BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

14 sierpnia 2026

Od Promiennego Słońca CD. Truskawki

tw: krew, rany.

Mały krok mało nie sprawił, że Promyk straciłaby życie. Dachy były niestabilne i wysoko ponad ścieżkami wyprostowanych. Promienne Słońce zdawała sobie z tego sprawę, kiedy wspinała się po dachach. Tym razem jednak mało nie przypłaciła tego swoim zdrowiem. Odetchnęła ciężko i powolnym krokiem kontynuowała swoją wędrówkę, w niezbyt określonym kierunku. Daszek po daszku, balkon za balkonem, parapet za parapetem w końcu zeszła na ziemię, zupełnie niedaleko swojego ulubionego parku... Potrzebowała tej chwili odetchnienia. Wszystko wokół niej bowiem zdawało się krzyczeć i powoli rozsypywać na kawałki.
Łapka szybko stała się dla niej kimś bliskim. Promyk nigdy nie sądziła, że będzie tak mocno spoufalać się z kociakiem dwunogów, a jednak. Nigdy też nie sądziła, że opuści swój klan zaraz po stracie swojego ukochanego ogona. A tu proszę. Jej życie ułożyło się w dziwny sposób. Poznała pieszczocha, wyniosła się do miasta, a teraz… teraz była tutaj.
Ostatnią noc spędziła w bardzo miłym towarzystwie na samym dachu gniazda Łapki. Był płaski, stabilny i bezpieczny, idealny na wpatrywanie się w niebo i szukanie, chociaż cienia gwiazdy. Promienne Serce tęskniła za ich błyskami. Kiedy je widziała, miała pewne poczucie, że jej wujek, tatko i brat na nią patrzą. Że pilnują jej każdego kroku i uśmiechają się w jej kierunku. Wiedzą, że podjęła swoje decyzje… Wszyscy to wiedzą. Jeśli będzie miała kiedyś szansę… chciałaby przeprosić swojego żywego brata. Może nie błagać o wybaczenie, ale wypowiedzieć wszystko, co ją trapi. Jak wściekła była, jak bardzo te emocje rzucały nią od długiego czasu i jak on stał się ofiarą jej wybuchu. Jej załamania. “Przepraszam” chciało wyrwać się z jej gardła, bo już dorosła. Już zrozumiała. Jednak nie miała szansy ich powiedzieć. Słoneczne Oko był za daleko… Poza jej zasięgiem.
A teraz... ta noc spędzona w objęciach Łapki rozsypała jej życie jeszcze bardziej. Promyk była przekonana, przez chwileczkę, że coś dla siebie znaczą. Coś więcej niż przyjaciółki, niż ulotna znajomość, która rozpadnie się przy pierwszym podmuchu wiatru. I musiało to być złudne przekonanie. Musiało… Los był parszywy.
Łapka z samego ranka czuła się źle. Beznadziejnie. Chmurka stroszyła się i powtarzała jej, że to wina jej schadzek z kocurami z osiedla, od wizyt u sąsiada i jedzenia śmieci, które wszyscy jej oferowali. Ale jej dwunóg zabrał ją w pudle do… kogoś. Chmurka nie skomentowała gdzie, chociaż wyraźnie wiedziała.
“Ciąża” było wystarczająco zrozumiałe dla wszystkich kotów, nawet w języku wyprostowanych. Łapka oczekiwała kociaki, a jej balkon pozostawał ciągle zamknięty. Serce Promyk krajało się na myśl, że właściwie to była tylko elementem zabawy pieszczoszki. Że nie znaczyła dla niej wiele i była dodatkiem do jej życia i swawoli. Promienne Słońce usiadła na brzegu małego jeziorka wykopanego w tym miejscu. Za to lubiła ten park na brzegu miasta, blisko pojedynczych, niskich gniazd. Nie było tutaj tych twardych maszyn plujących wodą w górę, nie. Tutaj stało normalne bajorko, pełne wody, lilii i ryb.
– Miło cię widzieć ponownie Promyku – Głos zza jej pleców wyrwał ją z zamyślenia.
– Krokus … – odetchnęła wojowniczka, obracając się w kierunku dźwięku. Tam stała starsza już i siwiejąca kotka. Jej pyszczek był płaski, z jednym zębem wystającym nad górną wargę. Jej ciało pokrywały blizny, które otrzymała w ciągu swojego życia i niósł się za nią zapach mułu i ziół. Była dorywczym medykiem, którego Promyk znalazła w tym parku zupełnie przez przypadek. Od tamtej pory odwiedzała ją raz na jakiś czas na krótką rozmowę o życiu albo po prostu schować się z nią w norze, zażyć odrobiny natury w tym zatrutym dymem miejscu.
– Co tak siedzisz sama na brzegu wody? – zagadnęła
– Myślę. – odparła wojowniczka. Stara kotka usiadła obok niej i zakręciła wąsami.
– A nad czym to myślisz? – zagadnęła.
– Nad miłością… rodziną ... złamanym sercu… – padła znudzona odpowiedź. Chociaż może bardziej zmęczona niż znudzona.
– Złamane serce… Trudna sprawa. Chcesz się wyżalić? – zaproponowała starsza.
– Wyżalić się… z czego? Zrobiłam sobie nadzieję bez zadawania pytań. Wina leży po mojej stronie, teraz tylko muszę się z tym pogodzić. – odparła, wzruszając ramionami.
– Rozumiem. – odparła Krokus. Promyk była wdzięczna, że kotka nie naciskała więcej. Posiedziały jeszcze chwilę w milczeniu, zanim ich rozmowa zeszła na zupełnie inny temat.
– Ucznia? Wzięłaś ucznia? – Krokus spojrzała na nią zaskoczona.
– Tak. Wzięłam. Jakoś tak ze trzy dni temu, ale jej wyprostowani nie wypuszczają jej jeszcze z domu. Siedzą w nim z nią całymi dniami. Podobno jutro z samego rańca ma być wolna i gotowa… – mruknęła Promyk. Miały już całą jedną lekcję i to głównie z wchodzenia na płot.
– Zaskakujesz mnie coraz bardziej. Koty klanowe wydają się mieć takie dobre serce. – Promienne Słońce miała ochotę zaśmiać się na słowa kotki, jednak zrezygnowała. Życie klanu nie było proste. Z pewnością nie prostsze niż życie na ulicach miasta. Wszystko miało swoje zalety i wady, ale koty z klanu, który znała Promyk, nie były miłe, z paroma wyjątkami. Jagienka, Słoneczne Oko, Tawułowa Bryza… W klanach istniało ciepło i miłość. Po czym cienie na ścianach zaczynały tańczyć w ognisku iluzji zapalonym przez zło, które czyha w kątach. I ono rozpala to ognisko coraz bardziej, a komfortowe cienie zwiększają się w ułudzie pozornej miłości. I robią się większe i dłuższe aż w końcu stają się tylko zniekształconym wypaczeniem rzucanym na ścianę przez pożar, którego nie da się już ugasić.
Promyk tak bardzo żałowała swoich decyzji. Skrzywdzenia brata, niewypowiedzenia się o niewinności Tawuły czy nie pożegnała z ojcem. Jedyne czego nie żałowała to, że uciekła spod władzy Mirtowego Lśnienia.
– Więc jutro pierwsza prawdziwa sesja treningowa, co? – Krokus uśmiechnęła się szeroko.
– Tak… – Promyk westchnęła. To będzie długi poranek.
Tak też było. Zjawia się o świcie i zasiadła na dachu gniazda Truskawki. Ruszyła się z niego, dopiero kiedy drzwi jej gniazda trzasnęły i jej dwunogi wyszły z domu i wsiadły do swojego potwora. Promyk zeskoczyła z dachu do ogrodu i zajrzała na wielkie szklane drzwi. Wyglądały jak te na balkonie Łapki. Promyk potrząsnęła głową, odganiając to nieprzyjemne wspomnienie. Podeszła do małego okienka w nich i szturchnęła je łapą. To ugięło się pod naciskiem i pozwoliło jej wsunąć się do środka. Tam Promyk rozejrzała się po gnieździe.
– Truskawko? – zawołała.
– Promyk! – dzieciak wyłonił się z jakiegoś innego pomieszczenia. – To już? Co robisz w środku? Wiesz jak wejść? Widziałaś, jak ja wchodzę?
– Za dużo pytań, za mało słuchania. – mruknęła Promienne Słońce. – Skoro zostałam Twoją mentorką, to mów mi pełnym imieniem. Promienne Słońce.
– Promienne Słońce… Nie wiedziałam, że masz pełne imię! Ma jakieś znaczenie? Kto ci je nadał? Czemu przedstawiłaś się jako Promyk?– rozpędziła się biała koteczka.
– Za dużo pytań. Nie mamy na to czasu. Teraz za mną. Wychodzimy. – oznajmiła wojowniczka i prześlizgnęła się z powrotem na świeże powietrze. Och jak dobrze jest żyć na łonie natury. Jej nowy uczeń wystąpił za nią i z ekscytacją przebiegł po trawie, zatrzymując się pod płotem.
– Co dzisiaj będziemy robić?! – zapytała ekscytacją.
– Dzisiaj… przejdziemy się po terenach. Zapoznamy się z drogami, ścieżkami, dachami, znakami orientacyjnymi i jak wrócić do swojego gniazda z dowolnego miejsca. Zapachy, widoki. Taki partol. – mruknęła Promyk, wskakując na płot. Chwilę poczekała, aż ten nieporadny kociak wespnie się za nią. Truskawka popatrzyła się na swoją mentorkę z ekscytacją.
– Czy potem będę mogła też zwiedzać sama!? – zapytała. Jej uszy były postawione na sztorc, a oczy świeciły się tą dziecięcą ciekawością.
– Nie. Nie od razu przynajmniej. Parę razy zapoznamy się z tym terenem, a potem będziesz musiała wrócić sama do gniazda. Raz za dnia... raz w nocy.
– Ale w nocy moi wyprostowani zamykają mi drzwi… – kociak przechylił głowę na bok.
– Znajdzie się jakiś sposób. Moment nieuwagi, uchylone drzwi, niedomknięte okno… – Promyk poklepała ją po czubku głowy. Może nie będzie tak źle z tym dzieciakiem jako uczniem. – Dobra… idziemy!
I poszły. Zwiedzanie odbywało się powoli. Promyk upewniała się, że Truskawka powącha wszystko, co może i nazwała każdy element otoczenia. Widocznie jej się czasem nudziło to wszystko. Chciała już, chciała do przodu.
– Jak się kot spieszy, to się lis cieszy. – mruknęła do niej w końcu Promyk. – Jeśli nie nauczysz się tego porządnie, nie będziesz miała podstaw do nauczenia się maskowania, obserwacji, przechodzenia przez ulicę, skakania po balkonach. Jeśli się zgubisz, bo nie wiesz, gdzie jesteś… Nie uratuje cię nic. Wielu samotników nie jest miłych i już się o tym przekonałaś. – mruknęła Promyk. – Są na tym świecie koty, które rozerwą cię za samo istnienie. Są takie, które tylko na ciebie prychną i sobie pójdą. Są dwunożni, który zwrócą cię do domu, a są tacy, co wyniosą cię do zupełnie obcych miejsc. – oznajmiła Truskawce, której mina zrzedła nieco. – Nie chcę cię straszyć, ale życie w mieście nie jest piękne. Życie w lesie także. Musisz się tego nauczyć, nieważne jak bardzo ci się to nudzi. Musisz być bezpieczna.
– … Dlaczego ktoś miałby chcieć mnie skrzywdzić?! Przecież nic im nie zrobiłam!– pisnęła uczennica.
– Bo nie wszystkie koty są dobre. Nie obchodzi ich czy im coś zrobiłaś, czy nie…
Truskawka potem skupiła się na zadaniu znacznie bardziej. Włożyła w to całe swoje zaangażowanie i Promyk nawet ją pochwaliła. W końcu dobrze jej szło! Obserwowała wszystko uważnie, nazywała zdarzenia, przedmioty, gniazda. Budowała w tej małej główce mapę swojego legowiska dwunożnych i okolic. I Promienne Słońce wiedziała, że będzie ją zabierać dalej i dalej. Budować większą i większą mapę, aby ten kociak zawsze wiedział jak wrócić do domu…
– A … to? Co to? – Truskawka zadała jej ciekawskie pytanie, wskazując na drobinki bordowych kropelek odbitych na trawie. Promyk zmarszczyła nos zaraz po powąchaniu.
– Krew… W miarę świeża… – wojowniczka nastawiła uszy i wsłuchać się uważnie. Szum potworów nie był tutaj tak ciężki, ale jednak nadal górował nad śpiewem lasu, więc ciężko było jej wychwycić jakiekolwiek podejrzany dźwięk. Dopóki nie usłyszała bolesnego jęku. Zjeżyła się i od razu przeszła przed Truskawkę. Nie ważne kto to był, mógł być niebezpieczny. Ciekawska uczennica zrozumiała przekaz i nie pchała się przed jej łapy, kiedy szły w kierunku nieszczęśnika.
Za rogiem Promyk najpierw zobaczyła sporo krwi. Potem poczuła ten znajomy zapach Klanu Klifu schowany pod metalicznym smrodem rozlanej cieczy. Podeszła bliżej żwawym krokiem.
– Dużo krwi! Musimy mu pomóc! Szybko!– Truskawka spanikowała. Jej oczy były rozszerzone w strachu i przerażeniu. Zastygła w miejscu, ale z jej gardła wyrywały się kolejne monologi.
–Opanuj się Truskawko. Cisza! – i uczennica zamilkła – To ktoś znajomy. – oznajmiła jej Promyk. Nachyliła się nad kotem, który poruszył nerwowo uchem. – Już mu pomagam!
– P... Pro... Promienne… S… Słońce? – szepnął. Jego głos był słaby, ledwo słyszalny.
– Tak. Gąsienicowy Ogryzku… Co się stało? – spytała zaskoczona Promyk.
– Zosta… Zostałem wygnany… – miauknął boleśnie. – Zaatakowali mnie, zanim odeszli… Boli… Nic nie widzę…
– Co? Nie... Nie tak mają wyglądać wygnania… – prychnęła Promyk. – Dobra. Wstawaj. – pchnęła go nieco ramieniem. – Musisz wstać, żebym mogła cię przerzucić przez plecy. – poleciła mu. Kot podniósł się na trzęsących się łapach. Promyk mogłaby poprosić swoją uczennicę o pomoc, ale nie chciała pobrudzić jej białego futra krwią.
– Dobrze… Tak trzymaj, jeszcze kawałek. – instruowała go.
– Pomóc? – Truskawka zajrzała na nich z miną niepokoju.
– Nie. Jak się pobrudzisz krwią, to twoi dwunodzy nie wypuszczą cię do dorosłości! – mruknęła i szybkim ruchem opuściła bok Ogryzka, aby wsunąć się pod niego. Kot, kiedy tylko stracił podparcie w jej silnym boku, zaczął od razu opadać. Prosto na jej plecy. Promyk jeszcze tylko poprawiła go trochę za przednią łapę, otrzymując bolesny jęk. – Wytrzymasz… – oznajmiła.
– Co teraz? Co teraz? – Truskawka podeszła bliżej. Jej łapki były pokryte cienką warstwą czerwieni.
– Idę z nim do mojej znajomej samotniczki.
– Idę z wami! Idę z wami!!! – zawołała Truskawka.
– To daleko… Idź do domu.
– Nie. Proszę. Ja będę grzeczna i będę się słuchać. I wrócę do domu przed powrotem moich dwunożnych, obiecuję! – promyk spojrzał a na nią. Nie miała czasu się kłócić. Kot na jej barkach powoli się wykrwawiał.
– Dobrze… Żwawo! Musisz nadążać. – To pewnie nie było zbyt ciężkie zadanie, zważając, że Promyk miała na palach kota swojej wielkości.
Droga do parku nie była długa, ale z pewnością była ciężka, gdyż pod górkę. Promienne Serce zmachała się niemiłosiernie, ale wtargała Gąsienicowego Ogryzka na samą górę i do dziupli skrytej między płaczącymi wierzbami przy wodzie. Muł i błoto utrudniały jej poruszanie się, ale wpadła do środka zmachana. Krokus podniosła na nią swoje wielkie, zaskoczone oczy.
– Och… – mruknęła i od razu ruszyła do akcji. Nie była doświadczoną zielarką ani medyczną. Umiała zrobić tylko podstawy, ale to nadal więcej niż Promyk. Truskawka usiadła sobie z boku poinstruowana przez obie starsze kotki, kiedy te krzątały się i próbowały zrobić, co mogły dla biednego klifaka.
Kiedy Ogryzek był już stabilny, Promyk usiadła obok swojej uczennicy.
– Całkiem niezły pierwszy trening co? – zagadnęła, drapiąc się po brodzie.
– Tak… – mruknęła koteczka i zamilkła.
– Dobra. To wszystko na razie co mogę dla niego zrobić. Zostaw mi go tutaj na chwilę… Żeby nie wdała się infekcja.
– Pewnie. Dziękuję Ci Krokusie. Znajdę dla ciebie jakiegoś soczystego szczura za tę przysługę. – Obiecała starszej kotce.
– Jak znajdziesz zamiast tego, jakiegoś dobrego dwunożnego resztka to byłoby lepiej dla mnie. Najlepiej ten taki płaski placek z czerwonym sosem.
– Dobrze… Postaram się coś ukraść. – miauknęła wojowniczka w odpowiedzi. – A teraz idę odprowadzić tego łobuza… I dopilnować, żeby wymyła łapy.
– Dobra myśl. Dobrej nocy… wróć jutro, proszę. Pomożesz mi go przełożyć na posłanie, jakie przygotuję.
– Dobrze.
I dwie koteczki wyszły z nory pod płaczącą wierzbą.
– Odprowadzę cię. – mruknęła Promienne Słońce. – Chodź. – i na tym się skończył ich trening. Promyk musiała upolować płaski placek z sosem dla Krokus…

<Truskawko?>

[2161 słów - Trening Truskawki]

Od Kropli CD. Psianki

Przed mianowaniem

— To… bardzo chętnie — odpowiedziała kotka ze śmiechem.
Kropla uśmiechnęła się na ten gest. Widocznie Psianka była chętna na spędzanie z nią czasu. Nie była tak głośna i… przerażająca jak inne koty. Była miła, pomocna i uczynna. Stróżka wiedziała, że jej obecność nie będzie przeszkadzająca.
— I nie tylko wtedy, kiedy będę miała jakieś przygody. Mogę po prostu przyjść i trochę posiedzieć — zaproponowała. — Albo opowiedzieć ci o czymś ciekawym z treningu. Rohan ciągle pokazuje mi nowe rzeczy. Mam wrażenie, że za każdym razem, gdy wydaje mi się, że już coś rozumiem, okazuje się, że istnieje jeszcze drugie dno. Chyba właśnie to najbardziej lubię.
Uczennica zamilkła na chwilę. A Kropla już trochę nie mogła doczekać się jej opowieści. Wcześniej słuchała Smugi albo ojca. Jej nigdy nie kusiły te wszystkie przygody, ale słuchanie o nich i widzenie jak inni się nimi ekscytowali, było dla niej wystarczające.
— Ale… to działa też w drugą stronę — powiedziała spokojniejszym tonem. — Jeśli kiedyś ty będziesz chciała z kimś porozmawiać… albo zwyczajnie posiedzieć z kimś w ciszy… to też możesz mnie znaleźć. Wiem, że jestem jeszcze uczennicą i pewnie nie umiem pomagać tak dobrze, jak ty. Ale mogę słuchać. Naprawdę.
Kropla zmarszczyła brwi. Dobrze było jej samej. Nie miała ciężkiej pracy. No i wcale nie chciała być słuchana – i tak by nie mówiła o niczym ciekawym. Nie chciała jednak tego wyjaśniać młodej kotce, więc po prostu pokiwała głową.
— Rohan mówi, że dobry zwiadowca musi najpierw nauczyć się słuchać lasu, zanim nauczy się go czytać. Myślę… że z kotami jest podobnie.
Kropla zaczęła się nad tym zastanawiać. Widziała naprawdę wiele kotów w różnych stanach. Każdy z nich miał inną historię, każdy był inny. Ale najbardziej szczerzy byli ci, którzy coś stracili. To ją wręcz… fascynowało w pewien sposób. Oczywiście, nigdy nie wgłębiała się w historie innych. Po prostu pomagając, wiele się słyszało…
— Wiesz… chyba trochę ci zazdroszczę. — Stróżka rozszerzyła oczy. Zazdrościć? Jej? Nie było czego… — Nie dlatego, że jesteś stróżem, tylko dlatego, że potrafisz sprawić, że kot obok ciebie czuje się spokojny. Ty chyba nawet tego nie zauważasz. Jak byłam mała, zawsze wydawało mi się, że wszystko będzie dobrze, jeśli akurat ty byłaś w pobliżu. Nie dlatego, że byłaś najsilniejsza albo najgłośniejsza. Po prostu… byłaś. To chyba też jest pewnego rodzaju talent. Czasami mam wrażenie, że wszyscy chcą być bohaterami. Wojownikami, którzy wygrywają bitwy. Zwiadowcami, którzy odnajdują ślady. Uzdrowicielami, którzy ratują życie. Ale mało kto myśli o tym, jak ważne są koty, przy których inni po prostu… czują się bezpiecznie. — Kotka uśmiechnęła się ciepło, patrząc w oczy Kropli. — Chyba właśnie taka jesteś.
Czekoladowa nie zgadzała się z tymi słowami. Znaczy tak, po prostu była. Ale według niej, bycie nie było sztuką. Siedziała z boku, cicho, wcale nie pomagała tak dużo. Właściwie to nie była pewna, czy ktokolwiek kojarzył ją bardziej. Nie przeszkadzało jej, jeśli nie. Ale wątpiła, że koty darzyły ją zaufaniem, czy czuły się przy niej bezpiecznie. Robiła zbyt mało, aby być takim kotem.
— Dziękuję ci. Za tamtą zabawę, kiedy byłam kociakiem. Za to, że mnie pamiętałaś. I za dzisiaj.
— Nie ma sprawy — mruknęła cicho.
Wydawałoby się, że uczennica odejdzie. Ale zamiast tego podeszła bliżej i delikatnie musnęła bark Kropli czubkiem nosa. Stróżka zamarzła w miejscu na moment, a potem mruknęła zarazem i zaskoczona i zadowolona.
— Obiecuję, że będę wpadała. A kiedy w końcu nauczę się bezbłędnie rozpoznawać wszystkie tropy lisa, borsuka i kuny, przyjdę się tym pochwalić. Nawet jeśli Rohan uzna, że to nic wielkiego. Pewnie i tak znajdzie kolejne ślady, których jeszcze nie znam. Umowa? — zapytała z ciepłym uśmiechem.
— Umowa. — Kropla kiwnęła głową.
Chociaż najpierw nie do końca wierzyła w słowa uczennicy, bo przecież, po co przyszła zwiadowczyni miałaby się przejmować prostym i cichym stróżem? To Psianka bardzo szybko zawitała w życiu Kropli. Uczennica faktycznie przychodziła, gdy miała wolny moment. I mówiła, dużo mówiła – a jednak zawsze po skończonym wywodzie wypytywała Krople o jej dzień. Stróżka też zaczęła przez to mówić trochę więcej – o tym ile było roboty przy maluchach, o tym ile kleszczy miała starszyzna, albo o tym, z czym pomagała u uzdrowicieli. To nie było przechwalanie się, czy narzekanie, to było zwykłe stwierdzenie faktu. I to wciąż były raczej jednostronne rozmowy, prowadzone przez Psiankę.
A jednak Kropla z dumą słuchała o wszystkich osiągnięciach uczennicy, a gdy ta została mianowana na zwiadowcę, to najgłośniej skandowała jej imię. Może dlatego, że była pewna, że teraz Psianka się odsunie. Już nie była uczennicą, która chciała mieć komu opowiedzieć o treningu. Stróżka naprawdę sądziła, że kotka odsunie się od niej i zajmie swoim życiem zwiadowcy. Nie brzmiało to jak szczęśliwe zakończenie, ale wcale by nie zaskoczyło czekoladowej. Ba! Bardziej zaskoczyło ją, gdy pewnego popołudnia czarno-biała kotka podeszła do Kropli.
— Dziś spokojnie na zewnątrz. Jak w obozie? — zapytała.
— Dobrze — odpowiedziała krótko Kropla.
Właściwie od ostatnich kilku dni nie bardzo wiedziała, co się działo w obozie. Była zmęczona, rozkojarzona i ciągle kaszlała, albo pociągała nosem. Oczywiście ignorowała te objawy – Pora Nagich Drzew była zimna, Pora Nowych Liści była przyjemna. To tylko reakcja ciała na zmianę temperatury…
— Coś ciekawego dziś robiłaś?
— Nie… Nie bardzo. — Zakaszlała.
— Och… Źle się czujesz?
— To nic takiego.
— Kroplo…
Stróżka nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się tylko ciepło i wskazała na stos jedzenia. Psianka zignorowała ten gest.
— Idziemy do uzdrowicieli.
Kropla westchnęła. Mogłaby się postawić. Ale po co? Kiwnęła więc głową i wraz z kotką poszły do uzdrowicieli.
— Kroplo? Coś nie tak? — zapytał Gołąbek.
— Ostatnio… Słabo się czuje.
Kocur kiwnął głową i kazał jej się położyć. Po chwili podał jej stokrotkę, a ta ją niechętnie zjadła.
— Jeszcze tak kilka dni, ale powinno być lepiej. Odpoczywaj — powiedział, uśmiechając się do niej ciepło.
Kropla kiwnęła głową i westchnęła. Zerknęła na Psiankę, która cały ten czas stała obok.
— Dziękuję — mruknęła.
Zastanowiła się chwilę. Właściwie, od kiedy Psiankę mianowano, nigdy nie pytała, czy ta czuła się z tym dobrze. Po prostu tak założyła… Gorzej, jeśli tak nie było. Spojrzała więc na kotkę.
— Podoba ci się bycie zwiadowcą?
Wyleczeni: Kropla

<Psianko?>

Od Zalotnej Gwiazdy CD. Cętkowanej Łapy (Cętkowanego Tęgosza)

Przeszłość

— Babciu, bo słyszałem o tych Dwunożnych, co wycinają nam las, dlaczego oni nam to robią? — zapytał rudofutry, na co Zalotna Gwiazda spoważniała.
— Nie wiem, Cętkowana Łapo, ale wiem za to, że trzeba ich się jak najszybciej pozbyć. Zanim narobią więcej szkód — odparła, wzdychając ciężko.
— Czyli co, zaatakujemy ich? — zapytał.
Szylkretka nie znała odpowiedzi na to pytanie. Wiedziała, że jeśli chciałaby zebrać grupę i pójść z nimi na walkę z tymi wyprostowanymi stworzeniami, najpewniej skończyłoby się to bardzo niedobrze. Mimo że wierzyła w siłę swoich pobratymców, wiedziała, że nie mają szans przeciwko ogromnym łapom Dwunożnych, ich Potworom i wszystkiemu, czego używają na co dzień. Mieli przedmioty ostrzejsze o stokroć od kocich pazurów, a także rzeczy twardsze i cięższe od jakiegokolwiek kamienia. Ponadto byli tak dużych rozmiarów, że zadrapania ani ugryzienia nie robiły na nich większego wrażenia. Zalotna Gwiazda nie musiała widzieć tego na żywo, by wiedzieć, że Dwunożni są wręcz niezniszczalni. Czasem koty ledwo radziły sobie z większymi psami, a co dopiero z jeszcze silniejszym wrogiem! By przegonić te łyse istoty, wszystkie koty znad morza musiałyby na moment zapomnieć o tym, co je dzieli, i wszystkie ruszyć do walki. To nie było jednak możliwe.
— Nie mogę ci niczego obiecać — mruknęła w końcu posępnie.
Cętkowana Łapa spochmurniał nieco, nieznacznie kładąc po sobie uszy.
— Na razie zajmij się swoim treningiem, Tęgoszu. Całkiem możliwe, że w niedalekiej przyszłości będziemy potrzebować naprawdę dobrze wyszkolonych i silnych wojowników, by odeprzeć atak Dwunożnych — dodała, uśmiechając się do niego pokrzepiająco. — Cieszę się, że zaszczyciłeś mnie wizytą, lecz prosiłabym cię już o opuszczenie legowiska. Wiesz, jako lider mam wiele rzeczy do przemyślenia, a najlepiej myśli się w ciszy. Ach, i nie żałuj sobie piszczek. Mój wnuk musi być zdrowy i dobrze najedzony — miauknęła, wciąż tym samym, ciepłym tonem, który nieczęsto barwił jej głos.
Uczeń skinął jej głową na pożegnanie.
— Do zobaczenia, babciu! — krzyknął, znikając w wyjściu z jej legowiska.
Po tym, jak Tęgosz sobie poszedł, Zalotna Gwiazda jeszcze przez moment w ciszy wpatrywała się w to miejsce, chcąc nacieszyć się tą krótką chwilą, nim do jej głowy powrócą wszystkie wątpliwości dotyczące przyszłości Klanu Wilka. Musiała być dobrą liderką. Nie mogła pozwolić na to, by jakiś jej bliski kot ucierpiał. Jednocześnie… nie mogła przecież pozbyć się Dwunożnych samą siłą woli. To nie wystarczyło.
Może powinna poczekać, aż w końcu te bestie same odejdą z Wilczakich terenów, o ile kiedykolwiek to zrobią. Na razie najlepiej było zapewniać pobratymców, że wciąż nad tym myśli. Że ma jakiś plan, że widzi jakieś światełko nadziei. Nie mogła im przecież powiedzieć, że najprawdopodobniej nigdy nie będą na tyle silni, by własnołapnie pozbyć się Dwunożnych. To zbyt bardzo by ich przygnębiło, a ona nie potrzebowała takich poddanych.

* * *

Teraźniejszość

Odkąd Dwunożni odważyli się tknąć jej wnuka, Zalotna Gwiazda znacznie częściej wybywała z obozu. Nie na tyle, by ktokolwiek uznał to za podejrzane, lecz z całą pewnością częściej niż wcześniej. Często chodziła w miejsce, w którym Dwunożni wycinali drzewa, by zobaczyć, czy jeszcze tam są. Siadała i obserwowała ich z oddali, próbując wymyślić jakiś sposób na to, jak się ich pozbyć. Gdy jednak wpatrywała się w ich łyse, pomarszczone pyski, jedyne, co czuła, to przepełniająca ją bezsilność i gniew. Najchętniej rozszarpałaby im te paskudne buźki tu i teraz! Ale nie mogła. Ognikowa Słota niedawno urodziła kocięta, a klan był w żałobie po śmierci Cienistej Zjawy. Nie mogła go zostawić w takim stanie. Miała jeszcze kilka spraw do zamknięcia i księżyców przed sobą.
Właśnie dlatego westchnęła ciężko. Tym razem Dwunożnych i ich Potworów było już znacznie mniej, a ci Wyprostowani, którzy wciąż kręcili się po wykarczowanych terenach, wydawali się znużeni. Wkrótce i oni wsiedli do swoich Potworów i zniknęli przywódczyni z pola widzenia, pozostawiając te tereny opustoszałe. Szylkretka w szoku się temu przypatrywała, zastanawiając się nad tym, czy opuścili to miejsce na stałe, czy może tylko na chwilę?
Jeszcze przez moment siedziała w bezruchu, zastanawiając się, czy Dwunożni za kilka uderzeń serca tu powrócą. Dopiero po jakimś czasie powoli podniosła się z miejsca, postanawiając wrócić do obozu. Zastanawiała się, czy powinna przekazać tę wieść reszcie Wilczaków, czy może zachować ją w tajemnicy, by upewnić się, że Dwunożni na pewno już tu nie wrócą. Gdy jednak zmierzała w stronę obozu, naszła ją pewna myśl. Uśmiechnęła się pod nosem, czując, jak misterny plan zaczyna sam układać się w jej głowie.

* * *

Wkroczyła do azylu, wyglądając pewniej i dumniej niż zazwyczaj. Nie tak jak wtedy, gdy musiała ogłosić przed resztą klanu śmierć Cienistej Zjawy. Wtedy łeb miała zwieszony, a pysk wygięty w smutku i rozpaczy. Teraz po jej postawie można było się domyślić, że ma Wilczakom jakieś dobre wieści do przekazania. Choć może uważniejsze oko spostrzegłoby, że w brązowych oczach liderki niekoniecznie czai się radość. Zamiast niej tańcowały w nich ledwo zauważalne iskierki ekscytacji, ale i determinacji. To były te same emocje, które gościły w oczach przywódców prowadzących swój klan na wojnę, której byli pewni, że wygrają.
Zalotna Gwiazda wskoczyła na pień, z którego do swoich pobratymców przemawiała już niejednokrotnie. Nim zdążyła odezwać się choćby słowem, już kilka ciekawskich kotów zwróciło wzrok w jej stronę i zrobiło kilka niepewnych kroków bliżej miejsca przemówień. Szylkretka machnęła ogonem, po czym mruknęła:
— Niech wszystkie Wilczaki zbiorą się pod pniem! To dla nas wszystkich dobry dzień. Dzień zmian! — ogłosiła, zadzierając brodę i dumnie wypinając pierś. Gdyby na nią spojrzeć, trudno byłoby porównać ją do tej kotki, która jeszcze kilka księżyców temu opłakiwała swojego zmarłego syna.
Po chwili azyl wypełnił się gwarem rozmów. Koty spoglądały po sobie w ekscytacji, ale i zaciekawieniu, czekając, aż liderka kontynuuje swoją przemowę. Nie musiały czekać zbyt długo, bo Zalotka nie zamierzała się cackać. Miała im ważne wieści do przekazania i nie będzie z nimi zwlekać, gdyż robiła to już wystarczająco długo.
— Pewnie zastanawiacie się, co takiego ważnego mam wam do przekazania… Tym razem Mroczni Przodkowie mają nas w opiece i nie pozwolili na to, by któryś z naszych towarzyszy został nam odebrany tak okrutnie.
Mówiąc to, uśmiechnęła się do zgromadzonych kotów.
— Jak już wszyscy, a przynajmniej większość z nas wie, po naszych terenach od kilku księżyców bezkarnie grasują Dwunożni. Wszyscy widzieliśmy, co robią z naszym lasem. Wszyscy wiemy, jak wiele mogą nam odebrać, jeśli pozwolimy im działać bez przeszkód — mruknęła, szybko przybierając poważniejszy wyraz pyska. — Przez cały ten czas wydawało mi się, że w obliczu tak potężnego zagrożenia jesteśmy bezbronni. W końcu Dwunożni to nie żadne lisy czy psy, na które moglibyśmy wysłać patrol i wrócić jako zwycięzcy. Dwunożni to ogromne, wyprostowane bestie o łapach silniejszych niż jakikolwiek leśny drapieżnik! Gdyby tego było mało, otaczają się swoimi ogromnymi Potworami, a także innymi metalowymi puszkami i narzędziami, które sami tworzą, a które użyte przeciwko kotom gwarantują nieuniknioną śmierć.
Poczuła, jak na myśl o Dwunożnych sierść zjeżyła jej się na karku.
— Obiecałam wam jednak, że w końcu pozbędziemy się tych łysych, okrutnych stworzeń z naszych terenów, a dziś nadszedł dzień, w którym ta obietnica w końcu się spełni! Znalazłam sposób na to, jak raz na zawsze pozbyć się tej zarazy, jaką są Dwunożni, z terenów należących do Klanu Wilka. Nie pozwolimy im dłużej bezkarnie niszczyć naszego domu i odbierać nam poczucia bezpieczeństwa! — mówiła dalej, obserwując uważnie reakcje tłumu.
Niektóre koty wydawały się szczęśliwe, niektóre zaciekawione, a jeszcze inne przerażone. Wiele z nich pewnie kwestionowało słowa Zalotnej Gwiazdy, zastanawiając się nad tym, czy mówiła prawdę i czy na pewno dzięki swojemu planowi uda jej się przegonić Dwunożnych. Ona jednak wiedziała, że teraz nie mogła pozwolić, by wątpliwości odebrały Wilczakom nadzieję. Musiała sprawić, by uwierzyli, że naprawdę mają szansę.
— Nie byłabym jednak w stanie dokonać tego samotnie, dlatego też na tę ciężką misję zabiorę ze sobą najbardziej zaufane mi koty — oznajmiła, mrużąc nieznacznie ślepia. — Krucze Pióro, Kocimiętkowy Wirze, Nadciągający Pomroku i Seradelowy Nektarze! Udacie się wraz ze mną poza obóz, by pomóc mi w pozbyciu się Dwunożnych z naszych terenów. Wierzę, że razem zdołamy doprowadzić ten plan do końca. Wspólnie sprawimy, że Klan Wilka na nowo zacznie rządzić swoimi terytoriami!
Nim jednak zeskoczyła z pnia i zgarnęła wyznaczone koty, miała jeszcze do ogłoszenia jedną rzecz.
— Obozem na czas naszej nieobecności zajmie się Pustułkowy Szpon. Macie absolutny zakaz wychodzenia z obozu i tyczy się to każdego, aż do samego ranka. Jeśli uda nam się załatwić sprawę z Dwunożnymi pomyślnie i szybko, wrócimy wcześniej — oznajmiła stanowczo. — Do tego czasu zachowajcie spokój i zaufajcie mi. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by Klan Wilka był znów bezpieczny.
Zaraz po tych słowach w końcu zeskoczyła na ziemię i ustawiła się przed wyjściem z obozu, czekając, aż zbiorą się przy niej znajome pyski. Jednocześnie z dumą nasłuchiwała słów otuchy, jakie wypowiadali wojownicy, którzy nie zostali wybrani do misji.

* * *

Zbliżając się do terenów, na których Dwunożni wycinali drzewa, nie można było już usłyszeć ryku ich maszyn. Zalotna Gwiazda uśmiechała się pod nosem, spoglądając na pyski kotów wybranych na misję. Widziała w ich oczach zdziwienie i bawiło ją, że żadne z nich nie odważyło się ubrać go w słowa. To w końcu dobrze. Znaczyło, że nie mieli odwagi podważyć jej decyzji ani oskarżyć jej o cokolwiek. Dreptali za nią jak grzeczne owieczki.
Jasne, lubiła koty niezależne i takie, które nie bały się wyrażać swoich myśli. Lubiła je jednak tylko wtedy, gdy swojego głosu używały do szerzenia wiary w Miejsce, Gdzie Brak, przekonywania innych o świetności Klanu Wilka czy wychwalania samej Zalotnej Gwiazdy. Natomiast takie koty, które odważyłyby się użyć swojego głosu przeciwko niej, uznawała za głupie i niebezpieczne.
Gdy znaleźli się wystarczająco blisko miejsca, w którym odbywały się wycinki, wciąż można było wyczuć smród Dwunożnych i ich Potworów. A jednak w lesie panowała kompletna cisza. Zupełnie tak, jakby nigdy ich tam nie było. Zalotna Gwiazda szła pewnie przed siebie, nawet na moment nie zatrzymując się ani nie komentując faktu, że zza już tylko kilku drzew, które dzieliły ich od terenów wycinki, powinno być widać choćby zarysy morderczych maszyn.
W końcu wojownicy przeprawili się przez rzekę, docierając do bezkresnych połaci wykarczowanego terenu. Cała czwórka kotów rozglądała się ze zdziwieniem, aż w końcu ich spojrzenia spoczęły na liderce.
— Zalotna Gwiazdo… Gdzie są Dwunożni? — zapytała nagle Kocimiętkowy Wir, nieznacznie kładąc po sobie uszy.
Szylkretka zachichotała złowieszczo pod nosem, po czym zmrużyła ślepia.
— Jak to gdzie, Kocimiętkowy Wirze? Pokonaliśmy ich — odparła, wciąż się uśmiechając. — Czyżbyś już nie pamiętała, jak zacięcie z nimi walczyliśmy? Jak chytrzy byliśmy? Jak działaliśmy jako jedność? — kontynuowała, po czym strzepnęła ogonem i odwróciła się tyłem do reszty grupy, powoli idąc naprzód.
Czwórka wybranych kotów powoli podążyła za nią, a dźwięk ich kroków rozbrzmiewał w uszach liderki.
— Wrócimy do obozu za jakiś czas. Wrócimy do nich i powiemy, że zwyciężyliśmy. Wygnaliśmy Dwunożnych z naszych terenów na dobre! — stwierdziła po chwili. — Może wam się wydawać, że to niesprawiedliwe. Cóż… może dla niektórych. Dla mnie jest to jednak przede wszystkim okazja. Szansa na to, by wzmocnić swój wpływ w Klanie Wilka, a wraz z nim również wasz. W zamian za pozostanie cicho i trzymanie się swojej roli oferuję wam tytuł Powiernika Cienia. Oprócz tego zostaniecie zalani sławą i uznaniem. Czy właśnie tego nie chcecie? — kontynuowała, spoglądając na nich przez ramię.
W końcu zatrzymała się i wskoczyła na jeden z wyciętych pni.
— Nie każda droga na szczyt jest prosta i czysta. Czasem, by zostać kimś więcej, trzeba nagiąć trochę zasad. My, Wilczacy, wiemy o tym aż za dobrze. Jako jedyni sprzeciwiliśmy się idiotycznym zasadom ustalonym przez Klan Gwiazdy i teraz żyjemy jak prawdziwi władcy! — oznajmiła, zadzierając dumnie brodę. — Mroczna Puszcza jest naszym prawdziwym domem, a koty, które ją zamieszkują, są naszymi pobratymcami. Oni nigdy nie zrzuciliby na nas klątwy, tak jak Gwiezdni Przodkowie robili to już nieraz!
Na moment zamilkła, pozwalając, by jej słowa wybrzmiały wśród pustego, wykarczowanego terenu.
— Właśnie dlatego chcę wam przypomnieć, że nie zawsze to, co większość uznaje za słuszne i sprawiedliwe, jest tym, co najlepsze dla nas wszystkich. Czasem trzeba mieć odwagę spojrzeć szerzej i zrobić to, czego inni nie odważyliby się zrobić. — Uśmiechnęła się lekko. — Nie chcę więc, żebyście myśleli o tym jak o zdradzie. Zdrada byłaby wtedy, gdybyśmy działali przeciwko własnemu klanowi. A przecież robimy coś zupełnie innego. Robimy to właśnie dla niego. Dzięki temu możemy zyskać więcej niż tylko spokój. Możemy zyskać wpływy, uznanie i pozycję, o jakiej inni Wilczacy mogą tylko pomarzyć. Wystarczy, że każdy z was zrobi to, co do niego należy. Zachowa milczenie, odegra swoją rolę i pozwoli mi poprowadzić nas dalej.

* * *

Gdy księżyc wzbił się na niebo, Zalotna Gwiazda zadarła brodę i rozejrzała się po swoich towarzyszach.
— Czas na nas. Pamiętajcie tylko, by nie zdradzać nikomu szczegółów tej akcji. Za każdym razem odpowiadajcie, że jej przebieg to tajemnica. Nie zdradzajcie prawdy nawet tym, którzy stoją po naszej stronie — oznajmiła.
Ostatnie zdanie wypowiedziała z myślą o swoim wnuku — Cętkowanym Tęgoszu. Chciała, by rudofutry kocurek uwierzył, że jego babci naprawdę udało się własnymi łapami wygonić przebrzydłych Dwunożnych. Zależało jej na tym, by jeszcze mocniej utrwalić w nim właściwe myślenie, tak aby nigdy nie przyszło mu do głowy zdradzać rodziny i bliskich, tak jak niegdyś zrobili to Jarzębinowy Żar i Kosaćcowa Grzywa.
Tamtą dwójkę kociąt wciąż uważała za swoją życiową porażkę. Nie przyznawała się nawet do tego, że miały jej krew. Choć trochę żałowała, że nie powstrzymała siłą swojego syna przed ucieczką. Może wciąż była dla niego jakaś szansa? Przede wszystkim zależało jej jednak na tym, by w Klanie Wilka pozostała jej krew, ponieważ na ten moment nie było w nim żadnego z jej biologicznych potomków. Trochę ją to bolało. Nie chciała, by jej dynastia kończyła się na zdrajcach, którzy wybrali bajeczki o Gwiezdnych Przodkach zamiast własnej matki.
Gdy skończyła już wspominać dawne czasy, pewnym krokiem ruszyła w stronę azylu Klanu Wilka. Wiedziała, że większość Wilczaków zapewne będzie już spała, lecz wiedziała również, że nie będą narzekać, jeśli obudzi ich, by przekazać im dobre wieści.

* * *

Grupa wkroczyła do obozu, gdy księżyc był już wysoko na niebie. Ich futra były zmierzwione, trochę skołtunione i wciąż wilgotne po tym, jak musieli przeprawić się przez rzekę. Nie wyglądali, jakby walczyli z Dwunożnymi na śmierć i życie, ale nie sprawiali też wrażenia, jakby na swojej drodze nie napotkali przeszkód. Zalotna Gwiazda zadbała o to, by wyglądali na trochę poobijanych i zmęczonych. W końcu gdyby wrócili do obozu nieskazitelnie czyści, ktoś mógłby wysnuć wniosek, że nawet nie tknęli Dwunożnych.
Przywódczyni natychmiast wskoczyła na mównicę, obserwując czwórkę kotów, która zebrała się pod nią. Ich oczy lśniły w mroku, zdradzając zniecierpliwienie.
— Klanie Wilka! — krzyknęła Zalotna Gwiazda, co wystarczyło, by koty w legowiskach zaczęły się wybudzać. Nawet jeśli ktoś nie otworzył oczu po słowach liderki, chwilę później został obudzony przez jednego ze swoich pobratymców.
Gdy wszyscy wojownicy i uczniowie zgromadzili się przed pniem, z którego przemawiała teraz Zalotna Gwiazda, kotka kontynuowała:
— Wygraliśmy! — zaczęła, po czym zamilkła, pozwalając, by zdumione westchnienia rozeszły się po zgromadzonych kotach. — Pozbyliśmy się Dwunożnych z naszych terenów! Przestali być już dla nas zagrożeniem i już nigdy nie porwą ani nie skrzywdzą żadnego z członków Klanu Wilka! Teraz wiedzą, gdzie jest ich miejsce, a jeśli kiedykolwiek spróbują ponownie z nami zadrzeć, będziemy już wiedzieć, że przeciwko nam nie mają żadnych szans! — mówiła dalej, dumnie wypinając pierś.
Na moment zamilkła, przesuwając wzrokiem po Wilczakach, a następnie zwróciła go w stronę czwórki wybrańców.
— Chciałabym tej nocy odznaczyć koty, bez których pomocy wciąż żylibyśmy w strachu, że pewnego dnia Dwunożni napadną na nasz obóz i wyrządzą nam krzywdę. Krucze Pióro, Kocimiętkowy Wirze, Nadciągający Pomroku i Seradelowy Nektarze — swoją odwagą i determinacją zasłużyliście dziś na to, by otrzymać tytuł Powiernika Cienia! Podczas konfrontacji z Dwunożnymi wykonywaliście moje rozkazy bez sprzeciwu, a gdy zostaliście wybrani na tę misję, nie wiedząc nawet, czy z niej wrócicie, nie zawahaliście się ani na moment. Właśnie takiego zachowania oczekuję od reszty Wilczaków, którzy również pragną otrzymać tytuł Powiernika Cienia i uzyskać związane z nim przywileje! — ogłosiła. — Niech wasze nowe odznaczenia służą wam dzielnie i przypominają o tym, co udało wam się osiągnąć w tym pamiętnym dniu!
Gdy skończyła przemowę, odczekała kilka uderzeń serca, nim zaczęła skandować:
— Krucze Pióro! Kocimiętkowy Wir! Nadciągający Pomrok! Seradelowy Nektar!

* * *

Rankiem obudziła się szczęśliwa. Na jej pysku widniał pogodny uśmiech i po raz pierwszy od wielu księżyców nie wyglądała na groźną, gburowatą liderkę. Dzień rozpoczęła od wyczyszczenia swojego futra z drobinek kurzu i brudu, który zaczepił się o nie podczas “walki” z Dwunożnymi. Potem porządnie się przeciągnęła i wychyliła głowę ze swojego legowiska, chcąc zabrać ze stosu jakiś smaczny kąsek. Nim jednak postawiła łapę w azylu, widok na stos zasłonił jej znajomy, rudofutry kocur. Zalotka od razu postawiła uszy do góry, ignorując fakt, że była trochę głodna.
— Cętkowany Tęgoszu! — zawołała poważnym tonem.
Zielonooki natychmiast zwrócił łeb w jej stronę. Nim Zalotna Gwiazda zdążyła zażądać od niego, by do niej podszedł, ten już to zrobił.
— Tak, babciu? — zapytał, po czym zamrugał kilka razy i przechylił głowę. — Czy coś się stało? — mruknął jeszcze, na co starsza pokręciła głową.
— Nie, Tęgoszu. Nic się nie stało — odparła, po czym odwróciła się i ruszyła w głąb swojego legowiska. — Wejdź, proszę — zawołała, gdy usiadła na swoim posłaniu i zrozumiała, że jej wnuk nie wszedł za nią do środka.
Gdy Cętkowany Tęgosz rozsiadł się przed nią, najpierw wpatrywała się w jego pysk przez dobre kilka uderzeń serca, próbując coś z niego wyczytać.
— Więc… — zaczęła w końcu, odwracając wzrok od rudego. — Chciałam cię spytać, jak radzisz sobie ze śmiercią twojego taty. Wiem, że to dla ciebie ciężkie. Sama przecież wraz z jego odejściem straciłam syna i wiem, jak bolesne jest stracenie kogoś, kto był ci bliski. Tym bardziej że Cienista Zjawa był naprawdę szanowanym wojownikiem, który miał przed sobą jeszcze całe życie… — westchnęła, spuszczając wzrok na łapy.
Przez moment siedziała w ciszy, dając swojemu wnukowi czas na przemyślenie jej słów.
— Tęgoszu… twój ojciec nie chciałby, by żałoba po nim wpływała na twoje życie. Słyszałam, że od śmierci Cienistej Zjawy zamknąłeś się w sobie. Widziałam, że często wychodzisz samotnie na spacery, zamiast wybierać się ze swoimi rówieśnikami na patrole. Mam nadzieję, że nie odsuwasz się od społeczności Klanu Wilka. Naprawdę martwi mnie twój stan, Tęgoszu. Nie chcę, żebyś pozwolił, by smutek odebrał ci to, co w tobie najlepsze.
Zawahała się, jakby dobierała odpowiednie słowa.
— Żałoba potrafi sprawić, że kot zaczyna patrzeć na wszystko inaczej. Na siebie, na swoich bliskich, nawet na to, w co dotychczas wierzył. A ja nie chcę, żebyś przez cierpienie zaczął wątpić w rzeczy, które jeszcze niedawno były dla ciebie ważne. W Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, w Klan Wilka, w swoją rodzinę… — urwała, przenosząc na niego wzrok.

<Tęgoszu?>

Od Trójokiego Zająca CD. Ćmiej Łapy

Słońce wychyliło się nieśmiało znad horyzontu, oświetlając ryczący wodospad u wejścia Klanu Klifu, tym samym budząc koty obciążone obowiązkiem wykonywania porannych patroli i polowań do szykowania się do wyjścia. Donośne echo niosło się po jaskini, chociaż Klifiacy zdążyli do tego już przywyknąć. Z pewnych nowości, Rozżarzona Pieśń przeniosła się do żłobka, tym samym spodziewając się kociąt. Kremus nigdy nie zamienił z nią choćby słowa, kotka przyłączyła się do nich już tyle księżyców temu… miał nadzieję, że dobrze jej się tu żyło. Trójoki Zając dzisiaj zamierzał porozmawiać z jednym ze swoich kociąt, a dokładniej Ćmią Łapą, która została mianowana uczennicą medyczki! Jagnięcy Ukłon zatem musiała otrzymać znak od samego Klanu Gwiazdy, ponieważ uczniów medyka wybierało się na podstawie nieco innych aspektów, niżeli mentora dla ucznia szkolącego się na ścieżce wojownika. Kukułczy Wdzięk również od czasu do czasu zaglądała do legowisk, ze swego rodzaju nostalgią i wręcz dumą ze swoich dzieci, chociaż nie zaniedbywała obowiązków. Zielonooki wiedział, że musiała być niezwykle zadowolona z faktu, iż mogła raz jeszcze rozprostować łapy i wrócić do obowiązków klanowych, wraz z mianowaniem ich pociech. Wychodzili często na spacery, podczas których udoskonalali swoje umiejętności nabyte do tej pory, jednocześnie ciesząc się chwilami spędzonymi u swego boku.
— Na poranny patrol wyruszą Kukułczy Wdzięk, Gołębi Puch, a także Świetlista Walka — poniósł się echem głos zastępczyni, Źródlanej Łuny. Zielonooki podszedł do liliowej szylkretki, stykając się z nią nosami na pożegnanie.
— Zobaczymy się potem, miłego dnia, skarbie — mruknął do niej czule, odprowadzając ją wzrokiem, dopóki wielokolorowy ogon nie zniknął w wejściu do obozu.
Kremus zdążył poinformować już swojego syna, że rozpoczną dzisiaj szkolenie nieco później, dlatego niebieski mógł się wyspać i odpocząć po wczorajszym szkoleniu. Wojownik wchylił delikatnie łeb do wnętrza legowiska medyka, rozglądając się za swoją córeczką. Gdy nawiązali kontakt wzrokowy, mała nie była akurat niczym szczególnym zajęta. Księżycowa Aldrowanda i Jagnięcy Ukłon układały zioła, a kremuska w paru podskokach pognała do ojca, wtulając się w jego pierś. Trójoki Zając zamruczał, otulając ją łapą na przywitanie.
— Nie jesz już mchu, mam nadzieję? — miauknął z rozbawieniem, tarmosząc lekko jej futro na czubku głowy, drocząc się z nią. Ćmia Łapa przewróciła oczami, po chwili chichocząc. Pomachała łapą, jakby chciała powiedzieć “no co ty!”. Spojrzała na niego raz jeszcze.
— Tato! Wiesz, Ile wczoraj się nauczyłam? — zagadnęła, a jej pyszczek rozpromieniła następna dawka uśmiechu. Kocur pokręcił głową, ale zanim kontynuował, spojrzał w kierunku dwóch kocic nieopodal.
— Jagnięcy Ukłonie, Księżycowa Aldrowando, czy mogę zabrać Ćmią Łapę na chwilowy spacer po jaskini? — zapytał, ponieważ nie chciał im przeszkadzać, a takim zagadywaniem mogli je rozpraszać. Niebieska szylkretka zastrzygła uchem, mrucząc na zgodę, a starsza o kobaltowych ślepkach odwróciła się w ich stronę i po chwilowym namyśle, odparła:
— Tak, tylko przyjdźcie z powrotem przed zachodem słońca. — I wróciła do oddzielania liści ogórecznika od reszty ziół. Wojownik kiwnął głową, ciepłe uczucie rozlało się po jego piersi, a wąsy zafalowały mu z lekkiego rozbawienia. Dopiero rozpoczął się nowy dzień, młódka przecież nie poświęci całego tego czasu na rozmowę z ojcem, prawda? Czekały ją obowiązki. Kremowa teraz każdego dnia miała łapy pełne roboty i zorganizowanie z nią nawet takiej krótkiej pogawędki bywało różne. Medycy musieli przyswoić w trakcie swojego szkolenia ogromną ilość informacji o ziołach, a gdyby tego było mało, to jeszcze nałożony był na nich obowiązek umieć pomóc nimi chorym i potrzebującym. Cieszył się, że mogli wspólnie spędzić czas, nadal, mimo że wybyły już ze żłobka, próbował utrzymywać ze swoimi pociechami pozytywny kontakt.
Koteczka, gdy tylko oddalili się trochę od jamy prowadzącej do przytulnych legowisk i dużego magazynku ziół, wlepiła spojrzenie dużych ślepi w kocura.
— Teraz możesz mi opowiedzieć, o czym tylko chcesz — miauknął zachęcająco, cierpliwie czekając na to, czego miał się zaraz dowiedzieć.
— Tato, czy opowiesz mi więcej o moim wujku? — zapytała, a Trójoki Zając zdziwił się odrobinę. Bardzo dawno nie podejmował z nikim tematu Króliczej Prawdy, jego brata. Odkąd wyruszył i nie wrócił… kremus dużo o nim myślał, ale próbował nikogo tym nie obarczać, tym samym zachowując to wszystko w pewnym sensie dla siebie, co niekoniecznie zawsze było proste. Najciężej było, gdy zapadał zmrok. W ciągu dnia potrafił zająć umysł tak, żeby się rozproszyć, ale myśli te nigdy nie zniknęły, a jedynie zostały zagłuszone przez codzienną rutynę.
— Zastanawiasz się, jaki był? — podjął, sadowiąc się wygodnie i cicho wzdychając. Posłał jej delikatny uśmiech. Nawet jeśli nie miał dobrej opinii w miejscu, w którym przyszło im się urodzić, Zając nie zamierzał działać wbrew własnemu sercu i przekonaniom. — Twój wujek był kotem bardzo ambitnym, długo wspierał mnie, gdy nie byłem pewien i tego, jak powinienem czuć… dużo treningów nasza babcia, Gasnący Promyk i mój dawny mentor, Mysi Postrach przeprowadzaliśmy razem. Byliśmy wręcz nierozłączni, ja z moim bratem. Gdyby tylko nadal tu był, myślę, że polubiłabyś go. Wiesz, że Wzburzony Kormoran i Oszroniony Kieł to jego kocięta?
Ćmia Łapa słuchała go w skupieniu, robiąc duże oczka.
— Wyglądał dokładnie tak, jak ty, prawda? Tylko miał inny kolor oczu?
— I ułożenie bieli. Byliśmy swoim lustrzanym odbiciem — mruknął kremus, uśmiechając się smutno. — Chociaż charakterów chyba nie mógł nam Klan Gwiazdy zesłać innych. Mimo wyglądów różniliśmy się tak bardzo temperamentem — mówił z nutą nostalgii. Uczennica zamyśliła się na jakiś czas, notując wszystko w głowie.

<Jestem z ciebie bardzo dumny, Ciemko>

Od Firletkowej Łapy

Trwała Pora Nowych Liści, którą można było w sumie nazwać Porą Porywistych Wiatrów. Tej pory żywioł naprawdę mógł dawać niektórym w kość. Mimo że już te wiatry nie były aż tak bezlitosne, jak na początku, wciąż nie były przyjemne. Co innego jednak mogły powiedzieć ptaki, które wręcz czerpały przyjemność z szybowania nad bezkresnym morzem, używając do tego właśnie silnych wiatrów. Ich skrzeki, piski i śmiechy rozprzestrzeniały się echem pod zachmurzonym niebem, a niektóre osobniki nawet wykonywały różnego rodzaju manewry.
Firletka stał niedaleko krawędzi klifu, lecz pilnował, by nie zbliżyć się do niej na mniej niż trzy długości kociego ogona i podziwiał korzystające z silnego wiatru mewy i inne ptaki nadmorskie. Bardzo podobało mu się to, z jaką gracją szybowały. Ich potężne skrzydła dawały mu pewnego rodzaju zachwyt. Zaraz za uczniem siedział Trójoki Zając, który go pilnował, jednocześnie również obserwując pokaz ptactwa.
Nieopodal nich wylądowała mała grupa mew, skrzecząc radośnie. Kocury od razu się wycofały, by im nie przeszkadzać i obserwować je z bezpieczniejszej odległości, minimalizując ryzyko ataku. Firletka słyszał, jak zanim się urodził, Klan Klifu miał swego rodzaju “bitwę” z mewami, które regularnie i po trochu pozbywały się Klifiaków. Jego tata został wysłany na pozbycie się ich gniazd i z bólem serca musiał to wykonać. Było to trochę przykre, ale arlekinek rozumiał, że była to jednak dosyć pilna sprawa.
Ptaki zaczęły tupać, co było dość ciekawym zachowaniem. Firletka się zastanawiał, o co im chodziło, ale po jakiejś chwili z ziemi zaczęły wręcz wypływać dżdżownice, które od razu kończyły w dziobach mew jako pokarm. Kocurek zastrzygł uszami, a Trójoki Zając się na niego spojrzał.
— Widzisz, jakie one są mądre? — Uśmiechnął się. — Potrafią takie coś wymyślić. Jakie te ptaki są cudowne — westchnął z podziwem.
To prawda, są cudowne. Ale to oglądanie ptaków nie mogło trwać w nieskończoność. W końcu przecież wyszli na trening, nie na podziwianie.
Kocur szturchnął Firletkową Łapę lekko barkiem, który otrząsnął się ze skupienia i zachwytu pierzastymi zwierzętami.
— Musimy iść. Powspinamy się dziś — oznajmił i ruszył głębiej w ląd, oglądając się jeszcze za uczniem, który jeszcze ostatni raz spojrzał na mewy i ruszył za nim.

***

Po niedługim czasie znaleźli się na obrzeżach lasku nieopodal Złotych Kłosów. Zaszli nieco głębiej, po czym Trójoki Zając wybrał drzewo z wysoko osadzoną, bujną koroną, idealną do zwiedzania. Jednak, by dostać się do gałęzi, trzeba było się wspiąć po pniu. Firletka przełknął ślinę, podczas gdy mentor przeciągnął się dla rozgrzewki.
— Obserwuj mnie uważnie, bo będziesz musiał powtórzyć to, co robię — rzekł i podszedł do pnia i zaczął ostrzyć sobie pazury o korę, po czym się w niej zaczepił. Podciągnął się w górę i zaczepił ponownie, a potem znowu się odbił i tak aż do pierwszego konara. — Twoja kolej! — powiedział do syna, spoglądając na niego w dół.
Firletkowa Łapa strzepnął ogonem i zaczepił się pazurami o korę. Popatrzył się trochę w górę, potem w dół, nie wiedząc za bardzo co począć. Zastanowił się moment, po czym jakoś wdrapał się na wysokość ogona. Położył po sobie uszy, czując, jak się osuwał powoli w dół.
— Uh… — stęknął, starając się trochę podciągnąć, lecz biedak wczepił się za głęboko i nie mógł wyciągnąć pazurów tak hop siup, jak zrobił to tata. Potrzebował chwili, by oswobodzić się z pułapki, po czym runął na ziemię. Zaraz jednak stanął na łapy i się otrzepał, następnie pomyślał chwilę. Może nie powinien się tak zatrzymywać, tylko w paru susach pokonać ten pień? W poziomie było to łatwe, lecz w pionie pewnie było to nieco cięższe. Tak więc naprężył łapy, odbił się od ziemi i wylądował na pniaku, lecz zamiast się zastanawiać, ruszył susem w górę. Powtórzył to parę razy z przerwami na wzięcie oddechu, aż dostał się do rozwidlenia pnia na parę gałęzi.
— Gratulacje, udało ci się! — rozradował się Trójoki Zając, liżąc syna między uszami. Mruczał z dumą, podczas gdy Firletka wylizywał podrapane, naruszone poduszki łap.
— Co dalej?
— Tak naprawdę, co tylko chcesz — miauknął. — Możesz się przejść po gałęziach, zapolować na wiewiórki, nie ma to znaczenia. Wykonałeś swój cel — wyjaśnił, po czym wstał i wspiął się nieco wyżej po grubym konarze, który był raczej tylko przechylony w górę niż pionowy jak pień. Tak więc Firletka poszedł jego śladem. Kremowy wojownik przeszedł na gałąź innego drzewa i zeskoczył na kolejną, niżej osadzoną, po czym miękko wylądował na ściółce leśnej. Uczeń był zadziwiony lekkością, z jaką się poruszał i próbował iść tym samym szlakiem, trochę chwiejnym krokiem. W końcu wylądował zaraz obok taty.
Oboje wrócili do obozu, po drodze jeszcze łapiąc wiewiórkę, którą sobie zjedli.

[739 słów + wspinaczka na drzewa]

[15% + 5%]

13 sierpnia 2026

Od Borowika

– Przestań wreszcie wszędzie za mną łazić!!! Co jest z tobą NIE TAK?!
Wzdrygnąłem się. Po raz pierwszy w ciągu naszej rozmowy spojrzałem na niego.
Nie zatrzymałem go, gdy odchodził.

***

Gdybym miał opisać jednym słowem, co działo się od czasu mojego ostatniego patrolu ze Świergotkiem, powiedziałbym - niezręczność.
Poprzednim razem dość jasno zakomunikował mi, że zawsze mogę po prostu podejść do niego i porozmawiać o czymkolwiek. Jak to robią niemal wszyscy. Czy ja również podążyłem za tym powszechnym trendem? Nie. Oczywiście, że nie. Zamiast tego postąpiłem jak zwykle.
Całą moją energię skupiłem na jednej czynności - chodzeniu na patrole. Wszystkie. Udawało mi się dostawać na każdy, wyjaśniając to tym, że jestem wybitnym myśliwym o oku niczym jastrząb… albo sokół…? Jak i tym, że jeszcze nie mam ucznia, co owocuje dużą ilością niezagospodarowanego czasu w stosunku do innych zwiadowców. Nie robiłem już prawie nic innego, opuszczałem moje rutynowe treningi i inne zadania zwiadowcy. Dlaczego? Bo te patrole to jedyne działanie, które w jakiś sposób sprawiło, że udało mi się z rudym kocurem porozmawiać. Liczyłem, że samoistnie nastąpi to ponownie, bez potrzeby zagadywania do niego… ale to już się nie powtórzyło. Więc najczęściej po prostu… szedłem za nim lub przed nim. Czekałem. Zignorowałem zupełnie wszystkie inne znaki na niebie i ziemi, mówiące mi wówczas - co zrozumiałem dopiero teraz - że… być może zachowuję się tak nielogicznie i przytłaczająco, jak jeszcze nigdy dotąd.
Logiczne więc, że Świergotek w końcu się zdenerwował.
Ugh.
No dobra, wściekł się.
W końcu, jakby nie patrzeć… chodziłem za nim cały czas. I gapiłem się w dość mało subtelny sposób. Nie wiem dlaczego. Nie wiem, co się dzieje… Najgorsze, że inni również zaczęli to zauważać, nie tylko rudy… i to chyba musiał być jeden z głównych czynników, które do tego wybuchu doprowadziły…

Tego dnia, chwilę wcześniej…

Wróciłem właśnie z kolejnego patrolu. Poranne słońce świeciło mi dość nieprzyjemnie w oczy ostrym blaskiem. W nozdrzach wyczuwałem drażniący zapach kurzu i suchej ziemi, której ziarenka wdarły mi się do nosa. Drobinki roślin, liści i mchu pokrywały moje futro - nie miałem czasu dokładnie wylizać się od jakiegoś czasu. Mimo nadejścia wiosny, wszystko wokół wydawało mi się zbyt intensywne, oślepiające, głośne i nieprzyjemne…
Nie spotkałem dziś Świergotka.
W ostatnich dniach wyrobiłem sobie nawyk chodzenia jak najwolniej, by być w stanie wypatrzeć jak najwięcej szczegółów… a przede wszystkim charakterystyczne futro rudego. I tym razem udało mi się go dostrzec, a nawet złapać kontakt wzrokowy. Jednak, zamiast machnąć mi ogonem, jak to robił dotychczas już cztery razy lub chociaż kiwnąć (co zrobił aż sześć razy), on… zmarszczył brwi i ruszył w przeciwnym kierunku.
Huh.
To był jeden z pierwszych sygnałów, że coś było nie tak. Że coś mi nie wyszło. Tylko co?
Ruszyłem niepewnie jego śladem, ostrożnie stawiając łapy na płowym piasku, czując, jak zaciska mi się gardło. W moje skronie uderzyła fala gorąca, przelewająca się przez zatoki do gardła, cofająca się przez piekące mnie teraz gałki oczne.
Wstyd. Wstyd. Tylko dlaczego?
Gdy byłem już kilka kroków za nim, on nagle odwrócił się do mnie.
– O co ci chodzi? – wycedził, mierząc mnie chłodnym spojrzeniem niebieskich oczu.
Zatrzymałem się wpół kroku. Potrząsnąłem lekko głową. Nagle wszystko zaczęło mnie swędzieć…
– Uh… Jak to “o co”…? Po prostu… szedłem sobie… – zacząłem, przyciskając barki bliżej do siebie, spoglądając nieco w bok.
– Weź! – przerwał mi. – Dobrze wiem, że nie. Non stop za mną chodzisz, gapisz się, czuję się, jakbyś mnie śledził! Już naprawdę straciłem do tego cierpliwość!
Przełknąłem ciężko, drapiąc jedną łapę drugą.
– Uh. Ja… ja cię nie śledzę przecież… To… to by było dziwne… Po prostu… no, za kim innym mam chodzić…? Znaczy… znaczy, tak chodzę po prostu, a ty jesteś jednym z możliwych kotów, za którymi mogę podążać, akurat… akurat tak się trafiło, że… zrobiłem to kilka razy pod rząd… Statystycznie jest to całkowicie możliwe…
Ugh.
Było już za późno. Wpadłem. Udawanie nieświadomego jest już chyba moim ostatnim bastionem… Z reguły to działa, nikt się nie złości, gdy widzi, że rozmawia z tą wersją mnie, rzuca tylko coś w stylu “szkoda gadać” i…
Świergotek zrobił kilka kroków w moją stronę. Poczułem, jakby żebra zacisnęły się żelaznym uchwytem na moich płucach niczym ptasie szpony na przejrzałej śliwce. Spojrzał prosto na mnie.
– Nie wiem, co ci siedzi w głowie, Borowiku. Nie wiem, co sobie myślałeś. Ale chcę, żebyś wiedział, że nie podoba mi się twoje zachowanie. Jest dziwne i… niepokojące. – powiedział stanowczo, a po chwili wahania dodał. – Nie tylko… nie tylko dla mnie, okej? Więc… albo mi powiesz, o co chodzi, albo po prostu się ode mnie odczep, jasne? Nie mam siły na jakieś twoje… podchody.
Kocur patrzył na mnie, domagając się odpowiedzi.
Czułem, jak przyspiesza mi serce, a grunt osuwa się spod łap.
Wahałem się.
Miałem dwie opcje - skłamać i dalej skupiać się na uwydatnianiu mojej naiwnej strony w dialogu albo powiedzieć prawdę… Tylko co ja miałem powiedzieć, gdy jej nie znałem? Nie znam powodu mojego zachowania, które… najwyraźniej kogoś zraniło. Uprzedziło do mnie. Nie rozumiem moich własnych motywacji.
Zamrugałem.
– Ja… – zacząłem, rozglądając się dookoła, czując suchość w gardle. – Nie, nie, ja nie… nie nazwałbym tego podchodami, raczej… uh… zbiegiem okoliczności, chyba że ty wziąłeś to za celowe działanie, ale to… to nie do końca tak, chyba że coś źle zrozumiałem, nie wiem do końca… znaczy… twój komunikat nie był… wystarczająco klarowny i… –

***

No i koniec. To by było na tyle.
Nie mam pojęcia, co się tu stało. Co kierowało mną przez ten cały czas. A teraz Świergotek jest smutny... Nie tego chciałem. Nie wiem, czego chciałem, ale na pewno nie tego.
Czułem, jakby żebra przebijały mi się przez płuca, dźgając nieprzyjemnie mój brzuszek. Jakby moje organy wypłynęły z wnętrza przez zatoki i otoczyły mnie niczym pancerz.
Z reguły niczego nie rozumiem, ale teraz jest to nawet mniej niż nic…
Już po ptakach. Więc chyba czas na ryby.

Od Lipieńka CD. Drzemlika

Zacisnąłem zęby na grubej łodydze jeszcze mocniej, aż poczułem, jak źdźbła łaskoczą mnie po nosie. Roślina ani myślała się poddać. Szarpałem głową na boki, próbując wyrwać ją razem z kawałkiem ziemi, ale zamiast tego moje przednie łapy zaczęły tracić kontakt z podłożem. Najpierw uniosła się jedna, potem druga, a chwilę później poczułem nieprzyjemne łaskotanie w brzuchu, kiedy moje łapy zawisły nad ziemią. Znieruchomiałem. Przez moment nawet nie mrugnąłem, wpatrując się w ziemię znajdującą się pode mną.
— Drzemlik…? — pisnąłem, a moje uszy położyły się płasko na głowie. — Ja chyba… latam.
Nie brzmiało to wcale tak dobrze, jak mogłoby się wydawać. Ogon zjeżył mi się lekko, gdy spróbowałem poruszyć tylnymi łapami. Nic. Tylko kołysałem się na boki, uczepiony zębami tej przeklętej trzciny. W brzuchu poczułem dziwne ściskanie. Z jednej strony było to trochę fascynujące. Byłem wyżej niż wcześniej! Mogłem zobaczyć kawałek obozu ponad niskimi kępami roślin i dostrzec poruszające się w oddali ogony dorosłych kotów. Z drugiej strony wcale nie byłem pewien, jak właściwie wrócić na ziemię.
— Tylko… nie puszczaj mnie — wymamrotałem przez zaciśnięte zęby, chociaż sam nie wiedziałem, czy mówiłem to do Drzemlika, czy do trzciny.
Wiatr prześlizgnął się pomiędzy wysokimi łodygami, wprawiając je w delikatny szelest. Kilka kropel wody, które pozostały na liściach po nocnym deszczu, spadło na moje futro. Jedna trafiła prosto między oczy. Odruchowo zmrużyłem ślepia, a wtedy trzcina przechyliła się jeszcze bardziej.
— AAAAA!
Puściłem ją. Na całe szczęście nie spadłem z dużej wysokości. Wylądowałem na miękkiej, wilgotnej ziemi z głuchym pacnięciem, a chwilę później przewróciłem się na bok. Przez kilka uderzeń serca leżałem bez ruchu, próbując zrozumieć, czy wszystkie moje łapy nadal znajdowały się na swoim miejscu. Pomarańczowe oczy rozszerzyły mi się, gdy spojrzałem na swoje łapki. Były. Wszystkie cztery.
— Żyję… — wymruczałem z ogromną ulgą, po czym spojrzałem na Drzemlika. — Koty jednak nie potrafią latać.
Usiadłem, otrzepując z futra drobinki ziemi i kawałki wyschniętej trawy. Dopiero teraz zauważyłem, że kawałek trzciny, który przed chwilą próbowałem wyrwać, nadal leżał obok mnie. Spojrzałem na niego z wyraźnym wyrzutem. To wszystko było jego wina.
— Ale przynajmniej mamy jedzenie dla naszego ślimaka.
Podniosłem głowę, a mój wzrok powędrował w stronę miejsca, w którym zostawiliśmy naszego nowego pupila. Wydawało mi się, że konstrukcja z mchu, kamienia i ściółki była z tej odległości jeszcze mniejsza niż wcześniej. Przez chwilę zastanawiałem się, czy ślimak nadal tam był. Przecież obiecaliśmy, że się nim zajmiemy.
Ruszyłem więc z powrotem, tym razem zdecydowanie ostrożniej. Stawiałem łapę za łapą, omijając mokre wgłębienia w ziemi i większe kamienie. Obóz z tej perspektywy wyglądał zupełnie inaczej niż z kociarni. Wysokie trzciny poruszały się nad naszymi głowami, a pomiędzy nimi co jakiś czas pojawiały się sylwetki dorosłych kotów. Słyszałem ich rozmowy, szelest łap przesuwających się po podłożu oraz pojedyncze miauknięcia dochodzące z różnych stron. Wszystko wydawało się ogromne, a jednocześnie niezwykle interesujące. Kiedy dotarłem do Drzemlika, zerknąłem najpierw na niego, potem na ślimaka.
— Widzisz? — mruknąłem z dumą. — Nie zjadłem ziemi ani nie umarłem.
Po chwili nachyliłem się nad naszym pupilem, sprawdzając, czy nadal siedział na kamieniu. Muszla była wilgotna i błyszczała w świetle słońca, które przedzierało się przez trzcinowe liście. Dotknąłem jej ostrożnie końcem nosa.
— Nadal śpi. — zmarszczyłem nosek.

<Drzemliku? Myślisz, że ślimaki też potrafią latać?>

Od Fiołka CD. Drzemlika

Obserwowała, jak oczy niebieskiego kocurka się otwierają coraz szerzej. Sprawiał wrażenie przejętego brakiem ślimaków współlokatorki. Szylkretka wiedziała jednak, że to wszystko był jeden wielki podstęp, aby ukraść jej pupile. Postanowiła, że nie da się nabrać na jego gadki. Nie zamkną się jej oczy tak jak całej reszcie i nie będzie latać za Drzemlikiem, jakby był wysłannikiem od samego Klanu Gwiazdy. Musi mu pokazać, kto tu rządzi!
— Może ci uciekły? Poszukajmy ich, chodź — miauknął zachęcająco.
Na te słowa Fiołek cała się zjeżyła, a jej oczy zapłonęły dzikim gniewem. Jak on śmiał!? Czy ten lisi oddech słyszał samego siebie? Jej ślimaki miałyby uciec? Za kogo on miał ją i jej kochane mięczaki? Wbiła pazury w paprocie i poczuła, jak liście rozrywają się na drobne kawałki pod naciskiem. Nie będzie pozwalać tej zapchlonej świerzbowej skórze na takie poniżanie. W ogóle jej nie szanował! Myślał sobie, że jest najlepszy w całym żłobku, ale to jego problem, że nie docenił Fiołki. Zaraz mu pokaże!
— Jak ty śmiesz… — Jej źrenice się zwęziły, a ogon wściekle przecinał powietrze, kiedy gniewnie machała nim na boki. Chyba jeszcze nigdy nie była tak zła. — MOŻE UCIEKŁY? MOJE ŚLIMAKI UCIEKŁY!? — splunęła wściekle. — Moje ślimaki nigdy by nie uciekły. Były tresowane i się mnie słuchały. Potrafiły robić wszystko, o co je poprosiłam — wysyczała prosto w pysk Drzemlika. — Ale nie wiem, czy taki ptasi móżdżek jak ty byłby w stanie to pojąć, przecież ty nigdy nie miałeś takich cudownych, tresowanych ślimaków. I nigdy nie będziesz miał, bo nie potrafisz ich nauczyć tego wszystkiego, czego ja nauczyłam moje dwa piękne niebieskie ślimaki. A teraz ich nie ma! Ktoś je musiał ukraść, rozumiesz!?
Patrzyła ze wściekłością na zdezorientowany pyszczek Drzemlika, który chyba nie wiedział co odpowiedzieć. Pewnie nikt nigdy tak na niego nie nakrzyczał. A szkoda, bo już dawno mu się należało! Nigdy też pewnie nie widział Fiołki w takiej furii. No cóż, pewnie zapamięta ten widok na długo i następnym razem pomyśli trochę, jeśli w ogóle potrafi, zanim coś powie!
— Fiołko, Drzemliku! Co się stało? Wszystko w porządku? — Nagle nie wiadomo skąd przybiegła Senna Łza ze zmartwioną miną i trąciła swoje kocię nosem. Pewnie obawiała się, że zaraz dojdzie do bójki, co wcale nie byłoby takie dziwne, patrząc na porywczy temperament szylkretki.
Fiołek spojrzała na matkę i na chwilę oprzytomniała, przypominając sobie, że te niebieskie tresowane ślimaki istnieją tylko w jej głowie. Przecież nie miała żadnych zwierzątek. Co jednak miała powiedzieć Drzemlikowi, kiedy ten opowiedział jej o swoim pupilu? Nie mogła być gorsza od niego! Może na razie te mięczaki były wymyślone, ale niedługo znajdzie sobie jakieś prawdziwe, a na razie musiała improwizować.
Zauważyła, że coraz więcej kotów w obozie ma oczy skupione na dwójce młodych kociąt i z zaciekawieniem obserwuje tę kłótnię. Powstrzymała uśmiech satysfakcji, ale poczuła przyjemne ciepło rozchodzące się po jej ciele od nosa aż po końcówkę ogona. Tylu wojowników miało swoją uwagę skupioną na niej! Skupiła się na tym, żeby przybrać smutną, zrozpaczoną minkę i żeby mówić wystarczająco głośno, aby cały obóz ją słyszał.
— No bo ja znalazłam dwa niebieskie ślimaczki. I były przepiękne, takie z niebieskimi muszlami. I były też bardzo mądre, więc wpadłam na super pomysł, żeby je wytrenować. I mi się udało! I one się mnie słuchały i znały bardzo dużo słów i... i… I teraz ich nie ma! — Spojrzała oskarżycielsko na Drzemlika. — One by nie uciekły, mamusiu, bo one były tresowane! Ktoś musiał je ukraść albo… — przerwała na chwilę, jakby nie chciała dopuszczać do siebie tej strasznej myśli. — Albo coś je zjadło! Może nawet ktoś! Kto wie, czy drzemliki nie jedzą przypadkiem ślimaków. Pewnie nie bez powodu Świteziankowe Jezioro nadała mu takie imię, pewnie przeczuła coś albo Klan Gwiazdy zesłał jej znak!
Kompletnie nie przejmowała się tym, jakie głupoty gadała. Najważniejsze, aby ściągnąć na siebie jak najwięcej uwagi i doprowadzić do takiego stanu, gdzie każdy będzie jej współczuć, a Drzemlik niech ma za swoje. Obraził jej ślimaki i nigdy mu tego nie wybaczy!

<Drzemliku?>

Od Fiołka CD. Wełnianki

Weszła do kociarni, rozchylając pędy trzcin na boki z zielonym, błyszczącym spojrzeniem wpatrzonym w rudo-białą koteczkę. Szybko poczuła ciepłe i suche powietrze panujące w legowisku na swoim długim futrze, a do jej noska dotarł zapach mleka. Na widok uśmiechu współlokatorki nie mogła powstrzymać swojego.
— Jasne! Będzie fajnie — zamruczała i odeszła do swojego posłania, na pożegnanie lekko muskając bok Wełnianki końcówką swojego puchatego ogona.
Mech uginał się pod poduszkami jej łap, kiedy skierowała swoje kroki w stronę Sennej Łzy i Jasności, które właśnie się obudziły i szeroko ziewały, aby rozbudzić swoje umysły. Płuca Fiołek wypełniły się przyjemnymi zapachami kotek. Szylkretka położyła się obok zaspanej Jasności, wtulając nos w jej miękkie, czarne futro.
— Gdzie byłaś? — zamruczała koteczka.
— Bawiłam się — odpowiedziała ciepło Fiołka i zaczęła wylizywać główkę swojej siostrzyczki.

***

Wiatr poruszał futrem i wibrysami koteczki, jednak ta z zadowoleniem zauważyła, że tego dnia podmuchy były nieco słabsze i nie aż tak zimne. Miała nadzieję, że pora Zielonych Liści, o której karmicielki mówiły z tęsknotą, niedługo nadejdzie. Chciała wiedzieć, co jest w niej takiego cudownego. Miękkie źdźbła trawy łaskotały jej poduszki i rozchylały pod naciskiem łap, kiedy szła w stronę dziupli ze zwierzyną. Zgrabnie wskoczyła na kamienie prowadzące do niej, a kiedy znalazła się już wystarczająco blisko, wsadziła głowę do środka. Zamrugała parę razy, aby przyzwyczaić się do panującego w pniaku półmroku i obwąchała piszczki, aż w końcu zdecydowała się na płoć. Spojrzała z obrzydzeniem na mysz, która leżała niedaleko. Wciąż jeszcze nie przekonała się do futerkowej zwierzyny.
Z rybą w pysku trochę trudniej się szło, bo jej ogon znajdował się między przednimi łapami szylkretki i parę razy prawie się o niego potknęła. Dodatkowo zdobycz była duża przy małej koteczce.
Fiołka rozejrzała się po obozie, szukając kogoś, z kim mogłaby się podzielić. Gdy zauważyła Wełniankę, zamruczała z zadowoleniem. A przynajmniej spróbowała, bo dźwięk, który wydała z siebie, nie był nawet podobny do mruczenia ze względu na trzymaną w pysku rybę.
— Cześć! Zjesz ze mną? — miauknęła, upuszczając zdobycz.
Wibrysy biało rudej koteczki lekko wychyliły się do przodu.
— Jasne! Jadłaś kiedyś tą… no… — Na chwilę się zawahała.
— Płoć? — domyśliła się Fiołek. — Nie, to mój pierwszy raz!
— Właśnie, płoć! Mój też.
Szylkretka ostrożnie zasmakowała zdobyczy, po tym, jak obrały ją z łusek, które sprawiedliwie podzieliły między siebie. Żadna z nich nie była wyjątkowo ładna, więc nie było powodów do kłótni o nie.
Poczuła w pysku smak rzeki i zamruczała.
— Dobre! — Po chwili zmieniła temat. — Słyszałaś, co się działo na ślubie Ulewnego Szkwału i Liliowej Pieśni, teraz już w sumie Bagna? Przyszedł jakiś czekoladowy samotnik i pobił Złocistego Widlika! Jak on tak mógł!? Szkoda, że mnie tam nie było, to bym obroniła naszego piastuna. — Ze złością uderzyła ogonem o ziemię. Lubiła kremowego i nie chciała, żeby ktoś go atakował. — I okazało się, że to był jej brat. Brat Bagna. Tylko nadal nie rozumiem, po co przyszedł i przerywał ceremonię ślubną! Mówią, że to dlatego, że jest czekoladowy, że czekoladowi tak mają… Ale twoja mama nie jest taka, prawda? Wydaje się miła i zawsze jest grzeczna, z tego, co wiem.
Szybko zapomniała o gniewie, który w niej wezbrał, kiedy mówiła o ataku na Złocistego Widlika, a zamiast tego w jej głowie pojawiła się ciekawość.

<Wełnianko?>

Od Orzechówki

Przeszłość

Mały, czarny kłębuszek przyszedł na świat. Nie piszczała, nie wierciła się, po prostu leżała. Kociak został nazwany od orzechówki, gdyż jej kropki przypominały te, które miała na futerku. Była bardzo cicha, tak bardzo, że w żłobku pełnym głośnych kociąt ona była niemalże niezauważalna. Mimo tego Drzemlik, jej kochany brat ją widział i lubił z nią rozmawiać na różne tematy, co niezwykle ją cieszyło. Kochała również swoją matkę, ale nie była pewna, czy ona ją… nie przebywała ze swoim potomstwem, chyba, że aby je nakarmić. Orzechówka starała się o tym nie myśleć, choć było to trudne, ze względu na jej wrażliwość.
Koteczka leżała przy piastunie, Złocistym Widliku, który ich wylizywał. I wtedy ni stąd, ni zowąd zwęglona kotka rzekła:
– M- mama? – miauknęła.
– Nie, nie mama, piastun. – zaśmiał się.
– Pi… pi… piiiio… piasek! – mruknęła.
Złocisty tylko się zaśmiał.
– No cóż, musisz się jeszcze trochę nauczyć. Chcecie posłuchać opowieści o paziu królowej?
– Tak! – miauknęły obaj kociaki.
– A zatem, pewien kolorowy motyl pewnego dnia ujrzał piękną uskrzydloną księżniczkę mrówek, która beztrosko latała po polanie. Motyl od razu się w niej zakochał, ona w nim również. Jednak potem, wybranka jego serca została królową mrowiska. Motyl, w przeciwieństwie do niej nie mógł się pogodzić z rozłączeniem i wbrew jego przeznaczeniu fruwał nisko nad ziemią, mając nadzieję, że ją jeszcze kiedyś spotka, aż pewnego dnia, ujrzał ją na brzegu rzeki. Uradowany zlatywał coraz niżej i niżej, aż się okazało, że widział nie ukochaną, a swoje własne odbicie. Motyl przez to zdarzenie się utopił, a na cześć jego nieszczęśliwej miłości nazwali go paź królowej…
Na ostatnie słowa zwęglona i jej brat zwinęli się w kłębek i spokojnie zasnęli…