BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

26 października 2026

Od Zamroczonej Łapy

Wiatr muskał ogon Zamroczonej Łapy, która wyruszyła z chęcią odnalezienia Koszmarnej Łapy i pokazania mu tajnego tunelu, który przez przypadek zauważyła.
Tunel wyglądał na ciasny, ale wystarczająco przestronny i był ukryty za legowiskiem medyków. Ciekawiło ją bardzo, kto go wykopał. Na razie nie planowała do niego wchodzić, mając świadomość tego, iż nie było wiadomo, czy to do końca bezpieczne, ale nie zaszkodziłoby pokazać znaleziska komuś innemu.
Wtedy spostrzegła Garbatą Łapę.
Kocur starał się uwolnić swoją łapę, dlatego że futro skleiło mu się z błotem powstałym od deszczu, a dodatkowo jego łapa zaplątała się w łodygi kolczastych kwiatów. Stał w takiej pozycji, w której sam nie był w stanie ich wyplątać. Kiedy Garbata Łapa ją dostrzegł, zniżył głowę, patrząc na nią tak osowiale, jakby był obrażony na cały świat.
Zamroczona Łapa machnęła mocno ogonem.
– Pomóc ci? – wymsknęło jej się, chociaż sama nie wiedziała, czemu to powiedziała oraz czy naprawdę chciała mu pomóc. Zawsze słyszała, że trzeba umieć sobie radzić samemu w takich sytuacjach i to od kilku kotów: Ognikowej Słoty, Zalotnej Gwiazdy, a także czasami od kuzyna.
Kotka nie lubiła zbytnio podejmować trudnych wyborów, więc po chwili zamyślenia podeszła do Garbatej Łapy i poświęciła minutę na rozplątanie zębami łodyg. Gdy skończyła, kot mruknął:
– Dzięki.
– Nie ma za co – odrzekła Zamroczona Łapa, po czym syknęła:
– To nie znaczy, że cię lubię. – To była prawda, uczennica nie lubiła Garbatej Łapy, co było przede wszystkim sprawą jej wychowania.
Rozejrzała się po otoczeniu, ale nigdzie nie zauważyła swojego brata, toteż po upewnieniu się zmieniła swoje plany.
Przemykając cicho, wyszła z obozu i skierowała kroki w dowolną stronę, bo stwierdziła, że spacer będzie niezwykle przyjemnym zajęciem. W czasie drogi poczuła zapach mieszający się z zapachem kory drzew. Zastygła, po czym, zrozumiała, iż zapach – nie wiedząc, czy słaby, czy świeży – należał do kota. Nagle przed nią pojawiła się ciemna, złowrogo wyglądająca samotniczka, a Zamroczona Łapa zaczęła się wycofywać.
– Co robisz na naszym terytorium? – zapytała niepewnie.
– Spokojnie, nie przejmuj się mną. – Najeżyła się szybko. Mówiła przez zaciśnięte zęby, w których trzymała ofiarę. – Myszy nie można upolować? I nie rozumiem, czyje terytorium?
– Terytorium Klanu Wilka – odpowiedziała jej Zamroczona Łapa.
Samotniczce rozbłysły oczy. Czujnie spojrzała na kotkę.
– O, to kojarzę! – wymamrotała.
Zamroczona Łapa zaczęła się zastanawiać, skąd wiedziała o Klanie Wilka. Postanowiła, że się tego dowie, ale musiała to zrobić jak najprędzej, zanim ją odgoni, jeśli chciała zmniejszyć szansę na przyłapanie jej na rozmowie z samotnikiem.
– Jak się o nim dowiedziałaś? – zapytała, unosząc głowę do góry.
– Miałam okazję usłyszeć o tym klanie. A tak przy okazji, jestem Pietruszka. – Nie miała pewności, czy dobrze usłyszała jej imię, tak jej się wydawało po chwili zamyślenia.
Zamroczona Łapa wbiła w nią wzrok, próbując powstrzymać zmieszanie.
– Od kogo? – zadała pytanie i niecierpliwie zastrzygła uszami.
– Od mojego sąsiada, Czarnowrona – rzekła kocica. – Kiedyś mieszkał niedaleko ode mnie, choć pewnego dnia zniknął. Nie było mi go żal, bo się nie przyjaźniliśmy.
Czekoladowej uczennicy zaświtało w głowie, że kiedyś słyszała to imię, ale było to tak zamglone, że nie potrafiła przypomnieć sobie konkretnego wspomnienia.
Pokiwała głową i zrozumiała, iż nie mogła już dłużej z nią rozmawiać, więc odparła:
– Miło mi cię poznać, ale teraz… zwijaj się stąd!
– Dobrze, już dobrze – wydukała kotka olśniewająco szorstkim tonem.
– Do niezobaczenia, Pietruszko – burknęła Zamroczona Łapa w odpowiedzi.
Nagle samotniczka spojrzała jeszcze raz w jej stronę. Prychnęła, ale po chwili jej oczy zaczęły się powiększać. Uczennica nie rozumiała, co miała na myśli i spojrzała na nią z zaskoczeniem.
– Co się stało? – miauknęła. – Wy-wyglądasz tak, ja-jakbyś zobaczyła borsuk-ka.
Głos zaczynał drgać jej z zimna, poprosiła bezgłośnie duchy Mrocznej Puszczy, by nie oznaczało to, że zachoruje. Co by wtedy się stało z jej treningami?
– Nic takiego. – Nieznajoma z irytacją wlepiła w nią mroczne spojrzenie.
Kiwnęła niby obojętnie zamaszystym ruchem ogona, napinając barki. Nie chciała posuwać się do ataku, ale jeżeli ten futrzak nie chciał się stamtąd ruszyć, nie było innego sposobu. Jednak po chwili namysłu zrozumiała, że jest możliwość, iż ta dorosła kotka rozłożyłaby ją na łopatki.
"Ognikowa Słota nie byłaby ze mnie taka dumna, gdyby wiedziała, że bałam się zaatakować." – Wyobraziła sobie reakcję matki na jej płochliwość. Tylko czy było w tym coś złego?
Szczerząc kły, samotniczka obruszyła się, po czym odeszła w głąb lasu.

***

Kiedy tylko dowiedziała się o śmierci swojej babki, zmartwiło ją to bardziej niż jakakolwiek inna informacja. Właściwie nie miała żadnego bliskiego kontaktu z Dyniową Skórką, ale pamiętała, jak ważnym kotem była dla jej matki. Po obozie nie rozniosła się natomiast żadna plotka o tym, w jaki sposób umarła. Czuła dziwny smutek. Tak, jakby znalazła się w czarnej dziurze. Nieoczekiwanie zauważyła Kocimiętkowy Wir wracającą z patrolu łowieckiego, która wyglądała dość pewnie. Podbiegła do niej i uśmiechnęła się pocieszająco.
– Mamo? Co u ciebie?
Po minie rudej mistrzyni można było rozpoznać, że się zdziwiła pytaniem, ale po chwili objęła ogonem Zamroczoną Łapę.
– Ach, o to ci chodzi. Mimo że lepiej niż ostatnio, wciąż trudno mi się do tego dostosować. Była dobrą członkinią rodziny. – Trochę posmutniała, uniosła głowę i usiadła niespokojnie.
"Czy ja jej przypomniałam o tym, co się wydarzyło?" – pomyślała z ukłuciem bólu.
– Oczywiście się nie martw. W życiu każdego są i lepsze, i gorsze chwile – dodała szybko przybrana matka, a Zamroczona Łapa zerknęła na nią, otwierając szerzej oczy. – A może chcesz teraz pomówić o czymś, co jest ważne dla ciebie?
– Bardzo mi przykro z tego powodu… Jeśli nalegasz, to coś mnie ciekawi. Jak się urodziłam? – spytała. Sama nie miała pojęcia, skąd jej to wpadło do głowy.
Z zainteresowaniem wysłuchała krótkiej opowieści Kocimiętkowego Wiru do końca, a później podziękowała i jeszcze raz spróbowała pomóc jej w otrząśnięciu się z silnych emocji. Odeszła, nie spieszywszy się.
W końcu Zamroczona Łapa zatrzymała się gwałtownie. Wskazówka samotniczki i nowo poznana historia wciąż rozbrzmiewały jej w głowie. I nie potrafiła w to uwierzyć, ale dzięki dedukcji doszła do prawie niepodważalnych wniosków. Pierwszy raz pomyślała o tym, że ma ojca, który najprawdopodobniej nie żyje.

***

Koszmarna Łapa spojrzał na siostrę z widoczną zazdrością.
– Naprawdę znalazłaś tunel? – zapytał. – Przecież to świetna wiadomość!
– Musimy to jeszcze sprawdzić. Nawet nie wiemy, czy to faktycznie tunel, czy zwykła dziura w ziemi.
– Lub nora – dodał uczeń.
Pokiwała głową, zmuszając się do uśmiechu. Mógł mieć rację.
Stali nad potencjalnym tunelem, zastanawiając się, co powinni zrobić, tak, żeby było to stosowne. Zrelaksowana kotka swobodnie rozłożyła wąsy na boki. Było przyjemnie, ale chyba nie przyszli nad wgłębienie marnować czas. Ciszę przerwał głos Koszmarnej Łapy.
– Poprośmy kogoś o pomoc – zaproponował.
Zrobili tak, więc po chwili natrafili na Aksamitkowy Nos. Wojowniczka powoli zajrzała do dziury, a następnie weszła do środka. Kiedy wyszła, mówiąc z zaciekawieniem, oznajmiła, że jest to tunel.
– Dziwne, że nikt wcześniej go nie zauważył – mruknęła.
– Dziękujemy, Aksamitkowy Nosie! – odparła i zwróciła się do Koszmarnej Łapy:
– Mówimy Iglastej Łapie?
– A dlaczego nie, możemy. Jednak jestem odrobinę zmęczony, myślę, że możemy powiedzieć mu jutro.
Zamroczona Łapa zgodziła się i pomaszerowała do legowiska uczniów. Po drodze poczuła charakterystyczny zapach należący do jednego rodzaju zioła. Parę razy go czuła, jednak nie umiała przypomnieć sobie jego nazwy. Na wypadek, gdyby przydało się medykom, chwyciła roślinę w zęby, a później położyła je przed ich miejscem zamieszkania. Czując dopadające ją zmęczenie, ułożyła się w legowisku uczniów i zasnęła.

***

"Muszę się przygotować do treningu" – pomyślała.
Usiadła w obozie, udając, że goni zwierzynę. Śnieg był chyba jedyną zaletą mroźnej Pory Nagich Drzew.
Z zaskoczenia pojawił się przed nią Cętkowany Tęgosz.
– Chodź na trening, kuzynko – niemalże rozkazał.
Czekoladowa uczennica wstała, oznajmiając, że jest gotowa, zarazem myśląc gorączkowo o tym, co się dzisiaj stało. Nie przeszkadzało jej to, że nie znała swojego ojca, ale była tylko po części pewna, że jej to ani trochę nie interesowało.

[1250 słów]

Od Skowronkowej Łapy (Skowronkowej Rozkoszy)

Próba wojownika

Nie potrafiłem usiedzieć spokojnie, choć bardzo się starałem. Co chwilę poprawiałem łapy, przesuwałem ogon po ziemi i zerkałem w stronę pozostałych kotów zgromadzonych na miejscu próby. W brzuchu czułem dziwny ucisk, jakby ktoś zawiązał mi w środku ciasny supeł. Przecież ćwiczyłem przez wiele księżyców. Uczyłem się tropienia, polowania, wspinaczki i walki, a Sowi Zmierzch niejednokrotnie przypominał mi, że wojownik musi umieć zachować spokój nawet wtedy, gdy wszystko w nim krzyczy, żeby zrobić coś natychmiast. Teraz jednak te wszystkie nauki wydawały się odległe, a ja miałem wrażenie, że zapomniałem nawet, jak prawidłowo stawiać łapy.
Zerknąłem na swoje ozdoby Pory Opadających Liści. Przyczepione do futra zasuszone listki i drobne rośliny, połączone żywicą oraz płynem z mleczy, towarzyszyły mi przez sporą część treningu. Nie były jedynie dekoracją. Każda z nich przypominała mi o chwilach, w których zbierałem je z myślą o czymś ważnym, a teraz chciałem mieć je przy sobie podczas próby. Wśród nich tkwiło również małe piórko od Dymówki, które szczególnie sobie ceniłem. Przesunąłem po nim ostrożnie językiem, upewniając się, że wciąż dobrze się trzyma, po czym podniosłem wzrok na Tęczową Łapę. Mój przeciwnik wyglądał na równie gotowego do walki, choć trudno było mi stwierdzić, co naprawdę myślał. Jego niebieskie oczy zdradzały wiele, ale ja i tak nie potrafiłem odgadnąć, czy był zdenerwowany, czy po prostu podekscytowany.
— Dasz radę, Skowronku — szepnąłem sam do siebie, próbując dodać sobie odwagi.
Nie wiedziałem, czy bardziej bałem się porażki, czy tego, że zawiodę wszystkich, którzy we mnie wierzyli. Chciałem zostać wojownikiem, odkąd pamiętałem. Chciałem udowodnić ojcu, że potrafiłem być kimś więcej niż rozgadanym, rozkojarzonym uczniem, który potrafił zatrzymać się w połowie treningu, bo zainteresowało go piórko leżące przy ścieżce. Chciałem też samemu sobie pokazać, że potrafię doprowadzić coś do końca. Nie musiałem być najsilniejszy ani najszybszy. Musiałem po prostu wykorzystać to, czego się nauczyłem.
Kiedy dano nam znak do rozpoczęcia walki, wszystkie myśli nagle ucichły. Przez krótką chwilę patrzyłem na Tęczową Łapę, szukając w jego postawie wskazówki, od której strony mógł zaatakować. Potem ruszyłem do przodu.
Pierwszy skok okazał się kompletną porażką. Tęczowa Łapa uskoczył tak lekko, jakby od początku wiedział, w którym kierunku się rzucę, a ja wylądowałem na ziemi, niemal tracąc równowagę. Zanim zdążyłem się odwrócić, przeciwnik przemknął obok mnie i musnął pazurami moje ramię. Nie było to mocne uderzenie, ale wystarczyło, żebym poczuł nieprzyjemne ukłucie w dumie. Spróbowałem ponownie, tym razem zamierzając uderzyć od boku, jednak Tęczowa Łapa znów wymknął mi się spod łap. Jego długie, smukłe ciało wyginało się w niemal niemożliwych kierunkach, a każdy mój gwałtowny ruch zdawał się tylko ułatwiać mu unik.
Frustracja zaczęła narastać mi pod futrem. Chciałem działać szybciej, mocniej, skuteczniej, ale im bardziej się spieszyłem, tym gorzej mi szło. Próbowałem przewidzieć ruchy przeciwnika i za każdym razem byłem o krok za nim. W końcu poczułem, że serce wali mi tak mocno, jakby próbowało wydostać się z piersi. Miałem ochotę rzucić się na niego bez zastanowienia, licząc, że tym razem uda mi się go przygwoździć do ziemi. Wtedy jednak przypomniałem sobie treningi z Sowim Zmierzchem. Nie każda walka była wyścigiem, a nie każdy przeciwnik musiał zostać pokonany siłą. Czasem należało najpierw zrozumieć, co robił.
Zwolniłem więc, choć każda część mojego ciała domagała się kolejnego ataku. Zacząłem obserwować Tęczową Łapę uważniej. Zauważyłem, że najłatwiej było mu uniknąć uderzenia, kiedy miał dość miejsca na odskok. Za każdym razem, gdy nacierałem prosto na niego, po prostu uskakiwał w bok, po czym wykorzystywał moją rozpędzoną sylwetkę, by znaleźć się poza zasięgiem moich łap. Nie mogłem go dogonić, ale może wcale nie musiałem. Wystarczyło sprawić, żeby sam zdecydował się na ruch, którego oczekiwałem.
Zacząłem więc stopniowo spychać go w stronę fragmentu terenu, gdzie nierówności podłoża ograniczały możliwość swobodnego odbicia się. Nie rzucałem się już do przodu przy każdej okazji. Zamiast tego udawałem atak, zmuszałem go do zmiany kierunku i pilnowałem, by nie zostawiać mu zbyt wiele wolnej przestrzeni za plecami. Tęczowa Łapa wciąż był szybki, a jego pazury kilkukrotnie rozorały mi futro, lecz powoli przestawałem reagować na każdy jego ruch tak, jakby był ostatnią szansą na zwycięstwo. Skupiałem się na tym, co działo się tu i teraz, nie na tym, co mogło się stać, jeśli przegram.
Wreszcie dostrzegłem swoją okazję. Tęczowa Łapa odskoczył przed moim pozorowanym atakiem, dokładnie tak, jak przewidywałem, ale tym razem nie próbowałem za nim pędzić. Zamiast tego zmieniłem kierunek i zastąpiłem mu drogę, wykorzystując moment, w którym musiał ponownie postawić łapy na ziemi. Zderzyliśmy się bokami. Poczułem uderzenie w żebra, a potem obaj straciliśmy równowagę i stoczyliśmy się po podłożu. Przez krótką chwilę nie wiedziałem, gdzie miałem głowę, a gdzie ogon. Ziemia zadrapała mnie w bok, a jedna z moich ozdób zahaczyła o coś i pociągnęła boleśnie za futro.
Nie mogłem jednak pozwolić, żeby rozproszyło mnie to w najgorszym momencie. Gdy tylko odzyskałem orientację, podparłem się przednimi łapami i spróbowałem przytrzymać przeciwnika. Tęczowa Łapa wyślizgnął się niemal natychmiast, lecz tym razem byłem gotowy na jego ruch. Nie próbowałem ściskać go z całej siły. Przesunąłem ciężar ciała, zablokowałem mu drogę do kolejnego odskoku i przycisnąłem go do ziemi, opierając łapy tak, by nie mógł łatwo się wywinąć. Przez kilka uderzeń serca walczyliśmy jeszcze o pozycję, a ja czułem, jak mięśnie drżały mi z wysiłku. Bałem się, że zaraz znów mi ucieknie, że popełnię jeden głupi błąd i wszystko, co udało mi się osiągnąć, pójdzie na marne.
W końcu jednak Tęczowa Łapa przestał się wyrywać. Trzymałem go pewnie, choć nie na tyle mocno, by sprawić mu niepotrzebny ból. Dopiero gdy usłyszałem sygnał kończący walkę, dotarło do mnie, że naprawdę mi się udało. Odsunąłem się i cofnąłem o kilka kroków, próbując złapać oddech. Łapy miałem ciężkie, futro potargane, a serce biło mi tak szybko, że przez moment nie potrafiłem skupić wzroku na niczym konkretnym. Patrzyłem na Tęczową Łapę z niedowierzaniem, czekając, aż ktoś potwierdzi to, co sam jeszcze bałem się pomyśleć.
Potem nadeszła chwila ogłoszenia wyniku. Wyprostowałem się natychmiast, mimo zmęczenia, i wbiłem wzrok w Zalotną Gwiazdę. Przez głowę przemknęło mi tysiąc myśli, każda bardziej chaotyczna od poprzedniej. Czy zauważyli, że na początku nie potrafiłem nawet go trafić? Czy liczyło się to, że w końcu znalazłem sposób, by go powstrzymać? Czy zrobiłem wystarczająco dużo? Zacisnąłem zęby, żeby nie zacząć mówić, zanim usłyszę werdykt. Tym razem musiałem poczekać.
— Zwycięzcą próby zostaje Skowronkowa Łapa! — oznajmiono w końcu.
Przez ułamek chwili tylko stałem, jakbym w ogóle nie zrozumiał tych słów. Potem wszystko we mnie wybuchło. Uszy poderwały mi się do góry, ogon uniósł się wysoko, a z gardła wyrwał mi się radosny okrzyk, którego nie zdołałem powstrzymać. Wygrałem. Naprawdę wygrałem! Nie musiałem już wyobrażać sobie tej chwili ani zastanawiać się, czy kiedyś będę wystarczająco dobry. Udało mi się przejść próbę, a wszystkie treningi, potknięcia i chwile zwątpienia doprowadziły mnie właśnie tutaj. Czułem, jak oczy zachodzą mi łzami, ale nie próbowałem ich ukrywać. Byłem zbyt szczęśliwy, żeby przejmować się tym, jak wyglądam.
Chciałem od razu podbiec do ojca, jednak zanim zdążyłem zrobić pierwszy krok, poczułem, że coś ciągnie mnie przy boku. Spojrzałem w dół i dopiero wtedy zobaczyłem, w jakim stanie były moje ozdoby Pory Opadających Liści. Część zasuszonych listków została zmiażdżona podczas walki, drobne rośliny oderwały się od futra, a żywica, która trzymała je na miejscu, puściła w kilku punktach. Przez chwilę cała moja radość przygasła. Tak starannie je przygotowywałem, a chciałem, żeby przetrwały próbę i towarzyszyły mi podczas tak ważnego dnia. Zrobiło mi się przykro, gdy zobaczyłem połamane listki i resztki ozdób przyklejone do sierści. Opuściłem uszy, ostrożnie próbując odczepić jeden z uszkodzonych fragmentów.
Wtedy zauważyłem piórko od Dymówki. Wciąż tkwiło na swoim miejscu, niemal nietknięte, choć wokół niego pozostały jedynie resztki innych ozdób. Ostrożnie musnąłem je nosem, a ulga rozlała się po mnie tak szybko, że aż parsknąłem cichym śmiechem. Szkoda mi było moich skarbów Pory Opadających Liści, ale przecież mogłem znaleźć nowe liście i rośliny, a później spróbować zrobić z nich kolejne ozdoby. Piórko natomiast nadal miałem przy sobie. To wystarczyło, żeby smutek nie zdążył na dobre popsuć mi tego dnia. Podniosłem głowę, a uśmiech znów sam wpełzł mi na pysk.
Nie czekałem dłużej. Zerwałem się z miejsca i pobiegłem w stronę Nocnego Śpiewaka, omijając zebrane koty tak szybko, jak tylko pozwalały mi zmęczone łapy. Nie obchodziło mnie już, że futro mam potargane, że bok mnie pobolewa, a ozdoby wyglądają, jakby przetoczyło się po nich pół lasu. Chciałem tylko znaleźć się przy ojcu i powiedzieć mu, że naprawdę dałem radę. Zatrzymałem się przed nim, niemal wpadając na jego łapy, a potem uniosłem na niego roziskrzone oczy. Ledwo łapałem oddech, lecz nie potrafiłem dłużej powstrzymywać uśmiechu.
— Udało mi się! — zawołałem, a głos zadrżał mi z emocji.
W tych trzech słowach zmieściło się wszystko, czego nie umiałem powiedzieć inaczej: duma, ulga, szczęście i ogromna potrzeba, żeby ojciec wiedział, jak wiele to dla mnie znaczyło. Przez chwilę po prostu stałem przed nim, rozpromieniony i wciąż nie do końca wierzący w to, co się wydarzyło. Potem przysunąłem się bliżej, gotów przyjąć jego reakcję, bo właśnie na tę chwilę czekałem przez wszystkie księżyce treningu. Nie musiałem być idealny. Nie musiałem wygrać każdej wymiany ciosów ani od początku wiedzieć, co zrobić. Wystarczyło, że nie poddałem się, kiedy coś mi nie wychodziło.
Zerknąłem jeszcze raz na piórko od Dymówki, po czym z dumą uniosłem głowę. Moje ozdoby Pory Opadających Liści mogły poczekać na naprawę, a nawet jeśli nie udałoby się uratować wszystkich, wciąż mogłem stworzyć nowe. Dziś jednak chciałem zapamiętać przede wszystkim to, jak zabrzmiało moje imię po ogłoszeniu wyniku i jak wielką radość poczułem, gdy zrozumiałem, że zwyciężyłem. Po raz pierwszy od początku próby nie martwiłem się tym, co zrobiłem źle. Byłem po prostu szczęśliwy, że dałem z siebie wszystko i że mogłem teraz spojrzeć ojcu w oczy z poczuciem, że naprawdę na to zasłużyłem.

Mianowanie

Kiedy emocje po zwycięstwie nieco opadły, a ja zdążyłem zamienić z ojcem kilka słów, wciąż trudno było mi uwierzyć, że próba naprawdę dobiegła końca. Zmęczenie zaczynało dawać mi się we znaki, mięśnie pobolewały po walce, a potargane futro sterczało na wszystkie strony. Mimo to nie potrafiłem przestać się uśmiechać. Co jakiś czas zerkałem w stronę Zalotnej Gwiazdy, próbując zgadnąć, kiedy nadejdzie kolejny moment ceremonii. Wiedziałem, że samo zwycięstwo nie kończyło jeszcze wszystkiego. Musieliśmy poczekać, aż pozostali uczniowie zakończą swoje pojedynki, a ich wyniki zostaną ogłoszone.
Przez ten czas próbowałem zachowywać się spokojnie, choć zupełnie mi to nie wychodziło. Raz przestępowałem z łapy na łapę, innym razem poprawiałem ocalałe ozdoby, a co chwilę szukałem wzrokiem znajomych pysków wśród zgromadzonych kotów. Moje dekoracje Pory Opadających Liści nadal przypominały o przebiegu walki, lecz piórko od Dymówki wciąż trzymało się futra, więc nie zamierzałem już dłużej się nimi zamartwiać. W końcu miałem ważniejszy powód do radości. Za chwilę miałem otrzymać własne imię wojownika.
Gdy ostatni pojedynek dobiegł końca, a wszystkie wyniki zostały rozstrzygnięte, zebrane koty zaczęły zajmować miejsca przed przywódcą. Dołączyłem do pozostałych uczniów, czując, jak podekscytowanie ponownie ściska mnie w brzuchu. Tym razem nie była to jednak obawa przed walką. Nie musiałem już niczego udowadniać pazurami ani zastanawiać się, czy potrafię sprostać przeciwnikowi. Teraz czekałem na słowa, które miały zmienić moje życie. Zerknąłem na Nocnego Śpiewaka, szukając w jego obecności odrobiny otuchy, po czym ponownie skupiłem wzrok na Zalotnej Gwieździe.
Przywódczyni rozpoczęła ceremonię, a ja słuchałem uważnie, gdy kolejni uczniowie występowali naprzód i składali przysięgę. Z każdym mianowaniem coraz trudniej było mi ustać w miejscu. Cieszyłem się razem z nimi, a jednocześnie coraz mocniej uświadamiałem sobie, że za chwilę przyjdzie kolej na mnie. Próbowałem wyobrazić sobie, jak zabrzmi moje nowe imię, lecz żadna z podsuwanych przez wyobraźnię możliwości nie wydawała mi się wystarczająco prawdziwa. W końcu usłyszałem wezwanie, bym wystąpił przed zgromadzonych.
Zrobiłem krok naprzód, starając się nie potknąć o własne łapy. Serce znów zaczęło mi bić szybciej, a ogon uniósł się odrobinę wyżej, zdradzając podekscytowanie, którego nie potrafiłem ukryć. Stanąłem przed Zalotną Gwiazdą i podniosłem głowę, patrząc na nią z uwagą. Przez krótką chwilę przypomniałem sobie wszystkie treningi, nieudane próby, chwile, gdy rozpraszało mnie dosłownie wszystko, oraz dzisiejszą walkę z Tęczową Łapą. Nie zawsze postępowałem rozsądnie, nie zawsze umiałem zachować cierpliwość, ale nigdy nie przestałem próbować. Teraz miałem szansę udowodnić, że potrafię wziąć na siebie odpowiedzialność, której wymagało życie wojownika.
— Ja, Zalotna Gwiazda, przywódczyni Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Skowronkowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Przez ułamek chwili miałem wrażenie, że cały obóz zamilkł, a wszystkie spojrzenia zwróciły się właśnie na mnie. Poczułem ciężar tych słów, ale nie był on nieprzyjemny. Przypominał mi raczej, że to, na co tak długo czekałem, wiązało się nie tylko z dumą i nowym imieniem, lecz także z obowiązkami. Wojownik musiał troszczyć się o innych, nawet wtedy, gdy sam był zmęczony, przestraszony albo nie wiedział, co zrobić. Wziąłem głęboki oddech i wyprostowałem się, starając się, by mój głos zabrzmiał pewnie.
— Przysięgam.
Wypowiedziałem to słowo bez wahania. Było krótkie, ale znaczyło dla mnie więcej, niż potrafiłbym wyrazić. Obiecywałem, że będę stał na straży Klanu Wilka, że nie odwrócę się od jego członków w potrzebie i że postaram się być wojownikiem, na którym można polegać. Nie wiedziałem jeszcze, czy zawsze będę podejmował właściwe decyzje. Wiedziałem jednak, że chcę się uczyć i że nie zamierzam rezygnować, gdy coś okaże się trudniejsze, niż początkowo sądziłem.
— Mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Skowronkowa Łapo, od tej pory będziesz znany jako Skowronkowa Rozkosz. Klan ceni twoją kreatywność i pomysłowość, a także pogodę ducha, z którą potrafisz rozjaśniać nawet najzwyklejsze dni. Witamy cię jako nowego wojownika Klanu Wilka.
Przez chwilę nie byłem w stanie zareagować. Nowe imię rozbrzmiało w moich uszach, a ja powoli powtórzyłem je sobie w myślach, jakbym chciał upewnić się, że naprawdę należało teraz do mnie. Skowronkowa Rozkosz. Kąciki pyska uniosły mi się same, a zaraz potem poczułem, że uśmiech robi się tak szeroki, iż niemal zaczynają boleć mnie policzki. Nie spodziewałem się, że właśnie takie imię usłyszę, ale kiedy dotarł do mnie jego sens, zrobiło mi się niezwykle ciepło na sercu. Kreatywność i pomysłowość – cechy, które czasem sprawiały, że odpływałem myślami od treningu, zostały dostrzeżone jako coś wartościowego. A moja radość, którą nie zawsze potrafiłem powstrzymać, nie musiała być przeszkodą. Mogła być czymś, czym dzieliłem się z innymi.
Zgromadzone koty zaczęły wykrzykiwać moje nowe imię, a ja poczułem, jak fala szczęścia zalewa mnie od uszu aż po koniec ogona. Odpowiedziałem im głośnym okrzykiem, nie przejmując się tym, że mój głos nieco się załamał. Miałem ochotę podskoczyć, przebiec wokół całego obozu i każdemu z osobna opowiedzieć, jak bardzo jestem szczęśliwy. Powstrzymałem się przed tym tylko dlatego, że ceremonia wciąż trwała, choć moje łapy już rwały się do ruchu. Nie potrafiłem jednak ukryć roziskrzonych oczu ani ogona, który kołysał się z taką energią, jakby sam chciał przyłączyć się do świętowania.
Najważniejsze było dla mnie to, że mogłem spojrzeć na Nocnego Śpiewaka i podzielić się z nim tą chwilą. Wciąż pamiętałem, jak przed próbą bałem się, że nie sprostam oczekiwaniom, a teraz stałem przed całym klanem jako pełnoprawny wojownik. Poczułem dumę, ale także wdzięczność za wszystkie lekcje, które doprowadziły mnie do tego momentu. Wiedziałem, że przede mną jeszcze wiele do nauczenia, że nie każda wyprawa zakończy się sukcesem i że samo imię nie uczyni mnie od razu doświadczonym wojownikiem. Nie musiałem jednak znać odpowiedzi na wszystkie pytania już teraz. Wystarczyło, że miałem szansę dalej dorastać i udowadniać, na co mnie stać.
Gdy ceremonia dobiegła końca, nie wytrzymałem już ani chwili dłużej. Ruszyłem w stronę ojca z szerokim uśmiechem, niemal zapominając o zmęczeniu po walce. Moje ozdoby Pory Opadających Liści wciąż były w opłakanym stanie, ale piórko od Dymówki nadal trzymało się na miejscu, więc uznałem, że i ono może świętować razem ze mną. Przystanąłem tuż przed Nocnym Śpiewakiem, unosząc głowę z dumą, której nie zamierzałem już w żaden sposób ukrywać.
— Słyszałeś?! Skowronkowa Rozkosz! — wyrzuciłem z siebie, a potem zaśmiałem się z własnego podekscytowania. — Jestem wojownikiem!
Powiedziałem to jeszcze raz, tym razem ciszej, bardziej do siebie, jakbym chciał zapamiętać brzmienie tych słów na zawsze. Byłem Skowronkową Rozkoszą. I choć nie wiedziałem, co przyniosą kolejne dni, jednego byłem pewien: zamierzałem wnieść do Klanu Wilka tyle serca, pomysłów i radości, ile tylko zdołam.

[2672 słowa]

Od Gronostaja CD. Guziczka

No dobra… DOBRA! Maksimum skupienia. Go-to-wość!
Przecież ja znam te wszystkie ataki, tylko zawsze wylatują mi z głowy…
To całe szkolenie i tak już za długo się ciągnie. Może… jeżeli teraz pokonam moją mentorkę, to… może… pozwoli mi podejść do testu na wojownika…?
Poza tym… NIE MA OPCJI, że przegram, teraz gdy tatuś patrzy! Ooo nie, co to, to nie!

Guziczek usiadł nieco z boku, ja natomiast ustawiłem się naprzeciwko Jaśminowiec. Czułem, jak z niecierpliwości swędzą mnie łapki. Zamarłem i otworzyłem szeroko oczy, wpatrując się w kotkę.
– Dobrze, Gronostaju. Nie będziemy robić nic nowego. Standardowa walka do trwałej utraty równowagi i pokażesz Guziczkowi, jakie postępy zrobiłeś w tej dziedzinie.
Otworzyłem moje wyłupiaste oczka jeszcze szerzej.
Może i zrobiłem postępy w walce na równowagę, ale… postępy te wyglądają w ten sposób, że zamiast przegrać od razu, przegrywam… chwilę później. I tyle. Nie ma tu nic do pokazania… Moje krótkie łapki zupełnie nie pomagają w utrzymaniu większego ciałka w pionie.
No i… jak by to powiedzieć, nie chce mi się ćwiczyć na treningach! Co mnie obchodzą słowa tej irytującej Jaśminowiec, że się zawiodła? Czemu mam się dla niej starać? Za kogo ONA się uważa! Usz! Ale jakby tatuś mi tak powiedział, pomyślał albo przekazał to kontaktem wzrokowym, to bym nie przeżył prawdopodobnie. TO jest kot, dla którego mogę się starać!
Nie mogę zawieść tatusia. Hm!
Ustawiłem moje oczka w pozycji bojowej, wyśrodkowując je i przymykając powieki. Rozstawiłem szerzej łapki w celu utrzymania stabilnej pozycji. Wysunąłem nieco języczek w intensywnym skupieniu. Byłem gotowy!
Jaśminowiec uniosła lekko brwi w rozbawieniu - wiedziała, że ten gest zawsze mnie irytował, ale nie dziś!
– W porządku, Gronostaju… Skoro jesteś gotowy…
Czekoladowa kotka momentalnie spięła się i skoczyła na mnie, błyskając swoimi kłami. Przypadłem do ziemi, po czym wykonałem długi skok blisko podłoża, do przodu, by zrobić unik i niemal od razu ponownie wyskoczyłem, tym razem przechodząc do ataku na plecy mentorki. Ona jednak odruchowo uskoczyła w bok i gdy tylko spadłem na ziemię, ona już była nade mną z wyciągniętą łapą. Zatrzymałem moje przednie kończyny, pozwalając tylnym obrócić mnie o sto osiemdziesiąt stopni, wykorzystując pozostałą siłę ze skoku. Sytuacja była, krótko mówiąc, beznadziejna - jeśli przygwoździ mnie do ziemi, nie będę mógł się uwolnić, mentorka jest silniejsza. Zdecydowałem się więc na desperacki krok. Z całej siły wybiłem się do przodu, celując w jej brzuch moją twardą czaszką - łapki może i mam krótkie, ale głowę jak głaz!
– WUSZ! – sapnąłem, gdy z impetem zderzyłem się z ciałem kotki.
Wyczułem, jak spina swoje mięśnie - oczywiście, że jest zbyt doświadczona, by dać się uderzyć w rozluźnione.
Upadła na ziemię. Wstała jednak dość szybko. Na jej pysku malowało się czyste zdumienie. A potem nagle uśmiechnęła się.
– No, no, Gronostaju – mruknęła.
Jej oddech, mimo intensywnego wysiłku, pozostawał stabilny. W przeciwieństwie do mojego - mi ustabilizowanie go zajęło zdecydowanie więcej czasu. Gdyby to była prawdziwa walka, to… nie wiem, jak długo bym wytrzymał z tak doświadczoną wojowniczką. Na szczęście na świecie więcej jest tych raczej przeciętnych…
– Widzę, że jak chcesz, to potrafisz. Może faktycznie pomyślimy o organizacji testu…
– Usz! Oczywi… uh… OCZYWIŚCIE, że pot… rafię…! TAAAK! – tupnąłem łapką, by podkreślić moje słowa, ale spowodowało to jedynie, że zachwiałem się dość intensywnie. Łapki zaczęły mi się plątać i upadłem na plecki. Gdy po chwili zacząłem oddychać w miarę normalnie, zerknąłem na tatusia, przechylając głowę na bok, wciąż leżąc na ziemi.
– TATO! JAK MI POSZŁO, TATOOO!? – krzyknąłem, wytrzeszczając oczka i ściskając łapki w oczekiwaniu.

<Guziczku?>
[565 słów]

Od Kokoszkowej Łapy

⊹₊˚‧︵‿₊୨*ੈ✩‧₊˚༺☆༻*ੈ✩‧₊˚୧₊‿︵‧˚₊⊹
Po zgromadzeniu; księżyc później, dzień po zgromadzeniu, popołudnie…
⊹₊˚‧︵‿₊୨*ੈ✩‧₊˚༺☆༻*ੈ✩‧₊˚୧₊‿︵‧˚₊⊹

Liliowa uczennica trzymała się boku swej siostrzyczki. Brak łapy nie był już dla niej niczym dziwnym; sześć księżyców bez niej żyła, a chodzić po tym świecie zapewne będzie dłużej, niż niektórzy zakładali. Ogon po prostu się skrócił. Poza rehabilitacją u królewskich medyków Kokoszka nie miała specjalnego traktowania. No, przynajmniej tak jeszcze zakładała, gdyż mało kotów tutaj poznała.
— Maaaaaandaaaa! — mruknęła do niebieskiej. — Co robimy? Nudzę się! Wzlatująca Uszatka sobie gdzieś poszła... — dodała, wielce oburzona brakiem organizacji mentorki, wracając wzrokiem ku córce Szkwału.
— A ty? Gdzie twój mentor? Ropuszy Skok na pewno jest lepsza od mojej... — miauknęła ciszej, smutnie przyglądając się siostrzyczce.
Niebiesko futra spojrzała na siostrę.
— Pewnie rozmawia ze swoimi siostrami, na szczęście już skończyłam z nią trening na dziś. Mam wrażenie, że mnie szkoli, nie szkoląc. Jej tłumaczenie teorii jest tak kiepskie, że mam wrażenie, iż cały dzień leżąc w obozie, uzyskałabym tę samą wiedzę, co miałam poprzednio, czyli żadną — mówiła i skrzywiła pysk. — Za to muszę przyznać, że praktyki z nią są lepsze, choć prawie się utopiłam przez nią. Gdy byliśmy przy wodzie, oznajmiła mi, że dzisiaj woda jest chyba płytka. Okazało się jednak, że było tak głęboko, że wyglądałam po tym, jak napuszony królik. Jakimś cudem wyciągnęła mnie na brzeg. — I na koniec trzepnęła swą okazałą grzywką, niczym dama.
Kokoszka jej przytaknęła. Druga damulka zachichotała na wizję mokrej, chudej Mandarynkowej Łapy.
Ona i Wzlatująca Uszatka również kilka godzin przed zgromadzeniem postanowiły trenować pływanie. Na początku wychodziło im to kiepsko, a sama liliowa uczennica bardzo bała się wskoczyć do lodowatej wody. Wojowniczka nie umiała się zabrać za swoim pierwszym terminatorem. Z czasem jednak strach Kokoszki zaczął maleć i w końcu, po raz pierwszy, postanowiła zanurzyć się całym ciałem. Ciężko było jej pływać przez brak łapki i ogona, więc musiała stać się jeszcze silniejsza. Tylko jak? Mentorka nie wyglądała na osobę, która dobrze by ją wyszkoliła. Zresztą, zawsze mogła pójść do swojego ojca. On na pewno by jej pomógł.
— Napuszony królik? A nie raczej jak łysy zając? — miauknęła rozbawiona, łapiąc siostrę za słowa.
Ach, ileż ona by dała, aby mieć taką grzywkę jak jej siostrzyczka...
— To co, może wyjdziemy z obozu? Mandarynkowa Gwiazda i tak ostatnio odpływa, to może nas się nie uczepi — szepnęła niebieska do jej ucha, ignorując poprzednie pytanie Kokoszki.
Na pytanie uczennicy, kotka energicznie skinęła głową.
— O, można, można! — skinęła jej łbem ochoczo.
Przylgnęła do niej, również szepcząc:
— Gdy nas mianowała, wyglądała na wielce obrażoną... — mówiła cichutko, oczami nerwowo się rozglądając za nieproszonymi słuchaczami tej rozmowy. — Myślisz, że dlaczego na taką wyglądała?
— A jeszcze jak! Jak niektórzy za bardzo się kwaszą, to potem na starość im to wychodzi w postaci zmarszczek — Mandarynkowa Łapa zachichotała, następnie jej wzrok spoczął na wyjściu z obozu.
— To chodźmy teraz! Tutaj nie ma o czym zbytnio gadać — spojrzała na nią z iskrą w oczach, wzrokiem plotkary, która chciała obgadać każdego poza obozem, bez zbędnych uszu obok nich.
— Aha! — zawołała radośnie Kokoszkowa Łapa, z uśmiechem na twarzy podążając za niebieską kocicą. Bez jednej łapki może i było ciężej, ale z czasem do tego przywyknie. Przynajmniej, powinna.
Ekscytowała się informacjami, jakimi mogła się podzielić Nocniaczka. Wręcz podskakiwała błogo przy swoim wsparciu fizycznym niczym mały kociak.
Kotki zgrabnie opuściły obóz, wykorzystując chwilowy brak warty przy wyjściu.
Powitało ich zimne, wilgotne powietrze. I choć zawitała niby Pora Nowych Liści, ciepło słońca nie było odczuwalne. Kotki skakały z wysepkę na wysepkę.
— Powiem ci, że w obozie nie mogłybyśmy pozwolić na takie coś, bo jeszcze Mandarynkowa Gwiazda by na nas krzywo spojrzała.
Kokoszkowa Łapa przy pierwszym skoku się wahała. Próbowała dotrzymać tempa siostry, lecz Mandarynkowa Łapa musiała po każdym skoku czekać na swoją towarzyszkę z niecierpliwością.
"Czy wydry też tu są?" — zastanowiła się.
Rzuciła pobliskim kamykiem, który prędko zatonął. Następnie małym patykiem z ciekawości. Wytrzeszczyła oczy na silny prąd w wodzie, który porwał drugi przedmiot daleko w kilka uderzeń serca. Przełknęła ślinę i spojrzała niepewnie to na rzekę, to na niebieską kocicę.
Stała przez dłuższą chwilę niezdecydowana nad brzegiem, aż w końcu zaczęła działać.
Nie mogła być gorsza od Mandarynkowej Łapy. Jest przecież pierworodną córką.
Zmrużyła oczy, wzięła głęboki wdech i wydech, po czym naprężyła mięśnie. Wylądowała na małej wysepce, tuż przed drugą damulka. Natychmiast złapała się wszystkimi kończynami bezpiecznej strefy, bojąc się, że zaraz spadnie. Kiedy weszła na centrum wyspy, odetchnęła z ulgą. Spojrzała na Mandę i się zastanowiła.
— Mandarynkowa Gwiazda ledwo, co zipie, Manda. Pewnie ma ważniejsze sprawy na głowie niż pilnowanie kotów. Jej syn zaraz zostanie... tym... królem. Przywódcą. W każdym razie, jakimi plotkami mnie dzisiaj zaszczycisz? — zapytała z knującym uśmieszkiem.

[746 słów + pływanie]

Od Kokoszki (Kokoszkowej Łapy)

⊹₊˚‧︵‿₊୨*ੈ✩‧₊˚༺☆༻*ੈ✩‧₊˚୧₊‿︵‧˚₊⊹
Mianowanie Kokoszki…
⊹₊˚‧︵‿₊୨*ੈ✩‧₊˚༺☆༻*ੈ✩‧₊˚୧₊‿︵‧˚₊⊹

Mandarynkowa Gwiazda wspięła się na jedną z gałęzi królewskich, dumnie wypinając pierś. Przez chwilę spoglądała na zebrane koty w milczeniu, po czym zawołała wszystkich Nocniaków. Zapewne miała coś dużego do ogłoszenia.
Kokoszka akurat wychodziła z legowiska medyka po nudnych zajęciach z Klekoczącym Bocianem, który ani trochę nie wydawał się szczęśliwy obecnością liliowej. Nie wiedziała, czy to przez zmęczenie, czy może przez coś innego, lecz długo się tym nie martwiła.
Alka i Mandarynka podbiegły do siostrzyczki i ją wsparły. Kotka nieco zszokowana cofnęła się, nie chcąc wyglądać słabo przy córkach Szkwału. Dumnie uniosła brodę, przechodząc obok nich i idąc na zebranie Klanu Nocy. Pozostawione z tyłu Manda i Alka popatrzyły na sobie, nieco zdziwione reakcją Kokoszki, ale najwidoczniej niezbyt się tym przejęły, ponieważ od razu pobiegły w stronę zgromadzonych kotów.
— Drzemlik został już mianowany — wyjawiła po cichutku pierworodna córeczka, spoglądając na dwie przybyłe. — I jego reszta rodzeństwa też. Myślicie, że teraz my…?
— O tak, o tak! — pisnęła podekscytowana Mandarynka. — Będziemy najlepszymi siostrzanymi wojowniczkami! Nic nam nie będzie straszne!
— Dokładnie! — miauknęła z radością Alka.
Kokoszka skinęła im głową, wiercąc się na swoim miejscu. Ile jeszcze będą musieli czekać?
— Kokoszko, wystąp.
Głos Mandarynkowej Gwiazdy rozległ się po obozie, a wszystkie oczy spoczęły na poturbowanej przez wydrę koteczce. Wymieniona przełknęła ślinę i natychmiast podreptała na środek.
— Kokoszko, dzisiaj ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika, będziesz się nazywać Kokoszkowa Łapa. Twoim mentorem zostanie… Wzlatująca Uszatka.
Przywódczyni zwróciła się wtedy do starszej kocicy. Liliowa uczennica zmarszczyła brwi. Czy miała właśnie trenować z jakąś babcią?
— Mam nadzieję, że przekażesz jej całą swoją wiedzę.
Księżniczka nie próbowała komplikować mianowania, od razu przechodząc do następnych córek niebieskiego wojownika.
Kokoszkowa Łapa od razu po tym podeszła do swojej mentorki i z widoczną niechęcią zetknęła się z nią nosami. Sędziwa wojowniczka nie była jednak zaskoczona. Uśmiechała się przyjaźnie.
— Mam nadzieję, że pod moją pieczą, zostaniesz najlepszą wojowniczką Klanu Nocy — wychrypiała kocica, zabierając swoją uczennicę przed wyjście z obozu.

[328 słów]

Od Borowika

W czasie Pory Nagich Drzew…

Świergotek to mój najlepszy przyjaciel.
Cieszy mnie to niezmiernie. Choć na przestrzeni księżyców poznałem wiele kotów, których nazwać mógłbym swoimi przyjaciółmi, to Świergotek jest zdecydowanie z nich wszystkich najbardziej przyjacielski.
Zawsze chce ze mną jeść rano i często je to samo, czasem nawet z tej samej zwierzyny. Chce chodzić ze mną na patrole. Kilka razy wybrał się ze mną i z Łysiczką na trening, mimo że ma swoje zobowiązania i inne zadania. Z jakiegoś bliżej nieznanego mi powodu, zaczął również spać na tej samej gałęzi co ja. Ja mu mówię, że na swojej miałby więcej miejsca, ale nie przemawiają do niego logiczne argumenty. Hm.
Co jest dla mnie mniej osobliwe, a za to niespodziewanie miłe, to to, że Świergotek zadaje mi bardzo dużo pytań, w celu zrozumienia sposobu mojego funkcjonowania.
– Borowiku, dlaczego… gryziesz ten patyk…? – spytał pewnego razu, kładąc się obok mnie na legowisku.
Zmarszczyłem brwi i wyplułem patyk na moje łapki.
– No… nie wiem. Tak jakoś… lubię tak – mruknąłem, przeżuwając resztki kory.
A on tylko pokiwał głową, nie mówiąc już nic więcej na ten temat.
Takie pytania w ciekawy sposób prowokują mnie do głębszego analizowania moich własnych reakcji, przez co mogę lepiej zrozumieć sam siebie. Po całonocnym rozmyślaniu nad pytaniem rudego kocurka doszedłem do wniosku, że mogłem gryźć patyk, bo ostatnio odczuwałem dość silny niepokój na skutek tego wszystkiego, co się dzieje teraz w Owocowym Lesie… Nie, żeby nie były to dobre zmiany. Nie, żebym jakoś specjalnie je analizował. Po prostu wyprowadzają mnie z równowagi…
Ja, z kolei, chociaż nadal skupiam się przede wszystkim na obserwacji Świergotka, staram się z nim komunikować coraz więcej. Moim celem jest pełna synteza tych dwóch umiejętności. Wydaje mi się, że wychodzi mi to coraz lepiej.
Na przykład zauważyłem niedawno, że Świergotek lubi jeść nornice. Ale gdybym nie zapytał, nie dowiedziałbym się, że nornica to również pierwsze zwierzę, którego spróbował jako kociak.
Znam porę, o której budzi się regularnie każdego dnia. Potrafię ocenić stopień jego zmęczenia po tym, jak bardzo jego powieki są opuszczone. Wiem, że nie lubi, jak się do niego mówi, gdy jest zdenerwowany. Jestem również w stanie wymienić pięć rzeczy, mających taki sam specyficzny odcień niebieskiego jak jego oczy.
To są, jak mniemam, najbardziej podstawowe informacje, które przyjaciel powinien mieć o drugim przyjacielu.

***

Niebo z jasnoniebieskiego stopniowo zmieniało się w szafirowe, przechodząc w coraz głębsze, ciemniejsze odcienie. Odpoczywałem po długim dniu treningów z Łysiczką, z łapkami zawiniętymi pod siebie. Po jakimś czasie usłyszałem znajomy dźwięk skrobania pazurami o korę drzewa i już po chwili zza pnia wyłonił się Świergotek.
– Hm. Witaj, Świergotku – spojrzałem na kocura, nie podnosząc mojej ciężkiej główki z gałęzi.
Rudy kocurek burknął coś, co prawdopodobnie również było przywitaniem. Ułożył się wygodnie przy mnie, kładąc swój pysk na moim karku, wsuwając nosek w moje futerko.
Otworzyłem szerzej oczy, po czym niemal od razu zmarszczyłem brwi.
– Uh. Ale że… co robisz? – spytałem, nie kryjąc konsternacji.
– Leżę, Borowiku. Jak widzisz – mruknął, zaspanym głosem.
– Ah. No, widzę… no tak. Hm.
Rozluźniłem się nieco, wciskając moje zgięte łapki głębiej pod siebie.
Kolejna rzecz, do której chyba muszę się po prostu przyzwyczaić. Świergotek wykonuje wiele przyjacielskich gestów, których nie widziałem u żadnych innych przyjaciół…
– I… i to tak… robi się normalnie…? – zagadnąłem, uspokojony, wpatrując się w ciemność.
– Tak, Borowiku, zapewniam cię, że to dość standardowe zachowanie wobec partnera – odpowiedział nonszalancko w moje futerko.
Huh.
Zastygłem w miejscu, marszcząc brwi tak intensywnie, że aby oddać szok, jaki wtedy przeżyłem, musiałaby mi chyba wyrosnąć dodatkowa ich para.
Zorientowałem się, że rudy również zastygł. Po chwili podniósł głowę i spojrzał na mnie. Ja również spojrzałem.
– Borowiku.
– Hmmm…
– Czy ty…?
– Mhm.
– Myślałeś, że… – brnął dalej.
– …Przyjaźnimy się, tak – przyznałem w końcu, nerwowo obiegając otoczenie wzrokiem.
Rudy kocurek był wyraźnie zbity z tropu. Jemu też zdecydowanie przydałaby się dodatkowa para brwi…
– Ale… ale dlaczego, na Wszechmatkę… – zaczął z irytacją, ale szybko zmienił ton na spokojniejszy, biorąc głęboki wdech. Tak jak ja obiecałem mu starać się lepiej komunikować, tak on obiecał mi, że będzie spokojniejszy. – Okej. Okej… Dlaczego… tak myślałeś?
– No… no bo nie mówiłeś nic.
– Dosłownie od pół księżyca śpimy w jednym legowisku, Borowiku. Jemy z tej samej zwierzyny.
– Kociaczki też śpią w legowisku z rodzicami… I też im czasem… mama jedzonko przeżuwa, jak za małe są jeszcze, a chcą mięsa.
– Nie jesteś kociakiem, Borowiku, to nie jest…- Chwila. Serio ci mama przeżuwała jedzenie, jak byłeś kociakiem? – Przechylił głowę na bok.
– Poza tym… – kontynuowałem, unikając odpowiedzi na zadane pytanie. – Wczoraj powiedziałem ci, że jesteś moim najlepszym przyjacielem, a ty przytaknąłeś. Uznałem więc, że… dosłownie przytakujesz na stwierdzenie naszej przyjaźni.
– Byliśmy… byliśmy w tłumie, myślałem, że mówisz tak, bo… bo nie chcesz jeszcze mówić nikomu…
Pokręciłem dynamicznie głową na boki.
Zapadła cisza. Widziałem kątem oka, jak Świergotek nerwowo rusza na boki szczęką i zaciska zęby, patrząc w noc.
– No dobra… – westchnął. – To… teraz już wiesz. Co ty na to?
– Na co?
– Na… wywyższenie… stopnia naszej relacji w hierarchii… relacji – wyjaśnił, próbując naśladować mój sposób mówienia.
Skrzywiłem się.
– Nie mów tak więcej. To… dosyć żenujące. Poza tym powtórzyłeś dwukrotnie słowo “relacja” – pokręciłem głową z dezaprobatą, próbując wymazać to zdarzenie z pamięci.
Zamyśliłem się na chwilę.
– Ale… ale, no… myślę, że… może zostać, tak jak jest. To znaczy… stopień wyżej w hierarchii. – Zerknąłem w bok.
– Jesteś pewien?
– Tak, to… to wiele wyjaśnia z… no, twojego zachowania i… i otwiera, bądźmy szczerzy, szereg nowych możliwości… i ten. No. To tyle.
– Dobra.
– Dobra.
Poczułem, jak Świergotek ponownie kładzie się przy mnie, tak, jak wcześniej. Wyciągnąłem moje łapki spod siebie, prostując je i kładąc głowę na tych jego.
Zapadło milczenie.
– Strasznie mi niezręcznie – stwierdziłem.
– Hm?
– No, głupio mi. Że… nie załapałem.
– Mi chyba jeszcze bardziej. Pół księżyca żyłem w związku, który nie istniał – kocur ziewnął. – Idź spać, Borowiku.
– Idę spać.

Od Nurowej Gracji CD. Trzcinowego Szmeru

Porą Nagich Drzew

Nur był już wojownikiem od kilku księżyców… I właściwie to strasznie go to nudziło. Oczywiście – był ambitny, łapał się każdej roboty i każdego patrolu. Tylko że dla niego to wciąż było za mało! Oczywiście spełniał też swoją rolę, jako namiestnik i pilnował królewskiej rodziny. Po rozmowie z siostrą przed jego mianowaniem… Uspokoił się. Przeprosił Rogatego Flaminga za jego niestosowne pytanie i po prostu obserwował. Ród królewski coraz częściej dawał mu powody do myślenia niż podziwiania… Nie mówił tego na głos oczywiście. Po prostu im służył. Nie mógł w nich wątpić! Był namiestnikiem, jego rodzina była teraz już szanowana. Nie mógł powtórzyć błędów poprzedników. Dlatego, gdy nadeszła mroźna Pora Nagich Drzew i trzeba było zebrać wszystkich wojowników na poszukiwania zwierzyny, Nurowa Gracja był pierwszy do podjęcia się tego wyzwania. Spędzał wiele godzin, aby coś znaleźć, nawet gdy już czuł, jak łapy odmawiają mu posłuszeństwa przez zimno. Tego dnia siedział akurat przy zamarzniętej rzece i starał się złowić rybę, ale niczego nie było. Ze skupienia wyrwał go głos matki:
— Nie jest ci zimno? Może powinieneś wrócić do obozu, by się ogrzać?
Wojownik spojrzał na nią i pokręcił głową.
— Jeszcze nic nie złapałem — westchnął. — Nie mogę wrócić z pustymi łapami.
— Wszyscy mają problem ze złapaniem zwierzyny.
— Ale ja jestem namiestnikiem — spoważniał. — I jestem lepszy od wszystkich.

Teraźniejszość

Nur nie mógł nie zauważyć, że w jego rodzinie między wszystkimi była dziwna atmosfera. Przyzwyczaił się już, że on i Łabędzi Tan nigdy nie znajdą nitki porozumienia, ale teraz też między rodzicami a Łabądkiem była napięta sytuacja. Chciałby się tym nie przejmować i skupić na swoich obowiązkach, ale widział, jak Trzcinowy Szmer chodziła przybita. Kochał mamę z całego serca i jeśli jego siostra zrobiła coś nie tak, jeśli wykazała, chociaż gram genów zdrajcy… Sam zadba o to, aby już nigdy nie zbliżała się do Klanu Nocy.
Udało mu wślizgnąć się na nocny patrol wraz z Trzcinowym Szmerem. Najpierw szli w ciszy – właściwie to dość przyjemnej. Rudy na moment miał ochotę jednak olać temat. Co on do tego miał? Powinien zacząć szkolić innych na świetnych wojowników, a nie przejmować się problemami rodzinnymi… Nie mógł jednak odpuścić. Musiał się dowiedzieć, co zrobiła jego siostra.
— Mamo? — zaczął niepewnie.
Trzcinowy Szmer spojrzała na niego i się uśmiechnęła.
— Co tam?
Nurowa Gracja uciekł gdzieś wzrokiem. Nie potrafił w takie rozmowy…
— Co się dzieje między tobą, a Łabądkiem?

<Mamo?>

Od Guziczka CD. Gronostaja

Przeszłość

Uśmiechnął się na propozycje syna. Nie chciał go przestraszyć, skądże znów. Oczywiście, że zależało mu na tym, aby jego dzieciaki jednak… troszkę utrzymywały jego reputację. Tym bardziej, teraz gdy był zastępcą. Jednak dobro dzieci i ich własne pragnienia nadal były dla niego najważniejsze. Po prostu nie chciał, aby kocur zaprzepaścił swoją szansę.
– Oczywiście, kochany. Chętnie przyjdę na jakiś trening. – Otarł się o niego z pomrukiem.
Gronostaj od razu zamruczał zadowolony. Był jeszcze młody… Miał czas, Czereśnia z pewnością go za niedługo mianuje. Guziczek po prostu ciągle porównywał ich do siebie. Zawsze sobie radził, mimo trudności… I chciał, aby jego dzieci też miały tę umiejętność. Tylko tyle…
– Ale to jak znajdę chwilę – westchnął. – Mam teraz trochę obowiązków. – Uśmiechnął się przepraszająco.
– Rozumiem – Gronostaj się uśmiechnął. – Jesteś teraz zastępcą! To super.
Guziczek zaśmiał się. Kocur nawet nie wiedział, ile dla niego znaczyła ta rola.
– Tak. To super.

Teraźniejszość

Czereśnia zmieniał wszystko, co Guziczek znał. Nie zmieniał tego na gorsze, skądże. Koty wydawały się zadowolone. Ale Guziczek się przyzwyczaił i trochę dziwne dla niego były zagrywki lidera. Nie narzekał, nie śmiałby. Zawdzięczał wiele Czereśni – ostatecznie ten spełnił jego małe marzenie. Oczywiście okazało się, że z tak dużą rolą wiązała się też duża odpowiedzialność. Guziczek zaczął coraz częściej rozmawiać z kotami z Owocowego Lasu i używać coraz mniej żartów, gdy sytuacja tego nie wymagała. Przede wszystkim skupił się na relacjach z kotami w radzie. Chciał, aby każda decyzja była przemyślana kilka razy i przedyskutowana. Bał się trochę, nie tego się spodziewał. Sądził, że będzie mógł nimi rządzić! Co gorsza, zauważył, jak głupim pomysłem by to było. Społeczność wydawała się zadowolona z tego, że każdy miał prawo głosu. A przecież najważniejsze było ich dobro, prawda?
Przez te wszystkie obowiązki Guziczek nie miał tyle czasu na rodzinę, ile chciałby mieć. Oczywiście nadal pilnował Kurki – nie mógł pozwolić, aby sytuacja zza czasów ucznia, gdy zwiadowca chodził osłabiony, się powtórzyła. Został mu tylko Kurka i ich dzieci. Co do dzieci, to one większość czasu i tak były zajęte treningami. Dorastały, miały już własne życia! Z jednej strony trochę to Guziczka przerażało, z drugiej był z nich dumny.
Gronostaja złapał w biegu. Pamiętał ich obietnice, oczywiście! Chciał zobaczyć, jak trenował jego syn, aby może dać mu jakieś rady. Poza tym… może mógłby porozmawiać z Jaśminowiec o jego mianowaniu.
– Cześć, tato – przywitał się kocur.
– Cześć, Gronostaju. Jak treningi?
Czarno biały uciekł gdzieś wzrokiem, na co Guziczek westchnął i otarł się o niego z pomrukiem. Miał wrażenie, że syn nadal miał mu trochę za złe tę rozmowę o mianowaniu…
– Słuchaj, mam dziś chwilę spokoju – zaśmiał się. – Chcemy znaleźć Jaśminowiec i chcesz mi pokazać ten swój trening?
– Oczywiście!
Guziczek uśmiechnął się. Obydwoje poszli do legowiska wojowników. Zwiadowca rozejrzał się i podszedł do mentorki syna.
– Cześć, Jaśminowiec. Mogę cię prosić na chwilę?
– Oczywiście. – Kotka wstała. Obydwoje odeszli na bok. – Mam kłopoty?
Kocur zaśmiał się i pokręcił głową. Wskazał ogonem na Gronostaja.
– Chciałem zobaczyć, jak idzie mu trening. Pójdziesz z nami?
Kotka kiwnęła głową i w trójkę ruszyli poza teren obozu. Guziczek stanął z boku, gdy Jaśminowiec doprowadziła ich na wybrane przez siebie miejsce.
– No dalej. Pokaż, co potrafisz. – Uśmiechnął się do syna.

<Gronostaju?>

Od Leona (Dębu) CD. Louisa

Dawno

Spod szponów Leona uciekł kolejny kot, który przebywał na ich terenach; wielkiej farmie ostryg. Nie był członkiem – już dobrze mu znanej rodziny, która panowała na terenach centrum małej wioski. Miał z nimi już sporo przejść, a jego skóra nosiła blizny pazurów. Wyglądał na pieszczocha, tylko dlatego, że posiadał obrożę oraz nienagannie czyste futro.
— Dobrze Ci poszło! Teraz na pewno staniemy się postrachem okolicy! — powiedział jego ojciec, który dotrzymywał mu towarzystwa w jego nowym hobby.
Posłał ojcu uśmiech, jednak w jego umyśle jeszcze widniało wspomnienie z wyjącym kocurem, który spadł z klifu. Leon wiedział, że tamten zasługiwał na taki koniec, jednak nadal jego umysł odtwarzał to w kółko. Czyżby było mu żal, że zabił kota? Nie. Zdecydowanie nie. To, czemu jego umysł go za to karcił? Przecież gołymi łapskami nie zamordował Krasnego.
— Wszystko w porządku? — wyrwał go z zamyśleń głos ojca.
— Hm? Ah! Tak, wszystko w porządku… Zapatrzyłem się tylko na morze…

***

Zmrużył oczy, widząc koty, które pochylały się nad nim. Był przetrzymywany. Nie dał rady “rodzinie”, która starała się pomścić śmierć Krasnego. Bolało go całe ciało. Znęcano się nad nim lub jak oni to mówili: “wymierzali nad nim sprawiedliwość własnymi łapami”.
W ciągu tego okresu miał wiele spotkań z tymi kotami. Z większości z nich wychodził zwycięsko, do czasu. W końcu potknęła mu się łapa, a oni skorzystali ze swojej przewagi liczebnej.
— Wstawaj! Rusz się, ty kupo futra!
Nie zwracał na nich uwagi. Był głodny. Stracił poczucie czasu. Nie był pewien nawet, jaka była pora sezonu. Czy nadal była Pora Opadających Liści? Był w miejscu, które określano piwnicą. Pilnowali go. Był więźniem i jedynie mógł stwierdzić, jaka była pora dnia w zależności od światła, które wpadało przez niewielkie szpary.
Jeden z kocurów, którego znał z tortur, szarpnął nim, doprowadzając go do pionu. Był głodny i nie zamierzał wstawać, poświęcać więcej energii na coś, co mogło okazać się kolejną szarpaniną lub bestialską zabawą żandarmów. Jeśli chodzi o jedzenie, czasami przynoszono mu ochłapy lub zdołał złapać samodzielnie jakąś mysz, która na swoje nieszczęście wpadła do miejsca, z którego sam nie znał ucieczki.
— Leonie? Czy to ty? — zapytała się Żółtka, co zwróciło uwagę kocura. Popatrzył na czarną kotkę, której tak dawno nie widział. Zaraz za nią znajdował się Louis. Oni żyli! W końcu go znaleźli! — Wyglądasz marnie… Co oni ci zrobili…?
Jego ojciec jednak milczał. Wyglądał na czujnego i zestresowanego ilością kotów, która była ich wrogami.
— Znaleźliście mnie… — miauknął zachrypniętym głosem. Ciągle nie dowierzał, że przed nim stali jego bliscy.
Między nimi wszedł czarny kocur, który łypał władczo na dwójkę kotów, która przyszła mu na pomoc. Leon zdołał go już poznać. Był to Hak. Stał on na czele “rodziny”, która władała okolicami.
— Zdejmijcie obroże, tak jak obiecaliście — zażądał Hak, na co Żółtka i Louis się posłuchali. Czarny kocur skinął głową do kotów z tłumu, którzy podeszli do niego i z trudem rozszarpali jego obroże.
— Oddajcie go — warknął jego ojciec.
Hak uśmiechnął się zadowolony z transakcji, o której Leon nie miał pojęcia, a dwóch osiłków popchnęło go w stronę ów dwójki, która uratowała go z łapsk rodziny.
— A teraz się wynoście i nigdy nie wracajcie. Jeśli tylko zobaczę któregoś z was na naszych terenach, zostaniecie od razu wysłani na dno, gdzie śpią rybki. — Hak, nie czekając na odpowiedź Louisa, wskoczył na skrzynie i rozkazał kilku kotom, aby ich wyprowadzili z pomieszczenia.
Żółtka wraz z Louisem podparli go i wyprowadzili z piwnicy, w której otworzono drzwi. Leon nie wiedział, jak to się stało, że koty z centrum były w stanie otworzyć to pomieszczenie lub starannie uwięzić go na ten długi okres. Czy powinien się na ten temat zastanawiać? A może, bardziej stanąć naprzeciw swoim rządzą. Nie był już w Klanie Wilka, gdzie mógł mieć wsparcie u tak wielu kotów.

***

Opuścili tereny miasteczka i do tej pory ani Louis, ani Żółtka się nie odezwali, tylko szli w nieznanym im kierunku.
— Czemu nie idziemy na farmę ostryg? — wyszarpał się z uścisku jego nowej rodziny. — Skąd wiedzieliście, gdzie mnie przetrzymywali? Jaka umowa? O co tutaj chodzi?!
Louis zmierzył go groźnym wzrokiem. Ewidentnie stracił do niego cierpliwość.
— Słuchaj, Leonie! Przez twoje zapędy do przeganiania intruzów wpędziłeś nas wszystkich w ogromne kłopoty! Zamiast podziękować i całować nam łapy za ratunek, to pierwsze co słyszę z twojego pyska to pretensje! — prychnął Louis, a jego sierść na karku się podniosła. Żółtka z miną zbitego psa patrzyła na rozpoczynającą się konfrontację między kocurami. — Zostaliśmy zmuszeni opuścić nasz dom, żeby ciebie odzyskać żywego. Nie mamy gdzie zostać na noc, a drzewa wskazują, że zaraz nadejdzie Pora Nagich Drzew. Będziemy musieli przeżywać znów to samo, co ze Świetlikami, tylko dlatego, że tobie odbiło.
Leon zmarszczył pysk. Chciał odpowiedzieć jakąś ripostą do kocura, jednak zanim zdołał coś wymyślić, to odezwała się Żółtka.
— W takim razie gdzie powinniśmy pójść? — wiatr zagłuszał jej ciche miauknięcie.
Louis wzrokiem powędrował po klifach i morzu, po którym wiły się wzburzone fale.
— W stronę klanów? — zaproponował Leon po długo panującej ciszy.

***

Porą Nagich Drzew

Szli wzdłuż morza sześć wschodów słońca, aż dotarli do miejsca, które kojarzył. Klify, otwarte tereny oraz las iglasty majaczący na horyzoncie. Znajdowali się na terenach klanów! Byli tak blisko ich prawdziwego domu! Czy Louis też chciał wrócić do Klanu Wilka? Czy też się zastanawiał, czy Nikła Gwiazda przyjąłby ich znów do klanu? O ile był jeszcze przywódcą… Przeniósł wzrok na Louisa, który również z utęsknieniem patrzył na las.
— Wracamy tam? — zapytał.
— Nie ma dla nas tam miejsca, Leonie. Nie chcieliby nas. Zostalibyśmy zabici nawet poza granicami lasu, gdyby tylko znaleźli nasz ślad. Nie znajdziemy tutaj schronienia…
Leon położył uszy po sobie. Wiedział, że ojciec miał rację, jednak tak bardzo tęsknił za miejscem, z którego zdecydowali się uciec. Przecież była tam jego matka oraz jego bracia… Czy oni nadal żyli?
Wiatr zawiał mocniej, niosąc ze sobą woń kotów z Klanu Klifu. Granica. Byli tak bardzo blisko. Czy na pewno musieli odejść? Czy nie znalazłoby się jakieś ciepłe miejsce w Klanie Klifu? Poza pazurami tych całych kultystów, Mrocznej Puszczy oraz irytującej matki dawnej Ognikowej Słoty?
Nadal nie zapomniał o swojej ukochanej koleżance. Czekał na coś więcej, jednak wszystko musiało się zepsuć przez wariatkę, która na jego nieszczęście była wysoko postawioną osobistością w klanie. Zalotna Krasopani była prawdziwym wrzodem na ogonie. Na same wspominki o niej, czuł, jak podnosi mu się sierść na karku.
— Idziesz, Leonie? — Liliowy zdążył wykonać kilka kroków w nieznanym nikomu kierunku.
Spiął mięśnie, kiedy usłyszał kolejny raz nadane mu nowe imię. Czara goryczy się przelała.
— Tato…
— Tak, synu?
Wiatr przybrał na sile, mierzwiąc ich futra. Stali tak we trójkę, czekając. Ciszę przerywał świst wiatru, zapowiadający nadchodzącą zamieć.
— Nie nazywaj mnie tak… Nigdy nie było to moje imię. Nazwali mnie tak Dwunożni, a nie Iskrząca Nadzieja. Louis to też nie jest twoje prawdziwe imię, tato. Nazywałeś się Miodowa Kora i byłeś wojownikiem, a nie pieszczochem.
Żółtka zawstydzona przerzucała wzrok z jednego na drugiego. Uczestniczenie w napięciu między rodziną, kiedy się do niej nie należało. Przynajmniej z krwi. Lada chwila, a czarna zapadłaby się pod ziemię. Może czuła się winna? Przecież to ona powiedziała im, co oznaczały dziwne wywijaski na ich obrożach.
— Jak chcesz… — mruknął liliowy kocur.
Ich wędrówka nie dobiegła końca.
Mimo trwającego napięcia rzucił ostatni raz wzrokiem na odsłonięte tereny Klanu Klifu, które rozciągały się zaraz za Drogą Grzmotu.

***

Szli dwa wschody słońca. Dwa wschody słońca, które były bardzo mroźne. Śnieg i chłodny wiatr dawały się we znaki trójce kotów. Odmrożone poduszki łap bolały przy każdym następnym kroku. Udawało im się znaleźć schronienie w pustych norach bądź dziuplach drzew, które mijali. Dzięki temu żadne z nich jeszcze nie skonało w zaspach śnieżnych.
W końcu znaleźli nowe miejsce, gdzie mogliby zamieszkać. Byli w Betonowym Świecie lub językiem pieszczochów można było to nazwać zwykłym miastem. Pierwsze, co uderzyło w Dęba była ilość nowych i silnych zapachów. Potwory, Dwunożni, inne koty, psy, a nawet lisy, były wyczuwalne na trawie, betonie, rzeczach, których jeszcze dotąd nie widział. Zapachy wirowały i przeplatały, drażniąc tym samym jego nos.
— Czyli tutaj musimy znaleźć dom? — skomentował, czując ciarki na sam widok obskurnych pudeł Dwunożnych, które pięły się wysoko niczym drzewa. — Co, jeśli nam się nie uda?
— Musi nam się udać. Skoro udało nam się przeżyć w lesie, to w tym miejscu nie powinniśmy mieć większego problemu. — Louis wyprostował się, mierząc wzrokiem miejsca, gdzie powinni żyć Dwunożni. Zaglądał w okna, jakby liczył, że zaraz znajdzie głowę jednej z tych bladych twarzy. Czyżby liczył, że zostanie zaadoptowany kolejny raz? Brudny? Z ulicy?
— Powinniśmy najpierw znaleźć dom Żółtce. Ona nie da rady tak długo przeżyć na ulicy.
Dąb spojrzał się na kotkę, która po ich długiej wyprawie wyglądała naprawdę mizernie. Okrągły puchaty pyszczek z oklapniętymi uszkami, który tak wszystkich cieszył swoim ciepłym mruczeniem, teraz był chudy, czarna sierść matowa i posklejana, a w oczach niepewność i smutek. Pewnie tęskniła za swoim domem… Tak samo przez te dni, Żółtka nie odzywała się zbyt często. Stała się taka cicha… Współczuł jej. Wiedział, co przeżywała. Sam to przeżył. Tylko to zrobił dobrowolnie, idąc za swoim ojcem w nieznane. Zbyt mocno cenił ojca. Gdyby tylko stawił opór i wybrał Słotę, to zostałby jednym z najlepszych wojowników Klanu Wilka. A może nawet kultystą? Wiedział, że Mglisty Sen wraz z Jarzębinowym Żarem przestrzegali wszystkich przed kotami o tajnych rangach. Jednak czy słusznie? Nigdy nie dostał wprost odpowiedzi od prawdziwego kultysty. Wiedział, jak zachowywała się Rysi Trop, jednak ona była obłąkana, a reszta z Klanu Wilka była całkiem normalna… Życie jako kultysta w klanie wraz ze szczęśliwą rodziną i Ognikową Słotą jako partnerką brzmiało cudnie.
Z zamyślenia wyrwała go Żółtka, która zaszczękała zębami z zimna. Od niechcenia podszedł bliżej kotki, dzieląc się ciepłem ze swojego grubego futra.
— Jednak nie wiem, czy dzisiaj uda nam się znaleźć dla niej dom — westchnął Louis z rezygnacją.
— Uda się nam! Ma oklapnięte uszka, a nie każdy kot ma takie. Może… Może jakiś dwunożny chciałby przygarnąć Żółtkę?
— Tylko z powodu moich uszu? To bardzo głupie… — odezwała się w końcu cichym głosikiem Żółtka.
— Może i jest głupie, ale działa. Dwunożni też są głupi i wolą niepraktyczne rzeczy. No i nie mówcie, że nie jest dziwnym wchodzenie do Potwora i jechanie w jego wnętrzu.
— Wasze określenia na auta są dość dziwne… Przecież wiecie już od jakiegoś czasu, że to nie są stworzenia, tylko maszyny. Rzeczy. Dwunożni umieją tworzyć i…
— Nie o to chodzi, Żółtko! — Pokręcił łbem, nie dając jej dokończyć. Kogo interesuje, co potrafili dokonać Dwunożni? — Chodzi mi o to, że twoi Dwunożni nie wezmą z ulicy najlepszego kota, który umie polować, pływać i dobrze walczyć, tylko kogoś, kto według ich jest uroczy lub mają do niego współczucie.
Czarna kotka popatrzyła chwilę na niego i przeniosła swój wzrok na Louisa. Patrzyła na kikut starszego. Dąb również powiódł wzrokiem w to samo miejsce i skinął głową. Jego ojciec miał ładne umaszczenie, krótki ogon i pędzelki na uszach, też mógł zostać przyjęty przez jakiegoś Dwunożnego. Na pewno szybciej niż on. Louis zauważył ich wzrok i również zrozumiał.
— A co z tobą, Dębie? Masz długą sierść. Może też dość szybko znajdziesz dach nad głową. Nie musimy zakładać, że jedno z nas umrze w Betonowym Świecie.
— Taaa… Jasne — wzruszył barkami. — A teraz chodźmy. Może znajdzie się lepsza okolica, gdzie nie zmarzniemy i ktoś zechce wziąć Żółtkę.
Cała trójka ruszyła przed siebie, wchodząc nieświadomie do nieznanych im uliczek oraz terytorium innych kotów, które na co dzień walczyły o przetrwanie w alejkach, między koszami na śmieci i kołami zaparkowanych aut.

***

Krew spływała mu po pysku i kapała na odśnieżony chodnik, który i tak był pokryty lodem. W pysku trzymał kawałek mięsa nieznanego mu pochodzenia. Nie smakowało ono jak żadna zwierzyna w lesie, czy karma dla pieszczochów. Była to przerobiona żywność dla Dwunożnych, której jeszcze dotąd nigdy nie jadł tak często, jak przez ostatnie dni w tym miejscu. To, co wywalczył, było jego. A bardziej Żółtki, która nie potrafiła walczyć o jedzenie z tutejszymi kotami. Łowienie i podkradanie owoców morza ze stoisk, gdy przypadkiem się zgłodniało, nie nadawało się do tego miejsca. Tutaj nikt nie wymachiwał jedzeniem na prawo i lewo, częstując tych, którym dobrze z oczu patrzyło.
Upuścił kawałek mięsa na zmarznięty karton wypchany jakimiś skórami i kocami Dwunożnych, a w środku zwinięta w kuleczkę siedziała Żółtka.
— To wszystko, co mogłem dzisiaj złupić. Resztę ukradły inne koty.
Kocica spojrzała na niego wielkimi żółtymi oczami.
— Złupiłeś? Miałeś polować, a nie kraść innym zwierzynę… — Zauważyła jego ranę na pysku i wychyliła łebek, żeby mu się lepiej przyjrzeć. — Walczyłeś?
— Oczywiście, że walczyłem! — podniósł głos, na co kotka się wzdrygnęła. — Jeśli bym kogoś nie podrapał i nie zabrał mu żarcia, to byś głodowała! Jedzże to! No, chyba że nie jesteś głodna, inaczej mogę sam zjeść.
Kotka zawahała się przez chwilę, jednak w końcu wzięła mięso i zaczęła łapczywie jeść. Była głodna. On również był głodny, a Miodowa Kora? Czy inaczej Louis. Ciągle nie mógł się przestawić na nowsze imię ojca. Wolał go nazywać po klanowym imieniu. Lub takim, które nawiązywało do niego…
— Wróciłem. Niestety nie zdołałem niczego znaleźć. Tutaj nic nie ma… — Liliowy kocur wszedł na karton, żeby jego łapy odpoczęły od zimna. — Powinniśmy zmienić okolicę. Może gdzieś indziej, jakiś Dwunożny nas zechce. Inne koty raczej nie są zadowolone z naszej obecności, a nadal nie mamy dachu nad głową.
Ojciec nawet nie zwrócił uwagi na jego rany po bójce. Kocur był zmęczony i starszy, a pod jego futrem rysowały się żebra. Był to martwiący widok. Cała ich trójka marniała w oczach.
Dąb wzruszył ramionami. Czuł głód, a jego rany go piekły. Tymczasem Żółtka siedziała w wygodnym kartonie i jadła za nich wszystkich nic nie robiąc. To był absurd! Jednak wolał dalej nic nie mówić. Nie chciał być niemiłym, skoro w Betonowym Świecie byli tak krótko.
— A jeśli nie znajdziemy dalej jedzenia ani schronienia? Gdzie się schowamy? Gdzie będziemy żyć? — Żółtka stawiała opór, nie chcąc wyjść z pudełka.
— Chyba chciałaś powiedzieć, gdzie ty będziesz żyć. Ja jakoś dam radę, a ty najwyżej zdechniesz z zimna i z głodu! — prychnął, a jego ojciec nakazał mu milczenie warknięciem. Posłuchał się, jednak mówił prawdę. We dwójkę nie zdołają nakarmić dorosłej kocicy, która dotychczas jadła tyle ile chciała. Może czarna jeszcze dałaby radę nie jeść przez kilka dni, żeby oni mogli się czymś sensownym pożywić. Ostatni posiłek jadł dzień temu i była to chuda piszczka, którą udało mu się złapać i zjeść, gdy nikt nie patrzył.
Kocica położyła po sobie uszy i zrobiła wielkie oczy. Urażona i smutna skuliła się pod jego wzrokiem.
— Nie musiałeś być taki niemiły…
— Miły, czy nie miły… Tutaj nie chodzi o to, jaki ja jestem! Chcesz żyć? Ja też! A na tę chwilę to siedzisz i nic nie robisz, tylko ja wraz z ojcem skaczemy, żeby znaleźć cokolwiek do jedzenia dla ciebie! Gdyby nie my, to już byś tutaj nie żyła!
— Dębie! — Louis stanął między nimi. — Koniec tego. Idziemy dalej. Nie będziecie się kłócić już, bo inaczej sam pójdę szukać dla siebie domu, zostawiając was tutaj samych!
Dąb wiedział, że kocur blefował. Inaczej już dawno by się rozdzielili. Gniewnie wypuścił powietrze przez nos i ruszył jako pierwszy, przedzierając się przez płoty oraz nachodząc na terytoria innych samotników. Przebiegli parę razy przez Drogę Grzmotu i lawirując między nogami Dwunożnych, którzy pędzili po chodnikach, skupieni na własnych celach, dotarli do miejsca ogrodzonego murem, a w środku rozciągał się lasek wraz z kamiennymi ścieżkami oraz ławkami. Oczywiście w środku było bardzo biało, a Dwunożne młode bawiły się i ciągały ze sobą dziwny drewniany przedmiot, który Dąb opisałby jako posłanie. Były one w najróżniejszych kolorach, jak i kształtach, jednak służyły do tego samego, co z resztą zobaczyli chwilę po śledzeniu grupki młodych. Dzieci zjeżdżały nimi w dół ze zbocza, śmiejąc się przy tym i piszcząc z podekscytowania. Trójka kotów spojrzała się po sobie, wiedząc, gdzie będą szukać kandydatów na ich opiekunów.

***

Minęło kilka dni. Z jedzeniem nadal było ciężko, chociaż Dębowi udawało się czasami złapać mniej czujnego ptaka lub gryzonia nocą. Dowiedział się także, że miejsce, w którym aktualnie się znajdowali, nazywano Parkiem Miejskim i Dwunożni często tutaj przychodzili na spacery, żeby odpocząć, z psami lub młodymi, żeby się pobawić. Co do psów, to zdążył się już przekonać na własnej skórze, że było ich od groma w tym miejscu. Dzisiaj już musiał uciekać przed jednym na drzewo, który nie znajdował się na uwięzi Dwunożnego. Potem czekał długo, aż łaskawie zostanie przyzwany do właściciela i zostawi go w spokoju.
A co z Żółtką i Louisem? Oboje dość szybko znaleźli już dom. Żółtka oczywiście jako pierwsza, gdyż dzieciaki zauroczyły się w małej okrąglutkiej koteczce z oklapniętymi uszkami. Pewnego dnia łaszenia się do jednego, kotka została wzięta i zabrana. Jego ojciec również nie miał problemu ze znalezieniem domu, tylko musiał włożyć więcej pracy w ocieraniu się o kolana tym razem starszych Dwunożnych, którzy czasami przesiadywali na ławkach, tak jak mu mówiła Żółtka. Dąb oczywiście obiecał ojcu, że też spróbuje, jednak miał ogromny opór przed łaszeniem się do nieznajomych mu pokrak. Nigdy nie zostanie pieszczochem. Przynajmniej nie z przyjemności.
Ściemniało się już, a on wyszedł z parku, zagłębiając się w jedną z zaplecznych uliczek. Bolały go poduszeczki łap z zimna i z podrażnienia od soli, którą Dwunożni sypali na chodnikach. Płacił zdrowiem za swoją upartość. Jednak bariera była zbyt ogromna. Nie potrafił jej przekroczyć. Wcześniej po prostu go zmuszono. Zabrano. Nie miał wyjścia. A teraz? Teraz miał własną wolę. Był w stanie powiedzieć, którą ścieżką chciał podążać. I na pewno nie było to łaszenie się o przypadkowych Dwunożnych w parku.
Nie zaszedł daleko. Usiadł na obskurnych stopniach, które prowadziły do wejścia do budynku w kamieniczce. Bardzo obskurnej kamieniczce. Nawet jako kot miałby opór, żeby tutaj przebywać, jednak zmęczenie i głód nie pozwalały mu na zwiedzania tego jakże wielkiego miasta. Skulił się w chlebek i zmrużył oczy, chcąc przetrwać kolejną noc.
— Hej, ty! Co robisz na moim terenie, sierściuchu? — Zza okna wyłoniła się ciekawska sylwetka kota. Kocura o zwykłym rudym umaszczeniu. — Nie wiem, po co tutaj przyszedłeś, ale nie będzie to na pewno twój teren. Jeśli chcesz żarcia, to też nie pozwolę, by kolejnego przybłędę mi tutaj moja babka karmiła! Won!
Kolejnego? Czyżby Dwunożna rozdawała jedzenie biednym kiciusiom? Za darmo? Kiszki mu marsza grały. Zjadłby nawet drugiego kota, a ten sierściuch coś mówił mu o dokarmianiu?
Ucieszony przegiął się powoli i otarł się o schody, zostawiając swój świeży zapaszek. Rudzielec syknął wrogo, a on nadal mu dokuczał, pokazując, jak to nie przejmował się jego ostrzeżeniami.
— Nie, żeby coś… ale chętnie bym sobie przekąsił, co tam twoja “babka” ma do zaoferowania. Nie byłoby to takie złe — zamruczał rozbawiony i wskoczył na parapet do okna, w którym siedział pieszczoch.
— Ani mi się waż! — Za rudzielcem rozbrzmiały kroki, a zaraz pojawiła się głowa starszej samicy Dwunożnego. Przyjrzała mu się uważnie i zaszczebiotała w niezrozumiałym dla niego języku. Rudzielec natomiast odwrócił się w jej stronę z żalem i paniką w oczach. — Nie! Nie dawaj mu jedzenia, bo jeszcze będzie tutaj przychodził! Babko! Widzisz, coś ty narobił?! Mówiłem ci, żebyś poszedł stąd!
Dąb jedynie wzruszył ramionami. Nie było to nic personalnego, tylko był głodny i szukał miejsca, gdzie mógłby się skryć. Chociaż złość na pysku pieszczocha sprawiała mu radość. Nie mógł zaprzeczyć, że lubił dokuczać innym.
Drzwi otworzyły się z jękiem i ręka starszej postawiła na ziemi dwie miseczki. W jednej było kocie jedzenie, które często podawano mu u dawnych Dwunożnych, a w drugiej biały ciepły płyn. Czyżby było to mleko? Zawęszył. Tak, było to mleko. Podszedł bliżej i zaczął łapczywie jeść, a nawet pić mleko, którego w sumie nie potrzebował. Nie był już kociakiem, żeby pić mleko. Teraz przez to będzie bolał go brzuch. Jednak nie był w stanie się pohamować. Był taki głodny!
Gdy tylko skończył, starsza kobieta podeszła do niego i pogłaskała po głowie, zabrała naczynia i bełkocząc, weszła do swojego gniazda. Jednak nie wpuściła go do środka. Rudzielec, który stał w oknie, patrzył na niego nienawistnym wzrokiem, jeżąc się i sapiąc przy okazji. Dąb wiedział, że nie będzie łatwo znaleźć tutaj dom, skoro był już jeden kot, ale czemu miałby nie spróbować?

***

Jego taktyka była prosta. Przychodzić do tej samej starszej Dwunożnej, co wieczór no i czasami rankami, żeby zaczęła go kojarzyć. Skoro dostał jedzenie już po pierwszej wizycie, to czemu miałby nie dostać drugim razem? Spał w parku na drzewach, tak wysoko, żeby żaden pies lub Dwunożny nie był w stanie go dosięgnąć, a potem zjawiał się w obskurnej kamienicy, gdzie zawsze stał w oknie rudzielec, który na niego syczał i warczał. Dęba bardzo bawił ów pieszczoch. Jak można mieć to wszystko dla siebie i nie chcieć się podzielić? Nie byli w klanie, więc wiedział, że tutaj te zasady nie obowiązywały, dlatego zamierzał siłą i sprytem zająć miejsce piecucha. Nie wiedział nawet, jak ten kot miał na imię i szczerze go to nie obchodziło. Gdy tylko znajdą się sam na sam i nie będzie między nimi szyby, to sprawi, że kocur znajdzie się na ulicy. Bez dachu nad głową lub w najgorszym dla rudzielca scenariuszu – martwy.
Skończył jeść, tym razem jednak nie zamknięto przed nim drzwi. Czyżby mu się udało? Starsza kobieta po odstawieniu naczyń wyszła po niego, wzięła go na ręce i wprowadziła do środka. Dąb, mimo osiągniętego planu, poczuł wątpliwości. Czy na pewno chciał znów zostać pieszczochem? Nie zamierzał siedzieć w jednym miejscu do końca swojego życia, tym bardziej że jeszcze nie wiedział, gdzie mieszkali Żółtka oraz jego ojciec.
Postawiono go na podłodze, a on mógł się w końcu rozejrzeć. Było to pomieszczenie na wzór przedpokoju, jednak było o wiele surowiej niż w jego poprzednim domu. Schody prowadziły na górę, jednak staruszka weszła do drzwi na parterze, za którymi Dąb czuł woń wrogiego mu piecucha.
Gotowe prowizoryczne leże w rogu pomieszczenia było z pewnością zrobione dla niego. Położył się w nim, a ciepło, którego mu tak brakowało, otuliło go do snu.

***

Dni mijały, a on zdołał odkryć pomieszczenie pod parterem, które bardziej mu się spodobało, choć było tutaj o wiele chłodniej niż piętro wyżej. Piwnica, jeśli dobrze zapamiętał nauki Żółtki, tak to miejsce się nazywało. Było to jakże istnym magazynkiem, jak medycy mieli na zioła, tylko tutaj Dwunożni zostawiali swoje niepotrzebne rzeczy.
Pudła i stare meble, po których mógł bezkarnie chodzić i się pokładać. Jednak najlepszą rzeczą w tym miejscu była ilość myszy, które chowały się w najrozmaitszych kryjówkach. Oczywiście, jak na kota klanowego, łapał gryzonie. Posilał się nimi, jeśli był głodny, jednak coraz rzadziej się to stawało. Miał miskę, w której zawsze znalazł kawałek szynki lub kociej karmy. Nie były to najlepsze smakołyki, jednak nie chodził głodny. Dlatego coraz częściej polowanie na myszki, stawało się jego hobby, którym się dzielił z Dwunożnymi.
Reszta mieszkańców obskurnej kamienicy również go polubiła za jego łowy, dlatego dostawał smakołyki, zabawki i nowe koce. Nudząc się czasami, przychodził do rudzielca, który mieszkał u staruszki i mu dokuczał.
Dąb leżał na jednym z zakurzonych krzeseł w piwnicy. Dawno nie wychodził na zewnątrz. Patrolowanie, bieganie i wspinaczka po drzewach sprawiała mu frajdę, a większość Pory Nagich Drzew spędził w tym budynku.
Przez ten czas nie myślał wcale o Żółtce i ojcu, jednak teraz, gdy wiedział, że miał miejsce, gdzie mógł spać spokojnie, zatęsknił za bliskimi mu kotami oraz wolnością. Nie wypuszczano go, nie znał miejsca ani szczeliny, którą mógłby wydostać się, żeby pospacerować i zobaczyć, czy ktoś na niego nie czekał w parku. Co, jeśli Louis się zamartwia, że ten nie żyje? Co z Żółtką? Czy ona znalazła jakiegoś przystojniejszego kocura w jej nowym domu? Co, jeśli teraz go nie potrzebuje? On przecież musiał mieć obok siebie jakąkolwiek kocice, bo zwariuje! Nie tak wyobrażał sobie jego dorosłe życie! Gdzie ta chwila przyjemności, której każdy kocur potrzebował?
Sfrustrowany, wskoczył do okien, które były pod sklepieniem piwnicy. Pchał i skrobał, szukając choćby szczeliny. W piwnicy nie było najcieplej, szczególnie przy oknach, więc skądś musiało przypływać zimne powietrze!
Dąb w końcu znalazł szczelinę, która była przykryta jakąś płachtą i drewnianą pustą skrzynią. Wystarczyło te rzeczy przesunąć, żeby się wydostać na zewnątrz. Mimo swoich wielkich gabarytów, prześlizgnął się na drugą stronę. Był wolny! Rozejrzał się po okolicy. Śnieg nadal zalegał na ziemi, jednak było cieplej, niż Dąb myślał. Czyżby przychodziła właśnie Pora Zielonych Liści?
Kocur skierował się do parku, gdzie ostatnio widział ojca wraz z czarną pieszczoszką. Może zdoła ich znaleźć?

< Louisie? Powiedz mi, czy znalazłeś dla siebie nowy dom? >
🌳

Od Kawczej Łapy (Kawczej Nicości)

Jakiś czas temu

Po kłótni z Tęczową Łapą Kawcza Łapa niezbyt miał z kim rozmawiać. Nicość wiedział, że powinien przeprosić za to, że go poniżył, mimo to nie zamierzał zrobić tę stronę całkowicie nic. Był jednym z mniej ciekawych Wilczaków, a skoro obraził się za kilka głupich słówek czy żartów, to znaczy, że nie zasługiwał na jego przyjaźń, ani tym bardziej na miano prawowitego Wilczaka. Czarny kocur spotkał się więc z nowym problemem. O ile brak Tęczy go nie obchodził, o tyle brak kumpla, któremu mógłby pomarudzić o swoim ojcu czy też o tym, jak beznadziejnie szły mu polowania, już trochę mu przeszkadzał. Czuł, że treningi, o które ciągle wypraszał Księżyca, dają mu psychicznie w “kość”. Tak bardzo skupił się na tym, aby jak najszybciej zostać wojownikiem, że zapomniał o tym, że powinien posiadać życie społeczne. Księżyc postanowił wyruszyć dziś na większe polowanie, co znaczyło, że mógł mieć spokój na prawdopodobnie cały dzień. I byłoby tak do momentu, w którym nie podszedł do niego Bzycząca Łapa. Nicość uśmiechnął się krzywo na widok towarzysza z legowiska.
— Idziesz z nami na polowanie — stwierdził czekot.
Czarny uniósł brwi.
— Przesłyszałem się czy może jednak faktycznie było to stwierdzenie? — zamrugał.
— Rozbity Księżyc mówił, że powinieneś poćwiczyć znowu wspinaczkę przed swoim mianowaniem. Ponoć nadal nie jesteś w tym wystarczająco dobry — odparł z uśmiechem na pysku.
Nicość westchnął.
“Co też ten przygłup wymyślił?” pomyślał, drapiąc się za uchem.
— A po kiego grzyba? — mruknął zirytowany. — Dla niego nie będę wystarczająco dobry w niczym. Nigdy — dorzucił, odwracając wzrok.
Bzyczek otworzył pyszczek, tak jakby chciał coś powiedzieć, ale jednak się zawahał. Nicość znał go dosyć długo, więc było to czymś dla niego nowym. Nie byli może przyjaciółmi, ale spędzili ze sobą wystarczająco dużo księżyców, aby zielonooki zrozumiał, że czekoladowemu rzadko kiedy zamyka się pyszczek. Zmarszczył nosek, wyczekując na jakieś słowa z jego strony.
— No wypowiedz żeś się wreszcie — burknął w końcu.
— Właściwie to jutro masz być mianowany. I to… Księżyc tak chciał. Zachwycał się, jaki to jego uczeń jest bystry i umiejętny — mruknął niepewnie, lecz z uśmiechem.
Nicość przymknął na moment oczy.
“No tak, czasem zapominam, że mimo wszystko widzi we mnie syna. Jakież to denerwujące” pomyślał, wzdychając pod nosem.
— Dobra, niech będzie — odmruknął w końcu.
— Co ty myślałeś, że masz jakiś wybór? — parsknął Bzyczek. — Ja całkiem dobrze sobie radzę ze wspinaczką. W razie czego też cię poduczę.
Nicość kiwnął głową. Może od zawsze miał przyjaciół, ale nie przywiązywał go nich szczególnej uwagi?

Następnego dnia

Kawcza Łapa siedział przed legowiskiem uczniów, czekając na zebranie. W końcu z legowiska przywódczyni wyszła szylkretowa kotka. Czarny kocurek zmrużył oczy, zastanawiając się, kiedy zacznie mówić. Weszła na Miejsce Przemówień, a uczeń zaczął się powoli zastanawiać czy Zalotna Gwiazda planuje może coś takiego jak śmierć. Na ten moment wyglądała na dosyć niezniszczalną, co w jej wieku było czymś niezwykle imponującym. Kocurek stawił się w wyznaczonym miejscu, czekając, aż przywódczyni wybierze odpowiedniego dla niego kandydata spośród kotów z tłumu, który mógłby być równie dobry w byciu wojownikiem. Nicość nie był więc zdziwiony, gdy przed swoimi oczami nie ujrzał żadnego z uczniów, lecz białe, długie futro z niebieskimi oczami. W tamtej chwili brakowało uczniów w podobnym wieku i o podobnych umiejętnościach, co znaczyło, że musiał wziąć udział w pojedynku z własnym mentorem i zarazem ojcem. Kawcza Łapa uniósł wzrok, aby ujrzeć ciepły uśmiech Rozbitego Księżyca, który przyglądał mu się z wielką jak zawsze, irracjonalną dumą. Nów wysunął pazury, naprawdę wierzył, że bieluch ni zamierza dać mu forów. Było zresztą dokładnie tak, jak sądził. Biały walczył zaciekle, jednak walka od zawsze była jego słabością, o czym czarny uczeń wiedział od samego początku treningów. Obojgu nie brakowało sprytu, co zapewne mogłoby zaważyć na zwycięstwie Nicości, gdyby nie większą siłą, której Księżycowi natomiast brakowało. Ojciec i syn. W jakiś sposób się dopełniali, zielonooki był tego bardzo świadomy. To, czego nie potrafił on, potrafił Rozbity Księżyc i na odwrót. Razem tworzyli świetny duet. Pojedynek trwał dosyć długo, jednak ostateczną wygraną dostał uczeń. Spojrzał na ojca, wycierającego krew znad nosa. Jego uśmiech zbladł. Czarny kocurek nie martwił się tym jakoś szczególnie, choć zauważył, że ostatnio bieluch był jakiś inny, dziwniejszy niż zwykle. Nie miał jednak czasu na dłuższe rozmyślania o futrzastym, gdyż właśnie miała się odbyć jego ceremonia.
Kawka uniósł głowę, wpatrując się w oczy Zalotki. Nie była aż tak przerażająca, jak sądził, ale z pewnością jej nie lubił.
— Ja, Zalotna Gwiazda, przywódczyni Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Kawcza Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam — miauknął Nicość, wypinając pierś.
— Zatem mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Kawcza Łapo, od tej pory będziesz znany jako Kawcza Nicość. Klan ceni twój spryt i lojalność oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Wilka — mruknęła przywódczyni.
Kawcza Nicość kiwnął głową, a następnie rozpoczęło się wiwatowanie. Zielonooki szukał wzrokiem białego kocura, jednak nie był w stanie nigdzie go dojrzeć. Wzruszył ramionami, zastanawiając się, po co właściwie miałby go szukać. Nie miał litości dla Kwadry, więc on również nie powinien przejmować się jego byle ranką na nosie.

[852 słowa]