BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot u samotników!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 1 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

10 lutego 2026

Od Żmijowcowej Wici CD. Trzcinowego Szmeru

Przełknął głośno kawałek mięsa i zerknął na wojowniczkę.
— Może i nie jestem kotem, którego inni nazwaliby przykładem cnót i dóbr, ale... chyba nie jestem aż takim draniem, aby pastwić się dodatkowo nad Szałwiowym Sercem — przyznał, drapiąc się pazurem po brodzie.
— Nie mówiłam, że masz się na nim pastwić — naprostowała kotka, a następnie nachyliła się bliżej kocura i szepnęła: — Chodzi o to, że w jej łaskach zrobiło się wolne miejsce. Czeka tylko, aż ktoś się tam wślizgnie. Chyba nie pozwolisz, aby był to Tojadowa Kryza albo ktoś inny, co?
— Dla twojej wiadomości... — zaczął wyniośle. — Ja już sobie uwiłem gniazdko w łaskach liderki, niemusze się martwić, że ktoś je zajmie.
— Mhm... Myślę, że Szałwiowe Serce też tak myślał.
— Och! Na zgniłe małże, Trzcinowy Szmerze, to nie to samo! — oburzył się.
— No już królewno, nie gniewaj się. Wiesz, że robie to wszystko dla twojego dobra. — Pogłaskała go ogonem po grzbiecie. Kocur jedynie podniósł wyżej łeb.
— To mój przyjaciel, nie będę pastwił się nad nim czy korzystał z jego niefortunnej sytuacji — burknął, wciąż trzymając głowę nad szylkretką.
— On wie, że jesteście przyjaciółmi — zapytała, podnosząc brew.
— Oczywiście. Najlepszymi. — Odtrącił swoim ogonem jej ogon i owinął go sobie wokół łap.
— Aleś się nafuczał... Wiem, że jesteś wpatrzony w Szałwiowe Serce, jak w obrazek, ale żeby aż tak się tym przejmować... A może jesteś zazdrosny, co? — Uśmiechnęła się zadziornie i znów przybliżyła pyszczek. Wojownik zjeżył się nieco i dmuchnął jej prosto w nos. Trzcinka odsunęła się i kichnęła. — A do tego jaki ślepy na własne uczucia...
— Masz algi zamiast mózgu, mówił ci to ktoś?!
— Jeśli ja mam algi, to ty masz całkowitą, piszczącą pustkę, wiesz? — Słodki uśmieszek nie opuszczał jej mordki, kiedy kontynuowała zaczepianie zielonookiego. — Och mój biedny towarzyszu... Może gdybyś powiedział Szałwiowemu Sercu, nie byłby teraz wygnańcem ze złamanym serce. — Pokiwała głową z udawanym żalem.
— Ach! Przestań już te swoje wygłupy! Jesteś niemożliwa! — warknął. Wstał i nie bacząc na swoją ledwo nadgryzioną piszczkę, zaczął odchodzić. Trzcinka jednak zdążyła rzucić jeszcze kilka słów.
— Przede mną możesz uciec, ale nie przed swoim prawdziwym ja!

* * *
Aktualnie

Wiedział, że nie ważne jak ciężka będzie sytuacja, Trzcinowy Szmer jest silna i nie przejmuję się zwykłymi pomówieniami czy plotkami, zwłaszcza tymi, które nie są rozpowiadane przez nią. Żmijowiec musiał przyznać, że było to dość ciekawe doświadczenie, kiedy to ktoś tak tobie bliski był na językach wszystkich, a ty sam nie do końca mogłeś dołączyć do tych wścibskich szeptów, nieważne jak mocno twoje wścibskie szepty chciały wyjść na światło dzienne. Wiedział, że koty czekają na podwinięcie się szylretowej łapy, wiedział, że patrząc jej na tył głowy, kiedy zostają wybrani na wspólny patrol, że trochę bardziej pilnują swoich tyłów podczas polowań z wojowniczką. On nie mógłby mieć tego wszystkiego bardziej w nosie. I o dziwo jego podejście podzielała Mandarynkowa Gwiazda, ale nie było to aż tak niespodziewane, patrząc na to, że to ona był mentorką jego przyjaciółki.
Nie był jednak ślepy i nieprzejęty samym faktem, że najwidoczniej od wielu, wielu księżyców w Klanie Nocy panoszyła się zgraja zdrajców. Oczywiście wszyscy zauważyli już po śmierci Pluskającego Potoku, że jego ojciec dziwacznie się zachowuję, ale jego partnerka zawsze była przecież przykładną wojowniczką. Próbował nie mówić zbyt wiele o jej rodzinie, kiedy jadali razem, polowali razem, plotkowali razem, ale musiał przyznać, że momentami było ciężko. Był wścibski i ciekawski z natury. Wiedział, że żeby osiągnąć spokój ducha musi wiedzieć WSZYSTKO na KAŻDY temat, który jest aktualnie na językach innych Nocniaków. W takich momentach robił wszystko, aby Trzcinka wiedziała, że zawsze będzie po jej stronie, nawet jeśli z boku ich relacja wyglądała bardziej tak, że to Żmijowiec jako pierwszy mógłby wrzucić ją do głębokiego bagna.
Dzień nie był szczególnie ładny, ale po tej straszliwej Porze Nagich Drzewa każdy dzień, gdzie widać było przynajmniej cienką wiązkę promieni słonecznych, był nieco piękniejszy od pozostałych. Kocur wracał właśnie z porannego patrolu. Chociaż nie pamiętał, kiedy ostatnio całej grupie udało się powrócić z pełnym pyskiem do obozu, nie mógł był całkowicie zadowolony. Nie wiedział, czy to paranoja, czy prawda, ale na każdym kroku, który stawiał przy granicy, miał wrażenie, że czuje lekki zapach samotnika... lub samotników. Za każdym razem jeżył się nieco, za każdym razem stawał się trochę bardziej rozedrgany i milczący. Nawet docinki Wężynowego Splotu, która również brała udział w zwiadach, nie mogły wprawić go w inny humor. Nie odgryzał się, nie prychał... Siostra w pewnym momencie przestała widząc, jak bardzo rozchwiany jest jej brat, który tak często (zawsze) ma wszystko głęboko w nosie. Zwłaszcza po tym, jak niemal nie skoczył na Rezedową Łapę, która wyłoniła się nagle z krzaków obok, najpewniej również biorąc patrol za coś, czym nie był. Zaraz za uczennica pokazał się pstrokaty łeb Trzcinowego Szmeru.
— Nie powinieneś mylić czterech kotów z myszą, Rezedo... — mruknęła, kiedy terminator zmarszczył nos i odwrócił się do niej.
— Nie pomyliłem się! Myślałem, że to jakaś parszywa zgraja!
— To pewnie wina Wężyny — mruknął Żmijowiec, odwracając się do siostry. — Jeśli w tym klanie jest kot, który pachnie jedynie śliną i swoim ozorem, to ona.
— Powinieneś znaleźć sobie jakieś kreatywniejsze obelgi... — prychnęła Wężynowy Splot. — Od kocięcia powtarzasz to samo.
— I od kocięcia liczę, że w końcu dostrzeżesz, że jest to problem. — Odwrócił się od niej, nie chcąc się niepotrzebnie irytować. Chociaż to on zaczął, nie miał w sumie ochoty na przekomarzanki. — Dużo wam zostało Trzcinowy Szmerze? Wracamy już do obozu, możemy się zebrać w jedną grupę i spróbować zapolować przy Zrujnowanym Moście — zaproponował, a kotka skinęła łbem. Rezedowa Łapa od razu przylepił się do Słodkiej Łapy, która szła kilka kroków przed swoją mentorką, a Trzcinka pozostała u boku Żmijowca.
— Coś ty taki najeżony? Boisz się, że siostra ci odgryzie ogon — zapytała, próbując poprawić humor i jemu, i zapewne sobie.
— Żebyś się nie zdziwiła, do czego ona jest zdolna... — Posłał do tyłu wymowne spojrzenie.
— W końcu ktoś, kto nie mnie podejrzewa o wbijanie pazurów w plecy — mruknęła.
— Świat byłby za piękny, gdyby ktoś wziął Wężynę lub Tojada pod swój pazur, a nie ciebie. Ba! Zapewne wtedy zacząłbym nawet wierzyć w Klan Gwiazdy — powiedział bury.
— Nie mów tak... Nie chciałbyś tego — skarciła go przyjaciółka, posyłając nieco zbyt mordercze spojrzenie. Zielonooki machnął na to ogonem.
— Może tak, może nie... — wypluł i przez moment panowała nieco ciężka cisza. Mimo obiecania sobie, że nie będzie niepotrzebnie zaczynał tego typu rozmowy, słowa same wyszły na światło dzienne: — Wszystko u ciebie okej, prawda? Znaczy... Prócz tego, że cała twoja rodzina jest albo martwa albo zdradziła klan...

<Trzcina?>

09 lutego 2026

Od Ciernistej Łapy

Jego mianowanie w końcu nadeszło. Patrzył teraz na lidera z dumą w oczach, podrygując koniuszkiem ogonka. Królicza Gwiazda spojrzał na niego i jego rodzeństwo.
— Zebraliśmy się tu dziś, aby mianować czwórkę młodych kotów na uczniów.
Cierń czuł dreszczyk ekscytacji. Jako pierwszą wywołano jego siostrę.
— Mak, ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczennicą. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Makowa Łapa. Twoim mentorem będzie Cyklonowe Oko. Mam nadzieję, że przekaże ci on całą swoją wiedzę.
Kotka zetknęła się nosem z mentorem, po czym usiadła u jego boku. Nadeszła kolej następnego kota.
— Berberysie, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Berberysowa Łapa. Twoim mentorem będzie Śnieżycowa Chmura. Mam nadzieję, że przekaże ci ona całą swoją wiedzę.
Teraz to Berberysowa Łapa lekko poddenerwowany dotknął swoim nosem nosa kotki. Również usunął się na bok.
— Pyłku, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Pyłkowa Łapa. Twoim mentorem będzie Skrzypiący Skrzyp. Mam nadzieję, że przekaże ci on całą swoją wiedzę.
Również odeszli na bok po zetknięciu się nosami. Nareszcie. Pora na Ciernia. W końcu najlepsze zostawia się na koniec, prawda? A on właśnie taki był. Najlepszy z najlepszych. Wypiął dumnie pierś, rozglądając się po tłumie kotów. Któż dostąpi tego zaszczytu trenowania go? W końcu lider zaprosił go do przodu, a on dumnie kroczył przed siebie, w końcu zatrzymując się przed nim.
— I nareszcie, Cierń. Również ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Ciernista Łapa. Twoim mentorem będzie Jagodowe Marzenie. Mam nadzieję, że przekaże ci ona całą swoją wiedzę.
Zdziwiony spojrzał na matkę. Na prawdę? To ona będzie go trenowała? Fuknął lekko. Choć może i to lepiej? Berberysowa Łapa na pewno będzie mu zazdrościł! Poza tym spędzi z matką o wiele więcej czasu niż reszta jego rodzeństwa. Ochłonął, teraz lekko z gracją stykając się nosami z matką. Ciekawe, czy wszyscy teraz mu zazdroszczą! No i czy podziwiają go. W końcu wygląda dzisiaj bezbłędnie! Cały klan teraz wykrzykiwał ich imiona, a on czuł się tak, jakby to jego rozbrzmiewało najgłośniej. W końcu wszyscy po złożonych jemu i jego rodzeństwie gratulacjach rozeszli się, a on sam od razu podszedł do swojej mamy.
— Wybieramy się na trening dziś, czy jutro? — zapytał nonszalancko, przecież wcale nie ekscytował się jak kociak. To krok w dorosłość, a on musiał pokazać, że nie jest niewychowany.
— Możemy nawet dziś. Jeśli tylko chcesz. — odpowiedziała mu kotka, na co ten skinął.
— Im więcej będziemy trenować, tym lepiej, prawda?
— W rzeczy samej. A więc zbieraj się, Ciernista Łapo. — skinęła w stronę wyjścia z obozu. Kocura aż świerzbiły łapy na fakt, że będzie wreszcie zaczynał swój trening, że zobaczy w końcu tereny poza obozem. Gdy wyszli z niego poczuł delikatny powiew wiatru. Muskał go lekko po futrze, co zdecydowanie było przyjemnym uczuciem. Podążył za swoją matką, która kierowała go w stronę granic terytorium. Zapewne chciała go z nimi zapoznać, pomyślał od razu. Po dłuższej wędrówce wzdłuż granicy z Owocowym Lasem, o którym przy okazji opowiedziała mu matka, zatrzymali się przy wielkim, niezidentyfikowanym obiekcie. Kocur patrzył na niego przez długą chwilę, w końcu poddając się ze zgadywaniem. Spojrzał na kotkę z pytającym wyrazem twarzy.
— Co to jest? Wygląda dziwnie… Jakby wcale nie powinno tu być. — stwierdził kocur.
— Bo nie powinno. Nazywamy to Upadłym Potworem. Jego druga część znajduje się na terytorium Owocowego Lasu, oraz Klanu Wilka. Nie jest wytworem przyrody, tylko dwunożnych. — odpowiedziała mu szylkretka. Chwilę jeszcze przyglądali się potworowi, zanim przeszli dalej. Dotarli do Martwego Szlaku, o którym opowiadał mu jeden z odwiedzających jego i rodzeństwo uczniów. Ciarki przeszły jego ciało, jednak szybko otrząsnął się. Przecież nie był słabiakiem! Nie mógł po sobie pokazać czegoś takiego, co to to nie. Spojrzał na Jagodowe Marzenie, która otworzyła pyszczek aby zacząć opowiadać o tym miejscu.
— Martwy Szlak. To miejsce, w którym obumarła roślinność. Pewnie znasz opowieści krążące na temat tego miejsca, jednak nie wierzyłabym w nie na twoim miejscu w pełni. Ruszajmy dalej.
Kolejne miejsce jakie odwiedzili to Kamienni Strażnicy. Opowieści powoli nudziły się Ciernistej Łapie. Skoro był pod nimi skarb, to czemu nikt go nigdy nie wykopał? Wydawało się to być jednym wielkim oszustwem. Chciał już nauczyć się walki! Tak, był niecierpliwy. I to bardzo. Ale czy można mu się było dziwić? Kto by chciał słuchać nudnych bajeczek… Nareszcie jego matka wskazała w stronę obozu, co oznaczała, że wracają. Nie mógł się doczekać tego, że następnego dnia będą w końcu uczyli się walki. Gdy rozszedł się z szylkretką zatrzymał się przy stercie zwierzyny, wybrał sobie dorodnego zająca i skierował się w stronę Berberysowej Łapy, który zjadał gdzieś niedaleko tą samą zdobycz. Przysiadł przy nim, wylizując swoje futerko nonszalancko. Brat od razu zauważył go i uśmiechnął się.
— Ciernista Łapo! Jak tam szkolenie z mamą? — gdy wypowiedział te słowa lekko spojrzał w bok. Czyżby zazdrościł mu mentorki? No tak, bardzo zżył się z matką, pewnie to dlatego. Uśmiechnął się triumfalnie.
— Wspaniale, zwiedziliśmy praktycznie całe terytorium! Powiedziałbym nawet, że znam je już całe na pamięć. — odpowiedział.
— To świetnie… — odpowiedział zdawkowo, wgryzając się znów w posiłek. Cierń jednak zdecydował się drążyć.
— A twoja mentorka?
— Moja? Cóż… Poopowiadała mi o kodeksie wojownika. No i chyba tyle. — odpowiedział bratu. Czyli faktycznie, Ciernista Łapa na razie bawił się lepiej! Skończył szybko posiłek i wstał, strzepując ogonem.
— Muszę lecieć, przydałoby się zribić sobie miejsce w legowisku uczniów i wyspać się na jutro. Na razie!

***

Następnego dnia obudził się dość wcześnie. Przeciągnął się na miękkim mchu, po czym wyszedł z legowiska. Od razu dostrzegł matkę rozmawiającą z jednym z wojowników. Dumnie kroczył w ich stronę, zatrzymując się tuż obok niej, witając się z rozmówcą matki. Ta pożegnała się szybko i wyruszyli z obozu. Dotarli do rozciągłego terytorium, gdy w końcu mentorka przemówiła.
— Dzisiaj nauczymy się polować na króliki. Nie będzie to łatwym zadaniem, ale wydaje mi się, że mu podołasz.
Czy podoła? Oczywiście, że tak. Przecież jest świetny! Od razu zaczął dokładnie analizować pozycję, jaką przedstawiła mu matka, jednak po dłuższej chwili, gdy sam już ją zastosował i czekali, aż jakiś królik wyjdzie z nory, zaczął się nudzić. W końcu zobaczyli go. Mały brązowy królik wyszedł ze swojego schronienia i rozglądał się po polanie. Jego matka podkradła się trochę bliżej, a gdy już była na tyle blisko, aby móc zaatakować, podbiegła i zabiła go, wgryzając się w jego kark. Ciernista Łapa nie zdążył nawet wszystkiego dokładnie zarejestrować, a cała akcja zdążyła się zakończyć. Jego matka przyniosła zdobycz i skinęła w stronę łąki. Cóż, wygląda na to, że teraz jego kolej. Czekał przez dłuższą chwilę, gdy w końcu z trawy wyłonił się królik. Od razu pobiegnął przed siebie, a gdy wyskoczył zdążył w ostatniej sekundzie wylądować na króliku, zanim ten zniknął w trawie. Walczył dzielnie, próbując podrapać drapieżnika, jednak nie zdołał uciec uczniowi. Finalnym ciosem zabił zwierzynę, triumfalnie zanosząc ją do matki. Ta z aprobatą skinęła mu głową.
— Bardzo dobrze. Wracajmy, robi się późno. Lepiej być wcześniej w obozie.
Skinął jej głową i wziął swoją zdobycz, podążając za nią. Był z siebie dumny, jak mógłby nie być! Jak na pierwsze polowanie poszło mu bardzo dobrze. Ciekawe co powie Berberysowa Łapa!

1200 słów
polowanie na króliki

Od Niedźwiedziówki do Kasztanka

tw: poród

Miała wrażenie, że im dłużej była w ciąży, tym mniej poczytalna się stawała. Nie podobała jej się wizja, że właśnie w jej brzuchu przebywały cztery żywe istoty, którymi teraz już do końca swojego życia będzie musiała się opiekować. Będzie musiała wysłuchiwać ich lamentów i żalów, jednocześnie udając, że ją to cokolwiek obchodzi. A nie obchodziło wcale. I nie będzie obchodzić.
Nie chciała żyć nudnym życiem pokornej matki – zależało jej na tym, by w Klanie Nocy knuć i wspinać się na wyżyny hierarchii. Jak na razie koty nie patrzyły tu na nią zbyt przychylnie, ale już planowała, jak może to zmienić. Ten plan nie zawierał jednak czwórki bachorów.
Niedźwiedziówka zamierzała, przynajmniej na razie, zachowywać się jak wzorcowa Nocniaczka. Gdy już być może dostanie jakiegoś mentora, na pewno zamierzała bardzo przykładać się do treningów. Będzie ćwiczyć dwa razy ciężej od każdego ucznia w tym klanie, jednocześnie starając się popisać przed kimkolwiek, kto był tu ważny – przywódcą, zastępcą i całą resztą.
Jeszcze nie do końca wiedziała, jak to wszystko funkcjonuje, ale nie było to dla niej przeszkodą. Jeszcze się dowie. Jeszcze omami jakiegoś frajera i sprawi, że ten skoczy za nią w ogień. Dokładnie tak, jak zrobiła to z Burzowymi Chmurami i Słonecznym Fragmentem.
W tym momencie leżała w miarę spokojnie, wpatrując się w sufit swojego legowiska. Czuła się obserwowana przez kocura, który – jak już się dowiedziała – nazywał się Złocisty Widlik. Nie zwracała jednak na niego większej uwagi. Zresztą… to nawet dobrze, że wzbudzała czyjeś zainteresowanie, prawda? Może kiedyś do niego zagada, gdy już zmuszą ją do opiekowania się tymi pokrakami przez następne sześć księżyców.
No właśnie, sześć! Kto to widział? Przez tyle czasu byłaby w stanie zabić już co najmniej dwa koty, a także wzniecić jakiś bunt. No, ale mimo wszystko zawdzięczała tym kociętom swój pobyt w Klanie Nocy. Gdyby w momencie znalezienia przez patrol nie była w ciąży, pewnie wyrzuciliby ją na zbity pysk ze swoich terenów. Szkoda, że nie mogła się ich pozbyć jakoś… gdy już ją tu przyjęli. Może dzięki temu zyskałaby też współczucie Nocniaków, gdyby zaczęła tak bardzo rozpaczać nad ich stratą.
Jej nienarodzonym dzieciom chyba nie spodobał się ten pomysł, bo Niedźwiedziówka nagle poczuła spazm bólu, który rozszedł się po całym jej ciele. Nie mogła się powstrzymać od wydania stłumionego krzyku, a także zgięcia się w pół i zagryzienia wargi. Jej szamotanie się wzbudziło uwagę łaciatego kocura, który aż podniósł się ze swojego posłania, by do niej podejść.
— Wszystko w porządku? — zapytał, choć bez większego niepokoju. Jakby był to obowiązek, a nie akt wykonany z troski.
Niedźwiedziówka zamachnęła się łapą, jakby chciała go uderzyć, ale spudłowała. Jak on śmiał zadawać takie pytanie, skoro widział, że nic nie jest w porządku? Wiła się tu jak dżdżownica, a on naprawdę miał czelność pytać, czy wszystko jest w porządku?! Czy on w ogóle miał oczy?
— Zawołaj pomo- — warknęła przez zęby, jednak kolejna fala bólu nie dała jej dokończyć.
Potem słyszała oddalające się kroki, które nadzwyczajnie głośno dudniły jej w uszach. Ból przyćmiewał jej myśli, jej wizję.
“Jak pozwolić Pacynka mogła na to, by znaleźć się w takiej sytuacji? Tak bezbronna wobec spojrzeń i woli cudzej?” – słyszała w myślach głos Marionetki. Gdzieś między zlewającymi się uderzeniami serca złapała się nawet za głowę, próbując pozbyć się głosu ciotki z umysłu. “Czy Pacynka pojmuje, że Słoneczny Fragment i Burzowe Chmury w kłamstwo swe wciągnęła? Prawda prędzej czy później ją dopadnie, a wtedy wszystko, co dotychczas zdobyła, w proch się obróci…”.
Niedźwiedziówka miała wrażenie, że na chwilę omdlewa, tylko po to, by znów odzyskać świadomość. Pamiętała jedynie urywki. Niespokojne głosy, rozkazy. Czasem ukradkiem otwierała oczy i widziała panujące w żłobku zamieszanie, tylko po to, by zaraz jej wizja zaszła czernią.
Z tego wszystkiego wyłapała też rozmowę medyczek:
— Ten… patrz, Różana Woni, on… nie rusza się.
— Musiał umrzeć przy porodzie. Lepiej, by ta samotniczka się o tym nie dowiedziała.
— Mam go zabrać?
— Zabrać. Zakopać. Cokolwiek, by nie wiedziała o jego istnieniu.
Wtedy leżała nieruchomo, oddychając ciężko. Oczy miała zamknięte, wyglądała niczym trup. A jednak jej klatka piersiowa powoli unosiła się i opadała. Każdy założył, że zemdlała, że nie jest świadoma tego, co dzieje się wokół. Bujda. Była świadoma, i to jak.
Wcale nie straciła przytomności, nie zasnęła. Była po prostu na tyle zmęczona, że każdy, nawet najmniejszy ruch wywoływał u niej ból. Nawet jeśli bardzo chciała wygarnąć tym dwóm kotkom, że to, co robią, jest podłe, po prostu nie potrafiła.
Nie było tak, że zależało jej na tym kocięciu – bo nie zależało. Im mniej, tym lepiej. Nie lubiła być jednak oszukiwana i gdy medyczki próbowały zataić przed nią istnienie jednego z kociąt, aż krew się w niej gotowała.
W każdym razie w takim stanie, na pograniczu snu i jawy, nie utrzymała się zbyt długo. W końcu naprawdę usnęła, mogąc odpocząć.

* * *

Niedźwiedziówka od porodu miała problemy ze snem. Bywały noce, w których ani razu nie zmrużyła oka. Nie, żeby to miało większe znaczenie, bo w końcu i tak całymi dniami gniła nieszczęśliwie na swoim posłaniu. Nie musiała się wysilać, a właściwie… nawet nie mogła. Z jednej strony trochę do tego dążyła, z drugiej czuła się jak w klatce. Jak wtedy, gdy jako kocię była zamknięta w tej zapchlonej piwnicy. Tyle że teraz było jeszcze gorzej, bo musiała znosić popiskiwania tych okropnych, śmierdzących stworzeń, których nawet w myślach nie potrafiła nazwać swoimi dziećmi.
Za każdym razem, gdy kierowała wzrok ku nim, w piersi narastała nienawiść. Gniew, złość, obrzydzenie… Wyjątkiem była jedynie Werwa, która wyglądała zbyt podobnie do swojej zmarłej cioci – Wieleniego Szaku – by bura mogła traktować ją z taką samą odrazą.
Mimo że tak bardzo nie cierpiała swoich dzieci, postarała się nawet o imiona. Musiała zachować pozory miłej, potulnej matki, dlatego teraz po żłobku hasały Werwa, Narcyz i Kasztan. Nawet swojemu martwemu kociakowi nadała imię – Pajączek. Choć tak naprawdę nie był to jej pomysł, a bardziej podszept Marionetki. To właśnie ciotka podpowiedziała jej, by od teraz zwracać się do nieżyjącego kociaka właśnie tak. No dobrze, ale właściwie, dlaczego miałaby się w ogóle do niego zwracać? A no dlatego, że w jej głowie zakorzeniło się przekonanie, że Pajączek był złotym kociakiem. Lepszy niż Narcyz i Kasztan, na tym samym poziomie co Werwa. Co z tego, że nigdy go nie zobaczyła. Ona to czuła. Była pewna, że Pajączek wyrósłby na kogoś wielkiego w Klanie Nocy. Że pomógłby jej w realizacji planu zdobycia władzy w tej głupiej społeczności. Nie, to co te dwa… nieudane twory.
Gdy zapadła już noc, a cała dzieciarnia w końcu zasnęła, Niedźwiedziówka wpatrywała się tępo w ciemność przed sobą. Gdzieś z tyłu słyszała spokojny, równy oddech Złocistego Widlika. Miała wrażenie, jakby wszystkie jej myśli rozpłynęły się w powietrzu, a w głowie zapanowała pustka. Przynajmniej do chwili, gdy znów nie usłyszała głosu, który nawiedzał ją od kilku dni:
“Nikt nie obserwuje Pacynki. Może zrobić, co tylko zechce” – odezwała się Marionetka. Choć ciotki nie było tu w postaci materialnej, bura mogła przysiąc, że widziała jej szeroki uśmiech przed oczami. “Śmiało, Pacynko, śmiało. Wszyscy wiemy, jak bardzo nie cierpisz tych kociąt!” – kontynuowała, niemal wdzierając się do myśli Niedźwiedziówki, odcinając ją od wszystkiego innego. Bura czuła się tak, jakby duch ciotki wprost opętywał jej ciało. “Żaden Nocniak się nie dowie, a Pacynka będzie mogła jedynie wzbudzić w nich współczucie!”.
Zanim zdążyła się powstrzymać, poczuła w pysku odgryziony ogon. Nie należał on do żadnej myszy czy nornicy. Och, nie… Jej wzrok padł na ledwo przytomnego Kasztana. Kocurek wiercił się po podłodze, powoli budząc ze snu, jeszcze półprzytomny. Niedźwiedziówka pamiętała tylko przez mgłę to, co wydarzyło się przed chwilą. Dlaczego to zrobiła? Jak to zrobiła? Kiedy zdążyła chwycić ten ogon i wyrwać go z nasady?
W przypływie paniki zerwała się z miejsca i chwiejnym, przyspieszonym krokiem ruszyła ku wyjściu ze żłobka. Na zewnątrz uderzył ją lodowaty, ostry wiatr, który wręcz szeptał do jej uszu. Opuszczając obóz, zatrzymała się dopiero nad wartko płynącą rzeką, która oddzielała wysepkę azylu od reszty terenów.
Strzepnęła sfrustrowana ogonem i spojrzała na wzburzoną, ciemną wodę pod stopami. Bez wahania pozbyła się dowodu, pozwalając, by nurt porwał go daleko, ku morzu. Teraz pozostawało tylko wrócić i udawać, że całą noc przespała spokojnie. Co będzie rano? Tego nie wiedziała. Nie zamierzała nawet zgadywać, ale i tak miała wrażenie, jakby jej żołądek wywrócił się na drugą stronę.

* * *

Z każdym kolejnym dniem coraz częściej znikała ze żłobka, by szwendać się po obozowej polanie, i coraz rzadziej zajmowała się swoimi dziećmi. Jednocześnie oczywiście starała się sprawiać wrażenie zwykłej, tylko nieco roztrzepanej matki, która mimo wszystko kocha swoje kocięta nad życie, a jedynie gubi się w tym całym rodzicielstwie. Odkąd dostała mentorkę – Wężynowy Kieł – znacznie łatwiej było usprawiedliwiać swoje zniknięcia. Tłumaczyła, że wojowniczka miała jej do przekazania coś naprawdę ważnego, coś, co zainteresowało ją na tyle, że zapomniała wrócić do swoich trzech latorośli.
Zazwyczaj nikt nie kwestionował jej nieobecności, choć czasem same kocięta pytały, gdzie była tak długo. Wtedy wciskała im wszystkie te kity, a że ani Narcyz, ani Werwa, ani Kasztan nie wiedzieli zbyt wiele o świecie, raczej nie sprzeczali się ze swoją matką.
Niedźwiedziówka nie potrafiła nawet określić, ile księżyców minęło od jej porodu. Każdy dzień wyglądał dla niej niemal tak samo – nawet jej myśli były identyczne, bo co ranek modliła się o to, by te dzieci wyfrunęły już z gniazda. By zostały im nadane dwuczłonowe imiona, przydzieleni mentorzy i by zostali wysłani na treningi oraz patrole – byleby bura widywała ich jak najrzadziej i mogła dalej wdrażać w życie swoje plany.
Tym razem leżała grzecznie na swoim posłaniu, wpatrzona w ścianę przed sobą. Robiła wszystko, byle tylko odciąć się od otaczających ją piskliwych głosów kociąt. Starała się też na nie nie patrzeć, bo nawet nie ręczyła za siebie. Czasami samo dostrzeżenie jednego z tych małych łajnojadów było dla niej na tyle frustrujące, że mogłaby na miejscu wydłubać mu oczy. Czego jednak… nie robiła, bo wolała, by nie wyrzucili jej z klanu. Jeszcze nie teraz.

<Kasztan?>

Od Lisa CD. Iskrzyka

Lis popatrzył na braciszka.
— Przecież wiesz, że… nie wolno nam tego robić, Iskrzyku. Dostaniemy karę, a ja nie chcę kary.
Kocurek spojrzał na niego i zmrużył oczka.
— Boisz się…? — zapytał kiwającego się rudaska.
— Starsi są podobno bardzo fajni! Inni mówili, że opowiadają cudowne historie… i są szanowani. Nie możemy robić im psikusów — odparł Lis i przekręcił główkę na bok.
— Pójdę do nich i poproszę, żeby opowiedzieli mi historię. Nie chcę robić złych rzeczy. Jak chcesz, to dołącz do mnie.
Lis, kiwając się na różne strony, odszedł do starszych.
— Cześć! — miauknął głośno, gdy się tam znalazł. W legowisku był tylko jeden starszy. Wyglądał groźnie… tak wydawało się maluchowi.
— Mały brudasek się znalazł, hm? — rzekł starszy. Lis podwinął ogon.
— Ja... chciałem zobaczyć… jak… jak tu wygląda i tak dalej… — wyjąkał kocurek z ubłoconymi łapkami. Starszy stanął nad kociakiem.
— Nie z tymi ubłoconymi łapami, mały — warknął i powrócił na swoje miejsce, zasypiając. Lis w popłochu wybiegł i pognał do braciszka, przewracając się wiele razy.
— Iskrzyku, Iskrzyku! Ten starszy chciał mnie zjeść! — wykrzyknął do kremuska. — Nigdy więcej tam nie wrócę! — wyszeptał przerażony rudas. Jego brat westchnął.
— Nie wymyślaj, Lisku. Te staruchy tylko się lenią i lenią. Nie jedzą kociaków.
— Ale on był taki straszny, Iskrzyku! Jeśli mi nie wierzysz, sam tam pójdź!

<Iskrzyku?>

Od Pchełkowego Skoku Do Pietruszkowej Błyskawicy

Jesienny poranek zaczął się całkiem wietrznie. Zimne powietrze wkradło się do legowisk wojowników, budząc niektórych z nich, w tym Pchełkowy Skok. Kotka poczuła biegnący wzdłuż pleców dreszcz, po czym niechętnie wstała. Rozciągnęła się, ziewnęła. Wychodząc, spojrzała w stronę legowiska lidera. Wszyscy wiedzieli, że Judaszowa Gwiazda odejdzie niedługo z tego świata. Z każdym wschodem słońca Pchełka czuła jak zbliża się ich czas. Czas rewolucji.Myśląc o tym, przypomniała sobie swoją rozmowę z Mirtowym Lśnieniem o trzecim ogniwie. Rudy kocur uważał, że potrzebowali kogoś jeszcze, a Pchełka podzielała jego zdanie. Rozmawiając z różnymi kotami, szukała potencjalnego pomocnika, aż w końcu do głowy przyszła jej nie kto inny jak Pietruszka. Przyjaciółka wojowniczki, z którą ostatnio rozmawiała dużo mniej, miała odpowiednie predyspozycje. Była silna i mądra, a takiego kota potrzebowali.
Dlatego też dzień zaczęła od wykręcenia się z polowania, by w to miejsce zaprosić Pietruszkę na spacer. Potrzebowała wyprowadzić ją gdzieś poza obóz, by niechciane uszy nie usłyszały ich rozmowy…

Złapała wspomnianą nieco później przy stosie ze zwierzyną. Zaproponowała wspólny posiłek, a następnie niedługą wędrówkę, bo wiedziała też, iż Pietruszka ma dużo na głowie. Kotka się zgodziła i niedługo później obie pałaszowały piszczki. Co prawda Pchełka bardzo sztywno się zachowywała, co na pewno nie umknęła uwadze spostrzegawczej starszej. Pchełka stresowała się na myśl o nadchodzącej rozmowie oraz o tym wszystkim. Stres odzwierciedlał się w jej codziennych czynnościach, częściej leciały jej rzeczy z łapek lub się zamyślała, co skutkowało potem nieznaniem szczegółów patroli czy polowań.

Gdy zjadły, Pchełka wstała i krótkim ogonkiem dała znać, że pójdzie pierwsza. Wyprowadziła je obie głównym wyjściem i zaprowadziła w stronę Pogorzeliska, ale nie dotarły tam. Zatrzymały się pod niedużymi drzewami, które rosły po drodze. Pchełka z duszą na ramieniu odwróciła się do swojej przyjaciółki, którą znała od dziecka. Codziennie nosiła i dbała o pióro, które od niej dostała. W końcu wzięła głęboki wdech, spojrzała w jej oczy i zapytała;
– Pietruszko… C-Co sądzisz o Jaskółce?
Kotka zdawała się chwilowo zaskoczona nagłym pytaniem o kremową zastępczynię.
– Co masz na myśli? – dopytała.
– No wiesz… o niej jako o Liderce – miauknęła. – J-Judaszowcowa Gwiazda niedługo… i ona go zastąpi.
Rozejrzała się nerwowo tak, jakby buszujące nieopodal wiewiórki miały je podsłuchiwać.
– Nie lubię Jaskółki – odpowiedziała stanowczo, odwracając wzrok gdzieś w bok. – Znam… jej sekret. Nie chcę, by została Przywódcą.
Pchełka pokiwała głową powoli, analizując jej wypowiedź i próbując ułożyć w głowie odpowiednio pytanie. Pogrzebała łapą w ziemi, stresując się. Co, jeśli Pietruszka ją znienawidzi? Uzna za jakąś nienormalną, pchającą się w łapska śmierci? Za nieodpowiedzialną, może nawet jakąś skrajną?
Te wszystkie myśli doprowadziły do tego, że Pchełka skuliła się nieco. Przysiadła na trawie pokrytej liśćmi, a Pietruszka od razu wyłapując zmianę w jej nastroju, dosiadła się. Pchełka poczuła dotyk jej miękkiego ogona na swoim boku i nieco pomogło jej się to rozluźnić.
– Pietruszko… ja Cię bardzo kocham, wiesz? – powiedziała szczerze, drżącym głosem. – Nie znienawidzisz mnie?
– Za co? – Kotka zdawała się mocno zdezorientowana.
– C-Chcemy wraz z Mirtowym Lśnieniem z-zatrzymać Jaskółkę przed o-odebraniem żyć i z-zostaniem Przywódczynią… oraz z-zająć ją Mirtowym Lśnieniem. I m-my… znaczy ja… c-chciałam prosić Cię o pomoc. Pomoc w zatrzymaniu jej… t-to dla dobra nas wszystkich! U-Uważamy, że ona nie powinna dojść do władzy… – Natłok myśli sprawił, iż zaczęła się ponownie mocno jąkać. Emocje, jakie czuła, na pewno jej w tym nie pomagały, to też nie była do końca pewna, co Pietruszka z tego wszystkiego zrozumiała.
Odważyła się jednak podnieść wzrok i spojrzeć na pyszczek starszej.
– P-Pomożesz nam…?

<Pietruszka?>

Od Żmijowcowej Wici CD. Mandarynkowej Gwiazdy

Rodzina jego najlepszej przyjaciółki okazała się być zdradzieckimi szujami. Żmijowiec nigdy nie był blisko ani z Baśniową Stokrotką, ani z Dryfującą Bulwą, a tym bardziej nie ze starszym rodzeństwem Trzcinowego Szmeru, zwłaszcza po tym, co zrobił Pluskający Potok. Nie wierzył w zbytnio w teorie spiskowe, nie miał w zwyczaju łączyć w głowie faktów na siłę, aby tylko doszukać się jakiegoś niewidocznego znaku czy niemożliwej poszlaki. Nie lubił gdybania na takie tematy. Już wystarczało mu, że cały klan kładł się przed jakimś tajemniczym Klanem Gwiazdy, który miał w sobie tyle prawdziwości, co opady śniegu podczas Pory Zielonych Drzew. Cała ta sprawa jednak nie dawała mu spokoju. To wszystko było niczym swędzący noc, z którym nic nie możesz zrobić; nieważne jak mocno tarłbyś go łapą, to i tak nic nie da, gdyż irytujące uczucie powróci niemal momentalnie, kiedy przerwiesz czynność. Nie mógł o tym wszystkim powoli myśleć. Wszystko przypominało mu o tym, że w Klanie Nocy kryję się jakaś większa zagadka. Widział puste, zimne legowiska, na których jeszcze niedawno spali podstarzali Stokrotka i Bulwa, a nawet jedno zdecydowanie bliżej mchu jego i Trzcinki, które zajmowała Porywisty Sztorm. Jeśli by się skupił, najpewniej dalej umiałby odróżnić cząstkę ich zapachu. Widział wyraz pyska Trzcinowego Szmeru, która z całych sił próbowała pokazać, że to wszystko jej nie rusza, że jest ponad tymi plotkami. Sam kocur nie wątpił w lojalność przyjaciółki i, na szczęście, większość Nocniaków, a w tym i dawna mentorka wojowniczki, raczej podzielało tę opinię, ale i tak, nawet to nie mogło uchronić jej od podszeptywań, ledwo usłyszanych gdybań czy zrezygnowanych i często nieco przestraszonych pytań, które wszyscy zdawali się zadawać. Czasami miał wrażenie, że od kiedy się urodzili, nie było w Klanie Nocy spokojnego czasu.
Wrócił z polowania. Często ostatnio wychodził sam, chociaż wielokrotnie był ganiony przez przemądrzałą siostrę czy właśnie ciemnooką przyjaciółkę. Machał na to wszystko ogonem, mówiąc, że jeśli ktoś ma go obranego za cel, co za różnica czy wykończy go dziś, czy za kilka wschodów słońca. Udawał rozbawienie i nonszalancje, ale musiał przyznać przed samym sobą, że niejednokrotnie podczas tych jednoosobowych łowów, kiedy krzak zaszeleścił zbyt głośno, zbyt blisko, zbyt nienaturalnie, zalewała go fala zimnego potu. Pora Nagich Drzew powoli opuszczała tereny, ale to "powoli" było słowem klucz. Chociaż zwierzyny stale przybywało, nie mógł powiedzieć, że polowania były całkowicie udane, a zdobycz liczna. Wciąż starał się z całych sił, aby ponownie zaistnieć w oczach Mandarynkowej Gwiazdy, chociaż powoli tracił nie tylko cierpliwość (z której nie słynął), ale też nadzieje, że kiedykolwiek odkupi czymś swoje nieprzemyślane, ale niekoniecznie głupie zachowanie sprzed wielu, wielu księżyców. Teraz stał pod jej legowiskiem, z pyska zwisał mu niezbyt pokaźny leszcz, którego udało mu się wyłowić dzisiejszego poranka, zanim jeszcze rozdzielił się ze Zmierzchającą Falą i Kropiatkową Skórką. Wszedł do środka po uprzednim zapowiedzeniu się. Srebrna kocica nie wyglądała zbyt dobrze, ale kto by się dziwił... on też najpewniej nie wyglądałby znakomicie, gdyby miał na karku cały klan i jeszcze widmo zdrajców, drapieżników i samotników.
— Przepraszam za najście, ale rozmawiałem z Błękitną Laguną i powiedział, że zapewne jeszcze dzisiaj nie jadłaś, więc pomyślałem, że przyniosę coś — powiedział, kiedy podniósł łebek po delikatnym ukłonie. Liderka zerknęła na niego, to na rybę, a to z powrotem na bury pysk.
— Czy reszta klanu już jadła? — zapytała.
— Ci, których ściskał głód, a powrócili już z polowań czy treningów, zapewne tak. Leszcza złapałem osobiście, więc nie martw się tym. Zwierzyny znów będzie dostatek. Może to jeszcze nie ten czas, ale coraz częściej koła widać na tafli wody, a myszy już zaczęły harcować w tataraku — próbował przekonać kotkę.
— Połóż ją, zjem później — oznajmiła, a Żmijowiec wykonał polecenie. Przez moment stał w niepewnej ciszy, nie wiedząc, czego tak faktycznie chciał. Znaczy... wiedział, o co chciałby zapytać, o czym chciałby porozmawiać, ale wiedział też, że jest to paskudnie kiepski pomysł, zwłaszcza w takim niepewnym czasie. — Żmijowcowa Wicio, czy tylko po to tu przyszedłeś? Czego chcesz? — zapytała, ale jej głos nie był wrogi, bardziej... zmęczony.
— Nie chce niczego — mruknął, chociaż był to fałsz.
— Ty zawsze czegoś chcesz, nawet jeśli nie zdajesz sobie z tego do końca sprawy — odpowiedziała kocica i westchnęła. Wojownik zaśmiał się smętnie pod nosem.
— Może to prawda... — zgodził się i usiadł, owijając ogon wokół łap. — Może... nie jest to sprawa, która musiała zostać poruszona teraz, ale skoro już i tak zawracam ci głowę... Słyszałem, że jakiś czas temu patrol Trzcinowego Szmeru napotkał samotnika, a do tego ta masa kociąt, które cały czas odnajdujemy... Nie jestem przesądny, nie mam nic do kotów spoza klanu. Sam urodziłem się tutaj tylko dlatego, że uznano, że mojej matce można zaufać... A-ale to dziwne, prawda? Ta Niedźwiedziówka i jej kocięta... Ponownie, nie mogę nic mówić z wyprzedzeniem, gdyż to niemal taka sama sytuacja, co z nami, ale... Ah... Przepraszam Mandarynkowa Gwiazdo... Czasami mam wrażenie, że jestem błyskotliwszy niż faktycznie, ale najwidoczniej moje wyobrażenie siebie wybiega zdecydowanie za bardzo przed rzeczywistość — zaśmiał się smutno. Było mu nieco głupio, próbował ukryć zażenowanie i wstyd, który wykwitł mu na policzkach, ale białe futerko nie pomagało.
— Co masz na myśli, dokończ — poleciła liderka.
— Wiesz, że nie przestanę wracać do sytuacji z samotnikami, prawda? Wiesz, że nie pozwolę zaginać tym poszlakom, które znalazłem na ciałach Sterletowej Łuski i Rozpędzonej Ważki... Nie-nie wiem dokładnie jakie może być powiązanie tej całej sprawy z tym, co dzieje się teraz, ale nie mogę przestać myśleć, że jakieś musi być. — Przełknął ślinę. Nie podnosił głowy, wpatrywał się w swoje łapy, ale mówił dalej: — Daj mi, proszę, chociaż pozwolenie, abym mógł zająć się tą sprawą, jeśli nie chcesz zawracać głowy innym kotom, mogę to robić samodzielnie, nie potrzebuję partnera, nie boję się samotników; jeśli chcą, niech spróbują mnie dogonić...

<Mandarynko?>

Wiosenne Dolegliwości

Nadeszła Pora Nowych Liści, a z nią nowe dolegliwości!

POGODA

Nawet po tych długich, siarczyście mroźnych księżycach mróz nie daje o sobie zapomnieć. Wiatr wciąż wieje, śnieg zamienił się w obfity deszcz, a słońce nieśmiało skrywa się za chmurami. Chociaż z czasem pokrywa śnieżna stopnieje, koty szybko zauważą, że nie jest to całkowicie dobra rzecz, zwłaszcza po kilku dniach dużych opadów. Chociaż świat wydaję się być bury i mokry, wszystko powoli rodzi się do życia i wraz z promieniami słońca, które zawitają w drugiej połowie wiosny, powróci również soczysta zieleń i dziarska zwierzyna.

Dolegliwości odczuwają wymienione niżej koty z:

Klanu Burzy:

Trzmiela Łapa - infekcja ucha
Barszczowa Łodyga - ból głowy
Chomik - biały kaszel
Sójcza Łapa - wymioty
Szafirkowy Wiatr - kolec w łapie

Klanu Klifu:
 
Trójoki Zająć - kleszcz
Tygrysek - niestrawność
Różeńcowa Łapa - infekcja gardła
Jastrzębi Zew - niestrawność
Pietruszkowa Błyskawica - swędząca infekcja

Klanu Nocy:

Gąbczasta Perła - bezsenność
Czosnkowa Krewetka - infekcja oka
Wężynowy Kieł - ból stawu
Lawenda - kocięcy katar
Rezedowa Łapa - zranienie ogona

Klanu Wilka:
 
Gruba Łapa - wybicie barku
Zalotna Gwiazda - kleszcz
Kwaśna Kocanka - zielony kaszel
Borsucza Puszcza - infekcja ucha
Makowa Łapa - ugryzienie przez szczura

Owocowego Lasu:
 
Puma - kłopoty z oddychaniem
Lis - zwichnięcie przedniej łapy
Purchawka - bezsenność
Ziemniak - swędząca infekcja
Kropla - przewianie

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Gałązka - gorączka
Poziomkowa Polana - kłopoty z oddychaniem
Zielone Wzgórze - bezsenność

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w kolejne stadium. Dotyczy to kotów z:

Klanu Burzy:

Oskrzydlony Ognik - ból głowy > osłabienie > migreny
Pozłacana Pszenica - ugryzienie przez szczura > infekcja
Przeplatkowy Wianek - ból stawu > sztywność stawu
Burzowe Chmury - gorączka > osłabienie
Zwiewny Mak - przewianie > katar
Ciernista Łapa - szkło w łapie > infekcja

Klanu Klifu:
 
Bożodrzewny Kaprys - katar > kłopoty z oddychaniem > duszności
Słoneczna Łapa - infekcja oka > tymczasowa ślepota na oko

Klanu Nocy:

Słodka Łapa - niestrawność > wymioty > odwodnienie
Szałwiowe Serce - biały kaszel > zielony kaszel
Czyhająca Murena - bezsenność > halucynację
Niedźwiedziówka - gorączka > osłabienie
Korzenna Łapa - swędząca infekcja > podrażniona skóra

Klanu Wilka:
 
Barczatkowy Świt - ugryzienie przez szczura > infekcja > niemożność stawania na łapę

Owocowego Lasu:

Rokitnik - infekcja gardła > chrypa 

Samotnicy i Pieszczochy:
 
 Baśniowa Stokrotka - wymioty > odwodnienie > omdlenia
Rysi Trop - ból zęba > psucie się zęba
Jaskier - ugryzienie przez szczura > infekcja

Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka wiosną.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu wiosny - mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!

Od Mirtowego Lśnienia

Mijały kolejne dni od chwili, gdy po raz ostatni odważył się poruszyć temat zasadzki z Pchełkowym Skokiem, a cisza, która po tym zapadła, nie przyniosła mu ulgi — przeciwnie, narastała w nim niczym stado niewidzialnych wrogów, krążących cierpliwie wokół jego myśli i tylko czekających, aż popełni jeden, ledwie dostrzegalny błąd. Każda chwila od tamtej rozmowy zdawała się być napięta jak ścięgno gotowe do pęknięcia, a czas, który wcześniej jedynie ich ponaglał, teraz bezlitośnie ściskał mu gardło, przypominając kleszcza wczepionego w ogon ofiary — nieubłaganego, zimnego i nie do strząśnięcia.
Odkąd rozpoczęli planowanie tej akcji, dni przestały mieć wyraźne granice, a noce nie przynosiły odpoczynku. Myśl o śmierci Judaszowcowej Gwiazdy czaiła się tuż pod powierzchnią jego świadomości, pulsując w rytm serca, tak blisko, że chwilami zdawało mu się, iż dzielą ich od niej jedynie pojedyncze uderzenia — szybkie, urywane, zdradzające strach, którego nie potrafił już dłużej ignorować.
Mirtowe Lśnienie w końcu ułożył się na swoim legowisku, starannie osłaniając pysk chłodnym, wilgotnym mchem, jakby w ten sposób próbował odgrodzić się od świata i własnych myśli. Zapach ziemi i kamienia był znajomy, lecz tej nocy nie koił — jedynie przypominał mu o miejscu, w którym tkwił, i o roli, której nie potrafił z siebie zrzucić. Powieki ciążyły mu coraz bardziej, a zmęczenie, nagromadzone przez ostatnie księżyce niepewności, zaczęło wreszcie zbierać swoje żniwo. Jego oddech zwolnił, przeradzając się w ciche, niemal nieobecne pochrapywanie, a pysk mimowolnie rozchylił się, gdy jedną łapą przekroczył granicę snu.
Przez krótką, bolesną myśl przemknęło mu jeszcze, że jutro znów się obudzi — w tym samym miejscu, w tym samym cieniu, pełniąc tę samą rolę, która powoli, lecz konsekwentnie doprowadzała go na skraj obłędu.
W końcu jednak napięte dotąd mięśnie rozluźniły się, a myśli, jedna po drugiej, zaczęły cichnąć, gasnąc niczym dogasające gwiazdy wraz ze wszystkimi zmartwieniami, jakie towarzyszyły mu każdego dnia.


***


Niebo było intensywnie błękitne, aż nienaturalnie jasne, jakby ktoś starannie oczyścił je z wszelkiej groźby. Ostrość tego koloru kontrastowała z miękko nastroszonymi obłokami, sunącymi leniwie po nieboskłonie, a spokojny wiatr muskał futra wojowników Klanu Klifu z delikatnością piórka. Kamienna posadzka obozu lśniła w blasku słońca, odbijając światło w ciepłych refleksach, które zdawały się oblekać wszystko w aurę bezpieczeństwa i porządku.
Otrzepał się odruchowo, jakby strząsał z siebie resztki snu, po czym wyszedł z legowiska — dopiero wtedy uderzyła go myśl, że nie spoczywał na zwykłej półce wojownika, lecz w legowisku przywódcy. Serce zabiło mu szybciej, lecz nie z lęku, a z dziwnego, obcego uczucia spełnienia. Jeszcze raz przeciągnął się, przejechał szorstkim językiem po futrze na piersi i rozejrzał się po obozowisku.
Koty tętniły życiem. Rozmowy splatały się ze śmiechem, a w samym sercu obozu panowała atmosfera radości, jakiej nie pamiętał od wielu księżyców. Każda twarz była rozluźniona, każdy uśmiech szczery. Kilku wojowników spojrzało w jego stronę — nie z obawą czy niepewnością, lecz z cichym uznaniem — po czym wrócili do swoich pogaduszek, jakby jego obecność była czymś naturalnym, oczywistym.
— Cześć, Lśniąca Gwiazdo — odezwała się kotka o niebieskim, szylkretowym futrze, podchodząc bliżej. — Dobrze cię widzieć. Hah… Wiesz, może to wszystko miało sens. Może ten cały wyścig o władzę musiał się wydarzyć, żeby Klan Klifu mógł rozpocząć nowy żywot. Z nowym kotem stojącym na jego czele.
Skinął głową, czując, jak coś ciepłego ściska mu pierś. Jeszcze raz spojrzał na wojowników rozsianych po obozie — rozpoznawał każdego z nich. Każde futro, każdą parę oczu. Wszystko było boleśnie bliskie, znajome, jakby należało do niego od zawsze. Uśmiechnął się lekko, po czym zerknął kątem oka na Pchełkowy Skok.
— Gdy patrzę na te wszystkie koty — odezwała się cicho — na to, jak się uśmiechają, jak patrzą na ciebie nie tylko jak na figurę wartą respektowania, ale też jak na przyjaciela… Po prostu trudno mi uwierzyć, że to wszystko naprawdę się nam udało.


***

Otworzył gwałtownie oczy.
Nad nim rozciągał się znajomy, nierówny kamień. Ta sama półka. To samo mszyste posłanie. Powietrze było chłodne i ciężkie, a cisza obozu nie niosła ze sobą ani radości, ani światła. Sen rozwiał się jak mgła o świcie, pozostawiając po sobie jedynie gorzki posmak niespełnienia.
Nie był liderem. Nie był Lśniącą Gwiazdą. Nie był nawet kimś, na kogo inne koty spoglądały ze szczególnym szacunkiem.
Przełknął ślinę, a z jego gardła wyrwało się ciche, pełne frustracji syknięcie, gdy jego żółte, bursztynowe oczy powędrowały powoli ku legowisku w którym spoczywał lider, ku legowisku Judaszowcowej Gwiazdy.
Od nowego życia wciąż zdawały się dzielić go jedynie uderzenia serca.
Jedynie uderzenia serca…

08 lutego 2026

Nowy członek Pustki!

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: zamarznięcie

Odszedł do Pustki!

Od Gąski

Owocowy Las został postawiony na łapy skoro świt w związku z zaginięciem Cienia. Kocur opuścił legowisko medyków, gdy Wiciokrzew oraz Poranek doglądali chorych lub odsypiali poprzedni dzień ciężkiej pracy. Gąska, gdy tylko usłyszała o zaginięciu swojego mentora, czym prędzej udała się do lecznicy, z nadzieją, że schorowany kocur być może skrył się w głębi legowiska, aby się ogrzać lub po prostu był przebodźcowany ilością kotów we wnętrzu pnia i potrzebował znaleźć ustronne miejsce. Niestety była w błędzie.
Teraźniejsza pora nagich drzew była sroga. Zimno szczypało w nos, a ilość śniegu, która zaległa w obozie sprawiała, że koty musiały drążyć tunele, aby wydostać się na zewnątrz. Pogoda nie sprzyjała komuś takiemu jak Cień. Gąska w związku posiadaniem krótkiej sierści nie raz trząsła się z zimna na zewnątrz, a co dopiero musiał czuć łysy kocur, który nie posiadał ochronnej warstwy przed zimnem postaci sierści i nawet w legowisku przy lekkich mrozach lub zimnym wietrze dygotał? Na samą myśl ścisnęło ją serce, starając się zrozumieć, dlaczego jej mentor postąpił tak bardzo nieodpowiedzialnie. Co nim kierowało?
– Złapałem jego trop! – oznajmił donośnym tonem Mucha, sprawiając, że wszystkie koty, które znajdowały się w legowisku, przeniosły na niego spojrzenie. Futro oblepione było przez biały puch, a w spojrzeniu iskrzyła się determinacja. – Jest świeży. Musiał się wymknąć na zewnątrz zaraz po wyjściu pierwszego patrolu.
Gąska zastrzygła uchem na tę informację. Od wyjścia patrolu nie minęło zbyt wiele czasu, więc istniała szansa, że nie oddalili się jakoś bardzo daleko, tym bardziej Cień. Jeśli ktoś by ruszył ich śladem, pędząc ile sił w łapach, na pewno by ich dogonił; patrol czy też zaginionego.
Dwójka braci oznajmiła gotowość do drogi. Nim jednak ogon Muchy zniknął poza lecznicą, Gąska pośpiesznie poderwała się z miejsca i zaoferowała pomoc przy poszukiwaniach kocura, jak i pomoc z przeprowadzeniem go z powrotem do lecznicy. Musieli działać szybko, jego zdrowie i życie było zagrożone.
– Możesz iść. Ale nie możesz nas spowalniać – mruknął kocur, na co Gąska w odpowiedzi przytaknęła. – Każda sekunda jest na wagę złota.
Nim opuściła lecznicę, na uderzenie serca przeniosła spojrzenie na posłanie Kajzerki. U boku kocicy znajdował się Orzeszek. Kocur wymienił porozumiewawczo spojrzenie z córką, pozwalając jej udać się na poszukiwanie swojego mentora.

~~~

Gąska powoli przemierzała zaspy, starając się dorównać dwójce kocurów na przedzie. Mucha co jakiś czas zerkał na młodszą koteczkę przez ramię, aby się upewnić, czy nie została w tyle i się nie zgubiła. W trakcie drogi kotka próbowała przekazać kocurom miejsca, w których jej mentor lubił przesiadywać, gdy oddalał się na samotne spacery, pozwalając jej na chwilę luzu w trakcie treningu.
Córka Orzeszka i Kajzerki była podobna do Cienia, być może właśnie dlatego został jej mentorem. Oboje byli cisi, jednak w obecności niebieskiego kocura to Gąska stawała się ekstrawertykiem. Ktoś musiał, inaczej trening uczennicy nie ruszyłby z miejsca.
W ciągu trwania treningu bura szylkretka zdołała poznać mentora na tyle, aby wiedzieć, że był dobrym, lecz smutnym kotem, pełnym kompleksów i strachu przed odrzuceniem przez pobratymców. Trudno było z nim rozmawiać, zazwyczaj rozmowa była krótka, a informacje, którymi się z nią dzielił, były zdawkowe. Nie winiła go jednak za to. Starała się wspierać na tyle, ile mogła, chcąc, aby jej zaufał. Aby nie musiał się obawiać swojego własnego ucznia, bojąc się, że Gąska może go wyśmiać lub poprosić o zmianę mentora. Nie potrafiła jednak zrozumieć, dlaczego postanowił wyjść na zewnątrz, gdy na zewnątrz panował mróz. Nie potrafiła odpowiedzieć na pytania kocurów, które o to dopytywały, przeklinając pod nosem jego bezmyślne zachowanie.
– P-przestańcie! – zawołała, szczękając zębami z zimna. Śnieg wzmógł się, tak samo, jak i wiatr, utrudniając pochód naprzód kotom. – Na pewno miał ważny powód, aby wyjść na zewnątrz – miauknęła, sprawiając, że kocury się uciszyły. Chciała w to również wierzyć. Jednak ich wcześniejsze uwagi sprawiły, że naprawdę zaczęła wątpić w to, czy jej były mentor naprawdę miał ważny powód, aby ryzykować swoim zdrowiem i życiem. Sama ledwo wytrzymywała na mrozie. Co mogło być aż tak ważne, że zdecydował się wyjść na zewnątrz?
Zatrzymali się przy Konającym Buku, na którym urywał się trop stróża. Mucha oparł się przednimi łapami o "most" węsząc, gdy Sajgon przechadzał się po powalonym pniu, starając się złapać ponownie trop.
– Gąsko! – miauknął nagle czarny kocur. Stróżka skupiła spojrzenie na wojowniku, który skinął w bok, w miejsce tuż pod kłodą.
Oba kocury zeskoczyły z pnia, a Gąska zsunęła się ze skarpy. Zatrzymała się tuż przy Cieniu, który skulony leżał na brzegu. Przednie łapki miał podkulone pod brzuchem, a tylne częściowo przymrożone do ziemi wraz z ogonem. Na lodzie widać było ślady krwi, kocur najprawdopodobniej starał się sam wyswobodzić, jednak nie miał wystarczająco siły. Na przednich łapach również znajdowała się krew, nie wspominając o popękanej skórze od mrozu na grzbiecie. Jego blada skóra jeszcze chyba nigdy nie była, aż tak blada sprawiając, że kocur zlewał się z otaczającym go puchem.
Gdy stróż zdał sobie sprawę, że został otoczony przez trójkę kotów, napiął mięśnie, a z jego pyska wydobył się niezrozumiały charkot.
– Cii... Spokojnie. – miauknęła Gąska, podchodząc do swojego mentora. Chciała go uspokoić, aby nie wpadł w panikę i dodatkowo nie skaleczył swojej delikatnej i wyziębionej skóry.
– Na Wszechmatkę, Cieniu, co ci strzeliło do głowy, aby w taki ziąb zapuszczać się w teren. I to nad wodę! – zawołał Sajgon, po czym chrząknął. – Mucha, pomóż mi go wyswobodzić!
– -ja... – wymamrotał Cień, dygocząc z zimna. Gąska pośpiesznie zajęła miejsce obok mentora, starając się go ogrzać swoim małym ciałkiem. Lepsze to niż nic. – G-głos...
– Głos? – spytała, jednak kocur nie kontynuował myśli. Zmrużył oczy i położył pysk na śniegu. – Głos kazał ci wyjść z obozu? – zagaiła. To była pierwsza myśl, która przyszła jej do głowy, nie widziała jednak czy trafna.
Bracia drapali pazurami po lodzie, jednak bezskutecznie. Skóra kocura przymarzła na dobre. Nawet próba wyswobodzenia kocura siłą odpadała. Sprawiliby mu jedynie dodatkowy ból i cierpienie, narażając na bolesną śmierć.
– G-gąsko... – Gdy kocur zakasłał, siląc się na wymówienie imienia swojej uczennicy, w kotce coś pękło. Z oczu pociekły jej łzy, które starała się przed łysym kocurem ukryć. Położyła głowę na jego grzbiecie, co jakiś czas zerkając na wojowników.
– I jak wam idzie? J-jest taki zimny... – miauknęła, mając nadzieję, że kocury wezmą się do roboty i uda im się w końcu rozbić lód.
– To na nic! – zawołał po pewnym czasie Mucha, po czym uderzył ogonem w warstwę śniegu. – Nie damy rady go wyciągnąć... Musiał spaść z buku i stracić przytomność w tej kałuży, która zdążyła zamarznąć...
– Mucha – skarcił brata czarny kocur.
– Poczekajcie. Pomogę wam... – Gąska odeszła od boku stróża, a jego ciałem przeszły drgawki. Mimo że kotka z całych sił drapała w lód, ścierając przy tym swoje pazurki, nie była w stanie wystarczająco go skruszyć. Cień był nadal uziemiony. Dostrzegając, że to bezskuteczne, ponownie zajęła miejsce tuż obok niego, chcąc go ogrzać, a buty kocur zajął miejsce z drugiej strony.
Czarny kocur zaproponował udanie się z powrotem do obozu po kogoś, kto pomógłby im z twardym lodem. Gąska przytaknęła, mając nadzieję, że mają jeszcze wystarczająco czasu. Jednakże, gdy sylwetka Sajgona zanikła pomiędzy padającym śniegiem, zrozumiała, że to była najprawdziwsza walka z czasem.
Nie mogli zostawić Cienia samego, jednak również sami nie mogli czuwać przy nim przez kolejne godziny. Gąska czuła jak ledwo czuje swoje łapki, a jej nosek, jak i uszy zaczynały ją boleć z zimna. Wymieniła spojrzenie z Muchą, który ledwo był w stanie usiedzieć w jednej pozycji, co jakiś czas ją zmieniając.
Oddech Cienia stawał się płytszy. Miał częściej zamknięte oczy niż otwarte, pomimo prób ocucenia go i próśb, aby nie zasypiał.
– Gąska? Mucha? Co wy wyprawiacie?
Żmija spoglądała z góry na koty, stojąc na powalonym pniu drzewa służącym za most. Chwilę zajęło niebieskiej zrozumieniem, że ten kamień, do którego się tulą, wcale nie był kamieniem, lecz jej synem. Złotooki kot zeskoczył na dół, wołając pozostałych członków patrolu.
Gąska odsunęła się, pozwalając rodzicowi zbliżyć się do umierającego dziecka. Nawet jeśli Cień był dorosły, nadal był czyimś dzieckiem, czyimś kociakiem. Nawet jeśli jego relacja z rodzicami, jak i z innymi kotami była trudna, na jego pysku zagościł słaby uśmiech na widok rodzica. Gąska przeniosła spojrzenie na Muchę, który ruchem łapy dał jej znać, aby zbliżyła się do niego. Kocur zasugerował ponowienie próby wyswobodzenia uwięzionego spod lodu, tym razem przy pomocy kotów z patrolu.

~~~

Mimo że Sajgon przyprowadził dwa inne koty, nadal nie byli stanie wyswobodzić z lodu Cienia. Nawet z pomocą powracających kotów z patrolu. Atmosfera zrobiła się nerwowa, a kilka kotów przejęło pałeczkę, nakazując powrót częściej grupy do obozu i poinformowaniu o zdarzeniu.
– Nie możemy pozwolić sobie na więcej ofiar... Zaraz wszyscy zamarzniemy lub przy dobrych wiatrach co najwyżej przeziębimy, a lecznica już i tak pęka w szwach!
Gąska przyglądała się w ciszy, jak ogon Żmii delikatnie przejeżdżał po grzbiecie łysego kocura. Mimo że jego zielone oczy pozostały zamknięte, ten wciąż nadal oddychał. Słabo, siląc się na każdy jego pełniejszy chaust.
Część kotów zdecydowała się pozostać jeszcze przez chwilę przy kocurze, w tym Gąska. Nie udało jej się mieć dobrej relacji z kocurem, czego żałowała, jednak nie chciała na niego naciskać. Sama nie lubiła, jak ktoś naruszał w nachalny sposób jej przestrzeń osobistą. Żałowała jednak, że nie dane było jej mieć wystarczająco czasu, aby ją polepszyć. Aby Cień mógł jej zaufać na tyle, aby jej się nie obawiać; w szczególności tego, że mogła być na niego zła, czy mieć pretensje. Bo nie była. Nie ważne, jaki Cień był, szanowała go, jak żadnego innego kota i nawet starała się spoglądać na świat jego oczami, chcąc go zrozumieć.
Cień otworzył swoje oczy, które miały mglisty kolor. Błysk w jego oczach z każdym uderzeniem gasł. Gąska zbliżyła się do niebieskiego i ze łzami w oczach zetknęła się z byłym mentorem czołem, przepraszając go i dziękując za wszystko. Miała nadzieję, że w życiu po życiu kocur odnajdzie szczęście. I że kiedyś, gdy się ponownie spotkają, kocur będzie jej ufał.
W drodze powrotnej koteczka zastanawiała się nad słowem, które kocur wymówił, nim nie był w stanie wydobyć z siebie już żadnego dźwięku oprócz kaszlu i szczekania zębami. "Głos". Czy jej interpretacja słowa, zdania czy też jego myśl była dobra? Czy jakiś głos go wzywał, nakazując udać się w teren podczas zawiei?
"Czy tym głosem była Wszechmatka?"
Gąska zatrzymała się, zerkając przez ramię w kierunku Konającego Buka. Miejsca, które zostało grobem Cienia. Mucha delikatnie uderzył bokiem o bark szylkretki i pokręcił głową, prawdopodobnie chcąc ją odwieść od powrotu do mentora, z którym się już pożegnała.

🪿🪿🪿