BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

05 października 2026

Od Trzcinowego Szmeru CD. Nurowej Gracji

***
Pora Opadających Liści
Mianowanie Nurowej Gracji na wojownika

Kiedy tylko zakończyła się ceremonia i jej ukochany syn oficjalnie stał się wojownikiem. Podeszła do niego wraz ze Żmijowcową Wicią i Łabędzim Tanem. Szylkretka nie wiedziała, czy Nurowa Gracja wiedziała o jej ostatniej kłótni wraz z córką. Czy kocur mógł wyczuć napięcie, które panowało między nią a Łabędzim Tanem?
— Gratulację Nurowa Gracjo! Zostałeś oficjalnie wojownikiem oraz dorosłym namiestnikiem. — zamruczała uradowana. Syn odpowiedzał również mruczeniem. — Teraz tylko czekać aż wytrwasz czuwanie i będziemy mogli cię przywitać w legowisku wojowników.
Polizała go czule między uszami.

***
Na drugi dzień

Noc szybko minęła, a posłanie, które zdążyła przynieść swojemu synowi, ulokowała niedaleko ich rodziny. Był to miły i drobny gest. Teraz wojownik mógł wejść do legowiska i odespać nieprzespaną noc, bez zastanawiania się i marnowania czasu na noszeniu swojego posłania z legowiska do legowiska.
Wstała dość wcześnie i wyszła z legowiska wojowników, by wzrokiem szybko odszukać biało rudej sierści syna. Podeszła do niego i dotknęła go w bok ucha.
— Możesz już zejść z warty. Posłanie masz już w legowisku wojowników, a ja zaraz wyznaczę wojowników do pilnowania obozu.
Oczy kocura były ciężkie i co chwile opadały.
— Dziękuję matko.
— Proszę. Naciesz się wolnym dniem, bo jutro pewnie zostaniesz zaciągnięty na poranny patrol, znając Błękitną Lagunę. — Zamruczała żartobliwie.
Syn zamruczał rozbawiony i przytaknął głową, poczym zniknął w legowisku wojownika.

***
Pora Nagich Drzew

W końcu dorwała Nurową Grację. Ostatnio ciężko było złapać syna, gdyż nawał obowiązków, który przyszedł wraz z nadejściem drastycznie zimnej pory sezonu, sprawił, że każdy Nocniak spędzał wiele czasu na patrolach w poszukiwaniu zwierzyny. Koty wracały czasami z odmrożeniami, przez co musiały być poważnie leczone przez Gąbczastą Perłę oraz Klekoczącego Bociana.
Nurowa Gracja siedział nad rzeką i starał się złowić rybę przez przerębel zostawiony przed dwunożnych.
— Nie jest ci zimno? Może powinieneś wrócić do obozu, by się zagrzać? — Zaproponowała synowi, patrząc na jedną marną rybę, którą zdołał wyłowić. Sama nie miała tego dnia szczęścia oraz czuła, że z zimna sztywnieją jej mięśnie.

< Nurowa Gracjo? >
🎍

Od Trzcinowego Szmeru CD. Fląderki

***
Pora Opadających Liści
Po mianowaniu na uczniów kocięta Fląderki

Gdy skandowanie imion młodych uczniów dobiegło końca, zajęła miejsce obok czekoladowej szylkretki. Młodzi uczniowie zostali wyprowadzeni z wyspy przez swych mentorów, żeby oprowadzić ich po okolicy, jak to jest w zwyczaju. Sam Żmijowcowa Wić dostał kolejnego swojego ucznia, co zarazem cieszyło Trzcinowy Szmer i zżerało ją z zazdrości. Jej jedynym uczniem w swojej karierze był Rezedowa Łapa, który został wyrzucony z Klanu Nocy. Kolejna skaza na jej wizerunku doskonałej wojowniczki.
— Zostali mianowani, Trzcinowy Szmerze. Wszyscy... Nawet Komar został uczniem — miauknęła z ulgą w głosie, wpatrując się w namiestniczkę swoimi dużymi brązowymi oczętami, w których tliły się iskierki radości. – To ogromny zaszczyt dla Centuriowej Łapy, jak i dla mnie jako jej mamy, że jej mentorem został namiestnik, Żmijowcowa Wić.
Posłała jej słaby uśmiech i skinęła głową.
— Owszem, też się cieszę z mianowania ich wszystkich, jak i kolejnego ucznia, który będzie uczył się pod okiem namiestnika. — Była to dość formalna odpowiedź, którą powiedziałaby każdemu innemu Nocniakowi.


***

Po ogłoszeniu nowego obozu, zrobionego na oddzielnej wyspie, który miał być tylko i wyłącznie dla kotów o czekoladowym futrze było dość niespodziewanym ruchem ze strony Mandarykowej Gwiazdy. Musiała zaakceptować wolę liderki i sam fakt tego, jak wiele kotów zgadzało się z tym pomysłem, a ona musiała zaakceptować nowy stan rzeczy.
Posłała krótki współczujące spojrzenie w kierunku Fląderki, która również stała jak wryta przez ogłoszenie.
Czy czekoladowe koty nie będą bardziej narażone na ataki dzikich zwierząt oraz na niedogodne warunki atmosferyczne? Czy czasem młody Komarza Łapa nie będzie przez to wyśmiewany przez resztę uczniów? Przecież młode koty często były okrutne w stosunku do rówieśników.

***
Ranek
Pora Nagich Drzew

Słońce powoli wychodziło znad horyzontu, a mróz i śnieg utrudniał przedostaniu się jej na wyspę do obozu czekoladowych Nocniaków. Gorąca para wydostawała jej się z ust, kiedy wreszcie postawiła łapę na prowizorycznie odśnieżonej polanie. Reszta Nocniaków jeszcze spała, a patrole jeszcze nie wyszły z obozu. Miała jeszcze czas, żeby odwiedzić i skontrolować, jak radzą sobie reszta odrzuconych pobratymców.
Z legowiska wyszła akurat Fląderka, a zaraz za nią Komarza Łapa, który musiał szykować się na patrol wraz ze swoją mentorką. Skinęła im głową i podeszła do kotów.
— Dzień dobry Fląderko i Komarza Łapo — przywitała się.
— Dzień dobry Pani Trzcinowy Szmerze — odpowiedziała jej Fląderka, a za nią dość nieśmiało powtórzył czekoladowy uczeń. Po czym Fląderka dodała z zaciekawieniem. — Co Pani tu robi?
— Przyszłam sprawdzić, jak sobie radzicie. Pora Nagich Drzew nie jest łaskawa w tym sezonie. — Zauważyła, starając się powstrzymać dreszcze z zimna.

< Fląderko? >
🎍

Od Trzcinowego Szmeru CD. Mandarynkowej Gwiazdy

Wyszła wraz ze swoim partnerem z legowiska liderki Klanu Nocy. Oboje milczeli i żadne z nich nie chciało podjąć rozmowy na temat Dryfującej Bulwy, Baśniowej Stokrotki i wydr. Był to drażliwy temat dla niej i Żmijowcowa Wić zdecydowanie o tym wiedział. Rozstali się, ona wyszła pierwsza na patrol, zgarniając ze sobą Wężynowy Kieł, Wzlatującą Uszatkę i Ropuszy Skok. Nie wtajemniczała nikogo, czego dokładnie szukają. Miało to wyglądać jak zwykły patrol graniczny i takim z resztą był. Trzcinowy Szmer wróciła do obozu z pustymi łapami i żadnymi poszlakami związanymi z wydrami. Nikogo niepodejrzanego nie zauważyła, a woń brązowych drapieżników była wywietrzała. Pewnie należała do tych samych zwierząt z ostatniego ataku.

***
Pora Nagich Drzew

Dni mijały, jak i pora sezonu. Teraz kiedy ciężkie śniegi zasypały obóz Klanu Nocy oraz lody skuły rzeki, koty ciężko pracowały, by przetrwać. Zwierzyna również poznikała, nawet ryby nie chciały pływać na tyle blisko powierzchni przerębli, które koty starały się robić.
Trzęsąc się z zimna, weszła do obozu wraz z wojownikami, z którymi była na patrolu granicznym. Znów nic. Żadnego obcego kota, który trenowałby wydry do szpiegowania kotów z Klanu Nocy. Jej obawy zaczęły się nasilać, że Mandarynkowa Gwiazda uwierzyła jakiejś głupocie jej rodziców, która miała tylko przerazić Nocniaki. Czy będzie musiała dalej tropić nieistniejącego kota? Jeśli tak, to będzie musiała porozmawiać w cztery oczy ze Żmijowcową Wicią. Czy wtedy nie byłoby prościej znaleźć pierwszego lepszego samotnika i zaprowadzić na ścięcie lub od razu go zamordować? Jedno istnienie mogłoby ocalić spokój całemu Klanu Nocy i nikt nie musiałby z powrotem do tego wracać.
Szylkretowa zwiadowczyni weszła do ciepłego legowiska liderki i skinęła jej głową na powitanie, zarazem mrugając szybko oczyma, by przyzwyczaić się do panującej tutaj ciemności.
— Znów niczego nie znaleźliśmy Mandarynkowa Gwiazdo. Ten cały samotnik, który trenuje wydry musiał być wyssanym z pazura straszakiem, wymyślonym przez Baśniową Stokrotkę i Dryfującą Bulwę. Żmijowcowa Wić również niczego do tej pory nie znalazł. — Szukała na pysku starszej liderki wątpliwości i zakłopotania. Czy będzie musiała ją odwodzić od dalszych poszukiwań i zwracać jej uwagę na ciężkie warunki pogodowe, jakie panują tej Pory Nagich Drzew? Patrzyła na kocicę z wyczekiwaniem.

< Mandarynkowa Gwiazdo? >
🎍

Od Trzcinowego Szmeru CD. Łabędziego Tanu

***
Pora Opadających Liści
Niedługo po mianowaniu Nurowej Gracji na wojownika i ataku wydr

Trzcinowy Szmer zauważyła, że co jakiś czas Łabędzi Tan znikała z obozu i według wywiadu nie była ona z innymi kotami na patrolu. Na początku nie chciała wnikać głębiej, gdzie córka przebywa, tym bardziej że od momentu kłótni zachowywała się nienagannie. Nie unikała jej i wywiązywała się z własnych obowiązków. Jednak sama czuła, że między nimi jeszcze pozostało napięcie. Powinna córce dać kolejną szansę, żeby się wypowiedziała. O ile zmądrzała od tamtego czasu.
Szukanie po okolicznych wysepkach w końcu dobiegły końca, kiedy dotarła na jedną, która miała być cmentarzyskiem dla namiestników. Było tutaj pusto, a świadomość, że kiedyś zostanie tutaj sama pochowana, czuła nieprzyjemny dreszczyk na plecach. Łabędzi Tan siedziała do niej plecami, jednak zdawała sobie sprawę z jej obecności. Stały przez chwilę w ciszy. Czekała aż córka coś powie, jednak chyba to ona będzie musiała zrobić ten pierwszy krok.
— Łabędzi Tanie, może powinnyśmy dać drugą szansę, żeby sobie to wszystko wyjaśnić. Tym razem bez krzyków, prychnięć i syczenia. — Usiadła obok młodej namiestniczki, zachowując przestrzeń. — Czuję ciągle, że między nami jest pazur niezgody i powinnyśmy to sobie wyjaśnić, jak matka z córką.
Owinęła ogon wokół swoich łap i usiadła wyprostowana jak struna. Była ciekawa, czy uda jej się naprawić relację z córką. Bardzo tego chciała, jednak również znała swój charakter. Chciałaby dać córce wsparcie. Chciała być lepszą matką niż Baśniowa Stokrotka dla niej samej.

< Łabędzi Tanie? >
🎍

Od Tropiącej Łaski CD. Cętkowanego Tęgosza

Tropiąca Łaska zamarła w zdumieniu połączonym z obrzydzeniem. Cętkowany Tęgosz — jej własny uczeń, żmija wykarmiona jej własnymi łapami, właśnie zadał śmiertelny cios. Nie wojownikowi z przeciwnego Klanu. Nie wrogowi. Pobratymcowi, który na dodatek w pewien sposób przysłużył się Klanowi Wilka. Owszem, Trzcinniczkowa Dziupla nie oddał za Klan życia, co stanowiło najwyższy wymiar poświęcenia, ale przecież stracił za niego wzrok w bitwie. Czyż nie było to honorowe? Czy nie do tego wszyscy mieli dążyć? W szylkretowej wojowniczce zawrzało. Zielonooki nie zabił pobratymca w żadnym szczytnym celu. Nie zrobił tego nawet po to, by chronić tajemnice kultu miejsca, gdzie brak gwiazd, zresztą sam nie mógł mieć o nim najmniejszego pojęcia. Cętkowany Tęgosz zabił pobratymca z własnych, prywatnych i jakże sadystycznych pobudek. Jakie motywy mogły za tym stać? Jej uczeń był najzwyczajniejszym w świecie mordercą, wyjętym spod kodeksu wojownika. Jego występek nie miał nic wspólnego z wielką sprawą, o którą kultyści walczyli ramię w ramię. Był wyrazem jego wolnej woli, spóźnionym buntem uczniowskim, który należało stłumić w zarodku, nim zaraza rozprzestrzeni się po nim całkowicie i przejdzie na innych. Jej uczniowie byli jak zgnilizna. Psuli wszystko i wszystkich, do czego tylko się zbliżyli. Rozprzestrzeniali swoją zarazę na każdego, kto stanął na ich drodze.
— I co z tym zrobisz? — Głos pręgusa skutecznie sprowadził ją na ziemię. Ton jego głosu brzmiał niemal jak wyzwanie.
— To nie koniec, Cętkowany Tęgoszu. — Tropiąca Łaska podeszła bliżej, zmniejszając dystans dzielący ją od dawnego wychowanka. Choć od wielu księżyców już nad nim nie górowała, w jej sercu nie było strachu. — Innych możesz próbować zastraszyć. Innych możesz okłamywać, ale nie mnie. Znam twoje żałosne sztuczki i widzę, kim naprawdę jesteś. Widziałam też wojownika, którym mógłbyś się stać, gdybyś miał w sobie choć trochę ogłady i szacunku dla kodeksu. Jednak ciebie zasady nigdy nie obchodziły. Zupełnie jakby cię nie dotyczyły. Takie wypaczenia jak ty należy temperować i niszczyć w zarodku, zanim zatrują resztę klanu. Zalotnej Gwieździe i mnie się to nie udało. Nie wiem, czy istnieje ktoś, kto zdoła położyć kres temu szaleństwu i zgniliźnie, którą ze sobą niesiesz. Trujesz swoich pobratymców, karmiąc ich jadem, dopóki nie skonają w konwulsjach. Pora, abyś w końcu poniósł konsekwencje łamania kodeksu wojownika. Przez własne czyny posmakujesz jeszcze wielkiego wstydu i hańby. Nie zamierzam dłużej marnować słów na ciebie słów. —
Wojowniczka pośpiesznie zawróciła do obozu. Nie oglądała się na osłupiałego zapewne pręgusa. Miała coś do zrobienia.
 
<Cętkowany Tęgoszu?>

04 października 2026

Od Koszmarnej Łapy CD. Kocimiętkowego Wiru

Przeszłość

Kocur zareagował na słowa Kocimiętkowego Wiru i podszedł do niej.
– Tak mamo?
– Koszmarna Łapo, chce cię zapoznać z twoją babką, Dyniową Skórką. – kiwnęła głową w stronę starszej.
– Witaj, Koszmarna Łapo! Jak miło cię poznać! Jak ty wyrosłeś! Jaki kawaler! Pamiętam, jak Kocimiętka mówiła mi, jaki byłeś mały…
– Mamo! – zawstydziła się zielonooka
– Oj tam, kiedyś był, teraz to wszystkie koty na niego polecą. – zaśmiała się – może pójdziemy na spacer?
– Dobry pomysł! – mruknęła radośnie mistrzyni.
Koszmarowi również się to podobało. Kochał swoją rodzinę w nieco unikalny sposób. Razem wyszli z obozu, ciesząc się rześkim powietrzem. Koszmar bardzo dobrze się czuł w obecności Dyniowej Skórki, super się z nią rozmawiało, a na dodatek lubiła kości! Doszli do wielkiego jeziora. Woda lśniła w słabym świetle słońca. Na tej wodzie była czarna wyspa, jakby zwęglona. Tam było również drzewo, które jako jedyne się na niej trzymało.
– To tam był kradzież skór! – rzekła Kocimiętkowy Wir – mieszka w tamtym drzewie i wychodzi tylko wtedy, gdy znajdzie nowe ofiary…
– Mamo, nie jestem już mały! Znam prawdę! – miałknął lekko oburzony kocur. Przecież musiał gdzieś się wygrzewać na słońcu, albo chociaż suszyć skóry.
– No dobrze, masz rację, to tylko była bajeczka, ale podobała ci się, prawda?
Koszmarna Łapa nie spodziewał się takiej odpowiedzi, ale tylko kiwnął główką.
– Jaka historyjka? Kocimiętko, jaką ciekawą historię opowiedziałaś?
– O zbieraczu skór, mogę później ci opowiedzieć.
W powrocie do obozu babcia pokazywała buremu kocurkowi ptaki, żartowali sobie, a nawet upolowała dla niego mysz.
– Nie, babciu, nie mogę tego przyjąć…
– Jedz, upolujemy jeszcze coś na stos.
Kocurek nie chciał się kłócić, a więc zjadł trochę i oddał co nieco matce.
– Już jesteśmy! – mruknęła młodsza ruda kotka.
– Cieszę się, że mogłam poznać chociaż jednego z moich wnuków bliżej. Może następnym razem się uda. Idę wypełnić inne obowiązki, ty pewnie też musisz, przecież jesteś mistrzynią! – liznęła delikatnie Kocimiętkowy Wir między uszami – miłego dnia! – Dyniowa Skórka machnęła ogonem i odeszła w głąb obozu.
– Też pójdę mamo, chwilę odpocznę… – mruknął niebieskooki – Pa, Kocimiętkowy Wirze! – mruknął i poszedł do swojego legowiska.

***

– Koszmarna Łapo, czas na trening! – bury usłyszał wołanie, które, jak później się okazało, należało do jego mentorki, Nadciągającego Pomroku.
– Już idę! – miauknął, rozciągnął się, przelizał kilka razy po klatce piersiowej i wyszedł z szylkretką z obozu.
Dzień był nieco chłodniejszy od poprzedniego, a liście szeleściły pod jego łapami. Gałęzie trzeszczały pod podmuchem wiatru. Pora Nagich Drzew była za rogiem.
Kotka zatrzymała się przy grubym drzewie i machnęła ogonem, aby również się zatrzymał.
– Dzisiaj będziemy uczyć się wspinać na drzewa. Wysuń pazury, wczep się w korę i się podciągnij, jasne?
– Jasne. – miałknął, popatrzył się na nią tajemniczo wyzywająco, wczepił się w pień. Pospieszył się jednak i zamiast się podciągnąć, stracił podparcie tylnych łap i uderzył się udem o korę.
– Uważaj! Nie tak szybko! Najpierw wolniej, najwyżej potem przyspieszysz.
Kocur kiwnął głową i wolniej wszedł bez większego problemu. Było dość wysoko. Niezbyt lubił wysokości. Był typem ociężałego kocura, a siedzenie na rozkołysanej gałęzi nie było dla niego komfortowe.
– Teraz zejdź! – krzyknęła Pomrok.
Pręgowany wbił pazury tylnych kończyn w korę i delikatnie zsunął się z drzewa. Lekko zakręciło mu się w głowie. Udało mu się jednak odzyskać równowagę i ostatni odcinek pominął, zeskakując na liście, które skruszyły się pod jego ciężarem.
– Bardzo dobrze. Teraz spróbujmy na sośnie. – mruknęła szylkretka.
Kora sosny była bardziej śliska, a odłamki kory łatwiej się odrywały. Jednakże chciał wykonać to wyzwanie i zaczął się wdrapywać do góry.
– Teraz schodź! – krzyknęła szylkretka.
Kocur chciał zaimponować mentorce i wdrapywał się dalej.
– Koszmarna Łapo! Możesz sobie zrobić krzywdę! – zawtórowała wezwanie.
Bury nic sobie z tego nie robił.
– Wracaj! – wydarła się.
Kocur nie chciał denerwować mentorki, więc zszedł z drzewa.
– Byłeś głuchy czy co? – zdenerwowała się Nadciągający Pomrok – mogłeś sobie zrobić krzywdę, a nie potrzebujemy inwalidów! – kocur nie mógł odgadnąć czy mówi żartem, czy na serio.
– Przepraszam ciociu, to był ostatni raz.
– Mam nadzieję. – poruszyła uszami – a teraz chodź, musimy coś dołożyć do sterty zwierzyny.
Teraźniejszość
Koszmarna Łapa patrzył się w przestrzeń. Nie można było wyczytać z jego pyska żadnych emocji. Wiatr muskał jego futro. Dzisiaj się dowiedział, że jego babcia, Dyniowa Skórka, nie żyje. Czuł… pustkę. Taką przygnębiającą pustkę. Ruda kotka była dobrym członkiem rodziny, choć miał z nią styczność tylko podczas tego jednego spaceru.
Ocknął się trochę z transu. A co z jego matką! Musi być niezwykle przygnębiona. Otrząsnął się, przeleciał wzrokiem po obozie i namierzył Kocimiętkowy Wir. Podbiegł do niej i lekko dotknął ją ogonem.
– Cześć mamo! Jak się czujesz?

<Kocimiętkowy Wirze?>
[734 słowa]

Od Połyskliwego Koguta

Nie tak dawno… przed mianowaniem

Kurczak posłał Perłówkowej Łapie zmartwione spojrzenie, gdy siostra targała za sobą dziwne pudło. Znajdowali się w monstrualnej, upadłej gwieździe dwunożnych. Jak się zaraz okazało, w pudełku leżały wianki. Kurza Łapa zaciekawiony wyciągnął jeden głównie stworzony z ciepłych barw kwiatów, przy czym poprosił kremową o założenie mu pięknej, lecz nienaturalnej, wykonanej z dziwnego tworzywa korony. Gdyby pochodziła z lasu, rośliny by już dawno wyschły, a materiał, z którego zostały stworzone, rodzeństwo nie umiało zidentyfikować i określić czy kiedykolwiek dotykali tak dziwne podłoża i krawędzie. W każdym razie, Kurza Łapa wrócił po tej ekspedycji z nowym akcesorium.

***
Teraz…

Wdzięczna Firletka zajęła miejsce tyłem do oczka wodnego, z dwoma kamiennymi łbami wyglądającymi zza jej ramion, i uchyliła pysk.
— Dlaczego Rudzikowe Skrzydełko została otruta?
Łza stała w kompletnym milczeniu, nie wiedząc, co powiedzieć. I, jakby z tej samej gliny ulepieni, oboje przełknęli ślinę.
A wtedy po jej policzkach spłynęły łzy. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w ojca, próbując odgadnąć wyraz jego pyska. W końcu jej wzrok na moment powędrował ku Firletce.
Połyskliwy Kogut zmarszczył brwi.
— Ja nie chciałam... — chlipnęła, kuląc się lekko. — B- bo ona... ona powiedziała... ż- że strasznie cierpi i... i że ma czarny kaszel. Nie mogłam już nic zrobić. Było za późno na pomoc...
Otarła łapą policzek i spuściła wzrok.
— Próbowałam... naprawdę próbowałam…
Medyczka spojrzała w oczy uczennicy, utrzymując neutralny wyraz pyska.
— Jesteś jedynie moją terminatorką, nie masz prawa podejmować takich decyzji — oznajmiła chłodno.
Połyskliwy Kogut patrzył ze zmartwionym wyrazem pyska na obie kotki. Kocur przygarbiony siedział lojalnie przy Łzawej Łapie i skrzywił się na chłodny, tak niecodzienny ton głosu medyczki. Przymrużył oczy i wbił oceaniczne ślepia w Firletkę. Przełknął ślinę.
— Wdzięczna Firletko... zdrowie Rudzikowego Skrzydełka się pogarszało, odkąd została minarem.
Skulił się, ciężki oddech przewodnika stał się słyszalny dla każdego obecnego. Szklane oczy wbił w czarne podłoże.
— Ona... ona cierpiała, Wdzięczna Firletko. Może i była zdrajczynią... ale to wciąż była moja matka.
Przecież chciała umrzeć.
Pociągnął nosem, po czym przysunął się do boku uczennicy. Większy, wyższy młodzieniec nie spojrzał tym razem na swoją towarzyszkę.
— Chciałem, aby się już więcej nie męczyła. Jej stan... to... — załamał mu się głos. Nagle zgiął się wpół, przytłoczony emocjami.
— To było straszne.
Jeśli przyjrzeć się jego łapom, drżał. Nogi jak z waty, można by było powiedzieć.
Połyskliwy Kogut był doprawdy zdruzgotany śmiercią swojej matki. Czemu miałby ją zabić z uśmiechem na pysku? Ten słodki, nieco głupkowaty z wyglądu przewodnik miał otruć własną matkę i czerpać z tego satysfakcję?
Przeniosła wzrok na przewodnika.
— A więc postanowiłeś zabrać życie własnej matce?
Głowa Koguta schowała się głębiej między jego barkami. Nie znalazł odpowiedzi na pytanie.
Być może się jej wstydził.
— Zabraliście jej życie, nie mówiąc jej nawet pewnie, co ją czeka — kontynuowała, zwracając się do ich obojga — I próbując umywać od tego łapy? Przekazaliście Zawodzącej Gwieździe, że powodem śmierci było wycieńczenie chorobą. Wynieśliście jej posłanie, aby, jak podejrzewam, nikt nie zauważył krwi i wymiotów.
Zamilkła na moment. Kogut zacisnął szczęki i uciekł wzrokiem w bok.
— Łzawa Łapo. Nie tego się po tobie spodziewałam — obrzuciła uczennicę spojrzeniem, które na moment wypełniło się żalem. — Nie jesteś medyczką, ani nawet asystentką. Twój głos nie jest w tej sytuacji decydujący. Twoja łapa nie wydaje wyroku na temat tego, kto przeżyje, a kogo życie się zakończy.
Łza zadrżała, słysząc te słowa. Spuściła wzrok, a jej uszy odpadły jeszcze niżej. Rudzielcowi było przykro.
— Wiem... — wychlipiała. — Wiem, że nie jestem medyczką. Nie chciałam decydować, kto ma żyć, a kto umrzeć.
Pociągnęła nosem i otarła policzek łapką.
— Ja tylko... nie wiedziałam, co robić. Ona tak strasznie cierpiała. Mówiła, że nie może już wytrzymać.
Podniosła zapłakane spojrzenie na mentorkę.
— Może nie miałam prawa podjąć tej decyzji... ale wtedy nie myślałam o tym, czy mam
— Jeśli nie wiesz, co robisz, sięgasz po radę wyższych rangą — miauknęła, jej głos o ton niższy, jednak nadal chłodny.
Zerknęła kątem oka na Koguta.
— Jestem w stanie zrozumieć Twój punkt widzenia, jednak nie jest to drobny błąd, za który i ja, i pozostali członkowie rodziny Rudzikowego Skrzydełka możemy Ci wybaczyć.
Przesunęła ogonem po posadzce.
— Zawiodłam się na Tobie, Łzawa Łapo. Straciłaś w tym momencie moje zaufanie — dodała. — Jak i przywilej bycia moją terminatorką.
Podniósł łeb i się wyprostował. Połyskliwy Kogut zachował nieodgadniony, wyprany z emocji wyraz pyska. Patrzył tępo przed siebie.
Nagle skupił swe oczy na Zawodzącej Gwieździe. Przyglądał się mu z przechyloną na bok głową.
— … Wdzięczna Firletko.
Dwa słowa przeszły przez jego gardło, aby złapać uwagę medyczki.
— Dobrze, niech Klan Burzy dowie się o tym, iż byliśmy zamieszani. Jednak… takie wejście z ogłoszeniem, iż kolejny kot nie umarł z przyczyn naturalnych… nasi pobratymcy są już na skraju wytrzymania. Widzę, jak z trudem żyją z świadomością, że po dawnym domu zostało tyle, co nic. Słyszałem w nocy, jak niektórzy się wybudzali z koszmarów, zapewne powracających do tego wieczoru z pożarem. I z Tańcującym Pierzem. Kolejna wiadomość o takiej śmierci może nimi wstrząsnąć.
Westchnął ciężko. Dostojny młodzieniec dalej siedział z uniesioną brodą, wszystkie smutki najwyraźniej odeszły tak szybko, jak się pojawiły.
— Nie chciałem dobić mojej matki, aczkolwiek… przecież była zdrajczynią, Wdzięczna Firletko i Zawodząca Gwiazdo. Tylko marnowano na nią surowce i czas. Może i brzmię teraz okrutnie. Może i nawet jak bez serca, lecz… — zamilkł. Wydał z siebie warknięcie, zapewne zły na siebie. Wydawał się być zagubiony. — Ugh. Nie. Źle zrobiłem, odbierając życie członkowi Klanu Burzy, nawet jeśli był on zdrajcą.
Pochylił głowę do przodu i się schylił.
— Źle zrobiłem, dopuszczając się takiego czynu i wciągając w to Łzawą Łapę. Córka Zawodzącej Gwiazdy jeszcze jest zbyt młoda… to jeszcze dziecko. Powinna zostać teraz nauczona i przykładać się ciężej do nauki… a nie robić to, co zrobiła.
Mówił najwyraźniej szczerze. Widać było gołym okiem, iż syn zdrajczyni czuł się winny. Nikt by nie zabił własnej matki, niegdyś będącą jego całym maleńkim świecie
— Wdzięczna Firletko, Zawodząca Gwiazdo, jeżeli mam jakąkolwiek szansę, aby zadośćuczynić mój czyn niedopuszczalny… aby ja i Łzawa Łapa mogli zdobyć znów wasze zaufanie, pokazać, iż jesteśmy tego warci…
Zerknął kątem oka na reakcję koleżanki. Wziął głęboki wdech i wydech, po czym stanął przed filarami Klanu Burzy niczym skała.
— … Będziemy gotowi poświęcić się i zapewnić, iż każde zadanie, każde polecenie zostanie wykonane poprawnie. Macie moje słowo.
Zmarszczył brwi na koniec, oczekując odpowiedzi zwrotnej od wysoko postawionych kotów. Nerwowo przesuwał oceanicznym wzrokiem po starszych, przy tym zastanawiając się nad grą aktorską rówieśniczki.

***

Połyskliwy Kogut wychylał się zza kamiennej ściany, chcąc dojrzeć reakcję pobratymców. Miał małą nadzieję, że gdzieś tam wśród nich… znajdzie sojusznika. Przecież chciał dobrze. Gdyby tak nie było, spotkałaby go kara śmierci.
Prawda?
— Łzawa Łapa oraz Połyskliwy Kogut byli zamieszani w śmierć Rudzikowego Skrzydełka — oznajmił.
Głowy współklanowiczów gwałtownie zwróciły się ku dwójce kotów, siedzących przed legowiskiem medyka w towarzystwie zniesmaczonego Śpiewającego Raniuszka.
— W konsekwencji, Łzawa Łapa zostaje odsunięta od pozycji medyka... Oraz oboje zostają zawieszeni w obowiązkach i przywilejach na czas nieokreślony. Obowiązuje ich zakaz opuszczania obozu.
A wtedy zaczęły się oskarżenia. Wytykanie palcami. Szukanie winowajcy, jakby Zawodząca Gwiazda nie nasunął im odpowiedzi na tacy. Już widział ten tłusty uśmiech napchanego swoim ego synalka przywódcy. Na samą myśl o tym, że Zew mógł czerpać satysfakcję z cierpienia własnej siostry i kuzyna, Kogut się gotował i zaciskał szczęki, aby nie palnąć niczego głupiego. Nie dość, że ten czarny maruda tu wciąż istniał, to na dodatek… został wraz z Łzawą Łapą wcielony do legowiska więźniów.
Nie chciał tam wracać. Nie.
Czemu miał tam wracać? Nie mógł. Nie mógłby. Nie chciał. Nie, nie, nie. On… on…
On nie mógł. Nie mógł tam wrócić. Ona…
Ona wciąż tam była.
Może nie ciałem…
Ale duszą.
Jej dusza wciąż tam była.
Ta zdradziecka dusza wciąż tam była.
Z ponurych myśli wyrwał go krzyk Gadożerowego Pyska, niegdyś zagorzałego zwolennika egzekucji zdrajców, tak teraz wyglądającego niczym wystraszone, małe kocię.
Ach, Poziomkowa Łapa. Wpadła do tunelu.
Do idealnego tunelu.
Chociaż, pewnie i by nie skusiliby się na chodzenie po ciemku, aby znaleźć resztki zdobyczy i zakrwawione legowisko, Kogut poczuł się lżejszy z wiedzą, iż jakiekolwiek ślady zbrodni zostały ukryte pod gruzami.
Ach, gdyby Łzawa Łapa mogła mu ustąpić. Wtedy mieliby jeszcze jakąś deskę ratunku; natomiast kuzynka zmusiła ich do kapitulacji, bez walki o swoje. Żenujące.
Żałosne.
— Zawodząca Gwiazdo, czy mogłabym jeszcze zabrać głos w tej sprawie? — wtrąciła się ciotka Koguta, kiedy tylko sytuacja z Poziomkową Łapą została opanowana, a koty ponownie zebrały się w Grocie Pamięci. Początkowo dymny nie wyglądał na przekonanego, jakby z obawy, że oddanie głosu bliskiemu zmarłej może okazać się złym pomysłem. Po dłuższej chwili jednak skinął głową, a srebrna przeniosła wzrok z niego na dwójkę oskarżonych.
— Połyskliwy Kogucie — zaczęła od swojego bratanka, dosyć ostro. Młodszy wystąpił, nie chowając się przed jej surowym spojrzeniem. — Klan pokładał w tobie nadzieję, w tym ja, że wyrośniesz na wspaniałego przewodnika, który pomimo matki zdrajczyni będziesz w stanie odnaleźć się wśród nas. Starałam się ciebie wspierać pomimo wielu obowiązku zaraz po pożarze, zapewne nie tylko ja się starałam, lecz jak widać, dla ciebie to było za mało. Uznałeś, że dobrym pomysłem będzie wraz z Łzawą Łapą morderstwo więźnia, ale jednocześnie własnej matki. Nie obchodzi mnie to, że może na to zasługiwała, czy może nawet prosiła. Nie masz poszanowania dla czyjegoś życia! Powinieneś zostać wygnany jak Dziki Berberys lub nawet poddany egzekucji, niczym Nieustraszony Chomik i Tańcujące Pierze, skoro nie żałujesz swych czynów! — z każdym zdaniem jej chłodne opanowanie przeradzało się w zburzenie, by ostatnie słowa wręcz wykrzyczeć, co raczej nie było przyjemnym doświadczeniem dla pobliskich kotów. Zwłaszcza dla Koguta, który musiał tego wszystkie słuchać.
Nim ktokolwiek zdążył jej przerwać, kontynuowała:
— A ty, Łzawa Łapo — skierowała swoje spojrzenie na uczennicę — zawiodłaś o wiele więcej kotów. Nie tylko ojca, matkę czy rodzeństwo, ale oba klanu! Jako uczennicy Wdzięcznej Firletki każdy Ci ufał i postanowiłaś tak to wykorzystać. Powinnaś również być wygnana, nawet jeśli pochodzisz z miotu, który symbolizuje sojusz pomiędzy Klanem Burzy a Owocowym Lasem. Swym występkiem splamiłaś ten sojusz! Nie jesteś godna tego zaszczytu!
Kiedy tylko zakończyła swoją wypowiedź, jeszcze przez chwilę po jaskini rozchodziło się echo jej wyroku na dwójce morderców.
Połyskliwy Kogut nie wyglądał na zaskoczonego. Lepszym określeniem byłoby nazwanie go wręcz znudzonym monologiem zastępczyni.
“Powinieneś zostać wygnany jak Dziki Berberys lub nawet poddany egzekucji, niczym Nieustraszony Chomik i Tańcujące Pierze, skoro nie żałujesz swych czynów!”— słowa kotki, choć nie chciał tego pokazywać na zewnątrz, go ukuły w pierś. Mimo to nie umiał zapłakać. Nie umiał wymusić się na jakikolwiek płacz, aby kotka ujrzała, iż naprawdę był smutny z powodu śmierci własnej matki.
Więc dalej obserwował ją z kamiennym, nieodgadnionym wyrazem pyska. Nawet kąciki ust mu nie zadrżały, gdy wypowiadała ostatnie okrutne zdania w jego stronę.
Czemu miałby użalać się nad słowami, które nie mają właściwie znaczenia? Dlaczego Skrzydlata Płomykówka dalej kontynuuje tradycję egzekucji? W innych klanach na pewno nie zabijają.
Kogut i Łza po prostu przyspieszyli to, co jest nieuniknione.
Te oszczerstwa ciotki były niedorzeczne i nie na miejscu.
— Na koniec chciałabym wyznaczyć koty, które odprowadzą tę dwójkę do ich nowego legowiska. Cyklonowe Oko i Lodówkowy Ciosie? — Z pytaniem na pysku spojrzała na dwójkę wymienionych wojowników, którzy jednocześnie skinęli głową, a następnie ruszyli w stronę Łzawej Łapy i Połyskliwego Koguta, których dotychczas pilnowała Śpiewający Raniuszek w towarzystwie Wdzięcznej Firletki, która nieopodal siedziała z ciasno owiniętym ogonem wokół łap.
Kogut jedynie skinął głową i szepnął ciotce przeprosiny.
Dawny mentor płomiennego zdrajcy i była partnerka owego Tańcującego Pierza odprowadzili ich do legowiska więźniów. Kogut miał wrażenie, że specjalnie ich tam wysłała. Jakby chciała, aby pamięć o tym, iż byli powiązani ze zdrajcami, była pielęgnowana w sposób niezdrowy, nagminny. Gdyby miał również odsyłać Rudzik z Ognikiem, czułby się dziwnie i nieco upokorzony. Cyklonowe Oko i Lodówkowy Cios zasługiwali na coś lepszego. Czyżby Skrzydlata Płomykówka im jeszcze nie wybaczyła spoufalania się z Tańcującym Pierzem? Przecież nie zdradzili z nim Klanu Burzy.
Najwyraźniej mentalność po pożarze na długo się nie zmieni.
Tak długo, dopóki ruda siostra zdrajczyni wciąż piastuje rolę zastępcy i aspiruje na zostanie przywódcą.
Ułożył się w swoim nowym, wielkim posłaniu i znudzony, wyprany z emocji pysk przyglądał się skałom. Za pustymi, wręcz czarnymi ślepiami nie było żadnej myśli. Pogodził się z odebraniem wolności, lecz to nie oznaczało, iż nie będzie później walczył o powrót na stanowisko.
O Łzawą Łapę.
Niepotrzebnie ją w to wciągał. Tak po namyśle, głupio zrobił, pozbawiając życia na wpół żywej zdrajczyni. Niedorzeczne. Dziecinne. I jak by tu miał dostać jakąś poważniejszą karę? Tylko przyspieszył to, co nieuniknione. Ukrócił własnej matce mękę i udrękę. Skrzydlata Płomykówka dramatyzowała i robiła z siebie ofiarę powojenną, gdy powinna być twardą zastępczynią i aspirować na takie piękne stworzenie jak Zawodząca Gwiazda, który zaczął pojmować, iż egzekucje następnych kotów nie dadzą pozytywnych skutków.
Oparł brodę na prawej łapie i zaczął stukać pazurami u lewej o kamienną posadzkę. Musiał pomyśleć. Zastanowić się nad strategią.
Łza nie mogła być gorsza od tego markotnego gówniarza, który miał czelność zwać się wojownikiem Klanu Burzy. Dawał mu jeszcze góra dwadzieścia księżyców, zanim się nie znudzi terenami ojca i wróci do Owocowego Lasu ze skulonym ogonem.
Przymknął oczy.
Powoli odpływał w objęcia gwiezdne. Czy jeszcze nad nim czuwali? Przecież zyskał od nich aprobatę. Musieli. W innym przypadku zostałby już dawno stracony.
Westchnął ciężko, po czym obrócił się na plecy, odsłaniając miękki brzuch. Urokliwy młodzieniec ziewnął uroczo i się przeciągnął, wyciągając łapy daleko.
Heh, przynajmniej mu nie odebrali wianka… i imienia.
Wolał nie powracać do Kurzej Łapy.
Poza tym nie mógł pozwolić swojej pamięci o tunelach i sekretnych przejściach zardzewieć. Musiał tą wiedzę pielęgnować. Poszerzać.
… Wykorzystywać.
W końcu do tego został wyszkolony.
“Powinieneś zostać wygnany”, powiedziała nie tak dawno rozemocjonowana Skrzydlata Płomykówka.
Urokliwy młodzieniec uniósł kąciki ust w sprytnym uśmiechu.
A żebyś wiedziała, że…

Od Korowego Szeptu CD. Kamiennego Pióra

tw: niska samoocena
trochę dawniej temu, zanim Ula była Miodową Łapą

— Tak, masz rację — odparł kocur, na co Kora się uśmiechnęła.
Spojrzała w stronę żłobka. Sama zastanawiała się, jak pójdzie kotce. Była młoda, więc pewnie nie przyzwyczaiła się jeszcze do takich luksusów… Ale nie była od dziecka uczona jak przetrwać w lesie. Mogła mieć ciężko jako uczeń…
Kora pamiętała czasy, gdy była jeszcze Korową Łapą. Nie lubiła ich wspominać. Nie w tym klanie. Była nieporadna, słaba, koty raczej za nią nie przepadały… Wydawało jej się, że każdy wzrok w jej stronę jest oceną, a każdy szept ją krytykuję.
Klan Wilka był miejscem dla kotów silnych. A ona wciąż nie była pewna czy się do nich zalicza.
Do tego miała tę cholerną bliznę… Ruszyła łapą, jakby chcąc jej dotknąć, ale się powstrzymała. Nadal czasami była zła, że przegrała tamtą walkę. Nie dlatego, że przegrana była najgorszą rzeczą, jaka mogła się stać. Tylko dlatego, że po tym wszystkim zachowała się strasznie głupio…
— Ale… ty mi bardzo pomogłaś. — odezwał się ponownie Kamyczek. — Zawsze we mnie wierzyłaś. Dziękuję ci, Korowy Szepcie. Nie wiem, czy już ci to mówiłem, czy nie, ale bardzo dużo ci zawdzięczam.
Kotka przez chwilę nie wiedziała co odpowiedzieć. On? Zawdzięczał dużo jej? W jej głowie to Kamyczek zawsze był tym lepszym — starszy, silniejszy, przystojny. Dużo bardziej odpowiedni do życia w Klanie Wilka. To ona powinna mu dziękować. Mimo to uśmiechnęła się lekko.
— Ja też dziękuję, Kamienne Pióro. — otarła się o niego z pomrukiem.
Spojrzała w niebo i uśmiechnęła się trochę szerzej. Nigdy nie widziała się tak spokojnej, obok Kamyczka. Wszystko przecież… Zaczęło się dość zwyczajnie.


Przeszłość


Poznali się na patrolu. Kotka dopiero została uczennicą, więc wszędzie chodziła skupiona i uważna. Próbowała zapamiętać wszystko, o czym mówili do niej wojownicy. Każdą lekcję mentora, każdą radę ojca. Chciała się wykazać, przećwiczyć coś sama, więc poszła z Piołunowym Dymem. Kamyczek zagadał do niej niespodziewanie. Zadał proste pytanie.
— I jak idzie ci trening?
Tyle. Kotka była tym zaskoczona. Tym bardziej że był to brat Dębowej Łapy, do którego szylkretka raczej nie miała zbyt dobrych odczuć. Pamiętała, że odpowiedziała mu krótko.
— W porządku.
A potem chciała uciec. Teraz już nie była pewna, dlaczego się odezwała ponownie. Może już wtedy uznała Kamyczka za ładnego? Może nie miała nic lepszego do roboty? A może wreszcie chciała mieć kogoś, oprócz Ognistej Sloty, z kim mogłaby porozmawiać.
— Trochę nie idzie mi wspinaczka. A tobie?
Pamiętała, że gdy kocurek odpowiedział:
— Czasem mam wrażenie, że jestem gorszy od kociaka, jeśli chodzi o polowanie. Ciągle się potykam o własne łapy.
Kotka poczuła, że czekoladowy jest tym kotem, który nie będzie jej oceniał. Więc zaczęli rozmawiać. Najpierw tylko o treningach, potem trochę więcej o sobie, a potem już byli nierozłączni. Kora dopiero teraz zdała sobie sprawę, że wtedy nie musiała udawać. Nie musiała być silna, gdy nie jest, nie musiała się śmiać mimo bólu, ani udawać, że nie przejmuję się porażką. Może dlatego zaczęła go wtedy lubić trochę bardziej.

przed walką

Kora pamiętała okres przed walką, aż nazbyt dobrze. Pamiętała te kilka dni, które czekała, aż znajdą jej odpowiedniego przeciwnika. Pamiętała stres, który wtedy odczuwała.
Im bliżej było, tym częściej czuła nieprzyjemne ściskanie w żołądku. Bała się. Nie mogła jednak zrezygnować. To była część treningu. Część tej drogi, która kończyła się na zostaniu wojownikiem. Gdyby zrezygnowała, prawdopodobnie wszyscy uznaliby to za dowód jej słabości.
Ćwiczyła wtedy bardzo dużo. Gdy inni odpoczywali, ona ćwiczyła. Gdy inni spali, ona zastanawiała się, co można poprawić. Miała nadzieję, że strach kiedyś zniknie. Nie zniknął.
Dzień, może dwa przed walką podszedł do niej Kamyczek.
— Niedługo masz walkę, prawda? — zapytał.
Kora od razu odwróciła wzrok. Spuściła głowę, którą zaraz delikatnie kiwnęła.
— Ta… Ty już miałeś dwie, prawda?— zerknęła na niego.
— Obie przegrane.
Kocur się zaśmiał, chociaż trochę smutno.
— Następnym razem ci się uda. — odpowiedziała na to kotka. Praktycznie od razu.
Wierzyła w to wtedy. Oczywiście, że w to wierzyła.
— Dziękuję. — odpowiedział Kamyczek.
Milczeli chwilę, chociaż szylkretka była pewna, że da się usłyszeć jej głośno bijące serce. Nie wiedziała tylko, czy było to spowodowane strachem, czy Kamyczkiem.
— Boisz się? — zapytał po chwili czekoladowy.
Kora odwróciła wzrok. Nie powinna się do tego przyznawać. Strach był przekleństwem, słabością.
Dotąd nie była pewna, czego właściwie się bała. Że przegra? Że zostanie skrzywdzona? Że skrzywdzi przeciwnika? Że wszyscy będą się z niej śmiać?
Powodów mogło być tak wiele. A ona nawet nie wiedziała, który sprawiał, że na samą myśl jej futro się jeżyło.
— Trochę. — przyznała szeptem.
Kamyczek otarł się o nią. Kora odetchnęła. Jej serce przestało walić.
— Chcesz razem potrenować?
Zgodziła się. Trenowali razem. Nie zawsze wychodziło. Czasem kończyli zirytowani, czasem kończyli śmiejąc się z własnych błędów. Wszystko to sprowadzało się do tego, że Kora nie czuła się, jakby musiała znów coś udowodnić. Nie czuła się słaba, czy nieporadna. Właściwie to nawet czuła, że może dzięki Kamyczkowi da sobie radę.

Po walce

Pamiętała szept Roztargnionego Koperka. Te słowa czasem nadal nawiedzały ją w koszmarach:
— Może nic poważnego, ale blizna zostanie.
Po walce zmieniło się wszystko. Kotka zamknęła się w sobie jeszcze bardziej niż wcześniej. Pamiętała, że albo trenowała długie godziny, albo siedziała u medyków, nawet jeśli nie musiała. Pamiętała, że chodziło tylko o Kamyczka. Od kiedy na jej twarzy pojawiła się rana, omijała go wielkim łukiem. Całkowicie zmieniła swoją rutynę, aby go przypadkiem nie spotkać, a gdy już przypadkiem się łapali, od razu znajdowała jakąś wymówkę. Dbała o to, aby czekoladowy nie zobaczył jej twarzy.
Pamiętała, że się bała. Bała się, że gdy Kamyczek ją zobaczy, to odwróci wzrok. Że to wyśmieje. Że odejdzie. Pamiętała, że była pewna, że po wypadku jej szansę na znalezienie partnera spadły poniżej zera — nawet jeśli wcześniej też były dość niskie. Nigdy nie uważała się za najładniejszą. Wtedy jednak nie chciała nawet spojrzeć w swoje odbicie w wodzie. Rana wydawała się jej szpetna. Nie potrafiła na nią spojrzeć bez myślenia o porażce. Nie potrafiła na nią spojrzeć bez myślenia o Kamyczku. A gdy już myślała o Kamyczku, myślała tylko o tym, co jeśli teraz wszystko będzie inaczej.
Nie mogła go omijać jednak cały czas, ciężko by było. Ostatecznie byli w jednym klanie. Pamiętała, że była głodna i zmęczona i wpadła na niego nagle. Pamiętała, że gdy jego ogon przesunął się po jej grzbiecie, cała się spięła.
Pamiętała jego zmartwienie, jej przeprosiny. Pamiętała, jak powiedziała mu to wszystko, czego się bała.
— Unikałam Cię, bo… Bałam się. Spójrz, jak wyglądam! —Mam tę bliznę i pewnie ci… I pewnie nikomu się już nie spodobam…
Pamiętała ciszę po tych słowach. Pamiętała też odpowiedź kocura.
— Korowa Łapo, przecież ty wyglądasz pięknie, spójrz tylko na siebie. I żadna nawet najokropniejsza blizna tego nie zmieni! Poza tym ja zawsze będę cię lubił, nieważne co się stanie, przecież jesteś moją najlepszą przyjaciółką i ja… Nie wyobrażam sobie, jak wyglądałoby moje życie, gdybyśmy się nie zaprzyjaźnili. Nie mam pojęcia, jak dałbym sobie radę z tym… tym wszystkim.
Pamiętała, że wtulili się w siebie z płaczem. A przede wszystkim Kora pamiętała, że wtedy wszystko zrozumiała.
Przy Kamyczku nie musiała się kryć. Nie musiała udawać. Nie musiała się bać. On zawsze przy niej był i będzie. Była też wtedy pewna swoich uczuć.

Teraźniejszość

Patrząc na to z perspektywy czasu, była głupim uczniem. Przestraszonym. Pewnym, że każda rzecz, która nie wyjdzie… Jest zła. Teraz nie była pewna, czy to myślenie było poprawne, czy nie. Nie chciałaby, żeby było. Ale Klan Wilka miał swoje prawa…
Zerknęła kątem oka na czekoladowego kocura. Co by było, gdyby go nie poznała? — zastanawiała się. — Czy nadal byłaby w Klanie Wilka? Czy wytrzymałby kolejne treningi? Czy teraz, jako wojowniczka, nadal próbowałaby udowodnić wszystkim, że jest wystarczająco dobra?
Nie znała na to odpowiedzi. Oprócz Kamyczka miała tu dawną przyjaciółkę, Ognistą Słotę — ich relacja jednak zmieniła się, od kiedy kotka została matką klanu. Miała też kilka innych kotów, z którymi rozmawiała, albo ich słuchała. Tylko że z żadnym nie potrafiła znaleźć tej nitki porozumienia.
Z Kamiennym Piórem było inaczej. Potrafili siedzieć całe noce i rozmawiać. Potrafili chodzić razem na polowania codziennie. Potrafili spacerować bez konkretnego celu. Potrafili siedzieć obok siebie w ciszy, która nigdy nie była niezręczna. Kora nie czuła, że musi przy nim coś mówić. Nie czuła, że musi przy nim udawać. Po prostu lubiła jego obecność.
Szylkretka lubiła czekoladowego od zawsze. Był inny niż koty z Klanu Wilka. Miły, trochę nieśmiały, uroczy.
Kora zmarszczyła brwi, gdy nasunęło jej się kolejne pytanie. Czy lubi Kamyczka, bo jej się podobał? Czy może zaczął jej się podobać, bo był Kamyczkiem?
Pokręciła głową. To nie miało znaczenia. Nie teraz. Byli szczęśliwi. Oboje. To się liczyło.
Kotka spojrzała na niego kątem oka. Pomyślała o wszystkich uczniach, których widziała na przestrzeni tych księżyców — o tych, którzy byli silni; o tych, którzy od razu odnaleźli się w klanie i o tych, którzy jak ona potrzebowali więcej czasu.
Ostatnio często zdarzało jej się brać pod swoje skrzydła jakiegoś zagubionego ucznia. Nie zawsze wiedziała jak mu pomóc, czy co powiedzieć. Ale próbowała, bo gdy sama była uczniem, cały czas kogoś takiego jej brakowało.
Pojawiła się następna myśl. Większa, śmielsza. Kora chwilę przyglądała się ukochanemu, nim odważyła się odezwać:
— Kamyczku?
— Tak?
Kotka zawahała się. Spojrzała gdzieś w bok.
— Chciałbyś mieć kiedyś dzieci?
Ona właściwie nie myślała o tym zbyt często. Nie chodziła zbytnio do żłobka, bo maluchy były dla niej zbyt energiczne. Tylko widok szczęśliwych wojowników, którzy byli niepewnymi uczniami, rozpaliło u niej tę wizję.
Co, gdyby mieć własnego kociaka? Mogłaby nauczyć go wszystkiego, czego sama nauczyła się przez ten czas. Mogłaby pokazać mu, że nie zawsze trzeba być najsilniejszym. Że można się bać, że można przegrać, że można mieć blizny. I nadal być wartościowym kotem.
— Bo… Zastanawiam się…— przerwała na chwilę. — Czy nie chcemy mieć potomstwa?
Odwróciła wzrok, czując na sobie spojrzenie Kamiennego Pióra.
— Wiesz, maleństwa, które byłby po nas… — zaczęła mówić coraz szybciej. — Moglibyśmy się nimi opiekować! Moglibyśmy… Moglibyśmy nawet im pokazać, że nie tylko siła i spryt się liczą.
Zaczęła chodzić w kółko, jak to miała w zwyczaju, gdy była nerwowa.
— Wiem, że Klan Wilka patrzy na odwagę i siłę. Temu nie uciekniemy. — zerknęła mimowolnie w stronę granicy. — Ale myślę, że jesteśmy w stanie sprawić, żeby nie czuły się źle, jeśli będą słabe.
Położyła się ponownie obok niego i westchnęła.
— Chciałabym, żeby koty takie jak my nigdy nie czuły się samotne. — jej głos stał się cichszy. — A jeśli będziemy mieli własne kociaki i będziemy ich tego uczyć… Może poprawimy trochę to wszystko.
Przez chwilę patrzyła przed siebie. Potem odwróciła się w stronę kocura.
— Więc… Chciałbyś mieć dzieci?

<Kamienne Pióro?>

Od Tropiącej Łaski

Ten szczególny poranek miał w sobie znacznie więcej uroku niż inne dni. Leśna ściółka była ogrzewana powolnymi, leniwymi promieniami słońca, które wychylały się spomiędzy drzew i muskały ją swoimi ciepłymi, długimi smugami. Powietrze wypełniło się rześkością, która zazwyczaj była wyczuwalna po opadach. Jednak dzisiaj, dzisiaj wszystko było lepsze. Nie dało się wyczuć wilgoci, która byłaby pozostałością po deszczu, ale przyjemny wietrzyk był orzeźwiający i idealnie schładzał ciało. Wszystko było zbyt piękne do momentu pojawienia się Zalotnej Gwiazdy, która zamiast dawać się wilczakom rozkoszować tym dniem, ogłosiła zaginięcie jednej z wojowniczek. Najbardziej rozbita wydawała się Kocimiętkowy Wir, która tamtej nocy sprawowała wartę i widziała, jak kotka opuszcza obozowisko. Kocimiętkowy Wir miała powody, aby nie trzymać się najlepiej. Ona i Makowa Iluzja były w końcu najbardziej związane, i to krwią, z kotką, której mieli poszukiwać. Tropiąca Łaska miała poszukiwać Dyniowej Skórki, ale na darmo. Ten szczególny poranek poprzedziła noc, podczas której Tropiąca Łaska zabiła Dyniową Skórkę.

Noc poprzedzająca wydarzenia
TW: morderstwo, akty przemocy

Od Wesołej Łapy



Jeszcze trwała jesień, choć wieczory były zimne, a rankiem na trawie dostrzec można było pierwsze przymrozki. Wesoła Łapa ze swoją zwyczajową radością deptała kruche źdźbła, słuchając, jak drobinki lodu trzeszczą pod jej łapkami. Zaśmiewała się przy tym, jakby ktoś opowiedział jej świetny dowcip. W trakcie nie zauważyła nawet, że podszedł do niej Szumiąca Wyspa. Kocur od czasu wspólnego lepienia bałwanów, całkiem często chodził z kotką na patrole czy brał udział w jej wymyślonych zabawach. Zostali przyjaciółmi, którzy co jakiś czas mieli nowe pomysły na psoty. Wesoła Łapa nie zwróciła uwagi na wojownika, dopóki się nie odezwał.
— Hejka, co robisz? — Rozległo się w tle.
Podskoczyła jak poparzona.
Stali poza wyspami Klanu Nocy, na trawie. Wesoła Łapa zakończyła już wcześniejszy patrol i miała chwilkę „czasu dla siebie”, jak to określił Pan Książę Rogaty Flaming.
— O- Oh!! Wystraszyłeś mnie Szumku! — Miauknęła oburzona, po chwili jednak przywołując uśmiech na pyszczku.
— Ojej, nie chciałem!! — Odpowiedział, zwieszając uszy na boki.
— Jest okej! Chcesz podeptać ze mną trawę? — Zapytała entuzjastycznie.
— Coo? Czemu? Przecież depczemy ją codziennie! — Odpowiedział niebieski.
— No… no niby tak — zastanowiła się. — Ale ta jest inna, bo chrupie! Słyszysz? — Potuptała w miejscu. Rozległ się dzięki temu charakterystyczny trzask. — Widzisz?! To fajna zabawa, chociaż zimno w łapki…
— Mogę spróbować?
— Pewnie!
Po niedługiej chwili we dwójkę stali w miejscu i deptali trawę z przymrozku. Kiedy oddychali, chmura pary wylatywała w powietrze. Coraz więcej spotkać można było ciemnych liści na trawie, gotowych, by ochronić ziemię przed mrozem. Niektóre zaczynały gnić, inne wysychały i też Rzekotka lubiła je deptać. Wszystko, co chrupało, było zabawne!
Stali tak dłuższą chwilę, pogrążeni w jakiejś mało istotnej rozmowie. Byli w swoim świecie, gdzie inteligencja i skomplikowane myśli były zupełnie obce. Ich uniwersum wydawało się sielankowe, usłane prostym myśleniem, być może głupimi pytaniami i czasem czymś, co nazywało się „złożonymi problemami”. Rzekotka z takowymi zazwyczaj szła do swoich sióstr lub ukochanego mentora, którego podziwiała jak złotą statuę.
W pewnym momencie mogła usłyszeć wołanie wspomnianego członka rodu królewskiego. Rogaty Flaming stanął nieopodal, czekając, aż kotka do niego przyjdzie.
— Muszę lecieć, Szumku! — Miauknęła prędko. — Zostaw mi trochę trawy do deptania, okej? Zobaczymy się potem?
— Chyba tak, w końcu mieszkamy w jednym Klanie! — Odpowiedział z uśmiechem.
Rzekotka uniosła ogon radośnie do góry. Kiwnęła głową, żegnając się z wojownikiem. Z wielgachnym bananem na pyszczku potuptała do mentora, myśląc, że Szumek to wspaniały przyjaciel i doskonale się rozumieli!

Liczba słów: 389