tw: motyw samobójstwa
Dęły wichry nad obozem Klanu Nocy. Właśnie pożegnał go malowniczy zachód, który rozświetlił się całą gamą jaskrawych kolorów. Wielu z pewnością podziwiało widoki do ostatniej chwili, która właśnie dobiegła końca. Słońce dogorywało, lecz z przeciwnej strony rozlewała się ciemna noc. Im czarniejsze stawało się niebo i im chłodniejsze powietrze, tym więcej z nich w końcu zbierało się z miejsc i znikało w legowiskach, by przygotować się na kolejny dzień. Z nich też dochodził gwar, który zamienił się w przyciszone szepty, a one w upragnioną przez sennych ciszę. Szałwiowe Serce usiadł przy wyjściu z obozu i owinął łapy ogonem.
Warta. Ten obowiązek stał się dla niego tak naturalny, że przestał być przymusem. Mało kto chętnie rezygnował ze snu dla całej chłodnej nocy spędzonej w ciszy i bezruchu – on tak. Przyzwyczaił się do widoku pustego obozu. Był to czas zasłużonego relaksu dla duszy. Nikt nie wrzeszczał nad jego uchem, nikt nie potykał się o jego ogon i nikt nie posyłał mu krzywych spojrzeń… Jakichkolwiek spojrzeń… Gdy tylko widział oczy skierowane w jego stronę, zaczynał czuć się speszony. Czasami było to łatwiejsze do ukrycia. Kocięta czy uczniowie zwykle z natury okazywały mu mniejszy, czy większy szacunek. Nie czuł się przez nich oceniany. Gorzej było z wojownikami. Oni pamiętali doskonale, co się stało. Ciężko było zapomnieć. Nawet pomimo tego, że nikt o tym nie wspominał w rozmowie pyskiem w pysk, Szałwiowe Serce był nieswój z samą myślą, że oni wiedzą. Większość z nich na własne oczy widziała jego osąd. Był pewien, że ten widok pojawia się w ich głowach, gdy tylko na niego patrzą. Wszystkie zerknięcia bokiem z automatu przywoływały w nim wspomnienia. Natychmiast dostawał wrażenia, jakby dany kot patrzył na niego złowrogo. Najgorzej mu było znieść wzrok najbliższych. Błękitnej Lagunie zupełnie nie był w stanie spojrzeć w oczy – unikał jego ślepi, unikał jego głosu, unikał jego obecności. Był w stanie się uniżyć i ośmieszyć, byleby przed nim uciec. Zastępca musiał być taki szczęśliwy z tym, gdzie się w końcu znalazł. Przecież to o tym obaj marzyli. Tamtemu udało się spełnić marzenia. Dla Szałwiowego Serca ta szansa dawno została stracona. Zdążył się już pogodzić z tą myślą, której przed skandalem trzymał się kurczowo. Może takie było jego przeznaczenie? Być nie królem, lecz księciem, który służy klanowi jako jeden z dzielnych wojowników? Może szansy tak naprawdę nigdy nie było? Może od początku wskazywały na to nieczarne futro i krzywy pysk… Wolał wierzyć w tę wersję wydarzeń. Sprawiała, że ból był nieco łagodniejszy.
Mandarynkowa Gwiazda bardzo szybko odepchnęła to na bok. Pamiętał, jak przekonywała go, że niedługo wszystko będzie jak dawniej. Wtedy nie potrafił jej wierzyć, lecz teraz, z perspektywy księżyców wydawało się, że miała rację. Zauważał jej troskę. Nieco nietypową… Lecz troskę. Zależało jej na tym, by jak najszybciej odzyskał swój status. Nie sądził, że zostanie powierzony mu po tym wszystkim, co się wydarzyło, następny uczeń. Narwana Łapa zakończył trening z dobrymi notami. Nie nawiązał z nim jednak za dobrej więzi… Widział, jak młodziak często ucieka do innych wojowników, by pobierać od nich nauki. Szałwiowe Serce nie mógł mieć mu tego za złe, skoro sam do obu swych mentorów nie pałał sympatią. Zresztą, nigdy nie miał się za szczególnie dobrego nauczyciela.
Starała się tak bardzo, że nawet zrobiła z niego bohatera… Teraz już tylko z ładną fasadką. Pogubił się już dawno… Dzięki niemu Rysi Bór, Borówkowa Słodycz i inni krewni Stokrotki przestali być więźniami po całym zamieszaniu. Oboje wiedzieli, że Szałwiowe Serce nie znalazł żadnych dowodów absolutnie na nic. W tamtym okresie nawet nie był zainteresowany sprawami klanu, by jakkolwiek angażować się w losy zdrajców nie-zdrajców. Tak bardzo chciała, by nocniaki zobaczyły w nim z powrotem tego wspaniałego wojownika… Tylko po co, gdy on sam nie był w stanie tego dostrzec.
Nieustannie nawet dawała mu zaszczyt uczestnictwa w zgromadzeniach – kiedyś jeszcze odrzucał te oferty, lecz w końcu zrobiło mu się zbyt głupio i nawet jeśli bardzo nie chciał, zaczął na nich bywać. Poznawał nowe koty, unikając jednak jak ognia każdego, kto tylko niósł na futrze wątły zapach klifiaka. Ten natychmiast gryzł go w nozdrzach. Było to tak… Dziwne. Spędzać zgromadzenia w ten sposób. Nie czekać tej jednej osoby, a jedynie krążyć i prowadzić gadki o niczym. Pomimo wielu przeprowadzonych rozmów, nie znalazł przyjaciela na dłużej. Nikt go nie oczekiwał, a i on nie oczekiwał nikogo. Koty, które poznawał, miały naprawdę przyjemne osobowości i umilały jego czas, lecz żaden z nich nie potrafił go zainteresować sobą na dłużej. A w swoim klanie? Gdzie tam miał szukać kompanów?
Przez te długie księżyce nieraz zdarzyło mu się tęsknie spojrzeć w stronę Siwej Czapli i Kijankowych Moczarów… Starał się jednak o nich nie myśleć. Mieli parę szczęśliwych wspomnień z czasów, kiedy byli nieco młodsi i nieco bardziej beztroscy, lecz tak to już bywa, że ścieżki dawnych przyjaciół w końcu się rozchodzą.
Pustka. Szedł przed siebie, aż nie dotarł do brzegu.
Wziął głęboki oddech i postawił przednie łapy w płytkiej wodzie. Poduszki nieprzyjemnie zaszczypały od chłodu. Pogoda nie sprzyjała pływakom. Być może i nie nastały jeszcze mrozy, które skułyby taflę lodem, lecz temperatury skutecznie odstraszały wszystkich od zanurzania się choćby na krótką chwilę. Zamyślił się jeszcze na moment. Coś, co do tej pory zaciekle w nim walczyło, zostało rozbrojone.
Zaszedł głębiej, aż nie rozmyło się pod nim dno. Dłuższą chwilę zwyczajnie krążył. Zatoczył parę kółek, a rozpracowane, rozgrzane mięśnie wytworzyły odrobinę ciepła. Na moment mógł zapomnieć o ziąbie. Ciszę przerywały pluski wody i jego oddech, który z czasem przekształcił się w dyszenie. To stawało się coraz głośniejsze. Odchylał głowę w tył, nie pozwalając, by cokolwiek wlało mu się do pyska. Delikatnie zwolnił. Woda zalała mu dotąd suchą sierść na grzbiecie. Wzdłuż jego kręgosłupa przeszedł dreszcz, gdy rzeka zalała jego bliznę; wrażliwą, gołą skórę.
Brr. Uderzył go silniejszy podmuch, który doskonale przypomniał lodowatość tej wody. Szałwiowe Serce nastroszył futro na karku, by przykryć choć trochę tę odsłoniętą na warunki pogodowe część ciała. Nie chciał o tym myśleć. Miał ciarki, gdy przypominał sobie tę beznamiętność. Nigdy przedtem i nigdy potem nie czuł się tak otępiały. Jak gdyby ktoś nafaszerował go środkami, które paraliżowały umysł.
Szarpało nim na wszystkie strony. Ściskało go naprzemiennie gardło, boki szyi i żebra. Dźwięki zlewały się w jedno nie tylko ze sobą, ale i z wibracjami ruchu wokół. W końcu zdał sobie sprawę, że dziwnie powtarzany bełkot gdzieś w tle… To jego krzyczane imię.
— Szałwiowe Serce!
— Szałwiowe Serce!
— Szałwiowe Serce, do cholery!
Nagle jego ciało poruszyło się w spazmie. Krtań zacharczała złowrogo, a następnie wypchnęła z kaszlem porcję połkniętej wody. Wydawane przez kocura odgłosy przypominały zwracanie posiłku, a nawet ta mętna, zielonkawa, rzeczna woda, którą pluł, mogłaby zostać wzięta za rzadką treść żołądka.
Gdy pozbył się już wszystkiego, położył głowę na trawie. Leżał, ciężko dysząc i co parę chwil kasłał, tym razem już lekko, bezsilnie.
— Na Klan Gwiazdy, mogłeś umrzeć! — miauczał jeden z kotów z histerią w głosie. — Mogłeś umrzeć, rozumiesz!? Po co wchodzić do wody w takich warunkach! Samemu! Co, gdyby nas tu nie było, co?! Och, Srebrna Skóro…
W trakcie, gdy ten panikował, drugi pozostawał cichy. Szałwiowe Serce miał wrażenie, jakby usłyszał po kilku uderzeniach serca jego westchnięcie… Albo jedynie się przesłyszał?
— Nie możemy tu zostać. Wychłodzi się — mruknął zdawkowo. — Pójdź z drugiej strony, by go podeprzeć. Wstawaj. — Dopiero po paru chwilach Szałwiowe Serce zdał sobie sprawę, że tym razem polecenie było skierowane do niego. Otworzył sklejone ślepia, choć wzrok wciąż pozostawał rozmyty, a głowa ciężka jak głaz. Kiwała się raz na lewo, raz na prawo. W końcu rozprostował podkurczone nogi, natychmiast lecąc w stronę podpierającego go cielska.
— Do obozu.
Przytargali go tam całkowicie mokrego, kaszlącego i drżącego z zimna. Żaden z nich nie odpowiadał na zadawane przez zmartwionych współklanowców pytania. Te szybko ucichły. W końcu każdy wzruszył ramionami i wrócił do swoich spraw. Dla wojownika, zwłaszcza tak doświadczonego, jak Szałwiowe Serce, krępującym było mieć taki wypadek. Inni to rozumieli, a cała reszta została przez ich trójkę przemilczana i zakopana w ich sercach.
Może gdyby w tamtej chwili podniósł na moment głowę, by spojrzeć im w oczy, ostatnią zapamiętaną przez niego rzeczą w tej przyjaźni byłyby ich zatroskane spojrzenia pełne żalu i współczucia; lecz nie podniósł. Nie było ostatniego wspomnienia. Były niedbale poukładane w głowie głośne kroki, muskająca jego boki sierść, ogrzewające liźnięcia, ściszone szepty, duszący zapach legowiska medyka i widok skalnej ściany, w którą gapił się aż do wydobrzenia. Taki był ich koniec.
Nie miał już odwagi, by otworzyć do nich pysk. Powinien, należała im się wdzięczność; jakże jednak mógł przezwyciężyć ten paskudny wstyd? Jak mógł do nich podejść, wiedząc, że widzieli go takim słabym i pewnie nadal widzą za każdym razem, gdy na niego spojrzą? Jak miał odnowić ich znajomość, nie potrafiąc uznać tego, co się stało? Jak po tylu księżycach ciszy mógł się odezwać? Czy nie było już za późno? Czy nie byli już za starzy, by to naprawić?
Czy on naprawdę jeszcze tego potrzebował, skoro już tyle księżyców spędził bez nich?
Czy naprawdę jeszcze potrzebował Łuny, skoro już tyle księżyców spędził bez niej…
Nie. Uciął myśl, zanim jeszcze się skończyła. To ona przywoływała największe cierpienie. W pewnym momencie powiedział sobie, że już nigdy nie pozwoli sobie zatopić się w myślach o niej, nawet na krótką chwilę. Łamał to postanowienie wielokrotnie – za każdym razem żałując tego tak samo. Zawsze po tym jednak wracał na szlak. Zapominał… Nie, nie dało się zapomnieć. Wypierał. Wypełniał głowę wszystkim innym, czymkolwiek innym, aż pękała w szwach. Nawet przed sobą samym starał się udawać, że Łuny nigdy nie było. Wspomnienie o niej wydawało się tak niewyraźne… Kruszyło się z upływem księżyców, a te drobne okruchy odłamywały się i spadały w przepaść. Jej głos zamilkł w jego głowie. Zapach zlał się z tym należącym do Klanu Klifu. Pysk… Jego już dawno nie widział. Błyskało na nim złote oko, widniał delikatny uśmiech… Gdyby jednak miał odtworzyć jej twarz, nie był pewien, czy odwzorowałby ją poprawnie.
Czasem jeszcze o niej śnił, lecz nie pozwalał sobie o tym pamiętać. W chwili przebudzenia wszystko natychmiast zostawało wyparte. Resztki snów uciekały w popłochu przed świadomością, która rozgromiłaby je we wstydzie i w szale. Czasami tylko po przebudzeniu czuł delikatne, przyjemne, fantomowe muskanie jego skóry, jakby ktoś właśnie wstawał od jego boku, by samemu zacząć nowy dzień…
Cóż, to nie tak, że mógł coś jeszcze zmienić. Kijankowe Moczary obrał swoje miejsce na Srebrnej Skórze. Książę wytężył wzrok, wpatrując się w niebo, próbując dostrzec jakiś nowy punkt… Po chwili cicho sapnął zrezygnowany. Nieważne. Siwa Czapla prowadził całkiem nowe życie. Ba, doczekał się nawet kocięcia! Mała Rosa jeszcze nigdy nie widziała krzywego pyska Szałwiowego Serca. Nie będzie dla niej nikim więcej, jak tylko znajomym wojownikiem, może byłym kolegą ojca, o którym ten nigdy nie będzie chciał rozmawiać…
Źródlana Łuna była już przeszłością.
Sama z pewnością także zrozumiała swój błąd. Przynajmniej on go nareszcie zrozumiał. Trzeba było patrzeć racjonalnie, a nie wierzyć ślepo w tę głupią miłość. Przez cały czas miał z tyłu głowy zasady kodeksu, tak dobrze znane, a jednak potraktowane po macoszemu, jak gdyby nigdy ich nie słyszał. A przecież nie wprowadzono ich po to, by rozbijać biedne, zakochane pary. Wprowadzono, by nikt nie zboczył na ścieżkę zdrady, by nie stracił siebie w zamęcie wywołanym uczuciami, by nie zatarła się mu granica pomiędzy swoim klanem a klanem ukochanej. Gdyby tylko był w stanie przekonać się o tym inaczej niż na własnej skórze… Durne, durne uniesienia…
Bez względu na wszystko, żył dalej. Sezony mijały, na futrze pojawiały się białe włoski, żegnał znajome pyski i witał te nowe, małe, chociaż ciężko było mu za nimi nadążyć… Wszystko płynęło dalej tak, jak zwykło płynąć. Być może faktycznie świat nie skończył się na wybuchu skandalu. Przybrał inne barwy, lecz tak już chyba wyglądało życie po dorośnięciu. W końcu trzeba było zejść tu, na ziemię, przestać bujać w obłokach.
Mrok nocy, zimne wiatry i wyczerpanie, które zaczęło dawać się we znaki, razem osłabiły umysł strażnika. Zwiesił głowę, pozwalając sobie na moment odpoczynku w tej przyjemnej, wygodniejszej pozycji. Zachowanie czujności stało się dla niego niemożliwe. Nie zauważył nawet, gdy ciemność obozu zamieniła się w ciemność wnętrza powiek, a jego dusza odpłynęła znacznie, znacznie dalej.
***
Sen od dawna nie spełniał dla niego swojej funkcji. Chroniczne zmęczenie stało się stałym elementem życia, które musiał zaakceptować. Tym razem jednak drzemka, służąca zwykle nie odnowieniu zapasów energii, a pominięciu kilku godzin dnia w przód, okazała się wyjątkowo łaskawa. Nie towarzyszył jej ból głowy, pisk w uszach i poczucie ogólnej słabości ciała. Był wypoczęty… Klanie Gwiazdy, co za ulga nareszcie obudzić się w stanie lepszym niż tym przed zapadnięciem w sen! Zdążył już zapomnieć, że właśnie tak powinno być. Przebudził się delikatnie, pozostając jeszcze jedną łapą po stronie snu. Nie pamiętał żadnej nocnej warty, nie przeszłaby mu nawet przez myśl. Przez opuszczone powieki przebijała się paląca, pomarańczowa poświata. Nie musiał otwierać oczu; promienie opatuliły jego twarz, prażąc ją swoim ciepłem. Mrozy trwające całe nagie drzewa szczypały jego skórę tak długo, że stała się niemal całkowicie sparaliżowana na dotyk. A jednak teraz chłonęły troskę słońca. Nawet ziemia pod nim została przez nie wygrzana. Miękka trawa muskała go z każdym powiewem ledwie wyczuwalnego wiatru, który poruszał jej źdźbłami. Falowały, unosiły się miarowo, jakby poruszał nimi czyiś oddech. Wytchnienie… Jak dobrze było poczuć nowe liście…
— Pobudka, Szałwiowe Serce — miauknął ktoś tuż nad jego uchem ochrypłym, niskim, głębokim głosem. Jego ton był jednak tak delikatny… Tak dobrze wtapiał się w wietrzny świst, że można by wziąć go za jego część.
Ukojenie…
— Jeszcze chwilkę — poprosił zaspany.
— Zwykle to ja odpływałam wtulona w twoje futro… Muszą cię naprawdę męczyć w tym Klanie Nocy.
Próbował otworzyć oczy, lecz pozostały one sklejone. Przetarł twarz o przednie łapy, co pozwoliło na otwarcie oczek. Przez moment oślepiło go słońce. Rażąca biel przypomniała o księżycach ciężkich nagich drzew, lecz mógł być spokojny. Nigdzie nie było kłującego w łapy śniegu. Jedynie połacie miękkiej, zielonej trawy i błękit aż po horyzont…
Zamarł, gdy zobaczył jedno złote ślepię, śmiejące się do niego tak beztrosko.
Przez parę uderzeń serca nie był w stanie się poruszyć. Słyszał zgrzyt w głowie, która starała się przetworzyć to, co właśnie widziała. Pysk zapomniany, pysk wyparty, pysk, którego nie powinno tu być… A jednak pysk, który tu był, właśnie tu i teraz.
— Nareszcie, kochany — mruknęła z przekąsem. Źródlana Łuna patrzyła na niego tak, jakby naprawdę przez ten cały czas stróżowała nad jego śpiącym ciałem. Czekała, aż się przebudzi…
— Przepraszam. Źle sypiam — odpowiedział po chwili namysłu.
— Och… Dlaczego? Ja tak tylko żartowałam z tym męczeniem. Nie sądziłam, że naprawdę cię dręczą.
Wahał się przez moment.
— Odkąd się rozstaliśmy, nie mogę spać.
Pauza.
— A gdy zasypiam — dodał — śnię koszmary. Lub nie pamiętam nic.
Kotka milczała, wpatrując się w niego z osłupieniem. Zaczął żałować tego, co powiedział. Senne postacie nie wiedziały, jak wyglądała rzeczywistość. Za kociaka straszył go ktoś: jeśli uświadomisz postać ze snu, że znajduje się we śnie, zamieni się w bestię.
— Masz koszmary o naszym rozstaniu?
— …tak.
— Nawet teraz? Wybudziłam cię z koszmaru???
Poczuł się… zmieciony.
Tak. Uderzyła celnie, a wywołane tym drganie falami rozchodziło się po umyśle wraz z tą świadomością. Doprawdy, czym było to życie, jeśli nie ziszczonym koszmarem?!
— Trwał księżyce. Sezony. Lata. Spotkała nas rozłąka. Zapomniałem już prawie wszystkiego, co składało się na ciebie. Twoje rysy twarzy przestały się spinać w mej głowie. Ucichła w głowie melodia twego głosu. Ten słodki zapach na zawsze opuścił moje nozdrza. Zapomniałem już… Że przez ten cały czas spałem w twoich ramionach.
Czy to była prawda? Źródlana Łuna uśmiechnęła się czule. Ten uśmiech był tak szczery i przekonujący, że był skłonny uwierzyć, że tak naprawdę było.
Po tamtym spotkaniu, które w pamięci ostało mu się jako to finalne, nie wrócił jeszcze do swoich. Gdzieś wśród tych pogaduszek, wtuleń i liźnięć na chwilę przymknął zmęczone powieki. Został pochłonięty przez ciemność, tę literalną, i tę złowrogą, która rozkazała mu żyć w koszmarze o swoim upadku! Na Klan Gwiazdy, wrócił! Te okropieństwa mógł zostawić za sobą w formie bladego wspomnienia! Już czuł, jak ono się rozpływa…
— Ty głuptasie… — bąknęła. — I naprawdę uwierzyłeś w to, że cię zostawiłam? Jak mogłabym to zrobić? Myślisz, że bez ciebie bym tyle wytrzymała? — Filuternie przejechała końcówką ogona po jego nosie. Łaskotanie wywołało w nim cichy chichot.
Tak długo nie czuł ciepła drugiego kota. Od tamtej pory nikt nie był tak blisko jego ciała. Zbliżył się tak, jak jeszcze potrafił. Kocięcy krok odstępu wydawał się przepaścią. Zatopił się w tym długim, miękkim futrze. W końcu… Po jego policzkach popłynęły łzy.
— Nie wiesz, jakie to było straszne. Łuna, nie wiesz, jak straszne było życie bez ciebie — szeptał drżącym głosem. Zwrócił ku niej pysk, ocierał się o jej policzki, brodę i szyję. — Nie potrafiłem tak. Nie chciałem. Ja tylko pragnąłem umrzeć, Łuna. Ja… Próbowałem… Tak strasznie żyło się w świecie, w którym cię straciłem, że już nie chciałem więcej, miałem już dość, rozumiesz? — łkał coraz głośniej, a płakał jeszcze gwałtowniej. — Łuna… Obiecaj mi, że to nigdy się nie stanie. Jesteśmy razem i będziemy już na zawsze… Obiecaj… Proszę…
Poczuł szorstki, lecz kojący język przejeżdżający po jego mokrych policzkach. Osuszał je, zbierał wszystkie łzy, nawet gdy nie przestawały one cieknąć spod powiek.
— Obiecuję ci. Zawsze będę na ciebie tu na ciebie czekać, kochany.
Gdy przyłożyła swoją mordkę do jego, ogarnął go tak długo obcy mu spokój.
Zatracił się całkiem w jej pocałunku, czując, jak powoli traci formę, zapada się w sobie i roztapia pod jej dotykiem. Gdy jej usta przedzierały się przez grube futro i przywierały do skóry, miał wrażenie, jakby na chwilę zacierały się granice. Jakby jeszcze raz byli jednym… — Całuj — prosił bezgłośnie, bo choć czuł drganie strun głosowych, nie słyszał swojego głosu. Czy Łuna go słyszała? Wyglądało na to, że nie miało to znaczenia. Jej czuły dotyk nie odchodził, nie urywał się nawet jak chwilę. Wypuścił z siebie długie westchnienie, a następny wdech wypełnił go kojącą ulgą. Stres powinien go zżerać bądź przynajmniej czaić się z tyłu głowy – w końcu już dawno nastał świt, niedługo zejdą się w to miejsce patrole, a pobratymcy zauważą (lub już zauważyli) ich nieobecność w obozach – czuł jednak wręcz obezwładniający spokój. Troski pojawiały się w jego głowie, lecz nie wywoływały żadnej reakcji. Nic nie zdawało się w tej chwili być ważne. Ten okrutny świat, który ich otaczał, przestał istnieć. Prawda? W końcu, gdy otwierał oczy, jedyną rzeczą, jaką widział, był pysk Łuny. Gdy wdychał powietrze, zamiast niego do jego nozdrzy trafiał wyłącznie jej zapach. Gdy nadstawiał uszu… Nie, właściwie nic już nie słyszał. Doświadczenie, jak mgła, rozmywało się powoli. Nie zauważył chwili, gdy stracili pod łapami grunt. Cokolwiek trzymało ich w miejscu nie było już ziemią. Dryfowali w przestrzeni. Słońce przestało być potrzebne; wystarczał blask jej ślepia i ciepło jej ciała. Czym był Klan Klifu, czym był Klan Nocy? Gdyby ktoś go teraz o to zapytał, nie byłby w stanie udzielić mu odpowiedzi. Zapomniałby nawet swojego imienia, by zostawić w pamięci miejsce na jedno – najważniejsze. Oboje przestali być wojownikami wrogich grup. Co odpowiedziałaby Łuna, nie był pewien, lecz gdyby ktoś zadał mu teraz pytanie “Kim jesteś?”, odpowiedziałby krótko i bez wahania: kochankiem. W świecie, w którym istniała jego ukochana, nie mógł być nikim mniej i nikim więcej. — Całuj… — poprosił raz jeszcze, tym razem ledwie poruszając ustami. Odpływał i pozwalał sobie na to w tej przyjemnej bezsilności i bezwładności. Poczuł, jak mimowolnie się uśmiecha. To o tym skrycie marzył przez te wszystkie księżyce. Tego potrzebował, żeby jeszcze raz poczuć szczęście. Przez chwilę naprawdę wierzył, że to wszystko było prawdziwe. Nim został wyrwany, zdołał sobie jeszcze pomyśleć: wygraliśmy. Na Klan Gwiazdy, ten jeden raz wygraliśmy.
***
Zerwał się zdyszany. Zwieszona głowa Szałwiowego Serca podniosła się tak gwałtownie, że mięśnie jego szyi zapiekły, a coś w jego karku przeskoczyło z charakterystycznym chrzęstem. Utkwił łeb w pozycji pionowej do wiszącego nad nim nieba. Wybałuszał ślepia, lecz jego wzrok wydawał się pusty. Jakby dusza jeszcze pozostała po drugiej stronie.
Zniknęły oślepiające promienie słońca. Zniknęła miękka trawa, miękka sierść. Zniknęła ciepła beztroska. Teraz z powrotem opatulały go ciemność, chłód i sieroctwo.
Cisza dzwoniła w uszach. Głucho. Boleśnie. Wspominał wiatr, morski szum, głos lubej… Teraz wszystko stało w miejscu. Miał wrażenie, jakby jedyną poruszającą się częścią powietrza był jego głośny oddech. Trzciny, połamane i wysuszone na wiór, jakby bały się zaszeleścić. Z legowisk nie dobiegały przyciszone szepty rozmów cierpiących na niesfornych uczniów czy chrapanie pogrążonych głęboko we śnie starszych wojowników. Równie dobrze mógłby być tu sam. Nawet szuwary wydawały się puste. Powinny ożywać po nagich drzewach – nie ożywały. Ptaki nie przygotowywały się do toków, żaby nie rozmrażały się ze swoich kryjówek, owady nie wykluwały się z przezimowanych jaj.
Śmierć.
Szałwiowe Serce rozumiał. Wszystko pomarło. Rzeka życia przestała płynąć. Jego serce przestało bić.
Iskra trafiła w suchą ściółkę. Zapłonęła. Ogień zaryczał, wyrywając się przez pysk kocura w formie bolesnego skowytu. Nie ocieplał go przyjemnie od środka. Palił. Wnętrzności płonęły. Ściany kiszek marszczyły się, dziurawiły i spiekały do węglów. Ze ścian żołądka sypał się popiół, a podgrzany kwas bulgotał, wyrywając się i parząc wszystko na swojej drodze. Wbił pazury w ziemię, opierając się sile, która pchała go w dół. Żadne przekleństwo nie było w stanie oddać potworności tego bólu. Spiął wszystkie mięśnie i wykrzywił pysk w krzyku, jednak jedynym, co był w stanie usłyszeć, był głuchy pisk w uszach. Gwiezdni, nie… Nawet ziemia zaczęła się żarzyć pod jego stopami. Nie mógł już dłużej ustać w miejscu. Jedynym kierunkiem, jaki istniał w jego głowie, była północ.
Rzucił się w szuwary. Przebijał się przez nie, sycząc nie tylko z bólu trawiącego go ognia, ale i cięć, które na jego skórze sprawiały ostre źdźbła trzcin. Jednym susem pokonał odległość dzielącą obozowisko od stałego lądu. Czarna rzeczna woda pod nim przypominała w tamtym czasie kubeł smoły. Po chwili przyjemnej nieważkości jego łapy dotknęły ziemi i z powrotem zapiekły. Pobiegł na oślep w przód.
Brakowało jego ruchom kociej gracji. Splątywały się mu łapy, potykały się o drobne kamyki. Parę razy wyrżnął pyskiem w ziemię. Spluwał nią i biegł dalej, nie zważając na czarne drobinki osiadające na zębach i między nimi. Przetarta, podrażniona skóra na twarzy piekła, a brud jej nie koił. Drobne zwierzęta wychodzące w nocy na żer uciekały, gdy tylko słyszały odgłosy drapieżnika; ten jednak nie zwracał na nie najmniejszej uwagi.
Gdy przednie łapy kocura zatopiły się w piasku, wiedział, że dotarł na miejsce.
Zdyszany kołysał się z każdym nabieranym oddechem, wzrokiem szukając czegoś. Z początku zwyczajnie skanował otoczenie, lecz gdy nie potrafił wypatrzeć tego, co chciał, stał się nerwowy. Jego oczy panicznie skakały po każdym najmniejszym elemencie. Brak. Nie znalazł. Utkwił na wielkim głazie stojącym tuż przed nim. Nic, tylko chropowaty, goły kamień.
Opadł z sił. Uleciało z niego całe powietrze, cała pewność, cała siła, jaka pompowała jego kształt. Sflaczał. Przyklękł tak nisko, że prawie leżał w piachu. Oddech stopniowo spokojniał. Śladu po werwie, która zaprowadziła go w to miejsce, nie było.
Ostatki ciepłego języka i słodkich zapewnień w uszach właśnie zniknęły. Rzucił wszystko dla snu, który wydał mu się zbyt prawdziwy. Może to było tylko marzenie, które przebiło się na powierzchnię, może sprawdzian lojaności, w końcu Gwiezdni potrafili być okrutni... A rzeczywistość pozostała. Czterdzieści, pięćdziesiąt, kto by zliczył ile księżyców rozłąki. Tyle czasu na wygojenie ran, które i tak potrafiły otworzyć się jak świeże i rzewnie zapłakać krwią. Jego serce próbowało, lecz nie mogło już zapomnieć. Ktoś wydarł jego część i rozkazał sobie z tym poradzić. Och… Tak długo próbował zaakceptować świat, który został mu narzucony i dopiero w tej chwili naprawdę zdał sobie sprawę, że było to niemożliwe. Źródlana Łuna wgryzła się w niego całą siłą swych szczęk i nie puszczała. Czas mógł się zatrzymać, lecz… Najwyraźniej nie dla wszystkich.
Czy naprawdę wierzył, że gdy po księżycach tu wróci, ona wciąż będzie na niego czekać? Że wciąż o nim myślała, że nie ułożyła sobie życia, że nocami z nadzieją wciąż kroczyła tą plażą, wyczekując jego przybycia, nawet jeśli nieskończoną liczbę razy odpowiedziała jej tylko pustka? Że nie znalazła nowych celów, nowych marzeń? Że nie zapałała miłością do Klanu Klifu, a kto wie, może i do kogoś innego…
Spojrzał przed siebie na widok, na który wcześniej pozostawał ślepy – długa plaża, wzdłuż której do tej pory wędrował, ciągnąca się tak daleko, że przeciął ją dopiero pionowy klif przed nim. Najgłośniej szumiało morze, lecz po wytężeniu słuchu dało się wyodrębnić fale od odległego wodospadu. Wbił w niego wzrok, wzrok tęskny, mimo że zawsze obserwował go jedynie z daleka. Zmrużył oczy, przyglądał się kaskadującej wodzie, jakby bardzo chciał w niej coś wypatrzeć, lecz na nic. Biel piany jak płachta zakrywała wszystko, co mogło kryć się po drugiej stronie.
Nie było tu jej. Nie było. Umarł on i umarła ona. Ta Źródlana Łuna, która go kochała, odeszła na zawsze. Ten Szałwiowe Serce, który ją kochał, pogrzebał się na długo w swym sercu i właśnie powstał, wydzierając sobie drogę na powierzchnię. Wrócił nagi, wrażliwy, bezbronny, by zwinąć się w ciepłym objęciu ukochanej. Zamiast tego zmiótł go mróz.
Zapłakał zwierzęco. Ryku, który wyrywał się z jego pyska, nie dało się przypisać kotu. Charczał. Dławił się flegmą w gardle. Kaszlał mokro i wyczerpująco. Nieraz te dźwięki przypominały torsje, jak gdyby ta cała rozpacz zalegała w jego brzuchu, jak gdyby zmuszał się do jej pozbycia. Przepona gwałtownie skurczała i rozkurczała się, gdy nabierał powietrza do następnego skowytu.
Wpadł w fale, przedzierając się przez nie z tym rozdzierającym rykiem w ustach. Ustał on dopiero, gdy zdusiło go gwałtowne uderzenie wody. Padł, a sól zapiekła w każde wrażliwe miejsce. Oczy, usta, nos. Osiadała i wbijała swoje białe szpony. Kasłał, lecz bez pożytku. Fale uderzały coraz mocniej, coraz boleśniej, coraz silniej zmiatając go z nóg. W końcu przewaliły go całkowicie… I wciągnęły w swe burzliwe objęcia. Żar jego serca nareszcie zgasiła ciemna toń.
Gdy wzeszło słońce, kilkoro Klifiaków rozmawiało przy śniadaniu o dziwnym zwierzęcym skowycie, który podsłuchali w chwilach wczorajszej bezsenności. Patrole graniczne niepokoiły się świeżą wonią Klanu Nocy, rozmytą już w połowie przez poranną bryzę. Tylko jedna osoba zdecydowała się zacząć dzień od spokojnego spaceru brzegiem morza. Mogła ona usłyszeć jego nową pieśń – szumiącą bliskie imię.