Diane długo czekała na chwilę, w której wreszcie będzie mogła przekroczyć próg domostwa i zobaczyć ogród nie przez szybę, lecz z bliska, jednak kiedy Celestyn w końcu zgodził się jej towarzyszyć, ogarnęło ją uczucie tak silnego podekscytowania, że przez moment niemal zapomniała o wszystkich naukach Sycylii dotyczących spokojnego zachowania. Zatrzymała się przy drzwiach, spoglądając na ojca z szeroko otwartymi oczami, a jej ogon poruszał się lekko za plecami, zdradzając radość, której nie potrafiła już całkowicie ukryć.
— Gotowa? — zapytał Celestyn, dostrzegając jej niecierpliwość.
Diane natychmiast wyprostowała grzbiet.
— Tak, tato. Oczywiście.
Celestyn odpowiedział jej ciepłym spojrzeniem, po czym uniósł głowę i wydał z siebie kilka donośnych, przeciągłych miauknięć, które poniosły się po domostwie, odbijając się cicho od ścian. Nie minęło wiele czasu, nim zza drzwi dobiegł odgłos zbliżających się kroków, a chwilę później pojawiła się przed nimi jedna z Wyprostowanych.
Łysa dłoń sięgnęła do klamki i powoli uchyliła drzwi, lecz ku zaskoczeniu Diane nie zrobiła miejsca, by mogła przejść. Zamiast tego wielkie, pozbawione futra dłonie wyciągnęły się w jej stronę i po chwili objęły jej drobne ciało, unosząc ją z ziemi z zaskakującą łatwością. Palce zacisnęły się ostrożnie wokół jej boków, a długie opuszki przesunęły się po kremowym futrze.
Diane zesztywniała.
Jej uszy przylgnęły lekko do głowy, a serce przyspieszyło, gdy nagle znalazła się wysoko ponad podłogą, całkowicie pozbawiona możliwości decydowania o tym, dokąd zostanie zabrana. Przez krótką chwilę nie potrafiła nawet zrozumieć, co właściwie się dzieje. Czyżby jednak nie mogła wyjść? Czy Sycylia zmieniła zdanie i poleciła Wyprostowanym zatrzymać ją w środku?
Niepokój zacisnął się w jej piersi niczym cienka obręcz.
Spojrzała na Celestyna, szukając w jego pysku odpowiedzi, lecz ten zachował spokój. Zamiast protestować, kilkakrotnie miauknął do Wyprostowanej, a następnie wykonał łapą kilka wyraźnych gestów, wskazując najpierw na Diane, później na drzwi i wreszcie w kierunku ogrodu. Wyprostowana odpowiedziała krótkim skinieniem głowy, jakby dopiero teraz zrozumiała, dokąd ojciec zamierza zabrać córkę.
Dopiero wtedy dłonie rozluźniły uścisk.
Diane ponownie poczuła pod łapami podłoże, a jej ogon drgnął nerwowo, gdy odsunęła się o krok. Wciąż nie była pewna, co właściwie zaszło, lecz Celestyn najwyraźniej zauważył jej zaniepokojenie.
— Jesteś jeszcze dość młoda i po prostu się o ciebie martwią — wyjaśnił spokojnie. — Nie chcieliby, żebyś się zgubiła.
Diane skinęła głową, choć dopiero po chwili jej mięśnie zaczęły się rozluźniać. Spojrzała ponownie na uchylone drzwi, za którymi czekał nieznany dotąd świat, i tym razem nie zatrzymało jej nic.
Kiedy przekroczyła próg, natychmiast otoczyło ją ciepłe, letnie powietrze, zupełnie inne od tego, które wpadało do wnętrza przez okno. Pachniało nagrzaną ziemią, świeżą trawą i kwiatami, których woń do tej pory docierała do niej jedynie jako odległa, delikatna nuta.
Diane zrobiła pierwszy krok na zewnątrz.
Ogród okazał się znacznie większy, niż sobie wyobrażała.
Z okna widziała przede wszystkim plamy zieleni i barwne skupiska kwiatów, które zlewały się ze sobą w jeden malowniczy obraz, lecz teraz każdy fragment tego widoku zdawał się posiadać własne życie. Źdźbła trawy kołysały się łagodnie pod wpływem wiatru, drobne liście drżały na cienkich łodyżkach, a pomiędzy nimi kryły się niewielkie kwiaty o płatkach tak delikatnych, że Diane przez chwilę bała się nawet zbliżyć łapę.
Nad wszystkim rozpościerało się intensywnie błękitne niebo, którego barwa wydawała się jeszcze głębsza niż ta widziana zza szyby.
— Och... — wyrwało jej się cicho.
Celestyn uśmiechnął się pod nosem.
— Chyba rozumiem, dlaczego tak bardzo chciałaś tu przyjść.
Diane nie odpowiedziała od razu. Powoli ruszyła przed siebie, pamiętając o obietnicy złożonej matce, by uważać na każdy krok. Z początku stawiała łapy ostrożnie, niemal przesadnie, lecz po kilku chwilach jej spojrzenie zaczęło wędrować od jednego miejsca do drugiego, chłonąc każdy szczegół.
Najbardziej przyciągnęły ją kwiaty.
Przykucnęła przy niewielkiej kępce, pochylając głowę tak nisko, że jej wąsy niemal dotknęły płatków. Z bliska dostrzegła cienkie żyłki przebiegające przez ich powierzchnię, drobne krople rosy ukryte pomiędzy listkami oraz różnice w odcieniach, których nie sposób było zauważyć z okna.
— Tato, spójrz — powiedziała z zachwytem. — Z daleka wyglądały zupełnie inaczej.
Celestyn podszedł bliżej i spojrzał na roślinę.
— Bo piękno rzadko pokazuje wszystko od razu. Czasem trzeba się zatrzymać i przyjrzeć mu dokładniej.
Diane zapamiętała te słowa.
Przez kolejne chwile chodziła po ogrodzie u boku ojca, co jakiś czas zatrzymując się przy kolejnych roślinach. Celestyn nie poganiał jej ani nie próbował kierować jej uwagą, pozwalając, by sama odkrywała to, co najbardziej ją interesowało. W pewnym momencie Diane dostrzegła grupę żółtych i białych kwiatów rosnących obok siebie, a w jej oczach natychmiast pojawił się ten sam blask, który pojawiał się zawsze, gdy zaczynała coś tworzyć.
— Mogłabym z nich zrobić bukiet — powiedziała cicho.
— Mogłabyś — odparł Celestyn. — Ale najpierw zastanów się, dlaczego właśnie te chciałabyś ze sobą połączyć.
Diane przez dłuższą chwilę nie odpowiadała, pochylając się nad kwiatami tak, jakby próbowała dostrzec w nich coś więcej niż tylko piękne barwy. Przyglądała się, jak żółte płatki łagodnie przechodzą w biel, jak cienkie łodyżki poruszają się przy każdym powiewie wiatru i jak pomiędzy liśćmi tańczą drobne plamki światła.
— Chyba... chciałabym, żeby wyglądały radośnie — powiedziała w końcu, nie odrywając wzroku od roślin. — Tak, jak ten dzień.
Celestyn uśmiechnął się lekko.
— W takim razie nie wybieraj ich tylko dlatego, że dobrze do siebie pasują. Wybierz te, które potrafią powiedzieć dokładnie to, co chcesz przekazać.
Diane uniosła głowę, a jej oczy rozbłysły jeszcze mocniej. Nigdy wcześniej nie pomyślała o kwiatach w ten sposób. Do tej pory widziała w nich przede wszystkim kolory i kształty, które można było połączyć w piękną kompozycję, teraz jednak zaczynała rozumieć, że każda z tych roślin mogła stać się też częścią czegoś znacznie bardziej osobistego.
Ostrożnie wyciągnęła łapę w stronę jednego z kwiatów, lecz zatrzymała ją tuż nad płatkami.
— Nie zerwę ich dzisiaj — zdecydowała po chwili. — Najpierw chciałabym zapamiętać, gdzie rosły.
Celestyn spojrzał na nią z wyraźnym zadowoleniem.
— To dobry początek.
Diane uśmiechnęła się lekko, po czym wtuliła się w ojca. To był najwspanialszy dzień jej życia! Kto wie? Może następnym razem będzie mogła dzielić go również z Sycylią, Ateną i Onufrym?
