“Koniec tego dobrego. Trójoki Zając to nic innego jak mysia strawa. Żaden z jego uczniów nie wyrośnie na godnego członka Klanu Klifu. No może z wyjątkiem mnie. Ja zawsze mierzyłem wyżej niż ta wypluwka” – pomyślał.
— Nie — oznajmił uczeń, nawet się nie krępując. — Miały być trzy wschody słońca, dziś mija drugi — zauważył, po czym odwrócił wzrok od Bukowej Korony, jakby chcąc go zbyć.
— Jak dobrze, że to ty o tym decydujesz — burknął srebrny, marszcząc brwi. Już widać było, że się temu dzieciakowi w głowie poprzewracało. Tak właśnie wygląda to całe bezstresowe wychowanie! Buk od zawsze wiedział, że Królicza Bujda nie będzie dobrym ojcem. Nie popisywał się swoimi umiejętnościami ojcowskimi ani wtedy, gdy żyli w siedlisku, ani teraz.
— Ty o tym zdecydowałeś. Ja tylko się tego trzymam — odparł Zszarzała Łapa, wciąż nawet nie zwracając wzroku w stronę wojownika.
Jednooki strzepnął ogonem z frustracją. Dlaczego trafił mu się taki uparty uczeń? Judaszowcowa Gwiazda z całą pewnością nie przemyślała swoich wyborów. Ale czego można oczekiwać od ponad stu księżycowego staruszka? Klan Klifu potrzebował nowego lidera – potrzebował Bukowej Gwiazdy.
— Dzieci i ryby głosu nie mają — stwierdził w końcu czekoladowy, po czym zadarł subtelnie brodę i zmrużył ślepie. — Nie pyskuj, tylko bierz swój zad poza azyl Klanu Klifu. Chyba że mam wszystkim powiedzieć, że z ciebie leniwa kupa futra — kontynuował, mierząc ucznia zirytowanym wzrokiem.
W końcu Zszarzała Łapa przewrócił oczami i, chyba nie chcąc już więcej słuchać głosu Bukowej Korony, ruszył w ciszy do wyjścia. Srebrny zauważył jeszcze, że jego uczeń posłał swojej siostrze spojrzenie mówiące coś w stylu: “Błagam, zabierz mnie od tego mysiego bobka”. Jednak dla własnego dobra zdecydował się to zignorować. Nie będzie go tu jakiś bezmózgi młodzieniec rozjuszał.
Wspólnie wyruszyli w stronę Kaczego Bajorka. Buk już uśmiechał się pod nosem na myśl, że przyjdzie mu opowiedzieć temu krnąbrnemu dzieciakowi o swoim osiągnięciu. Wtedy jeszcze był w swojej szczytowej formie, lecz teraz, po stracie jednego oka… szkoda gadać. Opłakiwał swoją gałkę oczną, jakby była jego martwą partnerką! Jednak czy można się mu dziwić? W końcu co to za wojownik z jednym okiem? Zdawało mu się, że po ataku tej mewy znacznie gorzej mu się polowało, a wszystkie zwinne ruchy wymagały od niego jeszcze większego skupienia uwagi. Ale czy przyznałby się do tego przed kimkolwiek innym? Nie.
Gdy w końcu dotarli do miejsca docelowego, Bukowa Korona zatrzymał się przy rosnących tu tatarakach i z tęsknotą spojrzał w niebo.
— Słuchaj lepiej i podziwiaj — mruknął, zwracając się do Zszarzałej Łapy. — To właśnie tu stoczyłem honorową walkę z dorosłą kaczką — wyjaśnił, rozglądając się po Kaczym Bajorku. — Gdy w Klanie Klifu panował głód, zawalczyłem o młode kaczątko, by tacy jak ty mieli czym brzuchy napełnić — prychnął, kręcąc powoli głową.
— Żadne mi to osiągnięcie — wtrącił uczeń, wyraźnie niewzruszony. — Kto by nie potrafił upolować młodej ka-
— Cisza! — przerwał mu. — Nie chodzi o samą zdobycz, lecz o to, co musiałem zrobić, by ją posiąść! — oburzył się czekoladowy. — Ale tacy jak ty tego nie rozumieją. Nigdy nie zrozumieją. Dlatego nie będzie z was dobrych łowców, ale… mogę chociaż spróbować uczynić z ciebie kogoś porządnego. O ile będziesz się słuchał — tłumaczył.
— Tsss… Chciałbyś! Lepiej zacznij mnie trenować, bo jak na razie ci się ku temu nie śpieszy. Kraczesz tu jak jakaś wrona, zamiast robić coś pożytecznego — upomniał się Zszarzała Łapa.
Bukowa Korona przewrócił okiem i zawęszył w powietrzu. Udało mu się wyczuć w pobliżu królika.
— Skoroś taki mądry, to idź i zapoluj na uszaka. Zobaczymy, ile ci już pokazał ten twój genialny Trójoki Zając.
Wrócił właśnie do legowiska wojowników po kolejnym treningu ze Zszarzałą Łapą i już chciał położyć się na swoim posłaniu, gdy nagle w jego głowie echem zaczęło odbijać się czyjeś kasłanie. Zmarszczył nos i spiął mięśnie, czując, że zaraz udusi kota, który tak tu charlał. Gdy się jednak odwrócił, jego oczom ukazała się niebieska, rozzłoszczona kocica. Jego partnerka wyglądała, jakby lada moment miała rzucić mu się z pazurami do gardła.
— Znowu ci coś nie pasuje? — rzucił zirytowany.
Ostatnio ich związek pełen był gniewu i goryczy. Buk od zawsze wiedział, że partnerstwo z Foczą Falą nie wyjdzie mu na dobre. Niebieskofutra tylko go dobijała po dniu, który i tak był ciężki przez obowiązek użerania się z tym rybim flakiem.
— Tak! Nie pasuje, że w ogóle się o mnie nie troszczysz! — syknęła Foka, odwracając głowę od wojownika w oburzeniu. — Od samego rana boli mnie głowa i musiałam nawet zrezygnować z pójścia na patrol, a ty nawet nie raczysz mnie zapytać, czy dobrze się czuję! — awanturowała się dalej.
— Ale skoro boli cię głowa, to oczywiste, że nie czujesz się dobrze. Jaki jest więc sens pytać? — rzucił poirytowany.
— Bo tak robią koty, które są w sobie zakochane! — kontynuowała, jeżąc futro na grzbiecie. — Zachowujesz się jak lisie serce, a nie jak mój partner!
Bukowej Koronie niemal puściły nerwy. Zmierzył niebieskooką rozgniewanym spojrzeniem, lecz zaraz potem wziął głęboki wdech, próbując się uspokoić. Kotka miała rację, ale dobrze wiedziała, jak Buk zachowuje się w relacjach. Przecież nie poznała go wczoraj. A jeśli jej to nie pasowało, to dlaczego w ogóle wyznawała mu miłość?
— Dobra, dobra. Pójdziemy razem do medyczek, co ty na to? — zaproponował, chcąc wreszcie załagodzić sytuację. Nie potrzebował burzącej się partnerki, tylko odpoczynku.
Focza Fala wymamrotała coś pod nosem, lecz mimo wszystko podniosła się z miejsca i niemal przykleiła do boku Bukowej Korony. Pomarańczowooki zacisnął szczękę i bez słowa ruszył z kotką w stronę lecznicy.
Gdy dotarli na miejsce, niebieska odłączyła się od niego i weszła do środka. On natomiast przekroczył próg przednimi łapami, lecz tylnymi wciąż pozostał poza legowiskiem, jakby obawiał się, że wejście tam w pełni odbierze mu męskość.
Okazało się, że wojowniczka dostała gorączki. Jednak dzięki pomocy Jagnięcego Ukłonu udało się ją zwalczyć.
W połowie drogi zaczęło się ochładzać. Niebo przybrało bardziej szarawe barwy, a chmury wnet nagromadziły się nad głowami wędrujących kotów. Zerwał się silny wiatr, aż w końcu na nos Buka spadła pierwsza kropelka wody. Odbiła się od niego z pluskiem, pozostawiając po sobie chłód, który podczas tak ciepłego dnia był niczym zbawienie.
— Zaraz się na dobre rozpada, powinniśmy się sprężać — oznajmił wojownik, przyspieszając kroku.
Gdy dotarli w pobliże morza, okazało się, że przy brzegu kręcą się wysokie, łyse i wyprostowane istoty, w klanach nazywane Dwunożnymi. Zdawali się być w pośpiechu, a między ich palcami co jakiś czas migały najróżniejsze przedmioty, które później znikały w kolorowych, skórzanych gniazdach.
Bukowa Korona obserwował ich z zaciekawieniem i nawet nie zauważył momentu, w którym jeden z młodych wyprostowanych nagle stanął jak wryty, wpatrując się prosto w dwójkę Klifiaków.
Wyleczeni: Focza Fala

.png)