BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

27 września 2026

Od Puchacza

Dzień po ostatnim opowiadaniu

Zazwyczaj po spotkaniach z Orłosępem czekał parę dni, zanim znowu zapuszczał się w okolice granicy. Tym razem musiał jednak dowiedzieć się, jak przebiegło spotkanie z samotnikami. Czekał więc w Dębowej Ostoi i kiedy usłyszał idącą w oddali grupkę włóczęgów, miauknął:
– Orłosępie?
Po chwili spomiędzy krzewów wyłonił się ciemnorudy kocur wraz z kilkoma innymi. Musieli odłączyć się od reszty przechodzących. Puchacz zmierzył ich wzrokiem. Praktycznie nie byli ranni. Mógł tylko doliczyć się pojedynczych płytkich zadrapań na ich skórach. Za to spomiędzy pazurów wystawało im futro w różnych kolorach, a pyski brudziła krew. Zwiadowca cofnął się od nich lekko. To nie wyglądało na pokojową rozmowę ani na równą walkę. Jakim cudem tak łatwo poszła im walka z grupą, która tak im zagrażała? To się nie kleiło! Chyba że… Zjeżył się lekko, kiedy ta myśl doszła do niego. To nie było żadne zagrożenie. Skazał te bezbronne koty na śmierć…
– No, Puchaczu, muszę ci powiedzieć, że twoja pomoc była bardzo przydatna! – uśmiechnął się przywódca włóczęgów.
– Nie zbliżaj się! – syknął, uważnie patrząc starszemu na łapy. – Nie musiałeś ich atakować! Nic ci nie zrobili!
– Naprawdę myślałeś, że tu chodziło o zwierzynę? – zapytał rudy, uśmiechając się kpiąco. – Przecież nie wyglądam chyba na aż tak głodnego…
– Ty potworze!
Obstawa Orłosępa spojrzała na swojego wodza jakby z niemym pytaniem o przyzwolenie na atak. Ten pokręcił tylko głową i odprawił ich ruchem ogona. Tamci posłusznie odeszli, zostawiając ich samych.
– Wiedz, że nie chciałem ich zabijać. Przyszedłem tam z ofertą pokoju, mogli dołączyć do mnie – przerwał na chwilę. – Nie zgodzili się. Wyszedłem więc z krwią trzech kotów na łapach i obietnicą wojny. A dzięki twojemu zwiadowi mogłem dać im tę wojnę bardzo szybko, wystarczył jeden gest i moje koty wyszły z kryjówek, by rozpętać piekło – zakończył, patrząc na swoje ostre pazury. Jego ton głosu przez cały czas był spokojny, jakby wyjaśniał rzecz bardzo prostą, a nie sposób, w jaki wymordował grupę samotników. Czekoladowy nie był w stanie wydusić z siebie żadnego słowa. Nie wiedział, jak miał się z tym wszystkim czuć. Oczywiście, zawsze każdy mówił mu, że za takie czyny dusza zostaje skazana na wieczne potępienie po śmierci, ale im dłużej słuchał, tym mniej się tym wszystkim przejmował.
– Wiesz, nie była to sprawa nienawiści, czy innych emocji. W naturze po prostu zawsze wygrywa ten silniejszy. Chyba to rozumiesz?
Bicolor skinął tylko głową. W końcu Owocowemu Lasowi nic to nie robiło. Nie krzywdził nikogo bliskiego. Wręcz przeciwnie, pomagał swojemu przyjacielowi.
– No, widzisz! Dobrze, że się rozumiemy. Oby tak dalej, a może w przyszłości zasłużysz na jakieś dobre stanowisko w mojej grupie – Orłosęp powiedział, a następnie zniknął wśród drzew.

Od Kurzej Łapy (Połyskliwego Koguta)

Jeszcze przed mianowaniem; początek życia w Grocie Pamięci…

Kocur przyszpilał siostrę swoim wielkim, wręcz czarnym okiem. Nie poruszył się.
— Czemu nucisz te kłamstwa zdrajczyni?
Słowa, które niegdyś nie miałyby sensu dla nich obu, wypadły z ust brata. Słowa, które brzmiały wręcz nierealnie, zważając na więzy krwi, przeszły przez jego prawdziwe gardło. Wybrzmiały nie w śnie, lecz na żywo.
— Jeszcze te małe kocięta tej parszywej kocicy to usłyszą — zaczął chłodno, ostrożnie obserwując reakcję Perłówkowej Łapy. Przełknął prędko ślinę. — I też zaczną nas mordować z maniakalnym śmiechem.
Pysk rudzielca zachował ten sam, chociaż odrobinę zmęczony, opanowany wyraz, pomimo słów, jakie wypowiedział przed chwilą. Przechylił łeb na bok, oczekując odpowiedzi. A może bardziej... obrony przeciw dopowiedzeniom we własnym umyśle.
Kotka zmrużyła oczy, słuchając.
— Dobrze się składa, że żadnych kociąt już tu nie ma — mruknęła na komentarz brata.
Kurza Łapa nie odpowiedział od razu. Popatrzył ze zmrużonymi oczami na siostrę, taką niegdyś malutką i rozmowną, teraz wydoroślałą i spoważniałą. Czemu tak szybko stali się… tacy? Dlaczego to wszystko się wydarzyło akurat teraz?
Zmarszczył brwi na jej słowa i prędko po nich otworzył pysk, chcąc rzec:
— Perłówkowa Łapo... — zaczął i westchnął ciężko. Uciekł wzrokiem w bok tak jak jego rozmówczyni. Widocznie wiele ich nie różniło pod względem naturalnego, instynktownego zachowania. Odchrząknął. — Wiesz dobrze, że to głosowanie było sprawiedliwe.
Wtedy ich spojrzenia się zetknęły. Perłówka nie odnalazła w czarnych i głębokich jak ocean ślepiach brata ani jednego odbicia. Tak podobne do matczynych, a mimo tego... wciąż tam nie pasowało. Fragment, który tak bardzo usiłował wpasować się w całą układankę. Sierść też niewiele się różniła od Rudzikowego Skrzydełka. A więc... co właściwie poszło nie tak? Co musiało się stać w umyśle Kurzej Łapy, że postanowił wypowiedzieć takie zaskakujące słowa?
— Mam nadzieję.
Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło.
Perłówkowa Łapa postanowiła przerwać bezruch, robiąc kilka kroków do przodu. Kiwnęła nosem w stronę częściowo spalonego ogórecznika, leżącego w tym momencie bliżej łap brata niż jej.
— Jeszcze nie sprawdziłam tamtej części — skinęła głową w stronę ciemniejszego kąta żłobka.
Młodzieniec podszedł w wskazane miejsce i wyciągnął spomiędzy zasmolonych posłań drobny pęczek ogórecznika, który musiał zostać pozostawiony tam w pośpiechu przez medyczkę. Kurza Łapa bez słowa je podniósł. Obrócił się ku wyjściu i jeszcze ten jeden raz zerknął na siostrę, po czym się oddalił.
"Ile jeszcze ta męka potrwa”, zapytał samego siebie.
"Ile jeszcze będzie musiał przetrawić widoków krwi, aby w końcu przestać się jej bać?”

[Event w Klanie Burzy: Przeszukiwanie obozu; znalezienie w żłobku ogórecznika]
<Perłówkowa Łapo?>

Od Wrotyczu

Upadek nie był aż tak bolesny, a mimo to wciąż czuła go na sobie. Nie lubiła bólu. Jak uparcie o sobie przypominał. Pulsował. Wstała, otrzepując z siebie liście.
— Musisz kontrolować przestrzeń, jak i swoje ciało, Wrotycz. W walce nie ma miejsca na otrzepywanie liści z futra. Musisz być całkowicie skupiona na tym, co dzieje się tu i teraz.
Wrotycz położyła po sobie uszy. Wiedziała, że mentorka miała rację. A mimo to tak ciężko było jej spełnić te zalecenia. Ranienie innych zdawało się przerażające.
— Zaatakuj mnie — padł rozkaz.
Widząc jej lęk, Poinsecja uderzyła ogonem. Uczennica wiedziała, że cierpliwość kotki do niej się powoli kończyła. A nie chciała denerwować starszej.
— Słyszałaś? No już. Skocz na mnie.
Wrotycz próbowała. Naprawdę. Jednak, zamiast skoczyć na mentorkę, uderzyła jedynie znów w ziemie. Jej nos przepełniony był wilgotną ściółką leśną. Gdzieś łapą zahaczyła o gałąź. Czuła się tak beznadziejnie. Obolała i bezradna.
— Może poćwiczymy pozycję...? Może wtedy... — zaczęła cichutko, bojąc się reakcji kotki.
Poczuła łapę Poinsecji na sobie. I jej ciężar. Kotka przygniatała ją do podłoża. Gałązki, jak i szyszki, nieprzyjemnie wbijały się w jej brzuch. Wydawała z siebie ciche mruknięcie, zdradzające jej dyskomfort.
— Ćwiczenie pozycji z tobą jest na razie bez sensu. Boisz się zaatakować. Boisz się ataku. Za bardzo boisz się wszystkiego, co cię otacza — odparła surowo mentorka.
Wrotycz położyła po sobie uszy. Poczuła, jak kotka zdejmuje z niej łapę.
— Wstawaj. Robimy to samo co przed uderzeniem serca. Do skutku.
Uczennica wzięła głębszy oddech, podnosząc się z ziemi. Skupiła swój wzrok na łapach kotki. Jeśli skoczyłaby w ich stronę, spełni rozkaz mentorki i na pewno też nie zrobi jej krzywdy. Wybiła się z tylnych łap. Poinsecja sprawnie zeszła z jej drogi.
— Znów.
Wrotycz spojrzała zdezorientowana, lecz nie odezwała się. Wiedziała, że to bez sensu. Mentorka zawsze finalnie miała rację. Przy kolejnym skoku już prawie jej się udało. Dopiero gdy prawie musnęła łapą koniuszek ogona starszej, przeszły dalej.
— Teraz będziesz próbować odeprzeć mój atak. Masz nie uciekać. Zrozumiałaś?
Wrotycz pokiwała łebkiem, choć czuła, że nie wyjdzie to jej. Nawet za któryś nastym razem.
Widok skaczącej w jej stronę Poinsecji szybko sprawił, że skuliła się przerażona. Zamknęła ślepia, bojąc się wyrazu pyska kotki.
— Wrotycz... — jej głos wyraźnie zdradzał niezadowolenie. — Spójrz na mnie.
Otworzyła niechętnie ślepia.
— W tym momencie, podczas prawdziwej walki, już byś nie żyła. Myślisz, że nasi wrogowie będą mieli w sobie tyle litości, by pozwolić ci odejść? Dla nich jeden kot mniej z wrogiego klanu to lepiej...
Uczennica zadrżała. Zapominała, że prócz Owocowego Lasu istniały inne ugrupowania. Wrogie.
— Odpowiedz.
— Nie.
— No właśnie. Dlatego nie możesz drżeć jak mysz podczas walki. Pewność, nawet udawana, sprawi, że wróg nie uzna cię za łatwy cel. — oznajmiła mentorka, spoglądając na nią. — Od dziś nie chcę słyszeć żadnego jąkania ani łamiącego się głosu podczas treningów. Masz udawać aż wejdzie ci to w krew.
Wrotycz pokiwała niepewnie łbem. Nie wiedziała jak ma tego dokonać. Ale chciała chociaż spróbować zrobić to dla Poinsecji. Chociaż tak wynagrodzić mentorce trud jaki sobie zadawała, trenując z nią.
— Zaczynasz od jutra. Nie chce widzieć cienia przerażenia na twoim pysku podczas walki.

[506 słów]

[10%]

Od Wrotyczu

Szła niepewnym krokiem, skupiając swój wzrok na ogonie Poinsecji. Rudo-czekoladowa kita zdradzała niezadowolenie kotki. Jej ledwo zauważalne drgnięcia w obie strony, potwierdzały jedynie obserwacje Wrotycz. Oddalały się od obozowiska. Mijały wracających wojowników, niektórzy mówili coś w ich stronę, lecz uczennica bała się oderwać swą uwagę od ogona mentorki. Nie chciała ryzykować tym, że zdenerwowałaby ją jeszcze bardziej.
Dopiero przy klonie Poinsecja się zatrzymała. Drzewo było młode. Młodsze niż otaczające je olsze. Tak drobne i jednocześnie ogromne. Jego korona przepełniona była rdzawymi odcieniami, które gdzieniegdzie wpadały w czerwień. Pomarańczowe ślepia mentorki kontrastowały z liśćmi drzewa. Gdyby nie narastający w uczennicy stres, na pewno doceniłaby piękno tego miejsca.
Poinsecja podeszła ciężkim krokiem ku pniowi klonu i usiadła pod nim. Zatopiła się w półmroku. Wrotycz niepewnie podążyła jej śladami. Łapy jej drżały. Próbowała to ukryć, lecz na marne.
Znów zrobiła coś nie tak.
Niemal automatycznie spuściła łeb i położyła uszy, chcąc wyrazić swą skruchę.
— Przestań — padło polecenie. — Przecież nie zrobię ci krzywdy, Wrotycz. Po prostu...
Ślepia Wrotycz wpatrywały się sztywno w ziemię. Bała się ujrzeć zawód na pysku mentorki. Znów zawiniła, wiedziała to.
Presja i ciężar, jaki odczuwała, nie ustępował. Wręcz się nasilały. Chciały wgnieść ją w ziemię.
— Ja przepraszam — miauknęła cicho. — Nie chciałam zrobić nic złego...
Poinsecja pokręciła łbem. Przywołała uczennice do siebie łapą. Wrotycz na miękkich kończynach pokonała dzielący je dystans. Usiadła obok swej mentorki, choć zatrzymując niewielką odległość, wciąż trzymając łebek nisko.
Silniejszy podmuch wiatru zmierzwił sierść obu kotek. Gałęzie klonu, porwane przez wiatr, drgały nerwowo. Liście zaczęły opadać, tworząc coś na wzór czerwonego deszczu.
Wzrok Wrotycz nie potrafił się oderwać od wirujących w powietrzu kolorów. Manewrował pomiędzy lśniącymi w półmroku ślepiami mentorki a opadającymi liśćmi.
— Wrotycz — miauknęła Poinsecja. — Jesteś taka bezbronna. Pozbawiona nawet świadomości tego, co się wokół ciebie dzieje...
Wrotycz położyła po sobie uszy. Mentorka miała rację. Kotka wciąż słabo orientowała się w klanowych obyczajach i powiązaniach. Pytająco spojrzała na Poinsecję. Na jej pysku malowała się powaga. Pomarańczowe ślepia wpatrywały się w nią surowo.
— Nie rozmawiaj więcej z Purpurą. To nie jest dobry kot. — Mentorka urwała na uderzenie serca. — Nie wierz w jego słowa. Jest przepełniony fałszem. Żeruje na słabych kotach, takich jak ty.
Wrotycz mimowolnie zadrżała. Nie zdawała sobie z tego sprawy. Mimo spędzenia paru księżyców w Owocowym Lesie wciąż tak mało wiedziała o jego mieszkańcach.
Znów jej niewiedza odbijała się na niej rykoszetem.
— Dobrze. Już nie będę — mruknęła cicho, owijając się ogonem.
Poinsecja wyprostowała się. Uniosła łeb i spojrzała na swą uczennicę z góry. Zdawała się taka chłodna. Przytłaczająca. Wrotycz chciała rozpłaszczyć się na ziemi, byle pokazać jak żałowała tej krótkiej rozmowy.
— Nie znasz zasad tego świata. Nie wiesz, jak podli potrafią być inni. A Purpura jest nieprzewidywalny. Pewnie zrobi z ciebie pośmiewisko... Chcesz tego?
Wrotycz energicznie pokręciła łbem. Nie chciała wpadać znów w kłopoty. Te straszne emocje powodujące palpitacje serca... Nie chciała tego całego stresu.
Spojrzała zrozpaczona na mentorkę. Poczuła na sobie jej ogon.
— Nie wszystko stracone, Wrotycz. Wystarczy, że będziesz go unikać. Jak tylko będzie cię zaczepiać to przyjdź do mnie. Pomogę ci.
Ślepia Wrotycz zabłysły nadzieją, która już tak dawno nie zawitała w jej sercu. Wbiła spojrzenie w kotkę, starając się potwierdzić, że to co słyszała było prawdą. Zmrużone ślepia kotki, łagodny wyraz pyska, ciepło jej ogona. Nic nie zdradzało zagrożenia. Nic nie świadczyło o tym, że Poinsecja kłamała.
Lekko oparła się o kotkę, wciąż trzymając łebek nisko.
— Naprawdę? — wydusiła z siebie, trochę wstydząc się tego pytania.
Bała się też, że mentorka na nie źle zareaguje. Zdenerwuje się, że jej nie wierzyła...
— Wrotycz, jesteś moją uczennicą. Jestem za ciebie częściowo odpowiedzialna — miauknęła starsza, unosząc ogon do góry. — A ty nie masz nikogo poza mną w Owocowym Lesie.
Niewielkie ciepełko zagrzało liche ciało Wrotycz. Nie pamiętała już kiedy komuś zależało na niej. Tak naprawdę. Zamruczała cicho, chowając pysk w futrze mentorki.

[628 słów]

[13%]

Od Smuklika

Smuklik zawsze był skory do zabawy z innymi mieszkańcami żłobka. Czy to z braćmi, z siostrą, kociętami zastępcy, znajdkami-sierotkami, a nawet z potomstwem Nocnego Śpiewaka i Pszczelego Roju. W szczególności lubił się bawić z Bryzką, która pomimo bycia starszą kotką, dogadywała się z młodszym kocurkiem. Tym razem jednak siedział sam, niedaleko wejścia do kociarni, przyglądając się wylince węża, którą sprezentował mu Bzycząca Łapa.
— Ty jesteś Smuklik, prawda?
Niebieski kocurek zadarł wysoko łebek, wpatrując się w rudego kocura o szmaragdowych oczach. Dość szybko zdał sobie sprawę, że to nie był pierwszy lepszy wojownik, który złożył wizytę królowym i ich kociętom, zamierzając sprezentować im posiłek, lecz jego tata, Tygrysia Noc. Właściwie już kilkukrotnie miał okazję widzieć go przemieszczającego się po obozie, gdy ten wracał do niego, chociażby z upolowaną zwierzyną, jednak jakoś nie mieli okazji ze sobą wcześniej porozmawiać.
— Prawda! A ty to Tygrysia Noc, mój tata!
— No proszę, szczwany malec mi się trafił. — Uśmiechnął się, po czym uniósł łapę i poczochrał Smuklika po głowie. — Mam nadzieję, że ty oraz twoi bracia wybaczycie mi, że rzadko do was zaglądam. — „Chciałeś powiedzieć wcale...”. — Bycie wojownikiem to nie przelewki. Patrole graniczne, patrole łowieckie, treningi z uczniami czy branie udziału w sparingach, jak i inne zadania powierzone czy to przez liderkę, czy zastępców. Ciężko znaleźć chwilę na odpoczynek, a co dopiero odwiedziny swoich kociąt. Niemniej doszły mnie słuchy, że złożyłeś pewnej kotce obietnicę, Smukliku...
Smuklik przełknął ślinę, zastanawiając się, o jaką obietnicę może chodzić rudemu wojownikowi. W końcu Smuklik złożył ich kilka. Obiecał chronić swoje mamy, podobnie jak siostrę Wodnik. Braci też zamierzał chronić, jednak był pewien, że będą sami potrafili o siebie zadbać, w końcu podobnie jak sam Smuklik, byli dzielnymi i silnymi kocurami. Mamie Jesionce obiecał dbać o piórko i sprezentować je kotu, który będzie jego prawdziwą jedyną miłością, mimo że kusiło go czasami już teraz sprezentować matczyny prezent kotce, która była bliska jego sercu. Ot co, kocięce zauroczenie starszą koleżanką. Jednak to piórko było zarezerwowane dla wyjątkowego kota, którego być może dopiero przyjdzie mu spotkać i lepiej poznać. Musiał więc poczekać i lepiej zrozumieć swoje uczucia.
— Chodzi o obietnicę, którą złożyłem Ognikowej Słocie? — podjął, dochodząc do wniosku, że ta obietnica ze wszystkich złożonych obietnic mogła w jakimś stopniu zainteresować ojca. Może rudy rozmawiał z szylkretową kocicą o tym, co obiecał jego syn? Może chciał go wyśmiać i sprowadzić na ziemię, aby nie obiecywał rzeczy, których nie był pewien, że dotrzyma?
Tygrysia Noc przytaknął.
— Cieszę się, że mój potomek jest ambitnym kotem, a nie leniuchem i tchórzem, który na samo wspomnienie o spędzeniu nocy w lesie skrywa się pod mchem, dygocząc ze strachu. To samo tyczy się twoich braci, jak i siostry, nawet jeśli to nie ja jestem jej ojcem. Ognikowa Słota mówiła o waszej czwórce same dobre słowa. Mam nadzieję, że to się nie zmieni i nadal będę słyszeć same pochwały na wasz temat.
Rudy kocur położył łapę na grzbiecie syna, delikatnie go po nim poklepując. Smuklik wiedział, że Tygrysia Noc nie przytuli go, jak chociażby mama Jesionka czy mama Ul. Mimo tego ucieszył się, że ojciec w taki sposób okazał mu aprobatę.
— Nie zmieni. Nawet jeśli stracę łapę lub skaleczę się w ogon, będę dawał z siebie wszystko, a nawet jeszcze więcej, jak przystało na członka Klanu Wilka.
Kolejna obietnica, którą złożył, tym razem ojcu. Żadna choroba, zadrapanie czy utrata kończyny nie przeszkodzi mu w zostaniu wojownikiem. Ba! Dzięki ranom pokaże, że podchodzi na poważnie do tematu.
— Chciałabym już teraz móc razem z tobą chodzić na patrole i sparingi... W żłobku jest fajnie, ale jestem tak bardzo ciekaw życia poza nim... To wszystko nieznane, co tylko na razie znam pobieżnie z opowieści mam czy Ognikowej Słoty jest tak bardzo ciekawe... i sprawia, że nie mogę się doczekać, aż będę mógł sam wziąć udział w patrolu... albo przewodzić nim... Podobnie, jeśli chodzi o sparingi... tym razem takie na poważnie, a nie kocięce!
— Jeszcze zatęsknisz za żłobkiem, tym bardziej, jak będziesz musiał skoro świt zapolować, aby wykarmić młodych członków klanu i ich matki. A na zewnątrz będzie zawierucha lub ulewa! Korzystaj z tej żłobkowej wolności, póki możesz. I pamiętaj, aby przed TĄ nocą pomodlić się do przodków kryjących się w Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd.
Z tymi słowami rudy kocur opuścił kociarnie, pozostawiając swojego syna w towarzystwie wężowej wylinki. A pod wieczór, nim kocięta ułożyły się u boku Jesionowej Szadzi oraz Miodowego Ula, Smuklik poprosił Ognikową Słotę o możliwość udania się do miejsca, gdzie jego prośby bez trudu dotrą do przodków, na dzień przed wspomnianym testem, od którego zależeć będzie jego uczniowska przyszłość.

Od Gasnącej Prawdy CD. Skrzydlatej Płomykówki

Nie tak dawno temu po azylu rozeszły się wieści, że Bursztynowa Łapa zniknął. Tak po prostu. Rozpłynął się w powietrzu, jakby nigdy nie istniał. Kremowy nie przejąłby się tym zbytnio — w końcu sam niegdyś, jako młody kot, uciekł z klanu, czując, że nie ma w nim dla niego miejsca — gdyby nie fakt, że rudy kocur był uczniem Poczciwego Szakłaka. Gasnąca Prawda widział, jak zniknięcie Bursztyna wpłynęło na czarnofutrego kocura. Burzak całe dnie spędzał w swoim legowisku, powoli wtapiając się w nie coraz bardziej. Królik zaczynał przeczuwać, że jeszcze kilka dni i czarnofutry zacznie się na nim rozkładać! Bardzo go to niepokoiło, bo nawet jeśli wciąż nie był pewien, co czuje do Szakłaka, wiedział, że mu na nim zależy. Nie chciał, by jego przyjaciel skończył jak szczątki jakiegoś zwierzęcia, które powoli złączały się z glebą.
Na ten moment leżeli w milczeniu na sąsiednich posłaniach w legowisku wojowników, a Królik co jakiś czas zerkał w stronę czarnofutrego, zastanawiając się, co powinien powiedzieć, by zmusić Szakłaka do podniesienia się z miejsca. W końcu przełknął ślinę i nabrał pewności siebie.
— Szakłaku… Nie jesteś może głodny? — zaczął, patrząc na przyjaciela zmartwionym wzrokiem. — Nie widziałem, żebyś jadł cokolwiek od rana! — dodał, mrużąc nieznacznie ślepia.
Czarnofutry zwrócił ku niemu wzrok, lecz nic nie powiedział.
— Może… przeszedłbyś się do stosu i wybrał coś dla naszej dwójki? Obawiam się, że zaraz wrośniesz nam tu w ziemię, a tak… mógłbyś na chwilę rozprostować łapy — kontynuował, starając się zabrzmieć jakkolwiek przekonująco i pokrzepiająco. A może zamiast tego brzmiał tak, jakby próbował po prostu wygonić stąd Szakłaka?
Rozdziawił pysk, by coś jeszcze dodać, lecz wtem wojownik podniósł się chwiejnie ze swojego posłania.
— Dobrze, pójdę… — oznajmił, jeszcze przez moment wpatrując się w pysk kremowego.
Dopiero po chwili zaczął zmierzać do wyjścia z legowiska wojowników, na co Gasnąca Prawda odetchnął z ulgą.
Nim jednak zdążył oderwać wzrok od wyjścia, w którym przed chwilą zniknął Szakłak, pojawiła się w nim kolejna, znajoma sylwetka. Była to rudofutra zastępczyni — Skrzydlata Płomykówka. Królik nie ukrywał, że niekiedy czuł na skórze jej oceniający wzrok, nawet jeśli kotka starała się otwarcie nie okazywać mu wrogości. Nie przepadał za rozmowami z nią. Czuł się wtedy tak, jakby rozmawiał ze swoją matką, a nie zastępczynią. Wiedział jednak, że Szakłak się z nią przyjaźnił, toteż starał się jakoś przełknąć jej towarzystwo.
— Dobrze, że jesteś — powiedziała Płomykówka na wstępie, wkraczając do jaskini. — Mam nadzieję, że jakoś sobie radzicie oraz masz na uwadze moje słowa. Te po twoim czuwaniu.
Pręgowany westchnął ciężko, spoglądając na swoje łapy.
— Szakłak jest moim przyjacielem, więc nie rozumiem, czemu obawiasz się, że miałbym go skrzywdzić — mruknął, nerwowo poruszając swoim krótkim ogonem. Po chwili podniósł wzrok na Płomykówkę. — Czy nie ufasz mi tylko dlatego, że nie chciałem wejść w związek z Poczciwym Szakłakiem, nie wiedząc, czy będę w stanie odwzajemnić jego uczucia? — dodał szeptem, nie chcąc, by ktokolwiek inny w legowisku usłyszał o tej sprawie.
Skrzydlata Płomykówka zmarszczyła nieznacznie brwi na jego słowa. Kremowy nie wiedział, czy zrobiła to dlatego, że miał rację i nie wiedziała, co mu odpowiedzieć, czy może dlatego, że była zszokowana tym, jak głupi był. Biorąc pod uwagę jej charakter i mniemanie o nim, pewnie chodziło o to drugie.
Nim jednak zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, do legowiska wszedł Poczciwy Szakłak, trzymając w pysku dwie myszy. Stanął na chwilę w bezruchu, wpatrując się w dwójkę kotów, między którymi wyraźnie dało się wyczuć napiętą atmosferę.
— Później pogadamy — rzuciła zastępczyni, mierząc Gasnącą Prawdę morderczym wzrokiem, po czym odwróciła się i opuściła legowisko wojowników, zostawiając ich samych.
Kremowy wlepił spojrzenie we własne łapy. Wiedział, że dla młodszego nie mogło to wyglądać zbyt dobrze.
Czarnofutry bez słowa wrócił na swoje posłanie i położył jedną piszczkę przed Królikiem. Nie odzywał się jednak, co zżerało pręgowanego od środka.
— Słuchaj… — zaczął w końcu, podnosząc wzrok na Szakłaka. — Wiem, jak to wyglądało, ale ja i Skrzydlata Płomykówka staramy się jakoś dogadać — oznajmił, uśmiechając się do wojownika nerwowo. — Cóż, szczerze mówiąc, to za nią nie przepadam, ale… wiem, że bardzo ją lubisz, więc nie chcę, żebyśmy mieli ze sobą złą relację. Jestem pewien, że uda mi się z nią wszystko załatwić, gdy tylko kiedyś spotkamy się na osobności — wyjaśnił, po czym ciężko westchnął i spojrzał na mysz pod łapami. Stracił już apetyt, lecz głupio byłoby, gdyby ta piszczka miała się zmarnować.
Szakłak skinął jedynie głową na słowa starszego, po czym wziął jeden kęs myszy. Gasnąca Prawda miał tylko nadzieję, że czarnofutry nie będzie się teraz zamartwiał relacją między dwójką najważniejszych kotów w jego życiu. To w końcu nie mogło być nic przyjemnego. Królik nie chciał, by jego przyjaciel musiał kiedyś wybierać między nim a Skrzydlatą Płomykówką, dlatego zrobi wszystko, by się z nią pogodzić.
Wolałby się jednak przed nią nie kulić i załatwić wszystko spokojną rozmową, no chyba, że nie będzie innego wyjścia. Dla zielonookiego w ostateczności będzie w stanie przełknąć swoją dumę i być może trochę się przed zastępczynią spłaszczyć.

* * *

Przez to, jak bardzo przejmował się stanem Poczciwego Szakłaka, sam zapomniał o tym, by zadbać o siebie. Od dłuższego czasu dokuczał mu katar, a także towarzyszące mu problemy z oddychaniem. Królikowi coraz trudniej było uczestniczyć w patrolach i polować, jako że po wysiłku nie był w stanie nabrać pełnego oddechu. Właściwie, odkąd pamiętał, miał z tym problemy, lecz teraz szczególnie dawały mu się we znaki. Ponadto po każdym wysiłku okropnie chciało mu się kichać! Najbardziej przeszkadzało mu to jednak wtedy, gdy próbował zasnąć u boku czarnofutrego, lecz zamiast tego brzmiał jak chrapiący niedźwiedź!
Właśnie dlatego z samego rana, gdy Szakłak wciąż spał, kremowy postanowił udać się do medyczki. Nieśmiało wsadził pysk do lecznicy, rozglądając się za Wdzięczną Firletką. Na szczęście szylkretka już nie spała, choć do pełnego rozbudzenia wciąż było jej daleko. Siedziała na swoim posłaniu, lekko zaspana, lecz gdy tylko jej uwagę zwrócił wojownik, potrząsnęła głową i podniosła się z miejsca.
— W czym mogę ci pomóc? — spytała, podchodząc do kremowego.
Gasnąca Prawda wstrzymał na moment oddech.
— Od jakiegoś czasu zmagam się z katarem i problemami z oddychaniem… — oznajmił, nabierając na koniec chrapliwego wdechu.
Wdzięczna Firletka skinęła głową i zaraz udała się do składzika. Wróciła stamtąd z kilkoma ciemnoniebieskimi jagodami i położyła je przed łapami kremowego. Ten bez sprzeciwu zjadł zioło.
— Dziękuję, Wdzięczna Firletko — mruknął, po czym odwrócił się i szybko wrócił do legowiska wojowników.
Gdy ułożył się na swoim posłaniu, zauważył, że większość kotów wokół niego również już nie śpi. Poranny patrol dawno opuścił azyl, który powoli budził się do życia. Poczciwy Szakłak wciąż jednak drzemał, toteż Gasnąca Prawda zmrużył oczy. Udało mu się zasnąć wyjątkowo szybko, wsłuchując się w spokojny oddech przyjaciela.
Gdy się już obudził, posłanie obok było puste. Podniósł głowę, nieco tym zdziwiony. Nie spodziewał się, że czarnofutry uda się gdzieś samotnie. Może poszedł po coś do jedzenia? Może wybrał się porozmawiać z Patyczakiem? Kremowy mógłby jeszcze długo się nad tym zastanawiać, lecz w pewnym momencie usłyszał obok siebie kroki. Nie musiał nawet zgadywać, do kogo należały. I z pewnością nie był to Poczciwy Szakłak.
Stanęła przed nim Skrzydlata Płomykówka, mierząc go tym samym podejrzliwym spojrzeniem co zwykle. Pręgowany zadarł brodę, by spojrzeć jej w oczy.
— Co powiesz na spacer? — zaproponowała, choć Królik doskonale wiedział, że nie mógł jej odmówić.
— O niczym innym nie marzę… — rzucił oschle, teraz już pewien, że zastępczyni najpewniej wysłała Poczciwego Szakłaka na jakiś patrol, by ten nie musiał siedzieć sam w obozie pod nieobecność Gasnącej Prawdy i Skrzydlatej Płomykówki.
Rudofutra odwróciła się i żwawym krokiem opuściła legowisko wojowników. Kremowy nie zdążył się nawet porządnie przeciągnąć ani urządzić porannej toalety, a już musiał zrywać się z posłania i gnać za zastępczynią, która chyba ukręciłaby mu łeb, gdyby teraz za nią nie poszedł.
Dogonił ją jeszcze przed wyjściem z obozu i choć z pewnością wyglądał na co najmniej zniechęconego, w środku jego żołądek wywijał się z nerwów. Wiedział jednak, że jeśli nie chciał czuć się tak, jakby każdy jego ruch był obserwowany przez drapieżnika, musiał dogadać się ze srebrzystą kotką.

<Skrzydlata Płomykówko?>

Wyleczeni: Gasnąca Prawda

Nowa członkini Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd!

Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: Zabicie przez Zalotną Gwiazdę
Zasłużenie: Przynależność do kultu, czczenie Mrocznej Puszczy, liczne morderstwa

Odeszła do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd!

Od Cisowego Tchnienia

Sen

Najpierw było ciemno i cicho. Przed oczami miała tylko czerń, a w uszach dudniące bicie własnego serca. Było szybkie i niespokojne. Po chwili usłyszała również kapanie wody. Odwróciła się w kierunku dźwięku i zobaczyła przezroczystą kroplę wody zawieszoną gdzieś na wysokości jej oczu. Co dziwne, ją widziała dokładnie. Niepewnie podeszła trochę bliżej. Wtedy kropla zaczęła pulsować i zmieniać kształt. Pęczniała, aż odgłos kapania zmienił się w szum pędzącej wody, a sama kropla stała się wstęgą przypominającą lewitujący strumień, który otoczył ją. Takich wstęg pojawiało się coraz więcej, pędzących coraz szybciej i otaczających ją z każdej strony, sprawiając wrażenie pułapki. Szum zamieniał się w ryk mieszający się z dudnieniem jej serca, przyprawiając ją o ból głowy. Żaden z dźwięków nie zamierzał przestać przyspieszać. Obróciła się dookoła w nadziei na znalezienie wyjścia ze splotu wody. Nie było go jednak. Wezbrała w niej panika, kiedy w wodzie widziała odbicia wspomnień. Test na medyka, spacery z Topielcem, rozstania i powroty, otrucie Jabłoniowego Sadu… Położyła po sobie uszy z mieszanki strachu i frustracji. Wspomnienia biegły dalej. Wieść o zamachu, ucieczka dzieci, przepowiednia… „Przestańcie!” — miała ochotę krzyczeć i machać pazurami na oślep, ale coś ją powstrzymywało. Aż w końcu dostrzegła morderstwo Bladego Lica. Cała ta woda zebrała się w jedną masę i z impetem uderzyła w Cisowe Tchnienie, zabierając ją ze sobą. Charczała, próbowała wypłynąć na powierzchnię i panicznie wiosłowała łapami, ale tafla się nie zbliżała. Coś trzymało ją tutaj na dole. Nagle fala wody rozbiła się o coś twardego, rzucając ją o to z wielką siłą.

***

Natychmiast poderwała się na równe łapy i zjeżona, oddychając szybko, rozejrzała się panicznie po okrytej mrokiem lecznicy.
— Cisowe Tchnienie? — mruknęło zmartwionym głosem Roztargniony Koperek. Na jeno pysku malowało się zmęczenie, troska i lekki strach przed postawą stojącej kocicy. Szybkim krokiem podeszła do asystenta i zbliżyła swój pysk do jeno, po czym wyszeptała prędko urywanym głosem:
— Nie ufaj im. Nie ufaj temu, co mówią. Chroń się i uważaj na każdego — bredziła w paranoi. — I obiecaj mi jedno. Znajdź mnie w Mrocznej Puszczy.
Liliowe zdawało się niewiele rozumieć z jej słów. Ona sama zresztą chyba nie do końca wiedziała, co mówiła. Mimo tego skinęło głową. Może przez zaspanie lub pośpiech? A może rzeczywiście postanowiło ślepo jej zaufać? Tego już się nie dowiedziała.

***

Następnego ranka wyruszyła samotnie na zbieranie ziół. Była okropnie nerwowa. Po śnie była jeszcze bardziej przekonana o czyhającym na nią niebezpieczeństwie niż zazwyczaj. Oczy bez przerwy przesuwały się w każdą stronę, starając się wyłapać jakąkolwiek nieprawidłowość. Końcówka ogona trzęsła się nieustannie, a postawa jej ciała bardziej przypominała skradanie się niż spokojny spacer po terenach własnego klanu. Miała wrażenie, że słyszała szepty. Niektóre przypominały jej o własnych czynach, prawie doprowadzając do płaczu. Inne ostrzegały o niebezpieczeństwie, którego nie była w stanie nigdzie zobaczyć. Jej myśli były zupełnie oddalone od ziół. Omijała większe ich skupiska, jakby ich tam nie było, a mniejsze kępki deptała przez nieuwagę. Kiedy tak szła szybko przez tereny, nagle przed jej oczami pojawiła się rudo-biała sylwetka i zanim zdążyła cokolwiek pomyśleć, postać syknęła z bólu i wlepiła w nią zaskoczony wzrok. Szylkretka zamarła, patrząc na krwawiące zadrapanie na barku Kocimiętkowego Wiru, a następnie na swoją uniesioną łapę z obnażonymi pazurami, spomiędzy których wystawał kosmyk futra mistrzyni. Myśli w jej głowie połączyły się momentalnie. Jeśli ktoś się dowie — jest po niej. Nie może dopuścić, żeby kotka wróciła do obozu. Skoczyła na zielonooką, która zrobiła unik, przez co spadła na ziemię. Z trudem podniosła się i spróbowała zaszarżować, ale została mocno odepchnięta. Chciała podjąć kolejną próbę ataku, lecz nie była w stanie. Brakło jej oddechu, a mięśnie piekły od wysiłku i siły upadku. Była w stanie tylko bezsilnie patrzeć aż jej los zostaje przypieczętowany, a Kocimiętkowy Wir biegnie do obozu. Z rezygnacją położyła łeb na ziemi. To koniec… Zabiją ją… Wreszcie mają pretekst… Ciekawe czy kiedy dołączy do Mrocznej Puszczy, zobaczy tam swoje zdradzieckie dzieci... Właśnie! Mogła uciec tak jak one! Jeśli uda jej się wymknąć z obozu w nocy, zanim Zalotna Gwiazda zdąży zorganizować jej zabójstwo, uratuje się! Uśmiechnęła się słabo, trzymając się tej iskierki nadziei, kiedy podnosiła się na cztery nogi i otrzepywała z kurzu.

***

TW: Opis walki, dalej trochę mocniejszy opis obrażeń

Przez cały dzień nie wychodziła ze swojego legowiska. Nikt nie mógł jej tam nic zrobić. Świadków byłoby zbyt wielu. Kiedy tereny klanów zostały przykryte mrokiem, ona jako jedyna z medyków nie spała. Cicho i pospiesznie zażyła trochę ziół wzmacniających i wysunęła się z nory. Wspięła się po ścianie obozu i wyszła pomiędzy krzakami, mając nadzieję, że szelest tym spowodowany nie zaalarmuje wojownika stojącego na straży. Potem już nie próbowała być cicho. Biegła ile sił w łapach. To była jej szansa. Mogła być wolna. No właśnie. Mogła. Poczuła na swojej skórze palące spojrzenie jakby jakiegoś drapieżnika. Przeszedł ją dreszcz. Odwróciła się. Pomiędzy drzewami stała Zalotna Gwiazda. Nie kryła się. Wyglądała na pewną.
— N-nie możesz mi nic zrobić! Ja… jestem medyczką! Po-potrzebujecie mnie! — mówiła, starając się przekonać siebie samą. Na jej pysku widniał jednak niepewny uśmiech.
— Klan Wilka nie potrzebuje przestarzałych zdrajców, Cisowe Tchnienie — młodsza warknęła i rzuciła się na nią. Stara medyczka ledwo uchyliła się od ciosu prosto w gardło, zamiast tego zyskując długą i głęboką szramę na boku. W tym stanie nie mogła uciekać. Utrata krwi i tak prędzej czy później wpędziłaby ją w szpony bezgwiezdnej ziemi. Ale nie zamierzała się poddać. Będzie walczyć do końca. Chociażby, żeby zostawić jeden ślad na skórze przywódczyni. Znak dla jej towarzyszy z legowiska. Coś, co sugerowałoby, że jej śmierć nie była nieszczęśliwym wypadkiem. Kłapnęła zębami w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się ogon przeciwniczki. Musiała być bliżej, jeśli miała trafić choć jeden raz. Podbiegła do vanki i udało jej się zahaczyć pazurami o futro na jej łapie. Szybko szarpnęła ją do siebie, nie robiąc sobie nic z tego, że zaczęła lecieć do tyłu. Gardło Zalotnej Gwiazdy było tak blisko… Gdyby tylko szybko ją ugryzła, byłoby po wszystkim. Ma przecież tylko jedno życie... Nie zdążyła jednak. Poczuła mocne uderzenie z tyłu głowy i osunęła się na ziemię. Jej krew zaczynała wypływać i brukać glebę, a oczy zaczynały zasnuwać się mrokiem. Ostatnie co zobaczyła, to sylwetkę vanki pochylającą się nad jej szyją.

***

Stała na równych łapach, dysząc ciężko i spoglądając w dół. Widziała krew powoli zastygającą na jej szyi. Czuła też zakrzepniętą krew na tyle głowy i małą strużkę szkarłatnej posoki cieknącą z kącika jej ust. Jej bok nadal pulsował z bólu. Pod jej łapami była zimna ziemia poplamiona tą samą cieczą. Całe otoczenie wypełniał metaliczny zapach. Nie miała wątpliwości, gdzie była. Uniosła wzrok i ku jej lekkiemu zdziwieniu napotkała tam podobny, lecz żółty, należący do dymnego kocura. Pierwszy raz od dawna nie patrzyła na Topielcowy Lament z chłodem. Bardziej z wyczekiwaniem i zmęczeniem. Zaatakuje ją? Kocur podniósł łapę, jak gdyby chciał ruszyć naprzód, lecz zawisła ona w bezruchu. Teraz po prostu wpatrywał się w nią. Nie rozumiała jego zachowania. Nie rozstali się w najlepszych stosunkach, a on… nie był na nią wściekły?
— Nareszcie jesteś — zaśmiał się wymuszenie, trochę szorstko. Słyszała ten dźwięk wielokrotnie wcześniej. Przywoływał on dość przykre wspomnienia. Utrzymywali kontakt wzrokowy.
— Czy dzieci… — Ciszę przerwało urwane zdanie, po którym oczy dymnego zalśniły łzami. — Powiedz mi, że są bezpieczne...
W jej oczach zabłysło lekkie zdziwienie. Tak dawno nie spędzała z nimi czasu, że praktycznie zapomniała o tym, że ma dzieci… Chociaż… może już ich nie miała. Otarła łapą strużkę krwi z kącika pyska, zamieniając ją w smugę na policzku.
— Nie wiem. Raczej nie — miauknęła tylko, nadal trochę otumaniona z powodu walki i uderzenia w łeb. Czarny nie skomentował tego. Spoglądając na nią w milczeniu, opuścił łapę i zlustrował jej poobijane ciało. Zamrugał powoli.
— A... Co tu robisz? Wyglądasz... Inaczej, niż myślałem. Tak długo cię nie było. Myślałem, że już nie wrócisz.
Przekręciła głowę na bok, nie rozumiejąc.
— O czym ty mówisz? W końcu by mnie dorwali — odparła, nie wiedząc, na ile kocur był świadomy jej czynów.
​​— Tiaaa — parsknął, lecz w jego głosie nie dało się słyszeć żadnej radości. Brzmiał sucho, bezosobowo, a wydźwięk jego słów niósł się po Mrocznej Puszczy, aby następnie zwyczajnie zaginąć pośród drzew. — Nareszcie jesteś tu, gdzie twoje miejsce... Czekaliśmy.
W jej sercu pojawił się niepokój. Była jednak zbyt zmęczona ciągłą walką lub ucieczką, żeby jej futro się zjeżyło.
— „My”? — zapytała. Kto tu jeszcze mógł czekać? Na pewno nie Zalotna Gwiazda. Właśnie, może lepiej, żeby nie zostawali w jednym miejscu…
​​— Inni... — szepnął, a jego oczy ściemniały. — Nie każdy się cieszy z twojego przybycia. Właściwie... Nikt się tutaj z niczego nie cieszy. Bądź uważna.
Rozejrzała się dookoła, kiedy jednak nie zauważyła żadnej innej postaci, podeszła do niego i musnęła go ogonem, po czym postawiła jeszcze kilka kroków naprzód. Na zdziwione spojrzenie partnera odpowiedziała:
— Chodźmy, razem.
Kiedy dymny podszedł do jej boku i wspólnie zagłębili się w krwawy las, nie żałowała już niczego. Zrobiła, co mogła, a teraz wróciła ponownie do kota, który był dla niej chyba najważniejszy. I zamierzała zapłacić za to każdą cenę. Nawet jeśli resztę wieczności będą musieli uciekać od innych dusz w tym przeklętym miejscu… będą razem. W końcu zdrajcy przyciągają zdrajców, nieprawdaż?

Mówiłam, że się zobaczymy, zdrajco [*]

26 września 2026

Nowa Członkini Klanu Gwiazdy!


CZUWAJĄCA SALAMANDRA

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Starość; zawał serca

Odeszła do Klanu Gwiazdy!

Od Migoczącej Łapy (Migoczącego Nieboskłonu) CD. Ćmiej Łapy

Czy Ćmia Łapa naprawdę myślała, że da radę kogokolwiek nabrać na swoje kłamstwa? Ta wronia strawa pozwalała sobie na zbyt wiele. Obżarta kupa futra! Nie wiedziała, że były w klanie koty bardziej potrzebujące posiłku? Albo takie, które do tej pory nic nie zjadły, jak on sam. I to z winy jej i jej głupiej siostrzyczki!
– Nie za dużo jesz, Chwaście? – wyszczerzył się Migocząca Łapa.
– Migot, proszę… może zajmiesz się czymś pożytecznym, zamiast uprzykrzać życie innym? – zapytała zmęczona Ćma, na co Migot gniewnie trzepnął ogonem. On? Uprzykrzać życie innym? Czyżby się przesłyszał? Przecież to ona uprzykrzała życie jemu!
– To ty nie obciążaj klanu swoim obżarstwem!
– To dla Jagnięcego Ukłonu! – powiedziała kotka, jednak niebieski nie miał zamiaru wierzyć w te jej kłamstwa.
– Akurat! Zaraz po zjedzeniu tamtej zniszczonej przez ciebie nornicy wróciłaś po następny kąsek! – syknął gniewnie. Czy Ćma naprawdę myślała, że kocur był tak głupi? Chyba ani krzty rozumu nie miała w tej małej główce, skoro tak traktowała syna samego lidera. Z każdym dniem stawała się coraz większym obciążeniem dla klanu, a po tak bezczelnej próbie kradzieży jedzenia to już w ogóle!
– W takim razie przynieś jedzenie Jagnięcemu Ukłonowi albo miej wyrzuty sumienia, że kot, który jest szanowany przez twojego ojca, cierpi z głodu – fuknęła Ćmia Łapa i się odwróciła. Migot na te słowa zjeżył sierść na karku. Jak ona śmiała tak po prostu powoływać się na autorytet jego ojca?
– Hola, hola, nie waż się wkręcać w to mojego ojca! – warknął uczeń. – Jest wspaniałym przywódcą i on nie ma tu nic do rzeczy.
– Nie twierdzę, że nie jest, ale ty już nie – odparła Ćmia Łapa, odwracając się znów w stronę kocura. Ten zadarł lekko głowę do góry, chcąc pokazać swoją wyższość nad uczennicą. Nie miał zamiaru przejmować się opinią takiego chwastu jak ona.
– Jesteś po prostu zazdrosna. Oczywiście, że jestem wspaniały! – stwierdził z uśmiechem, co chyba lekko zdenerwowało kotkę.
– Tak wspaniały, że wyrywasz innym jedzenie? – prychnęła z pogardą. – Dobrze wiesz, że to była moja nornica. Ale ta "wspaniała miłość" do twojej siostry zabrania ci tego przyznać.
– Przynajmniej to nie miłość do samego siebie jak w twoim wypadku!
– Przynajmniej ja mam za co kochać siebie, w przeciwieństwie do ciebie – odparł Migot, chcąc brzmieć mądrzej, niż wyszło to w rzeczywistości. Po tych słowach Ćma wzięła głęboki wdech.
– Wiesz co? Będziesz musiał jeszcze dłuuuugo poczekać na mianowanie, bo nadal zachowujesz się jak kociak! – rzekła spokojnie, po czym wychyliła się by złapać jakiś kąsek dla medyczki. Tym razem Migot nie zareagował, jakby jego mózg przetwarzał wszystkie wypowiedziane przed chwilą słowa. Wpatrywał się tylko w Ćmią Łapę, pozwalając jej bez większych przeszkód wziąć zdobycz.
– Obyś się nie zdziwiła. Zostane mianowany już niedługo, a potem zostanę najlepszym wojownikiem! – krzyknął za nią, dopiero gdy kotka odwróciła się, by wrócić do legowiska.
On jej jeszcze pokaże. Znał swoje umiejętności i wiedział, że jeśli tylko będzie odpowiednio ciężko pracować, zostanie mianowany w mgnieniu oka! Ćmia Łapa musiała tylko chwilę poczekać, a znając jej cierpliwość, nie będzie to większym problemem.
 
***
 
Z ogonem uniesionym wysoko ku górze wmaszerował do obozu, dumnie niosąc ze sobą złapaną zwierzynę. Musiał się przecież pokazać. Pierwsza zdobycz nowego wojownika! Było to duże wydarzenie, zwłaszcza dla kogoś takiego jak Migoczący Nieboskłon. I choć wyglądało to tak niewinnie, był to jeden z pierwszych kroków na jego drodze do zostania najlepszym wojownikiem!
Od razu po wejściu ruszył w stronę stosu ze zwierzyną, by odłożyć swoją zdobycz i to właśnie tam spotkał kotkę, która jeszcze niedawno jawnie wątpiła w jego umiejętności. Aż uśmiech wstąpił na pysk Migoczącego Nieboskłonu na widok tej przybłędy, Ćmiej Łapy.
– Witaj chwaście. I widzisz, zostałem mianowany szybciej niż myślałaś – powiedział niebieski, ewidentnie rozbawiony faktem, że kotka się tak wywyższała, a finalnie to ona dalej siedzi jako uczennica.

<Ćmia Łapo?>