BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

30 czerwca 2026

Od Złocistego Widlika CD. Trzcinowego Szmeru

Przeszłość

Kremowy podniósł wzrok na Trzcinowy Szmer. Uśmiechnął się szczerze. Bardzo lubił kotkę.
— Cześć, Trzcinowy Szmerze! — wymruczał na powitanie. Na słowa o plotce zamruczał rozbawiony. Cieszył go entuzjazm kotki.
— Pewnie, siadaj — miaułknął pogodnie i zrobił jej miejsce obok siebie.
— To, co tam ciekawego masz do powiedzenia? — spytał, poruszając lekko wibrysami. Trzcinowy Szmer zasiadła obok niego, ciasno owijając ogon wokół swoich łap.
— Myślę, że niedługo będziesz mógł się spodziewać kolejnych kociąt w żłobku — zamruczała, zerkając z wyjścia żłobka, gdzie na polanie siedzieli przytuleni do siebie Zmierzchajaca Fala oraz Kropiatkowa Skóra. Noskiem wskazała na zakochaną parę.
— Może po Porze Nagich Drzew będą tutaj nowe kuleczki! Podążył wzrokiem za kotką. Przyjrzał się Zmierzchającej Fali i Kropiatkowej Skórce. Uśmiechnął się na myśl o nowych pyszczkach w żłobku.
— Słodkie, malutkie pyszczki — wymruczał. W tej chwili miał pod opieką dwójkę kociąt nie licząc zdradzieckich kotek, które to zostały cofnięte do tej rangi.
— Cieszę się, że kolejne koty znalazły do siebie drogę, a Klan Nocy rozwija się w najlepsze. To wspaniała informacja — dodał ciepło.
— Skoro jesteśmy w temacie kociąt. Jak myślisz? Kogo Szumek dostanie na mentora? — przeniósł wzrok na kociaka i się uśmiechnął.
— Hmmm... — zamyśliła się, wodząc wzrokiem po polanie pełnej Nocniaków.
— Może Siwa Czapla? Mu by się przydał uczeń, chociaż Mandarynkowa Gwiazda mogłaby jeszcze podsunąć Niezapominajkową Nadzieję, Ćmie Mżenie lub świeższych wojowników. Dryfująca Gałązka, Morszczynowy Wąs lub Senna Łza się też mogą nadać, natomiast Ulewny Szkwał jest zdecydowanie jeszcze za młody. Oczywiście cieszę się, że tak szybko stał się wojownikiem, jednak, czy czasem nie za szybko? Mój Rrezedowa Łapa nadal się szkoli, a jest przecież od niego o wiele starszy. Może muszę go bardziej docisnąć… — Złotek położył uszy po sobie. Odszukał wzrokiem swojego syna, który mignął mu gdzieś na polanie.
— Jestem z niego dumny, naprawdę. Jednak też uważam, że jest trochę za młody. Trzcinowy Szmerze, on ma tylko dziesięć księżyców...ja wtedy jeszcze się uczyłem pod okiem Kotewki. Byłem mianowany wieku trzynastu księżyców — mruknął cicho w odpowiedzi. Instynkt ojcowski zdecydowanie brał tu górę.
— Może potrzebował więcej czasu. Jestem pewien, że śmierć Centurii się na nim mocno odcisnęła — wyszeptał z bólem w głosie.
— Ja również w wieku trzynastu księżyców dopiero zostałam mianowana na wojowniczkę. Może Mandarynkowa Gwiazda widzi w nim coś, czego my nie widzimy? Jeśli masz jakieś obawy, to również możesz pójść do liderki, by nie dostawał jeszcze ucznia, ze względu, że sam jest jeszcze za młody. Natomiast od śmierci Centuriowej Łapy minęło już kilka księżyców, nie można ciągle zasłaniać się jedną tragedią przed treningami. Nieszczęścia chodzą po Klanie Nocy i nikt nie ma łatwo, ja też nie uważam, żeby mnie Klan Gwiazdy rozpieszczał. Moja rodzina się sypie i jest w niełasce u Mandarynkowej Gwiazdy, poza mną. Czuję wzrok pozostałych na sobie, jednak wytrwale, codziennie wypełniam swoje obowiązki, najlepiej, jak tylko mogę. Rezedowa Łapa powinien wziąć się w garść. — prychnęła zła na swojego ucznia.
— Ostatnio nie popisał się na polowaniu, już nawet prędzej Fląderka by coś złapała, niż on! Za lenistwo, nigdy nie zostanie wojownikiem! Nawet tego dopilnuje. — Widlik westchnął cicho. Być może gdyby Fląderka nie miała czekoladowego futra, to może byłaby naprawdę wspaniałą wojowniczką, ale z jakiegoś powodu taką barwę miała.
— Wiesz Trzcinowy Szmerze? Uważam, że Mandarynkowa Gwiazda wie, co robi, więc zaufam naszej liderce — odpowiedział ze spokojem.
— Tak, rozumiem. Nie można wiecznie uciekać od treningów. Gdybym tak robił, to Kotewka nie zdążyłaby mnie wytrenować. Mam nadzieję, że się otrząśnie. W końcu moje dwie córki też są coraz bliżej mianowania. Jeszcze zostaną mianowane przed nim. Nie przeszkadza mi to, ale rozumiem, jak bardzo ci zależy na tym by dokończyć ten trening — odpowiedział.

Obecnie

Piastun od jakiegoś czasu dzielił żłobek ze Trzcinowym Szmerem i jej kociętami. Był to cudowny widok, szczególnie gdy sobie przypomniał, jak bardzo Trzcina tego pragnęła. Kocięta z własnej krwi, do dziś pamiętał te słowa. Miał wrażenie jakby szylkretka odżyła od momentu narodzin młodych. Życzył jej najlepiej, jej kociętom i Żmijowcowi również. Dzisiejszego dnia postanowił z nią pogadać, gdy maluchy zajmowały się sobą. Podniósł się i zbliżył do kotki.
— Dobry dzionek Trzcinowy Szmerze — przywitał się z kocicą. Na jego pysku widać było uśmiech. Bardzo lubił Trzcinę. Polubił ją już, gdy był jeszcze kociakiem. Czasem zapominał, że ma ponad czterdzieści księżyców, własną rodzinę i niezmienną rolę w Klanie Nocy od księżyców i wracał do tamtych dni. Nigdy nie żałował obranej ścieżki. Nie miał ku temu żadnych powodów, chociaż czasami lubił się zastanawiać, jak bardzo byłby inny gdyby obrał ścieżkę wojownika. Za myślenie nie karano, więc mógł poświęcić na to czas. Szczególnie nocą, kiedy wszystkie wspomnienia wracały do niego niespodziewanie i gwałtownie. Zastanawiał się też, co było słychać u jego brata, który odszedł z klanu. Miał nadzieję, że wszystko było u niego dobrze.
— Pozwól, że to powiem, ale…nie mówiłem? Wiedziałem, że doczekasz się własnych młodych — wymruczał pogodnie, siadając obok niej.

<Trzcinowy Szmerze? A nie mówiłem?>

Od Puchacza do Gołąbka

Tego ranka obudził go wyjątkowo zimny podmuch wiatru. Przeszedł go dreszcz i spróbował zwinąć się w ciaśniejszy kłębek, żeby zatrzymać jak najwięcej ciepła, ale bez skutku. Do tego kora z gałęzi drapała jego bok przez dziurawe posłanie. Z tego powodu powoli usiadł i ziewnął. Ani trochę się nie wyspał. Kto w ogóle wymyślił legowiska na gałęziach drzew? Nie było tutaj żadnej ochrony przed wiatrem i deszczem. W ogóle dziwna sprawa. Niby na tułowiu i łapach czuł zimno, ale miał wrażenie, jakby jego głowa była nieustannie ogrzewana ostrymi promieniami słońca. Do tego tak bolała. Spojrzał w górę. Nie, to nie słońce. Niebo było gęsto zasnute chmurami. Skierował wzrok z powrotem na swoje łapy. Czuł się naprawdę okropnie. I tym razem nie z powodu Wrony. Bolało go gardło i miał wrażenie, jakby coś utrudniało przepływ powietrza w jego nosie i ustach.
– Puchaczu wstawaj! Czas na trening! – usłyszał głos matki. Niechętnie i ospale wstał, przeciągnął się i zszedł z drzewa. Był przygotowany na kolejny patrol poranny czy inne bieganie po drzewach, mając nadzieję, że zdąży skończyć trening, zanim spadnie deszcz. Jego plany zostały jednak zupełnie zmienione, kiedy tylko matka go zobaczyła. Popatrzyła na niego z troską.
– Puchaczu… nie wyglądasz najlepiej. Odwołuję dzisiejszy trening. Musisz iść do medyka – rozkazała. Uczeń zwiadowcy zmarszczył nos. Dawno nie był u medyków. Może kilka razy za kociaka, kiedy wbiegł w ścianę i Topola musiał koniecznie się dowiedzieć, czy nic mu nie jest. Pamiętał za to, że kiedyś zabrali do lecznicy jego siostrę, bo zaczęła kichać. Mówiła, że kazali jej przełknąć jakieś gorzkie zioła. Na samą myśl czekoladowy miał ochotę zwrócić swój ostatni posiłek. Niestety fakty były takie, że rzeczywiście czuł się fatalnie. Figa też nie wyglądała, jakby miała mu odpuścić. Stała przed nim i patrzyła na niego ponaglająco. Chyba wymówki tym razem nie przejdą. Westchnął i włócząc łapami po ziemi, skierował się do zielarni. Tam zastał burego kocura lekko starszego od niego.
– Gołąbku… chyba jestem chory – powiedział, żeby zwrócić na siebie uwagę ucznia uzdrowiciela. Brzmiało to komicznie, bo pomarańczowooki miał zatkany nos. Gołąbek odwrócił się z uśmiechem, ale kiedy tylko popatrzył na niego przez chwilę, wyraz ten zniknął z jego pyska. Bury rozszerzył oczy jakby w zdumieniu wymieszanym ze zmartwieniem. Czy aż tak źle wyglądał? Czemu wszyscy od razu zwracali na to uwagę?
– Puchaczu… to mi wygląda na biały kaszel. Czemu nie przyszedłeś wcześniej?
– Bo wcześniej czułem się dobrze – odpowiedział poirytowany.
– No tak… – uczeń uzdrowiciela skinął głową i odwrócił się od niego, żeby pogrzebać w składziku ziół. Po chwili położył przed nim dwa listki. Były szaro-zielone i włochate. Trochę podobne do pokrzywy, o której nieprzyjemnej naturze przekonał się podczas jednego z pierwszych treningów. Przez to skojarzenie był bardzo niechętny do spożycia medykamentu. Gołąbek jednak nie przestawał się na niego patrzeć.
– No już. Nie bój się, nie pogryzą cię – zażartował, jakby odczytał myśli młodszego. Puchacz przewrócił oczami. Tak może sobie mówić do kociaków. Ale jak mus to mus. Obwąchał jeszcze liście przed zjedzeniem. Ku jego zdziwieniu miały dość przyjemny zapach. Ku jego jeszcze większemu zdziwieniu, kiedy wziął je do pyska, nie były wcale gorzkie. Nawet dość smaczne. Wrona wyolbrzymiała. Możliwe, że jest to jedyna rzecz, w której był od niej lepszy – tolerowanie smaku ziół.
Wyleczeni: Puchacz

<Gołąbku?>
[526 słów]

[11%]

Od Kamiennego Pióra CD. Korowego Szeptu

Szylkretowa wojowniczka leżała obok niego, a on uważnie słuchał jej słów.
— Też byliśmy dość niezgrabni za dzieciaka — mówiła powoli, jakby szukała odpowiednich wyrazów i zastanawiała się nad wypowiedzią. — Może się zrazić, oczywiście. Ale chyba musimy pozwolić, aby czas to pokazał.
Kamienne Pióro powoli pokiwał głową, chociaż tak naprawdę nie chciał tego robić. Próbował z całych sił wyrzucić te nieprzyjemne wspomnienia z czasów, kiedy byli uczniami, z głowy. Nie chciał pamiętać o swoich ciągłych porażkach, o tym stresie, który nie opuszczał go ani na dzień. Wolał udawać, że zawsze wszystko mu wychodziło, że nigdy nie miał żadnych problemów. Tak było po prostu lepiej. I łatwiej.
Kiedy się jednak nad tym zastanowił, doszedł do wniosku, że dziwnie jest uciekać przed własną przeszłością, przed swoimi wspomnieniami. Co było, to było, więc czemu nie mógł się z tym pogodzić? Co to za wojownik, który nie potrafi się zmierzyć sam ze sobą?
— Tak, masz rację — odparł szybko, żeby Korowy Szept nie zaczęła się dziwić, dlaczego tak długo nie odpowiada.
Następnie wrócił do rozmyślań. Próbował sobie przypomnieć to wszystko. Został mianowany na ucznia, a Wilczy Skowyt został wyznaczony na jego mentora. Kamienne Pióro, wtedy jeszcze Kamienna Łapa był bardzo podekscytowany. Po jakimś czasie jednak wszystko zaczęło się psuć, nic nie szło po jego myśli. Pamiętał, jak przy całym klanie pobił się z bratem i że prawie nikt mu nie kibicował. Pamiętał dwie przegrane bitwy, przez które został wojownikiem najpóźniej z całego rodzeństwa. Pamiętał, jak ciągle mylił się na treningach i jak słabo mu szło w porównaniu do rówieśników.
I pamiętał… Korę. Wtedy Korową Łapę. To z nią zawsze mógł porozmawiać, to ona zawsze go rozumiała, to ona w niego wierzyła i to przy niej czuł się bezpiecznie.
A więc jednak spotkało mnie coś miłego za czasów, kiedy byłem uczniem”, stwierdził w myślach z zadowoleniem.
— Ale… ty mi bardzo pomogłaś. Zawsze we mnie wierzyłaś. Dziękuję ci, Korowy Szepcie. Nie wiem, czy już ci to mówiłem, czy nie, ale bardzo dużo ci zawdzięczam — miauknął, a następnie spuścił wzrok na swoje łapy z zawstydzeniem w oczach. Nigdy nie był dobry w rozmowy z innymi.

Od Pożarowej Łapy (Ostatniego Pożaru) CD. Monarcha Pierwszego

Popatrzyła na kocura wrogo i napięła mięśnie. Czy on próbował teraz wyplątać się z kłopotów rozmową o kolorze oczu?
– Wynoś się stąd – warknęła. Samotnik zmarszczył brwi i cofnął się o krok.
– Cóż to za agresja? Nic przecież nie zrobiłem, dlaczego jaśnie pani tak się gniewa?
– Polowałeś na terenach Klanu Burzy. Poza tym przekroczyłeś granicę.
– Zwierzyny żadnej nie zabrałem! Łapy mam puste! – niebieski zaczął się bronić. To jeszcze bardziej zirytowało pomarańczowooką. Wypieranie się przewinień, które mu wypunktowała.
– Zjeżdżaj teraz albo rozoram ci skórę.
To wystarczyło. Kocur już bez słowa jak najszybciej oddalił się od niej.

***

Dzisiaj została wybrana do patrolu łowieckiego. Niestety Złocista Wydma miała w tym czasie pójść z patrolem granicznym. Miała nadzieję na wspólne polowanie i szczerą rozmowę. Chciała jakoś doprecyzować to, co wydarzyło się kilka dni temu. Czy były… partnerkami? Takie pytanie nie padło, a zachowywały się, jakby tak było. Z drugiej strony bała się pytać. Bała się, że to wszystko znowu pójdzie za szybko i równie szybko zniknie. Nie chciała ponownie zostać sama. Nie chciała też, żeby Sahara została sama. Tak bardzo zależało jej na kotce. Chciała spędzić z nią resztę swojego życia. Łapała się na tym, że nocami trzyma się jej kurczowo, jakby bała się, że inaczej kotka zniknie. Tak bardzo jej na niej zależało. Ale teraz musiała przynajmniej spróbować skupić się na polowaniu. Bardzo szybko oddzieliła się od reszty grupy. Długo próbowała coś wywęszyć, ale czuła tylko wilgoć, a wiatr co chwila zmieniający kierunek jeszcze bardziej jej to utrudniał. Nie zauważyła, nawet kiedy niebo przykryły ciemne chmury. Zauważyła za, to kiedy zaczęło padać. Padało mocno. Istna ulewa. Futro przesiąkało jej wodą, a wiatr targał nim na wszystkie strony. Musiała się gdzieś schronić. Była za daleko od obozu, za to tuż obok upadłego potwora. Szła pod wiatr, nie do końca widząc cokolwiek przez krople deszczu co chwila rozbryzgujące się o jej pysk. W końcu dotarła. Weszła do środka przez wyrwę w ścianie tworu dwunożnych. Była bezpieczna. Deszcz i wiatr nie mogły jej tu dosięgnąć. Westchnęła z ulgą. Wtedy jednak do jej nozdrzy doszedł zapach samotnika. Momentalnie obróciła łeb i wbiła przenikliwe spojrzenie w niebieskiego kocura.

<Monarchu?>

Od Gołąbka CD. Mordoru

Gołąbek zaśmiał się lekko, słysząc, jak Mordor próbuje wymówić swoje imię. Jeszcze niedawno to on był malutkim, sepleniącym kociakiem.
– Ja jestem Gołąbek. Ale nie od ptaka, tylko od grzyba – chociaż uczeń nadal był dość nieśmiały, rozmowa z pobratymcami szła mu znacznie lepiej niż kiedyś. Szczególnie z kotami, które potrzebowały jego pomocy. Bury skończył nakładać okład z ziół i pajęczyn na ranę Mordoru, instruując, by ta nie zdejmowała go samodzielnie.
– Musisz zostawić okład na swojej łapce. Inaczej rana może się nie zagoić. Nie powinno to zająć długo – powiedział cichym głosem i zabrał się za odkładanie ziół i pajęczyn na miejsce. – Proszę, przypilnuj jej – tym razem zwrócił się do Rohana.
Kocica przytaknęła, łapiąc córkę za kark i pomimo pisków protestów wyniosła ją z legowiska.

***

Gołąbek siedział przed legowiskiem uzdrowicieli, sortując swoje ususzone kwiaty. Nie zostało mu ich wiele, ale powinno mu ich wystarczyć na kilkukrotne przystrojenie futra. Kiedy kwiaty zostały już posortowane, uczeń usiadł przed nimi, zastanawiając się, które tym razem przykleić na swoje futro. Może stokrotki? Bury złapał leżący przy ścianie legowiska patyk z żywicą i zaczął nakładać ją na swoje futro. Następnie poprzyklejał stokrotki w miejscach z żywicą, starając się, by nie zgubić zbyt wielu płatków. Białe kwiatki bardzo mu się podobały. Pasowały do białych miejsc na jego futrze, a na dodatek nadal lekko pachniały.
Uczeń uznał, że teraz najlepiej będzie sprawdzić, jak ma się łapka Mordoru. Chciał się upewnić, że opatrunek zadziałał, jak należy i że w ranę nie wdało się żadne zakażenie. Poszedł do żłobka i przywołał do siebie kociaka. Kiedy oglądał jej łapkę, jedna ze stokrotek odczepiła się, spadając na nos Mordoru i brudząc go żywicą.

<Mordorze?>
[269 słów]

[5%]

Od Łabądki CD. Trzcinowego Szmeru

Ze żłobka patrzyła, jak mama ustawia wszystkie inne kociaki do pionu. Zakryła pyszczek łapką i zachichotała. Dobrze im tak. Teraz nikt nie będzie jej ochlapywać! Fakt, że mama okrzyczała jej rówieśników za coś zupełnie innego, nie robił żadnej różnicy. Bo co z tego, że lekko podkoloryzowała fakty? Po chwili Trzcinowy Szmer wróciła do żłobka i zaproponowała jej wplecenie kwiatów w futro. Koteczka przeskanowała je wzrokiem i zmarszczyła nosek. Czy one były jakieś ładne? Nieszczególnie. Ale skoro tata je przyniósł… Na pewno były wyjątkowe. Może rosły wyłącznie w jednym tajnym miejscu, które znał tylko on? Na pewno poprosi go, żeby ją tam zaprowadził, jak tylko będzie uczennicą! Skinęła łebkiem i usiadła. Po chwili jej kryza już była udekorowana kwieciem. Wstała i z wysoko podniesionym ogonem i dumnie uniesioną głową wyszła ze żłobka, żeby pokazać się innym kociakom.

***

Była przeszczęśliwa! Właśnie dostała specjalne odznaczenie na pysku namalowane przez samą Mandarynkową Gwiazdę! Może nie był to jej wymarzony królewski lotos, ale nadal! Teraz żadna Żabia Łapa nie będzie mogła konkurować z jej urodą! Bardzo chciała zapytać mamę, o co właściwie z tym wszystkim chodzi. Nie jej wina, że nie mogła się skoncentrować na zebraniu klanu! Niestety mama i tata poszli gdzieś. Pytała Złocistego Widlika, kiedy wrócą, lecz ten odpowiadał jej tylko, że musi być cierpliwa. Fukała wtedy oburzona. Nie będzie jej mówić, co ma robić! Do tego upoważnieni są tylko mama i tata. Siedziała w wejściu do żłobka i przeglądała się w kałuży w oczekiwaniu na powrót Żmijowcowej Wici i Trzcinowego Szmeru.

<Mame?>

Od Puchacza CD. Wrony

Siedział na gałęzi legowiska uczniów, wijąc dla siebie posłanie. Oczywiście, że nie był w stanie się skupić. Na ogół miał z tym problemy, ale teraz było to jeszcze gorsze. Popatrzył na puste miejsce obok swojego posłania. Jeszcze niedawno sypiała tam jego siostra. Teraz przeniosła się już na drzewo zwiadowców. Jak on miał z nią w ogóle konkurować?! Na osty i ciernie, trenował ją przywódca! Jak on miał kiedykolwiek ją prześcignąć? Nie mógł! Ich szanse po prostu nie były równe! On się starał! Robił, co mógł! Ale to wszystko nie wystarczyło! Bo nie miał jeszcze swojego mianowania. Matka pewnie nie chce go już trenować. Bo po co? I tak ma już jedno świetne dziecko. Tę swoją perełkę, oczko w głowie. A on przecież nawet nie miał prawa się wściekać. To zaszczyt mieć w rodzinie taką obiecującą personę. On był przecież tylko niewdzięcznym mysim bobkiem! Z tej całej wściekłości na siostrę, matkę i całą resztę Owocowego Lasu wysunął pazury i wbił je mocno w mech, rozdzierając go.
– Lisie łajno! – zaklął. To prawda, był mysim móżdżkiem. Nic nie potrafił. Ledwie umiał upolować mysz! Był zbędnym balastem dla społeczności i rodziny. Lepiej by było, gdyby stąd zniknął. Gdyby uciekł. Ale nie mógł. Ściągnąłby na rodziców i siostrę tylko więcej kłopotów. Musi się po prostu wreszcie wziąć w garść. Chociaż… dla takich porażek jak on chyba było już miejsce tylko wśród stróży. Powoli rozluźnił mięśnie i popatrzył się jeszcze raz na to, co zrobił. Kształt posłania był w miarę dobry, tylko było trochę dziurawe i kępki po prostu wyskakiwały z niego, nie robiąc sobie nic z faktu, że nie w tym miejscu powinny być. No trudno. Na takim będzie musiał spać do następnej ulewy. Westchnął ciężko, kładąc uszy po sobie.
– Puchaczu! Puchaczu, chodź!
Wyprostował się i postawił uszy na sztorc. Świetnie. Siostra przyszła wcierać mu w pysk to, co i tak już go męczyło po nocach. Powiódł wzrokiem za dźwiękiem i zobaczył uśmiechniętą czarno-białą, truchtającą w kierunku jego legowiska. No trudno. Teraz musiał się uśmiechnąć, pogratulować i mieć nadzieję, że kotka pójdzie sobie, zanim nie będzie już mógł utrzymywać tego całego teatrzyku. Zszedł z drzewa. Wrona czekała już na niego cała w skowronkach.
– Nie uwierzysz!
– Co? Mianowali cię zastępcą? – ukrył swoje rozgoryczenie za żartem. Kotka pacnęła go łapą.
– Nie! Jeszcze! – podkreśliła ostatnie słowo. – Odkryłam swoje imię duszy!
– Super! – powiedział z udawanym entuzjazmem. W rzeczywistości nie wierzył zupełnie w te całe bajki o Wszechmatce czy innym bycie znad chmurki.
– Jestem Skrzydło Tnące Powietrze! – wyszeptała z ekscytacją.
– Lepiej zostań przy Wronie – skomentował. Siostra udała oburzenie.
– Jak śmiesz! Raniące słowa wypowiadasz braciszku!
Puchacz uśmiechnął się lekko rozbawiony. Jaka szkoda, że ich relacja nie mogła być taka prosta… Wolałby tylko sobie tak ciągle żartować i nie przejmować się tym, jak wypadnie na jej tle. Kiedy tak patrzył na nią, czuł się ze sobą źle. To nie jej wina, że on nie może się teraz mianować. To wszystko przez niego… Jak może ciągle w myślach ją przeklinać?! Własną siostrę?! A potem jeszcze udaje, jakby wszystko było w porządku! Okłamywał ją. Był dwulicowym lisim łajnem. Z drugiej strony nie mógł jej tak po prostu powiedzieć tych wszystkich raniących rzeczy, które często wkradają się do jego głowy. Krzywdziłby ją. Chociaż… czy teraz robi coś lepszego?
– Puchaczu? – siostra pomachała łapą przed jego oczami. – Wrona do Puchacza! Co jest z tobą bracie?
Pomrugał kilka razy i pokręcił głową.
– Ja… nic…

<Wrono?>
[556 słów + tworzenie legowisk na gałęziach drzew]

[11% + 5%]

Od Niezapominajkowej Nadziei CD. Trzcinowego Szmeru


Słysząc słowa kotki po prostu odwróciła się, wbijając wzrok w łapy. Jeszcze na chwilę zerknęła na kocięta, po czym wyszła ze żłobka. W wejściu minęła się ze Żmijowcową Wicią, jednak nie miała ochoty nawet się przywitać. Kocur zabrał jej to, co było dla niej najważniejsze. Może i nigdy nie powiedziała jej co czuje, tak, ale jednak kotka była dla niej czymś więcej, niż tylko przyjaciółką. Po prostu dymna nie potrafiła zbyt dobrze rozmawiać o uczuciach… Żmijowiec tylko wykorzystał ją do posiadania kociąt, nic do niej tak naprawdę nie czuł… Chyba, że Trzcinowy Szmer zaczęła do niego łapać uczucia. Przełknęła ślinę, potrząsając głową. Ruszyła w stronę wyjścia z obozu, nie dając po sobie poznać, że łzy cisnęły się do kącików jej oczu. Tak, kocięta były słodkie, może nawet sama mogłaby takie mieć, choć nigdy nie czuła się tak, jakby mogła zostać dobrą matką, jednak… Kocięta Trzcinowego Szmeru nie były kociętami Niezapominajki. A to bolało ją najbardziej. Przyśpieszyła kroku, truchtając przez rozciągające się po terytorium pola. Czasami miała wrażenie, jakby była w Klanie Nocy zbyt odsłonięta. Co prawda tak, mieli trochę drzew przy granicach i na środku terenów, ale to nie to samo… Przysiadła na Kolorowej Łące, pomiędzy drzewami przy granicy z Klanem Burzy. Niedaleko tego miejsca księżyce temu znaleźli ją jej pobratymcy, którzy nie mieli pojęcia o jej pochodzeniu. Oraz o tym, że znała grupę uciekinierów z Klanu Wilka… Na Szczawiowe Serce spoglądała tylko czasami. On sam chyba ją pamiętał, bo gdy raz kopnął ją zaszczyt pilnowania go razem z jej ojcem, próbował z nią porozmawiać, ale… Kotka nie chciała wracać do przeszłości. Nie miała zamiaru. Czasami jednak mimowolnie wracała myślami do brata oraz kocura, którego od tak dawna nie widziała. Czy Mglisty Sen dobrze się ma? Czy też czasem o niej myśli..? W momentach jak ten, gdy Trzcinowy Szmer łamie jej bezustannie serce żałuje, że nie wybrała go zamiast niej. Niezapominajkowa Nadzieja leżała teraz w trawie, pazurami drapiąc ziemię. Jej futro było nastroszone, a oczy prawdopodobnie były pełne bólu, ale i złości. Zastrzygła uchem, słysząc jakiś dźwięk. Nie była w stanie jednak zidentyfikować, skąd pochodził. Zawęszyła, jednak jedyne co wyczuła, to mysz. Być może to właśnie to zwierzę krzątało się gdzieś między źdźbłami trawy, jednak była pewna, że brzmiało to na większą zwierzynę. Westchnęła wstając, po czym przyjęła pozycję łowiecką. Powoli zaczęła się skradać w stronę myszy, którą po chwili zauważyła. Ta ochoczo podgryzała sobie jakieś nasionko. Kotka naprężyła mięśnie, po czym wyskoczyła, lądując prosto na ofierze. Ta zaczęła się wyrywać, nie wiedząc, co się dzieje. Jednak szybkim wgryzieniem się w jej kark zabiła ją, przez co ta zwiotczała w jej pysku. Niezapominajkowa Nadzieja zastygła tak chwilę, czując, jak ciepło ucieka z ofiary. Po chwili otrząsnęła się jednak, wstając z ziemi. Drgnęła końcówką ogona. Być może po prostu musi odpuścić… Trzcinowy Szmer nigdy nie poczuje do niej tego samego. I nigdy chyba nie czuła… Kotka zwróciła się w stronę obozu, snując za sobą ogonem. Jej łapy wydawały się być ciężkie, a umysł jeszcze bardziej. Gdy dotarła do obozu wypuściła mysz z pyska, a ta spadła na stos zwierzyny. Robiło się ciemno, więc nie chciała już robić nic innego. Ruszyła do legowiska, kładąc się na swoim mchu. Legowisko Trzcinowego Szmeru dawno było przesunięte bliżej tego jej „partnera”. Niedługo po niej do środka wszedł jej ojciec. Teraz jego własne posłanie było nieco bliższe tego jej, a wieczorami czasami cicho ucinali sobie pogawędki. Czasem czuła ból słysząc, jak jej ojciec opowiadał o schadzkach z Lodową Sałatą. Brakowało jej matki, która została w Klanie Wilka całkiem sama…

***

O poranku wyruszyła razem z patrolem łowieckim, obserwując, jak Narwana Łapa trenuje z Kijankowymi Moczarami. Sama nigdy nie dostała ucznia, jednak ojciec pocieszał ją, że na pewno przyjdzie na nią czas. Chciałaby wytrenować ucznia, być z niego dumna, w ten sposób może wyładowałaby w jakiś sposób energię i negatywne uczucia, nie siedząc w końcu w obozie, czy też chodząc na same patrole. Może Mandarynkowa Gwiazda po prostu nie uważa, że ma na tyle dobrą wiedzę do przekazania? Prychnęła pod nosem. Narwana Łapa z resztą zbliżał się do swojego mianowania. Sama pamiętała własne, bardzo się wtedy cieszyła, choć trochę jej zajęło zostanie wojownikiem. Jemu zresztą też, ma już swoje księżyce. Zastrzygła uchem, słysząc niedaleko zwierzynę. Mały drozd dziubał w ziemi, szukając nasion. Obracał jedynie czasem główkę, spoglądając dookoła. Niezapominajkowa Nadzieja zaczęła powoli skradać się do ptaka, zniżając się, aby ten nie zauważył jej. W końcu gdy była na tyle blisko, wyskoczyła, lądując szybko na zwierzynie. Ptak próbował machać skrzydłami, desperacko chcąc wyrwać się spod jej pazurów. Jednak kotka była szybsza, kończąc żywot małego stworzonka. Podniosła zdobycz, chcąc wrócić do Kijankowych Moczar, jednak jej uwagę przykuł mały strumyk. W nim płynęło jedno większe źdźbło trzciny, z trzema mniejszymi tuż obok. Niezapominajkowa Nadzieja przysiadła nad strumykiem, obserwując roślinę, jednak po chwili kątem oka zauważyła, jak za nią płyną również dwa kwiatki. Dwie niezapominajki, tak dokładniej. Jedna była większa, z pięknymi, nasyconymi mocno kolorem płatkami kwiatu, a druga mniejsza, nieco jaśniejsza kolorem. Dymna kotka na pyszczku wymalowane miała zagubienie. Co mogło to oznaczać? Przecież nie może to być zbieg okoliczności… Podniosła łapę, chcąc ją zbliżyć do strumyka, jednak zamiast tego wzdrygnęła się słysząc głos swojego ojca.
— Niezapominajkowa Nadziejo! Wszystko w porządku? Czekamy na ciebie, złapałaś coś? — zapytał, podchodząc do niej od tyłu. Ta od razu potrząsnęła głową, odwracając się do niego.
— Tak, złapałam drozda. Po prostu… Trochę walczył, więc chwilę zajęło mi zabicie go. — odpowiedziała starszemu. Ten ewidentnie jednak jej nie wierzył. Spojrzał za siebie, prawdopodobnie upewniając się, że nikt ich nie podsłuchuje, po czym wrócił do niej wzrokiem.
— Słuchaj, wszystko w porządku? Zniknęłaś naprawdę na dłuższą chwilę… — zapytał zmartwiony.
— Serio? Tak szczerze, to nie zauważyłam… — Spojrzała na niego zdziwiona, bo mówiła prawdę. Nie zauważyła jak szybko minął czas. Kijankowe Moczary jeszcze chwilę przyglądał się jej, jednak westchnął.
— W razie czego wiesz gdzie mnie szukać. Choć, wracajmy do reszty. — Na jego polecenie kotka skinęła głową i podążyła za nim. Jeszcze na chwilę zerknęła na strumyk, jednak potrząsnęła głową, po czym przyśpieszyła kroku do ojca. Narwana Łapa najwidoczniej również miał pomyślne łowy, bo trzymał za ogony dwie myszy w pysku, a na ziemi leżał jeszcze okoń, którego zapewne złowił jej ojciec. Skinął teraz łbem w stronę obozu, na co patrol podążył za nim. Gdy dotarli odłożyli zwierzynę na stos, wybierając coś dla siebie. Dłuższą chwilę patrzyła na złapanego przez jej ojca okonia, myśląc intensywnie. Po chwili w końcu chwyciła go w pysk i skierowała się do legowiska karmicielek. Gdy tam szła, tuż przed nią przebiegła Rzekotkowa Łapa, w sumie prawie w nią wręcz wbiegając. Niezapominajkowa Nadzieja zatrzymała się gwałtownie, a uczennica zrobiła to samo. Odwróciła się do wojowniczki, z zawstydzonym wyrazem pyszczka. Niezapominajka spojrzała na nią lekko rozbawiona.
— Przepraszam, nie chciałam w panią prawie wbiec…
— Nie musisz mówić mi „pani”, Rzekotkowa Łapo. Poza tym, nic się nie stało. Ale uważaj następnym razem, bo taka Wężynowy Kieł może ci oderwać ogon! — zaśmiała się cicho, na co Rzekotkowa Łapa odwzajemniła się tym samym. Najwyraźniej delikatnie się rozchmurzyła, bo podziękowała Niezapominajce za radę, po czym ruszyła do wyjścia z obozu, przy którym czekał jej mentor. Niezapominajka skupiła się znów na celu podróży, czyli żłobku. Jednak z zaniesieniem jej jedzenia wyprzedził ją oczywiście, bo któżby inny, Żmijowcowa Wić. Niezapominajka zwiesiła ogon i uszy zrezygnowana, decydując się na zjedzenie samej okonia. Znalazła niedaleko swojego ojca, który akurat jadł z Siwą Czaplą. Usiadła obok, uśmiechając się delikatnie.
— Hej, mogę zjeść z wami? — zadała pytanie, jednak zauważyła, że Siwa Czapla patrzy na nią zdziwiony. No tak, nikt inny oprócz niej samej i Kijankowych Moczar nie wie, że to jej ojciec. — Po prostu nie ma zbyt wiele wojowników w moim wieku w obozie, wszyscy wyszli na patrole i treningi.
— Dobrze, zapraszamy. Nie gryziemy Niezapominajko. — zaśmiał się Siwa Czapla. — Zresztą, zawdzięczam ci swoją partnerkę, więc jestem ci winny wspólny posiłek.
— Ah, no tak. Cóż, chyba byłam po prostu plotkarą. — odpowiedziała zawstydzona.
— Nadal jesteś… — wyszeptał rozbawiony Kijankowe Moczary, na co Niezapominajka pacnęła go ogonem w bok.
— Haha, zabawne. Po prostu ktoś musi przekazywać informacje w klanie. Padło na mnie! — odpowiedziała, podnosząc głowę dumnie. Zaczęła zajadać okonia, a Siwa Czapla zdecydował się odezwać znowu.
— Z resztą, kiedy sama znajdziesz partnera? Znaczy, nie żebym jakoś wchodził w twoje personalne życie. Po prostu myślę, że tak ładna kotka na pewno jest na oku wielu kocurów w klanie. Bądź i nawet kotek! — na jego słowa kotka zamarła lekko, po chwili przełykając kęs, który miała w pyszczku, jednak nie smakował on już tak dobrze jak poprzednie.
— Cóż, kiedyś przyjdzie na mnie pora… Nie jestem aż tak stara, mam całe życie przed sobą. Nawet jeszcze nie miałam ucznia, więc na partnera czy też partnerkę też znajdzie się czas… — odpowiedziała, patrząc na żłobek niepewnie. Smutek ogarnął ją, przez co apetyt już kompletnie zniknął. Siwa Czapla chyba zauważył jej stan, więc zdecydował się nie naciskać.
— Rozumiem, mam nadzieję, że znajdziesz kogoś dobrego. Muszę się zbierać, za chwilę mam iść na patrol. — Kocur dokończył posiłek, wstał, po czym skierował się do wyjścia z obozu. Niezapominajkowa Nadzieja nadal patrzyła na okonia, a Kijankowe Moczary patrzył na nią lekko zmartwiony.
— Na pewno wszystko będzie dobrze. Obiecuję ci, Niezapominajkowa Nadziejo. Tak czy siak, musisz ją czasem odwiedzić. Może nawet ci to pomoże… — powiedział kocur, na co ta przez chwilę wpatrywała się w ziemię.
— Może… No dobrze, odwiedzę ją. W końcu nadal może być moją przyjaciółką… — powiedziała, na co kocur skinął głową, patrząc, jak ta odchodzi w stronę żłobka. Gdy była przy jego wejściu, wzięła głęboki oddech, aby się uspokoić. Gdy weszła, pod jej łapy trafiło jedno z kociąt, które przeturlało się do niej podczas zabawy z bratem. Łabądek potrząsnęła łebkiem, wpatrując się teraz w dymną. Cóż, to nie pierwszy kot który w nią dzisiaj wpadł.
— O, dzień dobry pani Niezapominajko! — przywitała się mała — Przepraszam za wbiegnięcie w panią!
— Nic nie szkodzi, nie musisz mi mówić pani. — poczuła wzrok Trzcinowego Szmeru, który wypalał dziurę w jej futrze. Podniosła głowę, teraz patrząc na nią, wyczekując, aż ta być może jednak odezwie się pierwsza.
<Trzcinowy Szmerze?>

Od Promiennego Słońca do Monarcha Pierwszego

Promyk miała swoje spokojne i ułożone życie. Odkąd uciekła z terenów swojego klanu, znalazła swoje miejsce w mieście. Jednak z czasem ciągnęło ją w dal. Ze swojego kawałka dachu, na którym spała co noc, widziała te pola, w których niedawno biegała. Były tak daleko, że wydawały się kompletnie obcym światem. A jeszcze całkiem niedawno Promienne Słońce przemierzała Złote Kłosy w nadziei, że spotka się z Łapką, że upoluje coś dla swoich kochanych braci i pójdzie spać pod kopułą pełnego gwiazd nieba. Teraz spędzała czas w dusznym i śmierdzącym mieście, pełnym psów, pieszczochów i szczurów. Była to drastyczna, acz potrzebna jej zmiana. Z dala od Klanu Klifu czuła się wolna, chociaż nadal bardzo smutna. Zdrada Tawuły nadal nie siedziała z nią dobrze. Jednak kiedyś musiała się z tym pogodzić.
Dzisiaj dla odmiany na jej daszku odwiedziła ją znajoma mordka. Łapka usiadła obok niej i spojrzała w dół.
– Trochę wysoko. – miauknęła. – Ale ładnie. Widać park!
– Widać. – przytaknęła Promyk, wstając i rozciągając się. – Wiesz co. Ja chyba wybyję na parę dni.
– Och… a dokąd? – Łapka spojrzała na swoją przyjaciółkę ze zmartwieniem. Promienne Słońce uśmiechnęła się szeroko, widząc ten błysk w jej oczach. Podniosła łapę i wskazała kierunek.
– W pola. Tam, od strony Klanu Wilka. Tam jest kawałek lasu. Może znajdę coś lepszego niż szczur czy gołąb. Obiecuję, że wrócę. Po prostu… tęsknię za zielenią, dzikością i… jedzeniem. Potrzebuję tam chyba od czasu do czasu wrócić. – przyznała Promyk.
– Rozumiem. I…może… przyniesiesz mi coś?
– Mogę spróbować. – Promyk otarła się bokiem o swoją przyjaciółkę na czułe pożegnanie i ruszyła w drogę. Dach po dachu, balkon po balkonie, ulica za ulicą i wkrótce była pośród zielonych pól. Wszystko pachniało inaczej niż w klanie, który tak dobrze poznała od maleńkości. Wiatr szumiał w trawach, a korony drzew kłaniały się delikatnie pomalowane już porą roku. Wszystko żyło tu życiem zupełnie różnym od tego w mieście. Promyk chciałaby wrócić do takiego spokoju, jednak wisiała nad nią pewna świadomość, że będzie to decyzja nieodwracalna. Przywiązała się już do Łapki i jej siostry Chmurki. Przywiązała się do tego jednego psa, którego wiecznie irytuje, siedząc na jego płocie, za wysoko na jego krótkie nogi. Przywiązała się do widoku jej dawnego domu, do swojego kawałka dachu, z którego jak orzeł podziwia świat. Jedno przywiązanie już straciła… Chociaż czy ona kiedykolwiek była prawdziwie przywiązana do Klanu Klifu? Może, kiedy Judaszowcowa Gwiazda był u władzy. Chociaż nawet wtedy nosiła w sobie pewną świadomość, że jest silnie ignorowana przez swój klan i innych wojowników.
Promienne Słońce wskoczyła na jakiś wyższy kamień i spojrzała przed siebie. Za nią były pola, przed nią lasek, a dalej gęstwiny Klanu Wilka, którego lepiej było nie zaczepiać. Jednak Promyk nie miała najmniejszego zamiaru przekraczać ich granicy. Wolała zachować swoje futro w całości. Spojrzała jednak na lasek przed sobą. Tam znajdzie coś odpowiedniego na ząb! I tak też zrobiła. Przyczaiła się na jakiejś gałęzi. Odkąd zaczęła tyle balansować na balkonach, poprawiła się jej też równowaga na drzewach, więc wkrótce miała w zębach wiewiórkę.
– Witaj jaśnie pani. – jednak czyjś głos przeszkodził jej w spokojnej konsumpcji. Promyk spojrzała pod siebie. Stał tam młody błękitny kot o oczach tak jasnych, jak letnie niebo.
– Hmm? – kotka uniosła na niego swoje uszy i zmrużyła oczy, zaciskając szczęki na swojej zdobyczy nieco mocniej.
– Pierwszy raz cię widzę w tych okolicach. Czyżbyś była… nowa? Pachniesz… – Zawahał się, szukając odpowiednich słów.
– Miastem. – odparła Promyk po odłożeniu swojej wiewiórki przy swoich łapach. – Pachnę miastem.
– Nie sądziłem, że koty miastowe potrafią tak dobrze polować! – to była albo pochwała, albo przytyk, ciężko było stwierdzić. Mimo to Promyk uśmiechnęła się krzywo.
– Całkiem spore zaskoczenie co? – miauknęła, strącając wiewiórkę łapą. Ta ledwo co ominęła pysk nieznanego jej kota. – Poczęstuj się, wyglądasz jakby wiatr, miał cię zaraz zdmuchnąć. – Promyk znajdzie sobie jeszcze coś przez te parę dni, które chce spędzić w tym skrawku lasku.

<Monarchu Pierwszy?>

29 czerwca 2026

Od Opadającego Rumianka

Księżyc temu

Chłód zbliżającej się Pory Nagich Drzew dawał znać coraz to większej liczbie kotów. Mimo to, Opadający Rumianek był pierwszym, który złapał gdzieś biały kaszel. W obawie, że rozprzestrzeni się na cały Klan Burzy, postanowił szybko przyjść do legowiska medyka. Nie chciał, aby przypadkiem ktoś inny posiadł jego choróbsko. Przywitał się cicho, rozglądając się za kimś, kto mógł mu pomóc, aż w końcu zauważył Wdzięczną Firletkę. Kojarzył kotkę i pamiętał, że nie należała do szczególnie szkodliwych. Nie była też głupia, jak choćby Rudzikowe Skrzydełko, jej dzieci, czy Tańcujące Pierze. Zakasłał cicho, chociaż nie do końca to planował. Pozwoliło to jednak na to, aby został zauważony przez szylkretkę. Podała mu odpowiednie zioła i odesłała go do lecznicy, gdzie ostatecznie udało mu się zasnąć.

***

Spał w przygotowanym legowisku, czując jak nadal drapie go w gardle. Zastanawiał się, czy nie powinien poprosić o mech nasączony wodą, jednak słysząc czyjeś niespokojne głosy, zadrżał lekko zdenerwowany. Zdecydowanie wolałby nie zostać oskarżony o podsłuchiwanie.
— Od momentu, w którym zostałeś zastępcą, musiałeś się z tym liczyć — we wnętrzu Kamiennej Wieży rozległ się cichy głos Wdzięcznej Firletki. — Wiesz, że stan jego zdrowia się pogarsza. A patrząc na jego wiek… To nieuniknione. Nie ma innej drogi do władzy niż śmierć poprzedniego przywódcy; z łap innego kota, czy naturalna — dodała szylkretka, a Rumianek poruszył się niespokojnie.
“Co mają oznaczać te słowa? Czy ktoś planuje uśmiercić Króliczą Gwiazdę? Fakt, faktem może i jest stary, ale czy to powód, aby się go pozbywać? W głowie się to wszystko mi nie mieści…” pomyślał, przełykając nerwowo ślinę.