BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy i Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

11 maja 2026

Od Borowika Do Wrony

Był wczesny ranek. Nie spałem już od dłuższego czasu, mentalnie przygotowując się na wyzwania nowego dnia i kolejne próby unicestwienia mnie przez wszechświat. W końcu, gdy się trochę rozjaśniło, zlazłem z drzewa dość zwinnie. Nabrałem już w tym wprawy i robiłem to niemalże odruchowo. Jestem prawie że usatysfakcjonowany.
Faktycznie, było już jasno, ale wciąż za wcześnie na śniadanko. Niefajnie. Bo głodno mi troszkę. Nie pozostało mi więc nic innego jak tylko usiąść na środku obozu i…czekać. Na odpowiednią porę. Na śniadanko.
Usiadłem więc. Skupiłem wzrok na drzewach w oddali. Wziąłem głęboki oddech. I zamarłem. Od dawna próbowałem opanować sztukę siedzenia nieruchomo jak głaz. Bez oddychania jak najdłużej. Też coraz lepiej mi wychodzi.
Jednak mój spokojny poranek zakończył się tak szybko, jak się zaczął. To znaczy…dość szybko.
Zacząłem słyszeć…dziwne dźwięki, które najprawdopodobniej powinny mnie zaniepokoić albo co najmniej wzbudzić czujność.
Tupot małych łapek rozlegał się od jednego końca obozu do drugiego, tuż za moimi plecami. Od czasu do czasu przerywany był cichymi i pełnymi autentycznego terroru piskami. Zmarszczyłem brwi. Moja pierwsza myśl była, że mam halucynacje. Moją drugą myślą było burczenie w brzuchu. Ale mój brzuch, z tego co wiem, nie posiadł jeszcze zaawansowanych umiejętności komunikacji i nie potrafi krzyczeć „Ratunku!”. Co było kolejnym dźwiękiem, który dotarł do moich uszu.
— Hm… — Strzepnąłem główką, słysząc kolejny pisk.
Z formy kamienia powróciłem do formy kociej i w końcu odwróciłem się.
Po obozie w tę i we w tę biegał mały, czarny kociak. Wrona. Widziałem ją już wielokrotnie. Ale jeszcze nigdy nie widziałem jej, żeby biegała w tę i we w tę po obozie.
Przypadłem do ziemi i zacząłem czołgać się w jej kierunku. Najwyraźniej przeciwnik jest niewidzialny, a Wrona musi mieć najwyraźniej jakąś specjalną magiczną moc wykrywania go… Zawsze wiedziałem, że niewidzialne koty istnieją, ale nikt mi nie wierzył.
Kiedy przebiegła obok mnie, zapytałem.
— Uh. Wrono. Co robisz? Walczysz z… niewidzialnym kotem z klanu niewidzialnych kotów…?
—Aaaa! Gigantyczny żuk mnie goniiii! — zapiszczała i pobiegła dalej.
Ugh. Czyli jednak nadal nie mam dowodów na istnienie niewidzialnych kotów…
Przypatrzyłem się uważniej i przycisnąłem uszy płasko do główki. Faktycznie. W jej kierunku w przestrzeni powietrznej dolnego obozu przemieszczał się średnich rozmiarów granatowy żuk, którego pancerzyk połyskiwał w słońcu.
— O nie. Nie martw się, Wrono. Uratuję cię — oznajmiłem spokojnie.
Poczekałem na odpowiednią okazję, w końcu spiąłem się i… skoczyłem na przeciwnika.
Na ziemi wylądowałem robiąc dodatkowy przewrót w przód.
Wrona wyhamowała na piaszczystej ziemi i obróciła się do mnie z otwartymi oczkami.
— Z… zniknął…? — spytała, podchodząc niepewnie bliżej, próbując odzyskać spokojny wyraz pyska.
Spojrzałem na nią. Przełknąłem. Oblizałem pysk.
— No. Na to… wygląda — skrzywiłem się lekko. Żuczki nie są smaczne. Na pewno nie na pusty żołądek.

<Wrono??>
[442 słowa]

Od Wrony CD. Figi

Mała, dymna koteczka siedziała obok swej mamy, otoczona jej wielkim, puchatym ogonem. Ciepło, jakie dawała, sprawiło, że mruczała głośno, przebierając łapkami.
— Tak! Chętnie zjem królika… A co to królik?
Figa się zaśmiała, końcówką ogona dotykając łebka córki.
— To takie szare zwierzę z długimi uszami. Poczekaj, pobaw się chwilę z tatą i Puchaczem, a ja ci go upoluję.
Wrona podskoczyła, musnęła mamę pyskiem w bark i w podskokach pobiegła do reszty rodziny.
— Tato? Pobawimy się w lisaaa? — spytała, słodko mrugając pomarańczowymi oczkami.
— No dobrze — odpowiedział Topola i zaczął się skradać — Grrr, jestem paskudnym lisem!
— Puchacz! Puchacz? Puuuchaaacz! — zawołała brata, który patrzył się na coś w ziemi. Czekoladowy podniósł łebek.
— Puchacz! Chodź! Mamy lisa do pokonania!
Brat przekręcił głowę, ale potem zrozumiał, o co jej chodziło. Podbiegł do niej i machnął łapą w ucho Topoli.
— Nie damy ci wygrać, przebrzydły lisie! — rzekł Puchacz, obnażając kły.
— Właśnie! Uciekaj, ty paskudo!
Kociaki przez długi czas biegały w kółko i wskakiwały na tato-lisa, któremu nie przeszkadzały gryzienie czy skakanie po nich. Z wiru zabawy wyrwała ich Figa, która wróciła z pięknym, dużym i szarym stworzeniem w pysku. Maluchy, słysząc kroki, obróciły głowę i na widok mamy zeszły z Topoli i usiadły koło niej.
— To dla was. Długo szukałam tego odpowiedniego. Smacznego!
Figa położyła królika na ziemi. Wrona, wpatrując się w niego, pacnęła go łapką (bo co, jak tylko udaje?) i wzięła kęs.
— Hmmm! Bardzo smaczny! Ale nic nie przebije gołębia!
Zwisłoucha zaśmiała się i otoczyła ogonem dymną.

<Figa?>

Od Puchacza CD. Rohan

Otworzył pyszczek ze zdumienia. Ta kotka chodziła po drzewach na patrolach? Słyszał o wojownikach, zwiadowcach i stróżach, ale nigdy nie pytał nikogo, kto co robi. Czyli nie musiałby ciągle bić się z siostrą na treningach? Nie, żeby nie potrafił jej pokonać… po prostu tak się o nią martwił, że nie potrafił nie dawać jej forów i to dlatego zawsze wygrywała… A tak mógłby biegać po drzewach! Szybki jak cień… cichy jak noc… to brzmiało bardzo fajnie! Od razu zapomniał o swoim planie ucieczki. Teraz miał inne pragnienie.
— Naucz mnie! Naucz mnie! — zaczął piszczeć i puszyć się z ekscytacji. Kotka zachichotała. Niestety, zanim miała szansę nauczyć go tej jakże odpowiedniej dla kilkuksiężycowego kociaka sztuki, do dwójki podszedł zaalarmowany tym hałasem Topola.
— Rohan… ja naprawdę przepraszam za niego… oh… Puchaczu, chodź… — Po wymamrotaniu przeprosin złapał wyrywającego się kociaka za kark, żeby za chwilę odstawić go na ziemię po drugiej stronie żłobka. Przez cały czas teraz zjeżony kocurek wykrzykiwał rzeczy typu:
— Tato! Tato, puść mnie! Ta pani chce mnie nauczyć biegać po drzewach! Będę jak mama!

* * *

Po tamtej sytuacji dostał zakaz wchodzenia pani Rohan na grzbiet. Budzenia jej z drzemek też. I najlepiej, żeby do niej w ogóle nie podchodził, nawet na długość zająca. Ale teraz, kiedy Topola był zajęty pilnowaniem jego siostry na dworze, Puchacz, jak bardzo wychowany dżentelmen (którym w swoim mniemaniu oczywiście był), uprzejmie czekał, aż pani Rohan (Robal) zje swój posiłek, żeby nauczyła go bycia najlepszym zwiadowcą Owocowego Lasu. Oczywiście, z dobrego wychowania starał się w nią nie wbiec ani nie wturlać, kiedy to rozładowywał swoją energię. Właśnie miał się do niej podkraść, żeby pokazać swoje obecne umiejętności, kiedy usłyszał, jak kotka wydaje z siebie dziwne parsknięcie. Zjeżył się (bardziej niż zwykle) i podskoczył z zaskoczenia, po chwili komicznie upadając na ziemię.

<Rohan?>

Od Puchacza CD. Wrony

Siostra nie zdawała się rozumieć jego genialnego pomysłu. Eh… widać, kto był najmądrzejszy w rodzinie. Puchacz jednak nie tracił entuzjazmu. Teraz już praktycznie podskakiwał ze szczęścia.
— Będziemy tacy super! Będziemy mogli wykonywać moje plany razem i świetnie się bawić! W końcu, to mój pomysł, więc chyba ja mogę być naszym przywódcą? Nie obrazisz się, prawda? — zrobił pauzę, jednak zdecydowanie zbyt krótką, żeby kotka, chociażby pojęła znaczenie jego słów. — No to świetnie, ustalone!
Posiedzieli dosłownie sekundę w ciszy, kiedy to dwie komórki mózgowe Puchacza intensywnie pracowały nad kolejnym super planem na przygodę. Pomysłów dostarczyło mu nagłe burknięcie brzucha. Rzeczywiście przydałaby się przekąska… Gwałtownie skoczył na kotkę i przeturlał się z nią po trawie. Siostra, piszcząc z zaskoczenia i rozbawienia, niestety szybko go z siebie zrzuciła. Zawsze był od niej słabszy, ale wolał się do tego nie przyznawać. Fuknął cicho i strzepnął uchem, udając, że wcale przed chwilą nie przegrał. No trudno. Czas zaprezentować plan.
— Chcesz się pobawić w gang już teraz? Zanim inne kociaki się wprowadzą? Bo ja mam taki plan. Możemy zakraść się do stosu zwierzyny, wziąć coś dobrego, a potem powiedzieć tacie, że sami upolowaliśmy! Mielibyśmy jedzenie i wyglądalibyśmy lepiej od wszystkich innych! Bo kto jako kociak umie polować na zwierzynę?

<Wrona?>

Od Gołąbka Do Wiciokrzewu

Ciąg dalszy ucieczki

Wnętrze Szopy Strachu nie było aż tak straszne jak opisywały je inne koty. Co prawda było tam wiele dziwacznych sprzętów, ale nic poza tym. Nie było w niej nic tak przerażającego jak śmierć Poranku. Na chwiejących się łapach Gołąbek podszedł do jednej z maszyn i skulił się pod nią, zaciskając powieki. Poczucie winy nadal go przygniatało, wciąż wydawało mu się, że gdyby bardziej się postarał, jego mentor nie podjąłby decyzji o śmierci. Uczeń nie chciał wracać do obozu. Nie chciał nowego mentora. Nie wiedział, czy w ogóle chciał się jeszcze czegokolwiek uczyć. Jak mógłby przebywać w legowisku, które ciągle przypominałoby mu o mentorze? Jego wcześniejsze marzenie o zostaniu uzdrowicielem wydawało się w tej chwili najgorszym przekleństwem. Może zostanie w szopie już na zawsze?

* * *

Rankiem Gołąbek obudził się z niespokojnego snu, słysząc dźwięk drapania pazurami o coś twardego. Dźwięk ten nie przypominał kocich pazurów. Wydawało go coś znacznie większego. Pomimo bólu uczeń zmusił się, żeby wstać z ziemi i zawęszył. Czy to… Nie, to nie mógł być…
Kocur cofnął się w głąb szopy. Teraz, gdy bardziej się już rozbudził, wyraźnie czuł ostry zapach psa. Jak to możliwe, że wcześniej go nie wyczuł? Czemu nie sprawdził szopy wcześniej? Uczeń starał się być tak cicho, jak to tylko możliwe. Co miał teraz zrobić? Nie umiał biegać tak samo szybko jak wojownicy. Nie miałby szans na ucieczkę przed psem. Może gdyby spróbował powoli podkraść się do wyjścia, zdołałby uciec z szopy niezauważony? Ostrożnie stawiając łapy na brudnym podłożu, uczeń skierował się w stronę wyjścia. Gdy był już w połowie drogi, zebrał się na odwagę, by spojrzeć na bestię. Na jej szyi wisiała linka, taka, za jaką trzymali swoich pupili dwunożni. Czemu jakiś dwunożny zostawił swojego psa w lesie? Samica panicznie drapała w kwadratowy, drewniany obiekt, tak, jakby chciał dostać się do środka. Ku zaskoczeniu Gołąbka w oczach zwierzęcia widniał strach. Taki sam, jaki odczuwał uczeń. Co ten pies próbuje zrobić? Gołąbek zawęszył ponownie. Zaraz… czy był tu jeszcze drugi pies? W powietrzu, poza zapachem psa, czuć było jeszcze inny, słaby, mleczny zapach. Nie był to zapach przyjemny, ale w pewnym stopniu przypominał zapach kocięcia. Z wnętrza kwadratowego przedmiotu wydobyło się piskliwe szczeknięcie. Był tam szczeniak! Serce ucznia przejęło współczucie. Ta biedna psia mama zgubiła swoje dziecko w tym dziwnym pudle! Uczeń powoli podszedł do samicy psa, modląc się, by ta nie zaatakowała. Bestia odwróciła głowę w jego stronę, kwiląc. Gołąbek podszedł do pudła i wspiął się na nie. Na górze obiektu była dziura. Szczeniak prawdopodobnie wpadł właśnie przez nią. Chociaż suczka wkładała do niej pysk, jej dziecko leżało zbyt głęboko. Za bardzo się bało, aby podejść bliżej otworu. Dziura była zbyt mała, by zmieścił się w niej dorosły pies. Miała ona jednak idealny rozmiar dla kota. Może mógłby spróbować pomóc suczce wyciągnąć jej szczeniaka? Gdyby udało mu się popchnąć szczeniaka, jego matka najprawdopodobniej dałaby radę wsadzić pysk do dziury i po niego sięgnąć. Nie namyślając się dłużej, kocur wskoczył do dziury i skierował się w stronę szczeniaka. Podszedł do niego od tyłu i zaczął pchać. O dziwo, mały posłusznie poszedł do przodu, cicho skamląc. Gdy był już bliżej otworu, samica psa sięgnęła raz jeszcze. Udało się jej chwycić małego za luźną skórę na karku. Po chwili wyjęła go z pudła, radośnie machając ogonem. Zaraz za szczeniakiem wyszedł Gołąbek. Powitało go liźnięcie w głowę, od którego aż się zachwiał i prawie wpadł z powrotem do dziury. Czy ta wielka suczka właśnie go liznęła? Nie wiedział, że psy mogą być takie przyjazne! Uczeń zeskoczył z pudła. Prawie natychmiast przypomniał sobie o mentorze. Ból, który chwilowo zniknął przez strach, teraz znów powrócił.
— Idźcie już — wyszeptał w stronę psów — zostawcie mnie.
Psy nie wyglądały, jakby miały zamiar iść. Wręcz przeciwnie. Szczeniak zaczął niezdarnie biegać wokół Gołąbka. Wyglądał zupełnie jak kociak zapraszający do zabawy. Tyle że większy.
—  Nie chcę się bawić. Idź sobie! —  Uczeń skierował swoje kroki z powrotem do swojej kryjówki. Chociaż fascynowało go dziwne zachowanie psów, chciał znów ukryć się i być sam.

* * *

Gołąbek spędził w Szopie Strachu kilka następnych dni. Psy pojawiały się i znikały, jednak na noc zawsze wracały do szopy. Czasami przyniosły jakiś mały kąsek, głównie resztki pozostawione przez dwunożnych. Tak było też dzisiaj. Zapach resztek przypomniał Gołąbkowi o tym, jak dawno nie jadł. W brzuchu zaczęło mu burczeć. Może gdyby podażył za zapachem psów, udałoby mu się znaleźć miejsce z resztkami? Nie umiał polować, więc było to jedyne możliwe źródło pożywienia. Bury wyszedł ze stodoły. Powitało go wczesne, wiosenne słońce i pierwsze śpiewy ptaków. Brakowało mu tych śpiewów. Chociaż wstyd było mu się do tego przyznać, żałoba lekko ustąpiła. Ból nie zniknął, ale był mniej intensywny niż wcześniej. Może jego mentor zaczynał teraz nowe życie jako jeden z tych ptaków? Gołąbek miał nadzieję, że tak właśnie było. Tak obiecała Wszechmatka, więc starał się w to wierzyć. Podążył za zapachem psów. Chociaż nigdy wcześniej nie uczył się tropienia, zapach był wystarczająco ostry, by wiedzieć, którędy szły psy. Po krótkim marszu doszedł na skraj owocowego lasku. Pod jednym z drzew stała skóra dwunożnych, taka, w jakiej ci czasami mieszkali. Rzadko widywało się je o tej porze roku, ale najwidoczniej jakiś dwunożny postanowił w niej zamieszkać już teraz. Na kawałku drewna przy skórze leżało kilka patyków z powbijanymi kawałkami zwierzyny. Uczeń powoli podkradł się do nich. Już miał sięgnąć po zwierzynę, gdy nagle ze skóry wyłoniła się głowa jakiejś kotki. Pachniała dwunożnymi, musiała więc być pieszczochem.
— A ty to kto, zacofany kocie z lasu? Kradniesz zwierzynę mojej dwunożnej? —  Kotka powitała go właśnie tymi słowami, rzucając mu złowieszcze spojrzenie.
Zaskoczony i zakłopotany, Gołąbek zupełnie nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Po chwili jednak uznał, że lepiej będzie wyznać prawdę. Może ta dziwna pieszczoszka postanowi się podzielić.
— Ja… nie uczyłem się polowania, a jestem bardzo głodny! Proszę, czy podzielisz się ze mną jedzeniem? — poprosił najgrzeczniej, jak umiał.
— No dobra — zgodziła się Pieszczoszka — ale pod jednym warunkiem. Jeśli spotkasz kogoś z Klanu Burzy, powiesz im, że Oświecona, czyli ja, zakłada nową religię, i jeśli ktoś jest chętny, to może do niej dołączyć. Może ci zapchleńcy jeszcze zmienią zdanie. Kiedyś poznają prawdę, mówię ci!
Gołąbek był bardzo zdezorientowany, ale mimo wszystko przytaknął. Poczęstował się zwierzyną. Gdy już miał odejść, Oświecona znowu się odezwała.
— A może ty chcesz dołączyć i otworzyć się na prawdę? — zapytała.
— J-jaką prawdę? — spytał Gołąbek.
— Taką, że dwunożni to istoty nadprzyrodzone, a Klan Gwiazdy to bzdury.
— Ja też nie wierzę w Klan Gwiazdy. Nie wyznaję też dwunożnych, ale twoja wiara brzmi bardzo ciekawie. — Uczeń starał się podejść do sprawy z jak największym respektem. Choć on sam wierzył we Wszechmatkę, miał szacunek do innych wyznań, nawet tych najdziwniejszych.
— Zawsze możesz się nawrócić. Brak wiary w Klan Gwiazdy to już pierwszy krok. Jeśli do nas dołączysz, nie będziesz żałować. Czy wiesz, że dwunożni potrafią władać psami? Moja dwunożna ma już jednego, i podobno zamierza wziąć kolejnego! — zamruczała Oświecona
— Dziękuję za propozycję, ale jednak odmówię — odpowiedział. — Zaraz, czy powiedziałaś, że chce wziąć kolejnego? — Gdyby psy, które znalazł uczeń, zostały na terenie Owocowego Lasu, najprawdopodobniej zostałyby wygnane przez jakiś patrol. Suczka i jej szczeniak byłyby bezpieczniejsze z dwunożną.
— Wrócę jutro. Przyprowadzę psy. — Nie czekając na odpowiedź, Gołąbek ze zwierzyną w pysku pobiegł z powrotem do szopy, pilnując, by nie zauważył go żaden patrol.

* * *

Następnego dnia Gołąbek zaprowadził psy do miejsca ze skórą dwunożnych. Zanim to jednak uczynił, zgodził się na zabawę ze szczeniakiem. Przez ostatnie dni mały codziennie o to prosił, jednak Gołąbek go ignorował. Mały piesek bawił się prawie tak samo, jak bawiły się kocięta, co bardzo zaskoczyło ucznia. Nie widział, że psy tak potrafiły! Do skóry dwunożnych kocur zaprowadził suczkę, ciągnąc ją za linkę. Jej szczeniak posłusznie dreptał za nią. Specjalnie wybrał porę, w której większość kotów była w obozie. Nikt go raczej nie zauważy. Tym razem właścicielka skóry wraz z Pieszczoszką siedziała na zewnątrz. Gdy dwunożna zobaczyła psy, z jej gardła wydobył się podekscytowany pisk. Pobiegła do zwierząt, rozkładając swoje wielkie łapska. Gołąbek odskoczył szybko ze strachem, jednak oba psy wydawały się być bardzo zadowolone. Zaczęły lizać dwunożną po łapach, dając się jej głaskać i przytulać. Ku swojemu zdziwieniu, widok psów i dwunożnej uszczęśliwił go. Szczęście pokryte było warstwą cierpienia, ale czuł je nadal. Może powinien był już wrócić do obozu? Inni napewno się o niego martwili. Choć jego umysł nadal nakazywał mu się ukrywać, serce mówiło mu, że czas wracać.

 * * *

W połowie drogi do obozu Gołąbek się zatrzymał. Było mu wstyd, że nie był na pogrzebie mentora. Uznał więc, że uhonoruje go w swój własny sposób. Namaluje na ziemi wzory, takie, jakich nauczył go Borowik. Uczeń złapał leżący nieopodal patyk i zaczął wyżłobiać nim linie. Nie zdążył jednak namalować ich wiele. Zza pobliskiego drzewa wyłonił się Wiciokrzew.
— Gołąbku? — zawołał w stronę kocurka.

[1429 słów]
<Wiciokrzewie?>

Od Zapomnianej Koniczyny (Koniczyny)

TW: Myśli o kanibalizmie

Pora Nowych Liści. Świat ponownie ożył po białych trudnościach, rozkwitając w okazały owoc. Piękno tej pory było czarujące i korzystne dla kotów. Zwierzyna zaczęła się budzić i wychodzić na zewnątrz w poszukiwaniu jakiejś zieleniny. Ptaki przylatywały za pewne z tęsknoty za tym, co zostawiły wcześniej. Teraz mokre, złamane patyki, niegdyś piękne gniazdo dla swoich upragnionych dzieci. Wspomnienia i marzenia piękne, lecz problem…
Problem w tym, że ich nie ma.
Zapomniana Koniczyna szedł chwiejnym krokiem. Szylkretowy kot niepewnie spojrzał na wychudzonego wojownika. Wystające żebra można było ujrzeć z daleka. Kocur z wielkim trudem podszedł do Koniczyna, dzieląc się swoim ciepłem.
— H-hej… — zaczął cicho, spontanicznie zaczynając rozmowę z mordercą swojej siostry. Widząc, że oriental zwrócił na niego uwagę, odetchnął z ulgą. Przynajmniej dawał jakieś oznaki życia. — J-jak… jak ci mija życie, Zapomnia…
— Wyśmienicie, Po-po-po-p-p-oziom-m-mecz-cz-cz-k-ku! — odparł z zaskakującą charyzmą w głosie. Poziomkowa Polana postanowił przemilczeć przedrzeźnianie i się uśmiechnął.
— Naprawdę tak sądzisz? — zapytał Poziomek. — Przynajmniej ty widzisz jakieś światełko w tym tunelu…
“Jak naiwnie z jego strony” — powiedział do siebie zażenowany oriental. Westchnął ciężko i pokręcił głową.
— Jesteś idiotą. Jesteś najbardziej idiotycznym kocurem, jakiego miałem nieszczęście poznać — szeptał, patrząc na drogę. — Czy ty serio myślisz, że jest tu jakieś światełko w tunelu? — mówił, a z każdym słowem jego głos przybierał na sile. — A jak tak, to nie światełko nadziei, tylko, do jasnej cholery, ŚWIATŁO POTWORA! — krzyknął, obracając głowę ku Poziomkowej Polanie.
Szylkret zesztywniał. Strach miał wielkie oczy, a ta deskrypcja świetnie pasowała do emocji zewnętrznych starszego kota.
Zapomniana Koniczyna fuknął i wyprostował się. Ciszę przerywały ptaki, które wzlatywały z drzew i uciekały gdzie pieprz rośnie. Wojownik ponownie zabrał głos:
— Poziomkowa Polano… straciliśmy wszystko. Rodzinę, przyjaciół… przynależność. Nie ma z nami Jarzębinowego Żaru i jej białej towarzyszki. Nie ma z nami Czereśni i Gałązki. Nie ma tu z nami Miodowej Kory i jego syna. Na domiar złego, musimy pilnować jego stukniętej siostry. A Kosaćcowa Grzywa? W dupie nas ma i tylko dla siebie poluje! A we trójkę zdziałamy tyle, co nic, dobrze o tym wiesz…
— W-więc… co proponu…jesz? — zapytał ciszej Poziomek.
Koniczyn wzruszył barkami.
— Może lepiej byłoby zdechnąć.
Poziomkowa Polana zmarszczył brwi, nie dowierzając jego słowom. Uciekł niepewnie wzrokiem.
— No… dobra… ej! — Nagle pokazał mu skinieniem głowy na tereny Owocowego Lasu. Koniczyn spojrzał na niego, nie wiedząc, o co mogło mu chodzić. — Nie widzisz? Tam jest kot. Może…
— Jaki kot? — wtrącił się mu oriental.
— No, czarny kot.
— Aha… ale… droga grzmotu… — wymamrotał niepewnie chudy wojownik. Spojrzeli na siebie nerwowo, a potem na drogę. Czyżby musieli pokonać własne lęki? Zwłaszcza że Poziomek wyraźnie miał coś z łapą. — To może być dla ciebie niebezpieczne… może ja pójdę i wrócę…
— Dobra… wracaj, prędko!
Popchnął go w kierunku betonowej drogi. Kocur na chwilę się zawahał. Rozejrzał się kilka razy na prawą i na lewą stronę, chcąc mieć pewność, iż żaden potwór go nie rozjedzie. Wziął głęboki wdech i wydech, cofnął się kilka kroków, po czym ruszył. Asfalt był twardy, co widocznie orientala zaskoczyło. Jego poduszki przywykły do naturalnej kory oraz miękkiej ściółki, nie do śmigania po czymś tak… dwunożnym.
Biegł, jakby za nim biegł wściekły Krucze Pióro, który chciał go ochrzanić za kolejne nieposłuszeństwo ucznia. Ach, ależ piękne czasy… wtedy jego relacja z Mglistym Snem nie zbiegła na zły tor, nikogo nie zabijał, a mama go kochała. Tak, wtedy było idealnie. Doprawdy… rewelacyjnie. I choć Krucze Pióro należał do jednych z, cóż, nieprzyjemnych kotów i zabił jego Biedronka to… teraz Niezapomniana Koniczyna byłby w stanie mu wybaczyć. Chciał, aby zmężniał; aby stał się wielkim kotem. Może poświęcenie Biedronka dobrze mu na to wyszło. I tej parszywej Niezapominajki.
Kiedy wrócił do rzeczywistości, jego łapy już spoczywały na zielonej trawie. Zmrużył oczy, zbliżając się do kupy odpadów, które zostawili dwunożni. Czujnie nasłuchiwał dźwięków dochodzących z tego miejsca, aczkolwiek węch miał prawdopodobnie stępiony przez zaniedbanie polowań. Nie mógł niczego wyczuć poza smrodem, od którego zaczęła go boleć głowa. Postanowił ominąć wysypisko śmierci, szerokim łukiem obchodząc metalowe odpady.
Owocowy Las był dla niego intrygującym miejscem. Różnorodny teren… Ciekawe, z czym się mierzą te koty. Czy są takie jak inne klany? A może różnią się nie tylko wiarą, ale też stylem życia? Dietą? Może jedzą owoce lub jagody. Albo siedzą na drzewach, niby owoce! Zapomniana Koniczyna czuł wstyd, że wcześniej nie przykładał uwagi do tej interesującej krainy. Ciekawe, jak długie było ich terytorium, pomyślał. Może Wszechmatka obdarowała ich spokojem, a Klan Gwiazdy odciął ich od spraw klanowiczów. Też chciałby tak żyć.
— Hej! — Usłyszał głos w oddali. Zaskoczony podskoczył i się zjeżył. Obrócił ciało jak poparzony w kierunku czarnej kotki, która zbliżała się w zastraszającym tempie. Chciał uciec, ale łapy puściły, niby korzenie w ziemi. Sparaliżowany tylko patrzył, jak ta bestia biegła, aby go…
— Hej, co tu robisz? — zapytała kotka, upuszczając przed sobą zioła.
Samotnik cofnął się. Próbował uciec wzrokiem.
— Ja… potrzebuję medyka. Mój przyjaciel… on ma bardzo sztywny bark? Chyba. Proszę… to są jakieś zioła? — zapytał, zdesperowany widocznie.
Kotka, widząc to, uśmiechnęła się promiennie i zaświergotała:
— Oczywiście! Akurat mam przy sobie korzeń żywokostu… Powiedz mi, gdzie jest twój przyjaciel?
Koniczyn uśmiechnął się słabo i zaczął ją prowadzić w stronę drogi grzmotu, przy okazji wdając się w krótką rozmowę z samotniczką. Faktycznie, świat flory był przecudowny! Szkoda, że nie został medykiem.

* * *

Poziomkowa Polana z niecierpliwością czekał na Zapomnianą Koniczynę. Niby zaskoczony, ale to on pierwszy dojrzał ją za drogą grzmotu, obecnością samicy. Nieco nieśmiali mniej się udzielali i pozwolili w spokoju uzdrowicielce zrobić swoje “czary”, jak to określał sam Koniczyn. Kotka ostrzegła Poziomka, aby się nie przemęczał, po czym zniknęła za śmietniskiem Owocowego Lasu. Nie pytali się o imię i miejsce zamieszkania; wystarczyły tylko zdolności lecznicze.
Wrócili w ciszy, wyraźnie zmęczeni tą interakcją. Jak dawno Koniczyn nie widział samicy… oprócz Rysiego Tropu, oczywiście, ale ona to inny przypadek był.
— Ej, Poziomeczku-ziomeczku, chodź ty no tu! — krzyknął puszysty, najstarszy zaraz po Rysim Tropie wojownik.
Oboje odwrócili się w kierunku uśmiechniętego Kosaćcowej Grzywy. Koniczyn skrzywił się. Co ten idiota znowu wymyślił?
— Co tam, Kosaćcu? — zapytał Poziomkowa Polana, kuśtykając do byłego mentora z dziecięcym uśmiechem. Zapomniana Koniczyna widział, że szylkret szuka aprobaty Kosaćca. Niby ojciec i syn. Jak uroczo.
— A, no… znalazłem taką fajną przyczepę i chciałem ci pokazać. Chcesz ze mną iść?
Oriental wszedł pomiędzy nimi, psując rodzinną atmosferę.
— Nie może. On musi teraz odpoczywać…
Poziomkowa Polana niepewnie przeskakiwał pomiędzy nimi spojrzeniem. Skinął wręcz niezauważalnie chudemu wojownikowi. Kosaćcowa Grzywa prychnął, jednakże uśmiech nie zszedł z jego pyska.
— Jak sobie chcecie, maminsynki… pff… — wymamrotał, odwracając się w kierunku wyjścia. Po chwili zniknął w czeluściach lasu.
Mglisty Sen siedział na warcie, co jakiś czas ziewając. Głód też mu doskwierał. Poziomkowa Polana poszedł się przespać, ponieważ według kotki nie powinien się przemęczać. Mniej łap do pracy…
Spojrzał w dziurę na bursztynowe oczy morderczyni. Jej spojrzenie było nieprzyjemne, a na samą myśl o zbliżeniu się do tej kocicy chciał wymiotować.
Była głodna.
Wszyscy byli głodni.
Czy… czy nie mogli po prostu ubić Rysiego Tropu i użyć jako przynętę… lub… może jest…
… nie, Koniczyn, nie. To jest niemoralne, skarcił się, wiedząc dokąd zmierzały jego myśli. To byłoby okropne. Nigdy nie zjadłby swojego! Przenigdy! Na Klan Gwiazdy przeklął się. Był zaskoczony własnym umysłem. Czy gdyby w Klanie Wilka został, nie musiałby walczyć ze sobą? Może wciąż miałby nadzieję na lepsze jutro i zapach Mglistego Snu w posłaniu? Obaj od śmierci Jarzębinowego Żaru przestali ze sobą rozmawiać. Jedynie zmieniali się na warcie, w ciszy, w pokoju. Ich czwórka nie miała prawa przetrwać, dobrze o tym wiedział. Tylko jak? Klan Gwiazd się na nich wypiął. To miała być ich ziemia, ziemia obiecana… i co? I gówno! Odwrócili się od nich. Przecież chcieli dobrze. ROBILI dobrze. Nigdy im się nie sprzeciwili! Pamiętali o modlitwach, o słowach gwiezdnych… Czyżby o nich zapomnieli? Wystawili ich… Dlaczego? Dlaczego ich? Czemu nie Klan Wilka?
Co robili nie tak?
Zapomniana Koniczyna zauważył, że jak tak stał na polanie, zaczynało się ściemniać. Czyżby znowu się zamyślił? Kosaćcowa Grzywa jeszcze nie wrócił. Mglisty Sen zaczął chrapać, Rysi Trop… wolał nie wiedzieć, a Poziomek odpoczywał.
Był sam, a mimo to… coś słyszał. Szelest, złamana gałązka, jakieś szepty. Cóż to mogło być? Koniczyn odwrócił się w stronę drugiego wyjścia. Zmrużył oczy. Nie wiedział, co się działo. Był wciąż rozkojarzony. Mógł tylko się cofnąć, zanim te stworzenia dotarły.
To były koty. Różnorodne, szylkretowe, czarne, czekoladowe, białe. Od wyboru do koloru. Skulił się pod ich władczym wzrokiem. Spojrzał w oczy kocurowi, który zabrał głos:
— Nazywam się Czereśnia — zaczął — Jestem przywódcą Owocowego Lasu — dodał, zamiatając wzrokiem ledwo kontaktujące Świetliki. — … Nie spodziewałem się, że przeżyjecie jeszcze tyle księżyców… — wymamrotał. Wbił wzrok w orientala i się skrzywił. — I też niekoniecznie dobrze wyglądacie.
Zapadła niezręczna cisza. Wojownicy Owocowego Lasu wydawali się być wrogo nastawieni, a Koniczyn nie miał zamiaru trafić na przekąskę lisów, które tam trzymali. Akurat w samą porę wyszedł z nory Poziomkowa Polana. Mimo sztywnego barku, wciąż mógł chodzić. Czereśnia zmarszczył brwi, obserwując nieporadnego wojownika. Wymamrotał Owocniak do siebie jakieś słowa, jednakże Koniczyn nie był w stanie ich zidentyfikować. Jedna z kotek nerwowo machała na boki ogonem. Miał nadzieję, że nie chciała mu zrobić krzywdy.
Jeden z jego pobratymców się wzdrygnął. Podszedł do przywódcy.
— Czereśnio… straciliśmy dużo kotów, przydałaby się świeża krew — szepnął parę kluczowych słów, które wyraźnie zmieniły spojrzenie kocura na tę sprawę.
Czereśnia odchrząknął i zwrócił się do nich:
— Chociaż wielu najpewniej pohańbiłaby mnie za ową propozycję, niektórzy z nich sa nawet obecni u mojego boku... Ale mam dla was propozycję — powiedział uroczyście. — Owocowy Las może stać się dla was przystanią, azylem, w którym odnajdziecie pomoc, również medyczną, której niektórzy z was wydają się potrzebować. — Zmierzył wzrokiem płowego, który skrzywił się delikatnie z każdym ruchem. — Nie będę jednak ukrywał, że owe zaproszenie okryte jest pewnymi… wymogami, do których każdy z was będzie musiał się całkowicie dostosować.
Zapomniana Koniczyna przełknął głośno ślinę. Czy to teraz od niego zależały losy Świetlików? I co z Kosaćcem?
Westchnął ciężko i się wyprostował. Koniczyn właśnie objął stery Świetlików.
— Dokładnie jakie warunki, Czereśnio? — zapytał.
— Chociaż nigdy nie byliście dla nas zagrożeniem, nie mogę mieć pewności co do tego, kiedy wpuszczę was do mojego obozu. Pierwsze księżyce spędzicie pod bacznym okiem strażników. Od was będzie zależeć to, ile księżyców tam spędzicie — zaczął i bez większego namysłu kontynuował. — Wasze imiona również odejdą w zapomnienie, a przynajmniej ich część. W Owocowym Lesie niewielu dożyło tego, że zostali wyróżnieni dwuczłonowym imieniem. Dopóki więc będziecie przywiązani do swoich starych mian, będziecie grzać mchy w więzieniu. — Oczy miał utkwione w orientalnym pysku Koniczyny. — Nie wymusimy na was ani wiary we Wszechmatkę, ani nie narzucimy nowych tożsamości. Nie stworzymy z was nowych kotów, ale nie pozwolimy, aby poprzeć wyciągnięcie do was pomocnej łapy ucierpiał komfort kogokolwiek z naszej społeczności.
Zapomniana Koniczyna zwiesił głowę, uznając wyższość słów Czereśni. Zostali pokonani.
— R-rozumiemy... zgadzamy się na te w-warunki... — wymamrotał szybko.
Czereśnia skinął mu łbem, po czym wszyscy się zebrali.
Bez Kosaćca, oczywiście.

10 maja 2026

Nowy Samotnik!

 


Od Miodowej Łapy do Jesionowej Łapy

Przeszłość

Ula otworzyła oczy szeroko, po czym krzyknęła z przerażeniem, obserwując legowisko bardzo dokładnie, z paniką. Pewien głośny dźwięk obudził ją i był niezwykle podobny do tego, który kojarzył jej się z jej ludźmi. Serce złotej zaczęło bić szybciej, a ślepia przeskakiwały z jednej, na drugą ścianę pospiesznie. Zauważywszy, że przebywała w Klanie Wilka i tutaj… była może bezpieczna, udało jej się, chociaż odrobinę uspokoić. Odetchnęła z ulgą, słysząc pogodny gwar kotów przebywających na zewnątrz. Poprawiła się w swoim łożu, które niekoniecznie należało do najwygodniejszych, jednakże nie chciała nikomu sprawiać kłopotów, ani tym bardziej wyjść przypadkiem na niegrzeczną albo niemiłą czy wręcz egoistyczną! Tak więc wetknęła łapki pod siebie, a ogonem otuliła jedną z tylnych kończyn, przymykając z powrotem swoje niebieskie oczy.
Dawna pieszczoszka siedziała w norze więźniów, co jakiś czas cichutko pochrapując. W jej umyśle odtwarzały się niezbyt przyjemne wspomnienia wydarzeń, które miały miejsce jeszcze jakiś czas temu. Doskonale pamiętała własną panikę, która doprowadziła ją do ucieczki, a potem "zaatakowania" jednego z napotkanych, obcych kotów. Do tej pory czuła lekkie wyrzuty sumienia z tego powodu, jednak nic więcej poza przeprosinami nie mogła zrobić. Chociaż nie sądziła, by Tygrysia Noc denerwował się na nią za to nadal szczególnie. Ostatnim razem był dla niej naprawdę miły i miał w sobie dużo zrozumienia. Gwar pobratymców na zewnątrz docierał do jej uszu, a chłodne podmuchy co jakiś czas dolatywały do jamy, odbijając się od ścian niczym echo, przypływając tym samym dość prędko i do niej. Całe szczęście, że miała długie futro!
Postawiła małe uszka czujnie, zauważywszy, że ktoś nieznajomy stoi przed wejściem do jamy. Podniosła się momentalnie, posyłając obcej bardzo pogodny uśmiech. Jesionowa Łapa niosła w pysku piszczkę, do których złocista do tej pory jeszcze nie przywykła w pełni. Gdy przebywała ze swoją kochaną Dwunożną, nie potrzebowała wcale polować na zewnątrz, a co za tym idzie… jej umiejętności łowieckie nie były najlepsze, chociaż się starała. Chciała, żeby jej właścicielka była z niej dumna. Chciała, żeby czasami i ona jadła to, co przynosiła jej ona.
— Cześć, jesteś Ula, prawda? — zapytała wysoka, kładąc przed niższą kotką zwierzynę. — Przyniosłam ci coś do jedzenia. Na pewno jesteś głodna, w końcu komu by to nie doskwierało po takiej przechadzce! — zamruczała z lekkim uśmiechem na pyszczku.
Ula odwzajemniła uśmiech nawet szerzej. Prezentowała się dość zabawnie, z okrąglutkimi, puchatymi policzkami i wąsami przypominającymi niekiedy wręcz czułki u pszczółki. Pochyliła głowę przed nowoprzybyłą, mrużąc oczy z zadowolenia. Jej ogon poszybował przyjaźnie ku górze, gdy obwąchała podarowany jej posiłek przez liliową.
— Tak… dziękuję ci bardzo, słoneczko — powiedziała, po czym pochyliła się przed zwiotczałą już ptaszyną. Ula próbowała się wgryźć, jednakże w drogę wchodził jej gęsty, ptasi puch. Spojrzała z powrotem na siedzącą obok uczennicę. — Aa… czy mogłabyś mi, proszę, pomóc? Jak to się je? — zapytała spokojnie, nadal z życzliwym uśmieszkiem na pyszczku. Miała nadzieję, że starsza rozwieje jej wszelkie wątpliwości. Do tej pory nigdy nie zdarzyło jej się upolować ptactwa, jedynie myszy czy nornice, ale nic poza tym. Wszystko jej uciekało albo brakowało jej czasu. Albo jej jaskrawe futerko było widoczne tak bardzo, że nie miała zwyczajnie szans nawet się podkraść. Pręgowana pokiwała głową.
— Popatrz, robi się to w ten sposób. Musisz najpierw oddzielić pióra od skóry, poprzez wyrwanie ich… — Jesionowa Łapa nachyliła się nad zdobyczą, po czym postąpiła dokładnie tak, jak wypowiedziała właśnie. Coraz więcej puchu zaczęło zdobić posadzkę w kolorach szarości. — Jak już zdejmiesz wszystkie pióra, możesz się zabrać za jedzenie. Pamiętaj, żeby nie połykać kostek! Są drobne, ale mogą ci zaszkodzić, jeśli zjesz ich zbyt wiele — poinstruowała ją jeszcze, po czym usiadła i owinęła ogonem swoje przednie łapy.
Ula pokiwała głową na znak, że zrozumiała.
— Oooh, w ten sposób… W porządku! Dziękuję ci bardzo… jak masz na imię? — dopytała, jeszcze zanim wzięła się za jedzenie.
— Nazywam się Jesionowa Łapa. Miło mi cię poznać.
Więźniarka uśmiechnęła się raz jeszcze. Chwyciła kłami wreszcie kawałek ptaka, po czym oderwała delikatnie część mięsa. Resztę przysunęła do Jesionowej Łapy, jakby z nadzieją, że z nią zje. Ciekawe czy była głodna? Może!
— Chciałabyś ze mną zjeść? Nie wiem, czy zjem wszystko, a szkoda, żeby się miało zmarnować — próbowała ją jeszcze zachęcić, chociaż prawdą było to, że zwyczajnie nie chciała sprawiać kłopotu Wilczakom, znowu. Ponadto – jeśli podzieli się tym ptakiem, to może zyskałaby koleżankę? Pręgowana była niezwykle miłą kotką. Sam fakt, że przyszła tu i zainteresowała się stanem złocistej, sprawił, że Uli zrobiło się jakoś tak milej i lżej na sercu. To miejsce już nie prezentowało się tak niepokojąco.

***

Teraźniejszość

Śpiew ptaków niósł się przyjemnie dookoła koron drzew, docierając do kotów, które akurat w danej chwili słuchały. Jaskółki szybowały nisko, raz po raz łapiąc dla siebie, a także dla swoich młodych, posiłek w postaci wszelkiego rodzaju owadów. Drozdy parokrotnie powtarzały grane przez siebie melodie, trawy szeleściły na wietrze, naśladując szum wody obijającej się spokojnym ruchem o mulistą ziemię na brzegu. Sarny wędrowały pomiędzy gęsto rozrzuconymi drzewami iglastymi, pozwalając na to, aby niektóre ptaki odpoczęły na ich barkach.
Uczennica wędrowała u boku swojego mentora, rozglądając się po lesie. Kojarzyła go już tak mniej więcej, jednakże nie mogła powiedzieć, że gdyby ją puścili tutaj wolno, to że by się nie zgubiła… Pamiętała tylko powierzchownie drogę, jaką przebyła w celu odnalezienia się w tym miejscu. Finalnie natknęła się na patrol Klanu Wilka, z którym porozmawiała chwilę, a później przyjęli ją do ich społeczności, robiąc z niej na jakiś czas więźniarkę. Później otrzymała mentora, Wilczy Skowyt. Zdążyła usłyszeć już o nim parę słówek, że nie wpadł w gust kotom jakoś szczególnie, a przynajmniej Ognikowej Słocie czy Kocimiętkowemu Wirowi… Czy był on rzeczywiście taki zły, jakim go malowali? Nie, na pewno nie. Przecież nie istniało coś takiego jak kot zły. Był może najzwyczajniej w świecie zagubiony, jeśli postępował jakoś źle czy nie na miejscu, chociaż nawet i w to nie chciała uwierzyć. Złocista uczennica pomachała ogonem Jesionowej Łapie na przywitanie, gdy ich wzrok skrzyżował się. Poszły na wspólny trening, co było dla koteczki naprawdę pocieszające. W grupie zawsze było raźniej.
— Jesionowa Łapo! — zawołała, spoglądając na pobratymczynię. Odkąd złotej przypisano mentora, była w miarę zapracowana. Czas po treningach raczej poświęcała na odpoczynek, łapy ją bardzo bolały z powodu zakwasów. — Jak się czujesz, czy zdrowie ci dopisuje, słoneczko? — zamruczała, posyłając jej pocieszny uśmiech. — Wiesz, ostatnio dostałam równie fajne imię, co wy macie! Miodowa Łapa! Już nie jestem nudną Ulą. Ostatnio się zaczęłam zastanawiać, ponieważ usłyszałam, że mój mentor nie cieszy się pozytywną opinią w Klanie Wilka. Czy znasz go może? Co o nim myślisz? — zapytała z nadzieją, że chociaż pręgowana koleżanka ją zrozumie. Z pewnością! W końcu była kotem o dobrym sercu.

<Jesionowa Łapo?>

Od Figi CD. Wrony

Delegacja z Klanu Burzy powróciła. Figa wyszła do grupy kotów poza obóz, głównie by porozmawiać z Czereśnią oraz Sajgonem. Chciała wypytać o wszystko, co się działo podczas podróży, na którą nie została zabrana. Miała żal do świeżo upieczonego lidera. Figa sama dostała awans na zastępcę, co wiązało się z ekstra obowiązkami. Tym bardziej cieszyła się, iż Topola przejął od niej dzieci. Nie mogłaby zajmować się maluchami i dodatkowo ogarniać klanu, zwłaszcza pod nieobecność Czereśni.
Koty weszły do obozu, pogrążone w rozmowie. Nadal pachnieli zajęczym klanem, co było ciekawą odmianą od stale unoszącego się zapachu owoców lub mokradeł. Owocowy Las od długiego już czasu był gnębiony przez los. Wszyscy to wiedzieli, pas nieszczęść nie mógł ich opuścić. Koty się załamywały, niektóre z niepokojem czekały na kolejny dzień. Figa nie dawała się tej czarnej passie, odwracając uwagę innymi rzeczami. Topola również stawał na rzęsach, by cała jego rodzinka nie musiała kłopotać sobie głów tymi nieprzyjemnymi zmartwieniami. Poza oczywistą dumą z partnerki, Topola często uczył kociaki i zachęcał je, by robiły dla swojej matki prezenty. Figa wiedziała doskonale, że część pięknych znalezisk, jakie im zanosiła, dostanie później w “ulepszonej” wersji jako prezent. Pod nosem zawsze się cieszyła, widząc zlepione krzywo na żywicę gałązki, czy żołędzie ozdobione piórami wróbli. Takie to uczucie było… zaskakująco inne. Wręcz uspokajające pośród tych wszystkich przytłaczających zmartwień czy obowiązków. Buzie Puchacza oraz Wrony, zawsze uradowane na jej widok okazywały się dla kotki nie lada nagrodą po całym dniu.
Teraz jednak, wracając do teraźniejszości, Figa była naprawdę niepocieszona z decyzji Czereśni. Jej dyskusję z kocurem przerwało pojawienie się znikąd córki zastępczyni. Dymna kotka zmaterializowała się obok dorosłych, wiercąc w nich spojrzeniem dziury.
— Gdzie był Czereśnia? — zapytała Wrona, gdy koty się rozeszły.
Figa wzięła ją na bok i przysiadła z córką w trawie.
— W Klanie Burzy — odpowiedziała krótko. — I mnie nie wziął — dodała z westchnięciem. Owinęła córkę wielkim, puszystym ogonem z zaplątanymi po patrolu listkami. — Widzisz, Wrono, musiałam zostać tutaj, by pilnować porządku pod jego nieobecność! Ale szkoda z drugiej strony, chciałam pójść do Burzaków!
— Burzaków? — podpytała mała.
— Tak, tak nazywamy koty z Klanu Burzy — wyjaśniła, lustrując obóz wzrokiem. — Jeśli spotkasz kiedyś kota, który pachnie jak zające, to pochodzi on właśnie z tego klanu. My pachniemy owocami, a oni zającami. Jadłaś kiedyś jakiegoś? Jeśli jeszcze nie, to mamcia upoluje dla Ciebie jednego!
Posłała córce dziarski uśmiech, patrząc na jej mały okrągły pyszczek.

<Wrona?>

Od Rzekotki

Rzekotka urodziła się już jakiś czas temu… Rosła jak na drożdżach, pijąc mleko od swojej matuli ze smakiem. Puszyste łapki tylko przybierały na krągłości, a futerko na nich rosło na bardziej puchate z każdym dniem. Uszka zaczęły nasłuchiwać rozmów dorosłych, które były przecież najciekawsze! A to jakaś ploteczka, tam głupotka, aż któregoś razu Rzekotka została przyłapana na podsłuchiwaniu! Kropiatkowa Skórka posłała córce ostrzejsze spojrzenie, które zaraz złagodniało. Ojciec kociaka zmierzył niebieskim podobnym wzrokiem, pełnym miłości.
— Aaa… eeeeee skąs się bjorom kociaki? — zapytała mała.
Jej rodzice wymienili się spojrzeniami, nim Kropiatka zgarnęła puszyste dziecię w swoje łapki. Utuliła do piersi, a następnie zawołała resztę córek do siebie. Rzekotka była szczęśliwa, że miała miejsce tak blisko mamusi.
— Kociaki są przynoszone przez ptaki! — opowiedziała im rodzicielka.
— Ptaaaaaki? — zapytała Rzekotka. — Jak to? To ciemu jesztes naszom mamom?
— Hahah! Bo podarowały mi was w prezencie, głuptasku — poczochrała córkę po łepetynce.
Wszystkie trzy wydały z siebie pomruk zszokowania, ale również podekscytowania. Rzekotka wyrwała się z uścisku matki, by pójść dyskutować z siostrami o tym, jakie ptaki ich przyniosły. Czy każda miała swojego? A może wszystkie razem zostały podrzucone do Klanu Nocy? Kto wie!
Rzekotka nie zdołała jednak dokończyć dyskusji, zauważając gromadkę mrówek. Usiadła więc i zaczęła się w nie wgapiać. Gdzieś w tle Żabka oraz Ropuszka kontynuowały dyskusję, ale ich niebieska siostra dawno straciła zainteresowanie. W ten dziwny, acz prosty sposób minęła jej reszta dnia, aż do pory wieczornego posiłku, kiedy to Kropiatkowa Skórka otrzymała dorodną rybę, a młode kociczki jakieś mniejsze, bezpieczniejsze do jedzenia płotki.