Jakiś czas temu..
tw: przemoc, śmierć, obrzydliwe opisy
Szum wiatru w gałęziach drzew owijał obóz z zewnątrz. Blask księżyca przebijał się przez gęsto plecione chmury, padając jasną smugę na grzbiety śpiących kotów.
Przeciągnęła się, siedząc na posłaniu Narcyzowej Łapy. Nie robiła sobie kompletnie nic z obecności uczniów dookoła; spędziła w tym legowisku tyle czasu, że noce spędzone wśród innych wojowników zawsze wydawały się jej niekomfortowe. Wcisnęła łapy głębiej w mech. Poza tym… Nie lubiła spać w tym samym legowisku co matka.
Ziewnęła, ukazując zęby w półmroku i mlasnęła językiem. Nikt chyba się jeszcze nie skapnął, że co parę dni jej tam nie ma. Nie, żeby się komuś z tego zwierzała… Werwa z cichym westchnieniem usadowiła się wygodniej na mchu, strzepując ogonem i kładąc podbródek na grzbiecie brata, praktycznie owijając się wokół niego.
Mogłaby w tym momencie powiedzieć, że komfort pochodził z podobieństwa do dzieciństwa w żłobku, jednak byłoby to kłamstwem. Nie pamiętała konkretnych momentów, w których zasypiała wtulona w rodzeństwo. Może wtedy jeszcze, z braku potrzeby trzymania się razem, tolerowali- lubili się mniej? Jej wspomnienia, rozmyte i zapełnione monotonnymi dniami przesiadywania pod futrem Niedźwiedziówkowego Pyłu, przynosiły jej na język jedynie mętną obojętność.
Mimo to, lubiła udawać, że może tak wyglądali jako nowonarodzone kocięta. Zaplątani jedno w drugie, nieświadomi niczego.
Rozmyślania przerwał jej trzask i szelest trzcinowych łodyg. Uchyliła powieki i strzepnęła uchem, rzucając zmęczone spojrzenie na wyjście z legowiska. Jakaś dziwna zmiana warty? Czy może jakiś głupek wpadł w szuwary przy wyjściu za potrzebą?
Odgłos uparcie nie ustawał. Dołączyły do niego kocie pomruki i odgłos łap… Po paru uderzeniach serca powietrze przecięło nawoływanie młodego.
Ciche mruczenie, które zdołało wydobyć się z jej piersi, zamilkło.
Zdezorientowana podążyła wzrokiem za kocięciem, które wpadło do legowiska (innym, niż to drące mordę na zewnątrz, jak półprzytomnie podpowiedział jej umysł) i przykleiło się do któregoś z uczniów-
— Ktoś tu jest, hej! Obcy... obcy w obozie!
Futro na jej grzbiecie stanęło dęba. Podniosła się z posłania, lądując na zadzie, a jej łapa niemal od razu znalazła bark brata.
— Narcyz?
Brak reakcji. Szarpnęła nim mocniej, wyduszając z niego niemrawy pomruk.
— Narcyz!
— Co... Co się dzieje-
Z oddali dobiegł kolejny krzyk i uczeń rzucił się na równe łapy.
— Werwa?
Bez słowa wysunęła łeb z legowiska, ruchem ogona ciągnąc brata za sobą. Po obozie rozchodziła się panika.
— Nie wiem!
W półmroku cienie rozmazywały się na tle cieni. Koty wysuwały się na polanę, włączając się w pozbawiony harmonii szmer zdezorientowanych pytań i wrzasków.
— Słyszałaś to? Czy to znowu borsuk?
Narcyz cofnął się w kąciku jej oka.
— Może nie powinniśmy się wtrącać-
Na tle szarości i granatu odznaczały się ruchy łap i smukłe cielska; gwałtowne ruchy, nie kocie, a innego drapieżnika. Napięła mięśnie. Fala kształtów naparła na żłobek, a do jej uszu dobiegły pierwsze odgłosy walki.
Nerwowo poruszyła łapami.
— Znaczy, na pewno poradzą sobie bez nas…
Wbrew głosu (przybierającego jak na złość dźwięczną barwę tego Narcyza, jak gdyby nie wystarczał ten nad jej uchem) z tyłu głowy, który mówił jej, że może brat ma rację, pozostawiła go z tyłu i w zaledwie paru krokach znalazła się przed żłobkiem.
Reszta klanu pchała się do pomocy. Nie mogła kryć się w legowisku jak tchórzliwy idiota, co nie?
Ostry zapach zwierzęcia i wilgotnego futra uderzył ją w nos. Nie była pewna, na czym w tym całym poruszeniu ma skupić wzrok – prędko jednak zagrożenie samo ją znalazło, błyskiem ciemnych oczu i warczącym jazgotem. Stanęła w przejściu, przez parę uderzeń serca patrząc, jak szczęki wojowników dopadają do drapieżnika.
Nastroszyła sierść i rzuciła się na wydrę, zatapiając pazury w jej boku.
Trudno było nadążyć za czymkolwiek w chaosie szarpaniny. Syki, wyplute kąśliwie obelgi i zawodzenie kociąt wypełniały jej uszy. Szarpnęła, wyrywając ze skóry zwierzęcia kępy brązowego futra, splamionego niemal niezauważalną w półmroku krwią. Gdzieś z boku mignęła jej znajoma sylwetka Niedźwiedziówkowego Pyłu; mięśnie wzdłuż jej grzbietu spięły się gwałtownie, gdy matka przemknęła obok.
Zacisnęła zęby. Teraz też musiała się wszędzie pchać?
Nie mogła zostać sobie w tym swoim legowisku medyka, z tą swoją medyczką, wokół której ciągle się kręciła? Szarpnęła się do tyłu, unikając rozdeptania przez zwierzę. Teraz musi uważać na łapy, na to, jak gryzie, czy jej atak jest wystarczająco dobry-
— Więc jednak nie zdechłaś, hm?
Z chaotycznie płynącego toku myśli wyrwał ją głos. Zastrzygła uchem; nie brzmiał jak kogoś, kogo znała. Fakt, nie siliła się na zapamiętywanie imion każdego z rybojadów, bo po prostu jej na tyle nie interesowały… Ale każdy z nich miał charakterystyczną barwę głosu, czy chociażby kolor futra.
Zachrypnięta, podstarzała kocica stanęła pośród walczących.
— Chyba nie warto wierzyć plotkom — dodała, uśmiechając się złośliwie.
Jedne koty drgnęły, inne były zbyt zajęte napastnikami – Mandarynkowa Gwiazda jednak, napuszona jak paw, obrzuciła intruzkę ostrym spojrzeniem.
— Ty też nie gnijesz pod ziemią — prychnęła przywódczyni, zanim zniknęła Werwie sprzed oczu, zasłonięta przez wilgotny tułów drapieżnika. — Szkoda!
Reszta wymiany zdań, bo sensowną rozmową nie dało się tego nazwać, spłynęła jej mimo uszu. Dzikie, zwierzęce odgłosy odbijały się od ścian żłobka; nie była pewna, czy dochodzą one z pysków wydr, czy raczej gardeł jej współklanowiczów. Słodki zapach, unoszący się zawsze w kociarni, zastąpiony został wonią krwi i zabłoconego futra.
— Twój synalek mnie nie dobił — przez syki przebiło się warknięcie nieznanej kocicy. — A szkoda, bo wystarczyło celować-
Przerwał jej odgłos rwącego się mięsa. Powietrze przecięło zawodzenie jednego z kociąt, wykrztuszone z trudem, a później trzask łamanej kości. Małe ciałko, szarpane dotychczas przez większą z wydr, z głuchym dźwiękiem odbiło się od ziemi.
Schowała łeb między barki wraz z niekontrolowanym odruchem wymiotnym. Kątem oka, pośród łap wojowników, dojrzała zmasakrowaną sylwetkę młodego. O, matko. Zacisnęła zęby na języku, który nagle wydawał się za duży na jej pysk, i przełknęła kwas z powrotem do żołądka. Mogła posłuchać Narcyza.
Ktoś zaczął przepychać się na przód. Odskoczyła w bok, wpadając na cielsko wydry – i korzystając z okazji zatopiła szczęki w jej udzie.
Mięśnie drżały pod zębami Werwy. Tłum zaczął napierać na nią, wyrywać się na zewnątrz; dała się wypchnąć. Para rozjuszonych zwierząt znalazła się na obozowej polanie.
Walce nadal wtórowały słowa Mandarynkowej Gwiazdy i intruzki, rozbrzmiewające sykiem gdzieś w tle. W jej pysku pozostał skrawek skóry i tępe kosmyki sierści; wypluła je na bok i zamachnęła się ponownie na przeciwnika; jej łapa zamarła jednak w powietrzu, gdy obóz przeciął krzyk jednego ze starszych. Odwróciła gwałtownie łeb, w idealnym momencie, aby zobaczyć dwójkę kotów pochylających się nad ciałem Kijankowych Moczarów.
Zakrztusiła się własnym oddechem. Krew spływała wartkim strumieniem od jego gardła aż po łapy, a oczy wodziły po rozedrganym pysku Lśniącej Ikry. Sylwetka starszego osunęła się na ziemię, łapa ujęta w tych brata, a jakiś inny kot naciskał na jego krtań, nieudolnie tamując ranę.
Wbiła wzrok w szkarłat bez zmian lejący się po piersi jej byłego mentora, brudząc siwiejące, czarno-białe futro. Jej żołądek wykręcił się nieprzyjemnie. Lubiła go. Czuła się dziwnie bezradna, patrząc, jak jego córka z wrzaskiem dopada do zakrwawionego boku. Mogła przynieść mu tę płotkę, którą końcowo zjadła sama. Albo chociaż powiedzieć mu, że był lepszy od Morszczynowego Wąsa.
Z jej piersi wyrwał się zdezorientowany jęk. Pokręciła łbem, odsuwając od siebie widok jego ciała, po czym odwróciła się z powrotem do wydry. Z warknięciem wbiła zęby w jej podbrzusze.
Wydra szarpnęła się do tyłu, a Werwa za nią. Jej szczęki zacisnęły się mocniej, pobolewając z siłą zgryzu... Aż drapieżnik nie wyrwał się w bok, uciekając z jej objęć, i nurkując w dół. Zdezorientowana odchyliła się, jednak nie wystarczająco szybko – w przeciągu paru uderzeń serca cudze zęby zatopiły się w skórze na jej piersi.
Na tle jej zaciśniętych powiek rozbłysły iskry bólu. Krzyknęła, uderzając łapami w pysk drapieżnika, usilnie próbując odepchnąć go od niej. Łzy zapiekły w kącikach jej oczu.
Szarpała się tak przez moment, aż pod wpływem uderzenia któregoś w wojowników wydra poluźniła szczęki we wrzasku; upadła na ziemię, popchnięta nieopodal ciała Kijankowych Moczar i jego zawodzącego brata. Uniosła się na przednich łapach, dysząc. Uniosła wzrok na niewyraźną sylwetkę młodej wojowniczki, triumfującej nad ciałem zwierzęcia.
Krew szumiała jej w uszach, i ściekała po piersi, ale zdołała domyślić się, że drapieżniki zostały pokonane.
Z nierównym oddechem odsunęła się od pola walki i oparła ciężar ciała na lewej łapie, prawą przesuwając nerwowym ruchem po piasku. Zamrugała, odganiając łzy i próbując uspokoić szalejące serce. Starała się również ignorować pulsującą ranę na piersi-
— Werwa!
Wzdrygnęła się i przechyliła łeb, spoglądając na Narcyzową Łapę, który dopadł do jej boku.
— Żyjesz? Mówiłem, żebyś nie szła... — wymamrotał, lustrując wzrokiem jej sylwetkę.
Jego ślipia zatrzymały się na zakrwawionej sierści, i zesztywniał na parę uderzeń serca. Przerywając jego oględziny, zarzuciła łapy na barki ucznia i przyciągnęła go do siebie, wciskając pysk w jego ramię. W odpowiedzi, ogon łaciatego odruchowo owinął się wokół jej grzbietu, choć jego końcówka drżała nerwowo.
— Dobrze się czujesz? Jeśli nie, to możemy zawołać Pierzastą Kołysankę i na pewno Ci-
Głos Narcyza zawahał się w połowie zdania. Pociągnęła nosem
— W- widziałam, jak próbowali go ratować — wymamrotała w futro brata, domyślając się, gdzie patrzy. Ruchem łap odciągnęła jego głowę w drugą stronę i ścisnęła go mocniej. — Obrzydliwe stworzenia… Mogły trafić chociaż w M- Mandarynę.
Zamilkła na moment. Krew plamiła ich futra, ściśnięta metalicznym zapachem pomiędzy ich ciałami.
— Nigdy nie podziękowałam mu za trening — dodała jeszcze, szeptem. Kocur pewnie czuł wibracje jej głosu przy swoim gardle bardziej, niż go słyszał. — Narcyz- Myślisz, że wiedział? Że był lepszy?




