BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 3 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

03 maja 2026

Nowi członkowie Klanu Klifu!

 

Od Poczciwego Szakłaka CD. Króliczej Prawdy

Przeszłość, przed śmiercią Słonecznego Fragmentu

Pora nagich drzew powoli zbliżała się wielkimi krokami do terenów Klanu Burzy, jednak coraz to chłodniejsze porywy wiatrów na otwartych równinach nie zniechęcały do opuszczania obozu, szczególnie iż z każdym dniem będzie coraz mniej zwierzyny, a nadchodząca pora mogła okazać się zbyt sroga, by jakiekolwiek zwierzę wyszło z nory — chyba że w ostateczności, kiedy to głód sięgnie zenitu.
Czarny kocur dość żwawym krokiem przemierzał terytorium klanu, choć od jakiegoś czasu tego typu przechadzki miała w sobie drugie dno. Oprócz polowań zaczął się niemal dzień w dzień kręcić przy granicy z Klanem Klifu. Sam nie wiedział czemu, lecz za każdym razem jego krok od razu kierował się w tym, a nie innym kierunku — tłumaczył to sobie chęci spotkania siostry, szczególnie że ostatnio pojawił się u nich problem z mewami i obawiał się o szylkretkę. Jednakże kotka nie była jedynym powodem, dla którego tak często odwiedzał niewielki kawałek plaży, należącej do Burzaków. Pewien kremowy kocur nieco zawrócił mu w głowie, choć sam przed sobą się do tego nie przyznawał, głównie z obawy, że i także jego straci. Wyglądało to trochę niczym zauroczenie od pierwszego wejrzenia, lecz Szakłak głęboko w duchu czuł kłującą zazdrość, kiedy musiał obserwować coraz to nowsze pary kochających się kotów w klanie. On też chciał tego zaznać, tego ciepła od partnera lub partnerki, czasu spędzanego razem — oczywiście lubił, kiedy to pewne dwie srebrne siostry uwzględniały go w swych planach, jednak uważał, że to nie było to samo.
Docierając do Kamiennych Strażników, czuł, jak jego łapy nieco się zapadając w złocistym piasku. To wystarczyło, by na jego pysku mimowolnie pojawił się lekki uśmiech — odkąd nieco więcej zaczął rozmawiać ze Słonecznym Fragmentem, zdawało się, że kocur zarażał go nieco swoim optymizmem i radością w życiu, gdyż zielonooki częściej się łapał na tym, jak jego mimika pyska samoistnie ulegała zmianie. Było to dla niego coś nowego, lecz w bardzo pozytywnym znaczeniu, w końcu miał wrażenie, że żyje tak, jak chcę, a nie jak mu ktoś to życie zaplanował. Z każdym krokiem w stronę granicy z Klanem Klifu, czuł, jak radość narasta — może i nie zawsze udawało mu się spotkać Pchełkowy Skok lub Króliczą Prawdę, jednak sam fakt, że mogą być gdzieś blisko, wywoływał u Burzaka coś nieopisanego.
Po chwili do jego nozdrzy dotarł charakterystyczny zapach Klanu Klifu oraz nuta słonego morza niesiona przez wiatr. Dzięki temu, że zefir pochodził z terenów Klifiaków, mógł po chwili wyczuć obecność jednego z nich — aż jego serce zabiło przez chwilę nieco szybciej. Po opanowaniu mimiki pyska machnął końcówką ogona i już znacznie spokojniej podszedł do granicy, aż jego oczom ukazała się sylwetka Klifiaka. Kremowe pręgowane klasycznie futro i biel pokrywająca jakoś połowę powierzchni ciała kocura było istnym przeciwieństwem czarnej jednolitej, przypominając bardziej samotny kamień na tle piasku, niżeli sam piasek, z którym nieco stapiał się w jedno pomarańczowooki.
— Nie spodziewałem się ciebie tutaj, Królicza Prawdo — palnął bez większego namysłu.
“Głupi! Jak się nie spodziewałeś?! Przecież znajduje się przy granicy Klanu Klifu z Klanem Burzy…”
— Znaczy… Nie ważne… — mruknął widocznie speszony swoimi wcześniejszymi słowami.

<Królicza Prawdo? Zakop mnie pod ziemią…>

Od Jesionowej Łapy

Ostatnie księżyce Jesionowej Łapy mijały dość spokojnie. Jednak przez całą zimę miała wielki problem ze snem. Wiecznie chodziła wykończona z tego powodu, wykonując wszystkie obowiązki dość mozolnie. Prawdopodobnie było to spowodowane nagłą zmianą otoczenia z rodzinnego grona przez samotną wędrówkę aż do dużej grupy kotów. Często odczuwała ból w skroniach na koniec dnia, a bezsenność go nie uśmierzała.
Tego dnia była tylko na patrolu łowieckim, po czym rozdała zwierzynę starszyźnie i karmicielkom, tylko by potem ulokować się gdzieś w kącie obozu i ogarnąć swoją sierść, która teraz tylko kłębiła się i zbierała kurz. Nie miała ostatnio siły, by zadbać o swój wygląd. Było to dziwne w jej przypadku, bo wygląd zawsze był u niej na pierwszym miejscu. Nie chciała iść do medyka, by nie zawracać im głowy ani nie przyprawiać o kłopoty. Do tego wciąż odczuwała dziwną potrzebę udowodnienia, że nadaje się jako bezproblemowa członkinia klanu. Nadal nie miała żadnych bliskich relacji z nikim. Jedynie kotka, która została tu sprowadzona jakiś czas po tym, gdy odkryto wycinkę lasu, przykuła jej uwagę. Kilka razy nawet przyniosła jej jedzenie, gdy ta była jeszcze więźniem jako Ula. Widziała w Miodowej Łapie sympatyczną kotkę. Chciałaby bliżej ją kiedyś poznać, ale na razie nie miała siły na rozwijanie relacji. Wolała na razie się skupić na tym, by zostać wojowniczką, a dopiero potem może zagadać.
Gdy tak sobie czyściła swoją sierść, przypomniała sobie o łabędzim piórze, które zwykle nosiła za uchem. Ostatnio tak bardzo bała się, że go gdzieś zgubi, że wcisnęła je w swoje posłanie. Dźwignęła się na łapy i skierowała się do legowiska uczniów. Gdy doszła do celu, położyła się na swoim łożu i zaczęła myć pióro. W końcu mogła przywrócić mu dawny blask. Z sino-szarego, stał się spowrotem biały i lśniący. Zamruczała szczęśliwa. Nie chciało jej się już wychodzić, dlatego przymknęła oczy i błagała o szybkie przyjście snu. Po kilku godzinach wiercenia się i mamrotania ze zmęczenia, udało jej się zasnąć płytkim snem.

Od Borowika

Trening szedł lepiej chyba. Lepiej mi chyba szło na treningu. A to wszystko dzięki mojemu naturalnemu talentowi i przyrodzonym, wysoko rozwiniętym zdolnościom poznawczym. No i…dużo też sam pracowałem… Nocne sesje solo, powtarzane regularnie, robiły swoje. Co dwa dni powtarzałem podczas nich wszystko, czego się nauczyłem, a raczej czego powinienem się nauczyć. Nie mogę powiedzieć, że zacząłem nadganiać i redukować braki, ale…pojawiło się coś, co można z umiarkowaną stanowczością określić mianem postępu.
Wspinaczka? Nie muszę już aż tak ryzykować życiem, ćwicząc. Walka? Jako tako. Patrolowanie? W procesie rozgryzania. Rozpoznawanie drzew? Dobrze. W momencie, gdy zrozumiałem, że las to nie tylko zielona plama otoczona rzeką, to okazało się, że w sumie, to nie ma dwóch takich samych drzew. Doznałem czegoś, co można określić mianem olśnienia. Skoro nie ma dwóch takich samych rzeczy na świecie, to znaczy, że tak ma być. Że nie można próbować być takim samym jak ktoś inny, bo nie taki był plan Wszechmatki.
Właściwie to to przemyślenie nie daje mi absolutnie nic, gdyż mnie zupełnie nie dotyczy. I pewnie w przeciągu dwóch do trzech dni o nim zapomnę. Ale to, że się pojawiło, oznacza, że nie jestem wcale taki głupi. Gdybym był głupi, to bym to chyba wiedział. To musi być jedna z pierwszych rzeczy, o których dowiadują się od świata głupie koty…
Dziś trening znowu. Nadal. Kurka mówił, że będę zdobywać nową umiejętność – budowanie legowisk na gałęziach. Mimo mojego już zdecydowanie zaawansowanego wieku, nadal dziwi mnie, dlaczego żyjemy na drzewach. Gdybyśmy mieli żyć na drzewach, Wszechmatka dałaby nam skrzydła. Nikt nie musiałby ryzykować złamaniem kręgosłupa, idąc na drzemkę. No ale dobra. Kontrargument, który podaję sobie sam, brzmi tak, że mimo wszystko na nich żyjemy, więc tak chyba musiało być. Albo po prostu Wszechmatka nas nie lubi. Ja nie wiem. Nie miałem jeszcze okazji jej zapytać.
Spotkałem się z moim mentorem przy wyjściu z obozu. Wydawał się dziś trochę mniej zmęczony niż codziennie. Chociaż równie dobrze mogło tak wcale nie być. Ja nie wiem.
— Dzień dobry, Borowiku! Cieszysz się na dzisiejszy trening?
— Hm. Odczuwam umiarkowane zaintrygowanie dniem dzisiejszym — odparłem.
Moje nowe odkrycie — lepiej się rozmawia, gdy mówi się dużo słów, a nie mało. Dlatego też ostatnimi czasy zacząłem używać ich jak najwięcej, mimo, że takie gadanie jest zupełnie bez sensu i mógłbym właściwie odpowiedzieć skinieniem głowy i przekaz byłby taki sam. Ale faktycznie zauważam efekty bezsensownego wydłużania moich wypowiedzi i są one jedynie pozytywne.
Kurka zaśmiał się lekko, słysząc moje słowa. Bo „słyszy” moje „słowa”, a nie jak wcześniej „widzi” moje „gesty” w odpowiedzi na swoje pytania.
— Dobrze, zaczynajmy więc! Na razie spróbujemy to zrobić na którymś z niższych drzew poza obozem, dla treningu. A jak będzie ci iść sprawnie, to spróbujemy u nas.
— Tak jest. — Przytaknąłem, przyglądając się jednocześnie źdźbłu trawy i zastanawiając się, jak się nagle znalazło między moimi łapkami.
Wyszliśmy z obozu, ale nie odeszliśmy za daleko, tylko kawałek, do najbliższego, niskiego drzewa.
Usiadłem na ziemi, wpatrując się w drzewo z otwartym lekko pyszczkiem. Nie zdziwiło mnie ani nie zaciekawiło mnie też w żaden sposób. Nie wiem, czemu tak patrzyłem.
— Słuchaj teraz uważnie, Borowiku. Budowanie legowisk na drzewach nie jest prostym zadaniem. Wymaga to precyzji. Legowisko musi być trwałe i stabilne, bo inaczej śpiący na nim kot może po prostu spaść w czasie snu.
— A tego byśmy nie chcieli — wtrąciłem szybko.
— Tak, dokładnie! Dlatego tak ważne jest zrozumienie techniki, a dopiero potem, na samym końcu, opanowanie praktyki!
Strzepnąłem główką na boki, spojrzałem na Kurkę.
Mentor zaczął wyjaśnianie.
Sama technika… zupełnie nie miała sensu. Nie rozumiem. Nic. To znaczy prawie. Zrozumiałem jedynie, w jaki sposób wybierać miejsce na legowisko. Najbezpieczniej tam, gdzie są grube gałęzie, od których odchodzi wiele innych, dzięki czemu tworzy się pewnego rodzaju szkielet czy też skorupa dla naszego legowiska. Ale reszty nie wiem. Nie wiem. Zgubiłem się.
Następnie Kurka wlazł na drzewo, by zaprezentować mi, jak to powinno w praktyce działać. Wspiąłem się za nim. Ostrożnie wbijałem pazurki w pień drzewa, unikając luźnych płatów grubej kory, aby się niechcący nie zsunąć i nie połamać. Szło mi już w miarę sprawnie. Z każdym uniknięciem śmierci coraz sprawniej.
Mentor na początku odłamywał niepotrzebne patyki od szkieletu, wplatając je między te bliżej głównej gałęzi.
— To jest kwestia oszczędności czasu i materiałów. Ile patyków można odłamać stąd tyle się odłamuje, resztę się po prostu zbiera, tak jak pewnie robiłeś już wiele razy.
To prawda, jednym z moich uczniowskich zajęć było również zbieranie patyków do wzmacniania legowisk. Najlepiej długie i giętkie, a jednak na tyle sztywne, by legowisko było stabilne. Miałem więc w tym zadaniu wprawę.
— Teraz twoja kolej. Pójdziemy teraz pozbierać patyki, jak wrócisz ze swoimi to możesz dalej budować. Ja będę ci przynosił.
— Uh. Dobrze. Ja… mogę… spróbować.
Kurka pokręcił głową.
— W budowaniu legowisk nie ma próbowania. Albo się to robi dobrze, albo ktoś może spaść. Na szali jest również zaufanie do ciebie. Jeśli wiadomo, że ktoś buduje dobrze, to śpi się spokojnie. Jeśli nie, to…sam rozumiesz.
— Uh. Tak. Tak. Rozumiem. — Pokiwałem głową z szeroko otwartymi oczkami. — Rozumiem…
Niedobrze. Niedobrze. Nie mogę stracić zaufania. Nikogo. Jak inaczej miałbym umacniać moją pozycję w naszej małej społeczności? No, nie mógłbym. Dlatego muszę chyba stać się mistrzem w kolejnej dziedzinie. Być może tej decydującej o mojej przyszłości lub jej braku. To kwestia przetrwania.
— Ugh…
— Co takiego? — spytał Kurka, obracając się do mnie.
Ugh. Byłem pewien, że wydałem ten dźwięk w mojej głowie jak zwykle. Widać, że mówienie dużo mi nie służy… Zaczynam mówić to, co myślę…
Zeszliśmy razem z drzewa, ja wciąż z niemałym kłopotem, ale kolejny raz wygrałem ze śmiercią. Bez sensu, że my wygrywamy ze śmiercią każdego dnia, a jej wystarczy, że wygra raz i koniec gry.
Rozdzieliliśmy się, by zebrać patyki. Ja moje zebrałem szybciej, w końcu robiłem to bardzo często, wiedziałem, jak i gdzie szukać. Nie czekałem więc na mentora. Wdrapałem się na drzewo z gałązkami w pysku. Chyba kawałek kory wpadł mi do pyska. Fuj. Fuj.
Przysiadłem na gałęzi i wyrzuciłem stertę na szkielet, liście i drobne gałęzie utrzymały je przed spadnięciem na ziemię. Starałem się kopiować ruchy mojego mentora, które wcześniej zaobserwowałem, to jest wplatanie kolejno gałązek od dołu do góry, w koło. Było to zadanie…niezwykle trudne, skomplikowane i męczące, gałązki nie chciały się wyginać tam, gdzie powinny i na odwrót. Jak na złość w najbardziej gorącym i decydującym momencie, moja sterta skurczyła się do zera. Kurka gdzieś zaginął w buszu. Mam nadzieję, że żyje. Mam nadzieję, że drzewa nie zmówiły się i nie zemściły na nim za moje wcześniejsze akcje przeciwko nim… Masakra. To jest jakaś masakra. Nie cierpię drzew. Głupie patyki. Głupi trening.

* * *

— Oh —powiedział Kurka, na przemian marszcząc i unosząc brwi, spoglądając w górę na moje dzieło.
— Tak. Wiem — odparłem, siedząc obok niego i patrząc z dumą w to samo miejsce.
Kurka zapewne po raz pierwszy w życiu widział tak niemożliwie stabilne i staranne legowisko na drzewie. Osiągnąłem mistrzostwo po zaledwie jednym dniu nauki.
— Jest idealne. Prawda? — spytałem, nie zmieniając pozycji.
— Pff… — syknął. Niepewność w jego wzroku tylko się zagęściła. — Wiesz…Borowiku… Budowanie legowisk to…trudna sztuka, a to twoje pierwsze podejście… Myślę, że wygląda to…
Spojrzałem na niego z wyczekiwaniem. Zignorowałem nawet dźwięk, który rozległ się pod drzewem, choć brzmiał on łudząco podobnie do spadającego z drzewa sporych rozmiarów patyka.
— … nie najgorzej, jak na pierwszą próbę.
Zamachałem ogonkiem z radości. Jej.
— Ale… powiedz mi, proszę, czemu zwisają z niego kępy trawy…?
— Oh. No, żeby, jak na przykład wściekły lis pod nim przeszedł, to mu spadło na głowę.
— A… po co…? Skoro w obozie wszyscy chodzą pod legowiskami i z reguły nie są to lisy, tym bardziej nie wściekłe…?
Usłyszałem kolejny spadający patyk. Dziwne. Drzewo chyba się sypie. Koniec świata.
— No. — Zamrugałem. — Nie wiem. W sumie. Możesz mieć rację. Ale to jest po prostu taki dodatek.
Kurka wyglądał na zmieszanego, ale po chwili westchnął i uśmiech powrócił na jego pysk.
— Jeszcze to poćwiczymy, Borowiku — odparł spokojnie. — Zobaczysz. Nauczysz się.
Mentor pacnął moją główkę. Zamrugałem.
— Tak. Tak. Nauczę. Nauczę. Obiecuję. Ja nie zawiodę.
Kiwnął.
— Choć wracajmy już. Potem możemy dalej ćwiczyć, hm? Ale najpierw coś zjemy.
Usłyszałem dźwięk o wiele głośniejszy niż przy jednej spadającej gałęzi tym razem. Ale nie obróciłem się. Mój mentor też nie.

[1350 słów]
[budowanie legowisk na gałęziach drzew]

[27% + 5%]

Od Błyskotliwej Łapy

Mrr… Błyskotliwa Łapa przeciągnęła się w porannym świetle wschodzącego słońca, ciesząc się jego lekkim ciepłem. Napuszyła swoje futro i przysiadła po długim, relaksującym rozciągnięciu mięśni. Dziś Drobne Ukojenie miała zabrać ją na codzienny trening, obiecała, że tym razem nauczy Błyskotki podstawowych manewrów bitewnych.
Uczennica podbiegła do protektorki, która powitała ją krótkim, lecz radosnym pomrukiem.
Gdy obie kotki dotarły do miejsca treningu, mentorka pokazała Błyskotliwej Łapie łatwy manewr. Koteczka spróbowała go naśladować, lecz nie udało jej się to za pierwszym razem.
Spróbowała jeszcze raz. I jeszcze jeden. I kolejny. I tak trenowała, aż opanowała ruch do perfekcji.
Gdy w końcu jej się udało, uczennica dumnie stanęła przed mentorką, jej oczy błyszczące, a futro drgające z zadowolenia. Drobne Ukojenie także sprawiała wrażenie zadowolonej z umiejętności swej uczennicy.
Potem mentorka nauczyła Błyskotkę jeszcze jednego ruchu, który uczennica opanowała prawie idealnie, po czym skierowały szybkie kroki do obozu, gdyż słońce już powoli zniżało się i wkrótce nastał wieczór.
W obozie na siostrę czekał już Agatówkowa Łapa ze zwierzyną i jego łap. Gdy siostra do niego podbiegła, podrzucił w jej stronę mysz i oboje zaczęli jeść pyszny posiłek.
— Hmm, ale to pyszne — wymamrotała szczęśliwa Błyskotka z pełnym pyskiem. Brat przytaknął.
Gdy się najedli, skierowali kroki w stronę legowiska uczniów, aby tam zdobyć należyty odpoczynek.

[208 słów, trening wojownika]

Od Zwiewnego Maku CD. Niebiańskiej Poświaty

Przeszłość

Zwiewny Mak zmrużyła oczy. Czy ta kocurzyca właśnie nazwała ją… Makowa Szkapa?
— Nie jestem Makowa Łapa. Jestem Zwiewny Mak — odparła chłodno, lecz majestatycznie mała kotka — Witaj, Niebiańska Łapo. Jak tam? Jak ci się podobają uczniowskie obowiązki? — rzekła z wyższością, nie wiedząc, że Klifiaczka jest już wojowniczką.
— Nie nazywam się już Niebiańska Łapa, tylko Niebiańska Poświata — odmiauknęła równie chłodno kotka.
Zwiewny Mak obnażyła zęby, ukazując swoją frustrację i odeszła, trzymając ogon wysoko. Nie chciała rozmawiać z tą przemądrzałą kocurzycą. I tak nie miały sobie nic do powiedzenia!

* * *
Dalej przeszłość

Zwiewny Mak szła samotnie przy granicy z Klanem Klifu. Myślała o Kołysankowej Łapie, jej niedawno zmarłym przyjacielu. Wciąż ubolewała po jego stracie. Nagle do jej nozdrzy trafił ostry zapach kotki z Klanu Klifu. Szybko odwróciła głowę, by ujrzeć Niebiańską Poświatę, młodą wojowniczkę Klanu Klifu.
— Och. Witaj — miauknęła Zwiewny Mak.
Nie wiedziała, czemu, ale poczuła chęć powiedzenia Klifiaczce o śmierci bengala. Nie była na zgromadzeniu, przez co nie miała pojęcia o tym, że Niebo już o tym wie.
— Słuchaj… nie mamy dobrych relacji, wiem to. Ale muszę ci coś powiedzieć. Kołysankowa Łapa…umarł.
Mak spuściła wzrok. Jej serce zabolało, gdy pomyślała o Kołysanku.
“Teraz jest szczęśliwy ze swoimi kompanami w Klanie Gwiazdy” — pocieszyła się w myślach, oczekując odpowiedzi od Niebiańskiej Poświaty.

* * *
Terażniejszość

Zwiewny Mak samotnie siedziała w zacienionym kąciku obozu. Gdy tak siedziała, rozmyślała nad tym, jaka głupia była, że tak bardzo znienawidziła Niebiańską Poświatę. Przecież Klifiaczka nigdy nic jej nie zrobiła. To po prostu zazdrość sprawiła, że Burzaczka nie lubiła Niebiańskiej Poświaty. Jednak teraz…teraz nawet zaczynała ją lubić. Może i kiedyś staną się koleżankami? Albo i przyjaciółkami…?

<Niebiańska Poświato?>

Od Borowika CD. Kurki

Jej. Patrol. Patrol. Idziemy na patrol. Mój pierwszy patrol.
Muszę przyznać, że nie mogłem się doczekać pójścia na patrol, odkąd tylko mój mentor o nim wspomniał. Od rana chodziłem w kółko po obozie, próbując zwizualizować sobie każdą możliwą trasę patrolu, wyznaczyć możliwe problemy i niebezpieczeństwa oraz niemożliwe sposoby ich przezwyciężenia. Mówiłem też w międzyczasie wszystkim, że idę na patrol. Nie wiem, dlaczego nikt inny nie wydawał się tak podekscytowany jak ja faktem, że idę na patrol. Zwłaszcza, że ja rzadko jestem podekscytowany.
Patrol. Patrol.
Nie wiem tak właściwie, co robi się na takowych patrolach. Znam jedynie teorię. Należy pilnować, by nikt nieupoważniony nie przekraczał naszej granicy. Sprawdzać, czy jest bezpiecznie. Czy nie ma groźnych zwierząt jak wściekłe liski czy bobry. I… nie pamiętam więcej. Tylko tyle zapamiętałem z tego, co mówił mi Kurka.
I w końcu wyruszyliśmy. Ale już byłem mniej podekscytowany. Całą energię zdążyłem już wyczerpać, ekscytując się non stop w ciągu dnia. Ale dobra. I tak jest fajnie.
Podążyłem za resztą patrolu i Kurką, ja szedłem najbardziej z tyłu. W razie ataku, jest to najmniej strategiczna pozycja, jednakże z drugiej strony (metaforycznej, nie z drugiej strony w znaczeniu z przodu) mam dwadzieścia pięć procent szans na to, że będzie to jednak ta najlepsza. Gdyby niebezpieczeństwo nadeszło z przodu lub z jednego z boków. Dlatego wybrałem takie ustawienie. No…może drobny wpływ miała smutna krótkość moich łapek, ale zdecydowanie stwierdzić mogę, że prawie na pewno nie był to jeden z decydujących czynników. Tak.
Nasza trasa – a przynajmniej jej początek – pokrywała się mniej więcej z jedną z tych, które sobie zawczasu zwizualizowałem, to jest w kierunku, gdzie wschodzi słońce. Dotarliśmy do rzeki i szliśmy wzdłuż niej aż do Śliwowego Gaju. Starałem się bacznie obserwować każdy możliwy kierunek, by w razie czego być tym (ale oby nie jedynym), który zagrożenie dostrzeże. Ta jakże baczna i wymagająca obserwacja powodowała, że nieraz i niedwa obróciłem się w kółko. W celu zwiększenia efektywności. Ale przestałem. Bo zrobiło mi się niedobrze. Ugh.
— Borowiku, wszystko w porządku? — zapytał Kurka, uśmiechając się lekko, patrząc na mnie z boku.
Dziwne. W jakiś zupełnie nieznany mi sposób mentor zmaterializował się obok mnie.
Każde zagrożenie byłbym w stanie dostrzec. Dlaczego więc go nie dostrzegłem? Pewnie dlatego, że nie jest zagrożeniem. Na pewno o to chodzi.
— Um. Tak. Tak. Patrol. Robię patrol. — Przyspieszyłem lekko na moich krótkich łapkach, by zrównać się z nim krokiem. — Zagrożenia brak. Dużych zwierząt brak. Małe zwierzęta: trzy ptaki na drzewie. Plus dwa duże kamienie w rzece. Tyle — zameldowałem mentorowi. Uznałem, że licząc jak najwięcej elementów natury ożywionej i nieożywionej, będę w stanie zaimponować niejako moim nad wyraz rozwiniętym zmysłem obserwacji i ponadprzeciętną pamięcią.
Kurka tylko uniósł brew z lekkim rozbawieniem.
— No no, widzę, że jesteś dziś wyjątkowo uważny w porównaniu z naszymi innymi treningami — zażartował.
Ugh. W sumie to prawda. Ale i tak ugh.
— Mhm. Nie wiem, dlaczego. Patrol fajny. Fajny. — Wyprostowałem ogonek w górę w nowej fali ekscytacji. - Nieustanne poczucie zagrożenia życia i zdrowia nasila wydajność moich zmysłów.
Kurka parsknął cicho.
— No dobrze, dobrze. To teraz słuchaj. Dam ci ważną radę. Spróbuj zamiast skupiać się na otoczeniu, skupić się na tym, co robią inni wojownicy. — Mentor wskazał pyskiem w ich kierunku. - Gdzie patrzą. Jak patrzą. Na co zwracają uwagę? Jak się zachowują? Co o tym myślisz?
— Uh. No…no to ma sens. Mogę to zrobić. No ale… po co? Sam mogę…patrolować.
Kurka cmoknął.
— No właśnie nie! Spójrz. Patrol jest pracą zespołową. A każdy w zespole musi pilnować pozostałych. I jednocześnie praca jest podzielona na równe części. Nie trzeba się więc kręcić w kółko i potem i tak dać się podejść. Sam, chyba widzisz, że jest to mało efektywne.
— Hm…
Faktycznie. Argument o efektywności i logicznie ułożona wypowiedź dały mi do myślenia. Moja taktyka… może mieć kilka drobnych luk i najwyraźniej mój mentor znalazł jedną z nich. Jednocześnie podając mi receptę na ich zapełnienie. Nie nazwałbym siebie mistrzem pracy zespołowej. Bo nim zwyczajnie nie jestem. Nie umiem pracować w zespole. Ale może faktycznie dokładna analiza oparta na obserwacji jest w stanie mnie czegoś nauczyć…
— No, ja nie umiem tak. Uh. W patrolu, że z kimś. Ale to… popatrzę i… pomyślę. Tak.
Gdybym tylko umiał mówić tak jasno i logicznie jak myślę…
Ale dobra.
Mój mentor pokiwał głową z aprobatą.
— Nie martw się. Wszystko da się wypracować przy odpowiednim treningu. Uwierz mi.
— Wierzę. Wierzę — odparłem z przekonaniem, strzepując ogonkiem.
I wrócił do przodu. Ja zostałem z tyłu. Teraz czas na nową misję. Obserwacja pozostałych wojowników.

* * *

Zatoczyliśmy pełne koło wokół naszego terytorium i teraz wszyscy wracaliśmy do obozu. Zrobiło się już ciemno. I zimno. Oj, bardzo zimno. I brzuszek mi burczał. Ale ani na chwilę nie odwracałem wzroku od reszty patrolu. Analizowałem. Nie umknął mi żaden szczegół.
Każdy z nich patrzył w określonym kierunku. W regularnych odstępach czasu rozglądali się na boki, a następnie do tyłu, każdy po kolei, nigdy na raz. Konfiguracja ich chodu również nie była przypadkowa, jeden z przodu, dwóch w środku i teoretycznie ja z tyłu, czyli optymalna do obserwacji. Nikt nie zasłaniał obrazu frontu, a środek miał dokładny pogląd na całą resztę. Logiczne. Bardzo efektywne.
Dotarliśmy do obozu. Chciałem od razu wdrapać się do mojego legowiska i leżeć całą noc analizując wszystko, czego się dziś nauczyłem (moje ulubione zajęcie), ale Kurka zatrzymał mnie ruchem łapy.
— Borowiku! Zaczekaj. Dobrze sobie dziś poradziłeś, jak na twój pierwszy patrol. Wykazałeś się dużym skupieniem i cierpliwością. Większość uczniów na patrolach czeka tylko na jakiś zwrot akcji — powiedział z lekkim rozbawieniem. — Podobało ci się?
— Nie. — Zamilkłem na kilka sekund. — Bo nie było akcji.
Kurka zaśmiał się cicho i potrząsnął głową.
— No tak…
— Ale — kontynuowałem. — Myślę, że… um… był to produktywnie spędzony… czas. Niewątpliwie nauczyłem się… rzeczy i… gdy nabiorę praktyki, to… nabiorę… praktyki. Lub… lub też nie. Czy… coś…
Ugh. Dziś wyjątkowo nie kleją mi się mądre słowa ze zwykłymi słowami. Ale dobra.
Mój mentor chyba chciał coś powiedzieć, bo już otworzył pysk, ale wtedy napłynęła mi do główki pewna myśl. Wyprężyłem nagle ogonek.
— A. Ten. Ja… dziękuję. Że. Wziąłeś mnie na patrol. Dziś. Bo… no. Fajnie było.
Przypomniałem sobie, że miło jest dziękować za różne rzeczy. Koty to lubią. Ja też. Ale nie zdaję sobie z tego sprawy, istnieje to tylko w mojej podświadomości. A żeby inni mnie lubili i bym rozwijał moje relacje z pobratymcami, muszę wyciągnąć wszystko z mojej podświadomości. I zacząć żyć przytomnie. Dlatego moim zadaniem jest dużo dziękować. Dla treningu. No i…co ja mogę powiedzieć, fajnie było po prostu…
Kurka wyszczerzył się tym razem szeroko, jego ogon zadrżał.
— Nie ma sprawy! Cieszę się, że ci się podobało. Z każdym treningiem jesteś o krok bliżej do zostania prawdziwym zwiadowcą! Oby tak dalej, Borowiku!
Zacząłem lekko machać ogonkiem. To znaczy nie. Wcale nie. Nie-e.
— No. Dobra. Dziękuję… Fajnie. Tak. Yyy… To ja idę, cześć.
Odwróciłem się szybko i odszedłem. Przyznaję, że był to dość desperacki krok z mojej strony, ale było tego za dużo. Za dużo… tego. Czymkolwiek to uczucie było. Odwrót.

[1142 słowa]
<Kurko???>

[23%]

Od Borowika CD Rohan

— Uhh…
Oczywiście, musiałem jak zwykle na kogoś wpaść. Tym razem na Rohan. Próbowałem więc zrobić zwinny unik, to jest przewrót w bok, ale na szczęście w porę zorientowałem się, że jestem na gałęzi. I najprawdopodobniej skończyłoby się to w sposób taki, że połamłbym się i umarł. Ale no nic takiego się nie wydarzyło. Chyba zaczynam mimo wszystko rozwijać w sobie te całe odruchy bezwarunkowe. A przynajmniej hamować te prowadzące do nagłej śmierci.
— Oh. No… Cześć — powiedziałem, próbując ponownie złapać balans na gałęzi. — Tak. Piórko. Chcę. Piórko.
Zacząłem więc uważnie przyglądać się piórkom, które mi pokazała. Była ich trójka, pierwsze długie i szaro-błękitne, drugie bardziej jakby obłe i brązowe oraz trzecie, gęste i czarne z przebłyskami bieli. Nie nazwałbym siebie kolekcjonerem czegokolwiek, ani też znawcą piórek, jednakże posiadałem umiejętność rozpoznawania dobrego towaru, niezależnie od jego rodzaju. Oraz subiektywnej, acz często trafnej, oceny jego jakości i przybliżonej wartości.
— Hm. Czarne. Czarne ładne. Puchate. Mogę czarne? Mmm…
Mruknąłem na myśl o przytuleniu mięciutkiego piórka.
— Tak, tak, jasne, trzymaj. — Uśmiechnęła się lekko.
— No dobra. — Chwyciłem czarne piórko ząbkami.
— Ja to ogólnie nie kolekcjonuję rzeczy — mówiłem, wciskając piórko w przerwę między zębami. Ciekawe, czy je potem wyjmę… — Nie mam nic pod legowiskiem. Ja, jak coś cennego mam, to jeśli jest jadalne, to zjadam, a jak nie, to zakopuję. Ale potem nigdy nie pamiętam, gdzie…
Miałem jako kociak masę małych, gładkich kamyczków, jeden miał nawet kolor całkiem zielony, zakopałem je wszystkie na terenie obozu, na ziemi, ale już nigdy więcej nie znalazłem… No bo zakopać to jedno. Zrobiłem to jako półświadomy kociak, w dodatku miałem szczęście, że nikt tego nie widział. Ale teraz? Jako uczeń? Co by inni powiedzieli, gdyby zobaczyli, że rozkopuję im teren obozu? No ja nie wiem. Ale to by było dziwne…
— Ale piórka nie zakopię. Za ładne. Czarne. Pobrudzi się. Dziękuję — dodałem po chwili namysłu i dogłębnej analizy sytuacji. — Właśnie, bo ty… um… teraz to zwiadowcą jesteś. Fajnie… fajnie w sumie. Musi tak być. Ja nie wiem. Ale… będę kiedyś też. Mam nadzieję. Um… No właśnie…
Dobrze mi idzie. Prawie udało mi się złożyć kilka całych zdań. Ale Rohan nie wydaje się czuć bardziej niezręcznie niż na co dzień. Patrzyła tylko na mnie, uśmiechając się, chyba zadowolona, że uwolniłem ją od ciężaru jednego z piórek. Chyba zadowolona. Bo się uśmiechała. Chyba słuchała. Bo nie przerywała. Czekała, aż skończę moją wypowiedź. Bo musiała wiedzieć, że to, co najważniejsze, mam do przekazania, zawsze jest na końcu. Albo ja nadinterpretuję i po prostu patrzy na mnie, jak mówię, i nie ma zielonego pojęcia, co odpowiedzieć. Ale ja nie wiem.
Nie miałem zbyt wielu okazji, by z nią rozmawiać. Ale zawsze, gdy miałem, to było…dobre. Tak. Nie musiałem zbyt kombinować z dobieraniem słów czy nadawaniem sensu zdaniom, by one same w sobie ten sens już miały. Bez mojej sztucznej w nie ingerencji. Jakby…naturalnie…
— Ale…w sumie szkoda, że idziesz już… Bo ja to…no, nie zdążyłem cię poznać za bardzo, bo większość czasu, gdy byłaś uczniem, ja byłem małym, nieświadomym kociaczkiem. Będę tęsknił…tak szczerze. Mimo, że lubię cię tylko troszkę. Bo tak samo troszkę cię znam… Ale to…tobie dobrze pójdzie tam. Jako zwiadowca. Musi. Bo jak nie, to jako zwiadowcy się razem nie spotkamy. Potem. Dobrze?

<Rohan??>
[535 słówa]

[11%]

Nowy Członek Pustki!


PORANEK
Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: Samobójstwo; zjedzenie trucizny

Odszedł do Pustki!

Od Poranku CD. Mrozu

Nie wiedział, co dokładnie czuć. Zasmucił Świergot i chyba narobił sobie trochę kłopotów z innymi pobratymcami. Jednak Mróz wydawał się szczęśliwy. Przecież nawet obronił Poranka, całą winę biorąc na siebie. I choć rudy nie do końca był zadowolony z tego faktu, był wdzięczny, że jego brat w ogóle przyznał się do głupiego pomysłu. A najważniejsze było to, że był szczęśliwy. To liczyło się najbardziej ze wszystkich słów i rozczarowanych min, które dziś udało mu się zobaczyć.
Poranek leżał już z zamkniętymi oczami. Czekał, aż sen przyjdzie zabrać go w swoje szpony. Wtedy jednak poczuł czyiś dotyk. Od razu otworzył oczy. Nie przepadał za przytulasami i Mgiełka już zdążyła się o tym przekonać. Dlaczego więc tuliła się w chwili, gdy mieli spać? Coś było nie tak?
— Musimy kiedyś to powtórzyć — powiedział Mróz, prosto do jego ucha. Oczy rudego lekko się rozszerzyły. Czyli naprawdę sprawił bratu radość!
– Dobrze – mruknął cicho, licząc na to, że Mróz go usłyszy. – Jednak uważaj na siebie – powiedział jeszcze szeptem i znów zamknął oczy, chwilę później już zasypiając.
 
***
*TW: samookaleczenie, śmierć*
 
Szybko podniósł się ze swojego posłania. Serce biło mu tak, jakby miało wyskoczyć z jego klatki piersiowej. Oddech miał wyraźnie przyspieszony, a przerażone spojrzenie latało po całym legowisku, szukając kota, który pojawił się w jego koszmarze.
– Przepraszam, przepraszam... – szeptał cicho, czując, jak łzy zaczynały spływać mu po policzkach. Znów to samo. Nie potrafił się uspokoić. Tym razem jednak czuł się inaczej niż zazwyczaj w takich sytuacjach. Wyrzuty sumienia pożerały go żywcem, a lęk znów ściskał go za gardło. Starał się oddychać, tak jak mówił mu Derwisz, jednak nic nie pomagało. Nie mógł się uspokoić, ale nie mógł też panikować w lecznicy, gdzie obok znajdowały się znajome koty. Musiał się uspokoić. Musiał.
Spojrzał przerażony na swoją łapę z wyciągniętymi pazurami. Nie myśląc za wiele, wbił pazury w swoją skórę, licząc na to, że ból jakkolwiek mu pomoże. Przecież wtedy pomógł! Teraz też musiał, prawda? Czerwona maź skleiła mu futro na łapie. Ból powoli zaczynał z niej promieniować, jednak serce rudego dalej biło szybciej, niż powinno. Oddech dalej był krótki i urywany, jakby szukany na siłę. "Dlaczego to nie działa?!" – pomyślał przerażony, znów wbijając pazury we własną skórę. "Dlaczego nic nie działa?!" – chciał wykrzyczeć te słowa. Zamiast tego jednak patrzył na krew spływającą po jego kończynie, czekając na jakiekolwiek uczucie ulgi, które jednak nie nadeszło. Zdesperowany spojrzał na składzik z ziołami. Doskonale wiedział, że niektóre mogły go uspokoić. Jednak niektóre też mogły wymierzyć mu sprawiedliwość za wszystkie czyny, których dokonał. Za śmierć Mrozu, za zaginięcie Murmur, za brak zaufania do własnych matek... Może lepiej było wziąć sprawy w swoje łapy, zamiast dawać Wszechmatce możliwość do igrania z jego umysłem, powoli i tak wyniszczając go od środka? Nie myślał nad tym długo. Chwycił odpowiednie zioła i wybiegł z legowiska, nie budząc przy tym nikogo. Ruszył w stronę swojego drzewa, ponieważ tylko tam czuł się bezpiecznie. Drogę znał już na pamięć. Upadł dopiero przy nim, nie mogąc już znieść bólu, który dalej promieniował z jego rannej łapy. Upuścił zioła obok siebie i położył głowę bezwładnie na ziemi, pozwalając łzom spływać z jego oczu. Starał się złapać oddech.
– Przepraszam – wydukał przez łzy i chwycił przyniesione zioła. Powoli przełknął wszystkie, przekraczając właściwą dawkę. Niedługo po tym dreszcz przeszedł przez jego ciało, niosąc za sobą jeszcze większą fale bólu niż ranna łapa.

[*]