BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

02 listopada 2026

Od Migoczącego Nieboskłonu CD. Zanurzonej Łapy

Plotka, którą przekazała mu ostatnio Pszczeli Lilak, dalej krążyła po jego głowie. Kocur nie potrafił tak po prostu zapomnieć o słowach kupy futra. Chociaż całkowicie nie wierzył w taki obrót spraw, ten niepokój dalej w nim siedział i tylko czekał na odpowiedni moment.
Mimo tego, że ucieczka Truskawkowego Pola tak nim nie wstrząsnęła, bał się, że jednak rzeczywiście uciekła wtedy przez nich. A jeśli była to prawda, ta plotka mogła nabrać zupełnie innego znaczenia dla Migoczącego Nieboskłonu.
Wojownik obawiał się odrzucenia ze strony ojca. Myśl, że przywódca przyprowadził kogoś na jego miejsce, wywoływała u niego mdłości. A połączyć to jeszcze z ich matką? Klanie Gwiazdy. To tak jakby wszechświat chciał doprowadzić go do upadku, jakiegoś szaleństwa.
Jednak wszystko to było tylko wymysłem. Lśniąca Gwiazda nie mógł zdradzić Klanu Klifu, a Truskawkowe Pole nie mogła tak po prostu wrócić. Cała ta plotka była niedorzeczna tak samo, jak każdy, kto w nią wierzył.
Mimo to Migoczący Nieboskłon nie mógł przestać wpatrywać się w żłobek, w którym to siedziała rzekoma trójka jego rodzeństwa. Był ciekaw, czy te bajki doszły również do nich. I czy rzeczywiście uwierzyli, że mogliby być dziećmi kogoś tak wspaniałego, jak Lśniąca Gwiazda.
W jego głowie nie znajdowało się nic innego niż domysły dotyczące trójki kociaków. I najpewniej tak by zostało, jednak znalazła się kotka, która zdecydowanie chciała mu to przerwać.
– Planujecie zrobić jakąś dynastię w klanie klifu? Jakoś was tak sporo teraz, od kiedy mówią, że Lśniąca Gwiazda jest ojcem tych kociaków – wypaliła Zanurzona Łapa, nawet bez żadnego przywitania. Jakby zwykły wstęp był dla niej za skomplikowany do wypowiedzenia.
Migoczący Nieboskłon przeniósł na nią swoje spojrzenie, ewidentnie zdenerwowany jej obecnością. Chociaż nie miał z uczennicą większych kontaktów, doskonale pamiętał, jak potraktowała go, gdy był jeszcze uczniem. Ta wronia strawa nie miała ani grama szacunku, a jej niewyparzony język zdecydowanie działał pointowi na nerwy.
– Lśniąca Gwiazda nie jest ojcem tych kociąt – odparł stanowczo, dalej wierząc w swoją wersję, tą prawdziwą.
– Cóż, skoro nie jest ich ojcem, to czemu inni mówią że jest ich ojcem? – spytała ciekawsko córka Rozżarzonej Pieśni. Jakby nie potrafiła nie wtryniać nosa w nie swoje sprawy! Czy naprawdę nikt nie mógł zrozumieć tak prostej wersji wydarzeń, że ich lider nie był ojcem całej tamtej trójki?
– Może dlatego, że inni są głupi, hm? – zapytał ostro. – Każdy kto chociaż odrobinę zna naszego przywódcę może zagwarantować, że on czegoś takiego by nie zrobił – powiedział, zirytowany taką ciekawością kotki. Odkąd pierwszy raz się z nią zderzył wiedział, że będą z nią problemy. Na szczęście była jeszcze młodą uczennicą, która może zmieni się wraz z treningiem i nabierze trochę pokory.
– Em... – Zanurzona Łapa otworzyła pysk, jakby chciała dodać coś jeszcze. Jednak tego nie zrobiła, następnie szybko go zamykając. Może zastanowiła się trochę nad swoim zachowaniem i oszczerstwami w stronę głowy klanu i jego rodziny? – To dzięki za sprostowanie lub coś takiego, na razie – powiedziała szybko, a po chwili odwróciła się od kocura i w pośpiechu wyszła z obozu. Migotowi nie umknął fakt, że ruszyła prosto w stronę Różeńcowego Serca, który na nią czekał.
Wojownik miał nadzieję, że ta ostra wymiana zdań da uczennicy do myślenia i więcej nie będzie poruszać tego tematu. Ani z nim ani z nikim innym.
 
***
*Przed rozmową Lśniącej Gwiazdy z Migoczącym Nieboskłonem*
 
Chłodny wiatr co jakiś czas wlatywał do jaskini, w której znajdowali się klifiacy. Mimo pory Nowych Liści słońce nie zaszczyciło nikogo swoją obecnością. Zamiast tego chłodne i rześkie poranne powietrze nieprzyjemnie szczypało wszystkich w nos, a gęsta mgła otaczała terytoria klanów, jakby skrywała jakąś tajemnicę. Jedyny plus takiej pogody był fakt, że akurat tego dnia nie padało, a Migoczący Nieboskłon miał udać się na patrol poranny. Idealnie się złożyło, ponieważ kocur szczerze nienawidził moknąć, a gdyby padało to nie mógłby przecież zostać w obozie. Obowiązki to obowiązki, a on nie mógł ich lekceważyć.
Rozejrzał się sennym spojrzeniem po obozie Klanu Klifu. Cierpliwie wyczekiwał na członków swojego patrolu, chociaż w środku zaczynał się już niecierpliwić. Przecież nie mogli tak siedzieć wiecznie, a im szybciej wyruszą w teren, tym szybciej w razie czego będzą mogli zareagować na niebezpieczną sytuację. W końcu tylko Klan Gwiazdy wiedział, co tak właściwie mogło się danego dnia kryć wokół klifów. Jeszcze spotkałoby ich to samo co Przepiórczą Wichurę, której ciało zostało znalezione niedawno przy klifie. Chociaż większość mówiła, że to samobójstwo, tak właściwie nikt nic nie wiedział, a większość bliskich mówiła, że pierwsza z opcji jest całkowicie niemożliwe. No cóż. Lepiej było nie skończyć jak ona i przypadkiem, lub wcale nie przypadkiem, nie spaść z klifu.
W końcu Migoczący Nieboskłon usłyszał pewne szmery i szepty. Odwrócił powoli głowę w stronę źródła dźwięku, gdzie zauważył Różeńcowe Serce i jego uczennice - Zanurzoną Łapę.

<Zanurzona Łapo?>

Od Smuklikowej Łapy

Tropiąca Łaska została porwana przez samotników, których członkini została więźniem Klanu Wilka. Niecodzienna sytuacja, można by rzec, tym bardziej patrząc na to, że ilość kotów zamieszkujące tutejsze tereny nie uległa zmianie. Jednak to nie Sroka, a Tropiąca Łaska była bliższa pręgusowi. Co prawda, nie był z nią jakoś blisko, tym bardziej tak blisko, jak ze swoimi mamami czy przyjaciółmi, jednak uprowadzona kocica była przecież jego ciotką. Dlatego też pewnego dnia postanowił przy okazji przyniesienia dziennej racji powiedzieć w pysk więźniarce co myśli na jej temat, nie przebierając w słowach. Czy naprawdę myśleli, że mogą bez konsekwencji rzucać wyzwanie Klanowi Wilka? Dobre sobie!
— Smuklikowa Łapo... — Kocur, słysząc lekko karcący ton głosu liderki, nastroszył futro i przełknął ślinę. Czyżby przesadził z wyzwiskami? Na dobrą sprawę mógł użyć gorszych, jednak nie chciał, aby jego język oblepił muł. — Czy mogę cię poprosić o opuszczenie legowiska więźniów? Chciałabym porozmawiać ze Sroką na osobności. Będziesz mógł odwiedzić ją później.
Tuż za liderką spostrzegł Kocimiętkowy Wir, która nie wydawała się zadowolona, że musi towarzyszyć liderce. A może ten grymas na jej pysku sugerował, że kocicy coś dolega?
Uczeń posłusznie skinął głową, decydując się opuścić legowisko więźniarki. Nim oddalił się, spojrzał jeszcze w jego kierunku przez ramię, zastanawiając się, jakich środków liderka użyje, aby wyciągnąć cenne informacje z czarnej kocicy, która była niewiele starsza od Smuklika. Czy dzięki nim uda się uwolnić Tropiącą Łaskę z łap tych samotników? Miał nadzieję, że tak.

~~~

Wspinaczka na drzewa nie stanowiła już trudności dla Smuklikowej Łapy, w szczególności teraz, gdy miał prawie dziesięć księżyców na karku. Pamiętał swoje początki i pierwsze upadki z niskich gałęzi. Pamiętał, jak Kalinowy Powiew zachęcała go do ponowienia prób. Teraz w spojrzeniu mentorki dało się dostrzec podziw, gdy ten, zamiast poruszać się na najniższych partiach drzewa, piął się coraz wyżej. Wiedział, że jego pewność siebie może być zgubna, a mimo to ufał swoim umiejętnościom. Wiedział, że w przeciągu kolejnych treningów jego umiejętności poruszania się wśród drzew polepszą się, a on z łatwością będzie się poruszał między gałęziami, niczym wiewiórka. Z zapartym tchem piął się coraz wyżej i wyżej, aż wreszcie udało mu się dotrzeć na sam czubek drzewa. Nie było ono jakoś specjalnie wysokie, jednak upadek z tej wysokości dla młodego kota mógłby się skończyć dłuższą rekonwalescencją.
Wstrzymał oddech, podziwiając widok zarezerwowany tylko dla kotów posiadających umiejętności wspinaczki.
Ha, głupie Burzaki, które jedyne co potrafią, to ryć pyskami w króliczych norach!
— Whoa... — wymsknęło mu się, gdy skupił spojrzenie na oddalonych od niego terenach Klanu Klifu. Jedyne czego zazdrościł tym krabożercom, to faktu, że mieli plaże i to z prawdziwego zdarzenia, a nie niewielki usyp piasku na brzegu jeziora. — Kalinowy Powiewie! Musisz to zobaczyć! — zawołał, zerkając w dół i machając zachęcająco łapą w jej stronę.
Mentorka z łatwością wdrapała się na drzewo, zajmując miejsce tuż obok swojego ucznia.
— Patrzenie na tereny Klanu Wilka z tej perspektywy to naprawdę inne doznanie. Doświadczenie wschodów i zachodów słońca, a co dopiero możliwość oglądania gwieździstego nieba, gdy ma się go na wyciągnięcie łapy... — Wyciągnął łapę przed siebie, starając się dotknąć bezchmurne błękitne niebo. — Chciałbym przyprowadzić w to miejsce ważnego dla siebie kota. Mamom i rodzeństwu również chce pokazać ten jakże wspaniały punkt widokowy!

[524 słowa + wspinaczka na drzewa]

Od Smuklikowej Łapy

Wujek Kalinowego Powiewu, Trzcinniczkowa Dziupla, został odznaczony tytułem Powiernika Cienia wraz z innymi kotami, jak chociażby Pustułkowy Szpon, Lamentująca Toń czy pośmiertnie Cienista Zjawa. Pręgus marzył o tym, aby w przyszłości również dostąpić zaszczytu zyskania specjalnego tytułu, tym bardziej jako pierwszy w swojej rodzinie, jednak wątpił, aby mógł go otrzymać wcześniej niż jako pełnoprawny wojownik. Życia nie chciał na razie poświęcać, zdrowie częściowo mógł, o ile nie uniemożliwiłoby mu to pełnienia rangi wojownika.
Dlatego też kontynuował swój trening, chcąc, aby nie tylko mentorka, jak i koty, z którymi brał udział w patrolach łowieckich czy granicznych, go zauważyły. W szczególności zależało mu, aby na nim spoczęło spojrzenie jednej z mistrzyń, chociaż najlepiej, gdyby wszystkie trzy spojrzały na niego i poleciły go liderce. Aby zastępcy zobaczyli w nim siebie, gdy sami nabywali umiejętności, jako młode kocury. Aby Zalotna Gwiazda podczas jego ceremonii, tuż po stoczeniu walki z przeciwnikiem, z której wyjdzie zwycięsko, nadała mu człon, który będzie nosił z dumą, jako wojownik Klanu Wilka.
Z powodu skupienia się na treningach, jego myśli rzadziej krążyły wokół szylkretowej kocicy pachnącej ziołami. Jednak, gdy tylko dostrzegał ją w zasięgu swojego spojrzenia, zawsze decydował się do niej podejść i zagaić. A to o postępy na drodze medyka, a to o to, jak jej mijał dzień. Czasem nawet proponował jej zjedzenie wspólnego posiłku. Nawet kilkukrotnie obdarował ją zdobyczą, którą sam upolował.
— Ty mnie leczysz, mnie oraz moich bliskich, więc ja będę cię karmił.
Cóż, i to chyba tyle z jego bycia dyskretnym. Jego deklaracja została skomentowana przez chorych znajdujących się w lecznicy kaszlem lub parsknięciem. Zdając sobie sprawę z ich obecności, poczuł się jak skończony idiota. Tym bardziej, gdy wśród pacjentów dostrzegł błękitną parę oczu mamy Ul, wpatrujące się w niego z czułością. Nawet pomimo towarzyszącego jej złego samopoczucia, w związku ze zranieniem tylnej łapy, z jej pyska ani na moment nie zniknął uśmiech.
— C-Chudy Grzbiet także! Przyda mu się nabrać masy przed kolejną Porą Nagich Drzew — dodał, wskazując łapą na chudego kocura, który na dźwięk swojego imienia rozejrzał się po wnętrzu lecznicy, trzymając w pysku pęczek ziół. — Roztargnionemu Koperkowi również będę przynosił zwierzynę. Wam wszystkim!

~~~

Od poruszania się pod ziemią preferował treningi odbywające się wśród koron drzew. Jednak, aby zostać poleconym Zalotnej Gwieździe przez swoją mentorkę, musiał nauczyć się w szczególności paru umiejętności, które miały uczynić go pełnoprawnym Wilczakiem. Między innymi należała do nich nauka nawigacji w tunelach. Smuklikowa Łapa bez słowa zająknięcia wsunął się w głąb jamy nieopodal Ciernistego Drzewa. Samotne, martwe drzewo, poskręcane przez swój podeszły wiek otoczone było ciernistymi krzewami, które rosnły przy nim gęsto i rozciągały się po terenie niczym sznur. Otaczająca je mgła sprawiła, że sierść kocura się zjeżyła. Widział, że Cierniste Drzewo było ważną lokacją na terenach Klanu Wilka. Było cmentarzyskiem, na którym spoczywali wojownicy Klanu Wilka, którzy kilkaset księżyców temu żyli na tutejszych terenach.
I wtedy przypomniał sobie legendę, która dotyczyła tego miejsca. Przyspieszył kroku, chcąc znaleźć się jak najdalej miejsca, przy którym jeszcze nie tak dawno temu, jako kocię, pragnął złożyć modlitwę do Przodków. Chciał również zapomnieć o dniu, w którym Iglasta Łapa poddał go „próbie wojownika”. Podołał, jednak powrócił do obozu z licznymi zadrapaniami i zaniepokoił tym samym obie swoje matki. Dostrzegając to, szybko zmienił swoje nastawienie, zapewniając, że właśnie przeszedł próbę, dzięki której na pewno uda mu się zostać wspaniałym wojownikiem. W końcu, jakby nie patrzeć, uzyskał właśnie aprobatę potomka Zalotnej Gwiazdy. To było swego rodzaju osiągnięciem.
„No, no, Smuklikowa Łapo! Zyskałeś moje uznanie! Jednak coś potrafisz oprócz ciągłego zadawania pytań. Nie mogę się doczekać ponownego sparingu, jak już oboje będziemy wojownikami!”.
Tunele pod ziemią wcale nie były przyjemniejsze od terenów okalających Cierniste Drzewo. Jego futerko zdążyło przesiąknąć zapachem wilgotnej ziemi. Kilka razy musiał przecisnąć się przez korzeń, który blokował przejście, lub uważać, aby się o niego nie potknąć. Kalinowy Powiew w ciasnym tunelu poruszała się z gracją w przeciwieństwie do swojego podopiecznego. Jej uwagi na temat tuneli, jak i poruszania się poprzez nie, odbijały się echem od kamieni. Podobno niektóre z ich dalszych odnóg sytuowanych przy granicach mogły prowadzić aż pod same tereny Klanu Burzy, jak i Klanu Klifu. Pręgus był ciekaw czy istniał tunel, dzięki któremu byłby w stanie odwiedzić sojuszników klanu, z którymi nie mieli co prawda granicy, ale od zarania dziejów wspierali się nawzajem.
— Kalinowy Powiewie... słyszysz to?! — Smuklikowa Łapa przeraził się, gdy tuż nad swoją głową usłyszał szum wody, a jego umysł nawiedziły mroczne wizje. Gdyby zostali zalani wodą, byliby w pułapce. Nurt pchałby ich w głąb tuneli znajdujących się na najbliższych piętrach, nie mając szansy na ratunek. Zdawał sobie z tego sprawę.
— Nad nami płynie podziemna rzeka. W tym miejscu warstwa rozdzielająca nas i rzekę jest szczególnie płytka i zdarza się, że woda niekiedy przecieka z sufitu. Jednak możesz mieć pewność, że jesteśmy bezpieczni. Masz moje słowo.
Mimo zapewnień mentorki nie potrafił pozbyć się z umysłu wizji, które go nawiedziły. Zajęło mu to dłuższą chwilę, nim udało mu się oczyścić umysł i skupić na opowieści wojowniczki na temat korytarzy, do których w przyszłości się udadzą.
W końcu udało im się dostrzec słabe promienie słoneczne wpadające przez otwór na końcu tunelu. Smuklikowa Łapa opuścił tunel, otrzepując się na dobrą sprawę ze wszystkiego, co znalazło się na jego szarym futrze. Pył, grudki, a nawet mały robak.
— Czy wiesz, gdzie się znajdujemy?
Smuklikowa Łapa zmrużył oczy, skupiając wzrok na znajdujących się za krzewami strzępach materiału. Po raz pierwszy miał okazję znaleźć się tak blisko Opuszczonego Obozowiska. Wiedział, dlaczego lepiej nie było udawać się w jego okolicę. Był śmiertelną pułapką, w szczególności metalowe paszcze, które znajdowały się porozrzucane w jego okolicy.
— Niedaleko Opuszczonego Obozowiska...
— Mhm. Bardzo dobrze. A teraz, Smuklikowa Łapo, pora na powrót do naszego obozu... — Mówiąc to, Kalinowy Powiew ponownie zbliżyła się do wejścia do tunelu. — Skorzystamy z tej samej drogi.
Tym razem to Smuklikowa Łapa miał iść na przodzie i przy użyciu swoich zmysłów, jak i pamięci, zaprowadzić siebie i mentorkę do obozu, korzystając z fragmentu korytarza, dzięki któremu tutaj dotarli. Korzystając z rad mentorki, co jakiś czas nasłuchiwał, wąchał, a nawet starał się odnaleźć charakterystyczne cechy danego korytarza, którymi mógł być wysoki sufit, charakterystycznie wygięty korzeń czy kamienna ściana. Musiał pamiętać, aby przy rozwidleniu, gdzie znajdowała się szczelina, udać się korytarzem prowadzącym na północ, o ile nie chciał zejść na niższe poziomy tuneli.

~~~

Pięć wschodów słońca po treningu nawigacji w tunelach Smuklikowa Łapa wziął udział w pojedynku uczniów. Jego przeciwnikiem był Bzycząca Łapa, co ucieszyło pręgusa. Bzyczek był przyjacielem Smuklika, z którym młodziak lubił trenować i słuchać jego cennych rad. Nawet fakt, że czekoladowy w związku z większą ilością księżyców spędzonych na treningu miał przewagę nad uczniem Kalinowego Powiewu i raz za razem przyszpilał go do ziemi, nie zniechęcała pręgusa do potyczki. Każdy upadek i każde pacnięcie łapą przez Bzyczka było cenną lekcją. Smuklikowa Łapa musiał być szybszy, zwinniejszy, aby uniknąć w przyszłości prawdziwych pazurów wroga, z którym przyjdzie mu stanąć do walki. Musiał zyskać przewagę nad starszym kocurem, jeśli chciał wyjść zwycięsko podczas dzisiejszego sparingu. Wykorzystując siłę swoich łap, początkowo starał się odbijać jak najwyżej od podłoża, aby robić uniki, jednak z upływem czasu zdecydował się przejść do ofensywy, starając się blokować każde uderzenie kocura.
— Ej, Smuklik... — miauknął kocur, tuż przy uchu pręgusa, gdy niebieski trafił go w przedramię, blokując tym samym jego atak. — Ty lubisz Bryzową Łapę, prawda?
Smuklik się zachwiał, a Bzycząca Łapa, wykorzystując ten błąd, jednym szybkim ruchem łapy podciął przeciwnika. Niebieski wylądował na plecach.
— Koniec! Pojedynek uważam za zakończony. Mamy zwycięzcę!
— Dobra robota, Bzycząca Łapo! — zawołał Kamienne Pióro, gdy w tym samym momencie Bzycząca Łapa przyszpilił Smuklika do podłoża, uniemożliwiając mu podniesienie się do góry.
— To było niesprawiedliwe... — burknął Smuklik, próbując odepchnąć starszego kocura. — Odsuń się.
— Było sprawiedliwe. Wykorzystałem twój słaby punkt, Smuklikowa Łapo. Gdybyś nie zareagował w ten sposób, jeszcze z dobre pół dnia moglibyśmy ze sobą walczyć — zaśmiał się, po czym zsunął się z kocura i pomógł mu wstać. — No to jak? Lubisz ją czy nie?
— Lubię... to moja koleżanka... przyjaciółka...
– Tylko? Bo wiesz, coraz częściej zaczynasz przypominać swojego brata, Słoneczną Łapę, gdy znajdujesz się w towarzystwie swojej „koleżanki”.
— Po prostu Bryzowa Łapa mnie onieśmiela... dlatego czasami palnę jakieś głupstwo w jej towarzystwie! To dlatego, że szkoli się na medyka i w przyszłości zostanie asystentką Chudego Grzbietu. Jest mądra, mądrzejsza od nas wszystkich razem wziętych! I nawet nie próbuj się z tym nie zgodzić! A Słoneczna Łapa to całkowicie inny przypadek niż ja!
— Bzzz, bzzz... — Bzyk zaczął bzyczeć, kładąc łapę na piersi Smuklikowej Łapy i raz za razem szturchając go w nią pazurem. — Zostałeś użądlony przez owada przenoszącego straszną chorobę.
— Co ty wygadujesz... — Nieco zażenowany przyglądał się poczynaniom Bzyczącej Łapy, po czym parsknął, z trudem powstrzymując śmiech.
Przepychając się przyjacielsko, ruszyli w kierunku swoich mentorów, którzy zamierzali ich jeszcze dzisiejszego dnia zabrać na wspólne polowanie, tym razem nie na ziemi, a wśród koron drzew.

[1478 słów + nawigacja w tunelach + udział w pojedynkach uczniów]

Wyleczeni: Miodowy Ul

Od Smuklikowej Łapy

Pierwsze kwadry jako uczeń wojownika, Pora Nowych Liści

Smuklikowa Łapa wraz z Kalinowym Powiewem oraz dwójką starszych wojowników wybrał się na patrol łowiecki. Niebieska dzień wcześniej zadbała o wpojenie teorii terminatorowi, nim ten będzie gotów spróbować własnych sił podczas polowania. Młodziak bardzo ekscytował się pierwszym wyjściem poza obóz w celu zapolowania. Chciał zostać wspaniałym łowcą, jak Orion, o którym opowiadała mu Jesionowa Szadź. Z tą myślą żwawo kroczył leśną ścieżką, tuż u boku swojej mentorki, za Sowim Zmierzchem oraz Grubą Rybą. Gdyby Smuklikowa Łapa nie wiedział o tym, że rudy kocur jest bratem asystenta medyka, nigdy sam na to by nie wpadł. Byli swoimi przeciwieństwami, a jednak łączyły ich więzy krwi.
Czwórka kotów udała się w okolicę Potwornej Przełęczy, jak i granicy z Klanem Burzy. Smuklikowa Łapa dziwnie się czuł na otwartej przestrzeni, gdzie trudno było mu się ukryć. Obóz Klanu Wilka był otoczony z każdej strony przez gęsto rosnące drzewa, które nie tylko stanowiły schronienie dla wojowników, ale również dla ich zwierzyny. Nie bardzo rozumiał, dlaczego Sowi Zmierzch wybrał to miejsce.
— Myślałeś, że będziesz polować na ptaki lub wiewiórki? — zagadnął starszy, dostrzegając na pysku młodszego konsternację. — Ha! Dobre sobie! Nie opanowałeś wspinaczki na drzewa, a zachciało ci się polować wśród koron drzew...
Smuklikowa Łapa położył po sobie uszy, zawstydzony słowami Sowiego Zmierzchu.
— Pragnę przypomnieć ci, Sowi Zmierzchu, że Smuklikowa Łapa jest uczniem od dwóch kwadr. Ma dużo czasu, aby opanować do perfekcji wspinaczkę na drzewa, w której zrobił wystarczające postępy, jak na świeżo mianowanego ucznia. Proszę, zachowaj prześmiewcze uwagi dla siebie. — Słowa mentorki nieco podniosły niebieskookiego na duchu. Wstawiła się za nim, co nie każdy mentor był w stanie zrobić. — Wybacz, Smuklikowa Łapo. To ja poprosiłam, abyśmy podczas dzisiejszego patrolu skupili się na sztuce polowania na ziemi. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe.
Z jednej strony kocur rozumiał troskę Kalinowego Powiewu. Gdyby coś mu się stało poważanego podczas polowania na wysokości, jego trening zostałby wstrzymany, dopóki by nie wydobrzał. Jego mianowanie mogłoby się wydłużyć o kolejne księżyce, a przecież tego nie chciał. Zależało mu na tym, aby w krótkim czasie poznać i nabyć umiejętności, dzięki którym będzie mógł zostać wojownikiem. Jednak czy polowanie wśród koron drzew nie byłoby swego rodzaju testem jak chociażby spędzenie nocy w lesie?
— Nie... chociaż jestem trochę rozczarowany. Sobą — doprecyzował. — Sądziłem, że wspinaczka na drzewa nie stanowi już dla mnie problemu.
— Przed tobą wiele wschodów słońca nauki, Smuklikowa Łapo. Wiedz, że dostrzegam twoją determinację i chęć pogłębiania wiedzy. Jednak uważam, że lepiej na spokojnie zgłębić dwie różne techniki i opanować je do perfekcji. Gdy to się stanie, polowanie wśród koron nie będzie stanowiło dla ciebie problemu i przyjdzie ci z większą łatwością.
— Skoro tak mówisz, Kalinowy Powiewie. Wierzę ci! — Na pysku młodzieńca ukazał się szeroki uśmiech. — Sowi Zmierzchu! — zawołał do starszego wojownika. — Zmierzmy się! Upoluję od ciebie większą zdobycz!
— Nie jestem tego taki pewien... Ale niech ci będzie! Jeśli nie podołasz, będziesz wyciągał kleszcze starszym z futra i przepędzał z ich posłań mrówki do końca swojego życia!

~~~

Smuklikowa Łapa nie przewidział tego, że może dojść do remisu. Sowi Zmierzch najprawdopodobniej także. Oboje stali naprzeciw siebie, trzymając w pyskach mysz leśną o dokładnie tym samym rozmiarze, długości ogona, jak i wąsików. Smuklikowa Łapa w ciszy obserwował starszego kocura, zastanawiając się co teraz. Czy mimo wszystko będzie do końca swoich dni musiał wyciągać kleszcze starszym z futra? Raz na jakiś czasu mógł im pomóc uporać się z krwiopijcami, ale dzień w dzień, dopóki nie wyda ostatniego tchu i sam nie zostanie starszym? Co to, to nie!
— No proszę... — mruknął Sowi Zmierzch, tuż po tym, jak odłożył na trawę zdobycz. Wpatrywał się z uznaniem w Smuklikową Łapę, który oczekiwał werdyktu, niemal przy tym zapominając, jak się oddycha. — Kalinowy Powiew jest lepszą mentorką, niż sądziłem. W końcu za jej szkolenie odpowiadał sam Krucze Pióro, który jest zastępcą! Dobra robota, Smuklikowa Łapo!
Smuklik nie wiedział, która informacja uciszyła go bardziej. To, że został pochwalony przez starszego wojownika, to, że Kalinka została pochwalona, czy obie te rzeczy?
Z tlącymi się iskierkami w oczach, spojrzał w kierunku kocicy. Wiedza, którą mu przekazała była bardzo cenna. To dzięki niej udało mu się pochwycić szczwaną mysz. Jak na pierwszy raz była to naprawdę dobra zdobycz. Tym bardziej że nie chodziło tu o wielkość, a sam fakt, że mógł ją komuś sprezentować i nakarmić współbratymca. Jednego, ale to zawsze coś.
Pręgus zbliżył się do mentorki, kładąc przed nią truchło zwierzęcia.
— Wiem, że część kotów stosuje się do zasady nakarmienia pozostałych kotów, nim same będą mogły zjeść... w szczególności starszych, kociąt i ich matek. Sam również uważam, że to dobra zasada, potrzebna, gdyż oni nie są w stanie polować. Mają inne obowiązki wobec klanu i należy o nich dbać, w szczególności tyczy się to nas, uczniów i wojowników. Jednak to właśnie tobie, Kalinowy Powiewie, pragnę ofiarować moją pierwszą zdobycz! Czy zechcesz ją przyjąć? — Lekko popchnął nosem mysz, po czym podniósł wzrok na kocicę.

[809 słów]

Korowy Szept urodziła!

Korowy Szept wydała na świat jednego, zdrowego kocurka!

Komarza Łapa został adoptowany!

Nowy właściciel: kruliik. [Discord]

Od Słonkowej Łapy (Tańcującej Słonki) CD. Ćmiej Łapy (Ćmiego Lotu)

Przeszłość

Słonkowa Łapa wsunęła łeb w półmrok lecznicy i spostrzegła, jak jej siostra wzdryga się na posłaniu, a następnie wbija w nią wzrok. Czy naprawdę aż tak przestraszyła się obecności szylkretki? Jej oddech wydawał się nieco przyspieszony, a futro było zmierzwione, jakby dopiero co się obudziła. Słonka posłała jej niezręczny uśmiech i podeszła bliżej.
— Hej… Ćmia Łapo. Ciężka noc? — zagadnęła, postanawiając spróbować nawiązać z siostrą jakąś rozmowę, zamiast, jak zwykle, ograniczać się do wymiany krótkich zdań.
— T-tak, trochę ciężka — odparła, po czym potrząsnęła łbem. — Co cię tu sprowadza?
Słonka przez chwilę milczała. Czy naprawdę chciała, by medycy marnowali zioła na jej nieznaczny ból głowy? Na pewno znalazłyby się koty, które bardziej potrzebowały pomocy niż ona. Jednak… skoro już tu przyszła i zdążyła wystraszyć swoją siostrę, musiała w końcu wyjaśnić, co jej dolegało.
— Cóż… Odkąd wstałam, męczy mnie ból głowy. Niedługo pewnie Jenocia Kufa zabierze mnie na trening i nie chciałabym, żeby ból mi w nim przeszkadzał — wyznała.
— Dobrze, nie martw się, ziół na ból głowy mamy w bród. Już ci coś daję — mruknęła kremowa.
Podczas gdy kotka zaczęła grzebać w składziku, Słonka zastanawiała się, czy powinna spytać ją o to, dlaczego wcześniej tak się wzdrygnęła. Czy siostra będzie chciała o tym opowiadać?
— To… śniło ci się dzisiaj coś nieprzyjemnego? Czy po prostu krótko spałaś? — spytała w końcu.
— Miałam dzisiaj dużo pracy... Byłam wycieńczona — wyznała.
Słonka uniosła jedną brew. “Dzisiaj?” — pomyślała, po czym zmrużyła ślepia, mierząc siostrę podejrzliwym wzrokiem. “Przecież dopiero co wstałaś” — dodała w myślach, lecz nie odważyła się powiedzieć tego na głos. Domyślała się, że Ćmia Łapa była zmęczona. Może chodziło jej o to, że poprzedniego dnia miała dużo pracy? Cóż, nawet jeśli tak nie było i pręgowana naprawdę skłamała przed siostrą, Słonka nie sądziła, by udało jej się wyciągnąć z niej prawdę. Sama nie byłaby zadowolona, gdyby ktoś naciskał na nią, by się do czegoś przyznała, podczas gdy nie miałaby na to ochoty.
Ostatecznie szylkretka zdecydowała się jedynie skinąć głową i wydać z siebie cichy pomruk, dając siostrze do zrozumienia, że ją rozumiała. Już po chwili Ćma odwróciła się do niej, trzymając w pysku jakieś zioło. Następnie położyła je przed łapami starszej siostry, która mogła teraz wziąć je do pyska i zjeść.
— Dziękuję — mruknęła, uśmiechając się do siostry. — Jest jeszcze wcześnie, więc lepiej wróć do posłania! Nim wszyscy się rozbudzą, pewnie minie jeszcze trochę czasu, a skoro jesteś zmęczona, to lepiej wykorzystaj te chwile — dodała, czując, że gdzieś w połowie wypowiedzi zaczął plątać jej się język. Nigdy nie była zbyt dobra w składaniu sensownych zdań.
Potem odwróciła się na pięcie, czując się nieco zażenowana swoimi umiejętnościami prowadzenia konwersacji. Zapomniała się nawet pożegnać z siostrą i zaraz wróciła do legowiska uczniów.

* * *

Wciąż nie potrafiła przełknąć faktu, że Przepiórcza Wichura odeszła. Przecież jeszcze jakiś czas temu była żywym, istniejącym kotem, którego głosu Słonka mogła słuchać, a obecność czuć. Mogła z nią rozmawiać, dzielić się językami, plotkować i zwierzać się jej. Teraz to wszystko przepadło. Ich relacja zakończyła się na etapie, na którym znajdowała się w dniu, gdy do uszu szylkretki dotarły wieści o znalezieniu roztrzaskanego, cynamonowego ciała u podnóża klifu. Nie było szans na to, by jeszcze kiedykolwiek stworzyły razem kolejne wspomnienia. Nie było szans na to, by Przepiórka jeszcze raz podroczyła się ze swoją siostrzenicą, mówiąc o tym, jaka to ona jest zakochana w Cichej Łapie. Wtedy wojowniczka miała nadzieję, że ta chwila skończy się jak najszybciej. Nie chciała już słuchać o tym, że patrzy na liliowego kocura, jakby był najjaśniejszą gwiazdą na niebie. Teraz jednak, po odejściu Przepiórczej Wichury, oddałaby wszystko, byle tylko przeżyć tamten moment jeszcze raz. Nawet jeśli znowu miałaby czuć się tak, jakby chciała zapaść się pod ziemię.
Nie miała nawet pomysłu na to, co powinna zrobić, by poczuć się choć odrobinę lepiej. Nie chciała już mieć wrażenia, że stres napiera na nią z każdej strony i jest niczym niewidzialna, choć jak najbardziej prawdziwa, klatka. Może przydałaby jej się rozmowa z protektorem albo chociaż kimś bliskim? Może jakiś spacer dla oczyszczenia umysłu, sen, zioła? Możliwości było wiele, lecz Tańcująca Słonka nie potrafiła zdecydować się na żadną z nich. Mogła więc jedynie siedzieć bezsilnie w swoim posłaniu, wciąż przekonując samą siebie, że nie może nic zrobić i powinna po prostu czekać, aż jej umysł sam się uspokoi. Czy w końcu czas nie leczy ran? Słyszała to powiedzenie już wiele razy w ciągu swojego życia i wydawało jej się prawdziwe. Skoro Firletkowa Łapa był w stanie zregenerować swoją łapę, to dlaczego ona nie mogłaby zregenerować wnętrza swojej głowy?
Szylkretka w końcu ziewnęła przeciągle, gotowa wreszcie zasnąć, gdy nagle usłyszała przed sobą czyjeś kroki, a zaraz potem nieco zdyszany oddech. Powoli otworzyła oczy, zastanawiając się, kto mógł jej przerwać. Ku jej zdziwieniu ujrzała przed sobą czarnofutre łapy. Złamana Wola. Tylko czego od niej chciał? Spodziewała się, że będzie to Źródlana Łuna, chcąca przekazać jej, że została wybrana do kolejnego patrolu. A jednak stał przed nią jej najdroższy przyjaciel.
— Cześć, Słonko… — odezwał się, choć w jego głosie brzmiała nuta wahania. — Cicha Łapa uświadomił mi, że… Przepiórcza Wichura była twoją ciocią, no i… chciałem powiedzieć, że ci współczuję, bo… — urwał, gubiąc się we własnych słowach.
Wojowniczka zrobiła skwaszoną minę, lecz niczego nie powiedziała. Mimo wszystko doceniała fakt, że Złamana Wola postanowił udowodnić jej, że ma jakieś uczucia, a przede wszystkim, że potrafi odczuwać empatię. Nie chciała go zniechęcać do dalszego rozwijania w sobie tej wrażliwej strony. Wiedziała, że niektóre koty na pewno doceniłyby takie słowa wsparcia, lecz ona nie była jednym z nich. I Złamana Wola nie musiał o tym wiedzieć.
— Dziękuję — mruknęła w końcu żółtooka, mrużąc oczy ze zmęczenia. — Bardzo doceniam twoje słowa. Naprawdę wiele dla mnie znaczą — dodała głosem wręcz wypranym z emocji. Od razu przeraziła się, że zabrzmiała niemiło i szorstko. Żołądek ścisnął jej się z nerwów, lecz ciało nawet nie drgnęło.
— Och, naprawdę…? To dobrze — odetchnął wojownik. — Wiesz, że wolę pocieszać koty za pomocą gestów, a nie słów! Ale leżysz tak już od dłuższego czasu i obawiam się, że tym razem nie byłbym w stanie wyciągnąć cię nad morze. No chyba, że jednak dałbym radę…? — mruknął, a w jego głosie można było dosłyszeć wyraźną propozycję.
Żółtooka westchnęła ciężko na jego słowa, niezbyt chętna do tego, by gdziekolwiek z nim iść.
— Przepraszam, ale chyba będę musiała podziękować… — wymamrotała, nie czując się zbyt dobrze z tym, że właśnie zbywała swojego przyjaciela, który chciał ją jedynie pocieszyć. — Ale może przejdziemy się kiedy indziej…? — dodała.
Złamana Wola przez moment stał w ciszy. Słonka musiała aż otworzyć oczy, by upewnić się, że wciąż przed nią był, a nie zdążył już odejść.
— No nie wiem, Słonko! — odezwał się w końcu. — Skoro nie chcesz się przejść nad morze, to może chociaż dasz się zaprowadzić do medyczek? Leżysz tu jak przybity pies. Może dałyby ci jakieś zioła… na wzmocnienie czy coś? — miauknął, wciąż próbując jakoś pomóc wojowniczce. — Znowu zachowujesz się jak wtedy, po wypadku Firletkowej Łapy… A przecież Przepiórka była tylko twoją ciocią… — dodał ciszej, jakby bał się, że tymi słowami urazi Słonkę.
Może gdyby niebieska nie była teraz taka zmęczona, poczułaby się choć trochę oburzona. Nie miała jednak siły kłócić się z przyjacielem. Nie potrzebowała tracić kolejnego bliskiego jej kota.
— Nie… Nie potrzebuję ziół — odrzekła, choć dobrze wiedziała, że jeszcze chwilę wcześniej zastanawiała się, czy by jej nie pomogły. Dlaczego tak się zachowywała? Dlaczego po prostu nie przystała na propozycję Złamanej Woli?
— To czego potrzebujesz? — Czarnofutry najwyraźniej nie zamierzał jej odpuścić. W jego głosie pobrzmiewała również nuta desperacji, jakby Słonka była jakąś zagadką, której nie potrafił rozwiązać, choć bardzo tego pragnął.
— Nie wiem… Spokoju? — westchnęła, kładąc po sobie uszy. — Jestem zmęczona, Złamana Wolo. Chciałabym pójść spać, jeśli byś pozwolił… — wyznała, mając nadzieję, że kocur nie odbierze tego tak, jakby chciała się go po prostu pozbyć. To znaczy — chciała. Ale nie dlatego, że go nie lubiła. Po prostu miała zły humor.
W końcu dymny burknął coś pod nosem i odszedł. Żółtooka zacisnęła szczękę, w myślach karcąc się za swoje zachowanie. Czy kocur właśnie się na nią obraził? Dlaczego tak bez słowa odszedł? Czy stwierdził, że nie ma sensu próbować jej pomóc, skoro nie chciała tej pomocy przyjąć? Cóż, zapewne każdy kot w końcu by się poddał, gdyby miał do czynienia z takim twardym orzechem do zgryzienia.
Wojowniczka czuła się teraz podwójnie przybita, lecz jeszcze bardziej ciążyły jej powieki. Były niemal sklejone ze zmęczenia.
Spodziewała się, że właśnie zepsuła relację z przyjacielem. Myślała, że kocur odszedł już na dobre i będzie musiała się za nim uganiać, gdy tylko poczuje się lepiej. Tak się jednak nie stało. Już po chwili do rzeczywistości przywróciło ją szturchnięcie czyjejś łapy.
— Słonko! Przyprowadziłem do ciebie twoją siostrę! — Słonka usłyszała głos dymnego.
Kotkę rozbudziły jego słowa. Jak to? Którą siostrę? Otworzyła ślepia i ujrzała przed sobą Ćmi Lot, która wpatrywała się w nią z zatroskaniem na pysku.
— C-co? — wydukała szylkretka, podnosząc głowę. — Dlaczego…?
Złamana Wola uśmiechnął się do swojej przyjaciółki i dumnie wypiął pierś.
— Pomyślałem, że może pogadacie ze sobą. Jak siostra z siostrą. I wtedy ci przejdzie! — stwierdził, lecz zanim Tańcująca Słonka zdążyła mu odpowiedzieć, odwrócił się na pięcie. — To ja was zostawiam! Powodzenia! — rzucił na pożegnanie.
Starsza z sióstr natychmiast poderwała się ze swojego posłania, wykonując przy tym nerwowe ruchy.
— Prze-przepraszam! Nie chciałam ci zawracać głowy, Ćmo… Na pewno masz teraz dużo pacjentów i… po-powinnaś wrócić do lecznicy, by się nimi zająć, a nie… rozmawiać teraz ze mną! — zaczęła się tłumaczyć.

<Siostro?>

01 listopada 2026

Od Lśniącej Gwiazdy CD. Migoczącej Łapy (Migoczącego Nieboskłonu)

— Dobrze — miauknął, gdy dotarli wreszcie na opustoszałą polanę. Na jego pysku pojawił się łagodny uśmiech, a głos, jak zwykle starannie wyważony, nie zdradzał niczego poza spokojną stanowczością. — Chciałbym, żebyś jeszcze raz pokazał mi pozycje z naszej ostatniej lekcji. Jestem ciekaw, ile udało ci się zapamiętać.
Migocząca Łapa przez krótką chwilę spoglądał na ojca z niepewnością, jak gdyby próbował odczytać coś z jego oblicza, zanim ostatecznie odwrócił głowę i przystąpił do ćwiczenia. Ostrożnie obniżył tułów, rozstawiając łapy w sposób, który miał przypominać pozycję zaprezentowaną mu poprzedniego dnia, jednak już po kilku chwilach stało się jasne, że jego starania nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Przednie kończyny uginały się pod niewłaściwym kątem, ciężar ciała spoczywał nierównomiernie, a zad pozostawał niepokojąco uniesiony, pozbawiając całą sylwetkę stabilności.
Co jakiś czas uczeń zerkał w stronę przywódcy, jak gdyby poszukiwał w jego spojrzeniu potwierdzenia, że przynajmniej część wykonywanych ruchów była poprawna. Być może liczył również na wskazówkę, która pozwoliłaby mu uniknąć kolejnego błędu, zanim ten zostanie zauważony. Lśniąca Gwiazda przyglądał mu się jednak bez pośpiechu, nie zdradzając ani aprobaty, ani niezadowolenia. Na jego pysku wciąż utrzymywał się ten sam subtelny uśmiech, a uszy pozostawały skierowane ku uczniowi, jak gdyby przywódca z największą przyjemnością poświęcał mu całą swoją uwagę.
Nie zamierzał mu pomagać.
Chciał zobaczyć, co Migocząca Łapa potrafił zrobić samodzielnie, bez podpowiedzi, zachęty czy nieustannego naprowadzania na właściwe rozwiązanie. Nie interesowało go wyłącznie to, czy uczeń zapamiętał poszczególne ruchy. Znacznie bardziej ciekawiło go, jak zareaguje na własne niepowodzenie, czy podejmie kolejną próbę, a może — jak zaczynał podejrzewać — ponownie spróbuje wymknąć się obowiązkowi, zanim zdąży rzeczywiście się z nim zmierzyć.
W końcu nieznacznie przechylił głowę.
— Och, Migocząca Łapo — odezwał się łagodnie, niemal z pobłażliwym rozbawieniem. — Chyba nie tak wyglądała pozycja, którą wczoraj ci pokazywałem.
Nie podniósł głosu, nie zmarszczył nawet brwi. Jego słowa zabrzmiały raczej jak delikatna uwaga, którą można byłoby skierować do kogoś, kto przypadkiem pomylił drogę, niż jak nagana ze strony nauczyciela rozczarowanego postępami swojego ucznia. Mimo to nie umknęło mu, jak szybko Migocząca Łapa wyprostował się, wyraźnie zakłopotany własnym niepowodzeniem.
— Nie potrafię…
Lśniąca Gwiazda przez moment milczał, pozwalając, by odpowiedź syna zawisła pomiędzy nimi. Następnie wypuścił powietrze nosem, a jego ogon poruszył się leniwie za grzbietem. Nie było w tym geście gwałtowności ani jawnego zniecierpliwienia, choć gdzieś pod starannie utrzymywaną powierzchnią jego myśli pojawiło się chłodne rozczarowanie. Nie samym błędem, rzecz jasna. Błędy były przecież naturalną częścią nauki i nie stanowiły dla niego niczego szczególnie niepokojącego. Znacznie mniej podobała mu się łatwość, z jaką Migocząca Łapa uznawał własne ograniczenia za coś niepodważalnego.
— Nie potrafisz jeszcze — poprawił go spokojnie, kładąc szczególny nacisk na ostatnie słowo. — To jednak dwie zupełnie różne rzeczy, nie sądzisz?
Przesunął się o kilka kroków, obchodząc ucznia łagodnym łukiem, po czym zatrzymał się przy jego boku. Nie musiał się spieszyć. Miał przed sobą całe popołudnie, a jeśli zaszłaby taka potrzeba, również następne dni. W końcu cierpliwość była jedną z tych cech, które nauczył się prezentować z niemal doskonałą swobodą.
— Wczoraj również sprawiało ci to trudność — kontynuował, przyglądając się uważnie ułożeniu jego łap. — Dlatego zastanawiam się, czy znalazłeś później chwilę, aby poćwiczyć. Wiesz, powtarzanie poznanych ruchów jest niezwykle ważne. Nawet najlepszy wojownik nie osiąga swoich umiejętności wyłącznie dzięki temu, że ktoś raz pokaże mu, jak powinien ustawić łapy.
Uniósł wzrok na syna.
— Miałeś przecież całą noc, Migocząca Łapo. Nie oczekiwałem, że następnego dnia będziesz wykonywał wszystko bezbłędnie, ale sądziłem, że przynajmniej spróbujesz utrwalić to, czego się nauczyłeś.
— Ja–
Migocząca Łapa urwał, nim zdążył wydobyć z siebie cokolwiek więcej. Jego pysk rozchylił się nieznacznie, jak gdyby wciąż poszukiwał odpowiednich słów, lecz żadna z nasuwających się odpowiedzi nie wydawała mu się dostatecznie dobra. Spuścił wzrok na własne łapy, nerwowo poruszając końcówką ogona, a jego uszy, dotychczas jedynie lekko odchylone na boki, powoli opadły jeszcze niżej. Najwyraźniej chciał coś wyjaśnić, może usprawiedliwić swoje niepowodzenie, lecz Lśniąca Gwiazda nie zamierzał pozostawiać mu zbyt wiele przestrzeni na podobne próby.
— Wiesz, Migocząca Łapo… — podjął łagodnie, niemal z ojcowską wyrozumiałością, przechylając nieznacznie głowę. — Nie stawiam przed tobą wymagań, których nie byłbyś w stanie spełnić. Pragnę jedynie, abyś zrozumiał, jak wiele od ciebie zależy.
Jego głos pozostawał spokojny, miękki i starannie wyważony, a każde kolejne słowo zdawało się wypływać z pyska z niemal nienaganną swobodą. Nie było w nim śladu zniecierpliwienia, które jeszcze przed chwilą mogło czaić się gdzieś na dnie jego myśli.
— Ty musisz być najlepszym z najlepszych — oznajmił, robiąc krótką pauzę, jak gdyby chciał dać synowi czas na przyswojenie tej myśli. — Jesteś przecież moim synem. Synem przywódcy Klanu Klifu. Czy rozumiesz, co to oznacza?
Nie oczekiwał odpowiedzi. Zresztą, nie była mu ona do niczego potrzebna.
Przesunął wzrokiem po sylwetce młodego kota, zatrzymując się na jego opuszczonej głowie i niepewnie rozstawionych kończynach. Wokół nich polana pozostawała niemal zupełnie nieruchoma; jedynie delikatne podmuchy wiatru poruszały trawą, a wysoko nad ich głowami liście szeleściły cicho, tworząc jednostajny szmer, który wypełniał przerwy pomiędzy wypowiadanymi słowami. Lśniąca Gwiazda nie spieszył się jednak z kontynuowaniem. Wiedział, że odpowiednio dobrana cisza potrafi niekiedy przemówić znacznie skuteczniej niż najstaranniej ułożone zdanie.
— Nie możesz pozwalać sobie na takie potknięcia już na początku swojego szkolenia — dodał wreszcie, a jego ton nabrał jeszcze łagodniejszego zabarwienia. — Inne koty będą na ciebie patrzeć. Będą obserwować każdy twój krok, każde twoje zwycięstwo, ale również każdą porażkę. Niektórzy z nich z pewnością będą zastanawiać się, czy rzeczywiście zasługujesz na wszystko, co otrzymasz dzięki swojemu pochodzeniu.
Wypowiadał te słowa z niemal rozczulającą delikatnością, jak gdyby dzielił się z synem niezwykle istotną, choć nieco przykro brzmiącą prawdą, którą każdy troskliwy ojciec powinien przekazać swojemu dziecku. W rzeczywistości starannie dobierał każde zdanie, układając je niczym kamienie na ścieżce, po której Migocząca Łapa miał podążyć dokładnie tam, dokąd zamierzał go poprowadzić.
— Musisz sprawić, bym był z ciebie dumny — powiedział po chwili, przyglądając mu się z pozorną czułością. — Chciałbym móc patrzeć na ciebie i widzieć wojownika, którego umiejętności będą budzić podziw całego klanu. A żeby tak było musisz naprawdę włożyć w to sporo czasu oraz poświęceń.
Przymknął na moment oczy, pozwalając, by na jego pysku zagościł wyraz zadumy. W głębi umysłu nie odczuwał jednak ani ojcowskiego wzruszenia, ani szczególnej dumy z samego faktu, że przed nim stał jego potomek. Migocząca Łapa był dla niego przede wszystkim przedłużeniem własnego imienia, kolejnym elementem obrazu, który Lśniąca Gwiazda tak pieczołowicie budował wokół swojej osoby. Nie wystarczyło mu być przywódcą, którego darzono szacunkiem. Pragnął, by jego krew, jego potomstwo i wszystko, co nosiło w sobie jego dziedzictwo, stanowiło potwierdzenie jego wielkości.
A przeciętność nie miała w tym obrazie miejsca.
— W przeciwnym razie będziesz po prostu kolejnym zwyczajnym wojownikiem — dodał, niemal niezauważalnie wzruszając barkami. — Jednym z wielu, których imiona z czasem zatrą się w pamięci klanu. Czy naprawdę tym chciałbyś być?
Tym razem spojrzał mu prosto w oczy.
Nie było w tym spojrzeniu jawnej groźby, nie pojawiła się w nim również surowość, którą można byłoby uznać za typową dla niezadowolonego nauczyciela. Przeciwnie, Lśniąca Gwiazda przyglądał się synowi z niezmąconym spokojem, pozostawiając mu przestrzeń na odpowiedź, a nawet delikatnie unosząc kąciki pyska, jak gdyby niezależnie od tego, co usłyszy, wciąż był gotów okazać mu zrozumienie.
Doskonale wiedział jednak, jaką odpowiedź otrzyma.
— Nie chcę — wymamrotał Migocząca Łapa.
W jego głosie pobrzmiewała niepewność, lecz tym razem dało się w nim usłyszeć również coś więcej. Być może obawę przed rozczarowaniem ojca, być może niechęć do wizji przyszłości, którą ten właśnie przed nim nakreślił. Uczeń podniósł nieco głowę, spoglądając na Lśniącą Gwiazdę z wyrazem, który mógłby uchodzić za nadzieję, gdyby nie towarzyszące mu napięcie. Najwyraźniej pragnął usłyszeć, że istnieje inna droga, że niepowodzenia są czymś naturalnym, a jego wartość nie zależy od tego, jak szybko zdoła opanować kolejne umiejętności.
Przywódca odpowiedział mu jedynie spokojnym uśmiechem.
— Właśnie takiej odpowiedzi się spodziewałem — zamruczał, jak gdyby usłyszał coś niezwykle pokrzepiającego. — Widzisz? Już teraz doskonale wiesz, czego pragniesz. Pozostaje jedynie nauczyć się, jak to osiągnąć.
Wyprostował się nieznacznie, po czym przesunął kilka kroków w bok, wybierając miejsce, w którym podłoże było nieco bardziej równe. Zatrzymał się, sprawdzając pobieżnie ułożenie łap na miękkiej ziemi, a następnie odwrócił głowę w stronę ucznia. W jego ruchach nie było najmniejszego pośpiechu; każdy zdawał się wynikać z naturalnej pewności siebie kota, który doskonale znał własne możliwości i nie miał potrzeby ich udowadniać.
— W takim razie pozwól, że pokażę ci to jeszcze raz — oznajmił, wykonując zapraszający gest ogonem. — Tym razem przyjrzyj mi się uważnie. Nie musisz się spieszyć, Migocząca Łapo. Lepiej poświęcić kilka dodatkowych chwil na zrozumienie ruchu, niż później tracić całe godziny na poprawianie błędów.
Obniżył tułów, płynnie przenosząc ciężar ciała na odpowiednio rozstawione kończyny. Przednie łapy ustawił pod właściwym kątem, tylne zaś nieco szerzej, dbając o to, by jego sylwetka zachowała równowagę i pozostawała gotowa do natychmiastowego wykonania kolejnego ruchu. Grzbiet ułożył w naturalnej linii, głowę trzymając na wysokości pozwalającej mu obserwować przeciwnika bez niepotrzebnego odsłaniania gardła.
— Zwróć uwagę na przednie łapy — zaczął, nieznacznie poprawiając ich położenie. — Nie powinny być ani zbyt blisko siebie, ani rozstawione tak szeroko, byś stracił swobodę ruchu. Musisz znaleźć równowagę pomiędzy stabilnością a szybkością. Pomyśl o nich jak o korzeniach drzewa: powinny mocno trzymać cię przy ziemi, ale nie mogą pozbawiać cię możliwości poruszenia się, kiedy nadejdzie odpowiednia chwila.
Przez moment pozostał w tej pozycji, pozwalając uczniowi dokładnie przyjrzeć się ułożeniu jego ciała. Następnie powoli uniósł jedną z łap, demonstrując, jak niewielka zmiana w rozłożeniu ciężaru wpływa na równowagę całej sylwetki.
— A teraz tylne kończyny. To one zapewnią ci odpowiednią siłę, kiedy będziesz musiał ruszyć do przodu albo uskoczyć przed ciosem. Nie możesz pozwolić, by ciągnęły się za tobą niczym ciężar, który musisz nieustannie dźwigać. Każda część twojego ciała powinna współpracować z pozostałymi.
Wreszcie wyprostował się, otrzepując z piersi kilka źdźbeł trawy, które przywarły do jego futra. Spojrzał na Migoczącą Łapę, a na jego pysku ponownie pojawił się ten sam nienaganny, spokojny uśmiech.
— Teraz twoja kolej. Pokaż mi, czego się nauczyłeś.
Nie ruszył się jednak z miejsca. Pozostał tuż obok, obserwując każdy ruch syna z uwagą, której nie sposób byłoby uznać za przypadkową.
— I pamiętaj — dodał jeszcze. — Będziemy powtarzać tę pozycję tak długo, aż przestaniesz wyglądać jak niezdarny kociak, a zaczniesz przypominać syna swojego przywódcy.
Ostatnie słowa wypowiedział z lekkim rozbawieniem, jak gdyby pozwolił sobie na niewinny żart, którym zamierzał rozluźnić atmosferę treningu. Jego ogon zakołysał się leniwie, a spojrzenie pozostało przyjemnie łagodne.
W jego umyśle nie było jednak miejsca na pobłażliwość.
Jeśli Migocząca Łapa potrzebował dziesięciu powtórzeń, otrzyma dziesięć. Jeśli stu — będą ćwiczyć do zmierzchu, a nawet dłużej, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Lśniąca Gwiazda nie zamierzał odpuszczać, dopóki nie uzyska rezultatu, którego oczekiwał.

***

Spodziewał się, że prędzej czy później któryś z członków jego klanu zacznie rozniecać pogłoski na temat jego przedłużającej się nieobecności. Trudno było zresztą oczekiwać czegoś innego, skoro przez tak długi czas pozostawiał swoich poddanych bez choćby najdrobniejszego wyjaśnienia, pozwalając, by ich wyobraźnia wypełniała powstałą pustkę kolejnymi domysłami. Nie przypuszczał jednak, że kreatywność niektórych z nich sięgnie aż tak daleko. Z drugiej strony, czy rzeczywiście mógł mieć im to za złe? Im dłużej milczał, tym więcej przestrzeni pozostawiał na podobne niedorzeczności, a każda kolejna chwila zwłoki sprawiała, że coraz trudniej byłoby mu przekonać ich, iż nie mieli powodów do niepokoju.
Nie zamierzał jednak pozwalać, by sytuacja wymknęła mu się spod kontroli. Plotki, choć początkowo niegroźne, miały wyjątkowo nieprzyjemną właściwość rozrastania się do rozmiarów, których nie sposób było później łatwo pomniejszyć. Wystarczyło kilka nieostrożnych słów, odpowiednio podsycone podejrzenia i odrobina niezadowolenia, by nawet najbardziej lojalne koty zaczęły zastanawiać się, czy ich przywódca rzeczywiście zasługiwał na zaufanie, którym dotychczas go obdarzały. Lśniąca Gwiazda nie miał zamiaru dopuścić do podobnego rozwoju wydarzeń. Nie po wszystkim, co osiągnął, i nie wtedy, gdy tak wiele wysiłku kosztowało go stworzenie wizerunku, który powinien pozostawać poza zasięgiem jakichkolwiek wątpliwości.
Musiał wreszcie zabrać głos.
Przeniósł powoli wzrok ku wyjściu ze swojego legowiska, przez krótką chwilę zatrzymując go na rozjaśnionym skrawku przestrzeni, do którego docierały pojedyncze promienie światła. Następnie przeciągnął się niespiesznie, prostując kończyny i pozwalając, by jego mięśnie rozluźniły się po dłuższym odpoczynku. Nie było powodu, by się spieszyć. W końcu nie zamierzał stawać przed klanem jako kot zmuszony do tłumaczenia się ze swoich poczynań, lecz jako przywódca, który z własnej woli postanowił podzielić się z poddanymi częścią wydarzeń ze swojego życia.
Opuścił legowisko i ruszył w kierunku klanowej polany, stawiając łapy z charakterystyczną dla siebie, niemal nienaturalną gracją. Jego krok pozostawał spokojny, wyważony i pozbawiony pośpiechu, a sylwetka zachowywała tę samą nienaganną postawę, którą tak chętnie prezentował podczas spotkań ze swoimi wojownikami. Nie musiał jeszcze wypowiadać ani jednego słowa, by przypomnieć im o swojej obecności. Wystarczyło, że pojawił się wśród nich.
Kiedy dotarł do klanowej mównicy, zatrzymał się na moment, pozwalając spojrzeniu przesunąć się po otaczającej go przestrzeni. Następnie wskoczył na wyznaczone miejsce i uniósł głowę, nabierając powietrza przed wydaniem donośnego nawołania. Jego głos poniósł się ponad polaną, odbijając od skalnych ścian i docierając nawet do tych kotów, które przebywały w najodleglejszych zakątkach obozu.
Kolejne wezwania rozbrzmiewały w powietrzu, aż wreszcie pierwsze sylwetki zaczęły wyłaniać się z legowisk i pobliskich przejść. Jedni przerywali wykonywane właśnie czynności, inni porzucali rozmowy, by skierować swoje kroki ku mównicy, a jeszcze inni wychylali głowy z cienia, jak gdyby chcieli najpierw upewnić się, że rzeczywiście nie przegapili czegoś istotnego. Wkrótce polana zaczęła wypełniać się coraz liczniejszym gronem kotów, a ich spojrzenia, początkowo rozproszone i nieco obojętne, stopniowo skupiały się na stojącym ponad nimi przywódcy.
Lśniąca Gwiazda obserwował ich z niewzruszonym spokojem, nie pozwalając sobie na okazanie choćby najmniejszego śladu zakłopotania. Zauważył kilka spojrzeń, w których kryła się wyraźna ciekawość, inne zaś zdradzały nieufność, której nie sposób było pomylić ze zwyczajnym zainteresowaniem. Niektórzy wojownicy wymieniali między sobą krótkie spojrzenia, jak gdyby próbowali odgadnąć, czego właściwie powinni spodziewać się po tym niespodziewanym zebraniu. Nie umknęło mu również to, że część kotów przyglądała mu się z wyjątkową uwagą, niemal uporczywie, jakby poszukiwały na jego pysku śladów wyczerpania, niepokoju lub czegokolwiek, co mogłoby potwierdzić ich wcześniejsze podejrzenia.
Pozwolił im patrzeć.
Nie miał nic przeciwko temu, by przez kilka dodatkowych chwil pozostawali w niepewności. Przeciwnie, ich zainteresowanie mogło okazać się całkiem użyteczne, o ile tylko zdoła odpowiednio nim pokierować. W końcu nie istniała lepsza okazja do przypomnienia klanowi o własnym autorytecie niż moment, w którym wszyscy jego członkowie z niecierpliwością oczekiwali na słowa przywódcy.
Pora było wygłosić kolejną mowę o dobroci, lojalności oraz wzajemnym zrozumieniu — jedną z tych, które znał niemal na pamięć, a które mimo wielokrotnego powtarzania wciąż potrafiły wywoływać pożądane reakcje. Znał przecież wartość odpowiednio dobranych słów. Wiedział, kiedy należało przemówić stanowczo, kiedy zaś pozwolić, by głos nabrał ciepła i łagodności, dzięki którym nawet najbardziej niepokojące informacje mogły zabrzmieć jak część większego, znacznie piękniejszego planu.
Kiedy uznał, że zgromadzeni zdążyli już zająć odpowiednie miejsca, powoli uniósł głowę. Na jego pysku pojawił się delikatny uśmiech, a spojrzenie, którym obdarzył zebranych, było pełne pozornej serdeczności.
— Dobrze was wszystkich widzieć — rozpoczął, pozwalając, by jego głos poniósł się ponad polaną. — Mam nadzieję, że ostatnie dni upłynęły wam spokojnie. Domyślam się jednak, że dzisiejsze zebranie wzbudziło w was nieco więcej zainteresowania niż zwykle — podjął z lekkim rozbawieniem, nieznacznie przechylając głowę. — Wraz z moim powrotem do Klanu Klifu z pewnością pojawiło się wśród was wiele pytań dotyczących tego, gdzie przebywałem przez ostatni czas, dlaczego nie mogłem wcześniej do was wrócić, a także z jakiego powodu przyprowadziłem ze sobą kilku nowych członków.
Wypowiadając ostatnie słowa, pozwolił sobie na krótkie spojrzenie w kierunku żłobka. Nie zatrzymał na nim wzroku na długo, lecz wystarczyło to, by przypomnieć zgromadzonym o obecności tych, których pojawienie się z pewnością stało się jednym z najczęściej omawianych wydarzeń ostatnich księżyców.
— Nie dziwię się wam. Każdy z nas ma prawo odczuwać zdziwienie, a być może nawet pewne zmieszanie, kiedy spotyka się z wydarzeniami, których nie potrafi od razu zrozumieć. Sam zapewne zadałbym podobne pytania, gdybym znalazł się na waszym miejscu.
Uśmiechnął się nieco szerzej, jak gdyby chciał w ten sposób rozwiać choć część narastającego napięcia. W jego głosie nie było cienia pretensji, a wręcz przeciwnie — pobrzmiewała w nim wyrozumiałość, która mogła sprawić, że nawet najbardziej podejrzliwi wojownicy poczuliby się nieco pewniej. Nie zamierzał przecież karcić ich za ciekawość. Byłoby to nie tylko niepotrzebne, ale również wyjątkowo nierozsądne. Znacznie łatwiej było zdobyć czyjeś zaufanie, kiedy pozwalało się rozmówcy uwierzyć, że jego wątpliwości są uzasadnione.
— Chciałbym was jednak zapewnić, że nie macie powodów, by obawiać się o bezpieczeństwo naszego klanu — kontynuował. — Wszystko, co wydarzyło się w ostatnim czasie, miało swoje przyczyny, choć nie wszystkie z nich są tak proste, jak mogłoby się początkowo wydawać.
Na jego pysku pojawił się wyraz łagodnej zadumy.
— Moje zaginięcie było powiązane ze znacznie większym wydarzeniem, niż moglibyście przypuszczać — oznajmił wreszcie. — Otrzymałem wizję.
Pozwolił, by ostatnie słowo wybrzmiało nieco dłużej, zanim ponownie podniósł wzrok na zgromadzonych.
— Nie była to jednak zwyczajna wizja, jakich być może niektórzy z was doświadczyli podczas snu. To, co mnie spotkało, miało znacznie większą wagę i wymagało ode mnie podjęcia decyzji, których skutków nie sposób było przewidzieć. Nie chciałbym, abyście uznali moje wcześniejsze milczenie za brak zaufania do was. Wierzcie mi, moi drodzy, gdybym mógł oszczędzić wam wszelkich wątpliwości, z przyjemnością bym to uczynił.
Uśmiechnął się ponownie, tym razem nieco smutniej, pozwalając, by w jego spojrzeniu pojawiła się nuta, którą można było odczytać jako żal.
— Nie wszystko jednak zależy od nas. Czasami musimy zaufać temu, co zostało nam wskazane, nawet jeśli droga do zrozumienia okazuje się trudniejsza, niż początkowo zakładaliśmy.
W jego głosie nie było ani krzty wahania. Każde zdanie zdawało się mieć swoje odpowiednie miejsce, każde przemilczenie zaś pozostawiało po sobie dokładnie tyle przestrzeni, ile potrzebował, by słuchacze sami wypełnili ją własnymi przypuszczeniami. Nie podał im żadnego konkretu, który można byłoby później wykorzystać przeciwko niemu, a mimo to ofiarował im coś znacznie cenniejszego z punktu widzenia jego obecnej sytuacji — historię, w którą mogli uwierzyć, ponieważ pozostawiała im wystarczająco dużo miejsca na nadzieję.
Przez moment jeszcze przyglądał się zgromadzonym, obserwując ich reakcje z niezmąconym spokojem. Wiedział, że nie wszyscy zostaną przekonani. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie potrzebował dodatkowych wyjaśnień, ktoś, komu nawet najpiękniejsza opowieść nie wystarczy, by uciszyć rodzące się podejrzenia. Nie uważał jednak, by stanowiło to szczególny problem. Zaufanie nie musiało być przecież bezwarunkowe, wystarczyło, by pozostawało dostatecznie silne, aby nikt nie odważył się podważyć jego autorytetu.
— To wszystko jest planem, zesłanym mi przez przodków — zakończył, delikatnie unosząc ogon. — I choć nie jestem jeszcze dokładnie pewien, co dostrzegli oni w tych maluchach, tak wierzę, że to wszystko ma jakiś cel. Judaszowcowa Gwiazda, mój wspaniały ojciec, otrzymał podobną wizję, gdy to ja, wraz z moją siostrą przybyliśmy do Klanu Klifu. I pomimo wielu trudności oraz chwil zwątpienia, nigdy nie przestał wierzyć, że przodkowie mówią mu prawdę.
Zamilkł na moment.
— Wy również musicie uwierzyć.
Pozwolił, by jego ostatnie słowa osiadły wśród zgromadzonych. Następnie skinął lekko głową, zachowując na pysku ten sam pogodny wyraz, z którym rozpoczął przemowę.

***

Noc przynosiła ze sobą chłód, który nieśmiało wkradał się pomiędzy skalne ściany, osiadając na trawie i muskając futra kotów przebywających jeszcze na zewnątrz. Była pora Nowych Liści, choć trudno było odnieść wrażenie, by wiosna rzeczywiście zdołała już na dobre zawitać do klanów. Ziemia wprawdzie zaczynała powoli odzyskiwać utraconą zieleń, a w niektórych zakątkach terenów można było dostrzec pierwsze oznaki budzącej się roślinności, jednak wieczorne powietrze wciąż pozostawało przenikliwie chłodne, jak gdyby cieplejsza pora roku nie była jeszcze pewna, czy powinna pozwolić sobie na całkowite odsłonięcie swojej obecności.
Wraz z upływem kolejnych chwil obozowisko stopniowo pustoszało, a codzienny gwar ustępował miejsca znacznie spokojniejszym dźwiękom. Większość kotów zdążyła już udać się do swoich legowisk, pozostawiając polanę niemal zupełnie opustoszałą. Nie oznaczało to jednak, że wszyscy poddali się nadchodzącej nocy. Wśród nielicznych sylwetek wciąż przebywających na zewnątrz, niedaleko sterty zwierzyny, można było dostrzec niebieskiego pointa, który zdawał nie przejmować się powoli pustoszejącym obozowiskiem.
Migoczący Nieboskłon siedział nieruchomo, wyraźnie pogrążony we własnych myślach, a jego spojrzenie pozostawało utkwione w jednym, bliżej nieokreślonym punkcie przestrzeni. Sprawiał wrażenie kota, który na moment zupełnie zapomniał o otaczającym go świecie, pozwalając, by własne rozważania pochłonęły go bez reszty. Nawet jeśli od czasu do czasu jego uszy drgały, wychwytując pojedyncze odgłosy dobiegające z obozowiska, nie wydawało się, by rzeczywiście poświęcał im swoją uwagę.
Lśniąca Gwiazda przyglądał mu się przez dłuższą chwilę.
Na jego pysku nie pojawił się żaden wyraźny wyraz, choć gdzieś w głębi spojrzenia można było dostrzec cień zainteresowania. Nie musiał długo zastanawiać się nad przyczyną takiego zachowania syna. Wystarczyło przypomnieć sobie temat ostatniego zebrania. Najwyraźniej młody kot wciąż rozważał coś, co usłyszał, próbując nadać temu odpowiednie znaczenie.
Ah tak.
Niektórzy potrzebowali zaledwie kilku słów, by zacząć poddawać w wątpliwość wszystko, w co dotychczas wierzyli. Inni zaś potrafili przez całe życie nie dostrzegać nawet tego, co znajdowało się tuż przed ich nosem. Migoczący Nieboskłon, jak się zdawało, należał do pierwszej grupy, choć Lśniąca Gwiazda nie zamierzał jeszcze przesądzać, czy należało uznać to za zaletę, czy raczej niedogodność wymagającą odpowiedniego ukierunkowania.
Przez moment pozostał na swoim miejscu, po czym powoli uniósł głowę i przeciągnął się, prostując przednie kończyny. Następnie podniósł się na łapy i zszedł z mównicy, zachowując charakterystyczną dla siebie płynność ruchów.
Dopiero kiedy znalazł się dostatecznie blisko, Migoczący Nieboskłon zdawał się zauważyć jego obecność. Niebieski point niemal natychmiast odwrócił głowę, kierując spojrzenie ku ojcu. W jego oczach pojawiła się niepewność, której towarzyszyło jednak coś jeszcze — ledwie dostrzegalna, cicha nadzieja, jak gdyby wciąż wracał do słów zebrania.
Przywódca dostrzegł to niemal natychmiast.
Oczywiście, że dostrzegł.
Nie skomentował jednak owej reakcji, pozwalając, by przez krótką chwilę dzieliła ich zwyczajna cisza. Zamiast tego nieznacznie przechylił głowę, przyglądając się synowi z wyrazem łagodnego zainteresowania.
— Oj, Migoczący Nieboskłonie, co z ciebie będzie? — mruknął z lekkim rozbawieniem.
Wypowiedział te słowa niemal pieszczotliwie, jak gdyby zwracał się do niesfornego kociaka, którego przyłapał na zbyt długim oddawaniu się własnym myślom. Nie było w tym jednak ani jawnej nagany, ani rzeczywistego wyrzutu. Lśniąca Gwiazda doskonale wiedział, że czasami wystarczy odrobina humoru, by rozmówca poczuł się swobodniej, a tym samym znacznie chętniej odsłonił to, co w innych okolicznościach wolałby zachować dla siebie.
Przysiadł obok niego, zachowując niewielki dystans, który nie sprawiał wrażenia chłodu, lecz pozostawiał synowi odpowiednią przestrzeń. Następnie przesunął wzrokiem po jego sylwetce, jak gdyby dopiero teraz postanowił dokładniej przyjrzeć się jego wieczornemu nastrojowi.
— Wyglądasz, jakbyś próbował rozwiązać jakąś niezwykle skomplikowaną zagadkę — zauważył, unosząc lekko brew. — Mam nadzieję, że nie zamierzasz spędzić całej nocy na wpatrywaniu się w jeden punkt.
Pozwolił sobie na cichy pomruk rozbawienia, po czym ponownie skierował spojrzenie na syna. W jego oczach nie było pośpiechu, a łagodność, z jaką się do niego zwracał, mogła sprawiać wrażenie, że nie ma niczego ważniejszego niż ta krótka, rodzinna chwila.
— Chodź, chciałbym z tobą porozmawiać. W cztery oczy.
Lśniąca Gwiazda przez moment przyglądał się synowi, zanim wreszcie uniósł głowę, a na jego pysku pojawił się jeden z tych charakterystycznych, ciepłych uśmiechów, którymi tak chętnie obdarzał swoich rozmówców. Tym razem nie zamierzał jednak rozpoczynać od żartów ani niewinnych pytań. Miał dla Migoczącego Nieboskłonu coś znacznie przyjemniejszego, a przynajmniej taką reakcję zamierzał w nim wywołać.
Lśniąca Gwiazda podniósł się z miejsca i ruszył w stronę wyjścia.
Migoczący Nieboskłon podążał za nim.
— Od mojego powrotu miałem okazję nieco uważniej przyjrzeć się temu, jak radzisz sobie w klanie — rozpoczął, spokojnie przeciągając spojrzeniem po jego sylwetce. — Oczywiście, nie ograniczałem się wyłącznie do własnych obserwacji. Rozmawiałem również z Jaśniejącymi i muszę przyznać, że ich opinie na twój temat były pokrzepiające.
Zrobił krótką pauzę, pozwalając, by jego słowa nabrały odpowiedniego znaczenia.
— Słyszałem, że dobrze się sprawujesz, że potrafisz wywiązywać się ze swoich obowiązków i uczysz innych o Klanie Gwiazdy, a także, że jesteś niezwykle lojalny wobec własnego przywódcy. To bardzo cenne cechy, Migoczący Nieboskłonie.
Wypowiadał te słowa z wyraźną aprobatą, a jego głos nabrał niemal ojcowskiego ciepła. Nie było w nim przesadnego entuzjazmu ani ostentacyjnego zachwytu, lecz subtelna nuta dumy, która mogła okazać się znacznie bardziej przekonująca niż jakiekolwiek głośne pochwały. Lśniąca Gwiazda doskonale wiedział, jak wiele znaczy dla młodego kota uznanie ze strony własnego rodzica. Wiedział również, że odpowiednio dawkowane komplementy potrafią zdziałać znacznie więcej niż najbardziej stanowcze polecenia.
— Dlatego pomyślałem, że nadszedł już czas, abyś zrobił kolejny krok — kontynuował, nieznacznie unosząc podbródek. — Chciałbym mianować cię kolejnym Jaśniejącym Skrzydłem.
Na moment zamilkł, pozwalając, by wiadomość wybrzmiała pomiędzy nimi.
Nie odrywał wzroku od syna. Obserwował jego pysk, uszy i każdy najmniejszy ruch, próbując wychwycić pierwszą reakcję na wypowiedziane przed chwilą słowa. Sam zachowywał przy tym niemal nienaganny spokój, jak gdyby przekazanie takiego wyróżnienia było dla niego czymś zupełnie naturalnym, choć w rzeczywistości doskonale zdawał sobie sprawę z jego znaczenia.
— Ale to jeszcze nie koniec.
Jego głos pozostał łagodny, choć tym razem pobrzmiewała w nim nuta szczególnej powagi.
— Stać cię na znacznie więcej. Mam nadzieję, że sam również zdajesz sobie z tego sprawę. Tytuł, który właśnie ci proponuję, nie powinien być dla ciebie ostatnim osiągnięciem. Przeciwnie, potraktuj go jako początek czegoś znacznie większego.
Przesunął końcówką ogona po ziemi, zataczając nią leniwy łuk. Nie spieszył się z dalszym wyjaśnianiem, jak gdyby chciał najpierw oswoić syna z myślą, że nie zamierza rozmawiać z nim wyłącznie o kolejnym wyróżnieniu.
— Widzisz, Migoczący Nieboskłonie, nic nie trwa wiecznie. Nawet najpotężniejsze góry z czasem ulegają zmianom, a rzeki, które dziś płyną swoim korytem, pewnego dnia mogą obrać zupełnie inną drogę. Świat nieustannie posuwa się naprzód i choć czasami trudno nam pogodzić się z tym, że pewne rzeczy muszą dobiec końca, nie możemy udawać, że zmiana nas nie dotyczy.
W jego spojrzeniu pojawiła się nuta zadumy, którą można było z łatwością odczytać jako melancholię. Lśniąca Gwiazda nie należał jednak do kotów, które zbyt długo rozpamiętywały nieuchronność przemijania. Nie zamierzał również pozwolić, by rozmowa przybrała ton pożegnania, którego wcale nie miał w planach. Wolał, aby syn potraktował te słowa jako zaproszenie do spojrzenia w przyszłość, a nie przypomnienie o tym, że pewnego dnia jego ojciec przestanie zajmować dotychczasowe miejsce.
— Pewnego dnia mnie zabraknie — powiedział w końcu, zaskakująco spokojnie. — Nie wiem, kiedy to nastąpi, i nie zamierzam udawać, że potrafię przewidzieć, ile księżyców jeszcze przede mną. Wiem jednak, że przyjdzie chwila, w której Klan Klifu będzie potrzebował kogoś, kto przejmie odpowiedzialność za jego dalsze losy.
Zrobił krótką pauzę, po czym nieznacznie przechylił głowę.
— I chciałbym, żebyś to był ty.
Słowa te wypowiedział z niemal rozczulającą szczerością. Nie było w nich wahania ani miejsca na przypadek, a jego spojrzenie pozostawało utkwione w oczach syna. Przez moment pozwolił, by cisza wypełniła przestrzeń pomiędzy nimi, po czym kontynuował, nieznacznie obniżając głos.
— Migoczący Nieboskłonie, pewnego dnia zostaniesz moim zastępcą.
Nie przedstawił tego jako odległego marzenia ani jednej z wielu możliwości, które mogłyby się ziścić w sprzyjających okolicznościach. Przeciwnie, wypowiedział te słowa z taką pewnością, jak gdyby przyszłość została już rozstrzygnięta, a jedyną niewiadomą pozostawał moment, w którym obaj będą mogli zobaczyć jej urzeczywistnienie.
— Nie wiem jeszcze, kiedy dokładnie nadejdzie odpowiednia chwila — dodał, przybierając nieco bardziej zamyślony wyraz pyska. — Nie chciałbym podejmować tak ważnej decyzji pochopnie, ani też obiecywać ci czegoś, czego nie będę mógł dotrzymać. Wiem jednak, że powinieneś zacząć przygotowywać się już teraz. Nie można przecież oczekiwać, że ktoś z dnia na dzień stanie się gotowy do kierowania całym klanem.
W tym miejscu pozwolił sobie na subtelny uśmiech.
— Zresztą, nie zamierzam pozostawiać cię samego z tym zadaniem. Będę cię obserwował, pomagał ci i, jeśli zajdzie taka potrzeba, wskazywał właściwą drogę. Masz przed sobą jeszcze wiele do nauczenia, ale jestem przekonany, że poradzisz sobie znacznie lepiej, niż przypuszczasz.
W jego głowie wszystko układało się w nadzwyczaj przejrzystą całość. Nie wystarczyło bowiem nadać Migoczącemu Nieboskłonowi odpowiedni tytuł, by uczynić go godnym objęcia przyszłego stanowiska. Potrzebował doświadczenia, które pozwoliłoby mu zrozumieć ciężar odpowiedzialności, a także odpowiednich okazji, by mógł udowodnić, że potrafi podejmować decyzje nie tylko korzystne dla siebie, lecz również dla całej wspólnoty.
— Jest coś, od czego chciałbym, abyś zaczął — podjął, zmieniając nieco pozycję i wygodniej układając przednie łapy. — Wiesz, z czym wiąże się bycie Jaśniejącym Skrzydłem? To nie tylko dodatkowe obowiązki czy większe zaufanie ze strony pozostałych kotów. To również odpowiedzialność za tych, którzy dopiero rozpoczynają swoją drogę.
Przyjrzał mu się z uwagą, po czym skierował spojrzenie ku obozowisku, gdzie pomiędzy legowiskami wciąż można było dostrzec pojedyncze poruszające się sylwetki.
— Młode koty potrzebują kogoś, kto pokaże im, jak odnaleźć się w klanie. Kogoś, kto nauczy je nie tylko wykonywania obowiązków, ale również odpowiedniego podejścia do innych, szacunku wobec starszych i lojalności wobec wspólnoty. Nie wystarczy przecież znać wszystkich zasad. Trzeba jeszcze potrafić przekazać je komuś innemu.
Ponownie spojrzał na syna.
— Dlatego chciałbym, żebyś zajął się szkoleniem jednego z tych dzieciaków, które ostatnio pojawiły się w naszym obozie. Wybierzemy ci któregoś z trójki, a ty będziesz odpowiedzialny za jego rozwój.

<Synuś? Jeśli masz pytania dotyczące swojego przyszłego ucznia to mów śmiało!>

Od Zjawowej Łapy

Kocur poczuł ciepłe promienie słońca na futrze. Przeciągnął się leniwie, wyciągając przed siebie przednie łapy, po czym przewrócił się na drugi bok. Przez chwilę poruszał końcówką ogona, a następnie wtulił pysk w miękki mech. Wokół panowała przyjemna cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków i odległym szelestem liści. Leżał tak jeszcze przez kilka uderzeń serca, rozkoszując się ciepłem poranka. W końcu jednak jedno z jego uszu drgnęło, gdy do jego uszu dotarły głosy dobiegające z polany. Otworzył jedno oko, potem drugie, i uniósł łeb na tyle, by rozejrzeć się po okolicy. Kilka kotów krzątało się już po obozie, a niektórzy uczniowie najwyraźniej zdążyli rozpocząć swoje poranne obowiązki. Zjawowa Łapa zmarszczył nos.— A miałem taki piękny sen! Złowiłem ogromnego zająca… — wymamrotał pod nosem, wpatrując się nieobecnym wzrokiem w przestrzeń. — Był prawie tak duży, jak ja!
Uczeń skoczył na łapy, gdy zorientował się, że chyba zaspał i lekkim truchtem przybiegł na środek obozu, po czym wzrokiem szukał swojej mentorki. Kątem oka zauważył czekoladowe futro Aksamitkowego Nosa i ruszył truchtem w jej stronę. Gdy kotka go zauważyła, wstała z miejsca i machnęła ogonem do swojego ucznia.
— Witaj Zjawowa Łapo, dziś pokażę ci jak się wspinać na drzewa. To bardzo potrzebna umiejętność, szczególnie dla kotów Klanu Wilka! Wiesz… — kotka mówiła do Zjawowej Łapy, lecz czarny pręgowany uczeń przestał słuchać, zniecierpliwiony.
Przeskakiwał z łapy na łapę, wpatrywał się w gadający pyszczek Aksamitkowego Nosa.
—… I dlatego właśnie musisz uważać — usłyszał zakończenie kotki. Zjawowa Łapa zamrugał.
— Mhm!
Kotka spojrzała na niego podejrzliwie.
— Czy ty mnie w ogóle słuchałeś? - zmrużyła oczy, przypatrując się Zjawowej Łapie.
— Oczywiście! — zawołał, zdenerwowany kocur.
— To o czym mówiłam? — mruknęła Aksamitny Nos.
Uczeń otworzył pysk, ale nie wydobył z niego ani jednego dźwięku. Przez chwilę wpatrywał się w mentorkę z nadzieją, że odpowiedź sama pojawi się w jego głowie. Niestety, jego umysł nie zamierzał współpracować.
— O… drzewach? — zgadł w końcu.
Aksamitkowy Nos westchnęła.
— Przynajmniej nie pomyliłeś treningu z polowaniem. — przewróciła oczami.
— Kiedy idziemy? — Kocur miauknął z westchnieniem. Nie chciało mu się stać. Jego energiczna natura nie dała mu usiedzieć w miejscu na dłużej niż kilka minut.
Aksamitkowy Nos coś mamrotała pogodnie jeszcze pod nosem, lecz po chwili machnęła swoim ogonem w stronę wyjścia z obozu, pokazując Zjawowej Łapie, że ma za nią podążać. Kocur wdzięcznie wdychał powietrze lasu, ciesząc się zapachami przyrody, zwietrzałej zwierzyny, czy jego Klanu. Wiatr wiał, delikatnie szeleszcząc liśćmi, nadając przyjemnego klimatu oraz przynosząc ochłodzenie. Podążał pomiędzy drzewami dębów za Aksamitnym Nosem. Kotka uniosła wysoko pyszczek i rozglądała się dookoła. Uważał, że już jest gotowy zostać wojownikiem, lecz gdy dumnie spytał się jego mentorki, ta nie mogła uwierzyć własnym uszom. Tłumaczyła szczerze Zjawowej Łapie, że ten nawet w połowie nie jest gotowy zostać wojownikiem.
— Pff, nie prawda. Ja jestem pewien, że już jestem gotowy — Pomyślał, przewracając oczami.
Z myśli wyrwało go wołanie Aksamitkowego Nosa, która zwolniła tempo, żeby iść koło niego. Zamrugała kilka razy, po czym spojrzała kątem oka, żeby sprawdzić jego reakcję na to, co miała zamiar zaraz powiedzieć.
— No to Zjawowa Łapo, o czym tak myślisz? Czy jesteś podekscytowany nauką wspinania na drzewa? — zapytała ucznia z błyskiem rozbawienia w oku — Czy może przypominasz sobie naszą wczorajszą rozmowę?
Kocur odwrócił wzrok gdzie indziej zawstydzony.
— No… obie opcje. —mruknął z niechęcią Zjawowa Łapa.
Gapił się w dęby, gdy nagle poczuł przesunięcie ogona po swoim boku. Wiedział, że to była jego mentorka. Zobaczył, jak patrzy na niego łagodnie.
— Hej, jesteś jeszcze młody, w tym wieku nie można zostać wojownikiem. A jak patrzeć na twoje umiejętności to tym bardziej. — mówiła szczerze, choć nie niemiło — Ale nie martw się. Nauczysz się w przyszłości, nie trzeba się śpieszyć.
Zjawowa Łapa szurał łapami po omszonej ziemi, lecz po chwili zamyślenia otrząsnął się.
— Ma racje. — pomyślał — przecież nie jestem jednym ze starszych uczniów.
Wyprostował się i ponownie podekscytowanie podskakiwał, rozglądając się dookoła. Usłyszał jakiś szelest w krzakach jeżyn w pobliżu. Zmrużył oczy i zatrzymał się na chwilę. Uderzenie serca później podbiegł do krzaka, lecz nie zdążył zajrzeć, bo usłyszał wołanie Aksamitkowego Nosa.
— Chodź, to tylko zwierzyna. Teraz nie mamy czasu, może w drodze powrotnej. — krzyknęła.
Uczeń otworzył pysk i powąchał powietrze. Wyczuł zapach wiewiórki.
— Ach. Ma rację. — pomyślał.
Prędkim krokiem pobiegł do mentorki, machając za sobą ogonem zadowolony.
— Daleko jeszcze? — zapytał, gdy zrównali tempo.
— Jeszcze chwilę, ale już naprawdę blisko. — miauknęła kotka.
Zjawowa Łapa po chwili milczenia zauważył drzewo. Gdy przechodzili obok, zastanawiał się, czy mentorce nie chodziło o to drzewo.
— Aksamitkowy Nosie, czy to właściwe drzewo? — kocur patrzył, jak kotka przygląda się wskazanemu przez niego drzewu.
— Nie, będziesz musiał się nauczyć, na które drzewa możesz się wspinać, a które się załamią. Pamiętam, jak byłam uczennicą… — pouczała kotka.
Starając się wytrzymać i nie pobiec ze zniecierpliwienia, oboje stanęli przed drzewem. Było ono wyższe od poprzedniego, choć Zjawowa Łapa widywał większe drzewa. Miało wyraźnie grubszy pień i gałęzie, dzięki którym drzewo ma mniejszą szansę na złamanie gałęzi i łatwiej będzie wbijać pazury i utrzymać równowagę. Kocur już miał ruszyć, lecz Aksamitkowy Nos zablokowała mu przejście swoim ogonem.
— Czekaj. Nauczę cię wspinać na drzewa, wielkie i małe. Na każde które napotkasz w tym lesie, choć pamiętaj, bądź ostrożny. Nie bądź lekkomyślny. Musisz być pewny, że drzewo na które chcesz się wspiąć, się nie załamie. — mruknęła mentorka — To właśnie na to drzewo wejdziesz jako pierwsze. Wbijaj mocno pazury w korę, żeby utrzymać się na pniu. Pamiętaj o zachowaniu równowagi i nie próbuj wspinać się zbyt szybko, bo możesz spaść. Zobaczymy, jak sobie poradzisz, ale najpierw uważnie obserwuj, jak ja to robię. — Aksamitkowy Nos podeszła do drzewa i zręcznie wbiła pazury w korę, po czym zaczęła wspinać się na pień drzewa. Po kilku uderzeniach serca kotka zwinnie wspięła się na drzewo. Z łatwością przeskoczyła na pierwszą gałąź, następnie na kolejną, aż w końcu dotarła do najwyższej. Po chwili zeskoczyła na ziemię, lądując miękko na łapach. Następnie odwróciła łeb w stronę swojego ucznia.
— Łał… — westchnął zachwycony Zjawowa Łapa.
— Teraz twoja kolej. Pamiętaj, co ci mówiłam. Ostrożnie, Roztargniony Koperek nie potrzebuje więcej pacjentów w legowisku medyka. — Kocur skinął pilnie głową mentorce.
— Gotowy?
Zjawowa Łapa napiął mięśnie gotowy do wybiegu.
— Leć!
Gdy tylko usłyszał polecenie Aksamitkowego Nosa, wysunął pazury i tylnymi łapami wybił się, żeby w miarę dobrze zacząć. Wbijając pazury, wspinał się coraz wyżej, choć raz czy dwa razy wzdrygał na odgłos trzaskania drewna, w które wbijał pazury, jakby bał się, że zaraz drzewo się zawali. Syknął, gdy podrapała go drobna gałązka, choć nie przestawał się poruszać do góry. Potem już czując się pewnie, wdrapał się na szczyt. Przysiadł na chwilę, lekko dysząc, by polizać obolałe pazury, po czym spojrzał na dół ciekawy reakcji kotki. Stąd Aksamitkowy Nos wyglądała jak mysz, może nawet mrówka. Kocur zastanawiał się czemu, mimo że jest bliżej słońca, to wygląda tak samo. Czy ono jest aż tak daleko? Poczuł dumę, że siedzi tak wysoko. Jeszcze nigdy nie widział takich widoków.
— Super! — usłyszał wołanie kotki — teraz musisz zejść!
Kocur popatrzył w dół na pień, pewny siebie, że da radę. Wbił ponownie pazury w korę i trochę wolniej zaczął schodzić w dół. Po kilku chwilach jednak jedna z przednich łap ześlizgnęła mu się z kory.
— Mysie Łajno! — wyrwało mu się.
Lekko zaskoczony zadrżał niemal niezauważalnie. Szybko wyciągnął łapę, ponownie wczepił pazury w pień i zatrzymał się, przywierając do drzewa całym ciałem. Nie spadł. Zaczerpnął powietrza, po czym ostrożniej poszukał kolejnego miejsca do wbicia pazurów. Tym razem przypomniał sobie słowa mentorki, zanim zdążył popełnić kolejny błąd. Powoli przesuwał się w dół, uważnie kontrolując każdy ruch. Kiedy wreszcie znalazł się wystarczająco nisko, zeskoczył na ziemię. Wylądował miękko na wszystkich czterech łapach. Przez chwilę pozostał w tej pozycji. Potem wyprostował się, otrzepał futro i uniósł dumnie głowę.
— I jak? — zapytał pewnie
— Jak na pierwszy raz, to dobrze — zamruczała pogodnie.
— Czyli zdałem? — mruknął Zjawowa Łapa.
— Tak — odpowiedziała mu kotka — Czas wracać.
Przez większość drogi nie odzywał się zbyt często. Zamiast tego wyobrażał sobie, jak opowie o treningu młodszym uczniom. W jego opowieści wspinaczka z pewnością okaże się znacznie bardziej widowiskowa, a chwila, w której prawie ześlizgnął się z pnia, zostanie przedstawiona jako wyjątkowo trudny manewr, z którego wyszedł dzięki swojej niezwykłej zręczności. Nie zamierzał wspominać o tym, jak bardzo się przestraszył.
Przecież każdy wojownik musi dbać o swoją reputację. Nawet jeśli na razie był jeszcze uczniem.
— Jutro pójdziemy polować, co o tym sądzisz? — zagadała Aksamitkowy Nos, idąc koło ucznia.
— Fajnie — miauknął.
Zjawowa Łapa rozejrzał się po znajomym otoczeniu. Przez chwilę kusiło go, by od razu opowiedzieć komuś o swojej wspinaczce, ale ostatecznie postanowił najpierw odpocząć. Odwrócił się w stronę Aksamitkowego Nosa i skinął jej głową na pożegnanie.
— Dzięki za trening. — miauknął Zjawowa Łapa. Kotka odwzajemniła gest.
— Dobra robota, Zjawowa Łapo. Pamiętaj o tym, czego dziś się nauczyłeś. — przypomniała kocurowi Aksamitkowy Nos.
— Oczywiście. — obiecał.
Zjawowa Łapa odwrócił się i ruszył w stronę legowisk. Jego ogon kołysał się za nim, podczas gdy energicznie skierował się do legowiska uczniów. Nie wiedział jeszcze, ile nauki go czeka ani jak wiele razy będzie musiał przyznać, że jego mentorka miała rację. Nienawidził tego robić. Nie chciał nigdy przyznawać, że nie ma racji, bo wtedy czuje się głupio. Zjawowa Łapa zniknął w cieniu legowiska, wciąż uśmiechając się pod nosem. Uważał, że jest już gotowy na jutrzejsze polowanie, choć wolał na razie zostać w obozie.

[1511]
[Wspinaczka na drzewa]

Od Źródlanej Łuny

⇸ ◦☽✴︎☾◦ ⇷
Paręnaście księżycy temu; zgromadzenie…

Wiatr szumiał do rytmu fal obijających się o brzegi Bursztynowej Wyspy. Księżyc błyskał swoim bladym okiem wysoko na niebie; plamy światła odbijały się słabo od futer zgromadzonych kotów.
Miejsce pod skałą przywódców zajęła w ciszy, skinąwszy jedynie łbem pozostałym kotom w geście powitania. Nie zamierzała się udzielać, ani wyróżniać z tłumu; jej pierwsza pełnia jako pełnoprawna zastępczyni przynosiła jedynie nieprzyjemnie wykręcanie wnętrzności i stroszącą się odruchowo sierść. Lubiła myśleć, że dość dobrze radzi sobie w niekomfortowych sytuacjach czy momentach, w których musi kogoś reprezentować… Jednak tej nocy na widoku czuła się dość nieswojo.
— Och! Widzę, że w Klanie Klifu zmienił się zastępca.
Niechętnie zwróciła wzrok na stojącego nad nią kota.
Może właśnie dlatego wolałaby wmieszać się w tłum, a nie prezentować się pod skałą przed wszystkimi. Już od dawna zgromadzenia zamieniły się z wyczekiwanych w ekscytacji nocy na strach przed tym, że ktoś napatoczy się jej pod łapy czy będzie usiłować kleić z nią rozmowę – szczególnie ktoś z Klanu Nocy. Jak z przymusu unikała rozglądania się po wyspie, aby przypadkiem nie natrafić wzrokiem na na znajomą, szarą sierść czy morskie oczy. Jak tchórz.
Górujący nad nią wojownik zlustrował ją wzrokiem i zajął miejsce obok, na jej nieszczęście ponownie chyląc wargi.
— Gratuluję awansu, Źródlana Łuno.
Zapach Klanu Wilka bił od kocura jak odrzucająca, gorzko-kwaśna mgła. Wzdłuż jej grzbietu przebiegł dreszcz; uniosła lekko brew i po paru uderzeniach serca skinęła głową.
— Dziękuję, Krucze Pióro.
Bezmyślnie zmarszczyła nos, przyglądając się jego ciemnej barwie futra, która na myśl przywodziła jej jednego z nieszczęsnych napastników dawnej wojny. Zmusiła się jednak do wyduszenia kolejnych słów z gardła.
— Cieszę się, że mogę służyć mojemu bratu jako jego prawa łapa.
— Nadajesz się na dobrego zastępcę — odpowiedział jej beznamiętnym tonem i polizał się po barku. — Jak ma się Klan Klifu?
Owinęła ogon wokół łap.
— Dobrze — odparła krótko. — Mam nadzieję, że w Klanie Wilka również jest spokojnie…
— W rzeczy samej.
Łuna przesunęła wzrokiem po tłumie na skale, licząc na to, że na tym zakończą się chęci rozmowy Wilczaka. Cisza, która pomiędzy nimi zapadła, mówiła jednak co innego wiszącym w powietrzu napięciem, jak gdyby drugi zastępca za zębami trzymał kolejną gadkę.
— Wiesz… Mam pewną sprawę.
Nie zdołała się powstrzymać i wywróciła oczyma. Czy Klan Gwiazdy nie mógł wybaczyć jej za wszystkie grzechy i chociaż raz jej posłuchać? Ująć cierpienia?
Mimo wszystko, zastrzygła uchem, odrobinę zaintrygowana.
— Kontynuuj.
— …podoba mi się pewna kotka.
Drgnęła na swoim miejscu pod skałą i zacisnęła wargi.
— Ale nie wiem jak jej to wprost powiedzieć. Wychodzimy razem, jesteśmy dla siebie czuli… Chyba.
Ślipia młodszego błysnęły, zaaferowane i nieco zawstydzone.
— Strasznie mi serce przy niej wali, jakbym miał dostać zaraz zawału. Albo może mam alergię, bo robi mi się przy niej ciepło. Nie znam się na tym wszystkim. Nigdy… Nie czułem czegoś takiego. Nie chcę prosić o pomoc swoich pobratymców, więc… Może- Masz jakieś pomysły..?
Niezręczność rozmowy odbijała się desperacją w oczach Wilczaka. Odchrząknęła i, po chwili zawahania, nachyliła się lekko w jego kierunku.
— Czyli… Jesteście razem?
— Tak? Nie? — Kocur zwiesił łeb. — Nie wiem… Chyba nigdy wprost nie poprosiłem jej o zostanie moją partnerką.
Uniosła brew.
— Proszę bardzo, problem sam się rozwiązał — miauknęła zwięźle i machnęła końcówką ogona. — Trzeba mówić jasno i wyraźnie. Skąd ma wiedzieć, Tobie też się kręci w głowie na jej widok?
Łeb kocura subtelnie schował się głębiej między jego barki.
— Czyli powinienem zapytać?
Powstrzymała chęć wywrócenia oczyma. Klanie Gwiazdy, czy głupota przenosiła rodzinnie? Z jednego kocura na każdego kolejnego?
— Boję się, że powie nie… — kontynuował zastępca, bezmyślnie wpatrując się we własne łapy. — Choć niby nic na to nie wskazuje, ale no… Nigdy nie myślałem, że będę chciał mieć partnerkę, a teraz czuje się zagubiony. Nie wiem jak to zrobić, jak pokazać jej, że bardzo mi zależy. Jestem w tym tragiczny…
Czy każdy z nich był taki tępy?
— Jak nie zapytasz, to nic się nie zmieni i nadal będziecie wokół siebie tańczyć — odparła, wzdychając i unosząc wzrok ku niebu. — Bądź bezpośredni. Nie bój się jej, nie odgryzie Ci głowy. Chyba; nie wiem, w jakich kotkach się lubujesz — wzruszyła ramionami — ale... Proszę, na Klan Gwiazdy, jeżeli wyprzedzi Cię i zacznie głosić Ci dowody swojej miłości, ani się waż uciec.
Przez parę uderzeń serca Łuna zastanawiała się, czy mówienie z własnego doświadczenia będzie mądrym wyborem; jednak Wilczak, który nie wie o niej nie wiele więcej poza imieniem i rangą, za daleko z tą informacją nie pójdzie. Nie zrobi jej więcej krzywdy. Nie więcej, niż już zrobił to los.
Wspomnienia Szałwiowego Serca same nasuwały się jej na język mimo bólu z nimi związanymi. Chciała dodać coś od siebie podczas rozmów pośród współklanowiczów – nawiązać do dawnej rozmowy, opowiedzieć żart czy parę ładnych słów, które od niego zasłyszała, złapać z kimś wspólny język przez zaoferowanie swojej wersji związkowych perypetii. Ponarzekać na to, że większość kocurów ma na co dzień puch i trociny w głowach i że przekonała się na własnej skórze, jaką pustką objawiają się księżyce rozłąki, o których klanowe pary mówią jak o straszliwej legendzie. Że wie, jakie to piękne uczucie wiedzieć, że cała Twoja osoba przyśpiesza bicie serca drugiego kota i że wie również, jak to jest to wiedzieć i nie móc z tego korzystać częściej niż raz na księżyc. A później już w ogóle.
Przełknęła ślinę i potrząsnęła lekko łbem.
— Cokolwiek by się nie działo, jakkolwiek byś się nie bał, to siedź na zadzie i jej słuchaj. Danie nogi w krzaki... Nie maluje dobrego wizerunku.
Krucze Pióro uciekł wzrokiem, lekko zmieszany.
— Nie, co to to nie. Nie śmiałbym uciec. Ale na pewno wolałbym być pierwszy. Tylko muszę coś zaplanować…
Zawahała się na moment.
— Zabierz ją w jakieś ważne dla was miejsce. Gadaj porządnie i wylej wszystko, co Ci na sercu leży — podsunęła. Jej ślepie zabłysnęło. — Możesz jej coś podarować. Coś sentymentalnego? Znaczenie jest ważne.
— Sentymentalnego? Mógłbym coś dla niej zrobić…
Wilczak podniósł spojrzenie na Łunę i zamyślił się.
— Może połączę jakoś krucze pióra i kocanki. Chyba niedaleko Opuszczonego Obozowiska widziałem kilka kwiatów. Co do miejsca, spotykaliśmy się często na polanie przy jeziorze. Może tam będzie idealnie…
Skinęła głową z aprobatą. Odwróciła wzrok w jego stronę, przerzucając w głowie podsunięte jej informacje.
— Tak ma na imię? Kocanka?
— Tak, Kwaśna Kocanka. Znamy się od czasów uczniostwa, choć jeszcze gdy była kociakiem, a ja ledwo zaczynałem szkolenie zwróciła moją uwagę. A potem sama została uczennicą. Wtedy zaczęliśmy dużo rozmawiać i spędzaliśmy ze sobą czas, jako pobratymcy. Cóż, trochę późno obudziliśmy się z tym, że jednak coś do siebie czujemy-
Kocur wyprostował się nagle i, przybierając obojętny wyraz pyska, odchrząknął.
— Więc… No, od jakiegoś czasu po prostu czułem, że muszę coś z tym zrobić.
Zamruczała pod nosem, lustrując kocura wzrokiem; wyglądał na ledwie kilkanaście księżyców młodszego od niej. Odwróciła spojrzenie na tłum i cmoknęła.
— Czasem to, że uczucie rozkwita późno, znaczy też, że będzie ono wam towarzyszyć do końca życia — miauknęła.
Zamilkła za moment, próbując opanować grymas wkradający się na jej pysk. Jej głos przybrał tęskną nutę.
— Będziecie mieli szansę zestarzeć się w ramionach drugiego; los nie odbierze wam szczęścia przedwcześnie, bo nie musiał wam dać go posmakować za młodu.
Uszy Kruczego Pióra poruszyły się z zainteresowaniem.
— Masz kogoś takiego? Jeśli mogę zapytać.
Wbiła wzrok w nieokreślony punkt na niebie. Każde słowo opuszczało jej wargi wbrew jej woli.
— Miałam.
Kąciki jej pyska uniosły się w niewyraźnym uśmiechu. Czuła na sobie wzrok drugiego zastępcy, jednak bała się spojrzeć mu w oczy.
— Gdziekolwiek teraz jest, myślę, że może nadal jest szansa, abyście byli razem.
Drgnęła z zaskoczeniem. Głosem Wilczaka wiodła zaskakująco miękka nuta; uchyliła ucho w jego kierunku.
— Jeśli nie teraz, to po drugiej stronie — kontynuował. — Jeśli to prawdziwa miłość, to nie da się jej tak po prostu zerwać. A jeśli się ją zrywa, to czy kiedykolwiek była prawdziwa?
Po drugiej stronie. Czy Klan Gwiazdy był na tyle łaskawy, robiąc wyjątki dla tych dusz, które wolałyby zaprzestać bytu niż nigdy nie zobaczyć już drugiej połówki swojego serca? Czy jego łąki i doliny też dzieliły granice, czy jego mieszkańcy również spoglądali krzywo na uczucie, które łamie zasadę?
— Nigdy w moim życiu nie byłam bardziej pewna czegokolwiek, niż tego, że go kochałam.
Szybkość, z jaką słowa wypadły z jej pyska, zaskoczyły nią samą. Po jej grzbiecie przeszedł dreszcz, gdy niewygodna myśl, o tym, że rozmawia z Wilczakiem do niej wróciła, ale jej wnętrzności wykręciły się niewygodnie i kontynuowała, dopóki miała szansę to z siebie wyrzucić.
— Kochałam, i nadal kocham. Widzę go w gwiazdach, na które razem patrzyliśmy, w zwierzynie, na którą polowaliśmy... W pyskach moich dzieci, w imionach, które im nadałam.
Nieco za późno zdała sobie sprawę z tego, że nie powinna była się tak zwierzać. Pozostało jej liczyć na to, że zastępca nigdy nie wykorzysta jej słów przeciwko niej samej. Zmarszczyła brwi, odrywając spojrzenie od granatowego nieboskłonu i przenosząc je na kocura.
— Będę liczyć na wasze powodzenie — ze ściśniętym gardłem zmieniła temat, poruszając końcówką ogona. — Niech los wam dopisuje.
Czarnofutry popatrzył się na nią przez parę uderzeń serca, w zamyśleniu, po czym uśmiechnął się delikatnie i skinął łbem.
— Dziękuję.