BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

31 października 2026

Od Tańcującej Słonki do Koszmarnej Łapy

Dzień śmierci Przepiórczej Wichury

Im dłużej myślała o tym, że nigdy nie przyjdzie jej wyznać Cichej Łapie swoich uczuć, tym bardziej zastanawiała się nad tym, czy Koszmarna Łapa naprawdę nie mógłby zostać jej nowym obiektem westchnień. Wciąż nie wydawało jej się, by czuła do niego coś nadzwyczajnego, lecz jak trudne mogłoby być wmówienie sobie, że jest inaczej? Wtedy przynajmniej nie musiałaby wpatrywać się w biało-liliowego z bólem i poczuciem, że jedyne, czego pragnie, to jego czułego dotyku na skórze i pokrzepiających słów w uszach.
W ostatnich dniach dużo myślała o kocurze i doszła do wniosku, że… może jednak czuła do niego nieco więcej, niż jej się wydawało. Właściwie było to oczywiste od samego początku, lecz Słonka nie potrafiła się z tym pogodzić, bo oznaczałoby to, że oficjalnie była skazana na porażkę. Wciąż uważała, że tak właśnie było. Wiedziała, że na bliższą relację z kocurem nie miała co liczyć. Ale teraz była gotowa to zaakceptować. Była gotowa przyjąć do wiadomości, że choć jej serce pragnęło nieustannie przebywać w obecności Cichej Łapy, to rozum stanowczo odradzał jej zbliżanie się do niego z obawy przed tym, że Złamana Wola coś zauważy.
Dobra. To raczej było kłamstwem. Nie sądziła, że uda jej się w najbliższym czasie wyzbyć uczuć do Cichej Łapy, o ile nie stłumi ich czymś innym albo nie spróbuje przekonać swojego serca, że to tak naprawdę Koszmarna Łapa jest jej bratnią duszą i wybrankiem. Nie przypominała sobie, by podczas zgromadzenia na widok burasa robiło jej się tak ciepło, jak na widok Cichej Łapy, ale bez wątpienia lubiła jego towarzystwo. I tak musiała go lepiej poznać, by jej “zauroczenie” nim stało się bardziej wiarygodne w oczach Złamanej Woli. Nie chciała w końcu, by zaczął coś podejrzewać. Wtedy pewnie by ją skonfrontował, a ona znowu musiałaby wyjąkać kilka głupich wyjaśnień, w które zapewne i tak by nie uwierzył. Cóż, nie była najbardziej przekonującym kotem na ziemi, a gdy tylko robiła się nerwowa, jej dykcja znacznie się pogarszała. Na dodatek jeszcze bardziej spowalniała się wtedy praca jej mózgu, przez co mówiła raczej wolno, niepewnie i dzieliła wypowiedzi na kilka części. Nie był z niej dobry kłamca.
Po jakimś czasie Tańcująca Słonka zdecydowała się wyjść poza obóz i obejść granicę z Klanem Wilka w poszukiwaniu Koszmarnej Łapy. Choć szanse na to, że uda jej się spotkać go akurat dzisiaj, były raczej marne. No chyba, że udałoby jej się nauczyć przekazywać wiadomości telepatycznie — wtedy może mogłaby powiedzieć kocurowi, by stawił się niedaleko Czarnych Gniazd.
Licząc na szczęście, udała się w stronę wilczackich terenów, wypatrując między drzewami znajomego, burego futra. Obawiała się jednak, że gdyby jej kolega faktycznie był teraz gdzieś między drzewami, mogłaby go nawet nie zauważyć! Musiał się dobrze kamuflować wśród brązowych pni, samemu posiadając futro o podobnym kolorze. Ona z drugiej strony nie wiedziała, czy byłaby w stanie wtopić się w jakiekolwiek otoczenie. Jej kremowe plamy być może mogłyby się zakamuflować na tle nadmorskiego piasku, lecz wtedy wciąż byłoby widać jej niebieskie plamy. Nie była też w stanie skryć się na przykład pośród śniegu, jako że jej szata nie była całkowicie biała. Chyba jedyny sposób na to, by całkowicie zniknęła z czyjegoś pola widzenia, to wytarzanie się w błocie i oblepienie liśćmi!
Słonka szła teraz wzdłuż granicy z głową w chmurach, kompletnie zapominając o tym, że miała szukać w głębi lasu znajomych, niebieskich oczu. Przypomniała sobie o poszukiwaniach dopiero wtedy, gdy stanęła pysk w pysk z obcą kotką. Ta miała czekoladowe, szylkretowe futerko i parę pomarańczowych oczu, którymi obserwowała Słonkę z zaciekawieniem. Wojowniczka wzdrygnęła się na jej widok, zastanawiając się, czy przypadkiem nie wkroczyła na tereny Klanu Wilka. Gdy jednak wciągnęła powietrze do płuc, poczuła silną woń oznaczeń zapachowych. Czyżby zatrzymała się dokładnie na granicy?
— Co tu robisz? — spytała w końcu nieznajoma, po czym na moment odwróciła się do tyłu, stawiając uszy na sztorc. — Ja… jestem teraz na patrolu z kotami, które nie będą wobec ciebie litościwe, jeśli dowiedzą się, że jesteś tak blisko granicy — wyjaśniła po chwili, ponownie spoglądając na Słonkę. — Radziłabym ci się stąd wycofać, zanim cię zobaczą.
Niebieska zmrużyła oczy.
— Nie rozumiem. Przecież nie przekroczyłam jeszcze granicy. Wolno mi tu przebywać — odparła szczerze zdziwiona, przekrzywiając głowę. — A jest z tobą może Koszmarna Łapa? — spytała po chwili. To mogła być jej szansa na spotkanie z kocurem. Tym bardziej że czekoladowa kotka wyglądała na zbliżoną wiekiem do burasa.
— Koszmarna Łapa? — powtórzyła pomarańczowooka, wyraźnie zbita z tropu. — Nie, nie ma go na patrolu. A dlaczego pytasz? — dodała.
Ogon nieznajomej zaczął kołysać się na boki, zapewne z nerwów. To w sumie miłe, że tak się martwiła o Słonkę, nawet jeśli ta nie rozumiała, dlaczego miałaby się czymkolwiek martwić.
— Chciałam się z nim spotkać — mruknęła, uśmiechając się nieznacznie do obcej. — Przekazałabyś mu, żeby przyszedł tu jutro o tej samej porze?
Czekoladowa zamyśliła się na dłuższą chwilę, a końcówka jej ogona przestała drżeć.
— Właściwie to mogłabym. Tylko Koszmarna Łapa wciąż jest uczniem. Wątpię, żeby dał radę przyjść tu akurat o tej porze bez jakiegoś wojownika — miauknęła w końcu, na co Słonce zrzedła mina. To faktycznie mógł być problem.
— A ty? Nie możesz przyjść z nim? — zapytała szylkretka, nie chcąc tracić nadziei na to, że uda jej się spotkać z burym.
— Ja? Niestety nie mogę, bo też jestem uczniem. Ale i tak przekażę tę informację Koszmarnej Łapie. Może uda mu się coś wykombinować, żeby się z tobą spotkać — odparła czekoladowa, po czym uśmiechnęła się do starszej kotki. — W ogóle mam na imię Pyzata Łapa — przedstawiła się po chwili.
Żółtooka odwzajemniła uśmiech, choć w jej wykonaniu wyglądał on trochę niezręcznie.
— Miło mi. Ja nazywam się Tańcująca Słonka, ale możesz mi mówić Słonka. No i jestem wojowniczką w Klanie Klifu — odrzekła, na co Pyza zachichotała cicho pod nosem.
— Tak, zdążyłam się domyślić po twoim imieniu. I po tym, że chyba jesteś tu sama, prawda? — mruknęła, na co niebieskiej zrobiło się głupio.
No przecież, że była wojowniczką! Nie musiała tego doprecyzowywać przed Pyzatą Łapą. Przecież nie uważała, że kotka jest głupia i sama nie potrafiłaby połączyć kropek.
— Ach, tak, sama… Przyszłam, bo tak jak mówiłam, chciałam porozmawiać z Koszmarną Łapą na osobności — wyjaśniła. — Choć teraz, jak o tym myślę, to faktycznie może być ciężko. Mam nadzieję, że ma jakichś starszych znajomych w klanie, którzy mogliby mu pomóc — dodała, przypominając sobie, że bury zapewniał ją, iż w Klanie Wilka ma się do kogo odezwać. Na pewno miał chociaż jednego znajomego wśród wojowników, prawda?
— Właściwie to nie wiem. Nie rozmawiam z nim zbyt często — wyznała Pyzata Łapa. — A skąd znasz Koszmarną Łapę? Spotkaliście się już kiedyś na granicy? — postanowiła dopytać, na co Słonka pokręciła głową.
— Nie! Ale znamy się ze zgromadzenia i fajnie nam się rozmawiało, dlatego… dlatego chcieliśmy spotkać się ponownie i nie musieć czekać na kolejną pełnię — odparła, doskonale wiedząc, że to ona chciała zobaczyć się z burasem. On zapewne już dawno o niej zapomniał, podczas gdy ona w akcie desperacji uznała, że musi spróbować się w nim jakoś… zakochać.
Nim czekoladowa szylkretka zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, zza jej pleców rozległy się czyjeś nawoływania. Słonka szybko zrozumiała, że musiał to być ktoś z patrolu, kto właśnie wykrzykiwał imię Pyzy. Pewnie chcieli już wracać do obozu, a może po prostu przenieść się w inną część terenów.
— Ach! Muszę już iść, Słonko. Sama słyszysz, że inni mnie wołają — mruknęła pomarańczowooka. — Ale nie martw się! Postaram się przekazać Koszmarowi, żeby się tu z tobą spotkał. Mam nadzieję, że mu się uda i nie będziesz musiała przychodzić tu na marne — dodała jeszcze, po czym odwróciła się tyłem do wojowniczki i zniknęła gdzieś między krzewami.
Żółtooka skinęła głową, jakby sama do siebie, i jeszcze przez chwilę wpatrywała się w wilczackie tereny. Czy to, co robiła, na pewno było słuszne? Czy jej plan w ogóle zadziała? Co, jeśli nie zakocha się w Koszmarze, a zamiast tego zda sobie sprawę, że nikt nie mógł równać się z Cichą Łapą?
Potrząsnęła łbem. Wolała się nie zniechęcać i trzymać nadziei, że na widok burasa jej serce faktycznie zabije szybciej. Westchnęła jedynie i powolnym krokiem ruszyła w stronę azylu, podczas gdy serce ściskało jej się z nerwów na myśl o jutrzejszym dniu.

* * *

Tańcująca Słonka wkroczyła do obozu ze zwieszoną głową, kierując się w stronę swojego posłania. Nim jednak zdążyła wspiąć się choćby na najniższą półkę, ktoś zagrodził jej drogę. Podniosła wzrok, a jej oczom ukazał się niebieski, pokryty bliznami pysk — niewątpliwie należący do zastępczyni, Źródlanej Łuny. Szylkretka od razu poczuła, jak po jej ciele rozlewa się niepokój. Starsza nie wyglądała na zadowoloną, a wręcz przeciwnie. Sprawiała wrażenie, jakby coś się stało. Jej brwi były lekko zmarszczone, choć kotka wciąż próbowała zachować poważny wyraz pyska.
— Tańcująca Słonko, czy podczas przebywania poza obozem widziałaś może Przepiórczą Wichurę? — zapytała w końcu.
Młodsza zamarła. Dlaczego Łuna ją o to pytała?
— Ja…? N-nie… Czy coś się z nią stało? — odrzekła po dłuższej chwili milczenia. Wiedziała, że wcale nie chciała znać odpowiedzi na to pytanie, bo skoro zastępczyni pytała o Przepiórkę, to nie mogło to wróżyć niczego dobrego.
— Próbuję to ustalić — odparła niebieska, co wcale nie uspokoiło wojowniczki. — Powiedz mi jeszcze, czy twoja ciotka zachowywała się ostatnio jakoś inaczej? Może była bardziej przygnębiona niż zwykle? — kontynuowała.
Każde kolejne słowo zastępczyni sprawiało, że szylkretka miała ochotę rozpłakać się i uciec. Dlaczego nie chciała jej niczego wyjaśnić? Dlaczego zadawała jej takie dziwne pytania? Czy Przepiórcza Wichura znajdowała się w niebezpieczeństwie?
— Nie… Ja… — zaczęła, lecz gardło jej się zacisnęło. Nie wiedziała nawet, co powinna powiedzieć. Nie zwróciła wcześniej uwagi na to, by zachowanie ciotki było w jakikolwiek sposób nietypowe. Choć może po prostu nie była wystarczająco uważna? — Nie wydaje mi się… — miauknęła w końcu, choć jej głos drżał. — Czy coś się z nią stało…? — powtórzyła po chwili, gdyż nic innego nie przychodziło jej do głowy. Jedyne, czego pragnęła, to dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi.
Źródlana Łuna zawahała się na moment.
— Patrol poszukiwawczy przed chwilą odnalazł jej roztrzaskane ciało. Musiała spaść z klifu, a ja próbuję ustalić, w jakich okolicznościach do tego doszło — wyjaśniła.
Tańcująca Słonka zamrugała kilka razy, mając wrażenie, jakby nagle zapomniała znaczenia wszystkich słów. Wpatrywała się w Źródlaną Łunę pustym wzrokiem, wyglądając zapewne jak kamienna rzeźba. Wszystko, co powiedziała do niej zastępczyni, brzmiało teraz niczym bezsensowny bełkot — jedynie zlepek dziwnych, obcych wyrazów. Słonka czuła się nagle tak, jakby rozmawiała z kimś innego gatunku, a nie z kotką, która żyła z nią w tej samej jaskini.
— Dobrze… — wydukała po jakimś czasie, jakby coś w jej wnętrzu zmusiło ją do wypowiedzenia tego słowa, po czym uśmiechnęła się słabo do dymnej kotki. — Przepraszam, ale muszę… iść — dodała jeszcze i ruszyła w stronę swojego posłania. Zabawne, bo wcale nie czuła, jakby miała kontrolę nad własnym ciałem.
Gdy dotarła na docelową półkę, odnalazła wzrokiem swoje przytulne gniazdko i zaczęła się w nim mościć, rozpychając się na boki. Na jej sercu wciąż ciążył ogromny ciężar, a żołądek nieprzyjemnie się zaciskał, lecz jej głowa przypominała czarną dziurę, pochłaniającą każdą myśl, która próbowała się w niej pojawić.
W końcu wojowniczka zmrużyła oczy. Przez moment w jej umyśle zaczął krążyć obraz pyska Przepiórczej Wichury, sprawiając, że ucisk w brzuchu stawał się jeszcze silniejszy. Na szczęście już niedługo później w jej głowie znowu zapanowała pustka i wkrótce szylkretka zapadła w sen.

* * *

Następnego dnia

Obudziła się niezwykle wcześnie rano. Zupełnie tak jak za czasów uczniowskich. Teraz nie musiała już jednak czekać, aż Jenocia Kufa zbierze się z posłania i zabierze ją na trening. Mogła po prostu leżeć albo wybrać się na samotny spacer. Wybór był oczywisty. Po co miałaby siedzieć w posłaniu i wsłuchiwać się w chrapanie pobratymców, skoro mogła przejść się po klifiackich terenach i zaznać trochę morskiej bryzy we własnym futrze? Zdecydowała się podnieść na wszystkie łapy, lecz szybko tego pożałowała. Z niewiadomych przyczyn czuła się nieco zesztywniała. Najwyraźniej musiała spać w niewygodnej pozycji.
Zeszła z półek, na których spali wojownicy, i ruszyła w stronę wyjścia z azylu. Nim jednak udało jej się przedostać na zewnątrz, pojawił się przy niej Cicha Łapa. Gdy kątem oka dostrzegła zarys jego pyska, zatrzymała się w bezruchu, czując, jak momentalnie z nerwów napinają się jej mięśnie. Czy kocur chciał wybrać się z nią na spacer?
— Hej, Słonko… — odezwał się. Na jego pysku malował się wyraz żalu i litości, lecz szylkretka nie potrafiła odgadnąć dlaczego. — Słyszałem o Przepiórczej Wichurze i… chciałem powiedzieć, że niezwykle mi przykro z powodu jej śmierci. Była naprawdę dobrą kotką i potrafiła zarazić innych swoim entuzjazmem — zaczął, a wojowniczka wbiła wzrok w ścianę za nim, nie potrafiąc spojrzeć mu w oczy, gdy wypowiadał się o cynamonowej. — Jeśli potrzebowałabyś czyjegoś wsparcia, to pamiętaj, że możesz na mnie li-
— Dziękuję, Cicha Łapo — przerwała mu, ponownie przybierając ten sam nieobecny wyraz pyska, który miała wczoraj, gdy Źródlana Łuna wyznała jej, że Przepiórka zmarła. — Muszę jednak już iść. Wybierałam się właśnie na spacer — dodała i nim kocur zdążył zareagować, odwróciła się i wyszła z obozu.
Zmierzając w głąb terenów, szła niezbyt szerokim pasem ziemi łączącym obóz z resztą terytorium. Maszerowała niebezpiecznie blisko klifu, ponieważ czuła się tak, jakby coś podświadomie ją do niego ciągnęło. Wzrok miała utkwiony w morzu i brzegu klifu, o który nieustannie rozbijały się morskie fale. Nie potrafiła oderwać oczu od tego widoku, czując się tak, jakby znalazła się w jakimś transie.
Trwało to do momentu, w którym Słonka zamrugała i po ponownym otwarciu oczu na ułamek uderzenia serca dostrzegła gdzieś w oddali szkarłatno-cynamonową plamę. Zatrzymała się gwałtownie, czując, jak jej łapy nagle przywierają do podłoża. Zamrugała ponownie, a wtedy plama zniknęła. Po ciele szylkretki przebiegł dreszcz, a zaraz potem ogarnęła ją fala głębokiego niepokoju, która zmusiła ją do odskoczenia do tyłu. Co ona, na litość Klanu Gwiazdy, wyprawiała? Czy chciała skończyć tak samo, jak Firletkowa Łapa? Szybko się otrząsnęła i, nie chcąc dłużej o tym myśleć, pośpiesznym krokiem ruszyła przed siebie. Wkrótce łapy zaczęły ją piec z powodu wysiłku i szybkiego tempa.
Nie zwolniła jednak, dopóki nie dotarła na granicę z Klanem Wilka. Tam silny zapach obcego klanu uderzył ją w nozdrza, zmuszając do wzięcia się w garść i skupienia na otoczeniu. Tańcująca Słonka przystanęła. Na spotkanie z Koszmarną Łapą było jeszcze zdecydowanie zbyt wcześnie, a jednak nie miała ochoty wracać do obozu. Nie chciała, by kolejne koty podchodziły do niej i mówiły, jak bardzo im przykro. Nie miała ochoty tego wysłuchiwać.
Przysiadła pod jednym z drzew, nieco się garbiąc. Nie miała pojęcia, co ze sobą zrobić. Nie mogła przecież czekać tutaj, aż bury kocur się zjawi. Nie chciała też jednak chodzić po terenach Klanu Klifu ani leżeć we własnym legowisku. Zaczynała myśleć, że może najlepiej byłoby po prostu zniknąć. Wtedy nie musiałaby się martwić tym, co powinna począć ze swoim fizycznym ciałem.
Gdy tak siedziała, nagle usłyszała czyjeś kroki. Szybkie, zapewne należące do kogoś, kto właśnie biegł. Nie miała jednak siły podnieść łba, by rozejrzeć się wokół. Myślała, że kot, który je stawiał, po prostu ją ominie i pobiegnie dalej, lecz nagle przed jej oczami przemknęła mysz. Chwilę później Tańcująca Słonka usłyszała, jak ktoś gwałtownie zatrzymuje się tuż obok niej. Wtedy, choć powoli i ociężale, wreszcie podniosła łeb, by spojrzeć przybyszowi w oczy.
Ku jej zdziwieniu, stał przed nią Koszmarna Łapa.
Szylkretka zamrugała kilkakrotnie, będąc pewna, że buras jest jedynie zwidem, wymysłem jej wyobraźni. Po dłuższej chwili wciąż jednak nie znikał z jej pola widzenia, co trochę ją zaniepokoiło.
— Koszmarna Łapo…? — zapytała cicho, na wypadek, gdyby naprawdę rozmawiała jedynie z powietrzem. — Co ty tu robisz? Kazałam Pyzatej Łapie, by powiedziała ci, byśmy spotkali się niedaleko, ale myślałam, że powiedziała ci też, o jakiej porze — dodała, tym razem już nieco głośniej. Następnie rozejrzała się po wilczackich terenach, wypatrując między zielenią zarysu jakiejś sylwetki. — Masz teraz trening? — spytała nagle.

<Koszmarna Łapo?>

30 października 2026

Od Psotnego Nietoperza CD. Wzorzystej Dali

Przeszłość

Siedziały obok siebie na plaży, obserwując, jak ostatni blask dnia znika za horyzontem.
— Dni mijają, noce przelatują, jakie to śmieszne koło, prawda? Budzisz się o świcie, a kładziesz się, gdy noc otula świat swoim pierzem — miauknęła cicho Psotny Nietoperz.

Zgromadzenie

Rozejrzała się w poszukiwaniu swoich córek. Jednak dostrzegła jedynie Dymówkę, która rozmawiała z jakimś kocurem. Miała tylko nadzieję, że jej córka nie wyniesie się do innego klanu. Zaraz jednak pokręciła łbem, ganiąc się za te myśli. Postanowiła potem pogadać z córką na temat tego, z kim rozmawiała. Odwróciła się i ruszyła w przeciwną stronę. W tym samym czasie przed jej oczami pojawiły się ślepia Wzorek.
— Dobry wieczór droga Wzorek, jak mija czas? — zapytała kotki z uśmiechem. Wzorzysta Dal odwróciła się do niej.
— O… cześć Psotko! U mnie w porządku… U ciebie? — mruknęła jaśniejsza kocica. Psotny Nietoperz uśmiechnęła się do Wzorek i usiadła przed nią, otulając łapy puszystym ogonem.
— To dobrze — wymruczała na pierwsze. Kiedy padło pytanie do niej, Psotka zawahała się przez moment.
— W porządku, chociaż brakuje mi psot. Muszę nad tym popracować. No i Dymówka rozmawia z jakimś kocurem. Myślisz, że mogę z nią o nim pogadać? — mruknęła w końcu. Może przesadzała, ale Dymówkowa Łapa była taka...delikatna. Wzorek nerwowo wzruszyła ramionami.
— Nie wiem… chyba tak…? Wiesz, nigdy nie miałam dzieci, nie wiem, jak to jest. — ostatnie zdanie wypowiedziała, trochę gorzko. Czarna westchnęła cicho. Chyba rzeczywiście pogada o tym z córką.
— Ach, wybacz. Po prostu uznałam, że ktoś, kto patrzy świeżym spojrzeniem na świat, lepiej mi pomoże, bym nie wyszła na jakąś, no wiesz wyrodną matkę, albo coś — mruknęła, układając sierść na piersi, chociaż tak naprawdę tego nie wymagała.
— A co to za kocur? Z jakiego Klanu? — rzuciła jeszcze pytaniem kocica.
— Nie jestem pewna, ale chyba z Klanu Wilka. Przynajmniej na takiego mi wygląda... — wymamrotała niechętnie Nietoperz.
— W trakcie zgromadzenia obowiązuje pokój. Nic jej się nie stanie. — pocieszyła kotkę.
— Nie jesteś wyrodną matką, po prostu… się martwisz — dodała jaśniejsza z nich.
— No wiem...wiem.. — mruknęła Psotka. Pokręciła lekko łbem.
— Dobra mniejsza o to, masz jakieś plany na jutro? — dopytała. Miała nadzieję, że kocica niczego nie planowała. Wzorzysta Dal zastrzygła uszami.
— Chyba nie, o ile Lśniąca Gwiazda nie wezwie nas na rozmowę to pewnie tylko jakiś patrol — odpowiedziała jej. Psotka uśmiechnęła się do kotki.
— To dasz się zaprosić na spacer? Dawno nie miałyśmy luźniejszego spotkania — zaproponowała z uroczym uśmiechem. Wzorek zachłysnęła się powietrzem i spojrzała na przyjaciółkę. Spuściła wzrok na łapy. Dopiero po chwili popatrzyła z powrotem na czarną i zabrała łapę sprzed pyska, odgarniając nią grzywkę. Obserwowała ją lekko przekrzywiając łebek. Zastanawiała się, dlaczego jaśniejsza tak zareagowała. Jednak nie przeszkadzało jej to, w końcu efekt zaskoczenia był.
— Tak… czemu nie? — odpowiedziała w końcu jasna.
— Świetnie, teraz kiedy będzie coraz cieplej...spacery będą przyjemne i może uda nam się coś fajnego znaleźć — wymruczała pogodnie. Wzorek również się uśmiechnęła.
— Nie mogę się doczekać! — zamruczała.
— A może pójdziemy na spacer już teraz? Możemy pozbierać bursztyny — zasugerowała. Czarna podniosła się energicznie na równe łapki.
— Brzmi idealnie. Bursztyny są naprawdę piękne! Chodźmy! — miauknęła zachwycona Psotka. Wzorzysta Dal podniosła się z ziemi i podeszła do kotki. Po czym obie zbliżyły się jeszcze bardziej do krawędzi wyspy, gdzie znajdowało się dużo wodorostów, patyków i innych rzeczy wyrzuconych przez morze. Szylkretka usiadła i zaczęła odgarniać te „śmieci” w poszukiwaniu błyskotek. Czarnulka usiadła nieco dalej, ale wciąż blisko szylkretki.
— Musimy się częściej spotykać na takie wypady. No wiesz tylko we dwie — miauknęła, rozgarniając kilka patyków, które leżały przed jej łapami. Wzorek się wzdrygnęła lekko. Oczywiście Psotka to zauważyła.
— Dobry pomysł. Rzeczywiście dawno nie rozmawiałyśmy, chyba tak od… — urwała.
— …nieważne — dodała na koniec. Jednak Psotny Nietoperz nie zamierzała tego tak zostawić.
— Ważne, wszystko jest ważne. Możesz mi powiedzieć wszystko Wzorek. Naprawdę wszystko — wymruczała czarnulka, chcąc ją jakoś uspokoić i może zachęcić do powiedzenia, co leżało młodszej na sercu.
— Nie nic, tak po prostu gadam, co mi ślina na język przyniesie. Przepraszam. — uśmiechnęła się do kotki i zaśmiała się jakby zawstydzona. Nietoperka pokiwała lekko łebkiem. Wiedziała, że jej słowa na pewno miały głębszy sens.
— Wzorek — zwróciła się do kocicy.
— Wiem, że twoje słowa nigdy nie są rzucane na wiatr. Czuję, że coś ukrywasz i się zmagasz z czymś sama i nie podoba mi się to, więc proszę, powiedz mi, co się dzieje — upierała się przy swoim. Łapy Wzorek przyspieszyły, jednocześnie robiąc coraz to mniej skoordynowane ruchy. Po prostu bardzo szybko przerzucała wodorosty z jednego miejsca na drugie, nawet nie wyglądając, jakby czegokolwiek szukała mimo wbitego w ziemię spojrzenia.
— Wszystko jest w porządku. Czuję się dobrze i nie jestem sama — odparła.
Psotny Nietoperz położyła uszy po sobie, ale umilkła, wygrzebując jakiś mały kamyk spomiędzy patyków. Zastanawiała się, dlaczego kocica nie chce jej tego powiedzieć. Chciała jej pomóc, ale nie mogła tego zrobić, dopóki nie rozumiała problemu.
— No...dobrze... — odpowiedziała w końcu. Wzorzysta Dal wypuściła cicho powietrze ustami z ulgą. Psotka zauważyła, że kotka bardziej skupiła się na poszukiwaniach, a po chwili jasna zobaczyła coś błyszczącego w stercie. Wyjęła to, położyła na swoją łapę i zapytała kotki.
— Myślisz, że to bursztyn? — mruknęła. Psotny Nietoperz przeniosła wzrok na przedmiot. Pochyliła pysk, a jej niebieskie oczy lekko się zwęziły.
— Tak, zdecydowanie to jest bursztyn. Bardzo ładny na dodatek — pochwaliła przyjaciółkę. Po czym położyła zaokrąglone kolorowe kamyczki.
— Ja znalazłam tylko takie, a najbardziej podoba mi się ten — wskazała na niebieski. Kocice jeszcze trochę poszperały w poszukiwaniu ciekawych rzeczy, ale wszystko, co dobre szybko się kończy, więc kiedy Lśniąca Gwiazda zaczął zbierać Klan Klifu, Psotka wzięła niebieskie szkiełko i podeszła ze Wzorek do reszty. Chwilę później dołączyła do nich Dymówka. Całym klanem wrócili do domu.

Obecnie

Psotny Nietoperz odszukała wzrokiem Wzorzystej Dali i podeszła do niej z dwoma stworzonkami. Miała nowinki, bo zdążyła jeszcze przed treningiem córki ją złapać i zamienić kilka słów.
— Zjemy razem? — zaproponowała przyjaźnie, siadając obok młodszej kotki. Po czym umilkła na moment.
— Ten kocur, z którym rozmawiała Dymówka, rzeczywiście jest z Klanu Wilka… — mruknęła wyraźnie niezadowolona, że jej dziecko zadaje się z Wilczakiem. Jednak nie mogła z tym nic zrobić niestety.

<Wzorek? Moja droga, chcesz zjeść ze mną?>

Od Dymówkowej Łapy

Zgromadzenie

Niebieska kotka usiadła gdzieś z boku i zajęła się ugniataniem ogona, by poczuć się pewniej.
— Hejka Dymówkowa Łapo! — zamruczał pogodnie, zauważając, że kotka jak zwykle ugniata ogon łapkami. Drgnęła lekko, słysząc pewien głos. Uniosła łebek, a jej niebieskie oczka zalśniły.
— Skowronkowa Łapo, jak dobrze cię widzieć — wymruczała pogodnie, przerywając tik i wskazując miejsce blisko siebie.
— Znalazłaś coś ciekawego w tym księżycu? — zapytał, mając na myśli oczywiście ozdoby, które oboje wczepiali sobie w futro.
— Jedno zagubione piórko. Staram się skupić na treningu. Poza tym samotne szukanie jest dla mnie nieco...przytłaczające... — mruknęła cichutko, powracając do ugniatania ogona. Kocur obdarzył ją szerokim uśmiechem. Chwilę później Skowronkowa Łapa przekrzywił łeb, przyglądając się jej z zaciekawieniem.
— Zawsze możesz poszukać ze mną! We dwójkę łatwiej coś wypatrzyć, a przy okazji można pogadać — zaproponował jej entuzjastycznie, siadając obok. Jego puszysty ogon zamiatał ziemię, a piórka przy szyi poruszały się przy każdym ruchu. Zastrzygła uszkami na propozycję kocura. Wizja wspólnego szukania skarbów brzmiała naprawdę cudownie.
— Naprawdę? Chciałbyś ze mną poszukać? — spytała, poruszając lekko wibrysami.
— Bo wiesz...nie mam zbyt wielu znajomych... — wymamrotała, wbijając pazurki w ogon. Skrzywiła się lekko, gdy poczuła lekki ból. Uniosła wzrok i wlepiła go w piórka, a potem na pysk kocura i w jego oczy, by zaraz spuścić wzrok na białe łapki. Wysłuchała jego słów z uwagą. Podziwiała tę energiczność u kocura, której nie widziała u samej siebie. Uszy stanęły mu na sztorc, a pysk rozjaśnił szeroki uśmiech.
— No pewnie, że tak! Poza tym teraz masz już jednego znajomego więcej, prawda? — zamruczał, trącając ją delikatnie barkiem. Czując lekkie trącenie, poczuła się jakoś lepiej. Kocur nie wyglądał na takiego, który, by ją okłamywał. Po co miałby to robić? Chociaż taki Migocząca Łapa teraz Migoczący Nieboskłon nie przepadał za nią, bo uczyła się na protektorkę, a nie wojowniczkę. Położyła na moment uszy, zwiększając tempo ugniatania ogona. Zaraz jednak spróbowała się uspokoić.
— Tak, mam jednego znajomego, czyli ciebie — mruknęła.
— Więc to ma dla mnie jeszcze większe znaczenie — dodała nim umilkła.
— A ty? Znalazłeś coś interesującego i jak idzie ci trening? — miauknęła po chwili.
— A treningi? Hm, różnie! Ostatnio ćwiczyłem nawigację w tunelach i wspinaczkę na drzewa. W tunelach prawie się zgubiłem, ale wspinanie było naprawdę fajne! — opowiedział, z dumą wypinając pierś.
— Poza tym przypadkiem przekroczyłem granicę Klanu Burzy, bo zobaczyłem piórko i zapomniałem patrzeć, dokąd idę… — dodałem nieco ciszej, drapiąc się po karku.
— Brzmi jak dobra przygoda, chociaż trzeba uważać na to, by się nie zgubić. Bywa to niebezpieczne — mruknęła z samoistną troską w głosie. Gdy ten wspomniał o przekroczeniu granicy, niebieska kiwnęła lekko łebkiem.
— Każdemu może się zdarzyć. Jaki to był klan? O ile chcesz mi powiedzieć... — szepnęła, by nikt niepowołany nie słyszał jej słów. Nie chciała robić Skowronkowi problemów. Ciemny kocur przekrzywił łeb, nieco zakłopotany, kiedy usłyszał jej pytanie.
— Klan Burzy… Ale nic się nie stało! Po prostu zobaczyłem piórko i zapomniałem patrzeć, dokąd idę — przyznał.
— Ale teraz opowiadaj! Jakie to było piórko? I gdzie je znalazłaś? — zapytał, ponownie ożywiając się na myśl o ozdobach.
— Piórko należało do wróbla i znalazłam je niedaleko plaży. Nie zbieram innych piór, niż niebieskie, ale...mogę ci dać je, jeśli chcesz... — mruknęła cicho.
— Wiem, że to małe piórko, ale...pasowałoby ci — dodała niepewnie, lekko się garbiąc, jakby bojąc się reakcji na taką propozycję.
— Może następnym razem uda nam się znaleźć coś razem i zrobimy sobie pasujące ozdoby! Wyobrażasz sobie? — zamruczał rozbawiony, zerkając na nią wyczekująco. Słysząc o podobnych ozdobach, ożywiła się, a na jej pyszczku pojawił się delikatny uśmiech.
— Pasujące ozdoby...byłoby to cudowne...bardzo bym chciała.... — dodała na koniec. Uszy stanęły mu na sztorc, a pysk rozjaśnił szeroki uśmiech.
— Naprawdę chcesz mi je dać? Dziękuję! — uśmiechnął się do niej ciepło, poruszając radośnie ogonem.
— Mam je przy sobie, bo liczyłam, że cię znajdę — przyznała, pochylając się i kładąc piórko obok łap kocura.
— Naprawdę na mnie liczyłaś? To chyba najmilsza rzecz, jaką ktoś ostatnio dla mnie zrobił! — zamruczał, przysuwając piórko bliżej siebie i ostrożnie przygładzając jego delikatną powierzchnię łapą. Obserwowała z iskierkami w niebieskich oczach, jak łapa kocura przesunęła się po piórku.
— Zadbałam o nie... — dodała zakłopotana.
— Będę o nie dbał! I kiedyś zrobię sobie z niego ozdobę, żeby pamiętać, od kogo je dostałem. — obiecał jej z przekonaniem, po czym poruszył radośnie ogonem. Dymówka skinęła lekko łebkiem i cicho zamruczała na jego słowa.
— Cieszę się, że ci się podoba — wymruczała szczerze. Bała się, że Skowronkowa Łapa odrzuci podarek, a tymczasem przyjął go bardzo ciepło.
— Co do twoich wcześniejszych słów to polubiłam cię. Do tego nie oceniasz tego, czy jestem bezużyteczna, czy nie. Nie obrażasz mnie i nie wywierasz na mnie presji... — przyznała cicho, jakby to była największa tajemnica, jaką do tej pory miała. W zasadzie kocur był pierwszym, któremu tak naprawdę się przyznała do takich odczuć i problemów.
— Nie musisz mi niczego udowadniać. Lubię cię taką, jaka jesteś! — miauknął pogodnie, poruszając wąsami.
— Dziękuje ci za te słowa Skowronkowa Łapo — miauknęła na zakończenie tematu.
— A co do piórek, umowa stoi! Poszukamy takich najdziwniejszych, jakie uda nam się znaleźć. — zasugerował, a przyszła protektorka skinęła łebkiem na niemy znak zgody.
— A nasze pasujące ozdoby zrobimy z czegoś naprawdę ładnego! Może znajdziemy dwa podobne kwiaty? Już nie mogę się doczekać wspólnego szukania! — zamruczałem entuzjastycznie. Poruszyła wibrysami z zadowolenia. Pokiwała lekko łebkiem na słowa ciemnego ucznia.
— Och tak, dwa podobne kwiaty brzmią super. Nawet nie muszą być niebieskie, bo będzie się liczyło to, że mamy te same lub podobne — wymruczała cicho.
— Kiedy wrócimy do swoich terenów, poszukamy tych kwiatów! Ciekawe, czy uda nam się znaleźć dwa tak podobne, że nikt nie odróżni jednego od drugiego! — zamruczał, wyraźnie podekscytowany samą myślą o wspólnym szukaniu.
— Umówmy się kiedyś przy granicy i tam poszukamy. Na pewno znajdziemy jakieś podobne, a jak nie...to będziemy szukać do upadłego, aż znajdziemy — odparła cicho. Po chwili przekrzywił łeb, przyglądając się Dymówkowej Łapie z figlarnym błyskiem w oczach.
— Możemy nawet zrobić z tego konkurs! Kto pierwszy znajdzie odpowiednią parę, wygrywa. Tylko musimy ustalić nagrodę... Masz jakiś pomysł? — dodał. Na propozycję konkursu, zamruczała.
— Brzmi jak świetna zabawa, a rzadko w takich uczestniczyłam — miauknęła cieplejszym głosem.
— Co do nagrody...hm...dobre pytanie. To może być nawet coś małego, ale ważnego — podsunęła delikatnie. Na wzmiankę o nagrodzie zamyślił się na moment, po czym jego pysk rozjaśnił szeroki uśmiech.
— Może zwycięzca dostanie coś znalezionego przez drugą osobę? Coś małego, ale co będzie przypominało nam o tym konkursie! Albo przegrany będzie musiał zrobić specjalną ozdobę dla wygranego! — zaproponował, z entuzjazmem machając ogonem.
— A jeśli znajdziemy jakiś naprawdę dziwny kamień, możemy wymyślić mu własną historię. Co ty na to? — zapytał jej. Zamyśliła się na jego słowa i jeszcze żwawiej ugniatała ogon. Propozycje kocura były naprawdę dobre, a wzmianka o historii kamienia brzmiała jak fantastyczne spędzanie czasu.
— Specjalną ozdobę dla wygranego co? Brzmi świetnie. Możemy, więc ustalić nagrodę dla zwycięzcy. Wygrany otrzyma specjalnie przygotowaną ozdobę przez przegranego — potwierdziła niebieska uczennica z błyskiem w niebieskich ślepiach.
— Bardzo chętnie poszukam z tobą takiego kamienia albo nawet gałązki. Można nawet oba i stworzyć fajne historie, które może kiedyś przekazalibyśmy dalej, jak myślisz? — dopowiedziała, a następnie zamilkła, czekając na reakcję kocura. Skowronek aż poruszył uszami z ekscytacji. Zaraz potem pokiwał energicznie głową na kolejne słowa Dymówki.
— Tak! I wtedy nawet po wielu księżycach będziemy mogli opowiadać innym, skąd wzięła się dana historia! — miauknął, machając ogonem.
— Może wymyślimy legendę o kamieniu, który spadł z gwiazd, albo gałązce, która potrafi spełniać życzenia? — mruknął. Zamyślił się na moment, po czym spojrzał na niebieską uczennicę z rozbawionym błyskiem w oczach.
— Tylko musimy uważać, żeby nasze historie nie zrobiły się tak długie, że nikt nie będzie chciał ich słuchać! — rzucił, a niebieska się zaśmiała.
— Masz rację, musi być chwytliwa i krótka. Taka, jaką sami chcielibyśmy słuchać — wymruczała w odpowiedzi. Niepewnie musnęła ogonem bok kocura.
— Już nie mogę się doczekać — zamruczała. Pogadali jeszcze przez jakiś czas, a gdy nadeszła pora, Dymówka podniosła się na łapki. Spojrzała po raz ostatni na kocura i musnęła jego bok.
— To do zobaczenia Skowronku — miauknęła, a po chwili dołączyła do matki i wróciła z resztą klanu do domu.

[1319 słów]

Od Agresta (Słonecznej Łapy) CD. Kawczej Łapy

Nieopodal zauważył, jak kot który jeszcze nie tak dawno temu przesiadywał z nim w legowisku uczniów, odprowadza jego siostrę do jakiegoś legowiska. Wyściubił nos zza żłobka, idąc w jego stronę. Czego on mógł chcieć od jego siostry? A może to jakiś wojownik, przekazuje jej pewnie tajne techniki walk, a on niczego się nie dowie i z nią przegra następnym razem, jak będą walczyli! Co to to nie! Ruszył zdeterminowany w stronę legowiska, a z niego wyszedł właśnie kocur, którego widział wcześniej ze swoją siostrą. Szturchnął go lekko w bok, chcąc być uprzejmym.— Nicość! Gdzie zabrałeś wcześniej moją siostrę? — zapytał Agrest stojący tuż za czarnym uczniem.
— Do medyków. Czuła się źle, więc jej pomogli. Mnie zresztą też — pokazał zwichniętą łapę. — Byłeś już tam kiedyś? — zapytał młodszego, na co ten zastanowił się chwilę, patrząc w miejsce wspomnianego legowiska.
— Chyba jeszcze nie… A co takiego tam jest? — zapytał zainteresowany.
— Mieszkają tam nasi medycy, pomagają chorym. Twojej siostrze też pomogą.
— To dobrze, martwiłem się o nią… — odpowiedział, co było w połowie prawdą. Martwił się, że coś mogło się jej stać, ale jeszcze bardziej martwił się, że straci cenne porady starszych wojowników! Trzeba przecież mieć priorytety, prawda? — A co było nie tak z twoją łapą?
— Zwichnąłem ją podczas treningu. — Agrest spojrzał na niego zaciekawiony.
— No tak, jesteś już uczniem! Jak wyglądają treningi, chcesz mi o tym opowiedzieć? Och, ciekawe, czy będziemy mieli kiedyś okazję razem trenować! — Podekscytowany wyskoczył do góry.
— Kto wie, to bardzo możliwe! — odpowiedział kociakowi — Słuchaj, muszę lecieć, bo obowiązki wzywają. Może cię jeszcze odwiedzę. Trzymaj się.
— Papa… — Usiadł na zadku, smętnie machając łapką do odchodzącego ucznia.

⊹₊˚‧︵‿₊⊱·𖤓·⊰₊‿︵‧˚₊⊹

— Co dziś będziemy robili, Zwęglona Kukułko? — zapytał zaciekawiony mentorkę, jednak ta nie wykazywała tego samego entuzjazmu.
— Trening z Kawczą Łapą i Rozbitym Księżycem. — odpowiedziała krótko. Kocur opuścił lekko ogon i skinął głową. Zdążył już domyślić się, że kotka nie jest fanką rozmów, albo… cóż, z jego perspektywy nie była fanką niczego. Taka trochę jakaś smętna. Ale kim on był, żeby oceniać własnego mentora i zwracać mu uwagę o jego zachowanie! Ruszył więc za nią, podchodząc do wyjścia z obozu. Tam czekały już wymienione przez nią koty.
— Och, cześć Kawcza Łapo! — przywitał się z uczniem, który spojrzał na niego od razu.
— Witaj Słoneczna Łapo. Chyba nadszedł ten moment wspólnego treningu, co? Jeśli tylko będzie szansa, to skopię ci zad w walce! Nie będę ci pobłażał. — Kocur postawił ogon do góry, zamykając oczy, a jego pyszczek wyglądał na pełen dumy. Ewidentnie chciał się drażnić ze Słoneczną Łapą.
— Jeszcze zobaczymy! Jestem większy od ciebie. — Wskazał łapą na swoją budowę, kładąc ją na klatce piersiowej.
— Jesteś jedynie bardziej puszysty, no i nadal jesteś niższy. — Co do tego miał rację. Tego Słoneczna Łapa nie przemyślał. Wyszli z obozu, kierując się w stronę Czarnych Gniazd.
— Jesteśmy. Dzisiaj poćwiczymy walkę. — Rozbity Księżyc spojrzał przez chwilę na obu uczniów, a mentorka Słonecznej Łapy usiadła cicho obok niego.

<Kawcza Łapo?>
[473 słowa]

Od Migoczącego Nieboskłonu CD. Pszczelego Lilaku

*Przed śmiercią Przepiórczej Wichury*

Odkąd Lśniąca Gwiazda wrócił do klanu, Migoczący Nieboskłon miał wrażenie, że zrobiło się nieco spokojniej. Starał się nie myśleć o trójce kociaków przyniesionych przez jego ojca, gdyż sprawiało mu to duży dyskomfort, jednak nie licząc tego, sytuacja w klanie wydawała się stabilna. Jedyne, na co jeszcze mógł się skarżyć to los Firmamentowej Łapy. Jego brat miał być wojownikiem, dokładnie tak jak on sam. Marzyli o tym od żłobka! No, bardziej Migot marzył, wmawiając bratu to samo, podczas gdy on wolał siedzieć i grzebać w swoich kolorach. Chociaż Firmament według niebieskiego rzeczywiście nie pasował w pełni na wojownika, wierzył w możliwości brata. Firmament mógł zostać jednym w swoim rodzaju, może nawet umiejętnościami dorównać mu, ale to już nie mogło nadejść, ponieważ Firmamentowa Łapa zaprzepaścił swoją przyszłość, zmieniając ścieżkę szkolenia.
Migoczący Nieboskłon nie ukrywał, że nie popierał decyzji brata. Uważał to za kompletną stratę czasu a tym bardziej zawiedzenie całego klanu. W końcu starczy im tych całych medyków i protektorów, wojowników nigdy nie jest za dużo. Oni są potrzebni, nie jak ta reszta.
W dodatku Firmament zaczął dzielić legowisko z Ćmią Łapą, która nagle stała się Ćmim Lotem. Gorzej już naprawdę być nie mogło i Migot szczerze współczuł nowemu "medykowi" takiego towarzystwa. I pewnie tego okropnego zapachu! Kto normalny chciałby tarzać się na co dzień w mysiej żółci i reszcie tego paskudztwa? Nikt. A to dużo świadczyło o medykach i, na nieszczęście, Firmamentowej Łapie, który z własnej woli wylądował w tak okropnym miejscu.
Wmaszerował do obozu, dumnie niosąc w pysku złapaną mysz. Za nim, jak w szeregu, Cicha Łapa, Krabowa Łapa i Focza Fala, co sprawiało mu jeszcze więcej satysfakcji. Wyglądało to tak, jakby już miał nad nimi władze. Jakby był szanowanym przywódcą, dokładnie jak jego ojciec. I chociaż rzeczywistość była trochę inna, nikt nie musiał się w to zagłębiać. Najważniejsze było to, że wszyscy widzieli w nim kogoś wspaniałego!
Ruszył w stronę stosu ze zwierzyną, jednak po drodze zatrzymała go znajoma kupa futra, z którą to dawno nie rozmawiał. Po jej zachowaniu Migot mógł stwierdzić, że coś było na rzeczy, jednak nie obchodziło go to. Wolał zająć się swoimi sprawami niż słuchać o "problemach" najniższej wojowniczki w klanie. Warto zauważyć, że wojowniczki, ponieważ niższy od niej był tylko Serdeczna Naparstnica — protektor w Klanie Klifu.
— Witam Migoczący Nieboskłonie! Wiedziałeś, co zrobił na drogie gwiazdy twój ojciec? – zaczęła kotka, nie dając nawet niebieskiemu dojść do głosu. – Zdradził nasz przepiękny niczym nocne niebo klan! Te kocięta, które przyniósł to podobno twoje rodzeństwo! I to nawet nie przyrodnie! Nie wątpię w to, są zbyt podobni do niego! Żołądź definitywnie ma po nim ślepia! — rzekła szybko, po czym dodała, dalej nie czekając na jego reakcje. — Straszne to czasy Migoczący Nieboskłonie… Biedni ty i twoje rodzeństwo, zwłaszcza te najmłodsze… Maluchy mają samotniczą krew po tej głupiej kotce! Mam nadzieje, że gdy ty zostaniesz zastępcą i w końcu przywódcą nie będzie w tym klanie takiego bałaganu! Prawda? Możesz mi to obiecać?
Lawina słów zalała kocura, który tylko wpatrywał się w Lilak w osłupieniu. Nie pojmował, o czym ona mówiła. Nawet część o jego przyszłym przywództwie w pełni do niego nie dotarła. Skupił się na głównym przesłaniu. Przecież jak jego ojciec mógłby zdradzić klan? To było niedorzeczne.
– Co? – wydusił z siebie w końcu i odłożył mysz na ziemię. – O czym ty bredzisz? – zapytał, nie szczędząc sobie ostrego tonu.
– O twoim ojcu Migoczący Nieboskłonie. Podobno znów wdał się w romans z twoją matką! Możesz w to uwierzyć?
– Jak to mój ojciec? Pomyśl może co mówisz, przecież to sam przywódca! – przypomniał jej ostro. – Jak śmiesz wymyślać sobie coś... takiego?
– Przepraszam, ale nie wymyśliłam sobie tego. Spójrz tylko na nich! – powiedziała Lilak i wskazała ogonem trójkę kociaków, siedzących obok żłobka. – Jest mi bardzo przykro z tego powodu, ale mówią już o tym wszyscy – oznajmiła.
Momentalnie zrobiło mu się niedobrze. Cały spokój, którego w mniejszym lub większym stopniu doświadczył po powrocie Lśniącej Gwiazdy, poszedł w niepamięć. Czuł jak żołądek wręcz skręca mu w drugą stronę, wywołując to nieprzyjemne uczucie. Dopiero po chwili przełknął spokojnie ślinę i sam spojrzał na trójkę maluchów w żłobku. Nie widział w nich podobieństwa do swojego ojca. Tym bardziej do siebie i Firmamentowej Łapy. Jasne, dwójka z nich była ruda, wszyscy zdecydowanie mieli więcej białego w futrze, jednak nie oznaczało to jeszcze nic poważnego. Nie było dowodów. A nawet jeśli, to było nieprawdopodobne. Jego matka uciekła. Zostawiła dwójkę swoich dzieci i Klan Klifu. Nie było możliwości, by zrobiła coś takiego! A nawet jeśli, nie mieli po co. Przecież mieli już dwójkę dzieci. Nie mogli ich tak po prostu zastąpić!
– Nie odzywaj się w taki sposób na temat mojej rodziny – warknął w końcu, ewidentnie zirytowany całą tą sytuacją. – Wara ci od naszych spraw. A nawet jeśli nie podoba ci się postawa mojej matki, nie masz prawa jej obrażać – powiedział, chociaż doskonale wiedział, że Truskawkowe Pole kochał tylko z formalności. Nie żywił do niej jakiś większych uczuć, mimo tego, że była to jego matka. Jednak Pszczeli Lilak nie musiała o tym wiedzieć.
– Ale Migoczący Nieboskłonie...
– Skąd ci w ogóle takie rzeczy przyszły do głowy? – zapytał, przerywając kotce.
– Usłyszałam... – wydukała wojowniczka.
– Od kogo?
– Coś chyba wspominał na początku Agatówkowy Cień, jednak nie mam pewności – wyznała Lilak. – Klanie Gwiazdy... Do czego to dochodzi, że lider zdradza własny klan?
– Wiesz co? Powiem ci coś na temat Klanu Gwiazdy – odezwał się Migoczący Nieboskłon. – To nasi przodkowie na Srebrnej Skórze. Patrzą na nas i nad nami czuwają. To dzięki nim świat jest w harmonii, ponieważ Klan Gwiazdy czuwa i chce dla nas jak najlepiej. Wspierają oni nasze klanowe życie, między innymi dając przywódcą 9 żyć – wyjaśnił, wpatrując się gdzieś w dal. Następnie przeniósł wzrok na Lilak i spojrzał prosto na nią. – Klan Gwiazdy przekazuje nam mądrości, których trzymają się wszyscy lojalni i honorowi wojownicy. A wśród nich jest Lśniąca Gwiazda, który nigdy by nie zdradził Klanu Klifu – warknął, chcąc postawić na swoim. – Ta plotka to jakaś bzdura! – krzyknął.
– Ależ to prawda! To straszne, ale to prawda. Musicie być teraz silni, zwłaszcza ty i Firmamentowa Łapa, dla swojego młodszego rodzeństwa – ciągnęła dalej Lilak.
– To nie jest moje rodzeństwo – powiedział stanowczo Migot.
– Jakbyś chciał pogadać, to jestem dla ciebie.
– Ale ja nie potrzebuję twojej pomocy! – syknął. – Przecież to ty wymyślasz niestworzone historię! Ty i ten cały Agatówkowy Cień – imię to wypowiedział z małym obrzydzeniem. – Jak on śmie rozpowiadać takie rzeczy... – wycedził przez zęby i odwrócił się od Pszczelego Lilaku. Nie miał zamiaru dłużej prowadzić tej rozmowy. Przecież to były jakieś brednie! Brzmiało to tak, jakby ta trójka kociąt zajęła miejsce jego i Firmamentu. Jakby jego najgorsze koszmary i lęki właśnie zaczęły się spełniać na nowo. A to nie mogła być prawda.

<Ty kłamco?>

Od Wróżki

Na przełomie Pory Nagich Drzew i Pory Nowych Liści, podczas trwania szkolenia Wróżki

Największe trudności fioletowookiej kotce podczas treningów po zmroku sprawiła wspinaczka na drzewa. Głównie dlatego, że dotąd jej łapy przez cały czas dotykały twardego podłoża, ponieważ w Klanie Burzy można było policzyć drzewa na palcach dwóch łap, w szczególności po pożarze, który strawił rosnącą na terenach roślinność. Nie miała potrzeby, aby się na nie wdrapywać. Zamiast być zwinna wśród drzew, musiała być szybka na ziemi, aby móc pochwycić uciekającą zwierzynę, którą był w stanie spłoszyć najcichszy szelest. Zamiast piąć się ku gwiazdom, poruszała się w tunelach tworzących przeogromną podziemną sieć.
– Nie... nie... nie – westchnęła Szafran, rozczarowana brakiem postępów swojej uczennicy, gdy po raz kolejny albinoska ześlizgnęła się z gałęzi. – Skup się, Wróżko.
Albinoska wydała z siebie jęknięcie. Biały puch oraz warstwa liści, które znajdowały się pod nim, zamortyzowały upadek, jednak Wróżka była niepocieszona z faktu kolejnego niepowodzenia. Wspinaczka miała być prosta. Tak mówiła Szafran i tak musiało być, skoro już czteroksiężycowe kocięta w tym wieku miały już swoje pierwsze podejścia do wspinaczki.
– Przepraszam, Szafran... naprawdę się staram.
– Wiem. Jednak z rozpoznawaniem lisich tropów oraz tworzeniem legowisk, na ziemi, nie miałaś takich problemów. Niech pomyślę... – mruknęła, oddając się zadumie. Kocica przyniosła spojrzenie z uczennicy na drzewo, z którego Wróżka spadła, po czym zatrzymała je na czarnym kocurze stojącym nieopodal. – Śnienie, to twoja wina. Rozpraszasz ją.

~~~

Stojąc nieopodal granicy z Klanem Burzy, na dłużej zatrzymała spojrzenie na tak dobrze znanych jej terenach. Przynajmniej tak sądziła. Od czasu, gdy jej łapy znajdowały się na wrzosowych połaciach, minęło tak dużo czasu, a skutki pożaru wciąż dało się zauważyć gołym okiem. Klan Burzy z każdym kolejnym dniem, a tym bardziej księżycem stawał jej się obcy.
– No dalej... jeśli chcesz złożyć im wizytę, chociażby na kilka uderzeń serca, śmiało, przejdź przez Drogę Grzmotu... – westchnęła Szafran, która w tym samym momencie szykowała się do spałaszowania niewielkiego ptaka, którego udało jej się pochwycić niedaleko Śliwowego Gaju. – Tylko masz pozostać w zasięgu mojego wzroku, słyszysz? – Oblizała pysk, a już chwilę później zatopiła zęby w mięsie. – I tylko komuś powiedz o moim dzisiejszym posiłku...
– Widzisz ten zarys w tle... o tam? – zagadnęła, zmieniając temat. Nie miała zamiaru mówić nikomu o tym, co jadała Szafran, a czego nie. – To Upadły Potwór, podobny do Upadłej Gwiazdy na waszych terenach. Mentorzy często zabierają młodych uczniów, aby ćwiczyli w jego okolicach biegi długodystansowe czy trenowali polowanie na króliki – rzekła melancholijnie, dzieląc się ciekawostką na temat Klanu Burzy. – Niedaleko niego znajduje się Martwy Szlak, będący najzwyklejszą ścieżką obrośniętą suchymi, obumarłymi krzewami. Wśród uczniów na przestrzeni księżyców powstały legendy, mówiące o tym, że przyczyną śmierci tamtejszej roślinności są duchy z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd, które podczas pełni wychodzą z tamtejszej spopielonej ziemi, by zatrzymywać przechodniów i wabić ich na mroczną drogę. Teraz to miejsce musi wyglądać mroczniej...
Mimo chęci postawienia łap na rodzimych terenach znajdujących się na wyciągnięcie łapy, jak i zachęty mentorki, która dość szybko zrozumiała, co siedziało w głowie Wróżki, kotka nie zdecydowała się przekroczyć granicy. Przynajmniej nie teraz. Jeśli miała już znaleźć się na terenach Klanu Burzy, chciała móc spotkać się najpierw z braćmi. Na razie jej wystarczyło to, że przy pomocy Modrogończyka, który robił za jej posłańca i z tego, co zauważyła, kocur przez wzgląd na swój status będący kocięciem z miotu sojuszniczego, bez zawahania się pokonywał granicę, miała sprezentować Burzaczkom pęczek ziół, które zdaniem Wróżki najbardziej były potrzebne jej współbratymcom. Mogła zrobić chociaż tyle i aż tyle.

~~~

W przeciwieństwie do Śnienia, Wróżka z łatwością potrafiła się zakamuflować na terenach pokrytych białym puchem. Wykorzystując przewagę sprzyjającej jej Pory Nagich Drzew, co rusz decydowała się wyskakiwać ze swojej kryjówki pomiędzy warstwami białego puchu, aby podbiegać do czarnego kocura i delikatnie szturchać go łapą w bok, by chwilę później umykać do następnej kryjówki, nim ten był w stanie ją złapać. Na pysku obojga jawił się uśmiech, a białe kłęby pary opuszczające ich pyski kierowały się ku gwiazdom górującymi nad ich głowami. Tym razem opuściła obóz tylko w towarzystwie Śnienia, ponieważ Szafran pragnęła spędzić jedną noc w towarzystwie swojej córki i nie tak dawno narodzonej czwórki wnucząt. Wróżce opowiadał ten układ, tym bardziej że pragnęła spędzić trochę czasu z czarnym kocurem na osobności.
Zdając sobie sprawę, że czarna postać zniknęła jej z zasięgu wzroku, zwolniła kroku, by w końcu zatrzymać się na wzniesieniu. Na pysku Wróżki widoczne było zmartwienie. Śnienie przecież nie mógł ot, tak wyparować, gdy tylko odwróciła spojrzenie, a jednak. Po kocurze nie było ani jednego śladu.
Wtem coś, a może ktoś ni stąd, ni zowąd skoczył w kierunku kotki i popchnął ją lekko do tyłu. Albinoska, straciwszy równowagę, sturlała się wraz z czarnym kocurem z wniesienia, lądując miękko w śnieżnej zaspie. Chwilę jej zajęło dojście do siebie, tym bardziej tuż po tym, jak świat zawirował jej przed oczami. I to dosłownie.
Wróżka nie spieszyła się z wyjściem z zaspy. Zmartwiony Śnienie ponownie zanurkował między biały puch, starając się pomóc kocicy podnieść z pleców. Ta jednak leżała z zamkniętymi oczami, nie dając żadnych oznak życia do momentu, aż kocur nie zbliżył do niej swojego pyska.
– Ha~! – miauknęła, otwierając oczy, z trudem powstrzymując śmiech. – Nie pamiętam, kiedy ostatni raz bawiłam się na śniegu... nawet jako kocię, nie często miałam okazję biegać wśród zasp czy w nie wskakiwać przez wzgląd na ojca, który oczekiwał ode mnie i braci nienagannego zachowania. Gdyby mnie teraz zobaczył, na pewno uraczyłby mnie kazaniem... – urwała. O ile ojciec trafił do Klanu Gwiazdy, spoglądał na nią właśnie teraz ze Srebrzystej Skóry. Na jej niepoprawne zachowanie dorównujące młodym uczniom psocących na treningach. I pomimo myśli, że być może właśnie tak było, z jej pyska ani na moment nie zniknął uśmiech. – Śnienie... czy możemy wrócić do obozu później, proszę?

~~~

Wróżka wiedziała, że pomimo zostania członkinią Owocowego Lasu, nie każdy kot był w stanie ją lubić czy w pełni zaakceptować. Niektóre faktycznie darzyły ją sympatią, jednak Daglezja od samego początku miała jakiś problem do Wróżki i nawet się z tym nie kryła. I to najwyraźniej bez większego powodu. Albinoska starała się nie wchodzić szylkretce w drogę, jednak było to trudne, tym bardziej, gdy kocica celowo wpadała na Wróżkę, gdy ta kierowała się o świcie na spoczynek do swojej nory u podnóża drzewa.
– I znowu na mnie wpadasz... To piąty raz podczas tej kwadry, a minęły dopiero dwa wschody słońca. I ty masz być wojownikiem? Zamiast wyminąć, to wchodzisz prosto na drugiego kota... Żałosne... Jak zamierzasz polować czy brać udział w patrolach?
Wróżka już od dłuższego czasu próbowała jakoś dojść do porozumienia z szylkretową kocicą, jednak ta dość szybko traciła zainteresowanie rozmową z albinoską, jak i jej charakter nie pozwalał im na to. Wróżka starała się znosić zaczepki córki Jaśminowiec i do tej pory jej się to udawało, jednak gdy wojowniczka zasugerowała, że kocica celowo dołączyła do Owocowego Lasu, porzucając swój rodzimy klan oraz profesję, coś w niej pękło. Być może w oczach co poniektórych kotów właśnie w taki sposób była odbierana. Jednak nie mieli oni pojęcia, czego doświadczała od pierwszych chwil swojego życia i ile czasu myślała nad decyzją odnośnie do zostania, powrotu lub całkowitym opuszczeniu tutejszych terenów. A Śnienie był jej na ten moment najbliższym kotem. Czy to występek, że spędzali ze sobą sporo czasu i się dogadywali? Czy może Daglezja była zazdrosna o łączącą tę dwójkę relację? Wróżka nie potrafiła zrozumieć, dlaczego Daglezja jej się tak uczepiła, mimo że nie raz głowiła nad tym, czy może w jakiś sposób nie uraziła kocicy, odkąd zaczęła szkolenie na uczennicę.
– Daglezja! – Szafran wpatrywała się w niesforną wojowniczkę karcącym spojrzeniem. – Nie słuchaj jej – tym razem zwróciła się do Wróżki. – A już na pewno nie dawaj jej satysfakcji. Nie możesz pokazać, że jej słowa cię dotknęły, bo inaczej nie przestanie ci dokuczać. Słyszysz? Od kociaka jest taka wyszczekana do każdego.
– Marnujesz na nią swój czas, Szafran. Co z niej będzie za wojowniczka, skoro wzrok jej się pogarsza z kwadry na kwadrę. Powinna szkolić się na stróża, skoro promienie słoneczne jej szkodzą i musi być specjalnie traktowana. Albo powinna zostać starszą i nie wyściubiać nosa z legowiska. Najlepiej by było, gdyby Czereśnia ją odesłał... – prychnęła na odchodne.
Wróżka nie czuła się na siłach, aby udać się później na wieczorny trening.
– Ona ma rację, Szafran. Wspinaczka na drzewa, mimo zadowalających postępów, wciąż jest dla mnie wyzwaniem. Mój wzrok również się pogorszył za sprawą spędzenia Pory Nagich Drzew na terenach niczyich. Możliwe, że w przyszłości stracę wzrok i nie będę mogła pełnić funkcji wojownika.
– W przyszłości możesz tracić wzrok i zaszywać się w legowisku starszych, ale póki widzę w tobie potencjał, jesteś pełna sił i determinacji, jesteś moją uczennicą. Nie po to rezygnowałam z wizyt u wnucząt, aby usłyszeć, że przez głupie dogadywanie Daglezji zamierzasz się poddać. Wyszkolę cię na wojowniczkę. Do końca Pory Nagich Drzew nią zostaniesz albo i jeszcze wcześniej. Już ja o to zadbam.

~~~

Była wdzięczna Czereśni za to, że mogła wziąć udział w zgromadzeniu. Spędziła na nim większość czasu w towarzystwie Śnienia, udało jej się także poznać jego siostrę, jak i usłyszeć z jej pyska sugestie na temat kociąt czy bycia wspaniałymi rodzicami. Speszona Wróżka nie bardzo wiedziała, jak miała odpowiedzieć na tę uwagę, tym bardziej że przecież nie była partnerką Śnienia. Łącząca ich relacja była bardziej skomplikowana, niż się wydawało. Ich losy zostały splecione tamtej nocy, gdy po raz pierwszy się spotkali. Dlatego zdecydowała się na uśmiech i kulturalne przywitanie z bezpośrednią kocicą. Jednak, gdy tylko oddaliła się od Śnienia i jego siostry, decydując się porozmawiać z innymi kotami, słowa Rozżarzonej Pieśni przez dłuższą chwilę rozbrzmiewały w jej umyśle.
"Uroczo razem wyglądacie". "Wasze dzieci".
Zawstydzona własnymi myślami oblała się rumieńcem i nim się zorientowała, zderzyła się głową z jakimś kotem. I to nie byle jakim kotem, a takim, którego miała okazję widywać niemal codziennie w lecznicy Klanu Burzy, gdy pełniła funkcję asystentki medyka.
– W-Wełnista Mszyca?! – bura kotka wpatrywała się w wojowniczkę, jakby zobaczyła ducha. – To naprawdę ty? – Jej oczy zaszły łzami, po czym wtuliła mordkę w puchatą sierść albinoski.

~~~

Kilka dni po zgromadzeniu została poinformowana przez Szafran o tym, że była gotowa do samodzielnego pełnienia funkcji wojownika i jej trening zakończy się dzisiejszego dnia. O wysokim słońcu Czereśnia zwołał członków społeczności, zajmując miejsce na najniższej gałęzi topoli.
– Wróżko, wystąp.
Albinoska posłusznie zrobiła krok naprzód, wychodząc na środek półkręgu.
– Najwyższy czas, abyś dołączyła do grona wojowników. Wykazałaś się determinacją i szacunkiem do naszej kultury oraz wierzeń. Czy przysięgasz pozostać lojalna naszej społeczności i walczyć za jej dobro?
– Przysięgam.
– A zatem witamy cię jako nowego wojownika Owocowego Lasu!
Zebrani skandowali miano świeżo mianowanej wojowniczki. Wróżka przeniosła spojrzenie na swoją mentorkę, wpatrując się w jej stronę z wdzięcznością. Każda jej rada, którą usłyszała na treningu, była cenna i dzięki niej udało jej się zakończyć trening. Również była wdzięczna Śnieniu, że towarzyszył jej podczas zmiany profesji. Po ceremonii podeszła do kotki i kocura, chcąc im podziękować za poświęcony czas w specjalny sposób.
O zmierzchu Wróżka zyskała na prawym uchu dwa nacięcia informujące, że pełniła rangę wojownika w Owocowym Lesie. A pod koniec dnia z łatwością udało jej się wdrapać na drzewo, z którego razem ze Śnieniem obserwowała gwieździste niebo.

🐑

29 października 2026

Od Mariposy

Z drzemki Mariposę wybudzić mogło pacnięcie w ucho, po czym usłyszała cichy szept.
— Psst! Mama, śpisz? — czarny dymny niemal wetknął swoją łapę w oko szylkretki.
— Halo? — kocica uchyliła najpierw jedno oko, a dopiero potem drugie.
— Karliku, kochanie jest noc, czemu nie śpisz? — wymamrotała, ziewając. Odsunął się od matki, do której pyska przed chwilą był zdecydowanie zbyt blisko.
— Migot leży na mojej zabawce — odparł smutno.
— A do tego stamtąd — wskazał na okno.
— Słychać jakieś ćwierkanie czegoś. — mówił o cykających świerszczach. Patrzył się na mamę maślanymi oczami i z przykrym grymasem, jakby nocny koncert owadów mu wielce przeszkadzał. Podniosła się ospale do pozycji siedzącej. Nie spodziewała się, że będzie musiała rozwiązywać sprawy dzieci nocą, chociaż to było do przewidzenia. Tak czy inaczej, skoro już się obudziła, to wypadałoby pomóc synowi.
— Chodź, uratujemy twoją zabawkę, ale postarajmy się nie obudzić Migota — zaczęła i się przeciągnęła. Po czym ruszyła w stronę drugiego syna. Pochyliła się i delikatnie zaczęła wyciągać zabawkę. Kiedy czekoladowy się poruszył, zatrzymała się na moment.
— Cii Migotku, śpij skarbie... — wymruczała bardzo cicho, liżąc ostrożnie syna po łebku. W Klanie Nocy nie miałby życia, ale tu przynajmniej nie musiał czuć się gorszy, bo wcale nie był. Żaden czekoladowy kot nie był potworem. Żaden. Odetchnęła cicho z ulgą, kiedy Migot się nie obudził, a jej udało się wyciągnąć zabawkę. Podsunęła ją delikatnie Karlikowi.
— Proszę płomyczku — miauknęła, liżąc go między uszami, a następnie polizała również Sadzawkę i Milo, chociaż ten zawsze będzie dla niej Kasztankiem. Gdy wełniana myszka Karlika wróciła w jego łapy, utulił ją i uradowany podziękował mamie.
— Chodźmy nieco dalej, by ich nie obudzić — zasugerowała. Złapała ostrożnie syna za kark i wskoczyła z nim na parapet. Usadziła go obok siebie i owinęła ogonem.
— Pytałeś o hałasy, to są takie robaczki, które żyją głównie w nocy. Często je słyszeliśmy w dawnym domu, albo raczej miejscu, który powinien nim być, ale nie był — miauknęła z lekkim smutkiem.
— A dlaczego nie był domem? — zapytał, zaintrygowany.
— Oprócz tego, że jest tam pewnie bardzo zimno, wieje a do tego trzeba jeść obrzydlistwa! Fujka — zmarszczył nos. Mariposa się zaśmiała i otuliła go jeszcze bardziej ogonem. Nadal miała wplecione szafirki w sierść. Dwunożni dbali, by zawsze je miała. Raz je zgubiła, to zrobiła taką awanturę, że teraz bardzo tego pilnują.
— Jedzenie nie było najgorsze, chociaż nigdy bym już do tego nie wróciła. Tu jest mi dobrze i Kasztankowi chyba też. Chodzimy najedzeni, wygrzani i otoczeni opieką, a do tego mamy teraz trzy takie małe bezcenne skarby — wymruczała. Spojrzała na rozgwieżdżone niebo.
— Twój brat nie miałby życia tam, gdzie mieszkaliśmy. Nie dlatego, że jest zły, ale dlatego, że ma czekoladową sierść. Tam dyskryminowali takie koty. Nigdy się z tym nie zgadzałam, więc poniekąd byłam na celowniku tamtych kotów. Szczególnie tych z egiem większym od twojej zabawki — zaczęła.
— Cooo? Jak to? Dlaczego mieliby nie lubić Migota? Przez futerko? Bez sensu — prychnął, spoglądając w dal za okno.
— Migot jest super, nawet jeśli czasem śpi na mojej zabawce — dodał ze smutkiem w głosie.
— A co ze mną? Albo Sadzawką? Dla nas byliby źli też? — miauknął. To pytanie uderzyło w Szafirkę mocniej, niż chciałaby przyznać. Położyła uszy po sobie i milczała przez chwilę.
— Sadzawka…ona również, by nie miała szczęścia w Klanie Nocy. Ma czekoladowe futro tak, jak Migot… — zaczęła z bolesnym ukłuciem w sercu. Mocniej zacisnęła ogon wokół Karlika, ale uważała, by go nie zranić.
— Tylko ty byś miał szansę na lepsze życie, ponieważ twoje futerko jest czarne… — dodała, jeszcze bardziej się garbiąc. Świadomość, że gdyby tylko zostali z Milo z Nocniakami, ich dzieci w większości nie mieliby życia, było strasznie bolesne. Byliby nazwani odrzutkami albo jeszcze gorzej. Po policzkach spłynęły jej łzy.
— Wiesz…mój…ojciec też nie lubi czekoladowych kotów. Tak został nauczony przez innych i teraz sam szerzy tę krzywdzącą propagandę… — miauknęła cicho, a przez jej ciało przeszedł dreszcz. Karlik patrzył się mamie prosto w oczy. Widać w nich było smutek. Maluch przytulił się do niej, obejmując ją łapkami.
— Nie chciałem, byś płakała — mruknął smutno. Szylkretka musiała się uspokoić, wiedziała to doskonale. Nie chciała, by jej synek musiał się temu przyglądać. Miała być oparciem dla kociąt, ale nie mogła nic poradzić na to, że sama myśl o tym, co mogło ich spotkać w tym przebrzydłym klanie była bolesna i raniąca. Kochała swoje dzieci najbardziej na świecie. Tak samo Kasztanka. Czując, jak Karlik przytula się do jej boku, a jego oddech był kojący. Pochyliła się i wtuliła pysk w jego łebek.
— Dziękuję Karliku... — wyszeptała. Chwilę później podniosła łebek. Jej niebieskie oczy wpatrzyły się w dymnego.
— Zrobię im tak — udawał, że jego zabawka to inny kot. Obgryzał, pacał i na końcu ją podrzucił, po czym niechcący spadła na podłogę. Widząc, jak ten walczył z zabawką, zaśmiała się cicho. Widok Karlika tak małego, a walczącego z taką mocą, jakiej mogliby się powstydzić nawet najbardziej zaprawieni w bojach wojownicy, był wspaniały.
— Widzisz! Tak będą wyglądać te głuptasy co myślą, że są lepsze! Obronię cię. — twierdził z przekonaniem.
— Mój mały wojownik... — wymruczała ciepło. Uspokajała się coraz bardziej.
— Co ja bym bez ciebie zrobiła, co serduszko? — spytała, liżąc synka w czoło. Zamruczał szczęśliwie.
— Beze mnie? Pewnie dużo, ale wiem, że ze mną jest wesoło! I z Migotem! Z Sadzawką też! — zachichotał.
— A dlaczego tato tak mniej z nami rozmawia niż ty? Nieśmiały jest? — zapytał, spoglądając na śpiącego dymnego, którego bok powoli i spokojnie na przemian się podnosił i opadał. Mariposa uśmiechnęła się czule, gdy przeniosła wzrok na męża.
— Tak, Kasztanek jest mniej śmiały ode mnie, ale tak jak ja kocha was całym sercem. Właściwie to głównie dzięki niemu podjęliśmy decyzję o ucieczce. Planowaliśmy to od jakiegoś czasu, ale w tamtej chwili usłyszał coś, co tylko przyspieszyło ten proces. Szczerze mówiąc, to była najlepsza decyzja w życiu. Nie licząc oczywiście ślubu i was serduszka — miauknęła z uśmiechem.
— Ale to temat na kiedy indziej. Pora się położyć — wymruczała, szturchając lekko syna w bok. Postawił uszka i słuchał, cały czas patrząc na tatę. Gdy kotka go szturchnęła, spojrzał się na nią.
— No dobrze — wymruczał cicho, wtulając głowę w pierś mamy. Szafirek kiwnęła łebkiem. Ostrożnie chwyciła syna za kark i powróciła do reszty rodziny. Położyła kocurka między sobą a Milo. Ułożyła pysk na legowisku blisko pyszczka syna i przymknęła oczy.
— Dobranocka — ziewnął, po czym zamknął oczy.
— Dobranoc promyczku — wymruczała, zasypiając.

Od Umykającej Łapy Do Zanurzonej Łapy

Przed śmiercią Mandarynkowej Gwiazdy

Umykająca Łapa coraz częściej odnosił wrażenie, że jego mentor wysyła go na samotne polowania nie po to, by nauczył się samodzielności, lecz żeby choć przez kilka godzin odpocząć od jego niekończących się pytań. Bury uczeń nie potrafił jednak uznać tego za szczególnie niesprawiedliwe. Gdyby sam miał pod opieką kogoś takiego jak on, prawdopodobnie również szukałby sposobu, by choć na chwilę zaznać spokoju.
Nie zamierzał jednak przyznawać tego na głos. Jeszcze tego brakowało, żeby jego mentor uznał, że wreszcie zrozumiał, dlaczego czasami warto po prostu zamknąć pysk i wykonać polecenie.
Tego ranka zadanie było wyjątkowo proste. Miał udać się w okolice granicy, znaleźć kilka sztuk zdobyczy i wrócić przed południem. Żadnego patrolowania w towarzystwie innych uczniów, żadnych ćwiczeń walki ani kolejnych wykładów o tym, jak powinien zachowywać się przyszły wojownik. Tylko polowanie, od którego przecież nie próbował się wymigiwać. Właściwie całkiem lubił tropienie zwierzyny. Wymagało skupienia, cierpliwości i spostrzegawczości, a przede wszystkim pozwalało mu spędzić trochę czasu z dala od kotów, które uważały, że każde jego pytanie jest kolejnym dowodem na niedojrzałość.
Problem polegał na tym, że nawet podczas polowania nie potrafił przestać myśleć. "Może gdybym mniej gadał, już dawno byłbym wojownikiem." — Ta myśl pojawiła się w jego głowie po raz kolejny, gdy przywarł brzuchem do ziemi i obserwował niewielką mysz, która kręciła się między korzeniami. Przez kilka uderzeń serca próbował skupić się wyłącznie na zdobyczy. Następnie przypomniał sobie uwagę mentora sprzed paru dni, później spojrzenie jednego ze starszych wojowników, a na końcu własną odpowiedź, której nie powinien był udzielać. Mysz zniknęła w szczelinie między korzeniami, zanim Umykająca Łapa zdążył nawet przygotować się do skoku. Kocur uniósł łeb i westchnął ciężko.
— No pięknie. Jeszcze chwila i zacznę przegrywać nawet z robakami — mruknął do siebie, otrzepując przednie łapy z wilgotnej ziemi.
Nie było sensu rozpamiętywać nieudanego polowania. Przynajmniej tak powiedziałby mu mentor, gdyby stał teraz obok niego. Umykająca Łapa doskonale znałby jego odpowiedź, łącznie z tym charakterystycznym tonem, który sugerował, że uczeń właśnie zmarnował kolejną okazję do nauczenia się czegoś pożytecznego. Zamiast więc wracać do obozu z pustymi łapami, ruszył dalej, uważnie węsząc przy ziemi i wypatrując śladów drobnych zwierząt.
Z czasem las zaczął się przerzedzać. Między pniami pojawiało się coraz więcej światła, a podłoże stawało się wilgotniejsze. W powietrzu czuć było wodę, rośliny i znajomą woń jego klanu, pozostawioną przez koty regularnie patrolujące okolicę. Umykająca Łapa znał te zapachy na tyle dobrze, by odróżnić świeże ślady od tych, które zdążyły już wsiąknąć w ziemię. Wiedział też, gdzie powinien się zatrzymać, żeby nie zbliżyć się niepotrzebnie do granicy.
Nie miał ochoty wdawać się w żadne sprzeczki z sąsiadami. Wystarczająco dużo kłopotów sprawiał we własnym klanie.
A jednak właśnie przy granicy czuł się ostatnio dziwnie spokojny. Nie dlatego, że zapominał o obowiązkach, lecz dlatego, że tamtejszy krajobraz przypominał mu, jak wielki był świat poza terenami Klanu Nocy. Po drugiej stronie wody istniały inne lasy, inne obozy i inne koty, które prawdopodobnie miały własne problemy, własne zwyczaje oraz własne powody do niezadowolenia. Być może niektóre z nich również musiały codziennie udowadniać, że zasługują na miejsce wśród swoich.
Ta myśl nie dawała mu spokoju. Czy naprawdę wszędzie musi być tak samo? Przystanął przy niskich krzewach, a jego bursztynowe oczy powędrowały ku powierzchni wody. W oddali coś poruszyło się wśród trzcin, ale tym razem nie rzucił się od razu w tamtą stronę. Wciągnął powietrze, sprawdzając zapachy, po czym ostrożnie obszedł niewielką kępę roślin. Znalazł kilka śladów gryzoni, lecz żaden nie prowadził do miejsca, w którym mógłby urządzić sobie udane polowanie.
Nie przeszkadzało mu to tak bardzo, jak powinno. Od pewnego czasu jego myśli nieustannie wracały do matki. Fląderka. Samo wspomnienie jej imienia sprawiało, że w jego piersi pojawiało się nieprzyjemne uczucie, którego nie potrafił nazwać. Kochał ją. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Była jego matką, rodziną i jedną z niewielu osób, przy których nie musiał zastanawiać się nad każdym wypowiedzianym słowem. Mógł przy niej być sobą, nawet jeśli czasami oznaczało to zadawanie pytań w najmniej odpowiednich momentach lub wpadanie na pomysły, które kończyły się kolejnymi kłopotami. Nie rozumiał jednak, dlaczego inni nie potrafili spojrzeć na nią w podobny sposób.
Fląderka miała czekoladowe futro. Brakowało jej także jednego ucha, co dla niektórych stanowiło kolejny powód do szeptów i nieprzyjemnych uwag. Umykająca Łapa nigdy nie widział w tym niczego, co czyniłoby ją gorszą. Jej wygląd był po prostu jej wyglądem. Tak samo, jak jego własne bure futro nie mówiło nic o tym, czy potrafiłby kiedyś zostać dobrym wojownikiem. Mimo to w Klanie Nocy istniały koty, które zdawały się uważać coś zupełnie przeciwnego.
Wystarczyło, że Fląderka pojawiała się w pobliżu, a niektóre spojrzenia stawały się chłodniejsze. Czasami ktoś milkł w połowie rozmowy, czasami inny kot odwracał głowę, jakby samo przebywanie obok niej było czymś nieprzyjemnym. Zdarzały się również komentarze wypowiadane na tyle cicho, by można było udawać, że nikt niczego nie powiedział, ale wystarczająco głośno, by dotarły do uszu zainteresowanych.
Umykająca Łapa nie znosił tego najbardziej. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego niektórzy woleli szeptać za plecami, zamiast powiedzieć wprost, co im przeszkadzało. A kiedy już zdobywali się na odwagę, by wypowiedzieć swoje przekonania na głos, zwykle powoływali się na historię, którą słyszeli od starszych, albo na tradycję, której rzekomo nie wolno było podważać.
Według opowieści powtarzanych w Klanie Nocy czekoladowe futro miało pochodzić z brudnego błota i zdradliwego mułu. W przeciwieństwie do kotów o innych umaszczeniach czekoladowe miały być nieczyste, słabe i niegodne zaufania. Umykająca Łapa słyszał tę historię tyle razy, że potrafił niemal odtworzyć każde zdanie. Im częściej jednak ją słyszał, tym mniej sensu w niej dostrzegał.
Przecież błoto nie mogło zdecydować o czyimś charakterze. Kolor sierści nie zmieniał tego, jak kot traktował innych, czy był lojalny, czy potrafił pomóc potrzebującemu ani, czy miał odwagę stanąć w obronie słabszych. Jeśli opowieść miała wyjaśniać pochodzenie kolorów, dlaczego niektóre koty traktowały ją jak dowód, że mogą pogardzać innymi?
Najgorsze było to, że nie dotyczyło to wyłącznie jego matki.
On sam i jego brat również musieli mierzyć się z konsekwencjami uprzedzeń, których nie wybrali. Zamiast być traktowani jak zwyczajni członkowie klanu, czasami czuli się tak, jakby sam fakt ich narodzin stanowił coś, za co powinni przepraszać. Jakby należeli do rodziny, której inni nie życzyli sobie widzieć wśród siebie. Jego brat oraz matka na wyspie, która miała być ich domem, potrafili czuć się jak wyrzutki.
Umykająca Łapa zatrzymał się gwałtownie, a jego pazury wysunęły się z łap, wbijając w miękką ziemię. Zorientował się, że zaciska szczęki tak mocno, iż zaczynają boleć go mięśnie pyska. Rozluźnił je powoli, po czym odwrócił głowę w stronę wody. Nie chciał nienawidzić własnego klanu. To było chyba najgorsze ze wszystkiego.
Kochał swoje terytorium, znał jego ścieżki i zakamarki, pamiętał zapachy, które towarzyszyły mu od kocięcych dni. Miał tutaj rodzinę, znajome koty i miejsca, do których wracał, gdy chciał odpocząć. Nie potrafił po prostu odwrócić się i uznać, że wszystko, co znał, jest bezwartościowe. Jednocześnie coraz trudniej przychodziło mu ignorowanie tego, co działo się wokół niego.
Czy lojalność wobec klanu oznaczała, że powinien zgadzać się ze wszystkim, co robili jego współplemieńcy? Czy miał przymykać oczy na krzywdę matki tylko dlatego, że tak było wygodniej? A może właśnie prawdziwa lojalność wymagała sprzeciwu, nawet jeśli oznaczało to narażenie się innym? Nie znał odpowiedzi. I to doprowadzało go do szału.
— Przecież to nie ma żadnego sensu… — wymamrotał, spuszczając wzrok na własne łapy. — Jak można mówić o honorze i jednocześnie traktować własną klanowiczkę jak śmiecia tylko dlatego, że ma inny kolor futra?
Jego głos był cichy, ale w otaczającej go ciszy zabrzmiał wyraźniej, niż się spodziewał. Umykająca Łapa rozejrzał się odruchowo, lecz nikogo nie dostrzegł. W pobliżu nie było widać żadnego patrolu, a zapachy unoszące się w powietrzu nie wskazywały na obecność któregoś z jego współplemieńców. Przynajmniej tak mu się wydawało.
Przysiadł na ziemi, podwijając ogon wokół łap. Powinien wrócić do polowania. Zostało mu jeszcze trochę czasu, a mentor z pewnością nie ucieszyłby się, gdyby uczeń wrócił do obozu z jedną myszą i głową pełną ponurych rozmyślań. Mimo to nie potrafił się ruszyć. Wszystko, co od dawna próbował trzymać w sobie, zaczynało wydostawać się na powierzchnię.
— I co ja mam niby zrobić? — zapytał sam siebie, wpatrując się w ziemię. — Mam udawać, że niczego nie widzę? Że nie słyszę, jak o niej mówią? Że moje rodzeństwo i ja powinniśmy być wdzięczni za samo to, że pozwalają nam tutaj mieszkać?
Na ostatnich słowach głos lekko mu zadrżał. Umykająca Łapa natychmiast zacisnął pysk, zirytowany własną słabością. Nie chciał brzmieć jak ktoś, kto użala się nad sobą. Wiedział, że nie miał najgorzej na świecie, i nie zamierzał udawać, że jego problemy były ważniejsze od problemów innych kotów. Nie potrafił jednak zrozumieć, dlaczego tak trudno było po prostu pozwolić jego matce żyć w spokoju.
Nie prosiła przecież o szczególne traktowanie. Nie chciała, żeby wszyscy ją podziwiali ani żeby ktokolwiek stawiał ją ponad innymi. Chciała tylko mieć miejsce w klanie, który nazywała domem. Czy naprawdę było to aż tak wiele?
Bury kocur uniósł łeb i spojrzał w stronę lasu. Wiatr poruszył liśćmi, przynosząc ze sobą nowe zapachy. Jeden z nich był obcy. Umykająca Łapa poczuł, jak jego ciało automatycznie się napina, a uszy kierują w stronę granicy.
Nieznajomy zapach należał do kota z Klanu Klifu. Uczeń przez chwilę wpatrywał się w krzewy, próbując ustalić, czy rzeczywiście ktoś znajdował się w pobliżu. Nie chciał robić zamieszania, ale nie mógł też zignorować obecności obcego na granicy. Ostrożnie podniósł się z ziemi, starając się zachować naturalną postawę. Jeśli ktoś go obserwował, nie zamierzał od razu pokazywać, że właśnie został przyłapany na narzekaniu.
Dopiero wtedy dostrzegł sylwetkę kotki. Stała niedaleko, po drugiej stronie granicy, a jej długie, rudo-czekoladowe futro wyróżniało się na tle roślinności. Była smukła, z wydłużonym pyskiem i krótkim ogonem. Jej pomarańczowe oczy zwrócone były w jego stronę, a postawa sugerowała, że nie znalazła się tutaj przypadkiem. Umykająca Łapa nie znał jej osobiście, ale zapach nie pozostawiał wątpliwości co do jej przynależności. Klifiaczka.
Przez pierwszą chwilę skupił się na jej wyglądzie, próbując przypomnieć sobie, czy widział ją wcześniej na którymś ze zgromadzeń. Dopiero po chwili dotarło do niego, że kotka mogła słyszeć jego słowa. Nie miał pojęcia, jak długo stała w pobliżu ani w którym momencie pojawiła się na granicy, ale jeśli dotarła tutaj wcześniej, niż ją zauważył, mogła usłyszeć znacznie więcej, niż chciałby przyznać. Jego żołądek ścisnął się nieprzyjemnie.
Wspaniale. Właśnie tego potrzebował. Obca kotka, która mogła wrócić do swojego klanu i opowiedzieć wszystkim, że uczeń Klanu Nocy narzeka na własnych współplemieńców.
Nie, nie tak. To nie było zwykłe narzekanie. Nie zamierzał wycofywać swoich słów, tylko dlatego, że ktoś mógł je usłyszeć. Miał prawo uważać, że dyskryminowanie jego matki jest niesprawiedliwe. Miał prawo nie zgadzać się z opowieściami, które wykorzystywano do usprawiedliwiania uprzedzeń. Nie powinien wstydzić się tego, że chciał, by jego rodzina była traktowana jak każda inna.
Mimo to perspektywa, że jego myśli stały się przedmiotem zainteresowania obcej kotki, sprawiała, że czuł się wyjątkowo niekomfortowo. Umykająca Łapa odchrząknął, próbując zebrać się w sobie. Przez moment miał ochotę po prostu odejść, udając, że niczego nie zauważył. Mógł wrócić do polowania, znaleźć jeszcze jedną mysz i zapomnieć o całym spotkaniu. To byłoby najprostsze rozwiązanie.
Niestety, ciekawość okazała się silniejsza.
— Długo tu jesteś? — zapytał w końcu, starając się, by jego głos zabrzmiał zwyczajnie. Nerwowe poruszenie końcówki ogona zdradzało jednak, że wcale nie czuł się tak pewnie, jak chciałby wyglądać. Przez chwilę milczał, nie odrywając wzroku od kotki. Dopiero po chwili dodał, nieco ciszej:
— I… ile słyszałaś?
Nie wiedział, czego bardziej się obawiał: że Klifiaczka słyszała wszystko czy że nie słyszała niczego i będzie musiał sam wyjaśnić, dlaczego zachowywał się tak, jakby właśnie przyłapano go na czymś zakazanym. Jedno było pewne — nie chciał, żeby ktokolwiek uznał, że wstydzi się swojej matki. Bo nie wstydził się jej ani trochę. Wstydził się jedynie tego, jak traktowali ją inni.

[1941 słów]

Od Psianki

Wszystko wydarzyło się zdecydowanie zbyt szybko. Jeszcze przed chwilą stałam na trawie, próbując przyjrzeć się dziwacznemu gniazdu Dwunożnych, a zaraz potem poczułam, jak coś ogromnego zaciska się wokół mojego ciała i unosi mnie nad ziemię. Szarpnęłam się, wydając z siebie przestraszony pisk, lecz uścisk nie zelżał. Próbowałam dosięgnąć napastnika pazurami, ale moje łapy trafiały jedynie w powietrze. Serce waliło mi tak mocno, że przez moment nie potrafiłam zebrać myśli. Przecież nie zrobiłam niczego złego! Chciałam tylko zobaczyć, jak żyją Dwunożni. Czy naprawdę aż tak bardzo nie lubili, kiedy ktoś zaglądał do ich gniazd?
— Proszę, puść mnie! — miauknęłam rozpaczliwie, próbując spojrzeć Dwunożnemu w twarz. — Nie chciałam niczego ukraść! Obiecuję, że już sobie pójdę!
Odpowiedział mi niezrozumiałymi dźwiękami, a następnie przeniósł mnie do dziwnego, plastikowego pudła. Kiedy tylko postawił mnie w środku, natychmiast zawróciłam w stronę otworu, ale drzwiczki zatrzasnęły się tuż przed moim nosem. Uderzyłam w nie łapami, a potem przycisnęłam pysk do kratek, próbując znaleźć choćby najmniejszą szczelinę. Wszystko na próżno. Transporter był ciasny, nieprzyjemnie pachniał obcymi zwierzętami, a jego ścianki nie dawały się ani przesunąć, ani podrapać na tyle, by zrobić w nich dziurę. Mimo strachu nie zamierzałam jednak przestać próbować.
— Borowik! — zawołałam, choć wiedziałam, że mój przyjaciel najpewniej nie mógł mnie usłyszeć. — Jeśli mnie słyszysz, nie podchodź do tych potworów! Uciekaj do lasu!
Na samą myśl o Borowiku ścisnęło mnie w gardle. Zostawiłam go samego, zapewniając, że zaraz wrócę. Co teraz sobie pomyśli? Czy odważy się mnie szukać? A może już ruszył w stronę Owocowego Lasu, przekonany, że postanowiłam wrócić inną drogą? Bardzo chciałam wierzyć, że nic mu się nie stało. Miałam nadzieję, że znajdzie bezpieczne schronienie i przekaże mamie oraz Gończykowi, że ich kocham, jeśli rzeczywiście nie uda mi się wrócić. Nie chciałam, żeby ktokolwiek przeze mnie cierpiał. Przecież ta wyprawa miała być przygodą, a nie powodem do zmartwień całego klanu.
Wkrótce transporter został uniesiony, a ja zachwiałam się na jego dnie. Usłyszałam otwierane drzwi, potem kilka kroków i nagle znalazłam się w brzuchu potwora. Tak przynajmniej wyglądało to z mojej perspektywy. Wokół mnie rozciągała się zamknięta przestrzeń o dziwnym zapachu, a przez okna przemykały obrazy, które zmieniały się tak szybko, że nie potrafiłam ich rozpoznać. Gdy potwór zaryczał, a całe jego ciało zadrżało, przywarłam do podłogi transportera i wbiłam pazury w plastik. Ruszyliśmy z miejsca, a ja poczułam, że żołądek podchodzi mi do gardła. Nigdy wcześniej nie podróżowałam w czymś podobnym. Nawet Grzmiąca Ścieżka nie wydawała mi się równie przerażająca, choć jej huk nieraz sprawiał, że kuliłam uszy.
Przez całą drogę próbowałam zachować spokój, powtarzając sobie, że każda sytuacja ma jakieś rozwiązanie. Może Dwunożni chcieli tylko mnie obejrzeć i wypuścić? Może uznali mnie za zagubionego kociaka i zamierzali pomóc mi znaleźć drogę do domu? Nie chciałam od razu zakładać najgorszego. W końcu nie znałam ich zwyczajów, a skoro sami potrafili budować tak ogromne gniazda, być może mieli również swoje powody, by postępować w niezrozumiały dla mnie sposób. Mimo to nie mogłam przestać myśleć o Borowiku i o tym, jak daleko oddalałam się od znajomych terenów.
Podróż zakończyła się przed dziwnym budynkiem, którego wnętrze przesiąknięte było zapachami, jakich nie spotkałam nawet na najbardziej odległych skrajach lasu. Dwunożny ponownie wyjął transporter i zaniósł mnie do środka. Wokół rozlegały się obce dźwięki, a gdzieś niedaleko odzywały się inne zwierzęta. Niektóre brzmiały na zdenerwowane, inne na przestraszone. Próbowałam wypatrzeć je przez kratki, ale zanim zdążyłam przyjrzeć się otoczeniu, ktoś postawił transporter na blacie i otworzył drzwiczki.
Wycofałam się natychmiast, gdy obca dłoń zbliżyła się do mnie. Nie chciałam nikogo drapać, jeśli nie musiałam, ale nie zamierzałam również pozwolić, by znów mnie pochwycono. Niestety, Dwunożny okazał się znacznie większy i silniejszy ode mnie. Wyciągnął mnie z transportera, a potem przytrzymał, kiedy próbowałam odsunąć się od jego rąk. Najpierw obejrzał moje oczy, uszy i pysk, później przesunął dłońmi po grzbiecie i bokach, jakby szukał czegoś ukrytego pod futrem. Przyłożył też do mojego ciała zimny przedmiot, przez co odruchowo napięłam mięśnie. Nie rozumiałam, co właściwie robi, ale starałam się nie wpadać w panikę. Może to tylko badanie? W klanie również sprawdzaliśmy, czy ranne koty nie potrzebują pomocy, choć nie przypominałam sobie, by ktokolwiek musiał w tym celu zamykać je w plastikowym pudle.
— Czy mógłbyś przynajmniej powiedzieć mi, co robisz? — zapytałam cicho, przyglądając mu się niepewnie. — Nie rozumiem cię, ale naprawdę chciałabym już wrócić do domu.
Oczywiście nie otrzymałam odpowiedzi, którą mogłabym zrozumieć. Zamiast tego Dwunożny przygotował niewielki przedmiot, a chwilę później poczułam ostre ukłucie. Poderwałam się gwałtownie i miauknęłam z zaskoczenia, próbując odwrócić głowę, lecz byłam zbyt mocno przytrzymywana. Zabolało tylko przez moment, ale sam fakt, że ktoś zrobił mi coś takiego bez ostrzeżenia, wzbudził we mnie ogromny sprzeciw. Kiedy w końcu mnie puszczono, natychmiast odsunęłam się na bezpieczną odległość i obejrzałam miejsce ukłucia, jakby miało się tam zaraz pojawić coś strasznego.
Na tym jednak się nie skończyło. Podano mi jeszcze coś do połknięcia, czego smak był tak okropny, że skrzywiłam pysk i próbowałam wypluć preparat. Dwunożny dopilnował jednak, żebym go przyjęła. Czułam się coraz bardziej zmęczona i zagubiona, a mimo to starałam się zapamiętać jak najwięcej szczegółów otoczenia. Jeśli miałam znaleźć drogę do domu, musiałam wiedzieć, dokąd mnie zabrano. Zapamiętałam zapachy, układ pomieszczenia i dźwięki dochodzące zza drzwi. Nie wiedziałam jeszcze, do czego przydadzą mi się te informacje, ale jako zwiadowczyni powinnam umieć wykorzystać nawet najmniejszą wskazówkę.
Wreszcie ponownie umieszczono mnie w transporterze. Tym razem nie rzucałam się już na drzwiczki, choć nadal miałam ochotę wydostać się z tej pułapki. Byłam zmęczona, a moje łapy drżały po wszystkich nieprzyjemnych przeżyciach. Ułożyłam się w kącie i oparłam pysk na przednich łapach. Przez chwilę pozwoliłam sobie na smutek. Tęskniłam za zapachem mchu, za szelestem liści i za ciepłem znajomego legowiska. Przede wszystkim jednak tęskniłam za mamą i Gończykiem. Zastanawiałam się, czy martwią się już moim zniknięciem, i obiecałam sobie, że gdy tylko wrócę, będę im opowiadać o tej wyprawie tak długo, aż sami poproszą mnie o ciszę. O ile, oczywiście, w ogóle uda mi się wrócić.
Po kolejnej podróży brzuch potwora zatrzymał się, a Dwunożny zabrał transporter do miejsca, które pachniało inaczej niż poprzednie. Kiedy otworzył drzwiczki, ostrożnie wysunęłam głowę. Nie widziałam już obcych zwierząt ani dziwnych przedmiotów, które służyły do badania. Znajdowałam się w przestronnym pomieszczeniu, gdzie stały wysokie przedmioty, a podłoga była twarda i gładka. Wokół unosił się zapach jedzenia, materiałów i czegoś, co przypominało czyste legowisko. Nie był to las, ale przynajmniej nie słyszałam już przerażających odgłosów z poprzedniego miejsca.
Wysunęłam się z transportera powoli, stawiając łapę za łapą. Dwunożny odszedł, zostawiając mnie samą, a ja natychmiast zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu. Nie zamierzałam od razu uznawać, że jestem tu bezpieczna, ale nie chciałam też bezmyślnie rzucać się na każdą napotkaną rzecz. Najpierw należało znaleźć wyjście. Obwąchałam krawędzie mebli, zajrzałam za zasłonę i spróbowałam dosięgnąć łapą szczeliny pod drzwiami. Niestety, żadna z tych prób nie przyniosła oczekiwanego rezultatu. Okna znajdowały się wysoko, a droga do nich prowadziła przez przedmioty, których stabilności nie byłam pewna.
— No dobrze, Psianko, spokojnie — mruknęłam sama do siebie, próbując dodać sobie otuchy. — To tylko legowisko. Legowisko z bardzo dziwnymi zwyczajami i okropnymi Dwunożnymi, ale nadal legowisko. Musi być jakieś wyjście.
Nie chciałam pozwolić, żeby strach przejął nade mną kontrolę. Zawsze uważałam, że ciekawość jest jedną z najważniejszych cech zwiadowcy, a teraz miałam okazję wykorzystać ją w praktyce. Zaczęłam więc badać kolejne kąty, uważając, by nie przewrócić niczego, co mogłoby zwrócić uwagę Dwunożnych. W pewnej chwili dotarłam do pomieszczenia, w którym stał duży mebel przypominający skalną półkę, a nad nim wznosiła się konstrukcja z kamienia. Zanim zdążyłam dokładniej jej się przyjrzeć, poczułam zapach innego kota.
Zatrzymałam się gwałtownie. Moje uszy obróciły się w stronę dochodzącego szelestu, a serce ponownie przyspieszyło. Nie wiedziałam, czy spotkam tu sprzymierzeńca, czy kolejnego wroga, ale samotność i strach sprawiły, że odruchowo przyjęłam obronną postawę. Zza mebla wyłonił się wysoki, smukły kocur o półdługim futrze w czekoladowych i przydymionych odcieniach. Jego szyję otaczała puszysta kryza, a zielone oczy spoglądały na mnie z zaciekawieniem. Na szyi miał obrożę, do której przyczepiono niewielką zawieszkę w kształcie korony.
To właśnie ona sprawiła, że przestałam myśleć rozsądnie. Uznałam, że musi być związany z Dwunożnymi, może nawet pomaga im pilnować schwytanych zwierząt. Nie miałam żadnego dowodu na to, że rzeczywiście jest moim wrogiem, lecz w tamtej chwili strach i gniew okazały się silniejsze od ostrożności. Zanim kocur zdążył się odezwać, nastroszyłam futro, położyłam uszy i rzuciłam się w jego stronę.
— Co ty tutaj robisz?! — syknęłam, próbując powalić go na podłogę. — Gdzie jest wyjście? I dlaczego pozwalasz Dwunożnym więzić koty w ich własnym domu?!
Walka była krótka, ale gwałtowna. Nie chciałam go skrzywdzić bardziej, niż uważałam za konieczne, jednak próbowałam zmusić go, by przestał się opierać. Kocur nie zamierzał jednak bezczynnie znosić mojego ataku. W pewnym momencie poczułam ostre muśnięcie pazurów pod okiem. Syknęłam z bólu i odskoczyłam, a po policzku spłynęła cienka strużka krwi. Zabolało, lecz dopiero po chwili dotarło do mnie, że ten ślad może pozostać ze mną na długo. Mimo to udało mi się ponownie rzucić na przeciwnika i przycisnąć go do podłogi.
Przez moment patrzyliśmy na siebie w napięciu. Dopiero wtedy zauważyłam, że kocur wcale nie wyglądał na kogoś, kto pragnie mnie skrzywdzić. W jego oczach dostrzegłam przede wszystkim zaskoczenie i strach. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Byłam pewna, że postąpiłam słusznie, a jednak coś w jego zachowaniu sprawiło, że poczułam nieprzyjemne ukłucie w sercu. Nie chciałam być kotem, który atakuje innych bez powodu. Zawsze wolałam rozmawiać, szukać wyjaśnień i unikać walki, jeśli tylko istniała inna możliwość. Tyle że w obcym domu trudno było mi odróżnić zagrożenie od zwykłego nieporozumienia.
Nie zdążyłam jednak powiedzieć ani słowa, ponieważ kocur wyrwał się spod moich łap i błyskawicznie wskoczył na kominek. Znalazł się wysoko nade mną, poza moim zasięgiem, a ja odruchowo cofnęłam się o krok. Sama myśl o wspinaniu się na tę dziwną konstrukcję sprawiła, że ścisnęło mnie w żołądku. Nie ufałam jej występom, a gładkie powierzchnie nie przypominały kory drzew, po których zwykle poruszałam się bez większych problemów. Spojrzałam na kocura, potem na kominek, i uznałam, że nie zamierzam ryzykować upadku tylko po to, by kontynuować kłótnię.
— Nie uciekaj! — zawołałam, choć sama nie byłam pewna, czy bardziej chciałam go zatrzymać, czy po prostu uzyskać odpowiedzi. — Nie zamierzam cię znowu atakować, dopóki nie spróbujesz mnie skrzywdzić!
Przez dłuższą chwilę mierzyłam kocura wzrokiem, niepewna, czy powinnam ponownie się odezwać. Siedział na kominku, poza zasięgiem moich łap, i z tej perspektywy wyglądał zdecydowanie pewniej niż przed momentem, kiedy powaliłam go na podłogę. Jego puszysta kryza była nieco potargana po naszej szarpaninie, a ja dopiero teraz dostrzegłam, że pod okiem zaczyna piec mnie miejsce, w którym dosięgnęły mnie jego pazury. Skrzywiłam się lekko, lecz zaraz potem odwróciłam wzrok. Nie chciałam, żeby pomyślał, że zamierzam wykorzystać ranę przeciwko niemu. W końcu sama sprowokowałam całe zajście.
— Posłuchaj… przepraszam — odezwałam się w końcu ciszej, spoglądając na niego z dołu. — Nie powinnam była rzucać się na ciebie bez pytania. Jestem przestraszona i nie wiem, gdzie mnie przywieźli ani co zamierzają ze mną zrobić. Myślałam, że skoro nosisz obrożę, to jesteś po ich stronie. To nie było sprawiedliwe z mojej strony.
Amant przez moment milczał, przyglądając mi się uważnie. Przesunął ogonem po kamiennej powierzchni, po czym odetchnął i nieco rozluźnił napięte wcześniej barki.
— Cóż, Monsieur Amant przyznaje, że nie spodziewał się takiego powitania — odpowiedział z wyraźną nutą zakłopotania, choć w jego głosie nie było złości. — Zazwyczaj moi goście nie próbują mnie powalić, zanim zdążę się przedstawić. Niemniej doceniam przeprosiny, mademoiselle. I, jeśli mogę coś zasugerować, następnym razem warto najpierw zapytać o imię, a dopiero potem wymierzać sprawiedliwość.
Jego słowa sprawiły, że moje uszy nieco opadły. Nie chciałam przyznać tego na głos, ale miał rację. Zachowałam się pochopnie i nie miałam żadnego dobrego usprawiedliwienia poza strachem. Przesunęłam ciężar ciała z jednej łapy na drugą, po czym spróbowałam uśmiechnąć się przepraszająco, choć ból pod okiem skutecznie utrudniał mi zachowanie swobodnej miny.
— Jestem Psianka. Pochodzę z Owocowego Lasu, gdzie mieszkam razem z rodziną i całym klanem. Dzisiaj wyruszyłam z przyjacielem, Borowikiem, żeby zobaczyć siedlisko Dwunożnych. Nie chciałam nikomu przeszkadzać, naprawdę! Po prostu byłam ciekawa, jak wygląda wasz świat. A potem jeden z nich mnie złapał, zamknął w transporterze i zabrał do tego dziwnego miejsca, gdzie mnie badali. Nawet nie wiem, po co zrobili mi to okropne ukłucie.
Amant przechylił głowę, a jego zielone oczy rozszerzyły się z zainteresowania. Przez moment wyglądał, jakby chciał zadać kilka pytań naraz, jednak ostatecznie wybrał jedno.
— Psianka… jakie urocze imię! — miauknął uprzejmie. — A to ukłucie? Przypuszczam, że byłaś u weterynarza. Dwunożni zabierają tam koty na badania i szczepienia, a czasem podają im również środki przeciwko pasożytom. To nie musi oznaczać, że chcieli zrobić ci krzywdę, chociaż rozumiem, że z twojej perspektywy musiało to być okropne przeżycie. — Zawahał się na chwilę. — Ale chwileczkę… powiedziałaś, że przybyłaś tutaj z przyjacielem. Gdzie on teraz jest?
Na wspomnienie Borowika mój entuzjazm przygasł. Spojrzałam w stronę okna, za którym rozciągał się zupełnie obcy mi świat. Nie miałam pojęcia, czy mój towarzysz zdążył już wrócić do lasu, czy nadal czekał na mnie w pobliżu siedliska. Sama myśl, że mógł zostać na zewnątrz zupełnie sam, wywołała we mnie nieprzyjemny ucisk w piersi.
— Nie wiem — przyznałam cicho. — Zostawiłam go na zewnątrz, zanim weszłam tutaj. Miał poczekać na drzewie, a jeśli coś by mi się stało, powiedzieć mojej mamie i Gończykowi, że ich kocham. Nie sądziłam, że naprawdę będę potrzebowała, żeby to zrobił…
Opuściłam wzrok. Nie chciałam się rozpłakać, zwłaszcza przy kocurze, którego jeszcze przed chwilą uważałam za wroga, ale tęsknota za domem nagle stała się znacznie dotkliwsza. W Owocowym Lesie wiedziałam, gdzie mogę się schronić, komu zaufać i dokąd pójść, kiedy coś mnie niepokoiło. Tutaj wszystko było obce, a ja nie potrafiłam nawet znaleźć wyjścia. Amant musiał zauważyć zmianę mojego nastroju, bo jego spojrzenie złagodniało.
— Przykro mi, że spotkało cię coś takiego — powiedział spokojniej. — Nie potrafię obiecać, że będę w stanie ci pomóc wrócić do lasu, ale mogę przynajmniej wyjaśnić ci kilka rzeczy dotyczących tego domu. I zapewnić, że nie mam zamiaru cię tutaj pilnować. Nie jestem strażnikiem Dwunożnych, zapewniam cię.
Uniósł jedną z przednich łap, jakby chciał podkreślić swoją niewinność, a potem usiadł wygodniej na kominku. Jego zachowanie sprawiło, że poczułam się odrobinę pewniej. Nadal nie wiedziałam, czy mogę mu w pełni zaufać, ale przynajmniej nie wyglądał na kogoś, kto zamierza wykorzystać moje zagubienie. W końcu to ja zaatakowałam pierwsza, a mimo to nie próbował się na mnie mścić.
— Dziękuję — mruknęłam, po czym podniosłam na niego wzrok. — Tylko… właściwie dlaczego mieszkasz z Dwunożnymi? Nie przeszkadza ci, że nie możesz chodzić, gdzie chcesz?
Pytanie wyrwało mi się, zanim zdążyłam zastanowić się, czy nie jest zbyt osobiste. Od razu poczułam lekkie zakłopotanie, lecz Amant nie wyglądał na urażonego. Przeciwnie, jego pysk przybrał wyraz kogoś, kto otrzymał interesujące pytanie.
— Ach, życie pod dachem ma swoje zalety, droga Psianko. Mam wygodne posłanie, regularne posiłki i Dwunożnego, który bardzo o mnie dba. Jestem do tego przyzwyczajony, a mój opiekun jest dla mnie kimś naprawdę ważnym — wyjaśnił, poprawiając zawieszkę przy obroży. — Nie oznacza to jednak, że nigdy nie zastanawiałem się nad tym, co znajduje się poza ogrodem. Świat jest przecież ogromny, a ja znam zaledwie jego niewielki fragment. Wolę jednak poznawać go ostrożnie, zamiast rzucać się w nieznane bez przygotowania.
Zamyśliłam się nad jego słowami. Nie potrafiłam wyobrazić sobie, bym mogła dobrowolnie zamienić wolność lasu na wygodne posłanie i pełną miskę, ale nie chciałam oceniać go wyłącznie przez pryzmat własnych przyzwyczajeń. Każdy kot miał przecież inną historię, a ja nie znałam jego. Być może dla niego dom Dwunożnych był prawdziwym domem, podczas gdy dla mnie stał się więzieniem. Ta myśl pomogła mi nieco lepiej zrozumieć, dlaczego tak trudno było nam spojrzeć na siebie bez uprzedzeń.
— W Owocowym Lesie każdy ma swoje miejsce — zaczęłam, a mój głos stopniowo nabierał pewności. — Są wojownicy, którzy chronią klan, zwiadowcy tacy jak ja, którzy poznają teren i sprawdzają, co dzieje się poza naszymi granicami, oraz medycy pomagający rannym i chorym. Mamy własne legowiska, polujemy na pożywienie i uczymy młodszych, jak przetrwać. Nie potrzebujemy Dwunożnych, żeby sobie radzić.
Amant wyprostował się na kominku, a jego ogon uniósł się z wyraźnego zaciekawienia.
— Zaraz, zaraz! — przerwał mi z przejęciem. — Powiedziałaś „zwiadowcy”? Czyli ty jesteś jednym z nich? Co dokładnie robicie? Wyruszacie daleko od domu? A te wasze klany… to coś w rodzaju rodzin, czy raczej całych społeczności? Przepraszam, mam mnóstwo pytań, ale nigdy nie słyszałem o czymś takim!
Zamrugałam zaskoczona jego nagłym ożywieniem, po czym nie potrafiłam powstrzymać rozbawionego uśmiechu. Jeszcze przed chwilą siedziałam na podłodze, przerażona i zagubiona, a teraz miałam przed sobą kocura, który wyglądał, jakby właśnie odkrył najciekawszą opowieść swojego życia. Poczułam znajomą radość, tę samą, która zawsze towarzyszyła mi, kiedy mogłam opowiadać komuś o lesie.
— Tak, jestem zwiadowczynią! — odpowiedziałam z dumą. — Poznajemy okolice, obserwujemy granice i zwracamy uwagę na wszystko, co może być ważne dla klanu. Czasem trzeba wyruszyć naprawdę daleko, a czasem wystarczy zapamiętać jakiś nowy zapach albo zauważyć ślady obcego kota. Dzięki temu możemy ostrzec innych przed niebezpieczeństwem. A klan to coś więcej niż rodzina. Oczywiście mamy rodziców i rodzeństwo, ale żyjemy razem z wieloma innymi kotami, pomagamy sobie i wspólnie dbamy o nasze terytorium.
— Niezwykłe! — westchnął Amant, a w jego głosie zabrzmiał szczery podziw. — Czyli każdy ma określone zadanie? A co z kotami, które nie potrafią polować albo nie nadają się do walki? Czy również mogą znaleźć dla siebie miejsce? I jak właściwie zdobywacie pożywienie, kiedy pogoda jest wyjątkowo niesprzyjająca?
Zasypał mnie kolejnymi pytaniami, a ja odpowiadałam na nie najlepiej, jak potrafiłam. Opowiadałam o polowaniach, o nauce młodych kotów, o wspólnych obowiązkach i o tym, że nie każdy musi być silnym wojownikiem, by okazać się przydatnym. Wspomniałam o rzece, polanach, gęstych zaroślach i drzewach, na które można wspinać się godzinami. Mówiłam o zmieniających się porach roku, zapachach wilgotnej ziemi po deszczu i o tym, jak wiele można odkryć podczas zwykłej wyprawy przez las. Im dłużej opowiadałam, tym mniej myślałam o własnym strachu. Na chwilę znów poczułam się tak, jakbym siedziała we własnym legowisku i dzieliła się przygodami z kimś, kto naprawdę chciał mnie słuchać.
— A czy wszystkie koty w waszym klanie urodziły się w lesie? — zapytał Amant, gdy zrobiłam krótką przerwę. — Czy zdarzają się przybysze z zewnątrz? Tacy, którzy wcześniej mieszkali gdzie indziej, ale postanowili zmienić swoje życie?
Przekrzywiłam głowę, zastanawiając się nad odpowiedzią. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że dla niego nasz świat naprawdę jest czymś niezwykłym. Nigdy nie patrzyłam na Owocowy Las z perspektywy kogoś, kto zna wyłącznie dom Dwunożnych. Nagle nawet zwyczajne rzeczy, takie jak spanie pod gałęziami czy wspólne wyprawy na polowanie, nabrały w moich oczach szczególnego znaczenia.
— Nie wszystkie koty muszą urodzić się w klanie, żeby stać się jego częścią — wyjaśniłam. — Najważniejsze jest to, czy chcą z nami żyć i przestrzegać naszych zasad. Oczywiście nie ja podejmuję takie decyzje, więc nie mogę obiecać, że każdy zostałby przyjęty. To zależy od naszego przywódcy i od tego, czy uzna, że dany kot będzie pasował do klanu.
Amant zamilkł, a jego wcześniejszy entuzjazm ustąpił miejsca zamyśleniu. Spojrzał na swoje przednie łapy, potem na obrożę, której zawieszka połyskiwała delikatnie w świetle wpadającym przez okno. Przez chwilę wyglądał, jakby ważył w myślach coś bardzo ważnego.
— A gdyby kot, który nie urodził się w klanie, chciał do niego dołączyć, przyjęlibyście go? — zapytał w końcu, tym razem znacznie ciszej.
Zamilkłam, przyglądając mu się uważniej. W jego głosie usłyszałam coś więcej niż zwykłą ciekawość. Nie chciałam jednak wyciągać pochopnych wniosków, zwłaszcza po tym, jak sama przed chwilą popełniłam taki błąd. Nie mogłam obiecać mu czegoś, o czym nie decydowałam. Przyjęcie nowego kota zależało od wielu rzeczy, a przede wszystkim od woli przywódcy i tego, czy przybysz rzeczywiście chciałby żyć według naszych zasad.
— Myślę, że to możliwe, ale nie mogę ci tego obiecać. Musiałbyś porozmawiać z naszym przywódcą i pokazać, że naprawdę chcesz być częścią klanu. Nie każdy musi urodzić się w lesie, żeby nauczyć się w nim żyć — odpowiedziałam łagodnie, po czym uśmiechnęłam się do niego nieśmiało. — A dlaczego pytasz, Amancie? Chciałbyś kiedyś zobaczyć Owocowy Las?
Amant spojrzał na mnie z taką intensywnością, że przez moment zapomniałam o piekącej ranie pod okiem. Jego uszy drgnęły, a ogon powoli przesunął się po kamieniu.
— Nie wiem, czy odważyłbym się od razu porzucić wszystko, co znam — przyznał szczerze. — Mój opiekun jest dla mnie bardzo ważny, a ja nigdy nie musiałem sam zdobywać pożywienia ani szukać schronienia przed deszczem. Nie chciałbym udawać, że potrafię coś, czego jeszcze się nie nauczyłem. Ale… chciałbym zobaczyć ten las. Chciałbym zrozumieć, jak to jest żyć w miejscu, w którym każdy dzień przynosi coś nowego. I zastanawiam się, czy kot taki jak ja w ogóle miałby szansę się tam odnaleźć.
W jego słowach nie usłyszałam kaprysu ani nagłego zachwytu, który zniknąłby po chwili. Brzmiał, jakby naprawdę próbował wyobrazić sobie życie zupełnie inne od tego, które znał. Nie potrafiłam powiedzieć, czy byłby gotów na taką zmianę, ale podobało mi się, że nie udawał odważniejszego, niż był w rzeczywistości. Sama przecież również nie wiedziałam wszystkiego o świecie poza granicami klanu, choć zwykle nie pozwalałam, by powstrzymywało mnie to przed zadawaniem pytań.
— Nie musisz od razu podejmować żadnych wielkich decyzji — zapewniłam go. — Najpierw mógłbyś po prostu zobaczyć las. A jeśli kiedyś naprawdę chciałbyś do nas dołączyć, wtedy zastanowilibyśmy się, co dalej. Nie każdy musi umieć wszystko od pierwszego dnia. Ja też nie urodziłam się zwiadowczynią, musiałam się uczyć.
Dopiero po wypowiedzeniu tych słów uświadomiłam sobie, jak dziwna była nasza sytuacja. Jeszcze kilka chwil wcześniej uważałam go za wroga i próbowałam powalić na ziemię, a teraz rozmawialiśmy o moim domu, jakbyśmy znali się od dawna. Nie wiedziałam, co przyniosą kolejne dni ani czy uda mi się odzyskać wolność, ale po raz pierwszy od chwili porwania poczułam, że może nie jestem w tym obcym miejscu zupełnie sama. Nadal tęskniłam za rodziną i pragnęłam wrócić do lasu, jednak zaczynałam rozumieć, że nawet w tak nieprzyjemnych okolicznościach można spotkać kogoś, kto nie zamierza być twoim wrogiem.
— A teraz, jeśli Monsieur Amant pozwoli sobie na jeszcze jedno pytanie… — odezwał się kocur, a w jego głosie ponownie pojawiła się łagodna nuta rozbawienia. — Czy mogłabyś opowiedzieć mi więcej o swoim klanie? Chciałbym wiedzieć, jak wygląda wasz zwyczajny dzień. Od samego rana aż do chwili, kiedy kładziecie się spać.
Zaśmiałam się cicho, pierwszy raz od dłuższego czasu czując, że napięcie powoli opuszcza moje ciało.
— Oczywiście! Tylko ostrzegam, Amancie, że mogę opowiadać naprawdę długo — uprzedziłam go z szerokim uśmiechem. — Ale pod jednym warunkiem: ty też opowiesz mi o swoim życiu. Chcę wiedzieć, jak wygląda dzień kota, który ma własne posłanie, miskę i koronę na szyi.
Zerknęłam na jego zawieszkę, tym razem bez podejrzliwości, a potem znów spojrzałam mu w oczy. Nie zapomniałam o Borowiku ani o rodzinie, do której musiałam wrócić, ale postanowiłam wykorzystać ten moment, by dowiedzieć się czegoś o nowym miejscu. Być może właśnie od tej rozmowy miała rozpocząć się znajomość, której żadne z nas nie przewidziało.