BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

09 sierpnia 2026

Od Pustułkowego Szponu

Przeszłość, zgromadzenie 10.01.2026

Kocur już któryś raz w swoim życiu wyruszył na zgromadzenie, lecz pierwsze bez Makowego Nowiu. Tęsknotę za matką skrył głęboko w sobie, podsycając w sobie jedynie ogień gniewu i zemsty na tych, którzy postanowili zdradzić klan. Miał nadzieje, że ich w niedługim czasie dorwie w swoje ostre jak szpony ptaka pazury. Liliowa zastępczyni miała wtedy rację, że kremowy kocur nie jest partią dla niego.
Nie skupiał się, gdzie idzie, nawet nie próbował, gdyż jego myśli krążył zupełnie gdzie indziej. Dopiero wpadnięcie na srebrną wojowniczkę z Klanu Nocy, sądząc po zapachu ryb, ściągnęło jego umysł na ziemię.
— Przepraszam cię bardzo, widzimy gdzie chodzimy?! — odparła, po czym spojrzała na ciemnego wojownika. — W połowie uzasadnione… — wymamrotała z niezręcznym uśmiechem, zdając sobie sprawę, że pole widzenia kocura jest ograniczone.
— Jesteś z Klanu Nocy — zaczął, stwierdzając fakty, aniżeli pytając o to kotkę. Nie był jakoś zbytnio wzruszony słowami sojuszniczki ani reakcją, kiedy ujrzała ziający pustką oczodół, gdzie dawniej znajdowało się oko. Jedyną oznaką na jej wymamrotane słowo była nieco uniesiona brew.
— Jasne, że jestem z Klanu Nocy! — Jej kita drgnęła, a na pyszczku zagościł błogi uśmiech — Klan Wilka to w końcu nasi sojusznicy, ale ciebie sojuszniku widzę po raz pierwszy. Na pewno bym zapamiętała, masz pysk podobny do pyska, który gdzieś już kiedyś widziałam. Przypominasz mi kogoś, aleeeee sama nie wiem kogo! — mruknęła bezmyślnie. — Nawet to, że nie masz oka, nie wygląda, jakby ci ujmowało, patrzcie na te mięśnie, jestem zazdrosna, panienki cię kochają, co?
Jej szczebiot jeszcze przez parę uderzeń serca niósł się niczym echo po jego umyśle, a na słowa komplementujące jego wygląd nieco się zmieszał, nie wiedząc do końca jak zareagować. Zamrugał parę razy okiem, które się ostało po wojnie z Klifiakami, samemu czując, że ta także mu kogoś przypomina.
— Bezpośrednia z ciebie kotka — zauważył, rozluźniając mięśnie, nie wiedząc, nawet kiedy te stały się napięte. — Zazdrosna? Panienki? A to ci nowość — przyznał nieco uniesionym kącikiem pyska, w stronę, gdzie jego pole widzenia stało się ograniczone z wiadomych względów. — Chyba Cię rozczaruję, ale nikt tak na mnie nie patrzy.
"Nikt, odkąd ta lisie łajno opuściło klan i mój bok" — dodał w myślach, oczywiście mówiąc o Poziomkowej Polanie.
Ta na jego słowa zamrugała wielkimi oczami i przechyliła głowę w bok. W świetle księżyca jej sierść sprawiała wrażenie, jakby ona sama została stworzona z czegoś... Tak nierealnego, jak sama łuna dosięgająca ich z wysokiego nieba.
— Bezpośrednia? To chyba dobrze… — zamruczała cicho, uśmiechając się szeroko i szczerząc białe zęby. — Ja tylko mówię, co widzę. A widzę, że jesteś ładniutki, jak szczupak. — Podeszła bliżej, nie bardzo przejmując się przestrzenią osobistą i zerknęła w jego prawą stronę. Na nagłą bliskość kotki chwilowo wstrzymał oddech, jakby w obawie, że przez to ta zniknie niczym pył. Szybko jednak się opanował, karcąc w myślach za mimowolną i absurdalną reakcję ciała. — Nikt? — powtórzyła z lekkim niedowierzaniem, marszcząc nosek. — To głupie. Gdybym była panienką wilczanką… to bym patrzyła. Dużo. — zachichotała nerwowo. — A może masz powodzenie u kocurów? Nie wiem, co tam się u was dzieje w Klanie Wilka.
— Jak... szczupak? — powtórzył, nie rozumiejąc tego porównania. Nie znał zwyczajów Nocniaków, a jedynym kotem z ich klanu, z którym miał przyjemność obcować to medyczka. Chyba Gąbczasta Łapa się nazywała, jeśli pamięć go nie zawodzi. — Miło to... słyszeć — odpowiedział nieco zmieszany na jej nerwowy chichot, a bardziej treść, z jaką się niósł. — Kocurów? — powtórzył, lecz tym razem jego głos był zabarwiony obrzydzeniem, a po niepewności spowodowanej rozmową z tak intrygującą kotką nie pozostał nawet ślad.
Śnieżna Mordka poruszyła uchem, gdy powtórzył to niefortunne porównanie, a w jej spojrzeniu pojawiło się lekkie zakłopotanie.
— To… nocniackie — wyjaśniła spokojniej, opuszczając odrobinę głowę — Szczupak jest taki drapieżny i ma ostre zęby, ale jest też taki ogromny i ciemno umaszczony, trochę straszny, ale imponujący! — odparła. — Nie chciałam cię speszyć — dodała ciszej, a jej ogon leniwie omiótł ziemię. — Po prostu… Klan Wilka to nasi sojusznicy, więc i ty jesteś moim sojusznikiem! To prawie jak byśmy zostali przyjaciółmi przed pośrednika. Czyli nie kocurów, zapamiętam — mruknęła ostrożniej — Poczekaj, poczekaj, nie mogę mówić do ciebie sojuszniku! Ty masz imię. Ja jestem Śnieżna Mordka i jak już zauważyłeś, jestem z Klanu Nocy! A ty kto, bystrzaku?
— Nigdy nie widziałem szczupaka — przyznał, wracając do wcześniejszego tonu. Nie miał jej za złe, że poruszyła ten temat. Przecież skąd mogła wiedzieć o tym, że jak zwykły idiota zakochał się w kocurze i to niewłaściwym. — Nie speszyłaś, po prostu nikt raczej mnie nie komplementuje i to w tak bezpośredni sposób. To coś... nowego i tyle — wyjaśnił, jakby nie przyjmował do wiadomości, że faktycznie się speszył i to za sprawą paru słów od niemal obcej kotki.
Na jej nagłe zorientowanie się, że jeszcze się nie przedstawili i używają zwrotu sojusznik, nieco się zaśmiał. I to tak szczerze, niewymuszenie jedynie z grzeczności czy czegokolwiek.
— Mi to nie przeszkadzało, Śnieżna Mordko — odparł. — Pustułkowy Szpon i wśród naszej dwójki nie jestem jedynym bystrzakiem — dodał z nutą czegoś nowego w głosie. Sam dotychczas z tym się nie spotkał, ale chyba brzmiało to na coś pokroju flirtu.
— Pustułkowy Szpon — powtórzyła, smakując imię, jakby sprawdzała, czy do niego pasuje. — Ładne. I ostre… ale nie w ten groźny sposób. — Na jego ostatnie słowa przechyliła głowę, a kąciki jej pyska uniosły się nieco wyżej. — Och? — mruknęła cicho. — To miłe!
Nawet nie zdążył nic zbytnio odpowiedzieć, gdyż podszedł do nich kocur. Jego nozdrza od razu zostały zaatakowane przez zapach tak charakterystyczny dla Klanu Nocy, że nawet nie musiał snuć domysłów, że nowo przybyły jest Nocniakiem, podobnie jak Śnieżna Mordka.
— Dobry wieczór. Czy on ci się naprzykrza, Śnieżna Mordko? — zapytał, wgapiając się w czekoladowego kocura, a jego pytanie w stronę kotki jedynie upewniło obserwowanego w tym wszystkim — widać było, że w jakiś sposób się znają.
— Dobry wieczór — odpowiedziała cicho. Na jego pytanie zerknęła krótko na Pustułkowego Szpona, a potem znów na rozmówcę, który właśnie do nich dołączył. W jej oczach nie było ani zakłopotania, ani potrzeby ratunku. — Nie — powiedziała w końcu. — Nie naprzykrza się. Rozmawiamy...
— Dobry — odpowiedział z lekkim opóźnieniem na powitanie, choć w bardziej zdystansowany sposób niż przed chwilą, gdy rozmawiał jedynie ze srebrną. — Prawda — przytaknął na słowa drobniejszej. — Jesteście ze sobą blisko? — wypalił nagle. — Znaczy... Nie masz się o co martwić, sojuszniczce nigdy bym się nie naprzykrzał.
Nowo przybył, jedynie podniósł brew.
— Nie, nie musisz się martwić, mój drogi wilczy sojuszniku. Przynajmniej nie na ten moment, prawda Śnieżna Mordko? — Przeniósł uwagę na kotkę, która wpatrywała się to w niego, a to w drugiego kocura. — A skąd takie pytanie, a co dopiero takie odważne zapewnienie...? Chyba wam nie przeszkadzam w niczym... nieczystym i wartym ukrycia? — Jego pysk wyrażał zdziwienie, a jedna z brwi była widocznie uniesiona. Na moment zignorował obecność czekoladowego i nachylił się nad uchem srebrnej.
Zielonooki nie słyszał słów wypowiadanych przez kocura, lecz widział po reakcji kotki, że ta wyczuła pomiędzy nimi pewnego rodzaju napięcie w tej krótkiej rozmowie. Jej wzrok uciekł na moment w bok, by po paru uderzeniach serca się unieść, a Pustułkowy Szpon mógł dostrzec zakłopotanie bijące z jasnego spojrzenia Śnieżnej Mordki.
— Rozmawiam z sojusznikiem, otwarcie i na widoku! Przy wszystkich. Jeśli to według ciebie jest „nieczyste”, to problem nie leży we mnie, mój najdroższy pobratymcu. — Dopiero teraz zerknęła na czekoladowego, krótko, spokojnie i przepraszająco, a potem znów na Nocniaka.
W międzyczasie lider Klanu Wilka jako pierwszy wystąpił z grupy liderów, stojąc na krawędzi skały. Wypiął pierś i zaczerpnął głęboko powietrza.
— Niestety, dziś nie rozpoczynam swej przemowy radosnymi wieściami — odrzekł i zrobił pauzę, by upewnić się, że wszystkie koty są na nim skupione. — Nie tak dawno okazało się, że Klan Wilka własnym mlekiem wykarmił grupę zdrajców! Uciekli oni jak najzwyklejsi tchórze, pozostawiając swoje dzieci, partnerki, całe rodziny! — mówił donośnie. — To jednak nie wszystko. Te same koty dopuściły się najgorszych morderstw na własnych pobratymcach i spiskowały z parszywymi samotnikami, by doprowadzić do śmierci naszych wojowników. — Skrzywił się. — Te koty odwróciły się od przodków, od kodeksu, od własnego klanu, który wykarmił ich i przez księżyce zapewniał schronienie. Zależy mi, aby wszystkie klany czujniej obserwowały swoje granice. Nie wiemy, gdzie ci zdrajcy odeszli, ale nadal mogą stanowić zagrożenie. Skoro są w stanie posunąć się do morderstwa na kocie, z którym dzielili wcześniej legowisko, to co mogą zrobić obcym wojownikom? Nie chcemy, by ktokolwiek łączył ich z naszym klanem. — Kocur obserwował przez chwilę zbiorowisko, które mocno się poruszyło. Ktoś tłumu zawołał, że kocur powinien wyjawić tożsamość zbiegów, by inne klany wiedziały na kogo uważać. Nikła Gwiazda szybko spełnił to życzenie: — Było ich kilkoro. Rysi Trop, niebieska kotka z kremowymi pasmami i brązowymi oczami, Miodowa Kora, liliowy kocur z krótkim ogonem, Kosaćcowa Grzywa, prawie całkiem okryty bielą, jedynie ze srebrzystymi uszami i ogonem, nasza własna medyczka, Jarzębinowy Żar o pstrokatym, szylkretowym futrze, biało-brązowy Szczawiowe Serce, płowy szylkret zwany Poziomkową Polaną, czarny Mglisty Sen o długiej brodzie, Zapomniana Koniczyna o niebiesko-białym futrze i wychudzonej budowie, Porywisty Dąb o srebrzysto czekoladowej okrywie oraz najmłodszy, najprawdopodobniej zmanipulowany przez pozostałych, Stroczkowa Łapa, kremowo biały kocurek! — skończył zmęczony.
Na słowa lidera zielonooki wojownik zjeżył sierść wzdłuż kręgosłupa, ignorując na chwilę dwójkę towarzyszy, by skupić się na Nikłej Gwieździe. Kiedy tylko przeszedł do Poziomkowej Polany, cały się zagotował, wysuwając pazury, które chciały się zatopić w podłożu, lecz była nim lita skała. W tym czasie Judaszowcowa Gwiazda zwrócił się do Nikłego:
— Przykro to słyszeć, Nikła Gwiazdo — miauknął. — Mam nadzieję, że ci zdrajcy nie będą zainteresowani zawracaniem zadu Klanowi Klifu. Co za lisie serca!
— Też mam taką nadzieję... — wymruczał, a po chwili namysłu zdecydował się dodać szczegóły: — Dla bezpieczeństwa nas wszystkich, chciałbym przytoczyć sposób działania tych kotów. Jeden z nich, jeszcze jako uczeń, zaprowadził naszego wojownika w sidła samotnika, który następnie brutalnie go rozszarpał. Własnymi łapami zabił natomiast inną uczennicę, z którą jeszcze rano smacznie chrapał bok w bok na mszystym posłaniu... — wycedził przez zaciśnięte zęby. — To podstępne koty. Wyrachowane. Wszyscy zdawali się zwykłymi kotami, wiernymi przodkom, jednak prawda okazała się inna...

Od Nurowej Łapy CD. Łabędziej Łapy

Nur… Chyba już miał swoją znienawidzoną porę roku. Pora Nagich Drzew była okropna dla Klanu Nocy. Wszystkie zbiorniki wodne były zamarznięte i jedyne co mógł robić kocur to wspinać się na drzewa. Oczywiście, że była to ważna umiejętność, ale Nur chciał już robić coś innego! Zresztą, gdy na drugim, czy tam trzecim treningu wszedł na sam szczyt (po czym nie umiał zejść, ale to zostawmy niewypowiedziane), to stwierdził, że już wszystko umiał i nie musiał tego ćwiczyć więcej. Niestety jego stwierdzenia nic nie dawały, a Szałwiowe Serce dalej uparcie zaciągał kocura na drzewa. Rudy nie narzekał na treningach, ale gdy już po nich leżał na swoim legowisku, to mruczał pod nosem, że „nikt go nie rozumie” i „nikt go nie docenia”. Oczywiście, oprócz Żabki, która jednak miała teraz swoje obowiązki i nie siedziała tak dużo z Nurem. A on nie mógł trenować na własną łapę, bo wywołałoby to kłopoty. Jako najemnik nie mógł wdawać się w kłopoty…
Leżał więc leniwie na swoim legowisku po kolejnym treningu. Wiedział doskonale o ślubie, który miał się odbyć. Miał zamiar się na nim pojawić, ale nic więcej. Stanie pewnie gdzieś z boku i poobserwuje innych. Kotka, która brała ślub, nie była nawet warta jego uwagi, gdyż broniła czekoladowych – to automatycznie oznaczało, że nie zgadzała się z rodem królewskim, a na to Nur nie mógł pozwolić. Nie mógł też jednak zrobić z tym niczego szczególnego, więc miał zamiar po prostu ignorować całe towarzystwo.
– Cześć, braciszku! – Łabędzia Łapa pojawiła się przed twarzą kocura.
Oczywiście, że ten nie miał od niej spokoju, gdy tylko było poza treningami. Ta ciągle wchodziła w jego przestrzeń osobistą. Albo coś chciała, albo mruczała coś pod nosem – na ogół się przechwalając. Oczywiście według Nura to jego siostra nie była dużo lepsza od wielu uczniów. Właściwie niczym się od nich nie różniła. Jedynee co miała to swoją pozycję, trochę sprytu i ładny wygląd. Więc, gdy ta przyszła z pytaniem:
– Pożyczyłbyś mi może jedną ze swoich ozdób z muszli na czas ślubu? – Ten popatrzył na nią podejrzliwie.
– Tylko na czas ślubu? – upewnił się kocur.
Oczywiście, nadal nie interesowały go te błyskotki, które interesowały siostrę. Nadal uważał je jednak za święte, bo były one wyznacznikiem jego idealnego zachowania. A jego siostra zbierała wszystko, co jej się spodobało. Oczywiste dla niego było, że jej nie ufał.
– Tak właśnie powiedziałam – mruknęła kotka.
Nur spojrzał na swoją kupkę rzeczy. Od kiedy został uczniem, dostał ich jeszcze kilka. Dumnie pokazywał każdą małą czy dużą rzecz Żabce - tylko jej na tyle ufał, pomijając rodziców oczywiście. Wojowniczka jednak też nie mogła niczego dotykać…
– Nurze…
– Dobrze, już dobrze – westchnął wreszcie.
Nie chciał się znów kłócić z siostrą. Jeden wieczór go nie zbawi, a kto wie? Może Łabądek coś znajdzie i też się z nim podzieli. Ostatecznie, gdy dawał jej swoje rzeczy, to było to dobre zachowanie!
– Dam ci – syknął zaraz, gdy ta tylko zbliżyła się do jego zdobyczy.
– Nie sycz – przewróciła oczyma, ale się odsunęła.
Nur podszedł do swoich błyskotek i podał siostrze ozdobę. Ta tylko kiwnęła głową w podzięce.
– Do oddania po ślubie – przypomniał.
Nie dostał jej po ślubie. Właściwie to trochę o niej zapomniał. Ozdoba faktycznie pasowała siostrze, a on i tak jej nie nosił. Zamiast tego skupił się na treningach. Po treningach ze swoim mentorem miał treningi z Żabim Okiem - jeśli ta akurat miała czas. A do tego nadciągała pora Nowych Liści i jezioro zaczynało odmarzać. A to oznaczało robienie czegokolwiek innego niż wspinanie się na drzewa!
– Dobrze, możemy zacząć pływać – powiedział pewnego ranka Szałwiowe Serce.
– No wreszcie!
– Ale! Nie za długo. Strasznie wieje. Lepiej, żebyś uważał.
Nur pokiwał głową, ale gdy ci tylko wyszli z obozu, od razu wszedł do wody i zamruczał zadowolony. Uwielbiał pływać. Właściwie chyba go to nawet trochę uspokajało…
– D-dobrze, Nurowa Łapo… Teraz przepłyniemy dalej.
Nur od razu zaczął płynąć za swoim mentorem. Oczywiście okazało się, że prawdziwa rzeka była dużo cięższa i głębsza od brodzika w bawialni, ale kocur nie dał po sobie poznać, że było to męczące. Pływał dobrze już na pierwszym treningu – tylko to się dla niego liczyło. Wyszli z wody późnym popołudniem, chociaż mieli wyjść wtedy, gdy słońce było wysoko na niebie. To Nur nie odpuszczał, trochę ignorując ostrzeżenia, że może się przez to rozchorować. Nie mógł. Nie pozwoliłby swojemu ciału na taki moment słabości. Nur wrócił do obozu, aby zobaczyć, jak siostra przegląda się w wodzie. Oczywiście miała na sobie jego ozdobę, co mu o niej przypomniało.
– Możesz sobie ją zostawić – mruknął, kładąc się na swoje legowisko.
Kotka spojrzała na niego podejrzanie.
– Czemu niby?
– Ostatnio jak ją chciałaś, mówiłaś mi, że masz jakieś informacje. Od Rogatego Flaminga – spojrzał na nią. – Ty zostawisz sobie ozdobę, powiesz mi tę informację, a za moje dobre zachowanie do tego znajdziesz mi jakiś ładny kamyczek.
Uśmiechnął się słodko. Dokładnie tak jak robiła to jego siostra, gdy tylko coś chciała. Zaraz jednak spoważniał i spojrzał jej w oczy.
– Pasuje układ? Czy oddajesz mi ozdobę?

<Siorka?>

[810 słów + pływanie]

[16% + 5%]

Od Kurki do Kazarka

Kurka nadal chodził jak na szpilkach po wydarzeniach ze zgromadzenia. Tym razem zabrał Alkę ze sobą nad rzekę. Zmuszał swoje dzieci do nauki pływania. Alka była średni z tego zadowolona, ale zaakceptowała swój los. Po zakończonej lekcji Kurka zwrócił córkę jej mentorce i sam wybrał się na chwilę spaceru. Jego sierść nadal ociekała wodą, więc chciał ją trochę przewietrzyć. Przyda się mu to bardzo. Będzie miał także możliwość odpocząć chwilę od zgiełku obozu. Chociaż ostatnimi czasy w obozie jest tych kotów całkiem niedużo. Czasami go to martwiło.
Kurka szedł brzegiem rzeki, powoli i spokojnie. Przemierzał skraj swojego terytorium. Jego głowa była spokojna po raz pierwszy od dawna.
– Ach te moje dzieci. – odetchnął cichutko. W końcu przysiadł sobie na brzegu rzeki. Dzień powoli sunął się ku po południu, a najcieplejsza godzina była już za nim. Z jego sierści kapała woda, znikając w trawie. Przydałoby się jeszcze zapolować, zanim wróci do obozu. Zjeść coś, przynieść dla dzieci, może co dla starszyzny. Pieczarka chyba lubiła ryby, co nie? Odetchnął cichutko ponownie i wstał. Woda chlupała pod jego łapami, wołając go w swoje odmęty. Kurka zanurkował zgrabnie i zaraz wyłonił się z drugiej strony z rybą w pyszczku. Rzucił ją na ziemię i dobił, aby przestała się wierzgać. Już miał nurkować dalej, kiedy zaskoczył go czyjś głos.
– Dzień dobry… – przywitał się. Kurka odwrócił głowę z lekkim strachem. Nie był najlepszy w walcach. Dobrze, że pływał bardzo dobrze i miał gdzie uciec.
– Dzień… dobry. – odpowiedział niepewnie. Niedaleko niego siedział i patrzył się na niego kot. Cynamonowy kot z bielą pokrywającą jego pyszczek. Wyglądał młodo i był niewiele wyższy od niego samego. Kurka opuścił uszy po sobie i zrobił krok w kierunku rzeki, gotów uciekać.
– Czekaj! – kot podskoczył na proste łapy. – Nie skrzywdzę cię… po prostu… Umiesz pływać? – zagadnął.
– Umiem… – kiwnął głową Kurka. Usiadł z powrotem, ale nadal blisko brzegu.

<Kazarku?>

Od Guziczka CD. Gronostaja

Przed mianowaniem na ucznia

– Tato! Tato, cześć. Co porabiałem? Duuużo rzeczy, tato. Bawiłem się mchem. Wcześniej spałem. Jeszcze wcześniej jadłem. A jeszcze, jeszcze, jeszcze wcześniej to… To nie pamiętam!
Maluszek znów wskoczył na swojego ojca, na co ten się zaśmiał.
– Hm… Może… bawiłeś się z Bratkiem i z Alką? – spróbował zgadnąć.
– Nie! Tato, oni… oni non stop śpią!
Guziczek zaśmiał się pod nosem. Tylko Gronostaj był od niego, ale wszyscy wokół to widzieli. Pomijając już ich podobieństwo w wyglądzie, to Gronostaj był podobny charakterem do Guziczka.
– Masakra, mówię ci. A jak w końcu się budzą, to ja zasypiam! Wyobrażasz sobie?
– Faktycznie ciężka sprawa… – odparł z zamyśleniem. – To może połóż się spać i poproś Jeżogłówkę, by obudziła cię, jak tylko twoje rodzeństwo wstanie – zaproponował.
– NIE! NIE! – oburzył się maluch, na co zwiadowca lekko się zaskoczył. Ten jednak zaraz uspokoił swój ton. – Nie, bo… bo to tak nie działa. Nie. Nie. Muszę po prostu… poczekać. Tak. Z moich obliczeń, że tak powiem, wynika, że w którymś momencie nasz czas drzemki i czas zabawy się pokryją. Na pewno! Mówię ci, tato.
Kocur pokiwał głową. Właściwie nie wiele rozumiał z tego, co przekazał mu syn. Ale wiedział, jak to jest, gdy wszyscy godni zabawy spali. On po prostu jak był mały, to się tym nie przejmował… Zaśmiał się pod nosem na wspomnienia - biedny Kurka, ciągle budzony przez ten mały chaos. A teraz miał dzieci i pewnie nie było lepiej. Guziczek wisiał mu jakiś spokojny wypad tylko we dwójkę.
– Tato, musimy obgadać jeszcze jedną sprawę. To bardzo, bardzo, ale to bardzo ważne.
Zwiadowca przyjrzał się kocurkowi uważniej. Czego mogła chcieć ta mała kulka futra? Jeśli faktycznie był tak podobny do Guziczka, to ten aż obawiał się jego pomysłów.
– Co to takiego, Gronostaju?
– Ja chcę już NA DWÓR! Kiedy będę mógł wyjść? Mogę teraz? Jeżogłówka mówi, że nie teraz. Tata też mówi, że nie teraz ani nie w ciągu najbliższych księżyców! Ale to chyba jakieś żarty! Może i jest dużo śniegu, ale ja to jestem na tyle lekki, że się nie zapadnę. Naprawdę!
Oczywiście, że jego syn będzie chciał wyjść. Dwór zawsze był owiany tajemnicą, interesował wszystkie małe koty. Niektóre interesowały się tak jak Gronostaj - chciały tam wyjść, drugie zaś były zaciekawione, ale i przestraszone.
– Nie mogę cię wziąć dalej, niż poza obóz, dopóki nie skończysz czterech księżyców – wyjaśnił spokojnie Guziczek.
– Dlaczegoooo?
– Bo to niebezpieczne – ściszył głos. – No i tatuś by mnie zabił, Jeżogłówka też…
Gronostaj przyjrzał mu się uważnie, a potem prychnął niezadowolony.

Po mianowaniu Gronostaja na ucznia

Guziczek był dumny ze swoich dzieci. Oczywiście, że tak. Były już duże! Znaczy, nadal były malutkie – dla niego zawsze takie będą. Ale teraz już byli uczniami i mieli treningi. Troszkę zasmuciło go, że tylko Alka poszła w stronę zwiadowcy, ale wojownicy też byli potrzebni w Owocowym Lesie. Niestety wiedział, że przez to jego maluszki będą miały dla niego mniej czasu. No i Guziczek też powinien przestać być na tatusiowym i zacząć wykonywać lepiej swoje zadania… Nie mógł się już zasłaniać małymi dziećmi.
Właściwie łapał koty tylko przy jedzeniu. Zarazem to dobrze, bo on i Kurka mieli więcej czasu dla siebie, a z drugiej strony… Naprawdę tęsknił za tymi kulkami futra… Więc, gdy tylko zobaczył Gronostaja przy stosie jedzenia, podszedł do niego.
– Jak treningi i świat zewnętrzny? – zagadał, wybierając dla syna najlepszą zdobycz.

<Gronostaju?>

Od Żabiego Oka do Psianki

Żabka mogłaby przysiąc, że samotne spacery kiedyś sprawiały jej przyjemność. Teraz były tylko elementem jej życia, który od czasu do czasu wykonywała. Samotne polowanie, samotny patrol-to wszystko kryło się pod pretekstem chwilowej ucieczki od życia klanu, kiedy miała go po dziurki w nosie. Tak jak dzisiaj. Jej siostry zadziałały jej na nerwy, jej uczeń był dzisiaj wyjątkowo głośny i jakiś wojownik nastąpił jej na ogon. Ten dzień był interesujący i to w najgorszy możliwy sposób. Więc Żabka uciekła z klanu. Na chwilę. Nigdy permanentnie. Kochała to miejsce ponad życie, jednak potrzebowała czasem odetchnąć powietrzem, które nie pachniało jej codziennością. Wskoczyła do rzeki i przepłynęła na tereny niczyje. Tutaj musiała uważnie nastawiać uszu czy nic nie próbuje jej zabić. Przechadzała się spokojnie po lesie, słuchając świata wokół. Dopóki kątek oka nie zauważyła przerzedzenia w drzewach. Piękna polanka pokryta świeżymi drobnymi kwiatkami. Pora zielonych liści niedawno się zaczęła, a natura już upewniła się, że wszystko wokół będzie ślicznie przyozdobione.
Żabie Oko powoli wkroczyła na polanę, tylko po to, aby zatrzymać się zaraz na jej brzegu. Pośrodku, na niewysokim kamieniu siedziała obca jej kotka. Nie była pewna czy nie jest niebezpieczna, ale kiedy się odwróciła i nie rzuciła jej do gardła od razu, Żabie Oko stwierdziła, że może zaryzykować. Podeszła bliżej, spokojnym i pewnym siebie krokiem. Uśmiechnęła się szeroko do obcej. Kiedy była już w miarę blisko była w stanie poczuć znajomy jej zapach. Kot z Owocowego Lasu siedział przed nią z niepewną miną.
– Dzień dobry. – przywitała się Żabka. – Cóż kot Owocowego lasu robi tak głęboko na ziemiach niczyich?
– O to samo mogłabym zapytać kota z Klanu Nocy! – odparła kotka. Atmosfera rozluźniła się nieco.
– Też uciekasz na chwilę od tłoku obozu? – zagadnęła, siadając gdzie stała. Łapami wygarnęła odrobinę kwiatów pośród trawy i zaczęła obrywać z nich listki. Stęskniła się za kwiatami, chociaż jak się urodziła, nie było ich tak wiele. Teraz było piękniej. Chyba wiosna stanie się jej ulubioną porą roku… do pierwszej ulewy, która zostawi za sobą tonę błota i ubrudzi jej piękną i długą sierść.
– Nie do końca uciekam, staram się poznawać nowe zakamarki lasu, które kiedyś mogą stać się zagrożeniem dla mojego klanu. A co? Ty masz już dość swojego klanu? – czarno biała kotka przekrzywiła głowę w jej kierunku.
– Nie. Ale czasami nawet ja, tak lojalna i kochająca mój klan, potrzebuję powąchać nowego powietrza i poznać nowe tereny. – oznajmiła. – Jestem Żabie Oko, tak mimo słowem.
– Psianka. – kotka także się przedstawiła.
– Miło cię poznać. Jesteś już wojownikiem? Wyglądasz całkiem młodo? – Nie, żeby Żabka była wiele starsza od ucznia…

<Psianka?>

Od Lipieńka CD. Drzemlika

Nie mogłem oderwać wzroku od dziwnych stworzeń znajdujących się w zagłębieniu ziemi. Woda po nocnym deszczu nadal zalegała w niewielkich dołkach pomiędzy korzeniami i źdźbłami trawy, odbijając fragmenty jasnego nieba. Cały obóz pachniał mokrą ziemią, trzciną i wilgotnym mchem, a chłodne krople wciąż spadały z wyższych liści, rozbijając się o podłoże tuż obok moich łap. Co jakiś czas wiatr poruszał trzcinowymi ścianami obozu, przez co cienkie źdźbła ocierały się o siebie z cichym szelestem. Wysoko nade mną przesuwały się białe chmury, pomiędzy którymi pojawiało się słońce. Jego promienie wpadały do obozu w wąskich smugach i oświetlały mokrą ziemię tak mocno, że przez chwilę musiałem mrużyć oczy.
Jeszcze przed chwilą byłem przekonany, że martwe osy są najciekawszą rzeczą, jaką mogliśmy znaleźć. Teraz jednak coraz bardziej interesował mnie ślimak, którego Drzemlik trzymał przy sobie. Jego duża muszla błyszczała od wilgoci, a cienkie ciało zostawiało za sobą połyskującą ścieżkę. Przybliżyłem pyszczek, żeby lepiej mu się przyjrzeć, ale zaraz odsunąłem się o krok, kiedy poczułem dziwny, mokry zapach. Nie był nieprzyjemny. Był po prostu… inny. Wszystko tutaj pachniało inaczej niż w żłobku, gdzie znałem każdy zapach. Tutaj każdy kawałek ziemi mógł skrywać coś nowego.
— Myślisz, że można go zatrzymać? — zapytałem, patrząc na Drzemlika. — Tego ślimaka, znaczy.
Nie czekając długo na odpowiedź, wyciągnąłem łapkę i ostrożnie dotknąłem muszli. Była chłodna i śliska. Ślimak nawet nie drgnął. Przekrzywiłem głowę, a moje wąsiki poruszyły się lekko. Przez chwilę zastanawiałem się, czy on w ogóle żyje, ale wtedy jego czułki minimalnie się poruszyły. Od razu cofnąłem łapę, a po chwili znowu ją wyciągnąłem, tym razem odrobinę odważniej.
— On chyba jest grzeczny. Nie ucieka.
Rozejrzałem się po obozie, jakbym nagle zobaczył go po raz pierwszy. Z miejsca, w którym staliśmy, mogłem dostrzec fragment kociarni i kilka legowisk ukrytych pomiędzy trzcinami. Dalej kręciły się dorosłe koty. Niektóre niosły coś w pyskach, inne rozmawiały ze sobą, a jeszcze inne po prostu odpoczywały w cieple. Nikt chyba nie zwracał na nas większej uwagi. To dobrze. Nie chciałem, żeby ktoś zabrał naszego ślimaka. Zerknąłem znowu na małe stworzenie i w mojej głowie natychmiast pojawiła się myśl o jego przyszłym domu.
— Możemy mu zrobić dom! — oznajmiłem, podnosząc nieco głos z podekscytowania. — Taki mały. Z mchu. I będziemy go karmić. — Spojrzałem na trawę rosnącą przy brzegu obozu. — Tylko czym?
Zmarszczyłem nosek. To był poważny problem. Nie mogliśmy przecież przynieść mu ryby. Byłby za mały. Może kawałek mięsa? Nie, też nie. Wtedy przypomniałem sobie, że ślimaki pełzały po roślinach.
— Albo liśćmi! Ślimaki chyba jedzą liście.
Brzmiało rozsądnie. Przynajmniej dla mnie. Przeniosłem wzrok na jedną z trzcin, której długie liście kołysały się nad naszymi głowami. Kilka kropel wody spadło z niej prosto na ziemię. Zrobiłem krok w bok, żeby nie dostać w nos.
— Możemy znaleźć mu jakiś miękki liść. I mech. I kamyk. — Spojrzałem na Drzemlika. — Ślimaki lubią kamienie?
Nie czekając na odpowiedź, zacząłem rozglądać się po ziemi. Wokół nas było mnóstwo drobiazgów, których wcześniej nawet nie zauważałem. Małe patyczki, kawałki kory, mokre liście, drobne kamyki i wyschnięte źdźbła trawy. Po deszczu wszystko wydawało się większe i bardziej wyraźne. Każda rzecz miała swój zapach, kształt i fakturę. Nawet błoto przyklejające się do moich poduszek łap zaczęło wydawać mi się ciekawe. Nagle coś poruszyło się przy mojej łapie. Odskoczyłem, a potem natychmiast pochyliłem się, żeby zobaczyć, co to było. Okazało się, że to tylko źdźbło trawy poruszone wiatrem.
— Ha! — prychnąłem cicho, trochę rozbawiony własną reakcją.
Podniosłem wzrok na ślimaka. Nadal pełzał niespiesznie po wilgotnej ziemi, jakby zupełnie nie przejmował się tym, że właśnie został wybrany na naszego nowego pupila.
— Tylko nie możemy go zgubić — powiedziałem poważnie.
Rozejrzałem się jeszcze raz. Obóz nagle wydał mi się ogromny. Dla dorosłych pewnie nie był aż taki wielki, ale dla mnie każdy kąt wyglądał jak osobne miejsce do odkrycia. Gdybym spuścił ślimaka z oczu choćby na chwilę, mógłby przecież zniknąć gdzieś pod korzeniem albo w trawie.
— Ani powiedzieć mamie, zanim wymyślimy mu imię.
Mój ogon drgnął z ekscytacji. Skoro znaleźliśmy zwierzaka, musieliśmy przecież nadać mu imię. To była najważniejsza część. Zacząłem wymieniać w głowie wszystkie słowa, jakie znałem, ale żadne nie wydawało mi się wystarczająco dobre.
— Może… Ślimak? — Przez chwilę byłem z siebie nawet zadowolony. Potem jednak skrzywiłem pyszczek. — Nie. To głupie.
Usiadłem na mokrej ziemi, zupełnie nie przejmując się tym, że futro na łapach zaczynało mi się brudzić. Wpatrywałem się w naszego przyszłego pupila z ogromnym skupieniem.
— Musi mieć jakieś fajne imię. Takie, żeby każdy wiedział, że to nasz ślimak. — Uniosłem głowę i spojrzałem na Drzemlika. — Tylko nie możemy go nikomu oddać. Nawet jak Złocisty Widlik powie, że jest brzydki. Bo wcale nie jest brzydki. Jest tylko… trochę mokry.

<Prawda, Drzemliku?>

Od Lipieńka

Pierwsze dni po otwarciu oczu były dla mnie czymś zupełnie nowym. Do tej pory świat istniał tylko jako mieszanina zapachów, ciepła i niewyraźnych odgłosów dochodzących z każdego kierunku. Potrafiłem rozpoznać głos mamy, rodzeństwa czy obcych kotów, ale nigdy nie wiedziałem, do kogo właściwie należały. Teraz wszystko nagle nabrało kształtów.
Kiedy pierwszy raz rozchyliłem powieki, oślepiło mnie światło wpadające do żłobka i od razu je zmrużyłem. Nie podobało mi się. Za drugim razem było już lepiej. Zobaczyłem pyszczek mamy, jej czarno-czekoladowe futro i duże oczy, które wpatrywały się we mnie z czymś, czego wtedy jeszcze nie potrafiłem nazwać.
Później poznałem swoje rodzeństwo. Centuria była ciemna jak noc i biała jak chmury, Wełnianka miała rude futerko, a Komar… cóż, Komar był podobny do mnie. Przynajmniej tak mi się wydawało. Każdego dnia próbowałem coraz dalej wychodzić z posłania, chociaż mama za każdym razem przyciągała mnie z powrotem, kiedy uznawała, że zapędziłem się za daleko. Nie rozumiałem dlaczego. Przecież świat był ogromny, a ja chciałem go zobaczyć.
Wszystko było interesujące. Kamyki, źdźbła trawy przy wejściu, ogony przechodzących kotów, nawet kawałek mchu, który ktoś zostawił przy ścianie żłobka. Najbardziej lubiłem obserwować koty przechodzące obok. Niektóre zerkały na nas z uśmiechem, inne zatrzymywały się tylko na chwilę. Z czasem zacząłem jednak zauważać coś dziwnego. Nie wszystkie spojrzenia były miłe.
Czasami jakiś kot spoglądał na mnie, a potem szybko odwracał głowę. Innym razem słyszałem ciche szepty, których nie rozumiałem, ale po tonie głosu wiedziałem, że nie mówiono o niczym dobrym. Pewnego dnia wyszedłem kawałek dalej niż zwykle. Byłem z siebie bardzo dumny, bo udało mi się dotrzeć aż do wejścia do żłobka bez przewrócenia się po drodze. Usiadłem i zacząłem oglądać obóz.
Wtedy przechodzący obok wojownik zatrzymał się. Spojrzał na mnie, potem na moją mamę, a następnie znowu na mnie. Zmarszczył pysk. Nie wiedziałem, co zrobiłem źle. Przecież nawet go nie dotknąłem. Przekrzywiłem głowę, próbując zrozumieć jego minę.
— To ten? — mruknął do drugiego kota. Skinąłem uszami. To chyba o mnie chodziło. Nie znałem jeszcze wszystkich słów, ale „bury” rozumiałem. Spojrzałem na swoje łapy, jakbym mógł znaleźć na nich odpowiedź.
— Lipieniek — powiedziała mama cicho, najwyraźniej ostrzegawczo.
Nie spodobał mi się jej ton. Schowałem pazurki i usiadłem prościej, udając, że wcale nie słucham. Oczywiście słuchałem.
— Jest zupełnie zwyczajny — odpowiedział drugi kot.
— Właśnie. Zupełnie zwyczajny.
Nie wiedziałem, czy to miała być obelga. Dla mnie zwyczajność nie była niczym złym. Lubiłem swoje futro. Lubiłem czarne pręgi na łapach i grzbiecie, lubiłem białe futro na piersi i brzuchu. Najbardziej podobało mi się jednak to, że kiedy patrzyłem na swoją pierś, pręgi układały się w kształt przypominający serce. Nie wiedziałem jeszcze, że inni też to zauważali. Jedna z kotek przechodzących obok zatrzymała się i spojrzała prosto na mnie. Przez chwilę patrzyła mi w oczy, a potem jej pysk wykrzywił się w dziwnym grymasie.
— Kolejny — mruknęła.
Nie wiedziałem, co to znaczyło, ale poczułem nieprzyjemne ukłucie gdzieś pod żebrami. Zamiast się odsunąć, zmrużyłem oczy i odwzajemniłem jej spojrzenie. Skoro ona mogła patrzeć na mnie krzywo, ja też mogłem. Nie zamierzałem pierwszy odwracać wzroku. Mama szybko przysunęła mnie do siebie ogonem.
— Nie przejmuj się nimi — szepnęła. — Oni tylko patrzą.
Nie odpowiedziałem. Wciąż patrzyłem w stronę wyjścia ze żłobka. Nie rozumiałem, dlaczego niektórzy patrzyli na mnie tak, jakbym zrobił coś złego, skoro nawet nie zdążyłem niczego zrobić. Miałem dopiero kilka dni od otwarcia oczu. Nie znałem jeszcze świata. Nie znałem jego zasad. Nie znałem nawet wszystkich kotów w obozie. A mimo to już zdawało się, że część z nich wyrobiła sobie o mnie zdanie.
Tego wieczoru, kiedy rodzeństwo spało wtulone w mamę, długo nie mogłem zasnąć. Patrzyłem na wejście do żłobka, gdzie przez szczelinę wpadało blade światło księżyca. Zacisnąłem małe łapki na mchu. Jeśli ktoś będzie patrzył na mnie krzywo, to jego problem. Nie zamierzałem chować głowy, tylko dlatego, że komuś nie podobało się moje futro, moja mama albo to, kim kiedyś miałem zostać.
Jeszcze nie wiedziałem, czym był odrzutek. Nie wiedziałem, dlaczego niektórzy szeptali o mojej mamie. Nie wiedziałem, czemu jej imię potrafiło sprawić, że obce koty zmieniały wyraz pyska. Wiedziałem tylko jedno. Byłem Lipieńkiem. I nawet jeśli cały obóz miał patrzeć na mnie krzywo, ja zamierzałem patrzeć na nich jeszcze bardziej krzywo.

Od Lipieńka

Nie wiedziałem jeszcze, czym był świat. Nie wiedziałem, czym był Klan Nocy, czym był żłobek ani dlaczego wokół mnie znajdowało się tyle obcych, przytłumionych głosów. Wiedziałem tylko, że było ciepło. Ciepło i ciasno. Wokół mnie znajdowało się rodzeństwo, a gdzieś nad nami biło ogromne, znajome serce. Przez większość czasu spałem, wtulony w miękkie ciało matki. Od czasu do czasu poruszałem łapkami, zupełnie nieświadomy tego, co robiłem. Nie znałem jeszcze własnego ciała. Nie wiedziałem, gdzie kończy się moja łapa, gdzie zaczynał ogon ani dlaczego czasem coś łaskotało mnie po nosie. Świat był dla mnie zaledwie mieszaniną zapachów, ciepła i dźwięków.
Potem wszystko nagle zaczęło się zmieniać. Zacisnąłem maleńkie łapki, kiedy ciało mamy gwałtownie się napięło. Nie rozumiałem, co się działo. Przez chwilę było spokojnie, a później znów poczułem ruch, który zmusił mnie do przesunięcia się razem z resztą rodzeństwa. Jeden z kociaków zapiszczał. Ja również wydałem z siebie cichy, zduszony pisk, choć nie wiedziałem nawet dlaczego. Było coraz mniej miejsca. W końcu stało się coś, czego nie potrafiłem nazwać. Ciepło nagle zniknęło, a ja zostałem wypchnięty w coś zupełnie nowego. Zimno.
To była pierwsza rzecz, którą naprawdę poczułem. Moje maleńkie ciało zadrżało, a z pyska wyrwał mi się żałosny pisk. Przez chwilę nie wiedziałem, co robić. Wszystko było inne. Powietrze drażniło mój nos, pod łapami nie było już rodzeństwa, a zamiast przyjemnego ciepła poczułem chłód, który zdawał się przenikać przez moje cienkie futerko. Potem poczułem język. Duży, szorstki język przesunął się po moim grzbiecie. Zadrżałem, ale po chwili przestałem piszczeć. Znajomy zapach mamy otulił mnie niczym miękkie posłanie. Wtuliłem pyszczek w jej futro, próbując odnaleźć to ciepło, które znałem jeszcze sprzed chwili.
Nie wiedziałem, że właśnie wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z moją matką. Nie wiedziałem też, że urodziłem się jako trzeci. Wokół mnie znajdowały się już dwie siostry. Jedna pachniała rudym futerkiem, druga czernią i mlekiem. Nie potrafiłem ich zobaczyć, ale słyszałem ich ciche piski. Gdzieś dalej odzywały się obce głosy. Niektóre były spokojne, inne nerwowe. Jeden z nich brzmiał szczególnie nieprzyjemnie, choć nie rozumiałem jeszcze żadnych słów. Próbowałem poruszyć łapą. Nie wyszło mi. Spróbowałem jeszcze raz i tym razem udało mi się przesunąć ją o kawałek. Zadrżałem z zadowolenia, zupełnie nieświadomy, że był to najprostszy ruch na świecie.
Wtedy poczułem kolejne skurcze. Nie wiedziałem, że tym razem na świat przyjdzie mój brat. Wiedziałem tylko, że znowu zrobiło się głośno, a ciało mamy znów się napięło. Schowałem pyszczek w jej sierści, czekając, aż wszystko się uspokoi. W końcu nastała cisza. Była inna niż wcześniej. Spokojniejsza. Poczułem, jak coś miękkiego dotykało mojego boku. Pachniało podobnie jak ja. Kolejne rodzeństwo. Nie miałem pojęcia, że właśnie tak wyglądała moja rodzina. Nie znałem jeszcze słowa „rodzina”. Nie znałem słowa „odrzutek”. Nie wiedziałem, że moja matka bała się o mnie jeszcze zanim zdążyłem pierwszy raz zaczerpnąć powietrza. Nie wiedziałem, że ktoś spojrzy kiedyś na moje futro i uzna, że jestem gorszy. Nie wiedziałem, że kolor mojego ciała będzie miał dla innych większe znaczenie niż to, kim sam się stanę.
Na razie liczyło się tylko ciepło. Powoli przesunąłem się w jego stronę, niezgrabnie przebierając łapkami. W końcu znalazłem to, czego szukałem. Przytuliłem się do mamy, a po chwili zacząłem łapczywie szukać mleka. Byłem głodny. Bardzo głodny. W pewnym momencie poczułem, jak ogon mamy otulał mnie od góry. Jej język przesunął się po moim grzbiecie, a ja odpowiedziałem cichym pomrukiem. Nie znałem jeszcze jej imienia. Nie wiedziałem, kim była. Dla mnie była po prostu ciepłem, zapachem i bezpiecznym miejscem. Gdzieś nad nami rozległ się głos.
— Lipieniek.
Nie wiedziałem, co to znaczyło. Nie wiedziałem, że to ja. Po chwili poczułem, jak coś dotyka mojego policzka. Delikatnie, ostrożnie. Mama. Przycisnąłem się do niej mocniej. Nie mogłem jeszcze zobaczyć świata. Nie mogłem wiedzieć, jak wyglądało niebo, rzeka ani noc, o której tak często będą opowiadać mi starsi. Nie mogłem zobaczyć własnego burego futra, czarnych pręg ani białych znaczeń. Nie wiedziałem nawet, że na mojej piersi pręgi układały się w kształt przypominający serce. Nie wiedziałem nic. I może właśnie dlatego wszystko wydawało się takie fascynujące.
Zacisnąłem maleńkie łapki na futrze mamy i zasnąłem, otoczony rodzeństwem. Nie wiedziałem jeszcze, że pewnego dnia będę zadawał pytania, których nikt nie będzie chciał słuchać. Nie wiedziałem, że kiedyś zapytam, dlaczego jedni są ważniejsi od drugich. Nie wiedziałem, że nie wystarczy mi odpowiedź: „bo tak było od zawsze”. Na razie byłem tylko małym, burym kociakiem. Lipienkiem. I po raz pierwszy zasnąłem w świecie, który pewnego dnia spróbuję zmienić.

Od Fiołka do Centurii

Trzciny okalające wyspę kołysały się i szumiały, a ich długie łodygi uginały się pod naporem mocnych powiewów chłodnego wiatru. Długie futro koteczki odruchowo napuszyło się, aby ochronić ją przed niezbyt sprzyjającą temperaturą. Jej uszy odwróciły się do tyłu, kiedy powietrze rozdarł ostry wrzask mewy. Szylkretka jej nie widziała, ale mogła tylko się domyślać, że ptaki wszczęły kłótnię o rybę, którą jeden z nich złowił.
Wiedziała, że niedługo też będzie łowić ryby, dla klanu jako uczennica. Miała nadzieję, że będzie w tym najlepsza ze swoich rówieśników. Wtedy wojownicy i starsi uczniowie patrzyliby na nią z większym podziwem i na pewno chcieliby się z nią zaprzyjaźnić. Nie mówiąc już o kociakach takich jak wiecznie piszczący Orzechówka i Drzemlik, którzy na pewno będą ją błagać o porady.
Lekko się skrzywiła na myśl o kociętach Świteziankowego Jeziora. Co prawda, to całe zamieszanie wokół nich ucichło i teraz trochę więcej kotów przebywających w żłobku patrzyło na nią, ale Fiołek wciąż nie zapomniała tych okropnych czasów, kiedy wszystko kręciło się wokół nowo narodzonych. Zabrali jej uwagę piastuna, a także karmicielek. Na pewno zrobili to celowo! Po prostu jej nie lubili i w ten sposób jej dokuczali. Albo nawet znęcali się nad nią. Myśleli sobie, że byli najważniejsi w całej kociarni i szylkretka nie mogła się doczekać, aż im pokaże, że była od nich znacznie lepsza. Wtedy będą żałować tego, co narobili.
O wiele lepiej czuła się przy młodych Fląderki. Co prawda nie zawsze wiedziała, czy powinna się z nimi bawić, ani co o nich myśleć, skoro ich matka była odrzutkiem. Nie chciała być traktowana z taką pogardą jak ona ani być gorszą od swojej siostry, Jasności, czy w ogóle kogokolwiek przez to, że się z nimi zadawała. Jednak, kiedy spędzała z nimi czas, czuła się dobrze, bo wiedziała, że była uważana od nich za lepszą. Czy tak było, nie miała pojęcia. Sama nie doświadczyła niczego złego ze strony czekoladowych kotów, ale chyba z jakiegoś powodu nikt ich nie lubił… W każdym razie przyjemnie było móc się z kimś bawić bez presji ciągłego udowadniania, że była lepsza.
Rozejrzała się po obozie. Rozpierała ją energia! Chciałaby się z kimś pobawić, więc szukała wzrokiem jakiegoś kota, z którym byłoby przyjemnie. Rozglądała się przede wszystkim za pobratymcami ze żłobka. Spojrzenie jej zielonych oczu padło na czarno białą koteczkę. Centuria siedziała niedaleko żłobka przy kępie paproci, wygładzając długimi pociągnięciami języka sierść na piersi. Może warto z nią nawiązać przyjaźń? Nie spędzały na razie ze sobą dużo czasu, głównie dlatego, że czarnobiała była dość cicha i sama z siebie zazwyczaj nie podchodziła do innych. Fajnie byłoby poznać ją bliżej. Może okaże się dobrą przyjaciółką?
Koteczka wstała, żeby do niej podejść, jednak zawahała się w pół kroku. Centuria była czarno biała, a Fiołek miała na swojej sierści również rude plamy. Czy nie była przez to gorsza? Nie miała przecież tak idealnego futerka, jak kocię Fląderki, nie łączyła w sobie harmonii gwiazd i nocnego nieba, a wszystko przez ten ogień, który w sobie miała według historii o powstaniu świata.
Zaraz jednak porzuciła te rozmyślania. Centuria była kociakiem odrzutka, nikt nie powinien uznać jej za lepszą od Fiołka. A przynajmniej taką szylkretka miała nadzieję. W razie czego jednak zaczęła rozmowę popisywaniem się, tak na wszelki wypadek, żeby na pewno Centuria nie uznała jej za gorszą od siebie.
— Centurio! Patrz, jak umiem wysoko skakać! — zawołała, podbiegając bliżej. Wzięła rozbieg i przeskoczyła nad grzbietem siedzącej czarno białej koteczki. Ledwo jej się udało, ale próbowała udawać, że zrobiła to z łatwością. Serce jej łomotało. Była o długość wąsa od ośmieszenia się przed koleżanką ze żłobka. Całe szczęście, że nie wpadła na pomysł przeskoczenia nad jej głową.

<Centurio? Daj atencji>

Od Wełnianki do Drzemlika

Wełnianka rozpoczęła swój dzień dość zwyczajnie – podniosła biało-rudy kuper z mięciutkiego posłanka, przeciągnęła się leniwie, wtulając jeszcze do końca w ciepłe futerko mamy, po czym wstała, mało co nie wywracając się o własne łapy. Już jakiś czas temu w kociarni pojawiło się nowe towarzystwo – dzieci tej dziwnej, cichej kocicy, która zawsze wciskała się w najciaśniejszy żłobkowy kącik, aby przypadkiem nie było jej widać. Początkowo miała zakaz podchodzenia do nich, bo według Fląderki i ich piastuna były jeszcze zbyt małe, aby się z nimi bawić. Dość niechętnie przyjmowała te tłumaczenia, omijając dwie kuleczki szerokim łukiem – chociaż czasami było to ciężkie…
Ucieszyła się, więc gdy poprzedniego wieczora zauważyła, jak szkraby bawiły się z którymś ze starszych od niej kociąt. Co prawda było już zbyt późno, aby sama dołączyła do ich gry w berka, ale postawiła sobie za cel zaprzyjaźnić się z nimi od razu następnego dnia!
Dlatego też, gdy tylko słońce wzniosło się ku górze, a jego skąpe promienie oświetliły jej mały, słodki pyszczek, ona już wiedziała, co powinna zrobić.
Spojrzała w kierunku miejsca, w którym zazwyczaj odpoczywała Świteziankowe Jezioro. Karmicielka leżała jeszcze na swoim posłaniu, wyglądając dość smętnie, jak zresztą zawsze, gdy tylko Wełnianka ją widziała. Nie miała pojęcia, co tak dręczyło starszą kocicę, ale jej samej czasami udzielał się jej smutek. Zmarszczyła nieco brwi, troszkę rozczarowana – początkowo nie zauważyła bowiem w tamtych stronach żadnego ruchu. Miała już ogłosić kapitulację i zaakceptować swoją porażkę, uznając, że kocięta prawdopodobnie jeszcze spały, ale nagle zauważyła ruch w kąciku oka. Odwróciła się w tym kierunku prędko. Wzrok jej nie mylił!
Powolnym, nieco sennym jeszcze krokiem, poruszał się po żłobku błękitny kocurek, którego sierść upstrzona była licznymi ciapkami. Futerko to przypominało kotce nieco niebo z gwiazdami w bezchmurną noc.
Uśmiechnęła się pod nosem, po czym przykucnęła. Nowy kolega nie zdążył jej jeszcze zauważyć – był to więc idealny czas na jej niespodziewany atak! To znaczy, na zaproszenie go do wspólnych harców.
Wełnianka przygotowała się do natarcia. Naprężyła mięśnie nóg, po czym wyskoczyła, lądując praktycznie na drugim kociaku i przewracając go na ziemię.
— Cześć! Jestem Wełnianka, a ty? — zapytała radosnym głosem, zupełnie nie przejmując się faktem, że malec leżał wbity w ziemię z jej białą łapką prosto na swoim pysku.

<Drzemliku?>