BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

23 sierpnia 2026

Od Fiołka CD. Wełnianki

— Nie wiem, Fiołku… — miauknęła cicho Wełnianka, a w jej brązowych oczach tliły się smutek i gniew. Rudo-biała owinęła ogonek wokół łapek. — Chyba tak. Mama jest zawsze miła… Pomaga mi.
Szylkretka dopiero teraz zauważyła emocje na pysku koleżanki i przez chwilę nie wiedziała co odpowiedzieć, zła na siebie. Tym swoim głupim, wścibskim pytaniem kompletnie zbiła Wełniankę z tropu i zepsuła jej humor. Że też nie mogła czasem pomyśleć, zanim coś powie!
Nie miała jednak dużo czasu, aby żałować tego, co zrobiła, bo jej uwagę odwrócił gwałtowny ruch głowy rudo-białej.
Zielone oczy Fiołka rozszerzyły się z ciekawości. Co to było? Może jakaś mucha usiadła Wełniance na grzbiecie i koteczka chciała ją w ten sposób przepędzić? Nie, to jakoś inaczej, dziwniej wyglądało…
Już chciała się o to spytać, ale nie zdążyła, bo koleżanka zaczęła mówić dalej.
— Nie wiedziałam nawet o tym ślubie, ale to okropne! Dlaczego ktoś chciałby pobić naszego opiekuna? On jest… taki miły! Co za okropny kot. Dostał karę?
— Chyba tak. — Szylkretka pokiwała ochoczo łebkiem. W pełni zgadzała się z tymi słowami. Złocisty Widlik był najlepszym piastunem, jakiego można było sobie wymarzyć i ten cały czekoladowy samotnik zasługiwał na karę. Ponownie wezbrała w niej złość, a jej futerko lekko się nastroszyło. — Mama mówiła, że sprawiedliwość go dosięgła… — miauknęła, przypominając sobie wcześniejszą rozmowę z Senną Łzą. — Ale nie powiedziała, o co dokładnie jej chodziło. Jak ty myślisz?
— Może dali mu do zjedzenia taką paskudną… eee… piszczkę, właśnie, piszczkę. Wiesz, taką gnijącą, śmierdzącą i oblepioną muchami. Co sądzisz? — odparła Wełnianka po chwili zastanowienia się.
W zielonych oczach Fiołka zamigotały psotne iskierki, a po wcześniejszej złości nie było już najmniejszego śladu.
— Nie, nie piszczkę! Bardziej wronią strawę — zachichotała. — A do posłania wrzucili jakieś obrzydliwe, oślizgłe robaki. I do tego dużo cierni!
Wełnianka pokiwała głową i obie zamruczały rozbawione.
— A wy dwie, może byście przesunęły się ze środka obozu. Jeśli nie zauważyłyście, to podpowiem wam, że ja, wasz zastępca, chcę przejść i stoicie mi na drodze. Nie wypada kociakom plątać się pod łapami wojownikom, a zwłaszcza tym z rodu królewskiego! — Nad koteczkami rozległo się głośne, oburzone prychnięcie.
Fiołek podniosła wzrok i zobaczyła Błękitną Lagunę, który wbił w nie swój wyczekujący wzrok.
Szylkretka zmarszczyła brwi. Przecież siedziały zaledwie parę długości ogona od żłobka, nie było powodów do marudzenia! Była przekonana, że zastępca się ich czepiał tylko dla zasady, przecież wcale nie zrobiły niczego złego.
Nastroszyła obronnie futerko i już otworzyła pyszczek, aby odpowiedzieć coś nie do końca grzecznego i uprzejmego, ale Błękitna Laguna poszedł dalej, cały czas mamrocząc pod nosem i rzucając jeszcze jedno obrzydzone spojrzenie Wełniance.
— Ja w waszym wieku… — Później słowa zlały się ze sobą i przestały tworzyć cokolwiek zrozumiałego dla uszu koteczek.
Fiołek jeszcze chwilę patrzyła się na odchodzącego kocura, a później spojrzała z oburzeniem na swoją przyjaciółkę.
— To niesprawiedliwe! — syknęła, wbijając pazurki w ziemię. — On uważa się za kogoś lepszego tylko dlatego, że jest z rodu! Ja też chcę być z rodu! — Nagle jej pyszczek wyraźnie posmutniał. — Myślisz, że jesteśmy gorsze? Tylko dlatego, że nie mamy znaczków na głowach? Tylko dlatego, że nasi rodzice nie są wysoko postawieni?

<Wełnianko?>

Od Fiołka CD. Lipieńka

Patrzyła z zazdrością na Lipieńka, który wyraźnie cieszył się wygraną i postanowiła sobie, że od teraz nie pozwoli mu zdobyć ani jednego punktu. Musiała się postarać, być szybka, zwinna i odpowiednio prędko reagować, ale wtedy może zaimponuje koledze ze żłobka i innym kotom, jeśli te akurat na nią spojrzą. Spięła ciało, przygotowując się do skoku lub biegu z zielonymi oczami wbitymi w kulkę z mchu. Zauważyła jednak, że bury kocurek delikatnie trąca pazurkiem ich zabawkę, myślami jakby błądząc zupełnie gdzie indziej. Wyprostowała się, przechylając główkę na bok z zaciekawieniem. Zastanawiało ją, o czym kolega tak rozmyśla i kiedy wróci umysłem z powrotem do obozu Klanu Nocy.
— Fiołek…? — W pomarańczowych oczach Lipieńka widać było wahanie. — Co ty właściwie myślisz o czekoladowych kotach? Takich… czekoladowych jak moja mama. Bo jedni mówią, że są gorsi, a inni chyba wcale tak nie uważają. I już sam nie wiem, co jest prawdą.
Na chwilę zapadła między nimi bardzo poważna cisza. Koteczka zmarszczyła nosek i usiadła, lekko strzepując ogonem. Zaskoczyło ją to pytanie, kompletnie nie na temat tego, co akurat robili. Musiała jednak przyznać, że było ono bardzo trudne. Co miała odpowiedzieć koledze, skoro sama miała ten sam problem? Nie wiedziała, co sądzić o czekoladowych kotach, targały nią mieszane uczucia co do nich i była w tym wszystkim szczerze zagubiona. Ale nie mogła się do tego przyznać! To była jej okazja, żeby mu zaimponować, pokazać mu, że wie coś na ten temat, tylko prawda była taka, że nic nie wiedziała. Zastanawiała się, co by było prawdą, a jednocześnie brzmiało mądrze, aż w końcu miauknęła:
— Wiesz… Jest ta cała legenda, o tym, jak powstał świat i takie tam… I teoretycznie jest to legenda, ale większość kotów, no… Prawie każdy kot traktuje ją, jakby to było coś prawdziwego — zaczęła ostrożnie. — Moja mama też.
Przerwała na chwilę, zastanawiając się nad dalszymi słowami i przypominając sobie jak najwięcej opowieści, które słyszała od innych.
— Może czekoladowe koty naprawdę są złe? No bo wiesz, słyszałeś opowieści starszych o Mysiomózgiej Łapie, prawda? A ten czekoladowy samotnik zaatakował naszego piastuna. Tylko że twoja mama, Fląderka, nie zrobiła mi nigdy niczego złego. Jest czekoladowa, ale dobra. W ogóle mi nie przeszkadza ani nikomu chyba… i słucha się innych kotów… Może Gwiezdni się pomylili? Może dali jej złe futerko, może tak naprawdę miała dostać inne… Na przykład bure tak jak ty… A ty co myślisz?

<Lipieńku?>

Od Trzcinowego Szmeru CD. Nura (Nurowej Łapy)

Kiedyś, jeszcze w żłobku
— Mamo… Nie mogę zostać wojownikiem wcześniej? — zapytał z nadzieją w oczach. — Jestem już silny, super pływam i mogę polować! — wymienił z dumą. — Mandarynkowa Gwiazda by się nie zgodziła? Zna nas i wie, że będziemy świetni!
Trzcinowy Szmer zamruczała rozbawiona i podkręciła swoją głową.
— Nie wątpię, że byłbyś świetnym uczniem, a potem wojownikiem. Jednak chciałabym, żebyś jeszcze zostali kociętami. Nie chce zabierać wam wcześniej dzieciństwa, ponieważ czas bardzo szybko płynie. Te dni, które siedzisz w żłobku jako kociak nie wrócą.
Nur lekko naburmuszył się, jednak nie kwestionował tego, co powiedziała mu matka. Położył się na boczku i leniwie zamknął oczy. Zajęło mu długo, aż kocurek usnął, a ona przez ten czas czuwała, uważnie ich obserwując.
Śpij młody wojowniku Klanu Nocy.

***

Kocięta ukończyły sześć księżyców i zostały mianowane na uczniów. Błękitna Laguna oraz Szałwiowe Serce zostali mentorami jej dzieci. Może w jej oczach nie byli oni kotami, o których mogłaby się dobrze wypowiedzieć, jednak sam fakt, że książęta nauczają Łabędzią Łapę oraz Nurową Łapę było już zaszczytem.
— Nurowa Łapa, Łabędzia Łapa, Nurowa Łapa, Łabędzia Łapa! — wiwatowała imiona swoich dzieci wraz ze Żmijowcową Wicią.
Rudo biały kocur wypiął dumnie pierś, po czym wyszedł wraz ze swoim mentorem poza obozowisko.

***

Niedawno mianowano na wojowniczkę Łabędzią Łapę. Jej nowe imię brzmiało teraz Łabędzi Tan. Trzcinowy Szmer była bardzo zadowolona z nowego imienia córki oraz sam fakt w jak krótkim czasie przeszła trening wraz z Błękitną Laguną. Niestety Nurowa Łapa jeszcze był uczniem. Miał czas do zostania wojownikiem, więc nie musiał się spieszyć. Jednak sama wolałaby, żeby kocur trochę się pospieszył.
Widząc syna, który właśnie wychodzi z legowiska uczniów i przeciąga się leniwie, sprawiło, że lekko zjeżyła się na karku. Dała znak Nurowej Łapie, żeby podszedł do niej.
— Tak, mamo? — spytał, grzecznie siadając przed nią.
— Jadłeś już? Czy dopiero wstałeś? Widziałam, jak po obozie chodził Szałwiowe Serce, jak smród pod ogonem. Czyżby się nudził? — prychnęła. — Chciałabym, żeby mój kochany syn, też mógł rozwijać się w dobrym tempie.
Nurowa Łapa zesztywniał.
— Szałwiowe Serce powiedział, że dzisiaj trochę później pójdę na trening… Czekamy na Liljową Łapę i Żabie Oko, ale teraz nie mają czasu, bo są na patrolu.
— Oczywiście, że są na patrolu! — prychnęła. — Ale możecie pójść łaskawie na polowanie lub żeby pomógł ci udoskonalić swoje umiejętności. Sam nie nauczysz się wspinania się na drzewa.

< Nurowa Łapo? >

Od Trzcinowego Szmeru CD Łabądka (Łabędziego Tanu)

Przeszłość, Po mianowaniu rodziny na namiestników

Wyszła z legowiska Mandarynkowej Gwiazdy na polanę. Oczywiście zostało im wyjaśnione dokładniej, na czym polega ich nowa ranga. Dlaczego dostali to wyróżnienie oraz jak będzie przebiegało mianowanie nowych namiestników? Było to wszystko o wiele ciekawsze, niż myślała. Był prawą łapą samej przywódczyni i zastępcy? Ciekawie… Sama pamiętała, jak bardzo pragnęła mieć znak lotosu na pyszczku, a teraz osiągnęła podobny przywilej. Była wyżej niż pozostali, a jej ranga była przypisana dokładnie jej rodzinie.
Żmijowcowa Wić polizał ją po policzku i skierował się do wyjścia z obozu. Mimo nowej rangi nadal mieli swoje obowiązki. Kocur wyszedł z patrolem, a ona przeniosła wzrok na żłobek. Czas zająć się swoimi obowiązkami. W wejściu do kociarni czekała na nią Łabądka, która swoimi zielonymi oczkami wwiercała ciekawskie spojrzenie w jej duszę.
— Mammoo! — zamruczała córeczka, która na jej widok postawiła wysoko swój ogonek. — Co dokładnie robią namiestnicy? Czy to znaczy, że jesteśmy nowymi księżniczkami?
Trzcinowy Szmer posłała kotce delikatny uśmiech i wygodnie rozłożyła się przy wejściu do żłobka.
— Mniej więcej jesteśmy nowymi księżniczkami. Teraz nasza rodzina jest nowym rodem — zamruczała, a oczy Łabądki aż zaiskrzyły. — Jednak nikt z namiestników nie zostanie przywódcą ani medykiem, tak mamy bardzo ważną rolę polegającą na pomaganiu władzy w Klanie Nocy. Dlatego czasem będziemy nawet wyżej od innych książąt i księżniczek.
— Czyli nikt inny nie może być namiestnikiem? — upewniała się kotka.
— Następnymi namiestnikami mogą być wasze rodzone dzieci i przyszły partner, z którym przejdziesz ceremonię łączącą — zauważyła szylkretka. — Lub kot, którego przywódca uzna, że zasłużył do wejścia do naszej rodziny. Jednak tego nie chcemy, prawda?
Po minie Łabądki mogła stwierdzić, że na początku ta chciała wyciągnąć język na myśl o kociętach i partnerze. Oczywiście koteczka była jeszcze za młoda na to, by się żenić i zajść w ciąże. Sama jeszcze nie wyszła ze żłobka, więc całkowicie rozumiała jej niechęć do takich tematów. Jednak koteczka na jej drugie pytanie od razu skinęła głową.
— Nie chcę żadnego innego futrzaka w naszej rodzinie! — prychnęła na pokaz Łabadek, zgodnie z oczekiwaniami matki.
— Dokładnie Łabądku. Musicie pokazać z bratem, że krew namiestników jest ważna, a koty z naszej rodziny ponadprzeciętne. Nie możecie mnie zawieść ani waszego ojca.
Młoda koteczka możliwe, że nie rozumiała jeszcze powagi jej słów, jednak zareagowała zgodnie z jej oczekiwaniami. Koteczka przytaknęła jej, zachowując pogodny uśmiech.

***

Jej Łabądka właśnie została mianowana na wojowniczkę w wieku dziesięciu księżyców! Była z niej taka dumna. Własna córka była tak wybitna, że zakończyła trening wcześniej niż sama Trzcinowy Szmer w przeszłości. Szylkretka mrucząc z zadowolenia, usiadła obok partnera podczas mianowania Łabędziej Łapy. Żmijowcowa Wić jednak nie wydawał się spokojny, zerknął na nią na uderzenie jednego serca, po czym skupił się na przemówieniu liderki. Trzcinowy Szmer również nie zamierzała się przejmować, tym zwykłym spojrzeniem partnera.
— Przysięgam — odpowiedziała jej córeczka.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Łabędzia Łapo, od tej pory będziesz znana jako Łabędzi Tan. Klan Gwiazdy ceni twój zapał do nauki i odpowiedzialność oraz wita cię jako nowego wojowniczkę Klanu Nocy!
— Łabędzi Tan! Łabędzi Tan! — wiwatowała Trzcinowy Szmer z resztą Nocniaków. Chciała, żeby jej głos wybijał się ponad innych. Przecież kotka musiała wiedzieć, jak bardzo dumna z niej była.
Kiedy tylko skończono mianowanie jej córki i koty zaczęły się schodzić, żeby pogratulować kotce, ta wraz ze Żmijowcową Wicią i Nurową Łapą podeszli jako pierwsi, a za nimi członkowie rodu królewskiego.
— Bardzo się cieszę Łabędzi Tanie, że zostałaś tak szybko mianowana na wojowniczkę. Jesteś naprawdę utalentowana i pojętna. Wiedziałam, że prawdziwa z ciebie namiestniczka — wymruczała do swojej córeczki uradowana. Była godna jej krwi. Ten potencjał nie mógł przepaść. Kotka nie mogła jej zawieść. — W dodatku przepiękne imię wybrała ci Mandarynkowa Gwiazda.
Żmijowcowa Wić zgadzając się z nią, również zamruczał i leciutko poprawił kotce niesforny kosmyk, odgarniając go leciutko, by nie burzył jej pięknego pyszczka.
Byli oboje z niej dumni.

***

— Nie możesz tak dużo uwagi poświęcać Liljowej Łapie — powiedział Żmijowcowa Wić, głaszcząc jej bok swoim ogonem.
Byli poza obozem w nocy i wpatrywali się w iskrzące się gwiazdy na powierzchni ciemnej wody, która cichutko szumiała. Miał być to spokojny spacer. Jednak teraz rozumiała wszystko. Łabędzi Tan i Nurowa Łapa po prostu nie mogli słyszeć, co kocur miał zamiar jej powiedzieć. Wyprostowała się i starała się panować nad sobą, żeby nie podniosła jej się sierść z emocji. Żmijowocowa Wić przełknął głośno ślinę i z całych sił starał się wytrzymać jej spojrzenie.
— Wiem, że bardzo lubisz kocięta. Ja też. Liljowa Łapa był i nadal jest bardzo uroczym kocurem. Rozumiem twoje uczucia. Wiem, że czujesz się, jakby był to twój kociak. Poczuwasz się jako jego matka, bo jest w wieku naszych młodych i przez chwilę musiałaś się nim opiekować i pewnie twój matczyny instynkt mówi ci, że jest on naszym kociakiem i…
— Do sedna — naprawdę walczyła ze sobą, żeby nie zabrzmieć agresywnie, jednak musiało się jej to nie udać, gdyż partner wzdrygnął się na jej ton.
— Naszym pociechom jest po prostu przykro. Potraktuj Liljową Łapę, jako jednego z twoich ulubionych uczniów, jednak nie na tyle byś zapomniała o własnych dzieciach. Dzisiaj mianowano Łabędzi Tan. Nie chcesz, żeby była z tego powodu smutna, nieprawdaż?
Zamarła. Czy naprawdę mogła być tak okrutna, że własne dzieci nie czują się przez nią kochane? Przecież naprawdę starała się dać im wszystko, co tylko chciały. Tak by były najlepsze.
— Wiem, że to nie jest do końca twoja wina. Jednak musisz też ograniczyć kontakt z Niezapominajkową Nadzieją. Na pewno po tym, jak cię potraktowała na ceremonii wiążącej.
— Rozmawiam z nią, bo jest moją koleżanką.
— Na pewno? Chcesz powiedzieć, że po tym wszystkim nadal pałasz do niej sympatią?
— Żmijowcowa Wicio, ja nie zabraniam ci rozmawiania z innymi Nocniakami. Myślisz, że całkowicie akceptuje to, jak rozmawiasz z Szałwiowym Sercem?
Kocur położył po sobie uszy, jednak nadal się pilnował, nie chcąc wywołać kłótni.
— Szałwiowe Serce przynajmniej nie miał nic przeciwko, żebyśmy się ożenili.
Fakt. Trzcinowy Szmer z bólem przeniosła wzrok z powrotem na tafle wody i pozwoliła, by ta obmywała jej łapy. By koiła jej ból. Przymknęła powieki i westchnęła cicho.
— Ja jej nie kocham. Nie po tym wszystkim… Tylko… Nadal mam sentyment do dni, kiedy byłyśmy uczennicami i chodziłyśmy na polowania. To nie tak, że chcę tego, co było kiedyś. Jest dla mnie koleżanką, ale taką koleżanką, której wiem, że nie mogę stracić. Mimo wszystko uważam, że nie zasługuje ona na odrzucenie. I tak większość rodu nie przepada za tym, czego się dokonała. To już jest kara za jej zachowanie.
Żmijowcowa Wić przytaknął jej głową i po chwili wahania otworzył swój pysk.
— Powinnaś jeszcze porozmawiać z Łabędzim Tanem.
Czyli to ona. Otworzyła swoje oczy i spojrzała na partnera. Jej ciemne brązowe tęczówki w tym ciemnościach nocy wyglądały, jakby miała puste oczodoły. Na pysku kocura zagościł dyskomfort oraz zielonymi oczami szukał pocieszenia w gwiazdach, nie chcąc patrzeć na jej upiorny wygląd.
— Porozmawiam. Nie musisz się martwić.

***

Ranek. Pierwszy patrol już wyszedł, a do środka legowiska wojowników weszła zmęczona po całej nocy Łabędzi Tan. Wyczuwając spojrzenie swojej matki, odwzajemniła je i położyła niedaleko niej swoje posłanie. Trzcinowy Szmer zastanawiała się jeszcze, czy powinna zawracać głowę córce, skoro ta była po całej nocy czuwania. Jednak musiała działać. Chociaż zapewnić ją, że ją kocha.
— Łabędzi Tanie… — zaczęła, starając się, żeby nie załamał jej się głos. — Chcę ci powiedzieć, że cię kocham. Nie musisz się martwić o to, że ktoś mnie tobie ukradnie. Jesteś częścią mnie. Nosiłam ciebie oraz Nurową Łapę pod swoim serduszkiem. Nie bez powodu się mówi, że rodzone kocięta są tymi najbliższymi sercu. Nie musisz z nikim rywalizować o moją uwagę lub miłość. A teraz idź spać. Zasługujesz na odpoczynek po całej nocy czuwania.
Łabędzi Tan przez cały ten czas była cicho. Położyła się z gracją na posłaniu i oparła o łapy swoją bródkę. Trzcinowy szmer natomiast podniosła się i dotknęła noskiem jej czoło.
— Jestem z ciebie dumna, córciu — zapewniła ją, po czym wyszła z legowiska wojowników, aby dołączyć od jednego z patroli.

< Łabędzi Tanie? >
🎍

Od Śnienia CD. Wróżki

— Śnienie... podoba mi się brzmienie twojego nowego imienia. Jest równie ładne, jak Mglisty Sen, ale mogę je szybciej wymówić — miauknęła, mrużąc lekko oczy przed promieniami słońca wpadającymi przez dziurę w drzewie. — Ja również powinnam zmienić swoje imię na krótsze, przynajmniej do czasu, aż nie zakończy się moja rekonwalescencja w Owocowym Lesie. — Zamyśliła się. — Wróżka. To imię wybrali dla mnie moi rodzice, w dniu, w którym się urodziłam. Oboje byli samotnikami, więc pewnie znają prawdziwy sens jego brzmienia, ale podobno miało nawiązywać do rośliny... Co o nim sądzisz?
Kocur zamruczał głośno. Był pod wrażeniem tego jakże dziwnego, a jakże pięknego imienia albinoski. On sam również będąc przez chwilę samotnikiem, nigdy nie słyszał o takim imieniu, roślinie lub czymkolwiek. Jednak imię to bardzo pasowało do jego lubej.
— Owszem, bardzo ładne imię. Takie niespotykane… Nikt w Owocowym Lesie nie nosi tak wyjątkowego imienia.
— Cieszę się, że tak uważasz. Natomiast, czemu ty nie przepadasz za swoim nowym mieniem? — zapytała go, jednocześnie wygodnie się układając w posłaniu.
Kocur przez chwilę się wahał. Czy powinien powiedzieć, że nadal nie akceptuje niektórych zasad i wierzeń Owocowego Lasu? Był tutaj już wojownikiem, chciał mieć dobrą opinię wśród Owocniaków, a po lecznicy kręcił się Gołąbek. Westchnął cicho.
— Mam wrażenie, że jest to umniejszanie moim zasługom… W Klanie Wilka przecież dostanie wojowniczego imienia wiąże się z lepszym statusem, niż tym co mają uczniowie. Dumnie nosiłem swoje imię. Jednak skoro uważasz, że Śnienie do mnie pasuje, to może powinienem zmienić nastawienie? — posłał jej ciepły uśmiech.
— Zdecydowanie — zamruczała do niego Wróżka.
Czarnego jednak frustrowała jedna rzecz. Czy kotka zostanie w Owocowym Lesie? Czy chciałaby porzucić Klan Burzy? Skoro Zawodząca Gwiazda jest teraz przywódcą oraz czekają tam na nią jej bracia? Czy znów kotka go zostawi? Wzrokiem powędrował na słońce, które raziło jej biedne fioletowe oczy. Przesunął się tak, by dać kotce trochę cienia.
— Wróżko? — postanowił, że jednak zapyta.
—Tak?
— Wiem, że jest to dla ciebie jeszcze trudny temat… Jednak chciałbym cię zapytać, czy zastanawiałaś się nad zostaniem w Owocowym Lesie? Jeśli jeszcze nie jesteś pewna swojej odpowiedzi, to nie musisz mi odpowiadać. Jednak rozmawiałem z Czereśnią. Powiedział, że Owocowym Lesie jest dla ciebie miejsce.

Kotka siedziała cicho przez chwile. Pewnie nie wiedziała, co powinna powiedzieć. On sam nie wiedział, czemu tak mu zależało, żeby albinoska z nim została. Przecież on ma własnych przyjaciół. Poziomek i Koniczyn, może jeszcze się uczyli, ale nie mógł mówić, że cierpi na brak towarzystwa. Niektóre Owocniaki też były dla niego miłe, więc mógł powiedzieć, że był przez nie lubiany. Nie był samotny. A jednak… bardzo chciał, żeby Wróżka z nim została. Był strasznie samolubny… Skarcił się w myślach. Ona przecież ma jeszcze rodzinę, która za nią tęskniła. Czemu miałby to jeszcze jej zabierać?

< Wróżko?>
🌙

Od Śnienia CD. Borowika

— No, już odleciał. Nie ważne. — Wstałem, otrzepując się nieco z piasku. — O, w ogóle, to gdzie idziemy? Będziemy polować czy jak?Śnienie odprowadził wzrokiem motylka, który wesoło odleciał w nieznanym im kierunku. Śmiesznie było patrzeć, jak kolorowe skrzydełka z gracją, trzepoczą, a motyl siada na najróżniejszych rzeczach i stworzeniach. Nawet nie obawiając się, że zostanie zmiażdżony. Głupi motylek. W Klanie Wilka zostałby już dawno zjedzony przez kociaki lub zdeptany przez uczniów, lub młodych wojowników, którzy dla kaprysu i z nudy rzuciliby się na coś słabszego od nich.
— Możemy zapolować. Chciałbym zobaczyć, jak zwiadowcy radzą sobie na ziemi — na spojrzenie pełne napięcia od burego, dodał szybko. — Ze zwykłej ciekawości, toż to oczywiste. Mnie już Guziczek sprawdzał Porą Opadających Liści, czy umiałabym upolować coś w koronach drzew.
— I jak? Udało ci się? — spytali razem Poinsecja i Borowik.
— Z trudem, ale się udało — zamruczał dumny. — To jak? Zaczynamy?
Szylkretowa orientalka skinęła głową. Widać było, że sama chciała udowodnić swoje wojownicze umiejętności. Śnienie przeniósł swój wzrok na Borowika.
— Co ty na to Borowiku? Jesteś chętny do wspólnego polowania? Trochę się rozruszasz, widać, że dzisiaj, coś dobrze nie spałeś.
Zwiadowca szybko polizał się po piersi i wysoko uniósł głowę.
— Oczywiście. Polowanie to coś, co każdy kot powinien lubić i umieć.
— W takim razie chodźmy — pogoniła ich Poinsecja i szybkim krokiem ruszyła w głąb Śliwkowego Gaju.
Rozdzielili się tak, by każdy samemu coś upolował. Śnieniu udało się złapać gołębia grzywacza, a Poinsecja w pysku trzymała mysz. Czekali teraz tylko na Borowika.

< Borowiku? >
🌙

Od Kamiennego Pióra CD. Iglaka (Iglastej Łapy)

*przeszłość, kiedy Iglak był kociakiem*

Kocur siedział na uboczu obozu, obserwując klanowe życie i wylizywał swoje futro. Było ono nieco poczochrane ze względu na to, że dopiero co wrócił z patrolu, na którym patrolował granicę z Klanem Burzy. Wszystko było spokojne i nie dostrzegł żadnych niepokojących śladów obecności sąsiedniego klanu na ich terytorium.
Spojrzenie jego zielonych oczu przyciągnął mały, czarny kociak, który lekko kołysząc długim ogonem, podszedł do czekoladowego wojownika pewnym krokiem i usiadł obok.
— Dzień dobry, Kamienne Pióro! — zamruczał ze sprytnym uśmieszkiem na pyszczku. — Znasz jakieś ciekawe historie o Mrocznej Puszczy albo o kotach, które się tam znajdują? Ognikowa Słota ma dużo historii, jednak wątpię, by znała wszystkie. Może czymś ją zaskoczę?
Kamienne Pióro strzepnął uchem, lekko zaskoczony i chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. Ciekawiło go, skąd karmicielka mogła znać tyle historii o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd, jednak musiał odpowiedzieć kociakowi, więc przerwał swoje rozmyślania.
— Nie znam zbyt wiele opowieści na ten temat… — przyznał niechętnie, nie chcąc zawieść Iglaka. — Moi rodzice opowiadali mi głównie o Klanie Gwiazdy. Może chciałbyś o tym miejscu coś usłyszeć?
Kociak wyglądał na zaciekawionego, więc wojownik kontynuował.

***
*teraźniejszość*

Kamienne Pióro został tego dnia przydzielony do patrolu łowieckiego, co bardzo mu się podobało. Zwierzyna biegała wszędzie, a ciepły wiatr lekko dmuchał w futro wojownika, co sprawiało, że polowanie było czystą przyjemnością.
Zdecydował się podejść na chwilę do Iglastej Łapy, który razem ze swoją mentorką również uczestniczył w patrolu, aby zamienić z nim parę słów. Rozmawiali kilka razy jeszcze, kiedy dymny był kociakiem i wojownik chętnie utrzymałby ten kontakt.
— Hej, młody — zamruczał, równając swój krok z tempem Iglastej Łapy. — Zastanawiałem się, jak ci idzie trening. Podoba ci się bycie uczniem? Twoja mentorka, Kocimiętkowy Wir jest świetną wojowniczką. Na pewno dobrze wam się razem pracuje.
Przypomniał sobie, jak bardzo sam się stresował przed swoimi uczniowskimi walkami i że dwie z nich przegrał. Miał nadzieję, że Iglastej Łapie lepiej szedł trening.

<Iglasta Łapo?>

Od Malinki (Nieboskłonnej Łapy) CD. Porzeczki (Chyżej Łapy)

— No, już się tak nie bój. — Miauknęła Porzeczka, po czym odwróciła się do ściany obok niej, na co kotka jedynie westchnęła.
„Kłóć się z osłem to cię kopnie…” — pomyślało kocię, ze zrezygnowaniem siadając obok kotki. Zawijas czasami mówiła tak, kiedy któreś z kociąt (a najczęściej była to Porzeczka), wykłócało się z nią. Czarna rozejrzała się, a po chwili zaczęła kopać. A raczej skromnym zdaniem Malinki, zaczęła próbować to robić. Mina jeszcze chwilę wcześniej tak zdeterminowanej rozrabiaki momentalnie zrzedła, co chyba trochę burkę uspokoiło. Kotka szybko się nudziła, szczególnie zadaniami żmudnymi, a to na takie wyglądało, a gdy błękitnooka była już pewna, że zaraz szylkretce się znudzi i znajdą jakieś inne zajęcie, za nią rozległo się wołanie Dryfującego Fluorytu:
— A wy co?
— NIC!! — krzyknęły równo siostry, podczas gdy Malinka wpatrywała się w wieczną królową z nadzieją, że zaraz odejdzie. Gdy jednak odwróciła głowę, zobaczyła grymas bólu na pyszczku Porzeczki, która musiała najwyraźniej uderzyć głową w ścianę.
— Porzeczka, nic ci nie jest? — Zapytała się Poziomka, podczas gdy burka wpadła w małą panikę, widząc strużkę krwi, powoli spływającą po jej pysku.
— Mi? Pff, nic mi nie jest — odparła kotka, próbując narzucić na pysk nonszalancki uśmiech. (Co ewidentnie jej nie wyszło). Karmicielka spojrzała się na trójkę kociąt z frustracją.
— Do żłobka, już! Skoro ciągle coś knujecie, macie nie wychodzić z niego do mianowania. — Stwierdziła, po czym zaprowadziła kotki do jamy, w której mieszkały. Tak naprawdę to Malinkę niezbyt obchodziło, czy będą w jamie, czy nie. W tym momencie obchodził ją stan jej siostrzyczek.
Gdy w końcu znalazły się w żłobku, Porzeczka rzuciła się na ich wspólne posłanie i rozłożyła na jego całość.
Wtedy Malinka do niej podeszła i się przyjrzała jej pyskowi:
— Coś tu masz… — mruknęła, ale na tyle cicho, aby Fluoryt nie usłyszała.
— Gdzie?
— Tu! — Położyła łapę na jej brew, a Porzeczka pisnęła z bólu.
— Ej!
— Co?
— To bolało! — Splunęła.
— Co bolało? Ja tylko ci pokazałam!
— Ale bolało!
— To krew!
— Serio? Nie wiedziałam — Prychnęła. — Przecież uderzyłam głową o twardą ziemię.
— Spokojnie, już — Mruknęła Poziomka, siadając między siostrami. — Mocno boli? — Zwróciła się do najstarszej.
— Szczypie tylko. — Odparła cicho.
— Może powinnyśmy iść z tym do medyków?... — zaproponowała czarna, na co ich siostra od razu zaprzeczyła.
— Absolutnie! Wiesz, jakie będziemy mieć przez to kłopoty?? — pisnęła, na co Malinka tylko spuściła głowę ze zrezygnowaniem, martwiąc się o swoją siostrzyczkę.
— Pokaż mi to rozcięcie, nie będę go już dotykać — mruknęła, na co kotka syknęła.
— Zapomnij, znowu dotkniesz i będzie mnie bolało!
Błękitne ślepia istoty wpatrywały się w kocię, niemal nie mrugając, pozostawiając w absolutnej ciszy, dopóki kotka jej nie przerwała.
— Obiecujesz?...
— Obiecuje.
Kotka wydała z siebie dźwięk coś ala „Mphm!...”, ale oprócz tego dłużej już nie protestowała.
— Boli cię, jak podnosisz lub obniżasz brwi? — spytała łagodnie, ścierając kropelki bordowego osocza spod miejsca przecięcia, nie dotykając go, aby Porzeczki na pewno nie bolało.
— No oczywiście, że tak, nie zadawaj takich głupich pytań! — odparła czarna, podczas gdy Poziomka wtulała się w nią, chcąc dodać jej otuchy.
— Nie jestem medykiem, ale do mianowania się powinno zagoić… Chodź, boję się czy, nie dostaniesz jakiegoś zakażenia. Myślę, że trzeba pójść do medyków.
— Oj no już nie przesadzaj, wszystko jest dobrze!
Malinka już chciała otwierać pysk, aby argumentować się z Porzeczką, ale końcowo uznała, że nie ma to po prostu sensu, bo nic tym burka nie wskóra. Jedynym więc, co mogła zrobić, to obserwować jak się czuje i w razie co powiedzieć komuś starszemu i narazić się na złość siostry. Dla niej jej zdrowie sióstr jest ważniejsze.

Popołudnie w dniu mianowania…
‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁
Chyża Łapa i Poziomkowa Łapa wróciły już ze swoich treningów, podczas gdy Nieboskłonna Łapa jeszcze na trening nawet nie wyszła, ponieważ jej mentor nie mógł zabrać jej w dzień. Chodź taki tryb, jak najbardziej jej odpowiadał. Nie miała zamiaru przez to narzekać. Dzięki temu było chłodniej, a ona mogła obserwować nocne niebo. Kotka postanowiła więc czekać, aż jej siostry wrócą ze swoich treningów, które odbywały się w dzień. Malinka bardzo ubolewała nad tym, że teraz będzie widywać się z nimi dużo której. Bez nich u boku czuła dziwnie kłującą pustkę, której nie mogło wypełnić nic. Nawet radość z udanego treningu, obserwacji nieba, czy poznania jakiegoś spoko kota. W pewnym momencie burka ujrzała swoje siostry, gadające w najlepsze. Gdy tylko ją zobaczyły, od razu skierowały się w jej stronę.
— No i jak tam pierwszy trening? — miauknęła Nieboskłonna Łapa, spodziewając się wybuchu emocji ze strony siostrzyczek.

<Chyża Łapo per Porzeczko?>

[732 słowa, trening kronikarza]

Od Nieboskłonnej Łapy CD. Kurzej Łapy

Kocur przez dłuższą chwilę ignorował Nieboskłon, lecz gdy w końcu oblizał się po raz ostatni, przysunął resztę zająca pod nos uczennicy.
— Moje imię brzmi Kurza Łapa — wymamrotał po tak długiej ciszy, po czym uciekł wzrokiem w bok. — Jedna z twoich sióstr szkoli się u boku Śniącego Obserwatora. Aspiruje na bycie kolejnym przewodnikiem...
Kurak wstał, patrząc przed siebie, po czym raczył kontynuować.
— Ty szkolisz się na kronikarza... Szkolisz się pod okiem Lotosowego Pąku.
Obrócił się do niej płynnie, jakby próbował jej zaimponować.
— Pamiętaj, iż to jedno z dzieci Wielkiego Pawia. Darz go respektem.
Kocur był... Dziwny. Przedłużał ciszę, jakby próbował wywołać coś w młodszej. Wspomniał o jej siostrzyczce. Czy on coś jej sugerował? Koteczka zmarszczyła pyszczek, z niesmakiem odsuwając resztki, jakie podsunął jej Kurza Łapa.
Przez dłuższą chwilę obserwowała go w ciszy, zapisując w głowie informacje o nim.
" Ma wrażenie, że jest lepszy od innych. Dziwny. Szkoli się na tej samej ścieżce co Porzeczka. Może być… Niebezpieczny. Być może stanowić zagrożenie. Zapamiętać. "
Wydawał jej się po prostu zadufanym w sobie ego topem, a ona nie zamierzała łechtać jego wybujałego w jej mniemaniu ego. Szylkretkę zaciekawiła jednak wzmianka o wielkim Pawiu.
— Nie rozkazuj mi. Każdego będę szanować i dążyć respektem, jeśli będzie ku temu... Racjonalny powód.
Błękitnooka przerwała na chwilę, oglądając Kurzą Łapę od góry do dołu, podczas gdy mimika na jej pyszczku pozostawała kamienna.
— Czym jest ów Wielki Paw? — zapytała, owijając swój puchaty ogon wokół chudych łap.
— Ruszając z takim postanowieniem i humorkiem... daleko nie zajdziesz, Nieboskłonna Łapo — miauknął, kręcąc głową niczym zawiedziony rodzic.
Istota przymrużyła oczy, czując, jak musi zmuszać się do nie skrzywienia, kiedy Kurza Łapa skarcił ją niczym nieposłuszne kocię. Uznała, że nie ma sensu sprzeczać się z kimś, kto zachowuje się w ten sposób.
— Pewnego razu, za panowania Obserwującej Gwiazdy, na terenach Klanu Burzy pojawił się biały... paw. Stworzenie pełne wdzięku, w dodatku z unikatowym kolorem pióra od razu zwróciło na siebie uwagę patrolu, a w szczególności medyków oraz kronikarzy, w tym samą liderkę. Nie zabili pawia, lecz zaczęli się nim opiekować, próbując utrzymać przy życiu i dowiedzieć się o nim jak najwięcej, a nawet spróbować porozumieć, co niestety skończyło się jedynie na rozszyfrowaniu gestów i zachowania wielkiego ptaka. Klan Burzy traktował stworzenie jako dar zesłany przez Klan Gwiazdy, który potrafił leczyć choroby duszy. Czasem po poproszeniu pawia o dobre polowanie łowy były obfite. Niestety, biały paw zakończył swój żywot już wiele księżyców temu, a w tym samym czasie narodziła się wielka trójka wyjątkowych kociąt składająca się z Lotosowego Pąku oraz Białego Strumienia, którzy teraz pełnią rolę kolejno kronikarza i przewodnika. Wśród części klanu panuje przekonanie, że rodzeństwo, odznaczające się charakterystycznym, białym umaszczeniem i niecodziennej barwy oczyma, nosi w sobie moc Klanu Gwiazdy przekazaną właśnie przez tego ptaka. Była jeszcze ich siostra, asystentka medyczki o imieniu Wełnista Mszyca. Podczas pożaru zagubiła się i najprawdopodobniej zmarła przez wycieńczenie.
Malinka nie polubiła kocura, zaciekawiła ją jednak historia o Pawiu. A nawet jeśli by jej nie zaciekawiła — po prostu wypadałoby podziękować, za przekazanie kawałka historii klanu, do którego szylkretka przynależy.
— Hm... Dziękuję za opowiedzenie mi tej historii, Kurza Łapo. Przepraszam natomiast za odrzucenie podarowanego mi jadła, ale... Raczej nie dojadam resztek po innych, chyba że to ktoś wyjątkowo… Bliski…
Kocurek bez ostrzeżenia po prostu odbiegł z królikiem, a raczej jego resztką w pysku i błękitnooka już myślała, że to koniec ich rozmowy, jednak ten po chwili wrócił.
— Biały Strumień to mój mentor, a Lotosowy Pąk twoim. Oboje mają w sobie moc Klanu Gwiazdy. Przy nich zważaj na swoje słowa. Niektórych nieszczęśników za okłamanie i próbę przekonania na złą stronę albinosów... później spotkała kara śmierci. Nie chciałabyś należeć do tego grona, czyż nie?
W głowie Nieboskłon zapaliła się wielka, czerwona lampka. Nie. Lampa. Przeogromna, wyjąca na cały regulator. Sierść na jej karku mimowolnie lekko się podniosła, gdy kotka wbiła pazurki swoich łap w zbitą ziemię.
— Nie próbuj mi grozić, Kurza Łapo. — odparła ze śmiertelnym spokojem w swoim tonie.
Niech on tylko spróbuje dotknąć Chyżej bądź Poziomkowej Łapy, a dowie się, co potrafi wściekła siostra, która za wszelką cenę obroni swoje kochane siostrzyczki.
— Trzymaj się z dala od moich sióstr. Nie pozwolę, aby cokolwiek im się stało. — dodała po chwili, strzepując swoim puszystym, szylkretowym ogonem.
Kurza Łapa zdziwiony uniósł brwi do góry. Czego on się spodziewał? Że Malinka pozwoli na to, aby próbował tak se o, wywoływać w niej strach i siostry. W jej opinii srebrny był zdecydowanie niezrównoważony, skoro wygadywał takie rzeczy. Po nie mniej niż trzech uderzeniach serca westchnął jakby cierpiętniczo i nazbyt ciężko. W odczuciu burej niemal teatralnie.
— Oprócz swoich sióstr to nikogo nie znasz, tak? — zaczął miękko, niczym matka do dziecka. Zrobił jeden krok do przodu, na co Nieboskłonna Łapa od razu cofnęła się o kolejne dwa kroki. Znów jakiś kot wchodził w jej przestrzeń osobistą, a ona tego nie znosiła.
— Ścisz tony, Nieboskłonna Łapo. To jest zwykłe nieporozumienie.
Później rudy przerwał na chwilę, jakby oceniając kotkę wzrokiem.
— Nieboskłonna Łapo, przepraszam, że tak to odebrałaś. Nikomu nie grożę, a ty... powinnaś zacząć myśleć nad tym, co zaraz powiesz. Twoja lekkomyślność może sprowadzić na ciebie wiele nieszczęść — mówił delikatnie, nie chcąc sprowadzić na sobie większego gniewu paranoicznego dziecka. — Poza tym...
Szybko zmienił temat i wskazał na wyjście z piwnicy.
— Jako przeprosiny... mogę cię nauczyć, jak się poluje na zające w nocy. Lub zaprosić na przechadzkę w nocy. Nie jestem przyzwyczajony do trybu takiego jak reszta. Ty też zapewne będziesz trenować w nocy na zewnątrz. To znaczy, że będziemy się szkolić o podobnych porach — zauważył i “słodko” się uśmiechnął. Uczennica powoli miała go dość, a to zdarzało się dość rzadko. Na ogół miała dość dużo cierpliwości. Chyba że gadała z ułomem, natrętnym kocięciem lub kimś, kto groził jej rodzinie. A ona czuła, jakby konwersowała z kotem, który jest połączeniem tych trzech rzeczy, bądź cech.
— Proszę, nie gniewaj się — dodał ciszej, nie odrywając z niej wzroku.
— Może kiedyś, na dziś mam już plany — odparła chłodno, przeszywając syna Rudzikowego Skrzydełka swymi błękitnymi ślepiami.
— Lecz dziękuję za propozycje. — dodała pośpiesznie, chodź na jej pysku nie widniała nadal żadna odczytywana emocja, ponieważ jej pyszczek nadal zachowywał niezachwianą, kamienną mimikę.
— Żegnam cię więc, Nieboskłonna Łapo… — mruknął Kurak, na co Malinka jedynie skinęła głową, po czym po prostu odeszła od ucznia, mając go serdecznie dość.
Bura złapała dwie dorodne myszy w pysk i skierowała się do legowiska kronikarzy, w którym miała nadzieję spotkać kocura, który kilka dni temu przyłapał ją w środku nocy na próbie wyjścia z obozu po to, aby obejrzeć nocne niebo. Point wydawał jej się ciekawy i mimo iż nie poznała jego imienia, była pewna, że ten był Kronikarzem. Nie wiedziała skąd ta pewność, ale po prostu ją miała, a kiedy lekkim krokiem podeszła do wcześniej wspomnianego miejsca przekonała się o tym, że jej intuicja się nie pomyliła. Point był tam, mrucząc coś cicho pod nosem. Kiedy jednak szylkretka chciała się przywitać, on zawołał ją do siebie ruchem ogona. Malinka weszła więc do środka, kładąc przed kocurem podarek w postaci dwóch myszek.
— Dzień Dobry… Chciałam podziękować za nie wysłanie mnie do Zawodzącej Gwiazdy. Zakładam również, że to dzięki panu wybrał on dla mnie tę konkretną ścieżkę szkolenia. W ramach owej podzięki przynoszę tę zwierzynę i liczę, że to nie będzie nasza jedyna interakcja.
Dymny przez dłuższą chwilę milczał, a kiedy w końcu się odezwał, z jego pyska wyleciał jedynie półszept, który wydawał mi się niezwykle intrygujący. W końcu nie każdy rozmawiał na co dzień, używając szeptu.
— Nieboskłonna Łapa… Wybrał ci dobre imię. Nie dziękuj mi dziecię z nieba zesłane, twą duszę od razu na wskroś przejrzałem. Nie ciężko było mi spostrzec bowiem, że interesujesz się owym nieboskłonem. Ucz się pilnie, istotko ze srebrnej skóry utworzona, a będzie ci dane zwać się kronikarką, zdobywając posadę tak upragnioną.
— Wow… — mruknęła pręguska pod nosem, zachwycona prozą wylewającą się z pyska kocura dużo od niej starszego.
— Jak cię zwą? Me imię już znasz, więc nie muszę ci się chyba przedstawiać…
— Wędrujące Niebo, takie imię mi nadali, było to wieki temu, kiedy wszyscy po bezkresnych łąkach biegali. Teraz nasz dom stanął w płomieniach, a my żyjemy w tunelach, odbudowując sen o marzeniach.
— Czyli dlatego żyjemy w tunelach? To ma sens…
Niebieski pokiwał uczennicy głową, a na jego pysku widoczny był smutek, a kiedy już Kompas miał zaszczycić Nieboskłon kolejnym rymem, obydwoje usłyszeli wołanie jej sióstr.
— Idź młoda duszyczko, jeszcze wiele ci opowiem, lecz jak na razie pędź do swych sióstr, ja kiedyś na pewno jeszcze ci coś zapowiem.
— Dziękuję za spotkanie Wędrujące Niebo, na pewno jeszcze cię odwiedzę — miauknęła Malinka, pochylając głowę nad pointem.
— Smacznego! — powiedziała, jeszcze zanim podbiegła do szylkretek, które zapewne szukały jej po całym obozie.

Wieczór tego dnia…
‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ . ݁⋆.𐙚 ̊‎ . ݁⋆ ۶ৎ ݁˖ .

— Nieboskłonna Łapo, idziemy na trening! — zawołał Lotosowy Pąk, na co szylkretka od razu poderwała się z miejsca.
— No w końcu — burknął kocur, nie czekając na młodszą.
— Wraz z Białym Strumieniem postanowiliśmy, że połączymy dziś trening Twój i Kurzej Łapy — dodał mentor, na co Malinka miała ochotę zbuntować się i nie iść na trening. Nie chciała jednak podpaść mentorowi, więc bez sprzeciwu w ciszy podążyła za nim aż do wyjścia z obozu, gdzie wcześniej wspomniani już czekali.
— Dobry wieczór, Lotosowy Pąku — miauknął jedynie Kurak, podczas gdy Nieboskłon jedynie skinęła głową do Białego Strumienia, po chwili otrzymując ten sam gest w odpowiedzi. Najwyraźniej czerwonookiemu to nie przeszkadzało, a wręcz chyba szło na łapę, bo przez uderzenie serca na jego pysku widniał łagodny uśmiech. Cóż, najwyraźniej nie chciał gadać, albo po prostu był małomówny. Do ucznia natomiast Malinka ani się nie odezwała, ani głową nie skinęła. I nie miała zamiaru tego zrobić.

< Kocidioto o czerwonej czuprynie? Masz coś “mądrego” do dodania? >

[ 1584 słów, trening kronikarza]

Od Kurzej Łapy CD. Nieboskłonnej Łapy

Kurza Łapa przykucnął obok uczennicy Lotosowego Pąku i zaczął zajadać królika, raz po raz oblizując pysk.
— Uczysz się na przewodnika, prawda? — zaczęła mimowolnie.
Rudzielec nie sprawiał wrażenia zainteresowanego, zajmując się łapczywie skubaniem zająca, ale kotka kontynuowała:
— Jestem Nieboskłonna Łapa. Jak Cię zwą? — dodała po chwili, a jej jasne ślepia uważnie obserwowały kocura.
Czuł na sobie jej wzrok aż za dobrze. Oblizał się po raz ostatni, kończąc posiłek. Resztę zająca, której zostało sporo, łapą podsunął do przyszłego kronikarza, z którą akurat raczył siedzieć obok. Pozwolił sobie na moment ciszy, przyglądając się kotce. Urokliwy młodzieniec ze szlachetnymi rysami pyska przechylił główkę na bok. Miał piękne, zadbane, długie futro, które lśniło w blasku promieni słonecznych przedostających się przez niedoskonałości kamiennego sufitu. Długa grzywka opadała mu na prawe oko, z kolei w lewym nie można było rozróżnić koloru tęczówki od źrenic. Ślepia Kurzej Łapy sprawiały wrażenie tak głębokich, jak zimny ocean od strony Klanu Nocy. Ciekawym elementem były jego wygięte w śmieszny, słodki sposób uszy, wywinięte wręcz do tyłu w niby napięty łuk.
Przystojny uczeń nie odzywał się od paru sekund. Młoda kotka również nie raczyła wziąć ponownie głosu, zapewne zbyt uraczona jego... osobistym wdziękiem, jeśli jakikolwiek posiadał, oprócz wyglądu zewnętrznego. Emanował przytłaczającą tajemniczością, jakiej Nieboskłonna Łapa jeszcze nie zdążyła doświadczyć w tym jakże krótkim życiu.
— Moje imię brzmi Kurza Łapa — wymamrotał po tak długiej ciszy, po czym uciekł wzrokiem w bok. — Twoja jedna z sióstr szkoli się u boku Śniącego Obserwatora. Aspiruje na bycie kolejnym przewodnikiem...
Wstał bez trudu z kamiennych płyt. Wysoki srebrzysty rudzielec patrzył przed siebie, mówiąc:
— Ty szkolisz się na kronikarza... szkolisz się pod okiem Lotosowego Pąku.
Obrócił się do niej płynnie, wręcz hipnotyzująco.
— Pamiętaj, iż to jeden z dzieci Wielkiego Pawia. Darz go respektem.
Przez dłuższą chwilę obserwowała go w ciszy.
— Nie rozkazuj mi. Każdego będę szanować i dążyć respektem, jeśli będzie ku temu... Racjonalny powód.
Błękitnooka przerwała na chwilę, oglądając Kurzą Łapę od góry do dołu, podczas gdy mimika na jej pyszczku pozostawała kamienna.
— Czym jest ów Wielki Paw? — zapytała, owijając swój puchaty ogon wokół chudych łap.
Nieboskłonna Łapa nie sprawiła na nim dobrego wrażenia, mimo to jej agresja i paranoja nie miały żadnych szans w starciu z obsydianowym umysłem Kurzej Łapy. Jej słowa spełzły po nim niczym woda po kaczce; nie udało jej się uchwycić żadnej pożądanej emocji. To wciąż był smarkacz ledwie dorastający mu do pięt, w przenośni, jak i tutaj, na żywo.
— Ruszając z takim postanowieniem i humorkiem... daleko nie zajdziesz, Nieboskłonna Łapo — miauknął, kręcąc głową niczym zawiedziony rodzic. Poza tym czuł się trochę przybity faktem, iż podzielił się z nią dobrowolnie jedzeniem, którego w tych czasach brakowało, a ona... je odtrąciła. Może trzeba ją zagłodzić, pomyślał chłodno. Fluoryt najwyraźniej nie nauczyła ich żadnych manier. Będzie musiał z nią porozmawiać na temat tych trzech przybłęd, które zaczną ponownie siać tu zamęt.
A Kurza Łapa do tego nie dopuści.
Ten rudzielec, niestety ze zdrajczyni ciała stworzony, postanowił sobie jedno: w tym klanie, pod jego pieczęcią i bystrym umysłem zdolnym do wykrycia ziarn kłamstw i chaosu, nigdy więcej nie pozwoli kotom na zdradę własnych pobratymców i zamach na życie przywódcy, w dodatku swoich krewnych. Poprzysiągł sobie. Musiał mieć w takim razie obie, jeśli nie całą trójkę na oku. Kto wie, może Mroczna Puszcza powoli się odradza w żywych kotach.
Uniósł brwi, przyglądając się młodej duszy. Pytanie młodszej uczennicy nie wzbudziło w nim wielu uczuć. Wciąż na jego pysku pozostawał dziwnie odtrącający chłód. Nie chciał teraz się z nią przekomarzać czy też łapać ją za słowa. Powinna znać prawdę i wiedzieć do kogo odnosić się w końcu z szacunkiem.
Urokliwy młodzieniec usiadł przed nią i zaczął przyjemnym dla uszu głosem:
— Pewnego razu, za panowania Obserwującej Gwiazdy, na terenach Klanu Burzy pojawił się biały... paw. Stworzenie pełne wdzięku, w dodatku z unikatowym kolorem pióra od razu zwróciło na siebie uwagę patrolu, a w szczególności medyków oraz kronikarzy, w tym samą liderkę. Nie zabili pawia, lecz zaczęli się nim opiekować, próbując utrzymać przy życiu i dowiedzieć się o nim jak najwięcej, a nawet spróbować porozumieć, co niestety skończyło się jedynie na rozszyfrowaniu gestów i zachowania wielkiego ptaka. Klan Burzy traktował stworzenie jako dar zesłany przez Klan Gwiazdy, który potrafił leczyć choroby duszy. Czasem po poproszeniu pawia o dobre polowanie, łowy były obfite. Niestety, biały paw zakończył swój żywot już wiele księżyców temu, a w tym samym czasie narodziła się wielka trójka wyjątkowych kociąt składająca się z Lotosowego Pąku oraz Białego Strumienia, którzy teraz pełnią rolę kolejno kronikarza i przewodnika. Wśród części klanu panuje przekonanie, że rodzeństwo, odznaczające się charakterystycznym, białym umaszczeniem i niecodziennej barwy oczyma, nosi w sobie moc Klanu Gwiazdy przekazaną właśnie przez tego ptaka. Była jeszcze ich siostra, asystentka medyczki o imieniu Wełnista Mszyca. Podczas pożaru zagubiła się i najprawdopodobniej zmarła przez wycieńczenie.
Istota przymrużyła oczy.
— Hm... Dziękuję za opowiedzenie mi tej historii, Kurza Łapo. Przepraszam natomiast za odrzucenie podarowanego mi jadła, ale... Raczej nie dojadam resztek po innych, chyba że to ktoś wyjątkowo bliski.
Kurza Łapa tylko kulturalnie skinął łbem kotce, po czym wstał i wziął zająca. Bez chwili zastanowienia wręczył go swojej siostrze, Perłówkowej Łapie, która była akurat niedaleko. Wrócił do uczennicy migiem.
— Biały Strumień to mój mentor, a Lotosowy Pąk twój. Oboje mają w sobie moc Klanu Gwiazdy. Przy nich zważaj na swoje słowa — ostrzegł. — Niektórych nieszczęśników za okłamanie i próbę przekonania na złą stronę albinosów... później spotkała kara śmierci. Nie chciałabyś należeć do tego grona, czyż nie?
Sierść na karku kocicy mimowolnie lekko się podniosła, gdy kotka wbiła pazurki swoich łap w zbitą ziemię.
— Nie próbuj mi grozić, Kurza Łapo. — odparła ostrzegawczo. — Trzymaj się z dala od moich sióstr. Nie pozwolę, aby cokolwiek im się stało. — dodała po chwili, strzepując swoim puszystym, szylkretowym ogonem.
Kurza Łapa zdziwiony uniósł brwi do góry. Skąd to nagłe oburzenie? Patrzył na małą istotkę chaosu grożącą jemu, uczniowi jednego z albinosów. Westchnął ciężko.
— Oprócz swoich sióstr to nikogo nie znasz, tak? — zaczął miękko, niczym matka do dziecka. Zrobił jeden krok do przodu. — Ścisz tony, Nieboskłonna Łapo. To jest zwykłe nieporozumienie — wyjaśnił spokojnie urokliwy młodzieniec, wyraźnie znudzony czy też zmęczony tym wybuchowym, emocjonalnym charakterem młodego przyszłego kronikarza. Nie miał wprawy z takimi charakterami. Nikt z jego grona nie był aż tak niestabilny, jak ta kotka. Przy niej musieli pewnie chodzić na wąsach.
— Nieboskłonna Łapo, przepraszam, że tak to odebrałaś. Nikomu nie grożę, a ty... powinnaś zacząć myśleć nad tym, co zaraz powiesz. Twoja lekkomyślność może sprowadzić na ciebie wiele nieszczęść — mówił delikatnie, nie chcąc sprowadzić na sobie większego gniewu paranoicznego dziecka. — Poza tym...
Szybko zmienił temat i wskazał na wyjście z piwnicy.
— Jako przeprosiny... mogę cię nauczyć, jak się poluje na zające w nocy. Lub zaprosić na przechadzkę w nocy. Nie jestem przyzwyczajony do trybu takiego jak reszta. Ty też zapewne będziesz trenować w nocy na zewnątrz. To znaczy, że będziemy się szkolić o podobnych porach — zauważył i słodko się uśmiechnął, jak to na jego przystało. Chcąc nie chcąc, pomimo wieku i powagi Kurza Łapa często jest uznawany za słodziaka lub... cokolwiek można uznać za "istotę". Rzadko kiedy widziany jako coś pomiędzy.
— Proszę, nie gniewaj się — dodał ciszej, nie odrywając z niej wzroku.

<Nieboskłonna Łapo, nie wierzę, że akurat ty zostałaś wybrana na kronikarza… aż mi szkoda twojego mentora, wiesz?>
[1173 słów]