BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Klifu!
(Dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Burzy!
(Dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 3 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

20 kwietnia 2026

Zakończenie eventu wielkanocnego!

Nadszedł czas na ujawnienie prezentów przyniesionych w tym roku przez zajączka wielkanocnego!

❀❀❀

Dla Aweepoppy:


Dla Vezuvio:


Dla Happy_lunacy:


Dla Parisalovesflowers:
Dla Przebiśnieg

Mimo chłodnej pory roku, jak i później pory nocnej, 
Księżyc świeci jasno w górze, wyzbywając się wszelkiego mroku. 
Wszystko puchem oprószone, gdzieś w oddali huka sowa, 
Dziwna aura się unosi, pozytywna jest jednak jej strona. 
Niebo błyszczy pełne gwiazd, gwiazd duszami wypełnionych,
Jedna z gwiazd wskazuje drogę, 
Drogę, lecz dla przeznaczonych. 
Kto wie kim jest przeznaczony? Pewnie on tego nie wie! 
Coś Wam jednak dzisiaj powiem, 
Bowiem dziś jest ten dzień właśnie, 
W którym poznamy pewną kotkę, a na chwilkę wszystko inne zgaśnie. 

Gdzieś wśród scenerii coś przemknęło, dzięki białej okrywie niemal całkowicie ukryte, 
Księżyc lecz na inny plan natchnęło, ponieważ rzucił swój promień na zwierzę wśród śniegu skryte.
Ślepia zielone niczym pierwsze liście wiosenne, zalśniły wśród mroku jakby zaklęte, 
Podczas gdy ogon czarny niczym smoła, przeciął powietrze wywołując szelest wszędzie dookoła. 

Czy był to ten kot, ten przeznaczony? 
Ten co wybrany miał zostać podobno wśród innych wielu? 
Nikt tego nie wie, lecz to wiem na pewno — ten kot coś zmieni, 
Ten kot ma okazję. 
A czas nam pokaże, czy wykorzysta ją niczym najlepszą fantazję...

Dla Xivitre:


Dla Owhitewhaleo:


Dla Imbirowykotek__:



Dla Weeezeerrr:


Dla _delta__:


Dla Kylove0804:


Dla Red.artem:


Dla leafy.girl0767@gmail.com:


Dla Suzyy_0311:


Dla Shabowi_:

Rzeka wolno płynie
W długiej dolinie
Obok krzaczek mały
A tam korpus cały
Wystaje zielony
Jak łodyga mniszka
A co to? Modliszka!
Wysłannicy tych gwiazd
Licznych, jak oni
Patrzą do różnych gniazd
A czas ich nie goni
Pełno ich wszędzie tam,
Gdzie bardzo dużo dram
Służbę ważną mają:
Informować przodków
Złapać się nie dają
I chop do zakątków
A gdy ktoś go złapie
I mu głowę capnie
Idzie na swe łono
Gwiezdne, leży ono
Więc pamiętać trzeba
że modliszki ważne
Są, to szpiedzy nieba
Oraz też odważne

Dla _venusix_:


❀❀❀

Dziękujemy wszystkim za udział w evencie!

Od Bursztynu

 
Kocurek został wraz z siostrą zaprowadzony do groty pamięci, gdzie kronikarze szybko przekonali się, że kocię to największa możliwa zmora, jaka mogła ich spotkać. Rudy demon bawił się wszystkim, tylko nie tym, co było dla niego przeznaczone. Nie, żeby nie lubił żuć wszystkich zabawek jakie podtykano mu pod nos, szyszek, kości, piór... ale szybko mu się znudziły, w końcu miał to wszystko w żłobku. Dłużej jego uwagę przykuło mini błotko-bajorko do odbijania łapek (gdzie oprócz odbicia łapek, oczywiście się wytarzał), ale i to przestało być zabawne. Jakiś dziwny biały dziwak zaczął coś mówić o jakichś przodkach, ale po co miałby słuchać o jakichś trupach, których nawet nie znał? Oczywiście wyraził swoją opinię na głos, ale chyba niezbyt się ona spodobała kronikarzowi, który zmierzył młodszego oceniającym, pobłażliwym wzrokiem, a zanim Bursztyn zdołał spytać, czy tamten chce się bić, Lotos dawno zniknął, z ukrycia obserwując poczynania malców, kontrolując ich ruchy. Pewnie nie  byłby tak czujny, gdyby nie rudy potwór, ponieważ Żywica... Żywica była bardzo grzecznym, spokojnym dzieckiem, który spokojnie sobie mył i układał kamienie. Tymczasem Bursztyn... 
- Nie, tam nie wolno - coś złapało go za kark akurat wtedy, gdy próbował dostać się do pawich piór. Rozejrzał się zmieszany, szukając wzrokiem winowajcy, który nie pozwalał mu rozwinąć skrzydeł (przeżuć skarbu narodowego). Lotos, który dobrze spełniał swoje zadanie obserwatora, teraz stał nad kocurkiem z anielską aurą, która szczerze raniła młodszego w oczy. Co to było? Huh? Atak na wzrok, by nie mógł atakować? 
- A czemu? 
- To pióra należące do ptaka zesłanego przez Klan Gwiazdy, a chociaż sam jest już martwy, jego pióra wciąż nasycone są energią gwiezdnych. Ich aura wciąż jest silna i wcale nie słabnie, a BLA BLa Bla bla... - Bursztyn zdążył odlecieć. Jakieś aury, energie, czary mary. O Gwiezdnych no coś tam słyszał, ale co miał do tego jakiś indyk? No, pióra to rzeczywiście miał ładne i chętnie by je przeżuł, ale to tyle. Przetarł ostentacyjnie nos, rozcierając gluta na łapie, patrząc przez cały czas w oczy Lotosu, z miną nie zdradzającą ani jednej oryginalnej myśli. Kronikarz nie był szczęśliwy. A może nawet chciał zwymiotować? Kto wie? Na pewno nie Bursztyn! 
- Postaraj się ich po prostu nie dotykać. Twoja aura... twoja aura niezbyt dobrze współpracuje z pawiem... - rzekł melancholijnie po otrząśnięciu się z paskudnego widoku, na co rudy pokiwał głową. 
- Dobra! - i tyle go widziano. Uciekł od upierdliwego kocura, postanawiając, że jak tamten nie będzie patrzeć, to on sobie to pióro jedno weźmie... W końcu jest ich wystarczająco dużo, nic się nie stanie, jak sobie jedno weźmie. Potem zajął się czymś innym dla niepoznaki. Pomęczył trochę siostrę, próbując nakłonić ją do zabawy w barbarzyńców, strącił kilka szyszek i rozwalił królestwo mchu, ale i to przestało mu wystarczać. I wtedy... ściana. Jego gadzie oczy padły na wielką ścianę, wznoszącą się kilka długości lisich od niego. Potężna, gładka, tak ważna dla społeczności, na której widniały odbite ślady łap przodków. Czemu nie mógł więc odbić swojej już teraz? Dlaczego? W końcu był już wielkim wojownikiem i chciał mieć już swój ślad na ścianie. Szczęście, że nad tym małym demonem czuwała jeszcze jedna osoba, która widząc, jak kocurek wgapia się w ścianę, odgadła jego myśli (lub też bardziej impuls, pomysł, bo myśli to w tym mózgu na darmo szukać) i postanowiła zapobiec katastrofie małym trikiem. Coś jasnego mignęło przed oczami rudasa, kupując go niemal od razu. Pognał za plamką światła wzrokiem, głową, a gdy ta się poruszyła znowu, był całkiem już pochłonięty. Iskierka znów się ruszyła, raz w jedną, raz w drugą, zadrżała i zatańczyła, wodząc za sobą Bursztyna jak małą kukiełkę, która skakała za nią jak opętana. Tylko dlaczego nie dało się złapać? 
,,Ty parszywy demonie, próbujesz mnie przechytrzyć!" wymruczał w myślach, gdy po kolejnym skoku, zamiast złapać światełko, to pojawiło się na jego łapach, zamiast być pod, jak każda inna ofiara. W dodatku znów się ruszyła! Zakręcił się w koło i zmarszczył pysk, gdy w jego oczy uderzyła taka jaskrawość, że musiał aż je przymknąć. Co to? Teraz znów mu wzrok atakuje, ta jaskinia diabelska? Zamrugał, chcąc pozbyć się dziwnych czarnych kropek w oczach, przecierając ślepia, a gdy uniósł wzrok i zamrugał znów razy kilka, dostrzegł jakąś ciemną postać, patrzącą na niego z zaciekawieniem i może rozbawieniem. Nie jednak ona sama była najważniejsza, a przedmiot, który trzymała. W rudej łapie znajdował się dziwny odłamek, który widocznie mógł pochłaniać światło. Młodziak nie mógł tego odpuścić, tak ciekawego zjawiska, więc po chwili wgapiania się w nie tak całkiem obcą osobę, przydreptał doń z podniesionym wysoko ogonem, już po chwili stając przed Pogłosem Klanu Burzy, zerkając mu w pysk. Wiedział, że miał się z tą częścią nie zadawać, ale.... ale! 
- Co robisz? Co to? - spytał, wskazując na dziwny odłamek.
- Sprawdzam jego właściwości. Działa trochę jak wodna tafla, ale jest stabilne i da się trzymać w łapie. Fascynujące, prawda? Ale nie mamy pojęcia, co to może być.... dlatego właśnie, próbuję to zrozumieć - odezwał się starszy kocur, zerkając na malca z rozbawieniem, ukrywając fakt, że zwyczajnie bawił się w wybawiciela świętej ściany przed aktem wandalizmu.
- Oooo! - stanął na dwóch łapkach, by przednimi oprzeć się o tą, która trzymała kawałek lusterka, by zerknąć na dziwną taflę, później kierując wzrok na promienie słońca padające przez mini, niby-świetlik w grocie. - Umie połykać i rzygać światłem! - zauważył - A wiesz, ja też umiem rzygać. Nawet na zawołanie, chcesz zobaczyć? 
- Może innym razem, w końcu nie chcemy, żeby kronikarze albo twoi rodzice mieli czyjeś wymiociny do sprzątania... ale wierzę ci na słowo - wymruczał Ognik - Ale oprócz tego, wiesz, co inne koty mówią? 
Bursztyn pokręcił przecząco głową. 
- Mawiają, że to małe zwierciadło potrafi połykać kocią duszę.
Tajemniczy szept przemknął przez grzbiet kocura, sprawiając, że sierść lekko stanęła mu dęba, a on sam odskoczył w tył z cichym sykiem. Nie da się! Jak to duszę? Coś o tym słyszał i chyba nie chciał być zjedzony, połknięty, przeżuty ani nic z tych rzeczy. Poklepał się łapami po ciele, sprawdzając czy wszystko jest w porządku, zanim na pysk wpełzł mu zadowolony uśmiech. 
- Ha! Nic mi nie jest, ale lipa! 
- Wiesz, w końcu to tylko plotka - zamruczał Ognik z lekkim uśmiechem - Wiele razy patrzyłem na tą dziwną taflę i mogę z całą pewnością stwierdzić, że wciąż - 
- Bursztyn! Nie dotykaj tego, to jest brudne - zirytowana Pożarowa Łapa wyrosła jak cień zza pleców kociaka, obrzucając Oskrzydlonego Ognika pogardliwym spojrzeniem, a Bursztyn mógł poczuć, jak zostaje chwycony za kark i już po chwili dyndał z pyska matki. Co, co? Skąd ona tu? Nie miała mieć chwili przerwy? No, najwyraźniej przerwa się już skończyła, ale no kurcze, już znalazł coś interesującego! Mama zawsze psuła zabawę... niemniej. 
- Haha! Brudas! - zawołał wesoło, wskazując łapą na niewzruszonego Ognika, podczas, gdy Pożar starała się odejść jak najszybciej i jak najdalej. 
- Powinniśmy w końcu zakopać tą jednostronną niezgodę, Pożarowa Łapo! Mam nadzieję pewnego dnia usiąść przy przyjemnej rozmowie - zawołał za nimi pogłos z przyjaznym uśmiechem na pysku, niestety nie sprawiając, by matka Bursztyna zmieniła zdanie ani nawet się odwróciła w stronę swojego brata, wypuszczając z siebie tylko zirytowane prychnięcie. Ciekawe, czy będzie miał teraz z tego powodu wykład... 

Od Kamiennego Pióra CD. Kocimiętkowego Wiru

Wracał z patrolu granicznego, jego łapy nieśpiesznie stąpały po trawiastym podłożu obozu Klanu Wilka. Na granicy z Klanem Burzy spokój. Znaczniki sąsiedniego klanu świeże, lecz nie natarczywe i widać było, że wojownicy trzymali się swojego terytorium. No i dobrze, po co mieliby przekraczać granice.
Czuł obok siebie obecność byłego mentora i cieszył się z tego. Lubił z nim przebywać, chociaż miał świadomość, że nie każdy za nim przepada. Nie zamierzał jednak z tego powodu obcinać więzi z kocurem, któremu tak wiele zawdzięczał. Jednym z kotów, które najwyraźniej nie lubiły Wilczego Skowytu była na przykład… Kocimiętkowy Wir.
To szkoda, bo Kamienne Pióro lubił kotkę. Co prawda, kiedy był jeszcze uczniem i przegrał bitwę z nią, czuł do wojowniczki jedynie czystą niechęć. To było jednak głupie i teraz ani najmniejsza cząstka tego uczucia nie została w nim. Przecież Kocimiętkowy Wir też chciała wygrać, tak jak on i miała do tego prawo. Nic złego mu nie zrobiła. Poza tym była dla niego miła i przyjemnie się z nią rozmawiało. Próbowała mu pomóc po jego przegranej. Pamiętał, jak skandowała jego imię, kiedy w końcu wygrał. Jej głos wyraźnie przebijał się przez tłum.
Kiedy tylko jej imię przemknęło wojownikowi przez głowę, jego spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem kotki. Wyczuł jednak w jej oczach coś nieprzyjemnego, chłodnego, jakby niechęć lub złość.
Sierść na jego karku delikatnie się podniosła z niepokoju, lecz zaraz opanował emocje. Starał się myśleć szybko, jednak nie miał pojęcia, czemu Kocimiętkowy Wir mogła być na niego zła. Przecież nic takiego nie zrobił, a przynajmniej tak mu się wydawało.
Kamienne Pióro skierował swoje kroki w jej stronę.
— Pójdę do legowiska — usłyszał głos Wilczego Skowytu.
Pręgowany klasycznie, nie odrywając wzroku od kotki, kiwnął głową na znak, że usłyszał i że zaraz do niego dołączy.
— Um… Cześć — miauknął niepewnie, siadając naprzeciwko kotki. — Coś się stało? Jesteś na mnie zła? Coś zrobiłem?
Po chwili zorientował się, że może za bardzo się rozpędził i że Kocimiętkowy Wir mogła nie zrozumieć.
— No bo wiesz… Tak się na mnie patrzyłaś. Tak, jakbyś była zła. Chociaż nie, pewnie nie. Pewnie tylko mi się wydawało, wybacz.
Uśmiechnął się zawstydzony, mając nadzieję, że nie pogorszył sytuacji.

<Kocimiętko?>

Od Kamiennego Pióra CD. Korowego Szeptu

Poczuł, jak na jego pysk wkrada się coraz szerszy uśmiech, w końcu stał się on tak szeroki, że mięśnie policzków wojownika zaczęły lekko boleć. Nie potrafił się jednak przestać uśmiechać.
Korowy Szept, kotka, przy której jego serce biło szybciej, którą bardzo mocno kochał, powiedziała… Że czuję do niego to samo. To było coś, czego się nie spodziewał. Planował jej to powiedzieć już od dawna, jednak był przygotowany na odmowę, na to, że szylkretka nie będzie chciała zostać jego partnerką, na to, że ich przyjaźń ulotni się szybciej niż Kamienne Pióro zdołałby mrugnąć.
A stało się coś zupełnie innego. Stał przez bardzo długą chwilę, z szeroko otwartymi pyskiem i oczami, mrugając ze zdezorientowaniem. Dopiero po tym czasie dotarły do niego słowa Korowego Szeptu, zrozumiał, że to się naprawdę dzieje i uwierzył w tę piękną chwilę.
— Ojej, naprawdę? — sapnął głosem młodego ucznia, który właśnie wyszedł z obozu i widzi, jak wielkie jest terytorium jego klanu.
— Tak — szepnęła wojowniczka cicho, jej oczy błyszczały ze szczęścia.
Mruczenie kotki wciąż docierało do jego uszu. Był to bardzo przyjemny dźwięk, niski i wibrujący. A Kamienne Pióro najbardziej lubił go za to, że świadczył o zadowoleniu najważniejszego mu kota na świecie. I kiedy go słyszał, nie potrafił powstrzymać własnego mruczenia, tak więc niski, gardłowy dźwięk wydobył się z jego klatki piersiowej i zmieszał z mruczeniem Korowego Szeptu.
Kamienne Pióro poczuł, że coś w jego sercu się zmieniło. Teraz jakoś inaczej patrzył na otaczający go świat. Tak, jakby nic się nie liczyło. Nie dbał już o ojca i brata ani o wszystkie problemy, z którymi się kłopotał Klan Wilka, ani o to, że pewnie już nigdy nie zostanie mistrzem, chociaż kiedyś bardzo tego chciał.
Teraz to wszystko było już nieważne, bo miał Korę i kochał ją, a ona go.

* * *

Wychylił głowę z legowiska wojowników i gdy stwierdził, że deszcz ustał, przeciągnął się i skierował swoje kroki w kierunku stosu zdobyczy. Zanim zdążył przejść choćby długość ogona, skapnęła na niego kropelka wody z gałęzi drzewa nad jego głową. Skrzywił się i otrząsnął futro, mocząc i tak już mokre krzaki obok.
Z niezbyt obfitego stosu wybrał chuderlawą wiewiórkę i uznał, że gdy ją zje, to pójdzie na polowanie. Ze zdobyczą w pysku wszedł z powrotem do legowiska wojowników. Jego oczy szybko przyzwyczaiły się do półmroku. Na niektórych posłaniach koty leżały, odpoczywając, większość jednak była pusta, wiele wojowników poszło na patrole.
Położył się obok Korowego Szeptu, podciągnął łapy pod brzuch i owinął ciało ogonem, kładąc wiewiórkę między nimi.
— Zjemy?
— Tak, bardzo chętnie. Dzięki — odpowiedziała szybko.
Kiedy się posilili, Kamienne Pióro oblizał pyszczek, a jego żółte oczy napotkały się ze spojrzeniem kotki.
— Ciekawe, co będzie dalej z tą pieszczoszką — ściszył głos, aby inni wojownicy nie słyszeli ich rozmów. — Myślisz, że zostanie wojowniczką? Pewnie nie umie walczyć ani polować, więc zakładam, że dostanie jakiegoś mentora. O ile w ogóle zostanie w naszym klanie.

<Korowy Szepcie?>

Od Gołąbka CD. Poranku

Gołąbek nerwowo dreptał przed żłobkiem, czekając, aż jego mentor poprosi go do środka. Pozwolono mu asystować przy porodzie Figi, która po wielu dniach oczekiwania w końcu zaczęła rodzić kocięta. Uczeń w pyszczku trzymał patyk, który później miał podać kocicy, by ta lepiej zniosła ból. Mentor nauczył Gołąbka, że trzymany w pysku patyk pozwala lepiej kontrolować skurcze. Za każdym razem, gdy kocica czuła ból, mogła wgryźć się w drewno i tym sposobem skupić umysł na czymś innym.
Uczeń nerwowo odetchnął, na chwilę się zatrzymując. Każda sekunda czekania wydawała się być wiecznością. Kocurek jeszcze nigdy nie był aż tak zdenerwowany. Kiedy w końcu został zawołany przez mentora, ostrożnie wsunął się do legowiska, podając patyk Fidze. Jego łapki trzęsły się lekko, lecz starał się tego nie okazywać. Medyk nie może być przecież taki roztrzęsiony! Gołąbek usadowił się obok Poranku, czekając na jego kolejne polecenia.
– Gołąbku, podaj trubule – polecił nagle mentor.
Gołąbek obrócił głowę w stronę ziół, szukając wśród nich trubuli. Był prawie pewien, że wie, która to roślina, ale na wszelki wypadek szybko powąchał i obejrzał wszystkie z nich. Złapał trubulę w zęby i ostrożnie podał ją mentorowi.
– Czy tyle wystarczy? – zapytał.
Poranek kiwnął głową i od razu podał ją Fidze. Powiedział pokrótce, co kotka ma robić, i znów umilkł, czekając na potrzebę interwencji. W końcu w lecznicy rozległ się pisk jednego z kociąt. Poranek od razu go przejął i podał swojemu uczniowi.
– Musisz zacząć go wylizywać – polecił szybko i wrócił do kotki.
Gdy uczeń zobaczył nowonarodzonego kociaka, jego spojrzenie zmiękło. Do tej pory sądził, że to jego brat Borowik jest najsłodszą rzeczą na świecie, ale teraz zupełnie zmienił zdanie. To nowonarodzone kociaki były najsłodsze. Zaczął wylizywać kociaka z wielką starannością, starając się, by nie ominąć żadnego skrawka jego futerka. Chwilę potem na świat przyszło drugie kocię, równie urocze co pierwsze. Uczeń nie przestał jednak lizać by na nie lepiej spojrzeć, woląc nie narażać się mentorowi.Poranek zajął się drugim z kociąt. Gdy wszystko było w normie, powoli i ostrożnie położył kociaka obok brzucha jego matki i nakazał swojemu uczniowi zrobić to samo.
– Musimy tu posprzątać – polecił.
Gołąbek posłusznie zaczął sprzątać legowisko. Po kolei zaniósł resztki ziół do składzika, pilnując, by zbytnio się nie pomieszały. Gdy skończył, zabrał za umycie podłoża żłobka namoczonym wodą mchem. Kiedy wszystko było już czyste, uczeń odetchnął z ulgą. Czuł zarówno ulgę, jak i radość. Wszystko poszło gładko, a on po raz pierwszy doświadczył cudu narodzin. Rozglądając się po żłobku, jego wzrok padł na małą górkę z ziemi usypaną na rogu legowiska. Jego dawna tajna skrytka! Przez uczniowskie zajęcia i ekscytację spowodowaną obraniem nowej ścieżki Gołąbek zupełnie o niej zapomniał. Nie pamiętał już nawet, co w niej dokładnie było. Postanowił, że kiedy już Figa poczuje się lepiej, a kociaki nieco wyrosną, sprawdzi, jakie skarby zasypał w dziurze w kocięcych księżycach.

* * *

Od porodu Figi minęło już dwadzieścia wschodów słońca. Gołąbek uznał, że najwyższy czas sprawdzić dziurę. Podreptał do żłobka, sprawdzając, czy kocięta nie śpią. Te były jednak rozbudzone, ubijając łapkami brzuch matki.
– Ja tylko na chwilę! Muszę zabrać coś, co tu kiedyś zostawiłem!
Figa kiwnęła głową, pozwalając uczniowi wejść do środka. Bury podszedł do skrytki i rozkopał ją łapami. Niestety, mało co w niej zostało. Większość miejsca w dziurze zajmowały ususzone kwiaty, teraz już całkiem pokruszone. Było tam też kilka brudnych kamyków. Wcześniej kocurek byłby nimi zachwycony, jednak teraz, gdy był już większy, wydawały mu się zupełnie zwyczajne. Pod tym wszystkim była jednak jeszcze jedna rzecz. Mały, wyglądający jak listek błyszczący kamień. Gołąbek przypomniał sobie, że przyniosła mu go jego mamusia, znalazłszy go podczas polowania. Gdy był mniejszy, zawsze prosił ją, by przynosiła mu piękne rzeczy spoza obozu. Uczeń zamruczał na to wspomnienie. Błyszczący kamyczek dostał od mamy w dniu, gdy było mu bardzo smutno. Listek bardzo poprawił mu wtedy humor. Był najpiękniejszą rzeczą, jaką Bury kiedykolwiek dostał. Może… może mógłby go podarować Porankowi? Może poczuje się trochę lepiej, gdy dostanie coś pięknego? Co prawda Chwast był już dorosły, ale na Lisa przyniesienie mu ładnych rzeczy podziałało. Może przy odrobinie szczęścia podziała także na mentora? Uczeń nie spodziewał się, że kamyczek pokona wszystkie troski uzdrowiciela. Jednak miał nadzieję, że pocieszy go chociaż troszeczkę. Nawet, jeśli był za młody by zrozumieć co działo się z mentorem.

* * *

Z wręczeniem prezentu Gołąbek postanowił poczekać na idealną okazję. Uznał, że najlepiej będzie poczekać, aż Chwast wyjdzie z legowiska i wtedy podłożyć błyszczący listek. Gdy wreszcie nadarzyła się okazja, Gołąbek wsunął się do dziupli i położył kamyczek na posłanku mentora, mając nadzieję, że ten go zauważy, gdy wróci z powrotem.

[739 słów, asystowanie przy porodzie]

<Poranku?>

[15% + 5%]

Od Kwaśnej Kocanki Do Kruczego Pióra

Przemierzając gęsty, ciężki od wilgoci las, Kwaśna Kocanka szła powoli, niemal bezszelestnie, jakby obawiała się zakłócić coś, czego jeszcze nie potrafiła nazwać. Powietrze było nieruchome, duszne, przesycone zapachem mokrej ziemi i gnijących liści. Każdy krok zdawał się odbijać echem w jej głowie, choć wokół panowała nienaturalna cisza. Nie potrafiła przestać myśleć o Kruczym Piórze. Odkąd został zastępcą, coś się zmieniło nie tylko w jego zachowaniu, ale i w nim samym. Każda jego decyzja była ryzykiem, każde wyjście z obozu mogło być tym ostatnim. Nadstawiał karku z tą samą niefrasobliwą pewnością siebie, którą kiedyś podziwiała… a teraz się jej bała. Z coraz większą łatwością wyobrażała sobie najgorsze scenariusze: jego ciało nieruchome, jego obecność na zawsze jej odebrana. Te myśli wracały jak natrętne cienie, nie pozwalając jej zaznać spokoju. Potrząsnęła lekko głową, jakby chciała je odpędzić, ale to nic nie dało. Wtedy zobaczyła coś między drzewami. Najpierw była to jedynie plamka rozmytego koloru, coś nienaturalnego, coś, co nie pasowało do zieleni i brązów lasu. Potem kształt zaczął się wyostrzać. I nagle zrozumiała. Zamarła. Pod rozłożystym krzewem jeżyny leżała Pajęczynka. A raczej jej ciało. Wojowniczka Klanu Wilka poczuła, jak grunt usuwa się spod jej łap. Świat zwęził się do jednego obrazu, rozciągniętej na ziemi sylwetki dawno zmarłej siostry. Futro Pajęczynki było przesiąknięte krwią, sklejone i poszarpane, jakby ktoś brutalnie wyrwał z niego życie. Głębokie rany przecinały jej ciało, odsłaniając to, co nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego. Kałuża posoki była ogromna. Zbyt ogromna. Gęsta, ciemna, niemal czarna w cieniu, wsiąkała w ziemię i oplatała korzenie, jakby sama ziemia próbowała ją pochłonąć. Najstraszniejsze były jednak oczy. Małe, błękitne, szeroko otwarte. Wpatrywały się gdzieś przed siebie, nie w nią, nie w las, lecz w coś, czego nie mogła dostrzec. Było w nich coś rozdzierającego, ta surowa rozpacz, niemal pytanie. Jakby Pajęczynka do ostatniej chwili czekała. Na pomoc. Na ratunek. Na kogoś, kto nigdy nie przyszedł. Na pobratymców, którzy ją porzucili i nie przyszli jej uratować. Na siostrę, która z wypiętą piersią mówiła, że zawsze ją obroni. Rzuciła się do przodu, łapy ślizgały się na wilgotnej ziemi, serce waliło jak oszalałe. To nie mogło być prawdziwe. To nie mogło się wydarzyć. Nie mogła pozwolić na śmierć siostry znowu! Jeśli tylko zdąży! Jeśli tylko będzie wystarczająco szybka... Nim dobiegła, ciało zniknęło. Po prostu. Jakby rozpłynęło się w powietrzu i jakby nigdy go tam nie było. Zatrzymała się gwałtownie, niemal tracąc równowagę. Wpatrywała się w puste miejsce pod jeżyną, próbując zrozumieć, co właśnie zobaczyła. Nie było krwi. Nie było ciała. Tylko ziemia i cienie. Zwidy. Musiały to być zwidy. Ale jej serce wciąż bolało tak, jakby to było prawdziwe, jakby utraciła krewniaka znowu. Zanim zdążyła zebrać myśli, coś mignęło jej w polu widzenia. Dymna, długa kita. Znajoma. Zbyt znajoma. 
"Krucze Pióro!" —  wyszeptała, a w jej głosie zabrzmiała nagła ulga, niemal desperacka nadzieja. Tym razem nie czekała. Pobiegła. Las zdawał się rozstępować przed nią, choć gałęzie smagały jej bok, a ciernie zahaczały o futro. Widziała go tylko przez ułamki sekund, sylwetkę przemykającą między drzewami, cień, który znikał, gdy tylko próbowała się skupić. I wtedy usłyszała jego śmiech. Cichy i gardłowy, lekki jak ocieranie się ich futer, gdy się mijali, zawadiacki, czyli taki, jaki był wiele księżyców temu. Dokładnie taki, jaki pamiętała i chciała zapamiętać na zawsze. Serce ścisnęło jej się z ulgi. Przyspieszyła, niemal zapominając o wszystkim innym, o strachu, o wizji Pajęczynki, o dziwności tego znajomego i nieznajomego zarazem miejsca. Liczył się tylko on, zawsze liczył się tylko on. 
"Poczekaj!” — zawołała, choć głos ugrzązł jej w gardle. I nagle zniknął. Tak po prostu. Jakby nigdy go tam nie było.Kwaśna Kocanka zatrzymała się gwałtownie. Cisza, która ją otoczyła, była ogłuszająca. Nie było śmiechu. Nie było kroków. Nawet liście przestały szeleścić. Nieubłagana cisza zalewała jej umysł, jak wielka ulewa mogła zalewać rzeki. Coś było nie tak. Bardzo nie tak. Stała przez chwilę, nasłuchując, czując, jak chłód wpełza jej pod skórę. Powoli zaczęła się rozglądać, każdy ruch ostrożny, napięty. I wtedy go zobaczyła. Stał niedaleko. Nieruchomy. Przez moment jej umysł odmówił przyjęcia tego, co widzi. Sylwetka była zniekształcona, nienaturalna. W pierwszej chwili pomyślała, że to lis, coś obcego, groźnego, gotowego do ataku. Ale to był on. Krucze Pióro. A raczej… coś, co go przypominało. Zrobiła niepewny krok do przodu. 
"Krucze Pióro…?" —  jej głos zadrżał. Nie odpowiedział. Jego zielone oczy… nie były już zielone. Zalała je krew, gęsta, ciemna, sącząca się z oczodołów i spływająca po pysku. Nie mrugał. Nie poruszał się. Las zdawał się wstrzymać oddech razem z nią. Nagle z jego gardła wydobył się dźwięk, cichy, urwany, zupełnie agonalny. Jak ostatni oddech kogoś, kto już dawno powinien być martwy. Ten dźwięk przeciął ciszę jak ostrze. Pręguska zamarła. A potem zobaczyła wszystko wyraźnie. Jego głowa była zmiażdżona, zdeformowana w sposób, który nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Kości musiały zostać roztrzaskane, futro sklejone krwią, a mięśnie rozszarpane. Obok jego ciała rozlewała się gęsta, ciemnoczerwona ciecz, tworząc nieregularne plamy na ziemi. Jego szyja była wykrzywiona pod nienaturalnym kątem jak złamana gałąź po potężnej wichurze, bez życia, bez szansy na powrót do dawnej formy. Stał, a jednocześnie wyglądał, jakby już dawno upadł. Jakby śmierć nie zdążyła jeszcze zabrać jego ciała. Srebrzysta kotka nie była w stanie się poruszyć. Nie była w stanie oddychać. Patrzyła tylko, wpatrzona w poszarpane zwłoki, które jeszcze przed chwilą się poruszały, śmiały, uciekały przed nią. I w tej ciszy zrozumiała jedno. To nie był las, który znała. To nie mogła być prawda! Pręguska stała nieruchomo, jakby jej łapy wrosły w ziemię. Obraz przed nią był zbyt okrutny, zbyt nielogiczny, a jednak nie potrafiła odwrócić wzroku. Coś w tym wszystkim było nie tylko przerażające… ale i znajome. Z początku była to ledwie uchwytna myśl, cień na skraju świadomości. Delikatne ukłucie, które trudno nazwać. Jej oddech był płytki, nierówny, a serce biło zbyt szybko. Już to widziała. Zmarszczyła lekko powieki, jakby próbowała skupić wzrok nie na ciele Kruczego Pióra, lecz na samej pamięci. Na tym uczuciu. Coś się nie zgadzało. Ten las… ta cisza… ta krew, która wydawała się zbyt ciemna, zbyt gęsta, niemal nierzeczywista. I nagle obraz Pajęczynki wrócił. Leżąca pod jeżyną. Te same oczy. To samo spojrzenie, które nie należało już do żywej istoty. I to samo uczucie, paraliżującego strachu pomieszanego z czymś głębszym. Z bezsilnością. Kwaśna Kocanka drgnęła. Te wszystkie wydarzenia miały już miejsce. Nie dziś. Nie w tym lesie. W jej głowie zaczęły pojawiać się urywki, rozmyte, niepełne, jak wspomnienia, które próbują się przebić przez mgłę. Biegła. Zawsze biegła. Zawsze ktoś znikał. Zawsze znajdowała ich zbyt późno. Zawsze było za późno. Zrobiła krok w tył. A potem kolejny. Jej spojrzenie znów padło na Krucze Pióro, na jego nienaturalnie wykrzywione ciało, na krew, która nie przestawała płynąć, choć przecież powinna już dawno zaschnąć. Na oczy, które… nie patrzyły. Nigdy naprawdę nie patrzyły. Coś w niej pękło. To nie było wspomnienie. Nie mogła pamiętać zwłok Pajęczynki. Zmarła zbyt wiele sezonów temu. Jej oddech przyspieszył gwałtownie, a źrenice rozszerzyły się. Potrząsnęła głową, cofając się jeszcze bardziej. Las zdawał się falować. Drzewa nie były już stałe, ich kształty drgały, jak odbicie w poruszonej wodzie. Cienie wydłużały się i skracały w sposób, który nie miał sensu. Cisza była zbyt absolutna. Zbyt nienaturalna. Kwaśna Kocanka zacisnęła powieki, próbując się skupić. To nie dzieje się naprawdę. Powtarzała to w myślach, coraz szybciej, coraz bardziej rozpaczliwie. To nie dzieje się naprawdę. Zaczęła sobie przypominać. Noce, w których budziła się gwałtownie, z sercem bijącym jak oszalałe. Obrazy, które nie chciały zniknąć nawet po otwarciu oczu. Ekspresje, nie, pyski — tych, których traciła. Za każdym razem inne szczegóły, ale ten sam rdzeń. Śmierć. Spóźnienie. Bezsilność. To nie pierwszy raz. To kolejny sen! Jej ciało zaczęło drżeć, nie ze strachu, lecz z nagłego, przytłaczającego zrozumienia. 
"Śnię…" — wyszeptała, a to słowo zabrzmiało obco, jakby dawno go nie używała. W tej samej chwili ciało Kruczego Pióra drgnęło. Wojowniczka poderwała głowę. Nie, to nie było prawdziwe poruszenie. To był błąd. Jakby obraz się rozpadł na ułamek sekundy. Jakby coś nie nadążyło za własną iluzją. Krew przestała płynąć, a potem całkowicie cofnęła się, jakby ktoś pokazywał jej śmierć Kruczego Pióra od końca do początku. Las zadrżał. Dźwięk, niski, głuchy, przeszedł przez przestrzeń, choć nie było źródła, z którego mógłby pochodzić. Wszystko zaczęło się rozmywać. Kolory blakły, kształty traciły ostrość. Niebieskooka cofnęła się jeszcze o krok, choć nie czuła już ziemi pod łapami. 
"Obudź się…" — wyszeptała do siebie, coraz bardziej świadoma. To zawsze kończyło się tak samo. Zacisnęła oczy. "Obudź się!" Cisza roztrzaskała się.

Kwaśna Kocanka wyrwała się ze snu gwałtownie, jakby coś brutalnie wyrzuciło ją z głębin, w których tonęła. Jej ciało spięło się natychmiast, mięśnie napięły się boleśnie, a pazury wbiły się w ziemię tak mocno, że poczuła wilgoć chłodnego mchu między opuszkami. Wciągnęła powietrze z ostrym, urwanym świstem, jakby zapomniała, jak się oddycha. Przez ułamek sekundy wciąż była tam, widziała tę krew, cisza dudniła jej w uszach i ciążyła na czaszce, ciężar przygniatał ją od środka i miażdżył nadzieję na lepsze jutro. Dopiero po chwili coś zaczęło się zmieniać, czuła zapach, ciepło i tą znajomą i wszechobecną bliskość. Zamrugała gwałtownie, jakby próbowała przebić się przez resztki snu. Obraz przed jej oczami rozpadł się powoli, ustępując znajomym kształtom obozu, miękkim oddechom śpiących kotów, ciepłu wspólnego gniazda. I wtedy to poczuła. Jego obecność. Odwróciła głowę gwałtownie. Krucze Pióro już nie spał. Leżał jeszcze przez moment, ale jego głowa była uniesiona, a oczy, choć przydymione snem, błyszczały, a jego postawione na sztorc uszy wskazywały stan najwyższej gotowości i czujności. Jego uszy były skierowane w jej stronę, a futro na karku lekko nastroszone, jak u kogoś, kto nie do końca wie, co się stało, ale jest gotów zareagować.
— Kocanko…? — odezwał się cicho, nisko, jego głos był jeszcze chropowaty, ale wyraźnie napięty — Co się stało? — Nie odpowiedziała od razu. Wpatrywała się w niego odrobinę za długo. Jej spojrzenie było niespokojne, przesuwające się po nim, jakby próbowała upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu. Zatrzymywało się na jego łapach, na barkach, na pysku, jakby szukała śladów, które mogły dowieść, że okrutny sen miał, chociaż najmniejsze pokrycie z rzeczywistością. Nie było tej deformacji, tego przerażającego obrazu ze snu. Był cały, oddychał i żył. Wojowniczka przełknęła ślinę i powoli usiadła, jakby każdy ruch wymagał od niej wysiłku. Owinęła ogon wokół łap, przyciskając go mocno, jakby próbowała się w ten sposób uziemić. Krucze Pióro podniósł się i bez słowa przesunął bliżej. Na tyle, że ich boki niemal się stykały. Czuła ciepło jego ciała, równy rytm oddechu. Tak jak miał w zwyczaju, nie naciskał, nie pytał ponownie, a jedynie był przy niej, kiedy najbardziej tego potrzebowała. Cisza między nimi była ciężka, ale nie bez znaczenia, raczej wypełniona tym, czego żadne z nich jeszcze nie wypowiedziało. Srebrna kotka zamknęła na moment oczy. I wtedy wspomnienie przyszło samo, bardziej barwne niż kiedykolwiek wcześniej, nie jak sen, jak coś ostrego, prawdziwego. Las, ale nie ten martwy i cichy. Ten żywy, rozszalały, pełen wrzasków, zapachu krwi i rozrywanej ziemi. Bitwa z Klanem Klifu znów rozgrywała się w jej głowie z brutalną wyrazistością. Znowu widziała Krucze Pióro, rannego i upartego. Szukającego medyka, choć sam ledwo trzymał się na łapach. Widziała siebie, biegnącą do niego bez wahania, z sercem bijącym zbyt szybko, z czymś, czego wtedy nie chciała nazwać. Strachem. Jej łapy drgnęły lekko, jakby znów stała na tamtym polu walki. 
"Powinniśmy wrócić…" — usłyszała w myślach własny głos, napięty, zbyt stanowczy: "Klan nas potrzebował". 
A potem jego odpowiedź. Jak stanął jej na drodze. Jak nie pozwolił jej przejść. Jak patrzył na nią, nie jak na uczennicę, nie jak na kogoś słabszego. Jak na kogoś… kogo nie chciał stracić. Pręguska otworzyła oczy. Powoli odwróciła głowę w jego stronę.
— Wtedy… — zaczęła cicho, jej głos był jeszcze lekko chropowaty — podczas bitwy… — zawahała się na moment, jakby dobierała słowa. — Myślałam, że zwariowałeś. — Ucho Kruczego Pióra drgnęło od niechcenia, ale nic nie powiedział. — Stałeś ledwo żywy, a próbowałeś mnie zatrzymać… — Jej spojrzenie przesunęło się na jego łapę, jakby znów widziała tamte rany — Myślałam, że to głupie. — Zamilkła — Teraz wiem, że nie było. — Cisza znów na moment ich otoczyła. Jej myśli jednak nie zatrzymały się na nim. Myślała dalej, o tej pustce, która wtedy była aż nazbyt uwidoczniona. Srebrzysta Łuna. Jej matki tam nie było. Podczas gdy inni walczyli, krwawili, ginęli, jej miejsce było puste. Nikt nie stał tam, gdzie powinien. Nikt nie zasłaniał jej pleców. Kwaśna Kocanka spuściła lekko głowę, jej wąsy zadrżały.
— Byliśmy tam sami — powiedziała ciszej — bardziej niż powinniśmy. — Jej ogon przesunął się niespokojnie po ziemi. — A ty… — Uniosła wzrok — i tak próbowałeś mnie zatrzymać. — Ich spojrzenia się spotkały. I tym razem nie uciekła. Coś w niej pękło w niecodzienny sposób, uwrażliwiona przez wizję ze snu i rozpamiętując bitwę, podczas której mogła zginąć, potrzebowała jego obecności. Zrobiła pół kroku bliżej. Ich futra zetknęły się wyraźniej.
— Pajęczynka nie żyje — powiedziała spokojnie, ale jej głos miał w sobie ciężar czegoś ostatecznego — nie wróci. — Odetchnęła głęboko — Moja matka… nie była tam, kiedy powinna. Nie potrafiła służyć na wyższą chwałę Klanu. — Jej spojrzenie przygasło na moment. — A mój brat… — zawahała się, jakby to słowo smakowało gorzko — nigdy nie będzie kimś, na kim można się oprzeć. — Zamilkła na sekundę. A potem spojrzała na niego. — Zostałeś tylko ty. Ty żyjesz. Walczysz. Masz znaczenie. — Powoli wyciągnęła ogon i owinęła go wokół jego grzbietu, tym razem pewniej. — I nie odszedłeś. — Jej spojrzenie stało się intensywne, niemal palące. — Nie zostawiłeś mnie wtedy. I nie chcę, żebyś kiedykolwiek to zrobił. —Przysunęła się jeszcze odrobinę, aż ich barki zetknęły się wyraźnie. — Krucze Pióro… — Jej głos zadrżał minimalnie, ale nie cofnęła się — zostań przy mnie tak, jak wtedy. Nie odchodź. Trwaj przy mnie… jakkolwiek to nazwiesz. Ale bądź. — Nie odwróciła wzroku. Jakby to było jedyne, co trzymało ją teraz w rzeczywistości. Krucze Pióro przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Jego spojrzenie było trudne do odczytania, nie tak chłodne, jak zwykle, ale też nie całkiem miękkie. Nie było to też spojrzenie zarezerwowane dla innych pobratymców, bo jasne było, że Kocanka, Kocankowa Łapa i Kwaśna Kocanka nie były dla niego jak reszta. Jego ogon drgnął lekko pod dotykiem jej ogona, lecz nie odsunął się. Kotka też nie mówiła. Cisza, która zapadła, rozciągała się w nieskończoność. Powoli opuściła wzrok, ale nie odsunęła się ani o krok.
— Wiesz… — zaczęła cicho, niemal ostrożnie, jakby każde słowo było czymś, co łatwo mogło zaprzepaścić ich relację — kiedy jestem sama, wszystko wydaje się… głośniejsze. Myśli. Wspomnienia. To, czego już nie ma… i to, czego nigdy nie było. — Trąciła jego bark nosem — Ale kiedy jesteś obok… — zawahała się na moment, jakby nie była pewna, czy powinna to powiedzieć — to wszystko cichnie. — Uniosła głowę, spoglądając gdzieś przed siebie, nie do końca na niego. — Nie znika. — dodała ciszej — Ale przestaje mieć nade mną władzę. — To dziwne — mruknęła pod nosem, z cieniem gorzkiego rozbawienia — bo nigdy nie potrzebowałam nikogo w ten sposób. — A jednak… — Jej głos zmiękł, niemal niezauważalnie — przy tobie nie czuję, że muszę zasłaniać się i stosować wymówki. Jestem niezaprzeczalnie sobą, jestem silniejsza i nie muszę cię za to przepraszać — Jej spojrzenie było spokojniejsze niż wcześniej, ale głębsze. Bardziej odsłonięte. — I chyba… — urwała, jakby słowa utknęły jej w gardle, ale zmusiła się, by je wypowiedzieć — nie chcę, żeby to się zmieniło. Delikatnie musnęła jego bark swoim, bardziej świadomie niż wcześniej. — Więc jeśli masz gdzieś być… — dodała cicho — to właśnie tutaj. — Jej głos niemal zniknął przy ostatnich słowach.— W Klanie Wilka, ze mną.
Kocur patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem pyska. Być może było to zamyślenie, a może coś innego? Kotka czasami sama nie wiedziała, co siedzi dymnemu w głowie. On jednak po chwili ciszy schylił się w jej stronę i delikatnie polizał jej ucho. Nie spodziewała się chyba tego ruchu z jego strony. Ten gest był tak niewinny, lekki, delikatny jak trzepot skrzydeł motyla, a pochodził od kota, który nigdy nie okazywał żadnych emocji. Srebrna wtuliła się w niego, a Krucze Pióro po chwili owinął ogon wokół niej, kontynuując wylizywanie teraz już jej karku.
— Nie zostawię cię, obiecuję, Kwaśna Kocanko. Zawsze będziesz u mojego boku. Obiecuję.
Delikatnie przymknęła oczy, wsłuchując się w rytm jego oddechu. Powoli dopasowała się do niego, aż ich oddechy zaczęły się wyrównywać, spokojne, miarowe, wspólne. Jej ciało w końcu przestało drżeć. Koszmar oddalał się, zostawało jedynie ciepło i on. Lekko poruszyła głową, opierając ją wygodniej o jego bark, pozwalając sobie na coś, na co rzadko sobie pozwalała, na spokój. Las poza obozem szumiał cicho, noc wracała do swojego naturalnego rytmu, jakby nic się nie wydarzyło. A jednak dla niej wszystko było inne. Tym razem już nie walczyła ze snem. Wtulona w jego ciepło, wsłuchana w jego oddech, zasnęła, spokojniej niż od wielu nocy. A Krucze Pióro, choć jeszcze przez chwilę czuwał, nie odsunął się ani na moment. W końcu i on przymknął oczy. I tak, spleceni ze sobą cicho i nieruchomo, zasnęli obok siebie, jakby noc nie miała już nad nimi żadnej władzy.

<Krucze Pióro?>

Od Gołąbka

Noce Pory Nagich Drzew były niezmiernie zimne. Mimo to Gołąbek nadal decydował się na spanie na zewnątrz. Z legowiska uzdrowicieli zabrał swoje posłanie z mchu, którym przykrywał się podczas snu, przez co było mu nieco ciepło. Wiedział, że gdy spadnie śnieg, będzie musiał przenieść się z powrotem do gniazda. Jednak teraz, gdy ziemia była sucha, chciał spać pod gwiazdami gdzie czuł obecność Wszechmatki. Nigdy jeszcze nie widział śniegu, ale słyszał, że jest zimny i mokry. I podobno można było z niego robić kulki do zabawy! Uczeń ułożył się na ziemi, odkrywając się mchem. Jego życie było takie piękne! Nie dość, że żył w łasce Wszechmatki, to jeszcze spełnił swoje marzenie o zostaniu uzdrowicielem. Gołąbek zamruczał i zamknął oczy, pozwalając, by ogarnął go sen.

* * *

Bury obudził się w środku nocy. Z początku zupełnie nie wiedział, gdzie się znajduje. Było mokro, a na jego grzbiecie leżało coś bardzo ciężkiego. Gdy uczeń zupełnie się już rozbudził, spostrzegł, że cały obóz (w tym on sam) pokryty jest grubą warstwą śniegu. Gołąbek stłumił pisk ekscytacji. To był jego pierwszy śnieg! Mimo że księżyc nadal wisiał na niebie, w obozie było jaśniej niż podczas zwyczajnej nocy. Czy to właśnie przez śnieg? W obozie było teraz tak pięknie! A do tego śnieg był niezmiernie czysty, a nie brudny i ciemny, jak wcześniej go sobie wyobrażał. Gołąbek nie chciał już spać. Chciał wykorzystać ten moment, zanim inne koty zdepczą warstwę białego puchu. Uznał, że na początku spróbuje ulepić z niego kulkę. Zaczął zbierać puch na kupkę, a potem zgniótł go łapami. Nie przypomniało to w żaden sposób kulki, jednak był tu już jakiś początek. A co jeśli spróbowałby lekko poturlać stosik? Może wtedy nabierze on lepszego kształtu? Starając się być najciszej, jak to tylko możliwe, Gołąbek zaczął pchać stosik nosem. I rzeczywiście, jego kształt zaczynał się wyrównywać. Był tylko jeden mały problem. Zgnieciony śnieg zaczął też przybierać na rozmiarze i wadze. Kiedy już nabrał podobnego do kulki kształtu, był tak ogromny, że nawet najsilniejszy kot w klanie nie byłby w stanie nim rzucić. No trudno. Może uda się z tego wymyślić jakąś inną zabawę. Może będą razem z Borowikiem nadal powiększać kulę, aż będzie większa od nich? Gdy brat się obudzi, na pewno zapyta go, czy chce się tak pobawić!
Co jeszcze można było zrobić ze śniegiem? Może Gołąbek spróbowałby ulepić coś jeszcze? Może podobiznę kota lub jakiegoś ptaka? Uznał, że najlepiej byłoby zacząć właśnie od ptaka. Będzie go łatwiej ulepić, szczególnie, że mógł posłużyć się rzeczami ze śmietniska. Duszę zwierząt na pewno się nie obrazi, że użyje ich szczątków do budowy podobizn, prawda? Może nawet będą z tego bardziej zadowolone niż z leżenia na stercie śmieci? Uczeń przekradł się w stronę śmietnika. Zapach był obrzydliwy, ale mimo wszystko zdecydował się wyjąć z niego kilka rzeczy. Jego uwagę przyciągnęła sterta gołębich piór. Mimo że większość kotów nie jadła ptaków, te, które nie wierzyły we Wszechmatkę, nadal się nimi posilały. Uczeń wygrzebał ze sterty wszystkie pióra i zaniósł je na miejsce zabawy. Ze śniegu uformował kolejną kulkę, lecz tym razem zgniótł ją w taki sposób, by śnieg szedł do góry. Po obu stronach kupki wbił po trzy pióra, mające imitować skrzydła. Oczy wyżłobił pazurem, a jako dziób użył znalezionego pod śniegiem kamyka. Budowla nie przypominała żadnego prawdziwego ptaka, ale i tak wyszła dość nieźle. Patrząc na pióra, dało się odgadnąć, co przedstawiają. Uczeń zdecydował, że spróbuje raz jeszcze. Kolejny ptak na pewno wyjdzie lepiej!

* * *

Śnieg znów zaczął padać. Bury przestał budować i przysiadł z zachwytu, patrząc na tańczące na niebie płatki. Wcześniej myślał, że śnieg pada tak samo jak deszcz. W ogóle nie spodziewał się tego, że może spadać z nieba tak wolno. Gołąbek wystawił łapę, łapiąc na nią jeden z płatków. Drobinka była przepiękna. Wyglądała jak malutka, biała gwiazdka. Wszechmatka była tak wspaniałą artystką! Ciekawe, czy śnieg smakuje tak samo dobrze jak wygląda? Bury nabrał do pyszczka trochę śniegu. Smakował tak samo jak woda, ale za to przyjemnie chrupał. Gdy uczeń przełknął, zauważył, jak bardzo jest mu zimno. Nie chciał wracać do legowiska, by nie narażać się Mistral i nie budzić Poranku. Do rozgrzania się musiał postawić na ruch. Do głowy Gołąbka wpadł kolejny pomysł na zabawę. Sprawdzi, ile odcisków łap uda mu się zostawić na śniegu do nastania świtu. Zaczął chodzić po całym obozie, starannie zostawiając za sobą odciski. Może uda mu się pokryć nimi cały obóz? To na pewno wyglądałoby bardzo fajnie!

* * *

Gdy nastał świt, cały obóz pokryty był odciskami łap Gołąbka. Kocurek był bardzo dumny ze swojego dzieła. Ciekawe, jak zareagują na nie inne koty? Na pewno będzie im się podobać!

[756 słów]

[15%]

Od Błyskotliwej Łapy

— Błyskotliwa Łapa! Błyskotliwa Łapa!
Nowa uczennica dumnie siedziała obok swojej mentorki, Drobnego Ukojenia. Jej oczy błyszczały ze szczęścia. Właśnie została ogłoszona uczennicą protektorko- i wszystkie koty skandowały jej nowe uczniowskie imię.
Błyskotliwa Łapa podniosła się i spytała:
— Drobne Ukojenie, co dziś zrobimy? Pokażesz mi terytorium? Nauczysz ruchu bitewnego? Czy może wytłumaczysz działanie jakiegoś zioła?
Drobne Ukojenie zamruczała.
— Dzisiaj pokażę ci teren i jeśli wyrobimy się na czas, pokażę ci, jak polować.
Uczennica kiwnęła głową i podążyła za mentorką, wcześniej machając ogonem do brata, który także stał się uczniem tego dnia.

* * * 
Trochę pózniej

Słońce stało prawie całkiem wysoko, lecz zaczęło powolnie się zniżać. Błyskotliwa Łapa jadła właśnie posiłek, dzieląc zdobycz z bratem. Jej mentorką podeszła do młodych kotów, gdy rodzeństwo właśnie kończyło jedzenie.
— Błyskotliwa Łapo, chodź, idziemy na trening polowania… może pokażę ci także, jak otwierać kraby.
Uczennica poderwała się na równe łapy.
— Kraby? Ale fajnie! Zawsze chciałam się tego nauczyć. Do zobaczenia, Agatówkowa Łapo! — pożegnała się z bratem kotka i pognała za Drobnym Ukojeniem.
Na miejscu mentorką zaprezentowała swojej uczennicy pozycję łowiecką, a Błyskotliwa Łapa spróbowała także ukucnąć w ten sam sposób.
— Hmm, powinnaś przechylić się lekko bardziej w prawo… o tak, dokładnie. Teraz jest idealnie. Spróbuj iść do przodu.
Błyskotliwa Łapa zaczęła skradać się najciszej, jak mogła. Potem zrobiła to jeszcze wiele razy, aż uznała, że jest dobrze.
— Tak, tak, jest świetnie! Chyba jeszcze nigdy nie widziałam tak pojętnej uczennicy — powiedziała półżartem. Drobne Ukojenie — Zaraz możemy sprawdzić, czy gdzieś tam nie kryją się tłuste myszy. Ale najpierw mam dla ciebie zadanie. Widzisz ten duży liść na ziemi? Spróbuj zakradnąć się do niego tak cicho, że nic nie będzie słychać.
Błyskotliwa Łapa zauważyła gigantycznego, czerwonego liścia na ziemi i zaczęła skradać się w jego stronę, jednak po drodze nadepnęła na małą gałązkę. Gałązka pękła.
Drobne Ukojenie zamruczała na pociechę.
— Nie martw się, to twój pierwszy dzień jako uczennica i masz jeszcze wiele księżyców, aby nauczyć się skradać. Teraz poszukajmy myszy!
Chwilę później Błyskotliwa Łapa usłyszała szelest w liściach. Od razu kucnęła tak, jak nauczyła ją mentorką, i powoli, uważając, aby nie nadepnąć na żadną gałązkę, zaczęła się skradać. Gdy uznała, że nadszedł czas, wyskoczyła, używając swych mocnych tylnych łap, i wylądowała tuż obok myszy. Małe stworzonko rzuciło się do ucieczki, lecz uczennicą była szybsza i dogoniła mysz, zabijając ją jednym, szybkim ciosem.
Drobne Ukojenie stała jak wryta z wytrzeszczonymi oczami.
— Ty…pierwszego dnia jako uczennica złapałaś mysz! — wykrzyknęła dumna mentorka.
Błyskotliwa Łapa zamruczała i z podniesionym ogonem poszła za mentorką do obozu. Będzie miała czym się chwalić przed bratem!

* * *
Następnego dnia

Błyskotliwa Łapa przyglądała się mentorce, gdy ta otwierała dużego kraba.
Uczennica starała się wychwycić każdy szczegół. W końcu zaraz miała spróbować tego sama.
Drobne Ukojenie przysunęła jej innego kraba i rzekła, że uczennicą powinna teraz spróbować sama.
Błyskotliwa Łapa zabrała się do roboty, jednak nie umiała otworzyć stworzenia.
Mentorką szybko ustawiła jej łapy tak, jak trzeba, jednak Błyskotliwa Łapa dalej trudziła się z krabem. Drobne Ukojenie odebrała jej kraba i sama szybko go obrała.
— Nie martw się. Nie spodziewałam się, że uda ci się już za pierwszym razem. Nie jest to tak łatwe, jak się wydaje. Teraz chodźmy, poćwiczymy jeszcze skradanie!

[522 słów, trening na wojownika: polowanie, otwieranie krabów.]

[10% + 5%]

19 kwietnia 2026

Od Postrzępionego Mrozu CD. Naparstnicowej Łapy

Na pytanie syna poczuła, jak jej sierść staje dęba a uszy kładą się po głowie. Odwróciła od niego głowę. Nie mogła spojrzeć mu w oczy, nie kiedy znała prawdę jako jedna z jedynych. Tylko ona i jej brat wiedzieli o tym, kto jest ojcem Naparstnicowej Łapy i jego sióstr.
— To skomplikowane… Nie mogę ci powiedzieć, przepraszam…
— Możesz, ale tego nie zrobisz. — odpowiedział jej syn, patrząc na nią przenikliwie. — Nie jest z Klanu Klifu, prawda?
— Naparstnicowa Łapo, nie zrozumiesz… Nie mogę, naprawdę nie mogę… — Naparstnicowa Łapa patrzył na nią przez chwilę, po czym usiadł na ziemi. Teraz przeniósł wzrok na swoje łapy, a jego matka nie mogła znieść widoku syna, który zapewne kwestionował własne istnienie.
— Czy on… W ogóle wie o naszym istnieniu? O moich siostrach? O mnie..? — zapytał w końcu, czekając na to aż matka da mu odpowiedź. Cokolwiek, co choć trochę uspokoi jego myśli. Jednak czy mogła mu dać cokolwiek takiego?
— On… Wie o twoich siostrach. Natomiast… Nie wie o tobie. — Słowa ledwo przechodziły jej przez gardło. Czuła się tak, jakby cały Klan Gwiazdy teraz patrzył na nią z pogardą, wiedząc, że skrzywdziła swoje własne dzieci. Jak ona mogła to zrobić..?
— Czy nadal jest żywy? Czy poznam go kiedykolwiek? — Tyle pytań, a mogła mu udzielić tak mało odpowiedzi…
— Nie wiem, naprawdę, Naparstnicowa Łapo…
— Moje siostry… One nie wiedzą, prawda? Czyli je też oszukiwałaś, a raczej nadal oszukujesz? Jak możesz nam to robić? Mamy prawo wiedzieć, kim jest. Muszą cierpieć prawdopodobnie przez niego, w końcu każda z nich jest chora! Moi bracia musieli przez niego umrzeć! — wstał, teraz idąc w stronę kotki. — Nie masz pojęcia, jak to jest stracić kogoś, kogo ledwo się znało. Czuję tą pustkę po nich, czuję, że powinni tu być, a ty po prostu spisałaś ich na straty przez zejście się z jakimś… Przypadkowym kocurem! W dodatku dwukrotnie! Jesteś okrutna i przez ciebie cierpimy!
— Naparstnicowa Łapo, on nie był przypadkowy… Naprawdę go kochałam, a on kochał i was…
— Więc czemu go tu z nami teraz nie ma? — zapytał, a na to pytanie nie potrafiła odpowiedzieć. Kocur uciekł z grupą kotów, które zbuntowały się przeciwko Klanu Wilka, a ona sama nie wiedziała dlaczego. Jeśli Judaszowcowa Gwiazda dowiedziałby się o tym, kim jest ojciec jej kociąt, zapewne wydaliłby ją z klanu. Nie miałaby gdzie się podziać.
— Naparstnicowa Łapo, przepraszam cię… Ale musisz mi coś obiecać. Nie mów nikomu o tym, że podejrzewasz, że wasz ojciec nie jest z naszego klanu, albo że w ogóle żyje. Proszę, musisz to dla mnie zrobić. — skuliła się, patrząc na syna z nadzieją w oczach. Bo tylko to jej zostało. Nadzieja, że syn nie wyda jej przed jej klanem.

<Synu..?>

Od Pierzastej Łapy (Tańcującego Pierza) do Ciernistej Łapy

Po rozmowie z Nieustraszonym Chomikiem

Błękit przegonił szarość z nieboskłonu, oczyszczając się ze skazy. Burza umilkła, przynajmniej na jakiś czas. Może to była tylko cisza przed nią? Spokój na chwilę, aby potem mogła przejąć stery znienacka i z podwójną siłą?
Rozmowa z Nieustraszonym Chomikiem była… odświeżająca dla jego umysłu. Wreszcie miał cel. Poparcie. Coś, czego wcześniej nie miał. Udawanie głupiego, nieogarniętego dzieciora opłacało mu się. Czyżby Chomik serio sądziła, że Pierzasta Łapa wciąż był takim głupim i energicznym smarkaczem? Może przesadził z emocjami?
Położył dwie myszy na dole stosu. Polowanie akurat się udało i to bez zakłóceń. Ciekawe, co robiły te kotki na straży, że śpią jak zabite. Serio powinien przemyśleć pójście z tym do zastępcy. Może zyska jakąś przychylność.
Kocur przemknął przez obóz niczym cień, zakradając się do legowiska uczniów. Skoro nikt go nie przyłapał i klan spał jak zabity, nie powinien dłużej zwlekać. Nie chciał opóźnić jeszcze bardziej swojego mianowania, choć gdzieś z tyłu głowy dobrze wiedział, że do zostania wojownikiem bardzo mało mu brakowało. W przeciwieństwie do dzieci mordercy — Świerszczowego Skoku, on urodził się jako syn Kminkowego Szumu, który zlikwidował zagrożenie. Nie wiedział czy Ciernista Łapa, Zwiewny Mak i Dziki Berberys mają mu to za złe, ale na nic takiego się nie zapowiadało. Bardziej zdołowała ich informacja o ojcu i bracie, którego Świerszcz zabił przez swoje szaleństwo. Ale czy Pierzasta Łapa im współczuł? Cóż, nie mnie o to pytać. Rudy uczeń obecnie martwił się swoim zadkiem niż jakimś cwaniaczkiem spod ciemnej gwiazdy.
Ach, a jeśli mówimy o nim… Kocur wchodząc do legowiska uczniów, natknął się niespodziewanie na Ciernistą Łapę. Muskularne kocury przez chwilę walczyły na wzrok, gdy w końcu Pierzasta Łapa westchnął ciężko i się cofnął. Kocur wyglądał dla Pierza… dziko. Egzotycznie; jakby był skunksem z odwróconymi kolorami.
— Czego chcesz? — zapytał Cierń oschle.
Rudy odchrząknął i podjął:
— Chciałbym porozmawiać o… twoim postrzeganiu naszego klanu i obecnego stanu. Możemy wyjść na zewnątrz, jeśli nie chcesz o tym rozmawiać przy innych.
Ciernista Łapa nerwowo skakał po nim wzrokiem. Zmarszczył brwi, analizując słowa Pierzastej Łapy. W końcu skinął głową i obaj wyszli w ciszy. Przemknęli przy nieogarniętej, śpiącej straży za obóz. Przeszli pewien kawałek, po czym rudy uczeń stanął i odchrząknął, stojąc do Ciernistej Łapy tyłem.
— Zatem… co myślisz o naszym przywódcy? O zastępcy? O tym wszystkim, co tu się stało?
Ciernista Łapa zesztywniał. Zmarszczył brwi.
— Nie wiem. Wszystko dzieje się ostatnio bardzo szybko, aż trudno to zarejestrować. Królicza Gwiazda nie nadaje się na lidera. Dopuścił to zbyt wielu śmierci… Gdybym mógł, zdarłbym mu ten zdradziecki uśmieszek z pyska. — syknął kocur, strosząc futro.
— Ach, tak? — miauknął, nadal stojąc do niego tyłem. Szeroki uśmiech zagościł na jego pysku. Odwrócił się, patrząc Ciernistej Łapie w oczy. 
— Czy to tylko tyle, Ciernista Łapo? A może to tylko ten skrawek twojego gniewu? Ognia pragnącego... zemsty? — zapytał spokojnie, z przyjaznym uśmiechem.
— Zemsty? Może nie koniecznie zemsty, nie… Nie chcę dopuścić drugi raz do takiej sytuacji. Gdybym przewodził klanem moi pobratymcy nigdy nie zrobiliby czegoś takiego. Jestem pewien, że to jego wina. Spójrz wokół, nikt nie jest zadowolony z jego przywództwa, jestem tego prawie pewien. Przez niego zaczynają się buntować. Chcą zmiany…
— Chcą się zemścić, Ciernista Łapo. Dlatego chcą zmiany. W końcu dostrzegają pęknięcia w Klanie Burzy. Nareszcie. Niektórzy wcześniej... tak jak ja, Nieustraszony Chomik... oraz ty, ale bez poparcia nic byś nie zrobił. Te króliki boją się wszystkiego, co nowe, dlatego teraz cierpią. My jesteśmy zającami. My wiemy, co robić. Nie boimy się nowości, bo zmiana jest dobra. Jesteśmy od nich lepsi.
— Myślisz, że jest szansa pozbyć się go? Przejąć władze? Ty i ja… Z pomocą reszty na pewno udałoby się coś zrobić. Wystarczyłby tylko dobry plan…
— Ależ oczywiście. Dlatego to ciebie poleciła mi Nieustraszony Chomik — miauknął, a wtedy przybrał nieco smutną minę. — Twój ojciec... czy myślisz, że wszystkiemu dałoby się zapobiec, gdyby Królicza Gwiazda wziął się w garść?
— Kto wie, być może… A może od dawna był po prostu zepsuty. Nie jestem w stanie tego stwierdzić na sto procent, widocznie nie znałem go na tyle dobrze. Wiem za to jedno, Królicza Gwiazda jest u schyłku życia. Kto wie kogo wybierze Zawodzące Echo na nowego zastępcę. Skoro Królicza Gwiazda wybrał go, to może miał w tym interes. Co jeśli będzie on taki sam?
— No właśnie. Cóż... Mimo wszystko coś do ciebie mają, sam to przecież wiesz. Myślisz, że czemu opóźniają twoje mianowanie? Przecież już wszystko umiesz, Ciernista Łapo. Twoje rodzeństwo już dawno wkroczyło w ich szeregi.
— Z tym muszę się zgodzić. Od dawna czekam na nie, a nawet Berberys został mianowany przede mną! Może widzi we mnie zagrożenie. Kto wie, może i nawet w tobie, Pierzasta Łapo? Dlatego nie chce nas jeszcze mianować…
— Oni coś knują, Ciernista Łapo. Być może myślą, że stanowimy zagrożenie; nic bardziej mylnego. My chcemy dobrze. Jak najlepiej dla nas, dla naszych pobratymców, braci i sióstr — mówił. — Zawodzące Echo czeka, aż ten stary dziad zdechnie i wtedy położy łapska na jego, śmierdzącym od chorób, lenistwa i starości, tronie. Oni chcą sprowadzić na Klan Burzy klęskę, ale ja na to nie pozwolę. Ani ty, jeśli się do nas przyłączysz, Ciernista Łapo. Wiem, że chcesz się zemścić... — szepnął ostatnie zdanie, a wtedy przybliżył się do ucznia. Nie dzieliło ich więcej niż krótki wąs. Pewny siebie uśmiech Pierzastej Łapy mógł nieco onieśmielać Ciernia, który właśnie mieszał swoje ciepłe powietrze z oddechem rudego ucznia. — Pragniesz tego. A ja? Ja ci mogę to zapewnić. Po prostu mi pomóż... a ja pomogę tobie~ — wydał z siebie niski, acz melodyjny, hipnotyzujący szept.
— … Zgoda. Pomogę, ale czy będę z tego miał coś więcej? Nie oczekuję wiele, samo pozbycie się go jest dla mnie nagrodą, ale wiesz…
Pierzasta Łapa nie cofnął się.
— Aaaaale?
— Przydałoby się mieć coś więcej z tak ryzykownej akcji…
— Co proponujesz? — wymruczał. — Nie mogę ci niczego zagwarantować prócz zemsty, Ciernista Łapo. Posady ci również nie zapewnię, jeśli nie uda nam się wyeliminować Echa. Póki co... musimy skupić się na rozsianiu ziaren buntu, chęci zmiany i zemsty wśród Burzaków. Proszę, porozmawiaj z Dzikim Berberysem. Dodaj, aby porozmawiał jeszcze ze Zwiewnym Makiem. Resztą zajmę się sam, wraz z oszacowaniem twojej... nagrody.

•.¸¸.•*`*•.•ஜீ☼۞☼ஜீ•.•*`*•.¸¸.•

Wrócili szybciej, niż Pierzasta Łapa przewidywał. Akurat na czas; Cyklonowe Oko już się rozciągał w legowisku wojownika. Zanim przyszedł po ucznia, rudy uroczo udawał głęboki sen. Kremowy wojownik zbudził go kilkoma nawoływaniami. W ciszy wyszli z obozu, ale wzięli ze sobą Bąbelkową Łapę. Zazwyczaj tak ich treningi się zaczynały i kończyły. W środku Pierzasta Łapa komentował futro mentora, a Cyklon zdawał się na to przymykać oko. Chyba kocurek będzie musiał sam się za to zabrać.
Kremowy wojownik nagle stanął i obrócił się w ich stronę.
— Waszym zadaniem będzie współpracować w parze, aby upolować zająca. Macie czas dopóki słońce nie znajdzie się na samej górze.
Uczniowie spojrzeli w niebo. Kula światła ledwo, co się wychyliła. Mieli spoooro czasu. Pierzasta Łapa odetchnął z ulgą; umiał polować na króliki, a Bąbel był w tym mistrzem. Poradzą sobie; na pewno!

•.¸¸.•*`*•.•ஜீ☼۞☼ஜீ•.•*`*•.¸¸.•

Wrócili z małym, wychudzonym zającem. Pora Nagich Drzew zaczęła sięgać i po zwierzynę. Odłożyli go na stertę. Chwilę później usłyszał nawoływanie Zawodzącego Echa. Na górze wieży stał jego kochany, sędziwy przywódca. Królicza Gwiazda.
Nie spodziewał się mianowania… nie w tej chwili. Jednakże, co miał on do gadania? Szczęście mu ostatnio nieźle dopisywało. A ta Skrzecząca Pokraka może się udławić…
Szedł z Króliczą Gwiazdą, Zawodzącym Echem, Cyklonowym Okiem, Rudą Lisówką i Bąbelkową Łapą u boku. Mieli ledwo jedenaście księżyców na karku, a już się mianowali! I pomyśleć, że jeszcze niedawno co Królik chciał go sprzedać Wilczakom.
Dotarli do Kamiennych Strażników, gdy słońce znalazło się na górze. Królicza Gwiazda ich spowalniał; bez niego już by wracał z groty.
— Myślisz, że jakie imię dostaniesz? — z zamyśleń wyrwał go szept braciszka. Spojrzał w jego stronę. Jaki chuderlak… Pierze najwyraźniej był jedynym z braci, który tu dbał o formę i mięśnie.
— Hmm… pewnie jakieś… nudne. Pierzasty Ogon, Pierzasta Grzywa…
— Ja bym chciał się nazywać Bąbelkowy Plusk — odparł czekoladowy.
— Aha… no to… super… — wymamrotał niechętnie. Miał nadzieję, że jego wianek wciąż się trzyma… i że Lodówkowa Łapa nigdzie nie zapodziała swojego.
Przecisnęli się jakoś przez tunel, po czym skierowali się do rdzawej ściany. Królicza Gwiazda stanął przed Pierzastą Łapą.
— Ja, Królicza Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego… ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. Pierzasta Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— … Przysięgam.
— … A więc, mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika… — zakaszlał. — … Pierzasta Łapo, od tej pory będziesz znany jako… ekh… Tańcujące Pierze. Klan Gwiazdy ceni twoją pracowitość oraz ambicję, oraz… ekh, ekh… wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy, ekh.
Zapadła między nimi wymowna cisza. Tańcujące Pierze patrzył to na ścianę, to na przywódcę.
— … I co teraz?
Echo wkroczył do akcji. Czyżby nie było już farby? Nieee, na pewno nie o to im chodziło. Tańcujące Pierze pochylił się na bok, próbując zobaczyć, co ten zastępca szponcił. W tym czasie Królicza Gwiazda ochrzcił kolejnego nowego wojownika, nazywając go Bąbelkowym Pluskiem. Na nieszczęście Króliczego Bobka, tego dnia dwojga synów uciekinierów umoczyli łapy w wręcz krwistej barze, wyróżniając się na większości pomarańczowym tle. Co ciekawe, Księżycowego Odłamka nie było; jego ulubionego kronikarza. Zastanawiał się czy był to zbieg okoliczności i zwykły przypadek, czy może siła wyższa za tym stała. No bo… on? Nieobecny? Na JEGO ceremonii? Musiał mieć coś bardzo ważnego, że przepuścił taką piękną uroczystość.
Wracając do obozu, wziął stare posłanie Śpiewki i położył gdzieś w legowisku wojowników. Wyróżniało się ono kwiatami, które wplótł obecny właściciel. Miał tylko nadzieję, że nie spał przy Skrzeczącej Pokrace… nie chciałby znowu zostać opluty przez tą niewychowaną sukę.
Era małego ognia się skończyła…
… aby zrobić miejsce następnej erze wielkiego pożaru.
Pożar, który spali wszystko, co niegodne tego świata. Pożar, który oczyści grzeszników z win i kary, niczym ojciec przebaczający swojemu marnotrawnemu synowi.
A Tańcujące Pierze to zapewni.


<Ciernista Łapo, może to tylko ciebie nie lubią głowy Klanu Burzy?>