BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

25 sierpnia 2026

Od Louisa CD. Leona

Przeszłość

Rozciągnął się leniwie, co on taki energiczny? Żyli teraz bez żadnych obowiązków, musieli tylko mili dla dwunożnych i ładnie wyglądać, wtedy dwunożni dawali im jedzenie za nic. O zgrozo, gdyby stary Miodek usłyszał jego myśli, to by go udusił, ale za to stary Miodek też był bardziej naiwny i myślał, że jego życie będzie jednolite i nic się nie stanie. Mylił się, Klan Gwiazdy chciał inaczej.
— W Klanie Wilka tak, a tutaj teraz żyjemy inaczej. Powiem ci, że za szybko się przyzwyczaiłem do tego trybu życia, co starość robi z kotem na księżyce — zażartował sobie, jakoś sam nie wierzył, ale jakoś rozpromienił się w tym miejscu, bycie w Świetlikach naprawdę sprawiło, że prawie życie z niego ubywało. Czuł się tam bardziej odizolowany od świata niż tutaj, przynajmniej będąc tu, mógł swobodnie opuszczać farmę, by zwiedzać jej zakątki, choć i tak niezbyt daleko odchodził, jego wędrówka kończyła się, przy tych sieciach gdzie przyczepiały się małże.
Poruszył wąsami zamyślony.
— Jeśli dałoby radę, powinienem zainteresować się lokalnymi kotami. Z tego, co wiem, to Żółtka nie stawia granic swojego terytorium. Powinna to zmienić. Przynajmniej ja mogę o to zadbać. — stawianie granic może było bardziej klanowym zwyczajem i może dlatego Żółtka tego nie robiła? Choć to trochę dziwne patrząc na to, jaką mają posiadłość, czy kotka się nie bała, że inne koty mogą kraść małże? Lub inne rzeczy z ich terytorium, taka niepilnowana przestrzeń mogła przyciągać potencjalnych łobuzów, którzy mogliby wyrządzić szkody.
— Nie stawia? W takim razie pomożemy jej, ale z tego, co wiem, to chyba dwunożni nie chcą cię wypuścić, jeszcze na dwór. Może zrobimy to w nocy? Ty i ja na wyprawie samców ku nieznanemu. — To byłby pretekst, żeby zobaczyć większą część terenów, na razie jedynie co widział, to farmę ostryg z kamiennego klifu. Choć wydawała się naprawdę ogromna, to Żółtka wspominała, że teren jest jeszcze większy.
— Już udało mi się wymknąć z Żółtką. Pokazała mi co nieco — przyznał się i z zadowoleniem polizał swoja bujną kryzę.
— Brakuje mi walki. Chętnie bym przegonił jakiegoś samotnika albo włóczęgę. Dawno nie używałem pazurów do czegoś bardziej przydatnego.— To on już wyszedł z domu? Dwunożni mu nie ufali, może jednak się to zmieniło i przekonali się do niego po jakimś czasie.
— Skoro już nie więcej jesteś zorientowany no to nasz "patrol" pójdzie nam zgrabniej. — odparł Louis.
— Możemy wykorzystać naszą wycieczkę nie tylko do odstraszania kotów, ale i też do poznania okolicy. Przyznaje, że choć w domu jest wygodniej, to chętnie był sprawdził, jakie są jeszcze atrakcje w okolicy, może nawet takie gdzie moglibyśmy częściej wychodzić? — przydałoby się trochę ruchu, jeszcze od ciągłego siedzenia, straciłby kondycję.
— No coś w tym stylu. Chociaż ja tam wolę zagarnąć jak najwięcej terytorium dla nas. Im więcej, tym lepiej. — Leon wstał, rozciągając się leniwie.
— O ile lokalnych kotów nie będzie dużo do wyganiania — rzucił Liliowy, przecież patrząc na te morze, to mógłby być duży wysyp tych lokalnych kotów, jakoś u nich był spokój, nie to, co w klanach.

Przeszłość, noc

Słony wiatr wiał im do nozdrzy, a księżyc wyjątkowo świecił na okolicę. Pierwszy szedł Louis a za nim 
Leon, tak się przyzwyczaił do ich nowych imion, że nawet nazywając ich w myślach, używał ich.
— Na razie nie czuje ich tropu albo powietrze jest tak słone a ich zapach jakoś słaby, albo są bardziej aktywni, gdy wschodzi słońce. Co za tchórze, niech się szybciej ujawnią, to od razu ich spiore! — jego syn był nawet w nocy żywy, co go cieszyło, on też nie wydawał się senny. Co było dość dziwne, bo z nadejściem nocy w klanie, każdy chciał tylko się ułożyć prędko na posłaniu.
— Musimy być cierpliwi, chyba dobrze się ukrywają — odparł Louis, stawiając kroki po trawie wymieszanej z piaskiem. Szli po równinach, która była większą częścią klifu, z ich lewej strony można było zobaczyć ze wzniesienia, wzburzone morze, a oni sami jednak nie byli blisko krawędzi i szli po trawie wymieszanej z piaskiem i różnymi drobnymi kamieniami, a już po ich prawej, jeszcze wyżej, mogli ujrzeć wysokie drzewa iglaste, ustawione ciasno w rzędzie. U starszego od razu pojawiło się wspomnienie o klanie wilka, o mało co nie uronił łzy szczęścia. Wiatr przestał wiać, a zapachy były bardziej wyraźnie, poczuli nawet świeży zapach, obcego kota.
— Mamy, nasz pierwszy intruz, którego wygonimy! — Leon od razu się rzucił do złapania intruza, a Louis nie zamierzał osłabiać jego zapału i biegł za nim. Biegli tak, przez morskie tereny, natrafiając na rudego vana, z pomarańczowymi oczami i krótkim futrem, który skubał trawę. Miał pulchne policzki, a sam też był trochę pulchny. Leon bez zastanowienia rzucił się ze znienacka na samotnika.
— To nasze tereny! Dlatego jak najszybciej się zwijaj! — Leon się wywyższył nad intruzem, rudy van zaś próbował odepchnąć masywnego pieszczocha.
— Wypraszam sobie! Nie widzisz, że byłem zajęty? A po drugie, od kiedy kanapowcy patrolują tereny i stawiają zapachy? Bo mi się wydaje, że to są tereny niczyje — Leon przekręcił oczami.
— Zajęty? Jedzeniem trawy jak królik? Lepiej zmykaj albo cię potłucze, że cała okolica będzie wiedziała, żeś taki wygadany — rudy van prychnął na to.
— Królik? Co to niby? Pewnie nie jesteście stąd, to wszystko wyjaśnia. Dzikusy! Zmywam się od was — rudy van, szybko uciekł, gdy tylko Leon go puścił. Louis mógł niby stanąć w obronie tego kota, ale zależało mu bardziej, by jego syn czuł się jak kiedyś, a nie na jakimś nieznajomym.
— Dobrze Ci poszło! Teraz na pewno staniemy się postrachem okolicy — Miodek zażartował sobie, może nie okolicy, ale na pewno tych terenów, które należały do farmy.

<Synu, przegonimy ich więcej?>

Od Nieboskłonnej Łapy CD. Zwiastunka

Na słowa kotki młodszy położył uszy.
”On chyba nie ma zamiaru się ode mnie odkleić…” — pomyślała, kiedy kocurek znów zbliżył się do niej niemal tak, że ich futra mogły się stykać.
— Jak to? Um… Dlaczego? Oferuję ci coś, a ty odmawiasz? - powiedział, na co Nieboskłon miała ochotę przewrócić oczami.
”No normalnie, tak jak każdy kot ma do tego prawo…”
Malinka już miała odpowiedzieć, że musi iść na trening czy cokolwiek takiego, jednak dymny znów zabrał głos.
— Widzę już. Masz raz, dwa, trzy… białe łapy! To wiele tłumaczy, to bardzo zły omen.
— Zły omen? O czym ty mówisz? – powiedziała, po raz kolejny się odsuwając. Jej lodowe ślepia nie spuszczały z niego wzroku ani na chwilę, mimo iż kotka miała już delikatnie dość przebywania z kocurkiem. Tego nie było w jej bingo dzisiejszego dnia. To, to na pewno.
— Normalnie! Trzy to liczba zła, smutku, bólu. Przykro mi z powodu twoich trzech łap. Może jak będziesz je nacierać… um…
Zwiastun zamilkł na chwilę, a szylkretka uznała, że musi coś kręcić. W końcu skąd on by niby wiedział takie rzeczy?? Nie był medykiem, żeby odbierać znaki od Gwiezdnych. A tak w zasadzie to, czym oni w ogóle byli? Musiała później pójść do kogoś starszego i dopytać. W końcu głupio tak nie wiedzieć.
— …rosą poranną, to może wyrośnie ci białe futro na czwartej. Inaczej niech Klan Gwiazdy cię strzeże. Gdybyś tylko chciała mnie słuchać, powiedziałbym ci więcej. Jednak twój wybór.
Owinął ogon wokół swoich łap, patrząc na ścianę.
— A kim ty jesteś? Czemu mówisz mi o omenach? — zapytała, a czarny wyprostował się, jakby co najmniej sprawiła mi komplement.
— Zwiastunek! Dziwi mnie, że jeszcze nie wiesz. Polecam zapamiętać, bo moje pędzelki pozwalają na kontakt z Klanem Gwiazdy. A ty ich też nie masz? Ile smutku w jednym kocie… A ty? Kim jesteś?
Nieboskłon owinęła ogon wokół łap
”Młody, nie interesuj się, bo psiej mordy dostaniesz.” — pomyślała, jednak nie powiedziała tego na głos. Nie chciała być niemiła. W końcu to tylko kociak. A kocięta mają czasami mysie bobki zamiast myśli pod tą małą kopułką.
— Nieboskłonna Łapa. Nie powinieneś oceniać kotów po ich wyglądzie, Zwiastunku. Wyrobiłeś sobie opinię o mnie, nawet nie znając imienia mego… A teraz przepraszam, ale teraz wybieram się… Gdzie indziej. Życzę miłego poranku.
Mówiąc to, uczennica wstała, nie czekając na odpowiedź kocięcia. Następnie Malinka skierowała się do legowiska Kronikarzy w poszukiwaniu któregoś z nich. W końcu oni chyba wiedzą o żyjących na niebie najwięcej, czyż nie? Po drodze zauważyła, że jej mentor akurat je. Postanowiła go nie zaczepiać, co jej zdaniem było jej na łapę. Nie przepadała za nim. Wydawał jej się arogancki. Chodź… Może ona też oceniła go pochopnie? Chyba dała mu za mało czasu.
”Hss, hipokrytka… Przyganiał królik zającowi…” — skarciła się w myślach, ruszając na poszukiwania najstarszego z trzech Kronikarzy.
Nieboskłonna Łapa bardzo go polubiła. Był spokojny, miły, a do tego szanował jej przestrzeń osobistą!! W dodatku rymował, co wydawało się młodszej superowe i super trudne. Kiedy point ją ujrzał, w jego oczach coś się zmieniło. Nie wiedziała, czy to dobrze, czy raczej źle, ale kocur zdawał się nie owijać w zboże. Gdyby jej nie lubił, to chyba nie prowadziłby z nią ostatnio rozmowy.
— Dzień Dobry Wędrujące Niebo, czy mogę zająć ci kilka uderzeń serca na rozmowę? — zapytała, pochylając głowę z respektem dla starszego, na co on poklepał łapą miejsce nie za blisko siebie, co Malince bardzo ucieszyło.
— Witaj istoto niewielka, znów do mnie powracasz. Cóż to cię sprowadza w me progi, co cię gnębi, zaraz rozjaśnię twe myśli nagminne, aby znów mogły krążyć w twej głowie niewinnej.
— No to już mówię. Bo każdy mówi o tych całych Gwiezdnych kotach, a ja nawet nie do końca wiem, kto to jest. W sensie—
Kotka usiadła, a następnie zaczęła gestykulować przednimi łapkami.
— No bo Dryfujący Fluoryt coś tam o nich wspominała, ale za każdym razem nie kończyła wypowiedzi i wiem tylko, że takie coś jest. A chciałabym wiedzieć więcej! Z tego, co mówił mi Lotosowy Pąk, są ściśle powiązani z rolą kronikarza. Dlatego chyba tym bardziej powinnam o nich wiedzieć jak najwięcej. No a ty dobrze opowiadasz!
Dymny zaśmiał się, a na jego pysku widniał łagodny uśmiech.
— Gadatliwaś ty, acz nieskłonna do otwarcia byle komu. Cenne twe cechy i przydatne będą. Kronikarza rolą opowiadać przeszłość tak ważną i niezmienną. Pytasz cóż to Gwiezdni, przychodzę więc z powieścią. Są to koty, które kiedyś chodziły po naszych ziemiach. Kiedy ich czas kończy się, trafiają na srebrną skórkę, gdzie zwierzyny nigdy nie braknie, a panuje tam wieczna pora liści nowych. Jednak za życia kot musi być dobrym i wiernym klanu swemu i Gwiazdy, aby móc odpoczywać tam po wieki wieków. Oni czuwają nad nimi i strzegą przed złem, wysyłając omeny medykom swych ugrupowań. Ukazują im się w snach, a czasem i na jawie, jeśli tego właśnie trzeba. Są wszechmogący i wszechobecni. Zawsze byli i zawsze będą, jeśli my, śmiertelnicy wierni im pozostaniemy.
— Aha… — mruknęła pręguska, przetwarzając daną jej informację, podczas gdy niebieski przez kilka uderzeń serca mrucząc coś pod nosem.
— Królik. — miauknął z przekonaniem, oglądając młodszą od góry do dołu.
Nieboskłon zamrugała kilkukrotnie, nie do końca rozumiejąc.
— Przepraszam?.... — szepnęła, a w jej głowie pojawiła się obawa, czy przypadkiem nie odpłynęła na chwilę myślami, ponieważ czasami bywało i tak.
— W nocy z obozu wybyłem, aby ujrzeć bezkres nieba nocą spowitego. Między gwiazdami ujrzeć coś zdołałem. Sami Gwiezdni tańczyć gwiazdom kazali, a one ukazały mi królika, który zniknął, zanim się obejrzałem. Twój i sióstr twych to znak, wszak każdy Burzak taki ma.
— Oohhh… Rozumiem.
— Pasuje do ciebie — powiedział, kładąc się na swoim posłaniu.
— Uhmm…
Kotka nie wiedziała co odpowiedzieć. Czy to był komplement? Jak się na takie coś odpowiada? Po prostu dziękuję? A może też się mówi temu komuś coś miłego?
— Yym… Dziękuję?... A może przyniosę coś do jedzenia? Za czym przepadasz? — spytała, podnosząc się.
— Hmmm… W istocie nie konsumowałem nic ostatnimi chwile. Przynieś to, co lubisz, a ja chętnie to przymilę.
— To ja w takim razie wrócę w tempie króliczym!! — odparła szylkretka, na co kompan skinął łbem.
Malinka odwróciła się i wyszła z norki, idąc na poszukiwania jakiegoś smacznego kąska dla Wędrującego Nieba. Gdy wróciła, trzymając zwierzynę w pysku, point zaproponował jej wspólny posiłek. Nieboskłonna Łapa nie spodziewała się takiej propozycji, jednak przyjęła ją. Po pierwsze nawet go lubiła, a po drugie niekulturalnym byłoby odmówić komuś dużo starszemu i dużo bardziej doświadczonego w życiu. Po skończonym posiłku kocur zalecił jej drzemkę. W końcu wieczorem miała iść na trening z Lotosowym Pąkiem. W tym czasie sam poszedł rozprostować łapy i kiedy już Malinka niemal zasnęła (a było to ciężkie bez jej siostrzyczek obok), poczuła na sobie czyjeś łapy. Myślała, że to Poziomka lub Porzeczka, jednak gdy otworzyła ślepia, ujrzała czarnego, upierdliwego kociaka.
— Nie widzisz, że próbuję spać? — miauknęła, ogonem delikatnie odsuwając dymnego.
— No ale czemu ty śpisz, skoro jest środek dnia? I do tego pewnie nie wcierałaś rosy w tą nieszczęsną łapę, co nie? Ty mnie w ogóle nie słuchasz!
„Na Klan Gwiazdy, idź już sobie i daj mi spokój…” — pomyślała istota, jednak kocur nie przestawał nawijać.
— Czemu mnie ignorujesz?!
— Odczep się od mojego wyglądu i daj mi spać, okej? — odezwała się, na co Zwiastunek usiadł obok i tupnął ostentacyjnie łapką.
— Nigdzie nie idę. Ty to chyba jesteś strasznie leniwa, skoro śpisz w dzień…
”Dryfujący Fluorycie, gdzie jesteś, kiedy cię potrzeba??” — westchnęła w myślach, nie odpowiadając kocięciu.

< Uparty Zwiastunie? Daj się wyspać biednej Malince :c >

[1208 słów, trening kronikarza Nieboskłonnej Łapy]

Od Narwanej Łapy (Narwanej Gonitwy)

Krople deszczu uderzały o ziemię w swoim własnym, osobliwym rytmie. Zastrzygła uchem, spoglądając kątem oka na Morszczynowy Wąs, i przesunęła się parę kroków do przodu.
Upuściła u jego łap dorodną płotkę i wiewiórkę, która napatoczyła się jej pod łapy podczas drogi powrotnej. Wojownik uśmiechnął się krzywo; nastroszyła się nieco, mrużąc oczy i przyglądając mu się uważnie. Była gotowa na jakąś zgryźliwą uwagę o tym, że mogła złapać coś większego, jeszcze jedną sztukę, ale zyskała jedynie skinienie głową. Najwyraźniej nie było go tak trudno zadowolić.
Nie lubiła Morszczynowego Wąsa. Był wkurzający, gburowaty i nie tolerował jej odzywek tak, jak robił to Kijankowe Moczary. Sprawiał, że miała ochotę wydłubać sobie oczy pazurami.
— No, ja nie wiem czemu Kijankowe Moczary tak przeciągał Twój trening — odezwał się po chwili bury. — Umiesz polować, nie zgubiłaś się. Chyba nie jest z Tobą tak źle, co nie? Narwańcu?
Werwa obiecała sobie w duchu, że jeżeli jeszcze raz te słowa padną z pyska Morszczyna, tak jak tego nieszczęsnego zimowego dnia, to osobiście powyrywa mu wąsy. Ale… Wyglądało na to, że chyba idzie jej na łapę. Zacisnęła więc zęby na języku.
— Mhm.
— Może jeszcze doczekasz się swojego mianowania — kontynuował, nie zważając na jej wyraz pyska. — No. Co jeszcze… Twój mentor wspominał o czymś. Walka?
Zmiana planów. Jednak wcale nie szedł jej na łapę.
Futro na jej grzbiecie się nastroszyło. W myślach skierowała parę obraźliwych słów w stronę Kijanki, posyłając buremu spojrzenie spode łba. Naprawdę? Musiał mówić temu ścierwu o wszystkim?
— Dalej, pokaż mi, co umiesz.
Wilgoć i zapach porannej burzy unosiły się w powietrzu. Cofnęła się o krok, napinając mięśnie łap.
— Chyba, że mam Ci dać fory? — Przekręcił łeb na bok, uśmiechając się do niej uszczypliwie, ruchem brody wskazując na blizny na jej grzbiecie. — Żeby panna nie skończyła tak jak ostatnim razem? Z płaczem?
Z jej gardła wyrwał się syk. Szylkretowy ogon przeciął powietrze za nią, ciężki przemoczoną sierścią, a Morszczyn napuszył się na widok pazurów, które nagle pojawiły się przed jego pyskiem.
— Weź się uspokój-
— Zamknij ryj!
Poczuła bardziej niż usłyszała warknięcie, drżące w krtani Morszczynowego Wąsa, którą przyciskała do ziemi. Ich pozycje szybko zostały odwrócone; nie przesadzała, gdy mówiła, że wojownik nie znosi jej odzywek. Zaryła grzbietem w mokry piach. Łapy wbiły się w jej barki, brud wcisnął się pomiędzy kosmyki futra, a żółtawe zęby zazgrzytały tuż nad jej nosem.
Trudno się było skupić na czymkolwiek i zachowywać się przyzwoicie, gdy życie w Klanie Nocy co chwilę podkładało jej ogon pod łapy.
Szarpnęła łbem do tyłu i odepchnęła pierś burego łapą, tworząc między nimi parę wąsów przestrzeni.
Od chwili jej debiutu na ślubie Przypalonego Kasztana i Urodziwego Szafirka łatwiej było jej wyłapać to, co inni o niej myśleli. Wiedziała, że wśród rybojadów nie ma za wielu fanów – poza nimi również nie – ale nie myślała, że aż tyle kotów ma o niej negatywną opinię. Nie znała za wielu, nie starała się nawet poznać ich imion. Po co? Wśród rodu królewskiego nie robiła furory, jeśli po jej interakcjach z Rogatym Flamingiem można było cokolwiek wnioskować, stosunkowo przyjazna relacja z Kijankowymi Moczarami nie dawała jej za wiele, a koty spoufalające się z Lawendową Rozkoszą też nie pałały wobec niej miłością. Sama Lawenda… Chyba też nie.
Tylna łapa Morszczyna uderzyła w jej podbrzusze. Obnażyła zęby i gwałtownym ruchem przewróciła ich na bok.
A nawet jeżeli, to co miało by zrobić zauroczenie Lawendy w porównaniu do wszystkich innych, krzywych spojrzeń? Powinna była niczego jej nie proponować, dać nogę w krzaki po weselu i wyjaśnić wszystko Narcyzowi. Żeby nie tańczyli wokół siebie niezręcznie, obrażeni, przez kolejny księżyc. Wyjaśnić mu, że żadna Lawenda nie jest dla niej ważna, i że była to jedynie gra, i że niezależnie od tego, co uważa liliowa, to Werwa nie szuka pociechy w romansach z lokatorami zamokłej dziury, którą był Klan Nocy.
Wcisnęła palce w udo wojownika, przeciągając go po ziemi. Żółte ślipia błysnęły pośród smug brązu i bieli, rozbawione. Jej wcale nie było do śmiechu.
Dlaczego matka zaciągnęła swój ciężarny zad właśnie tutaj? Skoro jej opowieści zawsze obracały się wokół wszystkiego, co jej rodzina robiła przeciwko klanom, poruszając się w cieniach i pociągając za sznurki, skoro ociekała wręcz niezadowoleniem i nieufnością, to czemu skazywała ich na życie w miejscu, które pisane jej było znieść w ruiny?
Morszczyn szarpnął się do tyłu, zatapiając pazury w piach i odciągając się na bok.
Czy liczyło się to jako wyrok, gdy jedyne, co trzymało ich w miejscu, to żałosne poczucie przynależności do klanu i ewentualnie jej drętwe spojrzenie, które, pomimo braku wyrazu, i tak przyprawiało ją o dreszcze? Nikt nie trzymał ich tam na siłę. Przypalony Kasztan już zdążył to pokazać.
Warknęła, nie dając mu uciec. Szybkim ruchem podążyła za nim, przyciskając jego barki do ziemi.
Nie wiedziała, czy na dźwięk imienia brata smak, który pojawiał się w jej pysku, miał symbolizować myśli o tchórzu, czy kimś, kto wiedział, co robi. Nie mogła mu się dziwić. Czy była to mądrzejsza decyzja, niż pozostanie na wyspie, wśród idiotów i kotów, które mogły ledwie skinieniem pazura zadecydować o jej losie? Czy życie poza tą karykaturą królestwa byłoby łaskawsze?
Zastygła w miejscu z szczękami zawieszonymi tuż nad krtanią Morszczynowego Wąsa.
Pozostali w bezruchu przez kilka długich uderzeń serca, cisza przerywana jedynie przez ich ciężkie oddechy. Poczuła, jak klatka piersiowa wojownika unosi się z westchnieniem, po czym widok przed jej oczami rozmazał się, gdy została bezceremonialnie zrzucona na mokry piach obok.
— Czyli jednak potrafisz coś więcej niż tylko strzępić językiem.
Spojrzała na niego spode łba, mrugając.
— Dalej, zbieraj się — burknął z krzywym, złośliwym uśmiechem. — Muszę zgłosić się do Mandarynkowej Gwiazdy.

↬◦⌑⛯⌑◦↫

Jedynym śladem po porannym deszczu i przeciąganiu Morszczyna po piachu pozostało jej wilgotne, nieco zmierzwione futro.
— Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejną wojowniczkę.
Na pyskach zebranych dookoła kotów nie widziała zadowolenia, a co najwyżej ulgę, że już nie będzie się plątać bez celu po obozie.
— Narwana Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Czyjego klanu? Co, oprócz jej zapachu i legowiska, w którym spała, obiecywało jej przynależność do jakiegokolwiek miejsca? Dlaczego miałaby oddawać życie za obce jej koty?
— Przysięgam.
Słowo przeszło jej przez gardło z zaskakującą łatwością, bez goryczy, której się spodziewała.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję Ci imię wojownika. Narwana Łapo, od tej pory będziesz znana jako Narwana Gonitwa — oznajmiła przywódczyni, wpatrując się w nią beznamiętnym spojrzeniem. — Klan Gwiazdy ceni twoją chęć do działania i pewność siebie, oraz wita Cię jako nową wojowniczkę Klanu Nocy.

↬◦⌑⛯⌑◦↫
Dzień później…

Promienie wieczornego słońca odbijały się od tafli wody. Krople uderzyły o jej pysk, a w miejscu, w którym przed chwilą zanurzyła łapę pozostały gwałtownie falujące kręgi.
Rzuciła kątem oka spojrzenie na Narcyza, machając kończyną i strzepując wilgoć z sierści w jego kierunku.
— Ej- Przestań!
Uczeń szarpnął łbem do tyłu i spojrzał na nią z wyrzutem, pisk protestu cichnący w jego gardle. Uśmiechnęła się do niego krzywo, na co tylko wydął dolną wargę.
— Dlaczego akurat gonitwa?
— A skąd ja mam wiedzieć? Może Mandaryna chciała uhonorować mój ostatni bieg, przy którym prawie zabił mnie na wpół wyłysiały ptak.
Na jej pysk wstąpił grymas.
— Przynajmniej Morszczynowy Wąs nie opowiadał jej o tym, jak się do niego odzywałam podczas testu — dodała. — Ani o tym, jak wciskałam mu łeb w piach.
Narcyz zamrugał, drgnąwszy u jej boku.
— Co mu powiedziałaś?
— …żeby zamknął ryj.
— Werwa!
Wywróciła oczyma i oparła głowę o wyciągnięte łapy.
— No wiem, no wiem — mruknęła. — Może i zabawne, ale nie działa na moją korzyść. Ale on zachowuje się tak samo! A jak powiem mu, że widzę, że się ze mnie śmieje, to- to będzie na mnie patrzeć jak na głupią. Nic tu nie idzie nikomu na korzyść! Może Kasztan miał jednak trochę rozumu w głowie, gdy zwiał stąd z tą swoją kochanką.
Zapadła chwila ciszy, którą dopiero po paru uderzeniach serca przerwał szelest trawy i przesuwające się po niej łapy.
— Tak..?
W głosie Narcyza odbiło się zdezorientowanie.
— Jesteśmy tu na łasce tych, co sami ogłosili się władzą — wzruszyła barkami. Wodorosty poruszały się rytmicznymi ruchami z nurtem rzeki, dając jej bezpieczniejszy punkt na wbicie wzroku niż patrzenie prosto w oczy Narcyza. — Co im zabrania robić z nami to, co im się żywnie podoba? Jak bardzo musimy źle postawić łapę, aby nas też zdegradowano do służących, zamknięto w izolatce czy oddano sąsiadom jak- — machnęła łapą, szukając słów — nie wiem, Pyzę i Bzyczka?
Prychnęła.
— Czy życie tutaj, w niepewności, naprawdę jest lepsze od- od koszmarów, które mamy spotkać poza granicami? Według tego, co ględzą wszyscy starsi? Czy włóczędzy są gorsi od tych, którzy rządzą z własnego kaprysu?


[1423 słowa + test wojownika]

Od Białego Strumienia CD. Kurzej Łapy

— Dzień dobry, Biały Strumieniu — przywitał się kulturalnie i skinął mu głową. — Czy jest coś ważnego do zrobienia? — zapytał młodzieniec.
Nagle coś mu wpadło do głowy, Biały widział zmianę na pyszczku srebrnego.
— Czy za niedługo będę mianowany? — zadał kolejne pytanie, a jego ciemne oczy zalśniły.
Biały Strumień spojrzał z ukosa na swojego ucznia.
— Twoje mianowanie zależeć będzie od Zawodzącej Gwiazdy. — Odpowiedział spokojnie. Poruszył ogonem, odwracając się. — Jednak nim Cię polecę, mamy do nauki jeszcze kilka rzeczy.
Poruszył wąsami, zastanawiając się. Nadeszła wiosna, mogli więc spróbować biegów długodystansowych bądź polowania na króliki. Biały nigdy w polowaniach dobry nie był, jednak posiadał potrzebną wiedzę. Może Kurza Łapa zrozumie bez nadmiernej demonstracji.
— Wolisz dziś biegać czy polować? — Zapytał po dłuższym namyśle.
Kurza Łapa zastanowił się nad odpowiedzią.
— Jest jeszcze dzień, Biały Strumieniu — wymamrotał, niepewnie na niego zerkając. — Może powinniśmy poczekać na wieczór…
Biały Strumień poruszył wąsami. No tak... czas pod ziemią leciał inaczej. Nie mogąc wyjść o każdej porze dnia, tracił rachubę. Nie wiedział, czy była noc, czy dzień, a jego uczeń, który nie miał problemów tej natury, mógł uznać go za jakiegoś nieogarniętego.
— Oh — mruknął. — Gdy nie możesz wyjść na zewnątrz, kiedy Ci się żywnie podoba, zaczynasz tracić poczucie czasu. — Wyjaśnił, jakby czując się zobowiązanym do tego.
Rudy był młody i zapewne nie rozmyślał zbyt wiele nad chorobą swojego mentora. Nie musiał zresztą, toteż takie wpadki na pewno mogą zdarzać się częściej.
— W tym czasie możesz wymienić starszym legowiska. Wieczorem przeprowadzę z Tobą trening polowania.
Zarządził, nasłuchując dookoła rozmów kotów, które wróciły z porannego patrolu.
Kurza Łapa się skrzywił i prychnął.
— Po tym pożarze tylko duchom można wymieniać posłania... — mruknął pod nosem, kierując się niechętnie w stronę legowiska starszyzny.
Biały Strumień zmarszczył brwi. On zawsze był taki pyskaty?
Odwrócił się, idąc w swoją stronę. Przechodził akurat koło medycznego legowiska, z którego wychodził jego brat. Minę miał ciężką do odgadnięcia, jednak gdy zobaczył brata, rozpromienił się. Biały Strumień znał go nie od dziś, wiedział więc, iż kocur jedynie przywdział maskę.
— Dobry dzień, Biały Strumieniu — powitał go albinos.
— Dzień dobry — miauknął. — Wszystko w porządku?
Lotos poruszył wąsami.
— Ah… to tylko infekcja po ugryzieniu szczura — mruknął, a jego pyszczek wykrzywił delikatny grymas. — Uważaj na siebie, chodząc po tunelach.
— Naturalnie — Odpowiedział, żegnając brata kiwnięciem głowy.
Zastanowiła go ta sytuacja. Kurza Łapa wciąż utrzymywał, iż słyszał dziwne odgłosy w różnych częściach tuneli. Czyżby to były szczury?
Pokręcił głową. Miał teraz ważniejsze sprawy, którymi powinien się przejmować, aniżeli domysły swojego ucznia.
Zjadł posiłek, wyczyścił futro z drobinek brudu, a następnie zajął się rozmową z bratem, Lotosowym Pąkiem. Minął mu tak czas aż do wieczora, gdy słońce skryło swoje śmiertelne dla niego oblicze za horyzontem. Mógł znaleźć teraz swojego ucznia, by zabrać go na trening.
— Kurza Łapo? — Zaczął, chodząc po nowym obozie. — Gdzie jesteś?
Srebrny rudzielec zjawił się przed nim w okamgnieniu. Bystrym okiem przyglądał się albinosowi.
— Tu jestem — odpowiedział młodzieniec. — Czy będziemy polować... w nocy? — zapytał.
Biały Strumień wiedział, iż Śniący Obserwator miał problemy z przyszłym Przewodnikiem. Kurza Łapa otwarcie twierdził, iż będzie trenować jedynie z albinosem, co łaskotało ego Przewodnika, ale jednocześnie utrudniało trening.
Biały spojrzał w miejsce, z którego dobiegał głos. Zobaczył jasnorude futro i wielkie oczy, które wpatrywały się w niego z iskierkami w oczach. Przewodnik posłał mu delikatny, cwaniacki wręcz uśmiech.
— Tak, a co? Boisz się nocy, Kurza Łapo? — Zapytał, zaczynając prowadzić do wyjścia.
— Nie, nie boję się ciemności — wymamrotał i uciekł wzrokiem w bok. — Przecież z tobą tylko chodzę w ciemności... — dodał ciszej i zaczął iść za przewodnikiem.
Gdy wyszli, kontynuował:
— Zające można spotkać o każdej porze dnia. Jeśli będziesz umiał polować pod osłoną nocy, będziesz niedościgniony za dnia.
Zrobił chwilę przerwy, kierując łapy ku rozległym polanom. Świeża, chłodna trawa trzaskała pod ich łapami.
— Ja mogę tylko nocą robić takie rzeczy, Ty zaś kiedy zechcesz. Nauczę Cię polowania o takich porach, ale niestety do dziennych treningów polowań powinieneś poprosić kogoś innego.
Kurza Łapa nie drgnął. Zmrużył oczy.
Przysłuchiwał się słowom mentora, bacznie rozglądając po nocnym krajobrazie.
— Nie potrzebuję innych — prędko odpowiedział Białemu. — Polując w nocy i tak będę lepszy od zwykłych kotów.
Kiedy się zatrzymali, Kurza Łapa wyszedł na przód i zaczął węszyć. Zimne, ostre powietrze wypełniło jego płuca. Skrzywił się i odwrócił do albinosa.
Biały Strumień przesunął długim ogonem po ziemi. Było chłodno, przez co Przewodnik odczuwał gęsią skórkę. Przymknął oczy, by wsłuchać się w otoczenie. Śpiewające świerszcze, koniki polne, drobne ptaki czy inne dźwięki wypełniające nocną pustkę.
— Dobrze, w takim razie ruszajmy. — Zarządził.
Gdy byli nieco dalej na polanie, Biały złapał trop zająca. Zawołał do siebie Kurzą Łapę, by wskazać mu zapach, jeszcze świeży. Mieli sporą szansę na powodzenie.
— Zapamiętaj ten zapach. — Miauknął. — Możemy ruszyć jego tropem, spróbujesz go upolować. Chcesz to zrobić we dwójkę, czy wolisz sam się sprawdzić?
Kurza Łapa nie łapał nigdy zajęcy, toteż mógł mieć trudności z uwagi na ich zwrotność i nieprzewidywalność. Biały chciał w ten sposób wesprzeć ucznia i zwiększyć szansę na powodzenie łowów.
Młodzik skinął mentorowi głową, dokładnie analizując zapach pozostawiony przez zająca.
Na pytanie albinosa podniósł głowę i się zastanowił.
— We dwójkę — zdecydował. — Musimy coś przynieść. Przez pożar klan głoduje — dodał.
Biały Strumień uniósł kąciki ust, słysząc odpowiedź ucznia. Bardzo dobrze, że stawia Klan na pierwszym miejscu w priorytetach. Rozciągnął się chwilę po tym, wysuwając ostre pazury.
— Chodźmy więc. Poprowadzisz?
Uczeń bez słowa wyszedł na prowadzenie, co jakiś czas uważnie się rozglądając za możliwym szelestem w wysokiej trawie. Starał się nie wydawać żadnych głośnych dźwięków, również patrząc co chwilę, czy mentor za nim szedł. Jakby się bał, że Biały Strumień zaraz zniknie w nocnych odmętach.
Biały Strumień wydał z siebie cichy chichot widząc, jak uczeń cały czas patrzy za sobą, czy szedł. Albinos zamrugał czerwonymi oczyskami. Było naprawdę bardzo ciemno, chmury przysłaniały gęsto księżyc oraz gwiazdy, więc nawet jego jasne futro mogło zniknąć w mroku.
— Nie zostawię Cię, Kurza Łapo — odezwał się w ciemnościach.
Nagle albinos złapał trop, podnosząc uszy do góry, by lepiej zlokalizować zająca.
— Czujesz? Słyszysz jego małe łapki? Jest nieopodal — wyszeptał.
Czekał w skupieniu na następne ruchy ucznia, będąc gotowym, by wraz z nim otoczyć ofiarę i pozwolić Kurzej Łapie zanurzyć w niej swoje kiełki.

< Kurza Łapo? >

[Liczba słów: 1006, trening Kurzej Łapy, trening polowania na zające]

Wyleczeni: Lotosowy Pąk

Od Figi

Lato… piękny, kwitnący czas pełen tłustej zwierzyny, słonecznych dni oraz uśmiechów. Wartka rzeka przypominała o przepływie czasu. Woda nie stała, lecz była w ciągłym ruchu tak jak zresztą klanowe koty. Owocowy Las tętnił życiem, podniósłszy się po licznych tragediach, mający kocięta oraz wielu uczniów. Figa patrzyła na to wszystko swoimi zielonymi, gasnącymi oczami. Ich barwa nie była już tak intensywna, jak niegdyś, zbladły, zamgliły się nieco. Zastępczyni wychowała swoje dzieci na wspaniałe koty, a teraz mogła podziwiać ich sukcesy, ciężką pracę, oraz to jak dobrze sobie radziły w życiu. Z czasem przestała wahać się nad tym, czy ciąża była dobrym pomysłem. Dzięki Topoli i jego ogromnemu wsparciu Figa dużo lepiej zniosła wszelkie przeciwności losu, nie kończąc, nienawidząc własnych dzieci.
Teraz gdy codziennie patrzyła na siebie w tejże rzece, nad którą aktualnie siedziała, widziała siwe włoski na pyszczku. Pierwszy ślad, iż dopadała ją starość. Zawsze bała się tego stanu, niegdyś niepokonana, nieustraszona jak wojownik kotka stawała się zwykłą starszą. Za parę księżyców pewnie Czereśnia zacznie namawiać ją na odejście do starszyzny, czego na pewno mu odmówi. Póki może się ruszać, a jej umysł działał sprawnie, nie zamierzała oddawać posady, na której się sprawdzała. Nie chciała tego przyznać, lecz… gdyby odeszła na emeryturę, pogodziłaby się ze swym wiekiem. Nie potrafiła na razie zaakceptować takiego stanu rzeczy. Przecież wciąż była młodą, piękną Zwiadowczynią! Te siwe włoski na pewno znikną niebawem…!
Tak mijały jej dni. Widziała z każdym księżycem, jak Topoli jest ciężej wstać, więc codziennie mu w tym pomagała. Nie mogła pojąć, dlaczego tak mu padają stawy? Ona co prawda zaczęła odczuwać dyskomfort w kręgosłupie… ale nie na tyle duży, by przestać móc chodzić po drzewach (tyle, co wejść i zejść do spania) czy polować. Nawet odbywała sparingi z uczniami, czasem z własnymi dziećmi, by pozostać w dobrej formie. Jej mięśnie wciąż były wyrzeźbione, chociaż w porównaniu z młodzikami, wypadała nieco gorzej. Wciąż jednak miała doświadczenie, którego te wszystkie rozwydrzone kociaki i Uczniowie nie posiadali. Pokładała jednego z drugim, używając sprytnych technik zamiast czystej siły, jak to zawsze lubiła.
Tak właśnie spędzała swoje dni, a czas nieuchronnie leciał do przodu. Płynął jak rzeka, znad której pyszczek Figi wyglądał ryb. Gdy zauważyła jedną, napięła mięśnie, by zanurzyć się w płyciźnie i upolować zdobycz. Ociekającą, wciąż żywą, wyjęła na trawę. Bardzo ładna, dorodna rybka, jak na Porę Nowych Liści przystało. Zadowolona z siebie zaczęła wracać do obozu, sprawnym truchtem, by nie upuścić zdobyczy na piaszczystą drogę. Zamierzała podzielić się nią z Topolą, który niebawem powinien wrócić z patrolu.
Zastępczyni usiadła pod krzewem, czyszcząc swoje długie futro. Wciąż nie bardzo jej się chciało o nie dbać, ale obiecała partnerowi, że przynajmniej będzie wyjmować z niego listki i kamyczki. Tak więc w oczekiwaniu, ułożyła obok siebie stoisk wyciągniętych drobiazgów z ogona czy łap. Kiedy usłyszała powracający patrol, uniosła głowę, dostrzegając czarno białe futro. Topola rozmawiał chwilę z pozostałymi, nim zaczął szukać jej wzrokiem. Gdy to zrobił, jego pyszczek od razu się rozpromienił. Podszedł, a widząc rybę, jego mordka stała się jeszcze bardziej wesoła.
— Siadaj — Poleciła mu. — Świeża, sama ją upolowałam.
— Wygląda przepysznie. — Miauknął, a ślinka sama pociekła mu po brodzie.
Figa zgrabnym ruchem otarła mu pyszczek, a następnie wzięli się do wspólnego dzielenia języków, rozmawiając o swoich dzisiejszych przygodach.

Od Milknącej Łapy (Milknącego Zewu)

Dymny kocur nie spodziewał się, że parę dni później będzie zdawać test na wojownika. Nie wiedział, kiedy dokładnie będzie miał miejsce — Cyklonowe Oko poinformował go jedynie, iż niedługo zakończy swoje szkolenie i będzie pełnoprawnym wojownikiem w Klanie Burzy, gdy tylko pozytywnie zaliczy ów test oraz dla formalności przejdzie Ceremonię Dorosłości.
Z samego rana Milknąca Łapa czekał już na swojego mentora, który zabierze go na kolejny trening. Choć ten od samego początku różnił się od tych, które miał na co dzień. Pierwszym zadanie było samodzielne lub we współpracy z kremowym złapanie szaraka. Dymny zdając sobie sprawę, iż ta zwierzyna stanowi czasem nawet wyzwanie dla doświadczonych wojowników, zdecydował się na wspólne polowanie ze swoim mentorem, uznając, że każdy Burzak znający swoje możliwości i ograniczenia nie wahałby się przy podejmowaniu tej decyzji. Tu nie chodziło o to, by zaimponować Cyklonowi, tylko by faktycznie upolować coś dla klanu. Łatwo było wytropić i nieco podejść zwierzynę, lecz jej samo złapanie stanowiło pewien problem, dlatego też młodszy musiał wykazać się umiejętnością współpracy z mentorem.
Po udanym polowaniu kremowy zaprowadzić młodzika do jednego z tuneli, gdzie odbyli krótką sesję walki. Zew musiał uważać, by nie być zbyt długo w zasięgu Cyklonowego Oka oraz często zmieniać miejsce, w którym się znajdował, aby ten nie zdołał go pochwycić i przygnieść swoją ciężko zbudowaną sylwetką. Niebieskooki musiał brać pod uwagę parę stałych aspektów oraz tych zmiennych jak obecne położenie ich dwójki, otoczenie i tym podobne. Nie była to tak naprawdę walka pod względem fizycznym, a bardziej strategicznym, mająca pokazać, czy dymny już jest na etapie, gdzie jest w stanie myśleć parę ruchów do przodu, mając przy okazji przygotowane z kilka scenariuszów, jak jeden ruch może zmienić przebieg całego starcia.

─── ・ 。゚☆: *.☽ .* :☆゚. ───

— Ja, Zawodząca Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Milknąca Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Milknąca Łapo, od tej pory będziesz znany jako Milknący Zew. Klan Gwiazdy ceni twoją determinację i lojalność, oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy.
Po tych słowach ledwo mianowany dymny, zanurzył łapę w specjalnie przygotowanym barwniku o barwie gliny, rdzy. Przez chwilę przyglądał się, jak jedna z jego białych łap przybiera niecodzienny kolor, sprawiając, że na kamiennej posadzce powstało parę kropel pigmentu, nim ten znalazł się na odpowiedniej ścianie w kształcie odcisku jego łapy. Burzacy skandowali jego nowe imię, a pod wieczór przyszedł czas na czuwanie.

Nowy członek Klanu Gwiazdy!

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Otrucie jagodami cisu przez Cętkowanego Tęgosza

Odszedł do Klanu Gwiazdy!

Od Cętkowanego Tęgosza CD. Zalotnej Gwiazdy

Dlaczego babcia musiała mu mówić w twarz, że mógł wątpić w Mroczną Puszczę i rodzinę? Przecież obie te rzeczy były mu bliskie, zwłaszcza rodzina, dlatego tak bardzo cierpiał, gdy Cienista Zjawa odszedł. Nadal nawet nie akceptował tego, że starszy nie mógł do niego wrócić, choć on zawsze wracał. W tym przypadku jednak było inaczej. Cienista Zjawa teraz już nigdy nie wejdzie do obozu Klanu Wilka.
— Przecież nigdy nie wątpiłem w cokolwiek, co było mi mówione! Dobrze wiesz o tym, że słuchałem w żłobku twoich mądrości z Seradelą, od ojca, od moich cioć. Odpuszczałem sobie nawet większość kocięcych zabaw, by nie zrobić czegoś nieodpowiedniego. Nie znam drugiego kota, który czekał z taką ekscytacją, jak jego babcia skończy większości ważnych rzeczy w klanie i opowie mu o jego przodkach, którzy przemawiają z mroku. Mój ojciec nie zasługiwał, by odejść! Potrzebujemy takich wojowników jak on. Ktokolwiek z tych przeciętnych kotów mógł odejść, ale nie on. On nie mógł. — Jego łapy się trzęsły. Nie mógł więcej powiedzieć. To było dla niego za ciężkie. Nie potrafił myśleć o tym, że jeszcze kilka księżyców temu był z ojcem na spacerze, właściwie na ostatnim.
— Cętkowany Tęgoszu, twój ojciec nie wróci i musisz się pogodzić, że tak będzie przez następne księżyce, a nawet całe twoje życie. Najlepiej będzie, byś zajął jego miejsce. Skoro sądzisz, że Klan Wilka potrzebuje silnych wojowników, to musisz taki się stać. Prędzej czy później każdy odejdzie do Mrocznej Puszczy, nawet ja. Dlatego przyjmij do wiadomości, że nie możesz funkcjonować w odizolowaniu i nie martw więcej swojej rodziny. Wyjdź i przemyśl to, a następnego dnia chcę cię widzieć, na jakimkolwiek patrolu.
Kocur bez żadnych protestów przyjął jej słowa, jednak zanim wróci do normalności, wykona swoją małą zemstę. Wtedy poczuje się spełniony.
— Dobrze babciu, już idę. — Kocur wyszedł z legowiska przywódcy, teraz rozmyślając czy zdąży na jakikolwiek najbliższy patrol.

***

Wschód słońca od otrucia Trzcinniczkowej Dziupli

Nic nie słyszał z legowiska starszyzny, a to znaczyło tyle, że van zasnął na wieki i nie wróci. Rudzielca to bardzo cieszyło. Przynajmniej usunął jeden problem z szeregów Powierników Cienia. Siedział, rozmawiając o Cykorii i Wildze z Rozbitym Księżycem i Blednącym Szalejem na polanie.
— I tak byli pośmiewiskiem dla klanu. Niech lepiej nie wracają! Syn zdrajcy i wojowniczka, która ledwo co umie walczyć i wyszkolić ucznia. — Cętkowany Tęgosz mówił to z uśmiechem na pysku, a z tym uczniem to ze złośliwości dodał. Przecież Garbata Łapa i tak byłby kaleką, niezależnie od tego, kto by go wyszkolił.
— Ognikowa Slota musi czuć wstyd, że jej uczennica tak postąpiła. To musi być okropne uczucie, gdy starasz się dobrze wyszkolić swego ucznia, a on i tak ledwo kończy trening i jeszcze zdradza klan pod koniec — odparł ze współczuciem Rozbity Księżyc. Za to Blednący Szalej tylko ich słuchał ze spokojnym wyrazem pyska. Młodzieńcy rozmawiali między sobą, póki się nie wtrącił Krucze Pióro, zastępca klanu.
— Cętkowany Tęgoszu, jesteś wezwany do legowiska przywódczyni w trybie natychmiastowym.
Cętkowany Tęgosz i jego koledzy spojrzeli się po sobie. Rudzielec sam nie wiedział, dlaczego był wzywany do legowiska swojej babci. Przecież teraz częściej wychodził na patrole i gadał częściej z rówieśnikami.
— Już idę — powiedział syn Cienistej Zjawy, jeszcze spoglądając na swego przyjaciela i kolegę. Następnie poszedł w stronę legowiska przywódczyni. Wszedł tam, zastając na chwilę grobową ciszę.
— Coś się stało, babciu? — Dość niepewnie powiedział to pytanie, skierowane w stronę głowy rodziny.
Zalotna Gwiazda miała na pysku wymalowany zawód. Przez chwilę milczała, wwiercając się w rudofutrego swoim wzrokiem, lecz finalnie westchnęła ciężko i rozluźniła się nieco.
— Gąsiorkowy Trzepot po czuwaniu nad ciałem przyszła do mojego legowiska i powiedziała, że Trzcinniczkowa Dziupla zmarł zaraz po tym, jak ty i Blednący Szalej przynieśliście zwierzynę do legowiska — wyjaśniła, trochę się krzywiąc. — Powiedz mi, Tęgoszu, czy miałeś coś wspólnego ze śmiercią tego starszego? — zapytała, tym razem mrużąc ślepia i przybierając twardszy wyraz pyska, jakby chciała mu przekazać, że nie żartuje.
Czyli Gąsiorkowy Trzepot poskarżyła się jego babci? No pięknie, teraz będzie musiał z tego wybrnąć. Zalotna Gwiazda wyglądała poważnie i raczej po byle co nie zawołałaby go tu.
— Ja? Nie będę zaprzeczać, że przyniosłem zwierzynę wraz z Blednącym Szalejem, bo to prawda. Ale nie wiem, jak to się stało, że jeden z ptaków tak wpłynął drastycznie na zdrowie Trzcinniczkowej Dziupli. Były one świeżo upolowane — odparł z powagą. Wiedział, co się dzieje. Jedno złe słowo i było po nim. Nie mógł tak łatwo się zdemaskować.
Zalotna Gwiazda pokręciła głową.
— Cętkowany Tęgoszu, ja nie jestem głupia. Gąsiorkowy Trzepot twierdziła, że zaraz po zjedzeniu zwierzyny Trzcinniczkowa Dziupla dostał drgawek i ślinotoku — oznajmiła, po czym zamilkła na moment, chcąc nadać tej chwili powagi. — Swoje dzieciństwo spędziłam w legowisku medyków i wiem co nieco o ziołach. Wiem również, że to dokładnie takie objawy, jakie dostaje się po zjedzeniu trującego zioła — dodała.
— Przecież ten ptak równie mógł coś zjeść takiego, a gdy go zabiłem, nie zdążył pewnie tego strawić. Nie wiem, nie jestem medykiem, tylko wojownikiem. Nie znam się na ziołach ani na ich właściwościach. Jedyną styczność, jaką mam z nimi, to wtedy gdy idę do medyka, gdy jestem chory i ten podaje mi jakieś zielsko. Taką styczność mam z tymi ziołami. Nie wiem, co miał w sobie ten ptak, że od razu po zjedzeniu Trzcinniczek umarł w taki sposób.
Przecież to był mocny argument, no bo jak zwyczajny wojownik mógł znać się na ziołach, skoro głównie zajmował się walką i polowaniem dla klanu? Przecież leczenie innych to działka medyków.
Szylkretce jakoś ciężko było uwierzyć w słowa wojownika.
— Słuchaj, Tęgoszu. Nie musisz się tego przede mną wypierać, bo to nie o to chodzi. Jestem twoją babcią i nie musisz kłamać mi w żywe oczy, by uniknąć konsekwencji. Jeśli to zrobiłeś, to chcę tylko wiedzieć, jaki miałeś ku temu powód — mruknęła spokojnie. — Czy chciałeś jakoś odreagować po śmierci swojego ojca? Wiem, że strata kogoś bliskiego może być ciężka. Nie chcę tylko, byś z jej powodu mścił się na kotach wokół. Czy gdyby nie Trzcinniczkowa Dziupla, byłbyś w stanie skrzywdzić kogoś innego?
Odegrać się na kimś innym? Nie miał na kim.
— Nie, on był moim jedynym celem, nie czymś losowym ani przypadkowym. Nie chciałem po prostu widzieć kota, który dostał tytuł Powiernika Cienia za to, że zadrapał go jego własny uczeń.
Mścić się na losowych kotach? Od kiedy kot z tytułem, na którego nie zasługuje, był losowy? Czy ona jest jakaś niepoważna?
— Inny dostawali tytuł za udział w wojnie, walkę z Dwunożnymi, a on? Raczej tylko w ramach pocieszenia za stratę wzroku podczas potyczki ze swoją uczennicą, Kocankową Łapą, a teraz Kwaśną Kocanką. Cienista Zjawa to był mój ojciec, a ja nie pozwolę, by jakiś kot nosił odznaczenie na jego cześć z tak śmiesznego, wręcz niepoważnego powodu. — Teraz jego wyraz pyska był bardziej lodowaty i poważny. Nie było sensu kłamać do tego momentu. Zrobił coś honorowego i nie będzie za to żałował czegokolwiek.
Przywódczyni przysłuchiwała się słowom Cętkowanego Tęgosza w zdumieniu.
— Tęgoszu… Kto ci to powiedział? — zapytała wpierw, wciąż zdziwiona. — Trzcinniczkowa Dziupla stracił wzrok podczas wojny z Klanem Klifu, a nie potyczki z Kwaśną Kocanką. Choć rozumiem, skąd może wynikać to zamieszanie. Gąsiorkowy Trzepot była święcie przekonana, że Kocanka rzuciła na jej brata jakąś klątwę, i to dzięki niej Trzcinniczkowa Dziupla został tak poważnie ranny podczas wojny.
Na moment umilkła, po czym ponownie przybrała poważny wyraz pyska.
— Poza tym nie rozumiem, dlaczego pomyślałeś, że moja decyzja może być niesłuszna. Czy naprawdę uwierzyłeś w to, że mogłabym nadać tytuł Powiernika Cienia kotu, który został pokonany przez własną uczennicę?
Zaniemówił. Czy dał się oszukać? Jeszcze przez Seradelę? Ta wredna mysia pasza mu uprzykrzyła życie po raz trzeci. Trzeci! Coś zagotowało się w nim tak bardzo, że miał ochotę z siebie to wykrzyczeć.
— Ja... Ja nie wiedziałem. Seradelowy Nektar powiedziała mi kiedyś, że Trzcinniczkowa Dziupla stracił wzrok przez swoją uczennicę, my-myślałem, że to prawda — przełknął ślinę z trudem. Czuł taki wstyd. Tak go paliło w środku. Czy teraz stanie się pośmiewiskiem, bo ktoś go wyrolował jak małego kociaka? Tak bardzo źle się czuł, chociaż może były w tym wszystkim pozytywy, bo teraz było o jednego starszego mniej do wykarmienia. Właśnie! Przecież nie może całkowicie powiedzieć, że coś zrobił złego.
Zalotna Gwiazda nie spodziewała się takiego wyjaśnienia ze strony wnuka.
— No nic… — westchnęła. — Trzcinniczkowa Dziupla i tak jedną łapą był już w zaświatach. Jestem tylko zawiedziona faktem, że naprawdę śmiałeś kwestionować moją decyzję, a w dodatku robiłeś to po cichu. Wolałabym, byś przychodził do mnie, w razie, gdyby coś ci nie pasowało. Nie życzę sobie więcej takich nieporozumień. — Kocur zwiesił nisko głowę, a wstyd przejął jego ciało. Duma spłynęła na sam dół legowiska liderki.
— Już nie powtórzę więcej tego błędu. Przyjmę odpowiednią karę do mego czynu, bo to wszystko moja wina. Blednący Szalej nic nie miał z tym wspólnego. — Nie chciał mieszać młodego w to, skoro i tak się przyznał, że to zrobił.
Zalotna Gwiazda skinęła głową.
— Dobrze, Tęgoszu. Wierzę, że przemyślisz swoje zachowanie — miauknęła. — Nie chcę jednak, by Gąsiorkowy Trzepot latała mi koło ucha, narzekając na to, że nie dostałeś kary, dlatego przez następne dwa księżyce będziesz skazany na czyszczenie futer starszych z kleszczy. Ponadto upleciesz im wszystkim nowe posłania w zamian za to, że odebrałeś im towarzysza. Myślę, że tyle wystarczy. Możesz już odejść.
Tęgosz uznał to za dobrą karę. Dwa księżyce i będzie jak dawniej. Z wdzięczności kiwnął głową.
— Dziękuję, a teraz czym prędzej się udam odpracować to, co uczyniłem. — Cętkowany Tęgosz prędko poszedł w stronę legowiska starszych wyciągać kleszcze.

<Babciu? Zapowiada się długie odkleszczanie>

Od Cętkowanego Tęgosza CD. Blednącej Łapy (Blednącego Szaleju)

Złapał na chwilę kontakt wzrokowy z pomarańczowymi ślepiami Blednącej Łapy. Leżał w kącie obozu, nie chcąc być zbytnio zauważony przez kogokolwiek. Dobrze, że srebrny uczeń nie podszedł do niego, bo chyba za puste słowa współczucia by go zagryzł. Położył się na drugi bok, obracając się od młodszego. Teraz raczej nikt nie będzie zaglądać na jego pysk. Odetchnął, spoglądając na płatki śniegu, które spadały.

***

Pora Zielonych Liści pozbyła się nieprzyjemnej pogody, która była poprzedniego sezonu. Teraz było przyjemnie ciepło. Tak, że aż koty były chętne gdzieś wyjść, a taką okazją był teraz poranny patrol łowiecki, do którego Sowi Zmierzch zbierał koty. Tęgosz jednak planował po ich powrocie pójść na polowanie. Patrzył jak powoli takie koty jak Tygrysia Noc czy Makowa Iluzja były wyznaczane. Starszy liliowy kocur rozglądał się uważnie po kotach, by wybrać następnego, i akurat na rudego padło jego spojrzenie. Podszedł do niego spokojnym krokiem.
— Idziesz z nami. Potrzebujemy dużo złowić, od kiedy zwierzyna się wybudziła. Każda łapa będzie przydatna, dlatego idziesz z nami. — Rudzielec poszedł za Sowim Zmierzchem. Następnie do nich jeszcze dokooptowały się Aksamitkowy Nos i Kalinowy Powiew.

***

Tęgosz stwierdził, że to dobrze, iż Sowi Zmierzch go wziął, bo teraz czuł, że musi jakoś zasłużyć na tytuł Powiernika Cienia. Nie mógł znieść faktu, że jego babcia wzięła Seradelowy Nektar zamiast niego. Czy to było ciche sugerowanie mu, że nie jest godny? Jego ciocia poszła, partnerka Ognikowej Słoty, a dla niego już miejsca nie było? Tęsknił za ojcem i robił wszystko samemu, ale to nie znaczy, że stał się przez ten okres słabszy. Spinała już mu się cała szyja z tych nerwów.
— Musimy się rozejrzeć czy tutaj nie ma Dwunożnych i psów. Bądźcie czujni. Gdy dotrzemy tam, gdzie ich nie będzie, zaczniemy polować — powiedział spokojnie Sowi Zmierzch do kotów, które już tam coś mu szeptały. Tęgosz jednak nie słyszał tego, co gadali wojownicy, bo był bardziej z tyłu patrolu, a reszta była z przodu, blisko starszego liliowego kocura.
Nie chciał szczerze widzieć Seradelowego Nektaru. Przecież jej ego tak musiało podskoczyć po otrzymaniu tego odznaczenia, że mu uszy zwiędną, jak będzie musiał słuchać jej przechwalania się. Uszy mu się czerwieniły ze złości. Tak nie umiał się z tym pogodzić. Przy takiej pogodzie kot mógł się uśmiechać od ucha do ucha, ale nawet tak dobra pogoda nie mogła poprawić humoru rudzielca.
— Dobrze ekipo, teraz samotnie będziecie masowo polować na drobną zwierzynę. Macie czas do dotknięcia czubka najwyższej sosny przez słońce. Gdy się odnajdziemy, to w grupie już złowimy coś większego. Liczę, że zgrabnie uwiniecie się z tym zadaniem. — Sowi Zmierzch odszedł od nich i po chwili inne koty też już poszły w swoje strony. Cętkowanemu Tęgoszowi też pozostało gdzieś iść, by upolować więcej niż trzy ofiary.

***

Rudzielec mknął płynnie przez wszystkie paprocie, jakie miał po drodze. Samotne polowania sprawiły, że nauczył się stawiać spokojne i opanowane kroki. Dzięki temu już upolował drozda i kwiczoła, lecz oprócz ptaków chciał coś innego upolować. Coś, co chodzi na czterech łapach i jest większe niż ptaki. Szukał węchem jakiegoś sensownego tropu, jednak czuł tylko woń sosen, którą rozwiewał lekki wiaterek. Tęgosz szedł szybkim marszem, by oddalić się od innych. Chciał złapać coś okazałego, za co inni mogliby go pochwalić. Do jego ucha doszedł jakiś dźwięk, a kocur lekko się uśmiechnął, ciesząc się, że jego kręcenie się bez celu coś przeniosło. Teraz kroki stawiał ostrożnie, idąc do źródła dźwięku. Wkrótce znalazł jakąś pustą przestrzeń. Można powiedzieć, że to był taki łysy placek wśród zarośniętych sosnami terenów. Rudzielec wywęszył i zauważył królika, a skubał on czerwone jagody. Zwierzyna więc była zajęta jedzeniem, a on mógł ją wtedy złapać. W końcu będzie mógł pokazać rodzinie, że nie stał w miejscu. Że Cętkowany Tęgosz nigdy się nie odsunął od swojej rodziny. Tak się cieszył, że mu wąsy drżały z ekscytacji. Bez zastanowienia zrobił skok w stronę królika.
— Uważaj! — Ktoś krzyknął, skacząc na niego, przez co królik uciekł. Oczywiście Tęgosz zrobił się taki czerwony na twarzy, że nie było na niej ani jednego odcienia pomarańczu. Spojrzał na fajtłapę, która śmiała mu przeszkodzić i bez zastanowienia przygwoździł winowajcę do ziemi.
— Co ty robisz?! Ten królik był cenny, a ty mi go spłoszyłeś! — dyszał w stronę cynamona.
— O-o-o-on był trujący! Gdybyś go do obozu wziął, to ktoś, kto by go zjadł, umarłby od razu. Lub ty sam!
Rudzielec tak przestraszył samotnika, że ten trząsł się i brzmiał na wstrząśniętego.
— Nie rozśmieszaj mnie! Zwierzyna, która jest trująca? Ze śmiechu chyba padnę. To, że ten królik się nimi otruł, to nie znaczy, że ja muszę. — Cętkowany Tęgosz musiał przyznać, że rozśmieszył go fakt, że zwierzyna może być trująca. Przecież nigdy mu się nie zdarzyło widzieć zwierzyny, która mogła kogoś otruć, chociaż patrząc na tego królika, to może było to możliwe?
— Sam królik nie jest trujący, a-ale jagody, które zjadł już tak. Ta czerwona jagoda, którą widzisz, ona jest bardzo mocna. Tylko jedna jagoda i już nie żyjesz. Kiedyś odwiedzałem kuzynostwo, zwykle chodziliśmy do nich co sezon, mieszkali bowiem w mieście. Miałem tam kuzynów, Basię, Kasię, Ptysia, Zbysia i Władzię. Byli dużo młodsi ode mnie. Tak dużo ich było, że moje wujostwo nie przykładało się do ich wychowania. W mieście jakoś mieli zawsze te nietypowe zwyczaje. Raz przeszliśmy się po parku Dwunożnych, dorośli wtedy rozmawiali ze sobą, a kociaki się bawiły samowolnie. Ja wtedy chyba pomagałem w znalezieniu jakiegoś jedzenia. Wtedy było tak pusto, że można było chwilę tam posiedzieć i złapać wiewiórki. Ja nie złapałem żadnej, za to wujek trzy i bardzo się cieszył. Zwierzyna to tam rzadkie zjawisko, to z wszystkiego się cieszą, nawet ze szczura! Mieliśmy niedługo się zbierać do innej części miasta, bo za niedługo mieli przyjść Dwunożni. Szukaliśmy wtedy tych kociaków i znaleźliśmy je szybko, ale Basia nie żyła. Miała pyszczek ubrudzony z tej jagody i ze śliny. Był to dla mnie straszny widok, ale dla wujostwa nie. Szybko się stąd zmyliśmy, a Basia tam została. To było okropne...
Cętkowanemu Tęgoszowi zabrało mowę. Jedna jagoda mogła tyle szkód zrobić jednemu kotu? Chwila... chyba mógł to jakoś spożytkować. Przecież chciał się pozbyć Trzcinniczkowej Dziupli, a otrucie go poprzez danie mu zwierzyny z jedną czerwoną jagodą lub większą ich ilością w środku mogłoby załatwić sprawę.
— Przykro mi, że musiałeś na to patrzeć. Normalnie bym cię sprał za to, że jesteś znowu na naszych terenach, wiesz? Ale chyba ci dam tylko upomnienie, a teraz już! Wynocha! — krzyknął na Kazarka, a ten zdążył czmychnąć. Przynajmniej dobrze, że tak szybko znikł. Jeden problem z głowy.
Rudzielec podszedł do czerwonej jagody, by zapamiętać, jak wygląda, a następnie poszedł w las, by złapać jeszcze kilka ptaków.

***

Tęgosz wrócił do Sowiego Zmierzchu z trzema ptakami. Reszta też za to miała obwite łowy. Następnie z grupą wspólnie upolowali królika. To wszystko bardzo ciężko się niosło, ale przynajmniej pobratymcy się najedzą. Rudzielec szedł dumnie, patrząc na inne koty. Chciał wyglądać na bardziej żywego i energicznego. Nie tylko cieszył się z tego, że przyłożył się do polowania jak reszta, niosąc swoje trzy ptaki, ale też wzbogacił się o wiedzę, która nie była zbędna.

***

Kilka wschodów słońca od tego patrolu

Tęgosz był bardziej spokojny, a nawet przestał się izolować od innych. W końcu zawieranie nowych znajomości z kotami z tego samego klanu było bardzo wzbogacające. Choćby o nowe koty, którymi mógłby pomiatać, wpływać na nie, albo takie, które były na jego poziomie. Niestety jedynym takim kotem była Seradelowy Nektar. Jego nową ofiarą miał być Blednący Szalej. Dość szybko się mianował, więc idealnie było do tego nawiązać. Zobaczył srebrnego, który obserwował innych. Był na czymś skupiony, ale na jego wizji stanął Cętkowany Tęgosz.
— Witaj, Blednący Szaleju! Chcesz może iść ze mną na polowanie? Powiem ci, że bardzo zwracają moją uwagę obiecujące koty w klanie. Szybko się mianowałeś, nie każdemu się to udaje, wręcz nielicznym. Na szczęście ja do nich należę, więc ja się niczym nie martwię — dumnie się pochwalił, bo miał czym. Był utalentowany i pochodził z wpływowej i szanowanej rodziny. Taki kot jak on nie mógłby być chyba bardziej szczęśliwy. Srebrny rudzielec z zakłopotaniem spojrzał na bok. Chyba się nie spodziewał, że taka osobistość jak Tęgosz do niego podejdzie.
— Sam nie wiem — odparł młodszy wojownik. Cóż za uparciuch! Trzeba było użyć swoich ukrytych umiejętności manipulatorskich.
— Nie wiesz? Weź tak nie mów, Szaleju! Jako mój kolega jesteś mi winny, chyba że wolisz cały dzień tak siedzieć i patrzyć na innych, mimo że ze mną mogłeś coś upolować — udawał obrażonego. Nawet wyglądał tak, jakby miał odejść od Szaleju, ale kocurek przybliżył się do niego.
— Czekaj. Ja chyba… pójdę z tobą jednak. — Cętkowany Tęgosz się uśmiechnął. Jak miło, że miał towarzysza na specjalny spacerek.
— To chodźmy. Nasze lasy są tak obfite, że pod łapy od razu nam się coś rzuci!
Dość energicznie Cętkowany Tęgosz wyszedł z Blednącym Szalejem poza obóz.

***

— A jak się przynajmniej czujesz z tym, że jesteś lepszy od Białej Łapy? Pamiętam, że jak byłeś kociakiem, to trzeba było ją pazurami odganiać, żeby ciebie nie rozszarpała. Chociaż popatrzmy na to z pozytywnej strony. Przynajmniej miałeś już trening walki przed tym, jak zostałeś uczniem. Życie często daje brutalne lekcje, ale tylko słabi skarżą się najbliższemu dorosłemu kotu. Czasem samemu trzeba brać sprawy w swoje łapy. Właśnie dlatego jesteśmy najsilniejszym klanem w tej okolicy, nawet to aż czuć!
Jemu też się zdarzyło zostać bitym nie raz przez Tropiącą Łaskę, ale sam w ramach małej zemsty został wojownikiem, pokonując ją w pojedynku. Wtedy poczuł triumf, choć nie ukrywał, że wolał walczyć ostatecznie z Seradelowym Nektarem, gdy była jeszcze uczennicą, by się zrewanżować za to, że przegrał z nią pierwszy trening walki. Ogólnie teraz kotka miała jakąś dobrą passę. Nie dość, że wygrała z nim dawno temu walkę, to jako pierwsza zgarnęła odznaczenie Powiernika Ciernia, przed nim. Przenigdy nie czuł się tak upokorzony. Będzie musiał tak z tym żyć do końca swoich dni.
— Nie ukrywam, to wielka satysfakcja mianować się od kogoś starszego, kto powinien dawno znaleźć swój rozum. Najwyżej jej odpadł, gdy próbowała zaatakować kociaki kilkukrotnie mniejsze od siebie, albo na tym zgromadzeniu, na którym pobiła się z jakimś uczniem.
Może Blednący Szalej był jak on? Choć nie, nie znał go dobrze, więc musiał jeszcze go obserwować. Nagle usłyszeli jakiś szelest wśród iglastych drzew.
— To chyba znak, żeby zapolować. Zaczniemy? — Cętkowany Tęgosz rzucił do srebrnego rudzielca.
— Oczywiście — odparł młodszy, który rozdzielił się od Cętkowanego Tęgosza, by coś znaleźć. Rudy cętkowany wojownik zrobił to samo. Wyostrzył zmysł węchu i słuchu, by złapać jakieś ptaszysko. Kręcił się po lesie, gdy nagle coś przykuło jego uwagę. Coś czerwonego jak krew, ale były to tylko jagody. Te, które zjadał królik, którego chciał złapać kilka wschodów słońca temu. Miał przecież najpierw znaleźć ptaka, nie jagody! Cętkowany Tęgosz pokręcił nosem i szukał dalej. W końcu do jego uszu doszło ćwierkanie. Podchodząc bliżej, zauważył nieopodal rudzika. Szybko przyjął pozycję łowiecką i skradł się do ptaka, skacząc na niego, lecz nie zabijając go. Ptaka wziął za szyję. Chciał go zanieść na miejsce, gdzie rosły trujące jagody. Szedł sobie spokojnie, a ptak się wyrywał i panikował. W końcu Tęgosz się zatrzymał nad jagodami, chwilę odczekał i puścił ptaka, a następnie przytrzymał go w jednej łapie przy ziemi. Ptak ćwierkał z otwartym dziobem, drugą łapą więc kocur dawał mu jagody do dzioba. Rudzik jedną połknął bez problemu, drugą też, a trzecia mu utknęła w połowie. Dopiero wtedy rudzielec wykręcił ptakowi kark. Po usłyszeniu chrupnięcia ptak zmarł. Tęgosz tę trzecią jagodę upchał już pazurem, tylko na tyle by była niewidoczna.
Po chwili poszedł z powrotem na miejsce, gdzie się rozdzielił z Szalejem. Akurat los chciał, by kocury spotkały się po drodze.
— Co moje oczy widzą, też rudzik? — Cętkowany Tęgosz spojrzał na ptaka, którego trzymał w pysku Blednący Szalej.
— Owszem. Będziesz jeszcze polował? — spytał go młody rudzielec.
— Niestety nie, dużo już upolowałem rano. — Młodzieniec spojrzał na niego z chłodnym wyrazem pyska. Tęgosz nie kłamał. Był na porannym patrolu przedtem, a teraz było między Wysokim Słońcem a wieczorem.
— Dobrze, to pozwól, że ja jeszcze coś upoluję. — Blednący Szalej odszedł od rudzielca, znikając w krzakach. Tęgosz upewnił się, że młodego nie było i spojrzał na swego ptaka. Przecież miał tylko ugryzioną szyję. Gdyby wpadł to by była dla kogoś pierwsza poszlaka. Prędko wgryzł się w ptaka, pozostawiając ślad ugryzienia na jego brzuchu.
On i Szalej mieli te same ptaki. Mroczna Puszcza chyba mu sprzyjała, choć ptaki się różniły, bo ptak Blednącego Szaleju był mniejszy i zgrabniejszy niż jego ptak, bo ten, którego miał, był bardziej okrągły. Obtoczył dwa ptaki w trawie, by zamaskować ich zapach. Następnie tam, gdzie Szalej postawił swego ptaka, podstawił swego, a sam wziął zdobycz srebrnego.
W mgnieniu oka Blednący Szalej wrócił z pustymi łapami. Prawdopodobnie coś mu uciekło.
— Chciałem coś złapać, ale mi odleciało! Prawie miałem tego kosa. — Młody srebrny rudzielec westchnął zawiedziony.
— Czasem najlepszym się zdarza! Nie bój żaby, twój rudzik i tak jest okazały. Może jeden ze starszych by się ucieszył takim podarunkiem? — Chciał go nakierować, by tego ptaka, co weźmie, dał Trzcinniczkowej Dziupli. Mógł niby dodać, że jakiemuś Powiernikowi Cienia, lecz mieli ich dwóch w starszyźnie, a przecież Lamentująca Toń nie była jego celem do otrucia.
— Starszy? Byle komu chyba nie dam tego ptaka, niektórzy w końcu za życia przynieśli hańbę klanowi, a w sumie zastanowię się w obozie. — Młody chwycił otrutego ptaka i poszedł z nim. Cętkowany Tęgosz równie poszedł za nim. Przecież nie mógł pozwolić, by zatruta zwierzynę dostał niewłaściwy kot.

***

Dotarli do obozu z ptakami. Tęgosz błagał tylko, by Szalej nie dał tego na stos.
— To ja chyba pójdę dać mego ptaka Lamentującej Toni — rzucił syn Cienistej Zjawy. Chciał mu zasugerować, że idzie dać komuś bardziej zasłużonemu ptaka.
— Też pójdę z tobą — rzucił Blednący Szalej.
— Serio? Myślałem, że dla ciebie starsi nie są zasłużeni. — Chciał udawać zaskoczenie, ale na serio był zestresowany, bo obawiał się, że Szalej nie zrobi tego, co sam planował.
— Zwyczajni nie są, ale Powiernicy jak najbardziej. Chyba go dam Trzcinniczkowej Dziupli, przynajmniej on się nigdzie nie rusza, a reszta Powierników ma i tak swoje zajęcia.
Cętkowany Tęgosz bardzo się ucieszył z tego powodu. Oba kocury ruszyły do legowiska starszych. Wchodząc tam, widział wiele posiwiałych pysków, w tym Trzcinniczkową Dziuplę, który był czyszczony przez swoją siostrę, Gąsiorkowy Trzepot.
— Witaj, Trzcinniczkowa Dziuplo. Jesteś głodny? — Blednący Szalej spytał starszego. Ten obrócił pysk w stronę głosu.
— Wcześniej już jadłem, ale chętnie coś jeszcze przegryzę. — Starszy uśmiechnął się, aż było trochę żal Tęgoszowi, że zaraz zobaczy go martwego. Żarcik. Tak na poważnie bardzo chciał, by to słabe ogniwo zniknęło z tego klanu jak najszybciej. Siostra Powiernika też spojrzała na ptaka. Wtedy rudzielec musiał zmienić swe zamiary i to jej dać swego ptaka.
— Proszę, Gąsiorkowy Trzepocie. Widzę, że też jesteś głodna. — Uśmiechnął się do starszej kocicy.
— Dziękuje wam, to miłe z waszej strony.
Blednący Szalej usatysfakcjonowany wyszedł z legowiska starszych, Tęgosz też. Tylko on wiedział, że to ostatni posiłek Trzcinniczkowej Dziupli — tego, który niesprawiedliwie nosił tytuł nazwany po jego ojcu.

<Bladnący Szaleju? Ups>

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Koszmaru (Koszmarnej Łapy)

Przeszłość

Gdy Kocimiętkowy Wir skończyła opowiadać kocurkowi historyjkę, ten ziewnął, zamienił się w kulkę i zapadł w głęboki sen. Rudofutra jeszcze przez moment wpatrywała się w bure futerko Koszmaru, czując, jak rozpiera ją duma. Nie mogła uwierzyć w to, że nareszcie doczekała się kociąt ze swoją ukochaną partnerką — Ognikową Słotą — a teraz wyrastały one na przyszłych, ambitnych wojowników Klanu Wilka. Mistrzyni nie mogła się doczekać, aż jej pociechy wrócą do azylu po nocy spędzonej poza nim i staną przed Zalotną Gwiazdą, gotowe na otrzymanie nowych mian i mentorów. Kocimiętka wierzyła, że przywódczyni przydzieli im odpowiednich nauczycieli. Nie musiała się o to martwić. W końcu Iglak, Zamroczka i Koszmar byli jej wnukami, więc to oczywiste, że szylkretka zadba o ich szkolenie.
Zielonooka miała już w głowie kilkoro kotów, po których spodziewałaby się, że niedługo otrzymają nowych wychowanków. Z całą pewnością szansę miała dwójka zastępców, a oprócz tego Kwaśna Kocanka, Pszczeli Rój, Tropiąca Łaska, Tygrysia Noc, Nadciągający Pomrok, a może i nawet Cętkowany Tęgosz lub Seradelowy Nektar. Nie trzeba było być bardzo uważnym, by dostrzec, że wymienione koty były przez Zalotną Gwiazdę lubiane. Kocimiętka również mogła się pochwalić dobrą opinią u liderki, lecz powątpiewała w to, że Zalotka przydzieliłaby jej jedno z kociąt na ucznia, bo przecież mimo wszystko była ich matką. Choć jeśli oczywiście dostanie któregoś z maluszków pod opiekę, nie będzie narzekać i postara się być dla niego najlepszą mentorką pod słońcem!
Po chwili Kocimiętka polizała Koszmar kilka razy po łebku, a następnie podniosła się z miejsca. Uśmiech zszedł z jej twarzy i kotka przybrała poważną minę. Zaczęła zmierzać w stronę wyjścia z kociarni, lecz nim postawiła krok poza nią, obejrzała się jeszcze przez ramię. Jej wzrok spoczął na śpiącej Ognikowej Słocie, a serce od razu wypełniło się ciepłem. Gdy wpatrywała się w swoją rodzinę i myślała o tym, jak dużo osiągnęła w Klanie Wilka, dochodziła do wniosku, że nigdy nie zamieniłaby tego życia na żadne inne. Mając tak wspaniałą partnerkę i kocięta, czuła się w pełni spełniona, mimo że jej życie z początku nie zapowiadało się zbyt dobrze. Gdyby Dyniowa Skórka nie zdecydowała się odejść od tego zdradzieckiego Królika, Kocimiętkę ominęłoby wiele przyjemności w życiu. Nie wyobrażała sobie wciąż żyć w Betonowym Mieście i nie być częścią Klanu Wilka, a także nigdy nie spotkać Ognikowej Słoty.
W pewnym momencie stwierdziła jednak, że to koniec wspominek, i ruszyła w stronę legowiska wojowników. Czasem zdarzało jej się usypiać w żłobku, przy swojej partnerce, lecz tym razem została wybrana na poranny patrol i nie chciała obudzić swoich bliskich, wybierając się na niego o świcie.

* * *

Teraźniejszość

Kocimiętkowy Wir cieszyła się z tego, jak prężnie rozwijał się Klan Wilka. Żłobek wręcz pękał w szwach! Ostatnio na świat przyszli Bryzka i Skowronek, kocięta Pszczelego Roju i Nocnego Śpiewaka. Rudofutra wiedziała, że Pszczoła był jednym z ulubieńców Zalotki, a także jej byłym uczniem, podczas gdy Noc często spędzał czas w towarzystwie Słoty. Był to więc niezwykle udany miot, choć Kocimiętkę trochę smucił fakt, że Iglak, Zamroczka i Koszmar nie mieli okazji zbyt długo pobawić się z tymi porządnymi kociętami. Oprócz tego Klan Nocy podrzucił im też dwójkę maluszków — Pyzę i Bzyczka. Oni również zapowiadali się obiecująco, mimo iż nie pochodzili z żadnej szanowanej rodziny w Klanie Wilka. Kocimiętka widziała jednak, jak Ognikowa Słota opowiada im o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd, więc zakładała, że dwójka rodzeństwa już wkrótce znajdzie się na właściwej ścieżce. No i nie można też zapomnieć o tym, że Kwaśna Kocanka, Miodowy Ul i Jesionowa Szadź również spodziewały się kociąt. Za niedługo trzeba będzie pomyśleć o rozbudowie żłobka, gdyż nie wiadomo, czy wytrzyma on tyle puchatych kulek naraz! Przynajmniej Kocimiętka mogła być pewna, że już za niedługo jej ukochany klan wzbogaci się o kilku silnych wojowników.
Oprócz tego po azylu niedawno rozeszła się wieść, że Cykoriowy Cykor i Wilgowa Gorycz dokądś uciekli. Ich trop podobno urywał się przy rzece, co najpewniej oznaczało, że przekroczyli ją, by zacząć nowe życie jako samotnicy. Rudofutrą irytowało to szczególnie mocno, gdyż wciąż współczuła Garbatej Łapie i widziała w nim potencjał. Teraz jednak czekoladowy został bez mentorki, a nie zapowiadało się na to, by Zalotna Gwiazda chciała przydzielić mu kogoś nowego. Raczej już do końca zostanie uczniem bez mentora, dopóki liderka nie zdecyduje się go wygnać. Kocimiętce robiło się smutno, gdy o tym myślała, lecz wiedziała, że sama nic na to nie poradzi. Taka już była kolej rzeczy w Klanie Wilka. Słabe ogniwa były poniżane, nie traktowano ich równo, aż w końcu cudem rozpływały się w powietrzu. Ciekawe, czy Garbatka również spotka ten sam los.
Postanowiła jednak nie rozczulać się za długo nad przyszłością czekoladowego kocura. Teraz musiała skupić się na sprawach, które były naprawdę istotne. Okazało się, że Zalotna Gwiazda jednak przydzieliła jej jedno z kociąt na ucznia, toteż Kocimiętkowy Wir miała teraz Iglastą Łapę do wyszkolenia. Kocurek był z całej trójki najstarszy, więc rudofutra czuła się szczególnie uhonorowana decyzją liderki, która najwyraźniej ufała jej na tyle, by powierzyć jej pierworodnego syna swojej córki. To sprawiało, że Kocimiętka jeszcze bardziej doceniała wszystko, co udało jej się osiągnąć, ciesząc się uznaniem i sukcesem.
Jednocześnie z przygnębieniem wpatrywała się w swoją siostrę — Makową Iluzję — która nie była aż tak lubiana w klanie. Nie była też co prawda jakoś szczególnie znienawidzona przez wszystkich, lecz mimo wszystko Kocimiętkowy Wir chciałaby, by jej siostra była z nią na równi. To samo tyczyło się Dyniowej Skórki, choć ona była starsza i trudniej byłoby ją wznieść na wyżyny hierarchii. Kocimiętce zależało jedynie na tym, by jej matka żyła jeszcze długo, a ostatnie księżyce swojego życia spędziła spokojnie w legowisku starszyzny, ciesząc się z sukcesów swoich córek.
Podczas gdy rudofutra tak nad tym rozmyślała, zebrało jej się na rozmowę z Dyniową Skórką. Dawno nie wymieniały się nowinkami, a teraz, gdy w życiu Kocimiętki tak dużo się działo, przydałoby się jej o tym wszystkim opowiedzieć. Na szczęście znalezienie starszej wojowniczki nie było trudne. Kocimiętka spostrzegła ją w kącie obozu, gdzie wylizywała swoje futro. Bez wahania ruszyła w jej stronę niemal skocznym krokiem, z szerokim uśmiechem wymalowanym na pysku. W pewnym momencie Dynia podniosła głowę, łapiąc kontakt wzrokowy z córką.
— Mamo! Hej! — mruknęła mistrzyni, podchodząc do kotki. Bez wahania rozsiadła się obok niej, poruszając wibrysami z ekscytacji. — Pewnie już słyszałaś, że doczekałam się kociąt, co nie? Iglak, Zamroczka i Koszmar, choć teraz właściwie są już uczniami! — zaczęła opowiadać.
Dynia odwzajemniła jej uśmiech.
— No! Już myślałam, że nigdy mi o nich nie opowiesz — zażartowała, przewracając oczami.
Sześć księżyców minęło w mgnieniu oka. Kocimiętkowy Wir faktycznie zapomniała wcześniej wspomnieć matce o swoich maluchach.
— Ach, wybacz, zapomniałam! Szkoda, że nie miały okazji spotkać się w żłobku ze swoją superową babcią! Jestem pewna, że byście się polubili… — westchnęła mistrzyni, kręcąc powoli głową. — Ale mimo wszystko nic jeszcze nie jest stracone! Wciąż mogę cię z nimi poznać, skoro są już starsi. Musimy kiedyś zorganizować rodzinny spacer! Ciekawe, czy Zalotna Gwiazda również da się na niego skusić… — zaczęła się zastanawiać.
Dyniowa Skórka wzruszyła ramionami.
— Chyba fajnie by było, co? Wciąż nie mogę uwierzyć w to, że udało ci się związać z samą córką liderki! — odparła wojowniczka.
— Tak! Ale oprócz bycia córką liderki jest też najlepszą partnerką, jaką mogłam sobie wymarzyć! — oznajmiła, zadzierając nieznacznie brodę. — Nieważne, czyją córką by nie była, i tak bym ją pokochała i doczekała się z nią gromadki uroczych kulek — upierała się.
Starsza kotka skinęła głową kilka razy.
— Tak, tak. Oczywiście — mruknęła, po czym odwróciła wzrok od swojej córki. — Ciekawe, czy Mak sobie kogoś znajdzie… Nie chciałabym, by do końca życia była samotna i nigdy nie zaznała miłości — dodała, grzebiąc pazurem w ziemi.
— Przecież zaznała miłości! Od ciebie i ode mnie! Może ona po prostu nie chce mieć partnera ani partnerki? Przecież do niczego jej nie zmusimy — miauknęła Kocimiętkowy Wir. — Niemniej każdemu życzę, by zaznał tego samego uczucia co ja, gdy Ognikowa Słota wyznała mi miłość. To była najpiękniejsza chwila w moim życiu! Szkoda, że cię przy niej nie było — mówiła dalej, jednak Dynia pokręciła łebkiem na jej słowa.
— No coś ty! To dobrze, że ta chwila była tylko i wyłącznie wasza. Czemu miałabym się tam wciskać ze swoim nosem? — spytała, strzepując końcówką ogona.
Nim jednak Kocimiętka zdążyła jej odpowiedzieć, zauważyła w azylu jednego ze swoich synów — Koszmarną Łapę. Kocur wrócił właśnie z treningu z Nadciągającym Pomrokiem i kierował się w stronę legowiska uczniów, lecz ruda krzyknęła:
— Koszmarze!
Na jej słowa bury postawił uszy do góry i zwrócił pysk w jej stronę. Wtedy ruda machnęła łapą, zapraszając go do siebie. Może nie będzie to spotkanie całej rodziny, ale chciała, by Dyniowa Skórka miała już okazję poznać choćby jednego ze swoich wnuków.

<Synku?>