BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

31 lipca 2026

Od Psianki

Pora Zielonych Liści rozgościła się w Owocowym Lesie na dobre. Jeszcze kilka księżyców temu gałęzie uginały się pod ciężarem śniegu, a każdy krok na zewnątrz obozu wiązał się z przenikliwym chłodem. Teraz las tętnił życiem. Świeże liście rozwijały się na koronach drzew, między korzeniami wyrastały pierwsze zielone rośliny, a ciepły wiatr niósł zapach wilgotnej ziemi i kwitnących kwiatów. Z każdej strony dochodził śpiew ptaków, stukot dzięciołów i ciche szelesty drobnych zwierząt ukrywających się w zaroślach. Korony drzew tworzyły zielony dach, pod którym zwiadowcy poruszali się niemal równie swobodnie, jak po ziemi.
Minęło już dziesięć księżyców od dnia, w którym po raz pierwszy stanęłam przed Czereśnią jako uczennica zwiadowcy. Wydawało mi się, jakby było to wczoraj, a jednocześnie czułam, że od tamtej chwili zmieniło się niemal wszystko. Rohan nauczyła mnie patrzeć na las zupełnie inaczej. Nie widziałam już jedynie drzew i ścieżek. Dostrzegałam bezpieczne przejścia między gałęziami, poznawałam gatunki po korze i liściach, potrafiłam usłyszeć różnicę pomiędzy lotem sójki a gołębia, a ślady odciśnięte w błocie coraz częściej opowiadały mi historię, zanim jeszcze zdążyłam się nad nimi pochylić.
Tego poranka od samego początku wyczuwałam, że coś było inaczej. Rohan była spokojniejsza niż zwykle. Nie tłumaczyła planu treningu, nie zaczęła od pytań ani nie wskazała celu naszej wędrówki. Po prostu skinęła głową, dając mi znak, żebym ruszyła za nią. Opuściłyśmy obóz i wspięłyśmy się na pierwsze gałęzie jeszcze zanim słońce zdążyło wznieść się wysoko ponad korony drzew.
Przemieszczałyśmy się przez las niemal bezszelestnie. Pod naszymi łapami uginały się grube konary starych buków, które rosły w tej części terytorium od pokoleń. Z ich koron rozciągał się widok na niższe drzewa, a pomiędzy nimi można było dostrzec wijące się ścieżki, którymi poruszali się wojownicy. Dalej rosły potężne dęby, których szerokie gałęzie przypominały naturalne mosty łączące kolejne fragmenty lasu. Od czasu do czasu przeskakiwałyśmy także na sosny, gdzie żywiczny zapach mieszał się z aromatem młodych igieł. Owocowy Las był domem zwiadowców nie bez powodu. Większość jego ścieżek prowadziła wysoko nad ziemią, a doświadczony kot potrafił przemierzyć znaczną część terytorium, ani razu nie schodząc na leśne runo.
Dopiero gdy dotarłyśmy do niewielkiego wzniesienia porośniętego starymi dębami, Rohan zatrzymała się i odwróciła w moją stronę. Przez chwilę mierzyła mnie spokojnym spojrzeniem, po czym usiadła na jednej z grubych gałęzi.
— Dzisiaj nie będziemy trenować tak jak zwykle. — Przechyliłam lekko głowę, czekając, aż dokończy. — Masz dziesięć księżyców i chociaż jesteś młoda, uczysz się naprawdę w zatrważającym tempie. Uważam, że nadszedł czas, by sprawdzić, czy jesteś gotowa zostać zwiadowczynią. To będzie twoja próba.
Serce zabiło mi mocniej. Wiedziałam, że ten dzień kiedyś nadejdzie, jednak mimo wszystko nie spodziewałam się, że właśnie dziś usłyszę te słowa. Wzięłam głęboki oddech i skinęłam głową.
— Jestem gotowa.
Mentorka odpowiedziała jedynie krótkim uśmiechem.
— W takim razie pokaż mi wszystko, czego się nauczyłaś.
Pierwsza część próby nie wymagała szybkości ani siły. Rohan prowadziła mnie przez kolejne fragmenty lasu, zatrzymując się przy różnych gatunkach drzew. Nie pytała tylko o ich nazwy. Chciała wiedzieć, czy rozumiałam cały las.
— Co możesz powiedzieć o tym miejscu? — zapytała, zatrzymując się przy ogromnym buku.
Podeszłam bliżej, przesuwając łapą po gładkiej korze.
— Buk ma mocne gałęzie i gęstą koronę. Dobrze nadaje się do obserwacji, bo liście skutecznie zasłaniają zwiadowcę. Trzeba jednak uważać po deszczu. Kora robi się wtedy śliska, szczególnie na młodych pędach.
Rohan skinęła głową i ruszyła dalej. Następne było stare drzewo, którego pień pokrywały grzyby.
— A tutaj?
Przyjrzałam się uważnie korze.
— To drzewo zaczyna chorować. Drewno przy podstawie jest miękkie. Nie wspinałabym się na najwyższe gałęzie, bo mogą nie wytrzymać ciężaru kota.
— Dlaczego zwiadowca powinien to wiedzieć? — spytała, rzucając mi uważne spojrzenie.
— Bo nie tylko ma dotrzeć do celu. Ma jeszcze wrócić.
Na pysku mentorki pojawił się cień zadowolenia. Drugim zadaniem była wspinaczka. Nie zwyczajna, jaką ćwiczyłyśmy od księżyców, lecz taka, która wymagała samodzielnego podejmowania decyzji. Rohan wskazała wysoki dąb rosnący po drugiej stronie doliny.
— Masz dotrzeć tam wyłącznie koronami drzew. Nie interesuje mnie, jak szybko to zrobisz. Chcę zobaczyć, czy potrafisz wybrać właściwą drogę.
Spojrzałam przed siebie. Na pierwszy rzut oka najkrótsza trasa wydawała się oczywista, ale po chwili zauważyłam, że kilka gałęzi kończy się zbyt daleko od kolejnych drzew. Musiałabym wykonywać bardzo ryzykowne skoki. Wybrałam więc inną drogę.
Poruszałam się spokojnie, zatrzymując się przed każdym trudniejszym przejściem. Kilka razy zmieniałam wcześniej obrany kierunek, gdy zauważałam spróchniałą gałąź albo zbyt cienki konar. Wiatr delikatnie poruszał koronami, dlatego czekałam, aż drzewa uspokoją się po każdym mocniejszym podmuchu. Kiedy dotarłam do wskazanego dębu, Rohan pojawiła się obok mnie chwilę później.
— Dlaczego wybrałaś dłuższą drogę?
— Bo krótsza była niebezpieczna.
— Nawet jeśli straciłaś przez to czas?
— Martwy zwiadowca nie przyniesie klanowi żadnych informacji.
Mentorka zaśmiała się cicho.
— Dobrze odpowiedziałaś.
Później zeszłyśmy na ziemię. Rohan nie odezwała się ani słowem. Po prostu ruszyła przed siebie, aż zatrzymałyśmy się przy niewielkim błotnistym zagłębieniu. Ziemia była miękka po ostatnich opadach, dlatego odciśnięte ślady zachowały się wyjątkowo dobrze.
— Opowiedz mi tę historię.
Ukucnęłam przy pierwszym tropie. Nie dotykałam go od razu. Najpierw przyjrzałam się jego kształtowi, głębokości i odległości pomiędzy kolejnymi odciskami.
— Lis. — Przesunęłam się kilka kroków dalej. — Dorosły. Samiec albo większa samica. Szedł tędy dziś rano.
— Skąd to wiesz?
— Krawędzie śladów jeszcze się nie osunęły. Gdyby były starsze, wiatr naniósłby więcej pyłku i liści. — Ruszyłam dalej tropem. — Nie polował. Poruszał się pewnie i nie zmieniał kierunku. Prawdopodobnie tylko przechodził przez teren.
Rohan przyklęknęła obok mnie.
— Gdzie poszedł?
Podniosłam głowę i przez chwilę wpatrywałam się w las.
— W stronę zachodniej granicy. Jeżeli będzie szedł tym samym kierunkiem, opuści nasze terytorium.
— A gdybyś prowadziła patrol?
— Zgłosiłabym świeże ślady i sprawdziła, czy rzeczywiście opuścił teren. Nie ryzykowałabym samotnego pościgu.
Mentorka skinęła głową.
— Właśnie to chciałam usłyszeć.
Na koniec zaprowadziła mnie do najwyższego drzewa, jakie rosło w tej części Owocowego Lasu. Potężny dąb górował nad pozostałymi koronami niczym strażnik całego terytorium.
— Wejdź na sam szczyt.
Spojrzałam wysoko ponad siebie. Wiatr kołysał najwyższymi gałęziami, ale nie czułam już strachu. Przez ostatnie księżyce właśnie do tego przygotowywały mnie wszystkie treningi.
Wspinałam się spokojnie, wykorzystując każdą wskazówkę, jakiej nauczyła mnie Rohan. Nie walczyłam z drzewem, tylko dostosowywałam się do jego ruchów. Kiedy gałąź uginała się pod wpływem wiatru, czekałam cierpliwie, aż wróci na swoje miejsce. Każdy skok wykonywałam dopiero wtedy, gdy miałam całkowitą pewność, że bezpiecznie wyląduję. W końcu dotarłam na samą górę.
Widok zapierał dech. Zielone korony drzew ciągnęły się aż po granice terytorium, a pomiędzy nimi połyskiwały niewielkie polany i ścieżki. W oddali dostrzegłam błyszczącą w słońcu rzekę, jeszcze dalej pas ciemniejszych sosen, a wysoko nad lasem krążył myszołów.
— Co widzisz? — zawołała Rohan z niższej gałęzi.
Rozejrzałam się uważnie.
— Dwie sójki na południu. Wiewiórkę, która niesie gałązki do dziupli. Świeżo złamaną brzozę po ostatnim wietrze… i dym. Bardzo daleko. Chyba poza granicami naszego terytorium. — Rohan weszła nieco wyżej.
— Nie patrz tylko oczami. Posłuchaj.
Zamknęłam je na moment. Las natychmiast ożył. Słyszałam szum liści, stukanie dzięcioła, plusk wody, trzepot skrzydeł, a gdzieś bardzo daleko szczeknięcie lisa.
— Lis na zachodzie — powiedziałam cicho.
— Ten sam, którego tropiłaś wcześniej. — Dopiero wtedy otworzyłam oczy.
Kiedy zeszłyśmy na ziemię, słońce zaczynało już powoli kierować się ku zachodowi. Przez chwilę szłyśmy w milczeniu, wsłuchując się w odgłosy budzącego się do życia lasu. W końcu Rohan zatrzymała się jeszcze raz.
— Powiedz mi, Psianko… czego nauczył cię las? — Spojrzałam przed siebie, na korony drzew poruszające się leniwie na wietrze.
— Że nie zawsze najszybsza droga jest najlepsza. Że trzeba umieć słuchać, zanim zacznie się działać. I że zwiadowca nie jest właścicielem lasu… jest tylko jego gościem. Jeśli będzie go szanował, las odwdzięczy się tym samym.
Rohan przez dłuższą chwilę nic nie odpowiedziała. Na jej pysku pojawił się jedynie cichy, dumny uśmiech. Nie powiedziała jeszcze, czy zdałam próbę. Nie musiała. Po jej spojrzeniu wiedziałam, że dostrzegła nie tylko to, czego mnie nauczyła, ale także to, kim przez te wszystkie księżyce się stałam.
Gdy wróciłam do obozu, łapy wciąż przyjemnie drżały mi ze zmęczenia. Każdy mięsień przypominał o godzinach spędzonych wysoko w koronach drzew, o nieustannym balansowaniu na gałęziach i skakaniu z jednej na drugą. Mimo tego czułam się lekka jak piórko. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio rozpierała mnie taka duma. Rozejrzałam się nerwowo po obozie. Dopiero teraz dotarło do mnie, że… zdałam. Naprawdę zdałam.
Jeszcze kilka księżyców temu nie potrafiłam poprawnie utrzymać równowagi na cieńszej gałęzi. Myliłam tropy, zbyt mocno ufałam wzrokowi zamiast nosowi i często działałam zbyt szybko. A teraz Rohan uznała, że jestem gotowa. Gotowa zostać pełnoprawną zwiadowczynią Owocowego Lasu. To brzmiało wręcz nierealnie.
Przez krótką chwilę stałam jak wryta pośrodku obozu, próbując poukładać sobie wszystko w głowie. Dopiero po kilku oddechach przypomniałam sobie o kimś, komu chciałam powiedzieć o tym jako pierwszemu. Mamie.
Natychmiast poderwałam się do biegu. Śnieg zdążył już niemal całkowicie stopnieć, ustępując miejsca miękkiej ziemi pachnącej wilgocią i świeżą zielenią. Przeskakiwałam między korzeniami drzew, omijałam koty wracające z patroli i niemal wpadłam na jednego z wojowników, rzucając tylko szybkie przeprosiny przez ramię. Serce waliło mi jak oszalałe.
W końcu dostrzegłam znajomą sylwetkę Purchawki przed lecznicą. Złotooka szamanka układała właśnie pęczki świeżo przyniesionych ziół, dokładnie sprawdzając ich stan. Wyglądała na skupioną, ale gdy usłyszała moje szybkie kroki, uniosła głowę. Nie zwolniłam nawet na moment. Kilka susów później znalazłam się tuż obok niej, próbując złapać oddech po biegu.
— Mamo… zdałam! — wyrzuciłam z siebie, zanim zdążyłam powiedzieć cokolwiek więcej. — Rohan przeprowadziła dziś moją próbę… i powiedziała, że jestem gotowa zostać zwiadowczynią!
Słowa wypływały ze mnie jedno za drugim. Opowiedziałam o wszystkim, niemal nie robiąc przerw na oddech. O tropach lisa, które musiałam odnaleźć i poprawnie odczytać. O wspinaczce po najwyższych gałęziach, gdzie najmniejszy błąd mógł zakończyć się bolesnym upadkiem. O rozpoznawaniu zdrowych i chorych drzew, o skradaniu się do wiewiórki oraz o zadaniach, które Rohan przygotowała tak, by sprawdzić każdą umiejętność, nad którą pracowałyśmy przez ostatnie księżyce.
— Myślałam, że jeszcze czymś mnie zaskoczy… że znajdzie jakiś błąd i każe mi trenować dalej… ale kiedy wróciłyśmy, powiedziała tylko, że zdałam i jestem gotowa.
Purchawka odłożyła zioła, których wcześniej nawet na chwilę nie wypuszczała z łap. Podeszła bliżej i przez krótką chwilę po prostu mi się przyglądała. W jej spojrzeniu nie było zaskoczenia. Była za to duma, której nie dało się ukryć. Delikatnie dotknęła mojego czoła swoim nosem.
— Jestem z ciebie bardzo dumna, Psianko. — Te kilka prostych słów sprawiło, że poczułam przyjemne ciepło rozlewające się po całym ciele. Chyba dopiero teraz naprawdę uwierzyłam, że to wszystko wydarzyło się naprawdę.
— Wiedziałam, że sobie poradzisz — powiedziała łagodnie. — Za każdym razem, kiedy wracałaś z treningów, widziałam zmęczenie w twoich oczach. Czasami byłaś sfrustrowana, czasami miałaś ochotę od razu zasnąć, ale następnego dnia znów wychodziłaś z Rohan do lasu. Nigdy nie szukałaś łatwiejszej drogi. Po prostu uczyłaś się dalej.
Spuściłam na moment wzrok na własne łapy. Były pokryte drobnymi zadrapaniami po korze, a opuszki wciąż lekko piekły po całym dniu wspinaczki.
— Było kilka chwil, kiedy naprawdę myślałam, że sobie nie poradzę — przyznałam cicho. — Zwłaszcza na początku. Wydawało mi się, że nigdy nie nauczę się poruszać po gałęziach tak lekko, jak Rohan.
— A jednak się nauczyłaś. Nie dlatego, że wszystko przychodziło ci z łatwością, ale dlatego, że potrafiłaś wyciągać wnioski z własnych błędów. To jedna z najważniejszych cech dobrego zwiadowcy.
Usiadłam obok mamy, owijając ogon wokół łap. Przez chwilę żadna z nas się nie odzywała. W ciszy słyszałam jedynie szelest liści nad obozem i cichy śpiew ptaków, które wróciły wraz z nadejściem wiosny. Powoli zaczynało do mnie docierać coś jeszcze.
Minęły zaledwie cztery księżyce od mojego mianowania na uczennicę. Cztery.
Zmarszczyłam lekko brwi, licząc w myślach kolejne księżyce. Im dłużej nad tym rozmyślałam, tym bardziej wydawało mi się to nierealne. Wielu uczniów szkoliło się znacznie dłużej, zanim mentor uznał ich za gotowych do próby. Rohan mogła przecież bez problemu powiedzieć, że potrzebuję jeszcze czasu. Mogła przygotowywać mnie przez kolejne księżyce, aż uznałaby, że opanowałam wszystko do perfekcji.
A jednak tego nie zrobiła. Uznała, że już teraz potrafię samodzielnie patrolować las, odczytywać jego znaki i podejmować właściwe decyzje. Spojrzałam na Purchawkę z szerokim uśmiechem.
— Dopiero teraz uświadomiłam sobie… to chyba naprawdę szybko, prawda?
Szamanka zaśmiała się cicho.
— Bardzo szybko. Rohan jest wymagającą mentorką i nie wypuszcza uczniów na próbę tylko dlatego, że minęło odpowiednio dużo czasu. Jeśli pozwoliła ci podejść do niej już teraz, oznacza to, że naprawdę uwierzyła w twoje umiejętności.
Poczułam, jak ogon sam unosi mi się z dumy. Nie dlatego, że uważałam się za najlepszą. Po prostu świadomość, że zdobyłam zaufanie kotki, którą tak bardzo podziwiałam, znaczyła dla mnie więcej niż jakiekolwiek pochwały.
— Dziękuję, mamo — powiedziałam cicho. Purchawka uśmiechnęła się jeszcze szerzej i raz jeszcze musnęła moje czoło nosem.
— Gratuluję ci, Psianko. Jestem pewna, że zostaniesz zwiadowczynią, z której cały Owocowy Las będzie dumny.
Słysząc te słowa, mimowolnie spojrzałam gdzieś ponad koronami drzew, za którymi rozciągał się cały znajomy las. Jeszcze niedawno wydawał mi się ogromny i pełen tajemnic. Dziś nadal budził we mnie ten sam zachwyt, ale przestał być czymś obcym. Coraz częściej miałam wrażenie, że zaczynam rozumieć jego rytm, odczytywać historię zapisaną w śladach na ziemi, w zapachach unoszących się między drzewami i w szumie gałęzi. I właśnie dlatego nie mogłam doczekać się dnia, w którym oficjalnie stanę się jedną z tych kotek, które będą czuwać nad bezpieczeństwem całego Owocowego Lasu.

[2157 słów]

Od Wełnianki do Złocistego Widlika

Pierwsze kilka wschodów słońca Wełnianki było… dziwne. To znaczy, poniekąd zwyczajne. Jak każdy świeżo upieczony kociak nie mogła jeszcze nawet otworzyć oczu, a co dopiero brać udziału w jakichś bardziej wyszukanych aktywnościach – każdy dzień mijał jej więc dość szybko. Głównie spała, budziła się, piła mleko, ziewała, piszczała i tak na okrągło, aż znowu nie przysnęła. Czuła ciepło ciała swojej rodzicielki, przylegającego bezpośrednio do jej własnego – i kilka innych, równie małych kulek, które co jakiś czas wydawały z siebie różne odgłosy. Wtulała się w jej miękkie futro, zwijała w kuleczkę. Na pierwszy rzut oka prezentowało się to więc całkiem standardowo, ale jednak… coś ewidentnie nie grało. Czuła, że coś było nie tak. Jakieś niewyjaśnione napięcie – stres matki, dziwne szepty dookoła i coś, co po prostu… wisiało w powietrzu.
Gdy w końcu otworzyła duże, brązowe ślepka, otaczający ją świat począł stawać się nieco bardziej zrozumiały – chociaż wciąż jedynie na poziomie, na jakim zrozumiały mógł być dla takiego szkraba. Stawiając swoje pierwsze mikro-kroczki, uważnie rozglądała się po otoczeniu, czyniąc przy okazji nowe, fascynujące odkrycia. W końcu dowiedziała się, jak wyglądały inne istoty, żyjące wraz z nią w żłobku – przynajmniej taką nazwę miejsca, w którym obecnie przebywała, zasłyszała – i było tu znacznie tłoczniej, niż wcześniej przypuszczała! Mogła też wreszcie poprawnie dopasować głosy współlokatorów do ich wyglądu, pyszczków, zachowań. Cóż, przynajmniej przy większości z nich, bo niektórzy wcale nie byli rozmowni – chociaż ona sama nieszczególnie wiedziała dlaczego. Pod innymi względami nie byli wcale wycofani czy nieśmiali. Zwłaszcza jej kemowy kolega, Milczek, którego wszędzie było pełno. Z chęcią z nią brykał, zawsze z uwagą słuchał historii opowiadanych kociętom przez piastuna. Wydawał się taki energiczny i żywy, a jednak… jakby całkowicie brakowało mu głosu, prawie tak samo, jak jej siostrzyczce, Centurii! Wełnianka głowiła się nad tym przez jakiś czas, ale ostatecznie zaakceptowała ten fakt jako coś normalnego, uznając, że zapewne część kotów naturalnie nie była w stanie mówić. Nie przejmowało jej to, nawet gdy one częściej od reszty opuszczały ich przytulną kryjówkę wraz z rodzicielkami, aby odwiedzić legowisko medyków – a ich matki zawsze wracały z tych spotkań z nietęgimi minami. Ona sama zresztą również pewnego dnia wybrała się z nimi. Cóż to była za frajda! Dymna kocica o mądrych oczach zadała jej kilka pytań, wyraźnie zastanawiając się nad jej przypadkiem, chociaż ona nie miała pojęcia, czemu. Nie zrozumiała ani słowa z tego, co uzdrowicielka przekazała Fląderce. Nie wiedziała też, dlaczego czekoladową tak bardzo zmartwiła ta informacja. Przecież ona mówiła zupełnie normalnie! Prawda...?
Zmieniło się to dopiero, gdy do kociarni pewnego dnia zajrzał starszy, jednooki wojownik.
Wparował tam z uśmiechem na pysku i radosnym tonem przywitał całą ferajnę małych kulek, podrzucając im przy okazji zwierzynę. Następnie niby przypadkowo zagaił rozmowę z ich piastunem, uprzednio jakby nerwowo rozglądając się dookoła, po czym wymamrotał coś konspiracyjnie ściszonym głosem. Wełnianka, jak każdy ciekawski kociak, nadstawiła opędzelkowanych uszek, przysłuchując się tej ściśle tajnej konwersacji.
— Ale pomyśl, Widliku — niebieski zaczął tonem wyraźnie przejętym, nawet gdy emocje przykryte były przez szept. — To nie może być przypadek...! Dwoje kociąt, niespokrewnionych, oboje od brązowych matek? I oboje nie potrafią mówić? To musi być jakiś spisek… Co, jeśli one napchały ich pyski tym błotem, z którego wypełzły? Może przez to tego nie umieją? A ta jedna… — Ukradkiem zerknął na młodą koteczkę, która starała nie dać po sobie poznać, że od początku przysłuchiwała się tej konwersacji. — Może jeszcze da się jej pomóc? Jakby tak to wykaszlała…
— Siwa Czaplo… — przerwał mu w połowie zdania kremowy piastun, wzdychając cicho. Następnie wskazał coś wzrokiem drugiemu kocurowi i oboje opuścili kociarnię, co pozostawiło Wełniankę z ogromem pytań i mierną ilością odpowiedzi.
Muł? Błoto? I co miał z tym wspólnego kolor jej rodzicielki? Dlaczego miała kasłać? O czym oni w ogóle mówili? Fląderka, jej mama – przecież ona by jej nigdy nie skrzywdziła! Czyż nie?... Zawsze tuliła ją do snu, karmiła, mówiła do niej tym kochającym tonem…
Pręgowana czym prędzej opuściła żłobek, licząc, że zdoła jeszcze złapać starsze koty i zapytać je o znaczenie tego wszystkiego, ale niestety się spóźniła – jednooki kocur najwyraźniej już odszedł, a ona sama wpadła wprost na Złocistego Widlika, delikatnie odbijając się od niego i przewracając, po czym… zwyczajnie zaczęła chlipać, jak to na zagubionego malucha przystało.

< Widliku? >

Od Kazarka CD. Borowika

Mógł niby się nie zgodzić na tą ofertę, którą mu podsunął bury kocur. Cynamon jednak ledwo co przeżywał, a potrzebował bardzo pożywienia. Często chodził z pustym brzuchem, co nie było przyjemnym uczuciem. Czasami miał wrażenie, że był nadmuchany samym powietrzem... Umowa między kotem z grupy ułatwiłaby mu przeżycie tego sezonu.
— No to stoi! No to em… ile chcesz tych ryb? Ale w sumie jak mi dziurę dajesz. To je-jestem i tak bogaty! Więc gdzie ty ten, masz tę dziurę? Zaprowadzisz mnie do niej? — Chciał się upewnić czy owa dziura istniała, żeby potem się w maliny nie puścił, że nagle się okazałoby, że buras zrobił mu psikusa.
— No. No zaprowadzę cię do... — bury rozejrzał się na boki z szeroko otwartymi oczami, sprawdzając, czy nikt, aby na pewno nie podsłuchiwał. Kazarek też przez chwilę robił to samo co on, by równie sprawdzić, czy nikogo tu nie było z kotów, lub drapieżników.
— ...do mojej dziury. Muszę przecież pilnować cię. Co byś mi jej... uh... nie wyeksploatował i nie uciekł. I... hm. — Przyjrzał się mu uważnie, aż kocurek drgnął. To on miał jakieś wartości rodowe? On mógł nawet spać w jakiejś ciasnej zakurzonej norze, dla niego i tak to był już luksus.
— Możesz złowić tyle, ile dasz radę, dopóki nie zmarzniesz. A potem ja będę łowił, dopóki nie zamarznę. Ale ja nie umiem pływać, więc zapewne mój wynik będzie zauważalnie gorszy... I się potem... podzielimy. Po pół. No a jak... jak będzie nieparzyście, to... ty możesz wziąć tą... rybę dodatkową. Tak. Tak. — Nieznajomy pokiwał głową w jego stronę, by się chyba upewnić, że on go rozumiał.
— Może... być...? — Ta oferta była sprawiedliwa i trochę zbyt uległa? Mógłby w tej chwili pomyśleć, że może buras go chciał wykorzystać, ale jedzenie to jedzenie, a on już się ślinił na myśl o rybie.
— T-tak, dziękuje, że mi dajesz swoją dziurę. Obiecuje, że jej zbytnio nie pobrudzę, lub nie naruszę brudu, który tam już masz, w sumie obojętnie mi czy żyjesz w smrodzie, czy nie. — Nieznajomy się skrzywił od tego, co powiedział, ale zdania nie zmienił, więc wystarczyło mu tylko złowić kilka ryb, a jego brzuch znowu stanie się pełny.

***

Nadal przeszłość, podczas Pory Nagich Drzew

Wyszedł z dziury na swoje pierwsze łowy, spało mu się w niej zwyczajnie, bo dziura jak dziura. Zaczął aż tęsknić za swoim wygodnym wgłębieniem w drzewie, ale tutaj zdecydowanie było więcej ryb. Lód był dość trwały, zimne temperatury były tak potężne, że nie było miejsca na chwilowe ocieplenie, które mogło choć trochę osłabić pokrywę lodową. Cynamon wrócił się po jakąś większą gałąź, a następnie zaczął nią walić w lód. Powierzchnia pękła, co utworzyło dziurę, którą chciał. Kazarek zanurkował, aby coś złowić.

***

Kazarek złowił już cztery ryby, to starczyło, żeby się podzielić z burasem, który dał mu dziurę. Usłyszał z daleka chrupanie śniegu, już się zjeżył, ale w oddali zobaczył znajomego, nieznajomego.

<Nieznajomy? Bo mam te rybki dla ciebie>

Od Firletki (Firletkowej Łapy) CD. Trójokiego Zająca

Wszystkie kocięta zwykle były podekscytowane mianowaniem na ucznia, na przykład Mysikrólik skakała wokół każdego i upewniała się, że na pewno wszyscy przyjęli do świadomości, iż niedługo opuści żłobek. Ćma również była bardzo zadowolona, tak samo zresztą, jak Słonka, ale ona to raczej ukazywała na swój własny sposób. Firletka jednak jako jedyny pozostawał u boku Kukułczego Wdzięku, raczej odpychając każdego, kto mu przypominał o mianowaniu. Pozwalał matuli na mycie go po raz ostatni, zanim wyfrunie ze swojego gniazdka i dołączy do legowiska uczniów. Spoglądał tęskno za swoją półeczką na piórka, którą niegdyś zaprojektował i wciąż była wykorzystywana. Miał nadzieję, że nikt jej nie zniszczy. Zwłaszcza że od dłuższego czasu w żłobku był inny miot kociąt.
Kiedy Trójoki Zając stanął w wejściu do kociarni, niebieski kociak od razu się rozpogodził. Już nie wydawał się taki naburmuszony, a w oczkach można było dostrzec iskierki radości. Otarł się jeszcze łebkiem o Kukułkę, mrucząc i podreptał do taty. Przytulił się z lekka, po czym spojrzał swoimi wielkimi ślepiami na pysk ojca.
— Mój mały synek jest już taki duży — wymruczał kremowy, spoglądając ze wzruszeniem i dumą na kocurka. Firletce zadrżały wąsy.
— W końcu zobaczę ptaki! — zachichotał, przysłaniając pyszczek łapą. — Może nawet zobaczę jakąś mewę! O, może i nawet fulmara! — Zaczął podrygiwać z ekscytacji, a Zając zaśmiał się cicho.
— Jestem pewny, że ci się spodoba, ale proszę, bądź ostrożny. Zwłaszcza przy klifach. — Spoważniał trochę, a Firletka od razu również. — Nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś tobie, lub twojemu rodzeństwu, się stało.
Arlekinek zastanowił się moment zmartwiony. Nie chciałby, by komuś było przykro z jego powodu, zwłaszcza nie jego tacie.
— Obiecuję, będę cały i zdrowy! Postaram się być jak najlepszym uczniem, byś był ze mnie dumny! — Starał się podnieść tatę na duchu.
— Trzymam cię za słowo — odparł z uśmiechem.

* * *

Gdy słońce maksymalnie sięgało swoimi promieniami do jaskini, czwórka kociąt siedziała już wymyta i ustawiona w rządku zaraz przed żłobkiem u boku rodziców. Firletkę aż zaczęły łapy swędzieć z niecierpliwości. Chciał mieć już to z głowy. Co gorsza, będzie musiał go uczyć ktoś, z kim nigdy nie rozmawiał i go nie znał! Aż zaczynało go mdlić, jak myślał o tym. Oby był to ktoś z rodziny, najlepiej któraś ciocia! Podobno któryś kociak samego Lśniącej Gwiazdy został jego uczniem. Kto wie, może i mu się poszczęści i dostanie swojego tatę na mentora? Albo mamę? Oby.
Wreszcie koty mogły zobaczyć, jak lider wskakuje na mównicę i na niej zasiada. Kocurek i jego siostry od razu nastawiły uszu, a koty, które widziały przywódcę, przerwały swoje zajęcia i zaczynały się zatrzymywać pod półką skalną. Lśniąca Gwiazda zwołał zebranie, a w tym momencie z legowisk wystąpili pozostali klanowicze.
— Dzisiejszego dnia zebraliśmy się, by mianować aż czwórkę kociąt, które dołączą do legowiska uczniów i zaczną swoją naukę. — Ogłosił, a niebieski arlekinek aż dostał gęsiej skórki. — Ćmo, wystąp.
Rudy kocur odmówił formułkę, ogłaszając, że kremowa kotka zostanie uczennicą medyka. W tłumie zaczął się niewielki szmer jakby trochę ze zdziwienia. Podobno jeszcze poprzednia uczennica medyka jeszcze nie skończyła treningu… jedyne, co czuł Firletka, to ekscytację z faktu, że będzie miał siostrę medyczkę. Poprawił swoją pozycję, gdy tylko przywódca ogłosił kotkę Ćmią Łapą i ta się cofnęła razem z medyczką z powrotem do tłumu. Teraz jego kolej.
— Firletko, wystąp — rzekł Lśniąca Gwiazda.
Odrobinę zmieszany kocurek wystąpił przed szereg, chwilkę wcześniej oglądając się na tatę, który uśmiechał się do niego z dumą w oczach.
— Firletko, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Firletkowa Łapa. Twoim mentorem będzie Trójoki Zając. — Kocurkowi od razu rozszerzyły się źrenice i zadrżały wąsy, słysząc imię swojego taty jako mentora. — Mam nadzieję, że przekaże ci on całą swoją wiedzę — dopowiedział, po czym zwrócił się do kremowego wojownika.
— Trójoki Zającu, jesteś gotowy do szkolenia następnego ucznia. Wyszkoliłeś Oszroniony Kieł i jesteś gotów do otrzymania drugiego pod swoje skrzydła. Otrzymałeś od swojego mentora, Mysiego Postrachu doskonałe szkolenie i pokazałeś swój zapał i oddanie. Będziesz mentorem Firletkowej Łapy i mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzę — skończył, a zaraz obok kocurka stanął jego ojciec i dotknął go nosem w czoło. Świeżo upieczony uczeń uśmiechnął się do niego szeroko, aż mu oczy zaświeciły, po czym odsunęli się w tył do szeregu.
Następna mianowana była kolejno Mysikrólik i Słonka, a ich imiona brzmiały niewiele inaczej od reszty rodzeństwa: Mysikrólicza Łapa i Słonkowa Łapa. Gdy ta ostatnia wróciła razem ze swoim mentorem do tłumu, koty zaczęły wykrzykiwać ich uczniowskie imiona:
— Ćmia Łapa! Firletkowa Łapa! Mysikrólicza Łapa! Słonkowa Łapa!
Kocurkowi serce aż rosło, słysząc, z jaką ekscytacją koty wykrzykiwały ich imiona.
Gdy wszystko ucichło, poczuł, jak ktoś go uderzył w bark. Obrócił się i zobaczył szylkretową siostrę, która szczerzyła do niego swoje kły, trochę figlarnie, trochę na przekór bratu.
— I co, szczęściarzu? Tatę masz za mentora, pewnie uważasz się za lepszego — zaśmiała się, a Firletkowa Łapa odsunął się lekko.
— Wcale się nie uważam. — Burknął krótko, oglądając się za Ćmią Łapą, która zmierzała do legowiska medyka u boku Jagnięcego Ukłonu. — A Ćma jest uczennicą medyka. Może do niej idź się przyczepić — dodał.
— Już, spokojnie — przerwała im Kukułczy Wdzięk, stawiając łapę między nimi, w razie, gdyby miało dojść do rękoczynów. — Nikt z was nie jest lepszy. Każdy ma swój własny poziom i się nie porównujcie.
Mysikrólik się odwróciła trochę zażenowana, tak samo, jak Firletka. W końcu fuknęła:
— To ja sobie pójdę zrobić posłanie, nie chcę spać na zimnym kamieniu!
— To idź, ale do Bukowej Korony, bo samej nikt cię poza obóz nie puści — zawołała za nią matka, a gdy kotka nie odpowiedziała, poszła za nią.
— To co, wybieramy się po mech? — zagadał do Firletkowej Łapy Trójoki Zając z uśmiechem. — No, chyba że chcesz spać na gołej skale — dodał, a uczeń od razu pokiwał głową.
— Może przy okazji mi pokażesz ptaki? — spytał podekscytowany.

<Tato?>

[951 słów]

Od Kurzej Łapy CD. Łzawej Łapy

Przez krótką chwilę Łzawa Łapa wpatrywała się w brudną ściółkę, po czym ponownie zwróciła pysk ku Kurzej Łapie.
— Ale skoro już tu jesteśmy... — zaczęła niby od niechcenia, a jej głos stał się odrobinę cichszy. — Co właściwie o nim sądzisz? O Milknącej Łapie.
Na jej pysku wciąż gościł uprzejmy uśmiech, choć w błękitnych oczach pojawiło się coś znacznie bardziej uważnego.
— Według mnie bywa strasznie irytujący — westchnęła teatralnie, po czym lekko przewróciła oczami. — Wiem, wiem... to mój brat i pewnie nie powinnam tak mówić, ale chwilami naprawdę nie da się z nim wytrzymać. Wszystkim się przejmuje, ciągle się waha, a kiedy tylko pojawia się coś nowego, od razu wygląda tak, jakby miał zaraz uciec.
Urwała na moment, pozwalając, by pomiędzy nimi zapadła krótka cisza.
— Taki już jest... trochę tchórzliwy.
Słowa opuściły jej pysk miękko, niemal ze współczuciem, jakby nie próbowała go oczerniać, lecz jedynie podzielić się czymś, co od dawna ją martwiło.
Spojrzała przelotnie w stronę wejścia do legowiska, a kiedy ponownie odwróciła się ku rozmówcy, na jej pysku pojawił się cień złośliwego rozbawienia.
— Czasami odnoszę wrażenie, że wciąż zachowuje się jak kociak, chociaż wszyscy mówią do niego "uczniu". Naprawdę zastanawiam się, czy był gotowy na mianowanie.
Po chwili jednak wzruszyła lekko barkami, jakby właśnie powiedziała coś zupełnie nieistotnego.
— Ty natomiast wydajesz się zupełnie inny. Ledwie zamieniliśmy kilka zdań, a już sprawiasz wrażenie znacznie bardziej pewnego siebie i... szczerze mówiąc... o wiele lepiej wychowanego!
Uśmiechnęła się do niego ciepło, pozostawiając komplement zawieszony pomiędzy nimi.
Kurza Łapa mimowolnie spiął mięśnie na pierwsze pytanie uczennicy. Ciało przyszłego przewodnika w pierwszych chwilach widocznie wyrażało dyskomfort, choć na twarzy rudzielca pozostał wykalkulowany chłód, jak na niego przystało. Kurza Łapa tę zmianę w jej błękitnych oczach spostrzegł. Zmrużył oczy, zaintrygowany nowo poznaną istotą.
Trudno było dojrzeć na pysku młodzieńca jakikolwiek zarys silnych emocji. Kobaltowe, zmrużone oczy wierciły swoim przeszywającym spojrzeniem dziurę w uczennicy Wdzięcznej Firletki. Nie otworzył od razu pyska. Pozwolił Łzawej Łapie skończyć swoją kwestię do powiedzenia, zanim przyszła kolej na jego słowa. Nieśmiało skinął szybko głową na komplement, nie umiejąc skryć swojego słodkiego zawstydzenia. Zamrugał i spojrzał w bok, analizując dźwięki kotki pozostawione w jego myślach.
— Ty... też jesteś pewna siebie — próbował odwzajemnić jakkolwiek komplement, ponieważ czuł, iż wypadało. — Nadawałabyś się naprawdę na wojowniczkę.
Wcześniejsze słowa kotki pozostawiały w nim jakiś posmak obawy przed synem Zawodzącej Gwiazdy. Nie mógł się w rzeczywistości o nim wypowiedzieć... nie znał Milknącej Łapy.
Mimo to tony przyszłej medyczki wydawały się przyjemne, tak kuszące do spełnienia. Przecież był jeszcze pustym naczyniem do zapełnienia. Zwykłym stawem bez wody, czekający na nawodnienie. Jeżeli miałby wyrazić się o tym kocie, określiłby go tak, jak słyszał od innych.
— Milknąca Łapa... tchórz... irytujący... — wymamrotał, grzebiąc łapką po czarnym piachu. Starał się pozbierać myśli, ale za każdym razem wracał do komplementu Łzawej Łapy. Tak naprawdę pierwszy raz ktokolwiek powiedział o nim coś pięknego bez takiej potrzeby. Nic teraz nie osiągnął, nikogo nie zbawił, a jednak ta o to stojąca przed nim kotka określiła go czymś, o co nigdy nie walczył.
— Ja... — zaczął cicho i ostrożnie, jakby rozmawiał nie z córką samego przywódcy, lecz z damą rozdającą karty. Osobą, której właściwie nie znał i musiał zachować czujność za wszelką cenę. Tylko przed czym? Przecież to była uczennica medyczki. Odepchnął na bok myśli niepewności. Nie mógł pozwolić, aby Łzawa Łapa zawiodła się na nim. Przecież określiła go pewnym siebie. Nie mógłby tak po prostu jej stracić. Okazałby się... fałszywy i niewychowany.
Anielska postać granatowookiego zdawała się kontrastować z obecnym otoczeniem. Od pewnego czasu było ponuro i za cicho. To tak, jakby pogoda i sytuacja Burzaków zwiastowała ciszę przed burzą. Czyhające zagrożenie po chwilowym odpoczynku. Sprawiedliwego fałszu po słodkiej, złudnej prawdzie. "Fałszywe poczucie bezpieczeństwa, tsk!", pomyślał Kurza Łapa z obrzydzeniem.
Zapomniał, co dokładnie chciał powiedzieć. Stał tak z otwartym pyszczkiem i nerwowo spoglądał na obserwatorkę. Musiał improwizować. Nie wiedział dokładnie czemu, ale wszystko podpowiadało mu... zgodzenie się z nią.
Powoli kiwnął jej głową.
— Tak, Milknąca Łapa stara się, ale nie za dobrze mu to wychodzi. Może powinien jeszcze zostać w żłobku... lub zostać odesłany do Owocowego Lasu z powrotem. Może wcale nie zamierzał do nas iść...
Podświadomie wierzył, że wtedy Łzawa Łapa go czymś wynagrodzi. Wymusił się na krótki, słodki uśmiech, zanim powrócił do lodowatego wyrazu. Nawet jeśli nie wyglądał na emocjonalnego, wszystkie uczucia buzowały w umyśle bądź w innych częściach ciała. Trudno było rozgryźć nadto spokojnego ucznia, ale może Łzawa Łapa będzie kluczem do jego zamkniętego dotąd dla reszty pobratymców świata?
Mówiąc do uczennicy Wdzięcznej Firletki, srebrzysty kocurek chciał coś dodać od siebie. Sądził, że taka nagła zmiana zamieszkania mogła być faktycznie trudna... ale czy to faktycznie się sprawdzało, patrząc na przyszłą medyczkę? Koteczka pławiła się w ich wysokich trawach. Kurza Łapa zgadywał, że pewnie też się obraca w niezłym, plotkarskim towarzystwie. Nie zdziwiłby się raczej, gdyby zwróciła uwagę Śpiewającego Raniuszka. Opinii może głębszych nie posiadał do tej pory, ale faktycznie widział, co się działo wokół niego. To dawało mu przewagę. Miał zawsze coś pod łapą i w razie niepewności mógł sięgać po słowa innych wojowników, które mu zapadły w głowie i nie chciały dotąd wyjść. Może oczekiwały, aż nadejdzie moment, gdy uczeń przewodnika je właściwie wykorzysta w świecie śmiertelników.
Słysząc, że uczeń przyznał jej rację, Łzawa Łapa nie była w stanie powstrzymać szerokiego uśmiechu, który niemal natychmiast rozjaśnił jej pysk. W błękitnych oczach uczennicy pojawił się charakterystyczny błysk zadowolenia.
— Cieszę się, że podzielasz moje zdanie — miauknęła miękko, a jej ogon lekko poruszył się z zadowoleniem. — Czasami naprawdę trudno znaleźć koty, z którymi można szczerze porozmawiać. Większość tylko kiwa głową albo udaje, że wszystko jest w porządku, nawet kiedy doskonale wiedzą, że coś im nie pasuje.
Przez kilka uderzeń serca przyglądała się Kurzej Łapie, zanim jej spojrzenie ponownie powędrowało ku posłaniu.
— A tak właściwie... — zaczęła po chwili. — Z kim zwykle spędzasz czas?
Przechyliła lekko głowę, a na jej pysku wciąż utrzymywał się łagodny uśmiech.
— Wiesz, tak poza Perłówkową Łapą.
Kurza Łapa patrzył na nią zmieszany. Wsłuchiwał się w jej miękki głos, który zdawał się go przybijać z każdym nowym słowem, choć starał się to wybitnie ukrywać na zewnątrz. Nie był wtedy pewny czy całkowicie się zgadzał z tym, co powiedział. Jako odpowiedź nieco się tajemniczo uśmiechnął.
Uciekł kobaltowymi, pustymi oczami. Łzawa Łapa wydawała się intrygująca. Mimowolnie zaczął się cieszyć, iż ją zadowolił. Ten szeroki uśmiech i błysk w oku coś w nim pozostawił. Nie wiedział tylko, gdzie go zaprowadzą te słowa zgody z przyszłą medyczką. Nie był pewien czy...
Zostały wybity z myśli przez Łzawą Łapę. Rozchylił usta i spojrzał na nią, widocznie zaskoczony. Chwilę mu zajęło zaznajomienie się z pytaniem. Przełknął ślinę i zmrużył oczy. Kiedy srebrny rudzielec zbierał myśli, przez ten czas panowała między nimi cisza. Wzrok Kurzej Łapy opadł na dół. Cisza... nie była ona... nieprzyjemna, przynajmniej dla Kurzej Łapy. Czuł się wtedy całkowicie wysłuchany i niezignorowany jak w dzieciństwie, zanim zyskał gram świadomości. Łzawa Łapa na niego czekała. Doceniał to.
— Ja... Hm. Śniący Obserwator i Biały Strumień wzięli mnie pod swoje skrzydło, a z drugim miałem już w dzieciństwie interakcję i nocną wyprawę. Moja rodzina mnie wspiera — zaczął, mówiąc jak o dawno znanych faktach, a nie nowym odkryciu. Uniósł kobaltowe, przeszywające oczy powoli, uważnie przyglądając się uczennicy spod wachlarza gęstych rzęs. — Dotąd nie miałem potrzeby szukania więcej. Wystarczało mi to, co życie mi dało naturalnie. Nie z przymusu — miauknął bez zawahania. Czując się pewniej, słodki uczeń przewodnika usiadł przed nią i również przechylił główkę w tą samą stronę, co ona. Czerwona czupryna zasłaniała prawe oko Kurzej Łapy, który nie odrywał od niej wzroku. Pragnął poznać jej reakcję na jego słowa.
— ...Ale czasem warto poszerzać horyzonty. I dobrze poznawać koty takie jak ty, Łzawa Łapo. Pewne siebie.
— Ach... — miauknęła cicho, a jej uszy drgnęły z wyraźnym zadowoleniem. — W takim razie bardzo się cieszę, że mogłam zostać twoją pierwszą prawdziwą koleżanką. Hihi.
Na jej pysku ponownie rozkwitł łagodny, serdeczny uśmiech. Cicho westchnęła, a napięcie, którego nawet wcześniej nie była świadoma, powoli opuściło jej barki.
Kurza Łapa wyprostował się i odwzajemnił słabiej chwilowy uśmiech. Skinął jej głową, potwierdzając słowa pierwszej prawdziwej koleżanki. Kątem oka zauważył zmianę w jej pozie, ale nie umiał tego zinterpretować.
— Więc... co teraz, Łzawa Łapo? — miauknął i uniósł jedną brew. — Czy ty masz innych przyjaciół? — zapytał miękko.
Oplótł łapy swoim płomiennym, futrzastym biczem i nie spuszczał z niej wzroku. Nie wiedział jak podtrzymać rozmowę z uczennicą medyczki. Właściwie... czy ona właśnie przyszła tu na pogawędkę?
— Mhm! — miauknęła z entuzjazmem, energicznie kiwając głową. — Całkiem sporo! Część z nich pewnie kojarzysz stąd, ale druga mieszka w zupełnie innym miejscu. W Owocowym Lesie! Hah... a skoro już o tym mowa. Wiedziałeś, że należę do miotu sojuszniczego?
Rozchylił usta w zaskoczeniu. Tak naprawdę nigdy się nie zastanawiał nad pochodzeniem rówieśników poza tym, że byli z Owocowego Lasu... po prostu pewnego dnia przyszli do żłobka, a Kurczątko nie miał okazji za bardzo się z nimi bawić i kwestionować Burzackiej krwi.
— Aha... Musiało to być super doświadczenie... — wymamrotał pod nosem, wyraźnie zaintrygowany. — Czyli Zawodząca Gwiazda miał dzieci z jedną z kotek naszych sojuszników za drogą grzmotu? — zgadł. Musiał w takim razie odwiedzić kiedyś to miejsce.
Ziewnęła krótko, po czym skinęła głową.
— Coś w tym guście — parsknęła śmiechem. — A ty jesteś synem Ostatniego Pożaru, co nie?
Kocur nie zareagował od razu.
Chciał najpierw rzec, iż Ostatni Pożar to była tylko jego niby ciotka, ale...
Przełknął ślinę.
— No... — wymamrotał ze słabym uśmiechem. — Nie ma takiej dużej różnicy między nami, prawda? — dodał pewniej Kurza Łapa.
Drgnęła lekko, przez moment lustrując wzrokiem kolegę, jak gdyby chciała w jego futrze wypatrzeć wszelkie różnice między nim a ognisto-rudą wojowniczką.
— No, powiedziałabym, że jesteście do siebie naprawdę podobni. Tylko uszy są nieco inne... — uśmiechnęła się, po czym ziewnęła krótko.
Uciekł wzrokiem w bok.
— Nooo... — wymamrotał. — Może mój tata takie miał... — dodał zakłopotany.
Czemu właściwie ją okłamał? Przecież kochał swoją mamę. Musiał! W końcu to była jego mama. Bez niej nie byłoby Kurczątka i Perłówki.
Lecz wtem odezwały się głosy przeszłości, cytujące Rudzikowe Skrzydełko bez ani grama litości mówiąca do nieświadomego malca, jakim to głupcem był. Odkąd znalazł czas na zbieranie wiedzy i świadomości o otaczającym go świecie, zdał sobie sprawę, że Rudzik od początku z niego szydziła. Czy naprawdę nie miał... potencjału?
Może ciotka by go bardziej zrozumiała niż własna matka.
Niby-ciotka.
— Eh, już trochę długo tu siedzimy, co? — mruknęła.
Spojrzała po raz kolejny na posłanie.
— Firletka miała mnie pouczyć o ziołach i te sprawy... — miauknęła, spoglądając błagalnie na kolegę. — Mógłbyś to za mnie dokończyć? Błaaagaaam...!
Widząc, jak koleżanka zmieniła temat, próbując zapomnieć o wstydliwej przeszłości, postanowił dostosować się do jej pytania. A raczej... błagania? Kurza Łapa zmarszczył brwi, patrząc to na posłanie z obrzydzeniem, to na Łzawą Łapę zmieszany.
— ...Wiesz co, może lepiej byłoby wyrzucić tę papkę... czegoś. Nie znam żadnego kota, który w tym by chciał zamieszkać. No, chyba że twój brat by nie zauważył, gdzie sadza swój zadek — zachichotał, drwiąc pewnie o Zewie.
Nie odpowiedział konkretnie na pytanie, ponieważ sam nie chciał do tego posłania przykładać łapy. Czułby się tak brudny, że przez cały dzień siedziałby w lodowatej wodzie.
Nagle światło oświecenia sprowadzone z samego Klanu Gwiazdy uderzyło w jego głowę przez dziury w legowisku uczniów, drążąc w Kurzej Łapie niewidzialną dziurę prowadzącą do miejsca przechowującego wiedzę i pamięć.
Stamtąd wziął się też ten nikczemny pomysł. Uznał, że Łzawa Łapa na pewno go za to pochwali.
— Hmm... a może by tak... Milknąca Łapa powinien zaraz przyjść.
I zaczął błagać wszechstronnych gwiezdnych, aby ich bezcenna wiedza jego następne myśli skierowała do głowy uczennicy medyczki bez potrzeby wymawiania następnych słów.
Przez kilka uderzeń serca milczała. Ogon drgnął jej niespokojnie, a uszy lekko przywarły do głowy.
— Och... Czy ja właśnie spotkałam swoją bratnią duszę? — miauknęła z błyskiem w oczach.
Zaskoczony pozytywną odpowiedzią otworzył buzię, po czym ją zamknął.
Łzawa Łapa właśnie go pochwaliła? Określiła... "bratnią duszą". Kurza Łapa, choć na zewnątrz wydawał się opanowany, w środku nie umiał zapanować nad myślami.
— Hihi...! Naprawdę chcesz to zrobić?
Kiwnął pewnie głową do uczennicy z lekkim uśmiechem.

***

Po pożarze…

Srebrzysty kocurek wycofał się ze społeczności. Rzadziej spędzał swój cenny czas na powierzchni, poświęcając się intensywnym, surowym treningom pod okiem samego z Wielkiej Trójki albinosa. Biały przewodnik zaraził go swoją oschłością, robiąc z niego swoją małą, rudą kopię. Młodzik rzadko kiedy zmierzał do tuneli bez mentora. Nawet Śniący Obserwator ostatnio przestawał ćwiczyć z Kurczakiem. Kocurek pewnego razu jasno się wyraził, iż chciał tylko jednego mentora – owego albinosa.
Odkąd tereny Klanu Burzy się spaliły, Kurza Łapa wydawał się zagubiony. Po rozmowie z ciotką jego wzrok stawał się w pewnych momentach nieobecny, jakby nie żył w tej rzeczywistości; jakby nie należał do tej wersji zdarzeń. Specjalnie omijał legowisko minarów szerokim łukiem, częściej zaglądając do medyczek; a właściwie to tylko do uczennicy Wdzięcznej Firletki. Czasem też go widziano z siostrą lub resztą kuzynów.
Po odbytym treningu z albinosem postanowił, iż pójdzie znów na szukanie ziół w starym obozie. Chciał zacząć znowu od wieży, ale wchodząc do spalonego domu, spojrzał od razu na legowisko wojowników. Przełknął głośno ślinę i podreptał w stronę spalonego i popsutego miejsca. Kurza Łapa, przeszukując ponownie legowisko wojowników, nie znalazł nic wartego uwagi. Zasmucony wrócił do obozu z pustymi łapami. Przez śnieg i pożar głodowali.
Obecnie siedział w centrum. Przyzwyczaił się do mroku panującego w tych zimnych komnatach. Kobaltowe oczy się przymykały co jakiś czas, zapewne był zmęczony.
— Hej! Kurza Łapo! — zawołała uśmiechnięta Łzawa Łapa, podchodząc do ucznia. — Jak tam? Co u ciebie?
Słysząc znajomy głos, poderwał się i zlustrował kotkę wyjątkowo miękkim wzrokiem. Zatrzepotał rzęsami zaskoczony. Przez chwilę trwała między nimi cisza, zanim kocur pokręcił szybko głową i odchrząknął.
— Ja... dzień dobry, Łzawa Łapo — zaczął nazbyt oficjalnie i skinął głową uczennicy. — A w sumie to dobrze. Za niedługo będę mógł zapewne przystąpić do tego całego sprawdzania, czy mogę zostać przewodnikiem. Poza tym księżyc temu jakaś Klifiaczka chciała mnie nabrać na wspólne łowienie zwierzyny. Oczywiście sojuszniczka nie wykazała się zbytnią, zaskakującą inteligencją. Być może Klan Klifu powinien zainwestować w lepszych nauczycieli wiedzy o kocim społeczeństwie...
Kurza Łapa, jeśli mu się było dobrze przyjrzeć, nabrał dużo muskułów. W kobaltowych oczach o dziwo można było zauważyć doświadczenie i pewność siebie, której wcześniej brakowało srebrzystemu przy ich pierwszym spotkaniu.
— A u ciebie? Wdzięczna Firletka wciąż ci każe czyścić te piękne legowiska uczniów? — zażartował ładny uczeń. — A może dzięki temu szybciej zostaniesz medyczką od Milknącej Łapy? — dodał z uśmieszkiem, mrużąc przy tym wielkie oczy. — Jemu raczej się nie spieszy... ostatnim razem jak go zabrałem do tuneli to o mało, co się nie zabił. Gdyby Zawodząca Gwiazda to usłyszał, nie byłby pewnie zadowolony z postępów syna.

<Łzawa Łapo?>

[Event Klanu Burzy: Przeszukiwanie starego obozu]

Od Tojadowej Łapy CD. Milknącej Łapy

Tojadowa Łapa spał z najeżonym karkiem w swoim legowisku, gdy do jego uszu dotarły jakieś śmiechy Burzaka za ścianą z bluszczu. Mimo tego, że odgłosy były dość ciche, to ich wysoka tonacja drażniła rudego kocura. Tojad westchnął ciężko i odwrócił się na drugi bok, lecz ta próba zmiany pozycji odebrała kocurowi, trudną do zdobycia wygodę. Podrażniło to rudzielca jeszcze mocniej. Odkąd kocur zamieszkał ze swoją ukochaną w innym klanie, to źle sypiał i trudno było mu przyzwyczaić się do nowego miejsca.
‘’Mam wrażenie, czy pod mchem są jakieś kamienie!’’ — pomyślał Tojadowa Łapa.
Kocur postanowił jeszcze raz spróbować zmienić pozycję leżenia. Ustawił swoje przednie łapy pod pyskiem i zawinął swój ogon wokół tylnych łap. Nie było mu wygodnie na tyle, by szybko mógł pogrążyć się snem, lecz zdatnie. Tojad wsłuchując się w otoczenie, starając się przy tym wyłączyć myślenie, znowu usłyszał, jak ktoś się śmieje, tym mysio-móżdżkowym tonem, za ścianą. Kocur myślał, że zaraz wyjdzie ze swojej skóry i stanie obok!
Z połyskiem wściekłości, kocur otworzył w jednej sekundzie z wytrzeszczem swoje zielone oczy i najeżył ciemnorude futro na plecach. Był gotowy już zaraz kogoś zbesztać i zwyzywać od najgorszych.
Burzak wstał, przeciągnął się i postanowił resztkami swojej jeszcze zdatnej do funkcjonowania świadomości, iż zachowa spokój. Tojad wyszedł na zewnątrz, gdy chłodny wiatr owiał jego rude pędzelki na uszach. Można było rzec, iż było wcześnie, dużo wojowników lub uczniów jeszcze spało.
Tojadowa Łapa, pomijając aspekt nieudanego ranka, był poddenerwowany tym, iż znowu był łapą. Jego zdaniem już dość upokarzającym faktem było to, że został mianowany najpóźniej ze swojego rodzeństwa w Klanie Nocy. W jednej chwili kocur wyobraził sobie swoją siostrę i brata, Wężynowy Splot ze Żmijowcową Wicią, kpiących z niego. Tojad pokręcił głową, gdyż nie chciał tego widzieć oczami swojej wyobraźni i postanowił zrobić wszystko, by jak najkrócej być uczniem. W jego mniemaniu musiał tylko udowodnić swoją pożyteczność klanowi i jak najszybciej przejść przez naukę jego mentorki, Dryfującego Fluorytu.

Jakiś czas później

Tojadowa Łapa miał wrażenie, że inne koty krzywo na niego zerkały. Nie dziwił się, gdyż wcześniej należał do Klanu Nocy, lecz było to nieprzyjemne uczucie. Rudy czuł, że na każdym kroku jego intencje były analizowane, przez inne koty parokrotnie, jak nie więcej!
Zielonooki starał się trochę podpytać, ile zajmie jeszcze jego szkolenie. Dowiedział się, że problem nie leżał tylko w tych wojowniczych sprawach lub jak polować na inną zwierzynę. Kocur kompletnie nie rozumiał tradycji i rytuałów klanu.
Kocur z łatwością opanowałby to wszystko, w swoim czasie. Podczas ceremonii, by widział, co się dzieje, dzięki czemu by się uczył, ale Tojad chciał szybciej to wszystko pojąć. Nie chciał się pytać mentorki lub wychodzić na nieogarniętego, przed jakimś wojownikiem. Najlepiej byłoby podpytać się też jakiejś łapy. Tojad zwrócił się w stronę legowisk uczniów, gdy ujrzał z oddali w żłobku jakiegoś ucznia, którego zapamiętał z widoku.
‘’ Może lepiej byłoby, na poboczu kogoś podpytać, niż tak oficjalnie ‘’ — Pomyślał kocur.
Tojadowa Łapa stał chwilę przed żłobkiem, chciał w myślach poukładać, o co się zapyta i czekał na odpowiedni moment. Kocur poczuł, jak narasta w nim lekki stres i niepokój.
W jednej sekundzie rudowłosy pomyślał:
‘’Zaraz… przecież jestem dorosłym kotem, rozmowy z małolatami nie powinny powodować u mnie takich uczuć! Heh…’’
Tojad postanowił, że uda, iż akurat wchodzi do żłobka i zwrócił wzrok na jakiś kamyczek przy wejściu. Nie sądził, że uczeń akurat w tym samym czasie, będzie wychodzić ze żłobka i kocur na niego wpadł.
— Wybacz — mruknął uczeń.
— Nic się nie stało, sam nie patrzyłem, gdzie idę — odparł Tojad. — W zasadzie może mi pomożesz, gdyż wciąż nieco nie rozumiem waszych zwyczajów. Na przykład tej Ceremonii Dorosłości i tych odcisków łap na jednej ze ścian. — Tojadowa Łapa postanowił nie owijać w bawełnę i od razu z góry zapytać.
Uczeń zaczął kierować się w stronę groty pamięci i zaczął opowiadać:
— Och, cóż… Ceremonia Dorosłości to po prostu mianowanie z ucznia na wojownika, przewodnika, kronikarza, medyka lub też na lidera. Każdy ma swój własny kolor barwnika, w którym macha się łapę i odciska na ścianie. Czasem zdarzy się, że ktoś więcej niż raz odbije swój ślad, na przykład przez awans społeczny. — Masz jeszcze jakieś pytania? Chętnie na nie odpowiem, o ile znam odpowiedź — dodał uczeń z lekkim uśmiechem na pysku.
Tojadowa Łapa był zdziwiony tym, że za pierwszym razem udało mu się dostać od kogoś informacje i to w tak miły sposób. Jakoś polepszyło mu to samopoczucie, po nieudanej pierwszej części dnia. Chcąc zadać drugie pytanie, rudowłosemu przypomniało się, iż mimo że pamięta z wyglądu kocura stojącego przed nim, to kompletnie nie pamięta jego imienia.
‘’ Co za wstyd, chociaż tyle tu nowych imion w tym klanie, że czuje się, jakbym zdawał jakiś egzamin ustny na medyka czy ogrodnika… Tyle do zapamiętania! ’’ — Pomyślał Tojad.
— Wiesz… chciałem się jeszcze zapytać, o te dziwne szczątki pawia przechowywane w Grocie Pamięci. O co z nimi chodzi, pobratańcu?!

<Milknąca Łapo?>

Od Ulewnego Szkwału CD. Złocistego Wildika

To nie brzmiało jak prośba, tylko jak jakaś kara. To okropieństwo, że na koty bliskie jego sercu czy krwi spadały nieszczęścia. To chyba był test od Klanu Gwiazdy, który musiał zdać by żyło mu się dobrze w zgodzie z rodem i Klanem Nocy.
— Dobrze, że podkreślasz, że to dawna przyjaźń, bo nawet ja swojemu przyjacielowi bym nie dał takiej prośby. Pilnowanie czekoladowego kota to najgorsza rzecz, jaką można komuś powierzyć. Ja nawet stary nie jestem, a już widziałem, do czego zdolne są te bestie! — Miał w głowie obraz ginących kociąt z łap samotniczki, która była matką Pyzy, Milczka i Bzyczka. Jak dobrze, że udało się przynajmniej uratować Milczka, bo Pyzę i Bzyczka najlepiej by utopił wraz z ich rodzicielką. To najgorsze co widział w swoim całym życiu, wykręcanie głów i zagryzanie kociąt to coś, co mu się w głowie nie mieściło.
— Łże? Ona ma czelność łgać?! To po co się puszczała z nim! To tak karygodne, pewnie to zrobiła specjalnie, by zesłać na nas nieszczęście. Może Konwaliowa Mielizna uciekł od niej, bo wiedział, co będzie się święcić. Gąbczasta Perła mówiła, że im więcej czekoladowych kotów pojawi się w Klanie Nocy, tym będzie gorzej. Jak Fląderka urodzi kociaki z tymi samymi umaszczeniami, jeszcze czekoladowymi, to nie ręczę za siebie i je wywalę ze żłobka. Każde, jeszcze na jej oczach, żeby była świadkiem swojej kary, jak jej dzieci umierają z powodu braku mleka. Przynajmniej tak unikniemy masowego nieszczęścia. Ja nie zamierzam z jej powodu patrzeć, jak dzieje się nieszczęście Liliowej Pieśni lub Lawendowej Rozkoszy, a może i tobie, tato — do jego głowy napłynęły straszne myśli, że z większą ilością czekoladowych kotów ptaki zaczną przylatywać do obozu w celu rozszarpania Nocniaków. A jeśli nie ptaki, to pomyślał o grupie samotników, która będzie miała w zamiarach ich terroryzować. W jego ślepiach widniało czyste przerażenie, tak bardzo sie teraz bał. Tak bardzo, że unikał spacerów, gdy na nieboskłonie widać było ptasie skrzydła.
— Ta-tato. Ja, dorastając, widzę, że jest coraz gorzej. Widziałem ptaki, które na rozkaz innego kota, atakują naszych klanowiczów. Czuję, że nie jesteśmy bezpieczni. Różana Woń miała racje. Mroczne czasy nadchodzą, a te czekoladowe koty tylko pogarszają sprawę — patrzył w ziemię. Na myśl o Ibis dostawał dreszczy. Niby jak pokonać kota, który za pomocą ptaków mógł ich kontrolować? Kremowy piastun podszedł do młodego fińczyka i polizał go po czole.
— Synu, wiem, że nie jest łatwo, wiele dziwnych rzeczy zaczęło się nagle dziać u nas, nawet borsuki mawiają w kocim języku. Widzę, jednak że jesteś lojalny naszym mądrością dawnych przodków, zaufaj im, a Klan Gwiazdy cię poprowadzi nawet wtedy, gdy się tego nie spodziewasz — Złocisty Widlik tchnął w niego swoje mądrości, sprawiając, że Szkwał mógł chwilowo poczuć spokój ducha.
— Dzięki, tato. Szkoda, że Urodziwy Szafirek cię nie słucha. Może przynajmniej wtedy by nie wpadała w te swoje kłopoty i nie wplątywałaby w to naszej rodziny — Wątpił, że po ślubie zmądrzała... Ona przenigdy nie zmieni zdania na temat czekoladowych kotów, co było irytujące.

<Tato?>

Od Blednącej Łapy (Blednącego Szaleju)

Przeszłość, jeszcze Porą Nagich Drzew

Blednąca Łapa przypadł do leśnego poszycia i zaczął skradać się ostrożnie, uważając na wszelkie wystające patyki, kamyczki, wszystko to, co mogło go w tej chwili wydać. Poduszki łap piekły go z powodu odmrożenia, a końcówek uszu nie był w stanie już wyczuć konkretniej, nos wiecznie zwilżał mu się z powodu ciepłych obłoczków, które wydobywały się z jego pyska, za każdym razem, kiedy oddychał. Czuł, jak kępki futra stroszą mu się z powodu ogarniającego go chłodu. Na wąsach powoli formowały się kryształki lodu, a załzawione oczy zaczynały szczypać. Zamrugał parokrotnie. Korony drzew szeleściły na mroźnym wietrze, kołysząc się na boki i przykrywając blade promienie słońca, które nawet nie próbowały ogrzewać kocich grzbietów. Manewrował spojrzeniem to ze swojego celu, to na grunt, na którym było pełno rzeczy. Jego łapy niemal unosiły się nad ziemią, a gładka, ułożona sierść wydawała się niczym lekki, przesuwający się cień. Wreszcie, gdy już znalazł się wystarczająco blisko, potężnym skokiem rzucił się przed siebie, pewien, że mu się uda ją złapać. Wpadł w pobliskie krzewy, czując, jak gałązki ciągną go za futro po bokach, jednak nie spowolniło go to jakoś szczególnie, bo już uderzenie serca później rozległ się wysoki pisk przerażenia, który urwał się nagle, niczym delikatna pajęcza nić, zerwana przez przypadek. Wynurzył się z zarośli, a z jego pyska zwisała bezwładnie mysz. Zastrzygł wąsami, czując przypływ lekkiej dumy w klatce piersiowej. Tą porą roku było szczególnie ciężko wykarmić pobratymców, dlatego każda, nawet połowa myszy polnej, była niezwykle istotna. W końcu mogli zawsze taką wykarmić królowe albo chociaż jednego z ich kociąt. Zdobycz została sprawnym ruchem przykryta licznymi szpilkami drzew iglastych, w tym sosen i jodeł, kocur szukał zwierzyny dalej.
Znalazł się u boku szylkretowego mentora, który mógł również pochwalić się owocnymi łowami, bo niósł w pysku grzywacza, co było ogromnym osiągnięciem podczas tak nieprzychylnej pory – w końcu ptaki wykrywały zagrożenie z dużo większych odległości, a uszy miały wyczulone na wszelki szmer. Podrywały się do wiatru z powodu samego drgnięcia wąsów. Ponadto, taki ptak mógł wykarmić dużo więcej, niż tylko jednego kota.
Nagle pośród krzewów zaszeleściło coś, co przykuło od razu uwagę dwójki. Nieproszony gość, który nie pachniał żadnym z klanów, a jedynie zwietrzałą, leśną, wręcz mokrą wonią zaczął wspinać się gorączkowo po korze drzewa, szybując wręcz po nim tak zwinnie, że ciągnęła się za nim jedynie ruda, gęsta kita i cichutki szmer.
— Goń ją.
Blednąca Łapa spojrzał na wiewiórkę i rzucił się ile sił w łapach w pogoń. Chwycił się drzewa mocno, zatapiając w nim pazury niczym wygłodniały łowca. Zaczął podciągać się ile sił w kończynach do góry, czując, jak bardzo różnił się ten raz, od jego pierwszego. Tamtego dnia mógł spaść i skręcić sobie kręgosłup. Tego dnia upoluje dla klanu więcej niż tylko małego gryzonia.
Złapał się gałęzi i podciągnął wyżej, następnie uniósłszy łapę z wysuniętymi pazurami, wyskoczył przed siebie wysoko, na parę uderzeń serca wręcz szybując niczym wiewiórka przed nim, która również podjęła się tego ruchu. Kocur miał wrażenie, jakby wraz z tą decyzją, zatrzymało mu się serce, a w płucach zabrakło nagle tlenu. Czas się zatrzymał, a mózg przestał w pełni rozumieć to, co działo się dookoła. Wzroku nie spuszczał ze swojego celu, obawiając się, że jeśli tylko to zrobi, to zgubi go już na zawsze. Nie wolno mu było! Pochwycił sąsiedniej gałęzi, która, całe szczęście, była w takiej odległości, dzięki czemu identyczny skok był możliwy. Przygniótł poduszką wiewiórkę, która zwinnie obkręciła się i wgryzła w jego palec. Zasyczał pod nosem, chyląc wreszcie łba i chwytając ją za krtań. Wystarczyło zacisnąć mocniej szczękę po to, żeby ją dobić. Już po chwili przestała się szamotać niczym dzikus, teraz zwisając mu z pyska tak, jak tamta mysz. Zszedł po korze z uwagą, lądując z gracją na chrupiącym, zmrożonym śniegu, który momentalnie zaczął szczypać go w podrażnione poduszki. Co zdążyły się ogrzać, to musiał z powrotem je narażać na takie chłody… Pszczeli Rój kiwnął mu głową, a następnie pojedynczym machnięciem ogona nakazał podążenie za nim. Przed powrotem do obozu musieli znaleźć poprzednio upolowaną zwierzynę i ją przenieść. Na szczęście albo i nieszczęście, nie było tego aż tak dużo, żeby musieli chodzić turami, dlatego wystarczyły zaledwie dwa pyski.
Idąc przez obóz do sterty zwierzyny, Pszczeli Rój powędrował do legowiska przywódczyni, swojej dawnej mentorki w celu zamienienia z nią paru słów. Blednąca Łapa nie myślał o tym szczególnie dużo, uznał, że szylkret potrzebuje z nią porozmawiać i nie wtykał w to nosa niepotrzebnie. Już moment później szylkretowa kocica zajęła swoje miejsce z elegancją, na podrapanym pniaku i odchrząknęła. Miny powoli wyłaniających się z nor pobratymców wyrażały zaciekawienie, a inne, swego rodzaju, znużenie.
— Niech wszystkie koty, na tyle dorosłe, żeby polować na zwierzynę przyjdą na zebranie klanu! — zawołała pewnie, strzepując uchem jednokrotnie, gdy weszła z nim w kontakt śnieżynka świeżo zsypana z nieba.
Do centrum zajrzało dużo więcej kotów niż przedtem. Wilczacy ustawili się na swoich miejscach, a liderka spojrzeniem przesunęła po wszystkich zebranych. Kiwnęła głową mentorowi oraz jego uczniowi. Blednąca Łapa poczuł, jak zapada mu się lekko serce. Czyli to już dzisiaj. Albo Pszczeli Rój chciał sprawdzić, czy nadszedł na to czas. Przełknął ślinę, stawiając się przed starszym. Wyprostował się, ogon położył nisko, spokojnie, a ślepia wraz z mimiką nie zdradzały więcej poza neutralnością. Wewnątrz niego grało tak wiele melodii, a jednak na zewnątrz można było to zaobserwować jedynie w postaci spinanych mięśni czy delikatnie nastroszonego futra na barkach. Szylkret również wyglądał już na gotowego, wystarczył znak z wysoko położonej mównicy…
— Walczcie!
Blednąca Łapa stał, a Pszczeli Rój zaczął go okrążać, z łbem nisko przy ziemi, mięśniami napiętymi i pazurami wysuniętymi. Błysnęły w bladym blasku, odbijając leciutko światło. Mimo dreptania wreszcie znieruchomiał, jednak nie pofatygował się do zmniejszenia między nimi ilości mysich ogonów. Rudy wystrzelił do przodu, łapami uderzając w ciało mentora z tak dużą siłą, jak tylko był w stanie z siebie wykrzesać w danej chwili. Głuchy stukot poniósł się po polanie, zwracając uwagę zebranych. Szylkret wydał z siebie zduszony okrzyk, a następnie obrócił się na pięcie, chwytając pręgusa za kark i tym samym przewracając go razem ze sobą ciężko. Uderzyli twardo o grunt, szurając masą śniegu pod sobą. Młodziak poczuł chłód pod swoim bokiem, a zaraz później ogarniający go dyskomfort w okolicach kręgosłupa, ale nie miał czasu nawet otrzepać się z nadmiaru puchu wymieszanego ze zwilżoną ziemią. Poczuł, jak mentor coraz mocniej wgryza mu się w kark, rozsyłając po całym jego ciele ogromny dyskomfort, dlatego odruchowo wysunął pazury i zamachnął się nimi przy pysku przeciwnika. Niebieskooki puścił, odsuwając głowę na bok, przez co jego uścisk łap zelżał. Młodziak wykorzystał tę okazję. Odbił się od jego klatki piersiowej, uskakując do tyłu, powiewając mimowolnie ogonem. Wylądował na czterech łapach i przez ten czas, który Wilczak poświęcił na podniesienie się, srebrny poszybował ku niemu ponownie i wczepił mu się w barki, a tylnymi łapami zaczął okładać go wzdłuż jego żeber, posyłając w powietrze kępki futra. Musiał go wymęczyć, jeśli miał wygrać. Pszczeli Rój stanął na dwóch łapach i gdy już miał upaść na grzbiet, żeby przygnieść swojego uczonego, Szalej raz jeszcze się odsunął. Był co prawda wyższy, był również silny, aczkolwiek sam Pszczeli Rój nie był chucherkiem, na które jak się dmuchnie, to odfrunie, niczym dmuchawiec. Sam również był silnym wojownikiem i przede wszystkim – dorosłym, który miał tak wiele czasu na doszlifowanie swoich umiejętności. Nie był to najłatwiejszy pojedynek, ale dało się znaleźć sposób na to, żeby jednak szala przechyliła się ku wygranej szarodzioba. Jeśli Szalej miał wygrać, musiał wykorzystać i bazować na tym, czego dowiedział się do tej pory – to on szarżował i wyskakiwał ku mentorowi, próbując go przygnieść, co nie przynosiło zbyt owocnych rezultatów, bo już uderzenie serca później szylkret wykorzystywał to na własną korzyść, chwytając go i przewracając także czy chociażby ponawiając próbę zrzucenia go, a następnie przygwożdżenia do ziemi. Zamiast atakować ślepo w pysk, barki, czy grzbiet, należało celować w filary utrzymujące jego cały ciężar, ponieważ im więcej Pszczeli Rój skakał, kłapał pyskiem, tym bardziej odsłaniał łapy. Dało się również dostrzec jego niezdarność w postaci niekorzystnego stawiania poduszek, jeśli nie miał wiele czasu na przemyślenie tego, a także wychylanie barków odrobinę za bardzo podczas kontrataku.
Dostrzegł, że za każdym razem, kiedy kocur obracał się w celu zadania ciosu, ciężar ciała na chwilę spoczywał, można by rzec, wyłącznie na jednej z dwóch przednich łap, a tym razem padło na prawą. Ruch ten powtarzał się uparcie, ponieważ szylkret nie mógł jednocześnie atakować tą łapą i na niej stać… nawet jeśli nie trwało to długo, taka chwila wystarczyła, tego właśnie potrzebował. Nagle, niczym ulga ogarniająca kota jak światło świtu powoli zmieniające niebo, a wraz z nim ułożenie chmur i kolorów na nieboskłonie, Blednąca Łapa uderzył o bark kocura z całej siły, podcinając mu jedną z przednich łap. Pszczeli Rój ze zdziwieniem runął na ziemię, pyskiem wpadając w mroźny śnieg. Czarno-kremowy uniósł sparaliżowaną kończynę, krzywiąc się i lekko panikując, gdy po poruszeniu i nadepnięciu na nią, łapa nie odpowiedziała tak, jak robiła to do tej pory – nie utrzymywała jego ciężaru, a na trzech wcale nie było łatwo ustać, jeśli w grę wchodziło bronienie się. Mimo to wyprostował się, a ogonem zamachnął ze zniecierpliwienia, próbując prawdopodobnie ukryć niepewność, o ile jakakolwiek zagościła w jego sercu.
Gdy starszy raz jeszcze spróbował ustać na tymczasowo “wyłączonej” łapie, Blednąca Łapa raz jeszcze ruszył w jego kierunku, próbując ponownie podciąć mu łapę. Szylkret, zauważywszy to, zachwiał się lekko, aczkolwiek nie przesunął, chociaż też nie zamierzał się ot tak poddawać. Zamachnął się szerokim ciosem z wysuniętymi pazurami, rozkładając łapę tak, jak tylko potrafił, jednocześnie kłami celując w jakiekolwiek miejsce na ciele uczniaka. Blednącej Łapie udało się uniknąć następnego schwytania za kark, aczkolwiek szponów już nie. Cztery ostre igły rozorały mu bok od barku niemal po biodro, momentalnie wysyłając chłodne, rwące uczucie wzdłuż ciała Szaleju. Gorąco rozlało się po jego skórze, a śnieg pod ich łapami zabarwił posoką. Mimo takiego kosztownego ryzyka wyższemu udało się raz jeszcze przewrócić mentora, tym razem jednak dociskając go obydwiema łapami, w celu uniemożliwienia mu podniesienia się. Zalotna Gwiazda przez cały ten czas przyglądała się całej akcji w ciszy, zresztą tak samo, jak reszta Wilczaków. A może to adrenalina wstrzyknęła się do mózgu Blednącej Łapy, uniemożliwiając mu jakiekolwiek skupienie się na dźwiękach dookoła?
— Dość! Blednąca Łapa wygrywa! — Werdykt został wydany, a ciepły dymek zaczął wydobywać się z sapiącego z wysiłku, pyska ucznia. Po zebranych poniosły się ciche pomruki zdziwienia, ale i aprobaty. Rudy skupił wzrok na liderce, próbując wymazać z głowy coraz bardziej dokuczający mu ból, związany z krwią skapującą mu z boku, niczym krople roztopionej wody z sopli lodu. Ból promieniował z jego tułowia, sięgając aż palców u każdej z łap, a nawet końcówki ogona.
— Blednąca Łapo, wystąp — wydała mu polecenie, które bursztynooki wykonał bez wahania. — Ja, Zalotna Gwiazda, przywódca Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków i by zrozumieć wasz szlachetny kodeks. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Blednąca Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam.
Szylkretka kiwnęła mu głową, obdarzając młodziaka spojrzeniem chłodnych, ciemnych ślepi raz jeszcze.
— Mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Blednąca Łapo, od tej pory będziesz znany jako Blednący Szalej. Klan ceni twoją spostrzegawczość i siłę oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Wilka.
Tłum zaczął głośno skandować jego nowo nadane imię. Tęczowa Łapa podbiegł do swojego kolegi i zaczął wokół niego skakać niczym kocię, które dostało nową zabawkę w postaci żywej myszki, mógł od teraz, dopóki jej nie zatłukł, się bawić w najlepsze.
— Blednący Szalej! Blednący Szalej! — zawołał, posyłając mu szczery uśmiech. Kocur kiwnął mu jedynie głową, nie będąc pewien jeszcze, czy powinien właśnie w ten sposób o sobie myśleć. Czy zasłużył na tę imię? Czy Mroczni Przodkowie byliby zadowoleni z takiego? — Chodź, pójdziemy do Cisowego Tchnienia albo Roztargnionego Koperka… albo Chudego Grzbietu, ktokolwiek jest teraz w lecznicy. Trzeba zająć się tą raną! — zachęcał go kremus, z wyraźnym zmartwieniem na mordce. Blednący Szalej, gdy tylko nawoływanie ucichło, skierował się do legowiska medyka w celu opatrzenia rany, tym samym poddając się w pewnym sensie zachętom kolegi z legowiska. Może specjalnie nie uniknął tamtego ciosu, chcąc zyskać okazję ku następnej rozmowie z Cisowym Tchnieniem? Nie mógł wieczność stać tak, na śniegu i tracić coraz to większej ilości cennej krwi. Wilczacy wracali do swoich obowiązków, a srebrny czuł dyskomfort związany z opatrywaniem rany.

30 lipca 2026

Od Bukowej Korony do Rozżarzonej Pieśni

Bukowa Korona został przydzielony do łowieckiego patrolu wraz z Rozżarzoną Pieśnią i Skrzydlatą Pogonią. Żadne z tej dwójki nie interesowało go szczególnie, dlatego liczył na spokojny patrol bez konieczności otwierania pyska do któregoś z nich. Miał też nadzieję, że oboje poradzą sobie całkiem dobrze i nie będzie musiał pomagać im w polowaniu, w którym, rzecz jasna, sam był znakomity. Poza tym nawet ich za dobrze nie znał. Nie wiedział nic o ich przeszłości, charakterach ani umiejętnościach, ale wcale go to nie obchodziło. I tak jedynym, na co potrafił patrzeć, był czubek własnego nosa. Nie potrzebował kolejnych takich czubków, o które musiałby dbać.
Gdy wszyscy zebrali się już przy wyjściu, Skrzydlata Pogoń wysunął się na przód i poprowadził patrol poza azyl. Buk przewrócił oczami, zirytowany tym, że czarno-biały, choć był najmłodszy z całej trójki, zachowywał się tak, jakby dowodził resztą. Srebrny nie był jednak dziś w nastroju, by mu to wygarnąć, więc burknął jedynie coś pod nosem i umilkł, drepcząc obok rudej kotki.
— Bukowa Korona, tak? — zaczęła nagle wojowniczka. — Gratuluję nowego ucznia — dodała z lekkim uśmiechem.
Kocur powoli odwrócił w jej stronę wzrok, zdziwiony tym, że postanowiła zacząć rozmowę. Najwyraźniej nie każdy tak bardzo cenił sobie skupienie podczas polowań, jak on. Buk zadarł nieznacznie brodę, po czym odchrząknął, nim przemówił.
— Zgadza się. Bukowa Korona — mruknął z powagą, po czym przypomniał sobie o drugiej części wypowiedzi rudofutrej. Tak, tak… dostał nowego ucznia. Choć już nawet nie pamiętał, jak się nazywał. Mysia Łapa? Nie, chyba nie. — Dziękuję. Dobrze wiedzieć, że ktoś zwraca uwagę na to, co dzieje się w klanie — odparł spokojnie, po czym znów spojrzał przed siebie.
Czy to byłoby na tyle z ich rozmowy? Właściwie... tego właśnie chciał. To znaczy chciał ciszy. Jednak widząc teraz przed sobą Skrzydlatą Pogoń, zrozumiał, że jeśli przestanie rozmawiać z rudą wojowniczką, to czarno-biały lada moment może do niej podejść. A wtedy będą konwersować bez niego.
— Wiesz, że moim mentorem był Lśniąca Gwiazda? — zagaił. — Delikatnie mówiąc, nie przepadaliśmy za sobą. Był nadzwyczaj uparty i trudno było mu dostrzec mój potencjał. Dlatego nieco dziwi mnie, że ostatecznie uznał mnie za godnego własnego ucznia. Myślałem, że jest bardziej pamiętliwy — zakpił.
— Naprawdę był twoim mentorem? Nie spodziewałam się tego. Według mnie jest pamiętliwy lub przynajmniej na niektórych patrzy w inny sposób... Dołączyłam do klanu jeszcze za panowania Judaszowcowej Gwiazdy i jak na razie nigdy nie miałam okazji szkolić własnego ucznia — przyznała żółtooka. — Wiem, że większość Klifiaków patrzy na mnie przez pryzmat miejsca, gdzie dorastałam, jednak... Miło byłoby być jakoś docenioną po tylu księżycach udowadniania lojalności... Przynajmniej inni takich problemów nie mają, na przykład ty, Bukowa Korono. Wcześniej szkoliłeś syna Źródlanej Łuny, a teraz Mysikróliczą Łapę od Trójokiego Zająca. Musisz być świetnym mentorem, skoro masz kolejnego ucznia.
Srebrny uśmiechnął się na słowa Rozżarzonej Pieśni. Był zdziwiony tym, że kotka wie tak wiele o nim samym i tym, co dzieje się w klanie. Zaczął się nad tym zastanawiać tak bardzo, że wzmianka o tym, iż ruda dorastała gdzieś indziej, całkowicie przemknęła mu mimo uszu. Tak — zupełnie nie pamiętał, że nie urodziła się ani nie wychowała w Klanie Klifu. Gdy dołączyła do klanu i przez moment było o niej głośno, najwyraźniej nie uznał tej sprawy za wartej jego uwagi. Zresztą zwykle tak właśnie miał. Jeśli coś go bezpośrednio nie dotyczyło, stawał się na to niemal głuchy.
— Ależ naturalnie. Wzburzony Kormoran jest teraz cenionym wojownikiem, a to w dużej mierze dzięki mnie. Cieszę się, że mogłem sprowadzić go na odpowiednią drogę, zanim całkiem nasiąknął tymi wszystkimi głupotami, które zapewne słyszał od Źródlanej Łuny — fuknął. — Szczerze mówiąc, nie sądzę, by miała mu cokolwiek wartościowego do przekazania. W końcu wojownik bez jednej nogi to raczej marny wzór do naśladowania. Zresztą nie rozumiem, co ona robi teraz na posadzie zastępcy. Lśniąca Gwiazda musiał się z myszą na rozum zamienić, gdy podejmował tę decyzję — stwierdził, ściszając głos, by Skrzydlata Pogoń ich nie usłyszał.
— Miałam okazję parę razy rozmawiać ze Źródlaną Łuną. I ze swoją wiedzą raczej nadaje się na to stanowisko, jednak... Z mojej perspektywy mam wrażenie, że Lśniąca Gwiazda daje na ważne stanowiska koty, które są mu jakoś bliskie — odparła ciszej. — Właśnie, Wzburzony Kormoran sam niedawno otrzymał ucznia, prawda? I to samego syna lidera, jeśli dobrze kojarzę.
Bukowa Korona zignorował wieść o tym, że Kormoran miał teraz własnego ucznia. Znacznie bardziej zainteresowały go wcześniejsze słowa Rozżarzonej Pieśni o niebieskiej zastępczyni. Nie potrafił uwierzyć, że naprawdę nadawała się na to stanowisko ani że mogła posiadać odpowiednią wiedzę. Była przecież tylko kotką.
— Oczywiście. Najpierw wybrał swoją partnerkę, która okazała się zwykłą zdrajczynią i uciekła z klanu, a teraz własną siostrę, która ledwo widzi i ledwo się porusza. Jeśli już koniecznie musi faworyzować swoich bliskich, to mógłby przynajmniej wybrać kogoś kompetentnego. Nawet Wzburzony Kormoran nadawałby się na to stanowisko bardziej niż ona — prychnął z wyraźną irytacją.
— Możliwe, choć Kormoranowi tak naprawdę brak doświadczenia ze względu na wiek. Zarządzanie klanem raczej nie jest czymś prostym... — mruknęła wojowniczka. — Nie mówię, że brak mu jakichkolwiek kompetencji po treningu z tobą, skoro miał tak świetnego mentora, jednak chyba rzadko wybiera się młode koty na takie stanowisko.
Srebrny przewrócił oczami.
— Bez przesady. To nie jest już żaden mały kociak, tylko dorosły wojownik mający trzydzieści księżyców na karku. Wiedza przyjdzie z czasem, a Źródlanej Łunie raczej nowa noga nie wyrośnie. Osobiście wolałbym słuchać kota młodszego, niż polegać na kimś słabszym fizycznie. Nie wystarczy nam zastępca, który podczas wojny będzie potrafił jedynie wydawać rozkazy. Potrzebujemy też kota, który w razie potrzeby sam będzie w stanie stanąć do walki i nas obronić — oznajmił pewnie, jakby jego argumenty były jedynymi rozsądnymi. — Wzburzony Kormoran jest dobrze wyszkolony i swoimi umiejętnościami zapewne przewyższa wielu swoich pobratymców. Poza tym nie można odmówić mu pewnych pozytywnych cech charakteru, Rozżarzona Pieśni. Być może brakuje mu jeszcze kilku życiowych lekcji, ale z całą pewnością nadawałby się na zastępcę bardziej niż jego matka. Choć gdybym to ja był przywódcą, prawdopodobnie nie wybrałbym na swoją prawą łapę żadnego z nich — dodał, unosząc lekko brodę.
Żar wyglądała na zmęczoną jego paplaniną.
— Coś w tym jest — mruknęła jedynie.
Bukowa Korona był wyraźnie usatysfakcjonowany słowami rudej, która przyznała mu rację. Od zawsze wiedział, że jego przekonania były tymi właściwymi, a każdy, kto próbował je podważyć, prędzej czy później musiał dojść do podobnych wniosków. Dobrze, że Rozżarzona Pieśń zrozumiała, iż Źródlana Łuna nie była odpowiednim kotem na swoje stanowisko.
— No, skoro już doszliśmy do porozumienia w tej kwestii, to o co chciałabyś mnie teraz zapytać? — zapytał, uśmiechając się pewnie.
— Zapytać? Sama nie wiem... Chyba nieco wyszłam z wprawy z ciągnięcia rozmów — odparła cętkowana z lekkim zakłopotaniem. — Może ty masz jakieś propozycje? — spytała.
Wojownik zastanawiał się przez chwilę nad tym, co jeszcze mógłby powiedzieć rudofutrej.
— Hm… Wiesz, że kiedyś upolowałem kaczkę? — zaczął. — Właściwie była jeszcze całkiem młoda, ale nie zmienia to faktu, że była to całkiem niezła zdobycz. Nie widuję ich często na stosie, co wcale mnie nie dziwi. Najwyraźniej nie każdy wojownik ma wystarczające umiejętności, by takową schwytać. — Uśmiechnął się pod nosem. — Matka tej kaczki próbowała ze mną walczyć, ale cóż... nie mogła wiele zdziałać przeciwko mnie — zachichotał. Może powinien kiedyś spróbować ponownie zapolować na taki kąsek? Z pewnością pobratymcy doceniliby, gdyby wrócił do azylu z soczystą kaczką w pysku.

<Rozżarzona Pieśni?>

Od Rozżarzonej Pieśni CD. Wzorzystej Łapy (Wzorzystej Dali)

Odkąd Lśniąca Gwiazda ogłosił całemu klanu nowego zastępcę oraz nowe tytuły, ruda starała się unikać Jaśniejących Skrzydeł. Nie wiedziała do końca, co było tego powodem, lecz coś jej mówiło, że teraz każdy, kto będzie walczył o utrzymanie reputacji lub wspięciu się na własne wyżyny, będzie mógł mieć podejście “po trupach do celu”, czego właśnie najbardziej obawiała się wojowniczka. Z powodu swojego pochodzenia w oczach owych Klifiaków była idealnym i łatwym celem — przecież Wilczak zawsze będzie Wilczakiem, kotem o lisim sercu, któremu nie można ufać. Właśnie też z tego powodu zastanawiała się, czy może gdyby została w Klanie Wilka, to jej losy potoczyły się inaczej i może nie musiałaby się obawiać niemal każdego kroku w obozie. Wtedy przecież miałaby u boku Gwiazdnicę, Brukselkową Zadrę oraz Piołunowy Dym, z którym chętnie, by wychodziła na patrole, wspominając czasy szkolenia cętkowanej.
Ciężko westchnęła, podnosząc się z posłania na półce. Nie wiedziała ile będzie jeszcze w stanie żyć w ciągłym napięciu, lecz była pewna, że jeśli to się nie zmieni, to opuści Klan Klifu, tak jak to zrobiła w przypadku Klanu Wilka. Choć teraz raczej nie będzie tak łatwo ze względu na właśnie Jaśniejące Skrzydła oraz ogólną wzmożoną czujność po odejściu Truskawkowego Pola i Pchełkowego Skoku.
Sprawnie zeskoczyła z wysokości, by udać się do Źródlanej Łuny w sprawie przydziału do patrolu granicznego. Niebieska zdawała się wyjątkowo dobrze odnajdywać na nowym stanowisku, jakby rządzenie klanem u boku brata miała we krwi. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie kolejne słowa starszej, które jeszcze przez długie uderzenia serca później odbijały się echem w umyśle wojowniczki.
Czekając przy wyjściu z obozu, stała spięta, nie potrafiąc skupić wzroku w jednym punkcie. Do ostatniej chwili łudziła się, że to pomyłka, lecz kiedy ujrzała kroczącą Wzorzystą Dal wraz z Tygrysim Językiem i Agatówkowym Cieniem. Nawet jeśli ruda była najstarsza z ich czwórki, to nie miała nic przeciwko, gdy dymna niemal od razu przejęła dowodzenie grupą — w końcu mogła, przecież została wyróżniona na tle klanu jako Jaśniejące Skrzydło.
— Gratuluję nowego tytułu — mruknęła, zdając sobie sprawę, że nieco została skazana na towarzystwo kotki, gdyż dwójka kocurów obrała pozycję nieco z tyłu, pogrążając się we własnej rozmowie. Ruda miała wrażenie, że jeśli żadna z nich nic nie powie, to ta cisza ją psychicznie wykończy, nim zdążą wrócić z patrolu — właśnie dlatego zdecydowała się na gratulacje. Było to dość oczywiste i banalne, lecz genialne w swojej prostocie, gdyż później Wzorek mogła do woli kontynuować rozmowę lub też ją zakończyć.

<Wzorek?>