BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 14 czerwca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

13 czerwca 2026

Od Kryształowej Łapy (Ośnieżonego Kryształu) do Cienistej Zjawy

Od ostatniego sparingu z Cętkowaną Łapą odbyła jeszcze kilka takich walk. To udało jej się poćwiczyć trochę z Gwiazdnicowym Blaskiem, to trochę z Seradelową Łapą. Za każdym razem, gdy musiała walczyć, czuła się z tym źle, ale nie mogła tak po prostu sobie odpuścić. Nawet jeśli po każdym zadanym ciosie czuła obrzydzenie, była już zbyt blisko ceremonii, by przestać. Poza tym widziała, że z każdym zwycięstwem Cienista Zjawa spogląda na nią coraz przychylniej. Jakby od tego, ile razy uda jej się powalić przeciwnika na ziemię, zależała jej wartość jako członka Klanu Wilka. Właściwie takie stwierdzenie było prawdą. Smutną prawdą, którą musiała zaakceptować, jeśli nie chciała skończyć tak jak Wrotyczowa Szrama, o której losie słyszała od Brukselkowej Zadry. Kotki musiały niegdyś być sobie bliskie, a przynajmniej takie wrażenie odnosiła Kryształka, słuchając, jak liliowa opowiada o starszej wojowniczce… W jej oczach wówczas widniał ból, a głos łamał się co kilka zdań. Tylko co mogło je łączyć w przeszłości, by w Brukselce wywoływać taką reakcję? Odpowiedzi mogło być wiele, więc zgadywać było ciężko. Sama wojowniczka nie chciała też uchylić przybranej córce rąbka tajemnicy, więc Kryształowa Łapa była skazana na niewiedzę. Może to i lepiej? W końcu nie musiała znać każdego szczegółu z życia matki. Czasem to nawet dobrze, że niektóre sprawy pozostają tylko w jej wspomnieniach. Nie każdy chciałby w końcu rozdrapywać stare rany tylko dlatego, że jakiś młodziak o nie pyta.
Dzisiejszy dzień nie różnił się bardzo od innych. Jak w zegarku Cienista Zjawa z rana przybył do legowiska uczniów i zabrał ze sobą Kryształową Łapę na trening. Jednak już przy wyjściu z azylu zatrzymał się i mruknął nagle:
— Hm… Słuchaj, Kryształowa Łapo. Jesteś już na tyle doświadczona i wyrośnięta, że chyba mogę ci zaufać — zaczął, spoglądając na młodszą poważnym wzrokiem. — Przypomniało mi się, że muszę dziś załatwić pewną sprawę z Zalotną Gwiazdą i nie miałbym czasu odbyć z tobą odpowiedniego treningu. Właśnie dlatego zdecydowałem, byś udała się teraz na samotne polowanie i upolowała co najmniej trzy świeże piszczki, nim wrócisz do obozu — dodał, a jego ton nie pozostawiał miejsca na sprzeciw.
Kryształowa Łapa zdziwiła się jego propozycją, lecz wydawała jej się całkiem sensowna. Brzmiała jak coś, co Cienista Zjawa faktycznie kazałby jej wykonać.
— Jasne! Nie ma sprawy, poradzę sobie z tym zadaniem. Upoluję największe i najtłustsze myszy i wiewiórki, jakie tylko uda mi się znaleźć! — zapewniła go, uśmiechając się nieśmiało. Wiedziała, że pewnie będzie miała problem z upolowaniem żywych stworzeń, ale przed mentorem nie mogła okazać zwątpienia.
Cień spojrzał na nią podejrzliwie, lecz po chwili skinął głową i udał się w stronę legowiska przywódcy. Kryształowa Łapa odetchnęła z ulgą i spokojnym, powolnym krokiem ruszyła do wyjścia z obozu. Po raz kolejny będzie musiała zmusić się do krzywdzenia innych… Dlaczego koci żywot musiał być taki ciężki i tak przepełniony brutalnością? Dlaczego miała już na sumieniu tak wiele istnień? Kim ona była, by decydować o tym, czy ktoś zasługiwał na dożycie jutra, czy też nie?
Ignorując poczucie winy w klatce piersiowej, zmusiła się do wzięcia w płuca oddechu, licząc na to, że złapie jakąś nikłą woń zwierzyny. Stety lub niestety szybko udało jej się wyczuć zapach drozda. Powoli zaczęła zbliżać się w jego stronę, a gdy już wysunęła łeb zza krzewów i dostrzegła jego beżowe piórka i paciorkowate, niewinne oczy, żal ścisnął jej serce. Wyglądał tak uroczo! Kryształowa Łapa najchętniej zabrałaby go do obozu żywego i zaopiekowała się nim, zamiast odbierać mu życie. Wiedziała jednak, że jej mentor nie byłby zadowolony, gdyby zamiast z trzema martwymi ofiarami wróciła z trzema żywymi.
Wysunęła pazury i zakradła się powoli w stronę drozda. Taki biedny, niczego nieświadomy… Jeszcze chwilę temu skubał swoim niewielkim dzióbkiem w ziemi, a za chwilę będzie zwisał z pyska Kryształki… zimny, zwiotczały. Uczennica zmrużyła na moment oczy, po czym odbiła się od gleby, licząc na to, że może nie uda jej się złapać ptaka. Niestety wkrótce pod łapą poczuła jego opierzone ciałko. Prędko pochyliła nad nim głowę i, zagryzając mu szyję, pozbawiła go życia, zanim zdążyłaby się rozmyślić i puścić go wolno.
Następnie szybko zakopała go pod kupką ziemi, nie chcąc już dłużej patrzeć na jego martwe ciało, i zaczęła węszyć ponownie. Tym razem jednak nie wyczuła woni żadnego zwierzęcia, dlatego postanowiła przejść się nieco dalej od miejsca, w którym uprzednio zapolowała.
Udało jej się dotrzeć do Czarnych Gniazd, gdzie w końcu wyczuła zapach wiewiórki. Rude stworzonko też, jak na złość, należało do jednych z tych słodszych. Właściwie to według Kryształowej Łapy każde z nich było urocze! Nie mogła patrzeć w te ich okrągłe ślepka z myślą, że już za niedługo będzie zmuszona do tego, by zamknąć je raz na zawsze. Na szczęście Brukselkowa Zadra nauczyła ją modlić się za upolowaną zdobycz do Klanu Gwiazdy, toteż przy każdej upolowanej istocie Kryształka posyłała do nieba w myślach modły. Miała nadzieję, że zwierzęta, które padły jej ofiarą, także trafiają do jakiegoś raju i są w stanie żyć tam bez stresu o to, że pewnego dnia trafią w kocie szpony. Zasługiwały na to. Nawet bardziej niż Kryształowa Łapa, która tak bezpodstawnie przerwała im żywot!
W końcu biało-niebieskiej udało się zakraść do wiewiórki. Znów zmrużyła oczy i znów napięła mięśnie, wkrótce wybijając się w powietrze i szybując w stronę rudego stworzonka. Tym razem jednak pod łapami poczuła jedynie ziemię, zamiast miękkiego futra wiewiórki. W myślach bardzo się uradowała, a na jej pysku pojawiła się ulga.
Wtem usłyszała coś, co brzmiało jak parsknięcie. Od razu postawiła uszy do góry, rozglądając się wokół ze zdziwieniem.
— Halo…? — odezwała się, mrużąc oczy. — Czy ktoś tu jest? — zapytała, lecz nie spotkała się z odpowiedzią. Może jej się tylko wydawało? W końcu, dlaczego ktoś miałby ją śledzić czy w ogóle się tędy przechadzać? Na pewno coś sobie uroiła.
Westchnęła głęboko i zaczęła ponownie szukać ofiar. Chciała jak najszybciej upolować dwie pozostałe piszczki i móc z nimi wrócić do obozu, by następnie w myślach katować się za to, jak wiele zła dziś wyrządziła.

* * *

W końcu udało jej się osiągnąć wyznaczony przez Cienistą Zjawę cel. Wróciła do azylu z drozdem, wróblem i myszą w pysku. Od razu ruszyła w stronę stosu i odłożyła tam piszczki, starając się jednak, by nie zmieszały się z tymi upolowanymi wcześniej. Następnie rozpoczęła poszukiwania mentora, by przekazać mu informację o tym, że zakończyła już polowanie.
Gdy zajrzała jednak ukradkiem do legowiska liderki, nie dostrzegła w nim nikogo poza szylkretową kocicą. Potem zajrzała do legowiska wojowników, lecz tam również nie było ani śladu po burym kocurze. Na wszelki wypadek sprawdziła jeszcze żłobek, ale i tam spostrzegła jedynie Szaleja, Bielinkę oraz Ognikową Słotę, która akurat ich pilnowała.
“Hm, dziwne...” — pomyślała, po czym raz jeszcze spojrzała na kupkę zwierzyny i postanowiła wejść do legowiska uczniów. Może Cienista Zjawa załatwił już z Zalotną Gwiazdą wszystko, co musiał, i wyszedł gdzieś na spacer? A może oddalił się tylko na chwilę, by załatwić swoje potrzeby fizjologiczne? Cóż, nie zamierzała zgadywać. Sam mówił, że jej ufa, więc jeśli rzeczywiście tak było, powinien zaufać jej również w tym, że wykonała jego polecenie.

* * *

Następnego ranka została wezwana do walki ze swoim mentorem. Jeśli wygra — otrzyma imię wojownika. Awansuje. Jeśli natomiast przegra, będzie musiała się doszkolić i spróbować ponownie… Nie zamierzała spędzić jako uczennica ani chwili dłużej, dlatego przysięgła sobie, że tym razem odstawi na bok swoje obrzydzenie przemocą i zrobi wszystko, co w jej mocy, by pokonać Cienistą Zjawę. Zdawała sobie jednak sprawę z tego, że nie będzie to łatwe. W końcu to on był mistrzem, a ona jedynie jego uczennicą. Jak mogłaby przerosnąć go umiejętnościami? To w ogóle do niej nie pasowało, ale nic nie szkodzi. Nawet nie zależało jej na tym, by być kimś silnym. Nie spodziewała się, że pokona burasa jednym skinieniem palca, a wszyscy zaczną jej gratulować i wykrzykiwać jej imię.
Gdy w końcu Zalotna Gwiazda dała im sygnał do walki, Cienista Zjawa wyrwał się do przodu jako pierwszy. Kryształce przypomniało to ruch Gwiazdnicowego Blasku, która również zaszarżowała kiedyś na uczennicę. Dzięki temu niebieskooka szybko wykonała unik, a bury o mało nie wpadł w tłum kotów otaczających ich kręgiem. Wojownik nie zamierzał się jednak poddawać. Wyhamował gwałtownie i obrócił się zwinnie, po czym zamachnął się na Kryształkę łapą.
Tej ponownie udało się wykonać unik. Ba! Chwilę później udało jej się nawet zadać mentorowi cios w bark, przez co kocur na moment się zawahał. Korzystając z okazji, Kryształowa Łapa skoczyła na niego, starając się powalić go na ziemię. Nie miała jednak zbyt dużej masy, przez co Cień ledwie się zachwiał. Szybko zrzucił kotkę ze swojego grzbietu, a niebieskooka z hukiem upadła na glebę. Stęknęła pod nosem, czując, jak po jej ciele rozchodzi się ból.
W międzyczasie Cienista Zjawa stanął nad nią, szczerząc zęby. Kryształka w akcie desperacji z całej siły kopnęła go w brzuch tylnymi łapami, skutecznie odpychając go do tyłu. Dzięki temu zdołała się podnieść, a gdy bury próbował odzyskać równowagę, skoczyła mu na plecy i przygwoździła go do ziemi. Kocur rozłożył łapy na boki, wyglądając niczym rozdeptana żaba.
— Widzę, że mamy zwycięzcę! — ogłosiła Zalotna Gwiazda, lecz w jej głosie kryło się rozbawienie.
Aż sama Kryształowa Łapa uśmiechnęła się na ton liderki. Takie momenty przypominały jej, że szylkretka również miała własne, indywidualne poczucie humoru i także była żywym stworzeniem.
Po chwili biało-niebieska zeszła z grzbietu burego wojownika i stanęła obok, obserwując ruchy przywódczyni.
— Kryształowa Łapo — odezwała się ponownie Zalotka. — Walczyłaś dziś nieugięcie, pokazując nam wszystkim, że nawet jeśli nie urodziłaś się w Klanie Wilka, możesz wstąpić w szeregi naszych wojowników — dodała, spoglądając z pnia na łaciatą uczennicę.
Młodsza nie wiedziała, jak się z tym wszystkim czuć. Nie podobało jej się, że musiała najpierw pokonać swojego mentora, którego tak bardzo szanowała, a jednocześnie… nie mogła powstrzymać ekscytacji na myśl, że w końcu będzie na równi ze Zwęgloną Kukułką.
— Ja, Zalotna Gwiazda, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę, która pilnie trenowała, by zdobyć doświadczenie potrzebne do ochrony naszego klanu. Polecam ją wam jako nową wojowniczkę Klanu Wilka — kontynuowała liderka.
W międzyczasie biało-niebieska łypnęła wzrokiem na swojego mentora, który stał wpatrzony w swoją matkę. Wyglądał tak dumnie i pewnie, że łaciata o mało nie przeoczyła faktu, iż jedną łapą nie dotykał podłoża, jakby... go bolała. Serce Kryształki ścisnęło się z niepokoju i już miała ochotę spytać burasa, czy wszystko w porządku, gdy po polanie rozległ się głos liderki:
— Kryształowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twoją przywódczynię i chronić swój klan, nawet za cenę własnego życia?
Młodsza od razu przeniosła spojrzenie z powrotem na szylkretową.
— Przysięgam…! — wykrzyknęła.
— W takim razie mocą naszych przodków nadaję ci imię wojownika. Kryształowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Ośnieżony Kryształ. Klan ceni twoją zwinność i kreatywność, a dziś wita cię jako pełnoprawną wojowniczkę Klanu Wilka — wygłosiła, znów uśmiechając się chytrze pod nosem.
— Ośnieżony Kryształ! Ośnieżony Kryształ!
Wraz z ostatnimi słowami Zalotnej Gwiazdy po obozie rozległy się wiwaty. Wojowniczka nie miała jednak czasu, by się nimi przejmować, i od razu zwróciła się w stronę burego, który wciąż nie postawił łapy na ziemi.
— Cienista Zjawo… czy z twoją łapą wszystko w porządku? — zapytała, gdy okrzyki zdążyły ucichnąć.

<Mentorze? Choć właściwie to teraz już były!>

[1810 słów]

Od Kameliowej Łapy do Oskrzydlonego Ognika

Każdy kolejny dzień przynosił jej coś nowego, a choć od przybycia do Klanu Burzy minęło już wystarczająco wiele czasu, by obozowisko przestało wydawać się obce, wciąż odnosiła wrażenie, że znajduje się na początku długiej ścieżki, której końca nie potrafiła jeszcze dostrzec. Coraz lepiej rozpoznawała zapachy unoszące się pomiędzy legowiskami, coraz pewniej poruszała się po znajomych ścieżkach i coraz częściej łapała się na tym, że potrafi wymienić imiona wojowników bez konieczności zatrzymywania się na chwilę w myślach. Mimo to nadal pozostawało wiele rzeczy, których jeszcze nie rozumiała, a każdy nowy wschód słońca zdawał się odkrywać przed nią kolejne fragmenty życia klanu. Większość czasu spędzała przy Rudej Lisówce. Treningi wypełniały znaczną część jej dni, a ona sama dokładała wszelkich starań, by jak najszybciej stać się wojowniczką godną swojego klanu. Nie brakowało jej zapału ani determinacji; wręcz przeciwnie, każda nowa umiejętność, każde poprawnie wykonane zadanie i każde słowo pochwały rozgrzewały jej serce bardziej, niż chciała się do tego przyznać.
Mimo to relacja z mentorem pozostawała dla niej czymś trudnym do jednoznacznego określenia.
Ruda Lisówka nie był od niej wiele starszy, co początkowo wydawało się czymś, co powinno ułatwić wzajemne porozumienie. Zamiast tego między nimi niemal od początku istniała osobliwa bariera, subtelna i niewidoczna, lecz wyczuwalna przy każdej dłuższej rozmowie. Nie potrafiła wskazać jej źródła. Nie chodziło nawet o różnicę charakterów ani o jego sposób bycia. Było raczej tak, jakby każde z nich stało po przeciwnej stronie strumienia — wystarczająco blisko, by się słyszeć, lecz zbyt daleko, by naprawdę zrozumieć własne myśli.
Z początku wydawał jej się nieśmiały, może nawet odrobinę zagubiony. Podczas pierwszych dni treningu często sprawiał wrażenie, jakby sam nie wiedział, co powinien powiedzieć lub jak zachować się w jej obecności. Niekiedy odpowiadał krótko, innym razem urywał zdania w połowie, a momenty ciszy zdawały się przychodzić między nimi częściej, niż można by się spodziewać po mentorze i uczennicy.
Z czasem nauczyła się dostrzegać, że pod tą niezręcznością kryło się coś więcej. Coraz częściej podejmował rozmowę sam z siebie, czasami opowiadał o klanie, o patrolach lub konkretnych wydarzeniach, a jednak nawet wtedy odnosiła wrażenie, że jakaś część jego pozostaje zamknięta za niewidzialną ścianą. Jakby każde wypowiedziane słowo było wcześniej starannie rozważone, a każda myśl musiała przejść przez filtr ostrożności, zanim ujrzała światło dnia.
Nie miała mu tego za złe.
Wręcz przeciwnie, im dłużej go poznawała, tym bardziej była przekonana, że w jego przypadku nie wynikało to ze złej woli ani niechęci. Po prostu był kotem, którego trudno było odczytać. Kotem, który nosił w sobie znacznie więcej myśli, niż pozwalał zobaczyć innym.
Mimo wszystko zaczynała odczuwać potrzebę oddechu.
Nie od treningu ani od obowiązków, lecz od tej nieustannej ostrożności, która zdawała się towarzyszyć każdej ich rozmowie. Coraz częściej łapała się na tym, że tęskni za zwyczajną, lekką konwersacją, niewymagającą analizowania każdego słowa i zastanawiania się, czy przypadkiem nie powiedziała czegoś niewłaściwego.
Oczywiście miała Tojadową Kryzę.
Sama myśl o nim wywoływała na jej pysku mimowolny uśmiech, łagodny i ciepły niczym promienie słońca przebijające się przez burzowe chmury. To właśnie z nim dzieliła najwięcej wspomnień, to jemu ufała najbardziej i to przy nim mogła pozwolić sobie na pełną szczerość bez obawy, że zostanie źle zrozumiana.
Jednak nawet to nie zmieniało faktu, że świat nie kończył się na jednym kocie.
Kochała czas spędzany u jego boku, lecz nie chciała, by całe jej życie obracało się wyłącznie wokół jednej relacji, niezależnie od tego, jak ważna była dla jej serca. Chciała poznawać innych wojowników, słuchać ich historii, budować własne przyjaźnie i odnaleźć miejsce wśród kotów Klanu Burzy nie jako czyjaś partnerka czy uczennica, lecz po prostu jako ona sama.
Przez dłuższą chwilę pozwalała spojrzeniu wędrować po obozowisku, przeskakując od jednej sylwetki do drugiej bez wyraźnego celu. Wojownicy przemieszczali się pomiędzy legowiskami, wymieniali krótkie uwagi, zajmowali się własnymi obowiązkami lub odpoczywali po patrolach, a każdy z nich zdawał się być pochłonięty własnym fragmentem codzienności. Im dłużej jednak ich obserwowała, tym bardziej rosło w niej poczucie niezdecydowania. Każda kolejna twarz wydawała się równie odpowiednia jak poprzednia, przez co wybór zamiast stawać się łatwiejszy, komplikował się z każdą upływającą chwilą.
W końcu cicho westchnęła.
Jeśli będzie analizować każdą możliwość osobno, najpewniej spędzi tu całe popołudnie, nie zamieniając ani jednego słowa z kimkolwiek.
Ta myśl rozbawiła ją na tyle, że kącik jej pyska drgnął lekko ku górze.
Postanowiła więc zdać się na przypadek.
Oderwała wzrok od tłumu i ruszyła przed siebie, zanim zdążyła ponownie zmienić zdanie. Dopiero po kilku krokach pozwoliła sobie spojrzeć, w stronę kogo właściwie zmierza.
Jej wybór padł na wysokiego, rudego wojownika, którego sylwetka wyróżniała się spośród otaczających go kotów. Miał nieco wydłużony pysk i sprawiał wrażenie kogoś, kto równie dobrze mógł być pogrążony we własnych myślach, jak i gotowy do rozmowy, a właśnie ta trudna do określenia zwyczajność wydała jej się nagle wyjątkowo zachęcająca.
Nie znała go szczególnie dobrze. Kojarzyła jego imię, kilka zasłyszanych opinii oraz kilka krótkich sytuacji, w których ich ścieżki przecięły się gdzieś pomiędzy patrolami i codziennym życiem obozu, lecz na tym właściwie kończyła się ich znajomość.
— Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam. Jesteś… — na moment umilkła. — Oskrzydlony… Ognik?
Przesunęła ciężar ciała z jednej łapy na drugą, a jej spojrzenie na moment uciekło gdzieś w bok, zanim ponownie spoczęło na wojowniku.

<Ogniku?>

Od Migotu DO Serdecznej Naparstnicy

– Będę najlepszym wojownikiem – mówił z pełnym zaangażowaniem. – Będę chronić Klan Klifu i pokonam każdego przeciwnika! Na pewno będę lepszy niż te wszystkie pokraki – stwierdził i z lekkim obrzydzeniem wymalowanym na pysku, spojrzał na kotkę siedzącą nieopodal. Początkowo jego wzrok był wlepiony w Jastrzębi Zew. Migot zbytnio nie ukrywał swojego nastawienia do wiecznej karmicielki — uważał ją za starą pokrakę, która przez swoje kalectwo zawodzi klan. Zawsze miał jakieś "ale", gdy Truskawkowe Pole pozostawiała go pod opieką starszej kotki. Mimo to matka nigdy go nie słuchała i i tak wychodziła gdzieś na dłużej, zostawiając ich z wieczną karmicielką. Jakby nie mogli zostać sami! W końcu nawet gdyby coś się stało, to Jastrzębi Zew by ich nie obroniła. To oni musieliby bronić ją.
W końcu wzrok kociaka przeniósł się na drugą, siedzącą obok Jastrzębiego Zewu kotkę. Z tego co słyszał, nazywała się Kukułczy Węch? Albo Wdzięk... Migot szczerze nie miał pewności, ale już z góry uznał, że Węch, bo ładna to ona nie była. W każdym razie już w najbliższych dniach miała zostać matką, co wyjaśniało jej gigantyczny brzuch. Migot nie był z tego w pełni zadowolony. Przyjemnie mu było w żłobku, tylko w obecności mamy i Firmamentu. Po co komu dodatkowe kociaki? Jedyny plus, jaki potrafił on wymyślić w tej sytuacji, był fakt, że może uda mu się znaleźć małego poddanego. "Byłoby to lepsze niż gadanie do mchu" – stwierdził i obrócił głowę, by spojrzeć na 3 kulki mchu, do których chwilę wcześniej wygłaszał swoją porywającą przemowę.
– Ale nuda... – westchnął i łapką pchnął jedną z kulek. Musiał znaleźć sobie jakieś zajęcie! Wzrokiem szybko odszukał Truskawkowe Pole. Matka ostatnio pierwszy raz pozwoliła im wyjść poza ten nudny żłobek. Klanie Gwiazdy ileż to było emocji! Może teraz też by się zgodziła? – Mamo? – odezwał się kocurek, powoli podchodząc do matki. Widząc jednak jej brak reakcji, postanowił wprost przejść do pytania. – Możemy wyjść poza żłobek? – zapytał. Karmicielka lekko podniosła na niego wzrok. Było w nim coś... Zimnego. Może obojętnego, jednak Migot nie zwrócił na to większej uwagi. Po chwili kotka kiwnęła głową, nawet za nim nie idąc. I tak właśnie Migot wylądował sam w pełnym obozie.
Oczka miał szeroko otwarte, przypatrując się każdemu z pobratymców. Dokładnie obserwował cały obóz, już czując jak ciekawość rozpiera go od środka. Z uniesioną głową i pewnością siebie wypisaną na twarzy, ruszył przed siebie, nie zwracając zbytnio uwagi na inne koty, przez co wiele razy wszedł komuś pod łapy. Mimo to się tym nie przejmował. W końcu był synem samego lidera i jego zastępczyni! Jak ktoś mógłby zwrócić mu uwagę? Przecież był od nich wszystkich lepszy! Na tę myśl jeszcze większy uśmiech wszedł na jego pysk, a niebieskie oczy lustrowały każdego z wyższością, mimo kocięcego wzrostu. To wszystko jednak zmieniło się w jednej chwili, a mianowicie gdy oczom Migotu ukazał się jeden, bardzo niski kocur. Łapki miał on bardzo krótkie, za to wygląd wyrośniętego ucznia. Na jego widok kociak nie mógł powstrzymać śmiechu. Gdy tylko protektor spojrzał w jego stronę, ten ryknął śmiechem, nawet się nie powstrzymując.
– Wyglądasz jak mysz! – powiedział do starszego kocura. – Jak połączenie kociaka z wojownikiem! Jak to w ogóle możliwe, że przeszedłeś szkolenie i jesteś wojownikiem? – zapytał, nie wiedząc, że znajdujący się przed nim Serdeczna Naparstnica jest jednym z protektorów Klanu Klifu.

<Pseudo wojowniku?>

Od Psianki Do Borowika

Nigdy nie rozumiałam, dlaczego niektóre koty tak bardzo lubią siedzieć w miejscu.
Przecież wszędzie działo się coś ciekawego. Na kalinie siedział ptak. Przy stosie zwierzyny ktoś rozmawiał. Liście szeleściły wysoko nad obozem. Nawet mrówki miały ważniejsze sprawy do załatwienia niż bezczynne siedzenie. Dlatego właśnie niemal podskoczyłam z zachwytu, gdy zauważyłam Borowika.
Siedział pod jednym z drzew i drapał łapą ziemię. Nie wyglądał, jakby robił cokolwiek konkretnego. Po prostu siedział i drapał. Raz. Drugi. Trzeci. Przechyliłam głowę, to było bardzo dziwne. A skoro było dziwne, musiałam sprawdzić dlaczego.
Podbiegłam bliżej tak szybko, że omal nie zaplątałam się we własne łapy. Zatrzymałam się dopiero tuż obok niego i przez chwilę wpatrywałam się w poruszającą się łapę. Potem spojrzałam na niego.
– Co robisz? – Nie czekałam jednak na odpowiedź zbyt długo. – Bo wygląda to tak, jakbyś próbował wykopać dół, ale dół jest za mały. Więc może nie próbujesz wykopać dołu. – Zmarszczyłam nos. – Albo próbujesz. Tylko bardzo powoli.
Usiadłam obok niego bez pytania o pozwolenie i również kilka razy podrapałam ziemię łapką, ale nie wydarzyło się nic szczególnego. Spojrzałam na swoje dzieło, potem na jego.
– Chyba nie rozumiem. – Mój ogon zakołysał się energicznie. — A ja lubię rozumieć rzeczy.

<Borowiku?>

Od Kryształowej Łapy do Cętkowanej Łapy

Wiedziała, że nim Zalotna Gwiazda zacznie poważnie rozmyślać nad tym, kiedy wygnać z klanu Kryształową Łapę, minie jeszcze trochę księżyców, ale wolała nie zbliżać się bardziej do tego terminu. Wiedziała, że liderka ma wobec niej pewne uprzedzenia związane z jej relacją z Brukselkową Zadrą, więc nie chciała dawać jej kolejnych powodów do niechęci. Już i tak miała wystarczająco ciężko tylko przez to, że to akurat liliowa odnalazła ją i jej siostrę w tamtą noc. Nie wiedziała tylko dlaczego Brukselka tak bardzo nie lubi przywódczyni i dlaczego przywódczyni tak bardzo nie lubi Brukselki. Jeszcze nigdy nie miała odwagi o to spytać, bo domyślała się, że spór z najwyżej położoną w hierarchii klanu kotką nie był zbyt łatwy ani przyjemny. Czuła, że w końcu zakończy się czymś złym… Nie sądziła, że Zalotna Gwiazda naprawdę była potworem i nienawidziła liliowej, ale jednocześnie nie umiała sobie wyobrazić Brukselkowej Zadry jako tej złej. Wierzyła, że obie kotki niczym nie zawiniły i że gdyby tylko spokojnie porozmawiały, mogłyby rozwiązać swój konflikt! Nie wiedziała tylko, jak mogłaby do tego doprowadzić. Brukselka pewnie nie zgodziłaby się na to, by sama miała wyjść do liderki z inicjatywą pokojowej rozmowy.
Kryształowa Łapa westchnęła ciężko, siedząc przed legowiskiem uczniów i obserwując przewijające się przez obóz koty. Czy one czasem też miały takie życiowe rozterki? Czy też czasem wpatrywały się w jeden punkt przed sobą i zastanawiały się, jak poradzić sobie z jakimś problemem? Zapewne tak. W końcu biało-niebieska już nieraz słyszała, że każdy w życiu miał własne przeszkody i musiał się z nimi zmierzać na co dzień. Brzmiało to całkiem pięknie; a przynajmniej dla Kryształki. Może i nie podobała jej się wizja, że każdy z jej pobratymców miał jakieś udręki, ale niezwykle interesował ją fakt, że każdy kot był od siebie inny i nikt nie znał go lepiej, niż on sam.
Zwróciła wzrok w stronę rudej wojowniczki z blizną na grzbiecie i zielonymi oczami. Jak mogło wyglądać jej życie? Co takiego robiła, gdy Kryształowej Łapy nie było jeszcze na tym świecie? Czy urodziła się w Klanie Wilka i spędziła tu całe życie? Może tak samo, jak Kryształka, urodziła się jako samotnik i została do klanu przygarnięta? Kto był ojcem jej dwójki rudych córek, które były do niej niezwykle podobne i często z nią rozmawiały? Może tak naprawdę ten kocur już nie żył, może był samotnikiem, a może nawet pochodził z innego klanu?
Następnie spojrzała na czekoladową, pręgowaną klasycznie kocicę o naburmuszonym wyrazie pyska. Słyszała o niej już całkiem sporo. Miała na imię Cykoriowy Cykor i była przybraną córką brata Brukselkowej Zadry. Została przyniesiona do Klanu Wilka jako kocię i szybko okazało się, że sprawia więcej problemów, niż przeciętny kot w jej wieku. Słyszała, że nie starała się na treningach i ledwo uniknęła wygnania! Potem dostała ucznia, Garbatą Łapę, i teraz w ogóle nie wychodzi z nim na treningi. Kryształka nie winiła jej jednak za to, a zamiast tego zastanawiała się, co takiego mogło stać się w życiu Cykorii, o czym nikt nie wiedział, co sprawiło, że tak się zachowuje. Może po prostu nikt nie spróbował jej nigdy zrozumieć? Może inaczej zachowałaby się w stosunku do kogoś, kto jest jej… przyjacielem?
Gdy czekoladowa zwróciła wzrok w stronę Kryształki i przez ułamek uderzenia serca nawiązały ze sobą kontakt wzrokowy, biało-niebieska natychmiast spuściła spojrzenie na łapy. Faktycznie, to trochę dziwne, że wpatruje się bezmyślnie w losowe koty w obozie… Na szczęście Cykoriowy Cykor nie postanowiła do niej podejść i robić o to problemu. Zamiast tego prychnęła i wślizgnęła się do legowiska wojowników.
Kryształowa Łapa odetchnęła z ulgą. Nie, żeby nie lubiła Cykorii, ale zdawała sobie sprawę z tego, że kotka niekiedy może wydawać się… agresywna. Sama nie chciała wdawać się teraz, ani nigdy, w żadne sprzeczki. Zależało jej na tym, by ze wszystkimi mieć pozytywną lub neutralną relację, nawet jeśli niektóre koty już od razu określiły ją mianem zagrożenia przez to, kto ją wychowywał. Wierzyła, że z czasem inni zrozumieją, że nie jest ona zła!
Zanim jednak miałaby postarać się o zmianę reputacji w klanie, musiałaby się mianować. Właśnie dlatego oprócz tego, że obserwowała życie swoich pobratymców, wyczekiwała również przybycia Cienistej Zjawy. I nie musiała nawet czekać zbyt długo, bo wkrótce w jej polu widzenia znalazł się buras! Przy jego boku szła jednak liliowa szylkretka, siostra Kryształki — Gwiazdnicowy Blask. Dlaczego ta dwójka znajdowała się akurat razem? Czyżby się zaprzyjaźnili?
— Cześć, Cienista Zjawo! — mruknęła Kryształowa Łapa, gdy jej mentor znalazł się wystarczająco blisko. Potem wstała i podeszła do siostry, ocierając się pyskiem o jej policzek. — A ty, Gwiazdnico, dlaczego tu przyszłaś? — zapytała, w końcu robiąc krok w tył od szylkretki.
Wojowniczka łypnęła wpierw wzrokiem na burasa, a potem spojrzała na uczennicę i uśmiechnęła się ciepło.
— Twój mentor zaproponował, byśmy wspólnie poćwiczyły walkę. W końcu jestem twoją siostrą i uznaliśmy, że może tak będzie ci wygodniej — wyjaśniła spokojnie, na co niebieskooka przytaknęła głową. Mimo tego miała sporo wątpliwości.
Brzydziła się przemocą. Nawet taką w formie zabawy. Nie potrafiłaby skrzywdzić obcego kota, a co dopiero takiego, który należy do jej rodziny! Nie widziała jej się walka z Gwiazdnicowym Blaskiem, ale nie, żeby miała jakieś zdanie w tej sprawie. Szanowała rozkazy Cienistej Zjawy i wiedziała, że nie może wyrażać wobec niego sprzeciwu. Właśnie dlatego posłusznie ruszyła za dwójką starszych kotów, gdy już zaczęli zmierzać w stronę wyjścia z azylu. Nawet jeśli w jej głowie narastały obawy.

* * *

Podążając za liliową i burym, przypomniała sobie o istnieniu pewnej kotki — Kalinowego Powiewu. Wciąż jeszcze zdarzało jej się rozmyślać o miłej, eleganckiej wojowniczce, a także czasem do niej zagadywać. Starała się jednak nie myśleć o niej podczas treningów, by znów się nie zagapić i nie uderzyć w jakieś drzewo! To było takie upokarzające, że aż Kryształka za każdym razem, gdy sobie o tym przypominała, czuła pieczenie na skórze. Dobrze, że Cienista Zjawa nie potrafił czytać w myślach, bo gdyby dowiedział się, że rozkojarzyła się przez jakąś kotkę, nie byłby zbyt szczęśliwy! Powiedziałby pewnie coś w stylu, że prawdziwy wojownik Klanu Wilka nie pozwala, by inny kot wpływał negatywnie na jego czujność i umiejętności. Kryształka nie twierdziła, że nie było w tym prawdy. Faktycznie nie powinna pozwalać na to, by Kalinowy Powiew zajmowała tyle miejsca w jej głowie. Ale była tak… idealna, że aż ciężko było nie myśleć o niej wcale!
W końcu cała ekipa dotarła na polanę, a Kryształce żołądek wywinął fikołka. Przełknęła gulę, która utknęła jej w gardle, i zatrzymała się obok swojej siostry. Czy naprawdę będzie musiała z nią walczyć…?
— Ja będę was obserwował z boku — oznajmił Cienista Zjawa, siadając gdzieś z dala od środka polany. — Kryształowa Łapo, postaraj się tylko. Masz już całkiem sporo księżyców na karku jak na ucznia, więc chciałbym, byś nie lekceważyła treningów.
Biało-niebieska przytaknęła łbem, uśmiechając się nerwowo w stronę mentora.
— Po-postaram się, oczywiście! — odparła, a zaraz potem Gwiazdnica odeszła od niej i stanęła naprzeciwko. — Ale… nie będziemy walczyć na pazury, prawda? — chciała się upewnić.
— Na ten moment raczej nie, bo jeszcze Gwiazdnicowy Blask przerobiłaby cię na papkę — zaśmiał się, na co Kryształka spojrzała na szylkretkę. Nie… ona na pewno by jej nie skrzywdziła.
W końcu obie kotki ustawiły się przodem do siebie i czekały, aż buras wyda rozkaz do walki. Uczennica czuła bicie własnego serca, które zachowywało się tak, jakby chciało wyrwać się z jej klatki piersiowej. Nie wiedziała nawet, dlaczego aż tak bardzo się stresuje!
— Niech zacznie się walka! — krzyknął Cienista Zjawa.
Na te słowa Kryształka spięła mięśnie, chcąc wyskoczyć do przodu. Zawahała się jednak i nim zdążyła to zrobić, jej siostra już szarżowała w jej stronę. Jasnofutra przeraziła się i odskoczyła na bok, unikając ciosu ze strony Gwiazdnicy. Liliowa odwróciła się ku młodszej siostrze i zamachnęła łapą, na co Kryształka ponownie zrobiła unik i oddaliła się od niej o kilka lisich ogonów.
— Kryształowa Łapo, walcz! — warknął buras, obserwując ciągłe ucieczki i uniki uczennicy.
Biało-niebieska spojrzała na swojego mentora przepraszającym wzrokiem, a w międzyczasie dobiegła do niej Gwiazdnica i skoczyła na nią, przez co obie kotki zaczęły koziołkować po ziemi. W końcu wojowniczce udało się przygwoździć młodszą do podłoża.
Oddech łaciatej przyspieszył, a jej uszy położyły się po głowie. Wyglądała na tak przerażoną, że liliowa zeszła z niej i spytała zatroskana:
— Wszystko w porządku?
Kryształowa Łapa na moment zmrużyła oczy i rozluźniła mięśnie, kładąc się na boku. Po chwili westchnęła ciężko i chwiejnie podniosła się na wszystkie cztery łapy.
— Ach, przepraszam, Cienista Zjawo! Tak okropnie mi poszło… w ogóle nie udało mi się zaatakować Gwiazdnicy! — stęknęła, gdy podszedł do niej mentor. — To się nie powtórzy, przysięgam! — dodała, podnosząc na niego wzrok.
— Daruj sobie te przeprosiny — mruknął, po czym pokręcił głową. — Jutro spróbujesz zawalczyć z Cętkowaną Łapą. Tylko przyłóż się do tego bardziej albo będę zmuszony powiedzieć Zalotnej Gwieździe, że nie robisz postępów! — zagroził Kryształce, na co ta o mało nie zatrzęsła się ze strachu.
— Postaram się najbardziej, jak umiem! — pisnęła od razu.
Bury na moment zamilkł, dopóki nie odwrócił się od uczennicy i nie szepnął:
— Ale to wciąż za mało...

* * *

W nocy nie zmrużyła prawie oka, zastanawiając się nad tym, jak niby ma pokonać Cętkowaną Łapę. Kocur co prawda był młodszy, ale z całą pewnością silniejszy! Widziała jego zapał do treningów, widziała, jaki był zaangażowany i wytrenowany. Właściwie już teraz mógłby nosić miano wojownika! W przeciwieństwie do Kryształowej Łapy, której jeszcze trochę brakowało do awansu. Nie ma szans, że uda jej się z nim wygrać! A może jednak wcale nie musiała? Może Cienistej Zjawie wystarczy to, że będzie się starała i nie da się tak łatwo znokautować? Miała taką nadzieję, bo w przeciwnym wypadku chyba skończy jako wygnaniec…
Rankiem co chwilę spoglądała na rudego ucznia, zastanawiając się, kiedy otworzy ślepia. Tak bardzo chciałaby w tym momencie zatrzymać czas… Tak bardzo chciałaby odwlekać tę walkę tak długo, jak tylko mogła. Lecz niestety życie nie było bajką, a ona nie miała żadnych nadprzyrodzonych umiejętności. Wiedziała, że już niedługo przyjdzie jej zmierzyć się z Cętkowaną Łapą na treningu.
Gdy w końcu rudofutry otworzył oczy, jej serce na moment stanęło. Po chwili odwróciła od niego wzrok, wpatrując się teraz w wejście do legowiska uczniów. Teraz to już tylko kwestia czasu, nim w progu zawita Cienista Zjawa wraz z Tropiącą Łaską…
— Ej, Kryształowa Łapo! — mruknął nagle Tęgosz, na co uczennica o mało nie zakrztusiła się własną śliną. Powoli, nieśmiało odwróciła głowę w jego stronę.
— Tak…? — zapytała niepewnie. Czyżby rudy chciał ją wyśmiać?
— O ile zakład, że z tobą wygram? — dodał, uśmiechając się złośliwie do kotki.
Och, no tak. Czyli on też zdawał sobie sprawę z tego, że był od niej lepszy. Należał w końcu do rodziny Zalotnej Gwiazdy i był jej bardzo lojalny, a co za tym szło, tak samo nie cierpiał Brukselkowej Zadry, Zwęglonej Kukułki i niej samej — Kryształowej Łapy.
— Nie wiem… — westchnęła uczennica.
Teraz nie chciała już odwlekać treningu, tylko mieć go za sobą! W końcu, gdy już się odbędzie, będzie mogła rozpocząć proces wypierania go z pamięci.
Niedługo później do legowiska uczniów zawitał Cienista Zjawa z czekoladową szylkretką u boku i przywołał do siebie dwójkę uczniów, by następnie wyjść z nimi z obozu i ruszyć w stronę polany, na której wczoraj Kryształowa Łapa zmierzyła się z siostrą.
Gdy znaleźli się na miejscu, bury wojownik jak zwykle kazał ustawić się uczniom naprzeciw siebie. Gdy wydał rozkaz do walki, Cętkowana Łapa rzucił się pierwszy do ataku. Uderzył Kryształkę łapą w pysk, ale kotka szybko się zrewanżowała, rzucając się na niego i przewracając go na ziemię. Oboje przetoczyli się po glebie, aż w końcu rudofutry odepchnął od siebie starszą kotkę i wstał na cztery łapy. Niebieskookiej również udało się podnieść i ponownie przyjąć pozycję bojową.
W taki sposób minęło trochę czasu. Uczniowie nawzajem się przewracali i uderzali łapami bez wysuniętych pazurów. Cętkowanej Łapie walka szła nieco lepiej, ale Kryształka nie poddawała się podczas sparingu i nie podkulała ogona.
W końcu przerwał im Cienista Zjawa.
— Możecie już skończyć walkę. Wraz z Tropiącą Łaską widzieliśmy wystarczająco waszych ruchów bitewnych — stwierdził, spoglądając na czekoladową szylkretkę.
— Cienista Zjawa ma rację. Możemy już się zbierać — mruknęła, mierząc uczniów chłodnym wzrokiem.
Kryształowa Łapa uśmiechnęła się nieznacznie do mentora, czując się dumna ze swojego osiągnięcia. Po chwili cała czwórka wyruszyła z powrotem do obozu, a biało-niebieska postanowiła zagadać do swojego dzisiejszego przeciwnika.
— Cześć, Cętkowana Łapo! Widzę, że nikt nie wygrał zakładu — miauknęła, nawiązując do ich porannej rozmowy. — Ale muszę przyznać, że naprawdę świetnie walczysz! Zalotna Gwiazda na pewno już niedługo będzie chciała cię mianować. Ja na jej miejscu zrobiłabym to od razu! — dodała z ciepłym uśmiechem.

<Cętkowana Łapo?>

[2030 słów + udział w pojedynkach uczniów]

Od Lśniącej Gwiazdy do Rozkwitającego Astra

Leżał w swoim legowisku od dłuższej chwili, choć trudno byłoby stwierdzić, czy rzeczywiście odpoczywał, czy jedynie pozostawał w bezruchu, który z biegiem księżyców stał się dla niego równie naturalny jak oddychanie. Nawet wtedy, gdy jego ciało pozostawało nieruchome, umysł nieustannie krążył wokół tych samych spraw, przesuwając między sobą obrazy, imiona oraz urywki rozmów z cierpliwością przypominającą nurt rzeki, który pozornie nie zmienia swojego biegu, a mimo to z czasem potrafi nadać nowy kształt nawet najtwardszej skale.
Kamienne ściany kryjówki nasiąkły chłodem i wilgocią tak głęboko, że zdawały się zatrzymywać w sobie każdą cząstkę ciepła. Ich szarość nie różniła się od tej, która od wielu księżyców spowijała całe obozowisko, przez co niekiedy odnosił wrażenie, że nie znajduje się w samym sercu Klanu Klifu, lecz gdzieś na jego obrzeżach, w cieniu dawnej wielkości, której ślady nadal były widoczne, choć coraz trudniej było wskazać ich źródło. Wszystko funkcjonowało tak jak wcześniej — patrole opuszczały obóz o wyznaczonych porach, wojownicy wykonywali swoje obowiązki, a życie płynęło utartym rytmem — jednak pod powierzchnią tej zwyczajności wyczuwał coś nieuchwytnego, subtelne przesunięcie, którego większość kotów zdawała się nie dostrzegać.
Z zewnątrz docierały do niego przytłumione odgłosy codzienności. Szelest łap przesuwających się po kamieniach splatał się z rozmowami wojowników oraz odległym szumem wodospadu, który od zawsze towarzyszył życiu klanu niczym nieustannie powracająca melodia. Dziś jednak dźwięk ten wydawał się inny, cięższy i bardziej uporczywy, przypominając raczej ciche świadectwo trwania niż zwyczajny element krajobrazu, jak gdyby sama ziemia próbowała przypomnieć wszystkim, że pewne rzeczy istnieją niezależnie od tego, czy ktoś poświęca im uwagę.
Lśniąca Gwiazda powoli uniósł głowę, a jego spojrzenie przesunęło się po wnętrzu legowiska bez wyraźnego celu, choć rzadko pozwalał sobie na gesty pozbawione znaczenia. Od kilku dni jego myśli wracały do tych samych obserwacji, które początkowo wydawały się jedynie luźnym zbiorem przypadkowych spostrzeżeń, teraz jednak zaczynały układać się w znacznie bardziej uporządkowany wzór. To właśnie ta stopniowo wyłaniająca się struktura nie dawała mu spokoju, gdyż raz dostrzeżonych zależności nie sposób było ponownie zamienić w przypadek.
Słowa Tawułowej Bryzy powracały do niego nie jako zwyczajne wspomnienie rozmowy, lecz jako zbiór elementów, które z każdą kolejną godziną coraz mocniej zazębiały się ze sobą w jego umyśle. Imiona, które wówczas padły, nie brzmiały już jak pojedyncze skargi ani chwilowe oznaki niezadowolenia. Przeciwnie — zaczynały przypominać fragmenty większej opowieści, której pełnego kształtu nadal nie potrafił dostrzec, choć jej kontury stawały się coraz wyraźniejsze. Każdy kolejny szczegół znajdował swoje miejsce obok poprzednich, a przypadkowe zbieżności coraz częściej sprawiały wrażenie części wzoru istniejącego od dawna, czekającego jedynie na kogoś, kto zechce poświęcić mu wystarczająco dużo uwagi.
Bukowa Korona, Przepiórcza Wichura, Kukułczy Wdzięk, Skrzydlata Pogoń, Płomienne Serce oraz Morświnowa Płetwa nie stanowili dla niego jedynie imion, które należało zachować w pamięci. Każde z nich zajmowało określone miejsce w znacznie większej konstrukcji, którą jakiegoś czasu budował w swoim umyśle z cierpliwością godną kota układającego kamienie pod przyszłą ścianę obozu. Pojedyncze rozmowy, przypadkowo zasłyszane uwagi oraz subtelne zmiany zachowania rzadko znaczyły cokolwiek same w sobie, jednak zestawione obok siebie zaczynały tworzyć obraz znacznie bardziej interesujący niż jakakolwiek otwarta deklaracja. Właśnie z takich drobiazgów powstawała prawdziwa mapa klanu, a mapa ta nigdy nie pozostawała niezmienna, gdyż nastroje kotów zmieniały się równie płynnie jak morska linia brzegowa podczas przypływu.
Najbardziej zajmujący nie był jednak sam fakt istnienia tych głosów, lecz sposób, w jaki zaczynały splatać się ze sobą w jego myślach. Nawet jeśli powiązania, które dostrzegał, pozostawały jeszcze niepełne, trudno było zignorować ich obecność. Wiedział doskonale, że klany niemal nigdy nie stawały przed zagrożeniem w postaci świadomie zawiązanego spisku, ponieważ podobne rzeczy należały raczej do opowieści snutych przy wspólnych posiłkach niż do rzeczywistości. Znacznie częściej źródłem problemów okazywały się drobne urazy, rozczarowania oraz ambicje, które przez długi czas pozostawały niezauważone, aż w końcu zaczynały oddziaływać na siebie niczym korzenie roślin rosnących pod powierzchnią ziemi.
Myśl o Truskawkowym Polu pojawiła się pośród tych rozważań niemal niezauważalnie, jakby od początku należała do tego obrazu. Jej pozycja, decyzje oraz reakcje, jakie wywołały, przestały być pojedynczym wydarzeniem i zaczynały funkcjonować jako punkt odniesienia dla coraz większej liczby interpretacji. Dla jednych mogła stanowić dowód słuszności obranej przez niego drogi, dla innych zaś przypomnienie o decyzjach, których nie zaakceptowali w pełni. Sam fakt, że jedno wydarzenie potrafiło rodzić tak odmienne wnioski, był wart znacznie większej uwagi niż większość wojowników mogłaby przypuszczać.
Nie odczuwał przy tym gniewu ani niepokoju. Emocje tego rodzaju wydawały mu się zbyt gwałtowne, zbyt chaotyczne, by mogły przynieść jakąkolwiek korzyść. Zamiast nich pojawiała się znajoma chłodna koncentracja, która pozwalała patrzeć na sytuację z odpowiedniego dystansu. W jego umyśle wszystko przypominało planszę rozłożoną pomiędzy wieloma ruchomymi elementami, gdzie znaczenie miał nie sam ruch, lecz chwila, w której zostawał wykonany.
Coraz wyraźniej czuł potrzebę uporządkowania napływających informacji, choć nie zamierzał działać pochopnie ani zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Największą wartość posiadały przecież te działania, których obecności nikt nie dostrzegał, a które mimo to stopniowo wpływały na kształt całej sytuacji. Chciał zrozumieć, jak głęboko sięgają te nastroje, czy są jedynie przejściowym skutkiem zmęczenia oraz ostatnich wydarzeń, czy też stanowią początek czegoś bardziej trwałego. Odpowiedź nie była jeszcze widoczna, lecz samo pytanie okazywało się zbyt istotne, by pozostawić je bez uwagi.
Nie postrzegał tego w kategoriach zagrożenia. Zagrożenia były zjawiskami prostymi, łatwymi do nazwania i jeszcze łatwiejszymi do dostrzeżenia, podczas gdy sytuacja rozwijająca się na obrzeżach jego świadomości przypominała raczej drobne pęknięcie ukryte głęboko w skale, niewidoczne dla oka aż do chwili, gdy zaczyna wpływać na ciężar całej konstrukcji. To właśnie takie zmiany zasługiwały na największą uwagę, gdyż najrzadziej przychodziły z ostrzeżeniem.
Kiedy w końcu podniósł się z legowiska, uczynił to bez pośpiechu, z tą samą spokojną precyzją, która od dawna stała się nieodłącznym elementem jego codzienności. W jego ruchach nie było jednak nic przypadkowego; każdy gest zdawał się płynąć z naturalnej pewności siebie, choć w rzeczywistości stanowił część roli odgrywanej tak długo, że granica pomiędzy przyzwyczajeniem a świadomym wyborem zaczynała się zacierać. Przywódca nie należał wyłącznie do siebie, a świadomość tego towarzyszyła mu nieustannie niczym cień podążający krok za krokiem za swoim właścicielem.
Ruszył przed siebie spokojnym krokiem, a jego obecność zdawała się wtapiać w otoczenie z niemal nienaturalną łatwością. Dla większości wojowników pozostawał tym samym łagodnym i opanowanym przywódcą, którego słowa koiły spory. Z biegiem czasu ten wizerunek zakorzenił się w świadomości klanu tak głęboko, że stał się po prostu nie odłączną częścią klanowej codzienności.
Przesuwając wzrok po obozie, dostrzegł Morświnową Płetwę jedynie przez krótką chwilę, pomiędzy sylwetkami innych kotów przemieszczających się przez centralną część obozowiska. Obraz ten zniknął niemal natychmiast, pochłonięty przez ruch i codzienny gwar, jednak jego obecność została odnotowana z tą samą dokładnością, z jaką zapamiętywał wszystkie rzeczy pozornie nieistotne. Nie zatrzymał się, nie poświęcił wojowniczce dodatkowego spojrzenia, a mimo to jej pojawienie się zajęło swoje miejsce pośród innych obserwacji, które od kilku dni coraz mocniej splatały się ze sobą w jego umyśle.
Niektóre szczegóły miały bowiem tę szczególną właściwość, że początkowo wydawały się bez znaczenia, by dopiero później ujawnić swoje prawdziwe miejsce w większym wzorze. Lśniąca Gwiazda nauczył się już dawno, że najcenniejsze informacje rzadko przychodzą w postaci odpowiedzi; znacznie częściej pojawiają się jako drobne nieścisłości, przypadkowe zbieżności oraz krótkie momenty, którym większość kotów nie poświęciłaby nawet jednej myśli.
Przyspieszył nieznacznie kroku, przecinając obozowisko z płynnością wypracowaną przez księżyce nieustannej samokontroli. Dla postronnego obserwatora zmiana tempa pozostawała niemal niezauważalna, jednak sam był świadomy jej aż nazbyt dobrze. Rzadko mógł pozwolić sobie na gest pozbawiony znaczenia, gdyż nawet najdrobniejsze odstępstwo od codziennego rytmu potrafiło stać się przedmiotem cudzych interpretacji, a interpretacje posiadały niebezpieczny zwyczaj życia znacznie dłuższego niż fakty, które je zrodziły.
Ostro zatrzymał się dopiero wtedy, gdy jedna z kotek niespodziewanie przecięła jego drogę. Zderzenie było ledwie muśnięciem, krótkim zaburzeniem ruchu, które zniknęło równie szybko, jak się pojawiło, jednak wystarczyło, by na moment wyrwać go z toku własnych rozmyślań.
Zanim zdążyła się cofnąć, jej głos rozlał się pomiędzy nimi szybkim strumieniem słów.
— Przepraszam, Lśniąca Gwiazdo! Ja naprawdę nie chciałam! — miauknęła pospiesznie, posyłając mu zakłopotany uśmiech. — Ja po prostu... akurat się zamyśliłam! Ale jeśli coś ci się stało, mogłabym zaprowadzić cię do medyczki. Sama tak w sumie po części nią jestem, hah! Szkolenie protektora—
Rozkwitający Aster.
Rozpoznał ją natychmiast, choć przez krótką chwilę pozwolił jej mówić dalej, obserwując sposób, w jaki kolejne słowa wypływały z jej pyska niemal szybciej, niż zdążyła je uporządkować. Zakłopotanie mieszało się z entuzjazmem, a nerwowość z nieporadną próbą naprawienia sytuacji, tworząc obraz tak szczery, że niemal rozbrajający.
Lśniąca Gwiazda nie okazał jednak ani irytacji, ani zaskoczenia. Pozwolił jedynie, by jego uwaga przesunęła się ku kotce z tą samą spokojną dokładnością, z jaką zwykle przyglądał się wszystkiemu wokół siebie. Łagodność pojawiła się w jego spojrzeniu naturalnie, niemal bezwysiłkowo, choć ktoś bardziej spostrzegawczy mógłby odnieść wrażenie, że była zbyt idealna, zbyt precyzyjnie odmierzona, by stanowić wyłącznie odruch.
Przez krótką chwilę przyglądał się jej w milczeniu, dając jej pełnię swojej uwagi w sposób, który wielu kotom wydawał się niezwykle ujmujący. Miał bowiem rzadki talent sprawiania wrażenia, że w danym momencie nic nie jest ważniejsze od rozmówcy, nawet jeśli jego myśli od dawna podążały już zupełnie innym tropem.
— Nie, nie. Nic się nie stało. Spokojnie — odparł łagodnie, a jego głos popłynął miękko pomiędzy nimi, niczym spokojna fala rozbijająca się o brzeg bez śladu gwałtowności. Na pysku przywódcy pojawił się lekki uśmiech, starannie wyważony pomiędzy uprzejmością a ciepłem. — Właściwie chciałem z tobą porozmawiać, Rozkwitający Astrze. Jest kilka spraw, które chciałbym z tobą omówić.
Kotka zastrzygła uszami niemal natychmiast, a w jej spojrzeniu pojawił się błysk żywego zainteresowania, który rozświetlił pysk skuteczniej niż poranne światło wpadające pomiędzy skalne szczeliny.
Lśniąca Gwiazda obserwował tę reakcję w milczeniu.
Nie był to jednak rodzaj uwagi, jaki poświęca się przyjacielowi. Jego spojrzenie przesuwało się po rysach pyska kotki z cierpliwą dokładnością, wyłapując drobne szczegóły, których większość wojowników prawdopodobnie nawet by nie zauważyła. Entuzjazm pojawił się natychmiast. Żadnego zawahania. Żadnej ostrożności. Żadnej próby ukrycia emocji.
Interesujące.
Rozkwitający Aster najpewniej należała do tych kotów, których uczucia niemal zawsze znajdowały drogę na powierzchnię. W świecie pełnym niedopowiedzeń i ostrożnie dobieranych słów podobna cecha mogła być zarówno zaletą, jak i słabością, zależnie od tego, kto znajdował się po drugiej stronie rozmowy.
Przez moment przyglądał się ozdobom starannie wplecionym w jej futro. Drobne dekoracje łagodnie poruszały się przy każdym ruchu głowy, nadając jej wygląd bardziej pogodny niż większości członków Klanu Klifu. Było w niej coś lekkiego, coś, co sprawiało, że inni instynktownie czuli się przy niej swobodniej.
Jego spojrzenie przesunęło się ku zagłębieniu ukrytemu pod mównicą.
— Chodźmy — miauknął spokojnie.
Nie czekał na odpowiedź. Odwrócił się i ruszył przed siebie tym samym równym krokiem, co zwykle. Kamienne podłoże cicho zachrzęściło pod łapami, gdy schodził do swojego legowiska, a chłodniejsze powietrze otuliło go znajomym zapachem mchu oraz słonej bryzy przynoszonej przez morze.
— Więc… — zaczął, a słowo wypłynęło z jego pyska miękko, niemal ostrożnie, jakby samo istnienie ciszy wokół niego wymagało odpowiedniego uszanowania, zanim zostanie przerwane. W jego głosie pobrzmiewała wyważona łagodność, starannie utrzymana pomiędzy ciepłem a dystansem, a choć na pysku pojawił się lekki, przepraszający uśmiech, trudno było oprzeć się wrażeniu, że był on raczej częścią dobrze znanego gestu niż spontanicznym odruchem.
— Zauważyłem, że wielu spośród moich wspaniałych wojowników nosi w sobie ostatnio coś, co nie do końca przystaje do tego, czym powinien być Klan Klifu.
Nie użył słowa „nieszczęśliwi”, jakby zbyt proste określenia nie były w stanie objąć złożoności tego, co obserwował, albo jakby sama precyzja języka wymagała od niego większej ostrożności niż zwykle. Jego spojrzenie pozostawało spokojne, niemal życzliwe, choć sposób, w jaki zatrzymał je na Rozkwitającym Astrowi, sugerował raczej uważne mierzenie reakcji niż zwyczajną troskę.
— Przepiórcza Wichura oraz Morświnowa Płetwa — kontynuował po chwili, starannie odmierzając rytm słów — szczególnie przykuwają moją uwagę. Od pewnego czasu odnoszę wrażenie, że niosą w sobie ciężar, który nie zawsze znajduje ujście tam, gdzie powinien. Niepokój, zmęczenie… być może również coś, co można by nazwać rozchwianiem wiary w to, co nas otacza.
Jego uszy poruszyły się lekko, jakby reagowały nie na własne myśli, lecz na samą strukturę wypowiadanych zdań.
— Klan jest jak ściana zbudowana z wielu kamieni — powiedział po chwili ciszej, z niemal nabożną precyzją — i choć z oddali wydaje się jednolita, wystarczy niewidoczna szczelina, by z czasem wpłynęła na jej stabilność. Dlatego właśnie tak istotne jest, by dostrzegać te szczeliny, zanim staną się czymś więcej niż tylko drobną nieciągłością.
Na moment zamilkł, pozwalając, by cisza ułożyła się pomiędzy nimi w sposób starannie kontrolowany, niemal uporządkowany.
— Proszę, porozmawiaj z nimi — podjął w końcu ciszej, a jego głos stracił część wcześniejszej oficjalnej gładkości, nabierając tonu bardziej osobistego, choć wciąż niepozbawionego tej samej starannej równowagi — wysłuchaj ich, jeśli zechcą mówić, i pozwól im milczeć, jeśli słowa okażą się dla nich zbyt ciężkie. Wydaje mi się, że łatwiej im będzie otworzyć się przed kimś, kto nie niesie ze sobą ciężaru mojego tytułu.
Odwrócił głowę i spojrzał jej prosto w oczy, a gest ten wykonał z taką naturalnością i precyzją, jakby od zawsze wiedział, w którym dokładnie momencie należy zatrzymać wzrok, by rozmówca poczuł się jednocześnie dostrzeżony i delikatnie zobowiązany do odpowiedzi.
— A jeśli uznasz to za słuszne, byłbym wdzięczny, gdybyś podzieliła się ze mną tym, czego się dowiesz — powiedział spokojnie, a jego głos utrzymał tę samą miękką równowagę, która sprawiała wrażenie szczerości, choć w rzeczywistości była raczej starannie utrzymanym porządkiem tonu niż spontanicznym odruchem. — Oczywiście mówię wyłącznie o sprawach dotyczących Klanu Klifu, gdyż nie interesują mnie cudze sekrety same w sobie, a jedynie to, w jaki sposób wpływają one na harmonię tego, co wspólnie utrzymujemy.
Przez ułamek chwili pozwolił ciszy zawisnąć pomiędzy nimi w sposób kontrolowany, jakby nawet brak słów podlegał tu pewnej wewnętrznej dyscyplinie, a następnie jego spojrzenie pozostało na niej niezmienne, spokojne, wyważone, niemal uprzejmie uważne.
— Zależy mi na tym, aby nasz klan pozostawał miejscem, w którym każdy kot może odnaleźć swoje miejsce pod gwiazdami — podjął po chwili, a jego głos nabrał jeszcze większej gładkości, jakby sama treść wypowiedzi wymagała szczególnej dbałości o formę — miejscem, w którym ciężar codziennych obowiązków nie staje się czymś, co przygniata ducha, a troski nie gromadzą się bezładnie w sercach, lecz znajdują ujście zanim zdążą zmienić się w coś trudniejszego do uporządkowania.
Przyglądał się jej przez moment w milczeniu, które nie było pustką, lecz raczej starannie utrzymanym odstępem pomiędzy kolejnymi warstwami rozmowy, a w jego oczach pojawiło się coś, co mogło uchodzić za nadzieję, choć w rzeczywistości przypominało bardziej jej dokładnie odtworzony obraz, na tyle przekonujący, by nikt nie miał potrzeby go kwestionować.
— Twoja pomoc mogłaby okazać się bezcenna — dodał ciszej, niemal z ostrożnością, jakby samo znaczenie tych słów wymagało odpowiedniego wyważenia — czasami nawet przywódca nie jest w stanie dostrzec wszystkiego, co dzieje się w cieniu własnego obozu, a ja nie chciałbym, by cokolwiek istotnego umknęło mojej uwadze i stało się później powodem niepotrzebnych strat w zaufaniu, które zostało mi powierzone.

<Aster?>

12 czerwca 2026

Od Cienistej Zjawy

Razem z Kryształową Łapą oraz Tygrysią Nocą patrolował granicę z Klanem Klifu. Rudy kocur szedł na przodzie, terminatorka w środku, a Cienista Zjawa zamykał pochód. Rozglądał się dookoła, nasłuchując odgłosów dochodzących z klifiackich terenów. Mijali właśnie Czarne Gniazda, o które udało im się poszerzyć obszar Klanu Wilka w zwycięskiej bitwie. Spojrzenie kocura sięgało jednak dalej niż czarne okręgi rozłożone poziomo na ziemi. W oddali spostrzegł piaszczysty teren, za którym rozpościerało się morze. Może kiedyś ponownie udałoby się im poszerzyć tereny klanu? Rozmarzony wizją wylegiwania się na plaży zamruczał cicho, gdy nagle spostrzegł białą postać chodzącą dookoła ogromnego kamienia (Sekretnego Tunelu). Wskoczył na jedną z opon, która znajdowała się na styku granicy, z zaciekawieniem obserwując samotnego Klifiaka. Postać poruszała się szybkim krokiem, co rusz zmieniając kierunek wokół głazu. Coś wykrzykiwała, jednak brzmienie jej słów nie dochodziło do uszu kocura. Rozbawiony jej zachowaniem parsknął, przywołując ogonem swoją terminatorkę oraz rudego wojownika. Kryształowa Łapa, jako pierwsza zbliżyła się do burego wojownika.
– Widzisz go, Kryształowa Łapo? – miauknął, a uczennica przytaknęła. – Musiał się opić słonej wody. Żeby ci nigdy do głowy nie przyszło napić się wody z morza podczas zgromadzenia, bo skończysz jak ten biedak i nie będziesz w stanie wrócić o własnych siłach do obozu.
Znudzeni obserwacją kręcącego się w kółko Klifiaka, wrócili na szlak, aby się spotkać z drugą grupą, która patrolowała tereny z Klanem Burzy. Spotkali się z nimi przy Potwornej Przełęczy. Wśród nich był jego syn, Cętkowana Łapa wraz z mentorką. Zamierzał później porozmawiać z Tropiącą Łaską na temat postępów w treningu jego syna. Mimo że kocica nie była tą, którą chciał jako pierwszy wybór na mentorkę swego syna, widział, że jako kultystka zadba o odpowiednią naukę kocura i jego szkolenie.

~~~

Do Klanu Wilka zawitała kolejna mała rudzinka, licząca na oko dwa księżyce. Cienista Zjawa lustrował spojrzeniem kociaka, który stroszył nieznacznie swoje futerko i wyginał grzbiet, gdy któryś z Wilczaków odwiedził go w kociarni i spoglądał na niego z góry. Przypominał mu Tęgosza, gdy ten był w jego wieku, nie tyle, co z wyglądu, ale i z charakteru. Cienista Zjawa od niechcenia szturchnął kociaka, przewracając go na plecy. Zamiast się skulić, jak miał to w zwyczaju robić Garbatek jako kociak, gdy Cienista Zjawa starał się dokuczyć słabszemu z kociąt Wrotyczowej Szramy, rudy złapał Cienistą Zjawę za łapę, próbując wygrać z góry spisane na przegraną starcie.
Cisowe Tchnienie spisała się, przyprowadzając ze sobą silnego kocurka. Tego właśnie potrzebował Klan Wilka. Silnych kotów, które wierzyły w Mroczną Puszczę i nie znały strachu.
– No już, koniec zabawy, Szaleju...
– Wojownik Klanu Wilka się nie poddaje – mruknął, próbując ugryźć Cienistą Zjawę w łapę. Czyżby młodzik uznał, że dzięki temu uda mu się na dobre powalić starszego? – W-walcz!
– Gdybym chciał, mógłbym cię zgnieść, jak robaka. A tego nie chcę – odtrącił go. – W przyszłości z przyjemnością się z tobą zmierzę, gdy skończysz swój trening, a twoje lewe ucho będzie wyglądać jak moje. Na razie po prostu słuchaj się Cisowego Tchnienia, a przede wszystkim Zalotnej Gwiazdy. I ich nie zawiedź. Tym bardziej szansy, jaką ci dały – mówiąc to, przeniósł spojrzenie na liderkę, która właśnie w tym momencie weszła do kociarni. Pozdrowił matkę, pozwalając jej na rozmowę z nowym nabytkiem.
Opuścił kociarnie, pozostawiając kociaka samego sobie na łasce Zalotnej Gwiazdy. Otrzepał się, lustrując spojrzeniem wojowników w sercu obozu. Spojrzenie zatrzymał na Gwiazdnicowym Blasku. Kocica dzieliła języki z Brukselkową Zadrą, która z troską pielęgnowała futro swojej przybranej córki. Liliowa pochwyciła spojrzenie Cienistej Zjawy na chwilę. Kocur zrozumiał ostrzeżenie kryjące się za nim, a mimo to zdecydował się zbliżyć do obu kocic. Zajął miejsce u boku szylkretki.
– Nie ma lepszego klanu niż Klan Wilka – zagaił, głośno zaciągając się rześkim powietrzem. Oparł się grzbietem o bok Gwiazdnicowego Blasku. – Prawda, Brukselkowa Zadro? – uśmiechnął się do liliowej. – Dzięki tobie Klan Wilka zyskał tyle wspaniałych kotów, co prawda poniektórzy okazali się końcowo parszywymi zdrajcami, jednak na całe szczęście Gwiazdnicowy Blask, Zwęglona Kukułka oraz Kryształowa Łapa do nich nie należą – zamruczał. – Kryształowa Łapa jest taka pojęta, ale zauważyłem, że różni się od pozostałych wojowników... chyba cierpi na jakąś dziwną przypadłość... dłuższe biegi jej nie służą... – wydawał się zatroskany. – Mogłaby w inny sposób przysłużyć się klanowi, jednak zgodnie z wolą matki zamierzam doprowadzić jej trening do końca. Miejmy nadzieję, że uda jej się za pierwszym razem wygrać bitwę i nie zostanie za bardzo pokiereszowana... Gwiazdnicowy Blasku – zwrócił się do szylkretki. – Chciałabyś towarzyszyć nam na jutrzejszym treningu Kryształowej Łapy? Jestem pewien, że twoja obecność na treningu będzie miała na nią dobry wpływ! I sądzę, że lepiej, aby pierwszy sparing przeprowadziła razem z tobą, a nie ze mną. Mam większe i silniejsze łapy niż ty... nie mówiąc o ostrzejszych pazurach... To jak? Zechcesz nam towarzyszyć?

Nowy Członek Klanu Gwiazdy!

 BARSZCZOWA ŁODYGA
Powód odejścia: decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: starość

Odszedł do Klanu Gwiazdy!

Od Barszczowej Łodygi

Upalne dni przysparzały kotom masę niedogodności. Brakująca woda, susza, a po kilku dniach tak ulewna burza, że strach było wyjść na zewnątrz. Wszystko były zalewane, nieostrożne kociaki mogły się nawet podtopić, gdyby wyszły na zewnątrz.
Barszczowa Łodyga, najstarszy wraz ze swoim bratem kot w Klanie, czuł, że kończy mu się czas. W starych kościach mógł wyczuć przychodzącą ku niemu śmierć. Jakby jej chłodny oddech zmierzwił mu sierść na karku… a w nocy próbowała odebrać mu duszę. Budził się bez dechu, czasem nie mógł w ogóle zasnąć. Był tym nieco zestresowany, dopóki nie zrozumiał, o co chodziło. Wystarczyło, by pogodził się z tym, że umiera. Z bólem, który mu towarzyszył przy każdym wstawaniu, myciu łap czy podnoszeniu jakichś rzeczy. Sylwetka chudnąca w oczach, oczy zachodzące mgłą oraz wąsy, które z każdym wschodem słońca opadały coraz niżej. Sierść na pysku miał całkowicie szarą, nawet na łapach mógł dostrzec takie przebłyski, jakby życie nie pozwalało mu zapomnieć, w jakim był wieku.
Barszcz na początku bał się umierać. Nie chciał zostawiać Nieustraszonego Chomika, czy Poczciwego Szakłaka, martwił się również o Biały Strumień, który był wyraźnie bardziej zdołowany, niż wcześniej. Jego obawy sięgały również aktualnych uczniów, którzy sprawiali niemałe problemy, oraz Zawodzącego Echa, który lada chwila zostanie oficjalnym Liderem i pójdzie odebrać życia. Czy Klan Burzy pozostanie zdrowy i silny? Czy Przodkowie może planują dla nich Próby?
Barszcz nie wiedział, a nie będzie miał również okazji, by otrzymać odpowiedzi na swoje pytania. Tej nocy, leżąc na swoim mchowym posłaniu, wiedział, że ten sen będzie jego najdłuższym. Biorąc ostatnie wdechy, myślał o swojej rodzinie i bliskich. Życzył Nieosutraszonemu Chomikowi dużo cierpliwości oraz siły, by mogła mierzyć się z trudnościami losu. Poczciwemu Szakłakowi chciał życzyć mnóstwo miłości i wiary w siebie, radości. Barszcz żałował, że nie był lepszym ojcem. Może z zaświatów będzie mógł zsyłać synowi jakieś dobre znaki? A Pchełka… jego córeczka, mieszkająca w Klanie Klifu, jak się miała? Była zdrowa, szczęśliwa? Nie miał okazji się dowiedzieć, będąc zbyt starym na dalekie wycieczki na Zgromadzenia czy spotkania na granicach Klanów. Uznał więc, że jest silna i na pewno daje sobie radę w tamtym Klanie.
Gdy już życzył bez słów każdemu tego, co chciał, mógł powitać śmierć. Ponownie czując chłodny oddech na karku, sztywniejące mięśnie oraz poczucie, że tracił kontrolę nad własnym ciałem. Położył bezsilnie głowę na mchu, zamknął oczy i przestał walczyć z tym uczuciem. Wziął wdech, a wraz z wydechem pozwolił, by śmierć zabrała jego duszę na Srebrną Skórkę.

Dziękuję wszystkim za możliwość stworzenia wraz z Wami interesującej fabuły! Barszczyk miał udane życie, a mi się bardzo miło nam pisało :D

11 czerwca 2026

Od Niezapominajkowej Nadziei CD. Trzcinowego Szmeru

Księżyce temu leżała obok kotki, zwierzały się sobie z sekretów, czyściły sobie nawzajem futra, dzieląc się swoimi marzeniami, a teraz kotka miała partnera, kocięta… Gdzie Niezapominajka popełniła błąd? Może powinna była spędzać z nią więcej czasu? Wbijała teraz pazury w ziemię, patrząc tępo na pazury, które nie tak dawno drapały wściekle po jej ojcu. Wzdrygnęła się, w końcu wstając. Nie była pewna co do odwiedzin kotki, jednak nie odzywanie się do niej też nie było wcale najlepszym pomysłem. Westchnęła, gdy nagle do jej boku podszedł jej ojciec. Klan Nocy nadal był pewien, że powodem jego ran były borsuki, a ona sama nie potrafiła sobie spojrzeć w oczy w odbiciu kałuży, wiedząc, że to ona go tak urządziła. On sam jednak nie wydawał się być zły. Może to było w tym wszystkim najgorsze? Teraz usiadł obok córki, zerkając na jej drgający nerwowo koniuszek ogona. Ona nadal stała, patrząc na żłobek. Jej ojciec westchnął.
— Wiesz, myślę, że powinnaś ją odwiedzić. Wiem, że to boli, ale przyda się jej teraz wsparcie, wiesz? — kocur patrzył na nią nadal, wręcz ciepłym wzrokiem. Musiała przyznać, że ciężko było się przyzwyczaić do posiadania jakiejkolwiek faktycznej rodziny obok siebie. Szczególnie wtedy, gdy nikt inny nie wiedział o ich spokrewnieniu. Przyzwyczaiła się do osamotnienia. Gdyby tak pomyśleć, to Trzcinowy Szmer była jedyną najbliższą osobą, jaką dotąd miała przy sobie. Jej futro nastroszyło się na tą myśl, jednak od razu wygładziła je językiem. Jej ojciec skinął w stronę żłobka, na co ta w końcu po chwili ruszyła się, przełykając ślinę. Myślała cały czas o tym, co powiedziała jej księżyce temu kotka i ona sama jej. Kotka zabiła członka rodziny, ale Niezapominajka nigdy jej nie oceniała za ten czyn. W dodatku wiedziała, że sama teraz nie jest niewiniątkiem. Jednak Trzcina też znała jej najskrytszy sekret, mianowicie jej pochodzenie. Łapy same w końcu poniosły ją do żłobka, co zauważyła dopiero wtedy, gdy się tam znalazła. Trzcinowy Szmer patrzyła czule na dwie kulki u swojego boku. Niezapominajkę przeszedł dreszcz na myśl, że mogły być jej. Że mogły razem znaleźć kocięta na granicy, tak jak to ją samą znaleziono. Ruszyła w stronę kotki, czując lekki dyskomfort. Głowa jej wirowała, ostatni raz widziały się gdy wróciła z Kijankowymi Moczarami po “ataku”.
— Niezapominajkowa Nadziejo? Już myślałam, że mnie nie odwiedzisz. — usłyszała dymna, co wyrwało ją z myśli po raz kolejny, a wirowanie zastąpione zostało… Smutkiem. Nie dała po sobie tego poznać, jednak kojący głos szylkretki był dla niej czymś, czego mogłaby słuchać o wiele częściej, obok siebie, jak kiedyś gdy miały legowiska tuż obok siebie. Teraz jej legowisko było puste, może nawet bliższe tego, które zajmował Żmijowiec…
— Tak, przepraszam, że nie od razu, po prostu po tym ataku…
— Nie musisz mi tłumaczyć. To musiało być straszne, atak w obozie już sam w sobie był okropny… Rannych było sporo. — odpowiedziała kotce, zakrywając kocięta ogonem, jakby borsuk znów miał się wyłonić zza rogu. Gdyby tylko wiedziała…
— Było. Szczególnie dla Kijankowych Moczar… — usiadła, patrząc na swoje łapy, turlając pod nimi jakiś kamyczek, który się pod nimi akurat znalazł.
— Wyglądał okropnie… Dobrze się ostatnio dogadujecie, chyba wspólna walka was zbliżyła do siebie, co?
— Tak, tak… Cieszę się, że przeżył. Faktycznie trochę się zbliżyliśmy. — Wspólna walka była czymś innym w głowie Trzciny, a głowie dymnej. Niezapominajkowa Nadzieja odepchnęła kamyczek w bok, czego pożałowała, bo jednak nie miała czego zrobić z łapami, a powietrze robiło się dla niej gęste. Mogłaby je ciąć pazurami. W końcu spojrzała na przylegające do jej boku puchate maluchy. Jej serce delikatnie zakłuło, jednak uśmiechnęłą się. — Jak tam twoje kocięta? Żmijowa Wić wydaje się być dość dumny z siebie, z tego co zauważyłam.

<Trzcinowy Szmerze?>