciała z tym jeszcze iść do Gąbczastej Perły, gdyż uważała, że nie czuje się jeszcze aż tak źle.
Tym razem, zamiast porannych promieni słonecznych albo przeciekającego legowiska wojowników od deszczu, obudził ją ból brzucha oraz zaciskającego się gardła. Trzcinowy Szmer wstała prędko z posłania i niechcący, trącając Żmijowcową Wić, wybiegła na polanę, by zniknąć na śmietnisku. Zwymiotowała i zmęczona osunęła się na ziemię.
“Na Klan Gwiazdy, co mi się dzieje?”
Zaraz za nią wyszedł zmęczony Żmijowcowa Wić, którego musiała obudzić. Kocur miał potargane futro oraz mrużył ze zmęczenia swoje zielone oczy.
— Coś zjadłaś niezdrowego? — ziewnął i niemrawo podszedł do niej bliżej i usiadł obok. Nie wiedziała, czy chciał jej dodać otuchy, czy kocur zrobił to ze zwykłej przyzwoitości. — Ostatnio mam wrażenie, że gorzej się czujesz.
— To prawda… Nie wiem, o co chodzi, jednak wolę jeszcze nie iść do Gąbczastej Perły, jeszcze nie teraz…
— Czy to nie są objawy jakiegoś przeziębienia albo zielonego kaszlu?
Trzcinowy Szmer spojrzała na kocura powątpiewająco. Przeczuwała, że to nie było jakieś zwykłe zatrucie. Mimo tego, że pragnęła kociąt, tak nie chciała jeszcze odchodzić od obowiązków wojownika, szczególnie, że nie pokazał się jej jeszcze ciążowy brzuszek. Głupio jej było pójść do legowiska medyczki. Gąbczasta Perła pewnie wybuchłaby z ekscytacji, jednak od razu nakazano by jej przeniesienie do żłobka. Trzcinowy Szmer jeszcze nie chciała się tam znaleźć.
— Wątpię… Chyba jestem w ciąży, Żmijowcowa Wicio.

< Żmijowcowa Wicio? Czy możemy nazwać się partnerami? Może nie romantycznymi ale biznesu! 💸💕😽>

Od Przebiśnieg

Co się wydarzyło u Przebiśnieg ostatnio?
Właściwie to nic ciekawego, bo ciekawe to negatywy, prawda? Dalej wychodzi na dwór. Dobrze, że jej właściciel jej tego nie zabrania. Ciężko byłoby jej się przyzwyczaić do tego, aby tego nie robić. 
Chociaż nie czuję już potrzeby wychodzenia. Coraz częściej jest w siedlisku sieciarzy. Tak jednak od samego początku nie było. 

-*- 

Po śmierci Muszelki nic nie było takie samo. Jej przyszywana matka próbowała nauczyć ją zaufania do innych kotów, sama za bardzo się oddając. Nawet w betonowych królestwach dwunożnych były tak zwane klany, chociaż one bardziej nazywały się kompaniami. Sami kiedyś należeli do jednej — Kampanii Świeżych Ryb. Można się domyślić, że stąd Muszelka nauczyła się polować na ryby, a potem nauczyła tego swoją przybraną córkę. Kampania Świeżych Ryb szczyciła się tym, że jest w stanie ukraść sieciarzom każdą rybę! W rzeczywistości to w większości oni oddawali im te ryby albo sami na nie polowali. Dopiero teraz, mieszkając z jednym z nich, dowiedziała się tego. Ich tereny obejmowały prawie wszystkie bujance w Betonowym Królestwie. 
Oprócz Kampanii Świeżych Ryb były jeszcze inne — Kampania Wielkiej Zieleni i Kampania Wielkiej Budowli. Ta pierwsza znajdowała się wokół gniazd sieciarzy, gdzie była ogromna ilość małych lasów. Tam podobno kradli sieciarzom nie tylko jedzenie, ale również łapali ich szczury i myszy. Teraz jednak wie, że w rzeczywistości byli nagradzani za łapanie szkodników. Przynajmniej tak spostrzegła po tym, jak jej sieciarz patrzył na te małe stworzonka. Druga za to mieszkała wokół starej budowli sieciarzy. Za dnia była pusta, ale w nocy można było znaleźć tam wiele resztek po zwiedzających. Z perspektywy czasu Przebiśnieg uważa, że życie tej kampanii najbardziej przypominało życie kotów z lasu. Nawet jeśli oczywiście również dostawali pomoc od sieciarzy.
Zresztą nic dziwnego, bo jednak żyli w ich świecie. Polegali na nich, a równocześnie zachowywali się, jakby byli od nich niezależni. 
Mieszkanie z kampanią rzeczywiście dawało schronienie. Przebiśnieg jednak ciężko było zaufać reszcie kotów. Ciężko stwierdzić, dlaczego — może właśnie przez fakt, że została wrzucona do tego środowiska? 
Innym kotom jakoś nie było trudno się do niej przyzwyczaić. Wiedzieli jednak, jak to działa — sieciarz wyrzucał kota na śmietnik, był znajdowany przez kampanię i potem żyli razem. Kampanie były na tyle wielkie, że niektórzy nie nadążali za tym, czy ktoś jest nowy, czy nie, chociaż to zazwyczaj starsze koty miały z tym problem, jeśli już dożywały takiego wieku. 
Pomimo tego, że były trzy kampanie, różniły je tylko tereny zamieszkania, a reszta była po prostu ciężka do życia. Współpracowały nawet ze sobą, bo miały wspólny problem — „łapiarzy”, czyli sieciarzy wyłapujących samotne koty oraz psy. 
Potem pojawił się jednak również inny problem, czyli trucizna. Wybiła ona bardzo dużą część kampanii, a najbardziej oberwała Kampania Wielkiej Zieleni, gdzie w mięsie znajdowanym w małych lasach były metalowe części sieciarzy. Nieuważny kot nie dawał rady zwrócić takiego mięsa i umierał niedługo potem. Szczury tak samo — chodziły chore, a potem choroba przenosiła się na koty. To właśnie taka choroba przeniosła się na Muszelkę. 

-*- 

Przebiśnieg po przyjeździe do nowego miejsca jadła tylko ryby. Nie dotykała niczego innego w obawie przed trucizną. Gdy przyszła pierwsza pora lodu — lub Pora Nagich Drzew — sprawiła, że przesiedziała w siedlisku sieciarza większość tej pory roku. Tutaj było zimniej, a ona przyzwyczaiła się do ciepła. Dalej jednak nie dała się dotknąć sieciarzowi bez swojego pozwolenia. Pies przestał jej przeszkadzać, a ona zaczęła się do niego wręcz przekonywać. Poznała inne koty. Dalej nie ufała im jakoś mocno, ale dzięki doświadczeniom z przeszłości i faktowi, że nie musi dzielić z nimi miejsca zamieszkania, bardziej się do nich przekonała. Im dłużej jednak przebywała u sieciarza, tym bardziej zaczęła mu ufać. Aż do momentu, w którym zdołała nawet usiąść na nim, a on tylko delikatnie zaczął ją głaskać. Gdy gwałtownie się ruszył, od razu się przestraszyła i skoczyła do swojego kącika. Może niedługo znów zdobędzie się na tak duży krok? Ma nadzieję, że to będzie jej jedyny dom, jeśli w końcu zdobędzie się na nazwanie go domem. Gdy nie ma się tego, co się lubi, to się lubi to, co się ma. 

Od Borowika Do Orchidei

To był ciężki trening. Nie fizycznie. Nie psychicznie. Nie nauczyłem się zupełnie niczego nowego. Była to zwykła praktyka. Chodzi tutaj bardziej o…wyzwanie umysłowe. Wszystko zaczęło się od walki. Ostatnimi czasy ja i Kurka skupialiśmy się głównie na tym, aby w trakcie moich treningów mój nad wyraz rozwinięty mózg i wrodzona intuicja mogły dorównać masie mięśniowej. Na razie ona nie istnieje. Ale za kilkadziesiąt księżyców być może osiągnę pełną syntezę ciała z duchem. Lub nie.
W pewnym momencie Kurka przerwał walkę.
— Borowiku! Mówiłem ci, że możesz używać swoich pazurów! Nie martw się, nie dam się trafić!
Eh. Faktycznie miałem problem z ich używaniem. Mimo że opanowałem techniki do perfekcji, praktyka okazuje się trudniejsza. Mam pewnego rodzaju opór przed bezmyślnym rozcinaniem ciała przeciwnika. Nie wiem, dlaczego.
— Ugh…
— Nie „ugh”, tylko tak! Musisz używać wszystkiego, co dała ci Wszechmatka. Tak jak ptakom dała skrzydła, by latały. Czymże jest ptak bez skrzydeł, Borowiku?
I wtedy się zaczęło. Od tego momentu mój mózg przestał skupiać się na czymkolwiek innym niż na tym pytaniu.
Czym jest ptak bez skrzydeł? No jak to czym. Głupie pytanie. Ptakiem. Który nie ma skrzydeł. Może stracił je w wypadku lub urodził się bez nich. W końcu ma nadal w nazwie „ptak”, a nie…cokolwiek innego. Więc to po prostu ptak. Chyba że to pytanie jest podchwytliwe? Może utrata skrzydeł równa się utracie tożsamości…? Może jest wtedy bardziej…wiewiórką lub…jakimś owadem…?
Wróciłem do obozu. Nadal próbowałem zidentyfikować nowy, nieznany mi gatunek, ale nijak nie mogłem go nigdzie przypasować. Brakowało mi zaawansowanej wiedzy dotyczącej przyrody. Wtedy poczułem, że już nie wytrzymam. Czaszka mi wybuchnie jak nic. Rozejrzałem się po obozie i wtedy dostrzegłem siedzącą na jednej z wyższych gałęzi Orchideę.
Wlazłem więc na drzewo.
— Uh. Orchideo. Witaj. — Zatrzymałem się przed nią, wyprostowany. — Przychodzę do ciebie z pewną nurtującą mnie sprawą, a ty jesteś jedyną, która może znać odpowiedź na mniej lub bardziej teoretyczne pytanie.
Zamrugałem.
— No bo jesteś jedyną kotką w promieniu dwudziestu lisich ogonów. Znaczy nie. Ale jedyną, którą zobaczyłem. Uh. No…też nie. Ale pierwszą. Tak, tak.
Usiadłem, nie czekając na reakcję.
— Pytanie natury przyrodniczej: czym jest ptak, który nie ma skrzydeł? Ja bym obstawiał wiewiórkę. Chociaż z tułowia to bardziej ślimak…
Spojrzałem na nią kątem oka, czekając na odpowiedź po tym oficjalnym, acz tradycyjnym, niewątpliwie wstępie.

<Orchideo?>

[372 słów]

[7%]

Od Korowego Szeptu Do Cętkowanej Łapy

Jak to bywało od zawsze, w patrolu łowieckim byli też uczniowie. Kora uśmiechnęła się na wspomnienie swojego pierwszego patrolu, w którym poznała Kamyczka. To było tak dawno temu, teraz… Byli razem! Kochali się nawzajem i każdą wolną chwilę spędzali ze sobą. Cóż, te niewolne również, jeśli tylko mogli. A do tego jego wkurzający brat gdzieś zniknął! Uciekł i już nie zawracał jej głowy. Życie szylkretki nie mogło być lepsze! Znaczy, oczywiście, że mogłoby być, ale to ją zadowalało. Nadal nie miała zbyt wielu znajomych, ale wcale ich nie potrzebowała. Z większością kotów rozmawiała tylko wtedy, gdy musiała z nimi współpracować albo chciała się czegoś dowiedzieć. Jeśli nie było takiej potrzeby, to zadowalała się towarzystwem Ognistej Słoty i Kamiennego Pióra. Na patrolach też zazwyczaj nie mówiła wiele, ale jej uwagę przykuł kocur, który swoim chodem odstraszał zwierzynę. Nikt inny tego pewnie nie zauważył, bo skupiali się na wszystkim innym… Albo po prostu mieli to gdzieś.
Korowy Szept podeszła do rudego ucznia i zrównała z nim krok.
— Hej, ogon wyżej. — rzuciła, jednak spokojnym głosem.
W żaden sposób nie miała być to reprymenda, a zwykłe podanie pomocnej łapy. Kora sama wiedziała, jak ciężko szło nadążanie za starszymi, bardziej doświadczonymi. Tyle ile miała problemów jako uczeń…
— Straszysz wiewiórki. — dodała po chwili. — Polowałeś już kiedyś?

<Cętkowana Łapo?>