Zdawało się, że pogoda nie tyle uległa zmianie, ile została brutalnie wyrwana z własnej natury, jak gdyby niewidzialne szpony rozdarły nieboskłon pomiędzy dwoma światami i pozwoliły temu ciemniejszemu, bardziej zgniłemu oraz nasyconemu niepokojem, aby pożarł ten pierwszy bez pozostawienia po nim choćby najmniejszego śladu. Jeszcze niedawno ponad koronami drzew rozciągała się nieskazitelna kopuła błękitu, której spokojna powierzchnia przypominała taflę jeziora nietkniętą przez najlżejszy nawet podmuch wiatru, jednak teraz niebo przywodziło na myśl martwe, zadymione pustkowie, nad którym ciężkie warstwy chmur przesuwały się z ponurą dostojnością.
Pośród tej ciężkiej, przytłaczającej atmosfery Lśniąca Gwiazda siedział na mównicy, z wysokości spoglądając na cały klan z miną, która mogła uchodzić za spokojną wyłącznie dla tych, którzy nie znali go wystarczająco dobrze, ponieważ za chłodną maską opanowania kryło się nieustannie pracujące spojrzenie, analizujące każdy szczegół z niemal chorobliwą dokładnością.
Jego rude futro zdawało się pochłaniać resztki światła przesączającego się przez chmury, podczas gdy oczy przesuwały się po obozowisku z mechaniczną precyzją, zatrzymując się na uczniach ćwiczących przy wejściu, na wojownikach wymieniających pomiędzy sobą krótkie uwagi oraz na starszyźnie, której zmęczone sylwetki przypominały powoli rozpadające się pomniki dawnych czasów. Każdy kot, na którym zawieszał wzrok, stawał się jednocześnie oceniany, klasyfikowany oraz umieszczany w odpowiednim miejscu niewidzialnego porządku istniejącego wyłącznie w jego głowie.
Jego spojrzenie niemal natychmiast wyłowiło z tłumu sylwetkę Tawułowej Bryzy, który kierował się ku wyjściu z obozu z tą samą cichą obojętnością, jaka od jakiegoś czasu zaczynała coraz bardziej drażnić przywódcę. Sam widok wojownika opuszczającego obozowisko nie powinien budzić niczyich podejrzeń — podobne sytuacje zdarzały się przecież każdego dnia, jednak w przypadku białego kocura wszystko wydawało się odrobinę inne, jak gdyby wokół jego sylwetki rozciągała się cienka warstwa czegoś niewidzialnego, czego nie sposób było nazwać, lecz co nieustannie przyciągało uwagę.
Lśniąca Gwiazda już dawno zauważył, że Tawułowa Bryza coraz rzadziej pojawiał się na klanowej polanie, coraz częściej znikał bez wyjaśnień i coraz częściej sprawiał wrażenie kota, którego myśli znajdują się daleko poza granicami obozu.
Przez krótką chwilę zmusił się, aby skierować wzrok gdzie indziej — jakaś część jego umysłu próbowała przekonać go, że nie ma powodów do dalszego zainteresowania wojownikiem, jednak niemal natychmiast poczuł, jak jego spojrzenie powraca do białej sylwetki z siłą instynktu silniejszego od rozsądku. Nie potrafił określić, co dokładnie przyciągało jego uwagę, lecz miał nieodparte wrażenie, że coś znajduje się tuż poza granicą jego zrozumienia, jak gdyby dostrzegał poruszający się cień, którego źródło ukrywało się gdzieś poza zasięgiem wzroku. Uczucie to nie przypominało zwykłej ciekawości — ciekawość była emocją zbyt prostą i zbyt niewinną, aby opisać stan, który ogarniał jego wnętrze; bliżej mu było do obsesyjnego pragnienia odnalezienia skazy na idealnej powierzchni, odkrycia błędu, który pozwoliłby mu usprawiedliwić swoje plany.
A decyzja została podjęta już dawno, choć przez długi czas pozostawała ukryta pod warstwami pozornego rozsądku oraz cierpliwości — prawda była taka, że od jakiegoś czasu rozważał degradację Tawułowej Bryzy, analizując jego zachowania z niemal nienaturalną dokładnością i kolekcjonując najmniejsze nawet przewinienia niczym cenne trofea. Każde spóźnienie, każda nieobecność, każde spojrzenie skierowane gdzieś poza granice klanu oraz każda chwila milczenia stawały się częścią coraz większej konstrukcji budowanej w jego umyśle, aż w końcu obraz wojownika zaczął przypominać sylwetkę winowajcy jeszcze zanim pojawił się prawdziwy dowód jego winy.
Gdy podniósł się z miejsca i ruszył w stronę wyjścia z obozu, jego ruchy pozostawały spokojne oraz eleganckie, jednak pod powierzchnią tego opanowania kryło się napięcie przypominające cienką warstwę lodu rozciągniętą nad głęboką otchłanią — każdy kolejny krok przybliżał go nie tylko do Tawułowej Bryzy, lecz również do czegoś… Czego sam nie potrafił jeszcze nazwać, lecz co wydawało się mu niezwykle kuszące.
— Dobrze cię widzieć, Tawułowa Bryzo. Widzę, że się gdzieś wybierasz. Miałbyś coś przeciwko temu, żebym się przyłączył?
Słowa opuściły pysk Lśniącej Gwiazdy z taką lekkością, jak gdyby były częścią starannie wyćwiczonego przedstawienia, którego scenariusz znał od dawna, choć w rzeczywistości sam nie był pewien, dlaczego właśnie tak postanowił rozpocząć rozmowę.
Głos przywódcy pozostawał ciepły, uprzejmy i przyjemny dla ucha, a każdy dźwięk zdawał się starannie wymierzony, jakby jeszcze przed opuszczeniem gardła został poddany chłodnej analizie.
Tawułowa Bryza nie odpowiedział od razu — przez krótką chwilę przyglądał się stojącemu przed nim kotu z uwagą graniczącą z podejrzliwością. Jego spojrzenie przesunęło się po wygładzonym futrze, którego nie psuł ani jeden niesforny kosmyk, po lekko uniesionej głowie wyrażającej pewność siebie, lecz zatrzymującej się dokładnie o włos przed granicą arogancji, a następnie po oczach, które wyglądały na spokojne i opanowane, choć kryło się w nich coś, czego nie potrafił nazwać
— Idę na polowanie — odpowiedział w końcu Tawułowa Bryza, a choć jego ton pozostał względnie spokojny, pomiędzy sylabami dało się wyczuć cienką nić frustracji, której nie zdołał całkowicie ukryć. — Nie wiem, czy naprawdę pragnę towarzystwa.
Lśniąca Gwiazda pozwolił sobie na ciche chrząknięcie, po czym jego pysk rozciągnął się w delikatnym uśmiechu. Przez moment obserwował Tawułową Bryzę tak, jak badacz obserwuje owada zamkniętego pod szklaną kopułą, zastanawiając się nie nad tym, co powinien powiedzieć, lecz nad tym, jaki efekt wywołają jego słowa.
— Tak... Widzisz, Tawuło, chciałem omówić z tobą coś ważnego. Wiele myślałem o twoich sugestiach odnośnie zastępcy i chciałbym ponownie cię wysłuchać.
Nie było w tym nawet ziarna prawdy. Nie rozważał jego sugestii. nie zamierzał ich rozważać. Nie planował również prowadzić szczerej rozmowy.
Przez ułamek sekundy zastanowił się, dlaczego wypowiedział te słowa, skoro nie tylko były całkowicie sprzeczne z jego rzeczywistymi zamiarami — ale też i nie były w stanie przynieść mu faktycznej korzyści. Być może chciał zobaczyć reakcję wojownika. Być może pragnął sprawdzić, czy za jego pozornym spokojem ukrywa się rozczarowanie, gniew lub nadzieja. Być może zwyczajnie próbował zajrzeć głębiej do jego umysłu, nawet, jeśli miałby to zrobić jedynie powierzchownie.
Chyba najbardziej zaniepokoiło go jednak to, że zadziałał pod wpływem impulsu.
To właśnie ten fakt wzbudzał w nim największy dyskomfort.
Lśniąca Gwiazda zawsze uważał się za kota kierującego się logiką, analizą oraz precyzyjnie skonstruowanymi planami, dlatego świadomość, że powiedział coś spontanicznie, przypominała niewielką rysę na idealnie wypolerowanym lustrze.
Tawułowa Bryza lekko poruszył uszami. Był to drobny, niemal niezauważalny gest. A jednak Lśniąca Gwiazda dostrzegł go natychmiast.
Jeszcze bardziej interesujący okazał się jednak błysk, który pojawił się w oczach wojownika.
Przez jedno krótkie uderzenie serca mrok zalegający w jego spojrzeniu rozstąpił się, odsłaniając coś niemal niewiarygodnie szczerego. Nadzieję.
Czystą.
Bezbronną.
Tak nieskażoną cynizmem, że przywódca niemal poczuł rozbawienie.
Przez chwilę Tawułowa Bryza milczał, a jego spojrzenie uciekło gdzieś w bok, jak gdyby rozważał wszystkie możliwe konsekwencje odpowiedzi. Lśniąca Gwiazda obserwował go uważnie, dostrzegając każdy najdrobniejszy ruch mięśni pyska, każde drgnięcie uszu oraz każdą zmianę wyrazu oczu.
W końcu wojownik westchnął niemal niezauważalnie.
Ostatnie ślady niepewności zaczęły znikać z jego twarzy.
Nadzieja zwyciężyła.
Dokładnie tak, jak przewidywał przywódca.
— Myślę, że dokonałeś dobrego wyboru, Lśniąca Gwiazdo.
Lśniąca Gwiazda patrzył na wojownika bez słowa, czując gdzieś głęboko pod skórą dziwne, trudne do nazwania uczucie, ponieważ zamiast satysfakcji z dostrzeżonej nadziei odczuwał coś znacznie bardziej złożonego — coś pomiędzy pogardą dla jego łatwowierności a niezdrową fascynacją faktem, że mimo wszystkich rozczarowań Tawułowa Bryza wciąż potrafił wierzyć. Właśnie ta wiara wydawała się przywódcy najbardziej niezrozumiała, najbardziej obca i jednocześnie najbardziej niebezpieczna…
Gdy opuścili już obozowisko Lśniąca Gwiazda pozwolił, aby przez pewien czas towarzyszyło im wyłącznie wycie wiatru oraz odgłosy łamanych pod łapami gałązek — cisza stanowiła narzędzie równie użyteczne jak słowa, a czasem nawet znacznie potężniejsze.
Choć sprawiał wrażenie kota idącego obok Tawułowej Bryzy bez określonego celu, w rzeczywistości to on wyznaczał kierunek marszu, prowadząc rozmowę jeszcze zanim padło jakiekolwiek zdanie, gdyż nie potrafił dopuścić do sytuacji, w której choćby na moment utraciłby kontrolę nad jej przebiegiem.
Sam Tawułowa Bryza nie wytrzymał jednak długo tego milczenia, ponieważ nadzieja rozpalona przez wcześniejsze słowa przywódcy zaczynała coraz wyraźniej przebijać się przez jego ostrożność, aż w końcu znalazła ujście w postaci szczerego wyznania.
— Cieszę się, że zmieniłeś zdanie.
— Tak... Truskawkowe Pole jest dla mnie ważna, lecz nie powinienem pozwolić moim emocjom brać górę, gdy w naszym klanie znajduje się wiele zdolnych kotów, które zasługują na rolę zastępcy — mruknął, kierując spojrzenie ku ścieżce wijącej się pomiędzy ciemnymi pniami. — Choć wierzyłem w Pchełkowy Skok, nie mogłem całkowicie uciszyć kilku wątpliwości, które przesłaniały mi jej zalety.
Kłamstwo przyszło mu, ponownie, dość łatwo. W głębi duszy odnotował nawet z pewnym zainteresowaniem, że odgrywanie skruchy, otwartości oraz pokory przychodzi mu łatwiej niż wielu kotom okazywanie szczerych emocji, co samo w sobie wydawało mu się dość zabawne.
— Twoje sugestie wiele dla mnie znaczą — kontynuował, pozwalając głosowi nabrać miękkości, która dla większości kotów zabrzmiałaby całkowicie szczerze. — Wiem również, że wiele innych kotów podziela twoje opinie, dlatego chciałbym częściej korzystać z twojego doświadczenia i prosić cię o więcej porad, które pomogłyby mi prowadzić klan we właściwym kierunku.
Gdy słowa te zawisły pomiędzy nimi, Tawułowa Bryza wyglądał, jakby przez moment nie był pewien, czy dobrze usłyszał, ponieważ przyzwyczajał się raczej do chłodu i dystansu niż do podobnego uznania. Jego spojrzenie przesunęło się po pysku przywódcy w poszukiwaniu śladów kpiny lub ukrytej złośliwości, jednak Lśniąca Gwiazda nie pozostawił mu niczego, co mogłoby wzbudzić podejrzenia.
— Poza kwestią zastępcy myślałem również nad przywróceniem Rady Pięciu Wąsów. Wydaje mi się, że taki ruch pozwoliłby na bardziej zgodne wyznaczanie kierunku, w którym podąży nasz klan, a jednocześnie umożliwiłby rozpatrywanie najważniejszych decyzji z wielu różnych perspektyw, dzięki czemu uniknęlibyśmy błędów wynikających z patrzenia wyłącznie z jednego punktu widzenia.
Gdy tylko ostatnie słowa opuściły pysk Tawułowej Bryzy, coś wewnątrz Lśniącej Gwiazdy drgnęło gwałtownie, jak gdyby cienka, starannie napięta nić utrzymująca w ryzach jego emocje została nagle przecięta ostrym pazurem. Jeszcze przed chwilą słuchał wojownika z pozornym zainteresowaniem, pozwalając mu mówić i rozwijać własne myśli, jednak teraz każda sylaba odbijała się w jego głowie niczym kamień wrzucony do spokojnej tafli wody, wywołując coraz gwałtowniejsze fale.
Więc do tego wszystko zmierzało.
Właśnie takie plany nosił w sobie Tawułowa Bryza.
Nie wystarczało mu już wyrażanie opinii ani wpływanie na pojedyncze decyzje, skoro najwyraźniej zaczął rozważać zmiany, które mogłyby na stałe naruszyć porządek istniejący w klanie.
Myśl ta rozlała się po jego umyśle niczym jad, który z każdą chwilą dociera coraz głębiej do organizmu, a wraz z nią pojawiło się coś jeszcze gorszego — świadomość, że wojownik nie rzucał pustych słów pod wpływem emocji, lecz mówił o czymś, nad czym musiał zastanawiać się od dawna. Musiał przecież analizować ten pomysł, obracać go w myślach i pozwalać mu dojrzewać niczym nasionku ukrytemu pod warstwą ziemi, aż w końcu uznał go za wystarczająco wartościowy, by wypowiedzieć go na głos.
I te wszystkie koty… Przepiórka, Foka, Buk i cała reszta. Czy ich również “zapoznał” z tą całą ideą? Czyli to jednak był spisek? A może coś innego? Nie wiedział. Nie miał pojęcia czemu Tawuła miałby się z nim dzielić czymś takim. Może to była prowokacja…? A może próba zwyciężenia bez wysuwania pazurów? Nie, to… Nie miał pojęcia. Bo te słowa mogły znaczyć wszystko, zupełnie wszystko.
Nie był to jednak chłód płynący z otoczenia.
Było to znacznie bardziej pierwotne i znacznie bardziej upokarzające uczucie, ponieważ po raz pierwszy od dłuższego czasu uświadomił sobie, że nie kontroluje rozmowy tak doskonale, jak wydawało mu się jeszcze kilka chwil wcześniej.
Zwolnił kroku niemal niezauważalnie, próbując uporządkować myśli kłębiące się w jego głowie, jednak każda kolejna próba kończyła się fiaskiem, gdyż zamiast logicznych argumentów pojawiały się wyłącznie impulsywne reakcje. Wszystko, co przychodziło mu do głowy, brzmiało jak oskarżenie, wszystko wydawało się podszyte gniewem, a każde potencjalne zdanie przypominało bardziej wyrok wydawany przez przywódcę niż odpowiedź kota prowadzącego przyjacielską rozmowę.
Im bardziej próbował odzyskać kontrolę nad własnym umysłem, tym mocniej wymykała mu się ona spomiędzy łap, przez co nieprzyjemne uczucie zaczęło narastać z każdą chwilą, oplatając jego wnętrze niczym ciernie zaciskające się wokół gardła. Panika nie pojawiła się gwałtownie, lecz sączyła się powoli i metodycznie, aż w końcu zrozumiał, że właśnie ona odbiera mu zdolność natychmiastowego reagowania.
Wziął głęboki oddech, próbując ukryć narastające napięcie pod maską opanowania, jednak nawet zanim powietrze opuściło jego płuca, zrozumiał, że jest już za późno. Przez krótką chwilę pozwolił bowiem emocjom zbliżyć się zbyt blisko powierzchni, a jeden moment zawahania wystarczył, by idealnie skonstruowana fasada pokazała pierwsze pęknięcie.
Tawułowa Bryza zdążył to zauważyć.
Lśniąca Gwiazda dostrzegł to natychmiast, ponieważ wojownik zwolnił nieznacznie i skierował ku niemu spojrzenie pełne zakłopotania oraz ostrożnej niepewności, jak gdyby próbował zrozumieć, dlaczego rozmowa, która jeszcze przed chwilą wydawała się płynąć tak naturalnie, nagle natrafiła na niewidzialną przeszkodę.
— Ty… Myślisz, że możesz mi TO odebrać? Że MOŻESZ ODEBRAĆ MI TEN KLAN? TEN TYTUŁ? TE WSZYSTKIE KSIĘŻYCE WYCZEKIWANIA? NIE. NIE POZWOLĘ CI.
— Wyczekiwania… Lśniąca Gwiazdo, o czym ty mówisz…? Przecież to Pikująca Jaskółka miała zostać liderką, jak mogłeś tego wycze…
Lśniący poczuł, jak serce nagle mu przyśpiesza, źrenice kurczą się, a pazury wysuwają niemal instynktownie. Po jego futrze zaczął kapać deszcz, z nieba trzasnął grzmot. Nie wiedział, ile czasu tu stoją, w kompletnym bezruchu, lecz z mżawki zaczęła robić się ulewa, aż w końcu krople sączyły się niemal strugami.
— Nie wierzę… — miauknął cicho Tawuła.
Słowa Tawułowej Bryzy, wypowiedziane niemal bezgłośnie, zawisły w powietrzu cięższym niż deszcz, który spływał po futrze Lśniącej Gwiazdy, lecz w jego umyśle zabrzmiały jak uderzenie, które roztrzaskało ostatnie resztki kontroli, ponieważ już sam ton wojownika zdradzał, że nie chodziło o niezrozumienie, lecz o proces, który został rozpoczęty i którego nie dało się już zatrzymać.
W spojrzeniu Tawułowej Bryzy nie było już jedynie szoku ani prostego gniewu, lecz powolne, nieubłagane składanie fragmentów w całość, która z każdą sekundą stawała się coraz bardziej kompletna, aż zaczęła przypominać obraz, którego Lśniąca Gwiazda nigdy nie chciał ujrzeć w czyichkolwiek oczach.
Deszcz spływał gęstymi strugami, a wiatr szarpał gałęziami nad ich głowami, jednak przywódca czuł jedynie narastające napięcie w klatce piersiowej, ponieważ obserwował, jak wojownik przestaje być tylko świadkiem wybuchu gniewu, a zaczyna stawać się kimś, kto rozumie jego źródło, kto łączy Pikującą Jaskółkę z jego słowami, kto zaczyna dostrzegać w nich coś więcej niż emocjonalny chaos, aż w końcu zaczyna widzieć konstrukcję, której Lśniąca Gwiazda tak długo bronił przed światem.
Każdy kolejny moment ciszy pogłębiał tę przemianę — w nieruchomym spojrzeniu Tawułowej Bryzy nie było już miejsca na wątpliwość, lecz jedynie na niechciane zrozumienie, które wdzierało się coraz głębiej, jak woda przeciekająca przez pęknięcia w kamieniu.
Myśli wojownika układały się w coraz bardziej spójną całość, w której Pikująca Jaskółka przestawała być tylko dawną ofiarą losu, a stawała się punktem odniesienia dla wszystkiego, co doprowadziło Lśniącą Gwiazdę do obecnej pozycji, co sprawiało, że każdy jego ruch, każda decyzja i każde milczenie zaczynały wyglądać inaczej, jakby zostały poddane ocenie, której nigdy nie przewidział, aż w końcu granica między podejrzeniem a pewnością zaczęła się zacierać w sposób nieodwracalny.
Lśniąca Gwiazda poczuł, jak jego ciało reaguje zanim umysł zdążył cokolwiek przetworzyć, jak mięśnie napinają się w jednym, jedynym kierunku, jak pazury wysuwają się z łap z mokrym, ostrym śladem w błocie, jak wzrok zawęża się do jednego punktu, w którym stał Tawułowa Bryza, już nie jako wojownik, nie jako członek klanu, lecz jako świadek, którego obecność zaczynała zagrażać całej strukturze świata, który przywódca tak długo budował wokół siebie.
Deszcz uderzył w niego gwałtowniej, wiatr szarpnął futrem, a kolejny grzmot przetoczył się nad lasem, jednak wszystkie te zjawiska zostały wypchnięte na skraj świadomości przez narastające, nieodparte poczucie, że jedynym sposobem na odzyskanie równowagi nie jest już rozmowa, nie jest już kłamstwo, nie jest już nawet ucieczka w maskę, lecz coś znacznie bardziej definitywnego, coś, co usuwa problem zamiast go tłumaczyć.
Nie było w tym już myśli o konsekwencjach, ponieważ konsekwencje należały do przyszłości, która przestała mieć znaczenie w momencie, gdy teraźniejszość zaczęła się rozpadać, nie było w tym kalkulacji, ponieważ kalkulacja wymagała spokoju, którego już nie posiadał, nie było w tym nawet gniewu w jego czystej, uporządkowanej formie, ponieważ gniew zakładał jeszcze jakiś porządek, a to, co go wypełniało, było chaosem przebranym za konieczność.
Ruszył.
Najpierw był to ruch niemal niewidoczny, jak drgnięcie całego ciała, jak przełamanie ostatniego oporu, który jeszcze trzymał go w miejscu, a potem wszystko stało się jednocześnie, bez przejścia i bez wahania. Lśniąca Gwiazda rzucił się naprzód, wprost na białego kocura.
Z początku wyglądało na to, że miał przewagę, lecz Tawuła nie dawał za wygraną — zdając sobie sprawę z tego, że w tym momencie walczy nie tylko o prawdę, ale też i o własne życie, jego ciosy zdawały się przybierać na sile.
Lśniąca Gwiazda zaczął tracić precyzję, a jego ruchy, jeszcze przed chwilą prowadzone z pozorem kontroli, zaczęły rozpraszać się w przestrzeni, jakby mokre powietrze i śliska ziemia odbierały im kierunek, aż w końcu sam nie wiedział już, czy uderza w cel, czy tylko w jego przybliżony cień. Im dłużej trwał ten chaotyczny taniec, tym silniejsze stawało się w nim wrażenie, że to nie on dominuje sytuację, lecz że zostaje przez nią powoli pochłaniany.
W pewnym momencie rzeczywistość zawęziła się brutalnie do jednego punktu, jakby cały las, burza i świat poza nimi przestały istnieć w tej samej chwili, w której szczęki Tawułowej Bryzy zacisnęły się na jego łapie (tej łapie, którą niemal stracił), a ból nie przyszedł stopniowo ani ostrzegawczo, lecz uderzył natychmiast, gwałtownie i bezlitośnie, rozchodząc się po ciele Lśniącej Gwiazdy jak rozżarzone igły wbijające się w każdy nerw, odbierające nie tylko kontrolę nad ruchami, lecz także zdolność do jakiejkolwiek spójnej myśli, zmuszając go do cofnięcia się w najprostszy, najbardziej pierwotny poziom istnienia, gdzie nie było już przywódcy, planu ani celu, a jedynie czysta reakcja na cierpienie i przetrwanie.
Kolejne uderzenia Tawułowej Bryzy spadały na niego jedno po drugim, nie tworząc już żadnego rytmu ani struktury, lecz stając się chaotycznym ciągiem zdarzeń, które rozbijały resztki równowagi Lśniącej Gwiazdy. Ciało rudzielca zaczynało działać coraz bardziej niezależnie od jego woli, jakby każdy mięsień próbował osobno poradzić sobie z narastającym zagrożeniem, podczas gdy oddech stawał się coraz płytszy, urywany i niepewny, jakby powietrze przestawało być czymś dostępnym i stabilnym, a zaczynało wymykać się przy każdym wdechu, pozostawiając w klatce piersiowej jedynie pustą, palącą przestrzeń, w której świadomość nie była w stanie utrzymać się w jednym miejscu.
W tym rozpadzie kontroli ostatni odruch nie wynikał już z decyzji, lecz z samej struktury ciała, które próbowało utrzymać się w istnieniu mimo narastającego chaosu, gdy pazury przecięły mokrą przestrzeń powietrza i natrafiły na tylne łapy Tawułowej Bryzy. Lecz nawet ten gest, zamiast przynieść jakąkolwiek ulgę czy poczucie sprawczości, tylko pogłębił wrażenie rozpadu, ponieważ granice pomiędzy ciałem, ziemią i deszczem zaczęły się zacierać, jakby las i burza traciły ostrość i przechodziły w jedną, nieciągłą masę ruchu, dźwięku i bólu, w której nie dało się już odróżnić ataku od obrony ani rzeczywistości od jej odbicia.
Rzeczywistość zaczęła się rozwarstwiać, jakby umysł Lśniącej Gwiazdy przestawał utrzymywać jedną spójną powierzchnię doświadczenia, a zamiast tego pozwalał, by obrazy nakładały się na siebie, rozdzielały i zapadały, tworząc niestabilny, pulsujący układ, w którym nic nie pozostawało stałe dłużej niż uderzenie serca.
Najpierw czerwień pojawiła się jako wszystko, co istnieje, gęsta, lepka i pulsująca, wypełniająca całe pole widzenia jakby świat został zanurzony w jednym nieprzerwanym sygnale bólu, który nie miał początku ani końca, nie pozostawiając miejsca na żaden inny kolor, żadną myśl ani żaden dźwięk poza własnym, nieustannym naciskiem, który zdawał się wypierać wszystko inne z istnienia.
Ta czerwień nie była jednak stabilna, ponieważ zaczęła drżeć, falować i rozpadać się na fragmenty, jakby sama intensywność doznań była zbyt duża, by utrzymać ją w jednej formie, aż stopniowo zaczęła się cofać, tracić gęstość i rozmywać, przechodząc w coś bardziej nieokreślonego, w stan zawieszenia pomiędzy obecnością a zanikiem.
W jej miejsce pojawiła się czerń, nie zwykła ciemność nocy ani zamkniętych oczu, lecz czerń tak głęboka i pełna, że nie tylko pochłaniała obraz, lecz także odbierała poczucie granic własnego ciała, jakby Lśniąca Gwiazda przestawał być czymś oddzielonym od otoczenia i zaczynał rozpływać się w bezkształtną pustkę, w której nie istniało już ani „tu”, ani „teraz”, ani nawet świadomość tego, że coś jeszcze może istnieć poza tym stanem.
Aż w końcu ujrzał coś zupełnie… innego.
Łąka.
Pojawiła się nie jako spokojna wizja ani łagodne złudzenie ukojenia, lecz jako gwałtowny, niemal bolesny kontrast wobec wszystkiego, co wcześniej wypełniało jego istnienie — zamiast ciężaru deszczu, błota i rozedrganego od grzmotów lasu rozciągała się tam przestrzeń zalana światłem tak intensywnym, że zdawało się nie pochodzić z żadnego znanego źródła, jakby sama rzeczywistość została odarta z cienia i pozostawiona w stanie czystej, nieosłoniętej jasności.
Barwy nie były tam stłumione ani rozmyte, jak w pamięci czy śnie, lecz miały nienaturalną ostrość i niemal fizyczną obecność, gdzie żółć nie przypominała koloru kwiatów czy trawy, lecz pulsowała własnym rytmem, jakby była żywą materią rozlewającą się po przestrzeni, a błękit nieba nie stanowił tła ani kopuły, lecz otwartą, bezkresną głębię pozbawioną granic, w której nie istniało poczucie odległości, ciężaru ani kierunku, tylko nieustanne wrażenie zanurzenia w czymś nieskończonym i niemożliwym do objęcia.
Między tą jasnością a rzeczywistością, która jeszcze przed chwilą pochłaniała jego ciało bólem i ruchem, istniała nieprzekraczalna przepaść, ponieważ las był ciężarem wbijającym się w każdy oddech, wilgocią osiadającą na futrze, błotem trzymającym łapy i bólem, który nadawał każdemu ruchowi konkretną, nieuniknioną cenę, podczas gdy łąka była całkowitym zaprzeczeniem tego stanu, była ciszą pozbawioną napięcia, zawieszeniem, w którym nic nie wymagało reakcji, oraz lekkością tak obcą, że zdawała się nie należeć do żadnego znanego mu świata, a jednak w tej niemożliwej przestrzeni istniała sylwetka, której obecności nie potrafił ani zignorować, ani nazwać.
Nie miała ona wyraźnych krawędzi, mimo to była bardziej realna niż wszystko wokół, ponieważ przyciągała jego uwagę w sposób, który nie wynikał ani z logiki, ani z pamięci, lecz z czegoś głębszego, co zdawało się istnieć poza bólem i poza walką, jak echo znaczenia, którego nie dało się jeszcze w pełni zrozumieć.
Im bardziej próbował ją uchwycić, tym bardziej oddalała się w głąb światła, które nie zachowywało się jak przestrzeń, lecz jak żywy opór wobec jego obecności, rozciągając się i cofając jednocześnie, jakby sama wizja odmawiała kontaktu nie pozwalała się zamknąć w jednym punkcie uwagi. W końcu wrażenie ruchu zaczęło przypominać nie zbliżanie się, lecz nieustanne tracenie, jakby każdy krok był jednocześnie krokiem w stronę przybliżenia i oddalenia.
Miał wrażenie, że świetlista wizja na moment pęka, jakby coś niewidzialnego rozdzierało ją od środka z subtelnym, lecz nieodwracalnym oporem, ustępując miejsca rzeczywistości, która wracała gwałtownie i bezlitośnie, niosąc ze sobą deszcz uderzający o futro, ciężką wilgoć zawieszoną w powietrzu oraz szarość lasu rozmytego przez burzę, które nie tyle kontrastowały z wcześniejszym obrazem, co wręcz go unieważniały, jakby oba stany nie mogły istnieć równocześnie w jednym umyśle.
Przez ułamek czasu, trudny do uchwycenia i jeszcze trudniejszy do zrozumienia, te dwie rzeczywistości nakładały się na siebie, tworząc niestabilną granicę pomiędzy bólem a lekkością, pomiędzy ciężarem ciała a zawieszeniem bez grawitacji, aż w końcu, równie nagle jak wcześniej, łąka powróciła, zalewając jego wizję światłem tak intensywnym, że wszystko inne zdawało się jedynie bladym echem czegoś odległego i chwilowo zapomnianego.
Parę uderzeń serca później znów znajdował się w tej przestrzeni, gdzie żółć pulsowała własnym rytmem, a błękit nieba otwierał się bez końca nad nim, jednak coś było inne. Brakowało tej jednej obecności, która wcześniej przyciągała jego uwagę niczym punkt odniesienia w nieokreślonej przestrzeni. Dopiero wtedy, gdy zaczął rozglądać się uważniej, z narastającym niepokojem i pustką, uświadomił sobie, że sylwetka, której tak uporczywie szukał, zniknęła całkowicie, jakby nigdy nie należała do tej łąki ani do żadnej wizji, którą mógłby zatrzymać choćby na moment.
Ponownie otworzył oczy, a świat wrócił do niego nagle i bez uprzedzenia, jakby przerwany sen.
Rozejrzał się wokół, a jego spojrzenie, jeszcze przed chwilą rozproszone i niestabilne, zaczęło ponownie łapać ostrość. Choć była to ostrość nie wynikająca z jasności myśli, lecz z gwałtownego przypływu adrenaliny, który wdarł się do jego ciała jak uderzenie, wypierając resztki wizji i pustki, aż w końcu jedynym realnym punktem w przestrzeni stał się oddalający się Tawułowa Bryza.
Wojownik nie był daleko, lecz wystarczająco, by jego sylwetka poruszała się w rytmie nierównego, kuśtykającego biegu, co sprawiało, że każdy jego krok zdawał się jednocześnie ucieczką i próbą przetrwania. Jednak dla Lśniącej Gwiazdy nie istniała już interpretacja tych ruchów — rzeczywistość skurczyła się do jednego, prostego faktu, który wymagał natychmiastowej reakcji.
Podniósł się gwałtownie, a jego ciało, mimo ran i narastającego wyczerpania, odpowiedziało szybciej niż myśl, jakby instynkt przejął całkowitą kontrolę nad ruchem, wypychając go w stronę wojownika bez jakiejkolwiek przestrzeni na wahanie. Błoto rozpryskiwało się pod łapami, a deszcz spływał po jego futrze w ciężkich strugach, nie mających już znaczenia dla tego, co miało się wydarzyć.
Dystans między nimi zamknął się gwałtownie, niemal nienaturalnie szybko, jakby las sam skracał przestrzeń, by doprowadzić ich do kolejnego zderzenia. W momencie, gdy Lśniąca Gwiazda znalazł się tuż za Tawułową Bryzą, jego pazury ponownie wysunęły się w mokrą przestrzeń i zatopiły w jego plecach, przerywając rytm ucieczki i przywracając walkę do jej najostrzejszej formy.
Serce biło mu tak szybko, że każdy jego puls zdawał się uderzać nie tylko w ciało, lecz także w świadomość, rozszerzając ją i jednocześnie zawężając. Jego źrenice pozostawały szeroko otwarte, jakby próbowały pochłonąć całą scenę naraz.
W jego pazury przecinały ciało Tawułowej Bryzy z uporczywą, niemal mechaniczną konsekwencją, jakby każdy ruch był już nie decyzją, lecz kontynuacją rozpędzonego procesu, który nie znał zatrzymania. Nie zważał na ciosy, które biały wojownik próbował jeszcze desperacko wyprowadzać, choć stawały się one coraz bardziej chaotyczne, coraz słabsze, jak echo wcześniejszej walki rozbijające się o ciężar nieuchronnego końca.
Nagle, w sposób nie tyle nagły co nieodwracalny, strony zaczęły się odwracać, jakby sama struktura starcia traciła stabilność. Lśniąca Gwiazda przez chwilę poruszał się już nie w odpowiedzi na zagrożenie, lecz w stanie całkowitej dominacji, w którym kolejne uderzenia spadały jedno po drugim — w gardło, w pysk, w nogi. Były precyzyjne tylko na tyle, na ile pozwalał mu chaos, i konsekwentne tylko na tyle, na ile wymagało tego jego własne wewnętrzne napięcie. Z każdą chwilą Tawułowa Bryza coraz bardziej przestawał być przeciwnikiem, a coraz bardziej stawał się ciałem tracącym zdolność dalszego oporu. Mgła zaczęła zasnuwać jego spojrzenie, odbierając mu możliwość dalszej walki, aż w końcu nawet próby obrony zaczęły przypominać jedynie odruchy pozbawione dawnej siły.
Dopiero wtedy jego organizm pozwolił sobie na powrót świadomości. Lśniąca Gwiazda poczuł, że oddech zaczyna zwalniać, że chaos w klatce piersiowej przestaje narzucać rytm, a zamiast tego pojawia się coś na kształt kontroli, kruchej i spóźnionej, ale jednak kontroli, która pozwoliła mu wziąć kilka głębszych haustów powietrza, ciężkich i drżących, zanim opadł na ziemię, pozwalając mięśniom rozlać się w zmęczeniu, a umysłowi choć na chwilę wyjść z trybu przetrwania.
Leżąc pośród mokrej ziemi i deszczu, który spływał po jego futrze niczym obojętna zasłona oddzielająca go od reszty świata, zaczął odczuwać nie tyle ulgę, co narastającą, trudną do nazwania pustkę. Nie przypominała ona jednak żalu ani strachu. Było to raczej nieprzyjemne wrażenie odrealnienia, które powoli rozlewało się po jego umyśle, gdy próbował uporządkować wydarzenia ostatnich chwil. To, co jeszcze przed momentem wydawało się tak intensywne, tak namacalne i gwałtowne, zaczynało rozpadać się w pamięci na luźne, niespójne fragmenty. Obrazy mieszały się ze sobą, dźwięki traciły swoje źródło, a poszczególne chwile zdawały się odrywać od siebie nawzajem, jakby nie należały do jednej historii.
Nie wiedział, co właściwie zrobił, ani jak dokładnie do tego doszło — cała sytuacja wydawała się jedną wielką anomalią, której nie potrafił nawet opisać. Zwłaszcza ta łąka, która powracała do niego jak nieprzyjemne echo, nie pasujące do żadnej logiki ani żadnego porządku świata, ponieważ przecież nie mogła istnieć w tym samym ciągu zdarzeń co deszcz, ból i walka, a jednak jej obraz był tak wyraźny, tak intensywny, że nie dawał się zignorować, jakby jego własny umysł stworzył coś, co wymykało się jego spod jego łap i teraz odmawiało zniknięcia.
W tym powolnym powrocie świadomości poczuł, jak coś w jego wnętrzu zaciska się nieprzyjemnie, jakby dopiero teraz, w ciszy po walce, docierało do niego znaczenie tego, co się stało, i fakt, który nie wymagał już interpretacji, ponieważ był prosty i nieodwołalny — stracił jedno z żyć.
A jednak ta myśl nie przyniosła natychmiastowego przerażenia. Raczej dziwną, chłodną racjonalizację, w której Tawułowa Bryza przestał być zagrożeniem, a stał się jedynie przeszkodą usuniętą z równania, jednym mniej problemem w strukturze klanu, co pozwalało umysłowi Lśniącej Gwiazdy natychmiast przesunąć ciężar na inne kwestie, jakby porządkowanie świata mogło zastąpić znaczenie tego, co właśnie się wydarzyło.
„Więc… Jest całkiem nieźle” — ta myśl pojawiła się w nim niemal naturalnie, pozbawiona emocjonalnego ciężaru, jakby była logicznym wnioskiem, a nie oceną moralną, przecież jeden wróg Klanu Klifu mniej oznaczał stabilność, a stabilność oznaczała porządek.
Gdzieś na krawędzi tej myśli pojawiło się również przekonanie, że Gwiezdni Przodkowie z pewnością byliby z niego zadowoleni, nawet jeśli cena, jaką przyszło zapłacić, miała formę jednego z dziewięciu żyć, które teraz istniało już tylko jako abstrakcyjna strata, a nie coś, co można było naprawdę poczuć w pełni.
Uśmiech, który pojawił się na jego pysku, był lekki i niemal odruchowy, pozbawiony ciężaru chwili. Deszcz nadal padał, obmywając jego rany z obojętną konsekwencją natury, a ziemia pod nim pozostawała zimna i stabilna, oferując jedyny rodzaj odpoczynku, jaki był teraz dostępny. Pozwolił sobie na tę chwilę bezruchu, z myślą, że wkrótce wróci do obozowiska, kiedy tylko ciało odzyska wystarczającą siłę, by znów stać się narzędziem.
Gdzieś na skraju tej myśli pojawił się jeszcze Gąsienicowy Ogryzek, imię, które na moment zabrzmiało w jego głowie jak coś odległego i niemal zabawnego w swojej banalności, przypominając mu, że świat nie kończy się na tej jednej walce. Że istnieją kolejne decyzje, kolejne obowiązki i kolejne ruchy do wykonania…
Och, to życie lidera…
BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkęW Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Mioty
Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)
Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)
Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)
17 czerwca 2026
Od Czyhającej Mureny CD. Mandarynkowego Pióra (Mandarynkowej Gwiazdy)
Przechyliła delikatnie łeb, przenosząc wzrok na matkę.
— Byłoby miło — odparła.
Zacisnęła mocniej zęby. Z perspektywy wszystkich innych kotów, sytuacja pomiędzy nią a Mandarynkową Gwiazdą musiała wyglądać na jej oczywistą próbę morderstwa — ciężko jednak było Murenie uwierzyć, że ktoś mógłby postrzegać ją za tak głupią. Gdyby chciała zrobić coś, aby dostać się na szczyt hierarchii, najpierw postarałaby się pozbyć Laguny; może rozsiałaby jakieś plotki, może sięgnęła po bardziej radykalne środki, ale na pewno nie targnęłaby się na swoje życie, aby w tak oczywisty sposób spróbować zabić własną matkę, na dodatek obdarzoną przez Klam Gwiazdy kilkoma życiami.
I, oczywiście, miała zamiar udowodnić to Mandarynkowej Gwieździe już niedługo; nie mogła w końcu pozwolić na skalanie jej dobrego imienia — a, przede wszystkim, musiała zadbać o to, aby Wężynowy Kieł poniosła karę.
Zastanawiało ją tylko jedno — dlaczego Wężyna chciała zabić liderkę? Co tak naprawdę łączyło byłą samotniczkę z jej matką?
Przechyliła delikatnie łeb, wynurzając się z chłodnej tafli wody i powoli wychodząc na powierzchnię. Nagrzany piasek przesypywał się między jej mokrymi paliczkami, gdy z zadartym ogonem ruszyła przed siebie. Mimo rażącego słońca pysk trzymała wysoko i tylko zmrużyła oczy, aby ochronić je nieco przed światłem. Po powrocie z polowania koniecznie musiała udać się do Mandarynkowej Gwiazdy, aby nareszcie wszystko wyjaśnić. Nie mieściło jej się w głowie, że matka uznała ją za… za zwykłą zdrajczynię! Po tym, jak całe swoje życie (no, prawie) oddała służeniu Klanowi Nocy!
Strzepnęła ogonem, a jej wąsy drgnęły nieznacznie na tę myśl.
Piaszczyste wybrzeże wkrótce zaczęło ustępować zielonym łodygom trawy, a delikatna woń młodych liści wypełniła jej nozdrza. Skręciła w prawo, kierując się w stronę Zrujnowanego Mostu; ciemny zarys pomostu majaczył już w oddali, gdy wyminęła kolejne drzewo i wyszła na skąpaną w blasku słońca polankę.
Zatrzymała się na moment, unosząc wzrok na bezchmurne, popołudniowe niebo — jedynie słońce zakłócało bezkresny błękit, nie licząc ptaków, co jakiś czas przecinających nieboskłon. Księżniczka przez chwilę nasłuchiwała dźwięków otaczającej jej przyrody; w oddali do jej uszu docierał delikatny szum wody i szelest liści, poruszających się na wietrze. Mimo tego względnego spokoju, jeden, głośniejszy dźwięk przebijał się przez cichą melodię lasu; czyjeś kroki.
Rzuciła krótkie spojrzenie przez ramię — jej oczom ukazała się znajoma sylwetka i dymne futro, upstrzone jaśniejszymi plamami. Mewi Puch. Kocur podniósł krótką łapę i zbliżył się do niej, spoglądając na nią żółtymi ślepiami.
Dziwne, że wcześniej go nie zauważyła.
— Hej, Mureno! Widziałem, że wyszłaś z obozu, więc postanowiłem ci potowarzyszyć — oznajmił zwięźle, po czym zerknął na nią. — Nie masz nic przeciwko, prawda? Ostatnio zachowywałaś się jakoś dziwnie.
Czyhająca Murena nawet nie drgnęła.
— Możesz zostać — odparła. — Zastanawia mnie tylko, czemu pytasz. Czyżbyś nie słyszał o tym, co wydarzyło się między mną a Mandarynkową Gwiazdą? To chyba dość oczywiste.
Wojownik tylko przechylił łeb z zaskoczeniem i zmarszczył nos.
— Co?
Strzepnęła ogonem. Mogła się domyślić, że Mewi Puch nie miał bladego pojęcia na temat tego, co działo się w klanie. Pewnie nie zainteresowałby się tym, gdyby w grę nie wchodziła ona.
— Kilka księżyców temu Wężynowy Kieł usiłowała utopić Mandarynkową Gwiazdę… i, oczywiście, przyszłam na pomoc matce. — Odwróciła się, aby wreszcie na niego spojrzeć.
— To… um, dobrze, że ją uratowałaś!
— Myśli, że to ja chciałam ją zabić, Mewi Puchu. Dlatego Wężynowy Kieł; ta żałosna kupa futra, nie została jeszcze wygnana z klanu — wycedziła, mrużąc nieznacznie oczy.
Dymny otworzył pysk w zdumieniu.
— To… to niedorzeczne! Dlaczego miałabyś próbować zabić własną matkę!?
— Myśli, że jestem taka, jak Błękitna Laguna — urwała mu. — Ostatnio straciła do niego zaufanie, ale nie mam pojęcia czemu. Gdyby dowiedziała się, że to jego kochanka usiłowała ją zabić… Na pewno oddałaby jego posadę mnie. Rozumiesz, jakie to niesprawiedliwe?
Jej partner chyba nie rozumiał, ale widocznie był zbulwersowany, bo kiwał energicznie głową.
— W takim razie musisz wyjaśnić to Mnadarynkowej Gwieździe! Na pewno wszystko zrozumie i od razu pozbędzie się Węgorza!
Westchnęła cicho. Kocur wciąż nie rozumiał powagi sytuacji (i nie pamiętał imienia Wężyny, ale może to lepiej).
— Wątpię, aby mi uwierzyła. Już zdążyła stracić do mnie zaufanie… ale spróbuję — mruknęła, po czym wyprostowała się i strzepnęła ogonem. — No nic, zobaczymy, co los przyniesie. A póki co… chcesz ze mną zapolować?
Mewi Puch przekrzywił delikatnie łeb, ale po chwili skinął głową.
— No jasne — zgodził się.
— Wspaniale. Możesz pójść w prawo, a ja w lewo. Spotkajmy się tutaj za chwilę.
— Zobaczymy, kto upolował najwięcej! — zaproponował, na co kotka tylko przytaknęła.
— W porządku.
I to mówiąc, obaj oddalili się w przeciwne strony. Mewi Puch zniknął w cieniu gęstych drzew, a Czyhająca Murena udała się bardziej w kierunku Starej Łupiny. Zdawała sobie sprawę, że prawdopodobnie więcej zwierzyny będzie w lesie, ale nie zwracała na to uwagi. Potrzebowała tylko chwili na przemyślenie wszystkiego… w samotności.
Zatrzymała się przy trawiastym wybrzeżu i pochyliła do przodu, wlepiając wzrok w błękitną taflę wody. Delikatne rysy jej pyska odbiły się w niej, aby po chwili zniknąć pomiędzy falami. Ciemne, rybie kształty majaczyły w oddali i księżniczka zmrużyła oczy, skupiając się właśnie na nich.
Pod powierzchnią dostrzegła zarys kilku mniejszych ryb — uklei, bo jedna z nich zbliżyła się na tyle blisko powierzchni, że słońce odbiło się od jej drobnych łusek i Czyhająca Murena miała chwilę na przyjrzenie się rybkom. Wysunęła łapę i jednym, zdecydowanym ruchem wyłowiła wijącą się ukleję z wody, aby po chwili wbić w nią zęby.
Z ofiarą pod łapami przysiadła w kłujących łodygach trawy i zmrużyła delikatnie oczy, przejeżdżając językiem po futrze na klatce piersiowej. Delikatna, rybia woń zdążyła już osiąść na jej wibrysach, gdy podniosła zdobycz i ruszyła we wcześniej ustalone miejsce spotkania z Mewim Puchem.
— Czyhająca Mureno, jesteś! Długo ci to zajęło, więc zaczynałem się martwić… Myślałem, że dopadł cię łoś!
Jej ucho drgnęła delikatnie na wspomnienie łosia. Pamiętała, jak rozmawiali o nim podczas jednego z ich pierwszych spotkań.
— Nie masz się czym przejmować — zapewniła go, kiwając delikatnie głową.
Wojownik przez chwilę jeszcze wypytywał ją o jej samopoczucie, zanim wreszcie zaprezentował swoją zdobycz — całkiem pokaźną nornicę.
— Matko.
Powoli przekroczyła próg legowiska lidera, wkraczając w spowite mrokiem wnętrze sumaka. W środku było ciepło, nieco duszno, a słaba woń kurzu unosiła się w powietrzu. Zamrugała kilka razy, aby przywyknąć do zmiany oświetlenia i stanęła przed posłaniem Mandarynkowej Gwiazdy.
Starsza leżała na starannie uwitym gnieździe w milczeniu, mierząc córkę przenikliwym spojrzeniem. Cienkie smugi światła padały na jej grzbiet i pysk, naznaczone delikatną siwizną — kocica widocznie zestarzała się przez ostatnie kilka księżyców.
Murenę zastanawiało, o czym myślała teraz przywódczyni. Czy planowała wygnać ją z klanu? Była sceptycznie nastawiona, ale potrzebowała więcej dowodów? A może była przekonana o jej niewinności?
Nerwowo wygładziła sierść na karku, a następnie skinęła głową w stronę liderki.
— Jak zapewne się domyślasz, przyszłam nareszcie wyjaśnić… — urwała na moment. — poprzednią niefortunną sytuację.
Zapadła chwila milczenia. Krew szumiała księżnicze w uszach, dreszcz przebiegł po skórze. Murena mogłaby przysiąc, że ogon matki delikatnie drgnął — ale może była to tylko gra cieni. Wreszcie, starsza przerwała ciszę:
— Kontynuuj.
Wbrew oczekiwaniom, słowa Mandarynkowej Gwiazdy tylko pogorszyły sytuację. Dlaczego nie powiedziała nic więcej? Żadnego “nie musisz niczego tłumaczyć, jesteś cudowna! Razem wygnajmy Wężynę i Lagunę z klanu!”, żadnych słów pocieszenia, nawet najmniejszego znaku, że wciąż miała do córki jakiekolwiek zaufanie. Wysunęła i schowała pazury w nerwowym odruchu. Odchrząknęła. To był prawdopodobnie drugi raz w życiu, gdy nie wiedziała, co powiedzieć.
— Zakładam, że nie ufasz mi po tym, co się wydarzyło i myślisz, że to ja próbowałam cię utopić tamtego dnia — zaczęła ostrożnie, smagając ogonem powietrze. — Niestety nie mam dowodów, potwierdzających moją niewinność. Mogę cię tylko zapewnić, że nie ja za tym stoję. Gdy poprosiłam cię o rozmowę, moje intencje były w pełni czyste. Chciałam omówić temat Błękitnej Laguny, bo wiem, że ostatnio twoja relacja z nim znacznie się pogorszyła; chciałam poznać przyczynę tego. Po tym, jak dotarłam na ustalone miejsce spotkania, zobaczyłam Wężynowy Kieł; to ona próbowała cię zabić, więc przybiegłam ci na pomoc. Przysięgam! Nigdy nie podniosłabym łapy na własną matkę. Przyszłam, aby szukać sprawiedliwości. Zdaję sobie sprawę, jak radykalnie to brzmi i rozumiem twoje obawy, ale musisz mi uwierzyć. Ta samotniczka musi zostać wygnana. Jest zakałą Klanu Nocy; od początku wiedziałam, że nie można jej ufać. A fakt, że związała się właśnie z Błękitną Laguną? Co, jeśli wiedział o jej zamiarach? Proszę cię tylko, abyś to rozważyła.
Milczenie zawisło między nimi ponownie; tym razem znacznie cięższe. Powietrze było gęste. Liderka przez cały czas uważnie przysłuchiwała się jej słowom, ale ani razu nie przerwała jej. Wreszcie, zmrużywszy oczy, przerwała milczenie:
— Czyhająca Mureno, sama wiesz, że nie mam, jak ci zaufać. Mimo to wnosisz o wygnanie innego członka klanu. Spójrz na siebie i pomyśl, jak bardzo wyglądasz na winną. Z tego powodu nie zamierzam spełniać twoich próśb. — Pod koniec wypowiedzi przeniosła wzrok na łapy rozmówczyni, jakby czekając na jeden ruch, sugerujący chęć ataku.
Murena zrobiła krok do przodu. Jej ogon przeciął nerwowo powietrze.
— W takim razie przesłuchaj chociaż Wężynowy Kieł. Dobrze wiesz, że nie można jej ufać; nie można tak po prostu zostawić tej sytuacji — odparła prędko.
Jej matka napięła się widocznie.
— Siądź — powiedziała stanowczo, uważnie mierząc córkę wzrokiem.
Przechyliła delikatnie łeb, ale bez słowa wykonała polecenie matki, siadając na ziemi.
— Nie będę przyjmować od ciebie rozkazów. Skoro spisek się nie udał, to ja nadal rządzę w tym klanie. I lepiej będzie, jeżeli wszyscy się do tego przyzwyczają.
Murena strzepnęła ogonem. Dlaczego Mandarynkowa Gwiazda odmawiała przesłuchania Wężyny?
— Nie rozkazywałam ci... — zaprotestowała młodsza, starając się zachować spokojny ton głosu. — A przede wszystkim, nie spiskowałam przeciwko tobie. Dobrze wiesz, że nawet, gdybyś umarła, nie przejęłabym władzy w Klanie Nocy i najpierw musiałabym pozbyć się Błękitnej Laguny. To byłoby niedorzeczne! Jedynym logicznym wyjściem z tej sytuacji jest przesłuchanie wszystkich podejrzanych i poszukanie ewentualnych świadków. Oskarżasz mnie o coś, o co nawet nie masz dowodów, mamo.
— Nikt nie ma dowodów. No, chyba, że czegoś jeszcze mi nie powiedziałaś.
Podniosła głowę. Dlaczego matka w ogóle jej nie słuchała? Czy tak ciężko było zrobić tą jedną, jedyną rzecz?
— Dlatego proponuję, abyś przesłuchała Wężynowy Kieł — oznajmiła, na co starsza tylko westchnęła.
— To koniec naszej rozmowy — mruknęła.
Zmrużyła oczy, ale nie zaprotestowała; zamiast tego skinęła głową i powoli podniosła się z ziemi, bez słowa ruszając w stronę wyjścia z legowiska.
— To niedorzeczne.
— Byłoby miło — odparła.
─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───
I, oczywiście, miała zamiar udowodnić to Mandarynkowej Gwieździe już niedługo; nie mogła w końcu pozwolić na skalanie jej dobrego imienia — a, przede wszystkim, musiała zadbać o to, aby Wężynowy Kieł poniosła karę.
Zastanawiało ją tylko jedno — dlaczego Wężyna chciała zabić liderkę? Co tak naprawdę łączyło byłą samotniczkę z jej matką?
Przechyliła delikatnie łeb, wynurzając się z chłodnej tafli wody i powoli wychodząc na powierzchnię. Nagrzany piasek przesypywał się między jej mokrymi paliczkami, gdy z zadartym ogonem ruszyła przed siebie. Mimo rażącego słońca pysk trzymała wysoko i tylko zmrużyła oczy, aby ochronić je nieco przed światłem. Po powrocie z polowania koniecznie musiała udać się do Mandarynkowej Gwiazdy, aby nareszcie wszystko wyjaśnić. Nie mieściło jej się w głowie, że matka uznała ją za… za zwykłą zdrajczynię! Po tym, jak całe swoje życie (no, prawie) oddała służeniu Klanowi Nocy!
Strzepnęła ogonem, a jej wąsy drgnęły nieznacznie na tę myśl.
Piaszczyste wybrzeże wkrótce zaczęło ustępować zielonym łodygom trawy, a delikatna woń młodych liści wypełniła jej nozdrza. Skręciła w prawo, kierując się w stronę Zrujnowanego Mostu; ciemny zarys pomostu majaczył już w oddali, gdy wyminęła kolejne drzewo i wyszła na skąpaną w blasku słońca polankę.
Zatrzymała się na moment, unosząc wzrok na bezchmurne, popołudniowe niebo — jedynie słońce zakłócało bezkresny błękit, nie licząc ptaków, co jakiś czas przecinających nieboskłon. Księżniczka przez chwilę nasłuchiwała dźwięków otaczającej jej przyrody; w oddali do jej uszu docierał delikatny szum wody i szelest liści, poruszających się na wietrze. Mimo tego względnego spokoju, jeden, głośniejszy dźwięk przebijał się przez cichą melodię lasu; czyjeś kroki.
Rzuciła krótkie spojrzenie przez ramię — jej oczom ukazała się znajoma sylwetka i dymne futro, upstrzone jaśniejszymi plamami. Mewi Puch. Kocur podniósł krótką łapę i zbliżył się do niej, spoglądając na nią żółtymi ślepiami.
Dziwne, że wcześniej go nie zauważyła.
— Hej, Mureno! Widziałem, że wyszłaś z obozu, więc postanowiłem ci potowarzyszyć — oznajmił zwięźle, po czym zerknął na nią. — Nie masz nic przeciwko, prawda? Ostatnio zachowywałaś się jakoś dziwnie.
Czyhająca Murena nawet nie drgnęła.
— Możesz zostać — odparła. — Zastanawia mnie tylko, czemu pytasz. Czyżbyś nie słyszał o tym, co wydarzyło się między mną a Mandarynkową Gwiazdą? To chyba dość oczywiste.
Wojownik tylko przechylił łeb z zaskoczeniem i zmarszczył nos.
— Co?
Strzepnęła ogonem. Mogła się domyślić, że Mewi Puch nie miał bladego pojęcia na temat tego, co działo się w klanie. Pewnie nie zainteresowałby się tym, gdyby w grę nie wchodziła ona.
— Kilka księżyców temu Wężynowy Kieł usiłowała utopić Mandarynkową Gwiazdę… i, oczywiście, przyszłam na pomoc matce. — Odwróciła się, aby wreszcie na niego spojrzeć.
— To… um, dobrze, że ją uratowałaś!
— Myśli, że to ja chciałam ją zabić, Mewi Puchu. Dlatego Wężynowy Kieł; ta żałosna kupa futra, nie została jeszcze wygnana z klanu — wycedziła, mrużąc nieznacznie oczy.
Dymny otworzył pysk w zdumieniu.
— To… to niedorzeczne! Dlaczego miałabyś próbować zabić własną matkę!?
— Myśli, że jestem taka, jak Błękitna Laguna — urwała mu. — Ostatnio straciła do niego zaufanie, ale nie mam pojęcia czemu. Gdyby dowiedziała się, że to jego kochanka usiłowała ją zabić… Na pewno oddałaby jego posadę mnie. Rozumiesz, jakie to niesprawiedliwe?
Jej partner chyba nie rozumiał, ale widocznie był zbulwersowany, bo kiwał energicznie głową.
— W takim razie musisz wyjaśnić to Mnadarynkowej Gwieździe! Na pewno wszystko zrozumie i od razu pozbędzie się Węgorza!
Westchnęła cicho. Kocur wciąż nie rozumiał powagi sytuacji (i nie pamiętał imienia Wężyny, ale może to lepiej).
— Wątpię, aby mi uwierzyła. Już zdążyła stracić do mnie zaufanie… ale spróbuję — mruknęła, po czym wyprostowała się i strzepnęła ogonem. — No nic, zobaczymy, co los przyniesie. A póki co… chcesz ze mną zapolować?
Mewi Puch przekrzywił delikatnie łeb, ale po chwili skinął głową.
— No jasne — zgodził się.
— Wspaniale. Możesz pójść w prawo, a ja w lewo. Spotkajmy się tutaj za chwilę.
— Zobaczymy, kto upolował najwięcej! — zaproponował, na co kotka tylko przytaknęła.
— W porządku.
I to mówiąc, obaj oddalili się w przeciwne strony. Mewi Puch zniknął w cieniu gęstych drzew, a Czyhająca Murena udała się bardziej w kierunku Starej Łupiny. Zdawała sobie sprawę, że prawdopodobnie więcej zwierzyny będzie w lesie, ale nie zwracała na to uwagi. Potrzebowała tylko chwili na przemyślenie wszystkiego… w samotności.
Zatrzymała się przy trawiastym wybrzeżu i pochyliła do przodu, wlepiając wzrok w błękitną taflę wody. Delikatne rysy jej pyska odbiły się w niej, aby po chwili zniknąć pomiędzy falami. Ciemne, rybie kształty majaczyły w oddali i księżniczka zmrużyła oczy, skupiając się właśnie na nich.
Pod powierzchnią dostrzegła zarys kilku mniejszych ryb — uklei, bo jedna z nich zbliżyła się na tyle blisko powierzchni, że słońce odbiło się od jej drobnych łusek i Czyhająca Murena miała chwilę na przyjrzenie się rybkom. Wysunęła łapę i jednym, zdecydowanym ruchem wyłowiła wijącą się ukleję z wody, aby po chwili wbić w nią zęby.
Z ofiarą pod łapami przysiadła w kłujących łodygach trawy i zmrużyła delikatnie oczy, przejeżdżając językiem po futrze na klatce piersiowej. Delikatna, rybia woń zdążyła już osiąść na jej wibrysach, gdy podniosła zdobycz i ruszyła we wcześniej ustalone miejsce spotkania z Mewim Puchem.
— Czyhająca Mureno, jesteś! Długo ci to zajęło, więc zaczynałem się martwić… Myślałem, że dopadł cię łoś!
Jej ucho drgnęła delikatnie na wspomnienie łosia. Pamiętała, jak rozmawiali o nim podczas jednego z ich pierwszych spotkań.
— Nie masz się czym przejmować — zapewniła go, kiwając delikatnie głową.
Wojownik przez chwilę jeszcze wypytywał ją o jej samopoczucie, zanim wreszcie zaprezentował swoją zdobycz — całkiem pokaźną nornicę.
─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───
Po powrocie do obozu Klanu Nocy
— Matko.
Powoli przekroczyła próg legowiska lidera, wkraczając w spowite mrokiem wnętrze sumaka. W środku było ciepło, nieco duszno, a słaba woń kurzu unosiła się w powietrzu. Zamrugała kilka razy, aby przywyknąć do zmiany oświetlenia i stanęła przed posłaniem Mandarynkowej Gwiazdy.
Starsza leżała na starannie uwitym gnieździe w milczeniu, mierząc córkę przenikliwym spojrzeniem. Cienkie smugi światła padały na jej grzbiet i pysk, naznaczone delikatną siwizną — kocica widocznie zestarzała się przez ostatnie kilka księżyców.
Murenę zastanawiało, o czym myślała teraz przywódczyni. Czy planowała wygnać ją z klanu? Była sceptycznie nastawiona, ale potrzebowała więcej dowodów? A może była przekonana o jej niewinności?
Nerwowo wygładziła sierść na karku, a następnie skinęła głową w stronę liderki.
— Jak zapewne się domyślasz, przyszłam nareszcie wyjaśnić… — urwała na moment. — poprzednią niefortunną sytuację.
Zapadła chwila milczenia. Krew szumiała księżnicze w uszach, dreszcz przebiegł po skórze. Murena mogłaby przysiąc, że ogon matki delikatnie drgnął — ale może była to tylko gra cieni. Wreszcie, starsza przerwała ciszę:
— Kontynuuj.
Wbrew oczekiwaniom, słowa Mandarynkowej Gwiazdy tylko pogorszyły sytuację. Dlaczego nie powiedziała nic więcej? Żadnego “nie musisz niczego tłumaczyć, jesteś cudowna! Razem wygnajmy Wężynę i Lagunę z klanu!”, żadnych słów pocieszenia, nawet najmniejszego znaku, że wciąż miała do córki jakiekolwiek zaufanie. Wysunęła i schowała pazury w nerwowym odruchu. Odchrząknęła. To był prawdopodobnie drugi raz w życiu, gdy nie wiedziała, co powiedzieć.
— Zakładam, że nie ufasz mi po tym, co się wydarzyło i myślisz, że to ja próbowałam cię utopić tamtego dnia — zaczęła ostrożnie, smagając ogonem powietrze. — Niestety nie mam dowodów, potwierdzających moją niewinność. Mogę cię tylko zapewnić, że nie ja za tym stoję. Gdy poprosiłam cię o rozmowę, moje intencje były w pełni czyste. Chciałam omówić temat Błękitnej Laguny, bo wiem, że ostatnio twoja relacja z nim znacznie się pogorszyła; chciałam poznać przyczynę tego. Po tym, jak dotarłam na ustalone miejsce spotkania, zobaczyłam Wężynowy Kieł; to ona próbowała cię zabić, więc przybiegłam ci na pomoc. Przysięgam! Nigdy nie podniosłabym łapy na własną matkę. Przyszłam, aby szukać sprawiedliwości. Zdaję sobie sprawę, jak radykalnie to brzmi i rozumiem twoje obawy, ale musisz mi uwierzyć. Ta samotniczka musi zostać wygnana. Jest zakałą Klanu Nocy; od początku wiedziałam, że nie można jej ufać. A fakt, że związała się właśnie z Błękitną Laguną? Co, jeśli wiedział o jej zamiarach? Proszę cię tylko, abyś to rozważyła.
Milczenie zawisło między nimi ponownie; tym razem znacznie cięższe. Powietrze było gęste. Liderka przez cały czas uważnie przysłuchiwała się jej słowom, ale ani razu nie przerwała jej. Wreszcie, zmrużywszy oczy, przerwała milczenie:
— Czyhająca Mureno, sama wiesz, że nie mam, jak ci zaufać. Mimo to wnosisz o wygnanie innego członka klanu. Spójrz na siebie i pomyśl, jak bardzo wyglądasz na winną. Z tego powodu nie zamierzam spełniać twoich próśb. — Pod koniec wypowiedzi przeniosła wzrok na łapy rozmówczyni, jakby czekając na jeden ruch, sugerujący chęć ataku.
Murena zrobiła krok do przodu. Jej ogon przeciął nerwowo powietrze.
— W takim razie przesłuchaj chociaż Wężynowy Kieł. Dobrze wiesz, że nie można jej ufać; nie można tak po prostu zostawić tej sytuacji — odparła prędko.
Jej matka napięła się widocznie.
— Siądź — powiedziała stanowczo, uważnie mierząc córkę wzrokiem.
Przechyliła delikatnie łeb, ale bez słowa wykonała polecenie matki, siadając na ziemi.
— Nie będę przyjmować od ciebie rozkazów. Skoro spisek się nie udał, to ja nadal rządzę w tym klanie. I lepiej będzie, jeżeli wszyscy się do tego przyzwyczają.
Murena strzepnęła ogonem. Dlaczego Mandarynkowa Gwiazda odmawiała przesłuchania Wężyny?
— Nie rozkazywałam ci... — zaprotestowała młodsza, starając się zachować spokojny ton głosu. — A przede wszystkim, nie spiskowałam przeciwko tobie. Dobrze wiesz, że nawet, gdybyś umarła, nie przejęłabym władzy w Klanie Nocy i najpierw musiałabym pozbyć się Błękitnej Laguny. To byłoby niedorzeczne! Jedynym logicznym wyjściem z tej sytuacji jest przesłuchanie wszystkich podejrzanych i poszukanie ewentualnych świadków. Oskarżasz mnie o coś, o co nawet nie masz dowodów, mamo.
— Nikt nie ma dowodów. No, chyba, że czegoś jeszcze mi nie powiedziałaś.
Podniosła głowę. Dlaczego matka w ogóle jej nie słuchała? Czy tak ciężko było zrobić tą jedną, jedyną rzecz?
— Dlatego proponuję, abyś przesłuchała Wężynowy Kieł — oznajmiła, na co starsza tylko westchnęła.
— To koniec naszej rozmowy — mruknęła.
Zmrużyła oczy, ale nie zaprotestowała; zamiast tego skinęła głową i powoli podniosła się z ziemi, bez słowa ruszając w stronę wyjścia z legowiska.
— To niedorzeczne.
<Mamo?>
Od Jesionowej Szadzi CD. Miodowej Łapy
Jeszcze za okresu Pory Zielonych Liści
Słońce chyliło się już ku zachodowi, a cienie stawały się coraz dłuższe. Ptaki chętniej śpiewały, tworząc wieczorny chórek. Jesionka wypoczywała gdzieś w kącie obozu, z dala od drażniących promieni słonecznych. Leżała spokojnie z zamkniętymi oczami, a jej uszy podrygiwały w rytmie śpiewu ptactwa. Jej futro było świeżo umyte i lśniło pięknie nawet w cieniu. Jej łabędzie pióro spoczywało u jej łap, podczas gdy ona delektowała się chwilą. Tak bardzo się wsłuchała w symfonię kosów, że nawet nie zdała sobie sprawy, że ktoś do niej podszedł. Dopiero gdy poczuła futro ocierające się o jej bok, zrozumiała, że ma towarzystwo. Podniosła łeb i zauważyła już leżącą obok niej Miodową Łapę, która uśmiechała się ciepło. Może i cieplej niż promienie słońca Pory Zielonych Liści. Liliowej serce zmiękło.
— Wybacz, słoneczko… nie chciałam ci przerywać — wymruczała złota cichym głosem, jakby nie chciała przeszkadzać ptakom w śpiewie.
— Nic nie szkodzi — odparła podobnym tonem i położyła łapę na łapie towarzyszki. — Niczego mi nie przerywasz. Nawet jakoś tak… milej jest z tobą u boku — przyznała, a jej wzrok utkwił w ziemi, jakby się onieśmieliła. Na jej pyszczku widniał szczery uśmiech, którego gdyby nawet chciała, nie umiałaby przerwać.
Przez chwilę obie w ciszy słuchały ptasiego chóru, który z każdym uderzeniem serca nabierał coraz to bardziej delikatnych tonów. Pewnie niektóre ptaki już chowały się z powrotem do gniazd, a inne zaledwie dołączały po męczącym dniu pełnym swoich ptasich obowiązków.
— Kiedy przeniosłaś się do legowiska wojowników, jakoś tak pusto jest w tym od uczniów… — powiedziała Miodka, wpatrując się w ziemię i ryjąc w niej kółka jednym pazurem. — Muszę przyznać, że tęsknię za tobą za każdym razem, gdy przypominam sobie, że jesteś gdzieś indziej — wymamrotała nieśmiało, unikając kontaktu wzrokowego.
Jesionka zastanowiła się chwilkę.
— Jestem pewna, że ty też niedługo zostaniesz wojowniczką — stwierdziła pewnie. — Obok mojego posłania jest pusta przestrzeń na inne, więc będziemy mogły być u boku, tak samo, jak za ucznia — upewniła ją, podnosząc ją lekko na duchu. Złota towarzyszka oparła głowę o jej ramię, mrucząc szczęśliwie z oczami głęboko wpatrującymi się w zielonooką.
— Nikt nie pociesza jak ty — zachichotała. Przez następną chwilę odpoczywały razem, nasłuchując szumu drzew przerywanego jeszcze ostatnimi zwrotkami śpiewu wydawanego przez kosy. Jesionka aż ziewnęła, a Miodka rozciągnęła łapy.
— Co powiesz na wieczorny spacerek? Nie zajdziemy daleko, tylko trochę wokół obozu — zaproponowała złota. Wojowniczka pokiwała głową.
— Z wielką chęcią — odparła i wstała, zginając grzbiet w łuk, by zaraz potem go wyprostować.
— Tak na dobre zakończenie dnia — dodała jeszcze uczennica i powoli podreptała do wyjścia z obozu z Jesionką u boku. Już niekoniecznie musiały się pytać o wyjście z obozu; w końcu jedna z nich wreszcie była wojowniczką.
Gdy kotki opuściły osłonioną polanę, słońce już zdążyło uciec pod horyzont, zostawiając wiele ciepło ubarwionych smug na ciemniejącym już błękitnym niebie. Liliowa zerknęła na kotkę.
<I jak, Miodko? W którą stronę idziemy? :3 >
Od Aldrowandowej Łapy
Noce były jedynym okresem w ciągu dnia, kiedy upał aż tak nie doskwierał. Jednak nie z tego powodu Aldrowanda ceniła dziś sobie tę porę. W nocy łatwiej było wymknąć się z obozu bez żadnych pytań ze strony jakiegokolwiek pobratymcy. Problemem były tylko koty stojące na straży wejścia do obozu. Jednak według zebranych wcześniej przez kotkę informacji – straż pełnili tej nocy jej brat wraz z innym wojownikiem. Cała więc nadzieja w tym, że oboje przysnęli. Bo Tygrysi Język przysnął na pewno.
Wysoka kotka ostrożnie wstała ze swego posłania i po cichu opuściła legowisko medyka. Nie chciała budzić Jagnięcego Ukłonu. Nie była pewna co do tego, jakby zareagowała, gdyby się jednak obudziła, Aldrowanda nie zamierzała ryzykować. Bezszelestnym wręcz krokiem przemierzała przez ciemną jaskinię, która była obozem jej klanu. Jedyne światło wpadało od strony wodospadu, a zarazem wyjścia z obozu. Aldrowanda cicho dziękowała wszechświatowi, że jej futro w większości było koloru skał, więc szansa na zostanie zauważonym, jeszcze bardziej spadała. Po chwili udało jej się opuścić obóz, najcięższe wyzwanie już za nią. Jej przypuszczenia okazały się prawdziwe – Tygrysi Język wraz z jakimś rudym kotem oboje przysnęli. Na całe jej szczęście. Chociaż tak ogólnie to może nie powinni w ogóle przysypiać na warcie. Mniejsza z tym. Teraz tylko dotrzeć do Kaczego Bajorka.
Wyprawa nie była żmudna ani męcząca, choć długa. Kacze Bajorko znajdowało się w stosunkowo dużej odległości od obozu. Kotka dobrze pamiętała, jak wyglądała jej pierwsza wędrówka tam – jeszcze z jej ówczesnym mentorem, Drzemiącym Słońcem. Zdawała jej się wtedy wręcz nie kończyć. Teraz, będąc już starszą, droga ta była w jej odczuciu o wiele krótsza. Tak więc tę krótką podróż można by teraz nazwać nawet przyjemną. Mimo tego uczennica musiała pozostać czujna. W nocy wiele zwierząt, z którymi niekoniecznie chciała się teraz spotkać, wychodziło ze swych kryjówek. W dodatku dochodziło zagrożenie ze strony innych klanów. Teoretycznie nikt o zdrowych zmysłach i jakimkolwiek honorze nie wdarłby się nocą na terytorium innego klanu. Ale przez swoje krótkie życie szylkretka zdążyła się już nauczyć, że wśród dzikich kotów mieszkających w klanach wszystko jest możliwe. Szczególnie nauczyło ją to, co działo się w jej własnym. Lśniąca Gwiazda nadal zdawał jej się podejrzany. W jego obecności oczywiście zachowywała się zupełnie zwyczajnie, jednak głęboko w środku pozostawała czujna i nie do końca ufna wobec rudego kocura.
Widok przed oczami kotki należał do tych zapierający dech w piersi. Tafla niedużego, lecz urokliwego bajorka lśniła srebrem, odbijając blask gwiazd widniejących na ciemnogranatowym, wręcz już czarnym niebie. Nie pamiętała już kto dokładnie, ale jeden kot powiedział jej kiedyś, że jeśli chce spróbować połączyć się gwiezdnymi przodkami, to powinna udać się w miejsce, gdzie gwiazdy widać najlepiej. A czy nie było lepszego na to miejsca od sadzawki, gdzie gwiazdy widziało się nawet wtedy, gdy patrzyło się w dół? Chyba nie…
Aldrowandowa Łapa podeszła powoli do wody, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo. Po chwili usiadła nad brzegiem, obok partii niższych trzcin. Jej wzrok był nadal utkwiony na niebie. Z jej pyszczka wydobyło się ciche westchnienie.
— Witajcie… Klanie Gwiazdy — zaczęła cicho, jakby nadal bojąc się, że jeśli odezwie się za głośno, to zostanie złapana. — Jak wiecie, bo podobno nad wszystkim czuwacie, jestem uczennicą Jagnięcego Ukłonu, a więc uczennicą medyczki. Obrałam tę właśnie drogę ze względu na śmierć Ćmiego Księżyca, mentorki Jagnięcego Ukłonu.
Kotka zamilkła na chwilę. Starała się używać podniosłego języka ze względu na powagę sytuacji. Niejednokrotnie było jej bowiem powtarzane, że do gwiezdnych należy się zwracać z szacunkiem. Nie do końca rozumiała, dlaczego nagle trzeba się tak zachowywać przed kimś, kto na przykład był jeszcze niedawno twoim znajomym, przyjacielem lub członkiem rodziny. Ale podobno tak należy.
— Klanie Gwiazdy — odezwała się ponownie uczennica, tym razem głośniej i pewniej. — Przyznam, że w Was niestety niezbyt wierzę. Wszyscy o Was tyle mówią, pokładają w Waszych łapach swoje życia, swoje losy. Ale ja chyba tak nie potrafię… Wiecie, urodziłam się jako kot należący do Dwunożnych z własnym podróżującym cyrkiem. Gdy byłam mała, największą mocą na świecie zdawały mi się słonie. Klanowe koty wierzą, że to Wy nią jesteście. Jeśli tak jest rzeczywiście, to proszę Was, dajcie mi jakiś znak. Dajcie mi podstawy, by w Was uwierzyć.
Po ostatnich słowach kotki nastała cisza. Przez dobre minuty Aldrowandowa Łapa nasłuchiwała, rozglądała się, czekała. Czekała, aż nastąpi jakiś znak, aż jakiś członek Klanu Gwiazdy ześle jej jakiś znak lub do niej przemówi. Jednak ku jej zawodowi, nie wydarzyło się zupełnie nic. Nic, co można by uznać za jasną interwencję przodków. Szylkretka machnęła ogonem. W zasadzie sama nie wiedziała, czego się spodziewała. Przecież nie wierzyła w istnienie życia poza śmiercią, poza tym, co widzialne. A jednak brak jakiejkolwiek odpowiedzi ją rozczarował. Może gdzieś w środku mimo wszystko chciała wierzyć w to, że jednak Jagna miała rację. Ale najwidoczniej jej nie miała. Z tej frustracji kotka opadła na mokrą od rosy trawę, łeb ułożyła na białych łapach. Ciężko westchnęła, wpatrując się dalej w gwiazdy.
— I na co mi to wszystko było… A mogłam zostać w obozie i nadal spać. A tak rano obudzę się zmęczona i cała ta wędrówka na nic — mruknęła, powoli zamykając oczy.
Szylkretowa uczennica poczuła czyjąś łapę na swoim lewym barku. Cicho westchnęła.
— Jeszcze chwilę… Zaraz wstanę, Jagnięcy Ukłonie… — wymruczała pod nosem kotka. Następnie poczuła, jak znów zostaje trącona w bark, tym razem nieco mocniej.
— Aldrowandowa Łapo… — rozległ się nieco zachrypnięty głos nad uchem Aldrowandy.
Była samotniczka otworzyła powoli oczy. Nie rozpoznała tego głosu jako głosu swojej mentorki. Obróciła więc łeb, by spojrzeć na tego, który do niej przemówił. Jej oczy otwarły się szerzej, gdy ujrzała obok siebie srebrną pręgowaną kocicę o oczach tak świetlistych, jakby przechowywały w sobie dziesiątki gwiazd. W kocicy tej rozpoznała kota, którego wcześniej już miała okazję spotkać, choć nie zamieniła z nim żadnych słów…
— Ćmi Księżycu? To ty? Co ty… co ty tu robisz? — Aldrowanda nie mogła wyjść ze zdziwienia widokiem kocicy stojącej u jej boku.
Medyczka nie odpowiedziała od razu. W zasadzie to w ogóle nie odpowiedziała. Przez krótką tylko chwilę wpatrywała się ona w szylkretową kotkę, po czym obróciła się i zaczęła oddalać się od niej. Uczennica natychmiast wstała i pobiegła za kocicą, jednak nie mogła jej w żaden sposób dogonić. Gdy już wydawało jej się, że realnie zbliżyła się do niej, nagle potknęła się i upadła na ziemię.
Futro na karku nastroszyło się momentalnie, kotka zerwała się na równe łapy. Rozejrzała się uważnie w każdym kierunku, ale Ćmiego Księżyca już tu nie było. Czy był to tylko sen w takim razie? Klan Gwiazdy nie zesłał jej specjalnego znaku? Chociaż… Jagna wspominała, że gwiezdni czasem odwiedzają żyjące koty w snach. Czy w takim razie była medyczka Klanu Klifu tak właśnie zrobiła? Ale czy nie odwiedziłaby jej po to, aby przekazać jej jakąś wiadomość? Aldrowanda prosiła o jakikolwiek znak, fakt, ale czy to rzeczywiście był on? Na wszystko, co dobre w tym świecie, tyle pytań! A tak mało odpowiedzi… Nie, trzeba wszystko przeanalizować na spokojnie…
— Prosiłam o znak, przyszłam tu, tak? No tak — zaczęła, chodząc w kółko. Łatwiej jej się tak myślało. — Potem chyba zasnęłam? Następnie zobaczyłam Ćmi Księżyc. Nie mogło mi się to przywidzieć, bo ją goniłam i na pewno oddaliłam się od bajorka. Teraz nagle znów jestem nad nim. O mój… Czyli… Czyli faktycznie dostałam jakiś znak od Klanu Gwiazdy? Oni istnieją… Chyba muszę o tym porozmawiać jutro z Jagną. Definitywnie muszę o tym porozmawiać z Jagną!
Uczennica strzepnęła ogonem, po czym natychmiast się odwróciła i szybkim krokiem udała się z powrotem do obozu. Nadal nie mogła do końca uwierzyć, że Klan Gwiazdy istnieje. „ Ale ten sen wydawał się tak realny, że chyba musiał być to od nich ten ubłagany znak. No i dobra, jeśli faktycznie istnieją, to czemu nic nie robią z Lśniącą Gwiazdą? Chyba że jednak jest on dobry i ja sobie coś wymyśliłam… Albo oni po prostu nie reagują? Za dużo, za dużo!” — kotka jęknęła w duchu, przyspieszając tempa. Musi to jeszcze sobie na spokojnie przetrawić, bo chyba zwariuje…
Wysoka kotka ostrożnie wstała ze swego posłania i po cichu opuściła legowisko medyka. Nie chciała budzić Jagnięcego Ukłonu. Nie była pewna co do tego, jakby zareagowała, gdyby się jednak obudziła, Aldrowanda nie zamierzała ryzykować. Bezszelestnym wręcz krokiem przemierzała przez ciemną jaskinię, która była obozem jej klanu. Jedyne światło wpadało od strony wodospadu, a zarazem wyjścia z obozu. Aldrowanda cicho dziękowała wszechświatowi, że jej futro w większości było koloru skał, więc szansa na zostanie zauważonym, jeszcze bardziej spadała. Po chwili udało jej się opuścić obóz, najcięższe wyzwanie już za nią. Jej przypuszczenia okazały się prawdziwe – Tygrysi Język wraz z jakimś rudym kotem oboje przysnęli. Na całe jej szczęście. Chociaż tak ogólnie to może nie powinni w ogóle przysypiać na warcie. Mniejsza z tym. Teraz tylko dotrzeć do Kaczego Bajorka.
Wyprawa nie była żmudna ani męcząca, choć długa. Kacze Bajorko znajdowało się w stosunkowo dużej odległości od obozu. Kotka dobrze pamiętała, jak wyglądała jej pierwsza wędrówka tam – jeszcze z jej ówczesnym mentorem, Drzemiącym Słońcem. Zdawała jej się wtedy wręcz nie kończyć. Teraz, będąc już starszą, droga ta była w jej odczuciu o wiele krótsza. Tak więc tę krótką podróż można by teraz nazwać nawet przyjemną. Mimo tego uczennica musiała pozostać czujna. W nocy wiele zwierząt, z którymi niekoniecznie chciała się teraz spotkać, wychodziło ze swych kryjówek. W dodatku dochodziło zagrożenie ze strony innych klanów. Teoretycznie nikt o zdrowych zmysłach i jakimkolwiek honorze nie wdarłby się nocą na terytorium innego klanu. Ale przez swoje krótkie życie szylkretka zdążyła się już nauczyć, że wśród dzikich kotów mieszkających w klanach wszystko jest możliwe. Szczególnie nauczyło ją to, co działo się w jej własnym. Lśniąca Gwiazda nadal zdawał jej się podejrzany. W jego obecności oczywiście zachowywała się zupełnie zwyczajnie, jednak głęboko w środku pozostawała czujna i nie do końca ufna wobec rudego kocura.
***
Widok przed oczami kotki należał do tych zapierający dech w piersi. Tafla niedużego, lecz urokliwego bajorka lśniła srebrem, odbijając blask gwiazd widniejących na ciemnogranatowym, wręcz już czarnym niebie. Nie pamiętała już kto dokładnie, ale jeden kot powiedział jej kiedyś, że jeśli chce spróbować połączyć się gwiezdnymi przodkami, to powinna udać się w miejsce, gdzie gwiazdy widać najlepiej. A czy nie było lepszego na to miejsca od sadzawki, gdzie gwiazdy widziało się nawet wtedy, gdy patrzyło się w dół? Chyba nie…
Aldrowandowa Łapa podeszła powoli do wody, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo. Po chwili usiadła nad brzegiem, obok partii niższych trzcin. Jej wzrok był nadal utkwiony na niebie. Z jej pyszczka wydobyło się ciche westchnienie.
— Witajcie… Klanie Gwiazdy — zaczęła cicho, jakby nadal bojąc się, że jeśli odezwie się za głośno, to zostanie złapana. — Jak wiecie, bo podobno nad wszystkim czuwacie, jestem uczennicą Jagnięcego Ukłonu, a więc uczennicą medyczki. Obrałam tę właśnie drogę ze względu na śmierć Ćmiego Księżyca, mentorki Jagnięcego Ukłonu.
Kotka zamilkła na chwilę. Starała się używać podniosłego języka ze względu na powagę sytuacji. Niejednokrotnie było jej bowiem powtarzane, że do gwiezdnych należy się zwracać z szacunkiem. Nie do końca rozumiała, dlaczego nagle trzeba się tak zachowywać przed kimś, kto na przykład był jeszcze niedawno twoim znajomym, przyjacielem lub członkiem rodziny. Ale podobno tak należy.
— Klanie Gwiazdy — odezwała się ponownie uczennica, tym razem głośniej i pewniej. — Przyznam, że w Was niestety niezbyt wierzę. Wszyscy o Was tyle mówią, pokładają w Waszych łapach swoje życia, swoje losy. Ale ja chyba tak nie potrafię… Wiecie, urodziłam się jako kot należący do Dwunożnych z własnym podróżującym cyrkiem. Gdy byłam mała, największą mocą na świecie zdawały mi się słonie. Klanowe koty wierzą, że to Wy nią jesteście. Jeśli tak jest rzeczywiście, to proszę Was, dajcie mi jakiś znak. Dajcie mi podstawy, by w Was uwierzyć.
Po ostatnich słowach kotki nastała cisza. Przez dobre minuty Aldrowandowa Łapa nasłuchiwała, rozglądała się, czekała. Czekała, aż nastąpi jakiś znak, aż jakiś członek Klanu Gwiazdy ześle jej jakiś znak lub do niej przemówi. Jednak ku jej zawodowi, nie wydarzyło się zupełnie nic. Nic, co można by uznać za jasną interwencję przodków. Szylkretka machnęła ogonem. W zasadzie sama nie wiedziała, czego się spodziewała. Przecież nie wierzyła w istnienie życia poza śmiercią, poza tym, co widzialne. A jednak brak jakiejkolwiek odpowiedzi ją rozczarował. Może gdzieś w środku mimo wszystko chciała wierzyć w to, że jednak Jagna miała rację. Ale najwidoczniej jej nie miała. Z tej frustracji kotka opadła na mokrą od rosy trawę, łeb ułożyła na białych łapach. Ciężko westchnęła, wpatrując się dalej w gwiazdy.
— I na co mi to wszystko było… A mogłam zostać w obozie i nadal spać. A tak rano obudzę się zmęczona i cała ta wędrówka na nic — mruknęła, powoli zamykając oczy.
Szylkretowa uczennica poczuła czyjąś łapę na swoim lewym barku. Cicho westchnęła.
— Jeszcze chwilę… Zaraz wstanę, Jagnięcy Ukłonie… — wymruczała pod nosem kotka. Następnie poczuła, jak znów zostaje trącona w bark, tym razem nieco mocniej.
— Aldrowandowa Łapo… — rozległ się nieco zachrypnięty głos nad uchem Aldrowandy.
Była samotniczka otworzyła powoli oczy. Nie rozpoznała tego głosu jako głosu swojej mentorki. Obróciła więc łeb, by spojrzeć na tego, który do niej przemówił. Jej oczy otwarły się szerzej, gdy ujrzała obok siebie srebrną pręgowaną kocicę o oczach tak świetlistych, jakby przechowywały w sobie dziesiątki gwiazd. W kocicy tej rozpoznała kota, którego wcześniej już miała okazję spotkać, choć nie zamieniła z nim żadnych słów…
— Ćmi Księżycu? To ty? Co ty… co ty tu robisz? — Aldrowanda nie mogła wyjść ze zdziwienia widokiem kocicy stojącej u jej boku.
Medyczka nie odpowiedziała od razu. W zasadzie to w ogóle nie odpowiedziała. Przez krótką tylko chwilę wpatrywała się ona w szylkretową kotkę, po czym obróciła się i zaczęła oddalać się od niej. Uczennica natychmiast wstała i pobiegła za kocicą, jednak nie mogła jej w żaden sposób dogonić. Gdy już wydawało jej się, że realnie zbliżyła się do niej, nagle potknęła się i upadła na ziemię.
Futro na karku nastroszyło się momentalnie, kotka zerwała się na równe łapy. Rozejrzała się uważnie w każdym kierunku, ale Ćmiego Księżyca już tu nie było. Czy był to tylko sen w takim razie? Klan Gwiazdy nie zesłał jej specjalnego znaku? Chociaż… Jagna wspominała, że gwiezdni czasem odwiedzają żyjące koty w snach. Czy w takim razie była medyczka Klanu Klifu tak właśnie zrobiła? Ale czy nie odwiedziłaby jej po to, aby przekazać jej jakąś wiadomość? Aldrowanda prosiła o jakikolwiek znak, fakt, ale czy to rzeczywiście był on? Na wszystko, co dobre w tym świecie, tyle pytań! A tak mało odpowiedzi… Nie, trzeba wszystko przeanalizować na spokojnie…
— Prosiłam o znak, przyszłam tu, tak? No tak — zaczęła, chodząc w kółko. Łatwiej jej się tak myślało. — Potem chyba zasnęłam? Następnie zobaczyłam Ćmi Księżyc. Nie mogło mi się to przywidzieć, bo ją goniłam i na pewno oddaliłam się od bajorka. Teraz nagle znów jestem nad nim. O mój… Czyli… Czyli faktycznie dostałam jakiś znak od Klanu Gwiazdy? Oni istnieją… Chyba muszę o tym porozmawiać jutro z Jagną. Definitywnie muszę o tym porozmawiać z Jagną!
Uczennica strzepnęła ogonem, po czym natychmiast się odwróciła i szybkim krokiem udała się z powrotem do obozu. Nadal nie mogła do końca uwierzyć, że Klan Gwiazdy istnieje. „ Ale ten sen wydawał się tak realny, że chyba musiał być to od nich ten ubłagany znak. No i dobra, jeśli faktycznie istnieją, to czemu nic nie robią z Lśniącą Gwiazdą? Chyba że jednak jest on dobry i ja sobie coś wymyśliłam… Albo oni po prostu nie reagują? Za dużo, za dużo!” — kotka jęknęła w duchu, przyspieszając tempa. Musi to jeszcze sobie na spokojnie przetrawić, bo chyba zwariuje…
[1301 słów]
16 czerwca 2026
Od Opadającego Rumianka
Jakiś czas temu
Dni w Klanie Burzy ciągnęły się niemiłosiernie. Mimo Pory Zielonych Liści idącą pełną parą, w legowisku wojowników jak zawsze można było usłyszeć pociąganie nosem. Medycy poddali się już nawet z leczeniem Rumianka z kataru i przeziębień. Pewnego dnia, gdy przyszedł do ich legowiska, jeden z medyków oburzył się i wytłumaczył, że jeżeli miał katar, to powinien wydmuchiwać go w mech, a na infekcję gardła mógł podbierać odrobinę miodu ze składziku. Od tamtej pory zaczął znacznie rzadziej zaglądać do lecznicy, lecz nadal można było go tam widywać średnio raz na księżyc. Opadający Rumianek, słysząc z boku jakiś szmer, zastrzygł lekko uchem i rozłożył się wygodniej w swoim legowisku. Położył pysk na łapach i westchnął cicho. Ostatnie mu czasy czuł się bardziej samotny niż zwykle. Nie spodziewał się bowiem, że kiedykolwiek będzie w sytuacji, w której nie będzie miał nikogo. W końcu myślał, że trzymając się rodziny, nigdy nie będzie sam. Jego oczekiwania były jednak dalekie od realiów. Rozkwitająca Szanta nie żyła, a Zawilcowa Korona i Kminkowy Szum opuścili klan, nie wracając z nie znanej mu przyczyny. Kminek i Szanta pozostawili mu za to dalszą rodzinę. Wiedział, że zawsze mógł zwrócić się do innych bliskich, jednak świadomie tego unikał. Często obawiał się jednak tego, jak go postrzegają. Czuł czasem na sobie litościwy wzrok innych. Rumianek zastanawiał się czasem czy mi współczuj. Zastanawiał się nawet, czy nie powinien po prostu wyjść z klanu tak jak jego bracia i nie wrócić. Leżał w legowisku wojowników, rozmyślając. Bardzo słaby podmuch wiatru muskał jego futro, sprawiając, że upał nie był aż tak uporczywy. Ziemia była niemal wrząca, rośliny nie dawały rady w upale Pory Zielonych Drzew. Liliowy zastanawiał się, jak długo jeszcze będzie musiał czekać, nim pogoda będzie na tyle dobra, aby mógł wypoczywać poza obozem, z dala od oczu i głosów innych kotów. Wstał ze swojego legowiska i poczłapał w poszukiwaniu wody, jednak nic nie znalazł. Położył się pod jednym z drzew i westchnął cicho. Długo mu nie zajęło, aby zasnąć.
Od Księżycowej Łapy (Rozbitego Księżyca) CD. Cętkowanej Łapy (Cętkowanego Tęgosza)
Kiedyś
Księżycowa Łapa szedł niemal ramię w ramię z rudym kocurem. Biały zdecydowanie nie przepadał za tunelami, nie mówiąc już o wszechobecnej w nich wilgoci. Wzdrygnął się lekko, znowu słysząc głos Cętkowanej Łapy.
— Właśnie, kiedy będziesz mianowany? Taki wiek, w którym jesteś, ponoć jest najlepszy, bo później mając tak dwadzieścia pięć księżyców lub więcej to można wylecieć. Choćby ten Gruba Łapa, dla mnie to mógłby zostać wykopany już z klanu. Widać u niego szczyt lenistwa i jeszcze ta masa! Wojownicy będą musieli go toczyć, żeby się go pozbyć! — miauknął, na co Księżyc cicho prychnął.
— Prawdopodobnie już wkrótce. Treningi z… — zaczął, chcąc wypowiedzieć imię garbatego ucznia, ale się powstrzymał. — Kocimiętkowym Wirem jednak przynoszą efekty! — odparł w końcu, uśmiechając się lekko, co z pewnością nie było nawet widoczne w zacienionym tunelu.
Korzystając z tej ciemności, zmrużył zirytowany oczy. Nie podobała się mu obecność Seradelkowej Łapy, idącej przed nimi. Nie, żeby miał do niej samej jakiś problem, ale co chwilę smyrała go ogonem po nosie, czego Księżyc powoli nie wytrzymywał.
— Serad… — zaczął, ale nagle mu przerwano.
— Ej gaduły! Widać już wyjście, więc może zwiększycie swoje tempo? — Seradelowa Łapa posłała im spojrzenie, następnie odwróciła się i poszła szybciej, aż w końcu im zniknęła z pola widzenia. Wtedy zauważyli wyjście.
— Księżyc, chodź! Nie możemy być gorsi od Seradelki! — rudzielec rzucił się do biegu, a Biały ruszył zaraz za nim.
Bieluch rozglądał się po pyskach zebranych kotów. Zauważył zebrane piszczki i szybko uznał, że faktycznie mogli iść nieco szybciej. To był jego kolejny raz w tunelach, miał dziwne wrażenie, że wcale nie musiał tam wchodzić, szczególnie że już raz zaliczył tę część treningu. Westchnął tylko cicho i podszedł bliżej Cętkowanej Łapy.
— Jak ci się podobał trening Księżycowa Łapo? Może będziemy częściej trenować, żebyś był lepszy, co ty na to? — obrócił się w stronę syna Jaskółczego Ziela.
— Pfff… Lepszy? Nie martw się, wkrótce będzie moje mianowanie. Pierwszy raz od tych księżyców treningu zacząłem robić faktyczny progres — miauknął.
“Szkoda tylko, że za cenę poniżania Garbatej Łapy…” pomyślał, lekko kładąc uszy po sobie.
Kilka dni po mianowaniu Księżyca
Rozbity Księżyc siedział nieopodal stosu zwierzyny, zajadając się wiewiórką. Chciałby móc ją zjeść razem z mamą, jednak sam postanowił, że nie będzie znów rozmawiać. Fakt faktem tęsknił za ciepłem Jaskółczego Ziela, jednak ta go opuściła. Teraz gdy chciała się nim ponownie zająć, “mały” Księżycek już jej nie potrzebował. Już od mianowania na ucznia nie polegał na czarno-białej, więc czemu miałby to robić, teraz gdy przeszedł już swój trening? Z takimi myślami, szarpnął zwierzątko leżące pod swoimi łapami, odrobinę zirytowany. Było już dosyć późno, lecz to właśnie ta pora pozwalała kotom na dzielenie się językami i czerpanie przyjemności z otaczającego ich chłodu. Biały podskoczy lekko, czując czyjś ogon na swoim grzbiecie.
— Wystraszyłeś się czegoś? — zapytał rudy kocur, a Księżycek zmarszczył brwi w niezadowoleniu.
— Na pewno nie wystraszyłem się stojącej koło mnie rudej pchły — prychnął cicho i przesunął część zwierzyny na bok, w stronę, po której stał Tęgosz. — Jak idzie trening? Słyszałem, że robisz duże postępy — mruknął cicho, oblizując górną wargę z krwi. — Jak sądzisz, kiedy zostaniesz mianowany… Cętkowany Tęgoszu? — zapytał, uśmiechając się lekko, być może zalotnie w stronę ucznia.
<Cętku?>
Od Guziczka CD. Kurki
Przed śmiercią Kajzerki
Ranek nastał szybko, szybciej, niż Guziczek by chciał. Noce ostatnio były spokojne, chociaż Guziczek cały czas martwił się o matkę…
Polizał Kurkę tam, gdzie sięgnął na przywitanie i wymruczał:
– Dzień dobry.
– Dzień dobry – odpowiedział z uśmiechem. – Jakieś plany na dzisiaj?
– Idę odwiedzić mamę – Guziczek spojrzał gdzieś w bok.
Nie chciał męczyć Kurki swoimi problemami, tym bardziej że ten też stracił ojca. No i nadal, gdy za bardzo się stresował, jadł mniej. Kocur nie mógł sobie pozwolić, by jego ukochany cierpi przez niego. Musiał grać silnego. Musiał być silny. Dla Kajzerki, dla Kurki, dla siebie.
– Jak ona się czuje? – zapytał ciszej.
– Źle. Po śmierci Gąski jest z nią tylko gorzej i gorzej – przyznał praktycznie szeptem.
– Mam nadzieję, że się jej poprawi.
– Zostałem jej już tylko ja… – wymruczał, wtulając się w ukochanego.
– Jesteś bardzo silny. Dla niej… dla siebie. Dla wszystkich. Kajzerka jest na pewno z ciebie dumna.
Guziczek zaśmiał się słabo. Liliowy miał rację, Kajzerka mimo cierpienia pewnie uśmiechała się, że jej syn nadal chodził, śmiał się i planował przyszłość. A jednak ona mogłaby z nim współpracować, bo gdy ostatnio do niej przychodził, to nawet się do niego nie odzywała…
– Na pewno – odsunął się odrobinę. – Wybacz, ale chcę ją zobaczyć. Może wreszcie coś zje.
– Oczywiście – Kurka również się odsunął i otarł. – Będzie dobrze – zapewnił.
TW: wspominki śmierci
Ale nie było. Guziczek przyszedł do kotki i spojrzał na nią. Otarł się o nią, ale Kajzerka nawet nie zamruczała.
– Mamo…
Nic. Cisza. Kocur westchnął. Rozumiał, że szylkretka cierpi po stracie dwójki dzieci, ale miała jeszcze go! Nie mogła go zostawić…
– Pójdę po coś do jedzenia – westchnął.
Wyszedł na chwilę. Kilka minut… Wrócił z wiewiórką, ulubioną jego mamy. Ale już byli przy niej medycy…
– Guziczku… – Wiciokrzew spojrzał na niego.
– Nie – kocur pokręcił głowa. – Nie żartuj tak sobie.
– Przykro mi – westchnął.
Guziczek kiwnął głową i wyszedł. Ale milczał. Nie odezwał się do nikogo, na nikogo nie spojrzał. Nawet opuścił zgromadzenie! Zaczął zachowywać się jak Kajzerka w jej ostatnich chwilach. Jadł niechętnie, leżał w legowisku, albo w Owocowym Lasku i chodził niemrawy.
Cały czas powtarzał sobie, że musi być silny, ale… Teraz już nie wiedział dla kogo.
– Guziczku, nie zostawiaj mnie – szepnął Kurka jednej nocy.
I kocur zrozumiał - musiał być silny dla Kurki. Tylko on mu został. Założą razem rodzinę, będą razem rządzić światem! Ale do tego musiał być silny.
Powrót do normalności zajął mu kilka dni, a Guziczek i tak nie był stuprocentowo sobą. Był trochę cichszy i spokojniejszy, nie tylko przy Kurce. Chociaż chyba rzadko kiedy dało się go teraz zobaczyć bez Kurki.
– Myślę, że powinniśmy zacząć myśleć nad maluchami – stwierdził pewnego dnia.
Zerknął na ukochanego. Obydwoje wiedzieli, że chcą dzieci, ale trochę czekali na odpowiedni moment. Według Guziczka ten właśnie nadszedł.
<Kurko?>
Od Guziczka CD. Śnienia
— Niewiele się różnią — odpowiedział kocur. — Jednak z tego, co wiem, to dużo biegacie po drzewach, jak wiewiórki — Guziczek skrzywił się na to porównanie.
Nie był płochliwym zwierzęciem. Był dumnym i dzielnym kotem! Ale przemilczał tę obrazę. Nie chciał zaczynać kłótni przy Kurce.
— Na szczęście nie obrałem ścieżki zwiadowcy. Lubię czuć ziemię pod poduszkami łap — stwierdził Śnienie po chwili. — Najbardziej różni się wasze terytorium od tego w Klanie Wilka oraz na ziemiach niczyich. Las nie jest aż tak gęsty, ale jest bogaty w wiele ciekawych miejsc oraz owoców.
— Nie bez powodu nasza społeczność się nazywa Owocowy Las — zauważył oschle.
— Owszem… Czy coś jeszcze ode mnie potrzebujesz, Guziczku? — zapytał, ewidentnie chcąc się go pozbyć. Znacząco spojrzał na drzewo przywódcy i uzdrowicieli. Guziczek uniósł brew.
— Idziesz do Wiciokrzewu? Coś ci się stało? Nie wyglądasz na chorego ani nie kulejesz.
— Nadmierna ciekawość Guziczku, to pierwszy stopień do Mrocznej Puszczy. Nie chcesz chyba być potępiony na wieki, nieprawdaż? — mruknął oschle i odszedł.
Guziczek wpatrywał się w niego przez chwilę ze skwaszoną miną, ale ostatecznie tylko prychnął.
— Nie lubię go — stwierdził do Kurki.
Los jednak chyba nie lubił Guziczka. A może po prostu zwyciężyła ciekawość? Sam nie wiedział, ale gdy zauważył, Śnienie wspinającego się na drzewa następnego dnia, przeskoczył z gałęzi na gałąź i spojrzał na czarnego kocura.
— Dobrze myślałem, że wszystko z tobą w porządku — mruknął, nawiązując do ich ostatniego pożegnania.
Teraz zaczął żałować, że nie poszedł za kocurem. Że nie sprawdził, gdzie idzie, ani po co. Ale chyba nie chciał robić sobie kłopotów… No i był z Kurką. To akurat było ważniejsze.
— Chyba cię trochę nie rozumiem. Ale technikę masz dobrą — pokiwał głową. — Widać, że drzewa wam nieobce. I dobrze, może się tutaj przydasz.
Jego ton oczywiście był oschły i obojętny. Chociaż lubił koty, to raczej nie miał zamiaru przyjaźnić się ze Śnieniem. Ale zarazem jego podejście przypominało mu trochę o Czerwcu… Może temu tak do niego lgnął?
Nie był płochliwym zwierzęciem. Był dumnym i dzielnym kotem! Ale przemilczał tę obrazę. Nie chciał zaczynać kłótni przy Kurce.
— Na szczęście nie obrałem ścieżki zwiadowcy. Lubię czuć ziemię pod poduszkami łap — stwierdził Śnienie po chwili. — Najbardziej różni się wasze terytorium od tego w Klanie Wilka oraz na ziemiach niczyich. Las nie jest aż tak gęsty, ale jest bogaty w wiele ciekawych miejsc oraz owoców.
— Nie bez powodu nasza społeczność się nazywa Owocowy Las — zauważył oschle.
— Owszem… Czy coś jeszcze ode mnie potrzebujesz, Guziczku? — zapytał, ewidentnie chcąc się go pozbyć. Znacząco spojrzał na drzewo przywódcy i uzdrowicieli. Guziczek uniósł brew.
— Idziesz do Wiciokrzewu? Coś ci się stało? Nie wyglądasz na chorego ani nie kulejesz.
— Nadmierna ciekawość Guziczku, to pierwszy stopień do Mrocznej Puszczy. Nie chcesz chyba być potępiony na wieki, nieprawdaż? — mruknął oschle i odszedł.
Guziczek wpatrywał się w niego przez chwilę ze skwaszoną miną, ale ostatecznie tylko prychnął.
— Nie lubię go — stwierdził do Kurki.
Los jednak chyba nie lubił Guziczka. A może po prostu zwyciężyła ciekawość? Sam nie wiedział, ale gdy zauważył, Śnienie wspinającego się na drzewa następnego dnia, przeskoczył z gałęzi na gałąź i spojrzał na czarnego kocura.
— Dobrze myślałem, że wszystko z tobą w porządku — mruknął, nawiązując do ich ostatniego pożegnania.
Teraz zaczął żałować, że nie poszedł za kocurem. Że nie sprawdził, gdzie idzie, ani po co. Ale chyba nie chciał robić sobie kłopotów… No i był z Kurką. To akurat było ważniejsze.
— Chyba cię trochę nie rozumiem. Ale technikę masz dobrą — pokiwał głową. — Widać, że drzewa wam nieobce. I dobrze, może się tutaj przydasz.
Jego ton oczywiście był oschły i obojętny. Chociaż lubił koty, to raczej nie miał zamiaru przyjaźnić się ze Śnieniem. Ale zarazem jego podejście przypominało mu trochę o Czerwcu… Może temu tak do niego lgnął?
<Śnienie, jak zareagujesz?>
Od Cętkowanego Tęgosza do Nadciągającego Pomroku
Przeszłość
Z okazji tego, że Tropiąca Łaska tego dnia nie chciała go trenować, to wymieniał posłania w legowisku uczniowskim. Nie marudził niby, było tak ciepło, że mógłby w obozie zostać cały dzień i robić takie prace, może czekoladowa szylkretka czasem go biła, ale nie była złym kotem, skoro pozwoliła mu zostać w obozie. Wymieniał akurat jedno z posłań, które było blisko wejścia do legowiska uczniów, czasem zerkał na obóz, który tętnił życiem. Widział jak jego ciocie, rozmawiały ze sobą, jako mistrzynie pewnie ustalały trenowanie wojowników, ranga mistrza brzmiała fajnie, pomagałeś innym kotom rozwinąć swoje umiejętności, by je zastosować na polu bitwy. Rudzielec chciał kiedyś to zobaczyć w praktyce, jak podczas wojny mistrzowie wydają reszcie Wilczaków rozkazy. Tygrysia Noc dzielił się językami z Wilgową Goryczą, poprawiając buremu jego długą, gęstą grzywę, brat czekoladowej był dużo spokojniejszy z charakteru od swej starszej siostry. Dziwił się, że Tropiąca Łaska mogła być jego siostrą, zachowywali się tak różnie od siebie, choć mieli podobieństwa w wyglądzie to w charakterze niezbyt. Spoglądał jeszcze gdzieś w dal i zobaczył jak Tropiąca Łaska, opierała się gdzieś w kącie obozu z głową podpartą do łapy, na jej pysku było widać uśmiech, a źrenice były większe, było widać, że patrzy na Nadciągający Pomrok. Wyglądało to, jakby czekoladowa kotka interesowała się jego ciocią, wojowniczka otrzepała się, a on szybko obrócił głowę, udając, że czyści te legowiska. Chociaż może to tylko był przypadek i tak sobie patrzyła, ot, tak, jak on czasami tak robi, patrząc na mrówki w ziemi.
***
Mogłoby się wydawać, że taka sytuacja mogła być jednorazowa, ale gdy został wojownikiem, to zauważył, że takie akcyjki powtarzały się częściej, dodatkowo nawet raz Tropiąca Łaska spytała Nadciągający Pomrok czy nie chciałaby wyjść z nią poza obóz, ale czarna dymna szylkretka zbywała ją i sobie poszła. Gdyby nie Seradelowa Łapa, która to podsłuchała, to za licho by się tego nie dowiedział, czasami uznawał, że ta umiejętność Seradeli jest przydatna, a czasem sam się bał, że kotka mogłaby go podsłuchać, nawet gdy śpi, była za bardzo w tym zaawansowana. Czarna mistrzyni dzisiaj opierniczyła Cykoriowy Cykor, aż ta uciekła w podskokach od mistrzyni po rozmowie. Cętkowany Tęgosz podszedł do mistrzyni.
— Cześć, ciociu, widzę, że miałaś problem z Cykorią, czy to dlatego, że nie trenuje Garbatka? Nie, żebym się o niego martwił, bo nie dziwię się, patrząc na niego, czemu nie chce go trenować, na jej miejscu też bym tego nie trenował. Wywaliłbym go od razu z klanu, przynajmniej posłużyłby jako pokarm dla dzikiej przyrody — mistrzyni poprawiła swoją grzywę.
— Właściwie to mieliśmy poważną rozmowę na inny temat. Jak patrzę na ciebie, to dosyć szybko urosłeś, wcześniej byłeś wielkości mojej łapy. Jak ostatni raz ciebie widziałam, to piłeś mleko Wrotyczowej Szramy, ale słyszę, że rośniesz nam wspaniale — tak, Wrotyczowa Szrama, matka Garbatka, ona też była jakaś słaba, powinna to coś zakopać, od kiedy się urodziło. Czekoladowy kocur był tak obrzydliwy z wyglądu, był czymś, co nie pasowało do estetyki ich klanu.
— Staram się, jak mogę, wiesz mam do ciebie nietypowe pytanie — mistrzyni przechyliła łebek.
— Słyszałam wiele pytań tego typu, ale nie obrażę się, jeśli to będzie, tylko jedno pytanie — rudzielec zaczął z grubej rury.
— Często widzę, jak Tropiąca Łaska podchodzi do ciebie i nie wiem, coś tam kręcicie ze sobą? Zauważyłem, że jest tobą zainteresowana w jakiś sposób — czarna dymna szylkretka wyglądała na trochę zbitą z tropu, takiego pytania rzeczywiście mogła się nie spodziewać.
<Nadchodzący Pomroku, are you gay?🏳️🌈>
Od Ognikowej Słoty CD. Nocnej Łapy (Nocnego Śpiewaka)
Przeszłość
— Idzie mi dobrze. Sam też trenuję trochę poza tym, co robi ze mną Tropiąca Łaska. Jak dla mnie robi ze mną trochę za mało. Za szybko kończymy treningi i czasami za wiele się ze mną bawi, niż ćwiczy. W sensie… psoci trochę przy okazji treningu, nie że bawi się ze mną jak z kociakiem — Noc usiadł obok niej. Ognikowa Słota zmrużyła oczy. Nigdy nie uważała czekoladowej szylkretki za dobrą mentorkę, skoro jednak matka przydzieliła jej Nocną Łapę, decyzja ta musiała być słuszna. Ponadto – zareagował tak, że wpasowało się to w oczekiwania, jakie ruda sobie wyrabiała wobec każdego. Dobrze, że przygłupie zachowanie kocicy nie wpływało na jego intelekt. Ambicja była dobrą cechą. Lepiej było chcieć za dużo niż zadowalać się byle czym, cieszyło ją niezwykle to, iż Nocny Śpiewak dobrał słowa właśnie w ten sposób. — A… A co u Ciebie? To twój siostrzeniec teraz się urodził, prawda? — zagadnął jeszcze, chodziło mu o Tęgosza. Kocica wyprostowała się pewnie. Pokiwała głową, a z pyska zniknął jej wszelki grymas, jaki tylko mógł nastąpić po wspomince o wojowniczce.
— Tak, wiesz, jaki jest spokojny? — miauknęła, a w jej oczach zawirowały iskry przejęcia, ale i swego rodzaju dumy. — Uwielbiam go odwiedzać. Każdy kolejny księżyc będzie kształtował to, kim się stanie. Jeszcze nie rozumie za wiele, jednak wierzę, że przyniesie nam dumę — dorzuciła jeszcze. Często rozmawiała o dumie. Było to dla niej coś niezwykle ważnego, na tyle ważnego, że niekiedy nie skupiała się na żadnym innym aspekcie, chociaż starała się, jak mogła, nie wolno było jej niczego przegapić w ocenie kota. Zerknęła na Nocną Łapę raz jeszcze. — Czy Tropiąca Łaska nauczyła cię już wspinaczki na drzewa albo nawigowania w tunelach? — zapytała, a ton jej stał się poważniejszy, niż pierwotnie planowała. Prędko rozjaśniła swój pysk lekkim uśmiechem, chcąc zachęcić kocurka do udzielenia odpowiedzi. — Jeśli mentor nie uczy cię niczego nowego i jedyne co robi, to utrudnia treningi, nie wnosząc czegokolwiek pożytecznego, zawsze można go zmienić i to na dużo lepszego — powiedziała mu bez zawahania, Nocna Łapa potrzebował tyle lekcji, ile tylko dało się zmieścić w ciągu dnia. Musiał chłonąć wiedzę. Dobrze, że szylkretka, chociaż nie wyglądała na taką, co by wierzyła w Klan Gwiazdy… wtedy Słota nie spoczęłaby, dopóki nie dostałby kogoś porządniejszego jako swojego nauczyciela. W końcu od mentora zależało tak wiele. Przejmował kota, który miał nadal w miarę plastyczny umysł. Uczył go wszystkich zasad, ścieżek, które zostały wyrobione przez ogrom łap kotów, żyjących na tych obszarach długo przed nimi. Kocica poruszyła lekko końcówką ogona. — Musisz skupić się na tym, co bierzesz od Tropiącej Łaski. Co dają ci wszystkie te treningi, czas z nią spędzony na nauce najpotrzebniejszych rzeczy. Musisz nauczyć się odróżniać, co w tym treningu rzeczywiście zapewnia ci możliwość rozwijania się, a co tylko cię rozprasza, odciągając od celu. Nie wszystko, co robi Tropiąca Łaska, jest ci potrzebne. Zapamiętuj tylko wartościowe rzeczy, z czasem, oczywiście, nabędziesz takiej umiejętności, musisz tylko nad nią pracować i nie zapominać, czego oczekujesz od życia — poleciła mu, gdy na pysku kocura pojawiła się swego rodzaju niepewność.
Przed Porą Opadających Liści
— Kult rozrasta się i rośnie w siłę — rozpoczęła Zalotna Gwiazda. — Cieszy to nas wszystkich. Wraz z odejściem Mrocznej Wizji oraz Borsuczej Puszczy przyszedł czas na obranie nowej roli przez dwójkę z was.
Przywódczyni zlustrowała wzrokiem zebrane koty, serce rudaski zaczęło bić szybciej, a końcówka ogona drgała nieznacznie. Chwila przerwy w wypowiedzi nie trwała długo. Matka podjęła decyzję dość sprawnie, prawdopodobnie wiedziała już wcześniej, kto zasługiwał na to miano.
— Nadciągający Pomroku, Ognikowa Słoto, wystąpcie.
Szylkretka wstała momentalnie, wywołana z tłumu. Nadciągający Pomrok wyglądała na zdziwioną, a ona, na tak zadowoloną, że zaraz chyba pęknie z dumy. Jakie miano zyska? Jaka ranga zostanie jej przydzielona? Zauważywszy, że dymna odpływa myślami, szturchnęła kotkę dyskretnie w bok. Nie mogły się teraz rozpraszać. Przemawiała do nich matka, a wszyscy członkowie kultu spoglądali teraz właśnie na nie. Wreszcie wyszły poza rząd i stanęły parę kroków przed matką. Słota wiedziała, że zasłużyła na awans, zresztą tak samo, jak jej siostra. Przykładały się niezwykle, a ponadto – bycie wzorem do naśladowania dla każdego nie było zresztą takie łatwe, a przynajmniej na początku! Później stało się to dość proste, ponieważ wyrabia się konkretne, przydatne nawyki. Skupiła wzrok na szylkretce przed nią, a myśli wymazała ze wszelkiego rodzaju niedogodności, robiąc miejsce na to, co zaraz usłyszy.
— Miejsce Wielkiego Kapłana obejmie Nadciągający Pomrok — zaczęła, spoglądając córce w oczy. — Odpowiadać będziesz za wybór kotów, którym dane będzie dowiedzieć się o kulcie, jak i dbać o jego ogólny dobrostan. Czuwaj nad naszymi przyszłymi członkami i wybieraj ich mądrze.
Ognikowa Słota spojrzała na Pomrok, chociaż oprócz oczu, ani drgnęła. Czekała na reakcję z jej strony, a gdy ta nie przybyła od razu, w jej głowie pojawiło się lekkie skonfundowanie. Na szczęście nie musiała czekać długo, więc też wszelkie wątpliwości mogły znaleźć ujście. Dymna pochyliła głowę w geście wdzięczności, a pysk rozświetlił chytry uśmiech.
— Dziękuję, matko — wymruczała w końcu po paru uderzeniach serca. Z tyłu rozległy się wiwaty. — Nie zawiodę Cię.
Zalotka skinęła głową, po czym zwróciła się do drugiej kotki. Ognikowa Słota nawiązała kontakt wzrokowy z matką, nie mogąc się już doczekać. Oczywiście robiła co w jej mocy, żeby przypadkiem nie wyglądać niczym mały kociak, który zostanie zaraz mianowany na ucznia. Dostąpiła ogromnego zaszczytu, razem ze swoją siostrą, którego każdy mógł im zazdrościć, a z pewnością takie koty by się znalazły.
— Ognikowa Słoto — kontynuowała. — Od dzisiaj będziesz nosić miano Matki Kultu. Będziesz odpowiedzialna za to, żeby przyszłe pokolenia wiedziały, która ścieżka jest tą jedyną właściwą. Oddaję kocięta w twoje łapy.
Szylkretka zastrzygła uchem z rozemocjonowania, a z pyska nie chciał zejść jej uśmiech. Pochyliła głowę przed matką z szacunkiem. Jej pierś rozdzierała czysta radość, duma tak ogromna, że niełatwo było to wszystko wytrzymać i mieć doskonałe panowanie nad. Za kocicą rozległa się kolejna dawka wiwatów, niesiona donośnym echem po lesie, wsparta tym razem o jej imię.
— To zaszczyt, dziękuję. Kocięta będą bezpieczne pod moim okiem, mamo — zapewniła bez cienia zawahania w głosie. Nie była zaskoczona wyborem, dla niej była to kwestia czasu, aż zostanie doceniona i zauważona. W końcu jej historii usłyszało już parę kociąt, które obecnie zdążyły wyrosnąć ze swojego kocięcego miana. Kocięta. Ich umysły były jeszcze miękkie i niezwykle podatne na naukę, chłonące informacje niczym gąbki. Nie zdążyły nasiąknąć jeszcze wszystkimi tymi głupotami związanymi z Klanem Gwiazdy. Wyznawcy tej przykrej wiary byli słabi i głupi, a nowa krew miała niezwykle wiele miejsca w głowach na dogmaty, jedyną prawdę, jaką powinny kierować się w życiu, każde z nich. Zdrajcy nie zasługiwali na poznanie tych historii, nie byli godni stąpania po terenach należących do Klanu Wilka, prawdziwych Wilczaków. Dzięki niej maluchy od początku będą znały prawdę. Może nawet i zaczną same ją głosić. Słota miała nadzieję, że za niedługo zasilą szeregi kultu. Im więcej oddanych, mądrych kotów w ich wspaniałej grupie, tym lepiej dla całego Klanu Wilka. Wiedziała, że to właśnie one dwie zasłużyły na wyższą rangę. Mimo zadowolenia i dumy z siostry poczuła swego rodzaju ukłucie. Zalotna Gwiazda wymieniła Nadciągający Pomrok jako pierwszą. Obydwie zostały wyróżnione, ten jeden detal jednak przykuł uwagę Słoty, sprawiając, że ta myśl wracała i dokuczała jej niczym cierń wbity pomiędzy poduszki łap.
Teraźniejszość
Od jej ostatniej rozmowy z Nocnym Śpiewakiem minęło już trochę, wiele się zresztą pozmieniało. Tęgosz został Cętkowanym Tęgoszem. Cienista Zjawa wyszkolił Kryształową Łapę. Ognikowa Słota zajęta była obowiązkami związanymi z przydzieloną jej nową rangą, a raczej… dwoma, chociaż o drugiej wiedziały jedynie wybrane koty. Zamruczała cicho pod nosem, spoglądając na Szalej, który, mimo że siedziała z nim już któryś raz, nadal nie wyglądał na szczególnie przekonanego co do niej. Nie szkodzi. Jeszcze dostrzeże, że to właśnie jej śladami powinien podążać.
— Szaleju, ostatnio wspomniałam ci o wspaniałym miejscu. Gdy tylko zostaniesz mianowany na ucznia, dopilnuję, żebyś je odwiedził przynajmniej raz — miauknęła. Nie umknęło jej uwadze to, iż rudego niezwykle ciekawiły słowa związane z tym miejscem, dlatego też dobierała słowa specjalnie tak, żeby przykuwać jego uwagę do własnych wypowiedzi tak często, jak tylko było to możliwe. Patrząc na niego, poczuła, jak uderza w nią swego rodzaju deja vu. Był on już którymś z kolei kociakiem, którego przyszło jej “doszkalać”. Zresztą taka była jej rola, a jakby tego było mało – bardzo lubiła opowiadać przyszłemu pokoleniu o prawdach, o jedynej słusznej wierze. Satysfakcję dawały jej nie historie same w sobie, a świadomość, że zapuszczały korzenie w cudzych umysłach. Kult musiał rosnąć w siłę. A jeśli już o kult chodziło… na myśl przyszedł jej Nocny Śpiewak. Kocurek już dawno został wojownikiem, a jednak nadal nie widziała u niego ubytku w uchu. Co mogło być tego powodem? Może jednak Mroczna Wizja nie dostrzegła w nim nikogo, kto by miał wystarczający potencjał? Może nie nadawał się do większych rzeczy i źle go oceniła? Nie, niemożliwe. Ona się nigdy nie myliła. Może jednak potencjał, który dostrzegła u niego paręnaście księżyców temu, teraz osłabł, zniknął wręcz, zostawiając po sobie smutną pustkę? Teraz powinna kierować takie sprawy do Nadciągającego Pomroku, jej kochanej siostrzyczki… a zresztą, to była kwestia czasu, aż dymna sama zrekrutuje jakiegoś Wilczaka.
Ognikowa Słota wyszła na moment z kociarni w celu spożycia czegoś ze sterty. Wtedy też jej wzrok zawisł na czarnym kocurze, który przeprowadzał rozmowę ze swoim bratem, Chudym Grzbietem, zaciętą zresztą. Wstała pewnym ruchem, a dwójka w międzyczasie zdążyła zakończyć to, o czymkolwiek gadali. Nawiązała kontakt wzrokowy z wojownikiem, a kocurek, gdy tylko ją zobaczył, w jego oczkach zatańczyła swego rodzaju iskra. Przywitał się z nią prędko.
— Ognikowa Słoto, witaj!
— Witaj, Nocny Śpiewaku. Dawno nie rozmawialiśmy — mruknęła. Ich konkretniejsze rozmowy miały miejsce jakiś dłuższy czas temu, oprócz tego wymieniali się spojrzeniami czy sypali sobie niewylewnymi przywitaniami. — Odkąd zdałeś pomyślnie test na wojownika, a także wygrałeś walkę i zyskałeś imię wojownicze — zaczęła, pozwalając sobie na to, żeby smakować każde z tych słów, chociaż wiedziała co powiedzieć. — Czy może masz już kogoś na oku? — zagadnęła. W Klanie Wilka przyda się zawsze nowa krew, szczególnie ze strony kotów ambitnych, przynoszących dumę klanowi. Mistrzyni nie miała okazji często obserwować jakiejś kotki u boku bursztynookiego, zresztą kocurów też nie. — W Klanie Wilka zawsze znajdzie się miejsce dla kolejnych silnych kotów. Potrzebujemy kolejnych pokoleń, które będą godnie reprezentować nasz klan. Byłbyś wspaniałym ojcem — sypała mu komplementami, w międzyczasie zastanawiając się, z kim potencjalnie mógłby założyć rodzinę… W zasadzie było parę kotek o zbliżonym wieku do niego. Niektóre nadawały się bardziej od innych. Tak naprawdę nie musieli być nawet parą. Najważniejsze było to, żeby urodziły się kolejne kocięta.
<Nocy? Ciocia Słocia zaopiekowałaby się twoim potomstwem>
Subskrybuj:
Posty (Atom)