BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

15 lipca 2026

Od Smoka CD. Modrogończyka

— A ty dokąd, Gończyku?
— S-Sajgon! Smok! — zawołał czekoladowy, gdy czarny kocur wraz z niewiele starszą od niego samego szylkretową kotką podeszli w jego kierunku. — Donikąd!
— To dlaczego chowasz się za korzeniem i szorujesz brzuchem po ziemi?
— Nie chowam. — Poderwał się na równe łapy. Przeniósł spojrzenie na brzuch, na którym znajdowały się uczepione jego futra gródki ziemi. Otrzepał ich nadmiar. — Skończyłem wcześniej trening i po prostu się nudziłem, więc uznałem, że mogę poudawać dżdżownicę. Jako przyszły szaman muszę być w pełni zjednoczony z naturą… — Potarł łapą nosek. Przeniósł spojrzenie z mentora Smoka na nią samą, a dokładniej na jej fantastycznie wyglądające wąsy. Samo jej umaszczenie przykuwało spojrzenie, ale to jej wąsy w tym momencie przykuły uwagę Gońca. — Podobnie jak zresztą zwiadowcy. Jak minął wam dzisiejszy trening? — zagaił. — Potrafisz już rozpoznawać gatunki drzew i ich choroby?
Smok na jego słowa zaśmiała się kpiąco i zmarszczyła brwi, patrząc na niego, jak na kota, któremu pająki wyżarły mózg.
— Nie lób sobie ze mnie jaj, Gończyku! Co mnie intelesują jakieś dzewa i ich choloby? Ja chcę zostać wojownikiem! — oburzyła się, przecinając ogonem powietrze.
Czekoladowy otworzył szerzej oczy i przez moment milczał, jakby słowa szylkretki wprawiły go w osłupienie. Jednak co w nich było nadzwyczajnego? Czyżby naprawdę myślał, że szkoliła się na zwiadowczynię?
— No, nie gadaj! — miauknęła w końcu Smok, po czym podniosła łapę i wskazała pazurem na Sajgon. — Widzisz go? Wyoblażasz go sobie na pozycji zwiadowcy? Bo ja nie! — stwierdziła, po czym opuściła łapę i pokręciła głową.
Czarnofutry wojownik westchnął ciężko.
— W takim razie zostawię was samych — oznajmił, odchodząc w stronę swojego legowiska.
Smok wciąż jednak nie mogła pogodzić się z faktem, że Modrogończyk wykazał się tak ogromną ignorancją, zakładając, że interesowały ją jakieś drzewa i ich choroby. Do tej pory nawet nie wiedziała, że drzewa mogą chorować!
— Najmocniej przepraszam! Masz tak długie łapy, że byłem pewien, iż postanowiłaś szkolić się na zwiadowczynię. Ułatwiłyby ci wspinaczkę po drzewach i skakanie po nich. Naprawdę nie chciałaś zostać zwiadowczynią? — zapytał czekoladowy, przekręcając lekko głowę.
Smok jednak nie była zadowolona z jego pytań. Sugerował, że była słaba? Że nie nadawała się na wojowniczkę?
— Nie poglążaj się! Jestem wystalczająco silna, żeby być wojownikiem! — uparła się, a Modrogończyk odwrócił od niej wzrok, poruszając nieznacznie wibrysami.
— Nie mówię, że nie… — westchnął.
Dopiero wtedy Smok nieco się uspokoiła. Grymas zszedł z jej pyska, a ogon przestał nerwowo wirować w powietrzu. Zmrużyła jednak ślepia, jakby wciąż nie do końca wierzyła w dobre intencje kocura.
— Mhm… — wymamrotała. — To dobze. Bo zostanę tym wojownikiem, choćby miał nadejść koniec świata! A gdyby tego było mało, zostanę najlepszym wojownikiem, jakiego widział Owocowy Las! Lepiej telaz tlaktuj mnie godnie, bo już niedługo wszyscy będą o mnie mówić! A wtedy ja opowiem im o wszystkich kotach, któle śmiały mnie zlekceważyć! — zaczęła, zadzierając brodę.
Modrogończyk kiwał głową, nie komentując tego, jak absurdalnie brzmiały jej słowa. Każdy przecież marzył o tym, by być najlepszym. Ile kotów przed Smokiem obiecywało, że wespnie się na wyżyny, a o ilu dziś naprawdę się mówiło? No właśnie.
— To skolo już to ustaliliśmy, możemy polozmawiać nolmalnie — oznajmiła Smok, ruszając w stronę ściany azylu, by usiąść gdzieś na uboczu.
Czekoladowy kocur podążył za nią, najwyraźniej zastanawiając się, o czym właściwie szylkretka chciała z nim rozmawiać.
Gdy rozsiedli się obok siebie, Smok przez chwilę wpatrywała się w niebo. Dopiero po kilku uderzeniach serca przeniosła spojrzenie prosto na Modrogończyka.
— Chciałeś wiedzieć, jak minął mi dzisiejszy tlening, czyż nie? — przerwała na moment, lecz nim czekoladowy zdążył odpowiedzieć, kontynuowała: — Świetnie jak zwykle! Wlaz z Sajgonem chodziliśmy po telenach Owocowego Lasu, aż tu nagle… lis! — zaczęła, prostując się nieznacznie.
Modrogończyk wytrzeszczył oczy.
— Lis?! Spotkaliście lisa?! Takiego żywego, rudego? Nie gadaj! — przeraził się, mrugając szybko.
To, co powiedziała Smok, było kłamstwem. Czystym kłamstwem. Wymyśliła je na poczekaniu, by przypomnieć Modrogończykowi, że to ona prowadzi ciekawsze życie i to ona lepiej bawi się na treningach.
— Tak, żywego, ludego! — przytaknęła. — Plawie nas zeżalł! Obselwowaliśmy go z daleka, lecz on nas wyczuł! Musiał mieć naplawdę dobly węch, wiesz, Gończyku? Gdy tylko dotalł do niego nasz zapach, od lazu na nas spojzał… — miauknęła z pełnym przekonaniem. — Patzyliśmy sobie w oczy pzez co najmniej kilka udezeń selca! Aż w końcu… zucił się na nas! Obnażył kły i zaczął biec! Tak więc ja i Sajgon musieliśmy uciekać, choć niewątpliwie pokonalibyśmy go, gdyby pzyszło nam z nim walczyć! — oznajmiła, jakby tłumaczyła Modrogończykowi coś zupełnie oczywistego.
— Ach, to dobrze, że nic wam się nie stało! — mruknął czekoladowy. — Lisy muszą być naprawdę niebezpieczne! Choć Purchawka wspominała mi kiedyś, że dawniej większość z nas potrafiła z nimi rozmawiać. Teraz ta umiejętność popadła jednak w zapomnienie.
Żółte ślepia Smoka natychmiast zalśniły z ekscytacji. Czy właśnie znalazła sobie sposób na nudę? Nauczy się lisiej mowy, a potem zaprzyjaźni się z tymi rudymi bestiami! A gdy kiedyś Pierścień albo Mordor ją wkurzą, po prostu rozkaże lisom, żeby ich rozszarpały! Czy nie brzmiało to pięknie?
— Naplawdę? Istniała kiedyś lisia mowa? — zaciekawiła się, stawiając uszy. — A Pulchawka umie lozmawiać z lisami? — zaczęła drążyć, uśmiechając się chytrze.
Modrogończyk podniósł łapę i podrapał się pazurem po brodzie.
— Cóż… w sumie to nie wiem. Nie mówiła mi — przyznał, po czym westchnął i spuścił wzrok. — Rozmawianie z lisami musi być ciekawe! W końcu to zupełnie inny gatunek!
“No właśnie, ciekawe! A ja jestem ciekawa! I moje życie też jest ciekawe!” — pomyślała szylkretka, wiedząc już doskonale, na co zamierza poświęcić swój wolny czas. Musiała tylko dowiedzieć się, czy szamanka potrafiła komunikować się z lisami, a jeśli nie ona, to kto inny miał tę umiejętność.
— Pewnie ciężko jest się nauczyć lisiej mowy! — mruknęła, łypiąc na Gończyka. — Ten, kto ją zna, to dopielo musi być legenda! Nie sądzisz? Na pewno kot, któly potlafi się polozumiewać z tymi ludymi stworzeniami, musi być nadzwyczaj bystly, inteligentny i kumaty! No, a pzede wszystkim też fajny, ciekawy i walty uwagi! — mówiła z zapałem, już oczyma wyobraźni widząc siebie rozmawiającą z lisami.
Czekoladowy zdziwił się, jak bardzo Smok wychwalała posiadacza tej niezwykłej umiejętności, lecz ostatecznie tylko skinął głową.
— Tak… rozmawianie z lisami to dopiero musi być coś — przyznał.
Wtem szylkretka poderwała się z miejsca.
— Muszę już iść! Wiesz, jestem tlochę zmęczona po tym uciekaniu pzed lisem! Pogadamy jeszcze kiedy indziej, Gończyku! — pożegnała się i prędkim krokiem ruszyła w stronę legowiska uczniów.
Dobrze wiedziała, jaki będzie jej cel na najbliższe kilka dni.

* * *

Specjalnie wstała wcześnie rano. Wiedziała, że Sajgon i tak nigdy nie rozpoczynał treningu o świcie, gdyż, jak to mawiał, “nie ugina się pod presją czasu”. Właśnie dzięki takiemu podejściu szylkretka miała teraz czas, by zacząć węszyć w sprawie lisiej mowy. Miała nadzieję, że ktokolwiek w Owocowym Lesie potrafił jeszcze rozmawiać z tymi rudymi stworzeniami, a nie, że była to tylko legenda! Naprawdę zależało jej na tym, by w przyszłości móc porozumiewać się z lisami i zdobyć ich przychylność. Dałoby jej to z całą pewnością sporą przewagę nad innymi Owocniakami! Może… gdyby kiedyś zaatakował ich Klan Nocy czy Klan Wilka, mogłaby poprowadzić swoich poddanych do walki? Każdy wojownik z obcego klanu ugiąłby się pod wzrokiem rudych bestii!
Nim jednak wymyśli wszystkie bitewne strategie z udziałem lisów, mogłaby najpierw zrobić pierwszy krok ku nauczeniu się ich mowy. Właśnie dlatego szybko podniosła się ze swojego posłania i ześlizgnęła w dół drzewa, nawet nie próbując ułożyć swojego zmierzwionego futra. Od razu pognała w stronę lecznicy, licząc na to, że spotka tam Purchawkę. Może i wciąż szczypał ją fakt, że kiedyś dymna zabrała ją od Borowika i zaniosła do żłobka, jednak była w stanie przełknąć tę urazę dla większego dobra.
Gdy weszła do środka, zauważyła, że oprócz Purchawki reszta mieszkańców legowiska jeszcze spała.
— Pulchawko! — szepnęła, zwracając na siebie uwagę szamanki. — Pulchawko, chciałabym z tobą polozmawiać! — zażądała, wciąż ściszonym głosem, by przypadkiem nie obudzić współlokatorów Purchawki. Nie dlatego, że zależało jej na ich śnie. Po prostu nie chciała, by ktoś podsłuchiwał podczas jej poszukiwań!
Dymna w końcu wyszła wraz z uczennicą na zewnątrz, wyraźnie niezachwycona faktem, że musiała tak wcześnie opuszczać lecznicę, zamiast jeszcze chwilę posiedzieć albo nawet się zdrzemnąć.
— Coś się stało? — spytała Purchawka, wpatrując się z zaciekawieniem w Smoka. — Pierwszy raz widzę, żeby jakiś uczeń z własnej woli wstał tak wcześnie! Twój mentor musi ci nieźle wbijać do głowy punktualność — zażartowała, nim szylkretka doszła do głosu.
— A właśnie, że nie! — miauknęła od razu, gdy Purchawka skończyła mówić. — Sajgon jest baldzo spóźnialski! Gdyby nie to, że mam ważną misję, to pewnie dalej bym sobie smacznie spała! Chodzi jednak o to, że Modlogończyk mi powiedział, że opowiedziała mu Pani o lisiej mowie! — wyjaśniła, poruszając wibrysami z ekscytacji. Szamanka musiała ją znać! Przecież była jednym z najważniejszych kotów w Owocowym Lesie!
— Lisia mowa? — powtórzyła dymna, na co uśmiech Smoka trochę zbladł. Czyżby jednak o niej nie wiedziała? Czy Modrogończyk ją okłamał? — Tak… Świergot próbowała mnie jej nauczyć, ale sprawiała mi trudności. Umiem powiedzieć tylko “przyjaciel”.
Teraz uczennica wydawała się już całkowicie załamana. Jak to możliwe, że szamanka potrafiła powiedzieć w lisim języku tylko jedno słowo? To nie miało tak wyglądać!
— Tylko “przyjaciel”? — powtórzyła z niedowierzaniem Smok. — Ale musi być ktoś, kto umie lepiej lisią mowę! Musi być, plawda? — zaczęła drążyć, nie chcąc jeszcze rezygnować ze swojego planu. Już zbyt mocno się na niego nakręciła, by teraz okazało się, że jest niemożliwy do zrealizowania.
— Może tak, może nie… — stwierdziła szamanka, wzruszając ramionami.
To rozzłościło szylkretkę. Co miała na myśli, mówiąc takie rzeczy? Smokowi nie wystarczała taka odpowiedź! Oczekiwała jakiejś wskazówki, jakiegoś tropu. Jak miała dojść do tego, kto w tym zapchlonym Owocowym Lesie posługuje się lisią mową, skoro Purchawka nie chciała z nią współpracować?
— No weź! Jesteś szamanką, musisz to wiedzieć! — uparła się, marszcząc brwi.
— Pewności nie mam, ale możesz zapytać Wilczomlecza, czy coś potrafi — mruknęła po chwili. — Był uczniem Świergot. Może jemu udało się nauczyć trochę więcej lisiej mowy — oznajmiła.
Smok była jednocześnie zadowolona i sfrustrowana. Czemu Purchawka nie powiedziała jej o tym Wilczomleczu od razu? I kim w ogóle był Wilczomlecz? Nie kojarzyła tu nikogo o takim imieniu. Czy to możliwe, że był jakimś samotnikiem?
— Dzięki. Tylko kim jest Wilczomlecz? — postanowiła zapytać, by nie tracić czasu na poszukiwania kota, który równie dobrze mógł już nie żyć. W końcu… Świergot musiała żyć bardzo dawno, skoro Purchawka ją znała. Najpewniej jakieś sto, a może nawet dwieście księżyców temu!
— No, jak to kim? Przecież ostatnio było o nim całkiem głośno. Przyznał się, że otruł jednego z naszych wojowników, a potem Czereśnia przerzucił go do starszyzny! Nie słyszałam, żeby umarł albo uciekł, więc pewnie leży teraz w legowisku starszych — wyjaśniła.
Smok niezbyt kojarzyła to wydarzenie, dlatego zdziwił ją fakt, że lider postanowił zatrzymać w przynależności mordercę. Coraz gorzej działo się w tym Owocowym Lesie! Gdyby to ona była przywódczynią, nawet by się nie cackała z takimi.
— Otluł? Ale jak to? W takim lazie co on tu lobi? — zezłościła się.
Purchawka odwróciła od niej wzrok, po czym wymamrotała coś pod nosem.
— Podobno zrobił to przypadkiem…
Smok zmarszczyła nos. Czy to, co powiedziała teraz Purchawka, było jakąś wielką tajemnicą? Dlaczego tak szeptała?
— Co? Powtóz, głośniej! — zażądała, na co dymna ponownie wlepiła w nią spojrzenie.
— Cóż, podobno zrobił to przypadkiem. Ja w to wierzę. Zanim do tego doszło, widać było, że nie jest z nim najlepiej. Gdyby ktoś zareagował wcześniej, może w ogóle by do tego nie doszło… No, ale stało się. Mamy teraz nauczkę na przyszłość — oznajmiła, uśmiechając się smutno do uczennicy.
— Co za bzdula! Ja nigdy bym nie zabiła swojego poblatymcy, nawet gdybym się źle czuła! — fuknęła.
Szamanka otworzyła pysk, najpewniej, by obalić słowa szylkretki, lecz po chwili po prostu go zamknęła. Chyba zrozumiała, że do głowy uczennicy i tak nie wbije rozumu podczas jednej rozmowy. I miała rację.
— Ja będę już wracać do lecznicy — miauknęła nagle, odwracając się od młodszej kotki i ruszając w stronę dziupli.
Szylkretka natomiast od razu spojrzała na legowisko starszyzny, w którym miał przebywać kot o imieniu Wilczomlecz. W dodatku morderca. Ale to dobrze. Jeśli nie zgodzi się od razu opowiedzieć jej o lisiej mowie, to po prostu zacznie go obrażać!
Skocznym, energicznym krokiem ruszyła w stronę swojego celu, aż nagle dobiegł ją głos zza pleców:
— Smoku! A ty dokąd się wybierasz?
Uczennica zatrzymała się gwałtownie, doskonale wiedząc, do kogo należał.
— No… donikąd! Już idę! — odparła, odwracając się i podchodząc do swojego mentora.
Przecież po treningu na pewno nie zapomni o swojej misji... prawda?

* * *

Teraźniejszość

Tak się złożyło, że jednak zapomniała o swojej misji. Gdy wróciła z treningu, od razu zaszyła się w swoim posłaniu i niedługo później zasnęła. Po przebudzeniu rozmowa z Wilczomleczem wypadła jej z głowy i w taki sposób minęło kilka dni, a może nawet księżyców. Przez ten czas ani razu nie przemknęły jej przez myśl lisy, ani fakt, że gdyby tylko nie była taka zapominalska, mogłaby prowadzić z nimi konwersacje.
Obecny dzień zaczął się natomiast zupełnie normalnie. Oczywiście bez Smoka myślącej o Wilczomleczu. Kotka wstała jeszcze przed rozpoczęciem treningu, lecz postanowiła nie siedzieć na swoim posłaniu. Choć w azylu było zimno, i tak zeszła na ziemię i usiadła pod jednym z drzew, by ułożyć swoje futerko. Nie robiła tego często, gdyż zazwyczaj nie przejmowała się tym, jak wyglądała, jednak musiała czymś zabić nudę. Poza tym nie zaszkodzi jej, jeśli raz w życiu będzie wyglądać jakoś porządnie, zamiast jak kulka zmierzwionego puchu na czterech łapach.
Gdy tak pielęgnowała swoją sierść, nagle objął ją czyjś cień. Podnosząc wzrok, ujrzała przed sobą znajomego czekoladowego kocura — Modrogończyka.
O rany. Co on znowu od niej chciał?
— Cześć, Smoku! — przywitał się kulturalnie, siadając obok kotki.
Uczennica zaprzestała na moment czyszczenia futra i przez krótką chwilę obserwowała czekoladowego.
— Hej. Pzypominsz mi może, jaką będę pełnić langę w pzyszłości? — mruknęła złośliwie, uśmiechając się pod nosem.
Kocurek umilkł na kilka uderzeń serca, odwzajemniając jej uśmiech.
— Już pamiętam! Wiem, że szkolisz się na wojowniczkę… — przyznał.
Smok zamruczała zadowolona, po czym raz jeszcze polizała swoją łapę i przejechała nią po uchu. Po chwili wyprostowała się, czując, jak przechodzi ją dreszcz z zimna.
— Ach, Gończyku! Co za oklopna pogoda! — burknęła. Nie miała raczej zbyt dobrej tolerancji na niskie temperatury, toteż koszmarnie żyło jej się podczas Pory Nagich Drzew. — Kto wymyślił, by uczniowie spali na gałęziach! Nie ma tam żadnej osłony przed wiatlem — poskarżyła się, uderzając końcówką ogona o podłoże.
— To musi być straszne! — przyznał czekoladowy. — Ty to masz pecha, Smoku. Nie dość, że w takie mrozy śpisz pod gołym niebem, to jeszcze na treningu gonią cię lisy!
Z ostatnim słowem wypowiedzianym przez ucznia szamanki szylkretka przypomniała sobie o swoim ambitnym planie. Jak mogła o nim zapomnieć?!
Modrogończyk musiał zauważyć, że przez kilka uderzeń serca wpatrywała się w niego bez ruchu, dlatego uniósł łapę i pomachał nią przed oczami szylkretki.
— Wszystko w porządku? — spytał w końcu.
— Tak, tak! — odparła szybko żółtooka. — Wydawało mi się tylko, że słyszę mojego mentola, wiesz? Pewnie już się szykuje i zalaz pzyjdzie mnie zablać na tlening. Więc masz mi coś jeszcze do powiedzenia? Chyba nie mamy zbyt dużo czasu na lozmowę — stwierdziła, choć doskonale wiedziała, że Sajgon najpewniej wciąż smacznie sobie drzemał. Ale nie mogła przecież powiedzieć, że tak ją zatkało, bo przypomniało jej się o czymś, co dawno trafiło w odmęty jej umysłu. Nie miała krótkiej pamięci, a przynajmniej nie mogła jej mieć w oczach swoich pobratymców!

<Modlogończyku?>

[2475 słów]

Od Blednącej Łapy

— Musimy odkopać legowiska. Na tą chwilę nie przejmuj się nadmiarem śniegu, wyniesiesz go, jak skończymy — polecił mu Pszczeli Rój. Kocur kiwnął głową jednokrotnie, spoglądając ku górce, zasłaniającej kawałek wejścia. Nie napawało go to szczególnym optymizmem, roboty było prawdopodobnie na cały dzień. Jeśli planował wyjść poza obóz dzisiaj, nie zapowiadało się na to, by ofiarowano mu taką możliwość.
"Mroczni przodkowie, czy czuwacie nade mną?" — pomyślał sobie, z neutralnym wyrazem pyska nadal trwając tak w milczeniu u boku mentora. Nie wydawało mu się, by potrzebował udzielać mu kolejnej, tym razem słownej odpowiedzi, skoro wykonał gest głową. Szylkret mrugnął, wycofując się i zaczynając od miejsca, które on miał odśnieżyć. Wiatr wył wniebogłosy, roznosząc pierze z nieba po terenach Wilczackich, przykrywając nawet najwyższe drzewa iglaste, sięgające swoimi ramionami ku niebu, zsyłającym na nich cierpienie. Lodowate szpony targały koty po kryzach, przejeżdżając im po kręgosłupie, zmuszając ciała do mimowolnego wzdrygnięcia się, a w niektórych przypadkach do dygotania. Stanowiło to kłopot, każda próba przeciśnięcia się przez zaspę kończyła się wniesieniem chłodu do nory, a absolutnie nie było to wskazane czy chciane w danej chwili. W końcu trafiła im się niezwykle mroźna Pora Nagich Drzew. Gdyby tego było mało… dołączył do nich kocur pochodzący z Klanu Burzy, przebywający obecnie w legowisku więźniów. Blednąca Łapa nie zdążył wyrobić sobie o nim żadnej opinii, nie wiedział o nim nic i tak naprawdę nie widział go ani razu, chociaż nos po natknięciu się na nowy zapach nie mógł go okłamać. Uciekinier nie był jednym z nich. Lodowe pazury nieprzychylnej pory korzystały z każdej najmniejszej okazji ku temu, żeby uprzykrzyć kotom, chociaż odrobinę życie. Przez ostatnie parę dni wychodziło mu to zaskakująco wspaniale, na niekorzyść istotom. Blednąca Łapa początkowo odczuwał narastającą w nim frustrację, jednak z każdym kolejnym uderzeniem serca uczucie to zanikało, zakopane gdzieś głęboko w nim, posłane za tył głowy. Wiedział, że taka była kolej rzeczy, pogody kontrolować nikt – przynajmniej z żywych – nie mógł, a z martwych… nie miał pojęcia. Najprawdopodobniej wszystko kręciło się wokół tego, w jaką wersję wierzyło się najsilniej. On nie wierzył na razie w żadną, miał mieszane uczucia co do tego. Nie poddawał jednak wątpliwości tego, że koty z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd czuwały nad nimi. Jeśli wykona powierzone mu zadanie teraz, później mentor będzie może bardziej skłonny ku temu, by znów wyruszyli w odrobinę dalsze tereny Klanu Wilka, pod Cierniste Drzewo, jeśli uspokoi się wichura poza obozem. Gdyby wyruszyli teraz albo za moment, mogliby narazić się na ogromne niebezpieczeństwo. Poruszył spokojnie ogonem. Nawet jeśli mieli możliwość odebrania kotu życia, jeśli postąpił wbrew ich kazaniom, napotykał się każdego dnia na sytuacje, które same w sobie mogły odebrać ciepło z jego ciała, a przodkowie nie musieli nawet się temu przyglądać w celu ukarania kogoś, kto żadnej winy nie popełnił. Byli, owszem, wspaniali, wszechwiedzący, ale raczej nie mogli wszystkiego, a przynajmniej z pewnością istniały jakieś ograniczenia, nawet dla nich. Jeśli istniała w kotach chęć życia jak najdłużej, najłatwiejszym sposobem na to było nienarażanie się na niebezpieczne, głupie sytuacje oraz wykonywanie rozkazów zesłanych z Mrocznej Puszczy bez narzekania.
Przybliżył się więc do drobinek zebranych na sobie i zaczął łapami odsuwać to, co mógł. Wyglądał teraz prawie niczym kocię bawiące się kulką mchu w kociarni. On jednak z tego już wyrósł, teraz nie bawił się kulkami mchu, a zdobyczą, która mu wpadała w łapy co jakiś czas. Nadmiar na razie nie powinien zbierać się na nowo; z nieba nie prószyły kolejne płatki, dlatego mieli chociaż trochę czasu na wykonanie roboty… nawet jeśli wydawało się to bezcelowe, skoro gołębie chmury wisiały na niebie, rozciągając się po nim niczym kocie łapy, zasłaniając błękitne sklepienie dość sprawnie, zwiastując następne opady. Wysunął pazury, łapy zanurzyły mu się, aż natrafiły na twardą bryłę. Poczuł pieczenie na ciepłych poduszkach, chłód połaskotał go po kręgach dreszczem. Zamachnął się łapą konkretnie, posyłając odrobinę lodu w powietrze. Wydrapany niedobór uleciał na bok, tworząc początek jego zbiorów Pory Nagich Drzew. Ognikowa Słota obserwowała dwójkę z kociarni, nie komentując tego. Blednąca Łapa czuł wzrok kocicy na sobie, miał także świadomość, iż tam przebywała. Jego przeczucie było poprawne – jej pobyt nie był zwyczajnym humorkiem. Spodziewała się kociąt, a teraz trzy małe kulki leżały u jej boku, nieświadome, że dotknęła ich sroga pora. Dopóki głód nie zajrzy im do pysków, nie będą musiały nawet o tym wiedzieć. Futro podniosło mu się na karku lekko ku górze, aczkolwiek próbował zignorować uczucie bycia obserwowanym. Nie robiło to żadnej różnicy, wykonywał powierzone mu zadanie, a mistrzyni też nie wyglądała w tej chwili tak, jakby miała ochotę wychodzić z ciepłej jamy, dlatego ewentualną konwersację mógł wykreślić z listy.
Uniósł łeb znad swojej części. Pszczeli Rój robił sobie właśnie przerwę, cały zdyszany. Rudy srebrny poczuł lekkie ukłucie. On nie był taki zmęczony, każdy jego ruch był przemyślany w ten sposób, żeby nie zmarnować zbyt wiele energii na jedno pociągnięcie, skoro w cenie swojego wypoczynku był w stanie takich chwytów użyć co najmniej trzy razy, zanim zaczęłyby go boleć barki czy całe kończyny. Koty nadzwyczaj często wykonywały ruchy, które nie były rozsądne, aczkolwiek on sam lepszy nie był. Nie był kotem idealnym i miał o tym świadomość, mimo wszystko potrzeba obserwacji i analizy wszystkiego dookoła była najzwyczajniej w świecie silniejsza od niego. Nie potrafił ot tak rozkazać własnym myślom, przynajmniej na tak długo, dopóki spoglądał na coś innego, żeby zmieniły tor ku nowemu, równie wciągającemu i żywemu tematowi. Wszelkie plotki przechodziły mu koło uszu, ponieważ najzwyczajniej w świecie nigdy go nie interesowały. Mogło to powodować również kłopoty, bo jeśli zależałoby mu bardziej na integrowaniu się z resztą klanu, byłby niezwykle do tyłu, a znalezienie nowego pomysłu na poprowadzenie konwersacji mogłoby mu iść stokrotnie gorzej, a wręcz wolniej, niż przeciętnemu kotu. Łatwiej było siedzieć na uboczu i podsłuchiwać, a także wgapiać się w każdego, niżeli żywo angażować się w rozmowy. Gdyby tego było mało, rozmowy nierzadko marnowały potrzebną energię, którą można było poświęcić na coś bardziej ambitnego. Koty odczuwały samotność, z czym ciężko było się nie zgodzić, jednak u każdego z nich działała ona zupełnie inaczej, a sam srebrny nie był już pewien, jaki był on. Naturalna potrzeba spoglądania na innych przedstawicieli własnego gatunku, a także słuchania ich rozmów występowała, aczkolwiek angażowanie się w nie… nieszczególnie, a przynajmniej nie za każdym razem, kiedy jego uszy wyłapywały czyjś głos. Klan przepełniony był istnieniami, dlatego nie musiał obawiać się osamotnieniem. Istniało zjawisko, w którym kot, mimo przebywania w ogromnym tłumie, czuł się niezwykle samotnie, jednak bursztynooki nie doznał czegoś podobnego wcześniej albo nie zwrócił na to nigdy uwagi.
— Już prawie połowa za nami — powiedział Pszczeli Rój nagle, wyrywając swojego ucznia z widocznego zamyślenia. Srebrny przez ten czas dość odruchowo rozkopywał dalsze części lodowego filaru, a na jego mordce malowało się skupienie. Wytworzyło to w sercu kocura swego rodzaju płonną nadzieję, że może jednak uda im się pójść do Ciernistego Drzewa. Od nocy testu minęło już trochę, a jednak uczucie, jakie towarzyszyło mu wtedy, nie chciało go absolutnie opuścić. Czuł się tak, jakby powinien złożyć wizytę przodkom, nawet jeśli nikt do niego wtedy nie przemówił. Była to powinność, która wytworzyła się w jego sercu. Chciał czuć się komuś potrzebny, zaopiekowany, a mroczni przodkowie obdarzyli go uczuciem, za którym tak ślepo podążał, nawet nieświadomie, nawet jeśli nie kiwnęli w jego kierunku palcem. Nie miało to zbyt wielkiego znaczenia, był dość naiwny, a jego umysł szybko wytwarzał przeróżne połączenia w celu nienagannie szybkiego uspokojenia go. To wszystko wystarczyło, żeby identyczne skojarzenia go nawiedziły. Spojrzał na niebieskookiego, który teraz siedział i wpatrywał się w niego jeszcze przez jakiś czas. Jego serce przyspieszyło bicia, gdy do uszu docierał skowyt wichury, a z nieba zaczęły sypać intensywnie płatki, ignorując całą pracę, jaką dwójka włożyła w poskromienie przynajmniej części z nich. Z każdym kolejnym na gruncie, miał wrażenie, jakby serce zapadało mu się lekko. W oddali wytworzyła się siwa mgła, a w połączeniu z intensywnymi podmuchami… nie zapowiadało się na polepszenie pogody. Z dzisiejszych spacerków, sparingów, czegokolwiek nici. Pozostało mu odśnieżać legowiska wraz z resztą współklanowiczów. Mentor odchrząknął.
— Dzisiaj zostaniemy w obozie. Innym razem potrenujemy poza nim. Pogoda nam niestety nie pozwala. Normalnie kazałbym ci wyjść i może wyćwiczylibyśmy nowe chwyty, aczkolwiek czuję po sobie, że obecne warunki się ku temu nie nadają — wyjaśnił, mrużąc na chwilę oczy. — Nie myśl sobie jednak, że to koniec naszej pracy. Ty tutaj będziesz siedział, dopóki przed żłobkiem nie pojawi się szeroka, czysta przestrzeń. Teren ma lśnić i to nie od śniegu — nakreślił jeszcze specjalnie, a Blednąca Łapa zamruczał cicho w odpowiedzi. Nie pozostawało mu nic innego, jak wykonać rozkaz uczącego go kota. Był lekko surowy, jednak rudy nie postrzegał tego jako wadę. Skoro dzięki temu mógł nawet bardziej zbliżyć się do przodków, niech tak będzie. Wszystkie te lekcje okażą się kiedyś przydatne. Wszystko, czego się uczył pod skrzydłami wojownika, może kiedyś i on sam przekaże własnemu uczniowi, jeśli kiedykolwiek takowy zostanie mu powierzony. Było to niezwykłe wyróżnienie, możliwość nauki i przekazania młodemu kotu coś, w co się wierzyło tak szczerze, udoskonalenie jego nabytych do tej pory umiejętności, przedstawienie nowego, zupełnie odmiennego postrzegania świata, które w rzeczywistości nie odbiegało szczególnie od tego, jakie panowało u pobratymców dookoła.
Blednąca Łapa przewalił kawałek, czując ulatujące czucie w łapach. Mimo mrowienia nie dawał kończynom czasu na to, żeby w pełni się ogrzały, co za tym idzie, jego ruchy stawały się dość powolne i niewymierzone, jako iż nie odczuwał dyskomfortu, jeśli cokolwiek stało mu się w poduszki. Jego wąsy pokryły się drobinkami, topiącymi się od coraz to chłodniejszego oddechu z pyska wytwarzającego ciepłą chmurkę, oczy mrużył, żeby odlatujące kawałki nie utrudniały mu pracy. Z biegiem czasu, jego poduszki zaczęły twardnieć, stały się bardziej przystosowane do panujących tutaj warunków, do igieł świerków, do nieregularnego podłoża wysypanym aż po brzegi leśną ściółką. Mimo wszelkich starań nie był w stanie pracować bez przerwy, ponieważ jego ruchy spadały na jakości, przynosząc coraz to mniej owocne rezultaty. Należała im się przerwa.

[1621 słów]

14 lipca 2026

Od Dzwonkowego Świstu CD. Pożarowej Łapy (Ostatniego Pożaru)

Początkowo sądził, że to z jej strony to jakiś ponury żart. Natomiast poważny wyraz jej pyska nie pozostawiał miejsca na takie przypuszczania. Przełknął gulę, która urosła mu w gardle, a sierść na karku zjeżyła mu się mimowolnie. Serce waliło mu jak oszalałe, a wzrok nerwowo uciekał od niej ku podłożu, by po chwili znów na niej spocząć. Każdy oddech tylko potęgował suchość na języku.
– Odchodzisz, tak po prostu? Porzucasz mnie, nasze dzieci, bo jesteś zmęczona? – Nie wierzył w to, co mu powiedziała, tym bardziej przez fakt na to, z jaką łatwością jej to przyszło. Zabrzmiał ostro, nawet dla siebie samego, ale nie zamierzał w tym przypadku udawać, że wszystko było w porządku. – Czy ja mam cokolwiek do powiedzenia w tej sprawie?
Kotka nie drgnęła. Jej pomarańczowe oczy, zwykle bystre i czujne, teraz były matowe i obojętne. Wolno liznęła łapę, jakby próbowała zmyć z siebie resztki wspomnień z ich krótkiego, wspólnego życia, po czym spojrzała na niego z góry.
Oceniała go. Nawet teraz, w tak dramatycznym momencie. Zdawało mu się, że próbowała odgadnąć co dokładnie siedziało mu teraz w głowie. Tego akurat sam nie był w stanie na ten moment stwierdzić.
– Tak – miauknęła cicho, bez wahania. – Odchodzę z tej relacji. Ty i kocięta dacie sobie radę. Masz w sobie dość siły, by się nimi zająć, widzę, że sprawia ci to jakąkolwiek radość. To nie dla mnie.
Rudy chyba po raz pierwszy w życiu poczuł prawdziwy, pulsujący w nim gniew, zmieszany z rozpaczą. Nie chciał pokazać przy niej słabości.
Stał nieruchomo, czując, jak wściekłość rozpala mu skórę pod gęstym, rudym futrem. Każdy mięsień w jego ciele był napięty do granic możliwości. To uczucie było mu zupełnie obce, co by się w życiu nie działo, kogo by nie stracił, nigdy nie zdzierało mu to uśmiechu z pyska, nie gasiło jego wiecznego optymizmu.
Chciał rzucić się naprzód, fuknąć jej prosto w pysk, zmusić ją, by spojrzała na niego i zrozumiała, co właśnie zrobiła. Nie mu, przede wszystkim ich dwójce pociech, na których w tym momencie mu najbardziej zależało.
Chciał, by zobaczyła strach w jego oczach. Ten sam, który jednocześnie tak desperacko próbował w tej chwili ukryć.
Pożar jednak nie dała mu tej satysfakcji. Odwróciła się płynnym, niemal leniwym ruchem. Jej ogon drgnął lekko na pożegnanie, gdy bez słowa ruszyła w stronę wyjścia.
Przesunęła się cieniem wzdłuż ściany i zniknęła w wąskiej szczelinie okna, pozostawiając po sobie jedynie zapach deszczu i chłodu, który natychmiast wdarł się do ciepłego jak dotąd kąta.
Został sam.
W ciszy, jaka zapadła, jedynym dźwiękiem był jego drżący oddech. Czuł, jak łzy gromadzą mu się w kącikach oczu, tylko po to, by po chwili opaść swobodnie po polikach. Skapywały na ziemię, a każde kolejne uderzenie powodowało w Dzwonku rozczarowanie, zawód.
Już sam nie był pewny co czuje. Oślepiała go silna złość, a jednocześnie czuł się słaby przez złamane serce. On naprawdę coś do niej czuł. Coś więcej, niż jedynie tylko przelotne uczucie. Przez większosć życia nie przejawiła mu się ani jedna relacja romantyczna, więc gdy bliżej starości po raz pierwszy coś poruszyło jego sercem, uznał, że to była prawdziwa miłość, prawdziwe uczucie, które zostało teraz w taki bestialski sposób złamane i porzucone. Zupełnie jak on.
Rudy powoli opuścił zjeżoną sierść. Napięcie opuściło jego mięśnie, pozostawiając jedynie paraliżujące poczucie pustki. W tym wszystkim jego jedyną radością pozostawało to, że doczekał się dzieci. Przeszył go strach i seria czarnych myśli. W tym momencie nie przypominał w żadnym stopniu samego siebie, tego wiecznie radosnego i pogodnego kocura. Jakby odebrała mu kociaki…
Nie mógł tak rozmyślać. Zostawiła je. Zrzekła się nich. On postara się ze wszystkich sił, by niczego im nie brakowało, aby pustka w życiu po matce nie była zbyt bolesna.
Wpatrywał się na wpół otwartymi oczami w ziemię. Dopiero teraz masa myśli zaczęła układać mu się w spójną całość. Znaki, że coś w ich relacji zmierzało w złą stronę, były z pewnością widoczne od dawna. Dlaczego więc tak długo ślepota trzymała się jego oczu?

wspomnienia

Nadchodzący dzień od samego początku zapowiadał się ciężko.
Pożar ani myślała spędzać kolejnego dnia zamknięta w żłobku. Nawet kiedy Dzwonek ostrożnie zasugerował, że nic nie stoi na przeszkodzie, by zabrała kocięta na nasłonecznioną część obozu i pozwoliła im pobiegać pod czujnym okiem innych wojowników, tylko pokręciła głową.
Nie nalegał. Doskonale rozumiał, że nieustanna opieka nad dwójką ciekawskich maluchów potrafi wyczerpać bardziej niż całodniowy patrol. Oboje byli ich rodzicami, stąd nie widział powodu, dla którego to właśnie ona miałaby brać na siebie cały ciężar wychowania. Jeśli potrzebowała chwili dla siebie, zamierzał jej ją dać.
O tej porze Pożar zazwyczaj leżała już przy wejściu do żłobka, z ogonem owiniętym wokół łap.
Tego ranka jej posłanie pozostawało puste. Musiała je opuścić skoro tylko nadała się ku temu okazja, zapewne z myślą o rozprostowaniu łap, zdrętwiałych od braku większego ruchu.
W panującej wewnątrz ciszy pierwsza poruszyła się Żywica. Ziewnęła szeroko, aż pokazały się maleńkie kły, po czym przeciągnęła się tak mocno, że jej drobne łapki niemal rozjechały się na miękkim mchu. Chwilę później zaspany Bursztyn wtulił pyszczek w posłanie i zmarszczył nos, jakby dopiero teraz zorientował się, że nie czuje znajomego zapachu.
– Tato? A gdzie jest mama? – zapytała jaśniejsza koteczka, przecierając pyszczek łapką. Jej spojrzenie zielonych ślepi powędrowało ku wejściu do żłobka, gdzie między liśćmi migotały pierwsze promienie słońca. – Zazwyczaj już dawno myła mi futerko...
Dzwonek poczuł lekkie ukłucie w piersi.
Uśmiechnął się jednak najcieplej, jak potrafił, obserwując, jak oboje niezgrabnie drepczą w jego stronę. Ich krótkie ogonki sterczały pionowo, a spojrzenia pełne były dziecięcej ufności.
– Mama... musiała pilnie wyjść – odparł spokojnie. – Ma dziś sporo obowiązków dla klanu.
Nie miał serca powiedzieć prawdy. Kocięta nie zrozumiałyby, że nawet najbardziej kochający rodzic czasem potrzebuje chwili oddechu.
– Tak wcześnie? – prychnął Bursztyn, uderzając ogonkiem o ziemię. – Przecież obiecała, że pokaże nam dzisiaj, jak skradać się do myszy. Mieliśmy ćwiczyć razem! Dlaczego poszła bez nas?
– Bo sprawy klanu bywają bardzo skomplikowane, maluchu – odparł Dzwonek, przyciągając syna do siebie miękkim ruchem ogona. – Ale nic straconego. Dzisiaj to ja będę waszym “mentorem”. Co wy na to?
Żywica, która dotąd siedziała spokojniej, zbliżyła się gwałtownie do ojca i delikatnie trąciła nosem jego rude futro. Zadowolona zamruczała cichutko.
Dzwonek odwzajemnił gest.
– No dobrze. To zobaczmy, czy potraficie skradać się równie cicho jak wojownicy.


Ten sam dzień, wieczór


Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, rozlewając po niebie pasma głębokiej czerwieni i pomarańczu. Barwy boleśnie przypominały Dzwonkowi płomienne oczy Pożar, która wciąż nie wróciła, chociaż zapewniała, że pojawi się przed zachodem.
Coraz częściej zerkał w stronę wejścia do żłobka. Za każdym razem serce podskakiwało mu z nadzieją, tylko po to, by po chwili opaść ciężko, gdy dostrzegał kolejnego wojownika mijającego wejście, zamiast niej.
– Tato, patrz! Dobrze? – zawołał Bursztyn.
Przykucnął nisko przy ziemi, łopatki wyraźnie odznaczały się pod miękkim futerkiem, a jego mały ogonek drżał z przejęcia.
Dzwonek zmusił się do ciepłego mruknięcia.
– Bardzo dobrze. Tylko trzymaj ogon niżej. Jeśli będzie tak podskakiwał, każda mysz usłyszy cię z kilku długości ogona.
Bursztyn natychmiast przycisnął ogonek do ziemi.
– A tak? – zapytała Żywica, naśladując brata z ogromnym skupieniem.
– Jeszcze odrobinę niżej...
Kotka poprawiła postawę z taką powagą, jakby od tego zależał los całego klanu.
Dzwonkowi ścisnęło się serce.
Kiedy był w ich wieku, całymi dniami bawił się w polowanie. Głównie sam, bo Skowronek od zawsze wolał zbierać zioła, a Knieja... Knieja była po prostu Knieją. Nigdy nie potrafił przewidzieć, co zrobi za chwilę.
– Idealnie, skarbie – wymruczał.
Po chwili Żywica dumnie przyniosła mu niewielki kamyk, najwyraźniej uznając go za upolowaną zdobycz. Zaśmiał się cicho.
– Prawdziwa łowczyni z ciebie rośnie.
Delikatnie musnął czubkiem nosa jej czoło. Kotka zamruczała z zadowolenia.
Patrząc na błyszczące z dumy oczy swoich dzieci, poczuł kolejne ukłucie niepokoju.
Jak długo jeszcze będzie umiał tłumaczyć ich matkę?
Zmęczone całym dniem zabaw kocięta jedno po drugim zaczęły ziewać. Żywica pierwsza wtuliła pyszczek w mech, a Bursztyn odruchowo przesunął się na miejsce, gdzie zwykle spała Pożar.
Zatrzymał się i pociągnął nosem.
– Tato... Mama jeszcze nie wróciła?
– Jeszcze nie – odpowiedział cicho. Przyciągnął oboje do siebie i owinął ich ogonem.– Ale wiecie co? Dzisiaj to ja zostanę z wami na noc.
Dwa drobne pyszczki natychmiast rozjaśniły się uśmiechami. Bursztyn wtulił się w jego bok, a Żywica ułożyła głowę na jego łapie, mrucząc cichutko. Dzwonek zamknął oczy.
Nie wiedział, gdzie była Pożar. Nie wiedział nawet, kiedy wróci.
Jedno wiedział na pewno.
Dopóki oddychał, jego dzieci nie miały prawa poczuć się opuszczone.


 Po rozstaniu

Był dumny. Chociaż to i tak zbyt mało w porównaniu z tym co czuł. Jego dzieci niedawno weszły w kolejny etap w drodze rozwoju i stania się aktywną częścią klanu. Pamiętał swój etap szkolenia na wojownika. Te wszystkie nowe umiejętności, które nabył podczas treningów, przydały mu się aż do teraz. I mógł dzięki temu nieco poduczyć swoje dzieci. W jego piersi zbierała się fala wzruszenia, której już dłużej nie potrafił w sobie dusić. Patrzył teraz dumnym wzrokiem na dwójkę uczniów, czując radość. Nawet na krótką chwilę, zapomniał o złej relacji z Pożar i na moment wydawało mu się, że jest jak dawniej.
Że są kompletną rodziną.
Niespodziewanie naszły go czarne myśli. Niestety, nie zostało mu zbyt dużo czasu. Był już w podeszłym wieku. Żałował, że gdy nie był młodszy, nie pragnął założyć rodziny. Chociaż tak naprawdę z Pożar wyszło nieco przypadkiem, lecz pokochał te dwie małe rude kulki całym swoim sercem.
Da z siebie wszystko, będzie je wychowywał do ostatniego tchnienia. Nie mógł się poddać, dopóki zdrowie mu pozwalało, będzie przy nich, wspierając je w każdej trudnej chwili, jaką przyniesie im przyszłe życie.
Westchnął ciężko. Każdy kolejny księżyc przybliżał go ku końcowi. Dokuczliwy ból odezwał się nagle w stawach przypominając o upływającym czasie. Ilekroć spoglądał na swoje dzieci, widok ich rozwoju napawał go błogim spokojem. Gdzieś w nim tliła się nadzieja, że może jakimś cudem, odbuduje relację z kotką. Naiwnie sądził w duchu, że może przemyślała to wszystko i ponownie do siebie wrócą. On był jeszcze w stanie jej przebaczyć te słowa, które wciąż rozbrzmiewały mu w głowie.
Westchnął cicho, gdyż takie samo oszukiwanie siebie nie przynosiło mu nic dobrego. Niepotrzebnie nakręcał się i wierzyl w to, że ich ścieżki ponownie się ze sobą splotą.




< Koniec sesji >

Od Borowika CD. Psianki

Pokiwałem głową.
Mała koteczka wydawała się bardzo rezolutna i rozsądna, nie miałem więc najmniejszych powodów do obaw o nią. Ogólnie patrząc na ostatnie kociaki Owocowego Lasu, jestem w stanie wysunąć wniosek, iż są one wszystkie równie rozsądne, jak i rezolutne.
– Hm. No… No, myślę dosyć… dosyć sporo. Jak śpię to nie. Ale zamiast spania jak najbardziej. I to niezbyt fajne wtedy. Albo na przykład w takiej sytuacji jak ta, to ja, zanim bym przeanalizował wszystkie okoliczności i wybrał odpowiednią opcję dialogową czy też akcję, to już by było… uh, po ptakach, tak w skrócie. Rozumiesz…?
Psianka zadarła główkę do góry, spoglądając na mnie lekko zdezorientowanym, ale i jednocześnie zamyślonym wzrokiem. Po chwili zawahania przytaknęła, kiwając ostrożnie głową.
– Tak… tak, chyba rozumiem, Borowiku. To smutne trochę... – powiedziała, zmartwiona. – Nie da się jakoś tak… przestać?
Przekręciłem głowę na bok.
– No… no nie bardzo. Ale… ma to też, że tak powiem, zalety. Wiesz ile… wiesz, ile rzeczy wymyśliłem dzięki temu? Na przykład… no… dwadzieścia osiem różnych sposobów na zjedzenie wiewiórki. Albo obmyśliłem, jak mogłyby wyglądać trzy główne drogi ucieczki z naszego obozu w razie pożaru i powodzi oraz apokalipsy niewidzialnych kotów.
– Ojejku… Ale przecież… niewidzialne koty nie istnieją… prawda, Borowiku? – spytała niepewnie kotka.
– Uh. Nie wiem. A widziałaś kiedyś jakiegoś?
– Nie…
– No. Bo są niewidzialne. Więc w sumie ciężko stwierdzić. Ale nie wykluczam tej możliwości. Hmm. Pamiętaj. Zawsze trzeba być gotowym na apokalipsę.

***

Teraźniejszość

Słyszałem ostatnio, że Psianka robi spore postępy w swoim treningu. To dobrze, dobrze. Jest bardzo mądra. I będzie zwiadowczynią. Tak jak ja. Postanowiłem więc odnaleźć ją i złożyć jej należyte gratulacje, jak i okazać aprobatę… uh… czy coś tam. Gdy tylko wróciłem z patrolu, usiadłem na środku obozu, nie spuszczając wzroku z wejścia. Dowiedziałem się, że kotka jest na zewnątrz, na treningu. Czekałem więc aż wróci.
Po jakimś czasie niedługo przed zachodem słońca, Psianka wkroczyła do obozu razem z Rohanem. Patrzyłem, jak się rozdzielają, a następnie podszedłem do kotki.
– Uh… Cześć. Psianko. Słyszałem, że dobrze ci idzie. Trening. Ostatnio. I… chciałem powiedzieć, że… cieszę się. Nadajesz się na zwiadowcę… najprawdopodobniej. Możemy kiedyś się dogadać z twoją mentorką i razem potrenować. Bo ja to całkiem niezły jestem…

<Psianko??>

Od Borowika CD. Iskrzyka

Zamrugałem.
Oh. Iskrzyk to ma jednak świetne pomysły. Płatek wydawał się smutnym kotem. Nie wiem dlaczego. Ale to widzę. Wydawał się również zawsze bardzo miły. Miłe koty nie powinny być smutne. Więc zrobimy tak, żeby był mniej smutny dziś.
– Uh. Dobra. Chodźmy – odparłem od razu, bez głębszej analizy.
– O. Teraz? W sensie… okej! Tam siedzi – Iskrzyk wskazał na niego końcem ogona.
Zerknąłem we wskazanym kierunku, po czym wstałem i ruszyłem w jego stronę, niemal wywracając się w śniegu.
Kremowy zwiadowca również wstał, przeciągnął się i ruszył za mną.
Zatrzymałem się tuż przed stróżem, patrząc na niego z góry. Nie powiedziałem nic. Czekałem, aż dołączy do mnie Iskrzyk. Płatek lekko zmarszczył brwi, patrząc na mnie niepewnie, wyraźnie zdezorientowany pojawieniem się dwóch zwiadowców.
– Oh… Cześć, Borowiku. Iskrzyku. Czy… coś się stało…?
– Tak.
– Nie – powiedział jednocześnie ze mną kremowy.
Iskrzyk spojrzał na mnie z lekko uniesionymi brwiami.
– Uh… Znaczy w sumie nie. Ale… – rozejrzałem się na boki. – Ugh. Chodź. Idziemy. Na spacer – mruknąłem i ruszyłem w stronę wyjścia z obozu.
Zdecydowanie nie był to dla mnie najlepszy dzień na prowadzenie dłuższych konwersacji. W dodatku było mi zimno.
– C…co? Ale dokąd? – spytał zdezorientowany Płatek, patrząc to na moją oddalającą się postać, to na Iskrzyka.
– Pomyśleliśmy, że wybierzemy się razem za obóz, przejść się. Idziesz z nami, prawda? – zagadnął drugi zwiadowca.
– Z wami…? Znaczy… powinienem chyba zapytać… – kocur zaczął się niepewnie rozglądać po obozie. Chyba w poszukiwaniu swojej mamy. Jak widać, nie znalazł jej. – W sumie… jasne… Czemu nie. Tylko szybko… – kocur powstał od razu, nadal nerwowo obiegając wzrokiem otoczenie.
Zdaje się, że przekonanie go nie było trudnym zadaniem. Wręcz przeciwnie, chciał opuścić obóz jak najszybciej…
– No, to chodźmy! Ej, Grzybie, gdzie tak pędzisz? Pali się, czy co?
Zatrzymałem się więc. Odwróciłem się w ich kierunku, strzepując lekko ogonem.
– Ugh. Dalej. Dalej. Mieliśmy iść to… to idę.
Iskrzyk ruszył w moją stronę z lekkim uśmiechem a za nim, po chwili wahania, również i stróż. Kremowy minął mnie, bo nie ruszyłem się z miejsca.
Przy mnie zatrzymał się Płatek. Wyglądał, jakby chciał iść na końcu. Ale ja nie mogłem na to pozwolić. Nie, nie.
Po księżycach szkolenia, jak i rozwijania moich umiejętności społecznych jestem w stanie już doskonale rozpoznać koty, które są przyzwyczajone do chodzenia z tyłu grupy, mimo że tak naprawdę nie chcą. Dlatego ja muszę coś z tym zrobić. No, w dodatku to pozycja środkowa jest tą obiektywnie najbezpieczniejszą strategicznie. Ja, jako że moje mięśnie są niezwykle rozbudowane a mózg ostry i bystry, mogę iść bardziej na skraju. Yy… Tak.
Coraz lepiej widzę, że Iskrzyk miał dobry pomysł z tym całym wyjściem… Płatkowi dobrze to zrobi. O ile nie zamarznie.
– No. No, idź – mruknąłem do liliowego.
– Oh… Okej – wydawało mi się, że powiedział, ale równie dobrze mógł jedynie otworzyć pysk, z którego nie wyszło ani jedno słowo.
Płatek podążył za kremowym kocurem a ja za nimi.

***

Po wyjściu z obozu rozciągnął się przed nami piękny, krajobraz Pory Nagich Drzew. Śnieg, niczym miliony kryształków, odbijał światło słońca. Sople lodu wisiały z gałęzi ośnieżonych drzew.
No.
Tylko zimno jak nie wiem.
– Idziemy nad rzekę? Może po drodze udałoby nam się znaleźć jakąś zwierzynę, choć pewnie będzie ciężko… – Iskrzyk zagadnął z lekkim uśmiechem.
– No.
Nie byłem dziś zbyt rozmowny.
– Płatku? – kremowy zagadnął. – Co ty na to?
– Oh… W porządku. Możemy iść…
– Świetnie! Byłeś tam już kiedyś Porą Nagich Drzew?
– Nie, właściwie to nie…

***

Szliśmy już dość długo, ale, co dziwne, nigdzie nie było widać rzeki.
– Hmm… Dziwne. Na pewno dobrze poszliśmy? – spytał Iskrzyk, zatrzymując się.
– Ja… nie wiem… – Płatek również stanął.
Zmarszczyłem brwi. Rozejrzałem się.
Coś było nie tak. Niby okolica wyglądała jak ta przy rzece. Choć nie jestem tu często, to chyba jednak na tyle, by umieć rozpoznać to miejsce…
– Uh. Chwila…
Ponownie ruszyłem przed siebie. Chciałem coś sprawdzić…
Zaledwie po kilku krokach poczułem trzy następujące po sobie rzeczy. Najpierw, że pod moimi łapami zmienia się podłoże. Potem, że lecę, a raczej ślizgam się do przodu. A następnie… że wpadam pyskiem w zaspę po szyję.
Leżałem w bezruchu.
Za sobą usłyszałem nagłe westchnienie, a potem skrzypienie kroków.
– Borowiku…?
– Grzybie, żyjesz?
Podniosłem ostrożnie głowę. Byłem teraz cały w śniegu.
Zamrugałem. Próbowałem strzepnąć z siebie biały puch, jednak to nie pomogło. Muszę więc chyba zaakceptować jego obecność i nauczyć się z nim żyć…
– Uh… Znalazłem. Rzekę. Zamarzła. I zasypało ją.
Kremowy obiegł okolicę wzrokiem, marszcząc brwi.
– Ej, faktycznie. Dobra. Nowy pomysł. Ślizgamy się?

<Iskrzyku, ślizgamy się>

Od Borowika CD. Puchacza

Biegłem, biegłem, biegłem. Skok. Skręt. Skok. Biegłem.
Miło tak wrócić sobie do treningów. Odkąd ukończyłem moje szkolenie, trenowałem już dość rzadko przez natłok zadań zwiadowcy, a jak już, to skupiałem się na sile fizycznej, robiłem to sam i najczęściej niedługo, choć regularnie.
Dawno nie czułem tej adrenaliny i satysfakcji płynącej z dziecięcej i bezsensownej rywalizacji. Jak ja to uwielbiam.
Czekoladowy kocur nie był dużo młodszy ode mnie, dlatego szanse w wyścigu były w miarę wyrównane. Przewagę miałem jednak ja, przede wszystkim przez księżyce spędzone na rzeźbieniu moich mięśni od zmierzchu do świtu i nierzadko również od świtu do zmierzchu.
Byłem w sumie pewien mojej wygranej. Czemu miałbym nie być? Puchacz był daleko za mną. Tak daleko, że w sumie nawet już nie słyszałem… jego… kroków…?
Nie no.
Chwila.
Aż tak szybki przecież nie jestem, żeby go zgubić, mimo całej mojej wspaniałości. Może ja się zgubiłem? To dosyć prawdopodobne.
Wtedy usłyszałem za sobą pisk. Odwróciłem się i ujrzałem łapki Puchacza wbite kurczowo w gałąź. Zamrugałem.
– Oj… – rozejrzałem się na boki.
Skok. Skok. Idę. Skok.
Znalazłem się na tej samej gałęzi co łapki kocurka i dopiero po pochyleniu się dojrzałem jego resztę.
– Oj nie… Chwilka. Może… pomogę… uh… tylko…
– AAA! Zaraz spadnę! Ratunkuuu! BOROWIKU! – krzyknął Puchacz prosto w mój pysk.
Skrzywiłem się, marszcząc brwi. Strzepnąłem uszami.
– Ugh… Dobra. Nie ruszaj się… Spróbuję…
Ostrożnie nachyliłem się nad czekoladowym i chwyciłem go za kark, unosząc go z łatwością, dzięki moim nad wyraz rozwiniętym mięśniom szyi i łap.
Kocurek machał nerwowo łapami w powietrzu, a gdy tylko w jego zasięgu znalazła się gałąź, stanął na niej, cofając się jak najbliżej pnia drzewa, dysząc ciężko.
– Oh… oh, Wszechmatko… Ale to było… – zaczął, łapiąc oddech.
– Uh… Zatrważające. Powinieneś chyba… wiesz, nieco bardziej uważ…-
– Mega przeepickie! Ja tu wisiałem, prawie spadłem i złamałem kręgosłup, zginąłbym jak nic, ALE NIE! Nie tym razem, Borowiku! HAHA!
Futro na karku lekko mi się najeżyło w efekcie jego dość głośnego wyrażania emocji.
Ugh…
– No… No tak. Może… można tak powiedzieć… – zacząłem niepewnie.
– Dobra, biegnijmy już! Mamy wyścig do dokończenia! Dalej! – Puchacz stanął pewniej na łapach w pozie bojowej.
– A. Na pewno? Wszystko dobrze…? Znaczy… Okej. To chodźmy. Biegnijmy.
Nie czekałem na jego odpowiedź.
Skok. Skok. Bieg.
Czekoladowy kocur zawahał się i zmarszczył brwi, nie ruszył za mną.
– E… ej, Borowiku! Czekaj to nie… to nie w tą…
Skok. Bieg. Bieg. Unik.
– …nie w tą stronę…! Biegniesz nie w tą stronę, mysi móżdżku!
Byłem już na tyle daleko, że nie wiedziałem, co ma Puchacz na myśli, krzycząc “nie w tą stronę”. Można to interpretować na wiele sposobów. Ja jednak nie zastanawiałem się za długo. Skupiony byłem wyłącznie na biegu i skakaniu przerywanym unikami.

<Puchaczu?? Borowika wewnętrzny kompas chyba zawiódł… >

Od Borowika CD. Śnienia

– Hmm… Hm. To… szkoda, że nie wiesz. Jak dostać brodę. U nas Wszechmatka też jest odpowiedzą, na pytania, na które nie ma innej… uh, odpowiedzi innej. To ma sens – pokiwałem głową. – Tu też jest dużo silnie wierzących kotów. Um. Jak ja. Albo mój brat. Mimo że… no… też często niełatwo było. To nadal wierzymy.
Przypomniałem sobie wszystkie większe i niespowodowane moją niezdarnością nieszczęścia, które przytrafiły mi się w życiu. Opuszczenie przez rodziców, których nigdy nie poznałem. Śmierć Gąski. A Gołąbek do tego jeszcze stracił dwóch mentorów w taki czy inny sposób… Ale wiara we Wszechmatkę to wiara w krąg życia, którego nie kończyła nawet śmierć. Taka myśl mogła dawać nieco ulgi w chwilach żałoby.
No.
Mi nie dała jej ani trochę. Dało mi za to obrywanie drzew z kory aż do absolutnego wyczerpania fizycznego i emocjonalnego. Mam nadzieję, że nigdy już nie będę musiał wrócić do tego epizodu. To nie było miłe.
– Hm. Myślę sobie, że to dobra cecha. Nie tracić wiary w… uh… jedną rzecz przynajmniej. Lub w kogoś. Nawet, tracąc wszystko inne. Co by samemu nie zostać.
– Tak. Masz rację, Borowiku – odparł czarny kocur, wzdychając ciężko. – Brak nadziei i wiary może doprowadzić koty do miejsca, z którego nie ma powrotu. Mogą stać się naprawdę niebezpieczne.
Zamilkłem na chwilę. Usiadłem, prostując się. Uniosłem głowę, patrząc w ziemię.
– Oj… Uh. To brzmi… niedobrze raczej... Bardzo niedobrze – pokręciłem dynamicznie głową na boki. – Ale tu… tu dobrze jest. I wy jesteście tu teraz. Tak. Nie wiem, jak to… powiedzieć, ale… mam nadzieję, że wam nie będzie nigdy tak niedobrze… Nigdy.
Pokiwałem, podkreślając wagę całej wypowiedzi.
Ugh… Co ja gadam w ogóle…?
Troszkę się pogubiłem. Zawsze się gubię, wchodząc w smutne tematy lub próbując kogoś pocieszyć.
Pora na taktyczną zmianę tematu.
– A to wasze… Gwiaździste Plemię to… to są koty z nieba, co z nimi gadacie we śnie, czy co? No i… w sumie czemu jesteście tu, a nie tam, gdzie reszta, co wierzy w koty z nieba? Znaczy… tu też jest ich kilka, chyba, ale… no, więcej jest tam, gdzie wy byliście.

<Śnienie?? >

Od Guziczka do Gronostaja

Guziczek był ojcem. Ojcem! Miał swoje własne maluchy. Od kiedy Gronostaj, Alka i Bratek się urodzili to czarno-biały chodził uradowany. Oczywiście też odłożył na bok swoje obowiązki zwiadowcy, aby jednak spędzać czas z maluchami. Rodzina była dla niego najważniejsza. Niestety nie mógł całkowicie olać wszystkiego, bo nadal obowiązywały go patrole. A poza tym, tylko on byłby w stanie upolować tak dobrą mysz dla Jeżogłówki! A o nią oczywiście też musiał dbać – chociaż będąc szczerym po tym, co zrobiła dla niego i Kurki to będzie o nią dbać, nawet gdy wróci na tereny niczyje.
Wrócił właśnie z jednego patrolu z wiewiórką w paszczy i wszedł do żłobka. Położył zdobycz przed Jeżogłówką.
– Dziękuję.
Guziczek pokręcił głową i zerknął na bawiące się maluchy.
– To ja dziękuję. Jak maluchy?
– Mają bardziej twój niż charakter Kurki…
Kocur zaśmiał się i uśmiechnął przepraszająco. Według niego żaden z maluchów szczególnie nie przypominał Kurki, czy jego samego. Charakterem oczywiście, bo wyglądem to Gronostaj był trochę jego małą kopią. Niedokładną, ale kopią. Zerknął na jedynego syna, który bawił się akurat kulką mchu i się uśmiechnął. Nie spodziewał się, że kiedyś będzie nadstawiał karku, aby chronić małe kuleczki futra. Właściwie to nigdy nawet nie lubił szczególnie dzieci – tych od Czerwca nawet nie znał, widywał je tylko czasem w obozie. A teraz? Spaliłby świat, żeby te maluchy i Kurka byli cali.
– Może następne będą miały Kurki – rzucił do Jeżogłówki.
Sam nie wiedział, czy w sumie będzie chciał więcej dzieci. Teraz miał trójkę i chciał się na nich skupić. Chciał być tak dobrym ojcem, jak Kajzerka była mamą. Ale nie odrzucał też tej opcji całkowicie. Zobaczy, jak nadejdzie odpowiedni czas.
– Idź do nich, a ja pójdę spać – mruknęła kotka.
Nie musiała powtarzać dwa razy. Zwiadowca podszedł do syna i poturlał kuleczkę gdzieś obok.
– Cześć, Gronostaju – Guziczek uśmiechnął się.
– Cześć, Tato!
Czarno-biały położył się, aby syn go lepiej widział.
– Co porabiasz?

<Gronostaju?>

Od Gronostaja CD. Kurki

Mruknąłem z niesmakiem. Ostrożnie przytuptałem bliżej taty, czując, jak nastroszone przez niespodziewany zamach na moje życie futerko powoli opada i się wygładza.
– Na polowaniu? Nieprawda! Nieprawda! Przecież nie pada! Wiem, że nie, no bo bym widział chyba, jakby padało, ale nie pada, więc nie widzę! Więc nie możesz być mokry od tego, nie możesz. To nie ma sensu.
Tupnąłem łapkami o ziemię, by podkreślić wagę moich słów.
Kurka zaśmiał się i położył się na ziemi tuż przed moim czarnym ciałkiem.
– Spokojnie, spokojnie. Chyba nie chcesz obudzić swojego rodzeństwa, hm…?
Oj… Faktycznie. Nie pomyślałem o tym. Nie moja wina, że śpią. I też ich sen jest na tyle twardy, że nie obudziłbym ich, nawet gdybym był jeszcze głośniej. Ale… ale skoro tata tak mówi… Nie chciałem się wykłócać. Teraz co innego zaprzątało moją głowę - zagadka mokrego futra Kurki.
Zaprzeczyłem, patrząc na Kurkę uważnie.
– No dobrze. To słuchaj. Czy wiesz, Gronostaju, co to jest rzeka?
– N-no… – głos lekko mi zadrżał. Zmarszczyłem brwi. – No oczywiście, że wiem. Rzeka to… to taki deszcz, co mu się pomieszało i pada w bok zamiast w dół. Co tam ryby pływają, ale w normalnym deszczu już nie, bo też się im pomieszało – zatoczyłem główką łuk w lewo, a potem w prawo, by ukazać dwojaki pod wieloma względami charakter rzek. – Każdy to wie, więc dlatego ja też to wiem, bo ja też jestem “każdy”.
Tata pokiwał głową, nie zmieniając wyrazu pyska, nieustannie pełnego lekkiego rozbawienia i jakiejś takiej radości, szczęścia… ale ja to nie wiem dlaczego.
– Hm… Można tak powiedzieć, Gronostaju. I ja właśnie w tej rzece polowałem na ryby, o których mówiłeś. Ma to sens?
– Cooo…? Ryby… – wytrzeszczyłem moje ogromne oczka jeszcze szerzej w autentycznej konsternacji.
Cofnąłem głowę ze zdziwienia do tyłu, ale moje krótkie łapki za nią nie nadążyły. Straciłem momentalnie równowagę i wylądowałem na pleckach z tępym bach. Zamarłem w bezruchu, skupiając wzrok na sklepieniu żłobka.
Czułem się zagubiony. Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem? To oczywiste, że tata polował na ryby w rzece. Ale moja główka jest zbyt malutka, by to wszystko pomieścić i dostatecznie szybko łączyć ze sobą nawet bliskie fakty… Mimo tego, z reguły jednak potrafię przezwyciężyć braki w mojej budowie i utrudnienia wynikające z wieku, czemu więc nie teraz? Strasznie mnie to zdenerwowało. Czułem się urażony przez te oślizgłe, szare stwory…
Przeturlałem się na bok i zwinąłem się w kuleczkę ze łzami w oczkach. Pociągnąłem noskiem, wycierając go w futerko moich łapek.
– G-głupie ryby… Głupie! Nie zjem ich… nigdy więcej…

<Kurko??>

Od Lilakowej Łapy (Pszczelego Lilaku)

Słońce nie wstało jeszcze znad horyzontu, choć temu było blisko. Lilakowa Łapa siedziała jednak w wejściu do legowiska uczniów. Nie mogła spać… Znowu, znowu ten sen o matce. Kotka żałowała, że tej nie ma przy niej. Tęskniła za nią naprawdę mocno, nawet jeśli ją ledwo pamiętała. Wiedziała, że musi być silna dla Klanu Klifu, nawet jeśli jest bezużyteczna dla niego. Kotka skupiona była na patrzeniu w podłoże i głębokim oddychaniu na uspokojenie. Zdziwiła się nieco, gdy usłyszała głos jej mentorki:
— Nie śpisz? Akurat miałam cię budzić — rzekła Przepiórcza Wichura.
— Czemu? — odrzekła zdziwiona liliowa.
— Wiesz przecież, uważam, że najlepiej, jeśli zaczniemy twój test wojownika, dosyć wcześnie o poranku, żebyś nie była zmęczona — wymruczała cynamonowa, po czym dodała: — Chodź, Lilakowa Łapo, zbieramy się, a droga będzie nieco długa!
— Dobrze! — rzekła Lilakowa Łapa z radością i swego rodzaju szokiem. Nie pytała jednak o nic.
Kotki wyszły z obozu, witając się po drodze z wojownikiem, który pilnował obozu, po czym udały się dalej.

***

Słońce dopiero co wstawało znad horyzontu, a Lilakowa Łapa była już w lesie, niedaleko Złotych Kłosów. Kotka przemierzała otulone śniegiem tereny, skradając się wolnym krokiem. Szła uważnie w pozycji łowieckiej. Kotka była obecnie na tropie ptaka. Kotka była podekscytowana tym, że jeśli jej się uda, może zostanie wojowniczką. Widziała go za krzaków, był na polance parę długości ogona przed nią. Gdy kruk odwrócił głowę, rzuciła się na niego szybkim ruchem. Szczęśliwie udało się jej go złapać, kotka była z siebie dumna. Mimo bycia bezużyteczną mróweczką może udałoby jej się zdać jej test na wojownika...? Nie była tego taka pewna, coś jej mówiło, że tak się nie stanie, mimo że udało jej się złapać zwierzynę… Zaczęła w każdym razie wracać w ustalony z Przepiórczą Wichurą punkt.

***

Minął już jakiś czas od testu wojownika Lilakowej Łapy. Słońce było już na samym czubku nieba, gdy Lśniąca Gwiazda zebrał zebranie. Zestresowana Lilakowa Łapa siedziała tuż przed mównicą. Cały Klan Klifu, zebrał się w jaskini, tylko po to, by wysłuchać słów rudego lidera. Kocur po tym, jak wszyscy się uciszyli, zaczął mówić:
— Ja, Lśniąca Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją jako kolejnego wojownika — rzekł bez większych emocji. — Lilakowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Ja… — kotka przełknęła ślinę, po czym pełnym radości głosem rzekła: — Przysięgam! Z całego mojego serca!
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci więc imię wojownika. Lilakowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Pszczeli Lilak. Klan Gwiazdy ceni twoją lojalność oraz wita cię jako nową wojowniczkę Klanu Klifu — rzekł kocur.
Kotka uśmiechnęła się, w końcu była wojowniczką! Nawet jeśli gdzieś tam w jej łbie czuła się bezużyteczna, kotka myślała, że Lśniąca Gwiazda pozwolił na to z łaski. W końcu, po co inaczej trzymałby kogoś tak bezużytecznego w klanie, jak nie z łaski i dobroci serca? Kotka zaczęła się więc w duchu modlić o spokojną noc pilnowania obozu.