BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 5 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

17 czerwca 2026

Od Jesionowej Szadzi CD. Miodowej Łapy

Jeszcze za okresu Pory Zielonych Liści

Niechęć do opuszczania cienia w czasie upałów nie była powodem, dla którego można było odpuścić sobie wyżywienie klanu. Jesionowa Szadź starała się uczestniczyć w tylu patrolach łowieckich, ile się dało. Tego dnia kotka była już na dwóch polowaniach i rozdała zwierzynę innym kotom, które bardziej jej potrzebowały.
Słońce chyliło się już ku zachodowi, a cienie stawały się coraz dłuższe. Ptaki chętniej śpiewały, tworząc wieczorny chórek. Jesionka wypoczywała gdzieś w kącie obozu, z dala od drażniących promieni słonecznych. Leżała spokojnie z zamkniętymi oczami, a jej uszy podrygiwały w rytmie śpiewu ptactwa. Jej futro było świeżo umyte i lśniło pięknie nawet w cieniu. Jej łabędzie pióro spoczywało u jej łap, podczas gdy ona delektowała się chwilą. Tak bardzo się wsłuchała w symfonię kosów, że nawet nie zdała sobie sprawy, że ktoś do niej podszedł. Dopiero gdy poczuła futro ocierające się o jej bok, zrozumiała, że ma towarzystwo. Podniosła łeb i zauważyła już leżącą obok niej Miodową Łapę, która uśmiechała się ciepło. Może i cieplej niż promienie słońca Pory Zielonych Liści. Liliowej serce zmiękło.
— Wybacz, słoneczko… nie chciałam ci przerywać — wymruczała złota cichym głosem, jakby nie chciała przeszkadzać ptakom w śpiewie.
— Nic nie szkodzi — odparła podobnym tonem i położyła łapę na łapie towarzyszki. — Niczego mi nie przerywasz. Nawet jakoś tak… milej jest z tobą u boku — przyznała, a jej wzrok utkwił w ziemi, jakby się onieśmieliła. Na jej pyszczku widniał szczery uśmiech, którego gdyby nawet chciała, nie umiałaby przerwać.
Przez chwilę obie w ciszy słuchały ptasiego chóru, który z każdym uderzeniem serca nabierał coraz to bardziej delikatnych tonów. Pewnie niektóre ptaki już chowały się z powrotem do gniazd, a inne zaledwie dołączały po męczącym dniu pełnym swoich ptasich obowiązków.
— Kiedy przeniosłaś się do legowiska wojowników, jakoś tak pusto jest w tym od uczniów… — powiedziała Miodka, wpatrując się w ziemię i ryjąc w niej kółka jednym pazurem. — Muszę przyznać, że tęsknię za tobą za każdym razem, gdy przypominam sobie, że jesteś gdzieś indziej — wymamrotała nieśmiało, unikając kontaktu wzrokowego.
Jesionka zastanowiła się chwilkę.
— Jestem pewna, że ty też niedługo zostaniesz wojowniczką — stwierdziła pewnie. — Obok mojego posłania jest pusta przestrzeń na inne, więc będziemy mogły być u boku, tak samo, jak za ucznia — upewniła ją, podnosząc ją lekko na duchu. Złota towarzyszka oparła głowę o jej ramię, mrucząc szczęśliwie z oczami głęboko wpatrującymi się w zielonooką.
— Nikt nie pociesza jak ty — zachichotała. Przez następną chwilę odpoczywały razem, nasłuchując szumu drzew przerywanego jeszcze ostatnimi zwrotkami śpiewu wydawanego przez kosy. Jesionka aż ziewnęła, a Miodka rozciągnęła łapy.
— Co powiesz na wieczorny spacerek? Nie zajdziemy daleko, tylko trochę wokół obozu — zaproponowała złota. Wojowniczka pokiwała głową.
— Z wielką chęcią — odparła i wstała, zginając grzbiet w łuk, by zaraz potem go wyprostować.
— Tak na dobre zakończenie dnia — dodała jeszcze uczennica i powoli podreptała do wyjścia z obozu z Jesionką u boku. Już niekoniecznie musiały się pytać o wyjście z obozu; w końcu jedna z nich wreszcie była wojowniczką.
Gdy kotki opuściły osłonioną polanę, słońce już zdążyło uciec pod horyzont, zostawiając wiele ciepło ubarwionych smug na ciemniejącym już błękitnym niebie. Liliowa zerknęła na kotkę.

<I jak, Miodko? W którą stronę idziemy? :3 >

Od Aldrowandowej Łapy

Noce były jedynym okresem w ciągu dnia, kiedy upał aż tak nie doskwierał. Jednak nie z tego powodu Aldrowanda ceniła dziś sobie tę porę. W nocy łatwiej było wymknąć się z obozu bez żadnych pytań ze strony jakiegokolwiek pobratymcy. Problemem były tylko koty stojące na straży wejścia do obozu. Jednak według zebranych wcześniej przez kotkę informacji – straż pełnili tej nocy jej brat wraz z innym wojownikiem. Cała więc nadzieja w tym, że oboje przysnęli. Bo Tygrysi Język przysnął na pewno.
Wysoka kotka ostrożnie wstała ze swego posłania i po cichu opuściła legowisko medyka. Nie chciała budzić Jagnięcego Ukłonu. Nie była pewna co do tego, jakby zareagowała, gdyby się jednak obudziła, Aldrowanda nie zamierzała ryzykować. Bezszelestnym wręcz krokiem przemierzała przez ciemną jaskinię, która była obozem jej klanu. Jedyne światło wpadało od strony wodospadu, a zarazem wyjścia z obozu. Aldrowanda cicho dziękowała wszechświatowi, że jej futro w większości było koloru skał, więc szansa na zostanie zauważonym, jeszcze bardziej spadała. Po chwili udało jej się opuścić obóz, najcięższe wyzwanie już za nią. Jej przypuszczenia okazały się prawdziwe – Tygrysi Język wraz z jakimś rudym kotem oboje przysnęli. Na całe jej szczęście. Chociaż tak ogólnie to może nie powinni w ogóle przysypiać na warcie. Mniejsza z tym. Teraz tylko dotrzeć do Kaczego Bajorka.
Wyprawa nie była żmudna ani męcząca, choć długa. Kacze Bajorko znajdowało się w stosunkowo dużej odległości od obozu. Kotka dobrze pamiętała, jak wyglądała jej pierwsza wędrówka tam – jeszcze z jej ówczesnym mentorem, Drzemiącym Słońcem. Zdawała jej się wtedy wręcz nie kończyć. Teraz, będąc już starszą, droga ta była w jej odczuciu o wiele krótsza. Tak więc tę krótką podróż można by teraz nazwać nawet przyjemną. Mimo tego uczennica musiała pozostać czujna. W nocy wiele zwierząt, z którymi niekoniecznie chciała się teraz spotkać, wychodziło ze swych kryjówek. W dodatku dochodziło zagrożenie ze strony innych klanów. Teoretycznie nikt o zdrowych zmysłach i jakimkolwiek honorze nie wdarłby się nocą na terytorium innego klanu. Ale przez swoje krótkie życie szylkretka zdążyła się już nauczyć, że wśród dzikich kotów mieszkających w klanach wszystko jest możliwe. Szczególnie nauczyło ją to, co działo się w jej własnym. Lśniąca Gwiazda nadal zdawał jej się podejrzany. W jego obecności oczywiście zachowywała się zupełnie zwyczajnie, jednak głęboko w środku pozostawała czujna i nie do końca ufna wobec rudego kocura.

***

Widok przed oczami kotki należał do tych zapierający dech w piersi. Tafla niedużego, lecz urokliwego bajorka lśniła srebrem, odbijając blask gwiazd widniejących na ciemnogranatowym, wręcz już czarnym niebie. Nie pamiętała już kto dokładnie, ale jeden kot powiedział jej kiedyś, że jeśli chce spróbować połączyć się gwiezdnymi przodkami, to powinna udać się w miejsce, gdzie gwiazdy widać najlepiej. A czy nie było lepszego na to miejsca od sadzawki, gdzie gwiazdy widziało się nawet wtedy, gdy patrzyło się w dół? Chyba nie…
Aldrowandowa Łapa podeszła powoli do wody, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo. Po chwili usiadła nad brzegiem, obok partii niższych trzcin. Jej wzrok był nadal utkwiony na niebie. Z jej pyszczka wydobyło się ciche westchnienie.
— Witajcie… Klanie Gwiazdy — zaczęła cicho, jakby nadal bojąc się, że jeśli odezwie się za głośno, to zostanie złapana. — Jak wiecie, bo podobno nad wszystkim czuwacie, jestem uczennicą Jagnięcego Ukłonu, a więc uczennicą medyczki. Obrałam tę właśnie drogę ze względu na śmierć Ćmiego Księżyca, mentorki Jagnięcego Ukłonu.
Kotka zamilkła na chwilę. Starała się używać podniosłego języka ze względu na powagę sytuacji. Niejednokrotnie było jej bowiem powtarzane, że do gwiezdnych należy się zwracać z szacunkiem. Nie do końca rozumiała, dlaczego nagle trzeba się tak zachowywać przed kimś, kto na przykład był jeszcze niedawno twoim znajomym, przyjacielem lub członkiem rodziny. Ale podobno tak należy.
— Klanie Gwiazdy — odezwała się ponownie uczennica, tym razem głośniej i pewniej. — Przyznam, że w Was niestety niezbyt wierzę. Wszyscy o Was tyle mówią, pokładają w Waszych łapach swoje życia, swoje losy. Ale ja chyba tak nie potrafię… Wiecie, urodziłam się jako kot należący do Dwunożnych z własnym podróżującym cyrkiem. Gdy byłam mała, największą mocą na świecie zdawały mi się słonie. Klanowe koty wierzą, że to Wy nią jesteście. Jeśli tak jest rzeczywiście, to proszę Was, dajcie mi jakiś znak. Dajcie mi podstawy, by w Was uwierzyć.
Po ostatnich słowach kotki nastała cisza. Przez dobre minuty Aldrowandowa Łapa nasłuchiwała, rozglądała się, czekała. Czekała, aż nastąpi jakiś znak, aż jakiś członek Klanu Gwiazdy ześle jej jakiś znak lub do niej przemówi. Jednak ku jej zawodowi, nie wydarzyło się zupełnie nic. Nic, co można by uznać za jasną interwencję przodków. Szylkretka machnęła ogonem. W zasadzie sama nie wiedziała, czego się spodziewała. Przecież nie wierzyła w istnienie życia poza śmiercią, poza tym, co widzialne. A jednak brak jakiejkolwiek odpowiedzi ją rozczarował. Może gdzieś w środku mimo wszystko chciała wierzyć w to, że jednak Jagna miała rację. Ale najwidoczniej jej nie miała. Z tej frustracji kotka opadła na mokrą od rosy trawę, łeb ułożyła na białych łapach. Ciężko westchnęła, wpatrując się dalej w gwiazdy.
— I na co mi to wszystko było… A mogłam zostać w obozie i nadal spać. A tak rano obudzę się zmęczona i cała ta wędrówka na nic — mruknęła, powoli zamykając oczy.
Szylkretowa uczennica poczuła czyjąś łapę na swoim lewym barku. Cicho westchnęła.
— Jeszcze chwilę… Zaraz wstanę, Jagnięcy Ukłonie… — wymruczała pod nosem kotka. Następnie poczuła, jak znów zostaje trącona w bark, tym razem nieco mocniej.
— Aldrowandowa Łapo… — rozległ się nieco zachrypnięty głos nad uchem Aldrowandy.
Była samotniczka otworzyła powoli oczy. Nie rozpoznała tego głosu jako głosu swojej mentorki. Obróciła więc łeb, by spojrzeć na tego, który do niej przemówił. Jej oczy otwarły się szerzej, gdy ujrzała obok siebie srebrną pręgowaną kocicę o oczach tak świetlistych, jakby przechowywały w sobie dziesiątki gwiazd. W kocicy tej rozpoznała kota, którego wcześniej już miała okazję spotkać, choć nie zamieniła z nim żadnych słów…
— Ćmi Księżycu? To ty? Co ty… co ty tu robisz? — Aldrowanda nie mogła wyjść ze zdziwienia widokiem kocicy stojącej u jej boku.
Medyczka nie odpowiedziała od razu. W zasadzie to w ogóle nie odpowiedziała. Przez krótką tylko chwilę wpatrywała się ona w szylkretową kotkę, po czym obróciła się i zaczęła oddalać się od niej. Uczennica natychmiast wstała i pobiegła za kocicą, jednak nie mogła jej w żaden sposób dogonić. Gdy już wydawało jej się, że realnie zbliżyła się do niej, nagle potknęła się i upadła na ziemię.
Futro na karku nastroszyło się momentalnie, kotka zerwała się na równe łapy. Rozejrzała się uważnie w każdym kierunku, ale Ćmiego Księżyca już tu nie było. Czy był to tylko sen w takim razie? Klan Gwiazdy nie zesłał jej specjalnego znaku? Chociaż… Jagna wspominała, że gwiezdni czasem odwiedzają żyjące koty w snach. Czy w takim razie była medyczka Klanu Klifu tak właśnie zrobiła? Ale czy nie odwiedziłaby jej po to, aby przekazać jej jakąś wiadomość? Aldrowanda prosiła o jakikolwiek znak, fakt, ale czy to rzeczywiście był on? Na wszystko, co dobre w tym świecie, tyle pytań! A tak mało odpowiedzi… Nie, trzeba wszystko przeanalizować na spokojnie…
— Prosiłam o znak, przyszłam tu, tak? No tak — zaczęła, chodząc w kółko. Łatwiej jej się tak myślało. — Potem chyba zasnęłam? Następnie zobaczyłam Ćmi Księżyc. Nie mogło mi się to przywidzieć, bo ją goniłam i na pewno oddaliłam się od bajorka. Teraz nagle znów jestem nad nim. O mój… Czyli… Czyli faktycznie dostałam jakiś znak od Klanu Gwiazdy? Oni istnieją… Chyba muszę o tym porozmawiać jutro z Jagną. Definitywnie muszę o tym porozmawiać z Jagną!
Uczennica strzepnęła ogonem, po czym natychmiast się odwróciła i szybkim krokiem udała się z powrotem do obozu. Nadal nie mogła do końca uwierzyć, że Klan Gwiazdy istnieje. „ Ale ten sen wydawał się tak realny, że chyba musiał być to od nich ten ubłagany znak. No i dobra, jeśli faktycznie istnieją, to czemu nic nie robią z Lśniącą Gwiazdą? Chyba że jednak jest on dobry i ja sobie coś wymyśliłam… Albo oni po prostu nie reagują? Za dużo, za dużo!” — kotka jęknęła w duchu, przyspieszając tempa. Musi to jeszcze sobie na spokojnie przetrawić, bo chyba zwariuje…

[1301 słów]

16 czerwca 2026

Od Opadającego Rumianka

Jakiś czas temu

Dni w Klanie Burzy ciągnęły się niemiłosiernie. Mimo Pory Zielonych Liści idącą pełną parą, w legowisku wojowników jak zawsze można było usłyszeć pociąganie nosem. Medycy poddali się już nawet z leczeniem Rumianka z kataru i przeziębień. Pewnego dnia, gdy przyszedł do ich legowiska, jeden z medyków oburzył się i wytłumaczył, że jeżeli miał katar, to powinien wydmuchiwać go w mech, a na infekcję gardła mógł podbierać odrobinę miodu ze składziku. Od tamtej pory zaczął znacznie rzadziej zaglądać do lecznicy, lecz nadal można było go tam widywać średnio raz na księżyc. Opadający Rumianek, słysząc z boku jakiś szmer, zastrzygł lekko uchem i rozłożył się wygodniej w swoim legowisku. Położył pysk na łapach i westchnął cicho. Ostatnie mu czasy czuł się bardziej samotny niż zwykle. Nie spodziewał się bowiem, że kiedykolwiek będzie w sytuacji, w której nie będzie miał nikogo. W końcu myślał, że trzymając się rodziny, nigdy nie będzie sam. Jego oczekiwania były jednak dalekie od realiów. Rozkwitająca Szanta nie żyła, a Zawilcowa Korona i Kminkowy Szum opuścili klan, nie wracając z nie znanej mu przyczyny. Kminek i Szanta pozostawili mu za to dalszą rodzinę. Wiedział, że zawsze mógł zwrócić się do innych bliskich, jednak świadomie tego unikał. Często obawiał się jednak tego, jak go postrzegają. Czuł czasem na sobie litościwy wzrok innych. Rumianek zastanawiał się czasem czy mi współczuj. Zastanawiał się nawet, czy nie powinien po prostu wyjść z klanu tak jak jego bracia i nie wrócić. Leżał w legowisku wojowników, rozmyślając. Bardzo słaby podmuch wiatru muskał jego futro, sprawiając, że upał nie był aż tak uporczywy. Ziemia była niemal wrząca, rośliny nie dawały rady w upale Pory Zielonych Drzew. Liliowy zastanawiał się, jak długo jeszcze będzie musiał czekać, nim pogoda będzie na tyle dobra, aby mógł wypoczywać poza obozem, z dala od oczu i głosów innych kotów. Wstał ze swojego legowiska i poczłapał w poszukiwaniu wody, jednak nic nie znalazł. Położył się pod jednym z drzew i westchnął cicho. Długo mu nie zajęło, aby zasnąć. 

Od Księżycowej Łapy (Rozbitego Księżyca) CD. Cętkowanej Łapy (Cętkowanego Tęgosza)

Kiedyś 

Księżycowa Łapa szedł niemal ramię w ramię z rudym kocurem. Biały zdecydowanie nie przepadał za tunelami, nie mówiąc już o wszechobecnej w nich wilgoci. Wzdrygnął się lekko, znowu słysząc głos Cętkowanej Łapy.
— Właśnie, kiedy będziesz mianowany? Taki wiek, w którym jesteś, ponoć jest najlepszy, bo później mając tak dwadzieścia pięć księżyców lub więcej to można wylecieć. Choćby ten Gruba Łapa, dla mnie to mógłby zostać wykopany już z klanu. Widać u niego szczyt lenistwa i jeszcze ta masa! Wojownicy będą musieli go toczyć, żeby się go pozbyć! — miauknął, na co Księżyc cicho prychnął.
— Prawdopodobnie już wkrótce. Treningi z… — zaczął, chcąc wypowiedzieć imię garbatego ucznia, ale się powstrzymał. — Kocimiętkowym Wirem jednak przynoszą efekty! — odparł w końcu, uśmiechając się lekko, co z pewnością nie było nawet widoczne w zacienionym tunelu.
Korzystając z tej ciemności, zmrużył zirytowany oczy. Nie podobała się mu obecność Seradelkowej Łapy, idącej przed nimi. Nie, żeby miał do niej samej jakiś problem, ale co chwilę smyrała go ogonem po nosie, czego Księżyc powoli nie wytrzymywał.
— Serad… — zaczął, ale nagle mu przerwano.
— Ej gaduły! Widać już wyjście, więc może zwiększycie swoje tempo? — Seradelowa Łapa posłała im spojrzenie, następnie odwróciła się i poszła szybciej, aż w końcu im zniknęła z pola widzenia. Wtedy zauważyli wyjście.
— Księżyc, chodź! Nie możemy być gorsi od Seradelki! — rudzielec rzucił się do biegu, a Biały ruszył zaraz za nim.
Bieluch rozglądał się po pyskach zebranych kotów. Zauważył zebrane piszczki i szybko uznał, że faktycznie mogli iść nieco szybciej. To był jego kolejny raz w tunelach, miał dziwne wrażenie, że wcale nie musiał tam wchodzić, szczególnie że już raz zaliczył tę część treningu. Westchnął tylko cicho i podszedł bliżej Cętkowanej Łapy.
— Jak ci się podobał trening Księżycowa Łapo? Może będziemy częściej trenować, żebyś był lepszy, co ty na to? — obrócił się w stronę syna Jaskółczego Ziela.
— Pfff… Lepszy? Nie martw się, wkrótce będzie moje mianowanie. Pierwszy raz od tych księżyców treningu zacząłem robić faktyczny progres — miauknął.
“Szkoda tylko, że za cenę poniżania Garbatej Łapy…” pomyślał, lekko kładąc uszy po sobie.

Kilka dni po mianowaniu Księżyca

Rozbity Księżyc siedział nieopodal stosu zwierzyny, zajadając się wiewiórką. Chciałby móc ją zjeść razem z mamą, jednak sam postanowił, że nie będzie znów rozmawiać. Fakt faktem tęsknił za ciepłem Jaskółczego Ziela, jednak ta go opuściła. Teraz gdy chciała się nim ponownie zająć, “mały” Księżycek już jej nie potrzebował. Już od mianowania na ucznia nie polegał na czarno-białej, więc czemu miałby to robić, teraz gdy przeszedł już swój trening? Z takimi myślami, szarpnął zwierzątko leżące pod swoimi łapami, odrobinę zirytowany. Było już dosyć późno, lecz to właśnie ta pora pozwalała kotom na dzielenie się językami i czerpanie przyjemności z otaczającego ich chłodu. Biały podskoczy lekko, czując czyjś ogon na swoim grzbiecie.
— Wystraszyłeś się czegoś? — zapytał rudy kocur, a Księżycek zmarszczył brwi w niezadowoleniu.
— Na pewno nie wystraszyłem się stojącej koło mnie rudej pchły — prychnął cicho i przesunął część zwierzyny na bok, w stronę, po której stał Tęgosz. — Jak idzie trening? Słyszałem, że robisz duże postępy — mruknął cicho, oblizując górną wargę z krwi. — Jak sądzisz, kiedy zostaniesz mianowany… Cętkowany Tęgoszu? — zapytał, uśmiechając się lekko, być może zalotnie w stronę ucznia.

<Cętku?>

Od Guziczka CD. Kurki

Przed śmiercią Kajzerki

Kurka i Guziczek nadal spędzali każdą chwilę razem. Po bitwie z borsukami i śmierci siostry czarno-biały potrzebował czyjegoś towarzystwa. Dlatego spał wtulony w Kurkę ciesząc się jego ciepłem. Był żywy! Jak dobrze…
Ranek nastał szybko, szybciej, niż Guziczek by chciał. Noce ostatnio były spokojne, chociaż Guziczek cały czas martwił się o matkę…
Polizał Kurkę tam, gdzie sięgnął na przywitanie i wymruczał:
– Dzień dobry.
– Dzień dobry – odpowiedział z uśmiechem. – Jakieś plany na dzisiaj?
– Idę odwiedzić mamę – Guziczek spojrzał gdzieś w bok.
Nie chciał męczyć Kurki swoimi problemami, tym bardziej że ten też stracił ojca. No i nadal, gdy za bardzo się stresował, jadł mniej. Kocur nie mógł sobie pozwolić, by jego ukochany cierpi przez niego. Musiał grać silnego. Musiał być silny. Dla Kajzerki, dla Kurki, dla siebie.
– Jak ona się czuje? – zapytał ciszej.
– Źle. Po śmierci Gąski jest z nią tylko gorzej i gorzej – przyznał praktycznie szeptem.
– Mam nadzieję, że się jej poprawi.
– Zostałem jej już tylko ja… – wymruczał, wtulając się w ukochanego.
– Jesteś bardzo silny. Dla niej… dla siebie. Dla wszystkich. Kajzerka jest na pewno z ciebie dumna.
Guziczek zaśmiał się słabo. Liliowy miał rację, Kajzerka mimo cierpienia pewnie uśmiechała się, że jej syn nadal chodził, śmiał się i planował przyszłość. A jednak ona mogłaby z nim współpracować, bo gdy ostatnio do niej przychodził, to nawet się do niego nie odzywała…
– Na pewno – odsunął się odrobinę. – Wybacz, ale chcę ją zobaczyć. Może wreszcie coś zje.
– Oczywiście – Kurka również się odsunął i otarł. – Będzie dobrze – zapewnił.

TW: wspominki śmierci

Ale nie było. Guziczek przyszedł do kotki i spojrzał na nią. Otarł się o nią, ale Kajzerka nawet nie zamruczała.
– Mamo…
Nic. Cisza. Kocur westchnął. Rozumiał, że szylkretka cierpi po stracie dwójki dzieci, ale miała jeszcze go! Nie mogła go zostawić…
– Pójdę po coś do jedzenia – westchnął.
Wyszedł na chwilę. Kilka minut… Wrócił z wiewiórką, ulubioną jego mamy. Ale już byli przy niej medycy…
– Guziczku… – Wiciokrzew spojrzał na niego.
– Nie – kocur pokręcił głowa. – Nie żartuj tak sobie.
– Przykro mi – westchnął.
Guziczek kiwnął głową i wyszedł. Ale milczał. Nie odezwał się do nikogo, na nikogo nie spojrzał. Nawet opuścił zgromadzenie! Zaczął zachowywać się jak Kajzerka w jej ostatnich chwilach. Jadł niechętnie, leżał w legowisku, albo w Owocowym Lasku i chodził niemrawy.
Cały czas powtarzał sobie, że musi być silny, ale… Teraz już nie wiedział dla kogo.
– Guziczku, nie zostawiaj mnie – szepnął Kurka jednej nocy.
I kocur zrozumiał - musiał być silny dla Kurki. Tylko on mu został. Założą razem rodzinę, będą razem rządzić światem! Ale do tego musiał być silny.
Powrót do normalności zajął mu kilka dni, a Guziczek i tak nie był stuprocentowo sobą. Był trochę cichszy i spokojniejszy, nie tylko przy Kurce. Chociaż chyba rzadko kiedy dało się go teraz zobaczyć bez Kurki.
– Myślę, że powinniśmy zacząć myśleć nad maluchami – stwierdził pewnego dnia.
Zerknął na ukochanego. Obydwoje wiedzieli, że chcą dzieci, ale trochę czekali na odpowiedni moment. Według Guziczka ten właśnie nadszedł.

<Kurko?>

Od Guziczka CD. Śnienia

— Niewiele się różnią — odpowiedział kocur. — Jednak z tego, co wiem, to dużo biegacie po drzewach, jak wiewiórki — Guziczek skrzywił się na to porównanie.
Nie był płochliwym zwierzęciem. Był dumnym i dzielnym kotem! Ale przemilczał tę obrazę. Nie chciał zaczynać kłótni przy Kurce.
— Na szczęście nie obrałem ścieżki zwiadowcy. Lubię czuć ziemię pod poduszkami łap — stwierdził Śnienie po chwili. — Najbardziej różni się wasze terytorium od tego w Klanie Wilka oraz na ziemiach niczyich. Las nie jest aż tak gęsty, ale jest bogaty w wiele ciekawych miejsc oraz owoców.
— Nie bez powodu nasza społeczność się nazywa Owocowy Las — zauważył oschle.
— Owszem… Czy coś jeszcze ode mnie potrzebujesz, Guziczku? — zapytał, ewidentnie chcąc się go pozbyć. Znacząco spojrzał na drzewo przywódcy i uzdrowicieli. Guziczek uniósł brew.
— Idziesz do Wiciokrzewu? Coś ci się stało? Nie wyglądasz na chorego ani nie kulejesz.
— Nadmierna ciekawość Guziczku, to pierwszy stopień do Mrocznej Puszczy. Nie chcesz chyba być potępiony na wieki, nieprawdaż? — mruknął oschle i odszedł.
Guziczek wpatrywał się w niego przez chwilę ze skwaszoną miną, ale ostatecznie tylko prychnął.
— Nie lubię go — stwierdził do Kurki.
Los jednak chyba nie lubił Guziczka. A może po prostu zwyciężyła ciekawość? Sam nie wiedział, ale gdy zauważył, Śnienie wspinającego się na drzewa następnego dnia, przeskoczył z gałęzi na gałąź i spojrzał na czarnego kocura.
— Dobrze myślałem, że wszystko z tobą w porządku — mruknął, nawiązując do ich ostatniego pożegnania.
Teraz zaczął żałować, że nie poszedł za kocurem. Że nie sprawdził, gdzie idzie, ani po co. Ale chyba nie chciał robić sobie kłopotów… No i był z Kurką. To akurat było ważniejsze.
— Chyba cię trochę nie rozumiem. Ale technikę masz dobrą — pokiwał głową. — Widać, że drzewa wam nieobce. I dobrze, może się tutaj przydasz.
Jego ton oczywiście był oschły i obojętny. Chociaż lubił koty, to raczej nie miał zamiaru przyjaźnić się ze Śnieniem. Ale zarazem jego podejście przypominało mu trochę o Czerwcu… Może temu tak do niego lgnął?

<Śnienie, jak zareagujesz?>

Od Cętkowanego Tęgosza do Nadciągającego Pomroku

Przeszłość

Z okazji tego, że Tropiąca Łaska tego dnia nie chciała go trenować, to wymieniał posłania w legowisku uczniowskim. Nie marudził niby, było tak ciepło, że mógłby w obozie zostać cały dzień i robić takie prace, może czekoladowa szylkretka czasem go biła, ale nie była złym kotem, skoro pozwoliła mu zostać w obozie. Wymieniał akurat jedno z posłań, które było blisko wejścia do legowiska uczniów, czasem zerkał na obóz, który tętnił życiem. Widział jak jego ciocie, rozmawiały ze sobą, jako mistrzynie pewnie ustalały trenowanie wojowników, ranga mistrza brzmiała fajnie, pomagałeś innym kotom rozwinąć swoje umiejętności, by je zastosować na polu bitwy. Rudzielec chciał kiedyś to zobaczyć w praktyce, jak podczas wojny mistrzowie wydają reszcie Wilczaków rozkazy. Tygrysia Noc dzielił się językami z Wilgową Goryczą, poprawiając buremu jego długą, gęstą grzywę, brat czekoladowej był dużo spokojniejszy z charakteru od swej starszej siostry. Dziwił się, że Tropiąca Łaska mogła być jego siostrą, zachowywali się tak różnie od siebie, choć mieli podobieństwa w wyglądzie to w charakterze niezbyt. Spoglądał jeszcze gdzieś w dal i zobaczył jak Tropiąca Łaska, opierała się gdzieś w kącie obozu z głową podpartą do łapy, na jej pysku było widać uśmiech, a źrenice były większe, było widać, że patrzy na Nadciągający Pomrok. Wyglądało to, jakby czekoladowa kotka interesowała się jego ciocią, wojowniczka otrzepała się, a on szybko obrócił głowę, udając, że czyści te legowiska. Chociaż może to tylko był przypadek i tak sobie patrzyła, ot, tak, jak on czasami tak robi, patrząc na mrówki w ziemi.

***

Mogłoby się wydawać, że taka sytuacja mogła być jednorazowa, ale gdy został wojownikiem, to zauważył, że takie akcyjki powtarzały się częściej, dodatkowo nawet raz Tropiąca Łaska spytała Nadciągający Pomrok czy nie chciałaby wyjść z nią poza obóz, ale czarna dymna szylkretka zbywała ją i sobie poszła. Gdyby nie Seradelowa Łapa, która to podsłuchała, to za licho by się tego nie dowiedział, czasami uznawał, że ta umiejętność Seradeli jest przydatna, a czasem sam się bał, że kotka mogłaby go podsłuchać, nawet gdy śpi, była za bardzo w tym zaawansowana. Czarna mistrzyni dzisiaj opierniczyła Cykoriowy Cykor, aż ta uciekła w podskokach od mistrzyni po rozmowie. Cętkowany Tęgosz podszedł do mistrzyni.
— Cześć, ciociu, widzę, że miałaś problem z Cykorią, czy to dlatego, że nie trenuje Garbatka? Nie, żebym się o niego martwił, bo nie dziwię się, patrząc na niego, czemu nie chce go trenować, na jej miejscu też bym tego nie trenował. Wywaliłbym go od razu z klanu, przynajmniej posłużyłby jako pokarm dla dzikiej przyrody — mistrzyni poprawiła swoją grzywę.
— Właściwie to mieliśmy poważną rozmowę na inny temat. Jak patrzę na ciebie, to dosyć szybko urosłeś, wcześniej byłeś wielkości mojej łapy. Jak ostatni raz ciebie widziałam, to piłeś mleko Wrotyczowej Szramy, ale słyszę, że rośniesz nam wspaniale — tak, Wrotyczowa Szrama, matka Garbatka, ona też była jakaś słaba, powinna to coś zakopać, od kiedy się urodziło. Czekoladowy kocur był tak obrzydliwy z wyglądu, był czymś, co nie pasowało do estetyki ich klanu.
— Staram się, jak mogę, wiesz mam do ciebie nietypowe pytanie — mistrzyni przechyliła łebek.
— Słyszałam wiele pytań tego typu, ale nie obrażę się, jeśli to będzie, tylko jedno pytanie — rudzielec zaczął z grubej rury.
— Często widzę, jak Tropiąca Łaska podchodzi do ciebie i nie wiem, coś tam kręcicie ze sobą? Zauważyłem, że jest tobą zainteresowana w jakiś sposób — czarna dymna szylkretka wyglądała na trochę zbitą z tropu, takiego pytania rzeczywiście mogła się nie spodziewać.

<Nadchodzący Pomroku, are you gay?🏳️‍🌈>

Od Ognikowej Słoty CD. Nocnej Łapy (Nocnego Śpiewaka)

Przeszłość

— Idzie mi dobrze. Sam też trenuję trochę poza tym, co robi ze mną Tropiąca Łaska. Jak dla mnie robi ze mną trochę za mało. Za szybko kończymy treningi i czasami za wiele się ze mną bawi, niż ćwiczy. W sensie… psoci trochę przy okazji treningu, nie że bawi się ze mną jak z kociakiem — Noc usiadł obok niej. Ognikowa Słota zmrużyła oczy. Nigdy nie uważała czekoladowej szylkretki za dobrą mentorkę, skoro jednak matka przydzieliła jej Nocną Łapę, decyzja ta musiała być słuszna. Ponadto – zareagował tak, że wpasowało się to w oczekiwania, jakie ruda sobie wyrabiała wobec każdego. Dobrze, że przygłupie zachowanie kocicy nie wpływało na jego intelekt. Ambicja była dobrą cechą. Lepiej było chcieć za dużo niż zadowalać się byle czym, cieszyło ją niezwykle to, iż Nocny Śpiewak dobrał słowa właśnie w ten sposób. — A… A co u Ciebie? To twój siostrzeniec teraz się urodził, prawda? — zagadnął jeszcze, chodziło mu o Tęgosza. Kocica wyprostowała się pewnie. Pokiwała głową, a z pyska zniknął jej wszelki grymas, jaki tylko mógł nastąpić po wspomince o wojowniczce.
— Tak, wiesz, jaki jest spokojny? — miauknęła, a w jej oczach zawirowały iskry przejęcia, ale i swego rodzaju dumy. — Uwielbiam go odwiedzać. Każdy kolejny księżyc będzie kształtował to, kim się stanie. Jeszcze nie rozumie za wiele, jednak wierzę, że przyniesie nam dumę — dorzuciła jeszcze. Często rozmawiała o dumie. Było to dla niej coś niezwykle ważnego, na tyle ważnego, że niekiedy nie skupiała się na żadnym innym aspekcie, chociaż starała się, jak mogła, nie wolno było jej niczego przegapić w ocenie kota. Zerknęła na Nocną Łapę raz jeszcze. — Czy Tropiąca Łaska nauczyła cię już wspinaczki na drzewa albo nawigowania w tunelach? — zapytała, a ton jej stał się poważniejszy, niż pierwotnie planowała. Prędko rozjaśniła swój pysk lekkim uśmiechem, chcąc zachęcić kocurka do udzielenia odpowiedzi. — Jeśli mentor nie uczy cię niczego nowego i jedyne co robi, to utrudnia treningi, nie wnosząc czegokolwiek pożytecznego, zawsze można go zmienić i to na dużo lepszego — powiedziała mu bez zawahania, Nocna Łapa potrzebował tyle lekcji, ile tylko dało się zmieścić w ciągu dnia. Musiał chłonąć wiedzę. Dobrze, że szylkretka, chociaż nie wyglądała na taką, co by wierzyła w Klan Gwiazdy… wtedy Słota nie spoczęłaby, dopóki nie dostałby kogoś porządniejszego jako swojego nauczyciela. W końcu od mentora zależało tak wiele. Przejmował kota, który miał nadal w miarę plastyczny umysł. Uczył go wszystkich zasad, ścieżek, które zostały wyrobione przez ogrom łap kotów, żyjących na tych obszarach długo przed nimi. Kocica poruszyła lekko końcówką ogona. — Musisz skupić się na tym, co bierzesz od Tropiącej Łaski. Co dają ci wszystkie te treningi, czas z nią spędzony na nauce najpotrzebniejszych rzeczy. Musisz nauczyć się odróżniać, co w tym treningu rzeczywiście zapewnia ci możliwość rozwijania się, a co tylko cię rozprasza, odciągając od celu. Nie wszystko, co robi Tropiąca Łaska, jest ci potrzebne. Zapamiętuj tylko wartościowe rzeczy, z czasem, oczywiście, nabędziesz takiej umiejętności, musisz tylko nad nią pracować i nie zapominać, czego oczekujesz od życia — poleciła mu, gdy na pysku kocura pojawiła się swego rodzaju niepewność.

Przed Porą Opadających Liści

Księżyc zawisł wysoko na niebie, a sam nieboskłon pokryty był intensywnym granatem, wspartym przez swego rodzaju czerń, oferującą idealną przestrzeń dla jaskrawych gwiazd. Skwar o zmroku ustępował, robiąc miejsca dla nieco lżejszego, przyjemniejszego powietrza. Chłodne podmuchy wiatru targały delikatnie futrem kocicy, gdy sucha trawa skrzypiała jej pod łapami. Śpiew świerszczy milkł, gdy znalazła się blisko, jakby cały las zamierał z powodu jej obecności. Cisza ta przerywana była jedynie przez nieregularne pohukiwanie sów, a także dźwięk skrzypiących drzew. Brązowooka zajęła swoje miejsce, a już po paru uderzeniach serca dosiadła się obok jej siostrzyczka, Nadciągający Pomrok. Zalotna Gwiazda stanęła na tle wysoko pnącego się, nadgryzionego zębem czasu Ciernistego Drzewa. Odwróciła się przodem do grupy pewnie, mierząc ich wzrokiem. Zalewająca fala uniesienia uderzyła w rudaskę, gdy spoglądała na matkę z zadowoleniem. Liderka od zawsze była dla niej wzorem do naśladowania. Była kotem idealnym, takim, za którym Słota chciała od zawsze podążać. Napuszyła sierść na piersi, prezentując się dumnie.
— Kult rozrasta się i rośnie w siłę — rozpoczęła Zalotna Gwiazda. — Cieszy to nas wszystkich. Wraz z odejściem Mrocznej Wizji oraz Borsuczej Puszczy przyszedł czas na obranie nowej roli przez dwójkę z was.
Przywódczyni zlustrowała wzrokiem zebrane koty, serce rudaski zaczęło bić szybciej, a końcówka ogona drgała nieznacznie. Chwila przerwy w wypowiedzi nie trwała długo. Matka podjęła decyzję dość sprawnie, prawdopodobnie wiedziała już wcześniej, kto zasługiwał na to miano.
— Nadciągający Pomroku, Ognikowa Słoto, wystąpcie.
Szylkretka wstała momentalnie, wywołana z tłumu. Nadciągający Pomrok wyglądała na zdziwioną, a ona, na tak zadowoloną, że zaraz chyba pęknie z dumy. Jakie miano zyska? Jaka ranga zostanie jej przydzielona? Zauważywszy, że dymna odpływa myślami, szturchnęła kotkę dyskretnie w bok. Nie mogły się teraz rozpraszać. Przemawiała do nich matka, a wszyscy członkowie kultu spoglądali teraz właśnie na nie. Wreszcie wyszły poza rząd i stanęły parę kroków przed matką. Słota wiedziała, że zasłużyła na awans, zresztą tak samo, jak jej siostra. Przykładały się niezwykle, a ponadto – bycie wzorem do naśladowania dla każdego nie było zresztą takie łatwe, a przynajmniej na początku! Później stało się to dość proste, ponieważ wyrabia się konkretne, przydatne nawyki. Skupiła wzrok na szylkretce przed nią, a myśli wymazała ze wszelkiego rodzaju niedogodności, robiąc miejsce na to, co zaraz usłyszy.
— Miejsce Wielkiego Kapłana obejmie Nadciągający Pomrok — zaczęła, spoglądając córce w oczy. — Odpowiadać będziesz za wybór kotów, którym dane będzie dowiedzieć się o kulcie, jak i dbać o jego ogólny dobrostan. Czuwaj nad naszymi przyszłymi członkami i wybieraj ich mądrze.
Ognikowa Słota spojrzała na Pomrok, chociaż oprócz oczu, ani drgnęła. Czekała na reakcję z jej strony, a gdy ta nie przybyła od razu, w jej głowie pojawiło się lekkie skonfundowanie. Na szczęście nie musiała czekać długo, więc też wszelkie wątpliwości mogły znaleźć ujście. Dymna pochyliła głowę w geście wdzięczności, a pysk rozświetlił chytry uśmiech.
— Dziękuję, matko — wymruczała w końcu po paru uderzeniach serca. Z tyłu rozległy się wiwaty. — Nie zawiodę Cię.
Zalotka skinęła głową, po czym zwróciła się do drugiej kotki. Ognikowa Słota nawiązała kontakt wzrokowy z matką, nie mogąc się już doczekać. Oczywiście robiła co w jej mocy, żeby przypadkiem nie wyglądać niczym mały kociak, który zostanie zaraz mianowany na ucznia. Dostąpiła ogromnego zaszczytu, razem ze swoją siostrą, którego każdy mógł im zazdrościć, a z pewnością takie koty by się znalazły.
— Ognikowa Słoto — kontynuowała. — Od dzisiaj będziesz nosić miano Matki Kultu. Będziesz odpowiedzialna za to, żeby przyszłe pokolenia wiedziały, która ścieżka jest tą jedyną właściwą. Oddaję kocięta w twoje łapy.
Szylkretka zastrzygła uchem z rozemocjonowania, a z pyska nie chciał zejść jej uśmiech. Pochyliła głowę przed matką z szacunkiem. Jej pierś rozdzierała czysta radość, duma tak ogromna, że niełatwo było to wszystko wytrzymać i mieć doskonałe panowanie nad. Za kocicą rozległa się kolejna dawka wiwatów, niesiona donośnym echem po lesie, wsparta tym razem o jej imię.
— To zaszczyt, dziękuję. Kocięta będą bezpieczne pod moim okiem, mamo — zapewniła bez cienia zawahania w głosie. Nie była zaskoczona wyborem, dla niej była to kwestia czasu, aż zostanie doceniona i zauważona. W końcu jej historii usłyszało już parę kociąt, które obecnie zdążyły wyrosnąć ze swojego kocięcego miana. Kocięta. Ich umysły były jeszcze miękkie i niezwykle podatne na naukę, chłonące informacje niczym gąbki. Nie zdążyły nasiąknąć jeszcze wszystkimi tymi głupotami związanymi z Klanem Gwiazdy. Wyznawcy tej przykrej wiary byli słabi i głupi, a nowa krew miała niezwykle wiele miejsca w głowach na dogmaty, jedyną prawdę, jaką powinny kierować się w życiu, każde z nich. Zdrajcy nie zasługiwali na poznanie tych historii, nie byli godni stąpania po terenach należących do Klanu Wilka, prawdziwych Wilczaków. Dzięki niej maluchy od początku będą znały prawdę. Może nawet i zaczną same ją głosić. Słota miała nadzieję, że za niedługo zasilą szeregi kultu. Im więcej oddanych, mądrych kotów w ich wspaniałej grupie, tym lepiej dla całego Klanu Wilka. Wiedziała, że to właśnie one dwie zasłużyły na wyższą rangę. Mimo zadowolenia i dumy z siostry poczuła swego rodzaju ukłucie. Zalotna Gwiazda wymieniła Nadciągający Pomrok jako pierwszą. Obydwie zostały wyróżnione, ten jeden detal jednak przykuł uwagę Słoty, sprawiając, że ta myśl wracała i dokuczała jej niczym cierń wbity pomiędzy poduszki łap.

Teraźniejszość

Od jej ostatniej rozmowy z Nocnym Śpiewakiem minęło już trochę, wiele się zresztą pozmieniało. Tęgosz został Cętkowanym Tęgoszem. Cienista Zjawa wyszkolił Kryształową Łapę. Ognikowa Słota zajęta była obowiązkami związanymi z przydzieloną jej nową rangą, a raczej… dwoma, chociaż o drugiej wiedziały jedynie wybrane koty. Zamruczała cicho pod nosem, spoglądając na Szalej, który, mimo że siedziała z nim już któryś raz, nadal nie wyglądał na szczególnie przekonanego co do niej. Nie szkodzi. Jeszcze dostrzeże, że to właśnie jej śladami powinien podążać.
— Szaleju, ostatnio wspomniałam ci o wspaniałym miejscu. Gdy tylko zostaniesz mianowany na ucznia, dopilnuję, żebyś je odwiedził przynajmniej raz — miauknęła. Nie umknęło jej uwadze to, iż rudego niezwykle ciekawiły słowa związane z tym miejscem, dlatego też dobierała słowa specjalnie tak, żeby przykuwać jego uwagę do własnych wypowiedzi tak często, jak tylko było to możliwe. Patrząc na niego, poczuła, jak uderza w nią swego rodzaju deja vu. Był on już którymś z kolei kociakiem, którego przyszło jej “doszkalać”. Zresztą taka była jej rola, a jakby tego było mało – bardzo lubiła opowiadać przyszłemu pokoleniu o prawdach, o jedynej słusznej wierze. Satysfakcję dawały jej nie historie same w sobie, a świadomość, że zapuszczały korzenie w cudzych umysłach. Kult musiał rosnąć w siłę. A jeśli już o kult chodziło… na myśl przyszedł jej Nocny Śpiewak. Kocurek już dawno został wojownikiem, a jednak nadal nie widziała u niego ubytku w uchu. Co mogło być tego powodem? Może jednak Mroczna Wizja nie dostrzegła w nim nikogo, kto by miał wystarczający potencjał? Może nie nadawał się do większych rzeczy i źle go oceniła? Nie, niemożliwe. Ona się nigdy nie myliła. Może jednak potencjał, który dostrzegła u niego paręnaście księżyców temu, teraz osłabł, zniknął wręcz, zostawiając po sobie smutną pustkę? Teraz powinna kierować takie sprawy do Nadciągającego Pomroku, jej kochanej siostrzyczki… a zresztą, to była kwestia czasu, aż dymna sama zrekrutuje jakiegoś Wilczaka.
Ognikowa Słota wyszła na moment z kociarni w celu spożycia czegoś ze sterty. Wtedy też jej wzrok zawisł na czarnym kocurze, który przeprowadzał rozmowę ze swoim bratem, Chudym Grzbietem, zaciętą zresztą. Wstała pewnym ruchem, a dwójka w międzyczasie zdążyła zakończyć to, o czymkolwiek gadali. Nawiązała kontakt wzrokowy z wojownikiem, a kocurek, gdy tylko ją zobaczył, w jego oczkach zatańczyła swego rodzaju iskra. Przywitał się z nią prędko.
— Ognikowa Słoto, witaj!
— Witaj, Nocny Śpiewaku. Dawno nie rozmawialiśmy — mruknęła. Ich konkretniejsze rozmowy miały miejsce jakiś dłuższy czas temu, oprócz tego wymieniali się spojrzeniami czy sypali sobie niewylewnymi przywitaniami. — Odkąd zdałeś pomyślnie test na wojownika, a także wygrałeś walkę i zyskałeś imię wojownicze — zaczęła, pozwalając sobie na to, żeby smakować każde z tych słów, chociaż wiedziała co powiedzieć. — Czy może masz już kogoś na oku? — zagadnęła. W Klanie Wilka przyda się zawsze nowa krew, szczególnie ze strony kotów ambitnych, przynoszących dumę klanowi. Mistrzyni nie miała okazji często obserwować jakiejś kotki u boku bursztynookiego, zresztą kocurów też nie. — W Klanie Wilka zawsze znajdzie się miejsce dla kolejnych silnych kotów. Potrzebujemy kolejnych pokoleń, które będą godnie reprezentować nasz klan. Byłbyś wspaniałym ojcem — sypała mu komplementami, w międzyczasie zastanawiając się, z kim potencjalnie mógłby założyć rodzinę… W zasadzie było parę kotek o zbliżonym wieku do niego. Niektóre nadawały się bardziej od innych. Tak naprawdę nie musieli być nawet parą. Najważniejsze było to, żeby urodziły się kolejne kocięta.

<Nocy? Ciocia Słocia zaopiekowałaby się twoim potomstwem>

15 czerwca 2026

Od Nadciągającego Pomroku Do Cienistej Zjawy

Jakiś czas temu…

Poprawiła chwyt na upolowanej zdobyczy, rozglądając się po okolicy. Słońce przypiekało w grzbiety członków patrolu, bezlitośnie przebijając się przez korony drzew.
Poniekąd liczyła na kolejną ulewę; kurz unoszący się w dusznym powietrzu był nie do zniesienia, a zwierzyna coraz rzadziej wyciągała zady z norek. Zmarszczyła nos, wymijając kępę suchych krzewów i dołączając do reszty patrolu. Zlustrowała wzrokiem ich pyski, pełne piszczek. Cienista Zjawa, Cętkowana Łapa oraz Tropiąca Łaska.
Iście rodzinna atmosfera.
Ruchem ogona dała sygnał do powrotu. Wysunęła się na prowadzenie, pozostawiając bratanka wraz z jego mentorką; za to sam Cień po paru uderzeniach serca zrównał z nią kroki. Zerknęła na niego kątem oka. Wciąż miała wobec niego mieszane uczucia, ale… Nie skakali już sobie do gardeł. Ani w znaczeniu metaforycznym, ani dosłownie.
Jedynym śladem ich konfliktów pozostała drobna, nie rzucająca się w oczy blizna tuż obok jej nosa, zdobyta podczas uczniowskiej bójki.
Może wszyscy Ci wojownicy, którzy mówili jej, że jeszcze wrócą na zgodną ścieżkę, mieli rację. Może po osiągnięciu dojrzałego wieku oboje zrozumieli, że rywalizacja i cięte odzywki nie są im potrzebne. Sama nie była pewna, co i kiedy się zmieniło – ale w duchu się z tego cieszyła.
Chwyciła nornicę trochę mocniej i przesunęła językiem po zębach.
— Jak Ci się wiedzie jako ojciec, gdy nie musisz pilnować go na każdym kroku? — zagadała, ruchem głowy w tył wskazując na Cętkowaną Łapę. — Czujesz już starość w kościach?
Cienista Zjawa spojrzał na nią z ukosa i wydął dolną wargę, a ona zachichotała pod nosem.

↝❇⌑❂⌑❇↜
W niedalekiej przeszłości…

Sucha trawa uginała się pod jej łapami. Księżyc widniał wysoko na niebie, okryty puchem ciemnych chmur. Zajęła swoje miejsce wśród innych kultystów; obok Słoty, Cienia i Tropiącej Łaski.
Obserwowała, jak jej matka staje na tle Ciernistego Drzewa, odwracając się przodem do grupy.
— Kult rozrasta się i rośnie w siłę — rozpoczęła Zalotna Gwiazda. — Cieszy to nas wszystkich. Wraz z odejściem Mrocznej Wizji oraz Borsuczej Puszczy przyszedł czas na obranie nowej roli przez dwójkę z was.
Przywódczyni zlustrowała wzrokiem zebrane koty.
— Nadciągający Pomroku, Ognikowa Słoto, wystąpcie.
Zastrzygła uszyma, a jej serce musiało pominąć chyba parę uderzeń, sądząc po tym, jak zakręciło jej się w głowie. Jej oczy otworzyły się szerzej.
Po chwili – i dyskretnym szturchnięciu w bok przez siostrę – podniosła się z ziemi i wyszła poza rząd. Stanęła wraz ze Słotą parę kroków przed matką, modląc się, aby jej łapy nie zaczęły nagle drżeć.
— Miejsce Wielkiego Kapłana obejmie Nadciągający Pomrok — zaczęła, spoglądając córce w oczy. — Odpowiadać będziesz za wybór kotów, którym dane będzie dowiedzieć się o kulcie, jak i dbać o jego ogólny dobrostan. Czuwaj nad naszymi przyszłymi członkami i wybieraj ich mądrze.
Zastygła w miejscu. Zamrugała.
Och, wielcy przodkowie, to naprawdę się działo.
Uchyliła wargi, pomimo tego że nie miała pojęcia, jak ma odpowiedzieć. Przełknęła ślinę i pochyliła głowę w geście wdzięczności, pozwalając, aby kąciki jej pyska uniosły się w chytrym uśmiechu.
— Dziękuję, matko — wymruczała w końcu po paru uderzeniach serca. Z tylu rozległy się wiwaty. — Nie zawiodę Cię.
Zalotka skinęła głową, po czym zwróciła się do drugiej kotki.
— Ognikowa Słoto — kontynuowała. — Od dzisiaj będziesz nosić miano Matki Kultu. Będziesz odpowiedzialna za to, żeby przyszłe pokolenia wiedziały, która ścieżka jest tą jedyną właściwą. Oddaję kocięta w twoje łapy.

↝❇⌑❂⌑❇↜
Teraźniejszość…

Przeciągnęła się, wysuwając łapy z legowiska wojowników i unosząc zad do góry. Stłumiła ziewnięcie i zamrugała.
Popołudniowe słońce rzucało ostre cienie na obozową polanę. Zamruczała cicho, prostując grzbiet. Zdecydowanie wolała Porę Opadających Liści od letniego gorąca. Wolnym krokiem zbliżyła się do stosu ze zwierzyną, wybierając z niego dorodnego wróbla, po czym podniosła głowę i rozejrzała się po obozie.
Hm… Czyszczące sobie nawzajem futra Słota i Kocimiętka, przekomarzający się uczniowie… Cienista Zjawa siedzący pod miejscem przemówień. Bingo.
Chwyciła posiłek pomiędzy szczęki i podreptała właśnie w jego kierunku. Strzepnęła ogonem, przymrużyła oczy, i rozsiadła się na skrawku trawy obok brata.
— Twój syn szybko ukończył trening — miauknęła, kładąc wróbla przed swoimi łapami i wypluwając jakieś zagubione w pysku piórko. — Na pewno nie odziedziczył tego po tobie.
Wojownik zmrużył ślipia, obrzucając ją poirytowanym spojrzeniem; zwrócił jednak w jej stronę pysk.
— Jestem z niego bardzo dumny.
— Podejrzewam.
Uśmiechnęła się krzywo, po czym nieco spoważniała.
— Właśnie o niego przyszłam ci zawracać głowę — kontynuowała, chyląc lekko głowę od reszty kotów w obozie i zniżając ton głosu; jej słowa skierowane tylko do Cienia. — Niedługo chciałam z nim mówić o oficjalnym dołączeniu do kultu. Myślisz, że jest już gotowy, czy potrzebne by mu były dodatkowe przygotowania? Wydaje się być porządnym kocurem, ale ty jako tatuś pewnie wiesz najlepiej — wzruszyła barkami i parsknęła pod nosem.

<Cienista Zjawo?>

Od Monarcha Pierwszego do Pożarowej Łapy

Monarch chodził tam, gdzie tylko chciał, a dziś mu się zamarzyło odwiedzenie terenów Klanu Burzy. Być może dlatego, że kręcił się na ziemiach Owocowego Lasu, a od nich było blisko. Poza tym wiedział gdzie odnaleźć przybrzeżny staw, a właśnie tam chciał dotrzeć. Wizja obserwowania przyrody wydawała mu się na tyle ciekawa, że był w stanie poświęcić większość czasu na tej czynności. Do tego wszystkiego był głodny i zamierzał coś upolować. Ze spokojem przemierzył drogę grzmotu, uważając na samochody. Tym razem miał szczęście, bo żaden potwór dwunożnych nie pokazał się na horyzoncie. Odetchnął z ulgą, gdy jego łapy stanęły na trawie po drugiej stronie. Od razu wyczuł zmianę zapachów. Nadal go zaskakiwały te różnice, a niby wszyscy to koty. Pokręcił lekko łebkiem. W zasadzie było mu to zupełnie obojętne. Dla niego nie było różnicy czy ktoś nosił zapach klanu, czy nie, ważne, by się dogadać i tyle. Rozejrzał się po terenie, a gdy nie dostrzegł żadnego klanowicza, ruszył do celu podróży. Nie śpieszył się jakoś szczególnie, bo nie było takiej potrzeby. Po dłuższym spacerze w końcu usłyszał cichy szum wody. Uśmiechnął się zadowolony i nieco przyśpieszył. Dotarł do stawu i zawęszył. Wyczuł tu jakieś stworzonko, więc przyjął pozycję łowiecką i zaczął zbliżać się do celu. Poruszał się tak, jak uczył go ojciec, a gdy miał właśnie skoczyć i zatopić kły w stworzeniu, usłyszał szelest. Hałas spłoszył stworzonko, a niebieski się wyprostował. Skrzywił się nieznacznie, obserwując znikające futerko. Chwilę później obrócił pysk, a jego błękitne oczy zatrzymały się na rudej sierści pewnej kotki. Czyli to ona była powodem, dla którego stracił posiłek.
— Jaśnie pani wystraszyła mi obiadek, co ja teraz pocznę? — miauknął z teatralną dramaturgią. Zaraz jednak cicho się zaśmiał. Postąpił krok do przodu. Wpatrzył się w pomarańczowe ślepia Burzaczki.
— No, no oczka jak ma matula masz. Wspaniała to była kotka naprawdę — dodał. Czy przejmował się tym, jak kocica go odbierze? Niezbyt.

<Pożarowa Łapo? Obiad mi uciekł przez panią>