TW: Myśli o kanibalizmie
Problem w tym, że ich nie ma.
Zapomniana Koniczyna szedł chwiejnym krokiem. Szylkretowy kot niepewnie spojrzał na wychudzonego wojownika. Wystające żebra można było ujrzeć z daleka. Kocur z wielkim trudem podszedł do Koniczyna, dzieląc się swoim ciepłem.
— H-hej… — zaczął cicho, spontanicznie zaczynając rozmowę z mordercą swojej siostry. Widząc, że oriental zwrócił na niego uwagę, odetchnął z ulgą. Przynajmniej dawał jakieś oznaki życia. — J-jak… jak ci mija życie, Zapomnia…
— Wyśmienicie, Po-po-po-p-p-oziom-m-mecz-cz-cz-k-ku! — odparł z zaskakującą charyzmą w głosie. Poziomkowa Polana postanowił przemilczeć przedrzeźnianie i się uśmiechnął.
— Naprawdę tak sądzisz? — zapytał Poziomek. — Przynajmniej ty widzisz jakieś światełko w tym tunelu…
“Jak naiwnie z jego strony” — powiedział do siebie zażenowany oriental. Westchnął ciężko i pokręcił głową.
— Jesteś idiotą. Jesteś najbardziej idiotycznym kocurem, jakiego miałem nieszczęście poznać — szeptał, patrząc na drogę. — Czy ty serio myślisz, że jest tu jakieś światełko w tunelu? — mówił, a z każdym słowem jego głos przybierał na sile. — A jak tak, to nie światełko nadziei, tylko, do jasnej cholery, ŚWIATŁO POTWORA! — krzyknął, obracając głowę ku Poziomkowej Polanie.
Szylkret zesztywniał. Strach miał wielkie oczy, a ta deskrypcja świetnie pasowała do emocji zewnętrznych starszego kota.
Zapomniana Koniczyna fuknął i wyprostował się. Ciszę przerywały ptaki, które wzlatywały z drzew i uciekały gdzie pieprz rośnie. Wojownik ponownie zabrał głos:
— Poziomkowa Polano… straciliśmy wszystko. Rodzinę, przyjaciół… przynależność. Nie ma z nami Jarzębinowego Żaru i jej białej towarzyszki. Nie ma z nami Czereśni i Gałązki. Nie ma tu z nami Miodowej Kory i jego syna. Na domiar złego, musimy pilnować jego stukniętej siostry. A Kosaćcowa Grzywa? W dupie nas ma i tylko dla siebie poluje! A we trójkę zdziałamy tyle, co nic, dobrze o tym wiesz…
— W-więc… co proponu…jesz? — zapytał ciszej Poziomek.
Koniczyn wzruszył barkami.
— Może lepiej byłoby zdechnąć.
Poziomkowa Polana zmarszczył brwi, nie dowierzając jego słowom. Uciekł niepewnie wzrokiem.
— No… dobra… ej! — Nagle pokazał mu skinieniem głowy na tereny Owocowego Lasu. Koniczyn spojrzał na niego, nie wiedząc, o co mogło mu chodzić. — Nie widzisz? Tam jest kot. Może…
— Jaki kot? — wtrącił się mu oriental.
— No, czarny kot.
— Aha… ale… droga grzmotu… — wymamrotał niepewnie chudy wojownik. Spojrzeli na siebie nerwowo, a potem na drogę. Czyżby musieli pokonać własne lęki? Zwłaszcza że Poziomek wyraźnie miał coś z łapą. — To może być dla ciebie niebezpieczne… może ja pójdę i wrócę…
— Dobra… wracaj, prędko!
Popchnął go w kierunku betonowej drogi. Kocur na chwilę się zawahał. Rozejrzał się kilka razy na prawą i na lewą stronę, chcąc mieć pewność, iż żaden potwór go nie rozjedzie. Wziął głęboki wdech i wydech, cofnął się kilka kroków, po czym ruszył. Asfalt był twardy, co widocznie orientala zaskoczyło. Jego poduszki przywykły do naturalnej kory oraz miękkiej ściółki, nie do śmigania po czymś tak… dwunożnym.
Biegł, jakby za nim biegł wściekły Krucze Pióro, który chciał go ochrzanić za kolejne nieposłuszeństwo ucznia. Ach, ależ piękne czasy… wtedy jego relacja z Mglistym Snem nie zbiegła na zły tor, nikogo nie zabijał, a mama go kochała. Tak, wtedy było idealnie. Doprawdy… rewelacyjnie. I choć Krucze Pióro należał do jednych z, cóż, nieprzyjemnych kotów i zabił jego Biedronka to… teraz Niezapomniana Koniczyna byłby w stanie mu wybaczyć. Chciał, aby zmężniał; aby stał się wielkim kotem. Może poświęcenie Biedronka dobrze mu na to wyszło. I tej parszywej Niezapominajki.
Kiedy wrócił do rzeczywistości, jego łapy już spoczywały na zielonej trawie. Zmrużył oczy, zbliżając się do kupy odpadów, które zostawili dwunożni. Czujnie nasłuchiwał dźwięków dochodzących z tego miejsca, aczkolwiek węch miał prawdopodobnie stępiony przez zaniedbanie polowań. Nie mógł niczego wyczuć poza smrodem, od którego zaczęła go boleć głowa. Postanowił ominąć wysypisko śmierci, szerokim łukiem obchodząc metalowe odpady.
Owocowy Las był dla niego intrygującym miejscem. Różnorodny teren… Ciekawe, z czym się mierzą te koty. Czy są takie jak inne klany? A może różnią się nie tylko wiarą, ale też stylem życia? Dietą? Może jedzą owoce lub jagody. Albo siedzą na drzewach, niby owoce! Zapomniana Koniczyna czuł wstyd, że wcześniej nie przykładał uwagi do tej interesującej krainy. Ciekawe, jak długie było ich terytorium, pomyślał. Może Wszechmatka obdarowała ich spokojem, a Klan Gwiazdy odciął ich od spraw klanowiczów. Też chciałby tak żyć.
— Hej! — Usłyszał głos w oddali. Zaskoczony podskoczył i się zjeżył. Obrócił ciało jak poparzony w kierunku czarnej kotki, która zbliżała się w zastraszającym tempie. Chciał uciec, ale łapy puściły, niby korzenie w ziemi. Sparaliżowany tylko patrzył, jak ta bestia biegła, aby go…
— Hej, co tu robisz? — zapytała kotka, upuszczając przed sobą zioła.
Samotnik cofnął się. Próbował uciec wzrokiem.
— Ja… potrzebuję medyka. Mój przyjaciel… on ma bardzo sztywny bark? Chyba. Proszę… to są jakieś zioła? — zapytał, zdesperowany widocznie.
Kotka, widząc to, uśmiechnęła się promiennie i zaświergotała:
— Oczywiście! Akurat mam przy sobie korzeń żywokostu… Powiedz mi, gdzie jest twój przyjaciel?
Koniczyn uśmiechnął się słabo i zaczął ją prowadzić w stronę drogi grzmotu, przy okazji wdając się w krótką rozmowę z samotniczką. Faktycznie, świat flory był przecudowny! Szkoda, że nie został medykiem.
* * *
Wrócili w ciszy, wyraźnie zmęczeni tą interakcją. Jak dawno Koniczyn nie widział samicy… oprócz Rysiego Tropu, oczywiście, ale ona to inny przypadek był.
— Ej, Poziomeczku-ziomeczku, chodź ty no tu! — krzyknął puszysty, najstarszy zaraz po Rysim Tropie wojownik.
Oboje odwrócili się w kierunku uśmiechniętego Kosaćcowej Grzywy. Koniczyn skrzywił się. Co ten idiota znowu wymyślił?
— Co tam, Kosaćcu? — zapytał Poziomkowa Polana, kuśtykając do byłego mentora z dziecięcym uśmiechem. Zapomniana Koniczyna widział, że szylkret szuka aprobaty Kosaćca. Niby ojciec i syn. Jak uroczo.
— A, no… znalazłem taką fajną przyczepę i chciałem ci pokazać. Chcesz ze mną iść?
Oriental wszedł pomiędzy nimi, psując rodzinną atmosferę.
— Nie może. On musi teraz odpoczywać…
Poziomkowa Polana niepewnie przeskakiwał pomiędzy nimi spojrzeniem. Skinął wręcz niezauważalnie chudemu wojownikowi. Kosaćcowa Grzywa prychnął, jednakże uśmiech nie zszedł z jego pyska.
— Jak sobie chcecie, maminsynki… pff… — wymamrotał, odwracając się w kierunku wyjścia. Po chwili zniknął w czeluściach lasu.
Mglisty Sen siedział na warcie, co jakiś czas ziewając. Głód też mu doskwierał. Poziomkowa Polana poszedł się przespać, ponieważ według kotki nie powinien się przemęczać. Mniej łap do pracy…
Spojrzał w dziurę na bursztynowe oczy morderczyni. Jej spojrzenie było nieprzyjemne, a na samą myśl o zbliżeniu się do tej kocicy chciał wymiotować.
Była głodna.
Wszyscy byli głodni.
Czy… czy nie mogli po prostu ubić Rysiego Tropu i użyć jako przynętę… lub… może jest…
… nie, Koniczyn, nie. To jest niemoralne, skarcił się, wiedząc dokąd zmierzały jego myśli. To byłoby okropne. Nigdy nie zjadłby swojego! Przenigdy! Na Klan Gwiazdy przeklął się. Był zaskoczony własnym umysłem. Czy gdyby w Klanie Wilka został, nie musiałby walczyć ze sobą? Może wciąż miałby nadzieję na lepsze jutro i zapach Mglistego Snu w posłaniu? Obaj od śmierci Jarzębinowego Żaru przestali ze sobą rozmawiać. Jedynie zmieniali się na warcie, w ciszy, w pokoju. Ich czwórka nie miała prawa przetrwać, dobrze o tym wiedział. Tylko jak? Klan Gwiazd się na nich wypiął. To miała być ich ziemia, ziemia obiecana… i co? I gówno! Odwrócili się od nich. Przecież chcieli dobrze. ROBILI dobrze. Nigdy im się nie sprzeciwili! Pamiętali o modlitwach, o słowach gwiezdnych… Czyżby o nich zapomnieli? Wystawili ich… Dlaczego? Dlaczego ich? Czemu nie Klan Wilka?
Co robili nie tak?
Zapomniana Koniczyna zauważył, że jak tak stał na polanie, zaczynało się ściemniać. Czyżby znowu się zamyślił? Kosaćcowa Grzywa jeszcze nie wrócił. Mglisty Sen zaczął chrapać, Rysi Trop… wolał nie wiedzieć, a Poziomek odpoczywał.
Był sam, a mimo to… coś słyszał. Szelest, złamana gałązka, jakieś szepty. Cóż to mogło być? Koniczyn odwrócił się w stronę drugiego wyjścia. Zmrużył oczy. Nie wiedział, co się działo. Był wciąż rozkojarzony. Mógł tylko się cofnąć, zanim te stworzenia dotarły.
To były koty. Różnorodne, szylkretowe, czarne, czekoladowe, białe. Od wyboru do koloru. Skulił się pod ich władczym wzrokiem. Spojrzał w oczy kocurowi, który zabrał głos:
— Nazywam się Czereśnia — zaczął — Jestem przywódcą Owocowego Lasu — dodał, zamiatając wzrokiem ledwo kontaktujące Świetliki. — … Nie spodziewałem się, że przeżyjecie jeszcze tyle księżyców… — wymamrotał. Wbił wzrok w orientala i się skrzywił. — I też niekoniecznie dobrze wyglądacie.
Zapadła niezręczna cisza. Wojownicy Owocowego Lasu wydawali się być wrogo nastawieni, a Koniczyn nie miał zamiaru trafić na przekąskę lisów, które tam trzymali. Akurat w samą porę wyszedł z nory Poziomkowa Polana. Mimo sztywnego barku, wciąż mógł chodzić. Czereśnia zmarszczył brwi, obserwując nieporadnego wojownika. Wymamrotał Owocniak do siebie jakieś słowa, jednakże Koniczyn nie był w stanie ich zidentyfikować. Jedna z kotek nerwowo machała na boki ogonem. Miał nadzieję, że nie chciała mu zrobić krzywdy.
Jeden z jego pobratymców się wzdrygnął. Podszedł do przywódcy.
— Czereśnio… straciliśmy dużo kotów, przydałaby się świeża krew — szepnął parę kluczowych słów, które wyraźnie zmieniły spojrzenie kocura na tę sprawę.
Czereśnia odchrząknął i zwrócił się do nich:
— Chociaż wielu najpewniej pohańbiłaby mnie za ową propozycję, niektórzy z nich sa nawet obecni u mojego boku... Ale mam dla was propozycję — powiedział uroczyście. — Owocowy Las może stać się dla was przystanią, azylem, w którym odnajdziecie pomoc, również medyczną, której niektórzy z was wydają się potrzebować. — Zmierzył wzrokiem płowego, który skrzywił się delikatnie z każdym ruchem. — Nie będę jednak ukrywał, że owe zaproszenie okryte jest pewnymi… wymogami, do których każdy z was będzie musiał się całkowicie dostosować.
Zapomniana Koniczyna przełknął głośno ślinę. Czy to teraz od niego zależały losy Świetlików? I co z Kosaćcem?
Westchnął ciężko i się wyprostował. Koniczyn właśnie objął stery Świetlików.
— Dokładnie jakie warunki, Czereśnio? — zapytał.
— Chociaż nigdy nie byliście dla nas zagrożeniem, nie mogę mieć pewności co do tego, kiedy wpuszczę was do mojego obozu. Pierwsze księżyce spędzicie pod bacznym okiem strażników. Od was będzie zależeć to, ile księżyców tam spędzicie — zaczął i bez większego namysłu kontynuował. — Wasze imiona również odejdą w zapomnienie, a przynajmniej ich część. W Owocowym Lesie niewielu dożyło tego, że zostali wyróżnieni dwuczłonowym imieniem. Dopóki więc będziecie przywiązani do swoich starych mian, będziecie grzać mchy w więzieniu. — Oczy miał utkwione w orientalnym pysku Koniczyny. — Nie wymusimy na was ani wiary we Wszechmatkę, ani nie narzucimy nowych tożsamości. Nie stworzymy z was nowych kotów, ale nie pozwolimy, aby poprzeć wyciągnięcie do was pomocnej łapy ucierpiał komfort kogokolwiek z naszej społeczności.
Zapomniana Koniczyna zwiesił głowę, uznając wyższość słów Czereśni. Zostali pokonani.
— R-rozumiemy... zgadzamy się na te w-warunki... — wymamrotał szybko.
Czereśnia skinął mu łbem, po czym wszyscy się zebrali.
Bez Kosaćca, oczywiście.
