BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 8 lutego, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

23 stycznia 2026

Od Korowego Szeptu Do Chudego

Kora cieszyła się z zostania wojownikiem, była dumna z tego, że jej się udało. Chociaż nie zmieniło się wiele i spodziewała się czegoś więcej to i tak dumnie chodziła na patrole oraz polowania. Wesoło biegała po lesie, ciesząc się namiastką wolności. Przy okazji miała trochę więcej czasu, więc chętnie spędzała go z Kamienny Piórem, czasem też przychodziła do medyków i im pomagała. Najgorzej było, gdy starsi wojownicy ją wykorzystywali: to musiała zanieść starszyźnie jedzenie, to musiała na chwilę zajrzeć do maluchów. Tym razem właśnie niosła posiłek dla królowej.
— Witaj — mruknęła przy wejściu do kotki.
— Cześć, Korowy Szepcie. — Królowa się uśmiechnęła. — Dziękuję za jedzenie.
— Żaden problem. — Machnęła łapą, a potem rozejrzała się po biegających, małych kulkach.
Sama już nie pamiętała, kiedy ostatni raz była w żłobku. Gdy tylko została uczennicą, tak nigdy do niego nie zaglądała. Nie widziała potrzeby, bo i tak była za młoda na posiadanie własnego potomstwa. No i wcale nie było wiele kociąt po niej, a nie chciała mieć znajomych w tak różnym wieku — Chociaż i tak miała. Teraz jednak widząc małe kulki, uśmiech sam wkradł się jej na twarz. Wtedy życie było jakieś spokojniejsze… Zastanawiała się, czy teraz w sumie mogłaby mieć własne dzieci?
— Nie chcesz się z nimi pobawić? — mruknęła liliowa, wyrywając ją z zamyślenia. — Przyda się im trochę towarzystwa.
— Mogę… Spróbować. — Kiwnęła głową.
Niepewnie podeszła do małych kulek. Bała się, że zrobi im krzywdę, więc stanęła w bezpiecznej odległości.
— Hej. Chcecie się pobawić? — zapytała cicho.

<Chudy?>

Od Białej Łapy CD. Korowej Łapy (Korowego Szeptu)

Biały stał przemoknięty do suchej nitki, wpatrując się w Wilczaka.– Nie, dzięki – mruknęła, odsuwając się trochę, a zaraz strzepała z siebie wodę. 
– Po prostu... okropna pogoda. – Zauważyła.
Odeszła jeszcze kilka kroków, po czym odwróciła się i zerknęła na albinosa, posłała mu delikatny uśmiech i rzuciła jeszcze:
– Wracaj do Burzaków, albinosie! Miło było poznać!
Biała Łapa stał w osłupieniu, patrząc, jak kotka nurkuje w krzakach. Czy powinien się obrazić? Zostać urażonym? Czy w ogóle to była obelga? Klan Wilka nie miał złych relacji z Klanem Burzy, z tego, co wiedział, więc czy kotka miała powód go nie lubić? Tak po prostu?
Poszedł za nią w głąb granicy, nim umknęła za daleko.
– Poczekaj! Jak masz na imię? – zwołał za nią. – Zostawisz mnie tak bez tej informacji?
Kotka zaskoczyła się nagłym wołaniem. Biały mógł dostrzec jej zdziwienie, gdy Usłyszała ponownie głos kocura. Burzak widział drgnięcie jej ciała i przez chwilę myślał, że zostawi go bez odpowiedzi. Przystanęła jednak i znów spojrzała na nieznajomego.
– Korowa Łapa – przedstawiła się. – A ty?
Przystanął, żeby nie wchodzić dalej na obce terytorium. Wystarczająco już nadstawił karku, dlatego będąc ciągle na czujce, podniósł na nią wzrok.
– Biała Łapa! – odpowiedział.
Dzieliła ich odległość kilku zajęcy, niby blisko, a jednak na tyle daleko, by Biały nie mógł zrobić ani kroku dalej. Postanowił nie ryzykować swoją skórą wchodzenia głębiej w lasy Klanu Wilka.
– Masz ładne imię – skomplementował kotkę. – Uważaj na Siebie w drodze powrotnej. Spotkamy się jeszcze kiedyś?
Kotka patrzyła na niego zaciekawiona, a on wytrzymał to spojrzenie. Dosyć często spotykał koty zainteresowane jego aparycją bardziej, niż powinny, więc zdążył się nauczyć wytrzymywać utkwiony w niego wzrok.
– Dziękuję. Ty również. Chociaż dość... Oczywiste. – Parsknęła śmiechem. – Będę uważać – zapewniła.
Położył uszy po sobie, gdy kotka wyśmiała jego imię. On go sobie nie wybrał... ugh. Podniósł je z kolei, gdy kontynuowała wypowiedź.
Wyglądała, jakby zastanawiała się nad wypowiedzią, ale ostatecznie kiwnęła tylko delikatnie głową.
– Może na którymś ze zgromadzeń się złapiemy. Ty też uważaj.
– ... Dziękuję – odpowiedział. Poczuł, jak zaczyna marznąć od stania w miejscu w deszczu. Zaczął odwracać się na pięcie, by odejść.
– Do zobaczenia więc, Korowa Łapo – miauknął przez ramię, nim jego biała sierść zniknęła pomiędzy krzewami.

[353 słowa, trening Białej Łapy]

Od Płomiennego Serca CD. Strzępka

Płomykówka westchnęła cicho zrezygnowana, bo kocur nie wydawał się zainteresowany jej propozycją. Trudno. Wstała i ruszyła do wyjścia, ale wtedy Strzępek mruknął:
— Co możesz znaleźć? — i zerknął na nią, a potem dodał: — Nie wiem, co się znajduje poza tym miejscem.
No tak, był tylko kociakiem. Może i słyszał historie związane z tym, co jest poza żłobkiem, ale czemu miałby w nie wierzyć? Sama jednak nie miała lepszego pomysłu, nie mogła wziąć malucha poza teren żłobka, a tym bardziej obozu!
— A chcesz, bym ci odpowiedziała? — zaproponowała z uśmiechem.
Kocur przez chwilę się w nią wpatrywał, ale ostatecznie kiwnął głową, więc ruda usiadła przed nim. Przez moment szukała, co ciekawego może opowiedzieć o klanie, ale po chwili zrozumiała. Przecież rzeczy w żłobku były związane z zewnętrznym światem!
— Te legowiska. — Wskazała na posłania. — To gniazda ptaków. A ich mamy tu pełno! Tylko trzeba uważać. — Spoważniała, przypominając sobie sytuacje, gdy drapieżne ptaki krzywdziły maluchy.
Ponownie na chwilę zamilkła, a potem wskazała łapą na stos jedzenia.
— Mamy też kraby, nad plażą. Tam też jest woda, przyjemna do ochłodzenia w porze zielonych liści. — uśmiechnęła się. — No i Złote Kłosy, tam jest dużo myszy i super miejsca do zabawy w chowanego! Tylko tam jest dużo Dwunożnych, więc trzeba uważać. — Znów na chwilę spoważniała, ale potem zaczepiła młodszego ogonem. — Z ładnych miejsc jest też kacze bajorko. Jak trochę podrośniesz, to cię tam wezmę — zapewniła.
Starała się pokazać maluchowi, że nie będzie tu zamknięty na zawsze. Sama pamiętała nudę i chęć wyjścia na słońce.
— Może… Gdybym porozmawiała z twoją mamą, wyciągnęłabym cię ze żłobka. Nie daleko, tylko tutaj, do obozu? — zaproponowała. — Zobaczyłbyś innych wojowników i wodospad, który prowadzi na zewnątrz. Tylko! Musisz być grzeczny — oznajmiła z powagą.

<Strzępku?>

Od Makowej Łapy CD. Kocimiętkowego Wiru

Napełniona frustracją Makowa Łapa skuliła się pod gęstymi krzewami paproci, kiedy wśród drzew ponownie rozległ się podniesiony głos jej siostry. Liście drżały lekko na wietrze, a promienie słońca przeciskały się przez korony drzew, tworząc na leśnej ściółce nieregularne plamy światła. Makowa Łapa owinęła ogon wokół łap i wbiła wzrok w ziemię, jakby liczyła na to, że jeśli nie będzie patrzeć, wszystko stanie się mniej realne. Przecież tata nie mógł ich zostawić.Nie mógł odejść bez słowa, bez pożegnania, bez wyjaśnienia. Jej serce biło zbyt szybko, a w gardle czuła bolesny ucisk. Każdy oddech wydawał się trudniejszy od poprzedniego. W myślach wciąż powracały obrazy sprzed kilku księżyców: ojciec wracający z polowania, jego ciepły, spokojny głos, gdy opowiadał im historie o dawnych bitwach i honorze klanów. Zawsze mówił, że lojalność jest najważniejsza. Że najważniejsze w życiu to rodzina. Teraz te słowa brzmiały jak gorzka kpina. Makowa Łapa podniosła się powoli, wciąż zgarbiona, jakby las mógł ją przygnieść swoim ciężarem. Rozejrzała się nerwowo, po czym ruszyła w stronę gęstszego zagajnika. Chciała odejść. Choćby na chwilę. Z dala od krzyków, od wspomnień, od bólu. Może do granicy terytorium. Może jeszcze dalej. Zrobiła zaledwie kilka kroków, gdy drogę zastąpiła jej znajoma sylwetka.
— Mak! Poczekaj! — zawołała Kocimiętkowy Wir, wyskakując spomiędzy krzaków. Jej głos był ostry, ale podszyty niepokojem. Makowa Łapa zatrzymała się, choć całe jej ciało krzyczało, by biec dalej.
— Przepraszam, siostrzyczko — dodała wojowniczka już ciszej. — Nie chciałam krzyczeć. Po prostu… — urwała i westchnęła głęboko, jakby próbowała uspokoić własne myśli. — Wiem, że tęsknisz za tatą. Ja też tęsknię. Ale on do nas nie wróci.
Makowa Łapa uniosła głowę. Jej bursztynowe oczy zaszkliły się, a futro na karku lekko się nastroszyło.
— Został z Klanem Klifu — kontynuowała Kocimiętkowy Wir, starając się mówić spokojnie. — A oni są naszymi wrogami. Wybrał ich.
Te słowa zabolały bardziej, niż Makowa Łapa chciała przyznać. Poczuła, jak coś pęka w jej wnętrzu. Kocimiętkowy Wir usiadła na mchu obok siostry, jej ogon poruszał się niespokojnie. Ruda uczennica zawahała się, po czym również usiadła, pozwalając, by ciężar zmęczenia i emocji choć trochę z niej opadł.
— Wiem, że nie chciałaś, żeby tak się stało — powiedziała wojowniczka łagodniej. — I wiem, że to boli. Ale nie jesteś sama. Kocham cię, siostrzyczko.
Makowa Łapa zamrugała kilka razy, próbując ukryć łzy.
— Skopiemy tylek Króliczej Ułudzie za to wszystko! — prychnęła nagle Kocimiętkowy Wir, prostując się dumnie. — Nikt nie będzie zdradzał naszej mamusi i myślał, że ujdzie mu to na sucho!
W jej głosie zabrzmiała odwaga i gniew, które sprawiły, że Makowa Łapa parsknęła śmiechem, mimo bólu w sercu. Obydwie kotki zaczęły się śmiać — krótko, trochę nerwowo, ale szczerze. Leśne ptaki zerwały się z pobliskich gałęzi, zaskoczone nagłym hałasem.
— Hej, Mak — odezwała się Kocimiętkowy Wir po chwili, z figlarnym błyskiem w zielonych oczach. — Chcesz usłyszeć plotkę o jednym okropnym, dziecinnym oraz żałosnym wojowniku z Klanu Wilka?
— Słyszałam tę plotkę miliony razy — odparła Makowa Łapa, zaczynając wygładzać swoje rude, rozczochrane futro. — Daj już spokój, Kocimiętko.
— Oj, no nie bądź taka ponura — zachichotała wojowniczka. — A może zapolujemy? Trochę ruchu dobrze ci zrobi. Zaraz zamienisz się w puchatą kulkę!
Makowa Łapa skrzywiła się na samą myśl o polowaniu, co tylko bardziej rozbawiło jej siostrę.
— A może zapolujemy na liście i kwiatuszki? — mruknęła uczennica z udawaną powagą, trącając łapą opadły liść.
— Na święty Klan Gwiazd! — fuknęła Kocimiętkowy Wir. — Jesteś kociakiem czy dorosłą uczennicą? Błagam cię, siostra!
— Co? Nie! Ja po prostu… — Makowa Łapa zawahała się i spuściła wzrok. — Nie chcę odbierać życia niewinnym zwierzątkom…
Zachichotała niepewnie, a jej uszy lekko się spłaszczyły. Kocimiętkowy Wir odpowiedziała tylko cichym westchnieniem.
— Jesteś naprawdę dziwna — powiedziała w końcu z miękkim uśmiechem. — Ale właśnie za to cię kocham.
Przez dłuższą chwilę siedziały w ciszy, wsłuchując się w dźwięki lasu: szelest liści, trzask gałązek pod łapami niewidocznych zwierząt, dalekie wołanie ptaka drapieżnego. Makowa Łapa poczuła, że napięcie w jej ciele powoli ustępuje.

<Kocimietko?>
[623 słowa]

Od Drobnej Łapy

Noc Zgromadzenia (10.01.2026)

Niebieska koteczka nie mogła usiedzieć na miejscu, kręciła się po centrum obozu, wbijając oczy w wodospad, obok którego było wyjście. Będzie to już jej... 4 zgromadzenie... poczuła się trochę staro z tym faktem, dalej była uczennicą przecież, Psotny Nietoperz już została mianowana, a Drobna Łapa przecież nie była, aż tak duża młodsza. W każdym nadzieję, że na następne zgromadzenie pójdzie jako pełnoprawny protektor.
Chwilę później Judaszowcowa Gwiazda krzyknął, że wyruszają na Bursztynową wyspę i Drobna Łapa popędziła za resztą kotów. Kiedy dotarli na plażę, uczennica stanęła przed granicą piasku, podziwiając widok. Nie ważne ile razy to widziała, wyspa zawsze była niesamowitym zjawiskiem, wynurzona z wody, skąpana w świetle księżyca, nic dziwnego, że to tu odbywały się zgromadzenia… Wyrwała się z przemyślan i dogoniła resztę Klifiaków, którzy byli już w połowie drogi przez mokry piasek. Wkrótce wskoczyła na kamień razem z resztą kotów. Nie minęło dużo czasu, a inne klany też zaczęły przybywać. Owocowy Las, Klan Nocy, Klan Burzy i Klan Wilka, choć ten ostatni wydawał się trochę spięty, co niezbyt przejęło Drobną Łapę… jakoś nigdy za nimi nie przepadała.
Skoro wszyscy już byli, Drobna Łapa spróbowała rozejrzeć się po wyspie, wyciągając szyję i jednocześnie przeklinając swój mało imponujący wzrost, miała nadzieję zobaczyć Białą Łapę, jednak albo jeszcze nie przybyli, albo jeszcze w ogóle go nie było... no cóż, na pewno znajdzie kogoś do rozmowy, a z Białym przecież jest dogadana na potajemne spotkania, więc nawet jeśli dzisiejszej nocy się nie zobaczą, to nic takiego. Liderzy sadowili się na skale, więc ona sama też zajęła się szukaniem miejsca dla siebie. Skoro nie widziała nikogo z jej przyjaciół, to równie dobrze mogła znaleźć sobie kogoś nowego do rozmowy. Podeszła do białego kocura o pomarańczowych oczach i uśmiechnęła się wesoło.
— Hej! Jestem Drobna Łapa — przedstawiła się, łapiąc jego spojrzenie. — A ty? Jak masz na imię? — Na krótką chwilę jej uwagę przykuł Biała Łapa i jej uśmiech pojaśniał na krótką chwilę i skinęła mu głową, później mogą wszystko nadrobić, po czym spojrzała z powrotem na jej, miała nadzieję, nowego znajomego. Młodszy kocur zastrzygł uchem, chyba trochę zaskoczony jej obecnością, może nawet lekko zmieszany.
— Jestem Klekocząca Łapa. — Biało-czarny uczeń przestąpił z łapy na łapę, a Drobna postanowiła cierpliwie poczekać na kontynuację z lekkim uśmiechem na pyszczku, dodał: — Miło cię poznać... Twoje imię... Pasuje do ciebie — Spróbował się uśmiechnąć, ale wyszło mu to dość nieporadnie, co było nawet dość słodkie.
Niebieskooka uczennica usiadła obok niego, owijając swój ogon dookoła łapek. Kocurek z pewnością był młodszy od niej, jednak pomimo tego był od niej wyższy, do czego już zdążyła się przyzwyczaić. Koty dookoła nich już pozbijały się w grupki, znajomi odnajdujący się, by spotkać się po raz kolejny i koty, które nawiązywały zupełnie nowe relacje. To chyba była jej ulubiona część zgromadzenia, poznawać nowe koty i widzieć, jak uczniowie i wojownicy z różnych klanów rozmawiali ze sobą bez większych spin... no przez większość czasu przynajmniej bezproblemowo... czasami różne rzeczy wychodziły. — A tak, dostałam imię po moim wyglądzie, więc nic dziwnego, że pasuje — pokiwała główką na zdanie Klekoczącej Łapy. — Klekocząca Łapa? Bardzo oryginalne imię, jeszcze takiego nigdy nie słyszałam, bardzo ładne — przyznała, zwracając komplement. — Do jakiego klanu należysz? Jestem z Klanu Klifu! Szkolę się też na protektora i szczerze mówiąc, mam nadzieję, że niedługo zostanę mianowana, już nie mogę się doczekać mojego nowego imienia i nowych obowiązków — zanim zdążyła się rozgadać na dobre, zamilkła, dając młodszemu czas na odpowiedź, nie chciała go jakoś zbytnio zniechęcić…
— Pachniesz tak, jak wyobrażałem sobie, że pachnie Klan Klifu — powiedział po krótkiej chwili, dalej lekko niepewny, szczerze mówiąc, arlekince kojarzył się trochę z jej młodszym bratem, Naparstnicową Łapą, syn Postrzępionego Mrozu też był dość cichy i nieśmiały, choć to było tylko pierwsze wrażenie, może Klekocząca Łapa się rozgada, jak poczuje się bardziej komfortowo... — Moja mama powiedziała, że nazwała mnie, bo wyglądam jak pewien ptak, który podobno wydaje taki klekoczący dźwięk, a nie śpiewa jak inne. Nigdy go nie widziałem, ale jest podobno duży i piękny. Ja też bym chciał kiedyś być duży i piękny... Aha! Ja jestem z Klanu Nocy... Szkole się na wojownika. A-a... Czym jest protektor? Nie mamy czegoś takiego w Klanie Nocy... Mamy ogrodników, ale nie brzmi, jakby to była wasza wersja tego stanowiska — dopowiedział po chwili.
Ulżyło jej, gdy kocur nie zniechęcił się jej chwilowym gadulstwem, a nawet sam powiedział więcej, co nawet ją ucieszyło. Kiedy wspomniał o tym, że jest nazwany po jakimś ptaku, zaciekawiło ją to bardzo, ona do tej pory widziała raczej mewy nad morzem oraz ptaki leśne, polowanie na te pierzaste stworzenia szło jej okropnie, więc raczej starała się je ignorować, ale słysząc o wielkim, pięknym ptaku, aż zastrzygła uszami, a pędzelki na ich końcach, drgnęły w powietrzu w odpowiedzi na ten ruch. — Naprawdę? A twoja mama mówiła może, jak nazywał się ten ptak? Brzmi bardzo interesująco... na pewno wyrośniesz na silnego i pięknego wojownika — zapewniła go, śmiejąc się cicho, bez złych intencji, po prostu Klekocząca Łapa był uroczy. — Och? U was nie ma protektorów? Te koty zajmują się kotami, które źle się czują, ale bardziej emocjonalnie, niż fizycznie, chociaż też czasami pomagamy medykom w drobniejszych sprawach. Doradzamy w problemach, pocieszamy, staramy się zapewnić komfort cierpiącym kotom — wyjaśniła cierpliwie. — Jesteś z Klanu Nocy... wspomniałeś o ogrodnikach? U nas za to mamy takiej rangi? Za co są odpowiedzialni? — zapytała, bardzo ciekawa i przekrzywiła głowę, czekając na odpowiedź kocura, który właśnie przysiadł na swoim ogonku.
— W Klanie Nocy koty nie mają problemów, dlatego nie potrzebujemy protektorów — uznał z przekonaniem bijącym od jego słów. Pokiwała głową z lekkim rozbawieniem na pewność w głosie Klekoczącej Łapy, pomimo tego, że nie był aż takim kociakiem to i tak była od niego o księżyce starsza, więc może to powodowało u niej takie rozczulenie? Jeśli tak można było opisać to uczucie. — Nie wiem, jak nazywa się ten ptak, ale mogę się dowiedzieć i kiedyś ci powiem — kontynuował, odpowiadając na dalszą część jej pytań. — Moja ciocia jest ogrodniczką i zajmuje się kopaniem w ziemi i wsadzaniem do nich ziarenek. Czasami całymi dniami wyrywa niechciane roślinki albo wyciąga glizdy, które podobno zjadają jej sadzonki. Medycy używają tych roślin, więc mają więcej czasu na leczenie. Może dlatego nie potrzebujemy protektorów. Nasi medycy mogą pomagać kotom, kiedy wasi szukają ziół, które my mamy pod nosem. — Klekocząca Łapa wydawał się bardzo zadowolony ze swoich słów.
— Ach, no to widzisz, po prostu u was trochę inaczej to działa, ale to, że nie widzisz, że jakiś kot jest smutny, nie znaczy, że on w środku tego nie czuje, wiesz? — odpowiedziała na jego stwierdzenie, że u niego w klanie nie ma takich problemów, jakie opisała. Kiedy powiedział o tym, że może się dowiedzieć, jak się ten ptak nazywa, aż zabłysły jej oczy. — Jasne, będę czekać!... Ogrodnicy brzmią bardzo sensownie, posiadanie ziół tuż koło obozu brzmi bardzo przydatnie i na pewno oszczędza dużo czasu, dzięki czemu medycy mogą zająć się innymi sprawami — pokiwała głową ze zrozumieniem. — Powiedz mi, Klekocząca Łapo? To twoje pierwsze zgromadzenie? I jak ci idzie trening na wojownika? Masz jakiegoś fajnego mentora?
W odpowiedzi na jej pytanie Klekocząca Łapa skinął głową, a po chwili jeszcze dodał:
— T-tak... Miałem iść poprzednim razem, ale musiałem zostać u naszej medyczki — przyznał, a kotka spojrzała na niego lekko zmartwiona, biały uczeń nagle wyglądał na lekko zestresowanego jej słowami, ale chyba nie powiedziała nic złego? Czy dotknęła jakiegoś delikatnego tematu? — Lubię moją mentorkę, jest bardzo miła. Treningi są fajne, ale czasami wolałbym wciąż być kociakiem i polować na śpiące żaby... A twój trening? Musi się czymś różnić, skoro macie pomagać innym kotom z ich emocjami i smutkami w głowie. — Oczy kocura nagle rozszerzyły się i spojrzał na nią z lekkim przestrachem. — H-hej... Nie umiesz czytać w myślach, prawda?
— Powiem ci, zdecydowanie idzie ci lepiej niż mi, ja na moim pierwszym zgromadzeniu nadepnęłam innemu kotu na ogon, ale na szczęście obyło się bez większych problemów — postarała się go trochę uspokoić, przywołując swoje własne doświadczenia. — I wiesz, wszystko wyszło dobrze i nawet się z nim zaprzyjaźniłam. Popełniłam też inne głupoty, serio, nawet na poprzednim spotkaniu klanów, trochę się wygłupiłam... — skrzywiła się lekko na wspomnienie swojego niezręcznego popisu, ale szybko odgoniła te myśli. — Co do moich treningów, to mam i trening medyczny i wojowniczy, choć mogę wybrać główną ścieżkę, na której skupiam się bardziej. Mój mentor uczy mnie jak rozmawiać z kotami, to bardzo ważne, bo jednak na tym przecież polega moje główne zadanie. — Kiedy Klekocząca Łapa wspomniał o polowaniu na żaby za jego kocięcych czasów, na jej pyszczek wrócił uśmiech. — O? Złapałeś jakieś fajne żaby? — dodała. Kolejne pytanie kocura sprawiło, że musiała powstrzymać śmiech, choć jej klatka piersiowa zatrzęsła się niebezpiecznie i kaszlnęła lekko. — Nie, nie czytam w myślach, spokojnie, twoja głowa jest bezpieczna — zapewniła go.
— Nie! Ale wiesz dlaczego? — Klekocząca Łapa widocznie się ucieszył, kiedy pręguska pociągnęła temat żab, widocznie lubił te małe płazy. — Żaby są strasznie śliskie i szybkie! W Klanie Nocy jest ich pełno! Kiedy wracam wieczorami z treningów, z każdej strony można usłyszeć ich śliczny, rechoczący śpiew. Widać też, jak sobie przesiadują w wysokich trawach i na brzegach, i czasami jak się położę w bezruchu na płyciznach, to przesiadują sobie blisko i mogę patrzeć, jak im się brzuszki ruszają! Najbardziej lubię te zielone, ale są dość rzadkie. W Klanie Nocy żaby są bardzo ważne; nie jemy ich, ale używamy do różnych ceremonii, na przykład, kiedy dwa koty bardzo się kochają! Mam nadzieje, że kiedy ja sobie znajdę kotkę, to na naszej ceremonii będzie dużo żab i że będą rechotać całymi chórami. — Kocurek opowiadał, przysuwając się z każdym zdaniem coraz bliżej Drobnej Łapy, co niezbyt przeszkadzało uczennicy Pomocnego Wróbelka. — A-a... Ty lubisz żaby?
Niebieska kotka już miała odpowiedzieć na jego pytanie, gdy zaczęły się przemowy liderów i zwróciła głowę w stronę skały, na której siedzieli przywódcy. Pierwszy do przodu wyszedł Nikła Gwiazda.
— Niestety, dziś nie rozpoczynam swej przemowy radosnymi wieściami — zaczął i zrobił krótką pauzę. — Nie tak dawno okazało się, że Klan Wilka własnym mlekiem wykarmił grupę zdrajców! Uciekli oni jak najzwyklejsi tchórze, pozostawiając swoje dzieci, partnerki, całe rodziny! — mówił donośnie. — To jednak nie wszystko. Te same koty dopuściły się najgorszych morderstw na własnych pobratymcach i spiskowały z parszywymi samotnikami, by doprowadzić do śmierci naszych wojowników. Te koty odwróciły się od przodków, od kodeksu, od własnego klanu, który wykarmił ich i przez księżyce zapewniał schronienie. Zależy mi, aby wszystkie klany czujniej obserwowały swoje granice. Nie wiemy, gdzie ci zdrajcy odeszli, ale nadal mogą stanowić zagrożenie. Skoro są w stanie posunąć się do morderstwa na kocie, z którym dzielili wcześniej legowisko, to co mogą zrobić obcym wojownikom? Nie chcemy, by ktokolwiek łączył ich z naszym klanem — bury kocur znowu zamilkł, ktoś z tłumu kotów zawołał o wyjawienie imion zdrajców, jednak Drobna Łapa nie dała rady dostrzec, kto dokładnie poprosił o to. — Było ich kilkoro. Rysi Trop, niebieska kotka z kremowymi pasmami i brązowymi oczami, Miodowa Kora, liliowy kocur z krótkim ogonem, Kosaćcowa Grzywa, prawie całkiem okryty bielą, jedynie ze srebrzystymi uszami i ogonem, nasza własna medyczka, Jarzębinowy Żar o pstrokatym, szylkretowym futrze, biało-brązowy Szczawiowe Serce, płowy szylkret zwany Poziomkową Polaną, czarny Mglisty Sen o długiej brodzie, Zapomniana Koniczyna o niebiesko-białym futrze i wychudzonej budowie, Porywisty Dąb o srebrzysto czekoladowej okrywie oraz najmłodszy, najprawdopodobniej zmanipulowany przez pozostałych, Stroczkowa Łapa, kremowo biały kocurek! — skończył zmęczony.
— Przykro to słyszeć, Nikła Gwiazdo — miauknął Judaszowcowa Gwiazda w odpowiedzi na przemowę lidera Klanu Wilka. — Mam nadzieję, że ci zdrajcy nie będą zainteresowani zawracaniem zadu Klanowi Klifu. Co za lisie serca!
Miała oczy, jak dwie monety słysząc, co mówił Nikła Gwiazda, aż oderwało ją to od rozmowy z Klekoczącą Łapą. Zdrajcy? I to aż tylu? I jeszcze mordercy? I jeszcze zmanipulowali biednego ucznia? Futro na jej karku podniosło się ze stresu. I oni tak po prostu chodzili teraz na ich terenach? Byli w pobliżu? Oczy opadły do tyłu ze zmartwieniem i strachem, przyprószonym odrobiną paniki.
— Też mam taką nadzieję... — mruknął i kontynuował po krótkiej chwili: — Dla bezpieczeństwa nas wszystkich, chciałbym przytoczyć sposób działania tych kotów. Jeden z nich, jeszcze jako uczeń, zaprowadził naszego wojownika w sidła samotnika, który następnie brutalnie go rozszarpał. Własnymi łapami zabił natomiast inną uczennicę, z którą jeszcze rano smacznie chrapał bok w bok na mszystym posłaniu... — wycedził przez zaciśnięte zęby. — To podstępne koty. Wyrachowane. Wszyscy zdawali się być zwykłymi kotami, wiernymi przodkom, jednak prawda okazała się być inna…
Potem do przodu wystąpił Judaszowcowa Gwiazda, ale Drobna Łapa już nie była w stanie skupić się na jego słowach. Po tym, jak czekoladowy kocur skończył swoją przemowę, odwróciła się z powrotem do Klekoczącej Łapy... choć dalej dość wstrząśnięta, spróbowała sobie przypomnieć, co powiedział biały kocur wcześniej. Coś o żabach, o tym, że są specjalne i trudno je złapać... i spytał, czy ona też je lubi…
— A.... no... wiesz, ja chyba nigdy nie widziałam żaby? Wiem, jak wygląda, ale jakoś nie było okazji, ale brzmią bardzo fajnie. I... ciekawa tradycja z tymi żabami, kiedy koty zostają partnerami. Jestem pewna, że jak znajdziesz sobie odpowiednią partnerkę, to będziecie mieć dużo żab na waszej ceremonii. My za to... mamy kraby, takie szczypiące, ale tylko do jedzenia, nie mamy z nimi jakiejś specjalnej tradycji... — odmruknęła, choć dalej trochę niemrawo.
— Czy one nie są pokryte jakimś bardzo twardym futrem? Umiecie się przez nie przegryźć czy połykacie je w całości? — zapytał zaciekawiony. — Brzmi niesmacznie, jeśli mam być szczery. To jak byście jedli kamienie! Jecie też kamienie? — zapytał.
Zdusiła, po raz kolejny tej nocy, śmiech i pokręciła głową.
— Nie, nie, ona mają skorupkę, ale da się ja otworzyć, a ich mięso jest w środku jakby, więc nie jemy ich twardej skorupy — wyjaśniła, choć jej wąsy dalej drgały z rozbawieniem. — Nie jemy też kamieni, na prawdę. Zęby jeszcze można by było sobie na nich połamać, a same kamienie przecież, są też z pewnością niedobre... — nie wytrzymała, jej klatka piersiowa zatrzęsła się ze śmiechu i pochyliła głowę w dół, przerażenie spowodowane wieściami Nikłej Gwiazdy, jak na razie odpłynęło na dalszy plan. Młodszy uczeń spojrzał na nią zdziwiony.
Zastanawiała się nad odpowiedzią przez dłuższy moment i zbierała się też po swoim napadzie śmiechu.
— A wiesz... na ryby nie polujemy, czasami się zdarza okazyjnie, że jakieś znajdują się przypadkiem na płyciźnie, to się zje, ale tak... to my nie potrafimy pływać, więc nie mamy też jak na nie polować jakoś specjalnie. Masz rację, może jest niebezpieczne, fale mogą wciągnąć nieuważnego kota i ogólnie trzeba uważać, nawet jak się bawisz na mieliźnie, nie wskakuj do morza pod żadnym pozorem... to może być groźne nawet dla wojowników — miauknęła do niego, po czym słysząc zdanie o rybach na brzegu, znowu się zaśmiała. — Nie, nie, nie wychodzą, czasami fale je wy-wyrzucają, ale... ale same nie wychodzą — wydusiła.
— A może po prostu my o tym nie wiemy? Może są i chodzące i latające ryby... Skoro koty potrafią pływać, znaczy przynajmniej te z Klanu Nocy, to może są jakieś ryby, co umieją chodzić? Nie mówię, że na pewno, ale byłoby to całkiem ciekawe. Może smakowałyby nawet bardziej jak ryjówki — mruczał coraz ciszej i ciszej pod nosem, a Drobna Łapa pod sam koniec jego wypowiedzi, aż musiała się wysilić, żeby w ogóle go usłyszeć.
Nie zastanawiała się nigdy nad tym zbytnio, jakoś nigdy, skąd się wzięli, i tym podobne.
— A wiesz co... dość ciekawe założenie, ale koty wyglądają raczej, jakby należały na lądzie, no bo wiesz... ryby mają te wszystkie swoje płetwy i oddychają jakoś w wodzie, a koty nie i płetw też nie mamy. Więc raczej nie widzę nas w wodzie, nawet jeśli niektóre koty potrafią pływać, to też pewnie jest to trudne, chyba? — powiedziała, przekrzywiając trochę głowę w zamyśleniu.
— Nie jest trudne. Znaczy... Na początku troszkę, ale kiedy przestaniesz się bać nurtu, to jest całkiem przyjemne. Wiem, że niektórzy wojownicy wolą spędzać czas w wodzie zamiast na lądzie. To super uczucie; łapy są lekkie, a wszystko wydaję się być takie płynne i czas wolniej płynie... Ciężko to opisać, jeśli nikt nigdy wcześniej nie próbował... Ale lepiej nie próbuj! To może być niebezpieczne. — Pokiwał głową na swoje własne słowa, a po chwili jego oczy wypatrzyły coś w tłumie reszty kotów i Klekocząca Łapa podniósł uszy na sztorc.
— H-hej... Czy będziesz zła, jeśli zostawię cię? Możemy się spotkać na następnym zgromadzeniu i wtedy ci powiem, jak nazywał się ten wielki ptak. No i może będziesz już wtedy po mianowaniu i będziesz mogła mi powiedzieć coś ciekawego o swoim imieniu. Co ty na to, Drobna Łapo? — zapytał, rzucając na ukos prędkie spojrzenia.
— Jak tak to opisujesz, to nawet chciałabym kiedyś spróbować... choć tak jak mówisz, bez kogoś, kto mógłby mnie nauczyć to dość niebezpieczne, ale może kiedyś, jak będzie okazja. Fajnie by było. — Kiedy młodszy terminator powiedział, że chciałby pójść, uśmiechnęła się łagodnie. — Jasne, nie będę absolutnie zła. Będę czekać na następnym zgromadzeniu, żebyś mi powiedział, jak się nazywa ten ptak. A jeżeli będę po mianowaniu, to na pewno ci opowiem o moim nowym imieniu. Bardzo miło było cię spotkać, Klekocząca Łapo. Mam nadzieję, że w końcu uda ci się złapać jakąś żabę. Powodzenia na treningu. Do zobaczenia i miłej nocy. Wracaj bezpiecznie, a teraz zmykaj — zachęciła go ciepło i uśmiechnęła się do niego po raz ostatni tej nocy.

[2812 słów + trening wojowniczy]

Od Chudego Do Wilczego Skowytu

Zaczęła się zima, a mroźne powietrze wpadało co i rusz do żłobka mimo zabezpieczeń. Chudy cały czas siedział przyklejony do Grubego, bo był bardzo puszysty, a co za tym idzie - cieplutki. Noc chyba też o tym pomyślał, bo po niedługim czasie cała trójka siedziała w kącie krzewów, tuląc się do siebie. Chudy non stop się drapał. Jak była ciepła pora roku, to jakoś mu ta skóra nie dawała się aż tak we znaki. Odkąd przyszły mrozy non stop czuł, jak go piekła, więc musiał ją poskrobać. Noc czasem się o to wkurzał, tak jak Kalinka, która siedząc obok ich opiekunki, rzucała tylko braciom nienawistne spojrzenia.
– Czego się patrzysz?! – fuknął buras.
– Nie mówi się “czego” tylko “dlaczego” – poprawiła go Kalinka, zadzierając nosa.
– Jak taka mądra jesteś, to możemy podyskutować! – warknął na nią.
– Nie zniżam się do poziomu takiego flejtucha jak Ty – odpowiedziała, po czym pełna gracji wstała i odwróciła się do nich plecami.
Bracia wymienili między sobą spojrzenia.
– Eh te kotki! – żachnął się Chudy. – Wszystkie takie same. To źle, tamto brzydkie, to brudne. Tutaj mówisz nie tak, chodzisz nie tak, patrzysz niepoprawnie. Co za życie! Masakra!
Kalinka odwróciła łebek, by rzucić okiem na wychudzonego kociaka. Jej wzrok mówił “ty jesteś gorszy”, ale Chudy uznał, że nie będzie się zniżać do poziomu kogoś takiego jak ONA. W końcu był od Kalinki starszy i już niedługo zostaną uczniami. Wyrwą się z tego głupiego krzaka, wyjdą na wolność i…! No właśnie, co wtedy? Zostaną rozdzieleni, czego Chudy najbardziej się obawiał. Wiedział, że jego bracia nie są tak zaradni, jak on! Czy dadzą radę w tym wielkim świecie? Jak oni sobie poradzą bez niego, wielkiego obrońcy, który zawsze ma gotową ripostę?!

Minęło trochę czasu, gdy nadeszła pora posiłku. Cała czwórka kociąt zebrała się przy miejscu, w które zawsze dostawali pyszności. Chudy został wypchany obok Kalinki. Kotka odwróciła głowę z obrzydzeniem, a on poczuł się urażony. Przecież nie wybrał sobie takiego ciała…
Jedzenie przyniósł duży, postawny kocur. Pachniał intensywnie, miał długą sierść i wydawał się niezbyt rozmowny. Na jego nieszczęście, przyniósł wróble, a Chudy nie lubił wróbli.
– Co to ma być? – skrzywił się, kiedy inni jedli. – Weź, przynieś mi coś innego! Albo nie, wiesz co?
Chudy wstał i ominął swoich wspaniałych braci. Podszedł do czekoladowego kota, spojrzał w górę w jego oczy i wyprostował swój cienki jak u szczura ogon.
– Jak Cię zwą wojowniku? – zapytał. – Zabierz mnie na stos zwierzyny, żebym mógł wybrać sobie posiłek!

<Wilczyński? :D >



Od Rybkowej Łapy

Rybkowa Łapa nie wiedziała, czy jest zadowolona z tego, jakiego mentora wybrał dla niej lider, czy nie. Jeszcze księżyc temu miała nadzieję, że to Zwiewny Mak zostanie jej nauczycielką. Teraz jednak w jej sercu zaczęła kiełkować wątpliwość co do młodej wojowniczki. Czy nadal powinna jej ufać? Zwiewny Mak w przeszłości bardzo często ją oszukiwała, wmawiając jej, że jeże potrafią latać i że ptaki na wszystkich patrzą. Doprowadziła nawet do tego, że Rybeczka, będąc przekonana o tym, że jej imię to jej przeznaczenie, wyskoczyła do kałuży i skończyła z całkowicie mokrym futerkiem. Tylko dlatego, że Mak jej to zasugerowała. A na dodatek kotka niedawno uciekła ze zgromadzenia! Może wojowniczka nie była taka fajna, jak się wcześniej wydawało Rybkowej Łapie? Rybkowa Łapa nie była już głupim kociakiem. Teraz była już uczennicą i nie zamierzała już nigdy dać się oszukać lub zwieść. Postanowiła sobie, że jeśli ktoś coś jej powie, nie uwierzy, dopóki nie dostanie na to dowodu. Niezależnie od tego, o czym by była ta informacja.

* * *

Rybkowa Łapa zaczęła omijać Zwiewny Mak. Nadal nie była pewna, co ma sądzić o młodej wojowniczce. Kłamstwa czarnej kotki mogły być co prawda tylko zabawą (co mimo wszystko wydawało się jaśniutkiej dość niemiłe), ale co jeśli Zwiewny Mak oszukiwała uczennicę ze złośliwości lub z innego podobnego powodu? Rybka miała nadzieję, że odpowiedź na to pytanie przyjdzie sama. Na razie nie miała ochoty rozmawiać z Mak.

[230 słów]

Od Porywistego Dębu Do Stroczkowej Łapy

— Panie Porywisty Dębie? Pora na dzisiejszą rehabilitację. Dostanie pan zaraz kilka nasion maku i pójdziemy w nowe miejsce, gdzie będziemy trenować. Porywisty Dąb westchnął pod nosem. Nie chciało mu się wcale uczyć, chodzić od nowa. Czy musiało go to spotkać? Czemu akurat to właśnie jego musiał potrącić potwór? Nie narzekałby, jakby był to Kosaćcowa Grzywa, chociaż miał wrażenie, że ich relacja się lekko poprawiła od wczorajszego spaceru.
— Panie Porywisty Dębie?
— Mów mi po imieniu, nie jestem jeszcze tak stary, na jakiego wyglądam — upomniał ucznia medyczki, odwracając się w jego kierunku.
— Przepraszam Porywisty Dębie…
— Nie musisz mnie przepraszać! Zostańmy kolegami, nie musimy się tutaj do nikogo formalnie zwracać.
— Kolegami? Brzmi dobrze.
Na pyszczku ucznia pojawił się skromny uśmiech.
— Dokładnie! Nie przeszkadza ci to, prawda? Nie chciałbyś mieć takiego lekko starszego od ciebie kolegi, który dla ciebie by polował, co nie?
— Oczywiście, że chciałbym, jednak proszę cię, weź te medykamenty. Musisz iść ćwiczyć.
Porywisty Dąb westchnął. Jego plan, by odwrócić uwagę ucznia, się nie powiódł. No trudno, musi się posłuchać. Zlizał kilka ziaren maku, żeby nie czuć bólu podczas rehabilitacji i ociężale wstał z posłania. Czuł, jak po wczorajszym spacerze z Kosaćcową Grzywą bolą go mięśnie nóg. Odzwyczaił się od większych wysiłku, co było do niego niebywałe. Pamiętał, jak nie tak dawno umiał biegać po lasach oraz skakać po drzewach, niczym prawdziwa wiewiórka. Jednak teraz, zwykły spacer po mech był dla niego wyzwaniem.
Stroczkowa Łapa wyprowadził go oraz Poziomkową Polanę z legowiska. Wyszli poza obóz do oczyszczonego z opadłych liści miejsca. Było dość przestronnie, jak na ten gęsty las, więc mogli w spokoju poćwiczyć rozciąganie, siłę oraz równowagę, bez ryzyka, że ktokolwiek z nich mógł ucierpieć, bardziej niż to było potrzebne. Mieli tylko po dzisiejszej rehabilitacji mieć zakwasy.
— Dobrze więc… Zacznijmy od rozciągania. Musicie się rozgrzać, żeby być w stanie do dalszych ćwiczeń — zaczął Stroczkowa Łapa, zbierając kilka gałęzi, którymi będą coś robić.
Uczeń pokazał im kilka ćwiczeń rozciągających, które pokazała im Jarzębinowy Żar, po czym przeszli do drobnych skoków.

* * *

— Mak chyba przestał już działać — upomniał się do ucznia, który właśnie pokazywał im ostatnie ćwiczenie.
Chłodny wiatr przybierał na sile, a oni nadal byli poza obozem. Powinni byli coś złapać albo przynajmniej pozbierać.
— Powinniśmy wracać już do naszego prowizorycznego obozu — zawtórował mu Poziomkowa Polana, którego głosik zaszedł chrypką.
— Dobrze, zasłużyliście na odpoczynek. Powiem z chęcią Jarzębinowemu Żaru o waszych postępach. Świetliki będą zadowolone, że powoli wstajecie na swoje łapy. — Stroczkowa Łapa posłał im uśmiech.
Porywisty Dąb odpowiedział tym samym młodszemu, jednak czuł, jak jego nogi powoli odmawiają posłuszeństwa. Jednak nie zamierzał zaprzestać tylko na ćwiczeniach. Wiedział, że dałby radę sam pozbierać mech na następne posłania. Podszedł do ucznia i popatrzył na niego z góry. Stroczkowa Łapa przy nim był malutkim kotem.
— Spróbujmy jeszcze nazbierać trochę mchu, na nasze posłania. Nie możemy wychodzić poza obóz i nie robić cały dzień, tylko dlatego, że mieliśmy wypadek po drodze do tego miejsca. Powinniśmy ulżyć pozostałym, nie jestem starszym, żeby się obijać cały dzień! — zerknął na Poziomkową Polane, który nie wykrzesał z siebie takiego samego zapału do pracy, co on — No co?! Ileż można siedzieć i bezradnie przypatrywać się, jak inni dookoła ciężko harują!
— Powinniśmy wracać do obozu. Jest mi zimno, Porywisty Dębie… — powiedział pod nosem speszony Poziomkowa Polana.
“Wiedziałem zawsze, że jesteś takim tchórzem i obibokiem. Jak tak można…”
— Porywisty Dębie, zbiorę to za ciebie, a teraz wracajmy…
Otworzył pysk, by nie zgodzić się z młodym kocurem, jednak po chwili go zamknął. Nie będzie się kłócił z dzieckiem. Cała trójka wróciła do obozu i rozeszli się po legowiskach. Stroczkowa Łapa schował się w lecznicy, natomiast on wraz z Poziomkową Polaną weszli do swojego.

* * *

— Mogę wejść? Zebrałem mech na legowiska, tak jak chciałeś Porywisty Dębie. — W wejściu do ich legowiska stanął Stroczkowa Łapa, który w pyszczku trzymał zielone zawiniątko.
— Dzięki ci Stroczkowa Łapo — powiedział z trudem.
Czuł się żałośnie, że nie mógł pomóc innym Świetlikom. Chciał też jakoś się przydać.

< Stroczkowa Łapo? >

Od Porywistego Dębu Do Kosaćcowej Grzywy

Porywisty Dąb poruszył się niespokojnie na swoim posłaniu. Właśnie był kolejny dzień, który zapowiadał nadejście Pory Nagich Drzew. Nieprzyjemny chłód niósł się po legowiskach, które wcześniej były robione na szybko. Nikt nie starał się nad prowizorycznym obozem, gdyż uwaga kotów skierowała się na znalezisku Stroczkowej Łapy oraz Miodowej Kory. Nie narzekał na znalezisko prawdziwego obozu, jednak cały ten czas, kiedy on miał swoją rehabilitację, to koty ciężko pracowały na wykarmieniu go oraz na zbudowaniu nowego obozu. Wojownik czuł się jak zbędny balast. Jadł, nie mógł pracować ani polować, a na dodatek był tutaj najmłodszym wojownikiem. Chyba że mówimy o nowym kocie, który przybył do Świetlików. Osetowa Łapa był dość dziwnym kotem, jednak nie miał jeszcze czasu, by z nim porozmawiać.
— Porywisty Dębie, pora na twoje zioła oraz czas na spacer.
Odwrócił się na posłaniu, żeby przyjrzeć się uczniowi medyczki, który stał w przejściu do legowiska i trzymał małe zawiniątko w pyszczku.
— Znów mak? — spytał znudzony.
— Tak, jednak mniej niż wczoraj. Pani Jarzębinowy Żar mówiła, że wracasz już do swoich sił.
— Szkoda tylko, że muszę tutaj siedzieć z tobą, a nie biegać po lesie i zbierać zwierzynę — prychnął gorzko.
Na jego słowa Stroczkowa Łapa lekko posmutniał. Musiał go urazić.
— Może pozwolą ci zbierać, jakieś materiały na posłania.
— Może… — powtórzył za nim, uciekając wzrokiem na kąt legowiska, gdzie leżał zwinięty Poziomkowa Polana.

* * *

Właśnie zakończył dzisiejszą rehabilitację. Był zmęczony, jednak jego tylne łapy nie bolały go tak, jak poprzednim razem. Rzeczywiście robił postępy i może udałoby mu się wydostać poza prowizoryczny obóz, by chociaż pozbierać głupi mech. Odwrócił się w stronę wyjścia, gdzie właśnie zmierzał samotnie Kosaćcowa Grzywa. Bez większego namysłu podszedł do starszego wojownika i sprzedał mu kuksańca, na którego zasługiwał.
— Hej! — prychnął Kosaćcowa Grzywa — Czasem nie miałeś być tą inwalidą i spać w posłaniu? — prychnął, robiąc zamach łapą. Jednak zawahał się i w ostateczności, nie dotknął go choćby jednym wąsem.
— Tak, jednak na twoje nieszczęście czuję się o wiele lepiej niż ostatnio. Mogę być mniej bezużyteczny i chociaż pozbieram mech i inne gałęzie na posłania. Nic nierobienie sprawi, że zamarznę tutaj do szpiku kości!
Nie czekając, co odpowiedziałby tamten dalej, wyszedł poza obóz. Kosaćcowa Grzywa ruszył za nim i mierzył go swoimi ciemnym podejrzliwym wzrokiem.
— Nad czym się tak zastanawiasz?
— Nad tym, czy nie połamać ci znów tych łap, byś mi nie przeszkadzał w obowiązkach.
— Spróbuj tylko, to złamię ci ten twój piękny ogon. Tylko nie w jednym, ale już w dwóch miejscach!
Kosaćcowa Grzywa posłał mu ten swój arogancki uśmieszek.
— Uparte z ciebie szczenię. Przynajmniej tyle, że chcesz pracować, inaczej mogłoby być z tobą ciężej.
Porywisty Dąb przekrzywił łeb. Czy był to komplement? Chciał jakoś się odciąć słownie starszemu, jednak umilkł, kiedy tamten stanął w miejscu. Dotarli na miejsce. Pod opadłymi liśćmi mogli zauważyć mech oraz inne rzeczy, które nadawały się do budowy legowisk. Oboje zabrali się za zbieranie materiałów, odrywając je powoli, tak by pozyskać, jak największe płaty mchu. Podczas pracy wymienili się jeszcze krótkimi docinkami, po czym wrócili do obozu. Porywisty Dąb był już naprawdę zmęczony, czuł, jak jego tylne łapy zaczynają go nieprzyjemnie mrowić. Kiedy tylko wrócili do obozu, od razu podbiegła do nich Jarzębinowy Żar wraz z Miodową Korą. Ich miny nie wskazywały, że byli zadowoleni na ich widok.
— Na Klan Gwiazdy! Porywisty Dębie szukaliśmy cię! Czemu opuściłeś obóz? — Miodowa Kora podszedł do niego i liznął go za uchem. — Kosaćcowa Grzywo, jak mogłeś go wyprowadzić poza obóz?! To ty nie wiesz, że Porywisty Dąb jeszcze nie jest w pełni sił?
Jarzębinowy Żar posłała swojemu bratu zdegustowane spojrzenie.
— Właśnie, upadłeś na głowę Kosaćcowa Grzywo? Powinieneś mnie zapytać, czy w ogóle on się nadaje na wyjście z obozu! Przecież to ja sprawuje pieczę nad jego rehabilitacją!
Kosaćcowa Grzywa położył po sobie uszy, wrogo łypiąc oczyma szczególnie na Miodową Korę. Jednak żadne z nich nie mogło się odezwać, gdyż trzymali w pyskach mech.
— Odpowiedz! — zażądała medyczka, a jej ogon zamiatał wściekle podłoże.
Kosaćcowa Grzywa wypluł mech i pokazał owej dwójce swoje kiełki w swoim luzackim uśmieszkiem, jednak Porywisty Dąb widział, jak tamtego mięśnie się spinają.
— Nigdzie go nie zabrałem, sam wyszedł ze mną. Nie musicie się tak spinać, tym bardziej że powinniśmy trzymać się razem. Nieprawdaż Miodowa Koro? Jak to mówił Mglisty Sen? Są dwa obozy w Świetlikach, czemu utrudniacie w dobrym zacieśnianiu się więzi? Hmm?
Miodowa Kora warknął coś pod nosem, pokazując przy tym swoje kły. Ewidentnie zabolał go przytyk swojego byłego ucznia.
— Nie wycieraj sobie teraz pyska gadką o jednoczeniu się Świetlików — warknął ojciec.
Porywisty Dąb również położył mech na ziemi i stanął pomiędzy jego ojcem, a biało szarym kocurem. Jego tylne nogi trzęsły się z wysiłku oraz czuł, jak powoli ziarna maku przestają działać. Wytrzymał spojrzenie Miodowej Kory i usiadł, żeby mieć jeszcze siły na dojście na własne posłanie.
— Nie wińcie Kosaćcowej Grzywy — wstawił się za kocurem — to ja wyszyłem zaraz za nim. Nie chciałem wracać do dalszego leżenia, więc spróbowałem czegoś, co jest na tyle łatwe, bym mógł pomóc w budowie nowego obozu. Za długo siedzę tutaj, a jest coraz zimniej. Legowiska są prowizoryczne i brakuje, żebym jeszcze się przeziębił. Potrzebuje więcej ruchu, z resztą tak samo ciężko jest z Poziomkową Polaną. Przecież nie może przesiedzieć cały ten czas na posłaniu!
Jarzębinowy Żar wymieniła się skonfundowanym spojrzeniem z Miodową Korą.
— Wiecie co? Pójdę wam na łapę, jestem zbyt zmęczona, żeby użerać się z dwójką. Róbcie, co chcecie, tylko by to nie skończyło się gorzej, niż jest teraz.
Obdarzyła ich zmęczonym spojrzeniem i wróciła do swojego legowiska, gdzie na nią czekał Stroczkowa Łapa. Miodowa Kora z urazą popatrzył na Kosaćcową Grzywę, jednak nic nie powiedział kocurowi. Odszedł do na ubocze, tam, gdzie siedziała Rysi Trop.
— Strasznie się mnie czepiają — powiedział cicho Kosaćcowa Grzywa, przynajmniej jakby mówił to do siebie.
— A dziwisz się im?

< Kosaćcowa Grzywo? Może nie jesteś takim złym kotem, jak ci się wydaje. >

22 stycznia 2026

Od Bukowej Korony do Tawułowej Łapy

Jeśli było się uważnym – lub nawet nieuważnym – obserwatorem, łatwo można było spostrzec, że pewna dwójka kotów przebywała w swoim otoczeniu coraz częściej i częściej. Właściwie byli obok siebie na tyle często, że łatwiej byłoby do nich wołać jednym, złączonym imieniem! Jak brzmiałoby wtedy? Bukowa Fala? Focza Korona? Po tych propozycjach łatwo można się było domyśleć, że tą dwójką kotów była Bukowa Korona i Focza Fala! Choć wiele kotów już wcześniej mogło przypuszczać, że ci dwoje mają się ku sobie, tak teraz już śmielej można było stawiać, za ile zostaną oficjalną parą. Bo mimo że w swoim towarzystwie uśmiech nie schodził im z twarzy, jeszcze ani razu nie przyznali się do tego, że byłoby między nimi coś więcej. No, na przykład tak jak dziś:
— Widzę, że nieźle ci się tu powodzi, Bukowa Korono — odezwał się Królicza Prawda, przechodząc obok srebrnego. — Przygruchałeś sobie Fokę w dosyć krótkim czasie. Wiesz, ja wam życzę wszystkiego najlepszego na nowej drodze ży-
— Przestań — przerwał mu czekoladowy. Jego ton był chłodny i wręcz wyprany z emocji. Jeszcze niedawno roześmiany pysk Bukowej Korony był teraz nieruchomy, kamienny. Przez moment wpatrywał się w kremowego kocura, nim nie podeszła do niego Focza Fala. Gdy spojrzał w jej kierunku, nie dało się nie zauważyć, że kącik jego ust drgnął w uśmiechu, a oczy od razu się rozjaśniły.
— O czym rozmawiacie? — zapytała niebieska, unosząc jedną brew i wpatrując się w Króliczą Prawdę. Klifiak poruszył się niespokojnie, uśmiechając się niezręcznie do młodszej kotki.
— Nie masz się o co martwić. Tłumaczę tylko Króliczej Prawdzie, że nic między nami nie ma — prychnął w końcu Buk, kręcąc powoli głową. W niebieskich ślepiach wojowniczki na moment pojawił się ledwie zauważalny przebłysk bólu. Jakby ktoś właśnie wbił jej cierń w serce. — Królicza Prawdo, jak jeszcze raz ośmielisz się skomentować moje życie prywatne, przysięgam, że nie ręczę za siebie — zwrócił się do kremowego, ponownie przybierając maskę spokoju. — Może i zwerbowałeś mnie do swojej jakże “uroczej” rodzinki, ale te czasy to już przeszłość. Nie żyjemy już w siedlisku, tylko w Klanie Klifu. I życzę sobie, byś zachowywał się tak, jakbyśmy nigdy się nie znali. Nie potrzebuję tu żadnego opiekuna; jestem niezwykle zdolny i potrafię dbać o własne interesy — wyjaśniał, o mało nie zanudzając Foczej Fali na śmierć.
— Skończyłeś już? — bąknęła. — Chodźmy, szybko! Świat stoi przed nami otworem, a ty dyskutujesz z jakimś staruszkiem! Odpuść sobie i zabierz mnie na spacer! — ubiegała się, trzepocząc rzęsami przed czekoladowym.
Bukowa Korona spojrzał na pysk kremowego. Był dziwnie spokojny, jakby… pusty. Przez myśl przeszło mu nawet, że może tym razem przesadził ze swoimi słowami, lecz ten pomysł wypadł mu z głowy tak szybko, jak do niej wpadł. Przecież Królicza Prawda dobrze wiedział, że Buk nie chciał mieć z nim nic do czynienia. Zawsze starał się mu o tym jasno przypominać! Ale najwyraźniej Królik był po prostu głupim, niesłuchającym go bucem. Jeśli musi go zaboleć, by wreszcie się odczepił, to niech boli.
— Możemy iść — odparł w końcu srebrny, jednak jego ton wydawał się płaski. Jeszcze przez moment mierzył wzrokiem kufę starszego wojownika, aż w końcu nie ocknął się i nie ruszył wraz z Foczą Falą ku wyjściu z obozu.
— A jesteś tak właściwie przekonana o tym, że chodzenie na spacery podczas takich mrozów to dobry pomysł? Nie, żeby coś, ale jeśli pamięć mnie nie myli, jesteś całkiem chorowita. Czy właśnie nie pakujesz się w kłopoty? — skomentował, gdy przemierzali tereny Klanu Klifu. Na jego słowa niebieskofutra parsknęła śmiechem.
— Po prostu się przyznaj, że tyłek ci marznie! To żaden wstyd — burknęła Focza Fala, przewracając oczami. — Nawet najwięksi wojownicy mają swoje słabe punkty. Może twoim są niskie temperatury?
Bukowa Korona westchnął.
— Twoim słabym punktem jest twoja odporność! Ja próbuję być miły, a ty tak mi się odwdzięczasz… — srebrny delikatnie trącił niebieskofutrą, jednak jego głos zadrżał od śmiechu. — Jeśli po tym spacerze zachorujesz, to nie będę cię codziennie odwiedzał w lecznicy! Będziesz musiała wytrwać z tą szurniętą medyczką i jej zbłąkaną uczennicą… — zagroził jej, mrużąc lekko brwi.
— Jesteś pewny, że nie będziesz mnie odwiedzał? Może z zewnątrz jesteś taki nonszalancki, ale jestem pewna, że nie miałbyś serca, by zostawić mnie samą! — stwierdziła, prostując się śmiało. Może… może i miała rację, choć Buk nawet we własnej głowie nie chciał jej tego przyznać. Upierał się, że wcale nie zależy mu tak bardzo na Foczej Fali, ale… prawda była inna. Miał dla niej czuły punkt, choć zazwyczaj nie obnosił się z nim na głos.
— Chyba w twoich snach! — kontynuował przekomarzanki. — Byłbym zbyt bardzo zajęty wykonywaniem swoich wojowniczych obowiązków, a wiesz, jak bardzo cenię sobie pracowitość i dobrą reputację — twierdził dalej, jednak niebieskooka nie brała żadnych z jego słów na poważnie. Może to i lepiej. Cóż, przynajmniej dla niej. Dla Buka może też, bo gdyby Foka zauważyła, jak ogromnym dupkiem jest, prędko by go zostawiła. I znowu nie miałby żadnego przyjaciela, ponadto nie miałby też Króliczej Prawdy, bo przed chwilą tak potwornie go spławił.
— Może twoja reputacja byłaby lepsza, gdybyś znalazł sobie jakąś partnerkę, co? Byłaby dowodem, że jednak da się ciebie pokochać — palnęła wojowniczka, poruszając wibrysami.
— Co, proszę? — wymsknęło mu się ze zdziwienia. W jego głosie pojawiła się typowa dla niego nutka, która mówiła: wszystko z tobą dobrze? Nie uderzyłaś się w głowę?
Focza Fala od razu się speszyła, a jej mięśnie się spięły.
— A nic, nic. Tak mi się tylko powiedziało — rzuciła sucho, lecz zaraz potem wzięła głęboki wdech. — To dokąd idziemy? Może nad klif? Chyba że boisz się wysokości! — Foka uniosła brew do góry. — Czasami może się nieźle zakręcić w głowie, gdy widzi się rozległe morze pod sobą!
— Ale nie mi — zaznaczył, zadzierając brodę. — Ja nie boję się niczego. Żadnych mrozów, żadnych wysokości.
Focza Fala przewróciła oczami i tylko przyspieszyła kroku. Na horyzoncie majaczyły już drzewa, które rosły tuż przy klifie. Bukowa Korona także zaczął truchtać, by nadążyć za niebieskofutrą, która pędziła tak, że wiatr rozwiewał jej sierść. Wyglądała teraz jak lecąca kulka puchu, jako że futro miała całkiem długie i gęste. Buk oczywiście zauważył też, że Foka była dobrze odżywiona, ale tego nie mógł komentować nawet w swojej głowie, bo sam uważał, że taka pulchna sylwetka świadczy tylko o tym, że jesteś dobrym łowcą i szanowanym członkiem klanu.
W końcu dotarli do celu swojej wyprawy. Tam zatrzymali się, jak zwykle, śmiejąc się dosyć głośno. Był już wieczór – gdyby była Pora Zielonych Liści, pewnie byłoby jeszcze jasno, a tak? Chmury sprawiały wrażenie coraz ciemniejszych. Zarysy ogołoconych koron drzew coraz bardziej wtapiały się w niebo i coraz częściej wicher powiewał całkiem mocno. A mimo to dwójka kotów trwała przy swoim boku, rozmawiając nad klifem. Głównie dogryzali sobie, ale niekiedy przez konwersację przewinęły się też nieco szczersze słowa. Nie były to wyznania zbyt wielkie, ale mimo wszystko wydawały się bardzo… intymne. Choć znacznie większą ilością rzeczy dzieliła się Foka, podczas gdy Buk preferował raczej... pozostanie tajemnicą.
— …I wtedy złapałam całkiem sporego ptaka! Drzemiące Słońce był pod wrażeniem, mówię ci! — opowiadała.
Srebrny co jakiś czas potakiwał głową, zadawał jej pytania. Szczerzył się, unosił brwi, reagował tak, by wyglądać na takiego, co słucha. Foczej Fali się to podobało – a przynajmniej tak uważał Buk, bo zdawała się dosyć szczęśliwa.
— No, ale co mi tam po słowach Drzemiącego Słońca… Nie potrzebuję pochwał od niego ani zresztą żadnego innego kocura! No… może z wyjątkiem jednego — wymruczała cicho, spoglądając w pomarańczowe oczy wojownika, w których teraz odbijało się granatowe niebo, a na nim ledwo widoczne gwiazdy.
Bukowa Korona zastygł w bezruchu, nawet nie ważąc się spojrzeć na Foczą Falę.
— Widzisz… nigdy nie myślałam, że będzie mi zależeć na opinii innych, ale… potem zjawiłeś się ty — wygłosiła dosyć szybko. Nie brzmiała, jakby mówiła to z dozą emocji, ale Buk zdążył już zauważyć, że niebieskooka miała na ogół trochę problemów z wyrażaniem czułości. — Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale chyba… chyba mi na tobie zależy, wiesz? Tak myślę przynajmniej. Bardziej niż na kimkolwiek innym — mówiła dalej, tym razem także wpatrując się w otchłań przed nią. Mówiła te słowa trochę tak, jakby miała je wyćwiczone. — Wiesz, ja nie mam pojęcia, jak tak naprawdę wygląda miłość. Ale jeśli jest tym, co czuję wobec ciebie, to bardzo mnie zadowala. I… zdaję sobie sprawę z tego, że ty twierdzisz, że się w nikim nigdy nie zakochasz, ale jednak… jakbyś chciał spróbować… no wiesz, być razem i… i robić te wszystkie rzeczy, które robią pary, no… — wstrzymała oddech na kilka uderzeń serca — …chodzić na spacery i właściwie wszystko, co już dotychczas robimy jako przyjaciele, tyle że… pod inną nazwą — zaczął plątać jej się język, co widocznie ją frustrowało.
Srebrny zdawał sobie sprawę z tego, jak wiele pewności musiało kosztować ją to przemówienie. Sam nie wiedział, co czuł wobec niej. Jednak czy bycie w związku nie sprawiłoby, że wyglądałby na łagodniejszego, słabszego? W końcu miłość mogłaby go zaślepić, sprawić, że przestałby być… sobą. Czy przez miłość mógłby stracić swój zapał? Swój potencjał? Swoje pragnienie, by zostać władcą?
— To naprawdę emocjonalne wyznanie — odezwał się w końcu, owijając ogon ciaśniej wokół łap. — Jestem pod wrażeniem, że byłaś w stanie mi to wszystko powiedzieć. Jestem w stanie przystać na twoją propozycję. Możemy… spróbować — odparł, jednak wahając się nieco. — Proszę tylko, byś nikomu nie mówiła o tym, co dzieje się między nami. Jeszcze nie jestem gotowy na nic oficjalnego — kontynuował tym samym, nieco monotonnym tonem.
Gdy skończył, Focza Fala jeszcze bardziej wtuliła się w jego futro, milcząc. I tak siedzieli w ciszy jeszcze przez jakiś czas, najpewniej zastanawiając się nad tym, co przyniesie im przyszłość.

* * *

Bukowa Korona biegł teraz w pogoni za królikiem, zdeterminowany, by go złapać. Jeszcze nigdy dotąd nie starał się tak bardzo, by schwytać jakąś zwierzynę, jak teraz. I nie chodziło o to, że tak bardzo zależało mu na tym, by w mroźne dni wykarmić swoich pobratymców – och, nie. On chciał jedynie udowodnić przed sobą, że posiadanie “partnerki” nie zrobiło z niego gorszego wojownika. Miał obsesję na punkcie siebie, swoich umiejętności i kondycji. Jeśli tylko zauważał niewielką zmianę, od razu panikował. Teraz czuł się tak, jakby stąpał po polu minowym. Miał wrażenie, że w każdym momencie może stać się rozlazłym kochasiem, którego priorytetem jest rodzina. On nie chciał taki być. Nie chciał żyć takim życiem. Chciał być dowódcą, autorytetem – ale nie dla kociąt, lecz dla rosłych, silnych wojowników. Chciał wygłaszać motywujące mowy, posyłać wiernych poddanych do walki. Jak miałby przyczyniać się do rozrostu Klanu Klifu, jeśli miałby na głowie humorzastą kobietę i piszczące kocięta?
Zacisnął zęby. Łapy piekły go od wysiłku i powoli brakowało mu tchu, jednak wciąż nie odpuszczał. Gonił za biednym, spanikowanym zwierzęciem, podczas gdy krew szumiała mu w uszach. Ostatkiem sił przyspieszył i wyskoczył, lądując prosto na swojej ofierze. Zrobił to ciężko, niezwinnie, ale zrobił. Udało mu się – złapał tego uszaka. Ciężko dysząc, bez wahania przegryzł mu gardło, by ten przestał się wierzgać. Nie był specjalnie duży ani zresztą bardzo stary. Wyglądał na młodego. No cóż, Bukowa Korona zdawał się mieć nosa do niewyrośniętych ofiar. Pamiętał jeszcze, gdy udało mu się upolować tamtą niewielką kaczkę. Tym razem jednak na patrolu wraz z nim była Tawułowa Łapa – rodzeństwo Promiennej Łapy. Był tu także Rozświetlona Skóra i Drzemiące Słońce.
Wojownik wziął do pyska ciało królika i zawrócił, kierując się w stronę, z której tu przybiegł. Gdy udało mu się dołączyć do grupy, zaczął maszerować przy boku Tawułowej Łapy.
— Fy sesfes sfostfa Pomenej Fapy? — wybuczał, wciąż trzymając zwierzynę w zębach. Gdy jednak zrozumiał, że w takim stanie zbyt długo nie podyskutuje, wcisnął królika Drzemiącemu Słońcu z komentarzem:
— Ale przed wejściem do obozu mi go oddasz. Klan musi widzieć, jak bardzo się dla nich staram.
Powiedziawszy to, wrócił do białofutrej i odchrząknął.
— Jesteś siostrą Promiennej Łapy, mam rację? — zapytał, unosząc jedną brew w górę. — Nie wiem, czy ci mówiła, ale właściwie to się znamy. Opowiadała ci o tym, jak polowaliśmy na kaczki? To znaczy… ja polowałem, bardzo pomyślnie zresztą — zaczął się przechwalać. Nie zależało mu na nowej przyjaźni, a raczej na zabiciu nudy. Poza tym, jeśli kiedyś chciał zostać przywódcą, to musiał zdobywać wspólników, no nie? Kto chciałby jakiegoś boi-wróbla za lidera? O wiele większe szanse miały koty rozmowne, charyzmatyczne. — Jeśli nie, to nie masz się o co martwić! Mogę ci opowiedzieć. Mam całkiem dobrą pamięć, znam wszystkie szczegóły tamtego dnia. Oczywiście bardzo majestatycznie upolowałem wtedy to pisklę, ale nie zabrakło także śmiechów. Bo jestem całkiem zabawny, jakbyś jeszcze nie zauważyła — kontynuował. Miał świadomość, że nie każdy zrozumie jego wyrafinowanego poczucia humoru. Obawiał się też, że mózg Tawułowej Łapy może nie przyswoić jego cudowności. Ale cóż, wyjdzie w praniu. 

<Tawułowa Łapo?>