BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

01 lipca 2026

Od Kasztanka (Przypalonego Kasztana) CD. Trzcinowego Szmeru

Przeszłość

— Co tam u ciebie słychać Kasztanku? Jak się czujesz? O czym chciałeś porozmawiać?
— Czy… czy koty związane z… z… z M-Mandarynkową Gwiazdą są z samego Klanu Gwiazdy? No… no bo znałaś moje imię, a… a nigdy wcześniej ci się nie przedstawiłem — zapytał, czując narastający niepokój, ale próbował zgrywać odważnego przed starszą kocicą, żeby nie wyszedł przypadkiem na takiego, co się boi własnego cienia, mimo że właśnie takim był. Trzcinowy Szmer uśmiechnęła się lekko.
— Tak. Mamy moc naszych pradawnych przodków, dzięki której możemy kontrolować wiele rzeczy, jak na przykład sny lub wskazać kotu drogę, która może dla niego wydawać się niemożliwa lub bardzo odległa.
Kociak zrobił wielkie oczka. Czy naprawdę mogli tak wiele? Czy zatem wiedzieli, co mu się śniło? Może mogli czytać też w myślach? To dopiero byłoby straszne… nie mógłby zachować zupełnie niczego, niczego dla siebie! Jego kikut napuszył się lekko, a pazurki wielkości igły wpychały się powoli w grunt pod jego łapkami, chociaż z malutkim naciskiem, bo nawet nie był ciężki, więc nie mógł wyrządzić wielkich szkód, całe szczęście.
— Naprawdę?! — zapytał, rozglądając się dookoła, jakby ktoś inny miał odpowiedzieć mu na to pytanie.
— Możemy też sprawić, żeby cała zwierzyna zniknęła ze stosu, ale wolimy mieć na nim przynajmniej jedną piszczkę, żebyśmy mieli co jeść.
Kasztanek wyraźnie się zamyślił, jego umysł zaczął analizować, na ile to, co do niego zostało właśnie powiedziane, było zgodne z prawdą. Nie miał powodów ku temu, żeby nie wierzyć doświadczonej i dorosłej wojowniczce, kocicy z jego klanu, więc musiała zatem mówić prawdę. Jednak skoro koty potrafiły tak wiele, to dlaczego on nigdy nie poczuł nawet ukłucia, stuknięcia, nic, co by mu powiedziało, że ktoś właśnie obserwuje jego sen? I co najważniejsze, czemu nigdy wcześniej sam nie był w stanie zajrzeć komuś do głowy w celu zaobserwowania czyjegoś snu? Nie mógł tego zrozumieć. Trzcinowy Szmer popchnęła lekko kulkę mchu, a on podążył za nią jakoś odruchowo wzrokiem.
— A czy… czy w moich myślach i snach też potraficie czytać? — pytał dalej, nie wątpiąc ani trochę w to, co właśnie słyszał. Trzcinowy Szmer parsknęła cicho.
— Nie. Gdybyśmy potrafili, już wcześniej bym wiedziała, o co chciałeś mnie zapytać — miauknęła najpierw z kamienną twarzą, a po uderzeniu serca zachichotała, chociaż nie złośliwie. Kociak zmarszczył brwi, jakby nie dotarło do niego jeszcze to, co właśnie usłyszał… Nagle zadarł łeb ku górze znowu. Co?! Nie mogli? Czyli… to po co mu to powiedziała…?

Teraźniejszość

Nadeszła chłodna Pora Opadających Liści, która dość sprawnie przegoniła nieprzyjemne ukropy, wybijające niekorzystnie koty z ich rutyny, jeśli nie mogli sobie pozwolić na ochłodzenie się w którymś ze zbiorników wodnych. Przypalony Kasztan zrobił krok ku żłobkowi, jednak szybko się zorientował, że w rzeczywistości wchodzi właśnie z pustymi łapami. Nawiązał przypadkowy kontakt wzrokowy z Trzcinowym Szmerem, a u jej brzucha leżały dwa kocięta, pogrążone w rozmowie. Wojownik wycofał się pospiesznie, czując z tyłu głowy mrowienie. Tak, jakby ktoś śledził go wzrokiem. Otworzył szerzej ślepia i rozejrzał się na boki, aczkolwiek każdy był zajęty sobą, jedni dzielili się językami, drudzy chichotali w najlepsze, rozłożeni na polance… Chwycił w zęby najlepiej wyglądającą rybę i tym razem pewniej, acz nadal niezupełnie szczególnie śmiało zajrzał do legowiska. Zerknął na szylkretkę, uśmiechając się do niej lekko nerwowo, ale szczerze.
— Trzcinowy Szmerze, czy mogę wejść? — poprosił z nadzieją, na co kocica z lekkim zdziwieniem pokiwała głową.
— W porządku. Tylko uważaj na kocięta — odparła. Kasztan przysunął się do kotki, kładąc tuż obok niej zwierzynę. Brązowooka przysunęła ją do siebie łapą, po czym oderwała pierwszy kęs i gdy go zjadła, kolejny zaproponowała małej Łabądce najpierw, potem Nurowi, po tyle samo. Przypalony Kasztan uśmiechnął się lekko, spoglądając na trójkę. Trzcinowy Szmer polizała parokrotnie kocięta po główkach, a one, po skończonym posiłku, wystrzeliły w jeden z kątów legowiska, ponieważ coś przykuło ich uwagę.
— Nurze, zobacz, co znalazłam! — młodzik doskoczył tam w paru susach.
— Co cię do nas sprowadza, Przypalony Kasztanie?
Przypalony Kasztan po chwili spiął się lekko, próbując jakoś rozluźnić mięśnie. Przełknął nerwowo ślinę, gdy zorientował się, że znowu wgapiał się w nią jak w kota ze Srebrnej Skóry. Łatwo odpływał myślami.
— Ach…! C-czy pamiętasz, jak powiedziałaś mi kiedyś, że porozmawiamy na poważniejsze tematy? Czy… czy teraz nadszedł ten czas? — zapytał, patrząc na karmicielkę z niepewnością. — Trzcinowy Szmerze, a… — zatrzymał się na chwilę, nie zamykając pyska. — J-jak to jest… opiekować się kociętami? Jak to robicie…? Ze… Żmijowcową Wicią? — dopytywał, przypomniawszy sobie o Nurze oraz Łabądce, którzy teraz wyglądali na szczególnie zajętych jakimś kamieniem u ich łap. — Ja… przepraszam, jeśli wam przeszkadzam. Naprawdę nie chciałem, ale… ale… może mi się to kiedyś przydać, tak myślę — kontynuował dość nieśmiało.
Pamiętał ich rozmowę, którą przeprowadzili, gdy był jeszcze malutkim kociakiem. Wtedy to on znalazł się u boku szylkretki, która szybko go pocieszyła i to w dość prosty sposób. Kto by pomyślał, że ten właśnie sposób stanie się jego ulubionym i że właśnie ten sposób kojarzył także od Złocistego Widlika, a nawet… Urodziwego Szafirka. Wojownik próbował ukryć stres, jednakże zapachu nie był w stanie zamaskować, nieważne jak bardzo by się nie starał. Nawet nie był pewien, dlaczego tak się denerwował. Chociaż… wiedział, tak, raczej. Przecież… czy nie przeszkadzał karmicielce właśnie?
— Jesteś blisko z Urodziwym Szafirkiem, prawda? Praktycznie nierozłączni — uśmiechnęła się starsza, a końcówka jej ogona poruszała się spokojnie po posłaniu pod nią.
Ucho dymnego drgnęło, a niedługo po tym kiwnął nieśmiało głową.
— T-tak… — wydobyło się z jego pyska prawie że szeptem, co było dziwne, ponieważ nigdy nie ukrywał szczególnie ich relacji, ale też nie nazywał jej w żaden sposób. Nadal się uczył, jak powinien się zachowywać przy kimś, kto był… twoim partnerem. Było to niezwykle istotne. Wyróżnienie drugiego kota do takiego miana… nie każdy przecież był dla niego taki ważny, tylko jedna kotka, która była przy nim zawsze, odkąd tylko pojawiła się w żłobku. Na samą myśl o szylkretce zamruczał cicho.

<Trzcinowy Szmerze? Kocięta są bardzo słodkie>

Od Ostatniego Pożaru

Wreszcie znalazły trochę wolnego czasu, żeby spokojnie się przejść. Niby na to właśnie czekała, ale teraz kiedy to miało się rzeczywiście wydarzyć, czuła ogromny stres. Co, jeśli powie coś nie tak? Co, jeśli wszystko zepsuje? Czuła się tak dziwnie. Zazwyczaj podchodziła do wszystkiego na luzie, myśląc, że jakoś to się ułoży. Ale teraz nie potrafiła. Nawet nie wiedziała dlaczego. Starała się uśmiechać przez cały spacer. Złocista Wydma nie powinna psuć sobie nastroju przez jej ponure myśli. W końcu dotarły do Przybrzeżnego Oka. Usiadły obok siebie. Pożar zwiesiła trochę głowę i na chwilę przestała się uśmiechać. Kremowa od razu to zauważyła.
– Co się stało?
Westchnęła. Nie było szans odwlec Sahary od tej myśli. W końcu… nie powinny mieć przed sobą sekretów. Przynajmniej jeżeli chciały, żeby to wyszło. A Pożar nie mogła pozwolić temu szczęściu wyślizgnąć się, kiedy już było w jej zasięgu.
– Nie wiem… Po prostu… Co, jeżeli to wszystko nie wyjdzie?
Była samotniczka wydawała się zaskoczona.
– Czemu miałoby nie wyjść? Przecież… chyba obie tego chcemy? Kochamy się i chcemy być szczęśliwe razem… tak?
No właśnie. “Kochamy się”. Tylko że ruda nigdy tego nie powiedziała. Nawet w myślach. Nie dlatego, że nie chciała tego związku. Wręcz przeciwnie. Bała się, że będzie jak z Dzwonkiem. Że powie, że ją kocha, a potem ją porzuci. Wtedy wyszłoby na to, że ją okłamała. Kłamała wiele razy w życiu, ale ten jeden raz naprawdę bała się, że to zrobi. Łzy napłynęły do jej oczu.
– Co, jeżeli wszystko zepsuję? Okłamię nas, zawiodę cię? Może ja nie potrafię uszczęśliwiać innych? Tylko każdego krzywdzę… – pojedyncza z łez spadła do stawu, marszcząc jego taflę. – A ciebie nie chcę krzywdzić… Za bardzo mi na tobie zależy.
Poczuła ciepły dotyk przytulającej się do niej kotki.
– Wszystko będzie dobrze. Nic nie zepsujesz, a ja cię nie zostawię. Zaufaj mi. Proszę.

Od Figi CD. Puchacza

Taktyczny time skip

Puchacz rósł jak na drożdżach. Robił się coraz bardziej przystojny z każdym księżycem, a jego umiejętności rosły w zawrotnym tempie. Figę rozpierała duma, że syn poszedł w jej ślady i był istnym geniuszem! Wrona też nie odpuszczała, piękniejąc jak mamusia.
Pogoda zaczęła się zmieniać; Pora Zielonych Liści odpuszczała, a w jej miejsce przyszła Pora Opadających Liści. Zielone liście powoli stawały się brązowe, pomarańczowe, nawet czerwone. Część pospadała już na ziemię, tworząc kolorowy dywan. Powietrze miało w sobie przyjemną wilgoć, a wieczory stawały się chłodne.
Figa stanęła przy wyjściu z obozu, czekając na swojego ucznia, a zarazem syna. Na dzisiejszy trening zaplanowała rozpoznawanie tropów lisów, czego Puchacz na pewno się ucieszy. W końcu zawsze był pierwszy do takich ekspedycji, zupełnie jak ona, haha! A lisy były realnym zagrożeniem, więc musiał znać zapach tych szkarad. Czekając, rozglądała się po obozie. Jakiś czas temu przyjęli do siebie Świetliki, na które Figa patrzyła wręcz z wyniosłością. Mieli czelność być kiedyś nieopodal ich terenów, a gdy zrobiło im się ciężko, z podkulonymi ogonami przybyli szukać pomocy. Pff, żałosne. Koniec końców znowu byli na ich łasce.
Dodatkowo Klan Burzy wzmocnił z nimi sojusz, a kocięta z tego skojarzenia rozpoczęły swoje treningi. Widziała więc biegające pół-Burzakowe bachorki na terenie obozu. Dostrzegła też w legowisku Uzdrowicieli jedną ze Świetlików, bodajże Rysi Trop, która przyjęła teraz imię Ryś. Kotka od jakiegoś czasu chorowała, chyba na halucynacje. Cóż, nic dziwnego, jeśli była z Klanu Wilka, a potem została samotniczką, kiedy nie posiadała do tego umiejętności. Wilczaki to podstępne koty, toteż Figa czujnym okiem patrzyła na wszystkich pochodzących stamtąd, lub mieszkających aktualnie. Na zgromadzeniach wręcz czekała, kto dzisiaj z Wilczaków wznieci awanturę.
Kiedy dostrzegła ciemne futro kocurka, machnęła ogonem zapraszająco. Wstała również z wilgotnej po deszczu trawy, posyłając mu uśmiech.
— Co powiesz na tropienie lisów dzisiaj? — zapytała ochoczo.

Wyleczeni: Rysi Trop (Ryś)

<Puchaczu?>

30 czerwca 2026

Od Guziczka CD. Kurki

Szukanie odpowiedniej kotki, która mogłaby zostać matką ich kociąt, było wyzwaniem. Wraz z Kurką zastanawiali się nad ich opcjami.
— Dereńka jest… wiesz… wolna i może by się zgodziła? — zaproponował Kurka.
Guziczek od razu pokręcił głową.
— Jest już starsza — zauważył. Nie ma co motywować jej do noszenia kociąt. Jaśminowiec ma partnera, prawda?
— Len. Jest z Lnem.
Guziczek skrzywił się. Między zwiadowcami nastała chwila ciszy.
— Prościej by było poczekać na znajdki… — zauważył Guziczek.
— Nie ma się co poddawać — Kurka polizał go za uchem, na co czarno-biały zamruczał... — Znajdziemy kogoś.
— Wiem… Daglezja może? — Guziczek spojrzał w niebo.
Właściwie trochę nie interesowało go kto będzie matką jego maluchów. Chciał, tylko żeby ktoś przyniósł je na świat…
— Nie dziękuję. Ona ma… specyficzny charakter. Nie sądzę, że w ogóle by się zgodziła.
Guziczek zmarszczył nos i pokiwał głową.
— Masz rację — westchnął. — Jest raczej… Wybuchowa.
— A może… Może… — Kurka zastanowił się chwilę. — Jeżogłówka? Może ona by się zgodziła?
— Ta… wędrowczyni? Ta z tej bandy co plątają się po terenach Owocowego Lasu? — Guziczek nastawił uszu.
— Yhymmm… Ona jest niezwykle miła i… może by się zgodziła? — propozycja Kurki była oczywiście nieśmiała.
Guziczek kochał swojego partnera takim, jakim był, ale jego nieśmiałość zawsze rozczulała go bardziej. Może i nie była to świetna cecha, ale przez nią Kurka był Kurką.
— Warto spróbować — Guziczek uśmiechnął się do partnera. — Daje nam to też brak jakichkolwiek problemów potem z kotami w obozie czy sporów o rodzicielstwo!
— Tak… to dobry pomysł.
Jeżogłówka na szczęście zgodziła się na ich propozycje. Praktycznie bez wahania! Oczywiście zwiadowcy rozpieszczali kotkę, gdy ta nosiła ich maluchy pod sercem. Dostawała wszystko, czego chciała, a nawet więcej. A sam Guziczek chodził wniebowzięty, ale i zmartwiony, że coś pójdzie nie tak.
Przypomniał sobie Czerwca i to jak chodził w skowronkach, gdy jego maluchy miały się urodzić. Wtedy tego nie rozumiał, ale teraz? Teraz zachowywał się praktycznie tak samo. Nienawidził faktu, że kilkanaście godzin przed porodem musiał iść na zgromadzenie, lecz gdy tylko wrócił, to wraz z Kurką czuwali przy żłóbku. Nie byli przy samym porodzie, ale gdy Mistral ich wpuściła, a Guziczek zauważył maluszki przy Jeżogłówce, to łzy same napłynęły mu do oczu.
— Myśleliście już nad imionami? — spytała kotka.
— A jakie mamy tutaj skarby? Kotki? Koty? — Guziczek nachylił się nad nimi.
Jedna mała kulka prychnęła, gdy ten zbliżył się bardziej. Kocur uśmiechnął się delikatnie, patrząc na maluszki.
— Dwie koteczki i kocurek — odparła Jeżogłówka.
— Dla każdego po jednym imieniu? — Guziczek zerknął na Kurkę, który przytaknął z uśmiechem. — To… kocurek może Gronostaj?
— A szylkreteczka, Bratek? — zaproponowała Jeżogłówka, na co oba koty jej przytaknęły.
Nastała chwila ciszy. Guziczek widział, że Kurka się zastanawiał. Wiedział, że nieważne, jakie imię wymyśli, będzie je kochać. Tak samo, jak już pokochał te maluszki i tak samo, jak kochał Kurkę.
— Alka… — mruknął Kurka cichutko. — Czekoladowa kotka będzie się nazywać Alka.
— Piękne… Piękne… Nasze dzieci, Kurko… Nie mogę w to uwierzyć.
— Są piękne… — potwierdził Kurka. — Nie mogę się doczekać, aż zaczną rozrabiać!
Guziczek zaśmiał się i położył, tak aby widzieć maluszki lepiej. Wiedział, że przez kilka pierwszych tygodni będą siedziały z Jeżogłówką w żłobku, lecz nie mógł się doczekać, aż będą już biegać. W głowie słyszał, jak wołają go tata. Jego maluszki…
— Musimy ich pilnować za wszelką cenę — szepnął, zerkając na Kurkę.
Obydwoje stracili bliskie osoby i wiedzieli, jaki to był ból. Nie mogli sobie pozwolić, aby stracić też swoje dzieci.
— Będziemy — zapewnił Kurka.
Guziczek kiwnął głową i wstał. Podszedł do Kurki i otarł się o niego.
— Dajmy Jeżogłówce odpocząć — zaproponował.
Obydwoje wyszli ze żłobka i stanęli przed nim. Guziczek odetchnął i uśmiechnął się ciepło.
— Tyle czekaliśmy… A teraz tam są nasze maluszki — szepnął bardziej do siebie niż do partnera.
A potem spojrzał przed siebie. Jego rodzeństwa przy nim już nie było, jego rodzice zginęli. Został mu tylko Kurka i te małe kuleczki futra w żłobku…
— Kurko… — spojrzał na zwiadowcę i pocałował go krótko. — Kocham cię. I dziękuję.

<Kurko?>

Od Perłówkowej Łapy

Perłówkowa Łapa, wychodząc z obozu pierwszy raz, zatrzymała się kawałek za przejściem w krzewach i się odwróciła. Ten sam zarys ceglanej wieży, te same zarośla, ale pod nowym kątem, który sprawiał, że czuła się prawie, jakby spoglądała na nie po raz pierwszy. Stała tak przez chwilę i patrzyła, nie do końca świadomie, aż zorientowała się, że Srebrzysta Równonoc stoi w miejscu i obserwuje ją z lekkim uśmiechem.
Perłówka machnęła ogonem i podbiegła, żeby zrównać się z mentorką, zanim zmieszanie zdążyłoby przybrać jakikolwiek wyraz twarzy.
Srebrzysta Równonoc szła bez pośpiechu, ale miarowo, i mówiła przy tym niemal bez przerwy. Zaczęła od rzeczy podstawowych – jak terytorium ich klanu wygląda w ogólnym zarysie, gdzie leżą granice z każdym sąsiednim klanem, jak orientować się na otwartym terenie bez wyraźnych punktów charakterystycznych. Perłówkowa Łapa słuchała, starając się jednocześnie nie koncentrować za bardzo na tym, że łapy zaczynają jej sygnalizować pokonywanie odległości, do której nie była przyzwyczajona. Siedziba klanu nie była ciasna, ale jednak ograniczona. Tu teren nie kończył się nigdzie, gdzie wzrok sięgał.
Obóz znikał wolniej, niż się spodziewała. Przez pierwszych kilkanaście minut wieża nadal była widoczna za jej plecami. Dopiero gdy teren zaczął się lekko obniżać, zauważyła wyraźniejszą różnicę. Odwróciła się jeszcze raz i stwierdziła, że obóz wygląda na mały. Zaskakująco mały, biorąc pod uwagę, jak przez sześć księżyców zawierał w sobie cały znany jej świat.
Perłówkowa Łapa notowała w głowie to, co mówiła Srebrzysta Równonoc, i jednocześnie przyglądała się okolicy, próbując złożyć w całość to, co słyszała, z tym, co widziała.
— Skąd dziś rano wschodziło słońce? — zapytała Równonoc, nie zwalniając kroku.
Dotychczas to pytanie byłoby oczywiste, wręcz trochę głupie, w końcu słońce zawsze wschodzi od tej samej strony, ale teraz bez żadnych znajomych punktów odniesienia uczennica musiała się rozejrzeć.
— Stamtąd — wskazała pyskiem po krótkiej chwili.
— Dobrze. Idziemy od niego. Na otwartym terenie to twój pierwszy punkt odniesienia, zanim nauczysz się rozpoznawać okolicę samym zapachem i widokiem.
Szły dalej. Perłówka stopniowo czuła coraz więcej mało stabilnego piasku pod łapami, a wśród rzednącej suchej trawy pojawiała się rosnąca ilość kamieni. Równonoc nie komentowała zmiany, jakby była oczywista. Młodsza kotka mimo to wzięła to pod uwagę i próbowała sobie przypomnieć, co mentorka mówiła wcześniej o położeniu granic, zastanawiając się, do jakiego miejsca zmierzają.
Odpowiedź przyszła nosem. Jej własny zapach klanu, oczywisty jak powietrze, którym oddychała, był nadal obecny, ale trochę mniej skoncentrowany. Pod nim zaczął się przebijać inny, obcy zapach. Nie był to pierwszy raz, jak czuła inny klan, w końcu spędziła ostatni miesiąc w żłobku koło kociaków z Owocowego Lasu, ale trzymająca się ich woń była słabsza, a z czasem całkowicie zmieszała się z Burzakami.
To było inne, dalej dosyć słabe, ale zauważalne przez wiatr wiejący prosto w jej nos. Wraz z nim czuła coś wilgotnego, ale bardziej słonego niż deszcze, jakich dotychczas doświadczyła. W końcu patrząc się mniej na ziemię pod łapami, a bardziej przed siebie, dostrzegła źródło tego drugiego zapachu. Ogromny zbiornik wody, sięgający dalej niż była w stanie sobie wyobrazić, może nawet ciągnący się aż do Srebrnej Skóry.
Zatrzymała się na kilka uderzeń serca.
— Morze. Nie mamy do niego dostępu, nasze terytorium tam nie sięga — powiedziała Równonoc i się odwróciła. — Czujesz już granicę?
— Tak, od jakiegoś czasu.
— Obydwa klany patrolują i znakują regularnie po swojej stronie. Im bliżej granicy, tym bardziej to czuć — mentorka zwolniła przy większym kamieniu i wskazała na niego. — Znak jest bardzo świeży, przechodził tutaj dziś poranny patrol. Nie podchodź bliżej, ale z tamtej strony widać ścieżkę, którą przechodził patrol Klanu Klifu.
Perłówkowa Łapa podniosła wyżej głowę, próbując znaleźć miejsce, które wskazała. Rzeczywiście, na piasku widać było ślady kilku kocich łap nachodzących miejscami na siebie.
Srebrzysta Równonoc wskazywała raz na jakiś czas na różne warte uwagi punkty i tłumaczyła, jak czytać teren nosem, kiedy brak obcego zapachu jest równie ważny, jak jego obecność i czego szukać przy zmieniającym się wietrze. Mówiła konkretnie, ale dalej dużo, z zapałem, jakiego można się spodziewać od kogoś, kto dalej dobrze pamięta swoje uczniowskie dni.
Gdy słońce powoli zaczęło się chylić ku dołowi, choć dalej było dość wysoko na niebie, Równonoc oznajmiła spokojnie, że wracają. Nie przemierzyły jeszcze nawet granicy z kolejnym klanem, a Perłówkowa Łapa poczuła, że jej łapy mają na ten temat swoje zdanie po tylu godzinach marszu.
Przed powrotem mentorka poprosiła ją o powtórzenie punktów i innych osobliwości terenu, który minęły. Młodej kotce szło sprawnie, aż do momentu, kiedy urwała w połowie zdania.
Zagłębienie gdzieś przy ścieżce. Minęły je, jak Równonoc mówiła o wietrze i o tym, jak roznosi zapach w nieoczekiwanych kierunkach. Perłówka zapamiętała te słowa, ale samo miejsce gdzieś wypadło.
— Niedaleko kamiennych strażników. Tam, gdzie zebrała się woda — dopowiedziała Równonoc. — Bardzo dobrze jak na pierwszy raz.
Perłówkowa Łapa kiwnęła głową, była to w końcu prawda i zaprzeczanie byłoby głupie, ale to pominięte miejsce siedziało jej teraz w głowie.

***

Gorzej poszło jej ze skradaniem. Otwarta łąka wyglądała na przyjazny teren – żadnych gałęzi ani liści. Największym wyzwaniem powinno być schowanie się odpowiednio w wyższej trawie tak, aby pozostać niezauważonym. Miejsce okazało się jednak głośne w sposób, którego nie przewidziała. Sucha trawa po szczególnie nieprzyjemnej Porze Zielonych Liści szeleściła przy każdym kroku, wysuszona ziemia trzaskała tam, gdzie była najbardziej twarda, a jej puszysty ogon zamiatał po roślinności zupełnie niezależnie od jej planów.
Srebrzysta Równonoc zaprezentowała jej, jak przenosić ciężar ciała – obniżając swój środek ciężkości, nie prostując całkowicie łap, powoli kontrolując każdy ruch – i Perłówkowa Łapa starała się natychmiast jak najlepiej to zastosować.
Początek kolejnej próby był nie najgorszy, ale skończyło się na tym, że weszła w suchą kępę trawy i wydała niosący się w ciszy otwartego terenu dźwięk, brzmiący jak łamiąca się gałąź.
Zastygła w miejscu i odczekała chwilę, zanim ruszyła się dalej.
— Ogon — zwróciła uwagę mentorka.
— Wiem — odpowiedziała przez zaciśnięte zęby.
Wiedziała. Właśnie w tym był sęk problemu. Rozumiała, co ma zrobić i dalej nie wychodziło, a rosnące zirytowanie, z którym nie wiedziała jak sobie poradzić, sabotowało ją coraz bardziej.
— Jeszcze raz.
Następna próba zakończyła się tak samo, jak poprzednia, tylko szybciej.
— Ogon — powtórzyła Równonoc.
— Słyszałam pierwszy raz.
Brzmiało to ostrzej, niż zamierzała. Równonoc uniosła brew, ale nic nie powiedziała, co było w jakiś sposób gorsze, niż gdyby odpowiedziała. Perłówkowa Łapa odwróciła wzrok i skupiła się na trawie przed sobą, bo patrząc na mentorkę, trudniej było udawać, że była zupełnie spokojna.
Im bardziej jej frustracja rosła, tym więcej mimowolnych błędów robiła i żadna ilość świadomości tego faktu nie zmieniała sytuacji. Wiedziała o ogonie. Myślała o ogonie. A ogon i tak zamiatał, jakby należał do kogoś innego i tylko przypadkowo był z nią połączony. Do tego ziemia trzeszczała, trawa szeleściła i każdy dźwięk brzmiał w jej uszach jak kompletna porażka, co sprawiało, że napinała się coraz bardziej, a im bardziej się napinała, tym głośniej szła, i cały ten mechanizm kręcił się w kółko, które zaczynało doprowadzać ją do stanu, w którym bardzo miała ochotę powiedzieć coś, czego by potem żałowała.
— Perłówkowa Łapo.
— Wiem, ogon…
— Zatrzymaj się.
Sztywno wykonała polecenie. Równonoc podeszła i stanęła obok niej.
— Napinasz się — powiedziała, bez pouczającego tonu. — Im bardziej się starasz, tym więcej słychać.
— Bardzo pomocne — mruknęła Perłówka, nie patrząc na nią. — Nie zauważyłabym. To na pewno naprawi mój ogon.
Równonoc nie wyglądała na poruszoną tym tonem, co tylko bardziej irytowało.
— Nie naprawi, ale próbowanie kolejne dwadzieścia razy tą samą metodą tym bardziej nic nie zmieni, dopóki się nie rozluźnisz.
Młoda kotka zacisnęła pyszczek, bo każda kolejna odpowiedź, jaka przychodziła jej do głowy, była bardziej niesprawiedliwa niż poprzednia, a nawet ona wiedziała, że nie wydarzyło się tu nic, co zasługiwałoby na taki ton.
Mentorka podeszła jeszcze bliżej i trąciła ją łapą w bark.
— Tutaj. Czujesz, jak jest spięty?
Skoncentrowała się i rzeczywiście – był twardszy niż reszta ciała, jakby cała irytacja zebrała się akurat w jednym miejscu.
— Weź głęboki wdech i opuść go. Nie myśl o ogonie, nie myśl o łapach. Jedna rzecz na raz.
Spróbowała. Bark opadł nieznacznie, a wraz z nim zelżał trochę ucisk, który czuła gdzieś między żebrami od dłuższej chwili.
— Jeszcze raz — powiedziała Równonoc.
Krok był cichszy. Jeszcze nie całkiem cichy, ale na tyle, aby Perłówkowa Łapa pozwoliła sobie na małą, niechętną satysfakcję, jakiej nie zamierzała pokazać na pysku, bo jedna próba nie usprawiedliwiała jeszcze entuzjazmu, ale był to start.
Na razie musiało wystarczyć.

[1349 słów]

Od Łabądki do Nura

Ostatnio pogoda robiła się coraz gorsza. Było zimno, wietrznie i padało. Mama zabraniała im wychodzić do kącika zabaw, żeby się nie przeziębili. Może i nie lubiła tego całego chlapania się w wodzie, ale tylko tam mogła znajdować ładne rzeczy do swojej kolekcji. Oczywiście tata przynosił jej dużo rzeczy i była mu za to wdzięczna, ale bardzo się cieszyła z samodzielnych poszukiwań. Do tego tam czasem widywała motyle, których wewnątrz żłobka nigdy nie było. Teraz kiedy musiała przesiadywać wewnątrz, jedyne co mogła robić to podziwianie swojej kolekcji. To właśnie teraz robiła. Zauważyła jednak ostatnio, że jej brat również dostał coś od taty. I to nie byle co! Idealnie okrągły kamyk z rzeki. Nie był błyszczący ani nic w tym stylu, ale jego nieskazitelna symetria w połączeniu z brakiem czegoś podobnego sprawiała, że chciała go mieć. Może jeżeli ładnie poprosi, to Nur jej go odda? Dlatego teraz przejechała kilka razy językiem po futrze na piersi, po czym podeszła do brata. Ten akurat leżał na ziemi z otoczakiem między łapami.
– Dzień dobry, braciszku! – przywitała się, wyszczerzając zęby. – Ładny mamy dziś dzień nieprawdaż? – zadała pytanie retoryczne. Wiadomo było, że dzień nie był ładny. Prawdopodobnie zaraz miało zacząć padać. Nie zmieniało to faktu, że jakoś rozmowę trzeba było zacząć, żeby nie wyszło na to, że interesuje się bratem tylko, kiedy coś od niego chce. I co z tego, że taka była prawda?
– O! A co tam masz pomiędzy łapami? Nigdy czegoś takiego nie widziałam, mogę zobaczyć? – zapytała, trzepocząc rzęsami.

<Nurze? Daj kamienia>

Od Nura CD. Żabiej Łapy

Przed powstaniem namiestników

— Pewnie — odpowiedziała kotka.
I to już spodobało się maluchowi. Uczennica nie odganiała go, stwierdzając, że był za młody. Wreszcie!
— Ale pływać, tylko jeśli ktoś jest w kąciku zabaw — dodała po chwili, na co kocur kiwnął głową.
Wyszli, a Nur odetchnął świeżym powietrzem. Nie mógł doczekać się, aż będzie wojownikiem i będzie mógł wychodzić codziennie!
— Więc co byś chciał wiedzieć dokładnie? — zapytała.
Kocur zastanowił się chwilę. Miał naprawdę wiele pytań, ale nie chciał zostać spławiony przez kotkę. Miał opcję się czegoś dowiedzieć, więc musiał z niej skorzystać.
— Jak to jest być wojownikiem?
— To całkiem nudne wbrew pozorom — Nur uniósł wysoko brwi, zaskoczony tym stwierdzeniem... — Nikt Ci o tym nie mówi, jak zaczynasz być uczniem, ale… bycie wojownikiem nie jest niczym niesamowitym. Nic nie jest tak właściwie. Tak jak teraz wstajesz o poranku, żeby się najeść, będziesz wstawał jako wojownik. Potem patrol, drzemka, polowanie. I tak w kółko, chyba że znajdziesz sobie przyjaciół albo miłość, co zapełni ci trochę nudy w życiu. I tak do emerytury, właściwie.
Nur skrzywił się na samą myśl. Rutyna, o której mówiła kotka, brzmiała nudno, ale też wyjaśniała, dlaczego tyle kotów miało wady. Żyli w spokojnym świecie, nie uczyli się niczego, nie poprawiali swoich umiejętności.
— To nie brzmi… zachęcająco — stwierdził więc maluch.
— Może nie, jako samo pojęcie. To zależy, co zrobisz z tym faktem — zauważyła kotka.
No przecież! Nur nie musiał żyć jak inni – i tak był od nich lepszy. Gdy tylko zostanie wojownikiem, będzie się starał być jak najlepszy. Będzie ćwiczył i będzie przekazywał swoje nastawienie innym.
— Niektórzy wojownicy nie przejmują się monotonią. Tak wolą żyć. Jak jest spokojnie i nie muszą się niczym przejmować. Ale jak nie chcesz, tak żyć to nikt nie zabrania ci robić dodatkowych patroli, mieszać się w politykę i mącić w głowach innych. To całkiem proste tak właściwie. A ty jesteś całkiem spostrzegawczy, co? — zerknęła na niego.
— Jestem — zgodził się z dumą.
— To nigdy ci się nie będzie nudzić. Musisz tylko przyglądać się innym bardzo dobrze.
Kocur zamrugał kilka razy. Czy to naprawdę było tak proste? Już teraz widział, jak wiele kotów miało wady. Czy jeśli będzie starszy, będzie mógł je wypominać bez żadnego problemu? Czy gdyby był wystarczająco spostrzegawczy, mógłby się nawet wkraść w królewską rodzinę? Jego rodzice znali aktualnego lidera, a on właściwie mógłby znać kolejnych. Mógłby utrzymywać z nimi przyjacielskie stosunki… Mógłby być idealnym wojownikiem, ba! Idealnym powierzycielem, przyjacielem… Kimś ważnym. Nur uśmiechnął się na samą myśl.
— A teraz co? Pływanie czy polowanie? — zapytała Żabia Łapa, wyrywając go z letargu myśli.
— Pływanie. Mama mówi, że już mi świetnie idzie — wypiął dumnie pierś.
Kotka pokiwała głową i weszła do wody, a zaraz za nią wszedł maluch. Przez moment bawili się w wodzie, a srebrna pokazywała rudemu techniki dobrego pływania.

***

Nur polubił towarzystwo kotki. Fakt, że Żabia Łapa go nie spławiała, bardzo mu schlebiał. No i uczyła go rzeczy ze swoich treningów. Jak tylko zostanie uczniem, będzie przygotowany!
Nie mógł się więc doczekać, aż kotka znów przyjdzie i gdy tylko ją zauważył przy wejściu do żłobka, pojawił się przy jej nogach.
— A dziś Żabia Łapo, co robiłaś na treningach? — zapytał, siadając obok niej.
Chętnie słuchał o jej przygodach, chcąc wiedzieć jak najwięcej. Czym więcej będzie wiedział, tym bardziej gotowy będzie na bycie najlepszym uczniem, a potem najlepszym wojownikiem.

<Żabia Łapo?>

Od Nura CD. Trzcinowego Szmeru

— Jak na początki, to świetnie — odpowiedziała kotka.
Nur uśmiechnął się dumnie. Czuł asekurację matki i strach, gdy czasem nie czuł gruntu pod łapami. Musiał to wyćwiczyć, jak najszybciej się dało. Po chwili pręgowana obeszła Nura i mruczeniem namawiała do podążania za nią. Kocurek z dumą wypisaną na twarzy dopływał do jej pyszczka.
— Świetnie! — pochwaliła go. — Teraz spróbuj wrócić na ląd. Widzę, że masz nosa do pływania. Machasz łapkami jak wyderka.
Nur pokiwał głową z uśmiechem. Nie mógł się nacieszyć z pochwał, które słyszał. Może naprawdę miał szansę być najlepszy.
— Spróbuję! — zapewnił.
— Oczywiście, skoro tutaj dopłynąłeś, to i dotrzesz na mieliznę.
Więc kocurek spróbował. Oczywiście, nadal nie pływał idealnie, choćby chciał, to nie mógł się tego nauczyć w jeden dzień. A jednak udało mu się! Gdy wyszedł na ląd, otrzepał swoje futro i spojrzał na matkę.
— Udało mi się! — krzyknął do niej.
— Pięknie! A teraz tutaj wracaj! Jeszcze nie skończyliśmy pływać!
Więc Nur znów wskoczył do wody i podpłynął do matki. A potem już cały dzień bawili się w wodzie. Rudy widział dumę na twarzy kotki, przez co starał się jeszcze bardziej.

***

Żabia Łapa wydawała się naprawdę interesująca. A jeśli Nur o kimś tak mówił, to wiele znaczyło! Mógł jej pytać, o co chciał, a ona nie kończyła tematu, stwierdzając, że jest za młody. Pokazywała mu jak pływać i polować. Jednak miała swoje treningi i musiała iść… Ale zamiast niej pojawił się Żmijowcowa Wić z sumem w zębach. Ogromnym sumem! Położył rybę obok niego.
— To dla ciebie — mruknął jakby speszony.
Nur pokiwał głową i się rozejrzał. Nie do końca wiedział, czego od niego chciał ojciec. Oczywiście, że go kochał i lubił spędzać z nim czas! Mimo to, bury więcej czasu spędzał z jego siostrą, więc Nur – pamiętając słowa matki o zdrajcach i dobrym zachowaniu – spodziewał się, że za taki prezent musiał, albo będzie musiał zrobić coś niesamowitego.
— Dziękuję — odpowiedział.
Przez moment siedzieli w ciszy, ale potem Żmijowcowa Wić zaczął opowiadać o tym, że kiedyś taki sum zaatakował jakiegoś Nocniaka.

***

Wieczorem leżał wtulony w futro mamy i starał się utrzymać otwarte oczy. Był jednak zmęczony i trochę opornie mu to szło. Rozbudziło go pytanie mamy:
— I jak poszła rozmowa z ojcem? Hm? Całkiem wielkiego suma upolował dla ciebie, nie sądzisz? — zamruczała i polizała go po główce. — Może, jak uśniesz, to przyśni ci się, jak wyciągasz z wody ryby, jak dzielny wojownik.
— Poszło dobrze. Opowiadał mi o tym, jak się poluje. I jak kiedyś zaatakował was wielki sum — kocur spojrzał na kotkę.
Uśmiechnął się na sam zamysł snu. Chciałby jednak być już tym dzielnym wojownikiem. Chciał pokazać innym, że jest od nich lepszy! Chciał przynieść rodzicom więcej dumy!
— Mamo… Nie mogę zostać wojownikiem wcześniej? — zapytał z nadzieją w oczach. — Jestem już silny, super pływam i mogę polować! — wymienił z dumą. — Mandarynkowa Gwiazda by się nie zgodziła? Zna nas i wie, że będziemy świetni!

<Mamo?>

Od Brukselkowej Zadry CD. Zwęglonej Kukułki

Dawno, dawno temu

Był ciepły wieczór w Porze Zielonych Liści. Brukselkowa Zadra wraz ze swoją najdroższą przyjaciółką — Wrotyczową Szramą — siedziała właśnie nad brzegiem jeziora. Znajdowały się mniej więcej w tym samym miejscu, w którym pręgowana kocica przed wieloma księżycami wyłowiła z wody czekoladowego kociaka. Zdążył już dorosnąć i otrzymać wojownicze imię, a mimo to Brukselce wydawało się, jakby wydarzyło się to zaledwie wczoraj.
Patrząc na wartki nurt rzeki, zastanawiała się nad przebiegiem swojego życia. Czas płynął równie szybko, jak woda, a może nawet szybciej. Mogłaby przysiąc, że jeszcze kilka dni temu bawiła się w żłobku z Brokułem, by zaraz potem patrzeć, jak porywa go sowa. Kilka dni później otrzymała sen od Klanu Gwiazdy, a chwilę później walczyła już na śmierć i życie z Jadowitą Żmiją. Jak to się stało? Miała na karku już tyle księżyców, a mimo to czuła, jakby przyszła na świat zaledwie przed chwilą. Jakby wszystkie przeżyte dni wciąż mogła policzyć na palcach.
— Wrotyczowa Szramo? — zagadnęła, opierając głowę na barku przyjaciółki.
Dymna spojrzała na nią swoimi pięknymi, brązowymi oczami. Wyraz jej pyska pozostawał spokojny i pełen mądrości.
— Czy ty też czasem masz wrażenie, że twoje życie trwało ledwie kilka uderzeń serca? — spytała Brukselka. — Wiesz, nie zdarza mi się często nad tym rozmyślać. Wolę chwytać dzień i żyć chwilą, ale czasami nie potrafię powstrzymać się od zatrzymania na moment i pomyślenia o tym wszystkim, co już przeżyłam.
Wrotyczowa Szrama zamyśliła się przez chwilę, po czym powoli przeniosła spojrzenie na przyjaciółkę.
— Tak, Brukselko… Miewam wrażenie, jakby to wszystko wydarzyło się zaledwie wczoraj. Choć cieszę się z upływu czasu. Nie chciałabym już nigdy wrócić do dni, kiedy nosiłam miano Głupiej Łapy i byłam pośmiewiskiem całego klanu — stwierdziła z cichym westchnieniem. — Na szczęście to już przeszłość. Teraz mam nowe imię, ciebie oraz nasze przybrane kocięta, które kocham z całego serca — zamruczała, ugniatając ziemię łapami.
Przez dłuższą chwilę siedziały w komfortowej ciszy, wsłuchując się w szum płynącej rzeki i śpiew ptaków.
— Powiedzieć ci ciekawostkę? — odezwała się nagle Brukselka, uśmiechając się pod nosem.
Wrotyczowa Szrama skinęła głową, od razu skupiając całą uwagę na towarzyszce.
— Rodzice opowiedzieli mi kiedyś, że chcieli nadać mi imię Seradelka. Właściwie to mój ojciec chciał, ale Kwitnący Kalafior mu na to nie pozwoliła. Uznała, że Brukselka będzie do mnie bardziej pasować. Chyba miała rację, co? — zaśmiała się ciepło, mrużąc ślepia. — Nie wyobrażam sobie, że mogłabym nazywać się Seradela. Uważam, że Brukselkowa Zadra naprawdę do mnie pasuje. Nie mówię, że Seradelka to brzydkie imię, ale cieszę się, że ostatecznie to moja matka mnie nazwała.
Było to zgodne z prawdą. Białofutra kotka od zawsze pozostawała największym autorytetem Brukselki.
— Seradelka? — powtórzyła dymna. — Nawet ładne. Może jeśli kiedyś znajdziemy kolejne porzucone kocięta, jedno z nich nazwiemy właśnie tak? — zaproponowała.
Pręgowana wyprostowała się i spojrzała na swoje łapy.
— W sumie… czemu nie? — miauknęła. — Chciałabym, żebyśmy jeszcze kiedyś natknęły się na taką gromadkę porzuconych maluchów. Czuję, że dobrze wychowałyśmy Sna, Horyzont i Gwiazdnicę. Myślisz, że chcieliby mieć rodzeństwo? — zamyśliła się.
Mimo wszystko ani Brukselka, ani Wrotyczowa Szrama nie planowały biologicznego potomstwa. Przynajmniej nie z kotami z klanu. Obie wolały kotki, dlatego romantyczna relacja z kocurem w ogóle nie wchodziła w grę. A nawet gdyby, sama myśl o posiadaniu kociąt z kimś innym budziła w Brukselce dziwny dyskomfort. Nie nazwałaby tego zdradą, lecz w jej odczuciu było to czymś bardzo podobnym.

* * *

Zalotna Gwiazda zwołała wszystkie koty, by zebrały się w kręgu na terenie azylu. Brukselkowa Zadra w kościach czuła, co to oznaczało. Zwęglona Łapa wydawała się już na tyle doświadczoną uczennicą, by móc w końcu awansować i przyjąć miano wojowniczki. Czyżby nadszedł właśnie jej wielki dzień? Jeśli tak, będzie o krok bliżej od poznania całej prawdy na temat Klanu Wilka, gdyż Brukselka zamierzała opowiedzieć swoim córkom o kulcie dopiero wtedy, gdy obie zostaną wojowniczkami — czyli już niebawem. Wreszcie poczuje, że nie zawiodła Klanu Gwiazdy. Wreszcie będzie miała pewność, że nie porzuciła swojej misji i wciąż drzemie w niej determinacja z młodzieńczych lat.
— Zwęglona Łapo, twój mentor uważa, że jesteś gotowa, by zostać wojownikiem Klanu Wilka. By sprawdzić słuszność jego słów, odbędziesz walkę ze Sowim Zmierzchem. — Chłodny głos Zalotnej Gwiazdy rozległ się po całym azylu. — Jeśli wygrasz, otrzymasz nowe imię i zostaniesz pełnoprawnym wojownikiem, jednak jeśli przegrasz, będziesz kontynuować naukę jako uczeń.
Brukselkowa Zadra spięła mięśnie, czując, jak pod futrem momentalnie robi jej się gorąco. Czy szylkretowej kotce uda się zwyciężyć w walce ze swoim mentorem? Czy liliowy nie okaże się bardziej doświadczony i silniejszy? W końcu miał na karku o wiele więcej księżyców, przeżył już sytuacje, o których Zwęglona Łapa nawet nie śniła. Z pewnością znał więcej chwytów i sztuczek... Ta myśl sprawiła, że Brukselka poczuła mocniejsze bicie serca. Zazwyczaj starała się zachowywać zimną krew, lecz w takich chwilach nie potrafiła ukryć emocji.
Wkrótce okazało się jednak, że nie miała powodów do zmartwień. Jej córka okazała się gotowa do awansu. Bez większego trudu pokonała liliowego kocura dzięki swojemu sprytowi. Była naprawdę inteligentna i doskonale wiedziała, jak zwyciężyć nad przeciwnikiem, który przewyższał ją siłą i masą.
Gdy Zalotna Gwiazda wypowiedziała formułkę mianowania, Brukselkowa Zadra natychmiast zaczęła skandować nowe imię swojej przybranej córki. Nawet nie zdążyła się nad nim dłużej zastanowić ani ocenić, jak bardzo pasuje do szylkretki. To nie miało teraz znaczenia. Liczyło się tylko to, by wykrzyczeć je jak najgłośniej, aby Węgielka wiedziała, że jej matka jest z niej dumna.
Dopiero gdy okrzyki zaczęły cichnąć, a pozostali Wilczacy rozeszli się do swoich obowiązków, Brukselkowa Zadra wraz z Kryształową Łapą i Gwiazdnicowym Blaskiem podeszły do świeżo mianowanej wojowniczki.
— Zwęglona Kukułka, no proszę! — odezwała się liliowa, podchodząc bliżej szylkretowej. — Gratuluję ci zostania wojowniczką. Wiedziałam, że nie będziesz marnować czasu, jeśli o to chodzi! — dodała, poruszając końcówką ogona z ekscytacją. — Podoba ci się twoje nowe miano? W końcu najważniejsze jest to, żebyś dobrze się z nim czuła. A jeśli jednak ci nie odpowiada... nie martw się. Najwyżej zrobimy to, co konieczne — oznajmiła z chytrym uśmiechem, zerkając na Kryształkę i Gwiazdnicę, które zgodnie przytaknęły.

* * *

W końcu nadszedł też czas mianowania Kryształowej Łapy, która zwlekała z nim nieco dłużej niż jej siostra. Nie oznaczało to jednak, że Brukselka kochała ją mniej albo była nią zawiedziona. Nic z tych rzeczy. Wspierała obie swoje przybrane córki jednakowo, starając się, by żadnej nie faworyzować ani nie odpychać. Za wszelką cenę chciała uniknąć błędów, które popełniła, wychowując Sna, Horyzont i Gwiazdnicę. Choć nie uważała, że źle traktowała swoje wcześniejsze przybrane kocięta, czuła, że wiele mogła zrobić lepiej. Może gdyby była bardziej opiekuńcza i częściej okazywała im wsparcie, Mglisty Sen i Zaćmiony Horyzont nadal trwaliby u jej boku, zamiast opuszczać Klan Wilka?
Teraz bardzo żałowała swojej decyzji. Gdy wybuchł konflikt pomiędzy Wrotyczową Szramą a czarnofutrym kocurem, bez wahania stanęła po stronie przyjaciółki, przez co jej relacja z synem wyraźnie się pogorszyła. Gdyby tylko wiedziała, że kilka księżyców później dymna kotka zdradzi ją, wybierając służbę u boku Zalotnej Gwiazdy, już wtedy kazałaby jej nigdy więcej się do nich nie odzywać. Być może nawet zgodziłaby się uciec wraz ze Snem i resztą grupy, by rozpocząć życie jako samotnik.
Wtedy jednak nie miałaby okazji poprosić Przodków o reinkarnację swojej matki. Nie byłoby Kryształki ani Węgielki. Wszystko miało więc swoje dobre i złe strony. Może właśnie tak powinna patrzeć na własne decyzje — nie rozpamiętywać ich bez końca, lecz cieszyć się tym, co udało jej się osiągnąć. Wreszcie czuła się naprawdę szczęśliwa. Miała u boku trzy wspaniałe córki oraz Wilczego Skowyta.
Kryształowa Łapa pokonała w walce swojego mentora — Cienistą Zjawę. Gdy cały klan zaczął skandować jej nowe imię, Brukselkowa Zadra nachyliła się do stojącej obok Gwiazdnicowego Blasku i szepnęła:
— Myślisz, że są już gotowe, by poznać prawdę? — spytała. Szylkretka przerwała wykrzykiwanie imienia swojej siostry i odwróciła głowę w stronę starszej kotki. — Chciałam poczekać, aż obie zostaną wojowniczkami. No i są.
Gwiazdnicowy Blask skinęła powoli głową.
— Tak. Myślę, że są już gotowe — odparła cicho, po czym ponownie dołączyła do skandowania nowego imienia swojej siostry.

* * *

Teraźniejszość

Brukselkowa Zadra długo zbierała się do tego, by w końcu zabrać swoje córki poza obóz, by opowiedzieć im o kulcie. Nawet nie wiedziała, dlaczego tak było. Czy się stresowała? Czy bała się, że nałoży na nich zbyt dużą presję całą tą wiedzą? Być może. Wiedziała, że posiadanie takich informacji było nielegalne dla niewtajemniczonych kotów. Gdyby ktokolwiek dowiedział się o tym, że Brukselka i bliskie jej koty wiedzą o Klanie Wilka znacznie więcej niż przeciętny Wilczak, mogłoby się to skończyć nieprzyjemnie. Najpewniej śmiercią co najmniej jednego kota. Choć Zalotna Gwiazda była na tyle paranoiczna, że najchętniej pozbyłaby się wtedy każdego kota, który kiedykolwiek musnął futrem Brukselkę i koty z jej najbliższego otoczenia!
Liliowa siedziała właśnie przed legowiskiem wojowników, zastanawiając się nad tym, czy na pewno chce do niego wejść, by zawołać do siebie swoich bliskich. W końcu westchnęła jednak ciężko, myśląc o tym, że nie może tak odwlekać tej ważnej chwili. Inaczej może ona nigdy nie nadejść, co tylko sprawi, że Gwiezdni Przodkowie będą zawiedzeni liliową — a tego obawiała się najbardziej. Tym bardziej po tym, jak postanowili wysłuchać jej prośby i dać Kwitnącemu Kalafiorowi drugą szansę na ziemi.
— Wilczy Skowycie! — mruknęła wpierw, łapiąc kocura przed wejściem do legowiska wojowników.
Gdy czekoladowy podniósł uszy do góry, podeszła do niego i po upewnieniu się, że nikt jej nie podsłuchiwał, szepnęła mu do ucha:
— Pójdziesz jako ostatni. Pilnuj tyłów.
Krótko i zwięźle.
Wilczy Skowyt skinął głową na jej polecenie, udając się gdzieś w kąt obozu, by zacząć niepozornie czyścić swoje futro.
Brukselkowa Zadra zanurzyła się natomiast w półmroku legowiska z szerokim uśmiechem wymalowanym na pysku.
— Gwiazdnico, Kryształko, Kukułko! — przywitała się z nimi. — Co powiecie na rodzinny spacer? Dawno nie miałyśmy okazji wspólnie porozmawiać — oznajmiła, nie tracąc iskry w oczach. Jeśli miała udawać, musiała to przynajmniej robić wiarygodnie.
Wszystkie trzy kotki zgodziły się, by wyjść z nią poza obóz, toteż wkrótce to uczyniły. Brukselka zaczęła prowadzić je w stronę Opuszczonego Obozowiska, chcąc jak najbardziej oddalić się od gniazda Wilczaków. Jednocześnie co chwilę oglądała się za siebie, by upewnić się, że nikt ich nie śledzi, a także czy Wilczy Skowyt już za nimi podąża. W drodze nie wydarzyło się jednak nic niepokojącego i już wkrótce bezpiecznie dotarły do celu.
— Trochę długi ten spacer — zauważyła Kryształka, siadając ciężko.
Pozostałe kotki także usiadły, znajdując się teraz w kręgu.
— Bo to nie zwykły spacer. Zebrałam was tu w ważnym celu, lecz wpierw musimy poczekać na Wilczy Skowyt — mruknęła, przybierając poważny wyraz pyska.
Na zmianę jej tonu Kryształka aż drgnęła, zdziwiona.
W końcu zza krzewów wyłonił się znajomy, czekoladowy pysk, który dosiadł się do zgromadzonych kotek.
— Jest bezpiecznie. Nikt za wami nie szedł, za mną też nie. Żaden z Wilczaków nie powinien nas podsłuchiwać — zeznał, prostując się dumnie.
Cętkowana podziękowała mu skinieniem głowy za troskę i zaangażowanie, po czym spojrzała na swoje najmłodsze córki, które wpatrywały się w nią zmieszane i skonfundowane. Jeszcze nie wiedziały, co takiego się święci…
— Więc, jak już mówiłam, to nie tylko zwykły spacer. Zebrałam was tutaj, by powiedzieć wam całą prawdę na temat Klanu Wilka — odchrząknęła, owijając ogonem łapy. — Mogłyście już zauważyć, że zwyczaje w tej przynależności są dziwne, czasem nawet niepokojące. Tylko głupki porzucają sześcioksiężycowe kocięta samotnie w lesie i tylko głupki każą młodym kotom bić się o awans. My mierzymy jednak wyżej. MY mamy misję do wykonania.
Umilkła na moment, by przypomnieć swoim córkom o powadze tej sytuacji. Po chwili zmrużyła oczy.
— Wiele księżyców temu Klan Gwiazdy przemówił do mnie w śnie. Powiedział, że Klan Wilka zmierza ku samozagładzie, że muszę powstrzymać wiarę w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, nim będzie już za późno. Dowiedziałam się też wtedy, że w tej przynależności stacjonuje ohydny kult, który czci morderców i koty wyjęte spod kodeksu, a ponadto nie ma żadnych oporów przed zabiciem drugiego kota. Co kilka nocy spotykają się, by pozbawić życia napotkanych przez nich samotników, a potem jak zwierzęta smarują się ich krwią — wyznała z odrazą w głosie. — To nie jest normalne zachowanie. Nie chcę, byście kiedykolwiek pomyślały, że to, co robią te lisie serca, jest słuszne. Ich czyny można określić jedynie obleśnymi i niemoralnymi! Nie powinny mieć miejsca, a w naszym interesie leży, by tego dopilnować. Musimy jednak pamiętać o tym, że chęć naprawienia Klanu Wilka wiąże się ze sporym ryzykiem. Większość Wilczaków ma na tyle wyprany mózg, że ślepo bronią swoich wartości, nawet jeśli są kompletnie niesłuszne i durne. Jeśli kiedykolwiek dowiedzą się, że przeciwko nim spiskujemy, nie będą mieli litości. Jeśli nie pozostaniemy wystarczająco ostrożni, skończymy jako ich następne ofiary.

<Córeczko?>

Od Pajęczej Nici CD. Majaczącej Łapy

Przechyliła delikatnie łeb, aby przyjrzeć się dokładniej jej podobiecznemu.
Piorunował ją spojrzeniem tych dziwacznych, zielonych oczu, jakby nieszczególnie podobał mu się wybór mentora. Czyżby to przez Kukły pochodzenie? Zmarszczyła nos, nawet na moment nie odrywając od niego wzroku. Przecież to takie małe było, pewnie nic o niej nie słyszało. A skąd kocurek przybył? Czy widziała go kiedyś w żłobku? Nie, chyba nie. To pewnie dopiero przypałętał się do klanu, ale żeby już się tak puszył i kręcił nosem? Ha! Co za cudak.
Jeszcze chwilę napawała swe oczy widokiem, zanim bez słowa skinęła łepetynką i, odwróciwszy się, poczęła iść w stronę wyjścia z obozowiska.
— Granice — mruknęła, bardziej do siebie niż do niego, bo nawet na moment nie przystanęła, aby upewnić się, czy Majacząca Łapa za nią podąża.
Kątem oka tylko dostrzegła, jak uniósł ogon z zainteresowaniem.
— To znaczy? — zapytał, marszcząc brwi w niezadowoleniu. — I dlaczego takim tonem? — prychnął cicho, ale mimo to poszedł za mentorką, utykając lekko.
Pajęcza Nić spojrzała na ucznia przez ramię, ale nie zwolniła kroku. Czemu tak wolno łaził? Przeniosła wzrok na jego poharataną tylną łapę. Czyżby przydarzyło mu się to, gdy dołączył do klanu? A może urodził się z taką niedoskonałością?
— Pokażę ci tereny — wyjaśniła zwięźle.
— A, tak. Jasne — odparł krótko Majacząca Łapa, a po chwili (bo najwidoczniej chodzenie w milczeniu to zbyt wiele dla takich, jak on) dodał jeszcze:
— Czy to naprawdę potrzebne? Nie można jakoś połączyć tej teorii z praktyką?
— Nie. — Strzepnęła uchem. Nie planowała dodawać nic więcej, ale po chwili namysłu, aby na pewno zaspokoić jego ciekawość, odezwała się po raz kolejny:
— Dzisiaj zobaczysz tylko granice.
Kocurek chciał chyba dodać coś jeszcze, ale po chwili wahania najwidoczniej powstrzymał się, bo Kukła nic już od niego nie usłyszała. Szli przez chwilę w milczeniu; promienie słońca muskały delikatnie ich karki, a subtelna woń zwierzyny docierała do ich nozdrzy. Wkrótce zielona trawa zaczęła rozrzedzać się i ustępować martwej, zwęglonej ziemi. Wojowniczka przechyliła delikatnie łeb i zatrzymała się, wlepiając oczy w gałęzie wierzby.
— Pogorzelisko — rzuciła sucho. — Tutaj chowani są wojownicy, liderzy są pod samą wierzbą. — Mówiąc to, wskazała ogonem przed siebie.
— Pogorzelisko... Co za okropna nazwa. Mam nadzieję, że zbyt szybko się tutaj nie pojawię — parsknął kocurek, przewracając oczami.
Starsza tylko wzruszyła ramionami.
— Dopóki jesteś posłuszny i uważnie robisz, co każę, nie masz się czym martwić; nic nie zje kiełka.
Jeszcze chwilę stali przy cmentarzu, zanim Kukła odwróciła się, niemal od razu ruszając w przeciwnym kierunku.
Jej wzrok wylądował na jego delikatnie ukróconej kończynie i skrzywionym pysku; utykał, bo szedł nieco wolniej, niż spodziewałaby się po tak żywym uczniu; póki co jednak nie miała zamiaru mu tego wypominać. Albo sam to zgłosi, albo po treningu zaciągnie go za futro do Jagnięciego Ukłonu i wszystko wyjaśni się samo.
— Chodź. Będziesz mógł jeszcze dzisiaj spróbować swoich sił w polowaniu, jeśli wyrobimy się ze wszystkim — rzuciła przez ramię, posyłając krótkie spojrzenie podążającemu za nią uczniowi. Oczywiście kłamała, bo w obecnym stanie ten maluch nie dałby sobie rady z taką ilością wysiłku. Nie wyglądał na przyzwyczajonego do brakującej łapy.
Gdy tak szli w milczeniu, myślami Kukła powędrowała do ostatniego spotkania z Balladą oraz Pacynką. Co działo się teraz z siostrami? Czy Wielena powróciła już do Marionetki, a Pacynka wciąż realizowała jej plan? Słowa ciotki były jasne — nic się nie uda, jeśli nie będą współpracować, więc czy spełnianie idei zmarłej wciąż miało jakikolwiek sens? Strzepnęła ogonem.
Pragnęła powrócić do starej piwnicy, odnaleźć Pararelę i rozpocząć spokojne życia, z dala od klanów. Może Pacynka, po usłyszawszy jej marzeń, zapragnęłaby do niej dołączyć? Byłoby wspaniale! Razem zamieszkałyby w jakiejś starej szopie i żyłyby w spokoju, nie martwiąc się klanami czy innymi barbarzyńcami…
Zatrzymała się przy wysokim drzewie, upstrzonym sporym gniazdem.
— Sowi Strażnik — oznajmiła, przechylając wzrok, aby spojrzeć na Majaczącą Łapę. — Jeden kot pełni tutaj wartę przez pół dnia, potem ktoś inny go zamienia.

<Majacząca Łapo?>
[630 słów]