BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 3 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

01 maja 2026

Od Serdecznej Naparstnicy do Majaczącej Łapy

Wciąż nie potrafił przestać myśleć o sytuacji, jaka przydarzyła się mu, gdy był na spacerze ze swoją siostrą. Nie sądził, że taka niewinna schadzka szybko zmieni się w taką tragedię. Choć z tego, co się dowiedział, to już nie pierwszy raz, gdy Świetlista Walka miała taki “atak”. Czy jej przypadłość też była winą Postrzępionego Mrozu i jej zdrady? To takie niesprawiedliwe, że tak wiele istnień musi cierpieć z powodu nieodpowiedzialnej kotki, która wybrała dreszczyk emocji zamiast kochającego, bezpiecznego partnera. Serdeczna Naparstnica nigdy nie były w stanie tak bardzo pogwałcić kodeksu wojownika. Byłoby mu zwyczajnie wstyd, gdyby zrobił coś wbrew przywódcy klanu. A gdyby przez niego mieli cierpieć niewinni? Tego dopiero by sobie nie wybaczył. Dałby się nawet do cierni wrzucić, chcąc jakoś odpokutować winy — a szylkretowa wojowniczka ma jeszcze czelność prosić go o nie zdradzenie tego wszystkiego liderowi. On by się na oczy nie był w stanie nikomu pokazać, a Strzępce tak bardzo zależy na tym, by uchować się w Klanie Klifu. Naparstnica musi się poważnie zastanowić nad tym, czy zamierza wkopać swoją matkę. W końcu, chcąc nie chcąc, nosiła go pod sercem przez kilka księżyców, a zdrada ze strony rodziny jest najgorsza. O ile wymierzenie sprawiedliwości w ogóle można nazwać zdradą.
Biało-niebieski postanowił się przejść. To był jego typowy ruch. Gdy cokolwiek zaczynało go dręczyć, po prostu szedł poza obóz i pozwalał sobie odetchnąć. Dziwnym trafem za każdym razem, gdy chciał się zrelaksować, musiał wpaść na drugiego kota. Tym razem tym kotem okazał się Majacząca Łapa. Naparstnica o mało na niego nie wpadł.
— Przepraszam! — mruknął niemal odruchowo, na moment zatrzymując się przed uczniem.

<Majacząca Łapo?>

Od Tojadowej Kryzy

Przed wypuszczeniem rodziny Tojada z wyspy

Słońce spowija się za jasnymi zimowymi chmurami. Grunt jest pokryty składniami zimnego śniegu. Pozostałości po letniej kolorowej trawie są spowite lodowatym szronem. Wszędzie było szaro, chociaż był czas południowy. Zimny wiatr muskał rude futro wojownika Klanu Nocy. Nocniak wyłonił swoje kły, obserwując zdobycz z ukrycia osłonięty krzewami. Mysz niczego nieświadoma grzebała coś w ziemi, jakby z upragnieniem szukała jakiegoś pożywienia na marne. Na zielonej powierzchni oka źrenice kocura się rozszerzyły, pazury wysunęły, sierść nastroszyła, a on sam po dosłownej sekundzie obserwowania pokarmu skoczył na nią i zabił. Jak na warunki pory nagich drzew mysz nie była taka chuda, jak inne które występowały w tym owym lesie na terytorium Klanu Nocy. Nocniak lekko się podniecił zdobyczą, lecz nie na tyle by poprawiło mu to jego samopoczucie.
Owym kotem był Tojadowa Kryza, dumny wojownik. Zielonooki znany jest ze swojego optymizmu i może trochę pogłębionego ego, lecz ostatnie wydarzenia w klanie nim wstrząsnęły. Nocniak pałał gniewem i tęsknotą za swoimi najbliższymi, gdyż stary mentor Rysi Bór, Borówkowa Słodycz, jego ukochana, jak i pierwotny syn Konwaliowa Mielizna byli zamknięci w obozowym więzieniu. Tojad starał się buntować i ciągle się dopytywał, czemu klan skazał ich bez twardych dowodów.
Zielonooki był w pełni przekonany, że jego rodzina została niesłusznie zamknięta, a każdy księżyc bez nich był jak mieszkanie we wrogim klanie. Tojad starał się to tłumaczyć jakoś każdego dnia, bezskutecznie. Nie dało się usprawiedliwić tego, gdyż to jasne, że inni członkowie tego klanu to mysie móżdżki, a jego wybitna rodzina cierpi rozłąką. Rudy myślał o nich dniami i nocami, aż zaczął się odizolowywać od innych, gdyż nikt go nie rozumiał. Inni myśleli, że są zdrajcami klanu, a gdy ktoś zaczynał przy kocurze ten temat, to najczęściej kończyło się kłótnią, a czasem dochodziło do łapoczynów. Mandarynkowa Gwiazda dalej żyła swoim życiem, a czasem nawet znajdowała czas na przechadzki i spacery, co niesamowicie gniewało Nocniaka, gdy widział, że wychodzi z obozu, to często w myślach jej życzył, by wpadła do kałuży błota. Zielonooki nigdy nie pałał do niej dobrymi uczuciami, a bardziej irytacją, samo poczucie nienawiści zrodziło się dosyć niedawno. Nie polepszało sytuacji to, że nawet nie mógł ich odwiedzać.

Chwila później

Tojadowa Kryza wszedł do obozu z wcześniej upolowanymi trzema myszami w pysku, ułożył je na kupce pokarmu dla klanu i ruszył w stronę swojego nowego ulubionego kąta do przesiadywania przy bluszczu. Miał tam widok na większą część klanu. Tojadowa Kryza zazwyczaj starał się w tych momentach wyłączyć jakoś swoje myśli, które doprowadzały go do szału. Wcześniej był duszą towarzystwa, a teraz samo przebywanie innych kotów wokół niego go irytowało. Przez ciągły gniew i tęsknotę Tojad zauważył, że zaczął ostatnio zaniedbywać swoje futro. Dlatego zgrabnie zmienił pozę i zaczął wylizywać swoją kryzę, wyciągał z niej zaczepione małe patyki lub inne śmieci. Przypomniało mu się, że gdy był młodszy, to często miał z tym problemy, bo wtedy o wiele mniej dbał o futro, ale nie miało to teraz zbytniego znaczenia.
Pogoda w jednej chwili z szarej i burej znacznie się pogorszyła. Lodowaty wiatr nabrał na sile i z nieba zaczęły zlatywać lekkie opady śniegu, które symbolizowały, że zaraz się jeszcze bardziej pogorszy. Tojadowa Kryza przestał wylizywać futro, tylko wstał, przeciągnął się i ruszył w stronę legowiska wojowników. Pogoda zmieniła plany kocura, gdyż Tojad planował znowu pójść na polowanie. W tym okresie klanowi brakowało pożywienia, a to był też łatwy sposób na zmianę otoczenia i zajęcia czymś głowy. Będąc już prawie przy legowisku, Tojad zauważył kątem oka swego brata, młodego Flaminga. Widział, jak ich wspólna matka Wężynowy Kieł kazała mu wracać do żłobka. Jak rudzielec dowiedział się, że matka zaszła znowu w ciążę to szczerze, był on nie lekko, ale bardzo zdziwiony. Gdyż nooo… matka Tojadowej Kryzy nie była taka młoda i na karku miała już kiedyś piątkę kociąt, go i jego rodzeństwo. Lecz nawet i tak wojownik się ucieszył, że miał szansę być starszym bratem. Obiecał sobie, że w przyszłości nawiąże z kocurkiem jakieś nici znajomości. Chciał mieć jakiś wpływ na jego życie jako członek rodziny.
Tojadowa Kryza znajdował się już w legowisku wojowników. Nie obchodzili go inni, miał ochotę wygodnie się usadowić na swoim legowisku i tak też uczynił. Przez chwilę znużony obserwował inne Nocniaki, lecz zmęczenie go dobiło.

Sen

Wojownikowi przyśniło się, jak był niegdyś młodziakiem w żłobku, budzącym się codziennie koło swojej matki Wężynowego Kła i pełnego rodzeństwa. Tojad o posturze kociaka obserwował otaczające go rodzeństwo. Widział, jak Wężynka juniorka myła swoje futro po raz setny, bo wydawało jej się, że to coś zmieni lub jak Lulek Rosiczce pokazywał swoją kolekcję, kocurek nie pamiętał czego. Promienie słoneczne wpadały do żłobka i oświetlały rosę na trawie, która w wyniku czego wyglądała jak małe świecące się z daleka kryształy. Ciepłe powietrze było owiewane, przez lekko zimnawe podmuchy wiatru co tylko jeszcze bardziej koiło koty znajdujące się w środku. Tojad zauważył listek na ziemi, który poruszał się wraz z podmuchami, więc młodziak zaczął ganiać listek. Końcowo, gdy liść, wyleciał poza żłobek a Tojad wraz z nim, to otoczenie się zmieniło. Wraz z wyjściem Tojad wcielił się w lekko starszego siebie za czasów bycia uczniem. Tojadowa Łapa był lekko zdezorientowany, więc odwrócił się w stronę żłobka, lecz zamiast żłobka zastał las. Wydawało się, jakby Tojadowa Łapa był w lesie zupełnie sam. Ku jego uldze z bluszczów, przy porośniętym mchem drzewie wyłonił się Rysi Bór, dawny mentor Nocniaka.
— Możemy iść dalej. — powiedział biały wojownik i zaczął iść w stronę jasnego słońca.
Tojadowa Łapa zaczął wojownikowi dotrzymywać kroku. Totalną ciszę zagłuszały ćwierki ptaków, szelesty liści ocierających się o siebie.
Rudzielec obserwował bacznie wojownika, lecz ten nie wydawał się zachowywać inaczej niż zwykle, jedyne co to wydawał się młodszy, co zdziwiło ucznia.
Tojad chciał żartobliwie zapytać się białasa o jego tajemnicę młodszego wyglądu, lecz coś innego zwróciło większą uwagę zielonookiego.
Pogoda ze słonecznej momentalnie zmieniła się w pochmurną. Z jasności wszystko zrobiło się szaro-bure, ptaki przestały ćwierkać, a pobliskie mniejsze zwierzęta się pochowały. Z zapachu powietrza można było wywnioskować, że zapowiada się na dużą burzę.
Futro rudzielca się nastroszyło, gdyż przeczuwał, jakby coś podobnego kiedyś się wydarzyło. Jakby brał już w czymś takim udział. Uczeń znów zwrócił się pyszczkiem w stronę białasa. Rysi Bór dalej szedł przed siebie, omijał drzewo za drzewem, bluszcz za bluszczem, jakby w ogóle nie zwrócił uwagi na drastyczną zmianę pogody i otoczenia.
"Co za mysi móżdżek, nawet ja zauważyłem coś takiego, a on WOJOWNIK to co" — pomyślał Tojadowa Łapa.
Gdy uczeń miał już na głos uznać, że obaj powinni wracać do obozu, bo jak taka ulewa się zbliża, to tam bardziej się przydadzą, to nagle białas zniknął.
"Eeee… co się dzieje, gdzie on jest?!" — zapytał się podświadomie rudzielec.
Chmury na niebie nie tylko zepsuły wygląd otoczenia Nocniaka, ale też zaczęły grzmieć. Krople zimnego deszczu rozpoczęły swoja inwazje na teren Klanu Nocy. Zielonooki przestraszony tym, że jeszcze futro mu się pobrudzi, zaczął biec i krzyczeć wniebogłosy. Biegł na tyle szybko, że nie zauważył głębokiej kałuży błota znajdującej się przed nim. Wpadając do niej, ostatnimi świadomymi myślami Nocniaka było przeklinanie klanu Gwiazdy za to, co go miało zaraz spotkać…

Chwila później

Przymrużone oczy rudzielca zaczęły się otwierać, gdy kocur zauważył, że już nie znajdował się w lesie tylko w obozie. Obóz wyglądał jak papka, dosłownie papka. NO I OCZYWIŚCIE Tojadowa łapa idealnie stanął w kałuży błota. Cały ten sen wydawał się zamachem na jego piękną sierść. Kocur dzięki tej kałuży, właśnie zrozumiał, że to wszystko, co się dzieje, to nie jest prawdziwe i zaraz się obudzi na swoim wygodnym legowisku.
Rudzielec zaczął się rozglądać w poszukiwaniu wyjścia ze snu. Gdy chodził po całym pustym rozwalonym obozie bez ani jednej żywej duszy to podziękował losowi, że to tylko wytwór jego wyobraźni lub wspomnienia.
— Zaraz! Przecież to dzieje się w mojej głowie. Wystarczy, że sobie wyobrażę, jak się budzę czy coś… To nie może być takie trudne — powiedział na głos zielonooki.
Cały pysk rudego się zmarszczył, a jego futro najeżyło od tego, jak przestał w jednej sekundzie oddychać i się tarzać po ziemi.
— Jak to jest, że mój własny sen męczy mnie bardziej niż trzy patrole w jednym dniu! Mysi móżdżek ze mnie! Dobrze, że tego nikt nie słyszy, jak się wyzywam.
Tojad odwracając się, pojawił się w pustym, oświetlonym przez zimne słońce, więzieniu obozowym otoczonym śniegiem. Tojadowa Kryza był już w swoim obecnym wieku. Rudzielec przestał sprawiać wrażenie napompowanego energią. Jego ogon oklapł, a na pyszczku pobladł z nagłego zastrzyku smutku.
Tojadowa Kryza, nawet gdy znajdował się w krainie snów, to tęsknił za synkiem i ukochaną. Tęsknił za ich zapachami, towarzystwem lub za samym uczuciem przebywania w bliskich sobie miejscach. Miał nadzieje, że jakoś sobie tam dają radę.

Koniec snu

Tojadowa Kryza obudził się z otwartym pyszczkiem, odwodniony i cały obolały, jakby ciągle się wiercił. Na niebie słońce dawno już zaszło, a księżyc był na szczycie nieboskłonu. Legowisko było przepełnione śpiącymi już od dawna Nocniakami. Rudzielec postanowił bezszelestnie wydostać się na świeże powietrze. Z dusznego miejsca kocur przeszedł na zimne, lecz dzięki jego kryzie i ogólnie długiemu futerku zielonooki nie czuł się źle na takim mrozie. Kocur nie pamiętał swojego snu, zbyt bardzo tęsknił, by pamiętać… no i był bardzo odwodniony! Jakby nie pił od księżyców.

Chwila później

Kocur pił wodę z kałuży, widział w niej odbicie mocno świecącego księżyca. Widok był nieziemski, zapierający dech w płucach. Zielonooki już rozmyślał nad kolejnym dniem, czy pójdzie na poranny patrol, chyba że zostaną mu przydzielone inne obowiązki.
Tojadowa Kryza jeszcze przez chwilę stał nad kałużą, jakby próbował poukładać myśli, które rozpływały się szybciej niż kręgi na wodzie. W końcu westchnął cicho i oblizał pysk z resztek wilgoci.
— No… przynajmniej pić mi się już tak nie chce — mruknął sam do siebie.
Odwrócił się powoli i rozejrzał po obozie. Wszystko było na swoim miejscu. Znajome zarysy legowisk, lekko poruszone przez nocny wiatr trawy, cienie rozciągnięte pod blaskiem księżyca. Nic niezwykłego, nic, co wymagałoby jego uwagi. I może właśnie tego było mu trzeba. Zwyczajności, poczucia bezpieczeństwa, bez wrogich spojrzeń od innych kotów, poczucia, że jak wróci do legowiska, to zastanie tam Borówkową Słodycz kojąco dla niego spokojnie śpiącą. Ta nienormalność, jaka go witała każdego poranka, była jak ciernisty pazur w łapie, którego nie dało się w żaden sposób wyjąć.
"Przestań ciągle czuć tę emocję!" — pomyślał Tojadowa Kryza, gdyż wojownik był już zmęczony od ciągłego smutku.
Rudzielec popatrzył się na martwą mysz leżącą na stercie z jedzeniem i przypomniało mu to dawne wspomnienie, które dzielił z uczniem.

“Wspomnienie”

Dzień niemłody, niebo pochmurne, trawa pełna kropel mieniących się z daleka, niczym małe kryształy pogrzebane w zieleni. Rudy kocur o jasnej kryzie szedł przez las, wraz ze swoim żółtookim uczniem długość lisa dalej. Wojownik, jak i młodziak w pysku trzymali zdobycze, które zaraz mieli ofiarować na rzecz Klanu Nocy. Idąc naprzód, omijając drzewo za drzewem, rudy nucił coś pod kocim nosem. Żółtookiego na tyle to irytowało, że postanowił stanąć w miejscu i zwrócić się do mentora:
— Mógłbyś, proszę przestać.
— Coś dzisiaj jakiś spięty jesteś, bardziej niż zwykle Morszczynowa Łapo — odpowiedział Tojadowa Kryza. — STRES PIĘKNOŚCI SZKODZI, wiedziałeś? — dodał.
Morszczyn słysząc żartobliwy ton starszego od niego kota, wzdrygnął się ze złości.
— Mógłbyś być czasem bardziej poważny.
— Co masz na myśli? — zapytał zielonooki z mało zainteresowanym wyrazem pyska, jakby żadne słowa nie mogły mu zepsuć udanego dnia.
— Widz… — rozpoczął zdanie uczeń, lecz mentor mu przerwał krzykiem:
— OJ OJ OJ! Czyżby ktoś ci do oka wpadł?!
— Co…? NIE! — odpowiedział speszony Morszczynowa Łapa przez słowa mentora.
— Skąd w ogóle taki pomysł? — dodał pytająco.
— A wiesz, nigdy normalnie nie gadamy na takie tematy, a ty ogólnie chyba nie masz z kim o takich rzeczach porozmawiać, no to ja cię wysłucham. Poza tym i tak dzisiaj cię coś trapi. Wiesz Morszczyn, z kobietami trzeba lekko, jeden zły ruch, bądź zły gest na początku relacji i wszystko może się zapaść, ale ważne, by być sobą…
Morszczynowa Łapa zapewne czuł, jakby monolog Tojadowej Kryzy ciągnął się wiekami. Był zmuszony słuchać o życiowej miłości mentora, jego dzieciach, ich postępach, zasadach moralnych i ogólnie rzeczach nie ze świata ucznia. Znudzony żółtooki w jednej chwili znów wziął do pyszczka zdobycze i bez mentora ruszył dalej. Tojadowa Kryza rozbawiony od razu dogonił ucznia.
— Przyznaj, że jednak miło jest mieć kogoś do pogadania z!
— Czasem może… — odpowiedział Morszczyn.
— To, czemu nie nawiązujesz żadnych głębszych relacji z rówieśnikami? — zapytał Tojad.
— Jakby, próbowałem na początku, ale czasem mam wrażenie, że ja i oni z innych światów jesteśmy. Nie muszę z nimi rozmawiać, by to wiedzieć. Posiadamy inne priorytety w życiu.
— Odpowiedział żółtooki, jakby jednak samotność go czasem dobijała.
Tojadowa Kryza, idąc obok ucznia, szturchnął go w bok z uśmiechem na pysku.
— To dobrze, że masz mnie hehe.

“Koniec wspomnienia”

Od Tojadowej Kryzy

Przeszłość, przed wypuszczeniem rodziny Tojada z wyspy

Śnieg otulał cały las niczym mocno dziurawe sitko. Gdzieniegdzie było pełno mrozowego puchu, a indziej tylko małe kupki. Panowała szarobura atmosfera, spowodowana strukturą nieba składającą się ze ściany zimowych chmur. Z nieba spadała mżawka deszczu, która nie zapowiadała większej ulewy bądź burzy. Każda kropla z nieba przedzierała się przez chmury, by otrzeć się o gałęzie drzew i spaść na mocno nasycony wodą grunt. Dzień ten nie różnił się od innych zbytnio.
Tojadowa Kryza wyszedł z legowiska przeznaczonego dla wojowników Klanu Nocy, by odprawić się na polowanie i możliwy wskazany dla niego patrol granic klanu. Jak przystało na tę porę, klanowi potrzeba było więcej zdobyczy, by wszystkich wykarmić. Idąc tym tokiem rozumowania, rudzielec udał się na samotne szukanie zwierzyny w lesie. Nie ukrywając, zielonookiemu spodobało się to rozwiązanie, gdyż nabrał on ostatnio jakiejś wrogości do klanu, przez ostatnie wydarzenia. Tojadowa Kryza był już od młodziaka przepełniony dumą związaną z przynależnością do większego grona kotów spowilonych kodeksem, lecz przez ostatnie dla niego niesłuszne zamykanie kotów w więzieniu, musiał sobie wszystko poukładać w myślach.
Rudzielec wraz z przedzieraniem się przez las używał swojego węchu do wykrycia zapachu jakiejkolwiek zwierzyny. Musiało minąć parę chwil, zanim Tojad poczuł woń myszy. Rudy przełączył swoje ciało momentalnie na tryb myśliwy i zaczął kierować się w stronę odgłosów zwierzęcia, które umiejscowione były za krzewami pokrytymi szronem. Tojad skoczył bez zastanawiania się dłuższego i to był błąd. Zwierzyna miała czas, by wyczuć niebezpieczeństwo i zdążyła zbiec do swojej norki, skąd niemożliwym było jej ponowne wyciągnięcie.
— Mysie łajno! — wrzasnął zdenerwowany Tojad.
Parę razy się podobna akcja powtarzała, gdzie zielonooki był blisko zdobycia pokarmu, gdy popełniał jakiś głupi błąd przez swoją nieuwagę i tracił okazję. Po trzecim razie rudzielec zrozumiał, że bez dokładnego skupienia się nic nie zdziała, więc postanowił się trochę przejść. Przemierzał skrawki lasu, starając się omijać możliwe patrole.

Jakiś czas później

Mimo przemierzenia dużego już obszaru w tę i we w tę rudzielcowi nic to nie dało, więc kocur powrócił do polowania, lecz tym razem kompletnie odłączył się od życia klanowego.
“Wszytko, by nie wrócić z pustymi łapami i nie zrobić z siebie pośmiewiska” — myślał.
Tyle wystarczyło, by do południa zebrać trzy średnio pulchne szarawe myszy. Tojadowa Kryza wziął swoją jeszcze ciepłą zdobycz w pysk i ruszył w stronę zakopanych innych, przez niego dwóch mysz, by je też zanieść do obozu.
Pogoda znacznie się pogorszyła. Jeszcze rano lekko kropiło, nie zapowiadając większej ulewy. Teraz wiatry się nasiliły, a niebo jeszcze mocniej pociemniało, choć minęła dopiero połowa dnia. Sam Tojad był nawet już zniesmaczony, takim długim swoim pobytem poza klanem. Jego wielka kryza była przesiąknięta zbiorem kropelek deszczu, a łapy obłożone były losowymi resztkami błota z kałuż.
Po czasie gdy zielonooki odkopał wszystkie zdobycze, mocny deszcz zaczął spowijać las. Gdyż to nie była burza z piorunami, Tojad przeczekał chwile pod szczelnym od wody drzewem i gdy się na chwilę uspokoiło, to rudzielec bezpiecznie wrócił do obozu.

Od Poranku

Jego stan poprawił się. Mimo częstych spadków nastroju był w stanie funkcjonować, a nawet opuszczać legowisko uzdrowicieli. Lęk dalej ściskał go za gardło, lecz ulga, będąca efektem rozmów z Derwiszem oraz niedawnej rozmowy z siostrami, pomagała mu jakoś się bronić. Dalej nie mógł uwierzyć, że wyjaśnił Mgiełce i Pszczółce, co się dzieje. Nigdy nie chciał mieszać ich w swoje własne problemy, ale nie mógł już dłużej z tym zwlekać, zwłaszcza że te i tak widziały go w tym najgorszym na tamten czas stanie. Musiały wiedzieć. A wsparcie, jakim otoczyły go podczas tej rozmowy, zapadło głęboko w jego pamięci.
Siedział przy ziołach, jak zwykle je układając. Liczył wszystkie, odkładając je na równe kupki. Musiał wiedzieć, jakie mają braki. Mimo pory Nagich Drzew Poranek wiedział, że już niedługo wszystko znów zacznie kwitnąć, a po opatrzeniu rannych z walki z bobrami i kilku innych kotów z innymi dolegliwościami, jak Czereśni, w ich składziku można było zauważyć sporo braków. Na szczęście nie była to ilość mogąca zaszkodzić ich codziennej pracy.
– Jest tu kto? – usłyszał głos Szafran. Rudy od razu się odwrócił, przerywając swoją pracę.
– Ja – mruknął i powoli podszedł do kotki, czekając na jakieś wytłumaczenie. W końcu mało kto wchodzi do legowiska uzdrowicieli bez wyraźnych problemów zdrowotnych.

Wyleczeni: Czereśnia, Szafran 

30 kwietnia 2026

Od Grubej Łapy

Śnieg trzeszczał pod łapami Grubej Łapy, gdy te zapadały się kilka milimetrów w dół, krusząc delikatną, lodową pokrywę. Bardzo nie lubił tego zjawiska. Normalny, puszysty, świeży śnieg przynajmniej zapewniał mu nieco ciche kroki, a tak, jego nadejście było jeszcze bardziej oczywiste niż zazwyczaj. Nie ważne, jaka pora roku - i tak wszyscy wiedzieli, gdy i gdzie dokładnie się wybiera. A przede wszystkim wiedział to jego mentor, który strzelił go w bok puszystym ogonem.
— Przecież wiem, mam uszy! — syknął Gruby, by zaraz skulić uszy, widząc chłodne spojrzenie niebieskich ślepi Pszczelego Roju. — Przepraszam. 
— No, nie będziesz pyskował na moich zajęciach — mruknął szylkretowy. — Jak oczekujesz, że złapiesz cokolwiek, jeśli przodkowie mogą usłyszeć Twoje kroki? 
— To nie moja wina, że...
— Twoja, bo nie umiesz stawiać porządnie łap — Pszczeli Rój zmrużył oczy. — Widzę, że się nie starasz.
— I co z tego? Nawet jak będę się poruszał cicho, to zdobycz czy przeciwnik mnie i tak zauważy przez to jaskrawe futro. Nie widzę się, a wiem, że palę oczy na tle tej cholernej bieli — Gruba Łapa kopnął kupkę śniegu przed nim. Do niczego to skradanie. Każde polowanie i tak kończyło się tym, że albo wracał z niczym, albo oprócz zwierzyny miał jeszcze ziemię w pysku, bo nie zdążył wyhamować po rzuceniu się na zwierzynę. Tak, jak ciężko było mu się rozpędzić, tak ciężko było też wyhamować. Jedyne, co dobrze mu wychodziło to walka - a mianowicie przygniatanie przeciwników do ziemi. Chociaż tutaj mógł wykorzystać swoje atuty. Szybko się również kończyła, co było mu na łapę. Dłuższy wysiłek fizyczny nadal sprawiał mu problemy, mimo regularnych treningów. Z zastanowienia dosłownie wytrącił go mentor, gdy wepchnął go prosto w zaspę. Płatki śniegu ciasno oblepiły Grubą Łapę, gdy ten, najeżony, wydostał łeb z górki. Posłał mentorowi tylko zirytowane spojrzenie. 
— I nic nie zmienisz z takim nastawieniem. Jak nie będziesz się starał, to nic nie zmienisz. Miejsce, gdzie Brak Gwiazd nie patrzy łaskawie na nieroby, więc albo weźmiesz się w garść, albo przodkowie dopomóżcie, bo ja nie zamierzam niańczyć ucznia-niedojdy — westchnął Pszczeli Rój. — A teraz wstawaj i jeszcze raz, od nowa. 

[338 słów] 

Od Dzwonkowego Świstu

Nie mógł nacieszyć się swoimi dziećmi. Choć córka nie sprawiała zbyt wiele problemów, syn to była inna bajka. Dzwonkowy Świst był oczywiście dumny z bycia ojcem dwójki kociaków, nawet jeśli były one nieplanowane. Nie mógł jednak zawczasu przewidzieć, że zachowanie Bursztyna będzie stawało się coraz to gorsze. Kocurek był niesforny na najgorszy możliwy sposób, a przy tym wszędzie było go pełno. Wręcz za pełno. Gdzie coś dało się zniszczyć, on to zazwyczaj, zapewne niecelowo, ale jednak, niszczył. Jego ciekawość świata nie znała żadnych granic. Żywica przy tym stanowiła jego zupełny kontrast - była delikatna, spokojna i uważna. Patrzyła na to wszystko z lekkim zdziwieniem, jakby nie do końca rozumiała, skąd u jej brata tyle energii. Często siadała obok ojca i marudziła mu nieco na rudego kocurka. Wywoływało to lekki uśmiech na pyszczku Dzwonka.
Słuchał jej cierpliwie, czasem kiwając głową, a innym razem zapewniając jej, że Bursztynowi przejdzie wraz z upływem księżyców. A przynajmniej miał taką nadzieję.
— Wiesz dobrze, że twój brat jest dosyć… — Zawahał się, szukając odpowiedniego słowa — porywisty. Z wiekiem powinno mu to przejść, albo chociaż nieco się uspokoi. — Zapewniał swoją córkę, lecz sam w to do końca nie wierzył. W końcu w nim samym została ta młodzieńcza iskra, która mimo sędziwego wieku, nie zniknęła i ciągle gdzieś się w nim tliła. Mimo że jego ciało nie mogło w pełni cieszyć się biegiem, to miał w głowie tą samą lekkość, co kiedyś. Patrzył na Bursztyna, który w tej chwili próbował złapać jednego z liści z kolekcji Żywicy. Dzwonek westchnął cicho, ale w jego spojrzeniu kryło się coś więcej niż zmęczenie. Zrozumienie, a nawet odrobina dumy.
— On po prostu jeszcze nie wie, gdzie są granice — mruknął bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Ruda przekrzywiła głowę, przyglądając się bratu z mieszaniną ciekawości i przerażenia.
— Niszczy mi kolekcje — odparła smętnie.
— O to się nie martw. Jestem pewny, że gdy zostaniesz uczennicą, to będziesz miała całe legowisko wypełnione przeróżnymi skarbami. — Na te słowa poczuł ukłucie smutku. Owszem, dożyje tego momentu, ale co dalej? Nie łudził się, że zobaczy swoje wnuki, nawet nie wiedział, czy powstaną. Nie zobaczy nawet swoich dzieci, pełnego obrazu tego, jak dorastają i jak dumnie służą klanu jako dzielni wojownicy. A może wybraliby różne drogi? Dopóki żyliby sami ze sobą w zgodzie i szczęśliwie, czułby spokój. To było dla niego najważniejsze.

Od Kopciuszka (Majaczącej Łapy) do Pajęczej Nici

W dniu mianowania

Po prawie dwóch księżycach w żłobku dziś był jego wielki dzień. Stąpał tylną łapą jak najdelikatniej po ziemi, udając, że jego chód jest jak najbardziej normalny. Prawda była natomiast taka, że jakiś czas temu, gdy to spacerował wieczorem po obozie, zranił się w łapę o ostrzejszą skałę. Rana wydawała się niewielka, ale wystarczająca, aby już wkrótce wdały się w nią zarazki. Poza tym nie była bezpośrednio na opuszku łapy, tylko na jej boku. Co znaczy, że zadrapanie pojawiło się już po wypadku, gdy chwiejnie próbował wstać z ziemi. Uważał, że to nic. Wyzdrowieje, przecież nie był słaby. Nie był psia mać kotką. Dlatego właśnie, ilekroć z kimś rozmawiał, chował zainfekowaną łapę, czy nawet zakrywał ją liściem, udając, że kawałek rośliny jest swego rodzaju ozdobą lub pamiątką. Co oczywiście było kłamstwem, bo ozdób nie lubił, a pamiątek nie posiadał. Rozciągnął się przy ziemi, wbijając pazury w ziemię z cichym mruknięciem. Wyszedł z legowiska, przenosząc wzrok z jednego kota na następnego. Dziś był jego dzień, ale on tego nie odczuwał. Najchętniej zostałby w domu dwunożnych, nawet jeśli sucha karma, którą dawali mu właściciele, była paskudna. Tam było mu przynajmniej wygodnie. Żył jak książę, a Mazurek i Mleczko byli królami. Do tego Piecuszka… Kopciuszek był przekonany, że jej śmierć była z jej winy. Była głupia. Nie doszłoby do tego jednak, gdyby nie zgubili się tamtego dnia. Nie byłby tutaj. Już po jakimś księżycu zaczął dostrzegać swego rodzaju niedogodności. Tu nie mógł go nikt głaskać. Tu nie był traktowany jak istota wyższa, nawet jeśli tam pokarm był obrzydliwy. Mimo to, gdy szedł przed obóz to z uniesioną głową. Nie powinien pozwolić sobie na opuszczenie gardy. Te wszystkie obce koty…obrzydzały go. Nie widział w nich nic poza pasożytami. Już nawet nie wspominając o ilości kotek, będących w obozie. Piecuszkę, swoją siostrę mógł jakoś znieść. Choć czasem było rzeczywiście ciężko. Dlatego szkoda mu było jej śmierci, choć tylko na początku. Wkrótce zaczął mówić sobie, że najwyraźniej była ona tak słaba, jak ich matka. Wzruszył ramionami, powoli myjąc swoje futerko. Była jeszcze jedna rzecz. Te koty są…brudne. Widząc wszystkie te zakurzone futra, miał ochotę wepchnąć je do wody. Oczywiście najlepiej z klifu. Wtedy może przy okazji sami by się wyeliminowali. Z tymi właśnie myślami mył dokładnie jedną ze swoich łap. Wysunął pazury, przyglądając się im uważnie. Zdawało się mu, że od pobytu tutaj coś w nim skamieniało. Był niemalże beztroskim kociakiem, a teraz wydawał się jakiś nieobecny, a nawet arogancki. Chociaż nie, być może był już taki wcześniej. Zdecydowanie preferował jednak dom z Mleczkiem, Mazurkiem, Raniuszkiem, Białozorem, Karliczką i…Piecuszką. Kocur, ilekroć o niej myślał, musiał koniecznie w coś uderzyć. Umarła, bo była głupia. Tylko dlaczego jej w takim razie nie ochronił? Może to on był w rzeczywistości tym słabym? W końcu powinno się chronić tych słabszych. Głupszych. Jak zwał, tak zwał. Widząc nadchodzącą Pikującą Jaskółkę, uniósł zainteresowany ogonek. Dokładnie wczoraj, gdy to wyszedł z obozu jakoś przy zachodzie słońca, przyszedł do kotki z zapytaniem. Chodziło mianowicie o jej dziwne imię. Nie wydawało się mu, żeby mogła sobie ot, tak dawać imiona i rangi uczniom, jeśli nie jest jeszcze tą…Gwiazdą. Nie wyglądała na zbyt zadowoloną z tego niewinnego pytanka, a teraz również na jej pysku gościł naburmuszony wyraz. Zmarszczył brwi, zastanawiając się, o co też może chodzić kotce.
“Krzywi pysk jakby właśnie doświadczyła zepsutej zwierzyny” zachichotał w myślach kociak.
Kotka zwołała w końcu klan, czemu nadal przyglądał się zaciekawiony kocurek. Spojrzał, jak ponownie otworzyła pyszczek i westchnął cicho.
— Kopciuszku, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać... — przerwała, spoglądając na kociaka z nieco pogardliwym wyrazem pyska. — Majacząca Łapa — mruknęła w końcu, co spotkało się ze zdziwionymi sapnięciami ze strony niektórych klanowiczów. Sam świeży uczeń położył uszy po sobie nagle przerażony.
“Majacząca Łapa? Jak ja do jasnej zdobyczy mam mieć w tym klanie jakąś reputację! Pogrzało ich?” pomyślał oburzony, jeżąc lekko swoje futro.
— Twoim mentorem będzie Pajęcza Nić. Mam nadzieję, że Pajęcza Nić przekaże ci całą swoją wiedzę — miauknęła kotka, patrząc na wojowniczkę.
Kocur zaczął się rozglądać dookoła za swoim nowym mentorem i zjeżył futro, gdy już się zorientował. Jego mentorem…była kotka. Miała szylkretowe futro i pół pyska oznaczonego bielą. Wyglądała, jakby podczas ceremonii była obecna tylko ciałem. Kotka. Oczywiście. Złoty już wiedział, że ją znienawidzi.
“Jasny gwint, przecież ona niczego mnie nie nauczy" pomyślał i już miał ochotę rzucić się z klifu, ale postura kotki wydawała się mu też w jakiś sposób ciekawa. Postanowił, więc jak na razie zostać. Jeśli coś się stanie, zawsze będzie mógł zacząć szydzić z kotki. Chyba że to ona będzie szybsza, ale już jego w tym głowa, aby nigdy do tego nie dopuścić.
— Pajęcza Nicio, jesteś gotowa do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałaś od swojej mentorki Postrzępionego Mrozu doskonałe szkolenie i pokazałeś swoją szybkość i dumę. Będziesz mentorem Majaczącej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzą — miauknęła, rzucając jeszcze wzrokiem na oboje.
“Co za okropna ceremonia. Odnoszę wrażenie, że pani Jaskółeczka mnie nie lubi” prychnął w myślach, liżąc się krótko po łapie. Zetknął się nosem z wojowniczką i przeszyło go nieco dziwne uczucie. Obrzydzenie zmieszane z nienaturalnym dla niego strachem. Odsunął się szybko i wytrzepał futro. Kiwnął głową w stronę kotki, ale nadal z tym samym wykrzywionym grymasem niezadowolenia. Usłyszał jeszcze klan wołający jego imię i nabył ogromnej ochoty zawyć żałośnie. Zamiast tego tylko przeklął pod nosem i ruszył w stronę wyjścia z obozu. Czekał na mentorkę tylko kilka odbić serca, jednak było to wystarczające, aby go zirytować.
— Oprowadź mnie — mruknął tylko, kopiąc kamyk, przez co odrobinę stracił równowagę i przez przypadek ustał na tę łapę, na którą nie powinien.
Zassał nerwowo powietrze.
— Klanie Gwiazdy! — zawył zdenerwowany. — Psia mać łapa! — dodał, zupełnie nie zwracając uwagi na swoją mentorkę stojącą zaraz obok.
Gdy już się uspokoił, spojrzał na szylkretkę z przymrużonymi powiekami.
— No co? — zapytał. — Chodź, nauczysz mnie czegoś. O ile coś potrafisz — dodał zmęczonym głosem.

<Pajęcza Nicio?>

[975 słów]

Od Poranku CD. Gołąbka

*Wszystko dzieje się przed walką z bobrami*

– Rozmawiałem z siostrami – wyznał Poranek, wpatrując się gdzieś w dal. Na pysku siedzącego obok Derwisza pojawił się mały uśmiech.
– To wspaniale Poranku! – powiedział zadowolony samotnik, spoglądając co jakiś czas na rudego. – Jak się z tym czujesz? – zapytał.
– Dobrze – stwierdził Poranek, spuszczając głowę. – Brakowało mi tego. Trochę żałuję, że przez tyle czasu od nich uciekałem – mruknął cicho, jakby wstydził się własnych słów.
– Najważniejsze, że teraz już się nie boisz! Założę się, że one też za tobą tęskniły. W twoim zachowaniu widać głębokie przywiązanie do nich. Jednak pozwól, że zapytam... Rozmawiałeś z nimi o tym? – Derwisz wskazał jego łapę. Rudy zamilkł na chwilę. Po co miał z nimi o tym rozmawiać? Już wystarczyło, że co jakiś czas gdy uciekał z obozu, trafiał tu na starszego samotnika, tak jak było i tym razem. I chociaż Poranek doceniał chęć pomocy uzdrowiciela, czasem część niego wciąż chciała się buntować, mimo wiedzy na temat oddziaływań rozmów z Derwiszem na jego własne życie. W końcu nie tylko on zwrócił uwagę, że nie jest tak wycofany jak był jeszcze parę księżycy temu. – Rozumiem to za zaprzeczenie? – głos Derwisza przywrócił go do rzeczywistości.
– Nie rozmawiałem – wyznał w końcu Chwast. – Nie rozumiem, w czym to ma pomóc – stwierdził i spojrzał na siedzącego obok samotnika, wbijając w niego swoje spojrzenie.
– Rozumiem, że chcesz chronić swoje siostry, jednak nie mówiąc im całej prawdy, zawsze możesz je stresować. One naprawdę się o ciebie martwią Poranku i chcą ci pomóc, jak tylko mogą. Myślę, że jeśli powiesz im, jak się czujesz i wyjaśnisz sytuację, która była źródłem twoich konfliktów z nimi, pomoże to i tobie i im – wyjaśnił samotnik. Ciepły uśmiech pojawił się na jego pysku, jakby chciał przekonać Chwasta do swoich słów. Ten za to tylko kiwnął głową.
 
***
 
Myślał jeszcze nad słowami Derwisza, wchodząc do obozu. Może miał rację? Może Chwast powinien porozmawiać z siostrami i wyjaśnić im całą sytuację? Przecież zasługują na prawdę, chociaż była ona straszna. Zanim jednak podjął decyzję, jego uwagę przykuł kamyczek, leżący na jego posłaniu. Po dłuższej chwili rudy mógł nawet powiedzieć, że wygląda on jak listek. Mały, błyszczący, kamienny listek. Poranek podszedł trochę bliżej, nachylając się nad znaleziskiem. Nie było ono tak piękne jak chwasty, jednak i tak było dość ładne. I na pewno wyjątkowe, w końcu nie często udaje się znaleźć taki kamień. Kogokolwiek było, na pewno nie należało do Poranku, który to zbierał tylko chwasty, a na pewno musiało do kogoś należeć, ponieważ tak samo z siebie nie mogło pojawić się akurat na posłaniu rudego uzdrowiciela. Z tego też powodu kocur zrobił w swojej głowie małą listę, a dokładniej listę kotów, które mógłby zostawić taki kamyczek, akurat w tym miejscu. Policzył każdego z uzdrowicieli, ale również swoje siostry. Przecież mógł to być swego rodzaju prezent od nich, jednak wątpił w to. Pszczółka zazwyczaj nie robiła prezentów, a Mgiełka przyszłaby osobiście. Mimo to postanowił sprawdzić każdą możliwość. Nikt nie chciałby zgubić takiego ładnego kamiennego listka.
 
***
 
Cierpliwie czekał na Gołąbka, z małym kamiennym listkiem położonym dokładnie przed nim. Jego małe grono "oskarżonych" powoli się zmniejszyło, dlatego przyszła pora o spytanie młodego Gołąbka, który, patrząc na pozostałych podejrzanych, miał z nim największy kontakt. Dlatego, gdy tylko uczeń przekroczył próg lecznicy, spotkał się z przeszywającym wzrokiem swojego mentora, wyglądającego trochę jak sędzia, mający skazać podejrzanego za zgubę kamiennego listka.
– Czy to ty położyłeś to na moim legowisku? – zapytał, dokładnie obserwując Gołąbka.

<Młody Gołąbku?>
[552 słów]

Od Zwęglonej Łapy (Zwęglonej Kukułki) Do Brukselkowej Zadry

Pora nagich drzew powoli dobiegała końca, jednak mroźne powietrze z rana nadal było obecne, szczypiąc w uszy i nos Wilczaków, które postanowiły tak wcześnie opuścić w miarę ciepłe legowiska. Do tych kotów należała między innymi Zwęglona Łapa wraz ze swoim mentorem Swoim Zmierzchem. Poranne wyjścia wraz ze wschodem słońca stały się nieodłączną częścią dnia ich dwójki, była to ich rutyna, niezmienna, nawet kiedy warunki atmosferyczne nie były najlepsze i każdy wolałby pozostać w obozie, by mieć blisko bezpiecznych legowisk. Jednak ta opcja nie wchodziła w grę u tych Wilczaków, szczególnie u dymnej młódki, dla której te wyjścia były czymś, co pozwalało jej przygotować się psychicznie na kolejny dzień w klanie — tylko wtedy umysł uczennicy był spokojny niczym niezmącona tafla wody na jeziorze. Wtedy miała wrażenie, że wszelkie troski ciążące na barkach jej nie dotyczą i są czymś odległym, zbyt nie namacalnym, by mogła je odczuć. Spokojny wojownik również zdawał się czerpać pełną garścią z tych wspólnych wyjść. Może i panowała między nimi cisza, dla niektórych zbyt ciężka, by dłużej ją wytrzymać, lecz ich dwójce to nie przeszkadzało.
— Zwęglona Łapo. — Niski i opanowany głos Sowiego Zmierzchu rozbrzmiał między cichym świstem wiatru a dźwiękiem ich łap uderzających o ściółkę leśną. — Uważam, że nadszedł czas, byś mogła się ubiegać o rangę wojownika — kontynuował ze spokojem, czego nie można było powiedzieć o rozszalałym sercu szylkretki, które zdawało się zaraz wyskoczyć z jej piersi.
— J-ja… — mruknęła, a jej głos zaczął się łamać. — Ja sama nie wiem, czy jestem gotowa… — wyjaśniła, spuszczając wzrok na własne łapy. Nie chodziło jej o to, że nie wierzyła w zdolności liliowego do przekazywania wiedzy, lecz żółtooka nie była pewna tych swoich. Jej pewność siebie nadal nie była wystarczająca, by uwierzyć, że podoła walce.
— Jesteś, musisz tylko w siebie uwierzyć. Gdybyś nie była gotowa, to by Ci tego teraz nie mówił — odparł starszy, spoglądając na uczennice z lekkim uśmiechem na pysku.

«★»

Kiedy tylko wrócili do obozu, wojownik udał się do legowiska Zalotnej Gwiazdy, zapewne, by przekazać, iż Zwęglona Łapa jest gotowa do pojedynku przed całym klanem, by udowodnić, że zasługuje na nową rangę. Sama świadomość tego, że miałoby się odbyć przed wszystkimi Wilczakami, sprawiała, że młódkę ogarniał paraliżujący strach. Z tego też powodu stała niemal na środku obozu niczym posąg, mając wzrok utkwiony w wejściu do legowiska liderki, gdzie chwilę wcześniej zniknął jej mentor.
— Zwęglona Łapo? — Nieco zmartwiony głos rozbrzmiał tuż obok. — Coś się stało?
Szylkretka dopiero po chwili skierowała swoje przerażona spojrzenie na przybraną matkę. Brukselkowa Zadra zawsze ją wspierała, uspokajała, kiedy do głosu dochodziły jej absurdalne obawy. Kotka była tuż obok, gdy Węgiel potrzebowała jej najbardziej, niczym prawdziwa rodzicielka.
— Sowi Zmierzch powiedział, że jestem gotowa, by zawalczyć o rangę wojownika… — przyznała młódka, czując, jak puszysty ogon wojowniczki muska ją po szylkretowym boku.
— Nie masz się czym martwić kochanie. Będę tuż obok — wymruczała starsza, na co dymna przylgnęła do niej.

«★»

Głos Zalotnej Gwiazdy niósł się przez cały obóz, a każdy wojownik przebywający w nim, przerwał dotychczasowe czynności i chwilę później porzucić je na rzecz powstającego zbiorowiska przed ściętym pniem, będącym miejsce przemówień liderów. Najdłużej zbierała się do tego żółtooka znajdka, która ruszyła dopiero z miejsca, kiedy natknęła się na zielone ślepia Sowiego Zmierzchu. Wojownik zatrzymał się, w oczekiwaniu aż jego podopieczna dołączy do niego i razem udadzą się do zgromadzenia przy pniu, na którym czekała liderka. Dymna przełknęła głośno ślinę wraz z gulą, która zdążyła powstawać w jej gardle, by wykonać parę kroków w stronę pręgowanego i wraz z nim skierować się do zbiorowiska Wilczaków.
— Zwęglona Łapo, Twój mentor uważa, że jesteś gotowa, by zostać wojownikiem Klanu Wilka. By sprawdzić słuszność jego słów, odbędziesz walkę ze Sowim Zmierzchem. — Głos Zalotnej Gwiazdy był chłodny w odczuciu młódki, lecz starała się nie okazywać tego, jak bardzo zestresowały ją słowa starszej. — Jeśli wygrasz, otrzymasz nowe imię i zostaniesz pełnoprawnym wojownikiem, jednak jeśli przegrasz, będziesz kontynuować naukę jako uczeń.
Uczennica jedynie skinęła głową i po chwili stanęła naprzeciwko swojego mentora, z którym miała zawalczyć o awans w klanowej hierarchii. Nie raz miała możliwość stanąć przeciwko pręgowanemu, lecz co innego były treningi, na których dopiero się wszystkiego uczyła lub szlifowała zdobyte umiejętności, a co innego stanięcie z nim do pojedynku, mający się rozegrać na oczach całego klanu. Nie chciała zostać pośmiewiskiem Wilczaków, którzy będą się na niej wyładowywać z powodu gorszego dnia lub niepowodzenia. Determinacja powoli zaczynała dominować nad strachem i obawami — nie zamierzała zawieść Brukselkowej Zadry, Kryształowej Łapy, siebie i Sowiego Zmierzchu. Miała zamiar udowodnić każdemu, że ów wojownik był najlepszym nauczycielem, jaki mógł zostać jej przydzielony.
Walka nie trwała długo o dziwo, a każdy ruch młódki był dokładnie przemyślany wraz z uwzględnieniem marginesu błędu i możliwymi scenariuszami, jak każdy atak lub obrona mogły się zakończyć. Z racji różnicy w rozmiarach, miała niewielką przewagę nad liliowym ze względu na swoją jeszcze drobną budowę, przez co walka z jej strony opierała się głównie na unikach i silnych, jednorazowych atak w odpowiednim momencie. Dzięki treningom z kocurem nabrała tężyzny, przez którą była porównywana do rudej siostry Gwiazdnicowego Blasku. Węgiel niedane było nigdy poznać Zaćmiony Horyzont, lecz cętkowana kotka lubiła opowiadać o swoim rodzeństwie swoim przybranym siostrom.
Kiedy tylko walka dobiegła końca, głos zabrała Zalotna Gwiazda:
— Ja, Zalotna Gwiazda, przywódca Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. Zwęglona Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam.
— Mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Zwęglona Łapo, od tej pory będziesz znana jako Zwęglona Kukułka. Klan ceni twoje oddanie i siłę, oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Wilka.
Po chwili rozległy się gromkie okrzyki Wilczaków, które powtarzały ciągle nowe imię dymnej. W końcu jednak koty zaczęły się rozchodzić, kiedy ekscytacja walki nowo mianowanej minęła, by wrócić do wcześniejszych czynności, które zostały przerwane przez głos liderki. Jedynymi kotami, które pozostały były Brukselkowa Zadra, Gwiazdnicowy Blask i Kryształowa Łapa.

<Mamo, jesteś ze mnie dumna?>
[985 słów]

29 kwietnia 2026

Od Zwęglonej Łapy CD. Nocnej Łapy (Nocnego Śpiewaka)

Koniec poprzedniego sezonu, pory opadających liści

Los chyba lubił jej się śmiać prosto w pysk, biorąc pod uwagę, jakie miała szczęście, co do ilości spotkać z Nocną Łapą w ciągu jednego dnia. Niby to nic wielkiego, w końcu są w jednym klanie, więc prędzej czy później i tak, by na siebie wpadli, jednak jakie jest prawdopodobieństwo, aby później mieli wspólny patrol? Przez pewien czas myśli te zaprzątały głowę szylkretki w czasie ich wspólnego wyjścia. W końcu jednak dała sobie z tym spokój, nie chcąc się doszukiwać czegoś więcej w zwykłym przypadkowym wpadnięciu na siebie w obozie.
Większość drogi spokojnie kroczyła z ciemnym kocurem za dwójką mentorów, którzy rozmawiali nieco przyciszonymi głosami, jakby treść ich konwersacji nie była przeznaczona dla uszu młodszych. Zwęglona Łapa nie próbowała nawet wytężać słuchu, by z ciekawości podsłuchać fragment wymiany zdań pomiędzy wojownikami — cieszyła się z panującej względnej ciszy pomiędzy ich czwórką. Jedyne, co docierało do jej uszu to dźwięki, które wydawał otaczających ich las, jakby oddychał w swoim własnym, spokojnym rytmie. Był on niezwykle kojący i wyciszający czasem za bardzo rozpędzone myśli młódki, choć zdarzało się, że to ona je napędzała jeszcze bardziej przez swoją nieufność wobec innych, obawy i podejrzenia co do zamiarów pobratymców. Zawsze doszukiwała się drugiego dna w słowach, tonie, barwie głosu, mimice czy mowie innych części ciała u Wilczaków — wyglądało to nieco na paranoję, a w zasadzie zaczynało się to nią stawać, czego nie była w stanie dostrzec. Dlatego też zawsze, gdy opuszczała raczej tłoczny obóz, czuła, jak jej ciało od razu się rozluźnia, pozwalając, by przemawiał przez nią oddech otaczającego lasu.
Błogi spokój został jednak w pewnym momencie przerwany przez nieco przeszywający wzrok Nocnej Łapy, który kroczył tuż obok. Wcześniejszy spokój ustąpił ponownemu napięciu i obawom — czyżby chciał ją za coś skrytykować, a może doszukiwał się jakichś słabości w niej, by później to wykorzystać na swoją korzyść? Z każdym kolejnym pytanie, wyrażającym obawę, jej serce przyspieszało, zaczynając nieprzyjemnie obijać się o żebra, budujące jej klatkę piersiową. W duchu modliła się do Gwiezdnych, by zabrali ją z zasięgu wzrok starszego, aby pomarańczowe ślepia kocura już nie były skupione w pełni na niej.
Po paru krokach uciążliwe uczucie bycia obserwowaną zniknęło, więc modły do Przodków musiały zadziałać. Szylkretka mimowolnie odetchnęła z ulgą, nie przejmując się zbytnio tym, że Nocna Łapa mógłby to zauważyć — dopóki nie przyglądał się jej tak intensywnie, jak chwilę temu, to będzie wszystko dobrze. Na szczęście dalsza część patrolu przebiegała spokojnie i nad wyraz długo, gdyż do obozu wrócili, dopiero kiedy słońce zdążyło już się schować za linią horyzontu tworzoną przez wierzchołki drzew. Uczennica nawet nie wiedziała jakim cudem nadal brnie do przodu, choć jej łapy zdawały się jasno wysyłać sygnały, że wystarczy wędrówek na najbliższe dni. Mimo to nic oprócz wolniejszego tempa marszu nie wskazywało na to, by dymna skarżyła się na jakiekolwiek dolegliwości — była typem kota, który swój ból nosi głęboko w sobie i przeżywa go w samotności, jakby jakakolwiek oznaka okazania go publicznie była czymś niewybaczalnym, czy śmiertelnym zagrożeniem.
Tuż przed legowiskiem uczniów, Tropiąca Łaska udzieliła drobnej przypominającej reprymendy, której świadkami była Zwęglona Łapa ze swoim mentorem. Niewielki i chwilowy uśmiech wkradł się na jej biały pysk, kiedy słuchała krótkiej wymiany zdań pomiędzy wojowniczką i jej uczniem. Może źle wcześniej oceniła Nocną Łapę i kocur wcale nie jest zagrożenie, za jakie go bierze?
— Zwęglona Łapo — zaczął liliowy, na co młódka od razu skierowała na niego spojrzenie. — Wraz z Tropiącą Łaską ustaliłem, że jutro odbędziecie wspólny trening. Obojgu wam wyjdzie to na dobre, szczególnie tobie — wyjaśnił starszy, a następnie nie czekając na odpowiedź młodszej, oddalił się za czekoladową, życząc przy tym dobrej nocy.
— Dobrze… — mruknęła cicho, choć wojownik i tak nie mógł jej usłyszeć. — Nie idziesz spać? — spytała nieco głośniej, kierując te słowa do Nocnej Łapy, który usiadł w miejscu, gdzie dotychczas stał, zamiast skierować się do legowiska uczniów na odpoczynek po całym dniu.
— Jeszcze nie… jeszcze chwila — odpowiedział, na co skierowała wzrok na nocny firmament nad ich głowami, będący obecnie pod obserwacją kocura.
— No dobra… — odparła, wzruszając ramionami i z cichym ziewnięciem skierowała się do legowiska, w którym po chwili zniknęła.
Przez to wszystko, co dziś się wydarzyło, kompletnie zapomniała o siostrze. Z drobną obawą od razu skierował swój wzrok w jej kierunku, a kiedy upewniła się, że na jej jasnej sierści czy też ciele nie ma żadnych niepokojących oznak, odetchnęła z ulgą. Może i była nieco nazbyt przewrażliwiona na punkcie ochrony swojej siostry, jednak Węgiel nie chciała, by ta zbyt szybko straciła swoje pokłady optymizmu i energii, które kontrastowały w obecności cichszej siostry. Były niczym dzień i noc, słońce i księżyc, dźwięk i cisza — dwa przeciwieństwa, które bez siebie nie miały prawa bytu na tym świecie. Z ciężkim westchnięcie, będące oznaką zmęczenia po całym dniu, pełnym wrażeń, ułożyła się na swoim posłaniu, które wyjątkowo blisko było tego należącego do Kryształowej Łapy. Żółtookiej nigdy to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, dźwięk powolnego oddechu niebieskiej i ciepła bijącego od niej było czymś, co Węgiel potrzebowała do zaśnięcia — a bardziej świadomość, że kolejny dzień minął, a jej siostra jest cała i zdrowa.
Szylkretka nie należała do grona kotów, które lubują się w długim spaniu, także już wraz z pierwszymi nieśmiałymi promieniami słońca, przebijającymi się przez barierę liści nad głowami uczniów, zaczęła się przebudzać. Jej poranna rutyna raczej nie była jedną z tych dłuższych, ot co sprawdzenie, czy Kryształowa Łapa nadal śpi, względne ułożenie zmierzwionego futra po przespanej nocy i drobne rozciąganie, by rozruszać ciało. Tym razem czynności te zostały zaburzone przez obecność dwóch czarnych piór przy posłaniu uczennicy, która była pewna, że tych nie było, gdy wróciła o późnej porze i kiedy odbywała w błogi sen.
Zaskoczona znaleziskami, zamrugała kilka razy, jakby sprawdzając, czy z kolejnym ruchem powiek pióra niespodziewanie znikną, utwierdzając ją w podejrzeniach, że to oczy z umysłem płatają jej jakiegoś nieśmiesznego figla z rana. Jednak ku zdziwieniu uczennicy pióra nadal leżały w dotychczasowym miejscu, na co ta zmrużyła nieco oczy, próbując odgadnąć, kto jej tu zostawił. Dopiero po chwili ją olśniło, że takie pióra przecież widziała wczoraj u Nocnej Łapy — jednak czemu teraz znajdowały się przy jej legowisku, a nie wplecione w futro starszego? Nie chcąc, by doszło do jakiegoś nieporozumienia, delikatnie chwyciła je w zęby, a następnie bezszelestnie przemknęła między śpiącymi uczniami, by dotrzeć do tego jednego i odłożyć jego własność przy posłaniu, na którym obecnie spokojnie spał.
Po tym kotka opuściła legowisko, by przywitać się ze Swoim Zmierzchem, który już na nią czekał. Ich poranne wyjścia z obozu stały się ich wspólną rutyną, którą wytworzyli w ciągu ostatnich księżyców, kiedy to liliowy szkolił Zwęgloną Łapę na przyszłą wojowniczkę Klanu Wilka. Choć przed nią samą jeszcze trochę daleka droga nim będzie mogła stanąć do walki o nowy tytuł.

<Nocna Łapo? Chyba nie do końca ktoś zrozumiał przekaz tych piór>
[1103 słowa]