BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

11 października 2026

Od Rozbitego Księżyca CD. Cętkowanego Tęgosza

Kiedyś

Księżyc strzepnął uchem, uznając, że zakończy ten temat, mimo swojej ciekawości. Na zapytanie kocura spojrzał gdzieś w bok niezbyt pewien co powinien powiedzieć.
— Być może… — szepnął.
— Czemu? Chyba go nie ugryzłeś co? — zapytał Tęgosz półżartem, półserio.
— Mmm nie. Znaczy… być może jak nie chciał iść ze mną do obozu — odmruknął cicho.
— Coś cię gryzie. Nie obchodzi mnie to jakoś bardzo, ale coś związanego z tym kociakiem — mruknął rudzielec. — Może to on cię ugryzł?
Księżyc przypomniał sobie jak Nicość za wszelką cenę próbował odgryźć mu ogon i zaśmiał się smutno.
— Wiesz, właściwie to próbował — stwierdził biały, a Cętkowany parsknął śmiechem.
— Taki wojownik dał się ugryźć małemu kociakowi? — miauknął Tęgosz.
— Tak jakby — odparł niebieskooki. — Chociaż wcale mu się nie dziwię.

***

Księżyc zamachnął się ogonem na drugą stronę, patrząc, jak Nicości mimowolnie świecą się oczka na taki ruch. Widocznie mimo skomplikowanego charakteru kociaka, nadal miał on typowo kocięce zachowania. Piękny ogon bielucha najwyraźniej je aktywował, gdyż czarny kociak skoczył na swoją „ofiarę”, gryząc bielutkie futro. Rozbity siedział przed żłobkiem co jakiś czas, spoglądając na czarnulka, który powoli zdawał się nudzić jego ogonem.
— Księżyc — miauknął zielonooki.
— Hmm? — mruknął biały, liżąc się po piersi.
— Ty chyba nie masz przyjaciół — stwierdził czarny kocurek, siadając obok. — W sumie mnie to nie dziwi.
— Słucham? Mam przyjaciół. Przecież mam Cętkowanego Tęg… — zaczął, jednak kociak mu przerwał.
— Nie masz. Nie nazwałbym was przyjaciółmi. Za to ty… lubisz go — miauknął Nicość, z wielkim zainteresowaniem, przyglądając się swojej wylizywanej łapce.
— Ale przecież… — mruknął biały, ale zaraz zmarszczył brwi. — To czemu się z nim trzymam, a on ze mną? Chyba dlatego, że jesteśmy przyjaciółmi co? No i co złego, w tym, że go lubię? — zapytał, nagle odrobinę zirytowany.
— Ja nie wiem, ty mi powiedz — maluch zamachnął się ogonkiem i spojrzał na rodzica spod przymrużonych powiek. — Jak na moje to nie jesteście przyjaciółmi. Trzymasz się z nim, bo tak się składa, że nie masz nikogo innego. I do tego dziwnym trafem mimo tego, że nie wyglądacie na przyjaciół to ty go lubisz. Nie mam bladego pojęcia, dlaczego tak jest — stwierdził Nicość, a Księżyc poklepał po główce.
— Nicość… Czy ty mnie obserwujesz? — zapytał bieluch z nieco rozczulonym, ale też lekko niepewnym głosem. — I dlaczego jesteś, w tym aż tak… trafny co? Całkiem inteligentna znajda mi się trafiła, hm? — zaśmiał się niebieskooki.
Czarny kocurek uśmiechnął się głupio i wypiął pierś, chociaż oczy miał smutne. Księżyc przełknął ślinę.
— Jesteś głodny? — zapytał wojownik.
— Trochę — odparł Nicość, patrząc w bok. — Mógłbym kiedyś poznać tego rudzielca? — dorzucił czarny, niby mimochodem.
— Chyba tak? — odparł Księżyc.
Niebieskooki przyniósł kociakowi drobniutką mysz i położył nieopodal.
— Wiesz, powinieneś z nim pogadać. Nawet jeśli skończy się to źle, to przynajmniej nie będziesz musiał się już tym przejmować. I nie powiesz mi, że jest na odwrót — mruknął cichutko Nicość, wgryzając się w zwierzynę.
Biały spędził jeszcze chwilę w żłobku. Gdy wyszedł z niego, aby poszukać Tęgosza, okazało się, że rudzielec również go szukał, aby mogli odbyć wspólnie patrol. Księżyc poczuł, jak mięśnie spinają mu się z nerwów.
„Czego się tak boję? Przecież się przyjaźnimy” stwierdził zaraz bieluch w myślach i uśmiechnął się słabo w stronę towarzysza. Obejrzał się za siebie, gdyż czuł na sobie czyjś wzrok. Czarny kociak obserwował go uważnie z rozbawionym, psotnym spojrzeniem. Wtedy spojrzał na swój grzbiet. Podskoczył, widząc na nim nie tylko robaka, lecz paskudną wij. Księżyc nie bał się chyba żadnego stworzenia tak bardzo jak ich. W jego oczach pojawiły się łzy, a ogromne oczka wyrażały nic innego jak panikę.
— Tęgosz. Tęgosz zabierz to. BŁAGAM — miauknął rozpaczliwie, próbując strząchnąć zwierzątko z futra, lecz to wcale nie pomagało.
Rudzielec uniósł brwi, a widząc obiekt rozpaczy kumpla, widocznie musiał się powstrzymać przed rechotem.
— Przecież cię nie zje… — stwierdził cętkowany i strzepnął łapą stworzenie.
Księżyc rozluźnił się lekko.
— Chyba tylko błyskawice są bardziej przerażające — stwierdził, wypuszczając powoli powietrze z pyszczka.
Rudzielec nie odezwał się już, tylko podszedł w stronę wyjścia z obozu. W patrolu towarzyszył im również Kamienne Pióro i Bzycząca Łapa. Ta dwójka była jednak zbyt zajęta treningiem, aby zwracać uwagę na pozostałych członków. Księżyc postanowił, więc wykorzystać tę sytuację. Nabrał powietrza w płuca, a gdy przystanęli, aby zapolować, w końcu się odezwał:
— Słuchaj,…. Cętkowany Tęgoszu. Wiesz, że cię lubię, prawda? I że jesteś moim przyjacielem? — zapytał cicho, bawiąc się listkiem.
— Noo, ja też? — mruknął rudzielec, unosząc brew.
Księżyc przełknął ślinę.
— Ale tak serio. Uważam cię za najlepszego przyjaciela. Pomogłeś mi… i w ogóle — mruknął, chociaż zdawał się brzmieć bardziej, tak jakby przekonywał samego siebie do tych słów.
— Do czego dążysz? — zapytał młodszy wojownik, na moment, odstawiając myślenie o polowaniu na bok.
— Właściwie, to nie wiem? Myślałem, że jak to powiem, to… coś sobie uświadomię? — mruknął cicho. — Ale to nie to? To chyba nie to czego chciałem — dorzucił, a przez jego grzbiet przeszedł nerwowy dreszcz.
— Chyba nie do końca rozumiem. Nie chcesz, abym ci towarzyszył? — zasugerował rudzielec.
Bieluch pokręcił głową na nie, czując dziwny niesmak w pysku przez ostatnią wypowiedź zielonookiego.
— Może… Tęgosz? — mruknął.
Spojrzał na rudzielca i zatrzepotał rzęsami.
— Hm? — mruknął tylko rudzielec, zapewne znudzony już tą konwersacją.
— Co byś zrobił, gdybym powiedział ci, że cię… lubię? Ale tak bardzo lubię? Że może nawet czuję do ciebie coś więcej, niż przyjaźń tylko nigdy nie potrafiłem tego wyznać? — zapytał. — Plotki o naszej dwójce były przyznam szczerze straszne, ale wtedy… nie czułem tego, co czuję od niedawna.
Poczuł, jak jego ciało staje się odrobinę lżejsze. Nie był pewien, kiedy pojawiło się to uczucie, ani też, czy było to na pewno to. Właściwie to niczego nie był pewien.

<Tęgoszu?>

Od Wzorzystej Dali

Dzień zniknięcia Lśniącej Gwiazdy

Przywódcy nie było w obozie. Taka wieść rozprzestrzeniła się tego ranka wśród Klifiaków. Niektórzy uznali to za bardziej niecodzienne, inni nie przywiązywali do tego wagi. Wzorzysta Dal zaliczyła się do tej drugiej grupy. “Nie ma go, bo po prostu wyszedł. Niedługo wróci”, myślała. Sama często wychodziła na długie spacery, więc nie zamierzała wytykać tego zachowania jako dziwne, nawet jeżeli lider zazwyczaj tak nie robił. Umysł zajęła sprawami bardziej praktycznymi jak na przykład prowadzeniem południowego patrolu łowieckiego. Po powrocie do obozu odnalazła swoich przyjaciół i usiadła koło nich, żeby porozmawiać chwilę przed zjedzeniem posiłku. Zanim jednak zdążyli to zrobić, do jej uszu dobiegł szept Źródlanej Łuny.
– Co to znaczy, że nie ma go na naszych terenach?! – zastępczyni brzmiała na zmartwioną, zirytowaną i zaskoczoną. Członkini Jaśniejących Skrzydeł zmarszczyła brwi i obróciła uszy w stronę dźwięku, żeby lepiej słyszeć. Różeńcowe Serce popatrzyło na nią zdziwione i otworzyło pysk, aby zadać pytanie, ale liliowa gestem nakazała mu, żeby było cicho i końcówką ogona, nie obracając się, wskazała obu towarzyszom, gdzie mają nasłuchiwać. Oboje nastawili uszy.
– Nie wiem… Nie wyczuliśmy jego woni, nigdzie nie ma śladów. Wszystko musiał przykryć śnieg – raportował jakiś młody wojownik. Źrenice Różeńca i Skrzydła zwęziły się ze zdziwienia. Teraz o spokojnym obiedzie nie było mowy. We trójkę szybko odszukali Psotnego Nietoperza i Postrzępiony Mróz. Razem całą grupą postanowili naradzić się w odosobnionym miejscu – w legowisku zaginionego. Weszli do jaskini i zasiedli w kole. Pomimo dziwnej sytuacji, teraz Wzorek czuła się tu lepiej niż zazwyczaj, dlatego to ona poinformowała koleżanki o swoim odkryciu:
– Lśniącej Gwiazdy nie ma na naszym terytorium.
Czarno-biała wyglądała, jakby ktoś oblał ją zimną wodą, starsza szylkretka za to zdołała wydusić z siebie dwa słowa:
– …Jak to?
Po streszczeniu tego, co usłyszeli, Psotny Nietoperz zabrała głos:
– Rzeczywiście, jego zapach tu jest dosyć stary. Musiał wyjść w nocy. Trzeba dowiedzieć się, kto stał na straży i zapytać go, czy coś wie.
Na to Skrzydlata Pogoń widocznie się zdenerwował.
– Nieważne! Lśniąca Gwiazda wróci, a my nie powinniśmy robić z żuka borsuka, tylko pilnować, żeby nic się nie stało podczas jego nieobecności – powiedział jednym tchem. – …No, chyba że nie wierzycie w jego powrót.
Po tych słowach w jaskini zapadła cisza. Chyba nikt nie rozumiał gwałtownego wybuchu kocura, ale jednocześnie żadne z nich nie zamierzało podważać jego słów, czy to z lojalności, czy dla własnego bezpieczeństwa. Niezręczną sytuację przerwał dopiero sam czarno-biały po ostudzeniu emocji.
– Chodźmy uspokoić klan, zanim Źródlana Łuna wprowadzi wszystkich w panikę.

***

Noc po tym wydarzeniu

Nie mogła spać. Tak bardzo, jak chciałaby powiedzieć, że zniknięcie rudego spłynęło po niej, jak po kaczce, było to kłamstwo. Ta jedna rzecz wyrwała ją z rutyny na tyle, że nie mogła sobie wmawiać, że wszystko było w porządku. Znalazła się w punkcie wyjścia. Znowu tylko latarnie miasta i chodnik zbrukany krwią tkwił w jej umyśle. Na co dzień zagłuszała to, skupiając się na innych rzeczach, teraz jednak tworzyła tylko coraz gorsze scenariusze. W końcu rozmawiała z nim o tym. Kwestionowała jego wybory. Co, jeśli to dlatego opuścił tereny klanu? Co, jeśli właśnie dobijał targu z jakimiś samotnikami, a ich transakcja zawierała w sobie jej śmierć? Co, jeśli spisał ją przez to wszystko na straty? Nie chciała, żeby taki jej obraz pozostał w jego głowie. “To się nie powtórzy, nie może się powtórzyć”, myślała. A co jeśli te obietnice nic nie znaczyły, były niewystarczające? Co mogła zrobić? Nic. Była bezsilna. Jeśli decyzja już zapadła, było po niej. Ta myśl spowodowała, że pojedyncza łza spłynęła po jej policzku, lśniąc srebrzysto w bladym świetle księżyca.
– Wzorzysta Dali? – usłyszała pytanie Różeńcowego Serca. Nie odpowiedziała. Nie chciała. Nikt nie powinien widzieć jej w takim stanie. Nikt.

***

TW: dużo ponurych myśli

Następnego ranka opuściła obóz bladym świtem, jeszcze przed wyruszeniem pierwszego patrolu. Minęła tylko strażnika, nawet nie patrząc na niego dokładniej. Co jak co ale jej zniknięciem nie powinni się przejmować. Najlepiej by było, gdyby po prostu o niej zapomnieli na te kilka godzin… Lub tyle czasu ile potrzebowała na to, żeby porozmyślać trochę, a potem być w stanie udawać, że nic się nie stało. Zaśmiała się cicho ze smutkiem na tę myśl. W końcu nie była to dla niej nowość. Po drodze złapała jakiegoś wróbla z intencją zjedzenia go na śniadanie i wspięła się wysoko na jedno z drzew w okolicach granicy z Klanem Wilka. Zdobycz położyła na gałęzi obok siebie, bliżej pnia. Zanim jednak ruszyła piszczkę, usłyszała w myślach głos, przez co żołądek podszedł jej do gardła: “Tylko wykonujemy rozkazy”. Te słowa przywoływały jej na myśl dwie twarze – Skrzydlatej Pogoni i Różeńcowego Serca. Ten pierwszy zawsze rzucał je zimno i stanowczo, drugie bardziej jak spokojne wytłumaczenie. W rzeczywistości chyba po prostu nie chcieli widzieć jej łez. Bądź co bądź bardzo się przez ten cały czas zżyli… nie mówiąc o misji. Zawsze odbierała intencje Różeńca inaczej niż Skrzydła. Czekoladowe zdawało się naprawdę nią przejmować. Tak po prostu. Łaciaty zaś chyba nie chciał, żeby pokazywała swój ból z wielu powodów. Między innymi zapewne nie chciał stracić przyjaciółki… w żaden z możliwych w ich sytuacji sposobów. Z jednej strony przynosiło jej to otuchę, z drugiej tym gorzej czuła się, przejmując się czymś w ich obecności. Wypuściła powoli powietrze pyskiem i obserwowała unoszący się z niego obłoczek pary. Mimo mrozu panującego na zewnątrz, jej głowa gotowała się od emocji. Byłoby to przytłaczające, gdyby nie fakt, że rzadko kiedy było inaczej. Poczucie winy, ten niewidoczny głaz, który bez przerwy wisiał nad nią, mógł w każdej chwili spaść. Ile to razy próbowała się wytłumaczyć, pocieszyć. Pomimo upływu księżyców nadal nie rozumiała, jak jej przyjaciele mogli tak po prostu o tym zapomnieć. “Przecież nie mogę być jedynym kotem, który zamęcza się poczuciem winy za coś, o czym nikt nie wie”. Tylko że właśnie nie mogła tego wiedzieć. Musiała trzymać się iskierki nadziei… która chyba była już tylko cieniem. Nie mogła już uciekać od bólu. Nie z tymi nieprzerwanymi myślami krążącymi w jej głowie. Łapą spróbowała otrzeć łzy, lecące teraz strumieniami po jej policzkach. Popatrzyła z rezygnacją na swe łapy. Przez chwilę miała wrażenie, że są zabarwione krwią. Czy Klan Gwiazdy kiedykolwiek jej wybaczy? Czy jej cierpienie by pomogło? Czy jej rany pomogłyby? I tak ją bolało. Równie dobrze jej łzy mogłyby mieć szkarłatny kolor. Było za późno, żeby się wycofać. Chociaż nigdy nie mogła. Została przymuszona, nikt jej o zdanie nie pytał. Nawet jakby uciekła, poniosłaby konsekwencje. Znaleźliby ją, zabili. Pewnie nawet te koty, z którymi przebywała teraz najczęściej. Najgorsze byłoby jednak to, że Psotny Nietoperz zapamiętałaby ją jako zdrajczynię. Chociaż nie było to aż tak dalekie od prawdy, którą musiała przed nią ukrywać.
Ile by dała, by móc zostać przez nią zapamiętaną na tle śmiechu, zachodzącego słońca i piasku, nie musząc jej bez przerwy unikać… Popatrzyła na leżącą obok niej nienaruszoną piszczkę. Zaniesie ją na stos zwierzyny, jak tylko doprowadzi się do porządku. Nie była już głodna.

Od Kamiennego Pióra CD. Korowego Szeptu

Zwinął się mocniej w kłębek, aby zapewnić sobie więcej ciepła. Chociaż w legowisku było o wiele cieplej niż na zewnątrz, wciąż nie była to idealna temperatura. Do jego uszu docierało delikatne poświstywanie wiatru.
Odpoczywał ze swoją partnerką, Korowym Szeptem w legowisku wojowników po porannym patrolu granicznym. Miał w planach też wyjście na dłuższe polowanie z Bzyczącą Łapą. Klan potrzebował zdobyczy podczas tej surowej Pory Nagich Drzew, a Kamienne Pióro nie lubił siedzieć bezczynnie. Chciał się na coś przydać. Wiedział jednak, że jeśli będzie zmęczony, będzie miał mniejsze szanse na złapanie czegokolwiek.
Leżeli w ciszy, ale to mu nie przeszkadzało. W tym milczeniu nie wisiało żadne napięcie, po prostu spędzali ze sobą czas. Nie potrzebowali nic mówić. Korowy Szept wydawała się mocno zamyślona, więc Kamienne Pióro jej nie przeszkadzał. Uwielbiał spędzać czas z szylkretką, a jej także podobała się jego obecność. Czuł się przy niej bezpiecznie i spokojnie. Kotka go nie oceniała i lubiła go takim, jaki był. I między innymi właśnie za to ją kochał.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że Korowy Szept się w niego wpatruje i też przeniósł na nią swoje żółte spojrzenie.
— Kamyczku? — zaczęła kotka niepewnie.
— Tak? — odpowiedział, próbując ukryć zmartwienie. Chyba zapowiadało się na coś więcej niż niewinną pogaduszkę. Wojowniczka wyglądała na spiętą.
— Chciałbyś mieć kiedyś kocięta?
Kamienne Pióro przez dłuższą chwilę nie wiedział, co odpowiedzieć. To pytanie wydawało mu się nierealne.
— Bo… Zastanawiam się… Czy nie chcemy mieć potomstwa? Wiesz maleństwa, które byłyby po nas… — zaczęła mówić coraz szybciej. — Moglibyśmy się nimi opiekować! Moglibyśmy… Moglibyśmy nawet im pokazać, że nie tylko siła i spryt się liczą. Wiem, że Klan Wilka patrzy na odwagę i siłę. Przed tym nie uciekniemy. Ale myślę, że jesteśmy w stanie sprawić, żeby nie czuły się źle, jeśli będą słabe. Chciałabym, żeby koty takie jak my nigdy nie czuły się samotne — jej głos stał się cichszy. — A jeśli będziemy mieli własne kociaki i będziemy ich tego uczyć… Może poprawimy trochę to wszystko. Więc… Chciałbyś mieć kocięta?
Kocur milczał, próbując zebrać myśli. Jemu też już to parę razy przyszło do głowy i… Bardzo kochał Korowy Szept. Jednym z jego największych marzeń było spędzenie z tą kotką całą resztę swojego życia. I tak… Chciał założyć z nią rodzinę. Wierzył, że będą wtedy jeszcze bardziej szczęśliwi. Nie spodziewał się jedynie tego, że Korowy Szept też chciała mieć kocięta. Z nim. Zalała go fala szczęścia. Z jego gardła zaczęło się wydobywać głębokie mruczenie.
— Oczywiście, że tak. Bardzo chciałbym — odpowiedział cicho i przycisnął swój pysk do jej pyska.
Przez chwilę, kiedy się przytulali, wyobrażał sobie ich przyszłe wspólne chwile. Będzie przynosił Korowemu Szeptowi zdobycze i mech z wodą do żłobka, będzie jej wsparciem, kiedy kociaki w brzuchu zaczną sprawiać trudność w chodzeniu. Cały swój wolny czas będzie spędzał ze swoimi pociechami. Zastanawiał się, czy kociaki będą bardziej podobne do niej, czy do niego.
Poczuł też ukłucie zmartwienia i nagle niepokój opanował cały jego umysł. Nie mógł się odpędzić od scenariuszy, w których popełni jakiś błąd. Co, jeśli źle wychowa kocięta? Jeśli nie da rady? Przecież na pewno mu się nie uda! Potomstwo to strasznie wielka odpowiedzialność.
Odsunął się od Korowego Szeptu.
— Myślisz… Że będę dobrym ojcem? — spytał cicho i niepewnie, unikając jej wzroku.

<Korowy Szepcie?>

Od Krokusowej Kruchości

Pora Opadających Liści, przed śmiercią Rudzikowego Skrzydełka

Krokusowa Kruchość drzemała wtulona w bok matki, pozwalając jej na pielęgnację swojej sierści. Słodka Dziewanna przykładała ogromną uwagę do tego, aby futro jej burej córki prezentowało się nienagannie. Pomimo niewielkiego konfliktu mającego miejsce jakiś czas temu, wywołanego próbą zeswatania przez liliową kocicę Krokusowej Kruchości z Gadożerowym Pyskiem, relacja kocic nie uległa zmianie. Słodka Dziewanna, czy tego chciała, czy też nie, została zmuszona zaakceptować wybór córki odnośnie zostania singielką. Poza tym cóż mogła poradzić na to, że miejsce w sercu jej córki nadal zajmował wygnaniec o rudej okrywie?
– Moja mała, głupiutka Krokus. Jesteś zbyt krucha na ten świat.

~~~

Tuż po degradacji Łzawej Łapy oraz zawieszeniu Połyskliwego Koguta

Krokusowa Kruchość była przygnębiona ostatnimi wydarzeniami, które miały miejsce w Klanie Burzy. Była wręcz pewna, że przodkowie na Srebrzystej Skórze po księżycach przelanej krwi współklanowiczów przestali mieć ich klan w opiece. Razem zarazem otrzymywała na to potwierdzenie. Zaledwie dwa wschody słońca temu członkowie dowiedzieli się, że śmierć Rudzikowego Skrzydełka nie odbyła się bez udziału osób trzecich. Nawet jeśli kocica była więźniem w związku z tym, że sama przelała krew bliźnich, to czy zasługiwała na śmierć? Krokus nie wiedziała, co myśleć na ten temat. Nie czuła do rudej kocicy sympatii, jednak również nie uważała, że decyzja podjęta przez niedoszłą asystentkę medyczki oraz rodzonego syna zmarłej była słuszna. Po prostu ta cała sytuacja ją przerastała i dołowała. W końcu to Klan Gwiazdy był od osądzania, a nie żywi i śmiertelni.
– N-nie rozumiem Połyskliwego Koguta... to była przecież jego własna mama – miauknęła Krokus, wtulając pysk w futro Słodkiej Dziewanny. Sama przenigdy nie byłaby w stanie podnieść, czy to głosu, czy łapy na rodzicielkę, nawet jeśli ich zdania na jakiś temat byłyby odmienne. Nawet ich kłótnię odnośnie swat ciężko było nazwać prawdziwą kłótnią.
– W ich rodzinie to norma. Brat pogardza siostrą, pasierbica zabija macochę, a syn własną matkę – Słodka Dziewanna westchnęła, gładząc córkę ogonem po grzbiecie. – Wszyscy pokładaliśmy nadzieję w Połyskliwym Kogucie, a już w szczególności w Łzawej Łapie, a tu proszę, coś takiego. Mimo dobrych intencji nie powinna decydować sama o życiu czy śmierci jednostki, tym bardziej będąc zwy... niezwykłą uczennicą. Jak dobrze, że to Wdzięczna Firletka się tobą zajmowała, a nie ona, gdy byłaś niedawno w lecznicy...
Krokusowa Kruchość wątpiła w to, aby Łzawa Łapa zamierzała ją kiedykolwiek skrzywdzić. Może i była słaba, jakby nie patrzeć, była również obciążeniem dla klanu, nawet większym niż Rudzikowe Skrzydełko, jednak dość łatwo zlewała się z tłem, gdy akurat nie doskwierały jej duszności czy bóle w klatce piersiowej. Łatwo było ją pominąć. Jej charakter, jak i umaszczenie nie pomagały w tym, aby zostać zauważoną. Chociaż nie, jeden jedyny raz udało jej się być zauważoną i nie czuła się wtedy przytłoczona spojrzeniami innych. Było to wówczas, gdy przez kilka dni z rzędu wiła posłania z traw dla współmieszkańców legowiska i jej praca została doceniona przez cętkowaną zastępczynię oraz błękitnookiego lidera. Nie chciała, aby jej współklanowicze sypiali na twardej chłodnej ziemi, jak i potrzebowała zająć czymś swoje łapy, oraz myśli.
– Klan Burzy się zmienił i ani trochę nie podobają mi się te zmiany. Ostatnie księżyce spędziliśmy na opłakiwaniu bliskich i próbach podniesienia się... by chwilę później miała miejsce kolejna tragedia. Klan Gwiazdy przestał nad nami czuwać, mamo. I Mroczna Puszcza mąci w sercach i umysłach naszych bliskich. P-powinniśmy w jakiś sposób udobruchać gwiezdnych... – Zacisnęła mokre od łez oczy.

🌷🌷🌷

Od Księżycowej Łapy

Wstała rano, czując wokół przeszywający mróz. Któżby pomyślał, że w zimę potrafi aż tak odmrozić łapy. Kotka ziewnęła, zerkając na swoją rodzinę, skulona razem w posłaniu w żłobku. Cóż, nie całą, bo Krucze Pióro właśnie rozdysponowywał patrole, w dodatku nie spał z nimi w żłobku. Wyszła na zewnątrz, obserwując jego poczynania, jednak po chwili poczuła, że jednak zimno za bardzo jej przeszkadza. zauważyła wystający ze śniegu głaz, więc podeszła do niego, aby zrobić tam sobie przytulniejszy kąt do obserwowania obozu. Strzepnęła ogonem warstwę śniegu, poprawiając niektóre miejsca łapą. W końcu gdy wydawała się być usatysfakcjonowana swoim miejscem odpoczynku, usiadła na kamieniu, otulając się ogonem. Po chwili usłyszała, jak czyjeś łapy chrupią w śniegu, idąc w jej stronę.
— Och, witaj Agreście. Widzę, że nie tylko ja wstaję tak wcześnie. — odezwała się do niego srebrna.
— Tak, najwidoczniej. Lubię patrzeć na śnieg z rana, słońce tak pięknie na niego świeci… Choć jeszcze lepiej wygląda pod światłem księżyca w nocy.
— Ja o wiele bardziej lubię go w słońcu. — Wzruszyła ramionami, spoglądając chwilę na kocura. Może i nie przyznałaby wprost, jednak był dość postawny, na pierwszy rzut oka można było od razu stwierdzić, że będzie silnym wojownikiem. O ile tym chce zostać. Choć bardzo wątpiła, że byłby chętny na zostanie medykiem. Przynajmniej tak jej się wydawało, szkoda by marnować taką sylwetkę na jakieś tam zbieranie ziół. Ten odwrócił łeb w drugą stronę. Gdy się odwrócił i zaczął mówić, kotka nagle wpadła na pomysł. Może trzeba te jego refleksy przyszłego wojownika sprawdzić? Schyliła się, formując ze śniegu kulkę.
— Nie dziwię się. Słońce tak pięknie czasami wpada do obozu spomiędzy liści… — Rzuciła w kocura, przerywając jego dialog. Ten zdziwiony rozejrzał się, próbując ustalić, skąd śnieg mógł na niego spaść. Z początku pewnie założył, że była to sprawka grawitacji i jakiegoś drzewa, ale nic bardziej mylnego. Gdy zwrócił na nią zwrok, zobaczył, jak ta podśmiechuje się pod nosem.
— Hej, za co to było? — Wstał z miejsca. Kotka ułożyła się wygodniej na kamieniu.
— A musiało być za coś? Muszę przyznać, że śmiesznie wyglądałeś rozglądając się za źródłem ataku. Musisz nad tym popracować, bo słaby z ciebie będzie wojownik. — Wystawiła mu język, na co ten napuszył się. Wyglądał bardziej słodko, niż groźnie.
— Też mi coś! — odburknął. Srebrna nadal śmiała się, jednak gdy otworzyła oczy, zobaczyła kocura bardzo blisko siebie, a na protest było za późno. Wylądowali w śniegu, jedno na drugim. Ta od razu syknęła, otrzepując się. Kocur zaśmiał się, jednak po chwili zauważył, że nie jest jej do śmiechu. Trzęsła się z zimna, no i też złości. Od razu zszedł z niej, a ta otrzepała się, co niewiele pomogło.
— Pogięło cię? — zapytała go zdenerwowana.
— Przecież cię nie utopiłem w tym śniegu! — Próbował się obronić, jednak ta spojrzała na niego gniewnie, po czym wymierzyła mu cios łapą w pysk. Może i nie użyła pazurów, jednak syknął z bólu, patrząc na nią zdziwiony. Przez chwilę patrzyła na niego, a on nie potrafił odczytać jej wyrazu pyska, po czym odeszła do żłobka. Czuła, jak przez żyły pulsuje jej krew, a jej szum słyszała w swoich uszach. Usiadła obok boku swojej matki, oddychając głęboko. Patrzyła, jak jej rodzeństwo gania się bez celu.
— Coś się stało? Jesteś cała mokra. — zapytała ją Kwaśna Kocanka.
— Nie, po prostu… Nie ważne. — W tym momencie do żłobka wszedł Krucze Pióro, który skończył rozdysponowywanie patroli. Usiadł przy Kocance, stykając się z nią nosami. Noc mogłaby przysiąc, że usłyszała, jak kocur mruczy cicho.
— Jak się spało? Mam nadzieję, że w żłobku jest wam ciepło. Choć niektórym chyba za bardzo. — Zerknął na Noc, którą wcześniej pewnie zauważył siedzącą z Agrestem. Ta odwróciła wzrok. Była cała w śniegu i jeszcze ją z nim widział. Co za upokorzenie…
— Chciałam zobaczyć, jak wykonujesz swoje obowiązki… — odpowiedziała ojcu. Zwróciła na niego wzrok. — Bardzo dużo pracujesz.
— Tak, ale muszę się starać, szczególnie teraz, gdy Klan Wilka wie, że za niedługo ja lub Pustułkowy Szpon przejmiemy władzę. — odpowiedział córce, przez chwilę zamyślając się po tych słowach. Chciałaby móc czytać w myślach, bo jego to ona nigdy nie potrafi rozczytać.
— Och, rozumiem. To prawda. — kotka kątem oka zobaczyła czekoladowego siedzącego na środku obozu. Czuła się tak, jakby ten ich obserwował… Krucze Pióro wstał, odwracając się do wyjścia.
— Muszę już iść, za chwilę wyruszam na patrol łowiecki. Przyniosę wam coś. — Po tych słowach kocur wyszedł ze żłobka, zostawiając ich.

⊹₊˚‧︵‿₊⊱·☾·⊰₊‿︵‧˚₊⊹

Matka od rana pielęgnowała ją i jej braci, aby byli gotowi na ceremonię mianowania, oraz noc przebytą w lesie. Nie chciała się zbytnio przy niej ubrudzić, to też miała zamiar uważać na swoje futerko. U jej boku pojawił się Agrest, z którym nadal nie chciała rozmawiać. Fuknęła pod nosem.
— Stresujesz się? — zapytał ją, przeszywając ją lekko wzrokiem. Ta jednak ani drgnęła.
— Nie, jakoś nie bardzo. Ojciec dużo mi opowiadał o tym, jak przebiegnie noc. — odpowiedziała kocurowi.
— A drapieżniki..? — Kocurek zaczął lekko kreślić łapą w ziemi. — Co jak jakiś cię zaatakuje.
— Ucieknę, nie do obozu oczywiście, ale na pewno znajdę jakąś opuszczoną norę, w której mogę się schować.
— Przemyślałaś wszystko, prawda? — zaśmiał się lekko.
— Może. Lepiej być gotowym na wszystko. Tak czy siak wolę umrzeć niż wrócić do obozu z podkulonym ogonem. Krucze Pióro by mi tego nie wybaczył. — Zauważyła, że w oczach kocura pojawił się szok. A co w tym takiego szokującego? Musi bronić honoru swojej rodziny. Swojego ojca…
— Oh. Cóż… Mam nadzieję, że wszystko się dobrze skończy, no i że będziesz bezpieczna. — Spojrzała na niego pytająco, a ten speszył się. — Znaczy, po prostu wiesz, nie chciałbym, żeby ktokolwiek miłą nie wrócić, no i ten, tego…
— Tak, rozumiem, nie musisz się tłumaczyć. — odpowiedziała mu kotka, liżąc się teraz po łapie. — Pójdę się zdrzemnąć, dobrze byłoby być wypoczętym przed tą nocą. Tobie radzę jutro zrobić to samo.
— Tak, tak… Dziękuję za radę. — Skinął, nadal zawstydzony, a kotka odeszła do legowiska. Ułożyła się w nim wygodnie i zasnęła, czekając na swoją próbę.

⊹₊˚‧︵‿₊⊱·☾·⊰₊‿︵‧˚₊⊹

W nocy ktoś szturchnął ją łapą, przez co obudziła się. Nad sobą zobaczyła Wilczy Skowyt, który skinął w stronę wyjścia z obozu. Ta bez przeciągania wyjścia wstała, podążając za nim. Po raz pierwszy wychodziła poza obóz, jednak zachowała spokój. Była ciekawa, czy tak samo zachowali się jej bracia. W pewnym momencie zatrzymali się, a że było ciemno, nie widziała, czy kocur stoi obok niej, za nią, czy przed nią. Rozejrzała się, po czym zdała sobie sprawę z tego, że teraz już była sama. Huczenie sowy przerywało ciszę, która otaczała ją. Usiadła, nasłuchując i obserwując otoczenie. Każdy szelest mógł oznaczać jej śmierć, ale nie miała przez to zamiaru panikować. Po prostu była czujna. Po dłuższym czasie nudziło się jej ciągłe siedzenie w miejscu, więc zawędrowała trochę dalej od miejsca, w którym ją zostawiono. Drzewa zakrywały niebo, jedynie blask księżyca przebijał się przez ich gałęzie. Przypomniała się jej rozmowa z Agrestem o jego blasku. Zatrzymała się, po czym potrząsnęła głową. Musiała się ogarnąć. Nie mogła sobie pozwolić na chwilę rozkojarzenia. Mijały godziny, a czas dłużył się jej. Zastanawiała się teraz, czy ktokolwiek ją znajdzie, skoro tak daleko odeszła od miejsca, w którym ją zostawiono. Po kolejnych godzinach w końcu robiło się jasno. Coraz jaśniej… No i jaśniej. Nadal nikt po nią nie przyszedł. W końcu usiadła, węsząc chwilę. Raczej nie weszła na czyjeś terytorium. Czekała dość długo… Aż w końcu z krzaków obok niej wyłonił się nastroszony Wilczy Skowyt i Pszczeli Rój.
— Tu jest! Mysie łajno, że tobie łapy nie odpadły! Zostawiliśmy cię niedaleko Czarnych Gniazd, a ty zaszłaś prawie aż do Opuszczonego Obozowiska! — syknął kocur, jednak nie spodziewał się, że spotka się z dumą kotki, zamiast strachu na jego ochrzan.
— Wow, naprawdę? Muszę mieć dobrą kondycję. — skomentowała, wstając z miejsca. Wojownik jedynie prychnął zły, po czym odwrócił się w stronę obozu. Pszczeli Rój ruszyła natomiast za nocą. Droga nie była aż tak długa, jak myślała, a do obozu weszła widząc przy wejściu swojego ojca. Chyba przybyła ostatnia, no cóż… Krucze Pióro usiadł pod mównicą, a Zalotna Gwiazda wyłoniła się zlegowiska. Stanęła nad swoim klanem, patrząc na trójkę.
— Klanie Wilka, dziś z nocy w lesie powróciła trójka kandydatów na uczniów naszego klanu, a więc czas, aby mianować ich na nich. Niedźwiedziu, wystąp proszę. — Najwyraźniej miała zamiar iść w kolejności ich przyjścia, gdyż następny mianowany został Ślepowron. Kotka została jako ostatnia. Wystąpiła, przywołana przez liderkę.
— Noc, Ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Księżycowa Łapa. Twoim mentorem będzie Seradelowy Nektar. Mam nadzieję, że przekaże ci ona całą swoją wiedzę. — W tym momencie mentorka kotki przyłożyła swój nos do jej czoła. Po obozie rozeszły się wiwaty ich imion, a ojciec i matka z lekkim uśmiechem patrzyli na swoje dzieci, również przywołując ich imiona. Koty podchodziły do niej, gratulując jej zostania uczniem, a ona z grzecznością i opanowaniem odpowiadała im. Nagle jednak tuż obok pojawił się Agrest, przez co od razu humor jej się pogorszył. Miała zamiar nie zwracać na niego uwagi, kontynuując podziękowania, ale ten w końcu odezwał się.
— Gratulacje, No- znaczy, Księżycowa Łapo! Strasznie ci pasuje to imię! — Uśmiechnął się do niej, ale ta, która dopiero co dziękowała jednemu z wojowników za gratulacje jedynie zerknęła na niego.
— Nie potrzebuję od ciebie wiwatów. — odpowiedziała stanowczo, odchodząc. Podeszła do swojej mentorki, kompletnie ignorując jego egzystencję.
— Chciałabyś zacząć już dziś swoje szkolenie? — Zapytała młodszą.
— Tak, miałam na to nadzieję. — Mentorka chyba nie miała pojęcia, jak bardzo ratuje jej życie. Nie chciała rozmawiać z Agrestem, a szkolenie było wręcz idealną ucieczką.
— Dobrze, ruszajmy więc. Pokażę ci terytoria, tak na poczatek. — Ruszyła w stronę wyjścia z obozu, a uczennica podążyła za nią.

(1570 słów)

Od Smuklika

W żłobku Klanu Wilka zrobiło się nieco luźniej i ciszej, jednak na pewno nie na długo, patrząc, że co chwilę pojawiały się w nim znajdki-sierotki lub jakaś kotka przenosiła się do niego i w niedługim czasie na świecie pojawiali się jej potomkowie. Aktualnie większość starszych kociąt, które skończyły sześć księżyców, zostały mianowane na uczniów wojowników, tym samym zdając celująco test polegający na spędzeniu nocy w lesie. Wyjątkiem była Bryzowa Łapa, która obrała ścieżkę medyka. Smuklik zazdrościł starszym kociętom, że one już mogły wychodzić na treningi, a on jeszcze korzystał z przywilejów kociaka i grzał swój kuperek w żłobku. Dopiero za dwie kwadry, gdy ukończy sześć księżyców, będzie mógł oficjalnie przystąpić do egzaminu, od którego będzie zależeć czy będzie mógł zostać uczniem lub, o ile mu się nie powiedzie, będzie zmuszony pomieszkiwać w kociarni przez dłuższy czas oraz otrzyma karne imię lub też będzie miał już wszystko gdzieś, bo zje go jakoś większy drapieżnik i dołączy do przodków, o których słyszał, chociażby od Tygrysiej Nocy czy Ognikowej Słoty. Celował w pierwszy wybór, jednak nie mógł przecież przewidzieć czy na swojej drodze nie spotka najprawdziwszego wygłodniałego wilka, lisa lub sowy. W końcu jego test i jego rodzeństwa przypadał na środek Pory Nagich Drzew, która nie zapowiadała się stać łagodniejsza. Jego półdługa sierść stanowiła jakąś ochronę podczas mroźnej nocy, jednak cóż mógł poradzić, gdy znajdzie się w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiedniej porze, gdy jakiś drapieżnik wyjdzie na łowy. Czy wojownicy nim zabierali kocięta w teren, upewniali się, czy dookoła było bezpiecznie, nim pozostawią młodzików samych? Tego jeszcze się nie dowiedział od Ognikowej Słoty, ale na pewno podczas kolejnej rozmowy mistrzyni z kociętami spróbuje się dowiedzieć jeszcze więcej na temat testu.
– Chodź do nas, Smukliku. Chyba że chcesz się ponownie przeziębić i opóźnić swoje mianowanie – miauknęła ciepło Jesionowa Szadź, wskazując na wolne miejsce obok jej boku. Smuklik zrozumiał skrytą aluzję w słowach matki i bez zbędnego zwlekania, dopadł do liliowego futra, wtulając w nie swoją mordkę. Z uśmiechem na pysku spoglądał w parę zielonych oczu, które wpatrywały się w niego z czułością.
Miał ogromne szczęście, że miał takie dwie wspaniałe mamy, które były dla niego całym światem. Dbały o niego i jego rodzeństwo, jak i uczyły ciekawych rzeczy.
– Jak zostanę wojownikiem, będę co ranek polować dla was i przynosić dorodną zwierzynę na śniadanie! – zadeklarował. – Smuklik... Smuklikowe... Żądło... Tak będę się nazywać jako wojownik!

🐝

Od Fląderki CD. Trzcinowego Szmeru

Wizyta namiestniczki zaskoczyła Fląderkę. Mało wojowników, nie wspominając o uczniach, decydowało się postawić łapę na wyspie, na której mieszkały koty o czekoladowej sierści, tym bardziej, teraz gdy nastała Pora Nagich Drzew. Również sama Fląderka była rzadziej wzywana do głównego obozu, przez co nie wiedziała zbytnio o postępach w treningu pozostałej trójki swoich kociąt. Komarza Łapa zdawkowo odpowiadał na pytania matki na temat swoich własnych postępów treningu pod okiem Szumiącej Wyspy, dlatego też szylkretka nie zamierzała go męczyć pytaniami na temat treningu lub stanu zdrowia Umykającej Łapy, Wełniankowej Łapy i Centuriowej Łapy. Ostatnim kotem, od którego jakiś czas temu udało jej się uzyskać informację na temat pozostałych kociąt, był syn Błota, Muszla, czy właściwie obecnie znany jako Skroplona Łapa. Podczas jego odwiedzin na wyspie, Fląderka dowiedziała się, że u trójki jej kociąt jak na razie było wszystko w porządku, nadal byli uczniami i całkiem dobrze sobie radzili. Dodatkowo dowiedziała się od kocura, że ten ból w klatce piersiowej, który jej towarzyszył od przeprowadzki to najzwyczajniej w świecie tęsknota za swoimi kociętami.
– To prawda... – podjęła, zgadzając się z uwagą namiestniczki na temat pogody. Sama, mimo częściowo długiej sierści, dygotała z zimna, a co dopiero miała powiedzieć starsza kocica. – P-pani Trzcinowy Szmerze, proszę wejść do legowiska i się ogrzać przed powrotem do obozu. W-wczoraj wieczorem w nim posprzątałam, jest czysto i cieplej niż na zewnątrz. Ja zaraz dołączę do Pani i odpowiem na Pani pytania...
Namiestniczka skorzystała z zaproszenia. Otrzepując się z nadmiaru białego puchu oraz wody, wygramoliła się do legowiska, które było zamieszkane, jak na razie przez trzy koty – Fląderkę, Błoto i Komarzą Łapę. Nim Fląderka ponownie zniknęła we wnętrzu solidnie wyglądającego legowiska zbudowanego przez starszego mieszkańca wyspy i jego syna, odczekała kilka uderzeń serca, aby mieć pewność, że Komarza Łapa, w towarzystwie Szumiącej Wyspy udał się w stronę obozu. Gdy obie postacie zniknęły jej z oczu na brzegu głównej wyspy, szylkretka wgramoliła się do wnętrza schronienia.
– J-już jestem... Przepraszam, że to tyle trwało... Chciałam się upewnić, że mój syn trafił pod opiekę swojego mentora i razem z nim bezpiecznie dotarł do obozu... – miauknęła, siadając lisią długość od burej kocicy, która rozglądała się po wnętrzu pomieszczenia.
– Nic się nie stało. Po ostatnich wydarzeniach w klanie to tym bardziej zrozumiałe... Macie tutaj całkiem przytulnie. Błoto i Skroplona Łapa wykonali naprawdę solidne schronienie. Doprawdy solidne – zamruczała z uznaniem, zerkając w stronę czekoladowego, który odsypiał po wczorajszej pomocy przy odśnieżeniu ścieżek oraz umocnienia boków żłobka. – Nic dziwnego, że Mandarynkowa Gwiazda mianowała go na budowniczego... Jak się odnajdujesz w nowej rzeczywistości?
– Teraz jest dobrze, Trzcinowy Szmerze, chociaż na początku było mi ciężko. Najbardziej chyba zabolała mnie rozłąka z trójką moich dzieci... w-wiem, że gdybym wciąż mieszkała w obozie, nie spędzalibyśmy ciągle ze sobą czasu, jak w kociarni, jednak nie raz złapałam się na tym, że martwiłam się o stan zdrowia moich córek oraz o Umykającą Łapę, jak i to czy nikt im nie dokucza z rówieśników przez to, że to ja jestem ich mamą... K-Komarza Łapa wydaje się bezproblemowy, ale o niego również już nie raz się martwiłam. Większość czasu spędza ze mną i z Błotem oraz z Szumiącą Wyspą na treningach. N-nie wiem, czy miał okazję trenować ze swoim rodzeństwem... nie opowiada mi o przebiegu swoich treningów. M-martwię się, że może tak naprawdę ma mi za złe, że to z mojego powodu został rozdzielony z bratem i siostrami. Ale nie miałam przecież wpływu na to, z jakim futerkiem się urodzi... Chociaż kolor futra Centuriowej Łapy był dla mnie największym zaskoczeniem. – Uśmiechnęła się, po czym zdecydowała się nieco zmienić temat. – S-słyszałam od syna Błota, podczas jego ostatnich odwiedzin, że zarówno Łabędź, jak i Nur zostali mianowani na wojowników. Łabędzi Tan i Nurowa Gracja to wspaniałe imiona. Gratuluję Pani Trzcinowy Szmerze.

<Trzcino? Doglądaj małych fląderek i dbaj o nie, jak o własne 🙂‍↕️ adoptuje z obowiązkiem opieki i wpojenia im zasad nocniaków>

10 października 2026

Śnieżna Mordka urodziła!

 Śnieżna Mordka urodziła jednego, pięknego kociaka!

Księżycowa Łapa została adoptowana!

Nowy właściciel: waca_8 [Discord]

Od Agrestu CD. Jesionowej Szadzi

Z zaciekawieniem patrzył na piórka, które trzymała jego matka w łapach. Jego bracia od razu rzucili się na piórka, widząc takie, które im się spodobały. Wydawało się, że są takie same, jednak nic bardziej mylnego. Każde z nich pochodziło od innego ptaka, co Agrest i zwęszył i zauważył od razu. Piórko, które wpadło mu w oko zostało jako ostatnie, jakby był to znak. Podniósł długie, czarne pióro, uważając, aby nie uszkodzić go. Oglądał je ze wszystkich stron, podziwiając je. Od razu wiedział, że to jest jego pióro, gdyż było to pióro kruka. A ono, o ironio, od razu sprawiało, że wracał myślami do Nocy, z którą to się pokłócił, podczas jej wypoczynku na śniegu. Aż poczuł, jak jego policzek zapiekł. Uśmiechnął się ochoczo do matki.
— Będę go pilnował jak skarbu. — powiedział cichutko, kuląc się przed piórkiem. Jego matka zaśmiała się, opierając się o Miodowy Ul. Razem z rodzeństwem oglądali swoje piórka, pokazując je sobie nawzajem, ciesząc się z nich niezmiernie.

⊹₊˚‧︵‿₊⊱·𖤓·⊰₊‿︵‧˚₊⊹

Od tamtego wydarzenia minęło już kilka księżyców, a Agrest czasami wręcz jakby nie mógł się doczekać wyboru przyszłej wybranki wyciągał piórko spod mchu, obracając je w łapce. Gdy jego matka weszła do żłobka, od razu podbiegł do jej boku.
— Mamo, mogę cię o coś zapytać? — Agrest usiadł obok niej, patrząc na nią wyczekująco.
— Tak, synku? — Zwróciła na niego swoją uwagę.
— Skąd wiedziałaś, że to mamie dasz piórko? W sensie, w którym momencie wiedziałaś, że zakochałaś się i że to ona jest tą jedyną?

<Mamo? No powieedz!>