BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Klifu!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

07 lipca 2026

Od Trójokiego Zająca CD. Jagnięcej Łapy (Jagnięcego Ukłonu)

Przeszłość

Kocur poczuł, jak ktoś nagle na niego wpada, a potem do jego uszu doleciało parę konkretnych słów. Początkowo poczuł się wybity z rytmu, ponieważ nie spodziewał się tego, aczkolwiek nie miał niczego za złe bliskiej mu kotce. Jagnięcy Ukłon zawsze służyła mu pomocą, kiedy tylko najbardziej tego potrzebował. On również powinien dać cokolwiek od siebie… miał wrażenie, że tylko od niej brał, co może i mogło tak wyglądać, aczkolwiek nawet jeśli, to nie robił tego specjalnie. Gdyby tylko była okazja do pomocy, z pewnością by z niej skorzystał i udzielił łap kocicy.
— Och, wybacz, Trójoki Zającu, trochę się zamyśliłam — miauknęła z lekkim rozbawieniem w głosie. Kremowy zamrugał jednokrotnie, aczkolwiek po chwili jego pysk również rozświetliło rozpromienienie. Nie miał jej tego za złe, każdemu czasami się zdarzało tak. On nie raz, nie dwa wpadł na kogoś w swoim życiu. Szczególnie jak był młodszy i głowę miał wiecznie w obłokach albo było mu w głowie tylko odpoczywanie, zamiast ciężka praca. Pokręcił głową.
— Nic nie szkodzi, Jagnięcy Ukłonie. Wszystko dobrze? Nic sobie nie zrobiłaś? — upewnił się, oglądając ją od łap do końcówek uszu, nie żeby wiedział, za czym się rozglądać… w końcu siniaków nie było widać pod futrem. Mimo wszystko zadziałał dość spontanicznie i taką reakcję uznał w danej chwili za stosowną. Medyczka zamiotła delikatnie ogonem.
— Wszystko w porządku — zapewniła go, a zaraz potem dodała. — Jak się dziś czujesz? Jak tam na patrolach? Mam nadzieję, że obyło się bez przykrych niespodzianek — wymruczała pogodnie, przechylając leciutko łebek. Czekała cierpliwie na jego odpowiedź. Kremowy pomyślał, że to bardzo miłe z jej strony. Mimo że niektórzy Klifiacy wcale nie podchodzili do niej pozytywnie, ona nie zrażała się do wszystkich i zachowywała tak naprawdę lepiej, od wielu “szlachetnych” wojowników. Serce miała ogromne, zresztą tak samo, jak i empatię. Była dobrym kotem. Byli takimi szczęśliwcami, że to właśnie ona była ich medyczką.
— Dzisiaj dobrze… wyspałem się i zjadłem dobrze. Mam nadzieję, że ty również skorzystałaś z obfitej sterty zwierzyny — odparł spokojnie, a zaraz potem przypomniał sobie, że to nie było przecież wszystko, na co należało zareagować. — Dzisiejszy patrol był spokojny, odnowiliśmy znaczenia zapachowe na granicach i przebiegło to dość sprawnie. Czas mija jakoś szybciej, gdy… ma się głowę w chmurach — uśmiechnął się raz jeszcze, a policzki uniosły mu się, nadając jego oczom przyjaznego wyrazu. Poruszył wąsami. Kotka słuchała go cierpliwie, nie przerywając ani razu.
— Ach i jak tam twój brat? — dodała jeszcze. Trójoki Zając nigdy nie widział Króliczej Prawdy jakoś szczególnie często w legowisku medyka, możliwe, że nie miał nawet aż tak dobrych relacji z medyczkami – bo najprościej w świecie mógł mieć z nimi neutralną relację. Zielonooki zaś był niezwykle wdzięczny, że mógł teraz tak pogodnie porozmawiać z Jagnięcą Łapą. Zastanowił się chwilę.
— Myślę, że u niego też wszystko w porządku. Dzisiaj minęliśmy się na patrolach, on wyruszył na polowanie razem z Gołębim Puchem i Drzemiącym Słońcem. Powinni wrócić niedługo — odwrócił się ku wyjściu z jamy, jak gdyby mieli wrócić właśnie na jego zawołanie. Tak się jednak nie stało, więc ślepia raz jeszcze zawiesił na koteczce o kobaltowych oczach. — Jagnięca Łapo, jeśli będziesz kiedykolwiek potrzebowała mojej pomocy, pamiętaj, że zawsze jestem. Postaram się pomóc, jak tylko potrafię. Może i nie znam się na ziołach, ale w razie, gdyby było… przykładowo coś ciężkiego do przeniesienia, jestem chętny ci pomóc — wymruczał, czując powinność względem kotki. Miał wrażenie, jakby miał wobec niej dług do spłacenia, chociaż bez ostatecznej daty, kiedy należało go “spłacić”. Pręguska zamrugała parokrotnie, poruszając łapą, jakby niewerbalnie mówiąc: “wcale nie trzeba, dajemy sobie radę z Ćmim Księżycem”. Nie protestowała jednak słownie, a jedynie wyprostowała się sprawnie.
— To w takim razie, jeśli tylko znajdzie się okazja, skorzystam z twojej propozycji — wypuściła powietrze z płuc, a jej mordkę przyzdobił kolejny uśmieszek. Trójoki Zając poruszył łapą nieznacznie po posadzce, a kobaltowooka zerknęła na niego raz jeszcze. Ich głosy ginęły w szumie znad morza, docierającym aż do serca Klanu Klifu. — Trójoki Zającu, a jak sprawy się mają między tobą a Kukułczym Wdziękiem? — zapytała dość nieśmiało, wojownik zarumienił się widocznie, odwracając wzrok na parę uderzeń serca. Dlaczego za każdym razem czuł motylki w brzuchu, mimo że spędził z szylkretką już tak wiele chwil? Czy była to oznaka dalszej niepewności, a może, broń Klanie Gwiazdy, zwątpienia? Nie, to na pewno nie oznaczało tego. On… najzwyczajniej w świecie nie potrafił pozbyć się jej z głowy, nie chciał nawet tego robić. Miał wrażenie, że z każdym kolejnym dniem patrzył na nią coraz to czulej.
— Kukułczy Wdzięk bardzo o mnie dba. Upewnia się, że moje futro jest w dobrym stanie, często wychodzimy na patrole razem, ale ja też staram się dla niej robić, ile tylko mogę. Jeśli uda mi się upolować coś większego, zawsze zanoszę to dla niej. Gdy nie ma siły, pomagam w naprawieniu legowisk lub podnosimy siebie nawzajem na duchu, praktycznie za każdym razem — mówił, chociaż nie padło słowo klucz “jesteśmy partnerami”. Z jego wypowiedzi jednak dało się wywnioskować, iż nie była to najzwyklejsza, przyjacielska relacja, a łączyło ich coś więcej. Kocur rozumiał, skąd brało się pytanie kocicy. W końcu wcale nie tak dawno temu prosił ją o pomoc względem wybranki jego serca, ponieważ nigdy wcześniej nie był w żadnym związku, wszystko było dla niego takie nowe, mimo że jego szczenięce księżyce już minęły. On nadal czuł się tak, jakby był podkochującym się uczniem w innej uczennicy, zbyt wstydliwym, żeby jej to powiedzieć wprost.

***

Teraźniejszość

— Jagnięcy Ukłonie, mogę wejść? — zapytał, gdy srebrnej udało się znaleźć, chociaż chwilę wytchnienia. Wraz z niebieską szylkretką miały obecnie łapy pełne roboty, na pyskach malowało im się widoczne zmęczenie, dlatego Trójoki Zając odczuwał lekkie wyrzuty sumienia, że zaprzątał jej głowę akurat dzisiaj, aczkolwiek czuł, że jeśli będzie zwlekać z tą rozmową dłużej, to przejdzie mu wszystko koło nosa. W dodatku, gdyby tylko miał możliwość, z chęcią odciążyłby ich barki z obowiązków, ile tylko było to możliwe. Niektórych spraw nie wolno było odkładać na później, szczególnie jeśli zależała od tego przyszłość kota. Nie robili się młodsi, byli coraz starsi, a kocięta rosły. Kobaltowooka pokręciła głową, po czym zbliżyła się do niego i przeszła tuż obok, kierując ku wyjściu z jamy.
— Nie, mamy zbyt dużo chorych. Ryzyko zarażenia jest zbyt silne. Czy chodzi o Firletkę? Czuje się gorzej? — zaczęła dopytywać, spoglądając na kocura z lekkim zaniepokojeniem. Wojownik pokręcił głową, z wyraźną ulgą.
— Dzięki waszej wspaniałej pomocy jest z nim jedynie lepiej. Oddycha już bez świstu, udało nam się ostatnio przespać całą noc bez budzenia się z powodu kaszlu — powiedział kocur, idąc teraz u boku prowadzącej go medyczki, przy jednej ze ścian ogromnej jaskini. Przysiedli nieco na uboczu, żeby nikomu nie krzątać się przypadkiem pod łapami. Byli teraz zapracowani, musieli korzystać z wszelkich wyższych temperatur, każda zwierzyna robiła im teraz różnicę, nawet najchudsza nornica, jaką widział którykolwiek Klifiak.
— Miło mi to słyszeć — kontynuowała, po chwili spoglądając na niego raz jeszcze. — Zatem co cię do nas sprowadza, Trójoki Zającu? Coś cię niepokoi? — pytała, próbując dowiedzieć się, dlaczego kremus postanowił złożyć im wizytę. Raczej do tej pory przychodził jedynie po to, żeby pomóc swojej rodzinie z chorobą, albo sobie samemu nawet, ponieważ pogaduchy zdarzały mu się najczęściej w centrum, przy stercie zwierzyny lub blisko któregoś z legowisk. On również był zapracowany, musiał pilnować kociąt. Poruszył uchem, przypomniawszy sobie, że musi przecież coś powiedzieć.
— Zauważyłem, że moja córka, Ćma, bardzo interesuje się ziołami — podjął, a starsza kiwnęła lekko łebkiem. Ona sama z pewnością również zwróciła na to uwagę, zresztą Ćma nie tak dawno temu złożyła im długą wizytę, podczas której próbowała pomagać czy posegregować zioła, wspominała tamten dzień tak, jakby był najlepszym dniem w całym jej życiu. — Czy myślisz, że… mogłaby szkolić się pod waszym czujnym okiem? — zapytał wreszcie, zastanawiając się, czy robił w tym momencie dobrze. Oczywiście, medycy działali dużo inaczej niż wojownicy, a przede wszystkim, nie byli wybierani z dnia na dzień. W kocie potrzeba było powołania, pasji i paru innych rzeczy, o których wojownik nie miał pojęcia, jako iż nigdy nie szkolił się w tym kierunku. — Wiem, że macie teraz bardzo dużo na głowie, dlatego może mogłaby wam pomagać? Może to wcale nie jest dziecięca zajawka — kontynuował, chociaż wiedział, że nie dało się takiej decyzji podjąć ot, tak. Jagnięcy Ukłon poruszyła spokojnie ogonem, a na pyszczku wymalowało jej się zamyślenie.
— Oczywiście nie mogę podjąć decyzji ot tak, to jest dużo bardziej skomplikowane, niż ceremonia na ucznia wojownika i parę treningów z walki, ale będę mieć ją na oku. Wezmę pod uwagę to, co mi powiedziałeś — odparła spokojnie, chyląc lekko przed nim łebek i przymykając na parę uderzeń serca ślepia. Na jej kufie pojawiało się coraz to więcej siwych włosków za każdym razem, kiedy odwiedzał medyczkę. Bardzo go to martwiło, nawet jeśli nie dało się nic poradzić na starość. Klifiak zamruczał z wdzięcznością.
— Dziękuję ci, Jagnięcy Ukłonie — powiedział jeszcze.

<Jagnięcy Ukłonie, czy potrzebujesz może małego pomocnika?>

Od Trójokiego Zająca CD. Ćmy

Przeszłość

Ukrop Pory Zielonych Liści dawał się we znaki nawet w ich obszernej jaskini, co nie cieszyło Trójokiego Zająca szczególnie. Nie znosił takich upałów zbyt dobrze. Łatwo się przegrzewał, mimo krótkiego futra. Dobre tyle, że mogli liczyć na wieczny schron w postaci jamy, tutaj zawsze było, chociaż o mysi ogon chłodniej ze względu na zacienione miejsca, a nawet zwisające kamienie z sufitu gdzieniegdzie, zapewniające skapujące krople wody, chociaż wcale nie było ich tak wiele. Śpiew ptaków niósł się po jamie echem, zwiastując dość przyjemny dzień. Duchota oddziaływała również na kocięta, do tej pory przepełnione niekończącą się energią, teraz wolały odpoczywać i chłodzić się, zamiast hasać w najlepsze po kociarni, niemal wbijając się w każdą ze ścian. Ostatnimi czasy, jego córeczka, Ćma, polubiła smak mchu, co było dość… nietypowe, a wręcz niepokojące, biorąc pod uwagę fakt, iż mech łatwo było przegryźć, dlatego też połknięcie go było jedynie kwestią czasu. Kocur próbował za każdym razem, kiedy widział, że kremowa żuje mech, odciągnąć ją od tego, aczkolwiek ona zarzekała się, iż był to jedyny skuteczny sposób na ochłodę. Trójoki Zając miał ochotę westchnąć. Mokra, zielona kulka leżała w legowisku nieopodal dwójki, przypominając o niedopatrzeniu ze strony kocura. Pochylił łeb w geście przeprosin. Miał ochotę spalić się ze wstydu, a jednak z pyska nie wydobył się nawet szept. Bo kogo miał za to przepraszać, skoro to były kocięta jego i Kukułczego Wdzięku? Może swoją partnerkę…? Może właśnie tak należało postąpić. Westchnął z wyraźną ulgą, a następnie kiwnął głową.
— Uf, dziękuję ci, Jagnięcy Ukłonie — podziękował. — Chodź, Ćmo, idziemy — zachęcił młódkę, patrząc na nią z aksamitnym uśmiechem na mordce.
— A mogłabym zostać tutaj i popatrzeć na pracę medyczek? Oczywiście, jeśli one się zgodzą… — powiedziała mała, na co wojownik się zdziwił. Nie odczuwała intensywności ziół otaczających ją? Nie przeszkadzały jej? Nie kichała praktycznie w ogóle, oczy nie zachodziły jej łzami, wyglądało na to, że faktycznie niezwykle chciała tu zostać. Jego pysk przyzdobiło wyraźne zamyślenie.
— Myślę, że jeśli bardzo chcę, to nie mam nic przeciwko… — do teraźniejszości przywróciły go słowa Jagnięcego Ukłonu, patrzącej na młódkę z rozpromienieniem, ale i swego rodzaju czułością, rozczuleniem może wręcz.
— A więc, tato, mogę? Mogę? — prosiła Ćma, wlepiając duże ślepka w Klifiaka. Poruszył lekko uszami.
— Jeśli obiecasz, że nie zjesz więcej mchu, ani niczego, co nie jest zwierzyną i będziesz grzeczna — podsunął, czując chłodną posadzkę pod poduszkami łap. Chłód przynosił mu ukojenie tak gorącą porą, z pewnością nie tylko jemu. To była jedynie kwestia czasu, aż kamień pod nimi się nagrzeje. Może nie cały, ale z pewnością miejscami. Mała kremuska zrobiła nieco zmieszany wyraz pyszczka. Trójoki Zając nie skomentował tego, pozwalając jej podjąć decyzję samemu. Oczywiście nie zamierzał jej zabraniać przebywania z medyczkami, nigdy nie zrobiły mu krzywdy, a zresztą zawsze oferowały tyle pomocy, przy każdej najmniejszej rzeczy. Chciał jednak mieć pewność, że jego córka nauczyła się na własnym błędzie i nie planowała więcej wpychać sobie do pyska mchu, ani kamieni, ani niczego co niejadalne.
— Hmmm… — zamruczała Ćma, jednak po paru uderzeniach serca pokiwała głową z wyrazem pyszczka co najmniej takim, jakby została pokonana w najbardziej zaciekłym pojedynku. — No… ale tato… — kontynuowała, mimo gestu.
Kocur pokręcił głową.
— Jeśli będziesz jeść mech, będzie bardzo, bardzo bolał cię brzuch, a w dodatku nie będziesz mogła wychodzić z legowiska medyka, o ile tylko Jagnięcy Ukłon albo Aldrowandowa Łapa nie nałożą na ciebie zakazu wstępu… nie chcemy przecież im dokładać pracy — kontynuował, licząc na to, że pręguska podejmie właściwą decyzję. Normalnie poddałby się już dawno, jednak tym razem w grę wchodziło zdrowie malucha, nie mógł pozwolić na to, żeby łykała mech. Ćma popatrzyła na starszą kocicę obok siebie, a granatowooka poruszyła spokojnie ogonem. Każdy cierpliwie czekał na to, aż podejmie decyzję.
— Eh… no dobrze, obiecuję, że więcej nie zjem mchu. Czy mogę zostać dzisiaj tutaj, razem z Jagnięcym Ukłonem? Prooooszę? — zrobiła duże oczka, łapkami podpierając własną głowę i nie spuszczając wzroku z wojownika. Kremus poczuł narastającą ulgę, rozprzestrzeniającą się po jego sercu. Zamrugał.
— Na mały paluszek? — zapytał, posyłając jej uśmiech.
— Na cały wąsik i paluszek! — odparła z zapałem, a krótki ogon podrygiwał jej w rozemocjonowaniu.
— W porządku, tylko nie rozrabiaj. Jeśli chciałabyś coś wziąć, pytaj, zanim to weźmiesz. Za niedługo tu wrócę — odparł. Nie chciał, żeby medyczka wraz z jej uczennicą musiały wstrzymać wszelkie plany, jakie mogły mieć w głowach na dzisiaj. Jednak z drugiej strony… jedna z nich sama się zgodziła. Może Klifiak powinien bardziej ufać swojej córce? Oczywiście, nie miała złych zamiarów, aczkolwiek kociaki miały lepkie łapki i wszystko, co nowe, przyciągało ich uwagę niczym pokarm rzucony w najgłębsze odmęty fali, ryby. Każda najmniejsza rzecz mogła im wpaść w poduszki niezwykle prędko, a potem zostać zgnieciona, jeśli kocię nie było wystarczająco uważne. Sam Trójoki Zając często wspominał swoje patrole, podczas których zdarzało mu się deptać po krzakach więcej, niż byłoby to konieczne, oczywiście nic nie było robione specjalnie, ale jednak lekki żal pozostawał w sercu. Wojownik rzucił ostatnie spojrzenie łaciatej, posyłając jej także uśmiech, a potem wyszedł z jamy.

***

Teraźniejszość

Nadeszła Pora Nagich Drzew, a wraz z nią nieprzyjemności, które, tym razem, całe szczęście, zostały dość szybko oraz sprawnie zażegnane, przynajmniej dookoła wojownika. Niestety, patrole musiały wstrzymywać się z wychodzeniem, ponieważ ryzyko hipotermii było zbyt wysokie. To wiązało się ze zmniejszoną ilością zwierzyny na stercie. Kocur chwycił w pysk nornika, musiał wykarmić swoją rodzinę. Tym razem on nic nie zje, ale skorzystają na tym kocięta, dlatego niczego nie żałował, nawet jeśli warczało mu w brzuchu. Wodospad u wejścia sypał igiełkami lodu, obijającymi się z hukiem o wodę u podnóża. Morze szumiło głośno, docierając swoją kojącą melodią, ku jamie. Firletka, który jeszcze nie tak dawno, bo w rzeczywistości może parę wschodów słońca temu, teraz leżał wygodnie na posłaniu i odpoczywał po chorobie, przepływ powietrza u niego był obecnie dużo lepszy i przede wszystkim nie smarkał w ogon, ani też nie kichał, udało im się nawet przespać całą noc bez kaszlu. Dolegliwości nie rozprzestrzeniły się po reszcie, chociaż medyczki miały obecnie łapy pełne roboty – legowisko medyków wręcz pękało w szwach. Kremowa kotka przysunęła się do ojca, który teraz chlebkował wygodnie, przyglądając się poczynaniom własnych kociąt. Ochoczo pochłaniały zwierzynę, odrywając łapczywie kęsy i łykając je niczym pelikany. Czasem odpływał myślami, obserwując, co robiły. Wtedy najczęściej rozmyślał o wszystkim, co by tylko nie przyprawiło go o ciarki z tyłu głowy. Nie potrzebował zmartwień, musiał być silny, dla swoich kociaków. To od rodziców uczyły się najwięcej, te chwile, które obecnie mijały, były najważniejszymi w ich rozwoju.
— Tato, opowiesz nam więcej o mieście? Proooszę? — mruknęła Ćma, układając się obok Trójokiego Zająca. Oblizała policzki po skończonym posiłku, a szkieletem zajęła się liliowa szylkretka. Podrzuciła go do góry, łapiąc dużymi łapkami po chwili. Jakiś czas temu doszły ją słuchy, że kiedyś Trójoki Zając przebywał w mieście, dlatego też pojawiła się u niej ogromna ciekawość z tym związana. Zielonooki wolałby nie wracać do tamtych czasów. Nawet jeśli wtedy pomagał przy wychowaniu Kocimiętki oraz Maku, cieszył się, że był z powrotem w Klanie Klifu, a ponadto… od wtedy zmieniło się tak wiele. Królicza Prawda uciekł z klanu, Pikująca Jaskółka nie żyła. Kukułczy Wdzięk przewróciła nieco oczami, temat ten nie należał do najprzyjemniejszych, aczkolwiek kremus nie miał serca odmawiać córce. Mógłby przy okazji ostrzec ją przed czyhającymi tam niebezpieczeństwami. Pamiętał ich walkę z gangiem Białowron, którzy napadli ich za skrawek jedzenia znaleziony w śmietniku. Do tej pory na jego krótkim, kremowym futrze widniały tego efekty w postaci zagojonych, ale widocznych blizn. Nie było też co straszyć kocięta niepotrzebnie dużo, nie chciał przecież, żeby bały się wyjść z obozu, to byłoby krzywdzące.
— W Betonowym Świecie każdego dnia musieliśmy walczyć o przetrwanie, zwierzyny było mało, a głodnych kotów zbyt wiele, żeby starczyło dla wszystkich. Rzadko kiedy dało się tam znaleźć wiewiórkę, raczej częściej spotykaliśmy szczury i ptaki…
— Ptaków nie wolno jeść! — wysunęła się naprzód Mysikrólik, która do tej pory podsłuchiwała, ale o dziwo, nie komentowała, aż dotąd. Futro na jej główce zafalowało delikatnie. Trójoki Zając przytaknął z uśmiechem.
— Tak, a walka ze szczurami była niezwykle trudna i bez znajomego medyka blisko mogło skończyć się to tragicznie. Raz nabawiłem się infekcji, aczkolwiek całe szczęście udało mi się odnaleźć tamtejszego uzdrowiciela, Kiełbasę. Znał się na ziołolecznictwie, jego wiedza była niezwykle obszerna i przede wszystkim uratował mi życie.
W oczkach Ćmy zajarzyły się iskierki podekscytowania.
— Tato, myślisz, że ja też mogłabym kiedyś wiedzieć tak dużo? — zapytała, poprawiając nieznacznie posłanie, żeby jej było wygodnie. Łapki położyła przed sobą, językiem parokrotnie przejeżdżając po swojej piersi. — Bo ja… bardzo mi się podobało wtedy, w legowisku Aldrowandowej Łapy i Jagnięcego Ukłonu. To było naprawdę wspaniałe. Tam było tak duużo, o tyle! — łapki uniosła ku górze, wstając na dwóch, niemal nie upadając na grunt. Zając podsunął jej łapę, żeby w razie co się podparła, jednak na szczęście nie było to konieczne, a młódka przysiadła bezpiecznie z powrotem. — O tyle ziół. I wszystkie pachniały inaczej, z tego, co słyszałam, każde ma inne zastosowanie, nauka tego z pewnością zajęła im wieki! Chciałabym kiedyś też tak pomagać kotom — mówiła z rozemocjonowaniem, a kocur kiwał głową, dając jej znać, że nadal słuchał. To było niezwykle szlachetne z jej strony.
— Czy chciałabyś złożyć im niedługo następną wizytę, gdy tylko wyzdrowieją chorzy? — podsunął, spoglądając na nią spokojnie. Ćma od zawsze interesowała się roślinami, a odkąd tylko dowiedziała się o istnieniu medyków, była nimi zafascynowana. Jej rodzeństwo jednak, od zawsze świergotało jedynie o tym, jak wspaniałymi wojownikami zostaną w przyszłości. Mysikrólik najgłośniej, oczywiście i najpewniej, mimo że często potykała się o własne łapy lub przygryzała niechcący język, a potem płakała głośno, Trójoki Zając z każdą kolejną taką sytuacją coraz bardziej obawiał się, że sprawiał medykom kłopot, tak wiecznie ich nachodząc.

<Ćmo, na pewno nauczysz się nawet więcej, niż Kiełbasa.>

Od Trójokiego Zająca CD. Firletki

Przeszłość

— Chciałem ułożyć fulmara, ale nie działa! — wymamrotał, po czym spojrzał tacie prosto w oczy.
Trójoki Zając zamruczał pod nosem tak, jakby potrzebował się nad tym namyślić. Wyciągnął się odrobinę, łapiąc piórko, które właśnie niemal wylądowało mu na nosie. Przygniótł je delikatnie łapą, tak, żeby go nie uszkodzić, w celu zatrzymania go blisko. Nie potrzebowali porozrzucanych piór wszędzie dookoła, szczególnie że nie byli sami w żłobku, chociaż zielonooki nigdy nie interesował się kociętami Truskawkowego Pola i Lśniącej Gwiazdy szczególnie. Tolerowali swoją obecność, a przynajmniej taką miał nadzieję. Chciał wierzyć, że nikt nie dokuczał jego kociętom, a jeśli tak by się działo, to że powiedziałyby mu o tym. Pręgus przysunął jedną z łap ku kreacji, wreszcie wznosząc kolejną i zaczął układać je tak, jak podpowiadała mu pamięć. Fulmary to były potężne, ogromne ptaki, oddanie ich rozmiarów nie zapowiadało się wcale na proste, dlatego musieli zadowolić się zmniejszoną wersją, o…
— To piórko ułóż tutaj — polecił, na co Firletka przekręcił łebek na bok pytająco, na mordce nadal widać było ślady wcześniejszego poirytowania, aczkolwiek nie protestował i parę uderzeń serca później wykonał powierzone mu zadanie.
— Jak dokładnie wyglądają fulmary, tato? — zapytał Firletka, wbijając wzrok w ojca. Klifiak poruszył nieznacznie uchem, nadal bawiąc się nad kreacją, która wyglądała dość zabawnie od boku, ale z przodu zaczynała nabierać coraz to więcej sensu.
— Fulmary wyglądem są dość identyczne do mew, chociaż gdybyś zobaczył te dwa gatunki obok siebie, od razu byłbyś w stanie stwierdzić, który to który. Dzioby fulmarów są szersze, oczy okrążają czarne linie, a same ślepia mają guzikowate, nierzadko wyglądają tak, jakby były na ciebie zezłoszczone, chociaż nie mamy jak tego wiedzieć, ponieważ nie siedzimy im w głowach… — powiedział, łapą przesuwając szare piórko lekko do boku, a drugie, jaśniejsze, kładąc pomiędzy. — Mają szare, rozłożyste skrzydła i leci to tak od grzbietu do dołu, chociaż brzuch szyję i całą główkę mają białe — mówił dalej, teraz już patrząc na Firletkę. Odkąd przyszedł na świat, zdążył już tak podrosnąć… czy tak samo czuła się Pikująca Jaskółka, gdy obserwowała jego i Króliczka, jednego dnia śpiących u jej boku i domagających się mleka, a drugiego… stających przed półką i wysłuchujących wiwatów związanych z ich nowymi, wojowniczymi imionami? Potrząsnął lekko główką. Niebieski wsłuchiwał się w każde jego słowo z niezwykłą uwagą, której nie dał rady przerwać nawet zgiełk panujący w kociarni. — Ich sylwetka jest dość krępa, są większe od mew, a ich skrzydła są krótsze i węższe, tak samo, jak ogon króciutki.
— Tak samo, jak twój, Ćmy i Mysikrólika? — zapytał Firletka, łapką wskazując na kikut kremusa.
Trójoki Zając uśmiechnął się czule.
— Fulmary mają trochę dłuższy — odparł szczerze, łapą wskazując na kreację, jaką udało im się stworzyć. — Czy takie odtworzenie fulmara miałeś na myśli? — zapytał, wpatrując się w kociaka. Firletka podreptał bliżej piórek, uważając przy tym, żeby przypadkiem na żadne nie nadepnąć ani nie posłać ich w powietrze. Zaczął wpatrywać się w puch, mysi wąs po mysim wąsie badając ich dzieło. Wreszcie pokiwał głową, a w oczach zajarzyły mu się iskierki podekscytowania.
— Fulmary latają sztywno nad falami morza, polegając na locie ślizgowym, czyli biernym. Zamiast trzepotać w nieskończoność, rozkładają ramiona równo i pozwalają wiatrom ponieść się w stronę, którą sobie wyznaczają dzięki własnemu ogonowi. Fulmary mogą być też całe szare, chociaż nie widziałem tej odmiany zbyt wiele razy. Pokarm zbierają z powierzchni, rzadko kiedy nurkując, chociaż nie jestem pewien, dlaczego tak wolą. Dźwięk, jaki wydają, może brzmieć dla naszych uszu nieprzyjemnie – jakbyś uderzał kamieniem o kamień w celu wydobycia z niego chropowatej, drażniącej symfonii. Jednak wierzę, że nie bez powodu brzmią w ten sposób. Morskie fale są w stanie bardzo sprawnie zagłuszyć wszelkie głosy, dlatego taka forma komunikacji nie dość, że zapewnia im usłyszenie siebie z dalszych odległości, tak też dzięki temu są w stanie siebie rozpoznać — kontynuował starszy, przysiadłszy teraz wygodnie na swoim miejscu.

***

Teraźniejszość

Nadeszła Pora Nagich Drzew, a wraz z nią chłody i mrozy, które zmusiły koty do wypchania – kogo było na to stać – własnych legowisk ciepłym, nieprzepuszczalnym zimna pierzem ptaków wodnych, jak i również futer zwierzyny, chociaż teraz tak nielicznej ze względu na masowe ochłodzenia. Trójoki Zając w takich chwilach z jednej strony był wdzięczny, że mieszkali właśnie w ogromnej jaskini. Nigdy nie musieli martwić się odśnieżaniem zasypanych legowisk, nie musieli brodzić w śniegu w celu utrzymania sterty zwierzyny w dobrym stanie, a także nie bywało u nich potrzeby tulenia się do siebie w legowiskach, żeby zachować ciepło. Jego beztroska jednak nie trwała długo, ponieważ… do jego uszu doleciało kichnięcie, a następnie kolejne i kolejne, zmuszając biedne kocię do zmrużenia załzawionych, zaropiałych oczu i pociągania bezradnie noskiem, gdy potem zanosiło się intensywnym kaszlem u boku matki. Było to bezcelowe, bo nozdrza i tak zaraz wypełniała kolejna dawka wydzieliny, nie pozwalając na normalny przepływ powietrza. Trójoki Zając spojrzał na Firletkę ze strachem, jak gdyby działo się przed nim coś tak strasznego, że nie dało się utrzymać typowego dla siebie, pogodnego wyrazu pyszczka. Trącił noskiem niebieskiego, a malec poruszył się jedynie nieznacznie, łapę opierając na mordce kocura przez parę uderzeń serca.
— Firletko, jak się czujesz, mój dzielny wojowniku? — zapytał, spoglądając na niego ze zmartwieniem. Kociak otworzył pyszczek w celu udzielenia odpowiedzi, jednak zanim udało mu się cokolwiek z siebie wykrztusić, zakasłał, zakrywając łapką mordkę. Mysikrólik spojrzała na niego niepewnie, jednak już uderzenie serca później skoczyła na Ćmę tuż obok, także przejętą nietypowym zachowaniem brata.
— Boli mnie gardło… — zachrypiał ospale, poruszając niespokojnie, ale powolnie, ogonem. Kukułczy Wdzięk uniosła pysk znad kocurka, spozierając na partnera dość wymownie. Musiał się ruszyć i cokolwiek zrobić, nie mogło mu się pogorszyć, nie wolno było na to pozwolić.
— Wyzdrowiejesz, zanim zdążysz powiedzieć “piszczka” — zapewniała szylkretka, językiem przejeżdżając parokrotnie po łebku malca. Trójoki Zając kiwnął głową, po czym skierował się ku wyjściu z kociarni. Słonka siedziała na uboczu, przyglądając się wystającej, już nieco zeschniętej paproci. Kocur wyszedł pospiesznym krokiem, gdy miał pewność, że jego kocięta, przynajmniej na teraz, pozostaną wewnątrz jamy. Potrzebował przynajmniej jednej rzeczy pod kontrolą, chociaż nawet na to nie mógł teraz w pełni liczyć, a nie chciał przecież obciążać swojej partnerki nadto, już i tak wiele dla niego robiła, dla niego i dla ich kociąt… Przez centrum przeszedł wręcz w trybie ekspresowym. Serce dudniło mu niespokojnie, a wąsy poruszały się tak, jakby żyły własnym życiem.
Zajrzał do legowiska medyka, nerwowo strzygąc uszami. Gdy nawiązał kontakt wzrokowy z Jagnięcym Ukłonem, pochylił przed nią łeb w geście szacunku, próbując jakoś wyzbyć się zmartwień, chociaż nie było to wcale łatwe, kiedy jego kociak zachorował!
— Jagnięcy Ukłonie, błagam, potrzebuję twojej pomocy! — wykrztusił z siebie wreszcie, przeskakując ślepiami to z jednego granatowego oka, na drugie. — Firletka, mój synek, zachorował. Ciągle kaszle, nawet w środku nocy. Całą noc. Z oczu wydobywa mu się wydzielina, z nosa tak samo i mam wrażenie, że nie ma jej końca. Dawaliśmy mu liście, żeby może w nie wydmuchiwał to wszystko, ale to… mam wrażenie, że to nic nie daje! — mówił pospiesznie, walcząc z narastającą gulą w gardle.
Kotka pokiwała głową, patrząc na niego ze współczuciem, ale swego rodzaju stanowczością.
— Poradzimy sobie z tym. Poczekaj tu na mnie chwilę — poprosiła go, a kremus nie odpowiedział nic, chociaż bardzo chciał. Nie uznał żadnej odpowiedzi w tej chwili za stosowną, dlatego też przymknął pysk. Wreszcie, starsza wyłoniła się z magazynku, a w pysku trzymała parę białych kwiatów z długimi, intensywnie zielonymi łodyżkami. Położyła je przed kocurem. — Nakarm go tym ziołem, a jeśli wystąpią jakiekolwiek komplikacje, przyjdź do mnie jak najszybciej — poinstruowała go, a wojownik poczuł narastającą w nim nadzieję na polepszenie się stanu malucha.
— Dziękuję ci bardzo, Jagnięcy Ukłonie — odpowiedział, po czym chwycił rośliny w pysk ostrożnie, a następnie obrócił się na pięcie i ruszył biegiem przez centrum raz jeszcze. Poczuł chłodne powietrze w gardle, a mroźne pazury Pory Nagich Drzew muskały go po grzbiecie, gdy znalazł się z powrotem w kociarni. Podszedł do Firletki, który w danej chwili miał całkowicie zamknięte oczy. Kocur spojrzał na Kukułczy Wdzięk.
— Zasnął? — zapytał cicho i przysiadł tuż obok. Szylkretka pokiwała głową.
— Powinien odpoczywać, ale bez ziół odpoczynek może przynieść niepożądane skutki — wyjaśniła półszeptem, ogonem muskając lekko nos malucha. Firletka otworzył dość odruchowo pyszczek, a następnie kichnął, marszcząc brwi. Trójoki Zając schylił się odrobinę, po czym przysunął do niego zioła.
— Zjedz je, poczujesz się dużo lepiej — zamruczał, a mięśnie w łapach napinały mu się odruchowo, z każdym kolejnym uderzeniem serca bał się, że go tracili. Malec jednak przysunął główkę do ziół i zaczął je żuć, a na kufie wymalowało mu się lekkie zniesmaczenie.
— Gorzkie… — pożalił się, wtykając niezdarnie łapki pod siebie. Wojownik poprawił posłanie tak, żeby osłaniało niebieskiego, jak najlepiej.
— Wiem, synku… wiem, ale pomoże ci. Przez chwile jeszcze będziesz czuł smak zioła na podniebieniu, ale to mała cena, jaką trzeba zapłacić za wyzdrowienie — próbował go pocieszyć, ale i jednocześnie przekonać. Zdawało się, że minęła wieczność, aczkolwiek kociak przełknął wreszcie ostatni kęs zioła, wystawiając język. Przyniosło to ogromną ulgę Trójokiemu Zającowi. Nawet jeśli nie mógł mieć pewności, czy było to koniec leczenia, tak pierwsza dawka oferowała mu tak wielką nadzieję, że na razie nie chciał skupiać się na ewentualnych scenariuszach, które mogłyby potoczyć się niekorzystnie. Położył łeb obok, nasłuchując nabieranych oddechów. Doszukał się lekkiego świstu, jednak poza tym, odnosił wrażenie, jakby od razu było lepiej.

Wyleczeni: Firletka

<Firletko, wyzdrowiej, to ci opowiem więcej>

Od Blednącej Łapy do Cisowego Tchnienia

Nie sądził, że obowiązki ucznia dosięgną go tak prędko. Zefirek muskał jego kryzę delikatnie, przejeżdżając po niej chłodnymi pazurami. Drzewa szeleściły do melodii nadanego im rytmu, kołysząc swoimi wysoko położonymi koronami na wietrze. Uczeń szedł właśnie w kierunku legowiska medyka, żeby pobrać z niego mysią żółć i może trochę mchu, żeby nie śmierdzieć tym do końca swojego życia. Słyszał: żółć tak skręcała kotom pyski, że tylko nieszczęśników spotykał tak bliski kontakt z nią. Wchylił łeb do legowiska, nawiązując kontakt wzrokowy z ciemnymi ślepiami znanej mu kotki, Cisowego Tchnienia. Lekko mokra woń dobiła się do jego nosa, a zaraz po niej intensywna, ziołowa.
— Przyszedłem po mysią żółć. Muszę wyciągnąć kleszcze starszym — wyjaśnił neutralnie, w jego umyśle pojawił się nagle pewien pomysł. Niebieska była już sama w takim wieku, w którym koty dawno zasiadywały swoje miejsca w norze starszych… z pewnością wiedziała wiele, przeżyła przynajmniej jednego przywódcę. Starsza kiwnęła głową, chociaż do tej pory wyglądała na dość… zestresowaną? Przynajmniej tak mu się wydawało, ponieważ atmosfera dookoła zdawała się dość nieprzyjemna, zbita wręcz, w taką kulę przykrości. — Cisowe Tchnienie…? — podjął się, chcąc załatwić to jak najszybciej. Kocica zamrugała, poruszając lekko futrem na boku, jakby wyrwana ze swego rodzaju transu.
— Mhm?
— Czy… mogłabyś opowiedzieć mi o poprzednich przywódcach Klanu Wilka? — poprosił, co jego samego zdziwiło – raczej nigdy nie robiło mu różnicy, o czym rozmawiał z pobratymcami, o ile nie był to dla niego drażliwy temat, lub o ile nie interesował go wcale. Tym razem jednak wiedział, że medyczka była wspaniałą skarbnicą wiedzy, nawet jeśli nie należała do najbardziej wylewnych. Wycofała się do swojego składziku, w którym widać było masę poukładanych i posegregowanych ziół, a już uderzenie serca później wróciła do kocura. Położyła przed nim rzeczy, o które ją poprosił, na jej pysku zawitała swego rodzaju, leciutka ulga. Podrapała się za uchem.
— Błękitna Gwiazda, który żył dawno, dawno temu, został zastrzelony, co sprawnie ukróciło jego rządy. Był kotem o miękkim sercu, pozwalającym nawet najsłabszym do nas dołączyć. Nie każdy z tych kotów był wart uwagi — Szalej słuchał jej z zaangażowaniem, patrząc cały czas na pysk, śledząc mimikę, jakby chciał w niej dopatrzyć się jakichkolwiek najmniejszych zmian. — Wieczorna Gwiazda, czyli kot, który objął rządy tuż po nim, był również słaby, nawet gorszy… sami nasi przodkowie się go pozbyli.
Uczeń poruszył ogonem odrobinę. Sami przodkowie? Zatem… czyli gdyby tylko zechcieli, tamtego dnia, zabiliby go. Ale tego nie zrobili. Mieli taką moc, aczkolwiek z niej nie skorzystali. Rudy zastanawiał się, w jaki sposób mogli ją wykorzystywać i czy pozbywanie się kotów przychodziło im szczególnie łatwo. Czy często takie rzeczy miały miejsce? Sądząc po tym, że usłyszał pierwszy raz o takiej sytuacji, raczej nie. Kocica wyglądała tak, jakby skupienie się przychodziło jej z trudem, a słowa wylatywały z jej pyska z niechęcią.
— Sosnowa Gwiazda była wspaniałą przywódczynią, wręcz prezentem dla całego Klanu Wilka. Naniosła do serc każdego z nas nadzieję, której tak bardzo potrzebowaliśmy po dwóch nienadających się na własną rolę przywódców. Po niej Nikła Gwiazda, który był neutralny. Poza wojną z Klanem Klifu o tereny nie wydarzyło się za jego panowania za wiele. Teraz przewodzi nami Zalotna Gwiazda.
O Sosnowej Gwieździe również słyszał po raz pierwszy. Czy pamiętało o niej więcej kotów? Jak dawno stąpała po tych terenach? Nikła Gwiazda nie był wcale tak dawno, z pewnością lwia część Wilczaków go pamiętała, a jednak Szalej nigdy nie usłyszał o nim choćby słówka. Może gdyby tylko kogoś zapytał… jednak skoro nikt o nim nie wspomniał, może nie było nawet sensu. Może był nieistotny i słaby jak poprzedni przywódcy poza paroma wyjątkami.
Rudy kiwnął głową na słowa kocicy, przyglądając jej się jeszcze przez jakiś czas, aż wyszedł wreszcie z legowiska z mchem w pysku.
Wszedł do legowiska starszyzny, a gdy tylko starsi go dojrzeli, jego uszy spotkały się z pomrukami, ale i chrapaniem odpoczywających starszych. Trzcinniczkowa Dziupla uniósł łeb z łap, pysk skierował w stronę kocurka, zupełnie tak, jakby go wyraźnie widział. Rudy zerknął na niego neutralnie. Długo był starszym. Gdy pierwszy raz przyszedł tutaj, do obozu, szary już wtedy zasiadywał swoje miejsce w krzewach. Gąsiorkowy Trzepot rozciągała się na jednym z posłań i gdy tylko przysiadła, zaczęła językiem dość energicznie przejeżdżać po swoich białych łapach, potem zahaczając o uszy i kończąc wreszcie na jedwabistym, gęstym ogonie. Jej sierść stała się lekko zmatowiona, a pysk pokrywały siwe włoski. Była niezwykle podobna do Kalinowego Powiewu, a raczej… niebieska wojowniczka do niej. W dodatku zauważył pewne podobieństwo u niej i u drugiego starszego również, wszyscy mieli oklapnięte uszka i szare futra. Żółtooka spojrzała na Blednącą Łapę, a następnie poruszyła w jego kierunku łapą.
— Blednąca Łapo, wiesz ile wojowników potrzeba do złapania myszy? — zagadnęła, chichrając się. Kocur pokręcił łbem, nie odkładając jeszcze mysiej żółci, jakby o niej zapomniał. — Wszystkich, bo trzeba najpierw zwołać ich na patrol! — powiedziała, po czym wybuchnęła głośnym śmiechem. Jaskółcze Ziele, wygodnie ułożona tuż obok, położyła łapę na nosie jakby w lekkim niedowierzaniu, a potem machnęła kruczoczarnym ogonem.
— Blednąca Łapo, mam kleszcza na grzbiecie, o tu — zagadnęła, wskazując łapą miejsce, które miała na myśli. Srebrny zastrzygł wąsami, szybko domyślając się, dlaczego w ogóle go zawołała, a następnie podszedł do niej i nabrał trochę mysiej żółci na mech, starając się przy tym nie pobrudzić samemu. Ciężko było zmyć z siebie ten smród, zastanawiał się jak inni uczniowie byli w stanie znosić coś identycznego. Ale nie mógł narzekać – następna rozmowa przy Ciernistym Drzewie była tego warta. Musiał robić to, co kazał mu Pszczeli Rój, ponieważ to od niego w głównej mierze zależało to, czy wybiorą się danego dnia na trening, czy też i nie. W dodatku to z jego polecenia właśnie przyszedł tutaj i zaczął zajmować się starszyzną Wilczaków.
— Eee nie znacie się! — zawołała jeszcze żółtooka, łapą machając do góry i do dołu na przemian, śmiejąc się jeszcze przez parę uderzeń serca. Rechotała tak głośno, że Podstępna Kłamczucha odwróciła się na drugi bok posłania, marszcząc nos, aż wreszcie zarzuciła przednie łapy na głowę i zatkała swoje uszy, a Trzcinniczkowa Dziupla przybrał delikatnie zaniepokojony wyraz pyszczka.
— Kocię by wymyśliło lepszy dowcip, ten był słaby! — burknęła łaciata, córka Borsuczej Puszczy, a Gąsiorkowy Trzepot zmarszczyła nos.
— Ty się nie znasz, nie odzywaj się! — odpowiedziała jej, zadzierając nos do góry niczym obrażone kocię. Były jednymi z najstarszych kotów w całym Klanie Wilka, a zachowywały się tak, jakby należeli do najmłodszych, co było dość nietypowym widokiem, chociaż może potrzebowali poczuć się tak, jeszcze podczas swoich kilku bądź kilkunastu księżycach życia, jakie im pozostały teraz na odpoczywaniu. Szalej przyłożył mech do kleszcza wczepionego w skórę Jaskółczego Ziela i trzymał go tak, aż nie poczuł ześlizgującej się kulki, która następnie wylądowała tuż przed jego łapami. Czarnofutra westchnęła z ulgą. Poszło łatwiej, niż myślał. Słyszał, że będzie musiał je wyciągać zębami, a tu proszę… Odór był co prawda nieznośny. Kłębek mchu wydzielał go dość sprawnie, jednak samo pozbycie się pasożyta było niezwykle proste.
— Taka jesteś pewna?
— A skończ już! Lepiej powiedz nam, co ostatnio zobaczyłaś w centrum! — powiedziała ze zniecierpliwieniem Gąsiorkowy Trzepot, marszcząc brwi. Końcówka jej kity podrygiwała nerwowo, widać było, że zależało jej na zmianie tematu. Zaczęła wściekle drapać się za oklapłym uchem tylną łapą.

***

Wichura huczała dookoła, rozrzucając po terenach Klanu Wilka z upływem czasu coraz to większe górki śniegu. Drzewa zostały obsypane śnieżnobiałym puchem gęsto, z gałęzi co jakiś czas zsypywał się nadmiar na grunt tylko po to, żeby zrobić miejsce na kolejną dawkę śniegu. Blednąca Łapa brodził przez coraz wyższe zaspy w celu odłożenia zwierzyny na stertę. Wrócił właśnie z jednego z treningów ze swoim mentorem, zwierzyny było teraz mniej niż kiedykolwiek wcześniej. Przy takich warunkach ptaki spłoszyć było tak niezwykle łatwo… były w stanie dostrzec kota, szczególnie o tak jaskrawym ubarwieniu z niezwykle daleka i zanim Blednąca Łapa zdążył jakkolwiek zareagować, już wzbijały się w powietrze i odlatywały prędko, to zasiadując jedną z gałęzi, to wyruszając gdzieś daleko, tam, gdzie prowadziły chmury. Nornice i wszelkie gryzonie pochowały się do swoich norek, wyglądając z nich tak rzadko, że samo spotkanie ich zapachu graniczyło z cudem, a co dopiero ślady łap czy jakiekolwiek wskazówki, które by mogły naprowadzić go na ich obecność… Będzie musiał jakoś się nauczyć polować w takich warunkach.

<Cisowe Tchnienie? Może opowiesz mi kiedyś więcej o tych kotach albo o kimś dla siebie ważnym?>
[1334 słowa]

Od Szaleju (Blednącej Łapy)

Pora Opadających Liści zagościła na terenach, a wraz z nią parę nieuniknionych zmian. Drzewa Klanu Wilka pokryły się odmiennym kolorem, niczym rdzą, która wpadała w oko młodemu kocurowi. Przyglądał się schnącym gałęziom, które jeszcze przecież nie tak dawno temu musiały znosić suszę oraz ukropy tak intensywne, że zrzucały igły, a także schnące liście masowo, wyganiając nawet owady ze swoich skromnych progów, zmuszając je do szukania pożywienia oraz schronu gdzieś indziej. Źródełka wody wysychały, nie pojąc roślin korzystających z ich łaski przez całe swoje życie, koty musiały zapuszczać się dalej na swoich terenach w celu namoczenia kulek mchu wodą, żeby ukoić drażniące pragnienie, przychodzące nadzwyczaj szybko, szczególnie przy takich temperaturach. Nudności i osłabienie dotykało najczęściej starszyznę oraz kocięta, nie radzili sobie w tak trudnych warunkach. Nawet jeśli nie nastąpiły od razu zmiany pogodowe, kocurek wiedział, że atmosfera dookoła się zmienia, temperatura także zapowiadała wreszcie upragnione chłody. Dzisiejszego dnia niebo zasiane było gęstymi gołębimi chmurami, rozciągniętymi po nieboskłonie niczym kocie łapy po przebudzeniu się. Chłodne powietrze zapowiadało nieuchronną ulewę, która nieco martwiła małego kocurka. Wiedział, że dzisiaj nadszedł niezwykle ważny dla niego dzień, nawet jeśli nikt nie mówił o tym szczególnie głośno. W końcu nie był nikim ważnym, tak naprawdę przybłędą, który nadal nie wiedział, do kogo należało się zbliżyć w celu zapewnienia sobie pocieszenia, o ile w ogóle go chciał. Mała część niego pragnęła, żeby komukolwiek robiło różnicę, czy był jeszcze w tym obozie, czy się najadł, wyspał, wystarczająco dużo napił… a druga część podszeptywała mu, że to i tak nie miało najmniejszego znaczenia, dopóki mógł tutaj siedzieć, nawet jako kot, który unikał czułości czy rozbudowanych konwersacji, udzielając zazwyczaj zdawkowych, chłodnych odpowiedzi. Ostatni patrol zawitał do obozu, niosąc w pyskach królika, dwa drozdy, mysz oraz, o dziwo, wiewiórkę. Szalej nie był pewien, czy miał ulubioną zwierzynę. On, jeśli tylko by mógł, wepchnąłby sobie kamienie lub trawę do żołądka, tylko po to, żeby uciszyć czymś głód i się zapchać. Wiedział jednak, że te dwie rzeczy oraz wiele innych były najzwyczajniej w świecie niejadalne, dlatego taki pomysł był wart mysiego móżdżka. Nie mógł wybrzydzać.
Siedział w kociarni, wyglądając kotów odkładających zwierzynę na stertę, a potem kierujących się ku legowiskom lub swoim towarzyszom, w celu zamiany paru słówek. Nagle ktoś trącił go łapką. Szalej odwrócił łeb w stronę Tęczy, na mordce niebieskookiego wymalowana była senność. Nie rozumiał, dlaczego pomarańczowooki siedział teraz u wyjścia, zamiast leżeć nieopodal w swoim legowisku, skulony wygodnie.
— Nie możesz zasnąć? Chyba byłoby lepiej, gdybyś poszedł spać. To byś siły nabrał na jutro! — powiedział, przecierając łapką przymrużone oko.
Kocurek pokręcił głową.
— Spanie w takim zgiełku nie jest wcale proste — odparł oschle, chociaż było to dalekie od prawdy. Nic mu nie przeszkadzało w zaśnięciu, może poza rozmyślaniem, jakie szanse miał na przeżycie w gęstym, iglastym lesie, w którym aż roiło się od drapieżników, one by z miłą chęcią wykorzystały taką okazję, zjedzenie samotnego kocurka. Tęcza pokręcił głową.
— Na pewno nie chcesz się przespać? — upewnił się, przybierając nieco zmartwiony wyraz pyszczka. — Jeśli ci to pomoże, to możesz spać dzisiaj u mnie!
— To bez znaczenia.
— Na pewno? — upewniał się, nadal próbując go przekonać, jednak bezskutecznie. — No… dobrze, ale masz mi opowiedzieć, jak było, jak tylko wrócisz! — zaszczebiotał jeszcze, machając ogonkiem na boki. Szalej westchnął. Kremowy był przepełniony optymizmem, którego źródła ciężko było szukać gdziekolwiek. Przecież nikt go nawet nie odwiedzał tak często, no może poza Wąsatkowym Ruczajem i Pustułkowym Szponem, ale czy naprawdę tyle mu wystarczyło do takiej radości? Ognikowa Słota była teraz tutaj praktycznie cały czas, nie żeby wcześniej była rzadko, ale… Szalej przeczuwał, że tym razem nie było to bez powodu i czekały ich nowości, nad którymi jeszcze nie miał wystarczająco czasu, żeby porozmyślać i pozgadywać, o co mogło chodzić. Standardowo opowiadała im o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd i pozwalała pytać, co tylko chcieli wiedzieć. Szalej jednak czuł, że było to niewystarczające, chciał wiedzieć więcej, a ciągle słyszał opowieści o tych samych kotach, z pewnymi wyjątkami, jeśli tylko zapytał w odpowiedni sposób. Ku kociarni przybliżyła się czekoladowa szylkretka, która patrzyła na niego z niecierpliwością. Nie kojarzył jej nawet z widzenia, ale po zapachu stwierdził, iż nic mu nie groziło. Szczególnie że niedaleko wypoczywała mistrzyni, a ona w szczególności nie pozwoliłaby, żeby cokolwiek złego im się stało. Gdyby urodzili się niedoskonali, wtedy mógłby się obawiać. Jedyną wadą dwójki było pochodzenie samotnicze, ale spora część Wilczaków miała przynajmniej jakąś część samotniczą w swojej krwi, z tego, co doszły go słuchy. Zielonooka spojrzała na niego z góry.
— Chodź, idziemy.
Kocurek kiwnął głową jednokrotnie, czując, jak futerko na karku mu się odrobinę podnosi. Tęcza z pewnością go obserwował, do jego uszu nie dolatywało głośne chrapanie, więc jeszcze nie zdążył zasnąć.
Mały Szalej szedł dzielnie przez obóz Klanu Wilka, u boku jednej z wojowniczek – Tropiącej Łaski. Kocica stawiała łapy z gracją, prawdopodobnie zastanawiając się, czy aby na pewno rudy da radę pójść sam. On jednak nie chciał pomocy, a przynajmniej nie od razu. Chciał pokazać, że jest silny i poradzi sobie samemu, bez niczyjej pomocy. Może w ten sposób spoglądaliby na niego inaczej? Nie, żeby miał już teraz źle, ale… czuł niedosyt, patrząc na niektórych innych wojowników, z głową uniesioną ku górze, piersiami wypiętymi do przodu i ślepiami zmrużonymi z radości.
Księżyc zawisł wysoko na niebie, rzucając na serce Klanu Wilka bladą poświatę. Srebrny przecisnął się przez tunel, drepcząc tuż obok wojowniczki, której, zdawało się, nie robiło różnicy to, czy go niosła, czy szedł o własnych łapkach. Kociak pamiętał, jak został tutaj przyniesiony przez Roztargnionego Koperka, razem z Cisowym Tchnieniem – wtedy postąpił dość podobnie, też nie chciał, żeby go nieśli, a potem… rozbolały go łapy, więc musiał porzucić swoją dumę, przynajmniej dopóki nie zadomowił się w żłobku. Teraz jednak szedł dzielnie, miał wrażenie, jakby łapy nieco mu urosły, a on sam stał się większy, niż był wtedy. Ten fakt niezwykle go pocieszał. Im większy będzie, tym bardziej samodzielny się stanie, a to były same dobre rzeczy. Nie chciał polegać na nikim, było to żałosne uczucie, które go męczyło, ile tylko było w stanie. Leśne poszycie szeleściło mu pod łapami, gdy brodził tak przez nie dzielnie, spoglądając co jakiś czas na Wilczaczkę obok. Jego tempo zaczęło lekko zwalniać, co od razu spotkało się z niezadowoleniem ze strony starszej. Irytacja w niej tylko rosła, gdy krok po kroku Szalej stawał się coraz wolniejszy. Walczył z pochwycającym go zmęczeniem, był jednak nadal młody i nie było to wcale takie proste, jak mógłby chcieć. Samo “nie mrugaj za dużo” nie było wystarczające, tak samo, jak “wdepnij w coś ostrego, ale się nie skalecz” także działało może na parę uderzeń serca, jednak zawrotów głowy nie usuwało, a przed oczami malcowi tańcowała cała plejada nocnych barw. Tropiąca Łaska chwyciła go za skórę na karku, pozwalając łapom pomarańczowookiego na odpoczynek. Kocurek nadal próbował przepędzić niedobór snu, ale mimo jego szczerych chęci… powieki mu zaczynały powoli opadać, gdy mijali kolejne to z rzędu, takie samo drzewo iglaste, pnące się ku mrocznym niebu. Jego oczy znalazły wreszcie upragnioną przerwę, a ciało zwiotczało, pochłonięte przez sen.
Dawny samotnik zamrugał parokrotnie, gdy przed jego ślepiami rozciągało się wysokie, mroczne i ciemne drzewo, ku niebu. Zakrywało lwią część śnieżnych punktów na niebie, spoglądających na niego z nadzieją. Rudy poczuł gulę w gardle, mimo iż słyszał o tym miejscu przecież już tak wiele opowieści. Jednak znalezienie się przed samym obliczem Ciernistego Drzewa, a słuchanie o nim wielu, wielu historii, to były dwie zupełnie odmienne rzeczy. Szponiaste drzewo wiło się złowrogo, Szalej czuł się tutaj, z jakiegoś powodu, obserwowany, mimo iż jego wyczulony w tym momencie słuch nie wykrył nawet najmniejszego szmeru, a ślepia, błądzące z gałęzi na gałąź, ze źdźbła na źdźbło, również niestety go zawiodły. Zagwieżdżone niebo dawało mu swego rodzaju nadzieję, że jednak wszystko pójdzie tak, jak powinno pójść. Nawet jeśli wcześniej zapowiadało się na ulewę, nie przyszła ona, sprawnie zwiększając jego szanse na przeżycie. Gdyby zmókł, był przesiąknięty aż do szpiku kości, a potem całą noc dmuchałby w niego okrutny, mroźny wiatr, mógłby wtedy pożegnać się ze wszystkim, co do tej pory poznał, co było mu znane. Teraz jednak ułożył się wygodnie wśród kłosów wysokiej trawy, licząc, że nic go tutaj nie znajdzie. Ciemność dookoła wprawiała jego serce w szybsze bicie, chociaż im dłużej o tym myślał, im więcej skojarzeń tworzył z kotem, o którym tak wiele słyszał… tym spokojniejszy się stawał, a jego ciało powoli rozluźniało się na nowo, pozwalając zmęczeniu wkraść się do jego umysłu raz jeszcze. Nie chcieli dla niego źle, byli wspaniałymi kotami. Kociak zbliżył się do jednego z ciernistych krzewów i wysunąwszy pazury, próbował się z nim siłować, unikając ostrego punktu u krańca, aczkolwiek to wszystko na marne. Na szczęście, uniknął wszelkich większych zranień – zapach krwi mógłby zachęcić kogoś do odwiedzenia go, a w tym momencie było to coś, czego najmniej potrzebował. Wiedział, że to właśnie tutaj grzebano zmarłych. Nie znał tych kotów, nie znał nikogo, kto leżał tutaj, głęboko pod ziemią, zasypany i prawdopodobnie, zapomniany. Jednak czuł, że nie było to najzwyczajniejsze miejsce, miał wrażenie, że ilekroć zbliżał się coraz bardziej do poskręcanego drzewa, wokół zaczynała unosić się nietypowa, nieprzyjemna wręcz aura, jakby nie był tutaj chciany. Skulił się lekko. Umysł podpowiadał mu, że nie powinno go tu być, jakby samą swoją obecnością łamał jakąś zasadę, o której nigdy wcześniej nic nie słyszał. Mimo to, parł naprzód, nie mógł sobie pozwolić na zwątpienie, nie w takiej chwili. Skoro miejsce to było tak wspaniałe i skoro leżało tu tak wiele wielkich kotów, musiał zrobić cokolwiek, żeby go dostrzegli. Podobno, krew, która skapywała ze zwierząt, próbujących przedostać się do Ciernistego Drzewa, zasilała jego korzenie i odżywiała wiekową roślinę, a mimo to, nigdy nie rosły na niej liście. Szalej usadowił się z powrotem w trawie, patrząc na grube gałęzie. Zaczerpnął powietrza, przełykając ślinę.
— Mroczna Gwiazdo, czy mnie słyszysz? Czy naprawdę istniałeś? — mruknął, a cisza wokół była tak ogłuszająca i wręcz dobijająca, że aż zaczęły boleć go uszy. — Czy podczas zaćmienia księżyca odwiedzicie mnie? Wychodzicie z cieni, żeby napić się całej tej krwi? — pytał, aczkolwiek nie uzyskał nawet szeptu odpowiedzi. Nie był pewien, czy wszystkie te opowieści były jedynie po to, żeby nastraszyć niegrzeczne kocięta, aczkolwiek… im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej zmieszany się czuł, dlatego postanowił nie rozlewać się nad tym szczególnie. Rozmowa z duchami, które może go otaczały, przynosiła mu swego rodzaju ukojenie. Nie czuł się samotny, szczególnie jeśli towarzyszyła mu myśl, iż wcale nie był tutaj sam. I nie oznaczało to “blisko ciebie jest borsuk, już po tobie!”, a bardziej “możesz powiedzieć wszystko” i nawet jeśli nie otrzymałby, a tak naprawdę nie otrzymał odpowiedzi, czuł się w pewnym sensie zaopiekowany. Mgła dookoła otuliła go niczym matczyne łapy, sprawiała również, że w oddali nie był w stanie nawet dostrzec drzew, które mijał razem z Wilczaczką jakiś czas temu, chociaż ciężko było mu stwierdzić, ile od wtedy minęło.
Z gąszczu lasu wyłoniła się czekoladowa kocica. Słońce wspinało się leniwie po niebie, oświetlając wszystko dookoła bladymi promieniami, które grzały jedynie odrobinę, ocieplając zmarznięte kości kotów po nocy. Szalej poruszył uszami, zorientowawszy się, iż dookoła nie było nawet odrobinę mgły, której w nocy było jeszcze tak wiele, że mógłby ją ciąć pazurem. Wilczaczka rozglądała się za kocurkiem, chociaż nawet nie nawoływała. Gdy ich spojrzenia spotkały się, rudy poczuł jak odrobinę jeży mu się sierść wzdłuż kręgosłupa, aczkolwiek szybko ją wygładził paroma pociągnięciami chropowatego języka. Niezdarnie, ale mu się udało. Kocica schyliła się i chwyciła go raz jeszcze za kark, a mały nie protestował, mimo że coś spał tej nocy. Udało mu się przeżyć, a było to już spore osiągnięcie – nie każdy wracał z tej przygody żywy… musiało czuwać nad nim Cierniste Drzewo, a może nawet sami mroczni przodkowie. Gdyby zechcieli jego śmierci, już dawno by ją na niego zesłali. Wracali w milczeniu do obozu Klanu Wilka. Przed oczami rudego kocurka migały te same drzewa, tym razem jednak w świetle dziennym, co było dla niego z jednej strony pocieszające, a z drugiej… przygnębiające, ponieważ może gdyby tylko został przy drzewie dłużej… może otrzymałby odpowiedź? Może mroczni przodkowie podsunęliby mu cokolwiek? Szepnęli do niego parę pocieszających słów.

***

Rozległo się szuranie łap, a pędy jeżyn rozsunęły się gwałtownie, gdy Tropiąca Łaska weszła do obozu z Szalejem w pysku. Kociak patrzył na miny pobratymców – u niektórych doszukał się dumy, a u innych obojętności, której by się najbardziej spodziewał. To, co dla niego było ogromnym osiągnięciem, dla jego pobratymców było najzwyklejszym dniem. Zalotna Gwiazda, zauważywszy powrót dwójki, wspięła się na pień naznaczony wieloma pazurami kotów, które zasiadywały to miejsce dumnie przed nią i zawołała:
— Niech wszystkie koty, na tyle dorosłe, żeby polować zbiorą się na zebranie klanu! — Szalej poczuł, jak Tropiąca Łaska upuszcza go, a potem popycha dość mocno łapą, żeby ustawił się w grupie kotów, zbierających się już w centrum w celu dowiedzenia się, czego mogło dotyczyć zebranie. Jego brzuch zetknął się z wilgotną ziemią, brudząc go trochę. Otrzepał futro z drobinek kurzu. Gdy pojawiło się wystarczająco dużo kotów, kiwnęła głową.
— Szaleju, wystąp.
Kocię postąpiło tak, jak rozkazała, unosząc głowę ku górze i powiewając spokojnie ogonem. Chciał pokazać się od jak najlepszej strony, jako iż w tej chwili patrzyli na niego wszyscy. Nie wolno mu było pokazywać po sobie jakichkolwiek oznak słabości, nie chciał przecież, żeby go traktowali jako kogoś niepotrzebnego, bezużytecznego, strachliwego i obcego. Już chwilę tu mieszkał.
— Szaleju, jesteś z nami już od sześciu księżyców. Dziś zaczniesz swój trening, jako iż udało ci się przeżyć samotną noc w lesie. Od dzisiaj aż do czasu, gdy zdobędziesz imię wojownika, będziesz nazywać się Blednąca Łapa. Twoim mentorem będzie… — mówiła, mierząc wzrokiem tłum, budując tym samym konkretną atmosferę. Każdy mógł teraz zgadywać, czy otrzyma dzisiaj ucznia, czy też i nie. Wreszcie przestała się bawić z widownią, rozwiewając wszelkie wątpliwości, jakie mogły tylko zakwitnąć w ich umysłach. — Pszczeli Rój — dokończyła pewnie, spoglądając na szylkretowego kocura w tłumie. W jego oczach zatańczyły iskierki podekscytowania, chociaż ciało wcale tego nie wyrażało, może poza podrygującą końcówką ogona, niemal muskał nim kota siedzącego tuż obok. — Pszczeli Roju, jako mój były uczeń, a także były mentor Grubej Ryby, jestem przekonana, że przekażesz Szalejowi wszystko, co powinien wiedzieć jako członek i przyszły wojownik naszego klanu.
Pszczeli Rój był niski, jego tors był zabawnie kwadratowy, wręcz nieproporcjonalny do ciała. Łapy miał krótkie, chociaż masywne i dobrze umięśnione, malowały się wyraźnie pod jego długim futrem, okalającym barki. Duże stopy, zgarbiony nos, a także okrągła buźka powitała go poważnym spojrzeniem, gdy podszedł do swojego nowego mentora i spojrzał mu prosto w oczy, wytrzymując kontakt wzrokowy. Intensywnie niebieskie ślepia zmierzyły go chłodno. Czy był ambitny? Nauczy go wszystkiego, co powinien wiedzieć? Skoro wyszkolił już jednego ucznia, a ponadto…! Jego mentorką była sama Zalotna Gwiazda, z pewnością darzyła go zaufaniem i z jeszcze większym przekonaniem wiedział wszystko, co powinien wiedzieć, jeśli miał szkolić już drugiego swojego ucznia. Pochylił się, a następnie dwójka zetknęła się nosami.
— Daj z siebie wszystko. Zrobimy z ciebie najlepszego wojownika, jakiego widział Klan Wilka. Nie przynieś mi wstydu — szepnął starszy, nadal patrząc na młodziaka u swoich łap. Szalej nie zamierzał się lenić, w zasadzie nie miał niczego innego do roboty, a treningi… treningi umożliwią mu kolejne spotkanie z przodkami! W końcu, do tej pory nie wolno mu było opuszczać obozu, w tym momencie zyskał kogoś, kto mógł mu takiej zgody udzielić, a raczej – pójść z nim, w celu przeprowadzenia nauczania. Może dowiedziałby się o tym miejscu czegoś więcej, może Ognikowa Słota nie wspomniała o jakimś detalu… chociaż rozgadywała się na tysiąc słów, zajmując lwią część jego dnia. Słowa szylkreta były dość ambitne… wiązało się to zatem z pewnością z intensywnymi naukami. Szalej nie chciał od razu nastawiać się negatywnie czy pozytywnie, więc nie myślał o tym nic. Pysk łaciatego przybrało wyraźne zamyślenie, co sprawnie zwróciło uwagę rudego. Ciekawe, czy zastanawiał się, od czego należało zacząć ich pierwszy trening?
— Blednąca Łapa! Blednąca Łapa! — poniosły się dumne wiwaty, a Blednąca Łapa smakował swojego nowego imienia, próbując się do niego przyzwyczaić.

[2611 słów]

06 lipca 2026

Zimowe dolegliwości!

Nadeszła Pora Nagich Drzew, a z nią nowe dolegliwości!

POGODA

Tegoroczna Pora Nagich Drzew okazała się wyjątkowo lodowata. Temperatura jest na minusie niemal każdego dnia. Gruba warstwa śniegu przykryła terytoria klanów. Niekiedy patrole muszą ukrywać się przed wyjątkowo silnymi wichurami, które nie pozwalają na swobodne poruszanie się. Zwierzyny i ziół jest bardzo niewiele, co polepsza sytuacji wojowników dręczonych przez choroby i odmrożenia, o które przy takiej pogodzie jest bardzo łatwo. Mróz zacznie ustępować dopiero pod koniec zimy, wraz ze zbliżającą się wiosną.

Klanu Burzy:

Sójczy Błękit - infekcja oka
Mała Bazia - przemrożenie
Dziki Berberys - gorączka
Żywiczna Łapa - biały kaszel
Kurczątko - biały kaszel

Klanu Klifu:
 
Płomienne Serce - biały kaszel
Czujny Pasterz - infekcja gardła
Jastrzębi Zew - zielony kaszel
Firmament - odmrożone poduszki łap
Firletka - biały kaszel

Klanu Nocy:

Błękitna Laguna - biały kaszel
Lawendowa Rozkosz - przemrożenie
Przypalony Kasztan - gorączka
Żabia Łapa - katar
Błoto - ból głowy

Klanu Wilka:
 
Ośnieżony Kryształ - zielony kaszel
Chudy Grzbiet - biały kaszel
Tygrysia Noc - infekcja gardła
Seradelowa Łapa - swędząca infekcja
Nadciągający Pomrok - zielony kaszel

Owocowego Lasu:
 
Gołąbek - zranienie przedniej łapy
Borowik - przemrożenie
Pierścień - odmrożone poduszki łap
Alka - kocięcy kaszel
Bratek - kocięcy kaszel

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Czajka - szkło w łapie
Monarch Pierwszy - infekcja gardła
Kazarek - katar

Choroby kotów, które nie poszły ze swoimi dolegliwościami do medyka i nie zostały wyleczone, przechodzą w kolejne stadium. Dotyczy to kotów z:

Klanu Burzy:

Szafirkowy Wiatr - infekcja oka > tymczasowa ślepota na oko
Szara Skóra - bezsenność > halucynacje

Klanu Klifu:
 
Wszyscy wyleczeni!

Klanu Nocy:

Wymarzona Słodycz - niestrawność > wymioty

Klanu Wilka:
 
Iskrząca Nadzieja - ból głowy > osłabienie

Owocowego Lasu:

Mistral - bezsenność
Pszczółka - ból głowy > osłabienie

Samotnicy i Pieszczochy:
 
Przebiśnieg - zranienie ogona > infekcja > niemożność poruszania kończyną > gnicie kończyny > amputacja
Dryfująca Bulwa - infekcja oka > tymczasowa ślepota > stała ślepota na oko
Czajka - swędząca infekcja > podrażnienie skóry
Baśniowa Stokrotka - ból zęba > zepsucie zęba > wypadnięcie zęba

Koty z dolegliwościami powinny udać się do medyka zimą.
W przypadku grywalnej postaci należy napisać opowiadanie skierowane do medyka w klanie (jeśli jest on grywalny) lub opisać samemu wizytę u niego. Objawy nie muszą wystąpić od razu po rozpoczęciu zimy - mogą w połowie a nawet i pod koniec.
Jeśli kot zlekceważy dolegliwości (tzn. nie zostaną wyleczone w danej porze roku), mogą się one zaostrzyć i/lub przemienić w gorsze i niebezpieczniejsze choroby.
WAŻNE! Osoby, które same wstawiają swoje opowiadania proszę o dodawanie pod opowiadaniami z leczeniem etykietkę "choroby".
UWAGA! Proszę, żeby pod opowiadaniami z leczeniem (szczególnie NPC!!!), były w liście wymienione imionami koty, które otrzymały kurację!

Od Ośnieżonego Kryształu do Rozbitego Księżyca

Odkąd poznała całą prawdę o Klanie Wilka, nie potrafiła spojrzeć na swoich pobratymców tak samo. Brzydziło ją to, o czym dowiedziała się z ust swojej matki, i tak strasznie ciężko było jej żyć z tą nową wiedzą. Czasem bała się nocami zmrużyć oczy, by nie obudzić się w Klanie Gwiazdy z poderżniętym gardłem. Chodziła teraz na paluszkach, obawiając się, że każdy wokół niej wie, iż tak naprawdę nie podziela wiary i poglądów większości Wilczaków. Czasem, gdy była w azylu, bała się choćby pomyśleć o Gwiezdnych Przodkach i słowach liliowej kotki z obawą przed tym, że kultyści odkryli już sposób na czytanie w myślach innych kotów. Czy było to głupie? Pewnie tak — lecz nie potrafiła zmusić się do działania inaczej. Gdzieś z tyłu głowy rozsądek podpowiadał jej, że póki otwarcie nie zrobi niczego podejrzanego, nikt nie ma prawa jej winić, lecz serce mówiło, że Klan Wilka jest miejscem na tyle brutalnym, iż za samo powiązanie z Brukselką mogłaby zostać zabita.
Wiedziała, że Brukselkowa Zadra liczyła na to, że Ośnieżony Kryształ wraz z siostrą zrobią coś w związku z informacjami, które zostały im przekazane, lecz biało-niebieska kotka nie widziała się w roli buntowniczki. Choć uważała, że to, co działo się w gronie Wilczaków, było grubą przesadą i należało jakoś temu zaprzestać, sama nie bardzo chciała się w to wszystko mieszać. Przynajmniej nie w taki sposób, jakiego oczekiwałaby od niej liliowa kocica. Kryształka brzydziła się przemocą i zabijaniem. Gdyby miała kogoś nawracać, to tylko słowem. I choć wierzyła, że każdy kot może się zmienić, tak po tym, co usłyszała od Brukselki, coraz ciężej było jej w to wierzyć. Była jeszcze taka młoda i nie chciała niepotrzebnie umierać, nawet jeśli miałaby to zrobić w imię Gwiezdnych Przodków, których uważała za rzecz świętą i niepodważalną.
Czy właśnie w taki sposób ich zawodziła? Może oni chcieli, by próbowała aktywnie nawracać swoich pobratymców? Czy takim biernym zachowaniem sprawiała, że Przodkowie się na nią gniewali? Ta myśl sprawiła, że dreszcz wstrząsnął jej ciałem, które bezwładnie spoczywało na posłaniu w legowisku wojowników, jako że umysł kotki był kompletnie pochłonięty myślami. Nie, nie, nie mogli się na nią gniewać! Przecież tak bardzo w nich wierzyła, tak bardzo im ufała. Lecz może to nie było wystarczające? W końcu co im po kilku pojedynczych wyznawcach w Klanie Wilka, skoro cała reszta kotów pogrążała się w mroku? Musiała coś z tym zrobić, och, musiała! Tylko od czego zacząć? Musiała to jakoś mądrze rozegrać. Musiała być zwinna, bystra, inteligentna, jeśli tylko chciała coś w tym klanie zdziałać, nie dając się złapać. Chyba już nawet wiedziała jak...
Nim jednak zdążyła się nad tym bardziej namyślić, jej uwagę zwróciła Brukselkowa Zadra, która leżała na posłaniu obok i nagle westchnęła ciężko, jakby z bólem. Sama też nie wyglądała najlepiej. Nie spała — to na pewno — lecz oczy miała zmrużone i leżała w niemal kompletnym bezruchu, tępo wpatrując się w punkt przed sobą. Czyżby coś jej dolegało? Niewykluczone. Kryształka od razu poczuła obowiązek, by dowiedzieć się, jak czuła się teraz jej przybrana matka.
— Hej, mamo, wszystko w porządku? — spytała troskliwie, wyciągając szyję do przodu i trącając nosem bok wojowniczki.
Ta przez pierwsze kilka uderzeń serca nawet nie drgnęła, jakby nie zarejestrowała, że ktoś się do niej odzywa. Dopiero po chwili ponownie westchnęła, wciąż nie podnosząc głowy ani nie zwracając wzroku w stronę młodszej.
— Nic mi nie jest... — oznajmiła płaskim głosem, na co łaciata zmarszczyła brwi. Niby chciała wyglądać groźniej, lecz teraz przypominała bardziej pomarszczoną kulkę puchu aniżeli jakieś niebezpieczeństwo.
— Przecież widzę, że źle się czujesz. Chodź, mamo, pójdę z tobą do Cisowego Tchnienia — zaproponowała, kładąc po sobie uszy. Miała nadzieję, że Brukselka nie zezłości się na nią za to, że tak nalega. Ale ona naprawdę chciała dobrze! Przecież wiedziała, że liliową coś boli.
— Poradzę sobie, Kryształko — odparła starsza, wciąż uparcie stojąc przy swoim. — Dużo gorsze rzeczy w życiu przeżyłam. To, co teraz czuję, to nic w porównaniu do spraw, o których ci opowiadałam — wydusiła z siebie, na co młodsza fuknęła z poczucia bezsilności. Przecież nie weźmie swojej matki za kark i nie zaniesie jej do lecznicy!
No właśnie.
Swojej matki nie zmusi do pójścia do Cisowego Tchnienia, lecz mogła poprosić szylkretową medyczkę, by ta przyszła odwiedzić Brukselkę.
— Dobrze, dobrze. Tylko się stąd nie ruszaj, zaraz tu wrócę! — miauknęła triumfalnie, wychodząc prędkim krokiem na środek azylu.
Zaraz potem skierowała się w stronę legowiska medyków. Gdy już chciała do niego wkroczyć, gwałtownie się zatrzymała, słysząc głos Zalotnej Gwiazdy dobiegający ze środka.
— Jakiś czas temu szkło wbiło mi się w łapę — mruknęła szylkretka.
Ośnieżony Kryształ cofnęła się, znikając z wejścia do lecznicy, by stanąć przy ścianie i nasłuchiwać.
— Jakiś czas? W tę ranę wdała się już infekcja — odezwała się Cis. — Zaraz to opatrzę — dodała, lecz Kryształce nie było dane podsłuchać dalszej części ich rozmowy, gdyż podszedł do niej niewielki, kremowy kocurek, który najpewniej musiał zwiać ze żłobka.
— Czemu pani podsłuchuje? — odezwał się głośno, na co łaciata wzdrygnęła się i otworzyła szerzej oczy.
— Ja? Podsłuchuję? Chyba ci się coś przewidziało, maluchu — mruknęła nerwowo, spoglądając to na kremusa, to na wejście do lecznicy. — Lepiej wracaj już do swojej mamy, zanim zacznie się martwić — dodała, machając łapą w stronę kociarni.
— Mamy? Ale ja nie mam mamy. Mam tylko tatę i starszą siostrę! — oznajmił, mrużąc oczy.
Co za wtopa!
— W takim razie wracaj do nich, zamiast się szwendać po obozie — odrzekła słodkim głosem.
Nim kremowy zdążył coś odpowiedzieć, z lecznicy wybyła Zalotna Gwiazda.
— Och, muszę już iść! Żegnaj, maluchu. Mam teraz zbyt dużo na głowie, by pozwolić sobie na rozmowę z tobą! — oznajmiła, po czym zniknęła w półmroku legowiska medyków.
Od razu wyszukała wzrokiem Cisowe Tchnienie. Gdy tylko ją spostrzegła, schyliła głowę, by okazać jej szacunek. Jeśli w sercu nie była wzorowym Wilczakiem, to przynajmniej z pozoru mogła za takiego uchodzić.
— Dzień dobry, Cisowe Tchnienie. Moja matka, Brukselkowa Zadra, bardzo źle się czuje i nie ma siły przyjść do lecznicy. Czy byłabyś skłonna odwiedzić ją w legowisku wojowników i sprawdzić, co jej dolega? Bardzo się o nią martwię — oznajmiła, czując, jak serce zaczyna jej bić mocniej z nerwów.
Szylkretka przez moment wpatrywała się w nią pustym wzrokiem, po czym skinęła głową i opuściła legowisko, kierując się w stronę tego, które zamieszkiwali wojownicy. Ośnieżony Kryształ wpierw ruszyła jej śladem, lecz po chwili zatrzymała się, widząc niedaleko Kalinowy Powiew. Starsza wciąż często nawiedzała jej myśli, lecz Kryształka nigdy nie miała na tyle odwagi, by wyznać jej swoje uczucia. Co prawda starała się raz po raz do niej zagadywać i jakoś wzmacniać ich przyjaźń, lecz wciąż wahała się przed wyznaniem tego, co czuje. Nie wiedziała nawet, czy powinna. Kalinka zapewne i tak nie czuje tego samego. Odrzuci ją, a Kryształka tylko niepotrzebnie się zawiedzie!
Gdy tak wpatrywała się w starszą wojowniczkę, przed jej pyskiem przemknął białofutry kocur — Rozbity Księżyc. Kryształka uznała, że rozmowa z nim będzie świetnym rozwiązaniem na ból związany z myślą o Kalinowym Powiewie, i od razu ruszyła jego śladem.
— Rozbity Księżycu, zaczekaj! — krzyknęła za kocurem, na co ten zatrzymał się gwałtownie.
Kryształka szybko go dogoniła i dodała:
— Nie chciałbyś może zjeść ze mną wspólnego posiłku? Zaczęłam robić się trochę głodna, a nie chcę jeść sama, tym bardziej, jeśli mogę zrobić to z kimś, kto wydaje mi się ciekawym kotem! — Nie wiedziała nawet, po co skłamała. Wcale nie była głodna, a oprócz tego nawet nigdy wcześniej nie pomyślała o tym, by zagadać do Księżyca!

<Rozbity Księżycu?>

Wyleczeni: Zalotna Gwiazda, Brukselkowa Zadra

Od Wdzięcznej Firletki

Jakiś czas temu…

Wsunęła pysk pomiędzy zioła, wybierając z niego parę jagód jałowca oraz liści malwy. Wzięła głęboki oddech, smakując zapachu medykamentów, do którego przez te wszystkie księżyce tak przywykła, że zaczął on ją po prostu uspokajać.
Po paru uderzeniach serca cofnęła się. Gdzieś z tyłu dobiegało do niej ciche, rytmiczne pomrukiwanie Wełnistej Mszycy, pochylonej nad Białym Strumieniem.
— Jak jego gorączka? — zapytała cicho, uważając na zioła w pysku.
Asystentka podniosła spojrzenie, przekręcając lekko głowę w bok i wzdychając cicho.
— Na razie bez zmian.
Zawsze zazdrościła w duchu kotce relacji, którą miała z rodzeństwem. Tęskniła za Skowronkiem.
Skinęła krótko głową, przechodząc obok kotki i muskając jej bark ogonem w geście pocieszenia. Łapa albinoski, trzymająca zimny kompres na czole brata, drgnęła.
— Nic mu nie będzie — miauknęła, zbliżając się do wyjścia z Kamiennej Wieży. — Idę odwiedzić Wędrujące Niebo, wrócę przed zachodem słońca. Gdyby mu się pogorszyło, poślij kogoś po mnie.

↠ₓ⊹❈⊹ₓ↞

Jej futro otarło się o kamienną ścianę. Wstąpiło do Groty Pamięci, skinieniem głowy witając się z Wędrującym Niebem i siedzącym obok Zawodzącym Echem.
— A więc?
Głos kronikarza był niewyraźny, jednak patrzył się na zastępcę z uniesioną brwią. Nie zwlekając, zbliżyła się do niego, delikatnym ruchem każąc podnieść mu się z posłania, w które wciśnięty był jego pysk, po czym położyła przed nim przyniesione zioła.
— A więc co? — zapytała, cofając się o krok.
Wędrujące Niebo spojrzał wymownie na czarnofutrego kocura, którego wargi wykrzywione były w grymasie. Echo spuścił wzrok i westchnął.
Coś w jej żołądku zrobiło niespodziewany przewrót. Już czuła, że nie przyniesie to nic dobrego.
— Śniący Obserwator znowu poinformował mnie o tym, co usłyszał — wydusił z siebie. Firletka zastrzygła uszyma; jego głos zadrżał, a ślipia zabłysły. — Tym razem powiedział o… Pozbywaniu się mojego ojca. I o tym, że chciałbym ociąć wszystkich od władzy i zrobić taki sam ustrój, jaki panuje w Klanie Nocy. Firletko, oni chcą się nas... Pozbyć. Mnie, mojego ojca, może- może nawet moich dzieci!

wyleczeni: Biały Strumień, Wędrujące Niebo

05 lipca 2026

Od Gąbczastej Perły CD. Trzcinowego Szmeru

— Za to powiedz mi, co tam u ciebie? Czy przyszłaś powiedzieć mi, jak strasznie idzie Klekoczącemu Bocianowi? A może masz coś innego ciekawego do powiedzenia? — zapytała Trzcinowy Szmer.
Gąbczasta Perła zachichotała pod nosem. Prawda była taka, że nic ciekawego ostatnio się u niej nie działo. Przynajmniej nie aż tak ciekawego, jak u Trzcinki! Medycy nie mogli się wiązać, posiadać kociąt ani, broń Klanie Gwiazdy, uczestniczyć w ceremonii połączenia jako jeden z dwojga partnerów!
— Co u mnie, pytasz? Cóż, nic, co mogłoby cię zainteresować — westchnęła, po czym pokręciła głową. — Ale tak, Klekoczący Bocian ostatnio zachowuje się inaczej. Jest jeszcze mniej zaangażowany w medyczne obowiązki niż wcześniej! Ten kot jest niereformowalny — burknęła, przewracając oczami. — Mam nadzieję, że niedługo ktoś z rodu doczeka się kociąt. Klekoczący Bocian sprawia, że czuję się starsza o co najmniej czterdzieści księżyców! Najchętniej odeszłabym do starszyzny już teraz, gdybym tylko miała godnego następcę — zaśmiała się, spoglądając na Trzcinkę.
Cieszyła się, że przynajmniej ona się nie nudzi i że w życiu wszystko dobrze jej się układało. Nie każdy był w stanie znaleźć sobie porządnego partnera i doczekać się wspaniałych kociąt. Taki los zarezerwowany był tylko dla najlepszych — czyli właśnie dla burej szylkretki. Była naprawdę szanowaną członkinią Klanu Nocy, więc to oczywiste, że musiały spotykać ją same dobre rzeczy!
— Na razie nie zapowiada się na żaden miot w waszym rodzie… Rogaty Flaming jest jeszcze młody — mruknęła Trzcinowy Szmer, na co dymna nerwowo poruszyła końcówką ogona. Jeśli pointowi coś się stanie, to co będzie z rodem? Czy wtedy Błękitna Laguna i Szałwiowe Serce zostaną zmuszeni do posiadania kociąt?
— To prawda, ale wiesz, miłość jest nieprzewidywalna. Czy spodziewałaś się, że Wężynowy Kieł zajdzie w ciążę z księciem? Jeszcze się okaże, że Szałwik z kimś potajemnie kręci! Miejmy tylko nadzieję, że tym razem z kimś z klanu — zachichotała.

* * *

Martwiło ją to, co ostatnio działo się w Klanie Nocy. O co chodziło Różanej Woni, gdy mówiła o tym, że droga Klanu Nocy opleciona jest mrokiem? Co mogły oznaczać jej słowa? Czy życie Nocniaków było obecnie zagrożone? Dymna nie rozumiała, co mogło to zwiastować. Może miało to jakiś związek z tymi borsukami? Nie, nie mogło. To musiało być coś związanego z Miejscem, Gdzie Brak Gwiazd! Czyżby wśród nich znajdował się jakiś zdrajca, który potajemnie nie wyznawał wiary w Gwiezdnych Przodków? Jeśli tylko Gąbka go wyniucha, to ukręci mu głowę! Klan Nocy nie mógł upaść. Klan Nocy nie mógł zostać pochłonięty przez zło!
Gąbczasta Perła została wyrwana ze swoich przemyśleń, gdy do lecznicy wszedł kot. Cała zadrżała, jakby bała się, że mógłby usłyszeć jej myśli. Na szczęście nie był to nikt ważny, a jedynie Lśniąca Ikra. Za nim stał też Siwa Czapla — obaj wyraźnie chorzy. Ikra wyglądał, jakby czuł się wyjątkowo niekomfortowo, zaś Czapla zdawał się niemal dusić.
Medyczka szybko do nich podeszła, chcąc mieć ich już z głowy, by móc wrócić do rozmyślań nad słowami Różanej Woni. Najchętniej zrobiłaby sobie wolne od obowiązków, by cały swój czas poświęcić na rozwiązanie zagadki, którą zesłał im Klan Gwiazdy.
— Co ci dolega? — spytała wprost starszego kocura.
Nim odpowiedział, obejrzała jego ciało, dostrzegając, że skóra jest zaczerwieniona.
— Niech zgadnę. Twoja skóra jest podrażniona? — mruknęła.
Lśniąca Ikra skinął głową.
Gąbka szybko zanurkowała do składziku, wyciągając z niego trybulę. Już miała podejść do niebieskiego wojownika, gdy nagle rozległ się głos Siwej Czapli:
— Gąbczasta Perło, ja naprawdę źle się czuję...
Kotka zmierzyła go morderczym wzrokiem, po czym przeniosła spojrzenie na swojego czarno-białego asystenta.
— Klekoczący Bocianie, widzisz, że mamy pacjentów, a zamiast tego się lenisz! Mógłbyś zająć się Siwą Czaplą. Widzisz przecież, że biedak zaraz nam tu padnie — warknęła.
Młodszy poderwał się ze swojego posłania, wyraźnie zaskoczony.
Gdy Klekotek wreszcie zajął się łaciatym, Gąbka wróciła do wmasowywania soku z trybuli w podrażnioną skórę wojownika.
Po skończeniu Lśniąca Ikra podziękował jej i wyszedł z lecznicy, mijając w progu Ćmię Mżenie.
Na litość Klanu Gwiazdy! Czemu wszyscy nagle postanowili zlecieć się do legowiska medyków? Czy mówiąc o mroku, Różana Woń miała na myśli jakieś nieszczęścia? Może pierwszym z nich była plaga? Epidemia?

* * *

Słowa Różanej Woni wciąż nie dawały jej spokoju. Im dłużej nad nimi rozmyślała, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że sama nie zdoła rozszyfrować znaczenia tej przepowiedni. Może powinna z kimś o tym porozmawiać? Tylko z kim? Na Klekoczącego Bociana nie miała co liczyć. Mandarynkowa Gwiazda z pewnością miała teraz na głowie znacznie ważniejsze sprawy niż wizje emerytowanej medyczki. Poza tym dymna nie wiedziała nawet, jaki stosunek liderka miała do tej całej perły. Gąbczasta Perła natomiast była przekonana, że naprawdę stanowiła ona most między Klanem Nocy a Klanem Gwiazdy. W końcu otrzymała imię właśnie na jej cześć! Szkoda tylko, że wraz z mianowaniem nie odziedziczyła również daru swobodnego kontaktowania się z Gwiezdnymi Przodkami.
W końcu postanowiła odwiedzić Trzcinowy Szmer. Buraska była rozsądna i bystra, więc może pomoże jej spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Poza tym, odkąd została namiestniczką, Gąbka nie miała jeszcze okazji pogratulować jej osobiście. Była zbyt zajęta obowiązkami medyczki, by choć na chwilę zajrzeć do kociarni i wspólnie z Trzcinką nacieszyć się jej sukcesem. Dobrze chociaż, że mogła uczestniczyć w ceremonii łączącej jej i Żmijowcowej Wici. Naprawdę tworzyli piękną parę i dymna z całego serca życzyła im szczęścia.
Kiedy jednak zmierzała w stronę żłobka, przypadkiem natknęła się na bardzo znajomego kota — Stroczkową Nadzieję. Kocur od wielu księżyców pozostawał więźniem i Gąbczasta Perła wciąż nie potrafiła pojąć, dlaczego nie próbował zawalczyć o awans, godząc się na najniższą pozycję w klanowej hierarchii.
Przez krótką chwilę patrzyli sobie w oczy. Nim jednak medyczka zdążyła go wyminąć, Stroczek odezwał się pierwszy:
— Właśnie szedłem do lecznicy. Od rana okropnie boli mnie głowa.
Dymna poruszyła wibrysami.
— W takim razie nie trać czasu i idź dalej. Niech zajmie się tobą Klekoczący Bocian — odparła krótko, po czym ruszyła dalej w stronę żłobka.
Gdy weszła do środka, od razu odnalazła wzrokiem Trzcinowy Szmer.
— Trzcinko! Tak się cieszę, że ty i Żmijowcowa Wić oficjalnie przeszliście ceremonię łączącą — zamruczała na powitanie, podchodząc bliżej karmicielki. — I gratuluję ci zostania namiestniczką! Możesz być z siebie naprawdę dumna. Mandarynkowa Gwiazda stworzyła tę rangę specjalnie po to, by uhonorować właśnie ciebie. Czy to nie wspaniałe?
Usiadła przed szylkretką, uśmiechając się ciepło.
— A tak przy okazji, wyobraź sobie, że ostatnio do lecznicy przyszedł Rezedowa Łapa. Pogryzł go szczur! Co za wstyd. Marny z niego uczeń, skoro nawet taki niewielki gryzoń zdołał go pokonać.
Na moment odwróciła wzrok w stronę Nura i Łabądki. Miała ochotę zapytać o maluchy, lecz ostatecznie ugryzła się w język. Przyszła tu przecież w zupełnie innym celu.
Po chwili jej uśmiech zgasł.
— Wiesz... słyszałaś może o tym, co mówiła Różana Woń? O tym, że Klan Nocy czekają mroczne czasy? — spytała znacznie cichszym głosem. — Nie potrafię przestać o tym myśleć. Strasznie mnie to zaniepokoiło. Chciałabym poznać twoją opinię... bo sama już nie wiem, co o tym wszystkim sądzić.

<Trzcinowy Szmerze?>

Wyleczeni: Lśniąca Ikra, Siwa Czapla, Ćmie Mżenie, Stroczkowa Nadzieja, Rezedowa Łapa

Od Lilakowej Łapy

Słońce wstało znad horyzontu już jakiś czas temu, w obozie było znacznie jaśniej niż paręnaście bić serca temu. Koty zaczynały się budzić a ilość ich które spały w legowiskach znacznie się zmniejszała z każdym biciem serca. Jednak jeszcze nikt, na razie nie wychodził z jaskini służącej Klanowi Klifu za obóz. Każdy dopiero się rozbudzał, dopiero szykował do wykonywania swoich obowiązków. Nic dziwnego, że dwójka młodych kotów siedziała w obozie. Rodzeństwo obudziło się już jakiś krótszy czas temu. Cicha Łapa, jeden z nich był jak zwykle dosyć cichy. Nie mówił ani słowa, to było dosyć charakterystyczne dla brata Lilakowej Łapy. Wpatrywał się tylko od czasu do czasu w koty siedzące w obozie ciekawskim wzrokiem. To też było dosyć typowe dla kocurka. Oboje czekali obecnie na swoich mentorów, a dokładnie na to, jak postanowią wziąć ich na trening. Rodzeństwo było też mocno pogrążone w myślach. Każde w czymś innym. Lilak starając się nie myśleć o śnie (znów śniła jej się matka, dziwne), który miała tej nocy, skupiała swoją uwagę na otaczających ją kotach. Jednak odwracając swoje myśli od matki oraz patrząc na swoich pobratymców, w jej mózgu rodziła się jedna, kłująca niczym drzazga myśl. Czemu jest aż tak niska? Kotka ostatnio miała wrażenie, że nie przepadała za swoim wzrostem. Nie lubiła być niższa niż wszyscy. Czuła się przez to słaba. Była dla nich jak nieistotna mróweczka. Nie zdolna do zrobienia czegokolwiek, niezdolna do walki i bronienia Klanu Klifu. Klan Klifu, jeśli nie licząc jej brata, był poniekąd jak jej jedyna rodzina. To te koty ją przygarnęły, uratowały bez wątpienia od śmierci z takiego czy innego powodu... Kotka była wściekła, nie chciała być słaba. Co, jeśli z powodu jej słabości porzuciliby ją? Co, gdyby ktoś uznał, że jest za słaba jak na klanowicza? Fakt, nigdy nie słyszała, by ktoś został wygnany z powodu tego, że ktoś był za słaby, ale przecież każdy oprócz kociąt w żłobku był od niej wyższy. Kotce wydawało się, że od jakiegoś czasu już nie rosła. Nigdy nie była wysoka, a brat zostawił ją mocno w tyle. Warto dodać, że Cicha Łapa nie był nadzwyczajnie wysoki. Był on normalnej wielkości jak na kota w jego wieku. Zostawiał ją w tyle ze wzrostem z każdym księżycem... Choć wiedziała, że to złe, zazdrościła tego, jak wysoki w porównaniu z nią był. Kotka, choć nie potrafiła jak na ten czas uwierzyć w Klan Gwiazdy, często modliła się w duchu przed snem, żeby to było tylko czasowe, by znów zaczęła rosnąć, nie chciała być bowiem bezużyteczna dla swojego klanu. Chciała być jego wartościowym członkiem. Fakt, nie każdy w klanie nadawał się do wszystkiego, niektórzy mieli jakieś niepełnosprawności, niektórzy urodzili się nawet ze zbyt krótkimi łapkami, byli niscy. Niżsi niż ona... ale ona urodziła się z normalnymi nóżkami... Nie chciała być rozczarowaniem dla Klanu Klifu z powodu jej wzrostu. Jak poślesz kota tak małego do walki...? To nie wydawało się mądrym pomysłem, przynajmniej dla Lilakowej Łapy. Jej rozmyślania staczały się na coraz mroczniejsze rejony, kotka czuła się z tego powodu winna. Zapewne, byłoby jeszcze gorzej, gdyby nie to, że zauważyła idącą w jej stronę mentorkę. Ta szybko odwróciła jej myśli od tego i wyprowadziła je nieco w jaśniejsze rejony. W oczach Lilakowej Łapy Przepiórczy Wicher była jak dar od Klanu Gwiazdy, o ile ten istniał. Była dla niej swego rodzaju idolką, nie miała takiej od czasu gdy... została porzucona z bratem. Podziwiała ją niemalże tak samo, jak matkę. Mentorka zawsze była radosna, energiczna. Liliakowa Łapa chciałaby być jak ona. A do tego miała podobne pochodzenie do niej. Dawało to Lilakowej Łapie nadziei, że kiedyś też będzie dobrą wojowniczką mimo pochodzenia od... pieszczochów. Miała nadzieje być dobra choćby w połowie jak ona. Kotka widząc, że jej mentorka jest już blisko, ruszyła się z miejsca, wymuszając na sobie uśmiech. Nie chciała zawieść cynamonowej szylkretki złym samopoczuciem. Zwłaszcza że ta miała widocznie dobry humor, uśmiechała się. Odchodząc, Lilakowa Łapa pożegnała się tylko z bratem:
— Pa, Cicha Łapo! Byle twój mentor szybko wstał! — w jej tonie delikatnie było słychać ukłucie smutku... Musi się postarać, by jej mentorka nie usłyszała tego, gdy będzie z nią rozmawiać.
Kotka powiedziała sobie, że da radę, chociażby żeby nie zawieść Przepiórczego Wichru. Nie chciała by jej mentorka, wiedziała, że nadal tęskni za matką, że jej się śni oraz że nie to nierzadka sytuacja.
— Witamy Lilakową Łapę! Dobrze dziś spałaś? Bo mam dziś pewną niespodziankę! — wymruczała mentorka, podchodząc do niej, z uśmiechem tak ciepłym prawie że niczym same promienie słońca wydawały się przy nim zimne.
Lilakowa łapa spojrzała w górę (to było dosyć wysoko, jej mentorka miała bardzo długie nogi, a ona sama była naprawdę niska), by popatrzeć w jej zielone oczy. Te spoglądały na punkt między jej oczami, no cóż, bywało i tak, gdy twoja mentorka miała zeza. Lilakowa Łapa była ciekawa czy Przepiórczy Wicher kiedykolwiek czuła się głupio z powodu jej zeza? Czy nie lubiła go tak jak ona sama swojego wzrostu...? Raczej nie, liliowej nie wydawało się, że ktoś tak radosny martwiłby się czymś tak drobnym. Nastała cisza, ale szybko została przerwana przez liliową.
— Jaką niespodziankę, pani mentorko? — spytała żartobliwie, po czym zachichotała. Lilakowa Łapa lubiła ją tak nazywać, mimo próśb mentorki.
— Wiesz, że nie musisz tak do mnie mówić — spróbowała przypomnieć Lilakowej Łapie, po czym dodała radosnym tonem. — Będziemy mieć na treningu gości...
— Bierzemy ze sobą Cichą Łapę? Dziękuję! Wie przecież pani mentorka, jesteśmy jak dwa kawałki jednego kamienia! Najlepiej jak jesteśmy gdzieś razem, a nie rozbici i leżący gdzie indziej! To miłe z pani mentorki str... — powiedziała uradowana, przerywając własnej mentorce. Nie przewidziała, że jej wypowiedź też zostanie przerwana.
— Przepraszam, Lilakowa Łapo, ale nie dziś — rzekła nieco zakłopotana Przepiórcza Wichura, przerywając Lilakowej Łapie. Dodała po chwili do nieco zawiedzionej uczennicy. — Zamiast tego, weźmiemy ze sobą Jajeczną Łapę oraz Kurzą Łapę. No cóż, to nic, prawda? Cicha Łapa będzie trenować z tobą kolejnym razem! Masz jeszcze sporo czasu na trening, więc się nie martw.
— To nic! Jajeczna Łapa jest chyba sympatyczna. Wie pani mentorka! A skoro ona jest sympatyczna to jej siostra raczej też! — mówiła wyraźnie rozweselona, niska uczennica. Główkę kotki wypełniło też inne uczucie, nadzieja. Co, jeśli udałoby się jej zaimponować Kurzej Łapie i Jajecznej Łapie na treningu, i te chciałyby zostać jej przyjaciółkami? W każdym razie dodała po chwili pytająco: — Myśli pani mentorka, że imię Długi Lilak do mnie pasuje? Gdy raz rozmawiałam z Kurzą Łapą, ta mówiła, że by mi pasowało!
— Nie, jestem pewna, że gdy przyjdzie pora, Lśniąca Gwiazda nada ci dużo lepsze imię! Nie jesteś długa, Lilakowa Łapo, bardziej krótka, nawet bardzo krótka — wymruczała, dodając po chwili: — A teraz chodź, idziemy po Jajeczną Łapę.
— Dobrze! Już idę! Już pędzę, jak ptak po niebie! — rzekła Lilakowa Łapa, staranie ukrywając fakt, że jest było nieco żal, że inne koty zauważały jaka niska była. Wiedziała, że jej mentorka nie robiła tego złośliwie, było to w końcu łatwo zauważyć, ale żal, a nawet swego rodzaju wstyd faktycznie się pojawił.
Przepiórcza Wichura musiała tego nie zauważyć, bo uśmiechnęła się szerzej i zaczęła iść. Kotki przeszły parę kroków do gniazda, w którym Klan Klifu trzymał zwierzynę, gdyż tam właśnie znajdowała się Jajeczna Łapa wraz z Kurzą Łapą. Kurza łapa obecnie przysypiała na stojąco, a Jajeczna Łapa próbowała z nią rozmawiać. Gdy ujrzała idące w ich stronę kotki, ruda odwróciła uwagę od siostry i rzekła:
— Dzień dobry! — ton Jajecznej Łapy był przyjazny.
— Cześć, Kurza Łapo i Jajeczna Łapo, przyszliśmy wam powiedzieć, że dziś będziecie trenować z nami! Chodźcie, zbieramy się i idziemy w teren — wymruczała cynamonowa, dodając po chwili: — Dziś trochę popracujemy nad włażeniem na drzewa, a potem, zaprowadzę was do tuneli oraz popracujemy nad nawigacją.
— Dobrze, dobrze — rzekła z małym zawiedzeniem oraz niezadowoleniem w głosie, wyraźnie zmęczona, Kurza Łapa. Czyżby się nie wyspała? Lilakowa Łapa była ciekawa czemu.
— No to idziemy? — powiedziała ruda kotka
— Idziemy! Do przodu — odpowiedziała pełnym energii głosem Przepiórcza Wichura, dodając po paru biciach serca: — Za mną! Proszę iść każda za sobą, by się nie zgubić. Lilakowa Łapo, ufam ci, że je przypilnujesz, więc idziesz ostatnia.
Lilakowa Łapa poczuła ukłucie żalu, że musiała iść ostatnia. To było z powodu jej wzrostu, czyż nie? Czemu to czuła? Jej mentorka nie jest winna, czuła się głupia za to odczucie... W końcu była na tyle miła, by nie powiedzieć tego wprost. Jednak nic nie powiedziała. Zresztą nikt nic już nie powiedział, grupka uczennic po prostu podążyła za idącą w stronę wyjścia cynamonową szylkretką. Lilakowa Łapa znów przeklęła swoje zmęczenie w głowie i zaczęła iść za Kurzą Łapą.

[1396 słów]