BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

31 maja 2026

Od Dzikiego Berberysu CD. Modliszkowej Ciszy

Rozmawiał właśnie ze starszym wojownikiem, który o dziwo był dla niego wsparciem. Modliszkowa Cisza może i był specyficzny, cichy i czasami nie wydawał się empatyczny, jednak o dziwo nadawali na podobnych falach. Zgadzali się na pewno, co do rządów Króliczej Gwiazdy.
Skinął mu głową i skierował się do legowiska wojowników, żeby odpocząć, tak jak doradził mu kocur. Jednak posłania kotów z jego rodziny były puste i niektóre nie będą zapełnione tej nocy. Brak Jagodowego Marzenia, Świerszczowego Skoku i jego rodzonego brata, Trzmielowego Pyłku sprawiała, że nie mógł nawet zamknąć na chwilę oczu.

***

Aktulane

Zaczęła się Pora Zielonych Liści, a Dziki Berberys właśnie pędził za jednym z szaraków po równinach, przeskakując przez najróżniejsze przeszkody, na które owa zwierzyna chciała go zgubić. Kocur jednak wytrwale gonił królika. Jego siły i prędkość spadały, z każdym następnym susem. Nie był długodystansowcem, tylko sprinterem na krótkie dystanse.
Nagle wyskoczył zza traw chudy kot o kremowym futrze. Był to Modliszkowa Cisza, który jakże w zaskakujący sposób złapał królika. Mimo swojego podeszłego wieku, kocur nadal trzymał się swojej rangi. Zdyszany podszedł do starszego, jednak zauważył, że nie tylko on był zmęczony. Boki Modliszkowej Ciszy również szybko się unosiły, a po jego zielonych oczach widział zmęczenie.
— W samą porę, Modliszkowa Ciszo! — pochwalił starszego. — Jak na swoje lata całkiem dobrze się jeszcze ruszasz. Tak jak Ciebie zapamiętałem, kiedy byłem jeszcze uczniem.

< Modliszkowa Ciszo? 🪲💪>

Od Dzikiego Berberysu CD. Poczciwego Szakłaka

Przeszła Pora Nagich Drzew

Popatrzył lekko oburzony na starszego wojownika. Nie rozumiał, jak można aż tak bardzo nie interesować się życiem klanowym, który bezpośrednio też go dotyczył. Czy starsze koty zapomniały o bezpieczeństwie oraz roli reprezentatywnej, jaką miał Królicza Gwiazda? Przecież ten starzec w roli lidera nie spełniał żadnego z jego głównych obowiązków!
Jednak Dziki Berberys postanowił być bardziej grzeczny w stosunku do Poczciwego Szakłaka. Skinął mu krótko głową. Niech mu będzie. Skoro coraz częściej wyściubiał nos z legowiska i powoli odżywał w klanie, to niech tak zostanie. Przynajmniej nie będzie sprawiał problemów, jeśli rebelia ruszy, by obalić lidera.
Otworzył już pysk, żeby zacząć jakiś inny temat rozmów, może troszkę milszy, żeby nie spłoszyć wojownika. Jednak tamten tylko przyspieszył kroku i ruszył na przód grupy patrolu. Dziki Berberys został sam na końcu pochodu.

***

W końcu patrol wszedł do obozu. Niektóre koty niosły zwierzynę, a na granicy było dość spokojnie. Wojownicy rozeszli się po legowiskach, a wraz z nimi Poczciwy Szakłak. Nie chciał podążać za czarnym kocurem. Nadal czuł niesmak po ich konwersacji, którą czarny wojownik uciął w dość suchy sposób.
Podszedł do innych kotów, gdzie rozmawiał jego brat. Czyżby mówili na jakiś temat dotyczący rebelii? Wątpił, nie robiliby tego w obozie. Dołączył do nich i słuchał opowieści, jak Nieustraszonemu Chomikowi uciekał ostatnio królik. Nudny temat, jednak musiało mu wystarczyć, jeśli nie chciał wchodzić do legowiska wojowników.

***

Aktualne

Nowi członkowie Klanu Burzy wydawali się bardzo ciekawi, a w szczególności jeden kremowy kocur o klasycznym pręgowaniu oraz króciutkim ogonku. Przypominał strasznie Króliczą Gwiazdę oraz Zawodzące Echo. Może to właśnie dlatego przyjęto go do klanu? Nie był tego pewien, to była tylko jedna z głupich teorii, którą sobie ubzdurał.
Właśnie siedział na polanie i obserwował Burzaków, którzy krzątali się po obozie. Jednak jego uwagę przykuła dwójka, którą już wcześniej przyłapał na rozmowie. Ów nowy Burzak, często rozmawiał z Poczciwym Szakłakiem. Czyżby się znali, skoro tak często rozmawiali? A może w Klanie Burzy mieli okazję się lepiej poznać?
Kiedy tylko Gasnąca Łapa wyszedł z patrolem poza obóz, ten wykorzystał, że Poczciwy Szakłak siedział sam na polanie. Skinął mu głową i zagrodził drogę, żeby starszy przypadkiem nie miał okazji, by uciec od rozmowy.
— Dzień dobry, Poczciwy Szakłaku, mam do Ciebie kilka pytań. Wiem, że ostatnia nasza rozmowa nie przebiegła najlepiej, jednak teraz nie zamierzam Ciebie tym męczyć — czarny wojownik na te słowa rozluźnił mięśnie.
— Słucham Cię, Dziki Berberysie.
Na to właśnie liczył.
— Znałeś wcześniej Gasnącą Łapę? Mam wrażenie, że jest z któregoś klanu, bo widziałem go na zgromadzeniach, jednak nie pamiętam, z którego on jest. Wydaje się, że się znacie, bo nawet często rozmawiacie.

< Poczciwy Szakłaku? Nie musimy rozmawiać tylko o polityce 😸❤️>

Od Wrony CD. Iskrzyka

Wrona popatrzyła na Iskrzyka.
– Tak, wszystko dobrze. Jak się czujesz jako zwiadowca?
– Długo na to czekałem, więc się cieszę, że w końcu nim zostałem – uśmiechnął się. Zaczął grzebać pazurem w ziemi, a jego uśmiech powoli bladł. – Ale jak na razie to tutaj skwierczę. Mam ochotę wyjść z obozu.
– To możeee, pójdziesz z nami na trening? – zapytała uczennica kremowego.
– Cóż, jeżeli Czereśnia pozwoli… – rzekł Iskrzyk.
– To chodźmy! – szturchnęła go Wrona i poszła jak zawsze w kierunku wyjścia z obozu.
– Witaj, Czereśnio! Czy Iskrzyk mógłby z nami pójść na trening? – popatrzyła na mentora słodkim wzrokiem.
– Witaj, Wrono, niech wam będzie. Choć skończył trening, nie zaszkodzi mu przypomnienie, jak się robi legowiska na drzewie.
– To dzisiaj? Jak super! – podskoczyła. W sumie jak zawsze, gdy się dowiadywała, że będzie się uczyć czegoś nowego.
– W takim razie idziemy do owocowego lasku – machnął ogonem i gęsiego przeszli do ustalonego miejsca.
– Ale tu pięknie! – zachwyciła się kotka, gdy pierwszy raz zobaczyła owocowy lasek naprawdę owocowym. Z każdej strony było czuć zapach gruszek, śliwek a przede wszystkim jabłek. Koty rozmawiały tu ze sobą, ćwiczyły wspinaczkę czy patrzyli na jerzyki. Zewsząd też było słychać powitania i widać skinienia głowami: “Dzień dobry, Czereśnio!”,”witaj, Czereśnio!”,”jak mija ci dzień, Czereśnio!”. Lider tylko odpowiadał, skinąwszy głową lub dając twierdzące odpowiedzi.
– Dobrze, zaczynajmy – rzekł czekoladowy, siadając i owijając ogon wokół łap.
– Od czego zaczynamy? – spytała kłapoucha.
– Najpierw musisz określić, czy dane drzewo nadaje się do budowy na nim legowiska. Gałęzie muszą być grube, aby wytrzymały ciężar kotów i innych rzeczy. Muszą też być rozłożyste, aby można było w nie wplątać patyki. Spróbuj sprawdzić tę gruszę – machnął ogonem w stronę drzewa.
Wrona przytaknęła głową. Weszła na nie i położyła łapę na gałęzi. Uginały się pod jej ciężarem.
– Nie nadaje się! Za cienkie gałęzie! – krzyknęła.
– W takim razie spraw tę śliwę – odparł mentor, wskazując na nią łapą.
Dymna zeszła z gruszy i weszła na drugie drzewo. Tu gałęzie były grube i masywne, ale była tak gęsta sieć pomniejszych odbij, że trzeba było się przeciskać.
– Tu też niezbyt! Za ciasno! – oznajmiła.
– To może ta jabłoń? – powiedział kocur.
Koteczka szybciutko na niego weszła. Gałęzie były mocne i rozłożyste, a liście nad nią robiły baldachim, sprawiając, że w środku było rześko.
– Idealne!
– W takim razie zabierzmy się do pracy – miauknął Czereśnia. – Aby zrobić dobre legowisko, najpierw potrzebujemy grubych patyków na stelaż, później mniejszych na podłogę i liści lub mchu by było miękko.
Przez następne chwile ona i jej mentor z pomocą Iskrzyka zbierali materiały do legowiska. Najpierw dali grube badyle, by zrobić podstawę, następnie wpletli mniejsze patyki w szczeliny i wyłożyli podłogę liśćmi.

***

Wrona popatrzyła na całość budowli. Była naprawdę z siebie dumna. Kotka poszła po drewnianej posadzce, wyłożonej miękkimi, zielonymi liść. Tam, gdzie gałęzie się pięły do góry, były badylki, które emitowały w ściany. W gałązkach nad nimi były piórka zawieszone na giętkich kawałkach trawy.
– Ale tu pięknie! – zachwyciła się kłapoucha.
– Zgadzam się – zawtórował jej Iskrzyk.
– Dobra robota, Wrono, spisałaś się na medal – zamruczał mentor.
– Dziękuję, Czereśnio – uczennica lekko pochyliła głowę.
– Mamy jeszcze trochę czasu. Możemy trochę popolować, a potem tu zjeść, i tak sterta jest obfita w zwierzynę, a kociaki i królowe już dostały jedzenie.
– Ale tu będzie miło – zamruczała do siebie, po czym dodała trochę głośniej: – Iskrzyku, chodźmy!

<Iskrzyku?>
[534 słowa]

Od Dzikiego Berberysu CD. Krokusowej Kruchości

Dziki Berberys spojrzał swoimi błękitnymi oczami na kotkę, która podstawiła mu pod nos jaskółkę. Krokusowa Kruchość milczała i z wyczekiwaniem obserwowała go, jakby czekała na jego reakcję. Sam nie był pewien, jak zareagować, szczególnie po ostatnich wydarzeniach, które zadziały się w klanie. Widział, jak kotka wraz z innymi Burzakami patrzyła na niego i jego rodzeństwo z przerażeniem, jakby to nie Świerszczowy Skok, tylko oni zaatakowali ich byłego asystenta medyka.
— Dziękuje ci za prezent, Krokusowa Kruchości. Jeśli chcesz, możesz się obok mnie usadowić i porozmawiać — przerwał niezręczną ciszę, która panowała w legowisku wojowników.
Młodsza wojowniczka niepewnie podeszła do niego i usiadła na jednym z posłań.
Posłuszna” — skomentował krótko w myślach.
Nadal ta nic nie mówiła, tylko patrzyła z wyczekiwaniem, aż ten zje zdobycz, którą mu przyniosła. Widząc to, wziął gryza ptaka, na co kotka zareagowała uśmiechem.
— Nie spodziewałem się, że przyniesiesz mi posiłek. Szczególnie po ostatnich wydarzeniach — zauważył, jednak ta nadal milczała. Dlatego też kontynuował. — Jest mi naprawdę przykro, że ostatnimi czasy tyle rzeczy się dzieje w tym klanie. Osłabia to nas coraz bardziej, a inni, zamiast obarczać władzę, że nie reaguje na problemy, które można zdusić w zarodku, patrzy na nasze łapy, gdyż jesteśmy tą pechową rodziną zdrajców i morderców — prychnął wzburzony, biorąc następnego kęsa.
— Nie powinni tak na was patrzeć… — powiedziała cichutko i delikatnie pogładziła go końcówką ogona. — Współczuję wam takiego losu. Jednak jesteś kotem o dobrym sercu. Tak myślę i… Czuję…
Lekko się zawstydziła i przeniosła swoje rozmarzone zielone oczy w dal legowiska. Zauważył to, jednak nie zareagował. Czemu miałaby od niego odwracać tak nagle wzrok? Podobał się jej? A może po prostu nie chciała na niego patrzeć, gdyż był potworem, tak samo, jak jego ojciec?
Nie okłamywałaby mnie przecież. Przynajmniej tak mi się wydaje…
Zamruczał cicho, również niepewny swoich uczuć względem kotki:
— To dobrze czujesz. Staram się być jak najlepszą wersją samego siebie. Nie chciałbym nikogo zawieść. W szczególności ciebie — mruknął troszkę ciszej, decydując się popchnąć ich kwitnącą relację w trochę innym kierunku niż tylko przyjaźń.
Krokusowa Kruchość jednak nie spojrzała się na niego. Unikała nadal jego wzroku, a futerko lekko jej się napuszyło. Chyba zrozumiała przesłanie. Kotka jednak nie uciekła z legowiska wojowników, żeby ukryć swoje uczucia, tylko z grzeczności została przy nim, aż ten skończył swój posiłek. Nie rozmawiali. Siedzieli w ciszy przez ten cały czas. Dziki Berberys nie był pewien, czy mógłby nazwać to milczenie komfortowym. Krokusowa Kruchość ewidentnie czuła się przy nim niekomfortowo, w sumie tak jak z większością kotów z tego klanu.
— Muszę już iść. Zawodzące Echo kazał mi pomagać w pracach przy obozie — wyszeptała swoim ładnym głosikiem.
— Dziękuje ci, że dotrzymałaś mi towarzystwa.
Ta skinęła mu głową, jednocześnie posyłając mu delikatny uśmiech. Nie odezwała się. Wyszła. Teraz siedział sam w legowisku i czuł się znów samotny jak przedtem.

***

Słońce zachodziło za horyzontem, a na niebie oprócz pięknych barw pojawiali się pierwsi wojownicy Klanu Gwiazdy. On stał na straży do obozowiska i wpuszczał właśnie ostatnie koty, które wracały z wieczornego patrolu łowieckiego. Wojownicy wraz z uczniami weszli do środka, niosąc całkiem przyzwoite zdobycze. Ta noc powinna być spokojna, miał zamienić się z Sójczym Błękitem na warcie, kiedy na księżyc na nocnym niebie będzie wysoko. Koty powoli zaczynały znikać w legowiskach i kierować się na posłania. Tylko nieliczni zostali na polanie i rozmawiali po cichu. Widział, jak trzy znane wszystkim białe futerka albinosów krzątały się po zakamarkach, spełniając swoje obowiązki pod osłoną nocy. Nie skupiał się dokładnie na tym, co robią Wełnista Mszyca, Biały Strumień i Lotosowy Pąk.
Swoje niebieskie oczy skierował na niebo, obserwując Gwiezdnych oraz powoli sunące ciemne chmury. Zawsze tak robił, jeśli kazano mu siedzieć na warcie. Zawsze wolał budzić się wczesnym rankiem, kiedy promienie słońca łaskotały go w nosek oraz jego białe futerko. Skupiony na nieboskłonie, całkowicie nie zauważył, że w jego kierunku zbliżyła się Krokusowa Kruchość. Kotka bezszelestnie usiadła obok niego. Dopiero zarejestrował jej obecność, kiedy ta przez przypadek dotknęła go ogonem. Wzdrygnął się.
— O! Krokusowa Kruchości! Nie spodziewałem się twojej obecności… — kotka speszona, postawiła swoje futerko na sztorc, a on szybko dodał, chcąc ją uspokoić. — Oczywiście, nie mam nic przeciwko twojej obecności tutaj. Miło mi, kiedy spędzamy razem czas.
— Em… Mi również miło.
Znów zapadła cisza. We dwoje siedzieli, obserwując gwiazdy i nasłuchując chrapania pobratymców.

***

Aktualne

Ostatnio w Klanie Burzy zawitali nowi członkowie, którzy uciekli z innych klanów. Dwoje Nocniaków i chyba jeden Klifiak? Zresztą, co to za różnica? Wszyscy byli spoza Klanu Burzy, co już nie podobało się Dzikiemu Berberysowi. Jednak, co on mógł powiedzieć, skoro temat rebelii ucichł, a czas biegł nieustannie dalej, niczym zając. Zanim by się obejrzeli, Królicza Gwiazda by umarł ze starości, a Zawodzące Echo zostałby nowym przywódcą tego klanu i musieliby się użerać z nowym liderem, który całkowicie nie nadawał się na tą rolę.
Idąc tak zamyślony, wpadł akurat na Kameliową Łapę oraz Tojadową Łapę, którzy właśnie wychodzili na patrol z Rudą Lisówką i Dryfującym Fluorytem. Krótko skinął im głową i wymamrotał “przepraszam” i zniknął w wyjściu.
Ruszył na samotne polowanie, a pogoda Pory Zielonych Liści sprzyjała na złapanie smacznego dużego kąska. Przemierzał wysokie trawy, które nosiły na sobie zapach najróżniejszej zwierzyny. Skupiony na jednym ze śladów królika, ruszył za nimi, jednak przez przypadek wpadł na Krokusową Kruchość, która wyskoczyła z traw, prosto na czołówkę. Zderzyli się głowami, a z pyszczka kotki wypadły najróżniejsze pachnące kwiaty, które musiała zebrać na łąkach. Zaraz za nią z wysokich traw wyszła Słodka Dziewanna oraz Srebrzysta Równonoc.
— Najmocniej przepraszam cię, Krokusowa Kruchości! — miauknął, czując, jak robi mu się gorąco pod futrem. Niefortunnie wpadł na wojowniczkę, kiedy ta właśnie była na spacerze z własną rodziną. Chciał uniknąć również złości jej matki, dlatego pośpiesznie złapał część kwiatów, które upadły na ziemię i wręczył je z powrotem swojemu obiektu westchnień. — Niefortunnie się złożyło. Mam nadzieję, że nic Ci się nie stało. Wszystko dobrze?
Krokusowa Kruchość pokiwała osowiale głową, jednocześnie masując czoło łapką.
— Na pewno nic jej się nie stało, Dziki Berberysie — zapewniła z uśmiechem na pyszczku Słodka Dziewanna. — Jednak bardzo miło widzieć, że się o nią martwisz. Bardzo troskliwym kocurem jesteś.
— D-dziękuję bardzo, Pani Słodka Dziewanno — odpowiedział, skłaniając posłusznie głowę. Był na siebie zły, że się zająknął. Prawdziwy kocur nie powinien z zawstydzenia się jąkać.
Za to Srebrzysta Równonoc szybko pozbierała część kwiatów, które jeszcze leżały na ziemi. Popatrzyła się na ich dwójkę sugestywnie i zamruczała rozbawiona z własną matką. Krokusowa Kruchość za to milczała, jednak musnęła go pocieszająco swoim ogonem po boku.
— My będziemy już szły, Dziki Berberysie, przepraszamy, że wybiłyśmy Ciebie z polowania. Do zobaczenia w obozie — Słodka Dziewanna ruszyła jako pierwsza, a za nią obie z jej córek.
Krokusowa Kruchość rzuciła mu ostatnie długie spojrzenie swoich zielonych oczu, po czym trzy wojowniczki zniknęły na ścieżce prowadzącej do obozowiska. Dziki Berberys westchnął głośno, nadal nie odrywając wzroku z miejsca, którędy szła bura szylkretka.
Jak miał się teraz skupić na polowaniu, skoro myślami krążył teraz wokół jednej kotki? Czy źle postąpił, że podał jej kwiaty? Czy czasem nie wyszedł na mysiego móżdżka przed jej rodziną? Pokręcił łbem, próbując przyprowadzić się do porządku. Musiał przecież coś złapać! I wiedział już, komu dałby swoją zdobycz.

***

Wrócił do obozu z zającem w pysku. Cały dzień się za nim uganiał, więc był niewyobrażalnie zmęczony. Zamiast położyć szaraka na stercie zwierzyny, podszedł do Krokusowej Kruchości, żeby żaden starszy albo inny głodomor nie zabrał jego zdobyczy. Położył przed nią jedzenie i skinął głową jej matce oraz siostrze, które właśnie dzieliły się językami. Obie widząc jaką piękną zdobycz przyniósł dla Krokusowej Kruchości, popatrzyły się na siebie miło zaskoczone.
— Nie będziemy wam przeszkadzać — wymruczała Słodka Dziewanna i ogonem dotknęła ucha burej szylkretki, do której on przyszedł. — Chodźmy, Srebrna Równonocy — zawołała swoją drugą córkę i obie poszły do innych Burzaków.
Teraz zostali sami. Zielone oczy kotki patrzyły z zaciekawieniem w jego kierunku. Widział, że kotce nie sprawia już tak dużego dyskomfortu spędzanie z nim sam na sam czasu. Starał się od dłuższego czasu, żeby być kimś więcej dla niej, więc może w końcu to dostrzegła?
— Upolowałem tego zająca specjalnie dla Ciebie, Krokusowa Kruchości. Chciałem spędzić z Tobą trochę czasu razem, dlatego — nosem wskazał na zachodzące słońce za horyzontem. — Chciałem Ciebie również zaprosić na nocny spacer, by pooglądać razem nocne niebo.
Popatrzył z wyczekiwaniem na nią.

< Krokusowa Kruchości, czy zechcesz wyjść ze mną na romantyczny spacer? ✨🌌🌙>

Od Mglistego Snu (Śnienia) CD. Guziczka

Siedział w izolatce wraz z pozostałymi Świetlikami, którym znalezienie się w Owocowym Lesie zaczęło sprzyjać. Widział po wszystkich swoich pobratymcach, że ich żebra były prawie niewidoczne pod futrem, które powoli nabierało blasku. Bardzo cieszył go taki widok. Sam też o wiele lepiej się czuł, a pełen brzuch przed spaniem było jego jednym z ulubionych uczuć.
Nagle za jego plecami usłyszał głos jednego z Owocniaków. Po głosie był w stanie powiedzieć, że był to kocur. Odwrócił się powoli w kierunku jego nowego rozmówcy. Rzeczywiście był to kocur o dziwnym rozłożeniu bieli i czarnym cętkowanym pręgowaniu.
“Co was tak naprawdę tu sprowadza?” “Co oznaczają wasze długie imiona?” “Jak brzmi twoje imię?” — pytania kocura krążyły w jego głowie. Zmrużył nieprzyjemnie oczy.
Czy ten Owocniak żył pod kamieniem? Wczoraj się dowiedział o ich historii? A może Czereśnia skutecznie zatajał jakieś fakty?
Nie wiedział, czy jego rozmówca rzeczywiście był takim ignorantem, czy tylko starał się go sprowokować. Przeczesał swoją brodę, nie ukrywając poirytowania.
— Myślałem, że rozmowę zaczyna się od przedstawienia siebie. Chyba, że te reguły w Owocowym Lesie nie występują? — mruknął i przyjrzał się pyskowi rozmówcy.
Nie wiedział ile tamten miał księżyców, ale był w stanie stwierdzić, że byli w podobnym wieku. Przez co wątpił w powagę pytań wojownika (przynajmniej taką rangę założył mu Mglisty Sen). Takie pytania mógł mu zadać ciekawski kociak, który urwał się ze żłobka.
— Nazywam się Mglisty Sen. Chociaż moje imię pewnie zostanie zmienione niebawem przez waszego przywódcę — powiedział z nieukrywaną niechęcią. — Jednak zgodziłem się na te warunki, które postawił mi Czereśnia, więc nie powinienem narzekać…
Po minie kocura mógł stwierdzić, że sam nie zrobił na nim dobrego wrażenia. Chyba potraktował go zbyt oschle, jednak, czy powinien się dziwić? Był więźniem i sam uważał, że przeżył bardzo dużo. Nikt nie powinien traktować ich olewczo. Byli przecież już w Owocowym Lesie jakiś czas.
— Nazywam się Guziczek — odezwał się w końcu Owocniak. — Jestem zwiadowcą w tej społeczności i zamierzam troszczyć się o własnych pobratymców, dlatego wolę również samemu sprawdzać koty, które od dłuższego czasu tak się szwędały w okolicach naszego terytorium.
Kilka Świetlików spojrzało w ich stronę z zaciekawieniem. Natomiast on zakrył swoim czarnym futrem resztę izolatki, by Guziczek nie skupił się na pozostałych.
— Nie słyszałem o takiej roli, jak zwiadowca. Czy to znaczy, że jesteś wojownikiem?
— Nie zmieniaj tematu. Mogę ci później powiedzieć — upomniał go.
Mglisty Sen pokręcił nosem, przedłużając ciszę, która zapadła między nimi. Widząc, że Guziczek jest uparty, w końcu miauknął:
— Moje dwuczłonowe imię wynika z tego, że ukończyłem trening na wojownika Klanu Wilka i przeszedłem wszystkie testy, jakie miał dla mnie przyszykowane Nikła Gwiazda. Nic poza tym. Natomiast jeśli chodzi o nasze “szwendanie się” wokół waszych terenów, to staraliśmy się przetrwać na naszą łapę, z dala od krwawych łapsk Klanu Wilka oraz kultu, który i tak by nas zabił, jeśli odkryliby, że nie wierzymy w Mroczną Puszczę. Z czasem koty umarły lub uciekły. Głodowaliśmy. Tyle ci wystarczy, czy już przestaniesz udawać, że jesteś ignorantem?
— Nie jestem ignorantem — odpowiedział z niesmakiem Guziczek.
— Skoro nie jesteś, to nie pytaj się mnie o takie głupie rzeczy, jak jakiś ciekawski kociak — Mglisty Sen naprawdę się starał nie podnieść głosu. — Powinieneś być na bieżąco, to co się dzieje w waszej przynależności. A teraz zostaw nas samych. Już i tak nas pilnują stróże oraz wojownicy. Zajmij się czymś przydatnym — machnął łapą i odwrócił się do niego tyłem, wracając do zacienionej izolatki.
Strażnicy popatrzyli się po sobie, a Guziczek zacisnął szczęki, obrócił się na pięcie i zniknął w legowiskach, których Mglisty Sen jeszcze nie zdążył pozwiedzać.
Ich pierwsze spotkanie może i nie było najprzyjemniejsze, jednak sam nie zamierzał, być miłym dla kogoś, kto podchodził do nich olewczo i z taką podejrzliwością. Może robił się zgorzkniały po śmierci Jarzębinowego Żaru? Zastanowił się nad tym Mglisty Sen. Może i tak było lepiej. Nie powinien być tak ufny i przyjemny dla każdego. Skończyło się bycie wyrozumiałym młodziutkim wojownikiem.

***

Wszedł wraz z Kasztanem i Miodunką do legowiska przywódcy. Poznał już trochę kotów, które ich pilnowało i zaczął pojmować, kogo mógł bezkarnie prosić o różne przysługi. Akurat tymi kotami była ta dwójka. Usiadł grzecznie naprzeciw Czereśni, który z zaciekawieniem popatrzył na niego.
— Co Cię sprowadza do mnie, Mglisty Śnie? — zapytał czekoladowy solid i ułożył się wygodnie na posłaniu.
— Chciałem dopytać ciebie, kiedy Świetliki będą mianowane w waszej społeczności? Czy od razu zostaniemy wojownikami?
— Najpierw musicie przejść trening, więc będziecie zapewne niedługo mianowani na uczniów i zmienię wam imiona na bardziej odpowiadające standardom Owocowego Lasu.
Mglisty Sen wiedział, że Czereśnia nie zmieni do tego czasu zdania na temat zmiany ich imion. Nie byli wyjątkowymi kotami, które mogłyby zasłużyć na dwuczłonowe imiona. Jednak to nie podobało się nadal kocurowi. Nie po to harował jako uczeń i nie po to tyle przeszedł, żeby teraz zabierać mu jeszcze imię, na które tak mocno pracował.
— Chciałbym żeby nasze imiona były, jak najmniej zmienione.
— Pozwól, że twoi pobratymcy sami wybiorą, jak chcą zostać nazwani. Zamierzam z wszystkimi przeprowadzić rozmowę na temat ich imion oraz zasad, których będą musieli tutaj przestrzegać, skoro mają się stać częścią Owocowego Lasu.
— Rozumiem, jednak ja jako ich przywódca przedstawię warunki, jakie nam stawiasz. Nadal te koty należą do Świetlików i czy tego chcesz, czy nie, nigdy nie odnajdą się w waszym systemie. Dlatego ja jestem ci potrzebny, jako most porozumienia. Czy mieliście kiedyś u siebie koty, w których płynie Wilczacka krew? — Czereśnia milczał, co ucieszyło Mglistego Sna w środku. Mógł zostać właśnie kimś ważnym, nie tylko jakimś tam Świetlikiem, który zostałby zmieniony na zwykłego Owocniaka. — Nadal jestem ich przywódcą. Znamy techniki walki i szkolenia Klanu Wilka, jak i nauczyliśmy się polować na innych terenach jako samotnicy. Nie wierzymy w waszą wiarę i jesteśmy tutaj mniejszością. Pozwól, żeby tak zostało, a wtedy Świetliki będą tobie bardziej lojalne.
— Niech będzie — westchnął w końcu Czereśnia. — Widzę, że nie mam zbyt wielkiego wyboru… Natomiast wracając do imion, jakie byś chciał?
— Takie które nawiązywałoby do mojego dotychczasowego imienia, tylko bym nie nazywał się jak moje kocięce imię. Nie jestem już Snem.
— Zatem proponuje Śnienie. Jest podobne.
Śnienie?” — po jego barkach przeszły ciary. To imię brzmiało zbyt obco, jednak nie chciał już przedłużać tej rozmowy. Zbyt długo przesiedział w tym legowisku, a zapach lidera wyżerał mu nos od środka.
— To imię się nada — mruknął do przywódcy, który skinął zadowolony głową.

***

Pora Zielonych Liści nadeszła, a wraz z nią słońce. Przynajmniej tego dnia kiedy odbył swoją odsiadkę wraz z pozostałymi Świetlikami. Teraz stał właśnie przed topolą, gdzie na jednej z niskich gałęzi siedział Czereśnia. Właśnie nadawali Świetlikom nowe imiona. Oczywiście on był wywołany na środek, jako pierwszy. Czyżby czekoladowy wziął sobie do serca, że on jest liderem Świetlików?
— Mglisty Śnie, od dzisiaj będziesz znany jako Śnienie. Stajesz się właśnie członkiem naszej społeczności i przejdziesz szkolenie, które sam sobie wybierzesz. Jednak najpierw nauczysz się o rolach, jakie są w naszym klanie — głos Czereśni był oficjalny i dźwięczny. Kocur pewnie chciał przekonać pobratymców do swojej decyzji o zwerbowaniu ich w szeregi Owocowego Lasu.
Skinął krótko głową i znajomy mu wcześniej zwiadowca zaprowadził go do legowiska uczniów, gdzie miał znaleźć własne posłanie.
— Guziczku, teraz możesz mi powiedzieć, na czym polega wasza rola. Przyda mi się zaznajomienie chociaż trochę z waszą tradycją, skoro mam tutaj zostać.

< Guziczku, może wytłumaczysz starszemu, co i jak? 🎓💡 >

Od Rzekotki do Złocistego Widlika

Rzekotka wyszła na spacerek z rodziną. Cała piątka kotów wyszła nad rzeczkę, żeby kociaki mogły zobaczyć, gdzie pływają rybki. Zmierzchająca Fala dał im wspaniały pokaz łowienia, a Rzekotka zakochała się w ojcu bardziej i bardziej! Ideał kocura normalnie! Koteczka otarła się o łapki taty.
— Tato, kociam Cię! — rzekła głośno, kiedy Fala jeszcze ociekał wodą.
— Haha — miauknął. — Ja Ciebie też.
Zmierzchająca Fala podarował rybę Kropiatkowej Skórce, a cała trójka córek zrobiła głośne “awww” na ten romantyczny gest. Były ich najwierniejszymi fankami! Każde kwiatki przyniesione przez tatę były podziwiane, zabawki, jedzenie, wszystko wręcz. Uczyło to również dziewczyny tego, jakiego partnera powinny sobie szukać. Przystojnego i takiego, co przynosi fajne rzeczy! Rzekotka wpatrywała się wielkimi oczyskami w rodziców. Ich ojciec był wciąż mokry. Zerknęła na rzeczkę. Czy woda była ciepła?
Koteczka podeszła, gdy tamci byli zajęci sobą, do brzegu. Trawa falowała, szumiąc dzięki wiatrowi, przynosząc do noska małej rybi zapach. Prąd wodny przyniósł również za sobą kawałek drewnianej kory z jakiegoś drzewa. Była mokra i śliska. Rzekotka sięgnęła ją ledwie swoimi krótkimi łapkami, ale musiała je zamoczyć. Ah, woda była zimna!
Nagle jedno ze źdźbeł przy brzegu dotknęło ją w tyłek i się wystraszyła, wskakując na właśnie ten złapany kawałek kory. Kotka obróciła się na nim jak na karuzeli, nie wiedząc za bardzo, co się stało, ale było zabawnie! Kiwała się na boki i zaczęła nucić wesołą melodię. Nie zauważyła, nawet kiedy leniwy rzeczny prąd zaczął ją zabierać dalej.
— Gdzie jest Rzekotka? — zapytała Ropuszka, która zauważyła jej brak.
— TUTAJ JESTEM! — miauknęła malutka, bujając się na swojej prowizorycznej tratwie. — Mamo! Tato PATRZCIE! PATRZCIE TERAZ!
I łapką powiosłowała, sprawiając, że kora się obróciła wraz z nią. Jej ogon nurkował od dłuższego czasu w rzece i był cały nasiąknięty. Zmierzchająca Fala pobladł, tak samo, jak Kropiatkowa Skórka.
— CO TY TAM ROBISZ?! — wrzasnął.
Cała czwórka zaczęła gonić kociaka, który wesoło odpływał w nieznane. Kropiatka poganiała dzieci, ale dziewczynkom ciężko było tak biec, więc Zmierzchająca Fala, korzystając, że i tak był mokry, pobiegł przodem. Tak oto Rzekotka płynęła rzeczką od obozu, obok wszystkich mniejszych wysepek. Zmierzchająca Fala biegł za nią, w pewnym momencie wyprzedzając młodą podróżniczkę. Znalazł odpowiednie miejsce, po czym wskoczył do wody, by złapać swoje niesforne dziecko. Bardzo sprawnie podpłynął do córki, odgradzając ją swoim ciałem i zatrzymując jej małą, spróchniałą łódkę.
— Yippe! Tatuś bohater! — krzyknęła oczarowana Rzekotka.
Została odholowana do brzegu przez kocura i wyciągnięta za kark przez matkę. Dostała ochrzan życia, ale nigdy nie zapomni tej przygody! Jej siostry całą drogę powrotną wypytywały ją, jak było i snuły domysły, gdzie ta Rzekotka by dopłynęła, gdyby nie ich ojciec. Może znalazłaby jakiś nowy zakątek do zabaw? Albo spotkałaby morskie potwory! Podobno takie istniały!
— Przyda nam się lina dla niej — burknął pod nosem przemoczony i zmęczony Zmierzchająca Fala.
— Ależ byłeś dzielny! — pochwaliła go, śmiejąc się Kropiatkowa Skórka. — Obawiam się, że nie damy rady jej przywiązać do nas. Wystarczy na chwilę wzrok odwrócić, a jej nie ma…
— W kogo ona się wdała? — myślał na głos ciemny kocur. — Ja taki nie byłem za młodu!
Gdy wrócili do obozu, Rzekotka wciąż pachniała rzeczną wodą, ale była niemal sucha. Jej sierść sterczała w każdym możliwym kierunku. Kropiatka usiadła pod ścianą w żłobku i odetchnęła z ulgą. Jej partner zaproponował, że przyniesie posiłek, poprosił więc Złocistego Widlika o pomoc przy maluchach. Kocur podszedł do Rzekotki. Niebieski kociak przeniósł wzrok z pustej ściany, na jasnego kota. Jej oczy rozbłysły.
— Piękny Pan! — krzyknęła. — Umyjesz mi futro? Wiesz jaką przygodę dziś miałam? Płynęłam po rzece i tatuś mnie uratował! Jest taki dzielny i wspaniały! — mówiła dalej, dostrzegając jakieś ozdoby w futrze starszego. — Łoooooo a co to? — zapytała, dotykając je łapką. — Jakie śliczne! Takie ładne jak Pan! A teraz pora na przytulaska.
Po czym wlepiła swoje śmierdzące futro w Widlika z uśmiechem.

<Widlik? :D >

Od Borowika CD. Łzy

Przeturlałem się na plecy i z pleców znowu na brzuch, patrząc na wróbla spod innego kąta, oceniając wszystkie za i przeciw.
– Uh. Hm. No nie, nie. Fuj. Jedzenie po kimś jest fuj. Więc albo ja, albo ty – mruknąłem, marszcząc brwi, nie odrywając spojrzenia od wróbla.
Nie wiem, co powinienem uczynić w zaistniałej sytuacji. Niby jestem głodny. I odrzucić dar od takiej milutkiej, malutkiej koteczki jak Łza to też nie za dobrze.
– Jest to ciężka kość do przełknięcia – dodałem.
To… metafora taka. No bo… kości się nie połyka. Trzeba być niemądrym bardzo. Ostatnio chyba udało mi się odkryć stojący za metaforami spisek i zacząłem rozumieć ich funkcjonowanie. Wystarczy użyć losowego przedmiotu i połączyć go z nazwą czynności, najczęściej sprzeczną, i wychodzi oto takie zdanie, godne najtęższego kociego umysłu. A już najlepiej, gdy nie powie się wprost, że to metafora, tylko domyślić się trzeba. Wtedy wszystko działa idealnie. Choć… jest to niewątpliwie całkowicie pozbawione jakiegokolwiek sensu.
Nie zastanawiałem się jednak długo nad tymże dylematem.
– Uh. Dobra, to wróbel mój.
Chwyciłem go moją paszczą i niemal od razu zniknął tam w całości. Przemieliłem go, wypluwając na bok niejadalne części.
Przełknąłem.
– No. Dobry wróbel. Szkoda, że nie chciałaś. Ale rozumiem. Nie każdy lubi wróble. Mówiłem ci już, że nienawidzę wiewiór? Być może mówiłem. Uh. Bo ich futro… no wiesz, wchodzi mi… w zęby zawsze… Wróble… pewnie też jakoś mogą wchodzić tak co poniektórym…
Oblizałem zęby. Spojrzałem na Łzę. Wydawała się… nieco skonsternowana. Nie potrafię jednak bliżej określić czym. Ale to chyba bardziej ogólne kocięce zdezorientowanie. Kociaczkom wszystko wydaje się takie duże i głośne. Dlatego o kociaczki trzeba dbać. Tak.
– Dobra. Wiem. Słuchaj teraz, Łzo. Powiem ci coś – usiadłem, prostując się lekko i nachyliłem się do niej. – Czy ty. Widziałaś kiedykolwiek. Yyy… – obróciłem gałkami dookoła, próbując zaczepić na czymś wzrok. – Taki jakby… kopiec? To znaczy… mrówczy. Mrówczy kopiec mrówek? Powiem ci teraz… najważniejszą życiową radę, jaką otrzymasz w przeciągu kilku następnych dni. Bo mi się akurat historia przypomniała taka. I myślę sobie, że warto ostrzec cię – odchrząknąłem. – Jak na treningu byłem raz, to tam kopiec był mrówczy na ziemi. Co po nim biegały mrówki. Ćwiczyłem kamuflaż. A kamuflaż polega często na tym, że się leży pod warstwą błota w bezruchu od świtu do nocy. I ja tak leżałem na tym kopcu mrówczym. Nie znając jego prawdziwej istoty. I… I w skrócie to… mrówki mnie oblazły. I biegały po mnie. Od świtu do… obiadu. Nie powiem więcej, co tam zaszło, gdyż pewnych rzeczy słowa nie opiszą. Więc tak. Moja rada. Mrówcze kopce są niedobre. Nie kładź się na nich. Tak. Dziękuję.
Strzepnąłem głową. Cieszę się, że udało mi się przekazać, choć cząstkę mojej wiedzy przyszłej wojowniczce. Może jej to kiedyś uratuje życie. Tak jak mnie ta wiedza mogła wtedy uratować…

<Łzo?>
[454 słowa]

Od Dzwonkowego Świstu CD. Pożarowej Łapy

*Czasy, gdy Bursztyn i Żywica są kociętami*

Napadły go ostatnimi czasy nieustanne wątpliwości. Oczywiście nie chodziło mu o dzieci, one były dla niego oczkiem w głowie, niezależnie od tego, jak się zachowywały. Kwestie sporne dotyczyły jego partnerki, jeśli mógł ją w ogóle tak nazwać. Ich relacja była dość skomplikowana. Pomimo że mieli razem dzieci, a on darzył Pożar uczuciem, to miewał dylemat, czy nie za szybko się to wszystko potoczyło. Pokochał szczerze kotkę, a wspólne chwile zawsze miło wspominał, nawet jeśli charakterami byli od siebie totalnie różni.
Westchnął ciężko i spojrzał w stronę legowiska, gdzie odpoczywała Pożar. Jej ogniste futro lśniło w blasku księżyca. Była silna, niezależna i dumna. Cechy, które na początku tak bardzo go fascynowały i na dłużej zatrzymały go u jej boku. Jednak tempo, w jakim ich losy się splotły, wciąż budziło w nim niepokój. Czy to była prawdziwa miłość, zrodzona z głębokiego uczucia, czy może jedynie wynik chwilowego zauroczenia? Nie był przecież już od dawna młodzieńcem którym szargały emocje, powinien być bardziej stabilny w kwestii swoich uczuć.
Nadal pamiętał ich pierwsze spotkania, pełne napięcia i niepewności, a potem nagły zwrot akcji, który rzucił ich w wir wspólnych obowiązków. Narodziny kociąt zmieniły wszystko. Od tamtej pory nie był już tylko wolnym kocurem odpowiedzialnym za samego siebie. Stał się filarem rodziny. Rodziny, której już prawie sam nie miał.
Wydawało mu się, że to, co z reguły łączy i zbliża, ich oddalało coraz to bardziej od siebie z dnia na dzień. Zauważył, że to mu zdarza się spędzać więcej czasu z dziećmi niż jej. Wpierw zrzucał to na zmęczenie po porodzie, jednak gdy maluchy rosły, jej obecność zdawała się coraz to rzadsza. Może tak niefortunnie się mijali, choć w to szczerze wątpił.
Zauważył ruch po swojej lewej stronie. Pożar uniosła głowę i spojrzała prosto na niego. Przez dłuższą chwilę milczeli, wpatrzeni w siebie. Dzwonek przełknął ślinę, czując jak serce zaczyna mu szybciej bić.
— Nie śpisz? — zapytał cicho, starając się, by w jego głosie nie brzmiał żal, a jedynie troska. Tamta westchnęła cicho, poruszając powoli ogonem.
— Słyszałam, jak kręcisz się po okolicy. Obserwowałam cię jakiś czas. O czym myślisz?
Zawahał się. Przywołał w głowie obraz małych, wtulonych w siebie kociąt. Wiedział, że jeśli teraz nie powie prawdy, będzie go to zżerać do końca życia.
— O nas, Pożar — zaczął, zniżając głos do szeptu. — O tym, jak szybko to wszystko się potoczyło. I o tym, że coraz mniej cię tu widzę. Maluchy rosną, potrzebują cię, a ty ciągle gdzieś znikasz. Czasami mam wrażenie, że uciekasz. Od nich... albo ode mnie — wyznał.

< Pożar?>


Od Borowika CD. Wrony

Usiadłem na ziemi i strzepnąłem głową na boki. Spojrzałem na nornicę, którą uczennica upuściła pod moje łapy.
– Ojej. Obiadek. Dziękuję, Wrono. Obiadek dobry. Zjem sobie. Ale to później, później… – zmarszczyłem brwi i zamyśliłem się na chwilę. – Dawno nie jadłem nornicy, w sumie…
– A no tak, bo ty jesz prawie same wiewiórki. Zauważyłam – zaśmiała się lekko kotka, przechylając głowę na bok.
Ugh.
Wrona miała rację. Jak ja nie cierpię wiewiór… Ale nie jestem w stanie przestać. Być może dzięki hojności uczennicy w końcu uda mi się wyrwać z tego błędnego, destrukcyjnego koła…
Położyłem się na ziemi, kładąc pysk na łapach, oczami świdrowałem nornicę.
– Uh. No. Ogólnie… dobrze, dobrze jest. Chyba. Wydaje mi się... – kontynuowałem myśl. Kiwnąłem głową. – Hm. Wydaje mi się, że biorąc pod uwagę mój poziom początkowy i porównując go z obecnymi umiejętnościami, można z łatwością dojść do wniosku, że… uh… no. Że jest… dobrze. Po prostu – przewróciłem nornicę do góry brzuchem. – Kurka… też mówi, że jest dobrze. Wszyscy tak mówią. Więc na około siedemdziesiąt procent tak właśnie jest. Lub też… lub też nie – zamrugałem i przekręciłem głowę lekko na bok. – Myślę, że w takim tempie bardzo prawdopodobne jest, że zwiadowcą… zostanę. Tak, tak. To na pewno. I… yyy… no… tyle mam… do przekazania na ten temat. Tak. Ale ty to masz jeszcze duuużo czasu. I… słyszałem, że radzisz sobie… też dobrze – spojrzałem jej na chwilkę w oczka. – Cieszy mnie to… naprawdę. Bo ty… bo ty taka miła. Zasługujesz, żeby ci… dobrze szło też.
Oczy uczennicy zabłysły lekko z radości. Wyprostowała się lekko.
– O, dziękuję, Borowiku! Też mi się wydaje, że robię postępy. Czereśnia to naprawdę najlepszy mentor!
– Uh. Zapewne, zapewne… Dużo cię nauczy. Bardzo dobry wojownik… to – mruknąłem, próbując skupić wzrok na małym kamieniu przede mną. – Ja pamiętam, jak ty jeszcze kociaczkiem przed chwilą byłaś. A za niedługi stosunkowo czas razem będziemy już zwiadowcami. Hm… A… ty to, co trenowałaś już…? Mogę ci… podpowiedzieć różne rzeczy ciekawe. Do których doszedłem drogą bolesnych prób i jeszcze boleśniejszych błędów – poddałem się i położyłem się na boku obok mojego potencjalnego obiadu. – Uh… No bo… wiem, że na przykład do tego rozpoznawania tropów lisa, to… nie chodzi tylko o patrzenie na jeden konkretny ślad. Ułatwia bardzo sprawę jak się… no, patrzy na całość tropu. Typ chodu. Lisy chodzą tak, że... zostawiają niemal równy łańcuch pojedynczych odcisków. Tak można rozpoznać szybko… No.

<Wrono?>
[379 słów]

Od Borowika do Iskrzyka

To było wcześnie rano. Słońce jak zwykle prosto w oczy. Tym razem nie metaforycznie. Obudziłem się więc. Przeciągnąłem się na posłaniu.
Trach.
Ojjj, niedobrze. Coś mi w kręgosłupie strzeliło. Ojej. Uf…
Ale dobra.
Trening miałem zacząć dopiero przed obiadem, zostało mi więc dużo czasu. No to poszedłem sobie po śniadanko. Zszedłem ostrożnie z drzewa i wylądowałem na ziemi. Podszedłem do stosu ze zwierzyną. Usiadłem. Oceniałem.
– Ugh… – mruknąłem z dezaprobatą, skanując cały nasz zapas.
Nic tu nie było. Zupełnie.
To znaczy… były ptaki. Wróble. Wrony. Myszy ze trzy. Królik nawet. Ale zupełnie tak, jakby nic nie było. Masakra. Na szczęście nie było wiewiór. Nie cierpię wiewiór. Ich futerko włazi mi między zęby za każdym razem. Bez sensu, że i tak za każdym razem kończę, jedząc tylko je… Nie wiem, co zrobić w takiej sytuacji. Może po prostu spróbuję upolować wiewiórę jakąś podczas treningu. Ale to później, później…
Wtedy usłyszałem kroki. Postawiłem uszy na sztorc i odwróciłem się w prawo. Zobaczyłem tam Iskrzyka. Zwiadowca leżał sobie pod drzewem, tak jakby to było całkowicie normalne tak leżeć, a między jego łapami spoczywała… wiewióra.
O nie.
Nie cierpię wiewiór.
Ale wychodzi na to, że jestem skazany na cierpienie przez wieczność.
Przypadłem do ziemi i zacząłem czołgać się w stronę Iskrzyka, trzymając się granicy obozu. Byłem już blisko, zaszedłem go od lewego boku, jeśli dobrze pójdzie, to nie ma opcji, żeby się zorientował…
– Borowiku…? Mogę wiedzieć, dlaczego się do mnie skradasz…? – kremowy kocur patrzył na mnie z lekko uniesioną brwią.
Oklapły mi uszy. Nastroszyło mi się lekko futerko.
Jakim cudem on mnie zauważył? Moja technika czołgania się była przecież bezbłędna, a mój siódmy lub ósmy zmysł momentalnie wykryłby czyjś wzrok na mnie…
– Uh. Ja…? No… no wiesz, tak tylko… um – rozejrzałem się na boki i podpełzłem jeszcze kawałek, świdrując wiewiórę wzrokiem. – Dobra. No więc… uh… przychodzę z interesem. A mianowicie… no, daj wiewiórę. Daj zjeść. Bo umrę.

<Iskrzyku?>
[312 słów]