Dzień stworzenia rangi Jaśniejących Skrzydeł
– Jeszcze kilka razy przećwiczymy te manewry i będziesz walczyć jak prawdziwa wojowniczka! – zapewniła Jajeczną Łapę, wchodząc do obozu. Po chwili obie kotki przystanęły.
– Możesz już iść – poleciła rudej, końcówką ogona wskazując Kurzą Łapę, która siedziała przy legowisku uczniów. Uczennica uśmiechnęła się i odtruchtała w kierunku siostry. Wzorzysta Dal powiodła jeszcze za nią wzrokiem, zanim nie podeszła do gniazda ze zwierzyną, żeby wybrać sobie piszczkę. Podniosła jedną małą mysz. Nie była zbyt głodna, mała przekąska mogła jej wystarczyć. Złapała zwierzątko za ogon i przeniosła do miejsca przy ścianie jaskini naprzeciwko skalnych półek, gdzie spali wojownicy. Jadła mysz, rozglądając się po obozie. Widziała uczniów ćwiczących ze sobą walkę, kociaki ganiające się przed żłobkiem i wiele kotów, które tak jak ona spożywały właśnie posiłek po patrolu czy treningu. Jej uwagę przykuło jednak coś innego – ruda sylwetka wyłaniająca się z legowiska przywódcy. Lśniąca Gwiazda zaczął niespiesznym krokiem wchodzić na mównicę. Szybko przełknęła ostatnie kęsy zdobyczy i przysunęła się bliżej. Kiedy kocur zaczął mówić, jej myśli odbiegały do wspominanych kotów. Truskawkowe Pole – niby były przyjaciółkami, ale jakoś lżej jej się zrobiło, wiedząc, że już nie będzie musiała ciągle martwić się o balansowanie na granicy znajomości i profesjonalizmu. Pchełkowy Skok – nie rozmawiała z nią dużo, ale jakoś będzie jej brakować jej mordki na spotkaniach ich grupy znajomych. O ile do kolejnego takiego spotkania w ogóle dojdzie… Kiedy Źródlana Łuna została wyznaczona na następną zastępczynię, po prostu skinęła głową z uznaniem. Wtedy ponownie rozległ się głos przywódcy, który mimo swojego ciepła, potrafił wywołać u niej dreszcz niepokoju.
— Jednak zmiany nie kończą się na tym.
Słuchała dalszej przemowy jak zahipnotyzowana, mimo tego nadal nie mogła pozbyć się tego dziwnego odczucia, które zawsze tkwiło gdzieś z tyłu jej głowy.
– Psotny Nietoperzu, Postrzępiony Mrozie, Wzorzysta Dali, Skrzydlata Pogoni, Różencowe Serce… – zamarła na chwilę, kiedy usłyszała swoje imię – …wystąpcie.
Niepewnie przemknęła przez tłum i stanęła przed mównicą razem z resztą wywołanych.
— Mocą autorytetu przywódcy Klanu Klifu nadaję wam tytuły Jaśniejących Skrzydeł.
Wysiliła się na lekki uśmiech i spojrzała na resztę jaśniejących skrzydeł. Wszyscy cieszyli się z nowego tytułu, przynajmniej takie odnosiła wrażenie. W takim razie czemu ona czuła się… przytłoczona? Nigdy nie chciała być jakkolwiek blisko władzy. Kiedy jest się blisko przywódcy, można tylko sprowadzić na siebie kłopoty i zyskać wrogów. Nie chciała tego tytułu, “prestiżu” i nowych obowiązków. Chciała tylko spokojnie żyć w Klanie Klifu jako Wzorzysta Dal – zwykła wojowniczka. Niestety została wrzucona na głęboką wodę, a sama nawet nie była pewna czy potrafiła pływać.
***
– Twój bark ma się dobrze. Możesz już z niego korzystać tak jak wcześniej – oznajmiła Jagnięcy Ukłon na wizycie kontrolnej. Rzeczywiście jej bark miał się o wiele lepiej niż wtedy, kiedy wybiła go podczas patrolu kilka wschodów słońca temu. Uśmiechnęła się do medyczki.
– Dziękuję. Do zobaczenia innym razem! – pożegnała się i wyszła z lecznicy. Planowała teraz pójść na samotny spacer, ale podeszła do niej Źródlana Łuna.
– Lśniąca Gwiazda chce cię widzieć w swoim legowisku. Poczekaj na mnie przed wejściem. Muszę jeszcze kogoś znaleźć.
Skinęła głową, starając się stłumić w sobie niepokój. Niestety nie wychodziło jej to ani trochę. Wezwanie do stawienia się w leżu lidera było gdzieś na szczycie jej góry lęków. Mimo tego posłusznie poszła we wskazanym jej kierunku. Kiedy weszła pomiędzy przypominające kły bestii stalagnaty, przeszedł ją dreszcz. Na miejscu siedział już Skrzydlata Pogoń – jeden z jej bliższych znajomych od czasu stworzenia nowej rangi. Jeżeli nie siedziała gdzieś samotnie, to tylko z nim i Różeńcem. Zawsze wychodziło to trochę przypadkowo, ale zdążyła przyzwyczaić się do ich towarzystwa. Było to lepsze niż samotność, czy okazjonalne rozmowy z Konwalijką, której przez odmienne przynależności nie mogła tak dużo mówić. Niestety po ogłoszeniu ciąży Psotnego Nietoperza przez dość długi czas były to jej jedyne opcje.
– O co może chodzić? – zapytała głosem, który był na skraju zmienienia się w drżący.
– Pewnie o wygnanie Gąsienicowego Ogryzka – miauknął czarno-biały. No tak. Ta jedna zapowiedziana misja, w której tak bardzo nie chciała uczestniczyć. Miała na jej temat złe przeczucie, jakby wiedziała, że coś musi pójść nie tak. Niestety mało miała w tej sprawie do gadania. Słowo przywódcy było rozkazem dla każdego wojownika, a szczególnie jaśniejącego skrzydła. Wtedy do ich dwójki dołączył Różeńcowe Serce razem z zastępczynią. Ta ogłosiła ich przybycie Lśniącej Gwieździe, po czym zostawiła ich samych. Wojownicy zajęli miejsca dość blisko przywódcy, ona zaś pozostała przy wejściu. Miała nadzieję, że nie zostanie to odebrane negatywnie. Chociaż w tym momencie dużo bardziej martwiła się ukryciem stresu. Końcówka jej ogona drżała, a ona sama ledwo powstrzymywała swoje futro od najeżenia się. Nie była też w stanie patrzeć liderowi w oczy. Co chwilę uciekała wzrokiem w kierunku łap swoich, czy jego. “Tylko nie wysuwaj pazurów, tylko nie wysuwaj pazurów” powtarzała w myślach jak mantrę, mając nadzieję, że to zadziała. Przez cały ten stres i skupienie, by wyglądać jak najspokojniej, słyszała tylko niektóre słowa rudego. Mieli wygnać Gąsienicowego Ogryzka. Czyli Skrzydlata Pogoń zgadł. Wyruszali za kilka wschodów słońca… mieli go doprowadzić aż do siedliska dwunożnych. Trochę daleki cel, ale skoro więzień dopuścił się tak haniebnych czynów… Nie chciała o tym myśleć. Szybko przerzuciła uwagę na mgliste wspomnienia swojej drogi z betonowego świata na tereny Klanu Klifu. Nie była pewna absolutnie wszystkiego, ale to chyba musiało wystarczyć. W końcu chyba tylko ona ze składu patrolu kiedykolwiek była w mieście. Zmiana tonu Lśniącej Gwiazdy wyrwała ją ze wspomnień.
— Dlatego nie możecie mu ufać — powiedział ciszej. — Ani przez jedno uderzenie serca.
Przywódca przeleciał po nich wzrokiem.
— A jeśli uznacie, że zamierza uciec... jeśli spróbuje zwrócić się przeciwko wam lub narazi któregokolwiek z was na niebezpieczeństwo…– zapauzował. — Natychmiast pozbawcie go życia.
Przełknęła ślinę na tę myśl. Oby nie musieli tego robić. Nigdy nie wybaczyłaby sobie, gdyby jej łapy zbrukała krew.
***
To był ten dzień. Zeszłego wschodu słońca dostali dodatkowe informacje od przywódcy. Wtedy powiedział im dokładny czas akcji – następnego dnia w nocy. Poinformował ich również o wyznaczeniu tej nocy na strażnika obozu Postrzępionego Mrozu, która nie powinna ich zatrzymywać. Pomimo tych wszystkich ustaleń nie czuła się ani trochę pewniej. Wręcz przeciwnie, każda wzmianka o ich zadaniu sprawiała, że jej stres tylko się napędzał. Kiedy miała zasnąć, by złapać choć trochę odpoczynku przed długą wędrówką, leżała tylko na posłaniu. Wszelkie próby zwijania się w coraz ciaśniejszy kłębek nie pomagały. Nie mogła nawet poprosić medyków o ziarna maku, bo czuła, że zapytana o wyjaśnienie pęknie i powie coś, czego nie powinna. W końcu udało jej się odpłynąć ze zmęczenia spowodowanego zamartwianiem się tym wszystkim. Nie spała długo. Miała wrażenie, że praktycznie od razu poczuła delikatne szturchnięcie Różeńcowego Serca. Nie potrzebowała czasu na rozbudzenie się. Adrenalina sprawiła, że od razu stanęła na nogi i cicho zeszła za innymi z półek wojowników. Wszelkie cienie odgłosów ich kroków szybko zniknęły w szumie wodospadu, gdy wymienili się skinieniami głowy z Postrzępionym Mrozem i wyszli z obozu. Niedługo dotarli do jaskini więźnia. Patrol zatrzymał się przed nią. Do środka wszedł tylko Skrzydlata Pogoń. Dzięki światłu księżyca widziała zarys sylwetki wojownika, gdy ten pochylił się nad śpiącym więźniem. Chwilę później usłyszała cios. Bez pazurów, ale taka pobudka musiała boleć. Na ten dźwięk połączony z sykiem więźnia wzdrygnęła się.
– Co się dzieje? – usłyszała ciche przerażone miauknięcie.
– Idziesz z nami – warknął czarny, po czym, kiedy tylko cętkowany wstał, popchnął go w kierunku wyjścia.
– To nie moja wina! Zostałem wrobiony! – pisnął żałośnie Gąsieniczek, próbując odzyskać równowagę.
– Zamknij pysk wronia strawo! – syknął pomarańczowooki, wysuwając pazury, które błysnęły w świetle księżyca. Wydawało jej się, że zobaczyła, jak po policzku więźnia spływają łzy, ale ten już nic nie powiedział. Wyszedł z jaskini, nawet nie próbując uciec. I tak nie miał jak, bo ona wraz z Różeńcem odgradzali mu drogę. Kocury z patrolu dopadły więźnia, otaczając go z dwóch stron tak, żeby móc zareagować od razu w przypadku próby ucieczki. Ona wysunęła się na prowadzenie i zaczęli iść w stronę granicy. Przez jej ciało co chwilę przechodziły dreszcze, nie była pewna czy ze stresu, czy z powodu zimnego wiatru. W końcu poczuła gryzący smród drogi grzmotu. Zatrzymali się na jej skraju i poczekali, aż nadarzy się odpowiedni moment, by ją przekroczyć. Ta chwila trwała pewnie zaledwie kilka uderzeń serca, ale dla niej była to wieczność. W tym momencie wszystko mogło pójść źle. Wystarczyłoby, żeby Gąsieniczkowy Ogryzek spróbował uciec w czasie przekraczania drogi, a nie tylko on skończyłby pod kołami potworów.
– Teraz! – krzyknęła i zaczęła biec. Twarda nawierzchnia obcierała poduszki jej łap, dopóki nie stanęła znów na trawie po drugiej stronie. Obejrzała się za siebie. Wszyscy dotarli w jednym kawałku. Westchnęła cicho z ulgą. Nie było jednak czasu na uspokojenie oddechu. Musieli jak najszybciej wykonać zadanie i wrócić do obozu. Patrol podążał dalej brzegiem drogi grzmotu.
***
tw: okaleczenie, krew
Nie minęło długo, zanim nie dostrzegli jasnych świateł ulicznych latarni. Wzorzysta Dal ucieszyła się, kiedy w końcu weszli pomiędzy domostwa dwunożnych. To był już koniec. Mogli go teraz po prostu tu zostawić i wrócić do obozu. Stanęła na chodniku, pozwalając, by Skrzydlata Pogoń, Różencowe Serce i Gąsieniczkowy Ogryzek ją wyprzedzili. Obróciła się gotowa, by rozpocząć drogę powrotną gdy nagle usłyszała zduszony okrzyk. Momentalnie przygotowała się do walki i ponownie obróciła się w kierunku kocurów. Ku jej zdziwieniu, to nie żaden z jaśniejących skrzydeł był źródłem dźwięku, a Gąsieniczkowy Ogryzek, który teraz leżał przyszpilony do ziemi przez liliowego. Zanim zdążyła zorientować się, co się dokładnie wydarzyło, zobaczyła, jak Skrzydlata Pogoń bierze zamach i celuje dokładnie w oczy niebieskiego. Patrzyła, jak jego pazury rozdzierają tkankę wrzeszczącego i wyrywającego się więźnia. Krew leciała dużymi strumieniami z pyska Gąsieniczka i spływała tuż pod ich łapy. Wojownicy odeszli od rannego, nadal krzyczącego kocura. Ona zaś nie była w stanie się ruszyć. Po prostu tam stała i patrzyła z niedowierzaniem, jak jej koledzy z legowiska patrzą bez współczucia na kota, którego przed chwilą pozbawili wzroku. Czuła jak łapy trzęsą się pod nią, kiedy szkarłatna posoka spłynęła pod jej przednie nogi. Jednak nie płakała. Nie widziała powodu. Pomimo bycia świadkiem czegoś, co uważała za barbarzyństwo, nie czuła potrzeby uronienia ani jednej łzy. Nie była smutna, po prostu nie rozumiała. Co w tym dziwnego? Nie czuła nawet potrzeby pomóc cętkowanemu, kiedy widziała, jak go atakują. Wyraziła na to zgodę. Klifiacy popatrzyli na nią.
– Wzorzysta Dali, wszystko w porządku? – zapytał Różeńcowe Serce. Teraz widziała w nim zmartwienie, troskę. W Skrzydle z resztą podobnie. Nadal byli sobą. Nie zmienili się ani trochę. W takim razie… od początku tacy byli? Skoro tak, to chyba nie powinno jej to przeszkadzać… prawda? Otrząsnęła się.
–...Tak. Wszystko… w porządku – miauknęła cicho, podnosząc jedną łapę, z której spadła kropelka krwi. Popatrzyła na nią jeszcze jak zahipnotyzowana i wzdrygnęła się, po czym odwróciła się w kierunku, z którego przyszli.
– Chodźmy już.
Kiedy tej nocy opuszczali betonowy świat ich futro zaczął moczyć deszcz. Lecz ona wiedziała jedno – jej “niewinne” łapy na zawsze pozostaną splamione krwią, której nie może zmyć.
Wyleczeni: Wzorzysta Dal