BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 3 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

23 kwietnia 2026

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Ognikowej Słoty

— Zabiorę cię znowu na polowanie na króliki, jak za starych czasów — dodała Ognikowa Słota, układając się wygodnie na kamieniu. — Dostałaś też własnego ucznia, prawda? Księżycową Łapę… — zagadnęła, zwracając wreszcie uwagę rudej mistrzyni z powrotem.
— Tak! Uczy się naprawdę pilnie. Pracujemy wspólnie nad jego płaczliwością i niepewnością. Ma dobre serce — wyjaśniła prędko, poruszając nieznacznie kikutem ogona. Jej wzrok w pewnym momencie uciekł gdzieś za szylkretkę, jakby coś tam w oddali było ciekawsze, niż ona.
— Pod twoim okiem sobie poradzi. Wystarczy, że ktoś pokaże mu, jak zachowywać się jak przykładny Wilczak — odparła brązowooka pewnie, mrużąc na chwilę ślepia, jakby słońce zaświeciło jej prosto w pysk.
Kocimiętka po chwili wróciła spojrzeniem do towarzyszki, chcąc odnieść się do jej poprzednich słów. Przez moment myślała o polowaniu na króliki, aż w końcu doszła do wniosku, że może…
— Nie chcesz zapolować na ptaki? Wystarczająco się uganiałyśmy za tymi uszakami, może czas spróbować czegoś innego — zaśmiała się miękko, patrząc na Słotę z nadzieją i ekscytacją iskrzącymi w jej ślepiach. — Myślisz, że jak zjem wystarczająco takich upierzonych piszczek, to wyrosną mi skrzydła? — zaczęła się zastanawiać, kompletnie zapominając o sensie tej rozmowy. — Och… chciałabym być ptakiem; chciałabym być wolna jak one. O niczym innym nie marzę, oprócz tego, by zatrzepotać rozłożystymi skrzydłami! — mówiła dalej, aż dopóki Ognikowa Słota nie odchrząknęła. Ten cichy dźwięk sprowadził rudofutrą na ziemię — przynajmniej na moment.
— Mi pasuje. Nieważne, na co będziemy polować. Ważne, żeby pod koniec dnia reszta Wilczaków miała czym zapełnić brzuchy — stwierdziła mistrzyni, skinąwszy głową.
Zielonooka na słowa przyjaciółki podniosła się z miejsca, nastawiając uszy w stronę wyjścia.
— W takim razie ruszajmy od razu! Po co mamy marnować czas — oznajmiła, już wykonując pierwszy krok do przodu. Zazwyczaj nie pchała się do niczego z aż takim zapałem, ale dziś uznała, że nie ma nic złego we wspólnym polowaniu z bliskim kotem.
Szylkretka w końcu podążyła za swoją towarzyszką, dorównując jej kroku. Obie żwawo ruszyły przez las, rozglądając się wokół i uważnie węsząc, by odnaleźć trop jakiejś skrzydlatej istoty.

* * *

Siedziała przy Miodowej Łapie, starannie wylizując swoje rude futerko. Niedawno wróciła z patrolu, na którym zabrudziła swoje łapy lepkim błotem. Pogoda w Porze Nagich Drzew im nie dopisywała. Było brudno, ponuro i ulewnie — ale przynajmniej nie zalegały grube warstwy śniegu. Kotom nie doskwierał też przenikliwy chłód, co dla Kocimiętki było dużym plusem. Nie miała za dobrej tolerancji na zimno i drżała z każdym mroźniejszym podmuchem. Choć teraz już sama nie wiedziała, czy wolałaby już to zimno, czy użeranie się z tymi wszechobecnymi kałużami…
— Lubisz Wilczy Skowyt? — zagadnęła nagle Miodowa Łapa, wyrywając rudą z rozmyślań. — Został moim mentorem. Nie znam go jeszcze za dobrze, wiesz? — przyznała, spoglądając w przestrzeń przed sobą.
Zielonooka zmarszczyła nos i prychnęła z poirytowaniem.
— Chyba żartujesz! — fuknęła oburzona Kocimiętka, kręcąc głową. — Nie znoszę go. Rozumiesz, że na jednym ze zgromadzeń zaczął mnie obrażać? Mnie! Mnie obrażać! — oburzyła się jeszcze bardziej, pusząc futro na grzbiecie.
Złocista uczennica zamrugała ze zdziwieniem i trochę się skuliła, jakby nie spodziewając się tak gwałtownej reakcji wojowniczki.
— Och… — odparła po jakimś czasie. — A jeśli mogę spytać… To, czym są te zgromadzenia? — dopytała, powoli odzyskując swój typowy, radosny ton, który wcześniej został zaburzony przez słowa Kocimiętki.
— Nic wielkiego. Znaczy, w sumie… są dosyć ważne. Twój mentor pewnie już ci opowiadał o tym, że wraz z nami żyje jeszcze kilka klanów. Na zgromadzeniach wszystkie koty znad morza spotykają się na wyspie, dzielą nowinkami. To czas pokoju, podczas zgromadzeń nie można się nawzajem atakować ani obrażać — zaczęła wyjaśniać.
— Chwilunia… To na co dzień możecie ze sobą walczyć? — dopytała zdumiona kotka.
Mistrzyni zachichotała pod nosem. Biedna pieszczoszka, trafiła do nieodpowiedniego miejsca… Klan Wilka był niezwykle brutalny. Walki i zagrażające życiu testy były tu codziennością.
— Cóż, z własnymi pobratymcami raczej nie możesz się bić. Przynajmniej nie proszona. Ale jeśli któryś z obcoklanowców wtargnie na tereny Klanu Wilka, masz obowiązek go przegonić. Czasem wystarczą słowa, a czasem trzeba użyć… siły — odparła Kocimiętka beztroskim tonem, jakby to była codzienność.
Złocista uczennica nie wyglądała jednak na zachwyconą takim stanem rzeczy.
— Ale to głupie! Dlaczego musimy się dzielić? Nie możemy wszyscy… stworzyć jednego, wielkiego klanu i razem w nim zamieszkać? — zastanowiła się na głos, na co ruda ponownie parsknęła śmiechem.
— Dobre sobie! Nasze zwyczaje zbyt bardzo się różnią, by nagle wszyscy byli w stanie się ze sobą połączyć. Jest lepiej, gdy żyjemy osobno — stwierdziła zielonooka, jednak Miodowa Łapa wciąż wyglądała na zmieszaną.
— Dla chcącego nic trudnego… Na pewno dałoby się coś wymyślić! — drążyła dalej.
Kocimiętkowy Wir powoli irytowała się podejściem złotej do spraw klanowych. Przybyła tu nie wiadomo skąd i chce zmieniać porządek, który panuje tu od sezonów!
— Może i by się dało, ale po co! Od tylu księżyców żyjemy w taki sposób i nikt nie narzeka. No, może oprócz ciebie. Ale ty jesteś “miastowa”, więc nie oczekuję, że od razu zrozumiesz, jak to wszystko tu funkcjonuje — odparła mistrzyni, może trochę przesadzając z tym aroganckim tonem.
— To, że coś działa, nie znaczy, że nie może być jeszcze lepsze… — mruknęła Miodowa Łapa pod nosem, na co zielonooka nawet nie miała siły zareagować. Co się będzie wykłócać z jakąś paniusią, która świat widzi w różowych kolorach.
— Nieważne. Najpierw się mianuj, a potem dopiero zmieniaj inne koty — podsumowała. — Właściwie… może przejdziesz się ze mną na spacer? — zaproponowała po chwili rudofutra, unosząc uszy do góry. Jakby ten patrol nie wymęczył ją wystarczająco, przejdzie się jeszcze po wilczackich terenach z puchatą pańcią…
— Cóż, chyba nic nie stoi mi na przeszkodzie… — stwierdziła, uśmiechając się do starszej kotki.
— Świetnie! Może weźmiemy jeszcze ze sobą Ognikową Słotę, co? Rozmawiałyście już? W ogóle to może nauczymy cię polować na króliki! Musisz uwierzyć, że jesteśmy w tym świetne. Polujemy na te uszaki lepiej niż niejeden Burzak! — pochwaliła się, wypinając dumnie pierś.
— Nie rozmawiałam nigdy z tą kotką, ale mogę to zmienić — odpowiedziała Miodowa Łapa.
Kocimiętka ruchem głowy nakazała towarzyszce, by poszła za nią. Wspólnie udały się do legowiska wojowników, gdzie odpoczywała szylkretowa kocica.
— Słoto! Co powiesz na polowanie na króliki z gościem specjalnym? — zapytała, odsuwając się, by ukazać stojącą za nią złocistą kotkę. — Ta-da! Miodowej Łapie przyda się mały trening, a kto wyszkoli ją lepiej, niż my? — stwierdziła, przewracając oczami. Po chwili podeszła do mistrzyni i dodała szeptem:
— A ja nie lubię tego Wilczego Skowytu. Pewnie niczego pożytecznego jej nie przekaże!

<Ognikowa Słoto?>

22 kwietnia 2026

Od Tańcującego Pierza CD. Śpiewającego Raniuszka

Tańcujące Pierze po otrzymaniu nowego imienia zyskał jakąś reputację, podczas gdy Gadożerowa Łapa był obrzucany brzydkimi rzeczami. I choć na zewnątrz każdemu mówił, że bardzo współczuł Lodówce, która miała za brata mordercę, to w głębi duszy... cieszył się. Był niewinny, a każdy mu uwierzył. No, nie każdy. Śpiewający Raniuszek była pewnym odstępstwem, co bardzo irytowało kocura. Czemu nie odpuściła? To było tak dawno... trzy księżyce temu! I wciąż myśli, że znajdzie coś po tylu dniach. Pff, nawet on tak rozpaczliwie nie chciał odpowiadać podczas przesłuchań Echa.
Wyszedł z obozu samotnie. Rude, ogniste i zdrowe futro kontrastowało z szaro-białym nieboskłonem, który najwidoczniej nie miał ochoty pokazywać słońca, swojego szczęścia i życia. No cóż, Pierze nic na to nie poradzi. Nie miał akurat kontroli nad pogodą, ale kto wie... w przyszłości...?
Spacer był nawet przyjemny; mało ptaków odeszło przez łagodną Porę Nagich Drzew. Szedł lekko, nucąc sobie pod nosem i machając głową w rytm swej muzyki. Ciekawe, czy Księżycowy Odłamek potrafił śpiewać. Jak wróci ten drań, to kuzyn nie będzie mógł rozróżnić pięknego śpiewu wróbli od złotego, miodowego głosu Tańcującego Pierza!
Och, akurat wtedy łapy zaprowadziły go na granicę z Klanem Wilka. Uśmiech zniknął, a na pyszczku pojawiła się zaduma, może przemyślenie całego wydarzenia sprzed trzech księżyców. Czy gdyby Krecik mu nie sprzedała wróbla, to wszystko potoczyłoby się inaczej? A może…
… Nie, nie mógł teraz myśleć, gdy przed nim biegała w tę i we w tę w krzaczorach jakaś dzikuska. Cofnął się i, nie wiedząc, co to za zwierzę, zaczął obserwować z ciekawości. Chwilę mu zajęło, że to pokręcone, zlepione futro i wielkie, zmęczone oczy... to była Śpiewający Raniuszek! Wstrzymał powietrze, wyraźnie zaskoczony; zapomniał już, jak kocica wyglądała. W wspomnieniach była nawet ładna... ale teraz!? To jakieś monstrum, a nie ta wredna suka. Może się pomylił co do Raniuszka. Wcale nie była ładna. To był BLEF z dzieciństwa!
Jeszcze nie zmył makijażu sprzed ostatniego swojego zgromadzenia. Będzie musiał sobie poważnie pogadać z Aminkową Łapą... stał się pewnie pośmiewiskiem na tle wszystkich klanów! Po raz kolejny! Trochę wstydził się akcji z Klifiakiem, ale nie mógł nic z tym już zrobić. Miał nadzieję, że następny makijaż wypali i kocur go nie rozpozna. I tym razem poprosi Bąbelkowy Plusk, nowego faworyta w rodzinie.
Na pyszczku Tańcującego Pierza uformował się tajemniczy, szeroki uśmiech. Lisie oczy zalśniły. Zanim Raniuszek zorientowała się, zaskoczyła ją obecność dziwnego, choć melodyjnego i miłego dla ucha głosu:
— Śpiewko... przecież wiesz, że zostałem uniewinniony~ — rozległ się za nią radosny świergot. Złoty rycerz patrzył na damę z góry, ponieważ różnica ich wzrostu... była dosyć wyraźna, można było rzec. — Po co kontynuujesz to szaleństwo? Odpocznij. Klan Burzy potrzebuje silnych i zdrowych na umyśle wojowników, a nie... — cmoknął — ... tego, co teraz sobą reprezentujesz.
— Właśnie, silnych i zdrowych na umyśle wojowników — powtórzyła, unosząc głowę z niesmakiem, by spojrzeć na Pierze. — Do których się nie zaliczasz. Nie wiem, czemu jesteś taką zarazą i dlaczego uważasz, że wszystko ujdzie ci płazem, ale twoje ,,uniewinnienie" nie potrwa zbyt długo. Nie oszukasz mnie, tak jak reszty tych błaznów, wiem czym jesteś. Mordercą. I wiem, jak bardzo nie lubisz brać na siebie odpowiedzialności za swoją własną głupotę. Rozwydrzone kocię. Nawet, jeśli konsekwencje dotyczą zabicia kota. Pozbawiłeś innego kota życia! I nawet nie miałeś tyle ogłady, by przyjąć na siebie odpowiedzialność za to! Nie widzisz, co robisz? Słodka Dziewanna przez to cierpi, Gadożerowa Łapa przez to cierpi, klan został pozbawiony wojownika, gdziekolwiek staniesz rozsiewasz tylko chaos, cierpienie i swoje wszy głupoty. Co ty masz w gło- nie, to głupie pytanie, w końcu oboje wiemy, że nic. — parsknęła, drżąc lekko z nerwów, jakby zaczynała żałować, że w ogóle się urodziła w tym klanie — Z resztą popatrz na siebie... — parsknęła oceniająco, lustrując kocura z góry na dół, zatrzymując się na dłuższą chwilę na jego pysku, z nieco... powątpiewającym wyrazem. — Nie dość, że morderca to wstyd dla klanu. Jak ty możesz- jak...- — urwała, unosząc łapę do pyska, przykładając ją do czoła na moment z zawodem i niedowierzaniem. Była tym wyraźnie zmęczona.
“... I nawet nie miałeś tyle ogłady, by przyjąć na siebie odpowiedzialność za to!” Hm. Czy rozsądny kot o zdrowym umyśle przyznałby się do morderstwa? Nie był na tyle głupi jak te baranki ofiarne. Nie. On był lepszy. Wiedział, co go spotka…
… Dlatego będzie musiał zagrać z nią w pewną grę.
— Och? Doprawdy? — mruknął, unosząc brwi do góry. Przyjął maskę zdziwienia, choć na pysku wciąż miał ten swój ładny uśmiech. - Ogarnęło cię szaleństwo, Śpiewający Raniuszku. Wierzysz w coś, co nie miało miejsca. I miejsca nigdy nie miałoby. Czemu nie odpuścisz? - mówił, podchodząc bliżej z każdym zdaniem. Stan Skrzeczącej Pokraki... i jej słowa... to było jak miód dla jego uszu oraz języka. Ach, nie wiedząc czemu, nawet mu się to podobało. Próbowała udowodnić coś, czego już nie udowodni. Zmarszczył brwi, gdy dzieliły ich tylko wibrysy, a na pysku rozgościł się smutek, a może i nawet współczucie.
— Ach, ty moja... myślałem, że masz więcej rozumu niż śliny w tym swoim pyszczku - zaczął pieszczotliwie. Pokręcił głową, a wtedy z nieba zaczęły spadać łzy. Mżawka zostawiła swój ślad na futrze Tańcującego Pierza. Zatrzepotał białymi rzęsami i spojrzał na chwilę w górę, pozwalając sobie na moment nieprzyjemnej ciszy. Zwrócił się do wojowniczki:
— Twoja matka już pojęła, co tu się dzieje. Szybciej, niż własna córka... coś nieprawdopodobnego - mówił głębokim głosem, z poważnym wyrazem pyska. - Czy nie widzisz tych zepsuć? Czyżbyś nie dostrzegała zbliżającego się chaosu, gorszego nawet ode mnie? — zapytał z żartem na końcu, a wtedy znów powrócił do swojego uśmieszku. Przechylił głowę do boku. — Naprawdę ci współczuję. Współczuję... głupoty i szaleństwa. Chcesz udowodnić sobie, że jesteś potrzebna? A może nic nie znajdziesz i zrozumiesz w końcu, że marnujesz każdą sekundę na takie przeszukiwania~? Nie masz dowodów. Nie masz nawet jakiegokolwiek poparcia u Zawodzącego Echa, a co dopiero u Króliczej Gwiazdy. Przeszukujesz to miejsce... z czym? Z nadzieją? Obłuda! Cokolwiek cię prowadzi do tego miejsca, to tylko własne szaleństwo. Odpocznij od tego... Obwiniasz mnie, jakby to reszta kotów nie zaczyna spiskować przeciw obecnej władzy. Czemu to zawsze ja, Śpiewko? Może jestem twoją obsesją? Ta ciągła gonitwa za mną zaczyna być... trochę nudna, że tak to ujmę.
— O czym ty do mnie teraz mówisz? — zaczęła z niedowierzaniem wymalowanym na pysku, cofając się o krok. — Co to ma do rzeczy? Nie mówimy teraz o spiskach, o Króliku ani o... na Gwiezdnych! Jesteś jeszcze bardziej połamany, niż zakładałam. Jaka władza, o czym ty teraz bredzisz, nie zmieniaj tematu, Szczurzy Bobku, nie uciekniesz od prawdy. Tak bardzo wmówiłeś sobie swoją niewinność i nieomylność, że zacząłeś w nią wierzyć? Zabawne. — jej głos z każdym kolejnym słowem nabierał coraz więcej ostrego, mocnego wydźwięku, drażniącego uszy — I jeszcze wrobiłeś w to wszystko brata Lodówkowej Łapy. Mam nadzieję, że jesteś z siebie dumny, chyba ją lubisz? Myślisz, że gdyby poznała prawdę, to by cię pochwaliła? — parsknęła, wykrzywiając swój pysk w czymś, co przypominało uśmiech... albo skwaszony grymas — I co ma do tego moja matka? Z resztą, jesteś w błędzie, Zawodzące Echo wspiera moje działania. Rozmawiałam z nim, z liderem również. A jedynym zepsuciem jesteś teraz ty. Ty i twój brat. Oboje jesteście zaślepieni swoim własnym ego, patrzysz w górę, a nie widzisz, co masz pod łapami, i naprawdę chętnie zobaczę, jak się w końcu o coś potkniesz i pysk rozwalisz, wpadając w jakąś wielką, głęboką dziurę bez wyjścia. I wierz mi, chętnie taką wykopię, specjalnie dla ciebie.
Uśmiech nie zniknął, nawet nie drgnął. Co miał jej więcej odpowiedzieć? Ta biedulka nie wiedziała nawet, jaka jest pora dnia. Była zepsuta. Głęboko zepsuta... ale nawet i z czymś takim da się popracować. Wystarczy tylko cierpliwość i odpowiednie słówka.
— I ty wciąż z tym... cały czas powtarzasz te same informacje. W kółko, i w kółko... w kółko, i w kółko! Nie znudziło ci się to? Jesteś tak ślepa, że nie zauważasz, co się dzieje w klanie - powiedział, widocznie rozbawiony. Zachichotał. Kiedy się uspokoił, spojrzał na swoje łapy i wymamrotał bez emocji następne słowa:
— Kto kopie dołki... ten sam w nie wpada. A ty coś za bardzo chcesz mi te dołki kopać. Poza tym... — spojrzał na nią z uśmieszkiem. — Jesteś ciągle tylko na mnie i na tym swoim kochanym Gadożerku skupiona... - wypowiedział ostatnie zdanie teatralnie. - Nie sądzisz, że lecenie na dwa fronty... nie jest ryzykowne~? — wymruczał i puścił jej oczko. — Czyżbym był... kimś więcej, Śpiewko? — dodał pewnie, wręcz prowokująco.
— Obrzydzasz mnie... — wypluła z siebie pod koniec jego monologu, gdy wydobyła się wreszcie z szoku i otępienia. Nie słuchał. Nie, inaczej, nie chciał słuchać, to na pewno i wszelkie słowa, które miały mu przemówić do rozsądku, po prostu spływały po nim jak po kaczce. Był w pewien sposób niebezpieczny, w końcu to nie mądrych należy się obawiać, tylko tych, co myślą, że są mądrzy. A Pierzasty się idealnie w te słowa wpasowywał. — Nie tknęłabym się nawet kijem przez mech. — wypluła z siebie, nagle wzburzona. Nie wiadomo było, czy chciała rzucić się do gardła kocura, wydrapać mu oczy, rozpłakać się czy zwymiotować. Obrzuciła go nienawistnym spojrzeniem, zanim skręciła w bok, by kocura wyminąć i szybkim krokiem skierować się do obozu.
— Cóż, to samo mógłbym powiedzieć o tobie! — miauknął z uśmiechem. Tak jak przeczuwał; udawanie głupiego nie było takie złe. Nawet ta Skrzecząca Pokraka się na to nabrała...
— Jesteś obrzydliwa, ślepa i obsesyjna. W dodatku już nie emanujesz tym pięknem, co kiedyś, tylko... śmierdzisz, cuchniesz. Gnijesz. Bąbelkowy Plusk dobrze zrobił, oddalając się od takiej wariatki jak ty... — wymamrotał, gdy kotka go wyminęła. Specjalnie to zrobił.
— Tak jak kiedyś? — warknęła, ze zirytowaniem kładąc po sobie uszy. Chciała sobie odejść, a ten jeszcze coś miauczy pod nosem. — Ha! I to ty masz dla *mnie* być ,,kimś więcej"? Posłuchaj ty sam siebie! Najpierw masz obsesję na punkcie mojego legowiska, potem chodzisz i mi zajmujesz czas, drażniąc i irytując. Co, zwietrzało i zaczynasz tęsknić za moim zapachem? Jak mam to szczeniackie zachowanie odebrać, co? Może ty mi powiesz, Paskudku — gderała szybko, z krzywym ~~uśmiechem~~ grymasem na pysku, drgając ze zirytowaniem ogonem — Co, aż tak cię to boli, że nie widzę w tobie nic atrakcyjnego? W mordercy? Powiedz, jak śpisz w nocy, to widzisz mnie, czy swoje zakrwawione łapy? — parsknęła, odwracając gwałtownie głowę w jego stronę.
Westchnął ciężko. Cokolwiek powie, to ta kotka znowu zacznie mówić swoje. Może musiała się na niego wydrzeć? Ognik mu czasem mówił o emocjach i niektóre lekcje zapamiętywał. Może nie tylko ona codziennie miała złe dni tak jak niektórzy w klanie.
Na jej krzyki i obelgi jedynie zdołał wzruszyć obojętnie szerokimi barami, skrzywił się nieco. I to jej zdaniem miał obsesję na tej kreaturze?— I co ja mam ci powiedzieć, co? Skoro takie dwa zdania cię wkurzyły, to może masz jakieś kompleksy, Śpiewający Raniuszku? — rzekł zmieszany. — ... Chcesz się nimi podzielić?
Nie odpowiedziała. Zamiast tego uniosła wysoko ogon i dumnie podreptała dalej, biorąc trzy głębokie wdechy po drodze. Tańcujące Pierze odprowadził ją wzrokiem i usiadł. Kiedy zniknęła z pola widzenia, zgarbił się.
— Ach, te kotki…
Po czym wstał i ruszył za Śpiewką, zachowując pewien dystans. Przez to wszystko miał bardzo zepsuty humor. Może Lodówkowa Łapa będzie chciała coś porobić razem, bo z Śpiewającym Raniuszkiem przewidywał tylko zgrzyty.

< Skrzecząca Pokrako? Na pewno nie chcesz porozmawiać o własnych kompleksach? >

Od Cisowego Tchnienia

Przeżuła ostatni kęs swojej piszczki, uśmiechając się do Bladego Lica. Ten odwzajemnił tylko gestem skinieniem głowy. Już zauważyła, że biały nie był zbyt wylewny w uczuciach. Zupełnie jej to nie przeszkadzało. I tak potrafili nawiązać więź.
— Dziękuję za jemiołuszkę.
— Nie ma sprawy, do zobaczenia innym razem. Muszę już iść — pożegnała się i wyszła z legowiska starszyzny, kierując się do lecznicy.
— O, Cisowe Tchnienie. Dobrze, że jesteś. Zajmiesz się Kwaśną Kocanką? Ja tylko dokończę sortowanie ziół i pójdę poszukać Chudej Łapy.
Roztargniony Koperek nie musiało nawet jej pytać, gdzie była. I tak wiedziało. Wszyscy wiedzieli. I dobrze. Niebieska medyczka rzuciła tylko spojrzeniem w stronę pacjentki. Miała wyraźnie zaczerwienione jedno ucho. Łatwo było wydedukować, co jej dolegało. Cis wzięła trochę aksamitki i podeszła do kotki. Przełamała łodygę rośliny i wysączyła jej sok do środka ucha srebrnej. Normalnie byłaby pewnie podirytowana na sam widok córki Srebrzystej Łuny, ale dziś (i w ogóle ostatnio) miała lepszy humor. Szybko pożegnała kotkę i spojrzała na swojego asystenta. Odkładało właśnie ostatnie liście na odpowiednie sterty. Wtedy usłyszała jakby świst. Wydawał się dobiegać z jeno strony. Popatrzyła na klatkę piersiową liliowego. Unosiła się nierówno. Podeszła do jeno, zgarnęła kilka jagód jałowca z ich miejsca i położyła je przed nim.
— Cisowe Tchnienie…
— Zjedz.
I tyle wystarczyło.

Wyleczeni: Kwaśna Kocanka, Roztargniony Koperek

Od Trzcinowego Szmery CD. Żmijowcowej Wici

— Uważaj żebym ja cię przypadkiem nie wytarzała! — zaśmiała się na zaczepkę kocura. — To jednak się cieszę, że mam krótkie futerko i moje dzieci mają szansę na wygodne życie.
— Wiesz... W życiu trzeba zawsze wybierać między prezencją a wygodą. Niektórzy przesadzają w jedną lub drugą stronę, ale liczy się, że znajdzie się równowaga. Na przykład spójrz na mnie. — Wypiął pierś i podniósł łeb do góry, gładząc się po kryzie jedną z łap. — Ja nie dość, że jestem urodziwy i zadbany, chociaż nie śmierdze śliną i nie błyszczę się od niej tak jak moja siostra Wężyna, to jeszcze świetnie sobie radzę z moimi obowiązkami. Ale taka podzielność, zachowanie tak niesamowitej równowagi, jest bardzo trudne, a dla wielu w ogóle niemożliwe do pogodzenia.
— Czyli wszystkiego, czego szukam, mam tutaj? Kocura do tańca oraz zadań bojowych? — powiedziała rozbawiona, pół żartem, pół na poważnie.
Z ich długiej rozmowy wynikało, że typ kocura, który chciałby również kocięta, był cały czas pod jej nosem. Jednak, czy teraz nie wyszłaby na zdesperowaną kocicę, żeby rzucać się na przyjaciela i zakładać z nim rodziny? Tak bez żadnych emocji romantycznych? Pamiętała, co mówiła Porą Zielonych Liści Złocistemu Widlikowi, że chciała tylko własne kocięta, nieważne jakim kosztem. Zastrzygła zakłopotana uchem, samej nie wiedząc, co sądzić o jej myśli, która wdarła się do jej umysłu niczym żmija.
— Chociaż powiedziałabym, że czasami się zapominasz i zdarza ci się świecić od śliny — dodała już szybciej, żeby nie brzmieć podejrzanie. Wskazała na jego kryzę, gdzie miała być tam domniemana ślina.
Zerknął w to miejsce, a jego oczy zalśniły ze wstydu. Odwrócił wzrok i wydął policzki.
— To pewnie dlatego, że dzieliłem rano języki z Rosiczkową Kroplą... Ona ma te same geny co Wężynowy Splot, więc trudno jej zrozumieć, że nie każdy lubi pachnieć niczym wnętrze pyska — wyburczał. Początkowo był tak zmieszany ową uwagą, że zapomniał o pierwszej części wypowiedzi kotki. Wcisnął pysk głębiej w puchatą pierś.
— Jeśli nie przeszkadza ci to jedno zbyt wylizane pasemko, to najwidoczniej tak. Nie wiem, jakim cudem jeszcze myślisz, że znajdziesz coś lepszego niż to, co siedzi ci przed pyskiem. No chyba że próbujesz ukarać swoje niepokalane pociechy jakąś wrodzoną głupotą; wtedy polecam mojego brata. On już ma dużo doświadczenia.
Trzcinowy Szmer zmieszana widziała, że Żmijowcowa Wić również nie wyglądał na zrelaksowanego ich rozmową.
— Nie zamierzam ich pokarać i wątpię bym chciała jeszcze bardziej się podkładać Mandarynkowej Gwieździe, skoro nie ufa twojemu bratu... Poza tym... — zawahała się. — Wydajesz się równie zmieszany co ja. Na pewno chcesz o tym rozmawiać? — Dała Kocurowi możliwość zakończenia rozmowy.
Osobiście chciałaby jeszcze pociągnąć ten temat, bo dałaby naprawdę wiele, by mieć własne kocięta, a tym bardziej z kimś z klanu, jednak była to ich pierwsza taka długa rozmowa, która stopniowo zmieniała się z żarcików i śmieszków na poważniejsze tematy. Ważne pytanie też brzmiało, czy Żmijowcowa Wić również tego chciał? Inaczej nie musieli wchodzić w głębsze i bardziej niewygodne pytania.
— Bo wiesz wcale nie musimy... — Nawet nie umiała dokończyć zdania. Chociaż, czy musiała? Żmijowcowa Wić na pewno ją rozumie.
Położył uszy po sobie. Wąsy mu zadrgały. Widziała, że próbował uciec wzrokiem.
— N-nie... Przecież tylko sobie żartujemy — zaśmiał się. — Chyba, że... Chyba że nie żartujemy... — Słowa ledwo opuściły jego ściśnięte gardło.
Pokręciła poważnie głową.
— Nie żartujemy. Nie brzmimy, jakbyśmy żartowali — powiedziała ostrożnie, jednak na tyle stanowczo, by jej przyjaciel się namyślił.
Odkaszlnął speszony.
— T-tak... Tak, to prawda. Dwójka dorosłych kotów nie żartuje na takie tematy. Na pewno nie, kiedy oboje mają ten sam cel — powiedział. — Ale wiesz... Jeśli robisz to z jakiegoś żałosnego poczucia winy, bo nie umiem sobie nikogo znaleźć, to nie mów tego na głos. — Spróbował nieco rozluźnić atmosferę.
Trzcinowy Szmer uśmiechnęła się delikatnie rozbawiona zdaniem kocura.
— Oczywiście głuptasie, że nie robię tego, bo jest mi ciebie żal. Mam inne cele, które, o dziwo, pokrywają się z twoimi. Wiesz... Jeszcze mamy czas, więc możesz na spokojnie przemyśleć naszą rozmowę. Jak będziesz chciał, to możemy jeszcze później o tym porozmawiać — wstała ociążale i lekko pacnęła go ogonem, jak to miała w jej zwyczaju. — Widzimy się jutro na patrolu, ja za to uciekam na polowanie — urwała ich rozmowę.

* * *
Po rozmowie z Mandarynkową Gwiazdą


Trzcinowy Szmer nie śmiała się sprzeciwić żądaniom Mandarynkowej Gwiazdy, szczególnie po ostatnich wydarzeniach. Wiedziała, że przywódczyni miała ją w garści, a ona u niej dług wdzięczności, za to, że ją również nie zdegradowała do roli ucznia albo więźnia, tylko dlatego, że jej rodzice okazali się zdrajcami.
Miała od teraz pilnować Żmijowcową Wić i zamierzała wypełnić swoje zadanie celująco. Wątpiła, czy kocur rzeczywiście był w stanie zagrozić tronu Mandarynkowej Gwieździe. Wiedziała, jak buras strasznie się starał odbudować zaufanie u liderki, jednak Wężynowy Kieł wraz z Błękitną Laguną musieli to wszystko zepsuć. Był to przykry widok dla Trzcinowego Szmeru i sama została wciągnięta w ten wir podejrzeń oraz walkę o władzę, jako szpieg jej ukochanego przyjaciela, z którym ostatnio zbliżyły ich wspólne cele.
Weszła do obozu, wymijając wszystkich i siadając obok Żmijowcowej Wici.
— Cześć, chcesz pójść na trening wraz ze mną i Rezedową Łapą? Musisz troszkę przycisnąć do rywalizacji Lawendową Łapę, a Rezedowej Łapie przyda się wycisk. Trzeba ukatrupić lenistwo! — zaśmiała się i szturchnęła kocura.
Wojownik prychnął na jej zaczepkę i poprawił swoją kryzę, która została niezdarnie skołtuniona.
— Jasne, rywalizacja uczniów dobrze im zrobi — odpowiedział, jednak nie zauważyła w jego oczach dawnej iskry, która świadczyła, że kocur się z nią przekomarza. Wyglądał na zamyślonego i zawstydzonego. Wiedziała, o czym tak rozmyślał.
Machnęła ogonem do Rezedowej Łapy, który właśnie plotkował wśród uczniów oraz do Lawendowej Łapy, która znajdowała się również w tej grupce młodych kotów, żeby do nich podeszli.
— Nie musisz się aż tak tym przejmować, liczy się cel, a nie tylko sama droga, Żmijowcowa Wicio — powiedziała przyciszonym głosem, żeby nikt inny ich nie podsłuchał. — Taka jest część życia i przyszła ta pora na nas.
Kocur przez chwilę milczał.
— Może jeszcze nie teraz… Zbliża się pora Nagich Drzew, lepiej by było się przygotować, żeby kocięta nie przeżywały tych strasznych mrozów.
Skinęła krótko głową, nie mając czasu na odpowiedź, gdyż ich uczniowie do nich podeszli.
— Idziemy na sparing — ogłosiła, lustrując uważnie ostrym wzrokiem swojego ucznia.
Bez ociągania, wszyscy w czwórkę wyszli z obozu. Oboje mentorów było zamyślonych. Wiedziała, co dokładnie zaprząta myśli Żmijowcowej Wici, jednak w jej głowie odbijał się poważny wyraz pyska Mandarynkowej Gwiazdy, która uczyniła ją szpiegiem Żmijowcowej Wici. Czy dobrze postępuje, chcąc wejść w związek z kocurem, którego szpiegowała? Co powiedziałaby na to przywódczyni? Co było dla niej ważniejsze? Rozkaz przywódczyni, czy jej marzenie, w posiadaniu kociąt? Mogła przecież połączyć obie rzeczy w jedną. Posiąść potomstwo oraz pilnować Żmijowcową Wić. Kiedy wylądowałaby w żłobku, to wymagałaby, żeby buras ją często odwiedzał, więc mogłaby mieć go ciągle na oku. To było sprytne.

* * * 
Aktualne

Pora Nagich Drzew była naprawdę brzydka, jednak nie tak straszna, jak poprzednia. Mrozy nie zaganiały kotów do legowisk, tylko była plucha i często padało. Osobiście Trzcinowemu Szmeru to nie przeszkadzało, gdyż jej futerko szybko schło w legowisku wojowników oraz woda, to był nieodłączny żywioł, z którym jako wojowniczka Klanu Nocy miała ciągłą styczność.
Weszła do obozu i rzuciła stertę zwierzyny, jedną mizerną kaczkę. Cały patrol nie miał dzisiaj dobrego dnia, jednak zwierzyny i tak nie brakowało. Po słowach Żmijowcowej Wici wyobrażała sobie, że będzie się trzęsła na posłaniu każdej nocy, kiedy tylko mocniej zawieje wiaterek, i zgodziła się, że nie byłby to odpowiedni czas na planowanie kociąt. Jednak pogoda okazała się łaskawa, tak jakby chciała, żeby to właśnie ona mogła mieć swoje kocięta.
Z legowiska wojowników wyszedł akurat Żmijowcowa Wić. Sam Klan Gwiazdy położył go przed nią, jak na tacy. Nie miał szans jej uniknąć. Podeszła do niego żwawym krokiem i zagrodziła mu drogę.
— Chcesz wyjść na krótki spacer? Myślę, że miałeś nawet dużo czasu do zastanowienia się — mruknęła przyciszonym głosem.
Ich pyski były bardzo blisko siebie, a wibrysy się ze sobą stykały.

< Żmijowcowa Wicio? Jakiś plan na kociaki? 🐱💞🐱>

Od Dzikiego Berberysu CD. Poczciwego Szakłaka

Pora Opadających Liści na tę chwilę była wspaniała. Przyjemne ciepło jeszcze unosiło się w powietrzu, co rozleniwiało go strasznie. Ile by on dał, by jeszcze trochę poleżeć i porządnie wygrzać swoje futro.
— Hej! Dziki Berberysie! — Usłyszał wołanie Jagodowego Marzenia.
Otworzył leniwie oczy, by ujrzeć matkę, która wyłoniła się z wejścia do obozowiska.
— Co tutaj robisz? Poczciwy Szakłak wraz z Przeplatkowym Wiankiem cię szukają. Idziecie na patrol — pogoniła go czule, dając mu kuksańca w czupurek.
Ten szybko wstał na cztery łapy, jak poparzony.
— Na patrol? Jaki?
— Nie słyszałam, ale widzę, że ciebie szukają. Leć!
Nie zadawał więcej pytań. Popędził na polanę i kiedy ujrzał znajomy czarny pysk wojownika, posłał mu łagodny uśmiech.
— Przepraszam najmocniej, czekałem na was na zewnątrz — zmyślił szybko. Nie zamierzał się przyznawać, że wygrzewał się na trawie przed wejściem do obozu. Zrobiłby z siebie leniwego kociaka! — Możemy ruszać, gdzie nam kazał iść Zawodzące Echo?
— Nic się nie stało Dziki Berberysie. Wyznaczył nas do patrolu granicznego z Klanem Klifu — wyjaśnił czarny kocur, siląc się na jakiekolwiek większe pokłady i chęci do obcowania z innymi kotami. — Nawet jeśli spotkania tego typu nie były zakazane, to wolał to zachować w tajemnicy, nie chcąc nikogo więcej w to wciągać.
Dziki Berberys skinął głową i machnął ogonem w stronę wyjścia z obozu. Patrol ruszył zaraz za nim, a on nie narzekał, że właśnie stał się liderem zespołu. Podczas drogi zauważył, że Poczciwy Szakłak wygląda na zaniepokojonego lub niepewnego siebie. Zrównał się z wojownikiem, pozwalając, by na przód wyszła Przeplatkowy Wianek.
— Wszystko w porządku? — ściszył głos. — Wydajesz się czymś zaniepokojony.
— Tak tak, nie musisz się mną przejmować — odparł, przybierając na pysku maskę lekkiego uśmiechu, który dla wprawnego wzroku już na pierwszy rzut oka było widać, że jest to udawana, wymuszona mimika. Kocur nie chciał nikogo zamartwiać swoim stanem, nawet jeśli Dziki Berberys trochę jego samego przypominał.
Posłał mu powątpiewające spojrzenie.
— Na pewno? Ostatnio nie widziałem cię na moim mianowaniu. Czy wszystko z tobą dobrze? Można powiedzieć, że izolujesz się od życia Klanowego, to niezbyt dobre…
Zastrzygł prawym uchem, próbując ukryć fakt, iż młodszy miał rację.
— Och, cóż... — zaczął, próbując jakoś wybrnąć z tego. — Ostatnio coś mnie złapało i nie miałem sił wychodzić z legowiska, przepraszam cię Dziki Berberysie. Gdybym wiedział, że moja obecność na twoim mianowaniu jest tak ważna dla ciebie, to bym postarał się przyjść.
— Nie gniewam się na ciebie, jednak się trochę martwię — przyznał. — Widać, że coś cię gryzie, a jeśli to złe samopoczucie, to może powinieneś odwiedzić medyka? Mogą ci pomóc. Jest zawsze szansa, że nawet nie dadzą ci samych ziół, a sama rozmowa jest ci potrzebna.
Dziki Berberys pokiwał głową, rozumiejąc czarnego wojownika.
— No tak, pamiętam dokładnie, wspólne treningi, kiedy Śnieżycowa Chmura trajkotała nam nad uszami. Były okropne, ale przynajmniej sam w tym nie tkwiłem — zamruczał. — Królicza Gwiazda nie wie co robi, w sumie też rozumiem, czemu nie uczestniczysz na zgromadzeniach klanu oraz różnych uroczystościach. Nasz przywódca to dno, nawet nie umie dobrać do ucznia mentora. Przynajmniej, jakby nie znał własnego Klanu... — powiedział bardzo kontrowersyjną opinię, na którą aż sama Przeplatkowy Wianek zerknęła na młodszego krewnego.
— Śnieżycowa Chmura potrafi trajkotać tak długo, aż uszy nie zwiędną — zażartował, a na jego pysku pojawił się lekki uśmiech. — Królicza Gwiazda jest liderem i powinieneś mu okazywać szacunek mimo wszystko — dodał, co mogło brzmieć, jak skarcenie młodszego. — Sam dostałem mentora, który lubił mówić. Chociaż to nie to samo, co Śnieżycowa Chmura, on był często dla mnie jedynym wsparciem, jako jedynym mnie rozumiał.
Dziki Berberys wcale przewrócił oczyma. Nie podobało mu się, że czarny wojownik, postanowił stanąć w obronie Króliczej Gwiazdy. Pokręcił jedynie głową, poirytowany.
— Królicza Gwiazda stracił swój szacunek już dawno. Do tak odpowiedzialnej rangi powinien iść kot z powołania, a nie ktoś, kto siedzi tam za karę. Możliwe, że zamiast przywództwa lepiej by sobie poradził w roli starszego. — Dotarli na granicę z Klanem Klifu, jednak nikogo na niej nie było, a ślady zapachowe nie wskazywały, żeby ktoś naruszał ich terytorium. — Każdy potrafi siedzieć w wieży i nic nie robić. Jednak kiedyś dojdzie do zamieszek lub protestów. Wiesz, że nie wszyscy są zadowoleni z jego rządów.
— Każdy kiedyś może stracić powołanie w swoim życiu. Wystarczy uświadomić sobie, jak wszystko dookoła przemija, a Klan Gwiazdy zabiera do siebie kolejne koty, a ty? Nadal oddychasz, patrząc, jak kolejni wojownicy umierają na twoich oczach. To każdego może zmienić.
— Dokładnie tak, nie mogę nic na to poradzić, że umierają koty, jeśli nie jest odpowiednio zarządzany klan. Tak samo jestem tylko wojownikiem, równie dobrze to ja jutro mogę umrzeć przez niekompetencję Króliczej Gwiazdy i Zawodzącego Echa — prychnął, poprawiając oznaczenia zapachowe i kierując je wzdłuż granicy. — Jakbym mógł być kimś więcej, niż tylko wojownikiem, to wierzę, że byłbym w stanie postawić Klan Burzy na cztery łapy, by odzyskać godność i potęgę. Klan Wilka i Nocy, powinni się nas obawiać, a tymczasem my robimy z siebie pośmiewisko i giniemy, jak te szaraki, na które polujemy.
Nie podobało mu się, że Poczciwy Szakłak nie patrzył na Króliczą Gwiazdę podobnie, co on. Czuł, jak pod jego własnym futrem robi mu się niewygodnie, kiedy wyobrażał sobie, że miałby ciągnąć rozmowę o polityce z czarnym wojownikiem. Może Poczciwy Szakłak był tak samo słaby, co Królicza Gwiazda? Sam przywódca również unikał życia klanowego, podobnie, co wojownik, z którym miał przyjemność rozmawiać.

* * *
Aktualne

Pora Nagich Drzew ostudziła trochę jego żal oraz tęsknotę za swoimi bliskimi, którzy zginęli z łap jego własnego ojca. Klanowe życie płynęło dalej, a on starał się nadal udowodnić wszystkim, że nadaje się na kandydata, na zastępcę. Może nie miał tyle doświadczenia, co Oskrzydlony Ognik, ani nie był tak dokładny i staranny jak Cyklonowe Oko, jednak miał szczerą nadzieję, że kiedyś ktoś go zauważy i oczyści imię swojej rodziny.
Zawodzące Echo wyznaczył nowe patrole, a on był na jednym z nich wraz z Poczciwym Szakłakiem. Zmieszany podszedł do starszego kocura, pamiętając ich ostatnią głębszą rozmowę na temat władzy. Od tamtego czasu unikał Poczciwego Szakłaka, jednak starszemu to chyba nie przeszkadzało.
— Nadal uważasz, że Królicza Gwiazda słusznie postępuje i jego błędy powinny być wybaczane? — powiedział nonszalancko, nawet nie spoglądając na wojownika. Stwierdził, że powinien przerwać ciszę. — Minęło trochę czasu od naszej ostatniej, dość poważnej rozmowy… No i Klan Burzy stracił wiele dobrych wojowników, jak i kotów, które powinny zostać zauważone wcześniej. Tyle problemów i niedociągnięć… Czy zmieniłeś zdanie?
Dopiero teraz spojrzał zaciekawiony na Poczciwego Szakłaka.

< Poczciwy Szakłaku? Dziki Berberys chętnie porozmawia z tobą o polityce! 🐈🗳️>

Od Trzcinowego Szmeru CD. Ulewnego Szkwału

Zamieszanie na polanie wywołał tym razem, jakiś dymny rudzielec, który wcale nie należał do Klanu Nocy. Jednak uwagę Trzcinowego Szmeru zwrócił młody wojownik, który przed paroma uderzeniami serca wprowadził do lecznicy kolejną, tym razem połamaną przybłędę.
Podeszła żwawym krokiem do młodzieńca i zmierzyła go surowym wzrokiem.
— Ulewny Szkwale, myślę, że jest to twoja sprawka — zaczęła, zaganiając młodszego w kozi róg. Nie rozmawiała z kocurem od dłuższego czasu, jednak miała dobre kontakty ze Złocistym Widlikiem, dlatego jeśli nie wie nic od źródła, tak dowiadywała się na inne różne sposoby. — Po co przytargałeś do obozu jakiegoś samotnika?
Wojownik nie spodziewał się, że podejdzie do niego Trzcinowy Szmer. Na jej pierwsze słowa milczał niezręcznie, jednak potem postanowił odpowiedzieć wojowniczce.
— Ponieważ kradł nam zwierzynę i zioła, nie mogłem mu pozwolić odejść bez kary! Dlatego przyszłem z nim do Mandarynkowej Gwiazdy, żeby zaznał konsekwencji swoich działań. Wyglądało to jakby już to robił za którym razem, dobrze że go złapałem na gorącym uczynku! Był zbyt pewny siebie, jakby mu to zwisało, aż mnie krew zalała.
Usiadła i uważnie przysłuchiwała się temu, co mówił jej Ulewny Szkwał.
— Ehh dobra, teraz i tak nie cofnie się czasu — westchnęła i przeniosła swój wzrok na tłum Nocniaków, przy wyjściu z obozu, gdzie stał nieznajomy. — Czy wiesz, że prawdopodobnie Mandarynkowa Gwiazda, obarczy cię wszystkimi nieszczęściami, jakie mogą zajść w najbliższym czasie, prawda? Ten czekoladowy połamaniec oczywiście też będzie winny w oczach wielu, jednak on sam nie został tutaj zaprowadzony.
Miała rację, on sam se tu nie poszedł.
— Mam tego świadomość, Trzcinowy Szmerze, nawet nieraz już patrzy na mnie, jakby chciał mi wyssać duszę. Jednak jeśli będzie sprawiał problemy, to jak tak samo łatwo go przyniosłem, tak samo łatwo go wyrzucę poza granicę Klanu Nocy na rozkaz przywódczyni. Wtedy nie będzie podwójnego pecha i końca klanu, jak to mówiła kiedyś w plotce, Gąbczasta Perła.
Skinęła powoli głową, nie miała po co już przytrzymywać na siłę młodego wojownika. Strzepnęła ogonem, nakazując, by ten zniknął jej z oczu. Ulewny Szkwał prędko wślizgnął się do legowiska wojowników, a ona podeszła do Nocniaków, którzy właśnie z zainteresowaniem wpatrywali się w nowego gościa.
Z obrzydzeniem zlustrowała rudego dymnego arlekina, który wyglądał dość znajomo, do opisu poprzednika Zalotnej Gwiazdy.
“Hmmm interesujące…” — zmrużyła oczy, jednak w ciszy siedziała w tłumie kotów.

* * *
Aktualne

Pora Nagich Drzew była dość łagodna i brzydka. Nowi więźniowie raczej dobrze sprawowali się pod czujnym wzrokiem Nocniaków.
Trzcinowy Szmer właśnie wyszła na patrol wraz z Latającą Rybą, Rezedową Łapą, Żmijowcową Wicią, którego musiała nadal mieć na oku, tak jak chciała tego ich liderka oraz Ulewnym Szkwałem. Szylkretka rozkazała swojemu uczniu upolować, coś dla starszyzny, natomiast jej przyjaciel wraz z Latającą Rybą byli zajęci rozmową, dlatego zwróciła się do młodszego.
— Jak idą ci obowiązki wojownika? Wraz ze Złocistym Widlikiem jesteśmy z ciebie dumni, jednak również się martwimy o ciebie. Zostałeś bardzo szybko mianowany. — Chciała szybko przerwać ciszę. Ich ostatnie spotkanie było dość ostre, a jak Ulewny Szkwał był jeszcze Szkwalikiem, to przecież rozmawiali i się nim zajmowała od czasu do czasu. — Szkoda, że mój uczeń nie jest tak dobry w nauce, jak ty… Jeśli byś chciał, to możesz się czasami nim zająć. Coraz częściej brak mi sił do Rezedowej Łapy, jest kotem odporynm na wiedzę. Musiałabym go chyba utopić, żeby wziął sobie do serca większość rzeczy, których staram się mu przekazać — narzekała.

< Ulewny Szkwale? Chcesz troszkę porozmawiać z cioteczką? 🌊🫧>

Od Berberysowej Łapy (Dzikiego Berberysu) CD. Księżycowego Fragmentu

— W takim razie masz cenną przyjaciółkę. Inni mogą ci pozazdrościć. Mam nadzieję, że kiedyś też przyjdzie mi mieć takich przyjaciół.
Szczerze chciał lepiej poznać Wełnianą Mszycę. Wydawała się naprawdę wspaniałą kotką. Może nie dogadywał się z kotami w jego wieku oraz z jego rodzeństwem, tak może lepiej by mu poszło w rozmowie z medyczką? Uwielbiał przebywać blisko lecznicy, pachniało tak przepięknie tymi różnymi ziołami, których nazwy nawet nie znał.
Kronikarz zamknął i otworzył pysk po chwili niezręcznej ciszy.
— Mmm, może, może jeszcze znajdziesz, wiesz, poza klanem naszym też są koty... niektóre nawet nie mają kija w dupie.... chociaż radziłbym unikać tych z Klanu Wilka.
— Taaa... może jakoś się zaprzyjaźnię z kotami na zgromadzeniu następnym, jednak wątpię by koty z Klanu Wilka były takimi, jak opisuje się kociętom w żłobku. Przecież karmicielki strasznie to hiperbolizują.
— Powiedz to moim obitym kościom — prychnął. — Jeszcze w najbliższej przeszłości to oni byli największym problemem i jeśli mam być szczery, to ich istnienie jest jak wielki rzep w ogonie społeczeństwa.
Zastrzygł uchem zaciekawiony.
— Obite kości? Ktoś cię zaatakował?
— I to całkiem bezpodstawnie, jeszcze wykrzykując, że jestem szpiegiem. Tsk. Bo jeszcze bym coś zobaczył, wywęszył trzecim okiem. Zresztą, co tam jest do szpiegowania? Drzewa?
Berberysowa Łapa uśmiechnął się pod nosem, rozbawiony tekstem kocura.
— Muszą być naprawdę głupi. Jakby tylko weszli na nasze terytorium, to pewnie dostaliby niezłe lanie. Nie mogliby się chować na drzewach, jak wiewiórki — parsknął.
Na samą myśl o praniu Wiczackich zadków, wysuwały mu się samoistnie pazury. Szczerze nie umiałby odmówić im walki. Może powinien zaczepić jakiegoś ucznia po drugiej stronie granicy? Mogłoby być całkiem ciekawie, a w dodatku jeszcze byłby wyróżniony na tle rodzeństwa. Już widział przed oczyma, jak Królicza Gwiazda chwali go za obronę terenów Klanu Burzy.
— Pewnie byliby widoczni w odległości kilku drzew, jak nie więcej, nawet nie wiedząc, jak schować się wśród traw — potwierdził kronikarz. — Chociaż akurat ja się wypowiadać nie powinienem. — dodał zgodnie z prawdą. W chowanego też nie był zbyt dobry, w końcu skąd miał wiedzieć, czy go widać czy nie — Ale pewnie przy tobie nie mieliby szans. No, ale są jeszcze inne klany i inne koty. Z Owocowego Lasu wydają się fajne i mamy z nimi sojusz w końcu, całkiem długi. Z Klanu Nocy... nie wiem. No i jest jeszcze Klan Klifu. Niby też mamy z nimi sojusz, ale wydają się być trochę zimno nastawieni... co do nocniaków, dają wrażenie strasznie zimnych i uważających się za lepszych, podobnie jak wilczaki, chociaż akurat ci drudzy po prostu śpią na mrowiskach... więc... hm... może na następnym zgromadzeniu, jeśli pójdę, poszukamy znajomości w Owocowym Lesie?
— Hmmmm.... Można tak zrobić — zgodził się na propozycję. — Sam miałem przyjemność spotkać na granicy Klifiaczkę. Była bardzo niska i goniła królika, który wpadł prosto w moje łapy. Dość że łatwy łup, to muszę przyznać, że śmiesznie się patrzy, jak inni nieumiejętnie starają się polować na naszą zwierzynę — zamruczał rozbawiony — Owocowy Las brzmi ciekawie, jednak też chciałbym spróbować porozmawiać z Wilczakami, dla samego zaspokojenia ciekawości.
— W sumie czemu nie, na zgromadzeniu cię nie pobiją. A jak spróbują, to pewnie jakiś grzmot spadnie czy coś... I w sumie, niska Klifiaczka... przedstawiała się?
— Niestety nie, jedynie zażądała zwrotu zwierzyny. Jednak, jak możesz się domyślać, nie zrobiłem tego.
— Hmmmm — na pysku kocura pojawił się szeroki, wredny uśmiech satysfakcji, sięgający przymrużonych oczu — Nieintencjonalnie odegraliście całkiem zgrane polowanie na dwie osoby. Z czego tylko jedna uzyskała nagrodę. Na co w sumie polują Klifiacy, na ptaki?
— Z tego, co wiem, to tak i nie tylko. Pewnie umieją polować na myszy, a zające i króliki mogą im się trafić przy odrobinie szczęścia. Jednak wątpię, by umieli samemu upolować takiego szaraka. Nie trenują ich raczej na szybkie biegi albo by poruszali się po norach.
— Pewnie raz na jakiś czas wpadnie im jakiś w łapy, przez przypadek — gdybał. — Ale im więcej królików będą przeganiać niechcący na naszą granicę, tym lepiej. Sen na ich futrze to całkiem inny poziom — rozmarzył się.
— To prawda… — ziewnął przeciągle, wyobrażając, że samemu kładzie się na wygodnym posłaniu. Ile by dał, żeby teraz się położyć. Właśnie, nic mu w sumie nie stało na drodze. — Wiesz co, w sumie sam bym się zdrzemnął, póki Śnieżycowa Chmura jest zajęta plotkowaniem ze swoimi koleżaneczkami. Trzymaj się, powinniśmy częściej ze sobą rozmawiać.
Księżycowy Odłamek skinął mu głową. Pożegnali się krótko, jednak może wyjdzie z tego jakaś fajniejsza znajomość. Srebrny kronikarz był całkiem spoko kolegą do rozmów, a jemu przydałoby się więcej kotów, do których mógłby otworzyć pysk.
Wyszedł z Groty żwawym krokiem i rozłożył się na polanie. Było przyjemnie ciepło, więc krótka drzemka na świeżym powietrzu nie powinna mu zaszkodzić. Zwinął się w kłębek na trawie i pozwolił, by słońce przyjemnie przypiekało mu futerko.

* * *

Nie spodziewał się, że Pora Opadłych Liści przyniesie mu tak krwawą niespodziankę w postaci wymordowanej jego najbliższej rodziny przez własnego ojca, który od początku pragnął jednego z ich medyka. Zawilcowa Korona finalnie i tak odszedł, co w sumie ucieszyło Dzikiego Berberysa. Nie wiedział, czy umiałby patrzeć na uzdrowiciela w ten sam sposób, zanim wydarzyła się ta cała tragedia.
Przez ten cały czas chciał uzyskać atencję ojca, chciał, żeby ten był z niego dumny. Zdołał znienawidzić swoje własne rodzeństwo, żeby tylko pokazać, że jest najlepszy z miotu. Tymczasem Świerszczowy Skok nawet na nich nie patrzył. Czy w ogóle zdawał sobie sprawę, że od dłuższego czasu ma potomstwo, z Jagodowym Marzeniem? Czemu ją zamordował? Czemu matka musiała tak skończyć?
Przeniósł swoje spojrzenie na miejsce, gdzie wcześniej spał jeden z jego braci. Nawet, Trzmieli Pyłek został pozbawiony życia, przez własnego ojca. Świerszczowy Skok wcale ich nie kochał. Sam mógł tak skończyć, jak jego brat. Wystarczyłoby, że Zawodzące Echo wyznaczyłby go jako jednego z kotów, które miałyby wykonać egzekucje.
Zacisnął swe pazury na króliczych skórach, czując, jak jego pokłady złości rosną na samą myśl o zastępcy. Jakim prawem, kazał jednemu z dzieci mordercy, dokonać egzekucji na własnym ojcu? Czy Zawodzące Echo umiałby samemu zabić własnego ojca?
Nie mogąc zasnąć przez swoje emocje, wyszedł w nocy na polanę i popatrzył się w wejście do Groty, która raczej kojarzyła mu się, dość przyjaźnie. Może powinien pobyć jeszcze sam i wsłuchać się w echo jego łap?
Wszedł do środka Groty Pamięci, spodziewając się ciszy oraz śpiących kronikarzy, jednak, ku zdziwieniu Dzikiego Berberysa, było całkiem inaczej. Przez sufit wpadało lodowate światło, księżyca oświetlając w ten sposób część groty. Kronikarze nie spali, od razu został zauważony przez Lotosowego Pąka, który wykonywał swoje obowiązki.
Albinos dumnym krokiem podszedł do niego i spojrzał się przenikliwie jego fioletowymi oczyma. Nocą jego urok osobisty rzeczywiście robił wrażenie. Nie dziwił się, że niektóre koty mogą wierzyć, że został ten urodzony, jako błogosławieństwo Klanu Gwiazdy, sam wyglądał na kota, który zszedł ze Srebrnej Skóry.
— Czemu nie śpisz? Coś potrzebujesz? — zapytał go dość ostro, na co Dziki Berberys lekko się zjeżył.
Nie spodobał mu się ton białego kocura. Cały czar prysł. Stał po prostu przed dziwolągiem, który nie mógł wychodzić na słońce.
Wiedział, że nie mógł powiedzieć, że nie może zasnąć przez ostatnie wydarzenia. Brakowałoby, żeby jeszcze poszła plotka, że nie umie zasnąć bez mamusi. Musiał więc improwizować. Rzucił swoim spojrzeniem na drugiego młodego kronikarza, z którym miał przyjemność już niejednokrotnie rozmawiać.
— Wpadłem porozmawiać z Księżycowym Odłamkiem — mruknął szybko i wyminął Lotosowy Pąk. Podszedł do leżącego na posłaniu ślepca i usiadł przed nim. — Wrobiłem się w rozmowę z tobą… Nie miałem w planach wam tutaj przeszkadzać… — wyszeptał zawstydzony, nie chcąc, by albinos usłyszał to, co mówi.
— Mm — Kreatywna odpowiedź wydobyła się z niebieskiego pyska. W przeciwieństwie do niektórych, on spać lubił. — Mogłeś spróbować go zbyć prawdą i powiedzieć, że potrzebujesz samotności czy coś, zrozumiałby — mruknął, zbierając się ciężko do siadu. — Chyba, że jestem w błędzie i akurat usychasz z tęsknoty za towarzystwem — dodał powątpiewająco.
— Patrząc jaka teraz panuje pustka w legowisku wojowników, w porównaniu sprzed kilku dni, to przyznam, że nie odmówiłbym rozmowy. Nawet jeśli niechcący przeszkodziłem ci w spaniu, wiesz że nie było to intencjonalne... — westchnął bezsilnie i łapę położył mu na barku. — Nie musisz siadać, już i tak wystarczy ci, że cię wybudziłem.
Zastrzygł uchem. Wiedział, że nie był najbliższym kotem dla Księżycowego Odłamka, jednak nadal wolał, żeby tamten leżał. Czuł się źle, że przerwał chwilę spokoju.
— No dobrze... Po prostu, jest bardzo napięta i dziwna atmosfera w legowisku wojownika. Czuję, że pozostałe koty patrzą na mnie oraz moją rodzinę uważniej. Nie dziwię się, sam pewnie nie chciałbym być zamordowany przez kota, który jest spokrewniony z mordercą... — Czując się nadal nieswojo, wziął do łapy kamień i zaczął się nim bawić, poprzez dotykanie go oraz turlanie. Lekko go to uspokajało. — W dodatku ze wszystkich kotów, które zniknęły z Klanu Burzy, śni mi się Trzmielowy Pyłek... Nie umiem tego wytłumaczyć... Zawodzące Echo nie powinien go wyznaczać do przeprowadzenia egzekucji. Tak się nie powinno robić.
Pominął całkowicie wątek relacji, jakie utrzymywał z bratem. Dziki Berberys rywalizował z każdym z jego rodzeństwa, nawet jeśli drugi kot o tym nie wiedział.
— Koty popełniają błędy, w końcu jesteśmy tylko kawałkiem mięsa z kośćmi, a nie wyidealizowanym obrazem walecznego i mądrego przodka, którym nas lubią karmić na dobranoc — wymamrotał monotonnie — Nie on pierwszy i nie ostatni popełnił głupi błąd. Tak samo z resztą klanu, nie tylko na was mogą patrzeć krzywo, kiedy do naszych szeregów wróciła Pożarowa Łapa, której zachowanie wciąż zdradza nauki Płomiennego Ryku. Nie możemy również zapomnieć o tym, jakie plagi sprowadzili na nas niektórzy samotnicy. Nie mówię, że szybko się skończą krzywe spojrzenia, ale to nie tak, że wasza rodzina to jedyne zło jakie chodzi po ziemi, z resztą, zdołają zapomnieć... nie całkowicie co prawda, ale na pewno będzie lepiej z czasem. I to nie tak, że mamy w klanie kogoś, kto rzeczywiście mógłby na was długo krzywo patrzeć — dodał zamyślony.
Dziki Berberys chciał się z nim nie zgodzić, czuł zbyt wiele negatywnych emocji w stosunku do ichniejszej władzy. Jednak wiedział, że popełnianie błędów to dość normalna rzecz. Każdy kot ma cztery łapy i jeśli coś robi, to może się potknąć. Bezbłędni są ci, co nic nie robią. Jednak, czy wysłanie jego brata aby ten przeprowadził egzekucję na jego ich ojcu było małym błędem? Oczywiście, że nie!
Pozwolił sobie zacisnąć pazury na posłaniu Księżycowego Odłamka. Kronikarz i tak tego nie widział, więc nie musiał się przejmować, że ten zwróci uwagę na jego złość.
— Dziękuję ci za rozmowę. Nie będę ci dalej przeszkadzał w odpoczynku. Dobranoc, Księżycowy Odłamku.
Odwrócił się i ruszył do wyjścia. Czuł na sobie wzrok Lotosowego Pęku, a Księżycowy Odłamek mruknął mu na pożegnanie. Opuścił Grotę Pamięci i wrócił do legowiska wojowników, gdzie i tak nie był w stanie zasnąć resztę nocy.

* * *
Po porwaniu Księżycowego Odłamka

Do obozu wbiegła Dryfujący Fluoryt i opowiedziała wszystkim całą nieszczęsliwą akcję, która zadziałała na ich terytorium. Wielcy dwunożni porwali z ich terenów ich niewidomego kronikarza. Dziki Berberys, kiedy tylko o tym usłyszał, zmrużył nieprzyjemnie oczy.
Czy właśnie stracił kota, z którym tak bardzo chciał się zaprzyjaźnić? Znał się z Księżycowym Odłamkiem od żłobka. Pamiętał, jak starszy się nim zajmował oraz jak piękne i stare to były czasy. Rozkwitająca Szanta oraz Kołysankowa Łapa jeszcze wtedy żyli…
Spojrzał się na Skruszone Drzewo, gdzie znajdował się Królicza Gwiazda. Kocur nieśmiało z niej wyjrzał, jednak nawet nie postawił łapy na polanie, by ogłosić ostrzeżenie dla reszty Burzaków lub plan działania, jak powinni sprowadzić ich kronikarza do azylu.
— Jak zwykle… Klan słabnie przez Króliczą Gwiazdę… — poirytowany prychnął pod nosem.
Widział po kotach żal i strach. Burzaki ewidentnie wątpiły, aby Księżycowy Odłamek zdołał wrócić kiedykolwiek do jego domu. Dziki Berberys z resztą też.
Przez umysł kocura przeszła pewna myśl. Może i Klan Burzy nie stracił zbyt wiele? Księżycowy Odłamek i tak nie polował, a na niego szły zioła oraz pożywienie. Na dodatek wydawał się wspierać rządy Króliczej Gwiazdy, przynajmniej tak postrzegał go Dziki Berberys.

< Księżycowy Odłamku? Może kiedyś się jeszcze zobaczymy 🌙✨>

Od Porywistego Dębu (Leona) CD. Miodowej Kory (Louisa)

Pora Zielonych Liści

Dni po śmierci Jarzębinowego Żaru mijały dość szybko, Świetliki nie miały energii na patrole łowieckie, czyszczenia obozu i pilnowanie więźniarki. Widział dokładnie, jak Mglisty Sen wraz ze Stroczkową Nadzieją, starają się jakoś ogarnąć Świetliki, jednak to było o dwa koty za mało. Dlatego on najczęściej decydował się na pilnowanie Rysiego Tropu.
Kocica gadała często od rzeczy, schudła a stan futra jej się pogorszył. Wyglądała odrażająco i przerażająco. Jakby mógł pokazać tą kocicę kociętom, to pewnie kruszynki bałyby się wychodzić w nocy przez całe swoje życie. Na szczęście ta grupa nie miała karmicielki ani kociąt. Pewnie nimi nie miałby kto się zająć, oprócz wcześniej wymienionej dwójki kotów, którzy harowali za wszystkich.
Porywisty Dąb jeszcze mógł powiedzieć, że Poziomkowa Polana jeszcze się stara pomagać, jednak jego mobilność nie pozwala mu na długie przebywanie poza obozem, szczególnie teraz kiedy panują upały.
Patrzył się w korony drzew, szukając ptaków, które mógłby podziwiać. Strasznie mu się nudziło, a czas się dłużył niemiłosiernie. Miał za dużo czasu na przemyślenie. Myślał o Klanie Wilka, o swojej Ognikowej Słocie, o swoich braciach. Czy oni dostali już uczniów? Może właśnie mają już swoje partnerki i czekają na kocięta? Co jeśli stali się kimś ważnym i sprawują ważną rolę w Klanie Wilka? Co działo się z Iskrzącą Nadzieją? Czy sobie poradziła z ich odejściem? Czy tęskniła za nim, za swoim ukochanym synalkiem? Przecież był do niej tak strasznie podobny. Kochał ją całym swoim sercem, tak jak kocię kocha swoją matkę. Co z Cisowym Tchnieniem, czy babcia za nim również tęskniła?
Z zamyśleń wyrwał go miauknięcie jego ojca. Spojrzał zdziwiony na liljowego kocura, który właśnie stał przed nim z wyczekiwaniem. Na pysk kocura cisnęły się słowa “Czego chcesz?”, jednak nie mógł ich wypowiedzieć, gdyż dawno nie rozmawiali razem. Był w szoku, że ojciec w ogóle do niego podszedł pierwszy.
“Nie powinieneś się cieszyć z tego! Przecież tyle cię unikał, a ty cieszysz się jak ostatni kundel, że w ogóle stanął przed tobą!” — skarcił się w myślach.
— Czy mogę porozmawiać z siostrą, Porywisty Dębie? — odchrząknął nieśmiało Miodowa Kora.
No tak, przecież pilnował tej krejzolki, która siedzi w norze. Ojciec sam z siebie, nigdy do niego by nie podszedł.
Najeżył się z nerwów i spiorunował ojca wzrokiem, jakby miał do czynienia z małym głupim kociakiem, jednak odsunął się na bok, dając możliwość porozmawianiu ojcu z Rysim Tropem. Nie przysłuchiwał się ich rozmowie, nie interesowało go, to co majaczyła szylkretowa wojowniczka było to bez najmniejszego znaczenia.
Po minie ojca mógł stwierdzić, że myśli to samo, co on. Może chciał jeszcze porozmawiać, z kotką, którą uważał za swoje rodzeństwo. Jednakże w norze nie siedziała wesoła Rysi Trop, jaką on sam kojarzył z Klanu Wilka lub podczas ucieczki, tylko samotniczkę i morderczynię. W Klanie Wilka, jak pojawiały się tematy groźnych samotników, to właśnie tak sobie ich wyobrażał. Głodnych, chudych, śmierdzących i szepczących jakieś dziwne złowrogie modły.
Wiele razy już ją pilnował, więc słyszał, jak niebieska szylkretka rozmawia sama ze sobą i śmieje się chytrze.
— Dziękuje, że pilnujesz ją wytrwale, Porywisty Dębie.
Bystre oko zobaczyłoby, że wzdrygnął się na moment, kiedy usłyszał podziękowania. Skinął krótko głową. Nie zamierzał odpowiadać ojcu. Nie rozmawiał z nim długo, a wcześniej tamten zatajał przed nim prawdę. Czemu teraz miałby być dla niego miły? Czyżby Miodowa Kora przemyślał swoje zachowanie, podczas tak długiego milczenia?
Nie dowiedział się tego, gdyż ojciec prędko odszedł w kierunku lasu.
“Co za tchórz!” — pomyślał z gorzko, odprowadzając go wzrokiem.

* * *

Właśnie skończył pilnować więźniarkę, a zastąpił go Zapomniana Koniczyna. Chudzielec niepewnie siedział przed norą i wpatrywał się na kocicę przerażonym wzrokiem ucznia, który pierwszy raz w życiu zobaczył wściekłego szczura.
— Nie martw się, nie jest tak ciężko, jak pewnie opisuje to Szczawiowe Serce. Niektórzy są zbyt delikatni na tę robotę, ale z ciebie może jeszcze będą koty. — Klepnął starszego od siebie wojownika w plecy, a ten od siły jego łapska się pochylił, o mało co nie wypluwając płuca.
Porywisty Dąb się zaśmiał głośno i ruszył w kierunku obozu. Zatrzymał się przed wejściem i obejrzał dokładnie polanę, na której nie zauważył znajomego liljowego futra ojca.
“Jeszcze nie wrócił z lasu? Lepiej będzie sprawdzić, co tam robi tak długo. Jest okropny skwar. Powinien się schować” — przewrócił oczyma.
Postanowił nie schodzić do obozowiska. Odwrócił się z powrotem w stronę gęstego lasu, który porządnie izolował ich od słońca i wyruszył za śladem zapachowym Miodowej Kory. Musiał go znaleźć. Mimo napięcia, które między nimi panuje, nadal martwił się o niego, chociaż wolał tego nie okazywać.
W końcu dotarł nad rzekę, gdzie woń Miodowej Kory była silna. Nagle stanął jak wryty widząc liczne kolorowe skóry, które były podobne do tych, które widział na terytorium Klanu Wilka. Dobrze wiedział, do kogo one należą. Dwunożni, bo o nich mowa, zawsze musieli się zjawiać, ze swoimi dziwnymi rzeczami, które śmierdziały czymś, co trudno było nazwać.
Najróżniejsze zapachy mieszały się wraz z wonią, przez co nie był w stanie powiedzieć, czy jego ojciec rzeczywiście, gdzieś tutaj jest.
“Stary piernik! Czemu on tutaj przyszedł? Zabrano go? Czy powinienem pójść po wsparcie do obozu?” — rozejrzał się i dał pierwszy krok do przodu. — “Nie! Dam sobie sam radę!”
Ostrożnie wszedł między kolorowe skóry, w których skrywała się część grupy dwunożnych. te dziwne łyse stworzenia przyszły tutaj w taki upał i część moczyła i chlapała się w rzece. Skrzywił się pod nosem z obrzydzenia. Zachowywali się całkowicie, jak te koty z Klanu Nocy.
— Na moje wąsy, po co tutaj przyszedł ten stary tłumok? — jęknął bezsilnie do siebie. Miał ochotę złapać się za głowę i wyć w stronę księżyca, niczym prawdziwy wilczak. Tylko był problem, nie był już Wilczakiem, ani mieli jeszcze dzień. — Miodowa Koro! — miauknął głośno, lawirując między dziwnymi skórami oraz młodymi dwunożnymi, którzy wskazywali na niego palcem.
Zauważyli go, jednak nikt nie śmiał do niego podejść. Może się go bali? Powinni, wiedział wyśmienicie, że był wielki oraz silny na tyle by stawić czoło tym wynaturzeniom.
— Porywisty Dębie, idę po ciebie słyszysz?!? Nie zostawię cię! — rzucił dosłownie wszystko by ratować go z sideł dwunożnych.
Zauważył biegnącego w jego stronę ojca, jednak o dziwo to nie liljowy zagubił się w obozowisku dwunożnych, tylko on sam. Miodowa Kora przybiegł z lasu, co było dziwne, może wiatr zabrał jego zapach tutaj?
— Nic mi nie jest, myślałem, że to ciebie porwali, jednak dobrze widzieć cię całego — mruknął zerkając na niektórych dwnunożnych, którzy zainteresowali się ich obecnością. — Nie atakują nas, więc jest względnie bezpiecznie.
Liljowy spojrzał się na dwunożnych i zjeżył się dosyć mocno.
— Na Klan Gwiazdy! Musimy się wycofać powoli. Nie wiemy, co mogą nam zrobić. — Spojrzał na syna. — Dobrze że jesteś cały, myślałem że już ci coś zrobili, a teraz już! Cofamy — Starszy kocur powoli robił kroczki do tyłu, następnie machał ogonem synowi by zrobił to samo.
Porywisty Dąb jednak stał w miejscu. Jego pysk był już mniej przyjazny, a sierść na karku lekko się uniosła. Czy właśnie jego ojciec przerwał milczenie, tylko dlatego, że zostali nakryci w obozowisku dwunożnych? Może jak tutaj zostanie na kilka uderzeń serca dłużej, to coś więcej od niego wyciągnie?
— Szkoda, że w obozie Świetlików, tak ze mną nie rozmawiasz, jak dzisiaj — powiedział z przytykiem, ewidentnie niezadowolony. — Dopiero otwierasz do mnie pysk, jak siedzę w obozowisku dwunożnych. Nas i tak nie atakują, a ty jak boimyszka chcesz uciekać do lasu. No i co, potem znów nie będziesz się do mnie odzywał przez następny sezon?
Zatrzymał się słuchając go.
— To nie tak, Porywisty Dębie, ja. — Spojrzał na dwunożnych i znowu na niego, może miał on rację? — Możesz tak nie dramatyzować? Czasami komunikacja jest skomplikowana! A po drugie skąd wiesz że akurat chcę tam wracać? Może wcale nie chcę tam marnować życia przez następne księżyce! Z tą zgrają pod tytułem "Klan Gwiazdy nas wybrał musimy uciekać! Uciekliśmy, o nie! Chyba źle zrobiliśmy, coś nam się znaki pomerdały, chyba będziemy się chować w lesie do usranej śmierci.", tyle powiem. Mam dość tego po same uszy!
Prychnął na odpowiedź ojca.
— A jednaj z nimi poszedłeś. Poza tym komunikacja wcale nie jest trudna. Miauczysz od rzeczy! — Wykrzywił wargi z niezadowolenia. — Jesteś jednym wielkim hipokrytą.
Nie czekał na jego odpowiedź, poszedł w głąb obozowiska dwunogów. Nie odszedł za daleko, kiedy podeszło do niego dwóch dorosłych dwunożnych, którzy starali się miauczeć, niczym małe kocięta.
Położył po sobie uszy i popatrzył na nich z obrzydzeniem, nie wiedząc czy ma uciekać, czy zacząć ich poprawiać. Kaleczyli tak strasznie koci język, że czuł, jak jego uszy cierpną.
Samiec wyciągnął do niego swoją wielką różową łapę i starał się go złapać za kark, jednak on odskoczył na bok, jeżąc się cały.
— Łapska precz! — syknął, zamachując się swoją łapą z wysuniętymi pazurami.
Dwunożny był za wolny, więc udało mu się przeorać odsłonięte różowe przedramię. Samiec zabulgotał z bólu, na co jego samica podała mu dużą grubą skórę.
Skonsternowany patrzył na dorosłą parę, do których podchodziły dwoje młodych. Wszyscy wydawali się zainteresowani jego osobą, jednak nadal nie byli agresywni. Czy to był napad?
Miodowa Kora tylko westchnął.
— Jakoś się staram z tobą rozmawiać! Chcę, żeby między nami było lepiej. — Podszedł do swego syna. — I nie uciekaj jak mówię do ciebie!
Zerknął na niego, nie wiedząc, czy ma się skupić na ojcu, czy na dwunożnych, którzy nadal byli zainteresowani ich obecnością.
— To wybrałeś sobie bardzo ciekawy moment do rozmowy. Dziwi mnie, że w ogóle do mnie otwierasz pysk — odburczał obrażony.
Skupieni na sobie nie zauważyli, kiedy podszedł do nich znów ten sam dwunożny i owinął ich ciasno w miękką skórę, uniemożliwiając im poruszanie się. Porywisty Dąb warknął ostrzegawczo, jednak nie był w stanie ugryźć ani podrapać dwunożnego, z resztą tak samo nie mógł zrobić Miodowa Kora. Po krótkim i drastycznych ruchach, które i tak nie przyniosły mu nic dobrego, opadł z sił.
— No to chyba po nas... — mruknął. — Zadowolony?
Chciał obarczyć tym wszystkim swojego ojca. Przez jego zapach oraz nieobecność w obozie, znaleźli się w takiej, a nie innej sytuacji. Gdyby siedział na tyłku w obozowisku, tak nie poszedłby nad rzekę.
— Wiesz, może wyciągnijmy z tego pozytywne wnioski. Przynajmniej już nie wrócimy do tego lasu — zamruczał gdy został owinięty w skórę dwunożnych.
Porywisty Dąb zmrużył nieprzyjemnie oczy.
— Czy ja wiem. Nawet dobrze mi tam było. Skąd wiesz, czy dwunożni cię nie zabiją? Mogą nas zjeść!
— Zjeść? Nie przesadzaj, pewnie byśmy byli dla nich okropni w smaku, najwyżej skończymy jako jakieś pieszczochy czy coś w tym podobnego.
Nie wierzył w to, co mówił do niego ojciec. Mieli zostać… pieszczochami? Przecież był to jakiś absurd! On? Były Wilczak? Kot z klanu? Były Świetlik? Teraz miał zostać zwykłym piecuchem i być głaskanym przez jakieś wielkie różowe łapska? A gdzie walka o przetrwanie? Gdzie drapanie i pokonywanie przeciwników? Miał skończyć na jakimś miękkim posłaniu i już nigdy nie dotknąć trawy? Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi. Chciał krzyczeć na ojca, że jak ten śmie być spokojny w takim momencie. Przecież dla nich była to plama na honorze, by teraz zostać zabrani jako dwa niesforne piecuchy.
Zostali zabrani do wnętrza potwora i położeni na kolanach młodszych dwunożnych, którzy nadal trzymali ich, ciasno zwiniętych w miękkie skóry, z których ciężko było się wydostać. Rodzice natomiast zabierali resztę rzeczy, które zostały w obozowisku, gdzie przebywała reszta zgrai dwunożnych. Na to wychodzi, że nie wszyscy z tych dziwolągów, byli ze sobą spokrewnieni, gdyż reszta nadal bawiła się nad wodą, ciesząc się z ciepła oraz długiego dnia.
Potwór w końcu odpalił i wyruszyli w nieznanym im kierunku. Za oknem jedynie widział ruszające się czubki drzew, które później się przerzedzały, aż mógł obserwować błękitne i bezchmurne niebo. Szum oraz dziwne odgłosy dobiegające z urządzenia, które rozumieli tylko dwunożni oraz ich pohukiwania, działały na niego przebodźcująco. Miał już dość. Wolał zostać teraz zjedzonym, by więcej się nie stresować oraz nie słychać tych dziwnych dźwięków.
Podróż dłużyła się w nieskończoność, a jego serce nie przestawało szybko bić. Pierwszy raz w życiu był tak przestraszony. Młode dwunożnych głaskały go po głowie oraz Miodową Korę. Jego ojciec nie wyglądał na tak zestresowanego.
W końcu dojechali na miejsce, i zabrano ich do gniazda dwunożnych, które miał okazję ujrzeć pierwszy raz w swoim życiu. Wewnątrz było wiele pomieszczeń, a każde pachniało inaczej oraz trzymano tam różne ozdoby i rzeczy, o których sami nie mieli pojęcia. Wsadzono ich do klatek wraz z kolorową skórą i zostawiono na pastwę losu.
Wydostał się z miękkiego kaftana bezpieczeństwa i spojrzał przez kraty na pomieszczenie, w którym się znajdowali. Zauważył przy jednym oknie czarną kotkę, która wpatrywała się w nich przez ten cały czas.
— Hej ty! Tak ty! Gdzie jesteśmy? Po co nas tutaj przyniesiono?
Pieszczoszka zawahała się czy zeskoczyć do nich. Po krótkim namyśle to zrobiła i podeszła do krat, które ich rozdzielały. Była małą kotką z postury o czarnej aksamitnej sierści, oklapniętych uszach oraz złotych oczach. Zgadywał, że była w jego wieku lub trochę młodsza, a na jej pysku malowało się zaciekawienie.
— Odpowiesz mi na pytanie, czy nie? — ponaglił ją, na co tamta go zignorowała, przyglądając się jeszcze Miodowej Korze.
Ojciec też ją zauważył, jednak nadal siedział cicho i obserwował otoczenie, dystansując się od pieszczoszki.
“Myślałeś, że sami będziemy pieszczochami?” — zaśmiał się w myślach z ojca. — “Jak przyszło co do czego, to jednak wolałbyś wrócić do lasu? Co?”
— Jestem Żółtka, a wy wyglądacie i pachniecie, jak zgraja dzikusów. — Udawała obrzydzenie, jednak słabo jej to wychodziło. Nadal mógł zauważyć jej ciekawski błysk w oku.
Oparł się o kratkę, przeczesał pazurami swoją długą kryzę i zmrużył oczy, jak to robił by oczarować kotki w klanie. Chociaż, czy nie wypadł z rachuby podczas tak długiego pobytu w Świetlikach?
— Słuchaj, z nas może i są dwa dzikusy ale najlepsze, jakie mogłaś sobie wyobrazić. Lepszych chłopaków nie znajdziesz. — Lekko przesunął się, by lepiej pokazać ojca, który nadal leżał z tyłu. — To jest mój ojciec, Miodowa Kora, a ja nazywam się Porywisty Dąb.
— Macie naprawdę dziwne imiona. Po co wam dwa człony?
Zauważył, jak Żółtka przebiera tylnymi łapami i patrzy się na niego wyczekująco, żeby opowiedział resztę ich historii.
“Uuu kogoś chyba zżera ciekawość” — zaśmiał się z niej w myślach.
— Aaa takich rzeczy dowiesz się może kiedyś, jak nas stąd wypuszczą. Nie lubię opowiadać kotom o sobie, kiedy jestem więźniem. Troszkę tak nie ładnie — zamruczał dźwięcznie, czując, że chyba udało mu się zasiać ziarenko przyjaźni albo nawet czegoś więcej w kotce.
Żółtka przekrzywiła łepek i posłała mu zadziorny uśmieszek.
— Pewnie was niedługo wypuszczą, jednak najpierw zabiorą was do weterynarza. Czy, jak niektóre koty mówią do “obcinacza”.
— Kto to wogóle jest ten obcinacz?
— Dwunożny, który dba o nasze zdrowie, ma leki i takie tam.
— Jak to “takie tam”? — wzburzył się. — Nie mówisz nam całej prawdy!
— Bo sama nie wiem wszystkiego — zauważyła. — Wiem jedno, że jak traficie do weterynarza dzisiaj, a potem posiedzicie trochę w domu, zanim wypuszczą was na zewnątrz. Moglibyście uciec z farmy i zawieruszyć się gdzieś na rynku, a tam kręcą się różne podejrzane koty oraz psy.
— Farma? Co to za kolejne dziwactwo?
Żółtka zaśmiała się pod nosem i przez kraty tknęła go łapką w nosek.
— Przekonasz się, jak się zaaklimatyzujesz. Pokaże wam wszystko i nauczę was żyć w tym miejscu. Zobaczycie, że wam się spodoba, jak zobaczycie może oraz farmę ostryg.
— Jesteśmy blisko morza? Pewnie gdzieś niedaleko są terytorium Klanu Nocy oraz Klanu Klifu.
— Głuptasie, nie mamy tutaj żadnych klifów ani klanów. Dzikie koty jakie ja znam, nie przebywają w grupach, no może oprócz niektórych na rynku ale nimi nie musimy się przejmować, jeśli nie idziemy do centrum.
Pieszczoszka pokręciła jedynie głową, na jego oraz ojca skonsternowane miny.
— Centrum? — mruknął w końcu Miodowa Kora włączając się do rozmowy.
— Eh… Nie ma sensu wam tego teraz tłumaczyć, jeśli i tak będziecie siedzieć w środku. Opowiem wam później, kiedy pozwolą wam wychodzić i dostaniecie własne obroże.

* * * 

Tego samego dnia dwunożni zabrali ich transporterem do weterynarza, tak jak mówiła im Żółtka. Po ich rozmowie dowiedział się, mniej więcej, co mogą się spodziewać po ich nowych właścicielach, nauczyła ich kilka nowych nazw przedmiotów, których zdołali już poznać. Kolorowe skóry, w których zostali zawinięci, to koce, a w dziwnym pudle z kratami, nazwano transporterem. Obroże to takie paski skórzane lub z innych materiałów, które zawiązuje się na szyi kota. Podobno tak dwunożni ich przywłaszczają i napisane jest na nich ich imona oraz inne rzeczy, których nie do końca zrozumiał od Żółtki. Jak na jego prosty umysł dzikusa, te wszystkie nazwy na rzeczy, które widzi pierwszy raz w swoim życiu, to za dużo.
Postawiono ich na stole i wyjęto z koców. Dwunożny zwany weterynarzem, niczym medyk obejrzał go sprawnie. Sprawdził mu uszy, wnętrze pyska, brzuch oraz miejsca, gdzie medyk nigdy nie zaglądał, a gdyby nawet spróbował, to Porywisty Dąb powyrywałby mu wąsy.
Wizyta trwała dość krótko, jednak nie należała do najprzyjemniejszych. Teraz zaczął doceniać medyków w Klanach, ciężką pracę Stroczkowej Nadziei oraz poświęcenie już zmarłej Jarzębinowego Żaru. Nie musiał przechodzić przez tyle stresu w zacisznej lecznicy.
Kiedy dotarli do domostwa i zostali uwolnieni z transportera, od razu podbiegła do nich Żółtka.
— I jak było u “obcinacza”, hm? — zaśmiała obwąchując go pierwszego.
— Obcinacz mi nic nie obciął i mam nadzieję, że tak zostanie. Mam nadzieję, że nie będą nas tam często zabierać.
— Mówisz tak, jakbyś się już pogodził, że zostaniesz tutaj na zawsze. Myślałam, że dzikusom z lasu dłużej zajmie zaklimatyzowanie się tutaj.
— No jak z nami jest taka piękna kotka, to aż szkoda się nie przekonać do tego miejsca. Jeszcze zobaczymy, dam szansę temu miejscu, może nie będzie tak źle.
Zerknął na Miodową Korę, który tylko pokręcił lekko głową, jakby śmiał się z jego nastawienia, które zmieniło się od momentu, kiedy zobaczył pieszczoszkę.
— Nie słodź mi aż tak, bo specjalnie sprawię, byście zamieszkali gdzie indziej. — Machnęła łapką, udając zawstydzenie. — Jednak postaram się żebyście zapoznali się z moim domem oraz okolicami. Za żadne skarby nie wyobrażam sobie mieszkać, gdzieś daleko w lesie. Wam też powinno się tutaj spodobać.
— Trzymam cię za słowo.

* * *

Minęło kilka dni, od kiedy nie przebywali już w lesie, tylko w domostwie Żółtki. Nie wiedział, jak Świetliki zareagowały na ich nieobecność. Czy Mglisty Sen dawał radę zarządzać resztą kotów? Czy znaleźli kogoś, kto pilnował przeklętej Rysi Trop?
Chciał powiedzieć, że tęskni za lasem oraz kotami, których znał z Klanu Wilka. Jednakże nie było to prawdą. Przyzwyczajał się dość szybko do nowego miejsca. Nie dawał się jeszcze głaskać, na co narzekała Żółtka, jednak pewnie za kilka dni, jeszcze mogło się zmienić. Dwunożni karmili ich mięsem oraz innymi kąskami z kuchni, gdzie przyrządzali posiłki.
Na początku jeszcze ciężko mu było się przekonać do jedzenia z miski, a w szczególności mięsa nieznajomego pochodzenia. Nie smakowało ono myszą, ptactwem lub jego ulubionym leśnym przysmakiem, czyli wiewiórką. Było dobre, jednak nie mógł się doczekać aż dwunożni zaczną ich wypuszczać na zewnątrz.
— Jak smakowało ci dzisiejsze śniadanie? — Podeszła do niego Żółtka z psotnym wyrazem pyszczka. Zlustrowała go swoimi złotymi oczyma, po czym je zmrużyła. — Dzisiaj wydajesz się bardziej zamyślony. Co cię trapi?
— Hm? A nic, po prostu zastanawiam się nad Świetlikami.
— Właśnie, miałeś mi wszystko opowiedzieć o dzikusach w lesie oraz waszej przeszłości. Całkowicie zapomniałam o to was wypytać. Skupiłam się całkowicie na nauczaniu was korzystania z kuwety i-
— A przestań już z tą kuwetą! — Nie dał jej dokończyć. — To jest naprawdę upokarzające żeby korzystać z takiej rzeczy! Dajcie mi wyjść na zewnątrz i możemy nie poruszać więcej tego tematu! — Napuszył się strasznie.
Kotka zamruczała rozbawiona i pacnęła go łapką.
— To jak? Opowiesz mi o tych waszych klanach?
— Może jeszcze nie teraz.
— No trudno, to wy zostaniecie sami w domu, a ja pójdę na spacer. Możecie nudzić się sami! Papatki~
Pieszczoszka wybiegła z pokoju, gdzie po chwili słychać było trzask drzwi. Podbiegł do okna i wskoczył na parapet, gdzie zobaczył znikające czarne futerko w gęstwinie.
Westchnął przeciągle i oparł głowę o szybę. Nie wiedział, ile jeszcze będą ich trzymać w tym domostwie. Może i było przytulnie ale wiatr w sierści, gonitwa za zwierzyną i wolność to tego, czego potrzebował. Miał wrażenie, że wszystko stracił, co go przytłaczało.
— Skoro jesteśmy sami, to może w sumie robić co chcemy. Raczej w tym miejscu wystarczy być w miarę potulnym co do dwunogów, przy okazji jak może nas polubią to nas wypuszczą na dwór — powiedział Miodowa Kora, kłapiąc łapami po kanapie, następnie wysunął pazury, robiąc to samo, tylko robił lekkie zadrapania po tym.
Na słowa ojca, przeniósł na niego swój wzrok.
— Może tak... Może za parę dni dam się dotknąć tym ich różowym łapskom... Pewnie po tym nas wypuszczą albo jest jakiś haczyk, o którym nie wiemy jeszcze, a Żółtka zapomniała nam o tym powiedzieć. — Poprawił się na parapecie, wyciągając się na jego całą długość.
Widział, że w domostwie jest największym kotem o najdłuższej sierści, dzieci dwunogów przez te kilka dni starały się go głaskać i przytulać, jednak on się jeszcze nie dawał. Czuł opór i wstyd.
Co powiedzieliby o nim jego byli przyjaciele z Klanu Wilka, gdyby zobaczyli go na kolankach dwunożnych, głaskany oraz pieszczony, jak jakaś zabawka?
— Jak wróci, to trzeba ją popytać o więcej szczegółów. Nadal dużo nie wiemy o tym całym życiu dwunogów i o tej "Farmie". Chciałbym szerzej zobaczyć ten teren, niż tylko te gniazdo. — zaczął nadal bawić się kanapą jakby miał mentalnie 5 księżycy.
— Mhm... Zapolowałbym na wiewiórkę albo nawet na małą myszkę. Nie jestem w stanie biegać za jakimiś zabawkami jak kocię, tylko po to by młode dwunogów się cieszyły.
— To tylko na chwilę, zobaczysz. Nie będziemy wiecznie spędzać czasu tylko z pisklętami dwunożnych. — Znudzony kanapą zeskoczył z niej i zobaczył fajną piłkę w salonie, zrobił pozycję łowiecką a następnie skradając się do piłki skoczył na nią. Niestety obiekt mu uciekł więc starszy kocur zaczął ją gonić.
Porywisty Dąb patrzył na niego jakby ten był niespełny rozumu.
— Ty napawdę dobrze się czujesz? Co by powiedziały Wilczaki, gdyby teraz cię zobaczyli. Robisz z siebie pośmiewisko! — prychnął zażenowany głupim zachowaniem ojca.
Przez chwilę przestał gonić kulkę patrząc na syna.
— A widzisz gdzieś ich w pobliżu? Nie, skoro ich nie ma to mogę robić co chce! I tak nie mieliby jak tego zobaczyć, więc nie bądź marudny i się rozluźnij, brzmisz jak markotny staruch.
Porywisty Dąb tylko się zmarszczył na pysku. Oczywiście, że nie było tutaj żadnego Wilczaka w pobliżu, jednak nie umiał się oszukać i udawać od łapy, że od teraz jest jakimś głupim piecuchem. On nadal w środku był wojownikiem Klanu Wilka i niechcianym Świetlikiem.
— To baw się, jak głupie kocie. Nic to nie zmieni w naszej sytuacji... — powiedział bardziej do siebie niż do ojca. Zwrócił swój wzrok z powrotem na świat za oknem.

* * *

Dni i noce mijały, a oni jeszcze nie zostali wypuszczeni na zewnątrz. Zaczęła go dopadać rutyna, nic ciekawego się nie działo, więc jego ulubionym zajęciem stało się oglądanie świata zza okna. Nadal nie bawił się zabawkami, które szczeniaki dwunożnych im przynosili, jednak było to naprawdę trudne. Jego instynkty łowieckie oraz chęć polowania była nadal nie zaspokojona, a wszystkie te wypchane przytulanki, piłeczki i inne cuda na kiju z piórkami bardzo przypominało mu zwierzynę, na którą jeszcze nie tak dawno tropili w lesie. Nie wiedział ile jeszcze wytrwa, ile zdoła się oprzeć tym pokusom. Wiedział, że jeśli chciał dotknąć trawy i powspinać się na drzewa, to będzie musiał się ugiąć i pozwolić się dotknąć przez dwunożnych.
Zerknął na Miodową Korę, który leżał leniwie na jednym z drapaków i drzemał. Na jego liliowym futrze znajdowały się płaty światła słonecznego, które przebijało się przez drzewa, za oknem.
Zazdrościł ojcu, że umiał tak szybko się przekonać do zostania piecuchem. Skrycie też chciał gonić za zabawkami oraz spać spokojnie na tych wszystkich kocach wraz z nim oraz Żółtką, jednak ciągle wyobrażał sobie niezadowolone pyski Ognikowej Słoty, Nadciągającego Pomroku, Tygrysiej Nocy oraz Tropiącej Łaski. Wiedział, że śmialiby się z niego. Nie umiał sobie nawet przetłumaczyć, że tych kotów, już nigdy nie spotka na swojej drodze i nie będzie przez nich oceniany.
Nagle do pomieszczenia weszli dwunożni dzierżąc w rękach coś co przypominało małe kolorowe paski, które dzwoniły, z każdy gwałtowniejszym ruchem ich wielkich różowych łapsk. Między ich nogami przebiegła Żółtka i wskoczyła obok niego na parapet.
Zdyszana i uradowana otarła się o niego.
— Dostaniecie obroże! Nawet nie wiesz, jak wam zazdroszczę nowych imion!
— Nowych imion? Jak to? Macie tutaj jakieś mianowania na piecucha? — zdziwił się i zerknął na jego właściciela, który sprawnym ruchem zapiął mu na szyi materiałową obrożę z dzwoneczkiem. — To wszystko?
Żółtka pokiwała głową, a dwunożny zapiał tym razem obrożę u Miodowej Kory, którego wybudził z popołudniowej drzemki. Swoim wielkim różowym łapskiem pogłaskał całą ich trójkę i wyszedł z pokoju.
— Zazdroszczę wam bardzo nowych imion. Macie je bardzo ładne, takie miejskie wręcz — zachwycała się Żółtka, koczując obok niego i gapiąc się na metalową część małej plakietki, która była zaczepiona jego obroży. — Podejrzałam je wcześniej i macie na nich napisane swoje imiona.
— Napisane? Co to w ogóle znaczy? Ja i tak nie widze praktycznie mojej obroży, bo zasłania mi futro — zakłopotany starał się dojrzeć swojej obroży.
— Tak, takie szlaczki, które przypominają pozwijane robaczki, to pismo i da się z tego wyczytać różne rzeczy. To jest ich mowa. Gdzie byś nie spojrzał, tam jest pismo! Dwunożni są naprawdę fascynujący! — podekscytowała się. — Porywisty Dębię, dwunożni nadali ci imię Leon, a ciebie Miodowa Koro nazwano Louis. Nawet nie wiecie, jak wam zazdroszczę.
Od teraz miał inaczej na imię? Leon, bardzo dziwne imię, czy do tego też będzie musiał się przyzwyczaić? Cz teraz w domostwie jego ojciec oraz Żółtka będą go tak nazywali?
“Może w taki sposób, szybciej się przekonam do bycia pieszczochem? Nowe imię, całkowicie nie związane z Klanami oraz lasem. Tylko, jak to określiła Żółtka “miejskie” imię…”
— I jak, Lousie? Czy podoba ci się nowe imię? — zwróciła się Żółtka do Miodowej Kory, który przeciągał się na drapaku.
Starszy kocur drgnął uchem gdy czarna kotka wspomniała jego nowe imię.
— Louise? Nigdy nie sądziłem że przejdę kiedyś z dwuczłonowego imienia na pojedyncze. Te imię jednak jest nawet urokliwe w samo sobie. — Rozciągnął się na drapaku znowu, a następnie zaczął go drapać swymi pazurami, by je naostrzyć.
Popatrzył na swojego ojca skonsternowanym wzrokiem. Jak mieli spalić wszystkie swoje drogi powiązane ze Świetlikami oraz Klanem Klanem Wilka, to niech tak zostanie.
— A tobie się podoba twoje nowe imię, Leonie? — zwróciła się teraz do niego Żółtka.
— Sam nie wiem, jest to coś nowego... — Wzruszył ramionami. Od dłuższego czasu nie umiał aktorzyć, musiał w końcu wrócić na stare tory i odzyskać swój poprzedni blask. — Nie jest złe. Ma jakieś znaczenie?
— Pewnie jakieś ma, jednak aż tak nie jestem oczytana, jak mój ojciec był — zaśmiała się. — Jesteście tutaj już jakiś czas, możecie opowiedzieć o sobie oraz waszych zwyczajach. Już zostaliście zaakceptowani przez dwunożnych i możecie śmiało powiedzieć, że farma ostryg oraz jej okolice należą do was. Co to są te Klany? Jaka jest geneza waszych byłych imion?
— Klany to grupa dużej liczby skupisk odrębnych grup. Każdy klan na swoje odrębne tradycje i wyróżnia się od innego. U nas są cztery klany, Klan Wilka, Klan Nocy, Klan Klifu i Klan Burzy. My akurat podchodziliśmy z Klanu Wilka, to klan który mieści się w rozległym lesie iglastym. Nawy dobrze wspominam swój dom, choć niestety musieliśmy uciec z niego — odpowiedział na jej pytanie liliowy kocur.
— Uciekliście z własnego domu? Dlaczego? — Żółtka nadal drążyła temat.
Westchnął przeciągle. Nie był pewien, czy powinni mówić to wszystko pieszczosce.
— Może powiemy ci wszystko, co chcesz wiedzieć, jeśli nas wypuścisz na dwór. Nie damy ci tak ważnych informacji, jeśli jesteśmy nadal trzymani w tym miejscu.
Czarna kotka prychnęła poirytowana i z nadzieją popatrzyła się na liliowego kocura.
Na pysku ojca ukazała się presja, którą musiał wywierać na nim wraz z pieszczoszką.
— Wiesz to naprawdę długa historia czemu musieliśmy uciec, ale za to mogę ci odpowiedzieć na twoje drugie poprzednie pytanie. — Tylko jakie było jej poprzednie pytanie? Chyba coś z genezą imion czy zwyczajów.
— Co do naszych imion, to były wcześniej takie nietypowe bo byliśmy wojownikami. Każdy wojownik klanu ma takie dwuczłonowe, pierwsze jako kociaki rodzimy się tylko z jednoczłonowym imieniem, ja miałem jak byłem mały na imię Miód. Potem jak zostałem uczniem po moim słynnym teście to dostałem dwuczłonowe imię z drugim członem "Łapa", dostają go tylko uczniowie którzy się przygotowują by zostać wojownikami lub medykami. Gdy już będziesz gotowy to odbywasz pojedynek z drugim uczniem, a jak wygrasz to twój lider nazywa cię nowym dwuczłonowym imieniem, moje imię wcześniejsze już znasz. Więc tak nie więcej dostaje się imiona.
— Uuuu… To naprawdę ciekawe — Czarna podeszła do Louisa i zaczęła go wypytywać o inne rzeczy i zwyczaje, które panowały na terenach klanów. On jednak ich nie podsłuchiwał, zajął się własnym futrem, wracając myślami do Klanu Wilka oraz jego Ognikowej Słoty, za którą nadal tęsknił.

* * *

Pora Zielonych Liści powoli ustępowała Porze Opadających Liści, gdyż drzewa powoli zaczęły się robić żółte, jednak Leon nie mógł tego powiedzieć o temperaturze, która panowała na zewnątrz. Ludzie jeszcze nie zdążyli ich wypuścić poza swoje szczelne gniazdo.
Przez ten czas zdążył się przyzwyczaić do dotyku dwunożnych oraz zabaw, które coraz częściej mu oferowano. Siedzenie w miejscu i wspominanie wolności stało się nudne oraz męczące na tyle, że nawet tęsknił za pilnowaniem obłąkanej Rysiego Tropu. To zajęcie w tym momencie z chęcią by wykonywał każdego dnia, Pory Zielonych Liści. Gdyby tylko nie poszli nad rzekę…
Siedział na parapecie i wpatrywał się w ciemne drzewa oraz księżyc, który był jedynym jasnym punktem na nocnym niebie. Wyczuł nasilający się zapach Żółtki, która starannie stawiała swoje łapki na posadzce, nie wydając żadnego dźwięku.
— Buuu! — zawyła, chcąc go wystraszyć, jednocześnie wyłaniając się z ciemności i wskakując obok niego na parapet.
Nawet nie drgnął.
— Jeśli chciałaś mnie przestraszyć, to ci się nie udało. Szybko cię wyczułem. Pachniesz silnie trawą i morzem, że wyróżniasz się na tle zapachów w domostwie. Musiałabyś się bardziej postarać.
— Nie jestem aż tak zaprawionym wojownikiem, jak ty, czy Louis. Może kiedyś byś mnie czegoś nauczył, co?
Rzucił jej krótkie spojrzenie.
— Po co ci umiejętność skradania, skoro na nic nie polujesz? I tak masz jedzenie w misce, to nie jest ci potrzebny trening wojownika.
— Może nie poluję na każdą zwierzynę, czy na wiewiórki. — Dała nacisk na ostatnie słowo, co go zainteresowało.
— Czyżby Louis ci zdążył ci nagadać o mojej ulubionej zwierzynie?
— Dokładnie! — zachichotała, ocierając się delikatnie o jego długie futerko. — Jednak nie zmienia to faktu, że jeśli obiecasz mi, że mnie nauczysz co nieco, to zabiorę cię w przyjemne miejsce — dodała, a w jej złocistych oczkach pojawiła się chytra iskierka.
Nie musiał się zgadzać, jednak nie miał nic innego do roboty. Nudziło mu się strasznie, a poza tym mógł chwilę zapewnić jej ciężki trening, który mu wcześniej szykował ojciec zanim został wojownikiem. Zmęczyłby kotkę i miałby spokój.
— No dobrze, zobaczymy, jaka z ciebie będzie wojowniczka! — Szturchnął, ją w bark i zeskoczył z parapetu na posadzkę. — Zaczniemy od krótkiej rozgrzewki i pokaże ci-
Nawet nie zdążył dokończyć, kiedy Żółtka nie niego zeskoczyła z parapetu i przeturlali się kilka długości lisa. Mimo ataku z zaskoczenia, nie dał się przygwoździć do ziemi i szybko zbił kotkę z nóg, a ta upadła na dywan.
— Ciamajda! — zaśmiał się z czarnej.
Ta pomasowała łapką głowę i z przekąsem powiedziała:
— Jak byś dał mi wygrać, to zaprowadziłabym cię na zewnątrz, ale jeśli chcesz nadal królować w salonie, to nie zamierzam ci przeszkadzać — mruknęła z udawaną urazą.
— Przecież nie mogę wychodzić z domostwa. Nawet Louis nie postawił łapy na trawy przez całą Porę Zielonych Liści!
— Kto powiedział, że nie opuścił domostwa? Widziałeś, go wczoraj gdzieś w okolicy wieczora?
Leon zamyślił się przez chwilę. Czy Żółtka chciała go zabrać na spacer? Czy jego ojciec już wyszedł i nic mu nie powiedział? Na samą taką myśl, napuszył się ze wściekłości i odwrócił się w kierunku drapaka, gdzie pochrapywał jego ojciec.
— Pokazałaś mu farmę i nic mi nawet nie powiedział?! — fuknął.
— Tak, tylko nie budź go!
— Niby czemu?!
— Bo ja go o to poprosiłam! Chciałam zrobić ci niespodziankę! Nie moja wina, że ty musisz się wykraść. Dwunożni niezbyt ci ufają, pewnie dlatego, że długo ci zajęło przekonanie się do dotyku oraz spędzania z nimi czasu. Jednak teraz widzę, że dobrze sobie radzisz, więc możesz zwiedzić całą farmę — wymruczała cicho i dotknęła go swoim ciemnym noskiem w bark.
Uspokoił się nieco, jednak nie powiedziałby, że był zadowolony z faktu, że jego ojciec jako pierwszy wyszedł z tego ludzkiego gniazda, tylko dlatego, że się łasił jak głupiec. On jako jedyny z ich dwójki starał się zachować pamięć i szacunek względem Świetlików i Klanu Wilka, przynajmniej mu się tak wydawało.
— No dobrze, w takim razie prowadź, gdzie niby jest przejście, gdzie mógłbym wyjść stąd? Domownicy śpią i wątpię by nam otworzyli drzwi.
— Widzę, że ruszyłeś główką — zamruczała rozbawiona i ruszyła po schodach na pierwsze piętro, a on za nią. — W sypialni dorosłych jest uchylone okno i zejdziemy po dachu.
Tak jak Żółtka powiedziała, tak zrobili. Niezauważalnie przeszli przez sypialnie dorosłych i przez uchylone okno wyszli na dach domostwa. Leon czekał na ten moment tak długo, że nie był w stanie opisać szczęścia, jakie poczuł, kiedy przyjemny ciepły wiaterek poruszył jego długą sierścią.
“Wolność! Nareszcie wolność!”
Chciał zeskoczyć i popędzić do lasu, zostawiając wszystko za sobą. Pędzić ile sił w nogach. Wrócić do Klanu Wilka. Wrócić do Ognikowej Słoty. Jednak tego nie mógł zrobić. Jest za daleko swojego starego, domu, w którym i tak by go nie przyjęto, tylko rozszarpano na drobne kawałki. Nie był już Porywistym Dębem, a Leonem, piecuchem na farmie ostryg, o której tak wiele słyszał od Żółtki, jednak nie wiedział, czym dokładnie, jak wygląda ich farma. Nie znał wielkości ich terytorium. Nie wiedział, jaki zapach powinien mieć na swoim futrze. Nie był już Świetlikiem ani Wilczakiem.
— To jak? Jesteś gotów na dzisiejszy spacer? Widziałeś kiedyś morze?
Oczywiście że był gotów!
— Tak widziałem morze. Chodziliśmy na zgromadzenie, które było na małej wysepce. Morze nocą jest naprawdę piękne.
— Zwykła skała na plamie ciemnej wody w pełni, to jeszcze nic, z tym co zamierzam ci pokazać! — zapewniła go i ruszyła w stronę drzewa, które znajdowało się na tyle blisko dachu, że mogli po nim zejść na ziemię.
Popędził zaraz za nią. Kiedy jego poduszki łap dotknęły trawę, ten westchnął z ulgą i utęsknieniem. W końcu przyjemna, chłodna rosa, której tak dawno nie miał okazji poczuć.
— Może i masz rację, jednak czym niby różni się te morze od tego, nad, którym znajdowały się tereny klanów?
— Chyba ja powinnam zadać to pytanie? Przecież mnie tam nie było ale za to ty będziesz mógł to ocenić już za chwilę! — zamruczała podekscytowana i ruszyła w znanym jej tylko kierunku.
On natomiast ruszył posłusznie za nią. Stawiając łapę za łapą przemierzyli przeżedzony lasek, z którego widział morze. Znajdowali się naprawdę wysoko. Pewnie byli na podobnym klifie, na którym mieszkały koty z Klanu Klifu. Po kamiennych stopniach zeszli na ogromną plaże, gdzie daleko widniały dziwne kosze obklejonymi glonami oraz innymi zielskami, których nazwy znały pewnie Nocniaki, a nie taki prosty kocur, jak on.
— Czy to ta cała farma? Jest ogromna…
— Owszem, jednak normalnie są pod wodą. Sami byśmy byli, gdyby przyszedł przypływ, jednak na tą chwilę nie musisz się o to martwić.
Żółtka zaprowadziła go bliżej dziwnych koszyków powieszonych na belkach, z których ociekała morska woda. Przyjrzał się uważnie zawartości dziwnej klatki, a w niej rzeczywiście były ciasno upakowane ostrygi. Obwąchał je i lekko się skrzywił, kiedy z jednej wypełzło coś czego jeszcze w życiu nie widział.
Żółtka widząc jego zdziwioną minę, zachichotała i trąciła go czule pyskiem.
— To rozgwiazda, głuptasie! — zaśmiała się i machnęła ogonem, żeby ten ruszył za nią.
Szli tak do momentu, aż ich łapy zaczęły obmywać woda.
— Nocą morze jest zazwyczaj spokojne, wiatr się uspokaja, no chyba, że jest sztorm. Jednak wychodzenie w czasie sztormu na farmę ostryg, to możesz się domyśleć, że to nie jest dobry pomysł. Fale i prądy bez problemu mogłyby nawet ukraść potwora, a co dopiero kota. Widziałam, jakie szkody, jakie może wywołać sztorm.
— Brzmi całkiem niebezpiecznie. W lesie mieliśmy całkowicie inne problemy, nie dosięgała nas woda i nie musieliśmy się martwić o podtopienia — mówiąc to, nadal oglądał z zaciekawieniem wnętrze jednej z dziwnych pułapek, gdzie ludzie wsadzili ostrygi. — Pewnie Klan Nocy i Klan Klifu mogły się martwić morzem oraz jego przeciwnościami losu. Nie wiem, czy jestem w stanie się przyzwyczaić. To miejsce, wcale nie przypomina lasu, w którym się wychowałem. Nie jestem w stanie przejść niezauważalnie po drzewach, skoro tutaj jest sam piasek, polany, domostwa oraz klify…
— Są drzewa w głąb lądu i tam może będziesz się czuł lepiej, jednak zieleń nie jest tak piękna, jak błękit morza.
Swoim spojrzeniem objął najpierw Żółtkę, a potem ciemną plamę wody, która cichuteńko szumiała. Może i kotka miała rację? Nie widział zbyt często morza za dnia. Jego uwagę na zgromadzeniach zawsze skradały kotki oraz najróżniejsze opowieści, jakie tylko koty mogły wymyślić. Musiał się przekonać do plaży, zaadaptować do nowego środowiska. Od teraz te tereny należały do niego i zamierzał pokazać wszystkim, że jest w stanie je ochronić.
— Patrolujesz twoje terytorium? Jest ogromne?
Czarna przekrzywiła łepek i wzruszyła ramionami.
— Zależy… Jeśli spacerowanie po okolicach oraz rozmawianie z samotnikami oraz innymi pieszczochami można nazwać patrolowanie, to tak. Ciągle patroluje swoje tereny.
— Nie brzmi to jak patrolowanie. Pozwalasz wchodzić innym na twoje ziemie? Nie stosujesz oznaczeń zapachowych? — Nie dowierzał Żółtce, jednak kotka skinęła mu powoli głową.
— Czyli to taki wasz klanowy obowiązek? Takie spacery i pilnowanie swoich ziem? Jest to całkiem ciekawe, mogłabym spróbować lub pozwolić ci się tym zająć. Wtedy chodziłabym z tobą na te spacery, a ty zrobiłbyś ze mnie prawdziwą wojowniczkę!
Żółtka ewidentnie nie zdawała sobie sprawy z tego, jak ważne jest utrzymywanie terenów tylko dla siebie. Irytowało to Leona, jednak nie zamierzał na nią naskakiwać, ważne, że mógł ją oswoić z klanowymi tradycjami i obowiązkami. Kotka wchłaniała wiedzę niczym suchy mech, co mogło ułatwić jej trening. Sam jeszcze nie dostał ucznia, więc mógłby sprawdzić, czy by się nadał jako mentor. Oczywiście, że da sobie z nią radę! Szczególnie, jeśli ta się tak do niego łasi. Z chęcią pozwoli jej na bliskość, może nie była to Ognikowa Słota z charakterkiem, jednak w pobliżu nie było żadnej innej lepszej kotki, a on w Świetlikach się strasznie wynudził.
Odwzajemnił uśmiech, na co łapki Żółtki zatrzęsły się z emocji.
“Głupiutka pieszczoszka” — zaśmiał się w myślach.
— Na dzisiaj wystarczy ci zwiedzania. Możemy wracać do domostwa, a jutro w dzień zwiedzimy dalsze tereny, które również do nas należą. Mam nadzieję, że cię domownicy wypuszczą, strasznie chciałabym ci pokazać centrum.  — Otarła się o niego i dała kilka kroków w stronę kamiennych stopni, które prowadziły do ich gniazda. — Chodź! Ruchy, ruchy! — pogoniła go i ruszyła pędem już wydeptaną przez nich ścieżką.
Leon popędził zaraz za nią, jednak najchętniej zostałby na miejscu i jeszcze pozwiedzał ogromną plaże, jednak czas ich gonił, a na niebie pojawiały się pierwsze odcienie pomarańczu. Poranek się zbliżał.

* * *

Dotarli do domostwa dość szybko i bezszelestnie weszli do środka. Domownicy nie zauważyli, że zdążyli uciec na całą noc. Tak samo jego ojciec, spał, jak zabity.
— Wstawaj Lousie! Dzień już się zaczął! — pacnął łapą swojego ojca. — Normalnie w Klanie Wilka byś już dostał bęcki za takie leniuchowanie!

< Ojcze? Jak ci się podoba nasze nowe terytorium? 🐈🌅🦪>

21 kwietnia 2026

Nowy Członek Klanu Gwiazdy!

Powód odejścia: Decyzja właściciela
Powód śmierci: Zamordowanie przez Cienistą Zjawę

Odszedł do Klanu Gwiazdy!


Od Słonecznego Fragmentu CD. Latającej Ryby

Klan Gwiazdy po raz kolejny skrzyżował jego ścieżkę z mieszkanką Klanu Nocy. Tym razem kotka nie należała do tego całego rodu, z którego słynął sąsiedni klan, ponieważ czarno-biała, lub też biało-czarna, nie posiadała charakterystycznego krwistego odcisku łapy na czole. Była zwyczajnym kotem, tak jak i on. Być może dlatego z łatwością przyszło mu podjęcie z nią rozmowy. Chociaż... przy Mątwie również zachowywał się tak, jakby rozmawiał ze zwyczajną kotką, a nie z księżniczką, w dodatku zapominając o czymś takim, jak przestrzeń osobista i szacunek do kultury drugiego klanu. Cóż , wtedy był uczniem i miał mleko pod nosem. Tym razem nie miał zamiaru popełnić gafy.
Na próżno.
W pewnym momencie parsknął, chcąc stłumić chęć roześmiania się. Czy wszyscy nocniacy, z którymi miał przyjemność rozmawiać pochodzili od tej samej matki? Dostrzegł, jak kocica zmarszczyła pysk, mrużąc oczy.
– Wybacz, nie zamierzałem z ciebie zakpić... A tym bardziej z tobą zadrzeć. – miaknął, tłumacząc się. – Chyba kojarzę cię z ostatniego zgromadzenia... – podjął, chociaż nie mógł być pewien. W końcu większość mieszkańców Klanu Nocy posiadała czarno-białe umaszczenie. Jedna plamka w tą lub w tamtą stronę, i bum, miał przed sobą całkowicie innego kota. Tak samo mogłoby być teraz, gdyby nie charakterystyczny kolor oczu kocicy. To była pierwsza rzecz, na którą zwrócił uwagę i która sprawiła, że poczuł ucisk w sercu. – Nazywam się Słoneczny Fragment. A ty? – Nie uzyskał odpowiedzi. Spojrzenie kocicy jasno mówiło, aby dał sobie siana i spadał.
Zrobił minę zbitego psa, dając za wygraną. Opuścił jako pierwszy granicę, nie chcąc naprzykrzać się nocniaczce, która nie była skora do zaprzyjaźnienia się z burzakiem. Przynajmniej tak sądził.

~~~

Od pierwszego spotkania, które zakończyło się uległą postawą kocura, jeszcze kilkukrotnie przed porą nagich drzew miał przyjemność spotkać Latającą Rybę na granicy. I udało mu się poznać jej imię! Co prawda nie od niej samej, a od niebieskiego kocura, który upomniał ją żartobliwym tonem, aby nie romansowała na granicy z burzakiem. Od tamtej pory dość przypadkowo, czy też nie, wpadali na siebie podczas wykonywania swoich obowiązków względem klanów. Czasami wpatrywali się jedynie w siebie, innym razem zdecydowali się podjąć krótka rozmowę.
– Pamiętasz, jak powiedziałem, że masz dobry wzrok? – zagadnął, podczas jednego z kolejnych ich spotkań. – A jak z twoją pamięcią i węchem?
– W porządku. Do czego zmierzasz?
– Cóż... Nie widziałaś może jakiś czas temu charakterystycznie wyglądającej samotniczki na waszych terenach? Burej z całym białym pyskiem... – zaczął, próbując, jak najlepiej opisać wygląd buraski, jak i jej zapach. Latająca Ryba wydawała się być bardziej rozgarniętą kotką od ostatnio spotkanej nocniaczki przez niego i Burzowe Chmury. Może coś widziała lub wiedziała? Jeśli tak, może by pomogła mu się dowiedzieć dokąd udała się Pacynka i czy była sama lub też w towarzystwie młodych?

*skip do teraźniejszości*
*tw: śmierć*

Z kremowego pyska wydobywał się bliżej nieokreślony charkot, a przekrwione błękitne oczy wpatrywały się w pysk burego kocura. Wilczak cofnął się na lisią długość, panicznie rozglądając się dookoła, za późno pojmując cóż takiego uczynił.
– Wstań... No wstawaj! – krzyknął bury, nachylając się do przewodnika, wpatrując się w niego wyczekująco ogromnymi pomarańczowymi oczami. Jednak kremowy nie ruszył się nawet o centymetr. Przez cały czas tkwił na boku, leżąc w nienaturalnie wygiętej pozycji. Bura łapa szturchnęła przewodnika po grzbiecie. – Cholera... Cholerny Klan Burzy!
Łapy odmawiały posłuszeństwa kocurowi, a obraz przed oczami tracił na ostrości. Zmrużył oczy, biorąc jeden z ostatnich wdechów.
Przybrany syn liderki wilczaków złapał burzaka za fałdę skóry, starając się czym prędzej ukryć go, czy właściwie jego ciało w zaroślach nim do granicy zbliżyłby się patrol graniczny lub łowiecki, zarówno klanu wilka, jak i klanu burzy. Musiał również zamaskować swój zapach, jak i ślady krwi.
Nim Słoneczny Fragment stracił przytomność, wykrzywił zakrwawiony pysk w grymasie.
"Wilczaki mają naprawdę kruche ego."