BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

19 czerwca 2026

Od Zewu

Przeszłość

Owocowy Las był wielce rad, kiedy to pojawiły się wieści o narodzinach kolejnych kociąt w żłobku, szczególnie że czwórka ta miała być żywą pieczęcią sojuszu Owocniaków z Burzakami, którzy byli ich sąsiadami. Czwórka małych pociech szamanki była zdrowa i niemal każde z nich podobne do ojca, którym był zastępca klanu — no może nieco poza Modrogończykiem, którego sierść była w odcieniu czekolady, którym nie przypomniał żadnego z rodziców.
Na początku tym, co młody Zew poczuł, to silna mieszanka różnych ziół, którą była oblepiona sierść Purchawki. Cichy pisk wyrwał się z jego gardła, kiedy to ciepły język matki czule sunął po jego głowie. Było to pierwsze wspomnienie kocura związane z matką.
Od tego czasu minęło trochę czasu, a rodzeństwo rosło w zastraszającym tempie, wykazując geny Zawodzącego Echa, który był kocurem o długich, smukłych łapach. Jego niebieskooki pierworodny początkowo nieco nie radził sobie z tak dobrze z podłużnymi kończynami, patrząc na fakt, jak Łza szybko opanowała dostojny chód, wskazujący jasno na jej przyszłą pozycję w kocim społeczeństwie. Mimo to młody Zew się tym nie przejmował, czerpiąc pełnymi garściami z kocięcej beztroski u boku matki i trójki rodzeństwa. Wtedy nie przyjmował zbytnio do wiadomości, że wraz z mianowaniem Modrogończyka i Psianki w Owocowym Lesie, on z Łzą opuszczą bezpieczny obóz pomiędzy konarami drzew i trafią do nowego azylu na równinach.

Od Żabiej Łapy CD Łabądka

Żabka chciałaby powiedzieć, że się nie nudziła, ale to byłoby kłamstwo. Była na porannym patrolu i może mogłaby teraz pójść spać, ale nie chciała. Odmawiała tego po prostu. Wolałaby pogadać z kimś albo pobawić się z siostrami. Jednak żadne z powyższych nie jest możliwe na ten moment. Obie kotki się wyniosły na treningi ze swoimi mentorami, a obóz o tej porze dnia był wyjątkowo milczący. Nie było nic, co koteczka mogłaby zrobić. Patrol się zaczął i skończył, nie stało się na nim nic. Nic a nic. Może jakaś rozmowa między wojownikami i teraz pozostało tylko siedzieć w cieniu i gapić się we własne łapy. Ile można!?
Żabka podniosła oczy na obóz. Klan Nocy miał piękny obóz, który podobno zmienił się po powodzi. Żabka nie wiedziała co się w nim zmieniło, bo nie była urodzona, kiedy te zmiany następowały. Ale obóz jej się podobał. Na pewno był ładniejszy niż obozy innych klanów! Klan Nocy w końcu był najlepszym klanem z nich wszystkich. Inne klany nie jadły tak dużo ryb ani nie pozwalały czekoladowym kotom panoszyć się jak plaga. Ich kotki były odizolowane w żłobku. Właśnie. Żłobek. Czy to na pewno było dobre miejsce na trzymanie tego przekleństwa, jakim była Fląderka i Mysiomózga Łapa? Tam były kocięta, które tak łatwo mogły się z nimi próbować zaprzyjaźnić. Jak dobrze, że jej rodzice na to nie pozwolili. Jeszcze ich głupota by się otarła o biedną Żabkę.
Żabka wbijała wzrok w wejście do żłobka pogrążona we własnych myślach, kiedy w wejściu stanęło coś znacznie ciekawszego. Kociak… Łabądek, jeśli kotka dobrze pamiętała. Dzieciątko Trzciny. Żabka wbiła swoje wielkie ślepia w dzieciaka, który po chwili zmarszczył nosek. Zaraz potem podniósł łapkę, ale się zawahał. Dlatego to Żabka podniosła się ze swojego miejsca i podeszła bliżej. Pamiętała dobrze, że jej także zabraniali wychodzenia ze żłobka, a przecież w środku było czasami tak nudno! Nudniej nawet niż w obozie, kiedy nic się nie działo.
– Cześć dzieciaku. – przywitała się, siadając bliżej i nadal się na niego gapiąc. Powąchała powietrze. Tak… to był definitywnie kociak Trzciny. Koteczka. – Łabądek, nie?
– T… tak! – koteczka odpowiedziała jej po sekundzie wahania.
– Wyrosłaś, odkąd cię ostatnio widziałam.
– Chyba? Czemu się tak na mnie gapisz, paskudo?! – Żabka uśmiechnęła się nieco krzywo. Jakie urocze dziecko.
– Bo mogę! – odpadła wesoło. – Bo jesteś ciekawa i bo dawno cię nie widziałam!

<Łabądku?>
[380 słów]

Od Żabiej Łapy do Złocistego Widlika

Żabia Łapa wyszła ze żłobka już chwilę temu, a i tak czasami tęskniła za tym miejscem. Nadal je czasami odwiedzała, żeby zobaczyć się z Trzcinowym Szmerem, ale to nie było to samo. Nie było już tam jej mamy, a jej zapach już ledwo trzymał się ścian. Teraz były tam tylko te dwa czekoladowe koty, rodzinka Trzciny oraz Widlik. Właśnie! Złocisty Widlik. Żabka dawno nie widziała tego kota. Była zajęta polowaniami i treningiem pływania. A przecież kot był częścią jej dzieciństwa. I to całkiem wielką częścią.
Kiedy ich mama nie mogła ich obserwować lub wychodziła rozprostować kości, to właśnie Widlik je zabawiał. Pamiętała jeszcze parę zabaw, które im organizował. Teraz kiedy była starsza, może trochę dziwne dla niej było, że to kot, a nie kotka zajmuje się w ten sposób kociakami, ale nie kwestionowała tego za mocno. Nauki jej taty trochę jednak wpłynęły na jej poglądy, nieważne jak Żabka chciałaby się tego wyprzeć. W końcu jej tatko bardzo chciał, aby Żabka sama została medykiem albo piastunem, a to nie było dla niej. W obozie było nudno. Tam… za rzeką był cały świat do zwiedzenia, koty do poznania i walki do walczenia! Czy to nie było ciekawsze niż opieka nad irytującymi dziećmi? Widlik najwidoczniej bardzo to lubił!
Żabka podskoczyła na łapy z ekscytacją i namierzyła Lawendową Rozkosz. Podbiegła do niej z szerokim uśmiechem, ledwo wyhamowując, zanim w nią wpadła.
– Możemy pójść na polowanie? – spytała z cichą ekscytacją w głosie.
– Teraz? – Liliowa kotka zamrugała parę razy. – No nie wiem. Zaraz mam patrol.
– Och! – Żabka zmarszczyła nos. – Myślisz, że… mogłabym pójść sama?
– Sama? Ledwo zaczęłaś się uczyć. Nie wiem, czy to jest bardzo dobry pomysł…
– Obiecuję nie odchodzić daleko. Chciałam tylko złowić albo upolować coś dla… pewnego kota, którego lubię. Pochwalić się. – Żabka uśmiechnęła się pozornie niewinnie.
– No nie wiem.
– Bliziutko. W lasku zaraz obok obozu. – koteczka pokiwała łebkiem. – I od razu wrócę!
– No dobra. Ale jeśli nie będzie cię tu, jak wrócę z patrolu, to nigdy więcej nie spuszczam cię z oka poza obozem! – Lawendowa Rozkosz pomachała łapą z ostrzeżeniem.
– Dobrze. – Żabka zgodziła się bez sekundy zawahania. – To ja ruszam, żeby zdążyć!
Żabia Łapa ruszyła biegiem przez obóz, znikając po chwili w trzcinie. Zanurkowała do wody z rozpędem i zaraz wygrzebała się po drugiej stronie, otrzepując wodę jak tylko mogła. Im mniej mokra będzie, tym lepiej pójdzie jej polowanie. Może w takim razie powinna po prostu coś złowić, chociaż nie wychodziło jej to jeszcze perfekcyjnie… Może. Najpierw spróbuje na lądzie.
Żabka ruszyła do lasu po chwili leżenia na kamieniu, aby przeschnąć. Nadal była wilgotna, a jej futerko się zaczynało delikatnie kręcić. Wyglądała jak mała chmurka przedzierająca się przez runo leśne. Węszyła i skradała się ze świadomością upływu czasu, jaki mogła na to przeznaczyć. Chwilę jej to zajęło, ale w końcu odnalazła zapach jakiejś myszy. Świeży i kuszący. Kotka przywarła do gruntu i zbliżyła się do ofiary. Skoczyła, dorwała zdobycz i zaraz wracała do obozu. Osiągnęła swój cel. I to rychło w czas!
Do obozu weszła sekundy przed patrolem Lawendowej Rozkoszy. Jej mentorka, kiedy tylko przekroczyła próg, od razu zaczęła się rozglądać za nią. I jej mina złagodniała, kiedy tylko namierzyła swojego podmokłego ucznia.
– Udało ci się. – uśmiechnęła się z niemą pochwałą w oczach.
– Tak. Upolowałam mysz. – odparła Żabka z szerokim uśmiechem. – I wróciłam na czas. Można mi ufać!
– Można. To prawda. – Lawenda pokiwała łebkiem. – Tak trzymaj.
Żabka patrzyła, jak jej mentorka odchodzi gdzieś w swoje własne miejsce. Chwilę jeszcze obserwowała kotkę, do czasu kiedy ta zniknęła w legowisku. Zaraz potem uczennica pochwyciła mysz i udała się do żłobka.
Wchodząc, rzuciła gardzące spojrzenie czekoladowym kotkom leżącym w środku i potem namierzyła kota, którego szukała. Trzcinowy Szmer spała sobie spokojnie z dzieciakami, a Złocisty Widlik akurat się mył.
– Dzień dobry Złocisty Widliku. – przywitała się szeptem. Położyła myszkę zaraz przed nim. Kot rzucił jej pytające spojrzenie, a ta tylko poszerzyła swój uśmiech. – Sama ją upolowałam. Chciałam się podzielić i pochwalić jak dobrze mi idzie…

<Złocisty Widliku?>
[648 słów]

Od Żabiej Łapy do Urodziwego Szafirka

Żabka była mokra od stóp do głów od samego ranka. Lawendowa Rozkosz zabrała ją na naukę pływania. Żabka przebierała łapami w cieczy, a jej mentorka co chwilę dawała jej dodatkowe wskazówki i pokazywała jak zrobić niektóre rzeczy lepiej. Ogółem… chwilę im to zajęło, ale obie były zadowolone z treningu.
– Idzie Ci coraz lepiej! – oświadczyła kotka, kiedy Żabka wygrzebała się z rzeki i otrzepała. Jej mokre futro wisiało na niej śmiesznie, pokazując prawdziwą sylwetkę Żabiej Łapy. – Jeszcze chwila, a będziesz pływać lepiej ode mnie! – pochwaliła ją.
Żabia Łapa tylko spojrzała na swoją mentorkę wielki oczętami i z szerokim uśmiechem. Nie powiedziała nic, ale jej mentorka już przywykła. Takie przynajmniej sprawiała wrażenie.
– Następnym elementem będzie łowienie ryb. Już zanurzasz pysk i nurkujesz bez problemu. Terach zostały tylko techniki, które ci w tym pomogą! – miauknęła Lawendowa Rozkosz i sama się otrzepała. Obie były przemoknięte. – Proponuję krótką drzemkę na kamieniu i potem polowanie. Co ty na to?
– Tak. Poproszę. Muszę trochę wyschnąć, bo potknę się o własne futro. – Żabka zaśmiała się pod nosem. I zaraz obie kotki znalazły sobie ciepły i dobrze nagrzany kamień. Żabka rozłożyła się na nim jak jaszczurka albo jakiś wąż. Chciała, aby jej futro chłonęło jak najwięcej słońca jak to tylko możliwe. Gorąco było czasami uciążliwe, ale po wyjściu z klanu i długich lekcjach pływania było zbawieniem.
Lawendowa Rozkosz rzeczywiście przysnęła sobie na krótką drzemkę ukołysana do snu przez ciepło lata. Żabka sama była blisko tego stanu, balansując na cienkiej linii świadomości i błogości. Jedyne co jej przeszkadzało to głosy wojowników w oddali. Prawdopodobnie powracający patrol. Patrol, który przechodził zaraz obok nich.
– Widzę, ktoś zażywa słońca. – Żabka rozpoznała ten głos. Kto to był? Kto… Uczennica podniosła głowę i ziewnęła. Spojrzała na patrol ze zmrużonymi oczętami. Na jego czele stał Siwa Czapla, a u jego boku były jeszcze dwa koty. Rosiczkowa Kropla oraz Urodziwy Szafirek.
– Idziemy na polowanie potem. Musiałyśmy wyschnąć chociaż trochę. – Żabka odparła z udawaną nieśmiałością. Jakby zrobiła coś złego. Schowała ogon bliżej siebie, opuściła uszy i nieco bardziej otworzyła oczka.
– To zrozumiałe. Z tak długim futrem idzie się potknąć o własne łapy. – Siwa Czapla pokiwał łebkiem. Żabia Łapa wstała i przyjrzała się lepiej innym kotom. To zazwyczaj wprawiało wszystkich w lekki dyskomfort, kiedy otwierała swoje oczy całkowicie. Kiedy chciała być miła i wydawać się bezbronna zazwyczaj je trochę mrużyła. Teraz jednak nie miała na to ochoty. Uśmiechnęła się szeroko. Jej mentorka właśnie pozbierała się na łapy zaspana.
– Oh siostrzyczko! – uśmiechnęła się szeroko. – Może chcesz do nas dołączyć! Idziemy polować! – Lawendowa Rozkosz podskoczyła w kierunku siostry. Żabka wbiła wzrok w Urodziwego Szafirka. Kotka była ładna, trzeba jej to przyznać. Szylkretowa sierść jakoś zawsze podobała się Żabce. A jeszcze jej futro było pełne kwiatów i ozdób. Kotka miała też niebieskie oczka. Oh jak bardzo Żabka chciałaby mieć niebieskie oczy. Nic tylko pozazdrościć. Żabka uśmiechnęła się szeroko, nie mrużąc oczu. Ciekawe, jakim kotem jest szylkretka. Miłym? Wrednym? Jak łatwo będzie się z nią zaprzyjaźnić? O ile będzie się w ogóle dało. I czy jak już ją pozna, to też przywyknie do jej pyszczka jak jej siostra? Bo Lawendowa Rozkosz jakoś bardzo już nie reagowała na Żabkę i jej uporczywe gapienie się.

<Urodziwy Szafirku?>
[520 słów]
[nauka pływania]

Od Łabądka do Żabiej Łapy

Koteczka powoli zsunęła łapkę z oczu i pomrugała chwilkę, by przystosować się do światła. Wstała i przeciągnęła się po drzemce. Poprawiła grzywkę i kryzę, po czym polizała się po futrze na piersi. Rozejrzała się po kociarni w poszukiwaniu zajęcia. Niestety jedyne, na co natrafiła wzrokiem to ta paskuda – Fląderka. Wzdrygnęła się. Nie chciała się do niej ani trochę zbliżać. Podreptała więc do wyjścia ze żłobka. Pewnie zaraz ktoś zwróciłby jej uwagę, że nie może wychodzić. Ona jednak zatrzymała się i usiadła w wyjściu. Po co miałaby chcieć wychodzić na zewnątrz? Tam było tak gorąco. A w żłobku był miły cień. Planowała poobserwować motyle, ale te chyba też nie miały ochoty latać w takim skwarze. Zauważyła za to coś innego. A konkretnie kogoś. Jedna z nowomianowanych uczennic siedziała i wgapiała się w nią. Niby nic dziwnego. W końcu co chwilę ktoś na nią patrzył, wraz z bratem byli najmłodszymi członkami klanu. Ale on nie był taki piękny jak ona. Tak czy siak, im dłużej Żabia Łapa na nią patrzyła, tym dziwniej się czuła. Chętnie nazwałaby ją paskudą, ale wyglądała zbyt podobnie do przywódczyni klanu, która przecież paskudą nie była. Podniosła jedną łapkę, jakby próbując zdecydować, czy nie powinna zaraz podejść do niej, żeby bronić swojego honoru.

<Żaba?>

Od Puchacza do Tańcującego Pierza

Zgromadzenie

Była to noc jego pierwszego zgromadzenia. Księżyc w pełni rzucał jasne światło na zgromadzonych, czekających na wyjście. Większość kotów była podekscytowana. W końcu mogli poznać nowych znajomych z innych klanów lub porozmawiać z takimi, których już znali. Takich okazji nie było poza tymi wydarzeniami, ponieważ Owocowy Las był dość odizolowany od innych klanów, graniczyli tylko z Burzakami. Wśród tego rozgardiaszu był jednak jeden niezadowolony uczeń. Puchacz, za kociaka tak pełny energii, teraz nie miał ochoty na nic. Wybór mentorów spowodował okropną zazdrość skierowaną do siostry. Nie chciał z nią gadać, ale jednocześnie czuł się winny. W końcu to nie ona wybierała mentorów. Na przywódcę też nie mógł być zły. Tak nie wypadało. Zostawał tylko sam wkurzony na siebie. Kiedy Czereśnia dał znak do wymarszu, tłum ruszył. On szedł powoli, wpatrując się w ziemię. Wtedy usłyszał głos siostry:
– Puchaczu, co się dzieje? Nie odzywasz się do mnie ostatnio.
Popatrzył na nią. „Nie odzywam się, bo ciągle musisz pokazywać, że jesteś lepsza” pomyślał, zaciskając zęby. Jednak nie mógł jej tego powiedzieć. Pewnie miałby kłopoty u mamy. Z trudem się uśmiechnął.
– Wiesz… jestem zajęty treningami z matką. Ty też powinnaś być. W końcu szkolisz się u przywódcy – powstrzymał się od przewrócenia oczami. Wrona popatrzyła na niego podejrzliwie.
– Nie jestem zbyt zmęczona. Czereśnia to dobry mentor. Ostatnio oprowadził mnie po całym terytorium. Wrzosy są takie piękne! Gdy tak chodziłam, coś mi łupnęło w plecach, aż się przewróciłam! Spytał mnie, czy wszystko dobrze, ale nic mi się nie stało. Potem tak się uśmialiśmy! – zaczęła paplać.
​– To świetnie – mruknął bez entuzjazmu i kopnął łapą jakiś mały kamyk, leżący mu na drodze.
– Hej, jesteś zły na mnie? – spytała czarna.
– Nie, czemu? – postanowił udawać, że wszystko jest w porządku.
– Przecież widzę, wiem wszystko.
Zmarszczył tylko brwi jakby w zdezorientowaniu.
– Czy ty... jesteś zły na to, że jestem silniejsza? – uczennica Czereśni miauknęła ze smutkiem w oku. Puchacz popchnął ją lekko w żartach.
– Ha! Niedoczekanie! To ja jestem silniejszy! – wykrzyknął, śmiejąc się głośno. Po chwili jednak odwrócił się od niej, żeby nie widziała jego bólu.

***

Rozmawiał z siostrą przez resztę drogi na wyspę. Kiedy wreszcie dotarli, ta popatrzyła na Puchacza i miauknęła:
– Chodźmy się z kimś zaprzyjaźnić!
– Sorki… ja już jestem z kimś umówiony… – powiedział. Miał nadzieję, że Wrona go zostawi i przestanie się go trzymać jak rzep na ogonie. Siostra jednak wyczuła, że coś było nie tak.
– Przecież my jesteśmy tu pierwszy raz.
– Spotkałem kolegę na granicy z Klanem Burzy – skłamał szybko. Wtedy kotka wzruszyła ramionami i pożegnała się z nim. Uff, było blisko. Rozejrzał się po Bursztynowej Wyspie. Może powinien rzeczywiście znaleźć Burzaka, skoro już tak powiedział? Przemykał między różnymi kotami, szukając odpowiedniego rozmówcy. Najlepiej takiego, pachnącego wrzosowiskiem. W końcu znalazł masywnego, rudo-białego kocura. Wyglądał jak wojownik i chyba był z Klanu Burzy! Podszedł do niego.
– Cześć jestem Puchacz! A Ty? – przedstawił się, jeżąc się z ekscytacji. Nieznajomemu zajęło chwilę, żeby się na nim skupić, ale w końcu powiedział:
– Puchacz... Owocowy Las zgadza się? Jestem z Klanu Burzy. To znaczy, że jesteśmy sojusznikami – odparł i się uśmiechnął. Puchacz odwzajemnił gest, ciesząc się, że zgadł, skąd jest kocur.
– Nazywam się Tańcujące Pierze. Miło mi cię poznać, Puchaczu – odpowiedział spokojnie.
– Jak to jest być wojownikiem? – czekoladowy zapytał, nie czekając dłużej.
– Cóż... – point usiadł ciężko na zadzie. – U nas nie ma podzielonych kotów tak, jak u was. Wojownik pełni jednocześnie rolę stróża, zwiadowcy, i ten tego... – mówił niepewnie. – A u was? Jak wybieracie własną ścieżkę? Macie od wyboru, do koloru, jak dobrze pamiętam...
– Tak, ale moja siostra głupio wybrała i teraz ja jestem ten gorszy… A chciałbym, żeby wszyscy wiedzieli, jaki jestem fajny… – burknął, mając nadzieję na uzyskanie jakiejś rady od starszego. Burzak uniósł jedną brew.
– A to ciekawe... czemu jesteś gorszy? – zapytał, wyraźnie zaintrygowany.
– Ona dostała przywódcę na mentora, a ja nie…
– Bracie, przecież ty masz ustawione życie! – odparł z emocjami Tańcujące Pierze. – Mentor za przywódcę to koszmar. Jak coś zepsujesz, to czeka cię kara gorsza niż od normalnego mentora... poza tym, wtedy musiałbyś się przemęczać na nic. Ważne, że uczysz się lepiej od niej. Ja na przykład w dwa księżyce skończyłem swój trening, a mój drugi brat wciąż tam śpi w legowisku uczniów!
– Czyli jestem fajny...! – powiedział na początku niepewnie, potem jakby wybuchając z radości. – Jesteś najlepszym przyjacielem, jakiego mam!
Fakty były takie, że z przyjaciół była tylko siostra, chociaż z nią ostatnio było no… W sumie może i mógłby zaliczyć do tego grona też Rohan, ale ten Burzak był dużo fajniejszy! Rudy skinął mu niepewnie głową, najwyraźniej zaskoczony emocjami u kocurka.
– ...Dzięki, Puchaczu...? – miauknął w jego stronę.
– Ja chcę być taki super jak ty! – bicolor wykrzyknął, już podskakując w miejscu.
– A więc trenuj! Musisz przybrać masę, aby mieć takie śliczne mięśnie, co ja! Wtedy żadna kocica ci się nie oprze – mówił, demonstrując swoje mięśnie Puchaczowi. – Dwa księżyce dobrego wycisku i będziesz lśnił bardziej niż słońce w tym Owocowym Lesie!
– A możesz mnie potrenować? Bo ja jestem zwiadowcą i my z reguły nie jesteśmy silni. Tylko szybko biegamy po drzewach i jesteśmy świetnymi łowcami!
– Nie wiem... twojemu mentorowi może się to nie spodobać. Co innego, gdybyś był w Klanie Burzy...
– Mama wszystko zrozumie! Poza tym jesteśmy sojusznikami! – zapewnił.
– Staw się jutro na granicy wczesnym rankiem w takim razie... a wtedy cię wyszkolimy na niezłego wojownika!

***

Z ekscytacji praktycznie nie mógł spać. Miał go trenować prawdziwy wojownik! Może wreszcie pokaże siostrze na treningach, jaki jest super! I mama będzie z niego dumna i pan lider będzie chciał go od razu mianować! O tak! O świcie poczuł szyszkę wżynającą mu się w grzbiet. Przetarł oczy i zobaczył podnoszące się słońce na tle bladoniebieskiego nieba. Jego plan zadziałał! W drodze powrotnej ze zgromadzenia specjalnie znalazł szyszkę, żeby położyć ją sobie na posłaniu i wybudzić się wcześnie. Aż dziw, że miał rano tyle energii po tak małej ilości snu. Szybko i jak najciszej zszedł z drzewa i czmychnął z obozu, wciskając się między krzaki na jego obrzeżach. Szedł brzegiem obozu, żeby znaleźć się niedaleko głównego wyjścia. Zachowywał jednak wystarczający dystans, żeby strażnik go nie zauważył. Potem oddalił się od obozu, nie spuszczając wzroku z Owocowego Lasku, a potem z Upadłej Gwiazdy. W końcu dotarł do strumienia oddzielającego wrzosową polanę od reszty terenów Owocowego Lasu. Przez ostatnie susze praktycznie nie było w nim wody. Przebrodził, więc przez niego i wyszedł na drugi brzeg. Był już przy granicy z Klanem Burzy! Teraz tylko musiał poczekać na swojego mentora.

<Pierze? Wytrenujesz kadeta?>
[1054 słów]

Od Pożarowej Łapy CD. Dzwonkowego Świstu

Jak kociaki nie były jeszcze uczniami

Wbiła pazury w ziemię.
– Że ja uciekam?! Naprawdę jestem teraz okropną matką, bo mam dość ciągłego siedzenia w zamknięciu z dziećmi?! Jeszcze zaraz może mnie znowu zamkną w jakiejś dziurze, żebym nie “uciekła” z klanu, co?! – wyrzuciła, jeżąc futro. Widząc zaskoczone spojrzenie kocura, wyrównała sierść na karku i westchnęła. – Życzę miłej nocy, do widzenia – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Strzepnęła ogonem i ciężkim krokiem weszła do żłobka.

***

Po treningu miała zanieść zwierzynę medykom. Bo najwyraźniej od tego tutaj była. “Przynieś, podaj, pozamiataj” jak to mówili. Z jej pyska zwisał królik, kiedy wchodziła do lecznicy. Rzuciła szaraka na ziemię i zmierzyła ostrym wzrokiem kremową kotkę, skarżącą się akurat na ból głowy. Jak najszybciej stamtąd wyszła. Nie miała nastroju na kontakt z Saharą. Usiadła pod ścianą skruszonej wieży i westchnęła ciężko. Wtedy usłyszała głos jakiegoś kocura wydobywający się z legowiska medyków. Mogła rozróżnić tylko niektóre słowa.
– Nie chcę… nietaktowny, ale według mnie… się było tego spodziewać. Nie życzę… źle, ale było… nieuniknione.
Nawet gdyby próbowała, nie mogła nic więcej usłyszeć. Nie tylko dlatego, że kocur mówił cicho i niewyraźnie. Chodziło o obecność Dzwonkowego Świstu, który właśnie się do niej dosiadł. Od ich kłótni nie rozmawiali za dużo. Pożar w ogóle odcięła się od rodziny. Z dziećmi też rzadko wymieniała słowa. Wiedziała, że rudemu o to właśnie chodziło. Nie dała się mu odezwać. Wolała mieć to z głowy.– Nie chcę tego dłużej ciągnąć. Zakończmy to wszystko, co było między nami. Jak chcesz, to opiekuj się dzieciakami. Ja nie zamierzam.
Wyleczeni: Złota Wydma

<Dzwonek?>

Od Mandarynkowej Gwiazdy CD. Żmijowcowej Wici

Zmarszczyła lekko brwi ze zdziwienia. Tego się na pewno nie spodziewała. Nie kojarzyła, żeby ta dwójka była ze sobą jakoś blisko. Przynajmniej była to o wiele lepsza wiadomość niż ostatnie, chociażby o ataku borsuków. Nie potrafiła jednak zrozumieć, dlaczego wojownik czuł potrzebę takiego poinformowania ją o tym. Nie zamierzała jednak robić tu zaraz jakiegoś wywiadu. Niech się cieszy.
– To dobrze. Oby były zdrowe.

***

Kociaki zdążyły się urodzić i trochę podrosnąć. Wszystko było z nimi w porządku. Odwiedziła je kilka razy, głównie po to, żeby zobaczyć, czy przypadkiem nie ma wśród nich jakichś jednostek słabych, przede wszystkim czekoladowych. Na szczęście wydawały się przeciętnymi kociętami. Zajmowały się gonieniem kulek mchu, atakowaniem ogonów rodziców i spaniem. Nie potrafiła tego wytłumaczyć, ale czuła do nich dziwne przywiązanie. Niby nie była z nimi w żaden sposób spokrewniona, ale czasami łapała się na doszukiwaniu się na ich czołach znaku lotosu, którego przecież nie mieli prawa mieć. Kiedy tak patrzyła na Nura i Łabądki z oddali, jedząc śniadanie, dosiadł się do niej Żmijowcowa Wić.
– Jak się mają kociaki? – zapytała instynktownie, mimo że znała odpowiedź. W końcu zaglądała do nich bardzo często. Kocur uśmiechnął się i jakby cicho zamruczał.
– Dobrze – odparł tylko, wiodąc wzrokiem w kierunku swoich pociech.

<Żmij?>

18 czerwca 2026

Od Miodowej Łapy (Miodowego Ula) CD. Jesionowej Szadzi

Przeszłość, Porą Zielonych Liści

Słońce leniwie chyliło się ku zachodowi, tworząc na niebie plejadę barw cieszącą niezwykle oko. Świerszcze zaczęły grać swoje pierwsze melodie, przygłuszone jeszcze przez ostatnie ptaki, powoli wybierające się w celu zaczerpnięcia odpoczynku. Końcówka ogona Miodowej Łapy leniwie podrygiwała co jakiś czas, a sama złota nasłuchiwała śpiewu ptaków, myśląc, kiedy mogłaby znów wyjść na spacer razem z Jesionową Szadzią. Niezwykle miło spędzało jej się czas z liliową, w końcu była jej przyjaciółką! Nie miała tutaj chyba nikogo bliższego jak właśnie ją. Ostatni wypad nad jeziorko był taki wspaniały! Mogła popluskać się w wodzie niczym ryba. Na samą myśl jej pyszczek rozświetlił uśmiech, a serce zaczęło bić szybciej. Okazja spędzenia czasu z kocicą nadeszła do niej prędzej, niż mogłaby się spodziewać. Obydwie skierowały się do tunelu. Gałązki pociągnęły za kłosy Wilczaczek, Miodowa Łapa nawet poczuła, jak jeden z loków wplątuje jej się w cierń i gdy szarpnęła, poczuła lekki ból. Zmarszczyła nos, szybko jednak rezygnując z tego wyrazu, a na roślinie obok niej został kawałek jej futra, gdy wreszcie dane jej było się przecisnąć.
— Słoneczko, poszukamy dla mnie piórka? Chciałabym mieć jakąś ozdobę, tak jak ty — poprosiła cicho, dość nieśmiało Miodek, przypomniawszy sobie o piórze łabędzia, należącym do Jesionowej Szadzi. Może takie rzeczy nie dodawały do wygody, ale z pewnością dodawały uroku. Liliowa zastanowiła się parę uderzeń serca, wreszcie kiwnąwszy głową.
— Możemy. O tej porze ptaki często gubią pióra, właśnie Porą Zielonych Liści. Cały czas jakieś napotykam na patrolach. Jeśli nic nie znajdziemy leżącego na gruncie blisko, zawsze możemy upolować jakiegoś ptaka — zerknęła na Miodową Łapę kątem oka. — Chociaż nie jestem pewna, czy znajdziemy pióro łabędzia — dodała z lekkim zmartwieniem.
Młodsza pokręciła głową energicznie, a gdy tylko przyłapała się na tym, iż łapami wywijała tak, jakby miała zacząć skakać, poruszyła ogonem, uspokajając się nieco, na co liliowa obok zachichotała.
— Nie szkodzi! Zawsze możemy wepnąć sobie dwa takie same w futerko — zapewniła niebieskooka, a jej pyszczek rozświetlił uśmiech, a na licu wojowniczki wymalowała się swego rodzaju ulga, ale i determinacja. Kiwnęła głową.
— Z miłą chęcią.
Ruszyły wolnym krokiem wzdłuż krzewów obozu. Do uszu Wilczaczki docierały spokojne szmery i rozmowy powoli wracających i kładących się w celu zaczerpnięcia odpoczynku kotów. Powietrze dookoła stało się mniej duszące, nabrało swego rodzaju świeżości, która dobrze jej robiła. Stawało się coraz chłodniejsze, ale i przyjemniejsze. Wieczorne śpiewy ptaków powoli cichły, teraz już bardziej zauważalnie. Pręguska co jakiś czas zaglądała między źdźbła trawy z nosem nisko przy ziemi lub rozglądała się pod niskimi krzewami, jakby oczekiwała, że właśnie tam najszybciej uda jej się znaleźć jakieś pióro. Entuzjazm z jej mordki nie schodził, nawet jeśli któryś raz z rzędu wracała do Jesionowej Szadzi z pustymi łapkami. Podreptała jeszcze parę kroków, aż wreszcie…
— O! — wykrzyknęła nagle, po czym natychmiast ściszyła głos. — Chyba coś widzę…! — podbiegła kilka kroków i pochyliła się nad ziemią. Okazało się jednak, że to tylko wysuszony liść, który łudząco przypominał pióro. Ciemna linia pięła się wzdłuż wyschniętej części rośliny, a sam kolor stał się niezwykle blady, wpadający w brązowy. Miodowa Łapa westchnęła. — Pomyliłam się... — mruknęła z rozbawieniem, a na mordce wyłoniło się wyraźne zakłopotanie. Nie zapowiadało się na to, żeby szybko znalazła przedmiot, za jakim się rozglądała, ale jej to wcale nie przeszkadzało. Jednym z celów, owszem, było znalezienie pierza, aczkolwiek fakt, iż szukała go z zielonooką, sprawiał, że cała ta sytuacja stawała się dużo milsza, a wszelkie porażki nie smakowały tak gorzko, przede wszystkim nie psuły humoru, nie na tak długo, bo samo spojrzenie na wojowniczkę momentalnie go poprawiało.

***

Teraźniejszość

Słońce chowało się za drzewami, ukośne promienie przesiane przez listowie rzucało długie cienie na koty, dwójka przeszła przez pędy jeżyn. Wilczy Skowyt zbliżył się do Miodowej Łapy, gdy znaleźli się wreszcie kawałek dalej od serca Klanu Wilka. Wokół nich rosły gęsto drzewa iglaste, pnące się pewnie do nieba, zdawało się, iż sięgały chmur i je rozrzedzały. Śpiew ptaków zamilkł, a między Wilczakami utworzyła się dość napięta atmosfera, z której Miodowa Łapa nie zdawała sobie długo sprawy. Nie miała powodów do tego, żeby myśleć o całej tej sytuacji negatywnie, wyszła z czekoladowym na trening, tak, jak wczoraj, przedwczoraj i każdego dnia, odkąd została mianowana uczennicą. Z zadumy wyrwał ją głos kocura.
— Dzisiaj twoim zadaniem jest, żeby ze mną zawalczyć i wygrać. Będziesz musiała mnie pokonać, Miodowa Łapo. Wtedy zaliczę ci trening — powiedział poważnie Wilczy Skowyt, patrząc na swoją uczennicę. Końcówka jego ogona zaczęła poruszać się na dwie strony, a spojrzenie utkwił w złotej koteczce, najprawdopodobniej oczekując, że zaczną właśnie teraz. Kotka rozprostowała łapy i naprężyła mięśnie. — Możesz używać pazurów, zresztą… — wojownik wysunął pazury, rysując nimi podłoże pod sobą lekko. Wyprostował się, patrząc na nią lekko z góry. — Jedyny warunek, to to, że mamy wyjść z tego żywo — zakończył, przybierając pozycję do walki. Niepewność przecięła serce złotej, a myśli wypełniły zmartwienia. Czy będzie w stanie z nim wygrać? W końcu to był jej mentor. Krzywdzenie drugiego kota nie było też czymś, co przychodziło jej z łatwością. Nienawidziła przemocy i dźwięków tak głośnych, że rozdzierały aż uszy. Pręgus, tak cicho niczym płomykówka polująca na myszy o zmroku, wyskoczył w jej kierunku z wysuniętymi szponami. Złota uskoczyła w bok, unikając ciosu wojownika. Niestety, nie zdążyła ponownie tego zrobić, ponieważ Wilczak zaszurał łapami, chwytając się gruntu niczym ptak gałęzi swymi szponami i przygwoździł ją do gruntu mocno, blokując przednie kończyny. Chyląc łeb ku jej krtani, zaczęła kopać go desperacko po brzuchu, wręcz brutalnie, bo z całej siły. Serce złotej biło coraz szybciej, kiedy zaczęli we dwójkę turlać się po połaci, złączeni w uścisku pazurów i latających dookoła kępek futra. Uwolniła się spod przeciwnika, dysząc ciężko, mentor zaczął wymachiwać łapami, samemu także będąc już zmęczonym. Kotka umknęła przed kolejnym jego ciosem i rzuciła się na jego przednie kończyny, gryząc je, czując paniczny obowiązek chronienia siebie. Gdy mimowolnie odepchnęła go, sapnąwszy ciężko, starszy wylądował na leśnej ściółce brzuchem, niemal nie uderzając głową w wystający obok, gruby korzeń.
— Wilczy Skowycie, ja… przepraszam — miauknęła, patrząc na niego z kolosalnym zmartwieniem. Jej oczy stały się ogromne, a mięśnie mimowolnie rozluźniły. Nie chciała już walczyć, to było za wiele na jej nerwy.
Kocur wykorzystał chwilę jej nieuwagi i podciął jej łapy, stając teraz na tylnych nogach nad nią i uderzając z całej siły w jej grzbiet. Uderzyła brodą o ziemię, czując ból w okolicach języka. Czy przygryzła go sobie? Łapami nakryła odruchowo pysk, zamykając w przerażeniu oczy, a uszy kładąc po sobie, niczym winny zamieszania kociak. Miodowa Łapa wrzasnęła z bólu, a łzy zaczęły spływać jej po policzkach. Gdy uderzono w nią jeszcze parę razy, doszło do niej, że dopóki nie wygra, to Wilczak nie zamierzał przestawać. Odturlała się ciężko i przy pomocy wiekowej rośliny podniosła się, a potem, niczym wiewiórka, zawędrowała na najniższą gałąź i odruchowo zeskoczyła z niej, przygniatając kocura, który nie zdążył wspiąć się na czas. Spadli razem z wysokości, całe szczęście, nie było to na tyle wysoko, żeby mieli cokolwiek sobie łamać. Wilczy Skowyt z jękiem upadł znowu na ziemię, jego ciało było z pewnością pokryte siniakami, zresztą to samo można było powiedzieć o spanikowanej Miodek, która wcale nie chciała go krzywdzić, ale musiała. Gdyby była łysa, wyglądałaby tak, jakby cała energia życiowa z niej uszła, z powodu obawy o mentora. Jej spojrzenie jaśniało lękiem. Brązowy poruszył ogonem nerwowo, choć w oczach było widać dumę.
— Jesteś już gotowa — wycedził pomiędzy nabieranymi oddechami.

***

Miodowa Łapa ustawiła się przed Wilczym Skowytem, spoglądając na niego niepewnie. Nadal była obolała po ich ostatniej potyczce, nie zdążyła nawet w pełni się po niej pozbierać, przynajmniej psychicznie, a… A znowu miała zawalczyć z własnym mentorem… podczas treningów zdarzało im się ćwiczyć walkę, aczkolwiek nigdy nie pomyślałaby, że przyjdzie jej kiedyś zawalczyć właśnie z nim, na środku obozu, przed wszystkimi. Tak naprawdę, to wiedziała o obowiązku walki, w przeciwnym razie zostałaby wiecznym uczniem, albo wyrzuconoby ją z klanu, z powrotem do lasu, do głośnych maszyn Dwunożnych… Otworzyła oczy szeroko, jedną z łap kładąc na drugą niepewnie, machnęła ogonem jednokrotnie. Jej uszy nagle wychwyciły pomruk:
— Miodowa Łapo, wierzę w ciebie! — zawołała liliowa, z pewnością zauważywszy wyraz pyszczka uczennicy. Złotofutra zamrugała parokrotnie, a w piersi zakwitło jej ciepłe uczucie. Przywarła do ziemi, czekając na znak ze strony Zalotnej Gwiazdy.
— Walczcie! — rozkazała kocica z wyżej położonej mównicy.
Wilczy Skowyt otworzył pysk, ukazując zęby. Zaszarżował w jej stronę z wysuniętymi pazurami. Miodowa Łapa odruchowo zanurkowała pod jego wyciągniętą nogę i zadrapała jego brzuch szponami, ciągnąc za sobą kawałki futra. Na podłoże wylała się posoka starszego, a łapę jasnookiej spotkał podobny los, była teraz cała umorusana. Wojownik syknął wściekle, ten atak nie mógł mu przejść koło nosa. Kocur wgryzł się w jej ogon i zaczął nim szarpać na boki, na co uczennica wrzasnęła głośno, gdy ból się do niej dostał. Próbowała pyskiem sięgnąć pręgusa, jednak robił dość sprawne uniki, uniemożliwiając jej to. Uniósł się na tylne łapy pospiesznie, w celu skoczenia na Miodek, która teraz wyswobodziła się z jego uścisku, jej ślepia zamgliły łzy, skapujące z jej pyska co jakiś czas. Nienawidziła tego uczucia, nie podobało jej się to, że musiała kogoś krzywdzić i że ją też musiano krzywdzić. Odwróciła się do niego tyłem i gdy brązowooki już chciał wykonać swój ruch, skacząc jej na barki, kopnęła go niczym spłoszony koń w brzuch. Czekoladowemu uszło całe powietrze z płuc, a sam poleciał kawałek dalej, ciśnięty niczym szmaciana lalka. Zaszurał o grunt, pazurami zahaczając o niego w celu zatrzymania się, tak, jak ostatnio i nabrał łapczywie parę oddechów. Miodowa Łapa doskoczyła do niego szybko, sama czując już powoli ogarniające ją zmęczenie, a jeszcze nie został ogłoszony werdykt, czy wygrała, czy nie. Wilczy Skowyt podniósł się na łapy ciężko, warcząc zajadle, niczym wściekły pies. Rozjarzone oczy i ostre zęby mignęły jej tuż przed oczyma, niemal wbił jej się w skórę na licu. Serce byłej pieszczoszki zabiło szybciej. Wspięła się na tylne łapy i wykręciła w bok, po czym sprawnie przygwoździła go do ziemi. Jej pazury muskały jego łaciate futro, gdy trzymała jasną łapę na jego unoszącej się i opadającej pospiesznie klatce piersiowej. Przyduszony przez jej ciężar, starał się unieść tylne kończyny w celu dosięgnięcia jej brzucha, lecz Miodowa Łapa nie rezygnowała z nacisku, jaki na niego kładła. Jej łapa zaczęła powoli drżeć, a czekoladowy, zdawało się, dał wreszcie za wygraną. Złota sapała z powodu wysiłku, ból promieniował jej z ogona, niosąc się po całym kręgosłupie. Miała nadzieję, że nie było to nic więcej jak parę zadrapań i siniaków. Oprócz tego, do dyskomfortu dochodziły także drobne ranki po ostatniej walce, które dopiero co zostały załatane. Miodek miała wrażenie, jakby ciało kazało jej lada moment paść, najlepiej tuż obok kocura, w celu zaczerpnięcia odpoczynku i wreszcie, regeneracji. Nabranie sił po tak wyczerpującym starciu nie zapowiadało się na nic łatwego czy miłego…
— Koniec! Miodowa Łapa wygrywa! — wydała werdykt szylkretka, a niebieskooka podniosła pysk ku górze, spoglądając teraz na nią. Odsunęła się delikatnie od Wilczego Skowytu, który sapał jeszcze przez chwilę na ziemi, po czym podjął próbę podniesienia się. Miodek, zauważywszy to, od razu pomogła mu wstać, ze zmartwieniem dopytując, czy aby na pewno wszystko w porządku. Kocur zarzekał się, iż nic mu nie jest. — Miodowa Łapo, wystąp — zażądała, a kocica od razu wykonała rozkaz liderki. Serce tłukło jej z przejęcia, a ogonem wywijała na boki, niczym biczem. W kącikach oczu zaczęły zbierać jej się łzy szczęścia.
— Ja, Zalotna Gwiazda, przywódca Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Mimo pochodzenia pieszczoskiego udowodniła nam, że nawet koty nienarodzone w lesie potrafią się dostosować do zasad panujących w nich i samemu ich przestrzegać. Trenowała pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków i by zrozumieć wasz szlachetny kodeks. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. Miodowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Miodowa Łapa otarła łezki z policzków, kiwając ochoczo głową i uśmiechając się szeroko, szczerze.
— Przyrzekam! — odparła pewnie, chociaż jej głos lekko się zatrząsł. Z emocji łapki jej drżały, zresztą to samo można było powiedzieć o podrygujących wąsikach. Szylkretka uśmiechnęła się delikatnie, mrużąc ślepia.
— Mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Miodowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Miodowy Ul. Klan ceni twoją siłę i nieugiętość, oraz wita cię jako nową wojowniczkę Klanu Wilka.
Nowe imię nadane byłej pieszczoszce było skandowane głośno przez tłum i ku zdziwieniu Miodek, jej imię wołało więcej kotów, niż mogłaby się tego spodziewać. Pisnęła niczym podekscytowany mianowaniem kociak. Kątem oka dostrzegła, jak Wilczy Skowyt jest odprowadzany do legowiska medyka przez Chudy Grzbiet, który miał niezadowolenie wymalowane na krótkiej mordce. Do złotofutrej podeszła Jesionowa Szadź, na sam widok serce kotki zabiło szybciej, a myśli zaczęły, w głównej mierze, wirować wokół tego, co może za chwilę usłyszy. Wiwaty zaczęły cichnąć, a Wilczacy wracali powoli do swoich obowiązków. Miodowy Ul wtuliła się w pierś na szyi Jesionki, zupełnie tak, jak ostatnio, ciesząc się z towarzystwa przyjaciółki.
— Mam teraz wojownicze imię, zupełnie jak ty! — mruknęła cicho złota, odsuwając się lekko od liliowej i posyłając jej szczery uśmiech. Zielonooka spojrzała na nią czule.
— Wspaniale walczyłaś. To odkopnięcie Wilczego Skowytu było najmniej spodziewane, nie widuje się takich chwytów często — powiedziała spokojnie starsza, a futro na jej policzkach powiewało aksamitnie, targane przez wiatr.
Miodek pokręciła głową, łapą lekko poruszając w górę i w dół, jakby chciała przekazać niewerbalnie: “to nic, to wcale nie było takie wspaniałe”. Gdyby była łysa, na jej mordce byłoby widać rumieńce.
— Och, słoneczko. To nic takiego… — powiedziała, a jej pyszczek rozświetlił się na nowo, gdy nawiązała kontakt wzrokowy z pręguską obok. — Teraz będziemy mogły chodzić, gdzie chcemy i o której chcemy — kontynuowała, a uśmiech nie schodził jej z pyszczka. Powinny jakoś to świętować… — Ułożymy nasze posłania obok siebie, będziemy mogły wtedy rozmawiać nawet i całą noc! — miauknęła z ogonem powiewającym na boki.

***

— Słoneczko, wybrałabyś się ze mną poza obóz? — zapytała niewinnie, mrugając parokrotnie i patrząc z nadzieją na liliową stojącą tuż przed nią. Jesionka nie wyglądała na szczególnie sceptyczną wobec tego pomysłu. Dzisiaj zdążyły odbyć już patrol, a także miały zaliczone polowanie, dlatego nie było przeszkód ku zrealizowaniu tego. Starsza kiwnęła głową. Nadeszła Pora Opadających Liści, a wraz z nią konkretne obniżenie się temperatur. Bardzo sprawne zmniejszyła się ilość owadów wszędzie dookoła, ponadto – las stał się nadzwyczaj cichy. Nadal między gałęziami krzątały się ptaki, jednak było ich zdecydowanie mniej, a zwierzyna nie pchała się już prosto pod łapy. Wieczory stawały się coraz to chłodniejsze z dnia na dzień, mroźne szpony targały futrami kotów, drzewa iglaste sypały masowo zaschniętymi igłami, jeszcze sięgającymi Pory Zielonych Liści.
— Coś się stało? — zapytała Jesionowa Szadź, idąc teraz za towarzyszką, która bardzo pewnie prowadziła ją przez obóz z ogonem uniesionym wysoko.
— Niee! — złota szybko pokręciła głową, przebierając łapkami. — Znaczy... muszę ci coś pokazać. To niespodzianka, więc nie mogę ci za wiele o tym powiedzieć — poczuła, jak serce zaczyna bić jej szybciej. Prawie jej wygadała wszystko! W oczach zabłysło jej lekkie podenerwowanie, a Jesionowa Szadź, zauważywszy to, jej pyszczek rozjaśniło lekkie rozbawienie.
— Niespodzianka? — powtórzyła rozmówczyni, z wyraźnym zainteresowaniem.
— Tak. Tylko nie możesz podglądać.
— A jak mam iść? — pytanie to miało dużo sensu, jednak złota zdążyła je przewidzieć. Właśnie ten element był jednym z najważniejszych, więc o to nie musiały się wcale martwić. Może poza wystającymi korzeniami drzew czy krzewami jeżyn, ale to coś wymyślą…
— Ja cię poprowadzę, słoneczko! — obiecała niebieskooka z przekonaniem. Miała nadzieję, iż wykonanie jej planu nie będzie trudne. Na pyszczku liliowej pojawiło się wahanie, ale finalnie westchnęła cicho, godząc się na taki los. — O-oczywiście, jeśli ci to nie przeszkadza — młodsza nagle dopowiedziała niepewnie, spoglądając wielkimi oczkami na kotkę obok. — Bardzo bym chciała ci coś pokazać, to niezwykle dla mnie ważne. Dlatego, jeśli nie jesteś niczym zajęta, to…
— Nie martw się, wykonałam na dzisiaj już wszystkie możliwe obowiązki, dlatego nikt się na mnie nie pogniewa, jeśli z tobą pójdę. Zresztą, nawet gdyby się pogniewali, nie mogłabym zaprzepaścić takiej okazji, żeby spędzić czas z tobą — zapewniła ją spokojnie Jesionowa Szadź, jej ogon powędrował na bok złotej, co poniosło przyjemny dreszcz wzdłuż jej kręgosłupa. Pokiwała głową, ciesząc się tą chwilą. W jej sercu zagościło niezwykle miłe, ciepłe uczucie, promienujące na lwią część ciała. Podeszła bliżej do Jesionki, a ich boki zaczęły się stykać.
— Zamknij oczy — poprosiła, patrząc teraz z powrotem na zielonooką. Tym razem to ona użyła swojej kity, ale po to, żeby zakryć oczy przyjaciółce. Wilczacy nie zwracali aż tak szczególnej uwagi na nie w tym momencie, dlatego nie musiały się zamartwiać dodatkowo. Były już wojowniczkami, więc nie musiały nikogo pytać o pozwolenie.
Koteczki wyruszyły poza obóz. Podczas chwilowej wędrówki porozmawiały jeszcze co nieco o chwytach bitewnych, a także różnicach, jakie panowały w Klanie Wilka, a innych przynależnościach – samotnikach, a pieszczochach i było to dużą różnicą. Oprócz tego Miodowa Łapa zaproponowała również, że mogłyby w legowiska wpleść więcej rzeczy, najlepiej takich samych, żeby nikomu nie było smutno, że ma inne albo że ma mniej… Śpiew ptaków działał na nie kojąco, wyganiając z umysłów wszelkie troski, jakie tylko mogły w nich siedzieć do tej pory. Ziemia pod łapami była lekko podmokła i rozchlapywała się na boki z powodu kałuż, jakich nasypało tak gęsto, niczym śniegu Porą Nagich Drzew, ale nawet i to nie powstrzymywało dwójki. Miodek czuła chłód w poduszkach, a także końcach uszu. Mroźna pora zbliżała się wielkimi krokami, bardzo kontrastowało to z upałami, jakie miały miejsce jeszcze przecież nie tak dawno temu.
Dotarły wreszcie na łąkę gęsto porośniętą wszelkiego rodzaju ziołami, od czysto granatowych, aż po intensywnie szkarłatne – maki, ogóreczniki, chabry… Ostatnie przykuły największą uwagę Miodowej Łapy, bardzo kontrastowały z jej złotym futerkiem, wręcz idealnie komponując się między kłosami, gdyby tylko zechciała je zebrać. Jasne kwiaty porastały niewielkie wzniesienie niczym rozsypane po ziemi gwiazdy. Niektóre kołysały się lekko na wietrze, inne pochylały pod ciężarem kropelek rosy, będącej efektem jeszcze porannej mgły, która szybko opadła w ciągu dnia. Słońce rzucało na nich przyjemne promyczki, w których sierść młodszej zdawała się identycznego koloru, co wielka kula na niebie, a może nawet i prezentowała się ciekawiej. Miodowa Łapa zatrzymała się, a uderzenie serca później tak samo postąpiła Jesionka.
— Już możesz otworzyć… Tadaaaa! — powiedziała podekscytowana złotofutra, obserwując reakcję liliowej z lekkim napięciem. Czy jej się spodoba? — Pomyślałam o tobie, gdy znalazłam te kwiaty. Pachną bardzo intensywnie, nie znam się niestety na roślinach, ale… przypominają gwiazdy, szczególnie te o białych płatkach — ujęła w łapy drobny kwiatuszek ogórecznika. Przed nimi, otoczone miejscami ugiętą trawą, prezentowały się starannie poukładane płatki kwiatów, wraz z ich całymi częściami oraz łodyżkami, a oprócz tego – szyszki, jak i również drobne gałązki drzew iglastych, ułożone w charakterystyczny kształt gwiazdki, chociaż gdyby przesunęło się jeden z punktów, przypominałoby serduszko.

<W stronę gwiazd, słoneczko 💛💛⭐>

Nowa Członkini Pustki!

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Starość

Odeszła do Pustki!