BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka i Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Miot w Owocowym Lesie!
(Brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 12 kwietnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

03 kwietnia 2026

Od Nocnej Łapy CD. Zwęglonej Łapy

Noc skoczył i wylądował zaraz obok myszy, na którą polował. Ta zaczęła w panice uciekać od napastnika. Noc wykręcił się w jej kierunku i zamachnął łapą. Jego pazur zaczepił jej tył i wytrącił z równowagi. Czarny kot przypadł do niej.
– Nie trafiłeś. – Tropiąca Łaska spojrzała na niego z gałęzi drzewa nad nim.
– Poślizgnąłem się. – przyznał Nocna Łapa, odkładając swoją zdobycz w nieco mokrą trawę i podnosząc głowę, aby spojrzeć na mentorkę. – Przepraszam.
– Najważniejsze, że złapałeś tę mysz, ale polowanie to nadal twoja najsłabsza umiejętność, co? – Łaska przekrzywiła głowę.
– Może, ale się staram. – odparł Noc, uśmiechając się niewinnie. W końcu zdarzało mu się wylądować niewygodnie, ale zazwyczaj łapał, to na co polował. – Staram się, jak tylko mogę! Ale mogę poćwiczyć więcej, jeśli jest taka potrzeba.
– Ty nie ćwicz za dużo, bo się zamęczysz. Masz już wystarczająco mięśnia pod tym futrem. Jakbyś chciał, to pewnie mógłbyś mnie zanieść na plecach do obozu, co?
– Bez problemu! – oświadczył Noc, unosząc ogon. Jego mięśnie i siła były jego dumą. Długo na nie pracował i jeszcze dłużej pracować będzie, aby je zachować w dobrym stanie. Nie miał zamiaru się lenić, jeśli chodziło o jego wygląd.
Futerko miał zawsze zadbane, wąsy wyprostowane, ozdoby wsunięte wygodnie w miejsca, aby mu nie przeszkadzały. Starał się, jak tylko mógł, aby osiągnąć jak najwięcej. Aby jego przodkowie byli z niego dumni. Aby móc z łatwością walczyć przeciwko tym parszywym, marnym Klanie Gwiazdy! Na samą myśl mało się nie zjeżył!
– No dobrze… – Tropiąca Łaska mlasnęła, widząc jak wypina pierś dumnie. – Koniec z popisywaniem się. Wracamy do obozu!
– Mogę jeszcze się przejść, zanim wrócę? – Noc przeskoczył z łapy na łapę.
– Jesteś pewien? Jest mokro i zimno… – jego mentorka skrzywiła się na jego prośbę.
– Jestem pewien, tak – Noc kiwnął głową nieco nieśmiało. – Nie będę ćwiczył. Chciałem tylko przewietrzyć futro i głowę!
– No dobra. Jak znajdziesz coś jeszcze do upolowania, to przynieś! – oświadczyła Tropiąca Łaska, zeskakując na ziemię. – I wróć przed zachodem słońca. – pouczyła go jeszcze zanim zniknęła w cieniach lasu z upolowaną myszą.
– Wrócę. – Noc mruknął cichutko, już w kierunku nikogo.

Nocna Łapa ruszył powolnym krokiem po lesie. Zawędrował aż pod Cierniste Drzewo, a przynajmniej na brzeg lasu niedaleko. Tam przysiadł sobie na jednej z wyższych gałęzi jakiegoś drzewa. Wbił wzrok w horyzont, podziwiając przez chwilę błękit nieba przebijający się przez masę chmur, a potem skupił wzrok na domach dwunożnych, które wspinały się w kierunku coraz bardziej deszczowego nieba. Noc zastrzygł uszami. Ciekawiło go, co tam było, tam pośród tych dziwnych bloków, których było tak wiele. Nocna Łapa nigdy osobiście nie widział żadnego dwunożnego, co najwyżej to, co często po sobie pozostawiali. Śmieci, tkaniny i ten dziwny zapach. Ale żeby spotkać samego dwunożnego? Nocy, nigdy się nie zdarzyło. Tropiąca Łaska opowiadała mu, że dwunożni są niebezpieczni, żeby trzymać się od nich z daleka i Noc jej ufał, przynajmniej na tyle, aby stłumić swoją ciekawość do zera.
Wracając do obozu, przyczaił się na niedużą wiewiórkę, która szybko padła jego ofiarą. Na drzewach polowało mu się zaskakująco prościej niż na ziemi! Musi się tym pochwalić swojej mentorce któregoś dnia!
Wesoło wkroczył do obozu, z łebkiem uniesionym wysoko, od razu kierując się do kamieni ze zwierzyną. Niefortunnie wlazł komuś pod łapy. Jego sierść od razu się najeżyła ze wstydu. Powinien nieco bardziej spoglądać gdzie idzie, zamiast rozmyślać nad wszystkim i niczym. Gdyby mógł, pewnie nawet by się zarumienił! Ale jego ciemne futro pięknie chowało wszelkie takie uczucia przez czujnymi oczyma innych kotów.
– Przepraszam cię bardzo! – miauknął po odłożeniu wiewiórki na swoje łapy. – Nie patrzyłem, gdzie idę, moja wina… – Noc przyznał. Kotka przed nim odetchnęła tylko ciężko. Zapadła chwila ciszy. – Wiewiórkę?
Noc zaproponował Zwęglonej Łapie, która przed nim stała. Z racji, że jej zdobycz aktualnie leżała pod ich łapami, cała upaprana w trawie, która kleiła się do wszystkiego po ostatnich deszczach.
– Nie chcę ci zabierać zdobyczy… – oparła kotka z wyraźnym poirytowaniem w głosie.
– Oh! Nie zabierasz! Ja jadłem rano! To … nowe, świeże. Proszę. Weź! – Noc uniósł wiewiórkę na swojej łapie, pilnując, aby nie stoczyła się w trawę i nie skończyła jak poprzednia zdobycz kotki.
– No… no dobra. – kotka wzięła od niego jeszcze delikatnie ciepłą zdobycz, a Noc uśmiechnął się szeroko.
– Smacznego! O! W ogóle. Masz ochotę, któregoś dnia poćwiczyć walkę? – I oczywiście Noc musiał też wykorzystać okazję do znalezienia sobie partnera do treningu. To czasami naprawdę dla niego trudne. Kotka była od niego wiele młodsza i mniejsza, a jednak Noc z chęcią by się z nią zmierzył, nawet jeśli miałby dawać jej delikatne fory! Nocna Łapa wbił swoje oczka w rówieśniczkę. – Oczywiście możesz odmówić! Nie… nie obrażę się! – dodał po chwili machając łapami w zawstydzeniu. Ech… jak zwykle robi z siebie barana.

<Zwęglona Łapo?>
[764 słów]

Nowy członek Pustki!




Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Otrucie

Odszedł do Pustki!

Od Pierzastej Łapy CD. Kobczyka

Usłyszał z tyłu wołanie.
— Ach! Muszę już iść. To… może do zobaczenia, a może nie! — rzucił do niej, po czym chwycił ptaka. Obrócił się jeszcze, oglądając przez ramię, jakby chciał zapamiętać urodę kotki i się wycofał do swojego mentora.
Co to było za… dziwne spotkanie. Kocica nie przedstawiła się, z resztą on również. Mimo to zdołał już wymyślić jej ksywę: Krecik. A czemu? Bo tak wyglądała! Brzoza opowiadała mu o tych zwierzętach, które kopią tunele, ale mają o wiele gorszy wzrok od królików. Nie miał jeszcze okazji, aby je zobaczyć na żywo… może jedynie martwe z robalami w środku. Fu!
— Pierzasta Łapo! — zawołał po raz drugi Cyklonowe Oko.
Pierzasta Łapa obejrzał się jeszcze raz, ale kotki już nie było. Westchnął ciężko.
— Co się stało? — usłyszał czyjś głos obok. Wypuścił wróbla z zaskoczenia i spojrzał na Gadożerową Łapę krzywo.
— Nic! — odparł zdenerwowany. — Nie wtrącaj się… — wymamrotał, ale wtedy spojrzał i na wróbla, i na ucznia z rzymskim nosem. Na jego pysku uformował się tajemniczy uśmiech.
— Heeeej~ — zaczął od nowa, używając swojego osobistego uroku, wybijając przy tym Gadożera z rytmu. Młodszy zmarszczył brwi, ale milczał. Pierzasta Łapa to wykorzystał. — Gadożerku, może chciałbyś to zanieść na stos? — miauknął, podsuwając mu pod łapy ptaka. Po czym schylił się, mrucząc mu do ucha:
— A podobno Baziowa Łapa baaardzo za nimi przepada! Słyszałeś~?
— Co…!?
Starszy mrugnął białemu i pędem ruszył do swojego mentora. Gadożerowa Łapa widocznie onieśmielony przez kolegę niepewnie zdecydował się wziąć wróbla. Tak na wszelki wypadek. A na nieszczęście Gadożera, Pierzastej Łapie nie umknęło to na uwadze. Widać, że brat Lodówki jest zakochany po uszy w tej… dziwnej kotce. Na jej widok Pierzastej Łapie zbierało się na wymioty. Miał tylko nadzieję, że ten dziwoląg nie będzie mu stawał na drodze.
Rudy burmski kocurek stanął przed Cyklonowym Okiem, który z trudem mógł za nim nadążyć.
— No ja ci mówiłem, abyś je obciął… — wymamrotał Pierzasta Łapa i pociągnął nosem. Powietrze było takie zimne!
Cyklon nie odpowiedział. Zmierzył go wzrokiem od stóp do głów. Kocurek uśmiechnął się głupio i usiadł.
— No co tam, Cyklonowe Oko…
— Jestem twoim mentorem. Nie odzywaj się do mnie jak do kolegi, Pierzasta Łapo — odpowiedział mu chłodno.
Ucznia przytkało. Nie wiedział jak mu odpowiedzieć, więc najlepiej było milczeć.
Cyklon odchrząknął I odwrócił się do niego plecami niczym stary mędrca, brakowało mu tylko patyka lub łap za plecami.
— Dzisiaj zaczniemy biegi długodystansowe — zaczął, idąc powoli na przód. — Baziowa Łapa będzie nam towarzyszyć. Chodź, Pierzasta Łapo — polecił mu mentor i nonszalancko machnął swoim wodospadem usznym niczym biczem.
Kocur poczuł ukłucie w klatce piersiowej. Stał jak wryty, ale ujrzawszy oddalającego mentora, ocknął się i za nim ruszył.
Spojrzał przez ramię na Gadożerową Łapę, który kierował się z innym Burzakiem do obozu. Gdzieś mu w myślach przemknęło, że ten wróbel skończy się fatalnym pomysłem.
I szkoda, że Śpiewająca Pokraka go nie skosztuje; Cyklonowe Oko powiedział mu, że ta ruszyła w tereny Klanu Burzy na patrol i na długo nie wróci do obozu, co ucieszyło go bardzo z ranka.

***

— Szybciej! Szybciej! — piszczała Lodówkowa Łapa obserwująca młodych “rajdowców”.
Pierzasta Łapa wyciągał łapy daleko, odbijając się od ziemi raz za razem. Ścierał się z Baziową Łapą, która nie dawała mu fory. Kocur wydawał z siebie westchnienia i warknięcia, próbując wyjść na przód. Długa grzywka ograniczała mu wzrok.
Ich zadaniem było wykonać pięć, dużych okrążeń na wzgórzu koło obozu. Z początku nie wydawało mu się to trudne; przecież po coś trenował więcej niż Bąbel w całym swoim życiu uczniowskim. Jednakże na czwartym okrążeniu zaczęły mu się plątać nogi na długiej, śliskiej trawie. Z trudem utrzymał się na łapach i zwolnił. Na widok Baziowej Łapy kończącej trzecie okrążenie, Pierzasta Łapa zaczął pędzić jak wściekły, byleby zwyciężyć i pokazać temu dziwolągowi, gdzie jego miejsce.
Na drugim świecie, przemknęło mu przez myśl, ale się opamiętał. Czemu tak bardzo za nią nie przepadał, w sumie? Przecież żadnej szkody mu nie wyrządziła, ale Pierze już się nad tym nie zastanawiał. Jego celem było wygrać, nieważne jak.
Przyspieszył tempa, zaczynając tym samym ostatnie kółko. Musiał je jeszcze ukończyć, aby wygrać. Baziowa Łapa stąpała mu odważnie po piętach, ale akurat na czwartym okrążeniu zaczęła zwalniać, aż w końcu… upadła? Zdziwiony spojrzał na nią przez ramię, ale potem stwierdził, że to na dobre wychodzi. Nie miałaby i tak z nim szans!
Skończył bieg i z ulgą upadł na miękką trawę, dysząc jak wściekły lis. Z uśmiechem laureata wpatrywał się w zachmurzone niebo, z którego zaczęły spadać krystaliczne krople wody.
— Zwyciężyłeś! — krzyknęła dobrze znana mu kotka. Kilkoma susami znalazła się nad nim z niewinnym uśmiechem.
Pierzasta Łapa wstał i posłał jej łagodne, ciepłe spojrzenie, dumnie wypinając pierś:
— Oczywiście, że zwyciężyłem, Lodówko! — wymruczał. — Nikt się ze mną nie równa! — dodał, kątem oka patrząc jak zawstydzona Baziowa Łapa odchodzi w stronę obozu mozolnie. Czyżby zwichnęła łapę? Nie, przecież nie wyglądała na jakoś bardzo wykrzywioną.
— Czy… czy coś się jej stało? — zapytała młodsza, siadając przy nim.
Starszy wzruszył ramionami, odprowadzając swoją rywalkę szmaragdowymi oczętami.
— Nieee, coś ty — machnął łapą, uśmiechając się. — Przecież Baziowa Łapa jest gorszą niezdarą od mojego Bąbla! — zażartował, chichocząc. Mógł usłyszeć jak niepewnie I cicho towarzyszył jego chichotom śmiech koleżanki.
Podszedł do nich Cyklonowe Oko, a wtedy Lodówkowa Łapa odskoczyła od swojego przyjaciela, niby poparzona.
— Wygrałeś, Pierzasta Łapo — powiedział I zwrócił się do Lodówkowej Łapy. — A ty, czy ty nie powinnaś mieć teraz własnych zajęć z mentorką?
Lodówkowa Łapa nerwowo zachichotała i wycofała się, aż w końcu uciekła. Rudy patrzył jak wybranka jego serca się oddala ze smutkiem. Westchnął I spojrzał na Cyklona.
— Wracamy?
— Wracamy. Zobacz, jak kropi. Tylko nie biegaj! — ostrzegł młodzieńca. — Jeszcze zwichniesz łapę!
— Dobra, dobra… ty lepiej martw się o swoje kremowe wodospady!
A to zamknęło Cyklonowe Oko na dobre kilka minut.
Wrócili do obozu w ciszy. Futro Pierzastej Łapy nie chciało przyjąć kropel wody, przez co na kocurze powstała zabawna rosa. Miał tylko nadzieję, że dzisiejszego dnia nie zaskoczy go żadna egzekucja, trzy truchła w obozie i ledwo trzymającego się na łapach wujka. A co do niego, to Pierzasta Łapa zaczął się zastanawiać czy na pewno dobrze wybrał, idąc ścieżką wojownika. Ale zaraz, przecież on nawet nie miał wyboru! Tak czy siak Królicza Gwiazda by go nie wybrał na medyka. A szkoooda! Mógłby wujowi pomóc i wujek by nie był taki sam jak piąty palec u przedniej łapy! I Pierze nie byłby samotny! A Śpiewającą Pokrakę trzymałby wtedy na krótkiej smyczy! I wszyscy żyliby długo, i szczęśliwie…
Gdy dotarł, zastało go niezbyt ciekawe zjawisko. Na polanie cuchnęło od kocich wymiocin zmieszanych z krwią i innymi substancjami. Ślady ciągnęły się do legowiska medyka, gdzie było niezłe zbiorowisko. Cyklonowe Oko zesztywniał na ten widok, a Pierzasta Łapa stanął w osłupieniu. Na widok tego przed jego oczyma pojawiła się Krecik ze swoim uśmiechem, podsuwając mu pod łapy wróbla…
“Jesteś głodny?”
Nie, do jasnej ciasnej, nie jestem już ani trochę głodny, powiedział do siebie w duchu, czując jak jego ciało zaczyna się przegrzewać.
— Na Klan Gwiazdy… — wymamrotał I skrzywił się na smród. Przeskoczył kilkoma susami bezpieczną stronę polany, aby następnie przedostać się do legowiska medyka. Przepchnął się przez mniejsze kotki i wsunął głowę do środka, próbując zobaczyć, co się dzieje. Słyszał Wełnistą Mszycę, Wdzięczną Firletkę, Oskrzydlonego Ognika, Zawodzące Echo i… Gadożerową Łapę.
— Zapytam jeszcze raz… jak znalazłeś tego wróbla? — zapytał stanowczo zastępca.
— No mówiłem przecież, że to nie ja go złapałem! — miauczał młodszy z łzami w oczach. Trząsł się. — Pierzasta Łapa mi to dał! Pierzasta Łapa! — krzyknął mu i wskazał na rudo-białą głowę, która z wytrzeszczonymi oczami wpatrywała się w trupa czekoladowego zajęczego kocura. Nie udało im się go ocalić.
Wtedy Zawodzące Echo na niego spojrzał. A Pierzasta Łapa już wiedział, że miał przechlapane. Głośno przełknął ślinę I wszedł niepewnie do lecznicy, zniżając głowę w szacunku.
— Dzień dobry, Zawodzące Echo~!
Posiadacz tego imienia zmarszczył brwi, nie odwzajemniając melodyjnego tonu głosu Pierza.
— Pierzasta Łapo, czy to prawda?
Kocur rozejrzał się nerwowo po ważnych kotach w hierarchii Klanu Burzy, po czym westchnął i usiadł. Z tyłu czuł na sobie oceniający i zawiedziony wzrok pobratymców.
— Zastępco Klanu Burzy... — zaczął, kątem oka spoglądając na roztrzęsionego Gadożera. — ... Czy naprawdę można wierzyć Gadożerowej Łapie? — miauknął. — Nie wiem, co on wprawdzie wygadywał, Zawodzące Echo. Dobrze wiesz przecież, że mnie już naprostowano i nigdy bym nie odważył się na coś takiego. A Gadożerowa Łapa, cóż... — cmoknął — Niewiadomo, z kim ten biały szkodnik się spoufalał. I czy sobie czegoś nie ubzdurał. W końcu ja byłbym dobrym materiałem na kozła ofiarnego, bo przecież jako kociak trochę poodwalałem... ale już jestem lepszy. Naprawdę, Zawodzące Echo.
Historyjka nie zabardzo zdawała się go przekonać. Spojrzał najpierw na Pierze, później na Gadożera.
— Gdzie znalazłeś tego wróbla, Pierzasta Łapo?
— Nic nie wspomniałem o wróblu przed chwilą. Powinieneś zapytać o to Gadożerową Łapę — poinstruował ze spokojem. — Pewnie chce mnie wkopać, bo jestem łatwym celem... tsk.
— Wkopać? — Uniósł Echo brew. — Nikt nie mówił nic o żadnych konsekwencjach. Chciałbym tylko wiedzieć, skąd wzięła się ta zwierzyna.
Pierzasta Łapa zmarszczył brwi, zdziwiony.
— Właśnie ktoś zamordował Strzępotkowy Kokon, a ty jeszcze mówisz, że nikt nie mówił o żadnych konsekwencjach? — uniósł się. — Powinieneś spytać Gadożerową Łapę, Zawodzące Echo. Wróciłem niedawno z treningu, długodystansowego biegu. Świadkowie, czyli Baziowa Łapa, jej nauczycielka, Lodówkowa Łapa oraz mój mentor mogą potwierdzić, że nie tknąłem tego wróbla, o którym mówicie ani go nie widziałem. Czemu to ja ciągle muszę być wytykany łapami... — westchnął ciężko, jakby to całe dochodzenie Echa nie miało sensu. Skoro to Gadożer przyniósł zwierzynę, Gadożer winien śmierci Strzępotkowego Kokonu. Czemu aż tak bardzo zastępca Klanu Burzy drążył ten temat z kotem, który nie mógł się do tego przyczynić zamiast z najbardziej podejrzanym?
— Czy Cyklonowe Oko zgodzi się z tobą? Nie oddalałeś się od niego podczas treningu?
— Oddaliłem się tylko wtedy, gdy rzucałem się za zwierzyną, ale jej nie złapałem, bo Cyklonowe Oko jak zwykle musiał ją spłoszyć swoimi nawoływaniami. Poza tym Cyklonowe Oko był tuż obok mnie. W końcu muszę stać się porządnym, godnym miana wojownika kotem, czyż nie? Przecież powiedziałem, że chcę być lepszy. Ciągle trenuję i poluję!
Echo przez parę chwil wpatrywał się w ciszy w Pierze. Gdy uczeń nic już nie dodał, westchnął i przymknął na moment oczy.
— Proszę wszystkich o opuszczenie legowiska — zadecydował zastępca w końcu, spoglądając po zebranych wojownikach i uczniach. — Pierzasta Łapo, mam nadzieję, że mówisz prawdę... Gadożerowa Łapo, ty pójdziesz ze mną.
Pierzasta Łapa cofnął się, po czym odwrócił do wyjścia i przepchnął przez tłum, który zaczął się zmniejszać z każdą sekundą. Czuł na sobie te spojrzenia nieufności, wątpliwości… ale przecież słowo zastępcy-przywódcy było niepodważalne, czyż nie?
Westchnął ciężko. Czuł, jakby w każdej chwili mógł się zapaść pod ziemię. Dziwił się, że zachował taki… spokój. Jeśli można było to nazwać spokojem, a nie strategią. Łapy mu drżały, a on pospiesznie wrócił do legowiska uczniów, aby uciec przed deszczem. Zapach legowiska Śpiewającej Łapy wciąż był bardzo intensywny, a Pierzasta Łapa właśnie o to zadbał. Wszystkie kwiaty, które znalazł na łące, postanowił wpleść w swoje posłanie, aby się wyróżniać. Nawet Śpiewka mogłaby mu pozazdrościć.
Skulił się w kulkę bezpieczeństwa i z nerwów zaczął gryźć swój ogon, nie wiedząc jak uspokoić swoje serce. Bum, bum, bum. Ten narząd ciągle nadawał, a Pierzasta Łapa naprawdę nienawidził, jak coś pulsowało. Co on zrobił?
Zabił kota. Zabił kota. Zabił kota. Zabił kota. Zabił kota, zabił, zabił, zabił…!
— Hej, stary? — usłyszał głos braciszka obok.
Aminkowa Łapa szturchnął Pierza, który pociągnął nosem.
— Ej, stary! Na co się dąsasz? — powtórzył i mocniej szturchnął brata. Pierzasta Łapa syknął cicho obelgi, które Aminek puścił mimo uszu. Kremowy kocurek uśmiechnął się jakby zaraz miał coś palnąć bez sensu.
— No nie gadaj, że Śpiewka ci odmówiła randewu…
Pierzasta Łapa poderwał się z legowiska i o mało, co nie zdzielił Aminka.
— CO!? TY IDIOTO! GOŃ SIĘ! IDŹ LATAJ ZA TĄ PASKUDĄ BAZIOWĄ ŁAPĄ, A NIE, TY PASKUDNA DUPO BORSUKA, GADASZ TAKIE PIERDOŁY!
— Ej, ej, spokojnie może, co? Pienisz się bez powodu — mówił nieco zdziwiony Aminek i się skrzywił. — Ale przynajmniej… — zaczął i uśmiechnął się łagodnie — … Dobrze widzieć, że jesteś w formie. Czekaj… słyszysz to?
— Co mam słyszeć? — mruknął rudy.
— Ten syn Króliczego Bobka wzywa wszystkie koty! Ciekawe, na kim zostanie tym razem egzekucja…
— … I oby nasz tata nie zabił tego cwaniaczka na miejscu… — dokończył Pierzasta Łapa i oboje się skrzywili. Widzieli jak tatuś wrócił przesiąknięty krwią i wzrokiem szaleńca do obozu po egzekucji. Pierzastą Łapę ten obraz będzie nawiedzał; zwłaszcza, że jest jego ewidentną kopią, gdyby nie rozmieszczenie bieli i inny kolor oczu. Czy gdyby nie otruł Strzępotka, tylko go… zabił… czy tak samo by wyglądał? Czy miałby taki sam wzrok jak jego tatuś, Kminkowy Szum? I co na to ten rudy wojownik? Czy on też… też zgłosiłby się na egzekutora, ale tym razem robiąc to na własnym pierworodnym synu?
— No dobra, chodź, Paskudku! Zobaczmy, kto będzie miał bęcki.
— Aha… już idę… — wymamrotał niewyraźnie szmaragdowooki i ruszył za kremowym uczniem.
Usiedli gdzieś z tyłu, ponieważ inni zajęli już miejsca z przodu. Pierzastej Łapie to pasowało; tym razem nie chciał być ani trochę widoczny. Najlepiej, gdyby zapadł się pod ziemię.
— Dzisiaj do obozu została przyniesiona zatruta zwierzyna — rozpoczął Zawodzące Echo, spoglądając z góry na Burzaków. — Niestety, jeden z naszych wojowników, Strzępotkowy Kokon, padł jej ofiarą. Nie udało się go uratować.
Zamilkł na moment.
— Chciałbym wierzyć — kontynuował — że to jedynie przypadek. Jednak nie mogę podejmować żadnego ryzyka. Gadożerowa Łapo — zwrócił się do ucznia. — Zawieszam twój trening na najbliższe księżyce. Twoim zadaniem będzie dbanie o porządek w obozie oraz pomoc medykom, abyś na własnej skórze mógł poczuć to, z czym przez twoją nieuwagę musieli się dzisiaj zmierzać.
Spojrzenie zastępcy przeleciało przez tłum, aż nie zatrzymało się na Pierzu.
— Pierzasta Łapo. Być może sam się domyślasz, ale moje zaufanie wobec ciebie zostało zachwiane; członkowie Klanu Burzy będą mieli na Ciebie oko. Masz kategoryczny zakaz oddalania się od mentora lub patrolu, do którego zostałeś przydzielony — miauknął, po czym zwrócił się do ogółu klanu. — Nikt z nas nie chce, aby taka sytuacja się powtórzyła. Proszę mentorów o pilnowanie swoich podopiecznych oraz sprawdzanie upolowanej przez nich zwierzyny.
Gdy parę kotów skinęła głowami, usatysfakcjonowany przymknął oczy.
— Dzisiejszego wieczoru odbędzie się czuwanie; Gadożerowa Łapa pomoże przygotować do niego ciało Strzępotkowego Kokonu.


< … Kreciku, coś ty narobiła…!?>

[Bieg długodystansowy]

Od Kobczyka do Pierzastej Łapy

Wiatr uniósł futro samotniczki, tak, jakby ktoś zamiótł ogonem tuż nad jej karkiem, rujnując jej nawet zadbane kłosy. Nie zwracała na to większej uwagi, nie odczuwała potrzeby strojenia się, nawet dla siebie. Korony drzew szeleściły spokojnie na chłodnym wietrze, który zmiatał masę wysuszonych, kruchych liści. Robaki kręciły się w kółko nad ostatnimi już kwiatami, próbując nazbierać, jak najwięcej pożywienia się dało. Chłody zbliżały się coraz bardziej, dało się to odczuć każdego wieczora, kiedy słońce zachodziło za horyzontem. Nawet jeśli rzucało słabo grzejące promienie, robiło jednak różnicę. Do nosa kocicy dotarł intensywny, leśny i podmokły zapach, do którego zdążyła przywyknąć. Brodziła przez wilgotne błoto, brudząc sobie łapy. Na samą myśl skrzywiła się, jednak nie zamierzała się zatrzymywać. Drzewa w tym lesie pokryte były licznymi igłami. Gdyby spróbowała się na nie wspiąć, tak, jak opowiadał jej tata, Wilczy Skowyt, najprawdopodobniej nabawiłaby się więcej drzazg i bólu, niż było to warte. Nie potrafiła sobie także wyobrazić, jak koty mogły wchodzić na tak ogromne rośliny bez większych kłopotów. Czy nie czuły bólu związanego z wchodzeniem po uzbrojonej w kolce korze? Pokręciła głową. Nie wyszła z azylu po to, żeby się zastanawiać nad drzewami. Wyszła po to, żeby znaleźć kocimiętkę, o której ostatnio opowiadał jej Wernyhora. Może przy okazji udałoby jej się znaleźć kolejne ślepie, które by zdołała przechować w innym miejscu? Mogłaby wykopać w ziemi dół, do którego nazbierałaby się woda deszczowa, ostatnio sporo padało. Ciekawe, czy gdyby wrzuciła oko do tego roztworu, to czy byłoby na dłużej? Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, najprawdopodobniej dowie się tego już niedługo.
Słońce wspinało się po niebie, grzejąc bladymi promieniami grzbiet koteczki. Brązowooka poczuła lekkie ukłucie żalu. Gdyby Wąsatka z nimi została, prawdopodobnie szłyby teraz razem, tuż obok siebie. Biało-czarna trajkotałaby w najlepsze, a Kobczyk odpowiadała jej równie mądrymi słówkami. Ciekawiłyby się każdą rzeczą dookoła, zastanawiając nad najmniej istotnymi dla innych, ale dla nich niezwykle ważnymi rzeczami. Bardzo tęskniła za siostrzyczką i nie mogła się już doczekać, aż wreszcie wróci. Chciała już przetestować każdy swój pomysł i przekonać się, czy działał. Nic nie sprawiłoby jej takiej radości jak naprawienie jej uciekającego oka i równowagi. Żyłoby jej się tak dużo lepiej!
Wędrując tak lasem, co jakiś czas dostrzegała, jak ptaki szybują wysoko nad jej głową. Przeskakiwały zwinnie z gałęzi na gałąź, niczym uskrzydlone wiewiórki, które wykorzystywały wielki rudy ogon do akrobacji. Może Wąsatce można byłoby taki przymocować? Ciekawe czy nie przewracałaby się tak często? Może… może…
Dotarła nad granicę z Klanem Burzy. Ostre oznaczenia zapachowe dotarły do jej nozdrzy. Zawęszyła ze zdziwieniem. Dwa zapachy kolidowały ze sobą intensywnie, tworząc nieprzyjemną mieszaninę.
Nieopodal dostrzegła rudo-białego kocura, który wędrował zupełnie sam. Po jakimś czasie i on ją dostrzegł. Czekoladowa przysiadła tuż przy granicy, chociaż wyszło tak zupełnie przypadkiem. Nie przykładała takim rzeczom większej wagi, nie było to dla niej istotne. Kot, jakiego wypatrzyła, wyglądał na młodego. Nie mógł zrobić jej krzywdy, tak myślała.
Spojrzała na bezwładnie leżącego wróbelka u jej łap. Wepchnęła w niego kwiaty, jakie znalazła ostatnio. Umieściła ich wystarczająco, żeby nie mieć nadmiaru w kolekcji, ale też tak, by nie różnił się jakoś niezwykle od przeciętnego ptaszka.
Zerknęła na kocura siedzącego teraz przed nią, uśmiechającego się miło.
— Witaj! Zgubiłeś się? A może szukasz czegoś? — zapytała, po paru uderzeniach serca spoglądając na swoją zwierzynę. — Może zgłodniałeś i chciałbyś coś przekąsić? — zaproponowała, poruszając spokojnie ogonem.
Pierzasta Łapa spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem, ale i nieufnością, jakby zachowała się jak jakaś pieszczoszka dwunożnych. Oczywiście samotniczce nie umknęło to spojrzenie. Obserwowała każdy najmniejszy ruch nieznajomego. Była gotowa bronić się, a jeśli nie dałaby rady, to uciekać ile sił w łapach. Poruszyła spokojnie uchem.
— Naprawdę chcesz mi dać to zupełnie za darmo? Nie sądziłem, że Wilczacy są tacy hojni. Nie będziesz mieć z tego powodu kłopotów?~ — zapytał dość nietypowym tonem. Schylił się odrobinę, lustrując pióra wzrokiem, jakby doszukiwał się na nich swego rodzaju skazy. Naturalne było, że jej nie ufał. Chociaż szkoda, że nie był taki głupi. Kobczyk przysunęła łapą upolowanego ptaka bliżej obcego, malując na swojej mordce delikatne rozpromienienie.
— Całkowicie za darmo. Nie musisz mi się odwdzięczać. Pomyślałam, że będę dzisiaj miła — odpowiedziała pewnie, wymyślając to na poczekaniu. Chciała się dowiedzieć, jaki efekt mogły mieć rośliny. Czy kocur by się zorientował, co skrywał brzuch ptaka, gdyby się wgryzł w jego mięso? Może był naiwny? Może zaniósłby to tym swoim kotom z klanu, o którym właśnie wspomniał? Kobczyk oczywiście nie należała do Klanu Wilka, aczkolwiek nie zamierzała uświadamiać morskookiego. Skoro sam jej to podsunął, to nie było sensu psuć pierwszego dobrego wrażenia. Tylko jak zachowywali się ci cali “Wilczacy”? Może skoro nie wykrył u niej nic takiego nietypowego, a raczej przynajmniej nie okazywał tego, to prawdopodobnie jej nawet to wychodziło. Poruszyła spokojnie wąsami z usatysfakcjonowaniem. Chłodny podmuch przemierzył ich kręgosłupy, mierzwiąc dwójce futra.
— Wiesz, nie najem się tylko wróblem. Ale nie jestem obecnie głodny — powiedział, ale mimo to chwycił zdobycz w pysk. Może mu się to opłacało, mimo nieufności? Ciekawe czy zamierzał to komuś podarować, zupełnie przypadkiem? Dobrze, gdyby miało to zatem jakiś negatywny efekt. Tych roślin nie zdążyła poznać razem z Wernyhorą, więc mogło być dość ciekawie, zabawnie nawet. Gdzieś nieopodal niego rozległo się donośne wołanie. Kocur podniósł się na łapy momentalnie, patrząc gdzieś w kierunku krzewów. Brązowooka postawiła czujnie uszy, chociaż nie usłyszała tego tak dobrze, z całą pewnością, jak jej kompan. — Ach! Muszę już iść. To… może do zobaczenia, a może nie! — rzucił do niej, po czym chwycił ptaka. Obrócił się jeszcze, oglądając przez ramię, jakby chciał zapamiętać urodę kotki i się wycofał do swojego mentora.
Samotniczka czmychnęła do pobliskich krzewów, kryjąc się przed ewentualnym spotkaniem z nieznajomym. Całe szczęście, że z nich nie sypały się tak gęsto liście, jak z drzew, a przynajmniej nie od razu. Mogła liczyć na jakąkolwiek dawkę osłony, czego teraz tak bardzo potrzebowała. Odczekała jakiś czas, zanim wyłoniła się ze swojej kryjówki. Zaczęła wycofywać się w kierunku domu dość okrężną drogą, jakby z obawą, że ktoś mógłby próbować odtworzyć jej kroki. Specjalnie “zabłądziła” kilka razy. Szkoda, że nie było Pory Nagich Drzew. Śnieg od razu zakryłby jej ślady i nie musiałaby się przejmować takimi rzeczami.

[1002 słowa - trening medyka]

<Pierzasta Łapo, może przedstawisz mi się chociaż podczas następnego spotkania?>

Od Nocnej Łapy do Wilczego Skowytu

Ten wyjątkowy dzień był pełen niespodzianek i zawodów dla Nocnej Łapy. Najpierw deszcz nieco popsuł mu spokojny bieg wokół klanu. Potem Tropiąca Łaska była bardzo bliska odwołania ich treningu przez tę ulewę. Na szczęście popołudnie trochę się rozpogodziło. Dlatego Nocna Łapa mógł udać się na mały trening, krótszy niż zazwyczaj.
– Pochyl głowę bardziej. Walczysz dobrze, ale polujesz nadal jak maluszek. Nie jesteś już nieduży! Wszystkie myszy widzą, jak ci tyłek wystaje! – Tropiąca Łaska dyktowała mu kolejne mało przydatne uwagi. Chociaż miała rację. Nocna Łapa nie był już takim małym kociakiem jak całkiem niedawno. Zaczynał górować nad swoim bratem i przerastać resztę uczniów. – Tyłek niżej!
– Dobrze! – odparł Noc i zastosował się do porady mentorki. Jego skradanie było nieco niezdarne, jak zawsze zresztą, ale nie przeszkadzało mu to za mocno. W końcu do obozu zawsze wracał z jakąś dobrą zdobyczą dla kogoś do zjedzenia! Tym razem była to piszczka. Noc zadowolony podniósł się z mokrej trawy i nieco otrzepał. Świeża zdobycz, zanim śnieg przykryje świat, zawsze była dobra.
Po powrocie do obozu Noc odetchnął cichutko. Nudziło mu się, więc szukał sobie zajęcia. I szukał wszędzie... bez większych osiągnięć.

Cykoriowa Łapa zmierzyła go znudzonym wzrokiem.
– Nie mam dzisiaj chęci. – odpowiedziała mu na zadane wcześniej pytanie. Noc zapalczywie szukał sobie partnera do poćwiczenia walki. Czuł, że potrzebuje wykazać się jeszcze odrobiną inicjatywy, aby osiągnąć potrzebne postępy. Czuł się odrobinę nieprzygotowany, pomimo zapewnień Tropiącej Łaski, że jego umiejętności zupełnie mu wystarczą.
– Rozumiem. Dziękuję. – Noc kiwnął jej głową i ruszył szukać swojego brata. Jednak Gruby nie był w obozie. Najwidoczniej jego mentorka musiała wziąć go na jego treningi. No cóż. Jego strata! Nie powalczy sobie z Nocą!
Chudy w ogóle pewnie nie może. Nawet jeśli mieliby tylko pójść po jakieś zioła. Lepiej nie zawracać mu głowy.
Kryształowa Łapa i Zwęglona Łapa siedziały razem gdzieś w rogu obozu i rozmawiały cichutko. Noc zawahał się, czy w ogóle chce podchodzić, tak więc zatrzymał się. Wydawały się całkowicie pogrążone w swoim świecie i w ogóle niezainteresowane swoim otoczeniem, przynajmniej nie w tym momencie. Nie chciał im przeszkadzać.
A Księżycowa Łapa? Cóż. Noc nie przepadał za tym kotem. Wolałby unikać niepotrzebnego treningu z nim. Nie to, że go nienawidził, czy coś. Po prostu… Księżycowa Łapa działał na niego jak płachta na byka, bez żadnego konkretnego powodu. Noc zachował się w miarę przyjaźnie, ale płasko i płytko. Pobieżnie wręcz.
Więc spośród uczniów nie pozostał mu nikt, kogo mógłby zapytać o dodatkową sesję potyczki. Tak więc zwrócił się do Tropiącej Łaski.
– Potrzebujesz czegoś Nocna Łapo? – kotka siedziała z paroma innymi wojownikami niedaleko kamyka na zdobycz. Właśnie też oblizywała wargi ze swojego posiłku.
– Chciałem jeszcze trochę potrenować walkę. – przyznał jej.
– Oj… Noco. No dobrze, ale już nie dzisiaj. Jutro powtórzymy wszystko, co wiesz i zmierzysz się ze mną. – oświadczyła. – Dzisiaj już ćwiczyliśmy wystarczająco.
– Jeden patrol polujący to mało! – Noc poskarżył się smutny. Siedzący obok Pszczeli Rój zaśmiał się cicho pod nosem.
– Energiczny.
– Tak. – Tropiąca Łaska odetchnęła ciężko. – Idź już. Pobaw się z bratem albo spytaj się starszyzny, czy czegoś nie potrzebują!
Starszyzna niczego niestety nie potrzebowała. Nieszczęśliwy i znudzony Nocna Łapa usiadł sobie na skraju obozu i wbił oczy we własne łapy. W jaki sposób mógł sobie zorganizować czas, aby nie umrzeć z nudów. Na dłuższą chwilę utknął we własnych myślach, zastanawiając się jakie imię zostanie mu nadane jako wojownikowi.
Nocny Śpiewak, Nocna Pieśń, Nocna Bajka, Nocne Lśnienie? Było tak wiele opcji, a Noc nie był pewien, które imię chciałby nosić do końca swoich dni. Wyborów było tak wiele i mogły insynuować, co mogłoby brzmieć odpowiednio dla niego.
Z jego myśli wyrwał go kot, który usiadł całkiem niedaleko. Noc rozpoznał go prawie od razu. To był Wilczy Skowyt - ojciec Wąsatkowego Ruczaju. Noc zamrugał i podszedł do kota nieśmiałym krokiem.
– Dzień dobry, Wilczy Skowycie! – przywitał się cichutko.
– Dzień dobry? – kot spojrzał na niego nieco zaskoczony. Noc przeszedł z łapy na łapę. – Potrzebujesz czegoś?
– Trochę, ale… głupio mi o to pytać.
– Po prostu się spytaj...
– Nie chciałbyś może… ze mną powalczyć? Tak po przyjacielsku? Ja chciałbym trochę poćwiczyć, jednak nie mam z kim. I… moja mentorka nie może już dzisiaj. Szukam kogoś… kto może by chciał… nikt z uczniów się nie zgodził… Oczywiście ty też nie musisz.

<Wilczy Skowycie?>
[692 słów]

Od Śpiewającej Łapy (Śpiewającego Raniuszka)


- Dzień dobry, Gadożerowa Łapo - przywitała się z drugim uczniem Słodkiej Dziewanny oficjalnie, gdy rankiem usiadła przed obozem, czekając na swoją mentorkę. Nie przeszkadzała jej obecność młodszego kocura, pewnie dlatego, że zbliżała się do końca treningu i nie wymagała tyle aż uwagi podczas nauki, a biały przybłęda zdawał się być całkiem rozgarnięty. Właśnie... przybłęda. Pomimo swojego pochodzenia był całkiem rozgarnięty i kotka nie mogła zrozumieć, jakim cudem ktoś spoza klanu był bardziej wiarygodny od tych, którzy się w nim urodzili. Nawet patrząc na swojego ojca mogła stwierdzić, że nie był stąd, a Gadożer... Gadożer się wpasowywał... albo przynajmniej próbował, chociaż to dziwaczne imię wcale mu nie pomagało. Z początku Dziewanna dzieliła dni na naukę ze swoimi podopiecznymi, jednak końcowo połączyła oba treningi w jedno, by młodszy mógł podpatrzeć coś od Śpiewki i rzeczywiście wyszło mu to na dobre, a sama dymna nie miała się do czego przyczepić, z zaskoczeniem uznając, że młodszy był całkiem rezolutny. Nawet, gdy rzuciła raz czy dwa razy w jego stronę uszczypliwą uwagę odnośnie postawy łowieckiej czy odsłoniętych wrażliwych części podczas walki, ten jedynie dopytywał o rozwinięcie tematu i w jaki sposób mógłby to naprawić. 
,,Czemu wszyscy nie mogą tacy być?" przeszło jej przez myśl, gdy układała skrupulatnie swoje futro. 
- Dzień dobry, Śpiewająca Łapo - uśmiechnął się ciepło, chociaż wyglądał na nieco zmartwionego - Czy Słodka Dziewanna zdradziła ci wczoraj, co będziemy robić dzisiaj? 
- Na pewno nic co wymaga długiego chodzenia - mruknęła, zerkając krótko na łapy młodszego, nie przerywając swojej pielęgnacji - Poranione opuszki już się zagoiły? 
Kocur przez krótki moment się zawahał, unosząc zaraz jedną łapę by przyjrzeć jej się podczas robienia ciasteczek w powietrzu. 
- Można tak powiedzieć, na pewno nie będą mi już przeszkadzać - miauknął pewnie, zmierzony oceniającym wzrokiem. 
- Wiesz, że chodzenie na treningi i nie zadbanie o swoje zdrowie to jedynie dodatkowe obciążenie dla klanu, prawda? - spytała rzeczowo. Nie, żeby była to jej sprawa jak się mają opuszki kolegi, ale nie mogła pozwolić na nadgorliwość, która doprowadziłaby do nieprzyjemnych zmian, chociaż o Gadożera nie miała się co martwić. Zdołała poznać białego na tyle, by wiedzieć, że w niczym nie jest podobny do tych nierozgarniętych, rudych szczurów. 
- Nie ma mowy... oczywiście! Nie zaniedbałbym swojego zdrowia - przejęty i pełen pewności, a może lekko urażony, spojrzał na starszą koleżankę, która teraz kiwnęła głową z aprobatą. 
- Bardzo dobrze~ - mruknęła z zadowoleniem, dostrzegając zbliżającą się Słodką Dziewannę. Mentorka miała dobry nastrój, zagadkowy wyraz pyska i pięknie ułożone futro, którego większość klanowiczów mogła pozazdrościć i już w chwili zbliżenia ogłosiła, że dzisiejszy dzień jest idealny na mały, niezobowiązujący test sprawnościowy... 

⭠❇◦·♛∙◦❇→

- Ja, Królicza Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika.
Śpiewająca Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
- Przysięgam.
- Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Śpiewająca Łapo, od tej pory będziesz znana jako Śpiewający Raniuszek. Klan Gwiazdy ceni twój rozsądek i lojalność, oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy. 
Gdy podano jej rdzawy barwnik, z zadowoleniem i dumą zanurzyła w nim łapę, by później z wielkim namaszczeniem odcisnąć ją na ścianie i przez krótką chwilkę, mgnienie oka, które zdawało się trwać wieczność; obserwować, jaki ślad się na niej utworzył. Oto jej moment, została wojownikiem, doprowadziła do końca treningu i pomimo trudności i pewnych... psychicznych przeszkód, zdołała stanąć na wszystkich łapach tutaj, w jaskini, wśród wszystkich kotów które zdołały się zgromadzić by wykrzykiwać jej imię. Spojrzała z dumą na widocznie zadowoloną Słodką Dziewannę, podobnie jak później na Cyklonowe Oko, który to kiwnął z aprobatą głową, przez co tylko się rozjaśniła. Mama również tam była i chociaż wymieniły między sobą przepełnione dumą spojrzenia, tak Raniuszek nie była w stanie patrzyć na nią zbyt długo, a nawet przyłapała się na krótkiej myśli, uczuciu, wręcz echu, które podszeptało jej, że wolałaby, by na jej miejscu siedział Cicha Łapa, który może był cichy, ale nie miał na sobie ani jednej skazy. Kim więc była, gdzie swoją lojalność powinna ukierować? W stronę rodziny, która dała jej jedynie złą, odgórną opinię, czy całkowicie oddać się klanu? 
- Gratulacje, Śpiewający Raniuszku! Tak się cieszę~ Mam nadzieję na długie, wieczorne plotki... zrobiłam ci miejsce na legowisko obok, by lepiej było się usłyszeć - Śnieżycowa Chmura jako pierwsza się odezwała i pewnie mówiłaby dalej, gdyby ktoś nie przypomniał jej o milczącym czuwaniu. Raniuszek kiwnęła głową z wdzięcznością, w tyle głowy mając myśl, że dobrze się stało z tym szybkim mianowaniem. Nie chciała spędzać wśród uczniów ani chwili dłużej, szczególnie z kocurami, które posiadały połówki mrówczego odwłoku w głowie, zamiast aktualny mózg. W końcu była teraz ponad to oficjalnie, była rzeczywistym wojownikiem z krwi i kości i z tą myślą rozpoczęła swoje czuwanie, wyzbywając się całej reszty myśli, które mogły niepotrzebnie zakłócać jej spokojne i rozsądne dążenie do celu, jaki sobie obrała. 

Od Świergotka

Świergotek leżał na swoim nowym posłaniu w Owocowym Lesie. Wszystko pachniało inaczej niż w norze – za dużo kotów, za dużo zapachów naraz. Skrzywił się.
— Śmierdzi tu — mruknął pod nosem.
Podniósł głowę i rozejrzał się po obozie. Wszędzie kręciły się obce koty. Jedne rozmawiały, inne tylko patrzyły. Kilka z nich zerkało właśnie na niego. Świergotek zmrużył oczy.
— No co? — rzucił zaczepnie. — Nigdy nie widzieliście ucznia?
Jeden z wojowników prychnął, ale nic nie odpowiedział.
Kocur uniósł wyżej głowę, zadowolony z siebie. Nie zamierzał dać po sobie poznać, że czuje się tu obco. Nagle jego uszy drgnęły. Gdzieś w tle rozległ się głośny dźwięk – trzask gałęzi. Świergotek podskoczył odruchowo.
— Co to było?! — syknął.
Kilka kotów spojrzało na niego z rozbawieniem. Zorientował się, co zrobił. Szybko się wyprostował i prychnął.
— Myślałem, że to coś groźnego.
Zszedł z drzewa i zaczął iść przed siebie, jakby nic się nie stało. Jego ogon był jednak lekko nastroszony. Po kilku krokach zatrzymał się i spojrzał na wyjście z obozu.
— No i co? Serio, mam tu siedzieć jak jakiś kociak pilnowany przez wszystkich? — Prychnął pod nosem — Nuda.
Bez większego zastanowienia wyszedł poza obóz i zaczął się przeciskać przez krzewy i inne krzaki. Od razu poczuł różnicę; powietrze było chłodniejsze, świeższe i nie śmierdziało tyloma kotami naraz. Świergotek odetchnął głęboko, jakby dopiero teraz mógł normalnie oddychać.
— No, w końcu — rzucił sam do siebie.
Ruszył przed siebie, ogon uniesiony wysoko, jakby to był jego teren. Wszystko go ciekawiło: każdy zapach, każdy dźwięk. Zatrzymał się nagle i zmrużył oczy, wciągając powietrze.
— Hmm coś tu jest, niebezpieczeństwo?
Ale Świergotek zamiast się wycofać tylko się uśmiechnął pod nosem.
— Idealnie.
Skręcił w stronę zapachu, ostrożniej stawiając łapy. Jego uszy poruszały się czujnie, a jego oczy błyszczały z ekscytacji.
Trzask.
Gałąź pękła gdzieś obok.
Świergotek podskoczył, aż futro stanęło mu dęba.
— Okej, tego nie słyszałem. — Serce waliło mu jak szalone, nie lubił takich nagłych dźwięków. Ale nie zamierzał się przyznać – nawet przed samym sobą. Wyprostował się i prychnął. — Pewnie jakiś ptak.
Ruszył dalej, choć teraz jego ogon był lekko nastroszony. Zapach robił się coraz wyraźniejszy. Świergotek zmrużył oczy i zwolnił kroku, chociaż ciekawość aż go nosiła.
— No, pokaż się… — mruknął pod nosem.
Zatrzymał się.
Cisza… za cicho.
Jego uszy poruszyły się nerwowo. I wtedy – coś wypadło z krzaków prosto na niego.
— Co?! — Świergotek odskoczył gwałtownie, potykając się o własne łapy i prawie lądując na ziemi. Futro stanęło mu dęba. — Co ty robisz?! — syknął, wbijając spojrzenie w… kota.
Obcego kota.
Kocur był trochę starszy, wyglądał na pewnego siebie… I kompletnie nie zaskoczony tym, co właśnie zrobił. Wręcz przeciwnie.
— Oooo, nowy! — wypalił od razu, jakby właśnie znalazł coś mega ciekawego. — Wiedziałem, że coś czuję! Znaczy, nie że zapach był dziwny, bo był, ale nie taki zły, dziwny, tylko taki nowy, dziwny, rozumiesz?
Świergotek zamrugał.
Raz.
Drugi.
— Co? — przerwał mu.
Ale Kolendra nawet się nie zatrzymał.
— I w ogóle, widziałam cię wcześniej w obozie! Leżałeś i się tak patrzyłeś na wszystkich, serio, wyglądałeś, jakbyś zaraz miał komuś coś powiedzieć albo kogoś ugryźć, ale bardziej to pierwsze, chociaż kto wie.
— Ej — Świergotek zmrużył oczy. — Ty kiedyś zamykasz ten dziób?
Kolendra na chwilę się zatrzymał.
— Hmm… Raczej nie.
— Super — prychnął Świergotek. — Idealnie trafiłem.
Przez moment mierzyli się wzrokiem. A potem Kolendra podszedł bliżej. Za blisko. Świergotek od razu się spiął.
— Jak masz na imię? Bo ja jestem Kolendra! W sumie może już od kogoś słyszałeś ale wolę powiedzieć, bo niektórzy zapominają, a ja nie lubię jak ktoś zapomina, bo to trochę niegrzeczne.
— Świergotek — uciął szybko.
— Świergotek? — powtórzył Kolendra, jakby testował to imię. — Okej, pasuje. Trochę dziwne, ale w sumie spoko, bo dziwnie imiona są fajne, wiesz? Mniej się mylą.
Świergotek przewrócił oczami.
— Skończyłeś?
— Jeszcze nie, bo chciałem zapytać co tu robisz, bo w sumie nowi raczej nie powinni sami wychodzić poza obóz, chyba że są głupi albo odważni, albo jedno i drugie.
Świergotek uniósł brodę.
— A jak myślisz?
Kolendra zmrużył oczy, jakby się nad czymś poważnie zastanawiał.
— Hmm… jedno i drugie.
Zapadła chwila ciszy do momentu, aż Świergotek nie prychnął.
— Ty też tu jesteś.
— No tak, ale ja zazwyczaj wiem, co robię — odparł Kolendra bez wahania. — Zazwyczaj.
— Zazwyczaj? — podłapał Świergotek.
— No dobra, nie zawsze.
Świergotek parsknął śmiechem, zanim zdążył się powstrzymać.
I szybko spoważniał
— Nie ważne. I tak nie zamierzam wracać.
Kolendra od razu podniósł uszy.
— Ooo, czyli idziesz dalej? Gdzie?
— Przed siebie.
— Mogę iść z tobą.
— Nie.
— Już.
I zanim Świergotek zdążył coś powiedzieć, Kolendra ruszył obok niego, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Świergotek spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Serio?
— Serio.
— Nawet mnie nie znasz.
— No właśnie dlatego idę. Będzie ciekawie.
Świergotek westchnął ciężko. Ale nie zawrócił.
— Jak będziesz gadał cały czas, to cię zostawię — mruknął.
— Postaram się — powiedział Kolendra. Sekunda ciszy. — Ale nic nie obiecuję.
Uczeń tylko przewrócił oczami i ruszył dalej. W sumie… Może nie będzie aż tak nudno. Szli chwilę w ciszy, no… prawie.
— W sumie to rzadko tu ktoś chodzi — zaczął Kolendra, rozglądając się na bok.
Świergotek westchnął.
— Miałeś nie gadać.
— Staram się — odparł Kolendra szybko. — To jest ograniczona wersja gadania.
— Przerażające.
Świergotek szedł przodem, węsząc uważnie. Zapachy robiły się coraz bardziej pomieszane. Coś tu było nie tak. Zwolnił.
— Cicho — mruknął nagle
Kolendra aż się zatrzymał.
— Co? Co jest? Coś widzisz? Bo ja nic nie widzę, ale mogę patrzeć bardziej, jak chcesz.
— Zamknij się — syknął Świergotek, skupiając się.
Powietrze było cięższe. I był tam zapach. Silny. Nieznajomy. Świergotek poczuł, jak jego futro znowu lekko się jeży.
— Czujesz to? — zapytał ciszej.
Kolendra wciągnął powietrze.
— ...No. I nie podoba mi się.
To już było coś, skoro nawet on przestał gadać. Świergotek zrobił krok do przodu. Potem drugi. I wtedy coś przemknęło między drzewami. Szybkie.
— Widziałeś to? — szepnął Kolendra.
— Tak.
Serce Świergotka zaczęło bić szybciej. Nie z ekscytacji tym razem. Z czegoś innego. Z napięcia. Zrobił jeszcze jeden krok. I nagle… Głośny trzask. Tuż obok nich. Świergotek aż podskoczył, a Kolendra cofnął się o krok. Z krzaków wybiegła duża sylwetka. Lis. Świergotek zamarł. Na sekundę. Może dwie. Jego mózg jakby się wyłączył.
— ...O nie — wyrwało się Kolendrze.
Lis zatrzymał się i spojrzał prosto na nich. Jego oczy błysnęły.
Świergotek cofnął się gwałtownie.
— Spadamy — syknął.
Lis ruszył szybko za nimi za szybko… Świergotek odwrócił się i pobiegł, ale już po kilku minutach poczuł, jak jego oddech zaczyna się rwać. Łapy robiły się ciężkie. Za szybko się męczył.
— Nie teraz… — warknął do siebie.
Kolendra biegł obok niego
— W lewo! — krzyknął nagle.
Świergotek nawet się nie zastanawiał. Gałęzie uderzały go po bokach, ziemia ślizgała się pod łapami. Lis był coraz bliżej. Świergotek potknął się lekko i prawie upadł.
— Serio?! — syknął do siebie, zmuszając łapy do dalszego biegu. Oddech palił go w gardle.
Nie dawał rady już biec. I wtedy zobaczył zwalone drzewo. — Tam! — rzucili się w tamtą stronę.
Świergotek przecisnął się pod pniem. Kolendra zaraz za nim, ledwo mieszcząc się w wąskiej szczelinie. Lis zatrzymał się po drugiej stronie. Nie mógł się przecisnąć. Warknął uderzając łapą w drewno. Świergotek cofnął się jeszcze kawałek, dysząc ciężko. Serce waliło mu jak szalone.
— …Okej — wydyszał kocur. — To było… trochę blisko.
Kolendra też ciężko oddychał, ale… uśmiechnął się.
— Trochę?!
Świergotek spojrzał na niego jak na wariata.
— Ty jesteś normalny?
— Nie do końca — przyznał Kolendra bez wahania.
Zapadła chwila ciszy.
Lis jeszcze chwilę krążył po drugiej stronie, ale w końcu odszedł. Dopiero wtedy Świergotek opadł na ziemię. Zmęczenie uderzyło w niego od razu.
— Dobra… — mruknął. — Następnym razem… wybieram nudę.
Kolendra parsknął śmiechem.
— Nie wierzę.
Świergotek zamknął na chwilę oczy. A potem prychnął.
— Ja też nie.
Jeszcze przez chwilę siedzieli pod powalonym drzewem, nasłuchując.
Cisza. Żadnych kroków.
Lis naprawdę sobie poszedł.
Świergotek otworzył oczy i powoli się podniósł, choć łapy dalej miał jak z waty.
— Dobra… — mruknął. — Idziemy.
Kolendra przechylił głowę.
— Gdzie?
Świergotek spojrzał na niego jak na idiotę.
— Do obozu?
— Aaa, no tak — odparł szybko Kolendra. — W sumie dobry pomysł, też bym na to wpadł.
— Jasne.
Świergotek wyszedł spod drzewa i rozejrzał się. Zapachy, skupił się. Las, mech… i gdzieś tam, ledwo wyczuwalny zapach kotów. Znajomy.
— Tędy — rzucił pewnie i ruszył.
Kolendra bez słowa poszedł za nim. Tym razem szli szybciej, ale ostrożniej. Świergotek co chwilę się zatrzymywał, sprawdzając zapachy. Nie chciał znowu wpaść na coś, czego nie ogarnie. Po paru chwilach Kolendra nie wytrzymał.
— Wiesz co, serio dobrze sobie poradziłeś — zaczął. — Znaczy, jak na kogoś, kto prawie się przewrócił przy starcie-
Świergotek zmrużył oczy.
— A ty za to nawet długo wytrzymałeś bez kłapania dziobem.
— Naprawdę tak uważasz! W sumie nie planowałem się tyle nie odzywać jakoś samo tak wyszło naprawdę myślisz że długo wytrzymałem — powiedział Kocur z taką ilością energii, że aż dziwne po takiej ucieczce.
— Możesz być już cicho — poprosił jeszcze spokojnie Świergotek.
Sekunda ciszy.
— Ale serio, gdyby nie to drzewo, to byśmy mieli problem.
— Kolendra.
— No?
— Zamknij się już.
— Okej.
Tym razem naprawdę zamilkł. Na chwilę.
Świergotek parsknął cicho pod nosem, ale nic nie powiedział.
Po jakimś czasie zapach obozu był coraz silniejszy. Świergotek zwolnił.
— Jesteśmy blisko — mruknął. Przecisnął się przez krzewy i stanął na terenie obozu. Lecz zanim jakie kolwiek koty ich zobaczyły Świergotek zbliżył się do Kolendry.
— Jeżeli komukolwiek powiesz co się wydarzyło skończysz gorzej niż po spotkaniu z lisem rozumiesz?
Kolendra kiwnął, zgadzając się, podeszli bliżej, w tym momencie oboje, i zobaczyli gromadkę kotów, która od razu podniosła głowy.
Zapadła chwilowa cisza.
— Gdzie wy byliście?!
Świergotek się skrzywił. No pięknie.
— Nigdzie — rzucił szybko, jakby to miało coś zmienić.
Kilka kotów spojrzało po sobie.
Kolendra otworzył pysk.
— Byliśmy za obozem i spotkaliśmy lisa i potem…
Świergotek nadepnął mu na łapę.
— Au! Co ty robisz — syknął cicho.
Ale było już za późno.
— Lisa?! — powtórzył jeden z wojowników, podchodząc bliżej.
Świergotek uniósł brodę, choć był zmęczony jak nigdy.
— I co z tego? — prychnął. — Nic się nie stało.
— Nic się nie stało?! — kot wyraźnie był zdenerwowany. — Mogliście zginąć!
Świergotek przewrócił oczami.
— No ale nie zginęliśmy.
Zapadła cisza.
Świergotek czuł na sobie spojrzenia innych kotów. Niektóre były złe. Inne… zaskoczone. Albo pod wrażeniem.
Machnął ogonem.
— Następnym razem po prostu pójdę sam — dodał.
— Nie będzie żadnego drugiego razu — warknął wojownik.
Świergotek tylko prychnął chociaż wiedział że źle postąpił. Odwrócił się i ruszył w stronę swojego posłania, jakby całą ta sytuacja w ogóle go nie obchodziła. Dopiero kiedy się położył, poczuł jak bardzo jest zmęczony. Łapy bolały. Oddech cały czas miał nierówny. Ale na jego pysku i tak pojawił się lekki uśmiech.
— Nieźle — mruknął cicho do siebie.
Może i prawie wpadł w kłopoty. Może i prawie go dopadł. Ale… nie było nudno.

[1716 słów]

Nowi Członkowie Pustki!


ŻAGNICA
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zatrucie, odwodnienie

Odszedł do Pustki!

ŻMIJA
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zatrucie, odwodnienie

Odeszła do Pustki!

Od Naparstnicowej Łapy do Dzikiego Berberysu

Sporo się ostatnio wydarzyło w Klanie Klifu. Jedną z ważniejszych rzeczy był fakt, że Judaszowcowa Gwiazda w końcu odszedł od władzy. Nie odszedł niestety na emeryturę ani nie zginął śmiercią naturalną, ale być może jego śmierć była w tym przypadku konieczna. Nie, żeby Naparstnica go za coś winił, ale powinni już wcześniej rozprawić się z tymi mewami, zamiast pozwalać im na panoszenie się po terenach Klanu Klifu. Jeszcze kilka dni by z tym zwlekali, a kto wie — może i Naparstnica sam padłby ofiarą tych ptaszysk.
Choć musiał zastanowić się, co byłoby lepsze — bycie rozszarpanym przez mewy i uwolnienie innych od siebie, czy życie dalej po to, by nie robić przykrości Postrzępionemu Mrozowi. O ile kotka w ogóle go jeszcze kochała. Pewnie, patrząc na niego, widziała swojego partnera, który ją zostawił… Ciekawe, czy kiedyś myślała o tym, że to Naparstnica powinien umrzeć zamiast któregoś z jego braci. Sreberko czy Irys wyrośliby pewnie na lepsze koty niż on, gdyby tylko mieli na to szansę. Nie byliby przynajmniej tak pokraczni, jak biało-niebieski. Z tego, co pamiętał, żaden z jego braci nie został ukarany krótkimi, nieporadnymi łapkami. Jako jedyni z tego miotu byli normalni — a jednak śmierć postanowiła zabrać ich ze sobą.
Może to też była kara? Może ten cały Klan Gwiazdy chciał patrzeć, jak Postrzępiony Mróz cierpi, obserwując swojego zepsutego syna? Może zostawili go przy życiu tylko dlatego, by jego matka patrzyła mu w oczy i myślała o tym, jaka głupia była, gdy związała się z kimś z innej przynależności? Gdyby tak było, Naparstnica nawet by się nie zdziwił. Jednak czemu to jemu przyszło cierpieć? Przecież nie wybierał, gdzie się urodzi ani komu. Jeśli ci Gwiezdni Przodkowie chcą kogoś karać, to niech karzą winnego. On niczym nie zawinił. Przynajmniej jeszcze, przynajmniej nie otwarcie. Choć za każdym razem, gdy kwestionował słuszność Gwiezdnych, czuł się tak, jakby grzeszył.
Jednak nawet jeśli bał się ich gniewu, nie mógł zaakceptować ich decyzji. Wszystko by oddał, by być zdrowym, aktywnym członkiem Klanu Klifu. By być taki jak Gąsienicowy Ogryzek, Rozkwitający Aster czy nawet ten nieszczęsny Wzburzony Kormoran. Oni nie zmagali się z problemami zdrowotnymi. Dla nich każdy dzień nie był tylko udręką i kwintesencją cierpienia. No, a przynajmniej tak mu się wydawało, bo nie mógł zajrzeć im do głów. Może i mieli swoje własne problemy, ale czy były tak ogromne, jak te jego?
Gdy ta myśl przemknęła przez jego głowę, wcisnął pysk między łapy. “O czym ty myślisz, idioto. Powinieneś być wdzięczny za to, co masz. I powinieneś być nieco bardziej empatyczny, ty bezduszny dupku” — skarcił się w myślach. Nie przeżył w końcu żadnej traumy, więc czemu miałby mieć źle? Nie widział na własne oczy, jak jego pobratymcy umierają, jak leje się krew. Jaki był więc jego problem? Wszystko, co z nim było nie tak, było tylko w jego głowie. Tak, na pewno — tylko w jego głowie. Gdyby nieco zmienił nastawienie, mógłby żyć tak jak reszta kotów. Tylko dlaczego za każdym razem, gdy dochodził do tego wniosku, nic z tym nie robił? Dlaczego nie potrafił za pstryknięciem palca zmienić swoich myśli, swojego postępowania? Czemu wciąż tkwił w tym samym punkcie? Prawie tak, jakby jego mózg i ciało żyły na własnych zasadach, a myśli na innych. Jakby były dwoma różnymi światami, które nie mogą ze sobą współgrać.
Westchnął ciężko, czując wreszcie, jak oczy pieką go ze zmęczenia. Był już późny wieczór i odkąd ułożył się na posłaniu, nie potrafił zasnąć. Dlatego zaczął rozmyślać. Dopóki w końcu to wszystko nie zaczęło go nużyć i powoli zabierać do krainy snów.

ᶻ 𝗓 𐰁

Obudził się równie zmęczony, co wtedy, gdy zasnął. Otworzył oczy, a od razu uderzył w nie silny promień słońca, niemal oślepiający. Naparstnica przymknął ślepia, mamrocząc coś pod nosem z irytacją.
— Jest Pora Opadających Liści! Skąd tu takie słońce? — fuknął, marszcząc brwi. To jakaś paranoja! Ucznia czekał kolejny wyczerpujący, bezsensowny dzień, a to słońce tylko przypominało mu o tym, jakim gburem jest. Był na tyle marudny, że uważał, iż na zewnątrz powinno być wietrznie i ponuro, bo nawet pogoda nie miała się z czego cieszyć.
— Co ty mamroczesz? Jest przecież Pora Zielonych Liści, mysi móżdżku — odezwał się drugi uczeń, który brzmiał podejrzanie podobnie do Wzburzonego Kormorana. Tylko co on robił w legowisku uczniów?
— Weź się stąd, łajnojadzie! Nawdychałeś się wczoraj kocimiętki, czy jak? Wczoraj było zimno, brudno i deszczowo, typowo dla Pory Opadających Liści! — syknął biało-niebieski. — Poza tym, co się panoszysz w legowisku uczniów, skoro jesteś wojownikiem? Chcesz mnie dobić jeszcze bardziej? Spadaj na swoje posłanie, zanim rozniesiesz tu pchły! — denerwował się dalej, czując, jak na karku jeży mu się futro.
— Upadłeś chyba na głowę! Jeszcze jestem uczniem, geniuszu! Nie wiem, jak długo spałeś, ale najwyraźniej nie wystarczająco, skoro wygadujesz takie głupoty! — zaśmiał się Kormoran.
Uczeń na moment zamilkł, wlepiając wzrok we własne łapy. Czy on… cofnął się w czasie? Gdy szedł spać, było mroźnie i groźnie, a teraz wszystko jakby nabrało barw. Oprócz jego życia, rzecz jasna.
— Ugh, daj… daj mi spokój — westchnął, odwracając pysk w przeciwnym kierunku do Wzburzonego Kormorana — a może raczej Zszarzałej Łapy.
Nic z tego nie rozumiał. Czy on śnił? A jeśli śnił, to dlaczego akurat we śnie natknął się na tego idiotę? W Klanie Klifu niewystarczająco było kotów? Z nim nawet nie rozmawiał tak często, nie byli ze sobą blisko! Nie mogła mu się przyśnić jakaś Pietruszkowa Błyskawica albo ktokolwiek inny, z kim Naparstnica lubił chociaż trochę przebywać?
Nie miał szansy na to, by długo pobyć w tym stanie świadomego snu. W końcu jego ciało zrozumiało, że Naparstnica wiedział już, iż żyje w symulacji, i postanowiło zepsuć mu tę zabawę. Szkoda, bo może gdyby miał szansę zostać tu trochę dłużej, to wyszedłby na sam środek obozu i każdemu wygarnął to, o czym nie miał odwagi wspomnieć na głos. Cóż, nie miał oczywiście zbyt wielu zastrzeżeń, bo na ogół starał się być raczej wyrozumiały. Ale do Postrzępionego Mrozu miał kilka problemów… Może nawet więcej niż kilka. Może kilkanaście, może kilkadziesiąt. Jednak kotka wciąż była jego matką, czy tego chciał, czy nie, więc nie chciał mieć z nią złych relacji… przynajmniej w prawdziwym świecie.


ᶻ 𝗓 𐰁

Tym razem, gdy już na serio się wybudził, nie spotkały go słoneczne promienie. Zamiast tego zrozumiał, że otacza go półmrok. Znowu obudził się w środku nocy — i zapewne znów nie będzie w stanie zasnąć aż do samego świtu. Co za nieszczęście!
Tak bardzo nienawidził myśleć, a jednocześnie tak często był zmuszony do tego, by to robić. Bo czego innego mógłby się podjąć? Nie mógł wyjść samemu z obozu ani nie miał z kim porozmawiać, bo każdy normalny kot już dawno spał. Był zmuszony wpatrywać się w skały i walczyć z własnym łbem, by nie załamać się kompletnie. No, o ile tak się w ogóle dało.
Może Naparstnica w rzeczywistości był już na tyle załamany, że bardziej się nie dało?
Nie… Na pewno się dało. Nie osiągnął jeszcze nawet dwudziestu księżyców. Teraz liczył ledwie siedemnaście, co było jedynie czubkiem góry. Zakładał, że z wiekiem będzie jeszcze gorzej — bo zazwyczaj tak właśnie mówili starsi.
Ale skoro teraz było najlepiej, jak mogło być, to czy w ogóle jest sens brnąć dalej? Jeśli nigdy nie ma być lepiej, to strach pomyśleć, jak będzie wyglądało życie kocura, gdy osiągnie on chociażby czterdzieści księżyców.

* * *

Nie mylił się. Odkąd się obudził, nie zmrużył już nawet oka — a gdy tylko słońce wychyliło się zza horyzontu, przyszła po niego jego mentorka, by wziąć go na trening. Tym razem niestety wojowniczy, więc będzie musiał wyjść z obozu i trochę się poruszać, zamiast siedzieć na tyłku i wkuwać teorię do głowy.
Mając ograniczoną mobilność, wolał raczej to drugie, choć też raczej nie podobała mu się wizja znania czegoś na pamięć. Dlaczego Judaszowcowa Gwiazda — lub teraz Pikująca Jaskółka — nie chcieli po prostu wrzucić go do starszyzny, by chociaż trochę mu ulżyć? Sam nigdy by się nie przyznał do tego, że wolałby całymi dniami leniuchować, ale gdyby liderka sama tego zażądała… Cóż, chyba nie miałby wyboru.
Niestety, jak na razie otwarcie nie sprawiał żadnych problemów. Może czasami był trochę oschły i bardziej przybity niż zwykle, ale nie budziło to w nikim podejrzeń. Z jednej strony to dobrze, bo nie chciał niczyjej litości, a z drugiej… czasem pragnął, by ktoś w końcu zauważył jego ból. Może niekoniecznie, by każdy nagle zachowywał się, jakby Naparstnica był tak kruchy, jak suchy liść, ale… by chociaż mieli wobec niego nieco mniejsze oczekiwania i więcej zrozumienia.
To jednak całkiem głupie marzenia. Póki nikomu wprost nie powie, że czuje się jak sowia wypluwka, to raczej nic się nie zmieni. Na litość, czemu każdy w tym Klanie Klifu był tak ślepy! Jeszcze to, że Ćmi Księżyc nie zauważyła jego smutku, można było zaakceptować, tak inni? Przecież mieli oczy. Widywali codziennie Naparstnicową Łapę w obozie. Jakim cudem żaden z nich nie wykazał się empatią i do niego nie zagadał?
Może za dużo od nich wymagał… Może powinien czasem przełknąć swoją gorycz, zacisnąć zęby i udawać, że nie potrzebuje niczyjej pomocy.
Przynajmniej jeśli chodzi o sprawy bardziej… psychiczne. Bo jeśli ma się nauczyć nawigacji w tunelach, zdecydowanie będzie potrzebować jakiegoś przewodnika. Nawet nie jakiegoś — to zadaniem Rozkwitającego Astra było, by pokazała mu, jak się poruszać pod ziemią.
— Więc, Naparstku, wreszcie przyszedł dzień, w którym zanurkujesz w tunelach i nauczysz się w nich nawigować! To bardzo ważna umiejętność, bo tak się składa, że właśnie pod naszymi terenami lecą tunele. Nie każdy klan może się tym szczycić, wiesz? Na przykład taki Klan Nocy. Z tego, co wiem, oni nie korzystają z tuneli — wyjaśniła.
Naparstnicowa Łapa stanął przed wejściem do korytarzy, wpatrując się w czerń, jaka się w nich rozciągała. Wyglądało to całkiem niepokojąco, jeśli miał być szczery. Mógł tylko liczyć na to, że jak już wejdzie do środka, jego wzrok przyzwyczai się do tych ciemności i pozwoli mu na zobaczenie czegoś więcej niż pustki.
— A do czego one tak właściwie służą? — zapytał uczeń, chcąc przedłużyć moment, w którym nie musiał wchodzić do środka. Już czuł ten smród i zimno, które tam panowały. Ponadto musiało być tam strasznie ciasno, a on raczej nie był fanem niedużych przestrzeni.
— Och! Głównie do tego, by w razie zagrożenia się w nich schować. Czasem też zdarza się tak, że zwierzyna się w nich zgubi, a my musimy wiedzieć, jak ją odnaleźć. Musimy mieć w nich przewagę, bo wiesz, gdyby kiedyś zaatakował nas jakichś samotnik, możemy zwabić go do środka i oszukać! — starała się wytłumaczyć z entuzjazmem.
Uczeń tylko prychnął.
— Naprawdę myślisz, że kiedykolwiek byłbym w stanie coś upolować? Albo kogoś pokonać? Z tymi krótkimi łapkami to ja ledwo chodzę! Nawet wróblowi nie byłbym w stanie odebrać życia. To tylko strata czasu; nauka tych wszystkich umiejętności nigdy mi się nie przyda — odparł szorstko, kładąc po sobie uszy.
— Nie mów tak, Naparstku! Wszystko jest możliwe, jeśli wystarczająco w to uwierzysz — mruknęła pokrzepiająco, a jej oczy na moment zalśniły.
— Tu nie ma w co wierzyć… To niemożliwe, bym kiedykolwiek był zdolny do tego, by biec na tyle szybko, by dogonić jakąś mysz czy wiewiórkę. I nawet w tunelach nie mam szans na to, by pokonać w pełni sprawnego kota… — zaczął narzekać, wykrzywiając pysk w niezadowolonym grymasie.
— Może i nie dogonisz zwierzyny, ale wcale nie musisz! Zawsze możesz przecież atakować z zaskoczenia! — próbowała pocieszyć go Rozkwitający Aster.
— A właśnie, że nie mogę! Ja ledwo umiem skakać! Zanim znalazłbym się na tyle blisko zwierzyny, by do niej doskoczyć, już by mnie wyczuła i uciekła! — kłócił się dalej. Teraz już sam nie wiedział, czy robił to po to, by odwlec naukę nawigacji, czy po to, by wylać przed kimś swoje żale. Może jedno i drugie?
— Och, Naparstku… Powinieneś porozmawiać ze swoją mamą. Ona też ma krótkie łapy, a udało jej się zostać wojowniczką! Na pewno chętnie ci wyjaśni, jak radzi sobie z wojowniczymi obowiązkami. — Szylkretka najwidoczniej nie zamierzała odpuścić.
— A może sobie nie radzi? Może tylko udaje, że coś robi? Może tylko sprawia takie pozory? — rzucił sfrustrowany, smagając powietrze ogonem.
Rozkwitający Aster westchnęła zdziwiona.
— Jestem pewna, że Postrzępiony Mróz jest przykładną wojowniczką i stara się na swojej randze! — odparła protektorka, zdumiona podejrzeniami swojego ucznia.
— Przykładną wojowniczką? Dobre sobie… — wymamrotał pod nosem. Jednak nim mentorka zdążyła mu odpowiedzieć, przerwał jej, biorąc w płuca głęboki wdech. — Nieważne. Zacznijmy już trening.

* * *

Kilka dni później

Czuł, że jego mianowanie już tuż-tuż. Rozkwitający Aster coraz częściej zabierała go na treningi i uczyła tych rzeczy, których dotychczas mu nie pokazywała. Dziś na przykład zabrała go nad brzeg morza, by pokazać mu, jak należy otwierać kraby. Musiał przyznać, że nie poszło mu zbyt dobrze polowanie na nie, ale samą umiejętność wyciągania z nich tego, co jadalne, zdawał się opanować niemal do perfekcji. Może jeśli nie wyjdzie mu jako protektor, zacznie zawodowo otwierać te skorupiaki? Dobry żart. Tylko szkoda, że jest żartem.
Gdy wracali do obozu, było jeszcze całkiem wcześnie. Wcześniej niż zwykle, gdy kończyli szkolenie — ale szylkretka chyba zrobiła to specjalnie. Podczas treningu nie marnowała czasu na zbędne dyskusje i pogaduszki, tylko od razu przechodziła do rzeczy. Zupełnie tak, jakby zależało jej na tym, by uwinęli się z tym migiem. Tylko dlaczego? Może umówiła się na jakąś randkę i musiała mieć czas, by się przyszykować?
Naparstnica nie widział, by Aster specjalnie często się przy kimś kręciła. Zazwyczaj rozmawiała raczej z wieloma kotami i z żadnym nie trzymała się bliżej — przynajmniej nie na tyle, by wywiązała się z tego jakaś romantyczna relacja. Ale co on tam o niej wiedział. Była tylko jego mentorką i starał się nie wtryniać za bardzo w jej życie. Nie widział takiej potrzeby.
Zakładał, że gdy już zostanie mianowany na protektora, nie będzie z nią rozmawiał tak często. Nie, żeby jej nie lubił — choć musiał przyznać, że czasem go nieco wpieniała — ale nie mieli wspólnych tematów, o których mogliby rozmawiać.
Wkraczając do obozu, nie rozeszli się w swoje strony tak, jak zwykle. Zamiast tego szylkretka wysunęła się naprzód i zagrodziła mu drogę, uśmiechając się szeroko.
— Chyba się nie zmęczyłeś tym treningiem, co nie? — mruknęła, a jej wąsy zadrżały z rozbawienia. — Nie obrazisz się, jeśli nauczę cię dziś jeszcze kilku ziół, prawda? — dodała, co sprawiło, że nagle trybiki w mózgu Naparstnicy zaczęły pracować.
Więc to po to tak się spieszyła na treningu, tak? A już myślał, że udało mu się szybko odbębnić swoje obowiązki i resztę dnia będzie mógł przeleżeć.
— Nie, nie obrażę… Zresztą to nawet lepiej, bo może szybciej mnie mianują dzięki tym długim treningom — zaśmiał się, choć w jego wykonaniu zabrzmiało to trochę ironicznie.
Mimo wszystko zależało mu na tym, by w końcu zakończyć szkolenie. Nie mógł przecież być gorszy od Wzburzonego Kormorana, czyż nie? Choć i tak już był, bo chociaż był starszy, wciąż był uczniem. To jednak nie jego wina, że musiał szkolić się aż w dwóch dyscyplinach i że borykał się z tyloma problemami!
Gdyby był zdrowym, uprzywilejowanym kotem, też by się pewnie nie obijał na treningach i już dawno nosił nowe imię! Och, gdyby tylko przez resztę życia miał wykonywać coś, wobec czego miał pasję, wszystko wyglądałoby inaczej… O ile w ogóle istniało coś takiego, co sprawiłoby mu radość. Bo jak na razie nie widział siebie ani w roli wojownika, ani medyka, ani protektora — choć każda z tych rang oferowała coś innego.
— W takim razie pójdziemy teraz do Jagnięcego Ukłonu i poproszę ją o kilka ziół. Potem powiem ci ich nazwy i wyjaśnię zastosowanie — ogłosiła Rozkwitający Aster, ruszając w stronę lecznicy.
Niebieskooki bez wahania podążył za nią, już szykując się na te męczarnie, jakimi było zapamiętywanie wszystkich informacji. I tak zapewne nigdy nie przyjdzie mu użyć zioła innego niż kocimiętka na uspokojenie zszarganych myśli… swoich czy może swoich pacjentów — bo bycie protektorem polegało głównie na dawaniu rad swoim pobratymcom i pomaganiu im w tym, by nie skończyli jak on sam.
W chwili, w której uczeń postawił łapę w legowisku medyka, silna ziołowa woń uderzyła w jego nozdrza. Z trudem powstrzymał się przed kichnięciem — nie chciał tu zwracać na siebie uwagi. Przywitał się tylko skinieniem łba z Jagnięcym Ukłonem i obserwował w ciszy, jak jego mentorka wygrzebywała jakieś listki i kwiatki ze składziku.

* * *

Udało mu się wyprosić mentorkę, by poszła z nim na spacer. Nie na trening, nie na patrol — tylko zwykły spacer, by mógł zwiedzić tereny Klanu Klifu, nie martwiąc się o to, że zwierzyna ucieknie mu sprzed nosa. Bycie uczniem w tej kwestii nie było najlepsze, bo nie miało się tej wolności co do wychodzenia poza obóz.
Naparstnicy tym bardziej to przeszkadzało, bo bardzo chętnie zapoznałby się z kotami z innych klanów — a konkretniej z jakimiś Wilczakami, bo ci wzbudzali w nim zaciekawienie. Sam jeszcze nie był pewny, dlaczego tak do nich lgnął, ale wydawali mu się tacy… fajni i tajemniczy.
Byli kimś, kim uczeń pragnął być, ale w rzeczywistości był ich kompletnym przeciwieństwem. Nie był ani chytry, ani przebiegły, ani silny czy nonszalancki. Był tylko zwykłym nieudacznikiem i nieszczęśnikiem, któremu przyszło żyć w Klanie Klifu, którym jeszcze do niedawna rządził staruszek z zanikiem pamięci.
Przynajmniej Klan Burzy nie był lepszy. Królicza Gwiazda też nie wydawał się najsprawniejszym z liderów. Często zachowywał się niemrawo, jakby był nieobecny. Na zgromadzeniach to jego zastępca częściej zdawał się przejmować inicjatywę, ale co Naparstnica mógł wiedzieć o tym, jak sprawy mają się po drugiej stronie granicy?
Może gdyby miał szansę porozmawiać z jakimś Burzakiem, dowiedziałby się co nieco o tym, jak wyglądają sprawy wewnątrz ich obozu… Bo wiadomo — przed innymi klanami każdy stara się pokazać jak najlepiej, ale jak jest naprawdę, wiedzą tylko faktyczni członkowie tych przynależności.
Tak się złożyło, że akurat wraz z Rozkwitającym Astrem znaleźli się na granicy z królikojadami. Co za zbieg okoliczności, że akurat o nich myślał! Skoro już tu był, to może naprawdę przeprowadzi wywiad z pierwszej łapy?
Tylko wpierw musi wypatrzyć po drugiej stronie jakiegoś członka Klanu Burzy, a potem jeszcze przekonać go do tego, że wcale nie jest wrogiem ani żadnym szpiegiem. To… w sumie nie powinno być trudne, biorąc pod uwagę, że Klan Klifu i Klan Burzy mieli ze sobą sojusz i ich relacje były dosyć bliskie.
Z tego, co słyszał, Pchełkowy Skok była rezultatem miotu sojuszniczego między tymi dwoma przynależnościami, a wśród Burzaków chodził jej brat, którego imienia Naparstnica nie kojarzył.
Po jakimś czasie szwendania się w tę i we w tę w końcu biało-niebieski spostrzegł w swoim polu widzenia łaciatego, rudego kota. Był całkiem spory i puchaty, przez co sprawiał wrażenie raczej przyjaznego. No, ale może Naparstnica tak naprawdę się mylił. Nie dowie się, jeśli z nim nie pogada, oczywiście.
Tak więc usiadł na granicy, niczym jakiś pies, i zaczął wpatrywać się w Burzaka naprzeciwko. Nie zamierzał do niego krzyczeć ani jakoś specjalnie go wołać — jeśli go zauważy i tu przyjdzie, to będzie fajnie, ale jeśli zdecyduje się nie interaktować z Naparstnicą, to ten nie zamierzał go za to winić.
Nie każdy chciał rozmawiać z jakimś przykurczonym członkiem Klanu Klifu. Choć znajdowali się i tacy, którzy robili to z przyjemnością — głównie po to, by wytknąć mu to, jak śmieszne ma łapki i jak dziwnie się na nich porusza.
Naparstnica nauczył się już ignorować takie komentarze, ale czasem nie mógł przestać o nich myśleć — bo w końcu, gdyby tylko urodził się normalny, nikt nawet by na niego nie patrzył… Byłby tylko kolejnym, zwykłym, szarym wojownikiem. I może to właśnie było lepsze od życia z ciągłą uwagą innych kotów — i to nie zawsze tą pozytywną.
Naparstnicowa Łapa westchnął ciężko, mrużąc oczy. Wtem jednak spostrzegł, że łaciaty kot zmierza w jego stronę powolnym krokiem, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z obecności Klifiaka w pobliżu.
“No nareszcie! Oby tylko był w miarę miły, bo nie widzi mi się rozmawiać z gburem większym ode mnie” — pomyślał uczeń, samemu w myślach obiecując sobie, że nie będzie dla tego Burzaka kompletnym dupkiem.
Gdy rudo-biały zbliżył się wystarczająco blisko, Naparstnica postanowił odezwać się pierwszy:
— Cześć. Jak się nazywasz? — zaczął, choć z początku poczuł się trochę niezręcznie. Nie lubił zaczynać rozmów, ale czasem trzeba było się poświęcić. — Ja mam na imię Naparstnicowa Łapa. Pewnie cię ciekawi, co robię tak blisko granicy… Musisz wiedzieć, że ja sam nie jestem do końca pewny. Po prostu nie mam wielu znajomych z innych klanów i pomyślałem, że może… — tu urwał, by przełknąć ślinę i zdać sobie sprawę z tego, jak bardzo się zestresował tą rozmową. — Może… no, uda mi się z kimś dogadać…

<Kolego z Klanu Burzy?>

[3330 słów do treningu wojowniczego i medycznego + otwieranie krabów + nawigacja w tunelach]

Od Ognikowej Słoty do Tęgosza

Pora Opadających Liści przegoniła gorące promienie słońca, które przyprawiały starszych o bóle głowy. Ognikowa Słota bardzo lubiła wygrzewać się w przyjemnym blasku, uwielbiała wręcz wyłożyć się na nagrzanym kamieniu, korzystając jak najwięcej z dopisującej pogody... Niestety podczas takich upałów jak wtedy było to wręcz niebezpieczne, więc musiała sobie to odpuścić, przynajmniej na jakiś czas. Nie widziało jej się odwiedzać medyków, nie przepadała za nimi. Pozostał jej niesmak po Jarzębinowym Żarze. Ostatnio w Klanie Wilka stało się parę nowości, które niezwykle przyciągnęły jej uwagę – w szczególności fakt, że stała się ciocią. Nie mogła się doczekać, aż Tęgosz podrośnie i będzie mogła wreszcie się mu porządnie przedstawić, a także przedstawić wiarę, w jaką powinien wierzyć. Tak, jak jego rodzina. Ale… może wcale nie musiała czekać.
Zajrzała do żłobka z lekkim chytrym uśmieszkiem wymalowanym na mordce. Mały Tęgosz wylegiwał się spokojnie u boku karmicielki, spoglądając na ściany kociarni. Ognikowa Słota kiwnęła głową brązowookiej, jej wzrok mówił “ja się nim teraz zajmę, ty zajmij się swoimi”. Podeszła bliżej do kocurka. Rudy otworzył oczka szeroko, spozierając na nieznajomą. Wydawał się niezwykle grzeczny jak na kociaka, szylkretka nie chciała za bardzo patrzeć na Seradelę czy Garbatka, nie interesowały ją te kocięta, teraz najbardziej liczył się jej malutki bratanek. Nachyliła się nad kocurkiem, po czym jednym zwinnym ruchem chwyciła go delikatnie za skórę na karku. Kocię nie protestowało, jego ciałko stało się lekko wiotkie, jakby pogodził się z faktem, iż został podniesiony. Mistrzyni ułożyła się w jednym z legowisk, kładąc malucha u swoich łap. Oparła jego główkę o swoją poduszkę, drugą otulając jego ciałko.
— Kim pani jest? — zamrugał, przypatrując się Wilczaczce.
Brązowooka zamruczała, poprawiając śmiesznie ułożone futerko na jego czole.
— Jestem siostrą twojego taty, twoją ciocią. Nazywam się Ognikowa Słota i jestem mistrzynią Klanu Wilka, na pewno coś o mnie już słyszałeś — przedstawiła się, unosząc pyszczek lekko do góry z dumą, łapę kładąc na piersi i mrucząc z zadowoleniem. Powróciła spojrzeniem do młodziaka, nie czekając na odpowiedź z jego strony. Z pewnością słyszał, kto by jej nie znał! — Przyszłam z tobą porozmawiać. W końcu, jaka byłaby ze mnie ciocia, gdybym nie przyszła zobaczyć, jak się miewa mój kochany bratanek? — miauknęła, mrużąc lekko oczy. — Tęgoszu, czy twój tata opowiadał ci już o Mrocznej Puszczy? Jeśli nie, mamy do nadrobienia. Nic się nie martw, ja cię wszystkiego nauczę — zapewniła go, poruszając ogonem spokojnie. Nie był on pierwszym kociakiem, któremu przedstawiała tak sobie bliski i znany temat. W końcu Nocna Łapa czy nawet sama Kalinowy Powiew kiedyś wsłuchiwali się masę jej historii z uwagą, wierząc w nie – bo w końcu były prawdą, jedyną prawdą. Przejechała językiem parokrotnie po jego główce, jakby w formie uspokojenia go, jeśli tylko się zamartwiał lub stresował. Uwielbiała kocięta, szczególnie jeśli były to kocięta, w których pokładała wielkie nadzieje. Mimo że było to jej pierwsze spotkanie z rudym, już wiedziała, że będzie z niego porządny kot. W końcu był synem jej brata! Naturalnym więc, że musiał być najlepszy. Idealny. Cienista Zjawa z pewnością tego przypilnuje.
Kocię wtuliło się w jej puchate futro na piersi.
— Na pewno słyszałeś również o swojej babci, Zalotnej Gwieździe! Może kiedyś i ty zasiądziesz na jej miejscu, jako lider Klanu Wilka — wysunęła łapę przed siebie, wystawiając pazury. Szpony zalśniły w bladym blasku powoli chylącego się ku zachodowi słońca. Rzucało intensywnie pomarańczowo-żółte plamy na azyl. Przecięła nimi niewidzialny obiekt, aby dodać tej scenie dramaturgii.
Oczka kociaka zabłyszczały z ekscytacji. Zamruczał z wigorem, poruszając ogonkiem. Widocznie spodobała mu się ta wizja – a zresztą, komu by nie?
— Oczywiście, jeśli tylko byś chciał zajść tak daleko, musisz się starać. Musisz być ważny, pokazywać, że zasługujesz na tę rolę. Musisz robić więcej, niż każdy kot, wiecznie sprawiać, by twoja rodzina była z ciebie dumna. Byś był chwalony ponad wszystkich! Na razie, dopóki jesteś kociakiem, nie musisz robić z siebie nie wiadomo kogo, jedynie słuchać starszych. Ale ty nie sprawiasz problemów, z tego, co widzę — miauknęła pociesznie, wpatrując się w duże oczka bratanka. Oby za tym niebyciem problematycznym nie skrywał się tchórzliwy, niepewny charakter, a jedynie ciekawość i stonowane bycie sobą, bardziej chłodne podejście do rzeczywistości, pełne logicznych przemyśleń oraz pomysłów godnych przykładnego wojownika Klanu Wilka. Nie potrzebowali więcej kotów typu Cykoriowej Cykorii. — Zacznę więc od historii, którą powinien znać każdy kociak Klanu Wilka. Ułóż się wygodnie — poleciła mu, na co ten powiercił się parę uderzeń serca w jej łapach, wreszcie układając się w wybranej pozie. — Każdy porządny kot Klanu Wilka marzy o tym, żeby po śmierci trafić na Bezgwiezdną Ziemię. Jest to największy zaszczyt dla każdego z nas i podczas życia robimy wszystko to, co w naszej mocy, żeby otrzymać taką pochwałę, nagrodę. Aczkolwiek tylko nieliczni zasługują na to, aby w ogóle zagrzać tam miejsce. Jedynie koty ambitne, pełne dumy oraz takie, co osiągnęły wiele, tam trafiają. Takie, które poświęciły całe życie w wierze. Czuwają nad nami wszystkimi, układając nasz los i motywując do dalszego działania, wskazując odpowiednie ścieżki, jakimi mamy podążać. Tęgoszu, przyszedłeś na świat po to, żeby dawać przykład innym Wilczakom, wątpiącym w potęgę oraz nauczania Mrocznej Puszczy. Żeby nawracać tych, którzy zwątpili i powątpiewają, głupcy! Nie tolerujemy tych, którzy twierdzą, że Klan Gwiazdy to słuszna wiara. Są oni żałośni, słabi… nie zasługują na miejsce wśród kotów tak dumnych, jak my, Wilczacy. Wszelkich niewierzących należy nawracać, nawet i siłą, a do celu należy dążyć… nieważne co. Musisz być pewny siebie i wiedzieć, czego chcesz, bo inaczej ktoś ci to odbierze sprzed nosa przez twoje niezdecydowanie. Czas na ciebie nie będzie czekał, więc jeśli o czymś już zamarzysz, zgodnie z wolą naszych mrocznych przodków, dąż do celu i żyj zgodnie ze słowami niegdyś najsilniejszych kotów, którym dane było stąpać po tych ziemiach. Pamiętaj – odwaga znaczy więcej niż wszystko inne. Nie pozwól sobie na wąsy pluć kotom, które nigdy nic w życiu nie osiągną ani nie osiągnęły. Jeśli będziesz pewien siebie, będziesz robił to, na co inni nie mieli w sobie wystarczającej odwagi, będziesz godzien zauważenia. Jest to cecha idealnego lidera, nikt nie zakwestionuje zdania takiego kota, a więc co za tym idzie – będą wykonywać twoje rozkazy. Nie pozwól sobie nigdy na słabość, ponieważ, niczym wygłodniałe wrony, każdy to wykorzysta i to przeciwko tobie. Stracisz swoją dobrą reputację i odbudowanie jej, będzie bardzo, bardzo ciężkie — miauknęła poważnie, szczególny nacisk kładąc na “bardzo”. — Musisz zawsze być pewien, że to, co robisz, jest właściwe. Niech wątpliwości nigdy nie znajdą drogi do twojego umysłu! — dorzuciła jeszcze, a na mordce malucha wymalowane było zamyślenie. Czyżby to było zbyt wiele jak na pierwszą opowieść?

<Tęgoszu, bratanku nie zawiedź cioci>