BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

06 listopada 2026

Od Wdzięcznej Firletki CD. Żywicznej Łapy (Żywicznej Kropli)

Zerknęła kątem oka na bratanicę znad zioła w jej pysku. Gorzki smak rozpłynął się po jej języku.
— Na pewno będzie to mniej bolesne — uniosła brew — niż gdybyś miała całkowicie oślepnąć.
Żywica z niechęcią przysunęła się z powrotem do niej.
— Dobrze... rób co musisz. Tylko szybko, proszę.
Przysunęła się bliżej młodej kotki, ujmując jej pyszczek w jedną łapę, a drugą poprawiając przeżute zioło między zębami.
— Postaraj się nie ruszać głową…
Uchyliła powieki opuchniętego oka palcami.
— Dobra — wymamrotała, nic nie robiąc sobie z niepewnego wzroku Żywicy, śledzącego jej ruchy. — Parę uderzeń serca i po wszystkim.

↠ₓ⊹❈⊹ₓ↞
Teraźniejszość…

Wrzosy pod ich łapami powoli na nowo nabierały kolorów. Trzy kocie sylwetki, majaczące wcześniej w porannej mgle, stanęły przed patrolem Klanu Burzy.
Zawodząca Gwiazda postąpił o krok do przodu, a ona za nim. Czereśnia wyszedł im na przeciw, z dwójką wojowników za plecami.
— Dobrze Cię widzieć, Czereśnio — miauknął dymny w stronę starszego kocura. — Wybacz, że poprosiłem o spotkanie z tak krótkim wyprzedzeniem. Jednak niektórzy członkowie mojego klanu — spojrzał z ukosa na Firletkę, która jedynie machnęła ogonem — nie chcieli dłużej z tym zwlekać.
Nie mogli dłużej z tym zwlekać, nie wiedząc, ile im czasu pozostało. Przeniosła spojrzenie na czekoladowego, który uprzejmie skinął głową sojusznikom.
— Ciebie również, Zawodząca Gwiazdo. Nic nie szkodzi, podejrzewam, iż chcecie omówić sprawę niecierpiącej zwłoki. A więc przejdźmy od razu do rzeczy.
Przywódca Owocowego Lasu zajął miejsce na polanie, a w jego krok z mniejszym lub większym zawahaniem poszła reszta zebranych.
— Dziękuję — odparł krótko Echo, po czym ruchem brody wskazał na nią. — Pozwolisz, że to Wdzięczna Firletka przejmie głos.
Uśmiechnęła się niemrawo, trochę ironicznie w stronę przyjaciela, po czym zwróciła swoją uwagę na drugiego lidera,
— Czereśnio — zaczęła, kątem oka widząc, jak Echo zajmuje miejsce tuż obok, a Śpiewający Raniuszek, którą wybrał jako obstawę, tuż za nimi. — Jak wcześniej było już wiadomo, jedno z dzieci Zawodzącej Gwiazdy i waszej szamanki objęło miejsce przyszłego medyka jako mój uczeń. Łzawa Łapa jednak — przerwała z westchnieniem — wykazała się brakiem dojrzałości i podjęła decyzję, której nikt nigdy nie kładłby w jej łapy.
Mimo rozmowy z Echem na temat tego, co powinna wyjawić władzy Owocowego Lasu, nadal się wahała. Przełknęła kwas napływający jej do pyska i niechętnie kontynuowała.
— Łzawa Łapa za moimi plecami współpracowała z innym kotem, aby podać jednemu z naszych współklanowiczów truciznę, by "zakończyć jego cierpienia", i , tym samym, zamordowała kota — oznajmiła, prostując się. — Straciła tym samym moje zaufanie i została pozbawiona roli mojej uczennicy. Parę wschodów słońca temu wbrew zakazowi opuściła obóz pod osłoną nocy i nie powróciła.
Milczała przez parę uderzeń serca.
— Nie jest to sprawa, w której tutaj przyszliśmy, jednak jest z nią ściśle związana, i- Uważam, że Purchawka ma prawo wiedzieć, czego dopuściła się jej córka i co się z nią stało.
Po pyskach Owocniaków spłynęła cała gama sprzecznych ze sobą emocji. Czereśnia zastrzygł uszami i nieznacznie wyprostował grzbiet.
— To straszne — miauknął po paru uderzeniach serca. — Mam nadzieję, że chociaż Milknący Zew spisuje się jak należy, będąc przedstawicielem miotu sojuszniczego.
Zawodząca Gwiazda, który do tej pory spoglądał w dal, jak gdyby przygnieciony wstydem za działania własnej córki, nieznacznie skinął głową.
Wiedziała, że Echo poniekąd wini się za czyny Łzawej Łapy. Nie dziwiła się mu. Sama słyszała, jak młoda kotka narzekała na brak uwagi z jego strony, bądź sam fakt, że ta uwaga skierowana była również na jej brata. Nie trudno było nawet jej dojść do takiej wersji wydarzeń, w której może to on nieświadomie przyłożył łapę do morderstwa. Próbowała przemówić mu do rozsądku, ale niektóre rzeczy lepiej było przetrawić we własnym czasie.
Czekoladowy obrzucił go spojrzeniem przez parę uderzeń serca, po czym schylił łeb.
— Niestety u nas również zniknęła Psianka — dodał — będąc porwaną przez Dwunożnych w trakcie potajemnej wyprawy z naszym jednym zwiadowcą...
Przekręciła lekko głowę na te słowa. Czy Czereśnia w ten sposób próbował okazać sympatię? Dzieląc się własną tragedią? Kocur podniósł na nią wzrok.
— Oczywiście, poinformuję Purchawkę o tym zajściu — zapewnił po chwili. — Jak dobrze pamiętam to zostałaś sama, Wdzięczna Firletko, z leczeniem Burzaków?
Skinęła głową i ponownie uchyliła pysk.
— W rzeczy samej — odparła. — Niedawno na świat przyszła dwójka kociąt, z których jedno planuję przyjąć na mojego ucznia, jeżeli okaże się godne tej roli. Jednak wszyscy, łącznie ze mną, są świadomi tego, że długo po tym świecie stąpać już nie będę.
Odchrząknęła.
— Nie mogę nikomu zagwarantować tego, że Klan Gwiazdy nie zdecyduje się zabrać mnie do siebie, zanim ów uczeń zakończy trening. Chcielibyśmy więc prosić o pomocną łapę — tu spojrzała na Zawodzącą Gwiazdę, który jej przytaknął — i możliwość kontynuowania nauki wśród waszych uzdrowicieli, gdyby zaszła taka potrzeba.
Czereśnia skinął głową nim zdążyła dokończyć zdanie,
— Oczywiście — miauknął krótko. — Jeśli faktycznie będzie trzeba, to uczeń będzie mógł kontynuować nauki u nas.
Zamyślił się na moment.
— Ale skoro na obecny moment zostałaś sama, to mogę Ci zaproponować — kontynuował — by ktoś z medyczną wiedzą przeniósł się do was. U nas jest ranga stróżów, kotów, które posiadają szkolenie medyczne i wojownicze. Zapewne dwójka takich kotów zdecydowanie Cię odciąży.
Delikatny uśmiech wstąpił na jej pysk. Zerknęła kątem oka na Echo, przekręcając pysk w niemym pytaniu. Przywódca, ocknąwszy się, zamrugał i podniósł łeb. Ruchem podbródka przytaknął Firletce, po czym spojrzał na Czereśnię.
— Klan Burzy był by wdzięczny — miauknął i strzepnął ogonem. — Jeżeli owi stróże byli by zadowoleni ze zmiany przynależności, oczywiście. Nie chcielibyśmy oddzielać nikogo od rodziny czy przyjaciół.
— Poziomka zapewne lepiej się odnajdzie w Klanie Burzy ze względu na waszą wiarę w Gwiezdnych, niżeli we Wszechmatkę. Jedyną rodziną Miodunki jest Purpura, jego partnerka oraz niedawno narodzone dzieci. Jeśli jednak by chciała się z nimi widywać to nic nie stoi na przeszkodzie, by czasem odwiedzała nasz obóz.
Echo uśmiechnął się lekko.
— W takim razie zadbamy, aby poczuli się u nas jak najlepiej, oraz mieli wystarczająco wolnego czasu pomiędzy obowiązkami, by móc złożyć wizytę w rodzinnym domu.
Przywódca Owocowego Lasu skinął głową.
— Kiedy mają się stawić w waszym obozie?
— O świcie — odparł dymny — za dwa wschody słońca?
— Dobrze. Nasi wojownicy będą na nich czekać.
Napięcie, które towarzyszyło jej od momentu wyjścia z pomysłem zasięgnięcia pomocy u sojuszników ustąpiło. Owinęła łapy ogonem, spoglądając na Śpiewający Raniuszek, podczas gdy lider skłonił łeb i obdarował czekoladowego uśmiechem.
— Załatwianie z Tobą spraw to istna przyjemność, Czereśnio.
— Korzystaj, Zawodząca Gwiazdo — mruknął lekkim tonem drugi przywódca — póki jeszcze stąpam po tych terenach.

↠ₓ⊹❈⊹ₓ↞

Dwójka kotów stanęła po środku obozu Klanu Burzy. Rozglądali się z mniejszą lub większą ciekawością, chłonąc widok obrośniętych mchem sufitów i udekorowanych malunkami ścian jaskini.
— Klanie Burzy!
Wzrok wszystkich zebranych skierował się na Zawodzącą Gwiazdę. Kocur stanął na jednym z podwyższeń z przodu Groty Pamięci i skinął łbem w kierunku nowo przybyłych.
— W ramach współpracy z Owocowym Lasem — rozpoczął — Czereśnia wyciągnął do nas pomocną łapę w postaci dwójki kotów o podwójnym wykształceniu; i tym wojownika, jak i medyka. Poziomka i Miodunka. W czasie, w którym Wdzięczna Firletka pozostała w lecznicy sama, każda wiedza i umiejętności będą przydatne, by utrzymać nasz klan przy dobrym zdrowiu i samopoczuciu.
Firletka przytaknęła przyjacielowi ze swojego miejsca. Obrzuciła dwójkę Owocniaków spojrzeniem, uśmiechając się do szylkretowego kocura, który spotkał się z nią spojrzeniem.
— Jestem wdzięczny waszej społeczności za ten gest — Echo zwrócił się do wcześniej wymienionych. — Zrobimy co w naszej mocy, by przyjąć was godnie, i postaramy się, abyście zawsze mieli szansę odwiedzić rodzinę w waszym pierwotnym domu. Na ten moment Skrzydlata Płomykówka znajdzie wam miejsce w legowisku wojowników, jednak, gdyby grono tej klanowej asysty się powiększyło, lub nastąpiłaby inna taka potrzeba, zostanie wam zapewnione osobne, dostatecznie duże miejsce.
Przywódca obrzucił wzrokiem cały klan, po czym uśmiechnął się.
— Witajcie w Klanie Burzy.

↠ₓ⊹❈⊹ₓ↞

Od ścian legowiska medyka odbijały się szmery liści i futer. Popołudniowe światło wpadało do środka, kąpiąc obecne tam koty w ciepłym blasku.
— Dobrze — rozpoczęła, machnąwszy ogonem. — Miodunko. Poziomko.
Dwójka kotów przeniosła na nią swój wzrok.
— Czas na mały rekonesans.
Wstała z miejsca, krzywiąc się na ból w biodrach, i podeszła do wgłębienia, w którym leżały posortowane zioła. Odsunęła kawałek kory, chroniący je od wilgoci, i zawęszyła.
— Muszę się dowiedzieć, co umiecie, czego nie — kontynuowała, wyciągając parę podeschniętych łodyg. — Na jakim poziomie jest wasza wiedza. Abym mogła odpowiednio do niej przydzielać wam zadania.
Z uśmiechem na pysku powróciła do parki z pęczkiem ziela do przepatrzenia i posortowania.
— I, oczywiście, nie będziemy przy tym marnować czasu na samą rozmowę-
— Ciociu?
Przerwała i zwróciła pysk w stronę wejścia. Sylwetka Żywicznej Kropli wsunęła się do środka; wojowniczka zlustrowała wzrokiem obecną asystę i zatrzymała się.
— Czy to zły moment?
— Nie, nie, wejdź — Firletka pokręciła łbem, ruchem łapy przywołując bratanicę do siebie. — Coś się stało? Podejdź tu no.
Ruda wykonała polecenie, kuśtykając w stronę medyczki.
— Kolec w łapie — przyznała, chyląc łeb pomiędzy barkami. — Właśnie wróciłam z patrolu.
— W końcu coś, co nie zdążyło się zamienić jeszcze w infekcję pełną ropy — wymamrotała kocica, trzepiąc lekko kotkę po uchu końcówką ogona. Podniosła jej łapę, gdy tylko ta usiadła. — Nie można tak za każdym razem?
Żywica uśmiechnęła się ze skruchą.
— Trzymaj łapę do góry — poleciła krótko, oglądając winny kolec. Pochyliła pysk nad raną. — Chwila i już go nie będzie. A wy, proszę, opowiadać mi o swoim treningu.


<Żywico?>

wyleczona: Żywiczna Kropla

Od Purpury

༺═──────────────═༻
Szczytowanie Słońca, teren
Klanu Burzy przy granicy
z Owocowym Lasem
༺═──────────────═༻

Miało nastąpić kolejne spotkanie dwójki liderów. Purpurę już nawet nie dziwił fakt, iż starszy to właśnie jego wybiera jako towarzysza. Co inne pewnie myślał Guziczek, który po raz pierwszy miał możliwość uczestniczenia w sojuszniczym spotkaniu. Te zwykle odbywały się na wrzosowiskach, tych niewielkich należących do Klanu Burzy, lub znacznie bardziej rozległych Owocowego Lasu.
Kiedy tylko słońce powoli zbliżało się do osiągnięcia najwyższej pozycji, Czereśnia wraz z wybraną dwójką wyruszył z bezpiecznego azylu. Niektórzy Owocniacy odprowadzili ich wzrokiem, będąc zapewne ciekawymi, dokąd to zmierza ich lider z niewielką obstawą.
Aż do samego momentu dotarcia na tereny Klanu Burzy nie było wiadomo, w jakiej sprawie Zawodząca Gwiazda poprosił o tak pilne spotkanie. Ledwo przekroczyli bezpiecznie Drogę Grzmotu, a już wśród odżwyających wrzosów rysowały się trzy sylwetki kotów, oczekujących na ich przybycie. Na czele oczywiście stał sam lider Burzaków, a po jego bokach były obecne dwie szylkretki — jedna już była znana Purpurze, gdyż ostatnim razem również zaszczyciła ich swoją obecnością. Drugą natomiast pierwszy raz widział na oczy, lecz intensywna woń ziół nakierowało go to, iż zapewne musiała być medyczką w klanie.
Dymny, kiedy tylko ujrzał patrol Owocowego Lasu, skinął łbem na ich powitanie.
— Dobrze Cię widzieć, Czereśnio — miauknął w stronę starszego kocura. — Wybacz, że poprosiłem o spotkanie z tak krótkim wyprzedzeniem. Jednak niektórzy członkowie mojego klanu. — Spojrzał z ukosa na Firletkę, która jedynie machnęła ogonem. — Nie chcieli dłużej z tym zwlekać.
— Ciebie również, Zawodząca Gwiazdo. Nic nie szkodzi, podejrzewam, iż chcecie omówić sprawę niecierpiącej zwłoki. A więc przejdźmy od razu do rzeczy — mruknął Czereśnia, zasiadając pomiędzy wrzosami, co uczyniła również pozostała dwójka Owocniaków.
— Dziękuję — odparł krótko czarnofutry, po czym ruchem brody wskazał na medyczkę. — Pozwolisz, że to Wdzięczna Firletka przejmie głos. — Wspomniana kotka uśmiechnęła się lekko i podniosła spojrzenie na przywódcę Owocniaków.
— Czereśnio — zaczęła. — Jak wcześniej było już wiadomo, jedno z dzieci Zawodzącej Gwiazdy i waszej szamanki objęło miejsce przyszłego medyka jako mój uczeń. Łzawa Łapa jednak… — przerwała z westchnieniem. — Wykazała się brakiem dojrzałości i podjęła decyzję, której nikt nigdy nie kładłby w jej łapy. Łzawa Łapa za moimi plecami współpracowała z innym kotem, aby podać jednemu z naszych współklanowiczów truciznę, by "zakończyć jego cierpienia", i , tym samym, zamordowała kota. — oznajmiła, prostując się. — Straciła tym samym moje zaufanie i została pozbawiona roli mojej uczennicy. Parę wschodów słońca temu wbrew zakazowi opuściła obóz pod osłoną nocy i nie powróciła. — Milczała przez parę uderzeń serca, jakby opowiadane wydarzenie ciągle w niej żyły. — Nie jest to sprawa, w której tutaj przyszliśmy, jednak jest z nią ściśle związana, i- Uważam, że Purchawka ma prawo wiedzieć, czego dopuściła się jej córka i co się z nią stało.
— To straszne, mam nadzieję, że chociaż Milknący Zew spisuje się, jak należy, będąc przedstawicielem miotu sojuszniczego. Niestety u nas również zniknęła Psianka, będąc porwaną przez Dwunożnych w trakcie potajemnej wyprawy z naszym jednym zwiadowcą... Oczywiście poinformuje Purchawkę o tym zajściu — odparł, przerywając na chwilę swą wypowiedź. — Jak dobrze pamiętam to zostałaś sama Wdzięczna Firletko z leczeniem Burzaków?
Skinęła głową.
— W rzeczy samej — odparła. — Niedawno na świat przyszła dwójka kociąt, z których jedno planuję przyjąć na mojego ucznia, jeżeli okaże się godne tej roli. Jednak wszyscy, łącznie ze mną, są świadomi tego, że długo po tym świecie stąpać już nie będę — odchrząknęła. — Nie mogę nikomu zagwarantować tego, że Klan Gwiazdy nie zdecyduje się zabrać mnie do siebie, zanim ów uczeń zakończy trening. Chcielibyśmy więc prosić o pomocną łapę. — Spojrzała na Zawodzącą Gwiazdę, który jej przytaknął. — I możliwość kontynuowania nauki wśród waszych uzdrowicieli, gdyby zaszła taka potrzeba.
— Oczywiście, jeśli faktycznie będzie trzeba, to uczeń będzie mógł kontynuować nauki u nas. Ale skoro na obecny moment zostałaś sama, to mogę ci zaproponować, by ktoś z medyczną wiedzą przeniósł się do was. U nas jest ranga stróżów, kotów, które posiadają szkolenie medyczne i wojownicze. Zapewne dwójka takich kotów zdecydowanie cię odciąży.
Delikatny uśmiech wstąpił na pysk szylkretki, kota widocznie była bardzo wdzięczna za propozycję aż dwójki Owocniaków, którzy wesprą ją medycznie. Zerknęła kątem oka na Echo, przekręcając pysk w niemym pytaniu. Kocur po chwili na nowo zabrał głos:
— Klan Burzy byłby wdzięczny — miauknął i strzepnął ogonem. — Jeżeli owi stróżowie byliby zadowoleni ze zmiany przynależności, oczywiście. Nie chcielibyśmy oddzielać nikogo od rodziny czy przyjaciół.
— Poziomka zapewne lepiej się odnajdzie w Klanie Burzy ze względu na waszą wiarę w Gwiezdnych, niżeli we Wszechmatkę. Jedyną rodziną Miodunki jest Purpura, jego partnerka oraz niedawno narodzone dzieci. Jeśli jednak by chciała się z nimi widywać, to nic nie stoi na przeszkodzie, by czasem odwiedzała nasz obóz.
— W takim razie zadbamy, aby poczuli się u nas jak najlepiej, oraz mieli wystarczająco wolnego czasu pomiędzy obowiązkami, by móc złożyć wizytę w rodzinnym domu — odparł z lekkim uśmiechem.
Dymny skinął głową.
— Kiedy mają się stawić w waszym obozie?
— O świcie, za dwa wschody słońca?
— Zgoda. O świcie za dwa wschody słońca przybędą tutaj wraz z niewielkim patrolem, by była pewność, że nim im się nie stanie w czasie pokonywania Drogi Grzmotu.
— Dobrze. Nasi wojownicy będą na nich czekać. — Uśmiechnął się i skłonił głowę. — Załatwianie z Tobą spraw to istna przyjemność, Czereśnio.
— Korzystaj Zawodząca Gwiazdo, póki jeszcze stąpam po tych terenach — zażartował, odwzajemniając uśmiech dymnego.

༺═──────────────═༻
Świt, dwa wschody
słońca później
༺═──────────────═༻

Czekoladowy lider chyba znalazł w liliowym kogoś na wzór powiernika. Kocur właśnie czekał wraz z Hiacyntem, aż dwójka stróżów wybranych dzień wcześniej, pożegna się z najbliższymi — nikt nie wiedział, kiedy nastąpi ich kolejne spotkanie, dlatego też Miodunka z łzami w oczach i babcinym ciepłem żegnała się z dziećmi wojownika. On sam niedługo zostanie postawiony w ich miejscu, w końcu po śmierci Czerwca, a później Smugi, Purpura był już jedynym, który jej pozostał. Od niedawna starsza miała jeszcze Kasztankę oraz aż czwórkę wnucząt, jednak to pręgowany będzie jej oczkiem w głowie.
W międzyczasie Poziomka wymieniał ostatnie słowa ze Śnieniem, Koniczyną, a także Drobinką, która dawniej była jego mentorką. Pomarańczowe ślepia kocura przez chwilę obserwowały te wszystkie pożegnania, dopóki ciężkie westchnienie nie opuściło pyska oczekującego. Niby ta dwójka stróżów miała aż dwa dni na to wszystko, lecz jak widać, wszyscy zwlekali do samego wymarszu. Point obok niego sam zdawał się powoli tracić cierpliwość, choć do tego mogła się przyczynić wczesna pora. Purpura sam, by chętnie pospał jeszcze trochę, jednak poprzedniego wieczoru Czereśnia wyznaczył jego oraz Hiacynta jak eskorta stróżów.
Kiedy tylko zostały wypowiedziane ostatnie słowa pożegnań, cała czwórka ruszyła ku niewielkim wrzosowiskom Klanu Burzy. Do samej Drogi Grzmotu podróż przebiegała bezproblemowo, gdyż to właśnie przy niej Poziomka zaczął się trząść, niczym targany bez najmroźniejszy wiatr. Zwiadowca ze srebrną sprawnie przeszli na drugą stronę, gdy była pewność, iż żaden Potwór nie zabije ich swoją prędkością. W tym czasie Purpura pozostał obok szylkreta, oczekując w ciszy, aż ten pokona swój lęk. Liliowy nie znał do końca losów Świetlików, lecz Śnienie kiedyś mu opowiadał o tym, jak przeprawiali się wzdłuż drogi, gdy nagle inni członkowie grupy zaczęli się przepychać. Wskutek tego niektórzy wylądowali pod łapami Potwora, doświadczając uszczerbku na zdrowiu.
— Pospieszcie się! — pogonił ich Hiacynt.
— Udław się gruszką! Ja tu mam problem, którego nie należy pospieszać — prychnął wojownik, przechodząc do uspokajania stróża, że jeśli będzie trzeba, to poczekają wystarczająco długo.
Finalnie i im się udało przeprawić na drugą stronę. Raptem paręnaście długości w głąb terenów czekała na nich niewielka eskorta Klanu Burzy. Śpiewający Raniuszek skinieniem głowy przywitała przybyłych, podobnie, jak Cyklonowe Oko. Wymienili się grzecznościowymi formułkami, aż do momentu, gdy Miodunka żegnała się z synem.
— Opiekuj się Kasztanką i waszymi dziećmi. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze was odwiedzić — wymruczała z kolejną falą łez w oczach.
— Na pewno, a jeśli nie, to sami się do ciebie pofatygujemy.
Srebrna otarła się o jego bok po raz ostatni, a następnie odeszła z dwójką Burzaków.

Nowi członkowie Pustki!


Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Starość

Odeszła do Pustki!

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Starość

Odeszła do Pustki!


Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Starość

Odszedł do Pustki!

04 listopada 2026

Od Dymówkowej Łapy CD. Skowronkowej Łapy (Skowronkowej Rozkoszy)

Dwa dni przed spotkaniem ze Skowronkiem

Dymówkowa Łapa wraz z Zanurzoną Łapą zebrały kilka ciekawych rzeczy, gdy ostatnio były na wspólnym spacerze. Rybitwa okazała się fajną koleżanką, przy której Dymówka nie musiała się obawiać, że ta ją wyśmieje. Porozmawiały na kilka tematów w tym zahaczyły o kwestię Migota. W odczuciu niebieskiej Zanurzona Łapa nie była z tych, co lubili tego kocura. Jeśli z kolei chodziło o samą przyszłą protektorkę, obawiała się wojownika. Wydawał jej się wredny, zepsuty do szpiku kości, a ponadto zadufany w sobie bardziej, niż Klan Gwiazdy, by na to pozwolił. Chociaż, czy nie pasowała tu raczej Mroczna Puszcza? Niezależnie od tego Migoczący był po prostu arogancki.
— Nie myśl o tym Dymówko, nie warto marnować na niego sił. Poza tym masz zadanie do wykonania — szepnęła bardzo cicho do siebie, odgarniając mech i biorąc trzy pióra plus łodygi. Położyła przedmioty przed sobą, a następnie zaczęła łapami ugniatać ogon w zamyśleniu. Przez chwilę im się po prostu przyglądała. Biel i ciemnobrunatny kolor połączony z zielenią pasował jej. Dobrze ze sobą kontrastowały, a do tego jasny kolor powinien być bardzo dobrze widoczny na ciemnym futrze przyjaciela. Właśnie z tą myślą szukała piór, a Zanurzona znajdując mewie pióra, bardzo jej pomogła. Będzie musiała jej potem podziękować po raz już kolejny. Miała tylko nadzieję, że podarek spodoba się kocurowi. Jeśli nie to chociaż, żeby Wilczak zaakceptował ozdobę. Przecież nie musiał jej wcale nosić. Wystarczyło, by miał przy sobie gdzieś tam w legowisku. Pokręciła łebkiem.
— Za dużo myślisz Dymówkowa Łapo, zdecydowanie za dużo — wymamrotała do siebie, a następnie zabrała się do pracy. Najpierw przygotowała pióra, układając je przed sobą.
— Mewie, skowronka i mewie — wymruczała cicho, zaplatając w źdźbło po kolei pióra. Już teraz prezentowały się bardzo ładnie. Końcówka ogona niebieskiej uczennicy drgnęła, by po chwili znów znieruchomieć. Odłożyła na bok przygotowaną część, a następnie zajęła się resztą. Wreszcie wszystkie części połączyła ze sobą. Bransoletka była gotowa.
— Brawo Dymówko — wymruczała cicho, przecierając czoło łapą. Chwilę później pochyliła się nad ozdobą i musnęła ją lekko nosem. Była gotowa na spotkanie.

Ranek w dzień spotkania z Wilczakiem

Niebieska uczennica została dzisiaj odesłana do Jagnięcego Ukłonu, by poduczyć się trochę z ziół. W końcu jako protektorka musiała się na nich znać, chociaż trochę.
— Więc tak macierzanka to mała i delikatna roślinka o szerokich listkach i rześkim smaku. Sposób użycia to przeżucie liści, a spotkać ją można w słonecznych miejscach. Łagodzi nerwowość, niepokój i szok… — kontynuowała ruda medyczka. Jednak Dymówkowa Łapa na moment się wyłączyła. Myślami już była przy spotkaniu ze Skowronkiem z Klanu Wilka. Mieli się niedługo spotkać. Poczuła nieprzyjemne uczucie w brzuchu. Było to coś na wzór oczekiwania na spotkanie. Zastanawiała się, czy spodoba mu się bransoletka i, czy udało się ciemnemu też coś wymyślić. Nie wątpiła w to ani trochę.
— Dymówkowa Łapo? Wszystko w porządku? — odezwała się Jagnięcy Ukłon. Niebieska natychmiast potrząsnęła łebkiem.
— Tak, w porządku. Przepraszam Jagnięcy Ukłonie. Już się skupiam — miauknęła pośpiesznie, kuląc uszka.
— Nic się nie dzieje Dymówko — wymruczała kojąco starsza kocica.
— Możemy kontynuować, a może potrzebujesz odpoczynku? — dodała srebrna, na co córka Psotnego Nietoperza pokręciła lekko łebkiem.
— Nie, nie trzeba Jagnięcy Ukłonie. Dziękuję — odpowiedziała, bardziej zatapiając białe łapy w puszystym ogonie. Skupiła się na dalszych słowach medyczki.
— Jagnięcy Ukłonie? — rozległ się głos czarnej wojowniczki. Dymówka od razu rozpoznała głos i zapach owej kotki. Była to Jaśniejące Skrzydło, a jednocześnie jej mama – Psotny Nietoperz. Uczennica przeniosła wzrok na błękitne oczy matki, czując, jak jej zawstydzenie brakiem słuchania zniknęło. Rodzicielka zawsze potrafiła sprawić, że młodsza się uspokajała. W pewnym sensie obecność niebieskookiej działała niemal tak dobrze, jak macierzanka albo ziarnka maku.
— Wejdź Psotny Nietoperzu — miauknęła medyczka, podnosząc się na łapy. Dymówka zauważyła, z jakim trudem ruda się poruszała i zakuło ją w sercu. Wiedziała ile Jagienka miała księżyców, ale nie potrafiła pojąć, jak to było tyle żyć. Niemniej jej mama bardzo lubiła kobaltowooką i Dymówkowa Łapa też.
— Chyba ugryzł mnie szczur — wyznała czarna, przenosząc wzrok na córkę i kiwnęła jej łebkiem na powitanie.
— Usiądź na jednym z posłań, zaraz ci pomożemy. Chodź Dymówkowa Łapo, pomożesz mi. Nauka w praktyce jest bardzo ważna, a do tego bardziej wartościowa i ucząca — wymruczała najstarsza z kotek. Pręgowana podniosła się i podeszła z Jagienką do składzika z ziołami. Podziwiała ułożenie ziół już wcześniej, ale za każdym razem bardzo jej się podobał ten porządek. Kiedy wzięły korzeń łopianu, wróciły do czarnej wojowniczki.
— Dymówkowa Łapo — zaczęła Jagnięcy Ukłon. Niebieska skupiła się na posiwiałym pysku kocicy z uwagą wymalowaną w ślepiach.
— Weź do pyszczka korzeń i przeżuj go na papkę. Ostrzegam, smak nie należy do najsmaczniejszych za pierwszym razem — poinstruowała ją kocica. Przyszła protektorka kiwnęła łebkiem. Wzięła korzeń i zaczęła go żuć. Rzeczywiście nie był najsmaczniejszy, ale da radę prawda?
— Kiedy już to zrobisz, połóż papkę o tu… — wskazała końcówką ogon miejsce ugryzienia. Młódka usłuchała rudofutrej. Nałożyła przeżuty korzeń na ranę zadaną przez szczura. Przez moment zaczęła się zastanawiać, gdzie jej mama została ugryziona. Stwierdziła jednak, że to chyba nie był czas na pytania. W każdym razie odsunęła się lekko od rodzicielki. Na koniec za instrukcją Jagienki użyła pajęczyny, by utrzymać papkę na miejscu.
— Dziękuję — wymruczała Psotny Nietoperz. Polizała córkę po łebku, a następnie odwróciła się i wyszła. Gdy biała końcówka ogona zniknęła z jej pola widzenia, przeniosła wzrok na Jagnę.
— Dobrze, bardzo dobrze ci poszło. Myślę, że na dziś starczy. Przyjdź jutro — miauknęła starsza, na co niebieska kiwnęła łebkiem.
— Dziękuję — wymruczała i opuściła legowisko medyków. Uniosła łebek do góry i spojrzała w niebo. Miała jeszcze chwilę przed spotkaniem, ale i tak skierowała się w stronę miejsca, gdzie spali uczniowie.

Pora spotkania

Wreszcie nastał moment, na który koteczka tak długo czekała. Wyciągnęła bransoletkę spod posłania. Była tam bezpieczna, a do tego położona tak, by jej nie spłaszczyć, kiedy niebieska spała. Pochyliła łebek, a następnie dotknęła nosem piór. Sprawdziła, czy na pewno nie było żadnych śladów, które ewentualnie mogły powstać na skutek nieostrożności. Na szczęście pióra, jak i same źdźbła były w nienaruszonym stanie. Zamruczała cicho, chwytając ostrożnie przedmiot w zęby. Wyszła z legowiska, a następnie wymknęła się z obozu. Zadbała o to, by nie rzucać się w oczy. Naprawdę nie potrzebowała żadnej widowni. Przemierzała tereny Klanu Klifu, ale tym razem jej kroki były pewne. Miała jasny cel, a to zapewniało jej poczucie bezpieczeństwa. Im bliżej była, tym bardziej czuła jak jej serce biło z czystej radości i podekscytowania. Przyśpieszyła nieco kroku, chcąc być już przy granicy z Klanem Wilka. Wreszcie do jej nosa dotarł zapach Wilczaków i ten jeden, który przyprawiał ją o ciche mruczenie. Oczywiście tak po przyjacielsku, ale chyba można było się cieszyć na spotkanie z przyjacielem prawda? Przecież jej mama cieszyła się na spotkania z Jagnięcym Ukłonem albo ze Wzorzystą Dalą. Było to przecież normalne. Przynajmniej tak sądziła Dymówkowa Łapa. Podeszła do granicy, a następnie położyła bransoletkę przy jasnych łapach.
— Hej Skowronku — wymruczała ciepło, siadając blisko granicy, ale jej nie przekraczając. Przez chwilę siedziała i po prostu patrzyła w te pomarańczowe oczy. W świetle przypominały nieco bursztyny.
— Nie mogłam się doczekać naszego spotkania. Co u ciebie słychać? — wymruczała ciepło. Przy innych była przeważnie nieśmiała, ale przy tych, których poznała i polubiła, była pewniejsza.
— Wyglądasz jakoś inaczej, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu — dodała na koniec, oddając się swojemu tikowi. Jednak była w pełni skupiona na kocurze.
— Ach i mam dla ciebie podarek. Mam nadzieję, że ci się spodoba — miauknęła z lekkim niepokojem w głosie, delikatnie kładąc uszka po sobie. Oderwała jedną łapkę od ogona i przesunęła przedmiot bliżej kocura. Nie zabrała łapy od razu, po prostu trzymała ją w pobliżu bransoletki z cichą nadzieją, że się spodoba kocurowi.

<Skowronku?>
[1240 słów + leczenie]
Wyleczeni: Psotny Nietoperz

Od Kostki CD. Zwinka

Koteczka była skulona w miejscu, w którym przed chwilą spoczywał ogon matuli. Przeraziło ją nagłe zerwanie się Poinsecji na nogi. Zadrżała, wybudzona z półsnu, a zaraz potem zobaczyła rudą mordkę rówieśnika. Otworzyła szerzej oczy.
— Hej — zaczął delikatnie — Przepraszam za ostatni raz. Zachowałem się nieładnie. Chciałbym spróbować jeszcze raz Cię poznać, jeśli mi na to pozwolisz. W porządku?
Skuliła głowę do klatki piersiowej, namyślając się. Po dłuższej chwili milczenia Kostki w akompaniamencie kłócących się matek wreszcie pokiwała nieśmiało głową.
Zwinek wyglądał, jakby spadł mu kamień z serca, a na jego pyszczek wpełzł szeroki uśmiech. Odsłonił kiełki i przysiadł przy kotce, korzystając z chwilowego zamieszania.
— Dziękuję — miauknął. — Co lubisz jeść?
Obróciła głowę w stronę matki, jakby chciała się czegoś upewnić, po czym znowu zwróciła się znowu do Zwinka, który ignorował głosy obu karmicielek w tle.
— Mmm... ryjówki... — wydukała, prawie szepcząc. Rzadko używała swojego głosu, naprawdę rzadko, aż sama się zdziwiła trochę jego brzmienia. Był dość delikatny, można by rzec, że jedwabny i gdyby może nawet więcej mówiła, to byłby idealny do śpiewu.
Nadstawił uszu na jej odpowiedź
— Są smaczne — miauknął. — Masz emm.. dobry gust!
— A lubisz jakieś roślinki? Znasz jakieś? — Zapytał jeszcze.
Roślinki... głupio jej trochę, bo jedyne co zna to mech i cokolwiek, z czego stworzony został żłobek. Nawet jeśli coś zostaje przyniesione z zewnątrz raczej nie dociera do oczu Kostki.
Milczała więc przez dłuższą chwilę, w końcu delikatnie kręcąc głową.
Zwinek uśmiechnął się delikatnie jakby pokrzepiająco.
— Oh, nie przejmuj się tym — odezwał się, przebierając łapkami w ziemi. — Nauczę Cię kilku, przyniosę Ci jakieś ładne, będziesz chciała?
Przechyliła głowę, trochę zaintrygowana. W sumie fajnie byłoby zobaczyć jakieś nowe roślinki. Najlepiej o kolorach bardziej jaskrawych niż brudna zieleń, jaką widać w mchu. Wyciągnęła łapkę i wydrapała część podłoża, próbując naśladować ruch Zwinka. Spojrzała mu w oczy i pokiwała głową.
Patrzył, jak kotka go naśladowała. Kiedy jednak Kostka niespodziewanie podniosła głowę, zamarł na chwilę.
Zwinek utrzymał kontakt wzrokowy przez uderzenie serca, nim usłyszał krzyk Poinsecji za sobą, który miał go odgonić od jej córki. Wyrwało go to z oszołomienia.
— C-Chyba muszę spadać — miauknął nieco zestresowany. — Przyniosę Ci przy okazji ładny kwiatek. — Zerknął na nadchodzącą Poinsecję, przełykając nerwowo ślinę. — Papa!
Po czym czmychnął. Do Kostki dobiegła Poinsecja, otulając ją w swoich łapach. Obejrzała ją z paru stron, upewniając się, czy aby na pewno Zwinek jej nic nie zrobił.
— Moja kochana Kosteczko, nic ci nie zrobił tamten brudas? — miauknęła zmartwiona, po czym polizała córkę parę razy po głowie. Oszołomiona koteczka wtuliła się w sierść na piersi mamy, szukając ciepła. Zwinek nie był taki zły. I ona i Poinsecja się myliły co do niego. W główce kocięcia uformowała się myśl, że co jeśli mama jednak nie była taka wszechwiedząca i wspaniałomyślna? Szylkretka jednak szybko otrząsnęła głowę, pozbywając się tej myśli. Przecież to nie było możliwe, Poinsecja chciała dla niej dobrze. Kocica podniosła głowę. — Zapewniam cię, że on nigdy się już do ciebie nie zbliży. — miauknęła, obracając się w stronę rodziny Kasztanki, marszcząc nos.
Kostka próbowała również spojrzeć w ich stronę, lecz skutecznie uniemożliwiła jej w tym mama. Tak więc poddała się i przytuliła się ze smutkiem do własnego ogona, otulona łapami matki.

<Zwinku?>

Od Gronostaja

TW: Przemoc

TAAAK! Jaśminowiec wreszcie zgodziła się na mój test! Zrobię WSZYSTKO, by w końcu zostać wojownikiem! By Guziczek i Kurka byli dumni!
– Gronostaju. Pokazałeś swoją wartość i dowiodłeś, że jesteś gotów, by podejść do testu. Oczywiście, test jest wyłącznie przypieczętowaniem całości szkolenia, a nie jego zamiennikiem, musisz więc…-
– Tak! Tak! Tak! – podskoczyłem trzykrotnie na moich krótkich łapkach. – Wiem przecież, nooo! Ale co będę robił, Jaśminowiec? Walczył z… z… POTWOREM? Albo… albo z… gigantycznym… psem?!
– Będziesz patrolował granicę, Gronostaju. Całą noc, od zmierzchu do świtu. Nikt nie może cię zobaczyć. Zaczniesz od podążania rzeką — ale nie musisz do niej wchodzić.
No, ja myślę! Gdyby jeszcze mi kazała włazić do tej lodowatej wody, to chyba bym zbojkotował całe to przedsięwzięcie. NIENAWIDZĘ być mokry.
– Pójdziesz wzdłuż Wrzosowej Polany i Śliwowego Gaju, przejdziesz przez Konający Buk i dalej drogą grzmotu. Potem zawrócisz.
– Usz! Nie zawiodę! – tupnąłem łapką, podkreślając wagę moich słów.
Może i zadanie jest proste (inna sprawa, że adekwatne do moich możliwości). Ale to jedynie oznacza, że wysiłek, który w nie włożę, musi zostać skondensowany! Zintensyfikowany! Muszę się wykazać…
– Żaden samotnik nie wkroczy na nasze terytorium na mojej warcie! Tak spatroluję całą granicę, że nawet mysz się nie prześlizgnie! Chociaż… to by się przydało akurat, prawda, Jaśminowiec? A nawet… duuużo myszy. Tak! Te z kolei… jakoś tu zapędzę, na pewno! Kotka zaśmiała się, po czym ponownie przybrała poważny wyraz pyska.
– Pamiętaj, Gronostaju. Bycie wojownikiem to nie tylko walka z przeciwnikami. Musisz zapamiętać, że każdą walkę, jaką kiedykolwiek stoczysz, stoczyć musisz dla kogoś. Bez tego, walka jest po prostu bezsensowną bijatyką. Musisz też pamiętać, że czasem wygrana to nie zwyciężenie wroga. Musisz nauczyć się też podejmować trudne decyzje i być na nie gotowy. To jest prawdziwa odwaga.

***

Gdy tylko zapadł zmrok, wyruszyłem z obozu, w stronę rzeki granicznej. Przemykałem między drzewami i przeskakiwałem przeszkody niczym cień. Unikałem pasm światła księżycowego, by potencjalny przeciwnik nie był w stanie mnie dostrzec. Co jakiś czas przystawałem, ukryty za gęstym krzewem, nasłuchując. W ten sposób w powolnym tempie przemierzyłem całą długość rzeki i Wrzosowej Polany — skupiony na zadaniu jak zawsze. W trzech susach przemierzyłem całą długość Konającego Buku i znalazłem się bezpiecznie po drugiej stronie. Na szczęście brzeg rzeki między nią a rozlewiskiem nie namokł aż tak bardzo po zimowych roztopach. Mogłem więc pozostać suchy.
Nie udało mi się jednak dojść za daleko. Niespodziewanie zacząłem słyszeć niepokojące dźwięki. Głośne piski i desperackie młócenie łapami w wodzie.
Wzdrygnąłem się. Poczułem zalewającą mnie falę zimna.
Odruchowo przypadłem do ziemi i zwróciłem głowę w stronę rzeki. Od strony drugiej, węższej odnogi rzeki dało się dostrzec średniej wielkości, rudy kształt… zwierzę… kot…? Chyba… chyba wpadł do wody. Inny kot.
Zamarłem w bezruchu, mój ogon miotał się nerwowo na boki. Kształt w wodzie poruszał się coraz bardziej chaotycznie i z większą siłą, ale ja wiedziałem, że to tylko kwestia czasu, nim jego mięśnie się poddadzą, a on zatonie. Woda to nie żarty.
Jeżeli wpadnie do głównego nurtu, nie będzie już dla niego ratunku.
Ale woda…
Jestem w miarę lekki, powinienem utrzymać się na powierzchni…
Woda jest…
Muszę pomóc, to mój obowiązek.
Mokra.
Nie wygram… nie zdam tego testu, jeśli nie pomogę. Jak ktoś potrzebuje pomocy, należy pomóc. Tak mówią zasady… w sumie wszystkie, jakie istnieją.
Zanim zdążyła zalać mnie kolejna fala odrazy i wizji mojego mokrego futerka, przywierającego do skóry, odbiłem się tylnimi łapkami od ziemi i wskoczyłem do wody. Gdy tylko moje ciało zetknęło się z cieczą, poczułem, jak rozsadza mnie obrzydzenie. Oczy piekły mnie z irytacji, ale brnąłem dalej przez wodę. Prąd szybko porwał mnie w miejsce, gdzie odnoga rzeki się rozdwajała i gdzie za chwile miał pojawić się topielec. Zamierzałem złapać się brzegu moimi krótkimi, silnymi łapkami, zaczekać aż kot dopłynie do mnie i wciągnąć go na ląd.
Wbiłem pazury w ziemię i trzymałem z całych sił. Zaciskałem zęby tak mocno, że aż w pewnym momencie poczułem w buzi krew. Tylko w co ja się ugryzłem…?
Nagle poczułem, jak boleśnie mocno chwytają się mnie łapy, zakończone długimi, ostrymi pazurami. Syknąłem cicho.
Wyczołgałem się z trudem na brzeg, łapa za łapą. Udało się. Całe to szkolenie się opłaciło… heh…
Mokry. Mokry. Cały jestem…
Otrzepałem się gwałtownie.
Wzdrygnąłem się i powtórzyłem czynność.
Na drżących łapach podniosłem się i spojrzałem na…
Huh.
Otworzyłem szeroko oczy. Zamarłem.
To… to nie jest kot.
Na ziemi przede mną leżał długi, rudy, podłużny kształt. Lis.
– Lisi pchlarz… – syknąłem, ustawiając się w pozycji bojowej, gotowy wrzucić rudzielca z powrotem do rzeki.
Narażałem życie… i moje suche futerko tylko po to, by wyciągnąć z wody… to.
Ale… z lisem coś było nie tak. Nie ruszał się. Początkowo myślałem, że zmęczyła go walka z prądem rzeki, ale… jego łapy wygięte były pod dziwnymi kątami. Żebra jakby wklęsłe w miejscach, gdzie powinny być wypukłe a wypukłe tam, gdzie naturalnie są wklęsłe… a z jego pyska sączyła się krew. Powoli. Dopiero gdy adrenalina i irytacja nieco ze mnie zeszły, poczułem ten zapach. Zapach potworów i drogi grzmotu.
Potwór… musiał go zaatakować na moście nad rzeką. Wpadł do wody.
Jego klatka unosiła się gwałtownie, nieregularnym rytmem, świszcząc niepokojąco raz po raz.
Nic mu już nie pomoże. I tak jest już pokonany…
Wyraźnie cierpi.
Syknąłem z irytacji i otrzepałem się jeszcze raz. Nie ważne. Zostawię go tu i niech… niech umrze sobie! Usz! Głupi futrzak!
Usiadłem.
Zacząłem ostrożnie wylizywać moje futro, próbując nieco się osuszyć.
Zerknąłem na lisa. Nie odrywał ode mnie tych swoich lisich, cwanych ślepi.
– Na co się gapisz, co?! – warknąłem.
Ponownie przeszedł mnie dreszcz. Zapchlona woda…!
Już miałem się podnieść i odejść, kiedy w głowie rozbrzmiały mi słowa Jaśminowiec.
Wygrana nie oznacza pokonania wroga, co? Trudne decyzje, mówisz?
Zmarszczyłem nieco brwi. Zrobiłem kilka niepewnych kroków w stronę lisa. Krew powoli wyciekała na mokrą trawę spomiędzy jego zębów, ale jego oczy pozostawały tak samo świadome, jak u lisów, które widziałem dotychczas. Nie tak powinno się umierać. Umierać należy z honorem! W walce! A nie… tak. Nie… długo. Powolnie. Świszcząc płucami i krwawiąc z pyska.
Nic innego mu nie pomoże.
Zacisnąłem mocniej szczękę.
– Usz! Dobra, słuchaj! Lisie! Zaatakuj mnie! Dalej! Wtedy ja cię pokonam honorowo i… i umrzesz tak, jak należy! Słyszysz mnie?!
Lis nawet się nie poruszył. Nie odrywał ode mnie wzroku. Czułem, jak ten wzrok wwierca mi się głęboko w moją duszę.
Syknąłem w irytacji.
– Okej! Nie to nie. Ja cię zaatakuję i ty możesz… możesz mi oddać, tylko tyle! Znieważyłeś mnie! Przez ciebie jestem mokry, a ja… JA nie daruję takiej zniewagi! Musisz… – mój głos nagle stał się piskliwy. Odchrząknąłem – …MUSISZ WALCZYĆ! NIE DAM CI TAK…!
Pacnąłem lisa w jego całkiem przemoczony, ubłocony ogon, który wydawał się najmniej naruszoną częścią jego połamanego ciałka.
Zwierz pisnął nieco głośniej, ale nadal nie zaatakował! Tchórz! Co za tchórz się nie broni!
W tym momencie wiatr nieco wzmógł się, przesuwając lisi ogon w moją stronę, niemal dotykając moich łap.
Ten lis jest tak tchórzliwy, że…!
– O… okej! Uznaję to za atak z twojej strony! To Wszechmatka zesłała ten wiatr, rozumiesz? Daje ci możliwość honorowej śmierci! Szybkiej…
Zamilkłem.
Nie powinien cierpieć… Nie tak długo… nie tak…
Wpatrywałem się chwilę w lisa.
Wsłuchiwałem się w szept wiatru.
Księżyc schował się za chmurami.
Jednym ruchem przegryzłem lisią krtań.

***

O świcie wkroczyłem do obozu jako zwycięzca.
Moje łapy drżały niekontrolowanie. Pysk cały miałem w zastygłej krwi. Futro pokryte pancerzem z zaschniętego błotem, w którym się wytarzałem, nie mogąc znieść uczucia mokrego futra. Skóra poraniona od kamieni, które przykryte były błotem — przez przypadek cały się nimi poraniłem.
Jaśminowiec czekała na mnie przy wejściu do obozu. Gdy mnie zobaczyła, zmarszczyła nagle brwi.
– Gronostaju, co ci się przydarzyło? Czemu jesteś cały w błocie? – spytała, zaniepokojona.
– Wpadłem do wody. Błoto pochłania wilgoć.
– A ta krew? – przechyliła głowę na bok, szybko podchodząc bliżej.
– Polowałem – odparłem.
– Chyba dużo musiało być tej zwierzyny. Gdzie ją masz?
– Wszechmatka ją zabrała.
Minąłem ją i skierowałem się w stronę legowiska uczniów.

[1305 słów]
Test na wojownika

03 listopada 2026

Od Trójokiego Zająca CD. Ćmiej Łapy (Ćmiego Lotu)

Kocur spostrzegł dumę wymalowaną na pysku rudej medyczki, a potem zaskoczenie nagłą wizytą. Odwróciła łeb w jego stronę, po czym poruszyła nieznacznie ogonem.
— Trójoki Zającu? Co cię do nas sprowadza? Czy wrócił ci katar? — zapytała Jagnięcy Ukłon, z lekkim zdziwieniem spoglądając na pysk kocura. Z reguły Klifiacy odwiedzali medyczki głównie wtedy, kiedy im coś dolegało. On był jednak nieco inny pod tym względem; przychodził do lecznicy niemal codziennie, składając wizyty swojej córce, przy okazji dopytując o syna. Ostatnio dowiedział się, że doskwierała mu infekcja, przez co nie mógł stawać na łapie normalnie. Podczas treningów zastanawiał się, dlaczego niebieski z takim trudem wykonywał wszystkie zadania, jakie miał dla niego przygotowane danego dnia. Martwił się o niego ogromnie, nawet zaprowadził go prosto do jamy i czekał u wejścia z zaniepokojeniem. Bał się, że straci drugą łapę. Jak wtedy Firletka ukończyłby trening na wojownika? Całe szczęście, Ćmia Łapa zapewniała go, że to nic, czego nie dałoby się naprawić nałożeniem papki z łopianu lub z jakiegoś innego zioła...
Oczywiście, mógł osobiście zatrzymać Firletkową Łapę lub podczas jednego z ich treningów z nim porozmawiać, aczkolwiek… miał wrażenie, jakby miał mu do powiedzenia tak wiele, a jednocześnie nic nie przychodziło mu do głowy. Ilekroć patrzył na niego, w jego głowie pojawiała się gonitwa myśli i wyrzutów sumienia. Gdyby tylko go tamtego dnia zatrzymał. Nie pozwolił iść krawędzią i kazał patrzeć pod łapy, a nie na niebo… Zamrugał parokrotnie. To był bardzo nietypowy stan, który mu się nie podobał szczególnie. Skinął głową srebrnej na przywitanie, a potem rozejrzał się za Ćmią Łapą. Pokręcił głową, nic mu nie dolegało, poza nieprzyjemnymi myślami. Dostrzegł jej kremowe futerko w magazynku.
— Na szczęście nie. Chciałem zobaczyć, jak się ma moja córeczka — wymruczał, po chwili drgając nieznacznie uszami. Zerknął na Zanurzoną Łapę, która kaszlała tak głośno, że aż jama wypełniała się lekkim drżeniem, a ona sama krzywiła się z powodu bólu gardła. — Oczywiście, jeśli wam nie przeszkadzam — dodał pospiesznie, nie chcąc sprawiać zielarkom kłopotów.
Ćmia Łapa odwróciła się w stronę ojca z ziołami w pyszczku, a jej żółte oczka rozbłysły. Podreptała w stronę czekoladowej szylkretki, po czym położyła przed nią medykamenty. Palcem wskazała na parę łodyżek, jednak w kolejności.
— Najpierw zjedz floks, a potem, gdy go dokładnie przeżujesz, zjedz lubczyk. Jeśli kaszel ci nie minie, to wróć tutaj za wschód słońca — poleciła jej, a uczennica pokiwała głową posłusznie i spożyła zioła. Na jej mordce zakwitło obrzydzenie. Jagnięcy Ukłon ruchem ogona poleciła Zającowi, żeby przysiadł koło niej. Skinął jej głową i wykonał prośbę, sadowiąc się wygodnie.
— Gorzkie, fuj! — Czekoladowa wystawiła język, strzygąc wąsami. Kremowa zachichotała.
— Jeśli chcesz wyzdrowieć, to musisz to przeżyć. — Wzruszyła ramionami. — Szkoda, że zabrakło nam miodu. Nie byłoby wtedy takie obrzydliwe — kontynuowała, a córka Rozżarzonej Pieśni popatrzyła się na nią.
— No cóż. Jeśli ma mi pomóc, to dam radę. Dzięki, Ćmia Łapo — miauknęła, po czym wycofała się z legowiska pospiesznie, a klasycznie pręgowana zamrugała na znak przyjęcia podziękowań. Podeszła do Trójokiego Zająca, wlepiając w niego ślepka.
— Tato, jeśli przyszedłeś się zapytać co z Firletkową Łapą, to lepiej. Na pewno zauważyłeś, że podczas treningów pewniej stawia łapę. Jeszcze chwilę zajmie zagojenie się rany, ale jest na dobrej drodze — mruknęła, ocierając się o niego. Wojownik polizał córkę po głowie, mrucząc cicho.
— To też. Ale chciałem się też zapytać, co u mojej kochanej córeczki — powiedział, posyłając jej uśmiech.
— Ostatnio nauczyłam się wielu nowych ziół i ich zastosowań! Na przykład o tataraku, którego nie spotyka się aż tak często, chociaż na naszych terenach rośnie najchętniej — powiedziała, a wojownik kiwał głową na znak, że ją słuchał. Nigdy nie słyszał o podobnym medykamencie. — Należy wypić sok z korzenia, a sam tatarak łagodzi infekcję.
Kremowa zamyśliła się na moment, pojawiła się między nimi cisza, jednak nie była nieprzyjemna. Wreszcie młoda się przemogła:
— Zdałam test Jagnięcego Ukłonu i mam coraz większą wprawę — wyznała wreszcie, spoglądając na ojca. W zielonych oczach wojownika zamigotało poruszenie.
— Naprawdę? Ćmia Łapo, jestem z ciebie tak bardzo, bardzo dumny. Moja córeczka jest już taka duża! — zamruczał, czując, że w kącikach oczu zaczynają mu się zbierać łzy szczęścia. Zdanie takiego testu z pewnością wymagało ogromnej wiedzy, którą żółtooka nabywała każdego dnia pod czujnym okiem Jagienki. — Kukułczy Wdzięk na pewno się ucieszy, gdy to usłyszy. Koniecznie pochwal się mamie — powiedział jeszcze, patrząc na szczęśliwą mordkę kremuski.

***

Teraźniejszość

Trójoki Zając chwycił w zęby zwierzynę ze sterty w celu odwiedzenia legowiska starszyzny. Odkąd Mysi Postrach zasilił jej szeregi, kremowy nie miał za bardzo okazji złożyć im wizyty. Zajmowali się tym głównie uczniowie, przez co najstarsze jednostki mogły czuć się samotne. Wetknął łeb do środka jamy, rozglądając się w półmroku. Szybko odszukał czarno-białego kocura rozłożonego na posłaniu. Poczuł ukłucie w sercu. Pamiętał, gdy mentor ganiał go do treningów. Zając miał wtedy wrażenie, że niebieskooki był najbardziej energicznym kotem w całym Klanie Klifu. Teraz, widząc go odpoczywającego i już dużo wolniejszego niż w przeszłości, nie potrafił przyzwyczaić się do tego widoku.
— Trójoki Zającu? Chodź, usiądź koło mnie. — Starszy ruchem ogona zachęcił go do tego, żeby się przysiadł. Kremowy zamruczał, przyjmując ofertę. Wykonał już dzisiaj wszystkie przydzielone mu obowiązki, dlatego mógł odpocząć. Kukułczy Wdzięk potrzebowała chwili spokoju, dlatego też pręgus nie był pewien, co powinien ze sobą zrobić. Mógł oczywiście wyruszyć na następne polowanie, aczkolwiek wpadł na pomysł, że może wypadałoby odwiedzić odrobinę zapomnianych przez niektórych tych, którzy już przeszli na zasłużoną emeryturę. Położył przed nim mysz, którą sam upolował.
— To dla ciebie, Mysi Postrachu. Dziękuję ci za każdy nasz trening — miauknął, przysuwając gryzonia do łaciatego. Przełknął ślinę. — Dziwnie mi widzieć ciebie tutaj, a nie robiącego rundki dookoła naszego obozu. — Uśmiechnął się smutno, a były mentor machnął łapą, jakby chciał w ten sposób powiedzieć; “to nic”. Zaśmiał się w odpowiedzi.
— Myślisz, że emerytura wyjadła ze mnie wigor? Gdyby nie to, że mnie nie puszczają, to bym mógł przebiec się do granicy i z powrotem, a potem pójść jeszcze na polowanie — odparł z ogromną pewnością, mrużąc lekko oczy. — Księżyce bardzo szybko minęły. Czuję się tak, jakbym zaledwie wczoraj został zastępcą. Kiedy to zleciało…?
Trójoki Zając pokiwał głową. Chłodny podmuch dotarł do legowiska, szybko w nim ginąc.
— Sam nie wiem… szczególnie widzę to po moich kociętach. Już trójka z nich doczekała się swoich dorosłych imion — zgodził się, a jego kikut zadrgał. Pokręcił głową. Nie było sensu się smucić. Nie było w tym nic złego. To pewna nowość, do której każdy szybko się przyzwyczai, tak już było. Mysi Postrach przysunął do siebie gryzonia i oderwał kawałek mięsa, zjadając je powoli. Delektował się myszką, kiwając głową. Gdy przełknął, kontynuował:
— Tak to już jest z kociętami. Ja już mam nawet wnuki. Czasami mnie odwiedzają, chociaż jak były kociętami, to robiły to częściej. Teraz, mam wrażenie, mają dużo obowiązków na głowach i już tak nie pamiętają — pożalił się, ale po chwili się rozchmurzył. — Ale równie dobrze ja sam mogę do nich pójść. Dopóki mam sprawne łapy, to się mnie tak łatwo nie pozbędą — zażartował, a Trójoki Zając się uśmiechnął, a po chwili wstał i otrzepał z paprochów.
— Dziękuję za rozmowę, Mysi Postrachu. Czy potrzebujesz czegoś od medyczek? Właśnie się tam wybieram i mogę im wspomnieć, żeby cię odwiedziły. Myślę, że z nimi poprowadzisz ciekawszą konwersację.
Niebieskooki zamyślił się na parę uderzeń serca, kręcąc głową.
— Wyrósł z ciebie porządny kocur. Ale co się dziwić, w końcu to ja byłem twoim mentorem. — Na jego pysku na nowo zakwitł szeroki uśmiech. — I tak… bolą mnie zęby. Myślę, że gdybyście przynosili może ślimaki, to reszta starszyzny by się nie pogniewała. Ciężko nam przeżuwać zwykłą zwierzynę jak kiedyś. — Trójoki Zając zapisał sobie w myślach, żeby wspomnieć o dawnym mentorze za paręnaście uderzeń serca, gdy znajdzie się w legowisku medyków.
— W porządku. Jeszcze do ciebie przyjdę, ale nie wiem, czy dzisiaj — mruknął, a Mysi Postrach poruszył uszami.
— Kukułczy Wdzięk ci nie pozwala? — zażartował, a kremus pokręcił głową.
— Nie, nie. Martwię się o nią i chciałbym przy niej być, szczególnie teraz, po odejściu Przepiórczej Wichury. — Posmutniał widocznie, kładąc po sobie lekko uszy. — To ogromna strata dla naszej rodziny, Przepiórka była zawsze bardzo pogodna i ciężko nam się pogodzić z tym, że mogła spaść z klifu przez swoją nieuwagę — dodał. — Nic nie możemy niestety zrobić. Najważniejsze, żeby uczyć się na błędach naszych przodków oraz bliskich i ostrzegać najmłodszych przed niebezpieczeństwami.
Mysi Postrach zgodził się z nim, kończąc powoli swoją zdobycz. Nagle ruchem ogona poprosił wojownika, żeby do niego podszedł. Zielonooki ze zdziwieniem spełnił prośbę, a łaciaty oparł się o niego łapami i próbował wstać. Kremowy wsparł go sprawnie, stawiając na łapy. Starszy wstał sztywno.
— Dzięki. Pójdę z tobą do medyczek, wyglądasz na smutnego — szturchnął go lekko w bark, chwiejąc się, ale prędko odzyskał równowagę. Kremowemu zapadło się serce, gdy były mentor niemal upadł z powrotem na posłanie, odetchnął z ulgą, gdy tak się nie stało.
Wyszli wspólnie z legowiska starszych i sprawnie, ale powolnie przeszli przez centrum w stronę legowiska medyczek. Trójoki Zając zajrzał do środka, szybko wychwytując kremowe futro swojej córeczki, Ćmiego Lotu. Układała kawałki kory obok siebie, żeby jej nie wadziły pod łapami. Gdy w kącikach oczu dostrzegła ojca, jej pyszczek rozświetlił uśmiech. Podeszła do niego spokojnie i się przywitała.
— Tato! Jak się czujesz? — zapytała. Ostatnio Trójoki Zając chodził lekko przybity z powodu straty cynamonowej członkini rodziny. Widząc go w lepszym stanie, z pewnością wychwyciła zmianę. Mysi Postrach wszedł głębiej do środka, czując się jak u siebie.
— Już mi lepiej, dziękuję, Ciemko. Przyszedłem z Mysim Postrachem — uchem wskazał na starszego. — Ale zdążyłaś na pewno go zauważyć. — Uśmiechnął się, a żółtooka kiwnęła głową.
— Tak…
— Bolą mnie bardzo zęby, masz coś na to? — zapytał łaciaty, rozglądając się po ogromnych półkach. Trójoki Zając spojrzał na kremową, ciesząc się, że mógł z nią porozmawiać. Był z niej tak ogromnie dumny, nie dało się tego nawet słownie przekazać, jak bardzo.
— Ale oprócz tego, chciałem też zapytać, jak ty się czujesz — dodał pręgus, gdy asystentka medyczki szukała w magazynku czegoś, co mogło zaradzić dolegliwości czarno-białego.

<Ciemko? Tak bardzo wyrosłaś…>

Od Trójokiego Zająca CD. Jagnięcego Ukłonu

Kremowy wojownik zamruczał z zadowolenia. Bardzo lubił odwiedzać medyczkę, zawsze wiedziała, jak go wesprzeć i pocieszyć. Ufał jej, w końcu stąpała po tych terenach dużo dłużej, niż on, więc również wiedziała więcej. Słuchanie o postępach jego kocięcia malowało na jego pysku jedynie uśmiech. Był z niej ogromnie dumny, zresztą jak ze wszystkich swoich dzieci. Miał świadomość, iż Ciemka musiała przyjąć dużo większą ilość materiału, szkoląc się na medyczkę. Uczyła się już od wielu księżyców, a chorych z księżyca na księżyc było coraz mniej. Szybko wracali do zdrowia. Kocice wiedziały, co robiły, a Klan Klifu był zaopiekowany. Skinął jej głową lekko, uderzenie serca temu zmartwił się, że wystraszył srebrną. W końcu wydała z siebie syknięcie bólu w momencie, w którym do niej miauknął.
— Wszystko w porządku. Rzadko choruję… też zresztą nie mam czasu na to, żeby chorować. Jedyne co mi może doskwierać, to wrażenie, że nie jestem już pierwszej młodości. — Uśmiechnął się, mrużąc delikatnie oczy. Zmartwił się lekko tym sykiem, jednak zielarka nic o tym nie wspomniała, więc nie chciał jej zmuszać do tłumaczenia się. Gdyby tylko mógł, cofnąłby się w czasie, żeby móc towarzyszyć swoim bliskim jak najdłużej. Nie było to jednak w żaden sposób możliwe. Najprawdopodobniej wiele kotów podzielało jego zdanie, szczególnie tych, którzy byli bliżej wieku przechodzenia do starszyzny, niż dalej.
Jagnięcy Ukłon popatrzyła na niego kobaltowymi ślepkami i również na jej pyszczku zakwitło rozpromienienie, chociaż smutne. Kocur przesunął łapą nieznacznie po posadzce. Była od niego starsza, nie miał na myśli urazić jej w żaden sposób. Popatrzył na nią.
— Mają wspaniałą mentorkę, dlatego wcale się nie dziwię, że robią tak ogromne postępy — dodał, chcąc poprawić jej humor, wypowiedział to szczerze. Medyczka zamruczała.
— Staram się, jak mogę — zrobiła chwilę przerwy, parokrotnie przejeżdżając językiem po zmierzwionych kłosach na piersi. — Wiele się pozmieniało, odkąd do nas wróciłeś, prawda?
Trójoki Zając rozejrzał się po jamie lekko. Blade promienie wpadały przez wejście, oświetlając norę częściowo. Naokoło nich były starannie poukładane zioła, każde z nich miało swoje miejsce, a wiele łaskotało go po nosie intensywną wonią, zachęcając do kichnięcia. Kiwnął głową.
— Już nie pamiętam za dobrze, jak czułem się wtedy, jednak pozmieniało się i to bardzo dużo — zgodził się. — Z mojej rodziny została jedynie Kukułczy Wdzięk i moje kocięta. Pikująca Jaskółka nie żyje. Nie pamietam, co z Siewczym Letargiem, moją ciotką… Pamiętam, jak razem z Króliczkiem próbowaliśmy się dowiedzieć, dlaczego jej zabrakło. A raczej to on się starał, bo ja w głowie miałem wszystko, tylko nie to, co trzeba. To było tak dawno temu… Króliczej Prawdy również już nie ma w naszych szeregach — przyznał smutno, choć cicho, myśląc teraz o wspomnianej kotce, a także bracie. Nie widział jej tak długo, że nie był już nawet pewien, jakiego koloru miała futro. Czasami miał sobie za złe, że nie zrobił więcej w sprawie zaginionej, jednak teraz już nie mógł z tym nic zrobić. Wszyscy zamieszani prawdopodobnie dawno leżeli na Pogorzeliskach, a jemu pozostało pamiętać o wyżej wspomnianych. Pikującej Jaskółki mu brakowało, nawet jeśli nie miała nigdy zbyt pozytywnej opinii wśród Klifiaków... A może nie brakowało mu samej kotki, a tego, jak się czuł, gdy leżał u jej boku w żłobku razem z bratem? Już sam nie był pewien. Co prawda nie przyznawał się do tego, bo miał świadomość, że to nie było korzystne podejście. Również nie wciskał go nikomu i próbował o niej nie rozmawiać. Nigdy nie zagłębiał się czemu, jak chodziło o opiniach o niej, a każda z sytuacji jakoś przelatywała mu nad głową, zresztą od zawsze miał ją wysoko w chmurach i rozmyślał tylko o Kukułce. Jagnięcy Ukłon zamrugała parokrotnie, a w jej oczach pojawiła się iskra zaniepokojenia.
— Ja… nie wspominam za dobrze czasów rządów Pikującej Jaskółki — szepnęła, a Trójoki Zając położył uszy po sobie. Co złego mogła jej zrobić jego matka? Czy w ten sposób stracił w jej oczach, wspominając o pokrewieństwie z nią?
— Przepraszam, Jagnięcy Ukłonie — wymruczał, patrząc na nią ze skruchą. — Teraz przewodzi nami Lśniąca Gwiazda i nic ci nie grozi. Bardzo mu zależy na dobru klanu — próbował ją wesprzeć.
Kotka pokręciła łebkiem, spokojniejsza.
— W porządku. Przecież i tak już nic nie może mi zrobić, dzięki Klanowi Gwiazdy. — Poruszyła nieznacznie uszami. — Tak już jest. Uczniowie mają w głowach zawsze wszystko to, co nie trzeba, ale ciężko im się dziwić. W końcu są świeżo po opuszczeniu żłobka, wszystko jest dla nich nowe i mają możliwość zwiedzić cały obóz, który do tej pory znały jedynie z widoku kociarni — zachichotała, a końcówka jej ogona zaczęła podrygiwać.
Kocur pokiwał głową, czując ciepło w sercu na samą myśl. Kocięta rosły niezwykle szybko. Miał zresztą żywy przykład – jego kocięta były już blisko wieku wojowniczego, to była kwestia czasu, aż zdadzą testy na wojowników i zyskają uznanie Lśniącej Gwiazdy. Rudy przydzieli im ich nowe imiona, a oni od tego dnia będą mogli decydować o porach, kiedy wychodzą, o tym, co robią w ciągu dnia… będą musieli decydować o wszystkim za siebie. Kremowy zamierzał im przy tym towarzyszyć na tyle, jak bardzo był fizycznie w stanie.
Trwali tak przez jakiś czas w milczeniu, pogrążeni w zadumie. Wreszcie, Jagnięcy Ukłon uniosła pysk i spojrzała na pręgowanego, który zdążył odpłynąć myślami. Gdy nawiązali kontakt wzrokowy, kobaltowooka mruknęła:
— Trójoki Zającu, jesteś ode mnie wyższy. Pomożesz mi przenieść tamte zioła stamtąd, o tam? — Palcem wskazała parę zawiniątek, a potem ruchem ogona na półkę trochę dalej, pustą. Kremus poruszył zakręconymi wąsami.
— Nie ma problemu. — Wstał ze swojego miejsca, a potem podszedł do wspomnianej ściany i sięgnął łapą sprawnie parę zawiniątek. Tyle, ile mógł, pochwycił w zęby ostrożnie, resztę wręczając aksamitnie medyczce. Przeniósł je na drugie miejsce, układając schludnie. Zioła szeleściły pod jego dotykiem, całe szczęście niczego nie zepsuł, więc mógł odetchnąć z ulgą, gdy skończył przydzielone mu zadanie.
— Dziękuję. Nie będę ci zabierać więcej czasu — powiedziała, patrząc jeszcze przez moment na półkę. Kocur pokręcił głową.
— Nie zabierasz. Ale lepiej już wrócę, Kukułczy Wdzięk zacznie się martwić, a nie chcę jej stresować — wymruczał, żegnając się ze starszą. Kocica pomachała mu ogonem na pożegnanie. W paru sprawnych susach doskoczył do wyjścia, a potem wyszedł z jamy.

***

Teraźniejszość

Trójoki Zając odłożył na stertę nornicę, którą udało mu się upolować podczas patrolu. Otrzepał z siebie nadmiar kropelek, ciesząc się, że mógł wreszcie wrócić. Czuł pod poduszeczkami łap chłód kamiennej posadzki, w dodatku burczało mu w brzuchu. Pomyślał, że dobrze byłoby coś zjeść, jednak… nie zamierzał jeść sam. Pochwycił w szczęki dwie myszy, a potem wzrokiem zaczął szukać znajomego, szylkretowego futra. Początkowo myślał, że może znajdzie ukochaną w legowisku – w końcu ostatnio sporo odpoczywała, szczególnie po tym, co miało miejsce wcale nie tak dawno temu. Przepiórcza Wichura odeszła. Była to ogromna strata dla Klanu Klifu, a jeszcze większa dla całej jego rodziny. Cynamonka miała pozytywne relacje z każdym z jego kociąt, w dodatku tak samo z nim; nawet jeśli nie rozmawiali aż tak często, jak robił to on ze swoją partnerką, to wojowniczka wiele razy im pomogła w potrzebie. Również niejednokrotnie upewniała się, czy u każdego było w porządku. Opowiadała również o treningach Lilakowej Łapy, teraz Pszczelego Lilaku. Kremus westchnął, a potem wspiął się na skalne półki powoli i położył dwie zdobycze w ich legowisku. Były jeszcze ciepłe, a po liliowej nie było ani śladu. Może wyruszyła na samotny spacer? Poczuł nieprzyjemne ukłucie w sercu. Modlił się do Klanu Gwiazdy, że nie postanowiła ruszyć śladami cętkowanej. Nie poradziłby sobie, gdyby stracił i ją.
Poprawił parę odstających kępek w legowisku, a potem rozejrzał się po centrum. Niektórzy pobratymcy dzielili się językami, inni dopiero co wracali z patroli, a jeszcze inni kierowali się w stronę legowiska medyczek, prawdopodobnie doskwierało im coś. Postanowił zejść na sam dół. Gdy tak postąpił i wylądował trochę niezdarnie, podszedł do niego rudy, łaciaty kocurek. Kocię Rozżarzonej Pieśni.
— Witaj, Świetlikowa Łapo — przywitał się z nim, patrząc na młodzieńca. Nie wiedział za wiele o kociętach rudej, jednak nie miał o nich negatywnego zdania. W rzeczywistości było neutralne, raczej nie przypominał sobie, żeby w jakiś sposób zawiniły komuś z jego rodziny lub jemu samemu… — Czy coś się stało? — zapytał, widząc oczekiwanie wymalowane na pyszczku uczniaka.
— Trójoki Zającu? Czy myślisz, że warto wierzyć w Klan Gwiazdy? W końcu nie możemy ich zobaczyć, a mówi się, że czuwają nad nami ze Srebrnej Skóry i pomagają w potrzebie, ale mi jeszcze nigdy nie pomogli — zauważył, co wywołało lekkie zdziwienie u kremusa. Kiedyś, gdy był w jego wieku, raczej nie wierzył w Klan Gwiazdy, mimo że wiele kotów otaczających go było wierzącymi. Wiele razy modlił się po cichu, zmuszając do wiary, żeby nie wyjść na tego innego. Z czasem jednak, gdy wyruszył razem z bratem do Betonowego Świata, jego wiara zakiełkowała w nim na nowo, a z biegiem księżyców coraz bardziej wierzył w obecność gwiezdnych przodków, niejednokrotnie modląc się do nich, teraz już szczerze, a nie z wewnętrznego przymusu. Zamyślił się na moment.
— Myślę, że warto. Między innymi to dzięki naszym przodkom jesteśmy tutaj, jako wielka społeczność. Wielu samotników nie ma pojęcia o Klanie Gwiazdy ani o kodeksie wojownika, które są przecież kluczowe. Przez to, nawet gdyby próbowali utworzyć, powiedzmy, drugi taki Klan Klifu, to istnieje bardzo duża szansa na to, że by im to nie wyszło. Pomijając fakt braku miejsca, wielu samotników nosi miano barbarzyńców bez zasad, którzy nie pomogliby nigdy kotom w potrzebie, a prędzej przepędziliby je za granice swojego terytorium w momencie, w którym przestałyby być potrzebne. Owszem, nie da się zobaczyć naszych przodków gołym okiem ani dotknąć, jednak wielu kotom dają nadzieję na lepsze jutro. Medycy otrzymują od nich sny na spotkaniach, to oni mają z nimi najlepszy kontakt. Jeśli będziesz bardzo wierzyć, na pewno kiedyś ci pomogą. Nie będzie to jednak pomoc taka, jaka może ci się wydawać. Oni nie przyniosą ci zwierzyny w czasie głodu, ale mogą dać ci ogromną nadzieję i determinację, że uda ci się samemu ją upolować — wyjaśnił spokojnie, licząc na to, że rozwiał w ten sposób wątpliwości młodzieńca.
Kocurek kiwał głową, słuchając słów starszego. Ugniatał grunt łapkami i wyglądał tak, jakby miał lada moment wystrzelić przed siebie, mimo że prowadził właśnie konwersację z Zającem. Wreszcie, jego boki zafalowały.
— Czyli to w ten sposób działa… W takim razie teraz to ma sens. Dziękuję, Trójoki Zającu — miauknął pogodnie. Kremowy kiwnął głową, jakby chciał mu w ten sposób przekazać “nie ma sprawy”. Wiara była czymś dużo bardziej skomplikowanym, o czym mógłby rozgadać się nawet bardziej, ale teraz nie miał na to za bardzo czasu. W końcu musiał znaleźć Kukułczy Wdzięk. Jednak jego pierwotny plan został przesunięty przez rudego uczniaka.
Gdy wstał ze swojego miejsca i miał ruszyć ponownie ku wyjściu, w kącikach jego oczu mignęło liliowe futro. Wojowniczka, wręcz jak na zawołanie wróciła, a na jej pyszczku widniał neutralny wyraz. Ruszył w jej kierunku z nadzieją w sercu. Ten czas był dla niej niezwykle trudny, chciał jej więc zatem okazać wsparcie, którego teraz tak bardzo potrzebowała. Znalazłszy się przy kotce, otarł się o nią lekko na powitanie. Nie odtrąciła go, ale też nie odwzajemniła gestu.
— Jesteś głodna, skarbie? Zaniosłem nam do legowiska jedzenie — powiedział, patrząc na jej pyszczek. Kotka pokręciła głową.
— Nie. Chciałabym teraz pobyć sama, proszę — odparła, odsuwając się od kocura. Trójoki Zając popatrzył na nią ze zmartwieniem, ale postanowił to uszanować.
— Dobrze. W razie, gdybyś mnie potrzebowała, to będę w obozie.

Koniec sesji

Migot został adoptowany!

 




nowy właściciel: pikmi0004

Od Umykającej Łapy CD. Zanurzonej Łapy

Umykająca Łapa uśmiechnął się lekko, słysząc porównanie Klanu Klifu do jego własnego. Spojrzał na morze, którego fale leniwie rozbijały się o brzeg, a potem znów przeniósł wzrok na Zanurzoną Łapę.
— Może coś w tym jest! Chociaż chyba musielibyście mieć jakąś specjalną sadzawkę, żeby rozmawiać ze zmarłymi. Samo morze jest chyba trochę zbyt duże, żeby znaleźć w nim odpowiednie odbicie — zażartował, nie zastanawiając się zbytnio nad tym, jak właściwie miałoby to działać.
Na pytanie o wróble poruszył uszami. Nie był pewien, czy kiedykolwiek widział mewę, ale z opowieści starszych kotów kojarzył kilka ptaków żyjących nad wodą.
— Wróble są malutkie, brązowawe i mają takie ciemniejsze plamki. Raczej nie wyglądają zbyt imponująco, zwłaszcza w porównaniu z bocianami! — wyjaśnił, po czym zachichotał. — Chociaż nie wiem, dlaczego akurat one miałyby przynosić czekoladowe kocięta. Może dlatego, że same lubią kąpać się w kałużach? Tak przynajmniej twierdzą starsi.
Przez chwilę przyglądał się kotce z wyraźną ciekawością. Skoro wspomniała o zwyczajach własnego klanu, od razu zapragnął dowiedzieć się czegoś więcej. Nieczęsto miał okazję porozmawiać z kotem spoza Klanu Nocy, a już szczególnie z kimś, kto nie patrzył na niego z góry.
— A jakie wy macie zwyczaje? — zapytał, przekrzywiając łeb. — Opowiedz mi coś! Może też macie jakieś dziwne historie o tym, skąd biorą się kocięta albo dlaczego nie wolno robić czegoś konkretnego? — dodał z rozbawieniem, po czym zerknął na wodę. — Właściwie, skoro jesteś z Klanu Klifu, to umiesz dobrze pływać? Bo ja nadal nie rozumiem, jak można dobrowolnie wskakiwać do takiej zimnej wody.

<Zanurzona Łapo?>
[244 słowa]