BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

23 lipca 2026

Od Koszmaru

Stało się, nowe życie wyszło na świat – a raczej życia. Tymi nowymi istotami byli Iglak, Koszmar oraz Zamroczka. Szary, nakrapiany kocurek o niebieskich niczym zbity lód oczach przez pierwsze trzy tygodnie po prostu egzystował. Jadł, płakał, spał, budził się, kwilił, jadł, płakał i tak w kółko. Jednak po tym okresie on i reszta rodzeństwa nabrali świadomości. Zaczęli widzieć, słyszeć, a nawet chodzić. Mówić również, choć na początku, u kocurka można było tylko usłyszeć “mama”, “jeść”, “chcę kość udową”, w skrócie normalne pierwsze słowa niemowlęcia. Od kiedy nabrał świadomości, postawił sobie jeden cel, a raczej dwa: sprawić, by matka i babcia byli z niego dumni oraz by dorównać matkom w hierarchii. I jeszcze zostaniem najstraszniejszym kotem w lesie, ale to poboczna misja. Co do straszenia, to kocur uwielbiał zaskakiwać innych. Najczęściej siedział w ciemnym kącie czy w krzaku i wyskakiwał przed nosem innego kota. Najczęściej go to nie przerażało, ale Koszmar wierzył, że mu się kiedyś uda kogoś przestraszyć. Lubił też patrzeć na inne koty, na ich ruchy, mimikę, czy na to, co akurat jadły. Jego druga mama, Kocimiętkowy Wir, lubiła się z nim bawić, choć, gdy do żłobka przychodziła Ognikowa Słota, kocurek mówił, że to wczesny trening. Koszmar lubił w sobie dwa śmiesznie wystające kły, podobno wyglądał z nimi śmiesznie, ale kiedyś będą takie ogromne, że każdy kot, który na niego spojrzy, ucieknie w popłochu! Zobaczą, jakim wielkim wojownikiem się stanie…

Od Nura (Nurowej Łapy) CD. Żabiej Łapy (Żabiego Oka)

Przed mianowaniem

Kotka otrzepała się zaraz po jego pytaniu, na co kocur zmarszczył brwi.
– Pływałaś?
– Pływamy to my zawsze, żeby wyjść z obozu. Ja dzisiaj wspinałam się na drzewa. Z mokrą sierścią.
Nur przekrzywił głowę i zastanowił się. Czy wspinaczka na drzewa mogła być trudna? Nie wydawała się. Musiałeś polegać na swoich pazurkach i swojej sile. Tak przynajmniej mówiła mama…
– Och… To wydaje się proste…
– Jest proste, o ile nie ma się tyle sierści co ja. Jak jest mokra, to waży dużo więcej – Żabia Łapa westchnęła. – Nie jest to proste, ale nie jest to niemożliwe. Tobie pewnie będzie szło lepiej. Jesteś dobrze zbudowany, aczkolwiek pewnie posmakujesz tego, jak ciężka jest długa sierść, która przemokła do pełna! Dodatkowo jest strasznie zimno. Nic przyjemnego.
Nur skrzywił się na samą myśl. Jego sierść faktycznie już zaczęła być coraz dłuższa i czasami mu przeszkadzała. Bardziej nie podobała mu się wiadomość o pogodzie!
– Czyli dzisiaj nie wyjdziemy? – zapytał, niezadowolony.
– Możemy wyjść. Poćwiczyć coś. Jako namiestnik wiele spoczywa na Twoich młodych ramionach, co?
– No tak. Jestem teraz namiestnikiem – wypiął się dumnie. – Muszę znacznie więcej trenować, żeby być doskonałym!
– Prawda. Trzcinowy Szmerze? – Żabia Łapa zwróciła się do kocicy. Ta spojrzała na nią z uśmiechem. – Mogę zabrać Nura na chwilę na zewnątrz. Obiecuję, że nas nie umoczę
– Dobrze. Ale bądźcie ostrożni – oświadczyła mama kota. Kocurek uśmiechnął się do mamy i zaraz wraz z uczennicą wyszli ze żłobka.
– Zaraz będziesz uczniem, co nie? – przypomniała Żabka.
Rudy już odliczał dni. Czekał tylko, jak wraz z Łabądkiem wejdą przed Mandarynkową Gwiazdę, a ta nada im imiona uczniów. Zresztą, już rozmyślał o tym, jak będzie nazywał się jako wojownik. Nurowy Kieł. Albo Dumny Nur! Musiałby porozmawiać z liderką czy tak może…
– Tak – odpowiedział kociak.
– Jak myślisz. Kto będzie cię szkolił?
– Nie wiem – zastanowił się.
Widywał wojowników i w sumie… Nie do końca sądził, że ktokolwiek jest w stanie go dobrze szkolić. Sam chyba nauczyłby się więcej! Ale musiałby mieć kogoś, kto powiedziałby mu, czego właściwie musi się nauczyć…
– Myślisz, że moja mama mogłaby? – zerknął na Żabią Łapę. – Albo Pani Mandarynka?
– To byłby wielki zaszczyt. Chociaż nie wiem, czy chciałbyś, aby Twoja rodzina cię szkoliła.
– Dlaczego niby nie?
– Bo widzisz. Twoja mama cię kocha, nawet mocno. Pani Mandarynka też, w końcu dała wam specjalne oznaczenia. Jednak kiedy uczy się własną rodzinę, robi się to trochę inaczej. Osoba spoza rodziny przekaże ci inną wiedzę, nie będzie cię traktować jak kociaka, którego zna od zawsze.
Nur od razu zastanowił się nad tymi słowami. Może faktycznie Trzcinowy Szmer nie nauczyłaby go wszystkiego… A Mandarynkowa Gwiazda mogłaby go trzymać z daleka od niebezpieczeństw. Ostatecznie był jeszcze mały, a już pełnił tak ważną funkcję. Znaczy, właściwie nie pełnił funkcji namiestnika, tylko miał tytuł. Nie mógł jeszcze nic robić. Ale już niedługo!
– Może być różnie. Jak szkoli cię rodzina, to mogą szkolić cię za mocno, za długo, za szybko, bo chcą, abyś był, jak najlepszy, ale kończy się tym, że przestajesz kochać, to co robisz. A może być w drugą stronę, że będą cię trenować za słabo, a ty przecież chcesz być najlepszy?
– Tak, chcę! – kocur desperacko machnął ogonem. – Więc mama nie powinna mnie trenować?
– Powinna, nie powinna. Ja jestem tylko uczniem, nie ja to wybieram – odpowiedź uczennicy wcale nie spodobała się Nurowi. Brzmiała jak ucieczka. Ale nic nie powiedział, kiwnął tylko głową. – Ale jak będzie cię trenować bliska rodzina, to musisz pamiętać o moich słowach, okej? Nie daj się przepracować, bo odpoczynek pozwala ciału na regenerację i zebranie sił do ulepszania siebie. I nie pozwól, aby ktoś uczył cię za mało. Jesteś zdolnym kociakiem i jak się na ciebie patrzy, to się widzi wielkiego wojownika w przyszłości. Kogoś na kim można będzie polegać – mruknęła.
Kogoś na kim będzie można polegać… Tym właśnie chciał być dla królewskiego rodu! Nur usiadł, zastanawiając się. Może mógłby być kimś takim nawet dla całego Klanu Nocy? W sumie, jeśli byłby ważnym wojownikiem, to mógłby pilnować innych wojowników i uczniów… I wtedy może byłoby mniej tak nieudolnych wojowników!
– To co? Teraz polowanie? – z myśli wyrwała go Żabka. – Obiecałam twojej mamie, że się nie umoczymy, więc nici z pływania. Nur od razu wstał na łapy i uśmiechnął się.
– No dobra. Polowanie!
– Jak już będziesz uczniem i będziesz mógł wychodzić czasem sam, to zabiorę cię w najlepsze miejsce do polowania na karpie. I pokażę Ci najlepsze miejsca na czajenie się na króliki. Czasem można tam nawet zobaczyć sarny.
Kocurkowi zaświeciły się oczy na te słowa. Żabia Łapa naprawdę była najlepsza! Pokazywała mu wszystko, czego nie potrafił i chciała pokazać jeszcze więcej! Szkoda, że była uczniem. Może gdyby była trochę starsza, to ona by go trenowała!
– Obiecujesz?
– Oczywiście. A teraz pokaż mi, jak się skradasz. Tamten liść to nasza mysz!
Kocur od razu stanął w pozycji do skradania się, a kotka go poprawiła. Resztę popołudnia spędzili na ćwiczeniu jak dobrze się skradać.

Po mianowaniu Nura, przed mianowaniem Żabki

Nur został uczniem! Już nie był małym Nurem. Teraz był Nurową Łapą. I miał zamiar być jak najlepszym uczniem. A potem, jak najszybciej, zostać doskonałym wojownikiem. Musiał jednak najpierw przejść przez trening… Niestety. Liderka nawet nie chciała słuchać o opcji przyspieszonego mianowania. Może jeśli Nur się pospieszy z nauczeniem wszystkiego, co ważne to wtedy się zgodzi! A jak nie, to tylko sześć księżyców. Przynajmniej się jeszcze doszkoli. Musiał być przecież jak najlepszy! Jego mentorem został Szałwiowe Serce – książę. Oczywiście Nur był tym pochlebiany, ale kojarzył, że kocur nie miał najlepszej historii. Bał się, że może zrobił coś źle i dlatego dostał właśnie go. Tym bardziej że jego siostra dostała Błękitną Lagunę, zastępcę! Ale ona zawsze miała gadane… A może po prostu Szałwiowe Serce już odkupił swoje winy i był po prostu dobrym wojownikiem. Na tyle dobrym, aby poprowadzić Nura do zostania świetnym wojownikiem. Nadal trochę żałował, że to nie Żabka go prowadziła. Ta już wiedziała, co kocur potrafił no i nigdy mu nie umniejszała! Ale może nadal będzie mógł się z nią uczyć? Nie miał zamiaru się przestać z nią spotykać – na razie jako jedyna zwróciła jego większą uwagę. Można byłoby nawet powiedzieć, że kocur ją lubił, a przynajmniej darzył ją sympatią.
– Ćwiczyłem już polowanie i pływanie – powiedział do jego mentora, gdy ci spotkali się na trening.
– Oh, kiedy?
– Gdy byłem mały. Z Żabią Łapą.
Niebieski kiwnął głową, ale nadal nie wydawał się rozumieć. Nur już był zirytowany doborem mentora, ale nie mógł narzekać.
– Chciałbym zacząć od wspinaczki na drzewa.
– Dobrze… – koty wyszły z obozu, uważając oczywiście, aby lód pod nimi się nie załamał.
Przeszli do lasu, a tam kocur zaczął wspinać się na drzewa. Oczywiście słuchał swojego mentora, ale próbował też własnej drogi – tak, żeby było lepiej. Sam nie był pewien, ile tam spędzili czasu, ale zmęczenie, które odczuwał po treningu, było przyjemne.
– Jutro o tej samej godzinie? – zapytał się, gdy weszli do obozu.
– Jasne.
Nur uśmiechnął się szeroko i odszedł do zwierzyny. Był naprawdę głodny, zmęczony i obolały – ale to dobrze! To znaczyło, że trening był wystarczający. Przy skupie jedzenia zauważył Żabią Łapę i od razu do niej podszedł, gdy tylko wybrał sobie pyszną rybę.
– Żabia Łapo! Jestem już uczniem – wypiął dumnie pierś.
– Gratulacje, Nurowa Łapo – kotka uśmiechnęła się.
– Wspinałem się dziś na drzewa – zerknął gdzieś w bok. – Wcale nie jest takie ciężkie… Ale masz rację. Długa sierść jest ciężka i trochę przeszkadza.
– Jak nie będzie tyle śniegu, to będzie troszkę łatwiej – zaśmiała się kotka.
Nur pokiwał głową i ugryzł kawałek ryby. Oglądał innych wojowników i innych uczniów. Wszyscy byli tacy spokojni… Dlaczego? Dlaczego nie starali się być tylko coraz to lepsi? Skrzywił się i zerknął na Żabkę. Ona przynajmniej wiedziała, co znaczyło ciężka praca!
– Kiedy będziesz wojownikiem?
– Już niedługo.
Nur od razu się uśmiechnął. Żabka go słuchała i mu pomagała. A gdy będzie wojownikiem, będzie mogła go doszkalać! Albo przynajmniej pilnować, bo nie mógł sam wychodzić z obozu… Ale z nią będzie mógł! I wtedy będzie mógł trenować jeszcze więcej! A poza tym, według rudego, czarno srebrna kotka była najbliżej idealnego wojownika. Oczywiście nie tak idealnego, jakim będzie on w dorosłości, mu nikt nie dorówna. Ale to Żabka z wszystkich wojowników miała to, co inni powinni mieć. Gdy Nur będzie już duży i będzie mógł decydować o kotach bardziej, niż teraz, to właśnie takich wojowników będzie chciał – którzy dzielnie walczą za Klan Nocy, ale są ambitni nawet, wtedy gdy nie ma nic do roboty.
– A weźmiesz mnie wtedy na polowanie? – zapytał, zerkając na starszą uczennicę.

<Żabko?>
[1371 słów + wspinaczka na drzewa]

[27% + 5%]

Od Malutkiej (Truskawki)

Chyba wreszcie zrozumiała swoje imię!
Ciągłe tus – ca – cia, które wymawiali dwunożni, kiedykolwiek tylko biała przechodziła obok, coraz częściej brzmiało jak tru – sca – cia! To z kolei przerodziło się w pełni zrozumiałe Malutkiej słowo: Truskawka.
Nie wiedziała jeszcze, co ono oznacza, ale przecież imiona jej rodzeństwa i mamy, Luna, Nala, Riko, nie oznaczały niczego szczególnego. Były to jedynie słowa, pewnie wymyślone przez wyprostowanych.
Biała koteczka dumnie siedziała na swoim miękkim głazie. Tuż przed jej łapkami leżała Małpka. Obserwowała swoich dwunożnych, krzątających się nerwowo w największym pomieszczeniu. Jak zwykle rano szykowali się do wyjścia. Miała nadzieję, że zostawią uchylone okno, aby Malutka mogłaby wyjść na zewnątrz.
Ciekawiło ją to, czy w gniazdach tuż obok nie mieszkają jakieś koty. Wtedy przedstawiłaby im się już jako Truskawka.
Postanowiła, że gdy tylko ponownie spotka koty, którymi przedtem rozmawiała, powie im, że ma już imię! Bardzo chciała też przekazać tę radosną nowinę mamie, siostrze i bratu. Nie mogła się doczekać, aż zobaczy zadowolone miny na ich pyskach.
Wstała ze swojego posłania i zaczęła radośnie miauczeć. Po kolei otarła się o nogi każdego dwunożnego. Niech wiedzą, że koteczka jest im wdzięczna.
Choć to imię było dłuższe od imion jej rodzeństwa, Malutka uważała, że było bardzo ładne. W końcu było jej.
Tfu, jaka Malutka.
Przecież teraz miała już na imię Truskawka!

Od Malutkiej

Ostatnie dwie noce nie były dla Malutkiej przyjemne. Koteczka nie mogła spać. Cichutko przekręcała się z boku na bok, nauczona przez mamę, aby nie hałasować. Nie wiedziała, co było przyczyną jej bezsenności. Choć chciało jej się spać, ziewała, a oczka jej się kleiły, to jednak coś nie pozwalało jej położyć główki.
Może to, że kilka razy z rzędu śniła jej się rodzina. Odkąd została wybrana, nie myślała zbytnio o mamie i rodzeństwie. Teraz, jednak gdy była w nowym gnieździe już od księżyca, trudno było jej myśleć o czymkolwiek innym niż o bliskich.
Miała wrażenie, że jeśli nie będzie o nich myśleć codziennie, powoli zacznie zapominać rysy ich pyska, barwy ich głosów, a na końcu staną się dla niej jedynie białymi puchatymi kulkami bez twarzy. Przerażała ją ta myśl. Nie chciała zapomnieć, wiedziała jednak, że proces ten, nieważne jak powolny, jest nieuchronny i pewnego dnia koty, które były dla niej tak bliskie, staną się obce. Będzie znała jedynie ich imiona i kolor futra. Ich zapachy, ciepło, obecność… Tego wszystkiego już nie będzie.
Może to właśnie było przyczyną tego, że nie mogła spać. Za bardzo bała się, że ujrzy w śnie rozmazane twarze, zamiast pysków jej rodziny. Zresztą, jak jej rodzeństwo mogło teraz wyglądać? W końcu małe kocięta szybko rosną i się zmieniają.
Gdy już nie była w stanie walczyć z sennością, położyła głowę na łapkach. Zanim usnęła, w jej głowie pojawiła się jedna zwariowana myśl. Gdy śniegi się roztopią, a powietrze stanie się cieplejsze, będzie eksplorować miasto i poznawać nowe koty, aż w końcu odnajdzie rodzeństwo.
Nie wiedziała, skąd w niej taka tęsknota. W końcu wcale nie była z nimi aż tak blisko.
Byli jednak połączeni więzami krwi, a to znaczyło dużo więcej, niż wszystko inne.

Od Psianki CD. Kropli

Na moim pysku niemal od razu pojawił się szeroki uśmiech. Czułam, jak ciepło rozlewało się po całym ciele, zupełnie jakby promienie słońca przedzierały się przez korony drzew i ogrzewały mnie od środka. Nie spodziewałam się tego. Przyszłam tutaj po prostu porozmawiać z Kroplą, a tymczasem okazało się, że pamiętała mnie znacznie lepiej, niż przypuszczałam. Co więcej, naprawdę chciała, żebym do niej przychodziła.
Jeszcze przed chwilą wydawało mi się, że dla niej byłam jednym z wielu kociaków, którymi kiedyś się zajmowała. Teraz zrozumiałam, że tamta zabawa z mchem nie zniknęła wyłącznie z mojej pamięci. Ona również ją pamiętała. To sprawiło, że zaczęłam patrzeć na nią trochę inaczej. Nie tylko jak na spokojną, cichą stróżkę, która pomagała wszystkim dookoła, ale jak na kotkę, która zapamiętywała nawet drobne chwile i nosiła je w sobie przez bardzo długi czas.
Przez moment nie odpowiedziałam. Zamiast tego tylko patrzyłam na Kroplę, zastanawiając się, ile takich wspomnień jeszcze w sobie ukrywała. Zawsze wydawała mi się zamknięta w sobie, jakby między nią a resztą świata istniała niewidzialna ściana. Nie była niemiła. Wręcz przeciwnie. Zawsze pomagała, zawsze robiła wszystko, o co ją poproszono. Po prostu rzadko pozwalała komukolwiek zajrzeć głębiej. Może właśnie dlatego cieszyłam się, że teraz siedziałyśmy tutaj razem.
— Naprawdę? — zapytałam z wyraźnym ożywieniem. — To… bardzo chętnie.
Zaśmiałam się cicho, a mój ogon poruszył się energicznie za plecami. Sama myśl o tym, że po treningach mogłabym przychodzić do Kropli i opowiadać jej o wszystkim, czego nauczyłam się danego dnia, wydawała mi się niezwykle przyjemna. Nie każdy potrafił słuchać w taki sposób jak ona. Większość kotów albo od razu zaczynała mówić o sobie, albo udzielała rad, zanim druga strona zdążyła skończyć opowieść. Kropla po prostu słuchała. Uważnie. Tak, jakby każde słowo naprawdę miało znaczenie.
Dopiero teraz zaczęłam rozumieć, dlaczego jako kociak tak chętnie do niej lgnęłam. Wtedy nie potrafiłam tego nazwać. Po prostu wiedziałam, że obok niej dobrze się czułam. Teraz wiedziałam już dlaczego.
— I nie tylko wtedy, kiedy będę miała jakieś przygody. Mogę po prostu przyjść i trochę posiedzieć. Albo opowiedzieć ci o czymś ciekawym z treningu. Rohan ciągle pokazuje mi nowe rzeczy. Mam wrażenie, że za każdym razem, gdy wydaje mi się, że już coś rozumiem, okazuje się, że istnieje jeszcze drugie dno. Chyba właśnie to najbardziej lubię.
Na chwilę zamilkłam. Mój wzrok przesunął się po obozie, gdzie wojownicy wracali z patroli, uczniowie rozmawiali między sobą, a kilka starszych kotów leniwie wygrzewało się w promieniach słońca. Wszystko wyglądało zwyczajnie. Spokojnie. A jednak miałam wrażenie, że ta rozmowa zostanie ze mną na długo.
Zaczęłam zastanawiać się, ile razy Kropla siedziała sama, podczas gdy wokół niej przewijały się dziesiątki kotów. Wykonywała swoje obowiązki, pomagała wszystkim, ale czy ktoś naprawdę zatrzymywał się, żeby zapytać, jak ona się czuła? Sama przed chwilą powiedziała, że woli słuchać niż mówić. To piękne, ale jednocześnie trochę smutne. Bo jeśli wszyscy tylko opowiadają o sobie, kto wysłucha jej?
Spojrzałam na nią uważniej. Miała ten sam delikatny uśmiech, ale w jej oczach dostrzegałam coś więcej. Jakieś zmęczenie. Może tęsknotę. A może po prostu przyzwyczajenie do samotności.
— Ale… to działa też w drugą stronę — powiedziałam spokojnie, już bez wcześniejszego entuzjazmu. — Jeśli kiedyś ty będziesz chciała z kimś porozmawiać… albo zwyczajnie posiedzieć z kimś w ciszy… to też możesz mnie znaleźć — lekko przechyliłam głowę. — Wiem, że jestem jeszcze uczennicą i pewnie nie umiem pomagać tak dobrze, jak ty. Ale mogę słuchać. Naprawdę.
Przez chwilę zastanawiałam się nad własnymi słowami.
— Rohan mówi, że dobry zwiadowca musi najpierw nauczyć się słuchać lasu, zanim nauczy się go czytać. Myślę… że z kotami jest podobnie.
Na moment zapadła między nami przyjemna cisza. Nie była niezręczna. Wręcz przeciwnie. Czułam, że nie musiałam jej niczym wypełniać. To było dla mnie nowe doświadczenie. Zwykle cisza wydawała mi się czymś, co trzeba było jak najszybciej przerwać. Tym razem było inaczej.
Zerknęłam w stronę wyjścia z obozu. Za krzewami rozciągał się las, który każdego dnia poznawałam coraz lepiej. Jeszcze kilka księżyców temu wydawał mi się ogromny i trochę przerażający. Teraz budził przede wszystkim ciekawość. Chciałam wiedzieć o nim wszystko. Każdą ścieżkę, każdy zapach, każde miejsce, które omijały inne koty. Po chwili wróciłam spojrzeniem do Kropli.
— Wiesz… chyba trochę ci zazdroszczę. Nie dlatego, że jesteś stróżem, tylko dlatego, że potrafisz sprawić, że kot obok ciebie czuje się spokojny. Ty chyba nawet tego nie zauważasz. Jak byłam mała, zawsze wydawało mi się, że wszystko będzie dobrze, jeśli akurat ty byłaś w pobliżu. Nie dlatego, że byłaś najsilniejsza albo najgłośniejsza. Po prostu… byłaś. To chyba też jest pewnego rodzaju talent.
Przez chwilę patrzyłam na ziemię przed swoimi łapami, delikatnie przesuwając pazurem po miękkim piasku.
— Czasami mam wrażenie, że wszyscy chcą być bohaterami. Wojownikami, którzy wygrywają bitwy. Zwiadowcami, którzy odnajdują ślady. Uzdrowicielami, którzy ratują życie. Ale mało kto myśli o tym, jak ważne są koty, przy których inni po prostu… czują się bezpiecznie.
Uśmiechnęłam się szerzej.
— Chyba właśnie taka jesteś.
Powoli podniosłam się z miejsca i przeciągnęłam leniwie, czując przyjemne rozluźnienie mięśni. Nie spieszyło mi się nigdzie. Gdyby nie obowiązki, mogłabym siedzieć tutaj jeszcze bardzo długo.
— Dziękuję ci. Za tamtą zabawę, kiedy byłam kociakiem. Za to, że mnie pamiętałaś. I za dzisiaj.
Po krótkim zawahaniu podeszłam bliżej i delikatnie musnęłam bark Kropli czubkiem nosa. Gest był krótki i nieśmiały, ale płynął prosto z serca.
— Obiecuję, że będę wpadała — zaśmiałam się cicho. — A kiedy w końcu nauczę się bezbłędnie rozpoznawać wszystkie tropy lisa, borsuka i kuny, przyjdę się tym pochwalić. Nawet jeśli Rohan uzna, że to nic wielkiego. Pewnie i tak znajdzie kolejne ślady, których jeszcze nie znam.
Spojrzałam jeszcze raz na Kroplę, czując, że ta rozmowa zmieniła coś między nami. Nie była już tylko stróżką, którą pamiętałam z dzieciństwa. Stała się kimś, do kogo naprawdę chciałam wracać. Kimś, komu chciałam opowiadać o swoich sukcesach, porażkach i wszystkim, co wydarzy się po drodze.
— Umowa? — zapytałam z ciepłym uśmiechem, wyciągając ku niej łapę w trochę dziecinny, ale całkowicie szczery sposób.

[967 słów]

[19%]

Od Malutkiej

Zostawili ją samą w gnieździe. SAMIUTKĄ!!! Była tym bardzo zasmucona. Nie słyszała żadnych dźwięków, oprócz tych generowanych przez siebie. Nie dane było jej nawet wyjść do ogrodu, gdyż wyprostowani szczelnie zamknęli wszystkie okna.
Nie miała co robić! Znaczy, zawsze mogła sobie wymyślić jakiś scenariusz, ale co to za frajda robić to w głowie? Wolała odgrywać swoje opowiadania na żywo! Poznawać innych, przeżywać niezapomniane przygody i wybierać się na wyprawy!
A tu nie. Nie dość, że nie mogła tego robić, to w dodatku nie było dwunożnych. Najwyraźniej była skazana sama na siebie.
Opuścili ją! Oni już zobaczą, że tak się nie robi. Niech no tylko wrócą. Ona będzie wtedy bardzo obrażona. Nie podbiegnie do drzwi się przywitać i będzie się dąsać cały dzień. Muszą zrozumieć, że jej nie wolno tak zostawiać!
Koteczka bardzo się bała. Nie chciała być sama w gnieździe. Z jakiegoś powodu zaczęły ją swędzieć łapy. Zerknęła ukradkiem na siedzisko dwunożnych. A gdyby tak rozszarpać jedną z poduszek? Wtedy może łapki nie świerzbiłyby tak mocno.
Nie, nie mogła. Mama powiedziała, że za to można trafić na ulicę. Malutka nie mogła aż tak ryzykować. Zamiast tego zaczęła iść w stronę swojego wiatraka.
Wtedy drzwi się otworzyły.
WRÓCILI!!!
Malutka natychmiast zapomniała o tym, że jest bardzo obrażona i podbiegła do dwunożnych. Zaczęła się o nich ocierać i mruczeć donośnie.
Miała tylko nadzieję, że to był ten jeden jedyny raz i że już jej nigdy więcej nie zostawią.

Od Malutkiej Do Promiennego Słońca

Wreszcie się doczekała! Znów na płocie jej gniazda siedział jakiś kot. A może kotka? Malutka nie wiedziała tego, będąc zamknięta w gnieździe.
Chyba inni upodobali sobie to miejsce, bo obcy znajdował się dokładnie tam, gdzie wcześniej byli Kobczyk i Monarch. Siedział tylko plecami do niej i wyglądał, jakby był bardzo zamyślony.
Tylko jak mogła się do niego dostać? Nie chciała znów się wygłupić jak przy Kobczyk, więc nie robiła scen przed przezroczystą ścianą. Zamiast tego podbiegła do młodej dwunożnej i zaczęła ocierać się o nogi złotowłosej, usiłując w jakiś sposób przekazać jej, że chce iść na zewnątrz.
Niestety Majka błędnie odczytała jej intencje, bo zamiast otworzyć przezroczyste drzwi, wsypała jej trochę granulek do miski, dolała wody, a jej tata zmienił koteczce piasek w kuwecie. Nikt jednak nie wpadł na pomysł, aby wypuścić białą na zewnątrz.
Malutka podbiegła do okna i wyjrzała przez nie. Obcy nadal tam był. Nie mogła stracić takiej okazji! Nie często widywała inne koty. Skoro już jakiś postanowił ją odwiedzić, to ona musiała go poznać!
Biała zaczęła delikatnie skrobać pazurkami w przezroczyste drzwi, choć według mamy miała tego nie robić nigdy, pod żadnym pozorem.
Wtedy dwunożni wreszcie zrozumieli, o co chodziło koteczce i je otworzyli.
Jupi!
Mała wystrzeliła i z prędkością błyskawicy podbiegła do płotu.
— CZEŚĆ!!! — zawołała w górę z szerokim uśmiechem. — Możemy pogadać? Zostaniemy przyjaciółmi?

<Promienne Słońce?>

Od Liliowej Pieśni do Mandarynkowej Gwiazdy

To był spokojny wieczór. Wiatr przestał szaleć w bez liściastych koronach drzew, a sam śnieg był bardziej znośny. Liliowa Pieśń myślała o zdarzeniach, które wydarzyły się niedawno. O borsuku, Świteziance i czekoladowej kocicy, która zabiła swoje młode. Ostatnio działo się dużo rzeczy. Walka z Pierzem, ślub Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici, wyznanie miłosne, a teraz to. Przez jej umysł przeleciała przepowiednia Różanej Woni i krwawa perła w jej łapach… czy tą perłą był Klan Nocy, czy Gąbczasta Perła? Gdy Mewi Puch zaginął, medyczka była cichsza niż zazwyczaj, miała wrażenie, że często się zawieszała, jej wzrok utkwiony był wtedy w przestrzeń, jakby o czymś myślała. Czyżby ona wiedziała coś o zaginięciu czarno-białego wojownika? A może otrzymała kolejny znak o przyszłości klanu?
Gdy tak rozmyślała, zauważyła Mandarynkową Gwiazdę wychodzącą z jej legowiska. Nigdy nie miała okazji porozmawiać z przywódczynią, więc liliowa podeszła do niej.
– Witaj, Mandarynkowa Gwiazdo – skłoniła się przed nią. – Jak ci dzień mija?
– Nawet dobrze, dziękuję – odpowiedziała.
– Niedługo w żłobku będzie pełno kociąt! Widok będzie miał sporo pracy.
– Zapewne – odpowiedziała bez jakiegoś większego zainteresowania.
– Mandarynkowa Gwiazdo, ostatnio dużo się dzieje w Klanie Nocy. Chciałam powiedzieć, że jeżeli będzie taka potrzeba, to jestem gotowa oddać swe życie za klan. Wiem, że się tutaj nie urodziłam, ale czuję, że do niego należę i będę walczyć o mój dom do ostatniej kropli krwi!

<Mandarynkowa Gwiazdo?>

Od Psianki CD. Borowika

Ledwo przekroczyłam wejście do obozu, a moje łapy wydawały się cięższe niż zwykle. Trening z Rohanem był długi i wymagający, ale jednocześnie dawał mi ogromną satysfakcję. Wciąż czułam na opuszkach łap szorstkość kory drzew, po których kazała mi się wspinać, a w nozdrzach mieszały się zapachy mchu, mokrej ziemi i śladów pozostawionych przez leśne zwierzęta. Mimo zmęczenia nie potrafiłam przestać o tym myśleć. Każdy dzień przynosił coś nowego i z każdym kolejnym wschodem słońca coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że zostanie zwiadowczynią, było najlepszą rzeczą, jaka mogła mnie spotkać.
Mimowolnie zaczęłam zastanawiać się, co w tej chwili robią Zew i Łza. Minęło już trochę czasu, odkąd opuścili Owocowy Las, a mimo to wciąż łapałam się na tym, że odruchowo rozglądałam się po obozie, jakbym spodziewała się zobaczyć ich znajome sylwetki. Dopiero po chwili przypominałam sobie, że przecież ich już tutaj nie było. Mieli nowe legowiska, nowych opiekunów i nowe obowiązki, podczas gdy ja nadal każdego ranka budziłam się w tym samym miejscu.
Próbowałam wyobrazić sobie ich życie w Klanie Burzy. Czy Zew wciąż był tak samo rozkojarzony i wpadał na wszystkich po drodze? Czy Łza zdążyła już zwrócić na siebie uwagę całego obozu, tak jak zawsze potrafiła? Mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem. Byłam niemal pewna, że tak właśnie było. Nie umiałam sobie wyobrazić miejsca, w którym Łza nie znalazłaby sposobu, żeby wszyscy wiedzieli o jej istnieniu.
Westchnęłam cicho, czując lekkie ukłucie tęsknoty. W dzieciństwie wydawało mi się czymś zupełnie naturalnym, że zawsze byli gdzieś obok. Nawet jeśli każde z nas zajmowało się czymś innym, wystarczyło odwrócić głowę, żeby zobaczyć rodzeństwo. Teraz między nami rozciągała się granica dwóch klanów. Wiedziałam, że sojusz nadal trwał i pewnie jeszcze kiedyś się zobaczymy, ale to nie było już to samo. Nie mogłam po prostu pobiec do Zewu, żeby pochwalić się nowym tropem, ani posłuchać kolejnych przechwałek Łzy.
Mimo wszystko miałam nadzieję, że byli szczęśliwi. Jeśli naprawdę odnaleźli swoje miejsce w Klanie Burzy, to właśnie tego im życzyłam. A kiedyś, przy następnym spotkaniu obu klanów, będę mogła opowiedzieć im o wszystkim, czego nauczyłam się jako zwiadowczyni. I może wtedy okaże się, że choć nasze ścieżki się rozeszły, nadal potrafimy rozmawiać ze sobą tak samo łatwo, jak wtedy, gdy jako kociaki ganialiśmy się po żłobku, udając, że cały świat należy tylko do nas.
Już miałam skierować się w stronę stosu świeżej zwierzyny, kiedy dostrzegłam znajomą sylwetkę siedzącą niemal na środku obozu. Borowik wyglądał, jakby czekał na coś… albo na kogoś. Dopiero gdy jego spojrzenie zatrzymało się na mnie, zrozumiałam, że tym kimś byłam ja. Przez krótką chwilę poczułam przyjemne zaskoczenie. Nie spodziewałam się, że ktoś będzie na mnie czekał tylko po to, żeby zamienić kilka słów.
Na moim pysku niemal od razu pojawił się szeroki uśmiech. Lubiłam Borowika. Był trochę… niezwykły. Nigdy nie wiedziałam, dokąd zaprowadzi go własny tok myślenia. Potrafił z całkowitą powagą rozważać istnienie niewidzialnych kotów, planować ucieczkę przed zupełnie nierealnymi katastrofami, a chwilę później opowiadać o zwiadowcach tak mądrze, że chłonęłam każde jego słowo. Czasami trudno było za nim nadążyć, ale chyba właśnie dlatego rozmowy z nim były tak ciekawe.
Podeszłam bliżej, słuchając jego gratulacji z wyraźnym skupieniem. Z każdym kolejnym słowem czułam, jak moje uszy unoszą się coraz wyżej. Dawniej pewnie od razu zaczęłabym opowiadać o sobie albo przechwalać się tym, czego już się nauczyłam. Tym razem jednak przede wszystkim zrobiło mi się zwyczajnie ciepło na sercu. Miło było usłyszeć, że ktoś zauważył moje starania i uważał, że naprawdę się do tego nadaję. Usiadłam naprzeciw niego, owijając ogon wokół łap.
— Dziękuję! Naprawdę bardzo się staram. Rohan mówi, że jeszcze popełniam sporo błędów, ale podobno szybko się uczę — na chwilę opuściłam wzrok na swoje łapy, przypominając sobie dzisiejszy trening. — Dzisiaj nawet mnie pochwaliła. Powiedziała, że zaczynam bardziej ufać nosowi niż oczom. A wcześniej… chyba ze trzy razy zgubiłam trop i byłam przekonana, że idę dobrze — zaśmiałam się cicho, trochę zawstydzona własnymi pomyłkami. — Uczyłyśmy się rozpoznawać tropy lisów. Na początku wydawało mi się, że wszystkie zapachy są takie same, ale później zaczęłam wyczuwać różnice. Lis pachnie zupełnie inaczej niż kot. Tak ostro… i trochę gryzie w nos. Rohan mówiła, że zwiadowca powinien umieć rozpoznać taki trop od razu, bo kiedyś może od tego zależeć bezpieczeństwo całego patrolu.
Na samą myśl o tym poczułam lekki dreszcz. Jeszcze niedawno byłam zwykłym kociakiem biegającym po żłobku, a teraz ktoś powierzał mi wiedzę, od której kiedyś mogło zależeć życie innych kotów. Brzmiało to trochę przerażająco, ale jeszcze bardziej motywowało mnie do dalszej nauki.
Rohan nie zamierzała jednak ułatwiać mi zadania. Kilka razy celowo prowadziła mnie przez miejsca pełne innych zapachów, gdzie trop niemal całkowicie zanikał. Byłam przekonana, że idę właściwą drogą, ale za każdym razem słyszałam spokojne pytanie, czy na pewno jestem pewna swojego wyboru. Dopiero wtedy orientowałam się, że znowu popełniłam błąd. Musiałam wracać, uspokajać oddech i jeszcze raz zaufać własnemu nosowi zamiast oczom. Dopiero za którymś razem udało mi się odnaleźć właściwy ślad, a Rohan pochwaliła mnie, mówiąc, że zaczynam rozumieć, na czym naprawdę polega tropienie.
Im więcej o tym opowiadałam, tym bardziej czułam, że naprawdę chcę być coraz lepsza. Każdy nowy trening uświadamiał mi, jak wiele jeszcze przede mną, ale zamiast mnie to zniechęcać, tylko bardziej motywowało do pracy.
— Dlatego… naprawdę chciałabym kiedyś potrenować też z tobą. Skoro jesteś zwiadowcą od tylu księżyców, to pewnie wiesz mnóstwo rzeczy, których jeszcze nawet nie zdążyłam zobaczyć. Może nauczyłbyś mnie czegoś, czego Rohan jeszcze nie pokazała?
Na samą myśl o wspólnym treningu ogon poruszył mi się z wyraźnym ożywieniem. Borowik był doświadczonym zwiadowcą i wiedział o tej roli znacznie więcej niż ja. Sam fakt, że uważał mnie za wartą wspólnego treningu, był dla mnie ogromnym wyróżnieniem.
Nagle przypomniała mi się nasza rozmowa sprzed wielu księżyców, jeszcze z czasów, gdy byłam małym kociakiem. Uśmiechnęłam się pod nosem na wspomnienie apokalipsy niewidzialnych kotów i wszystkich dziwnych planów, które zdążył wtedy wymyślić. Od tamtego dnia wielokrotnie rozglądałam się po lesie, zastanawiając się, czy przypadkiem naprawdę gdzieś się nie ukrywają. Oczywiście nigdy żadnego nie zobaczyłam… ale przecież właśnie na tym polegał problem. Skoro były niewidzialne, to może rzeczywiście gdzieś tam były.
— Wiesz… czasami nadal myślę o tych niewidzialnych kotach, o których mi kiedyś opowiadałeś. Nadal żadnego nie widziałam… ale chyba właśnie o to chodzi, prawda? — parsknęłam cichym śmiechem, wyobrażając sobie Borowika opracowującego kolejne plany ewakuacji przed katastrofami, które istniały chyba tylko w jego głowie. — Mam jednak nadzieję, że jeśli kiedyś naprawdę nadejdzie taka apokalipsa, to będziesz w pobliżu. Wymyśliłeś przecież tyle planów ucieczki, że na pewno któryś by zadziałał.
Ta myśl ponownie mnie rozbawiła. Borowik potrafił sprawić, że nawet najbardziej absurdalne rzeczy przez chwilę wydawały się całkiem możliwe. I chyba właśnie dlatego tak dobrze mi się z nim rozmawiało. Miał w sobie coś, co sprawiało, że świat wydawał się trochę większy, trochę ciekawszy i pełen rzeczy, o których większość kotów nawet nie pomyślałaby ani razu.

<Borowiku?>
[1124 słowa]

[22%]

Od Borowika CD. Monarcha Pierwszego

Obserwowałem niebieskiego, puchatego kota, przywłaszczającego sobie mój obiad.
Leżałem w pozycji łowieckiej przy ziemi, z uszami przyciśniętymi płasko do głowy, nie spuszczając z niego wzroku.
Zamrugałem.
Zupełnie nie miałem pojęcia co zrobić w takiej sytuacji. Samotnik? Tutaj? Nigdy wcześniej nie spotkałem samotnika. A już na pewno nie takiego, który polował na naszym terytorium. I na pewno nie takiego, który miałby tak niewiarygodnie puchaty ogonek…
– Uh… No… no ale to nasze jedzonko… Nie możesz sobie go ot, tak… – zacząłem powoli czołgać się przez śnieg w jego kierunku.
Kocur spojrzał na mnie z góry, unosząc jedną przednią łapę.
– A więc zdecydowałeś się na pojedynek, czyż nie? – spytał, unosząc jedną brew.
Zatrzymałem się przed nim, nadal nie podnosząc się z ziemi.
– Nie… nie no, przecież ci nie wyrwę z pyska… – mruknąłem niepewnie, patrząc w bok. – Wydajesz się… głodny dość. A nikt inny… dla ciebie chyba nie zapoluje. Dla mnie tak. Mam… mam nadzieję przynajmniej…
Niebieski opuścił łapę na ziemię, unosząc z kolei ogon do góry, przechylił głowę lekko na bok.
– Jesteś zatem… polującym? Polujesz dla twojego klanu?
– Um… no, powiedzmy. Jestem… zwiadowcą. Jestem Borowik. Ty to jak masz na imię?
Kot wyglądał, jakby tylko czekał na to pytanie. Zdawało mi się, jakby czekał na nie również wiatr, który nagle zawiał prosto w niebieskiego, majestatycznie poruszając jego futrem.
– Ja. Nazywam się Monarch Pierwszy.
– O. To… miło mi. Ładne… imię. Znaczy, że był też… jakiś Monarch Drugi…? Albo… po prostu Monarch?
Monarch Pierwszy zmarszczył brwi i rzucił mi wymowne spojrzenie.
– Nie. Nie, nie było. Po prostu… tak mam na imię.
– Aha – zerknąłem w bok. – Słuchaj, a… a może… nie wiem. No bo… nie możesz tego zjeść. Ani tu polować. Ale… możemy wybrać się nad rzekę. To całkiem blisko. I obok terenów niczyich. Mogę ci coś złowić w zamian… bo ja to nie chcę mieć kłopotów. Nie, nie – pokręciłem dynamicznie głową na boki. – Nie umiem pływać, ale… pływałem dwa razy. I nie umarłem. Znam teorię. Może… może być…?

<Monarchu?>