Siedem kotów panów Hugo
CW/TW: myśli samobójcze, rezygnacyjne i intruzywne (mocno opisane), depresja, paraliż senny, opisy traumy
Przeszłość
Po jakimś czasie, spędzonym głównie w towarzystwie swoim i, ewentualnie, okazjonalnie Andory, Lulkowi dane było poznać inne koty, najwyraźniej dzielące z nim dach nad głową. Słyszał już o nich od samego kocura, ale wcześniej nie zdarzyło mu się ich widzieć na własne oczy. Według łysielca ich dwunożni jedynie jemu ufali bezgranicznie w to, że nie rzuciłby się do gardła obcemu, choremu kotu — czym on sam niesamowicie się chlubił, zapewne napawając się tym, jak ogromnie lepszy był od tych wszystkich, których nazywał dzikusami.
Po przeprowadzeniu jednak narady ze swoją kliką — w taki sposób określał on innych kocich mieszkańców domu — postanowił w końcu również i ich zapoznać z najnowszym, żałosnym nabytkiem — ku niezadowoleniu samego zainteresowanego. Ostatnie, na co miał ochotę, to poznawanie nowych kotów. Ten dobitny brak entuzjazmu Andorze absolutnie nie przeszkadzał.
Nie pytając Lulka o zdanie, pewnego dnia zebrał więc całą grupę, po czym wspólnie i w porozumieniu wparował do lulkowego pokoju, wcześniej otwierając drzwi, poprzez pełen gracji skok na wystającą z nich klamkę.
— Oto nasz najnowszy towarzysz — obwieścił tym samym dumnym tonem, którego używał, gdy poznali się po raz pierwszy. Brzmiał wówczas jak lider, ważna persona, gospodarz tego całego przedsięwzięcia. I prawdopodobnie właśnie to miał na celu. — Przywitajcie go. Pierre i Jean nazwali go Edragon, Eklerek czy jakoś podobnie, ale on woli imię Lulu.
Były ogrodnik nie silił się nawet na próby poprawienia szczurowato wyglądającego kocura. Zaakceptował już swój los dawno temu, wiedząc, że ten raczej nie zmieniłby zdania co do nazywania go per Lulu. Tak właściwie nie do końca mu to przeszkadzało. W jakiś sposób taka forma imienia miała mniej męski wydźwięk.
Uniósł łeb, przyglądając się po kolei każdemu z kotów. Poza samym Andorą było ich pięć — w różnych barwach, kształtach i rozmiarach. Nikt z nich nie pasował do tej układanki nawet w najmniejszym stopniu, a przez to… wyglądało to tak, jakby pasowali wszyscy. Lulkowe Ziele poruszył nieco wąsami, próbując wysondować atmosferę.
Nie bał się ich, bynajmniej. Przebywał w tym momencie w stanie tak głębokiej, wewnętrznej pustki, że bardzo szczerze absolutnie nie obchodziło go to, czy nie chcieli go tu przypadkiem zabić. Przyjąłby to. Po prostu nie miał ochoty (ani energii) na żadne kłótnie, przepychanki i inne głupoty. Wyglądało jednak na to, że przybysze byli rzeczywiście pokojowo nastawieni. Ułożył więc łeb na łapach, wpatrując się w nich dość znużonym wzrokiem złotych ślepi.
— Andoro, czemu ty musisz to wszystko robić takie… dramatyczne i niezręczne? Potem zawsze zapada taka głupia cisza — odezwał się jeden z głosów, który w związku z jego brzmieniem Lulek zinterpretował jako należący do wiekowej kocicy. — Nazywam się Rustyk. Andora nieco nam o tobie opowiadał.
Starsza przedstawiła się, uśmiechając się do niego jowialnie, szczerząc przy tym żółtawe zęby. Kilku z nich już jej brakowało. Poza tym prezentowała się dość uprzejmie, jakby była godna zaufania — miała zielone oczy oraz czekoladowe, pręgowane, długie futro, w wielu miejscach pokryte już siwizną. Przy tym była ogromna i bardzo puszysta, trochę jak borsuk. Na jej szyi znajdowała się obroża, dopasowana do koloru jej bystrych, chociaż nieco już mętnych ślepi.
— Miło mi cię poznać… — wymamrotał pod nosem Lulek, przenosząc swój wzrok na resztę kotów.
A więc musiał jakoś przetrwać ten istny rytuał upokorzenia, hojnie zaserwowany mu przez wspaniałomyślnych gospodarzy.
Nie udało mu się po tym przedstawieniu zapamiętać imiona wszystkich lokatorów tego konkretnego leża dwunożnych. Zupełnie szczerze — nawet się nie starał. Niezbyt go oni obchodzili. Ale, stety bądź niestety, był zmuszony do kontaktu z nimi w miarę często. Od kiedy tylko ich właściciele (według słów Andory — Pierre oraz Jean) zauważyli, że ich słodkie kotki dogadują się w miarę dobrze, zawsze zostawiali ich w jednym, przestronnym pokoju, gdy tylko każdego ranka opuszczali domostwo. Piecuchy nazywały to miejsce bawialnią i całkiem lubiły tu przebywać. Legowisko to było bardzo przestronne, wyposażone w zabawki, poidła i wydrążone, srebrne kamienie z jedzeniem. Znajdowało się tam również sporo sztucznych drzew, gałęzi do wspinania i innych, zupełnie niepodobnych do niczego rzeczy, przez jego nowych znajomych określanych jako kartony.
On, ze względu na swój brak mobilności, miał wyznaczony własny kącik — w budce jednego z tak zwanych drapaków. Spędzał więc tam niemalże cały dzień na miękkim kocu podarowanym mu przez jednego z dwunożnych samców, starając się zasnąć — z naciskiem na starając.
Było to bowiem bardzo trudne, o ile nie niemożliwe, zważywszy na żywe pogawędki, drapanie, zabawy, skoki, biegi i inne dalekie od spokojnych rzeczy, które wiecznie wyprawiały się na dole. Zazwyczaj to ignorował. Czasami warczał lub syczał na pieszczochy, aby zamknęły swoje śmierdzące króliczymi bobkami mordki. Ostatecznie posuwał się nawet do proszenia ich, chociaż cierpiały na tym szczątki pozostałe z jego dawno już nadszarpniętej godności. Nic z tego jednak nie działało, więc na końcu akceptował swoją sromotną klęskę i po prostu się poddawał. Jakiekolwiek zmiany w ich zachowaniu były bardzo nietrwałe — i tak po zaledwie kilkunastu (przy dobrych wiatrach — może kilkudziesięciu) uderzeniach serca powracali oni do swoich głośnych ustawień fabrycznych.
-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-
Wiele wody upłynęło w przecinającej tereny Klanu Nocy rzece, zanim Lulkowe Ziele zdecydował, iż izolacja mu nie służyła. Jasne, nie chciał bratać się z hałaśliwymi, gadatliwymi pieszczochami, — które w jego oczach stanowiły jeden organizm, bez żadnych niuansów w charakterze — lubił zdawać się bardziej tajemniczy, niż w rzeczywistości był i nieszczególnie chciał ujawniać kulisy swego przybycia tutaj, do czego zapewne zostałby ostatecznie zmuszony, ale…
Wciąż toczył bardzo jednostronną batalię z własnym niespokojnym umysłem. Pomimo lulkowej przewagi liczebnej, — w końcu w drużynie swoich narządów miał jeszcze serce, żołądek, płuca… — w żenujący sposób przegrywał każdą jedną bitwę tej durnej wojny. Sam nie wiedział już, o co walczył. Szczerze pogodził się już z nieuniknioną porażką, ale przy ostatniej próbie kapitulacji coś poszło drastycznie nie tak. Reszta jego organizmu powiedziała stanowcze nie umieraniu, wobec czego znalazł się właśnie w tym miejscu — otoczony przez głupie pieszczochy, jedząc głupie jedzenie, śmierdząc jak głupi dwunożni i czując, jak każda głupia kość w jego głupiej tylnej kończynie wraca na swoje głupie miejsce po tym, jak zapewne została pogruchotana na setki ultramałych, głupich kawałeczków. Wszystko tu było głupie.
A on zwłaszcza.
Bo jak miał to nazwać? Dostał ewidentny znak, — od Gwiezdnych, Matki Natury, Świata, własnego ciała czy jakiejkolwiek innej siły wyższej bądź niższej, jaka obserwowała go skądś — że miał żyć. Taki był nakaz i basta. Nie miał w tym temacie za dużo do gadania. Mu w sumie… też tak naprawdę nie śpieszyło się na drugą stronę. Cokolwiek by po niej się nie znajdowało — raj, nicość, potępienie — nie interesowało go to. W pewnym sensie nawet się cieszył, że jego próba samobójcza zakończyła się fiaskiem…
“Jak wszystko w twoim głupim życiu, ty bezużyteczna kupo lisiego łajna. Nawet zabić się nie umiesz porządnie.”
… no, ale niestety zawsze była też ta druga strona medalu. Jego mózg. Niby źródło rozumu, rozwagi i ogólnie wszystkiego, co w nim było mądre. Teoretycznie powinien chcieć żyć, prawda? To byłoby właśnie logiczne rozwiązanie. Bo jaki sens miałoby w jego wykonaniu dążenie do autodestrukcji? Ale najwyraźniej nie dane było mu posiadanie kooperatywnego umysłu, który działałby wspólnie z nim, a nie przeciw niemu. Masz ci los.
“Na Klan Gwiazdy, Lulek… naprawdę ci odbiło, skoro uznajesz swój mózg za oddzielny, rozumny byt. Po prostu nie chcesz wziąć na siebie odpowiedzialności za te wszystkie myśli i własne głupie poczynania. Nikt inny nie jest temu winny. Jedynie ty.”
Ten głos w głowie, który najwyraźniej nie chciał być nazywany jego umysłem, niesamowicie Lulka przerażał. Znał go dobrze. Brzmiał jak on. Przybierał w jego wyobraźni postać wyglądającą jak on. Śmiał się, płakał, krzyczał jak on. Ale to nie był on. To nigdy nie był on. To było coś innego, dziwnego, obcego, co przejęło jego głos, aparycję, wszelkie manieryzmy. Właśnie po to, aby zalęgnąć się w jego głowie jak jakiś pasożyt i szeptać mu prosto do ucha rzeczy, o których sam Lulek nigdy by nie pomyślał. Bo przecież nie był taki, jak to paskudne stworzenie. To nie była jego wina.
“Nie, ty lisi pomiocie. To kompletnie jest twoja wina, a ty jak zwykle szukasz tylko kogoś, na kogo mógłbyś ją zwalić. Boo-hoo, jestem Lulkowe Ziele, najbardziej niewinny kot na świecie, który brzydzi się tak bardzo rzeczami, które sam wymyśla!”
Westchnął cierpiętniczo, wpychając pysk głęboko w koc. Tak było każdego dnia, a po zachodzie słońca robiło się tylko gorzej. Dołączały senne mary. Znowu przed oczami miał obraz powodzi, słyszał rwanie ciała, do którego doszło na Zgromadzeniu, czuł zapach krwi, teraz także smród potwora i jego lśniące ślepia, gdy ten zbliżał się, aby go pożreć. Nie mógł się ruszyć nawet, gdy już się obudził. Mógł tylko oddychać ciężko, patrząc się prosto w ścianę, gdy jego ciało leżało bezwładnie na kolorowym kocyku, a coś uciskało jego klatkę piersiową niczym duszący go wąż. To były najbardziej przerażające chwile jego życia — gdy wciąż dzwoniło mu w uszach, przed oczami widział przebłyski świeżo minionego koszmaru, chciał upewnić się, że już wszystko to minęło. Ale nie mógł. Ten stan zawsze mijał prędzej czy później mijał, ale czas, w którym trwał, dłużył się niemiłosiernie, boleśnie. Jego serce biło szybko, jakby chciało wyrwać się z jego klatki piersiowej, słyszał szum krwi przepływającej przez naczynia w uszach. I nigdy nie chciał zasnąć ponownie.
Długo zresztą po takim epizodzie nie potrafił nawet zmrużyć oka. Zdarzały się noce, gdy po takiej “pobudce” już nie zasypiał. Pozostawał wybudzony, zestresowany. Czuwał aż do wschodu słońca, a potem czuł się jak świeżo wykopany z grobu trup. I ciągle nie opuszczały go wówczas te obrzydliwe myśli, podsuwane mu przez wstrętnego pasożyta. Towarzyszyły mu ciągle, nieprzerwanie, jak najlepszy kompan — z taką różnicą, że tego przyjaciela najchętniej utopiłby w mulistej rzece, trzymając mu łeb pod powierzchnią wody tak długo, aż jego ciałem nie zaczęłyby wstrząsać pośmiertne konwulsje.
“Już to kiedyś o kimś mówiłeś… A tak, o Szepcie! Pragnąłeś udusić go mchowym leżem, wrzucić do rzeki, gdy ten spał, rozerwać na kawałki w taki sposób, aby czuł każde jedno drapnięcie! No, ale ty wcale nie jesteś okrutny, zły i podły. Tylko pragniesz śmierci niewinnego kota, który okazywał ci wyłącznie wdzięczność, życzliwość i uwielbienie. Zupełnie normalne!”
W każdym razie, z tego właśnie powodu, Lulek zdecydował się na przerwanie samoizolacji — pewnego ranka po prostu witając się z innymi i, w miarę naturalnie, choć dalej nieco niezręcznie, przyłączając się do ich codziennej pogawędki.
-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-
— Mówiłeś, że zwykłeś zajmować się roślinami — zagaiła go pewnego dnia Rustyk, bezceremonialnie zajmując miejsce w budce tuż obok tej, w której niezmiennie leżał on sam. — To ciekawe. Myślałam, że leśni medycy zbierają zioła z dziczy, a nie sami je hodują?
Lulek całkiem lubił przebywać ze starą kocicą. Była mądra, choć trochę dziwna, ale z każdej jej wypowiedzi biło ciepło, sprawiające, że z jakiegoś powodu od razu wzbudzała u rozmówcy zaufanie. Przynajmniej u niego tak to działało. Chociaż nigdy nie rozmawiali ze sobą zbyt dużo — zaledwie kilka razy na osobności, zwykle ich konwersacje miały miejsce w czasie tych grupowych. Nieco zdziwiło go więc jej pytanie. Mimo to, uniósł nieco łebek, komunikując chęć prowadzenia tej rozmowy.
— Nie byłem medykiem — odparł, wzdychając cicho. Czasami zastanawiał się, jakby się sprawdził w tej roli. Czy byłby dobry? A może byłby tak samo beznadziejny, jak w każdej innej profesji? Nie miał co nad tym gdybać, bo tak czy siak jego urodzenie zadecydowało w tej materii za niego. — Byłem ogrodnikiem. Tylko w Klanie Nocy mieliśmy taką rolę. Zajmowałem się sadzeniem i pielęgnacją różnych roślin. Wiem też trochę o owadach, bo wykorzystywaliśmy je, by walczyć z różnymi szkodnikami naszych upraw.
Czekoladowa kocica słuchała go z uśmiechem na mordce, kiwając głową. Gdy skończył mówić, od razu otworzyła własny pysk.
— Co ty mówisz! To bardzo ciekawe, wiesz, Lulu? Nigdy o czymś takim nie słyszałam, jak skonam… A zwiedziłam kawał świata, doprawdy! To by było bardzo wygodne, jak tam o tym myślę.
— Tak? — przechylił łeb w bok, czekając na jakieś rozwinięcie tej wypowiedzi.
— Ano. Kiedyś byłam uzdrowicielką, młody. Wszystkiego musiałam szukać sama i upychać po dziuplach. W zamian za usługi lecznicze dostawałam od innych kotów to, czego potrzebowałam — pożywienie, ochronę. Zwłaszcza porą nagich drzew było ciężko. Na zimne czasy zawsze przenosiłam się do miasta. Wtedy ani nie było lekarstw, ani nikomu nie uśmiechało się za to płacić, trzeba było robić inne rzeczy, psiakrew… — Rustyk zawiesiła na chwilę głos, wgapiając się w pustą przestrzeń. Po chwili trzepnęła głową, jakby wybudziła się właśnie z transu. — No, ale to już za mną. Teraz mam jedzenie i ciepły kąt zawsze, a nie tylko wtedy, gdy ktoś uzna, że sobie na to zapracowałam.
— Tak, to na pewno wygodne… — Pokiwał głową. Zastanawiał się, co kocica miała na myśli. Miała polować? Z tego, co mówiła, to chyba nie umiała… I sposób, w jaki zawiesiła głos… To brzmiało jak coś smutnego. — Nie brakuje ci, no wiesz, wolności? Możliwości pójścia gdziekolwiek tylko zechcesz?
— Czasami — zaśmiała się swoim charakterystycznym, chrapliwym głosem. — Ale za wolność się płaci. A ja jestem już na to za stara, Lulu — miauknęła enigmatycznie, poprawiając łapy i podwijając je pod siebie.
Chyba mógł jej przyznać rację, chociaż sam tak naprawdę nie wiedział. Czy był kiedyś prawdziwie wolny? Był dzikusem, według Andory. Ale czy to była wolność? Wciąż komuś podlegał, obowiązywały go zasady, kodeksy, ścisła, nawet bardziej restrykcyjna niż w innych klanach hierarchia. Zawsze ktoś był ponad nim, pod nim, on od kogoś zależał, a ktoś zależał od niego. Był jak robotnica w pszczelim ulu, nieistotnym, łatwo zastępowalnym robakiem. Ale, tak właściwie… Czy kiedykolwiek mu to przeszkadzało? To znaczy, oczywiście — nie cierpiał tego, że inni, zwłaszcza jego bracia i siostra traktowali go jako gorszego od siebie, adresowali z wyższością i nigdy w pełni nie doceniali jego zasług. Ale klanowe życie samo w sobie było… komfortowe. Ustrukturyzowane, rutynowe i proste, gdy nie zdarzały się przypadkowe katastrofy pokroju powodzi. Lub gdy nie musiał oglądać egzekucji zdrajców. Lub gdy nikogo nie rozszarpywano na strzępy podczas Zgromadzenia. Tak właściwie, to chyba jednak wcale tego nie lubił…
— Powiedz mi, Lulu… — Głos starszej wyrwał go z zamyślenia. — Jakie imię nadała ci twoja matka? To bardzo ważna rzecz. Imię matczyne wiele o tobie mówi, zawsze należy je zachować. Chyba, że było nadane ze złych pobudek. Matka Styksa nazwała go początkowo Wszą, psiakrew. Takie imię należy zmienić.
Nie przerywał jej, gdy mówiła, cierpliwie czekając na swoją kolej, aby udzielić odpowiedzi na zadane przez kocicę pytanie. Zdążył już zauważyć, że ta uwielbiała się rozgadywać na każdy możliwy temat, a kiedy już zaczęła, to pysk prawie nigdy się jej nie zamykał.
— Lulek — odparł, gdy pręguska zrobiła przerwę w swojej wypowiedzi, prawdopodobnie, aby złapać tchu. — Nazwała mnie Lulek.
— Och, dziecino. — Wyciągnęła się w jego stronę, ogonem muskając jego czoło. — Przyjmij moje kondolencje. Żadna matka nie powinna nazywać swojego dziecka od trującego chwasta, psiakrew…
Nie wiedział, co miał jej na to odpowiedzieć, więc po prostu gorzko się zaśmiał.
-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-
— Czy w Klanie Nocy było fajnie? — zapytał go pewnego dnia Styks, najmłodszy z kotów mieszkających u Pierre’a i Jeana.
Styks był bardzo odmienny od Andory. Tak właściwie prawie wszyscy mieszkańcy domu byli bardzo różni — co było faktem, który przez dłuższy czas Lulek usilnie wypieral. W każdym razie konkretnie Styks pachniał jak kotka, choć się nią nie czuł i był mały, chuderlawy i jednolicie czarny. Oraz wyjątkowo gadatliwy, energiczny i ciekawski, co równocześnie drażniło, jak i w pewien sposób rozczulało byłego ogrodnika. Chyba robił się stary, bo w jakiś sposób nie przeszkadzał mu ten dziecięcy urok, wciąż niezaprzeczalnie przez kocurka posiadany. Nie było w tej infantylności zresztą nic dziwnego — gdyby żył w którymś z leśnych klanów, wciąż byłby zaledwie uczniem, zapewne zresztą całkiem niedawno mianowanym. Ale, na jego szczęście lub nie, Styks był z miasta, o czym często sam mówił, dokładnie opowiadając każdy fragment swego krótkiego (jak na razie) życiorysu. Zresztą, co nieco usłyszał również od Rustyk.
Od samego początku musiał walczyć o przetrwanie. Po przejściu na pokarm stały został sprzedany za kilka myszy i ładną butelkę kotu, który niedługo później sam skończył jako płaska plama krwi i futra na jednej z licznych w mieście dróg. Zziębniętego, przemoczonego i wygłodzonego malucha ostatecznie przygarnęła Rustyk, wraz z którą trafił ostatecznie do tego leża dwunożnych. Lulek spojrzał na niego, mrugając, nie wiedząc, co mu odpowiedzieć. Na tle jego wczesnych przeżyć, dzieciństwo Lulka było sielanką! Klan zapewniał mu wszystko, czego potrzebował. Miał ciepłe miejsce do spania, opiekę i naukę ze strony piastunki, towarzyszy do zabawy, żuki i śliczne kamyki. Matka nieszczególnie go lubiła, ale nie podejrzewałby jej, przynajmniej wówczas, o chęć sprzedania go za trochę strawy i jakieś śmieci. Jego młodość była więc, w ogólnym rozrachunku, dobra. Mimo to, wzbraniał się przed odpowiedzeniem, iż było tam fajnie. Nie chciało to przejść przez jego gardło. Gdy tylko myślał o Klanie Nocy, niemalże od razu przypominała mu się powódź, śmierć i fakt, że nikt go już tam nie chciał. Zapewne każdego dnia hucznie celebrowali jego zniknięcie — o ile od razu o nim nie zapomnieli. W końcu jednak się odezwał, czując na sobie naglący wzrok kocura.
— Było… dobrze. Na początku. Na pewno lepiej, niż u ciebie. Potem było bardzo źle. — Po wypowiedzeniu tych słów odwrócił się tyłem do młodszego, sygnalizując tym samym koniec rozmowy.
— Jesteś jak Kaszmir, wiesz? — mruknął młodziak znudzonym głosem, pacając Lulka w pysk drobną łapą. — On też nigdy nie chce mówić, skąd przyszedł. Ja i Rustyk wiemy, że z miasta. Długo śmierdział miastem. Ale wcale tego po nim nie widać. Koty z miasta są inne, twarde, opryskliwe, walczą o swoje. On jest tylko oschły i cichy, wszystkich unika, zwłaszcza innych kocurów.
Były ogrodnik pokiwał jedynie głową. Nieszczególnie interesowały go powody, dla których Kaszmir zachowywał się tak, a nie inaczej. Nie znał go i był on mu zupełnie obojętny. Był jeszcze bardziej wycofany niż on sam i niemal nigdy się nie odzywał, a jeśli już to robił, to był przy tym zupełnym przeciwieństwem swych miejskich pobratymców — odpowiadał zdawkowo, jednym bądź dwoma wyrazami. I nigdy nie patrzył rozmówcy w oczy, ale nie ze strachu. Z pogardy. W jego towarzystwie odzywał się tylko do Rustyk lub Madonny, bardzo okazjonalnie również do Styksu. Jego, Andory i Oksymoronu unikał jak żywego ognia. Poza tym faktem, wiedział o nim tyle, że miał ciemne, dymne futro, nadszarpane ucho, dużo blizn i jedynie trzy kończyny wciąż połączone z resztą korpusu.
— Nie dziwię się mu… — stwierdził zdawkowo Lulek, z trudem przewracając się na drugi bok.
— Rustyk kiedyś mi mówiła, że chyba go kojarzy. Ale wtedy był jeszcze młody, ładny i miał na imię Antinous, czy jakoś tak, więc ona nie wie, czy to na pewno był on. Podobno był partnerem jakiegoś szefa gangu, czy coś takiego… Tylko nie wiem, czemu już nie lubi kocurów…
— Nie wiem, czy chcę słuchać o nim plotek… — mruknął, choć wiedział, że to nie zniechęci młodziaka w żaden sposób.
— … No, ale pewnego dnia tamten kocur zniknął i pozostała po nim jedynie krew. Dużo krwi. Wszyscy myśleli, że umarł.
“Uciekł,” pomyślał Lulek, z nieco większą ciekawością słuchając w tym momencie historii opowiadanej przez Styks. “Jak ja. Zostawił po sobie plamę krwi i koty, które myślały, że umarł. Ale on kogoś miał. Kogoś, komu na nim zależało. A za mną… czy za mną ktoś tęskni?”
Spojrzał w kierunku okna, wyglądając przez szybę nostalgicznie, jakby miał z niej zobaczyć tereny Klanu Nocy. Dłużej już nawet nie próbował wysłuchiwać czarnego kocurka, który po pewnym czasie i tak stracił wątek, i poszedł bawić się sztuczną myszą.
-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-
Jeśli Lulek czegoś nienawidził, to było to mieszanie go w życie uczuciowe innych kotów. Zawsze, gdy Śnieżka zaczynała temat swojego nowego zauroczenia, — któż to tym razem mógł być? — automatycznie skręcało go w środku — z powodu marnotrawienia czasu (kto chciał słuchać jej ckliwych historyjek o tym, że Szałwiowe Serce nie zwracał na nią uwagi?), oczywiście. Z żadnego innego. Tym razem jednak padło na jego współlokatorów, towarzyszy i (samozwańczych) przyjaciół, Andorę i Oksymoron. Obaj byli jednymi z najbardziej dramatycznych, beznadziejnych romantyków, jakich w życiu spotkał — a to był wyczyn, biorąc pod uwagę, że większość swojego życia spędził w towarzystwie zdecydowanie zbyt kochliwej Śnieżnej Mordki. Obaj więc wypłakiwali się właśnie pod jego drapakową budką, wyglądając groteskowo obrzydliwie z opuchniętymi od łez oczami i glutami zwisającymi z nosów. On mógł jedynie wywrócić oczyma, ostatecznie i tak kończąc jako studnia na ich gorzkie żale.
Ukochana Andory zwała się Paella. Była piękna i zjawiskowa, a do tego tak samo łysa, jak on — z taką różnicą, że jej idealnie różowiutkiej skórki nie pokrywały żadne ciemniejsze plamki. Poza tym była posiadaczką ślicznych, niebieskich oczu i nosiła różowy sweterek, który komponowałby się świetnie z tym noszonym przez kocura. Ze względu na ich odpowiadające sobie fizjonomię, zdaniem wszystkich idealnie do siebie pasowali. Mogliby mieć armię szczurzych dzieci, które do końca życia nosiłyby kolorowe sweterki i te dziwne, białe mazidła, gdy tylko robiło się trochę cieplej. Lulek wiedział więc już o niej wszystko, posiadając wiedzę niemalże na poziomie samego Andory — i wcale nie przeszkadzała mu w tym jego chwilowa niemobilność, bowiem sam łysol znał ją jedynie z obserwacji. Nigdy nie zamienił z nią nawet słowa, gdyż, na jego nieszczęście, Paella niemalże wcale nie opuszczała swojego domostwa, wyglądając tylko co jakiś czas przez okno, podążając wzrokiem za przelatującymi ptakami i chowając się z powrotem za ścianą, gdy już jej się ta rozrywka znudziła. Ba, jej imię znał tylko dlatego, że chodzili oni do tego samego weterynarza i udało mu się je podsłuchać, gdy kotka była wywoływana na wizytę. Tak, brzmiało to dokładnie tak samo żałośnie, gdy Lulek usłyszał tę historię na żywo. Musiał się fizycznie zmusić, aby jego pysk nie wykręcił się w zażenowaniu. Lulka i Andorę w wiedzy o wybrance tego drugiego różniło więc jedynie ujrzenie jej na własne oczy — ale po tym opisie były Nocniak wiedział, że niewiele go omijało, bo wybranka serca kocura była równie szpetna, co on sam. Wolał tę ostatnią kwestię jednak przemilczeć.
— Och, Lulu, moje serce tak boli! Tak to boli, nawet nie wiesz, jak bardzo! Ona jest tam, moja ukochana. Me serce rwie się do niej, a ona… Ona siedzi za szybą, odgrodzona ode mnie, od moich uczuć. Powiedz, czy kiedyś uda mi się stopić jej lodową powłokę? — zapytał płaczliwym, zdecydowanie zbyt dramatycznym tonem, kładąc się na gładkiej podłodze. Wypłakiwał więcej żali w drewniane panele, które skutecznie wyciszały jego zawodzenia — Lulek nie był więc w stanie stwierdzić, co do końca mówił. Poza tym, że było to na pewno kolejne przepełnione tragedią wyznanie miłości. Siedzący obok Oksymoron, równie zapłakany, co jego towarzysz, smarkał właśnie nakrapiany nos w jego kolorowy sweter, na co były ogrodnik jedynie odrobinę się skrzywił.
W każdym razie, Oksymoron przynajmniej posiadał jakieś realne życie miłosne. Nie to, aby Lulek był w tej materii wielkim specjalistą, bo sam takowego nigdy nie miał — ale tutaj miał wyraźne podstawy, aby wydać taki osąd. Co jakiś czas bowiem przez otwarte okno w innym pokoju przychodził do nich obcy kot. Niechlujny, z odstającym, pełnym kołtunów futrem i odbarwioną, w wielu miejscach rozerwaną obrożą. Sam otwierał sobie drzwi do bawialni, wskakując na klamkę, po czym ignorował wszystkich, zmierzając od razu w stronę Oksymoronu i wtulając się w jego idealnie puszyste, miękkie, perfekcyjnie zadbane, rude futerko. Wtedy wszyscy już wiedzieli, że kocury cały ten dzień spędzą razem, dzieląc się językami, przytulając i przyciszonymi głosami rozmawiając na jakieś obrzydliwie urocze tematy. Według słów Madonny i Rustyk, obcy nazywał się Kartel i był tak zwanym niczyjem. To znaczy, nie należał do nikogo, a raczej do żadnego dwunoga. Wałęsał się, gdzie chciał, jadł, u kogo chciał i spał tam, gdzie tylko zapragnął. Był zwykłym włóczęgą, kompletnie wolnym duchem, pozbawionym jakiegokolwiek przywiązania do przyziemnych rzeczy — na przykład takich, jak koncept wierności.
Opisywana powyżej rutyna zakochanych nie sprawdzała się bowiem, gdy Kartel wpadał do nich pachnąc innym kotem. Zazwyczaj była to jakaś kotka z sąsiedztwa, której nigdy nie miał okazji poznać. Wiedział jedynie, że nazywała się Lady Gaga, nie lubiła Madonny (ze wzajemnością) i czasem starała się flirtować z Andorą (bez wzajemności).
W każdym razie, gdy ten kochanek marnotrawny zjawiał się w ich domu, śmierdząc jak ich skacząca z kwiatka na kwiatek sąsiadka (słowa Madonny, nie jego), w Oksymoronie budziła się furia, którą Lulkowi ciężko było opisać konwencjonalnymi słowami. Chyba najbliżej uchwycenia sedna tego uczucia byłyby różnorakie onomatopeje, ale i one nie oddałyby złożoności tego stanu w pełni. Oksymoron bowiem, jak, zgodnie z jego własną opinią, każda artystyczna dusza, czuł głębiej i silniej, niż jakiekolwiek inne stworzenie na tym łez padole. W przeciwieństwie do zwyczajnego pospólstwa, jego emocje były wyszukane i piękne, same w sobie stanowiąc swego rodzaju sztukę, bo pochodziły od Jego Wspaniałości we własnej kociej osobie. Niezależnie od tego, jak szlachetne by one nie były, doprowadzały z grubsza do tego samego, co emocjonalne wybuchy plebejskiego robaka — Kartel zazwyczaj dość prędko uciekał tam, gdzie pieprz rośnie, pozbawiony pewnej części futra, zaopatrzony w krwotok z nosa, obrzucony stosem nieszczególnie wyszukanych bluźnierstw i dramatycznie porzucony przez swojego ukochanego ze słowami, aby się już tu więcej nawet nie próbował pokazać. I to działało — przez jeden dzień, bo następnego włóczęga zjawiał się ponownie, w pysku trzymając marne kwiatki wykopane z ogródka sąsiadów, przyprawione obietnicą poprawy, która nigdy nie następowała.
Dzisiaj przypadał dzień, w którym to druga połówka rudzielca opuściła ich domostwo w mgnieniu oka, tak prędko, jakby w wyniki tego szaleńczego biegu miała zgubić własny ogon. Pech chciał, że nałożyło się na to rutynowe rozpaczanie Andory z powodu jego niedostępnej, uwięzionej w zamku (czymkolwiek był zamek) damy, której on nie mógł uratować. Lulek więc skończył z dwoma beksami, w głębi ducha nawet nie odczuwając zwyczajowej irytacji. Mógłby nawet powiedzieć, że trochę im współczuł, a zazwyczaj obecna w nim zazdrość odrobinę zelżała.
“Może to i lepiej, że nigdy się nie zakochałem. Ani nikt nie zakochał się we mnie. To wygląda… boleśnie.” zastanowił się, czując w środku swego rodzaju ciepło. Nigdy wcześniej tak o tym nie pomyślał.
-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-
Lulek czuł, że jego pogruchotane kości stopniowo powracały na dedykowane im miejsca. Musiał poczekać jeszcze trochę czasu, ale przynajmniej był już pewien, że rzeczywiście znajdował się na dobrej drodze do wyzdrowienia ze swojego urazu. To nieco podnosiło go na duchu. Liczył na to, że odzyskana możliwość nieskrępowanego ruchu pomogłaby w łagodzeniu jego negatywnego, nieokiełznanego myślotoku. Mógłby w końcu swobodnie chodzić po domostwie, a nie jedynie leżeć, przykuty do jednego, konkretnego miejsca i gapić się w ścianę naprzeciwko, nie mając innych bodźców do odciągnięcia uwagi.
Musiał przyznać przed sobą — bo przed nikim innym w życiu by tego nie zrobił — że rozmowy z pieszczochami rzeczywiście działały na niego dobrze. Najwyraźniej kontakt z innymi i zaprzestanie izolacji naprawdę potrafiło zmienić wiele. Wcześniej sam unikał wszystkich, odtrącał ich, antagonizował, nawet, gdy chcieli jedynie pomóc lub wyrażali realną troskę o jego dobrostan. Bez konkretnego powodu… Stał się kotem, którego nienawidził. To on był tym pasożytem — i obecnie był zażenowany tym, jak późno to przyjął to do wiadomości. Chociaż podświadomie chyba zawsze to wiedział. To właśnie o tym mówił mu ten głos, prawda? Ale on nie chciał dopuścić do siebie tej myśli. Wolał przypisać wszystkie te wątpliwe zasługi wyimaginowanemu, wewnątrzczaszkowemu robakowi, którego mógł antagonizować do woli, nie poświęcając nawet chwili na refleksję nad własną osobą.
Nawet, jeśli myśląc te podłe rzeczy, mówiąc te kąśliwe słowa i podejmując te okrutne, raniące innych decyzje nie czuł się jak on-on, to musiał to w końcu ze sobą skonfrontować.
To był on.
Zgniły, brzydki, zepsuty od wewnątrz i zewnątrz, toczony przez wstrętne czerwie nienawiści. Humorzasty, złośliwy, emocjonalnie odrętwiały, smutny, wściekły, przepełniony radością i rozpaczą jednocześnie. Pełen goryczy i zazdrości wobec każdego, komu cokolwiek szło lepiej niż jemu.
Ale mimo to, wewnątrz jego chuderlawego ciałka tliła się iskierka nadziei — może po to właśnie los dał mu drugą szansę? Pozwolił mu naprawić błędy przeszłości? Pogodzić się ze sobą i w końcu samemu sobie wybaczyć? Stać się nowym, lepszym kotem?
Nie wiedziało, ale musiało spróbować.