BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka i Klanie Klifu!
(Brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Owocowym Lesie!
(Dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 12 kwietnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

01 kwietnia 2026

Od Poczciwego Szakłaka CD. Słonecznego Fragmentu

Czarny kocur przeciągnął się leniwie na swoim posłaniu, składającego ze zdecydowanie zużytego mchu, będący przyozdobiony był nielicznymi piórami, które wojownik osobiście znalazł w czasie patroli, spotkań z siostrą lub znacznie wcześniej stanowiły element legowiska, które zajmował jego zmarły mentor, Poczciwy Dziwaczek. Po burym mentorze pozostały mu właśnie upierzenie ptactwa, pierwszy człon imienia, który przejął niedługo po odejściu starszego na Srebrną Skórę oraz trójka potomstwa Słodkiej Dziewanny. Raczej unikał interakcji z Równonocną Łapą, Krokusową Kruchością czy Rybkową Łapa, która w dniu mianowania na wojownika opuściła klan — choć najbardziej unikał Krokus ze względu na to, że młodsza najbardziej przypomniała ojca, którego nie dało jej i rodzeństwu poznać.
Zmęczone ślepia o barwie zielonej, wpadające w oliwkowy odcień, prześledziły najbliższe otoczenie, podczas gdy reszta ciała pozostawała bezruchu, nawet boki wojownika unosiły się niemal niezauważalnie. Czuł, jakby ktoś stał całym swym ciężarem na jego płucach, powodując trudności z oddychaniem, będąc tak naprawdę skutkiem niewyleczonego kataru, który go dopadł pod koniec poprzedniego sezonu. Burzak był tak pochłonięty niemal całodniowymi wypadami poza obóz, że nawet nie potrafił zadbać o swoje zdrowie, z czego raczej Poczciwy Dziwaczek nie byłby zadowolony, gdyby nadal swymi łapami stąpał po tym padole. Sama myśl o byłym mentorze była nadal bolesna, przypominając o sobie niczym rwąca rana, która nie była w stanie zagoić się bez niepotrzebnych komplikacji. Kocur przymknął oczy, chcąc wziąć głębszy wdech, lecz jego obecny stan nie pozwalał na to, co wywołało grymas niezadowolenie na jego pysku.
W końcu wstał ociężale na zmęczone łapy, których kondycja w ostatnich księżycach podlegała pewnym wątpliwością, jednakże nie było co się dziwić, biorąc pod uwagę dotychczasowy tryb życia prowadzony przez wojownika. Niemal całodniowe wyjścia poza obóz sprawiały, że cudem było, kiedy Szakłak spożywał więcej niż jeden, dwa posiłki w ciągu dnia. Najczęściej kończyło się na tym, że wraz z zachodem słońca wkraczał do obozu, brak coś ze stosu, by następnie w ciszy i odosobnieniu spożywał zwierzynę.
Kiedy tylko upewnił się, że kończyny nagle się pod nim nie załamią, wykonał pierwszy krok w stronę wyjścia z legowiska. Głowę miał ciężko zwieszoną, co uwydatniało ruch łopatek, które groźnie na zmianę wyłaniały się na wysokości kłębu kocura. W tym czasie jego gęsty ogon opadał na ziemię, zostawiać po sobie smugę na podłożu, jednocześnie maskując ślady łap, które pozostawiał po sobie wojownik.
Posłanie Poczciwego Szakłaka było najbardziej oddalone od wszystkich, skryte w wiecznym cieniu nory, przez co zielonooki ze względu na swoje ciemne umaszczenie nigdy nie rzucał się w oczy wchodzących wojowników, niczym byłby łowcą, który z uwagą obserwuję ruchy zwierzyny. Jednym, co na pewno było widoczne, były jego zmatowiałe ślepia, często zwężone do cienkich szparek, jakby miały przeniknąć na wskroś duszę każdego Burzaka, który zawita akurat w legowisku. Z racji dość odosobnionej lokalizacji gniazda z mchu starszy musiał pokonać drogę pomiędzy legowiskami innych Burzaków, by dotrzeć do wyjścia spod ziemi. Słońce dopiero leniwie wspinało się na nieboskłonie, wydłużając cienie rzucane przez Skruszone Drzewo i zdrewniałe mury okalające obóz klanu. Kocur zastrzygł lewym uchem, by następnie skierować swoje kroki do legowiska medyków, które mieścił się w wieży, będącej niczym serce obozowiska, kiedy każdy w klanie mógł toczyć własne życie — zarówno te spokojne, jak i te mniej, bądź takie prowadził Szakłak, będące głównie tłem dla innych, stanem zawieszenia. Ciężkie westchnienie ponownie chciało opuścić jego płuca, jednakże zamiast niego wyrwał mu się nieprzyjemny kaszel, drapiący niczym ciernie w gardło. Na nieszczęście był już niemal przed wejście do leża medyków, także już po chwili przed oczami mignęła mu sylwetka jednego z trójki mieszkańców niższej kondygnacji wieży. Była to tylko chwila, lecz liliowa dymna sierść należała tylko do jednej medyczki — Wdzięcznej Firletki. Kocur raczej zbyt często nie zaglądał do trójki kotów dbających o cały klan, gdyż z reguły udawało mu się uniknąć chorób, jednak tym razem nie miał tyle szczęścia.
— Witaj Poczciwy Szakłaku. — Delikatny dźwięk głosu starszej skutecznie ściągnął myśli wojownika na ziemię. — Co Cię do nas sprowadza?
— Witaj Wdzięczna Firletko — powiedział słabo, dusząc kolejny napad kaszlu. — Coś mnie złapało w ostatnim sezonie i- — Nie dane było mu dokończyć, gdyż kocica uciszyła go ruchem ogona.
— Czemu nie przychodzicie od razu, tylko czekacie do ostatniego momentu? — spytała retorycznie, nie oczekując odpowiedzi od kocura, jednakże ten poczuł się jak ciężar dla kolejnego kota w klanie.
— Wybacz mi mojej głupoty, jednak… — zaczął, lecz dalsze słowa nie były mu w stanie przejść przez gardło, w dodatku choroba ponownie dała o sobie znać.
— Nie musisz się tłumaczyć. Wchodź, zobaczymy, co Cię złapało — wymruczała szylkretka, kierując się w głąb legowiska. Zielonooki po chwili wahania ruszył za nią, czując, jak jego nozdrza są atakowane przez intensywny zapach ziół panujący w legowisku. Nie rozglądał się zbytnio, zajął miejsce wskazane mu przez medyczkę, która niemal od razu przystąpiła do zadania kilku pytań oraz oględzin chorego. Kiedy tylko czarny odpowiedział na każde zapytanie, starsza ruszyła po odpowiednie zioła.
— To. — Wskazała łapą na ciemnoniebieskie jagody. — Na kłopoty z oddychaniem. — Kiedy tylko Szakłak przełknął owoce jałowca, Wdzięczna Firletka podsunęła mu mieszankę ziół. — A to na biały kaszel, dobrze, że chociaż z tym przyszedłeś wcześniej — dodała, czekając cierpliwie, aż grymas na pysku wojownika zniknie.
— Dziękuje Ci Wdzięczna Firletko, wiszę Ci zwierzynę — odparł, czując, jak gardło go nadal drapie, lecz w mniejszym stopniu niż wcześniej.
— Nie pogardzę — przyznała z lekkim uśmiechem. — Dbaj o siebie. — Kocur skinął głową, podnosząc się z dotychczasowego miejsca, by następnie opuścić Skruszone Drzewo, lecz w połowie kroku zatrzymał go głos liliowej. — Wiem, że może być Ci ciężko po śmierci Poczciwego Dziwaczka i Kołysankowej Łapy, jednak pamiętaj, że oni nadal się z tobą. W sercu i na Srebrnej Skórze.

«★»

Przeszłość, rozmowa ze Słonecznym Fragmentem


Burzak spokojnie leżał w ciemniejszym zakamarku legowiska wojowników, będąc pogrążonym w myślach, które jeszcze bardziej spychały go w objęcia letargu, zawieszenia, które na nowo zaczęło powracać po śmierci Poczciwego Dziwaczka i nie dając spokoju, a nawet przybierając na sile po podobnej tragedii z Kołysankową Łapą. Z każdym dniem coraz bardziej balansował na krawędzi apatii a dalszych chęci do życia, choć coraz to więcej kotów z jego otoczenia zaczęło umierać przedwcześnie, jakby to on był problemem, to on ściągał na nich śmiertelny wyrok, pozbawiający ich ostatniego tchnienia w tej ponurej rzeczywistości.
Wojownik zapewne nadal, by przebywał w stanie podobnym do otępienia, lecz wtedy dość niespodziewanie podszedł do niego jeden z przewodników, a mianowicie Słoneczny Fragment, który był jego kuzynem, jednak przez więzy krwi. Kremowa sylwetka zdawała się być istnym promieniem słońca, który zawitał w półmroku zajmowanym przez zielonookiego. Jasna sierść niebieskookiego wyraźnie odcinała się na ciemnym tle, stanowiąc dobry kontrast. Jeszcze parę myśli przemknęło przez głowę starszego, nim jego uwaga skupiła się na delikatnym uśmiechu ze strony przewodnika i propozycji spędzenia czasu w tym małym gronie, za starych czasów. Pierwsze, co nasuwało się na język zielonookiego to odrzucenie oferty, jednak zawahał się — czy by na pewno warto było się odciąć od każdego? Przecież niedługo z jego rzeczywistości odejdzie także Barszczowa Łodyga i w sumie pozostanie sam w klanie, niczym samotne, konające drzewo, które ostatkiem sił jeszcze trzymało się w pionie, lecz każdy silniejszy podmuch sprawiał, że te wydawało z siebie przeraźliwe skrzypienie, poddając się zimnej sile.
— Czemu nie — odparł, czując istną suszę w gardle, które w ostatnich księżycach było tak rzadko używane, że zmieniało się w istne pustkowie. Po chwili podniósł się z dotychczasowego miejsca, dając niemy znak towarzyszowi, że będą opuszczać podziemne legowisko wojowników. Słoneczny Fragment nie protestował, nie mając powodu do tego — co innego Szakłak, który opuszczał posłanie, by wykonać minimum z możliwych w przypadku swoich obowiązków lub aby jeszcze potrwać w obecnym stanie, unikając śmierci głodowej, bądź spowodowanej odwodnieniem.
— To… Jak u ciebie Słoneczny Fragmencie? — zagaił, starając się udawać bardziej towarzyskiego, niż faktycznie było.

<Słońce? Może rozruszać swojego niemrawego “kuzyna”, nie pozwalając mu zapomnieć, że nie jest sam w klanie>

Wyleczeni: Poczciwy Szakłak (biały kaszel i kłopoty z oddychaniem)

Od Niebiańskiej Poświaty CD. Jagnięcego Ukłonu

Przeszłość...

Niebiańska Poświata popatrzała na Jagnięcy Ukłon wzrokiem przygaszonym, jakby w jej źrenicach odbijał się nie tylko obraz stojącej naprzeciw niej kotki, lecz także ciężar wspomnień, których nie była w stanie strząsnąć z serca. Powietrze wokół nich zdawało się nieruchome, gęste niczym mgła zalegająca nad bagnami o świcie, a zapach rozgrzanej ziemi i ziół, przesiąkniętych letnim skwarem, unosił się w powietrzu.
— Wiesz… jestem już dorosła i… nie trzeba dalej traktować mnie jak uczennicę — miauknęła w końcu, lecz jej głos nie niósł w sobie ani cienia buntu; zamiast tego drżał lekko, jak napięta nić gotowa pęknąć pod niewidzialnym ciężarem.
Na krótką chwilę jej spojrzenie odpłynęło gdzieś daleko, poza ściany obozu. Westchnęła ciężko, a w jej piersi rozlało się znajome, duszące uczucie — jakby cienkie, kolczaste pnącza oplotły jej gardło i zaciskały się z każdym oddechem. To nie było nowe. Towarzyszyło jej od dawna, od chwili, gdy świat utracił jeden ze swoich najjaśniejszych punktów.
Od śmierci Kołysankowej Łapy.
Imię to przemknęło przez jej myśli jak cień ptaka nad ziemią — szybkie, bolesne, nieuchwytne. Wspomnienie jego spojrzenia, ciepłego i pewnego, jego głosu, który potrafił uciszyć najgłośniejsze burze w jej sercu, powróciło z brutalną wyrazistością. A wraz z nim przyszła świadomość, że nigdy już nie usłyszy jego kroków, nie poczuje jego obecności tuż obok — i, co gorsza, że nigdy nie zdążyła powiedzieć mu tego, co przez tak długi czas tłumiła w sobie.
Miłość.
Słowo to paliło ją od środka, a jednocześnie było zimne jak nocny wiatr sunący po pustych wrzosowiskach. Nie zdążyła. Nie powiedziała. Nie podzieliła się tym, co w niej rosło, aż w końcu zostało brutalnie wyrwane przez los.
Chciała wierzyć, że jeszcze kiedyś spotka kogoś równie niezwykłego — kogoś, kto rozjaśniłby mrok, który teraz zdawał się nie mieć końca — lecz ta nadzieja była słaba, rozmyta, jak odbicie księżyca na wzburzonej wodzie. Rzeczywistość, ciężka i nieubłagana, tłumiła ją za każdym razem, gdy próbowała się jej uchwycić.
Wyrwała się z zamyślenia, gdy poczuła na sobie spojrzenie Jagnięcego Ukłonu — przenikliwe, a zarazem przepełnione troską, która zdawała się sięgać głębiej, niż Niebiańska Poświata chciałaby na to pozwolić.
Chrząknęła cicho, jakby próbując przepędzić ciszę, która zaczynała ją przytłaczać, po czym spuściła wzrok na swoje łapy. Nigdy nie chciała wyglądać w ten sposób — słabo, żałośnie, jak ktoś, kto budzi litość zamiast szacunku. A jednak nie była już w stanie ukrywać tego, co się w niej działo. Emocje, które tak długo tłumiła, zaczynały przeciskać się na powierzchnię niczym woda przez pęknięcia w tamie.
— Niebiańska Poświato, jeśli coś jest nie tak, to powiedz. Każdy ma prawo czuć się źle — odezwała się Jagienka.
Srebrzysta wojowniczka zastrzygła uszami, jakby to zdanie dotknęło czegoś zbyt czułego, zbyt bolesnego. Przez moment wyglądała, jakby chciała odpowiedzieć — jakby słowa już formowały się na jej języku — lecz zamiast tego pokręciła głową.
— Wszystko gra… — wymamrotała, a jej głos był cieńszy, niż zamierzała. — Zresztą… i tak byś nie zrozumiała, medycy… nie wiedzą za wiele o tych sprawach.
Spróbowała się uśmiechnąć, lecz uśmiech ten był kruchy, sztuczny, jak maska założona zbyt późno.
— Może… nie rozmawiajmy o mnie. Jak tam pogoda? Ukrop dalej trwa…
Medyczka milczała przez dłuższą chwilę, a jej spojrzenie nie opuszczało Niebiańskiej Poświaty, jakby próbowała dostrzec coś więcej, coś ukrytego głęboko pod powierzchnią słów.
— Tak — ruda odezwała się powoli. — Myślę, że za jakiś minie.
Niebiańska Poświata wzięła kilka głębokich wdechów, nie wiedzieć czemu, nagle poczuła, że jej oczy stają się dziwnie mokre, a jej serce bije coraz głośniej i coraz szybciej. Nie była typem kota, który łatwo otwierał się przed innymi, zwłaszcza, jeśli chodziło o tematy takie jak słabość. Lecz… Z każdym kolejnym uderzeniem serca, zaczynała czuć, że nie potrafi już w sobie tego trzymać.
— T-To nie chodzi o pogodę… — wypaliła więc cicho, lecz niezwykle szybko.
Uniknęła spojrzenia Jagnięcego Ukłonu, lecz tym razem nie dlatego, że nie chciała być widziana — lecz dlatego, że bała się, iż jeśli choć na moment napotka jej wzrok, wszystko, co tak rozpaczliwie trzymała w sobie, wyleje się bezpowrotnie.
— Ja… — zaczęła, lecz słowo ugrzęzło jej w gardle, rozdarte między pragnieniem milczenia a potrzebą wyznania. Przełknęła ślinę, czując, jak znajome, kolczaste uczucie znów zaciska się wokół jej szyi, jakby niewidzialne ciernie próbowały powstrzymać ją przed mówieniem.
A jednak mówiła dalej.
— Nie mogę przestać o nim myśleć.
W końcu podniosła wzrok, a jej oczy, zwykle jasne i przenikliwe, teraz zdawały się przygaszone, zamglone czymś, co było na granicy bólu i pustki.
— O Kołysankowej Łapie — dodała ciszej, niemal szeptem.
— To głupie… — kontynuowała, potrząsając lekko głową, choć w jej ruchach nie było przekonania. — Koty giną. Taka jest postać rzeczy. Każdy z nas o tym wie. Powinnam… powinnam to przyjąć i iść dalej.
Zawahała się, a jej oddech stał się płytszy
— Ale ja nie potrafię.
Te cztery słowa były jak pęknięcie — ciche, lecz nieodwracalne.
— Nie dlatego, że go straciłam — poprawiła się szybko, jakby próbowała nadać swoim uczuciom bardziej „rozsądną” formę. — To znaczy… tak, to też, ale… to nie wszystko.
Jej uszy opadły lekko, a spojrzenie znów uciekło gdzieś w bok, w stronę cieni, które zdawały się gęstnieć między drzewami.
— Ja nigdy mu nie powiedziałam — wyszeptała. — Nigdy nie powiedziałam, że… że był dla mnie kimś więcej niż tylko zwykłym kotem. Że kiedy był obok, wszystko wydawało się… łatwiejsze. Jaśniejsze.
Jej głos zadrżał, a ona zacisnęła szczęki, jakby próbowała powstrzymać coś znacznie silniejszego niż łzy.
— Wiem, nie byliśmy z tego samego klanu, ale teraz… teraz to już nie ma znaczenia, prawda? — dodała gorzko. — Bo i tak już go tu nie ma. Nie ma jedynego kota, który znaczył dla mnie tak wiele.
Słowa te zawisły w powietrzu niczym ciężkie, ciemne chmury, zapowiadające burzę, która już dawno się rozpoczęła — tylko nikt nie potrafił jej zatrzymać.

<Jagienko?>

31 marca 2026

Od Szkwalnej Łapy (Ulewnego Szkwału)

Czuł się niezręcznie, wiedząc, że dzisiaj ostatni raz spał w legowisku uczniów, ostatni raz ścielił legowiska i ostatni raz zasiadał z uczniami, dzieląc się językami.
– Słyszeliście o tym, że Czyhająca Marena czy tam Murena spotyka się z Wężynowym Kłem? Pewnie Wężynie nie starcza jeden kot z immunitetem królewskim, to dobiera się do drugiego! – ta stara kotka jednak miała tupet, miała talent do owijania każdego królewskiego kota wokół palca. Czy to było legalne? Zdenerwowała tym pewnie Mandarynkową Gwiazdę i ta nie zrobiła jej synowi znaku lotosu, temu Flamingowi. Szkwał był dosyć z tym głośny, jedząc swego suma, ale nie przejął się tym, że ktoś inny mógł to usłyszeć.
– A czasem Wężyna już nie jest z Błękitną Laguną? To chyba się zalicza pod zdradę, myślicie, że on o tym wie? – spytała Liliowa Łapa, jedząc okonia obok Lawendowej Łapy i Urodziwej Łapy, z prawej strony kotki była właśnie Lawenda, a z lewej Szkwał. Lawendowa Łapa prawie wypluła leszcza, którego żuła w pysku.
– Wy i wasze fantazje! Może po prostu Wężynowy Kieł chce się zapoznać bliżej z rodziną swego partnera? Dotychczas rozmawiała tylko z Mandarynkową Gwiazdą, teraz widać, że otwiera się też na inne znajomości – a on był latającą rybą! Ta szemrana szylkretka robiła dramaty w środku rodziny królewskiej. Gdyby nie zrobiła czegoś złego, co zraniło Mandarynkową Gwiazdę, choć sam nie wiedział co, to by nie była na jego celowniku. Bowiem kto śmiał obrażać rodzinę królewską, obrażał i jego!
– Nie bądź tego taka pewna, zanim się obejrzysz, to Murenę też poderwie i wtedy dostanie większą karę niż brak lotosu na czole jego syna. Może praca z czekoladowymi kotami? Ta kara sama w sobie jest przeklęta! – Urodziwa na słowa swojego brata przekręciła oczami.
– Klanie Gwiazdy, znowu to samo... – kotka położyła łapę na twarzy z zażenowaniem w oczach. Niby mieli nie rozmawiać o czeko kotach, ale nie mógł się powstrzymać, musiał czegoś nienawidzić, by życie było piękne.
– No co! One naprawdę są przeklęte! Nie bez powodu mówią, że ich kolor bierze się od błota. Może przenoszą nieznane choroby? Nikt jeszcze nie tykał Fląderki, więc nie wiemy, co skrywa w sobie! Ale nie będziemy się głowić, co przenosi. Nie chciałbym, żeby ktokolwiek to testował, nawet najgorszemu wrogowi bym tego nie życzył. Zamiast tego zgadnijcie kto dziś opuszcza legowisko uczniów. Możecie nawet strzelać – był ciekawy czy się domyślą, że zostanie dziś wojownikiem, bo nie mówił im tego.
– Niedźwiedziówkowa Łapa? – strzeliła Lawendowa Łapa. W sumie ona trochę była już terminatorką i powinna już zostać wojowniczką, by zasilić szeregi. Nie o nią jednak mu chodziło, machnął głową przecząco, jedząc swoją rybę.
– No to nie ma co strzelać, żadne z nas raczej się dziś nie mianuje. Gdyby Morszczynowa Łapa lub Senna Łapa byli nadal w legowisku uczniów to bym stawiał na nich. Może ci chodzi o Rezedową Łapę? – mruknęła Szafirka, będąc zakłopotana jak reszta kotek, z którymi siedział. Cóż, chyba będzie musiał się ujawnić.
– Widzisz, siostro! Nawet Rezedowa Łapa nie zazna dzisiaj takiego zaszczytu! Jedynym kotem, który będzie mianowany na środku obozu bę-...
– Witajcie młodziaki, co tam u was i u mojego przyszłego wojownika! – Szkwalna Łapa nie zdążył skończyć tego, co miał na myśli, bo oczywiście jego ojciec się wtrącił, liżąc go po głowie.
– Ughhh, tato! Zepsułeś niespodziankę! – niebieski kocur się napuszył, robiąc się cały czerwony. Jak on śmiał! Teraz wszyscy wiedzieli, tylko że nie od niego.
– E tam. Nic nie poradzę, że mój synek zostanie pełnoprawnym wojownikiem Klanu Nocy, a niedawno kładłem cię w żłobku spać! Byłeś taki malutki! – Złocisty Widlik rozklejał się, a Szkwał robił się coraz bardziej czerwony ze wstydu.
– Tato, na serio, nie rób mi siary przy reszcie – chciał się przypomnieć, że nie chciał być traktowany jak kociak w towarzystwie rodzeństwa i innych znajomych. To było bardzo upokarzające, czy każdy rodzic tak robił swoim dzieciom? Powinno to być uznane za znęcanie się.
– Już dobrze, mój wojowniku! Przyszedłem tylko luknąć na was, a teraz idę do żłobka zabawiać kociaki – uśmiechnięty piastun odszedł od grupy młodzieży, znikając w wejściu do żłobka. Trzy kotki patrzyły na niego w ciszy, pewnie zaskoczone faktem, że dzisiaj będzie mianowany.
– Gratulacje, Szkwale! Nie mogę się doczekać twojego mianowania. – miauknęła Lawendowa Łapa, Szkwał się uśmiechnął, zapominając o tym, co wcześniej było.
– Ja też! Też bym nie chciała tego przegapić – dodała Liliowa Łapa. Cieszył się, że kotki mu gratulowały, miał nadzieję, że rzeczywiście bliskie mu koty zobaczą, jak awansuje.

***

Czuł, że jego mianowanie się opóźnia, jakby przywódczyni, siedząc ciągle w swojej norze zapomniała o nim. Co, jeśli w ogóle nie zostanie wojownikiem dzisiaj? Może nim naprawdę nie zostanie? Chodził z jednego kąta obozu do drugiego. Owszem, Mandarynkowa Gwiazda wydawała się wyłączona z życia klanowego po niektórych incydentach, ale nie był czekoladowym kotem, nie był kimś, kogo można było wsadzić na własną wyspę jako zdrajcę. Był wiernym kotem, który kochał swój klan, rodzinę królewską i swoich bliskich z przyjaciółmi. Pokazywał to za każdym razem, gdy wstawał za dnia aż do nocy, gdy spał i tak z każdym dniem, nie marudził, gdy musiał iść na trening czy wyczyścić legowiska w obozie, robił wszystko sumiennie, chodząc jak w zegarku. Kocur nie chciał się czuć ignorowany przez głowę rodziny królewskiej. Gdyby Mandarynkowa Gwiazda go mianowała na wojownika, mógłby więcej zrobić dla klanu, niż robił wcześniej, tylko musiała mu dać szansę, musiała! Patrzył w ziemię, czując się w jakiś sposób winny że jego przywódczyni nie chciała go mianować, a może był inny powód? Może się dowiedziała, że wygadał, że znaleźli ciało tej jakiejś medyczki z Klanu Klifu? Nie, to nie to! Przecież gdyby się dowiedziała, to by dawno by był jakimś więźniem. Przeklął się w myślach za tą głupotę co zrobił. Już sam nie wiedział przez siebie, czemu członkini rodu królewskiego nie chciała wyjść ze swego legowiska.
Jakiś szelest?! Co to? Kocur obrócił głowę, widząc Mandarynkową Gwiazdę, która z gracją wspinała się na drzewo.
– Niech wszystkie koty, które umieją polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się na zebranie klanu! – jej twarz była kamienna i opanowana, młody kocur przełknął ślinę, idąc z innymi kotami na zebranie klanu. Ustawił się na środku, by być widocznym dla Mandarynki i ich spojrzenia się spotkały. Oby to było jego mianowanie, a nie coś gorszego.
– Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika – nastała lekka pauza, a Szkwał bardziej się wyprostował, jakby miał stać na baczność. Jak dobrze, że to jednak była tylko jego ceremonia. – Szkwalna Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia? – spytała go liderka, a on już wiedział, co powiedzieć.
– Przysięgam, na Klan Gwiazdy – chciał, żeby przysięga była idealna, także wierzył, że przysięgając w imię Klanu Gwiazdy będzie mu łatwiej spełnić to postanowienie za pomocą gwiezdnych przodków, którzy czuwali nad nim.
– Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Szkwalna Łapo, od tej pory będziesz znany jako Ulewny Szkwał. Klan Gwiazdy ceni twoją lojalność i pracowitość oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy – rozejrzał się wokół siebie, a wszyscy zaczęli skandować jego imię.
– Ulewny Szkwał! Ulewny Szkwał! – cały klan go witał jako nowego wojownika Klanu Nocy, w tym jego najbliżsi. Złocisty Widlik wydawał się z niego dumny, jak i jego siostry, Lawendowa Łapa i Urodziwa Łapa. Obok nich też zobaczył Liliową Łapę i Przypaloną Łapę wraz z innymi, którzy z uśmiechem wymawiali jego nowe imię. Uśmiechnął się tylko, obiecując sobie, że będzie najbardziej lojalnym wojownikiem klanu.

Od Oświeconej CD. Śpiewajacej Łapy

Dziś dwunożna Oświeconej zabrała ją potworem na spacer. Dwunożna często zabierała kotkę poza swoje gniazdo, co bardzo jej się podobało. Spacerowanie z istotą wyższą sprawiało jej wielką przyjemność i napawało ją dumą, pomimo tego, że musiała chodzić na lince. Lubiła też patrzeć na to, jak domowniczka kazała swojemu psu (który też był zabierany na dwór) robić to, co jej się podoba. Widok potulnej, przymilającej się do domowniczki bestii był komiczny. Dziś jednak sprawa wyglądała nieco inaczej. Samica dwunogów zabrała ją do lasu, na tereny Klanu Burzy. Domowniczka zapewne nie zdawała sobie sprawy z tego, że na tych terenach zamieszkiwała banda brudnych, wychudłych zapchleńców. Oświecona bardzo cieszyła się z tego, że nie była już zapchleńcem. Teraz jej życie wyglądało zupełnie inaczej. Jej posłanie było niezwykle miękkie, ciepłe i zawsze suche, nie groziły jej dzikie zwierzęta, zawsze dostawała jedzenie pod sam nos a dwunożna bardzo o nią dbała. Gdyby natrafiła na patrol Klanu Burzy, przynajmniej miałaby co pokazać. Jej linka i szelki, jak nazwały je inne pieszczochy, miały na sobie błyszczące kamienie, a po niedawnej wizycie u magicznego dwunożnego jej sierść nabrała blasku i w niektórych miejscach stała się tęczowa. To musiała być jakaś tajemnicza moc domowników. Żaden inny kot nie wyglądał tak wspaniale, jak Oświecona. Idąc na lince, kotka cały czas węszyła w poszukiwaniu zapachu Burzaków. Niestety, po chwili go poczuła. A co najgorsze, czuła też tą okropną Śpiewająca Łapę. Gdy patrol zauważył spacerowiczów, przystanął, by ich obserwować, Oświecona dumnie wypięła pierś, ustawiając się tak, by jej nowe kolorowe znaczenia i linka były doskonale widoczne. Niech przynajmniej Śpiewka zazdrości tego, jak pieszczoszka teraz wyglądała. A jeśli zapragnie się na nią rzucić, dwunożna na pewno załatwi sprawę.

<Śpiewająca Łapo?>

Od Gołąbka do Borowika

Dziś mamusia po raz pierwszy pozwoliła Gołąbkowi zjeść trochę zwierzyny. Kociak bardzo cieszył się, że nareszcie będzie mógł jeść tak jak duże koty. Ciekawe jak smakuje zwierzyna? Czy jest podobna do smaku mleka? A może smakuje jak zioła? Mleko i zioła były jedynymi smakami, jakie do tej pory poznał Gołąbek. No, może poza rzeczami, które czasem podgryzał, gdy mama nie patrzyła. Gołąbek spojrzał na leżąca przed nim mysz. Miała bardzo ciekawy zapach, którego kociak nie był w stanie dokładnie opisać. Gdy wpatrywał się w małe ciałko zwierzyny, uznał, że odmówi modlitwę do Wszechmatki. To w końcu dzięki niej kocurek mógł dziś napełnić swój brzuszek. Gołąbek zamknął oczy, wymyślając najlepszą modlitwę, na jaką było stać małego kociaka.
— Kochana, wspaniała Wszechmatko. Dziękuję ci za dar tej myszy i za to, że mogę ją zjeść. To bardzo miło, że dajesz nam zwierzynę, żebyśmy nie byli głodni. Proszę spraw, by dusza tej myszy była szczęśliwa. Jesteś wszechmocna i jesteś super i bardzo cię kocham. Pozdrawiam, Gołąbek — dodał swoje imię, na wypadek, gdyby Wszechmatka zapomniała, jak się nazywa. Miała przecież tyle imion do spamiętania!
Kociak wgryzł się w mięso myszy. Jej smak zupełnie go zaskoczył. Mysz była bardzo soczysta, lekko gorzkawa, ale jednocześnie słodka. Gołąbek jeszcze nigdy nie jadł nic tak smacznego. Gdy skończył posiłek, spod legowiska wyciągnął kwiatki, które dostał od mamy i udekorował nimi szczątki myszy. Uznał, że w ten sposób uhonoruje jej śmierć i sprawi, że jej duszy będzie mniej przykro. Kociak był tak zajęty dekorowaniem, że nie zauważył, że przyglądał mu się jego brat, Borowik.

<Borowiku?>

Od Szkwalnej Łapy

Noc

Pora Opadających Liści, która teraz nadeszła, była lepsza od poprzedniej Pory Zielonych Liści. Sprawiała ona, że każdy zwyczajny wojownik tracił chęci, by jakikolwiek dzień nazwać wspaniałym, względem pogody. Nie raz bywało, że koty, które nie schowały się w cieniu, mdlały od nielitościwego ciepła, które serwowało słońce. Na szczęście, gdy odeszła, nikt już za nią nie tęsknił, a początek Pory Spadających Liści był dosyć przyjemny i słoneczny. Nie to, co poprzednik, który swoim skwarem wysuszał nawet rośliny.
Szkwalna Łapa sobie smacznie spał w swoim posłaniu, jak każdy uczeń. Pewnie prześpi tę noc jak każdą, i obudzą go promienie słońca przebijające się przez ramy legowiska. Terminator poczuł, że coś go lekko szturcha, co to było u licha?! Słabo wybudzony ze zmrużonymi oczami obrócił się do kogoś, kto go szturchał. To był czarny kot.
– HUH? – Nie umiał rozpoznać kto to, do końca nie chciało mu się otwierać oczu, był zbyt wybity ze snu.
– To ja, Mewi Puch, musimy iść nad rzekę, chodźmy – czemu mieli iść? Paliło się czy co?! Niechętnie wstał, po czym poszedł za Mewim Puchem. Był środek nocy i jeszcze chciało mu się wstawać? To chyba było jakieś przebudzenie, które zadziało się w jego mentorze. Księżyc był wysoko w górze, a dwa kocury już wyszły z obozu.

***

Przepłynęli przez kilka wysepek, docierając w okolice lasku, lecz nie do niego szli. Podążali za nurtem wody, który płynął w stronę jeziora, oddzielającego Klan Nocy od Klanu Burzy. Można było zobaczyć jak księżyc, wysoko wiszący na niebie nie dawał żadnego światła, przez co było ciemno. Tylko gdzie oni szli? Mewi Puch raczej zwykle prowadził spokojny i odklejony tryb życia, był bardziej dziennym kotem niż nocnym, tak więc co skusiło jego mentora, by go wyrwać ze snu w środku nocy?
– Przyszłom tu z tobą, by dać ci specjalne zadanie – Mewa popatrzył w wodę, a w nim pojawiło się jego zaspane odbicie, jakby sam nie chciał wstawać.
– A niby jakie to zadanie, skoro mnie wyciągasz w środku nocy? – zapytał Szkwalna Łapa.
– Chciałobym, żebyś upolował jedną rybę, nic więcej. Będzie to trudniejsze niż za dnia, bo tu nie zobaczysz za bardzo nawet ich cienia. Jeśli wykonasz moje zadanie, zanim zajdzie słońce to czeka cię niespodzianka – niespodzianka? Mewi Puch brzmiał dosyć podejrzanie, ale Szkwalna Łapa postanowił się podjąć tego nietypowego zadania.
– Dobrze, zrobię to, Mewi Puchu. Wyrobię się, nawet zanim księżyc zajdzie – dość pewnie przysunął się bliżej wody. Obrócił się za siebie, widząc, że wojownik patrzy na niego, a następnie na wodę. Jedyne co widział, to odbijające się drzewa liściaste i ciemne niebo. Chyba to wyzwanie rzeczywiście nie było jakieś łatwiutkie. Musiał w takim razie polegać na innych zmysłach niż wzrok. Musiał się zdać na drganie wody. Każdy ruch w wodzie pozostawiał po sobie lekkie fale, które były wyczuwalne jako drgania na powierzchni i dla słuchu, gdzie mógł usłyszeć, gdy coś nadpływało, pozostając przy tym czujnym. Niebieski fińczyk natężył słuch i zamoczył łapę na płytkim gruncie, by poczuć drgania, jeszcze nie polował w nocy, więc to było dla niego coś nowego. Większość wojowników polowała w dzień, a nie podczas nocy.
Klanie Gwiazdy, ześlij mi jakąkolwiek rybę tutaj. Czuję, że to wyzwanie od mojego mentora jest ważne, wspomóż mnie” modlił się do przodków, jednak nie usłyszał ani nie poczuł obecności ryby. Ogarnął go lekki stres. Obrócił się znowu do Mewiego Puchu, wyglądał, jakby miał prawie zasnąć, ale nie zamykał oczu. Patrząc na niego, nie mógł tak się poddać, czuł, że wyrywanie go w środku nocy nie było jakąś dziecinadą. Znowu obrócił się w stronę rzeki, czekając na zwierzynę wodną w ciszy i skupieniu. Możliwe, że przodkowie mogli usłyszeć jego wołanie, bo nagle woda zadrgała leciutko, co dotarło do samych łap kocura. Drganie wody pochodziło z jego lewej strony, nastawił więc bardziej uszy, słysząc, że coś nadpływa. Starszy uczeń przygotował swoje wszystkie mięśnie, a następnie ryzykując wszystko, wymierzył intuicyjnie, gdzie była lokalizacja ryby i skoczył w jej kierunku. Jak skoczył, to tak plusnęło! Szkwał czuł, że w pazurach ma coś śliskiego, co się wierci. Zdał sobie sprawę, że złapał nie z tej strony rybę, miał na widok właściwie jego ogon, który go policzkował. Terminator jednak ignorował uderzenie rybiego ogona, gryząc rybę w plecy. Szkwalna Łapa zauważył, że znowu miał do czynienia z sandaczem. Pamiętał, jak w wieku sześciu księżycy pierwszy raz nauczył się polować na ryby i taka sztuka go sterroryzowała. Był jednak już większy, więc ryba nie zeżre mu twarzy, tak jak zrobiła mu to poprzednio.
Zacieśnił mocniej pazury na łuskach ryby i mocniej wgryzł się w jej grzbiet, sprawiając, że większa ilość krwi zaczęła ulatniać się ze stworzenia. Sandacz jeszcze walczył, ale gdy tylko Szkwalna Łapa ją przygniótł swoim ciałem, to ryba zdechła z uduszenia. Wycieńczony kocur wyciągnął rybę z wody, po długiej szarpaninie z nią pokazując ją Mewiemu Puchowi.
– Dobra robota, wracamy – Mewi Puch powiedziało dość krótko, widać było, że już chciało spać. Nie dziwił mu się, też po szarpaninie z rybą by się wtopił w swoje legowisko, chcąc spać do popołudnia.

***

Uczeń wstał leniwie ze swojego legowiska, zwykle wstawał punktualnie ze wschodem słońca. Walka z dużą rybą jednak go wykończyła, przez co wstał później. Wyszedł z legowiska uczniów, rozglądając się za Mewim Puchem. Zwykle bywał w obozie, ale nie było go. Zauważył Siwą Czaplę, może on będzie wiedział gdzie jego mentor?
– Witaj, Siwa Czaplo, wiesz może gdzie Mewi Puch? – miał nadzieję, że może też śpi lub poszedł na patrol, a ten niepotrzebnie się martwił.
– Poszedł dawno do legowiska Mandarynkowej Gwiazdy. Chciał z nią pogadać o czymś – porozmawiać? Czy on coś nabroił lub zrobił coś złego? Przecież starał się być dość sumiennym uczniem.
– Dziękuje, Siwa Czaplo, poczekam na niego – położył się na jakiejś skale, spoglądając na drzewo liderki z niecierpliwością.

***

Zmieniał pozycję z boku na bok, pewnie dyskusja Mewiego Puchu i Mandarynkowej Gwiazdy była bardzo żywa. Zmierzył jeszcze leniwym wzrokiem norę liderki, gdy nagle wyszedł z niej Mewi Puch, idąc w jego stronę. Wyglądał na dosyć zadowolonego.
– Witaj, mój uczniu! Jak ci się spało? – fajnie, że pytał o jego samopoczucie, ale może pierwsze, co by mógł wyjaśnić, to co robił tak długo w legowisku Mandarynkowej Gwiazdy?
– A dobrze mi się nawet spało, nie było najgorzej, a o czym rozmawiałeś z przywódczynią tak długo? – “No powiedz w końcu!” krzyczał w myślach.
– Właśnie chciałem cię powiadomić o tym, że dłużej już nie będziesz musiał być uczniem. Rozmawiałom z Mandarynkową Gwiazdą o tym, że jesteś już gotowy zostać wojownikiem. Opanowałeś dużo rzeczy w krótkim czasie, co mnie zadziwia, niektórzy uczniowie jeszcze parę księżyców ciągną swoją edukację. Tylko jest kilka wyjątków, które się mianują w wieku dziesięciu księżyców, bo raczej przeciętne koty mianują się w wieku dwunastu księżyców lub trochę później, choć to już zależy od danego kota. Przeszedłeś też test, który ci dałom, a nie był łatwy. Dlatego, gdy go przeszedłeś, to wiedziałom, że jesteś już gotowy – to już nie musiał być terminatorem?! Był bardzo zaskoczony. Nie spodziewał się, że dostanie tak pozytywne wieści. Już się bał, że Mewi Puch powie mu coś w stylu, że ma szlaban. Zwłaszcza że chyba nie pamiętał, żeby przechodził jakiś test? Choć nie był pewny.
– Bardzo się cieszę z tego, ale o jaki test ci chodzi?
– Pamiętasz to specjalne zadanie, które ci dałom? To był twój test wojownika, tylko nazwałom to inaczej. Główkowałom długo co ci dać, polowanie samemu w dzień byłoby zbyt proste, więc wymyśliłom, że wezmę cię wieczorem na łowienie ryb, bo jeszcze nie robiliśmy tego w środku nocy. Chciałom sprawdzić, jak się zachowasz, gdy to, co widzisz za dnia, nagle jest dla ciebie niewidzialne. Jednak jesteś bystry i zamiast polegać tylko na wzroku, użyłeś innych zmysłów, by złapać zwierzynę. Także gratulacje, za kilka wschodów słońca twoje mianowanie! – to była ta mała niespodzianka po zrobieniu tego specjalnego zadania? To było raczej duże zaskoczenie dla niego. Zwłaszcza że za kilka dni już nie będzie terminatorem, nie będzie już musiał wykonywać tych uczniowskich obowiązków i wychodzić z obozu tylko za pośrednictwem dorosłego kota. Podszedł do Mewiego Puchu i go objął.
– Dzięki za wszystko, Mewi Puchu – czuł jakąś bliską więź między swym mentorem, był dla niego nie tylko nauczycielem, ale i też jakby drugim ojcem? Nie myślał o tym dużo, ale to mentorzy też spędzali jakiś czas ze swoimi mentorami, dawali im cząstkę siebie. Na pewno, gdy będzie już wojownikiem, będzie miał w sobie jakąś cząstkę czarnego kocura. Ono tylko się uśmiechnęło.
– Jestem z ciebie dumne, czuję się nawet prawie, jakbym miało drugiego syna, którego nigdy nie miałom – po skończonej pogawędce zajęli się swoimi obowiązkami.

Od Trzcinowego Szmeru CD. Złocistego Widlika

Ułożyła się obok Złocistego Widlika i skinęła mu głową.
— Od dawna nie chorowałam. Zdrowie mi dopisuje, a jak u ciebie? Widzę, że nasza ostatnia rozmowa okazała się owocna. Byłeś wtedy małym kociakiem, a teraz? Teraz jesteś dorosłym kocurem, który wykonuje znakomicie swoją robotę — pochwaliła kocura i odgryzła pierwszy kęs zwierzyny.
Złocisty Widlik zaśmiał się na jej komentarz.
— Teraz oprócz piastuna jestem też ojcem — odparł rozbawiony, a jednocześnie rozczulony. — Małe urwisy — rzekł i pokręcił lekko łebkiem.
Również zamruczała z rozbawienia.
— Miałam okazje już zostać zaczepiona przez Szkwałka. Jest z niego prawdziwy urwisek. Będą dobrymi wojownikami Klanu Nocy. Czuje się trochę, jak babcia, chociaż jeszcze nie miałam dzieci.
Piastun uśmiechnął się na wzmiankę o Szkwale. Kocurek bardzo mocno podzielał jego zdanie i to sprawiało, że czuł ulgę.
— Nie masz tam kogoś na oku? No wiesz, jesteś piękna i wciąż młoda. Na pewno masz jakiegoś adoratora lub adoratorkę — rzekł zupełnie szczerze.
— Kiedyś miałam, teraz jednak widzę, że kandydat do wzięcia spędza dużo czasu z Kropiatkową Skórką — powiedziała smutno, mając na myśli Zmierzchającą Falę. — Może kiedyś znajdę kogoś. Szczerze chciałabym mieć własne, rodzone kocięta... — Przyznała trochę zawstydzona. — Blisko jestem z Niezapominajkową Nadzieją, jednak z nią nie mogłabym mieć swoich kociąt.
Nagle poczuła, jak kocur otulił ją ogonem.
— Rozumiem cię, ja również kiedyś chciałem mieć rodzone kocięta, ale widząc moje dzieci, już wiem, że nie krew definiuje, a więzy. Niemniej mam nadzieję, że uda ci się mieć własne kociaki — wymruczał ciepło.
Zamruczała na pocieszenie od młodszego.
— Masz rację, jednak z każdym dniem staję się coraz starsza, a rodzina wokół mnie jest albo na wyspie, albo są martwi, albo uznani za zdrajców. Chciałabym dać nadzieję i udowodnić Klanowi Nocy, że krew, która płynie w moich żyłach, nie definiuje tego, że kot jest zdrajcą. Po prostu chcę mieć kociaki, bym miała jakiś sens w życiu.
Piastun westchnął i tylko mocniej otulił ją ogonem. Po jego pysku mogła stwierdzić, że Złocisty Widlik całkowicie ją rozumie.
— Kociaki z miłości tak? — spytał, przenosząc wzrok na kocięta w tle.
Zapadła chwilowa cisza. Miała wrażenie, że kocur chciałby coś dopowiedzieć, jednak wolał się powstrzymać.
— Z miłości... — powtórzyła za młodszym. — Raczej dla szczęścia i przedłużenia krwi.
Skinął lekko łebkiem.
— Rozumiem, ale co jeśli twoją bratnią duszą jest Niezapominajkowa Nadzieja? Wiem, że chciałabyś mieć kocięta z własnej krwi, ale znajdki nie są gorsze. Ja również nie mógłbym być ojcem, ale dzięki Szafirce, Lawendzie i Szkwałowi jestem. Nie chcę być niemiły. Chciałbym po prostu byś i to wzięła pod uwagę — wymruczał ciepło.
Pokręciła jedynie głową. Nie chciała czyichś dzieci, chciała mieć swoje.
— Nie wykluczam takiej opcji, jednak z Niezapominajkową Nadzieją nawet nie jesteśmy jeszcze razem. Powinnam przeczekać i zobaczyć, co z tego wyjdzie... Jednak za ten czas mógłby się nadarzyć inny kandydat na ojca kociąt.
— Rozumiem, jak mówiłem, masz jeszcze czas. Miłość to najważniejsza sprawa, którą trzeba przemyśleć. Trzeba mieć pewność, że to właśnie temu kotu chcemy oddać serce. Wierzę, że znajdziesz swoją miłość. Życzę ci tego z całego serca — wymruczał. — A powiedz, co u twojego ucznia? Rezedowa Łapa, prawda?
Szczerze nie chciała poświęcić się drugiemu kotu. Nikomu nie chciała w pełni oddać serca, by mieć kocięta. Chciała dzieci, ale tylko dla siebie. Nie potrzebowała do szczęścia drugiej połówki. Za wiele zachodu ze znajdowaniem kogoś, z kim mogłaby założyć rodzinę.
— Tak, mam pod swoimi skrzydłami Rezedową Łapę. Dobrze sobie radzi, nawet po śmierci własnej siostry. Treningi odciągają go od roztrząsania niepotrzebnych myśli. Niedługo pójdę do Mandarynkowej Gwiazdy, żeby ta go mianowała.
Zamyślił się na moment, ale zaraz oczy mu zalśniły, gdy sobie coś przypomniał.
— Pamiętasz, jak zapytałem się ciebie czy chciałabyś mieć ucznia? Wtedy nie byłaś pewna, a teraz jak jest? — spytał pogodnie. Odsunął od niej lekko ogon, bo chyba zbyt długo naruszał jej przestrzeń.
Otrząsnęła się, czując nieprzyjemny dreszcz.
— Bycie mentorem jest dość dziwne... Nie wiem, czy nie powinnam być dla niego bardziej ostra, czasami myśli, że może mnie owinąć wokół pazura, jednak zawsze się myli. Jeśli bycie mentorem, to ciągłe rywalizowanie z uczniem, to jestem w tym całkiem dobra.
Wysłuchał jej. Piastun jeszcze nigdy nie miał ucznia, więc w tej sprawie był tak zielony, jak wodorosty na jego ogonie.
— Wiesz? To jest jak z kociakami. Niektóre kruszyny potrzebują stanowczości, a inne wręcz przeciwnie. Podejście trzeba dostosować pod charakter. Przynajmniej takie jest moje zdanie. Niemniej jeśli niedługo jest gotów do mianowania, wypełniłaś rolę mentorki wręcz po mistrzowsku — wymruczał.
— Miło mi to słyszeć.
Nie zdążyli nacieszyć się dalszą rozmową, kiedy kocięta się obudziły i zaczęły kwilić głośno. Obejrzeli się na małe kuleczki, które wierciły się na posłaniu.
— No to koniec twojej przerwy, Złocisty Widliku. Musisz chyba wracać do pracy. Następnym razem cię odwiedzę, kiedy będę miała chwilę wolnego, obiecuję — dotknęła go nosem w policzek, jakby był jej dorosłym synem lub bratankiem. — Jeśli upały będą łaskawsze i znajdę jakąś kaczkę, to w żłobku zrobimy ucztę, a kocięta będą miały frajdę z kaczych piórek.
Kocur zamruczał uradowany.
— To naprawdę wspaniały pomysł.
Nie rozmawiali dalej, wyszła od razu na polanę, a do jej nosa dotarł znajomy zapach. Była to woń Zmierzchającej Fali mieszająca się z zapachem Kropiatkowej Skórki. Tę dwójkę można było zobaczyć ze sobą częściej niż osobno.
Trzcinowy Szmer pokręciła głową, mając mieszane uczucia. Z jednej życzyła im szczęścia, gdyż to właśnie oboje byli jej dobrymi przyjaciółmi, a z drugiej czuła zazdrość. Też chciała mieć partnera oraz ogłaszać wszystkim, że spodziewa się kociąt. Chociaż, czy nie była to jej chwilowa faza?

***

Początek Pory Opadających Liści

Zawiało w obozie popołudniowym chłodem, a ona właśnie wróciła z patrolu łowieckiego, na którym była zakochana para, jaką byli Kropiatkowa Skórka wraz ze Zmierzchającą Falą. Jeszcze nie byli oni oficjalnie parą, jednak niektóre Nocniaki zaczęły zauważać, że coś iskrzy między tą dwójką.
Chcąc poplotkować o zakochanej parze, złapała uklejkę w pyszczek i popędziła do żłobka, by zobaczyć się ze Złocistym Widlikiem. Nie było w obozie Żmijowcowej Wici, więc musiała troszkę podręczyć piastuna.
— Cześć, Złocisty Widliku! Mam dla ciebie plotkę! Chcesz usłyszeć? — zamruczała podekscytowana, na co Wężynowy Kieł podniosła głowę, również zaciekawiona, co za wieści przyniosła do żłobka.

< Złocisty Widliku? Chyba niedługo będziesz się opiekował następnymi szkrabami! 🐈💕>

Od Przebiśniegu CD. Mewy

Przeanalizujmy, co się stało.
Mewa została zabrana przez sieciarza Przebiśniegu, bo je pomylił. Wiadomo, że były podobne, a on stary chyba wystarczająco, że stracił węch. Przebiśnieg jednak zaczęła się coraz bardziej męczyć. Nie pomagała pogoda, która tego dnia była średnia. Głowa zaczynała ją boleć, a coraz zimniej się robiło. To zdecydowanie czas, aby wrócić do ciepłego pomieszczenia. Ciężko jeszcze jej było nazwać to miejsce domem. Gdyby tylko jej nie pomylił, lisie łajno.
Na szczęście gniazdo jej sieciarza nie było jakoś w głębi domostw, więc oby Mewa nie miała problemów z powrotem, bo Przebiśnieg nie była w stanie jej odprowadzić.
Im bliżej była, tym bardziej się zastanawiała – jak miała tego dokonać, aby ją wydostać?
Zazwyczaj, gdy ją sieciarz zabierał, to zamykał gniazdo. Nie bez powodu ją zabierał w końcu, a Mewa wtedy bez problemu mogłaby wyjść. Trzeba będzie przeanalizować, gdy już tam dotrze.
"Chyba się rozchoruje" – pomyślała niezadowolona. Przez przebywanie w domu sieciarza przez Porę Nagich Drzew nie zbudowała odporności. Czyżby zamieniała się w rasowego pieszczocha? Ta myśl aż zaczęła ją dręczyć. Wstyd przeszedł jej aż do uszu.
Gdy dotarła na podwórko domostwa, zaczęła się rozglądać. Co trzeba tu zrobić… wszystkie wejścia raczej były zamknięte. Machnęła ogonem niezadowolona.
Musi być jakiś sposób, aby ją wyciągnąć stamtąd. Jakoś niezbyt widziało jej się mieć nowego towarzysza.
Aż wpadła na pomysł. Może i to prawda, że pies nie był często wyprowadzany głównym wejściem, ale za to na podwórko tak, wypuszczany. Wystarczy wtedy poczekać, aż sieciarz będzie chciał go wypuścić… albo przyspieszyć proces. Będzie musiała chyba aż się upokorzyć, ale przynajmniej wejdzie szybciej do ciepłego pomieszczenia, bo choroba zaczęła jej dawać większą motywację do tego.
Podeszła do okna i zaczęła się o nie łasić i przebierać łapkami, chcąc zwrócić uwagę kogokolwiek na siebie. Zobaczyła przy okazji, jak Mewa się chowa przed wszystkimi. Nie dziwiła jej się, ale jako dorosła kotka powinna mieć chyba więcej odwagi w sobie, co?
Przebierała tak łapami przez długi czas, aż w końcu mięśnie odpuściły. Musiała się położyć, ale na szczęście ktoś ją zauważył – sieciarz. Otworzył okno i wpuścił ją, a Mewa, gdy tylko to zobaczyła, to wystrzeliła przez nie.
"O to chodziło" pomyślała i zamknęła oczy.
Obudziła się dopiero później, a dokładniej w miejscu, które już znała – obcinacz.
Nie lubiła tu chodzić, a jasność świateł przeszkadzała jej otworzyć oczy do końca, nie miała jednak siły nawet narzekać. Obcinacz zaczął ją oglądać dokładnie, ale jak zwykle nie mogła zrozumieć mowy sieciarzy. Sama sobie jednak była zdziwiona, że aż tak nie miała siły na sprzeczanie się.
Dostała jakieś rzeczy do jedzenia, które sieciarz wkładał jej do pyska. Po czasie poczuła się lepiej, powoli dochodziła do siebie. Szkoda tylko, że wcześniej nie reagowała na swoje objawy.
Długo siedziała w gnieździe. Aż w końcu, gdy wyszła, czuła się jak nowo narodzona. Za oknem zaczęły pojawiać się złote liście.
Dawno nie widziała Mewy, a miała wrażenie, że zapach z rzeczy tutaj już dawno opadł.
Postanowiła tam się przejść do nich, zanim zimna pora nadejdzie. Oby Mewa miała się dobrze po ich ostatnim spotkaniu, bo jakoś zawsze, gdy widziała Przebiśnieg, to coś się działo.

<Mewo?>
wyleczeni: Przebiśnieg

Od Chomiczej Łapy

Na wrzosowiskach Pora Nagich Drzew była nieznośna, jedynym schronem przed promieniami słońca były legowiska. Otwarte tereny miały swoje wady, a to była jedna z nich. Zwierzyna była bardziej widoczna, aczkolwiek trzeba było płacić tym, że nie było tu schronienia przed jakąkolwiek pogodą... deszczem czy zbytnim ciepłem. Nadszedł dzień łowów lisa. Chomik się cieszyła, choć czuła na sobie spojrzenia pobratymców, które ją mierzyły od samych łap po czubek grzywki. Nie lubiła tego. Jakby te koty nie miały co robić – pomyślała. Po dłuższej chwili z okna Kamiennej Wieży wychylił się pysk Zawodzącego Echa.
– Chomicza Łapo, Wydmowa Łapo – zwrócił się do dwóch kotek, po chwili przenosząc wzrok jednak również na Zwiewny Mak oraz Kocięcy Rozumek z kiwnięciem łbem. – Mam nadzieję, że gdy wrócicie do obozu, lis nie będzie już jednym z naszych problemów, a wy udowodnicie swoją wartość i staniecie się pełnoprawnymi wojowniczkami.
Zamilkł na moment i strzepnął ogonem.
– Macie już jakiś plan? – czy miała jakiś plan? No chyba miała, przynajmniej miała jakiś obraz działania, wręcz dosyć prosty.
– Co do planu, ja postaram się wywabić lisa z nory. Gdy tylko lis wyjdzie, to reszta go zaatakuje i przejdziemy już do przeganiania drapieżnika. Następnie gonimy go, póki nie będziemy pewni, że przekroczył granicę naszego terenu – plan idealny dla niej.
– Podoba mi się plan Chomiczej Łapy! – miauknęła Kocięcy Rozumek radośnie, kiwając głową. Wydmowa Łapa też skinęła głową na jej plan co do lisa. Większość była zgodna, co ją cieszyło. Nawet sam zastępca Króliczej Gwiazdy wydawał się zadowolony z jej planu działania. Ruchem ogona wskazał wyjście z obozu, a koty zasłaniające wszystko, się rozstąpiły.
– Niech Klan Gwiazdy będzie z wami – żwawym krokiem Chomicza Łapa wraz z grupą opuściła obóz, idąc korytarzem z ciekawskich kotów. Gdy wyszła w końcu z obozu, westchnęła ciężko, idąc w okolice miejsca, w którym droga grzmotu przecinała się z rzeką na południu terenów Klanu Burzy. To właśnie miejsce wskazała Wścibska Łapa, w którym miał przebywać rudzielec.
Szła w swoim tempie, choć inni wydawali się spieszyć, to ona nie. Chciała zaoszczędzić energii na spotkanie z lisem, który terroryzował Klan Burzy. Ich czwórka szła przed siebie. Widziała, że jej bratanica była blisko, więc zagadała do niej.
– Jak się czujesz, z tym że będziemy walczyć z lisem? Nie musisz się jak coś wielce stresować, większość wezmę na siebie. Nie chciałabym, byś ucierpiała. W końcu jesteśmy rodziną, a rodzina stoi po swojej stronie – zagadała Zwiewny Mak.
– Wiem, wiem... po prostu to moja pierwsza taka walka. Ale będziemy walczyć razem, ciociu. Nic nam nie będzie – cieszyła się, że jedno z kociąt Świerszczowego Skoku miało serce, nie to, co ta sama mysia strawa.
– Też w to wierzę, choć nie powinniśmy za bardzo myśleć, że lis będzie łatwy do pokonania, bo nas to zgubi. Kiedyś jak byłam młoda, też myślałam, jak ty, ale życie mnie nauczyło, żeby nie ignorować żadnego przeciwnika, którego masz przed nosem. Inaczej się spotkasz z konsekwencjami swojej nieuwagi – oczywiście mówiła tu o Przeplatkowym Wianku, stara jędza. Gorsza od tego lisa, do którego szli. Gdyby jej matka była lisem, to by ją rozszarpała.
Zauważyła, że Mak rozglądała się za czymś. Znalazła coś? Też pokręciła głową, ale nic nie znalazła. Chociaż... zauważyła jak jej koleżanka, Wydmowa Łapa, stanęła jak wryta. Zatrzymała się, by się przyjrzeć, czemu stanęła. Zauważyła z bezpieczniej odległości kopiec i Kocięcy Rozumek, która wpadła na kremową kotkę z impetem. To chyba było to, czego szukali. Nora lisa.
– Zostań tu, a ja tam pójdę, jak zakładał plan. Przekaż reszcie, że już powoli mają się przygotować. Ja idę go wybawiać z tej ciemnicy – zanim Mak zdążyła powiedzieć cokolwiek, to już Chomik skierowała w stronę nory, omijając Wydmową Łapę z Kocięcym Rozumkiem. Nawet nie usłyszała pytania Wydmowej Łapy, które było skierowane w jej stronę, bo oddaliła się już od niej. Kotka weszła do nory, w ciemności już myśląc, że spotka tę rudą gadzinę, ale oprócz smrodu nic tu nie było.
– Gdzie u licha jest ten sierściuch?! – wykrzyknęła swoją myśl zdziwiona i zdezorientowana. Kotka chciała się wrócić, ale na kogoś wpadła i odskoczyła. Ciemno było, więc nie było widać niczego. – Kto ty jesteś? Zbyt ciemno jest, bym teraz rozmyślała, kim jesteś. Musimy przekazać grupie, że tu nie ma lisa, jak zakładaliśmy.
– Kocięcy Rozumek! – miauknęła radośnie Kocięcy Rozumek. Dlaczego ona się cieszyła, jakby miała pięć księżyców? Przecież byli w norze lisa, a nie w ładnym miejscu wypoczynkowym.
– Znalazłaś coś ciekawego? – spytała rudaska.
– Tylko jakiś smród – nagle poczuła na łapie coś włochatego, okazało się, że to były kosmyki lisiego futra.
– I futro lisa i w sumie tyle, idziemy – odparła, wychodząc z tunelu.
– Na pewno lisa? – dociekała, również wychodząc na zewnątrz.
– Nie, twojej matki, wiesz? – będąc już na powierzchni, podeszła do stojących daleko dwóch kotek, Zwiewnego Maku i Wydmowej Łapy. – Jest trudniej, niż przypuszczałam, tego lisa nie ma w norze, więc może być wszędzie – nie pisała się na długie szukania lisa, ale czego się nie robiło dla odzyskania wojowniczego imienia...
– Moja matka ma za jasne futro – odparła krótko ruda koteczka, ale Chomik niespecjalnie się tym przejęła. Wydawałoby się, że trzeba było gdzieś indziej szukać tego lisa, bo skoro nie był w swojej norze, to mógł przemieścić się gdziekolwiek chciał! To zajęłoby jej dłużej, niż była więźniarka zakładała na początku. Lis postanowił jednak im ułatwić zadanie i znajdował się blisko kotów, czego nie zauważyli wcześniej. Odskoczyli ze strachu, ale lis tylko zawarczał, będąc najbliżej Zwiewnego Maku i Wydmowej Łapy. Wszyscy byli zbyt przerażeni i zszokowani, by coś zrobić... na razie. Kocięcy Rozumek jednak podeszła bliżej Chomika.
– Chomiku, rusz swój zadek! – czy ten bachor wolał się kłócić niż coś robić samemu? Zignorowała jej głupią docinkę i podbiegła do lisa zaatakować, widząc, że lis chciał już zaatakować jej siostrzenicę, w końcu niewiele brakowało. Machnęła łapą, by go zadrapać, ale spudłowała. Lis położył po sobie uszy, po czym kłapnął szczęką do przodu, aby chwycić jej łapę. Lis jednak też spudłował, jak ona. Jego zgryz wylądował obok niej. Chomik na wszelki wypadek odsunęła łapę od drapieżnika. Już chciał jej łapy! Ale nie, zamiast łapy da mu łomot! Była już gotowa zaatakować porządnie, ale Kocięcy Rozumek machnęła łapą z wysuniętymi pazurami w stronę drapieżcy, które przejechały po jego policzku.
Lis tylko wydał z siebie warkot, gryząc Kocięcy Rozumek w jej grube futro. Dobrze, że nie w coś innego, bo by było gorzej. Do pomocy doszły Zwiewny Mak i Wydmowa Łapa, Chomik myślała, że uwolnią Rozumek. Mak zadała tylko mniejszą szramę lisowi, natomiast Wydma skoczyła na niego, lecz rudzielec zatopił zęby na jej barku, szarpiąc ją. Od kiedy było ich więcej, to lis działał agresywniej, będąc bardziej zdezorientowanym. Widziała, że Wydma była szarpana najbardziej, więc skoro skupienie celu poszło na nią, to Chomicza Łapa postanowiła zaatakować lisa od tyłu. Skoczyła więc na jego tył, ale nie złapała go. Spadła na cztery łapy. Lis oczywiście tylko na nią zawarczał, ale nic więcej. Czy to coś mogłoby już zdechnąć? Ten lis już był denerwujący. Gdy ona spudłowała już drugi raz, to Kocięcy Rozumek zdążyła trafić lisa w bok, przez co Wydma mogła poczuć wolność, bo lis poleciał do rudej kotki, oczywiście tej, której nie trafił. Rudzielec za to postanowił co innego już szarpnąć. Gdy Zwiewny Mak chciała zaatakować jego ucho, to ten ugryzł jej łapę. Chomicza Łapa wtedy tak się przeraziła, że jej futro stanęło dęba. Na szczęście Wydmowa Łapa przywaliła mu w policzek, przez to lis skupił na nią uwagę po raz któryś. Nie było lepiej ani trochę. Lis nie chciał zdechnąć. Chciała pomóc kotom i próbowała drapnąć lisa w bok, ale nie trafiła. Czy na Klan Gwiazdy mogłaby choć raz trafić to coś?! Swoim wspaniałym atakiem tak zainteresowała lisa, że ten postanowił przyczepić sobie pazury w jej bok, jeżdżąc po jej skórze. Uczennica syknęła głośno. Nie dość, że nie trafiła ani razu w tego lisa, to jeszcze on w nią trafił, ale już porządnie. Czy ktoś jej zamierzał pomóc? Widziała, że Kocięcy Rozumek biegła w jej stronę, ale poślizgnęła się po trawie, sprawiając, że nawet drapieżnik popatrzył na nią z politowaniem. Chomik liczyła na pomoc specjalisty, miała już nadzieję, że Zwiewny Mak lub Wydmowa Łapa spławią tego lisa od niej.
Chciała już przywalić temu lisowi, żeby jej bok zostawił, ale rudzielec puścił ją i zaczął zawodzić, próbując się wyrwać. Przyjrzała się bardziej i zauważyła, że Zwiewny Mak szarpała jego nogę, jeszcze Wydmowa Łapa chciała coś zrobić, ale nie udawało jej się to, cokolwiek planowała. Chomik już była naprawdę wkurzona, nie trafiła go ani razu! Tym razem poczuła, że to jej szansa. Wysunęła pazury, przejeżdżając nimi o bok lisa. Lis tylko zawył z wyczerpaniem. To był słodki odgłos zwycięstwa nad mordercą Kołysankowej Łapy. Wyglądał jakby chciałby uciec, nawet już nie zamierzał atakować, tylko szykował się do odwrotu, lecz nagle Kocięcy Rozumek rzuciła się na kark rudego, po czym wyrwała mu całą warstwę skórną z pleców. Lis zesztywniał. Przestał się szarpać, opadając bezwładnie na ziemię pomiędzy kotkami, z jego gardła na trawę poczęła ściekać krew. Jego oczy stały się tak białe, że Chomicza Łapa mogła się w nich przejrzeć. Chociaż miała czuć radość to czuła, że zawiodła. To ona miała go zabić, a nie Kocięcy Rozumek! Następnym razem, gdy będzie jakiś inny lis, to go zabije.
Chomicza Łapa stała w zamyśleniu nad ciałem.
– Idziesz, Chomicza Łapo? – spytała Wydmowa Łapa, reszta też zdawała się czekać tylko na nią.
– Tak, oczywiście, ja was dogonię – kremowa kotka tylko kiwnęła głową, idąc teraz za innymi. Chomicza Łapa, gdy tylko nikt nie patrzył, wyrwała największy kieł z pyska lisa i poszła za resztą.

Od Kukiełki (Pajęczej Nici) CD. Pacynki (Niedźwiedziówkowej Łapy)

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Kilka księżyców temu, dzień zgromadzenia

Ciepły, wieczorny wiatr muskał delikatnie lico Pajęczej Nici, gdy powoli sunęła przez Bursztynową Wyspę.
Dzień zgromadzenia nadszedł znacznie szybciej, niż by się tego spodziewała — los zesłał jej kolejną szansę na odnalezienie Ballady.
Przechyliła łeb, omiatając wzrokiem zgromadzone koty. Znów nigdzie nie mogła znaleźć siostry — czyżby spotkała ją jakaś okropność? Ciężko stwierdzić. Minęło tyle czasu od ich ostatniego spotkania, że powoli traciła nadzieję.
Przystanęła na moment, a jej wzrok spoczął na... dziwnie znajomej sylwetce. Serce zamarło jej w piersi. Kto to? Pręgowane, bure futro, para brązowych ślepi, szerokie barki... Niemożliwe.
Przepchnęła się przez tłum kotów i dopadła do stojącej tyłem kocicy. Unosiła się przy niej delikatna woń Klanu Nocy. Szarpnęła ją za futro na ogonie; nie przejmowała się, czy zdenerwuje burą. Musiała tylko przyjrzeć się jej mordce i upewnić się, że to nie ten kot, o którym myślała...
Gdy kocica odwróciła się, na jej pysku widniał grymas.
— Ty...! — wydusiła po chwili i uniosła brwi w zdumieniu. — Kukła? Na Marionetkę! Co ty tu robisz?
Kukła otworzyła szerzej oczy i zrobiła gwałtowny krok w tył. Co... co to miało znaczyć?
— Pacynka? — wymamrotała z niedowierzaniem. — Co ja tu robię? To ty... ty miałaś być w domu!
Ciężko było określić, ile myśli przebiegało teraz przez jej małą łepetynkę. Co to wszystko miało znaczyć? Gdzie Ballada?
— Nie mogłam zostać w tej brudnej piwnicy! — oburzyła się siostra, poruszając wibrysami. — Naszą ciotkę zabili, a Pararela i tak młodsza już nie będzie! Nie mogłam gnić w tamtym miejscu i marnować swój potencjał! — kontynuowała, poruszając ogonem na boki. Jednak po chwili spędzonej w ciszy bura nieco się rozluźniła. — Ale, hej! Teraz przynajmniej możemy znowu trzymać się razem, jak siostry! Jak… jak za dawnych czasów!
Gapiła się na siostrę z niedowierzaniem. Jak długo przebywała na terenach klanu? Dlaczego o niczym jej nie powiedziała? Czy w ogóle próbowała ją odnaleźć?
— I nic mi nie powiedziałaś? Czekałam na znak od ciebie w tym... tym zapchlonym Klanie Klifu, z tymi zdradzieckimi kotami... — Obniżyła nieznacznie głos, smagając ogonem powietrze. — Zostawiłaś mnie!
Uśmiech zszedł Pacynce z twarzy szybciej, niż się na niej pojawił. Przecięła ogonem powietrze i spojrzała na szylkretową z poważną miną.
— Już się tak nie pusz! — burknęła. — Gdybym tylko wiedziała, że jesteś w Klanie Klifu, już dawno spróbowałabym się z tobą skontaktować! — oznajmiła oburzona. — Ale nawet nie miałam jak! Z początku żyłam z dala od twojej przynależności, a gdy już trafiłam do Klanu Nocy, byłam w nim uwięziona przez kilka księżyców! Niby jak miałam cię odnaleźć?
Oh.
Uspokoiła się odrobinę. Opuściła ogon i wlepiła wielkie ślepia w pysk siostry.
— Czyli nie wiesz, co u Ballady? Ale na pewno wiesz, co poczniemy teraz z planem Marionetki, bo ona wszystkie sekrety wyjawiła właśnie tobie... — Spojrzała na kocicę, jakby czekając na jej potwierdzenie, ale spotkała się tylko z milczeniem.
— Nie powiedziałabym, że nie wiem, co u Ballady... — przyznała kocica, uśmiechając się nerwowo.
— Czyli... spotkałaś się z nią? Och, to cudownie! — Mordka jej pojaśniała. — Zdziwiona byłam, bo długo jej nie widziałam... Dobrze wiedzieć, że wszystko u niej w porządku! Czyżby dostała jakąś karę i nie mogła opuszczać obozu?
— Spotkałam, to prawda... — przyznała Pacynka. — Ale, cóż... jeśli zjednoczenie się z Marionetką nazywasz karą, to... tak, tak... dostała karę…
Oh.
Całe światło zdawało się opuścić jej mordkę. Wgapiła się w Pacynkę pustymi oczami.
—...Że co?
Poczuła dziwny ciężar w klatce piersiowej, gdy powoli zaczynała sobie uświadamiać, co mogły oznaczać słowa siostry.
— No... — bąknęła, po czym nachyliła się nad uchem siostry i szepnęła:
— Burzacy... Burzacy... oni ją zabili!
Burzacy.
Wstrzymała oddech. Ciężar, spoczywający na jej barkach, był teraz niemal nie do zniesienia.
— Ja... jak to? Dlaczego? — wyszeptała.
Odsunęła się nieco od szylkretowej kotki, a w jej oczach pojawiła się gorycz.
— To nie miejsce na takie rozmowy... Spotkajmy się za kilka dni na granicy. Tam opowiem ci o wszystkim — miauknęła tajemniczo.
Szylkretka skinęła niepewnie łbem.
— W porządku.

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Piasek przesypywał się pomiędzy jej paliczkami, gdy ze znużenia przebierała łapą. Od dnia zgromadzenia, niemal codziennie czekała przy granicy z Klanem Nocy w oczekiwaniu na spotkanie z Pacynką. Dotąd nie udało jej się spotkać siostry, ale nie traciła nadziei — z niecierpliwością wyczekiwała burej na granicy.
Dlatego też, gdy usłyszała zbliżające się w jej stronę kroki, niemal natychmiast uniosła łeb w kierunku źródła dźwięku.

<Pacynko? To ty?>