BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

22 czerwca 2026

Od Wąsatkowego Ruczaju CD. Zwęglonej Kukułki

— Mogę się dołączyć? — spytała od razu, nie tracąc czasu na uprzejmości, których raczej nie musiała stosować. W końcu była córką samego zastępcy, więc to inni powinni się odnosić do niej z należytą uprzejmością.
— J-jasne — wydukała, przepuszczając starszą w przejściu.
— No, to powiedz mi, czemu mnie unikasz? — Pytanie to padło niczym grom z jasnego nieba. Czarno-biała nawet nie dała chwili młodszej po opuszczeniu azylu klanu.
— Nie unikam cię…! — zaprzeczyła Zwęglona Kukułka, choć raczej nie brzmiała zbyt przekonująco. — No dobra, może unikam, ale… Od tamtej rozmowy jakoś nie czułam się sobą… Nawet nie wiem, czemu powiedziałam w innej formie niż zwykle, przecież nie jestem kocurem!
Wąsatkowy Ruczaj nie rozumiała, o co całe to zamieszanie. Czy to był powód, dla którego szylkretka jej unikała? W takim razie był dosyć błahy.
— Nie jesteś? — odparła, przekręcając głowę.
Po chwili jednak wzruszyła ramionami.
— Nie wiem, raczej nigdy nie miałam zbyt dobrego węchu. Wzroku zresztą też nie. W każdym razie to niczego nie zmienia — dodała, uśmiechając się do wojowniczki. — W takim razie, czy przestaniesz mnie dalej ignorować? Wydajesz się ciekawy, a ja lubię ciekawe koty! Byłoby niedobrze, gdybyś znowu zaczął mnie unikać — kontynuowała, mrużąc swoje brązowe ślepia.
Zwęglona Kukułka przeniosła wzrok na łapy, jakby chciała usunąć Wąsatkę ze swojego świata. Na to starsza wojowniczka uniosła jedną brew.
— No co? Powiedziałam coś niestosownego? — zaczęła się zastanawiać, widząc reakcję szylkretki. — Chyba musiałam, skoro twoje uszy są teraz całe czerwone! Jak brzuchy gilów! — spostrzegła.

* * *

Teraźniejszość

Wciąż nie mogła uwierzyć, że udało jej się znaleźć kociaka! I w dodatku przyprowadzić go do obozu! Przedstawił się jej jako Tęcza, a reszta Wilczaków zaakceptowała to imię. Już za cztery księżyce ten mały kremowy urwis powinien odbyć samotną noc, by potem móc mianować się uczniem. Wąsatkowy Ruczaj miała nadzieję, że nie zdziwią go zwyczaje panujące w Klanie Wilka, gdyż były one całkiem nietypowe!
Zdążyła jednak zauważyć, że Tęcza nie miał w zwyczaju przejmować się różnymi rzeczami. Niby porzuciła go matka, która w dodatku później zmarła, lecz on nie wydawał się tym wzruszony. W ogóle o nią nie pytał, jakby już jej nie pamiętał. Zamiast tego kręcił się pod łapami Pustułkowego Szponu, a także jej samej, i zachowywał się tak, jakby to oni byli teraz najważniejszymi kotami w jego życiu. Co pewnie było prawdą, bo to oni opiekowali się kremowym kocurkiem.
Wąsatka zakładała też, że jego ojciec nie żył albo porzucił go dawno temu. Albo, co było jednak mało prawdopodobne, należał do innego klanu? Może była to ta sama sytuacja, co z nią, Mewą i Wilczkiem?
Czarno-biała, wchodząc teraz do żłobka, postanowiła go o to spytać. Szybko minęła Bielinkę, Ognikową Słotę i Szaleja, by dojść do swojego podopiecznego, w którym widziała młodszego braciszka.
— Hej, Tęczo! — przywitała się z młodzikiem, który w połowie leżał na ziemi, a w połowie na posłaniu, już prawie zasypiając.
Jednak na słowa wojowniczki otworzył oczy, budząc się do życia. Nie minęło dużo czasu, a podniósł się z miejsca i poruszył z radości wibrysami.
— Wąsatko! — krzyknął rozweselony, podbiegając do starszej kotki. — Tak dobrze, że jesteś! Nie miałem z kim rzucać się mchową kulką i strasznie mi się nudziło... — oznajmił, nieznacznie kładąc po sobie uszy.
Wąsatkowy Ruczaj usiadła, przyciągając do siebie kocura łapą.
— Naprawdę? — mruknęła, po czym polizała go po główce, by ułożyć mu futro, które było niezwykle zmierzwione. — W takim razie czemu nie zaprzyjaźnisz się z kimś ze żłobka? Przecież masz tu Szaleja, a oprócz niego jest jeszcze Ognikowa Słota. Z nimi też możesz rzucać się kulkami z mchu! — doradziła mu. Bardzo by się ucieszyła, gdyby młodziakowi udało się znaleźć przyjaciół. W końcu życie bez żadnych znajomych było potwornie nudne!
— No, mogę... — przyznał, odwracając głowę w stronę srebrzystego kocurka. — Jutro na pewno do niego zagadam! — oznajmił, dumnie wypinając pierś.
Wojowniczka zamruczała z radości, po czym wypuściła Tęczę z objęcia.
— Wiesz, że ostatnio się nad czymś zastanawiałam? — miauknęła, uciekając wzrokiem w bok.
— Nad czym? — pisnął kremowy, przekręcając głowę i o mało nie przechylając się na bok!
— Nad tym, co się stało z twoim tatą... — dodała, wracając spojrzeniem do Tęczy. — Nie żeby chciała się ciebie pozbywać! Nawet jeśli gdzieś się szwenda po świecie, i tak cię mu nie oddam! — zachichotała, poruszając wąsami z rozbawienia.
Kremowy zamilkł na moment i wlepił wzrok w ścianę, jakby mocno się nad czymś zastanawiał.
— Tata? — powtórzył. — Nie pamiętam go. Nigdy go nie widziałem — przyznał, lecz zaraz potem uśmiechnął się znowu, niewzruszony faktem, że nie wie, co tak naprawdę działo się z jego rodzicem.
— Och! No cóż, widzisz, ja też nie pamiętam już swojego biologicznego taty, chociaż kiedyś go widziałam — miauknęła, myśląc o czekoladowym wojowniku Klanu Wilka, który odwiedzał ją, gdy jeszcze żyła z Mewą.
— To... ten czekoladowy pan nie jest twoim tatą? — spytał zdziwiony Tęcza. — W takim razie kim jest? I czy to znaczy, że jednak nie możesz być moją starszą siostrą? — przeraził się, otwierając szerzej oczy.
— Ależ skądże! Zawsze będę twoją starszą siostrą — zapewniła go. — Ale to fakt, że ten czekoladowy pan nie jest moim tatą. Po prostu... uratował mnie z rzeki, gdy byłam młodsza. Prawie tak, jak my uratowaliśmy ciebie!
W oczach Tęczy zaiskrzyło zaciekawienie.
— Jak fajnie! A czemu ty znalazłaś się w rzece? — mruknął zaintrygowany.
— Wiesz, długa historia... — odparła, po czym machnęła zbywająco łapą. Nie było sensu opowiadać Tęczy o tym, że urodziła się jako samotniczka i znalazła się tutaj przez przypadek.
— Opowiedz mi ją, proszę! — domagał się niebieskooki.
Wąsatka pozostawała jednak nieugięta.
— Hej, mogę ci opowiedzieć o czymś innym! Chcesz wiedzieć, jak zyskałam swoje wojownicze imię? — spytała.
— Tak, tak! — zapiszczał młodszy.
Na szczęście nie był zbyt pamiętliwy, dlatego szybko odpuścił sobie pytanie o to, jak Wąsatka znalazła się w Klanie Wilka.

* * *

Gdy skończyła opowiadać Tęczy o walce z psem, pożegnała się z nim i wyszła na środek obozu, by zaczerpnąć trochę powietrza. Gdy tak stała, do jej nozdrzy napłynął soczysty zapach zwierzyny, który sprawił, że ślinka napłynęła jej do pyska. Choć powinna już być Pora Opadających Liści, słoneczko wciąż przyjemnie ogrzewało wojowników, a także zachęcało zwierzynę łowną do buszowania po lesie. Dzięki temu Klan Wilka obfitował w piszczki — i to takie tłuste, pożywne! Nie takie ochłapy, jakie zdarzały się w Porze Nagich Drzew.
Nim jednak Wąsatkowy Ruczaj zdążyła dojść do stosu, przemknęła przed nią znajoma sylwetka. Wydawało jej się nawet, że była delikatnie zgarbiona, jakby specjalnie starała się zmniejszyć swoje rozmiary. Czarno-biała nie była jednak na tyle głupia, by nie rozpoznać w niej Zwęglonej Kukułki.
— Hej, kolego! — wrzasnęła, podążając za uciekającą wojowniczką.
Szylkretowa od razu zamarła w bezruchu, po czym powoli odwróciła głowę w stronę Wąsatki.
— Ja? Że niby ja jestem Zwęgloną Kukułką? Ależ skądże, ja... ja nazywam się Opierzona Jaskółka! — mruknęła głosem nienaturalnym dla siebie, jakby specjalnie próbowała go zmienić.
— No, ej! Ja wiem, że ostatnio mówiłam ci, że nie mam zbyt dobrego wzroku ani węchu, ale nie popadajmy w skrajność! Do bycia kretem jeszcze trochę mi brakuje! — oburzyła się, marszcząc brwi.
Zaraz potem jednak rozluźniła mięśnie pyska, a chwilę później uśmiechnęła się zadziornie.
— Poza tym nawet nie wspomniałam twojego imienia, więc marne to twoje kłamstewko... — dodała, poruszając wąsami z rozbawieniem.

< Zwęglona Kukułko? >

Od Wiciokrzewu CD. Mistral

Wchodząc do dziupli uzdrowicieli, Wiciokrzew spostrzegł swoją córkę, która właśnie padała na swoje posłanie. Od razu potem jej wzrok zaczął śledzić ruchy liliowego, który z początku wzdrygnął się pod ciężarem spojrzenia białofutrej. Niedawno spytała go, czy coś go trapi, a on znowu jak głupi futrzak wywinął się od odpowiedzi. Teraz lecznica znów była pusta, a on miał okazję opowiedzieć córce o wszystkim, co go męczyło. Czy jednak chciał to robić? Czy chciał obarczać ją swoimi problemami? Nie dało się ukryć, że miał ich całkiem sporo i sam ledwo dawał sobie z nimi radę. Nie chciał, by Mistral jeszcze bardziej martwiła się o jego dobrostan.
Już miał bez słowa położyć się na swoim posłaniu i odpocząć, gdy nagle rozległ się głos kotki:
— Nie wyglądasz za dobrze — stwierdziła, wpatrując się w jego zmęczony wyraz pyska. — A zachowujesz się jeszcze gorzej, choć wciąż próbujesz mi wmówić, że wszystko u ciebie w porządku — dodała.
Liliowemu ciężko było stwierdzić, czy robi mu teraz wyrzuty, czy jedynie dzieli się swoimi spostrzeżeniami.
— Bo… jest w po-porządku — odezwał się uzdrowiciel, lecz czuł, że jego słowa były puste. Nawet Mistral spojrzała na niego załamana, jakby oczywistym było, że kocur kłamie.
W końcu westchnął ciężko, odwracając wzrok od młodszej kotki.
— No d-dobra, nie jest — dodał, kładąc po sobie uszy. — Ale… mam pra-prawie 80 księżyców na ba-barkach i powinienem sam radzić sobie z mo-moimi problemami. Jesteś zbyt m-młoda, by mi po-pomagać — stwierdził, zaciskając mocniej zęby.
— Dobrze, w takim razie nie muszę ci pomagać. Chcę cię po prostu zrozumieć. Dlaczego taki jesteś? — drążyła dalej. Nie zapowiadało się na to, by miała dziś odpuścić, póki nie pozna prawdy.
— To… zbyt du-dużo, by o-opowiadać — mruknął, wciąż nie chcąc ulec namowom Mistral. On także nie chciał odpuszczać.
— Mam czas — zauważyła białofutra z coraz mniejszą cierpliwością. — Wykonałam już wszystkie swoje obowiązki, a poza tym lecznica jest pusta. Nie masz się czego obawiać — dodała, poruszając wibrysami nerwowo.
— Nie… n-nie jestem g-gotowy.

* * *

Tw: Myśli samobójcze

Wreszcie spełnił się jego największy koszmar. Tak bardzo przymuszał się do pracy, by przypadkiem nie zostać uznanym za niezdolnego do pełnienia swojej funkcji, że w końcu popełnił tak kardynalny błąd, iż nawet Czereśnia mu go nie wybaczył. Jak mogło do tego dojść? Jakim cudem pomylił się tak bardzo, że przez niego umarł drugi kot? Czuł się jak morderca. Jakby miał krew na łapach. Czuł się brudny, zdradziecki. Może gdyby przypadkiem pozbawił życia kogoś ze starszych kotów w Owocowym Lesie, prędzej by sobie wybaczył. Lecz Smuga? Miał przed sobą całe życie. Nie znalazł nawet drugiej połówki, nie założył rodziny. Był taki młody, miał tyle potencjału… a to wszystko zostało mu odebrane przez głupiego uzdrowiciela, który ma nierówno pod kopułą. Może jednak mógł nie zmieniać ścieżki szkolenia? Może gdyby zamknął pysk i nie upomniał się o to, by zostać medykiem, Smuga wciąż by żył? Równie dobrze mógł też nie rezygnować z próby odebrania sobie życia. Tamtej nocy szczęściem uratowała go Cierń — później odpuścił sobie ten pomysł kompletnie. Gdyby jednak wiedział, że następne księżyce życia przyniosą mu tylko więcej bólu, wstydu i porażek, nawet by się nie zastanawiał. Nikt tak czy siak by za nim nie tęsknił. Wtedy jeszcze nie było Mistral, nie było Świergotka. Nie miał dla kogo żyć. Teraz też najchętniej po prostu zapadłby się pod ziemię, i to dosłownie, lecz nie pozwalało mu na to poczucie winy.
W końcu Mistral zdawała się nie być kompletnie obojętna na losy swojego ojca. Nie zawsze była dla niego miła i czasem potrafiła użyć ostrego języka, lecz mimo wszystko była jego córką. Nie mógł tak po prostu jej osierocić, tym bardziej że straciła już matkę w tak młodym wieku. Musiała obserwować, jak ta po ataku lisa wykrwawia się na podłożu nory, a to nie mógł być łatwy widok. Czy zniosłaby śmierć kolejnego rodzica? A może byłoby jej łatwiej bez niego? Może nawet sam powinien ją o to spytać…
Nie, nie powinien. A może właśnie powinien? Nie wiedział. W końcu pytanie kogoś o to, jak zareagowałby na odejście bliskiego kota, byłoby dosyć niepokojące. Czy Wiciokrzew chciał się pogrążać jeszcze bardziej? Jednocześnie… czy miał coś do stracenia? Mistral i tak pewnie widziała w nim dziwadło, więc gdyby to zrobił, wpasowałby się tylko w swoją rolę.
Jego brzuch zaburczał nagle, wyrywając go z zamyślenia. No tak, od rana nic nie jadł, a był już wieczór. Do środka legowiska starszyzny wpadały tylko pojedyncze, nikłe promyczki słońca, nie dając starszym zbyt wiele światła. Może to i nawet lepiej, bo przynajmniej Pieczarka, Czernidłak i Lis nie musieli przez to oglądać zapchlonego mordercy, który wcisnął im się do przestrzeni osobistej. Sam liliowy miał wrażenie, że odkąd tu zamieszkał, rozmowy starszych przycichły i wydawały się bardziej nerwowe. Czasem miał też wrażenie, że jego współlokatorzy patrzą na niego z obawą, jakby bali się, że ich też otruje. Nie wiedział, czy to tylko zwidy, czy inne koty naprawdę o nim plotkowały, lecz wiedział, że nie wytrzyma w takim stanie zbyt długo. Już teraz miał ochotę zaszyć się w najciemniejszym kącie legowiska, albo najlepiej w ogóle odejść z Owocowego Lasu, by oszczędzić innym patrzenia na zdrajcę.
Przypominał sobie też moment, w którym Czajka zaatakował Ziemniaka, gdy dowiedział się o tym, że czekoladowy zamordował Osetka. Przypominał go sobie i zastanawiał się, czy gdyby brązowooki kocur wciąż z nimi żył, też rzuciłby się na Wiciokrzewa z pazurami i pozbył się go z tego świata. Och, jak byłoby wtedy fajnie… lecz w takim gronie nikt nie miał na tyle odwagi, by samemu wymierzyć liliowemu karę. A może jednak znalazłby się ktoś taki, gdyby nie fakt, że życie z poczuciem winy było prawdopodobnie większą karą dla dawnego uzdrowiciela niż śmierć. Myślenie o tym, co zrobił, i o tym, że niewinnemu kotu odebrał tyle możliwości, było po prostu torturą. Udręką. Gorszą niż cokolwiek innego na tym świecie.
W końcu jego brzuch zaburczał ponownie, a Wiciokrzew zdał sobie sprawę z tego, że przez ten głód już zrobiło mu się słabo. Właśnie dlatego w końcu podniósł się z posłania i sztywnym, chwiejnym krokiem wyszedł na zewnątrz. Gdy jednak wysunął pysk z wnętrza legowiska skąpanego w półmroku, miał wrażenie, że wszyscy natychmiast zwrócili głowy w jego stronę. Dlaczego się tak gapili? Na pewno patrzyli na niego i myśleli, że jest podłym mordercą!
Liliowy wbił wzrok w podłoże i szybkimi krokami doszedł do stosu ze zwierzyną. Patrząc jednak na te wszystkie wiewiórki, myszy i wróble, zrobiło mu się niedobrze. Czy w ogóle zasługiwał na jedzenie? Czy zasługiwał na to, by żywić się zapasami zebranymi przez owocniackich wojowników po tym, jak jednego z nich zamordował? Teraz był już bezużyteczny. Był jak pasożyt. Nie leczył nikogo, nie zbierał ziół. Całymi dniami po prostu wegetował, by pod wieczór wykraść ze stosu piszczkę i wrócić do gnicia w posłaniu.
Przełknął ślinę i w końcu, ignorując głód, odszedł od stosu ze zwierzyną. Nic się w końcu nie stanie, jeśli tego dnia nic nie zje, prawda? Nie powinien umrzeć — a nawet jeśli, to może i lepiej.
Nim jednak zdążył wrócić do swojego zacisza, stanęła przed nim białofutra kotka, zagradzając mu drogę. Mistral.
— Wspólny posiłek? — zaproponowała, nieznacznie się uśmiechając, jakby złośliwie.
— Ja… n-nie jestem głodny — odparł liliowy, przenosząc wzrok na łapy.

< Mistral? >

Od Nocnego Śpiewana CD Zwęglonej Łapy (Zwęglonej Kukułki)

Nocny Śpiewak mógłby przysiąc, że Zwęglona Kukułka miała przeciwko niemu jakąś wendetę. Parę księżyców temu, jeszcze nie tak dawno, w ramach przeprosin dał jej jego najpiękniejsze piórka. Jej i siostrze Kukułki, jednak… zostały mu zwrócone. Nie bardzo wiedział wtedy, czy ma się czuć smutny, obrażony czy wściekły. Więc czuł się skonfundowany. Nie docierało do niego, że kotka może po prostu nie zrozumiała jego zamiarów i zwyczajnie w świecie oddała mu jego własność. No cóż.
Jednak to nie był etap, w którym Noc stwierdził, że kotka go jednak nie za bardzo lubi. Jeszcze, kiedy byli uczniami, zaraz przed mianowaniem, spuściła mu łomot stulecia. Walczyli ze sobą i Nocny Śpiewak nie spodziewał się zostać wyobracanym jak lis przez borsuka. No ale tak się też stało. I po tym wszystkim kotka nawet nie uraczyła go spojrzeniem. Może była zagłębiona w myślach, może po prostu nim gardziła, ale Noc nie wiedział jak interpretować jej zachowanie. Był szczęśliwy, że się mianował, bo to pozwoliło mu to oderwać odrobinę myśli od bycia uczniem i mierzenia się z tymi dziwnymi treningami, jakie miał czasami z innymi.
Trzecią instancją, która sprawiła, że Nocny Śpiewak zaczął prawdziwie wierzyć, że Zwęglona Kukułka go nie cierpi, była ostatnia sytuacja gdzie w klanie, kiedy się z nią przyjaźnie przywitał, zwyczajnie minęła go szybkim tempem, jedynie rzucając mu przelotne spojrzenie. Nocny Śpiewak nie wiedział co o tym sądzić, ale w końcu pogodził się z faktem, że nie wszyscy będą go lubić. Albo kotka miała po prostu ważne sprawy do wykonania i nie miała czasu na zbędne pogawędki. Odrobinę nadziei zawsze warto było mieć. W każdym razie… Noc się trochę poddał z próbami zaprzyjaźnienia się z kotką. Nie widział większego sensu spierania się z rzeką, kiedy zwyczajnie mógł dać się jej ponieść i dryfować obok wszystkich. Nie było co się męczyć niepotrzebnie i może kiedyś Zwęglona Kukułka się po prostu do niego przekona.
A w międzyczasie Nocny Śpiewak skupił się na swoim własnym życiu. Zaczepił tego dnia swojego brata, Grubą Rybę.
– Co tam u ciebie? – zagadnął kota, który podniósł na niego płaski pysk i odetchnął.
– Jak zawsze. Kręcę się to tu… to tam. – mruknął kot, podnosząc się z trudem. – Ciężko jak zawsze. Kości mnie bolą.
– To idź do Chudego niech ci coś na nie. – Noc pacnął brata w bark delikatnie. Ten rzucił mu zmęczone spojrzenie.
– Nie ma co. To tylko od polowania dzisiejszego. Przejdzie mi do wieczora. A co u ciebie. Kręcisz się ostatnio po obozie tak bez ładu. Znikasz czasem w nocy i nie jesteś w swoim łóżku. – Gruby rzucił mu ciekawskie spojrzenie.
– No tak. Czasem chodzę sobie spać pod gołym niebem i spędzam trochę czasu, podziwiając gwiazdy i wiesz… kwestionując rzeczywistość i jej sens. Takie tam tylko… Ale to, co ja robię zwykle nawet w obozie. Ale… co do ciebie to widzę, że ostatnio kręcisz się blisko cykora i jej ucznia. Jak tam z wami?
– A jest dobrze. Cykor to mimo wszystko dobra towarzyszka do rozmów, nie? – Gruby machnął ogonem. – Może ma trochę smutne imię, ale całkiem przyjemnie się z nią przebywa.
– Cieszy mnie, że znalazłeś sobie kogoś do towarzystwa. To jest potrzebne każdemu. – Noc przyznał cicho.
– No a ty jeszcze nikogo nie masz, żeby się z nim szlajać. Sam obijasz się od ścian, co?
– Czy ja wiem, czy nie mam. Nawet dobrze rozmawia mi się z Dyniową Skórą. Wilgowa Gorycz jest też całkiem dobry od czasu do czasu. No i ty i Chudy. Ja nie potrzebuję wiele więcej osób do szczęścia. Lubię moją samotność. – przyznał.
– Skoro tak mówisz. Ale miło byłoby widzieć jak rozmawiasz z kimś, więcej niż tylko czasami z jakimś kotem. Znajdźże sobie przyjaciela, co?
– Postaram się, ale nie obiecuję! – Noc miauknął ochoczo, chociaż w głębi serca zmarszczył się na samą myśl o szukaniu kogoś, komu miałby niby wydawać swoje sekrety i zabierać na rozmówki w kąciku. Kogoś na kim mógłby polegać. W końcu nie potrzebuje polegać na nikim jak swoich braciach.
Nocny Śpiewak nie wiedział, czy się cieszyć, czy płakać, kiedy stawił się na poranny patrol i zastał tam tylko Zwęgloną Kukułkę oraz Tygrysią Noc. Kotki rozmawiały cicho, ale przestały, kiedy podszedł.
– Południowy patrol? – Noc zagadnął z uśmiechem.
– Tak. Ale… Ja muszę skończyć nagle do medyka i… nie mamy zastępstwa. – Tygrysia Noc zmarszczył nosek. Noc za nim nie przepadał. Może dlatego, że nie za bardzo się z nim zadawał za poleceniem Ognikowej Słoty.
– Poradzimy sobie we dwoje. Jest początek opadania liści, jest jeszcze mnóstwo zdobyczy! – oświadczyła Kukułka. – Idź do medyka, jeśli musisz.
– Prawda! Na pewno przyniesiemy coś dużego! – Noc pokiwał łebkiem na zgodę, pomimo pewnej irytacji, która urosła w jego sercu. Ale przecież kot nie miał wpływu na to, kiedy poczuje się chory, więc Nocny Śpiewak nic nie powiedział na ten temat. Kukułka miała rację. Jeszcze było wystarczająco zwierzyny, żeby patrol polujący był mniejszy.
– Dziękuję wam. – rudy kocur kiwnął im głową i ruszył powolnym krokiem w kierunku leża medyka. Kukułka i Noc jeszcze chwilę siedzieli w milczeniu, obserwując odchodzącego towarzysza, zanim starszy się w końcu wypowiedział.
– To co? Idziemy? Zanim wszystko schowa się przed słońcem. Jeszcze jest gorąco! – Noc machnął łapą w kierunku wyjścia do obozu. Kotka naprzeciw niego mogła go nie lubić, mogła go nawet nienawidzić, ale obowiązek wobec klanu zobowiązywał go do bycia chociaż uprzejmym.

<Zwęglona Kukułko?>

21 czerwca 2026

Od Wdzięcznej Firletki CD. Tańcującego Pierza

W niedalekiej przeszłości…

Z zaciśniętym gardłem obserwowała, jak tłum kotów rozstępuje się, aby przepuścić rudego wojownika. Tańcujące Pierze obejrzał się przez ramię, uszy położone płasko przy głowie. Parsknął. Po czym zniknął w wyjściu z obozu.

"Klan Burzy słabnie. Marnieje. Wy po prostu nie umiecie tego przetrawić. Jeśli Królicza Gwiazda naprawdę martwi się swoim klanem, niechże coś w końcu dla niego zrobi!"

Potrząsnęła głową. Nie teraz. Zwróciła spojrzenie na grupę gapiów, szepczących między sobą.
— Koniec przedstawienia! — wysyczała, podchodząc parę kroków bliżej i zasłaniając ogonem ciało dogorywającego Aminka. Wykrzywiła pysk w grymasie. — Niech ktoś go przypilnuje, bo jeszcze zrobi coś głupiego.

↠ₓ⊹❈⊹ₓ↞

Jeszcze tego samego wieczora kaszel i chrapliwe oddechy Aminkowej Łapy, które odbijały się od ścian legowiska, ucichły.
Odwróciła się od ciała ucznia, wciskając pysk między stosy ziół składowany w jednej z części wieży. Chwyciła pomiędzy zęby parę gałązek lawendy oraz rozmarynu. Ostry zapach ziół muskał jej nozdrza, jednak zapach był już jej na tyle znajomy, że nawet nie zmarszczyła pyska.
— Napewno nic się nie stało?
Zwróciła spojrzenie w stronę Zawodzącego Echa.
— Na pewno.
Zbliżyła się ponownie do Aminkowej Łapy i odłożyła zioła na bok. Czy naprawdę była w tej sytuacji tak niewinna, jak głosiła to wcześniej? Usiadła, po czym chwyciła jedną z łodyg między przednie łapy, trąc kwiaty między ich poduszkami. Może uczniów trzeba pilnować równie bardzo, jak kocięta.
Woń lawendy rozniosła się po Kamiennej Wieży.
— Odepchnął Wełnistą Mszycę — kontynuowała po chwili — ale wszystko z nią dobrze. Wysłałam ją do Groty Pamięci, aby spędziła trochę czasu z Lotosowym Pąkiem.
Uszy zastępcy drgnęły.
— Nie potrzebujesz jej łap do pomocy?
— Na razie poradzę sobie sama. Poślę po nią przed wschodem słońca, gdy zakończy się czuwanie.
Westchnęła, wcierając rozmaryn w sierść kremowego ucznia.
–– Zawołaj któregoś z wojowników, aby wyniósł ciało przed wieżę — poleciła, odsuwając się o krok i zbierając ze sterty po boku łodygi wrzosów, aby okryć nimi sylwetkę Aminka. — Mi Tańcujące Pierze oberwałby wąsy.

↠ₓ⊹❈⊹ₓ↞

Słońce dopiero co zaczęło wspinać się po nieboskłonie. Grupa kotów zebrała się przed świeżo ukopanym kopczykiem, udekorowanym pojedynczymi gałązkami polnego kwiecia. Pozwoliła Króliczej Gwieździe, podpieranemu przez Zawodzące Echo, wygłosić parę pożegnalnych słów skierowanych do zmarłego ucznia, zanim sama wzięła głos.
— Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, jednak choroba okazała się silniejsza, zabierając go ogd nas przedwcześnie — miauknęła, unosząc wzrok w górę. — Niech jego dusza wędruje pośród gwiazd.
Czuła na sobie wzrok Tańcującego Pierza, ale nie odwróciła się w kierunku młodego wojownika. Jego słowa nadal wybrzmiewały w jej myślach; choć nie na miejscu, i wypowiedziane z wyrzutem, w pewnych aspektach do niej przemawiały. Sama krytykowała niektóre decyzje Zawodzącego Echa, o których wspominał rudy, o czym się przed zastępcą nie kryła… Ale nie wygarniała tego przed wszystkimi w taki sposób. Przełknęła ślinę. Czy podobnie myślała reszta Klanu Burzy?

Po powrocie do obozu zaszyła się w półmroku własnego legowiska. Wśród resztek rozchodzącego się tłumu zobaczyła jeszcze Wędrujące Niebo, z poważnym wyrazem pyska mówiącego coś właśnie do Tańcującego Pierza. Ganiącego go za jego wcześniejsze zachowanie? Czy może zapewniającego, że Aminkowa Łapa już nie cierpi?

<Tańcujące Pierze?>

Od Tańcującego Pierza Do Wdzięcznej Firletki

Jakiś czas temu

Upał pomagał w jego przygotowaniach. Nie każdy chciał wyściubiać nosa z króliczych nor, więc on i Skrzyp poszli na luzackie polowanie. A przynajmniej tak mogło się zdawać temu drugiemu...
Rudy podszedł do mentora Aminkowej Łapy ostrożnie, stając przed nim w pełnej okazałości. Tańcujące Pierze wymusił się na czarujący uśmiech. Próbował ukryć przed Skrzypiący Skrzypem coś, co nie powinno na razie ujrzeć światła dziennego.
— Dzień dobry, Skrzypiący Skrzypie — zaczął uprzejmie, jako iż był to starszy, pewnie bardziej doświadczony wojownik. Raz go ujrzał skaczącego przed legowiskiem medyczek, jakby słyszał wieści o ciąży swojej partnerki. Zastanawiał się od tamtego czasu, o co mogło dokładnie chodzić, ale jakoś kocur mu się wyślizgiwał spod łap za każdym razem, gdy próbował go złapać w obozie lub poza. — Jak mijały treningi mojego braciszka przed... — ucichł i się skrzywił, przypominając sobie o obecnym stanie Aminka. Pokręcił głową z lekkim uśmiechem i zachichotał. — Nieważne. Wiem, że świetnie się spisywał. Pewnie dużo trenował, gdy zakończyłem trening w dwa księżyce, he, he! — dodał i się zaśmiał krótko.
Zastrzygł uchem, widząc, że Skrzyp nie był skory do rozmowy. Mentor Aminka zmarszczył brwi. "Aha... on wciąż coś do mnie ma, ha? Durne koty... przecież to był Gadożer." — rzekł do siebie w umyśle, widocznie zirytowany na zewnątrz. Pierze spoważniał i spojrzał mu głęboko w oczy. Zamknął na chwilę oczy i wziął głęboki wdech. "Więc tak chcesz się bawić... no dobrze. Przejdę zatem do sedna." — pomyślał, przełykając ślinę. Wydech.
Otworzył oczy, a wtedy rozpoczął się akt drugi przedstawienia.
Przekonanie o swojej racji.
— Widzisz, Skrzypiący Skrzypie... nie bez powodu cię zabrałem na to luzackie polowanie — zaczął z szerokim uśmiechem. — Mówiąc wprost, chodzi mi bardziej o twoje nastawienie do Króliczej Gwiazdy — cmoknął.— Wiesz pewnie, że nasz obecny przywódca... nie cieszy się dobrą reputacją. To jego syn teraz rządzi klanem, choć nawet nie nosi z dumą członu zarezerwowanego dla takich jak Królicza Gwiazda czy inni przedstawiciele klanów. Powiedz mi, proszę, czy to właściwe? Czy Echo dobrze robi dla nas, dla całego burzackiego narodu, pozwalając swojemu ojcu dalej ciągnąć ten teatrzyk? — mówił. Podniósł jedną brew do góry. — Skrzypiący Skrzypie... Klan Burzy się psuje. Może nie każdy to jeszcze zauważył, ale gdy przejrzą na oczy... będzie za późno. Z całym szacunkiem do jego żywota, ale... ile księżyców minie, zanim spokojnie umrze? Lub czy kiedykolwiek umrze? Widzisz... zauważyłem coś jeszcze. Królik nie wychodzi ze swojego zamku od wielu dni, mimo to na górze tej kamiennej ruiny coś za dnia wygłosi od czasu do czasu. Dowiedziałem się o jego sędziwym wieku. Rzadko kto żyje tak długo... a zwłaszcza kot, który prowadził tak niezdrowe życie... — zmrużył oczy i zamilkł na moment, dając Skrzypowi się oswoić z tą wiedzą, a nawet coś sobie dopowiedzieć w myślach.
— Skrzypiący Skrzypie, nadawałbyś się na zastępcę Echa. Na pewno więcej kotów niż ja to widzę — dodał. — Cieszysz się dobrą reputacją, niezachwianą wręcz. Pomagasz tym w potrzebie, bliskim... idealny wzorzec na przyszłego przywódcę. Problem w tym, że... — podszedł do niego bliżej. — Problem polega na tym, że Królicza Gwiazda uniemożliwia ci wejście na wyższy szczebel hierarchii, Skrzypiący Skrzypie. Dobrze o tym wiesz, co? — miauknął ciszej.
Upał mógł przyćmić ich oba umysły i zdrowy rozsądek, bądź nawet kręgosłup moralny.
Teraz, Tańcujące Pierze musiał wyczekiwać decyzji wręcz topiącego się na słońcu kocura z łagodnym, matczynym uśmiechem. Musiał być cierpliwy, a więc czekał.
Starszy wojownik zwrócił wzrok na Pierze. Z każdym słowem pointa jego oczy coraz bardziej przybierały kształt dwóch spodków.
— Tańczące Pierze... Nie rozumiem, co chcesz mi w tym momencie powiedzieć — Skrzyp zmarszczył brwi, jego pysk lekko rozdziawiony. — Gdybym kiedykolwiek miał objąć pozycję zastępcy, chciałbym, aby odbyło się to w sposób honorowy, nie na skutek jakiś- młodzieżowych spisków — syknął.
Przez parę uderzeń serca wpatrywał się w wojownika, zanim z prychnięciem odwrócił się do niego zadem i ruszył z powrotem w kierunku obozu.
— Nie mieszaj mnie w swoje pomysły — dodał, ostry ton głosu diametralnie odmienny od jego typowego świergotu. — Nie chcę nawet upewniać się, czy dobrze rozumiem to, co próbujesz teraz insynuować. Ja- Odwiedziłbyś może swojego brata, zamiast zawracać głowę innym dziwnymi pytaniami.
Cisza. Patrzył bez jakiejkolwiek emocji na mentora Aminkowej Łapy.
— … Ach, faktycznie — wymamrotał młodszy.
Tańcujące Pierze stał jak posąg. Nie próbował zatrzymać odchodzącego, naburmuszonego kota. Odprowadzał Skrzypa szmaragdowym, bystrym okiem. Chwilę mu zajęło dobranie odpowiedniej reakcji. Wybrał w końcu skrzywienie pyska i zmrużenie oczu. Odczekał parę chwil, po czym mozolnie ruszył śladami Skrzypiącego Skrzypa w stronę obozu. Myślami krążył po wspomnieniami z Smrodkiem.
Stosunki z Aminkową Łapą… nie były najlepsze, jeśli mógł to tak lekko ująć — odkąd skończył trening, kremowego kocurka mógł często widzieć zasmarkanego w nocy. Wymówką były dodatkowe “treningi”, które kończyły się tylko niepotrzebnym wycieńczeniem organizmu chudzielca. Tańcujące Pierze starał się to ignorować. Za ucznia też często wychodził w nocy nie w celu schłodzenia, a po możliwą rozmowę z samymi albinosami, świętą trójcą, wysłannicy gwiezdnych i… ble, ble, ble. Nawet sam Pierze, zagorzały, choć ukryty wielbiciel czystych gwiazd w postaci śmiertelników, nie umiał wymienić wszystkich ich przydomków. Byłaby to wielka strata czasu. W końcu nie każdy podzielał to samo zdanie, co on sam…
Wrócił do obozu chwilę przed Skrzypem. Przywitał się z Lodówką i Bąblem. To z nimi przede wszystkim utrzymywał stały kontakt. Nie mówiąc o drugim bracie. Kręcił się w kółko po obozie, myśląc o tym kremowym kocurze, który obecnie leżał w lecznicy i skonał.
Słowa, które usłyszał Tańczące Pierze, należały do… niezidentyfikowanego kocura w legowisku wojowników. Stanął przy wejściu, wbił wzrok w ziemię i nasłuchiwał lewym uchem.
— Jego zdrowie z każdym wschodem słońca coraz bardziej mnie martwi — oznajmił głos; jego ton zmartwiony, ale i… Poirytowany. — Nie rozumiem, dlaczego nie mógł wcześniej poprosić o pomoc. Ma cały klan na wyciągnięcie łapy!
Słowa te odbiły się mocno na rudym. Tańcujące Pierze zaczął ciężej oddychać. Nogi trzęsły się i nie chciały z nim współpracować. Spojrzał z wysiłkiem na lecznicę.
Aminkowa Łapa.
Aminkowa Łapa.
— O, Klanie Gwiazdy…
I popędził. Pobiegł, jakby znowu rywalizował z Baziową Łapą. I choć droga trwała kilkanaście bić serca, tak dla Pierza trwało to dzień. Tygodnie. Księżyce. Myśl, że nie zdążył, przerażała go najbardziej z możliwych scenariuszy. Poczuł wyrzuty sumienia, że wcześniej nie odwiedzał brata z powodu własnej dumy i arogancji. Przecież obiecał im, że nigdy się nie rozdzielą; że zawsze będą razem. Nieważne, co…
Wbiegł do lecznicy znienacka, przerywając wszystkim pracującym i chorym spokój. Wdzięczna Firletka wbiła w niego zaskoczone spojrzenie. Mszyca wstrzymała oddech, widząc jak płomienny, masywny kot przechodził obok niej w stronę Aminka. Powietrze zgęstniało. Pacjent, którego odwiedzał Tańcujące Pierze…
Cóż, w najlepszym stanie to on nie był.
— Aminkowa… Łapa.
Wymamrotał te słowa i wytrzeszczył oczy. Nie wyobrażał sobie widzieć tak schorowanego kota jak on. Usiadł przed jego posłaniem, zszokowany nie mogąc nic więcej zrobić. Patrzył jak zaczarowany.
Brat zacharczał. Spojrzał z trudem w górę na pierworodnego Kminka i Brzozy. Otworzył szerzej w oczy w zaskoczeniu, po czym nagle wypluł… szkarłatną ciecz wprost na łapy Tańcującego Pierza. Rudy wbił wzrok w łapy i zaczął łapać płytkie oddechy z trudem.
— Nie, nie… — zaczął mamrotać do siebie, nie mogąc uciec szmaragdowym okiem od krwi. Nie mógł. Nie powinien. Należało mu się…
Tańcujące Pierze, Pierzasta Łapa, Paskudek…
… Pierze…
… Oni wszyscy na to zasługiwali.
A mimo to odepchnął tą myśl tak szybko, jak do niego dotarła. Rozpacz obrócił w gniew, w furię.
Z lecznicy wydobył się ryk. Krzyk kocura, który nigdy nie krzyczał. Kota, który w zwyczaju miał nie okazywać tylu negatywnych emocji. Uwaga wszystkich kotów z zewnątrz została skierowana w kierunku legowiska medyczek.
Mszyca próbowała uspokoić rozwścieczonego syna uciekinierów, podczas gdy Firletka stała z tyłu i nie odzywała się. Lecznica stała się w tej chwili polem bitwy, lecz tylko jedna walka trwała.
Przeciwnikiem Tańcującego Pierza był jego własny umysł.
Odepchnął z niebywałą ostrożnością albinoskę, odzyskując choć na chwilę świadomość. Syknął w stronę medyczek, obracając się tyłem do odchodzącego z tego świata brata. Spłaszczył uszy i zmarszczył pysk. Zaczął wymachiwać swoim biało płomiennym biczem. Wściekły wojownik wydawał z siebie co chwilę zrozpaczone, pełne emocji ryki, gniew przyćmiła jego umysł.
Tej bestii nie dało się ot tak uspokoić. To był ten moment, gdzie Pierze się załamał; gdzie Paskudek się wybudził, a Pierzasta Łapa stał niepewnie przy boku rudego malucha, wspierając go ciszą. A bezradny Tańcujące Pierze mógł tylko patrzeć jak jego poprzednie wersje postanowiły przejąć stery. Mógł tylko zamknąć oczy i odliczać do chwili, aż Paskudek znowu go opuści jak zwykle… i znowu będzie musiał sprzątać po swoich poprzednikach. Jak zwykle.
— Cz-czemu… — rozbrzmiał głęboki głos z ciała burmskiego. Zetknął się spojrzeniem z główną medyczką Klanu Burzy. Zmarszczył brwi. — … CZEMU NIC NIE ZROBILIŚCIE!? — wydarł się.
Tańcujące Pierze nie poznawał siebie. Czyżby zapomniał do czego był w stanie posunąć się dyskryminowany przez resztę Paskudek i wrażliwy Pierze? Czyżby zapomniał jak to było, gdy Pierzasta Łapa musiał walczyć z dawnymi sobą?
Mimo to nie umiał przestać. Próbował wyślizgnąć się z uścisku Paskudka, ale nie potrafił. Był słaby. Miękki. Wrażliwy. Taki… godny pożałowania. Pierzasta Łapa jakoś sobie z tym radził — Tańcujące Pierze oczywiście też i to nawet lepiej, ale kiedy cała trójka się przebudziła… nie umiał się opanować. Po prostu to coś, co wcześniej umiał wytrzymać, wymknęło się spod kontroli…
Firletka wbiła spojrzenie w roztrzęsionego wojownika.
— Tańcujące Pierze... — zaczęła. Jej ogon przeciął powietrze, a zmartwione ślipia wyostrzyły się. — Proszę, uspokój się. Aminkowa Łapa zbyt długo ignorował objawy, a na tym etapie choroba postąpiła zbyt szybko, abyśmy mogły jakkolwiek mu pomóc. Robimy wszystko, co w naszej mocy.
Tańcujące Pierze podszedł do medyczki. Przez chwilę mogło się wydawać, że ją uderzy, lecz nic takiego się nie wydarzyło. Stał. Przeszywał ją wzrokiem. Zacisnął szczęki, próbując się opanować. Nie mógł pozwolić, aby gniew nad nim zawładnął... ale co, jeśli to było konieczne? Przecież mieli tyle czasu, aby zobaczyć, że coś mu dolega...
— Nie! — wtrącił się nagle w słowa Firletki. — Gówno zrobiliście! On teraz przeżywa męczarnie, a wy... on przez was cierpi! — warknął. — Gdybyście umiały mu pomóc, już dawno by stał na nogach i biegał!
Kątem oka zauważył jak na zewnątrz zbierała się duża ilość Burzaków. Spojrzał na nich.
— O! Chyba już rozwikłałem waszą durną zagadkę! — zaczął jeszcze głośniej, aby każdy słyszał. — Aminkowa Łapa był synem uciekinierów i kotem, który narobił zamieszania na zgromadzeniu, prawda!? Smrodkiem, durnym kociakiem Kminka i Brzozy! — obrócił głowę w kierunku Wdzięcznej Firletki. — W dodatku otwarcie się z wami nie zgadzał! Więc dlaczego mielibyście go tu dłużej trzymać!? Widząc, że choruje, ignorowaliście to aż do momentu, w którym się krztusił własną krwią! CHCIELIŚCIE SIĘ GO POZBYĆ! I MNIE TEŻ CHCIELIŚCIE SIĘ POZBYĆ! To nie ja zatrułem Strzępotkowy Kokon, a Gadożerowa Łapa! Mimo to po kilku księżycach wrócił do treningu... a nawet nie wiecie czy przemyślał swoje zachowanie i czy nie zrobi tego PONOWNIE! Ale co ze mną? Jemu już można ufać, ale jemu nie!? Co to za sprawiedliwość!? — krzyczał rozjuszony. — Wiedziałem, że nas nie znosicie, ale żebyście się posunęli do TAKICH czynów!?
Wyprostował się i ściszył głos.
— ... Ale to nie gorsze od poprzedniego pomysłu. Wysłaliście na egzekucję mordercy jego własnego syna, który następnie zginął z łap ojca.
Uniósł brew.
— Czy było warto? — szepnął w jej stronę, uważnie obserwując każdą zmianę na jej pysku, po czym odwrócił się do widowni. — Czy było warto? Klan Burzy słabnie. Marnieje. Wy po prostu nie umiecie tego przetrawić. Jeśli Królicza Gwiazda naprawdę martwi się swoim klanem, niechże coś w końcu dla niego zrobi! — powiedział pewnie. — Jedyne, co widzę, to jego syna, który używa siły i kotów jak zwykłą zwierzynę do eliminowania zagrożeń. A mimo to nadal mamy wśród nas truciciela! — miauknął, po czym pochylił się ku Firletce.
— Czy uważasz, że jego działania są naprawdę potrzebne? Czy myślisz, że wylana krew ojca i syna była potrzebna? — zapytał ją cicho. Jego głos drżał. — Mogliśmy tego uniknąć. Czemu Zawodzące Echo tego nie przemyślał? Czemu postanowił, że syn mordercy go zamorduje własnymi łapami, tak jak ojciec zabił ich matkę...?
Główna medyczka uchyliła, po czym zamknęła pysk. Jej brwi zmarszczyły się.
— Tańcujące Pierze, nikt nie chce się was pozbyć — miauknęła, gdy wojownik zamilknął. Usłyszała dochodzące z zewnątrz szepty tłumu. — Czarny kaszel nie jest chorobą, której można zaradzić. Wiem, że trudno się z tym pogodzić, ale nie masz prawa nad o to obwiniać. Aminkowa Łapa ignorował wcześniejsze etapy zachorowania. Ani ja, ani Wełnista Mszyca nie mamy wystarczająco czasu, aby chodzić za każdym uczniem i wojownikiem i czuwać nad jego stanem zdrowia, gdy ten od nas ucieka i udaje, że wszystko jest dobrze! — ton jej głosu nieco się uniósł, po czym wrócił do neutralnej monotonii. — Nasza praca potrzebuje współpracy z obu stron. Jeden z wojowników przyniósł go do nas, gdy jego stan osiągnął etap nieodwracalny. Przepraszamy, ale... Trzeba się było nim zainteresować wcześniej.
Wzięła głęboki oddech i zmrużyła ślepia.
— A teraz, jeśli skończyłeś wypytywać mnie o rzeczy w tym momencie nieistotne, to wynoś się z mojego legowiska — syknęła. — Przeszkadzasz Aminkowej Łapie swoim krzykiem bardziej, niż robi to jego kaszel.

<Ty Niewdzięczna Firletko… jesteś beznadziejną medyczką!>

Od Modrogończyka

Modrogończyk nie był jednym z tych kociąt, które miało po skończeniu czterech księżyców zamieszkać w Klanie Burzy. Psianka również nie była tym kociakiem. Byli tą dwójką, która miała pozostać w Owocowym Lesie, lada moment opuścić kociarnię i rozpocząć trening.
Gończyk wtulając mordkę w czarno-białe futro Psianki, zastanawiał się, dlaczego podjęto taką, a nie inną decyzję. Dlaczego on i Psianka zostali w Owocowym Lesie, a Łza i Zew byli zmuszeni zamieszkać w Klanie Burzy? Kto podjął tę decyzję? Mama czy któryś z wyżej postawionych w hierarchii kotów? Kocurek starał sobie przypomnieć słowa Przypływ, jednak nie przypominał sobie, aby starsza wspomniała coś o tym, co mogłoby wpłynąć na decyzję pozostawienia dwójki złotookich kociąt w Owocowym Lesie, a oddelegowaniu do sojuszniczej społeczności dwójki błękitnookich. Wątpił, aby rozchodziło się o kolor oczu, a tym bardziej o kolor sierści. Czyżby naprawdę wybór kociąt był zwykłym przypadkiem, a może kryło się za tym coś większego? A może przed zamieszkaniem w Klanie Burzy ochronił Gończyka tylko fakt, że w snach przemawia do niego Wszechmatka?
Brązowy kocurek oczekiwał powrotu matki, zastanawiając się, czy może kotka nie poprosi ich ojca i inne ważne koty, aby jednak nie rozdzielać rodzeństwa. Mogłaby powrócić z dwójką swych dzieci i ojcem kociąt do obozu Owocowego Lasu, gdzie tuż po poznaniu drogiego rodzica przez pozostałe kocięta, wspólnie poinformowali by swoje pociechy o tym, że sami mogą zdecydować o tym, do której społeczności chcą należeć w przyszłości? Ta wizja była piękna. Tyle, że przecież byli miotem sojuszniczym, więc czy tego chcieli, czy nie, należeli do dwóch społeczności. Nic nie stało na przeszkodzie, aby jednego dnia mogli uczyć się wspinaczki na drzewa, a innego polowania na króliki. Jednego dnia mogliby spać w norach, a drugiego w koronach drzew. Gdyby kocurek udał się wraz z delegacją do Klanu Burzy, na pewno zaproponowałby takie rozwiązanie, które jego zdaniem było najlepsze ze wszystkich możliwości. Aby nie trzeba było nikogo rozdzielać! W końcu mieli łączyć dwie społeczności, być spoiwami!
Zezowata kotka wyślizgnęła się do kociarni, tym samym utwierdzając w przekonaniu brązowego kocurka i czarno-białą koteczkę o tym, że ich rodzeństwo naprawdę opuściło Owocowy Las i zamieszkało w klanie, w którym żył ich ojciec, Zawodzący Echo. Dostrzegając markotny wyraz pyska syna, szamanka szturchnęła go lekko nosem.
Gończyk nie rozumiał Purchawki. Dlaczego na siłę próbowała sprawić, aby się uśmiechnął? W dodatku sama nie wyglądała na specjalnie smutną w związku z oddaniem pod opiekę dwójki swoich kociąt. Kocurek chciał się zapytać mamy, czy ona ich kocha, jednak milczał, pozwalając myślą kotłować się w jego umyśle.
Mimo, że niebieskie oczy brata oraz siostry nie raz sprawiły, że po plecach kocurka przebiegły dreszcze, szczerze tęsknił za ich widokiem. Pocieszał go fakt, że po skończeniu przez nich sześciu księżyców będą mogli się spotkać ponownie, najprawdopodobniej najwcześniej na zgromadzeniu. Chyba, że sam zdecydowałby się ich odwiedzić. Wystarczyło tylko pokonać Drogę Grzmotu i znalazłby się na bezdrzewnych terenach. Najpierw tylko musiał zostać zyskać mentora i rozpocząć swoją trening na...
No właśnie, na kogo?

~~~

Rozpoczął trening na szamana pod okiem swojej matki, a jego siostra została mianowana na uczennicę zwiadowcy szkolącą się pod czujnym okiem Rohan. Młody kocurek był ciekawy na kogo zostaliby mianowani Łza oraz Zew, gdyby nie zostali zmuszeni do zmiany miejsca zamieszkania. Zdaniem Gończyka błękitnooka siostrzyczka również nadawałaby się na uczennicę zwiadowcy, natomiast Zew... I tu się pojawiał problem. Na zwiadowcę mu nie pasował, ponieważ brat posiadał krótki ogonek, odziedziczony ponoć po ich ojcu. Na stróża również jakoś nie pasował. Może wojownik? Albo zielarz? Gdyby Zew został pomocnikiem przepięknej starszej kotki o białym futrze, mogliby spędzać ze sobą dużo czasu, nie tyle co wolnego. Mogli nawet wspólnie trenować!
Gończyk dziwnie się czuł z wiedzą, że jego rodzeństwo żyjące w Klanie Burzy dopiero za dwa księżyce zostanie mianowane na uczniów. Będą o całe dwa księżyce w plecy, gdy w Owocowym Lesie mogliby już teraz rozwijać się w wybranej dziedzinie. Chyba, że tata i dziadek zdecydowaliby się zrobić dla nich wyjątek?
– W moich snach nie jestem jaskółką czy jerzykiem, tylko modrogończykiem. Myślę, że wszechmatka po śmierci pozwoli mi pozostać mym imiennikiem – podzielił się z matką uwagą, gdy ta podczas pierwszej lekcji zdecydowała się od podstaw przeszkolić syna na temat Wszechmatki. Zezowata kotka przekazała synowi wiedzę zdobytą od swojej poprzedniczki, szanowanej zmarłej Świergot. – Będę dbał o kolorowe łąki znajdujące się na ojcowskich terenach, jak i będę doglądać matczynych sadów. Pozostanę spoiwem dwóch społeczności, nawet po śmierci.

trening szamana - 719 słów 🍃🌱🌿

Nowi członkowie Klanu Burzy!

 Zwiewny Mak przyprowadziła do obozu dwójkę kociąt!



Jabłuszko

Kołysanek

Od Żabiej Łapy do Nura

Żabka mogłaby przysiąc, że ten świat czasami jej nienawidzi. No może tylko trochę jej nie kocha. Lawendowa Rozkosz nalegała ciągle na wspinaczkę. A przecież Żabka znacznie lepiej czuła się w wodzie. Tam, gdzie są ryby, tam, gdzie jest stały grunt, który nie znajduje się parę lisich długości nad ziemią.
– Musisz się nauczyć wspinać. Bo wrócimy do wspinaczki z mokrym futrem! – pogroziła jej mentorka, kiedy ta mruknęła znowu coś o nienawiści do tego zajęcia.
– Dobrze, już dobrze. Próbuję! – odparła zaraz Żabka i przymierzyła się do wspięcia na te parszywe rośliny. Raz, drugi, trzeci i kotka wdrapała się niezgrabnie na gałąź. Lawendowa Rozkosz odetchnęła z frustracją.
– Jaka z ciebie ciapa. – fuknęła.
– Ciapa czy nie, to pierwszy raz jak wchodzę na drzewo. Oczywiście, że będzie mi brakować gracji! – prychnęła Żabka w swojej obronie. – Pływam wyśmienicie, ale grunt wolę stały, a nie… gałęzie!
– No dobra, dobra. Złaź teraz. Pokażę ci jeszcze raz, jak to się robi…
Żabka miała dość treningów na najbliższy tydzień albo jej całe życie. W gruncie rzeczy nauczyła się całkiem sporo od swojej mentorki o wspinaczce i pływaniu, ale już się trochę zmęczyła. Może po prostu miała kiepski dzień. Czasem tak też bywało. Trochę smutku, trochę narzekania na samą siebie i właściwie na tym się kończy nie? Żabka jakoś nigdy nie robiła wielkich wydruków pod wpływem emocji. Wolała się pogapić na kogoś innego i wyobrazić sobie coś ciekawego albo poprowadzić miłą rozmowę… lub mniej miłą, ale jakąkolwiek rozmowę. Dlatego była poirytowana, kiedy nie zastała nikogo ciekawego w obozie. Albo koty, które już dogłębnie znała, albo jakieś koty, które mało ją interesowały. Co w takim wypadku można sobie porobić, kiedy nie wie się co robić?
Żabka nie zastanawiała się długo. Skierowała się do żłobka, gdzie siedziała Trzcina ze swoimi maluchami. Mogła je przecież odwiedzić. Weszła do środka i przywitała się z królową.
– Żabia Łapo, dzień dobry! – Miauknęła Trzcinowy Szmer. – Co tu porabiasz znowu?
– Dzień dobry. Nudziło mi się trochę. Szukam towarzystwa i pomyślałam, że może masz ochotę odpocząć chwilę i mogę ci ukraść kociaka i się z nim pobawić? Wiesz… pokazać obóz, kącik zabaw, może zamoczyć odrobinę łapki, tak bezpiecznie. – mruknęła Żabka. – O ile chcą i o ile mogę…

<Nur?>
[357 słów]

Od Firletki do Trójokiego Zająca

Ciepłe i miękkie futro Kukułczego Wdzięku było idealnym miejscem na sen. Dawało ono kocurkowi poczucie bezpieczeństwa i pomagało mu schować się przed Mysikrólikiem, która wręcz pokochała zaczepianie swojego małego braciszka. W końcu jego drobna postura uniemożliwiała mu odgonienie od siebie figlarnej siostry oraz łatwo było nim przez to pomiatać.
Kocięta były już na tyle wyrośnięte, że umiały człapać bez problemu i nawet się ganiać, z czego jak najbardziej korzystała liliowa szylkretka.
Firletka obudził się gwałtownie, gdy poczuł nagłe ukłucie wzdłuż kręgosłupa. Pisnął, a gdy się obejrzał, zobaczył Mysikrólik przylepioną do jego ogona. Wgryzła się w niego z siłą na tyle dużą, by ten się wydarł. Kukułka się przebudziła i spojrzała na swoje niesforne dzieci karcącym wzrokiem.
— Firletko! Cały obóz cię słyszy! — zwróciła mu uwagę. Niebieski się cały spiął, a siostra odsunęła. — Mysikróliku, a ty go nie zaczepiaj! Tylko go drażnisz — wycedziła przez zęby. Dwójka kociąt spojrzało się błagalnie na rodzicielkę.
— Przepraszam… — wymamrotała szylkretka, a kocurek tylko przytaknął.
— Kogo ja tu słyszałem? — zapytał się Trójoki Zając, który właśnie stanął w wejściu do żłobka. Jego synkowi nagle mina się rozjaśniła, a ten nieporadnie do niego podbiegł i oparł tułów o jego łapę, próbując się przytulić. Kocur zaś objął go drugą łapą, a po chwili pyskiem pokierował z powrotem do mamy.
— Gdzie byłeś, tatuś? — spytał.
— Musiałem wykonać obowiązki — odparł wojownik. — I mam prezent dla was — dodał z uśmiechem. Kocięta od razu zastrzygły uszami i wyjrzały z futra rodzicielki, a Ćma oderwała pyszczek od mchu.
Kremus podszedł bliżej i wyciągnął ze swojego futra na plecach parę niewielkich piór. Należały one głównie do mysikrólika, wróbla, zięby czy też i sikory.
— Wasze pierwsze piórka! Specjalnie wybrałem mniejsze. Może nie będą się trzymać w waszym futerku, ale możecie się nimi bawić — wyjaśnił kocur, a maluchy z zaciekawieniem przyjrzały się znaleziskom taty. Firletka przyjrzał się i nie było tu na pewno piór fulmara - ptaka o niebiesko białym ubarwieniu. Gdy opowiadano mu o nim, wykreował sobie wizję potężnego i pokaźnego skrzydlatego zwierza.
Podczas gdy jego siostry już wybrały piórka, dla niego zostały dwa: jedno zięby, drugie wróbla. Może nie były takie ładne, ale to tata je przyniósł, więc nie mógł narzekać. Zaczął on sobie układać jakieś kształty z tych piórek wśród mchu, podczas gdy Ćma i Mysikrólik się przepychały o jedyne piórko mysikrólika. Po paru uderzeniach serca wygrała Ćma, a Mysikrólik oburzona podeszła do brata.
— Co ty tworzysz? — mruknęła, wciąż trochę obrażona na siostrę.
— Nie wiem — odparł, a kotka wzruszyła ramionami.
— Nie chce mi się ci zabierać tych nudnych piór. Muszę odebrać Ćmie tamto piórko! — fuknęła i podreptała do siostry na rewanż.
Kocurek w pełnym skupieniu starał się ułożyć sylwetkę ptaka. Jednak nie udawało mu się oddać tej wizji. Wiedział jedynie o nich, że miały pióra, a z nich skrzydła, a one służyły do latania. Zirytowany brakiem sukcesu w ułożeniu ptaka, zmiótł pióra łapą i się naburmuszył. Trójoki Zając ułożył się w pozycji chleba obok niego.
— Coś ci nie idzie, Firletko? — zapytał, a ten podniósł na niego wzrok.
— Chciałem ułożyć fulmara, ale nie działa! — wymamrotał, po czym spojrzał tacie prosto w oczy.

<Tato, opowiesz mi coś więcej o fulmarze?>

Skrzydlata Płomykówka została adoptowana!

nowy właściciel: red.artem (dc)