Kiedyś
Księżyc strzepnął uchem, uznając, że zakończy ten temat, mimo swojej ciekawości. Na zapytanie kocura spojrzał gdzieś w bok niezbyt pewien co powinien powiedzieć.
— Być może… — szepnął.
— Czemu? Chyba go nie ugryzłeś co? — zapytał Tęgosz półżartem, półserio.
— Mmm nie. Znaczy… być może jak nie chciał iść ze mną do obozu — odmruknął cicho.
— Coś cię gryzie. Nie obchodzi mnie to jakoś bardzo, ale coś związanego z tym kociakiem — mruknął rudzielec. — Może to on cię ugryzł?
Księżyc przypomniał sobie jak Nicość za wszelką cenę próbował odgryźć mu ogon i zaśmiał się smutno.
— Wiesz, właściwie to próbował — stwierdził biały, a Cętkowany parsknął śmiechem.
— Taki wojownik dał się ugryźć małemu kociakowi? — miauknął Tęgosz.
— Tak jakby — odparł niebieskooki. — Chociaż wcale mu się nie dziwię.
***
Księżyc zamachnął się ogonem na drugą stronę, patrząc, jak Nicości mimowolnie świecą się oczka na taki ruch. Widocznie mimo skomplikowanego charakteru kociaka, nadal miał on typowo kocięce zachowania. Piękny ogon bielucha najwyraźniej je aktywował, gdyż czarny kociak skoczył na swoją „ofiarę”, gryząc bielutkie futro. Rozbity siedział przed żłobkiem co jakiś czas, spoglądając na czarnulka, który powoli zdawał się nudzić jego ogonem.
— Księżyc — miauknął zielonooki.
— Hmm? — mruknął biały, liżąc się po piersi.
— Ty chyba nie masz przyjaciół — stwierdził czarny kocurek, siadając obok. — W sumie mnie to nie dziwi.
— Słucham? Mam przyjaciół. Przecież mam Cętkowanego Tęg… — zaczął, jednak kociak mu przerwał.
— Nie masz. Nie nazwałbym was przyjaciółmi. Za to ty… lubisz go — miauknął Nicość, z wielkim zainteresowaniem, przyglądając się swojej wylizywanej łapce.
— Ale przecież… — mruknął biały, ale zaraz zmarszczył brwi. — To czemu się z nim trzymam, a on ze mną? Chyba dlatego, że jesteśmy przyjaciółmi co? No i co złego, w tym, że go lubię? — zapytał, nagle odrobinę zirytowany.
— Ja nie wiem, ty mi powiedz — maluch zamachnął się ogonkiem i spojrzał na rodzica spod przymrużonych powiek. — Jak na moje to nie jesteście przyjaciółmi. Trzymasz się z nim, bo tak się składa, że nie masz nikogo innego. I do tego dziwnym trafem mimo tego, że nie wyglądacie na przyjaciół to ty go lubisz. Nie mam bladego pojęcia, dlaczego tak jest — stwierdził Nicość, a Księżyc poklepał po główce.
— Nicość… Czy ty mnie obserwujesz? — zapytał bieluch z nieco rozczulonym, ale też lekko niepewnym głosem. — I dlaczego jesteś, w tym aż tak… trafny co? Całkiem inteligentna znajda mi się trafiła, hm? — zaśmiał się niebieskooki.
Czarny kocurek uśmiechnął się głupio i wypiął pierś, chociaż oczy miał smutne. Księżyc przełknął ślinę.
— Jesteś głodny? — zapytał wojownik.
— Trochę — odparł Nicość, patrząc w bok. — Mógłbym kiedyś poznać tego rudzielca? — dorzucił czarny, niby mimochodem.
— Chyba tak? — odparł Księżyc.
Niebieskooki przyniósł kociakowi drobniutką mysz i położył nieopodal.
— Wiesz, powinieneś z nim pogadać. Nawet jeśli skończy się to źle, to przynajmniej nie będziesz musiał się już tym przejmować. I nie powiesz mi, że jest na odwrót — mruknął cichutko Nicość, wgryzając się w zwierzynę.
Biały spędził jeszcze chwilę w żłobku. Gdy wyszedł z niego, aby poszukać Tęgosza, okazało się, że rudzielec również go szukał, aby mogli odbyć wspólnie patrol. Księżyc poczuł, jak mięśnie spinają mu się z nerwów.
„Czego się tak boję? Przecież się przyjaźnimy” stwierdził zaraz bieluch w myślach i uśmiechnął się słabo w stronę towarzysza. Obejrzał się za siebie, gdyż czuł na sobie czyjś wzrok. Czarny kociak obserwował go uważnie z rozbawionym, psotnym spojrzeniem. Wtedy spojrzał na swój grzbiet. Podskoczył, widząc na nim nie tylko robaka, lecz paskudną wij. Księżyc nie bał się chyba żadnego stworzenia tak bardzo jak ich. W jego oczach pojawiły się łzy, a ogromne oczka wyrażały nic innego jak panikę.
— Tęgosz. Tęgosz zabierz to. BŁAGAM — miauknął rozpaczliwie, próbując strząchnąć zwierzątko z futra, lecz to wcale nie pomagało.
Rudzielec uniósł brwi, a widząc obiekt rozpaczy kumpla, widocznie musiał się powstrzymać przed rechotem.
— Przecież cię nie zje… — stwierdził cętkowany i strzepnął łapą stworzenie.
Księżyc rozluźnił się lekko.
— Chyba tylko błyskawice są bardziej przerażające — stwierdził, wypuszczając powoli powietrze z pyszczka.
Rudzielec nie odezwał się już, tylko podszedł w stronę wyjścia z obozu. W patrolu towarzyszył im również Kamienne Pióro i Bzycząca Łapa. Ta dwójka była jednak zbyt zajęta treningiem, aby zwracać uwagę na pozostałych członków. Księżyc postanowił, więc wykorzystać tę sytuację. Nabrał powietrza w płuca, a gdy przystanęli, aby zapolować, w końcu się odezwał:
— Słuchaj,…. Cętkowany Tęgoszu. Wiesz, że cię lubię, prawda? I że jesteś moim przyjacielem? — zapytał cicho, bawiąc się listkiem.
— Noo, ja też? — mruknął rudzielec, unosząc brew.
Księżyc przełknął ślinę.
— Ale tak serio. Uważam cię za najlepszego przyjaciela. Pomogłeś mi… i w ogóle — mruknął, chociaż zdawał się brzmieć bardziej, tak jakby przekonywał samego siebie do tych słów.
— Do czego dążysz? — zapytał młodszy wojownik, na moment, odstawiając myślenie o polowaniu na bok.
— Właściwie, to nie wiem? Myślałem, że jak to powiem, to… coś sobie uświadomię? — mruknął cicho. — Ale to nie to? To chyba nie to czego chciałem — dorzucił, a przez jego grzbiet przeszedł nerwowy dreszcz.
— Chyba nie do końca rozumiem. Nie chcesz, abym ci towarzyszył? — zasugerował rudzielec.
Bieluch pokręcił głową na nie, czując dziwny niesmak w pysku przez ostatnią wypowiedź zielonookiego.
— Może… Tęgosz? — mruknął.
Spojrzał na rudzielca i zatrzepotał rzęsami.
— Hm? — mruknął tylko rudzielec, zapewne znudzony już tą konwersacją.
— Co byś zrobił, gdybym powiedział ci, że cię… lubię? Ale tak bardzo lubię? Że może nawet czuję do ciebie coś więcej, niż przyjaźń tylko nigdy nie potrafiłem tego wyznać? — zapytał. — Plotki o naszej dwójce były przyznam szczerze straszne, ale wtedy… nie czułem tego, co czuję od niedawna.
Poczuł, jak jego ciało staje się odrobinę lżejsze. Nie był pewien, kiedy pojawiło się to uczucie, ani też, czy było to na pewno to. Właściwie to niczego nie był pewien.
<Tęgoszu?>

