Biało-niebieski zacisnął szczęki tak mocno, że po chwili zaczęły mu drżeć. Jak ona śmiała go o to prosić? Zdradziła kodeks, oszukiwała swoich pobratymców, skrzywdziła swoje dzieci, a teraz jeszcze chciała, by to wszystko uszło jej na sucho?
— Jesteś egoistką! — warknął, a jego mięśnie mimowolnie się spięły. Gdyby mógł, najchętniej rzuciłby się na nią i potrząsnął tym jej głupiutkim łbem. — Przez ciebie ledwo potrafię chodzić! Wszyscy patrzą się na mnie jak na dziwaka! Nie potrafię polować, nie potrafię walczyć, nie potrafię nawet biegać bez poczucia, że zaraz wyzionę ducha! — mówił dalej, a jego ogon nerwowo smagał powietrze. W oczach zbierały się gorzkie łzy, ale kontynuował:
— Skrzywdziłaś mnie! Mnie, moje siostry i moich braci! Przez ciebie nie potrafię funkcjonować jak normalny kot! W porównaniu do tego, co ja muszę przeżywać przez ciebie i tego zapchlonego idiotę, z którym się związałaś, twoje wygnanie z klanu byłoby niczym! Rozumiesz? Niczym! — krzyczał dalej, chodząc w kółko przy Postrzępionym Mrozie. — Pewnie ci się wydaje, że twoją karą jest fakt, że twoje dzieci urodziły się… takie. Ale to nie twoja kara. To nasza kara. Ty jeszcze swojej nie odbyłaś — burknął pod nosem, kładąc po sobie uszy.
Zatrzymał się w końcu, oddychając ciężko.
— Na twoim miejscu dałbym się nawet zabić, byle tylko naprawić swoje błędy — dodał ciszej, choć w jego głosie wciąż pobrzmiewała złość. — A ty jak tchórz uciekasz od konsekwencji swoich działań.
Postrzępiony Mróz westchnęła ciężko, jakby każdy ruch kosztował ją o wiele więcej energii, niż miała.
— Naparstnicowa Łapo… W momencie, gdy straciłam kocura, którego tak bardzo kochałam, swoją rodzinę oraz skrzywdziłam własne dzieci, jak myślisz, co jest dla mnie większą karą? Dalsze życie w cierpieniu, patrząc na to, jak bardzo zepsułam wasze… czy śmierć?
Każde kolejne słowo wojowniczki jeszcze bardziej frustrowało młodszego kocura.
— Nie mówię, że masz umierać — burknął, strzepując ogonem. — Mówię, że to żałosne prosić owoc własnej głupoty o to, by jeszcze cię krył przed pobratymcami! — wygarnął jej.
— Rozumiem, że jesteś na mnie zły. Ty i twoje rodzeństwo macie prawo być źli. Wycierpiałam bardzo wiele, ale poświęciłabym jeszcze więcej, żebyście byli szczęśliwi.
Szylkretka usiadła, przez chwilę wpatrując się w swoje łapy, po czym uniosła wzrok ku niebu.
— To zabrzmi głupio, ale… podjęłam wiele złych wyborów, gdy byłam młodsza. Mogłam urodzić zdrowe kocięta, mieć kocura mieszkającego w moim klanie… Czasem czuję się winna jego śmierci… — dodała cicho, jakby bardziej do siebie niż do niego.
— Twoje słowa nic dla mnie nie znaczą — odparł Naparstnica, odwracając wzrok od matki. — Gdyby naprawdę zależało ci na naszym szczęściu, w ogóle nie sprowadzałabyś nas na ten świat. W ogóle nie sprowadzałabyś mnie na ten świat. Jak mogłaś uznać, że po urodzeniu trójki niepełnosprawnych kociąt zrobienie kolejnego miotu to dobry pomysł? — denerwował się dalej, kompletnie nie potrafiąc pojąć toku rozumowania szylkretki. — Nie rób teraz z siebie ofiary. Cierpiałaś wyłącznie przez własną głupotę.
Dużo się ostatnio działo w Klanie Klifu, ale nawet nie chciał sobie tym zaprzątać głowy. Dwójka liderów umarła w tak krótkim czasie, a na posadę przywódcy wepchnął się Mirt, a teraz już Lśniąca Gwiazda. Dlaczego to zrobił? Jakim prawem? Czy to nie Mysi Postrach powinien objąć przywództwo? To wszystko nie miało dla Naparstnicy sensu, ale… sensu nie miało też rozmyślanie nad tym. Był w końcu tylko głupim uczniem protektora, nic nie znaczył na tle całego klanu. Jeśli jego pobratymcy zgadzali się z postępowaniem rudego kocura, nie zamierzał się niepotrzebnie buntować.
Gdy w końcu dotarli na wyspę, Naparstnica jak zwykle zaczął szukać jakiegoś ustronnego miejsca. Po co miałby się pchać między inne koty, skoro mógł usiąść na uboczu i przeczekać zgromadzenie? Jednak tam, dokąd się udał, zobaczył kota. Wyglądał bardzo znajomo. Przez chwilę wpatrywał się w niego, dopóki coś w jego głowie nie zaskoczyło.
— To ty… — mruknął cicho, powoli przekręcając głowę. Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz głos ugrzązł mu w gardle.
Obcy zaskoczony podskoczył, gromiąc starszego jednym widocznym okiem, jakby właśnie wymyślał mu tortury w myślach. W końcu uspokoił się, choć zmrużył szmaragdowe ślepia w wąskie szparki. Dmuchnął w swoją grzywkę, a potem zatrzepotał białymi rzęsami i podszedł do niego. Widocznie nad nim przeważał wzrostem i szerokością.
— Jaki “ty”? — zaczął, zaciekawiony. — Nonsens. Nie znam cię — pokręcił lekko głową.
Po czym pochylił się ze złośliwym, szerokim uśmiechem i szepnął mu do ucha:
— Jesteś pewien, że nie uciekłeś ze żłobka, bachorze
Naparstnica zmarszczył brwi, wyraźnie niezadowolony z reakcji Burzaka.
— Ach, wiesz… Chyba się przeoczyłem — mruknął, po czym uśmiechnął się z politowaniem. — Przez chwilę wydawało mi się, że jesteś tym bezmózgim bachorem, który wepchnął się na kamień, z którego przemawiają przywódcy i zaczął pleść jakieś głupoty — kontynuował, nie zwracając uwagi na wyzwisko ze strony rudo-białego. — Jak on się tam kazał nazywać? Pierzasty Móżdżek?
Burzak zaśmiał się z jego żarciku.
— Serio? — zapytał, przechylając głowę do boku. Nadal był pochylony, a ich ciepłe oddechy zaczęły się łączyć. Uśmiech nie zszedł rudemu z twarzy. — Pierzasty Móżdżek? Miał pewnie przesrane w obozie. Stary, najwyraźniej ten jego przywódca musiał mieć tupet, aby go nazwać wojowniczym imieniem i to tak krzywdzącym! — mówił z emocjami i współczuciem. — Mam nadzieję, że już się poprawił...
— Oj, nie sądzę, że jego zachowanie uległo zmianie! — mruknął Naparstnica, po czym machnął łapą. — Jestem pewny, że dalej jest wredną kupą futra. Takie koty nie zmieniają się za szybko. Idiotyzm mają we krwi! — mówił dalej, uśmiechając się coraz szerzej. — No, ale skoro jesteś z Klanu Burzy, to pewnie go znasz. Jak tam u niego? Ile kleszczy powyciągał już z futra starszych?
— Cóż, nie za bardzo przejmuję się tym szczylem. Sądzę, że pewnie już ze sto przejdzie — odparł. — Ale... bardziej mnie interesuje twój wzrost. Czyżby Klan Klifu zagładzał niepotrzebne kocięta? — zapytał.
— Nie, nie… W Klanie Klifu kocięta mają się dobrze, wiesz? Przynajmniej są odpowiednio wychowywane — odparł, wzruszając ramionami. — Tak się składa, że jeszcze nie widziałem żadnego kociaka z Klanu Klifu, który byłby na tyle głupi, by zwyzywać własnego lidera. Nawet najmłodsi wiedzą, że trzeba być ptasim móżdżkiem, żeby obrażać kogoś dziesięć razy mądrzejszego!
Rudo-biały skrzywił się i odsunął pysk.
— Cóż... — zaczął i odchrząknął, patrząc w dół na Naparstnicę. — Widać, że masz obsesję na punkcie takich kotów jak ja. Czy to twój sposób na zaproszenie mnie na jakieś randewu, czy co? — rzekł z pewnym siebie uśmiechem i charyzmą, zadzierając brodę do góry. — Wiesz... nie zdziwiłbym się. Nie każdy może się oprzeć własnym zachciankom, drogi... kolego.
— Takich jak ty? — odparł nagle, po czym na moment zamilkł, jakby się nad czymś zastanawiał. — To znaczy jakich? Takich bezmyślnych, aroganckich, z wybujałym ego? — prychnął, strzepując ogonem. — Tylko takie ewenementy mogłyby sobie wmówić, że zupełnie obcy kot byłby w stanie pokochać ich durne pyski i żałosne teksty.
Burzak prychnął na jego słowa i niebezpiecznie się zbliżył.
— Och, ależ założę się, że to nieprawda, drogi — wymruczał z łagodnym, ciepłym uśmiechem. — Przyznaj się. Nie możesz dusić własnych uczuć, bo wtedy eksplodujesz... na kimś zupełnie innym — rzekł. — Twój gniew najprawdopodobniej wyraża skrytą miłość. Może lubisz wyzywać swoich najbliższych? Albo być wyzywanym i się bronić?
Naparstnica warknął, odsuwając się gwałtownie od tego ciołka z Klanu Burzy.
— Przestań mnie napastować, oblechu! — wyrzucił z odrazą, a futro na jego karku się zjeżyło. Słów mu brakowało. Jak ten ścierwojad śmiał się tak zachowywać? — Nie próbuj mnie nawet dotykać! W głowie ci się przewróciło, ty dziwaku! — syknął, robiąc kolejny krok w tył.
— Ło, ło, ło! Patrzcie na tego porządnego, potrzebnego ucznia Klanu Klifu! — miauknął z uśmiechem, odsuwając się od razu. Na jego pysku ukazał się satysfakcjonujący uśmiech. — Taki odważny ze słowami, a teraz!? Co z ciebie za kot? Nie, nie kot. Jesteś tchórzem. Zwykłym, kłamliwym tchórzem. Myślisz, że jak będziesz poniżał kogoś, to będziesz lepszy!? — mówił, najwyraźniej eksplodując własnymi emocjami. — Nie, niestety będziesz ode mnie gorszy. Zawsze gorszy. Jesteś ścierwem. Nieudacznikiem, próbującym złapać ostatnią garść swojej pewności siebie, ale uświadomię cię; nie masz nawet za grosz współczucia w swojej krwi! — krzyczał.
Naparstnicowa Łapa spojrzał na Burzaka ze skonfundowaniem.
— Mogłeś mówić od razu, że jesteś zakompleksiony — wyrzucił, po czym polizał się kilka razy po futerku na piersi, próbując wyrównać oddech. Nie, nie mógł pozwolić na to, by ten łajnojad po raz kolejny wyprowadził go z równowagi. — Musisz poniżać innych, by poczuć się lepiej? W takim razie bardzo ci współczuję. To już chyba nie pierwszy raz, gdy tak robisz, mam rację? — zaczął mówić do rudego spokojnym głosem. — Nie martw się, szkolę się na protektora. Moim zadaniem jest dbać o to, by każdy wokół czuł się dobrze. Jeśli masz jakieś problemy ze sobą, możesz mi o nich powiedzieć.
— Czy ty sam siebie słyszysz? — miauknął spokojnie. — Chcesz pomagać innym? Najpierw pomóż sobie, koleżko, bo najwyraźniej masz nierówno w głowie poukładane. Skoro tak bardzo chcesz pomagać innym, powinieneś mieć więcej mózgu niż śliny w gębie... tak przypuszczam, ale może Klan Klifu o to nie dba. Może brakuje im kotów, a akurat ty znalazłeś się pod łapą i to w dodatku jakiś niepełnosprawny, więc nie mogłeś pełnić funkcji wojownika. A teraz spadaj i lecz innych, skoro to dodaje ci wartości.
Po czym obrócił się do niego tyłem i zaczął odchodzić.
Naparstnica odetchnął z ulgą. Jak dobrze, że udało mu się spławić tego ohydnego Burzaka. Najwyraźniej ta zapchlona kupa futra nie miała żadnego pojęcia o tym, kiedy powinna przestać. Może wynikało to z jakichś problemów z jego głową? Może to jakaś dziwna choroba, która sprawia, że nie ma się hamulców? No, w każdym razie to nie jego sprawa, a raczej medyka w Klanie Burzy. Oby kiedyś odkrył, co takiego podziało się w główce rudego, by móc go jakoś naprawić…
Naparstnicowa Łapa wyszedł właśnie od medyczki, czując się już o niebo lepiej — przynajmniej fizycznie. Psychicznie wciąż był wykończony. Mimo wszystko udało mu się wyleczyć z gorączki, przez którą od jakiegoś czasu chodził osłabiony.
Akurat gdy zjawił się na środku obozu, na mównicy dostrzegł ruch. Rudofutry lider ustawił się właśnie na podwyższeniu.
— Niech wszystkie koty zdolne do samodzielnego polowania zbiorą się w obozie! — wygłosił, omiatając wzrokiem polanę.
Biało-niebieski cofnął się o kilka kroków, włączając się w okrąg utworzony z kotów. Po chwili Lśniąca Gwiazda zaczął coś mówić, ale Naparstnica nie skupiał się na pojedynczych słowach. Ocknął się dopiero wtedy, gdy usłyszał:
— Naparstnicowa Łapo, wystąp.
Uczeń niemal automatycznie postąpił krok do przodu, zanim w ogóle zdążył się nad tym zastanowić. Zaraz potem podszedł jeszcze bliżej skalnej półki, spoglądając z dołu na przywódcę.
— Ja, Lśniąca Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego protektora. Naparstnicowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Niebieskooki przymknął ślepia, biorąc głęboki wdech.
— Przysięgam — mruknął.
— Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię protektora. Naparstnicowa Łapo, od tej pory będziesz znany jako Serdeczna Naparstnica. Klan Gwiazdy ceni twoje zaangażowanie i empatię oraz wita cię jako nowego protektora Klanu Klifu — dokończył.
Naparstnica chciał już wycofać się w cień, lecz nagle lider zszedł ze skały i stanął tuż przed nim, pyskiem dotykając czoła świeżo mianowanego protektora. Młodszy niezręcznie położył mordkę na barku Lśniącej Gwiazdy, modląc się, by ta ceremonia jak najszybciej się zakończyła.
— Serdeczna Naparstnica! Serdeczna Naparstnica! — rozległo się wiwatowanie pobratymców.
Wtedy też rudofutry wreszcie się odsunął, dzięki czemu Naparstnica mógł uciec z centrum uwagi.
Gdy wracał do legowiska, natknął się jednak na szylkretową kocicę — swoją matkę. Chciał ją wyminąć, lecz wojowniczka zagrodziła mu drogę, być może nawet nieświadomie. Protektor zmarszczył nos i cicho fuknął.
Wyleczeni: Naparstnicowa Łapa
— Jesteś egoistką! — warknął, a jego mięśnie mimowolnie się spięły. Gdyby mógł, najchętniej rzuciłby się na nią i potrząsnął tym jej głupiutkim łbem. — Przez ciebie ledwo potrafię chodzić! Wszyscy patrzą się na mnie jak na dziwaka! Nie potrafię polować, nie potrafię walczyć, nie potrafię nawet biegać bez poczucia, że zaraz wyzionę ducha! — mówił dalej, a jego ogon nerwowo smagał powietrze. W oczach zbierały się gorzkie łzy, ale kontynuował:
— Skrzywdziłaś mnie! Mnie, moje siostry i moich braci! Przez ciebie nie potrafię funkcjonować jak normalny kot! W porównaniu do tego, co ja muszę przeżywać przez ciebie i tego zapchlonego idiotę, z którym się związałaś, twoje wygnanie z klanu byłoby niczym! Rozumiesz? Niczym! — krzyczał dalej, chodząc w kółko przy Postrzępionym Mrozie. — Pewnie ci się wydaje, że twoją karą jest fakt, że twoje dzieci urodziły się… takie. Ale to nie twoja kara. To nasza kara. Ty jeszcze swojej nie odbyłaś — burknął pod nosem, kładąc po sobie uszy.
Zatrzymał się w końcu, oddychając ciężko.
— Na twoim miejscu dałbym się nawet zabić, byle tylko naprawić swoje błędy — dodał ciszej, choć w jego głosie wciąż pobrzmiewała złość. — A ty jak tchórz uciekasz od konsekwencji swoich działań.
Postrzępiony Mróz westchnęła ciężko, jakby każdy ruch kosztował ją o wiele więcej energii, niż miała.
— Naparstnicowa Łapo… W momencie, gdy straciłam kocura, którego tak bardzo kochałam, swoją rodzinę oraz skrzywdziłam własne dzieci, jak myślisz, co jest dla mnie większą karą? Dalsze życie w cierpieniu, patrząc na to, jak bardzo zepsułam wasze… czy śmierć?
Każde kolejne słowo wojowniczki jeszcze bardziej frustrowało młodszego kocura.
— Nie mówię, że masz umierać — burknął, strzepując ogonem. — Mówię, że to żałosne prosić owoc własnej głupoty o to, by jeszcze cię krył przed pobratymcami! — wygarnął jej.
— Rozumiem, że jesteś na mnie zły. Ty i twoje rodzeństwo macie prawo być źli. Wycierpiałam bardzo wiele, ale poświęciłabym jeszcze więcej, żebyście byli szczęśliwi.
Szylkretka usiadła, przez chwilę wpatrując się w swoje łapy, po czym uniosła wzrok ku niebu.
— To zabrzmi głupio, ale… podjęłam wiele złych wyborów, gdy byłam młodsza. Mogłam urodzić zdrowe kocięta, mieć kocura mieszkającego w moim klanie… Czasem czuję się winna jego śmierci… — dodała cicho, jakby bardziej do siebie niż do niego.
— Twoje słowa nic dla mnie nie znaczą — odparł Naparstnica, odwracając wzrok od matki. — Gdyby naprawdę zależało ci na naszym szczęściu, w ogóle nie sprowadzałabyś nas na ten świat. W ogóle nie sprowadzałabyś mnie na ten świat. Jak mogłaś uznać, że po urodzeniu trójki niepełnosprawnych kociąt zrobienie kolejnego miotu to dobry pomysł? — denerwował się dalej, kompletnie nie potrafiąc pojąć toku rozumowania szylkretki. — Nie rób teraz z siebie ofiary. Cierpiałaś wyłącznie przez własną głupotę.
* * *
Zgromadzenie
Dużo się ostatnio działo w Klanie Klifu, ale nawet nie chciał sobie tym zaprzątać głowy. Dwójka liderów umarła w tak krótkim czasie, a na posadę przywódcy wepchnął się Mirt, a teraz już Lśniąca Gwiazda. Dlaczego to zrobił? Jakim prawem? Czy to nie Mysi Postrach powinien objąć przywództwo? To wszystko nie miało dla Naparstnicy sensu, ale… sensu nie miało też rozmyślanie nad tym. Był w końcu tylko głupim uczniem protektora, nic nie znaczył na tle całego klanu. Jeśli jego pobratymcy zgadzali się z postępowaniem rudego kocura, nie zamierzał się niepotrzebnie buntować.
Gdy w końcu dotarli na wyspę, Naparstnica jak zwykle zaczął szukać jakiegoś ustronnego miejsca. Po co miałby się pchać między inne koty, skoro mógł usiąść na uboczu i przeczekać zgromadzenie? Jednak tam, dokąd się udał, zobaczył kota. Wyglądał bardzo znajomo. Przez chwilę wpatrywał się w niego, dopóki coś w jego głowie nie zaskoczyło.
— To ty… — mruknął cicho, powoli przekręcając głowę. Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz głos ugrzązł mu w gardle.
Obcy zaskoczony podskoczył, gromiąc starszego jednym widocznym okiem, jakby właśnie wymyślał mu tortury w myślach. W końcu uspokoił się, choć zmrużył szmaragdowe ślepia w wąskie szparki. Dmuchnął w swoją grzywkę, a potem zatrzepotał białymi rzęsami i podszedł do niego. Widocznie nad nim przeważał wzrostem i szerokością.
— Jaki “ty”? — zaczął, zaciekawiony. — Nonsens. Nie znam cię — pokręcił lekko głową.
Po czym pochylił się ze złośliwym, szerokim uśmiechem i szepnął mu do ucha:
— Jesteś pewien, że nie uciekłeś ze żłobka, bachorze
Naparstnica zmarszczył brwi, wyraźnie niezadowolony z reakcji Burzaka.
— Ach, wiesz… Chyba się przeoczyłem — mruknął, po czym uśmiechnął się z politowaniem. — Przez chwilę wydawało mi się, że jesteś tym bezmózgim bachorem, który wepchnął się na kamień, z którego przemawiają przywódcy i zaczął pleść jakieś głupoty — kontynuował, nie zwracając uwagi na wyzwisko ze strony rudo-białego. — Jak on się tam kazał nazywać? Pierzasty Móżdżek?
Burzak zaśmiał się z jego żarciku.
— Serio? — zapytał, przechylając głowę do boku. Nadal był pochylony, a ich ciepłe oddechy zaczęły się łączyć. Uśmiech nie zszedł rudemu z twarzy. — Pierzasty Móżdżek? Miał pewnie przesrane w obozie. Stary, najwyraźniej ten jego przywódca musiał mieć tupet, aby go nazwać wojowniczym imieniem i to tak krzywdzącym! — mówił z emocjami i współczuciem. — Mam nadzieję, że już się poprawił...
— Oj, nie sądzę, że jego zachowanie uległo zmianie! — mruknął Naparstnica, po czym machnął łapą. — Jestem pewny, że dalej jest wredną kupą futra. Takie koty nie zmieniają się za szybko. Idiotyzm mają we krwi! — mówił dalej, uśmiechając się coraz szerzej. — No, ale skoro jesteś z Klanu Burzy, to pewnie go znasz. Jak tam u niego? Ile kleszczy powyciągał już z futra starszych?
— Cóż, nie za bardzo przejmuję się tym szczylem. Sądzę, że pewnie już ze sto przejdzie — odparł. — Ale... bardziej mnie interesuje twój wzrost. Czyżby Klan Klifu zagładzał niepotrzebne kocięta? — zapytał.
— Nie, nie… W Klanie Klifu kocięta mają się dobrze, wiesz? Przynajmniej są odpowiednio wychowywane — odparł, wzruszając ramionami. — Tak się składa, że jeszcze nie widziałem żadnego kociaka z Klanu Klifu, który byłby na tyle głupi, by zwyzywać własnego lidera. Nawet najmłodsi wiedzą, że trzeba być ptasim móżdżkiem, żeby obrażać kogoś dziesięć razy mądrzejszego!
Rudo-biały skrzywił się i odsunął pysk.
— Cóż... — zaczął i odchrząknął, patrząc w dół na Naparstnicę. — Widać, że masz obsesję na punkcie takich kotów jak ja. Czy to twój sposób na zaproszenie mnie na jakieś randewu, czy co? — rzekł z pewnym siebie uśmiechem i charyzmą, zadzierając brodę do góry. — Wiesz... nie zdziwiłbym się. Nie każdy może się oprzeć własnym zachciankom, drogi... kolego.
— Takich jak ty? — odparł nagle, po czym na moment zamilkł, jakby się nad czymś zastanawiał. — To znaczy jakich? Takich bezmyślnych, aroganckich, z wybujałym ego? — prychnął, strzepując ogonem. — Tylko takie ewenementy mogłyby sobie wmówić, że zupełnie obcy kot byłby w stanie pokochać ich durne pyski i żałosne teksty.
Burzak prychnął na jego słowa i niebezpiecznie się zbliżył.
— Och, ależ założę się, że to nieprawda, drogi — wymruczał z łagodnym, ciepłym uśmiechem. — Przyznaj się. Nie możesz dusić własnych uczuć, bo wtedy eksplodujesz... na kimś zupełnie innym — rzekł. — Twój gniew najprawdopodobniej wyraża skrytą miłość. Może lubisz wyzywać swoich najbliższych? Albo być wyzywanym i się bronić?
Naparstnica warknął, odsuwając się gwałtownie od tego ciołka z Klanu Burzy.
— Przestań mnie napastować, oblechu! — wyrzucił z odrazą, a futro na jego karku się zjeżyło. Słów mu brakowało. Jak ten ścierwojad śmiał się tak zachowywać? — Nie próbuj mnie nawet dotykać! W głowie ci się przewróciło, ty dziwaku! — syknął, robiąc kolejny krok w tył.
— Ło, ło, ło! Patrzcie na tego porządnego, potrzebnego ucznia Klanu Klifu! — miauknął z uśmiechem, odsuwając się od razu. Na jego pysku ukazał się satysfakcjonujący uśmiech. — Taki odważny ze słowami, a teraz!? Co z ciebie za kot? Nie, nie kot. Jesteś tchórzem. Zwykłym, kłamliwym tchórzem. Myślisz, że jak będziesz poniżał kogoś, to będziesz lepszy!? — mówił, najwyraźniej eksplodując własnymi emocjami. — Nie, niestety będziesz ode mnie gorszy. Zawsze gorszy. Jesteś ścierwem. Nieudacznikiem, próbującym złapać ostatnią garść swojej pewności siebie, ale uświadomię cię; nie masz nawet za grosz współczucia w swojej krwi! — krzyczał.
Naparstnicowa Łapa spojrzał na Burzaka ze skonfundowaniem.
— Mogłeś mówić od razu, że jesteś zakompleksiony — wyrzucił, po czym polizał się kilka razy po futerku na piersi, próbując wyrównać oddech. Nie, nie mógł pozwolić na to, by ten łajnojad po raz kolejny wyprowadził go z równowagi. — Musisz poniżać innych, by poczuć się lepiej? W takim razie bardzo ci współczuję. To już chyba nie pierwszy raz, gdy tak robisz, mam rację? — zaczął mówić do rudego spokojnym głosem. — Nie martw się, szkolę się na protektora. Moim zadaniem jest dbać o to, by każdy wokół czuł się dobrze. Jeśli masz jakieś problemy ze sobą, możesz mi o nich powiedzieć.
— Czy ty sam siebie słyszysz? — miauknął spokojnie. — Chcesz pomagać innym? Najpierw pomóż sobie, koleżko, bo najwyraźniej masz nierówno w głowie poukładane. Skoro tak bardzo chcesz pomagać innym, powinieneś mieć więcej mózgu niż śliny w gębie... tak przypuszczam, ale może Klan Klifu o to nie dba. Może brakuje im kotów, a akurat ty znalazłeś się pod łapą i to w dodatku jakiś niepełnosprawny, więc nie mogłeś pełnić funkcji wojownika. A teraz spadaj i lecz innych, skoro to dodaje ci wartości.
Po czym obrócił się do niego tyłem i zaczął odchodzić.
Naparstnica odetchnął z ulgą. Jak dobrze, że udało mu się spławić tego ohydnego Burzaka. Najwyraźniej ta zapchlona kupa futra nie miała żadnego pojęcia o tym, kiedy powinna przestać. Może wynikało to z jakichś problemów z jego głową? Może to jakaś dziwna choroba, która sprawia, że nie ma się hamulców? No, w każdym razie to nie jego sprawa, a raczej medyka w Klanie Burzy. Oby kiedyś odkrył, co takiego podziało się w główce rudego, by móc go jakoś naprawić…
* * *
Akurat gdy zjawił się na środku obozu, na mównicy dostrzegł ruch. Rudofutry lider ustawił się właśnie na podwyższeniu.
— Niech wszystkie koty zdolne do samodzielnego polowania zbiorą się w obozie! — wygłosił, omiatając wzrokiem polanę.
Biało-niebieski cofnął się o kilka kroków, włączając się w okrąg utworzony z kotów. Po chwili Lśniąca Gwiazda zaczął coś mówić, ale Naparstnica nie skupiał się na pojedynczych słowach. Ocknął się dopiero wtedy, gdy usłyszał:
— Naparstnicowa Łapo, wystąp.
Uczeń niemal automatycznie postąpił krok do przodu, zanim w ogóle zdążył się nad tym zastanowić. Zaraz potem podszedł jeszcze bliżej skalnej półki, spoglądając z dołu na przywódcę.
— Ja, Lśniąca Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego protektora. Naparstnicowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Niebieskooki przymknął ślepia, biorąc głęboki wdech.
— Przysięgam — mruknął.
— Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię protektora. Naparstnicowa Łapo, od tej pory będziesz znany jako Serdeczna Naparstnica. Klan Gwiazdy ceni twoje zaangażowanie i empatię oraz wita cię jako nowego protektora Klanu Klifu — dokończył.
Naparstnica chciał już wycofać się w cień, lecz nagle lider zszedł ze skały i stanął tuż przed nim, pyskiem dotykając czoła świeżo mianowanego protektora. Młodszy niezręcznie położył mordkę na barku Lśniącej Gwiazdy, modląc się, by ta ceremonia jak najszybciej się zakończyła.
— Serdeczna Naparstnica! Serdeczna Naparstnica! — rozległo się wiwatowanie pobratymców.
Wtedy też rudofutry wreszcie się odsunął, dzięki czemu Naparstnica mógł uciec z centrum uwagi.
Gdy wracał do legowiska, natknął się jednak na szylkretową kocicę — swoją matkę. Chciał ją wyminąć, lecz wojowniczka zagrodziła mu drogę, być może nawet nieświadomie. Protektor zmarszczył nos i cicho fuknął.
<Postrzępiony Mrozie?>
Wyleczeni: Naparstnicowa Łapa

