BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka i Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Miot w Owocowym Lesie!
(Brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 12 kwietnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

03 kwietnia 2026

Od Ognikowej Słoty do Tęgosza

Pora Opadających Liści przegoniła gorące promienie słońca, które przyprawiały starszych o bóle głowy. Ognikowa Słota bardzo lubiła wygrzewać się w przyjemnym blasku, uwielbiała wręcz wyłożyć się na nagrzanym kamieniu, korzystając jak najwięcej z dopisującej pogody... Niestety podczas takich upałów jak wtedy było to wręcz niebezpieczne, więc musiała sobie to odpuścić, przynajmniej na jakiś czas. Nie widziało jej się odwiedzać medyków, nie przepadała za nimi. Pozostał jej niesmak po Jarzębinowym Żarze. Ostatnio w Klanie Wilka stało się parę nowości, które niezwykle przyciągnęły jej uwagę – w szczególności fakt, że stała się ciocią. Nie mogła się doczekać, aż Tęgosz podrośnie i będzie mogła wreszcie się mu porządnie przedstawić, a także przedstawić wiarę, w jaką powinien wierzyć. Tak, jak jego rodzina. Ale… może wcale nie musiała czekać.
Zajrzała do żłobka z lekkim chytrym uśmieszkiem wymalowanym na mordce. Mały Tęgosz wylegiwał się spokojnie u boku karmicielki, spoglądając na ściany kociarni. Ognikowa Słota kiwnęła głową brązowookiej, jej wzrok mówił “ja się nim teraz zajmę, ty zajmij się swoimi”. Podeszła bliżej do kocurka. Rudy otworzył oczka szeroko, spozierając na nieznajomą. Wydawał się niezwykle grzeczny jak na kociaka, szylkretka nie chciała za bardzo patrzeć na Seradelę czy Garbatka, nie interesowały ją te kocięta, teraz najbardziej liczył się jej malutki bratanek. Nachyliła się nad kocurkiem, po czym jednym zwinnym ruchem chwyciła go delikatnie za skórę na karku. Kocię nie protestowało, jego ciałko stało się lekko wiotkie, jakby pogodził się z faktem, iż został podniesiony. Mistrzyni ułożyła się w jednym z legowisk, kładąc malucha u swoich łap. Oparła jego główkę o swoją poduszkę, drugą otulając jego ciałko.
— Kim pani jest? — zamrugał, przypatrując się Wilczaczce.
Brązowooka zamruczała, poprawiając śmiesznie ułożone futerko na jego czole.
— Jestem siostrą twojego taty, twoją ciocią. Nazywam się Ognikowa Słota i jestem mistrzynią Klanu Wilka, na pewno coś o mnie już słyszałeś — przedstawiła się, unosząc pyszczek lekko do góry z dumą, łapę kładąc na piersi i mrucząc z zadowoleniem. Powróciła spojrzeniem do młodziaka, nie czekając na odpowiedź z jego strony. Z pewnością słyszał, kto by jej nie znał! — Przyszłam z tobą porozmawiać. W końcu, jaka byłaby ze mnie ciocia, gdybym nie przyszła zobaczyć, jak się miewa mój kochany bratanek? — miauknęła, mrużąc lekko oczy. — Tęgoszu, czy twój tata opowiadał ci już o Mrocznej Puszczy? Jeśli nie, mamy do nadrobienia. Nic się nie martw, ja cię wszystkiego nauczę — zapewniła go, poruszając ogonem spokojnie. Nie był on pierwszym kociakiem, któremu przedstawiała tak sobie bliski i znany temat. W końcu Nocna Łapa czy nawet sama Kalinowy Powiew kiedyś wsłuchiwali się masę jej historii z uwagą, wierząc w nie – bo w końcu były prawdą, jedyną prawdą. Przejechała językiem parokrotnie po jego główce, jakby w formie uspokojenia go, jeśli tylko się zamartwiał lub stresował. Uwielbiała kocięta, szczególnie jeśli były to kocięta, w których pokładała wielkie nadzieje. Mimo że było to jej pierwsze spotkanie z rudym, już wiedziała, że będzie z niego porządny kot. W końcu był synem jej brata! Naturalnym więc, że musiał być najlepszy. Idealny. Cienista Zjawa z pewnością tego przypilnuje.
Kocię wtuliło się w jej puchate futro na piersi.
— Na pewno słyszałeś również o swojej babci, Zalotnej Gwieździe! Może kiedyś i ty zasiądziesz na jej miejscu, jako lider Klanu Wilka — wysunęła łapę przed siebie, wystawiając pazury. Szpony zalśniły w bladym blasku powoli chylącego się ku zachodowi słońca. Rzucało intensywnie pomarańczowo-żółte plamy na azyl. Przecięła nimi niewidzialny obiekt, aby dodać tej scenie dramaturgii.
Oczka kociaka zabłyszczały z ekscytacji. Zamruczał z wigorem, poruszając ogonkiem. Widocznie spodobała mu się ta wizja – a zresztą, komu by nie?
— Oczywiście, jeśli tylko byś chciał zajść tak daleko, musisz się starać. Musisz być ważny, pokazywać, że zasługujesz na tę rolę. Musisz robić więcej, niż każdy kot, wiecznie sprawiać, by twoja rodzina była z ciebie dumna. Byś był chwalony ponad wszystkich! Na razie, dopóki jesteś kociakiem, nie musisz robić z siebie nie wiadomo kogo, jedynie słuchać starszych. Ale ty nie sprawiasz problemów, z tego, co widzę — miauknęła pociesznie, wpatrując się w duże oczka bratanka. Oby za tym niebyciem problematycznym nie skrywał się tchórzliwy, niepewny charakter, a jedynie ciekawość i stonowane bycie sobą, bardziej chłodne podejście do rzeczywistości, pełne logicznych przemyśleń oraz pomysłów godnych przykładnego wojownika Klanu Wilka. Nie potrzebowali więcej kotów typu Cykoriowej Cykorii. — Zacznę więc od historii, którą powinien znać każdy kociak Klanu Wilka. Ułóż się wygodnie — poleciła mu, na co ten powiercił się parę uderzeń serca w jej łapach, wreszcie układając się w wybranej pozie. — Każdy porządny kot Klanu Wilka marzy o tym, żeby po śmierci trafić na Bezgwiezdną Ziemię. Jest to największy zaszczyt dla każdego z nas i podczas życia robimy wszystko to, co w naszej mocy, żeby otrzymać taką pochwałę, nagrodę. Aczkolwiek tylko nieliczni zasługują na to, aby w ogóle zagrzać tam miejsce. Jedynie koty ambitne, pełne dumy oraz takie, co osiągnęły wiele, tam trafiają. Takie, które poświęciły całe życie w wierze. Czuwają nad nami wszystkimi, układając nasz los i motywując do dalszego działania, wskazując odpowiednie ścieżki, jakimi mamy podążać. Tęgoszu, przyszedłeś na świat po to, żeby dawać przykład innym Wilczakom, wątpiącym w potęgę oraz nauczania Mrocznej Puszczy. Żeby nawracać tych, którzy zwątpili i powątpiewają, głupcy! Nie tolerujemy tych, którzy twierdzą, że Klan Gwiazdy to słuszna wiara. Są oni żałośni, słabi… nie zasługują na miejsce wśród kotów tak dumnych, jak my, Wilczacy. Wszelkich niewierzących należy nawracać, nawet i siłą, a do celu należy dążyć… nieważne co. Musisz być pewny siebie i wiedzieć, czego chcesz, bo inaczej ktoś ci to odbierze sprzed nosa przez twoje niezdecydowanie. Czas na ciebie nie będzie czekał, więc jeśli o czymś już zamarzysz, zgodnie z wolą naszych mrocznych przodków, dąż do celu i żyj zgodnie ze słowami niegdyś najsilniejszych kotów, którym dane było stąpać po tych ziemiach. Pamiętaj – odwaga znaczy więcej niż wszystko inne. Nie pozwól sobie na wąsy pluć kotom, które nigdy nic w życiu nie osiągną ani nie osiągnęły. Jeśli będziesz pewien siebie, będziesz robił to, na co inni nie mieli w sobie wystarczającej odwagi, będziesz godzien zauważenia. Jest to cecha idealnego lidera, nikt nie zakwestionuje zdania takiego kota, a więc co za tym idzie – będą wykonywać twoje rozkazy. Nie pozwól sobie nigdy na słabość, ponieważ, niczym wygłodniałe wrony, każdy to wykorzysta i to przeciwko tobie. Stracisz swoją dobrą reputację i odbudowanie jej, będzie bardzo, bardzo ciężkie — miauknęła poważnie, szczególny nacisk kładąc na “bardzo”. — Musisz zawsze być pewien, że to, co robisz, jest właściwe. Niech wątpliwości nigdy nie znajdą drogi do twojego umysłu! — dorzuciła jeszcze, a na mordce malucha wymalowane było zamyślenie. Czyżby to było zbyt wiele jak na pierwszą opowieść?

<Tęgoszu, bratanku nie zawiedź cioci>

Od Słodkiej (Słodkiej Łapy) CD. Borówkowej Słodyczy

Opowiadanie Borówkowej Słodyczy ze strony Słodkiej!

✩ ★ ✩ ★ ✩

— Pobawimy się w “wojownika i myszkę”? — zawołała Korzonek, a jej ogonek delikatnie zafalował na niewielkim, chłodnym powiewie wiatru, który jakoś przedarł się przez ściany żłobka. Początkowo z rozbawienia i zapewne ekscytacji, drgał tylko on, jednak po chwili cała drżała z ekscytacji na samą wieść o zabawie. Moja siostrzyczka przysiadła na tylnych łapkach, aby móc wyciągnąć jednocześnie przednie, jakby już czaiła się do skoku na mnie.
— Dobra… Ale teraz ja chcę być wojownikiem! — odparłam, nie mając zamiaru kolejny raz zostawać myszką.
Przyjęłam pozę, której zdążył nauczyć mnie wcześniej tata – dumnie wyprostowałam się, wypinając puszystą klatkę piersiową, jednocześnie przymrużając swe ślepka.
— Ale wiesz, że ja nie lubię być myszką! — zaprotestowała Korzonek, najwyraźniej niezbyt zachwycona moją odpowiedzią.
Nagle zobaczyłam za czekoladową szylkretką piękny krajobraz obozu w barwach Pory Nagich Drzew. Na wietrze tańcowały sosnowe igiełki i malutkie płatki śniegu, a gdzieś z oddali usłyszałyśmy dźwięk kruszonego lodu, wymieszanego z ciepłymi rozmowami między dorosłymi wojownikami. Potrząsnęłam główką, starając się ocucić i oderwać wzrok. Tak jak myślałam, Korzonek nadal zaopatrzona była w wyjście, wsłuchując się w to wszystko niczym w najpiękniejszą melodię graną na wietrze. Stwierdziłam, że niewykorzystanie takiej okazji na zaskoczenie jej byłoby wręcz grzechem! Podkradłam się do niej i znienacka wskoczyłam na plecy! Nasz śmiech przeszywał cały żłobek, a może i nawet teren poza nim! Ona jednak bardzo łatwo mnie zrzuciła, ponieważ była większa ode mnie. Może nie aż tak, jak Konwalia przy mnie, który wyglądał, jakby był moim starszym bratem z poprzedniego miotu, ale jednak. Stanęła nade mną, delikatnie przyciskając mnie do ziemi z tryumfalnym piskiem i zwycięstwem błyszczącym w oczach, na co ja z “obudzeniem” pacnęłam ją ogonem, po chwili jakoś się jej wyrywając. Zaczęliśmy turlać się razem po podłożu żłobka, raz po raz radośnie popiskując.
— Nie dam się tak łatwo! — mruknęłam ze śmiechem, kiedy czekotka znów próbowała zrobić to samo.
Ona jedynie wystawiła kiełki, które zalśniły w słońcu niczym pajęcza nić z kroplami rosy, kiedy nagle uderzyła mnie myśl, że to przecież ja miałam być wojowniczką tym razem! Podniosłam się, szybko odgarniając rozczochraną grzywkę.
— Mamuś! Korzonek oszukuje! — zapiszczałam, strosząc futerko i marszcząc nosek.
— Powinna była przede mną uciekać jak mysz! A ona walczy! To niesprawiedliwe, bo to ja jestem wojowniczką – nie ona!
Borówka jednak zareagowała uniesieniem brwi, jakby w ogóle nie brała tego na poważnie!
— Cóż, w takim razie żadna z was nie będzie wojowniczką! — miauknęła Borówkowa Słodycz z wyczuwalnym, udawanym surowym tonem.
Zanim zdążyłam to zarejestrować, biała bez ostrzeżenia rzuciła się w naszą stronę, mimo wszystko jednak zachowując pełną grację, jak na każdą dostojną mamusię przystało. Z niemałą ekscytacją głośno zapiszczałam razem z siostrą, rzucając się do ucieczki. Była w tym masa frajdy! Raz na jakiś czas wyczuwałam na ogonie, uszach czy nosie jej łapę bądź ogon, przez co tylko jeszcze bardziej chichotałam, z resztą – tak samo, jak moja siostrzyczka!
Nawet nie wiem kiedy, ale zabawa jakoś tak sama się skończyła. Borówkowa Słodycz sprawie nas wyczyściła z całego brudu, jaki udało nam się na sobie uzbierać, przy okazji samej się odświeżając. Z ciekawością migocącą w ślepkach oraz uszkami uniesionymi wysoko ku górze, podeszłam bliżej mamy.
— Mamo… A czemu częściej się z nami nie bawisz? — spytałam, siadając naprzeciwko, aby po chwili przekręcić główkę z zaciekawieniem.
Kotka wyglądała, jakby przez chwilę próbowała walczyć z nami, jednak poddała się i pod wpływem moich słów zaśmiała się, odpowiadając.
— Gdybyś zaciągnęła brata do zabawy, to myślę, że wcale nie byłabym wam potrzebna! — odparła, na co ja spojrzałam na braciszka.
— Pobawiłbyś się z nami, proooooszę! Tak rzadko to robisz…
Błękitne oczy kocura lśniły w świetle dnia, uważnie mnie obserwując. Zanim jednak on odpowiedział, usłyszałam zaspany głos siostry.
— Ja odpadam! Na Klan Gwiazdy, Słodka, niby jesteś najmniejsza z nas, a jednak masz najwięcej energii! Skąd ty ją bierzesz?!
Rzuciłam krótkie spojrzenie szylkretce, która leżała brzuchem na posłaniu, ze wszystkimi łapami rozłożonymi na każdą stronę. Westchnęła, po chwili głęboko ziewając. Odwróciłam się do Konwalii, próbując powstrzymać śmiech. On też wyglądał, jakby próbował walczyć z sennością, jednak ja szybko pękłam.
— Wyglądasz jak spłaszczona koto żaba! — zachichotałam, na co liliowy wreszcie mi odpowiedział.
— Słodka na trochę racji… — przyznał, strzepując ogonem.
— Tylko kolory trochę nie te — dodała Borówka, przyglądając się córce.
— No bo wy się po prostu nie znacie! — prychnęła z wielkim “oburzeniem” na naszą trójkę, odwracając trochę głowę.
To było zdecydowanie coś wartego zapamiętania, takie wspomnienia były zawsze najlepsze.
— Kocham was, moje skarby… Chodźcie tutaj — mruknęła Borówkowa Słodycz, na co ja od razu do niej podreptałam.
— My ciebie też mamusiu… — odpowiedziałam, wtulając się w jej miękkie futerko.
Ta zabawa była bardzo fajna, ale i wykańczająca, ponieważ sama też ziewnęłam. Poczułam ciepło pochodzące z ciałka mojego brata, siostry, oraz mamy, czując się bezpiecznie i spokojnie. Delikatnie oparłam się o nią głową, mając zamiar uciąć sobie drzemkę, najwyraźniej nie jako jedyna. Po niedługim czasie wszyscy zasnęliśmy wtuleni w siebie, z rytmicznie bijącymi sercami i wyrównanymi oddechami, czując się bezpiecznie w swoich objęciach.
Gdyby tak mogło zostać na zawsze…

Pora Nowych Liści

✩ ★ ✩ ★ ✩

Wartka rzeka nieprzerwanie mknęła przez tereny naszego kochanego Klanu Nocy, wzbijając swój zapach wszędzie naokoło siebie. Właśnie stałam nad jej brzegiem, wraz ze swoją mentorką – Świteziankowym Jeziorem – u boku.
— Słodka Łapo, zapewne jeszcze, kiedy byłaś kocięciem, przebywałaś w brodziku z wodą w obozie.
— Tak, oczywiście! Jak niemal każde kocię wychowane w Klanie Nocy, z tego, co się orientuję.
Gdzieś dalej para ryb wyskoczyła z wody, wzbijając się w górę tylko po to, aby uderzenie serca później znów wślizgnąć się w jej wir.
— Dziś nauczę cię pływać… To będzie trochę inne niż brodzenie w płytkiej cieczy obozowej, ale przyzwyczaisz się… Je-jeśli obędzie się bez kłód pod nogami, to nauczysz się jeszcze dzisiaj podstaw rybołownictwa.
Moje ślepia błysnęły z ekscytacji, a z pyszczka wyrwał się krótki pisk, też spowodowany moją ekscytacją. Już nie mogłam się doczekać!
— Od czego zaczynamy? — spytałam, próbując opanować buzujące emocje.
— Od teorii. Później przejdziemy do praktyki.
— Teorii? — zawtórowałam Świteziance, lekko przekręcając głowę na prawą stronę, jednocześnie odgarniając grzywkę, którą odziedziczyłam od nikogo innego, jak od mojej babci od strony taty, czyli Wężynowego Kła.
— Tak. Spójrz na rzekę… — szepnęła, samej także wsłuchując się w dźwięki, jakie z niej uchodziły. — Zdradź mi, co dostrzegasz.
Zrobiłam to, co kotka mówiła, abym zrobiła, patrząc wprost w taflę wody.
— Wiesz, czym jest nurt? — spytała kocica, a ja zaczęłam myśleć na głos.
— Nurt to… Część wody w rzece płynąca z największą prędkością? — powiedziałam niepewnie, wpatrując się w mentorkę.
— Dokładnie, Słodka Łapo. Wiesz jak określić, gdzie się znajduje, oraz dokąd płynie?
— Mhmmmm… — mruknęłam, znów zatapiając się w zastanowieniu.
— Chyba wiem jak sprawdzić… Mogę zamoczyć łapę?
— Tak — miauknęła wojowniczka, wstając.
Podeszłam bliżej strumienia, zatapiając łapkę w zimnej cieczy.
Dreszcz przeszył mój drobny kręgosłup, ale mimo odruchu nie cofnęłam się ani o mysi wąsik. Moją kończynę ciągnęło w stronę, po której stała pręguska.
— Nurt znajduje się praktycznie na środku z, ale jest bliżej tej strony, na której jesteśmy my, natomiast sam on płynie w tamtą stronę — wskazałam ogonem, delikatnie się uśmiechając.
— Dobrze. Teraz czas na praktykę.
Strzepnęła ogonem, a jedno z piór, które umościło się w jej ciemnej okrywie, lekko jakby zatrzepotało.
— Wejdziemy razem do wody, powoli i spokojnie.
Czarna zrobiła dwa kroki w przód, przednimi kończynami brodząc w wodzie. Podążyłam za nią, robiąc to samo. Nie znałam jej jakoś bardzo długo, ale ufałam jej, w sumie nawet nie do końca wiedząc dlaczego.
Kiedy tak wchodziliśmy razem, w głąb rzeki, zaczęłam luźniejszą rozmowę.
— Bardzo podoba mi się twoje imię… Myślisz, że jeśli kiedyś mnie mianują, Mandarynkowa Gwiazda nada mi takie ładne miano, jak twoje?
Kotka zatrzymała się i obdarowała mnie ciepłym spojrzeniem swoich złotych ślepi.
— Ja nie myślę… Jestem o tym przekonana.
Szeroko się uśmiechnęłam, a gdzieś nad nami zaskrzeczał ptak.
Świtezka odwzajemniła mój gest, nie w takim stopniu, ale i tak. A to bardzo wiele dla mnie znaczyło.
— Dziękuję, Świteziankowe Jezioro — mruknęłam, czując ciepło rozpływające się od środka.
— Nie ma za co, a teraz chodź, nauczymy cię pływania — odparła zwęglona, na co skinęłam jej energicznie głową, już nie mogąc się doczekać.

Tego samego dnia po treningu

✩ ★ ✩ ★ ✩

Podeszłam do Borówkowej Słodyczy, ze zmęczeniem malującym się na pyszczku.
— Cześć, kochanie, jak minął ci trening? — zagadnęła kocica, zgarniając dorodnego wróbla.
— Hejka mamo, trening był super! Dziś uczyłam się pływać i łowić ryby, a kiedy spytałam się Świteziankowego Jeziora, czemu jestem taka głodna, wyjaśniła mi, że woda wysysa z kota dużo energii, a to właśnie przecież jedzenie nam ją daje! Moja mentorka jest bardzo mądra… Nie zgadniesz, co zrobiła jedna ryba! Już miałam ją w łapkach, kiedy nagle wyślizgnęła mi się z uścisku, przywaliła mi z płetwy w pyszczek, po czym wróciła do wody! Szalone ryby atakują!

< Mamusiu? Dasz wiarę?! >

[1427 słów, trening wojownika + łowienie ryb + nauka pływania]

Od Szepczącej Hipnozy CD. Ćmiego Mżenia

Znów nie mogłem spać.
Wpatrywałem się więc w rzekę, w której odbijały się gwiazdy tańcujące wraz z księżycem na czystym nieboskłonie z nieodgadnionym wyrazem pyszczka. Mój mózg zasnuwały tysiące myśli, będących dla mnie niczym uporczywe, lepkie pajęcze nici. Od dawien dawna gnębiło mnie wiele kwestii, jednak były takie dwie szczególne, które nie dawały mi spać po nocach. Kwestia pierwsza. Za każdym razem, kiedy mówiłem o sobie (nieważne czy w myślach, czy na serio, wśród innych Nocniaków) w zasadzie cokolwiek, coś głęboko w środku mnie jakby kłuło. Przez wiele księżyców dochodziłem do tego, co to uczucie mogło oznaczać. Może chodziło o jakąś konkretną część mojego lub nawet nie tylko mojego postrzegania... samego siebie? Może tu chodziło o jakąś konkretną część mojego bytu? Podniosłem spojrzenie błękitnych ślepi na powoli ulatniającą się mgłę. Gdyby nie to, że liście zaczęły zmieniać swoje barwy, myślałbym, że cały ten czas mamy nieco wydłużoną Porę Zielonych Liści, która na koniec swego panowania postanowiłaby zelżeć. W legowisku przeznaczonym dla mnie i mojej byłej mentorki było spokojnie. Pani Pierzasta Kołysanka spokojnie drzemała w środku, odpoczywając po męczącym dniu. Jako iż pogoda dopisywała, cały czas dawało się zebrać nasiona wszelakich ziół oraz kwiatów leczniczych. Owinąłem łapy smukłym, acz w miarę ciepłym ogonem, próbując znaleźć jakieś rozwiązanie, które mogłoby mi pomóc. Czułem, że moje myśli szły w dobrym kierunku. Może.... Może mógłbym poprosić kogoś o pomoc? Pytanie tylko, czy mam kota na tyle zaufanego, żeby mu to zdradzić, ale też... jakkolwiek to brzmi, na tyle, eeee... niezbyt cennego? Przecież nie chciałbym ryzykować wystawienia przez kogoś, na kim zależałoby mi najbardziej na całym kocim świecie! Problem tylko w tym, czy miałem takiego kota?... W sumie to nie miałem jakoś bardzo dużo przyjaciół lub jakichkolwiek bliskich kotów. Miałem Słodką Łapę (a w zasadzie Słodką), ale ostatnio ciężko było nam się złapać. Była też Kropiatkowa Skórka, jednak jej... Nie czułem się przy niej w stu procentach dobrze. To znaczy, tak, lubiłem ją, ale... nie jakoś mega, mega bardzo. Tak, żeby móc siedzieć z nią cały czas. Kiedyś byłem bliżej z Niezapominajkową Nadzieją i Trzcinowym Szmerem. Jednak od kiedy zbliżyły się do siebie, nasz wspólny czas po prostu się... ulotnił. Gdzieś zanikł w czasoprzestrzeni. To znaczy, życzyłem kotkom jak najlepiej, ale nie powiem, było mi troszkę przykro, że straciłem z nimi bliższy kontakt. Większość mojego czasu spędzałem z-...
— A-... — ciche westchnienie zaskoczenia wyrwało się z mojego pyszczka, kiedy poczułem czyjś dotyk.
Odwróciłem głowę, aby ujrzeć pogodny i jak zawsze entuzjastyczny pyszczek mojej najbliższej przyjaciółki, którą była Ćmie Mżenie. W zasadzie byliśmy ze sobą tak blisko, że zaczęliśmy nazywać się zdrobnieniami swoich imion.
— Cze-cześć, wystraszyłaś mnie, Ciemko — szepnąłem z delikatnym uśmiechem na pyszczku, wtulając się w klatkę piersiową kotki z cichym pomrukiem zadowolenia. Jednak po nie więcej niż uderzeniu serca jakby gwałtownie się odsunąłem. — Y-yyh, przepraszam... Chyba nie powinienem tak robić...
Czułem, jak robi mi się głupio, kiedy uporczywie wpatrywałem się w swoje łapy.
— Jest w porządku, lubię się przytulać! — przesunęła się w moim kierunku.
Przez chwilę milczałem. W głowie cały czas grał mi chaos, a puls chyba umówił się z moimi myślami na wyścigi, bo też nie zwalniał tempa. Czułem, jak robi mi się gorąco. To było jednocześnie przyjemne i nieprzyjemne. Mimo to nie było to jakieś bardzo niezręczne. A w zasadzie to wcale. Bardziej… Próbowałem dojść do tego, czemu za każdym razem tak bardzo plątał mi się język, a świat wirował, gdy ONA była blisko. Najwyraźniej była dla mnie bardzo ważna. Moim pytaniem do samego siebie było jak bardzo. Nad tym próbowałem się porządnie zastanowić. Może chciałem… Może chciałem czegoś… czegoś więcej? Spłaszczyłem uszy na samą tą myśl, będąc pewnym, że wyglądałem jak płatek maku – że byłem cały czerwony dokładnie tak, jak te kwiaty. Nie, nie… Przecież to głupie! Ciemka mnie lubiła, ale na pewno nie tak, jak ja teraz myślałem. A ja pewnie też tak tylko głupio o tym... Głupio o tym pomyślałem! To wydawało się takie nierealne. Jak taka istota jak ona, mogłaby polubić takiego fałszywego kłamcę, jak… ja?
— Szepcie... mogę ci się z czegoś zwierzyć? Znaczy... to trochę głupie, bo to nie jest jakoś bardzo nieakceptowalne czy coś... ale chcę o tym komuś powiedzieć... — przerwała i spojrzała w księżyc, wyrywając mnie z wewnętrznej argumentacji, dlaczego to absolutnie nie miałoby sensu. — No bo... ja chyba lubię kotki. Jakby tylko kotki.
Przez może dwa uderzenia serca zapanowała cisza, którą szylkretka jednak szybko i skutecznie przerwała.
— To strasznie głupie, dosłownie byłam wychowywana przez parę kotek — zaśmiała się i zarzuciła swój puszysty ogon na łapy. — Dobra, to było głupie, wybacz.
Spojrzałem na kotkę z innym uśmiechem.
Takim, który miał wypisane słowa “wiem o tym, głuptasie". Po chwili jednak zastąpił go oczywiście łagodny uśmiech, taki podobny do tego, który teraz miała Ćma.
— Bardzo się cieszę, że postanowiłaś mi się zwierzyć. Jeśli miałbym być szczery, od kiedy jesteśmy bliżej, jestem w stanie to zauważyć. Myślisz, że nie zauważyłem, jakim wzrokiem patrzyłaś na Wężynowy Splot? Czasem to aż sam się dziwiłem, że ona tego nie dostrzegała...
Znów spojrzałem na taflę wody, która spokojnie biegła gdzieś dalej, gdzie mój wzrok z tej pozycji już nie sięgał.
— Ja też chciałbym Ci coś wyznać, ale... Nie wiem, czy chcę to mówić tutaj.
— Oh... tak, ma to sens... Klanie Gwiazdy! Czemu ty jesteś taki spostrzegawczy? — kocica żartobliwie mnie szturchnęła, na co ja zachichotałem. — Wiesz, że możesz mi powiedzieć absolutnie wszystko? Nie zacznę cię nagle nienawidzić, nie po tym wszystkim… możemy wyjść z obozu, jeśli nie chcesz mówić o tym tutaj — wymruczała z uśmiechem. Jej słowa brzmiały jak poemato-dramat. Zapewne nie miała takiego zamiaru.
— Chciałbym, żeby było tak, jak mówisz...
Przez dwa uderzenia serca posmutniałem, jednak szybko wróciłem do normalnego stanu. Pewnie to dlatego, że uważałem samego siebie za kota bardzo głupiego i fałszywego. Takiego, który chciał jedynie swoich korzyści, nawet kosztem innych kotów. Nawet kosztem kotów najważniejszych spośród wszystkich. Zazwyczaj moje myśli były Mroczne, jednak kiedy liliowa była blisko, wszystko wydawało się prostsze i szczęśliwsze, a w jej uścisku czułem się zaopiekowany i spokojny. Spojrzałem w pomarańczowe ślepia kotki.
— Bardzo chętnie! — szepnąłem, jednak nie ruszyłem się ani o mysi wąs.
Chciałem jeszcze przez chwilę tam zostać i wpatrywać się w ślepia przyjaciółki.
— Wiesz, masz bardzo ładne oczy... Ich kolor przywodzi mi na myśl wczesne liście Pory Opadających Liści i bursztyny lśniące od ciepłych promieni słonecznych, które dosięgają ich nawet pod otchłanią wody...
Kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że powiedziałem to na głos, znów zaczęło być mi strasznie głupio przed kocicą.
— U-uh przepraszam, t-to nie miało sensu... Nie, ja... Znaczy, nie uważam, że twoje oczy są brzydkie, bo są ładne, są bardzo ładne, ale nie mówię tego tak, że... Eee, że cię jakoś lubię lubię czy coś, TO ZNACZY, lubię cię i to bardzo trochę nawet, bo to nie tak, że cię nie lubię, ale po prostu nie chcę nic sugerować- C-czy coś... Ugh, czemu nie mogę się normalnie wypowiedzieć! Przepraszam...
Schowałem pyszczek w łapach, nie wiedząc co powiedzieć. A co jeśli kotka uzna mnie za dziwnego i porzuci, jak starą zabawkę? Nie, przecież... Przecież Ciemka by taka nie była! Nie mogła być...
Bałem się każdego aspektu tych wszystkich rzeczy, które chciałem jej powiedzieć i przeanalizować razem z nią, ale jeśli nie powiem tego tej nocy, to chyba to wszystko zje mnie od środka, albo sam już nie wiem co się ze mną stanie.
— Liście Pory Opadających Liści są piękne! Lubię ich kolor... Twoje oczy wyglądają jak czysta woda lśniąca na słońcu... pasują do koloru twoich pręg... o ile ma to sens — zachichotała i przysunęła się bliżej.
Delikatnie wysunąłem swój pyszczek spomiędzy łap, czując, jak wojowniczka się przybliża.
— Dziękuję, Ciemko... — wymruczałem, przymykając oczy podczas wtulania się w jej mięciutkie, szylkretowe futerko. — Dla mnie każde słowo wypowiedziane przez ciebie ma sens... — dodałem jeszcze, kiedy kotka owijała mnie swoim długim ogonem.
Przez czas bliżej nieokreślony leżeliśmy tak razem w przyjemnej ciszy, którą przerwałem pytaniem.
— Co powiemy kotu, który pilnuje tej nocy obozu? — zapytałem, nie mogąc sobie przypomnieć, kto tego dnia miał stać na warcie.
— Powiedzmy po prostu, że chcemy wyjść na spacer. Dzisiaj na warcie stoi... Kropiatkowa Skórka? O ile dobrze pamiętam. Nie powinna mieć problemu.
Cóż, ta odpowiedź najwyraźniej mnie usatysfakcjonowała, ponieważ jeszcze przez jakiś czas leżeliśmy tak wtuleni w siebie nawzajem, jakbyśmy nie mieli ani wąsa zmartwień na calutkim świecie. Po prostu jak byśmy liczyli się tylko my. Tylko ona. W końcu oboje wstaliśmy, starając się nie generować żadnych odgłosów, jakbyśmy nie chcieli zaburzyć tej wszechobecnej nocnej atmosfery i ciszy. W końcu był środek nocy. Oprócz Kropiatki i nas, raczej każdy Nociak był pogrążony w słodkim śnie. Zazwyczaj przesiadywałem w obozie, kiedy nie mogłem spać, więc dla mnie nie było to nic nowego. To znaczy, teoretycznie pierwszy raz robiłem to z kimś innym niż z moją kochaną mamusią, Nenufarowym Kielichem. Kiedy w mgnieniu oka znaleźliśmy się naprzeciw strażniczki, jej mimika wyrażała zaskoczenie. Po uderzeniu serca chyba zobaczyła jednak, że to tylko my, bo szeroko się uśmiechnęła, a puchate i gęste futro na jej policzkach zatrzepotało.
— Cześć, Szepcząca Hipnozo — przywitała się i zwróciła się do liliowej szylkretki.
— Witaj, Ćmie Mżenie, gdzie się wybieracie o tak późnej porze? — zagadała znajdka, owijając ogonem łapy.
— Idziemy na spacer — odparła jak gdyby nigdy nic wojowniczka. — Możemy iść?
— Jasne, tylko wróćcie szybko, miłego spaceru! — mruknęła, prostując się.
Kiedy mieliśmy strażniczkę już trochę za sobą, przyjaciółka odezwała się.
— Możemy pójść nad brzeg morza albo gdzieś gdzie nie jest tak chłodno. Gdzie chcesz iść? — zapytała, na co też zacząłem się zastanawiać.
— Pójście nad morze byłoby fajne, ale trochę boję się tych mew... Przecież jedna z nich zaatakowała medyczkę Klanu Klifu... Biedna... Współczuję Nocniakom, które ją znalazły. Czy w tym patrolu nie uczestniczyła przypadkiem Mżący Przelot?
Wzdrygnąłem się na samo jej wspomnienie. Wydawała się taka miła… Było mi jej żal. Szkoda, że się z nią bliżej nie poznałem.
— No, ale nie myślmy o tym... Może przeszlibyśmy się na jakąś łąkę? Znasz jakąś dobrą miejscówkę?
Kotka zastanowiła się chwilę.
— Nie, ale gdziekolwiek pójdziemy, będzie dobrze!
— Wiem! — miauknąłem w końcu. — Chodź za mną.
Dotarliśmy w miejsce na łące, gdzie jeszcze ostały się kwiaty.
— Oh, spójrz, jakie piękne fiołki! Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że do nas pasują... nie uważasz? Musimy je sobie kiedyś wpleść w futro!
Byłem nieco spięty. Czułem się tak, jakby wszystko mówiło mi, że nie będzie lepszego momentu, aby szczerze porozmawiać z obiektem mojego nieświadomego zauroczenia o trzech ważnych dla mnie kwestiach. Pierwszą było to dziwne uczucie. Czy ono coś oznaczało? Czy Ciemka wiedziała co? A może to po prostu ze mną było coś nie tak? A może ja po prostu znów udawałem nawet przed samym sobą, że nie czułem się tak, jak chyba każdy kocur się czuł. Dwa, wyznać jej, że mój świat wirował wokół jej kociej osoby. Nie. Że ona jest moim światem i… I… I że nie wyobrażam sobie życia bez niej! Ale… Czy to był dobry pomysł…? W mojej głowie to brzmiało tak… głupio. Bezsensownie. Potrząsnąłem głową, chcąc skupić się na najważniejszym. Na punkcie trzecim. Tym najgorszym. Tym, w którym wyznałbym, że tak naprawdę jestem głupim mewim szpiegiem, fałszywym lisim łajnem, które udaje i nie jest warte pchły w futrze. Kiedy tak wewnętrzne panikowałem, wojowniczka wpatrywała się we mnie z nieodgadnionym wyrazem pyszczka. Myślałem, że zaraz przybije sobie samemu łapę (piątkę) z czołem. Głupi ja jej nie odpowiedziałem!
— Tak, też uważam, że są śliczne... Moglibyśmy zrobić to nawet teraz! Je-jeśli tylko byś chciała. A-ale to zaraz, bo... No, mam dwie rzeczy, które chciałbym z tobą omówić. Tą lepszą i tą... Gor-rszą... Tak więc... J-ja nie wiem... Nie wiem, od czego zacząć…
— Hm... Może zacznij od tej gorszej, to później będziesz miał z górki! — miauknęła, zrywając fiołki, najwyraźniej, aby przygotować je do wplecenia w moje parszywe futro. — Wiesz, nie ma dobrych i złych wiadomości, są tylko bardziej i mniej emocjonalne, wiesz?
— Co masz na myśli? — spytałem nieco zdziwiony jej nieoczywistą odpowiedzią.
Lubiłem to, jak nieoczywista była sama jej istota. Potrafiła zaskoczyć mnie chyba w każdym aspekcie. Choć musiałem przyznać, że czasami to wydawało się przerażające. Ale tylko czasami.
— No wiesz, nasze szczęście może być dla kogoś nieszczęściem i odwrotnie. Każda emocja może być negatywna lub pozytywna, tak samo jest z dobrem czy złem. Zabijanie jest złe, ale sami zabijamy zwierzynę, aby mieć co jeść — przerwała, aby zainspektować fiołka. — Co nie znaczy oczywiście, że nagle zacznę zabijać każdego, kogo zobaczę. Po prostu nie warto wszystkiego widzieć jedynie w czerni i bieli. W mojej perspektywie zawsze będziesz dobry, tak samo twoje słowa i zachowania — zamruczała.
Na słowa kotki smutno się uśmiechnąłem. W sumie to tak jakby smutno i wesoło jednocześnie.
— Dzi-dziękuje, Ciemko... Tw-twoje słowa... One bardzo wiele dla mnie znaczą. Wiesz, Ciemko... Jesteś najbliższą mi kotką, nie, najbliższym kotem, jakiego kiedykolwiek miałam. T-to znaczy… Chociaż… Eh, nieważne… Tak czy siak, kontynuując… Mam nadzieję, że tak pozostanie już zawsze.
Znów się uśmiechałem, ale po chwili mój uśmiech osłabł. Słyszałem krew płynącą przez całe moje ciało, dudniącą mi w uszach.
No dajesz, jesteś przy głosie, ona jest spokojna… Nie będzie lepiej! No po prostu lepiej naprawdę nie będzie! Przysięgam na Klan Gwiazdy, że jeśli to teraz skiepszczę, to chyba… Chyba… Chyba nie wiem, co zrobię… A-ale na pewno nic dobrego! Wdech, wydech, wdech, wydech…
— N-no dobrze… no bo wiesz… ostatnio zacząłem się trochę czuć nieswojo, kiedy mówię o sobie… — zacząłem drżącym głosem, starając się opanować wszelakie tiki nerwowe.
— To znaczy?
— No bo... Wiesz, czasem mnie mylono z kotką i… — nie dokończyłem, zacinając się. Na szczęście, kotka w tym samym czasie się odezwała.
— Oh, czy to zawsze sprawiało, że czułeś się nieswój? — zagadnęła, zrywając kolejne pąki kwiatowe.
Cisza.
Wbiłem wzrok w swoje łapy. Serce chyba nigdy nie waliło mi tak mocno.
Trzy punkty. Trzy punkty. Trzy punkty…
— W-wręcz przeciwnie… wiesz, zastanawiałem się, czy to tak nie powinno być...?
Zamilkłem. Nie, nie, nie, to zabrzmiałoby tak głupio!
Po dziesięciu uderzeniach serca znów mój cienki głosik.
— Czy to przypadkiem nie pasuje do mnie…?
Znów cisza.
Znów milczenie.
Starałem się patrzeć w ślepia rozmówczyni, jednak stres zżerał mnie zbyt bardzo, abym był w ogóle w stanie.
— Czy nie jestem może…
— Jesteś może? — zachęciła mnie delikatnie, kiedy moja frustracja rosła. Nie wiedziałem, od czego zacząć. “Czy nie jestem może inny? Czy nie jestem może taki jak ty? Czy nie jestem zdrajcą...? Czy nie jestem parszywą wronią strawą? Czy nie jestem w tobie zakochany po uszy, ale nie umiem tego przyznać, bo za bardzo boję się stracić taką fantastyczną kotkę, jaką jesteś?
— …kotką… — wyszeptałem w końcu ledwo słyszalnie. Ten szept zlał się z delikatnym powiewem wiatru, w taki stopniu, że byłem pewien, iż ona go nie usłyszała.
— Kotką? — zapytała się, aby się upewnić.
Moje niedoczekanie.
Albo i doczekanie?
Klan Gwiazdy wie co…
— Tak… M-mam nadzieję, że… Ż-że nadal chcesz, no… Że chcesz ze mną rozmawiać… I mnie znać… I… I w ogóle… I no…
Kolejny raz cisza. Ta głupia cisza. Cisza trwająca miliony lat i mgnienie oka na raz. Już myślałem, że wstanę i ucieknę, ale Ćmie Mżenie zabrała głos.
— Oh, rzeczywiście… Zawsze Czułeś… Czułaś? Się nieswojo, kiedy o tobie mówiłam jako o kocurze… przepraszam cię… — mówiąc to, wtuliła się w moje krótkie, acz miękkie futerko.
— Ja… nic się nie stało… — zamruczałe- nie… Zamruczałam? Chyba tak. Ale tak czy siak, była to moja odpowiedź na wtulenie się kotki
— Mam pytanie.
— T-tak...? — wyszeptałam, patrząc w pomarańczowe ślepia kotki, na której widok zawsze się cieszyłam, a moje serce trzepotało z radości.
— Czy mogę na ciebie nadal mówić Szept…?
Zamyśliłam się. Z jednej strony było to okej, jednak z drugiej… Wcześniej każdy tak do mnie mówił. Wcześniej z to znaczy nawet tego samego dnia, lecz rano, ale pomijając ten fakt… Czy jeśli chcę zacząć nowy rozdział w życiu, nie przydałoby się robić tego z czystą kartą?
— Myślę... Myślę, że lepiej będzie do mnie pasować “Hipnozka”... co o tym sądzisz?
— Oh... to piękne imię! Znaczy… Zdrobnienie… A-ale wiesz…
Z lekkim uśmiechem na pyszczku kiwnęłam do niej porozumiewawczo głową. Siedziałyśmy przez chwilę w ciszy. — Czym… czym była ta druga rzecz…? — przerwała ciszę lilijka.
Jeszcze nie zdążyłam pozbierać się po jednej, już miałam mówić o drugiej, a czekała mnie jeszcze trzecia… Oh, Klanie Gwiazdy, daj mi odwagę i siłę… Bez podniebnej pomocy chyba w życiu, a nawet i po życiu mi się nie uda.
— Oh…
— Wiesz, po tym, co udało ci się mi wyznać, na pewno dasz sobie radę!
W odpowiedzi wzięłam gwałtowny wdech.
— Wiesz… Bo ja… — zaczęłam, ale słowa znów uwięzły mi w gardle.
Nawet nie wiedziałam który wątek poruszyć teraz. Miałam psuć tą (w moim odczuciu) niebiańską atmosferę takim czymś? Nie, to by było chyba najgłupsze na świecie…
— B-bo ja cię bardzo lubię… — kontynuowałam, niepewna swoich własnych słów.
A co jeśli tylko mi się wydawało?
Co, jeśli ona nie czuła tego samego?
Co, jeśli to był największy błąd mojego życia?...
— Ja też cię lubię! — odparła szylkretowa wojowniczka, oczywiście ciepło się uśmiechając.
— A-ale… Tak… Tak bardziej… Wiesz jakby… uhh…
Spojrzałam na kotkę jakby w nadziei, że zrozumie, co mam na myśli, ale ta zamiast tego wpatrywała się wprost we mnie, czekając na moją końcową odpowiedź.
— Silne… Silne Emocje? Takie pozytywne emocje… Ba-bardzo… Wiesz…
Ugh, czemu to jest takie ciężkie!
— … Miłość…? — spytała niepewnie wojowniczka.
Świat zawirował mi przed oczami. Spojrzałam na kocicę z nieopisywalnym szczęściem, jednak nie mogąc pisnąć ani pół słówka. Grało we mnie tyle emocji na raz! Po chwili jednak się zlękłam. A co jeśli ona… Ona… Ona nie czuje tego samego? Już miałam się załamywać, kiedy Ciemka uratowała sytuację, odzywając się.
— Oh… ja... Ja chyba też to czuję… znaczy… — przerwała i wzięła oddech. — Też cię kocham. Miałam na myśli, że chyba już wcześniej to czułam, ale po prostu to ignorowałam… Jeśli ma to sens…
— Oczywiście, że ma! — pisnęłam, mając ochotę skakać z radości pierwszy raz w życiu. Dosłownie ledwo siedziałam w miejscu, czując, jak robi mi się gorąco jak jeszcze nigdy dotąd.
— Chcesz wpleść te fiołki? — spytała nagle, a ja spróbowałam powrócić na ziemię.
— …Tak — szepnęłam, pozwalając sobie na głębokie mruczenie, kiedy moja partnerka liznęła mnie po uchu.
W końcu… Teraz chyba mogłam sobie na to pozwolić… Nie?...
— J-ja… Nie mogę w to uwierzyć!… To wydawało się takie…
— Nierealne? Surrealistyczne? Niemożliwe? — Mżawka próbowała zgadywać.
— Tak! Oh, jak Ty mnie rozumiesz, Ciemko… Czasami mam wrażenie, że nawet Nenufarowy Kielich nie rozumie mnie w takim stopniu, jak Ty…

< Ciemko? Możesz oficjalnie mnie podrywać i zabierać na randki! ⁽⁠⁽⁠ଘ⁠(⁠ ⁠ˊ⁠ᵕ⁠ˋ⁠ ⁠)⁠ଓ⁠⁾⁠⁾ >

Od Zalotnej Gwiazdy CD. Cienistej Zjawy

— Wybacz matko, że zakłócam twój spokój od razu po powrocie ze zgromadzenia, ale dowiedziałem się na nim czegoś doprawdy interesującego — zamruczał Cienista Zjawa.
Zalotna Gwiazda uniosła jedną brew do góry, po czym spojrzała na Wrotyczową Szramę, która siedziała w kącie. Ruchem łapy kazała jej wyjść z legowiska.
Wtem bury odchrząknął, kontynuując:
— Porą Nagich Drzew, tuż po tym, jak nasz klan się uszczuplił o członków, zauważyłem, że Wilgowa Gorycz, co kwadrę, a nawet częściej udaje się samotnie na granicę z Klanem Burzy. Z góry założyłem, że celem jego wypraw na granice jest kontakt ze zbiegami. Niestety byłem w błędzie, ale jestem pewien, że w przyszłości będzie próbował podjąć próbę kontaktu ze swoim ojcem, bratem lub mentorem. — Zatrzymał się na dłuższą chwilę, by znowu spokojnym głosem kontynuować. — Powodem tajemniczych wymknięć kocura była pewna kotka z Klanu Burzy. Nie widziałem ich razem na własne oczy, ale jej zapach znajdował się na futrze Wilgowej Goryczy, gdy na niego wpadłem. Kiedy zapytałem go wprost, czy wiesz o jego samotniczych wyprawach, nic nie odpowiedział, ukrywając prawdę. Na zgromadzeniu miałem przyjemność wpaść na tę kotkę i udało mi się dowiedzieć, że jest medyczką, a na imię ma Wełnista Mszyca. Śmiem twierdzić, że prawdopodobnie łączy ich relacja partnerska. Być może są w klanie jakieś koty, które mogłyby potwierdzić moje przypuszczenia, może ktoś jeszcze widział ich razem... na granicy lub wcześniejszym zgromadzeniu.
Gdy wojownik skończył przemawiać, szylkretka wstrzymała na moment oddech. Wilgowa Gorycz? Relacja partnerska z medyczką Klanu Burzy? Zalotka może i nie była wszechwiedząca, ale z tego, co się orientowała, medycy z innych klanów nie mogli posiadać drugich połówek ani potomstwa. Zasady są oczywiście po to, aby je łamać, ale czy w tym przypadku tak było?
— Rozumiem, Cienista Zjawo, że możesz nie ufać Wilgowej Goryczy ze względu na jego rodzinę. Ja też staram się mieć na niego oko, ale wydaje mi się, że nie jest on aż tak związany ze swoimi zdradzieckimi bliskimi. Gdy jeszcze byli tu w komplecie, zauważyłam, że Wilga wraz z Porywistym Dębem miewali kłótnie — mruknęła spokojnie. Bury wydawał się dosyć porządny. Może nie tak jak ci, których rodzina była wierna Klanowi Wilka, ale wciąż porządny. Zdawał się wierzyć w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd i przestrzegać zasad, jakie panują w tym miejscu. — Nie bronię ci jednak podpytać kilku kotów na jego temat. Proszę tylko, byś był przy tym ostrożny — oznajmiła, owijając ogon wokół łap.
Cienista Zjawa skinął głową na jej słowa i w milczeniu skierował się w stronę wyjścia, w progu mijając się z Wrotyczową Szramą.

* * *

Cykoriowa Łapa. Uczennica przybranej córki przywódczyni, a przede wszystkim mistrzyni — Ognikowej Słoty. Właśnie osiągnęła wiek dwudziestu pięciu księżyców, co oznaczało, że lada moment powinna zostać wygnana z Klanu Wilka i zmuszona do życia na własną łapę. Gdyby nie fakt, że była uczennicą akurat tej Wilczaczki, już dawno zostałaby wyrzucona na zbity pysk i pozbawiona możliwości żerowania na ich zdobyczach.
Była tu zwykłym pasożytem. Nie przyczyniała się do rozwoju Klanu Wilka, a na treningach zapewne nawet nie polowała. Przynosiła im wszystkim tylko wstyd i dla większości była udręką. Mimo to była pierwszą uczennicą Słoty — gdyby faktycznie została wygnana, czy nie wpłynęłoby to na reputację szylkretowej mistrzyni?
Zalotna Gwiazda siedziała w swoim legowisku, zastanawiając się, co począć z Cykorią. Wyrzucić ją teraz, zostawić, a może wystawić do walki i dać jej ostatnią szansę? Nie mogła przecież pozostać uczennicą aż do śmierci, a z drugiej strony od dawna nie miała okazji się wykazać… Może właściwym wyborem będzie zmusić ją do walki?
Liderka zerwała się z posłania i wyszła ze swojej nory, kierując się w stronę pnia. Wspięła się na niego, rozejrzała po obozie i przemówiła:
— Niech wszystkie koty zdolne do samodzielnego polowania zbiorą się w obozie!
Przyjęła poważną minę. Szybko dostrzegła w tłumie Cykoriową Łapę i Ognikową Słotę — główne bohaterki dzisiejszego zgromadzenia.
Gdy wokół niej zebrało się już wystarczająco Wilczaków, kontynuowała:
— Nadszedł dzień próby Cykoriowej Łapy! — oznajmiła szorstko, mierząc czekoladową morderczym spojrzeniem, jakby chciała powiedzieć: “Spaprasz to, a umrzesz”. — Zawalczy ona ze swoją własną mentorką.
Po chwili obie kotki wyszły na pustą polanę przed pniem. Ze wszystkich stron otaczali je pobratymcy, uniemożliwiając ucieczkę.
Ognikowa Słota stanęła naprzeciwko swojej uczennicy, a jej ogon kołysał się na boki. Czy z nerwów, czy z zawodu — tego nie wiedział nikt oprócz niej samej.
Zalotna Gwiazda odczekała kilka uderzeń serca, po czym krzyknęła:
— Walkę uważam za rozpoczętą!
Gdy te słowa opuściły jej pysk, mistrzyni odbiła się od ziemi i poszybowała wprost na Cykoriową Łapę. Błyskawicznie przygwoździła ją do podłoża — i nie musiała się nawet starać, bo uczennica nawet nie drgnęła. Nie próbowała zrzucić z siebie napastniczki. Po prostu zaakceptowała swój los, wpatrując się spokojnie w mentorkę.
— Na litość! Gorszej walki w życiu nie widziałam — warknęła Zalotna Gwiazda, czując, jak krew się w niej gotuje. — Byłam skłonna dać ci drugą szansę, Cykoriowa Łapo. Naprawdę byłam, gdybyś tylko wykazała się odrobiną determinacji! To hańba, by ktoś taki jak ty wychowywał się na terenie naszego szlachetnego klanu! — Oburzona smagnęła powietrze ogonem.
Ognikowa Słota zeszła z pręgowanej i stanęła obok niej, marszcząc brwi.
— Wstawaj — warknęła cicho w stronę Cykorii, kładąc uszy po sobie. Przekierowała wzrok na liderkę, po czym jej spojrzenie złagodniało. Pochyliła przed nią głowę. — Zalotna Gwiazdo, proszę, daj jej drugą szansę. To moja pierwsza uczennica… — wymamrotała.
Brązowooka zamilkła na moment, rozmyślając nad prośbą córki. Może Cykoriowa Łapa naprawdę wiedziała więcej, niż mogłoby się jej wydawać. W końcu Ognikowa Słota musiała wbić przynajmniej cząstkę wiedzy do tego jej zakutego łba.
— Dobrze, dobrze… Cykoriowa Łapa dostanie drugą szansę. Jednak jeśli ponownie przegra, nie będę miała wątpliwości co do tego, czy powinna tu zostać — oznajmiła chłodno. Nim koty zaczęły się rozchodzić, kontynuowała:
— Następna walka rozpocznie się jeszcze dziś. Tu i teraz — stwierdziła, zadzierając brodę. Nie zmarnowała czasu swoich pobratymców tylko po to, by los czekoladowej wciąż nie był przesądzony.
Ognikowa Słota po raz kolejny ustawiła się w pozycji bojowej, obserwując z irytacją swoją uczennicę.
Cykoria natomiast stała nieco przygarbiona, a na jej pysku malowało się coś w rodzaju goryczy. Zapewne, gdyby nie otaczający ją tłum, rozpłakałaby się na miejscu.
— Walczcie! — rozkazała im Zalotna Gwiazda.
Tym razem mistrzyni pozwoliła uczennicy wykonać pierwszy ruch. Pręgowana, o dziwo, ruszyła do przodu, skacząc na swoją mentorkę. Czyżby słowa liderki ukłuły ją w ego na tyle, by wzięła się w końcu w garść? Na to wyglądało, bo teraz udawało jej się zgrabnie unikać ciosów, jednocześnie próbując jakoś przygwoździć starszą do ziemi.
Po dłuższym czasie tych przepychanek Ognikowa Słota w końcu dała się powalić przez Cykorię. Nie wiadomo, czy pomarańczowooka znalazła na nią jakiś sposób i zrobiła to własną siłą, czy też szylkretka zdecydowała się dać jej fory. Wynik był jednak jednoznaczny — czekoladowa w końcu będzie mogła zostać mianowana.
— Gratuluję, Cykoriowa Łapo — burknęła, gdy mistrzyni przez dłuższy czas nie wydostała się z uścisku uczennicy.
Gdy Słota wstała na cztery łapy, Zalotka zaczęła przemawiać:
— Ja, Zalotna Gwiazda, przywódca Klanu Wilka, wzywam naszych walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała codziennie, by zdobyć doświadczenie potrzebne do ochrony naszego klanu. — Specjalnie pominęła kilka słów, by zaznaczyć to, jak długo pręguska się szkoliła i że nie pochwala takiego zachowania. — Cykoriowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Uczennica przez moment milczała.
— P-przysięgam — wydukała po jakimś czasie, gdy każdy zaczął już podejrzewać, że zbuntuje się przeciwko liderce.
— Zatem mocą naszych przodków nadaję ci imię wojownika. Cykoriowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Cykoriowy Cykor. Witamy cię jako nowego wojownika Klanu Wilka — wygłosiła twardo, nie próbując ukryć niechęci, jaką żywiła wobec młodszej kotki.
Z tłumu dobiegło ją kilka zdziwionych szeptów.
— Za swoją krnąbrność Cykoria otrzymała karne imię. O ile nie zmieni swojej postawy i nie wykaże się czymś więcej niż lenistwem, już do końca będzie zwała się Cykoriowym Cykorem — naprostowała, po czym zeszła z pnia i wślizgnęła się z powrotem do swojej nory.

* * *

Jak na razie wszystkie sprawy w Klanie Wilka wydawały się domknięte. Sprawa z Cykorią została rozwiązana, Kasjopeja została mianowana uczniem, a Zalotna Gwiazda doczekała się wnuka — Tęgosza. Czego chcieć więcej? Życie naprawdę nie mogło być już lepsze. Bycie przywódcą dawało jej takie przywileje, takie możliwości… Jaka szkoda, że to wszystko zostanie jej kiedyś odebrane przez szpony śmierci. Przynajmniej wtedy będzie mogła zasiąść dumnie u boku najmroczniejszych przodków i wreszcie zobaczyć ich we własnej osobie. Czy to nie brzmiało pięknie? Tyle poświęciła, by być ich godna — i wreszcie jej się to opłaci.
Postanowiła przejść się po obozie, by rozprostować łapy i upewnić się, że nikt nie knuje przeciwko niej za jej plecami. Nim jednak zdążyła się rozejrzeć po wszystkich kotach, przed jej oczami pojawił się jej syn — Cienista Zjawa. Nie mogła go zignorować, więc postanowiła zagaić:
— Dobry wieczór, synu — mruknęła, uśmiechając się do niego nieznacznie. — Jak u Tęgosza? Mam nadzieję, że prędko zaczniesz go nauczać o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd. Musi nam wyrosnąć na przykładnego Wilczaka — stwierdziła, po czym zmrużyła ślepia. — Miej też oko na Seradelę. Widzę w niej spory potencjał, w przeciwieństwie do jej brata… Garbatek zapewne nie przeżyje próby uczniowskiej, ale to dobrze. Problem sam się rozwiąże.

<Cienista Zjawo?>

Od Dryfującej Bulwy

Patrzył na stary dom, przebywając w okolicy granicy z Klanem Nocy i ziemiami niczyimi. Jego żona chciała wrócić od jakiegoś czasu do domu, co go bardzo dziwiło. Nie potrafił tego pojąć. Czy to był akt wielkiej odwagi, czy może akt desperacji? Nie wiedzieli, co ich czeka, jeśli wrócą. Mandarynkowa Gwiazda była na nich cięta, stary kocur obawiał się też tego, jak mogła ona przedstawić ich ucieczkę. Zwłaszcza ten znak, który zostawił w obozie. Czuł, że chyba to nie był dobry pomysł, znaki można było interpretować różnie, a najgorzej na własną korzyść przeciwko prawdzie.
– Na pewno to dobry pomysł, jeśli tam wrócimy? Dobrze wiesz, że Mandarynkowa Gwiazda cię nienawidzi, nie wiemy też jaką narrację rzuciła samemu klanowi. Może po prostu chodźmy do Klanu Burzy? Może by nas wpuścili... nie wiem tego, a ja na starość chciałbym przynajmniej mieć gdzie umrzeć – wędrowali już długo samotnie, to nie był dla nich problem, by się samemu wyżywić, tylko pytaniem było, jak długo to zniosą. Zwykle starszym mogła ot tak złamać się kość lub mogły opadać kończyny, a po tych objawach trzeba było iść już do starszyzny. Niestety oni będąc samotnikami, nie mieli żadnej z wymienionych opcji... nawet medyka na starość, który mógłby ich wyleczyć.
– Wymyślę coś, nie będziemy wiecznie siedzieć w tych gąszczach! Po drugie nie potrzebuję i nie zamierzam iść do Klanu Burzy. Klan Nocy pozostaje moim miejscem, nawet jeśli z niego uciekłam – skoro była tak przywiązana do niego to czemu od razu po ataku zastępcy nie mogła tam wrócić? Lepiej by było, gdyby wrócili od razu po ataku Stokrotki. Jego partnerka była tak poharatana, że pół kotów mogło im uwierzyć na świeżo. Przecież Błękitna Laguna nie miał na sobie ran, więc narracja Mandarynki szybko by upadła, ale... uciekli, więc skreśliło to ich odkupienie.
– Nie jesteśmy najmłodsi, ja już dłużej tak nie mogę. Dobijamy prawie do stu księżyców. Jeśli do stu dziesięciu jak nam wybije, a nic lepszego nie wymyślimy, to idę błagać o azyl w Klanie Burzy, a cie–ciebie tam przytargam! Potrzebujemy też medyka, w tym wieku łatwo chorujemy! Nawet kaszel nie będzie dla nas łaskawy w tym wieku – jego żona miała wielkie aspiracje, ale były one za wielkie jak na niego. On był już za stary na takie numery.
– Marudzisz jakbyś był starym dziadem, przecież zanim miną dwa księżyce to coś wymyślę! Mam plan na początek, żeby ich poinformować, że nie zniknęliśmy. Możemy dać stokrotki w porze nowych liści przy granicy – Bulwa mrugnął tylko intensywnie oczyma, nic nie mówiąc.
– Stokrotko, po pierwsze oboje jesteśmy starymi dziadami, po drugie ja nie wiem, czy te migi ze stokrotkami to dobry pomysł. Jeszcze to odbiorą jako zmasowany atak stokrotek, a przywódczyni wyśle pół klanu, by nas szukać! – to brzmiało jak coś, co zrobiłaby Mandarynka, nawet jeśli brzmiało to komicznie. Jego partnerka tylko westchnęła.
– Dobra, może stokrotki odpuszczę, ale nadal mamy w klanie Porywisty Sztorm i Trzcinowy Szmer. To nasze córki i nie możemy ich opuścić – powiedziała Stokrotka.
– Co, jeśli jednak nas nienawidzą po tym, co zrobiliśmy? Też je kocham, ale boję się, że gdy wrócimy do klanu, to wyrzekną się nas. Tym bardziej Trzcinka. Dobrze wiesz, jaki ma charakter i stosunek do Mandarynki. Czuję, że nie stanie za nami – Trzcinowy Szmer była bardzo oddana Mandarynkowej Gwieździe, więc prawdopodobnie uwierzyła w jej narrację i teraz była pod jej wpływem. Przy Pluskającym Potoku, Trzcinowy Szmer też nie stanęła po stronie rodziny. Dlatego, gdyby mieli wrócić, to prawdopodobnie rozszarpałaby ich w imię srebrnej kotki.
– Przypominam ci, że masz dwie córki, nie jedną! Porywisty Sztorm na pewno stanie za nami, nawet gdyby woda miała się palić. Przy okazji, jeśli Trzcina nie chciałaby stanąć za nami, to już jej sprawa – wiedział, że ma dwie córki, nie musiała mu o tym przypominać. Nie podobało mu się jednak, jak Baśniowa Stokrotka odnosiła się do jej młodszej córki.
– Wiem, że mam dwie córki… nie mam innych – odparł starszy kocur.
– Przy okazji jak wrócimy do klanu, to możemy mieć nowe potomstwo, nie mówię oczywiście o biologicznych kociakach, bo jestem za stara, by rodzić. Możemy adoptować jakieś urwisy bez rodziców. Potrzebujemy więcej lojalnych dzieci – czy mu się przesłyszało? Czy ona chciała zastąpić ich dzieci jakimiś innymi? Jego dziećmi zawsze będą Pluskający Potok, Różyczka, Perlista Łza, Porywisty Sztorm i Trzcinowy Szmer. Choć większość z nich nie żyła, to nie chciał o nich zapominać. Jego żona zawsze miała na pieńku z Trzciną i nie wątpił w to, ale żeby od razu następne dzieci? Szczerze nie chciał psuć marzeń swojej żony, ale personalnie nie będzie już chciał się do nich przywiązać. Może być ich opiekunem, ale nie ojcem. Nie zamierza zastępować swoich dzieci jakimiś adoptowanymi.
– To wrócę z tobą, ale musisz mieć dokładny plan działania. Ja tymczasem idę się zdrzemnąć – kocur poszedł do legowiska spać. Może, gdy odpocznie, to później będzie miał więcej energii, bo czuł się na razie zmęczony.

***

Chciał iść do drugiego awaryjnego obozu, tam była pochowana Różyczka, często przychodził do jej grobu wspominać ją w ciszy i wymieniać kwiaty na świeższe. Ciekawe czy ktoś dbał teraz o jej grób, czy może był zarośnięty, zapomniany przez resztę klanu. Gdyby był nadal w Klanie Nocy, to by wymienił już zasuszone kwiaty na piękne liście Pory Opadających Liści. Dałby na jej grób większość żółtych liści od jej plam na futrze, które były kremowe. Kto teraz dbał o pamięć zmarłych ich rodziny? Pewnie Porywisty Sztorm, bo wątpił, że Trzcinowy Szmer to robiła. Oby jego córki były bezpieczne od wszystkiego złego, co teraz się mogło dziać w Klanie Nocy.

02 kwietnia 2026

Od Pierzastej Kołysanki CD. Szepczącej Łapy (Szepczącej Hipnozy)

Kilka księżyców temu

Za ogromnym pniakiem Pierzasta Kołysanka załatwiała swoje potrzeby, ciężko wydostając bobki z odbytu. Zmęczona po pracy westchnęła, po czym szybko zgarnęła liściem bobki do wody, a te szybko zniknęły jej z oczu, lądując na dnie majestatycznej i gładkiej tafli. Wychylając się zza legowiska, zamierzała być dyskretna, żeby żaden intruz nie przeszkodził jej w odpoczynku. Odkąd w jej życiu pojawił się uczeń, którego imienia nie chciała nawet pamiętać, nie wiedziała, kiedy ma czas na odpoczynek. Ostatnio po powodzi klanu, nawet to nie zdawało się jej pocieszać, bo przecież zginął jej ojciec. Ale co jej do tego było? Sama wiedziała, że dla rodziny będzie tylko odrzutkiem, który na tle całej rodziny wyróżniał się tylko dziwactwem. Piórko nawet nie miała zamiaru pojawiać się w obozie, gdzie wszędzie była wilgoć i towarzyszył jej niepokój. Trudno było jej także przyzwyczaić się do jej nowego wyglądu. Prawe oko ogrodniczki było zgaszone, jakby brakowało w nim życia. I tak właśnie było, bo kiedy Różana Woń ją odwiedziła, jej werdykt nie był dla srebrnej zdziwieniem. Głównym powodem gniewu kotki było rozwalenie całej wyspy, gdzie jej piękne zdobienia na pniu i ściółka zrobiona z mchu nie przetrwały. A zwłaszcza jej piękne grządki, które miały szansę na piękne wyrośnięcie. Ucierpiał także składzik na niezbędne zioła w tym sadzonki. Pręgowana musiała ponownie wyznaczyć linię, w której miały przebiegać strużki wody i ponownie wykopać, sadzić i pielęgnować nowe grządki. To właśnie zajęło jej całą noc, a wory pod oczami miała tak wielkie, że mogła w nich nosić wszystkie zioła podróżnicze. Księżniczka zaczęła myć swój pyszczek w charakterystyczny sposób, który podpatrzyła od zająców na Kolorowej Łące. Było to dla niej zabawne, jak i poważne, bo ta powoli kształtowała swój charakter. Po szybkim wyczesaniu futra, szyszką poprawieniu swojej grzywki i wypolerowaniu swoich pazurów, Pierzasta Kołysanka padła na podłoże z mchu, które również zdążyła wymienić. Brakowało ogrodniczce tylko jej legowiska i pięknych kryształów, które mieniły się w świetle księżyca. Srebrna będzie zmuszona sama iść do jaskiń, które Baśniowa Stokrotka i jej brat odkryli. Jeszcze ciekawiły ją znajdujące się tam ryby, bo nigdy wcześniej takich nie widziała, ale to już inna sprawa. Wygięła grzbiet w łuk, próbując przybrać najlepszą pozycję do snu, ale mech wciąż był za twardy. Zniesmaczona wybyła z leża, kładąc się przy brzegu wyspy, gdzie zamknęła oczy i wsłuchiwała się w szum wody i śpiewające ptaki. Harmonia nie potrwała jednak długo, bo gdzieś w oddali Piórko usłyszała plusk. “Czyżby ktoś wszedł na wyspę?” — pomyślała zaniepokojona kocica. Już miała wstać, bo przed oczami miała deja vu sceny śmierci Tuptającej Gęsi. To był zamach, prawda? Czy teraz ród królewski nie powinien bać się śmierci? Wszyscy umrą, jak nie będą bardziej na siebie uważać, czyż nie? Pierś pręgowanej zaczęła opadać i unosić się szybciej, tak samo, jak jej bicie serca podskoczyło. Kiedy zza progu konara wyłonił się Szepcząca Łapa, kotka z zażenowaniem potrząsnęła łbem. Szepcząca Łapa stał przed nią przez chwilę, jakby nie był pewien, czy powinien coś powiedzieć, czy może po prostu się wycofać i zostawić ją samą z jej własnymi myślami, które najwyraźniej i tak były dla niej wystarczająco męczące. Woda ściekała z jego futra, kropla po kropli, tworząc wokół niego małe, nieregularne kręgi, które zaraz znikały, tak jak znikało wszystko po tej powodzi, ślady, zapachy, miejsca, które jeszcze niedawno coś znaczyły. Pierzasta Kołysanka zmrużyła zdrowe oko, przyglądając mu się uważniej, jakby dopiero teraz naprawdę go widziała, a nie tylko rejestrowała jego obecność jako kolejną przeszkodę w drodze do spokoju.
— Jeśli przyszedłeś tu tylko po to, żeby stać i kapać, to równie dobrze możesz wrócić do obozu — odezwała się w końcu, oblizując łapę i powoli przeciągając nią po pysku, choć jej ruchy nie miały w sobie tej zwykłej staranności, raczej coś mechanicznego, jakby robiła to bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Uczeń poruszył się niespokojnie, wbijając pazury w miękką, nasiąkniętą ziemię przy brzegu.
— Różana Woń kazała mi cię znaleźć — powiedział, starając się, żeby jego głos nie zadrżał, choć i tak zdradzał napięcie. — Mówiła, że zniknęłaś na za długo.
Na dźwięk tych słów ogrodniczka prychnęła cicho, odwracając głowę w stronę wody, jakby to ona była teraz ważniejsza niż jakakolwiek rozmowa.
— Zniknęłam? — powtórzyła z lekkim niedowierzaniem, przeciągając to słowo, jakby smakowała je na języku. — Ciekawe. A czy ktoś zauważył, że wszystko inne też zniknęło?
Cały obóz zamienił się w bagno, to jak myślisz” — pomyślała, mrużąc przenikliwie oczy. Szepcząca Łapa nie odpowiedział. Może nie wiedział jak, a może po prostu nie chciał. Przez chwilę panowała cisza, przerywana jedynie cichym pluskiem i odległym śpiewem ptaków, które zdawały się zupełnie nie przejmować tym, co stało się z wyspą, z klanem, z nimi wszystkimi.
— Idę do jaskiń — powiedziała nagle Pierzasta Kołysanka, podnosząc się bez ostrzeżenia, jakby decyzja zapadła w niej już dawno, tylko teraz w końcu znalazła ujście. Szepcząca Łapa drgnął.
— Teraz? A- Ale Pani Pierzasta Kołysanko, przecież nie wolno samemu tam chodzić! — wycedził kocurek, a na jego czole pojawiła się nierówna zmarszczka.
— Teraz — powtórzyła, nawet na niego nie patrząc, już kierując się w stronę wody. Nie zapytał drugi raz, tylko ruszył za nią, choć było widać, że każdy krok w zimnej wodzie kosztuje go więcej, niż chciałby przyznać. Ona natomiast szła pewnie, jakby nurt i chłód były czymś znajomym, czymś, co nie robiło już na niej żadnego wrażenia. Las po drugiej stronie przyjął ich ciężki zapach wilgoci i gnicia, który osiadał na języku i nie chciał zniknąć, nawet kiedy oddychało się głęboko, jakby próbując się go pozbyć. Pierzasta Kołysanka nie zwalniała. Jej łapy same znajdowały drogę między połamanymi gałęziami i miękkim, zapadającym się podłożem, jakby ciało pamiętało ścieżki lepiej niż jej własne myśli. Szepcząca Łapa kilka razy potknął się, zahaczając o korzenie albo ślizgając się na błocie, ale nie odezwał się ani słowem, tylko szedł dalej. Kiedy w końcu dotarli do skał, powietrze zrobiło się chłodniejsze, a cisza gęstsza, jakby coś w tym miejscu tłumiło wszystkie dźwięki, zanim zdążyły się rozwinąć. Wejście do jaskini wyglądało dokładnie tak, jak się tego spodziewała. Ciemne, nierówne, nieprzyjazne, jak rana, która nigdy się nie zagoiła. Zatrzymała się na moment, ale nie dlatego, że się bała. Raczej dlatego, że coś w niej kazało jej spojrzeć jeszcze raz za siebie.
— Wchodzę — mruknęła. W środku było chłodno i mokro, a każdy krok odbijał się echem, które wracało do nich z opóźnieniem, jakby jaskinia odpowiadała własnym rytmem, niezależnym od ich obecności. Im głębiej szła, tym bardziej ściany zaczynały się zmieniać. Najpierw delikatnie, ledwo zauważalnie, potem coraz wyraźniej, aż w końcu drobne kryształy zaczęły łapać światło i rozpraszać je na wszystkie strony, tworząc miękkie, niestabilne refleksy. Pierzasta Kołysanka zwolniła, próbowała nie potknąć się o własne łapy, tak jak wcześniej zrobił to jej brat – Szałwiowe Serce. Niebieski point przystał na progu, jakby czekał na wyjątkowe zaproszenie. Skrępowany ruszał koniuszkiem ogona, próbując poczekać na jakikolwiek znak od mentorki. Kiedy przekroczyli próg jaskini, chłód natychmiast osiadł na ich futrze, jakby powietrze w tym miejscu miało własną wagę, cięższą i bardziej wilgotną niż gdziekolwiek indziej, a każdy oddech zdawał się nieść ze sobą zapach starego kamienia i stojącej wody, której nie poruszał nawet najlżejszy podmuch. Szepcząca Łapa podążał tuż za nią, tak blisko, że niemal zahaczał bokiem o jej ogon, próbując ukryć własne napięcie, które zdradzały drżące wąsy i zbyt szybki oddech, a kiedy gdzieś dalej skapnęła kropla wody, odbijając się echem od ścian, podskoczył lekko, jakby spodziewał się czegoś więcej niż tylko dźwięku. Ściany zaczęły powoli połyskiwać, najpierw ledwie widocznie, potem coraz wyraźniej, aż drobne kryształy, ukryte dotąd w cieniu, zaczęły łapać nikłe światło wpadające z wejścia i rozrzucać je po wnętrzu w postaci drżących refleksów, które poruszały się razem z nimi, jakby były żywe i próbowały dotknąć ich łap. Pierzasta Kołysanka zatrzymała się na ułamek chwili, marszcząc lekko pysk, nie z zachwytu, a raczej z irytacji, bo nawet to miejsce, choć piękne, nie należało do niej i nie mogło zastąpić tego, co utraciła, po czym ruszyła dalej, głębiej, nie oglądając się, czy uczeń nadąża.
— Auć! A-ale ciasno, o kamyk, jak się błyszczy… Ała! Bardzo Panią przepraszam, niechcący! — mruczał co chwilę uczniak, grając na nerwach srebrnej. — O a co to? Jakiś owado… pająk? To wygląda jak Pani Różana Woń! — pisnął niebieski, wskazując opuszką łapy kleks z kurzu. Pręgowana westchnęła, fuknęła w stronę uczniaka, a ten z przerażenia, spojrzał się w inną stronę, jakby nagle zaciekawiła go ściana.
— Prababko daj mi siły… — powiedziała ciszej, jakby głośniejszy głos mógł coś zakłócić. W zagłębieniu skalnym znajdowała się woda, spokojna do tego stopnia, że wyglądała jak szkło, a w niej poruszały się ryby, inne niż wszystkie, jakie znała. Zbyt smukłe czy ciche jakby były częścią tego miejsca, a nie zwykłymi stworzeniami. Zbliżyła się powoli, niemal ostrożnie, jakby obawiała się, że jeden gwałtowny ruch rozbije całą tę scenę. Wyprzedził ją jednak uczeń, który zakradł się za mentorką, próbując zagarnąć jedną rybę dla siebie. Kocica zmarszczyła pysk, syknęła coś do niego przez zęby i pacnęła łapą jego głowę.
— Samolubny głupcze! — syknęła. — Myślisz tylko o napchaniu swego żołądka! Nawet się im dokładnie nie przyjrzałeś. Kiedyś pewien kot powiedział mi, że tak niezwykłe stworzenia nie chodzą piechotą! — fuknęła, po czym prędko opuściła jaskinię, zostawiając tam Szept, który stał w osłupieniu.
— Ja się chciałem tylko im przyjrzeć! — krzyknął za nią uczeń, ale ta już go nie słuchała.
Dziękuje Ci Kolcolistne Kwiecie, może wcześniej tego nie zauważyłam, ale prawiłeś mądre słowa” — pomyślała kocica. Rozejrzała się po okolicy, ale przed nią mienił się tylko wodospad w promieniach słońca, oraz karpie, które swoimi ciekawymi łuskami zaciekawiły nawet kruki, które przysiadły na niedalekim buku. Wąsy księżniczki nieco drgnęły, kiedy ta poczuła na karku oddech Szeptu.

<Szepcząca Łapo?>

Od Borowika CD. Gołąbka

Obserwowałem Gołąbka już dłuższą chwilę. Matka pozwoliła nam dziś zjeść "prawdziwe" jedzenie, jak to określiła. Czyli nie mleczko. Mój świat zawalił się na wiadomość, że mleczko się nie liczyło i że duże koty mleczka nie jadły. Że to nawet nie było do końca jedzenie, a bardziej picie. Niemiło. Po przejściu krótkiej żałoby (około dwóch mrugnięciach oczkami), pogodziłem się z postawionym mi faktem. By nie zasmucić matki, postanowiłem spróbować tej całej zwierzyny moim własnym pyszczkiem. I ocenić ją surowo, acz sprawiedliwie.
Tylko... nie wiem do końca, jak ona wygląda... Przyznaję, że tak bardzo skupiony byłem na tworzeniu kryteriów oceny jedzonka, że... aż zasnąłem. I informacja o tym, gdzie ją znaleźć i jak wygląda, ominęły mnie.
Moim nad wyraz analitycznym i rozwiniętym mózgiem połączyłem kropki i zdecydowałem się podążać za bratem, który również wybrał się po jedzonko.
Leżałem na ziemi, z pyszczkiem między łapkami, skryty pod osłoną cienia i tajemniczości. Gołąbek mruczał coś pod nosem, czego nawet ja dosłyszeć nie byłem w stanie. A przed nim zdaje się, leżało “to”.
Przeszedłem do działania.
Zakradłem się do Gołąbka, nie wydając przy tym żadnego odgłosu poza szuraniem pazurami o ziemię i pociągania noskiem.
— Bracie. Gołąbku. Masz jedzonko. Masz. Prawda? Jedzonko. Daj troszkę.
Zacząłem machać ogonkiem.
Gołąbek z jakiegoś powodu nie wyglądał na zaskoczonego moim pojawieniem się. Co więcej, wydawać by się mogło, że obserwował mnie, odkąd tylko usłyszał moje szuranie po ziemi... A przecież skradanie się polegało na tym, że było się niewidzialnym. Dziwne. Może miał jakieś magiczne moce od Wszechmatki... Wszechmoce.
— Borowiku! Właściwie, to już nie mam, właśnie skończyłem. Zobacz jaki ładny zrobiłem... — zaczął bury, ale ja byłem szybszy.
Moje oczka objęły całe otoczenie, w tym specyficznie ułożone i nieznane mi bliżej przedmioty leżące u łapek brata. Wiedziałem, że właśnie tego szukałem. Miałem do wyboru dwie opcje. Pierwsza – dziwnie wyglądającą i zakurzoną... masę z białymi wystającymi patyczkami, o ostrym zapachu. Druga – kolorowe, malutkie, ładnie pachnące... cosie. To była próba. Zmyłka. Ja jednak nie zawahałem się.
— Jedzonko.
Zniżyłem pyszczek błyskawicznie i ugryzłem.
Przeżułem.
I połknąłem.
— Hm. Jedzonko.
Przygotowałem się do wygłoszenia mojej opinii na temat jedzonka. Jakieś takie... dziwne. Ta cała zwierzyna była mniejsza, niż myślałem. Smakowała jak... roślinka, właściwie. Nawet kolor miała jak roślinka. I pachniała jak roślinka…
Ale swojego wyboru co do opcji numer dwa byłem pewien.

<Gołąbku??>

Od Zwęglonej Łapy Do Nocnej Łapy

Szylkretowy bok uczennicy w równym i spokojnym tempie podnosił się z wdechem, by następnie opaść, kiedy tylko wcześniej zaciągnięte powietrze opuściło płuca śpiącej. Zwęglona Łapa pogrążona we śnie nie zdawała sobie sprawy, że z każdym uderzeniem serca ucieka jej czas do porannego treningu z Sowim Zmierzchem, a nic nie wskazywało, by młódka w przeciągu najbliższych chwil miała się wybudzić. Paru uczniów już powoli zbierało się do wyjścia z legowiska na śniadanie lub pierwszy trening tego dnia, lecz nikt nie wpadł na pomysł, by obudzić dymną, która zwykle jako pierwsza opuszczała posłanie, by już na zewnątrz poczekać na swojego mentora. Dopiero późniejsze pojawienie się wojownika w legowisku uczniów sprawiło, że Zwęglona Łapa została wybudzona ze snu.
— Zwęglona Łapo. — Głos Sowiego Zmierzchu był niski, a zarazem zrównoważony, niczym on sam. Dźwięk zdawał się rezonować w ciele uczennicy, skutecznie ściągając jej umysł na ziemię.
— Sowi Zmierzchu… Co tu robisz? — spytała, leniwie podnosząc głowę, by nieco sennie spojrzeć na starszego.
— Spóźniłaś się. — Te dwa słowa wystarczyły, by serce w jej klatce gwałtownie przyspieszyło akcje, nieprzyjemnie obijając się o żebra, jakby miało zaraz wyskoczyć. Stres i panika zalały szylkretowe ciało Węgiel, jakby właśnie dochodziło do niej, że popełniła najgorszą zbrodnię, jakiej mogła się dopuścić pod wpływem emocji, niepoczytalna. Niczym poparzona zerwała się z posłania, by czym prędzej opuścić legowisko, przepraszając w kółko zielonookiego.
Dopiero dotyk ogona na jej boku sprawił, że zaprzestała wypowiadania jednego słowa niczym mantry. Wzrok miała utkwiony we własnych różnobarwnych łapach, starając się je zakryć coraz gęstszym ogonem, na którym sierść z każdym księżycem powoli przybierała na długości.
— Zwęglona Łapo, spójrz na mnie. — Po chwili wahania, żółte oczy spoczęły na spokojnym pysku wojownika. — To, że raz się spóźniłaś, nie sprawi, że wszystko nagle zacznie się walić. Rozumiem, że dziś musiałaś dłużej spać, by zregenerować siły po wczorajszym dniu — wyjaśnił cierpliwie kotce, która starała się przez całą wypowiedź nie uciekać wzrokiem, co było nie lada wyzwaniem.
— Rozumiem, postaram się już nie spóźniać… — mruknęła, kierując swoje żółte ślepia na centrum obozu, które powoli coraz bardziej zaczynało tętnić życiem.
— Nie — zaprzeczył twardo wojownik. — Masz sobie pozwolić na takie momenty. Nie wszystko musi być idealne, jesteś jedynie młodą kotką i w dodatku uczennicą Klanu Wilka, więc powinnaś być świadoma swych wad i zalet. A jeśli nie, to inni mniej lub bardziej przyjaźnie ci to uzmysłowią.
Słowa liliowego sprawiły, że szylkretka zastrzygła prawym uchem, ze skupieniem chłonąc jedną z lekcji, których udzielał jej Wilczak. Nie była to jedna z tych, których wymagano od każdego mentora, a bardziej coś życiowego, by dymna z czasem mogła stać się lepszą wersją siebie, nie tylko pod względem wojowniczych umiejętności, ale także całokształtu, jakim sobą będzie kiedyś reprezentować.
— Dziękuje Sowi Zmierzchu, jestem bardzo wdzięczna, że trafiłam na Ciebie jako mentora — odparła z lekkim uśmiechem, posłanym w stronę zielonookiego.
— Skoro to mam załatwione, to chciałbym Cię dziś zabrać do tuneli. Każdy Wilczak musi opanować umiejętność walki, nawigacji w tunelach i wspinaczki na drzewa, o samym polowaniu nie wspominając, gdyż to podstawy podstaw, by móc przeżyć — wyjaśnił, podnosząc się z dotychczasowego miejsca, które zajął na czas rozmowy z szylkretką. Ta po chwili ruszyła za kocurem, by rozpocząć ich wspólną wędrówkę do tuneli.
W ostatnich dniach deszczowych dni było znacznie więcej niż w pierwszej połowie sezonu, więc musieli korzystać z w miarę dobrej pogody, która się utrzymywała. W innym wypadku lekcja w tunelach mogłaby być zagrożeniem dla młódki, jak i samego wojownika. Sama ściółka leśna powoli zmieniała się w coraz większe bagno z kałużami po drodze z powodu zbyt dużej ilości wody, której podłoże nie było w stanie tak szybko przyjąć. W dodatku opadłe liście powoli zaczynały się rozkładać, a te, które dopiero niedawno odłączyły się od życiodajnej gałęzi drzewa, stanowiły idealny grunt do poślizgu.
— Tunele dla sporu kotów są tematem sprawiającym trudności, szczególnie na początku, gdyż wzrok staje się zbędny przez panujący mrok. Za to inne zmysły stają się niemal niezbędne do odnalezienie się w zawiłych korytarzach ciągnących się pod ziemią. Słuch, smak, węch, dotyk stają się receptorami, na których polegasz w warunkach i zaraz doświadczysz. Chociaż orientacja też odgrywa tu kluczową rolę, by choć w mniejszym stopniu mieć pojęcie gdzie się jest. — Tłumaczenia Sowiego Zmierzchu zawsze były obszerne, ale i rzeczowe, zawierając to, co było najważniejsze w danym momencie dla szkolącej się szylkretki. — Wibrysy odgrywają kluczową rolę, poprzez ocenienie szerokości tunelu czy kierunku podmuchu powietrza, za którym będziesz musiała podążać, gdy znajdziesz się w mniej Ci znanej części korytarzy. Na początek ruszysz za mną, starając się utrzymać stałą odległość i nie zgubić się po drodze, później nastąpi zmiana ról i to ty będziesz musiała naszą dwójkę wyprowadzić na powierzchnię.
Dymna skinęła głową, przyjmując do wiadomości pierwsze zadanie z nawigacji, jakie zostanie jej powierzone, kiedy tylko znajdą się w mroku.
— Boisz się ciasnych przestrzeni lub ciemności? — spytał jeszcze, nim skierowali się do wejścia.
— Nic z wymienionych — odrzekła, na co starszy zamruczał z aprobatą, a następnie skierował swe kroki do jednego z licznych wejść. Te początkowo było zalane w jakimś stopniu światłem słonecznym, tworząc lekki półmrok, który później z każdą długością przemieniał się w kompletną ciemność. Wbrew temu, co inni myśleć, to Zwęglona Łapa się nie bała, wręcz przeciwnie — coś ciągnęło ją do tego mroku, jakby cicho szeptało, by zanurzyła się w tym pomroku i pozwoliła, aby otuliło jej ciało niczym cienka warstwa jedwabiu.
Pogrążona we własnych rozmyślaniach, a raczej ich bardziej konkretny brak, sprawił, że szylkretka nawet nie zauważyła, kiedy jej łapy same ruszyły za Sowim Zmierzchem, prowadząc ją do jednego z korytarzy, którego kompletny brak widoczności tak przyciągał do siebie kotkę, niczym Cierniste Drzewo, przed którego obliczem stanęła po raz pierwszy, gdy została zabrana przez jednego z wojowników wprost do lasu i zostawiona na pastwę losu, by zobaczyć czy ta przeżyje samotną noc. Początkowe kroki Węgiel były dość niepewne, gdyż usilnie próbowała polegać na wzroku pomimo wcześniejszych słów mentora, które zdawały się przestać istnieć w jej umyśle, który z jakiegoś powodu zawsze był niczym zahipnotyzowany, kiedy to terminatorka miała styczność z czymś, co dla większości może być starszym lub przerażającym. Dopiero po jakimś czasie żółtooka odzyskała względną trzeźwość umysłu, by przypomnieć się o tym, co wcześniej mówił starszy i starać się bardziej polegać na pozostałych zmysłach.
Korytarz, którym się poruszali, co jakiś czas skręcał lub rozwidlał się na dwie, bądź więcej ścieżek, a dymna zaczęła pojmować, że znalazła się w istnym labiryncie i jeśli uda jej się odnaleźć drogę powrotną, to jedynie cudowi i woli Klanu Gwiazdy, o ile jego opieka sięga pod ziemię. Jedyne, co była w stanie usłyszeć to kroki ich dwójki po mokrym podłożu, szum krwi w uszach oraz rozszalałe serce, które z jakiegoś powodu przyspieszyło swą pracę. Nie było to spowodowane paniką, strachem, a jedynie obawą, czy podoła powierzonemu zadaniu — nie chciała zawieść Sowiego Zmierzchu, a czuła, że robi to zawsze, gdy coś nie szło, tak jak powinno, czyli po jej myśli. Sama sobie narzucała niewidoczną i realną presję, która w końcu zacznie być zbyt dużym obciążeniem dla niej, a wtedy może się to różnie skończyć, jednak jeszcze trochę czasu do tego, więc młódka nie ma się czego obawiać.
— Dobrze, teraz Twoja kolej — poinformował ją w pewnym momencie, na co Węgiel minimalnie się spięła, czując, jak presja narasta.

«★»

Powrót do obozu nastąpił nieco później, niż oboje myśleli, jednak młodsza nie spodziewała się, że tyle jej zajmie odnalezienie odpowiedniej drogi, a liliowy wojownik miał w planach nieco poćwiczyć z nią odnajdywanie się w tunelach. Tym sposobem spędzili na treningu mniej niż połowę dnia, choć na pewno było to męczące jak na zwykłą lekcję o nawigacji w tunelach z ćwiczeniami utrwalającymi, dlatego też, kiedy tylko wkroczyli do ostoi Wilczaków, żadne z nich nie zastanawiało się dwa razy, by ruszyć do stosu ze zwierzyną i wybrać coś dla siebie. Sowi Zmierzch oddalił się do swojej partnerki, Barczatkowego Świtu, a Zwęglona Łapa w tym czasie znalazła sobie miejsce dla siebie, które nie było aż tak bardzo przesiąknięte wilgocią ostatnich deszczy. Choć nim zajęła upatrzony kawałek trawy w odosobnieniu, to wpadła na czarnego kocura, który zdawał się bujać w obłokach i nawet nie patrzeć, gdzie stawia łapy. Piszczka w czasie zderzenie wypadła szylkretce z pyska, przez co upadła na ziemię i niemal od razu pokryła się niewielką ilością i luźnych źdźbeł trawy, na co terminatorka cicho westchnęła. Miała ochotę zgromić wzorkiem Wilczaka, jednak kiedy uświadomiła sobie, że jest on starszy, od razu odpuściła swe zamiary.

<Nocna Łapo?>
[1372 słowa + nawigacja w tunelach]

[27% + 5%]

Nowy Członek Pustki

ROKITNIK
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Starość

Od Wiciokrzewu CD. Mistral

Wiciokrzew wsadził łeb w wejście do lecznicy, po czym zrobił kilka kroków do przodu, zanurzając się całkowicie w półmroku. Gdy się rozejrzał, jego spojrzenie natrafiło na białą, długowłosą kotkę. Gdyby była nieco większa, przeraziłby się i pomyślał, że to Tramontana powstała z martwych. To jednak nie była Tramontana, a jej córka — Mistral. Właściwie to… ich córka, bo Wiciokrzew był jej biologicznym ojcem. Choć nigdy nawet nie przypuszczał, że do tego dojdzie.
— Ty — syknęła nagle Mistral. Jej ciało spięło się, a w oczach błysnęła nienawiść. Wyglądała jak dzikie zwierzę szykujące się do ataku.
Wiciokrzew instynktownie zatrzymał się w bezruchu, śledząc zmiany na pysku swojej córki.
— Kto ci pozwolił mnie tu zabrać?! — fuknęła, widząc, że liliowy nie zamierza się odezwać. — Dlaczego nawet nie próbowałeś ratować mojej matki, tylko zabrałeś mnie i mojego brata od niej i przywlokłeś do tego obcego miejsca?! — oburzała się dalej, podczas gdy końcówka ogona uzdrowiciela drżała nerwowo.
Wiciokrzew przełknął ślinę, czując, jak serce podchodzi mu do gardła.
— Jej… n-nie dało się u-uratować… — odparł cicho, spuszczając wzrok na łapy. Przed oczami mignął mu obraz zmasakrowanego, splamionego szkarłatem ciała jego “partnerki”. Czuł, jak ogarniają go dreszcze, a łapy stają się odrętwiałe. Wyruszając do nory tamtego dnia, nie spodziewał się ujrzeć tego, co zobaczył. To było dla niego traumatyczne — a co dopiero dla Mistral. Białofutra miała prawo się na niego złościć. Miała prawo złościć się na cały świat. Byle tylko nie trzymała się tej złości zbyt długo, bo o wiele trudniej jest nienawidzić, niż żyć z kimś w zgodzie.
— Jak przyszedłeś, to jeszcze oddychała! — uparła się Mistral.
— No, t-tak… ale stra-straciła za dużo… k-krwi — wydukał, po czym mocniej zacisnął zęby. — Nawet g-gdybym miał wszystkie zio-zioła, to… i t-tak by nie przeżyła. P-przykro mi, Mistral — wyjaśnił z trudem, po czym wziął głęboki wdech, próbując opanować emocje.

* * *

tw: rzygi, śmierć

W Owocowym Lesie głośno było o epidemii, jaka rozszalała się w legowisku starszych. Dlaczego Wszechmatka po raz kolejny zsyłała na Owocniaków te potworne choróbska? Jedna epidemia to o jedną za dużo, a teraz mieli zmagać się z kolejną?
Może naprawdę los nie chciał, by ten nieszczęsny Wiciokrzew pełnił funkcję uzdrowiciela, skoro stawiał przed nim tyle prób. Czy gdyby dociągnął trening na wojownika do końca i objął tę rangę, wszystko wyglądałoby inaczej? Nie musiałby co prawda użerać się z wymiotującymi starszymi, ale jak poradziłby sobie bez jednej łapy? Czy byłby w stanie biegać, polować i walczyć tak sprawnie, jak inni wojownicy?
Odpowiedź była prosta — nie byłby. Brak jednej kończyny utrudniał mu funkcjonowanie nawet jako uzdrowicielowi. Żyli przecież w społeczności związanej z drzewami — większość rang miała swoje legowiska na ich koronach, do których dostęp dla Wiciokrzewa był ograniczony. Bez jednej łapy wspinaczka po pniu była niezwykle trudna.
Może zielonooki powinien szukać swojego przeznaczenia gdzie indziej? Niekoniecznie w innym klanie, ale… co, jeśli powinien zostać samotnikiem? Nie dlatego, że by tego chciał, lecz po to, by ulżyć innym. W końcu kto nie ucieszyłby się na wieść, że bojący się własnego cienia, jąkający się uzdrowiciel wreszcie zniknął?

* * *

Z każdym minionym dniem było tylko gorzej. Teraz nie chorowali już tylko starsi — do grona zarażonych dołączyli też Czerwiec i Szafran. Wiciokrzew czuł się w obliczu tej choroby bezsilny. Mógł podawać tym kotom zioła, mógł przynosić im mech nasączony wodą, ale czy ich objawy w ogóle ustępowały? Te koty nie chorowały na żaden zielony czy biały kaszel, a na coś zupełnie innego. Coś, czego nie dało się wyleczyć kilkoma listkami kocimiętki.
Tego dnia liliowy zabrał ze sobą kilka ziół przeciwwymiotnych, ale z tyłu głowy i tak wiedział, że pod koniec dnia przyjdzie im wymieniać zabrudzony mech. W tym momencie legowisko starszych było istnym koszmarem. Wszystkie te zarazki uwięzione razem z osłabionymi Owocniakami… Pręgowany już nieraz prawie zemdlał, wchodząc do tej izolatki. Warunki tam były nie do wytrzymania. Brud, a w dodatku śmierdziało chorobą i nadciągającą śmiercią. Powietrze tam było aż wrzące od rozgrzanych oddechów starszych, który zmagali się z podwyższoną temperaturą. Uzdrowiciel nie sądził, że po zakończeniu epidemii ktokolwiek będzie tam chciał zamieszkać. Już chyba nigdy nie będą w stanie pozbyć się tego powalającego odoru z tego miejsca!
Wiciokrzew zatrzymał się przed wejściem do legowiska starszych, które pełniło teraz funkcję izolatki, by przypadkiem zaraza nie przeszła na inne koty. W końcu zielonooki wziął w płuca głęboki wdech świeżego powietrza i powoli przecisnął się do środka, gdzie od razu uderzył go smród tego, co przez ostatnie kilka minut zdążyło wydobyć się z wnętrza chorych kotów. Przez moment zmrużył oczy, nie chcąc widzieć przygarbionych Owocniaków, których ciała co jakiś czas wykręcały się w konwulsjach. Po chwili jednak oprzytomniał i każdemu choremu rzucił pod łapy porcję ziół.
Potem wyszedł z izolatki i poszedł po nowe, uplecione legowisko, którego stworzenie zlecił Mistral. Z nim udało mu się wrócić do środka, a tam zatrzymać się przed Rokitnikiem. Wiedział, że ze starszym łączyła go nieprzyjemna relacja i przed rozpoczęciem epidemii nie widzieli się prawie ani razu, ale… teraz nie było czasu na dawne spory. Wiciokrzew miał robotę do wykonania, nieważne czy lubił danego kota, czy nie.
— Mu-musisz… zejść — mruknął do burego, kładąc na ziemi świeże posłanie. — Będzie ci wy-wygodniej — dodał jeszcze, obserwując umorusane gniazdo, na którym leżał skulony Rokitnik. Miał nieznacznie przymknięte powieki i pysk wygięty w zirytowanym grymasie.
— Nie będę leżeć na legowisku, które żeś tknął! — wychrypiał starszy, otwierając szerzej ślepia i patrząc na swojego byłego ucznia z czystą nienawiścią.
Liliowy nie sądził, że Rokitnik wciąż jeszcze żywi do niego taką urazę.
— Rokitniku, to n-nie czas na to — wyjaśnił, popychając posłanie w stronę burego.
— A właśnie, że czas! — uparł się Rokitnik, po czym wyciągnął jedną z łap w przód, niemal łapiąc nią uzdrowiciela. Ten zdążył się jednak cofnąć na tyle, by paluchy burasa nie zdążyły opleść się wokół jego kończyny. — Nie przychodziłeś tu, odkąd w walce z sępem odniosłem poważne obrażenia! Żałuj tego, żałuj… bo może mógłbyś ominąć kilka przykrości.
Bury uśmiechnął się złośliwie, niemal szyderczo.
Po grzbiecie uzdrowiciela przeszedł dreszcz. Od zawsze bał się Rokitnika — a teraz, gdy ten wyglądał, jakby był na skraju śmierci, był jeszcze straszniejszy.
— Co masz na m-myśli…? — zapytał Wiciokrzew, po czym się rozejrzał. Niektóre oczy przebywających w izolatce kotów skupione były na nim i Rokitniku. Niektóre natomiast skupiały się na własnych łapach i na tym, by nie zwymiotować.
— Jak to co? — warknął bury, a zaraz potem zaniósł się kpiącym śmiechem. — Myślisz, że Osetek tak po prostu zniknął z Owocowego Lasu? Myślisz, że co? Że uciekł?
“O co chodzi temu szaleńcowi?” — pomyślał, nawet nie chcąc dopuścić do siebie najczarniejszych scenariuszy.
— Dalej nic nie świta? — kontynuował Rokitnik. — Pewnie myślisz też, że Ziemniak z własnej woli zaczął cię zaczepiać, co?
— Rokitniku, prze-przestań — wyrwało się w końcu Wiciokrzewowi. — Nie chcę o tym słu-słuchać!
Bury na moment zamilkł, lecz tylko po to, by jego pysk jeszcze bardziej się wykrzywił.
— Nie obchodzi mnie to, co wielmożny ziołolub sobie chce, a czego nie chce! — fuknął, marszcząc nos. — Wiedz, ty łajnojadzie, że to ja zmusiłem Ziemniaka do tego, by tobie dokuczał! Tobie i temu zapchlonemu Osetkowi!
“Dość tego, dość…” — stwierdził liliowy, robiąc krok w tył. Był na tyle zakłopotany, że obraz przed nim aż zawirował.
— Tak, tak… — zaczął powtarzać Rokitnik. — Byłeś moim ostatnim uczniem, pokrako! Zniszczyłeś mnie, zdajesz sobie z tego sprawę? Przyniosłeś mi nic innego jak niezliczone pokłady wstydu! Żyły sobie wypruwałem, by wyrosło z ciebie cokolwiek więcej niż lisie łajno, a ty na koniec-
Bury przerwał, gdyż jego ciałem wstrząsnął nagły spazm. Przełknął jednak ślinę i z trudem kontynuował:
— Ty… Ty śmiałeś zmienić rangę! Wszystko, co ci przekazałem, poszło na marne! Wiesz, ile mnie kosztowały treningi z takim niedorajdą jak ty? I tak mi się odwdzięczyłeś? A na koniec przyprowadziłeś do Owocowego Lasu jakąś przybłędę!
Wiciokrzew z trudem rozumiał to, co docierało do jego uszu. Wszystkie bodźce z otoczenia wydawały się dla niego sto razy wyraźniejsze. To było nie do zniesienia. W jego nosie kręcił się wykręcający zapach wymiocin, a w uszach słyszał tylko pełne jadu skrzeczenie swojego byłego mentora. Czy mogło być gorzej?
— Myślisz, że już skończyłem? — splunął starszy. — Ja się dopiero rozkręcam! — krzyczał dalej, chociaż reszta przebywających kotów w izolatce patrzyła się na niego z przerażeniem. — To przeze mnie Osetek nie żyje! Jest martwy! Myślisz, że to tylko jakiś bełkot schorowanego kota? To się mylisz! To ja kazałem Ziemniakowi zabić tego twojego pasożyta! Tak, tak… Ziemniak wyprowadził go poza obóz z łatwością. A potem wiesz, co zrobił? Poderżnął mu pazurem gardło! I wiesz, co było potem? No, wiesz? Wrzucił go do rzeki, by popłynął z prądem w nieznane! — miauczał wręcz maniakalnie.
To był moment, w którym nagle zielonooki odciął się od wszystkich zmysłów. W końcu gadanie Rokitnika ucichło, sylwetki innych kotów zaczęły się rozmazywać, a jego nozdrza wypełnił jedynie zapach krwi, zmieszany z wonią Osetka. Przez ten cały czas łudził się, że czarno-biały uciekł z własnej woli, że odnalazł swoje powołanie gdzieś indziej… I przez ten cały czas tak naprawdę żył z jego mordercą? Codziennie mijał w obozie kota, który na pazurach nosił krew niewinnego kota.
Gdy Wiciokrzew już się ocknął, zaczął słyszeć rozhisteryzowane krzyki i wrzaski wokół. Zamrugał kilkakrotnie i rozejrzał się po izolatce, tylko po to, by jego oczom ukazało się zwiotczałe ciało Rokitnika. Takie… bez życia. Bez tej złości, bez tego jadu, który jeszcze przed chwilą z niego tryskał. Starszy… umarł?
W pierwszym odruchu uzdrowiciel zbliżył się do burego i kłami złapał go za skórę na karku. Potem, wciąż jak w transie, wyciągnął martwe ciało z posłania i zaczął wynosić je poza izolatkę. Wychodząc przez próg, minął Czajkę, ale nawet nie skupił na nim uwagi. Szedł dalej, w akompaniamencie drżących szeptów i zdziwionych komentarzy. W jego głowie nie pojawiła się żadna myśl. Tylko pustka. Jakby był tylko ciałem, którym rządził jakiś pasożyt.
Gdy dotarł na środek azylu, rozluźnił szczękę i pozwolił Rokitnikowi upaść z hukiem na glebę. Zaraz potem sam też przypadł do ziemi, a jego wizja zaszła czernią.

* * *

Obudził się w lecznicy, na swoim wygodnym, znajomym posłaniu. Przez moment pomyślał nawet, że to wszystko było tylko złym snem. W jego głowie co prawda pojawiała się wizja martwego ciała Rokitnika, ale kto powiedział, że musi być prawdziwa?
Wiciokrzew podniósł się z miejsca, gotowy do rozpoczęcia swojego dnia tak jak zwykle. Gdy to jednak zrobił, Purchawka spojrzała w jego stronę ze zmartwionym wyrazem pyska.
— Jesteś pewny, że chcesz już wstawać? — zapytała. — Nie musisz dziś nic robić. Wszystkim się zajmiemy — dodała jeszcze, uśmiechając się z lekkim politowaniem w stronę liliowego.
Serce podeszło uzdrowicielowi do gardła, ale próbował udawać, że nie wie, o co chodzi.
— N-nie rozumiem… Czemu mia-miałbym dziś le-leżeć? — zaśmiał się nerwowo, a jego koniuszek ogona zaczął drżeć. — Nic się prze-przecież nie stało, n-nie?
Nim Purchawka zdążyła odpowiedzieć, do lecznicy weszła Mistral.
— To ja już pójdę — mruknęła czarnofutra, biorąc do pyska kilka ziół i mijając się z uczennicą w progu.

<Mistral?>

[1750 słów]

[18%]