BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 8 lutego, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

31 stycznia 2026

Od Pustułkowego Szponu CD. Wąsatki (Wąsatkowej Łapy)

Przeszłość

Pytanie Wąsatki o matkę długo wisiało w powietrzu, jeszcze po tym, jak wojownik opuścił żłobek, podrzucając śpiącą córkę królowej, u której boku spoczywała trójka rodzeństwa. Na ten widok zatrzymał się na chwilę, przypominając sobie czas, gdy zamiast nich przebywały inne kocięta, a mianowicie Gwiazdnicowy Blask, Mglisty Sen i Zaćmiony Horyzont. Na samą myśl o tak naprawdę dwójce zdrajców, machnął gniewnie ogonem i w ciszy posprzątał po swoim posiłku. Oczywiście parę piór pozostawił, by kocięta miały się czym bawić, a jak nie to dodać je do legowisk królowych — niby nie byłoby to nic wielkiego, ale zawsze coś.Pustułkowy Szpon bez obaw o biało-czarną kotkę, udał się na patrol. Zbliżał się koniec pory opadających liści, podobnie jak przyszłe ceremonie mianowania kociąt. Miał nadzieję, że tej uda się przetrwać samotną noc w lesie, pomimo swojej niepełnosprawności związanej ze wzrokiem.
“Co za ironia losu. Półślepy wojownik ratuje życie kociakowi, który ma także problemy z oczami” — pomyślał, przechadzając się po terenach klanu. Oprócz odbycia łowów miał zamiar poszukać samotnych kotek, z nadzieją, że trafi na tę, która się okaże matką Wąsatki. Oczywiście nie miał zamiaru jej oddać biologicznej rodzinie — widać było, jak bardzo się odpowiedzialni, skoro młódka niemal się utopiła. Plan miał prosty, a jednak dość niemoralny. Miał zamiar pozbyć się samotniczki, by później przekazać córce, że ta niestety albo stety nie żyje. A jak mu się to nie uda, to po prostu wciśnie koteczce jakieś kłamstwo, była łatwowierna i zapatrzona w niego jak w ostatni cud przodków, co zamierzał wykorzystać, nim zacznie oswajać brązowooką, z tym że Mroczna Puszcza sprawuje opiekę nad klanem, w tym nad żyjącą częścią rodziny Pustułka.

***
Mianowanie Wąsatki

Pora nagich drzew zawitała na terenach Wilczaków akurat w momencie, kiedy to pewne kocię miało odbyć swój pierwszy test. Ów sezon nie był sprzyjający pod żadnym względem, dlatego też czekoladowy wojownik po zapadnięciu zmroku nie udał się do legowiska, tylko czekał skryty w cieniu rzucanym przez ściany obozu. Miał doskonały widok na żłobek i grupkę kotów, które po chwili zaczęły wyprowadzać przyszłą uczennicę lub posiłek dzikiego zwierzęcia.
— Tato! Tato, pomóż mi! Ktoś chce mnie porwać! — zaczęła panikować jego przybrana córka, lecz on nawet nie drgnął na jej zawodzenie. Ostatnio opowiadał jej o tradycji, w jaki sposób młode koty zostają uczniami, więc pozostało mu jedynie wierzyć w to, że wtedy Wąsatka nie odleciała gdzieś myślami i zapamiętała przekazane informacje.
Kiedy tylko niewielka grupa zniknęła w tunelu, Pustułkowy Szpon podniósł się z dotychczasowego miejsca, aby nieco się ogrzać w legowisku, dopóki kocięta nie zostaną przeprowadzone z powrotem do obozu. Wygodnie umościł się na swoim legowisku, które w końcu nie było wyleżaną kupą mchu, służącą jako jego posłanie przez jakiś czas po śmierci Makowego Nowiu. Strata matki była czymś o wiele bardziej bolesnym niż odejście Warczącego Lisa i nadal nie mógł się pogodzić z tym, że tamtego dnia tak uparcie trzymał się miłości do Poziomkowej Polany. Był w stanie oddać wszystko dla młodszego kocura, lecz jak widać, ten nie był w stanie nic poświęcić dla możliwego partnera. Teraz w jego sercu zamiast miłości płonął żar zemsty i żądza krwi. O dziwo w tym zepsutym ognisku był też zalążek, mały płomyczek oznaczający miłość do przybranej córki. Wszystkie te emocje były zmienne pod względem ilości i intensywności, dlatego też na co dzień przeważał błysk ojcowskiej troski i umiłowanie do nieco nieporadnej znajdki.
Pochłonięty myślami zawinął się w kłębek, dziękując za swoją półdługą sierść, w wyniku której aż tak nie marzł w chłodnej porze nagich drzew. Jego umysł zaczęła przysłaniać mgła zmęczenia po całym dniu, a już w szczególności po długich zabawach z Wąsatką, którą chciał wyjątkowo zmęczyć, by ta nie awanturowała się, gdy będzie odprowadzana do lasu. Cóż, widać jak mu to wyszło, lecz stwierdził, że to wina jej nadal kocięcej natury, gdzie wystarczyła dłuższa drzemka, by młódka była zwarta i gotowa do dalszych psot. Ciężko westchnął, starając się nie myśleć o wyborze mentora dla młódki przez Zalotną Gwiazdą. Miał nadzieję, że ich umowa chociaż trochę mogła sprzyjać temu, by ten zajął się szkoleniem przybranej córki. W końcu w klanie byli inni młodsi i sprawniejsi wojownicy od niego, którzy byliby idealnym kandydatami.
W końcu odpłynął, pozwalając ciału zregenerować się po ciężkim dniu. Niestety miał wrażenie, że ledwo, co zamknął oczy, a już słyszał zbiorowisko na polanie. Czując się jeszcze bardziej zmęczonym niż wcześniej, podniósł się leniwie z posłania i wyszedł na zewnątrz. Od razu został zaatakowany chłodne powietrze, które w ciągu uderzenia serca rozbudziło go całkowicie, odganiając dotychczasowe znużenie. Zielonooki na krótki moment napotkał spojrzenie liderki, mając wrażenie, że ta niemal niezauważalnie skinęła w jego stronę głową. Miał nadzieję, że ten gest oznaczał to, co myślał.
— Wąsatko, ukończyłaś już sześć księżyców i przeżyłaś noc w lesie. To czas najwyższy, byś została uczennicą — ogłosiła, patrząc prosto na czarno-białą koteczkę, która stała teraz otoczona przez innych wojowników. — Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika, będziesz nazywać się Wąsatkowa Łapa. Twoim mentorem zostanie Pustułkowy Szpon, gdyż wierzę, że on najlepiej spełni twoje potrzeby, biorąc pod uwagę wasze… niepełnosprawności — oznajmiła, a jej kąciki ust uniosły się do góry w uśmiechu. W tym czasie wymieniony wojownik wyszedł z szeregu, by podejść do córki i dotknąć ją nosem w czoło. Nie umknęło jego uwadze to, że początkowo zaczęła się zdezorientowana rozglądać, jakby nie wiedząc, że jej przybrany ojciec został mentorem młódki.
— Tato… kto to jest Pustułkowy Szpon? — zapytała cicho.
— Wąsatko, to ja… — odparł czekoladowy, patrząc na nią ze zdziwieniem. Koteczka zmarszczyła brwi, a chwilę później klan zaczął skandowanie imienia nowej uczennicy:
— Wąsatkowa Łapa! Wąsatkowa Łapa! Wąsatkowa Łapa! — krzyczeli wszyscy. Gdy wojownicy mieli już podejść do młódki, by pogratulować jej nowej rangi, przerwała im Zalotna Gwiazda z jeszcze jednym ogłoszeniem. Te jednak nie interesowało czekoladowego wojownika, który tylko czekał na koniec zebrania, by jeszcze dziś rozpocząć trening z córką.
Kiedy tylko starsza ogłosiła zakończenie, Pustułkowy Szpon poczuł, jak uczennica przytula się do jego łapy. Powstrzymał cisnące się westchnienie, zauważając, że Wąsatkowa Łapa nieco zmarzła w tym lesie.
— Tato? Czego mnie dziś nauczysz? — zapytała, podnosząc na niego zmęczony, trochę nieobecny wzrok. — Pokażesz mi, jak polować na drozdy?
— Nie — odpowiedział krótko i stanowczo, lecz nim młodsza zdążyła mu przerwać, kontynuował: — Dziś zapoznasz się z terenami naszego klanu oraz zobaczymy, jak mocno jesteś ograniczona przez problemy ze wzrokiem. — Schylił łeb i nieco szturchnął brązowooką, by ruszyła z nim poza obóz.
Kiedy tylko oddalili się wystarczająco daleko, poczuł, jak dotychczasowy ciężar spada z jego barków. Nie chciał być za bardzo oschły dla córki, lecz był kultystą, a w dodatku pół ślepym wojownikiem. Szkolenie córki było dla niego szansą, by nikt nie wątpił w jego umiejętności.
— A więc, Wąsatko, wiem, jak mogłem zabrzmieć w obozie, lecz nie uważam, byś była w jakimś stopniu niepełnosprawna. Nie ty decydowałaś o tym, co będzie z twoimi oczami, dlatego też musisz się starać dwa razy bardziej niż inni — oznajmił, spoglądając na młódkę po swojej lewej stronie. — Twoja babcia, Makowy Nów, pomogła mi po stracie oka. Musiałem na nowo trenować, dostosowując styl walki do swoich ograniczeń. Ty masz nieco łatwiej, gdyż od początku żyjesz z takim, a nie innym wzrokiem. Wszystko to może brzmieć okrutnie, brutalnie, lecz nasz klan musi być silny, a wystarczy tylko jedno słabe ogniwo, by popadł w ruinę.

<Wąsatko? Pamiętaj, ojciec chce dla ciebie, jak najlepiej>
[1177 słów — trening Wąsatkowej Łapy]

30 stycznia 2026

Od Jagnięcej Łapy CD. Promiennej Łapy

 Ruda uczennica poczuła lekkie zakłopotanie na wyznanie Promiennej Łapy. Według młodszej miała ładne oczy? Naprawdę młodsza tak myślała, czy mówiła tak, tylko by sprawić jej przyjemność? Nie, na pewno nie. W końcu słowa koteczki brzmiały naprawdę szczerze. Poza tym, dlaczego szylkretka miałaby ją okłamywać? Nie miała ku temu powodów. Co więcej, nie wydawała się negatywnie nastawiona do niebieskookiej kocicy. Może to była szansa dla Jagienki, by znaleźć kolejnego bliskiego kota pośród innych z Klanu Klifu? Niekoniecznie w relacji przyjacielskiej, ale chociaż by mieć kogoś do kogo mogła otworzyć pyszczek. Porozmawiać bez obawy, że zostanie odpędzona, skrytykowana czy potraktowana jak wróg. Wiedziała, że rany tkwiące w sercach większości tych kotów mogły być długie lub nawet wieczne. Zdawała sobie z tego sprawę już na samym początku jej pobytu w obozie Klanu Klifu. W końcu jako więzień była często pomijana zarówno w kwestiach zdrowotnych, jak i posiłkowych. Cudem było, gdy ktoś pofatygował się do jej ówczesnego legowiska i wrzucił jakiekolwiek resztki ze stosu. Kiedy miała zainfekowane oko, sama się z tym uporała, chociaż pilnujący jej wojownik nie był zadowolony z tego. Jednak rudo futra nie chciała stracić wzroku. Poza tym posiadała wiedzę, a jej łapki paliły się, by móc znowu komuś pomóc. Co z tego, że w tamtym momencie to ona potrzebowała pomocy. Udzieliła sobie wsparcia zdrowotnego? Tak, więc uspokoiła świerzbiące ją łapki. Tyle jej starczyło. Wtedy też została dostrzeżona przez Ćmi Księżyc, ale wtedy jeszcze nie wiedziała, co to miało dla niej oznaczać. Owszem, była zaskoczona, gdy wyznaczono ją na uczennicę medyczki. Widziała i czuła wtedy jeszcze większą niechęć. Nie mogła się temu dziwić. Nie dość, ze samotniczka to jeszcze członkini niebezpiecznej grupy i rzekoma sojuszniczka Klanu Wilka. Mało kogo obchodziło, że zdradziła swoich, by pomóc klifiakom i uprzedzić przed zagrożeniem. Musiała zostawić swoją miłość życia, którą straciła bezpowrotnie. Oddała serce Taniec, a Terepsychora jej tylko po to by ostatecznie ich piękna relacja obróciła się w pył i to z jej winy. Naprawdę kochała Taniec, a teraz nawet nie mogła poczuć jej ciepła. W ogóle w kwestii czułości mogła tylko pomarzyć. Nikt nie chciał się z nią na tyle zaprzyjaźnić, a Pietruszkowa Błyskawica była zbyt zajęta, by nawet do niej zajrzeć. Nie miała jej tego za złe. Nie mogła. Pietruszka miała własne życie i ona to szanowała. Zresztą wojowniczka i tak zrobiła dla niej wiele. Towarzyszyła jej, gdy jeszcze mieszkała z innymi kotkami. Zabierała na spacer i zawsze starała się nią zaopiekować, by ta się nie bała. Do dziś Jagnięca Łapa miała obawy przed otwartymi przestrzeniami. Brak pazurów jej nie pomagał. Cieszyła się, że nie musiała wychodzić zbyt często. Mało tego, jeśli nawet wychodziła to nie sama. Towarzystwo Ćmiego Księżyca koiło jej nerwy. Doceniała jej obecność.

— Jagnięca Łapo? — przerwał jej głos Promiennej Łapy. Skutecznie wyrwało ją to ze wspomnień. Zamrugała parę razy i odkaszlnęła.

— Promienna Łapo? Przepraszam, odpłynęłam na chwilę myślami. Mam nadzieję, że wybaczysz mi tę niedogodność — mruknęła z wyraźną skruchą. Nie chciała trzymać szylkretowej uczennicy w takiej ciszy.

— Nie szkodzi, każdy się czasem zamyśli — wymruczała młodsza. Jagnięcej Łapie ulżyło po tych słowach. Nie chciała robić sobie wrogów. Nie lubiła ich mieć. Najwyraźniej miała zbyt delikatne i miękkie serduszko.

— Dziękuję, to o co pytałaś? — spytała z wyraźną skruchą. Promienna Łapa lekko ją dotknęła łapką, by ją uspokoić. Jagnięca Łapa się nie odsunęła. Wzięła kilka głębszych oddechów, by ostatecznie się uspokoić.

— Dziękuję Promienna Łapo. Naprawdę jesteś promyczkiem ciepełka — wymruczała cicho uczennica medyczki. Promyk kiwnęła lekko łebkiem i się poprawiła. Spojrzała Jagience w oczka.

— Pytałam, jak to jest być uczennicą medyczki i jakim cudem nie przeszkadza ci zapach ziół — miauknęła łagodnie młodsza. Rudzinka owinęła ogonem swoje drobne łapki. Jej kobaltowe oczka na moment uniosły się ku górze. Tym razem pilnowała, by nie zostawiać młodszej dłużej bez odpowiedzi.— Zacznę nieco od fragmentu mojej historii — mruknęła, przenosząc niebieskie spojrzenie na przyszłą wojowniczkę.

— Leczeniem kotów zajmuję się już jakiś czas. Wszystko zaczęło się od tego, kiedy mój współlokator doprowadził do tego, że uciekłam z domu. Wcześniej zranił mi pyszczek, ale udało mi się zażegnać ten kryzys. Wtedy też spotkałam Ino, która była zielarką i wprowadziła mnie bardziej w świat ziół. Odkąd nabyłam doświadczenia w tej dziedzinie, starałam się ją wykorzystywać. Od zawsze lubiłam zapach ziół. Wiem, że dla niektórych ich woń bywa drażliwa. Mnie osobiście relaksuje. W każdym razie ostatecznie zostałam więźniarką w tym klanie. Sporo czasu spędziłam w miejscu przeznaczonym dla kotów tej rangi. Będąc szczerą, nie do końca wierzyłam, że kiedykolwiek uda mi się zmienić swój los — przyznała w końcu. Przerwała na moment opowieść, by wziąć głębszy oddech. Najchętniej teraz nawilżyła swój pyszczek, ale chwilowo nie miała na to za bardzo czasu. Nie chciała zostawiać koteczki samej, bo najpewniej ta miała swoje obowiązki. Nie mogła i nie chciała zbyt długo jej przetrzymywać w legowisku medyka Wyczuwała, że zapach leczniczych roślin nie sprawiał jej zbyt wielkiej przyjemności.

— Wracając już konkretniej do twojego pytania, byłam naprawdę zaskoczona, kiedy ogłoszono mnie uczennicą medyczki. Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek otrzymam klanowe imię, ani tym bardziej tak ważne stanowisko. Kocham leczyć innych, ale trudno jest pomóc komuś, kto ciebie nienawidzi i unika. Wiem, że moja osoba źle im się kojarzy, ale ja naprawdę nigdy nie chciałam zranić kogokolwiek. Nie zamierzałam nikomu zaszkodzić. Oczywiście nie mogę mieć im za złe tego podejścia, ale jednak jakie znaczenie ma moja ranga, jeśli nikt nie będzie chciał przyjść do mnie po pomoc? Nie chcę, by wysiłki Ćmiego Księżyca na tym ucierpiały. Wiem, że nie mam na to wpływu. Jednak nie chcę zawieść tak wspaniałej kotki, jak moja mentorka. Ona zasługuje na wszystko, co najlepsze — odparła. Przymknęła na moment kobaltowe oczka. Kiedy je otworzyła, dostrzegła lekko rozdziawiony pyszczek Promiennej Łapy. Nie wiedziała tylko, jak miała to zinterpretować. Czyżby zanudziła uczennicę swoim gadaniem? Wywarła na niej wrażenie, a może przerażenie i niechęć? Miała tyle pytań i zero odpowiedzi.

— Zanudziłam cię Promienna Łapo? Przeraziłam? Jeśli tak, to bardzo przepraszam. Nie chciałam zarzucić cię tyloma słowami. Chyba musiałam to wszystko z siebie wyrzucić — uśmiechnęła się wyraźnie zakłopotana. Odwróciła pyszczek od młodszej i utkwiła go w punkcie przed sobą. Spodziewała się każdej reakcji ze strony przyszłej wojowniczki.

— Promienna Łapo jesteś jedyną, której opowiedziałam chyba tyle na swój temat — dopowiedziała. Zdecydowanie powiedziała zbyt wiele, ale czy było się czemu dziwić? Musiała się wygadać tak jak każdy kot. Nie była przecież wyjątkiem. Do tego młodsza w jakiś przedziwny sposób wywoływała w niej intuicyjne zaufanie. To było głupie, a jednak nic nie mogła z tym zrobić. Przeniosła wzrok na łapki. Czekała w napięciu na reakcję młodszej uczennicy. Nie była świadoma, jak bardzo końcówka jej ogona drżała.

<Promienna Łapo?>

[1075 słów]

Od Mirtowego Lśnienia CD. Źródlanej Łuny

— Przyszedłeś się patrzeć, czy porozmawiać? — zapytała, a w jej głosie pobrzmiewała ostrość, podszyta jednak ledwie uchwytną nutą żartu, jakby chciała rozładować napięcie, zanim to zdążyłoby sięgnąć jej własnego serca. Po chwili jednak jej spojrzenie stwardniało, a w bursztynowych oczach przemknął cień czujności. — Jesteś bardziej marudny niż zwykle. Coś cię trapi?
Mirtowe Lśnienie zastrzygł uszami, reagując nie tyle na słowa siostry, co na wir myśli, które kłębiły się w jego głowie niczym burzowe chmury nad obozem. Przejechał powoli parą swych żółtych, niemal złocistych oczu po wnętrzu żłobka — po gniazdach uplecionych z mchu i piór, po cienistych zakamarkach, w których unosił się zapach mleka, ciepła i świeżego życia. Było tu ciszej niż w reszcie obozu, lecz ta cisza nie przynosiła ukojenia; przeciwnie, zdawała się ciążyć mu na barkach…
Nigdy nie spodziewał się, że to właśnie jego siostra zostanie matką. Ironicznie, był przekonany, że to on ułoży sobie życie osobiste, a jej wszyscy będą współczuć czy coś w tym rodzaju. Tymczasem los zakpił sobie z jego wyobrażeń, splatając przyszłość Łuny z kociętami, a jego samego pozostawiając z uczuciem dziwnej pustki i niepokoju, którego nie potrafił nazwać.
Westchnął cicho, niemal bezgłośnie, jakby bał się zakłócić kruchą równowagę panującą w żłobku. Przez kilka uderzeń serca wpatrywał się w Strzępka, obserwując delikatny ruch jego boków unoszących się w rytmie spokojnego snu. Potem jego wzrok powędrował ku Szronce, ziewającej cichutko, wtulonej głęboko w mszyste posłanko.
Parsknął cicho, a jego wąsy zadrżały lekko, gdy z niedowierzaniem przyglądał się kociętom — małym, bezbronnym istotom, które jeszcze nie znały zapachu lasu ani chłodu porannej rosy. Ich obecność była niemal namacalna, wypełniała przestrzeń żłobka ciepłem i czymś jeszcze… czymś, co niepokoiło go bardziej niż otwarty konflikt.
Nie wiedział, co powinien powiedzieć siostrze. Czy miał na nią nakrzyczeć, wyrzucić z siebie gniew i lęk, które dusiły go od środka? A może spiąć się, przywdziać maskę obojętności, udając, że to wszystko go nie dotyczy? Myśl o milczeniu wydawała się najłatwiejsza, lecz jednocześnie najbardziej tchórzliwa. Łuna, choć nie wyglądała na szczególnie wzruszoną, tkwiła przecież w sytuacji, którą nawet najłagodniej można było określić jako trudną.
Przez dłuższą chwilę krążył po żłobku, stawiając kroki ostrożnie, jakby każdy szelest mchu mógł obudzić kocięta lub zdradzić jego wewnętrzne rozdarcie. W końcu zatrzymał się przed Łuną, czując, jak ciężar niewypowiedzianych myśli osiada mu w gardle.
— Łuno… — zaczął w końcu. Jego głos był przytłumiony, jakby grzązł w gęstym powietrzu żłobka, ale pobrzmiewała w nim szczerość i niepewność, których nie potrafił już ukryć. Uszy miał lekko położone po sobie, a spojrzenie błądziło między drobnymi ciałkami kociąt skulonych w gnieździe z mchu.
Westchnął cicho.
— Nie chcę być nieuprzejmy — mruknął — ale… nie wiem, co mam myśleć, kiedy na nie patrzę. — Jego wzrok na moment zatrzymał się na jednym z malców, po czym odwrócił się gwałtownie, jakby widok ten parzył go w oczy. — Nie wiem, jak mogłaś zrobić to sobie. A tym bardziej im.
Jego ogon drgnął nerwowo, zamiatając ściółkę.
— Nie mam zamiaru brać w tym udziału — ciągnął dalej, a w jego głosie pojawiła się twardsza nuta. — Nie myśl sobie, że to znaczy, że nie czuję gniewu. Czuję. I to jak. Ale… — zawahał się, szukając słów — po prostu nie sądzę, żebym chciał dzielić z tobą ten ciężar.
Zapadła cisza, przerywana jedynie cichim popiskiwaniem kociąt. Kocur poruszył ogonem wolniej, już bez złości — raczej ze zmęczeniem.
— Nie wiem, co jeszcze mógłbym ci powiedzieć — dodał ciszej. — Nie wiem też, co zrobię z tą wiedzą. — Parsknął krótko, bez cienia wesołości. — Zabawne… Ojciec zawsze widział w tobie ideał. Wzorową córkę klanu. — Spojrzał na nią spod półprzymkniętych powiek. — Chyba zawsze mnie to bolało, choć nigdy się do tego nie przyznałem… — uniósł lekko kąciki pyska w gorzkim uśmiechu — Po tym wszystkim stoimy przynajmniej na równym poziomie, co? Hah.
Zamilkł. Siedział tak przez dłuższą chwilę, nieruchomy jak kamień, wpatrując się w ścianę żłobka, jakby odpowiedzi miały zaraz przebić się przez jego kamienne ściany.
— Czasem łudzimy się, że wszystko potoczy się dobrze — odezwał się w końcu, niemal szeptem — nawet jeśli Gwiezdni wysyłają same złe znaki. — Odwrócił głowę w jej stronę. — Wiedziałaś o tym, gdy spotykałaś się z tamtym kocurem.
Nie dał jej szansy odpowiedzieć.
Podniósł się, strząsnął z futra źdźbła mchu i bez oglądania się ruszył ku wyjściu. Jego sylwetka na moment odcięła się na tle jasności obozu, po czym zniknęła za progiem żłobka, pozostawiając po sobie tylko ciszę.


***


Niebo spowijała nieprzyjemna, nienaturalna biel, która zamiast przynosić ukojenie właściwe świeżemu śniegowi, ciążyła nad lasem niczym martwa zasłona, podczas gdy lodowaty wiatr, nieustępliwy i ostry, szarpał futrami wszystkich wojowników, jakby próbował przypomnieć im, jak kruche było ich istnienie w obliczu tej pory roku. Był to jeden z tych męczących okresów, w których śnieg, maskując glebę swoją jasną osłoną, odbierał klanowi nie tylko dostęp do zwierzyny, lecz także złudzenie kontroli, sprawiając, że każdy dzień zdawał się dłużyć w nieskończoność, jakby czas sam w sobie postanowił igrać z losem klanowych kotów, obserwując ich z niewidzialnym, złowieszczym uśmiechem.
Mirtowe Lśnienie westchnął cicho, gdy jego wzrok powędrował ku obozowisku przywódcy, gdzie Judaszowcowa Gwiazda, coraz słabszy i przygarbiony, spędzał długie chwile w bezruchu, co tylko potwierdzało to, o czym od dawna szeptano w obozie, choć rzadko mówiono o tym głośno. Zdawało się, że każdy to wiedział — że czas przywódcy dobiega końca — ponieważ siwe włoski, które pojawiły się na jego futrze niczym szron osiadający na starych konarach, dostrzegał już niemal każdy, nawet najstarsze koty klanu.
Na pysku rudego wojownika pojawił się uśmiech, powolny i rozmarzony, gdy w myślach odtwarzał wizję przyszłości, w której Pikująca Jaskółka zostaje powalona i zapomniana, a jej pozycja zastępczyni, dotąd tak oczywista i niepodważalna, rozpływa się w świadomości klanu, jakby nigdy nie miała znaczenia. Jego ogon drgnął leniwie, gdy na kilka uderzeń serca zapadł w niemal całkowity trans, w którym przestawał widzieć obozowisko, zimno i głód, a skupiał się wyłącznie na obrazie własnej wygranej.
Widział siebie, gdy staje na czele klanu jako Lśniąca Gwiazda, a imię Mirtowe Lśnienie, zwykłe i słabe, znika bezpowrotnie wraz z chwilą śmierci Jaskółki, która w jego myślach była już tylko przeszkodą, a nie żywą kotką. Tak właśnie musiało być, ponieważ sama myśl, że los mógłby potoczyć się inaczej, była dla niego zbyt trudna do przełknięcia, zbyt niewygodna, by pozwolić jej choć na moment zakorzenić się w jego umyśle.
Kilka razy zamrugał gwałtownie, gdy z rozmyślań wyrwały go głosy budzącego się do życia obozowiska, które stopniowo wypełniało się ruchem i cichymi rozmowami wojowników wychodzących ze swych legowisk, otrząsających futra z resztek śniegu. Przełknął ślinę, zanim ruszył w stronę sterty ze zdobyczą, gdzie, zgodnie z jego oczekiwaniami, zastał widok mizerny i rozczarowujący, choć nie na tyle, by odmówić sobie posiłku, nawet jeśli miał on jedynie na krótko stłumić ssący głód.
Zacisnął szczęki na drobnym szczurze, którego chude ciało niemal natychmiast zdradziło, jak niewiele mięsa było w stanie zaoferować. Zamiast ruszyć w stronę legowiska wojowników, zastygł w pół kroku, a jego wzrok, niemal mimowolnie, powędrował ku żłobkowi.
Może powinien zanieść zdobycz tym, którzy zdawali się najbardziej jej potrzebować — tym, którzy nie mieli jeszcze siły, by upominać się o swoje miejsce w klanie, ani głosu, by sprzeciwić się decyzjom starszych. Tak przynajmniej wypadało, nawet jeśli w jego myślach nie było ani krzty altruizmu.
Szarawe, kamienne ściany żłobka, skute mrozem Pory Nagich Drzew, wyglądały surowo i obco, jakby nawet one nie chciały przyjąć na siebie ciężaru nowych istnień.
— Dobrze cię widzieć, Łuno — miauknął w końcu, gdy już upuścił zwierzynę przed siostrą, starając się, by jego głos zabrzmiał neutralnie, niemal uprzejmie, choć w środku coś nieprzyjemnie go uwierało. — Co u ciebie? — dodał po krótkiej pauzie, zerkając na kocięta. — Widzę, że raczej bez zmian…
Przez kilka uderzeń serca jego wzrok powędrował ku górze, jakby szukał odpowiedzi w popękanym suficie jaskini, nim w końcu zmusił się, by spojrzeć siostrze prosto w oczy, w których odbijało się zmęczenie i czujność.
— Już niedługo Judaszowcowa Gwiazda zakończy swoje panowanie, huh? Ależ ten czas leci... — odezwał się cicho, a w jego tonie pobrzmiewała nuta pozornej refleksji. — Jak myślisz… — zawahał się na ułamek chwili — czy Pikująca Jaskółka to dobre następstwo?


<Siostra?>

Od Czajki

Zgromadzenie 10.01.2026

Niebieski zwiadowca cierpliwie czekał, aż nadejdzie moment wymarszu na dzisiejsze zgromadzenie. Księżyc nieśmiało rzucał na nich swą srebrną łunę, kiedy to spora grupa Owocniaków przemierzała własne tereny, a później te należące do klanowych kotów, by dotrzeć na Bursztynową Wyspę. Zimna skała wychynęła na czas pokojowej nocy z morskiej głębiny, mieszcząc jednocześnie dość sporą ilość przedstawicieli czterech klanu oraz jednej społeczności.
Owocowy Las dotarł o dziwo nie jako ostatni, a wręcz jeden z pierwszych, gdyż na wyspie obecnie znajdował się jedynie Klan Wilka oraz Klan Klifu. Niemal od razu wojownicy i zwiadowcy rozproszyli się w tłumie, poszukując towarzyszy do rozmowy. Obserwując, jak Pieczarka zajmuje miejsce obok Nikłej i Judaszowcowej Gwiazdy, Czajka zaczął zagłębiać się we własnych myślach. Odwrócił zmęczony wzrok od przywódców, nie wiedząc, czy był już na zgromadzeniu jako pełnoprawny zwiadowca, czy też nie. Ta cienka, a jednak dużo znacząca granica dla innych zacierała się w jego wspomnieniach. Już dłuższy czas stracił poczucie przemijających dni, możliwe, że od dnia, kiedy jego relacja z Czerwcem stała się nieco napięta, a może nawet i bardziej niż tylko trochę
Zauważając niespodziewanie czekoladowego kocura niedaleko, narodziła się w nim pewna nadzieja. Zgromadzenie to czas pokoju, więc i może będzie to noc, kiedy zakopią topór wojenny. Zaczekał tylko, aż ledwo wyrośnięte pociechy Czerwca rozpierzchną się, pozostawiając starszego samemu sobie. To był właśnie moment, by spróbować naprawić coś, co księżyce temu zaprzepaścił.
— Czerwcu — zaczął, podchodząc od tyłu do kocura, choć ten początkowo nie poruszył choćby koniuszkiem ogona. Szybko i dość niespodziewanie płomień nadziei zaczął przygasać.
— Siadaj — rzekł lodowatym głosem.
— Jak... jak Ci się układa z Miodunką? Twoje kocięta są już uczniami, prawda? — kontynuował młodszy, czując, jak niezręczność ich rozmowy wisi w powietrzu. Przysiadł obok dawnego mentora, z nową nadzieją spoglądając w jego stronę. Czy on naprawdę ma ciągle do niego żal, za to, co zrobiło jako lekkomyślny uczeń pod wpływem emocji? Nawet nie zaszczycił go spojrzeniem swoich żółtych ślepi, wpatrując się w jakiś punkt przed sobą
— Jak widzisz, dobrze sobie radzimy i tak moje kocięta już są uczniami. Dumnymi iskrami nadziei dla Owocowego Lasu — rzekł z dumą w głosie, ale i z czymś, czego nie dało się jednoznacznie określić.
— Nie zawiodły mnie na razie ani razu — dodał, a Czajce zdawało się, że specjalnie podkreśla każde ze słów.
Auć. To zabolało. Lecz niebieski nie dał po sobie poznać, jak dosadność słów trafiła wprost w jego skruszone serce. Na Wszechmatkę, czym on sobie zasłużył? Nie dość, że jego miłość do pewnego kocura była jedną wielką pomyłką, to jeszcze Czerwiec tak łatwo mu nie odpuści.
— Widać, że jesteś z nich dumny i... — przerwał, by wziąć głęboki wdech i wydech dla uspokojenia galopujących myśli. — I przestań się zachowywać jak obrażony kociak — dokończył z zaskakującą pewnością w głosie. — Dąsasz się na mnie, odkąd jako bezmyślny uczeń opuściłem samotnie obóz. Jak długo chcesz chować urazę do tego dnia? To było księżyce temu...
Dopiero po reakcji dawnego mentora doszło do niego, że te słowa mogły być błędem, lecz nie był w stanie ich już cofnąć. Najwidoczniej tego Wszechmatka chciała.
— Uważaj na słowa młodziaku, bo twój niewyparzony język kiedyś sprowadzi cię na złą drogę — rzekł, wcześniej kładąc uszy po sobie i po raz pierwszy przenosząc wzrok w stronę młodszego. Dzięki temu ten mógł ujrzeć w żółtych ślepiach istny gniew i ostrość.
— Owszem chowam urazę. Złamałeś zasady i o mało co nie zginąłeś. Jednak nie tylko to jest powodem. O nie. Przez ciebie mogłem stracić w oczach innych. Mogłem zawieść ojca, a w najgorszym wypadku zostać nazwany mordercą lub współmordercą. Mentor, który nie upilnował ucznia i jeszcze doprowadził do jego śmierci. Dla ciebie to nic, ale dla mnie to coś, co zrujnowałoby mi życie — warknął, a następnie odsunął się od dawnego ucznia, tworząc między nimi jeszcze większą przepaść.
— A niech sprowadza. Mam gdzieś co się stanie, gdyż jedyne, na czym obecnie mi zależy to na naprawieniu tego, co wtedy zniszczyłem — powiedział hardo, nie przejmując się lodowatym tonem, od którego aż nieco najeżyła mu się sierść na ogonie. Szybko to jednak ukrył nagłym machnięciem.
— Dla mnie to nic? Zrujnowałoby Ci życie? A pomyślałeś może o innych? O Kajzerce, moim rodzeństwie, gdybyś się nie zjawił na czas? Co noc dziękuję Wszechmatce, że się pojawiłeś w momencie, by mnie uratować. Naprawdę nie chcę się kłócić, zgromadzenie to czas pokoju... Może Cię to nic nie obchodzić, ale wtedy... byłem rozdarty. Najlepszy przyjaciel mnie unikał, a moje serce tęskno na niego czekało... Jedyne co mi wtedy pomogło to ta wolność wśród gałęzi, której zaznałem pierwszy raz, gdy mnie tam zabrałeś, pokazując mi to... Masz prawo być zły, lecz od tamtego dnia dużo się zmieniło. My się zmieniliśmy.
— Gdybyś nie postanowił się narażać, to nikt nie musiałby cierpieć. Jednak ty dałeś ponieść się emocjom, a co za tym idzie zachowałeś się gorzej, niż Guziczek — mruknął oschle. — A gdybym nie zdążył? Gdybym się tam pojawił po fakcie? Jak myślisz? Co wtedy? Pomyślałeś o tym? A bycie rozdartym tego nie usprawiedliwia. Zwiadowca powinien panować nad emocjami i tyle w temacie — odparł, by po chwili podnieść się z dotychczasowego miejsca.
— Jednak dobrze, nie będziemy się kłócić na zgromadzeniu. Dlatego pozwolę się oddalić. Być może kiedyś dostaniesz szansę naprawienia tego, ale teraz jeszcze nie jest na to czas — dokończył, a następnie zniknął wśród innych kotów.
Przez ten czas Czajka z uwagą słuchał kocura, czując, jak traci nadzieje na odbudowanie tego wszystkiego. Co miał zrobić? Błagać o wybaczenie, bo popełnił błąd? Może powinien, lecz miał nieodparte wrażenie, że to i tak, by nic nie zmieniło. Pozwolił, by czekoladowy odszedł, obserwując z bólem, jak znika w tłumie. Sam po chwili się podniósł z dotychczasowego miejsca, by oddalić się w przeciwnym kierunku. Ból w klatce był porównywalny, jakby ktoś umyślnie deptał jego już i tak strzaskane serce.
Jakiś czas później rozległ się głos Nikłej Gwiazdy, który jako pierwszy przemawiał.
— Niestety, dziś nie rozpoczynam swej przemowy radosnymi wieściami — odrzekł i zrobił pauzę. — Nie tak dawno okazało się, że Klan Wilka własnym mlekiem wykarmił grupę zdrajców! Uciekli oni jak najzwyklejsi tchórze, pozostawiając swoje dzieci, partnerki, całe rodziny! — mówił donośnie. — To jednak nie wszystko. Te same koty dopuściły się najgorszych morderstw na własnych pobratymcach i spiskowały z parszywymi samotnikami, by doprowadzić do śmierci naszych wojowników. — Skrzywił się. — Te koty odwróciły się od przodków, od kodeksu, od własnego klanu, który wykarmił ich i przez księżyce zapewniał schronienie. Zależy mi, aby wszystkie klany czujniej obserwowały swoje granice. Nie wiemy, gdzie ci zdrajcy odeszli, ale nadal mogą stanowić zagrożenie. Skoro są w stanie posunąć się do morderstwa na kocie, z którym dzielili wcześniej legowisko, to co mogą zrobić obcym wojownikom? Nie chcemy, by ktokolwiek łączył ich z naszym klanem. — Kocur obserwował przez chwilę zbiorowisko, które mocno się poruszyło. Ktoś tłumu zawołał, że kocur powinien wyjawić tożsamość zbiegów, by inne klany wiedziały na kogo uważać. Nikła Gwiazda szybko spełnił to życzenie: — Było ich kilkoro. Rysi Trop, niebieska kotka z kremowymi pasmami i brązowymi oczami, Miodowa Kora, liliowy kocur z krótkim ogonem, Kosaćcowa Grzywa, prawie całkiem okryty bielą, jedynie ze srebrzystymi uszami i ogonem, nasza własna medyczka, Jarzębinowy Żar o pstrokatym, szylkretowym futrze, biało-brązowy Szczawiowe Serce, płowy szylkret zwany Poziomkową Polaną, czarny Mglisty Sen o długiej brodzie, Zapomniana Koniczyna o niebiesko-białym futrze i wychudzonej budowie, Porywisty Dąb o srebrzysto czekoladowej okrywie oraz najmłodszy, najprawdopodobniej zmanipulowany przez pozostałych, Stroczkowa Łapa, kremowo biały kocurek! — skończył zmęczony.
Po dość długim monologu do Wilczaka zwrócił się lider Klanu Klifu, co sprawiło, że Nikły jeszcze na chwilę zabrał głos:
— Dla bezpieczeństwa nas wszystkich, chciałbym przytoczyć sposób działania tych kotów. Jeden z nich, jeszcze jako uczeń, zaprowadził naszego wojownika w sidła samotnika, który następnie brutalnie go rozszarpał. Własnymi łapami zabił natomiast inną uczennicę, z którą jeszcze rano smacznie chrapał bok w bok na mszystym posłaniu... — wycedził przez zaciśnięte zęby. — To podstępne koty. Wyrachowane. Wszyscy zdawali się zwykłymi kotami, wiernymi przodkom, jednak prawda okazała się inna...
Kiedy Judaszowcowa Gwiazda upewnił się, że nadeszła jego kolej, by poinformować innych o sytuacji własnego klanu. Podobnie też uczyniła Pieczarka, kiedy to czekoladowy zakończył.
— My także mamy się dobrze — zaczęła. — Od ostatniego zgromadzenia przywitaliśmy nową stróżkę, Drobinkę, a także czwórkę uczniów wojowników: Smugę, Purpurę, Daglezję i Całunkę; a także jedną uczennicę stróża, Kroplę. Wszyscy zostały wybrane na zgromadzenie, więc możecie im pogratulować lub życzyć owocnego treningu... — urwała na chwilę. — Niestety mianowaliśmy jeszcze jednego wojownika zaledwie parę wschodów słońca temu, lecz ten odszedł chwilę po swoim mianowaniu... Woda bywa bardzo zdradliwa, zwłaszcza po silnych deszczach — miauknęła smętnie.
Samo wspomnienie Borowika nadal było bolesne. Młody zwiadowca nawet nie zauważył, gdy zaczął gdzieś błądzić myślami i niespodziewanie przeminęło całe zgromadzenie.

Od Szron CD. Strzępka

Zamruczała cicho, kiedy usłyszała zapewnienia brata. Kochała go, nawet bardzo. Nie umiałaby sobie wyobrazić, że nie miałaby go u boku, że urodziłaby się jedynaczką, bez wsparcia, które dawał jej samą obecnością każdego dnia. A tym bardziej, że coś mogłoby się mu stać. Wizja, że kiedyś wstanie, a go nie będzie, że ciepło, które dawał, zniknie. Zamknęła oczy, mocno ściskając powieki. Wsadziła pysk w szyję brata, ignorując smutne westchnienie matki, dobiegające z drugiego końca kociarni. Czasami, kiedy akurat czuła się na nie bycie najbardziej ciężką do zniesienia córką, jaką akurat widzą te tereny, było jej żal rodzicielki. Nie mogła jednak wtedy zdjąć z pyska tego grymasu, który tak ciężko ćwiczyła każdego dnia, od kiedy tylko zaczęła rozumieć i widzieć, jak ta sama kotka, która teraz żałośnie próbowała zrobić z siebie ofiarę, patrzy na nich z tak głębokim wyrazem strachu i wstydu... Nie mogła pokazać jej, że wybaczyła jej cokolwiek, co zrobiła i czego tak mocno żałowała. Bo to, że coś było na rzeczy, nie było ciężkie do zrozumienia, zwłaszcza kiedy miało się tyle czasu do rozmyślania. Wypuściła powietrze, a futro na barku Strzępka zrobiło się jeszcze cieplejsze. Mocniej przycisnęła policzek.
— Zimno ci bardzo? — zapytał. Na początku nie zareagowała. To było przecież oczywiste, że temperatura jej doskwiera; nie było to żadne odkrycie, żadna tajemnica. Całe jej ciało trzęsło się, a jedyną częścią, która nie była potraktowana mrozem, była jej mordka.
— Nie... — mruknęła.
— Widze, że tak. Możemy wrócić... Schowamy się pod ogonem — zaproponował z dobrymi intencjami. Zmarznięte ciałko najeżyło się i naprężyło. Podniosła głowę i od razu tego pożałowała. Wiatr polizał jej policzek, a nos momentalnie zaczął ją boleć od chłodu, podobnie uszy.
— Nie! — Zmarszczyła brwi i niemal nie wstała, aby odejść jeszcze dalej. Skoro brat jest po stronie matki, to ona nie będzie po stronie brata.
— Dobrze, dobrze... Tylko zaproponowałem. — Uspokoiła się i znów położyła na nim głowę. Zamruczała.
— Wiesz... Jak już będziemy wojownikami, będziemy najlepszi — wyznała, jakby to była tajemnica, którą muszą między sobą utrzymać, jakby fakt, że ktoś może ich usłyszeć, sprawi, że te słowa nigdy się nie spełnią. — Będziemy szybcy i szilni. Nauczymy szie łapać wielkie zwierza i kolorowe ptaki... — rozmarzyła, powoli przesuwając mordkę na łapki brata. — A nawet... Wiesz, może będziemy liderami. To by było dopiero, co? Jakbyszmy zosztali, to jakim byłbysz przywódcą..?

<Strzępek?>

Od Psotnego Nietoperza CD. Wzorzystej Łapy

Psotny Nietoperz zastrzygła uchem, słysząc krzyk Foczej Łapy. Przeniosła błękitne spojrzenie na siostrę i Wzorzystą Łapę.
— Wybacz Morświn, ale muszę coś sprawdzić. Pogadamy potem — miauknęła do rozmówczyni. Druga kotka pokiwała łebkiem. Ciemna wojowniczka podniosła się na łapy i skierowała się miękkim krokiem w stronę Foki. Psotka coraz bardziej czuła niechęć względem niebieskiej. Oczywiście kochała ją, bo były rodzeństwem. Jednak ta irytowała ją samą swoją obecnością i tym, że zaczepiała się we Wzorek przy każdej sposobności. Przecież młodsza nie robiła jej krzywdy swoją obecnością, więc dlaczego kotka jej tak bardzo dokuczała?
— A może ty się zakochałaś we Wzorzystej Łapie, skoro robisz taki występ? Jeśli chcesz być romantyczna, to zorganizuj jej jakiś posiłek, albo zaproponuj inny prezent. Ewentualnie zabierz na spacer, ale nie krzycz na cały obóz — fuknęła w stronę Foczej Łapy. Niebieska spojrzała jej w oczy, ale nim zdołała powiedzieć cokolwiek, Nietoperka spojrzała wprost na Wzorek.
— Chodź, niech Foczka znajdzie sobie towarzystwo zbliżone do jej poziomu — mruknęła ze spokojem niebieskooka wojowniczka. Po czym ruszyła do wyjścia, spojrzała za siebie, by upewnić się, że młodsza postanowiła iść za nią.
— Nie przejmuj się Foczą Łapą. Ona od urodzenia dowartościowuje się dokuczając innym. To jej sposób na kompleksy — dopowiedziała. Czuła niezadowolone spojrzenie uczennicy, ale zupełnie je zignorowała. Nigdy nie obawiała się niebieskiej. Właściwie nie przejmowała się opinią innych kotów. Jej pewność siebie była niepodważalna. Może powinna nazywać się Pewna Psota albo Psotna Pewność.
— Co powiesz na spacer po złotych kłosach? Taki wiesz, na spokojnie. — dodała z uśmiechem. Lubiła spacerki.

<Wzorzysta Łapo?>

Od Czajki CD. Osetka (Ostowej Łapy)

Przeszłość, przed ucieczką Osetka

— Wiesz, że nie puszczę cię, dopóki ich nie zjesz? Moim obowiązkiem, jako ucznia uzdrowiciela, jest dbanie o członków Owocowego Lasu, a ty jesteś jednym z nich. Nie pozwolę na to, by po azylu szlajał mi się chodzący trup. — Na nieudolną próbę rozluźnienia atmosfery przez ucznia, na białym pysku zwiadowcy pojawił się nieco krzywy, zbolały uśmiech. Doceniał starania Osetka, lecz to nie mogło sprawić, by poczuł się lepiej. Nie po tym, jak co noc nawiedzały go obrazy śmierci, kiedy tylko pozwalał ciężkim powiekom opaść na nieco dłużej.
— Wiem Osetku, wiem — przyznał widocznie zmęczony całą tą sytuacją. Nie wiedział, ile minęło od tragicznego dnia, każdy wschód słońca zlewał się w jeden niekończący się dzień. Była to istna droga przez męczarnie, lecz nie chciał zaniedbywać swoich obowiązków w Owocowym Lesie.
— Dziękuję — dodał słabo, schylając głowę po ziarna maku. Te chwile później pokonały jego przełyk, pozwalając się odprowadzić pod opieką młodszego do legowiska uzdrowicieli.

***

Minęło raptem kilka dni, kiedy niebieski kocur czuł się jak młodo narodzony. W końcu jakoś pogodził się ze śmiercią dawnego przyjaciela, nie obwiniając się za wypadek tamtego mrocznego dnia. Można powiedzieć, że zwiadowca wręcz promieniał z każdym wschodem słońca, nawet jeśli wielkimi krokami zbliżała się pora nagich drzew i pozostała ósemka kotów miała łapy pełne roboty, podobnie jak Czajka. Jedynym momentem, gdy radość nagle z niego ulatywała, była chwila, kiedy widział gdzieś smugę czekoladowej sierści, tak dobrze mu znanej, że od razu, by ją odróżnił w tłumie innych kotów o tym samym umaszczeniu. Od ostatniego zgromadzenie ta dwójka unikała siebie jak ognia, było widać z daleka wiszące między nimi napięcie gęste niczym mgła, którą można ciąć pazurami.
Czajka nie próbował ponownie rozmawiać z Czerwcem, gdyż miał nadzieję, że ten w końcu wybaczy mu młodzieńczy wybryk i tylko potrzebuje czasu, by to osiągnąć. Dlatego też młodszy nie naciskał, woląc nie pogarszać sprawy, jak to uczynił w czasie pokojowej nocy.
Kocur właśnie korzystał z chwili wolnego po kolejnym patrolu tego dnia, gdy usłyszał raczej znajomy głos. Ten należał do młodego wychowanka liliowego uzdrowiciela.
— Witaj Osetku! Tak, jest już zdecydowanie lepiej i bardzo Ci za to dziękuję — wymruczał z uśmiechem. — Oczywiście, skoro takie twoje zalecenie — dodał, gdy młodszy wspomniał o zażyciu maku przy następnej bezsenności, by ta się nie przerodziła w halucynacje.

***

Tamta rozmowa była ostatnią, którą odbył zwiadowca z czarnym uczniem, gdyż ten niedługo później opuścił Owocowy Las. Brązowookiego zastanawiał powód takiej decyzji przez Osetka — zdawało mu się, że podopieczny Wiciokrzewu dobrze się odnajduje w ich społeczności, a nawet jeśli to miał przecież bliskie grono kotów, jak liliowy uzdrowiciel. Czajka od dnia zniknięcia zielonookiego ponownie zaczął nieco chodzić z głową w chmurach, jakby właśnie tam znajdowała się odpowiedź na wyciągnięcie łapy.
— Skup się — syknęła czekoladowo srebrna kotka, która przewodziła obecnym patrolem. Oprócz Figi był jeszcze Hiacynt, lecz ten nie trafił energii na upominanie najmłodszego członka ich trójosobowej grupy.
Na uwagę starszej, niebieski jedynie skinął głową, co raczej spotkało się z mało przychylnym wzrokiem ze strony kotki. Młody zwiadowca podejrzewał, że może mieć to związek z faktem, iż to właśnie ta zielonooka zwiadowczyni szkoliła Czerwca i zapewne do dziś dnia utrzymywali ze sobą kontakt.

<Tęsknie każdego dnia, Osetku. Wróć do Owocowego Lasu>

29 stycznia 2026

Od Zalotnej Gwiazdy

Przed mianowaniem Chudego, Grubego i Nocy

Zalotna Gwiazda ostatnio łapała się na tym, że coraz częściej rozmyślała nad wyborem zastępcy – kogoś, kto w razie jej śmierci, miałby zająć się całym Klanem Wilka. Musiał być to ktoś godny, a przede wszystkim… musiał to być któryś z tej dwójki kotów – Pustułkowy Szpon lub Krucze Pióro. Obiecała im przecież, że jeśli jej pomogą, otrzymają szacunek i władzę, więc warto byłoby tej obietnicy dotrzymać. W przeciwnym razie, kto wie, może zaczęliby się buntować. Nie mogła na to pozwolić – potrzebowała ich jako swoich pachołków. Potrzebowała ochrony, kogoś, kto w kryzysowych sytuacjach uciszy szmery i szepty spiskowców. Przekazując tak ważną rangę któremuś z tej dwójki, miała nadzieję, że zagwarantuje sobie ich uznanie, a także uzyska ich zaufanie. Zastanawiała się tylko, czy ten z braci, który nie zostanie wybrany na stanowisko jej prawej łapy, sam nie nastawi się przeciwko Zalotce, czując się oszukany i zdradzony. Na to też nie mogła pozwolić – ale skoro musiała wybierać spomiędzy tej dwójki, a nie mogła zostawiać jednego bez władzy… to, co powinna zrobić?
Wpatrywała się w solidną ścianę swojego nowego legowiska. Wciąż miała wrażenie, że czasem do jej nosa docierał zapach Nikłej Gwiazdy, a w powietrzu kręciła się jeszcze nitka jego futra. Miała przygniatające wrażenie, jakby dusza poprzedniego lidera wciąż była tu obok i wciskała ją w kąt. Czasem, gdy wiedziała, że nikt jej nie usłyszy, zdarzało jej się nawet mamrotać coś pod nosem, jakby do jego ducha. Nigdy jednak nie otrzymywała odpowiedzi. Może popadała już w obłęd? Nie, jeszcze nie dziś, jeszcze nie teraz.
Nastroje były napięte, a rzeczy do zrobienia piętrzyły się i piętrzyły. Kto, jak nie ona, by sobie z nimi wszystkimi poradził? Za rogiem było jeszcze mianowanie tej trójki kociąt – Grubego, Chudego i Nocy. Powinna wybrać im mentorów. Dobrych mentorów, żeby miała pewność, że przyszłość Wilczaków spocznie w dobrych, silnych łapach. Zależało jej, by kolejne pokolenia były coraz bardziej oddane Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd. Nie mogła dopuścić do kolejnej ucieczki, albo co gorsza – do konfrontacji z bandą dzikusów, oślepionej blaskiem Klanu Gwiazd.
W końcu Zalotna Gwiazda odchrząknęła doniośle, a jej ogon uderzył o podłoże starej, borsuczej nory. “Myśl, Zalotka, myśl” – powtarzała sobie w głowie, jednocześnie obserwując życie toczące się poza jej posłaniem. Widziała pełne życia koty, gawędzące ze sobą nawzajem. Ciekawe, czy kiedyś rozglądali się po obozie i dostrzegali, jak z cienia obserwuje ich para przenikliwych, brązowych ślepi. Co wtedy czuli? A może inaczej – co Zalotka by chciała, by czuli? Zdrajcy mieli się jej bać. Mieli wiedzieć, że rządzi twardą łapą i ma nosa do kotów nielojalnych. Ci, którzy byli po jej stronie, mieli odczuwać respekt, żeby im się nigdy nie zaczęło wydawać, że są w stanie Zalotną Gwiazdę pokonać.
— Odpływasz myślami… — chrząknęła niemal bezgłośnie do samej siebie. Przez kilka uderzeń serca wpatrywała się pusto w przestrzeń przed nią, aż w końcu gwałtownie podniosła się z miejsca. To zrobiwszy, poczęła stawiać kroki ku wyjściu. Ku mównicy. Wydawało jej się, że już wie, co zrobić. Czuła w sercu, ale i umyśle, co było najbardziej słuszne. Może klan zacząłby buczeć, może nie będą zgodni z jej decyzją – ale to ona tu miała władzę. Póki jej przynależność była silna, zwarta i oddana, niewiele mogli narzekać zwykli członkowie. Mimo wszystko szanowała, na przykład, Mroczną Wizję. Czarnofutra w końcu niegdyś zajmowała się małą Zalotką, gdy ta stawiała pierwsze kroki. Teraz nie były ze sobą szczególnie blisko, lecz szylkretka wciąż szanowała zdanie starszej.
Finalnie przywódczyni udało się zgrabnie wspiąć na pieniek. Wbiła w niego swoje pazury i rozejrzała się wokół, mierząc wzrokiem każdego kota, który o tej porze przesiadywał poza legowiskiem.
— Klanie Wilka! — zawołała, prostując się dumnie, niczym paw. Gdy tak czujnie omiatała spojrzeniem azyl, nie można było mieć wątpliwości, że jej przodkowie nieraz pełnili rangę lidera. Zalotna Gwiazda zdawała się mieć smykałkę do rządzenia we krwi.
Gdy przed mównicą zebrała się dosyć pokaźna ilość kotów, kontynuowała:
— Obiecałam wam, że niedługo doczekacie wyboru zastępcy. Oto więc jestem, by wygłosić przed wszystkimi, kogo uznałam za godnego pełnienia tej funkcji — ogłosiła.
Wilczacy wymieniali teraz między sobą zaciekawione spojrzenia. Atmosfera szybko stała się napięta. Koty szeptały do uszu kotów stojących obok, najpewniej obstawiając swoje wybory. Ciekawe, ile z nich myślało, że ma jakieś szanse. Sowi Zmierzch, Blade Lico, Lamentująca Toń… Może, gdyby nie ta umowa, wybrałaby kogoś z tej trójki?
— Mój wybór może was poniekąd zdziwić. Wiedzcie jednak, że nie jest on symbolem mojej słabości, lecz umiejętności planowania. Moja decyzja została przeze mnie dobrze przemyślana i powiadam wam, na przestrzeni księżyców jestem pewna, że przyniesie nam same pozytywne skutki — mówiła dalej, trzymając publiczność w napięciu. Uwielbiała tak robić.
Na moment zapadła cisza. Nawet ten gwar szeptów już ucichł, pozostawiając po sobie jedynie oczekiwanie. Zalotna Gwiazda nigdy, tak właściwie, nie zastanawiała się nad tym, jaką formułkę powinna wypowiedzieć. Zazwyczaj wypowiadała się tak, jak podpowiadało jej serce. Czy i tym razem przyniesie jej to gromkie oklaski, czy może niechęć?
— Wypowiadam te słowa, czując wokół obecność naszych Przodków. Mam nadzieję, że zaakceptują mój wybór i poprą moje słowa, natychmiast uciszając każdego, kto ośmieli się sprzeciwić ich woli — mówiła, choć właściwie bardziej przypominało to modły, niż ogłoszenie. — Od dziś pomagać mi w prowadzeniu Klanu Wilka ku doskonałości będzie… Krucze Pióro, a także jego brat – Pustułkowy Szpon!
Wypowiedziawszy to, spojrzała w niebo. Na moment wszyscy umilkli, podążając za spojrzeniem liderki. Wtem jednak po lesie rozległo się krakanie, jakby same duchy Przodków gratulowały już nowym zastępcom. Zalotna Gwiazda przeniosła wzrok na resztę Wilczaków.
— Mroczni Przodkowie przemówili! Wybór został zaakceptowany!

* * *

Zalotna Gwiazda pierwszym, co zrobiła po ogłoszeniu nowych zastępców, było zabranie ich na schadzkę po lesie. Nie był to jednak byle jaki spacerek. Szylkretka zamierzała wyjaśnić im teraz, z czym wiąże się bycie jej przednimi łapami, a także, z czym będzie się to wiązać w przyszłości.
Nie miała zbyt wiele czasu, by przemyśleć, w jaki sposób wszystko powinno działać, lecz mimo tego czuła, że wspierana przez duchy z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd, nie palnie jakiejś głupoty. Jak dotąd Przodkowie mogli być z niej dumni. Nie wyglądało na to, by w najbliższym czasie miał wybuchnąć przeciwko Zalotce jakiś bunt – no, chyba że była to jedynie cisza przed burzą.
Liderka nie odeszła bardzo daleko od obozu. W takiej śnieżycy nie chciała wyciągać swoich nowych zastępców gdzieś dalej – jeszcze by się przewiali. W końcu przystanęła, będąc tyłem do Kruczego Pióra i Pustułkowego Szponu.
— Jak się czujecie? — zapytała, zwracając pysk w ich stronę.
— Raczej dobrze. W klanie nareszcie panuje jakiś porządek, to trzeba przyznać. — Kruk jako pierwszy odpowiedział kotce.
— Na tyle, na ile może się czuć jednooki zastępca — wtórował Pustułek, choć wyraźnie zamyślony.
Zalotna Gwiazda skinęła głową. Czyżby drugi brat nie cieszył się swoją nową posadą? W takim razie łatwiej będzie im ustalić, kto powinien objąć władzę po niej. Mimo wszystko była trochę zawiedziona; na pewno walka po jej śmierci nie będzie tak zacięta, jakby tego chciała. Westchnęła cicho.
— Zależy mi na tym, by nawet po moim odejściu mieć pewność, że do władzy w Klanie Wilka będą dochodzić tylko najsilniejsi — wyznała.
Krucze Pióro zastrzygł uchem, patrząc teraz na kotkę zaciekawiony.
— Co masz przez to na myśli?
— To Klan Wilka, patrząc na to, że aby zostać wojownikami musieliśmy odbyć walkę to zapewne podobnie będzie z pozycją przywódcy — wyjaśnił czekoladowy bratu.
Przywódczyni zwróciła się w stronę jednookiego, wskazując na niego pazurem.
— Dobrze mówisz — powiedziała, robiąc krok w stronę zastępców. — Po mojej śmierci macie obowiązek zmierzyć się ze sobą nawzajem.
Na chwilę umilkła, jakby pozwalała tym słowom wsiąknąć w świadomość kocurów.
— Wygrany zajmie się klanem, a przegrany… — urwała na ułamek sekundy, mrużąc oczy — …jego losem zadecyduje ten, który stanie się nowym liderem — dokończyła, przenosząc wzrok z Pustułka na Kruka, a potem z Kruka na Pustułka. Dymny kocur patrzył przez chwilę na Zalotkę, myśląc nad jej słowami. W końcu skinął, zgadzając się z jej wolą.
— Dobrze, Zalotna Gwiazdo. Skoro tego sobie życzysz, to wypełnimy twoją wolę.
To wyśmienicie, że miała takich wiernych asystentów. Nie był to jednak koniec jej wymagań ani planów. Zalotna Gwiazda zastanawiała się, czy Krucze Pióro i Pustułkowy Szpon faktycznie dotrzymają danego słowa, czy też po jej odejściu pozwolą, by w klanie zapanowała sielanka. Myśl o tym wyraźnie nie dawała jej spokoju.
— Byłabym również wdzięczna, gdyby moi wszyscy następcy wybierali na stanowisko zastępcy dwójkę kotów i kazali im zmierzyć się ze sobą w walce — powiedziała spokojnie, lecz w jej głosie pobrzmiewała powaga. — Tylko w ten sposób wygrany wykaże, że rola lidera naprawdę mu się należy. Natomiast reszta klanu nie będzie miała wątpliwości co do siły swojego przywódcy — kontynuowała, przenosząc na nich uważne, niemal przeszywające spojrzenie.
Fakt, czy ta wizja zostanie spełniona, nie będzie już od niej zależał. Mimo to miała nadzieję, że bracia uszanują jej wolę i zrozumieją, iż Zalotna Gwiazda kierowała się pragnieniem, by Klan Wilka nigdy nie trafił w łapy słabego lidera.
— Oczywiście, Zalotna Gwiazdo — odpowiedział czekoladowy.
Szylkretka skinęła głową.
— W takim razie to wszystko, o ile nie macie żadnych zastrzeżeń czy propozycji.
Po jej słowach zapanowała cisza. Brązowooka wymamrotała coś pod nosem, po czym ruszyła w stronę obozu.

Od Trzcinowego Szmeru CD. Gąbczastej Perły

Trzcinowy Szmer niedawno wróciła do obozu z udanego polowania, więc dobry humorek jej dopisywał. Odłożyła do dziupli dwa soczyste okonie, które powinny nasycić do końca brzuszki starszyzny albo medyczek.
Nagle zza jej pleców wydobyło się cichy i przerażający dźwięk:
— Uuu, to ja, duch Zimorodkowego Życzenia… Swoim najściem przeszkodziłaś mi w procesie podróży na Srebrną Skórkę… Czy ty wiesz, co to znaczy?
Po tym zdaniu szylkretka odwróciła głowę wyraźnie zaskoczona, a jej oczom ukazała się Gąbczasta Perła. Na widok medyczki zmienił jej się wyraz pyska i odetchnęła z ulgą.
— Ach, to tylko ty! Kiepsko bym się czuła, gdybym była przyczyną, przez którą Zimorodkowe Życzenie nie zaznałaby spokoju — zaśmiała się, przypominając sobie, jak to obie poszły nad opuszczony most, żeby sprawdzić, czy jest nawiedzony. Były to przepiękne czasy. — Nie spodziewałam się, że weźmie cię na wspominki! To było trochę temu… aż dziwne, że nikt nas nie nakrył na opuszczeniu obozu.
Dymna wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
— Pf! Oczywiście, że nas nikt nie nakrył! Nie doceniasz naszych umiejętności — stwierdziła, kręcąc powoli głową.
Przez chwilę panowała cisza, dopóki Gąbka nie mruknęła:
— Hm… Chcesz się gdzieś przejść? Trzeba wykorzystać czas, póki jest ciepło!
— Masz rację, powinniśmy skorzystać z pogody. Dobry spacer nam nie zaszkodzi — posłała jej uśmieszek. — Jak tam Senna Łapa? — zarzuciła temat rozmowy.
Obie wyszły z obozu i skierowały się w stronę Kolorowej Łąki.
— Nie wiem, ostatnio… rzadziej ze mną rozmawia. Pewnie to nic wielkiego, w końcu jest teraz uczennicą. Na pewno ma głowę zajętą treningami i nowymi obowiązkami — stwierdziła spokojnie, po czym spojrzała na Trzcinę z chytrym uśmieszkiem wymalowanym na pysku. — No a ty? Kiedy planujesz założyć rodzinę? — zachichotała.
Na pytanie Gąbczastej Perły na temat zakładania rodziny, zamrugała, czując, jak końcówki uszu zaczynają ją szczypać.
— Um... Nie wiem? — powiedziała niemrawo. — Na tę chwilę nawet nie mam partnera, a co dopiero być królową w żłobku... Samej mogło ci się ostatnio obić o uszy, jak to Krabowe Paluszki obgadywała relacje moje ze Zmierzchającą Falą oraz Kropiatkową Skórą. Nie mam nic do Kropiatkowej Skóry, ale czuje, że mi ukradła szansę na zdobycie jego serca — przyznała ciężko.
Obie kotki przepłynęły rzekę i znalazły się na Kolorowej Łące. Trzcinowy Szmer położyła się wśród kwiatów i rozciągnęła się, jak najbardziej mogła, by jej futro szybko wyschło.
— Wydaje mi się, że Zmierzchająca Fala nic do mnie nie czuł, co było czymś więcej niż przyjaźń... Powiedziałam mu o swoich problemach oraz wątpliwościach po egzekucji Pluskającego Potoku, a on mnie wysłuchał. Troszczył się o mnie, kiedy nie mogłam jeść, kiedy po prostu siebie zaniedbywałam, jego empatia i pomocność, jednak nie były podszyte zauroczeniem, tylko zwyczajnym klanowym zobowiązaniem. Tak jak każdy pobratymiec powinien dbać o drugiego pobratymca... Nie wiem, czy kiedykolwiek będę mieć kocięta i kochającego partnera, Gąbczasta Perło, możliwe, że ja po prostu na nie nie zasługuje... — Posłała jej smutny uśmiech.
Nie chciała, żeby ta rozmowa, która na początku była wesoła, się tak zmieniła przez jej wątpliwości i żale. Jednakże czuła, że te rzeczy ją mimo wszystko przerastają, a Gąbczasta Perła nie była jakimś tam zwykłym kotem, tylko zadatkiem na przyjaciółkę oraz medyczką klanu. Jej specjalnością było zajmowaniem się chorymi kotami, jak i tymi które miały złe samopoczucie.
Uśmieszek z pyska medyczki zniknął. Podeszła bliżej i ogonem pogłaskała Trzcinowy Szmer po boku.
— Pewnie Klan Gwiazdy ma dla ciebie inną ścieżkę.
— Nie wiem, czy jestem w stanie zaakceptować ich plan… Chciałabym mieć własną rodzinę, patrzeć jak moje kocięta stają się wojownikami. Chcę dać Klanie Nocy koty, na które zasługują… Chcę być z kotem, który mnie kocha.
Podparła swój pysk o łapy, wdychając zapach polnych kwiatów.
— Klan Gwiazdy cię kocha. Przodkowie dadzą ci kota, który naprawdę cię kocha, jak i kocięta... Nie jest nim Zmierzchająca Fala, nie został on przypisany tobie. Jednak nie możesz wątpić w miłość przodków dla Klanu Nocy.
Trzcinowy Szmer podniosła na nią wzrok. Czuła chwilowe ukojenie, na myśl, że przodkowie nie odmawiają jej posiadania potomstwa ani kochającego partnera.
— Chcę wierzyć, że masz rację.
Gąbczasta Perła posłała jej serdeczny uśmiech, doceniając jej wiarę.

***

Aktualnie

Pora Nagich Drzew dokuczała Klanu Nocy jak nigdy dotąd. Koty uciekały do legowisk, kiedy miały na to okazje. Trzcinowy Szmer nie dziwiła się wcale, sama chętnie położyłaby się w cieple i ucięłaby sobie długą drzemkę. Wiatr, który z wielką siłą napierał na obóz, gwizdał i zarzucał siarczystym mrozem.
“Nie ma mowy, że czekam tutaj, aż zbiorą się wszyscy na patrol graniczny! Muszę się gdzieś schować, zanim mnie przewieje!”.
Nie zastanawiając się zbytnio, wskoczyła do lecznicy i otrzepała się ze śniegu.
— Cześć, Trzcinowy Szmerze! Co tutaj porabiasz? Mogę ci w czymś pomóc?
Spojrzała się na medyczkę i głupio się uśmiechnęła. Nie planowała przeszkadzać nikomu w pracy, a w szczególności kotom z rodu.
— Szczerze, nie planowałam cię odwiedzić… No i nie potrzebuje opieki medycznej. Czy masz chwilę na przyjacielskie pogaduszki, Gąbczasta Perło?
Klekocząca Łapa, który krzątał się po lecznicy, posłał jej dziwne spojrzenie. Pewnie młody nie miał większego dystansu do reszty klanu. Może uważał, że ona im przeszkadza?
— Nie przeszkadzasz nam. Klekocząca Łapa jedynie dostał zadanie ode mnie. Musi posprzątać składzik, a przy okazji lepiej zapoznać się z ziołami. Jednak ja mam wolny czas. O czym chcesz pogadać? Masz jakąś plotkę? — Na jej pysku pojawił się chytry uśmieszek.
Gąbczasta Perła podeszła do niej i swoim ogonem utuliła swoje łapki. Trzcinowy Szmer czuła lekką zazdrość. Też chciałaby mieć tak długie futro, nie byłoby jej wtedy zimno!
— Niestety nie mam żadnych plotek… Jest nudno i zimno.
— Doprawdy? Aż tak ci nudno? Ostatnio narzekałaś na plany przodków względem ciebie, jednak chyba nie widzisz znaków, jakie ci wysyłają.
Medyczka była niezwykle czymś ucieszona, co lekko zdezorientowało Trzcinowy Szmer.
— Co masz na myśli?
— O pewną kotkę, która coraz częściej przebywa w twoim towarzystwie. — Szturchnęła ją w bark — Nie mów, że jesteś tak ślepa?
Trzcinowy Szmer od razu połączyła kropki. Gąbczastej Perle chodziło o Niezapominajkową Nadzieję.
— Skąd jesteś w stanie powiedzieć, czy jest to coś więcej? Może jestem dla niej tylko przyjaciółką? Może potraktuje mnie tak samo, jak zrobił to Zmierzchająca Fala? Nie wiesz tego… Już robiłam sobie nadzieję do jednego kota, nie zamierzam popełnić tego samego błędu.
— Poczekaj.
Przekrzywiła głowę. Nie rozumiała, czemu miała czekać. Przecież Niezapominajkowa Nadzieja mogła powiedzieć jej o swoich uczuciach w każdej chwili, jednak tego nie robiła. Pewnie nie czuła do niej nic więcej niż platoniczną miłość. Kotka miała już otworzyć pysk i sprzeciwić się Gąbczastej Perle, jednak ta nie pozwoliła dojść jej do głosu.
— Wiem, co chcesz powiedzieć, jednakże musisz się mnie posłuchać. Poczekaj, Trzcinowy Szmerze. Nie każdy kot jest w stanie wypluć z siebie te słowa, które chcesz usłyszeć. Dla niektórych mają o wiele większą wagę. Natomiast Niezapominajkowa Nadzieja ma jeszcze czas, żeby ci powiedzieć o swoich uczuciach. Tak samo może być to dla niej bardzo stresujące. Nie każdy jest tak odważny.
— Rozumiem… — Z lekkiego poddenerwowania, oblizała wąsy.
— Jednak nie rozmyślaj dużo nad tym — westchnęła Gąbczasta Perła, ucinając tym samym temat. — W czymś jeszcze ci pomóc?
“Nie przyszłam tutaj po pomoc!” — zacisnęły na chwilę zęby.
— Tak, chcesz jeszcze gdzieś wyjść na spacer? Oczywiście, po moim patrolu. Inni jeszcze się zbierają… — pokręciła głową z dezaprobatą. — Może do tej pory zmieni się pogoda i chociaż na chwilę znajdzie się luka pogodowa. Co ty na to?

<Gąbczasta Perło?>

Od Drobnej Łapy (Drobnego Ukojenia)

Leżała w legowisku uczniów, odpoczywając po dość długim dniu. Nalatała się w tę i z powrotem, pomagając trochę medyczkom, potem jeszcze poszła na trening z Pomocnym Wróbelkiem, odwiedziła Naparstnicową Łapę i odpowiedziała na trochę pytań kocurka.
— Wszystkie koty zdolne do samodzielnego polowania, niech się zbiorą! — po obozie Klanu Klifu rozległ się głos Judaszowcowej Gwiazdy, a Drobna Łapa, aż zastrzygła uszami na dźwięk jego słów i podniosła się z mchu, szybko ogarniając swoje futro w kilku ruchach języka. Ruszyła w stronę wyjścia z legowiska, a wkrótce potem pod skałę. Usiadła pod nią i czekała. Reszta kotów dobiegała szybko na spotkanie i po kilku krótkich chwilach wszystkie koty uniosły wzrok na ich lidera z wyczekiwaniem.
— Drobna Łapo, podejdź — głos czekoladowego kocura nie pozostawiał żadnej innej opcji, ale niebieska kotka też nie miała zamiaru zwlekać i czym prędzej wyszła przed inne koty, zatrzymując się w miejscu. Czy to była ta chwila? Czy w końcu zostanie mianowana? Jej siostra, Niebiańska Poświata, całkiem niedawno skończyła swój trening, więc może teraz była jej kolej. Jej wibrysy zadrżały z niecierpliwością.
— Drobna Łapo, ja, Judaszowcowa Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego protektora. Drobna Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię protektora. Drobna Łapo, od tej pory będziesz znany jako Drobne Ukojenie. Klan Gwiazdy ceni twoją empatię i chęć niesienia pomocy oraz wita cię jako nowego protektora Klanu Klifu — Judaszowcowa Gwiazda zakończył formułę, po czym zeskoczył ze skały i stanął przed córką Postrzępionego Mrozu i dotknął pyszczkiem jej czoła, a arlekinka na krótką chwilę przyłożyła mordkę do jego barku i tym samym ceremonia była zakończona.
Chwilę po tym każdy zebrany kot zaczął wykrzykiwać nowe imię kocicy, dokańczając tę część ceremonii. Klifiaczka była wzruszona, uradowana, że w końcu została mianowana, że udało jej się, że dała radę… a serce jej rosło, gdy widziała, jak jej pobratymcy celebrują jej chwilę.
— Drobne Ukojenie! Drobne Ukojenie! Drobne Ukojenie!... — Chór głosów ucichł dopiero po dłuższej chwili. A nowo mianowaną protektorkę rozpierała duma.