BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

03 lipca 2026

Od Rogatego Flaminga do Łabądka

Ślub

— Co masz dla nowożeńców, Ulewny Szkwale? — Rogaty Flaming podszedł do fińczyka, zaciekawiony jego zawiniątkiem. Usadowił się obok, patrząc na kocura. Sam również miał prezent, ale... postanowił go na razie schować! Musiał zobaczyć, co mieli inni. Oczywiście jego prezent był najlepszy i z pewnością spodoba się najbardziej. Musiał najzwyczajniej w świecie się rozejrzeć...
Niebieski uśmiechnął się, zauważywszy, iż książę do niego podszedł i przy nim przysiadł.
— Sądze, książę, że na pewno dzięki nim w Klanie Nocy będzie bardziej stabilnie. Trzeba w końcu kogoś, kto przypomni, że królewski autorytet jest ważny w klanie — zrobił chwilę przerwy. — A co książę sądzi o naszych nowych namiestnikach? — zagadał, poprawiając się lekko na swoim miejscu, w dość nietypowy, a może nawet i niewygodny sposób...
Namiestnicy to była nowa ranga, którą obdarzono czwórkę kotów, z którymi, tak naprawdę, point nie miał szczególniejszych interakcji może poza paroma zamienionymi słowami i faktem, iż każdego dnia się widywali przez to, że żyli w jednym obozie. Może powinien, jako iż działali tuż obok rodu królewskiego, dowodząc kotom położonym niżej od siebie, jeśli wymagała tego sytuacja.
Żmijowcowa Wić był jego przyrodnim bratem, ale sam Rogaty Flaming nie czuł się w ten sposób, nie łączyła go nigdy szczególniejsza więź z kocurem, point był raczej zapatrzony w siebie i martwił się własnymi sprawami. W końcu musiał pomyślnie przejść trening i zostać wojownikiem! Zasłuży sobie na to miano po tak ciężkiej pracy. Skoro jednak słynęli z dobrej opinii i nie chwalili czekotów, może rzeczywiście Klan Nocy czekały lepsze czasy. U Flaminga pojawiło się lekkie niezadowolenie, że niebieski zmienił tak nagle temat. Jak on śmiał kierować rozmowę, w którą stronę mu się podobało? Liliowa Pieśń źle wpływała na kocura... — Wstydzisz się swojego prezentu, Ulewny Szkwale? — przypomniał się, a końcówka jego ogona podrygiwała z lekkiego podirytowania. Musiał wiedzieć, czy jego zawiniątko było lepsze. Oczywiście w jego mniemaniu było, ale może Szkwał lepiej znał gust nowożeńców... nie, przecież czemu by miał... To Rogaty Flaming wiedział najlepiej. A pytał kocura tylko po to, żeby upewnić się, że jego pozytywna opinia o księciu się nie zmieniła. Zastrzygł długimi, śnieżnobiałymi wąsami.
Uwagę kocura także przykuła nietypowa pozycja, jaką przybrał łaciaty i uniósł brew, ale wojownik postanowił, że najpierw sam odpowie na zadane mu pytanie, sprawnie wybijając go z coraz to wyżej rosnących podejrzeń wobec nietypowego zachowania kompana. — To porządne koty. Dopóki nie mówią dobrze o kotach czekoladowej maści, to będzie dobrze — powiedział pewnie, mrużąc niebieskie ślepia. — Klan Nocy potrzebuje miłych chwil, szczególnie po tylu tragediach, nie sądzisz? — kontynuował, licząc na bardziej wylewną konwersację dla zabicia czasu. Nie obchodziło go to szczególnie, co działo się w przeszłości, jeśli nie dotyczyło to osobiście jego, albo jego babci, Mandarynkowej Gwiazdy. No i oczywiście matki, kochanej szylkretki, która teraz siedziała dumnie napuszona z futrem tak ulizanym, że aż lśniła w chłodnym blasku księżyca.
— Nie, że się wstydzę, ale nie wiem, czy będzie wystarczający dla kotów tak wysoko postawionych w hierarchii, zdecydowanie wyżej ode mnie — odparł wreszcie fińczyk, gdy został nieco przyparty do muru. W przeciwnym razie nadal by ignorował zadane mu pytanie, skandal! — Wątpię, że będą dobrze mówić o nich, zwłaszcza po tym, jak ta Mysiomózgowa Łapa wpuściła nam bestię do obozu. Jak chciała tego borsuka, to mogła go wpuścić do swojej nory, wtedy ten większy by ją zjadł, szukając tego mniejszego i byłoby mniej problemu — kontynuował ze słyszalnym zamyśleniem. — Sądzę, że owszem, mam nadzieję, że takich miłych chwil będzie tylko przybywać!
— Nawet nie wypada dobrze o nich mówić — podkreślił książe, nawet usatysfakcjonowany odpowiedzią kocura siedzącego obok. Flaming był jeszcze kociakiem, kiedy Mysiomózga Łapa wpuściła do obozu borsuka i nieszczególnie go to obchodziło, raczej był skupiony na tym, żeby to jemu było dobrze. Bardzo irytował go fakt, iż nie pozwalano mu spać, bo to albo trzeba było go chronić, albo przenieść, albo wiecznie budzić... dobrze, że teraz, jako wojownik, mógł sobie spać tyle, ile mu się żywnie podobało. — Czekoladowe koty są problemem i zsyłają na naszą wspaniałą społeczność same nieszczęścia, zawsze muszą wymyślić coś, żeby nam nie było dobrze za długo — przejechał językiem parokrotnie po swojej piersi, ponieważ jeden z kosmyków mu się wykrzywił, a musiał prezentować się olśniewająco. — Ale ty to na pewno wiesz, ponieważ jesteś mądry, w porównaniu do twojej siostry — dopowiedział jeszcze, a na samą myśl o niebieskiej szylkretce jego pysk przyzdobił lekki grymas. Wypędził go jednak i machnął parokrotnie łapą.
— Pomyśleć, że nawet są tak uciążliwe, że siedzą w naszych umysłach. Na szczęście możemy je wyprzeć i jak Książę, powiedział cieszyć się ceremonią ślubną.
— Ale co my tam. Po co mamy rozmawiać o przykrościach, skoro celem dzisiejszego spotkania jest zabawa. Zabawmy się, nie ma co strzępić języka na te pokraki — zaśmiał się, a końcówka jego ogona uderzała lekko o grunt, jakby żyła własnym życiem. Przy wypowiedzeniu tych słów szturchnął lekko w bark, przyjacielsko, fińczyka, a za nim zamigotało liliowe futro. Rogaty Flaming odwrócił się i ujrzał liliową kocicę, jego pysk momentalnie przybrało niezadowolenie, uszy położył po sobie, a serce zastukotało, nie spodziewając się jej tutaj. — Co TY tu robisz? — powiedział chłodno, wpatrując się w zielonooką. Nie była zaproszona!
— Poproszę wszystkich o zajęcie miejsc. Niechaj ceremonia się zacznie! — rozległ się donośny głos Mandarynkowej Gwiazdy. Ulewny Szkwał udał, że nic nie miało miejsca, przy okazji nadal próbując chować za sobą liliową, zajmując tym samym swoje miejsce. Point spojrzał w stronę babki na czas, kiedy mówiła, a potem ulotnił się do przestrzeni wyznaczonej dla niego, co jakiś czas łypiąc wrogo ślepiami w kierunku wojowniczki. Kisił w sobie jakimś cudem emocje, żeby przypadkiem nie wybuchnąć złością i nie zostać wyrzuconym z wysepki. Nie mógł pozwolić na to, żeby jakaś kotka mu zrujnowała opinię wyrobioną o nim. Im więcej na nią patrzył, tym bardziej zasiewało to w jego sercu niezadowolenie, dlatego wreszcie zerknął na nią ostatni raz, a potem na Mandarynkową Gwiazdę, teraz już zwyczajnie, oczekując dalszego rozwoju wydarzeń. Trzcinowy Szmer ustawiła się przy ołtarzu, tam czekał na nią już Żmijowcowa Wić.
— Zebraliśmy się tu dzisiaj, żeby uczcić miłość Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici oraz przypieczętować ją oficjalną więzią! — ogłosiła, po czym popatrzyła przez chwilę na oboje państwa młodych, moment później przekierowując wzrok na zgromadzonych. — Jeśli ktokolwiek chce wyrazić sprzeciw, niech zrobi to teraz.
Z tłumu podniosła się dymna kotka, a uderzenie serca później rozległo się donośne:
— Nie zgadzam się! — na jej krzyk zdziwione westchnienia przeszły całą wyspę, a na pyszczku Trzcinowego Szmeru wymalowany był szok i niedowierzanie. Książę poruszył się lekko, nie spodziewał się takiej sytuacji, ale też nie miał żadnych oczekiwań, no może poza podziwianiem jego za sam fakt istnienia, ale to była część każdego dnia... Spojrzał na zielonooką z zaintrygowaniem. Miała odwagę i czelność przerwać taką ceremonię? Musiała mieć rybią strawę zamiast mózgu albo najadła się za dużo ryb! Srebrna kocica u szczytu zmarszczyła brwi z zaskoczeniem, point chłonął każdą reakcję niczym gąbka wodę, niczym podekscytowane kocię, w myślach dopowiadając sobie, jak dalej mogło się to potoczyć, próbując tym samym mimowolnie zgadnąć przyszłość. Niezapominajkowa Nadzieja popatrzyła na parę z pytaniem w oczach.
Nagle jego uszy wyłapały jakiś szept, a potem przemówił Ulewny Szkwał, zaczepiając go. Point zaś nie odpowiedział na pierwszą część, zbyt zajęty całą aferą, musiał przecież coś mieć od życia, bycie księciem w końcu nie jest takie łatwe...
— Co za hańba, że Niezapominajka musi rujnować ten ślub, a nawet to nie początek tej uroczystości!
Rogaty Flaming trzepnął gniewnie ogonem, a niebieski odwrócił się ku kocicy za nim, chowając ją przed czujnym spojrzeniem Flaminga. Urodziwy Szafirek, ta przebrzydła ropucha, również znalazła się u ich boku i zgrywała rybiego móżdżka, kryjąc swoją przyjaciółkę. Wojownik nagle odwrócił się z powrotem ku niezadowolonemu kocurowi, klepiąc się po brzuchu parokrotnie, niczym foka.
— To chyba mi w brzuchu burczy, em... To przez ten chaos.
Point zerknął na niego ze zdziwieniem, gdy fińczyk poklepał się po brzuchu, niczym foka. Nigdy nie widział podobnego gestu u kocura. Czy uważał go za głupiego? Poprawił swoją wspaniałą grzywę, unosząc pysk wysoko i spozierając na niego zniechęcony.
— Zaraz coś zjesz, słuchaj teraz... słuchaj, słuchaj — mówił, próbując z powrotem wczuć się w słuchanie, jednak po chwili usłyszał desperackie, żałosne "bul, bul" co znowu wybiło go z rytmu. Uderzył łapą o grunt, po czym syknął, napinając mięśnie. Od niezbyt nieprzyjemnych słów odciągnął go wrzask gdzieś blisko, któregoś z kotów. Książę usadowił się na swoim miejscu, chyba właśnie tego potrzebował. W sercu mu wrzało, krew się gotowała, a pazury miał uszykowane, by przypomnieć niektórym, gdzie było ich miejsce. Później sobie porozmawia z tą rybo-kocicą i może jej równie durną przyjaciółką! Już ostatnio miał nieprzyjemności z nimi, same problemy. Ktoś jeszcze mógłby nawrzeszczeć na te dwie głupie kotki.
Niezapominajka została wyprowadzona z wyspy przez jego ojca, Błękitną Lagunę. Nie stawiała żadnego oporu, a na pysku miała wymalowany jedynie smutek. Spojrzał na łaciatego z nadzieją, ale błękitnooki jedynie skinął głową. Flaming liczył na to, że może i jego poproszą do pomocy, ale najwidoczniej nie było takiej potrzeby.
Wesoła Łapa wyrosła obok niego niczym z ziemi.
— Panie Książę Rogaty Flamingu, kiedy idziemy jeść?
Kocur spojrzał na Wesołą Łapę, która postanowiła go zaczepić pierwsza. Miał ochotę przewrócić oczami, ale miał być dla niej wzorem do naśladowania, więc... napuszył pierś dumnie i poprawił sobie łapą frędzelki na uszach, które mu się lekko zaplątały. — Jak tylko się wszyscy uspokoją — powiedział pewnie, ruchem ogona zachęcając młódkę do tego, żeby usiadła obok. W tym momencie robiło mu różnicę, czy była gdzieś blisko, bo jeśli była, to mogła się od niego uczyć nawet w tym momencie. Wydawało się, że ta chwila nastąpi za parę uderzeń serca, więc nie trzeba będzie długo czekać. Koteczka usadowiła się tuż obok mentora, również się pusząc, dokładnie tak, jak on, przypominając szary dmuchawiec.
— Proszę o uwagę! Kontynuujemy ceremonię!
— BUL, BAL, BLABUL! — wywrzeszczała Liliowa Pieśń, trzepiąc się pomiędzy futrami bliskich jej kotów. Mandarynkowa Gwiazda pomasowała poduszkami grzbiet nosa z zażenowaniem.
Wesoła Łapa uśmiechnęła się szeroko, a jej koncentracja w związku z ceremonią wyparowała szybciutko.
— A, Panie Książę Rogaty Flamingu, ma Pan przepięęęęęęknee futerko dzisiaj!
Wreszcie ktoś to zauważył! Pysk starszego rozświetliła duma, gdy siedział tak z uniesionym łbem, a obok niego jego uczennica, Wesoła Łapa. — Starałem się! W końcu muszę prezentować się najlepiej — powiedział z zadowoleniem, a już po chwili do jego uszu dotarła kontynuacja słów Mandarynkowej Gwiazdy, dlatego zamknął pysk, akurat swoją babkę-mentorkę szanował i to bardzo. Ruchem ogona polecił młódce obok też, żeby nic teraz nie mówiła.
— Trzcinowy Szmerze, Żmijowcowa Wici czy w obliczu wszystkich zebranych tu kotów przysięgacie sobie miłość, wierność, uczciwość i wspólne dzielenie łowów nawet po śmierci?
Buras oczy miał wlepione w oblicze Trzcinowego Szmeru.
— Przysięgam.
Szylkretka zamrugała uradowana, patrząc się na swojego wybranka.
— Przysięgam.
— Zatem mocą nadaną mi przez Klan Gwiazdy ogłaszam was mężem i żoną! Niech wasza miłość nieprzerwanie rozjaśnia wasze życia niczym świetliki na łąkach Porą Zielonych Liści!
— JESZCZE RAZ! JESZCZE RAZ! PANIE KSIĄŻĘ ROGATY FLAMINGU, ON JĄ POLIZAŁ AAAAAAAAAAAAA, czy to nie piękne????
Kocur kiwnął głową, skoro każdy teraz mógł wrzeszczeć, to czemu miałby tego bronić swojej uczennicy... I tak ta wrzawa ją zagłuszy, raczej, więc nie przyniesie mu wstydu. Dopóki nie warczała czegoś w stylu "czekoty są najlepsze, powinny rządzić nami, całym Klanem Nocy!" to nie widział kłopotu.
— Wspaniale! W takim razie zaczynamy rzut żabą! — zawołała Trzcinowy Szmer do gości. Czekając, aż się ustawią, złapała w łapki żabę, stanęła tyłem do tłumu, by rzucić na oślep. Płaz poleciał na widownię, podskakując ile sił w kończynach. Wreszcie pochwyciła go Ćmie Mżenie, a już po paru uderzeniach serca wystartowała do niej Wesoła Łapa, krzycząc coś niezrozumiałego dla kocura. Przyglądał się poczynaniom własnej uczennicy, nie interweniując, przynajmniej dopóki nie zrobiłaby czegoś nie tak. W wyrwaniu żaby też nie widział niczego złego, więc nie uznał, by trzeba było cokolwiek z tym robić. A poza tym... nie tylko on tu był, żeby reagować! On się miał prezentować ładnie, wspaniale i dawać przykład każdemu.
Zauważywszy, z jaką łatwością jego uczennica została odepchnięta, skrzywił nieznacznie pysk. Musiała pokazać, że ich treningi nie poszły na marne! "Walnij jej, Wesoła Łapo!" — myślał sobie, a gdy młódka się podniosła, w jego sercu zagościła nadzieja. Jeszcze nie wszystko stracone. Mogła się wykazać. Ignorując zupełnie to, co mówiła (bo nie było to o czekotach), przyglądał się jej ruchom i szukał miejsc, które dało się udoskonalić przy przyszłych szkoleniach. Powinien nauczyć ją, jak się ustawić, żeby jej nikt nie mógł odepchnąć. Wymagało to siły, ale to nic, czego by się nie dało nauczyć (a tak przynajmniej myślał, z pewnością). Następne zwinne ruchy koteczki sprawiły, iż pochwyciła żabę.
Rogaty Flaming otworzył ślepia szeroko, gdy żaba skoczyła prosto na jego pysk. Gdy zetknęła się z jego nosem, wrzasnął, próbując łapami ją zdjąć z siebie. Siłował się z nią przez parę uderzeń serca, niemal zderzając się z paroma innymi kotami, jednak nie było to dla niego istotne, powinni mu zejść z drogi! Wreszcie strzepnął ją poduszką, chociaż pozostawiła po sobie jakieś drobinki ziemi, a same palce miała pokryte swego rodzaju mokrą mazią. Zmarszczył nos, a pysk wykrzywił w obrzydzeniu. Gdy już miał krzyknąć coś do Wesołki, wojowniczka ugryzła małą w ogon i to dość mocno. Rogaty Flaming przygniótł istotkę łapą, odskakując w bok, żeby dwie siłujące się kotki nie uderzyły w niego, wypuścił ją przypadkowo w kierunku swojej uczennicy.
Oczy niebieskiej się zaszkliły.
— Auć to boli! — pisnęła, kładąc uszy po sobie i zaczynając płakać.
Ćmie Mżenie odpuściła sobie na jakiś czas odbicie swojej nagrody, bo, nie czekając długo i nawet nie przepraszając młodej, odeszła gdzieś na bok, więc płaz wrócił w łapki pręguski. Kotka przetarła łzy i spojrzała na stworzenie. Jej wielkie oczka patrzyły każda w innym kierunku. Pociągnęła nosem. Po chwili dotknęła żabę łapką.
— Nie zjadaj mi oczu, potrzebuję ich do podziwiania Pana Księcia Rogatego Flaminga — zaczęła, nadal pociągając nosem. — Przez Ciebie tamta kotka mnie ugryzła, wiesz? Powinnaś pójść do kąta za karę! Ale tutaj nie ma kątów... więc ci się upiecze!
Point podszedł do płaczącej blisko Wesołej Łapy, po czym ruchem ogona zachęcił ją do tego, żeby wstała, przy tym oglądając ją pospiesznie, czy nie miała nigdzie wyrwanych kępek futra, jakby mógł w jakikolwiek sposób ocenić na tej podstawie, jak bardzo była poobijana. — No już. Wesoła Łapo, jaki prezent przyniosłaś dla nowożeńców? — zapytał. Nie robił tego dlatego, że się o nią martwił... tylko po to, żeby mu nie przynosiła wstydu, nie mogła tak łatwo się rozpłakiwać! No, może trochę się zmartwił, jak się tak skuliła... może liliowa szylkretka jej zrobiła krzywdę. — Musimy im go podarować — mówił.
Kotka spojrzała, cała poklejona od ziemi, brudu, śliny, pewnie śluzu żaby i łez, na swojego mentora, który wygląda jak cud zesłany przez przodków. Pociągnęła nosem i wstała, ocierając łzy.
— Chlip — mruknęła. — Wianek zrobiłam... leży o tam na liściu — pokazała łapką na zlepek krzywych gałązek i listkami znalezionymi dookoła obozu. — Myśli Pan, Panie Księciu Rogaty Flamingu, że im się spodoba? — zapytała z nadzieją w oczach.
W jego ślepiach pojawił się przebłysk obrzydzenia, gdy zorientował się, w jakim stanie była jego uczennica, ale nie mógł z tym za wiele zrobić, nie żeby też chciał cokolwiek robić. Jak wrócą, to powinna doprowadzić siebie do porządku, albo może niech zrobi to któryś z jej rodziców. Podążył wzrokiem i jego oczyska wychwyciły wianek. W źrenicach pojawiła mu się swego rodzaju frustracja. Jego prezent nie wyglądał tak wspaniale! — Tak, na pewno im się spodoba — zapewnił, po czym zachęcił ją do tego, żeby go wzięli. Podszedł do wianka. — Nieśmy go razem, wtedy zobaczą, jak nam bardzo zależy! — kontynuował i chwycił wianek od jednej strony, a drugą, delikatnie, przysunął ku młodej.
Poszli wreszcie ku Trzcinowemu Szmerowi oraz Żmijowcowej Wici i stanęli przed górą prezentów. Ruchem głowy ich przywitał i posłał lekki uśmiech, żeby nie było, że chodzi naburmuszony. — Żmijowcowa Wici, Trzcinowy Szmerze, to dla was od nas — powiedział oficjalnie, spoglądając na dwójkę. Miał nadzieję, że Wesoła Łapa doda coś od siebie, bo on sam nawet nie wiedział, jakich kwiatów tu użyto, nie znał tych gatunków, bo nigdy się nad tym nie zastanawiał.
— Użyłam do niego gałązek! I liści, które znalazłam! Wybierałam takie łaaadne, bo wy jesteście ładni! — miauknęła, jakby powiedziała największy komplement tego świata.
— Piękny prezent. Mama i tata na pewno docenią pański gest — zwróciła się bezpośrednio do Flaminga, taktycznie ignorując jego uczennicę.
Point spojrzał na jedno z dwóch kociąt, do tej pory nie patrzył na nie jakoś szczególnie... bo zajęty był wiankiem i prezentowaniem się, jak najlepiej tylko mógł, no i też robieniem dobrego wrażenie na kim tylko to było możliwe, oprócz kotów czekoladowych, ale nie było tu Fląderki czy Mysiomózgiej Łapy, to nie było mowy o dalszych nieszczęściach. Ukłoniła się tak, jakby jej to przychodziło naturalnie. Kiwnął jej głową. Właśnie takiej reakcji oczekiwał, ale sam nie wiedział, co powinien dodać, jako iż jego uczennica wyjaśniła szybko jakie to były gatunki, a także co nieco o samym wianku, więc od niego nie pozostawało nic więcej. Oczywiście, zawsze dało się zrobić miejsce na powiedzenie także o własnych wspaniałych zasługach, ale czy ze wszystkiego musiał się spowiadać, każdemu? Każdy widział, że był wspaniały. Szacunek mu się należał. Młódka sprawnie zignorowała niebieską pręguskę, całą uwagę skupiając na poincie.
— Jak podoba się panu ślub? Mogę w czymś pomóc? — zapytała. — Może przesuniemy się na bok, żeby zrobić miejsce dla innych gości?
Point przesunął się lekko, chociaż sam nie uważał, żeby zajmował jakoś szczególnie dużo miejsca (mimo że zajmował, bo nie był najmniejszy). — Czy wiesz może, czy twoi rodzice mają dobre stosunki z tamtą kocicą, o? — wskazał ogonem Urodziwy Szafirek, a potem Liliową Pieśń, a na jego pysku wymalował się niesmak. Jeśli mieli, nie świadczyło to dobrze także o jego przyrodnim bracie. Nawet jeśli nie czuł się względem niego w ten sposób, mogło to w pewnym sensie przynosić ujmę ich rodzinie, im, jako dzieciom Wężynowego Kła. — Nie cieszy mnie ich obecność. Chwalą koty maści czekoladowej, uważając naszą wspaniałą tradycję, przekazywaną z pokolenia na pokolenie, za głupią, niewłaściwą. W dodatku, gdyby tego było mało... — zrobił dramatyczną przerwę, obserwując, jak zareaguje na to młódka. Musiał wykorzystać każdą okazję, jaką tylko mógł, do obgadywania kotów, które mu się nie podobały, bo jak śmiały go zwyzywać, ostatnio? Tak podle... Nawet Fląderka miała więcej w głowie, niż one dwie razem wzięte, pokazując im, że to właśnie one były w błędzie, a nie on, wspaniały kot, członek rodu królewskiego. — Nie mają za grosz szacunku do rodu królewskiego. Jeszcze nam nieprzyjemności przyniosą... — kontynuował, poruszając co jakiś czas końcówką ogona. Zastanowił się jeszcze nad tym, co vanka powiedziała parę uderzeń serca temu. — Nie sądzisz, że to absurd? — kontynuował. Tak naprawdę nie dał jej pełnej swobody we własnej odpowiedzi, bo już na początku podkreślił swoją niechęć, a wręcz obrzydzenie czekoladowymi kotami, a zresztą z innym podejściem spotkał się jedynie dwa razy i to u tychże właśnie kocic. Podświadomie wyrobił sobie względem niej oczekiwania, jakie miał wobec jej odpowiedzi, która miała dopiero nadejść.
Łabądek popatrzyła w stronę wskazanych kotek.
— Przykro mi, proszę pana, ale nie znam odpowiedzi na pańskie pytanie — odpowiedziała, a na resztę wypowiedzi kocura zakryła pyszczek łapką. — To okropne! Istny skandal! Naprawdę przepraszam za to, że te dwie kotki tak panu psują nastrój. Moi rodzice na pewno nie mogliby mieć z nimi dobrych relacji, skoro nie szanują rodu królewskiego! — odpowiedziała bardzo przejmująco.
Point otarł z policzka wyimaginowaną łezkę. Poczuł swego rodzaju déjà vu, bo nie był to pierwszy raz, kiedy narzekał właśnie na tę dwójkę, ale też i satysfakcję, ponieważ miał wrażenie, że udało mu się kolejnemu kotu przekazać prawdę, o której wiedzieli, tak mu się zdawało, nieliczni, skoro nadal otaczali się właśnie nimi. Pierwszy raz robił to w towarzystwie Ulewnego Szkwału, który zareagował dość podobnie, co sprawnie poprawiło mu humor. Tak tez było w tym przypadku, dobrze, że nawet młode koty wiedziały, co było właściwe, a co nie.
— Miło widzieć, że są jeszcze młode koty, które wiedzą, jak należy się zachowywać. Nie wszyscy są wychowywani równie dobrze — kontynuował, zauważywszy gest łapką, ale nawiązując też do szacunku, jakim go obdarzono i darzono nadal. Mówił tak, jakby on sam nie był młody... i niestety wiele kotów byłby w stanie wymienić w myślach, według niego. Tak naprawdę nawet on nie praktykował takich gestów, uważał, że on miał jedynie prezentować się dobrze, a jako iż wyglądał dość odmiennie w porównaniu do reszty, to nie było o to wcale trudno, no i jeszcze ten lotos na czole! Chociaż i tak najważniejszym dla niego w tym momencie było to, że kotka nie zareagowała jakoś inaczej względem tego, co jej powiedział, niż od niej oczekiwał. Potrafił przemawiać rozsądnie, właśnie przekazał kociakowi coś, czego niektórzy wojownicy nie byli w stanie pojąć, był wspaniały. No właśnie, nie tylko on to dostrzegał, skoro został mu przydzielony uczeń w tak młodym wieku! Jaka szkoda, że nie każdy wyniósł z gniazda podobnych wartości, może żyłoby im się wtedy dużo lepiej.
Koteczka wyprostowała się z dumą na komplement i skinęła głową.
— Dziękuję, proszę pana, to zaszczyt.
— Wystarczy panie książę Rogaty Flamingu — podkreślił. Z każdym kolejnym samym "panie" czuł się tak, jakby mu raz po raz opadał uśmiech z pyska.

<Słynę ze skromności, Łabądku>

Od Lilakowej Łapy CD. Migotu

Lilakowa Łapa siedziała właśnie niedaleko legowiska medyka, tuż obok gniazda, w którym Klan Klifu trzymał zwierzynę. Kotka była obecnie dosyć zamyślona, jej myśli były mocno skupione na niedawnej porażce na treningu. Lilakowa Łapa czuła wstyd. Nie, dosyć że przez mały rozmiar miała problemy z walką, to jeszcze najwyraźniej nie była najlepsza w polowaniu. Czuła się wręcz zasmucona, że jej mentorka, Przepiórcza Wichura skrytykowała ją dziś za pójście z wiatrem podczas polowania. Jak mogła zapomnieć, by tego nie robić? Czy teraz Przepiórczy Wicher uzna ją za zbędną mróweczkę, którą była? Te pytania krążyły niczym ptaki szybujące po niebie po głowie Lilakowej Łapy. Była wpatrzona w zimną kamienną podłogę jaskini, w której znajdował się obóz jej klanu. Była skupiona na tym tak mocno, że nie zauważyła, pewnego młodego białoszarego kocura biegnącego w jej stronę. Zostałoby i tak na dłużej, gdyby nie to, że zwrócił jej uwagę słowami, które powiedział:
— Ej, ty kupo futra! — krzyknął do uczennicy kocurek, lekko dysząc przy okazji. — Schowaj mnie!
Mówiąc to, wskoczył za nią. Nie schował się zbytnio przez fakt tego, że byli podobnych rozmiarów. Kotka już chciała zaprotestować zarówno z faktu, że nie chciała tak po prostu kogoś ukryć, jak i z tego, że nie życzyła sobie być nazywaną kupą futra. Szybko zorientowała, się kim był jednak kociak. Syn samego Lśniącej Gwiazdy... Gdy zrealizowała to sobie poczuła się głupio, myśląc o samym odmawianiu jemu. W końcu był kimś ważnym, kimś do kogo powinna być zwłaszcza lojalna. Słyszała kiedyś, że Klan Nocy miał tych całych książąt i księżniczki. Nie rozumiała czemu Klan Klifu tego nie miał. W końcu synowie przywódcy na pewno będą kimś wielkim, słyszała, że obecny przywódca był synem poprzedniego (chyba adoptowanym, ale nie robiło jej to wielkiej różnicy, skoro przygarnął go sam przywódca, to najwidoczniej od małego musiało widać, że będzie kimś wybitnym). Pewnie jeden z synów Lśniącej Gwiazdy też nim zostanie. Zresztą czy to ważne? Czy Migot był nieco takim nieoficjalnym Księciem Klanu Klifu? Czy Klan Klifu powinien mieć książąt i księżniczki? Czy Migot był dobrym materiałem na przyjaciela oraz, czy chciałby się z nią zadawać? Te pytania zaczęły chodzić po głowie liliowej kotki. W końcu jednak postanowiła mu odpowiedzieć:
— Tak! — rzekła półszeptem, dodając potem. — Nie wiem, przed czym uciekasz, ale w legowisku uczniów powinno być bezpiecznie! Chodź ze mną, Migocie! Byle szybko!
Zaczęła iść, a kocurek za nią. Lilakowa Łapa przypominała sobie, że powinna podziękować Klanowi Gwiazdy, że większość kotów była poza obozem na patrolach więc nikt ich nie zaczepił oraz nie spytał, co robili. Zrobiła to szybko mimo swojego braku wiary. Chciała być lojalna i pomóc synowi przywódcy, i coś czuła, że trudno byłoby jej wymyślić coś w razie potencjalnych kłopotów. Przede wszystkim, jeśli by w nie wpadli, chyba musiałaby wziąć winę na siebie, czyż nie? Nie mogła wpakować w kłopoty syna przywódcy. W każdym razie szli dosyć szybkim krokiem, a jako że obóz nie był specjalnie duży, szybko znaleźli się w tunelu, który prowadził do legowiska uczniów. W ciągu ledwo paru bić serca znaleźli się w jaskini, w której spali uczniowie.
— Jesteśmy! Chodź, położysz się gdzieś w kącie i będziemy udawać, że cię nie ma — zaproponowała.
— Nie wsypiesz mnie, prawda? — spytał kocurek.
— Tak! A mogę cię o coś zapytać, Migocie? — spytała w nagłym przypływie odwagi. — Myślisz, że chciałbyś się ze mną jeszcze kiedyś pozadawać? Tak wiesz, jak już wyjdziesz z kryjówki.

<Migoooooot? Patrz, kupa futra chcę być twoją znajomą>
[553 słów]

Od Mandarynkowej Gwiazdy CD. Trzcinowego Szmeru

Była lekko zszokowana. Może powinna się spodziewać tego, skoro para zdecydowała się na kociaki. Z drugiej strony nie wszyscy rodzice brali ślub. Chociażby tacy Wężynowy Kieł i Błękitna Laguna (Klanie Gwiazdy dzięki!). Żmijowcowa Wić i Trzcinowy Szmer patrzyli na nią z wyczekiwaniem.
— W porządku — skinęła głową. Nie miała powodu, żeby się nie zgodzić. Oba koty darzyła wielkim zaufaniem i cieszyła się z ich szczęścia. Skoro chcieli ślubu, to ślub będą mieć!

***

Ślub

Czuła się bardzo niekomfortowo na świetlikowej wyspie. Przyczyną była obecność zarówno Czyhającej Mureny i Wężynowego Kła, jak i Błękitnej Laguny. Mimo tego starała się przeprowadzić ceremonię normalnie.
— Poproszę wszystkich o zajęcie miejsc. Niechaj ceremonia się zacznie!
Zgromadzeni ucichli. Łabądek zaczęła iść w jej stronę, rozrzucając kolorowe listki po drodze, po czym młoda koteczka usiadła gdzieś z boku. Chwilę później para młoda również do niej podeszła i zajęła swoje miejsce przed ołtarzem.
— Zebraliśmy się tu dzisiaj, żeby uczcić miłość Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici oraz przypieczętować ją oficjalną więzią! — ogłosiła, po czym popatrzyła przez chwilę na oboje państwa młodych, moment później przekierowując wzrok na zgromadzonych. Czuła się teraz bardzo niezręcznie. Już od jakiegoś czasu chciała dodać do formułki zaślubin możliwość sprzeciwu. Głównie dlatego, że żałowała, iż sama nie sprzeciwiła się ślubowi Sterletowej Łuski i Pluskającego Potoku. Może gdyby tak się stało, jej syn i wnuczka nadal by żyli. Westchnęła głęboko.
— Jeśli ktokolwiek chce wyrazić sprzeciw, niech zrobi to teraz.
Złapała pytające spojrzenia byłej uczennicy i jej partnera. Wtedy z tłumu rozległ się głos.
— Trzcinowy Szmerze, ja… Nie mogę na to pozwolić. Wydarłaś ze mnie moje serce, wybierając Żmijowca zamiast mnie. Dzieliłyśmy ze sobą tak wiele chwil, byłam przy tobie, gdy było ci ciężko. Proszę, ja… — Niezapominajkowa Nadzieja urwała. Wszyscy patrzyli na nią teraz. Ze złością, obrzydzeniem, irytacją. Teraz wojowniczka delikatnie skuliła się, widząc reakcje klanowiczów. Przywódczyni popatrzyła na adresatkę tej wypowiedzi. Szylkretka była widocznie wściekła. Srebrna nachyliła się do pary młodej.
— Chcecie ją wyrzucić? — szepnęła. Żmijowcowa Wić odchrząknął i skakał wzrokiem między Trzcinowym Szmerem a liderką.
— Cóż... Jest to skomplikowana sytuacja i może "wyrzucenie" nie byłoby zbyt... taktowne, ale możemy ją... wyprosić? — zaproponował, ale prędko dodał jeszcze, starając się jak najbardziej, aby jego słowa nie brzmiały jak jakiś swoisty atak. — Chociaż myślę, że najlepiej będzie, jeśli to Trzcinowy Szmer zadecyduję, ja nie jestem w żaden sposób związany z Niezapominajkową Nadzieją…
Brązowooka skinęła tylko głową. Księżniczka machnęła ogonem, by przywołać do siebie Błękitną Lagunę. Po kilku szepniętych słowach już patrzyła, jak Niezapominajka zostaje wyprowadzona z wyspy.

***

Następnego dnia poszła do Trzcinowego Szmeru, chcąc sprawdzić, jakie miała samopoczucie. Stanęła w drzwiach żłobka i zajrzała do środka. Pierwsze co zobaczyła to dwójka kociaków, która przed chwilą się kłóciła, a teraz wpatrywała się w nią błyszczącymi oczami. Uśmiechnęła się do nich lekko, po czym zwróciła się do ich matki.
— Trzcinowy Szmerze, mogę cię prosić?
Szylkretka wstała ze swojego posłania i wyszła ze żłobka. Tym razem nie poszły do jej legowiska. Nie miała to być rozmowa formalna.
— Wszystko dobrze? Mam nadzieję, że wczorajszy wieczór udał się pomimo… incydentu…

<Trzcino?>

Od Łabądka CD. Nura

– Braciszku czemu krzyczysz? Przecież nic nie robię! – zaczęła się bronić. Widziała jednak, że Złocisty Widlik już na nich patrzył i za chwilę mama pewnie też się wtrąci w tą sytuację. Przewróciła oczami i odłożyła przedmiot na ziemię. – Trzymaj swój durny kamyk – prychnęła i odeszła od brata. Kiedyś odnajdzie sposób, by położyć łapy na otoczaku.

***

Dzień po ślubie

Kiedy prosiła rodziców o drobiazg z ich prezentów ślubnych, miała nadzieję na coś fajnego, ale nie spodziewała się, że dostanie ich aż tyle! Niebieski kamyk w kształcie głowy kota (pewnie miała być to ona, ale po prostu trudno było uchwycić jej blask), trochę zielonych kamyczków i najlepsze… wianek od pana Rogatego Flaminga! O ile reszta prezentów była co chwilę układana w różne formacje, tak żeby wszystko wyglądało, jak najlepiej, to wianka aż bała się ruszyć. To był jej największy skarb. Był tak cenny, że odezwała się do czekoladowych kotek przebywających w żłobku, by poinformować je o tym, że nie mogą na niego patrzeć. Oczywiście zawsze mogła dostać jeszcze więcej. W końcu zawsze prezenty Nura mogłyby należeć do niej. Chociaż… jej i tak przypadły lepsze. Brat dostał kilka bursztynów (podobno istniała ich cała wyspa, więc nie mogły być tak rzadkie), pomarańczowy kamyk w kształcie zachodu słońca (nawet ładny, ale nie tak wspaniały, jak jej zdobycze) i ozdoby za ucho zrobione z muszli (tego zupełnie nie rozumiała, brat nigdy nie lubił świecidełek, więc czemu ona nie mogła dostać tej biżuterii?). O ile o, chociażby potrzymaniu większości ze skarbów brata nie było szans, postanowiła spróbować namówić go, aby dał jej przymierzyć te ostatnie.
– Cześć, braciszku! Co dostałeś? – zapytała. Tak naprawdę doskonale wiedziała, bo przez pół dnia wlepiała w niego wzrok w celu zdobycia tej informacji. Nur od razu zakrył wszystko łapkami.
– Nie pokażę ci, bo mi zabierzesz!
Zakryła łapką pyszczek w udawanym zaskoczeniu.
– Jak możesz, tak mnie oskarżać?! Chyba powiem o tym mamie i tacie – oznajmiła, odwracając od niego głowę. – No, chyba że… – uśmiechnęła się. – Dasz mi przymierzyć tamtą dekorację. A potem jak będziesz miły, może powiem ci coś, czego dowiedziałam się od pana Rogatego Flaminga… – odwróciła się do brata, nadal szczerząc się jak lis. – To jak będzie?

<Nurze?>

Od Puchacza CD. Figi

Według niego matka była zdecydowanie zbyt entuzjastyczna. A może to przykrywka? Może tak naprawdę wiedziała, że już nic z niego nie będzie, ale nie chciała mu robić przykrości? Jeżeli tak, to jej to nie wychodziło. Wzruszył ramionami i westchnął.
– Może być.
Figa przymrużyła oczy i popatrzyła na niego przez chwilę, po czym strzepnęła ogonem.
– W takim razie chodźmy! – zarządziła i oboje wymaszerowali z obozu. Praktycznie od razu zatrzymali się przy jakimś drzewie.
– Blisko naszego obozu nie ma lisich tropów, więc musimy pójść gdzieś indziej. Wejdź na drzewo – poleciła zastępczyni. Puchacz niepewnie podszedł do wiązu.
– Niedawno padało… jest śliskie…
– No to co? Deszcz nie odwołuje patroli. Wskakuj!
Uczeń położył po sobie uszy ze wstydu. Jaki miał być z niego zwiadowca, skoro nawet na zwykłe drzewo nie umiał wejść? I to tylko dlatego, że trochę popadało. Mama musiała się z nim męczyć. Spróbował jednak wdrapać się na drzewo. Wczepił jedną łapę, drugą, trzecią. Podciągnął się do góry i… ześlizgnął się na sam dół. Totalna porażka.
– Kiedy wspinasz się po śliskim pniu, jest to szczególnie ważne, żeby podciągać się wszystkimi łapami. I ani na chwilę nie luzuj chwytu!
Napiął mięśnie i ruszył jeszcze raz. Wściekłość na samego siebie napędzała go. W końcu wszedł na jedną z gałęzi i usiadł tam. Chwilę później Figa była już obok niego. Zielonooka uśmiechnęła się.
– No widzisz! Udało ci się! Nie było takie trudne co?
Ale Puchacz nie był z siebie dumny. Był wściekły. Znowu pokazał, jaki jest bezużyteczny. Ani przez chwilę nie wierzył w to, że matka może widzieć w nim postęp, bo w jego mniemaniu takowego nie było. Do tego takie komentarze jak ten jeszcze dolewały oliwy do ognia. Rozmawiała z nim jak z kociakiem! A w międzyczasie Wrona była już pełnoprawną zwiadowczynią.
– No dobra, chodź. Tylko uważaj, żeby nie spaść – Figa zarządziła koniec przerwy i ruszyła do przodu. On oczywiście szedł za nią. Przemykali koronami drzew, co chwila, schylając się, żeby nie dostać mniejszymi gałązkami w oko. Może i wyglądałoby to super Porą Zielonych Liści. Wtedy byliby dobrze zasłonięci liśćmi. Teraz byli widoczni jak na dłoni. Puchaczowi bardzo się ta myśl nie podobała. W końcu zastępczyni zatrzymała się. Chociaż powinna go wcześniej uprzedzić, bo musiał z całej siły wbić pazury w konar, żeby nie spaść. Zachwiał się lekko i po odzyskaniu równowagi spojrzał tam, gdzie kotka wskazywała ogonem. Jakieś ślady tuż pod drzewem, na którym stali. Srebrna zawęszyła, żeby upewnić się, że otoczenie jest bezpieczne, po czym zeszli na ziemię. Tam zobaczył ślad. Był trochę mniejszy od kociej łapy i miał dziwne ułożenie palców. Do tego widać było odciśnięte w ziemi pazury.
– Powąchaj. Zapach jest zwietrzały.
Wziął głęboki oddech i od razu tego pożałował. Woń była ostra i ziemista. Skoro ten zapach był zwietrzały, to jakim cudem koty mogą nie wyczuć lisa szykującego się do ataku?! Szybko cofnął się od śladu. Matka zamruczała z rozbawieniem.
– Widzę, że ci się nie podoba – zauważyła. – Dobrze, to tyle na dzisiaj. Wracajmy do obozu. Może po drodze jeszcze coś upolujesz. Z Powrotem weszli na drzewo (tym razem bez problemów) i skierowali się do obozu.

<Figo?>
[ 505 słów + wspinaczka na drzewa]

[10% + 5%]

Od Modrogończyka

Modrogończyk obserwował, jak Jaśminowiec przeżuwa fragment ciemnoszarej kory. Na efekty ozdrowienia nie trzeba było zbyt długo czekać. Zmarszczony pysk wojowniczki nieco się rozluźnił z upływem czasu, który spędziła na przeżywaniu kory olchy czarnej. Brązowy kocurek z zaciekawieniem przyglądał się pacjentce, starając się zrozumieć, jakim cudem fragment drzewa był w stanie złagodzić ból zębów. Do tej pory sądził, że tylko zioła potrafią przynieść ulgę, łagodząc doskwieranie bóli.
– Weź jeszcze to – zamruczała Purchawka, podchodząc do wojowniczki z pękiem ziółek łagodzących ból. Delikatnie musnęła grzbiet pacjentki końcówką swego ogona. Zdając sobie sprawę, że Gończyk przyglądał się jej, i Jaśminowiec z szeroko otwartym pyskiem zwróciła się do syna: – Zamknij buzię, bo ci mucha wleci.
Modrogończyk posłusznie zamknął mordkę, w obawie, że jakaś przebrzydła mucha lub inne żyjątko naprawdę wleci mu do pyszczka.
– Co to za roślina? – spytał zaciekawiony, wskazując na pędy z miękkimi liśćmi o poszarpanych brzegach.
– Malina kamionka. Zjedzenie liści łagodzi bóle. Pomaga również zatrzymać krwawienia podczas porodu – mówiąc to, przeniosła spojrzenie na Jeżynę, która została przeprowadzona do lecznicy przez swojego Hiacynta. Partnerka Pana Czereśni nie wyglądała najlepiej. Wyglądała tak, jakby zaraz miała zwrócić śniadanie. Może już zwróciła i teraz miała zwrócić obiad. – Hm. Zatrucie pokarmowe… – zamruczał pod nosem Purchawka, po czym przeniosła spojrzenie na Modrogończyka. – Gończyku. Przynieś mi liście wierzby białej oraz krwawnika pospolitego. Wiesz, gdzie je znaleźć.
W oczach kocurka pojawiły się iskierki. Mama pozwoliła mu pomóc w leczeniu kota. Nie miał tylko obserwować, ale przynieść lekarstwo. W podskokach znalazł się przy składziku, z którego po dłuższej chwili zawahania wyciągnął gorzką w smaku roślinę o zielonych, pierzastych liściach i pikantnym zapachu oraz piłkowane liście wierzby. Rośliny zaniósł matce na liściach bluszczu, po czym usadowił się z boku i z uwagą przyglądał się temu, jak przebiega leczenie zatrucia pokarmowego.

[trening szamana 287 słów + wyleczenie postaci NPC]

[6% + 5%]

Wyleczeni: Jaśminowiec, Jeżyna

Od Fląderki CD. Trzcinowego Szmeru

Fląderka przez dłuższą chwilę tkwiła nieruchomo tuż obok Trzcinowego Szmeru, starając się przetworzyć zasłyszane informacje. Jej brat nie zasługiwał na nauczanie, za to w niej samej pierwsza mentorka rudego kocura dostrzegła potencjał na ucznia wojownika. Być może powinna się ucieszyć, ale się zlękła się tego gorzkiego komplementu. Przypomniała jej się rozmowa z Morszczynowym Wąsem, którą przeprowadziła kilka dni temu. Bury kocur podobnie jak królowa wyrażał się w negatywny sposób o Rezedowej Łapie. Najprawdopodobniej pozostałe koty również szeptały niemiłe uwagi na temat jej rudego braciszka w związku z brakiem postępów treningu, którego końca nie było widać.
– D-dobrze, Trzcinowy Szmerze... Ż-życzę Pani i Pani kociętom spokojnej nocy.
Fląderka jako pierwsza zniknęła w kociarni. Po cichu wśliznęła się na posłanie i zwinęła się w ciasny kłębek. Mimo, że zamknęła oczy, nie potrafiła zasnąć po rozmowie z Trzcinowym Szmerem. Zamiast pójść spać, miała ochotę zajrzeć do legowiska uczniów i przytulić się do brata, wtulając mordkę w jego ogniste futerko. Może jutrzejszego dnia spróbuję z nim porozmawiać i jakoś na niego wpłynąć? Podzieli się z nim swoimi obawami, jak i przestrzeże, aby nie nadużywał cierpliwości i dobrego humoru Mandarynkowej Gwiazdy.


~ ~ ~

Fląderka z daleka przyglądała się Trzcinowemu Szmerowi oraz jej kociakom, Łabądkowi oraz Nurowi. Kocięta były malutkie, niewiele większe od piszczek w postaci gryzoni, które przynosili wojownicy dla innych pobratymców nie przepadającymi za rybami, a ich malutkie oczka wciąż pozostały zamknięte. Przez większość dnia po prostu spały wtulone w siebie, jak i matczyny bok lub po prostu piły mleko. Odrzutek wahał się czy powinna zbliżyć się do królowej; obawiał się czy Żmijowcowa Wić nie będzie miał nic przeciwko kontakom czekoladowej szylkretki z jego karmiącą partnerką i ich młodymi.
Koteczka niepewnie podniosła się ze swojego posłania, decydując się zaryzykować, jednakże jak szybko stanęła na czterech łapach, tam równie szybko zlała się ponownie ze swoim posłaniem, gdy do kociarni zajrzała Mandarynkowa Gwiazda. Wizyta liderki początkowo zaskoczyła Fląderkę, jednak to było zrozumiałe, że lider chciał poznać nowych członków klanu. Może również wolała się osobiście upewnić, czy para burych kotów nie doczekała się potomka o brązowej barwie futra?
Wykorzystując sytuację, Fląderka opuściła kociarnię i swoje kroki skierowała w kierunku Wymarzonej Słodyczy dzielącej języki z Mysiomózgą Łapą. Zaproponowała kotce pomoc podczas polowania, z którego zamierzała przynieść jedną z ryb specjalnie dla młodej matki. Szylkretka przystała na to, po czym wspólnie wraz z dwiema siostrami Fląderka udała się w teren.

~ ~ ~

Fląderka ponownie zawitała do kociarni, tym razem trzymając w pysku prezent dla Trzcinowego Szmeru, który został złowiony przez spokrewnioną z nią kotkę. Wymarzona Słodycz zrezygnowała ze wspólnego udania się w odwiedziny, dlatego odrzutek sam powoli zbliżył się do legowiska, na którym drzemała córka Baśniowej Stokrotki. Sen Trzciny musiał być płytki, ponieważ, momentalnie otworzyła oczy, gdy zdała sobie sprawę z dodatkowej obecności w kociarni.
– Przepraszam, że przeszkadzam Pani Trzcinowy Szmerze... Przyniosłam dla Pani i Pani kociąt posiłek. Wymarzona Słodycz złowiła ją chwilę temu. Złocisty Widlik powiedział, że ta ryba jest najbardziej odpowiednia dla karmiących królowych. M-mam nadzieję, że będzie smakować. Nigdy jej nie jadłam, więc nie wiem, czy jest dobra… i niestety nie pamiętam, jak ona się nazywa. – Położyła po sobie jedno jedyne uszko, jakie posiadała. Będzie musiała ponownie zapytać się Złocistego Widlika o rodzaj ryby, jaki został zaprezentowany królowej.


<Trzcino?>

Od Tańcującego Pierza

Podczas Pory Zielonych Liści, kilka dni po śmierci Aminkowej Łapy.

Rudy kocur stanął przed kronikarzem.
— Grota Pamięci to naprawdę piękne i spokojne miejsce… też bym tu się ukrył przed światem. Na zawsze.
Słowa rozbrzmiały po piwnicy. Echo kroków. Tańcujące Pierze przysiadł się do Lotosowego Pąku. Podsunął mu łapą soczystego zająca. Zanim Lotos mógł zareagować, Pierze zaczął ciepło:
— … Ja przepraszam za mój wybryk, naprawdę — miauknął; w jego głosie można było wyczuć smutek i wyraźne wyrzuty sumienia. — Nie wiem czy Mszyca ci mówiła, ale… cóż, Aminkowa Łapa umarł. Trochę mnie poniosło i omal, co nie rozniosłem lecznicy, he, he… no, ale mniejsza — machnął łapą i wskazał na zwierzynę — Częstuj się. Będę musiał jeszcze przeprosić twoją siostrę… oby gniew Klan Gwiazdy mnie nie dosięgnął… — spojrzał na kronikarza. Zmrużył lisie ślepia, szczerząc kły. — I spokojnie, nie jest zatrute. Ja to nie Gadożer — zaśmiał się. Niepotrzebnie przejmował się tym białym szczurem, który tylko imitował boskie stworzenia takie jak Lotos.
Albinos chwilę się zastanawiał nad propozycją, po czym pokręcił głową.
— Później.
Tańcujące Pierze wzruszył szerokimi barami.
— No, jak chcesz — rzekł i wstał. — Ale polecam zjeść go jeszcze dzisiaj. Może też zanieś go siostrze lub… Wędrującemu Niebu.
“No chyba, że planowaliście grupową głodówkę!” — pomyślał.
Ponownie usiadł na zadku, nie wiedząc, co dalej począć. Wtedy wpadł na zaskakujący pomysł. Szmaragdowe oko zaświeciło.
— Lotosowy Pąku… — zaczął ciszej. — Co myślisz o tym naszym przywódcy? Królicza Gwiazda ostatnimi czasy nie czuje się za dobrze. Nie wychodzi ze swojej wieży. Nie jada z nami. Echo odwala za niego całą robotę! Czy Króliczą Gwiazdę można jeszcze nazywać naszym przywódcom, Lotosowy Pąku? — mówił przejęcie ze zmartwionym głosem. — To jego syn powinien już dawno zająć jego miejsce…
Jeszcze raz obrzucił spojrzeniem przyniesionego zająca, a później siedzącego obok wojownika.
— Najpierw przeprosiny za coś, przy czym mnie nawet nie było, a teraz przesłuchanie? — Uniósł brew. — Nie przyszło ci jeszcze do głowy aby, po twoich ostatnich wybrykach, przestać wtykać nosa w nie swoje sprawy?
Odwrócił pysk od Pierza, wbijając wzrok w ścianę jaskini. Milczał przez parę uderzeń serca.
— Królicza Gwiazda ma już swoje księżyce na karku — miauknął w końcu. W jego ślepiach błysnęła iskierka, jak za każdym razem, gdy chwalił się swoim bystrym tokiem myślenia przed innymi. — Każdy wie, że po śmierci swojej partnerki i drugiego syna, Kruczego Tańca, zaczął... Tracić chęci do działania. Jednak, czy można mu się dziwić, że nadal piastuje pozycję przywódcy? Kto ze swojej własnej, dobrej woli zdecydowałby się na emeryturę, rezygnując z takich przywilejów? Czy to w ogóle byłoby możliwe? Zawodzące Echo nie może zyskać żyć od Klanu Gwiazdy, ani imienia lidera, dopóki jego ojciec nie odejdzie. Pełniłby dokładnie tę samą rolę, co teraz.
Tańcujące Pierze milczał. Czyżby Lotos go nie słuchał? Musiał się powtórzyć najwidoczniej.
— Wybacz, wyraźnie za szybko mówię... jak zwykle. Aminkowa Łapa to był mój brat. Strata kolejnego członka rodziny była dla mnie bardzo... nieprzyjemna. I nie dokończył treningu, gdy mi obiecał, że to on pierwszy zostanie wojownikiem... — skrzywił się, przypominając sobie o wujku, ojcu i matce. Czy rzeczywiście za nimi tęsknił? Nic do jego życia nie wnosili. Wychowali i odstawili pisklęta pod opiekę klanu, lecz czasem żałował, że był zbyt głupi i postanowił zostać w tym klanie. — ... Czy ty też straciłeś kogoś bliskiego, Lotosowy Pąku? — zapytał ciszej.
Po chwili spojrzał w ten sam kierunek, co Lotos. Słuchał go, przyglądając się malunkom na ścianie.
— Nie chcę cię przesłuchiwać — miauknął i westchnął ciężko. Zgarbił się i utkwił wzrok w ziemi. — Po prostu... klan zaczyna się podzielać. Szkoda, że za dnia nie możesz wychodzić — zamknął oczy, próbując sobie przypomnieć ostatnie dni. — ...Kocie szepty w legowisku wojowników narastają na sile. Widzę te krzywe spojrzenia pobratymców na wieżę, widzę ich niezadowolenie. Na pierwszy rzut oka nie zobaczysz, ale w obozie zaczęły się robić grupki — obrócił głowę w kierunku kronikarza. Wyglądał na zmartwionego obecnym stanem klanu. — Przeraża mnie to. Ten klan zaczyna się stawać czymś rodzaju grup samotniczych w świecie dwunożnych. Marnieje. Nienawiść i niepewność, co do przyszłości Klanu Burzy zakorzeniły się głęboko w naszych sercach. Zdaje się, że koty obwiniają o to samego Króliczą Gwiazdę... — posmutniał na pysku i uciekł wzrokiem. — Jesteśmy podzieleni, a powinniśmy ze sobą współpracować. To takie przykre... — westchnął. Odwrócił głowę w bok. Lotos mógł tylko zobaczyć jego długą, iglastą grzywkę na połowę twarzy.
— Ktoś, kto ma dobrą reputację w klanie powinien się tym zająć. Jedni myślą, że pozbycie się Króliczej Gwiazdy przyniesie nam zwycięstwo i świetlaną przyszłość. Drudzy chcą się trzymać tradycji i szanować decyzje gwiezdnych.
Lotosowy Pąk zmrużył ślipia.
— Mam nadzieję, że stoisz po stronie tych drugich — miauknął, po czym westchnął i podniósł się z ziemi. Spojrzał na Pierze. — Nie jestem pewien, co masz na myśli przez "zajęcie się tym"... I chyba nie chcę wiedzieć. Nie popieram wszystkich działań, a raczej — tu skrzywił się — ich braku, Króliczej Gwiazdy, ale myślę, że niewiele czasu brakuje, aby Srebrna Skóra przyjęła go z otwartymi ramionami w sposób naturalny — uniósł brew, akcentując to słowo. — Nie znałem wielu kotów, które dożyły tego wieku.
Pochylił się, złapał podarowanego zająca za kark i nieco podejrzliwie zerknął z ukosa na wojownika.
— Koniec pogaduszek — miauknął z pełnym pyskiem, po czym machnięciem ogona wskazał Pierzu wyjście z Groty Pamięci. — Niektórzy w tym klanie rzeczywiście robią coś pożytecznego. A ty... Nie daj się przygnieść śmierci Aminkowej Łapy. W Klanie Gwiazdy na pewno patrzą na niego jak na pełnoprawnego wojownika.

***

Na szarawym, pozbawionym kolorów nieboskłonie rozpostarły się dwa potężne ptaszyska, bystrym okiem obdarzając wszystko pod nimi z wyraźną pogardą. W wysokich, wyschniętych trawach chowały się bezbronne, futrzaste kulki. Skryły się przed śmiercionośnymi szponami w tej gęstwinie, znajdując chwilową ulgę. To fałszywe poczucie bezpieczeństwa spowodowało, że jedno stworzenie z futrzastych kulek nie mądrze postąpiło, pokazując ciekawską głowę drapieżnikom. Nie minęła chwila, nawet nie uderzenie serca, zanim króliczka porwały ku wschodzącemu słońcu szpony króla niebios. Pobratymcy poległego wytrzeszczyli oczy. Niespodziewany szelest naprzeciw nich spłoszył futrzaste kulki. Uciekły w popłochu, chcąc się ratować.
— Ha! — rozległ się w trawie koci głos. — Wiedziałem, że tak się to skończy!
— … Spłoszyłeś naszą cenną zdobycz… — wymamrotał ciszej drugi głos.
— A, tam! — przerwał mu pierwszy. — Mamy na razie tych szczurów pod dostatkiem. Nie potrzeba nam aż tylu!
— Czy nie możemy już wrócić do domu, Pierze? Zaraz będzie lać… słyszałeś jak grzmi!
— Weź ty przestań w końcu jęczeć! — syknął.
Nagle odezwał się trzeci głos, najpewniej należący do kocicy:
— W takim razie po co nas tu sprowadziłeś, co? Przecież mieliśmy…
Kotka przerwała, gdy nagle przed nimi rozległ się grzmot podobny do warczenia potworów. Jeden z kotów najpierw wyściubił biały nos z wysokiej trawy, po czym wyszedł z ukrycia. Umięśniony, długonogi kocur o biało płomiennej sierści jako pierwszy stanął przed pomarańczowymi tańczącymi językami na wietrze. Zerknął przez ramię na ukryte koty. Zawołał ich jednym ruchem głowy. Po jego prawej pojawił się czekoladowy burmski, a po lewej — wielka, puszysta srebrzysto szylkretowa kocica. Wszyscy wbili zszokowane zielone ślepia w dziwne zjawisko, którego jeszcze nikt z ich trójki nie miał szansy spotkać.
Ogień z łatwością rozprzestrzeniał się po suchej trawie, a wspomagany przez wiatr przenosił się w zastraszającym tempie. Bąbelkowy Plusk cofnął się do wysokiej, zardzewiałej trawy. Kocica zmarszczyła brwi. Natomiast rudy burmski patrzył niby zahipnotyzowany płomiennymi językami. Powoli wyciągnął łapę ku nim. Cofnął prędko kończynę, gdy poczuł na opuszkach pieczenie i ciepło. Wytrzeszczył oczy. Na pysku rudego kocura zaczął formować się niepokojąco szeroki uśmiech. Zmrużył lisie, szmaragdowe oczy, w których wyraźnie odbijały się tańczące, wirujące na wietrze ogniste jęzory.
— Ogień… — szepnął drżącym, podekscytowanym głosem. — No tak! Ogień! To jest ogień! — miauknął, zerkając przez ramię na kotkę. — Ogień niszczy wszystko, co niegodne tego świata. Oczyszcza skażone ziemie. Dzięki niemu powstanie nowy, upragniony porządek! — mówił dramatycznie. — Te króliki może i tego nie zrozumieją, ale my, zające, jesteśmy w stanie pojąć takie głębokie słowa. Wiemy, że to prawda.
Wtedy jeszcze raz spojrzał na płomienne skrzydła rozpościerające się na suchej trawie.
— Szkoda, że Aminkowa Łapa nie może tego zobaczyć… — wymamrotał.
Obrócił się przodem do swoich towarzyszy, ale zauważył, że czekoladowego wojownika z nimi nie było. Zmarszczył brwi.
Bąbelkowy Plusk uciekł, ale dokąd?



Od Cienistej Zjawy CD. Cętkowanej Łapy (Cętkowanego Tęgosza)

Cienista Zjawa nie potrafił zrozumieć, dlaczego Cętkowany Tęgosz podchodził do niego jak pies do jeża. Mimo propozycji rozmowy, przez dłuższy czas między dwójką kotów trwała cisza, która została przerwana przez dość niespodziewane pytania młodszego kocura. Cienista Zjawa był przecież jego ojcem, a nawet jakby nim nie był, nie miał zamiaru kłamać w odpowiedzi. No chyba, że sytuacja tego by wymagała. Na szczęście nie wymagała.
– Ukończyłeś swój trening, licząc zaledwie jedenaście księżyców. Czcisz Mroczną Puszczę podobnie jak ja, twoje ciotki, babka i wielu innych przodków. Lada dzień wstąpisz w szeregi kultystów i będziesz mógł jeszcze bardziej przysłużyć się klanowi. Nie bratasz się z kotami z Klanu Klifu, czy z Klanu Burzy. Nie pochylasz głowy przed naszymi sojusznikami, tylko znasz swoją wartość, swoją i swoich bliskich, których stawiasz na pierwszym miejscu. Jak myślisz, Cętkowany Tęgoszu? Jesteś moją dumą czy powodem rozczarowania? – Zauważył, że rudy kocur wydawał się być nieco zawstydzony na dźwięk jego słów. Najwyraźniej oczekiwał, że bury udzieli mu krótkich odpowiedzi. – Skłamałbym, mówiąc, że nie pękam z dumy, widząc, jak daleko udało ci się zajść w tak krótkim czasie. Dopiero miałeś mleko pod nosem, byłeś wielkości mojej łapy, kiedy przyniosłem cię do obozu, a teraz stoisz tu przede mną nie jako uczeń, lecz dumny wojownik. Silny wojownik, który pewnego dnia, być może nie w tak dalekiej przyszłości, będzie przewodził spuścizną pozostawioną po zmarłych przodkach.
Czyżby tego właśnie potrzebował Cętkowany Tęgosz? Jawnej aprobaty ojca? Czyżby to zwątpienie w siebie, jak i wszelakie obawy były wynikiem tego, że Cienista Zjawa nie poświęcał swemu synowi wystarczająco czasu? Robił to w końcu dla jego własnego dobra. To dzięki temu kocur nauczył się szybko samodzielności i jego trening pod okiem Tropiącej Łaski przebiegł bezproblemowo.

<Synu? Proszę nie zadawać głupich pytań!>

Od Cienistej Zjawy CD. Kryształowej Łapy (Ośnieżonego Kryształu)

Przeszłość

Relacja Cienistej Zjawy i Gwiazdnicowego Blasku nie zmierzała w kierunku, w którym kocur by sobie tego życzył. Winą obarczał Klan Gwiazdy, w który kocica musiała wierzyć za sprawą swojej przybranej matki, Brukselkowej Zadry. Liliowa ze wzajemnością nie darzyła sympatią Cienistej Zjawy i stała na ich drodze do szczęścia. Bury kocur miał nadzieję, że przy pomocy Kryształowej Łapy zdoła mu się w jakiś sposób polepszyć relację z szylkretową kocicą, jak i że do tego czasu nim uda mu się zdobyć serce Gwiazdnicowego Blasku, liliową staruchę szlag trafi i kocica dokona żywota.

~ ~ ~

Zazwyczaj mentorzy czuli dumę, gdy ich podopieczny wychodził zwycięsko z potyczki. W przypadku Cienistej Zjawy było nieco inaczej. Duma z terminatorki była wymieszana ze skonfundowaniem i poczuciem urażonej samczej dumy.
Nie przypuszczał, że zostanie wytypowany na przeciwnika Kryształowej Łapy. Był pewien, że matka wytypuje jakiegoś ucznia lub młodego wojownika w zbliżonym wieku do Kryształowej Łapy, aby szansy termiantorki Cienistej Zjawy były wyrównane. Dlaczego więc to on miał być tym, z którym stoczy pojedynek?
Starał się pozbyć się natrętnej myśli, która wżarła się w jego umysł z chwilą, w której jego imię padło z pyska Zalotnej Gwiazdy.
Wiedział, że jeśli pokiereszuje Kryształową Łapę, jego możliwy związek z Gwiazdnicą będzie jedynie wspomnieniem. Nie miał jednak zamiaru dawać fory swej uczennicy. Musiała uczciwie zwyciężyć w starciu. W starciu, które powie o to, czy jest dobrym mentorem, jak i jego własnej sile i oddaniu Mrocznej Puszczy.
Tylko co jeśli Kryształowa Łapa przegra?
Wiedział, że kocica przy większym fizycznym wysiłku dostawała napadu kaszlu, gdyż kilkukrotnie miało to miejsce i parę razy odprowadził ją do medyków po przedwcześnie zakończonym treningu. W pewnym sensie jego sprawna podopieczna, okazała się być wybrakowaną jednostką, co nie koniecznie współgrało mu z dostąpieniem zaszczytu jakim było zyskanie wojowniczego miana w Klanie Wilka, jednak dzięki swojej zwinności niebiesko-biała nadrabiała swoje braki oraz słabości. Dlatego też polecił ją matce.
A co jeśli to on przegra?
Na to pytanie odpowiedź nadeszła, szybciej niż przypuszczał. Kryształowa Łapa, czy właściwie Ośnieżony Kryształ, tuż po tym, jak udało się jej pokonać burego w walce i Zalotna Gwiazda nadała jej wojownicze miano, ponownie zbliżyła się do swojego mentora.
— Cienista Zjawo… czy z twoją łapą wszystko w porządku? — zapytała, gdy okrzyki zdążyły ucichnąć.
– Kryszta... Ośnieżony Krysztale. Z moją łapą jest wszystko w jak najlepszym porządku – fuknął, kładąc łapę na podłożu dla potwierdzenia swoich słów. Gdy jednak jego opuszki dotknęły ziemi, na jego pysku pojawił się grymas, którego nie dało mu się w porę ukryć.
– Nie kłam, Cienista Zjawo. Przecież widzę, że coś jest nie tak...
Troskliwy ton głosu jak i jej współczujące spojrzenie denerwowały kultystę. Przypominała mu pewną kotkę, nie tyle co z wyglądu, co z charakteru. Sam sobie dziwił się, że udało mu się jakimś cudem wytrzymać na treningach z przybraną młodszą córką Brukselkowej Zadry. Na szczęście udało mu się doprowadzić jej trening do końca, lecz żałował, że nie udało mu się uczynić z niej kogoś godnego wstąpienia w krąg kultystów.
– Zamiast martwić się moim stanem, skup się, abyś zdołała odbyć wieczorne czuwanie w ciszy, Ośnieżony Krysztale. Chyba nie chcesz, aby któryś wojownik podważył naszą walkę czy czuwanie i zażądał twojego powrotu na ścieżkę ucznia, bo nie potrafisz wytrzymać chwili bez mielenia językiem – pouczył świeżo mianowaną wojowniczkę, po czym niezbyt entuzjastycznie dodał. – Dobra robota. Trochę ci to zajęło, ale spisałaś się.
Z tymi słowami kulejąc oddalił się od kocicy, pozwalając innym kotom zbliżyć się do niej, aby złożyć gratulacje świeżo mianowanej wojowniczce. On natomiast zamiast skierować się do legowiska medyków, skierował się w ciszy w stronę legowiska wojowników i legł na swoim posłaniu, licząc na to, że jego podopieczna nie zechce zająć posłania w promieniu lisiej długości od niego samego.

<Kryształko? wpędziłaś cienistą zjawę w kryzys wieku średniego, wstydź się>