tw: załamka
W tym momencie Wiciokrzew zamarł, bo sam nie miał bladego pojęcia o swoim ojcu. Cierń zawsze ukrywała jego tożsamość, a liliowy nie był na tyle odważny, by zapytać ją wprost. No, przynajmniej tak było kiedyś. Teraz miał wrażenie, że byłby w stanie powęszyć w tej sprawie, ale jakoś… zajął się obowiązkami, a życie płynęło dalej. Nie miał już czasu, by pytać o kogoś, kto i tak nigdy nie był obecny w jego życiu.
W dzieciństwie wystarczała mu obecność matki – a przynajmniej tak myślał. Nie wiedział, czy czegoś mu brakowało, skoro nigdy tego nie miał. Może wyrósłby na kogoś lepszego, gdyby miał kocura, którym mógłby się inspirować? Nie, nie… Płeć nie miała tu znaczenia. Nawet posiadając tak surową i twardą matkę, wyrósł na kompletne przeciwieństwo. Niektórzy już rodzą się z przesądzonym losem. Wiciokrzewowi Wszechmatka zgotowała taki charakter, który nie łączył się ani ociupinkę z oczekiwaniami Cierń. Czy liliowy winił ją za to? Nie, przecież nie mógł. Równowaga świata musiała zostać zachowana – niektórzy rodzą się nieszczęśliwi i żyją nieszczęśliwie, by inni mogli cieszyć się życiem.
Wiciokrzew spuścił wzrok na swoje łapy, pogrążony w myślach.
— T-tak… Mój ojciec je-jest martwy… — stwierdził ponuro — …dla m-mnie.
Liliowy kątem oka dostrzegł, że Osetek przechyla głowę w zdziwieniu.
— Co masz na myśli? Czy twoim ojcem jest… Rokitnik? — zapytał z trwogą w głosie.
Wiciokrzew natychmiast podniósł głowę, wykrzywiając pysk w obrzydzonej minie.
— Nie! — zaprzeczył twardo, lecz zaraz potem zachichotał. — Nie ma-mam z nim nic wspó-wspólnego. Oprócz tego, że by-był moim mentorem — miauknął, łapiąc się za głowę. — Ja n-nie wiem, kim jest mó-mój biologiczny o-ojciec. Nigdy go nie po-poznałem…
W zielonych oczach ucznia błysnęło zrozumienie.
— Och, to… ma sens. Bardzo mi przykro — odparł nieco niezręcznie. — Skoro twoja matka nigdy ci o nim nie mówiła, to pewnie i tak nie był nikim wartym uwagi. Nie ma co się nim przejmować. — Osetek wzruszył ramionami.
— Tak… Ma-masz rację — miauknął liliowy, wlepiając spojrzenie w ścianę lecznicy. — Ale czasem my-myślę, że może po-poznanie mojego ojca po-pomogłoby mi lepiej zrozumieć sie-siebie… — wyznał, zgodnie z prawdą, którą w sobie trzymał. — Moja ma-matka w niczym nie przy-przypomina mnie. Nie wiem, skąd wzię-wzięły się u mnie takie… ce-cechy. Ta nieśmiałość, te ją-jąkanie…
Uczeń przez moment nie odpowiedział, jakby nad czymś rozmyślał.
— Twój ojciec mimo wszystko nie definiuje tego, kim jesteś. Ważne, byś ty sam potrafił oddzielić się od reszty i zaakceptować twoje własne cechy. Nie cechy kota, który jest twoim rodzicem. — Słychać było, że Osetek ważył swoje słowa. Naprawdę starał się pomóc swojemu mentorowi najlepiej, jak tylko umiał.
Do uszu Wiciokrzewa docierały te słowa. Doceniał je, chciał żyć według nich. Ale nie potrafił. Czuł się tak, jakby jego serce robiło na przekór jego umysłowi. Jedno chciało żyć szczęśliwie, zgodnie, drugie zaś nieustannie sabotowało samego siebie. To było męczące, naprawdę męczące.
Wiciokrzew dziwił się, że sam był w stanie wytrzymać tak długo, podczas gdy w jego wnętrzu toczyła się wieczna wojna. Choć może “wytrzymać” to zbyt duże określenie. On po prostu… czasem jedynie czekał, aż wszystko przeminie, a czasem zajmował swój umysł na tyle, że te krzyki i wrzaski w jego ciele wtapiały się w gwar rozmów i szmerów.
— Słyszysz mnie? — odezwał się nagle Osetek, wymachując łapą przed oczami uzdrowiciela. — Nad czym tak myślisz? Możesz mi powiedzieć, to ja… spróbuję ci pomóc.
Wiciokrzew spojrzał wprost na ucznia.
— N-nie. Nie będę cię tym o-obarczał, Osetku. Mo-możesz… pójść i po-porozmawiać z ró-rówieśnikami. Nie musisz tu ze mną sie-siedzieć — przypomniał mu.
Nie chciał, by jego przybrany syn marnował się w lecznicy, próbując pomóc mu pogodzić się ze sobą. Gdyby to było takie łatwe, Wiciokrzew już dawno śmigałby po terenach Owocowego Lasu, podśpiewując sobie różne rzeczy pod nosem i śmiejąc się wśród swoich przyjaciół, których… w obecnym, niepogodzonym stanie, nie miał.
— Wiem, że mogę. Nie czuję się zobowiązany do tego, by przy tobie siedzieć — miauknął spokojnie. — Ale mimo tego chcę to robić. Nie zależy mi na rozmowie z rówieśnikami, a tym bardziej nie z takim jednym… — mówiąc to, wykrzywił pysk w zgorzkniałym grymasie — …Poza tym to nie mój ostatni dzień w Owocowym Lesie. Mam jeszcze mnóstwo czasu, by zakolegować się tu z kotami w moim wieku. Nie masz się o co martwić, ja sobie poradzę. Jestem już w końcu prawie dorosły.
Po kolejnej nieprzespanej nocy nastał kolejny smutny i monotonny dzień. Wiciokrzew sam już nie pamiętał, który to z rzędu, odkąd jego przybrany syn nie wrócił do obozu. Liliowy nie mógł uwierzyć, że absolutnie nikt nie zauważył, jak czarno-biały uczeń opuszcza azyl. Nikt. Żaden z tych ponad czterdziestu kotów nie przyuważył, dokąd mógłby odejść Osetek.
Co, jeśli gdzieś zaatakował go lis? Co, jeśli poślizgnął się na lodzie i zmarł w jakiejś dziurze – sam, zziębnięty i bez szansy na ratunek? Co, jeśli krzyczał o pomoc tak długo, że stracił głos?
Wiciokrzew dłużej nie mógł znieść tych myśli. Wcisnął głowę między łapy, zaciskając mocno zęby, byle tylko nie wydobył się z jego gardła dźwięk łkania. Obok byli Poranek i Purchawka. Nie mogli go widzieć w takim stanie. Musiał być silny, musiał… dla Owocowego Lasu. Ale jak miał wykonywać swoje obowiązki, gdy los nieustannie rzucał mu kłody pod nogi? Dlaczego w ogóle śmiał myśleć, że nareszcie jego życie zmierza ku poprawie? To było oczywiste. Oczywiste, że nic, co dobre, nie trwa wiecznie. Oczywiste było też to, że Osetek męczył się codziennie w Owocowym Lesie. Pewnie uciekł, zmęczony ciągłym dokuczaniem ze strony Ziemniaka.
Temu dało się zapobiec. Gdyby tylko liliowy znalazł w sobie odwagę, by poprosić kogoś o pomoc. By Ziemniak poniósł karę, by może się opamiętał i przestał zaczepiać ucznia. Może wtedy Osetek wciąż spałby u jego boku? Może byłby szczęśliwy i spełniony? Może już nosiłby imię Oset? A tak? Tułał się gdzieś… nie żył? Czy czuł się wolny i zadowolony, czy może jeszcze czasem tęsknił za swoim mentorem?
“Przestań się łudzić. Bez ciebie jest mu lepiej” – odezwał się głos.
Wiciokrzew wysunął pazury, wbijając je sobie w skórę nad brwiami. Dlaczego to jemu przytrafia się to wszystko? Dlaczego to on ma przechodzić przez te wszystkie tragedie? Dlaczego? Dlaczego...?
Nagle liliowy poczuł, jak końcówka czyjegoś ogona smyra go po grzbiecie.
— Hej… Jesteśmy tu z tobą, dobrze? — usłyszał niespokojny głos Purchawki, która musiała zauważyć, w jakim stanie znajdował się uzdrowiciel.
Liliowy rozluźnił mięśnie i wsunął pazury, po czym z jego płuc wydostało się głośne westchnienie. Dla każdego był tylko ciężarem, brzemieniem, które musieli nosić na swoich barkach. “Czy nie lepiej dla innych byłoby, gdyby zniknął?” – ta myśl nie pojawiała się w jego umyśle pierwszy raz i z pewnością nie ostatni. A z każdym kolejnym razem żałował, że poprzednio nie pchnął się do tego, by zrobić… to.
— Wilczomlecz? Żyjesz? — zapytała szamanka, trącając go łapą.
— Nie pomagasz… — odezwał się Poranek.
Wiciokrzew miał wrażenie, że oboje pochylają się nad nim jak nad truchłem. Może to była prawda? Może tak naprawdę liliowy był już tylko pustą skorupą – bez serca, bez duszy?
— Musimy mu podać coś na wzmocnienie, bo nam tu padnie! — stwierdziła kotka, po czym uzdrowiciel usłyszał jej kroki. Zbliżyła się do składziku. — Liście stokrotki? Nie… Nasiona maku? Też nie… Czyściec! Znalazłam ostatnio jego garstkę, gdy chodziłam po terenach! — oznajmiła, wyciągając z półki roślinę o fioletowych kwiatach.
Wiciokrzew podniósł głowę i, ujrzawszy pysk szamanki, skrzywił się lekko.
— Da-daruj sobie… te zio-zioła… — wymamrotał z trudem.
Purchawka jednak zbliżyła roślinę do jego kufy. Liliowy ani nie drgnął, więc szamanka siłą rozwarła jego paszczę i wcisnęła do niej czyściec.
— Wilczomleczu, musisz to połknąć! Chyba nie chcesz nam tu paść trupem, co? — burknęła.
Zielonooki wciąż jednak nie poruszył się nawet o włos.
— Co nie…? — powtórzyła, wpatrując się prosto w jego oczy.
Dlaczego nie widziała w nich tego wewnętrznego bólu, który zakorzenił się w nim niczym chwast? Czy naprawdę tak trudno było zauważyć, że tak – chciał paść trupem?
W końcu harknął ciężko i zmobilizował w sobie resztki sił, by poruszyć tym głupim, ociężałym ciałem. Podniósł się, chwiejnie, ledwo trzymając równowagę. Wyglądał tak, jakby nawet najmniejszy podmuch wiatru mógł go przewrócić. Wypluł z pyska zielsko i zakasłał.
— Usiądź, usiądź! Nie możesz się teraz prze-
Reszta słów Purchawki była już tylko plątaniną liter i sylab, których Wiciokrzew nie rozumiał. Świat zawirował mu przed oczami. Miał wrażenie, jakby zaczęły tańczyć przed nimi kolorowe iskierki. Na oślep zatoczył się w stronę wyjścia z lecznicy. Poczuł, jak coś szarpie go za futro, ale brnął dalej. W końcu zaczął biec – wciąż nie do końca świadomy tego, co robi.
Biegł. Biegł, aż wreszcie jego wizja się ustabilizowała, a umysł nieco wytrzeźwiał. Dopiero wtedy zatrzymał się, zatapiając łapy w śniegu. Zauważył, że serce łomocze mu w klatce piersiowej, jakby chciało wyrwać się na zewnątrz. Czy da radę ustać? Czy straci przytomność, zostanie zasypany śniegiem, zamarznie? Może odnajdą go dopiero wtedy, gdy się ociepli… Nie. Mimo wszystko nie było tu na tyle zimno ani śnieżnie, by mógł zostać całkowicie przykryty perlistym puchem.
Finalnie ostatkiem sił zebrał się, by krzyknąć:
— Osetku? Je-jesteś tu?
Jak zwykle odpowiedziała mu cisza. Zielonooki pociągnął nosem, zmarnowany. Znów odwalił manianę – uciekł bez powodu. Nie dał sobie pomóc. Sprawił tylko, że inne koty musiały się martwić. Czy poszli go szukać? A może uznali, że lepiej będzie, jeśli nie wróci?
— Nie jestem Osetkiem, ale mogę pomóc ci go odnaleźć — odezwał się nagle głos zza jego pleców.
Struchlał. Nie próbował odwrócić głowy, po prostu stał jak wryty, wpatrując się tępo w punkt przed sobą.
— Jeśli mi go opiszesz, oczywiście — kontynuowała obca mu kocica.
W końcu minęła go i stanęła przed nim. Była wysoka, o solidnej budowie. Miała półdługie futro, które świetnie wtapiało się w zaśnieżony krajobraz. Ale… co ona tu robiła?
— T-to… tereny O-Owocowego Lasu… — mruknął, jednak bardziej z przyzwyczajenia niż z faktycznej chęci. W jego głosie nie było gniewu ani złości, a jedynie rezygnacja.
— No, może i masz rację, ale nie przychodzę tu bez powodu… — odezwała się niebieskooka, uśmiechając się miękko. — Jestem Tramontana, a ty?
Liliowy zawahał się. Czy powinien ufać tej samotniczce? Już raz spotkał takiego jednego – Szczypiorka. Teraz, gdy myślał o niebieskim kocurze, robiło mu się niedobrze. Czuł się źle z faktem, że tak łatwo dał się przez niego… wykorzystać?
— A ty? — powtórzyła ponaglająco. — Jak mam się do ciebie zwracać, co? Wiesz, jeśli chcemy się zakumplować, to przydałoby się, żebym znała cię chociaż powierzchownie — rzuciła już nieco spokojniej, jakby chciała uśpić jego czujność.
Uzdrowiciel cały się jednak spiął, wciąż nie odzywając się do kotki ani słowem.
— No proszę cię! Przecież już wiem, żeś nieniemy. Ja naprawdę mogę ci pomóc, ale tylko jeśli będziesz ze mną współpracować — przekonywała go.
Zielonooki wciąż czuł, że nie powinien jej ufać, ale coś w tonie Tramontany sprawiło, że poczuł się… przekupiony.
— W-Wiciokrzew… — odezwał się w końcu.
Białofutra skinęła głową kilka razy, jakby się nad czymś zastanawiała. Może skądś go kojarzyła? Może ptaszki wyćwierkały jej kiedyś, jakim to strasznym przegrywem jest kocur o imieniu Wiciokrzew?
— Hm… miło mi cię poznać, Wiciokrzewie! — Kotka wyciągnęła łapę w jego stronę, jednak uzdrowiciel spojrzał tylko na nią i nie odwzajemnił gestu.
Tramontana westchnęła, chyba trochę zawstydzona.
— To… opowiesz mi coś o tym Osetku? Kim on jest? Jak wygląda? Musisz mi uwierzyć na słowo, ale jestem świetną tropicielką! Gdy byłam młodsza, wywęszyłam królika, który znajdował się ze sto długości drzewa ode mnie, gdy moja rodzina głodowała! — zaczęła się przechwalać.
Tia. Sto długości drzewa. Nie wierzył w te bajeczki, ale poza nią… nie widział innej szansy, by odnaleźć swojego przybranego syna. Może to głupie, ale mimo wszystko rozpalił się w nim niewielki ognik nadziei.
— Był… mo-moim przybranym synem i u-uczniem… — zaczął, po czym zamknął oczy, jakby próbował odnaleźć więcej informacji o Osetku w swoim zamglonym umyśle. — Zna-znalazłem go… osamotnionego. Wzią-wziąłem do Owocowego Lasu, wy-wychowałem…
Zmarszczył brwi, gdy nagle przez jego głowę przeszedł przeszywający ból.
— Nie do-dogadywał się z takim je-jednym… Ziemniakiem… Myślę, że to prze-przez niego… Osetek u-uciekł… — kontynuował drżącym głosem, ledwo wiążąc koniec z końcem.
Każde wspomnienie czarno-białego kocura sprawiało mu cierpienie. Był już tak blisko osiągnięcia spokoju, już prawie miał następcę, wsparcie. A potem wszystko, jak zawsze, musiało runąć…
Naprawdę chciał czuć się lepiej. Gdy miał przy sobie Osetka, czuł się zdeterminowany do pracy. Czuł, że wreszcie ma dla kogo żyć. Tak niewiele było mu potrzebne, by wreszcie poczuć się chcianym – i tak niewiele wystarczyło, by znów mu to odebrać. W takim układzie Wiciokrzew… po prostu nie mógł wygrać.
W dzieciństwie wystarczała mu obecność matki – a przynajmniej tak myślał. Nie wiedział, czy czegoś mu brakowało, skoro nigdy tego nie miał. Może wyrósłby na kogoś lepszego, gdyby miał kocura, którym mógłby się inspirować? Nie, nie… Płeć nie miała tu znaczenia. Nawet posiadając tak surową i twardą matkę, wyrósł na kompletne przeciwieństwo. Niektórzy już rodzą się z przesądzonym losem. Wiciokrzewowi Wszechmatka zgotowała taki charakter, który nie łączył się ani ociupinkę z oczekiwaniami Cierń. Czy liliowy winił ją za to? Nie, przecież nie mógł. Równowaga świata musiała zostać zachowana – niektórzy rodzą się nieszczęśliwi i żyją nieszczęśliwie, by inni mogli cieszyć się życiem.
Wiciokrzew spuścił wzrok na swoje łapy, pogrążony w myślach.
— T-tak… Mój ojciec je-jest martwy… — stwierdził ponuro — …dla m-mnie.
Liliowy kątem oka dostrzegł, że Osetek przechyla głowę w zdziwieniu.
— Co masz na myśli? Czy twoim ojcem jest… Rokitnik? — zapytał z trwogą w głosie.
Wiciokrzew natychmiast podniósł głowę, wykrzywiając pysk w obrzydzonej minie.
— Nie! — zaprzeczył twardo, lecz zaraz potem zachichotał. — Nie ma-mam z nim nic wspó-wspólnego. Oprócz tego, że by-był moim mentorem — miauknął, łapiąc się za głowę. — Ja n-nie wiem, kim jest mó-mój biologiczny o-ojciec. Nigdy go nie po-poznałem…
W zielonych oczach ucznia błysnęło zrozumienie.
— Och, to… ma sens. Bardzo mi przykro — odparł nieco niezręcznie. — Skoro twoja matka nigdy ci o nim nie mówiła, to pewnie i tak nie był nikim wartym uwagi. Nie ma co się nim przejmować. — Osetek wzruszył ramionami.
— Tak… Ma-masz rację — miauknął liliowy, wlepiając spojrzenie w ścianę lecznicy. — Ale czasem my-myślę, że może po-poznanie mojego ojca po-pomogłoby mi lepiej zrozumieć sie-siebie… — wyznał, zgodnie z prawdą, którą w sobie trzymał. — Moja ma-matka w niczym nie przy-przypomina mnie. Nie wiem, skąd wzię-wzięły się u mnie takie… ce-cechy. Ta nieśmiałość, te ją-jąkanie…
Uczeń przez moment nie odpowiedział, jakby nad czymś rozmyślał.
— Twój ojciec mimo wszystko nie definiuje tego, kim jesteś. Ważne, byś ty sam potrafił oddzielić się od reszty i zaakceptować twoje własne cechy. Nie cechy kota, który jest twoim rodzicem. — Słychać było, że Osetek ważył swoje słowa. Naprawdę starał się pomóc swojemu mentorowi najlepiej, jak tylko umiał.
Do uszu Wiciokrzewa docierały te słowa. Doceniał je, chciał żyć według nich. Ale nie potrafił. Czuł się tak, jakby jego serce robiło na przekór jego umysłowi. Jedno chciało żyć szczęśliwie, zgodnie, drugie zaś nieustannie sabotowało samego siebie. To było męczące, naprawdę męczące.
Wiciokrzew dziwił się, że sam był w stanie wytrzymać tak długo, podczas gdy w jego wnętrzu toczyła się wieczna wojna. Choć może “wytrzymać” to zbyt duże określenie. On po prostu… czasem jedynie czekał, aż wszystko przeminie, a czasem zajmował swój umysł na tyle, że te krzyki i wrzaski w jego ciele wtapiały się w gwar rozmów i szmerów.
— Słyszysz mnie? — odezwał się nagle Osetek, wymachując łapą przed oczami uzdrowiciela. — Nad czym tak myślisz? Możesz mi powiedzieć, to ja… spróbuję ci pomóc.
Wiciokrzew spojrzał wprost na ucznia.
— N-nie. Nie będę cię tym o-obarczał, Osetku. Mo-możesz… pójść i po-porozmawiać z ró-rówieśnikami. Nie musisz tu ze mną sie-siedzieć — przypomniał mu.
Nie chciał, by jego przybrany syn marnował się w lecznicy, próbując pomóc mu pogodzić się ze sobą. Gdyby to było takie łatwe, Wiciokrzew już dawno śmigałby po terenach Owocowego Lasu, podśpiewując sobie różne rzeczy pod nosem i śmiejąc się wśród swoich przyjaciół, których… w obecnym, niepogodzonym stanie, nie miał.
— Wiem, że mogę. Nie czuję się zobowiązany do tego, by przy tobie siedzieć — miauknął spokojnie. — Ale mimo tego chcę to robić. Nie zależy mi na rozmowie z rówieśnikami, a tym bardziej nie z takim jednym… — mówiąc to, wykrzywił pysk w zgorzkniałym grymasie — …Poza tym to nie mój ostatni dzień w Owocowym Lesie. Mam jeszcze mnóstwo czasu, by zakolegować się tu z kotami w moim wieku. Nie masz się o co martwić, ja sobie poradzę. Jestem już w końcu prawie dorosły.
* * *
Po zniknięciu Osetka
Po kolejnej nieprzespanej nocy nastał kolejny smutny i monotonny dzień. Wiciokrzew sam już nie pamiętał, który to z rzędu, odkąd jego przybrany syn nie wrócił do obozu. Liliowy nie mógł uwierzyć, że absolutnie nikt nie zauważył, jak czarno-biały uczeń opuszcza azyl. Nikt. Żaden z tych ponad czterdziestu kotów nie przyuważył, dokąd mógłby odejść Osetek.
Co, jeśli gdzieś zaatakował go lis? Co, jeśli poślizgnął się na lodzie i zmarł w jakiejś dziurze – sam, zziębnięty i bez szansy na ratunek? Co, jeśli krzyczał o pomoc tak długo, że stracił głos?
Wiciokrzew dłużej nie mógł znieść tych myśli. Wcisnął głowę między łapy, zaciskając mocno zęby, byle tylko nie wydobył się z jego gardła dźwięk łkania. Obok byli Poranek i Purchawka. Nie mogli go widzieć w takim stanie. Musiał być silny, musiał… dla Owocowego Lasu. Ale jak miał wykonywać swoje obowiązki, gdy los nieustannie rzucał mu kłody pod nogi? Dlaczego w ogóle śmiał myśleć, że nareszcie jego życie zmierza ku poprawie? To było oczywiste. Oczywiste, że nic, co dobre, nie trwa wiecznie. Oczywiste było też to, że Osetek męczył się codziennie w Owocowym Lesie. Pewnie uciekł, zmęczony ciągłym dokuczaniem ze strony Ziemniaka.
Temu dało się zapobiec. Gdyby tylko liliowy znalazł w sobie odwagę, by poprosić kogoś o pomoc. By Ziemniak poniósł karę, by może się opamiętał i przestał zaczepiać ucznia. Może wtedy Osetek wciąż spałby u jego boku? Może byłby szczęśliwy i spełniony? Może już nosiłby imię Oset? A tak? Tułał się gdzieś… nie żył? Czy czuł się wolny i zadowolony, czy może jeszcze czasem tęsknił za swoim mentorem?
“Przestań się łudzić. Bez ciebie jest mu lepiej” – odezwał się głos.
Wiciokrzew wysunął pazury, wbijając je sobie w skórę nad brwiami. Dlaczego to jemu przytrafia się to wszystko? Dlaczego to on ma przechodzić przez te wszystkie tragedie? Dlaczego? Dlaczego...?
Nagle liliowy poczuł, jak końcówka czyjegoś ogona smyra go po grzbiecie.
— Hej… Jesteśmy tu z tobą, dobrze? — usłyszał niespokojny głos Purchawki, która musiała zauważyć, w jakim stanie znajdował się uzdrowiciel.
Liliowy rozluźnił mięśnie i wsunął pazury, po czym z jego płuc wydostało się głośne westchnienie. Dla każdego był tylko ciężarem, brzemieniem, które musieli nosić na swoich barkach. “Czy nie lepiej dla innych byłoby, gdyby zniknął?” – ta myśl nie pojawiała się w jego umyśle pierwszy raz i z pewnością nie ostatni. A z każdym kolejnym razem żałował, że poprzednio nie pchnął się do tego, by zrobić… to.
— Wilczomlecz? Żyjesz? — zapytała szamanka, trącając go łapą.
— Nie pomagasz… — odezwał się Poranek.
Wiciokrzew miał wrażenie, że oboje pochylają się nad nim jak nad truchłem. Może to była prawda? Może tak naprawdę liliowy był już tylko pustą skorupą – bez serca, bez duszy?
— Musimy mu podać coś na wzmocnienie, bo nam tu padnie! — stwierdziła kotka, po czym uzdrowiciel usłyszał jej kroki. Zbliżyła się do składziku. — Liście stokrotki? Nie… Nasiona maku? Też nie… Czyściec! Znalazłam ostatnio jego garstkę, gdy chodziłam po terenach! — oznajmiła, wyciągając z półki roślinę o fioletowych kwiatach.
Wiciokrzew podniósł głowę i, ujrzawszy pysk szamanki, skrzywił się lekko.
— Da-daruj sobie… te zio-zioła… — wymamrotał z trudem.
Purchawka jednak zbliżyła roślinę do jego kufy. Liliowy ani nie drgnął, więc szamanka siłą rozwarła jego paszczę i wcisnęła do niej czyściec.
— Wilczomleczu, musisz to połknąć! Chyba nie chcesz nam tu paść trupem, co? — burknęła.
Zielonooki wciąż jednak nie poruszył się nawet o włos.
— Co nie…? — powtórzyła, wpatrując się prosto w jego oczy.
Dlaczego nie widziała w nich tego wewnętrznego bólu, który zakorzenił się w nim niczym chwast? Czy naprawdę tak trudno było zauważyć, że tak – chciał paść trupem?
W końcu harknął ciężko i zmobilizował w sobie resztki sił, by poruszyć tym głupim, ociężałym ciałem. Podniósł się, chwiejnie, ledwo trzymając równowagę. Wyglądał tak, jakby nawet najmniejszy podmuch wiatru mógł go przewrócić. Wypluł z pyska zielsko i zakasłał.
— Usiądź, usiądź! Nie możesz się teraz prze-
Reszta słów Purchawki była już tylko plątaniną liter i sylab, których Wiciokrzew nie rozumiał. Świat zawirował mu przed oczami. Miał wrażenie, jakby zaczęły tańczyć przed nimi kolorowe iskierki. Na oślep zatoczył się w stronę wyjścia z lecznicy. Poczuł, jak coś szarpie go za futro, ale brnął dalej. W końcu zaczął biec – wciąż nie do końca świadomy tego, co robi.
Biegł. Biegł, aż wreszcie jego wizja się ustabilizowała, a umysł nieco wytrzeźwiał. Dopiero wtedy zatrzymał się, zatapiając łapy w śniegu. Zauważył, że serce łomocze mu w klatce piersiowej, jakby chciało wyrwać się na zewnątrz. Czy da radę ustać? Czy straci przytomność, zostanie zasypany śniegiem, zamarznie? Może odnajdą go dopiero wtedy, gdy się ociepli… Nie. Mimo wszystko nie było tu na tyle zimno ani śnieżnie, by mógł zostać całkowicie przykryty perlistym puchem.
Finalnie ostatkiem sił zebrał się, by krzyknąć:
— Osetku? Je-jesteś tu?
Jak zwykle odpowiedziała mu cisza. Zielonooki pociągnął nosem, zmarnowany. Znów odwalił manianę – uciekł bez powodu. Nie dał sobie pomóc. Sprawił tylko, że inne koty musiały się martwić. Czy poszli go szukać? A może uznali, że lepiej będzie, jeśli nie wróci?
— Nie jestem Osetkiem, ale mogę pomóc ci go odnaleźć — odezwał się nagle głos zza jego pleców.
Struchlał. Nie próbował odwrócić głowy, po prostu stał jak wryty, wpatrując się tępo w punkt przed sobą.
— Jeśli mi go opiszesz, oczywiście — kontynuowała obca mu kocica.
W końcu minęła go i stanęła przed nim. Była wysoka, o solidnej budowie. Miała półdługie futro, które świetnie wtapiało się w zaśnieżony krajobraz. Ale… co ona tu robiła?
— T-to… tereny O-Owocowego Lasu… — mruknął, jednak bardziej z przyzwyczajenia niż z faktycznej chęci. W jego głosie nie było gniewu ani złości, a jedynie rezygnacja.
— No, może i masz rację, ale nie przychodzę tu bez powodu… — odezwała się niebieskooka, uśmiechając się miękko. — Jestem Tramontana, a ty?
Liliowy zawahał się. Czy powinien ufać tej samotniczce? Już raz spotkał takiego jednego – Szczypiorka. Teraz, gdy myślał o niebieskim kocurze, robiło mu się niedobrze. Czuł się źle z faktem, że tak łatwo dał się przez niego… wykorzystać?
— A ty? — powtórzyła ponaglająco. — Jak mam się do ciebie zwracać, co? Wiesz, jeśli chcemy się zakumplować, to przydałoby się, żebym znała cię chociaż powierzchownie — rzuciła już nieco spokojniej, jakby chciała uśpić jego czujność.
Uzdrowiciel cały się jednak spiął, wciąż nie odzywając się do kotki ani słowem.
— No proszę cię! Przecież już wiem, żeś nieniemy. Ja naprawdę mogę ci pomóc, ale tylko jeśli będziesz ze mną współpracować — przekonywała go.
Zielonooki wciąż czuł, że nie powinien jej ufać, ale coś w tonie Tramontany sprawiło, że poczuł się… przekupiony.
— W-Wiciokrzew… — odezwał się w końcu.
Białofutra skinęła głową kilka razy, jakby się nad czymś zastanawiała. Może skądś go kojarzyła? Może ptaszki wyćwierkały jej kiedyś, jakim to strasznym przegrywem jest kocur o imieniu Wiciokrzew?
— Hm… miło mi cię poznać, Wiciokrzewie! — Kotka wyciągnęła łapę w jego stronę, jednak uzdrowiciel spojrzał tylko na nią i nie odwzajemnił gestu.
Tramontana westchnęła, chyba trochę zawstydzona.
— To… opowiesz mi coś o tym Osetku? Kim on jest? Jak wygląda? Musisz mi uwierzyć na słowo, ale jestem świetną tropicielką! Gdy byłam młodsza, wywęszyłam królika, który znajdował się ze sto długości drzewa ode mnie, gdy moja rodzina głodowała! — zaczęła się przechwalać.
Tia. Sto długości drzewa. Nie wierzył w te bajeczki, ale poza nią… nie widział innej szansy, by odnaleźć swojego przybranego syna. Może to głupie, ale mimo wszystko rozpalił się w nim niewielki ognik nadziei.
— Był… mo-moim przybranym synem i u-uczniem… — zaczął, po czym zamknął oczy, jakby próbował odnaleźć więcej informacji o Osetku w swoim zamglonym umyśle. — Zna-znalazłem go… osamotnionego. Wzią-wziąłem do Owocowego Lasu, wy-wychowałem…
Zmarszczył brwi, gdy nagle przez jego głowę przeszedł przeszywający ból.
— Nie do-dogadywał się z takim je-jednym… Ziemniakiem… Myślę, że to prze-przez niego… Osetek u-uciekł… — kontynuował drżącym głosem, ledwo wiążąc koniec z końcem.
Każde wspomnienie czarno-białego kocura sprawiało mu cierpienie. Był już tak blisko osiągnięcia spokoju, już prawie miał następcę, wsparcie. A potem wszystko, jak zawsze, musiało runąć…
Naprawdę chciał czuć się lepiej. Gdy miał przy sobie Osetka, czuł się zdeterminowany do pracy. Czuł, że wreszcie ma dla kogo żyć. Tak niewiele było mu potrzebne, by wreszcie poczuć się chcianym – i tak niewiele wystarczyło, by znów mu to odebrać. W takim układzie Wiciokrzew… po prostu nie mógł wygrać.