BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

13 października 2026

Od Białego Strumienia CD. Połyskliwego Koguta

Nadeszła Pora Nagich Drzew, a wraz z nią śmierć. Wychłodzona zwierzyna, która padała poprzez bycie nieostrożną. Sępy, lisy, rysie oraz oczywiście Klan Burzy korzystający z ich tragedii, by przeżyć. W takich ciężkich czasach, jak tegoroczna mroźna Pora Nagich Drzew, każde mięso było na wagę złota. Wojownicy, którzy polowali coraz częściej, przychodzili z niczym, a nastroje wśród klanowych kotów blakły niczym kolory w tym chłodnym krajobrazie.
Biały Strumień rzadko w Porę Nagich Drzew wychodził na zewnątrz. Nawet blask księżyca odbijał się wyjątkowo mocno w śnieżnej pokrywie, niepokojąc tym albinotycznego przewodnika. Lotosowy Pąk rozmawiał z nim, mówiąc, że nie jest tak źle, jednak czerwonooki wolał nie ryzykować. Przestał również spotykać się z Drobnym Ukojeniem w obawie, że niska kotka utknie gdzieś w zaspie, lub właśnie on zostanie poparzony blaskiem księżyca. Być może przesadzał… ale nie chciał narażać żadnego z nich.
Wciąż pomimo tych wszystkich ostrożności, nabawił się gorączki. Szedł, oparty o ścianę tunelu, by nie wywinąć orła. Potrzebował dotrzeć do medycznej jamy… jeszcze trochę. Jeszcze parę kroków.
Spotkał na swojej drodze Srebrzystą Równonoc, która wsparła przewodnika w dotarciu do celu. Użyczyła mu ramienia i wspólnie odwiedzili Wdzięczną Firletkę. Starsza kotka wyuczonymi ruchami sprawdziła objawy, przeprowadziła wywiad. Równonoc poszła zająć się swoimi sprawami, podczas gdy medyczka zwinnie przygotowała dawkę ziół. Biały Strumień widział ilość zapasów. Musieli uważać, by nie chorować, bowiem nadwyżka mogła szybko zniknąć… Albinos czuł wyrzuty sumienia, zjadając podane lekarstwo. Pora Nagich Drzew trwała dopiero od jakiegoś czasu, a ziół ubywało. Zanotował w głowie, by kiedy przyjdzie Pora Nowych Liści, zapytać Firletkę, jakich roślin potrzebuje, żeby w nocy spróbować ich poszukać. W końcu takie medykamenty jak nasiona maku czy pajęczynę był w stanie zdobyć, więc dlaczego by nie pomóc?

~*~

Minęło kilka dni, a wszystkie objawy ustąpiły. Wszystko dzięki wiedzy medycznej kotki. Biały Strumień patrzył, jak Firletka się starzała… a ucznia brak. To znaczy, miała uczennicę, Łzawą Łapę, jednak kotka ostatnio dopuściła się strasznego czynu. Została odsunięta od obowiązków, ale Biały wątpił, iż powróci na stanowisko. Straciła zaufanie całego klanu. Biały Strumień niejednokrotnie słyszał wśród kotów obawy o własne życia. Nic dziwnego; medyk winien być najbardziej zaufaną figurą w klanie. To dzięki niemu wszyscy żyli w zdrowiu, mogli funkcjonować pomimo różnych defektów, jakie spadały na niektóre jednostki. Co z nimi teraz będzie? Czy Zawodząca Gwiazda mianuje nowego ucznia medyka, a Firletka zdąży go wyszkolić? Wiele kotów uznało, iż Łzawa Łapa powinna dostać surową karę, oraz odsiedzieć swój czas w więzieniu.
Mówiąc o więźniach… Przewodnik myślał dużo o swoim byłym uczniu. O tym samym, który zaskoczył go kiedyś w środku nocy, siedząc przy wyjściu z tuneli. Jak nieśmiałym, kochanym kociakiem był, chociaż nieco dziwnym. Chciał go nawet przedstawić Drobnemu Ukojeniu, jednak teraz… nie zamierzał tego robić z pewnych obaw.
Jego łapy same powędrowały ku miejscu, w którym trzymali więźniów. Biały Strumień, chociaż bardzo chciał, nie potrafił znaleźć logicznego wytłumaczenia czynu Połyskliwego Koguta. Jedynym wyjściem, by się dowiedzieć, była rozmowa u źródła. Poniekąd się obawiał… w końcu od czasu zbrodni nie zamienił z nim ani słowa. Nie mijał nawet tego legowiska, zniknął zupełnie, jakby go nie było w życiu srebrnego kocura. Serce mu kołatało, więc zatrzymał swój marsz, by wziąć kilka głębokich wdechów. Gdy uspokoił jego bicie, ruszył ponownie. Miał mnóstwo wątpliwości, a myśli kotłowały się w nim, nie dając żadnego jasnego komunikatu, czy wyraźnej odpowiedzi.
Biały Strumień zamienił kilka słów z kotem, który pilnował więźniów. Pomyśleć, że jeszcze niedawno w tym miejscu była Rudzikowe Skrzydełko, której grób teraz można było odwiedzić na powierzchni. Jej miejsce w więzieniu zajął syn rudej starszej. Sama myśl o tym przyprawiała przewodnika o nieprzyjemny dreszcz.
Kiedy stanął w wejściu do nory skazanych, spojrzał na srebrnego, byłego już swojego ucznia. Wzrok albinosa był twardy i niezrozumiały. Połyskliwy Kogut siedział przy ścianie na drugim końcu legowiska więźniów. Pomimo księżyca spędzonego wśród zdrajców, zawieszony przewodnik wyglądał na zadbanego. Tak też było teraz; młodzieniec pielęgnował futro z łagodnym, niewinnym wręcz uśmiechem. Kiedy skończył, kątem oka zerknął na Biały Strumień. Spoważniał i uniósł brwi.
— Dzień dobry... Biały Strumieniu? — wymamrotał. Wyprostował się, elegancko siedząc naprzeciw od dawnego mentora.
Biały przeanalizował ruchy kocura. Nie wyglądał na zrozpaczonego ani załamanego, w odróżnieniu od swojej wspólniczki, Łzawej Łapy. Czy naprawdę nie czuł poczucia winy?
Albinos zmrużył oczy i podniósł wyniośle pysk. Długo myślał nad tym, co ma powiedzieć, kiedy tu przyjdzie. Sporo czasu zajęło mu zastanawianie się co myślał o całej tej... sytuacji. Teraz gdy doszło co do czego, czuł rozczarowanie i złość.
— Dzień dobry? — powtórzył pytająco, a w jego głosie tańczyło poniekąd oburzenie. — Dlaczego to zrobiłeś? Przyniosłeś mi hańbę jako mój były uczeń, Połyskliwy Kogucie.
Kogut zamrugał.
— Dlaczego to zrobiłem? — Podniósł się i zrobił parę kroków do przodu. Pokręcił głową z politowaniem. Biały otworzył szerzej oczy na arogancję srebrnego. Uderzenie serca później, ponownie spoważniał, gdy kocur kontynuował;
— Rudzikowe Skrzydełko długo cierpiała. Chcieliśmy zakończyć jej udrękę — wyjaśnił zwięźle. Westchnął ciężko. — To była moja matka. Teraz może odpocząć od kary, która ją spotkała przez własną głupotę i naiwność — dodał z posmutniałym pyskiem.
Biały Strumień skrzywił pysk. Jego grzywka lekko drgnęła podczas ruchu głową.
— Kimże jesteście, by decydować o czyimś życiu i śmierci? — zapytał, a jego głos powędrował wzdłuż podziemnych korytarzy. — Jakie macie prawo, by podejmować takie kroki? Powiem Ci: żadne. Jesteś teraz takim samym mordercą jak ona, Kogucie.
Pokręcił głową z rozczarowaniem, ale również nutą niedowierzania. Jaka matka, taki syn. Miał nadzieję, że dzięki jego opiece i wpajaniu dobrych wartości, kocurek będzie w stanie wyjść na prostą drogę. Mylił się jednak; srebrny bowiem sam zdecydował się wejść na drogę ciemności.
Połyskliwy Kogut przyglądał mu się uważnie ze zmrużonym okiem, lecz nic więcej nie powiedział. Miał kamienny wyraz pyska, jednak końcówka płomiennego ogona zawieszonego przewodnika nerwowo drgała.
Biały Strumień zauważył nerwowe drganie ogona byłego ucznia. Mimo pozornie zachowanego spokoju widział, że w środku Kogut poczuł uderzenie jego słów. Wciągnął wilgotne powietrze, po chwili je wypuszczając.
— Klan nie będzie tolerował Twojego aroganckiego zachowania; ja również. Jeśli stracisz przywilej pełnienia obowiązku przewodnika, to na własne życzenie. Nie wiem, czy myślałeś o konsekwencjach, nim zdecydowałeś się popełnić tę zbrodnię — wypowiedział się ponownie. — Skazana czy nie, Rudzikowe Skrzydełko spotkała kara oraz potępienie, a jej dusza spoczęła na wieki w Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd. Twoje działanie nie było potrzebne, jednak należy już do przeszłości. Połyskliwy Kogucie, w moich, jak i klanu oczach, jesteś teraz jedynie mordercą.
Zrobił dłuższą pauzę.
— Czy masz jakieś... refleksje na temat swojego zachowania?
Jego uszy przylgnęły do głowy. Momentalnie skulił całe ciało, sierść przylgnęła do skóry. Teraz Połyskliwy Kogut wyglądał jak Kurczątko.
Biały Strumień patrzył, jak Połyskliwy Kogut się łamał. Wyglądał teraz tak żałośnie, iż miało się ochotę zmięknąć, by pogłaskać go po głowie i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze... problem w tym, że raczej nie będzie.
Kogut był jego pierwszym i jak dotąd, jedynym uczniem. Oczywiście, że zajmował specjalne miejsce w sercu przewodnika... Biały nie mógł jednak pozwolić zaślepić się uczuciom, kiedy konfrontował kocura. Nie należał do tych kotów; kruchych i zmiennych. Miał swoje wartości, których trzymał się zawsze. Dlatego też czyn Koguta tak go zabolał. Gdzie tu logika w czynach srebrnego? Z małego, nieśmiałego i cichego słodziaka wyrósł... taki kot. Kiedy to się stało? Czy Biały Strumień coś przeoczył? Czy mógł zareagować wcześniej i być może nie dopuścić do tej zbrodni? Czy srebrny mógł działać z premedytacją, z ułożonym planem śmierci Rudzikowego Skrzydełka? Czy może zrobił to pod wpływem silnych emocji, nie myśląc o konsekwencjach swoich działań?
— Czy moje refleksje cokolwiek tu zmienią? — zapytał łamiącym się głosem, nerwowo drgając i uciekając wzrokiem.
— Być może… — zaczął. — …Jeśli wykażesz odpowiednią skruchę oraz chęć do zadośćuczynienia, zmiany siebie, Zawodząca Gwiazda oraz klan Ci wybaczą.
Zamrugał powoli. To była bardzo trudna rozmowa, a Białym Strumieniem targały różne, nieraz sprzeczne emocje.
Kogut schylił głowę i pociągnął nosem. Długo mu zajęło zebranie się w sobie, aby odpowiedzieć jednemu z Trójki.
— ...Chcę zadośćuczynić, Biały Strumieniu. Chcę... — przełknął ślinę. — Chcę się poprawić.
Kątem oka spojrzał na wycieńczoną Łzę śpiącą w swym posłaniu.
— Chcę też... aby... aby Łzawa Łapa była znowu szczęśliwa — mówił dalej, przygnębionym tonem. — Chcę jej pomóc. To przeze mnie tu jest... — dodał cichym, drżącym głosem.
Spojrzał na albinosa swym głębokim, prawie czarnym jak oceaniczna otchłań okiem.
— Czy... czy mogę coś zrobić? Cokolwiek... abyś znów ujrzał we mnie dobrą istotę…
Biały Strumień przez chwilę się wzruszył, a jego serce drgnęło. Mimo to czerwone oczyska po uderzeniu serca błysnęły. Kogut miał...dwie twarze. Biały odnosił wrażenie, iż obie były nieszczere. Wszak przed chwilą sprawiał wrażenie aroganckiego i pysznego, dumnego z własnego czynu. Teraz jednak... płaszczył się przed nim niczym małe, bezbronne kocię. Albinos wiedział jednak, że kocur miał siłę i odpowiednie środki, których mógł w każdej chwili użyć.
— ... — milczał dłuższą chwilę ze zwątpieniem na pysku. — Jesteś szczery w tym, co mówisz?
Część Białego podpowiadała mu, że Połyskliwy Kogut do złudzenia przypominał innego skazanego... Tańcujące Pierze. Manipulacją zebrał wokół siebie koty, by dokonać zbrodni... czy Kogut zamierzał spróbować zwieść swojego byłego mentora, tak jak to zrobił z Łzawą Łapą?
Jego serce zabiło mocniej, na wspomnienie martwego mordercy. To on zabił wtedy jego ojca oraz wygnał siostrę… czy Połyskliwy Kogut, który z boku widział proces sądu, brał z niego przykład?
Były uczeń spojrzał na dawnego mentora słabym wzrokiem.
— Nie okłamałbym cię, Biały Strumieniu... — wymamrotał srebrny młodzieniec ze skuloną postawą. — Je... jestem szczery... chcę się poprawić. Naprawdę! — rozemocjonowany, podniósł ten jeden raz głos, błagając wzrokiem.
Wszystkie głowy więźniów, z wyjątkiem śpiącej Łzy, obróciły się ku nim.
— Uwierz mi... proszę... — miauknął smutno. — Proszę! Poprawię się... chcę zadośćuczynić... proszę...
Skulił się i zacisnął oczy.
Biały Strumień poczuł, jak napinają się wszystkie mięśnie w jego organizmie. Wybuch Połyskliwego Koguta bardzo go zaskoczył. Otworzył szeroko oczy i rozejrzał się, a strażnicy podeszli sprawdzić, co zaszło. Gdy dostrzegli zrozpaczonego Koguta, porozumieli się z przewodnikiem.
— Kogucie ja muszę... Ja muszę to przemyśleć — miauknął w końcu. — Skup się na razie na... odkupieniu swoich win i refleksjach. Żegnaj.
Po czym zawrócił, a jego długi ogon pofalował wraz z nim. Czuł się przytłoczony zachowaniem ucznia, miał jednak podejrzenia, co je wywołało. Potrzebował teraz czasu dla siebie, by wszystko ułożyć w głowie oraz przemyśleć… Wciąż nie wiedział, co powinien zrobić, jak myśleć teraz o Kogucie.
Potrzebował czasu.

Wyleczeni: Biały Strumień

<Połyskliwy Kogucie?>

Od Odety CD. Wrony

Dni zlewały się w jedną, wielką, straszliwą papkę, od kiedy poznała chłód lasu. Korony drzew ani biały puch chrupiący pod łapami nie znały litości. Kiedy oszołomienie wyrzucenia na skraj drogi minęło, a jej głowa przestała pulsować tym przeszywającym bólem, wydostała się ze swojego więzienia poprzez delikatnie uchyloną klapkę. Nie zauważyła procesu ubielania otoczenia, więc z zaskoczeniem przywitała śnieg pokrywający lodowatymi odłamkami wszystko dookoła. Pora zimna przyszła szybciej, niż tego oczekiwała. W tamtym momencie potrząsnął nią dreszcz, ale obecnie już przyzwyczaiła się do wszechogarniającego mrozu.
Pierwsze godziny były najgorsze. Pieszczochowi daleko do kogoś przyzwyczajonego do złych warunków, choć ostatnimi czasy znosiła zimno domostwa. Niemniej, tutaj było to trzy razy gorsze. Zziębnięcie sięgało aż do samych kości Odety, dopóki nie zaczęło przeistaczać się w dźwięk otoczenia. Wszystko to stało się tylko towarzystwem ogromnych rozmyślań i żali uderzających jej do głowy, gdy kręciła się po nieznanej okolicy.
Kolorowe liście mieszały się z topniejącym śniegiem, tworząc obraz istnie posępny. Dotykało ją to jeszcze bardziej podczas wspomnień dawnego domu, który został jej odebrany przez przykry los. Własne legowisko – wcześniej norma – dzisiaj okazało się snem i pragnieniem tak głębokim, aż bolało. Symptomy fizyczne mogły mijać, myśli jednak nigdy nie cichły. Jak można zasłużyć sobie na taki los? To przemyślenie dotykało ją co rusz. Aczkolwiek częściej po prostu użalała się nad stratami. Ukochana właścicielka, dom, jedyni bliscy… Teraz została sama w świecie długim oraz szerokim.
Pogoda nagliła gonitwę okropnych myśli. Świat dobiegł końca; dla niej było to pewne. Nie wiedziała nawet, czy dni zmieniały się, czy czas już przestał być aktualną ideą. Poranki mieszały się z popołudniami, jednocześnie noc zdawała się trwać wiecznie. Wszystkie wydarzenia były nieznaczące, nawet zaplątanie się w liany i szamotanina. Wówczas po prostu myślała o tym jako głupocie, kolejnej rzeczy nieznanej, czymś, co i tak nie zmieniało jej położenia w oczekiwaniu na koniec. Nagle nie było to już takie normalne, jak sobie wyobrażała, ponieważ spotkała ją niespodziewana łaska w postaci innego kota, lecz nie ominęło jej zaniepokojenie.
— Hej, pomogę — mruknęła kłapoucha, która delikatnie wyszła z krzaków. Młodsza stała jak wryta. Przerażona. — Iii… już — sapnęła. — A teraz jak problem został zażegnany, powiedz mi, jak ci na imię?
Racją było, że jej mięśnie stały się sztywne i spięte. Odplątywanie było przez to utrudnione… nieznajoma poradziła sobie dobrze mimo tego. Odeta nie pomagała, gdyż była zajęta wbijaniem spojrzenia w tamtą. Wyglądała na zadbaną, pomimo bycia w sercu lasu. Czarne umaszczenie otulające ją ciasno z uroczymi piórkami utkanymi po długości futerka. Czy może był to anioł, o których słyszała opowieści? A może doczekała się śmierci i teraz dostała ofertę odejścia? Nie ważne co to było, nie odrywała oczu, a strach był niemożliwie silny.
— O-odeta — wydukała.
Zmusiła się do odpowiedzi. Własny głos brzmiał nieodpowiednio w jej uszach. Przez dni milczała, co nie zdarzyło się do tej pory nigdy. Ostatnimi czasy mówiła mniej, jednak kochała pocieszać siebie, chociażby podśpiewywaniem. Teraz nawet chrypka wezbrała w gardle koteczki przez ten niemy okres. Wyłącznie oczy wyrażały wszystko, co chciała powiedzieć, natomiast nie mogła zmusić siebie do wyduszenia.
— Odeta? To jakiś ptak?
Myśli przywróciły ból. Nie miała już siły skrzywić pyska ani odpowiedzieć. Wyjście na nieuprzejmą nawet podczas tej sytuacji wydawało jej się fatalnym pomysłem. Wolała pozostawiać koty uśmiechnięte albo przynajmniej z godną usłyszenia odpowiedzią.
— Nie, nie… tak nazwali mnie moi domownicy. — Dymna zastrzygła uszami. Wyjawiła jakąś tajną informację, którą zrozumiała ta spotkana? Te zastrzygniecie zaintrygowało ją wewnętrznie. Koteczka miała mętlik w łebku, musiała rozejrzeć się dookoła i postąpić kroku, gdy przepytywanie było kontynuowane.
— Twoi domownicy nie dbają o ciebie?
Najpierw nie zrozumiała. Wtem zerknęła na siebie i zauważyła swój okropny stan. Jej sierść zupełnie nie przypominała tej miękkiej, ułożonej, jak u kocicy, a zamiast tego była cała brudna od kurzu. Jej ogon zdawał się nawet posiadać ślady błota! Jak pozwoliła sobie doprowadzić się do takiego stanu? Ból pojawił się po raz kolejny, pozostając na jej sercu dłuższy moment.
— Cóż, już z nimi nie mieszkam… — wydukała niepewnie. Nie była pewna, co było prawdą w tej sytuacji. Pewność miała tylko w kwestii, że domostwo przestało być bezpieczne od momentu śmierci pani sprawującej nad nimi opiekę. Wówczas mieszkała już na własną łapę, co nie różniło się wiele od teraźniejszości, poza obecnością innych kotów do pomocy. Jak ona marzyła o kimś, z kim mogłaby dzielić tę niedolę!
Cisza, która nastała, skłoniła Odetę do uchylenia głowy w dół. Chyba naprawdę przyszedł jej czas na zajęcie miejsca obok martwej Wyprostowanej. Słowa uderzyły w nią z zaskoczenia. — Wiesz, jeśli chcesz, my możemy się tobą zaopiekować. Mamy obóz niedaleko stąd. — Liliowa zastrzygła uszami. Tak nieprzewidziana wypowiedź wyrwała ją z załamanego stanu rozumu.
— Obóz? — słowo spadło z jej języka lekko. Brzmiało jak coś przyjemnego.
— Tak, ja i inne koty żyjemy razem, pomagając sobie nawzajem. Nazywamy się Owocowym Lasem — odrzekła rozmówczyni.
Młoda zamrugała parokrotnie. Iskierki zatańczyły w jej oczach. Zgasły równie szybko, jak się pojawiły. Wysunęła pazurki, aby uziemić trochę swój stan umysłowy, ale dalej wyglądała słabo. Wrona mogła być pewna, iż nie zostanie zaatakowana tymi naturalnymi atrybutami obronnymi, choć była pupilka chwiała się na łapach. Naprawdę nie wyglądała na wystarczająco silną czy sprawną. Ona walczyła z wyobrażeniami chcącymi przejąć jej świadomość, bojąc się zawiedzenia.
— Czy to metafora do miejsca, gdzie trafiamy po śmierci? — Odeta uciekła wreszcie wzrokiem od tamtej po długim wpatrywaniu się w nią z zapewne dosyć nieprzyjemną intensywnością. Przełknęła gorzki smak rosnący usilnie w pyszczku, spowodowany nadchodzącymi emocjami szargającymi jej zmysłami. Odepchnięcie szansy było jednak tak skomplikowane… zawsze trzymała się kurczowo takich okazji. Życie zawodząc, pokazało jej złudność życzeń. No, ale po części dalej była tylko roztrzęsionym kociakiem z nadzieją w sercu.
— Co? Chyba mnie nie zrozumiałaś — rzuciła Wrona do niej, gdy była zajęta myśleniem. Tego transu nie było łatwo przerwać, nie podobnie do poprzedniego.
Poczuła nawrót zawrotów głowy i mimowolnie postąpiła parę kroków w przód, wpadając na pomarańczowooką. Nie była to rzecz ani w pełni świadoma, ani też w zwykłe przewrócenie. Było to jak naturalna potrzeba. Oparła się na jej boku, bo nie wiedziała szczerze co zrobić. Przez tyle czasu trwała w tym lesie, że nawet tak głupi skrawek lepszego życia był, jak powiew ciepłego powietrza w Porze Nagich Drzew. Inne koty i wspólnota… w chwili nie mogła porównać tego ze swoją wiedzą o klanach, zbyt zaaferowana i zajęta powstrzymywaniem łez. Tak czy inaczej, jaśniała niczym perfekcja jako pomysł.
— Gdziekolwiek indziej niż tutaj, proszę. Gdziekolwiek indziej niż tutaj… — łkała, czując łamanie serca w piersi. Pękło odrealnienie, broniące jej przed największym cierpieniem. Dopuszczenie myśli o tym, iż teraz będzie musiała żyć tu i teraz w realiach bez najbliższych oraz znajomych kątów – załamało ją. Niemniej, nie chciała się wycofywać. Pragnęła zniknąć z tej głuszy, jeśli tylko miała na to szansę, była gotowa błagać przy samej ziemi. Potrzebowała obudzić świat do odgłosów. Wystarczy jej bezruchu, ciszy, tej przygnębiającej pustki.
— Proszę, proszę… — powtarzała pod nosem, przypominając modlitwę skierowaną do powietrza bardziej niż coś wypowiadane ku Wronie. Pozostała na miejscu, przy jej boku, przyciskając się mocniej; jedno drobniejsze ciało, przy drugim większym. Liczyła na zyskanie odrobiny ciepła i wdychała specyficzną woń, jeśli tylko oznaczała brak samotności. Nie zwracała uwagi na reakcje kotki, dopóki ta pozostawała bez ruchu, pozwalając jej na to osobliwe zbliżenie.

<Nieznajoma?>

Od Wrony do Odety

Wrona spacerowała po lesie, myśląc o wydarzeniach z jej życia. Była na bitwach – czy bardziej bitewkach – była świadkiem reform, które zmieniły Owocowy Las na zawsze. Miała również uczennicę, Alkę.
Na początku była marudna, trochę leniwa i niezainteresowana. Gdy raz puściły jej nerwy i powiedziała, by uważała, młodsza trochę się przestraszyła, ale jeszcze bardziej jej nie lubiła. Wrona postanowiła zastosować inne metody wychowawcze. Powiedziała, że jak Alka odróżni ślady lisa od borsuka, pójdą pozbierać kwiaty. To uspokoiło młodą kotkę i wróciła z treningu szczęśliwsza niż kiedykolwiek. Gdy Alka nie była na nią (przynajmniej na oko) zła, chodzili na kwiatki każdego dnia, w którym mimo błędów udało jej się zrobić postępy. To była zdolna, lecz trudna uczennica, ale chyba jej się udało.
Szelest w zaroślach wyrwał ją z zamyśleń i przeszła do skradania. Za chaszczami była mała, liliowa kotka, która się zaplątała w jakieś pnącza. Nie wyglądała na groźną.
– Hej, pomogę – mruknęła kłapoucha, która delikatnie wyszła z krzaków. Młodsza stała jak wryta, przerażona.
– Iii… już – sapnęła. – A teraz jak problem został zażegnany, powiedz, jak ci na imię?
– O-odeta – wydukała.
– Odeta? To jakiś ptak?
– Nie, nie… tak nazwali mnie moi domownicy.
Dymna zastrzygła uszami, a więc pieszczoszka…
– Twoi domownicy nie dbają o ciebie? – zapytała, widząc zakurzoną sierść kotki. Nie widziała nigdy pieszczocha (chyba że Poinsecje, która nadawałaby się do tego idealnie), lecz wydawało jej się, że te koty miały błyszczącą sierść i jedły trociny.
– Cóż, już z nimi nie mieszkam… – wydukała niepewnie.
Wrona zastanowiła się przez chwilę. Owocowy Las chętnie by przyjął taką młodą kotkę.
– Wiesz… jeśli chcesz, my możemy się tobą zaopiekować, mamy obóz niedaleko stąd.
Liliowa zastrzygła uszami.
– Obóz?
– Tak, ja i inne koty żyjemy razem, pomagając sobie nawzajem, nazywamy się Owocowym Lasem.
Zielonooka zastanowiła się przez chwilę.

<Odeto?>

Od Psianki CD. Borowika

Wróciłam do obozu z zającem zwisającym z pyska. Był cięższy, niż się spodziewałam, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie – byłam z siebie niesamowicie dumna. Zając nie był przecież czymś, co często trafiało się w Owocowym Lesie, więc kiedy udało mi się go złapać, przez całą drogę powrotną miałam ochotę wszystkim o tym opowiedzieć. A właściwie jednemu konkretnemu kotu.
— Borowiku! — zawołałam niewyraźnie, odkładając zdobycz na stertę zwierzyny. Nie odpowiedział, więc rozejrzałam się po obozie i szybko dostrzegłam burego kocura stojącego niedaleko.
— Borowiku! — zawołałam ponownie, po czym podbiegłam do niego i usiadłam obok, ledwo powstrzymując się od podskakiwania z podekscytowania. Miałam w głowie pewien pomysł już od jakiegoś czasu i w końcu znalazłam kogoś, kto mógł mi w nim towarzyszyć.
— Masz ochotę zrobić coś bardzo niekonwencjonalnego i szalonego? — Borowik spojrzał na mnie kątem oka, a jego ogon drgnął z ekscytacji.
— Coś… szalonego? — powtórzył, jakby sam próbował oswoić się z tym pomysłem. — No… ale… jak bardzo… szalonego…?
Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, bo jego reakcja tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że wybrałam odpowiedniego kompana. Nie chciałam jednak zdradzać wszystkiego na środku obozu, dlatego rozejrzałam się dookoła, upewniając się, że nikt nie zwracał na nas uwagi.
— A widziałeś kiedyś Dwunożnego na żywo? — spytałam, ściszając głos do konspiracyjnego szeptu. Borowik zmarszczył brwi i również zaczął nerwowo rozglądać się na boki.
— Uh… ano… widziałem. Znaczy… w mojej głowie — odpowiedział po chwili. — I wydawał się… całkiem żywy. Wyobrażam ich sobie czasem. Jako gigantyczne, łyse koty, co na dwóch łapach chodzą. Bo mówią…
Nachylił się bliżej i jeszcze bardziej ściszył głos.
— Mówią, że tak wyglądają — przez chwilę milczał, po czym pokręcił głową. — Ale no… nie, nie… Ja nigdy nie widziałem takiego… nie naprawdę. A bo co…?
Nie mogłam dłużej czekać.
— To chodź, nie możemy rozmawiać tutaj! — szepnęłam, po czym ruszyłam truchtem poza obóz, kierując się w stronę Szopy Strachu. Nikt zbyt często nie zapuszczał się w tamte okolice, więc byliśmy niemal pewni, że nikt nie będzie próbował podsłuchiwać naszej rozmowy. Borowik przez chwilę stał w miejscu, wyraźnie zdezorientowany, ale ostatecznie ruszył za mną.
— C… co…? Och, Wszechmatko… Ale… uh… — wymamrotał, próbując mnie dogonić. Po drodze omal się nie przewrócił, zahaczając łapą o kamień, przez co obejrzałam się na niego z lekkim rozbawieniem. Na szczęście szybko odzyskał równowagę i po chwili znalazł się obok mnie. Kiedy znaleźliśmy się przy Szopie Strachu, zatrzymałam się i usiadłam, owijając ogon wokół łap. Spojrzałam na Borowika poważnie, choć w środku nadal aż rozpierało mnie podekscytowanie.
— Mam pewien plan, ale najpierw musisz mi obiecać, że nikomu nic nie powiesz! — Borowik rozejrzał się po okolicy, po czym spojrzał na mnie z szeroko otwartymi oczami.
— Ja… ja nie powiem nic, nigdy, nie… Ale… nie chodzi o nic… uh… złego, prawda…? Bo ja to… złego nie chcę nic… — mruknął niepewnie. Pokręciłam głową i odpowiedziałam całkowicie poważnie:
— Nigdy bym cię nie poprosiła o nic złego, Borowiku.
Wzięłam głęboki oddech i wreszcie powiedziałam mu, co od dawna chodziło mi po głowie.
— Chciałabym wybrać się w okolice Siedliska Dwunożnych. Od zawsze byłam ciekawa ich wyglądu… a to jedyne miejsce, gdzie mogłabym ich zobaczyć! Tylko podróż do ich miejsca jest bardzo długa i ciągnie się przez tereny innych klanów. Ale z moich obliczeń wynika, że jeśli wyruszymy tuż przed świtem, a w samym Siedlisku nie spotkamy żadnych kłopotów i zostaniemy tam stosunkowo krótko… powinniśmy wrócić do Owocowego Lasu przed zmierzchem — przerwałam na moment, po czym dodałam nieco ostrożniej: — Oczywiście możesz się wycofać! Ale z moim gadulstwem sama długo nie wytrzymam i potrzebuję kompana do podróży…
Borowik podrapał łapą ziemię i pokręcił głową.
— Uh… To… to niedobry pomysł, nie, nie… — zaczął, a ja przez chwilę tylko na niego patrzyłam, czekając, aż skończy. — Jeśli na terenach innego klanu złapie nas patrol, to będzie po nas. Jeśli się tam zgubimy, to też po nas. Albo Dwunożni… uh… zrobią coś tak, że będzie po nas — zawahał się, po czym dodał z wyraźnym niepokojem: — A to jeszcze jest droga w dwie strony… um…
Przez chwilę milczał, wyraźnie rozważając wszystkie możliwe konsekwencje. Już miałam zacząć go przekonywać, kiedy jego mina nagle trochę się zmieniła.
— Ale no… w sumie… jak pójdziemy razem, to… to będziemy mieć dwie pary oczu i uszu i… i ogólnie wszystkiego, co przydatne, razy dwa, więc… — zawahał się jeszcze raz, po czym wzdrygnął się lekko. — Ugh… A co mi tam… Pójdę no… Hm. Przecież cię samej nie puszczę…
Przez moment po prostu na niego patrzyłam, a potem nie mogłam powstrzymać szerokiego uśmiechu.
— Wiedziałam, że się zgodzisz! — rzuciłam z entuzjazmem, a mój ogon niemal od razu uniósł się do góry. Mieliśmy plan. Następnego dnia, jeszcze przed świtem, mieliśmy opuścić Owocowy Las i ruszyć w stronę Siedliska Dwunożnych. Czekała nas długa droga, tereny innych klanów i mnóstwo rzeczy, których nie mogliśmy przewidzieć, ale właśnie ta niewiadoma podobała mi się najbardziej.
Nie wiedziałam, co zobaczymy, czy uda nam się bez problemu dotrzeć na miejsce ani jak właściwie będą wyglądać prawdziwi Dwunożni. Wiedziałam tylko, że nie zamierzałam już dłużej polegać na cudzych opowieściach. Chciałam zobaczyć ich na własne oczy, a Borowik – ku mojej ogromnej radości – miał mi w tym towarzyszyć.

<Borowiku?>

Od Odety

Bezfutrzaste łapy chwytały niezgrabnie, zupełnie nie jak powinien to robić rzetelny kot. Brak gracji w chwycie był wyczuwalny i zauważalny. Może to strach przed draśnięciem pazurków? Prawdopodobnie mogła być to równie dobrze niechęć względem kotki. Nie można być jednak pewnym, co właściwie uwarunkowało to wydarzenie, bo było na tyle niespodziewane, że nieprzewidywalne. Nikt nie mógł wyobrazić sobie zawczasu dzisiejszego biegu zdarzeń. Nawet rodzice Odety, którzy patrzyli zdezorientowani, a wręcz przerażeni, na porwaną w powietrze córkę.
Dwoje Wyprostowanych było czymś nowym w ich cichym zakątku. Patrząc na nich, trudno było rozpoznać wielkie, różowe pyski. Nie przypominały ani właścicielki, ani też odwiedzających sąsiadów i przyjaciół. Mówiąc szczerze, na początku dotknął całą familię niepokój z nimi związany. Natomiast minął szybko, przez pojawiające się w miseczkach jedzenie i ruch w domu. Pierwszy posiłek po dniach głodowania oraz podjadania tego, co mogli znaleźć, był przepyszny i pochłonięty bezzwłocznie. Odgłos w domu, chociaż nieufnie przyjęty, był wyczekiwany. Obecnie tylko te ręce były problemem. Wydarzenia biegły w tempie na tyle szybkim, iż połapanie się w momencie sięgało granic pojęcia. Najpierw te okropne ciągnięcie za futerko, następnie głuchy trzask czegoś będącego otwieranym, a potem uderzenie o twarde, metalowe podłoże. Przynajmniej sparowane z uwolnieniem od uścisku.
Bezzwłocznie, zawroty głowy przyczepiły się do Odety jak rzep na ogonie zaraz po spotkaniu z podłożem. Grunt mieszał jej się z ziemią i vice versa, aczkolwiek ten czarny materiał byłby utrudniający do określenia płaszczyzny znajdowania tak czy inaczej. Czy to podłoga, czy też sufit – wyglądało to identycznie, jakoby wielka, czarna skała połyskująca w świetle. Do tego niemiłosierna w swej nieprzyjemnej oślizgłości.
Znała to miejsce. W tym pudle przesiadywała co rusz, gdy nachodził straszliwy czas roku, gdy miliony metalowych pazurów były wbijane w jej kark. W chwili dotarcia tego skojarzenia do jej świadomości zaczęła drżeć. Co dziwne jednak jej rodzice okazali się zamknięci w takich samych klatkach zaraz po niej. Widziała swoją matkę wierzgającą, aby odpędzić od siebie straszliwe dłonie, niemniej została przeniesiona do przestrzeni za kratkami bez szansy na, chociażby samoobronę najniższego stopnia. Wyprostowany był bezduszny. Chwytał mocno i za kark w sposób, którego nie dało się łatwo rozgryźć. Pieszczoszka nie rozumiała, jak radzić sobie z taką niesprawiedliwością. Nie powinna mieć ona miejsca w żadnym względzie!
Potrzeba krzyku wypełniała całe jej gardło, ale łzy były pierwsze. Jej delikatne serduszko zaczęło boleć z ogromnym nasileniem, doprowadzając do słonych kropel spływających prosto do jej pyska. Okropny smak, prawie gorzki. Gdyby to nie było wystarczającym, chcąc się uspokoić, wzięła zbyt duży wdech i zaczęła krztusić się własnymi łzami… pechowiec tak straszny, aż to śmieszne. Choć jej nie było do śmiechu. Przywarła do ułożonych w kratkę prętów, pomimo dotkliwego zimna, jakie z nich biło. Całe jej ciało trzęsło się w ten czy inny sposób, więc po co przejmować się tylko dodatkowym powodem? Warto próbować zobaczyć przestrzeń poza smolistym więzieniem nie do zdarcia.
— Mamo! — nawoływała bez odpowiedzi. Po zauważeniu, że to nie zadziałało, obrała inną taktykę. — Tato! — piszczała na cały głos. Niemniej, dostała odpowiedź wyłącznie ciszy przerywanej krokami. Jakiś zamęt miał miejsce na zewnątrz. Coś, czego nie mogła dostrzec ze swojego punktu położenia.
Mimo wszystko usilnie próbowała dojrzeć cokolwiek. Nawet kiedy została podniesiona i musiała skulić się, aby nie obijać się o ściany. Nawet, podczas gdy położono ją w kolejnym miejscu przywołującym wspomnienia straszliwych Dwułapów… nawet w chwili, podczas której dostrzegła zrezygnowanych rodziców kawałek dalej. Już chciała otwierać pysk i wrzeszczeć do nich wniebogłosy, uradowana wreszcie ponownym spotkaniem. Nie minęła minuta, a dostrzegła ich śpiące mordki w dziwnym, nieadekwatnym spokoju względem tejże zupełnie nienormalnej sytuacji. Zamarła w bezruchu, przyglądając się im ze zdenerwowaniem.
Potem czas się dłużył. Nie chciała zbudzić kotów, które w osobliwy sposób odnalazły równowagę. Sama chciała jej zaznać. Zamiast tego mogła tylko wstać i poruszać się po ciasnej przestrzeni, która oferowała nieliczne możliwości, wystarczające tylko dla kogoś zdesperowanego jak koteczka do wyżycia się w jakikolwiek cielesny sposób. Krzątała się z kąta w kąt, bez pełnego wstania. Fakty tylko uderzały w nią po kolei. Postępowała kroku, a z przodu słyszała głosy Dwunożnych. Jeden obrót w klaustrofobicznej przestrzeni i pomyślała o długo niebudzących się rodzicach. Wówczas w jej głowie zaistniała możliwość, iż nigdy tego nie zrobią. Z każdym uderzeniem serca, uderzało w nią coraz więcej zmartwień o podobnej naturze.
Znała już oblicze śmierci, nie chciała widzieć go ponownie w tak krótkim czasie od ostatniego zapoznania. Wiedziała, że stała zaraz naprzeciw takiemu biegu zdarzeń. Przykry los spłatał jej figla i skończyła, jak skończyła. Zmuszała siebie do milczenia, ale teraz już nie mogła. Zaczęła płakać i piszczeć, i tarabanić się na drzwiczki, i wołać aż jej płucom zabrakło powietrza… dopóki finalnie nie zatrzymali się z szarpnięciem. Młodziutka przeleciała przez całą długość klatki. Obezwładniający prostokąt został podniesiony, wtem rzucony. Nagle z wnętrza przeniosła się i leżała na miękkiej trawie lasu. Zupełnie sama. W obcym miejscu. Z transporterem tylko na wpół uchylonym i bólem w głowie wystarczającym do omdlenia. Sen był zbawienny, nie po raz pierwszy w jej życiu przepełnionym strachem.

12 października 2026

Od Kocimiętkowego Wiru CD. Ognikowej Słoty

Przeszłość

— Pamiętasz, jak ostatnio mówiłaś, że chciałabyś dostać skrzydeł i polecieć? — zagadnęła Słota, patrząc czule na leżącą obok niej kotkę, która śmiała się jeszcze przez jakiś czas. Kocimiętka wreszcie otarła jedną z łez szczęścia spływającej z jej policzka i pokiwała głową po dłuższej chwili, pociągając nosem jednokrotnie.
— Tak… a co, wynalazłaś sposób na to? — zapytała, na moment odpływając z powrotem myślami, wzrokiem błądząc gdzieś po wielokolorowym nieboskłonie.
— Myślę, że tak. Czuję się przy tobie tak, jakby mi ktoś doczepił skrzydła — wyznała.
Jasnooka zamrugała zaskoczona jakby przywrócona znów do teraźniejszości. Przez krótką chwilę wyglądała tak, jakby szukała w najdalszych odmętach umysłu stosownej odpowiedzi. Zaraz jednak jej pyszczek rozjaśnił się ciepłym uśmiechem, popartym przez wysunięty język.
— Cieszę się — wymruczała, przesuwając łapą po łapie Ognikowej Słoty. Ich boki stykały się, gdy leżały tak obok siebie. — Może ja też zostałam ptakiem. Przy tobie czuję się tak, jakbym miała za sobą już dawno swój pierwszy lot. Wylot z gniazda — zachichotała, mrużąc oczy, gdy słońce zaświeciło prosto w nie.
Ognikowa Słota zamruczała na jej słowa, co sprawiło, że po klatce piersiowej Kocimiętki rozlało się ciepłe uczucie. Miała wrażenie, jakby każdy skrawek jej ciała był przepełniony miłością w najczystszej i najpiękniejszej postaci. W tej chwili nie widziała świata poza swoją partnerką i marzyła jedynie o tym, by taki stan rzeczy utrzymywał się już do końca jej dni — a może i jeszcze dłużej. Czuła się niezwykle spełniona, przekonana, że nawet góry byłaby w stanie przenosić u boku drugiej mistrzyni. W końcu miała już wszystko, o czym tylko mogła zamarzyć. Cieszyła się dobrą reputacją, wysoką pozycją w klanie, a także obecnością drugiej połówki, której nie zamieniłaby na nic innego.
— Słoto…? — mruknęła po chwili rudofutra, poruszając nieznacznie wibrysami. Jej wzrok leniwie przesunął się po źdźbłach trawy, by następnie powędrować ku pyskowi szylkretowej kotki.
— Tak? Czy coś się stało? — odparła mistrzyni, subtelnie przekręcając głowę.
Kocimiętkowy Wir zachichotała cicho pod nosem, nim zdążyła cokolwiek powiedzieć. Przez moment zastanawiała się, jak ubrać swoje uczucia w słowa, lecz ostatecznie postanowiła po prostu powiedzieć to, co akurat przyjdzie jej na język. W końcu zawsze tak postępowała, a właśnie taką wersję jej pokochała Ognikowa Słota.
— Wiesz, zastanawiałam się, czy już na zawsze będzie nam dane być razem… — miauknęła, wyglądając na zamyśloną. — Tak dobrze mi się przebywa w twoim towarzystwie, że nie wyobrażam sobie, by kiedykolwiek miało być inaczej! — dodała, uśmiechając się ciepło do partnerki.
Słota skinęła głową, a końcówka jej ogona drgnęła.
— Nie masz się o co martwić, Kocimiętko — odparła spokojnie, na co rudofutra zamruczała cicho.
— No tak, masz rację… Jestem pewna, że Mroczni Przodkowie będą nad nami czuwać, a dzięki temu nasze uczucie przetrwa całą wieczność! — zaśmiała się, mimo że była całkowicie przekonana o prawdziwości swoich słów i wypowiadała je z powagą. W końcu były parą idealną — obie silnie związane z Miejscem, Gdzie Brak Gwiazd, musiały przecież cieszyć się jego opatrznością.
Kocimiętkowy Wir już nie mogła doczekać się chwili, w której doczekają się gromadki słodkich kociąt, wychowywanych na przyszłych kultystów. Widziała ich wspólną przyszłość oczyma wyobraźni i była pewna, że czekają je obie czasy pełne szczęścia i dumy.

* * *

Teraźniejszość

Mistrzyni nie przepadała za przebywaniem w obozie, a składało się na to wiele czynników. Jednym z nich był chociażby fakt, że nie znosiła spoglądać na pyski tych okrutnych morderców. Nienawidziła budzić się rano, ponieważ wtedy musiała otworzyć oczy i dostrzec leżących na posłaniach kultystów, którzy podczas snu wyglądali niemal tak niewinnie, że aż trudno było uwierzyć, iż jeszcze kilka nocy temu stali z zakrwawionymi łapami nad ciałami samotników. Nie potrafiła nawet rozmawiać z większością Wilczaków, przez co dnie spędzała poza obozem lub ukryta na obrzeżach azylu. Mimo wszystko trochę tęskniła za kontaktem z innymi kotami i czuła, że może powinna częściej kręcić się w pobliżu granic. Nie miałaby problemu z rozmową z jakimś Klifiakiem czy Burzakiem. Przynajmniej wiedziałaby, że kot, z którym rozmawia, nie może pochwalić się odebraniem komuś życia. Właśnie dlatego postanowiła w końcu wybrać się na spacer. Zamiast jednak od razu ruszyć w stronę granicy z którymś z klanów, zaczęła iść wzdłuż rzeki.
Nie wiedziała, dlaczego obrała właśnie tę drogę. Może podświadomie liczyła na to, że uda jej się spotkać tamtą samotniczkę, która kilka dni temu jej uciekła? Cóż, nawet jeśli tak było, nie rozumiała, dlaczego tak bardzo ciągnęło ją do tej kotki. Przecież była tylko samotniczką — dlaczego więc Kocimiętka nie potrafiła przestać myśleć o tym, że gdyby tylko miały okazję przeprowadzić nieco dłuższą rozmowę, mogłyby się dogadać?
Tak bardzo pogrążyła się we własnych myślach, że niemal wpadła do rzeki. Zatrzymała się tuż przed brzegiem, gwałtownie wracając do rzeczywistości. Jej wzrok spoczął na płynącej wodzie, a po grzbiecie przebiegł dreszcz. Mało brakowało, a wpadłaby do środka i popłynęła wraz z nurtem! Dobrze, że w porę się opamiętała. Zanim jednak zdążyła zawrócić i ponownie pogrążyć się w rozmyślaniach, do jej nozdrzy dotarł zapach obcego kota — samotnika. Przez moment w jej sercu pojawiła się iskierka nadziei, lecz Kocimiętka szybko zdała sobie sprawę, że woń intruza znacząco różniła się od zapachu kotki, o której jeszcze przed chwilą myślała. Z frustracją strzepnęła ogonem, po czym przypomniała sobie, że wciąż znajdowała się na terenach Klanu Wilka, a to oznaczało, że musiała zlokalizować samotnika i go przegonić. Na szczęście nie było to trudne, ponieważ znajdowała się na otwartej przestrzeni. Rozejrzała się wokół i szybko dostrzegła majaczącą na tle śniegu sylwetkę. Kot najwyraźniej na coś polował. Choć rozumiała, że musiał czymś się pożywić, nie mogła pozwolić mu na kradzież zwierzyny z terenów Klanu Wilka. Nawet jeśli uważała, że Wilczaki nie zasługiwały na tę piszczkę. Nie mogła przecież być od nich gorsza i robić im na złość, prawda?
Postanowiła podejść do intruza, który był zbyt zajęty skradaniem się do jakiegoś ptaka, by ją zauważyć. Gdy znalazła się wystarczająco blisko, zatrzymała się i zmrużyła ślepia. Samotnik wciąż nie wyczuł jej obecności, więc rudofutra postanowiła odchrząknąć. Wtedy kot wyprostował się, napinając mięśnie. Mistrzyni zauważyła, że futro na jego karku nieznacznie się nastroszyło.
— Czyżbyś nie posiadał zmysłu węchu? — mruknęła, unosząc jedną brew.
Samotnik odwrócił się w jej stronę. Jedno spojrzenie wystarczyło, by to Kocimiętka zamarła w bezruchu. Serce podeszło jej do gardła, a myśli na moment zupełnie się ulotniły. Dopiero po chwili zamrugała kilkakrotnie, próbując pozbyć się dziwnego uczucia, które ścisnęło ją w klatce piersiowej.
W końcu… to pewnie tylko przypadek, że kocur stojący przed nią wyglądał podejrzanie podobnie do samotnika, którego zabiła kilka księżyców temu. On również miał czekoladowe futro i niemal identyczne bursztynowe oczy. Sierść Daniela była jednak poprzecinana tygrysimi pręgami, podczas gdy kot, który stał teraz przed nią, był cętkowany.
— Przepraszam? — odezwał się samotnik.
— To teren należący do Klanu Wilka. Nie wolno ci tu przebywać — oznajmiła Kocimiętkowy Wir, wciąż intensywnie się w niego wpatrując. Nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Dlaczego był tak podobny do Daniela?
— Ach, przepraszam! — odparł kocur. — Tak mocno wieje, że chyba wasz zapach musiał się rozwiać. Nie wiedziałem, że nie mogę tu polować… — zaczął się tłumaczyć. — Nie potrafiłem niczego znaleźć na terenach samotników… Czy na pewno nie mógłbym spróbować tutaj zapolować? Padam z głodu! — westchnął ciężko.
Rudofutra nieznacznie położyła po sobie uszy. Powinna go stąd przegonić, ale… nie potrafiła. Ach, dlaczego ostatnio cały czas miała taką słabość do samotników? Czuła, że jest coś winna temu kocurowi… W końcu, jeśli naprawdę był bratem Daniela, musiał teraz żyć w samotności, ponieważ jego brat został mu odebrany właśnie… przez nią.
— Nie… nie powinieneś — odezwała się w końcu, odwracając wzrok. — Jeśli moi pobratymcy zobaczą cię tutaj podczas polowania, nie wyjdziesz z tych terenów w jednym kawałku! — ostrzegła go.
Czekoladowy zmrużył oczy, jakby nagle coś przyszło mu do głowy. Przez moment wpatrywał się w mistrzynię, aż w końcu mruknął:
— Czy to już kiedyś się… zdarzyło? — Uniósł brew. — To znaczy, czy musieliście już kogoś tak… przeganiać? — dodał, na co mina zielonookiej spoważniała. Dlaczego o to pytał?
— No raczej. W przeciwnym razie bym cię nie ostrzegała — zauważyła, próbując zignorować dziwne uczucie, które nie dawało jej spokoju.
— Ach, w takim razie dziękuję ci. Muszę mieć sporo szczęścia, że trafiłem akurat na ciebie. Zakładam, że nie do każdego los się uśmiechnął… — miauknął, uśmiechając się do mistrzyni w dość dziwny sposób.
Kocimiętka nie potrafiła znieść jego zachowania. Czuła, że podobieństwo intruza do Daniela nie było przypadkowe, podobnie jak słowa, które wypowiadał. Miała wrażenie, że czekoladowy celowo dobierał je tak, by wywołać w niej jakąś reakcję.
— W takim razie, Łośku, czy pozwolisz, że odprowadzę cię do granicy? — zaproponowała, choć jej ton jasno wskazywał, że odmowa nie wchodziła w grę.
Kocur uśmiechnął się jeszcze szerzej.
— Pozwolę, jeśli powiesz mi, skąd znasz moje imię — odezwał się, na co Kocimiętka zamrugała kilkakrotnie.
Była pewna, że już jej się przedstawił… Przełknęła ślinę i odwzajemniła uśmiech kocura.
— Jesteś bratem Daniela, prawda? — zapytała, śmiejąc się nerwowo pod nosem. — Tak się składa, że miałam okazję go poznać — dodała, a przed jej oczami pojawiło się wspomnienie tamtej nocy. — On… nie żyje. Przykro mi. Właściwie to… próbowałam mu pomóc. Chciałam go uratować, lecz moi pobratymcy byli szybsi. Przepraszam, Łośku… — mruknęła, kłamiąc mu prosto w oczy.
Wyraz pyska czekoladowego natychmiast spochmurniał.
— No tak, mogłem się tego spodziewać. Przecież nie uciekłby ode mnie zupełnie bez powodu — westchnął cicho. — Mimo wszystko dziękuję ci za to, że próbowałaś mu pomóc. Jestem ci za to dozgonnie wdzięczny, a także za dzisiaj. Możesz być z siebie dumna, że przynajmniej ja nie podzielę losu swojego brata.
Kocimiętkowy Wir skinęła głową. Była okropnym kotem. Dlaczego kłamała? Dlaczego zrzuciła całą winę na innych Wilczaków, całkowicie wybielając samą siebie? Przecież to ona zamordowała Daniela. Zabiła go z zimną krwią, odbierając go jego bratu. Doskonale wiedziała, że pozbawiając go życia, pozostawiała Łośka samego sobie. Dlaczego wtedy nie pomyślała o tym, jak okrutny był jej czyn? Czy naprawdę była aż tak zaślepiona propagandą, którą wpajał jej kult?
— Wiesz… twój brat był dobrym kotem. Przyjemnie mi się z nim rozmawiało, choć nie mogę powiedzieć, że przed jego śmiercią nawiązaliśmy jakąś szczególnie bliską relację. Opowiadał mi nawet o tobie i… po jego śmierci zastanawiałam się, jak sobie radzisz — wyznała, mimo iż jej słowa kompletnie mijały się z prawdą. Dlaczego nie potrafiła przestać kłamać przed Łośkiem?
— Cóż mogę powiedzieć… Nie jest najgorzej, choć brakuje mi jego obecności. Byliśmy ze sobą bardzo zżyci, no i… we dwójkę łatwiej się poluje. Ta zima jest niezwykle brutalna i zastanawiam się, czy w ogóle będę w stanie ją przeżyć w pojedynkę… — wyznał, kładąc po sobie uszy.
Rudofutra poczuła ukłucie w sercu na jego słowa. Dlaczego posunęła się do tak okropnych rzeczy, byle tylko zadowolić kult? Jak mogła odebrać kotu jego własnego brata tylko i wyłącznie po to, by zyskać w oczach innych? Nie wyobrażała sobie teraz zrobić tego samego, mimo że od zamordowania Daniela nie minęło wcale tak dużo czasu. Śmierć Dyniowej Skórki naprawdę otworzyła jej oczy na wszelkie krzywdy, jakie wyrządzał światu kult. Szkoda tylko, że wojowniczka musiała poświęcić swoje życie, by Kocimiętka wreszcie zrozumiała, że to, co robiła, było chore.
— Nie martw się, Łośku. Tym razem nie pozwolę na to, by kolejny samotnik umarł. Więc… jeśli będziesz miał z czymś problem, to śmiało mi o tym opowiedz. Choć nie wiem, jakie są szanse na to, że spotkamy się ponownie — miauknęła.
— Chyba nie musimy czekać na to, aż los znowu przetnie nasze ścieżki, czyż nie? Jeśli byś chciała, moglibyśmy się kiedyś umówić. Tylko jeśli dobrze zrozumiałem, twoi bliscy nie przepadają za samotnikami, prawda? Czy to nie będzie problem, jeśli będziemy się czasem widywać? — zaczął dopytywać.
Kocimiętkę zdziwiła jego bezpośredniość, lecz nie mogła ukryć, że kocur wydawał się całkiem interesujący. Poza tym miał podobną urodę co Daniel, którego wbrew sobie uważała za całkiem niczego sobie. Choć to nie tak, że szukała nowej miłości… Wciąż przecież oficjalnie była w związku partnerskim z Ognikową Słotą i nie byłaby w stanie zakochać się w innym kocie. Raczej…
— Skoro nalegasz… — mruknęła, uśmiechając się zadziornie. — Jeśli będziemy wystarczająco ostrożni, to nikt nie powinien nas zobaczyć, gdy będziemy rozmawiać. A jeśli nikt nas nie zobaczy, to nikt nie będzie miał problemu. Proste? Proste — rzuciła żartobliwie. — No, a teraz lepiej już się stąd zmywaj, zanim znajdzie cię jakiś patrol — dodała i odwróciła się w stronę granicy z terenami samotników.
Łosiek skinął łbem i podszedł do niej. We dwójkę zaczęli zmierzać w stronę rzeki.
— Tak w ogóle, to mam na imię Kocimiętkowy Wir, choć możesz mi mówić Kocimiętka — przedstawiła się w końcu.
— Kocimiętka… To ładne imię — przyznał Łosiek.
Rudofutra zwróciła spojrzenie w jego stronę, o mało nie rozdziawiając pyska ze zdziwienia.
— Twój brat… powiedział to samo — miauknęła. — Naprawdę jesteście niemal identyczni!

* * *

W międzyczasie spotkała się jeszcze kilka razy z Łośkiem na granicy. Zazwyczaj starała się trzymać od niego z daleka, by przypadkiem nie osiadł na niej jego zapach, lecz dziś trochę się zagalopowała. Oparła przypadkiem pysk na jego barku, a wracając do obozu zapomniała zmyć z siebie zapach kocura.
Weszła do azylu zupełnie nieświadoma i już miała kierować się w stronę legowiska wojowników, gdy spostrzegła przed sobą Ognikową Słotę. Kocimiętka miała dziś wyjątkowo dobry humor po spotkaniu z Łośkiem, toteż podeszła do szylkretowej mistrzyni i bez większego namysłu wyciągnęła szyję, by dotknąć nosem jej policzka. Nim jednak zdążyła musnąć choćby włosek na pysku swojej partnerki, odsunęła się od niej jak poparzona, czując, że na żołądku zaciska jej się supeł. Co jej w ogóle przyszło do głowy? Wbiła wzrok w ziemię i poruszyła nerwowo krótkim ogonem. Nie wiedziała nawet, co powiedzieć. Może powinna odejść? Przez tyle czasu starała się unikać kotki, gdyż nie potrafiła już patrzeć na nią tak samo, a teraz zrobiła coś takiego… Ach!

<Ognikowa Słoto?>

11 października 2026

Od Rozbitego Księżyca CD. Cętkowanego Tęgosza

Kiedyś

Księżyc strzepnął uchem, uznając, że zakończy ten temat, mimo swojej ciekawości. Na zapytanie kocura spojrzał gdzieś w bok niezbyt pewien co powinien powiedzieć.
— Być może… — szepnął.
— Czemu? Chyba go nie ugryzłeś co? — zapytał Tęgosz półżartem, półserio.
— Mmm nie. Znaczy… być może jak nie chciał iść ze mną do obozu — odmruknął cicho.
— Coś cię gryzie. Nie obchodzi mnie to jakoś bardzo, ale coś związanego z tym kociakiem — mruknął rudzielec. — Może to on cię ugryzł?
Księżyc przypomniał sobie jak Nicość za wszelką cenę próbował odgryźć mu ogon i zaśmiał się smutno.
— Wiesz, właściwie to próbował — stwierdził biały, a Cętkowany parsknął śmiechem.
— Taki wojownik dał się ugryźć małemu kociakowi? — miauknął Tęgosz.
— Tak jakby — odparł niebieskooki. — Chociaż wcale mu się nie dziwię.

***

Księżyc zamachnął się ogonem na drugą stronę, patrząc, jak Nicości mimowolnie świecą się oczka na taki ruch. Widocznie mimo skomplikowanego charakteru kociaka, nadal miał on typowo kocięce zachowania. Piękny ogon bielucha najwyraźniej je aktywował, gdyż czarny kociak skoczył na swoją „ofiarę”, gryząc bielutkie futro. Rozbity siedział przed żłobkiem co jakiś czas, spoglądając na czarnulka, który powoli zdawał się nudzić jego ogonem.
— Księżyc — miauknął zielonooki.
— Hmm? — mruknął biały, liżąc się po piersi.
— Ty chyba nie masz przyjaciół — stwierdził czarny kocurek, siadając obok. — W sumie mnie to nie dziwi.
— Słucham? Mam przyjaciół. Przecież mam Cętkowanego Tęg… — zaczął, jednak kociak mu przerwał.
— Nie masz. Nie nazwałbym was przyjaciółmi. Za to ty… lubisz go — miauknął Nicość, z wielkim zainteresowaniem, przyglądając się swojej wylizywanej łapce.
— Ale przecież… — mruknął biały, ale zaraz zmarszczył brwi. — To czemu się z nim trzymam, a on ze mną? Chyba dlatego, że jesteśmy przyjaciółmi co? No i co złego, w tym, że go lubię? — zapytał, nagle odrobinę zirytowany.
— Ja nie wiem, ty mi powiedz — maluch zamachnął się ogonkiem i spojrzał na rodzica spod przymrużonych powiek. — Jak na moje to nie jesteście przyjaciółmi. Trzymasz się z nim, bo tak się składa, że nie masz nikogo innego. I do tego dziwnym trafem mimo tego, że nie wyglądacie na przyjaciół to ty go lubisz. Nie mam bladego pojęcia, dlaczego tak jest — stwierdził Nicość, a Księżyc poklepał po główce.
— Nicość… Czy ty mnie obserwujesz? — zapytał bieluch z nieco rozczulonym, ale też lekko niepewnym głosem. — I dlaczego jesteś, w tym aż tak… trafny co? Całkiem inteligentna znajda mi się trafiła, hm? — zaśmiał się niebieskooki.
Czarny kocurek uśmiechnął się głupio i wypiął pierś, chociaż oczy miał smutne. Księżyc przełknął ślinę.
— Jesteś głodny? — zapytał wojownik.
— Trochę — odparł Nicość, patrząc w bok. — Mógłbym kiedyś poznać tego rudzielca? — dorzucił czarny, niby mimochodem.
— Chyba tak? — odparł Księżyc.
Niebieskooki przyniósł kociakowi drobniutką mysz i położył nieopodal.
— Wiesz, powinieneś z nim pogadać. Nawet jeśli skończy się to źle, to przynajmniej nie będziesz musiał się już tym przejmować. I nie powiesz mi, że jest na odwrót — mruknął cichutko Nicość, wgryzając się w zwierzynę.
Biały spędził jeszcze chwilę w żłobku. Gdy wyszedł z niego, aby poszukać Tęgosza, okazało się, że rudzielec również go szukał, aby mogli odbyć wspólnie patrol. Księżyc poczuł, jak mięśnie spinają mu się z nerwów.
„Czego się tak boję? Przecież się przyjaźnimy” stwierdził zaraz bieluch w myślach i uśmiechnął się słabo w stronę towarzysza. Obejrzał się za siebie, gdyż czuł na sobie czyjś wzrok. Czarny kociak obserwował go uważnie z rozbawionym, psotnym spojrzeniem. Wtedy spojrzał na swój grzbiet. Podskoczył, widząc na nim nie tylko robaka, lecz paskudną wij. Księżyc nie bał się chyba żadnego stworzenia tak bardzo jak ich. W jego oczach pojawiły się łzy, a ogromne oczka wyrażały nic innego jak panikę.
— Tęgosz. Tęgosz zabierz to. BŁAGAM — miauknął rozpaczliwie, próbując strząchnąć zwierzątko z futra, lecz to wcale nie pomagało.
Rudzielec uniósł brwi, a widząc obiekt rozpaczy kumpla, widocznie musiał się powstrzymać przed rechotem.
— Przecież cię nie zje… — stwierdził cętkowany i strzepnął łapą stworzenie.
Księżyc rozluźnił się lekko.
— Chyba tylko błyskawice są bardziej przerażające — stwierdził, wypuszczając powoli powietrze z pyszczka.
Rudzielec nie odezwał się już, tylko podszedł w stronę wyjścia z obozu. W patrolu towarzyszył im również Kamienne Pióro i Bzycząca Łapa. Ta dwójka była jednak zbyt zajęta treningiem, aby zwracać uwagę na pozostałych członków. Księżyc postanowił, więc wykorzystać tę sytuację. Nabrał powietrza w płuca, a gdy przystanęli, aby zapolować, w końcu się odezwał:
— Słuchaj,…. Cętkowany Tęgoszu. Wiesz, że cię lubię, prawda? I że jesteś moim przyjacielem? — zapytał cicho, bawiąc się listkiem.
— Noo, ja też? — mruknął rudzielec, unosząc brew.
Księżyc przełknął ślinę.
— Ale tak serio. Uważam cię za najlepszego przyjaciela. Pomogłeś mi… i w ogóle — mruknął, chociaż zdawał się brzmieć bardziej, tak jakby przekonywał samego siebie do tych słów.
— Do czego dążysz? — zapytał młodszy wojownik, na moment, odstawiając myślenie o polowaniu na bok.
— Właściwie, to nie wiem? Myślałem, że jak to powiem, to… coś sobie uświadomię? — mruknął cicho. — Ale to nie to? To chyba nie to czego chciałem — dorzucił, a przez jego grzbiet przeszedł nerwowy dreszcz.
— Chyba nie do końca rozumiem. Nie chcesz, abym ci towarzyszył? — zasugerował rudzielec.
Bieluch pokręcił głową na nie, czując dziwny niesmak w pysku przez ostatnią wypowiedź zielonookiego.
— Może… Tęgosz? — mruknął.
Spojrzał na rudzielca i zatrzepotał rzęsami.
— Hm? — mruknął tylko rudzielec, zapewne znudzony już tą konwersacją.
— Co byś zrobił, gdybym powiedział ci, że cię… lubię? Ale tak bardzo lubię? Że może nawet czuję do ciebie coś więcej, niż przyjaźń tylko nigdy nie potrafiłem tego wyznać? — zapytał. — Plotki o naszej dwójce były przyznam szczerze straszne, ale wtedy… nie czułem tego, co czuję od niedawna.
Poczuł, jak jego ciało staje się odrobinę lżejsze. Nie był pewien, kiedy pojawiło się to uczucie, ani też, czy było to na pewno to. Właściwie to niczego nie był pewien.

<Tęgoszu?>

Od Wzorzystej Dali

Dzień zniknięcia Lśniącej Gwiazdy

Przywódcy nie było w obozie. Taka wieść rozprzestrzeniła się tego ranka wśród Klifiaków. Niektórzy uznali to za bardziej niecodzienne, inni nie przywiązywali do tego wagi. Wzorzysta Dal zaliczyła się do tej drugiej grupy. “Nie ma go, bo po prostu wyszedł. Niedługo wróci”, myślała. Sama często wychodziła na długie spacery, więc nie zamierzała wytykać tego zachowania jako dziwne, nawet jeżeli lider zazwyczaj tak nie robił. Umysł zajęła sprawami bardziej praktycznymi jak na przykład prowadzeniem południowego patrolu łowieckiego. Po powrocie do obozu odnalazła swoich przyjaciół i usiadła koło nich, żeby porozmawiać chwilę przed zjedzeniem posiłku. Zanim jednak zdążyli to zrobić, do jej uszu dobiegł szept Źródlanej Łuny.
– Co to znaczy, że nie ma go na naszych terenach?! – zastępczyni brzmiała na zmartwioną, zirytowaną i zaskoczoną. Członkini Jaśniejących Skrzydeł zmarszczyła brwi i obróciła uszy w stronę dźwięku, żeby lepiej słyszeć. Różeńcowe Serce popatrzyło na nią zdziwione i otworzyło pysk, aby zadać pytanie, ale liliowa gestem nakazała mu, żeby było cicho i końcówką ogona, nie obracając się, wskazała obu towarzyszom, gdzie mają nasłuchiwać. Oboje nastawili uszy.
– Nie wiem… Nie wyczuliśmy jego woni, nigdzie nie ma śladów. Wszystko musiał przykryć śnieg – raportował jakiś młody wojownik. Źrenice Różeńca i Skrzydła zwęziły się ze zdziwienia. Teraz o spokojnym obiedzie nie było mowy. We trójkę szybko odszukali Psotnego Nietoperza i Postrzępiony Mróz. Razem całą grupą postanowili naradzić się w odosobnionym miejscu – w legowisku zaginionego. Weszli do jaskini i zasiedli w kole. Pomimo dziwnej sytuacji, teraz Wzorek czuła się tu lepiej niż zazwyczaj, dlatego to ona poinformowała koleżanki o swoim odkryciu:
– Lśniącej Gwiazdy nie ma na naszym terytorium.
Czarno-biała wyglądała, jakby ktoś oblał ją zimną wodą, starsza szylkretka za to zdołała wydusić z siebie dwa słowa:
– …Jak to?
Po streszczeniu tego, co usłyszeli, Psotny Nietoperz zabrała głos:
– Rzeczywiście, jego zapach tu jest dosyć stary. Musiał wyjść w nocy. Trzeba dowiedzieć się, kto stał na straży i zapytać go, czy coś wie.
Na to Skrzydlata Pogoń widocznie się zdenerwował.
– Nieważne! Lśniąca Gwiazda wróci, a my nie powinniśmy robić z żuka borsuka, tylko pilnować, żeby nic się nie stało podczas jego nieobecności – powiedział jednym tchem. – …No, chyba że nie wierzycie w jego powrót.
Po tych słowach w jaskini zapadła cisza. Chyba nikt nie rozumiał gwałtownego wybuchu kocura, ale jednocześnie żadne z nich nie zamierzało podważać jego słów, czy to z lojalności, czy dla własnego bezpieczeństwa. Niezręczną sytuację przerwał dopiero sam czarno-biały po ostudzeniu emocji.
– Chodźmy uspokoić klan, zanim Źródlana Łuna wprowadzi wszystkich w panikę.

***

Noc po tym wydarzeniu

Nie mogła spać. Tak bardzo, jak chciałaby powiedzieć, że zniknięcie rudego spłynęło po niej, jak po kaczce, było to kłamstwo. Ta jedna rzecz wyrwała ją z rutyny na tyle, że nie mogła sobie wmawiać, że wszystko było w porządku. Znalazła się w punkcie wyjścia. Znowu tylko latarnie miasta i chodnik zbrukany krwią tkwił w jej umyśle. Na co dzień zagłuszała to, skupiając się na innych rzeczach, teraz jednak tworzyła tylko coraz gorsze scenariusze. W końcu rozmawiała z nim o tym. Kwestionowała jego wybory. Co, jeśli to dlatego opuścił tereny klanu? Co, jeśli właśnie dobijał targu z jakimiś samotnikami, a ich transakcja zawierała w sobie jej śmierć? Co, jeśli spisał ją przez to wszystko na straty? Nie chciała, żeby taki jej obraz pozostał w jego głowie. “To się nie powtórzy, nie może się powtórzyć”, myślała. A co jeśli te obietnice nic nie znaczyły, były niewystarczające? Co mogła zrobić? Nic. Była bezsilna. Jeśli decyzja już zapadła, było po niej. Ta myśl spowodowała, że pojedyncza łza spłynęła po jej policzku, lśniąc srebrzysto w bladym świetle księżyca.
– Wzorzysta Dali? – usłyszała pytanie Różeńcowego Serca. Nie odpowiedziała. Nie chciała. Nikt nie powinien widzieć jej w takim stanie. Nikt.

***

TW: dużo ponurych myśli

Następnego ranka opuściła obóz bladym świtem, jeszcze przed wyruszeniem pierwszego patrolu. Minęła tylko strażnika, nawet nie patrząc na niego dokładniej. Co jak co ale jej zniknięciem nie powinni się przejmować. Najlepiej by było, gdyby po prostu o niej zapomnieli na te kilka godzin… Lub tyle czasu ile potrzebowała na to, żeby porozmyślać trochę, a potem być w stanie udawać, że nic się nie stało. Zaśmiała się cicho ze smutkiem na tę myśl. W końcu nie była to dla niej nowość. Po drodze złapała jakiegoś wróbla z intencją zjedzenia go na śniadanie i wspięła się wysoko na jedno z drzew w okolicach granicy z Klanem Wilka. Zdobycz położyła na gałęzi obok siebie, bliżej pnia. Zanim jednak ruszyła piszczkę, usłyszała w myślach głos, przez co żołądek podszedł jej do gardła: “Tylko wykonujemy rozkazy”. Te słowa przywoływały jej na myśl dwie twarze – Skrzydlatej Pogoni i Różeńcowego Serca. Ten pierwszy zawsze rzucał je zimno i stanowczo, drugie bardziej jak spokojne wytłumaczenie. W rzeczywistości chyba po prostu nie chcieli widzieć jej łez. Bądź co bądź bardzo się przez ten cały czas zżyli… nie mówiąc o misji. Zawsze odbierała intencje Różeńca inaczej niż Skrzydła. Czekoladowe zdawało się naprawdę nią przejmować. Tak po prostu. Łaciaty zaś chyba nie chciał, żeby pokazywała swój ból z wielu powodów. Między innymi zapewne nie chciał stracić przyjaciółki… w żaden z możliwych w ich sytuacji sposobów. Z jednej strony przynosiło jej to otuchę, z drugiej tym gorzej czuła się, przejmując się czymś w ich obecności. Wypuściła powoli powietrze pyskiem i obserwowała unoszący się z niego obłoczek pary. Mimo mrozu panującego na zewnątrz, jej głowa gotowała się od emocji. Byłoby to przytłaczające, gdyby nie fakt, że rzadko kiedy było inaczej. Poczucie winy, ten niewidoczny głaz, który bez przerwy wisiał nad nią, mógł w każdej chwili spaść. Ile to razy próbowała się wytłumaczyć, pocieszyć. Pomimo upływu księżyców nadal nie rozumiała, jak jej przyjaciele mogli tak po prostu o tym zapomnieć. “Przecież nie mogę być jedynym kotem, który zamęcza się poczuciem winy za coś, o czym nikt nie wie”. Tylko że właśnie nie mogła tego wiedzieć. Musiała trzymać się iskierki nadziei… która chyba była już tylko cieniem. Nie mogła już uciekać od bólu. Nie z tymi nieprzerwanymi myślami krążącymi w jej głowie. Łapą spróbowała otrzeć łzy, lecące teraz strumieniami po jej policzkach. Popatrzyła z rezygnacją na swe łapy. Przez chwilę miała wrażenie, że są zabarwione krwią. Czy Klan Gwiazdy kiedykolwiek jej wybaczy? Czy jej cierpienie by pomogło? Czy jej rany pomogłyby? I tak ją bolało. Równie dobrze jej łzy mogłyby mieć szkarłatny kolor. Było za późno, żeby się wycofać. Chociaż nigdy nie mogła. Została przymuszona, nikt jej o zdanie nie pytał. Nawet jakby uciekła, poniosłaby konsekwencje. Znaleźliby ją, zabili. Pewnie nawet te koty, z którymi przebywała teraz najczęściej. Najgorsze byłoby jednak to, że Psotny Nietoperz zapamiętałaby ją jako zdrajczynię. Chociaż nie było to aż tak dalekie od prawdy, którą musiała przed nią ukrywać.
Ile by dała, by móc zostać przez nią zapamiętaną na tle śmiechu, zachodzącego słońca i piasku, nie musząc jej bez przerwy unikać… Popatrzyła na leżącą obok niej nienaruszoną piszczkę. Zaniesie ją na stos zwierzyny, jak tylko doprowadzi się do porządku. Nie była już głodna.

Od Kamiennego Pióra CD. Korowego Szeptu

Zwinął się mocniej w kłębek, aby zapewnić sobie więcej ciepła. Chociaż w legowisku było o wiele cieplej niż na zewnątrz, wciąż nie była to idealna temperatura. Do jego uszu docierało delikatne poświstywanie wiatru.
Odpoczywał ze swoją partnerką, Korowym Szeptem w legowisku wojowników po porannym patrolu granicznym. Miał w planach też wyjście na dłuższe polowanie z Bzyczącą Łapą. Klan potrzebował zdobyczy podczas tej surowej Pory Nagich Drzew, a Kamienne Pióro nie lubił siedzieć bezczynnie. Chciał się na coś przydać. Wiedział jednak, że jeśli będzie zmęczony, będzie miał mniejsze szanse na złapanie czegokolwiek.
Leżeli w ciszy, ale to mu nie przeszkadzało. W tym milczeniu nie wisiało żadne napięcie, po prostu spędzali ze sobą czas. Nie potrzebowali nic mówić. Korowy Szept wydawała się mocno zamyślona, więc Kamienne Pióro jej nie przeszkadzał. Uwielbiał spędzać czas z szylkretką, a jej także podobała się jego obecność. Czuł się przy niej bezpiecznie i spokojnie. Kotka go nie oceniała i lubiła go takim, jaki był. I między innymi właśnie za to ją kochał.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że Korowy Szept się w niego wpatruje i też przeniósł na nią swoje żółte spojrzenie.
— Kamyczku? — zaczęła kotka niepewnie.
— Tak? — odpowiedział, próbując ukryć zmartwienie. Chyba zapowiadało się na coś więcej niż niewinną pogaduszkę. Wojowniczka wyglądała na spiętą.
— Chciałbyś mieć kiedyś kocięta?
Kamienne Pióro przez dłuższą chwilę nie wiedział, co odpowiedzieć. To pytanie wydawało mu się nierealne.
— Bo… Zastanawiam się… Czy nie chcemy mieć potomstwa? Wiesz maleństwa, które byłyby po nas… — zaczęła mówić coraz szybciej. — Moglibyśmy się nimi opiekować! Moglibyśmy… Moglibyśmy nawet im pokazać, że nie tylko siła i spryt się liczą. Wiem, że Klan Wilka patrzy na odwagę i siłę. Przed tym nie uciekniemy. Ale myślę, że jesteśmy w stanie sprawić, żeby nie czuły się źle, jeśli będą słabe. Chciałabym, żeby koty takie jak my nigdy nie czuły się samotne — jej głos stał się cichszy. — A jeśli będziemy mieli własne kociaki i będziemy ich tego uczyć… Może poprawimy trochę to wszystko. Więc… Chciałbyś mieć kocięta?
Kocur milczał, próbując zebrać myśli. Jemu też już to parę razy przyszło do głowy i… Bardzo kochał Korowy Szept. Jednym z jego największych marzeń było spędzenie z tą kotką całą resztę swojego życia. I tak… Chciał założyć z nią rodzinę. Wierzył, że będą wtedy jeszcze bardziej szczęśliwi. Nie spodziewał się jedynie tego, że Korowy Szept też chciała mieć kocięta. Z nim. Zalała go fala szczęścia. Z jego gardła zaczęło się wydobywać głębokie mruczenie.
— Oczywiście, że tak. Bardzo chciałbym — odpowiedział cicho i przycisnął swój pysk do jej pyska.
Przez chwilę, kiedy się przytulali, wyobrażał sobie ich przyszłe wspólne chwile. Będzie przynosił Korowemu Szeptowi zdobycze i mech z wodą do żłobka, będzie jej wsparciem, kiedy kociaki w brzuchu zaczną sprawiać trudność w chodzeniu. Cały swój wolny czas będzie spędzał ze swoimi pociechami. Zastanawiał się, czy kociaki będą bardziej podobne do niej, czy do niego.
Poczuł też ukłucie zmartwienia i nagle niepokój opanował cały jego umysł. Nie mógł się odpędzić od scenariuszy, w których popełni jakiś błąd. Co, jeśli źle wychowa kocięta? Jeśli nie da rady? Przecież na pewno mu się nie uda! Potomstwo to strasznie wielka odpowiedzialność.
Odsunął się od Korowego Szeptu.
— Myślisz… Że będę dobrym ojcem? — spytał cicho i niepewnie, unikając jej wzroku.

<Korowy Szepcie?>

Od Krokusowej Kruchości

Pora Opadających Liści, przed śmiercią Rudzikowego Skrzydełka

Krokusowa Kruchość drzemała wtulona w bok matki, pozwalając jej na pielęgnację swojej sierści. Słodka Dziewanna przykładała ogromną uwagę do tego, aby futro jej burej córki prezentowało się nienagannie. Pomimo niewielkiego konfliktu mającego miejsce jakiś czas temu, wywołanego próbą zeswatania przez liliową kocicę Krokusowej Kruchości z Gadożerowym Pyskiem, relacja kocic nie uległa zmianie. Słodka Dziewanna, czy tego chciała, czy też nie, została zmuszona zaakceptować wybór córki odnośnie zostania singielką. Poza tym cóż mogła poradzić na to, że miejsce w sercu jej córki nadal zajmował wygnaniec o rudej okrywie?
– Moja mała, głupiutka Krokus. Jesteś zbyt krucha na ten świat.

~~~

Tuż po degradacji Łzawej Łapy oraz zawieszeniu Połyskliwego Koguta

Krokusowa Kruchość była przygnębiona ostatnimi wydarzeniami, które miały miejsce w Klanie Burzy. Była wręcz pewna, że przodkowie na Srebrzystej Skórze po księżycach przelanej krwi współklanowiczów przestali mieć ich klan w opiece. Razem zarazem otrzymywała na to potwierdzenie. Zaledwie dwa wschody słońca temu członkowie dowiedzieli się, że śmierć Rudzikowego Skrzydełka nie odbyła się bez udziału osób trzecich. Nawet jeśli kocica była więźniem w związku z tym, że sama przelała krew bliźnich, to czy zasługiwała na śmierć? Krokus nie wiedziała, co myśleć na ten temat. Nie czuła do rudej kocicy sympatii, jednak również nie uważała, że decyzja podjęta przez niedoszłą asystentkę medyczki oraz rodzonego syna zmarłej była słuszna. Po prostu ta cała sytuacja ją przerastała i dołowała. W końcu to Klan Gwiazdy był od osądzania, a nie żywi i śmiertelni.
– N-nie rozumiem Połyskliwego Koguta... to była przecież jego własna mama – miauknęła Krokus, wtulając pysk w futro Słodkiej Dziewanny. Sama przenigdy nie byłaby w stanie podnieść, czy to głosu, czy łapy na rodzicielkę, nawet jeśli ich zdania na jakiś temat byłyby odmienne. Nawet ich kłótnię odnośnie swat ciężko było nazwać prawdziwą kłótnią.
– W ich rodzinie to norma. Brat pogardza siostrą, pasierbica zabija macochę, a syn własną matkę – Słodka Dziewanna westchnęła, gładząc córkę ogonem po grzbiecie. – Wszyscy pokładaliśmy nadzieję w Połyskliwym Kogucie, a już w szczególności w Łzawej Łapie, a tu proszę, coś takiego. Mimo dobrych intencji nie powinna decydować sama o życiu czy śmierci jednostki, tym bardziej będąc zwy... niezwykłą uczennicą. Jak dobrze, że to Wdzięczna Firletka się tobą zajmowała, a nie ona, gdy byłaś niedawno w lecznicy...
Krokusowa Kruchość wątpiła w to, aby Łzawa Łapa zamierzała ją kiedykolwiek skrzywdzić. Może i była słaba, jakby nie patrzeć, była również obciążeniem dla klanu, nawet większym niż Rudzikowe Skrzydełko, jednak dość łatwo zlewała się z tłem, gdy akurat nie doskwierały jej duszności czy bóle w klatce piersiowej. Łatwo było ją pominąć. Jej charakter, jak i umaszczenie nie pomagały w tym, aby zostać zauważoną. Chociaż nie, jeden jedyny raz udało jej się być zauważoną i nie czuła się wtedy przytłoczona spojrzeniami innych. Było to wówczas, gdy przez kilka dni z rzędu wiła posłania z traw dla współmieszkańców legowiska i jej praca została doceniona przez cętkowaną zastępczynię oraz błękitnookiego lidera. Nie chciała, aby jej współklanowicze sypiali na twardej chłodnej ziemi, jak i potrzebowała zająć czymś swoje łapy, oraz myśli.
– Klan Burzy się zmienił i ani trochę nie podobają mi się te zmiany. Ostatnie księżyce spędziliśmy na opłakiwaniu bliskich i próbach podniesienia się... by chwilę później miała miejsce kolejna tragedia. Klan Gwiazdy przestał nad nami czuwać, mamo. I Mroczna Puszcza mąci w sercach i umysłach naszych bliskich. P-powinniśmy w jakiś sposób udobruchać gwiezdnych... – Zacisnęła mokre od łez oczy.

🌷🌷🌷