BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

18 czerwca 2026

Nowa Członkini Pustki!

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Starość

Odeszła do Pustki!

Od Żabki (Żabiej Łapy) do Trzcinowego Szmeru

Żabka dobrze pamiętała kotkę, która odwiedzała ich w żłobku bardzo często. Była śliczna i może trochę markotna czasami. Ale opowiadała najlepsze historie i była najlepszym wojownikiem jakiego Żabka znała. A przynajmniej tak sądziła. Trzcinowy Szmer. Odwiedzała ich, a potem sama urodziła kociaki.
Żabka była zadowolona, że miała więcej łap do zabawy.
Jednak po zostaniu uczennicą to ona miała szansę odwiedzić Trzcinowy Szmer w żłobku.
Ale zanim urządzi sobie wycieczki po obozie miała inne zadanie. Lawendowa Rozkosz zabierała ją na trening. Jeden z pierwszych, chociaż tereny klanu już zwiedziła. Żabka nie była zbyt chętna iść gdziekolwiek tego upalnego dnia, ale nie widziała żadnego dobrego argumentu aby odmówić swojej mentorce. Zaszczyciła więc ją swoją obecnością o ustalonym czasie.
– Dzień dobry Lawendowa Rozkoszo! – Przywitała się z mentorką z szerokim uśmiechem.
– Ach! Żabia Łapo! Ruszajmy! Czeka nas całkiem ciekawa lekcja dzisiaj! – oświadczyła Lawenda.
– A jakaż to? – Żabka machnęła swoim długim ogonem i wbiła wielkie oczyska w starszą kotkę. Ta uśmiechnęła się bardzo szeroko.
– Umiesz pływać? – Liliowa kotka przeskoczyła z łapy na łapę.
– Trochę. Jak tatko nie patrzył to moczyło się łapki to tu… to tam… – nie chciała jednak zdradzać za dużo o swoich wybrykach.
– No dobra! Ale chciałabym zobaczyć jak dobrze pływasz! – jej mentorka uniosła ogon i zaraz udawała się do brzegu wyspy. No tak. Jeśli chcesz stąd wyjść musisz umieć pływać. Żabka nie bała się wyzwań.
Jej pływanie było nieco niezgrabne i nadal było w nim widać kocięcy brak doświadczenia, jednak jakoś wygrzebała się z obozu.
– Nie jest źle. Nauczymy cię jeszcze bardzo dobrze pływać! A dzisiaj, zwiedzanie i może coś upolujemy po drodze!
Żabka była nieco zmęczona o tym jak wróciła z treningu. Była też morka, ale to nic nowego dla kota z Klanu Nocy. Każdy wojownik, który wracał ze zdobyczą lub z patrolu kończył z futrem przywartym do ciała. Żabka otrzepała się nieco i z myszką w pysku podeszła do kupki ze zdobyczą, która była pełna ryb i różnego ptactwa. Odłożyła ją chwytając sobie jakiś kąsek. Powoli ruszyła w kierunku żłobka, bardzo z odruchu. W końcu jeszcze parę dni temu tam mieszkała. Zawahała się przed wejściem przypominając sobie, że przecież jest już uczniem. Dzisiaj była świeżo na treningu.
– O! Niesiesz coś dla naszej królowej? – jakiś wojownik podsunął jej doskonałą wymówkę.
– Oczywiście! – mruknęła Żabka i zniknęła w żłobku. Tam prychnęła na Fląderkę, która podniosła głowę aby zobaczyć kto wchodzi. Czekoladowe koty były naprawdę… oburzające. I jeszcze ta cała Mysiomózga Łapa! Dwa siebie water koty!
– Dzień dobry, Żabia Łapo. – Trzcinowy Szmer podniosła na nią oczy. Żabka odłożyła przed nią kawałek jedzenia.
– Dzień dobry, Trzcinowy Szmerze! Jak Ci mija dzień? – zagadnęła.

<Trzcinowy Szmerze?>
[427 słów]

Od Żabki do Rzekotki

Żabka powiedziałaby, że żłobek jest diabelsko nudny ostatnimi czasy. Mama, kochana mama, opowiada im czasami bajki, ale ile można było jej słuchać! – Hej Roszpunka, Rzekotka! – Żabka stanęła nad siostrami. Ledwo uchyliła oczy a już była niespokojna i znudzona. – Mama śpi. Co powiecie na mały spacer?
Rzekotka przeciągnęła się i zamlaskała. Wytarła pulchną łapką ślinę, która jej wyciekła z pyszczka podczas piątej drzemki tego ranka. Spojrzała na siostrę wielkimi oczyma i tak patrzyła. Przez dłuższą chwilę milczała, wgapiając się w Żabkę i myśląc nad tym co powiedziała. Po chwili na jej pyszczku zagościł szeroki uśmiech. – Spacereeeeek! – Miauknęła chętnie.
– Spacer? – Roszpunka zerknęła na nie zaspana.– Okej!
– No dobra. To ruszamy! Nawet wiem gdzie sie przejdziemy! Tata opowiadał nam, o tym miejscu, tam w krzakach. Że nas kiedyś zabierze, ale przecież możemy pójść same! – Żabka zamrugała swoimi wielkimi oczami i ruszyła do wyjścia ze żłobka rześkim krokiem. Żabka parła z siostrą do przodu. Ale chwila! Tylko jedną. Dobrze, że ledwo wyszły ze żłobka i nie zaszły daleko. Żabka odwróciła się i wbiła swoje wielkie oczyska w wejście, siadając.
– Czemu stoimy? – Ropuszka też się zatrzymała.
– Zgubiliśmy Rzekotkę... – miauknęła – Musimy po nią wrócić! To niedobrze zostawiać siostrę za sobą! – Oświadczyła i wróciła się, a jej zagubiona siostra akurat wpadła w nią przy wychodzeniu. – O tu jest!
– A cooo jeeeest? – Zapytała zdziwiona, rozglądając się za tym „czymś".
– Ty. Bo o tobie mówiłam, że cię zgubiliśmy. Ale cię znaleźliśmy. Chodźmy! Tam! – pokazała na krzaki. – Tam jest kałuża! Możemy się pobawić w krokodyle! Rzekotce oczka rozbłysły.
– KAŁUŻA!! – Miauknęła wesoło. – WODA! Chodźmy się wykąpać! Żabka musisz tam wejść, bo w końcu jesteś żabka!
– Ropuszka też! –- Żabka mruknęła. – lubisz kałuże co? – zapytała się siostry. – Ja lubię!
– Masz rację!!! – Zaśmiała się. – Kocham wodę! Ale lubię też ziemię, wiesz? Bo można na niej siedzieć. A w wodzie jak posiedzieć?
– Jak jest płytka to się ta! – odparła Żabka jak największy mędrzec tego świata. Jakby wiedziała wszystko! Bo przecież wie! A jak nie wie to też wie! – O! Jest kałuża! – Ropuszka była pierwszą którą ją zauważyła. Kryła się zaraz przy krzakach, ale nadal w zasięgu wzroku reszty wojowników. Rzekotka wybałuszyła oczy. – A czy ta jest płytka? – Zapytała, chociaż źdźbła trawy przebijały się na powierzchnię.
–No chyba! – odparła koteczka. Zanurzyła przednie łapki zapadając się pod sam brzuszek. Ale nie utonęła. Trochę ciężko się chodziło, ale było...wystarczająco płytko – widzisz! Wiedziałam!
Rzekotka otworzyła szeroko pyszczek i wybałuszyła wielkie oczy. – Woooooah! – Miauknęła zszokowana. – Ale Ty jesteś mądra Żabka! A ja też mogę wejść?
– No tak! Pewnie, że możesz! – Odparła Żabka – Tylko uważaj na kamienie pod łapami żebyś się nie wywaliła! – Ale nadal czuła się odpowiedzialna za siostrę. Ropuszka obok nich sama też wskoczyła do wody. Rzekotka miauknęła wesoło w odpowiedzi. Podniosła grube łapki i chlapnęła wodą, kiedy je zanurzała.
– Ale fajnie! – Oznajmiła. – Ta woda jest taka mokra!!!
– No tak! Woda ma być morka. W przeciwnym wypadku nie byłaby wodą, tylko ziemią! – oświadczyła Żabka jakby to było wielkie odkrycie. Chlapnęła Ropuszkę tą nieco brudną wodą. Ta zmarszczyła nos i jej oddała. I po chwili tak się obie chlapały, śmiejąc się w głos.
Rzekotka wydała z siebie miauk zszokowania.
– Jesteś taaaaaka mądra Żabciu! – Skomplementowała siostrę. Po chwili Rzekotka dołączyła do sióstr i kilka uderzeń serca później cała trójka uciekinierek miała wodną bitwę. I wszystko byłoby pięknie jakby nie ich zmęczona mam a, która przerwała im tę piękną zabawę. Załamana usiadła przy ich kałuży i spojrzała na te trzy kociaki, tak radośnie się chlapiące, ale jakże niemiłosiernie brudne z błota i brudnej wody. Nic tylko załamać nad nimi łapy.
– Dzieciaki... – miauknęła. – Już wystarczy!
–Ale mamo! Jeszcze chwilę! – Żabka obejrzała się na kotkę. Ta zmrużyła oczy. – I tak już jesteśmy mokre! – oświadczyła, w końcu była bardzo mądra! Tak powiedziała siostra!

<Rzekotko?>

Od Promiennego Słońca

Promyk spoglądała na Mirtowe Lśnienie z wściekłą miną. Ten kot nie zasługiwał na swoje nowe imię. Nie… W końcu Tawuła nie był zdolny do zdrady. Nie było w nim złej kości! Rady, porady, dobre słowa — to było wszystko co dawał temu klanowi. Wykonywał swoje obowiązki dokładnie, chociaż znikał na długie godziny. Nie zawodził jako wojownik! I Mirtowe Lśnienie próbuje wmówić wszystkim, że został zaatakowany przez Tawułę? Mysi Móżdżek z niego, że sądził, że Promyk będzie w stanie w to w ogóle uwierzyć.
– Promienne Słońce? – Słoneczne Oko położył łapę na jej barku. – Ja wiem… że to… nasz brat stracił życie, ale… co jeśli to prawda?
– Prawda? Uważasz, że nasz brat byłby w stanie zrobić coś takiego? – Promyk zwróciła się do jedynej osoby, która została jej naprawdę w życiu. On i ojciec.
– Nigdy nie wiesz co kryje się głęboko w kocie. On nie lubił Lśniącej Gwiazdy. – Słońce odwrócił wzrok. Promyk zacisnęła mocno zęby. Nie chciało jej się wierzyć, że jej brat… Słoneczne Oko, ten naiwny, kochany brat, uwierzyłby w zdradziectwo swojego rodzeństwa.
– Ty go lubisz co? Nawet po tym, jak zamordował naszego brata, co? – Promyk uśmiechnęła się krzywo. Jej działające oko zaszło łzami. – Nie wierzę… Mój własny brat przeciwko bratu.
– Tawuła go nie lubił… To jest możliwe, że próbował się go pozbyć! – Słoneczne Oko się wzbraniał. – Będę za nim tęsknić, nie kłamię, ale…
– Nie… Nie tłumacz się. Nie ma sensu. Też będę tęsknić. Za nim. Za tatą. Za wujkiem. – miauknęła. – Będę też tęsknić za Tobą, bo mam nadzieję, że cię już więcej nie zobaczę. – warknęła i wstała. Jej łapy poniosły ją automatycznie głęboko w tereny Klanu Klifu. Nie zwracała uwagi na swojego brata, który zaczął jej towarzyszyć. Miała go dość. Miała dość Lśniącej Gwiazdy, jego ego, jego zastępczyni flirtującej z powietrzem, jego podejścia do życia i klanu. Zabił jej brata, a jej drugi brat co na to?
– Po kie za mną idziesz? – Promyk zatrzymała się wpół kroku i mało nie zderzyła ze swoim towarzyszem.
– bo jesteś moją siostrą! I … I rozumiem, że nie wierzysz w słowa Lśniącej Gwiazdy i… może ja też nie powinienem, ale… Tawuła był tak negatywnie nastawiony do decyzji naszego lidera… a Klan Gwiazdy dał mu życia, potwierdził jego imię i… Co, jeśli jednak? – Słoneczne Oko spojrzał na siostrę z zawodem. Ta tylko odetchnęła ciężko i spojrzała w bok. Była zła. Wściekła. Wkurzona. Furia buzowała w niej jak ogień, który palił do akcji. Wyszła z obozu, żeby przypadkiem nie rzucić się na kogoś z rodziny tego przeklętego kota, a teraz jej własny brat spoglądał jej w pysk i bredził. Stawiała się po stronie tego potwora.
– Decyzje Lśniącej Gwiazdy są... kwestionowanle. – miauknęła.
– Ty też jesteś przeciwko niemu? – Słońce opuścił uszy po sobie. – Nie bądź jak Tawuła, okej? – Oko spojrzał na nią błagalnie. ”Jak Tawuła”. Tawuła był niczym jak dobrym kotem. Martwym kotem. Kotem, który zasługiwał na dobry pochówek i godną śmierć, a nie knowania tego… tego… tego… mysiego móżdżka!
Promyk spojrzała na brata z furią.
– Wiesz co? – miauknęła uśmiechając się nagle. Słoneczne Oko spojrzał na nią ze wzrokiem pełnym niepewności. – Będę gorsza od niego. – wyszczerzyła swoje kiełki i skoczyła na brata. Przycisnęła go do ziemi całą sobą i zamachnęła się pazurami. Trafiła w sam pysk pozostawiając na nim zakrwawione szramy. Kotka miała przewagę zaskoczenia nad swoim bratem, który dopiero po paru sekundach zdążył zrozumieć co dokładnie się dzieje. Próbował ją zepchnąć, ale zanim mu się udało Promyk trafiła jeszcze dwa ciosy. Słońce uderzył ją tylnymi łapami w brzuch sprawiając, że przetoczyła się po runie leśnym. Wstała, spojrzała na niego. Jego pysk był pokryty śladami jej nienawiści.
– Promień?! – Słoneczne Oko przetarł pysk z przerażeniem. Kotka nie skoczyła na niego ponownie.
– Proszę. Chciałeś zdradę, dostałeś zdradę. Na własnej rodzinie tym razem, a nie na jakimś podszywaczu, złodzieju i mordercy! – uśmiechnęła się i oblizała łapę z krwi. – Pamiętasz…
– Co? Co mam pamiętać?! – Słońce robił się widocznie coraz bardziej wściekły.
– Że będziesz pierwszym, który będzie wiedział, że odchodzę z tego klanu. Proszę. Odchodzę. Nie ma mnie. Znikam. I nigdy mnie już nie zobaczycie. A ty… masz pamiątkę po „ukochanej” siostrze. Zdrajczyni, jak brat…– wysyczała przez zęby i podskoczyła na łapy. Zaraz ruszyła do ucieczki, mając nadzieję, że brat za nią nie podąży. I tak też było. Słońce się zawahał i Promyk już nie było. Pozostał tylko zapach krwi i łez.
Promyk przekroczyła drogę grzmotu bez zawahania się. Potem przeszła przez rzekę gdzie Łapka parę dni temu pokazała jej drogę. Skryła się w bezpieczeństwie łąk i kniei pokrywających te tereny, mając szczerą nadzieję, że nikt nie będzie jej już szukać. Że jej wybryk nie zwróci wystarczająco uwagi. Że jej brat przyzna się, że jego siostra uciekła. Dostała załamania nerwowego i zniknęła. I nikogo już nie będzie obchodzić dokąd się uda i kim zostanie.
Promienne Słońce podniosła wzrok na miasto w oddali i odetchnęła. Pozostało jej tylko czekać spokojnie do wieczora, kiedy jej szansa na ucieczkę w miejsce, gdzie nikt jej nie zna, się pojawi. I tak też było. Łapka minęła ją nieświadoma, że Promyk kryje się dzisiaj znacznie bliżej niż zazwyczaj.
– Łapko? – mruknęła, kiedy ta po prostu przeszła niedaleko. Pieszczoszka zjeżyła się na jej głos i podskoczyła ze strachu. – Tu jestem. Za Tobą.
– Ale się skradasz! – niebieska koteczka zaśmiała się nerwowo. – Co ty tutaj robisz?!
– To… długa historia. – Promyk prychnęła pod nosem. – Mój brat, Tawuła został zamordowany.
– Co? – Łapka przysiadła sobie na ziemi zaskoczona. Jeszcze parę dni temu słuchała o tym, jakim to on był porządnym kotem.
– Udał się na patrol z Lśniącą Gwiazdą, który twierdzi, że mój brat był zdrajcą i go zaatakował. Ja w to nie wierzę! Nigdy! – prychnęła. – Tawuła nie był taki. Nigdy. Żaden lider mi nie wmówi, że to prawda. Ale Słoneczne Oko… on uwierzył i … trochę się z nim pokłóciłam i … może za mocno zareagowałam, ale… co się stało się nie odstanie. – Promyk potarła swój pyszczek łapą. Po krwi nie został już nawet zapach. – W każdym razie, już ta nie wracam.
– Co? Ale… Przecież, tak bardzo odpowiadałaś mi jak lubisz życie wojownika?! Dlaczego teraz miałabyś je porzucić?!
– Co nie będę żyć w klanie, którym rządzi morderca i kłamca. – odparła. – A … jeśli zmienię klan to znowu będę odrzutkiem, więźniem albo… hipokrytą. Oceniałam Zająca, jednego z wojowników, który wycofał się z klanu, jako tchórza i zdrajcę, a popatrz się na mnie teraz… Robię to samo. To samo. Nie chcę go spotkać w Klanie Burzy, a to właściwie byłoby moją jedyną opcją.
– To… co teraz? Co teraz zrobisz? – Łapka opuściła uszy po sobie.
– Weź mnie ze sobą do miasta… proszę. – Promyk spojrzała na nią błagalnymi oczami.
– Miasto jest… niebezpieczne! – Łapka przeskoczyła z łapy na łapę.
– Wiem. Ale… Dlatego potrzebuję ciebie. Znajdziemy Mi skrawek ziemi pod jakimś … jak to się nazywało? Śmietnikiem? I wszystko będzie okej. Przyzwyczaję się.
– Tak. Śmietnik. Ale… No dobrze. Wezmę cię. Ale słuchasz się mnie we wszystkim! – Łapka podrapała się po głowie. – Bo ty nie wiesz nic o mieście. Trzymasz się blisko mnie, słuchasz uważnie i mieszkasz gdzieś blisko, okej?!
– Okej. – Promyk pokiwała łebkiem. Była gotowa na tę zmianę. Nie chciała wracać do domu… domu! HA! Dobry żart. Ten klan nie był jej domem już przez jakiś czas. Może po prostu w końcu to zrozumiała.

Od Promiennego Słońca

Noc przyszła powoli. Tak jak zawsze. Promyk już o zachodzie słońca przeskakiwała przez drogę grzmotu, znikając w złotych łodygach. Jej krok był spokojny, jednak jej myśli szalały w jej głowie. Po co w ogóle tutaj wróciła? Żeby co… spotkać się z jakimś pieszczochem, którego poznała wczoraj?! Może… Coś ją tutaj mimo wszystko ciągnęło. Czy to cisza, czy prawa, które nie sięgały ziemi niczyjej? Czy kotka, którą ledwo znała, a która tak uważnie jej słuchała?
Promyk usiadła na brzegu rzeki, praktycznie w tym samym miejscu co wczoraj. Tej nocy było nieco chłodniej. Może ten pieszczoch nie przyjdzie… a może się pojawi. Z jakiegoś powodu Promyk oczekiwała tego drugiego wyniku. Czyżby brakowało jej w klanie kogoś do pogadania? Przecież miała swoje kochane rodzeństwo! Tawuła… była… był przecież tak samo dziki i samotny jak ona. Szlajał się po terenach klanu, ale obowiązki wykonywał dokładnie. No i Słoneczne Oko. On przecież też stracił ojca, też stracił wuja. Też dorósł… Chociaż on nigdy nie stracił swojej miłości do towarzystwa. Promyk… po tylu latach bycia uczniem wolała samotność. Tylko ona i jej myśli.
– Przyszłaś! – Promyk tym razem nie podskoczyła. Cichutkie dzwonienie dzwoneczka towarzyszące krokom pieszczocha było słyszalne z daleka, jeśli wiedziało się czego szukać.
Promyk położyła po sobie uszy i wzięła głęboki wdech, podczas kiedy jej towarzyszka położyła się obok niej. Dzisiaj nieco bliżej.
– Ty też… – Promyk stwierdziła na głos spoglądając na kotkę. Tym razem przyjrzała się jej bliżej. Kotka miała dłuższą, niebieską sierść, na której widniały piękne zakręcone pręgi. Miała białe uszka, biały pyszczek i ogonek i przednie skarpetki. No i oczywiście ta obróżka. Złota w różowe kropki, z małym dzwoneczkiem. Wyglądała absurdalnie.
– Tak miałam właśnie nadzieję, że się pojawisz! – Łapka była drobna, znacznie mniejsza od Promiennego Słońca. Miała piękne, niebieskie oczy. Promyk nadal patrzyła najpierw innym kotom w oczy. W końcu to książka ich życia. A oczy Łapki były łagodne, słodkie i pełne tej iskry kocięcej ciekawości.
– Pojawiłam się. Właściwie nie wiem czemu. Irytujesz mnie…– Promyk zmarszczyła nos z udawanym niezadowoleniem. A może wcale nie tak bardzo udawanym. Była trochę poirytowana, ale bardziej sobą. Przyszła tutaj. Do obcego kota. Pogadać z jakimś pieszczochem.
– Całą przyjemność po mojej stronie! – Łapka zaśmiała się sama z siebie, machając łapą. – Jak ci minął dzisiaj dzień? – zagadnęła z ciekawością.
– Polowanie, głównie. – odparła Promyk. – Udało nam się złapać zająca. Całkiem niezła zabawa, bo one są szybkie i w miarę niebezpieczne. Trzeba więcej niż trzy koty do niektórych.
– O! Nigdy nie polowałam na zające! Właściwie ja nie poluję wcale. Nie umiem chyba nawet. – Łapka zawinęła ogon wokół siebie i zaczęła masować go jak kociak. Promyk tylko uniosła delikatnie brew.
– To musi być wygodne… Tak dostawać jedzenie bez wysiłku. – mruknęła Promyk. Nie zazdrościła tego Łapce. Nie. Nie oddałaby swojej wolności nawet za cenę darmowego jedzenia.
– Wygodne jest, ale czy takie smaczne… – Łapka zmarszczyła nos. – Czasem znajduję w mieście skrawki i są znacznie lepsze niż to co daje mi moja właścicielka. Świeża zdobycz to pewnie najlepszy smak pod słońcem! – mruknęła. Jej oczy były teraz wbite w pole za rzeką. Promyk zamyśliła się na chwilę. Co jakby… upolowała jej mysz? To chyba nie taki grzech nakarmić innego kota. Zwłaszcza że zdobycz nie jest z terenu klanu!
– Chodź. – Promienne Słońce wstała z ziemi i otrzepała się.
– Och? Dokąd idziemy? – spytała kotka idąc w jej ślady.
– Na drugą stronę rzeki. Wiesz jak? – Promyk posłała jej pytające spojrzenie.
– Tak. Niedaleko jest kładka, którą farmerzy położyli, żeby nie chodzić wzdłuż ulicy. – Promyk spojrzała na nią z wieloma pytaniami w myślach, ale nie skomentowała. Nie rozpoznawała połowy słów w zdaniu wypowiedzianym przez koteczkę.
– Prowadź? – szylkretka machnęła niepewnie łapą. Łapka wystąpiła przed nią i zaraz szły przed siebie. Przejście przez rzekę było bliżej mostu. Był to cienki kawałek drewna. Idealny dla dwóch kotów poruszających się w cieniach nocy. Jakiś potwór przejechał nad nimi, kiedy przechodziły. Promyk zastygła, ale nic się jej nie stało. Nikt jej nie zauważył…
– No i jesteśmy! – Łapka stanęła na zielonym polu i uśmiechnęła się szeroko, odwracając do swojej towarzyszki. Promyk powąchała powietrze. Droga była za blisko.
– Śmierdzi. Idziemy wzdłuż rzeki. – oznajmiła i ruszyła przed siebie. Nie chciała tracić z oczu złotych łodyg prowadzących do jej domu. Gdyby się zgubiła to byłaby tragedia. Przeszły spory kawał żwawym krokiem. Towarzyszył im tylko ten przeklęty dzwonek.
– Dokąd idziemy? – w końcu dopytała Łapka, kiedy zwolniły tempa.
– Z dala od terenów mojego klanu. A teraz siadaj i się nie ruszaj. Ten Twój dzwonek to najgorszy dźwięk tego świata. – Promienne Słońce zarzuciła tyłkiem, bo nie miała jak zrobić tego ogonem. Łapka grzecznie położyła się na ziemi i zamknęła dzwoneczek w swoich łapach. Świat zamilkł. Przynajmniej na tyle, jak bardzo nocne dźwięki mu na to pozwalały. Promyk przywarła do ziemi i powolnym krokiem oddaliła się od podekscytowanej towarzyski. Na trop nie było wcale ciężko natrafić. Jakaś myszka schowana pod trawami pewna, że nic jej tutaj nie zagraża. Prosty kąsek w zasięgu łapy. Promyk zbliżyła się, schyliła i po prostu wyjęła ją spod liścia jakiegoś chwasta. Ta tylko zapiszczała cichutko, zanim jej życie zostało stłumione. Promyk podniosła się z ziemi i odwróciła do pieszczoszki. Ta nadal leżała płasko tam, gdzie wojowniczka ją zostawiła, ale teraz miała zupełnie inną minę. Jej pyszczek był delikatnie otworzony, a oczy rozwarte w zaskoczeniu.
– Łał! To… tak wygląda polowanie? – kotka podniosła się delikatnie. Dzwonek na jej szyi zawtórował jej ruchowi.
– Zazwyczaj… – wojowniczka podeszła bliżej i położyła maleńką zdobycz pod łapami towarzyszki. – Jest ciężej. Na terenach klanów zdobycz chowa się lepiej, bo wszędzie czuć kota. Tutaj zdaje się, że zapomniały, że istniejemy. – kotka pacnęła mysz łapą. – Zazwyczaj jest więcej skradania się, wspinaczki na drzewa. Niektóre klany łowią ryby.
– Naprawdę? Ryby?! Mnie czasami pani rzuca kawałeczek jak robi sobie, ale taka… surowa, prawdziwa ryba z wody?
– Tak! Prawdziwa, surowa z wody, tak. – Promyk pokiwała łebkiem. – Chciałaś spróbować świeżej zdobyczy tak? To próbuj. – ponagliła ją.
– Już, już! Dziękuję! – Łapka nachyliła się do myszy i zaczęła ją skubać. Promyk za to tylko patrzyła na to z lekkim zażenowaniem. Kotka jadła jakby była kociakiem. Małymi, nieporęcznymi gryzami. To jest pieszczoch. TO nigdy nie widziało pewnie myszy na oczy. Dajże jej spokój. Promyk westchnęła ciężko.
– I jak? – Promyk usiadła obok niej.
– W życiu… nie jadłam nic lepszego. – oświadczyła Łapka. Brała coraz większe i pewniejsze kęsy. Mysz pewnie była jeszcze ciepła i soczysta. – Chcesz trochę?
– Nie. Nie będę ryzykowała, że mój klan wyczuje to na moim oddechu. Zresztą już jadłam dzisiaj.
– A to źle, że zjesz poza klanem? – Łapka spojrzała na nią zaskoczona.
– Nie zawsze. Ogólnie…zasada jest, że najpierw karmi się klan, potem siebie. Dzieci, starsi i chorzy mają pierwszeństwo w jedzeniu. Żeby klan był silny. – mruknęła Promyk.
– Rozumiem. To miłe tak właściwie. Nie zostawia się w ten sposób nikogo słabszego na zgubę! – Łapka oblizała swoje wargi ze smakiem – A jakie są tam te wasze klany?
– Ja jestem z Klanu Klifu. My Klifacy żyjemy sobie przy klifach, przy wodzie. Naszym problemem są mewy i… aktualny lider… – Promyk zmarszczyła nos.
– Lider? Dlaczego? – Łapka oblizała usta, ponieważ skończyła jeść.
– Poprzedni lider…Judaszowcowa Gwiazda umarł przy atakowaniu mew, gdzie ja dostałam moje blizny. Jego zastępczynią była Pikująca Jaskółka… To zastępcy otrzymują miano lidera, jeśli poprzedni umrze. – dodała wojowniczka po chwili zastanowienia – Ale… kiedy szła otrzymać swoje życia i imię lidera, zakończone właśnie Gwiazda, przepadła. Nie pamiętam czy mówili, że została zabita, czy… uciekła… ale przepadła. I Mirtowe Lśnienie przejął władzę w klanie. To był syn poprzedniego lidera, ale nadal… to nie tak ma wyglądać. Dodatkowo na zastępcę wybrał swoją partnerkę, co nie spodobało się wielu kotom, gdyż ona pojawiła się jakiś czas temu znikąd, poderwała sobie Mirtowego i wprosiła się do naszego klanu jakby był jej. Ciężko się trochę wierzy, że… nie będzie to czysta dyktatura. Bo w moich oczach, zastępca ma patrzeć na lidera i robić co każe, ale do pewnego stopnia. Jest doradcą i krytykiem, a kiedy tym kotem jest twój partner to… jakoś tak brak tej krytyki i więcej jest całowania po łapkach, żeby się w związku nie kłócić. – Promyk polizała się po piersi, gdyż cała się nastroszyła na samą myśl.
– Rozumiem… Niepokoi cię to? – Łapka polizała się po łapie.
– Tak. Nawet bardzo! – oświadczyła Promyk. – Nie ufam mu. Kręci się też przy moim bracie.
– Masz rodzeństwo?! – Łapka podskoczyła z ekscytacją.
– Tak. Dwójkę braci. Kiedyś to była siostra i brat, ale no… Tawuła nie czuł się kotką. – Promyk pokiwała głową ze zrozumieniem. – Więc mam dwóch braci.
– Ja mam siostrę! Dobrze jest mieć rodzeństwo, które cię bardzo kocha!
– O tak. Bardzo dobrze!
Kotki jeszcze chwilkę rozmawiały przyciszonymi głosami o swojej rodzinie, temat klanów kompletnie zapomniany. Potem Promyk wróciła na tereny swojego klanu i znalazła sobie jakiś skrawek drzewa na drzemkę.

Od Promiennego Słońca

Życie było niesprawiedliwe. Promyk doświadczyła tego na własnej skórze. Po walce z mewami straciła nie tylko swój błysk w oku, ale także równowagę. Zarówno fizyczną, jak i mentalną. Musiała na nowo nauczyć się skakać i wspinać. Jej ślepe oko nie pomagało jej w poruszaniu się i polowaniach. Promyk straciła swój promyk, to było widać z daleka.
Tego dnia snuła się pod ścianami obozu, jej oko wbite bezmyślnie przed siebie. Kroczek za kroczkiem, całkowicie pogrążona we własnych myślach. A jednak obserwowała wszystkich wokół. Jacy wszyscy wokół byli weseli… albo i nie. Może po prostu udawali. Promienne Słońce nie miała już siły udawać. Nie miała siły udawać, że nie była zazdrosna i zgorzkniała szczęściem innych.
A najbardziej irytowało ją szczęście ich lidera. Lśniąca Gwiazda wbił się na tron praktycznie bezprawnie, przynajmniej w oczach Promienia. Jaskółka gdzieś zniknęła, prawdopodobnie martwa gdzieś w krzakach i nagle pewien rudy kot przemawia do nich o tym z piedestału. I jeszcze jego wybór zastępcy. Zastępcy, która długo nim nie pozostała lądując w kociarni. Truskawkowe Pole nie była nawet Klifakiem z krwi i kości. Przybiegła do klanu, uczepiła się paru kotów i rozgościła się w ich obozie.
W ich obozie. Bo Promyk czuła, że ten obóz nie jest do końca już jej. Że wszystko wokół ją tłumi. Że koty patrzą się na nią krzywo, jakby nie należała do klanu. Zaczątki rozmów umierają, zanim zdąży się wypowiedzieć. Krzywe spojrzenia ciągną się za nią jak cienie. A może się jej tylko wydaje? W końcu każdy ma swoje życie i ona nie jest pępkiem ich świata. Chociaż ona nie czuje się nawet częścią czyjegoś życia, a co dopiero samym centrum. Czasami ma wrażenie, że nawet jej własne życie pędzi bez niej. Do przodu, do przodu, a ona stoi z tyłu i tylko patrzy na ogon swoich marzeń.
Promyk wyszła z obozu. Jej ramiona były spięte i krok ostrożny, aby nie spaść, nie potknąć się. Jej równowaga nadal była trochę zachwiana. Jej kroki wiodły ja dalej i dalej. Szła spokojnie, prawie automatycznie, aby odpocząć od samej siebie. Jednak jej myśli nadal krążyły, pędziły. Nie chciały się zamknąć, nie chciały dać jej spokoju. Nie była w stanie wyłączyć swojego mózgu ostatnimi czasy. Coś ciągle siedziało z tyłu jej głowy i podpowiadało jej coraz to koszmarniejsze myśli. Nie jesteś mile widziana. Nikt cię tu nie kocha. Nikt cię tu nie chce. Śmieją się z ciebie. Obgadują za twoimi plecami. I Promyk wiedziała, że tak nie jest, i chyba tylko to jeszcze trzymało ją w tym klanie. W tym życiu wojownika. To i niechęć do bycia Samotnikiem. Niechęć do bycia całkowicie obcym w nowym klanie, gdyby miała uciec jak jakiś tchórz. Jak Królicza Ułuda, którego zapach urwał się przy granicy. Nie bała się rządów Lśniącej Gwiazdy. Kto wie. Może to wszystkim posłuży dobrze. Gdyby nie to, że od razu faworyzuje koty, które nie powinny znajdować się na miejscach, które zostały im przydzielone.
Promyk było też bardzo smutno, ponieważ to nie Judaszowcowa Gwiazda, ani Jaskółcza Gwiazda, dwa koty, które szanowała całym sercem, nie nadały jej imienia. Był to za to Lśniąca Gwiazda. Lśniąca… ogóle jakież to imię. Bardzo wychwalające samego siebie. Jakby on jeszcze w ogóle lśnił. Mirtowa Gwiazda brzmiałoby znacznie lepiej, a przynajmniej mniej jakby był wpatrzony we własne wąsy.
Promyk zamrugała z niemym zaskoczeniem, kiedy między jej palce wdarł się piach. Zaszła nad morze. Słońce wesoło tańczyło na wodzie, gdzieś na horyzoncie. Całe niebo lśniło pięknymi kolorami zachodu słońca. Mrok wkradał się między konary drzew i powoli wypływał na resztę świata. I zanim Promyk się obejrzała, słońce całkowicie zniknęło za warstwami wody, pozostawiając po sobie tylko poświatę. Kotka siedziała jeszcze chwilę na ciepłym piachu, zanim poruszyła resztką ogona, w przyzwyczajeniu chcąc go zarzucić na łapy. Prychnęła, kiedy jej się to nie udało. Zmarszczyła nos w zażenowaniu i wstała, otrzepując łapki. Piach kleił się do jej łap nieprzyjemnie i nagle zaczął jej przeszkadzać. Już w trawach mogła wytrzeć je o wieczorną rosę, która już się skropliła na źdźbłach. Promyk znalazła sobie kawałek opadłego drewna, aby usiąść ponad zarastającą klify trawą. Wbiła wzrok w poszarzałe niebo i odeszła od plaży. Nie miała tej nocy najmniejszej ochoty wracać do klanu. Swoje patrole i polowanie zaliczyła już o poranku, więc miała chwilę przerwy od własnych obowiązków. W końcu pora zielonych liści pozwalała na chwilę wytchnienia. Zamiast wrócić do obozu, jak normalny kto, unikając niebezpieczeństwa nocy, Promienne Słońce udała się na kolejny spacer, tym razem zahaczając o złote kłosy, w które pochłonęły ją niczym morze. Morze, które nie zmusi twojego ciała do poddania się falom i nie utopi cię bez cienia zawahania. Wysokie łodygi złocistych roślin falowały delikatnie na nocnym wietrze. Kłaniały się czasem mocniej, czasem słabiej, w zależności jak silny i władczy był wiatr, który akurat nad nimi władał. Promyk uwielbiała to uczucie. Posiadania nad głową baldachimu, osłony, nawet jeśli tak ruchliwej. Dawało jej to pewien spokój, którego nie mogła doświadczyć nawet w tak dobrze osłoniętym obozie. Jednak było coś wyjątkowego w samotności w cieniu traw.
Promyk usiadła na brzegu drogi potworów i spojrzała w obie strony. Nocami było znacznie prościej określić czy coś po niej akurat podróżuje. Potwory miały potężne światła, które pojawiały się, zanim wibracje w ziemi, docierały do łap kota. Dzisiaj jednak nikogo nie było. Ani jasności, ani wibracji. Droga była pusta i cicha, chociaż nadal koszmarnie śmierdząca. Promyk prześlizgnęła się po tej czarnej ścieżce i zniknęła w dalszej części. Nie chciała uciekać z klanu. Nie chciała być niewierna, nie. Po prostu bardzo lubiła siedzieć w nocnej ciszy nad brzegiem rzeki. Przychodziła na tę część pola w miarę często i zawsze wracała.
Ułożyła się wygodnie nad wodą, wbijając wzrok w poruszającą się pod nią wodę. Wszystko wokół było sielankowe, zupełnie różne od natłoku myśli kumulujących się w głowie Promiennego Słońca. Straciła ostatnio tak wiele rodziny i jak teraz się nad tym głębiej zastanawiała, to nigdy nie przeżyła swojej żałoby poprawnie. Nie, żeby teraz chciała to zrobić. Emocje były nieprzyjemne i dzielenie się nimi z kimkolwiek było obcą wizją dla młodej wojowniczki. Zawsze była samowystarczalna. Zawsze była silna. Nawet, teraz kiedy wszystkiego musiała nauczyć się od nowa, nie prosiła nikogo o pomoc. Jej odbicie patrzyło się na nią, poranione walką, ale silniejsze niż kiedykolwiek. Blizny na jej oku zdobiły jej pysk jak medale zdobyte w bitwie. Zasłużyła na nie. Była z nich dumna, więc dlaczego czuła się taka rozchwiana? Raz smutna, raz wściekła.
– Dobry wieczór. – Promyk mało nie wyskoczyła ze swojego futra, na dźwięk czyjegoś głosu zakłócającego nocny akompaniament. Promyk zerwała się na nogi i nastroszyła cała, odwracając się praktycznie od razu. Syknęła pod nosem ostrzegawczo, a kot, który stał już teraz przed nią, wycofał się o dwa kroki potulnie. – Przepraszam, że cię przestraszyłam!
– Nie… szkodzi. – Promyk polizała futro na piersi, aby je trochę położyć. Nie zdejmowała jednak uważnego oka z obcego kota. – Kim jesteś? – Nie bawiła się też w podchody.
– O to samo chciałam się zapytać ciebie! – oświadczyła kotka, kiwając głową ze śmiechem. Obroża na jej szyi zadzwoniła cichutko. – Ja jestem Łapka. Mieszkam tam. – wskazała łapą na widoczne w oddali legowiska dwunożnych. – Z moją siostrą. Ale ja, w przeciwieństwie do niej, lubię sobie wyjść na spacer lub dwa!
– Okej? – Promyk zmierzyła ją niepewnym spojrzeniem. Po co ta obca kotka jej o tym wszystkim mówiła? Zapadła chwila ciszy.
– Często tu przychodzę. – oświadczyła. – Czasami czuję twój zapach, więc jak w końcu cię namierzyła, to po prostu musiałam się przywitać!
– Ach. To… Okej. – Promyk nie wiedziała co powiedzieć. Lubiła to miejsce i przychodziła tutaj w miarę często, więc nie zdziwiło ją, że ten obcy kot znał jej zapach. To, co ją zdziwiło, to fakt, że w ogóle zaryzykowała swoim zdrowiem i się do niej zbliżyła. – Zdajesz sobie sprawę jak niebezpieczne to było? To, że tak mnie zaszłaś od tyłu i zaskoczyłaś? Jesteś pieszczochem i nie przypuszczam, że wygrałby ze mną w walce. – Promyk prychnęła w jej kierunku. Dlaczego tak właściwie nadal rozmawia z tym kotem? Powinna ją przegonić i tyle! Chociaż… to są tereny niczyje. Prawa klanów nie sięgają tak daleko i nie obejmują kotów, które żyją poza klanami. Chyba?
– No tak. To było trochę głupiutkie z mojej strony, ale poznawanie nowych kotów jest zawsze takie fascynujące. Poza tym… wcale mnie nie zaatakowałaś! – oświadczyła Łapka z szerokim uśmiechem. Promyk za to tylko się skrzywiła w odpowiedzi, bo teraz miała wielką ochotę na zdarcie tego uśmieszku z jej pyska. Powstrzymała się. Nie potrzebowała dzisiaj więcej problemów.
– No to mnie poznałaś. A teraz zostaw mnie w spokoju. – Promyk nastawiła uszy i znowu usiadła sobie nad brzegiem rzeki. Niech ją ten pieszczoch zostawi w świętym spokoju. Nie powinna się w ogóle do niej odzywać. – Jesteś za blisko granicy mojego klanu. Spadaj. – miauknęła, najeżając się. Miała nadzieję, że to przegoni kotkę. Tak się jednak nie stało.
– No nie poznałam cię, tak do końca. Nie znam nawet Twojego imienia! – Łapka wyłożyła się obok niej, wbijając w nią wzrok. Przynajmniej zrobiła to od strony zdrowego oka Promyk, tak żeby ta mogła posłać jej wściekłe spojrzenie.
– Promienne Słońce. Wystarczy? – warknęła niechętnie.
– Nie, ale się tym chyba muszę zadowolić. – oświadczyła pieszczoszka. – Masz dużo blizn na sobie. – dodała też po chwili ciszy.
– Mam. Co ci do tego?
– Nic. Po prostu uważam, że wyglądasz… ciekawie. Intrygująco. Bo jaka historia kryje się za nimi wszystkimi? Co o tobie świadczą? Jak je zdobyłaś i jak inni je widzą. To wszystko takie ciekawe… – Kotka otrzepała się, a dzwonek na jej szyi zadzwonił cichutko. Promyk wbiła w nią wzrok. Cała wściekłość z niej uleciała i została zastąpiona zaskoczeniem pomieszanym z dezorientacją. O czym w ogóle mówiła ta kotka?
– Co? – Promyk zmarszczyła nos, próbując zrozumieć to stworzenie przed sobą.
– Ach! Nie przejmuj się! Po prostu trochę bredzę. Co nie zmienia faktu, że bardzo mnie ciekawisz. – miauknęła. Promyk machnęła resztką ogona, próbując go znowu zarzucić na łapy, dać sobie odrobinę komfortu. Niewiele jej to jednak dało, gdyż jej kończyna była już dawno oderwana, chociaż nigdy niezapomniana. – Opowiesz mi jak je zdobyłaś?
”Zdobyłaś”. To słowo zawisło nad Promyk jak gilotyna. Nie ‘“dostałaś”, “nabawiłaś się”. Nie… Zdobyłaś. Jakby to był jakiś wyczyn. Osiągnięcie! Promyk przymknęła oczy. Nigdy nikomu jeszcze o tym nie opowiedziała. Czy to był dobry pomysł opowiadać o tym teraz? Obcemu kotu?
Wojowniczka spojrzała na kotkę, która leżała obok niej. Jej niebieskie oczy świeciły się, pełne ciekawości. Szczerej, prawie dziecięcej ciekawości. To był obcy kot. Kot, którego prawdopodobnie nigdy już więcej nie spotka.
– To… była walka. – oświadczyła Promyk, ważąc ostrożnie swoje słowa. Jeszcze nie była pewna ile chce wyjawić.
– Walka… z innym kotem? – ogon kotki zawinął się w ekscytacji.
– Nie…– Promyk odetchnęła ciężko. – To nie była walka z kotem. Nie. To… To była… – zmarszczyła nos. – To były mewy.
– Mewy? Te… ptaki? – Łapka przekrzywiła głowę. – Po co walczyłaś z mewami? Co one Ci takiego zrobiły, że należało się z nimi tak pobić?
– A czego nie zrobiły! – Promyk pokazała wszystkie zęby na samą myśl o tych przebrzydłych ptakach. – Są przekleństwem i plaga naszego klanu i mojego życia osobistego. Najpierw zabiły mojego kochanego wujka, Promieniste Słońce. Był mi tak bliski i … – Promyk spojrzała w wodę. Jej oko, brak ogona, blizny na ciele. – Tak bardzo go teraz przypominam. Nawet moje imię zostało wybrane dla jego pamięci. – oświadczyła. Łapka nie skomentowała. Wbijała w nią za to swoje oczka w milczeniu. Pozwalała jej mówić i słuchała uważnie. – Potem… Potem zabiły mojego tatę. Wojownicy przynieśli jego ciało do obozu. Martwe… Zimne… – Promyk podwinęła łapy pod siebie i zmrużyła oczy. Jakaż ona była teraz wściekła na samo wspomnienie taty. – Potem rozkazem naszego lidera musieliśmy siedzieć w obozie, ponieważ te ptaki… te przeklęte ptaki panoszyły się po naszym niebie i polowały na koty jakbyśmy byli tylko przekąska, którą mogą się poczęstować bez konsekwencji. Więc zapadła decyzja. Zabić mewy, zniszczyć jaja i gniazda. Martwa mewa nie może już upolować kota. – Promyk wysunęła i schowała pazury. Zapadła cisza. Łapka spoglądała na nią wielkimi oczami. Jedynym dźwiękiem, przez parę długich momentów, był szum rzeki. Promyk zmarszczyła w końcu nos i spojrzała na niebo. Wypadałoby się zdrzemnąć, gdzieś na jakiejś gałęzi, albo pod jakimś krzaczkiem.
– Twój wujek musiał być odważnym wojownikiem, jeśli miał takie blizny jak ty. – Łapka przechyliła głowę, aby przyjrzeć się Promyk jeszcze lepiej.
– Och… Haha! – Promienne Słońce zaśmiała się donośnie i szczerze. Dawno nie wydawała z siebie tego dźwięku. – Trochę tak, trochę nie. Był niezdarny. Podobno. Nie znałam go bardzo długo, ale bardzo dobrze go wspominam…
– Bardzo tęsknisz co?
– Bardzo. – przyznała. Oh jakież to były ciężkie dla niej słowa. – Bardzo…
– Nie rozumiem jeszcze jak się czujesz. Nigdy nikogo nie straciłam, zwłaszcza nie w ten sposób. Ale wydaje mi się… – Łapka położyła swoją łapę na jej barku. – że jesteś bardzo silna i odważna. Jak twój wujek.
– Dziękuję. – odparła Promyk wstając. Ta rozmowa była całkiem przyjemna jak na coś co wyszło tak spontanicznie. Ta złość, która wezbrała jak ogień w Promiennym Słońcu trochę się uspokoiła.
– Spotkam cię jeszcze? – Łapka nie wstała. Chyba zamierzała tu zostać.
– Nie wiem… Ale przychodzę tu całkiem często…– Promyk nie mogła odnaleźć w sobie odpowiedzi, dlaczego się do tego przyznała.
– Przyszłabyś jutro? Opowiedziała mi o klanach? Kiedyś coś o nich słyszałam, ale… tylko od mieszkańców miasta! – Łapka rozłożyła się wygodniej pomiędzy źdźbłami trawy.
– Ja… – Promyk zawahała się. Czy powinna w ogóle zadawać się z pieszczochem? – No dobrze. Jeśli nie będę na nocnym patrolu. – zgodziła się z jakiegoś powodu. Nie poznawała siebie. Co ją w ogóle do tego skusiło? To pytanie towarzyszyło jej do czasu kiedy nie usnęła, schowana bezpiecznie między korzeniami jakiegoś drzewa.
Promyk odetchnęła ciężko. O samym poranku była w obozie, potem cały dzień patrolowała i polowała. Jej brat z jakiegoś powodu do niej dołączył. Wkurzał ją ostatnio, bo jego wzrok był nieustannie zmartwiony, kiedy go jej posyłał. A Promyk czuła się wspaniale przecież! Nie potrzebowała dodatkowego kota, który pragnie narzekać jej za uchem, że się zmieniła. Bo się zmieniła. Może nie na lepsze, ale każdy się zmienia.
– Jak się dzisiaj czujesz? – Słoneczne Oko kroczył zaraz obok niej.
– Dobrze. – odparła bez patrzenia na niego. Była zajęta węszeniem jakiejś zdobyczy. Jeśli nie chciała się za bardzo narażać komukolwiek w klanie swoim nocnym znikaniem, należało przyłożyć się do swoich obowiązków.
– Ostatnio nie śpisz w swoim posłaniu…– kot nie odpuszczał. Naciskał. Promyk ostatnio bardzo nie lubiła być naciskana.
– No tak. Wygodniej mi się śpi poza obozem. W obozie jest głośno… i duszno. – miauknęła. W końcu była to prawda. Świeże powietrze było znacznie przyjemniejszym kompanem niż oddechy innych kotów.
– Ty i Tawuła… wy ciągle gdzieś znikacie. – Słoneczne Oko zatrzymał się wpół kroku. Promyk, nie chcąc pozostawiać go za sobą, także się zatrzymała.
– Gdzie chodzi Tawuła mnie nie obchodzi. Ona… Przepraszam… On, jest dorosłym kotem i może chodzić gdzie chce. Spełnia swoje obowiązki względem klanu, jest dobrym wojownikiem, a jak chce spędzać noce pod gołym niebem, to dobrze dla niego. Mewy już nam nie zagrażają, to przynajmniej z drzewa go nic nie zdejmie. – Promyk chętnie zarzuciłaby ogonem z wściekłością, ale brak tej kończyny znowu jej w tym przeszkodził. Zarzuciła tylko tyłkiem z irytacją. Słoneczne Oko zmarszczył nos.
– Ja się po prostu o was martwię, okej!? Znikacie na całe dnie i noce, nikt nie wie gdzie jesteście, zachowujecie się jakby ten klan was w ogóle nie obchodził! – jej brat najeżył się nieco. W kącikach jego oczu pojawiły się łzy frustracji. Promyk mogła tylko odetchnąć ciężko. Podeszła do brata i zmierzyła go wzrokiem. Oboje byli masywni w swojej budowie i równali się wzrostem, a jednak Promyk zdawała się bardziej groźna. Przez blizny, przez minę, przez podejście do życia. Nie bała się zabić, nie bała się walczyć. Jej iskra dziecięcej radości zgasła przez długie księżyce treningu na ucznia. Ignorowana, niechciana. Może rzeczywiście ma głęboko w poważaniu ten klan! I co w związku z tym.
– Nigdzie się nie wybieram. – oświadczyła na głos. Polizała braka między uszami. – Rozumiem, że się martwisz, ale jednak to jest też moje życie. W obozie czuję się jak obcy i ignorujące mnie koty mi nie pomagają, ale z tego klanu nigdzie nie uciekam… A gdybym uciekała byłbyś pierwszym, który by wiedział!
– Obiecujesz? Że mi powiesz… – Oko pochylił głowę i wepchnął swój pysk w sierść na jej piersi.
– Obiecuję. – miauknęła kotka, jeszcze raz przeciągając językiem po futrze brata.

Nowy członek Klanu Gwiazdy!

 

TAWUŁOWA BRYZA
Powód odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna śmierci: Zabicie przez Lśniącą Gwiazdę

Odszedł do Klanu Gwiazdy!

17 czerwca 2026

Od Lśniącej Gwiazdy CD. Tawułowej Bryzy

Zdawało się, że pogoda nie tyle uległa zmianie, ile została brutalnie wyrwana z własnej natury, jak gdyby niewidzialne szpony rozdarły nieboskłon pomiędzy dwoma światami i pozwoliły temu ciemniejszemu, bardziej zgniłemu oraz nasyconemu niepokojem, aby pożarł ten pierwszy bez pozostawienia po nim choćby najmniejszego śladu. Jeszcze niedawno ponad koronami drzew rozciągała się nieskazitelna kopuła błękitu, której spokojna powierzchnia przypominała taflę jeziora nietkniętą przez najlżejszy nawet podmuch wiatru, jednak teraz niebo przywodziło na myśl martwe, zadymione pustkowie, nad którym ciężkie warstwy chmur przesuwały się z ponurą dostojnością.
Pośród tej ciężkiej, przytłaczającej atmosfery Lśniąca Gwiazda siedział na mównicy, z wysokości spoglądając na cały klan z miną, która mogła uchodzić za spokojną wyłącznie dla tych, którzy nie znali go wystarczająco dobrze, ponieważ za chłodną maską opanowania kryło się nieustannie pracujące spojrzenie, analizujące każdy szczegół z niemal chorobliwą dokładnością.
Jego rude futro zdawało się pochłaniać resztki światła przesączającego się przez chmury, podczas gdy oczy przesuwały się po obozowisku z mechaniczną precyzją, zatrzymując się na uczniach ćwiczących przy wejściu, na wojownikach wymieniających pomiędzy sobą krótkie uwagi oraz na starszyźnie, której zmęczone sylwetki przypominały powoli rozpadające się pomniki dawnych czasów. Każdy kot, na którym zawieszał wzrok, stawał się jednocześnie oceniany, klasyfikowany oraz umieszczany w odpowiednim miejscu niewidzialnego porządku istniejącego wyłącznie w jego głowie.
Jego spojrzenie niemal natychmiast wyłowiło z tłumu sylwetkę Tawułowej Bryzy, który kierował się ku wyjściu z obozu z tą samą cichą obojętnością, jaka od jakiegoś czasu zaczynała coraz bardziej drażnić przywódcę. Sam widok wojownika opuszczającego obozowisko nie powinien budzić niczyich podejrzeń — podobne sytuacje zdarzały się przecież każdego dnia, jednak w przypadku białego kocura wszystko wydawało się odrobinę inne, jak gdyby wokół jego sylwetki rozciągała się cienka warstwa czegoś niewidzialnego, czego nie sposób było nazwać, lecz co nieustannie przyciągało uwagę.
Lśniąca Gwiazda już dawno zauważył, że Tawułowa Bryza coraz rzadziej pojawiał się na klanowej polanie, coraz częściej znikał bez wyjaśnień i coraz częściej sprawiał wrażenie kota, którego myśli znajdują się daleko poza granicami obozu.
Przez krótką chwilę zmusił się, aby skierować wzrok gdzie indziej — jakaś część jego umysłu próbowała przekonać go, że nie ma powodów do dalszego zainteresowania wojownikiem, jednak niemal natychmiast poczuł, jak jego spojrzenie powraca do białej sylwetki z siłą instynktu silniejszego od rozsądku. Nie potrafił określić, co dokładnie przyciągało jego uwagę, lecz miał nieodparte wrażenie, że coś znajduje się tuż poza granicą jego zrozumienia, jak gdyby dostrzegał poruszający się cień, którego źródło ukrywało się gdzieś poza zasięgiem wzroku. Uczucie to nie przypominało zwykłej ciekawości — ciekawość była emocją zbyt prostą i zbyt niewinną, aby opisać stan, który ogarniał jego wnętrze; bliżej mu było do obsesyjnego pragnienia odnalezienia skazy na idealnej powierzchni, odkrycia błędu, który pozwoliłby mu usprawiedliwić swoje plany.
A decyzja została podjęta już dawno, choć przez długi czas pozostawała ukryta pod warstwami pozornego rozsądku oraz cierpliwości — prawda była taka, że od jakiegoś czasu rozważał degradację Tawułowej Bryzy, analizując jego zachowania z niemal nienaturalną dokładnością i kolekcjonując najmniejsze nawet przewinienia niczym cenne trofea. Każde spóźnienie, każda nieobecność, każde spojrzenie skierowane gdzieś poza granice klanu oraz każda chwila milczenia stawały się częścią coraz większej konstrukcji budowanej w jego umyśle, aż w końcu obraz wojownika zaczął przypominać sylwetkę winowajcy jeszcze zanim pojawił się prawdziwy dowód jego winy.
Gdy podniósł się z miejsca i ruszył w stronę wyjścia z obozu, jego ruchy pozostawały spokojne oraz eleganckie, jednak pod powierzchnią tego opanowania kryło się napięcie przypominające cienką warstwę lodu rozciągniętą nad głęboką otchłanią — każdy kolejny krok przybliżał go nie tylko do Tawułowej Bryzy, lecz również do czegoś… Czego sam nie potrafił jeszcze nazwać, lecz co wydawało się mu niezwykle kuszące.
— Dobrze cię widzieć, Tawułowa Bryzo. Widzę, że się gdzieś wybierasz. Miałbyś coś przeciwko temu, żebym się przyłączył?
Słowa opuściły pysk Lśniącej Gwiazdy z taką lekkością, jak gdyby były częścią starannie wyćwiczonego przedstawienia, którego scenariusz znał od dawna, choć w rzeczywistości sam nie był pewien, dlaczego właśnie tak postanowił rozpocząć rozmowę.
Głos przywódcy pozostawał ciepły, uprzejmy i przyjemny dla ucha, a każdy dźwięk zdawał się starannie wymierzony, jakby jeszcze przed opuszczeniem gardła został poddany chłodnej analizie.
Tawułowa Bryza nie odpowiedział od razu — przez krótką chwilę przyglądał się stojącemu przed nim kotu z uwagą graniczącą z podejrzliwością. Jego spojrzenie przesunęło się po wygładzonym futrze, którego nie psuł ani jeden niesforny kosmyk, po lekko uniesionej głowie wyrażającej pewność siebie, lecz zatrzymującej się dokładnie o włos przed granicą arogancji, a następnie po oczach, które wyglądały na spokojne i opanowane, choć kryło się w nich coś, czego nie potrafił nazwać
— Idę na polowanie — odpowiedział w końcu Tawułowa Bryza, a choć jego ton pozostał względnie spokojny, pomiędzy sylabami dało się wyczuć cienką nić frustracji, której nie zdołał całkowicie ukryć. — Nie wiem, czy naprawdę pragnę towarzystwa.
Lśniąca Gwiazda pozwolił sobie na ciche chrząknięcie, po czym jego pysk rozciągnął się w delikatnym uśmiechu. Przez moment obserwował Tawułową Bryzę tak, jak badacz obserwuje owada zamkniętego pod szklaną kopułą, zastanawiając się nie nad tym, co powinien powiedzieć, lecz nad tym, jaki efekt wywołają jego słowa.
— Tak... Widzisz, Tawuło, chciałem omówić z tobą coś ważnego. Wiele myślałem o twoich sugestiach odnośnie zastępcy i chciałbym ponownie cię wysłuchać.
Nie było w tym nawet ziarna prawdy. Nie rozważał jego sugestii. nie zamierzał ich rozważać. Nie planował również prowadzić szczerej rozmowy.
Przez ułamek sekundy zastanowił się, dlaczego wypowiedział te słowa, skoro nie tylko były całkowicie sprzeczne z jego rzeczywistymi zamiarami — ale też i nie były w stanie przynieść mu faktycznej korzyści. Być może chciał zobaczyć reakcję wojownika. Być może pragnął sprawdzić, czy za jego pozornym spokojem ukrywa się rozczarowanie, gniew lub nadzieja. Być może zwyczajnie próbował zajrzeć głębiej do jego umysłu, nawet, jeśli miałby to zrobić jedynie powierzchownie.
Chyba najbardziej zaniepokoiło go jednak to, że zadziałał pod wpływem impulsu.
To właśnie ten fakt wzbudzał w nim największy dyskomfort.
Lśniąca Gwiazda zawsze uważał się za kota kierującego się logiką, analizą oraz precyzyjnie skonstruowanymi planami, dlatego świadomość, że powiedział coś spontanicznie, przypominała niewielką rysę na idealnie wypolerowanym lustrze.
Tawułowa Bryza lekko poruszył uszami. Był to drobny, niemal niezauważalny gest. A jednak Lśniąca Gwiazda dostrzegł go natychmiast.
Jeszcze bardziej interesujący okazał się jednak błysk, który pojawił się w oczach wojownika.
Przez jedno krótkie uderzenie serca mrok zalegający w jego spojrzeniu rozstąpił się, odsłaniając coś niemal niewiarygodnie szczerego. Nadzieję.
Czystą.
Bezbronną.
Tak nieskażoną cynizmem, że przywódca niemal poczuł rozbawienie.
Przez chwilę Tawułowa Bryza milczał, a jego spojrzenie uciekło gdzieś w bok, jak gdyby rozważał wszystkie możliwe konsekwencje odpowiedzi. Lśniąca Gwiazda obserwował go uważnie, dostrzegając każdy najdrobniejszy ruch mięśni pyska, każde drgnięcie uszu oraz każdą zmianę wyrazu oczu.
W końcu wojownik westchnął niemal niezauważalnie.
Ostatnie ślady niepewności zaczęły znikać z jego twarzy.
Nadzieja zwyciężyła.
Dokładnie tak, jak przewidywał przywódca.
— Myślę, że dokonałeś dobrego wyboru, Lśniąca Gwiazdo.
Lśniąca Gwiazda patrzył na wojownika bez słowa, czując gdzieś głęboko pod skórą dziwne, trudne do nazwania uczucie, ponieważ zamiast satysfakcji z dostrzeżonej nadziei odczuwał coś znacznie bardziej złożonego — coś pomiędzy pogardą dla jego łatwowierności a niezdrową fascynacją faktem, że mimo wszystkich rozczarowań Tawułowa Bryza wciąż potrafił wierzyć. Właśnie ta wiara wydawała się przywódcy najbardziej niezrozumiała, najbardziej obca i jednocześnie najbardziej niebezpieczna…
Gdy opuścili już obozowisko Lśniąca Gwiazda pozwolił, aby przez pewien czas towarzyszyło im wyłącznie wycie wiatru oraz odgłosy łamanych pod łapami gałązek — cisza stanowiła narzędzie równie użyteczne jak słowa, a czasem nawet znacznie potężniejsze.
Choć sprawiał wrażenie kota idącego obok Tawułowej Bryzy bez określonego celu, w rzeczywistości to on wyznaczał kierunek marszu, prowadząc rozmowę jeszcze zanim padło jakiekolwiek zdanie, gdyż nie potrafił dopuścić do sytuacji, w której choćby na moment utraciłby kontrolę nad jej przebiegiem.
Sam Tawułowa Bryza nie wytrzymał jednak długo tego milczenia, ponieważ nadzieja rozpalona przez wcześniejsze słowa przywódcy zaczynała coraz wyraźniej przebijać się przez jego ostrożność, aż w końcu znalazła ujście w postaci szczerego wyznania.
— Cieszę się, że zmieniłeś zdanie.
— Tak... Truskawkowe Pole jest dla mnie ważna, lecz nie powinienem pozwolić moim emocjom brać górę, gdy w naszym klanie znajduje się wiele zdolnych kotów, które zasługują na rolę zastępcy — mruknął, kierując spojrzenie ku ścieżce wijącej się pomiędzy ciemnymi pniami. — Choć wierzyłem w Pchełkowy Skok, nie mogłem całkowicie uciszyć kilku wątpliwości, które przesłaniały mi jej zalety.
Kłamstwo przyszło mu, ponownie, dość łatwo. W głębi duszy odnotował nawet z pewnym zainteresowaniem, że odgrywanie skruchy, otwartości oraz pokory przychodzi mu łatwiej niż wielu kotom okazywanie szczerych emocji, co samo w sobie wydawało mu się dość zabawne.
— Twoje sugestie wiele dla mnie znaczą — kontynuował, pozwalając głosowi nabrać miękkości, która dla większości kotów zabrzmiałaby całkowicie szczerze. — Wiem również, że wiele innych kotów podziela twoje opinie, dlatego chciałbym częściej korzystać z twojego doświadczenia i prosić cię o więcej porad, które pomogłyby mi prowadzić klan we właściwym kierunku.
Gdy słowa te zawisły pomiędzy nimi, Tawułowa Bryza wyglądał, jakby przez moment nie był pewien, czy dobrze usłyszał, ponieważ przyzwyczajał się raczej do chłodu i dystansu niż do podobnego uznania. Jego spojrzenie przesunęło się po pysku przywódcy w poszukiwaniu śladów kpiny lub ukrytej złośliwości, jednak Lśniąca Gwiazda nie pozostawił mu niczego, co mogłoby wzbudzić podejrzenia.
— Poza kwestią zastępcy myślałem również nad przywróceniem Rady Pięciu Wąsów. Wydaje mi się, że taki ruch pozwoliłby na bardziej zgodne wyznaczanie kierunku, w którym podąży nasz klan, a jednocześnie umożliwiłby rozpatrywanie najważniejszych decyzji z wielu różnych perspektyw, dzięki czemu uniknęlibyśmy błędów wynikających z patrzenia wyłącznie z jednego punktu widzenia.
Gdy tylko ostatnie słowa opuściły pysk Tawułowej Bryzy, coś wewnątrz Lśniącej Gwiazdy drgnęło gwałtownie, jak gdyby cienka, starannie napięta nić utrzymująca w ryzach jego emocje została nagle przecięta ostrym pazurem. Jeszcze przed chwilą słuchał wojownika z pozornym zainteresowaniem, pozwalając mu mówić i rozwijać własne myśli, jednak teraz każda sylaba odbijała się w jego głowie niczym kamień wrzucony do spokojnej tafli wody, wywołując coraz gwałtowniejsze fale.
Więc do tego wszystko zmierzało.
Właśnie takie plany nosił w sobie Tawułowa Bryza.
Nie wystarczało mu już wyrażanie opinii ani wpływanie na pojedyncze decyzje, skoro najwyraźniej zaczął rozważać zmiany, które mogłyby na stałe naruszyć porządek istniejący w klanie.
Myśl ta rozlała się po jego umyśle niczym jad, który z każdą chwilą dociera coraz głębiej do organizmu, a wraz z nią pojawiło się coś jeszcze gorszego — świadomość, że wojownik nie rzucał pustych słów pod wpływem emocji, lecz mówił o czymś, nad czym musiał zastanawiać się od dawna. Musiał przecież analizować ten pomysł, obracać go w myślach i pozwalać mu dojrzewać niczym nasionku ukrytemu pod warstwą ziemi, aż w końcu uznał go za wystarczająco wartościowy, by wypowiedzieć go na głos.
I te wszystkie koty… Przepiórka, Foka, Buk i cała reszta. Czy ich również “zapoznał” z tą całą ideą? Czyli to jednak był spisek? A może coś innego? Nie wiedział. Nie miał pojęcia czemu Tawuła miałby się z nim dzielić czymś takim. Może to była prowokacja…? A może próba zwyciężenia bez wysuwania pazurów? Nie, to… Nie miał pojęcia. Bo te słowa mogły znaczyć wszystko, zupełnie wszystko.
Nie był to jednak chłód płynący z otoczenia.
Było to znacznie bardziej pierwotne i znacznie bardziej upokarzające uczucie, ponieważ po raz pierwszy od dłuższego czasu uświadomił sobie, że nie kontroluje rozmowy tak doskonale, jak wydawało mu się jeszcze kilka chwil wcześniej.
Zwolnił kroku niemal niezauważalnie, próbując uporządkować myśli kłębiące się w jego głowie, jednak każda kolejna próba kończyła się fiaskiem, gdyż zamiast logicznych argumentów pojawiały się wyłącznie impulsywne reakcje. Wszystko, co przychodziło mu do głowy, brzmiało jak oskarżenie, wszystko wydawało się podszyte gniewem, a każde potencjalne zdanie przypominało bardziej wyrok wydawany przez przywódcę niż odpowiedź kota prowadzącego przyjacielską rozmowę.
Im bardziej próbował odzyskać kontrolę nad własnym umysłem, tym mocniej wymykała mu się ona spomiędzy łap, przez co nieprzyjemne uczucie zaczęło narastać z każdą chwilą, oplatając jego wnętrze niczym ciernie zaciskające się wokół gardła. Panika nie pojawiła się gwałtownie, lecz sączyła się powoli i metodycznie, aż w końcu zrozumiał, że właśnie ona odbiera mu zdolność natychmiastowego reagowania.
Wziął głęboki oddech, próbując ukryć narastające napięcie pod maską opanowania, jednak nawet zanim powietrze opuściło jego płuca, zrozumiał, że jest już za późno. Przez krótką chwilę pozwolił bowiem emocjom zbliżyć się zbyt blisko powierzchni, a jeden moment zawahania wystarczył, by idealnie skonstruowana fasada pokazała pierwsze pęknięcie.
Tawułowa Bryza zdążył to zauważyć.
Lśniąca Gwiazda dostrzegł to natychmiast, ponieważ wojownik zwolnił nieznacznie i skierował ku niemu spojrzenie pełne zakłopotania oraz ostrożnej niepewności, jak gdyby próbował zrozumieć, dlaczego rozmowa, która jeszcze przed chwilą wydawała się płynąć tak naturalnie, nagle natrafiła na niewidzialną przeszkodę.
— Ty… Myślisz, że możesz mi TO odebrać? Że MOŻESZ ODEBRAĆ MI TEN KLAN? TEN TYTUŁ? TE WSZYSTKIE KSIĘŻYCE WYCZEKIWANIA? NIE. NIE POZWOLĘ CI.
— Wyczekiwania… Lśniąca Gwiazdo, o czym ty mówisz…? Przecież to Pikująca Jaskółka miała zostać liderką, jak mogłeś tego wycze…
Lśniący poczuł, jak serce nagle mu przyśpiesza, źrenice kurczą się, a pazury wysuwają niemal instynktownie. Po jego futrze zaczął kapać deszcz, z nieba trzasnął grzmot. Nie wiedział, ile czasu tu stoją, w kompletnym bezruchu, lecz z mżawki zaczęła robić się ulewa, aż w końcu krople sączyły się niemal strugami.
— Nie wierzę… — miauknął cicho Tawuła.
Słowa Tawułowej Bryzy, wypowiedziane niemal bezgłośnie, zawisły w powietrzu cięższym niż deszcz, który spływał po futrze Lśniącej Gwiazdy, lecz w jego umyśle zabrzmiały jak uderzenie, które roztrzaskało ostatnie resztki kontroli, ponieważ już sam ton wojownika zdradzał, że nie chodziło o niezrozumienie, lecz o proces, który został rozpoczęty i którego nie dało się już zatrzymać.
W spojrzeniu Tawułowej Bryzy nie było już jedynie szoku ani prostego gniewu, lecz powolne, nieubłagane składanie fragmentów w całość, która z każdą sekundą stawała się coraz bardziej kompletna, aż zaczęła przypominać obraz, którego Lśniąca Gwiazda nigdy nie chciał ujrzeć w czyichkolwiek oczach.
Deszcz spływał gęstymi strugami, a wiatr szarpał gałęziami nad ich głowami, jednak przywódca czuł jedynie narastające napięcie w klatce piersiowej, ponieważ obserwował, jak wojownik przestaje być tylko świadkiem wybuchu gniewu, a zaczyna stawać się kimś, kto rozumie jego źródło, kto łączy Pikującą Jaskółkę z jego słowami, kto zaczyna dostrzegać w nich coś więcej niż emocjonalny chaos, aż w końcu zaczyna widzieć konstrukcję, której Lśniąca Gwiazda tak długo bronił przed światem.
Każdy kolejny moment ciszy pogłębiał tę przemianę — w nieruchomym spojrzeniu Tawułowej Bryzy nie było już miejsca na wątpliwość, lecz jedynie na niechciane zrozumienie, które wdzierało się coraz głębiej, jak woda przeciekająca przez pęknięcia w kamieniu.
Myśli wojownika układały się w coraz bardziej spójną całość, w której Pikująca Jaskółka przestawała być tylko dawną ofiarą losu, a stawała się punktem odniesienia dla wszystkiego, co doprowadziło Lśniącą Gwiazdę do obecnej pozycji, co sprawiało, że każdy jego ruch, każda decyzja i każde milczenie zaczynały wyglądać inaczej, jakby zostały poddane ocenie, której nigdy nie przewidział, aż w końcu granica między podejrzeniem a pewnością zaczęła się zacierać w sposób nieodwracalny.
Lśniąca Gwiazda poczuł, jak jego ciało reaguje zanim umysł zdążył cokolwiek przetworzyć, jak mięśnie napinają się w jednym, jedynym kierunku, jak pazury wysuwają się z łap z mokrym, ostrym śladem w błocie, jak wzrok zawęża się do jednego punktu, w którym stał Tawułowa Bryza, już nie jako wojownik, nie jako członek klanu, lecz jako świadek, którego obecność zaczynała zagrażać całej strukturze świata, który przywódca tak długo budował wokół siebie.
Deszcz uderzył w niego gwałtowniej, wiatr szarpnął futrem, a kolejny grzmot przetoczył się nad lasem, jednak wszystkie te zjawiska zostały wypchnięte na skraj świadomości przez narastające, nieodparte poczucie, że jedynym sposobem na odzyskanie równowagi nie jest już rozmowa, nie jest już kłamstwo, nie jest już nawet ucieczka w maskę, lecz coś znacznie bardziej definitywnego, coś, co usuwa problem zamiast go tłumaczyć.
Nie było w tym już myśli o konsekwencjach, ponieważ konsekwencje należały do przyszłości, która przestała mieć znaczenie w momencie, gdy teraźniejszość zaczęła się rozpadać, nie było w tym kalkulacji, ponieważ kalkulacja wymagała spokoju, którego już nie posiadał, nie było w tym nawet gniewu w jego czystej, uporządkowanej formie, ponieważ gniew zakładał jeszcze jakiś porządek, a to, co go wypełniało, było chaosem przebranym za konieczność.
Ruszył.
Najpierw był to ruch niemal niewidoczny, jak drgnięcie całego ciała, jak przełamanie ostatniego oporu, który jeszcze trzymał go w miejscu, a potem wszystko stało się jednocześnie, bez przejścia i bez wahania. Lśniąca Gwiazda rzucił się naprzód, wprost na białego kocura.
Z początku wyglądało na to, że miał przewagę, lecz Tawuła nie dawał za wygraną — zdając sobie sprawę z tego, że w tym momencie walczy nie tylko o prawdę, ale też i o własne życie, jego ciosy zdawały się przybierać na sile.
Lśniąca Gwiazda zaczął tracić precyzję, a jego ruchy, jeszcze przed chwilą prowadzone z pozorem kontroli, zaczęły rozpraszać się w przestrzeni, jakby mokre powietrze i śliska ziemia odbierały im kierunek, aż w końcu sam nie wiedział już, czy uderza w cel, czy tylko w jego przybliżony cień. Im dłużej trwał ten chaotyczny taniec, tym silniejsze stawało się w nim wrażenie, że to nie on dominuje sytuację, lecz że zostaje przez nią powoli pochłaniany.
W pewnym momencie rzeczywistość zawęziła się brutalnie do jednego punktu, jakby cały las, burza i świat poza nimi przestały istnieć w tej samej chwili, w której szczęki Tawułowej Bryzy zacisnęły się na jego łapie (tej łapie, którą niemal stracił), a ból nie przyszedł stopniowo ani ostrzegawczo, lecz uderzył natychmiast, gwałtownie i bezlitośnie, rozchodząc się po ciele Lśniącej Gwiazdy jak rozżarzone igły wbijające się w każdy nerw, odbierające nie tylko kontrolę nad ruchami, lecz także zdolność do jakiejkolwiek spójnej myśli, zmuszając go do cofnięcia się w najprostszy, najbardziej pierwotny poziom istnienia, gdzie nie było już przywódcy, planu ani celu, a jedynie czysta reakcja na cierpienie i przetrwanie.
Kolejne uderzenia Tawułowej Bryzy spadały na niego jedno po drugim, nie tworząc już żadnego rytmu ani struktury, lecz stając się chaotycznym ciągiem zdarzeń, które rozbijały resztki równowagi Lśniącej Gwiazdy. Ciało rudzielca zaczynało działać coraz bardziej niezależnie od jego woli, jakby każdy mięsień próbował osobno poradzić sobie z narastającym zagrożeniem, podczas gdy oddech stawał się coraz płytszy, urywany i niepewny, jakby powietrze przestawało być czymś dostępnym i stabilnym, a zaczynało wymykać się przy każdym wdechu, pozostawiając w klatce piersiowej jedynie pustą, palącą przestrzeń, w której świadomość nie była w stanie utrzymać się w jednym miejscu.
W tym rozpadzie kontroli ostatni odruch nie wynikał już z decyzji, lecz z samej struktury ciała, które próbowało utrzymać się w istnieniu mimo narastającego chaosu, gdy pazury przecięły mokrą przestrzeń powietrza i natrafiły na tylne łapy Tawułowej Bryzy. Lecz nawet ten gest, zamiast przynieść jakąkolwiek ulgę czy poczucie sprawczości, tylko pogłębił wrażenie rozpadu, ponieważ granice pomiędzy ciałem, ziemią i deszczem zaczęły się zacierać, jakby las i burza traciły ostrość i przechodziły w jedną, nieciągłą masę ruchu, dźwięku i bólu, w której nie dało się już odróżnić ataku od obrony ani rzeczywistości od jej odbicia.
Rzeczywistość zaczęła się rozwarstwiać, jakby umysł Lśniącej Gwiazdy przestawał utrzymywać jedną spójną powierzchnię doświadczenia, a zamiast tego pozwalał, by obrazy nakładały się na siebie, rozdzielały i zapadały, tworząc niestabilny, pulsujący układ, w którym nic nie pozostawało stałe dłużej niż uderzenie serca.
Najpierw czerwień pojawiła się jako wszystko, co istnieje, gęsta, lepka i pulsująca, wypełniająca całe pole widzenia jakby świat został zanurzony w jednym nieprzerwanym sygnale bólu, który nie miał początku ani końca, nie pozostawiając miejsca na żaden inny kolor, żadną myśl ani żaden dźwięk poza własnym, nieustannym naciskiem, który zdawał się wypierać wszystko inne z istnienia.
Ta czerwień nie była jednak stabilna, ponieważ zaczęła drżeć, falować i rozpadać się na fragmenty, jakby sama intensywność doznań była zbyt duża, by utrzymać ją w jednej formie, aż stopniowo zaczęła się cofać, tracić gęstość i rozmywać, przechodząc w coś bardziej nieokreślonego, w stan zawieszenia pomiędzy obecnością a zanikiem.
W jej miejsce pojawiła się czerń, nie zwykła ciemność nocy ani zamkniętych oczu, lecz czerń tak głęboka i pełna, że nie tylko pochłaniała obraz, lecz także odbierała poczucie granic własnego ciała, jakby Lśniąca Gwiazda przestawał być czymś oddzielonym od otoczenia i zaczynał rozpływać się w bezkształtną pustkę, w której nie istniało już ani „tu”, ani „teraz”, ani nawet świadomość tego, że coś jeszcze może istnieć poza tym stanem.
Aż w końcu ujrzał coś zupełnie… innego.
Łąka.
Pojawiła się nie jako spokojna wizja ani łagodne złudzenie ukojenia, lecz jako gwałtowny, niemal bolesny kontrast wobec wszystkiego, co wcześniej wypełniało jego istnienie — zamiast ciężaru deszczu, błota i rozedrganego od grzmotów lasu rozciągała się tam przestrzeń zalana światłem tak intensywnym, że zdawało się nie pochodzić z żadnego znanego źródła, jakby sama rzeczywistość została odarta z cienia i pozostawiona w stanie czystej, nieosłoniętej jasności.
Barwy nie były tam stłumione ani rozmyte, jak w pamięci czy śnie, lecz miały nienaturalną ostrość i niemal fizyczną obecność, gdzie żółć nie przypominała koloru kwiatów czy trawy, lecz pulsowała własnym rytmem, jakby była żywą materią rozlewającą się po przestrzeni, a błękit nieba nie stanowił tła ani kopuły, lecz otwartą, bezkresną głębię pozbawioną granic, w której nie istniało poczucie odległości, ciężaru ani kierunku, tylko nieustanne wrażenie zanurzenia w czymś nieskończonym i niemożliwym do objęcia.
Między tą jasnością a rzeczywistością, która jeszcze przed chwilą pochłaniała jego ciało bólem i ruchem, istniała nieprzekraczalna przepaść, ponieważ las był ciężarem wbijającym się w każdy oddech, wilgocią osiadającą na futrze, błotem trzymającym łapy i bólem, który nadawał każdemu ruchowi konkretną, nieuniknioną cenę, podczas gdy łąka była całkowitym zaprzeczeniem tego stanu, była ciszą pozbawioną napięcia, zawieszeniem, w którym nic nie wymagało reakcji, oraz lekkością tak obcą, że zdawała się nie należeć do żadnego znanego mu świata, a jednak w tej niemożliwej przestrzeni istniała sylwetka, której obecności nie potrafił ani zignorować, ani nazwać.
Nie miała ona wyraźnych krawędzi, mimo to była bardziej realna niż wszystko wokół, ponieważ przyciągała jego uwagę w sposób, który nie wynikał ani z logiki, ani z pamięci, lecz z czegoś głębszego, co zdawało się istnieć poza bólem i poza walką, jak echo znaczenia, którego nie dało się jeszcze w pełni zrozumieć.
Im bardziej próbował ją uchwycić, tym bardziej oddalała się w głąb światła, które nie zachowywało się jak przestrzeń, lecz jak żywy opór wobec jego obecności, rozciągając się i cofając jednocześnie, jakby sama wizja odmawiała kontaktu nie pozwalała się zamknąć w jednym punkcie uwagi. W końcu wrażenie ruchu zaczęło przypominać nie zbliżanie się, lecz nieustanne tracenie, jakby każdy krok był jednocześnie krokiem w stronę przybliżenia i oddalenia.
Miał wrażenie, że świetlista wizja na moment pęka, jakby coś niewidzialnego rozdzierało ją od środka z subtelnym, lecz nieodwracalnym oporem, ustępując miejsca rzeczywistości, która wracała gwałtownie i bezlitośnie, niosąc ze sobą deszcz uderzający o futro, ciężką wilgoć zawieszoną w powietrzu oraz szarość lasu rozmytego przez burzę, które nie tyle kontrastowały z wcześniejszym obrazem, co wręcz go unieważniały, jakby oba stany nie mogły istnieć równocześnie w jednym umyśle.
Przez ułamek czasu, trudny do uchwycenia i jeszcze trudniejszy do zrozumienia, te dwie rzeczywistości nakładały się na siebie, tworząc niestabilną granicę pomiędzy bólem a lekkością, pomiędzy ciężarem ciała a zawieszeniem bez grawitacji, aż w końcu, równie nagle jak wcześniej, łąka powróciła, zalewając jego wizję światłem tak intensywnym, że wszystko inne zdawało się jedynie bladym echem czegoś odległego i chwilowo zapomnianego.
Parę uderzeń serca później znów znajdował się w tej przestrzeni, gdzie żółć pulsowała własnym rytmem, a błękit nieba otwierał się bez końca nad nim, jednak coś było inne. Brakowało tej jednej obecności, która wcześniej przyciągała jego uwagę niczym punkt odniesienia w nieokreślonej przestrzeni. Dopiero wtedy, gdy zaczął rozglądać się uważniej, z narastającym niepokojem i pustką, uświadomił sobie, że sylwetka, której tak uporczywie szukał, zniknęła całkowicie, jakby nigdy nie należała do tej łąki ani do żadnej wizji, którą mógłby zatrzymać choćby na moment.
Ponownie otworzył oczy, a świat wrócił do niego nagle i bez uprzedzenia, jakby przerwany sen.
Rozejrzał się wokół, a jego spojrzenie, jeszcze przed chwilą rozproszone i niestabilne, zaczęło ponownie łapać ostrość. Choć była to ostrość nie wynikająca z jasności myśli, lecz z gwałtownego przypływu adrenaliny, który wdarł się do jego ciała jak uderzenie, wypierając resztki wizji i pustki, aż w końcu jedynym realnym punktem w przestrzeni stał się oddalający się Tawułowa Bryza.
Wojownik nie był daleko, lecz wystarczająco, by jego sylwetka poruszała się w rytmie nierównego, kuśtykającego biegu, co sprawiało, że każdy jego krok zdawał się jednocześnie ucieczką i próbą przetrwania. Jednak dla Lśniącej Gwiazdy nie istniała już interpretacja tych ruchów — rzeczywistość skurczyła się do jednego, prostego faktu, który wymagał natychmiastowej reakcji.
Podniósł się gwałtownie, a jego ciało, mimo ran i narastającego wyczerpania, odpowiedziało szybciej niż myśl, jakby instynkt przejął całkowitą kontrolę nad ruchem, wypychając go w stronę wojownika bez jakiejkolwiek przestrzeni na wahanie. Błoto rozpryskiwało się pod łapami, a deszcz spływał po jego futrze w ciężkich strugach, nie mających już znaczenia dla tego, co miało się wydarzyć.
Dystans między nimi zamknął się gwałtownie, niemal nienaturalnie szybko, jakby las sam skracał przestrzeń, by doprowadzić ich do kolejnego zderzenia. W momencie, gdy Lśniąca Gwiazda znalazł się tuż za Tawułową Bryzą, jego pazury ponownie wysunęły się w mokrą przestrzeń i zatopiły w jego plecach, przerywając rytm ucieczki i przywracając walkę do jej najostrzejszej formy.
Serce biło mu tak szybko, że każdy jego puls zdawał się uderzać nie tylko w ciało, lecz także w świadomość, rozszerzając ją i jednocześnie zawężając. Jego źrenice pozostawały szeroko otwarte, jakby próbowały pochłonąć całą scenę naraz.
W jego pazury przecinały ciało Tawułowej Bryzy z uporczywą, niemal mechaniczną konsekwencją, jakby każdy ruch był już nie decyzją, lecz kontynuacją rozpędzonego procesu, który nie znał zatrzymania. Nie zważał na ciosy, które biały wojownik próbował jeszcze desperacko wyprowadzać, choć stawały się one coraz bardziej chaotyczne, coraz słabsze, jak echo wcześniejszej walki rozbijające się o ciężar nieuchronnego końca.
Nagle, w sposób nie tyle nagły co nieodwracalny, strony zaczęły się odwracać, jakby sama struktura starcia traciła stabilność. Lśniąca Gwiazda przez chwilę poruszał się już nie w odpowiedzi na zagrożenie, lecz w stanie całkowitej dominacji, w którym kolejne uderzenia spadały jedno po drugim — w gardło, w pysk, w nogi. Były precyzyjne tylko na tyle, na ile pozwalał mu chaos, i konsekwentne tylko na tyle, na ile wymagało tego jego własne wewnętrzne napięcie. Z każdą chwilą Tawułowa Bryza coraz bardziej przestawał być przeciwnikiem, a coraz bardziej stawał się ciałem tracącym zdolność dalszego oporu. Mgła zaczęła zasnuwać jego spojrzenie, odbierając mu możliwość dalszej walki, aż w końcu nawet próby obrony zaczęły przypominać jedynie odruchy pozbawione dawnej siły.
Dopiero wtedy jego organizm pozwolił sobie na powrót świadomości. Lśniąca Gwiazda poczuł, że oddech zaczyna zwalniać, że chaos w klatce piersiowej przestaje narzucać rytm, a zamiast tego pojawia się coś na kształt kontroli, kruchej i spóźnionej, ale jednak kontroli, która pozwoliła mu wziąć kilka głębszych haustów powietrza, ciężkich i drżących, zanim opadł na ziemię, pozwalając mięśniom rozlać się w zmęczeniu, a umysłowi choć na chwilę wyjść z trybu przetrwania.
Leżąc pośród mokrej ziemi i deszczu, który spływał po jego futrze niczym obojętna zasłona oddzielająca go od reszty świata, zaczął odczuwać nie tyle ulgę, co narastającą, trudną do nazwania pustkę. Nie przypominała ona jednak żalu ani strachu. Było to raczej nieprzyjemne wrażenie odrealnienia, które powoli rozlewało się po jego umyśle, gdy próbował uporządkować wydarzenia ostatnich chwil. To, co jeszcze przed momentem wydawało się tak intensywne, tak namacalne i gwałtowne, zaczynało rozpadać się w pamięci na luźne, niespójne fragmenty. Obrazy mieszały się ze sobą, dźwięki traciły swoje źródło, a poszczególne chwile zdawały się odrywać od siebie nawzajem, jakby nie należały do jednej historii.
Nie wiedział, co właściwie zrobił, ani jak dokładnie do tego doszło — cała sytuacja wydawała się jedną wielką anomalią, której nie potrafił nawet opisać. Zwłaszcza ta łąka, która powracała do niego jak nieprzyjemne echo, nie pasujące do żadnej logiki ani żadnego porządku świata, ponieważ przecież nie mogła istnieć w tym samym ciągu zdarzeń co deszcz, ból i walka, a jednak jej obraz był tak wyraźny, tak intensywny, że nie dawał się zignorować, jakby jego własny umysł stworzył coś, co wymykało się jego spod jego łap i teraz odmawiało zniknięcia.
W tym powolnym powrocie świadomości poczuł, jak coś w jego wnętrzu zaciska się nieprzyjemnie, jakby dopiero teraz, w ciszy po walce, docierało do niego znaczenie tego, co się stało, i fakt, który nie wymagał już interpretacji, ponieważ był prosty i nieodwołalny — stracił jedno z żyć.
A jednak ta myśl nie przyniosła natychmiastowego przerażenia. Raczej dziwną, chłodną racjonalizację, w której Tawułowa Bryza przestał być zagrożeniem, a stał się jedynie przeszkodą usuniętą z równania, jednym mniej problemem w strukturze klanu, co pozwalało umysłowi Lśniącej Gwiazdy natychmiast przesunąć ciężar na inne kwestie, jakby porządkowanie świata mogło zastąpić znaczenie tego, co właśnie się wydarzyło.
„Więc… Jest całkiem nieźle” — ta myśl pojawiła się w nim niemal naturalnie, pozbawiona emocjonalnego ciężaru, jakby była logicznym wnioskiem, a nie oceną moralną, przecież jeden wróg Klanu Klifu mniej oznaczał stabilność, a stabilność oznaczała porządek.
Gdzieś na krawędzi tej myśli pojawiło się również przekonanie, że Gwiezdni Przodkowie z pewnością byliby z niego zadowoleni, nawet jeśli cena, jaką przyszło zapłacić, miała formę jednego z dziewięciu żyć, które teraz istniało już tylko jako abstrakcyjna strata, a nie coś, co można było naprawdę poczuć w pełni.
Uśmiech, który pojawił się na jego pysku, był lekki i niemal odruchowy, pozbawiony ciężaru chwili. Deszcz nadal padał, obmywając jego rany z obojętną konsekwencją natury, a ziemia pod nim pozostawała zimna i stabilna, oferując jedyny rodzaj odpoczynku, jaki był teraz dostępny. Pozwolił sobie na tę chwilę bezruchu, z myślą, że wkrótce wróci do obozowiska, kiedy tylko ciało odzyska wystarczającą siłę, by znów stać się narzędziem.
Gdzieś na skraju tej myśli pojawił się jeszcze Gąsienicowy Ogryzek, imię, które na moment zabrzmiało w jego głowie jak coś odległego i niemal zabawnego w swojej banalności, przypominając mu, że świat nie kończy się na tej jednej walce. Że istnieją kolejne decyzje, kolejne obowiązki i kolejne ruchy do wykonania…
Och, to życie lidera…

Od Czyhającej Mureny CD. Mandarynkowego Pióra (Mandarynkowej Gwiazdy)

Przechyliła delikatnie łeb, przenosząc wzrok na matkę.
— Byłoby miło — odparła.

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Zacisnęła mocniej zęby. Z perspektywy wszystkich innych kotów, sytuacja pomiędzy nią a Mandarynkową Gwiazdą musiała wyglądać na jej oczywistą próbę morderstwa — ciężko jednak było Murenie uwierzyć, że ktoś mógłby postrzegać ją za tak głupią. Gdyby chciała zrobić coś, aby dostać się na szczyt hierarchii, najpierw postarałaby się pozbyć Laguny; może rozsiałaby jakieś plotki, może sięgnęła po bardziej radykalne środki, ale na pewno nie targnęłaby się na swoje życie, aby w tak oczywisty sposób spróbować zabić własną matkę, na dodatek obdarzoną przez Klam Gwiazdy kilkoma życiami.
I, oczywiście, miała zamiar udowodnić to Mandarynkowej Gwieździe już niedługo; nie mogła w końcu pozwolić na skalanie jej dobrego imienia — a, przede wszystkim, musiała zadbać o to, aby Wężynowy Kieł poniosła karę.
Zastanawiało ją tylko jedno — dlaczego Wężyna chciała zabić liderkę? Co tak naprawdę łączyło byłą samotniczkę z jej matką?
Przechyliła delikatnie łeb, wynurzając się z chłodnej tafli wody i powoli wychodząc na powierzchnię. Nagrzany piasek przesypywał się między jej mokrymi paliczkami, gdy z zadartym ogonem ruszyła przed siebie. Mimo rażącego słońca pysk trzymała wysoko i tylko zmrużyła oczy, aby ochronić je nieco przed światłem. Po powrocie z polowania koniecznie musiała udać się do Mandarynkowej Gwiazdy, aby nareszcie wszystko wyjaśnić. Nie mieściło jej się w głowie, że matka uznała ją za… za zwykłą zdrajczynię! Po tym, jak całe swoje życie (no, prawie) oddała służeniu Klanowi Nocy!
Strzepnęła ogonem, a jej wąsy drgnęły nieznacznie na tę myśl.
Piaszczyste wybrzeże wkrótce zaczęło ustępować zielonym łodygom trawy, a delikatna woń młodych liści wypełniła jej nozdrza. Skręciła w prawo, kierując się w stronę Zrujnowanego Mostu; ciemny zarys pomostu majaczył już w oddali, gdy wyminęła kolejne drzewo i wyszła na skąpaną w blasku słońca polankę.
Zatrzymała się na moment, unosząc wzrok na bezchmurne, popołudniowe niebo — jedynie słońce zakłócało bezkresny błękit, nie licząc ptaków, co jakiś czas przecinających nieboskłon. Księżniczka przez chwilę nasłuchiwała dźwięków otaczającej jej przyrody; w oddali do jej uszu docierał delikatny szum wody i szelest liści, poruszających się na wietrze. Mimo tego względnego spokoju, jeden, głośniejszy dźwięk przebijał się przez cichą melodię lasu; czyjeś kroki.
Rzuciła krótkie spojrzenie przez ramię — jej oczom ukazała się znajoma sylwetka i dymne futro, upstrzone jaśniejszymi plamami. Mewi Puch. Kocur podniósł krótką łapę i zbliżył się do niej, spoglądając na nią żółtymi ślepiami.
Dziwne, że wcześniej go nie zauważyła.
— Hej, Mureno! Widziałem, że wyszłaś z obozu, więc postanowiłem ci potowarzyszyć — oznajmił zwięźle, po czym zerknął na nią. — Nie masz nic przeciwko, prawda? Ostatnio zachowywałaś się jakoś dziwnie.
Czyhająca Murena nawet nie drgnęła.
— Możesz zostać — odparła. — Zastanawia mnie tylko, czemu pytasz. Czyżbyś nie słyszał o tym, co wydarzyło się między mną a Mandarynkową Gwiazdą? To chyba dość oczywiste.
Wojownik tylko przechylił łeb z zaskoczeniem i zmarszczył nos.
— Co?
Strzepnęła ogonem. Mogła się domyślić, że Mewi Puch nie miał bladego pojęcia na temat tego, co działo się w klanie. Pewnie nie zainteresowałby się tym, gdyby w grę nie wchodziła ona.
— Kilka księżyców temu Wężynowy Kieł usiłowała utopić Mandarynkową Gwiazdę… i, oczywiście, przyszłam na pomoc matce. — Odwróciła się, aby wreszcie na niego spojrzeć.
— To… um, dobrze, że ją uratowałaś!
— Myśli, że to ja chciałam ją zabić, Mewi Puchu. Dlatego Wężynowy Kieł; ta żałosna kupa futra, nie została jeszcze wygnana z klanu — wycedziła, mrużąc nieznacznie oczy.
Dymny otworzył pysk w zdumieniu.
— To… to niedorzeczne! Dlaczego miałabyś próbować zabić własną matkę!?
— Myśli, że jestem taka, jak Błękitna Laguna — urwała mu. — Ostatnio straciła do niego zaufanie, ale nie mam pojęcia czemu. Gdyby dowiedziała się, że to jego kochanka usiłowała ją zabić… Na pewno oddałaby jego posadę mnie. Rozumiesz, jakie to niesprawiedliwe?
Jej partner chyba nie rozumiał, ale widocznie był zbulwersowany, bo kiwał energicznie głową.
— W takim razie musisz wyjaśnić to Mnadarynkowej Gwieździe! Na pewno wszystko zrozumie i od razu pozbędzie się Węgorza!
Westchnęła cicho. Kocur wciąż nie rozumiał powagi sytuacji (i nie pamiętał imienia Wężyny, ale może to lepiej).
— Wątpię, aby mi uwierzyła. Już zdążyła stracić do mnie zaufanie… ale spróbuję — mruknęła, po czym wyprostowała się i strzepnęła ogonem. — No nic, zobaczymy, co los przyniesie. A póki co… chcesz ze mną zapolować?
Mewi Puch przekrzywił delikatnie łeb, ale po chwili skinął głową.
— No jasne — zgodził się.
— Wspaniale. Możesz pójść w prawo, a ja w lewo. Spotkajmy się tutaj za chwilę.
— Zobaczymy, kto upolował najwięcej! — zaproponował, na co kotka tylko przytaknęła.
— W porządku.
I to mówiąc, obaj oddalili się w przeciwne strony. Mewi Puch zniknął w cieniu gęstych drzew, a Czyhająca Murena udała się bardziej w kierunku Starej Łupiny. Zdawała sobie sprawę, że prawdopodobnie więcej zwierzyny będzie w lesie, ale nie zwracała na to uwagi. Potrzebowała tylko chwili na przemyślenie wszystkiego… w samotności.
Zatrzymała się przy trawiastym wybrzeżu i pochyliła do przodu, wlepiając wzrok w błękitną taflę wody. Delikatne rysy jej pyska odbiły się w niej, aby po chwili zniknąć pomiędzy falami. Ciemne, rybie kształty majaczyły w oddali i księżniczka zmrużyła oczy, skupiając się właśnie na nich.
Pod powierzchnią dostrzegła zarys kilku mniejszych ryb — uklei, bo jedna z nich zbliżyła się na tyle blisko powierzchni, że słońce odbiło się od jej drobnych łusek i Czyhająca Murena miała chwilę na przyjrzenie się rybkom. Wysunęła łapę i jednym, zdecydowanym ruchem wyłowiła wijącą się ukleję z wody, aby po chwili wbić w nią zęby.
Z ofiarą pod łapami przysiadła w kłujących łodygach trawy i zmrużyła delikatnie oczy, przejeżdżając językiem po futrze na klatce piersiowej. Delikatna, rybia woń zdążyła już osiąść na jej wibrysach, gdy podniosła zdobycz i ruszyła we wcześniej ustalone miejsce spotkania z Mewim Puchem.
— Czyhająca Mureno, jesteś! Długo ci to zajęło, więc zaczynałem się martwić… Myślałem, że dopadł cię łoś!
Jej ucho drgnęła delikatnie na wspomnienie łosia. Pamiętała, jak rozmawiali o nim podczas jednego z ich pierwszych spotkań.
— Nie masz się czym przejmować — zapewniła go, kiwając delikatnie głową.
Wojownik przez chwilę jeszcze wypytywał ją o jej samopoczucie, zanim wreszcie zaprezentował swoją zdobycz — całkiem pokaźną nornicę.

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Po powrocie do obozu Klanu Nocy

— Matko.
Powoli przekroczyła próg legowiska lidera, wkraczając w spowite mrokiem wnętrze sumaka. W środku było ciepło, nieco duszno, a słaba woń kurzu unosiła się w powietrzu. Zamrugała kilka razy, aby przywyknąć do zmiany oświetlenia i stanęła przed posłaniem Mandarynkowej Gwiazdy.
Starsza leżała na starannie uwitym gnieździe w milczeniu, mierząc córkę przenikliwym spojrzeniem. Cienkie smugi światła padały na jej grzbiet i pysk, naznaczone delikatną siwizną — kocica widocznie zestarzała się przez ostatnie kilka księżyców.
Murenę zastanawiało, o czym myślała teraz przywódczyni. Czy planowała wygnać ją z klanu? Była sceptycznie nastawiona, ale potrzebowała więcej dowodów? A może była przekonana o jej niewinności?
Nerwowo wygładziła sierść na karku, a następnie skinęła głową w stronę liderki.
— Jak zapewne się domyślasz, przyszłam nareszcie wyjaśnić… — urwała na moment. — poprzednią niefortunną sytuację.
Zapadła chwila milczenia. Krew szumiała księżnicze w uszach, dreszcz przebiegł po skórze. Murena mogłaby przysiąc, że ogon matki delikatnie drgnął — ale może była to tylko gra cieni. Wreszcie, starsza przerwała ciszę:
— Kontynuuj.
Wbrew oczekiwaniom, słowa Mandarynkowej Gwiazdy tylko pogorszyły sytuację. Dlaczego nie powiedziała nic więcej? Żadnego “nie musisz niczego tłumaczyć, jesteś cudowna! Razem wygnajmy Wężynę i Lagunę z klanu!”, żadnych słów pocieszenia, nawet najmniejszego znaku, że wciąż miała do córki jakiekolwiek zaufanie. Wysunęła i schowała pazury w nerwowym odruchu. Odchrząknęła. To był prawdopodobnie drugi raz w życiu, gdy nie wiedziała, co powiedzieć.
— Zakładam, że nie ufasz mi po tym, co się wydarzyło i myślisz, że to ja próbowałam cię utopić tamtego dnia — zaczęła ostrożnie, smagając ogonem powietrze. — Niestety nie mam dowodów, potwierdzających moją niewinność. Mogę cię tylko zapewnić, że nie ja za tym stoję. Gdy poprosiłam cię o rozmowę, moje intencje były w pełni czyste. Chciałam omówić temat Błękitnej Laguny, bo wiem, że ostatnio twoja relacja z nim znacznie się pogorszyła; chciałam poznać przyczynę tego. Po tym, jak dotarłam na ustalone miejsce spotkania, zobaczyłam Wężynowy Kieł; to ona próbowała cię zabić, więc przybiegłam ci na pomoc. Przysięgam! Nigdy nie podniosłabym łapy na własną matkę. Przyszłam, aby szukać sprawiedliwości. Zdaję sobie sprawę, jak radykalnie to brzmi i rozumiem twoje obawy, ale musisz mi uwierzyć. Ta samotniczka musi zostać wygnana. Jest zakałą Klanu Nocy; od początku wiedziałam, że nie można jej ufać. A fakt, że związała się właśnie z Błękitną Laguną? Co, jeśli wiedział o jej zamiarach? Proszę cię tylko, abyś to rozważyła.
Milczenie zawisło między nimi ponownie; tym razem znacznie cięższe. Powietrze było gęste. Liderka przez cały czas uważnie przysłuchiwała się jej słowom, ale ani razu nie przerwała jej. Wreszcie, zmrużywszy oczy, przerwała milczenie:
— Czyhająca Mureno, sama wiesz, że nie mam, jak ci zaufać. Mimo to wnosisz o wygnanie innego członka klanu. Spójrz na siebie i pomyśl, jak bardzo wyglądasz na winną. Z tego powodu nie zamierzam spełniać twoich próśb. — Pod koniec wypowiedzi przeniosła wzrok na łapy rozmówczyni, jakby czekając na jeden ruch, sugerujący chęć ataku.
Murena zrobiła krok do przodu. Jej ogon przeciął nerwowo powietrze.
— W takim razie przesłuchaj chociaż Wężynowy Kieł. Dobrze wiesz, że nie można jej ufać; nie można tak po prostu zostawić tej sytuacji — odparła prędko.
Jej matka napięła się widocznie.
— Siądź — powiedziała stanowczo, uważnie mierząc córkę wzrokiem.
Przechyliła delikatnie łeb, ale bez słowa wykonała polecenie matki, siadając na ziemi.
— Nie będę przyjmować od ciebie rozkazów. Skoro spisek się nie udał, to ja nadal rządzę w tym klanie. I lepiej będzie, jeżeli wszyscy się do tego przyzwyczają.
Murena strzepnęła ogonem. Dlaczego Mandarynkowa Gwiazda odmawiała przesłuchania Wężyny?
— Nie rozkazywałam ci... — zaprotestowała młodsza, starając się zachować spokojny ton głosu. — A przede wszystkim, nie spiskowałam przeciwko tobie. Dobrze wiesz, że nawet, gdybyś umarła, nie przejęłabym władzy w Klanie Nocy i najpierw musiałabym pozbyć się Błękitnej Laguny. To byłoby niedorzeczne! Jedynym logicznym wyjściem z tej sytuacji jest przesłuchanie wszystkich podejrzanych i poszukanie ewentualnych świadków. Oskarżasz mnie o coś, o co nawet nie masz dowodów, mamo.
— Nikt nie ma dowodów. No, chyba, że czegoś jeszcze mi nie powiedziałaś.
Podniosła głowę. Dlaczego matka w ogóle jej nie słuchała? Czy tak ciężko było zrobić tą jedną, jedyną rzecz?
— Dlatego proponuję, abyś przesłuchała Wężynowy Kieł — oznajmiła, na co starsza tylko westchnęła.
— To koniec naszej rozmowy — mruknęła.
Zmrużyła oczy, ale nie zaprotestowała; zamiast tego skinęła głową i powoli podniosła się z ziemi, bez słowa ruszając w stronę wyjścia z legowiska.
— To niedorzeczne.

<Mamo?>

Od Jesionowej Szadzi CD. Miodowej Łapy

Jeszcze za okresu Pory Zielonych Liści

Niechęć do opuszczania cienia w czasie upałów nie była powodem, dla którego można było odpuścić sobie wyżywienie klanu. Jesionowa Szadź starała się uczestniczyć w tylu patrolach łowieckich, ile się dało. Tego dnia kotka była już na dwóch polowaniach i rozdała zwierzynę innym kotom, które bardziej jej potrzebowały.
Słońce chyliło się już ku zachodowi, a cienie stawały się coraz dłuższe. Ptaki chętniej śpiewały, tworząc wieczorny chórek. Jesionka wypoczywała gdzieś w kącie obozu, z dala od drażniących promieni słonecznych. Leżała spokojnie z zamkniętymi oczami, a jej uszy podrygiwały w rytmie śpiewu ptactwa. Jej futro było świeżo umyte i lśniło pięknie nawet w cieniu. Jej łabędzie pióro spoczywało u jej łap, podczas gdy ona delektowała się chwilą. Tak bardzo się wsłuchała w symfonię kosów, że nawet nie zdała sobie sprawy, że ktoś do niej podszedł. Dopiero gdy poczuła futro ocierające się o jej bok, zrozumiała, że ma towarzystwo. Podniosła łeb i zauważyła już leżącą obok niej Miodową Łapę, która uśmiechała się ciepło. Może i cieplej niż promienie słońca Pory Zielonych Liści. Liliowej serce zmiękło.
— Wybacz, słoneczko… nie chciałam ci przerywać — wymruczała złota cichym głosem, jakby nie chciała przeszkadzać ptakom w śpiewie.
— Nic nie szkodzi — odparła podobnym tonem i położyła łapę na łapie towarzyszki. — Niczego mi nie przerywasz. Nawet jakoś tak… milej jest z tobą u boku — przyznała, a jej wzrok utkwił w ziemi, jakby się onieśmieliła. Na jej pyszczku widniał szczery uśmiech, którego gdyby nawet chciała, nie umiałaby przerwać.
Przez chwilę obie w ciszy słuchały ptasiego chóru, który z każdym uderzeniem serca nabierał coraz to bardziej delikatnych tonów. Pewnie niektóre ptaki już chowały się z powrotem do gniazd, a inne zaledwie dołączały po męczącym dniu pełnym swoich ptasich obowiązków.
— Kiedy przeniosłaś się do legowiska wojowników, jakoś tak pusto jest w tym od uczniów… — powiedziała Miodka, wpatrując się w ziemię i ryjąc w niej kółka jednym pazurem. — Muszę przyznać, że tęsknię za tobą za każdym razem, gdy przypominam sobie, że jesteś gdzieś indziej — wymamrotała nieśmiało, unikając kontaktu wzrokowego.
Jesionka zastanowiła się chwilkę.
— Jestem pewna, że ty też niedługo zostaniesz wojowniczką — stwierdziła pewnie. — Obok mojego posłania jest pusta przestrzeń na inne, więc będziemy mogły być u boku, tak samo, jak za ucznia — upewniła ją, podnosząc ją lekko na duchu. Złota towarzyszka oparła głowę o jej ramię, mrucząc szczęśliwie z oczami głęboko wpatrującymi się w zielonooką.
— Nikt nie pociesza jak ty — zachichotała. Przez następną chwilę odpoczywały razem, nasłuchując szumu drzew przerywanego jeszcze ostatnimi zwrotkami śpiewu wydawanego przez kosy. Jesionka aż ziewnęła, a Miodka rozciągnęła łapy.
— Co powiesz na wieczorny spacerek? Nie zajdziemy daleko, tylko trochę wokół obozu — zaproponowała złota. Wojowniczka pokiwała głową.
— Z wielką chęcią — odparła i wstała, zginając grzbiet w łuk, by zaraz potem go wyprostować.
— Tak na dobre zakończenie dnia — dodała jeszcze uczennica i powoli podreptała do wyjścia z obozu z Jesionką u boku. Już niekoniecznie musiały się pytać o wyjście z obozu; w końcu jedna z nich wreszcie była wojowniczką.
Gdy kotki opuściły osłonioną polanę, słońce już zdążyło uciec pod horyzont, zostawiając wiele ciepło ubarwionych smug na ciemniejącym już błękitnym niebie. Liliowa zerknęła na kotkę.

<I jak, Miodko? W którą stronę idziemy? :3 >