BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 22 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

20 marca 2026

Od Kasjopei do Chudej Łapy

Kasjope wygrzewała prowizoryczne legowisko w tej półbiednej norze, w której teraz utknęła na (prawdopodobnie) dłuższy czas. Bolały już ją plecy od braku jakiegokolwiek ruchu i musiała się co chwile przeciągać. Nudziło jej się, już wolałaby biegać po drzewach niż siedzieć tak bezczynnie. Do tego cały jej zapach lawendy i rumianku już stęchł i przestał być wyczuwalny. Jej łabędzie pióro zza ucha wciąż lśniło, jako iż kotka pilnowała, by wiecznie było niczym świeżo opadłe z ptaka. Na ziemi obok leżały zwiędłe kwiatki rumianku, choć nie wyglądały najlepiej to i tak odrobinę umilały wygląd wnętrza nory.
W momencie, gdy oglądała sobie wędrującą mrówkę między jej łapami, kotkę zastał jakiś młody, wychudzony kocur o nie najbardziej satysfakcjonującym dla oka wyglądzie. Skrzywiła się lekko w pierwszym momencie, gdy go zauważyła, lecz niemal natychmiast poprawiła swój wyraz pyska.
Młodzik wyglądał na wielce zdziwionego, jakby spodziewał się zobaczyć niedźwiedzicę na jej miejscu.
— To TY jesteś tą samotniczką?! Wyglądasz jak najładniejszy kwiatek z lasu! Nie powinnaś być bardziej przerażająca? No wiesz, wielgachne blizny, powyrywana sierść? — zapytał zszokowany. Kasjopeja zmieszała się lekko, nie wiedząc za bardzo, co ma na to odpowiedzieć. Po niedługim namyśle odezwała się:
— Nie wiem, czy powinnam być groźna. Wtedy bym została załatwiona już na granicy i byś mnie tu nie widział — rzekła, dziwnie spokojnym tonem, który niejednego energicznego kota mógł przyprawić o dreszcze nudy. Z pozycji chlebka ułożyła się w pozycji leżącej z nogami wyciągniętymi na bok. — Jeśli chodzi o blizny, mam jedną na pysku. Zadowala cię to czy niezbyt? — zapytała już półżartobliwym tonem, lustrując wychudzonego kocurka od łap po koniuszki uszu. Wewnętrznie poczuła obrzydzenie, lecz jej wyraz pyska niewiele się zmienił.
Bury kocur przyjrzał się dokładniej twarzy kotki. Wydał z siebie krótkie "uuu", a następnie przeniósł wzrok na oczy kotki.
— No, już lepiej! — miauknął. — Gdybyś była groźniejsza, to nikt by ci nie podpadał. A zobacz, ja się nie boję ani ociupinkę.
Przerwał na chwilę, żeby się podrapać. Nieco skóry wraz z sierścią poleciało w przestworza, kiedy jego pazury muskały bok.
— Cieszy mnie to, że się nie boisz ani ociupinkę. Nie jest to moim celem by inni się mnie bali — jej wąsy zadrżały lekko z rozbawienia. Z tym kocurem może faktycznie nie będzie musiała się nudzić.
— Ale dyplomatycznie — odparł i rozejrzał się wokoło, po czym znów skupił uwagę na kotce. — Słyszałem, że masz tu siedzieć, dopóki Zalotna Gwiazda namyśli się czy chce cię w klanie. Jak myślisz, długo to zajmie? Czego ty w ogóle tutaj szukasz? — zaczął gadać dalej. — Ja na przykład nie widzę tutaj nic ciekawego. Niby są jakieś koty, z których można sobie pożartować, ale raczej większość ma gałąź pod ogonem. Strasznie dzisiaj gorąco, nie? Masakra. Żyć się nie da. I co w tym fajnego? Umieram.
Zamrugała dwa razy i zastanowiła, na co ma odpowiedzieć najpierw.
— Nie tylko dziś jest gorąco — tylko skwitowała krótko. Nie miała potrzeby się rozgadywać, skoro ten kocur tu jest. Poprawiła swoje futro na szyi. — Nie jestem pewna, jak długo będę tu tkwić, ale mam nadzieję, że jak najkrócej. Czuje się aktualnie trochę jak kłoda pod łapami, bo nie robię żadnego pożytku — odparła na część wypowiedzi o namyśle Zalotnej Gwiazdy. — Uwierz mi jednak, że takie samotne włóczenie się też nie jest fajne. Przynajmniej dla mnie, bo się wychowałam przy innych kotach. Wolę już towarzystwo i mieć jakiś sens niż się kręcić tu i tam bez konkretnego celu — powiedziała z przymrużonymi oczami, wspominając swoją rodzinę.
— Ja mam dwóch braci. I oni są najlepszymi, najfajniejszymi i najprzystojniejszymi kocurami w całym lesie. Jeśli miałbym zostać włóczęgą to tylko z nimi razem. Sam bym pewnie zginął prędko — podrapał się po brodzie. — Jak chcesz się na coś przydać, to możesz mnie wyręczyć w moich obowiązkach. Bardzo chętnie dam Ci mech do czyszczenia. Bruh, Ci uczniowie to flejtujchy.
Powiedział, po czym splunął na ziemię, wciągniętym wcześniej gilem.
— Dobrze jest mieć tak bliskie koty — zamruczała z uśmiechem. Aż przypomniał jej się brat - Cefeusz. Uwielbiała się z nim siłować, a przez jej przewagę wzrostu nad niskim bratem szybko udawało jej się go obalić. To on również był odpowiedzialny za jej bliznę na pysku i kilka innych, mniejszych ran, które po jakimś czasie zniknęły. Ah, dobre stare czasy. Aż zmrużyła oczy z nostalgią. — Jeśli mam być szczera, nawet sprzątanie legowisk by mi się spodobało bardziej od takiej bezczynności — pręguska zwinęła przednie łapy pod siebie, by uniknąć splunięć kocura i jego nie tak dziwnie odlatujących ubytków z jego pokrywy cielesnej.
Uczeń skrzywił swój pysk i zastanowił się dosyć długo. Usiadł i obejrzał kotkę od stóp do głów oceniająco. Kasjopeja zastrzygła uszami i przekręciła lekko łeb.
— Ja z moimi braćmi jesteśmy jak jedność — oznajmił z dumą. — Jak będziesz dobrym więźniem, to Zalotna Gwiazda uczyni z ciebie ucznia. I wtedy będziesz sprzątać mech! Ja mam nadzieję do tej pory wkręcić się do medyków... mam po dziurki w nosie tego morderczego treningu.
Uśmiechnęła się i zastanowiła krótko. Idea sprzątania mchu jest może i nudna sama w sobie, ale cieszyłaby się, gdyby był z niej w ten sposób jakikolwiek pożytek.
— Wierzę, że uda ci się osiągnąć to wkręcenie się do medyków — przyznała z charakterystycznym dla niej spokojnym entuzjazmem, a jej wąsy zadrżały ponownie. Mimo częściowego obrzydzenia kocurkiem przyjemnie się jej z nim rozmawiało. Oby więcej było tu takich kotów. Wtedy przypomniała sobie, że nie zna żadnych konkretów na temat klanu.
— Powiedz mi dokładnie, jak działa klan? Jedyne co wywnioskowałam to to, że jest przywódca, wojownicy i ich uczniowie — zastanowiła się krótko.

<Opowiedz mi Chudzielcu tyle, ile mi potrzeba.>

Od Makowej Iluzji

Nie tak dawno kotka została wojowniczką, jej poranki od tamtego czasu były o wiele spokojniejsze. Nikt jej nie kazał wstawać na poranne treningi ani nie musiała słuchać marudzenia Wilgowej Goryczy. Już nawet zapomniała jak miał na imię! Nie chciała marnować tego słonecznego dnia, nie było bardzo ciepło, więc mogła pozwolić sobie na spacer bez omdlenia! Pomyślała, że skieruje się w stronę opuszczonego obozowiska. Dawno jej tam nie było, a tereny zawsze warto sprawdzić! Kto wie, czy nie kręci się tam jakiś samotnik? Albo gang samotników! Ruda od razu wybiła sobie to z głowy i wyszła poza obóz.
Wiał przyjemny wiatr, chłodny, zapowiadający deszcz wieczorem. Podobało się jej to! Taka pogoda była dla niej wręcz rajem! Pomyślała również, że coś upoluje po drodze, żeby nie wrócić do obozu z pustymi łapami. Trochę wstyd. Co nie? No trudno! Czy chciała, czy nie, musiała na coś zapolować!
Opuszczone obozowisko było dla niej czymś strasznym! Nie mogłaby przebywać za długo w tym miejscu sama! Kto wie, co się w takim miejscu kryło, duchy? Zmarłe koty Klanu Wilka…? Mak pokręciła łbem, aby te wymysły poszły w zapomnienie. Narobiłaby sobie sama biedna paranoi. Gdy Makowa Iluzja już była coraz bliżej starego oraz śmierdzącego starością i brudem obozowiskiem, nagle usłyszała dziwny… dźwięk. Bardzo głośny i niespotykany.
— Halo? Jest tu kto? — zawołała ruda. — Hop, Hop! Tu ja! Makowa Iluzja! — zawołała ponownie. Dźwięk się powtórzył z większą intensywnością. Makowa Iluzja poczuła, jak jej całe ciało zmienia się w piórka i bez zastanowienia zaczęła uciekać.
— Na Klan Gwiazdy! Co to było?! Niedźwiedź?! Niech ktoś mi pomoże! — koteczka biegła ile sił w łapach aż w końcu dotarła do znajomego drzewa, na które wspinała się na treningach z byłym mentorem. Zahamowała swój sprint i zaczęła rozglądać się za siebie, w lewo… w prawo… do tyłu… nic nie zobaczyła, ale mimo wszystko te dźwięki dalej siedziały jej w głowie. Nie chciała, aby coś złego ją dopadło, więc uciekła truchcikiem do obozu. Raczej… nie wróci więcej w tamto miejsce.

Od Makowej Iluzji CD. Księżycka

Ruda kotka rozszerzyła ślepia na pytanie młodziaka.
— Nie, złotko, pani Maczek nie czuje się źle — mruknęła, po czym zachichotała. Nie do końca wiedziała, co ma zrobić z kociakiem... odnieść go do żłobka czy pozostać z nim, aby dalej poprowadzić rozmowę? Wybrała drugą opcję. Ułożyła się w pozycji bochenka i zaczęła mówić. — Gdzie twoja mama? Nie martwi się, że jej synuś chodzi po obozie? — spytała i przekręciła lekko głowę.
— Moja... Nie! Nie martwi się! Ja jestem duży i odważny i nazywam się Księżycek! — mruknął z dumą w głosie i wypiął swoją małą pierś do przodu. Biały kocurek był bardzo słodki, Mak była w środku wręcz rozczulona tym jak wyglądał biały.
— Księżycek… Nic mi to niestety nie mówi, może moja siostra będzie cię znała? Znasz Kocimiętkowy Wir? — położyła się na ziemi, aby dorównać młodemu wysokością, a swoje łapy skuliła na pozycję bochenka. Nadal była od niego o głowę wyższa, ale nic więcej nie mogła zrobić. Ale i tak była bardzo zdziwiona, że podszedł do niej jakiś kociak. Tym bardziej taki. Miała wrażenie, że co chwilę przynosi nieszczęścia i każdy, kto do niej podejdzie, będzie miał pecha do końca rządów Zalotnej Gwiazdy. Może to przez to, że została późno mianowana? Kto wie. Przynajmniej ten kociak chciał z nią rozmawiać.
— Em… no to… może wracaj do swoich spraw? Bo… co jak ktoś pomyśli, że cię ukradłam! O nie… — ruda zakryła oczy i pysk łapami ze strachu, że ktoś osądzi ją o tak okrutny czyn!

<Ksieżycku! Ratuj się! Albo mnie?>

Od Białego Strumienia CD. Drobnego Ukojenia

Teraźniejszość

Biały Strumień od ostatniego spotkania na granicy z Drobną zdążył przejść ceremonię dorosłości. Otrzymał nowe imię, został pełnoprawnym przewodnikiem, a całe swoje dnie spędzał w tunelach. Chodził nimi, sprawdzał, czy wszystko okej, oprowadzał czasem również klanowiczów.
Niestety, nie wszystkie koty w klanie były inteligentne i Cicha Łapa padł ofiarą zawalonego tunelu. Zawodzące Echo wydał tymczasowy zakaz chodzenia nimi, a Biały tylko załamał łapy. Jak tępym trzeba być, by zboczyć z utartego, sprawdzonego szlaku? Uczeń miał za swoje, ale przy okazji narobił roboty przewodnikom.

~*~

Kilka wschodów słońca później nastała noc zgromadzenia. Biały był niepocieszony, iż wyciągnięto go z tuneli, więc szedł smętnym krokiem za pozostałymi. Dotarli na miejsce mniej więcej wtedy, co Klan Klifu i Wilka.
Dookoła aż wrzało od plotek. Masa kotów obgadywała Judaszowcową Gwiazdę tudzież Mandarynkową Gwiazdę, a jakoś Króliczej Gwieździe nikt nie chciał dopiec. W czym był lepszy, że nie zasłużył?
Zmarszczył nos i udawał, iż go nie obchodzi to prostackie gadanie. Uszy więdły!
Dostrzegł nagle pomiędzy kotami Drobną, do której postanowił podejść bez większego namysłu. Dawno jej nie widział, więc z miłą chęcią spędziłby z nią trochę czasu.
— Dobry wieczór, pięknie dziś wyglądasz — miauknął subtelnie, podchodząc do Drobnej i lustrując ją wzrokiem, zamrugał powoli oczami.
Skinęła delikatnie głową.
— Dziękuję, ty też wyglądasz ładnie, Biała... — zawahała się na moment. — Bardzo się cieszę, że Cię widzę! Brakowało mi rozmów z tobą... — przyznała już trochę ciszej.
Albinos poruszył wąsami. Była przeurocza, kiedy się wstydziła. Słysząc jej wyznanie, poczuł ciepło w środku, jakby jego duszę otulił cieplutki koc.
— Wypatrywałem Twojego futra w tłumie — szepnął, zniżając nieco głowę.
— Wiesz, zostałam mianowana. Moje imię to teraz Drobne Ukojenie — pochwaliła się. — A ty?
Kocur wyprostował się, patrząc czerwonymi oczami na kotkę. Słysząc o mianowaniu kotki, nadstawił uszu i machnął delikatnie ogonem.
— Przepiękne imię dla pięknej kocicy — skomplementował ją. — Cieszę się, że pomyślnie przeszłaś szkolenie. Zasłużyłaś na wszelkie przywileje.
Odczekał chwilę, patrząc, jak mimika na pyszczku kotki się zmienia, nim wziął spokojny wdech i oznajmił;
— Również odbyłem ceremonię dojrzałości. Jestem przewodnikiem Klanu Burzy.
Skłonił się przed kotką oficjalnie. Drobna uśmiechnęła się szeroko i szturchnęła lekko kocura.
— No, no. To znaczy, że znasz wszystkie tajne tunele i podziemne zakamarki na terenie swojego klanu? Ja też miałam trening z nawigacji pod ziemią, ale pewnie nawet nie w połowie tak dokładny, jak twój! — miauknęła entuzjastycznie kocica. — I dziękuję, też jestem zachwycona moim imieniem. A ty? Skoro przeszedłeś ceremonię, to też musiałeś dostać swoje nowe imię? Zdradzisz je czy będę musiała zgadywać? — mruknęła z dobrze słyszalnym rozbawieniem w głosie, a ogon owinęła wokół łapek. — I gratulacje z twojego mianowania, jestem pewna, że dobrze się sprawisz jako przewodnik.
Uśmiechnął się delikatnie. Przysiadł, owijając ogon wokół łap. Noc była doprawdy wspaniała, ciepła, względnie spokojna. A u boku Drobnego Ukojenia znikały wszelkie zmartwienia.
— Dziękuję. Tak, znam nasze tunele lepiej, niż ktokolwiek inny — przyznał dumny z siebie. — Chętnie bym posłuchał, jak zgadujesz.
Puścił jej dyskretnie oczko. Kotka przewróciła oczami rozbawiona, słysząc, że jej przyjaciel nie poda swojego nowego imienia tak po prostu.
— Naprawdę? Tak naprawdę, naprawdę? — westchnęła cicho. Zmarszczyła brwi w zastanowieniu i strzepnęła uchem. — Biały Chwast? Zdecydowanie ci by pasowało. Biała Chmurka… Biały Szlak… — Drobne Ukojenie zaproponowała kilka, mniej lub bardziej poważnych imion.
Biały nie mógł nic poradzić, jak cicho prychnąć z delikatnym uśmiechem słysząc propozycje kotki. Poruszył wąsami, patrząc na nią czerwonymi oczyskami.
— Zimno... — mruknął. — Podpowiem Ci, dobrze? Słowo od wody.
Drobne Ukojenie była bardzo zadowolona z reakcji, jaką udało jej się wydobyć z Białego i wróciła do zgadywania. Albinos cierpliwie czekał.
— Biały Deszcz? A może Jezioro… albo Rzeka? Co jeszcze z wodą może być… — zamilkła przez chwilę. — Wodospad? Strumień? Weź już po prostu mi powiedz, nie mam pomysłów.
Albinos polizał się w pierś po długim futrze, gdy kotka zgadywała. Słysząc człon swojego nowego imienia, poruszył uchem i podniósł na nią spojrzenie. Widząc frustrację Drobnego Ukojenia, westchnął cicho, bo podświadomie wiedział, że nie będzie jej się opierać.
— Zgadłaś — pochwalił ją. — Noszę teraz imię Biały Strumień — wymruczał w jej stronę. — Jesteś obeznana, cieszę się, że należysz do inteligentnych kotów.
— Zgadłam! A no… bardzo ładne imię, pasuje Ci — Drobna wyszczerzyła się, dumna z siebie. Zamruczała na komplement od przewodnika i machnęła puszystym ogonem. Kocur poruszył wąsami, odwrócił głowę zakłopotany nagłym komplementem. Kotka zwykła rzucać takie uwagi już wcześniej, jednak on nie potrafił do nich przywyknąć. Wszakże powinnością kocura było komplementowanie urody samic, a nie na odwrót. Spalił buraka, poszurał łapą po skale.
— Twoje imię jest ładniejsze — szepnął. — Wszystko u Ciebie dobrze? Jak się miewa Klan Klifu?
Postanowił zmienić temat, nim kompletnie zabraknie mu języka w gębie. Na pytanie Białego kotce lekko opadł uśmiech, spoważniała. Przewodnik dostrzegł zmianę na pyszczku Klifiaczki.
— Zaginęła nasza medyczka, Ćmi Księżyc… nie wiadomo co się stało, wysłane koty nic nie znalazły… wyszła na spacer w nocy i nie wróciła — powiedziała cicho, rozglądając się, jakby chcąc się upewnić, że nikt inny tego nie usłyszy. — Też trochę… mamy dużo ataków związanych z ptakami, nie wiem, może po prostu mam już paranoję, tyle się dzieje ostatnio…
Wysłuchał tego, co miała do powiedzenia, a niepokój rósł w nim z każdym słowem. Klan Klifu okazał się niebezpiecznym miejscem na tą chwilę. Medyczka zniknęła bez śladu? Ataki ptaków? Same niepokojące wieści.
Kocur nie bardzo wiedział, jak mógłby jej pomóc, był kiepski w takich sprawach. Miał wrażenie, że powiedzenie "wszystko się ułoży" nie było odpowiednie. Drobna miała takie dobre serce, pełne miłości do innych i zrozumienia, a aktualne zmartwienia zabierały jej zapewne sen z powiek. Białego zabolała sama myśl o tym.
Bardzo, bardzo niepewnie, subtelnie wręcz, jego długi ogon przesunął się i dotknął tego puchatego kotki. Odwrócił wzrok, by Drobna nie mogła dostrzec jego zakłopotania, ale nie wpadł na nic lepszego. Może chociaż takie wsparcie pozwoli jej poczuć, że nie jest w tym sama.
— Nie masz paranoi — uspokoił ją cichym szeptem. — Gdybym mógł... zabrałbym Cię do Klanu Burzy. U nas jest bezpiecznie. Nie miałabyś... tylu zmartwień.
Niska kotka podniosła wzrok na czerwonookiego kocura, kiedy poczuła jego ogon przy swoim. Trwała w chwilowym bezruchu, po czym przysunęła się bliżej, delikatnie przekładając ogon na ten Białego Strumienia. Serce albinosa zabiło szybciej.
— Dziękuję — odpowiedziała równie cicho, a słysząc dalszą część jego słów, uśmiechnęła się słabo. — Nie zostawiłabym mojego klanu... nieważne jak niebezpieczne dla mnie to może być... postaraj nie martwić się zbytnio, dobrze? Obiecuję, że będę uważać. Spotkajmy się na granicy za jakiś czas.
Biały Strumień poczuł się poruszony oddaniem kotki dla klanu. Rzadko kiedy można było teraz spotkać kota, który był tak oddany swojej społeczności. Zepchnął na tył głowy natrętne myśli, których sam nie do końca rozumiał. Spróbował zignorować też uczucie ściśniętego żołądka, gdy kotka przysunęła się do niego bliżej. Przełknął ślinę najciszej, jak potrafił, minimalnie się również spiął. Nie przywykł... do tego. Na co dzień zdystansowany, małomówny i konkretny, a teraz, przy Drobnej, wystarczył ruch ogona w jego kierunku, a on już się zawstydzał i głupio gubił w myślach.
— Ufam Ci — wydusił w końcu, omijając jakoś ściśnięte gardło. — Postaram się. I... spotkajmy się za jakiś czas ponownie.
Spojrzał jej w oczy, a ich spojrzenia krzyżowały się przez uderzenie serca.
Nagle ich rozmowę przerwało zwołanie klanów. Biały nie zwrócił nawet uwagi, że minęła już niemal cała noc, będąc zbyt skupionym na Klifiaczce. Zamrugał kilkukrotnie, powracając na ziemię. Poczuł… coś na kształt rozczarowania wizją rozstania. Albinos nie chciał kończyć rozmowy, zostawiać Drobnej w tym niebezpiecznym Klanie. Wierzył, iż był w stanie zagwarantować jej bezpieczeństwo, ale wiedział również, że kotka nie zostawi swojego klanu. Nie wiedząc dlaczego, ta myśl rozdzierała jego serce. Czemu tak bardzo się tym przejmował? Z jakiego powodu zawsze wyglądał pary niebieskich oczu, krótkich, puszystych łapek? Dlaczego szukał jej uwagi, bliskości i chciał się prezentować jak najlepiej?
Miał tyle pytań, niewiadomych, a odpowiedzi brak. Być może jego siostra, Wełnista Mszyca będzie w stanie nieco rozjaśnić mu sytuację? W końcu była samicą. A kotki znały się na takich sprawach, co nie?
Wstał niechętnie, zabierając swój ogon spod tego niższej. Spojrzał na nią, a w jego oczach tańczyła tęsknota, ale również nadzieja na następne spotkanie. Zrobił krok przed siebie, widząc, jak Klan Burzy zbiera się do odejścia. Spojrzał na Drobną ostatni raz.
— Dobrej nocy, uważaj na siebie — powiedział cicho, miękko. Sam był sobą zaskoczony. — Do zobaczenia, będę czekać, Drobne Ukojenie.
Po czym odszedł w swoją stronę, wlokąc za sobą długi, jasny ogon.

<Drobna? 🩵 >

Od Szkwalnej Łapy do Przypalonej Łapy

Po zgromadzeniu, noc

Niebieski fińczyk po powrocie ze zgromadzenia jak przyszedł do legowiska uczniowskiego, tak nie umiał zmrużyć oczu. Dotarło do niego, że zachował się okropnie w stosunku do swojej siostry i Przypalonej Łapy, choć chciał z siebie to wyprzeć i udawać, że to się nie wydarzyło. Gdy kolega spanikował, to mógł po prostu go uspokoić i wtedy byłoby lepiej… ale musiał wszystko zepsuć. Chociaż dlaczego jego siostra widziała w czekoladowych kotach dobro? Przecież w Klanie Nocy wszyscy prawie ich nie lubili, nie mieściło mu się zbytnio to w głowie! Chyba będzie mu łatwiej najpierw przeprosić Przypaloną Łapę niż Urodziwą Łapę. Do niej wróci później, a teraz najpierw Kasztan. Szkwalna Łapa próbował zamknąć oczy, ale jeszcze jedna myśl sprawiała, że miał ból sumienia, kiedy był zły na dwójkę kotów. Błyskawicznie potrzebował towarzystwa i chcąc przyciągnąć do siebie nowego kota, wygadał sytuacje ze znalezieniem medyczki z Klanu Klifu na ich plaży. Nie było to zbytnio honorowe i sprawiedliwe wobec jego klanu, modlił się w myślach, by Klan Gwiazdy mu wybaczył lub go oszczędził od konsekwencji. Uczeń zwinął się w ciasną kulkę i po dłuższych przemyśleniach zdążył zasnąć.

***

Nastał ranek, wszyscy się zbierali do treningów. Zauważył, jak Urodziwa Łapa odeszła z Kropiatkową Skórą, ale uniknął z nią kontaktu wzrokowego. Nie chciał na nią patrzeć od wczorajszego wschodu słońca. Było mu trudno, bardzo trudno, czuł się tak, jakby zjadł wszystkie kamienie z rzeki. Nie miał za bardzo nic do roboty dzisiaj... Może to i lepiej? Mewi Puch zrobił mu wolne z okazji tego, że szybko robił postępy. Skoro tak, to chyba musiał sobie rozplanować plan dnia. Może dzisiaj pójdzie nad morze? Lub pozwiedzać granice? Chociaż nie, miał chyba z Przypalonym się pogodzić, akurat był dzisiaj w obozie, to mógł do niego zagadać. Przypalony niósł jakiś mech... Czyżby miał czyścić legowiska? Robota mu nie ucieknie, można zawsze odłożyć na później.
– Cześć, Kasztan. Masz chwilę czasu? – przywitał się pewniej, ale już mniejszą pewność było słychać w jego pytaniu. Przypalona Łapa lekko się wystraszył, upuszczając mech. Popatrzył przez chwilę na niebieskiego.
– J-jasne, tylko muszę ten mech odnieść – bury kocur poszedł z kulą zielska do legowiska uczniów, po czym wrócił do niego. – To o co chodzi? – spytał cicho starszy uczeń, a Szkwał musiał w końcu powiedzieć to, co było dla niego trudne.
– Bo wiesz… Jeśli chodzi o wczorajsze zgromadzenie, to chciałem cię przeprosić za to, że się zezłościłem na ciebie, przez co dostałeś ataku paniki. To nie było twoją winą, tylko jakby moją, powinienem był być spokojniejszy i poprzestać na chwilę, może nie doszłoby do takiej kulminacji nieprzyjemnych emocji. Nie chciałbym, żeby to nieporozumienie nas dzieliło przez długi czas, dlatego przyszedłem cię przeprosić za to zajście – Przypalona Łapa nie wyglądał na zawistnego. Mimo wszystko miał nadzieję, że mu wybaczy. Kolega na kolegę chyba nie powinien się złościć z powodu jakiejś drobnej kłótni, nie? Może w ramach przeprosin poszliby na plażę? Mogliby pogonić mewy lub potopić się w morzu i zrobić zapasy, kto był lepszy.

[484 słowa]

19 marca 2026

Zwęglona Łapa została adoptowana!

Od Mistral Do Śpiewającej Łapy

Niebieskooka ciężko padła na posłanie w dziupli, mając wrażenie, że Purchawka i Wiciokrzew dziś ją przeciągnęli wzdłuż i wszerz całego terytorium Owocowego Lasu, a jej obolałe łapy wołają o pomstę. Musiała przyznać, że liliowy pomimo braku jednej z kończyn to całkiem nieźle dawał sobie radę, będąc w stanie utrzymać całkiem żwawe tempo, które nawet dla młódki było drobnym wyzwaniem po jakimś czasie chodzenia. Po chwili ciężko westchnęła z męczeńską nutą, kiedy uświadomiła sobie, że przecież cała brudna i zakurzona nie pójdzie spać — musi się dobrze prezentować, choć też zapewne rano nie będzie miała na tyle czasu, by ogarnąć z grubsza swoją bujną sierść. Ta miała tendencje do plątania się i tworzenia kołtunów, które pozostawione na pastwę losu mogły przysporzyć dużych problemów w późniejszym czasie.
W końcu podniosła się ociężale, by z na wpół przymkniętymi powiekami rozpocząć powolne wylizywanie białej szaty. Na posmak ziemi na języku nieco się skrzywiła, notując w głowie, aby później pójść coś jeszcze zjeść i uzupełnić płyny — przecież nie może sobie pozwolić, żeby nagle zemdleć z odwodnienia na środku obozu. Musiała być dobrym przykładem dla innych, szczególnie młodszych członków, którzy to najczęściej byli przeciwni przyjmowaniu ziół, będące w większości przypadków gorzkie w smaku. Mistral nie zamierzała się później z takimi podrostkami użerać, jeszcze czego! Nie będzie się litować nad kimś, ponieważ smak leków im nie podchodzi, też coś. Ona na ich miejscu, by chyba dziękowała za to, niżeli narzekała — biorąc pod uwagę, że w ostatnich dniach zbyt często czuła na języku smak gruntu lub czegoś innego, co później zabijało niemal całe odczucia smakowe w trakcie posiłku. Jeszcze brakowało, aby nagle drobinki ziemi zaczęły jej chrzęścić między zębami. Mimowolnie wzdrygnęła się na tę myśl.
W czasie tych przemyśleń dotarła z językiem do ogona, z którym zawsze było najwięcej roboty, szczególnie iż sierść na nim była długa i wyjątkowo gęsta. Dodatkowo lawenda podarowana przez Purchawkę zaczynała powoli usychać, więc będzie musiała ją podmienić w najbliższych, a obecną łodygę z kilkoma kwiatostanami zachowa, zapewne tworząc dodatkowy element do posłania. W sumie to przydałoby się jakoś ozdobić tę plątaninę mchu i patyków, by nie wyglądało tak… nudnie i przeciętnie. Może jutro z rana, kiedy tylko pierwszy patrol zwiadowców powróci, to wyciągnie któregoś z uzdrowicieli lub kogokolwiek innego, kogo będzie mieć akurat pod łapą, by pomógł jej ze znalezieniem jakichś piór. Było parę kotów w Owocowym Lesie, które posiadały kolekcje ptasiego upierzenia, więc zapewne znają też miejsca, w którym może być go na tyle, by i Mistral pozbierała parę i przyniosła ze sobą do legowiska uzdrowicieli.
“Przydałoby się też poszukać jakichś ziół, które zamaskują zapach śmierci” — pomyślała, uświadamiając sobie nagle, ile było przypadków zgonu w ostatnich księżycach. W takim tempie to chyba połowa Owocowego Lasu znajdzie się głęboko pod ziemią, niżeli po niej stąpając.

«★»

Zaraz po powrocie patrolu, została wyciągnięta z wygodnego posłania przez dymną szamankę, która miała zamiar nieco zintegrować uczennicę z innymi członkami ich społeczności, co już raczej od początku było skazane na porażkę w większości przypadków. Głównie ze względu, że biała znaczną część Owocniaków traktowała niczym głupców, którzy jedynie ciągną za sobą innych — dobrym przykładem był Lis, którego młódka obwiniała o śmierć Pumy oraz Muchy, nawet jeśli drugiego kocura nie kojarzyła zbytnio. To tak bicolor, który za życia był stróżem i był jej nieco bardziej znany, gdyż zdarzyło się parę razy, by zawitał do żłobka i na przykład pomagał Fruczakowi z dwójką znajdek. Niebieskookiej wtedy zdawało się, że Świergotkowi znacznie łatwiej było zawierać wszelkie nowe znajomości niż jej — swe obserwacje i późniejsze domysły brała z tego, iż rudy często na swoim pyszczku nosi uśmiech, co u niej raczej czymś codziennym nie było. Szczególnie jeśli mówimy o takim szczerym, radosnym, jak na kociaka przystało. Jednocześnie nienawidziła arlekina za to, ponieważ zachowywał się, jakby ich ukochana matka nie zmarła rozszarpana przez lisa, jakby w ogólnie nie był świadkiem tej katastrofy.
— Purchawko, przydałoby się pozbierać zioła maskujące śmierć — zagaiła niebieskooka, kiedy tylko nieco oddalili się od obozu Owocowego Lasu. Pod opieką szamanki nauczyła się nieco więcej taktu i zdawała sobie sprawę, że innym nadal może być ciężko po śmierci niektórych członków — nawet jeśli ona sama nie umiała im zbytnio w tym współczuć. Fakt, straciła Tramontanę, jednak ona nie przechodziła żałoby, a jedynym co czuła to tęsknotę za nią i złość na rude zwierzę, które postanowiło zniszczyć jej rodzinę. Nie było u mniej miejsca na łzy, smutek, czy marazm — przeżyła to i jedyne, co mogła robić to wszystko, by matka była z niej dumna, gdyby nadal stąpała po tych ziemiach.
— Racja, chyba lawenda z miętą się kończą — przytaknęła starsza, zmieniając nieco dotychczasowy kierunek marszu. — W dodatku wrzos podobnie.
Owocowy Las miał o tyle szczęścia, że na swoim terenie posiadali Wrzosową Polanę, także akurat tych roślin mieli pod dostatkiem, o ile susza wszystkiego nie wyjałowiła i na miejscu nie zastaną wysuszonych kwiatostanów, które cudem utrzymują się łodygi. Oprócz tego na podobny los były narażone inne zbierane medykamenty, które rosły na wrzosowiskach lub ich pobliżu.

«★»

— Uważaj na Drogę Grzmotu, potwory nie patrzą, kogo zabijają — przestrzegła ją dymna, na co biała jedynie skinęła głową i ruszyła w głąb Wrzosowej Polany. Niby nie powinny się rozdzielać, jednak teren wrzosowisko był raczej nizinny i z dość daleka można było dostrzec drugiego kota, więc Purchawka nie obawiała się o swoją uczennicę. Poza tym była pewna, że w razie czego sobie poradzi i nie zrobi niczego głupiego — w końcu nie należała do tego typu person.
Mistral jak dotąd była jedynie w tych okolicach z może parę razy i zawsze nieco ją ciągnęło w stronę granicy z Klanem Burzy. Jak dotąd nie miała przyjemności doświadczyć bliskich interakcji z klanowiczami, gdyż była za młoda, by pójść na ostatnie zgromadzenie, co raczej nie przeszkadzało kotce. Powoli zbliżała się do śmierdzącej Drogi Grzmotu, co jakiś czas zatrzymując się, by zebrać bardziej soczyste pędy wrzosu lub innych roślin, aż w końcu była w stanie dostrzec teren po drugiej stronie czarnej ścieżki. Z postawionymi uszami niemal na sztorc uważnie nasłuchiwała możliwych zbliżających się potworów, lecz z jednej, jak i drugiej strony piszczała cisza, a jedynymi dźwiękami, jakie docierały do jej białych uszu, był nikły szum wiatru, bicie własnego serca i… kroki po drugiej stronie, za granicą Klanu Burzy. Po chwili jej oczom ukazał się fragment kremowego futra.

<Śpiewająca Łapo?>
[1023 słowa]

Od Mistral

Niecały księżyc minął, odkąd biała młódka została uczniem, a jeszcze mniej czasu przeminęło od momentu, kiedy to Purchawka zadeklarowała się, że będzie drugą mentorką Mistral, nauczając jej głównie tego, co będzie musiała wiedzieć jako przyszły zielarz. Niebieskookiej znacznie łatwiej szło z nauką ziół i chorób, niż z przekonaniem się do Wszechmatki — przez dość negatywne nastawienie do kotów żyjących w klanach i tego typu społecznościach, uważała, że nie istnieją żadne nadnaturalne siły, a po śmierci nikt nie zamienia się w ptaki. Szamanka nie naciskała na swoją uczennicę, jednak czasem subtelnie jej przypominała, by na przykład podziękowała Wszechmatce za posiłek, udane zbiory ziół, czy też małą ilość chorujących kotów.
Mistral początkowo jasno pokazywała swoje niezadowolenie na ten temat, jednak w tak krótkim czasie polubiła mentorkę, że niechęć do tego pokazywała jedynie, gdy po całym dniu miała dość obcowania z kimkolwiek. Introwertyczna strona i niechęć przekazana przez Tramontanę u młódki była niewielką przeszkodą, która mogła zaważyć o przyszłości kotki w danej nacji, jednak powoli pojawiał się promyk nadziei — skoro do Purchawki się przekonała, to może do innych także? Szamanka niemal na każdym kroku przekazywała niebieskookiej ciepło, którego od dawna doświadczała ze strony Owocniaków. Jednakże to od samej młódki mogło dużo zależeć, gdyż jeśli nie będzie wykazywać żadnych chęci pozostania w ich otwartej społeczności, to z wiekiem może mieć pod górkę. Oczywiście nie było to zasadą, gdyż w Owocowym Lesie było parę kotów, które miało zadziorny charakter i ostry język, lecz żadne z nich nie piastowało tak odpowiedzialnego stanowiska, jak uzdrowiciel, zielarz czy szaman. Wszystkie nacje są potrzebne do harmonijnego funkcjonowania społeczności, ale to właśnie na barkach uzdrowicieli spoczywał obowiązek leczenia chorych, zielarza zbieranie ziół i dbanie o dobrostan psychiczny członków, a szaman natomiast był odpowiedzialny za wszelkie ceremonie związane ze Wszechmatką lub naznaczeniem uchu innych odpowiednią ilością cięć.

«★»

Uczennica dość szybko przywykła do faktu, iż była szkolona nie przez jednego, a przez dwóch różnych mentorów, którzy byli dość różni od siebie. Przy Wiciokrzewie biała musiała wykazywać się niezwykłą cierpliwością i wyrozumiałością, by znieść jego wypowiedzi, które ciągle były przesiąknięte zająknięciami. Purchawka natomiast miała dość ubogi zasób słownictwa, także przy niej niebieskooka musiała nieco uważać jakich określeń używa w czasie rozmowy ze starszą — po pierwszym dniu stwierdziła, że sezony im zajmie szkolenie, jeśli ta będzie musiała tłumaczyć niemal połowę swoich wypowiedzi, przekształcając je na znacznie prostsze. Można powiedzieć, że Mistral przy szamance czuła się niczym przy kociaku, którego słownictwo ogranicza się do tego, które zdążył usłyszeć od innych kotów.
Mistral większość wolnego czasu spędzała nad ziołami, które mieściły się w składziku, jakimś cudem mieszczącym się w ich dziupli, chłonąc wiedzę, którą otrzymywała od dwójki mentorów. Jej spojrzenie padło na ziarna maku, których zapasy powoli się kończył, na co cicho westchnęła pod nosem. Po tym niebieskie oczy powędrowały na kolejne zioło, a raczej puste miejsce — na jej pysku od razu pojawił się grymas. Podniosła się z dotychczasowego miejsca i gniewnie machnęła ogonem, uważając, by lawenda, którą otrzymała od Purchawki, pozostała w niezmiennym położeniu.
— Wiciokrzewie, nie mamy korzenia łopianu — poinformowała liliowego, który akurat witał się z Czerwcem. Młódka jedynie skinęła głową w stronę czekoladowego zwiadowcy, podchodząc bliżej uzdrowiciela. — Gdzie jest Purchawka? Obiecała, że dziś pójdziemy zbierać zioła — dodała, zasiadając obok starszego. Uczennica przeniosła na chorego nieco zmrużone oczy, by bez słowa podnieść się i wrócić do składziku, z którego ledwo chwilę temu się wyłoniła. Długo jednak tam nie zabawiła, gdyż po paru uderzeniach serca wyszła, niosąc w pysku zawiniątko.
— Proszę, ogórecznik na gorączkę — wymruczała, podsuwając zioło starszej.
— S-skąd t-ty…
— To i owo Purchawka mnie już czegoś nauczyła — wyjaśniła, wzruszając ramionami. W tym czasie Czerwiec z grymasem na pysku zjadł podane liście. Po tym zwiadowca pożegnał się z nimi.
— N-nawet n-nie zdążyłem g-go o n-nic zapytać, a-a t-ty j-już w-wiedziałaś, co j-jej dolega.
— Zmysł obserwacji jest ważny, szczególnie zauważania subtelnych zmian — odparła, spoglądając na zielonookiego. — A więc widziałeś może Purchawkę? Trzeba uzupełnić zapasy, póki sezon sprzyja.
— P-poszła c-coś zjeść.
— Ta jej obserwacji chmur i ich nazywania kiedyś mnie wykończy… Znając ją, zamiast jeść, to wyleguje się w słońcu i spogląda w niebo.

«★»

Młódka się nie myliła, co do poczynań mentorki, gdyż kiedy tylko opuściła dziuplę, jej oczom ukazał się widok dymnej, leżącej niemal na środku obozu. Niebieskooka pociągnęła językiem po swojej śnieżnobiałej sierści na klatce piersiowej, przywołując do siebie odpowiednio duże pokłady cierpliwości. Po chwili ruszyła w kierunku starszej, by stanąć tuż nad nią i cicho odchrząknąć.
— Łopian się skończył. Obiecałaś zbieranie ziół — odrzekła, spoglądając na błogi wyraz pyska szamanki. W takich momentach zastanawiała się, czy kocica może czegoś po kryjomu nie bierze, w końcu kocimiętka była w stanie uzależnić.
— Dołącz do mnie, pooglądajmy chmury — wymruczała żółtooka.
— Purchawko.
— Chociaż chwilę, nie biegnij tak za wszystkim — dodała, co spotkało się z ciężkim westchnieniem, kiedy tylko biała postanowiła jej ulec, dołączając do raczej niecodziennego zajęcia i to idealnie pośrodku obozu.
— Dobrze, ale potem zioła. — Na te słowa usłyszała obok siebie cichy chichot, na co zdziwiona skierowała swoje spojrzenie na Purchawkę.

«★»

— Orchideo, dołącz do nas.
“Chwila, co? Tego nie było w planach! Purchawko, czemu… Przecież mieliśmy we dwie iść…”
— Ale… — zaczęła niebieskooka, lecz nie dokończyła, widząc uśmiech na pysku dymnej.
— Wojownik się przyda — wyjaśniła, chwilę przed tym, jak liliowa podeszła do nich na tyle blisko, by mogła usłyszeć ich słowa.
— Idziecie zbierać zioła? — spytała kotka, której wibrysy były lekko kręcone, co nieco przykuło uwagę białej.
— Tak! A ktoś musi nas obronić przed bobrami w razie czego.
— Chcecie udać się w pobliże ich terenów? — Nuta niepokoju pojawiła się w głosie wojowniczki.
— Łopian rośnie przy wybrzeżach rzek, więc nie mamy zbyt dużego wyboru. Jeśli się obawiasz, to weźmiemy kogoś innego — odparła. — Młodszego — dodała, wbijając niewielki cierń prosto w serce liliowej.
“Coś dużo kotów w Owocowym Lesie jest liliowych” — przeszło jej przez myśl, kiedy bacznym wzrokiem śledziła sylwetkę rozmówczyni. Liczne szramy, półdługa sierść, pędzelki na uszach. Przez chwilę Mistral zdawała się zapamiętywać każdy skrawek ciała Orchidei.
— Słoneczko, to było niemiłe — zganiła ją szamanka.
— Wybacz mi Purchawko. Ty także Orchideo — powiedziała młódka, jakby doskonale wiedziała, czego oczekuje od niej dymna.
— N-nic się nie stało i chętnie z wami pójdę.

«★»

Dymna prowadziła ich trójkę wzdłuż linii brzegowej rzeki, która przepływała przez tereny Owocowego Lasu, a przez obecne skwary jej poziom widocznie się obniżył, lecz nie oznaczało to, że nie stanowi żadnego zagrożenia. Biała słyszała, że parę kotów w niej utonęło przez swoją nierozwagę, dlatego też blisko trzymała się swojej mentorki dla swojego i jej bezpieczeństwa — dziwiła się jakimś cudem Purchawka ze swoimi zezem, daje radę wychodzić po zioła i nie zabić się po drodze. Przecież nie raz widziała, jak ta przez przypadek wpada na drzewo, nawet teraz w czasie ich podróży szamanka przynajmniej dwa razy uderzyła głową w pień, a kolejne tyle była blisko. Niebieskooka kątem oka obserwowała przybrzeżną roślinność, szukając w niej łopianu. W końcu jej jasny wzrok spostrzegł to, po co się wybrały.
Znalezienie rośliny pół biedy, jednak ta z fioletowymi kwiatostanami miała mocno rozgałęzione korzenie, których wykopanie trochę trwało.
— Już nie dziwię się, że zwykle jest go mniej… — westchnęła, przedzierając się przez zarośla, by następnie przystąpić do kopania. Nikt nie mówił, że uzdrowiciele i zielarze są kotami pracującymi fizycznie.
“No ta, bo na pewno jedynie leżą i pięknie pachną” — sarknęła w myślach, odgarniając kolejne ilości ziemi.

[1188 słów - wyleczenie postaci NPC + zbieranie ziół w towarzystwie szamana]

Wyleczeni: Czerwiec

Od Poranku CD. Orchidei

— Halo, jest tu kto? — Nagle usłyszał znajomy głos, wyrywający go z zamyślenia i pracy. W jednej chwili cały się spiął i odwrócił głowę w stronę wejścia do legowiska, gdzie stała jego dawna znajoma — Orchidea, dawniej zwana Chmurką czy Przepiórką. Poranek nie widział jej wieki i choć nie poznał się z kotką za dobrze, miał wrażenie, że tylko ona nie oceniała go po powrocie do Owocowego Lasu. Wydawała się... Wyrozumiała. W przeciwieństwie do większości Owocowego Lasu, który chyba najchętniej już pozbył się rudego uzdrowiciela i jego sióstr za ich głupotę. Zwłaszcza ze względu na śmierć Mroza, która, według niektórych a w szczególności starszych członków społeczności, była jego winą. A on się z nimi zgadzał, nosząc ten ciężar sam i cicho, często nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Wolał trzymać swoje myśli z dala od wspomnień o ukochanym członku rodziny, którego miał chronić, a poległ, płacąc za to jego życiem. Wiedział z resztą, że gdyby myślał o tym częściej, już dawno skończyłby dużo gorzej niż teraz, a to teraz też nie było dobre.
Pokręcił szybko głową, chcąc wrócić do rzeczywistości. Dopiero wtedy przypomniał sobie o obecności Przypływ oraz dopiero co przybyłej Orchidei. Powinien przecież coś powiedzieć... To była jego znajoma.
— Ja jestem… — odezwał się w końcu cicho, zaczynając przebierać łapami ze zdenerwowania. — O-och, hej Prze… To zna-aczy Orchideo — miauknął, gdy zauważył, że wzrok kotki zatrzymuje się na nim.
— Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? Widzę, że macie dużo na głowie jako uzdrowiciele… — szepnęła Orchidea, kiwając głową do znajomego.
— Akurat skończyłem… zajmować się Przypływ. Zostań tutaj na kilka dni, aby wydobrzeć — zwrócił się do Przypływ.
— Dobrze, bardzo dziękuję Poranku, od razu mi lepiej — odparła kocica, wygodniej układając się na swoim nowym tymczasowym posłaniu.
— Co u ciebie? Wiesz… Bardzo za wami wszystkimi tęskniłam i… chciałabym odnowić naszą relację… – nagle odezwała się Orchidea, delikatnie się uśmiechając. Chwast spuścił wzrok, nie wiedząc, co tak właściwie powiedzieć. No bo co miał? Nie potrafił w takie rzeczy. Nie umiał integrować się z innymi. Zwłaszcza po tym wszystkim, co ich spotkało. Niby nie było to dużo, ale sprawiło, że rudy uzdrowiciel nie potrafił funkcjonować w otoczeniu tylu kotów. Wzrok każdego z nich ciągnął się za nim, głupie szepty i głosy były obecne wszędzie, gdzie się pojawił, a wyrzuty sumienia i wspomnienia nawiedzały go w snach, często zakłócając jego spokój. Bał się innych kotów. Bał się własnego cienia.
Oddech nagle mu przyspieszył, co zwróciło uwagę obu kotek. Rudy otworzył nieco szerzej oczy, modląc się do Wszechmatki by to wszystko dobiegło końca. Dlaczego nie potrafił zrozumieć tego wszystkiego?
– Chwaście? – usłyszał głos Orchidei, na co szybko podniósł głowę.
– Ja... Tak, m-możemy odnowić naszą.... Relacje – wydukał szybko, mieszając się powoli we własnych słowach. – Tyle że... Nie teraz... Ja... Ja muszę iść – powiedział szybko i bez czekania na odpowiedź wybiegł z legowiska prosto na śnieg. Musiał uciec. Musiał biec do swojego drzewa by uciec od tego wszystkiego.
 
***
*TW: Coś na wzór myśli samobójczych*
 
Unikał sióstr, unikał Orchidei, unikał Derwisza, chociaż z tym ostatnim był mały problem, bo kocur zawsze pojawiał się w niekorzystnych dla Poranku sytuacjach. Starszy uzdrowiciel prawił Chwastowi jakieś lekcje, pomagał, chociaż rudy chciał od tego uciec. Jednak nie potrafił, ponieważ nie potrafił się odezwać. Za każdym razem było tylko gorzej. Chwast miał wrażenie, że powoli popada w obłęd.
Siedział przy swoim drzewie, chowając pysk między łapami. Chciał zniknąć. Droga Wszechmatko jak dobrze byłoby zniknąć! Bez żadnego słowa, bez pożegnania. Po prostu. Zniknąć. Lekko wzdrygął się na tę myśl. Niby pojawia się ona w jego głowie już nie pierwszy raz, ale sam do końca nie wiedział, co miał na myśli mówiąc "zniknąć". Chciał uciec? Z jednej strony tak. Dokładnie tak samo jak po powrocie do Owocowego Lasu, chciał po prostu wrócić do bycia samotnikiem. Jednak teraz? Pojęcie to mogło obrać różne kierunki. A on chyba po prostu miał już dosyć.
– Czyli to tu znikasz, gdy nie ma cię nigdzie w obozie – usłyszał nagle czyiś głos, na co od razu się podniósł. Starszy kocur powoli podszedł do Poranku, siadając obok. Jego zatroskany wzrok spoczął na towarzyszu, dokładnie się mu przyglądając, co tylko jeszcze bardziej zestresowało rudego. Co Derwisz tak właściwie od niego chciał? Czasem Chwast chciał by starszy uzdrowiciel patrzył na niego jak reszta starszyzny chwilę po powrocie do domu. Z odrazą. Przynajmniej nie musiałby się zastanawiać co siedzi w głowie przybysza z odległych krain. – Wszystko dobrze Poranku? Znów wyglądasz na zasmuconego – zauważył Derwisz, odwracając wzrok od młodszego. Ten podniósł się trochę i wbił wzrok w ziemię. Dlaczego Derwisz o wszystko dopytuje? Dokładnie jak jego siostry, których unikanie jednak wychodziło mu dużo lepiej.
– Żyje – odparł krótko Chwast. Derwisz westchnął cicho, jednak na twarzy dalej miał uśmiech.
– Jest to twoje stałe powiedzenie? Doprawdy zabawne Poranku! Czasem się zastanawiam czy ktokolwiek jest w stanie wyciągnąć z ciebie coś więcej niż informacja, że żyjesz – zaśmiał się starszy, jednak na widok dalej niewzruszonej twarzy rudego, szybko zamilkł. – Twoje siostry cię szukały – poinformował Derwisz. Chwast cały zesztywniał.
– Co im powiedziałeś?
– Że nie wiem. Widzę, że nie chcesz z nimi rozmawiać Poranku. Widzę też, że nie dzieje się z tobą za dobrze – mruknął starszy i odwrócił się w stronę kocura.
– Dlaczego się przejmujesz? – zapytał cicho rudy, spoglądając co jakiś czas na Derwisza.
– Ponieważ nikt nie zasługuje na cierpienie. W tym ty – powiedział Derwisz, uśmiechając się.
– Tyle że ja nie cierpię.
– Jednak nie ja chowam się tu praktycznie codziennie, z dala od pobratymców.
Poranek zamilkł. Wiedział, że Derwisz ma rację. Wiedział też, że kocur ma dobre serce i chciałby mu pomóc. Nawet jeśli on tego nie chce. Nawet jeśli młodszy on dałby oderwać sobie łapę zamiast poprosić o pomoc.
 
***
*Teraźniejszość*
 
Derwisz przychodził co jakiś czas z nim rozmawiać. Nie naciskał na wyjaśnienie czegokolwiek, co dręczyło rudego, za co ten był po cichu wdzięczny. Zamiast tego po prostu rozmawiali. Tak właściwie to Derwisz rozmawiał, a Poranek co jakiś czas wypowiedział kilka słów. Jednak póki starszy uzdrowiciel nie narzekał, Chwast był w stanie z nim siedzieć. Dawało mu to alibi gdyby uciekał od rozmowy z siostrami, ale też dawało mu to poczucie jakiejkolwiek przynależności.
Pora zielonych liści przynosiła ze sobą sporo upałów, które zdecydowanie nie sprzyjały rozwojowi ziół, potrzebnych uzdrowicielom. Nie licząc tego poza legowiskiem była masa słońca, za którym rudy nie przepadał, więc jego wypady poza legowisko były jeszcze rzadsze niż zazwyczaj. Jednak podczas nieobecności reszty uzdrowicieli ktoś musiał zająć się uzupełnieniem zapasów ziół, które skończyły się po wizycie Przypływ i Kolendry. I tym kimś niestety był Poranek.
Wziął głębszy oddech, spoglądając to na swoje łapy, to na polanę pełną słońca i pobratymców. Bał się. I choć trudno było mu to przyznać, czuł jak stres chwyta go za żołądek, wywołując nieprzyjemny ból. Najchętniej zapadłby się pod ziemię. Jednak musiał wykonywać swoje obowiązki. Nie mógł tak po prostu zaszyć się w legowisku na wieki. Powoli więc wyszedł z lecznicy i trzymając się każdej pobliskiej plamy cienia, przemieszczał się w stronę wyjścia z obozu. I cały jego plan poszedłby dobrze gdyby nie... Orchidea, która przyglądała mu się z daleka, nieświadomie wywołując u niego jeszcze większy stres.

Wyleczeni: Przypływ, Kolendra

<Dawna znajomo?>

Od Promiennej Łapy

Promyk wstawała codziennie rano dzielnie, aby uczyć się nowych rzeczy. Jednak istnienie mew utrudniało jej wymykanie się z obozu, tak jak niegdyś to robiła. Teraz mogła tylko trzymać się ogona swojej mentorki albo patrolu, który niechętnie brał ją ze sobą.
Promyk starała się zawsze robić wszystko, najlepiej jak tylko mogła, a że niewiele teraz mogła to osobna kwestia. Codzienne treningi były odrobinę za mało na jej ilość energii, a patrole nie zawsze chciały ją ze sobą.
Siedzenie w obozie ją nudziło. Roznosiło ją to od środka. Dlatego na treningach zawsze wybiegała w przód, pierwsza, najlepsza!
A jednak jej trening trwał. Promyk mogła tylko spojrzeć na swoje łapy zawiedziona.
22 księżyce. Tyle miała już na swoim karku i nadal była uczniem. Jak dla niej to było znacznie za długo, a jednak. Jej brat i siostra mianowali się już jakiś czas temu, a ona utknęła w tym miejscu i nie ruszyła przez długi czas.
Chwilę była chora, chwilę nie miała mentora, potem Psotka ją przejęła i jej trening czasem trwa czasem nie.
22 księżyce. Tyle jej to zajmowało. Dzień był słoneczny i jasny, kiedy Psotny Nietoperz zabrała ją w kierunku drzew. Tam Promyk grzecznie wykazała się swoimi miernymi umiejętnościami wspinaczki po drzewach. Nie była w tym najlepsza, najszybsza czy najstaranniejsza, ale wkładała w to wiele siły. Jakoś jej to też szło, chociaż przy jej kompletnym braku elegancji, którą powinien mieć kot, wyglądała jakby, co chwilę miała spaść z tych gałęzi.
Ale trening za treningiem i nie spadała. Nauczyła się.
Podobnie było z tunelami, chociaż tam czuła się lepiej, niż ponad ziemią. Naturalnie przyszło jej bieganie po ciemnych korytarzach. Z łatwością szła jej nawigacja w ciemnościach. Wilgoć nie przeszkadzała jej nic a nic. Psotka była z niej bardzo zadowolona. To właściwie było jedyne, co Promyk załapała od razu i tylko parę treningów potem była w tym płynna.
Promyk mogła o sobie teraz już powiedzieć, że mogłaby zostać wojownikiem, jednak coś ja powstrzymywało. Spoglądała na własne łapy i wątpiła, czy sobie poradzi.
– Możesz próbować, najwyżej ci się nie uda! – Słońce, jej brat, tak jej mówił co jakiś czas. Ale on nie wiedział. Nie widział jak, Promyk próbuje porozmawiać z kimkolwiek, ale te rozmowy są tylko powierzchowne. Jak próbuje się zintegrować w życie klanu, ale jakoś nie może znaleźć sobie miejsca. Jakby ten klan przytłaczał ją coraz bardziej każdego dnia. Jakby płynęła rzeką, pod prąd, i do tego zachłysnęła się wodą.
Promyk odetchnęła ciężko. To był kolejny dzień, w którym była zamknięta w ścianach obozu, jakby była trochę niechciana. Miała koty, które lubiła, ale one miały swoje własne życie i nie mogły poświęcić jej tyle uwagi, ile potrzebowała. A to nie w jej charakterze było, aby się im o to upominać.
Zostawiła te koty za sobą, obok siebie, słówko po słówku wycofała się do swojego własnego małego kąta, w którym stres i strach nie miały do niej dostępu. Leżała teraz właśnie w swoim kącie i spoglądała na własne łapy. Wysuwała i chowała swoje piękne pazurki i kwestionowała swoje życiowe wybory.
A jednym z tych wyborów było wyjście z obozu, kiedy nikt nie patrzył. Nie poszła daleko, to mogłoby się skończyć dla niej źle i jeszcze gorzej. Potrzebowała po prostu zażyć słońca, zamiast siedzieć tylko w cieniach obozu. Siedziała niedaleko wejścia, grzejąc swoje futro, dopóki w oddali nie poruszyły się drzewa. Jakiś patrol był pewnie niedaleko. Promyk wstała i ostatni raz rzuciła okiem na niebo. Tam, w oddali, w kierunku morza na niebie poruszyły się mewy. Te przeklęte stwierdzenia, które powodowały jej cierpienia w zamknięciu.
Złość wzburzyła się w niej jak ogień w ognisku. Palił się najpierw powoli, a potem jak las, który przypadkiem zajął się od niewygaszonego popiołu. To była nienawiść. Nienawiść do swojego losu, do swojej sytuacji i braku swojego własnego imienia. I to wszystko kumulowało się w niej i buchało w jej sercu. A mewy? One były idealne, aby zrzucić na nie całą winę za jej nieudane życie.
Promyk zniknęła w obozie. Zmyła się z tłumem. Zjadła kolację i położyła się spać.
I śniła. Śniła o polowaniach i spaniu pod gołym niebem. Gwiazdy, których tak dawno nie widziała, lśniły nad jej głową i układały się w słodkie konstelacje. Wiatr pędził między koronami drzew, jak szepty które ją wołały. Ale jednak jej łapy nadal stały na znanym jej kamieniu, zapach kotów z Klanu Klifu blisko. Niepokojąco blisko. Był to zapach kojący jej emocje i jednocześnie wzbudzający z nią gorzką złość.
I kiedy się obudziła, o samym poranku, mogła tylko odetchnąć ciężko i machnąć ogonem. Mogła być zła! To były jej emocje, jej własność! Jej prawo! Ale czuła się źle. To nie była wina klanu, że nie mogła znaleźć sobie miejsca. Nie ich winą było, że jeszcze nie awansowała się na wojownika. To Promyk powinna się starać bardziej, mocniej, więcej! Ale nie miała teraz jak. Leżała zamknięta z własnymi myślami gdzieś na boku pamięci wszystkich. I nikogo nie powinna za to winić. Nikogo tylko siebie. No i te mewy! Te przeklęte mewy.

– Psotny Nietoperzu? – Promyk zaczepiła swoją mentorkę.
– Co tam? – Psotka oderwała się od tego, co robiła aktualnie.
– Możemy wyjść na trening?
– Nie dzisiaj. Mam parę spraw do załatwienia i trochę rzeczy do zrobienia. Może jakiś patrol cię ze sobą weźmie!
Ale żaden patrol nie chciał jej w swojej grupie. “Nie dzisiaj” – dostała odpowiedź. No dobrze. To wcale nie budowało w niej napięcia i goryczy. Czy ona w ogóle mogła się gdziekolwiek wykazać? Czy to fakt, że nadal była uczniem, czy może jako wojownik też będzie tak ograniczona i odłożona na bok?


[907 słów]
[nawigacja w tunelach]