BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy i Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

12 maja 2026

Od Wrony CD. Borowika

Wrona popatrzyła na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą był żuk. Następnie zerknęła na Borowika i wymruczała:
— Dziękuję.
Uczeń się uśmiechnął i podniósł łapę.
— Nie ma za co!
Dymna popatrzyła na niego swoimi małymi oczkami.
— A jak to jest być uczniem zwiadowcy? — spytała.
— Bardzo dobrze. Kurka to dobry mentor. Lubię chodzić po drzewach, więc nie mam problemu z tym.
— Ja też bym chciała kiedyś spróbować! — pisnęła z ekscytacją kotka. — Byłabym prawie ptakiem!
— Ale nie próbuj z niego zeskakiwać… — mruknął Borowik.
— Oczywiście, że nie będę! — parsknęła zwisłoucha. — Wskoczę na ptaka i polecę!
— Cóż, ja nie wiem, czy to dobry pomysł… — rzekł uczeń z zakłopotaniem.
— Och, no dobrze, nie będę, ale możesz mnie czegoś nauczyć? Proszęęęę?
Borowik się zastanowił, w końcu udzielając odpowiedzi:
— No dobrze. Nauczę cię skradania blisko — mruknął, przybliżając brzuch do ziemi. — Rób to, co ja — rzekł, posuwając się do przodu. — Delikatnie stawiaj łapy do przodu. Uważaj też na kruche gałązki czy suche liście. A kiedy jesteś blisko celu… Odbij się od podłoża i wysuń łapy! — powiedział, zaraz po tym to czyniąc. Zaatakował liścia przed sobą i nabił go na jeden z pazurów.
— Ale fajne! Ja też chcę! — mruknęła kotka i mocno wybiła się w powietrze. Co prawda nie aż tak jak Borowik, ale udało jej się złapać malutką gałązkę. — Jej! Udało mi się! — wykrzyknęła dymna i pobiegła do ucznia.
— To twoja pierwsza zdobycz! — zaśmiał się kocurek. — Czy teraz chciałabyś posłuchać jakichś opowieści?
— Tak! Opowiedz mi, proszę!

<Borowiku?>

Od Wrony CD. Puchacza

Wrona przechyliła łepek na to, co jej brat powiedział.
— Czy ty sugerujesz, że mamy udawać, że wyszliśmy poza obóz, upolowaliśmy zwierzynę i już umiemy się odnaleźć w lesie?
Puchacz chciał już ją przekonywać, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, ona odmiałknęła; 
— Ale ekstra!
Puchacz uśmiechnął się i poruszył ogonem.
— W takim razie ruszajmy! — rzekł i przypadł do pozycji skradania. Wrona przekręciła oczami i podreptała w kierunku stosu. Musieli być bardzo, ale to bardzo ostrożni.
— Zastępco Wrono? — zapytał kocurek, który zaczął się turlać po podłodze, niby tajniak. Zastępco? O co mu chodziło?
— O czym ty mówisz, Puchaczu?
— Ja jestem przecież szefem gangu, a ty, w takim razie, jako iż jesteś na razie jego jedynym członkiem, to jesteś zastępcą. Wracając, widzisz nasz cel? Musimy wziąć po jednej, nawet takiej małej zdobyczy…
Jeżeli Puchacz coś mówił, dymna nie usłyszała tego, ponieważ była zbyt skupiona na swoim celu, co sprawnie utrudniało jej skupienie się na tym, co ma do powiedzenia Puchacz. Musiała dobrze rozplanować akcję. Gondor – zapewne dla Rohan – wziął nornicę i odszedł do żłobka. Dookoła nikogo nie było.
— Teraz! — syknęła i wystrzeliła w powietrze.
— Hej! Ja mówię, kiedy ruszamy! — miauknął do kotki i pobiegł za nią.
Kociaki dotarły do stosu i wzięły pierwszą lepszą ryjówkę z niego, a następnie wróciły w szuwary.
— Udało się! — rzekł podekscytowany Puchacz.
— To, co teraz robimy, “ser Wielki Puchaczu”?

<Bracie?>

Od Puchacza do Figi

Po swoim ostatnim wybryku tata nie chciał już wychodzić z nim na dwór. Wronie chyba się nie oberwało. Nie wiedział, bo siostra aktualnie ucinała sobie drzemkę, a tata zrobił mu wielkie kazanie o tym, że śpiących kotów się nie budzi, szczególnie karmicielek, więc Rohan też odpadała. Obrażony na cały świat Puchacz kucał w wejściu do żłobka. Jeżąc futro, demonstrował swoje nieukontentowanie i obserwował co dzieje się na zewnątrz. Wtedy to zobaczył. Swoje wybawienie. Puchata czekoladowa kotka z białymi łapami i plamą w kształcie serca na piersi kroczyła dumnie przez obóz. Jej żywe, zielone oczy popatrzyły na niego i zastępczyni zaczęła zmierzać w jego stronę. Aż zaczął podskakiwać z radości. To mama! Mama! Ta super mama, która nie zabrania mu się bawić! W końcu kotka weszła do żłobka, zetknęła się nosami z partnerem i popatrzyła na swoje pociechy. Nie czekając ani chwili dłużej czekoladowy podbiegł do niej.
— Mamo! Mamo! Zabierz mnie na przygodę! Prooooooooooooszę!!!
Kotka popatrzyła na swoją śpiącą córkę, przeniosła wzrok z powrotem na syna i wzruszyła ramionami.
— Czemu nie? — pożegnała się z Topolą, po czym ponownie się do niego zwróciła. — To chodź, mały.
Oboje wyszli z kociarni. W sumie to Figa wyszła, a Puchacz za nią podskakiwał. Wreszcie nie będzie się nudzić!
— To co będziemy robić? Wespniemy się na drzewa? Pobijemy się z borsukiem? Pójdziemy na polowanie? Ocalimy Owocowy Las?

<Figo?>

Od Puchacza do Kurki

— Tato! Tato! Tato! No daj nam pójść dalej! No weź! — to właśnie słyszał teraz Topola. Czuł też pewnie szarpanie za futro na łapie. Spowodowane było to synem uczepionym jego kończyny i próbującym (niezbyt uprzejmie) przekonać go do zmiany zdania, dotyczącego zwiedzania obozu. Niestety nie przynosiło to żadnych efektów. Po chwili odpuścił. Odbiegł gdzieś indziej. To się już zaczynało robić nudne. Siostrę już atakował, tatę męczył, próbował swoich świetnych pomysłów na ucieczkę… Co tu jeszcze robić? Szybko porzucił te nudne rozmyślania, bo zauważył listek na ziemi. Najwyraźniej musiał tu spaść z drzewa pod wpływem wiatru. Zaczaił się na niego… i skoczył. Niestety listek, zamiast znaleźć się pod jego łapami, chwilę wcześniej poderwany podmuchem wiatru wirując, poleciał troszkę dalej. Zirytowany, ale zdeterminowany kocurek spróbował jeszcze raz. Znowu to samo. I jeszcze raz. W końcu złapał swoją zdobycz. Wbił w nią swoje małe, ostre jak szpileczki pazurki i zaczął memłać. Kiedy zbadał smak liścia i doszedł do wniosku, że myszy czy inne piszczki smakują dużo lepiej, porzucił go na ziemi i obrócił się za siebie. Tam zauważył, że był tuż za linią. Po chwili zobaczył również zmrużone oczy ojca uważnie go obserwujące. Niechętnie wrócił na odpowiednią stronę “granicy”. Po chwili znowu wykonał sus za linię. Topola nie spuszczał z niego wzroku. Jeszcze kilka razy skakał, to w jedną, to w drugą, aż czarno-biały postanowił dać sobie z nim spokój, rozproszony przez swoje drugie dziecko. Tyle wystarczyło. Po kolejnym skoku za linię Puchacz od razu puścił się pędem w inną część obozu. Udało mu się wyminąć kilka kotów i przebiec może ze trzy długości lisa, zanim nie wpadł na jakiegoś kocura. Poczuł nieprzyjemną wilgoć na futrze, kiedy się z nim zderzył. Cofnął się kilka kroków i popatrzył na swoją przeszkodę. Zwiadowca był mokry! Dziwne… przecież dzisiaj nie padało… Z grymasem i wyrazem zdumienia na pyszczku popatrzył mu w oczy.

<Kurko?>

Od Puchacza do Smugi

Znowu byli na dworze. I znowu tata nie pozwolił im po prostu pochodzić po obozie. Dla Puchacza to było nie do pomyślenia. Przecież on potrzebował ruchu! Najpierw obóz, potem tereny Owocowego Lasu, a potem gdziekolwiek go tam wywieje. Był poszukiwaczem przygód, a nie jakimś bez przerwy siedzącym na czterech literach dziwakiem! Próbował wymyślić i przetestować różne plany ucieczki. Na początku próbował wejść do jakiegoś legowiska i schować się za losowym kotem, a potem kiedy Topola wszedł do żłobka, Puchacz pobiegł gdzieś indziej. Wtedy szybko został zdradzony przez tych, którzy mieli go ukrywać. Przebiegł raz po trawniku, tłumacząc się potem, że tam nie było narysowanej linii. Oczywiście to biało-czarnego nie przekonało. Próbował nauczyć się wspinać na drzewa, żeby wspiąć się na to drzewo, które wyznaczało granicę. Nie miał za bardzo planu na to, co stanie się potem, ale to nieważne, bo i tak mu się nie udało. Aktualnie pieczołowicie pracował nad tajną akcją przesuwania granicy. Zmazywał jej kawałek, po czym rysował go troszkę dalej. Szło to bardzo wolno i aż dziw, że jeszcze się mu nie znudziło. Chyba nigdy tak długo nie siedział w miejscu, nie licząc wtedy, kiedy spał. Na szczęście pewien wojownik zainteresował się poczynaniami małego kocurka i postanowił do niego podejść. Wyglądał prawie tak jak on. Różnili się tylko kolorem oczu, ułożeniem bieli i oczywiście wzrostem. Do tego wojownik miał w futrze dużo piór różnego kształtu i rozmiaru. Puchacz podskoczył ze szczęścia na widok kota do rozmowy.
— Cześć, jestem Puchacz! — przedstawił się (oczywiście głośno, bo im będzie głośniejszy, tym bardziej będzie siebie słyszeć, a bardzo to lubił). — Fajne masz piórka! Ile wielkich strasznych ptaków pokonałeś, żeby je zdobyć? — zapytał, szturchając te, które znajdowało się najbliżej niego.

<Smugo?>

Od Puchacza do Borowika

Topola chyba wreszcie zrezygnował z trzymania go zamkniętego w kociarni. Coś tam gadał o tym, że Rohan potrzebuje spać i mieć spokój… Nieważne. Ważne, że był wolny! Nie musiał już bawić się sam albo z Wroną. Po krótkiej chwili robienia maślanych oczu do Topoli, udało im się wspólnie z siostrą wynegocjować swobodne chodzenie po obozie. No, może nie do końca swobodne. Mieli nie przekraczać linii na wysokości drzewa medyków. Ojciec specjalnie ją nawet na ziemi narysował, żeby dali radę ją zauważyć, kiedy będą przez nią przebiegać (bo bądźmy szczerzy, połowa ich czasu na dworze będzie spędzona na słuchaniu kazań i wracaniu na wyznaczony teren). Puchacz najbardziej chciał zaczepić kogoś, najlepiej w miarę blisko jego grupy wiekowej. Niestety nie mógł wchodzić do legowisk bez pozwolenia taty, a ten oczywiście wcielił się w rolę pana marudy, niszczyciela dobrej zabawy i pogromcy uśmiechów dzieci. Nie mógł nawet porozmawiać z nikim z legowisk, będąc na dworze. Starszyzna spała, a stróże chyba nie mieli ochoty odpowiadać na jego pytania. Do Rohan to nie mógł się w ogóle zbliżać. Na dworze w okolicy też nikogo nie było. Do czasu. Drobny bury kocurek niewiele starszy od niego właśnie wszedł w strefę zagrożenia ze strony ciekawskich kociaków. W pysku niósł dużą wiewiórkę. Nieważne gdzie szedł. To była szansa Puchacza. Szybko podbiegł do ucznia i zahamował tuż przed nim.
— Wyzywam cię na pojedynek!

<Borowiku?>

Od Fląderki CD. Słodkiej Łapy

Przyjaźń. Po raz pierwszy ktoś zaoferował jej przyjaźń. Nerwowo poruszyła wąsami, nie spuszczając spojrzenia z równie zestresowanej Słodkiej Łapy.
– Z-zaprzyjaźnić? Chcesz się zaprzyjaźnić? Ze mną? – Stojące ucho powoli opadło, a w sercu pojawiła się niepewność. Co prawda pragnęła spróbować porozmawiać z innymi kotami w Klanie Nocy, zbliżyć się do nich, jednak nigdy przez myśl jej nie przyszło, aby wejść z kimś w tak zażyłą relację, jaką była przyjaźń. To było zarezerwowane dla innych kotów, a nie dla niej i innych czekoladowych kotów, które jedynie co przynosiły to zgubę. Nawet jeśli Słodka Łapa była siostrą Korzonkowej Łapy i widać było, że są blisko ze sobą, Fląderka nie była pewna, czy obecność kolejnego czekoladowego kota w życiu Słodkiej będzie czymś dobrym. – Jesteś pewna? – spytała. Dostrzegając zmianę w wyrazie pyska kotki, pośpiesznie dodała. – D-dobrze...
Obie kotki wpatrywały się w siebie przez dłuższą chwilę, nie wypowiadając ani jednego słowa. Fląderka spuściła spojrzenie w obawie, że zaraz zostanie wyśmiana przez starszą, jednak nic takiego się nie stało. Gdy ponownie uniosła spojrzenie, pysk Słodkiej Łapy zdobił ponownie szeroki uśmiech, jak i również dało się dostrzec w nim ulgę. Sama również lekko uniosła kącik pyszczka w niemrawym uśmiechu.
"Chyba... chyba zyskałam pierwszą przyjaciółkę."
Nie bardzo wiedziała, co powinna zrobić. Co robiły normalne kotki w jej wieku? W ich wieku. Na zabawę niczym kociaki były za duże, a poza tym Fląderka musiała jeszcze dokończyć zadanie, które otrzymała od Błękitnej Laguny.
– Ja... – wydukała. – Co robią koty, które się przyjaźnią?
Słodka Łapa z przyjemnością odpowiedziała odrzutkowi na to pytanie. Fląderka była zaskoczona, jak prosta była lista rzeczy, które mogli robić przyjaciele. Rozmowy, polowanie, dzielenie się językami, wspólne posiłki, jak i leniuchowanie. Głównie chodziło o to, że spędzało się ze sobą czas.
"Czyli książę Klekotek też jest moim przyjacielem..."
Skarciła się w myślach, że pomyślała o biało-czarnym kocurze w tym momencie, w dodatku używając jego kocięcego imienia. Przepaść była między nimi zbyt duża, a poza tym spędzanie czasu w jego obecności w głównej mierze sprowadzało się do zajmowania się przez niego Fląderką, gdy ta sprowadziła na siebie kłopoty. Nie było mowy o przyjaźni.
To Słodka Łapa była tą, która przewodziła w rozmowie, mimo to upewniała się, czy Fląderka czuła się swobodnie. Gdy zauważyła, że czekoladowa milknie czy wlepia spojrzenie w ziemię, sprawnie zmieniała temat na coś bardziej dla niej komfortowego.
To wszystko było dziwne dla Fląderki. Ta cała przyjaźń i fakt, że ktoś do niej od tak zagadał i nie miał dla niej jakiegoś zadania. Słodka Łapa była dziwna, jednak w dobrym słowa tego znaczeniu. Rozmowa między dwójkĄ młodych kotek trwała w najlepsze, gdy wtem kotka została zauważona przez Zmierzchającą Falę. Kocur przypomniał jej o obowiązkach do wykonania.
– Wybacz, Słodka Łapo. P-porozmawiamy jeszcze po tym, jak skończę pracę lub już jutro, dobrze?
– Jeśli chcesz, mogę ci pomóc w zadaniu. Dzięki temu szybciej skończysz i będziesz miała więcej wolnego czasu… Co takiego Błękitna Laguna kazał ci...
– Nie. Nie trzeba. Sama powinnam się tym zająć. – Spięła się, czując się nieswojo w związku z tym, że uczennica chciała ją częściowo wyręczyć w wykonaniu obowiązków. – Właściwie, po skończeniu zadania, tuż przed powrotem do obozu, chciałam udać się jeszcze na grób Centurii... Ostatnio zaniedbałam ją – zaczęła nieśmiało. Mogiła, na której kotka składała świeże kwiaty, dbając o to, aby zachować pamięć o zmarłej siostrze znajdowałam się niedaleko cmentarza przy Zrujnowanym Moście. Nie widziała, czy wspólne udanie się na grób siostry było czymś, co powinno się zaproponować koleżance. Mimo to przełamała się. – Chciałabyś udać się ze mną odwiedzić Centurię? Możemy porozmawiać w trakcie i w drodze powrotnej...

<Słodka Łapo? Proszę nie mówić nic złego o Centurii>

Od Tawułowej Bryzy

Tawułowa Bryza postanowił odwiedzić w kociarni Jastrzębi Zew. Niepełnosprawna kocica powitała swojego potomka niezbyt przychylnym spojrzeniem. To jednak nie zniechęciło białego kota. Rozglądając się po wnętrzu żłobka, królowych i kociętach, pokonał dzielącą odległość między nim, a matką.
– Dzisiaj nie mam nic dla ciebie. Ani kraba, ani myszy... – zamruczał Tawuła, siadając tuż obok posłania matki. – Jaskółki również.
– Szkoda – mruknęła wieczna królowa, kładąc pysk na oparciu. – Z przyjemnością przekąsiłabym jaskółkę.
Tawuła przyglądał się uważnie matce. Spostrzegł pomiędzy szylkretowym futrem zalążki siwych włosków. Miała swoje lata, nie miała łap, a poza tym, jak na bycie niepełnosprawnym kotem, dość dobrze się trzymała. Nawet za dobrze. Od dłuższego czasu biały kot zaczął uważać wieczną karmicielkę za zbędną mieszkankę kociarni. Aktualne królowe świetnie dawały sobie ostatnio radę, same, jak i również mogły liczyć na pomoc partnerów i innych członków rodziny w opiece nad kociętami. Wątpił jednak, aby Jastrząb posłuchała słów swojego kociaka, który narodził się jedynie za sprawą umowy zawartą między trójką klifiaków.
– Jak się czuje Rozświetlona Skóra?
– Dobrze... jest z nim lepiej, jednak wspomniał, że prawdopodobnie za niedługo zrezygnuje z pełnienia funkcji wojwonika – miaknął, zastawiając się czy nie zasugerować, aby matka również przeniosła się za niedługo do starszyzny. – Pamiętasz, jak Źródlanej Łunie przyniesiono wronią strawę? Dobrze, że w porę zainterweniowano – zagaił, chcąc się dowiedzieć czegoś więcej na ten temat. Ostatnio zgłębił informacje i sporo się dowiedział na temat innych wydarzeń z udziałem mew. Jak na złość, większością ofiar tych wydarzeń faktycznie były członkowie jego rodziny. Miał nadzieję, że wieczna królowa będzie pamiętać, kto odpowiadał za przyniesienie czy też upolowanie robaczywego ptaka dla karmicielki. Ustalenie tożsamości tego kota byłoby na pewno pomocne. – Albo te wcześniejsze ataki... – zamruczał, wspominając moment, jak o mało co, sam nie zginął jako uczeń, gdy został zaatakowany przez mewę na skarpie. – Myślę, że te wszystkie wydarzenia są ze sobą powiązane i końcowo doprowadziły do śmierci Judaszowcowej Gwiazdy…
– To nie mewy, a Pikująca Jaskółka zabiła Judaszowcową Gwiazdę... – syknęła cicho, używając wojowniczego miana nowej liderki. – Podobno zwlekała z udzieleniem pomocy zarówno liderowi, jak i twojemu ojcu. Jak myślisz, dlaczego się zawahała – prychnęła, przenosząc spojrzenie na znajdujących się w głębi kociarni Bukową Koronę oraz Foczą Falę. Para właśnie wygłupiała się ze swoimi kociętami, skupiając na nich całkowicie swoją uwagę.
– Dzięki mewą nie musiała brudzić swych kremowych łap w krwi staruszka-Judasza...
Czekoladowy kocur był stary i pewnie lada moment umarłby podczas snu, jednak skoro nadążyła się taka dogodna sytuacja do przyjęcia jego stanowiska nim dokona żywota z przyczyn naturalnych, dlaczego by z niej nie skorzystać? Wystarczyło wyglądać na przestraszoną, zwlekać i zareagować dopiero wtedy, gdy rany kocura będą śmiertelne. Właśnie tak postąpiłaby Jaskółka. A przynajmniej taki obraz malował się w umyśle Tawuły za sprawą wpojonej nienawiści do kocicy przez Jastrząb.
– Od kocięcia napawałaś mnie nienawiścią do Jaskółki. Nie uważam i nigdy nie będę uważać jej za dobrą liderkę, jednak inni ją zaakceptowali... czy raczej nie zamierzali podważać decyzji zmarłego lidera. Jednak... skoro naprawdę jest taka zła to dlaczego Klan Gwiazdy pozwolił jej zostać liderem? Dlaczego mewy nie zabrały jej razem z bratem babci? Dlaczego ona nadal żyje... – "Tak samo jak ty, matko." – i lada moment uda się odebrać dziewięć żyć?
– Nie pozwolił. Gwiezdni nie zaakceptują jej. Komuś takiemu jak ona na pewno przodkowie nie ofiarują dziewięciu żyć.

~ ~ ~

Rządy Jaskółki jak szybko się rozpoczęły, tak równie szybko się zakończyły. Czy Jastrząb była jasnowidzką, skoro przewidziała, że kremowa nie zostanie zaakceptowana przez Klan Gwiazdy? Chyba tak.
Kocica prawdopodobnie rządziła najkrócej ze wszystkich liderów, przynajmniej w Klanie Klifu, jednak Tawułowa Bryza nie był tego taki pewien w stu procentach. Podobno w jednym z klanów był kiedyś jednodniowy lider, ale być może była to plotka, aby ośmieszyć sąsiadów.
Mirtowe Lśnienie, czy raczej Lśniąca Gwiazda wydawał się być odpowiednim kandydatem na lidera, w końcu kocur był adoptowanym synem zmarłego Judaszowcowej Gwiazdy. Z pierwszej łapy wiedział z czym się wiąże dźwiganie takiego brzemienia na swych łapach. Był urodzonym liderem? Być może. Tawuła był w stanie go zaakceptować, chociaż jego zdaniem lepszą, czy nie najlepsiejszą kandydatką na przywódcę klifiaków był nie kto inny jak Pchełkowy Skok. Nic więc dziwnego, że gdy kocur ogłosił swojego zastępcę, Tawuła zmarszczył pysk, nie kryjąc niezadowolenia. Liczył, że usłyszy inne imię.
Nie był uprzedzony do samotników, tym bardziej do innych społeczności, w szczególności tych, z którymi mieli sojusz, jednak nie podobał mu się fakt, że kotka, która opuściła swoją rodzimą społeczność, piastowała teraz tak bardzo ważną funkcję. Cóż takiego ona zrobiła, aby zasłużyć sobie na wyróżnienie? Zdaniem białego kota nic. Jedynie od dłuższego czasu kręciła się przy synu zmarłego lidera, nawet po zakończeniu przez niego ich treningu. Tawuła przez dobrą chwilę walczył sam ze sobą, czy nie zgłosić sprzeciwu i zgłosić kandydaturę własnej siostry, która nieraz zdołała pokazać, ile dla niej znaczy Klan Klifu, gdy wtem poczuł na swojej łapie cudzą łapę.
Komunikat był jasny. Miał siedzieć cicho i nie robić głupstw. W odpowiedzi jedynie prychnął, starając się stłumić złość i poirytowanie. Bez entuzjazmu skandował wraz z innymi kotami imię nowego lidera i imię nowej zastępczyni.

Od Gąski

Mimo że Gołąbek oraz Borowik nie byli jej rodzonymi kociętami, pokochała je jak własne. Śpiewała im piosenki i co noc tuliła do snu. Ich obecność pomogła jej uporać się z żałobą po ojcu. I najwidoczniej nie tylko jej. Emerytowana wojowniczka była częstym gościem w kociarni, spędzając każdą najmniejszą chwilę ze swoimi wnukami. Widok uśmiechu na pysku matki sprawiał, że Gąska z trudem była w stanie powstrzymać łzy wzruszenia.
Kto by się spodziewał, że te dwa kociaki będą dwiema iskierkami radości podczas trudnych chwil w Owocowym Lesie.

~ ~ ~

Gąskę rozpierała przeogromna duma. Kocięta, których została matką, skończyły właśnie cztery księżyce i nadszedł dzień ich mianowania. Nim pozwoliła kociętom stanąć przed obliczem przywódcy Owocowego Lasu, zafundowała przyszłym uczniom porządną kąpiel.
– Gotowe – oznajmiła, mrużąc oczy i posyłając serdeczny uśmiech burasom. – Chodźcie.
Wspólnie opuścili kociarnię. Nim zajęła miejsce obok swojej matki oraz Drobinki, dotknęła nosem Gołąbka w grzbiet w geście dodania otuchy, a Borowika polizała po łebku. Ceremonia mianowania na uczniów się rozpoczęła, a chwilę później Gąska widziała, na kogo szkolić się będą jej pociechy. Poczuła delikatne ukłucie w okolicy serca, gdy ani Gołąbek, ani Borowik nie został stróżem, tylko kolejno uzdrowicielem oraz zwiadowcą.
"Dziwnie będzie tak znowu spać samemu w legowisku stróży..."
Drobinka, dostrzegając markotkną minę koleżanki z legowiska, które na pewien czas Gąska opuściła, delikatnie dotknęła jej łapkę swoją białą łapką. Gąska przeniosła spojrzenie na zielonooką, posyłając jej lekki uśmiech. Czyżby kotka domyśliła się, co ją trapi i chciała wesprzeć?

~ ~ ~

Kociarnia Owocowego Lasu pękała w szwach. Gąska jak przystało na stróża pomagała przyszłym królowym, jak i tym, które już urodziły swoje kocięta. Oprócz tego często bywała również w legowisku starszych, jak i lecznicy. Ostatnio razem z Gołąbkiem, Mistral oraz Wiciokrzewem wybrała się pozbierać zioła. Przez wzgląd na jej małą wiedzę na temat medycyny była tam z nimi głównie jako pomoc w noszeniu ziół.
– Gołąbku. Możesz podejść? – zwróciła się do syna, chcąc się upewnić, czy znajdująca się przed nią roślina jest lekarstwem, a nie trucizną. Widziała ją w lecznicy, jednak w niej również medycy trzymali rośliny, które w zależności od dawki mogły być trujące.
Gołąbek bez zająknięcia wytłumaczył mamie, że ma przed sobą nie krwawnik, a trującą roślinę.
– Łatwo je pomylić. Ta też ma pierzaste liście, ale różni się… – Gołąbek zafundował Gąsce lekcję rozróżniania ziół.
Gąska była pod wrażeniem wiedzy syna. Ona jako stróż liznęła jedynie podstawy podstaw.
– Jak dobrze, że mam takiego mądrego synka! – miauknęła, gdy bury skończył tłumaczyć kotce różnice między roślinami. – Dwóch synków!
O postępach drugiego z synów, Borowika, również dużo słyszała. Cieszyła się, że kocurek odnajdywał się na ścieżce zwiadowcy.
– Wasi mentorzy na pewno uczą was wielu przydatnych rzeczy, jednak w pleceniu posłań z gałęzi nie mam sobie równych – miauknęła, przechwalając się nieco, mając nadzieję, że jeszcze czegoś będzie mogła nauczyć synów, nawet jeśli pleceniem posłań z gałęzi w głównej mierze zajmowali się stróże.

11 maja 2026

Od Księżycowej Łapy CD. Roztargnionego Koperka

Księżycowa Łapa od kilku dni wydawał się trochę nieswój. Człapał powoli, jakby ciągniecie za sobą tylnych łap, było dużym problemem. Tak było również i dzisiaj, gdy próbował wspinaczki drzewa. I gdy tylko wspinał się wyżej i wyżej, czuł coraz to większy ból w jednym z bioder. Ciężko było mu chodzić, nie wspominając już o wspinaniu się. Padł wyczerpany koło korzeni i zawył żałośnie. Spojrzał na Kocimiętkowy Wir.
— Mam dość! Nie. Idę do medyka — miauknął zdenerwowany, nie szczędząc sobie tony pełnego złości i bólu.
Poczłapał do obozu, a konkretniej do legowiska medyka, trafiając w łapy dziwnego kota, u którego, jak dobrze pamiętał, był jako kociak z Jaskółczym Zielem. Spojrzał tęsknie w stronę młodszego asystenta medyka, który właśnie zajmował się leczeniem Podstępnej Kłamczuchy.
“Chciałbym być na jego miejscu. Mama go…jeno? Nie lubiła. Tego dziwnego Kopra. Czy ja też powinienem?” pomyślał, bawiąc się łapka z piasku, gdy tamten już kręcił się w poszukiwaniu ziół.
— Chyba wolałbym życie tutaj. Czemu właściwie nie zostałem medykiem? — mruknął cicho sam do siebie, a Koper wzruszyło tylko ramionami.
— Najwyraźniej tak miało być. Może twoje życie obierze inną ścieżkę Księżycowa Łapo — miauknęło, przygotowując okład z korzenia żywokostu.
Gdy już było po wszystkim, biały kocur westchnął zmartwiony.
— Czy Chudy Grzbiet ma się dobrze? Praca tutaj jest ciężka? — zapytał, kierując swój pysk w stronę liliowego, który akurat nie był niczym zajęty.
— Czy ja wiem. Myślę, że dobrze sobie radzi. Na początku to ciebie chciałom wziąć pod medyczne skrzydła, jednak nie pozwoliła mi na to twoja matka. Jaskółcze Ziele nie chciała, abyś był słaby. A Badyl jest zaangażowany w swoje zajęcia, bo inaczej byłby zmuszony dalej być na treningach wojownika — westchnęło, przyglądając się, jak Cisowe Tchnienie wchodzi do środka z różnymi ziołami w pysku.
— Też mi ciężko asystencie Koprze… — miauknął, kładąc głowę na łapach. — Nie nadaję się do bycia wojownikiem. Chyba wolałbym już do końca życia być pieszczoszkiem dwunożnych i jeść dziwne jedzenie. Do tego pani Kocimiętka… czy ona kiedykolwiek da mi wytchnąć? — wielkooki nie zorientował się, nawet kiedy zaczął się zwierzać asystentowi medyka.
— To odpoczywaj teraz. Wybacz, ale zajrzę do ciebie później, jasne? — miauknęło, a biały zaczął ryczeć, gdy tamten zdążył tylko się odwrócić.

<Asystencie Koprze?>

[353 słowa + wspinaczka na drzewa]

Wyleczeni: Podstępna Kłamczucha, Księżycowa Łapa