BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

21 października 2026

Od Skowronkowej Łapy do Mordor

Pora Nowych Liści wreszcie zaczynała dawać o sobie znać. Po długich, chłodnych księżycach las powoli budził się do życia, a na gałęziach pojawiały się pierwsze nieśmiałe pąki. Śnieg ustąpił miejsca wilgotnej ziemi, gdzieniegdzie przebijały się młode źdźbła trawy, a powietrze nie szczypało już tak nieprzyjemnie w nos. Wciąż zdarzały się zimne poranki, jednak nawet one nie potrafiły odebrać mi dobrego humoru. W końcu nadchodził czas, kiedy znów można było znaleźć kwiaty, świeże pióra i mnóstwo innych ciekawych rzeczy!
Nie oznaczało to jednak, że wyruszyłem poza obóz wyłącznie po to, by urządzić sobie kolejną wyprawę w poszukiwaniu ozdób. Tym razem miałem znacznie poważniejszy cel. Przynajmniej w moim własnym mniemaniu. Od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie, żeby samodzielnie przejść się wzdłuż lasu graniczącego z Owocowym Lasem. Chciałem sprawdzić, czy potrafię rozpoznawać zapachy sąsiedniego klanu, dostrzegać ślady i zachowywać się tak, jak robią to doświadczeni wojownicy. Przede wszystkim jednak chciałem być choć trochę podobny do taty.
Nocny Śpiewak zawsze wydawał mi się kotem, który wiedział, co robi. Podziwiałem go za siłę, pewność siebie i to, że potrafił odnaleźć się w różnych sytuacjach. Czasami zastanawiałem się, czy kiedyś uda mi się dorównać mu, choć w połowie. Na razie wciąż zdarzało mi się zapominać o celu polowania, kiedy zauważyłem coś interesującego, ale przecież od czegoś trzeba było zacząć! Jeśli chciałem kiedyś zostać naprawdę dobrym wojownikiem, musiałem nauczyć się samodzielności.
Właśnie z takim postanowieniem ruszyłem w stronę granicy. Starałem się iść spokojnie, nie rozglądając się na wszystkie strony bez wyraźnego powodu. Co jakiś czas przystawałem, unosiłem pysk i próbowałem wychwycić znajome zapachy. Powietrze Pory Nowych Liści było pełne różnych woni, przez co nie zawsze potrafiłem od razu oddzielić jedną od drugiej. Mimo to nie zamierzałem się poddawać. Każdy taki spacer był okazją do nauki, nawet jeśli nie miałem obok siebie mentora, który mógłby od razu poprawić wszystkie moje błędy.
W pewnym momencie dotarłem do miejsca, z którego dobrze widziałem fragment granicy. Zatrzymałem się przy jednym z drzew i rozejrzałem po okolicy. Na ziemi leżały jeszcze resztki zeszłorocznych liści, ale pomiędzy nimi pojawiały się już świeże rośliny. Jedna z nich miała drobne, niebieskawe kwiaty. Przez krótką chwilę zastanawiałem się, czy nie podejść bliżej, żeby się im przyjrzeć, jednak ostatecznie powstrzymałem tę pokusę. Nie chciałem przecież powtarzać historii Pory Opadających Liści, kiedy polowanie niemal całkowicie zeszło na dalszy plan przez moje zainteresowanie roślinami. Byłem z siebie całkiem dumny, dopóki nie usłyszałem szelestu po drugiej stronie pobliskich krzewów.
Natychmiast uniosłem głowę. Moje uszy skierowały się w stronę dźwięku, a ogon znieruchomiał za mną. Przez chwilę próbowałem rozpoznać, co mogło go wywołać. Mógł to być jakiś niewielki zwierzak, ale równie dobrze inny kot. Zapach Owocowego Lasu był tutaj wyraźny, więc nie powinienem był wykluczać tej drugiej możliwości.
Przybrałem możliwie najbardziej poważny wyraz pyska. Chciałem wyglądać na kogoś, kto doskonale panował nad sytuacją, a nie na ucznia, który właśnie zastanawia się, czy powinien się schować, czy może jednak zostać na miejscu. Przecież tata na pewno nie chowałby się za krzakiem przed pierwszym lepszym szelestem!
Po chwili zza roślinności wyłoniła się kotka. Jej wygląd od razu przyciągnął moją uwagę. Miała półdługie, niebieskie futro z ciemniejszymi pręgami i jaśniejszymi partiami na uszach, ogonie oraz środku pyska. Jej żółte oczy wyglądały na znudzone, a pysk wykrzywiał grymas, który trudno byłoby pomylić z prawdziwym uśmiechem. Była smukła i niezbyt wysoka, ale coś w jej spojrzeniu sprawiało, że nie miałem ochoty pochopnie uznawać jej za kogoś, kogo można lekceważyć. Przy jednym z uszu miała ozdobę, co natychmiast wzbudziło moje zainteresowanie.
Przez moment przyglądałem się jej w milczeniu, próbując przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek wcześniej ją widziałem. Jej zapach wskazywał na Owocowy Las, ale nie znałem jej imienia ani rangi. Wiedziałem tylko, że spotkanie kogoś z sąsiedniego klanu na granicy nie było niczym szczególnie niezwykłym. W końcu nasze terytoria gdzieś musiały się ze sobą stykać.
Już miałem odezwać się pierwszy, kiedy dostrzegłem coś jeszcze. W jej futrze znajdowały się drobne ozdoby, a przynajmniej tak mi się wydawało. Przyjrzałem się im uważniej, a moje uszy natychmiast stanęły na sztorc. Czyżby ona również lubiła zbierać takie rzeczy?
— Hej! — zawołałem, unosząc łapę w przyjaznym geście. — Jestem Skowronkowa Łapa, z Klanu Wilka!
Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że powinienem zachować odrobinę ostrożności. Znajdowaliśmy się przecież przy granicy, a ja nie chciałem sprawiać wrażenia, jakbym zupełnie zapomniał o celu swojej wyprawy. Wyprostowałem się więc nieco, starając się nadać swojej postawie więcej powagi, choć podejrzewałem, że mój entuzjazm i tak był aż nazbyt widoczny.
— A ty jesteś z Owocowego Lasu, prawda? — dodałem, zerkając na nią pytająco.
Nie czekając zbyt długo, przesunąłem się odrobinę, żeby lepiej widzieć jej ozdobę przy uchu. Sam wciąż nosiłem swoje pióra i zasuszone liście, które przymocowałem do futra jeszcze pod koniec poprzedniej pory. Nie wyglądały już tak świeżo, jak dawniej, ale nie zamierzałem się ich pozbywać. Wraz z nadejściem Pory Nowych Liści miałem nadzieję znaleźć nowe okazy i w końcu wymienić część starych dekoracji na coś równie interesującego.
— Fajną masz ozdobę — powiedziałem szczerze, po czym odruchowo zerknąłem na własny kark. — Ja też takie zbieram! No, może nie dokładnie takie, ale pióra, kwiaty i różne liście. Ostatnio nie było zbyt wielu ciekawych rzeczy, bo wszystko zamarzło, ale teraz znowu zaczyna się robić interesująco.
Poruszyłem ogonem, prezentując jej kilka piór, które wciąż trzymały się przy jego nasadzie. Część z nich była już nieco zniszczona, a jeden z liści stracił niemal cały kolor, jednak w moich oczach nadal miały swoją wartość. Każdy z nich przypominał mi o chwili, w której go znalazłem, a poza tym naprawdę lubiłem mieć przy sobie coś, co samodzielnie przygotowałem.
— Te zrobiłem jeszcze Porą Opadających Liści. Przyczepiłem je żywicą i płynem z mlecza. Trochę się namęczyłem, zanim wreszcie przestały odpadać, ale chyba było warto! — oznajmiłem z wyraźną dumą.
Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie opowiedzieć jej również o tym, jak podczas jednej z prób przykleiłem sobie pióro w zupełnie niewłaściwym miejscu. Ostatecznie uznałem jednak, że nie muszę zdradzać od razu wszystkich szczegółów. Nie chciałem przecież, żeby pomyślała, że jestem jakimś niezdarą.
Przeniosłem wzrok na kotkę, próbując odgadnąć, co o mnie sądziła. Jej mina wcale mi tego nie ułatwiała. Wyglądała na kogoś, kto mógłby równie dobrze odpowiedzieć mi czymś miłym, jak i kazać mi się zamknąć. Nie zamierzałem jednak z góry zakładać, że mnie nie polubi. W końcu nie każdy kot musiał chodzić z uśmiechem na pysku, żeby dało się z nim porozmawiać.
— Jak masz na imię? — zapytałem, przechylając głowę na bok. — I sama zrobiłaś tę ozdobę? Czy znalazłaś ją już gotową?
Zaraz potem przypomniałem sobie, że nie powinienem chyba aż tak bardzo rozpraszać się rozmową, skoro miałem sprawdzić granicę. Zerknąłem więc na oznaczenia terytorium, a następnie z powrotem na nieznajomą. Nie wyglądało na to, żeby działo się tutaj coś niepokojącego, a skoro już na siebie trafiliśmy, nie widziałem powodu, by od razu kończyć spotkanie.
— Właściwie miałem przejść się kawałek wzdłuż granicy leśnej — wyjaśniłem, starając się brzmieć odpowiedzialnie. — Chciałem trochę poćwiczyć obserwowanie terenu. Kiedyś będę wojownikiem, więc muszę umieć takie rzeczy, prawda?
Uniosłem dumnie głowę, zadowolony z własnego wyjaśnienia. Nie wspomniałem, że nikt nie wysłał mnie tutaj z oficjalnym zadaniem. Nie chciałem kłamać, ale nie czułem też potrzeby opowiadania o wszystkim od pierwszej chwili. Poza tym naprawdę uważałem, że ćwiczenie samodzielności było ważne.
Wiatr Pory Nowych Liści poruszył moim futrem, a pióra przy karku zadrżały delikatnie. Zerknąłem na nie kątem oka, upewniając się, że żadne nie postanowiło odpaść akurat w obecności nowo poznanej kotki. Nie byłoby to najlepsze pierwsze wrażenie.
— W każdym razie, skoro już się spotkaliśmy, to chyba możemy chwilę pogadać — stwierdziłem z lekkim uśmiechem. — Chyba że jesteś zajęta. Nie chcę ci przeszkadzać.
Pozostałem po swojej stronie granicy, czekając na jej odpowiedź. Byłem ciekaw, kim była ta niebieska kotka i czy rzeczywiście podzielała moje zainteresowanie ozdobami. Może uda mi się dowiedzieć czegoś nowego, a może rozmowa skończy się szybciej, niż zdążę wymyślić kolejne pytanie. Tak czy inaczej, spotkanie z kimś z Owocowego Lasu było czymś, czego nie planowałem podczas tej wyprawy. A przecież właśnie takie niespodziewane rzeczy często okazywały się najciekawsze.

<Mordor? Dziwne imię…>
[1313 słów]

20 października 2026

Od Skowronkowej Łapy CD. Kawczej Łapy

Przez ostatnie księżyce zdążyłem przyzwyczaić się do tego, że moje dni wypełniały treningi, obowiązki i ciągłe próby udowodnienia sobie, że potrafię więcej, niż początkowo mi się wydawało. Nie zawsze wszystko szło po mojej myśli, ale nie zamierzałem się poddawać. W końcu nie po to zostałem uczniem, żeby stać w miejscu! Chciałem być silny, sprawny i godny miana wojownika Klanu Wilka. A przede wszystkim chciałem, żeby tata był ze mnie dumny.
Tamtego poranka obudziłem się jeszcze przed tym, jak ktokolwiek zdążył mnie zawołać. Przez szczelinę w wejściu do legowiska wpadało blade światło, które oświetlało skrawek ziemi przed moim nosem. Przeciągnąłem się, wyciągając przed siebie łapy, po czym ziewnąłem szeroko, ukazując drobne kiełki. Futro na grzbiecie sterczało mi na wszystkie strony, a ja przez chwilę próbowałem ułożyć je językiem, nim uznałem, że szkoda na to czasu. Sowi Zmierzch pewnie i tak znalazłby coś, do czego mógłby się przyczepić podczas treningu.
Wyszedłem na zewnątrz, gdzie przywitał mnie chłód poranka. Powietrze pachniało wilgotną ziemią, mchem i liśćmi, na których wciąż osiadała rosa. Obóz powoli budził się do życia. Gdzieś niedaleko ktoś rozmawiał przy stosie zwierzyny, a od strony legowiska wojowników dobiegł mnie przeciągły ziew. Przez chwilę rozejrzałem się po znajomym otoczeniu, odruchowo szukając wzrokiem czarnej sylwetki taty. Nie dostrzegłem go, ale ruszyłem przed siebie, postanawiając, że opowiem mu o treningu później. W końcu miałem przecież ważniejsze sprawy na głowie!
Na przykład naukę pojedynków. Nie byłem pewien, czy powinienem się z tego cieszyć, czy raczej martwić. Lubiłem ćwiczyć, szczególnie kiedy udawało mi się opanować nową umiejętność, ale walka z innym uczniem była zupełnie czymś innym niż ćwiczenie ruchów na pustym kawałku ziemi. Przeciwnik nie zamierzał przecież czekać, aż łaskawie wymyślę, co zrobić z jego następnym atakiem. Musiałem być szybszy, uważniejszy i przede wszystkim przestać myśleć o wszystkim dookoła.
Co, szczerze mówiąc, nie zawsze mi wychodziło.
Gdy dotarłem w okolice wyjścia z obozu, zauważyłem znajomego kocura, któremu towarzyszył Rozbity Księżyc. Przez chwilę próbowałem przypomnieć sobie jego imię. Kojarzyłem go z kociarni, z czasów, kiedy jeszcze sam nie miałem obowiązków ucznia, a najważniejszym problemem mojego dnia było to, czy uda mi się wygrać kolejną zabawę z Bryzką. Kawcza Łapa. Tak, właśnie tak się nazywał.
Uśmiechnąłem się na jego widok i skinąłem mu łbem. Nie mieliśmy zbyt wielu okazji do rozmowy od tamtego czasu, dlatego jego obecność trochę mnie zaskoczyła. Nie miałem jednak zamiaru narzekać. Nowy towarzysz treningu oznaczał możliwość sprawdzenia własnych umiejętności, a przy okazji może nawet poznania go nieco lepiej.
Ruszyłem za nimi w stronę starego obozowiska. Droga prowadziła między drzewami, których korony szumiały cicho nad naszymi głowami. Ziemia była miękka po nocnej wilgoci, a pojedyncze promienie słońca przedzierały się przez liście, tworząc na ścieżce jasne plamy. Co jakiś czas słyszałem szelest w zaroślach, ale nie zatrzymywałem się, żeby sprawdzić, co go spowodowało. Miałem się przecież skupić na treningu. Przynajmniej tak sobie powtarzałem.
Wkrótce dotarliśmy na miejsce. Stare obozowisko nie przypominało już tego, czym musiało być kiedyś. W kilku miejscach ziemię rozgrzebywały korzenie drzew, a między nimi wyrastały młode rośliny. Niektóre krzewy zdążyły się rozrosnąć na tyle, że zasłaniały fragmenty dawnego przejścia. Mimo to przestrzeń wciąż nadawała się do ćwiczeń. Było tu wystarczająco dużo miejsca, by swobodnie się poruszać, a drzewa mogły posłużyć za osłonę podczas treningu. Zatrzymałem się na skraju polany i właśnie wtedy Kawcza Łapa zwrócił się do mnie z pytaniem.
— Całkiem dobrze! — odpowiedziałem z entuzjazmem, odwracając się w jego stronę. — Znaczy, chyba. Sowi Zmierzch mówi, że muszę jeszcze popracować nad tym, żeby nie odsłaniać boku podczas ataku, ale ostatnio udało mi się go zaskoczyć podczas ćwiczeń. Tylko raz, ale to się liczy, prawda?
Uśmiechnąłem się szeroko, a końcówka mojego ogona drgnęła z zadowolenia. Nie mogłem przecież przemilczeć takiego osiągnięcia. Nawet jeśli nie było szczególnie imponujące, dla mnie stanowiło dowód na to, że robię postępy. Poza tym, gdybym miał wybierać, wolałbym pochwalić się czymś, co mi wyszło, niż opowiadać o wszystkich momentach, w których lądowałem pyskiem w ziemi.
Przez chwilę przyglądałem się czarnemu kocurowi, próbując ocenić, jak bardzo zmienił się od naszego ostatniego spotkania. Wtedy wydawał mi się znacznie bardziej przygaszony, a jego odpowiedzi były krótkie i niechętne. Pamiętałem też, jak opowiadał o swojej siostrze. Nie wiedziałem, czy nadal chciał o niej rozmawiać, więc nie zamierzałem poruszać tego tematu bez potrzeby. Niektóre rzeczy należało zostawić w spokoju, nawet jeśli ciekawość podpowiadała coś innego.
— A tobie jak idzie? — zapytałem, przechylając lekko głowę. — Rozbity Księżyc mówił, że macie dziś ćwiczyć pojedynki. My też będziemy, więc może będziemy mogli sprawdzić, czego się nauczyliśmy!
Na samą myśl aż przestąpiłem z łapy na łapę. Pojedynek z innym uczniem brzmiał znacznie ciekawiej niż kolejne powtarzanie tych samych ruchów. Oczywiście nie zamierzałem lekceważyć Kawczej Łapy, ale nie potrafiłem ukryć ekscytacji. Chciałem zobaczyć, jak sobie poradzi, a przy okazji przekonać się, czy moje treningi rzeczywiście przynosiły efekty.
Zerknąłem w stronę Sowiego Zmierzchu, zastanawiając się, czy mój mentor pozwoli nam zmierzyć się ze sobą. Nie chciałem zaczynać niczego bez jego zgody. Wiedziałem, że choć czasami miałem ochotę po prostu rzucić się do przodu i zobaczyć, co się stanie, nie wszystko można było załatwić entuzjazmem. Tata często powtarzał mi, że obowiązki należy wykonywać najlepiej, jak potrafię. Starałem się o tym pamiętać, nawet jeśli czasami bardziej niż o samym zadaniu myślałem o tym, jak bardzo chciałbym już umieć wszystko.
— Tylko uprzedzam, że nie zamierzam się poddać bez walki! — dodałem, ponownie zwracając się do Kawczej Łapy. — Ale spokojnie, nie będę cię gryzł w uszy. Chyba że sam zaczniesz!
Parsknąłem cichym śmiechem, rozbawiony własnym żartem. Następnie usiadłem na ziemi i owinąłem łapy ogonem, choć trudno było mi usiedzieć w miejscu. Spojrzałem jeszcze raz na polanę, wybierając wzrokiem fragment równego podłoża, na którym można było bezpiecznie ćwiczyć. W głowie już układałem sobie możliwe ruchy, przypominając sobie wskazówki mentora.
Przede wszystkim nie odsłaniać boku. Utrzymać równowagę. Obserwować przeciwnika, zamiast skupiać się wyłącznie na własnych łapach.
Powtórzyłem te zasady w myślach kilka razy, a potem uniosłem głowę.
— Wiesz, kiedy byłem mały, myślałem, że wystarczy być silnym, żeby wygrać każdą walkę — odezwałem się nagle, spoglądając na Kawczą Łapę. — Tata jest silny, więc wydawało mi się, że to najważniejsze, ale Sowi Zmierzch mówi, że trzeba też umieć myśleć. I chyba ma rację, bo jak próbuję kogoś przewrócić samą siłą, to zwykle kończę na ziemi razem z nim.
Zaśmiałem się pod nosem, tym razem trochę bardziej zakłopotany. Nie przeszkadzało mi jednak przyznawanie się do własnych błędów. W końcu dopiero się uczyłem. Nie mogłem oczekiwać, że od razu będę najlepszy.
Po chwili wstałem i otrzepałem łapy z drobinek ziemi. Spojrzałem na mentora, gotów rozpocząć ćwiczenia, a następnie znów na swojego rówieśnika.
— No dobra, Kawcza Łapo. Zobaczymy, czego nas nauczyli! Jestem gotowy.
Przynajmniej tak mi się wydawało. A jeśli miałem się czegoś nauczyć, to równie dobrze mogłem zacząć właśnie teraz.

<Kawcza Łapo?>
[1107 słów]

Od Żywicznej Kropli

Pierwsze dni w roli wojowniczki ku jej zaskoczeniu upłynęły wyjątkowo spokojnie. Po nocnym czuwaniu, które przyszło jej odbyć podczas siarczystego mrozu, postanowiła przy organizowaniu posłania w nowym legowisku, znaleźć sobie miejsce bliżej wyjścia. Nie miała najmniejszej ochoty gnieździć się wśród tłumu pozostałych wojowników. Przy wyborze uwzględniła również odległość od kotów, których obecność była jej choć trochę miła.
Przez cały ten czas w jej głowie uporczywie powracała jedna myśl. W końcu będzie mogła wybrać się na dawno obiecany ojcu wspólny spacer i polowanie. Z uwagi na jej długo trwający trening, ta chwila zdawała się móc nigdy nie nadejść. Teraz, gdy wreszcie zaczęła wychodzić z emocjonalnego dołka, a codzienność powoli odzyskiwała pozory normalności, mogła w końcu spełnić swoje słowa. Sama myśl o spędzeniu czasu z ojcem, bez obowiązków i niepotrzebnych zmartwień, wywoływała w niej przyjemne ciepło, którego tak bardzo brakowało jej w ostatnich księżycach.

***

Po porannym patrolu, podczas którego ku jej uldze przypadło jej między innymi towarzystwo Małej Bazi, wróciła do obozu w wyjątkowo dobrym humorze. Wciąż nie potrafiła przejść obojętnie obok granic i niekiedy odruchowo kierowała tam wzrok, jakby spodziewała się dostrzec znajome rude futro i gibający się z nosa jego właściciela glut.
Dzwonkowego Śwista zaczepiła w porze posiłku, gdy kocur kończył właśnie jeść niewielką nornicę. Pora Nagich Drzew powoli dobiegała końca, a topniejący śnieg odsłaniał coraz więcej ziemi, dzięki czemu polowania stawały się mniej uciążliwe. Wojownicy nie musieli już tak często znosić szczypiącego mrozu, który wdzierał się między palce łap, a zdobycz zaczynała być łatwiejsza do wypatrzenia. Żywica nie zamierzała jednak poświęcać się rozważaniom o pogodzie. Miała do załatwienia znacznie ważniejszą sprawę.
Nie obchodziło jej, czy ktoś uzna ją za zbyt przywiązaną, rozpieszczoną córeczkę, która mimo osiągnięcia dorosłości wciąż nie potrafi odciąć się od rodzica. Nie widziała w tym niczego wstydliwego. Miała kochającego ojca, który przez całe jej życie był dla niej wsparciem, więc zamierzała korzystać z każdej chwili, jaką mogła z nim spędzić. Zwłaszcza, że coraz częściej docierało do niej, iż Dzwonkowy Świst nie będzie przy niej wiecznie.
— Pamiętasz, jak obiecałeś mi wspólne polowanie, gdy już zostanę wojowniczką? — zagadnęła bez ogródek, zatrzymując się przed rudym kocurem. Byli podobnego wzrostu, co zresztą nie stanowiło żadnego zaskoczenia. Ani ojciec, ani matka nie mogli pochwalić się szczególnym wzrostem, więc Żywica nie miała co liczyć na to, że odziedziczy po nich imponującą posturę. — Chciałabym spełnić tę obietnicę dzisiaj. To znaczy... właściwie teraz.
Dzwonkowy Świst uniósł wzrok i przez chwilę przyglądał jej się z namysłem. W końcu skinął głową, a w jego oczach zamigotało rozbawienie.
— Och, czyli chcesz wyciągnąć swojego biednego staruszka na zewnątrz w taki mróz? — zapytał, choć jego ton zdradzał, że wcale nie miał jej tego za złe.
Żywica zmrużyła oczy, udając oburzenie.
— Mój staruszek ma się lepiej niż niejeden młodzieniec w tym klanie i z pewnością nie chciałby złamać obietnicy złożonej bezbronnemu kocięciu.
— Wtedy bezbronnemu, ale teraz jaka pamiętliwa wojowniczka z tego wyrosła! — parsknął, przegryzając ostatni kawałek swojego śniadania. — No dobrze, daj mi tylko chwilę, żeby wszystko mi się ułożyło w brzuchu, i możemy ruszać.
Oczy Żywicy rozbłysły radością. Była ona zaskakująco wielka, znacznie większa nawet od tej, którą poczuła podczas ceremonii mianowania. Przez tak długi czas wyobrażała sobie chwilę, w której wreszcie zostanie wojowniczką, że sądziła, iż nic nie będzie w stanie przebić satysfakcji towarzyszącej temu wydarzeniu. 

***

Wraz z upływem kolejnych dni Pora Nagich Drzew coraz wyraźniej ustępowała miejsca nadchodzącym, ciepłym porankom. Gdy tylko opuścili obóz, a Żywica nie musiała już zaprzątać sobie głowy patrolowymi obowiązkami, od razu zaczęła rozglądać się po okolicy. Nawet cienka warstwa śniegu nie była w stanie odebrać jej przyjemności z przebywania na otwartej przestrzeni. Co jakiś czas pochylała łeb, próbując wypatrzyć pierwsze rośliny przebijające się przez wilgotną ziemię i z zainteresowaniem przyglądała się niewielkim zmianom zachodzącym w otoczeniu.
Początkowo rozmawiali o rzeczach zupełnie błahych. Dzwonkowy Świst chętnie wracał wspomnieniami do własnej młodości, opowiadał o rodzeństwie, z którego w klanie ostała się już tylko Wdzięczna Firletka, oraz wspominał dawnych znajomych. Żywica nie miała okazji poznać większości z nich, ponieważ odeszli, zanim w ogóle przyszła na świat, jednak mimo to słuchała z zainteresowaniem. Lubiła, kiedy ojciec opowiadał o przeszłości. Mogła poznać go od innej strony i wyobrazić sobie, jaki był, gdy był w jej wieku.
— Powiedz mi, masz ty tam jakieś koleżanki? — zagadnął w pewnym momencie. — Coraz trudniej zapamiętać mi imiona tej młodej krwi...
Żywica odruchowo mruknęła z niezadowoleniem. Nie musiała nawet długo zastanawiać się nad tym, dokąd zmierza rozmowa. Podejrzewała, że ojciec chciał się upewnić, czy po odejściu Bursztyna zdołała nawiązać bliższe relacje z innymi kotami, czy może wciąż zamykała się w sobie i unikała towarzystwa. Nie potrafiła mieć mu tego za złe, ale sama myśl, że nadal mógł martwić się o jej samotność, budziła w niej pewien opór. Nie chciała, żeby traktował ją jak kogoś, kto nie potrafi poradzić sobie bez brata.
— Lubię Śpiewający Raniuszek — wypaliła, wybierając pierwsze imię, które przyszło jej do głowy.
Poznała kotkę jeszcze jako kocię i już wtedy imponowała jej pewnością siebie. Była rozsądna i zdawało się, że nie podłamała się nawet wtedy, gdy jej matka okazała się morderczynią.
— Spędzam też wolny czas z Małą Bazią i Srebrzystą Równocą… — dodała po chwili.
Nie była to do końca prawda, przynajmniej nie w takim znaczeniu, jakie ojciec mógł sobie wyobrażać. Owszem, od czasu do czasu zagadywała wymienione kotki, witała się z nimi i zamieniała kilka słów, ale na tym przeważnie kończyły się ich spotkania. Nie uważała jednak, by musiała zdawać szczegółową relację z każdej znajomości.
— Nie martw się, nie czuję się samotna bez Bursztyna — westchnęła, uznając, że lepiej od razu rozwiać jego ewentualne wątpliwości.
Dzwonkowy Świst zmieszał się lekko i odwrócił wzrok.
— Nie o to mi chodziło... — wymamrotał z zakłopotaniem.
Żywica ledwie powstrzymała się przed przewróceniem oczami. Właśnie tego się spodziewała. Ojciec nie musiał nawet przyznawać się do swoich intencji, skoro samym zachowaniem zdradził, że trafiła w sedno.
— Nie przejmuj się. Pogodziłam się już z tym, że go nie ma — mruknęła.
Słowa z łatwością opuściły jej pysk, ale ich posmak pozostał na jej języku znacznie dłużej. W dodatku, kiedy podniosła wzrok i rozejrzała się po okolicy, dotarło do niej, że podczas rozmowy nieświadomie skierowała ich w stronę miejsca, w którym po raz ostatni widziała Bursztyna. Znowu robiła coś, czego sama przed sobą się wypierała. Mogła zapewniać ojca, że ruszyła dalej, lecz jakaś część niej wciąż wracała do tamtej chwili.
Postanowiła więc jak najszybciej zmienić temat.
— Lepiej opowiedz mi, z kim ty sobie gawędzisz. Chyba nie ma już w klanie wielu twoich rówieśników — rzuciła z lekką uszczypliwością, próbując obrócić rozmowę w żart.
Dzwonkowy Świst zaśmiał się na jej uwagę i bez większego trudu podjął nowy temat. Przez chwilę Żywica zdołała nawet zapomnieć o tym, dokąd zmierzali. Rozmowa toczyła się swobodnie, a jej własne odpowiedzi stawały się coraz żywsze, dopóki nie uświadomiła sobie, jak dobrze zna mijany teren.
Tutaj jej brat pożegnał się z nią na dobre, by potem odejść w stronę obcych kotów, które najwyraźniej okazały mu się bardziej interesujące niż własna rodzina.
Świadomość, że podjął decyzję, w której dla niej nie znalazło się już miejsca, nadal kuło ją w pierś.
Wtedy najwyraźniej okazała się dla niego niewystarczająca.
Zamilkła i skupiła się na węszeniu. Odpowiadała ojcu coraz krócej, a jej słowa nie zawsze miały wiele wspólnego z tym, o co ją pytał. Co jakiś czas pochylała łeb, próbując wyłowić z otoczenia znajomą woń, choć doskonale wiedziała, że po tak długim czasie zapach Bursztyna już dawno zniknął. Chociaż... Co jeśli wracał w te rejony? Co, jeśli chciał się z nią spotkać, ale nie chciał przekraczać granicy?
— Widzę, że czegoś szukasz — odezwał się w końcu Dzwonkowy Świst. W jego głosie pobrzmiewało rozczarowanie, a gdy Żywica obejrzała się przez ramię, dostrzegła, że uważnie śledzi jej ruchy. — Żywico, jesteśmy tu sami. Nikt nie usłyszy tej rozmowy. Jeśli rzeczywiście wiesz, co dokładnie stało się z Bursztynem, możesz mi powiedzieć — zapewnił ją spokojnie. — Też się o niego martwię, ale wierzę, że nawet przy swojej... niezbyt rozwiniętej inteligencji, potrafi wykazać się podstawowymi instynktami, żeby przetrwać, gdziekolwiek teraz jest.
Żywica zastygła na chwilę, niepewna, co powinna zrobić. Mogła dalej udawać, że niczego nie wie, i pozwolić ojcu żyć w niepewności, która zapewne z każdym kolejnym księżycem stawała się coraz trudniejsza do zniesienia. Mogła również wyznać mu prawdę, choć bała się, że ta wiedza jedynie przysporzy mu cierpienia.
Kochała Dzwonkowego Śwista i ufała mu bardziej niż komukolwiek innemu. Nie chciała go okłamywać, a jednocześnie nie potrafiła znieść myśli, że mogłaby złamać mu serce. Wmawiała sobie, że milczeniem oszczędza mu bólu, choć gdzieś w głębi duszy zdawała sobie sprawę, że niewiedza, w jakiej go pozostawiła, mogła ranić go jeszcze bardziej.
Poczuła, jak narastająca w niej gorycz zaciska się wokół serca. Przez chwilę nie była w stanie wydobyć z siebie ani słowa. Opuściła wzrok na ziemię, wpatrując się w resztki śniegu zalegające między kępkami trawy.
— On... po prostu się ze mną pożegnał i odszedł — wymamrotała w końcu. — Powiedział, że mogę iść z nim. Że możemy zabrać też ciebie, ale ja... ja nie chciałam. Wolałam zostać tutaj. — Urwała, czując, jak trudno przechodzą jej przez gardło kolejne słowa. Wspomnienie tamtej nocy wciąż budziło w niej złość, żal i poczucie winy, których nie potrafiła od siebie oddzielić. Wiedziała, że Klan Burzy nie był idealnym miejscem, zwłaszcza po wszystkich nieszczęściach, jakie na niego spadły, ale mimo to nie umiała porzucić wszystkiego, co znała, i wyruszyć w nieznane. — Tylko nikomu o tym nie mów — dodała ciszej. — On poznał kogoś na granicy. Inne koty. Chciał zaznać bardziej... wyzwolonego życia czy czegoś w tym rodzaju. Nie wiem, co mu strzeliło do łba.
W jej głosie pojawiła się gorycz. Nadal trudno było jej uwierzyć, że Bursztyn rzeczywiście zdecydował się odejść, choć minęło już tyle czasu.
— Nie potrafiłam go zatrzymać. Uparł się i podjął decyzję, której nie dało się już cofnąć. Nie byłam w stanie nic zrobić. On...
Nie chciała wypowiadać na głos tego, co od dawna tkwiło w jej głowie. Nie chciała po raz kolejny przyznawać sama przed sobą, że czuła się tak, jakby brat ją wymienił. Jakby wszystko, co ich łączyło, nagle przestało mieć znaczenie, gdy tylko na jego drodze pojawił się koś ciekawszy.
Dzwonkowy Świst podszedł bliżej i otulił ją ogonem. To sprawiło, że napięcie, które dotąd trzymało ją na łapach, w końcu ustąpiło. Żywica pociągnęła głośno nosem, po czym ciężko opadła na ziemię, nie próbując już ukrywać, jak bardzo ją to wszystko nadal dobijało.
— Oj, Żywiczko... On na pewno nie chciał cię zranić — zaczął łagodnie. — Ani ciebie, ani mnie, a może nawet waszej matki. Gdziekolwiek teraz jest, na pewno za tobą tęskni. W końcu to twój brat i jak nikt inny wiesz, że zawsze ciągnęło go do przygód i poznawania świata. Może odszedł ze świadomością, że jeśli zostawi cię tutaj, będziesz bezpieczniejsza niż w zupełnie obcym miejscu.
Na ostatnich słowach jego głos nieznacznie się załamał. Żywica zaśmiała się gorzko w duchu. Bezpieczeństwo w Klanie Burzy było przecież pojęciem względnym. Sama zdążyła się przekonać, że nawet wśród własnych pobratymców nie można było mieć pewności, iż kolejny dzień nie przyniesie czegoś strasznego. Nie miała jednak siły podważać słów ojca. Nie teraz, gdy próbował ją pocieszyć, choć sam również musiał zmagać się z niepewnością dotyczącą losu syna.
— Bursztyna zawsze interesowało wszystko, czasami nawet za bardzo. Już wcześniej przeczuwałem, że któregoś dnia wyruszy na jakąś wielką wyprawę — ciągnął spokojniej. — Mimo wszystko jestem pewien, że jeszcze do nas wróci.
Pozwolił jej na chwilę ciszy, nie próbując na siłę wypełniać jej kolejnymi słowami. Żywica pragnęła wierzyć ojcu. Naprawdę chciała przyjąć jego zapewnienia za pewnik i przestać zamartwiać się tym, co mogło spotkać jej brata. Tyle że nadzieja, którą niegdyś pielęgnowała, z każdym kolejnym księżycem zdawała się porastać chwastami.
— Powiedział, że wróci. Obiecał mi to, ale gdyby naprawdę tak myślał, czy nie zrobiłby tego już dawno? — zapytała, a jej głos zabrzmiał krucho i niepewnie. — Minęło tyle czasu. Mógł mnie uprzedzić, porozmawiać ze mną wcześniej, a zamiast tego odszedł w środku nocy. Gdybym się nie obudziła, nawet nie wiedziałabym, że zrobił to z własnej woli.
Dzwonkowy Świst przymknął oczy i powoli skinął głową. Nie próbował zaprzeczać temu, co mówiła, ani przekonywać jej, że brat postąpił właściwie. Najwyraźniej sam nie potrafił znaleźć odpowiedzi.
— Nie jesteśmy w stanie odgadnąć, co dokładnie działo się w jego głowie — przyznał po chwili. — Ja również mogę mieć do siebie żal, że najwyraźniej nie ufał mi na tyle, by powiedzieć mi o swoich planach. Nie zmienia to jednak faktu, że na pewno o nas pamięta i za nami tęskni. Taki już był. Nie dało się powstrzymać jego porywczości.
Żywica strzepnęła uchem. Rozmowa nie prowadziła donikąd. Wyjawiła ojcu prawdę, a mimo to nie poczuła upragnionej ulgi. Nie zniknął żal, nie zmniejszyła się tęsknota, za to niepewność pozostała. Mogła jedynie cieszyć się z tego, że przynajmniej w tej kwestii nie musiała już niczego przed nim ukrywać. Po raz pierwszy od odejścia Bursztyna pozwoliła sobie powiedzieć wszystko, co pamiętała.
Nie oznaczało to jednak, że się z tym pogodziła.

***

Od spaceru z ojcem minęło kilka dłużących się Żywicy wschodów słońca. Oczywiście zdążyła już zaplanować kolejne wyprawy i nie zamierzała poprzestać na jednym wspólnym wyjściu. Odkąd klan przeniósł swoje życie pod ziemię, każda możliwość spędzenia czasu na otwartej przestrzeni wydawała jej się szczególnie kusząca. Nie chciała przyzwyczajać się do zamkniętych korytarzy i ograniczonego widoku, skoro pokryte roślinnością tereny wciąż rozciągały się nad jej głową, pełen zapachów, dźwięków i kwiatów, których nie zdążyła jeszcze obwąchać.
Jej uwagę na moment przyciągnął Zawodząca Gwiazda. Żywica zaczęła przyglądać się obecnym uczniom, zastanawiając się, który z nich miał szansę wkrótce zostać wojownikiem. Myśl o kolejnych mianowaniach szybko jednak ustąpiła miejsca znacznie bardziej niepokojącej refleksji. W klanie wciąż dochodziło do nieszczęść, a ona nie potrafiła wykluczyć, że ktoś ponownie został zamordowany, skazany na egzekucję albo spotkało go coś jeszcze gorszego. Nie potrafiła nawet wymyślić, co mogłoby być gorsze od dwóch pierwszych możliwości, ale po wszystkim, czego była świadkiem, nie zdziwiłaby się, gdyby rzeczywistość znowu ją zaskoczyła.
Wtedy dostrzegła ojca.
Początkowo nie zwróciła większej uwagi na jego obecność, lecz chwilę później dotarło do niej, co właściwie się wydarzyło. Dzwonkowy Świst przechodził do starszyzny.
Żywica zamarła.
Wiek ojca od czasu do czasu stawał się tematem żartów, do których sama chętnie się przyłączała. Niejednokrotnie dogryzała mu z powodu siwiejącego futra, a on odpowiadał jej podobnymi uwagami, udając urażonego. W takich chwilach starość wydawała się czymś odległym, niemal abstrakcyjnym, a perspektywa utraty ojca nie wychodziła poza granice nieprzyjemnej myśli, którą można było łatwo od siebie odsunąć.
Teraz jednak żarty nagle straciły znaczenie. Dzwonkowy Świst naprawdę się starzał. Każdy kolejny księżyc przybliżał ją do chwili, w której mogłaby go stracić, a przecież wciąż nie czuła, by spędziła z nim wystarczająco dużo czasu. Dopiero niedawno spełnili obietnicę wspólnego polowania, na którą czekała tak długo. Jak miała pogodzić się z tym, że podobnych chwil mogło pozostać im znacznie mniej, niż sobie wyobrażała?
Nie zareagowała nawet na zaczepiającą ją Bazię. Całą uwagę skupiła na tym, by jak najszybciej dotrzeć do rudego kocura. Przecież ledwie zdążyli wybrać się razem na jeden spacer! Jak miała teraz namówić go na kolejne wyprawy, jeśli sam postanowił wycofać się z obowiązków wojownika? Czy to oznaczało, że nie czuł się już na siłach, by uczestniczyć w polowaniach i patrolach? Że nawet zwykłe przechadzki poza obóz zaczynały przekraczać jego możliwości?
Na samą myśl przeszedł ją dreszcz.
Drżąc lekko, przeprosiła kuzynkę i powoli skierowała się w stronę legowiska starszyzny. Każdy krok zdawał się coraz bardziej chwiejny, a im bliżej znajdowała się celu, tym trudniej było jej uspokoić gonitwę myśli. Próbowała znaleźć jakieś rozsądne wyjaśnienie, coś, co pozwoliłoby jej uwierzyć, że nie ma powodów do obaw, ale żadne argumenty nie wydawały się wystarczająco przekonujące.
Dzwonkowy Świst zauważył ją i posłał jej ciepły uśmiech. Ten widok tylko pogorszył sprawę. Żywica poczuła ukłucie żalu, gdy dotarło do niej, jak wiele czasu zmarnowała, zakładając, że zawsze będzie mogła nadrobić zaległości. Przecież ojciec nie był już młody. Wiedziała o tym od dawna.
Odwiedziła ojca, gdy ten zdążył już przenieść swoje rzeczy do nowego legowiska. Przywitał ją serdecznie, jak zawsze, lecz jej mina daleka była od podobnego entuzjazmu. Rozglądała się po wnętrzu, próbując przyzwyczaić się do myśli, że od tej chwili właśnie tutaj miał spędzać większość czasu.
— Naprawdę już nadszedł czas na starszyznę? — zapytała w końcu niepewnie. — Przecież jesteś jeszcze młody...
— Oj, chyba tylko we własnych snach — zaśmiał się Dzwonkowy Świst. — Jestem najstarszym kotem w klanie i choć nieskromnie uważam, że przegoniłbym niejednego młodzieńca, nadszedł już czas, żebym trochę odpoczął. A jeśli się rozejrzysz, zauważysz, że mam tutaj całkiem sporo miejsca. Możliwość posiadania całego legowiska na własność zamiast gnieżdżenia się wśród wojowników wydaje mi się całkiem rozsądnym wyborem.
Żywica skrzywiła się odruchowo. Kocur od razu to zauważył, lecz zamiast zmienić temat, przyglądał jej się z łagodnym rozbawieniem.
— Rozumiem, Żywico, że chciałabyś, żebym żył wiecznie, ale musisz powoli przyjąć do wiadomości, że mój czas dobiega końca…
— Nie mów w ten sposób! — przerwała mu ostro. Jej uszy przylgnęły do głowy, a ogon nerwowo drgnął za jej grzbietem. Nie chciała słyszeć podobnych słów, nawet jeśli wypowiadał je w żartobliwym tonie. Sama świadomość, że ojciec potrafił mówić o własnej śmierci tak swobodnie, napawała ją przerażeniem. — Czeka cię jeszcze wiele księżyców życia! Ja... nie pozwalam ci tak mówić. Jeszcze wykraczesz sobie jakieś nieszczęście — dodała, próbując nadać głosowi stanowczość, choć w głębi duszy czuła, jak narasta w niej panika. — Będę polować z samego rana i przynosić ci najlepsze piszczki ze stosu. Obiecuję!
Dzwonkowy Świst przekrzywił głowę.
— To chyba zadanie dla uczniów...
— Nie w tym przypadku — odparła butnie.
Nie mogła przecież dopuścić do sytuacji, w której młode pokolenie, zajęte własnymi sprawami, miałoby decydować o tym, czym będzie żywił się jej ojciec. Po tym wszystkim, co działo się ostatnio w klanie, wolała nie pozostawiać jego zdrowia i bezpieczeństwa w cudzych łapach. Sama zadba o to, by miał pełny brzuch, ciepłe legowisko i wszystko, czego będzie potrzebował. Jeśli dzięki temu mogłaby choć odrobinę odsunąć od niego starość, zamierzała zrobić wszystko, co tylko leżało w jej mocy.
Wciąż zdarzały się chwile, gdy odruchowo rozglądała się za bratem albo chciała opowiedzieć mu o czymś, co wydarzyło się w klanie, zanim przypominała sobie, że nie ma go już w pobliżu. Jak miała poradzić sobie z kolejną stratą, gdyby pewnego dnia zabrakło również Dzwonkowego Śwista?
Tym razem nie byłoby obietnicy powrotu ani nadziei, że po kilku księżycach znów zobaczy go na środku obozu. Nie mogłaby wypatrywać jego sylwetki na granicy ani zastanawiać się, czy pewnego dnia postanowi wrócić do domu. Śmierć nie pozostawiałaby miejsca na podobne złudzenia. Zabrałaby go na zawsze, bezpowrotnie, prosto na Srebrną Skórę.
A Żywiczna Kropla nadal miała mu tyle do powiedzenia i tak wiele chwil do nadrobienia. Nie była gotowa, by pozwolić mu odejść.

Od Wesołej Łapy (Wesołej Rzekotki) CD. Rogatego Flaminga

Dawno temu po wejściu borsuka do obozu

Wesoła Łapa wysłuchała grzecznie, tego co mówił jej mentor, podziwiając jednocześnie jego bujne, aksamitne futro. Posmutniała trochę na wieści, że nie powinna przyjaźnić się z borsukami i innymi futrzakami…
— Chlip — mruknęła. — No dobrze. Czyyyyy zamiast tego Pan Książę Rogaty Flaming będzie moim futrzastym przyjacielem?
Posłała mu głupkowaty, bardzo szczery uśmiech.

Teraźniejszość

Wesoła Łapa spędzała dużo czasu z Szumiącą Wyspą. Kocurek twierdził, że znał świetne metody jak zostać wojownikiem! Więc naturalnie, Rzekotka z nim trenowała, nawet jeśli dla kogoś z boku były to wygłupy.
— Ahaaa i pamiętaj, żeby sypać piaskiem w oczy! — Miauknął, kiedy się tarzali po ziemi.
Śnieg stopniał, nadeszła powoli wiosna. Rzekotka była ciekawa czy znajdzie jako pierwsza żonkile, o których słyszała jak na razie tylko legendy. Ponoć wtedy, jeśli trafi na taki kwiat, musi go zerwać i pobiec prędko do obozu, obwieścić, że nadeszła wiosna! Bardzo chciałaby to zrobić! BARDZO!
Kiedy jednak jej rozmarzenie przerwał Szumek, Wesoła Łapa spojrzała na niego rozczarowana.
— Czemu mam sypać piaskiem?! — Miauknęła oburzona. — To niegrzeczne!
— Ale skuteczne! Jak spotkasz kiedyś kogoś z Klanu Burzy albo Klanu Klifu to sypnij w nich!
— Ale po co?
— Dla zasady.
— Jakiej? — Przekrzywiła główkę, kiedy Szumek usiadł obok niej, a ona łapą brodziła w mokrym piachu.
— Każdej! Jesteśmy z Klanu Nocy, jesteśmy lepsi! — Mówił. — Dlatego tych gorszych sypiemy piaskiem.
— Ale nikt nie jest gorszy. Wszyscy są równi! — Miauknęła, po czym wstała, otrzepała się i zadzierając nosek, odeszła.
Nie podobało jej się to podejście! Jak on mógł mówić takie okropne rzeczy? Dlaczego miałaby sypać piasek w niewinne koty?!

Tuptała rozeźlona z powrotem do obozu. Przekroczyła jego próg, dostrzegając przy stoisku ze zwierzyną swoją siostrę, Ropuszkę. Od razu skierowała ku niej kroki. Kotka wzięła rybę zwaną ukleją z dostępnych opcji, a Ropuszy Skok wzięła płocia. Potuptały na bok, żeby zjeść.
— Nie uwierzysz, co mi dziś Szumiąca Wyspa powiedział! — Miauknęła rozemocjonowana.
— Hmm? — Kotka zerknęła na nią znad jedzenia.
— No, że mam sypać piasek w obce koty! Bo są gorsze! — Jej puchaty ogon zamiatał podłoże.
— Oh. To nie miło! — Odparła.
— Racja!
Siostry zajęły się posiłkiem, a następnie nawzajem się umyły.
Kiedy skończyły, Rzekotka zauważyła swojego mentora nieopodal. Jego pokaźna sylwetka, piękne, napuszone, idealnie ułożone futro zabawnie skakało przy stawianych krokach. Ogon dumnie uniesiony, a pysk jak zawsze, zdobił stonowany wyraz. Wesoła Łapa w podskokach do niego doskoczyła.
— Idziemy na trening? — Zapytała uradowana.
— Nie, Wesoła Łapo. Oficjalnie zakończyłaś swoją ścieżkę szkolenia i możesz zostać mianowana. Rozmawiałem już z Mandarynkową Gwiazdą. Dziś wieczór przejdziesz ceremonię nadania nowego imienia. — Wyjaśnił.
Niebieska kotka otworzyła pyszczek ze zdumienia. To naprawdę się działo? TAK NAPRAWDE?!
— O rajciu! NIECH MNIE KTOŚ USZCZYPNIEEE — Krzyknęła przeszczęśliwa, skacząc jak mały zajączek dookoła mentora. Wyglądała zabawnie, dorosła już kotka, a zachowująca się wciąż niczym mały kociak.
Nie brakło jej energii nawet zima, by przekopywać się przez zaspy i lepić bałwany. Teraz, idealnie na wiosnę, zostanie oficjalnie mianowana! Jak wspaniałe!!

Tego wieczora Mandarynkowa Gwiazda zwołała koty. Rzekotka stała, trzęsąc się z emocji i czekając, aż ją wywoła. Stał u jej boku Rogaty Flaming, pusząc futro z dumą. Niebieska miała ochotę się rozpłakać z emocji! Kiedy srebrna liderka zawołała ją, podeszła do kotki. Próbowała zachowywać powagę i elegancję. Tak jak uczył ją Pan Książę Rogaty Flaming.
— Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. — Poniosło się nad zebranych. — Wesoła Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
– Przysięgam!!! — Krzyknęła. Mandarynkowa Gwiazda zerknęła na nią z ukosa.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Wesoła Łapo, od tej pory będziesz znany jako Wesoła Rzekotka. Klan Gwiazdy ceni twój zapał i… — spojrzała, jak kotka aż trzęsła się z radości. — …entuzjazm oraz wita Cię jako nowego wojownika Klanu Nocy.
— Wesoła Rzekotka! Wesoła Rzekotka! — Skandował tłum, a niebieska wypatrzyła w nim swoje siostry, rodziców, którym pomachała, oraz… Szumiącą Wyspę. Na niego była aktualnie obrażona, więc zeszła z miejsca do przemawiania, by pobiec do Rogatego Flaminga. Wtuliła się w jego miękkie futro jak do własnej siostry. Ciekawe czy zostałby jej bratem tak jak Milczek? Na pewno wszyscy by się ucieszyli!
Odeszli troszkę na bok, by nie przeszkadzać i nim koty otoczyły niebieską, by złożyć jej gratulacje, kotka odezwała się do mentora.
— Jesteś najwspaniaaalszym mentorem, Panie Książę Rogaty Flamingu! — Miauknęła, a z jej oczu popłynęły łzy. — Będę tęsknić za naszymi treningami! Kocham Pana, Panie Księciu Rogaty Flamingu, nie chcę się rozstawać!!!
Prawdopodobnie do jej łebka nie dotarło, że mianowanie nie oznaczało odejścia z Klanu, a co za tym idzie — zaprzestania widywania pointa. Stała tak i się smarkała, myśląc, że to już jest koniec i nie będzie mogła z nim więcej spędzać czasu. Otarła nos i spojrzała na niego wielkimi, pomarańczowymi oczami.

<Flamingu? Weź ją przytul czy coś! >
[784 słowa]

[16%]

Od Kaczorka do Pszczelego Lilaku

Dni były bure, ciemnawe i na pewno niezbyt sprzyjające młodziutkim kociakom oraz ich igraszkom. Na szczęście, Kaczorek nie był typem kota, który mógłby narzekać na takie wydarzenia. Zamiast tego cieszył się, spędzając dni w żłobku, drzemiąc lub też zapuszczając się w jego kąty. Jaskinia swoim cieniem oferowała bycie bezpieczną przystanią bez wścibskich oczu, zamiast tego pozwalając mu na spoglądanie na innych.
Wilgotne dni zlewały się ze sobą przez swoją szarość. Czasem trudno było rozróżnić poranek od południa. Głównym wyznacznikiem zmian, był albo padający deszcz, albo zasnute chmurami niebo, ale sypiący śnieg. Z tym wiedziałeś, że dni przemijają. Kocurkowi przychodziło na myśl, aby zabawić się czasem w zjawiskach atmosferycznych, ale ukrycie jamy skutecznie mu to uniemożliwiało, a on nie chciał narażać się na spotkania z innymi. Już w pierwszych księżycach swojego życia, dowiedział się, jak nienawidzi bezpośredniej antencji. Czas upływał głównie w obecności jedynie Morświnowej Płetwy, Komosy i Żołędzia. Jemu to nie przeszkadzało. W zupełności wystarczało mu to ograniczone towarzystwo. Nie narażał się wtedy na zapomnienie czegoś ważnego. Poza tym byli oni doskonałymi towarzyszami zabaw!
Jego pierwszym spotkaniem z innym kotem było przybycie partnera jego opiekunki w odwiedziny. Niby królowa mówiła mu o nim, ale rozmowa była okropnie niezręczna, ponieważ nie był w stanie przywołać żadnych wspomnień o jego osobie, a zapach, który przyniósł, był tak obcy, aż czuł się przestraszony! Potem był zażenowany własnym zachowaniem, choć wiedział, iż obecnie nie zrobiłby niczego odmiennego.
Jednak czasem, tylko żeby jego matka czuła się zaniepokojona z powodu odosobnionego syna, pozwolił jej odprowadzić się do centrum i przechadzał się dookoła lub też udawał się w górę, aby wysłuchiwać opowiastek u starszych. Lubili oni dużo gadać, a on lubił nie musieć się odzywać. Ten układ bardzo im pasował, zwłaszcza kiedy historie były intrygujące i pozwalały mu na ucieczkę w głąb, a oni widzieli jawnie oferowane zaangażowanie. Większość z morałów zapominał po dniu albo dwóch, niektóre natomiast zapadały mu w pamięć na długo. Tego akurat dnia, już parę minut po opuszczeniu podwyższenia przeznaczonego dla starszych, z jego głowy wypadła opowieść, która dziś usłyszał.
— Od wieków w Klanie panują zasady, których wszyscy przestrzegamy. To ważne dla… — mówił kocurek pachnący snem, którego pysk w głowie malucha wyglądał jak zamazany. Pogoda chyba przyczyniła się do usypiania starszych, sądząc po woni, która wyryła mu się w pamięci. W porównaniu do zapachu, reszty wypowiedzi nie pamiętał. Inni lubili mówić o regułach, podczas gdy on nie miał do tego głowy. Mimo tego zawsze kiwa głową i uprzejmie odpowiada, nawet jeśli ma zapomnieć o tym zaraz za chwilę. Nie chce przecież wyjść na niemiłego względem pobratymców!
Nie myślał jednak o tym przesadnie, lekkim krokiem schodząc po śliskim kamieniu. Deszcz dudniący o skały na zewnątrz sprawił, że chciał tylko usiąść w żłobku, zaraz obok rodzicielki i zająć się oglądaniem zewnętrza. Niemniej, był kotem wody, nieważne co mogło mówić jego futerko. Odgłosy kropel uspokajały go na poziomie, którego nie mógł zrozumieć. Wyjaśniał to sobie pochodzeniem, bo jaki kot znad wodospadu nie lubiłby podobnego mu szumu? On nie był w stanie odpowiedzieć na to pytanie, bo ten dźwięk sam uwielbiał.
Zanim dane mu dotrzeć do upragnionego fragmentu obozu, wyskoczył przed nim jakiś malutki futrzak. Sam nie był pokaźnego wzrostu, lecz gdy znikąd przed nim wyrosła postać Pszczelego Lilaku, poczuł się co najmniej zaskoczony! Wiedziony swoją ciekawością, zatrzymał się i przykuł do niej oczy. Stała do niego plecami, więc mogła wyczuć jedynie niepokojąco długie spojrzenie na karku, rzucane jej przez malca. Nie często widzi się podobne koty… a przynajmniej Kaczorek nie doświadczył jeszcze całej tej różnorodności! Czy świat naprawdę posiada tak odmienne koty? Oniemiały, schylił się do pozycji skradania i pozostał na skalnym zejściu. Przez wysokość, na jakiej się znajdował, patrzył z góry.
Ten ktoś jest puszysty niczym chmurka. A gdyby tego było mało, kolorem przypomina zupełnie ten obiekt podczas zbierania się deszczu. Mimo swojej cichej natury był on młodziutki, przez co chichot wyrwał mu się z pyska zupełnie przypadkiem. Niechybna wpadka! Jednak jak mógł się powstrzymać przy tak pocieszenie wyglądającym pobratymcu?

<Pani chmurko?>

Od Kaczorka CD. Cisowej Łapy

Wszystkim, co znał, był Klan Klifu. Wszystko, czego chciał to bycie dobrym klifiakiem. Wszystko, co czuł, kierował względem swoich pobratymców. Pomimo bycia na świecie od zaledwie księżyca, był przede wszystkim kotem wyuczonym o wartości Klanu w jego życiu. Jego matka przypominała mu i jego rodzeństwu o tym każdego dnia. To był jeden z pierwszych razy narażania go na wpływy społeczeństwa, czego spokojna Morświnowa Płetwa nie lubiła. Na co dzień był szczęśliwy, żyjąc w swoim kącie, wyłącznie z rzadka wychylając łebek, aby popatrzeć na otoczenie. Przekonał się o jeszcze większej prawdziwości tego stwierdzenia, gdy do legowiska królowych i kociąt wpadł Drzemiące Słońce. Nie pierwszy odwiedzający, ale pamiętny.
— Cześć, maluchy. — powiedział, wchodząc. Niby taki podobny do Kaczorka zarówno wyglądem, jak i spokojnym charakterem, jednak przy swojej partnerce tracił te łączące ich cechy charakteru. Kocurek obserwował z boku te poczynania. Jeśli zapytacie go o to, kim był tenże wojownik — powiem wam, że nie ma bladego pojęcia! Patrząc na niego, momentalnie uderzył go stres. Przywitał się zupełnie, jakby mieli go znać. Do tego teraz patrzył na nich, oczekując jakiejś odpowiedzi?
— Cześć! — odpowiedzieli po kolei, przyzwyczajeni do odwiedzin względem najmłodszych członków grupy. A mimo tego łaciaty poczuł uderzający go wstyd. Dla każdego innego byłby to któryś kolei, nic nieznaczący dzień. Natomiast on zapamięta go, jako piętno wstydu odciśnięte mocno na normalności.
Rozmowa zeszła na inne tematy, których po prostu słuchał. Pomimo zainteresowania, mógł skrzywić się na samą myśl o tym, kim właściwie był przybysz. Dopiero po zetknięciu się nosami obydwu dorosłych, pojął. Wówczas mimowolnie uderzył ogonem o ziemię w zdenerwowaniu. Czuł się tak strasznie głupi! Od tej chwili markotny, został wyprowadzony na zewnątrz. To nie tak, iż nigdy nie wychodził, aczkolwiek sam wybierał raczej pozostawanie w przestrzeni pomiędzy miejscem snu a centrum. Teraz został zmuszony do bycia w środku całego zgromadzenia. Jego mottem stało się: wtop się w tłum. Wówczas więc zaczynająca się zabawą z kulką mchu niewiadomego pochodzenia była doskonałą okazją. Chociaż nie lubował się w takich gonitwach, tej oddala się w pełni i nawet dosyć dobrze się bawił.
Podczas gdy opiekunowie bacznie obserwowali ich z kącików oczu, oni biegali w najlepsze. W jedną, a potem w drugą. Potem skoki, fikołki i wywrotki, aby tylko złapać zielony przedmiot. Kaczorek musiał przyznać, że z czasem zabawa stała się przednia! Nie miał chęci do rozpamiętywania przeszłości, a wyjątkowo łatwo przychodziło mu zapominanie. Korzystał z tego jak mógł.
Wtem kuleczka trafiła pod łapy kota. Rodzeństwo zatrzymało się nagle, a skoro to on stał na czele gromadki, wylądował zaraz przed kotką i tym samym był zmuszony podejść do przodu. Grzecznie uśmiechnął się do uczennicy — przynajmniej tak ocenił ją, opierając się na młodym wyglądzie. Finalnie znał rangi w społeczności w jakimś stopniu! Mniejsza o większe, zabawka została mu oddana bez zbędnych słów. Wyskoczył i złapał w pyszczek rzucony mu mech pełen wdzięczności.
Wciąż nie zapomniawszy o wcześniejszej kompromitacji, lecz z wielką chęcią zachowania uprzejmości, odezwał się cichutko: — Dziękuję, przepani. — jego głos był stłumiony przez trzymany materiał. Natomiast nie mógł powstrzymać się przed przejrzeniem się spotkanej. Ładny listek schowany był za jej uchem! Mimowolnie jego wzrok powędrował właśnie w tamto miejsce, a on zatrzymał się na dłuższy czas, po prostu patrząc.

<Pani z listkiem?>

Od Fiołkowej Łapy

Spojrzała z tęsknotą na legowisko uczniów, gdzie jej koledzy dzielili się językami, kiedy wychodziła z Ćmim Mżeniem na kolejne szkolenie. Szybko odwróciła wzrok. Na treningu na pewno będzie jeszcze ciekawiej. A jak wróci, to się im pochwali, czego się nauczyła. Była wdzięczna mentorce za to, że ta zgodnie z jej niedawną prośbą zabierała ją na trochę więcej treningów.Fiołkowa Łapa chciała się jak najszybciej stać wojowniczką, a czuła, że przed nią jeszcze dużo pracy. Miała nadzieję, że z pomocą Ćmiego Mżenia uda jej się zdobyć nową rangę jako pierwsza ze swoich rówieśników.
Spojrzała na liliową kotkę.
— Co będziemy dzisiaj robić? — spytała z entuzjazmem w głosie, podskakując u boku mentorki. Miała nadzieję na walkę, jednak wiedziała, że ze wszystkiego się ucieszy.
— Poćwiczymy polowanie — odparła z uśmiechem Ćmie Mżenie — Ale najpierw musisz sobie znaleźć zwierzynę. Powiedz, co czujesz i słyszysz.
Uczennica otworzyła pyszczek, aby posmakować powietrza.

***

Zagłębiła pazury w śniegu zirytowana. Nie udało jej się. Wytropiła mysz, ale kiedy skradała się do niej, nastąpiła na suchą gałązkę, która głośno pękła pod ciężarem jej łapy. Machnęła gniewnie ogonem i podążyła za Ćmim Mżeniem do obozu.

***

— I jak poszło? — spytała Jasna Łapa, na co szylkretka się nastroszyła. Już była w złym nastroju, a dodatkowo jej siostra musiała o wszystkim wiedzieć. Poza tym wciąż miała Jasności za złe to, że dostała Łabędzi Tan jako swoją mentorkę. To było takie niesprawiedliwe! Fiołkowa Łapa, chociaż zawsze starała się, jak mogła, nie została w ten sposób nagrodzona przez Mandarynkową Gwiazdę. I jeszcze to nieudane polowanie…
— A co, chcesz się ze mnie pośmiać? Mysz mi uciekła, proszę bardzo, śmiej się — syknęła ostro i odwróciła się, posyłając przedtem siostrze chłodne spojrzenie.
— Czemu miałabym się śmiać? Przecież to normalne! Mi też kompletnie nie idzie polowanie — odpowiedziała siostra zdziwionym i lekko zmartwionym tonem głosu.
Fiołkowa Łapa znowu na nią spojrzała. Kiedy usłyszała o porażkach Jasności, jej humor trochę się poprawił.
— Ale mi wcale nie idzie tak beznadziejnie. Ostatnio złapałam ryjówkę. Po prostu tym razem mi nie wyszło — mruknęła.
— No właśnie! Jutro na pewno lepiej ci pójdzie.
— No tak, masz rację. Bez sensu byłoby się tym przejmować.
Chciała przeprosić siostrę, że tak na nią naskoczyła bez powodu, ale jakoś to słowo nie przeszło jej przez gardło. Zamiast tego położyła się bliżej i wtuliła nosek w jej czarne futro. Przez chwilę zastanawiała się, czemu tak właściwie gniewała się na Jasną Łapę za to, że dostała wyżej położoną w hierarchii klanu mentorkę. Przecież to nie jej wina.
Poza tym, czemu tak bardzo się przejmowała wszystkim i próbowała się ciągle do każdego porównywać? Przecież Jasna Łapa była jej siostrą, a nie rywalką. Powinny się wspierać i sobie nawzajem pomagać. I Jasność tak robiła, ale Fiołkowa Łapa miała wrażenie, że nie potrafi. Zazdrość i obrażanie się nawet o drobiazgi same jej przychodziły i nie wiedziała, jak to powstrzymać, jak stłumić te nieprzyjemne uczucia. Przecież to nie było dobre ani dla niej, ani dla innych.
Westchnęła cicho. Była już zmęczona, nie wiedziała nawet, czy fizycznie, czy psychicznie. Uznała, że zastanowi się nad sobą kiedy indziej, a na razie pozwoliła sobie odpłynąć do krainy snów.

[505 słów]

[10%]

Od Fiołkowej Łapy CD. Łabędziego Tanu

Szła zamyślona obok Jasnej Łapy. Nie miała ochoty z nią rozmawiać. Od czasu, kiedy jej siostra została uczennicą Łabędziego Tanu, ich relacja mocno się pogorszyła. Też chciałaby mieć mentorkę namiestniczkę. To było takie niesprawiedliwe. Zasługiwała na kogoś lepszego niż na zwykłą Ćmie Mżenie. A przynajmniej chciałaby zasługiwać. Ledwo się powstrzymywała przed jeżeniem futra, ale wiedziała, że na razie musi sprawiać jak najlepsze pozory. Musiała pokazać, że jest lepsza od swojej siostry, pod każdym możliwym względem. Musiała sprawić, że Łabędzi Tan zacznie żałować, że nie dostała Fiołkowej Łapy za swoją uczennicę.
To wszystko była wina Jasnej Łapy. A może jednak nie? Może to Fiołka powinna się bardziej starać? Czy źle jej szedł trening? Chyba nie, ale Milcząca Jemiołuszka już został wojownikiem… Co prawda był trochę starszy.
“Muszę więcej trenować”, postanowiła.
Była wściekła na siostrę, na Ćmie Mżenie, na Mandarynkową Gwiazdę, na siebie i na namiestniczkę. Miała wrażenie, że każdy jest przeciwko niej.
“Może, gdybym już była wojowniczką, Morszczynowy Wąs by mnie bardziej kochał”, pomyślała ze smutkiem, a jej myśli skupiły się wokół ojca.
Czemu kocur nigdy nie rozmawiał ze swoimi córkami? Czy w ogóle się nimi nie przejmował? Z Senną Łzą też nie spędzał czasu! W dodatku miał dzieci z Czosnkową Krewetką. Fiołkowa Łapa widziała, że na swoich synów patrzył inaczej i czuła dziwną pustkę w sercu, kiedy o tym myślała. Praktycznie nie znała Morszczyna. Co zrobiła źle? Czemu jej nie kochał?
“Powinnam więcej trenować”, pomyślała znowu.
Tak bardzo chciałaby już zostać wojowniczką. Martwiła się, że zostanie wyrzucona z klanu tak jak Narcyzowa Łapa, chociaż była jeszcze młoda. Albo, że jej siostra lub któreś z kociąt Fląderki ukończy trening przed nią.

***

— Dobrze, poćwiczymy sobie dzisiaj pływanie — wyjaśniła Ćmie Mżenie, kiedy mentorki i ich uczennice przysiadły przy brzegu strumienia.
Fiołkowa Łapa rzucała nerwowe spojrzenia na Łabędzi Tan i swoją siostrę. Modliła się do Klanu Gwiazdy, żeby poszło jej lepiej od siostry. Chciała zaimponować wojowniczkom, a w szczególności namiestniczce. Po tej całej nie do końca udanej sytuacji z Mandarynkową Gwiazdą w drodze na zgromadzenie dobrze by było zdobyć uznanie kogoś o wysokiej pozycji w hierarchii Klanu Nocy.
Kiedy już mentorki wytłumaczyły swoim uczennicom, do którego miejsca mają dopłynąć, siostry zaczęły wykonywać zadanie. Jasna Łapa popłynęła pierwsza. Fiołkowa Łapa uważnie patrzyła i słuchała uwag wojowniczek, próbując zapamiętać jak najwięcej.
Później nadeszła kolej na szylkretkę. Wskoczyła do strumienia i z zaciśniętymi zębami w skupieniu machała kończynami, starając się opanować stres. Wiedziała, że nie może się spieszyć, bo jej ruchy powinny być spokojne i opanowane. Próbowała więc kontrolować wszystkie swoje instynkty. Miała wrażenie, że podczas płynięcia Jasnej Łapy mentorki wygłaszały więcej uwag, jednak nie była pewna, a nie chciała sobie robić nadziei.
Chwilę później siedziała na brzegu przy Łabędzim Tanie.
— Jak ci się wydaje, komu lepiej poszło? — spytała, starając się mówić normalnie, jednak nie mogła ukryć lekkiego napięcia w głosie.

[464 słowa]
<Łabędzi Tanie? Pochwal mnie pls>

[9%]

Od Zwisającej Perłówki CD Połyskliwego Koguta

Zaraz po mianowaniu na wojownika…

Niebo było dalej szare, gdy poranny patrol wyłonił się z obozu, zwalniając tym samym Zwisającą Perłówkę z czuwania. Kotka wstała z miejsca, gdzie siedziała całą noc i otrzepała śnieg z futra. Nogi miała sztywne od zimna i bezruchu, ale zignorowała to uczucie i ruszyła prosto do tunelu prowadzącego do legowiska więźniów.
Miała dużo czasu na przemyślenia. O tym, o co się spyta, jakie odpowiedzi może usłyszeć. Przygotowywała się mentalnie na możliwe scenariusze, a jednak z każdym kolejnym krokiem głębiej w podziemny obóz czuła, jak spokój nocy od niej odpływa, kroki stają się trochę mniej regularne, a napuszone futro, zamiast powoli opadać przez cieplejsze otoczenie, zaczyna wyglądać na zjeżone.
Zatrzymała się przed wejściem i wzięła głęboki wdech. Posłała spojrzenie w stronę Rudej Lisówki, na którego przypadła ostatnia warta pilnowania więźniów. Moment, który wybrała na odwiedziny, nakładał się na czas zmienienia strażnika, więc dostała w odpowiedzi tylko znużone kiwnięcie głową.
Ostrożnie zajrzała do środka. Jej brat leżał na swoim nowym posłaniu. Kiedy weszła, stukanie jego pazurów ustało, a kocur podniósł łeb, napotykając jej spojrzenie.
— Dlaczego… — Skrzywiła się na dźwięk własnego drżącego głosu. Potrząsnęła głową. — Połyskliwy Kogucie! Co się tam wydarzyło?!
Połyskliwy Kogut westchnął ciężko, unikając jej wzroku.
— Ona cierpiała — zaczął powoli, a jego głos brzmiał tak spokojnie, że aż nie pasował do okoliczności — Czarny kaszel musiał trawić jej płuca od wielu wschodów słońca, ale ukrywała to przed Wdzięczną Firletką. Kiedy wszedłem do jej legowiska… Wyglądała jak cień samej siebie. Ciężko było na to patrzeć…
— Dlaczego nic nie powiedziałeś od razu? — warknęła, choć poczuła, że pod powiekami znów zbierają jej się palące łzy. — M-może, gdyby wiedziała, wtedy…
— Perłówkowa Łapo…
— Zwisająca Perłówko — poprawiła go, choć słowa prawie utknęły jej w gardle. — Mogłeś nie słyszeć o wczorajszej ceremonii. — mruknęła pod nosem.
Kocur zniżył lekko uszy, a w jego spojrzeniu zagościło pełne melancholii uznanie.
— Gratuluję ci, Zwisająca Perłówko. Zasłużyłaś na to imię. Żałuję tylko, że spadło to na ciebie w takim momencie. Nasza matka… Ona już od jakiegoś czasu nie spała, nie jadła prawie nic. Gasła w oczach, podczas gdy reszta klanu się nią nie przejmowała.
— Nie chodzi tylko o to! — fuknęła, podchodząc krok bliżej, a jej gęste futro zjeżyło się tak samo, jak podczas sądu w Grocie Pamięci. — Martwię się też o ciebie! Co, gdyby ciebie też zabili?! Słyszałeś, co Skrzydlata Płomykówka mówiła… Nie wierzę, że ktoś mógłby to zasugerować, a co dopiero własna ciotka. Jakbyśmy wystarczająco nie stracili! Nawet jeśli Rudzik musiała już niedługo odejść, jeśli twoje pochopne działanie sprawiłoby, że ty też…
— Błagała mnie o to.
Zwisająca Perłówka zamarła, wpatrując się w brata. Kocur przymknął lekko ślepia, jakby w pamięci odtwarzał tamtą chwilę.
— O czym ty mówisz? — wykrztusiła.
— Nie od razu, ale… Sama przyznała, że już nie może. — Połyskliwy Kogut nie drgnął. — Wiesz, jaka wylewna była. Miała dość i nie wiedziała co zrobić, chciała, żebym pomógł jej skrócić tę udrękę, a ja… Po prostu nie mogłem odwrócić oczu od jej katorgi. Chciałem, tylko żeby przestała się męczyć… Dałem jej spokój, by mogła bez bólu odejść do gwiezdnych przodków.
— Nie myśl, że zapomniałam, co mówiłeś o niej wcześniej — mruknęła, cofając się o krok, jakby próbując uciec przed jego spojrzeniem. — Wtedy, w starym żłobku… Nie kryłeś, jak bardzo masz jej za złe to wszystko. Syczałeś na sam dźwięk jej imienia.
Na pysk Połyskliwego Koguta wstąpił tak nagły, głęboki żal, że Perłówka poczuła ukłucie w piersi.
— Byłem wtedy wściekły… Na nią, na wszystko, co się wydarzyło — jego głos załamał się z idealnym wyczuciem czasu. — Poniosło mnie… Ale nigdy nie życzyłem jej powolnego konania w męczarniach! Zwisająca Perłówko, to była przecież nasza matka… Czy naprawdę wierzysz, że zrobiłem to z okrucieństwa?
— Nie… Nie, masz rację. Ja po prostu… Musiałam to usłyszeć bezpośrednio od ciebie. — Otarła łapą policzek. — Nie miałam pojęcia, że jej stan był aż tak tragiczny… Nikt nie wiedział. Gdyby wiedzieli, nie byłoby tej całej sytuacji, może nawet jej choroba potoczyłaby się inaczej.
Usiadła ciężko na podłodze wykopanej nory, owijając ogon wokół łap.
— Powinnam była przy niej być — powiedziała trochę niewyraźnie, wpatrując się w ziemię. — Odkąd stała się więźniem, nie zajrzałam do niej ani razu. Gdybym nie odwracała wzroku, gdybym przyszła trochę wcześniej… Może skończyłoby się to inaczej. Może nie musiałbyś nieść tego potwornego brzemienia.
Pokręciła gwałtownie łbem, próbując odegnać wizje, jakie to miejsce uporczywie próbowało wywołać. Wspomnienie żywego, ciepłego futra matki zderzało się z obrazem zmarniałego, nieruchomego ciała z pogrzebu. Perłówka do pewnego stopnia miała nadzieję, że mama jakoś sobie radziła jako więzień. Jak potworne katusze musiała rzeczywiście przeżywać, żeby być tak zdesperowana, by prosić własne dziecko o śmierć? Jak musi czuć się Połyskliwy Kogut, śpiąc w tym samym miejscu, gdzie widział, jak odchodzi Rudzikowe Skrzydełko?
— Nie. Wiem, że nie ma sensu nad tym teraz gdybać. Nie mam pojęcia, co sama bym zrobiła, gdybym to ja stała wtedy nad nią zamiast ciebie.
Spojrzała w stronę Łzawej Łapy, śpiącej nieruchomo w kącie legowiska. Zastanawiała się, jak wycieńczona musi być, żeby nie obudzić się przez jej podniesiony głos, choć nie mogła być tego pewna. Połyskliwy Kogut podążył głową za jej wzrokiem.
— Nie miej jej tego za złe… — rzekł cicho, z drżącym głosem. — To moja wina, że tutaj teraz jest. Nie powinienem był jej w to wciągać.
Poczucie winy z powodu porzucenia matki nie odeszło, ale w jednym momencie, pod wpływem słów brata, przekształciło się też pewnego rodzaju zrozumienie. Wybaczyła mu. Słysząc o katuszach matki, po prostu nie potrafiła go potępić.
A jednak gdzieś pod twardą skorupą jej nowego, wojowniczego imienia, odezwał się jednocześnie głos rozsądku. Kochała brata i współczuła Łzawej Łapie, ale nie zamierzała od razu całkowicie ignorować wszystkich reguł. Połyskliwy Kogut nie miał prawa sam decydować o życiu i śmierci współklanowicza. Samowolne odebranie życia, nawet zdrajcy, było niebezpiecznym precedensem. Dlatego w głębi duszy przyznawała Zawodzącej Gwieździe trochę racji – jakaś kara musiała ich spotkać. Izolacja w tej norze i odebranie obowiązków były bolesne, ale przynajmniej nie aż tak permanentne. Nie było to wygnanie ani krwawa egzekucja. Ale czy to naprawdę taka sprawiedliwa kara, jeśli Rudzik, którą to spotkało najpewniej głównie przez własną naiwność, skończyła w tak tragiczny sposób? Jeśli ona jest w stanie zobaczyć, że ich czyny wyszły z dobrego miejsca, to reszta klanu również powinna to w końcu ujrzeć, prawda? To była jej rozszarpana wyrzutami sumienia rodzina. I to właśnie jej wybaczenie, jako rodzonej córki i jednej z najbardziej dotkniętych tą tragedią istot, miało teraz jedną z prawdziwych, najwyższych wag. Jeśli ona, najbliższa krew Rudzikowego Skrzydełka, rozgrzeszyła brata w tej norze, to nikt inny nie miał już prawa nazywać go potworem.
— Wiecznie was tu nie będą trzymać — westchnęła, podnosząc się powoli w stronę wyjścia. — Lepiej nie wyjdź do reszty z wprawy do tego czasu. Wpadnę znowu niedługo.

***

Mimo spędzenia całej nocy na mrozie, po wyjściu z wizyty czuła się tak rozgrzana, że od razu zawróciła z powrotem na zewnątrz. Łapy poprowadziły ją tam, gdzie zwykle. Stary żłobek nie miał okazji zmienić się od poprzednich wizyt. Spalone ściany, śnieg, który wcisnął się przez szczeliny i nie roztopił, słaby zapach popiołu pod zimnym powietrzem.
Przy tylnej ścianie, wepchnięte głęboko pod korzenie, znalazła posłanie. Prawie nienaruszone. Mech i sucha trawa zbite razem, ze śladami czyjejś łapy, która je kiedyś formowała. Zwisająca Perłówka patrzyła na nie chwilę w milczeniu z zaskoczoną miną, że też udało mu się przetrwać tu tyle czasu w tak dobrym stanie, nie będąc ani razu zauważonym przez nikogo, kto próbował szczęścia. Sama przecież przetrzepywała to miejsce tyle razy w przeciągu ostatnich księżyców, że przestała liczyć. Ostrożnie uniosła posłanie i zauważyła, że zaplątane w nie są trochę poszarpane pióra. Pamiętała, jak mama przyniosła je kiedyś do żłobka, jakby były to co najmniej kawałki Srebrnej Skóry, a nie parę piór, które znalazła przy obozie. Kurczątko chodził z nimi wszędzie przez jakiś, choć raczej krótki czas, a ona udawała, że jej nie zależy i bawiła się nimi potajemnie.
Pomyślała chwilę o fakcie, że każdy z jej bliższej rodziny ma, lub miał, w imionach jakiś motyw ptaków, jakby była to jakaś nitka, która ich łączy poza więzami krwi. Każdy oprócz niej. Zauważyła to, gdy była jeszcze mała, ale nie przywiązywała do tego faktu szczególnej uwagi. Myślała, że może pojawi się to w jej wojowniczym imieniu, ale teraz nie wiedziała, czy przerwanie tej krótkiej rodzinnej tradycji byłoby smutniejsze, czy nie, z nowymi skojarzeniami.
Gdyby nie miała właśnie zajętych zębów, to może by westchnęła, ale jedyne co zostało jej zrobić to podnieść łeb. Ruszyła z nowymi znaleziskami do obozu i nie zatrzymywała się po drodze.

[Event Klanu Burzy: przeszukiwanie starego obozu]

Od Skowronkowej Łapy Do Dymówkowej Łapy

Pora Opadających Liści

Jesień powoli ustępowała miejsca nadchodzącym chłodom, a ja miałem wrażenie, że wraz z nią znikały ostatnie odrobiny kolorów z naszego lasu. Większość drzew zdążyła już zrzucić liście, a te, które wciąż trzymały się gałęzi, wyglądały na zmęczone i gotowe do poddania się pierwszemu mocniejszemu podmuchowi wiatru. Ziemia była nimi usłana, gdzieniegdzie wilgotna od porannej rosy, a powietrze miało w sobie coś, co przypominało mi, że niedługo nadejdzie pora nagich liści. Nie przeszkadzało mi to jednak w wychodzeniu z obozu. Wręcz przeciwnie — każda wyprawa poza jego granice była doskonałą okazją do odkrywania czegoś nowego.
Tego dnia miałem udać się na polowanie. Przynajmniej taki był pierwotny plan, kiedy wyruszyłem przed siebie, starając się zachowywać powagę godną przyszłego wojownika. Sowi Zmierzch wielokrotnie powtarzał mi, że podczas polowania powinienem skupiać się na otoczeniu, a nie na wszystkim, co akurat przyciągnie mój wzrok. Naprawdę próbowałem brać sobie jego rady do serca. Szedłem cicho, ostrożnie stawiając łapy, co jakiś czas unosząc pysk, żeby sprawdzić, czy wiatr nie przynosi zapachu potencjalnej zwierzyny. Przez pierwsze kilka chwil szło mi całkiem nieźle. A potem zobaczyłem kwiaty.
Zatrzymałem się tak gwałtownie, że niemal sam zaplątałem się we własne łapy. Pomiędzy kępą traw i stertą opadłych liści rosły drobne, delikatne kwiaty. Ich płatki miały niezwykłe kolory, które wydawały się jeszcze bardziej wyraziste na tle szarzejącego lasu. Nie było ich wiele. Właściwie wyglądały jak ostatnie niedobitki całego jesiennego kwitnienia, jakby natura zostawiła je specjalnie po to, żeby przypominały, że nawet kiedy wszystko wokół powoli zamiera, wciąż można znaleźć coś pięknego.
Podszedłem bliżej, ostrożnie obchodząc rośliny, by przypadkiem nie podeptać ich łapami. Przez dłuższą chwilę po prostu na nie patrzyłem. Nie znałem ich nazwy, ale wcale nie musiałem jej znać, żeby uznać je za wyjątkowe. Przysunąłem nos do jednego z kwiatów i delikatnie wciągnąłem powietrze. Pachniał subtelnie, niemal niewyczuwalnie, ale to tylko sprawiło, że bardziej chciałem zapamiętać ten moment.
— No proszę. A myślałem, że jesień nie ma już niczego ciekawego do zaoferowania! — mruknąłem do siebie z zadowoleniem.
Oczywiście, mogłem po prostu zapamiętać miejsce, w którym rosły, i wrócić do polowania. Mogłem też pójść dalej, tak jak zrobiłby to rozsądny uczeń, który chciał udowodnić swojemu mentorowi, że potrafi wykonywać polecenia bez rozpraszania się co kilka kroków. Tylko że ja nie byłem pewien, czy ktokolwiek zdołałby przejść obok takich okazów i nawet nie pomyśleć o zabraniu ze sobą choćby jednego. Nie chciałem zrywać wszystkich. To byłoby zwyczajnie nie w porządku wobec lasu. Wybrałem więc jeden z kwiatów, który wyglądał na najmocniejszy, i ostrożnie go zerwałem, uważając, by nie uszkodzić pozostałych.
Dopiero wtedy zauważyłem leżące niedaleko liście. Jeden z nich był rdzawoczerwony, drugi miał odcień przygaszonego złota, a trzeci przypominał mi kolor futra niektórych wojowników, kiedy promienie słońca padały na nie pod odpowiednim kątem. Zacząłem je przeglądać, wybierając te, które nie były zbyt kruche ani nadmiernie wilgotne. Nie miałem jeszcze konkretnego pomysłu na to, co z nimi zrobię, ale byłem pewien, że coś wymyślę.
Wtedy natknąłem się również na pióra. Nie były duże ani szczególnie efektowne, ale jedno z nich od razu przykuło moją uwagę. Było lekkie, miało delikatnie brązowawe i jasne znaczenia, a jego kształt przypominał mi pióra skowronków, które czasem znajdowałem podczas spacerów. Podniosłem je ostrożnie i obróciłem między łapami. Właściwie nie musiałem długo się zastanawiać, zanim zdecydowałem, że zabiorę je ze sobą.
Skowronki od zawsze kojarzyły mi się z czymś wyjątkowym. Może dlatego, że moje imię przypominało mi o ich śpiewie, a może dlatego, że od małego chciałem być taki jak mój tata, Nocny Śpiewak. On potrafił sprawić, że nawet zwyczajna chwila stawała się czymś wartym zapamiętania. Miał swoje upodobania, swoje drobne przyzwyczajenia i nie bał się pokazywać innym, co sprawia mu radość. Chciałem mieć w sobie podobną odwagę. Chciałem być kimś, kogo inni zapamiętają, kimś, kto ma własny styl, a jednocześnie nie musi nikomu udowadniać, że zasługuje na uwagę.
Właśnie dlatego nie zamierzałem poprzestać na zwyczajnym schowaniu znalezisk wśród mchu. Skoro już znalazłem takie skarby, powinienem zrobić z nich coś, co będzie mi towarzyszyło przez resztę jesieni. Zacząłem więc nucić jakąś radosną melodię, zanim zabrałem się do pracy.
Zabrałem ze sobą kwiat, kilka liści i pióra, po czym ruszyłem w stronę miejsca, w którym wcześniej widziałem zaschniętą żywicę na pniu drzewa. Zbierałem ją już wcześniej, głównie z ciekawości, i pamiętałem, że potrafiła być lepka, kiedy nie zdążyła całkiem stwardnieć. Potrzebowałem jeszcze czegoś, co pomogłoby mi przytwierdzić ozdoby do futra, nie sprawiając przy tym, że całość odpadnie przy pierwszym ruchu.
Przypomniałem sobie o mleczach. Ich biały sok wydawał mi się całkiem użyteczny, chociaż nie miałem pewności, czy rzeczywiście zadziała tak, jak sobie wyobrażałem. W końcu jednak uznałem, że najlepiej będzie po prostu spróbować. Znalazłem kilka roślin, ostrożnie naruszyłem ich łodygi i zebrałem odrobinę mlecznego płynu, starając się nie pobrudzić sobie całego pyska.
Przygotowania zajęły mi zdecydowanie więcej czasu, niż początkowo zakładałem. Najpierw próbowałem umieścić pióro przy karku, ale po kilku ruchach głową zsunęło się i wylądowało na ziemi. Za drugim razem przykleiłem je pod złym kątem, przez co sterczało w zupełnie inną stronę, niż chciałem. Trzecia próba zakończyła się tym, że część żywicy przykleiła mi się do futra, a ja przez chwilę zastanawiałem się, czy nie powinienem poprosić kogoś o pomoc. Nie. Musiałem sobie poradzić sam.
Przecież tata nie poddawałby się z powodu kilku niesfornych piór. A przynajmniej tak sobie wyobrażałem. Wytrwale poprawiałem więc swoje dzieło, używając niewielkiej ilości żywicy i mlecznego płynu, aż w końcu udało mi się przymocować pierwsze ozdoby. Pióra znalazły swoje miejsce przy karku, gdzie układały się wzdłuż futra, a kilka mniejszych umieściłem bliżej nasady ogona. Pomiędzy nimi dodałem liście, układając je tak, by ich kolory ze sobą współgrały. Na koniec wkomponowałem kwiat, najstaranniej, jak tylko potrafiłem, żeby nie zgnieść jego delikatnych płatków.
Odsunąłem się odrobinę i spróbowałem obejrzeć własne dzieło, obracając głowę to w jedną, to w drugą stronę. Nie miałem do dyspozycji żadnego lustra, ale mogłem przynajmniej sprawdzić, czy ozdoby nie odstają zbyt mocno. Przesunąłem łapą po karku, potem zerknąłem na ogon. Wszystko trzymało się na swoim miejscu.
— Ha! Wiedziałem, że mi się uda! — oznajmiłem z dumą, jak gdybym właśnie dokonał czegoś godnego opowiedzenia na najbliższym zgromadzeniu. Dopiero po chwili przypomniałem sobie o polowaniu.
Spojrzałem w stronę lasu, z którego przyszedłem. Zwierzyna nie zamierzała przecież czekać, aż skończę swoje artystyczne eksperymenty. Jeśli Sowi Zmierzch zapytałby mnie później, dlaczego wróciłem bez zdobyczy, miałem nadzieję, że uda mi się wymyślić coś lepszego niż przyznanie, że po drodze urządziłem sobie mały warsztat ozdób. Z drugiej strony, może udałoby mi się jeszcze coś upolować. Nie wszystko było stracone!
Ruszyłem dalej, tym razem rzeczywiście starając się skupić na zadaniu. Co jakiś czas zerkałem jednak na własny ogon, upewniając się, że liście i pióra nadal są na miejscu. Nie mogłem nic na to poradzić. Byłem zwyczajnie zachwycony tym, co udało mi się stworzyć. Znalazłem coś, czego nie miał nikt inny, a przynajmniej tak mi się wydawało. Coś, co przypominało mi o ostatnich barwach jesieni i o tym, że nawet kiedy świat wokół robi się coraz bardziej szary, zawsze można znaleźć sposób, by dodać mu trochę koloru.
Nie wiedziałem jeszcze, że te drobne ozdoby zostaną ze mną na dłużej, niż początkowo planowałem.
Pora Nagich Liści
Zima nie była tak piękna, jak jesień. Przynajmniej nie w taki sposób, do jakiego zdążyłem się przyzwyczaić. Zamiast kolorowych liści miałem pod łapami twardą ziemię, miejscami przykrytą cienką warstwą śniegu, a zamiast ostatnich kwiatów — nagie gałęzie i zeschnięte łodygi roślin. Las sprawiał wrażenie cichszego, jakby wszystkie jego sekrety pochowały się głęboko pod ziemią i zamierzały przeczekać chłody aż do nadejścia nowej pory młodych liści.
Nie oznaczało to jednak, że zamierzałem siedzieć w obozie i narzekać na pogodę. Wręcz przeciwnie. Ostatnio coraz częściej myślałem o tym, jak wiele rzeczy potrafił robić mój tata. Nocny Śpiewak zawsze wydawał mi się kimś, kto doskonale wie, co robi, nawet jeśli w rzeczywistości nie wszystko szło po jego myśli. Podziwiałem jego pewność siebie, siłę i to, że nie bał się podejmować inicjatywy. Chciałem być taki sam. Chciałem, żeby kiedyś ktoś spojrzał na mnie i pomyślał, że jestem równie godny zaufania, równie odważny i równie zdolny. Ostatnio szczególnie mocno zaprzątała mi głowę jedna myśl: samodzielny patrol.
Wiedziałem, że nie powinienem wybierać się na niego bez zgody starszych, a granice klanu nie były miejscem do beztroskich spacerów. Mimo to trudno mi było przestać wyobrażać sobie, jak tata wyrusza na patrol, uważnie obserwuje teren i upewnia się, że wszystko jest w porządku. Chciałem sprawdzić, czy ja też potrafię zachować się w taki sposób. Czy potrafię samodzielnie ocenić sytuację, zauważyć coś podejrzanego i zachować się jak przyszły wojownik, a nie rozkojarzony uczeń, który potrafi zatrzymać się na środku polowania tylko dlatego, że znalazł ładny kwiatek?
Nie zamierzałem nikomu robić krzywdy ani prowokować konfliktu. Chciałem jedynie przejść się wzdłuż granicy z Klanem Klifu i przyjrzeć się oznaczeniom. Przecież znałem już podstawy. Wiedziałem, jak rozpoznawać zapachy, na co zwracać uwagę i jak zachowywać się na terytorium należącym do mojego klanu. Przynajmniej tak mi się wydawało.
Wyszedłem z obozu, starając się nie zwracać niczyjej uwagi. Z każdym kolejnym krokiem rosło we mnie poczucie, że robię coś ważnego. Może trochę nierozważnego, ale przecież nie zamierzałem oddalać się zbyt daleko. Poza tym, jeśli nic się nie wydarzy, wrócę, zanim ktokolwiek zdąży zauważyć moją nieobecność. A jeśli wszystko pójdzie dobrze, będę miał przynajmniej jeden powód więcej, by uznać, że naprawdę zaczynam przypominać tatę.
Śnieg skrzypiał pod moimi łapami, zdradzając każdy krok. Nie podobało mi się to ani trochę. Próbowałem stawiać łapy ostrożniej, wybierając miejsca, w których warstwa śniegu była cieńsza, ale trudno było poruszać się całkowicie bezgłośnie. Mimo to szedłem dalej, z uniesionym ogonem i uszami skierowanymi do przodu. Na karku nadal miałem swoje ozdoby. Pióra i zasuszone liście nie wyglądały już tak świeżo, jak w dniu, kiedy je znalazłem, ale wciąż trzymały się futra. Kwiat nieco się skurczył, a jego płatki straciły część koloru, jednak nie miałem zamiaru go usuwać. Był pamiątką po ostatnich dniach jesieni, a poza tym wciąż uważałem, że wyglądał świetnie.
Co jakiś czas poprawiałem ozdoby, upewniając się, że żywica nadal trzyma. Nie chciałem, żeby któreś z piór odpadło, zwłaszcza że byłem z nich naprawdę dumny. Przypominały mi o tym, że nie trzeba mieć do dyspozycji wielkich rzeczy, by wyróżniać się z tłumu. Czasem wystarczy odrobina pomysłowości.
Kiedy dotarłem w pobliże granicy z Klanem Klifu, zatrzymałem się i uniosłem pysk. Zapach obcego klanu był wyraźniejszy niż gdziekolwiek indziej, nawet mimo zimnego powietrza. Przez chwilę przyglądałem się okolicy, próbując wypatrzyć coś, co mogłoby świadczyć o niedawnym przejściu patrolu. Znalazłem kilka śladów w śniegu, ale nie potrafiłem z całą pewnością stwierdzić, jak dawno zostały pozostawione. Zamiast udawać, że znam odpowiedź, zapamiętałem ich położenie i ruszyłem wzdłuż granicy. Wtedy dostrzegłem kotkę.
Była po drugiej stronie granicy, na terenie Klanu Klifu. Jej niebieskie futro, pokryte ciemniejszymi pręgami, wyróżniało się na tle jasnego śniegu. Miała cztery białe skarpetki, delikatną sylwetkę i charakterystyczną jasną plamkę na pysku, która ciągnęła się aż do czoła. Kiedy przyjrzałem się jej uważniej, zauważyłem również pędzelki na uszach oraz błękitne oczy. Nie wyglądała na wojowniczkę, więc założyłem, że podobnie jak ja była uczennicą.
Zatrzymałem się, zachowując odległość od granicy. Nie zamierzałem przekraczać jej bez powodu. Mimo to nie potrafiłem po prostu przejść dalej. Byłem ciekaw, kim była i co robiła w tej okolicy. Może również odbywała patrol? A może po prostu wybrała się na spacer?
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że jej futro zdobiły kwiaty i pióra. Nie były identyczne z moimi, ale sam pomysł wydał mi się na tyle interesujący, że niemal natychmiast zapomniałem o tym, iż powinienem zachowywać się jak poważny patrolujący kot.
— Hej! — zawołałem, unosząc łapę w przyjaznym geście. — Jestem Skowronkowa Łapa, z Klanu Wilka!
Przez chwilę zastanawiałem się, czy powinienem od razu wspomnieć, że znalazłem się tutaj w ramach samodzielnego patrolu. Ostatecznie uznałem, że nie ma potrzeby opowiadać obcej kotce o wszystkim, co robię. Zwłaszcza że nie byłem do końca pewien, czy ktokolwiek uznałby mój pomysł za rozsądny.
Zamiast tego zerknąłem na jej ozdoby, a następnie na własny kark. Poczułem nagły przypływ ekscytacji. Rzadko zdarzało się, żeby ktoś nosił w futrze podobne rzeczy, a jeszcze rzadziej, żeby natknął się na mnie ktoś, kto mógłby docenić moje starania.
— Ty też masz pióra! — zauważyłem, nie kryjąc zadowolenia. — I kwiaty! Są naprawdę ładne. Sama je znalazłaś?
Nie czekając zbyt długo, przekręciłem się nieco bokiem, żeby mogła lepiej zobaczyć ozdoby przy moim karku. Potem uniosłem ogon i poruszyłem nim lekko, prezentując liście oraz pióra umocowane przy jego nasadzie. Byłem niemal pewien, że wyglądałem przy tym niezwykle dostojnie. Przynajmniej w mojej własnej ocenie.
— Patrz, ja też mam swoje! — pochwaliłem się z dumą. — Znalazłem je jeszcze pod koniec jesieni. Były wtedy ostatnie kwiaty, jakie widziałem w lesie, więc musiałem coś z nimi zrobić. Nie chciałem ich wszystkich zrywać, bo to byłoby trochę bez sensu, ale jeden zabrałem. A potem znalazłem liście i pióra skowronka!
Na samo wspomnienie tamtego dnia poczułem się jeszcze bardziej zadowolony z siebie. Oczywiście, nie wspomniałem o tym, ile razy próbowałem przytwierdzić pióra, zanim wreszcie przestały odpadać. Niektóre szczegóły nie były przecież potrzebne, kiedy opowiadało się o swoim wielkim dziele.
— Przyczepiłem je do futra za pomocą żywicy i płynu z mlecza. Trochę się namęczyłem, ale się udało! — dodałem, obracając się jeszcze odrobinę, żeby pokazać jej ozdoby z drugiej strony. — Te przy karku trzymają się najlepiej. Przy ogonie też, chociaż czasami muszę je poprawiać.
Zerknąłem na nią z szerokim uśmiechem, ciekaw, co o tym wszystkim pomyśli. Może również zbierała pióra i kwiaty, a może miała zupełnie inny sposób na ozdabianie futra. Chciałem się dowiedzieć. W końcu skoro los postawił na mojej drodze kogoś, kto podzielał moje zainteresowanie takimi drobiazgami, szkoda byłoby zmarnować okazję do rozmowy.
— A ty jak masz na imię? — zapytałem, przekrzywiając lekko głowę. — Jesteś uczennicą, prawda? Wyglądasz na mniej więcej w moim wieku.
Na moment przeniosłem wzrok na ślady w śniegu, które wcześniej zauważyłem, i przypomniałem sobie, po co właściwie tutaj przyszedłem. Granica nadal była przede mną, a ja wciąż miałem do sprawdzenia spory kawałek terenu. Nie chciałem jednak odchodzić od razu. Spotkanie z niebieską kotką było znacznie ciekawsze, niż się spodziewałem, a moje ozdoby wreszcie miały szansę zostać docenione przez kogoś, kto również lubił takie rzeczy.
Poza tym tata zawsze wydawał mi się kotem, który potrafi rozmawiać z innymi bez względu na okoliczności. Może właśnie od tego powinienem zacząć, jeśli naprawdę chciałem być do niego podobny.
— Właściwie jestem tutaj na patrolu — oznajmiłem po chwili, starając się nadać głosowi nieco poważniejszy ton. — Samodzielnym. Chciałem sprawdzić granicę i zobaczyć, czy wszystko jest w porządku. Wiem, że powinienem uważać, ale przecież kiedyś będę wojownikiem, więc muszę się uczyć!
Nie dodałem, że nikt nie wysłał mnie tutaj z takim zadaniem. W mojej głowie brzmiało to znacznie lepiej, kiedy nazywałem swoją wyprawę patrolowaniem granicy, a nie zwykłym wypadem z obozu. W końcu zamierzałem zachowywać się odpowiedzialnie. Miałem zamiar.
Znów spojrzałem na jej ozdoby, tym razem z nieco większą ciekawością. Byłem gotowy opowiedzieć jej jeszcze więcej o swoich znaleziskach, a jeśli chciałaby, mógłbym nawet pokazać jej, gdzie znalazłem pióra. Oczywiście nie zamierzałem przekraczać granicy, ale może kiedyś, podczas kolejnego spaceru, udałoby się znaleźć coś równie pięknego.
— W każdym razie, jeśli lubisz takie rzeczy, to chyba mamy coś wspólnego — stwierdziłem wesoło. — Ja zamierzam zbierać kolejne pióra, kiedy tylko trafię na jakieś ładne. A jak znowu znajdę kwiaty, to też je zabiorę. Może następnym razem uda mi się zrobić jeszcze lepsze ozdoby!
Unosząc dumnie głowę, poruszyłem ogonem, a liście przy jego nasadzie zadrżały delikatnie na zimowym wietrze. Czułem się niemal tak, jakbym właśnie udowodnił sobie, że potrafię być kimś więcej niż tylko uczniem, który dopiero uczy się polowania i walki. Byłem Skowronkową Łapą, synem Nocnego Śpiewaka, i miałem własne pomysły, własne cele oraz własny sposób na to, by pozostawić po sobie coś wyjątkowego.
Teraz pozostawało mi tylko dowiedzieć się, czy Dymówkowa Łapa — bo tak przedstawiła się po chwili, jeśli dobrze usłyszałem — również uzna moje ozdoby za coś wartego uwagi. A jeśli tak, być może właśnie zaczynała się znajomość, która sprawi, że następna pora nagich liści nie będzie aż tak szara i nudna, jak początkowo mi się wydawało.

<Dymówkowa Łapo?>
[2635 słów]

[53%]