BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

31 października 2026

Od Brykającego Mysikrólika

Następnego dnia, przeszłość

Pozostałości Pory Nagich Drzew nadal utrzymywały się na terenach Klanu Klifu, rozkładając na ciągnących się połaciach trawy, biały dywan. Mysikrólicza Łapa nie mogła się doczekać, aż wreszcie będzie mogła pobawić się w śniegu i może porzucać w kogoś kulkami topiącego się puchu. Bolały od niego łapy, ale było przy tym frajdy, opłacało się! W dodatku, jeśli nie byłoby mokro, to mogła pokazać rudej swoją miejscówkę, w której zażywała kąpieli piaskowej. Skoro jej się tak podobało, to sama również powinna zacząć z niej korzystać. Dzięki temu Mysikrólik mogła pozwolić sobie na rzadszą pielęgnację futra i przy okazji nie pachnieć źle.
— To chodź, Jajeczna Skorupo! Wyruszamy. Najadłaś się? — zapytała, uśmiechając się do koleżanki. Niestety, poprzedniego dnia nie udało się pójść do miejsca, które miała na myśli, rozmawiając o kąpieli pyłowej.
— Nie zamierzasz mnie zaprowadzić na plażę, prawda? Ostatnio tyle śniegu tam nasypało, że dotąd lodowe bryły się topią — odparła wojowniczka, zrównując kroku z młodszą kotką.
Mysikrólik poczuła, jak oblewa ją zimny pot. Właśnie tam chciała ją zabrać. Skąd ona wiedziała? Pokręciła głową.
— Nie… oczywiście, że nie! — Zaczęła machać łapami na znak sprzeciwu. Musiała wymyślić coś innego, ugh! — Zabiorę cię do miejsca, w którym jeszcze nikt nie był. Znalazłam je ostatnio i będziesz pierwszą, którą tam zabiorę — uśmiechnęła się dumnie, mrużąc oczy. Jej kły zalśniły w świetle bladego słońca Pory Nowych Liści. Jajeczna Skorupa spojrzała na nią z zachwytem, kiwając głową.
— Dobrze. Nie mogę się już doczekać! Zatem chodźmy, może przed wysokim słońcem wrócimy i przy okazji na coś zapolujemy? — zaproponowała. Końcówka jej ogona poruszała się na boki lekko, jakby rzeczywiście mówiła prawdę. Oczywiście liliowa nigdy nie posądziłaby jej o kłamstwo! Jednak musiała teraz coś bardzo szybko wymyślić… Skupić się tak, jak nigdy wcześniej. Gdzie do tej pory wędrowała z Bukową Koroną, jakie miejsce mogło być tym, które było rzadko odwiedzane przez Klifiaków? Ruszyła w stronę wyjścia z obozu, a jej myśli zagłuszył donośny ryk wodospadu. Poszła tuż za koleżanką dróżką, trawa pokryta wilgocią uginała jej się pod łapami, wymieszana z topniejącym śniegiem. Poczuła pod poduszeczkami chłód.
Wyjątkowo długo milczała. Również nie słuchała za bardzo cętkowanej, która teraz się jej coś zapytała.
— Brykający Mysikróliku? To prowadzisz mnie, czy ja mam prowadzić ciebie? — zapytała z zakłopotaniem, przestępując z łapy na łapę. Liliowa spojrzała na nią bez wyrazu, ponieważ początkowo nie zrozumiała, co zostało do niej w ogóle powiedziane. Niemal wpadła na jej tył, gdy się tak zatrzymała. Z czasem jednak jej ślepia rozświetlił pewien przebłysk, gdy zrobiła parę energicznych kroków, wreszcie zatrzymując się na przykrytym, rozległym kamieniu.
— Chodź.

***

Do jej uszu doleciał szum morza, wraz ze spokojnym obijaniem się wody o brzeg. Miejsce, na które zawędrowały, było oczywiście plażą, aczkolwiek dużo mniejszą, niż ta główna, granicząca z Klanem Nocy. Tutaj również było wiele kamieni, różniło się to tym, że tu miały dużo mniej miejsca na popisy, chociaż gdyby zechciały, mogły śmiało zamoczyć łapki lub nawet i zanurzyć się całe, mimo że nie był to szczególnie mądry czy pożądany pomysł. Brykający Mysikrólik uniosła pysk ku górze i uśmiechnęła się dumnie. Udało jej się coś wykombinować na poczekaniu, w dodatku koleżanka nie marudziła! Więc wygrała. Jajeczna Skorupa zwiesiła trochę łeb, spoglądając na rozmówczynię. Położyła po sobie uszy delikatnie.
— Mysikróliku, zaprowadziłaś mnie na plażę.
— To nie plaża! — Zmarszczyła brwi, kręcąc głową. — Zależy, jak na to spojrzysz. To tylko przestrzeń z piachem i wodą, w której możesz się umyć. Myć możesz się również w piachu, którego tutaj jest dostatek! Chodź, połóż się obok mnie. — Ruchem łapy zachęciła ją do tego, żeby przysiadła naprzeciwko. Liliowa zaczęła tarzać się w lekko mokrym piachu, ukrywając wewnętrzne niezadowolenie. Materiał musiał być idealnie suchy, jeśli chciała się w nim myć. W przeciwnym razie kłosy jej się sklejały, a ona sama śmierdziała słoną wodą i czymkolwiek, co postanowiło tego razu się do niej przylepić. Ruda kotka niepewnie ułożyła się przy koleżance, a potem zaczęła naśladować ruchy wojowniczki, tarzając się w pyle. Wreszcie, wydała z siebie westchnienie.
— Jeszcze nigdy nie “myłam się” w piachu… — wymruczała, gdy otrzepała się z nadmiaru drobinek. Żółtooka zaczęła kiwać głową, jakby wysłuchiwała teraz koleżanki, która zwierzała się z najsmutniejszej rzeczy w całym jej życiu.
— Przyzwyczaisz się. Wiesz, ile czasu można dzięki temu zaoszczędzić? I sama widzisz, jakie ładne mam teraz futerko! Nauczysz się jeszcze. Spokojnie, Jajeczna Skorupo. — Musnęła łapą bok kocicy, nakładając na niego piach i zaklepując go, niczym zwilżoną babkę na plaży. Materiał zsunął się, upadając na grunt głucho.
Cętkowana otworzyła pyszczek, uśmiechając się bez przekonania, ale nie przerwała szylkretce.

Od Fląderki Do Nurowej Gracji

*akcja ma miejsce lekko w przeszłości, początek pory nowych liści*

Wraz z nastaniem Pory Nowych Liści Fląderce zaczęła doskwierać bezsenność. Mimo obietnicy złożonej księciu pełniącemu stanowisko asystenta medyka, kotka zbagatelizowała początkowe objawy choroby, które na przełomie księżyców miały kolejno rozwinąć się w halucynacje, a następnie w problemy psychiczne. W końcu już nie raz miała problem z zaśnięciem, w szczególności odkąd zamieszkała na wyspie oddalonej od obozu. "To przejściowe". Tak sobie powtarzała, ilekroć oglądała gwieździste niebo nim udało jej się zasnąć ze zmęczenia.
Razem z Komarzą Łapą skoro świt zawitała do obozu. Mimo, że co jakiś czas stawiała w nim swoje łapy, czuła się bardziej wyobcowana niż do tej pory. A dodatkowo doskwierało jej zmęczenie. Po raz kolejny się nie wyspała, co dało się zauważyć na pierwszy rzut oka. Jednak nie mogła odmówić, tym bardziej, że została wezwana na wyspę przez Błękitną Lagunę. Zastępca nakazał Fląderce przeprowadzić ogromne porządki w sercu obozu. Miała pozbyć się zbutwiałych liści, które porą nagich drzew zakrył biały puch czy wyłowić z "oczka" śmieci, które się w nim znalazły. Oprócz tego miała wyczyścić ścieżkę, na której zaległy gałęzie pobliskiego drzewa. Nie mogła się lenić, musiała działać.
Pożegnała się z synem, który najprawdopodobniej jako ostatni ze swojego rodzeństwa udał się w teren wraz se swoim mentorem. Brązowe ślipka spoczęły na legowisko uczniów, w którym mieszkali Centuriowa Łapa, Wełniankowa Łapa oraz Umykająca Łapa. Może oni też udali się w teren? Było to bardzo możliwe, bo w zasięgu spojrzenia przez większość czasu podczas wykonywania zleconych prac nie miała okazji ich zauważyć. W końcu pod wieczór kątem oka dostrzegła znajomą postać o rdzawo-białej barwie, która stała do niej tyłem. Nie widzieć czemu Fląderka z góry założyła, że ma do czynienia ze swoją córeczką, Wełniankową Łapą. Nawet jeśli jej budowa ciała, jak i wielkość różniły się od tego co udało jej się zapamiętać na temat swojej córki. Kiedy ostatni raz miała okazję z nią porozmawiać, jak i podejść i móc jej się przyjrzeć? Zobaczyć, jak bardzo się zmieniła, odkąd była małym kociakiem, który wtulał się w jej brązowe futerko, którym większość społeczności Nocniaków pogardzała. Minęło tyle księżyców, że to było oczywiste, że jej mała córeczka nie była już małą córeczką. Zmieniła się, dorosła. Lada moment mogła zostać wojowniczką, podobnie jak pozostałe dzieci Fląderki.
– Dobry wieczór, Wełnianko... Wełniankowa Łapo – miauknęła zbliżając się do kota. – Moja córeczko... jak ty wyrosłaś... – Pociągnęła nosem, starając się nie rozkleić. Ile by dała, aby móc ponownie wziąć w objęcia w tym samym momencie wszystkie swoje dzieci. Aby nie widzieć tej zrozumiałej pogardy w spojrzeniach części z nich przez pokrewieństwo z odrzutkiem. – Jak przebiegają twoje treningi pod okiem Niedźwiedziówkowego Pyłu? Dogadujecie się? – Fląderka była pełna obaw, odkąd tylko bura kocica zawitała w szeregi Klanu Nocy. Co jeśli kazała jej chorowitej córeczce trenować, aż nie padnie ze zmęczenia? – Jak z twoim zdrowiem... czy nadal doświadczasz tych napadów?
Zielone oczy przepełnione pogardą wpatrywały się w Fląderkę. Chwila... Wełnianka przecież nie miała zielonych oczu. Ani rudej plamy na pyszczku. Jednak rdzawe uszy zakończone pędzlami oraz ogon... Ach, jak mogła pomylić swoją córeczkę z synem Trzcinowego Szmeru.
– Nurowa Gracjo! J-ja przepraszam... omyłkowo wzięłam cię za moją córeczkę, Wełniankową Łapę. – Pochyliła głowę. – O-oboje macie rudy ogon i uszy, w dodatku zakończone pędzelkami... Od tyłu jesteście niemalże nie do rozróżnienia. C-czy zdarzyło się to już wcześniej, aby jakiś wojownik was pomylił?

<Nurze?>

p.s. stadia choroby Fląderki mają postępować, proszę aby nikt jej nie leczył 🤗

Od Brykającego Mysikrólika

Przed śmiercią Przepiórczej Wichury

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, rzucając długie cienie wpadające hojnie do obozu Klanu Klifu. Fale morza obijały się z szumem o wysoko pnący się kamień, mocząc wiekowy głaz od dołu. Klangor mew niósł się echem, a malowniczy krajobraz z pomarańczowo-różowym niebem przestrzelonym przez białe chmury, przyciągał oko sprawnie. Koty wracały z ostatnich patroli, a lwia część klanowiczów zamieszkujących ogromny klif dzieliła się właśnie językami, wymieniając jednocześnie ploteczkami. Liliowa jeszcze nigdy nie wzięła w czymś identycznym udziału, dlatego też odczuła potrzebę, a wręcz przymus przyłączenia się do kogoś. Gdy spostrzegła wśród zebranych Jajeczną Skorupę, podeszła do niej w paru zwinnych susach. Musiała skorzystać z faktu, iż nikt jej do tej pory nie zaczepił, a z pewnością by się ktoś do tego znalazł, gdyby tylko zastanawiała się dłużej! Wodospad, teraz już odmarznięty, chociaż nadal potwornie lodowaty, obijał się o kamieniste dno, rycząc wyniośle i tym samym zagłuszając morze. Liliowa szylkretka zdążyła się odzwyczaić od dźwięku, który towarzyszył jej całe życie – w końcu od narodzin słyszała warkot, a gdy go zabrakło, jej codzienność stała się jakaś… inna. Dziwna. Kotka poruszyła uszami, uśmiechając się do rudej.
— Jajeczna Skorupo, czy chcesz się podzielić językami? — zapytała, a jej boki zafalowały delikatnie.
Wojowniczka spojrzała na nią ze zdziwieniem, jakby wyrwana z rozmyślania o czymś. Pokiwała głową.
— W porządku. Czy coś się stało, że mnie o to pytasz? — Uniosła jedną brew do góry, wyglądała na skrępowaną obecnością koteczki. Mysikrólik pokręciła głową.
— Chyba mogę cię prosić o spędzenie ze mną czasu, prawda? Należymy do tego samego klanu — miauknęła, nie tłumacząc wiele. W rzeczywistości wojowniczka była najbliżej i to głównie dlatego ją zaczepiła, ale przecież jej tego nie mogła powiedzieć!
Bursztynooka westchnęła, poruszając wąsami.
— Dobrze… masz rację, możesz. Chodźmy do reszty. — Ruchem ogona zachęciła ją do tego, żeby przysiadły nieopodal Tygrysiego Języka, Agatówkowego Cienia i paru innych wojowników, na których szylkretka nie zwróciła większej uwagi. Wreszcie, gdy przysiadła i pozwoliła cętkowanej zacząć pielęgnacje jej futra, uśmiechnęła się chytrze. Dzisiaj znowu wytarzała się w pyle i akurat nie chciało jej się iść specjalnie do wody tylko po to, żeby się obmyć. Dlatego, równie dobrze, mogła w ten sposób wykorzystać fakt, iż ktoś miał dobre serce. Jajeczna Skorupa nie skomentowała tego, a Mysikrólik bardzo to bawiło. Parsknęła śmiechem, zakrywając pyszczek, gdy Klifiaczka ciągnęła ją za kłosy językiem.
— Jajeczna Skorupo, ostatnio powiedziałaś, że mi do twarzy w pyle. Jeśli chcesz, zabiorę cię za niedługo w miejsce, w którym się tarzam. Ty też będziesz mogła mieć takie futerko, jeśli tylko zechcesz — miauknęła, odwracając się do koleżanki i poklepała ją po barkach pocieszająco. Klifiaczka już miała coś odpowiedzieć, nawet otworzyła pysk, jednak liliowa znowu jej przerwała. — Dobrze, że nie wytarzałaś się w błocie. Nie chciałabym być wtedy w twojej skórze. Błoto jest ohydne. — Wystawiła język, a na jej mimice zakwitło obrzydzenie.
Jajeczna Skorupa widocznie się zakłopotała, nie komentując słów koleżanki.
— Brykający Mysikróliku, a jak ma się twoja łapa? Słyszałam, że ją sobie zraniłaś jakiś czas temu. Czy nadal cię boli? Bo masz ją uniesioną — podjęła, sadowiąc się wygodniej. — Myślałam, że naskoczył na ciebie borsuk. Tak głośno wtedy krzyknęłaś.
Koteczka poruszyła nieznacznie kikutem ogona, czując zimną posadzkę pod poduszeczkami.
— Coraz lepiej. Już mnie praktycznie w ogóle nie boli. Chyba z przyzwyczajenia tak ją trzymam... — powiedziała, spoglądając na wspomnianą kończynę. Zdążyła już o tym zapomnieć... niedobrze, że ktokolwiek oprócz niej i Księżycowej Aldrowandy o tym pamiętał. Całe szczęście jednak, że ruda nie należała do kotów roznoszących plotki po wszystkich pobratymcach. Może nie widziała zderzenia ze ścianą i nie znała powodu zranienia.
— Całe szczęście... a jak to się w ogóle stało, że sobie ją zraniłaś?
W żółtych oczach Mysikrólika pojawiła się podstępna iskierka. Uśmiechnęła się, a potem przybrała śmiertelnie poważny wyraz pyska.
— Walczyłam z samotnikiem, którego przegoniłam z naszych terenów! Ugryzł mnie w łapę, a ja uczepiłam się jego brzucha i mu powyrywałam kępki futra, przeganiając go stąd. — Dumnie wypięła pierś, uśmiechając się do koleżanki. Jajeczna Skorupa popatrzyła na nią ze zdziwieniem, nie dodając od siebie już nic więcej. — W końcu zostałam mianowana wojowniczką jako pierwsza z całego mojego rodzeństwa. Lśniąca Gwiazda musiał za coś mnie uznać, a za co innego, jak nie za szlachetny czyn na rzecz klanu?

Od Zwisającej Perłówki

Natrętne, delikatne swędzenie, jakby ktoś drażnił jej nos koniuszkiem wysuszonego źdźbła trawy, nie dawało Zwisającej Perłówce spokoju. Mimowolnie zmrużyła oczy, napinając mięśnie pyska w skazanej na porażkę próbie powstrzymania nadchodzącego hałasu. To było już kolejne kichnięcie, odkąd otworzyła oczy, a przebudziła się na tyle niedawno, że nie zdążyła nawet podnieść się z posłania.
Podczas ostatniej Pory Nagich Drzew spędzała wyjątkowo dużo czasu poza obozem, a przynajmniej tym nowo wykopanym. Już wtedy, gdy lodowaty wiatr smagał ciągle jej futro, podświadomie czuła, że zmierza to w złą stronę, a nocne czuwanie po mianowaniu stanowczo w tym nie pomogło. Z początku powtarzała sobie, że nie było sensu zawracać głowy Wdzięcznej Firletce z powodu zwykłej błahostki, zwłaszcza wtedy, gdy miała wystarczająco obowiązków na głowie po utracie uczennicy.
Jednak wymowne, pełne irytacji spojrzenia wciąż zaspanych klanowiczów, których skutecznie wyrywała ze snu każdym kolejnym parsknięciem, były jasnym sygnałem.
Ułożyła z grubsza zmierzwione futro i pociągając nosem, ruszyła w stronę legowiska medyka. Tuż przed samym wejściem poczuła, jak fala swędzenia wzbiera się w niej na nowo. Kotka skrzywiła się, a z jej pyska wymknęło się kolejne kichnięcie, rozbrzmiewające w tunelach.
Kiedy z powrotem otworzyła lekko załzawione oczy, z ciemności legowiska wyłoniła się już głowa Wdzięcznej Firletki.
— Słyszałam cię z samego końca tunelu — odezwała się cicho, ale w jej głosie słychać było troskę. — Trzeba było przyjść do mnie od razu, zamiast się męczyć.
Medyczka odwróciła się i po chwili wróciła z garstką ziół, jakich Zwisająca Perłówka nie rozpoznawała. Wojowniczka powoli żuła gorzkie lekarstwo, słuchając krótkich zaleceń o unikaniu siedzenia na otwartym wietrze. Na koniec skinęła głową, ale w duchu kiełkował w niej inny plan. Jej myśli poszły od razu do pewnego miejsca poza tunelami, gdzie technicznie rzecz biorąc, wiatru nie powinna zastać.
Celem wyprawy była ceglana wieża, w którym znajdowało się poprzednie legowiska medyka. Od pożaru miała wrażenie, że przetrzepała już każdy zakamarek starego obozu nieporównywalnie dokładniej, niż kiedykolwiek jak próbowała zabić czas w swoich kocięcych księżycach. Nic nie stało jednak na przeszkodzie, by pokręcić się tam po raz kolejny.
Bardzo słaby, ulotny zapach suchych ziół dalej wypełniał pomieszczenie, ale nie trzeba było bystrego oka, żeby zauważyć, że źródła tej woni od dawna już tu nie ma. Mimo to Zwisająca Perłówka postanowiła sprawdzić ostatni kąt. Zanurkowałą głęboko w cień i ku swojemu zaskoczeniu, wyciągnęła spod schodów prowadzących na drugie piętro wieży zupełnie nietknięte ogniem posłanie. Chwyciła znalezisko w pysk, czując przypływ satysfakcji i bez zbędnej zwłoki postanowiła zanieść je z powrotem do obozu.
Gdy taszczyła posłanie przez zgliszcza, z drogi zstąpiła jej Słodka Dziewanna. Jej widok przywołał w pamięci Perłówki wspomnienie sprzed jakiegoś czasu, kiedy znalazła w okolicy parę ususzonych, lekko pogniecionych stokrotek, najpewniej należących oryginalnie do kotki stojącej przed nią.
Nie chciała od razu puszczać ciężko znalezionej zdobyczy, więc tylko odprowadziła odchodzącą kotkę wzrokiem i ruszyła dalej. Wracając do tuneli, ostrożnie ominęła legowiska medyka, mając nadzieje, że Wdzięczna Firletka nie przyłapie jej na natychmiastowym naciąganiu jej zaleceń. W końcu dotarła do nory wojowników i zanim zdążyła znowu zapomnieć, wyciągnęła schowane koło swojego posłania stokrotki i delikatnie odłożyła je na miejsce Słodkiej Dziewanny. Pewnie będzie miała okazję wspomnieć, gdzie je znalazła innym razem.

[Event Klanu Burzy: oddanie przedmiotu właścicielowi]
Wyleczeni: Zwisająca Perłówka

Od Monarcha Pierwszego CD. Skrzydlatej Płomykówki

Kocur jakoś upatrzył sobie tereny Klanu Burzy. Lubił tu wracać, bo raczej nie miał negatywnych wspomnień z tego miejsca. W ogóle, gdyby tak pomyślał, to nigdzie nie został przegoniony. No dobrze raz, czy dwa tak. Za pierwszym razem była to kotka Ostatni Pożar, ale potem już się tak na niego nie rzucała. Zastanawiał się, co u niej słychać, bo dawno jej nie widział. Nie, żeby tęsknił, ale jakoś tak przywykł do wspólnych rozmów. Oczywiście dla niego były to rozmowy, ale dla kotki? Sam nie był pewien.
— Dziwna sprawa — wymamrotał. Nie zdążył nawet dokończyć zdania, kiedy przed jego pyskiem wyrosły ślepia znanej mu kotki.
— Och? — wymsknęło mu się, gdy usłyszał głos zastępczyni Burzaków. Zaraz jednak się otrząsnął i uśmiechnął niewinnie.
— Dzień dobry miła pani, ach? Co ja tu robię? Śmieszna sprawa, bo widzi pani…zamyśliłem się i cóż straciłem orientację w terenie — odpowiedział ze skruchą. Po części rzeczywiście się zamyślił, a z drugiej to przecież nie było istotne prawda?
— Ale skoro już pani tu jest, to chciałbym się dowiedzieć, co jest takiego dobrego w klanie. Tyle kotów w jednym miejscu, czy nie jest to uciążliwe? — miauknął, grzecznie siadając poza granicą Klanu Burzy. Nie był pewien, czy kocica mu odpowie, ale naprawdę od jakiegoś czasu się nad tym zastanawiał. Żył sam, ale czasem bywało to uciążliwe. Tyle dobrego, że wiedział do kogo pójść, gdy był chory, albo się zranił. Problem polegał jednak na tym, że była tam Kobczyk, a z nią kocur miał specyficzny kontakt.

<Pani sówko? Czy klan nie jest męczącym miejscem?>

Od Dymówkowej Łapy CD. Rozkwitającego Astra

Przeszłość

Dymówkowa Łapa uniosła wzrok na mentorkę i posłała jej delikatny uśmiech. Przybliżyła się do jej boku, niemal stykając się z nią futrami.
— Nie rozmawiałam jakoś dużo z innymi kotami. Prawdę mówiąc, całe zgromadzenie spędziłam koło mojego kuzyna Złamanej Łapy… — zaczęła, przenosząc niebeskie spojrzenie przed siebie. Jednak pozostała u boku Rozkwitającej Aster. Czuła się przy starszej protektorce pewnie i bezpiecznie.
— Rozmawialiśmy o…Bukowej Koronie, Foczej Fali i tych kociętach, co niedawno się urodziły — przyznała po chwili milczenia, kładąc lekko uszka.
— Ale…nie wyśmiewaliśmy się z nich, żeby nie było. Po prostu zastanawialiśmy się jakie powiązanie ma Bukowa Korona z młodymi. Znaczy, to może być jedynie zbieg okoliczności, zdaję sobie z tego sprawę — dodała po chwili. Sama nie wiedziała czemu, o tym opowiadała mentorce. Być może ufała jej na tyle, by nie stanowiło to dla niej problemu? Było to bardzo możliwe.

Obecnie

Niebieska uczennica wstała dzisiaj wcześniej, bo była umówiona z mentorką na trening. Ponoć starsza kocica miała dla niej jakieś ciekawe zadania, chociaż wszystko, czego się uczyła pod okiem kocicy, było ciekawe i interesujące. Im dłużej trenowała, tym bardziej zdawała sobie sprawę, że protektorzy dla Klanu Klifu byli ważni. Jej ojciec miał rację. Przynajmniej usilnie próbowała w to wierzyć. Rozglądała się dookoła niebieskimi ślepiami.
— Wiesz? — zaczęła cicho, przenosząc wzrok na mentorkę.
— Ostatnio szukałam czegoś ślicznego dla pewnego kota. Pomogła mi w tym Zanurzona Łapa — kontynuowała nieco pewniej. Zawsze, gdy mówiła o ozdobach i kolekcjonowaniu jakoś tak zyskiwała więcej pewności siebie. W końcu to były tematy bardzo bliskie jej sercu.
— Wymyśliłam taką bransoletkę z trawy. Zaplotłam w źdźbło dwa mewie piórka i pośrodku dałam skowronka. Myślisz, że taki podarek spodobałby się…jemu? — mruknęła, ściszając nieco bardziej głos. Ufała starszej protektorce, ale nie chciała, by jakieś niepowołane uszy tego nie usłyszały. Szczególnie te należące do wrednego Migota, którego po części nawet się obawiała.
— Poza tym, co mnie dziś czeka na treningu? — dodała nieco głośniej, jakby od samego początku właśnie o tym była mowa.

<Mentorko?Czy mu się spodoba?>
[326 słów]

Nowy członek Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd!


Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Wykrwawienie się
Zasłużenie: Próba morderstwa

Odszedł do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd!

Od Rogatego Flaminga (Rogatej Gwiazdy)

Rogatemu Flamingowi nie umknęło dziwne zachowanie babki przez ostatni księżyc. Nie było to związane z ulatującą powoli Porą Nagich Drzew, nie wyglądała na chorą ani nie pachniała inaczej. Również poprowadziła ich nawet na zgromadzenie, na którym już wtedy coś było nie tak. Zdawało się, jakby była chodzącym duchem, a nie dumną przywódczynią Klanu Nocy, która zawsze wiedziała co powiedzieć i jak należało się zachować. Jego wzór do naśladowania, mentorka. Z jakiegoś powodu umysł podpowiadał mu, iż jej czas powoli dobiegał końca, ilekroć na nią spoglądał. Na jej pysku i pośród czarnych kłosów widniało wiele siwych włosków, wskazujących na jej podeszły wiek. Widząc ją w takim stanie, czuł rozpacz. Tak samo, ilekroć odwiedzał matkę w legowisku starszyzny, nie potrafił otrząsnąć się z wrażenia, że za niedługo będzie musiał pochować dwa najważniejsze koty w całym jego życiu. Nawet jeśli rozmawiał z nią teraz mniej, nadal czuł swego rodzaju sentyment. W końcu mamę miało się jedną, tak samo zresztą ojca. Zawsze chciał, żeby byli z niego dumni i go dostrzegli, pochwalili jego osiągnięcia.
Śnieg zachlupał mu pod łapami, gdy oglądał kołyszące, wysoko się pnące trzciny, które okalały obóz masowo. Z powodu niesprzyjającej pory były lekko wyschnięte, a także pokryte puchem. Kawałek z uzbieranej masy osunął się na grunt głucho, robiąc w większej warstwie ubytek. Najprawdopodobniej za niedługo przyjdzie odwilż, a poziomy wody się podniosą. Nie zapowiadało to nic dobrego, szczególnie jeśli mogły wystąpić podtopienia. Miał nadzieję, że woda się uspokoi i wszystko wróci do normy, sprzed dotkliwych mrozów. Do wód powróci masa ryb, a Nocniacy będą najedzeni tak bardzo, jak nigdy wcześniej. Z obrzydzeniem strzepnął nadmiar śniegu ze swojej łapy, marszcząc nos. Jasna końcówka jego ogona podrygiwała nieznacznie, gdy wszedł do środka legowiska medyków. Jego nozdrza zaatakowały liczne, intensywne zapachy ziół, a on sam walczył ze sobą, żeby nie kichnąć. Postawiono przed nim zioła na drogę, tak samo zresztą dla jego ojca i towarzyszącego im kota. Po podniebieniu pointa rozpłynął się gorzki, nieprzyjemny posmak. Mogliby dorzucić mu trochę miodu, w końcu zasługiwał na to!
Normalnie dla zabicia nudy lub odstresowania kazałby Fląderce coś dla siebie przynieść, ale jako iż przebywała na wyspie, a jemu nie widziało się teraz tam płynąć, to niestety nie mógł nikomu innemu kazać. Może poza Komarzą Łapą, ale i on był obecnie na treningu. W dodatku Flaming jeszcze o nic go nie poprosił. Terminator był synem czekoladowej, samemu nosząc wspomniany kolor na sobie, chociaż nie pełnie, to jednak występował, dlatego też to była pewnie kwestia czasu.
Wojownik spodziewałby się wszystkiego, ale nie tego. Jednego dnia zniknęło aż trzech członków rodu, w tym głowa klanu. Jako iż tak nakazywała tradycja, Błękitna Laguna wybrał wojowników, którzy będą mu towarzyszyć w drodze do Sadzawki Klanu Gwiazdy, w celu odebrania dziewięciu żywotów. Klan nie mógł zostać bez tego, kto by go prowadził. Cała czwórka najadła się tego dnia porządnie, czekała ich podróż. Mało kto wiedział, którędy należało pójść, żeby dotrzeć do wspomnianego miejsca. Gąbczasta Perła miała łapy pełne roboty, chorych było wielu. Dlatego też to właśnie łaciaty wyruszył z nimi.

***

Daleko rozciągające się tereny Klanu Nocy pokryte były nierównomiernie śniegiem, zmuszając koty do mrożenia sobie poduszeczek. Książę trwał w zamyśleniu, czując zadowolenie z faktu, iż został wybrany do tej misji. Wystające kłosy trawy uginały się pod łapami czwórki, która szła teraz w milczeniu. Wreszcie, nie musząc długo wędrować, dotarli nad wodę. Znaleźli się poza bezpiecznymi ramionami azylu.
Kocur wskoczył do cieczy i zanurzył się, a jego futro walczyło przez chwilę z wilgocią.
Po jego ciele rozeszły się mroźne pazury chłodnej pory. Woda była tak lodowata, że przez uderzenie serca zastanawiał się, czy zdąży się wynurzyć, czy jego kończynom zabraknie czucia. Całe futro powoli ustępowało mokremu naciskowi, a jemu samemu pozostawało jedynie machać kończynami, jak został nauczony przez babcię i piastuna wraz z matką.
Zaczął młócić łapami za księciem z determinacją. Powietrze dookoła zgęstniało, nawet świerszcze przestały grać swoją melodię, po którą sięgały każdej nocy i tuliły koty do snu, wraz z szumem obijających się fal o brzeg.
Czwórka sprawnie wynurzyła się z wody po drugiej stronie. Otrzepali się z nadmiaru cieczy, chlapiąc siebie nawzajem przez przypadek. Point poruszył gniewnie ogonem, wylizując sobie pierś, żeby ją ułożyć. Musiał się prezentować jak najlepiej! Miał nadzieję, że jego kłosy szybko wyprą wilgoć i wyschną tak, że nawet nie odczuje tego zanurzenia. Do jego nosa dotarł intensywny smród oznaczeń zapachowych na granicy z Klanem Klifu. Na samą myśl się skrzywił, przypomniawszy sobie zgromadzenie, które miało miejsce ostatnio. Klifiacy wcale nie wykazali się mądrością ani tym bardziej kulturą osobistą. Mimo iż trwał rozejm, kto wie, co mogło im uderzyć do głowy? Nie należeli przecież do najmądrzejszych.
Rozejrzał się po ciągnących się połaciach, jednak jego ślepia nie wychwyciły, chociażby plamy innego koloru, niż zielony wymieszany z barwą nieba. Odetchnął więc, ruszając za resztą. Wiatr swoją siłą smagał ich ciała, posyłając w dal ostatnie kropelki, przynosząc ze sobą mokrą woń oraz orzeźwiającą bryzę wiejącą znad morza, znajdującego się kawałek stąd. Klangor mew niósł się spokojnym echem, gdy stawiali kolejne kroki niestrudzenie. Korony drzew kołysały się delikatnie w oddali, malując swój szczyt na sklepieniu. Rogaty Flaming czuł ziąb, jaki przejmował powoli kontrolę nad jego ciałem. Całe szczęście zdawało się, że byli niedaleko. Jego oczy dostrzegły wysoko się pnący głaz, na który nigdy wcześniej nie zwrócił uwagi. Klekoczący Bocian miał uszy położone po sobie. Wojownik postanowił się tym nie przejmować w tej chwili.
— Zaczekajcie tutaj i pilnujcie, żeby nic nie przeszkodziło w moim spotkaniu — rozległ się głos Błękitnej Laguny. Kocur kiwnął posłusznie głową i przysiadł u wejścia, wpatrując się w nieboskłon rozciągający się nad sobą, a do uszu dotarł mu dźwięk stawianych kroków po lekko wysuszonej ziemi. Niedługo później końcówki ogonów dwójki zniknęły w mroku, a dźwięk stawał się coraz cichszy.

***

Rogaty Flaming czuł zniecierpliwienie. Nie wiedział, ile powinno trwać takie spotkanie, aczkolwiek im dłużej tutaj siedział i miał czasu na rozmyślanie, bez możliwości zajęcia czymkolwiek łap lub porozmawiania z kimś innym niż wojownik, który nie zrobił mu nic złego, to zaczynał dochodzić do wniosku, że nie potrafił się nudzić. Najchętniej wydałby rozkaz Fląderce i zdenerwował się, gdyby nie przyniosła mu tego, co od niej chciał. Nie było to jednak w tej chwili możliwe.
Nagle, coś przykuło jego uwagę.
Z wewnątrz tuneli dobiegł ich głośny wrzask, który przeciął spokojną ciszę. Rogaty Flaming postawił czujnie uszy, zaglądając w głąb tunelowisk, jednak nie dostrzegł nic poza mrokiem. Krzyk był również dużo cichszy, co wskazywało na to, iż nie znajdowali się wcale tak blisko. Machnął ogonem, a tuż za nim ustawił się Żmijowcowa Wić. Zanurkował do środka, ocierając się o jedną ze ścian, tym samym brudząc sobie bok i na tyle, na ile był w stanie, zaczął pędzić w nieznanym mu kierunku. Nie było to w tej chwili istotne, że szorował futrem o ziemię. Wrzask należał do Błękitnej Laguny, a potem został wsparty przez wyraźniejszy już warkot wydobywający się z pyska jakiejś nieznanej mu istoty. Im bliżej się znajdował, tym głośniejszy stawał się dźwięk, a umysł wypełniały przeróżne możliwości, co zastaną, gdy tylko tam dotrą.
Nie potrzebował długo, żeby do nosa dopłynął mu smród lisa, a potem w kącikach oczu dostrzegł rdzawą, najeżoną plamę. Zmarszczył nos, a potem spostrzegł ojca leżącego na boku. Klekoczący Bocian wymachiwał łapą w kierunku bestii, sycząc wściekle i zginając grzbiet w łuk. Przestrzeń, w której się znaleźli, nie sprzyjała w ogóle unikom. Było ciasno, a ilość tlenu została im ograniczona do minimum, jakie panowało pod ziemią. Point sprawnym ruchem łapy zaczepił się pazurami o pysk zwierza, ciągnąc w swoją stronę. Szkarłatna pręga zabarwiła rude czoło, a posoka prysnęła na zebraną czwórkę. Lis zawył, wywijając kitą na boki, a echo przyprawiło koty o ból uszu i chwilowy stan ogromnego dyskomfortu. Point zjeżył sierść wzdłuż kręgosłupa, obnażając kły wrogo, chcąc go odgonić od rannego ojca. Czy daliby radę we trójkę, a właściwie we dwóch pokonać napastnika? Oczywiście, Flaming nigdy nie wątpił w swoje umiejętności, aczkolwiek w tych okolicznościach los był raczej przeciwko nim, niż im sprzyjał. Niebieskooki nie miał nawet czasu dobrze się przyjrzeć starszemu, ponieważ ryzyko uszkodzenia było zbyt duże. Wierzył, że asystentowi medyka uda się opatrzyć zastępcę, mimo że nie miał przy sobie wiele, poza kępką pajęczyn. Lis zaszczekał, a potem kłapnął pyskiem i rzucił się w stronę Żmijowcowej Wici. Szarpnął potężnie, gdy zatopił szczęki w jego ramieniu. Zielonooki wydał z siebie okrzyk bólu, próbując wymierzyć cios w jego pysk, jednak nie mógł go dosięgnąć. Rogaty Flaming uczepił się karku atakującego, łapami otulił jego szyję, ściskając ją, chcąc w ten sposób go zmusić do puszczenia wojownika. Gdyby warunki sprzyjały, prawdopodobnie zakotwiczyłby się w jego plecach i zaczął je drapać, tym razem jednak nie było to możliwe. Po jego podniebieniu rozpłynął się metaliczny posmak, a bury został puszczony i wylądował na ziemi ze stukotem. Przeciwnik wykręcił łeb i spróbował dosięgnąć Rogatego Flaminga, w międzyczasie Żmijowcowa Wić zanurkował pod łapami lisa i zaczął go drapać w brzuch, wyrywając kępki futra i rozcinając miękką skórę. Lis pochwycił parę kosmyków księcia, jednak nie udało mu się zrobić większych szkód na jego ciele. Poczuł ból, gdy wyrywano mu długą sierść i ciągnięto za skórę. Bury wynurzył się spod niego, próbując jeszcze zbić go z łap, jednak ilekroć uderzał potężnie w ciemne kończyny, lis nadal trzymał się stabilnie gruntu, a książę był zmuszony odejść na bok, ponieważ szczęki pojawiły się niebezpiecznie blisko jego głowy. Zatopił kły w tylnej łapie, pazurami drapiąc jego tył, a lis w odpowiedzi zawył głośno, chcąc pochwycić teraz Flaminga. Ten w odpowiedzi odsunął się, chociaż jego ramię na tym ucierpiało, a przeszywający ból rozniósł się sprawnie po ciele kocura, krzywiąc mu pysk.
Lis zaczął ujadać wściekle, gdy dwójka stanęła przy sobie i wygięli grzbiety w łuk, próbując go przepędzić, ale jednocześnie sapali z powodu wysiłku. Bestia jeszcze przez parę uderzeń serca patrzyła na nich guzikowymi oczami, aż wreszcie z podkulonym ogonem ruszyła tunelem w stronę wyjścia, zostawiając za sobą strużki krwi. Wojownik odwrócił wzrok w stronę Błękitnej Laguny, nadal nasłuchując za lisem, którego dudniące kroki oddalały się teraz od nich, wprawiając tunel w lekkie drżenie i zsypywanie małych kamyczków nieopodal.
Bok zastępcy unosił się i opadał, chociaż z ogromnym trudem. Wyglądał teraz niczym kępka zmierzwionego, dwukolorowego futra, rozłożona na gruncie bezsilnie, oblepiona posoką. Pochylił się nad nim wraz z Żmijowcową Wicią, jednak nie mieli nic, co mogło pomóc kocurowi, nieważne ile by nie trzymali jego rozerwanych kłosów. Klekoczący Bocian wydawał im polecenia, aczkolwiek Błękitna Laguna nie wyglądał tak, jakby cokolwiek to zmieniało.
Point położył łapę ostrożnie na policzku ojca, jakby chciał go obudzić, chociaż nawet nim nie szturchał. Asystent medyka robił co w jego mocy, żeby zatamować krwawienie, jednak pajęczyny nasiąkały szkarłatem, a sam zastępca wyglądał na bardzo słabego. Oczy ledwo co trzymał otwarte.
— Rogaty F-flamingu…? — szepnął ledwie słyszalnie. Flaming nie spuszczał z niego wzroku, a Klekoczący Bocian tylko dokładał pajęczyn. — Chcę… ż-żeb-yś został… p-rzywódcą Klanu… N-ocy — powiedział, a końcówkę wręcz wykaszlał.
Jego oczy zaszły mgłą, teraz nieobecne i wlepione w dal, zamiast w pysk syna, a sam widok stał się niezwykle ciężki dla Flaminga. Point patrzył na ojca jeszcze przez jakiś czas, jakby nie do końca rozumiał to, co się przed nim stało. Łapą pogładził jego policzek delikatnie, nadal otępiały, jakby chciał mu ułożyć na nim futro. Odsunął ją nagle, a wzrok przeniósł na asystenta medyka u swojego boku, który właśnie sprawdzał puls. Następnie pokręcił głową, a poduszkami zamknął niebieskie ślepia księcia. Rogaty Flaming poczuł, że był ojcu dłużny. Musiał spełnić jego przedśmiertne życzenie. Zastrzygł wąsami i wlepił wzrok w Klekoczącego Bociana.
— Książę Błękitna Laguno? — wymruczał bury, również nie mogąc za bardzo w to uwierzyć.
Umysł kocura pędził, a on sam czuł się zmęczony tym starciem. Nie mógł jednak teraz wrócić do obozu. Zagrożenie mogło czyhać na nich u wejścia, a on sam miał świadomość, że jeśli nie spełni tego życzenia teraz, w przyszłości mógł nie otrzymać podobnej szansy. Klekoczący Bocian zrobił, co mógł, tak samo zresztą oni. Miał nadzieję, że lis nie postanowi wrócić tutaj prędko.

***

Przejście pochłonęło łaciate futro Rogatego Flaminga. Było tutaj mokro oraz zimno, dużo łatwiej dało się odczuć wilgoć, niż u wejścia. Ściany obrastał gęsto porozrzucany mech, a z sufitu opadały wydłużone kamienie. Nie był pewien, jak długo należało iść, aczkolwiek musiał polegać na własnym przeczuciu. Klekoczący Bocian i namiestnik zostali z zastępcą. Pilnowali, żeby nikt nie przerwał ceremonii. Jego uszy wychwytywały najcichszy szmer. Gdy przypadkowo musnął ogonem ścianę, zorientował się, że przed nim zaczynało się rozjaśniać. Nie wiele, ale jednak. Blady, jaśniejący punkt podpowiadał mu, że był już blisko celu.
Wreszcie, znalazł się w większym pomieszczeniu. Masa malunków przykuła jego uwagę, a dźwięk skapującej kropli wody do sadzawki od razu postawił mu uszy na sztorc. Było tu tak dużo miejsca, sufitu nie mógł nawet dojrzeć z dołu. Kocur poczuł ogarniającą go dumę. Z pewnością przodkowie spoglądali na niego teraz. Przyszła pora na to, żeby kontynuował to, co do niego należało, jako książę i najmłodszy z rodu. Podszedł do sadzawki i przyjrzał się swojemu odbiciu w wodzie. Jego futro było potargane z powodu walki, absolutnie nie mógł nazwać siebie czystym i gdyby nie naglący czas, prawdopodobnie zadbałby o swoje kłosy w tym momencie. Ale nie było czasu. Kucnął na brzegu i nabrał paru łyków wody. Była orzeźwiająca i świeża, chyba nigdy nie pił tak smacznej wody… Wpatrywał się jeszcze w swój pyszczek przez jakiś czas, aż wreszcie oddał się chłodnym objęciom snu. Jego umysł, mimo iż do tej pory zmartwiony wieloma rzeczami, teraz doznał wyjątkowej ciszy, a mięśnie rozluźniły się.
— Rogaty Flamingu — usłyszał czyjś głos, gdy znalazł się nagle w zupełnie innym miejscu. Otworzył ślepia, rozglądając się po przestrzeni, nad którą wysoko, przecięta przez liczne drzewa, wisiała połyskująca Srebrna Skóra. Wyglądała tak, jakby mógł jej sięgnąć, gdyby tylko zechciał. Jego futro było mierzwione przez podmuchy wiatru, a na trawie osadzała się wilgotna rosa, wraz z nocnymi zapachami roślinności. Niebo nad nim było niezwykle czyste, patrząc w nie, czuł swego rodzaju spokój, jakby wtulony w matczyne ramiona.
Zamrugał parokrotnie, próbując przyzwyczaić się do rozgrywającego się przed nim obrazu. Gwiazdy, do tej pory spokojne, teraz zdawało się, wirowały i spadały raz po raz na sam dół, jaskrawe. Serce pointa przyspieszyło, gdy przyglądał się tej wizji. Poruszył nieznacznie uszami.
W tej chwili o dziwo nie przeszkadzało mu, że ktoś zwrócił się do niego w ten sposób. Nie znał tego głosu, choć wydawał się tak znajomy. Z gwiazd zaczęły wyłaniać się dostojne koty Klanu Gwiazdy. Upstrzone masą punkcików, ich futra migotały na ciemnym tle, przyciągając jego uwagę sprawnie. Ich łapy przyzdobione były szronem, a oczy się jarzyły, gdy spoczywały na nim. Miał ochotę już na zawsze pozostać w tym świecie i podziwiać ich wspaniałe futra, nieskończenie długo czerpiąc radość z tej chwili. Właśnie takie gwiazdy chciał od Fląderki. Właśnie takie.
Wreszcie, wszystkie koty zeszły na ziemię, a niebieskie ślepia pointa chłonęły jasność ich ciał. Zmrużył je, czując, że nie powinien się tak w nich wpatrywać. Porównywalne było to do wpatrywania się prosto w słońce zbyt długo.
Jedną z nich rozpoznał bardzo szybko. Spoglądając na pyski przodków, odnosił wrażenie, że byli dla niego znajomi. Różana Woń siedziała przed nim. Wyglądała na młodą i zdrową. Zupełnie tak, jakby ktoś odjął jej cały ząb czasu, który ją nadgryzł i tlił w nią nowe życie. Miał wrażenie, jakby ktoś przeciął jego serce radością, niczym cierniem. Zamrugał parokrotnie do niej, ciesząc się, że znał stąd chociaż jednego kota, przynajmniej z widzenia.
— Witaj, Rogaty Flamingu. Czy jesteś gotowy przyjąć dziewięć żywotów?
— Różana Woni? — wymruczał, jakby nie do końca rozumiał. — Klan Nocy za tobą tęskni — dodał, poruszając lekko wąsami. Łaciata kotka pokręciła głową.
— Moje miejsce jest tutaj, Rogaty Flamingu.
Spojrzał na nią raz jeszcze, kiwając głową. Rogaty Flaming nie spodziewał się, że spotka tutaj Różaną Woń, medyczkę klanu która odeszła z powodu starości, ale służyła swoim aż do śmierci.
— Jestem gotów od urodzenia. Zacznijmy — powiedział z dziwnym strachem w głosie, jakby sylwetki wszystkich przodków go przytłoczyły.
Otaczająca ich dookoła ciemność przybrała formę czegoś w rodzaju łąki, chociaż nie była aż tak kolorowa i jasna, jak mógłby oczekiwać point. Rozejrzał się po wysoko pnących się kłosach, szeleszczących i uginających się delikatnie pod wiatrem. Mógłby przysiąc, że czuł na boku aksamitny powiew, napierający na jego wibrysy. Jego bok unosił się i opadał spokojnie, a sam czuł się tak, jakby siedział we własnym legowisku, a nie w nieznanym mu miejscu.
Tym, który się przed nim pojawił jako pierwszy, była to Srocza Gwiazda. Rogaty Flaming urodził się dużo później, łaciata wtedy już dawno zasiadywała na swoim miejscu na Srebrnej Skórze, chociaż słyszał o niej ogromną ilość opowieści. Od zawsze chciał być taki jak ona. Chciał, żeby była z niego dumna. Czerpał dumę z pokrewieństwa z zielonooką, mimo że nigdy nie poznał jej osobiście. Chciał, żeby była z niego zadowolona i go dostrzegła. Teraz gdy stała przed nim, czuł się tak, jakby spotkał legendę i musiał jej się pokłonić, chociaż nie mógł się ruszyć.
— Rogaty Flamingu, nazywam się Srocza Gwiazda — przedstawiła się, a potem nosem dotknęła jego czoła. Ogarnęło go ciepło Pory Zielonych Liści, jak podczas najgorętszego dnia, w którym nie miał możliwości zanurzyć się w chłodnej wodzie. Kocur posłusznie trwał w swoim miejscu, przymykając oczy, ponieważ tylko tyle mu pozostało. — Z tym życiem daje ci siłę do czynienia tego, co słuszne. W ciężkich chwilach jeszcze wiele razy zwątpisz w swój osąd, pamiętaj jednak, że nie jesteś z tym wszystkim sam. Korzystaj z niej dobrze, osądzając czyny innych.
Futro na plecach kocura podniosło się, gdy dawka dyskomfortu przeszła przez całe jego ciało, niczym dreszcz. Czuł się tak, jakby było mu odbierane życie, a nie wręczane. Nie rozumiał źródła cierpienia, a przynajmniej nie od razu. Zacisnął szczęki i syknął, ponieważ dyskomfort nie chciał ustąpić tak łatwo, chociaż zaczynał rozumieć, że było to konieczne. Gdyby tak nie postąpił, prawdopodobnie jęknąłby z bólu. Skoro miał przewodzić klanowi, musiał to znieść, jakikolwiek by nie był. Pazurami wbił się w grunt pod sobą, chociaż nawet nie był już pewien, na czym dokładnie stał. Przymrużył oczy, myśląc, że z drugim życiem, może jeśli nie będzie spoglądał na przodka, to będzie mu łatwiej wytrzymać.
Nie mógł jednak pozostać w takim stanie. Światło zaczęło go tak bardzo razić, że aż niewłaściwym wydawało się zasłanianie sobie wizji powiekami. Podniósł łeb na tyle, na ile był w stanie. Łaciata siedziała na przydzielonym sobie miejscu.
Rogaty Flaming otworzył szerzej ślepia, nagle szukając w szeregach własnego ojca. W końcu musiał tu trafić, prawda? Jego teza się potwierdzała, co prawda nie ta, ale inna – oto dowód przed nim, Srocza Gwiazda, która spoglądała na niego ciepło, jakby z dumą, a może właśnie taki obraz chciał widzieć; może nie dopuszczał do siebie innej opcji, zawsze najlepszy i najambitniejszy z Nocniaków. Potwierdziło się to, że przodkowie nad nim czuwali. Nie mógł jednak nigdzie znaleźć Błękitnej Laguny.
Łabądka przybliżyła się do niego i zadarła głowę do góry, a potem nosem dotknęła czubka głowy kocura. Jej dotyk był dużo zimniejszy, niż śnieg, po którym stąpał, zanim tu dotarł. Gdyby był fizycznie w stanie się poruszyć, najprawdopodobniej odsunąłby się.
— Z tym życiem daję ci honor. Przestrzeganie zasad przekazywanych z pokolenia na pokolenie, jest szczególnie ważne. Jeszcze ważniejsze jest życie w zgodzie ze sobą i własnymi zasadami. Używaj go dobrze — rozległo się kocięce miauknięcie, a jej pyszczek rozświetlił szeroki uśmiech.
Kocur poczuł ukłucie. Tak, jakby ktoś wetknął mu palec pomiędzy żebra z wysuniętym pazurem. Zamruczał do koteczki. W uszach Nocniaka zjawił się ogłuszający pisk, a futro wzdłuż kręgosłupa napuszyło się niczym u jeża. Jego umysł, przestrzelony teraz przez masę strasznych wizji wojen i wszelkiego rodzaju bitew, zmuszał myśli do nieskończonego wirowania wokół nich wszystkich, gdy jego oczy pociemniały.
Nagle jego ciałem wstrząsnął dreszcz, który przywrócił go do teraźniejszości. Czuł się słabszy niż kiedykolwiek wcześniej. Niczym kocię, które domagało się mleka, a nie mogło go otrzymać przez to, że matka głodowała. Blednąca ciemność otaczała go z powrotem, przerywana przez jasne sylwetki przodków.
Kocię wycofało się i usiadło w półmroku, w kręgu zebranych kotów. Point nie mógł się skupić na niej wystarczająco długo, żeby zapamiętać gdzie dokładnie przysiadła. Miał ochotę wyciągnąć w jej stronę łapę, ale nie był w stanie. Wszystko go bolało, czuł się zagubiony.
Przed nim z powrotem pojawiła się smukła, wysoka czarno-biała kocica o zielonych oczach. Miał wrażenie, że pewna część niej przypominała mu Sroczą Gwiazdę. Medyczka podeszła do niego i dotknęła nosem jego czoła. Kocur nie był pewien, czy w ogóle musnęła jego futro, ponieważ zrobiła to tak delikatnie.
— Z tym życiem daję ci mądrość. Korzystaj z niej dobrze, dzieląc się z klanem w razie potrzeby — wymruczała, a kocur skulił się, próbując przygotować w ten sposób na to, co miało go spotkać razem z następnym życiem. Powieki zaczęły mu drgać, a wąsy zastrzygły, gdy skończyła mówić. Spazm bólu zgiął jego grzbiet, point zaczął prostować łapy i wysuwać pazury, próbując czegokolwiek się uchwycić, żeby dać umysłowi poczucie racjonalnego wytłumaczenia tego uczucia. Zamiast tego, jego głowa wypełniła się, przytłaczającą wręcz wiedzą, jednocześnie stając się ciężka niczym największy głaz, jaki kocur mógł kiedykolwiek znaleźć. Miał wrażenie, jakby wiele kotów obserwowało go w tym momencie, licząc na to, iż podzieli się nabytą do tej pory wiedzą. Łaknęli jej niczym wygłodzony kot najchudszej zwierzyny, jaka stąpała po ziemiach klanów. Zamrugał, uchylając ślepia raz jeszcze. Wyczerpanie, które do tej pory sprawnie zaczęło władać jego umysłem, nagle uleciało, gdy przed nim pojawiła się postawna, liliowa kocica z wyraźnymi ciemniejszymi pręgami po bokach, a także białymi pasmami przecinającymi je. Jej ślepia były zielone, a na pyszczku nie dało się doszukać niczego innego, jak pogodności. Futro otulało szyję Spienionej Gwiazdy niczym szal. Podeszła do kocura i przysunęła nos do jego czoła.
— Z tym życiem daję ci miłość — powiedziała aksamitnie. — Korzystaj z niej dobrze wobec swojego klanu i tych, na których ci zależy.
Rogaty Flaming poruszył nieznacznie uszami, zdziwiony, iż to życie nie przyniosło mu nawet odrobiny bólu. Poczuł się tak, jakby wraz z tymi słowami otuliło go ciepło, a wraz z nim ogromna wygoda. Czuł się tak, jakby zjadł najlepszą zdobycz ze sterty i siedział teraz, najedzony i wygrzewał się w promieniach Pory Zielonych Liści. Zaczął cicho mruczeć, poczuł się teraz tak, jakby drzemał u boku Wężynowego Kła, nieprzejęty żadną troską na świecie, nawet nie atakiem borsuków na obóz Klanu Nocy.
Kotka spojrzała na niego raz jeszcze, a potem wycofała się do tłumu, tam, gdzie siedziała cała reszta przodków. Rogaty Flaming czuł ogromną ulgę. Dzięki temu życiu przekonał się, że nie wszystkie były tak bardzo bolesne. Odprowadził ją wzrokiem, gdy pojawiła się przed nim kolejna sylwetka.
Smukła, czarno-biała sylwetka z długimi łapami zjawiła się przed nim. Kotewkowy Powiew o jasnych, zielonych oczach patrzyła na niego teraz z nieodgadnionym wyrazem. Point nigdy nie zdołał jej poznać, również nie słyszał o niej zbyt wiele poza tym, że pełniła funkcję piastunki przed Złocistym Widlikiem. Patrząc na to, jak rudy wychowywał kocięta, musiała być dobrą mentorką. Podeszła do niego eleganckim krokiem, jej uszy były wywinięte do środka, przypominając swego rodzaju fryzurę. Przybliżyła nos do jego czoła, stykając się z nim.
— Z tym życiem daję ci cierpliwość. Używaj jej dobrze w pomaganiu tym w potrzebie, również wobec siebie w chwilach, gdy czujesz, że zaczyna ci jej brakować. — Kocur poczuł, jak jego łapy stają się nagle dziwnie lekkie, a sam odniósł wrażenie, że płynął teraz nieskończonymi wodami, tak spokojnymi, jak jego umysł w tej chwili, wiedząc, w którą stronę zmierzać, gdziekolwiek chciał dotrzeć. Podczas każdej z rozmów, jakie na niego czekały, wykazywał się ogromną wiedzą oraz elokwencją, jednocześnie wykazując zachowanie eleganckie i godne podziwu. Point od zawsze był niezwykle niecierpliwy i potrafił wybuchnąć przez dla wielu, najmniejszą rzecz. Łaciata księżniczka wycofała się do zebranych kotów, zajmując swoje miejsce z zadowoleniem.
Z szeregu wysunęła się Wirująca Lotka. Jarzące się, pomarańczowe oczy spoczęły na nim, gdy zaczęła się elegancko zbliżać, stawiając łapy z największą gracją i ogonem uniesionym wysoko, wraz z podbródkiem. Jej jaśniejsza pierś odznaczała się na łaciatym, czarno-białym ciele. Podeszła do pointa, a potem schyliwszy się, przycisnęła nos do jego czoła. Choć niższa od wielu z zebranych, to uzupełniała to ogromną pewnością siebie.
— Z tym życiem daję ci wytrzymałość. Idź z głową uniesioną wysoko, nieważne, co ci się przytrafi — powiedziała do niego, sprawnie się odsuwając po chwili i powracając na przeznaczone dla siebie miejsce wśród reszty.
Kocur zdążył przyzwyczaić się do nie najgorszego uczucia, jakie towarzyszyło mu wraz z otrzymaniem dwóch poprzednich żyć. Dlatego też aż zachłysnął się z bólu, gdy został nim zaatakowany, niczym przez wściekłego psa wielkimi szczękami. Czuł się tak, jakby miotano nim niczym żałośnie wątłym ciałem, które nie miało nawet siły się obronić przed ciosami. Przyjmował je na siebie, czując paraliżujący ból. Nagle w jego sercu pojawił się ognik, który rozprowadzał się od koniuszków uszu, po same palce, przybierając na sile i zamieniając się w pożar. Czuł wewnętrzny obowiązek bronienia się do ostatniej kropli krwi, siebie i tych, którzy w niego wierzyli, liczyli na niego oraz głosili jego słowa.
Gdy kotka zajęła swoje miejsce, wymieniając się z następnym kotem, Rogaty Flaming poruszył nieznacznie wąsami. Liliowa kocica opatuliła go spojrzeniem pomarańczowych oczu. Charakterystyczna, biała plama na jednym z oczu, a także biel rozlewająca się po brzuchu, łapach, pysku i uszach od razu wryły mu się w pamięć, gdy w paru skokach udało jej się do niego dotrzeć i zetknąć nosem z jego czołem.
— Z tym życiem daję ci przebaczenie. Używaj go dobrze i oferuj każdemu, bez względu na to, jak wiele potrafią, jak silni czy słabi są — miauknęła Zimorodkowe Życzenie pogodnie, a point miał wrażenie, jakby został zanurzony głęboko pod wodą. Tkwił w ciemności, młócąc bezradnie łapami. Płuca zaczęły płonąć mu żywym ogniem, gdy walczył o każdy najmniejszy oddech, wyciągał łapę w stronę głębin, próbując wydostać się ze zdradliwej wody. Zaczął kaszleć intensywnie, gdy liliowa, pręgowana kocica zasiadła u boku reszty, spoglądając na niego. Serce przyśpieszyło mu bicia, a on sam położył po sobie uszy. Kiedy jego cierpienie dobiegnie końca? Czy tak czuła się jego babcia, gdy odbierała życia? Czy przez to samo przechodziła Srocza Gwiazda? Wzdrygnął się, łapczywie nabierając powietrza. Zaczął sapać niczym po najdłuższym biegu jego całego życia. Ogon leżał bezwładnie, a on sam czuł grunt pod sobą, rozłożony niczym żaba na liściu. Przed nim wymalowała się sylwetka kota o zgrabnym ciele oraz łagodnych rysach pyska. Na jego zmęczonym pysku spoczęły pomarańczowe ślepia przodka, który schylił się i dotknął nosem jego czoła, a Rogaty Flaming z trudem łapał następne wdechy.
— Z tym życiem daję ci zaufanie — do jego uszu doleciały słowa Sterletowej Łuski. — Używaj go dobrze i używaj wobec tych, którzy na nie zasługują, a przede wszystkim wsłuchaj się w siebie i to, kim jesteś i zamierzasz się stać.
Niebieskooki, nawet jeśli próbował się przygotować, każde następne cierpienie było dla niego niczym kolejna niespodzianka, która zbijała go z łap z łatwością, z jaką kocięta podrzucały kulkę mchu w żłobku podczas zabaw. Z chciwością przyjmował życie wraz z wrażliwością, umiejętnością dostosowania się do oczekiwań pobratymców, a także rozpaczą, która była głęboko zakorzeniona w sercu przodka. Jego futro migotało wieloma gwiazdami, a oczy świeciły ciepłem. Książę już się oddalał, a tuż za nim zjawił się następny ten, o życzliwym sercu. Futro na jego czole było mocno zmierzwione, a mimo to nie przeszkadzało Rozpędzonej Ważce. Jej szylkretowe kłosy poruszyły się nieznacznie, a zielone oczy rozświetliły mrok, w jakim znalazł się point, gdy jej nos wszedł w kontakt z czołem łaciatego.
— Z tym życiem daję ci wiarę. Używaj jej dobrze, żeby prowadzić klan w chwilach zwątpienia i zagubienia.
Jej ciepłe słowa uśpiły czujność przemęczonego już kocura. Czuł się tak, jakby znalazł się na łące przepełnionej kwiatami z masą pszczół, przelatujących z jednego, na drugi, bzycząc szczęśliwie w rytm pieśni granej przez ptaki siedzące niedaleko na jednej z wielu gałęzi, sięgających prawie że nieba przestrzelonego wieloma jasnymi, spokojnie sunącymi się po nieboskłonie chmurami. Spotkało go cierpienie tak dotkliwe, iż był przekonany, że w jego futrze pojawiły się błyskające gwiazdy, jarzące się iskrami na każdą ze stron i skapujące na grunt głucho, na wzór kropli zsuwających się z licznych liści wysoko pnących się drzew. Przez jego ciało przeszedł strach tak wielki, że przez parę uderzeń serca nie potrafił stwierdzić, czy tylko mu się to śniło, czy przytrafiło rzeczywiście. Jego futro ponownie stanęło dęba, a on sam czuł, że nie pociągnie tak długo. Miał ochotę wrzeszczeć i się szarpać, gdy ostatni raz oddychał powietrzem, które teraz gryzło go w płuca, jak gdyby było trujące, zatrute wieloma duszącymi jagodami cisu. Nagle, ból zaczął stopniowo opuszczać jego ciało, powoli uspokajając się, wraz z jego umysłem i obolałym ciałem. Kocur czuł nowy rodzaj dumy, który przechodził przez każdą jego kończynę, sięgając nawet końcówek uszu czy najdalej położonych palców u łap.
Wśród zgromadzonych poniósł się chwilowy wiwat, który sprawił, że Rogaty Flaming powstał wreszcie z ziemi, zdziwiony ilością siły, jaka w nim zakwitła nagle, niczym roślina, o którą dbano od wielu księżyców. Nadmiar energii, który motywował go do ruchu, sprawiał, że point czuł, jakby zaraz miał pożałować takich pokładów tego cennego składnika. Bał się najmniejszego, złego ruchu, jakby miał wszystko to stracić przez swoją niecelową nieuwagę. Jednocześnie, jego ciało było tak zmęczone, że niebieskooki miał wrażenie, jakby przebiegł najdłuższą trasę swojego życia, nie robiąc sobie nawet chwili na złapanie oddechu. Jakby walczył w bitwie tak zaciętej, że jego kończyny z przemęczenia zaczęły odmawiać mu posłuszeństwa, zostawiając go samemu sobie, jemu i jego umysłowi. Mimo to, jego duch, zdawało się, zawisł wysoko, wspierany siłą dziewięciu żywotów, jakie zostały mu podarowane tej nocy. Wypiął pierś do przodu dumnie, a łeb uniósł wysoko.
— Witam cię imieniem Rogatej Gwiazdy — miauknięcie Sroczej Gwiazdy poniosło się po przestrzeni, dudniąc w jego uszach i przynosząc mu ogromną dumę. — Twoje stare życie dobiegło końca. W tej chwili otrzymałeś dziewięć żywotów przywódcy, a Klan Gwiazdy powierza ci przewodzenie Klanem Nocy. Broń go całymi swoimi siłami, nie zaniedbuj starszych, kociąt i lojalnych pobratymców w potrzebie. Czcij przodków i przekazuj dalej tradycję kodeksu wojownika. Przeżyj każde z podarowanych tobie żyć z głową uniesioną wysoko i godnością, nieś przykład każdemu członkowi.
— Rogata Gwiazda! Rogata Gwiazda! — wiwat, powitanie przez przodków zamieszkujących Srebrną Skórkę, rozległo się dźwięcznym, donośnym echem. — Rogata Gwiazda! Rogata Gwiazda! — wybrzmiewało jeszcze, aż nagle wszystko ucichło.
Każdy z nich stał się głuchy, a Rogata Gwiazda zbudził się ze snu.
Leżał w grocie, a przed jego nosem woda obmywała brzeg spokojnie, tafla zdążyła dotrzeć do jego łap, mocząc mu podbródek. Przebudzenie przyniosło mu ulgę, ale i swego rodzaju tęsknotę za możliwością porozmawiania i przede wszystkim ujrzenia przodków, kontaktem z nimi. Nagle głowa zaczęła go boleć tak mocno, że odruchowo skulił się, jednak szybko się poprawił, przypomniawszy sobie, że tuż obok niego czuwał Klekoczący Bocian. To nie był koniec. Musiał jakoś wrócić do obozu i pokazać Nocniakom, że ich przyszłość była w dobrych łapach. Jego ciało zadygotało, gdy dźwignął się na łapy z pomocą łaciatego. Owszem, dźgnęło to jego dumę, jednak w tej chwili miał inne priorytety. Będzie mógł strzelać fochy w momencie, w którym spełni przedśmiertne życzenie swojego ojca. Sprawi, że przodkowie będą z niego dumni, a Klan Nocy będzie czuł spokój, spoglądając w stronę nowego lidera.
Klekoczący Bocian podparł go, pomagając przedostać się przez tunel, przynajmniej do momentu, w którym doszli do ciała Błękitnej Laguny. Żmijowcowa Wić, jakby wyrwany z transu, spojrzał w ich kierunku. Rogata Gwiazda ruchem ogona zachęcił go do tego, żeby się na moment zatrzymał.
Zbliżywszy się do łaciatego, chwycił go za kark i wciągnął na plecy namiestnika. Gdy niemal jego ojciec zsunął mu się z barków, udało mu się w ostatniej chwili podeprzeć go, mimo iż łapy bolały go jak nigdy wcześniej. Wspólnie wyszli z tunelu. Podążając zapachem oraz kierując się za łaciatym ogonem asystenta medyka, udało im się sprawnie wyjść z tuneli. Wiedział, że musiał zachować milczenie, dopóki nie opuścili krętych odnóg. Nadal nie potrafił zrozumieć, dlaczego w szeregach kotów Klanu Gwiazdy nigdzie nie mógł dostrzec ojca. Nie było go tam, czy może nie miał ochoty z nim rozmawiać?
W miarę oddalania się od tunelu lider czuł pod łapami chłód topiącego się śniegu, pozostałości po Porze Nagich Drzew. Czuł, że siły powoli mu wracały, jednak dodatkowy ciężar w postaci ciała ojca potęgowały jego zmęczenie. Musiał oszczędzać wigoru na przepłynięcie przez rzekę. Spojrzał na Żmijowcową Wić, a potem na Klekoczącego Bociana. Chciał przekazać medykowi to, co widział podczas snu, jednak czuł, że to nie był odpowiedni moment. Żmijowcowa Wić przekonał go do tego, żeby oddać mu jego część ciała księcia, tak też więc uczynił.
— Czy Klan Gwiazdy dał ci aprobatę? — zapytał łaciaty, prawdopodobnie zwracając uwagę na jego zmęczony wyraz pyska. Rogata Gwiazda pokiwał głową, mrużąc oczy. Miał ochotę paść na trawę i obudzić się dopiero jutro, jednak wiedział, że nie mógł jeszcze odpocząć. Wszedł do wody i zaczął młócić słabo. Jego ogon utrzymywał się ponad taflą, chociaż sam Nocniak, zdawało się, zaczął krztusić się wodą, która sprawnie wpłynęła mu do pyska. Żmijowcowa Wić ciągnął Błękitną Lagunę za kark, a Klekoczący Bocian pozwolił pointowi na to, żeby się go złapał podczas przeprawy. Kocur zaczął trząść się z zimna, ilekroć jego łapy ugniatały lodowatą wodę. Gdy wynurzyli się i stanęli we trójkę na brzegu, Nocniak poczuł ogromną ulgę, widząc znajome tereny. Również krew zmyła się z nich, chociaż swąd lisa pozostał. Kocur kroczył u boku wojownika, medyka oraz namiestnika, będąc zbyt zmęczonym, żeby myśleć teraz o czymkolwiek innym niż dokończeniem tego, co zaczął, a także zasłużonym odpoczynku.
W oddali zaczął majaczyć kształt przypominający bezpieczne ramy azylu Klanu Nocy. Trzciny, wysoko się pnące i kołyszące na lekkim wietrze, teraz stały w bezruchu. Mokre kępki trawy uginały się pod łapami kotów. Rogata Gwiazda, gdy tylko przekroczyli we czwórkę wejście do obozu i spotkali się z małym ruchem w środku zamszonej przestrzeni, odetchnął z lekką ulgą. Zdawało się, że nikt nie zauważył poruszenia, może poza strażnikiem i tymi, którzy wyszli akurat do śmietniska. Point przeszedł przez centrum, a następnie wspiął się resztkami sił na jedną z najbliższych gałęzi drzewa, na którym tak wiele razy siedziała Mandarynkowa Gwiazda, jego babcia. Parę kotów z zaciekawieniem wyjrzało z legowisk, wlepiając spojrzenie w pointa, a potem w Błękitną Lagunę. Ich pyski szybko przybierały zaniepokojony wyraz, gdy coraz więcej kotów wynurzało się ze wgłębień.
— Niech wszystkie koty, które umieją polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się na zebranie klanu! — zawołał głośno, a jego pędzelki uszu zafalowały na powoli wzbierającym na sile wietrze.
Niemal cały Klan Nocy wyszedł ze swoich legowisk, siadając teraz przed mównicą. Żmijowcowa Wić oblepiony był teraz papką, a także hojną ilością pajęczyn. Najprawdopodobniej głosy rozniosły się już po obozie, zanim niebieskooki zdążył wrócić. Rogata Gwiazda nie zwlekał ani chwili dłużej.
— Dzisiejszej nocy straciliśmy Błękitną Lagunę, mojego ojca, w wyniku ataku lisa. Wraz z patrolem, udało się nam go pokonać, jednak żadna ilość pajęczyn nie uratowała mojego ojca przed dołączeniem w szeregi Klanu Gwiazdy — zrobił chwilę przerwy, chyląc głowy, żeby oddać cześć poległemu. Spojrzał po tym na zebranych. — Przedśmiertnym życzeniem mojego ojca było przekazanie władzy mnie. Klanie Nocy, podzieliłem sny z Klanem Gwiazdy i otrzymałem ich aprobatę, wraz z dziewięcioma żywotami. Dzisiaj odbędzie się czuwanie, podczas którego pochowamy Błękitną Lagunę z należytym szacunkiem.
Zrobił chwilę przerwy. Koty milczały, wpatrując się w pointa. Podniósł głowę dumnie.
— Zgodnie z tradycją, te słowa wypowiadam w obecności Klanu Gwiazdy, by duchy naszych przodków wysłuchały mojej decyzji i zatwierdziły ją. Moim nowym zastępcą będzie Czyhająca Murena.
Na parę uderzeń serca zawitała cisza, przerywana jedynie przez szelest wysoko się pnących trzcin. Po jakimś czasie jednak, koty z zadowoleniem zaczęły skandować imię nowej zastępczyni, była ona blisko wieku, w którym przechodziło się do legowiska starszyzny, dziękując jej za całe życie poświęcone służbie klanowi, jednak była to wyjątkowa sytuacja. Chłodne powiewy wiatru mierzwiły futro na gęstej, okalającej szyję pointa kryzie. Zszedł z mównicy, prawie że z niej spadając. Gdy skandowanie ucichło, podszedł do ciała ojca i przysiadł przy nim, garbiąc się lekko. Przymknął oczy, próbując sobie przypomnieć, czy może nie przegapił jego łaciatego futra na Srebrnej Skórce. W końcu widział tej nocy wiele kotów, dlatego też możliwe było, że najzwyczajniej w świecie go przeoczył. Chociaż czy było to możliwe, w jakikolwiek sposób? Był zmęczony, co za tym idzie, nie brzmiało to wcale na tak wyssane z palca, jak mogłoby się wydawać. Wiele kotów opłakiwało śmierć Błękitnej Laguny, chociaż spora część Nocniaków nie uroniła choćby łzy. Członkowie starszyzny przygotowali jego ciało do czuwania podczas przemowy, wyglądał teraz na niezwykle spokojnego. Dużo bardziej niż wtedy, kiedy po raz ostatni nabierał ostatniego oddechu i patrzył na swojego jedynego syna, gdy jego wizja zachodziła mgłą.
Do rzeczywistości przywróciło go mruknięcie jednego z kotów. Odwrócił się i ujrzał swoją matkę, Wężynowy Kieł. Członkowie starszyzny powoli przygotowywali się do wyniesienia ciała na zewnątrz, żeby pochować je w przeznaczonym do tego miejscu. Point podniósł wzrok na burą, zauważył większą ilość siwych włosków na jej policzkach, przez co spochmurniał znowu, chociaż próbował nie dać po sobie tego poznać.
— Chodź, synku. Powinieneś odpocząć, wyglądasz, jakby ciebie przeciągnięto po całych terenach Klanu Nocy — mruknęła, po czym paroma liźnięciami języka ułożyła mu futro na pysku, a potem pomogła wstać. — Zawołam do ciebie któregoś z medyków, niech się zajmą twoją raną na ramieniu.
Niebieskooki nie chciał opierać się na matce, ponieważ ryzykował w ten sposób przewróceniem jej, w końcu była już w podeszłym wieku… Sam się dziwił, jak bardzo myślał teraz o innych kotach. Czy było to spowodowane jego spotkaniem z Klanem Gwiazdy? — Świetnie się spisałeś. Jestem z ciebie bardzo dumna. — Oparł się o matkę i pozwolił odprowadzić do swojego nowego legowiska. W jego sercu zakwitła radość tak ogromna, że aż czuł żal, że nie mógł tego teraz uczcić i łapy odmawiały mu posłuszeństwa przez zmęczenie.
Klanie Nocy, powitajcie Rogatą Gwiazdę.

Od Umykającej Łapy CD. Fiołkowej Łapy


Przeszłość

Lipieniek przez chwilę milczał, wpatrując się w Fiołek. Jej słowa sprawiły, że poczuł jeszcze większy mętlik w głowie. Nie rozumiał, dlaczego koty tak kurczowo trzymały się opowieści, które przecież mogły być jedynie wymysłem dawnych pokoleń. Nawet jeśli historia o powstaniu kolorów była prawdziwa, nie oznaczało to, że czekoladowe futro powinno być powodem do pogardy. W końcu jego matka nie zrobiła niczego, czym zasłużyłaby sobie na takie traktowanie.
— Nie sądzę, żeby Gwiezdni się pomylili. Myślę, że to Mandarynkowa Gwiazda jest głupia. I rasistowska! — wyrzucił z siebie, marszcząc pyszczek. Nie przepadał za wypowiadaniem się źle o przywódczyni własnego klanu, ale jeszcze mniej podobało mu się to, co robiła jego rodzinie. — Dlaczego niby mieliby dać mojej mamie złe futro? Przecież nie można dostać złego koloru. To tylko sierść! A jeśli ktoś uważa, że przez nią jest gorsza, to chyba sam ma coś nie tak w głowie.
Machnął ogonem, wyraźnie niezadowolony z całej sytuacji. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego Fiołek, podobnie jak wielu innych, w ogóle brała pod uwagę możliwość, że jego mama mogłaby być zła tylko ze względu na swoje umaszczenie.
— I co z tego, że jakiś czekoladowy samotnik zaatakował piastuna? Bure koty też mogą być złe, czarne też, a nikt przecież nie mówi, że wszystkie takie są! — dodał, tym razem nieco spokojniej. — Moja mama jest dobra. Nie musi mieć innego futra, żeby zasługiwać na to, żeby inni ją lubili.
Przez chwilę przyglądał się koleżance, po czym lekko trącił łapką kulkę z mchu, która leżała między nimi.
— A jeśli ktoś naprawdę wierzy w tę legendę, to powinien przynajmniej pomyśleć samodzielnie, zamiast powtarzać wszystko, co usłyszy od starszych.

Teraźniejszość

Umykająca Łapa nie należał do uczniów, którzy szczególnie wyczekiwali treningów. Nie dlatego, że nie chciał zostać wojownikiem. Wręcz przeciwnie, zależało mu na tym coraz bardziej, zwłaszcza kiedy widział, jak kolejne koty otrzymują swoje nowe imiona. Problem polegał na tym, że nauka pod okiem mentora często oznaczała konieczność słuchania poleceń bez zadawania zbędnych pytań. A tego bury kocur wciąż nie potrafił sobie przyswoić.
Tego dnia Kropiatkowa Skórka zabrała go na trening, podczas którego mieli poćwiczyć umiejętności przydatne podczas polowania. Umykająca Łapa szedł obok niej, od czasu do czasu zerkając na mijane krzewy i wypatrując czegoś interesującego. Nie miał jeszcze pojęcia, jakie dokładnie zadanie przygotowała dla niego mentorka, ale liczył, że tym razem nie skończy się na kolejnym wykładzie o konieczności zachowania ciszy.
Gdy dotarli na miejsce, kocur rozejrzał się po okolicy. Właśnie miał zapytać, od czego zaczną, kiedy dostrzegł nadchodzącą z drugiej strony znajomą sylwetkę. Rozpoznał ją niemal od razu, choć przez moment musiał przypomnieć sobie, skąd właściwie ją kojarzył. Fiołkowa Łapa.
Nie widział jej od czasu, gdy oboje byli jeszcze kociętami. Ich ostatnia rozmowa utkwiła mu jednak w pamięci, głównie ze względu na temat, który wtedy poruszyli. Zastanawiał się, czy kotka nadal pamiętała tamtą wymianę zdań i czy w ogóle zmieniła swoje zdanie na temat czekoladowych kotów.
— Fiołek? — odezwał się z wyraźnym zaskoczeniem, unosząc łeb. Zaraz jednak poprawił się, przypominając sobie jej nowe imię. — Znaczy, Fiołkowa Łapo!
Na jego pysku pojawił się szeroki uśmiech. Nie spodziewał się spotkać jej akurat podczas treningu, ale nie zamierzał narzekać na takie towarzystwo. Zerknął jeszcze na Kropiatkową Skórkę, próbując domyślić się, czy jego dawna koleżanka miała ćwiczyć razem z nimi.
— Nie wiedziałem, że też dzisiaj trenujesz! — miauknął, wyraźnie zaciekawiony.

<Fiołkowa Łapo?>
[542 słowa]

Od Chudego Grzbietu do Bryzowej Łapy

Kilka dni przed zniknięciem Tropiącej Łaski

Chudy Grzbiet ledwie spał. Doglądał Gąsiorkowego Trzepotu, gdyż u kotki pojawiały się symptomy demencji. Często zapominała różnych rzeczy, imion, czuła się zagubiona, momentami nawet wędrowała po obozie, w poszukiwaniu czegoś, czego nie potrafiła nazwać. Bury medyk próbował załagodzić jej problemy różnymi mieszankami ziół, niektórymi nowatorskimi. Niestety, starsza niekoniecznie była chętna brać te gorzkie porcje medykamentów. Być może pamięć jej szwankowała, ale pamiętała, że Chudy słynął z dziwnych, niekoniecznie działających mieszanek (mimo iż próbował ich tylko na sobie!). Medykowi brakowało już pomysłów… w dodatku Roztargniony Koperek ciągle miał pogarszający się stan bólowy. Zaczął odczuwać problemy z chodzeniem, dlatego asystent medyka przygotowywał regularnie mieszanki na tę dolegliwość. Jednocześnie biegał wzdłuż i wszerz lasu, zbierając zioła, ciągnąc za sobą Bryzową Łapę, żeby mieć więcej możliwości.
On musiał znaleźć lekarstwo. Musiał.
Nie spocznie, dopóki nie odgadnie, co mu jest, nie postawi diagnozy, wymyśli leku i zażegna kryzysu. Roztargniony Koperek był zbyt młody na te wszystkie problemy. Dlaczego teraz? Tak wcześnie? Powinien mieć jeszcze wiele księżyców w zdrowiu!
Chudy wydrapał sobie z nerwów ranę za uchem, którą Bryzowa Łapa mu opatrzyła za jego wskazówkami. Zaniedbywał trening kotki, która musiała chodzić do Roztargnionego Koperka po doszkalanie się. Chudy Grzbiet miał zbyt wiele na głowie. Gąsiorkowy Trzepot, Roztargnionego Koperka, Bryzową Łapę i jeszcze siebie samego, gdyż jego problemy również nie opuszczały. W dodatku to znalezione futro w lesie prześladowało go niczym najgorszy koszmar. Momentami nie mógł spać nocą, nawiedzające go oblicze Cisowego Tchnienia pozostawiało go w nieustannym stanie gotowości. Czy przyjdą również po niego? Czy mieli powód? Czy jego domysły o zaginięciu starszej medyczki były słuszne?
Któregoś dnia ponownie przyniósł posiłek mamie Kalinowego Powiewu. Gdyby kotka, która siedziała mu w głowie, od dawna go o to nie poprosiła, prawdopodobnie nie dbałby o liliową tak bardzo. Prośba od Kaliny była jednak wyrazem największego zaufania, dlatego nie mógł zaniedbać tego obowiązku, lub odmówić. Zakochanie musiał odłożyć na bok (nie żeby miał jakieś wielkie szanse u pięknej wojowniczki), na rzecz zajmowania się bieżącymi sprawami. Co rusz przeganiał bratanicę, bo wchodziła mu pod łapy, marudził, że wszystko musi robić sam i narzekał. Kiedy przyszedł do niego Słoneczna Łapa, Chudy Grzbiet potraktował go całkiem szorstko, nawet patrząc na to, iż był synem Miodowego Ula i Jesionowej Szadzi, które szanował oraz lubił. Zwyczajnie… Chudy nie wyrabiał. Jadł rzadko, mało spał i nadwyrężał swój umysł. Poza tym ciągle otwierała mu się rana za uchem od nerwowego drapania.
Złoty uczeń miał infekcję ucha, więc Chudy Grzbiet wziął Bryzową Łapę i wytłumaczył jej, co trzeba zrobić w takim wypadku. Pokazał zioła oraz jak przygotować nakład, który miał pozbyć się problemu. Był przy tym całkiem surowy, jakby córka Nocnego Śpiewaka nie miała prawa popełnić błędu, mimo że każdemu mogło się zdarzyć. Zwłaszcza uczennicy. Nie był to pierwszy raz, gdy ganił szylkretkę, a jej ojciec niejednokrotnie podejmował próby rozmowy z medykiem. Chudy Grzbiet wtedy machał łapą na brata i cały czas dawał mu ten sam tekst, “ona musi być w tym dobra”. Swój perfekcjonizm próbował przełożyć na uczennicę, nieświadomie jej szkodząc. Nie widział niestety skutków swoich działań.

Dzień zniknięcia Tropiącej Łaski

Chudemu Grzbietowi zmroziło krew w żyłach na widok Rozbitego Księżyca oraz swojej dawnej mentorki, Nadciągającego Pomroku. Roztargniony Koperek wraz z nim i Bryzową Łapą opatrzyli rany jasnego wojownika, ale burego nie opuszczało uczucie niepokoju. Pomrok przyszła do nich później. Następnie Zalotna Gwiazda ogłosiła obwieszczenie o porwaniu Tropiącej Łaski przez grupę samotników. To wszystko było tak strasznie niepokojące, że potęgowało wcześniejsze lęki młodego medyka. Przygryzł pazury nerwowo, słuchając starej liderki. Czy byli teraz na celowniku? Kolejne zakazy? Jak mają teraz normalnie funkcjonować? Szlag. Była taka piękna Pora Nowych Liści...
Chudy Grzbiet spojrzał na Roztargniony Koperek i wymienili spojrzenia. Były takie porozumiewawcze, mogli rozmawiać bez słów i wiedzieli, o co chodziło. Bury spochmurniał. Będą musieli uzbierać jeszcze więcej medykamentów, w razie najgorszego scenariusza…

~*~

Był właśnie z Bryzową Łapą o świcie na zewnątrz. Mroźne powietrze Pory Nowych Liści drażniło jego delikatne płuca, kiedy zbierali pajęczyny, jeszcze wilgotne, na gałązki. Przedzierali się przez oszronione krzewy, które z każdym uderzeniem serca zieleniały, wraz ze wschodzącym słońcem. Niedaleko nich kręcił się Gruba Ryba, mający nadzieję znaleźć coś dobrego na posiłek przed śniadaniem. Poszedł z nimi jako ekstra pomoc, ale głównie ochrona. Przecież gdyby napadli ich samotnicy… byliby skończeni. Żadne z nich nie potrafiło walczyć, a jego brat najbardziej z nich cokolwiek mógł zaradzić. Przygniecie napastników swoim brzuchem czy coś…
Kilka dni później Zalotna Gwiazda przyprowadziła samotniczkę, której imię brzmiało Sroka. Wraz z ich wejściem, obóz wypełniła woń śmierci. Czarno-biała kotka unikała ciekawskich spojrzeń, przekazana od razu w łapy strażników i zabrana do więzienia. Chudy Grzbiet patrzył na wszystko z medycznej nory. Liderka Klanu Wilka ponownie, ze skrzypieniem kości, weszła na mównicę, by ogłosić, iż ta właśnie samotniczka należała do gangu, który uprowadził Tropiącą Łaskę.
— Udało mi się sprowadzić do nas kotkę, samotniczkę. Należy ona do tej samej grupy samotników, która kilka dni temu porwała jedną z naszych najbardziej zasłużonych wojowniczek, Tropiącą Łaskę! Oznacza to, że już niedługo wyznaczę koty, które wraz z naszą nową więźniarką udadzą się na misję odbicia Tropiącej Łaski od tych okrutników! — zaczęła z powagą. Po grzbiecie młodego medyka przeszedł bardzo nieprzyjemny dreszcz. — Nasz nowy nabytek nazywa się Sroka, a jej obecność przy granicy z terenami samotniczymi uświadomiła mi, jak niebezpieczne jest wędrowanie w tamtych okolicach. Właśnie dlatego ogłaszam, że od dziś, aż do odwołania, macie zakaz zbliżania się w tamtą stronę! Od dzisiaj nie możecie wychodzić dalej niż za Cierniste Drzewo! — kontynuowała.
Chudy podrapał się ponownie za uchem, a krew popłynęła wraz z przecięciem skóry. Mieli zakaz wyjścia za Cierniste Drzewo?! No nie! Tam były cenne zioła, nad rzeką mogli znaleźć sporo roślin… co on teraz zrobi? Może pójdzie z innej strony? Co by się stało, gdyby złamał zakaz…? Zabiliby go?
— Chudy Grzbiecie! — przebiło się przez jego kompulsywne myśli. — Znowu masz otwartą ranę! Ugh! Przez Ciebie będę mistrzynią zaklejania ran pajęczynami.
Chudy zastygł w bezruchu, a słowa ugrzęzły mu w gardle. Spojrzał w szoku na swoją uczennicę, Bryzową Łapę. Kotka nadęła policzki w grymasie, a następnie odwróciła się, by pójść po medykamenty.
Jak długo tam stała? Czy widziała jego nerwowe podrygi? Powiedział swoje myśli na głos?
Śledził jej kroki wzrokiem, jednak nie rejestrował za bardzo, co działo się dookoła. W jego głowie szumiała jedynie cisza, przerywana pulsującym bólem od okolic rozdrapanego ucha. Pozwolił, by córka Nocnego Śpiewaka opatrzyła mu to miejsce.
— Ja… — szepnął, jednak nic więcej nie powiedział.
Spojrzał na tłum kotów, a w nim… mignęły mu znajome oklapnięte uszy. Kalinowy Powiew! A więc była bezpieczna w obozie… nie dopadli jej samotnicy. Cóż za ulga…
Chudy westchnął, przykładając łapę do swojej piersi. Czuł mocne bicie serca, a opuściwszy wzrok, mógł jedynie myśleć o niej. Była wojowniczką, więc Zalotna Gwiazda mogła zechcieć wysłać kotkę w tę delegację… Dlaczego tak bardzo się martwił?
— Huh… Ileż bym dał, by zapewnić jej bezpieczeństwo — wyszeptał ledwie słyszalnie.
— Co tam mamroczesz, Chudy? Nie słyszałam! — rozległo się za jego plecami. — Gotowe. Przestań to wreszcie rozdrapywać!
— A-Ah! Nic, nic — wydukał wyrwany z przemyśleń, zerkając raz jeszcze na zebrane koty.
Kalinowy Powiew odwróciła się, by odejść po wysłuchaniu ogłoszenia. Wyglądała na zmartwioną, ale jednocześnie zdeterminowaną. Czy zamierzała zgłosić swoją kandydaturę do Zalotnej Gwiazdy? Może postanowiła to przemilczeć? Bała się?
Chudy Grzbiet wstał i otrzepał sierść. Wziął zawiniątko, które przygotował już wcześniej, by zanieść je teraz Gąsiorkowemu Trzepotowi. Kroki stawiał powolne, wręcz ciężkie. Jakby każdy krok kosztował go więcej siły niż zazwyczaj. Głowę miał spuszczoną, zamyśloną, a wzrok nieobecny. Dotarł do posłań starszych, zajrzał pod krzew należący do emerytów. Gąsiorek wzdrygnęła się na jego widok. Grymas skrzywił jej pyszczek.
— Proszę, Twoja dawka ziół. — Postawił przed nią liść ze starannie wybranymi medykamentami.
— Nie będę tego brać — fuknęła.
— Będziesz — westchnął. — Musisz zdrowieć.
— Odejdź stąd — poleciła mu, odwracając głowę. Widocznie była nie w humorze.
— Jak chcesz — rzucił od niechcenia.
Wyszedł spod krzewu, ale nim zniknął w legowisku medyków, odwrócił się jeszcze, by zobaczyć czy kotka grzecznie zjadła swój przydział.
Następnie poszedł z powrotem do siebie, aż nie przyszła pora, by położyć się spać. Tej nocy, jak i poprzedniej, kręcił się na swoim legowisku. Czuł niepokój, być może niepotrzebnie. Chociaż dla samotnika nie miała znaczenia ranga potencjalnej ofiary... Jednak… Być może przesadzał? Wyolbrzymiał? Czy miał podstawy, by odczuwać aż taki stres i strach przed nadchodzącymi księżycami?
Pogrążony w otchłani myśli, w końcu zamknął oczy i zasnął. Śniła mu się polana pełna najróżniejszych ziół, a pośród nich…

~*~

Po kilku dniach postanowił odwiedzić Srokę w miejscu przeznaczonym dla więźniów. Miał przy sobie parę medykamentów. Chciał zrobić kontrolę, czy nie zniosła czegoś dziwnego do obozu. Pilnował jej Tygrysia Noc, a jego czujne spojrzenie zmierzyło burego od stóp do głów.
— Czego tu szukasz? — zapytał.
— Chcę ją zbadać. Co, jeśli zniosła nam pchły? — odpowiedział, wskazując nosem na leżącą nieopodal kotkę. Rudy kocur podążył tam wzrokiem.
— Eh, niech Ci będzie — westchnął, przepuszczając go.
Chudy wyminął wojownika z nacięciem na uchu. Aż zapiekł go jego własny kolczyk, który jako uczniowie zrobił sobie z bratem. Odwrócił głowę, a jego szare oczy spotkały te należące do Sroki. Czarno-biała niechętnie zerkała w jego kierunku, nieufnie. Jej wielgachna szrama przyprawiała o dreszcz. Medyk przerwał to niekulturalne wgapianie się, kładąc pod swoimi łapami to, co przyniósł. Coś na wzmocnienie, środek na pchły, trochę ziół na uspokojenie, gdyby kotka rzuciła mu się do gardła. No i oczywiście pajęczyna, w razie jakby miała jakieś rany. Chudy bez słowa zaczął przygotowywać mieszankę. Życie toczyło się za nimi w obozie, a jego gwar przerywał wiszącą w powietrzu ciszę. W końcu bury postanowił się odezwać.
— Hej — miauknął, zerkając na nią. — Zgadniesz moje imię?
Sroka nic nie odpowiedziała. Jedynie obdarzyła go pogardliwym spojrzeniem. Eh, znowu to samo. Przywykł już… chyba…
— Jasne, czaję. Pewnie nie ciężko je odgadnąć, ale mogę Ci powiedzieć! Jestem Chudy Grzbiet — mówił dalej, oddzielając dawkę czyśćca dla kotki. — Jestem asystentem medyka, przyszedłem Cię zbadać.
— …
— Okej, okej — Chudy mruknął z delikatnym, głupkowatym wyrazem pyska, jakby chcąc pokazać, że Sroka nie będzie musiała używać na nim swoich pazurów. — Mogę Cię zbadać?
Odpowiedziało mu syknięcie, gdy tylko spróbował podejść. Sierść na karku Chudego zjeżyła się, a on sam wycofał. Nie chciał tutaj wszczynać burdy ani nic. Nie zamierzał dawać Tygrysiej Nocy powodu do stłuczenia go na kwaśne jabłko.
— Hmm no dobra. Nie to nie. Kotki są takie delikatne — westchnął, a Sroka prychnęła. — Mam tu czyściec dla Ciebie. Na dodanie sił.
Podsunął delikatnie liść w jej kierunku, nie nawiązując kontaktu wzrokowego na zbyt długo. Sroka przysunęła podane lekarstwo do siebie, powąchała je, ale go nie wzięła.
— Jak go zjesz, to się wzmocnisz. Ewentualnie jeśli czyściec Ci nie odpowiada to mam jeszcze to. — Wyjął ze stosiku ziół łodygę z ząbkowanymi liśćmi. — Krwiściąg. On też ma takie działanie. Raczej zazwyczaj podajemy go kotkom, które spodziewają się rozwiązania-... znaczy, porodu po prostu. Ale możesz go zjeść i bez tego.
Sroka patrzyła na wyciągniętą łodygę z nieodgadnionym wyrazem. Jakby nie do końca ufała zamiarom medyka. Mimo tego… nie była zaskoczona. Ani ziołami, ani medycznym bełkotem Chudego. Zdawała się z tym jakby… zaznajomiona. Jej pysk nie wyrażał ani zaciekawienia, ani zdziwienia. Po prostu jakby słuchała po raz kolejny tego samego, co zdziwiło burego, ale nic nie mówił.
— Jeśli się zdecydujesz, to zostawiam też krwiściąg. Nie jedz obu na raz — polecił, po czym wstał, by odejść.
— Naprawdę jesteś medykiem? — rozległo się za jego plecami. Delikatny, zachrypnięty głos rozbrzmiał w uszach Wilczaka.
— Uh, tak! Nie widać? — Uśmiechnął się krzywo.
— Nie… — odparła, kładąc uszy po sobie.
— Ojej. Wydawało mi się, że medycy zawsze chodzą oblepieni pajęczynami i z ziołami w kubraczkach, ale może mam przestarzałe informacje — rzucił, próbując rozładować napięcie.
Sroka nie odezwała się więcej. Tym razem pozwoliła mu odejść.
Następnego dnia ponownie podjął próbę zbadania kotki. Znowu spotkał się z syknięciem, ale teraz Sroka wydawała się w lepszej kondycji.
— Ooo, chyba jadłaś zioła? — miauknął, rozglądając się za nimi dookoła.
— Być może — mruknęła, kuląc łapy pod siebie, a ogonem owijając swój bok.
— Super — odparł. Przysiadł w tym samym miejscu co wczoraj. — Słyszałem, że byłaś samotniczką.
Zerknął na nią. Zmrużyła oczy, więc opuścił wzrok. Lustrowała go tak uważnie, że czuł gęsią skórkę. Dlaczego tak go obserwowała?
— Potrzebujesz czegoś? — zapytał, a ona jakby speszona, odwróciła głowę. — Jeśli się zastanawiasz jakim cudem żyję, to Ci powiem - wielkim cudem — miauknął. Odmierzył czyściec. — Moja matka mnie tutaj sprzedała razem z moim braćmi. Czyli w sumie też płynie w moich żyłach krew samotnika — posłał jej krzywy uśmiech, który bardziej wyglądał jak grymas. — Mamy jedzenie, ale ja za bardzo nie lubię większości tych piszczek. Myszy są obrzydliwe, a jest ich najwięcej. Dlatego taki jestem no… chudy. Heheh, dlatego mam tak na imię, czaisz?
— …Czaję — mruknęła.
— Mam brata o imieniu Gruby! Na pewno go widziałaś, ciężko go przeoczyć, hehe — włączył mu się tryb gaduły, kiedy choć na chwilę mógł zapomnieć o trudach ostatnich dni. — Oraz drugi brat o imieniu Noc! Jest cały czarny i myślę, że dlatego tak się nazywa. Gdybym ich nie miał… pewnie bym już dawno umarł. — Wzruszył ramionami. — Gruby zawsze wynajdywał dla mnie to, co lubiłem ze stosu, a Noc ogrzewał swoim futrem, bo z mojego widzisz, co jest… niby mi odrasta, ale nie jest ciepłe ani jedwabiste.
Spojrzał na nią, a ona na niego. Oboje byli kiedyś samotnikami, nawet jeśli Chudy tylko przez chwilę. W jego żyłach nie płynęła krew Klanu Wilka ani ich zwyczajów. Sroka zdawała się to rozumieć, widzieć. Być może wyczuła od niego zupełnie inną aurę, aniżeli od pozostałych. Może to przez jego niepozorny wygląd… Chudy jedynie zgadywał.
— A Ty…? Masz emm rodzeństwo czy coś? — zapytał cicho, by strażnik nie usłyszał.
— Nie — odparła wręcz ostro. — Nie mam już nikogo.
— Oj — mruknął. — To ja mogę być Twoim kolegą. Heh.
Znowu cisza. Sroka miała trudny do odgadnięcia wyraz pyszczka. Jakby część jej się cieszyła z tego zdania, a druga część kazała zachowywać dystans, zimną krew i gotowość do ewentualnej walki. Chudy troszkę spochmurniał, jednak po chwili podniósł uszy do góry.
— Hej — zaczął, zwracając na siebie jej uwagę. — Pokażesz mi swój ogon? Wygląda bardzo ładnie.
— Uh, w porządku — miauknęła niechętnie, pokazując medykowi, ale nie pozwalając dotknąć, poproszony ogonek. Chudy obejrzał go z odległości i zdawał się w dobrej kondycji, bez podrażnień, wyłysień czy sklejonej sierści. To dobry znak.
— Dzięki. Wiesz, że kiedyś więźniem była jedna z moich aktualnych koleżanek? Też tak z nią siedziałem i gadałem — zaczął znowu, drapiąc swój bok. Odrobinę się stresował. — Była piękną samotniczką, nawet przez chwilę mi się podobała, ale okazała się woleć kotki — wyjawił. — Nawet ma kocięta! Ależ przewrotny ten los, nie? Kiedyś była więźniarką, a teraz żyje pełnią życia pośród nas i nawet założyła szczęśliwą rodzinę ze swoją wybranką serca.
Sroka słuchała. Nawet delikatnie się uśmiechnęła na opowieść o Jesionowej Szadzi, jednak Chudy tego nie widział. Grzebał pazurem w ziemi, a słowa same wypływały z jego ust.
— Cóż, nie wiem, czy powinienem Ci mówić te wszystkie rzeczy — kontynuował po chwili refleksji. — Co, jeśli nas zostawisz? Chociaż skoro wzięli Cię na zakładnika, to raczej będą chcieli wcielić Cię w życie klanu… ale kto ich tam wie. Banda wariatów, chociaż niestety też jestem ich częścią. Ej! Wiesz, że nie mam jednego zęba?
— Czy… — odezwała się nagle niepewnie.
— Hm? Czy?
— Opowiesz mi coś… o tym klanie? — zapytała.
— Oh! Jasne. A co powiesz na grę? — odpowiedział, a Sroka zmarszczyła brwi. — Nie będzie nic dziwnego! Zwykła gierka w naśladowanie! Każdy gra w coś, n-nie? — dodał niezręcznie.
— Niech będzie — miauknęła po dłuższej chwili.
— Super. Pokażesz mi swoją łapę prawą, o tak? — Podniósł własną, wewnętrzną stroną do Sroki. Kotka powtórzyła z podejrzliwym wyrazem pyszczka. Chudy przyjrzał się jej poduszeczkom, ale nie nosiły na sobie śladów grzybicy. Troszkę były pozdzierane, ale to tak jak u każdego.
— W Klanie Wilka kocięta przed rozpoczęciem szkolenia na wojownika wynosi się do lasu, by przeżyły tam samotnie noc — oznajmił. — Też to przechodziłem. Teraz podnieś lewą łapę w ten sposób.
— Nic… Ci się nie stało? — zapytała, powtarzając po kocurze.
— O mały włos nie umarłem, ale znalazłem norę, w której spędziłem noc — wyjaśnił, jakby to była pogadanka o pogodzie. Sroka zdawała się przerażona tą praktyką. — Po tym, jak przeżyją do rana, mogą zostać mianowani na uczniów. Treningi są ciężkie, ale teren też taki mamy. Zresztą na pewno widziałaś. Masa drzew oraz korzeni. Nasza Liderka ma dwóch zastępców, którzy będą się bić ze sobą o zajęcie jej miejsca po jej śmierci. Poza tym jesteśmy jak każdy inny klan. Otwórz buzię, aaaaa. Pokaż mi zęby… O, masz wszystkie! — przerwał, zszokowany. — Fajnie, ja mojego próbowałem wbić z powrotem, ale nie wyszło, niestety. Tak, ale na czym skończyłem…
Wrócił dopiero po południu do medycznej nory. Słońce pięknie świeciło, kwiaty oraz woń drzew wypełniały obóz, aż momentami kręciło burego w nosie. Dzień był taki przyjemny, aż ciężko pomyśleć, z jakimi problemami się zmagali… Gdyby tylko mogli, chociaż na chwilę odsapnąć od chorób, zaginięć, konfliktów…
Jego łapy przekroczyły “próg” legowiska medyków. Odłożył zioła na swoje miejsca, przy okazji robiąc na nowo stosiki i notując w głowie braki, które będą musieli uzupełnić. Przez to wszystko nie zwrócił w ogóle uwagi, że był cały czas obserwowany. Podniósł wzrok, jak się okazało, na Bryzową Łapę, która wyglądała na wyraźnie niezadowoloną.
— No co? — zapytał, ziewając.

Wyleczeni: Słoneczna Łapa

[2800 słów, trening Bryzowej Łapy]
<Bryzka? :3 >