BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 14 czerwca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

15 czerwca 2026

Od Smoka CD. Wrony

Zbliżała się już noc, a niebo zaczęło przybierać barwy różu i turkusu, wypierając z siebie słońce. Gondor, Wrona i Smok wracali ze spaceru, a w międzyczasie młódka opowiadała im o swoim ostatnim śnie.
— I w nim była taka wieeeelka jaszczulka, któla chciała mnie zjeść, ale ja się jej nie dałam i znokautowałam ją jednym silnym ciosem! — wyjaśniła. Potem podeszła do swojej matki, a ta dotknęła ją nosem w główkę.
— Och, już się bałam, że nie wrócicie z tego spaceru! — mruknęła czule Rohan.
— Mamo, mamo! Wiesz, jak było fajnie? Nauczyłam się nieco walczyć, zobaczyłam legowisko na dzewie, i szukałam kamyczków w wodzie! — zaczęła opowiadać, a w jej oczach zaiskrzyła duma.
Jednocześnie srebrzysta rozszerzyła źrenicę ze strachu, lecz Wrona uspokoiła ją wzrokiem.
— Pani córka jest naprawdę odważna! — mruknęła, na co Smok wypięła pierś i zadarła brodę.
Po chwili szylkretka spojrzała wprost na swoją matkę i wyszczerzyła ząbki.
— Mamo, mogę jeszcze pogadać z Wloną? Plooooszę — spytała, przechylając główkę.
— Ech, no dobrze, ale jak drugi raz przyjdę, to masz iść do żłobka! — miauknęła Rohan, po czym machnęła ogonem i wróciła do kociarni.
Gdy zniknęła w wejściu do żłobka, odezwała się dymna:
— Smoku, czy już wiesz, na kogo chcesz się szkolić?
Młódka przysiadła na ziemi, po czym podrapała się palcem po brodzie.
— Eee, czekaj, daj mi się zastanowić… — odpowiedziała, mrużąc na moment ślepka. Po chwili jednak jej pyszczek rozjaśnił się w szerokim uśmiechu, a w oczach pojawiła się determinacja. — Hej, z całą pewnością zostanę wojownikiem! I to najsilniejszym, jakiego Owocowy Las kiedykolwiek widział! — stwierdziła z taką pewnością siebie, że równie dobrze jej słowa już mogłyby być prawdą.
— Och, naprawdę? W takim razie życzę ci powodzenia w osiągnięciu swojego celu! — odparła dymna, posyłając młodszej pokrzepiający uśmiech. — Może nawet kiedyś uda nam się pójść na wspólny trening! Co o tym myślisz, Smoku? — zapytała.
Jak to, co myśli? Oczywiście, że chętnie odbędzie z kimś szkolenie!
— Tak, tak! Pójdziemy na wspólny tlening i zobaczysz, że pokonam cię skinieniem palca! — zaśmiała się Smok, a jej wąsy zadrżały z rozbawienia. — Ale zanim to, pokonam jeszcze swojego blaciszka, bo mu to obiecałam! — dodała, przytakując głową z pełną powagą.
Wrona zachichotała na słowa malucha.
— To może odbędziemy trening w trójkę, jeśli mój i wasi przyszli mentorzy się na to zgodzą? Chciałabym zobaczyć, jak walczysz z bratem! — oznajmiła, zaciekawiona słowami Smoka.
Mała karpatka nie wahała się nawet przez chwilę. Od razu podskoczyła z radości i odparła:
— Tak, tak, tak! Pielścień spali się ze wstydu jak ze mną pzegla na twoich oczach!
Uczennica otworzyła pysk, by znów coś powiedzieć, jednak wtedy ze żłobka wychyliła pysk Rohan. Chyba już zaczynała się niecierpliwić.
Smok zauważyła jej oczekujące spojrzenie i natychmiast pognała w stronę kociarni, rzucając Wronie krótkie “do zobaczenia” na pożegnanie. Już nie mogła się doczekać, aż w końcu te wszystkie obietnice się spełnią!

* * *

Wreszcie! Wreszcie doczekała momentu, w którym została uczniem! Zostało jej przydzielone własne legowisko pośród gałęzi kasztanowca, a także otrzymała mentora. Kocur nazywał się Sajgon. Smok nigdy wcześniej z nim nie rozmawiała, toteż nie miała pojęcia, co o nim sądzić. Miała tylko nadzieję, że ich współpraca okaże się owocna, gdyż nie zamierzała kisić się na randze ucznia aż do osiągnięcia wieku 25 księżyców! Co to, to nie! Zamierzała postarać się na tyle bardzo, by czarnofutry wojownik uznał, że jest gotowa do awansu już wtedy, gdy osiągnie wiek 10 księżyców! Chciała jako pierwsza z rodzeństwa opuścić legowisko uczniowskie, by potem móc się tym chwalić przy każdym kroku. Chyba by sobie nie wybaczyła, gdyby Mordor lub Pierścień awansowali jako pierwsi po tym, jak przez cały czas zapewniała ich o swojej świetności.
Dzięki swoim ambicjom była niezwykle zaangażowana i obowiązkowa. Właśnie dlatego, gdy Sajgon przyszedł, by zabrać ją na trening, nawet się nie ociągała. Od razu zeszła z pnia, gotowa na to, by wyruszyć wraz z czarnofutrym poza azyl. Denerwował ją tylko fakt, że jako ostatnia rozpoczęła trening, podczas gdy inni uczniowie już dawno zostali zgarnięci przez swoich nauczycieli. Postanowiła mu to wytknąć.
— Hej, a czemu wychodzimy jako ostatni? — zagadnęła, gdy wraz z Sajgonem opuszczała obóz.
Ten zmierzył ją swoim poważnym wzrokiem, po czym odchrząknął i odparł:
— Dobrze, że pytasz. Lepiej, bym już od samego początku wyjaśnił ci kilka zasad, którymi się kieruję — stwierdził, patrząc wprost przed siebie.
Smok nastawiła uszu, zaintrygowana tym, co chciał jej przekazać mentor. Miała nadzieję, że będzie to coś mądrego, żeby mogła to potem zapamiętać i opowiadać rodzeństwu, jakby to ona sama to wymyśliła!
— Po pierwsze, nigdy nie uginam się pod presją czasu. Wykonuję swoje obowiązki wtedy, kiedy ja chcę, a nie wtedy, kiedy ode mnie tego oczekują — oznajmił twardo, na co karpatka przytaknęła głową ze zrozumieniem. To, co mówił, miało sens. Po co przejmować się czasem, który był tylko jakimś wymysłem! W końcu nie można było go zobaczyć, więc czy tak naprawdę w ogóle istniał?
— A po dlugie? — spytała Smok, na co Sajgon w końcu łypnął na nią wzrokiem.
— Dlugie? — powtórzył po niej, nieco zdziwiony. Przyglądał jej się jeszcze tak przez chwilę, jakby analizował coś w myślach. Dopiero po chwili odchrząknął i znów przybrał kamienny wyraz pyska, powracając do obserwowania rysujących się przed jego nosem terenów. — Tak, po drugie… Musisz wiedzieć, że nie toleruję kłamstwa pod żadną postacią. Nie cierpię też oszustów, więc radzę ci nie próbować mnie oszukiwać, albo marnie się to dla ciebie skończy. Uwierz mi, że wyczuję kłamstwo z dziesięciu długości drzewa! — mruknął.
Te słowa nie spodobały się młodej karpatce. Ona nie widziała w kłamstwie nic złego! W końcu nic się nikomu nie stanie, jeśli wymyśli sobie historyjkę o walce z borsukiem i każdemu o niej zacznie mówić! Dlaczego ktoś miałby nienawidzić kłamstewek, nawet tych niewinnych?
— Aha… — burknęła w odpowiedzi na drugie przykazanie Sajgonu.
— Co “aha”? Czy coś ci się nie podoba? — fuknął czarnofutry. Jednocześnie żaden pojedynczy mięsień jego pyska nie drgnął, więc trudno było wyczytać, czy ma wobec Smoka jakiś wyrzut, czy pyta naprawdę.
— Nie, skądże — odparła krótko, po czym westchnęła ciężko, jednak niczego nie dopowiedziała. Jej reakcję można było uznać za wymowną…
— Przecież widzę, że coś ci nie pasuje. Czyżbyś lubiła kłamać? — drążył Sajgon, na co karpatka pokręciła głową.
— A ja pzecież mówię, że wszystko jest w poządku! — oburzyła się, strosząc futro na karku.

* * *

Sajgon nie zrobił na Smoku dobrego pierwszego wrażenia, ale młódka miała nadzieję, że z czasem czarnofutry ogarnie się i wyciągnie tego kija z zadka. Wtedy na pewno ich treningi zaczną przebiegać znacznie przyjemniej. Nie będą się musieli wadzić o jakieś drobnostki. Bo jak inaczej nazwać niewielkie kłamstwa? Przecież były na tyle błahe, że wypruwanie sobie z ich powodu żył było po prostu marnotrawstwem energii i czasu. Ale skoro Sajgon tak bardzo chciał stać przy swojej narracji, w takim razie proszę bardzo. Byle się tylko nie zdziwił, jak kiedyś zostanie zgorzkniałym staruszkiem bez przyjaciół.
Szylkretka tak była sfrustrowana drugą zasadą Sajgonu, że musiała się pójść wyżalić Wronie. Prędko odnalazła dymną i jej legowisko na kasztanowcu. Znajdowało się nieco wyżej, ponieważ kotka szkoliła się na zwiadowcę i musiała potrafić umiejętnie poruszać się na wysokościach.
— Wlono! Wlono, zejdź na dół! — krzyknęła Smok, stojąc pod drzewem.
Kotka o oklapniętych uszach prędko zsunęła się po pniu na ziemię, stając przed szylkretową uczennicą.
— Tak? Chciałaś o czymś porozmawiać? — spytała od razu, po czym uśmiechnęła się do młodszej. — Poza tym gratuluję awansu! Faktycznie zostałaś wojownikiem i wierzę, że teraz uda ci się zostać najlepszym kotem na tej randze!
Smok w głębi duszy ucieszyła się na pokrzepiające słowa koleżanki, jednak w rzeczywistości przewróciła tylko oczami.
— Mniejsza o to… — westchnęła, zmieniając temat. — Dostałam mentola, nazywa się Sajgon. Ma stlaszny kij w tyłku! Powiedział mi, że nie toleluje kłamstw w żadnej postaci, a ja uważam, że to gluba pzesada! — oburzyła się, smagając ogonem powietrze.

<Wlono? A ty co o tym sądzisz?>

[1250 słów]

Jesienne dolegliwości!

Nadeszła Pora Opadających Liści, a z nią nowe dolegliwości!

POGODA

xxx

Klanu Burzy:

Szafirkowy Wiatr - infekcja oka
Złota Wydma - ból głowy 
Szara Skóra - bezsenność
Biały Strumień - gorączka
Wędrujące Niebo - zatrucie pokarmowe

Klanu Klifu:
 
Werbenowa Łapa - bezsenność
Migot - kocięcy kaszel
Gąsiennicowy Ogryzek - chrypa
Serdeczna Naparstnica - ból głowy 
Drzemiące Słońce - zwichnięcie czegoś

Klanu Nocy:

Lśniąca Ikra - podrażniona skóra
Siwa Czapla - zielony kaszel ?
Stroczkowa Nadzieja - ból głowy
Ćmie Mżenie - wybicie barku
Rezedowa Łapa - ugryzienie przez szczura

Klanu Wilka:
 
Wilgowa Gorycz - infekcja gardła
Brukselkowa Zadra - gorączka
Blade Lico - infekcja ucha
Krucze Pióro - swędząca infekcja
Makowa Iluzja - katar

Owocowego Lasu:
 
Puchacz - biały kaszel
Mistral - bezsenność
Jeżyna - zatrucie pokarmowe
Pszczółka - ból głowy
Jaśminowiec - ból zęba

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Leon - niestrawność
Louis - infekcja gardła
Lisi Oset - szkło w łapie

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w kolejne stadium. Dotyczy to kotów z:

Klanu Burzy:

Wszyscy wyleczeni!

Klanu Klifu:
 
Wszyscy wyleczeni!

Klanu Nocy:

Wymarzona Słodycz - niestrawność 

Klanu Wilka:
 
Zalotna Gwiazda - szkło w łapie > infekcja
Iskrząca Nadzieja - ból głowy

Owocowego Lasu:

Wszyscy wyleczeni!

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Skrzelowy Szept - katar > kłopoty z oddychaniem > duszności > astma
Przebiśnieg - zranienie ogona > infekcja > niemożność poruszania kończyną > gnicie kończyny
Dryfująca Bulwa - infekcja oka > tymczasowa ślepota 
Rysi Trop - bezsenność > halucynacje > problemy psychiczne
Czajka - swędząca infekcja > podrażnienie skóry
Baśniowa Stokrotka - ból zęba > zepsucie zęba

Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka jesienią.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu jesieni - mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!

Od Modrogończyka

Nim kocięta skończyły 4 księżyce

Modrogończyk dowiedział się od Przypływ tego, kto jest ojcem czwórki najmłodszych mieszkańców kociarni. Podobno był nim czarno-biały kocur o niebieskich oczach. I to nie byle jaki kocur! Podobno był zastępcą klanu, z którym Owocowy Las miał sojusz. A Modrogończyk, Psianka, Łza oraz Zew narodzili się w ramach umowy między dwiema społecznościami, aby wzmocnić ich sojusz.
Brązowy kocurek był nieco zawiedziony tym, że jego rodzice nie byli parą kotów, których połączyła miłość, tylko umowa. Wolałby, aby ich tata mógł być tutaj z nimi, odwiedzać ich w żłobku, podobnie jak robił to Gondor. Kocur często wpadał w odwiedziny do starszych kociąt oraz swojej partnerki, której przynosił dorodne zdobycze.
— Gdy skończycie cztery księżyce, dwóje z was opuści Owocowy Las i dołączy do klanu waszego ojca — miauknęła starsza kocica, tłumacząc wszystko na spokojnie ciekawskiemu kociakowi.
Gończyk, mimo że wykazał zainteresowanie ojcem oraz obcą społecznością, nie chciał opuszczać mamy, a tym bardziej nie chciał być rozdzielany ze swoim rodzeństwem. Kto wpadł na taki głupi pomysł, aby rozdzielać członków rodziny?!
— Naprawdę dwoje z nas musi dołączyć do Klanu Burzy? — zapytał, na co starsza przytaknęła. — Nie lepiej oddać im Pierścienia i jedną z jego sióstr? — mruknął. W jego oczach zebrały się łzy, które próbował ukryć przed byłą liderką. Raz za razem pociągał noskiem. Nie potrafił sobie poradzić z tym, że on, Psianka, Łza lub Zew z drugim z ich czwórki rodzeństwem zamieszka w obcej społeczności. I to w takiej, w której nie wierzyło się we Wszechmatkę tylko jakiś Klan Gwiazdy! — Przypływ, zrób coś! — Uderzył swoją małą łapką w jej przednią łapkę. — Byłaś kiedyś liderką... nie pozwól, aby nas rozdzielono!
— Przykro mi, Gończyku... wiem, że to nic przyjemnego, gdy rozdziela się rodzinę. Na szczęście Klan Burzy leży blisko Owocowego Lasu, więc będziecie często się widywać. Myślę, że zarówno Czereśnia, Kolendra, Figa, wasz ojciec, jak i dziadek, nie będą mieli przeciwko temu, abyście przekraczali granicę i mogli się ze sobą spotykać, kiedy będziecie chcieli. — Uśmiechnęła się i delikatnie dotknęła noskiem policzka Gończyka. — Spójrz na to z innej strony, Gończyku. Jesteście wyjątkowymi kociętami, które są namacalnym dowodem sojuszu między dwiema kocimi społecznościami. Mimo że nikt was o to nie zapytał, zostaliście wybrani jako kocięta zastępcy i szamanki do bardzo ważnego zadania, dzięki któremu zadbacie o to, aby nasze społeczności jeszcze lepiej się poznały oraz bardziej sobie ufały. — Przyciągnęła do siebie kocurka, pozwalając jego głowie spocząć na jej kryzie. — Jeśli będziesz tym kocięciem, które zostanie w Owocowym Lesie, to będziesz miał dodatkowe ważne zadanie. Zostaniesz strażnikiem pamięci o waszej rodzinie tutaj, który musi ich wspierać z całych sił. Nie możesz pozwolić, aby smutek i żal sprawił, że odwrócisz się od nich i porzucisz.
— A jeśli to ja będę tym, który opuści Owocowy Las...
— Jeśli to ty będziesz jednym z tych kociąt, które opuści Owocowy Las, to wiem, że będzie to dla ciebie trudne. Będziesz tęsknił za mamą, pozostawionym rodzeństwem i za wszystkim, co znasz. Pamiętaj, że nie przestaniesz być częścią Owocowego Lasu, gdy przekroczysz granicę i będziesz zmuszony przystosować się do innych zasad. Dla mnie i dla wielu innych Owocniaków wciąż będziesz Owocniakiem. I to nie byle jakim, ale takim, któremu powierzyliśmy ważne zadanie. Będziesz spoiwem.
Gończyk nie chciał być spoiwem. Nie chciał być też strażnikiem. Nie chciał widywać dwójki swego rodzeństwa od czasu do czasu, tylko pragnął z nimi spać w legowisku, później chodzić na wspólne treningi, aż w końcu wspólnie przenieść się do starszyzny.
Zmrużył oczy. Od płaczu rozbolała go nieco głowa. Ułożył się wygodniej, tuląc się do futra starszej. Zasnął. A gdy ponownie się obudził, znajdował się w kociarni. Mama lub jakiś inny wojownik musiał go zabrać ze starzyzny i śpiącego przenieść do kociarni.
— Zew... Psianka... Łza... — zwrócił się do rodzeństwa, które wybudzało się ze swojego snu. — Musimy sobie obiecać, że nieważne co, nieważne jak daleko od siebie będziemy, będziemy zawsze rodzeństwem i nikt, ani nic tego nie zmieni.

14 czerwca 2026

Od Fląderki

Fląderka delikatnie dotknęła swoją łapką uschniętych kwiatów centurii zdobiących siostrzaną mogiłę. Mimo że Centuriowa Łapa od kilkudziesięciu księżyców mieszkała na Srebrzystej Skórze, nadal żyła w pamięci odrzutka. Niestety z biegiem czasu coraz mniej kotów decydowało się wspominać szylkretową uczennicę, tak jakby ta nigdy nie istniała. Fląderka to rozumiała, klan miał inne problemy i trzeba było żyć dalej, jednak przygnębiała ją myśl, że najprawdopodobniej po jej śmierci oraz Rezedowej Łapy pamięć o Centuriowej Łapie zostanie całkowicie zatarta, a kopczyk ku jej pamięci zleje się z otaczającymi go zaroślami. Nie będzie już nikogo, kto pamiętałby o tragedii z udziałem wydr.
— Możemy już wracać? — miauknął Morszczynowy Wąs, spoglądając z ukosa na zasmarkaną Fląderkę.
Czekoladowa szylkretka posłusznie podniosła się z trawy, nie podejmując próby poproszenia burego kota o to, aby jeszcze przez chwilę mogli tutaj zostać. Zresztą sprawiła mu kłopot, prosząc go, aby z nią się udał odwiedzić Centurię.
— Martwię się o Rezedową Łapę... — miauknęła w drodze powrotnej, nieśmiało zerkając na brata Złocistego Widlika. — Jego trening ucznia trwa już bardzo długo... czy Mandarynkowa Gwiazda może go wygnać z klanu, jeśli nie zrobi wystarczających postępów?
— Może, a właściwie powinna już dawno to zrobić. Klan nie potrzebuje kotów, które biorą, a w zamian nic nie dają... Już nawet z ciebie jest więcej pożytku niż z twojego brata. Może pod tym jego rudym futrem tak naprawdę jest cały brązowy... to by wyjaśniało, dlaczego tak opornie idzie mu ukończenie treningu — Morszczyn westchnął zirytowany, kończąc rozmowę.
Fląderkę zaciekawiła uwaga Morszczynowego Wąsa. Czy to możliwe, aby jej brat mógł mieć pod rudym futrem ukryte brązowe futerko? Nigdy nie widziała w jego futrze nawet małego jednego brązowego włosa. Ale był jej bratem, czy tego chciał, czy nie, więc może bury kocur miał trochę racji?
A ich mama? Była ruda. A tata? Chyba... chyba miał całe białe futro, podobnie jak Biały Strumień. To może, któryś z ich dziadków był czekoladowym kotem?
— Od czego zależy kolor sierści? — spytała, na co wojownik cierpiętniczo westchnął.
— Przecież Kotewkowy Powiew oraz mój brat, Złocisty Widlik opowiadali ci historię dotyczącą pochodzenia koloru futer... powinnaś to wie-
— Wiem. Tylko po prostu zastanawiam się, który z moich przodków posiadał brązowe futerko. Ktoś musiał, prawda? Bo inaczej moje futerko byłoby w innym kolorze... Żadne z kociąt Zmierzchającej Fali oraz Kropiatkowej Skóry nie jest brązowe. Podobnie, jeśli chodzi o królewski ród... bo w ich rodzinie nigdy nie było kota o brązowej barwie futra.
I wtem ja olśniło. Jej mama posiadała rude futerko, a jej tata najprawdopodobniej miał białe. Rodzice Mysiomózgiej Łapy również mieli identyczne kolory futer, tyle że na odwrót. To jej mama była biała, a jej tata rudy. I w obu tych miotach urodziło się jedno brązowe szylkretowe kocię.
Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego z połączenia białego kota i rudego kota powstał ktoś taki jak ona czy Mysiomózga Łapa, koty o częściowym błotnym umaszczeniu. Może powinna poprosić kogoś, o opowiedzenie historii o powstawaniu kolorów futer jeszcze raz? Może w tej opowieści kryło się coś, co jako mały kociak przegapiła? Może białe koty nie powinny zakładać rodzin z kotami o ognistej sierści?

Od Łzy

Jakoś w przeszłości…

Przyszedł w końcu ten moment, w którym pytanie, krążące od kilku wschodów słońca gdzieś na obrzeżach jej myśli, przestało być jedynie tłem, a zaczęło domagać się uwagi w sposób uporczywy, niemal obrażony, jakby samo jego istnienie nie mogło dłużej czekać na dogodniejszą chwilę.
Nie była do końca pewna, czy Purchawka w ogóle będzie chciała rozmawiać, choć ta niepewność nie zatrzymała jej nawet na uderzenie serca, bo w gruncie rzeczy odpowiedź nigdy nie była czymś, co naprawdę brała pod uwagę jako przeszkodę — jeśli coś miało pozostać niewypowiedziane, tym gorzej dla milczenia, które prędzej czy później i tak zostanie zmuszone do ustąpienia!
W jej wnętrzu pojawiło się coś przypominającego lekkie napięcie, ale nie lęk, raczej znajome, drażniące oczekiwanie, które zawsze towarzyszyło momentom, w których mogła znaleźć się w centrum czyjejś uwagi, nawet jeśli była to tylko krótkotrwała wymiana zdań przy krawędzi obozowego życia
Rozejrzała się więc przez chwilę, jakby sam fakt wyboru właściwego momentu miał znaczenie większe, niż faktycznie miał, po czym ruszyła przed siebie z tą energią, która nie pozwalała jej pozostać w jednym miejscu zbyt długo, jakby bezruch mógł odebrać jej coś istotnego, coś, co należało do niej z samej definicji bycia zauważoną.
Gdy dostrzegła dymną karmicielkę, jej krok stał się niemal natychmiast lżejszy, a w spojrzeniu pojawił się ten szczególny rodzaj ożywienia, który nie wynikał wyłącznie z sympatii, lecz także z cichej pewności, że oto nadchodzi chwila, w której znów będzie mogła zaistnieć w czyjejś przestrzeni w sposób pełny, bezpośredni i trudny do przeoczenia.
— Mamoo! — Jej głos przeciął powietrze z taką intensywnością, że nie sposób było go pomylić z czymkolwiek innym, wysoki, ekspresyjny i natychmiast wypełniający przestrzeń wokół niej, jakby sama obecność miała zostać wzmocniona przez dźwięk. — Mam pytaniee…
Zatrzymała się tuż przed Purchawką, zbyt blisko, by można było uznać to za przypadek, i jednocześnie tak, jakby dystans nigdy nie był dla niej czymś, co należało utrzymywać, gdy w grę wchodziła rozmowa, która w jej własnym odczuciu zasługiwała na pełne skupienie drugiej strony.
Przez ułamek chwili jej pysk złagodniał, przybierając wyraz niemal dziecinnej otwartości, która mogła sprawiać wrażenie szczerej troski, choć pod powierzchnią czaiła się ta sama potrzeba bycia zauważoną, wysłuchaną i potraktowaną poważnie, jakby każde pytanie, które wypowiadała, było jednocześnie testem na to, ile miejsca zajmuje w czyimś świecie.
Wystarczyło jednak, że spojrzenie Purchawki choć odrobinę się przesunęło, by jej uszy drgnęły niemal niezauważalnie, a w napięciu szczęk pojawił się ledwie uchwytny cień niecierpliwości, szybko jednak przykryty uśmiechem, który był równie naturalny, co wyćwiczony.
Bo jeśli już miała rozmawiać, to nie zamierzała być jedynie tłem.
— Dlaczego Mordor, Pierścień i Smok mają tatę, a my mamy tylko ciebie? — wyrzuciła w końcu z siebie, a w jej głosie nie było już wcześniejszej ostrożności, zastąpionej czymś znacznie bardziej surowym, czymś, co przypominało oskarżenie ubrane w dziecięcą prostotę, lecz pozbawione niewinności, którą mogłoby sugerować pierwsze wrażenie.
Przez moment można było odnieść wrażenie, że Purchawka nie zareaguje wcale, jakby pytanie było jedynie hałasem w tle codzienności, jednak w rzeczywistości jej uwagę przyciągnęło ono natychmiast, w sposób, który nie wymagał podniesienia głosu ani zmiany wyrazu pyska, a jedynie lekkiego napięcia w spojrzeniu, które pojawiło się i zniknęło zbyt szybko, by mogło zostać nazwane emocją.
— Widzisz… — zaczęła, a jej ton przybrał tę szczególną miękkość, która często poprzedzała słowa mające uporządkować rzeczywistość w sposób wygodny dla mówiącego, po czym urwała na uderzenie serca, jakby nawet ona sama ważyła, które elementy prawdy powinny zostać wypowiedziane, a które lepiej pozostawić w półcieniu.
Wzięła oddech, spokojny i kontrolowany, taki, który nie dopuszczał pośpiechu ani wahania, a następnie pozwoliła, by jej głos wrócił w tej samej, starannie wyważonej formie.
— Twój tata czekać będzie na ciebie w zupełnie innym miejscu, w Klanie Burzy.
Słowa te nie miały w sobie ciepła, choć zostały podane tak, by mogły je imitować, jakby sama ich konstrukcja była ważniejsza od znaczenia, które niosły, a pysk Purchawki spoważniał odrobinę bardziej, nie gwałtownie, lecz z precyzją kogoś, kto wie, że emocje najlepiej kontroluje się przez ich dawkowanie.
— Jesteś częścią miotu sojuszniczego — dodała zaraz potem, jakby dopiero teraz przechodziła do właściwego wyjaśnienia, choć w rzeczywistości każda poprzednia fraza była już jego częścią, tylko podaną w formie, która miała zmiękczyć jej odbiór. — To coś w rodzaju połączenia między Owocowym Lasem a Klanem Burzy.
Na moment zawiesiła spojrzenie na Łzie, nie nachalnie, lecz wystarczająco długo, by upewnić się, że każde słowo zostało przyjęte, a następnie kontynuowała:
— Psianka i Mordogończyk zostaną tutaj ze mną, podczas gdy ty wraz z Zewem zmienisz miejsce zamieszkania.
Spojrzenie Łzy, jeszcze przed chwilą napięte i szukające oparcia w znanym porządku, zaczęło powoli mięknąć, jakby gdzieś pod warstwą początkowego zaskoczenia zaczynało przebijać się coś znacznie lżejszego, ciekawość zmieszana z ekscytacją, która nie potrzebowała pełnego zrozumienia, by zacząć rosnąć.
— Klan Burzy… — powtórzyła cicho, bardziej do siebie niż do Purchawki, a w jej głosie zabrzmiała nuta czegoś, co można było pomylić z niepewnością, choć w rzeczywistości było to jedynie próbowanie nowego brzmienia własnej przyszłości.
Jej uszy drgnęły, a ogon poruszył się lekko, zdradzając narastające pobudzenie, które nie miało jeszcze pełnego kształtu, lecz już zaczynało wypychać z niej wcześniejsze napięcie, jakby sama idea zmiany była czymś, co naturalnie przyciągało jej uwagę, zamiast ją niepokoić.
Łza zrobiła krok bliżej, jakby nagle przestanie stać w miejscu było jedyną właściwą reakcją na to, co usłyszała, a w jej spojrzeniu pojawił się błysk, który nie miał w sobie oporu, lecz raczej żywe zainteresowanie, niemal entuzjazm, jeszcze nieokiełznany, ale już wyraźnie obecny.
— Czyli… będę mogła tam zobaczyć tatę? — zapytała nagle, a w jej głosie nie było już oskarżenia ani zagubienia, lecz wyraźne ożywienie, jakby ten jeden szczegół wystarczył, by cała sytuacja zaczęła układać się w coś znacznie bardziej atrakcyjnego niż dotychczasowe życie.
Nie czekała długo na odpowiedź, bo sama myśl zdawała się wystarczająca, by jej emocje zaczęły przyspieszać, a spojrzenie biegało już nie po Purchawce, lecz gdzieś dalej, jakby próbowała wyobrazić sobie miejsce, do którego miała trafić, i kota, którego jeszcze nie znała, a który nagle stał się osią całej tej zmiany.
Jej pysk rozjaśnił się wyraźnie, a napięcie całkowicie ustąpiło miejsca żywszej, niemal radosnej energii, która sprawiała wrażenie, jakby informacja nie była ciężarem, lecz obietnicą czegoś nowego, bardziej interesującego i pełnego znaczenia niż dotychczasowe dni.
— To… to dobrze! — wypaliła w końcu, zbyt szybko, by mogło to brzmieć wyważenie, choć w jej przypadku nie było w tym nic sztucznego, jedynie czysta, nieskrępowana reakcja. — Tam na pewno będzie… inaczej, prawda?
W jej głosie zabrzmiała już nie tylko radość, ale i ta charakterystyczna dla niej potrzeba bycia częścią czegoś większego, czegoś, co mogłoby ją zauważyć, docenić i wreszcie nadać jej rolę, która nie byłaby tylko kontynuacją tego, co znała do tej pory, lecz początkiem czegoś, co mogła wreszcie nazwać własnym miejscem.
— Oczywiście, że będzie inaczej, skarbie — miauknęła łagodnie Purchawka, pochylając się odrobinę bliżej, jakby każda kolejna sylaba miała być osobnym, uspokajającym gestem. — Ale to dobrze. Zmiany są po to, żeby rosło się silniejszym, żeby świat nie był taki sam cały czas.
Na moment zawiesiła głos, pozwalając, by Łza sama dopowiedziała sobie znaczenie tych słów, zanim przejdzie dalej, już bardziej konkretnie, ale wciąż w tej samej miękkiej, opiekuńczej tonacji.
— Tak, zobaczysz swojego tatę — dodała po chwili, jakby potwierdzała coś oczywistego, choć w jej oczach pojawił się subtelny cień kontroli, ledwie zauważalny, natychmiast przykryty serdecznością. — W Klanie Burzy wszystko ma swoje miejsce, nawet jeśli na początku nie wydaje się to takie jasne.
Przesunęła ogonem po ziemi, spokojnym, niemal rytualnym ruchem, który miał zamknąć temat i jednocześnie nadać mu wagę czegoś już ustalonego, niepodlegającego dalszym negocjacjom.
— Będziesz tam miała nowe obowiązki, nowych towarzyszy i nowe rzeczy do nauczenia się.
— Jej, ale się cieszę! — wyrzuciła z siebie niemal natychmiast, a w jej głosie zabrzmiała czysta, nieskrępowana radość, która nie zostawiała miejsca na wątpliwości ani cień niepokoju. — Ale… co z tobą? Myślisz, że koty z Klanu Burzy pozwolą mi cię odwiedzić?
Purchawka przez uderzenie serca nie odpowiedziała, tylko spojrzała na nią z tą samą miękką uważnością, w której trudno było odczytać prawdziwy kierunek myśli, choć jej uśmiech nie zniknął ani na moment, jedynie stał się odrobinę bardziej spokojny, bardziej pewny, jakby pytanie Łzy było dokładnie tym, czego się spodziewała.
— Oczywiście, skarbie — miauknęła w końcu, z czułością, która brzmiała jak obietnica i uspokojenie jednocześnie, choć w jej głosie pojawiła się ledwie wyczuwalna nuta porządkująca, delikatna, ale stanowcza. — Jeśli tylko będziesz tego chciała, zawsze znajdzie się sposób.
Przechyliła lekko głowę, jakby chcąc nadać swoim słowom jeszcze więcej wiarygodności, a jednocześnie zamknąć w nich przestrzeń na dalsze pytania, które mogłyby skomplikować tę prostą wizję.
— Nie martw się o mnie — dodała ciszej, niemal poufnie, choć wciąż z tą samą kontrolowaną łagodnością. — Ty masz przed sobą coś bardzo ważnego. Nowe życie. Nowy klan. A ja będę dokładnie tam, gdzie powinnam być.
Koteczka uśmiechnęła się lekko.
— Będę najlepszą kotką Klanu Burzy, obiecuję ci!

* * *

Dni mijały prędzej, niż chciałaby przyznać, rozlewając się w jej pamięci jak coś nie do końca uchwytnego, co zostawiało po sobie jedynie wrażenie lekkiego przesunięcia, jakby świat w Owocowym Lesie delikatnie zmieniał swoje położenie względem niej, zamiast pozwalać jej trwać w jednym, stałym punkcie, do którego zdążyła się przyzwyczaić. Coraz częściej łapała się na tym, że patrzy na znajome miejsca tak, jakby widziała je już ostatni raz, choć jeszcze nie wypowiadała tego na głos, trzymając w sobie to wrażenie jak coś zbyt kruchego, by mogło zostać wypowiedziane bez utraty znaczenia.
Pomimo tego, że Owocowy Las nadal potrafił być miejscem przyjemnym, pełnym znajomych głosów i spojrzeń, które z łatwością przyciągała, trudno było jej już całkowicie zanurzyć się w tej codzienności bez świadomości, że znajduje się na etapie przejściowym, w którym wszystko, co zdobywała, było jednocześnie czymś, co miała zaraz zostawić za sobą. Być może myśl ta budziła w niej cień smutku — w końcu dość długo walczyła o uwagę matki, o bycie jej “ulubienicą”. Lecz im dłużej nad tym myślała, tym bardziej dochodziła do wniosku, że przecież gdzieś tam czeka na nią jej tato, więc tak w zasadzie, to nie wszystko było stracone.
Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że wkrótce opuści to miejsce, które przez pierwsze księżyce wydawało się całym jej światem, a mimo to nie czuła w sobie ciężaru, który zwykle powinien towarzyszyć takim myślom, lecz raczej coś w rodzaju narastającej lekkości, jakby sama świadomość zmiany porządkowała w niej emocje w sposób bardziej wygodny, mniej rozproszony. Wizja odejścia nie była więc stratą, a raczej przesunięciem uwagi ku temu, co miało dopiero stać się ważne, ku nowemu miejscu, o którym wiedziała niewiele, lecz które już teraz wydawało się obiecujące w swojej niepewności.
Mordogończyk, z którym spędzała najwięcej czasu, zdawał się tego nie rozumieć w pełni, a jego obecność — choć znajoma i w pewien sposób bezpieczna — zaczynała przypominać jej coś, co jednocześnie przyciągało i drażniło, szczególnie w chwilach, gdy milczał zbyt długo albo patrzył na nią tak, jakby próbował zatrzymać ją w miejscu, które ona już mentalnie opuszczała, co wywoływało w niej krótkie ukłucia niecierpliwości, natychmiast jednak przykrywane przez uśmiech, który wracał na jej pysk z niemal wyuczonym wdziękiem.
— Nie patrz tak — miauknęła w końcu, przeciągle, jakby próbowała nadać własnym słowom lekkość, której wcale w nich nie było, jednocześnie przysuwając się odrobinę bliżej, by znów odzyskać jego uwagę, nawet jeśli tylko na moment — przecież nie znikam na zawsze, tylko… idę gdzieś dalej, gdzie w końcu coś się dzieje naprawdę.
Wypowiadając to, czuła przez krótką chwilę, że jej własne słowa brzmią lepiej, niż mogłyby być prawdziwe, co jednak nie przeszkadzało jej w kontynuowaniu, gdyż sama idea bycia w centrum czyjegoś rozdarcia wydawała się jej w tym momencie zbyt kusząca, by ją porzucić.
— W Klanu Burzy na pewno będzie… inaczej — dodała po chwili, przeciągając ostatnie słowo z lekkim naciskiem, jakby smakowała je na języku — i chyba właśnie o to chodzi, prawda?
Jej ogon drgnął nerwowo, choć natychmiast spróbowała zamienić ten gest w coś bardziej naturalnego, bardziej kontrolowanego, jakby nawet jej własne emocje musiały przejść przez drobną selekcję, zanim mogły zostać pokazane światu, który — w jej oczach — zawsze powinien reagować na nią w odpowiedni sposób.
Mordogończyk milczał dłużej, niż by tego chciała, a to milczenie zaczynało w niej powoli narastać jak niewygodne echo, którego nie dało się już łatwo zagłuszyć, dlatego też uniosła lekko głowę, jakby próbowała wymusić na nim odpowiedź samą swoją obecnością, wciąż jednak utrzymując na pysku wyraz ciepła, który bardziej przypominał starannie utrzymaną maskę niż spontaniczną emocję.
— Powiedz coś — dodała ciszej, choć w tej ciszy kryło się więcej nacisku, niż mogłoby się wydawać — nie możesz się tak po prostu zamknąć, kiedy ja… kiedy ja zaraz odchodzę!
— Ja uh… Łzo, jeszcze nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć. Zostało jeszcze kilka wschodów słońca i zupełnie się od siebie odzielimy. To takie dziwne…
Z jej pyska wydobyło się przelotne westchnięcie.
— Nie martw się, serio! Dalej łączy nas wspólna krew czy coś w tym stylu. I na pewno będziemy mogli się odwiedzać!

Dzień odejścia do Klanu Burzy…

Poranek nadszedł szybciej, niż Łza byłaby skłonna przyznać, choć przez ostatnie dni wydawało jej się, że właśnie na niego czeka, odliczając kolejne wschody słońca z mieszaniną ekscytacji i niecierpliwości, która nie pozwalała jej zbyt długo skupiać się na czymkolwiek innym. Powietrze było chłodne, a wilgoć osiadająca na trawie sprawiała, że cały Owocowy Las zdawał się jeszcze pogrążony w półśnie, jakby świat nie zdążył w pełni obudzić się do życia, podczas gdy ona od samego świtu czuła w sobie napięcie zbyt silne, by pozwoliło jej choć przez chwilę pozostać spokojną.
Dzisiaj miała odejść.
Myśl ta wracała do niej raz za razem, za każdym razem wywołując podobny dreszcz emocji, który przebiegał przez jej ciało i pozostawiał po sobie przyjemne uczucie lekkości. Słyszała o Klanie Burzy jedynie z opowieści Purchawki, wyobrażając sobie miejsce, którego nigdy nie widziała, koty, których nie znała, oraz życie, które czekało na nią gdzieś daleko poza granicami wszystkiego, co było jej dotąd znane. Teraz jednak wizje przestawały być wyobrażeniami, a zaczynały stawać się rzeczywistością.
Nie potrafiła ukryć zadowolenia.
Wierciła się w swoim małym posłanku już od dłuższej chwili, co jakiś czas zerkając w stronę Zewa, Mordogończyka, Pisanki oraz Purchawki, ponieważ choć doskonale wiedziała, że nic nie przyspieszy nadejścia momentu wymarszu, nie potrafiła powstrzymać się od ciągłego sprawdzania, czy aby na pewno niczego nie przegapiła. Każda kolejna chwila zdawała się płynąć wolniej niż zwykle, a oczekiwanie, które przez ostatnie dni wydawało jej się przyjemne i ekscytujące, zaczynało stopniowo zamieniać się w napięcie tak silne, że trudno było jej usiedzieć spokojnie w jednym miejscu.
Szum liści wydawał się tego dnia niezwykle cichy i łagodny, jakby cały Owocowy Las pogrążony był w spokojnym, niezmiennym rytmie, który trwał niezależnie od tego, co działo się w sercach jego mieszkańców. Dla Łzy ten spokój wydawał się wręcz dziwny, ponieważ jej własne myśli nie potrafiły zatrzymać się choćby na chwilę, a serce biło szybciej z każdą kolejną minutą, nieustannie przypominając jej, że dzień, na który czekała od tak dawna, wreszcie nadszedł.
Podczas gdy inne koty zajmowały się codziennymi obowiązkami, rozmawiały ze sobą lub zwyczajnie rozpoczynały kolejny poranek, ona miała wrażenie, że cały świat powinien wyglądać inaczej, ponieważ opuszczenie miejsca, w którym spędziła całe swoje życie, wydawało się wydarzeniem zbyt wielkim, by mogło odbywać się pośród tak zwyczajnej codzienności.
— Łezko, pora na nas.
Miękkie miauknięcie Purchawki wyrwało ją z zamyślenia tak skutecznie, że przez krótką chwilę jedynie wpatrywała się w matkę, próbując uporządkować wszystkie emocje, które nagle ścisnęły ją gdzieś pod żebrami. Dopiero po chwili skinęła głową i przeciągnęła się leniwie, choć w rzeczywistości była gotowa opuścić żłobek już znacznie wcześniej, a następnie ruszyła za dymną kotką, instynktownie trzymając się blisko jej boku.
Kiedy opuszczali obozowisko, zauważyła kilka spojrzeń skierowanych w swoją stronę, przez co niemal odruchowo uniosła głowę nieco wyżej. Nie potrafiła stwierdzić, czy koty rzeczywiście zwracały na nią większą uwagę, czy też jedynie chciała w to wierzyć, jednak sama świadomość, że ktoś może obserwować jej odejście, była zaskakująco przyjemna. Przez moment wyobraziła sobie, że jeszcze przez jakiś czas będą o niej rozmawiać, wspominać ją albo zastanawiać się, jak radzi sobie w nowym miejscu, a myśl ta wywołała w niej subtelne uczucie satysfakcji.
W wędrówce towarzyszył im jeden z wojowników Owocowego Lasu.
Im dalej odchodzili od obozu, tym bardziej znajome widoki zaczynały ustępować miejsca kolejnym fragmentom lasu. Początkowo przyglądała się wszystkiemu z zainteresowaniem — każda ścieżka prowadząca poza granice codziennego świata wydawała się obietnicą czegoś nowego. Jednak z czasem kolejne drzewa, krzewy i splątane korzenie zaczęły zlewać się w jeden, powtarzalny krajobraz, który nie był w stanie utrzymać jej uwagi na długo.
Nie wynikało to jednak z braku ciekawości wobec otoczenia, lecz raczej z tego, że jej myśli nieustannie wybiegały znacznie dalej niż sięgał wzrok. Choć las rozciągał się wokół niej ze wszystkimi swoimi zapachami i dźwiękami, ona coraz częściej widziała przed sobą coś zupełnie innego — obozowisko Klanu Burzy, którego nigdy wcześniej nie oglądała, a które przez ostatnie dni zdążyło urosnąć w jej wyobraźni do rozmiarów miejsca niemal niezwykłego.
Wszystkie opowieści Purchawki powracały do niej teraz z nową siłą, przez co coraz łatwiej było jej wyobrażać sobie wojowników, których miała poznać, ścieżki, po których będzie biegać, oraz życie, które już niedługo miało stać się jej własnym. Zastanawiała się, czy szybko odnajdzie się pośród nowych kotów i czy uda jej się sprawić, że zostanie zauważona, ponieważ wizja rozpoczęcia wszystkiego od początku była równie ekscytująca, co kusząca.
Najczęściej jednak jej myśli wracały do ojca, którego znała wyłącznie z opowieści i wyobrażeń. Próbowała odgadnąć, jaki okaże się naprawdę, czy będzie podobny do obrazu stworzonego przez jej dziecięcą wyobraźnię oraz czy ich spotkanie okaże się równie ważne, jak wydawało jej się przez wszystkie te księżyce. Im dłużej o tym myślała, tym trudniej było jej skupić się na czymkolwiek innym — świadomość, że z każdym krokiem zbliża się do chwili, która przez tak długi czas istniała wyłącznie w jej głowie, sprawiała, że cała reszta stopniowo traciła na znaczeniu.
Zatrzymali się na moment, a wojownik, który wcześniej im towarzyszył zawrócił, najpewniej z powrotem do obozu.
Po przeprawieniu się przez długie, ciemne przejście, które ciągnęło się przed nimi niczym nierówna wstęga przecinająca krajobraz, a którego powierzchnię znaczyły krótkie, blade pasy przypominające ślady pozostawione przez coś ogromnego i niezrozumiałego, Łza poczuła, jak w nozdrza uderza jej nowy zapach. Był ostry, cięższy od woni lasu i zupełnie niepodobny do czegokolwiek, co znała z Owocowego Lasu. Mieszało się w nim tyle różnych nut, że przez chwilę nie potrafiła nawet określić, co właściwie czuje — właściwie zaraz obok wilgoci ziemi i roślin kryło się tam coś obcego i niepokojąco intensywnego.
Zmarszczyła lekko nos, próbując oswoić się z tą wonią, po czym uniosła głowę i spojrzała na towarzyszące jej koty.
— Czy tak pachnie Klan Burzy? — zapytała, a w jej głosie pobrzmiewała ciekawość silniejsza od ostrożności.
— Najwyraźniej — odpowiedział Zew, który również rozglądał się wokół z wyraźnym zainteresowaniem.
Purchawka skinęła krótko głową, a na jej pysku pojawił się cień uśmiechu, jakby sama pamiętała jeszcze pierwszą chwilę, w której zetknęła się z tym zapachem.
— Już niedługo będziemy na miejscu.
Słowa matki sprawiły, że serce Łzy zabiło szybciej.
Od tej chwili każdy krok wydawał się ważniejszy od poprzedniego, ponieważ świadomość, że cel podróży znajduje się już tak blisko, nie pozwalała jej myśleć o niczym innym. Jej spojrzenie nieustannie uciekało naprzód, jakby liczyła na to, że zza kolejnego zakrętu wyłoni się wreszcie obozowisko.
Z daleka dostrzegła kamienną strukturę, która natychmiast przyciągnęła jej uwagę, ponieważ nie przypominała niczego, co widywała wcześniej w Owocowym Lesie. Wznosiła się ponad otoczeniem ciężka i nieruchoma, a jej poszarpane krawędzie odcinały się od nieba w sposób, który sprawiał, że wyglądała niemal obco na tle znanego jej świata. Przez krótką chwilę nie potrafiła oderwać od niej wzroku, gdyż instynktownie uznała, że właśnie tam musi znajdować się miejsce, do którego zmierzali.
Im bardziej się zbliżali, tym silniejsze stawało się jej przekonanie, że podróż rzeczywiście dobiega końca, a wszystkie wyobrażenia, które przez cały ten czas budowała w swojej głowie, za moment przestaną być wyłącznie wyobrażeniami.
Nie zauważyła nawet chwili, w której zaczęła przyspieszać.
Jej łapy same stawiały kroki coraz szybciej, jakby ciało próbowało nadrobić dystans, który umysł pokonał już dawno temu. Zew najwyraźniej odczuwał coś podobnego, ponieważ również zaczął dreptać żwawiej, od czasu do czasu spoglądając przed siebie z rosnącym zainteresowaniem. Jedynie Purchawka zachowywała spokojniejsze tempo, choć nie pozostawała na tyle daleko, by choć przez moment stracić ich z oczu.
Kiedy w końcu przeszli przez wejście prowadzące do obozowiska, Łza niemal natychmiast poczuła, jak znajoma już woń uderza ją ze zdwojoną siłą. Teraz nie była jedynie odległym zapachem unoszącym się na wietrze, lecz czymś obecnym wszędzie wokół niej. W nozdrza wdzierały się ślady dziesiątek różnych kotów, wilgotnego kamienia, ziemi oraz wszystkiego tego, co składało się na życie klanu, którego jeszcze nie znała.
Zatrzymała się na moment.
Jej spojrzenie przesuwało się od jednej sylwetki do drugiej, chłonąc każdy szczegół z niemal zachłanną ciekawością. Wojownicy, uczniowie i starszyzna wydawali się zajęci własnymi sprawami, jednak wielu z nich zwróciło głowy w stronę przybyszów. Kilka spojrzeń zatrzymało się na niej dłużej, inne jedynie musnęły ją przelotnie, lecz nawet to wystarczyło, by poczuła przyjemne ukłucie satysfakcji.
Była nowa.
A nowość zawsze przyciągała uwagę.
Po chwili z głębi obozowiska wyłonił się wysoki kocur o niezwykle ciemnym futrze. Poruszał się pewnie, a koty znajdujące się w pobliżu zdawały się mimowolnie ustępować mu miejsca, jakby jego obecność miała własny ciężar. Łza przyglądała mu się uważnie, a im bardziej się zbliżał, tym trudniej było jej ignorować podobieństwa, które zaczynała dostrzegać.
Wydawał się niezwykle podobny do Zewa, i trochę do niej samej…
Jej serce przyspieszyło.
To musiał być on.
Kocur podszedł do Purchawki, a następnie zaczął z nią rozmawiać.
Przez krótką chwilę miała ochotę natychmiast podejść bliżej, odezwać się albo zrobić cokolwiek, co sprawiłoby, że zwróci na nią uwagę szybciej. Powstrzymała się jednak, choć kosztowało ją to więcej wysiłku, niż chciałaby przyznać.
Zamiast tego usiadła spokojnie obok Zewa i pozwoliła, by rozmowa toczyła się bez jej udziału.
Po raz pierwszy od bardzo dawna nie chciała być tą, która musi zabiegać o zainteresowanie.
Nie chciała zaczynać rozmowy, przedstawiać się ani przypominać o swoim istnieniu.
Siedziała więc w milczeniu, obserwując wysokiego kocura z niemal dziecięcą uwagą, podczas gdy w jej wnętrzu rosło ciche oczekiwanie, którego nie potrafiła już ukryć nawet przed samą sobą.
Tym razem chciała poczuć coś zupełnie innego.
Chciała przekonać się, jak to jest być kimś, na kogo ktoś patrzy z własnej potrzeby. Kimś, kogo dostrzega się od razu. Kimś, kogo nie da się przeoczyć.
Nim jednak ciemny kocur zdążył skupić na niej większą uwagę, jej spojrzenie przyciągnął ruch po lewej stronie, gdzie dwójka wojowników zaczęła zbliżać się w ich kierunku z tą pewnością, która zdradzała, że ich obecność w tym miejscu nie była przypadkowa, lecz wynikała z jasno określonego celu.
— Cyklonowe Oko, Śnieżycowa Chmuro — miauknął kocur, który wcześniej rozmawiał z Purchawką, a jego głos przeciął przestrzeń spokojem, który nie pozostawiał miejsca na wątpliwości. — Zaprowadźcie tę dwójkę do żłobka, proszę.
Słowa, choć wypowiedziane bez nacisku, rozlały się w jej świadomości z nieprzyjemną wyrazistością, jakby nagle zmieniły ciężar całej sytuacji, przesuwając ją w kierunku, którego w ogóle nie brała pod uwagę.
Zew, który jeszcze chwilę wcześniej stał obok niej, spojrzał na przywołanych wojowników z krótkim wahaniem, po czym ruszył za nimi bez słowa sprzeciwu, jakby uznał, że wszystko przebiega dokładnie tak, jak powinno, a jego sylwetka szybko zaczęła oddalać się w wraz z kotką o imieniu “Śnieżycowa Chmura”.
Łza przez moment patrzyła za nim, jakby próbowała znaleźć w jego ruchach jakiekolwiek potwierdzenie, że sama powinna zrobić to samo, lecz zamiast tego poczuła, jak w jej wnętrzu narasta napięcie, które nie miało jeszcze konkretnej formy, choć już zaczynało domagać się reakcji.
Cyklonowe Oko zatrzymał się przed nią, a jego spojrzenie spoczęło na niej z krótkim, naturalnym zaskoczeniem, gdy okazało się, że nie podążyła za nim tak jak Zew z Śnieżycą, jakby jej bezruch sam w sobie stanowił element wymagający rozwiązania.
Przez chwilę nikt się nie poruszył, a przestrzeń między nimi wypełniła się ciszą, która wydawała się gęstsza niż wcześniejsze rozmowy, jakby cały obóz na moment zwolnił tylko po to, by przyjrzeć się tej jednej, nieruchomej sylwetce.
Cyklonowe Oko podszedł bliżej, a jego ruch był spokojny i pozbawiony pośpiechu, po czym delikatnie musnął jej kark, w geście bardziej przypominającym prowadzenie niż przymus, jakby zakładał, że wystarczy drobne przesunięcie, by wszystko wróciło na właściwe miejsce.
W tym momencie coś w Łzie pękło w sposób cichy, lecz wyraźny, jakby cały obraz tej chwili nagle przestał zgadzać się z tym, co nosiła w sobie od dawna, a zamiast oczekiwanego początku pojawiło się coś, co przypominało odsunięcie na bok.
Zamiast podążyć za dotykiem, wyrwała się gwałtownie, a jej małe ciało przeszło w ruch szybki i nie do końca kontrolowany, przecinając przestrzeń między wojownikami, zanim ktokolwiek zdążył zareagować w pełni.
Zatrzymała się dopiero przy ciemnym kocurze, niemal wpadając na jego przednią łapę, po czym uniosła głowę wysoko, wpatrując się w niego z intensywnością, która w jej wieku była jednocześnie szczera i całkowicie nieproporcjonalna do sytuacji, jakby cała dotychczasowa podróż skupiła się w jednym punkcie.
Ciemny kocur nie odsunął się, a jego spojrzenie zatrzymało się na niej spokojnie, bez pośpiechu, jakby oceniał nie jej wybryk, lecz raczej to, co za nim stoi.
— No proszę — odezwał się w końcu, głosem równym, pozbawionym złości, bardziej zaciekawionym niż surowym. — Pierwszy dzień i już próbujesz ustalać własne zasady.
Łza uniosła podbródek jeszcze wyżej, jakby chciała w ten sposób utrzymać swoją obecność w tej rozmowie, która wymykała się jej spod kontroli szybciej, niż by chciała.
— Ja nie chciałam z nim iść — wyrzuciła z siebie, wskazując ogonem w stronę dwójki wojowników, która wciąż na nią czekała. — Ja chciałam… tutaj.
Ciemny kocur mrugnął powoli.
— „Tutaj” — powtórzył, jakby sprawdzał brzmienie słowa. — A gdzie dokładnie jest „tutaj”, według ciebie?
Łza zawahała się tylko na uderzenie serca, po czym jej spojrzenie znów skupiło się na nim z intensywnością, która nie pasowała do jej wieku.
— Przy tobie — odpowiedziała bez wahania, po czym natychmiast dodała, jakby sama się zaskoczyła własną szczerością. — Bo jesteś… no, ważny.
Przez krótką chwilę w jego spojrzeniu pojawiło się coś trudniejszego do odczytania, jakby nie tyle zaskoczenie, co ostrożna uwaga, którą rzadko pozwalał sobie okazywać tak otwarcie.
— Ważny — powtórzył cicho. — To bardzo pojemne słowo.
Łza poruszyła ogonem, coraz bardziej niecierpliwie, bo rozmowa wciąż nie szła tam, gdzie chciała.
— Dobra, to powiem inaczej — wypaliła szybciej, jakby bała się, że straci moment. — Czy ty jesteś moim ojcem?
Wokół nich na moment coś się zmieniło, choć nikt nie zareagował wprost. Kilka kotów w pobliżu poruszyło uszami, ktoś zatrzymał krok, lecz większość wciąż udawała, że nie słucha.
Ciemny kocur nie odpowiedział od razu.
Jego wzrok przesunął się po niej wolniej, jakby ta jedna kwestia wymagała więcej miejsca niż cała reszta dotychczasowej rozmowy.
— A skąd to pytanie? — zapytał w końcu spokojnie.
Łza zmarszczyła nos, wyraźnie niezadowolona z odpowiedzi, której nie dostała.
— Bo… Wyglądasz trochę jak Zew albo, no, ja. I chyba po prostu sprawiasz takie wrażenie…
Przez chwilę milczała, po czym dodała ciszej, choć nadal z uporem:
— Więc chyba powinieneś być.
Ciemny kocur zamknął na moment oczy, jakby ważył nie samą odpowiedź, lecz sposób jej podania.
Kiedy je znów otworzył, jego głos był spokojny, ale bardziej konkretny niż wcześniej.
— Tak — powiedział w końcu. — Jestem.
Łza znieruchomiała na ułamek sekundy, jakby sprawdzała, czy to naprawdę padło.
— Ale — dodał zaraz, zanim jej emocje zdążyły się rozpędzić. — to nie zmienia tego, co powiedziałem wcześniej.
Przechylił lekko głowę, wciąż patrząc na nią uważnie.
— Do żłobka i tak pójdziesz.
Przez moment milczała, zastanawiając się nad tym, co zrobić, a w tym krótkim zawieszeniu między decyzją a instynktem czuła jeszcze ciepło własnego zawahania, które szybko zostało przerwane, kiedy Cyklon rzeczywiście przesunął się bliżej i bez większej delikatności, lecz też bez złej intencji, chwycił ją za kark, unosząc jej ciało w sposób stanowczy, lecz lekko rutynowy.
Zwisała więc w jego uchwycie, obserwując z tej nieco wyższej, ograniczonej perspektywy sylwetkę kocura, który wrócił do rozmowy z Purchawką. Westchnęła. Więc… Była tu. Na miejscu. W nowym domu.

Nowy członek Pustki!

Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: Otrucie przez Wiciokrzewa nasionami naparstnicy

Odszedł do Pustki!

Od Wiciokrzewu CD. Smugi

— Wiciokrzewie, masz chwilę? — spytał Smuga na wstępie i dopiero po chwili przywitał się skinieniem głowy z dwójką uczniów. Liliowy miał teraz na głowie szkolenie ich obu, gdyż Purchawka przez jakiś czas miała jeszcze przebywać w żłobku ze swoimi nowo narodzonymi dziećmi.
Czuł, że ostatnio obowiązki coraz bardziej go przygniatają. Zdawało mu się też, że czasem myli zioła albo zapomina o ich zastosowaniu. Tłumaczył to sobie zmęczeniem i szedł dalej, ale z tyłu głowy obawiał się, że kiedyś przez swój stan popełni błąd, przez który komuś stanie się krzywda. Mimo że te obawy nieustannie mu towarzyszyły, w ogóle nie miał odwagi podzielić się nimi z kimkolwiek innym. Bał się stracić posadę uzdrowiciela. Bał się, że jeśli powiedziałby komuś o swoim samopoczuciu, uznaliby go za niezdatnego do pełnienia swojej funkcji i zdegradowali do starszyzny. Nie chciał takiego losu — nie po tym, jak bardzo się natrudził, by znaleźć się w tym miejscu. Zbyt wiele stracił, by tak wcześnie odchodzić na emeryturę.
Po chwili zdał sobie sprawę, że nie odpowiedział Smudze. Zamrugał kilka razy, a potem posłał kocurowi słaby, przepraszający uśmiech.
— O-oczywiście, że mam — odparł, poruszając delikatnie wibrysami.
Czekoladowy wszedł głębiej do lecznicy, po czym przysiadł przed Wiciokrzewem.
— To świetnie, bo akurat chciałem poprosić o coś na ból głowy — mruknął, spoglądając na uzdrowiciela proszącym wzrokiem.
Wiciokrzew od razu skinął głową i sięgnął do składzika po liście malin, które następnie podał Smudze. Czekoladowy wojownik podziękował mu za pomoc i opuścił lecznicę.

* * *

Teraźniejszość

TW: Śmierć

Purchawka wciąż jeszcze zajmowała się swoimi pociechami w żłobku. Liliowy miał nawet okazję odwiedzić je i się im przyjrzeć. Znał ich imiona — Łza, Modrogończyk, Psianka i Zew. Wiedział także, że dwójka z nich już niedługo zostanie oddana do Klanu Burzy i zastanawiał się nad tym, czy ta sytuacja wpłynie jakkolwiek na Purchawkę. Kotka z całą pewnością kochała swoje potomstwo równie mocno, więc na pewno będzie jej smutno z powodu rozstania. Wiciokrzew miał nadzieję, że czarnofutra nie załamie się jednak i wciąż będzie w stanie pełnić funkcję szamanki. Pręgowany tylko odliczał dni do tego, aż Purchawka w końcu powróci do lecznicy i będzie pomagać kotom u jego boku. Miał też nadzieję, że może szamanka pomoże mu z treningiem Gołąbka, bo powoli szkolenie młodziaka zaczynało się dla niego robić męczące i zbyt ciężkie do udźwignięcia. Nie, żeby miał jakieś zażalenia wobec burego; po prostu nie był obecnie w najlepszym momencie swojego życia i wolałby nie mieć treningów na głowie.
Układał właśnie zioła w składziku, gdy jego uwagę zwróciły odgłosy kroków. Odwrócił głowę w tył, a jego oczom ukazała się szylkretowa kotka — Dereńka. Kuśtykała nieznacznie, a w jej oczach iskrzył niepokój, choć starała się go zamaskować uśmiechem.
— Cześć, Wiciokrzewie… — przywitała się z liliowym, widząc, że na nią spogląda. — Pewnie już zauważyłeś, że zrobiłam sobie coś z barkiem. Mam nadzieję, że to nic poważnego… — dodała, przechylając delikatnie głowę.
Pręgowany podszedł do Dereńki, a następnie dokładnie ją obejrzał. Gdy doszedł do wniosku, że bark kotki jest wybity, nastawił go, a następnie wziął ze składziku liście wierzby i dał je Dereńce na uśmierzenie bólu.
— Dziękuję ci — mruknęła szylkretka, jedną łapą będąc już poza lecznicą. — Poza tym słyszałam, że Lis skarżył się na ból brzucha. Chyba powinieneś pójść to sprawdzić… — doradziła mu, po czym zniknęła w promieniach słońca.
Faktycznie, dawno nie odwiedzał legowiska starszyzny, a niektórzy z nich nie byli w stanie tak sprawnie dojść do lecznicy. Nie wiedział, czemu tak odwlekał wizytę tam, choć… chyba miał pewne podejrzenia. Odkąd odbył tam rozmowę z Rokitnikiem i dowiedział się o losie Osetka, unikał legowiska starszyzny jak ognia. Sam nawet nie wiedział dlaczego, skoro nie było już w nim nikogo, kogo Wiciokrzew by się obawiał.
Uzdrowiciel zabrał ze składziku kilka ziół, które uważał, że mogą się przydać przy objawach Lisa, i prędko wybył z lecznicy, kierując się w stronę legowiska starszyzny. Nim jednak do niego wszedł, zatrzymał się w progu, czując, jak jego żołądek wywija fikołka. Momentalnie zrobiło mu się niedobrze, a przed oczami pojawiły się mroczki. Mimo to zmusił się do wejścia do środka i cichego przywitania się ze starszymi.
Skierował się w stronę rudej sylwetki, która kiwała się na boki.
— Sły-słyszałem, że bo-boli… cię… — wydukał, po czym zacisnął szczęki, starając się uspokoić.
Widział, że Lis zaczął coś do niego mówić, ale słowa wlatywały mu do głowy jednym uchem, a wylatywały drugim. W końcu Wiciokrzew uśmiechnął się tylko i podał rudemu trybulę, gdyż z tego, co zrozumiał, cierpiał on na niestrawność. Po tym zabrał swoje zapasy i wrócił do legowiska medyków.
Odłożył wszystko na miejsce i już chciał się kłaść, ponieważ jego zawroty głowy wciąż nie ustały, lecz do lecznicy wszedł kolejny kot. Tym razem była to bura zwiadowczyni — Jeżyna. Wyglądała na trochę zmęczoną, jej oczy były poniekąd nieobecne, a oddechy ciężkie.
— Wiciokrzewie… strasznie pali mnie w gardle — wyznała, siadając w końcu niedaleko wyjścia z lecznicy, jakby nie miała już więcej siły, by ustać. — Nie piłam nic od dłuższego czasu, a teraz jest tak ciepło, że chyba nie dam rady sama dojść do wodopoju… — dodała, kładąc po sobie uszy.
Liliowy zwrócił wzrok w stronę Mistral i Gołąbka, którzy odpoczywali na swoich posłaniach.
— H-hej… — mruknął do nich, zwracając na siebie ich uwagę. — Za-zaprowadzicie Jeżynę do rze-rzeki? Jest od-odwodniona, tak będzie naj-najszybciej — polecił.
Białofutra zielarka wraz z burym uczniem od razu zerwali się z posłań i wyprowadzili zwiadowczynię z lecznicy, udając się do wyjścia z azylu. Wiciokrzew odetchnął z ulgą, myśląc, że tym razem już uda mu się położyć i zasnąć, by odzyskać siły.
Jednak, och, jak bardzo się mylił…
Los bardzo chciał powstrzymać go od zaśnięcia, dlatego też zesłał mu do lecznicy Smugę. Liliowy czuł się już strasznie przytłoczony wszystkim, co wydarzyło się w przeciągu ostatnich minut, i najchętniej wygoniłby czekoladowego, ale na uzdrowiciela tak nie przystało, dlatego też wziął głęboki wdech i podszedł do kocura.
— Co takiego spro-sprowadza cię dziś do le-lecznicy? — zapytał, czując, jak piecze go pod skórą. Nie wiedział, czemu jego samopoczucie tak bardzo się pogorszyło przez tę chwilę, ale nie miał czasu na przemyślenia.
— Od kilku nocy cierpię na bezsenność, więc przyszedłem poprosić o kilka nasion maku — wyznał od razu.
Zielonooki nie miał nawet siły zastanawiać się nad tym, czy Smuga mówił prawdę, czy może kłamał. Zresztą, czemu miałby kłamać? Poza tym nasiona maku jeszcze nikomu nie zaszkodziły. Przynajmniej w zdrowych ilościach.
Właśnie dlatego uzdrowiciel sięgnął szybko po kilka czarnych nasion ze składziku i prędko wręczył je czekoladowemu, nie zerkając na nie nawet porządnie. Wojownik uśmiechnął się i od razu wziął do pyska przyniesione przez liliowego zioło.
Dużo… zioła.
Po chwili Smuga podziękował, odwrócił się i opuścił lecznicę.
Gdy znikał w wyjściu, obraz przed oczami Wiciokrzewa zawirował, a serce zaczęło mu bić na tyle mocno, że myślał, iż zaraz roztrzaska mu żebra i wyrwie się na zewnątrz. Zielonooki przeniósł wzrok na ziemię.
Czarne nasiona. Podobne do maku. Bardzo… podobne. Ale czy na pewno nim były? Kilka z nich wciąż leżało na podłodze lecznicy, sprawiając, że liliowy zaczął odczuwać silny niepokój.
Nie wiedział nawet, ile tak stał, wpatrując się tępo w nasiona. Z tego transu wyrwały go jednak wrzaski dobiegające z zewnątrz. Były pełne przerażenia i szoku. Wstrząsnęły ciałem uzdrowiciela, który wyrwał się z lecznicy, dokładnie tak, jakby ktoś przyłożył mu do skóry rozżarzony kamień. Wybiegając na środek azylu, zaczął rozglądać się dookoła, a wtedy dostrzegł Purpurę, który ciągnął ciało Smugi za skórę na karku.
Uzdrowiciel skupił wzrok na czekoladowym. Dostrzegł jego zabrudzony od wymiocin pysk, a także nieobecne spojrzenie uciekające gdzieś w dal. Wyglądał słabo, naprawdę słabo. Jakby od śmierci dzieliło go zaledwie kilka uderzeń serca.
— Wiciokrzewie, szybko, zrób coś! — krzyknął któryś z kotów.
Pręgowany chciał się poruszyć, ale nie był w stanie. Wciąż miał wzrok utkwiony w pysku Smugi, podczas gdy trybiki w jego głowie zaczynały powoli pracować.
Wkrótce do azylu wtargnęli Mistral i Gołąbek, zaalarmowani wrzaskami swoich pobratymców. Podbiegli do uzdrowiciela, zapewne wypytując go o całe zdarzenie. Liliowy wciąż jednak stał zagubiony i skonfundowany. W końcu białofutra zielarka syknęła coś sfrustrowana i pobiegła do lecznicy. Bury uczeń natomiast odprowadził Wiciokrzewa na ubocze azylu, widząc, że próby komunikacji z nim szły na marne.
W międzyczasie ciało Smugi zostało otoczone przez tłum przerażonych kotów.

* * *

Uzdrowiciel leżał na swoim posłaniu, zwinięty w ciasny kłębek. Czuł, że miał tyle spraw do przemyślenia, a mimo wszystko w jego głowie panowała kompletna pustka. Jakby była zasnuta mgłą. Jednocześnie miał wrażenie, że w lecznicy z jakiegoś powodu panuje napięta atmosfera. Znajdowali się w niej Mistral, a także Gołąbek i, o dziwo, Purchawka. Nad czymś się zastanawiali, lecz po jakimś czasie ich głosy ucichły, a zamiast tego do uszu liliowego doszły dźwięki zbliżających się kroków.
— Wiciokrzewie… — odezwała się Mistral.
Pręgowany drgnął nieznacznie i ociężale podniósł głowę.
— Co się stało wczoraj, w obozie? Dlaczego stałeś w bezruchu? Czy wiesz, że Smuga zmarł? — zaczęła go wypytywać ze zmarszczonymi brwiami. — Wciąż nie jesteśmy pewni, co takiego spowodowało jego nagłą śmierć, ale myślimy, że mógł się czymś zatruć. Jesteś uzdrowicielem; wiesz dobrze, że w takich przypadkach liczy się czas reakcji — dodała, próbując ukryć swój oskarżycielski ton, lecz z marnym skutkiem.
Uzdrowiciel zmrużył ślepia i położył uszy po sobie.
— W-wiem… — wydukał, po czym zwiesił głowę. — To… j-ja go… o-otrułem… — dodał, a mięśnie w jego ciele spięły się z nerwów.
— Co? Co… co ty wygadujesz? — oburzyła się Mistral. — Otrułeś go? Niby jak? Czym? Dlaczego? — drążyła, wyraźnie wstrząśnięta.
— P-przypadkiem… Ja… nie c-chciałem… — Jego głos łamał się co drugie słowo, a każde zdanie z coraz większym trudem opuszczało pysk. — Mia-miałem mu po-podać nasiona… m-maku…

Przepraszam, Smugo…

Wyleczeni: Dereńka, Lis, Jeżyna

Od Bursztynowej Łapy

 Gnał zadowolony przed siebie, zostawiając swoją siostrę gdzieś w tyle. Z początku co prawda to ona była szybsza na wspólnych treningach, pewnie z powodu większego wyćwiczenia mięśni, jednak szybko ją nadgonił. Aż dziw, ile wytrzymałości i uporu znajdowało się w tym małym ciele. Zerknął okiem w tył by zobaczyć, jak daleko się znajduje a gdy dostrzegł postacie trójki kotów biegnące bliżej niż by się spodziewał, przyspieszył krzycząc przy tym jak pomyleniec, na pewno płosząc jednocześnie zwierzynę. Ale cóż mógł na to poradzić, to był krzyk bojowy który na pewno miał znaczenie w nabieraniu prędkości! Szkoda tylko, że nie mógł zobaczyć jak psyki dwóch dreptających za nim mentorów rzedną. 
- Nie oddalaj się! - głos Poczciwego Szakłaka gdzieś rozległ się w tyle jego uszu, chociaż został zignorowany, ku niezadowoleniu starszego. W końcu kto by młodego powstrzymał! Jakiś mentor? Ha! Nie ma szans. W odpowiedzi zaryczał jeszcze głośniej, gardząc niemal powietrzem i potrzebną inhalacją, oczywiście wciąż przyspieszając, wyglądając przy tym jak mały pierd, albo inna nadzwyczaj irytująca mucha. Po dłuższej chwili jeśli tylko po drugiej stronie drogi grzmotu znajdował się jakiś owocowy kolega, mógłby dostrzec skołtunioną rudą kulkę.. lub też ją usłyszeć, gdy ta z poślizgiem zatrzymała się po drugiej stronie czarnej trasy. 
- Wygrałem! Ha, wy leszcze! - skoczył zadowolony, przypominając sobie nagle o oddychaniu i dusząc się przez chwilę, walcząc ze swoim największym wrogiem - własnym organizmem. Głupie płuca, gdyby były bardziej pojemne i tak nie piekły, to życie stałoby się piękniejsze i o wiele łatwiejsze. W końcu po co im tlen? Gdyby były silne, to nie potrzebowałyby tlenu, a to czyniłoby też Bursztyna silniejszym. Oczywiście, nie, żeby był słaby... ale już wiedział, że na ten moment nie przezwycięży konieczności oddychania. Rozumie się, dowiedział się z autopsji. I pewnie dalej by się dusił i walił łapą w płuco by przestało dramatyzować, gdyby nie jakiś obcy kształt majaczący przy drodze. I to nie byle jaki! Miał cztery łapy, ogon, uszy... i na pewno nie należał do Klanu Burzy. Może do Owocowego Lasu? Bo na pewno nie był po swojej stronie granicy! I się gapił! 
- Jo, czego strzępisz gały, co?! - zawołał mały wojownik w stronę obcego, wypinając dumnie swoją lichą pierś. - Kota nigdy nie widziałeś, dziwaku? Co? Skaczesz? No dawaj, dawaj na solo smrodzie! - bury pręgus zerknął na ucznia z zainteresowaniem, a gdy zaczął się zbliżać, coś się zakołysało i zabrzęczało. Dopiero wtedy do Bursztynowej Łapy dotarło, że obcy obwieszony był śmiesznymi rzeczami, których nigdy wcześniej na oczy nie widział. I najwidoczniej nie dane mu było się im bliżej tego dnia przyjrzeć, bo tamten po chwili zatrzymał się i drgnął, stawiając uszy na alarm, już po chwili odwracając się i gnając na drugą stronę rzeki po dziwnej kładce, znikając całkiem. 
- Ha! Tchórz! - zawołał za nim mały smród, oglądając się w tym momencie na Żywiczną Łapę, która dobiegła cała zziajana i stanęła obok. - Widziałaś Żywica, jak go przegoniłem? Tak gnał, że aż mu z łap dymiło! Widocznie przestraszył się tych MięśNi~
Kotka jedynie kiwnęła głową. 
- Obawiam się, że w tym wypadku był bardziej przerażony wizją dwóch dorosłych kocurów zmierzających w jego stronę - westchnął Oskrzydlony Ognik, rozwiewając dziecinną i nawiną wizję swojego siostrzeńca. 
- Zrobił ci coś? Rozmawiałeś z nim? - Poczciwy Szakłak zbliżył się o krok, próbując ocenić stan swojego niesfornego podopiecznego, który pokręcił głową. 
- Nuh-uh, no przecież uciekł to jak miałem rozmawiać nie? Z resztą ja bym się nie dał! By dostał w pysk, z wyskoku, rozbiegu i półobrotu! Ha! Tak o, po pysku pazurami! - zademonstrował swój zamach, w oczach dorosłych wyglądający niemal tak groźnie jak wyskakująca z futra randomowo w ciągu dnia pchła.
- Skoro nic ci nie jest, ze słuchem też w porządku, jak widać - zaczął spokojnie Poczciwy Szakłak, chociaż nie brzmiał na szczęśliwego. - To nie oddalaj się tak, szczególnie przy granicach! - westchnął, drgając ogonem. Z początku Bursztyn się skurczył i nic nie powiedział, ale gdy tylko mentor go minął i zaczęli wraz z drugim starszym iść przed siebie już nieco wolniej, ten zaraz się wyprostował i prychnął lekceważąco, zerkając na Żywicę. 
- Też mi coś, jakby mi się miało co stać. 
- Wiesz, myślę, że Poczciwy Szakłak ma rację, przecież ostatnio się tyle nieprzyjemnych rzeczy działo, że nawet dorośli boją się sami chodzić... 
- Ta? Ale ja się nie boję - burknął naburmuszony, nie rozumiejąc podejścia siostry i mentora. Zwyczajnie się nie znali. 

◂𓂃٭⋆☼⋆٭𓂃▹

- Ej, Szara Skóro! Ej, Szarak, ej... - dopadł do wojownika, gdy ten akurat drzemał sobie spokojnie, korzystając z marnych promieni słonecznych, próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Tylko nie w zwykły sposób, a za pomocą kijka, dźgając włochaty zad raz za razem, zastanawiając się, czy ten rozleniwiony bydlak wyglądający jakby wyjadł w nocy całą lodówkę jeszcze żyje. Ciężko go było w jakikolwiek sposób porównać do gwiezdnych dzieci jakie podobno spłodził (z każdym dniem Bursztyn coraz bardziej w to wątpił), które wyglądały jak magiczne kotki zesłane z samego nieba. A on... on śmierdział. I rudy nie chciał się niczym od niego zarazić. 
Od strony dźganej dupy doszło zirytowane i zmęczone westchnięcie. Widocznie udawanie śpiącego nie podziałało i rzeczywiście trzeba się było zintegrować z tym rudym paskudztwem. 
- Czego-... ekhm, potrzebujesz czegoś, Bursztynowa Łapo? - spytał Szara Skóra, unosząc się ospale i ciężko, zerkając nań spod ospałych powiek. - Dla ciebie Alba.
- Tak, panie starszy, słuchaj - w tłe dało się słyszeć markotne powtórzenie swojego starego imienia, z którym najwyraźniej nie mógł się rozstać - bo ty byłeś wśród tych tych, śmierdzących pieszczochów nie? Wśród włóczęgów? Tych co kradną? 
- Tak, przez jakiś czas żyłem wśród ludzi.. ale na pewno nie wśród samotników, których tak opisujesz - odpowiedział starszy z niezadowoleniem poruszając uszami. 
- No, więc wiesz pewnie, jak sobie z takimi poradzić, co? Może mają jakieś ukryte ruchy bitewne, albo super umiejętności, które wytworzone zostały w tym całym, jak mu tam, czarnym... szarym? Jakimśtam świecie! - Szary przez chwilę patrzył na młodzika oceniająco, zanim zabrał głos. Widocznie nie wiedział, czy strzępić sobie język czy wymyśleć jakąś szybką wymówkę, chociaż wyraźnie akurat to nie było dobrym pomysłem. Bursztyn bywał niezwykle dociekliwy i nie przyjmował byle jakiej za coś, co by go zaspokoiło. 
- O niczym takim nie wiem, z resztą, jak już wspomniałem, ja wiodłem życie wygodne wśród dwunożnych - i chyba już od dawna żałował, że tamtą miejscówkę opuścił. - To takie same koty, więc jedyne co mogły wykształcić, to pewnie mocniejsze opuszki, by łazić po tym paskudnym betonie na zewnątrz. 
- Aha, beton! Dobra, dzięki Szary Stary - podziękował oczywiście ładnie jak go uczono, zanim pomknął w stronę Żywicznej Łapy szykującej się do snu, by podzielić się nowiną o możliwie twardych opuszkach złych samotników. Nie wiedział jeszcze do czego mu będzie ta informacja potrzebna, ale na pewno będzie chciał wydoić z Alby tyle informacji, ile tylko się da. A wcześniej oczywiście, przygotuje się na starcie z jakimś paskudnym samotnikiem... taki był plan. 

<1102 słów>
[biegi długodystansowe]

[22% + 5%]

Od Wdzięcznej Firletki do Lśniącej Gwiazdy

Dzień przed zgromadzeniem…

Wytarła łapy o wilgotny mech. Ostatnie promienie słońca ledwo przebijały się przez mrok panujący wewnątrz wieży; ostre krańce kamiennych cegieł spowite miękkimi cieniami.
Odłożyła zaschnięte makówki na ich miejsce. Kątem oka zerknęła na leżącą na jednym z posłań Śpiewający Raniuszek, upewniając się, że zimny kompres z jej czoła nie obsuwa się. Nie była pewna, czy bezzsenność kotki związana była z wysokimi temperaturami w nocy, czy stresem, ale… Lepiej być przezornym.
Od śpiącej pacjentki jej uwagę odciągnął odgłos kroków, przenoszący się z wyższego piętra Kamiennej Wieży na dół, do lecznicy. Uniosła głowę, kątem oka łapiąc spojrzenie Zawodzącego Echa.
Wraz z pojawieniem się zastępcy atmosfera w legowisku zgęstniała. Była wręcz w stanie zobaczyć zmartwienia czepiające się futra kocura.
— Zawodzące Echo?
Ślipia zastępcy zastrzymały się na chwilę na śpiącej sylwetce w rogu lecznicy, zanim ten potrząsnął głową i z westchnieniem zsunął się ze schodków.
— Martwię się.
Uniosła brew.
— Martwię się o to, co powiedział mi Gasnąca Łapa — doprecyzował z grymasem na pysku.
Ah. Przywołała w myślach obraz świeżo-przyjętego ucznia. Rzeczywiście, i Echo, i Wędrujące Niebo, wspominali coś wcześniej o monologu, który kocur wygłosił zastępcy na granicy.
— Nie ufasz mu — podsunęła, przekrzywiając głowę nieco w bok.
— Nie wiem.
Odwróciła się, zbierając z posadzki kłębek mchu. Przesunęła się zgrabnie w mroku i odłożyła go na miejsce, pośród innych, obok wydrążonego kawałka kory z resztką wody. Zmarszczyła brwi. Będzie musiała wysłać któregoś z uczniów po więcej.
— Planujecie mówić coś na zgromadzeniu? — zapytała. Pomimo zapachu mokrej sierści, od kocura nieomylnie unosiła się również woń Klifiaka. Nie było trudno połączyć fakty i dojść do wniosku, że Gasnąca Łapa jest zbiegiem z sąsiedniego klanu.
— A powinniśmy?
Cmoknęła z niezadowoleniem.
— Nie… Jeżeli przwódca Klanu Klifu niczego nie ogłosi, to lepiej, abyśmy zostawili tę informację dla siebie — miauknął po chwili zmęczonym głosem. — Wątpię, aby mój ojciec tak czy siak chciał poruszać temat.

Na zgromadzeniu…

Przez cały wieczór obserwowała, jak Zawodzące Echo czeka na moment, w którym atmosfera stanie się nieprzyjemna. Ze swojego miejsca pośród innych medyków nie zawsze była w stanie dojrzeć jego pysk, ale nerwowo drgające uszy i ogon mówiły wystarczająco.
— Niestety, wydarzyło się również coś, co dla każdego przywódcy jest wyjątkowo bolesne.
Uniosła wzrok, przerywając dyskusję z Wełnistą Mszycą na temat leczenia Dzikiego Berberysu. Lider Klanu Klifu podniósł ton głosu i wysunął się na przód skały.
— Jeden z naszych wojowników, Królicza Prawda, opuścił obozowisko i zbiegł na nieznane tereny — kontynuował, wodząc spojrzeniem zarówno po zebranych wojownikach, jak i przywódcach wokół niego. — Sądzę, że kot ten może być niezrównoważony psychicznie, a jego zachowanie staje się coraz bardziej niebezpieczne. Wszystko wskazuje na to, że po krótkotrwałym objęciu przywództwa przez Pikującą Jaskółkę zaczął kierować się chorobliwą żądzą władzy, w jej przywództwie dostrzegając własne korzyści. Po jej zniknięciu zaczął zachowywać się dość... Niestosownie.
Wziął głęboki oddech, a futro na grzbiecie Firletki nastroszyło się nieznacznie.
— Zwracam się więc do wszystkich klanów – jeśli spotkacie Króliczą Prawdę, zachowajcie ostrożność. Obawiam się, że jest gotów zrobić wszystko, by osiągnąć swoje cele. Jeśli będzie taka możliwość, zatrzymajcie go i sprowadźcie z powrotem do Klanu Klifu, zanim dojdzie do tragedii.
Widziała, jak Królicza Gwiazda zastyga w szoku, a jego syn strzyże uszyma i otwiera usta.
— ...Czy uważasz, że jest niebezpieczny? — słowa Echa wybrzmiały głucho pośród szeptów zebranych kotów.
Wąsy Lśniącej Gwiazdy drgnęły, a w jego oczach pojawił się chłodny błysk zainteresowania.
— W innym wypadku nie apelowałbym do wszystkich tu zebranych.
Na moment zawiesił spojrzenie na rozmówcach, jakby próbował ocenić, ile rzeczywiście byli gotowi mu powiedzieć.
— Jeśli ty lub Królicza Gwiazda wiecie coś o nim, proszę, powiedzcie mi o tym — dodał już nieco ciszej; musiała wytężyć słuch i skupić się na ruchach ich warg, aby zrozumiec część słów. — Nie musi być to koniecznie teraz. Szczerze mówiąc, wolałbym porozmawiać po zakończeniu zgromadzenia, jeśli jest to możliwe, oczywiście.
Zawodzace Echo skinął głową. Po paru uderzeniach serca spojrzał z wyczekiwaniem na ojca, aż ten odpowie liderowi sąsiednego klanu; ten jednak zachowywał się, jak gdyby zabrakło mu języka w pysku.
Drgnęła, gdy zastępca podniósł się z ziemi i zgrabnym susem wskoczył na skałę liderów, stając obok Króliczej Gwiazdy.
Pochylił głowę, skupiając wzrok na Lśniącej Gwieździe. Słowa, które dwójka kocurów wymieniła między sobą były już na tyle dyskretne, że słyszały je zapewne jedynie koty na skale liderów.

Jakiś czas później…
Tw: śmierć

Kręciła się pomiędzy dwoma legowiskami, raz kładąc zimne okłady na przegrzane czoło Cyklonowego Oka, raz pomagając Lotosowemu Pąkowi otrzeć cieknący nos i pilnując, aby ten zjadł podane mu zioła.
Głowa powoli zaczynała ją boleć. Szepty Wełnistej Mszycy, skierowane do brata, odbijały się od ścian legowiska, a suche, gorące powietrze wypełniało każdy jego zakamarek. Gwar na obozowej polanie nie pomagał. Zmrużyła ślipia i odwróciła się do prowizorycznej misy z wodą, mocząc w niej kolejną kulkę mchu. Musi wysłać kolejnych uczniów nad rzekę po kolejną porcję.
Letnie dni nie odznaczały się niczym. Może to nieustający gorąc sprzyjał takiej monotonii, ale łatwo było zatracić się w prostej, powtarzalnej pracy. Pochyliła głowę, mocząc okład, uniosła ją, wyciągając go z wody. Zwróciła się do jednego z posłań. Kropelki wody moczyły futro na jej piersi, ściekąc strużkami na posadzkę-
— Firletko?
O niemal nie upuściła ociekającego mchu. Podniosła spojrzenie, wbijając je w drżącą sylwetkę Zawodzącego Echa.
Zastępca przebierał łapami na kamiennych schodkach, wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczyma. Poczuła, jak futro na jej karku staje dęba. Szybkim ruchem odłożyła okład na bok, w paru susach dopadając do Echa.
— Coś się stało?
Kocur bez słowa odwrócił się i zniknął na górnym piętrze Kamiennej Wieży. Zacisnęła zęby i podążyła za nim. Wyminęła Echo, wpatrując się w jedynego innego kota, leżącego na posłaniu. Królicza Gwiazda.
Nieruchome ciało, rozciągnięte na miękkim posłaniu. Jej łapy zaczęły nieprzyjemnie mrowić. Okryta popielatym futrem klatka piersiowa lidera nie unosiła się rytmicznie, góra i dół, a jedynie zastygła przy wydechu. Ciemne, zielone oczy Króliczej Gwiazdy wpatrywały się w nicość.
Jednak, nim jej gardło zdążyło się zacisnąć, nim zdołała ruszyć do przodu… Ciałem lidera wstrząsnął ostry kaszel. Charczące, ale silne oddechy ponownie wypełniły legowisko.
Jego ślipia ponownie zabłysły; iskierką ducha, lub łzami.

W przeciągu kolejnych paru dni…

Z obozu wyszli wczesnym rankiem. Pierwsze promienie słońca lewo co zaczęły lizać nieboskłon, a chłód pozostały po nocy muskał ich futra.
Siedziała po lewej od Zawodzącego Echa; obok niej Cyklonowe Oko, a po drugiej stronie Ruda Lisówka. Czekali już na granicy z Klanem Klifu. Widziała, jak zastępca stara się ukoić nerwy i powtrzymać drżenie łap.

— Zabierasz go ze sobą?
Skinęła ruchem głowy w stronę siedzącego na uboczu Gasnącej Łapy- Króliczej Prawdy.
— Nie — odparł po chwili zastępca, krzywiąc się nieznacznie. — Nie wiem, czego mam się spodziewać. Czy będą oczekiwać, abyśmy przyprowadzili go spowrotem?


Gdy tylko na horyzoncie zamajaczyła sylwetka Lśniącej Gwiazdy, jak i te towarzyszącego mu patrolu, Zawodzące Echo podniósł się z ziemi, schylając nieco głowę w geście szacunku. Ona zrobiła podobnie, a za nią pozostała dwójka wojowników.
— Witaj, Lśniąca Gwiazdo — zamiauczał. — Dziękuję za szansę na wyjaśnienie tej… Sytuacji.
— Witajcie — wymruczała podobne, ciche pozdrowienie.
Zastępca wziął głęboki oddech i wygladził futro na grzbiecie.
— Proszę wybaczyć nieobecność Króliczej Gwiazdy — dodał po chwili; w jego głosie nuta zmartwienia. — Jego samopoczucie… Nie- Nie czuł się na siłach, aby dzisiaj nam towarzyszyć. Mam nadzieję, że to nie problem.
Końcowka jej ogona zadrżała, a wąsy opadły nieznacznie. Nie była pewna, czy wieść o utracie życia przez lidera rozniosła się wśrod kotów Klanu Burzy.

— Co się mogło stać? — głos Echa przepełniony był emocjami, które bez skutku próbował ukryć.
Delikatnym ruchem położyła ogon na jego barku.
— Wycieńczenie, przegrzanie… Może odwodnienie. Przy jego wieku nie trudno o to, aby ciało przy takiej pogodzie się poddało.


Miała nadzieję, że nieobecność Króliczej Gwiazdy na takim spotkaniu nie spotka się z zaintrygowaniem klanu; zarówno ich własnego, jak i Klanu Klifu.
Lider sąsiedniego Klanu zastrzygł lekko uszami, po czym westchnął cicho.
— W porządku. Nic nie szkodzi — miauknął spokojnie, lecz w jego głosie słychać było nutę napięcia.
Obserwowała, jak lustruje wzrokiem członków ich patrolu.
— A więc? — odezwał się ciszej. — Co wiecie o tym wojowniku?
Zawodzące Echo zastygł w miejscu na uderzenie serca. Zerknęła w bok, na jego pysk, modląc się w duchu, aby zabrzmiał przekonująco.
— Moi wojownicy natknęli się na Króliczą Prawdę na południowej części naszych terytoriów — rozpoczął po chwili ciszy. — Wyraził chęć dołączenia do Klanu Burzy. Podczas rozmowy z nim, oprócz... Swoich myśli na temat ustroju w Twoim klanie — zerknął w oczy lidera, jak gdyby chcąc ocenić jego reakcję na te słowa — przedstawił mi się imieniem Gasnącej Prawdy.
Widziała, jak napięcie ucieka z jego barków, gdy Lśniąca Gwiazda.
— Nie mieliśmy powodów, aby nie przyjąć go w szeregi Klanu Burzy — kontynuował. — Nie jesteśmy kotami, które odmówiłyby komukolwiek schronienia. Oczywiście, zachowaliśmy ostrożność... Po konsultacji z Króliczą Gwiazdą oraz resztą władzy klanu nie byliśmy pewni, czy powinniśmy ufać jego słowom. Nadal nie jesteśmy.
Zawahał się na moment. Widziała niepewność w jego oczach; podejmować decyzje w obrębie klanu to jedno, a negocjowanie z liderem sąsiedniego klanu to drugie. Wierzyła jednak w to, że ma już tyle doświadczenia, że wrócą do obozu z dowodem pozytywnych relacji z Klanem Klifu, a nie jednym sojusznikiem mniej.
— Nie chciałbym patrzeć na Twój klan tylko przez pryzmat tego, co mówi o nim wojownik, którego uważasz za niebiezbiecznego... Ale nie chciałbym również podważać jego woli i zmuszać go do opuszczenia Klanu Burzy, jeśli nie jest to konieczne.

<Lśniąca Gwiazdo?>

wyleczeni: Śpiewający Raniuszek, Dziki Berberys, Cyklonowe Oko, Lotosowy Pąk

Od Ognikowej Słoty CD. Kocimiętkowego Wiru

Mistrzynie prędko znalazły się nieopodal Potwornej Przełęczy, sylwetka dwóch nadgryzionych przez czas ogromnych przedmiotów Dwunożnych majaczyła gdzieś w oddali. Słońce nie docierało, całe szczęście, do kocic, aczkolwiek w tych okolicach była to jedynie kwestia czasu. Owady przelatywały im raz po raz przed nosem, chociaż starały robić się to dość dyskretnie. Wychodziło im to niestety marnie, wiele razy obijały się przypadkowo o ich boki czy nawet i pyski, niemal wlatując do oczu. Na szczęście nie było ich wcale tak wiele, jak mogłoby się wydawać, a każdy, który tylko miał czelność zabłądzić, szybko kończył w żołądku ciekawskich ptaków, śledzących dwójkę. Przepiękna pieśń kosa, skrytego gdzieś między gałęziami czy leśnym runem niosła się kojącym echem, gdy wyśpiewywał coraz to nowsze, a jednak powtarzające się dźwięki, chcąc zagłuszyć rywala, który również prezentował swoje umiejętności gdzieś blisko. Wszystkie te melodie niestety przycichły, gdy tylko zarówno rudaska, jak i szylkretka znalazły się na otwartej przestrzeni, wypełnionej niczym więcej jak paroma wzniesieniami, wysuszoną, pożółkłą miejscami trawą, a także wszechobecnym pyłem, który wzbijał się w powietrze niczym ptak, uprzednio szykujący się do tego konkretnego lotu całe swoje życie, odkąd tylko udało mu się wylecieć z gniazda po raz pierwszy. Duchota przeszkadzała każdemu kotu, a jednak Ognikowa Słota nie mogła wcale na nią narzekać, a na pewno nie chciała w obecności kotki bliskiej jej serca, nie mogła zepsuć tak wspaniałej, sielankowej atmosfery, która się między nimi wytworzyła… Zanim zdążyła coś powiedzieć, zielonooka ją wyprzedziła.
— Więc... co takiego masz mi do powiedzenia? Oby to było coś ważnego! — zaśmiała się, wpatrując się zielonymi ślepiami w przyjaciółkę.
Oczywiście, wszystko, co mówiła Ognikowa Słota, było ważne. Zresztą, nawet gdyby nie było, to miała pełne prawo chcieć spędzić czas jedynie ze swoją przyjaciółką, bez towarzystwa skrzywdzonego przez los Garbatą Łapę. Niebo było tak intensywnie błękitne, a także tak czyste i pozbawione wszelkiego rodzaju skaz w postaci chmur, że można było odnieść wrażenie, iż zostało wymalowane albo, że było to idealne odbicie wody bez wzburzeń, które występowały rzadziej, niż ich masa, obijająca się delikatnie, albo i konkretniej, niekiedy, o mulisty brzeg, odwiedzany każdego dnia przez tak wiele istot, marzących jedynie o tym, by ukoić swoje narastające pragnienie. Podczas takich upałów każdy powinien pić więcej, ponadto apetyt bardzo sprawnie zmniejszał się, mało komu chciało się podczas takiego skwaru mielić pokarm, który zresztą często miał w sobie dość mało wody, ponieważ nie odżywiali się rybami… Dzisiaj, całe szczęście, nie zapowiadało się na burzę, więc wybrały sobie idealną pogodę na przechadzkę. Po ostatnich wyładowaniach atmosferycznych dało się wypatrzeć w gęstym lesie iglastym parę ubytków, które leżały teraz, powalone przez siły wyższe i czekały na moment, aż całkowicie zjednają się z ziemią i zaczną służyć za swego rodzaju kompost dla tych, którzy przeżyli całe to zamieszanie.
Brązowooka spojrzała na Kocimiętkowy Wir. Przez parę uderzeń serca śledziła futro na jej pysku, które, owiewane przez lekkie, ciepłe podmuchy wiatru poruszało się na wietrze, uginając delikatnie niczym wysoko sięgające trzciny albo nawet i drzewa iglaste, jej źrenice zwiększyły się.
— Podobasz mi się, Kocimiętko. Czy chciałabyś zostać moją partnerką? — zapytała, można by powiedzieć, dość wprost, posyłając jej uśmiech. Przyszło jej to zadziwiająco łatwo, zupełnie inaczej wyglądała sytuacja z Tygrysią Nocą, a raczej wtedy jeszcze Tygrysią Łapą, który niestety nie odwzajemniał jej uczuć, co mocno wpłynęło na pogorszenie ich relacji. Szczenięce zauroczenie. Łaciata nadal odczuwała gorzki posmak gdzieś na końcu języka, gdy myślała o rudym kocurze. Powiedział, że są wspaniałymi przyjaciółmi, a ona nie chciała go za przyjaciela, a za kogoś dużo bliższemu jej sercu, czego on jednak nie był w stanie wyłapać. Porywisty Dąb okazał się zdrajcą, wraz z jego rodziną, która opuściła Klan Wilka wiele księżyców temu. Jedynym, który pozostał w ich szeregach, był Kamienne Pióro, z którym Słota również miała parę interakcji, aczkolwiek prędko uświadomiła sobie, iż nie wolno było jej się z nim zadawać, mimo dobrych chęci. Zalotna Gwiazda bardzo sprawnie dobierała jej towarzystwo, za co była dozgonnie wdzięczna. Wiedziała, że matka dba o nią starannie i nie bez powodu fatygowała się tak bardzo, by jej potomstwo wyrosło na porządnych wojowników. Zresztą szkoliła właśnie ją, więc, co za tym idzie, musiała być porządna. Musiała zachowywać się w określony sposób, tak, żeby nie przynosić ani sobie, ani tym bardziej rodzinie, wstydu. Jedyne, co im ofiarowała, to powód do dumy, a także do podziwiania jej. Była prawdziwym wzorem do naśladowania!
Obecnie była w zupełnie innym miejscu w życiu. Już nie uganiała się za kocurami, którzy nie potrafili dostrzec jej wspaniałości. Tygrysia Noc, Porywisty Dąb… to była już przeszłość, do której nie wolno było jej powracać, nawet jeśli przyłapywała się wcześniej na myślach, że może byłaby wtedy na zupełnie innym miejscu w życiu. Na samą myśl o przeszłości poczuła swego rodzaju ukłucie w sercu, które prędko zamaskowała, poruszając spokojnie końcówką ogona. Wszystkie te momenty z Porywistym Dębem, bez niego w obozie nastała cisza tak wielka, tak dobijająca. Taka, jakby srebrny umarł, a nie odszedł z klanu. Chociaż nie miało to większego znaczenia, bo równie dobrze dla Wilczaków mógł być już dawno parę lisich ogonów w piachu i nie zrobiłoby im to różnicy, oczywiście sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby tylko nie postanowił ich wszystkich zdradzić, po tym, jak go wyszkolili, a także karmili tak długo, wychowywali w trosce i pokładali nadzieję, że stanie się kiedyś dumą klanu. Kocimiętkowy Wir spojrzała na nią z lekkim zdziwieniem. Trwały tak w napięciu jeszcze przez określony czas, a rudaska wyglądała tak, jakby próbowała coś zrozumieć, jakby się nad czymś bardzo dokładnie zastanawiała. Z tego też powodu wysunęła mimowolnie język z pyszczka i nim się obejrzała, cały ten element wysechł. Jej oczy zamigotały nieznacznie, nagle, zaczęły w nich jarzyć się iskierki wielu, wielu emocji. Mimo to już po zaledwie chwili, zbliżyła się do Ognikowej Słoty i zetknęła z nią nosami z delikatnym jakby zawstydzeniem. Mistrzyni poczuła aksamitnie mokry nos, stykający się z tym jej, a serce zaczęło bić jej tak szybko, że miała wrażenie, iż zaraz samo dostanie nóg i zwyczajnie od niej ucieknie.
— Och… to dlatego tak często z tobą lubię wychodzić? — powiedziała do siebie, a jej wzrok stał się wreszcie obecny. Szylkretka zastrzygła wąsami, obserwując reakcje zielonookiej. — Tak, Słoto. Ja… też to czuję — zamruczała. Gdyby tylko miała dłuższy ogon, najprawdopodobniej splotłyby je ze sobą. Dwie kotki patrzyły sobie w oczy jeszcze przez jakiś czas. Szylkretka położyła łapę na tą należącą do Kocimiętki. Ruda przysunęła się bliżej, opierając głowę o jej ramię, tym samym oferując swojemu kręgosłupowi możliwość odpoczynku na barkach wyższej kocicy. Ognikowa Słota poczuła miękkie futerko mistrzyni i nie myśląc długo, otuliła towarzyszkę ogonem, mrucząc z zadowolenia. Nim się zorientowały, słońce wspięło się po niebie, a przed nimi zaczął malować się przepiękny, wielokolorowy krajobraz, przepełniony od intensywnej żółci, a także oślepiającej kuli w roli głównej, po rozchodzący się nieśmiało róż, wymieszany wraz z czerwienią, jak i również pomarańczowym, tak wyraźnym, jak u kwitnących, w pełni rozwiniętych i otworzonych kwiatów. Śpiew ptaków poniósł się ponownie donośnym echem, a na nieboskłon nie ośmieliła się wkroczyć, chociażby jedna chmurka. Klan Wilka czekały wspaniałe czasy.
W Ognikowej Słocie uprzednio narastała irytacja, iż Kocimiętkowy Wir chciała marnować czas na kogoś takiego, jak Garbata Łapa. W dodatku czuła się tak, jakby zabierał cenny czas mistrzyni, który mogła równie dobrze poświęcić na spotkania właśnie z nią, dlatego teraz Kocimiętka powinna wreszcie przestać poświęcać tyle uwagi Garbatej Łapie. Odczuła wyraźną ulgę, gdy wreszcie nadarzyła się okazja do tego, żeby wyszły same, bez obecności skrzywionego kocura. A teraz mogły cieszyć się swoim towarzystwem, już na zawsze. Zielonooka była od dzisiaj jej partnerką. Sama myśl o tym wywoływała przyjemne ciepło w jej piersi, które promieniowało, niczym słońce. Gdyby tylko miało możliwość, może również rzuciłoby przyjemne, ciepłe promienie na każdego, kto nie siedział schowany w norze czy skrywał się pod gęstymi koronami drzew. Nagle przyszło jej do głowy, że odtąd będą mogły wychodzić razem znacznie częściej i, co najlepsze, nikt nie powinien im w tym przeszkadzać. Nikomu nie było wolno, chyba że jej rodzinie. Bliscy byli wyjątkiem. Z zamyślenia wyrwał ją nagle przyjemny głos kotki.
— Wiesz co, Słoto? — mruknęła spokojnie Wilczaczka, oblizując parokrotnie policzki, chcąc nawilżyć wysuszony język.
— Co takiego? — zapytała z zaciekawieniem, kątem oka spoglądając na jaskrawy, pręgowany łepek siedzącej tuż przy niej kocicy.
— Mam ochotę się pościgać. Berek! — zawołała, po chwili trącając lekko łapą Słotę jednokrotnie, po czym odwróciła się na pięcie i pędem rzuciła w losowym kierunku. Mistrzyni poderwała się na łapy prędko i ruszyła tuż za nią, lekko zdziwiona takim pomysłem, chociaż wcale nie powinna. Takie zachowanie nie powinno jej dziwić. Kocimiętka często wpadała na coś nagle i równie nagle wprowadzała to w życie, zresztą sama Słota też nie lubiła czekać nadto z wprowadzaniem żadnych zmian, jeśli miały przysłużyć się w przyszłości czemuś wielkiemu, jeśli miały komuś pomóc, a zawsze to robiły. Szylkretka gnała za starszą ile sił w łapach, wreszcie wysuwając jedną z nich w kierunku celu. Nagle jej kończyna zetknęła się z łapą zielonookiej i nim się obejrzała, ich boki ponownie zetknęły się, aczkolwiek jedynie na uderzenie serca. Obydwie wpadły na siebie i zaczęły turlać się po wyschniętej trawie, skrzypiącej pod każdym ich następnym najmniejszym poruszeniem się, wzniosły przy okazji chmurę dymu tak wielką, że można byłoby przyznać jej nagrodę za pobicie rekordu, chociaż trzask wcale nie nastąpił, a dym ulotnił się dość sprawnie, całe szczęście. Chichot rudej był na tyle zaraźliwy, że pysk łaciatej także rozświetliła radość, a sama kocica poczuła się niezwykle lekko. Zupełnie tak, jakby dostała skrzydeł. Wreszcie zostały zatrzymane dość delikatnie i ułożyły się obok siebie, stykając łapami.
— Pamiętasz, jak ostatnio mówiłaś, że chciałabyś dostać skrzydeł i polecieć? — zagadnęła Słota, patrząc czule na leżącą obok niej kotkę, która śmiała się jeszcze przez jakiś czas. Wreszcie otarła jedną z łez szczęścia spływającej z jej policzka i pokiwała głową po dłuższej chwili, pociągając nosem jednokrotnie.
— Tak… a co, wynalazłaś sposób na to? — zapytała, na moment odpływając z powrotem myślami, wzrokiem błądząc gdzieś po wielokolorowym nieboskłonie. Prawdopodobnie śledziła parkę ptaków, skrzeczących donośnie nad ich głową, gdy przelatywały daleko, przybyły z bardzo, bardzo daleka.
— Myślę, że tak. Czuję się przy tobie tak, jakby mi ktoś doczepił skrzydła — wyznała, szczerze wierząc w dobry wpływ rudej na nią.
Jasnooka zamrugała zaskoczona jakby przywrócona znówże do teraźniejszości. Przez krótką chwilę wyglądała tak, jakby szukała w najdalszych odmętach umysłu stosownej odpowiedzi, chociaż wcale nie musiała, bo tym razem Słota od niej takowej nie oczekiwała. Zaraz jednak pyszczek rudej rozjaśnił się ciepłym uśmiechem, popartym przez wysunięty język.
— Cieszę się — wymruczała, przesuwając łapą po łapie Ognikowej Słoty. Szylkretka pozwoliła jej na to, nie myśląc nad tym jakoś szczególnie długo. Ich boki stykały się, gdy leżały tak obok siebie. — Może ja też zostałam ptakiem. Przy tobie czuję się tak, jakbym miała za sobą już dawno swój pierwszy lot. Wylot z gniazda — zachichotała, mrużąc oczy, gdy słońce zaświeciło prosto w nie. Mistrzyni zamruczała, a jej serce wywinęło raz jeszcze fikołka. Kocimiętkowy Wir była taka piękna i wspaniała. Momentami roztrzepana i owszem, podejmowała niekiedy złe decyzje, aczkolwiek po to była Słota, żeby wspierać swój promyczek w chwilach, kiedy tego potrzebowała, kiedy było to wymagane i konieczne.

<Kocimiętko, moja piękna partnerko? 💕💕>