BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Owocowym Lesie!
(Brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 12 kwietnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

12 kwietnia 2026

Od Księżycowego Odłamka

Sporej wielkości maszyna raz po raz podrygiwała przy zetknięciu z nierównościami drogi, dość głośno domagając się wymiany amortyzatorów. Zakręty również sprawiały jej kłopot, bo gdy kierownica skręcała w którymś kierunku, to chociaż auto trzymało się wszystkimi oponami czarnej powierzchni, to wszystkie przedmioty we wnętrzu jego brzucha, które nie miały szczęścia i nie zostały pobłogosławione przez bozię (czy inną siłę wyższą) nogami czy rękami którymi mogłyby się przytrzymać; frunęły w kierunku, w którym akurat popchnęła je niewidzialna siła. Jedynym, co chroniło od tego nieprzyjemnego losu Księżycowego Odłamka było dziwne, plastikowe pudło z, jak się okazało, nieprzegryzalną, twardą, plastikową siatką, przez którą mógł patrzeć na zewnątrz. Albo przynajmniej mógłby. Nigdy tak bardzo nie pragnął by coś móc zobaczyć, jak teraz. Nie mógł wyjść, obijał się o coś, co nie było ani drewnem, ani kamieniem, ani niczym, co znał. Gdy nawoływał, nie dostawał żadnej odpowiedzi i końcowo zamilkł, bojąc się odezwać i jedynie nasłuchując otoczenia, mając nadzieję na jakieś wskazówki odnośnie swojego miejsca położenia. Był świadom, że się przemieszcza, tyle wiedział, natomiast z zapachu nic wywnioskować nie mógł. Obca, słodkawa, syntetyczna woń gilgotała go po nosie, a nowe ilości unoszącego się kurzu skutecznie przeszkadzały mu w dalszym obeznaniu terenu, końcowo niemal całkiem zabierając mu możliwości czucia. To w czym był, nie miało możliwości wyjścia, a na domiar złego, dźwięki rozbrzmiewające w aucie też nie były pomocne, mieszając ze sobą wycie z radia oraz rozmowę dwóch dwunożnych, którzy byli odpowiedzialni za jego obecny stan i drgawki, o których uświadomił sobie jakoś w połowie drogi. Z początku było mu gorąco ze stresu i adrenaliny, jednak teraz czuł jedynie nieprzyjemny ucisk w głowie, w żołądku i przejmujący chłód który zagnieździł mu się w kościach. 
,,Chcę stąd wyjść. Chcę wyjść, chcę wyjść, chcę wyjść, chcę wyjść" 
Nie miał jak. Jeśli wrócimy kilkanaście minut w tył by prześledzić, jak znaleźliśmy się w tej sytuacji, moglibyśmy oczami przeciętnego klanowego kota zobaczyć tą samą dwójkę ludzi, która teraz siedziała na przednich siedzeniach gderając ze sobą z przejęciem, trzymających jedzenie czy inne smaczki kocie, dzięki którym mieli złapać kilka osobników, chociaż, szczęście w nieszczęściu, skończyło się na jednym. Jednym klanowym i jednym, którego zgarnęli gdzieś po drodze, jednak srebrny szybko zrozumiał, że nawiązanie jakiejkolwiek konwersacji z drugim porwanym było niemożliwe, a Księżyc nie mógł stwierdzić, czy to dlatego, że jest niemy, czy po prostu tak samo sparaliżowany jak on sam. Nadal czuł silne łapy, które chwyciły go za boki i pomogły we włożeniu go do obecnego więzienia, podczas, gdy dziwna linka owinęła mu się wokół gardła. Przejechał powoli łapą po krtani, przełykając ciężko ślinę, znów wracając myślami w przeszłość. Dryfujący Fluoryt powinna już zawiadomić cały klan o zajściu i Księżyc nieco obawiał się o los towarzyszki. To ona była z nim na spacerze, najpierw próbując walczyć, kończąc z przymusem ucieczki, jeśli sama chciała uniknąć olbrzymich łap owitych w coś, przez co ciężko się było dostać do prawdziwej skóry dwunożnego. Jeszcze z początku myślał, że może to wina Rybiej Łapy, że może coś nagadała dwunożnemu, jednak szybko się opamiętał gdy pojął, że nie jest to możliwe... raczej. W końcu dwunożni nie rozumieli jego słów, więc jak mogliby zrozumieć jej? Zwinął się mozolnie w kłębek, wciskając jak najgłębiej w róg pudła by schować się pod swoimi uszami, nerwowo wygryzając sobie sierść na łapach, witając się z przyjemną pustką w głowie. 

┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦----

Nigdy nie był świadom jak bardzo nienawidzi dotyku, aż do teraz. Z początku sparaliżowany strachem, stał skamieniały na czymś zimnym i gładkim, pozwalając, żeby łapy stworów go badały, jednak szybko osiągnął swoje limity wytrzymałości, co doprowadziło do jego próby ucieczki. W ten sposób skończył w jakiejś naprawdę paskudnej i mocnej pajęczynie, która za żadne skarby nie chciała dać się przegryźć ani przerwać. Nie pamiętał szczegółów tego paskudnego zdarzenia, gdy odstawiono go z powrotem do znanego już pudła, jednak niekomfortowe uczucie w oczach nie dało o sobie zapomnieć. Coś mu wkropili i teraz miał wrażenie, jakby został mu wtarty w nie jakiś intruz, nawet nie rejestrując faktu, że teraz są całkiem dobrze nawilżone. Bardziej przerażający i za razem interesujący był fakt, że otoczenie dookoła niego było tak nasączone smrodem należącym do zwierząt różnego rodzaju, mieszając się z czymś dziwnym, obcym i syntetycznym, że nie wiedział, czy marszczyć nos, czy wymiotować. Jak bardzo obszczane przez psy było to miejsce? Rzucą go im do rozszarpania? Dla zabawy? Może jako pożywienie? Zadrżał mimowolnie, znów odczuwając nieprzyjemne ciarki na plecach. Czy teraz  maltretowali tego drugiego kota? 
- Hej! Hej ty! - ktoś zawołał. Do niego? - Hej, ty! Głuchy jesteś? Coś taki niemrawy, jaja ci odcięli? - zarechotał znów głos, który wyraźnie należał do jakiegoś starszego kocura... chociaż, czy starszego...? Po głosie może odrobinę, ale kto wie, jak było naprawdę. 
- Te, może rzeczywiście niemowa. Albo głuchy. Ajajaj, słuchaj, co ty, pierwszy raz tu jesteś? Jak ci jeszcze nic nie zabrali, to masz jeszcze czas, żeby się pomodlić! Może wtedy chociaż połowę zostawią - znów zarechotał i Księżyc nabrał przekonania, że rozmawia z kimś niezwykle... osobliwym. Chociaż rozmowa to za wiele powiedziane, patrząc na to, że nie wydobył ze swojej strony ani słowa, a gdy otworzył pysk, z zaskoczeniem zauważył, że struny z nim nie współpracują, wydobywając z siebie coś na przełomie powietrza i cichego załamania. Odchrząknął. 
- Do mnie... mówisz? 
- Jednak gada, patrzcie no. A widzisz tu gdzieś innego kota? W kącie jakiś przerośnięty szczur siedzi, dziwny, tłusty, bez ogona... ale co mam do niego, zakwiczeć? 
- Nie.. to... przepraszam. Właśnie nie do końca-
- Tak, tak, każdy się może trochę przestraszyć pierwszej wizyty, ale mógłbyś chociaż gębę otworzyć. No, powiedzmy, że wybaczone. Ciastek na mnie wołają moi dwunożni, ale matula mnie moja ochrzciła Ogonem, więc i tak się możesz do mnie zwracać, co? No, a na ciebie to jak trzeba, jaką łatkę dostałeś, co? Dziwne, że cię jeszcze nie wykastrowali, chociaż jak się tak przyjrzę jednym okiem, to... no, wyjdźże z tej ciemności, bo nie widzę, co ty... dobra, nie ważne. Może i mają powody. Moje też są na swoim miejscu, ale u biednego Chochlika... eh, szkoda strzępić wąsów - przerwano mu, nie mógł wyjaśnić, dlaczego nie odpowiadał i przede wszystkim, do reszty zagadano. 
,,Niekomfortowy" przeszło mu przez myśl. 
- No, to jak cię tam zwali?
- Księżycowy Odł...amek. - wypowiedział niespójnie, w połowie zastanawiając się, czy wymawiać pełne imię, które dla większości pewnie byłoby śmiesznie brzmiące i jak się okazało, wcale się nie mylił. 
- Pffft, a kto cię to tak skrzywdził, nie mogła się mateczka zdecydować? Czy łysi ci tak dali. 
- Łysi? Nie, to imię rodzinne. - próbował wyjaśnić tak, by dotarło do łebka rozmówcy. W końcu mógł się dopytać o to, co tu robi, co to za miejsce, czemu mieliby mu coś obcinać i czy w takim razie nie zostaną pożarci, ale ciężko było mu się jakkolwiek przebić z tym tematem! Co prawda na jedno już mógł sobie odpowiedzieć, w końcu gdyby mieli być zjedzeni, to Ogon nie byłby tak luźny i rozgadany, ani nie mówiłby o pierwszej wizycie. 
- No, prości, różowi, ludzie - wymieniał - No ci twoi. Chyba, że ci oni twoi nie są. 
- ... Nie? - srebrny był coraz bardziej zmieszany. Wiedział już, że chodzi o dwunożnych, ale co miał na myśli, że ,,twoi". Czyżby był jak Alba? Kotem, żyjącym z .... 
,,Aleś ty głupi, to pieszczoch"
Zaskakujące było dla niego, jak długo zajęło mu przeanalizowanie w logiczny sposób sytuacji. Skoro był tu pieszczoch, to raczej nic mu nie groziło, a to oznaczało, że większość jego zmartwień, teorii i planów można było wyrzucić do kosza. Zostaje jeden, najważniejszy. Jak stąd wyjść i wrócić do domu. 
- Hej, słuchaj, wiesz, jak stąd się wydostać? Muszę wrócić do siebie, nie mogę tu być. - spytał szybko, chcąc w końcu przebić się przez możliwy słowotok nieznajomego, nim ten zdążył otworzyć swój pysk. 
- Wydostać? A po 'kie licho? Boś ty dziki? Słuchaj, ja to tam wiem jak działa życie poza domostwem i oj, brachu, wierz mi na słowo, z tymi tu nie zginiesz. Dają ci jeść i jeszcze nic w zamian nie wymagają! O, twoi wychodzą. - rzeczywiście, odgłosy się wzmogły wraz z otwarciem drzwi i już po chwili jego tymczasowe więzienie zachwiało się i wzniosło w górę, sprawiając, że Księżyc na moment stracił równowagę. 
- Powodzenia, świeżaku. Może kiedy nam się przyjdzie spotkać! - usłyszał jeszcze, zanim uderzyła w niego woń opadłych liści i powiew zewnętrznego powietrza. Krótko się jednak nimi nacieszył, zanim znów wylądował w brzuchu potwora. 

Zimowe dolegliwości!

Nadeszła Pora Nagich Drzew, a z nią nowe dolegliwości!

POGODA

Po łagodnej jesieni przyszła równie łagodna zima. Łatwiej o ulewny deszcz niż śnieżycę. Więcej jest kałuż niż śniegu; gdy takowy spadnie, zazwyczaj znika w przeciągu kilku dni. Jest szaro, buro i nieprzyjemnie. Mocniejsze przymrozki zaczną pojawiać się głównie w połowie pory roku. Wiosna dość szybko zacznie wypierać zimę; w tym roku przyroda odżyje wyjątkowo wcześnie, zastępując burość Pory Nagich Drzew pięknymi kolorami.

Dolegliwości odczuwają wymienione niżej koty z:

Klanu Burzy:

Wełnista Mszyca - katar
Dryfujący Fluoryt - wymioty
Złota Wydma - kolec w łapie
Nieustraszony Chomik - przemarznięcie
Aminkowa Łapa - biały kaszel

Klanu Klifu:
 
Pchełkowy Skok - infekcja gardła
Niebiańska Poświata - ból głowy
Focza Fala - biały kaszel
Majacząca Łapa - niemożność stawania na łapę
Rozkwitający Aster - ugryzienie przez szczura

Klanu Nocy:

Konwaliowa Mielizna - gorączka
Senna Łza - katar
Śnieżna Mordka - ból zęba
Słodka Łapa - swędząca infekcja
Dryfująca Gałęzatka - ból głowy

Klanu Wilka:
 
Kwaśna Kocanka - infekcja ucha
Pustułkowy Szpon - szkło w łapie
Roztargniony Koperek - kłopoty z oddychaniem
Garbatek - wymioty
Jesionowa Łapa - bezsenność

Owocowego Lasu:
 
Czereśnia - kolec w łapie
Guziczek - infekcja oka
Kasztanka - swędząca infekcja
Lis - wymioty
Szafran - biały kaszel

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Skrzelowy Szept - katar
Poziomkowa Polana - wybicie barku
Przebiśnieg - zranienie ogona

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w kolejne stadium. Dotyczy to kotów z:

Klanu Burzy:

Rybkowa Łapa - bezsenność > halucynacje > poważne problemy psychiczne
Wścibska Łapa - kolec w łapie > infekcja łapy

Klanu Klifu:
 
Naparstnicowa Łapa - gorączka > osłabienie

Klanu Nocy:

Szepcząca Hipnoza - infekcja ucha > tymczasowa głuchota na ucho
Ćmie Mżenie - bezsenność > halucynacje
Szkwał - wymioty > odwodnienie

Klanu Wilka:
 
Iskrząca Nadzieja - szkło w łapie > infekcja łapy
Chuda Łapa - kłopoty z oddychaniem > duszności

Owocowego Lasu:

Wszyscy wyleczeni!

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Wszyscy wyleczeni!

Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka zimą.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu zimy - mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!

Od Ostowej Łapy (Lisiego Ostu) CD. Konwaliowej Mielizny

W Świetlikach ostatnio źle się działo. O ile tę nieliczną grupę wciąż można było jeszcze jakoś nazywać. Jarzębinowy Żar umarła, Szczawiowe Serce i Stroczkowa Nadzieja gdzieś zniknęli. Nie było już czego zbierać, co bardzo Osetka smuciło. Dołączył tu, poniekąd licząc na to, że znajdzie nowy dom, nowych przyjaciół. Liczył na to, że Świetliki przetrwają odrobinę dłużej, a jednak skończyło się tak, jak się skończyło…
Od kilku dni czuł okropny ból w uchu. Na szczęście zapamiętał co nieco z lekcji Wiciokrzewu i za pomocą kilku ziół udało mu się wyleczyć infekcję. Gdyby nie jego przybrany ojciec, pewnie miałby duży problem! Świetliki zostały pozbawione medyków, więc nie miałby kto mu pomóc. Ciekawe, czy reszcie też coś dolega. Mógłby im pomóc, choć zbliżała się już Pora Nagich Drzew, a składzik wiał pustkami odkąd Jarzębina i Stroczek zniknęli. Krótko mówiąc, wszyscy, którzy się ostali, byli w głębokiej…
Osetek westchnął ciężko. Leżał na swoim posłaniu, a w jego klatce piersiowej narastało poczucie zmęczenia i samotności. Wszystko wydawało się teraz takie żmudne. Świetliki niby wciąż żyły razem, polując, by nie umrzeć z głodu, ale większość traktowała się nawzajem jak nieznajomych. Nie można już było mówić o żadnej grupie — byli tylko zwykłymi samotnikami, którym przyszło się dzielić skrawkiem terenu. Lisi Oset nie miał nawet znajomych. Jedynym, z kim jeszcze rozmawiał, był Mglisty Sen, ale poza nim… nikomu tak bardzo nie ufał.
Postanowił więc przejść się nad granicę z Klanem Nocy. Dawno nie widział tej pięknej szylkretki ani liliowego kocura. Może rozmowa z nimi pomogłaby mu się trochę rozluźnić i poukładać myśli? Może sam mógłby… dołączyć do ich przynależności? Teraz już nie czułby poczucia winy z powodu odejścia ze Świetlików, bo Świetlików już nie było. Musiał znaleźć jakiś sposób na to, by przetrwać mrozy, a przyczepienie się do Nocniaków wydawało się najrozsądniejszą opcją… W końcu do Owocowego Lasu nie wróci. Chyba spaliłby się ze wstydu. Jak mógł zniknąć na tak wiele księżyców? Dlaczego po prostu nie wrócił do obozu, tylko został samotnikiem? Był złym Owocniakiem. Nie nadawał się tam.
Przechadzając się wzdłuż rzeki, usłyszał nagle czyjś głos. Nie zrozumiał słów, bo skupiał się na czymś innym, lecz zaraz podniósł głowę.
Na drugim brzegu dostrzegł Konwaliową Mieliznę. Jego serce na moment zabiło szybciej, a źrenice zwęziły się do szerokości igieł. To niemożliwe, że akurat trafił na liliowego kocura! Już kilka razy tędy przechodził przez ostatnie dni i nie było po nim nawet śladu!
— Nie wierzę, to ty! — odparł, podchodząc bliżej koryta wody. — Długo cię nie widziałem. Zastanawiałem się, czemu już tu nie przychodzisz, wiesz? — mówił dalej, poruszając wąsami z rozbawienia. Może i nie przyjaźnili się jakoś bardzo, ale dla Osetka każda interakcja, nawet ta najmniejsza, była teraz na wagę złota. Czuł się samotny, a zobaczenie znajomego pyska było dla niego największą nagrodą. — Coś ci się stało przez te księżyce? Złamałeś łapę, czy coś? — zażartował, przechylając głowę.

<Konwaliowa Mielizno?>

Wyleczeni: Lisi Oset (Ostowa Łapa)

Od Wiciokrzewu CD. Smugi

W tym czasie zielonooki skinął głową i sam wybrał coś dla siebie. Kiedy oboje mieli w pyskach po piszczce, skierowali swoje kroki w bardziej ustronne miejsce w obozie, aby nikomu nie przeszkadzać.
— To jak tam ci dzień mija? — zagaił młodszy, nim wziął pierwszy kęs. — Ja muszę przyznać, że u mnie było zgrzytanie zębami na treningu. Żagnica nie zna litości, szczególnie jeśli chodzi o treningi, mające poprawić moją siłę — dodał po przełknięciu. Uzdrowiciel w ciszy wysłuchiwał krótkiego monologu, aż ten w końcu powiedział ostatnie słowo i spojrzał na Wiciokrzewa nieco ponaglającym wzrokiem.
— Och, t-tak… Tre-treningi brzmią s-strasznie — odparł, po czym skrzywił pysk zakłopotany. — Znaczy… Zna-znam Żagnicę. Cierń go lu-lubi, chyba… Faktycznie jest trochę be-bezlitosny — zaśmiał się niezręcznie, po czym nachylił się, by ugryźć piszczkę — i przy okazji nie patrzeć w oczy Smugi. Rokitnik i Żagnica przyjaźnili się, nawet chyba odkąd pamiętał, i oboje mieli dosyć… ciężkie charaktery. Burego co prawda nie lubił bardziej, a z tym drugim nie miał tak dużo do czynienia, ale wciąż bał się ich obu.
— Och, a… je-jeśli chodzi o mój dz-dzień… to minął dosyć spo-spokojnie — odparł po chwili, przypominając sobie o poprzednim pytaniu młodszego. Wiciokrzew nie zrobił dziś nic nadzwyczajnego. Wykonywał tylko swoje uzdrowicielskie obowiązki, nie wychylając się za bardzo.

* * *

Epidemia niemal się już skończyła, lecz niestety nie w taki sposób, jaki wszyscy by chcieli. Choróbsko nie oszczędziło zarażonych starszych, zmuszając ich do wydania ostatniego tchu. Bukszpan, Ambrowiec, Żagnica, Żmija i… Rokitnik. Wszyscy oni umarli, choć nawet bez niektórych z nich w Owocowym Lesie żyło się lepiej. Bury naprawdę zmuszał Ziemniaka do tego, by dokuczał liliowemu i Osetkowi — było to okrutne i karygodne. Oby Wszechmatka zamieniła go w jakiegoś wróbla czy innego małego ptaka, by i on kiedyś poczuł się słabszy i bezbronny.
Nawet jeśli uzdrowiciel poniekąd cieszył się z odejścia Rokitnika, to i tak śmierć ta wpłynęła na jego samopoczucie. Od kilku dni nie potrafił się na niczym skupić, a dawki i zastosowania ziół wciąż uciekały mu z głowy. Często, gdy rozmawiał, zacinał się i zapominał, co chciał powiedzieć — choć to akurat nie było dla niego niczym nowym. Większość raczej nie zauważyła zmiany w zachowaniu Wiciokrzewa, bo przecież miał problemy z prowadzeniem normalnej rozmowy już od maleńkości.
Gdyby tylko zdali sobie sprawę z tego, że tym razem jest gorzej… że tym razem czuł, iż jedyna rzecz, w której jest dobry, zaraz stanie się dla niego nieosiągalna. Jeśli przez jego głupi błąd jakiemuś kotu stanie się krzywda, chyba nigdy sobie nie wybaczy…
Jednocześnie nie chciał stanowić zagrożenia dla innych, a z drugiej strony nie chciał odchodzić do starszyzny. Gdyby miał całymi dniami leżeć w bezruchu i nic nie robić, chyba popadłby w obłęd. Już lepiej być martwym niż niepotrzebnym — to była jedna z myśli, które wpoił mu Rokitnik.

* * *

Właśnie pomógł Purchawce opatrzyć jej zwichniętą łapę, a potem nałożył jaskółcze ziele na oczy Purpury. Wysmarował też skórę Jeżyny ziołową papką, a teraz miał dla siebie trochę czasu wolnego i zamierzał wykorzystać go na zjedzenie jakiejś piszczki. Od rana chodził o pustym brzuchu i czuł, jak z każdym uderzeniem serca burczy mu coraz głośniej.
Podszedł do sterty, analizując ją wzrokiem. Po chwili wyciągnął z niej niedużą mysz i zaczął się wycofywać, by zjeść ją w spokoju. Przysiadł niedaleko lecznicy, a po chwili przed jego oczami pojawiła się czyjaś sylwetka. Nim zdążył zareagować, Smuga dosiadł się do niego, jak gdyby nigdy nic.
— Całkiem sporo się ostatnio dzieje w Owocowym Lesie, co nie? — zagaił, wpatrując się w przestrzeń przed sobą.
Liliowy przełknął kęs i spojrzał na młodszego.
— To p-prawda… — mruknął, czując, jak na jego żołądku zaciska się supeł. — Może nie po-powinienem wtedy ro-rozmawiać z Rokitnikiem… Ty-tyle się po-porobiło… — mówił drżącym głosem. Gdyby nie ta sytuacja, Czajka nie musiałby walczyć z Ziemniakiem i uciekać… Z drugiej strony byłoby niedobrze, gdyby Owocniaki musiały na co dzień żyć z mordercą, nieświadome jego winy.

<Smugo?>

Wyleczeni: Purpura, Purchawka, Jeżyna

Od Klekoczącego Bociana CD. Mandarynkowej Gwiazdy

Usłyszał jedynie imię swojej matki. Niemal odruchowo wytężył po nim słuch, ale prędko rozmowa między dwoma kotkami całkowicie zamilkła. Nie przejął się tym. Wiedział, a przynajmniej słyszał, że doszło do jakiegoś... incydentu, w którym jego matka grała główną rolę. Ona i Wężynowy Kieł. No i oczywiście jego babka. Nie chciał się w to mieszać. Nie miał powodu, nie miał potrzeby, a co najważniejsze, nie miał zwyczajnie na to najmniejszej ochoty. Liderka i medyczka mogły sobie w spokoju plotkować, on miał to w głębokim poważaniu.
Strzepnął ogonem i poruszył nieco wąsami. Mocny zapach ziół drapał go w nos. Po chwili, którą spędził stojąc nieco złowrogo w wejściu, jak gdyby nigdy nic, ruszył do środka. Minął starsze kotki, nieco schylając głowę w kierunku Mandarynkowej Gwiazdy, która nie spuszczała wzroku z jego osoby. Przez ten cały czas nawet się nie odezwał. Cisza wisiała niezręcznie i gęsto między trójką obecnych kotów. On nie śpieszył się; nie widział powodu. Nie robił nic złego. Tak naprawdę to po prostu wykonywał swoje obowiązki, a to konkretne zadanie zostało mu powierzone przez księżniczkę, która teraz wodziła za nim oczyma, jakby wręcz wymagała od niego ponownego zniknięcia. W końcu Klekoczący Bocian położył zawiniątko na boku i po raz pierwszy od dłuższej chwili nawiązał z czarną kontakt wzrokowy. Zwrócił się też do niej bezpośrednio. 
— To zioła na twój katar. Nazbierałem więcej rumianku; obrodził niedaleko obozu — oznajmił zwięźle, przeskakując na moment na pysk babki, która wpatrywała się w niego z tą kapką... nieufności. To była nowość. Starał się nie wychylać i nie obijać na tyle, aby ktokolwiek mógł być względem niego nastawiony otwarcie wrogo czy nieprzystępnie. A na pewno nie liderka, której zwyczajnie nie chciał pchać się pod łapy. 
— Dobrze, dziękuję, Klekoczący Bocianie. Możesz wyjść — powiedziała prędko Róża. Przez moment kocur stał nieruchomo. Raczej nie spodziewał się, że zostanie tak... otwarcie wyrzucony z legowiska, w którym mieszkał. Nie wiedział, co ze sobą począć. W planach miał zaszyć się w swoim kącie i zwyczajnie przeczekać ten kolejny, nudny i paskudny dzień, ale… teraz wszystko się zepsuło. W końcu zielonooka chyba zrozumiała, że nie tego spodziewał się jej asystent i wymyśliła coś na szybko. — A czy chciałbyś przejść się do Nenufarowego Kielicha? Narzekała ostatnio na bóle stawów i pleców, a w dodatku na pewno będzie jej miło, że zwyczajnie też do niej wpadniesz.
Kocur skinął łbem i równie nieśpiesznie wyszedł z legowiska. Przez moment miał nawet ochotę, aby zaczaić się gdzieś przy wejściu i nasłuchiwać rozmów dwóch starszych Nocniaczek, ale prędko doszedł do wniosku, że nic dobrego by z tego nie wyszło. Nie był też aż tak wścibski czy zwyczajnie przejęty ową sytuacją, aby pchać się pod pazury i kły losu, który i tak najpewniej by go pokarał, jak robił to od wielu księżyców. 
Jego wizyta u samotnej starszej przebiegła nawet miło. Klekotek lubił ją. Była przyjemna w obyciu i spokojna, a w dodatku nie sprawiała zbyt wielu problemów medycznych, zwłaszcza jak na kota w jej wieku. Porozmawiali przez moment o tym, co mogło dziać się w Klanie Nocy pod nosami wszystkich kotów, ale nie zagłębiali się w żadne przedziwne teorie spiskowe, których młody medyk miał już i tak po dziurki w nosie, nawet bez interesowania się nimi. Kiedy wyślizgnął się z powrotem na otwarty obóz, z legowiska obok właśnie wychodziła Mandarynkowa Gwiazda. Za nią widać było jeszcze przez moment mordkę Różanej Woni, która szeptała do niej ostatnie słówka. 

<Mandaryna?>

Wyleczeni: Różana Woń

Od Wąsatkowego Ruczaju CD. Zwęglonej Łapy

Wąsatkowy Ruczaj włóczyła się po lesie. Jak tak teraz o tym myślała, to wcale nie był to zbyt dobry pomysł przez jej problemy ze wzrokiem. Tata na pewno nie byłby zadowolony, gdyby się dowiedział, że szlaja się samotnie z dala od obozu. W razie jakiegoś zagrożenia pewnie nawet by go nie zauważyła! Węchu też nie miała zbyt dobrego, więc musiała polegać głównie na słuchu. Dobrze, że przynajmniej w walce była całkiem dobra i mogłaby się wybronić! Wtedy udało jej się pokonać psa Dwunożnych, więc czemu miałaby nie potrafić zawalczyć z czymś innym? Tamten przeciwnik co prawda nie grzeszył siłą ani wielkością, a taki lis czy borsuk z całą pewnością byłby twardszym orzechem do zgryzienia, ale kto by się tym przejmował…
Wracała już do obozu, gdy nagle przez jej stopę przeszedł kłujący ból. Zatrzymała się gwałtownie, podnosząc łapę do góry, ale ból wciąż pulsował jej w poduszce.
— Co to?! — prychnęła, oglądając swoją kończynę. Gdy w końcu zbliżyła ją wystarczająco do swoich oczu, dostrzegła, że wdepnęła w cierń. Co za pech! Będzie musiała udać się do medyczki, by jej to wyciągnęła i odpowiednio opatrzyła, bo inaczej jeszcze wedrze się tam jakaś infekcja! Tego Wąsatka bardzo by nie chciała, bo utrudniałoby to jej funkcjonowanie jako pełnoprawna wojowniczka Klanu Wilka. Jakby ten zez nie był wystarczającym problemem…
Gdy weszła do obozu, nie dostała nawet chwili wytchnienia. Uderzenie serca później wpadł na nią jakiś Wilczak, niemal ją przewracając. Była zmuszona postawić łapę z cierniem na podłożu, co wywołało kolejną falę bólu.
— Ach! — fuknęła pod nosem Wąsatkowy Ruczaj, po czym spojrzała na ucznia, mierząc go morderczym wzrokiem. Choć z jednym uciekającym okiem mogło to wyglądać dosyć… śmiesznie.
— Przepraszam… — wydukał, spuszczając wzrok na swoje łapy.
— Uważaj, jak chodzisz! — burknęła, unosząc zranioną łapę. — Nie widzisz, że jestem ciężko ranna? Cierń wbił mi się w łapę, a ty sprawiłeś, że musiałam ją postawić na ziemi i wbił się jeszcze głębiej! — kontynuowała, kręcąc głową z rezygnacją.
— Nie chciał-
— Nieważne! Pójdziesz ze mną teraz do medyki i będziesz patrzył, jak mnie opatrują. Co ty na to? — mruknęła, po czym uśmiechnęła się do szylkretowego ucznia, jakby ten już się zgodził. — To świetnie, że się zgadzasz! W takim razie chodźmy.
Bez przedłużania obróciła się i zaczęła zmierzać w stronę lecznicy, utykając na jedną z łap.
Gdy weszła do środka, okazało się, że była w nim już Zalotna Gwiazda. Nie wyglądała najlepiej — może się przeziębiła? W każdym razie Cisowe Tchnienie podała jej kilka ziół, mruknęła coś pod nosem i liderka wyszła z legowiska. “Oby poczuła się lepiej. Klanem trzeba rządzić będąc zdrowym!” — pomyślała Wąsatka, patrząc za odchodzącą liderką.
Nagle Cis odchrząknęła, przypominając wojowniczce o celu wizyty.
— Co ci dolega? — spytała, na co Wąsatka zwróciła wzrok w jej stronę.
— Cóż, gdy byłam poza obozem, cierń wbił mi się w łapę — wyjaśniła, wyciągając kończynę w stronę szylkretki.
Kotka sprawnym ruchem wyciągnęła ciało obce z poduszki Wąsatkowego Ruczaju, a następnie sięgnęła po jakieś zioło. Przeżuła je na papkę, nałożyła na niewielką ranę, z której sączyła się krew, i owinęła pajęczyną.
— Dziękuję! — mruknęła wojowniczka, po czym podeszła do Zwęglonej Łapy, która czekała na nią przy wyjściu z lecznicy. — No, więc gdzie się tak śpieszyłeś, że musiałeś we mnie wlecieć? — zagaiła, wychodząc wraz z uczniem z lecznicy.

<Zwęglona Łapo?>

Wyleczeni: Zalotna Gwiazda

Od Klekoczącego Bociana CD. Fląderki

— Klekoczący Bocianie! — zawołała do niego Różana Woń. Czuł, jak złość się w nim gotuje, a zdenerwowanie rozpływa się po całym ciele. Jakby tego było mało, dodała: — Zostaw te zioła i czym prędzej tu do mnie chodź!
Był przecież zajęty; czy nie umiała tego dostrzec? Czy nawet w momencie, w którym wykonywał swoje obowiązki (może nie priorytetowe, ale na pewno należące do medyka) nie mógł mieć chwili spokoju i wolności od jednej lub drugiej kotki? Co było aż tak ważne, aż tak niecierpiące zwłoki, że miał rzucić wszystko, czym się wcześniej zajmował, i paść na kolana przed starszą, aby podarować jej siłę obu swoich łap, klarowność całego swojego umysłu i całe zaangażowanie, na które jest w stanie się zmusić mimo parszywego humoru? Aby się dowiedzieć, musiał wynurzyć się zza zakrętu. Lubił siedzieć w ukrytym kącie, gdzie często umykał czujnemu wzroku pozostałych mieszkanek legowiska nawet na całe poranki czy popołudnia. Lubił tę chwilę spokoju, gdzie mógł mątać łapami między ziołami, które w końcu przestały być dla niego takie uporczywe i gryzące w nos. Tylko wtedy nie miał ochoty wiecznie przewracać oczami i uderzać ogonem w posadzkę. Tym razem odchylił się do tyłu i zadarł łeb, a przed oczami ukazała mu się ta mała, wiecznie zasmarkana Fląderka, która niedawno obmazała mu całą pierś w zielonkawych, ciągnących się glutach. Wąsy mu zadrgały na to obleśne wspomnienie. 
— No ile można cię prosić! — pogoniła go ponownie, ignorując głośne westchnięcie, które wydarło mu się z pyska. Na pewno nie przypadkowo. — I jak już masz się tak ślimaczyć, to weź gwiazdnice i nieco wrotyczu. Ale ruszaj tymi patykowatymi łapami!
Zrobił, co mu kazano. Postarał się nawet faktycznie nieco pośpieszyć. Nie z jakiejś ogromnej troski do czekoladowego odrzutka, ale raczej dla swojego świętego spokoju, który od jakiegoś czasu bardziej był narażony na zakłócenia. A o tym, co będzie w Porze Nagich Drzew, nie chciał nawet myśleć. Złapał do pyska długą łodygę z białymi kwiatkami, a następnie sięgnął po tę upstroszoną żółtymi, bardziej okrągłymi. Z nimi wyskoczył do głównej części, gdzie Fląderka zanosiła się kaszlem, a Róża wyglądała na faktycznie przejętą. 
— No nareszcie! Jednopłetwej szprotki byś nie złapał przy takim tempie! I pomyśleć, żeś się na wojownika szkolił, ty guzdrało. — Zmusił się do zachowania kamiennego wyrazu pyska. Zielonooka nie bywała często aż tak drażliwa i uszczypliwa, chociaż wielu uważało ją ogólnie za mniej przyjemną w obyciu z dwóch kotek, które zamieszkiwały lecznice. Klekoczący Bocian ogólnie za nią bardziej przepadał, ale to głównie ze swojej ogromnej niechęci do Gąbczastej Perły, nie do sympatii skierowanego szczególnie do Różanej Woni. Ona zwyczajnie wyrządziła mu mniejszą krzywdę. Przynajmniej w oczach księcia. 
— Potrzebujesz jeszcze czegoś? — zapytał, aby ukryć drgające z zdenerwowania wąsy. Unikał kierowania wzroku na czekoladową mordkę. 
— Już mi chcesz uciekać? Nie ma opcji. Chodź tu — poleciła ponownie. Biały ulegle usiadł obok. Ciemna łapa trzymała zasmarkany pyszczek nieco w górze. — Fląderko, otwórz jeszcze raz.
Ciałko szylkretki drgało, kiedy z całej siły próbowała powstrzymać się przed kasłaniem, kiedy dwójka medyków siedziała zaraz przed nią. W końcu rozwarła szczęki i ponownie pokazała widocznie podrażnione i przebarwione gardło. 
— Przyjrzyj się — zwróciła się do asystenta. Klekotek nachylił się bliżej i zajrzał głęboko do pyska czekotki. Swoją jasną łapą nieco podniósł jej głowę i przytrzymał dolną żuchwę, nakazując, aby rozwarła ją jeszcze nieco bardziej. Błotne ciałko trzęsło się; niewiadomo, czy ze strachu, upokorzenia czy zwyczajnie jako objaw poważnej choroby. — Widzisz, ile plam? Choroba już dawno się rozpoczęła. Co to za kaszel?
— Zielony... Ale jeśli przyszłaby nieco wcześniej, pewnie jeszcze byłby mniej doskwierający — mruknął, puszczając pysk Fląderki. Od razu odwróciła ją od medyków, aby zakaszleć paskudnie. 
— Tak. A co gorsza, jeśli spojrzymy w drugą stronę, to gdyby nie przyszła jeszcze przez kilka wschodów słońca, wynosilibyśmy to małe błotne ciałko z obozu, aby wróciło tam, skąd przyszło — pogroziła Róża, próbując złapać kontakt wzrokowy z przestraszoną koteczką. — Ale na szczęście przyszła. A teraz ty podaj jej zioła. Ja pójdę przejść się po obozie, aby dowiedzieć się, czy ktoś inny jeszcze nie ma problemu z kaszlem. 
Medyczka pozostawiła go samego z chorą. Klekoczący Bocian wgapił się w kępki ziół, które położył na ziemi. Przysunął je łapą bliżej i czekał na jakąś reakcję ze strony szylkretki. Kiedy nie nadeszła ona przez dłuższą chwilę, odchrząknął. W końcu odezwał się.
— Zjedz te kwiaty, przeżuj mocno i połknij wszystko — polecił, przysuwając je wspólnie z wrotyczą. Wstał i już chciał odejść, aby przywlec jakiś mniejszy kawałek mchu. Zioła były paskudne. Wiedział o tym i nawet Fląderce nie życzyłby, aby nie mogła ich nieco popić. 
— A-a... te żółte kwiaty też? — zapytała, a jej głos był szorstki od chrypy i ataków kaszlu.
— Tak — rzucił krótko. 
— Wszystkie..? — dopytała, a wąsy zadrgały mu z irytacji. 
— Jeśli chcesz wrócić do miejsca, o którym mówiła Różana Woń, to tak. Jeśli chcesz zostać w Klanie Nocy, zjedz dwa kwiaty — powiedział, patrząc na nią z góry. Chociaż wrotycz nie była aż tak szkodliwa, najpewniej dla kota tak osłabionego chorobą mogła być nawet zabójcza. Fląderka skuliła się, ale wykonała polecenia. W tym czasie Klekoczący Bocian przyciągnął w jej kierunku mokry mech, który wcześniej przyniosła do legowiska Słodka Łapa. Usiadł nieco dalej, bliżej wejścia, gdzie mógł obserwować, co się dzieje w obozie. Co jakiś czas widział zielonooką medyczkę, która wypytuje wszystkich o ich samopoczucie. W końcu on też zwrócił się do chorej, aby poruszyć ten temat.
— Zaraziłaś kogoś? — Ton był niemal oskarżający.
— N-nie... Nie wydaje mi się... Starałam się unikać innych — wydukała.
— Przynajmniej tyle — burknął i na moment odwrócił się znów w stronę spokojnego, otulonego słońcem obozu. Co jakiś czas za nim rozbrzmiewało pokasływanie. Ignorował je przez dłuższy czas, ale w końcu dodał jeszcze: — Wiesz, że jeśli przyjdziesz tu wcześniej, to zmarnujemy na ciebie mniej ziół? Ledwo co wylazłaś po ataku wydr, a teraz znów spędzisz tu kilkanaście wschodów słońca… — rzucił, nie odwracając się do niej pyskiem. 

<Flądera?>

Od Księżycowego Odłamka CD. Wełnistej Mszycy

 ,,(...)czy od naszej ostatniej rozmowy twoje uczucia względem mojej osoby uległy zmianie?" 
Serce gwałtownie spadło mu do żołądka. Czy ona...? Nie, musiał mieć pewność, musiał poczekać na rozwinięcie, bo czy naprawdę mogła się domyślić? A jeśli tak, to od kiedy wie? Już zdołał pogodzić się z rzeczywistością i wykurować z... no, a przynajmniej połowicznie wyzdrowieć z obecnej sytuacji, a mimo to teraz stał przed Wróżką, która postanowiła wznowić temat i sam nie wiedział, jak na to zareagować. Na pewno nie był szczęśliwy, jak już, to prędzej odczuwał strach i dyskomfort, tylko nie wiedział, czy spowodowane jej obecnością, czy samym sobą. Co tak właściwie czuł? Im dłużej jej słuchał i im dłużej wyjaśniała, tym bardziej był pewien, że wcale nie był w błędzie ze swoimi założeniami. 
- Oh - wydobyło się bezwiednie ze srebrnego pyska, gdy ta skończyła. Coś z niego opadło i wsiąknęło w ziemię, zostawiając dziwny spokój i chłód w kościach, jak gdyby po nagłym ataku stresu miał nagle zachorować. Ciężka cisza zaczęła unosić się nad ich głowami, podczas, gdy Księżyc próbował znaleźć jakieś słowa i skleić je w całość. 
- To... znaczy, wiesz... - zamrugał, drgając uszami, w głowie powtarzając i analizując jej słowa, z zaskoczeniem dochodząc do wniosku, że jest w stanie myśleć całkiem trzeźwo. - Nie chcę cię do niczego zmuszać i fajnie by było, gdybyś sama sobie też tego nie robiła - odpowiedział niepewnie, powoli stawiając słowa na cienkiej warstwie lodu z obawy, że ten przy nieodpowiednim nacisku mógłby pęknąć. - Jak by to... to nie jest to, czego bym chciał... chyba. Już sobie to uporządkowałem wszystko, wiesz. Nie musisz nic robić, naprawdę. Jestem w stanie przekształcić swoje emocje, chociaż wymaga to czasu i naprawdę podoba mi się to, co mieliśmy do tej pory. - do tej pory na poziomie platonicznym. Wolałby nie popadać znowu w beznadziejnego krasza, przez którego huśtawka nastrojów nabiera tempa - Więc jeśli już teraz nic takiego nie czujesz i nie jesteś pewna... czy możesz... czy możesz to odpuścić? - spytał, przebierając ze zdenerwowaniem łapami z obawą, że mógł za bardzo wjechać na uczucia Mszycy. Nie miał pojęcia, co się działo w jej głowie, o czym myślała i czy przypadkiem nie ubzdurała sobie, że dla satysfakcji jego osoby po prostu się zgodzi na bycie razem czy coś, a miał wrażenie, że byłaby zdolna do przerysowanego altruizmu. Teraz było dobrze, a on sam oceniał swoje postępowania w ,,kuracji" jako całkiem efektywne i szczerze obawiał się powrotu do poprzedniego stanu. W odpowiedzi dostał głośniejsze pociągnięcie nosem. Czyżby płakała? 
- J-jesteś pewien? To znaczy... - urwała, starając się dobrać jak najodpowiedniejsze słowa. - M-masz rację, Księżycu. - podjęła nagle ciepłym tonem, starając się wyzbyć płaczliwego tonu, który jej wcześniej towarzyszył. - Przepraszam, że wróciłam do tego tematu i to po takim czasie... Odkąd Zawilcowa Korona odszedł chyba nie jestem sobą i nie do końca myślę racjonalnie... - zaśmiała się nerwowo, starając się jakoś rozładować napięcie, wydając się przy tym zadowolona... przynajmniej w pewnym stopniu. Księżycowy Odłamek pewnie również dzieliłby teraz z nią uczucie ulgi, gdyby nie fakt, że wspomniany został Zawilcowa Korona. Wuj nawiedzał nieustannie myśli kronikarza, żyjąc sobie spokojnie w jego głowie rent-free, będąc przy tym jak najgorsza zmora kręcąca się po wiekowym dworze. Najpierw wyszła na jaw jego niezbyt pozytywna, jeśli można to tak nazwać, relacja z masowym mordercą a potem postanowił wraz z bratem i jego chyba partnerką zniknąć bez słowa, nawet nie napomykając o pożegnaniu. Nic. Nie rozumiał tylko, dlaczego Wróżka się tym przejmuje? Z tego co pamiętał, nie mieli jakichś szczególnie zażyłych relacji. 
- Nie musisz przepraszać, wszyscy wiemy, że nigdy nie myślisz racjonalnie - mruknął żartem - Nie powinienem być zaskoczony - westchnął teatralnie, nie chcąc rozmazywać tematu Zawilca po ścianie, kiedy już się na niej pojawił. - Ale wracając, czy... czy możemy o tej sytuacji zapomnieć? Myślę, że tak będzie najlepiej, chociaż, może nie zapomnieć ale... iść jakoś, dalej. - spróbował wytłumaczyć, niemrawo poruszając uszami - Nie chcę, żeby się coś zniszczyło przez jedną, głupią sytuację, naprawdę sobie cenię naszą relację, wiesz... czymkolwiek by ona nie była.
- Dobrze. - miauknęła, sama sobie przytakując. Nie zdecydowała się już ciągnąć ponownie poruszonego przez nią tematu i Księżyc był za to wdzięczny. Zamiast tego, sam zabrał głos. 
- Musisz trochę nadrobić z pomysłami Baziowej Łapy, nie miałem okazji ci wszystkiego przekazać - mruknął lekko, poddając coś, dzięki czemu mogli powoli i płynnie przejść do czegoś, co pomoże im całą sytuację ładnie zaklepać. I jeśli miał być całkowicie szczery, patrzył naprawdę pozytywnie na przyszłość pomysłów Bazi, jak i jego relacji z Wróżką, czymkolwiek by ona nie była. Zwyczajnie cieszył się, że los pozwolił mu zachować miejsce u jej boku. 

<Wróżka?>

11 kwietnia 2026

Nowa członkini Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd!


Zielone Wzgórze
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zagłodzenie w okolicach Klanu Klifu
Zasłużenie: Morderstwo

Odeszła do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd!

Od Rudzikowego Skrzydełka

Jakiś czas po ataku lisa

Srebrna kotka sama nie mogła domyślić się, co było tego powodem. Od tamtego dnia, gdy wspólnie z Chomik, Wydmą i Mak pokonały lisa, zaczęła miewać koszmary. A nawet gorzej, bo ostatecznie zaczęła wpadać w ciężką bezsenność. Chodziła po obozie niczym koci trup, a podkrążone, zmarnowane, smutne oczy pokazywały, jak bardzo duże było jej zmęczenie. Po pewnym czasie koszmary stawały się gorsze. W snach zaczął nawiedzać ją własny ojciec, ale z pewnością nie był to ten, którego pamiętała. Ten zmieniał odcienie swojego futra, a z jego pyska często spływała krew czy strasznie wyglądająca piana. To był jednak tylko jeden z wielu koszmarów, które przeżywała. Nie dość, że prześladowało ją to przy próbach snu, to jeszcze zaczęło nawiedzać ją za dnia. Początki nie wyglądały jakoś tragicznie. Gdy mrugała, czasem mignęło jej przed oczami coś dziwnego. Im dalej, tym gorsze rzeczy widywała. Podczas jednego z patroli jeden z królików zaczął przemieniać się w krwiożerczą bestię, co sprawiało, że Rudzik miała ogromną ochotę uciec do mamy. Nie wiedziała, co było skutkiem tych dziwnych wizji, a wolała nie iść z tym do medyka. Jeszcze ktoś by uznał, że jest jakaś chora i trzeba ją wrzucić do jakiejś dziury. Rudzik wracająca właśnie z patrolu aż zatrząsła się na tę myśl. Rudą martwił ten stan, ale nie na tyle, aby pozwolić innym mieć ją za wariatkę. I tak było, dopóki nie wybrała się na patrol z Rudą Lisówką i Opadającym Rumiankiem. Dwoje kocurów było świadkami Rudzik chowającej się przed…martwą myszą. Tak dokładnie. W głowie Rudzik krew z drobnej zwierzyny zaczęła już zalewać cały las. Niestety to tylko brzmiało komicznie. W głowie Skrzydełka było to jednak co najmniej przerażające. Zmartwiony stanem młodszej kotki Ruda Lisówka postanowił zaciągnąć ją do medyka. I na całe szczęście obyło się bez wszystkiego, czego obawiała się srebrna.

Aktualnie

Rudzikowe Skrzydełko zdążyła już wydobrzeć po dziwnych halucynacjach i problemach ze snem. Nie zmieniało to jednak faktu, że nadal zdarzały się jej śnić o dziwnych rzeczach. Wiedziała już, że to, co wtedy widzi to nie prawda, ale ojciec szydzący z niej, a także jej futro zmieniające swój odcień wywierał na niej niepozytywne wrażenie. Kotka chodziła dalej z radosną miną, ale w jej wielkim sercu zaczęła kiełkować zła myśl. Gdzieś obok jej jedynej nienawiści do kocich związków tej samej płci zaczęło rozkwitać coś, o czym wspominał jej ojciec i brat. Było to mianowicie idealizowanie rudych futer. Nagle kotka zaczęła też zachowywać się inaczej. Znikać na kilka godzin i wracać z innym zapachem na futrze. Co ukrywała srebrna i jakie pociągnie to za sobą konsekwencje?

Wyleczeni: Kocięcy Rozumek (Rudzikowe Skrzydełko)