BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

16 września 2026

Od Trójokiego Zająca CD. Króliczej Prawdy (Gasnącej Prawdy)

Przeszłość

Ryk wodospadu niósł się echem za plecami dwójki, która właśnie wyszła jednym z tuneli, tym samym rezygnując z chłodnej posadzki pod poduszkami. Świeża, rześka bryza nadchodząca prosto znad morza uderzyła w pysk Trójokiego Zająca, a on w odpowiedzi zmrużył jedynie oczy z zadowoleniem. Lubił ciepło, ale teraz zaczął jeszcze bardziej doceniać każdy najmniejszy podmuch, nawet jeśli niekiedy targały jego krótkimi kłosami. Zefirek napierał na jego wąsy, tarmosząc futro na piersi. Przez parę chwil między dwójką braci panowała cisza, dopóki nie oddalili się wystarczająco od serca. Pod poduszkami uginała im się wysoko sięgająca trawa, zroszona lekką dawką porannej rosy, która jeszcze się ostała. Łąki pokryły się pierwszym, białym kwieciem, a ptaki śpiewały w najlepsze swoje melodie. Ciepłe promienie słońca grzały kremowe grzbiety braci bliźniaków. W Klanie Klifu stale zachodziły pewne zmiany, na większość z nich nie mieli nawet najmniejszego wpływu. Kocięta rodziły się, a starsi odchodzili w ramiona gwiezdnych przodków, czuwających nad wszystkimi ze Srebrnej Skóry. Zając spojrzał na Króliczka. Kocur wyglądał tak, jakby rozmyślał nad tym, czy coś powiedzieć, czy może zrobić miejsce rozmówcy, bo nie odzywał się już jakiś czas.
— Bukowa Korona został wojownikiem szybciej, niż my — zauważył zielonooki, na co bursztynooki pokręcił lekko głową, uśmiechając się w konkretny sposób.
— To raczej dobrze. To… bez różnicy, kto został doceniony szybciej. Klan rośnie w siłę i oto wszystkim chodzi — powiedział Króliczek, wyraźnie niezadowolony z podjętego tematu. Westchnął. — Mam wrażenie, że muszę cię ciągnąć za język, żebyśmy rozmawiali. Głównie to ja się odzywam. Czemu mi czegoś o sobie nie opowiesz, Zajączku? Jak się czujesz? — kontynuował, zwieszając delikatnie łeb. — Mimo że jesteśmy blisko, rzadko kiedy siebie pytamy o takie rzeczy.
Trójoki Zając po niedługim namyśle pokiwał głową, zgadzając się. Co prawda, nawet jeśli nie była to rutynowa część ich rozmów, to nie czuł się tak, jakby przez to oddalał się od brata. Sam fakt, że rozmawiali codziennie, o czymkolwiek tak naprawdę, wywoływał w nim przekonanie, iż nie było wcale pomiędzy nimi tak źle. Jednak skoro pręgus czuł się w ten sposób, wojownik musiał zrobić co w jego mocy, żeby mu nie doskwierały nieprzyjemne myśli. Martwił się o niego i nie chciał, żeby chodził smutny. Otarł się delikatnie o jego bok.
— Króliczku, nie obwiniam cię o nic, wracając do twoich słów, zanim wyszliśmy. Jesteś moim bratem. Zawsze będziesz dla mnie najważniejszy, nieważne co — zapewnił go, utrzymując odgórnie narzucone tempo spaceru. Królicza Prawda speszył się odrobinę.
— Czy nie mówiłeś tak samo, wtedy? — zapytał, wbijając niewidzialną szpileczkę w serce kocura. Nie sądził, że bursztynooki będzie to pamiętał, z jakiegoś powodu. Czemu przyjął odgórnie, że nie będzie mu to krążyło po pamięci i ot tak o tym zapomni? Trójoki Zając, wtedy jeszcze Zajęcza Łapa, niedługo przed swoją ceremonią zaczął unikać brata w celu częstszych interakcji z Kukułką. Nie było mu łatwo pogodzić jednocześnie codziennych konwersacji z bratem, wspólnych treningów, wraz z chęciami dowiedzenia się więcej o liliowej szylkretce. Spanikował i ucieczka wydała mu się wtedy dużo łatwiejszym wyborem. Przełknął nerwowo ślinę.
— Mówiłem, ale tym razem naprawdę mam to na myśli. Wtedy też miałem, tylko… postąpiłem niczym mysi móżdżek. Przepraszam, Króliczku. Nie chciałem cię nigdy zranić — wymruczał, robiąc chwilę przerwy. — Myślę, że nasza podróż do Betonowego Świata, mimo że niezwykle trudna i która kosztowała nas tak bardzo, bardzo dużo nerwów, czasu i wszystkiego, z powrotem pozwoliła nam odbudować naszą relację. Chciałbym, żebyś mógł w pełni cieszyć się naszym powrotem i tym, że przyjęto nas w szeregi Klanu Klifu. W końcu tutaj się urodziliśmy. — Spojrzał na kocura, szukając na jego pyszczku wszelkiego rodzaju wątpliwości lub chęci zaprzeczenia, jednak nie spotkał się z niczym takim. Ta rozmowa nie była absolutnie łatwa, nigdy by jej nie nazwał najprostszą i tak naprawdę, prawdopodobnie nadal stroniłby od tego tematu, ponieważ nie był najlepszy w pocieszaniu kotów. Czuł się tak, jakby wszystkie jego słowa brzmiały sztucznie od ilości obietnic, których później nie potrafił się utrzymać, mimo danego słowa. Nie ze wszystkimi, ale był to już któryś raz z kolei, co było samo w sobie już dosyć wymowne.

***

Teraźniejszość

Bukowa Korona doczekał się rzekomo kociąt z Rozżarzoną Pieśnią, co wywołało oburzenie u Foczej Fali, zresztą nic dziwnego. Czy Trójoki Zając spoglądał na sprawy szerzej, szczególnie do tych, do których podchodził lekkomyślnie? Chciał wierzyć, że tak. Że zrobił postęp jako członek Klanu Klifu. Słowa Judaszowcowej Gwiazdy od czasu do czasu przelatywały mu przez umysł, niczym przypominajka, że każda sytuacja posiadała drugie dno, które możliwe, że przeoczył. Nawet jeśli czekoladowy kocur dawno trafił w objęcia ich gwiezdnych przodków, pamięć o nim nie zaginęła. Nadmierne rozmyślanie nad tym jednak również nierzadko prowadziło do przykrości, których wojownik starał się unikać, stronić od nich, tak, jak od uzależniającej kocimiętki. Mało kto pamiętał o ich zdradzie, tak dawnej.
Trójoki Zając był kłamcą. Czuł się kłamcą, który nie miał ze swoich kłamstw nawet ziarna zysku, a jedynie masę wyrzutów sumienia, które potem gryzły jego umysł niczym robaki owoce drzew porastających tereny Owocowego Lasu. Wraz z nadejściem Pory Opadających Liści, był to już któryś z kolei sezon, gdzie nie było u jego boku już Króliczej Prawdy, jego kochanego braciszka. Znowu go okłamał, jego również nie był w stanie uchronić przed nieprzychylnością Klifiaków i niedogodnościami losu. Zamiast tego skupił się na Kukułczym Wdzięku, w rzeczywistości raz jeszcze zaniedbując brata. Nie mógł go nawet winić za to, że w pewnym momencie musiał mieć… dość. Kto chciałby przebywać w takim miejscu, bez jakiegokolwiek wsparcia od swojego jedynego członka rodziny? Po tym wszystkim, przez co przeszli wspólnie lub osobno? Westchnął pod nosem, zastanawiając się, czy żyło mu się lepiej, gdziekolwiek teraz był. Gdyby tylko mógł, chciałby go ponownie ujrzeć i jeśli tylko Klan Gwiazdy byłby łaskawy, zamienić z nim, chociażby parę słów. Dlaczego nie doceniał jego obecności wcześniej, bardziej? Nie rozmawiał z nim częściej? Może gdyby tylko zadbał o to bardziej, to teraz nie musiałby za nim tęsknić i cierpieć z tego powodu? Sam sobie zgotował taki los… Był takim głupcem.
Jagnięcy Ukłon musnęła go delikatnie w bok, kładąc przed jego łapami dawkę różowo zabarwionych łodyżek. Myślał, że ta, którą podała mu nie tak dawno temu, była ostatnią, a jednak jego kurowanie się nie dobiegło końca. Nie potrafił nie odwiedzać Firletkowej Łapy, dlatego też każde wygonienie go z legowiska kończyło się jego przygnębieniem tak wielkim, iż nie wiedział, co ze sobą powinien zrobić. Czuł się zagubiony w nowej rzeczywistości i gdyby tylko mógł, porozmawiałby o tym z Króliczą Prawdą. Nie było to jednak możliwe w żaden sposób. Czy nie myślał w sposób egoistyczny? W końcu kremowy również miał swoje problemy, wiele z nich. Zawsze, gdy Trójoki Zając widział kocięta jego i Srebrzystej Łuny, myślał o bracie. Wzburzony Kormoran, Oszroniony Kieł… powinien z nimi porozmawiać. Jego życie od dłuższego czasu wyglądało tak samo; rozmowy z dziećmi, partnerką, rutynowe patrole lub łowy, a potem kończył to odpoczynkiem w legowisku, czasami u boku swojej ukochanej, a czasami z chłodem panującym w ich powiększonym posłaniu.
— Zjesz i będziesz miał to z głowy. Obiecuję, że to nie kocimiętka — mruknęła do niego kobaltowooka, a kremus pokiwał pokornie głową. Wierzył jej. Apetyt mu nie dopisywał i na widok ziół nie odczuwał naturalnej potrzeby spożycia ich, tak samo zresztą ze zwierzyną. Musieli robić zapasy na nadchodzącą mroźną porę, która przecież nikogo nie oszczędzi. Nie oznaczało to jednak, iż pożywienia nie wystarczyło dla niego – zawsze było tyle, żeby nawet i on mógł coś skubnąć. Musiał o siebie dbać, ale było to tak ciężkie…
— Dziękuję, że mi tak pomagacie — powiedział, po czym wreszcie spożył łodyżkę. Korzenny, miodowy posmak ponownie zabarwił jego podniebienie, a pręgowana odetchnęła z wyraźną ulgą. — Nie chcę was wiecznie tym kłopotać. Ciężko mi zrozumieć, że nie mam już odporności dziesięcioksiężycowego ucznia — wyznał jej, a zielarka poruszyła nieznacznie łapą.
— Przed tobą jeszcze tak wiele księżyców, Trójoki Zającu. Nie możesz się teraz poddać, po tym wszystkim. Tak zaciekle walczyłeś. Masz rodzinę i przyjaciół, którym na tobie zależy — odparła słusznie. Przemijanie dotykało każdego, nie tylko jego. Widział to po każdym, jednak po sobie chyba najbardziej – łapy męczyły mu się dużo szybciej, niż kiedyś, a umysł nierzadko przyćmiewała swego rodzaju mgła, co tak swoją drogą absolutnie go nie cieszyło. — Zresztą, nie masz za co dziękować. To obowiązek każdego medyka, żeby dbać o pobratymców swojego klanu i o koty w potrzebie. Jak tylko twoje drogi oddechowe się oczyszczą, a ty nie będziesz kichać więcej razy, niż masz palców u jednej łapy, będziesz mógł odwiedzić Firletkową Łapę. — Posłała mu aksamitny uśmiech. Zauważywszy jednak, że nie odwzajemnił go, poruszyła się nieznacznie. — Co ci doskwiera, przyjacielu?
Pokiwał głową. Jagnięcy Ukłon zawsze wiedziała, jak go uspokoić. Jej pysk porastały siwe włoski, sama zdawała się zgarbiona i taka, jakby nadgryzł ją ząb czasu. Na ten widok kocur posmutniał widocznie. Nie chciał, żeby odeszła. Starość jednak nie była dla nikogo litościwa i musiał się z tym pogodzić, nawet jeśli nie było to absolutnie, w żaden sposób, proste. Strata nigdy nie była łatwa, a pewna dawka żałoby zostawała z każdym do końca życia. Nos mu się z każdym dniem coraz sprawniej odtykał, a ciało wypoczywało lepiej w nocy. Spał dużo porządniej, niż w dzień, w którym wydarzył się wypadek. Oczy nie szczypały go tak, jakby wgapiał się całymi dniami w słońce od momentu wyłonienia się z jaskini. Mimo że zioła mu pomagały, nadal czuł wyrzuty sumienia, iż musiał je spożyć.
— Ja… bardzo tęsknię za moim bratem. Czuję, że nie powinienem, ale nie potrafię z tego zrezygnować. Mam wrażenie, że nie doceniałem wystarczająco jego obecności, gdy był tu jeszcze z nami — miauknął jej cichutko, uprzednio rozglądając się, czy ktokolwiek podsłuchiwał. Kremowy nie miał dobrej opinii w klanie, odkąd rządy obrał Mirtowe Lśnienie. Trójoki Zając długo próbował wmówić sobie, że tak właśnie musiało być. Że nie tęsknił za nim i taka była kolej rzeczy, nie potrafił jednak wiecznie trwać w takim nastawieniu. Było ono okrutne i niezgodne z tym, co czuł. Jagnięcy Ukłon otuliła go ogonem. Przy niej czuł się tak, jak kocię przy swojej matce. Prawdopodobnie było to spowodowane jej podobieństwem, przynajmniej częściowym, szaty, do jego matki, Pikującej Jaskółki. Za nią również tęsknił, mimo że nie był nigdy idealnym synem. W pewnym momencie zaczął nawet zastanawiać się, czy zasługiwał na miano spokrewnionego z nią.
— Królicza Prawda musiał się dużo męczyć, zanim odszedł. Myślę, że możesz za nim tęsknić, w końcu jesteście rodziną, a rodziny się nie wybiera. Pamiętaj jednak, że twoja lojalność musi pozostać klanowi — powiedziała mu, a wojownik zastanawiał się przez jakiś czas, czy faktycznie tak mu poradziła, czy jedynie sobie to wymyślił, wyobrażając sobie głos matki. Ona nigdy nie była aż tak troskliwa, jednak jej obraz, jaki zapamiętał, został nieco zniekształcony z biegiem czasu. — Straty nigdy nie są proste, trzeba jednak wiedzieć, że życie przeszłością nigdy nie zapewni ci spokoju. Oczywiście, wymaga to sporej pracy nad sobą… dlatego też dobrze, że się tym ze mną dzielisz. Jako twoja przyjaciółka i medyczka, powiem ci, że jest to pierwszy krok do polepszenia — każde słowo wypowiadała delikatnie. Wiedziała, że to był ciężki temat i Trójokiego Zająca wiele kosztowało, żeby się przed kimś otworzyć w ten sposób. Odczuwał jednocześnie wyrzuty sumienia, bo może nie powinien nikomu o tym mówić? W końcu co, jeśli przez takie myśli był nielojalny klanowi? Nie chciał dorzucać kotom ewentualnych powodów, dla których mogliby go znienawidzić. — Możesz mieć pewność, że ze mną twoje słowa będą bezpieczne. Dziękuję, że mi na tyle ufasz.
— Odkąd zostałem ojcem, mam wrażenie, że nie mam prawa czuć się źle. Nie chcę nikogo kłopotać, a w szczególności mojej rodziny — szepnął jeszcze, nie mając pewności, czy kobaltowooka to usłyszała. Oczy zaczęły go delikatnie szczypać, dlatego też przetarł jedno z nich łapą i przełknął ślinę, próbując się uspokoić.

Koniec sesji

Od Trójokiego Zająca CD. Ćmiej Łapy

Chwilę później

Ćmia Łapa w pewnym momencie również się przysunęła, muskając futrem boki rodziców. Trójoki Zając objął ją łapą, tuląc do siebie ciasno. Nadal drżała niczym osika smagana mocnym wiatrem. Ciepło rodzica zdawało się, dołożyło jej pewnej dawki otuchy, a przynajmniej tak chciał myśleć.
— Już wszystko dobrze, już dobrze. — Zaczął delikatnie nią kołysać, jak za czasów kocięcych, jakby próbował sprawić, by rozluźniła mięśnie i może nawet się przespała. Nie chciał, żeby była przemęczona następnego dnia, mimo że jej umysł z pewnością przyćmiewało zmartwienie. Nie był pewien, czy Kukułczemu Wdziękowi udało się zasnąć, czy jedynie potrzebowała chwilowej drzemki albo oddania się ciszy panującej w legowisku. Nie mógł wiedzieć, czy Firletka nie obudzi się niedługo z kolejnym wrzaskiem bólu ani, czy jego łapa zagoi się poprawnie. Jedynym, co mógł teraz zrobić, to spróbować jakoś pocieszyć jedno ze swoich kociąt. — Świetnie się spisałaś — mruknął do młodej jeszcze, uśmiechając się smutno. Zaczął mruczeć pod nosem, odnosząc wrażenie, iż ta metoda działała. Jagnięcy Ukłon ułożyła się w swoim posłaniu wygodnie, obserwując ich jeszcze, co nie przeszkadzało mu szczególnie. Uczennica przymrużyła oczy, układając się wygodniej i wtulając w ojca. Głucho westchnął z ulgą. Jej bok zaczął delikatnie unosić się, a potem opadać.
Tak bardzo chciał porozmawiać teraz z synem, ale nie było to możliwe w żaden sposób. Chciał, żeby odpoczywał jak najwięcej i szybko wrócił do zdrowia. Był gotów zrobić wszystko, byleby wszystko wróciło do normy. Nie miał jednak świadomości, że nic nie mogło być już takie, jak wcześniej. Kukułczy Wdzięk położyła głowę na łapach, przymykając oczy, gdy zielone ślepia kocurka, na nowo się przymknęły. Trójoki Zając zaś polizał Ciemkę parokrotnie pomiędzy uszami, w celu dodania jej otuchy.

***

Teraźniejszość

Wraz z Porą Opadających Liści, przyszła pora na kolejną sesję rehabilitacyjną Firletkowej Łapy. Trójoki Zając był stałym bywalcem legowiska medyka i próbował przeprowadzać wszelkie konwersacje z niebieskim, odkąd tylko się przebudził i poczuł na tyle dobrze, żeby wypowiadać sensowne słowa. Kremus zetknął się nosami z Kukułczym Wdziękiem, która właśnie wybierała się na poranny patrol. Po chwili jednak spojrzał na swoje łapy ze wstydem. Od jakiegoś czasu towarzyszyły mu nieznane objawy, które z jednej strony go martwiły, a z drugiej… nie miał prawa obarczać tym nikogo. To nie on był pokrzywdzony, nie chciał, żeby uwaga została skupiona na nim, skoro nie potrzebował pomocy. Bał się jedynie, że myśli “czy jestem chory?” były prawdą. Z każdym dniem, ilekroć odmawiał przyjęcia ziół ze strony medyczek, mówiąc, żeby przeznaczyły je na leczenie Firletkowej Łapy, czuł z tego powodu również wyrzuty sumienia – co, jeśli sprawiał im jedynie kłopot? Chłodne i mroźne, acz kolorowe dni nowej pory przyprawiały oko o zachwyt, a w sercu kwitło ciepłe uczucie.
— Gdy tylko wrócisz, opowiem ci o wszystkim, skarbie — obiecał liliowej.
— Trzymam cię za słowo. Do zobaczenia — zatrzymała się na ułamek sekundy. — Czuwaj nad nim.
Codzienne obowiązki były dobrym sposobem na odsunięcie myśli od czegoś, co je stale i dość sprawnie pochłaniało. Coś połaskotało go po nosie, wprawiając go w charakterystyczne nabranie powietrza, a potem kichnięcie, wydalając z nozdrzy nadmiar. Poczuł suchość w gardle, następnie zaniósł się lekkim kaszlem, który sprawił, iż przechodzące obok niego koty odsunęły się trochę. Nie był pewien, czy powinien jakkolwiek to komentować, dlatego też nie zrobił z tym faktem nic i skierował się prosto do lecznicy. W wejściu odszukał wzrokiem synka, który właśnie niechętnie przebierał pazurem w leżącej przed nim nornicy. Apetyt nadal nie dopisywał mu za bardzo, ale najważniejsze, że jadł cokolwiek. Skinieniem głowy przywitał się z każdym kolejno, a kobaltowooka, zauważywszy go, ruchem ogona poleciła mu, żeby poszedł za nią. Kocur spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem, lecz nie protestował. Odeszli na boczek, w miejsce, w którym nikt by ich nie słyszał. Przysiadł obok medyczki.
— Jagnięcy Ukłonie, czy są jakieś postępy? Jak się czuje Firletka? — wychrypiał, gardło zaczęło go piec intensywnie wraz z wypowiedzeniem tych słów. Przełknął ślinę, aczkolwiek to przyniosło ulgę tylko na parę uderzeń serca. Skrzywił się nieznacznie. Kocica spojrzała na niego, delikatnie zmartwiona.
— Bardzo powoli, ale uczy się na nowo równowagi, odkąd stracił łapę. Nie mogę ci obiecać, że nauczy się ponownie chodzić w dwa księżyce, ale przy odpowiedniej opiece jestem pewna, że wyzdrowieje — mruknęła, przybierając poważniejszą mimikę. — Co ci doskwiera, Trójoki Zającu? Od jakiegoś czasu cały czas prychasz i kichasz — zauważyła słusznie, słownie przypierając go lekko do muru. Czy to był znak, że może rzeczywiście nie wymyślał sobie?
— Sam nie wiem… Ja… nie czuję się inaczej niż wcześniej. Myślę, że związane to jest z nagłym spadkiem temperatury. Nie powinniście marnować na mnie ziół. Firletkowa Łapa dużo bardziej ich potrzebuje, szczególnie teraz — powiedział, skrępowany. Źrenice starszej zwęziły się. Nie był nigdy dobry w kłamaniu.
— Trójoki Zającu, doskonale wiesz, że z chorobami nie ma żartów. Nie możemy pozwolić na to, żeby w obozie wybuchła epidemia. Musisz odsunąć swoją dumę na bok, pomyśl o innych. — Zastrzygła wąsami, widać było, że nie zamierzała mu odpuścić. Ale czy naprawdę był chory? Może to faktycznie związane było ze zmianą pory roku? W końcu podczas Pory Opadających Liści robiło się dużo chłodniej i było ciągle mokro. Naprawdę nie chciał, żeby zabrakło roślin, które mogliby przeznaczyć na leczenie jego syna. Zgarbił się lekko, wyglądając na odrobinę mniejszego i zerknął na własne łapy z zawstydzeniem.
— Nie nazwałbym siebie dumnym… Jagnięcy Ukłonie… — Przełknął nerwowo ślinę. Nie chciał, żeby ktokolwiek pamiętał o tamtych czasach. Nie był z nich dumny, ale, tak naprawdę, nawet gdyby otrzymał możliwość namieszania we własnym losie kosztem niezwykle ważnych dla niego obecnie kotów, nie zmieniłby we własnej przeszłości nic. Miał świadomość, że to właśnie dzięki niej był obecnie tutaj, aczkolwiek sama rozmowa o jego bezmyślnej ucieczce, a także zażyciu nadmiaru kocimiętki była na tyle krępująca, iż bardzo starannie dobierał słowa, żeby młodsze pokolenie się o tym nie dowiedziało. Koty, które raz zażyły kocimiętki, nierzadko szukały tego poczucia rozluźnienia i ukojenia, jednak na marne. Bał się, że kiedyś złamie obietnicę złożoną własnej partnerce. Nie wolno mu było.
— Ja nie mogę spożywać ziół. Boję się — powiedział oszczędnie, licząc na to, że kremuska zrozumie, co miał na myśli. Zauważywszy jednak początkowe skonfundowanie na jej pysku, speszył się. — Nie chcę powtórzyć moich błędów z młodzieńczych lat. Boję się, że jeśli przyjmę medykamenty, zacznie mnie ciągnąć do tego, co czułem tamtego dnia. To był jeden z najgorszych dni w całym moim życiu — nakierował ją, jednocześnie spowiadając się tylko częściowo z czegoś, o czym zielarka musiała sobie najwidoczniej przypomnieć, ponieważ już uderzenie serca później położyła ogon na jego barkach.
— Jesteś innym kotem, niż byłeś ponad dwadzieścia księżyców temu. Nabrałeś rozumu i z powrotem zapracowałeś sobie na swoje imię i miejsce w Klanie Klifu. Zobacz, jak daleko zaszedłeś. Możesz być z siebie dumny — wypowiedziała spokojnie słowa, a zielonooki patrzył się na nią jeszcze przez moment. Poczuł zakłopotanie, chyba tylko ona była w stanie zrozumieć coś tak okropnego, czego dopuścił się kiedyś. Do tej pory miał do siebie wyrzuty sumienia z tego powodu, mimo że tak starannie stronił od spożywania kocimiętki. — Musisz jednak zrozumieć, że jeśli nie wyleczymy twojej dolegliwości już teraz, może się ona przenieść na naszych pobratymców, a nawet na Firletkową Łapę, który obecnie ma obniżoną odporność przez osłabienie. Nie możesz go odwiedzać, dopóki nie wyzdrowiejesz.
Wraz z tymi słowami, Trójoki Zając poczuł, jak zapada mu się serce.
— Ale… ale ja muszę go odwiedzać. Nie mogę pozwolić na to, żeby o mnie zapomniał — wydobyło się z jego gardła smutne mruknięcie, pełne goryczy. Szczerze się bał, że jeśli ominie, chociażby jeden dzień rehabilitacji, szary nie będzie miał pojęcia, że rozmawiali wczoraj. Już teraz było trudno o to, żeby pamiętał, aczkolwiek nowa rutyna, do jakiej próbował się przyzwyczaić, napawała wojownika pewnego rodzaju spokojem, a tak bardzo go teraz potrzebował.
— Dlatego, jeśli go kochasz, musisz zadbać o siebie. W legowisku medyka jest jeszcze Ćmia Łapa, rozmawiają niemalże codziennie — zapewniła go, podnosząc się ze swojego miejsca. Podniósł łeb i spojrzał na nią, spanikowany.
— Proszę, tylko nie przynoś mi kocimiętki.
— Zobaczę co mamy w składziku. Zaczekaj tutaj. — Po tych słowach ruszyła z powrotem do jamy, a Klifiak miał wrażenie, jakby wywrócono jego świat do góry łapami. Serce mu przyspieszyło bicia, a w gardle pojawiła się nieprzyjemna gula. Nie wolno mu było spożywać kocimiętki, jednocześnie nie chciał nikomu zaszkodzić. Nigdy by nawet o czymś takim nie myślał! Zatem dlaczego czuł ogarniające go wyrzuty sumienia, że jednak, mimo wszystko, nie zapytał, czy objawy te nie były czymś nietypowym? Może dlatego medyczki tak pilnie mu się przyglądały oraz przysłuchiwały, jakby chciały mieć najpewniejszą pewność, że doskwierała mu choroba, a nie wymysły. Po chwili z jamy wyszła Jagnięcy Ukłon, a tuż za nią Ćmia Łapa. Kremuska wyprzedziła swoją mentorkę, w paru susach docierając do ojca i zadzierając łeb ku górze, żeby na niego spojrzeć z lekko naburmuszonym wyrazem pyszczka.
— Tato, dlaczego nie zgłosiłeś się do nas wcześniej? — zapytała, po chwili jednak tuląc się do jego boku. Zając otworzył pysk, ale nie wydobyło się z niego nic. Tak naprawdę nie był w pełni pewien dlaczego. Czy jego powód był wystarczająco ważny? Jagnięcy Ukłon położyła przed nim zmarnowane, wyschnięte łodyżki porośnięte przez różowe kwiaty. Zawęszył, jednak przez zapchany nos nie był w stanie stwierdzić, czy podano mu kocimiętkę, czy inne zioło. Wahał się przez jakiś czas, analizując szanse na to, że pręguska zignorowała jego błagalną prośbę. Nie zrobiłaby mu tego, nie… Nie… kocimiętka zabarwiona była chyba na fioletowo. Tak przynajmniej próbował siebie pocieszyć. Schylił się i pochwycił medykament, po chwili żując go dokładnie. Przyćmiony, korzenny i lekko miodowy posmak rozpłynął mu się po podniebieniu. Czując to, odetchnął z ulgą. Smakowało inaczej niż kocimiętka.
— Dziękuję. — Pochylił łeb przed kocicą o kobaltowych oczach. Spojrzał na Ćmią Łapę, która pilnowała również, czy ojciec zjadł przydzieloną mu dawkę. — Przepraszam, że cię martwię, skarbie. — Polizał ją w ramach rekompensaty po głowie. — Czy Firletkowa Łapa powiedział ci dzisiaj coś nowego?
Ćmia Łapa spochmurniała lekko.
— Nie, nadal to samo. Mam nadzieję, że z czasem mu się polepszy. Niewiele pamięta — westchnęła, sadowiąc się obok ojca. Kocur, gdyby tylko miał dłuższy ogon, otuliłby nim córeczkę.
— Robisz, co tylko możesz. Myślę, że nawet jeśli teraz nie jest tak, jak wcześniej, to z pewnością czuje wdzięczność, że się nim tak dobrze opiekujecie — próbował ją pocieszyć, nie chcąc widzieć kremuski ze smutkiem na pyszczku. Miał wrażenie, jakby samemu lada moment mógł się rozpłakać z dokładnie tego samego powodu. Mimo ciężaru na sercu nie wolno mu było. Musiał, chociaż on być silny, jako ojciec i partner.
— Kocham cię, tato — wydobyło się ciche miauknięcie, poparte po chwili przez pomrukiwanie. Trójoki Zając poczuł, jak ślepia mu się samoistnie zaszkliły. Sam nie był pewien, czy to dlatego, że miał wrażenie, iż nie zasługiwał na takie słowa, czy może dlatego, że był szczęśliwy i dumny ze swoich dzieci, mimo wszystkich tych przykrości. A może spowodowane było to dolegliwością, która mu doskwierała do tej pory. Poruszył delikatnie wąsami.
— Też cię bardzo kocham, Ciemko.

Wyleczeni: Trójoki Zając

<A jak ty się z tym wszystkim czujesz, córeczko?>

Od Trójokiego Zająca CD. Firletkowej Łapy

Trójoki Zając widział, jak drobne ciało syna zsunęło się z klifu i zniknęło mu z pola widzenia. W dwóch susach dotarł nad tą samą przepaść, niemal samemu również nie spadając. Kawałki ziemi osunęły się spod jego łap, a na dół posłał maleńkie kamyczki. Wąsy zafalowały mu na wietrze wraz z futrem na piersi. Zamiast obserwować, jak kocurek upada w dół i uderza o grunt, zaczął gorączkowo rozglądać się za najbliższym zejściem w dół i pognał w tamtym kierunku ile sił w łapach, po chwili usłyszawszy, że jego partnerka ruszyła tuż obok niego. Przez całe to zamieszanie nawet nie wziął pod uwagę ryzyka, z jakim wiązało się takie gnanie tuż przy krawędzi przepaści. Warkot morza zagłuszył krzyk Firletkowej Łapy. Czuł wiatr na wąsach, serce gnało mu galopem, prawdopodobnie szybciej, niż jego łapy stykały się z gruntem. Czy jego syn przeżył taki upadek? Czy zdąży dobiec na czas? Znalazłszy się wystarczająco nisko, zeskoczył na piasek i z szarpnięciem zakręcił. Kukułczy Wdzięk wyprzedziła go, dotarła jako pierwsza do niebieskiego. Firletka leżał tuż obok kamienia, z głowy spływała mu strużka krwi, a łapa była nienaturalnie wygięta. Liliowa kocica pochyliła się przed jego pyszczkiem, sprawdzając, czy oddychał. Łapę położyła delikatnie na jego klatce piersiowej, a wojownik patrzył na syna z szeroko otwartymi oczami, obawiając się najgorszego. Widok krwi sprawił, że serce mu się zapadło, a z żalu napłynęły myśli, że gdyby tylko pilnował go lepiej, gdyby tylko nie pozwolił mu się zbliżyć aż tak blisko krawędzi… To wszystko było jego winą. Jeden… dwa… trzy… dlaczego w ogóle zgodził się na ten spacer? Gdyby tylko wiedział, że stanie się mu taka krzywda… cztery… pięć… sześć… kremowy, pręgowany klasycznie bok unosił się nerwowo, a potem opadał na uderzenie serca tylko po to, żeby wznieść się na nowo. Siedem… osiem…
— Trójoki Zającu!
Spojrzał na szylkretkę, gdy zorientował się, że coś do niego mówiła. Zmarszczyła brwi. Nie mieli czasu do stracenia, nie mogli go tak marnować… nie mógł go tak marnować. Zaczął sapać, nabierając łapczywie oddechy. Dawno nie wpadł w taki stan, jednak to nie on był tutaj pokrzywdzony, jakim był egoistą, zachowując się w ten sposób.
— Biegnij po pomoc!
— Musimy go przetransportować do obozu! On… on… — zamiauczał gorączkowo, przeskakując ślepiami to na leżącego, to na swoją partnerkę, nie mogąc widocznie się uspokoić. Kocica strzepnęła nerwowo końcówką ogona. Fale morza, wzburzone, obijały się o piaszczysty brzeg, mocząc go słoną cieczą. Klangor mew niósł się echem po wysoko pnących się klifach. Ptaki o rozłożystych skrzydłach krążyły nad wodą, jakby obserwowały całe to zajście. Gdyby nie przytrafiła się tragedia, nazwałby to miejsce nawet urokliwym.
— Pomóż mi go ułożyć na plecach — poleciła mu, a Trójoki Zając, wahając się przez moment, skinął głową. Kukułczy Wdzięk była od niego szczuplejsza, ale nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Musieli mu pomóc. Zaczął przeklinać siebie w myślach za to, że nigdy nie interesował się ziołami. Tak bardzo by mu się to teraz przydało… Poczuł nawet, że jego stronienie od spożywania ich było w tej chwili godne mysiego móżdżka, jednak nie bez powodu ich przecież unikał. Obiecał Kukułce i trzymał się tego do tej pory. Chwilę będą musieli go ponieść razem, a potem zajmą się nim ci, którzy się na tym znali. Chwycił go najostrożniej, jak potrafił za skórę na karku, uważając przy tym, żeby nie pogorszyć stanu jego łapy. Nie wiedział, czy uraz głowy był na tyle poważny, że nie mogli go przenieść. Musiał zaryzykować. Gdy łaciaty znalazł się na grzbiecie szylkretki, Trójoki Zając stanął tuż obok niej, sporą część ciężaru przenosząc na siebie. Ruszyli na tyle szybko, na ile pozwalały im łapy, a także równowaga, w stronę obozu. Trójokiego Zająca oblał zimny pot, miał wrażenie, że ilekroć myślał o stanie syna, łapy same uginały się pod nim. Nie wolno mu było teraz się poddać. Musiał być silny, dla swojej rodziny. Firletka go potrzebował.
W oddali zaczął malować się wysoko postawiony wodospad. Przez całą drogę dwójka nie mówiła do siebie nic, Zając nie był nawet pewien, czy powinien cokolwiek mówić. Wiedział, że w umyśle jego partnerki musiało zachodzić obecnie wiele myśli w jednym czasie, dlatego też nie chciał jej dokładać własnej dawki zmartwień, musiał jakoś sobie z nimi poradzić. Przeszli sprawnie przez tunel i znalazłszy się wystarczająco blisko legowiska medyka, Trójoki Zając oddał swoją część syna na barki partnerki, wparowując pospiesznie do środka jamy. Wewnątrz zastał całą trójkę medyczek. Woń strachu była u niego tak wyraźna, że zaalarmowała jeszcze parę kotów, z którymi nie miał nawet czasu rozmawiać.
— Jagnięcy Ukłonie, pomocy! Firletkowa Łapa spadł z klifu! — krzyknął. Ćmia Łapa, która do tej pory wyglądała na senną, teraz wyraźnie pobladła na licu. Jagnięcy Ukłon momentalnie poderwała się ze swojego miejsca, jakby rozglądając się za poszkodowanym. W umyśle kocura krążyło na tyle wiele myśli, że nie był w stanie wykrztusić z siebie nawet pomruku więcej, przynajmniej teraz. W gardle zacisnął mu się mocny supeł, a krótki ogon podrygiwał z podenerwowania. Cała ta reakcja, wszystko, trwało dla niego wieczność.
— Czy już poszedł ktoś tam do niego? — zapytała, a serce wojownika zapadło się. Nie mieli na to czasu! Trzeba było mu pomóc!
— Tak, Kukułczy Wdzięk. Jagnięcy Ukłonie, proszę, pomóż nam! — wydobył z siebie jeszcze ledwo, wyglądając teraz wyjątkowo żałośnie, a przynajmniej w ten sposób się czuł. Niczym zagubione kocię we mgle. Nim się zorientował, Księżycowa Aldrowanda wyszła z legowiska i pomogła bezpiecznie przetransportować ucznia, układając go teraz delikatnie na posłaniu. Całej tej akcji kocur przyglądał się tak, jakby był jedynie obserwatorem. Czuł się oderwany od rzeczywistości, a jego umysł przysłoniła swego rodzaju mgła. Jagnięcy Ukłon wydawała jakieś polecenia, które nie docierały do jego uszu. W pewnym momencie poczuł, jak ktoś szturcha go lekko w bark, z pewnością niecelowo, a dlatego, że wybrał sobie niefortunny skrawek. Jak z tym wszystkim czuła się Ćmia Łapa? Kukułczy Wdzięk? Spojrzał na szylkretkę. Czy była na niego zła? Nie byłoby to dziwne, w końcu to on nie upilnował ich syna. Pozwolił na to, żeby spadł z klifu. Jakim ojcem był? Czy mógł siebie jeszcze nazywać tym mianem?
Kremuska, mimo że radziła sobie w porządku z wydanymi jej poleceniami, wyglądała z jednej strony na zagubioną. Łapy jej się trzęsły, wydawała się nieobecna. Gdy Trójoki Zając słuchał o złamaniach ze strony Księżycowej Aldrowandy, przysunął się do Kukułczego Wdzięku i zerknął na nią, jakby upewniając się, czy było to w porządku. Wreszcie, wtulił się lekko w jej bok, próbując dodać zarówno liliowej, jak i sobie otuchy. Z każdym kolejnym ruchem, przeżutym ziołem, Ciemka wydawała się coraz bardziej zagubiona. Kocur, gdyby tylko mógł, zabrałby ją stąd i nie pozwolił, żeby patrzyła na krzywdę brata. Rola medyka jednak na to nie pozwalała… kto wie, może w przyszłości będzie musiała opatrzyć nawet i jego?

***

Kto by pomyślał, że sielankowy dzień, podczas którego Firletkowa Łapa tak doskonale się wykazał, przynosząc do azylu parę gryzoni, skończy się taką tragedią? Trójoki Zając z żalem spoglądał na ryjówkę, która pozostała na stercie. Wiewiórką zajęły się karmicielki. Na samą myśl oczy zaczynały go szczypać, a serce przyspieszyło bicia. Kukułczy Wdzięk nie chciała opuszczać boku syna, a kremowemu nakazano ochłonąć poza jamą. Gdyby tylko mógł, zamieniłby się z nim miejscami. Przed niebieskim było przecież jeszcze całe życie. On miał za sobą już tak wiele, że gdyby wylądował w legowisku starszyzny, może i by stracił, ale z pewnością mniej, niż jego syn. Jeśli to było złamanie, nie wszystkie goiły się tak wspaniale, jak mógłby sobie tego życzyć.
— Klanie Gwiazdy, proszę, czuwaj nad moim synem. Jest jeszcze taki młody, jeszcze tyle przed nim. Czym on mógł zawinić? — szepnął do siebie, zamykając oczy i kładąc uszy po sobie. Jeśli obserwowano go ze Srebrnej Skóry, chciał wierzyć, że przodkowie mogli zrobić cokolwiek, co pomogłoby szaremu. Ryk wodospadu zagłuszał wszelki śpiew świerszczy na zewnątrz, Trójoki Zając nie był nawet pewien, kiedy czas tak zleciał. Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, rzucając długie cienie wewnątrz jaskini Klifiaków. Pręgus nie czuł nawet odrobiny zmęczenia, jego umysł pochłonięty został przez obawy o Firletkę. Wcześniej, Przepiórcza Wichura próbowała z nim rozmawiać, aczkolwiek ich konwersacja była zdawkowa, głównie z jego strony. Wreszcie, szylkretka westchnęła i gdy spróbowała również wejść do legowiska medyka, została grzecznie poproszona o to, żeby wyszła. Jedynie Kukułczy Wdzięk trzymała się pozostania u boku Firletki na tyle, iż uzdrowicielki w pewnym momencie się poddały, pozwalając jej na to. Jagnięcy Ukłon wyłoniła się z wnętrza i przez parę uderzeń serca szukała czegoś wzrokiem, aż wreszcie zawiesiła go na czekającym kocurze. Podeszła do niego spokojnym krokiem, a zielonooki śledził każdy jej ruch. Przysunął się do niej, patrząc na starszą, jakby spodziewał się werdyktu.
— Udało nam się doprowadzić stan Firletkowej Łapy do stabilnego, jeszcze się nie obudz-...
Już miał kiwać głową ze zmartwieniem, gdy do jego uszu dobiegły słowa:
— Jagnięcy Ukłonie, obudził się! — Z wewnątrz zawołała Księżycowa Aldrowanda, a Trójoki Zając momentalnie poderwał się na łapy, wchodząc przed medyczką do środka. Kukułczy Wdzięk siedziała tuż obok, a kocur ułożył się tak blisko, jak tylko był w stanie. Firletkowa Łapa, wraz z uchyleniem powiek stęknął, z pewnością dotarł do niego ból. Serce zastukało mu boleśnie, nie mógł patrzeć na cierpienie syna. Po paru uderzeniach serca wzdrygnął się i wrzasnął na tyle głośno, że kremusowi podniosło się krótkie futro na karku.
— Synu? — miauknął do niego niepewnie, gdy niebieski umilkł i mrugał nieprzytomnie oczami. Kukułczy Wdzięk położyła delikatnie poduszkę łapy na jego boku, jednak uczniak nawet nie zareagował. Jęknął i przestał, cokolwiek próbował zrobić.
— Nie wiem, czy cię słyszy — powiedziała smutno, przenosząc na moment spojrzenie z syna, na partnera.
— Możliwe, że zioła powoli przestają działać. Damy mu następną dawkę niedługo, żeby mógł jeszcze pospać. Sen najlepiej regeneruje ciało, w tym umysł — poinformowała ich Jagnięcy Ukłon, a kocur pokiwał głową. Jeśli dzięki temu Firletka by nie cierpiał, to chciał, żeby zrobiono wszystko, co tylko było możliwe, żeby mu pomóc w wyzdrowieniu. Spojrzał na wszystkie te opatrunki i zioła, martwiąc się o niego bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Ćmia Łapa w pewnym momencie również się przysunęła, muskając futrem boki rodziców. Trójoki Zając objął ją łapą, tuląc do siebie ciasno. Nadal drżała, niczym osika smagana mocnym wiatrem. Ciepło rodzica, zdawało się, dołożyło jej pewnej dawki otuchy, a przynajmniej tak chciał myśleć.
— Już wszystko dobrze, już dobrze. — Zaczął delikatnie nią kołysać, jak za czasów kocięcych, jakby próbował sprawić, by rozluźniła mięśnie i może nawet się przespała. Nie chciał, żeby była przemęczona następnego dnia, mimo że jej umysł z pewnością przyćmiewało zmartwienie. Nie był pewien, czy Kukułczemu Wdziękowi udało się zasnąć, czy jedynie potrzebowała chwilowej drzemki albo oddania się ciszy panującej w legowisku. Nie mógł wiedzieć, czy Firletka nie obudzi się niedługo z kolejnym wrzaskiem bólu ani czy jego łapa zagoi się poprawnie. Jedynym, co mógł teraz zrobić, to spróbować jakoś pocieszyć jedno ze swoich kociąt. — Świetnie się spisałaś — mruknął do młodej jeszcze, uśmiechając się smutno. Zaczął mruczeć pod nosem, odnosząc wrażenie, iż ta metoda działała. Jagnięcy Ukłon ułożyła się w swoim posłaniu wygodnie, obserwując ich jeszcze, co nie przeszkadzało mu szczególnie. Uczennica przymrużyła oczy, układając się wygodniej i wtulając w ojca. Głucho westchnął z ulgą. Jej bok zaczął delikatnie unosić się, a potem opadać.
Tak bardzo chciał porozmawiać teraz z synem, ale nie było to możliwe w żaden sposób. Chciał, żeby odpoczywał jak najwięcej i szybko wrócił do zdrowia. Był gotów zrobić wszystko, byleby wszystko wróciło do normy. Nie miał jednak świadomości, że nic nie mogło być już takie, jak wcześniej. Kukułczy Wdzięk położyła głowę na łapach, przymykając oczy, gdy zielone ślepia kocurka na nowo się przymknęły. Trójoki Zając zaś polizał Ciemkę parokrotnie pomiędzy uszami, w celu dodania jej otuchy. Była to jego wina i nie wolno mu było dopuścić do tego, żeby więcej rzeczy poszło nie tak z jego powodu. Oby tylko jego rodzina go nie znienawidziła… Oby Firletkowa Łapa wyzdrowiał.

<Poznajesz mnie, synu?>
[1918 słów - trening Firletkowej Łapy]

Od Iglaka (Iglastej Łapy) do Ognikowej Słoty

Przeszłość

Iglak wrócił zaintrygowany rozmową z Kamiennym Piórem, którego dorwał kilka uderzeń serca temu na polanie głównej. Kocur wspominał coś o innym miejscu, o którym nigdy wcześniej nie słyszał, a dokładniej był nim Klan Gwiazdy. Czy to kolejny klan, który istniał w lesie? Jeśli tak, to czemu nikt o nim mu wcześniej nie wspomniał? Wiedział już o Klanie Nocy, Klifu i Burzy oraz jakiejś głupkowatej grupie samotników o nazwie Owocowy Las. Opowieści o tych kotach były jakże interesujące, szczególnie jeśli chodziło o przeżycia ze zgromadzeń.
— Mamo! — miauknął głośno, zwracając tym samym uwagę już zirytowanej szylkretki. — Co to Klan Gwiazdy?
Zaskoczenie oraz złość, jaką ujrzał na pysku matki, go wystraszyła. Wrósł w ziemię niczym drzewo, gdy matka do niego dopadła.
— Kto ci powiedział o Klanie Gwiazdy? — mruknęła, wzrokiem przeczesując polanę.
Iglak niewiele się zastanawiając, wskazał ogonkiem na Kamienne Pióro.
— Tylko wspomniał, że jego rodzina w to wierzy. Czy to normalne?
Ognikowa Słota popatrzyła na niego przeciągłym spojrzeniem swoich brązowych ciemnych oczu. Iglak miał wrażenie, że patrzył w otchłań. Matka pokręciła głową i ciałem zasłoniła wyjście ze żłobka.
— Nie, nie jest to normalne. Jednak nie musisz się tym przejmować teraz. Dostajesz jednak szlaban. Iglaku, nie możesz wychodzić ze żłobka przez trzy wschody słońca — fuknęła szylkretka.
— Co?! Jak to! — prychnął w złości. Czemu niby miał kiblować w nudnym legowisku?! To, że porozmawiał z wojownikiem, czyniło go gorszym? — Tylko rozmawiałem z Kamiennym Piórem. Czy czasem on nie jest dobrym wojownikiem Klanu Wilka?
— Nie pyskuj, Iglaku — odpowiedziała Ognikowa Słota, całkowicie niewzruszona złością dymnego.
Koszmar i Zamroczka tylko spojrzeli na niego i zaczęli chichotać pod nosem. Spojrzał na nich spod byka. Miał nadzieję, że rodzeństwo kiedyś w przyszłości również zajdzie za skórę jednej z ich matek. Najlepiej Ognikowej Słocie, żeby im też uszy zwiędły.

< Ognikowa Słoto? >
🌲

Od Wesołej Łapy CD. Niedźwiedziówkowego Pyłu

Niebieska kociczka siedziała i patrzyła tępo na ogołocone krzewy nieopodal obozu. Kiedy rozległ się głos obok niej, zaskoczona podniosła wzrok na tego kogoś.
— Och, kogo ja tu widzę. Czyżbyś zdążyła już dorosnąć, Rzekotko? — zapytała, jak się okazało, Niedźwiedziówkowy Pył.
Wesoła Łapa zmrużyła oczy. Czy ona… była dla niej miła?! Cóż to za święto! Wooooaaah!
— Ohoooo! — Rzekotka miauknęła przeciągle, ale pogodnie. — Ty jesteś jakaś taka dzisiaj w fajnym humorku!
Po chwili dotarły do niej słowa przerażającej wojowniczki.
— A urosłam! Jestem już prawie taka duża, jak Ropuszka! Mamusia mówi, że będę wysoka jak tatuś, ale muszę jeszcze poczekać, aż będę dorosła! — zaczęła swoją paplaninę. — Ale dorosła będę jak będę mieć mianowanie i takie długie imię jak Wy! A Pan Książę Rogaty Flaming bierze mnie na treningi i on to dopiero ma dłuuuugaśne imię. Czasem ciężko mi je wymówić! A czasami. — Tutaj zniżyła głos. — Kiedy nie ma go w pobliżu, to skracam troszkę jego imię! Iiiiii tylko nie mów mu o tym, bo to sekret jest!

~*~

Rzekotka wciąż była uczniem, pomimo że jej siostry zostały mianowane. Żabie Oko to w ogóle prędziutko zakończyła trening. Rzekotce było smutno, że teraz musiała już być kompletnie sama w tym legowisku z innymi uczniami. Przyjęła sobie za cel postaranie się na treningach, żeby Pan Książę Rogaty Flaming zobaczył, jaka była uzdolniona i żeby została wreszcie mianowana! Ciekawe tylko… co musiała zrobić, żeby zrealizować ten niecny plan? Może zadawać więcej pytań? O! O! Albo może rozmawiać z innymi kotami, którzy by coś na ten temat wiedzieli?
W międzyczasie, kiedy akurat Rzekotki nie było w obozie, atak przypuściły wydry wraz z dwójką kotów, których okrzyknięto zdrajcami. Wesoła Łapa była bardzo smutna, kiedy wróciła, a obóz był w strzępach, leżały martwe ciała tu i tam… dużo krwi i sprzątania. Wtuliła się w ciało Ropuszego Skoku, która uspokajała jej napady płaczu. Okropne! Jak te wydry tutaj, zabłądziły? Dlaczego musiały umrzeć? Ojej, Ojej! A ta kotka, Stokrotka? Ona była przecież taka śliczna! Wesoła Łapa patrzyła na sprzątające koty i pociągała noskiem.
Następnego dnia, kiedy nieco opadły emocje, szła smętnie przez obóz. Swój puchaty ogonek ciągnęła po ziemi, aż nie wpadła na jakiegoś kota. Nigdy nie była zbyt uważna…
Podniosła wzrok, dostrzegając ten sam przerażający pysk. Poczuła dreszcz wzdłuż kręgosłupa, ale odczytała go jako łaskotki. Kąciki jej ust się uniosły. Może ona jej pomoże z misją szybkiego mianowania?
— Dzień dobry, eeee — przywitała się. — Pani z trudnym imieniem!
Dotknęła kotki łapką. Była od niej niższa, ale niedużo. A to znaczyło, że urosła i była bliska dorosłości!
— Czy eee — zaczęła ponownie. — Bo moje dwie siostrzyczki miały już mianowanie, a ja nie. No i ja bym chciała znowu spać z nimi razem, bo teraz jestem całkiem samiutka w tym uczniowskim krzaczku. Czy wie pani, jak szybciej mogę zostać mianowana? Chciałabym dostać takie długie imię jak wy! Czy mam zadawać więcej pytań? A może dać prezencik Mandarynkowej Gwiazdce? Jak Pani myśli? Ojej Pani twarz nadal jest straszna!

<Niedźwiedziówko?>
[480 słów]

Od Jesionowej Szadzi CD. Ognikowej Słoty

Przeszłość

Poród zbliżał się dużymi krokami. Brzuch Jesionki z każdym dniem nabrzmiewał, a ona sama czuła się coraz bardziej nieswojo. Bała się, że po porodzie ona, tak jak i jej matka kiedyś, nie będzie w pełni sprawna. Jesionowa Szadź nie była też konkretnie młoda, więc to dodatkowo tylko wzrastało jej przekonanie o krzywdzie. Nie mówiła jednak o swoich obawach partnerce i udawała, że ona nic tylko się cieszyła.
Ognikowa Słota, gdy tylko dwie kotki ogłosiły swoje ciąże, nagle się zainteresowała ich dwójką. Z wielką troską o przyszłych wojowników rozwijających się w łonach karmicielek zapewniała im najlepsze kąski i regularnie sprawdzała ich stan. Liliowa stała się odrobinę podejrzliwa wobec zachowania szylkretowej mistrzyni i otwarcie przyznała to Miodce, która poparła jej podejrzenia.
Pewnego ranka Jesionka się obudziła z okropnym uczuciem w żołądku. Czuła się, jakby jej wnętrzności miały się powykręcać i rozerwać. Nie mogła jeść, a gdy ją mdliło, to nie potrafiła niczego zwrócić. Ze łzami w oczach wiła się w posłaniu, a Miodowy Ul również nie czuła się zbyt dobrze. Po dłuższej chwili okazało się, że to poród. Widząc to, Ognikowa Słota wezwała Chudy Grzbiet i Cisowe Tchnienie. Podczas gdy Jesionka rodziła, Miodka również zaczęła. Jednocześnie medycy musieli odbierać dwa porody, lecz na ich szczęście w miocie liliowej znalazła się tylko jedna czarna koteczka. Narodziny kociąt Miodki trwały znacznie dłużej, ponieważ ich było aż trójka i wszystkie były kocurkami! Gdy wszystkie pyszczki przyczołgały się do sutków mam, wszyscy mogli odpocząć. Gdy medycy wychodzili ze żłobka, widocznie wycieńczeni robotą tamtego dnia, przyszła Ognikowa Słota i z uwagą przyjrzała się nowym pociechom Klanu Wilka.
— Gratuluję wam obu. — Powiedziała tylko krótko z uśmiechem i pozwoliła im wypocząć.

Teraźniejszość

Kocięta były już wystarczająco duże, by rozumieć to, co się do nich mówiło oraz wystarczająco sprawne, by robić ze żłobka piekło. Gdy brała im się ochota do zabawy, to rzucały się wszędzie i trzeba było pilnować, by nie podeptać któregoś malca przypadkiem. Jednak w tym chaosie to Ognikowa Słota widziała piękno; z wielkim zadowoleniem niejednokrotnie oferowała swoją opiekę nad pociechami karmicielek, by te mogły odetchnąć od nich i pójść na spacer. One nie potrafiły odmówić, bo były już wykończone wiecznym przesiadywaniem w kociarni.
Nim Jesionka wyszła ze żłobka, to jeszcze na moment się zastanowiła i podeszła do Słoty.
— Podziwiam to, że potrafisz wytrzymać z taką ilością kociaków — zaczęła z niepewnym uśmiechem. — Ale czy nie masz innych, ważniejszych obowiązków? — zapytała, a gdy uśmiech mistrzyni zrzedł, szybko dodała: — Nie że mam coś przeciwko po prostu… nie jestem pewna — westchnęła.
Mistrzyni tylko spojrzała się na nią wymownie.
— Myślę, że jesteś po prostu zmęczona tą duchotą. Idź się przejdź, i wypocznij — miauknęła z “troską”, lecz Jesionka wyczuła, że po prostu Słota chciała jej się stąd pozbyć. Liliowa poddała się i poszła za partnerką poza obóz.
Na spacerze kotki wreszcie zaznały świeżego, przyjemnego powietrza. Poranny deszcz nadał teraz cudownego klimatu, a chłodny wiaterek muskał ich sierści. Wszystkie troski się z nich zmyły jak krople wody po kaczkach. Skorzystały z chwil dla siebie, by się odrobinę pobawić i pogadać. Próbowały również zapolować dla rozrywki, lecz nie udało im się nic złapać.
Gdy wracały przed wieczorem, Jesionka przypomniała sobie o kociętach i o tym, że Słota się nimi opiekowała.
— Też myślisz, że to dziwne, że Ognikowa Słota tyle czasu spędza przy kociętach, a do tego czyichś kociętach? — spytała się.
— Nie myślałam o tym jakoś dużo. Fajnie, że pozwala nam odetchnąć — odparła Miodowy Ul, lecz gdy zobaczyła wątpliwy wyraz Jesionki, to się zatrzymała. — Martwi cię to?
— Sama nie wiem — westchnęła. — Lepiej chodźmy. Pewnie to nic takiego — przyznała i kotki wreszcie ruszyły do obozu.

<Ognikowa Słoto?>

Od Ślepowrona do Zwęglonej Kukułki

— Hahaha, mam cię! — pisnął bury kocurek, uśmiechając się triumfalnie.
— Pofarciło ci się — miauknął Ślepowron. — Zresztą, jakbym był taki duży, to też bym nie miał problemów z przewracaniem innych.
Dymny kociak wstał z ziemi i się otrzepał. Nie podobało mu się to, że przegrał ze swoim bratem. Noc powiedziała mu, że to nie jego wina, że zdarzało mu się tyle przegrywać, tylko jego łapy. Ale to nie była wina jego łapy! Nie mogła być! No bo co z tego, że jego lewa kończyna wyglądała trochę inaczej, niż ta prawa? Słysząc śmiech swego brata, który odwrócił się, by pobiec do innych kociąt, coś zawrzało w Ślepowronie. Nie może być lepszy!
Kocurek skoncentrował siłę w tylnych łapach, a następnie odepchnął się mocno, skacząc na grzbiet Niedźwiedzia. Buras pisnął z zaskoczenia, po czym stracił równowagę i wraz z bratem runął na ziemię. Ślepowron nie tracąc ani chwili, położył lewą łapę na głowie brata, nie pozwalając mu wstać.
— Aj! Już wystarczy, wygrałeś! — miauknął Niedźwiedź, nie mogąc się podnieść z ziemi.
Dymny uśmiechnął się do siebie. Wygrał! Wygrał, a jego przeciwnik prosił go o litość! Hahaha! Po paru sekundach w końcu zszedł z burasa, patrząc na niego z triumfem w oczach.
— Pilnuj tyłów, Niedźwiedziu — zaśmiał się, po czym wymaszerował dumnie ze żłobka.
Kocurkowi nadal nie wolno było wychodzić poza żłobek, ale nie dostał jeszcze nagany za siedzenie tuż przed nim. A siedząc tu, mógł obserwować życie klanu. Nie rozumiał z tego wszystkiego jeszcze za wiele, z tych wszystkich ról w klanie, ale już go to fascynowało. Już teraz pragnął, by stać się tak wielkim wojownikiem, jak jego ojciec.
Po chwili jego wzrok spoczął na dymnej szylkretce stojącej w rogu obozu. Widział już ją ze dwa razy w żłobku, ale nigdy nie rozumiał, czemu się tu plątała. Przecież nie miała kociąt ani nie była spokrewniona z żadną z karmicielek. Przychodziła, rozmawiała z kociętami i wychodziła. Dziwna osobistość.

<Zwęglona Kukułko?>

Od Guziczka CD. Śnienia

Przeszłość

— Ja… — zaczął niepewnie. — Akurat mam chwilę wolną od obowiązków, chyba Kolendra się na mnie wściekł trochę… Dlatego tak chciałem się przespać — wyjaśnił kocur, na co Guziczek kiwnął głową. — Co do planów, to tak ruszyło coś, jednak nie wiele… Chciałem po prostu się przydać i zacząć polować w nocy, jednak jak wiesz, nie poszło to tak, jak ja chciałem… Na szczęście nikt nie został ranny, jednak to było kosztem zwierzyny, którą upolowałem.
Guziczek zaskoczył się trochę na słowa o tym, że Śnienie chciał polować w nocy. To było niebezpieczne, ale wcale… wcale nie głupie. Jeśliby wyszkolić odpowiednio koty, to mogliby mieć więcej zwierzyny, która chowała się, gdy nastawał świt… A w Owocowym Lesie kotów przybywało…
— O, i gratuluję ci oraz Kurce potomstwa. Nie wątpię, że będziecie dobrymi ojcami w przyszłości — rzucił po chwili ciszy, na co czarno-biały uśmiechnął się wdzięcznie, po czym skinął głową. — A teraz wybacz… Chciałbym uciąć sobie małą drzemkę, zanim Kolendra mnie wyznaczy znów do jakiegoś zadania.
Guziczek nie zatrzymywał Śnienia. Sam pamiętał, gdy Kurka chorował i Guziczek odsypiał to wraz z nim w ciągu dnia. Pożegnał się z nim i odszedł wykonywać swoje obowiązki.

Trochę później, przed narodzinami dzieciaków

Guziczek próbował pytać o plany nocnego polowania. Oczywiście był chętny się w tym wyszkolić, a potem szkolić w tym innych. Uważał, że miał wystarczające zaufanie, wiedzę i doświadczenie, aby to robić. Śnienie jednak chyba nie uważał tak samo… Olewał Guziczka, machał łapką i stwierdzał, że już nieważne. Kocur oczywiście najpierw się oburzył i próbował bardziej – gdy to nie zadziałało, odpuścił.

Mianowanie Śnienia

Zwiadowca dumnie patrzył na czarnego stojącego na mównicy. Śnienie oficjalnie został wojownikiem Owocowego Lasu. Guziczek na przestrzeni tych kilku księżyców przeprowadził na byłym więźniu wiele testów i ten miał teraz jego zaufanie. Ba! Miał coś ważniejszego – plan, którym Guziczek był zainteresowany. Sam nie był pewien, czy to właśnie dlatego teraz nie miał z kocurem problemów. Może po prostu tamten jednak z zachowania zbyt bardzo przypominał Czerwca… Ale zwiadowca był tak samo zadowolony z jego mianowania, jak wojownik, to wystarczało. Guziczek nie złożył mu jednak gratulacji, bo musiał wracać do dzieci.
Następnego dnia czarny podszedł do Guziczka, gdy ten siedział przy zwierzynie. Czarno-biały się tego nie spodziewał. Ich stosunki trochę się ochłodziły, nie były słabe, jak wcześniej, ale nie były też dobre, jakby Guziczek chciał. Były po prostu… neutralne.
— Dzień dobry, Guziczku, jak tam u ciebie oraz twoich dzieci? — zapytał.
— Witaj Śnienie. U nas wszystko dobrze. Dziękuję. — Kiwnął głową. — Gratuluję mianowania. Mam nadzieję, że będziesz chronił naszej społeczności. — Posłał mu uśmiech.

Po zostaniu zastępcą

Relacja Guziczka i Śnienia została znikoma. Rozmawiali od czasu do czasu, dzieląc się wieściami. Właściwie to ich rozmowy ograniczały się do minimum, co nie przeszkadzało żadnej ze stron. Śnienie skupił się na obowiązkach wojownika, a Guziczek na obowiązkach zwiadowcy i ojca. Wszystko zmieniło się, gdy został wybrany na zastępcę. Oczywiście rozpierała go duma, ale nie mógł ukryć zaskoczenia…
— Gratuluję, Guziczku — rzucił Śnienie, który akurat go mijał.
No właśnie. Guziczek rozmyślał trochę, od kiedy został zastępcą. Chciał dla kotów jak najlepiej. Odszedł od swojej pierwszej myśli zostania ich liderem – znaczy, nie odszedł, nadal chciał być na samej górze… Ale nie do końca po to, aby rządzić nimi, tylko żeby rządzić z nimi. Ktoś musiał po prostu ogarnąć wszystkie brudne sprawy. A on akurat nie miał z tym problemu. Śnienie dawniej miał swój pomysł, który wcale nie był zły, teraz jednak… Guziczek mógł go zrealizować!
— Dziękuję Śnienie. — Uśmiechnął się.
Po chwili niezręcznej ciszy zwiadowca wziął wojownika na bok, tak, aby jednak nikt ich przypadkiem nie usłyszał. Gdy było się zastępcą, zaskakująco dużo oczu było skierowanych w twoją stronę…
— Śnienie… Co z twoim planem polowania w nocy? Czy nadal jesteś chętny go wprowadzić? — zapytał, zerkając w oczy wojownika.

<Śnienie?>

Od Nurowej Łapy (Nurowej Gracji) CD. Trzcinowego Szmeru

Dawno temu

Nur dawał z siebie wszystko. Na treningach i poza nimi. Starał się być idealnym kotem. Trenował ze swoim mentorem, Szałwiowym Sercem oraz z Żabim Okiem – jedyną wojowniczką spoza królewskiego rodu i swojej rodziny, którą szanował. Trenował praktycznie codziennie po kilka godzin. Dowiedział się jednak, że planowali zabrać go na trening po patrolu, więc zdecydował się pospać trochę dłużej. Gdy wyszedł z legowiska, zobaczył mamę, a ta go przywołała.
— Tak, mamo? — spytał, siadając przed nią.
— Jadłeś już? Czy dopiero wstałeś? Widziałam, jak po obozie chodził Szałwiowe Serce, jak smród pod ogonem. Czyżby się nudził? — prychnęła. — Chciałabym, żeby mój kochany syn, też mógł rozwijać się w dobrym tempie.
Nur zesztywniał i spuścił wzrok na ziemię. Wiedział, że jego siostra była już wojowniczką i sam się czuł źle z tym faktem! Nie był pewien, na ile była ona dobra, no ale… Została mianowana pierwsza! To zakuło jego dumę.
— Szałwiowe Serce powiedział, że dzisiaj trochę później pójdę na trening… — wyjaśnił cichym głosem.
Właściwie tylko przy rodzicach go używał. No i przy Mandarynkowej Gwieździe. Normalnie był dumny i pewny siebie! Głośno wypowiadał każde zdanie, pewien, że tylko on miał rację. Tylko że Trzcinowy Szmer była jego mamą i nauczyła go tego wszystkiego, co wiedział. Z nią nie mógł się kłócić.
— Czekamy na Liliową Łapę i Żabie Oko, ale teraz nie mają czasu, bo są na patrolu.
— Oczywiście, że są na patrolu! — prychnęła. — Ale możecie pójść łaskawie na polowanie lub żeby pomógł ci udoskonalić swoje umiejętności. Sam nie nauczysz się wspinania się na drzewa.
— Porozmawiam z nim — westchnął, wstając.

Trochę później

Po tamtej rozmowie Nur zaczął ćwiczyć jeszcze więcej. Trening po treningu. Nie dawał sobie odpocząć. Jak można było się spodziewać, doprowadziło to do serii nieszczęść – najpierw Nur się podtopił, więc nauczył się słuchać swojego ciała. Oczywiście i tak przekraczał limity swojego ciała, ale robił to rozsądnie. Później się rozchorował, co ignorował zbyt długo i skończyło się to kilkudniowym pobytem u medyków – to nauczyło go, jak ważny był odpoczynek i zwracanie uwagi na samego siebie. Dopiero wtedy był pewien, że był gotowy zostać wojownikiem. Uważał, że Klan Nocy miał naprawdę słabych wojowników i żaden mu nie dorówna, lecz chciał nauczyć się wszystkiego jeszcze za czasów bycia uczniem. Nauczył się nie tylko rzeczy fizycznych, ale i psychicznych. Miał nadzieję, że sprawi to, że będzie naprawdę dobrym wojownikiem, kotem godnym bycia namiestnikiem. Przekonał się o tym, gdy po chorobie poszedł na trening. Czuł każdy stawiany krok, słyszał każdy szmer – jego umysł był czysty, ale uważny na wszystko, co mogło się mu stać. Dlatego, gdy późnym wieczorem wrócili z Szałwiowym Sercem, uczeń stanął przed mentorem i spojrzał w jego oczy.
— Jestem gotowy na mianowanie.
Przez moment nastała cisza. Rudy bał się, że mentor odmówi, przecież miał prawo!
— Wydaję mi się, że nauczyłeś się nawet więcej, niż ktokolwiek — odezwał się wreszcie książę. — Więc w porządku. Porozmawiam z Mandarynkową Gwiazdą.
Nurowa Łapa kiwnął głową i poszedł spać. Minął pierwszy dzień, drugi, trzeci – a on nadal był uczniem! Serce biło mu niespokojnie, gdy mijał się z innymi kotami. Co, jeśli liderka uważała, że się nie nadawał na wojownika? Co, jeśli tak naprawdę był gorszy od pozostałych?
— Wybacz, Nurowa Łapo… — zaczął wieczorem Szałwiowe Serce.
"Czyli jednak. Jestem gorszy od innych…" — pomyślał uczeń.
— Trochę zajęło mi przygotowanie dla ciebie sprawdzianu. Jesteś zdolnym kotem, więc nie mogło być zbyt łatwo. Jutro przejdziesz test, a potem zobaczymy co z mianowaniem — dokończył książę.
Nur zamrugał kilka razy i spojrzał na mentora, jakby nie dowierzając. Test i mianowanie? Wiedział, że tak to odbywało się u zwykłych uczniów. Nie spodziewał się nawet innego mianowania! Był wręcz zachwycony tym, że kocur wymyślił dla rudego coś cięższego, bo wiedział, jak temu łatwo przychodziły mu rzeczy. Po prostu… Zaskoczył się trochę tym, że jednak dostał szansę.
— Jutro?
— Z rana. Wstaniesz?
— Oczywiście!
— Więc idź już spać — zaśmiał się.
Rudy od razu ruszył na swoje posłanie, ale nie umiał zasnąć przez następne kilka godzin. Ekscytował się, ale i stresował. Ćwiczył naprawdę dużo przez ostatnie księżyce. Nie było możliwości, że znalazłoby się coś, czego on by nie pokonał. Ale jeśli jednak? Jeśli to tylko jego wyobrażenia i wcale nie był lepszy? Już czekał na mianowanie tak długo! Co z niego za namiestnik?!
Wstał wraz ze świtem i niecierpliwie kręcił się przy wyjściu z obozu, aż nie zobaczył Szałwiowego Serca. Przywitali się, zjedli śniadanie i wyszli. Test obejmował pływanie, wspinanie się na drzewa i polowanie. Chociaż Nur zaczął go niepewnie, to gdy poczuł siłę w łapach i to jak świeży miał umysł, to nagle wszystko wydawało się… banalnie proste. Rzekę przepłynął, nie przejmując się rwącym nurtem, na drzewo wspiął się w kilka uderzeń serca, a polowanie… Nigdy nie był tak pewny siebie. Złapał wiewiórkę, gdy tylko ją wyczuł i ustawił się do ataku. Nie wiedział, co niby trudnego było w tym teście.
— Gratulacje — powiedział Szałwiowe Serce, gdy Nur rzucił mu zwierzynę pod łapy. — Porozmawiam dziś z Mandarynkową Gwiazdą.
Uczeń kiwnął głową. Jego serce biło spokojny rytm – był pewien, że zostanie wojownikiem. Wszystko zrobił idealnie, nie pomylił się przy niczym, poza tym… Czuł się naprawdę świetnie! Nic nie mogło pójść nie tak. Następnego ranka liderka zwołała koty, które były w obozie. Zaprosiła Nura na mównice i spojrzała na niego z dumnym uśmiechem.
— Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Nurowa Łapo czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Nurowa Łapo, od tej pory będziesz znany jako Nurowa Gracja. — To imię… pasowało do niego idealnie! — Klan Gwiazdy ceni twoją odwagę i ambicję oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy.
Kocur uśmiechnął się. Wreszcie! Wreszcie mu się udało. Teraz już był wojownikiem Klanu Nocy. Najlepszym! Jeśli tylko dostanie ucznia, zacznie mu przekazywać swoją wiedzę, aby było więcej kotów niczym on – zdolnych do wszystkiego. Liderka dotknęła pyszczkiem jego głowy, a rudy dotknął pyszczkiem jej barku. Wraz z tym gestem wniosły się wiwaty z jego nowym, wojowniczym imieniem. Nur wiedział, że zgodnie z zasadami nie mógł się teraz odezwać. Poczekał na pozwolenie i odszedł. Oczywiście, że wszyscy mu gratulowali, ale go interesował tylko jeden kot. Podszedł do matki i spojrzał na nią z nadzieją w oczach.

<Jesteś ze mnie dumna, mamo?>

Od Gronostaja CD. Bratek

Zerknąłem na siostrę i zachwiałem się lekko pod ciężarem mojej dużej główki, skupionym na krótkich łapkach.
– TAK! TAK! A żebyś wiedziała, że pójdziemy i zbadamy. – Tupnąłem łapką. – Może… MOŻE nawet na treningu pójdziemy tak razem? Jak już się od-obrażę na Jaśminowiec! Nie będzie to prędko, ale… ale już niedługo na pewno! TAK! TAK ZROBIMY!
Skoczyłem znienacka na Bratek, która nie spodziewała się tego w takim samym stopniu, co ja.
– EJ! Złaź ze mnie, Gronostajuuu! – krzyknęła, zdezorientowana nagłym atakiem.
Kotka, dzięki swoim dłuższym od moich łapkom, zrzuciła mnie z siebie dość prędko. Ja przeturlałem się trzykrotnie po ziemi, po czym popędziłem w stronę legowiska wojowników, by znaleźć moją mentorkę, nie odwracając się do Bratek.
Być może nadal byłem na nią śmiertelnie obrażony za te wszystkie poprzednie treningi, ale TO było chwilowo ważniejsze, niż moja urażona duma.

***

Następnego dnia, ja i Jaśminowiec wybraliśmy się na trening razem z Gondorem i Bratek. Szedłem sobie dumnie obok siostry, nasi mentorzy uzgadniali za nami szczegóły treningu, ja jednak nie słuchałem za bardzo. W mojej głowie wybrzmiewała jedna myśl - TRENING Z BRATEK, TAKKK.
– BRATEK, PATRZ! Chcesz zobaczyć fajną sztuczkę, której się nauczyłem? – Spojrzałem w kierunku siostry, gotowy zaprezentować jej w dokładnie tym momencie.
– Jasne, co to za sztuczka?!
– SZTUCZKA DO WALKI! Jaśminowiec nauczyła mnie, jak zrobić, żeby, jak już się ma przeciwnika pod sobą, to żeby mu tak wygiąć łapki, co by się NIE MÓGŁ RUSZYĆ JUŻ POTEM NIGDY! Chcesz spróbować?
Bratek spojrzała na mnie i jedynie lekko uniosła brwi.
– To brzmi… ciekawie, ale… może innym razem. Ja to jednak wolałabym jeszcze trochę się poruszać.
– WUSZ! W sumie racja… Nie pomyślałem o tym! Ale jak tam wolisz. Na pewno ktoś chętny na prezentację sztuczki się znajdzie! Może… O! JAŚMINOWIEC? – Odwróciłem się nagle do mentorki. – Czy byłabyś chętna na-…
– Dziś potrenujecie wspinaczkę na drzewa – powiedziała, nie dając mi dokończyć pytania.
Zatrzymałem się nagle, wpadając na nią.
Nie lubię, jak ktoś mi przerywa.
Spojrzałem na nią spod zmarszczonych brwi.
– EJ! ALE JA NIE CHCĘ! DRZEWA SĄ DLA… DLA DRZEWNYCH KOTÓW! – warknąłem z irytacją.
Kątem oka dojrzałem nagłe zaniepokojenie w oczach Bratek, spowodowane moim nagłym wybuchem.
Jaśminowiec jedynie nieco uniosła brwi.
– To my, Gronostaju. My jesteśmy teoretycznie… “drzewnymi kotami”. Dosłownie na jednym żyjesz.
– NO I CO… no i co z tego?! – dodałem już nieco ciszej. – Ja nie chcę! Nastawiłem się na… na inny trening!
– To znaczy jaki? – spytała moja mentorka.
– A bo ja wiem?! Ale na pewno nie taki! Prawda, Bratek? – Spojrzałem na siostrę.
– Ja to właściwie lubię wspinaczkę na drzewa.
Zatopiony.
Świetnie. No to już koniec. Już po mnie. Wspinaczka jest taka głupia! Moje krótkie łapki wcale w tym nie pomagają. Oczywiście, że siostra to lubi, jej łapki są w miarę proporcjonalne do reszty jej ciała, dzięki temu wspinaczka na drzewa staje się o wiele prostsza…
– Nie! Nieee! Jaaa tam nie wejdę! Nie-e! Nie umiem i nie chcę! Nie zmusisz mnie tym razem! – Głęboko wbiłem pazurki w ziemię, w razie, gdyby Jaśminowiec po raz kolejny postanowiła mnie gdzieś przenieść siłą.
Bratek spojrzała na mnie z lekko przechyloną głową.
Gondor i Jaśminowiec wymienili spojrzenia. Moja mentorka westchnęła.
– Gondorze, możecie zacząć. Ja pogadam z Gronostajem.
Spojrzałem na nią z jeszcze większą irytacją.
Ja nie potrzebuję żadnej rozmowy! Nie po to tu przyszedłem! Nie tak miało być!
– Gronostaju. – Jaśminowiec usiadła przede mną.
Oho. Kolejna pouczająca rozmowa. Za kogo ona się uważa?!
– Co? – burknąłem, patrząc jej z wyzwaniem w oczy.
– Pamiętasz, co ci mówiłam? – spytała spokojnie.
– A bo ja wiem, wiele rzeczy mówisz.
– Dobrze, to ja ci przypomnę. Mówiłam ci, że jako przyszły wojownik musisz nauczyć się wychodzić ze swojej strefy komfortu. Przyzwyczaić się do zmiennego środowiska i okoliczności. Do tego, że coś może pójść nie po twojej myśli. Ja nie proszę cię, żebyś czuł się z tym dobrze. Ja każę ci wleźć na to zapchlone drzewo i pokazać, jak uzdolnionym uczniem jesteś. Zrozumiano?
– No… – mruknąłem.
Nie cierpię, gdy Jaśminowiec ma rację. A ma ją… no, zawsze. Nie lubię kotów, które mają zawsze rację.
Kotka uśmiechnęła się lekko.
– No, to dawaj. Chodź. – powiedziała, wstając i kierując się w stronę Bratek i Gondora.
– Ale moje łapki są za krótkie. – dodałem nagle.
Mentorka odwróciła się do mnie.
– I co? Wiewiórki też mają krótkie łapki, a patrz, jak kicają po gałęziach! Bądź jak wiewiórka, Gronostaju.
Bądź jak wiewiórka? Co to ma w ogóle znaczyć? Nie mogę być jak wiewiórka, jestem przecież kotem. I nie jestem ani trochę rudy…
Ale może…?

***

Ja i Bratek staliśmy razem na gałęzi wysokiego drzewa o bliżej niesprecyzowanym gatunku (znaczy no, nie znam go). Jaśminowiec i Gondor wymyślili nam dość ciekawą zabawę - wyścig po gałęziach drzew…
– Które z was dotrze do Gondora i nie zginie na skutek upadku z drzewa, ten wygrywa. Pasuje? Pasuje. To… start!

[777 słów + wspinaczka na drzewa]
< Bratek, ścigaj się ze mną 0.0 >

[16% + 5%]