BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

22 czerwca 2026

Od Bursztynowej Łapy

 - Widziałaś tych rybojadów? Ciekawe, czy tak bardzo znudziły im się ryby, że przyszli do nas - szeptał, a przynajmniej jemu zdawało się, że był to szept, do Żywicznej Łapy siedzącej obok, która właśnie przyniosła całkiem urodziwą nornicę na stosik. Co do kocurka natomiast... cóż, nie miał się czym pochwalić. 
- Kamelinowa Łapa jest całkiem miła... - mruknęła nieśmiało, odkładając swoją zdobycz. 
- Może i tak, ale na pewno nie tak fajna jak koty Klanu Burzy. I pewnie śmierdzi. - skwitował, obserwując jak wraz ze swoim partnerem i mentorami wychodzą z obozu. Ciekaw był wielu rzeczy a gdy patrzył na te obce ogony aż go rwało do zadawania pytań. Niestety jednak większość okazji mu umykała, gdy umysł został zajmowany innymi sprawami. Na to Żywica już się nie odezwała, jedynie zerknęła na brata, to na ex nocniaków i powędrowała spojrzeniem gdzieś w bok. Chyba niezbyt się z nim zgadzała, chociaż wolała nie wchodzić w dyskusję. 
- No, tak czy inaczej, słuchaj, potrzebuję, żebyś mnie kryła. - otworzył znów pysk powodując, że futro na uczennicy podniosło się nieznacznie, a wzrok w nim utkwiony wyrażał same obawy. Co znowu wymyślił i w jakie kłopoty chce się pakować? Czy na pewno musi w to wszystko mieszać swoją niewinną siostrzyczkę? Ha, co za głupie pytania, oczywiście, że musi. W końcu Żywica to jego, chcąc nie chcąc, partner w zbrodni! 
- Nie bój nic, nie musisz nic robić ciężkiego. Po prostu jakby kto pytał to powiedz, że poszedłem na stronę bo mnie brzuch bolał czy coś... 
- A muszę? - westchnęła, kryjąc zestresowanie. Zaraz jednak dorwała ją również ciekawość - A co chcesz zrobić? Wymykasz się? 
- No, na granicę... muszę dojechać takiego jednego... - pochwalił się i zaraz obejrzał szybko dookoła sprawdzając, czy nikt ich nie podsłuchuje. - Ale jakby co, to nic nie wiesz, jasne? - Kotka niechętnie bo niechętnie pokiwała głową, chociaż nie była zachwycona. Nie jego jednak w tym była wina! Powinna się już przyzwyczaić do jego planów, w końcu miała na to całe 12 księżycy i czas który spędzili w brzuchu mamy. To całe wieki! 
- A kiedy będziesz szedł...? 
- Nad ranem. Zniknę, jak tajemniczy duch, wędrujący wśród suchych traw... - Żywica spojrzała na niego powątpiewająco. A następnego ranka, spał jak zabity, pochrapując smacznie i zaśliniając swoje legowisko. Kotka gdy tylko wstała i zobaczyła ten wspaniały obraz, ścięła wargi. Nie dziwota, w końcu tego właśnie się spodziewała, po prostu nie chciała gasić zapału brata. Bez słowa wyszła na zewnątrz, szukając swojego mentora, a kocurek obudził się w idealnym momencie, by zobaczyć końcówkę jej ogona znikającą w wejściu. Mlasnął, mruknął i przetarł sennie oczy, rozglądając się nieprzytomnie po otoczeniu, dopiero po chwili sobie zdając ze swojej porażki. Siadł więc i zaklął pod nosem. 
- Następnym razem się uda! - zadeklarował głośno, budząc zirytowanego Gadożera. Pech jednak wcale nie chciał by do tego spotkania na granicy doszło. Czasem co prawda rudzielec spotykał obcy zapach albo widział sylwetkę, która się na niego wgapiała, jednak to by było na tyle. W końcu doszedł do wniosku, że by wstać z rana, to trzeba w ogóle nie spać. Siadł w legowisku, powiedział dobranoc, a sam upewniwszy się, że wszyscy już posnęli, uniósł się do pozycji siedzącej, dzięki której nie padłby na twarz... w końcu bieganie po obozie w środku nocy nie jest opcją. 
,,Nie usypiasz wojowniku. Jesteś wielki, potężny, a sen jest dla słabych." powtarzał sobie w głowie wraz z uczuciem, jak powieki zaczynają mu ciążyć a on odlatuje w cztery różne przestrzenie. 
,,Myśl o walce, walka! Krew! Flaki latają..." 
A oto stoi i on, w klanie pełnym płomieni i dzikusami z Klanu Wilka biegającymi po otoczeniu i zagryzającymi koty. Pazury błyszczą w powietrzu, z gardeł wydobywa się bulgot agonalny, a on wbiega dramatycznie do obozu, szlachetnie szukając Żywicy, która właśnie jest powalana przez jakiegoś wrogiego kota, który wygląda jak zjawa przebrzydła i szaleństwo ma w oczach. 
-,,Zostaw ją!" - krzyczy wtedy walecznie i w furii, rzucając się na przeciwnika, pozwalając srebrnej uciec w bezpieczne miejsce. Oto tajemne moce zostały odblokowane, a on z czerwienią w oczach rozszarpuje wilczaka, gdy ten już myślał, że wygrał. Bo oto bowiem, powalony Bursztyn na ziemi używa swoich tylnych łap by rozpruć parszywy brzuch! Krew bryzga! Flaki wylatują, a on staje zdyszany, nad trupem swojego wroga, krwią obmyty i z obłąkaniem w oczach rzuca się na kolejnego z wilczaków. Tłum szaleje, Klan Burzy wygrywa a on staje się bohaterem, skromnie po walce rzucając nonszalancko ,,To było nic, serio. Cieszę się, że jesteście cali"...
tak, tak by właśnie było. Zostałby bohaterem i pewnie w przyszłości samym liderem! I na pewno znalazłby wtedy jakąś ładną kotkę... ah, marzenia. Na podobnych dyrdymałach spędził kolejną część nocy (czasem się rozbudzając specjalnie poprzez przygryzanie języka czy przytrzymywanie oczu), chociaż marzenia na jawie miały to do siebie, że bohaterowie lubili robić fikołki w trakcie fabuły i trzeba było zaczynać od nowa. Aż w końcu doszedł do wniosku, że zaczyna jakoś lepiej widzieć. Rozbudził się momentalnie, chociaż kilka razy na pewno mu się przysnęło, a głowa mu niemiłosiernie ciążyła. Wszyscy smacznie spali, a z zewnątrz dochodził go delikatny powiew smyrając mu wąsy. Wilgoć. Wstał, ostrożnie omijając śpiących, wychylając głowę na zewnątrz i krzywiąc się, gdy wilgotna mgła wsiąkła mu w futro. Szarówka miała się całkiem dobrze i wciąż nie było do końca widać kształtów, chociaż niektórzy wojownicy już się zbierali czy krzątali po cichu, chcąc wyjść na pierwsze polowania. To by wyjaśniało dlaczego spali przez większość dnia i w największym upale. Zwierzyna też lubi, jak otula ją bezpieczny mrok i chłód. Poczekał, aż ciche głosy ucichną i znikną za granicą obozu, samemu wtedy wychodząc, wcale jednak nie korzystając z głównego wyjścia. Większość kotów już o nim pewnie zapomniała, ale wciąż znajdowało się jeszcze drugie, zaniedbane wyjście ewakuacyjne, nie licząc tego w legowisku medyka, które w sumie też nie należało do popularnych, szczególnie, że jest całkiem ładnie przykryte jakimiś chabręziami (wiedział, bo wpychał nos tam gdzie nie trzeba). A kto by pilnował wyjścia ewakuacyjnego, przez które teraz ciężej się było przecisnąć ze względu na rozrośnięte chaszcze? Ale naprawdę, ktoś powinien to uprzątnąć. Po chwili zmagań by nie wydać żadnego dźwięku i by nie potknąć się o korzenie, w końcu znalazł się po drugiej stronie obozowych krzaków, z zadowoleniem rzucając ostatnie spojrzenie na ogrodzenie a po podniesieniu wysoko ogona, od razu pognał w stronę drogi wypełnionej potworami. 

◂𓂃٭⋆☼⋆٭𓂃▹

Jak się okazało, o tej godzinie potwory też spały, chociaż czarna powierzchnia śmierdziała tak samo. Było pusto, cicho i tylko ptaki od czasu do czasu poćwierkiwały, jeszcze też śpiąc w większości. Co go bardziej przeraziło jednak od aut (jedno przejechało szybko i zniknęło przy drzewach wilczaków), była pohukująca sowa, przez którą czmychnął w trawę. Oczywiście, ekhem, nie był to strach, to po prostu... mała dywersja. Pod mostkiem okazało się, że przejść się nie da, bo rzeczka była zbyt wartka a on pływać nie umiał i w dodatku prawie utonął w błocie. Pozostała więc druga opcja. Rozejrzał się w jedną, w drugą stronę i... SRU! Czmychnął przez jezdnię, wbiegając cwałem na pomost i znikając po drugiej jego stronie. Stanął dopiero na trawce pod drzewami, czując, jak serce chce wyskoczyć mu z piersi. Ale przygoda. 
- A to się wpakowałeś, Bursztyn - wysapał sam do siebie, przeczuwając, że jak na razie była to jego najbardziej niebezpieczna i wymagająca zbesztania wyprawa. Ale hej, to nie tak, że naraża kogoś z klanu, nie? Tylko siebie, a on sobie przecież poradzi. 
- Rzeczywiście, będzie łojenie skóry - zza jego pleców rozbrzmiał niski głos, przez który po karku rudzielca przeszedł nieprzyjemny dreszcz, strosząc sierść w strachu. Młodziak się zachłysnął nagłym przerażeniem, odskakując w tył i parskając bojowo. 
,,Psia kość, psia kość... w ogóle go nie widziałem!" Wyjąkał w duchu, zaczynając dostrzegać swoją niezbyt kolorową przyszłość. Bo oto przed nim stoi potężny, długowłosy kocur o burym umaszczeniu i oliwkowych oczach, który wagą i wielkością mógłby dorównywać Cyklonowi. Z tą różnicą, że Cyklon był na pewno przyjaźnie nastawiony, a ten tu... nie wiadomo. Wyglądał groźnie. 
- T-ty... ty! - wyjąkał w końcu, strosząc ogon i trzęsąc się na całym ciele. Ale to wcale nie był strach, to była rozgrzewka! Bojowość! Do akcji! - TY! - krzyknął znowu, bardziej piskliwie niż zamierzał. - Ty, ja cię znam! J-j-j-aaaaa przyszedłem się z tobą zmierzyć! B-bo ty mi, uh, w-w-wyzwanie rzucałeś! Widziałem! Stań do walki t-tchórzu! - wydudkał z siebie bardzo drżącym i niestabilnym głosem, zmieniając tonację jakieś 100 razy. I kiedy on się trząsł i przygotowywał na stawienie czoła konsekwencji swojej głupoty, tak ten wielki groźny potwór z kłami zamiast oczu, zdawał się stać... dość niezręcznie. Rozejrzał się to na jedną, to na drugą stronę, aż w końcu podrapał się po karku. 
- Ale, że ja? - spytał, jakby nie będąc do końca przytomnym. Bursztyn kiwnął głową. 
- Na pewno? - kolejne kiwnięcie, bardziej energiczne. 
- Eeeee.... nie wydaje mi się... nie... o mnie mówisz? 
- Tak! Tak o tobie! Widzisz tu kogoś innego? - w końcu wybuchnął rozdrażnieniem, rzucając końcówką ogona na wszystkie strony. 
- Nah, młody, na pewno pomyliłeś koty, po kiego licha miałbym ci wyzwanie rzucać? 
- Ale przecież... tak, to ciebie widziałem na granicy! Nie rób ze mnie debila, bo nim nie jestem. 
- Granicy? 
- Klanów!
- Aaaaaa, mówisz, o tej zgrai dzikich kotów po drugiej stronie drogi? - kocur w końcu zdawał się załapać. A to podobno on jest odklejony i wolno myślący! - Nie ma opcji mordeczko, co ja się będę w bijatyki pakować, chociaż jak tak na ciebie patrzę, bo może nawet się zdajesz jakiś znajomy. Ale żeby się bić od razu? Pfft, strata czasu, przyjacielu. Co się tak bojowo nastawiłeś? Wdech i wydech, odpręż się trochę. 
- To po co się na mnie wgapiałeś... - Bursztyn zdążył zauważyć, że pomimo bycia kawałem mięcha, to sam kocur jest bliższy zachowaniu Rudej Lisówki niż wściekłego wilczaka. Ciekawe. Niemniej, czuł się teraz głupio. 
- Na ciebie? Nieeee, ja się na chmury patrzyłem i na tego królika waszego... zaraz za wami przeleciał, mówię ci, jaki był tłusty. A wy nic! Biegliście sobie i nie zwracaliście na niego uwagi, jeszcze go spłoszyliście. Dobrze tam u was wszystko? Nie cierpicie z głodu? - no, teraz się poczuł jeszcze bardziej głupio. 
- To czemu mówiłeś... o łojeniu mi skóry...
- He? 
- No na początku, pojawiasz się za moimi plecami i coś mamroczesz. 
- A. Bo tak mi się udało podsłuchać to twoje bełkotanie pod nosem i wywnioskowałem, że cię tu być nie powinno i będziesz mieć kłopoty, co nie? Ale na spokojnie, ode mnie się nikt nie dowie. Spoko ziomek jesteś, skoro masz tyle odwagi, by opuścić swoje rodzime tereny, co? To chyba przeciw zasadom? - zachichotał - Całkiem nieźle młody, całkiem nieźle. 
- Tak myślisz? - uniósł nagle głowę, całkowicie pozbawiając się jeszcze chwilę gnieżdżącej się w nim niepewności. Połechtano jego ego i pochwalono, za złamanie zasad! Tego combo się nie spodziewał, było to całkiem przyjemna odmiana. 
- No jasne. Już znałem takich jak wy, trzymacie się zasad, kisicie zady w bezpiecznej strefie a całe wasze istnienie polega na strachu przed jakimiś wyimaginowanymi bożkami czy czym tam jeszcze. Ale i tak z tego co widziałem, to lepsi jesteście od tych, co z wyprostowanymi siedzą. - zazgrzytał zębami na tą wzmiankę, wyrażając wyraźną niechęć w ich stronę. Bursztyn aż się zaciekawił, z czego wynikała ta nienawiść, jednak nie zdążył nawet otworzyć pyska, jak zza drzewa wyłoniła się kolejna sylwetka, która na jego pytanie odpowiedziała. 
- I tu się zgadza. Tuczą się jak dorodne kurczaki i uważają się za lepszych od innych. Obłażą w te wszystkie świecidełka i tłuszcz jak panowie świata, liżąc sobie nawzajem kupry, pływając w śmietance towarzyskiej w tym ignoranckim kociołku mleka. I siedzą sobie bezpiecznie na kanapie, z bezpiecznej odległości dyrygując samotnikami co pod ich domami koczują. A tamci za ochłapy jakieś ich zlecenia-zachcianki wykonują, jakby przyzwoitości nie mieli. 
- A, wróciłeś? - czołg spojrzał w stronę wrony. Przynajmniej na wronę wyglądał, bowiem zjawa która właśnie wyszła i szydząco wyrażała się o pieszczoszkach dwunożnych, plując przy tym jadem, była czarna jak noc. Mimo znikającego już powoli mroku, widać było lekki połysk na krótkiej, zadbanej sierści i błysk jakiegoś ognia w pomarańczowych oczach. Kocur był długi, smukły i sprawiał wrażenie, jakby wiedział, co robi. Yeah, Bursztyn właśnie został całkowicie kupiony. Szkoda, że jest taki łatwy. I mało uważny, bo dopiero teraz dostrzegł, że oba kocury posiadają na sobie jakieś ozdoby, których w życiu na oczy nie widział. Chociaż więcej ich było wplątanych w grube futro czołga, tak wrona miał całkiem dużo malowideł na ciele. Szczególnie ciekawe były szlaczki na jego pysku... jakby oczy? 
- Tak, możemy się stąd zwijać. - mruknął, zwracając spojrzenie swoich bystrych oczu na kocurka, rzucając pół żartem - To twoje jakieś przygodne dziecko? 
- Ha! Gdzie tam, jeden z klanowych.
- Całkiem samą tę pchłę puścili? 
- Sam przyszedłem! - zaoponował, strosząc swoją mizerną kryzę, co spowodowało, że wroniacz najpierw ucznia zlustrował, a potem uśmiechnął się nikło pod nosem. 
- To lepiej wracaj, zanim zacznie świtać. My też idziemy, Seler. 
- Jasna sprawa... 
- Ej, a mogę iść z wami? - wypalił nagle, przydreptując do nowego towarzysza, który nie tylko był wysoki, ale również smukły i długi. Jak ryba! No i nie chciał się wcale z nimi żegnać, właśnie został pochwalony za coś nieodpowiedniego i pomimo pierwotnego robienia pod siebie teraz całkiem dobrze czuł się wsłuchując w rozmowę nowego towarzystwa. Czarny kocur zatrzymał się, by zmierzyć młodszego wzrokiem. 
- Nie tym razem iskiereczko, ale skoro jesteś ciekawy i masz trochę ducha... to pewnie się zobaczymy. Nie będziemy się stąd ruszać jeszcze pewnie przez jakiś czas, więc jakby ci się udało wymknąć, to zapraszamy w nasze skromne progi - ukłonił się nisko, teatralnie, nim zniknął w zaroślach wraz ze swoim czołgiem, zostawiając Bursztyna samego, który jeszcze nie myślał o tym, czy uda mu się wymyśleć wymówkę jak wróci, czy nie. 

[2221 słów]

Od Serdecznej Naparstnicy CD. Dzikiego Berberysu

— Dość dużo dołącza do nas nowych kotów. Nie wiedziałem, że u nas jest tak wspaniale… Do was czasem nie doszło kilka Nocniaków albo innych samotników?
Powiedział to takim tonem, że protektor mógł odczuć, jak bardzo Dziki Berberys nie chciał kolejnych nowych gości w Klanie Burzy.
— Co sądzisz o samotnikach oraz uciekinierach z klanu, Naparstnicowa Łapo? — zapytał, nie będąc świadom, że kocur został przez ten czas mianowany na protektora.
Serdeczna Naparstnica uśmiechnął się nerwowo do łaciatego kocura. Coś mu świtało, że jeden z klifiackich wojowników ostatnio uciekł z klanu. Czyżby trafił akurat do Klanu Burzy? Choć Dziki Berberys wspomniał coś o Nocniakach i samotnikach. W takim razie może myślał, że Królicza Prawda, bo tak chyba nazywał się uciekinier, był bezklanowcem?
— Ja? — mruknął po chwili zakłopotany. Nie uważał, by uciekanie z miejsca, do którego nie chciało się należeć, było czymś złym. To znaczy, on sam nie wyobrażał sobie uciec, ale inni? Inni mogli mieć ku temu powód, nie to co on. — Cóż, samotnicy mi nie przeszkadzają, póki nie są agresywni i nie kradną nam zwierzyny — stwierdził, odwracając wzrok od rudego.
— A co z uciekinierami? — naciskał Dziki Berberys.
— Z uciekinierami? No, nie wiem. W każdym razie możesz mieć pewność, że ja nie zamierzam dołączać do Klanu Burzy — zaśmiał się nerwowo, choć teraz sam nie wiedział, czy powinien był to tak ująć. — Choć nie mówię, że jest u was źle! Na pewno macie wszystkiego pod dostatkiem — dodał jeszcze, na co Dziki Berberys zmrużył ślepia.
Przez moment trwali tak w ciszy, dopóki biało-niebieski nie kontynuował:
— Wiesz, czego ja nie lubię najbardziej? Kotów, które zawierają międzyklanowe związki — mruknął, myśląc o swojej matce. Na jej wspomnienie na jego języku pojawił się gorzki posmak. — I które potem jeszcze mają czelność zakładać rodzinę! Po co robić to tym biednym kociętom? Po co skazywać je na życie z jednym rodzicem pod spojrzeniami podejrzliwych pobratymców? — zirytował się.
Dziki Berberys przybrał zmieszany wyraz pyska, lecz niczego nie powiedział.
— Przez takie głupie koty kolejne pokolenia muszą potem cierpieć! Muszą żyć ze świadomością, że zostały skazane na straty tylko przez to, jakiej kotce się urodziły. No powiedz mi, czy to brzmi sprawiedliwie? — kontynuował, aż futro na jego karku się zjeżyło. — No, brzmi czy nie? — fuknął, odwracając wzrok od Burzaka.
— Dobra, dosyć już tego — mruknął w końcu łaciaty, kręcąc głową. — Muszę już wracać do obozu — dodał, po czym zrobił krok w tył.
Naparstnica wciąż ze złości wymachiwał ogonem na boki. Gdy Dziki Berberys odchodził, krzyknął jeszcze za nim:
— Tak w ogóle to się mianowałem! Teraz mam na imię Serdeczna Naparstnica!

* * *

Teraźniejszość

Sprawa śmierci Tawułowej Bryzy spędzała mu sen z powiek. Lśniąca Gwiazda upierał się, że białofutry okazał się zdrajcą, a zamordowanie go było konieczne, lecz protektorowi nie chciało się w to wierzyć. Śmierć nigdy nie powinna być rozwiązaniem. Nawet Gąsienicowy Ogryzek, który podobno zamordował Pikującą Jaskółkę, nie otrzymał tak srogiej kary.
No właśnie, Gąsienicowy Ogryzek. Kolejny powód, dla którego Naparstnica uważał, że Lśniąca Gwiazda nie jest taki święty, za jakiego się podaje. Jego wujek w życiu nie skrzywdziłby nawet muchy, a co dopiero przeprowadził zamach na przywódczynię! To kompletnie się nie kleiło. Poza tym, skoro rudy lider miał być taki świetny, to dlaczego Królicza Prawda postanowił uciec z klanu? I dlaczego Lśniąca Gwiazda skłamał na jego temat podczas zgromadzenia? Kremowy wojownik nigdy nie był niebezpieczny. Nigdy nie urządzał w obozie awantur i nigdy nikogo nie zamordował, próbując później wmówić innym, że tak musiało się stać.
Wszystkie te wątpliwości sprawiały, że w Serdecznej Naparstnicy narastała frustracja. Chciał coś zrobić ze swoimi podejrzeniami. Chciał działać — lecz kim on był, by cokolwiek zmienić? Był tylko krótkonogim, słabym protektorem, który ponadto nie miał zbyt dużej charyzmy i nie nadawał się na mówcę. Lśniąca Gwiazda zmiażdżyłby go jak robaka, gdyby tylko zaczął za bardzo mu podskakiwać.
Ta myśl sfrustrowała go tak bardzo, że kocur aż wcisnął głowę w łapy, a z jego oczu popłynęły ciepłe łzy. Czuł się taki... bezsilny. Zupełnie jak wtedy, gdy jego siostra, Świetlista Walka, upadła i zaczęła się trząść, a on nie wiedział, jak jej pomóc. Miał tylko nadzieję, że Klan Klifu szybko wróci do normalności i obejdzie się bez kolejnych śmiertelnych ofiar.
W końcu od tego cichego płaczu i narastającej irytacji rozbolała go głowa. Na tyle mocno, że nie dało się tego zignorować ani uznać, że za chwilę samo przejdzie. Postanowił więc otrzeć wilgotne futro na pysku i wstać, kierując się do legowiska medyków.
Zastanawiał się przy okazji, czy Jagnięcy Ukłon i Aldrowandowa Łapa wiedzą, kim naprawdę jest Lśniąca Gwiazda, czy może nadal widzą w nim sprawiedliwego lidera. Czy Klan Gwiazdy kontaktował się z nimi w tej sprawie, czy może był bardziej zajęty zsyłaniem klątw na niewinne kocięta?
Serdeczna Naparstnica wsunął głowę do lecznicy i rozejrzał się po wnętrzu skąpanym w półmroku. W końcu dostrzegł parę kobaltowych oczu należących do starszej medyczki.
— Cześć, Jagnięcy Ukłonie. Prosiłbym o coś na ból głowy — mruknął.
Ruda skinęła głową i zaraz podeszła do składzika, wyciągając z niego odpowiednie zioło.
Po chwili rzuciła je pod łapy Naparstnicy, a ten bez wahania je zjadł. Podziękował jej skinieniem głowy, po czym ich spojrzenia spotkały się na kilka uderzeń serca. W końcu medyczka odwróciła się od niego i wróciła na swoje posłanie.
Czy wiedziała, dlaczego wyglądał teraz tak smutno? Nie, na pewno nie. Nie wyglądała na kotkę, która chciałaby wszczynać rewolucję.
Protektor westchnął ciężko i wrócił na swoje posłanie. Czy tylko on uważał, że Lśniąca Gwiazda nie mówi klanowi całej prawdy, czy inni również podzielali jego podejrzenia? Nie dowie się, dopóki nie zacznie pytać pozostałych.
Jednocześnie bał się, że jeśli trafi na niewłaściwego kota i zostanie wydany, może skończyć jak Tawułowa Bryza albo Królicza Prawda. Martwy. Lub oczerniony w oczach kotów ze wszystkich pięciu przynależności.

* * *

Wiedział, że z Tawułową Bryzą już raczej sobie nie porozmawia, chyba że zakradnie się do świętego miejsca, gdzie kontakt z Klanem Gwiazdy jest najsilniejszy. Uważał to jednak za zbyt ryzykowne. Poza tym nie wiedział, jak to wszystko działa i czy w ogóle udałoby mu się nawiązać kontakt z którymkolwiek z przodków. Pozostawał jednak drugi kot, który z pewnością miał jakieś obiekcje wobec rządów Lśniącej Gwiazdy — Królicza Prawda.
Naparstnica domyślał się, że kremowy może przebywać w Klanie Burzy, ponieważ to właśnie Zawodzące Echo podczas zgromadzenia, na którym rudofutry wspomniał o uciekinierze, wyglądał na najbardziej zaskoczonego. Nie wiedział jednak, jak trudne okaże się odnalezienie dawnego wojownika Klanu Klifu i czy w ogóle będzie to możliwe. Nie było wiadomo, czy Królicza Prawda nadal przechadzał się w pobliżu granic, czy może wolał trzymać się od nich z daleka, by uniknąć kłopotów. Mogło też być tak, że dymny zastępca uwierzył słowom Lśniącej Gwiazdy i Królik był teraz więźniem.
No cóż, nie dowie się, dopóki nie zagada do jakiegoś Burzaka.
Tak się złożyło, że jeden z nich — i to całkiem dobrze znany Naparstnicy — zmierzał właśnie w jego stronę. Był to nie kto inny jak Dziki Berberys.
— Hej, Berberysie! — mruknął z niepodobną sobie radością. — Wydaje mi się, że przebywa u was niejaki Królicza Prawda. Chciałem się dowiedzieć, czy może z nim rozmawiałeś. Może wiesz też, czy przechadza się przy granicach, czy raczej trzyma się bliżej obozu? Chciałbym z nim porozmawiać, ale nie wiem, jak go złapać — zakończył, poruszając niespokojnie ogonem.

<Dziki Berberysie?>

Wyleczeni: Serdeczna Naparstnica

Od Nura

Od kiedy Nur zaczął widzieć i chodzić… obserwował innych. Obserwował każdego kota, którego spotkał i już oceniał go w swoim małym móżdżku. I chociaż miał zaledwie kilka księżyców to był przekonany, że wszyscy powinni postarać się bardziej. Bo na razie nie znalazł nikogo, do kogo chciałby się odezwać… Według niego każdy kocur, kotka, czy ktokolwiek tu wchodził był… nieidealny. Nie potrafił zrozumieć, że każdy miał swoje wady. Odmawiał zabawom, siedział sam z boku i patrzył. Lubił patrzeć. Może dlatego, że wiele kotów uznawało, że kociaki jeszcze nic nie rozumiały, ale Nur rozumiał wszystko doskonale – a przynajmniej tak mu się wydawało.
Siedział przy wejściu do kociarni i obserwował kręcących się po obozie wojowników. Jeden kot miał mokre futro, drugi trochę kulał. Zastanawiał się, co się stało i jak można było temu zapobiec. Ale się nie odezwał, nie zapytał. I tak by go zlali albo wyśmiali. Byli więksi, silniejsi. Nur to wiedział, ale wiedział też, że są niedoskonali. A jeśli byli niedoskonali, wcale nie byli silniejsi od niego!
Rudy nie mógł się doczekać, aż zostanie uczniem, a potem wojownikiem. Chciał pokazać wszystkim, że jest tu najsilniejszy i najmądrzejszy. Że jest idealny – bo właśnie za takiego Nur się uważał. Wiedział, że pewnego dnia będzie najlepszym wojownikiem w Klanie Nocy. To nie tak, że on w to wierzył, czy tego pragnął. On tak stwierdził i był zdolny zrobić wszystko, by było tak, jak sądzi.

Od Guziczka CD. Śnienia

— Dzięki, Guziczku — mruknął Śnienie, widocznie niechętny do rozmowy. — W Klanie Wilka, jak i życiu jako samotnik przydaje się ta umiejętność.
Kocur kiwnął głową. Naprawdę sam się trochę nie rozumiał… Równie dobrze mógł zakończyć tutaj rozmowę i odejść, ale ciekawość wreszcie zwyciężyła.
— Skoro nic ci nie było, podczas naszej ostatniej rozmowy… To po co kręciłeś się wokół starej topoli? — zapytał więc bacznie obserwując Śnienie.
Nie ufał mu, więc nie mógł wierzyć, że ten powie prawdę. Sam kłamał setki razy, więc wiedział już jak kłamstwo rozpoznać.
— Jesteś bardzo ciekawski. Jednak łaskawie mogę ci powiedzieć mój mały sekret. Byłem u Czereśni. Miałem sprawy do załatwienia, o których już nie musisz wiedzieć.
Zwiadowca uniósł brew, a zaraz się skrzywił. Czereśnia widocznie polubił nowoprzybyłych, więc Guziczek musiał się zachowywać. A już miał nadzieję, że po prostu wykurzy ich z obozu…
— Czemu jesteś sam? Gdzie jest Kolendra? Wymknąłeś się z obozu bez mentora? — zapytał wreszcie, rozglądając się.
Kocur się zjeżył i posłał mu podejrzliwe spojrzenie. Widocznie obydwoje sobie nie ufali, ale żaden nie chciał odpuścić.
— Naprawdę myślisz, że wyszedłbym samemu z obozu? Nie jestem mysim móżdżkiem, żeby naginać zasady — prychnął. — Jestem na polowaniu. Kolendra sprawdza z dystansu moje poczynania. Chciałem coś upolować w koronach drzew.
— Polowanie w koronach drzew to raczej robota dla zwiadowców, a nie wojowników — zauważył Guziczek. — My lepiej radzimy sobie na wysokich i delikatnych gałęziach.
— Może wojownicy Owocowego Lasu nie polują na drzewach, jednak ja jako były wojownik Klanu Wilka oraz przywódca Świetlików umiem złapać ptaka wysoko nad ziemią.
Guziczek przyjrzał się mu uważniej. Tak naprawdę wierzył w to, a jednak i tak chciał go sprawdzić. Może, żeby mieć powód, aby mu zaufać, a może po prostu, żeby go bardziej zirytować.
— Doprawdy?
— Owszem.
— W takim razie pokaż mi, jak polujesz — mruknął, wskazując ogonem gołębia.
— Nie ma problemu — powiedział ciszej, żeby nie spłoszyć gołębia.
Śnienie od razu przyjął pozycje, chociaż widocznie uważnie stawiał łapy. Guziczka to nie dziwiło, już kilka razy spadł z drzewa podczas nauk, nie chciał przeżywać tego jeszcze raz, więc nie dziwił się, że ktoś, kto nie jest tak doświadczony w skakaniu po gałęziach, się boi. Zajęło mu to chwilę i nie było spektakularne, ale kocur zagryzł ptaka i położył go dumnie przed Guziczkiem.
— Udało mi się — wymruczał, przeczesując swą brodę.
Zwiadowca przez moment wpatrywał się w zwierzę, ale wreszcie mruknął zadowolony. Nie mógł ukryć tego, że czarny go zaskoczył. W Owocowym Lesie zwierzętami wysoko zajmowali się zwiadowcy, więc dla Guziczka fakt, że wojownik takie coś potrafi, był nowy, ale i niesamowity.
— No muszę przyznać, że dobra robota — powiedział kocur, a w jego głosie już nie dało się wyczuć tej pogardy, czy ironii.
Przyjrzał mu się uważniej, a po chwili przeskoczył na inną gałąź.
— Nadal uważam, że polowanie na drzewach lepiej, byś zostawił zwiadowcom, ale udowodniłeś, że się do czegoś przydasz — dodał po chwili.
Rozejrzał się i uniósł brew, widząc schowanego w krzakach Kolendrę. Czyżby zastępca zapomniał, jak wiele widać z góry? Guziczek tylko uśmiechnął się pod nosem.
— Jeśli chcesz, to mogę ci pomóc — zwrócił się do Śnienia. — Koty ufają mi bardziej, gdyż jestem częścią Owocowego Lasu, ale jeśli przedstawisz mi swój plan, ten, o którym rozmawiałeś z Czereśnią, to może uda mi się namówić kilka kotów, aby też cię posłuchali.

<Śnienie?>

Od Kropli CD. Psianki

Przed zostaniem uczniem

— Tak! — kotka odpowiedziała natychmiast.
Kropla zaczęła się zastanawiać, w co bawiła się, gdy była mała, ale nie dane jej to było, bo Psianka zapytała:
— A jaką zabawę lubisz?
Czekoladowy stróż nie mogła się nadziwić jej pewności siebie. Ona już jako kociak siedziała wycofana… Większość maluchów chyba zazwyczaj była dość ciekawa świata i nieświadoma niebezpieczeństw, temu była taka… pewna i nadpobudliwa. Kropla chyba po prostu od zawsze wiedziała, że za bezpiecznymi legowiskami czaiła się śmierć.
— Jesteś stróżem, prawda? — kotka zadała kolejne pytanie, nim Kropla zdążyła odpowiedzieć na poprzednie. — Mama mówi, że stróże pomagają wszystkim. To bardzo dużo pracy.
Kropla zastanowiła się chwilę, ale ostatecznie kiwnęła głową. Jej praca nie była ciężka, ale faktycznie było jej dużo. Tym bardziej, gdy było wiele starszych, chorych i kociaków.
— Możemy pobawić się w pomocników! — zaproponował maluch.
— Możemy — odezwała się wreszcie czekoladowa.
— Ty będziesz wielkim stróżem, a ja twoją pomocnicą — Psianka wyjaśniła zasady. — Będziemy ratować wszystkich, którzy potrzebują pomocy!
Kropla uśmiechnęła się i kiwnęła głową. Dobrze było mieć kogoś, kto pałał do pomocy już od najmłodszych dni.
— O! A ten mech może być chorym pacjentem! Albo zagubionym kociakiem! Albo starszym, który nie może znaleźć swojego legowiska!
— Jak wolisz…
Kociak przybliżył się do niej, a kotka aż się wzdrygnęła. Nadal nie była przyzwyczajona do tego, jak maluchy często chcą być blisko.
— Nie martw się — szepnęła. — Będę ci pomagać we wszystkim.
— Będziesz świetną pomocniczką — zapewniła Kropla, chociaż dość niepewnie.

Po zostaniu uczniem

Kropla raczej… nie utrzymywała bliższych kontaktów z kimkolwiek. Dopóki żył Smuga to rozmawiała z nim i Kasztanką, ale po śmierci brata… kotka zamknęła się w sobie. Oczywiście wciąż wykonywała swoje obowiązki, chcąc, aby jej zmarły ojciec był z niej dumny. Nie była uzdrowicielem, wojownikiem, czy zwiadowcą. Była zwykłym, niepewnym stróżem…
Dlatego też nie rozmawiała raczej z kotami, którymi się zajmowała, gdy te były jeszcze kociakami. Nie uznawała je za jakkolwiek ważne, po prostu wykonywała swoją robotę. Więc, gdy zauważyła Psiankę i sama do niej podeszła to nawet dla Kropli było to zaskoczeniem.
— Cześć — przywitała się cicho, uciekając gdzieś wzrokiem.
Sama nie wiedziała, dlaczego tak w sumie podeszła do uczennicy. Może po prostu potrzebowała towarzystwa, a może dawne słowa malucha o pomocy utkwiły w głowie stróża.
— Słyszałam, że uczysz się na zwiadowcę. Nieźle — uśmiechnęła się. — Chociaż dziwię się, że nie stróż… Właściwie, dlaczego zwiadowca?
Pytanie zabrzmiało… Dziwnie, natarczywie. Kropla od razu spuściła wzrok i pokręciła głową.
— Przepraszam, to trochę nie mój interes…

<Psianko?>

Od Trzcinowego Szmeru do Łabądki

Dni mijały całkiem szybko. Jej kochane kruszynki, które urodziła miały już po trzy księżyce i rozrabiały w żłobku. Żmijowcowa Wić natomiast celująco zajmował się nimi oraz odwiedzał żłobek tak często, że sama Trzcinowy Szmer mogła myśleć, że kocur przestał chodzić na patrole.
Leżała tak na posłaniu, do momentu, kiedy zaczęło jej się nudzić. Jako iż była karmicielką, jej jednym z ulubionych zajęć, było oglądanie, jak bawią się jej ukochane kocięta. Dlatego tym razem zamierzała zrobić dokładnie to samo.
Wyjrzała ze żłobka, by zobaczyć, co dzieje się między trzcinami w kąciku zabaw. Widziała, jak Nur bawił się z Łabądkiem oraz starszymi dziećmi Kropiatkowej Skóry. Ropuszka rozchlapywała wodę, a pozostali piszczeli z zadowolenia oraz starali się uciec od mokrych fal wywołanych przez buraskę. Wyjątkiem była, jednak Łabądka. Po jej wyrazie pyszczka i puszącej się sierści widziała, że nie do końca podobała jej się zabawa.
Kiedy tylko Łabądka ją zobaczyła, uciekła od reszty i schowała się między jej łapami, ocierając się o matkę. Trzcinowy Szmer przykucnęła i z czułością polizała koteczkę po główce oraz kryzie, układając sierść podobnie, jak miał Żmijowcowa Wić.
— Co się stało, Łabądku? — wymruczała, zachęcając córeczkę do powiedzenia prawdy. — Nie chcesz się chlapać ze starszymi koleżankami?
Mała szylkretka pokręciła łebkiem, a w jej małych zielonych oczkach, widziała pojedyncze kręcące się łezki.
— Nie, jest za gorąco, a Ropuszka za mocno chlapie tą wodą. Ona… Ona chyba niechcący mnie uderzyła i mam bardzo przemoczone futerko — narzekała Łabądka.
Polizała córkę po pyszczku, wycierając jej łezki.
— Woda cię schłodzi, Łabądku. Jesteś piękną kotką Klanu Nocy, a Nocniacy lubią i umieją pływać. Nie możesz tak stronić od chłodnych kąpieli. Tatuś też pływa i ja, zanim was urodziłam. Woda naprawdę jest fajna.
Łabądka jednak nie była przekonana. Patrzyła na nią z wyczekiwaniem, a Trzcinowy Szmer wiedziała, o co młodej może chodzić.
— Porozmawiam z Ropuszką. Nie musisz się o to martwić, pewnie uderzyła cię przypadkiem. Musisz troszeczkę być silniejsza — ostatni raz ją liznęła w pyszczek. — A teraz zmykaj do żłobka, zaraz do ciebie przyjdę.
Łabądek jakby ucieszona, uciekła do żłobka, tak jak jej kazała, a ona podeszła do dziko szalejących kociaków. Zrobiła poważną minę i odchrząknęła głośno. W bawialni zrobiło się od razu cicho, a wszystkie oczy były w nią wpatrzone.
— Ropuszko, trochę taktu, uważajcie wszystkie — te słowa skierowała jeszcze do Rzekotki oraz Żabki. — Jesteście o wiele starsze i większe od moich kociąt. Powinnyście troszkę ostrożniej się z nimi bawić. Nurze, ty lepiej też nie przeceniaj swoich umiejętności. Masz dopiero trzy księżyce, pozwól sobie podrosnąć, żeby się tak ostro bawić.
Wszystkie kociaki położyły uszka po sobie i popatrzyły na swoje łapy, jakby nagle przed nimi przepłynęła ławica rybek. Skrucha, tego właśnie oczekiwała, więc nie piorunowała ich dłużej swoim wzrokiem.
— Przepraszam, Pani Trzcinowy Szmerze ja już będę bardziej uważać — mruknęła speszona Ropuszka.
Skinęła jej głową i spojrzała na Nura.
— A ciebie za niedługo widzę w żłobku. Zaraz słońce będzie w najwyższym punkcie, nie będę ryzykować, że się przegrzejesz.
Strzepnęła ogonem i odwróciła się na pięcie, po to, by ujrzeć wychylający się z zaciekawieniem łebek Łabądka ze żłobka. Córka szybko zniknęła w środku, a ona weszła zaraz za nią. Ułożyła się wygodnie na posłaniu i wyjęła kwiaty, które nosiły na sobie zapach Żmijowcowej Wici. Podała je w łapy swojej pociechy.
— Tatuś przyniósł je specjalnie dla ciebie. Zapleść ci je w sierść, kochanie? — zamruczała, przyglądając się ładnym kremowo białym drobnym kwiatom, które charakterystycznie pachniały miodem. — Będzie ci w nich do twarzy.
W łapce obracała delikatnie kwiatostany wiązówki błotnej.

< Córeczko? >
💮

Od Śnienia CD. Borowika

— No dobra. Słuchaj. Śnienie…? Zdradź mi. Jak się w rzeczywistości zdobywa taką majestatyczną bródkę…? — zapytał się go Borowik, który nie umiał odciągnąć wzroku od jego czarnej długiej brody.
Śnienie zerknął na swoich towarzyszy, którzy popatrzyli po sobie i zamruczeli z rozbawienia. Poziomek i Koniczyna raczej rozumieli ciekawość młodszego, nie było to nic dziwnego, że był obiektem drwin albo podziwu. Raczej nie widziało się kotów z brodami.
Poprawił się wygodnie na posłaniu i odwrócił do młodszego rozmówcy. Uśmiechnął się życzliwie.
— Wiesz Borowiku, sam nie wiem, jak dostać taką brodę. Klan Gwiazdy pobłogosławił mnie oraz moje siostry w długie grzywki no i ja jedyny mogłem zapuścić brodę. Nie jestem w stanie powiedzieć ci nic innego. Klan Gwiazdy jest odpowiedzią na takie pytania oraz staranna pielęgnacja futerka.
Jego odpowiedź musiała się nie podobać Borowikowi, ponieważ na jego pyszczku pojawił się zawód i iskierka ciekawości.
— Jak to Klan Gwiazdy? Nie wierzycie we Wszechmatkę? Nie opiekuje się ona wami? — zrobił zdziwioną minę.
Pokręcił przecząco głową.
— My wierzymy w Klan Gwiazdy. Czujemy się nadal jako klanowe koty i wierzymy, że nad nami czuwają. Jednak wybrali dla nas o wiele trudniejszą ścieżkę, niż moglibyśmy się tego spodziewać. Dlatego jesteśmy tutaj. Oni nas tutaj przysłali — mówił to wszystko z głęboką wiarą, jednak Koniczyna wraz z Poziomkiem nie wyglądali już na takich pewnych.
On dobrze pamiętał, jak Świetliki prawie przestali wierzyć w Klan Gwiazdy, przez głód oraz odchodzących kotów ze społeczności. Sam się zaczął wahać, jednak teraz było wszystko dobrze, zapewne zgodnie z boskim planem Klanu Gwiazdy.
Popatrzył się na ucznia. Czy ten chciał w ogóle się zagłębiać w wiarę w Klan Gwiazdy oraz przeszłość Świetlików? Buras zaczął pytać tylko o brodę, a dostał zupełnie inną odpowiedź.

< Borowiku? Czy nadal jesteś ciekawy Świetlików? >
🌙

Od Żabiej Łapy do Liliowej Pieśni

Żabka spojrzała na własne łapy. Piękne, suche i ogólnie jej własne! I nie chciała ich dzisiaj zanurzać w wodzie, więc chowała się po obozie, gdzie tylko właściwie mogła.
Zajrzała do medyków, czy może nie potrzebują pomocy, albo czegoś posprzątać. Nie. Wszystko było u nich dobrze. Odwiedziła starszyznę, żeby upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu. Różana Woń wzruszyła tylko ramionami na jej pytania i wygoniła ją z legowiska.
Żabia Łapa czuła, że jednak jest skazana na trening. Na wyjście z obozu. Jej futro znowu napuszy się jak u przestraszonej sowy. Tak też się stało. Lawendowa Rozkosz w końcu ją znalazła i wyjęła z obozu na kolejny trening.
“Dzisiaj powalczymy!” oświadczyła do Żabki, po czym nie dość, że przeciągnęła ją przez rzekę, do lasu to jeszcze wybrudziła ją w błocie i liściach. Dlatego też zaraz po treningu Żabka spędziła dużo czasu w rzece, domywając z siebie plamy i smród lasu. Zajęło jej to dużo czasu i wysiłku, więc do obozu wróciła zmęczona i niechętna do niczego. Nawet jej siostry, które próbowały poprawić jej humor, nie dały rady. Więc Żabka panoszyła się teraz po obozie jak bardzo poirytowany duch. W końcu raczyła kopnąć jakiś zagubiony kamyczek. Nie za mocno, ale też nie za słabo. No i na jej nieszczęście, ktoś akurat przechodził niedaleko.
– AUĆ! – takie słowa padły sekundę po tym, jak Żabka wzbiła kamyczek w powietrze ze złością. Żabia Łapa opuściła uszy po sobie i spojrzała na kota, którego trafiła. Niedaleko niej stała liliowa kotka, niewiele starsza od Żabki. Liliowa Pieśń mierzyła ją nieco wściekłym wzrokiem.
– Za co to było?! – prychnęła.
– Przepraszam. Nie widziałam cię. Nie chciałam cię trafić. – przyznała Żabka. – Moja wina…

<Liliowa Pieśnio?>
[272 słów]

Od Wąsatkowego Ruczaju CD. Zwęglonej Kukułki

— Mogę się dołączyć? — spytała od razu, nie tracąc czasu na uprzejmości, których raczej nie musiała stosować. W końcu była córką samego zastępcy, więc to inni powinni się odnosić do niej z należytą uprzejmością.
— J-jasne — wydukała, przepuszczając starszą w przejściu.
— No, to powiedz mi, czemu mnie unikasz? — Pytanie to padło niczym grom z jasnego nieba. Czarno-biała nawet nie dała chwili młodszej po opuszczeniu azylu klanu.
— Nie unikam cię…! — zaprzeczyła Zwęglona Kukułka, choć raczej nie brzmiała zbyt przekonująco. — No dobra, może unikam, ale… Od tamtej rozmowy jakoś nie czułam się sobą… Nawet nie wiem, czemu powiedziałam w innej formie niż zwykle, przecież nie jestem kocurem!
Wąsatkowy Ruczaj nie rozumiała, o co całe to zamieszanie. Czy to był powód, dla którego szylkretka jej unikała? W takim razie był dosyć błahy.
— Nie jesteś? — odparła, przekręcając głowę.
Po chwili jednak wzruszyła ramionami.
— Nie wiem, raczej nigdy nie miałam zbyt dobrego węchu. Wzroku zresztą też nie. W każdym razie to niczego nie zmienia — dodała, uśmiechając się do wojowniczki. — W takim razie, czy przestaniesz mnie dalej ignorować? Wydajesz się ciekawy, a ja lubię ciekawe koty! Byłoby niedobrze, gdybyś znowu zaczął mnie unikać — kontynuowała, mrużąc swoje brązowe ślepia.
Zwęglona Kukułka przeniosła wzrok na łapy, jakby chciała usunąć Wąsatkę ze swojego świata. Na to starsza wojowniczka uniosła jedną brew.
— No co? Powiedziałam coś niestosownego? — zaczęła się zastanawiać, widząc reakcję szylkretki. — Chyba musiałam, skoro twoje uszy są teraz całe czerwone! Jak brzuchy gilów! — spostrzegła.

* * *

Teraźniejszość

Wciąż nie mogła uwierzyć, że udało jej się znaleźć kociaka! I w dodatku przyprowadzić go do obozu! Przedstawił się jej jako Tęcza, a reszta Wilczaków zaakceptowała to imię. Już za cztery księżyce ten mały kremowy urwis powinien odbyć samotną noc, by potem móc mianować się uczniem. Wąsatkowy Ruczaj miała nadzieję, że nie zdziwią go zwyczaje panujące w Klanie Wilka, gdyż były one całkiem nietypowe!
Zdążyła jednak zauważyć, że Tęcza nie miał w zwyczaju przejmować się różnymi rzeczami. Niby porzuciła go matka, która w dodatku później zmarła, lecz on nie wydawał się tym wzruszony. W ogóle o nią nie pytał, jakby już jej nie pamiętał. Zamiast tego kręcił się pod łapami Pustułkowego Szponu, a także jej samej, i zachowywał się tak, jakby to oni byli teraz najważniejszymi kotami w jego życiu. Co pewnie było prawdą, bo to oni opiekowali się kremowym kocurkiem.
Wąsatka zakładała też, że jego ojciec nie żył albo porzucił go dawno temu. Albo, co było jednak mało prawdopodobne, należał do innego klanu? Może była to ta sama sytuacja, co z nią, Mewą i Wilczkiem?
Czarno-biała, wchodząc teraz do żłobka, postanowiła go o to spytać. Szybko minęła Bielinkę, Ognikową Słotę i Szaleja, by dojść do swojego podopiecznego, w którym widziała młodszego braciszka.
— Hej, Tęczo! — przywitała się z młodzikiem, który w połowie leżał na ziemi, a w połowie na posłaniu, już prawie zasypiając.
Jednak na słowa wojowniczki otworzył oczy, budząc się do życia. Nie minęło dużo czasu, a podniósł się z miejsca i poruszył z radości wibrysami.
— Wąsatko! — krzyknął rozweselony, podbiegając do starszej kotki. — Tak dobrze, że jesteś! Nie miałem z kim rzucać się mchową kulką i strasznie mi się nudziło... — oznajmił, nieznacznie kładąc po sobie uszy.
Wąsatkowy Ruczaj usiadła, przyciągając do siebie kocura łapą.
— Naprawdę? — mruknęła, po czym polizała go po główce, by ułożyć mu futro, które było niezwykle zmierzwione. — W takim razie czemu nie zaprzyjaźnisz się z kimś ze żłobka? Przecież masz tu Szaleja, a oprócz niego jest jeszcze Ognikowa Słota. Z nimi też możesz rzucać się kulkami z mchu! — doradziła mu. Bardzo by się ucieszyła, gdyby młodziakowi udało się znaleźć przyjaciół. W końcu życie bez żadnych znajomych było potwornie nudne!
— No, mogę... — przyznał, odwracając głowę w stronę srebrzystego kocurka. — Jutro na pewno do niego zagadam! — oznajmił, dumnie wypinając pierś.
Wojowniczka zamruczała z radości, po czym wypuściła Tęczę z objęcia.
— Wiesz, że ostatnio się nad czymś zastanawiałam? — miauknęła, uciekając wzrokiem w bok.
— Nad czym? — pisnął kremowy, przekręcając głowę i o mało nie przechylając się na bok!
— Nad tym, co się stało z twoim tatą... — dodała, wracając spojrzeniem do Tęczy. — Nie żeby chciała się ciebie pozbywać! Nawet jeśli gdzieś się szwenda po świecie, i tak cię mu nie oddam! — zachichotała, poruszając wąsami z rozbawienia.
Kremowy zamilkł na moment i wlepił wzrok w ścianę, jakby mocno się nad czymś zastanawiał.
— Tata? — powtórzył. — Nie pamiętam go. Nigdy go nie widziałem — przyznał, lecz zaraz potem uśmiechnął się znowu, niewzruszony faktem, że nie wie, co tak naprawdę działo się z jego rodzicem.
— Och! No cóż, widzisz, ja też nie pamiętam już swojego biologicznego taty, chociaż kiedyś go widziałam — miauknęła, myśląc o czekoladowym wojowniku Klanu Wilka, który odwiedzał ją, gdy jeszcze żyła z Mewą.
— To... ten czekoladowy pan nie jest twoim tatą? — spytał zdziwiony Tęcza. — W takim razie kim jest? I czy to znaczy, że jednak nie możesz być moją starszą siostrą? — przeraził się, otwierając szerzej oczy.
— Ależ skądże! Zawsze będę twoją starszą siostrą — zapewniła go. — Ale to fakt, że ten czekoladowy pan nie jest moim tatą. Po prostu... uratował mnie z rzeki, gdy byłam młodsza. Prawie tak, jak my uratowaliśmy ciebie!
W oczach Tęczy zaiskrzyło zaciekawienie.
— Jak fajnie! A czemu ty znalazłaś się w rzece? — mruknął zaintrygowany.
— Wiesz, długa historia... — odparła, po czym machnęła zbywająco łapą. Nie było sensu opowiadać Tęczy o tym, że urodziła się jako samotniczka i znalazła się tutaj przez przypadek.
— Opowiedz mi ją, proszę! — domagał się niebieskooki.
Wąsatka pozostawała jednak nieugięta.
— Hej, mogę ci opowiedzieć o czymś innym! Chcesz wiedzieć, jak zyskałam swoje wojownicze imię? — spytała.
— Tak, tak! — zapiszczał młodszy.
Na szczęście nie był zbyt pamiętliwy, dlatego szybko odpuścił sobie pytanie o to, jak Wąsatka znalazła się w Klanie Wilka.

* * *

Gdy skończyła opowiadać Tęczy o walce z psem, pożegnała się z nim i wyszła na środek obozu, by zaczerpnąć trochę powietrza. Gdy tak stała, do jej nozdrzy napłynął soczysty zapach zwierzyny, który sprawił, że ślinka napłynęła jej do pyska. Choć powinna już być Pora Opadających Liści, słoneczko wciąż przyjemnie ogrzewało wojowników, a także zachęcało zwierzynę łowną do buszowania po lesie. Dzięki temu Klan Wilka obfitował w piszczki — i to takie tłuste, pożywne! Nie takie ochłapy, jakie zdarzały się w Porze Nagich Drzew.
Nim jednak Wąsatkowy Ruczaj zdążyła dojść do stosu, przemknęła przed nią znajoma sylwetka. Wydawało jej się nawet, że była delikatnie zgarbiona, jakby specjalnie starała się zmniejszyć swoje rozmiary. Czarno-biała nie była jednak na tyle głupia, by nie rozpoznać w niej Zwęglonej Kukułki.
— Hej, kolego! — wrzasnęła, podążając za uciekającą wojowniczką.
Szylkretowa od razu zamarła w bezruchu, po czym powoli odwróciła głowę w stronę Wąsatki.
— Ja? Że niby ja jestem Zwęgloną Kukułką? Ależ skądże, ja... ja nazywam się Opierzona Jaskółka! — mruknęła głosem nienaturalnym dla siebie, jakby specjalnie próbowała go zmienić.
— No, ej! Ja wiem, że ostatnio mówiłam ci, że nie mam zbyt dobrego wzroku ani węchu, ale nie popadajmy w skrajność! Do bycia kretem jeszcze trochę mi brakuje! — oburzyła się, marszcząc brwi.
Zaraz potem jednak rozluźniła mięśnie pyska, a chwilę później uśmiechnęła się zadziornie.
— Poza tym nawet nie wspomniałam twojego imienia, więc marne to twoje kłamstewko... — dodała, poruszając wąsami z rozbawieniem.

< Zwęglona Kukułko? >

Od Wiciokrzewu CD. Mistral

Wchodząc do dziupli uzdrowicieli, Wiciokrzew spostrzegł swoją córkę, która właśnie padała na swoje posłanie. Od razu potem jej wzrok zaczął śledzić ruchy liliowego, który z początku wzdrygnął się pod ciężarem spojrzenia białofutrej. Niedawno spytała go, czy coś go trapi, a on znowu jak głupi futrzak wywinął się od odpowiedzi. Teraz lecznica znów była pusta, a on miał okazję opowiedzieć córce o wszystkim, co go męczyło. Czy jednak chciał to robić? Czy chciał obarczać ją swoimi problemami? Nie dało się ukryć, że miał ich całkiem sporo i sam ledwo dawał sobie z nimi radę. Nie chciał, by Mistral jeszcze bardziej martwiła się o jego dobrostan.
Już miał bez słowa położyć się na swoim posłaniu i odpocząć, gdy nagle rozległ się głos kotki:
— Nie wyglądasz za dobrze — stwierdziła, wpatrując się w jego zmęczony wyraz pyska. — A zachowujesz się jeszcze gorzej, choć wciąż próbujesz mi wmówić, że wszystko u ciebie w porządku — dodała.
Liliowemu ciężko było stwierdzić, czy robi mu teraz wyrzuty, czy jedynie dzieli się swoimi spostrzeżeniami.
— Bo… jest w po-porządku — odezwał się uzdrowiciel, lecz czuł, że jego słowa były puste. Nawet Mistral spojrzała na niego załamana, jakby oczywistym było, że kocur kłamie.
W końcu westchnął ciężko, odwracając wzrok od młodszej kotki.
— No d-dobra, nie jest — dodał, kładąc po sobie uszy. — Ale… mam pra-prawie 80 księżyców na ba-barkach i powinienem sam radzić sobie z mo-moimi problemami. Jesteś zbyt m-młoda, by mi po-pomagać — stwierdził, zaciskając mocniej zęby.
— Dobrze, w takim razie nie muszę ci pomagać. Chcę cię po prostu zrozumieć. Dlaczego taki jesteś? — drążyła dalej. Nie zapowiadało się na to, by miała dziś odpuścić, póki nie pozna prawdy.
— To… zbyt du-dużo, by o-opowiadać — mruknął, wciąż nie chcąc ulec namowom Mistral. On także nie chciał odpuszczać.
— Mam czas — zauważyła białofutra z coraz mniejszą cierpliwością. — Wykonałam już wszystkie swoje obowiązki, a poza tym lecznica jest pusta. Nie masz się czego obawiać — dodała, poruszając wibrysami nerwowo.
— Nie… n-nie jestem g-gotowy.

* * *

Tw: Myśli samobójcze

Wreszcie spełnił się jego największy koszmar. Tak bardzo przymuszał się do pracy, by przypadkiem nie zostać uznanym za niezdolnego do pełnienia swojej funkcji, że w końcu popełnił tak kardynalny błąd, iż nawet Czereśnia mu go nie wybaczył. Jak mogło do tego dojść? Jakim cudem pomylił się tak bardzo, że przez niego umarł drugi kot? Czuł się jak morderca. Jakby miał krew na łapach. Czuł się brudny, zdradziecki. Może gdyby przypadkiem pozbawił życia kogoś ze starszych kotów w Owocowym Lesie, prędzej by sobie wybaczył. Lecz Smuga? Miał przed sobą całe życie. Nie znalazł nawet drugiej połówki, nie założył rodziny. Był taki młody, miał tyle potencjału… a to wszystko zostało mu odebrane przez głupiego uzdrowiciela, który ma nierówno pod kopułą. Może jednak mógł nie zmieniać ścieżki szkolenia? Może gdyby zamknął pysk i nie upomniał się o to, by zostać medykiem, Smuga wciąż by żył? Równie dobrze mógł też nie rezygnować z próby odebrania sobie życia. Tamtej nocy szczęściem uratowała go Cierń — później odpuścił sobie ten pomysł kompletnie. Gdyby jednak wiedział, że następne księżyce życia przyniosą mu tylko więcej bólu, wstydu i porażek, nawet by się nie zastanawiał. Nikt tak czy siak by za nim nie tęsknił. Wtedy jeszcze nie było Mistral, nie było Świergotka. Nie miał dla kogo żyć. Teraz też najchętniej po prostu zapadłby się pod ziemię, i to dosłownie, lecz nie pozwalało mu na to poczucie winy.
W końcu Mistral zdawała się nie być kompletnie obojętna na losy swojego ojca. Nie zawsze była dla niego miła i czasem potrafiła użyć ostrego języka, lecz mimo wszystko była jego córką. Nie mógł tak po prostu jej osierocić, tym bardziej że straciła już matkę w tak młodym wieku. Musiała obserwować, jak ta po ataku lisa wykrwawia się na podłożu nory, a to nie mógł być łatwy widok. Czy zniosłaby śmierć kolejnego rodzica? A może byłoby jej łatwiej bez niego? Może nawet sam powinien ją o to spytać…
Nie, nie powinien. A może właśnie powinien? Nie wiedział. W końcu pytanie kogoś o to, jak zareagowałby na odejście bliskiego kota, byłoby dosyć niepokojące. Czy Wiciokrzew chciał się pogrążać jeszcze bardziej? Jednocześnie… czy miał coś do stracenia? Mistral i tak pewnie widziała w nim dziwadło, więc gdyby to zrobił, wpasowałby się tylko w swoją rolę.
Jego brzuch zaburczał nagle, wyrywając go z zamyślenia. No tak, od rana nic nie jadł, a był już wieczór. Do środka legowiska starszyzny wpadały tylko pojedyncze, nikłe promyczki słońca, nie dając starszym zbyt wiele światła. Może to i nawet lepiej, bo przynajmniej Pieczarka, Czernidłak i Lis nie musieli przez to oglądać zapchlonego mordercy, który wcisnął im się do przestrzeni osobistej. Sam liliowy miał wrażenie, że odkąd tu zamieszkał, rozmowy starszych przycichły i wydawały się bardziej nerwowe. Czasem miał też wrażenie, że jego współlokatorzy patrzą na niego z obawą, jakby bali się, że ich też otruje. Nie wiedział, czy to tylko zwidy, czy inne koty naprawdę o nim plotkowały, lecz wiedział, że nie wytrzyma w takim stanie zbyt długo. Już teraz miał ochotę zaszyć się w najciemniejszym kącie legowiska, albo najlepiej w ogóle odejść z Owocowego Lasu, by oszczędzić innym patrzenia na zdrajcę.
Przypominał sobie też moment, w którym Czajka zaatakował Ziemniaka, gdy dowiedział się o tym, że czekoladowy zamordował Osetka. Przypominał go sobie i zastanawiał się, czy gdyby brązowooki kocur wciąż z nimi żył, też rzuciłby się na Wiciokrzewa z pazurami i pozbył się go z tego świata. Och, jak byłoby wtedy fajnie… lecz w takim gronie nikt nie miał na tyle odwagi, by samemu wymierzyć liliowemu karę. A może jednak znalazłby się ktoś taki, gdyby nie fakt, że życie z poczuciem winy było prawdopodobnie większą karą dla dawnego uzdrowiciela niż śmierć. Myślenie o tym, co zrobił, i o tym, że niewinnemu kotu odebrał tyle możliwości, było po prostu torturą. Udręką. Gorszą niż cokolwiek innego na tym świecie.
W końcu jego brzuch zaburczał ponownie, a Wiciokrzew zdał sobie sprawę z tego, że przez ten głód już zrobiło mu się słabo. Właśnie dlatego w końcu podniósł się z posłania i sztywnym, chwiejnym krokiem wyszedł na zewnątrz. Gdy jednak wysunął pysk z wnętrza legowiska skąpanego w półmroku, miał wrażenie, że wszyscy natychmiast zwrócili głowy w jego stronę. Dlaczego się tak gapili? Na pewno patrzyli na niego i myśleli, że jest podłym mordercą!
Liliowy wbił wzrok w podłoże i szybkimi krokami doszedł do stosu ze zwierzyną. Patrząc jednak na te wszystkie wiewiórki, myszy i wróble, zrobiło mu się niedobrze. Czy w ogóle zasługiwał na jedzenie? Czy zasługiwał na to, by żywić się zapasami zebranymi przez owocniackich wojowników po tym, jak jednego z nich zamordował? Teraz był już bezużyteczny. Był jak pasożyt. Nie leczył nikogo, nie zbierał ziół. Całymi dniami po prostu wegetował, by pod wieczór wykraść ze stosu piszczkę i wrócić do gnicia w posłaniu.
Przełknął ślinę i w końcu, ignorując głód, odszedł od stosu ze zwierzyną. Nic się w końcu nie stanie, jeśli tego dnia nic nie zje, prawda? Nie powinien umrzeć — a nawet jeśli, to może i lepiej.
Nim jednak zdążył wrócić do swojego zacisza, stanęła przed nim białofutra kotka, zagradzając mu drogę. Mistral.
— Wspólny posiłek? — zaproponowała, nieznacznie się uśmiechając, jakby złośliwie.
— Ja… n-nie jestem głodny — odparł liliowy, przenosząc wzrok na łapy.

< Mistral? >