BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 24 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

24 maja 2026

Od Zwiewnego Maku

Zwiewny Mak wyczołgała się z legowiska. Miała ciężką noc: nie mogła spać. Była to jedna z tych nocy, gdy jej umysł zajmowały obrazy zmarłej rodziny i kotka czuła rozpacz. Nie zdarzało się to często, tylko raz na jakiś czas.
Mak usiadła zgarbiona i zaczęła czyścić swe futro. No, nawet jeśli noc była uciążliwa, to trzeba ładnie wyglądać. Gdy skończyła układać futro, podeszła do rodzeństwa, aby zjeść z nimi śniadanie.
— Cześć, Berberysie i Cierniu — powiedziała monotonnym i zmęczonym głosem. Rodzeństwo spojrzało na nią ze współczuciem.
Dziki Berberys nawet nie pytał, aby zauważyć, że siostra miała ciężką noc i pocieszająco zamruczał.
Mak pokiwała głową i położyła się na plecach, opierając głowę na boku Berberysu. Obok nich Cierń zaczął lizać swe futro.
— Czasami zastanawiam się, czy ojcu kiedykolwiek na mnie zależało. Tak rzadko z nim rozmawiałam…teraz tego żałuję — wyszeptała Zwiewny Mak, po czym podniosła się na łapy i machnięciem ogona pożegnała się z braćmi. Wczoraj zastępca powiedział, że dzisiejszy dzień wojowniczka spędzi w obozie, pomagając. Kotka zauważyła, że na środku obozu leżał mały, lecz ostry kamień, który mógł zranić komuś łapę. Podeszła do niego i bardzo ostrożnie zaczęła popychać go z dala od obozu, aby żaden kot nie przebił sobie nim poduszki łap.

Od Ostowej Łapy (Lisiego Ostu) CD. Czajki

TW: Myśli samobójcze

Czuł się tak strasznie, strasznie samotny. Na tyle, że miał wrażenie, jakby samotność każdego dnia i każdej nocy rozdzierała jego serce na kawałeczki, wypełniała całą klatkę piersiową i brzuch, desperacko próbując wydostać się na zewnątrz, bo było jej w nim zbyt wiele. Była jak złowieszczy cień, który swoimi szponami owijał czarno-białego kocura, niekiedy paraliżując go i przytrzymując w jednym miejscu. Okazało się, że gdy nie ma się do kogo otworzyć pyska, życie staje się o wiele cięższe. Wykonywanie codziennych obowiązków i zwykłe dbanie o siebie stało się dla Lisiego Ostu niemal niemożliwe. Każdy wysiłek był jak przenoszenie góry! Polowanie, oskubywanie zwierzyny i jedzenie stało się dla samotnika niezwykle nieprzyjemne, choć dawniej delektował się smakiem każdej piszczki, którą tylko miał okazję wrzucić na ząb.
Nieraz naprawdę zastanawiał się nad tym, czy nie lepiej byłoby mu w Owocowym Lesie. Tam przynajmniej był jego przybrany ojciec, jego znajomi, a także Świetliki, które odeszły tam w poszukiwaniu lepszego jutra. Czasem żałował, że nie przyłączył się do nich, lecz… czy jego dawni pobratymcy na pewno przyjęliby go w swoje progi po tym, co zrobił? Po tym, jak zniknął bez wyjaśnienia z azylu, najpewniej zostawiając Wiciokrzewa zestresowanego i poddenerwowanego? Gdy Osetek myślał o tym, że biedny liliowy uzdrowiciel zapewne przez kilka nocy z rzędu nie zmrużył oka, serce ściskało mu się z żalu. Był tchórzem. Był głupi. Narozrabiał, a teraz bał się zmierzyć z konsekwencjami własnych czynów.
Nie bał się jednak jednej rzeczy. Jednej jedynej, która, choć dawniej napawałaby go strachem, teraz wydawała się ostatnim wyjściem z tej kiepskiej sytuacji. A chodziło tu rzecz jasna o… śmierć. Skoro nigdzie nie było już dla niego miejsca, a samo istnienie stało się niekomfortowe, to dlaczego miałby go nie zakończyć? Dlaczego miałby dalej tak potwornie się męczyć, skoro istniała możliwość… by już niczego nie czuć?
Lisi Oset wciąż przebywał w niedokończonym obozie Świetlików, nie mając motywacji, by przenieść się gdzie indziej. To miejsce i tak przypominało mu, że jeszcze kilka księżyców temu nie był sam i wydawało mu się, że jego życie nie będzie się zbyt wiele różnić od tego w Owocowym Lesie. Ale, och, jak bardzo się pomylił…! Mógł przewidzieć, że prędzej czy później takie amatorskie ugrupowanie się rozpadnie. Prawda była taka, że jedyne, co łączyło Świetliki, to nazwa i skrawek terenu. Lisi Oset zdążył zauważyć, że między sobą nie dogadywali się zbyt dobrze i różnili się pod wieloma aspektami. Podczas gdy taka Rysi Trop była agresywna i nie przepadała za przybyszami, Mglisty Sen szybko pogodził się z obecnością nowej twarzy w obozie i zaczął zachowywać się tak, jakby Osetek był wśród nich od samego początku. W większym gronie takie różnice nie miałyby większego znaczenia, ale w sytuacji, gdy dwa koty stanowią niemal połowę całej grupy… problem stawał się nieco trudniejszy do zignorowania.
Wracając jednak do wcześniejszych planów Lisiego Ostu — tej nocy zadecydował, że wreszcie zakończy swój marny żywot. Miał tylko nadzieję, że, jak mawiał Wiciokrzew, po śmierci Wszechmatka zamieni go w jerzyka albo jaskółkę. Choć w Owocowym Lesie nie był zbyt wierzący, teraz obietnica, że po opuszczeniu swojego kociego ciała zmieni się w coś innego, żyjącego beztrosko, napawała go nadzieją. Nie chciał w końcu tracić swoich zmysłów. Nie chciał już nigdy więcej nie widzieć nocnego nieba czy chmur odbijających się w tafli jeziora. Nie chciał nigdy więcej nie poczuć kojącego zapachu kwiatów ani usłyszeć cichego ćwierkania ptaków. Nie chciał też już nigdy nie zjeść swojej ulubionej zwierzyny. A przede wszystkim nie chciał utracić możliwości formułowania myśli. Przecież zależało mu jedynie na tym, by uwolnić się z tego ciała, na którego widok Owocniacy padliby na zawał.
Poszukując trujących jagód, o których miał jakieś pojęcie, bo przecież Wiciokrzew go o nich uczył, zastanawiał się nad swoim przyszłym życiem jako ptak. Czy będzie wiedział, jak wśród skrzydlatych odróżnić Owocniaków? Czy wszystkie zmarłe koty z tej przynależności, które już zmieniły się w jerzyki lub jaskółki, żyją wspólnie, czy może każde odkrywa świat na własne skrzydła? Ciężko było stwierdzić. Wiciokrzew nigdy tego nie sprecyzował, a sam Lisi Oset, cóż… jeszcze ani razu nie umarł. Choć wkrótce miało się to zmienić, o ile w końcu uda mu się znaleźć…
O! O wilku mowa, a wilk tu. Choć w tym przypadku nie chodziło o wilka, lecz o wilcze jagody. Obie rzeczy… niby podobne z nazwy, a jednak kompletnie inne. Lisi Oset uśmiechnął się na widok czarnych kuleczek połyskujących w świetle księżyca. Więc… co teraz? Weźmie kilka, przeżuje, przełknie i będzie po sprawie? Tak po prostu?
Mimo tego, że był zdecydowany co do sposobu odejścia, jaki sobie wybrał, jego przełyk ścisnął się boleśnie, a serce podeszło do gardła. Łapy zadrżały mu tak mocno, jakby chciały stąd uciec i uratować czarno-białego przed śmiercią. Jego umysł był jednak silniejszy, zatrzymując kocura w miejscu. Po chwili samotnik z trudem pchnął swoje ciało do przodu, zmuszając się do zbliżenia się do krzaku. Wpatrywał się właśnie w jedną z najbardziej trujących roślin. Przez myśl przemknęło mu pytanie, ile kotów przed nim posunęło się do takiego czynu. Ile z nich stało tak samo przed wilczymi jagodami, zastanawiając się, czy na pewno chcą to zrobić.
W końcu Lisi Oset przełamał się i ostrożnie zerwał kilka ciemnych kuleczek z krzaka. Odsunął się od niego i szybko upuścił jagody na ziemię, wykrzywiając pysk w gorzkim grymasie. Nie rozumiał już samego siebie. Przecież tego właśnie chciał, czyż nie? Chciał umrzeć… ale czy na pewno teraz? Czy na pewno za pomocą wilczych jagód? Co, jeśli śpiączka, a potem śmierć, nie będą natychmiastowe? Co, jeśli przez kilka uderzeń serca będzie musiał tkwić w agonalnym bólu, nim wszystko wreszcie ucichnie? I najważniejsze — co, jeśli po wzięciu zioła się rozmyśli?
Po jego grzbiecie przeszedł dreszcz. Teraz całe jego ciało krzyczało, by się wycofał, ale on nie chciał go słuchać.
“Myślę o tym od kilku dni. Nie rozmyślę się” — pomyślał w końcu, pochylając się nad jagodami. Rozwarł już pysk, gotów na to, by już za chwilę przeszły przez jego przełyk i wylądowały w brzuchu, niszcząc go od środka.
Już miał je wziąć, już miał stać się wolny, gdy nagle…
Poczuł nagły ból w tylnej łapie. Na tyle mocny, że jego głowa wystrzeliła do góry, oddalając się od jagód spoczywających na ziemi.
— Co to, na Wszechmatkę?! — syknął, kładąc po sobie uszy.
Spojrzał za siebie, a wtedy w oczy rzucił mu się szczur, który właśnie znikał w krzewach. Zmarszczył brwi i sfrustrowany strzepnął ogonem. Nie zamierzał tak tego zostawić.
Biegiem rzucił się za tym paskudnym stworzeniem, zaciskając szczękę. Jak tylko je dorwie, to rozszarpie na strzępy, a potem wypcha mysimi bobkami! Jak ono w ogóle śmiało nachodzić go w takiej chwili? Wszystko zepsuło, zniszczyło!
Po dłuższym czasie pogoni zdał sobie jednak sprawę, że to nie miało sensu. Łapa pulsowała bólem, a szczur już dawno zniknął gdzieś w ciemności. Biegł już nie po to, by go złapać, lecz dlatego, że nie chciał się zatrzymywać i mierzyć z tym, co właśnie zrobił. Stchórzył. Zgubił ten krzak i już go nie odnajdzie. Będzie musiał poszukać nowego z samego rana, ale teraz… jedyne, czego pragnął, to w końcu zasnąć. Zmęczenie paliło go w mięśniach, a powieki same się zamykały; ale jeszcze nie po to, by zmusić Osetka do snu wiecznego.

* * *

Rankiem zadecydował, że przejdzie się nad granicę z Klanem Nocy. Cóż, jeśli nie uda mu się znaleźć jagód, to może przynajmniej pozwoli, by w ptaka zamienił go żywioł wody… Przy okazji myślał nad tym, czy nie uda mu się spotkać po raz ostatni z Konwaliową Mielizną i się z nim pożegnać. Nie byli może zbyt blisko, ale Osetek zawsze doceniał możliwość porozmawiania z liliowym Nocniakiem. Właściwie, gdyby nie Konwalia, a także piękna szylkretowa kotka, z którą spotykał się tu co jakiś czas, może zdecydowałby się na odejście znacznie wcześniej. Nie wiedział, dlaczego myślał, że tej dwójce jakoś uda się go przekonać, że jego żywot jest jeszcze coś wart…
Niestety po Konwaliowej Mieliźnie nie było ani śladu. Tak samo zresztą, jak po Sennej Łzie, w której oczy czarno-biały kocur uwielbiał się wpatrywać. Dałby wszystko, by po raz ostatni się w nich zatopić, by znów poczuć ich ciepło…
Jednak zamiast dwójki swoich znajomych znalazł coś innego. Łopian — zioło bardzo dobre do uśmierzania bólu i zapobiegania infekcjom, zwłaszcza po ugryzieniu szczura. Lisi Oset zdecydował się wyrwać korzeń z ziemi i dokładnie obmyć go w rzece, by następnie przeżuć go na papkę i nałożyć ją na ranę. No co? Nie chciał umierać z dokuczającym mu ugryzieniem tylnej łapy!
Gdy zrozumiał, że nie ma czego szukać na granicy z Klanem Nocy, postanowił wrócić w głąb lasu. Tam zaczął szwendać się tu i ówdzie, podziwiając otaczającą go naturę. Co jakiś czas zatrzymywał się, by spojrzeć na swoje łapy, a jeśli tylko gdzieś dostrzegł kałużę, od razu do niej podbiegał i się w niej przeglądał, jakby próbował napawać się swoim kocim ciałem, póki jeszcze mógł. W końcu już niedługo będzie musiał się z nim pożegnać i przyjąć zupełnie nową formę. Zastanawiał się tylko, czy Wszechmatka uczyni z niego jerzyka, czy może jaskółkę. Choć skrycie miał nadzieję, że zlituje się nad nim i zrobi z niego jerzyka, bo uważał te ptaszki za urocze. O wiele słodsze od jaskółek. Ale bez urazy, oczywiście.
Chodząc tak i podziwiając faunę oraz florę, nagle wyczuł silny zapach. Bardzo znajomy, choć nie miał pojęcia dlaczego. Gdy tylko dotarł do jego nozdrzy, stanął jak wryty. Futro na karku zjeżyło mu się z ekscytacji, a lekki uśmiech mimowolnie wcisnął mu się na pysk. Tylko czemu? Co takiego wywołało taką reakcję u Osetka?
Czarno-biały rozejrzał się wokół siebie, a potem zaczął podążać za dziwną wonią. Wydawało mu się, że musiała należeć do jakiegoś kota. Tak, na pewno tak było. Tylko do jakiego? Czy przechodził tędy Wiciokrzew? Może Purchawka albo jakiś inny kot, z którym Lisi Oset miał okazję rozmawiać w Owocowym Lesie? Ach, przez te kilka księżyców spędzonych u Świetlików zdążył już zapomnieć, jak pachniały dawniej bliskie jego sercu koty. Zresztą nawet nie wiedział, jak pachną i wyglądają jego biologiczni rodzice oraz rodzeństwo.
Gdy trop przybrał na sile i Osetkowi zaczęło się wydawać, że kot, którego szuka, znajduje się już za krzewami widniejącymi przed nim, poczuł gwałtowne bicie serca. Dlaczego tak bardzo go to stresowało? Może to wcale nie był ktoś, kogo znał, a jedynie tak mu się wydawało? W końcu co jakiś Owocniak miałby robić poza terenami swojego klanu? Stał jak słup, niepewny, czy na pewno chciał tak ryzykować i wychodzić temu kotu na spotkanie.
Z drugiej strony — czy miał coś do stracenia? Jeśli ten kot okaże się zagrożeniem i postanowi pozbyć się Lisiego Ostu, będzie nawet lepiej. Właśnie dlatego zielonooki zdecydował się wykonać kilka kolejnych kroków.
W końcu jego oczom ukazał się dobrze zbudowany kot o niebiesko-białej sierści i brązowych oczach.
Czajka.
— T-to… niemożliwe! — miauknął zdziwiony Osetek, zanim drugi samotnik zdążył powiedzieć to samo. — Dlaczego… dlaczego ty nie jesteś w Owocowym Lesie? Przecież to twój dom, przecież-
Nim udało mu się dokończyć, Czajka podniósł się z miejsca i podszedł do niego, ani razu nie mrugając. Wpatrywał się intensywnie w czarno-białego, jakby podziwiał ducha — zjawę, która zaraz miała rozpłynąć się w porannej mgle.
— Czajko…? — mruknął w końcu, próbując przywrócić kocura na ziemię.
Ten zastrzygł uszami, po czym łapczywie nabrał powietrza do płuc, jakby jeszcze przed chwilą zapomniał o oddychaniu i dopiero teraz sobie o tym przypomniał.
— Ty… żyjesz? — wyszeptał niebieski, po czym wyciągnął łapę w stronę Lisiego Ostu. — Wszechmatko, ja chyba śnię… — dodał, a następnie zwrócił się ponownie do zielonookiego: — Zostałeś zabity przez Ziemniaka! Rokitnik wyznał całą prawdę przed klanem. Nie rozumiem… Dlaczego cię widzę?
Na wzmiankę o czekoladowym wojowniku czarno-biały kocur zjeżył futro.
— Ziemniak? — powtórzył, po czym przeniósł wzrok na łapy. — Ależ on mnie wcale nie zabił… Próbował, to na pewno, ale nigdy mu się to nie udało… — wyjaśnił, wciąż ledwo potrafiąc przetrawić fakt, że spotkał dawnego pobratymca. — Tamtego dnia… pobił mnie. Dosyć mocno. Ale ja potem… potem wstałem i odszedłem z terenów Owocowego Lasu… — dodał, choć bardziej do siebie niż do Czajki.
Po kilku uderzeniach serca podniósł wzrok na brązowookiego. Miał tak wiele pytań… Chciał wiedzieć, dlaczego kocur znajdował się na terenach niczyich. Co sprawiło, że odszedł ze swojej dawnej przynależności? Czy zrobił to już jakiś czas temu, czy może dopiero niedawno?
Osetek milczał, choć wszystkie te pytania cisnęły mu się na język. Po prostu go zatkało.

<Czajko?>

Wyleczeni: Ostowa Łapa (Lisi Oset)

Od Narwanej Łapy

Zgromadzenie…

Nocny, rześki wiatr muskał kosmyki jej futra. Jej wzrok wbity był w dwójkę uczniów, którzy skupiali na sobie uwagę… Na spokojnie połowy wyspy.
Kto by pomyślał, że pokojowe, międzyklanowe spotkania będą źródłem bójek pośród uczniów przeróżnych przynależności. Na pewno nie ten, kto wpadł na ten pomysł, bo na pewno by z niego zrezygnował. A jak na razie, to na każdym zgromadzeniu, na którym dane jej było postawić łapę, coś się działo. Ktoś postanowił przyłożyć koledze, kolega postanowił oddać…
Co prawda, pojawiła się jedynie na dwóch zgromadzeniach, ale jej opinia nadal stoi twardo.
Najpierw Narcyzowa Łapa i bury szczur, a teraz jakiś Klifiak z Wilczaczką… Przypatrywała się z zaciekawieniem, jak kotka przygniata równieśnika do skały. Kruczoczarny wydał z siebie wrzask, machając łapami na oślep.
Miała nadzieję, że ona tak nie wyglądała podczas treningów…
Liliowa wgryzła się w ucho przeciwnika, warcząc. W przeciągu paru uderzeń serca do uczniów dopadła inna, starsza kotka, od której również jechało Klanem Wilka.
— Biała Łapo!
Nowoprzybyła chwyciła młodą kotkę za kark.
— Czy wam już kompletnie mózgi zaniknęły?!
— Zamknij pysk! — odkrzyknęła młoda uczennica, strząsając z siebie szczęki współklanowiczki. — To moja walka, nie twoja! Ty nie masz tu nic do roboty.
— Pamiętaj, jakie jest twoje miejsce!
Klifiak obnarzył zęby i zaczął syczeć.
— Skończ ryczeć i się uspokój! Zaatakowałaś mnie z błachego powodu! Psychopatka!
Jego ostatnie słowa przeciągnęły się w krzyk, gdy zęby przeciwniczki zacisnęły się na jego ogonie.
Nagle, szepty w tłumie ucichły. Podążyła wzrokiem za spojrzeniem innych… I natknęła się na kroczącego w ich kierunku lidera Klanu Klifu. Rudy, wysoki kocur zatrzymał się tuż za uczniem, zniżając głowę do jego poziomu.
— Złamana Łapo. Wracaj do swojego mentora, zanim naprawdę będziesz chodzić z połamaną kończyną.
Kocur- To znaczy, Złamana Łapa, zbył słowa lidera, po czym rzucił się ponownie na Białą Łapę, która bez wahania wysunęła pazury.
— Biała Łapo!
Kotka ponownie została złapana za kark i odciągnięta od Klifiaków, a później przyciśnięta do ziemi.
— Jeszcze jeden taki ruch, a już nigdy nie wystawisz nawet nosa z obozu!
Złamana Łapa nastroszył się.
— Wariatka!
— Mysia Paszo! Lepiej przestań tak się do mnie odzywać!
Narwana Łapa spojrzała na dwójkę uczniów, później na poirytowaną wojowniczkę, a na końcu na zmęczonego lidera. Odczekała parę uderzeń serca, zanim odwróciła się na pięcie i czmychnęła w tłum. Zdecydowanie nie opłacało jej się w to mieszać.

༚⊹◈❆◈⊹༚

Po raz kolejny, gdy zgromadzenie zbliżało się ku końcowi, natknęła się na Narcyzową Łapę. No, tak bardziej, to on na nią.
Łaciaty usiadł obok niej, przeciągnął się, po czym spojrzał na nią kątem oka.
— Kasztanek nie powinien zostać mianowany jako pierwszy. Prędzej zostanie zjedzony przez lisa niż przyda się na coś klanowi.
Spojrzała z ukosa na brata. Przypalony Kasztan… Przypalone, a raczej spalone, to on może mieć wąsy, gdy jeszcze raz ich wyprzedzi i utrze nosa!
— Masz rację — prychnęła. Końcówka jej ogona zadrżała. — Dziwne, że podczas treningu nigdy się nie utopił. Chociaż... Może ten cały puch w głowie sprawił, że unosił się na powierzchni.
— Pewnie tak — odparł, unosząc łeb, aby spojrzeć na liderów. Pokiwał głową. — Myślisz, że teraz mama lubi go bardziej, niż nas?
Zrobiła wielkie oczy.
— Nie no, nie ma takiej opcji! — miauknęła, spoglądając na Narcyza. — Musiałaby mieć taki sam puch w głowie, same pustki! Na pewno wie lepiej.

[529 słów]

Od Gąbczastej Perły CD. Klekoczącego Bociana

— Wiesz, jakie miałem marzenia? — zapytał nagle, a ciemnooka zdziwiła się tą odpowiedzią. Liczyła na jakąś monosylabę, krótką zaczepkę lub równie prawdopodobną ciszę.
— Nie. Nigdy mi nie mówiłeś — przyznała szczerze. To była prawda. Nie rozmawiali prawie wcale, jeśli nie chodziło o zastosowania ziół czy leczenie schorzeń.
— Chciałem być liderem. Zostałbym nim. Rozmawiałem z Błękitną Laguną, kiedy już mój trening pod okiem twojej matki się kończył. Na zgromadzeniu spotkałem kotkę z Klanu Klifu, z którą rozmawiałem o tradycjach. Nie czułem nic do niej, nie myśl sobie nawet, ale opowiedziałem jej o tej z żabą podczas ceremonii partnerstwa. Powiedziała, że na pewno podczas mojej znajdzie się największa, najpiękniejsza i najbardziej zielona żaba. Przykro mi, że ją zawiodłem.
“Gdybyś w ogóle się jej z kimś doczekał…” — pomyślała dymna w pierwszej chwili, co odrobinę ją rozbawiło. Uśmiechnęła się pod nosem, lecz gdy dostrzegła, że biało-czarny uczeń mierzy ją niemal morderczym wzrokiem, od razu spoważniała. Czy powinna jakoś go pocieszyć? Wspieranie innych emocjonalnie zdecydowanie nie leżało w jej naturze.
— Przykro mi, Klekocząca Łapo, że nie udało ci się spełnić swoich marzeń. Musisz jednak wziąć pod uwagę, że nawet będąc księciem i wierząc, że wszystko w życiu się uda, trzeba być gotowym na różne przeciwności losu — mruknęła, odwracając wzrok od młodszego kocura.
Nie wyglądał na przekonanego słowami medyczki, ale trudno było się temu dziwić.
— Niestety nie mogę ci pomóc pogodzić się ze zmianą rangi. Jestem tu od leczenia ran zewnętrznych, a nie wewnętrznych — westchnęła, powoli kręcąc głową. — Musisz sam to przepracować, bo inaczej całe życie spędzisz smutny i przygnębiony.
Na moment zamilkła, po czym dodała:
— I powinieneś nauczyć się czerpać radość z prostych rozmów ze swoimi pobratymcami. Brak relacji romantycznej to jeszcze nie koniec świata!

* * *

Nie sypiała ostatnio za dobrze. Nie mogła zmrużyć oka, często przez długie godziny wpatrując się w poranionego Szczawiowe Serce, który w Klanie Nocy dostał nowe miano. Wszyscy nazywali go Błotem, patrzyli na niego z pogardą. Dymna również nie zwracała się do niego zbyt przychylnie. Nie chciała, by którykolwiek z Nocniaków dowiedział się o jej “romansie” z czekoladowym kotem.
Właściwie, gdy na niego patrzyła, czuła dziwną mieszankę zawodu i złości. Gdy wtedy odchodziła z terenów Klanu Wilka, gdy odrzuciła jego miłość… nie spodziewała się, że jeszcze kiedykolwiek będzie zmuszona przebywać z nim w jednym legowisku. Jego obecność w pewnym sensie zaburzała jej porządek. Burzyła jej dotychczas spokojne życie, niszczyła poczucie bezpieczeństwa. Najchętniej własnymi łapami zadusiłaby czekoladowego, by już nigdy więcej nie musieć widzieć jego pyska… ale tak nie wypadało. Nie przy Sennej Łzie, nie przy Stroczku. Chcąc nie chcąc, Szczawik był ich ojcem.
Gdy pojawiła się na wyspie, od razu usiadła obok Różanej Woni i Klekoczącego Bociana. Nie miała siły na rozmowy z obcoklanowcami.
— Co u was? — zapytała, po czym przeciągle ziewnęła i zadrżała. Nie mogli sobie odpuścić tego zgromadzenia? Wolałaby siedzieć na swoim bezpiecznym posłaniu i pilnować tego czekoladowego szczyla, niż znowu oglądać, jak jakieś krnąbrne koty coś odwalają…
— Tak samo niesamowicie, jak zwykle — wypluł chłodno Klekotek, nawet nie racząc jej spojrzeniem. — O tobie można chyba powiedzieć to samo, co?
Gąbczasta Perła stęknęła, uderzając koniuszkiem ogona o powierzchnię wyspy.
— Byłoby lepiej, gdybym nie musiała spać w jednym legowisku z jakimś zapchlonym brązowym kotem! Niech ja tylko dorwę tego Ulewnego Szkwała… Po co go tak urządził? Ten brudas na nic nam się nie przyda! Tym bardziej taki połamany! — zdenerwowała się, kładąc po sobie uszy.
Gdy Szkwał był młodszy, sama starała się wpoić w niego nienawiść do czekoladowych kotów, snując opowieści o Fląderce i Korzennej Łapie, ale nie sądziła, że młodszy weźmie je aż tak bardzo do serca. Był brutalny! Szczawiowe Serce niemal nie przypominał już dawnego siebie. Teraz bliżej mu było do sowiej wypluwki.
Poza tym nie rozumiała decyzji Mandarynkowej Gwiazdy. Po co w ogóle zgodziła się na przyjęcie tej czekoladowej sieroty do Klanu Nocy? Nawet jeśli był więźniem, nie zasługiwał na to, by żerować na Nocniakach. Powinni byli zostawić go na pastwę losu, zamiast teraz marnować na niego zioła i zwierzynę.
— Czekoladowe koty coś częściej u nas bywają... Najwidoczniej Klan Gwiazdy próbuje z całej siły napuszczać na nie niebezpieczeństwo czy inne choroby. Od Fląderki też niemal nie można się uwolnić. Czuje, jakby przylepiła mi się do ogona lub łap; niczym zaschnięte błoto — wyburczał czarno-biały. — Ulewny Szkwał zdał się zrobić z tego całego Błota swoisty łup... Jeśli tak bardzo chciał się wykazać, to mógł złowić szczupaka wielkości lisa; może wtedy przynajmniej nie musielibyśmy tracić zwierzyny na kolejny pysk. I my, i ta przybłęda, ma szczęście, że Pora Nagich Drzew jest niezwykle łagodna, bo myślę, że byłby pierwszym, którego rozważalibyśmy wyrzucić. Chociaż moim zdaniem i tak powinniśmy to zrobić; nie lubię kotów, które długo siedzą w lecznicy; czuję się, jakby podpatrywali i podsłuchiwali... Już raz zostałem ostrzeżony przez wuja, że mam uważać na Fląderkę, bo może zbyt dużo dowiedzieć się o ziołach…
Dymna przytaknęła pewnie na słowa Klekoczącego Bociana. Nie potrafiła pojąć, jakim cudem Szczawik w ogóle zagrzał sobie u nich miejsce! Już dawno powinien leżeć w jakimś rowie.
— Czekoladowe koty nie tylko częściej trafiają do lecznicy, ale też jest ich coraz więcej w całym Klanie Nocy! Moja teoria się sprawdza… — mruknęła tajemniczo, mrużąc swoje zmęczone, brązowe ślepia. — W końcu pojawi się wśród nas jakiś czekot, który zapragnie nas wszystkich powybijać! Ten przybłęda już jest całkiem bliski dokonania tego czynu. Jeszcze kiedyś pożałujemy, że go przyjęliśmy, gdy wyżre nam cały zapas ryb! — mówiła dalej, nie ukrywając swojej nienawiści do brązowych kotów. Może właśnie tego potrzebowała? Co może być lepsze od ponarzekania sobie na głos na istniejące problemy?
Westchnęła ciężko, na moment przerywając swoją wypowiedź.
— Źle mu z oczu patrzy, nie sądzisz? — dodała, a na jej pysku na moment pojawił się złowieszczy uśmiech. — Nikła Gwiazda mówił kiedyś na zgromadzeniu o pewnych uciekinierach, a ten czekoladowy kot… kogoś mi chyba przypomina.
— Chyba jesteś jedyną, która może wiedzieć — burknął. — Nie wiem... W oczach ma panikę i zagubienie, jakby chciał we wszystkich wzbudzić jakiś rodzaj troski i współczucia. Denerwują mnie takie koty; Fląderka ma takie same. Nie mogę tego znieść.
Po tych słowach zrobił chwilę przerwy.
— Dopóki nie pokaże, że może być chociaż minimalnie pożyteczny, nie powinien dostawać tyle jedzenia... Skoro uczniowie potrafią trenować bez wczesnego posiłku, to po co mają przynosić ryby dla niego do lecznicy — pomyślał na głos. — Inni na nie zasłużyli. Nie mam współczucia dla kota, którego rany są jedynie skutkiem jego własnych czynów. Chociaż Szkwał był okrutny, zwłaszcza jak na młodego kota, to po co Błoto pchał się na nasze tereny? Gdyby nie wybujałe ego tego podrostka z mlekiem pod nosem, nie mielibyśmy go teraz na barkach, a jedynym ciężarem byłby na sumieniu tego, który go zaatakował. A skoro jest taki niesamowity i zdolny, na pewno by sobie z tym poradził — prychnął.
Dymna pokręciła głową. Klekoczący Bocian mówił tak dużo, że niewiele wyłapała z jego słów.
— Nie, nie… Wiesz co, chodzi mi o to, że ten śmierdziel to przecież jeden z tych uciekinierów z Klanu Wilka! Nikła Gwiazda mówił o kimś takim. O białym w czekoladowe łaty, nazywał się Szczawiowe Serce… Mówię ci, znam go! Widziałam go, gdy byłam u Wilczaków, żeby podszkolić się trochę w walce i polowaniu — mruknęła pod nosem, marszcząc brwi.
Miała doskonałą broń, by zniszczyć Szczawika… Tylko czy powinna z niej skorzystać? Klekoczący Bocian już się o tym dowiedział. Teraz pytanie, czy ta informacja spłynie po nim jak po kaczce, czy będzie chciał coś z nią zrobić…
— Skoro jesteś tego taka pewna, to co jeszcze cię trzyma? Idź, powiedz o tym Mandarynkowej Gwiedździe, być może nawet powinnaś zrobić to w tym momencie; od razu będzie można to zakończyć. Pośle się kogoś do obozu, kto przywlecze Błoto i odda go w łapy Klanu Wilka — rzucił Klekotek, jakby to była najnormalniejsza, najbardziej codzienna rzecz na całym świecie.
Gąbka na moment uruchomiła swój mózg. W końcu wypaliła:
— Masz rację. Pójdę tam właśnie w tej chwili! — oznajmiła, gwałtownie podnosząc się z miejsca. Strzepnęła ogonem i już miała kierować się w stronę nocniackich terenów, gdy nagle wpadła na Żmijowcową Wić. Zamiast przeprosić go i pójść dalej, spojrzała na niego i mruknęła:
— Ty! Idziesz ze mną!
Na szczęście bury pobiegł jej śladem. Gdy ją dogonił, zapytał:
— H-hej, Pani medyk, co to za pośpiech? Liderzy jeszcze nie przemówili.
Nie miała jednak czasu na pogaduszki. Miała pewnego uciekiniera do przyprowadzenia…

* * *

TW: Krew

Z każdym krokiem, z którym przybliżała się w stronę obozu Klanu Nocy, zaczynała się coraz bardziej niepokoić. Do jej nozdrzy docierał podejrzany, drażniący ją zapach.
— Co tam się dzieje…? — mruknęła niepewnie do Żmijowca, zwalniając nieco. Przed jej oczami rysował się już obóz klanu, ale teraz zastanawiała się, czy aby na pewno chce do niego wchodzić…
— Ten smród... To trop borsuka, Gąbczasta Perło... — powiedział zszokowany. Wąsy drżały mu ze strachu i złości.
Futro medyczki zjeżyło się nagle, a jej oddech przyspieszył.
— Na Klan Gwiazdy! — mruknęła zdumiona. — Jak to borsuka?! Co on robi w naszym obozie? — dodała spanikowana, po czym zaczęła gnać w stronę wysepek. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby któremuś z jej bliskich stała się krzywda! Jednak im bliżej obozu była, tym wyraźniej w jej uszach rozbrzmiewały wrzaski pobratymców...
Bury puścił się pędem za medyczką. Nieco wyprzedził ją zaraz przed wejściem i wepchnął się przez tunel. Rzucił się w kierunku borsuka i wyskoczył daleko w przód. Gąbka wparowała do obozu tuż za Żmijowcem. Niby szkoliła się w Klanie Wilka i miała jakieś pojęcie o walce, ale czy to będzie wystarczające? Nie, na pewno nie będzie. Bardziej się tu przyda jako medyczka. Uciekła gdzieś na bok, mierząc wzrokiem pole bitwy, starając się ocenić straty i wypatrzyć ranne koty.
Widząc, jak borsuk atakuje jej własną córkę, nie mogła się powstrzymać. Wystrzeliła do przodu, biegnąc w stronę znacznie większego zwierzęcia. Czuła, że pcha się właśnie w objęcia Klanu Gwiazdy, ale nie mogła stać bezczynnie… Łzy cisnęły jej się do oczu, gdy biegła w stronę szylkretki.
Nim jednak zdążyła rzucić się na borsuka, Senna Łza opadła z hukiem na ziemię. Wokół niej rozbryznęła się krew, a Gąbczasta Perła stanęła jak wryta. Przez moment zakręciło jej się w głowie, a obraz przed oczami zaczął się rozmywać. Na język cisnął jej się pełen bólu, rozdzierający krzyk, ale nie mogła nawet drgnąć. Dopiero po chwili zamrugała kilkakrotnie, próbując odzyskać świadomość tego, co działo się wokół. Gdy przyjrzała się córce uważniej, zauważyła, że nie miała jednej z łap. Została wyrwana przez tego śmierdzącego borsuka!
Gąbka rzuciła się w jej stronę, nawet nie zwracając uwagi na ogromną, szaro-czarną bestię stojącą tuż obok. Chwyciła Senną Łzę za kark i panicznie odciągnęła ją na bok, z trudem powstrzymując łzy. W uszach dudniły jej wrzaski innych kotów, ale ich nie słuchała. Nie rozumiała już, co właściwie działo się wokół niej. Czy cokolwiek poza córką miało teraz znaczenie?
Kiedy wypuściła wojowniczkę z zębów, natychmiast przypadła do jej pyska.
— Wszystko będzie dobrze… będzie dobrze… — powtarzała jak mantrę, wpatrując się w znajomy pysk wykrzywiony bólem. Po chwili wyciągnęła łapę i delikatnie położyła ją na policzku córki. — Zaraz coś na to poradzę… zaraz ci pomogę — wyszeptała drżącym głosem, jakby próbowała uspokoić zarówno Senną Łzę, jak i samą siebie.
Podczas gdy Korzenna Łapa kłóciła się z innymi kotami, Gąbczastej Perle udało się przemknąć do lecznicy. W pośpiechu wyciągnęła ze składziku kilka ziół, kompletnie nie dbając o porządek. Wkrótce legowisko medyka wyglądało tak, jakby przeszedł przez nie huragan, ale dymna nie miała teraz głowy do takich rzeczy. Wracając, przypadkiem wpadła jeszcze do źródełka, rozchlapując wodę na wszystkie strony, lecz nawet tego nie zauważyła.
Ponownie przypadła do córki i spojrzała na jej łapę — a raczej to, co z niej zostało. Teraz był to jedynie zakrwawiony, poszarpany kikut, z którego strugami wypływała posoka. Gąbka zaczęła panicznie wylizywać futro Sennej Łzy, lecz po chwili metaliczny smak krwi stał się nie do zniesienia. Wypełnił całe jej podniebienie, wywołując mdłości.
Odsunęła się gwałtownie i drżącymi łapami chwyciła zioła mające zapobiec infekcji. Przeżuła je niedbale, przy okazji boleśnie przygryzając sobie język. Powstałą papkę nałożyła na ranę, desperacko licząc, że jakkolwiek pomoże córce. Resztę liści przycisnęła do kikuta, próbując zatamować krwotok. Potem sięgnęła po pajęczyny i zaczęła ciasno owijać nimi ranę, nie żałując ani odrobiny zapasów. Ktoś mógłby nazwać to marnotrawstwem, ale Gąbczasta Perła nie myślała teraz o klanowych zasobach.
— Nie odpływaj, dobrze? Klan Gwiazdy jeszcze cię nie wzywa… — szeptała gorączkowo podczas swoich nieporadnych prób założenia opatrunku. Co z niej była za medyczka, skoro nie potrafiła uratować własnej córki?

* * *

Od ataku borsuka minęło już sporo czasu, lecz Gąbczastą Perłę wciąż ściskało serce, gdy patrzyła na kuśtykającą córkę. Głupi Nocniacy! Głupia Korzenna Łapa! Trzeba było zabić ją i te głupie szczenię borsuczycy, zamiast się z nią godzić i jeszcze okazywać jej współczucie! Ta wariatka rozwaliła im pół obozu, a także zabiła i trwale okaleczyła mnóstwo kotów. Nie zasługiwała na to, by ktokolwiek mówił jej, jak bardzo żałuje tego, co spotkało jej grupę.
Gdy szylkretowa wojowniczka przekroczyła próg lecznicy, Gąbka od razu do niej podbiegła, przyjmując zatroskany wyraz pyska.
— Co się stało, Łezko? Czy znowu dokucza ci ból łapy? — zapytała od razu, czemu przysłuchiwał się Klekoczący Bocian. Właściwie odkąd Różana Woń odeszła do legowiska starszyzny, w lecznicy zrobiło się dziwnie… cicho.
— Nie, tym razem nie o to chodzi… — mruknęła młodsza, pociągając nosem. — Od jakiegoś czasu mam straszny katar. Czasami nie potrafię nawet normalnie oddychać — poskarżyła się, a brązowooka od razu ruszyła w stronę składziku.
— O nic się nie martw! Zaraz dam ci jakieś ziółka i powinno przejść! — miauknęła, chwytając w zęby kilka jagód jałowca.
Po chwili położyła ciemnoniebieskie kuleczki przed łapami szylkretki i poczekała, aż wojowniczka je zje. Potem usiadła naprzeciwko Sennej Łzy i ciężko westchnęła.
— To takie niesprawiedliwe, że ta borsuczyca pozbawiła cię łapy… Nie zasługiwałaś na taki los, Łezko… — mruknęła smutno, lekko się garbiąc.
— To nic takiego, naprawdę… I tak jestem w stanie normalnie żyć, więc nie ma nad czym rozpaczać — stwierdziła Senna Łza, robiąc krok w tył. — Będę już wracać do legowiska.
Medyczka skinęła głową, obserwując, jak szylkretka znika w wyjściu z lecznicy. Gdy Senna Łza całkowicie zniknęła jej z pola widzenia, Gąbczasta Perła powoli podniosła się z miejsca i wróciła na swoje posłanie.

<Klekoczący Bocianie?>

Wyleczeni: Senna Łza

Od Nadciągającego Pomroku CD. Ognikowej Słoty

Jakiś czas temu…

Rany na jej barkach goiły się powoli, podobnie jak naderwane ucho. Skóra wokół nich naciągała się nieprzyjemnie, piekąc z każdym ruchem – ból ten jednak wciąż przypominał jej jedynie o tym, jakiego zaszczytu było jej dane dostąpić. O tym, że mogła stać teraz pośród innych kultystów, na równi z tymi wszystkimi członkami Klanu Wilka, na których patrzyła z podziwem.
Ciemne chmury kłębiły się na jeszcze ciemniejszym niebie. Trawa uginała się pod jej łapami, gdy szła parę kroków od Słoty; jej spojrzenie jednak wbite było w wysoki punkt, górujący nad ich głowami… Cierniste Drzewo. Pamiętała dzień, w którym Blade Lico zaprowadził ją tutaj i pytał ją, co o tym miejscu myśli. Teraz ten sam kocur miał przyglądać się jej, gdy będzie składała hołd przy grobie Mrocznej Gwiazdy.
Siostra przeprowadziła słowami przez wszystko, co miało się wydarzyć, a nawet więcej. Pytaniom Pomroku nie było końca.
Koty rozstąpiły się na boki. Zbliżyła się do otoczonego ciernistymi pędami nagrobka. Końcówka jej ogona podrygiwała wraz z podmuchami wiatru, ale starała się nie okazywać nerwów.
— Wielki Mroczna Gwiazdo — zaczęła, biorąc głęboki oddech — wspaniały liderze Klanu Wilka. Składam Ci hołd...
Zgodnie z poleceniem Mrocznej Wizjii przycupnęła na ziemi, unosząc lekko przednie łapy. Wysunęła pazury u jednej z nich, zbliżając je do lewego nadgarstka. Zacisnęła zęby na języku, wbijając je w skórę na tyle mocno, aby na wyschniętą glebę opadły krople czerwieni.
— Podarowuję Ci moją krew, która jest esencją życia.
Jej łapy ponownie opadły na trawę.
— Niech będzie dowodem mojej lojalności po wsze czasy. Chwała Ci, o panie...
Schyliła głowę, a po chwili, jak jedność, zawtórowała jej tym gestem reszta zebranych.

↝❇⌑❂⌑❇↜
Teraźniejszość, jeszcze przed zgromadzeniem…

Oparła policzek o gałąź. Jej ogon leniwie wił się w powietrzu, zwisając z drzewa, na którym wybrała sobie miejsce. Spod półprzymkniętych powiek przyglądała się Ognikowej Słocie.
Język drugiej mistrzyni metodycznie przesuwał się po szylkretowej sierści. Klatka piersiowa, bark… Lśniące zęby złapały skrawek mchu, skryty w kosmykach na ogonie.
Cieszyła się, że mimo dużej liczby obowiązków nadal miały szansę opuścić obóz we dwie, przycupnąć na osobności i odpocząć od gwaru. Podziedzieć, poplotkować, rozplanować kolejną lekcję ruchów bitewnych dla uczniów i młodszych wojowników, którą mogłyby przeprowadzić…
— Nadal nie wiem, co mam sądzić na temat Chudego Grzbietu — miauknęła, przerywając ciszę.
Słota uniosła wzrok w jej kierunku, jednak nie zaprzestała wylizywania futra. Jej uszy poruszyły się nieznacznie, zachęcając dymną do kontynuowania.
— Od początku miałam wątpliwości, czy poradziłby sobie w walce o pozycję wojownika — mówiła więc dalej. — Nie zliczę, ile razy przerywaliśmy treningi… Bo coś go boli, bo złamał pazur, bo nie może złapać oddechu…
Przekręciła się nieco na gałęzi.
— Powoli miałam już dosyć. Ile można? Naprawdę, nikt nie powinien by mi się dziwić, gdybym straciła cierpliwość. Ale… Nawet sam nie oznajmił mi, że zmienia ścieżkę szkolenia. Dowiedziałam się razem z tymi wszystkimi, których wcale to nie interesowało.
Ognikowa Słota oderwała język od poduszki łapy i postawiła ją na ziemi. Strzepnęła końcówką ogona, namyślając się.
— Może końcowo wyszło to na twoją korzyść? Nie musisz się martwić tym, że jedyny uczeń, którego wyszkoliłaś, to wojownik, który nie umie przebiec przez obóz, nie dostając przy tym zadyszki.
— To zmienia faktu, że jedyny uczeń, którego wytrenowałam, nie istnieje…
Spojrzała na szylkretkę, po czym teatralnie uniosła wzrok ku górze.
— …bo postanowił bawić się ziółkami, tak, jak Jarzębinowy Żar.
Widziała, jak pysk mistrzyni wykrzywiając się na wspomnienie o ich przybranej siostrze.
— Wszyscy na pewno uważają, że nie mógł sobie poradzić, bo byłaś dla niego za bardzo wymagająca — miauknęła Słota. — A to przecież dobrze, prawda?
Delikatnie skinęła głową.
— Prawda.
— To w takim razie, w czym leży problem?
— W tym, że nie wiem, czy obwiniać jego, czy siebie! — parsknęła poirytowana.
Zmrużyła ślipia i westchnęła cicho.
— Czasami cały ten awans na mistrzynię brzmi jak pobłażliwa próba poprawienia mi humoru — mruknęła. — Wiem, że tak nie jest, bo matka nie wyróżniłaby w ten sposób nikogo bez żadnej zasługi… Ale zastanawiam się, czym ta zasługa w moim przypadku była. Nie wytrenowałam nawet ucznia, a nagle spada na mnie obowiązek prowadzenia lekcji dla wojowników starszych ode mnie?


<Słoto?>

Od Miodowej Łapy

Zgromadzenie

Księżyc zawisł wysoko na niebie, układając się w idealną kulę, która rzucała nieco więcej bladego światła, niż zwykle. Owady grały swoje najlepsze melodie, a sowy standardowo pohukiwały między drzewami, oznajmiając każdemu dookoła, iż czuwały cały zmrok. Trawa uginała się pod łapami Miodowej Łapy, która szła w zwartej grupce kotów kierujących się właśnie ku wysepce zgromadzenia. Oddaliła się od Jesionowej Łapy, żegnając się z nią skinieniem głowy. Może uda jej się dzisiaj poznać kogoś nowego? Najprawdopodobniej tak.
Niczym na zawołanie, koteczka zauważyła w tłumie czekoladowego kocura, widocznie od niej młodszego. Nie zdziwiłaby się, gdyby był w wieku uczniowskim. Złotofutra rozejrzała się pospiesznie po krajobrazie, szukając czegokolwiek, dzięki czemu mogłaby rozpocząć z nim rozmowę. Chwyciła sprawnie kulkę mchu, która leżała obok jej łapy i położyła ją przed kocurkiem.
— Cześć, jesteś tu pierwszy raz? — dopytała, chociaż pozwoliła sobie na chwilę przerwy, ponieważ trochę ją to kosztowało. Ona sama postawiła tu swoje łapki pierwszy raz w życiu. Zdziwił ją fakt, iż znajdowali się na ogromnym kamieniu, nieporośniętym żadną roślinnością. Niebo było czyste, wszystkie gwiazdy migotały widocznie na atramentowym sklepieniu. Kocur pachniał inaczej, w zasadzie nie potrafiła stwierdzić, z jakiej przynależności pochodził. Granice, które odwiedziła wraz ze swoim mentorem, nie pachniały w ten sposób, co on. Może był samotnikiem? A może kimś innym? Nie mogła zignorować też następnej rzeczy – tak ogromne skupisko kotów w jednym miejscu ją nieco onieśmielało. Nie spodziewała się, że będzie ich tu wszystkich aż tak... dużo! Co prawda wiedziała, że spotykają się tu wszystkie przynależności, jednak nigdy by nawet nie śniła, że łącznie kotów było aż tak wiele. Było ich więcej, niż ona widziała w ciągu całego swojego życia. A przeróżne koty odwiedzały ją w Siedlisku dość często…
— Tak! Jestem Puchacz z O... — urwał, przenosząc swoją uwagę na kulkę mchu, którą trącił łapą.
Puchacz... uśmiechnęła się, gdy zauważyła, że kulka mchu skupiła na sobie całą uwagę kocurka. Właśnie o to jej chodziło. Dzięki takiej zabawie i rozpraszaczowi może łatwiej byłoby jej się dogadać z młodziakiem. Poturlała kulę, gdy znalazła się z powrotem u jej łap. Przetoczyła się z powrotem do kocurka dość pospiesznie.
— Miło mi cię poznać, Puchaczu, ja nazywam się Miodowa Łapa — przedstawiła się jeszcze z zadowoleniem. Ciekawe co wpływało na to, że kocurek nosił jednoczłonowe imię? Czy każdy klan rządził się innymi zasadami? Może tylko w Klanie Wilka funkcjonowały tak długie imiona? — Jesteś z Klanu Nocy? — nie mogła w tej chwili wpaść na inny klan. Po paru uderzeniach serca złotofutra na moment spojrzała w bok, ponieważ odniosła wrażenie, że ktoś jej się przygląda, co nie byłoby zresztą dziwne, sporo tu było oczu, które mogły paść na nią. Futro na karku podniosło jej się odrobinę, wręcz odruchowo. Prędko je wygładziła, nie chcąc wyjść na niemiłą czy taką, co nie potrafi się zachować. Miodka miała nietypowy kolor futra i była tu nowa. Z pewnością przyciągała uwagę wielu ciekawskich oczu. Zauważywszy koteczkę, która siedziała samotnie i miała dość smutny wyraz pyszczka, Miodowa Łapa czuła, że musi jakoś zareagować. Jej samej robiło się przykro, gdy tak próbowała zgadnąć, co mogło zepsuć jej humor, a nawet się nie znały i nigdy nie zamieniły choćby słówka. — Puchaczu, zaraz do ciebie wrócę, dobrze? — zapytała, ale i oznajmiła, po czym podeszła do obcej. Posłała jej pocieszający uśmiech, gdy nawiązały kontakt wzrokowy, ponieważ czekoladowa szylkretka uniosła łebek dość nieśmiało, a wręcz niechętnie. — Wszystko w porządku? Chciałabyś z nami porozmawiać? — zapytała zachęcająco, wskazując ogonem czekającego Owocniaka. Wyglądała tak, jakby Wilczaczka wyrwała ją z jakiegoś transu.
— U-um... Chyba tak... Po prostu mam jakieś złe przeczucie... Tak, chętnie się przysiądę! Dziękuję za propozycje... J-ja jestem Słodka Łapa, uczennica z Klanu Nocy, a ty i tamten maluch? Tak swoją drogą, masz prześliczniutkie futerko!
Wilczaczka przybliżyła się do Puchacza, któremu chyba nadal nie znudziła się zabawa kulką. Nie, żeby Miodowej Łapie jakoś szczególnie to przeszkadzało czy dziwiło. Uważała, że było to nawet słodkie. Sama nierzadko w przeszłości bawiła się wszelkimi kulkami czy specjalnie zrobionymi dla niej zabawkami, w celu zabicia czasu czy wyćwiczenia sobie nowych technik łapania spadających piórek. Zawstydziła się lekko, usłyszawszy tak miłe słowa ze strony Słodkiej Łapy. — Naprawdę? Dziękuję ci bardzo — powiedziała, nie mogąc zmyć z pyszczka radości. Odwróciła mordkę na parę uderzeń serca i gdyby była łysa, prawdopodobnie na jej policzkach zawitałby rumieniec. — Twoje futerko też jest naprawdę wyjątkowe, plamki układają ci się nieregularnie, a grzywka dodaje ci uroku — wymruczała, poruszając spokojnie końcówką ogona. — Ach, jak mogłam zapomnieć...! Ja nazywam się Miodowa Łapa i jestem również uczennicą, ale Klanu Wilka. Mam nadzieję, że przy nas nie będziesz się już tak smucić. W końcu zgromadzenia to wyjątkowy czas, prawda? — odparła.
Puchacz w odpowiedzi napuszył się z irytacją, gdy doleciały do niego słowa Nocniaczki.
— Nie jestem maluchem! — warknął wręcz od razu.
Miodka, usłyszawszy lekkie niezadowolenie ze strony kocurka, zamruczała cicho. Nie chciała, żeby się kłócili, nie byłoby to wcale przyjemne czy miłe.
— Ja również dziękuję! — odparła cicho Słodka Łapa, rumieniąc się w niebiosa. Nie był to koniec jej wypowiedzi. — Masz śliczne imię! Pasuje Ci... I w pełni się zgadzam! Zgromadzenia to piękny czas, mogę tu poznać tyle nowych duszyczek! — “potok słów” wylał się z jej pyszczka, a ozdoba wczepiona w ucho poruszyła się delikatnie. — Oh, przepraszam Cię... A tak swoją drogą, jak masz na imię? — dopytała Puchacza, widać było, iż ona również nie chciała wszelkich sprzeczek, co było zrozumiałe. Miodowa Łapa nie widziała sensu w sporach wszelkiego rodzaju. Skoro można było dogadać się słownie i w dodatku spokojnie, po co było więc pluć czy wysuwać pazury i używać ich przeciwko komuś, kto może wcale nie miał złych zamiarów?
Puchacz nie przestawał się puszyć i jeżyć, nawet jeśli doleciały do niego przeprosiny ze strony szylkretki. Nagle wypiął pierś.
— Jestem Puchacz z Owocowego Lasu!
— Puchaczu, czy opowiedziałbyś nam co nieco o Owocowym Lesie? — Miodowa Łapa nagle poprosiła, uświadamiając sobie, że o tej przynależności tak naprawdę słyszała najmniej. Fakt, iż posiadali jednoczłonowe imiona, ją zaintrygował. Nawet jeśli dwuczłonowe były wspaniałe, to zapamiętywanie ich czasami stanowiło nie lada wyzwanie.
— Właśnie, mógłbyś coś opowiedzieć? Niby mam już kilka księżyców na karku, a nadal nie wiem, jak tam jest...
— A jak jest w klanach? Nigdy nie słyszałem, jak jest u was. Czemu macie takie dziwne imiona?
— Nie jestem pewna — przyznała złotofutra dość cicho, nie posiadając pewności, czy reszta słuchaczy ją usłyszała. Poruszyła nerwowo ogonem. Głośny gwar tłumu odrobinę utrudniał jej przeprowadzenie normalnej rozmowy z resztą towarzyszy. W zasadzie kiedy to przyszła jej kolej na wypowiedź, poczuła się lekko zestresowana. Hałas stawał się coraz bardziej dokuczliwy, im dłużej tu przebywała. Miodek pozwoliła sobie na następną chwilę przerwy przed wypowiedzeniem się. — Pomyślałam, że dwuczłonowe imienia są naprawdę ciekawe, ponieważ całe życie miałam do czynienia z takimi, które bardzo łatwo wymówić. Sama byłam znana jako Ula i to przez praktycznie całą część mojego życia — powiedziała mu szczerze. Resztę zgromadzenia spędzili na wspólnym gawędzeniu, a gdy przyszedł czas na powrót, Miodowa Łapa pożegnała się z dwójką i ustawiła u boku Jesionowej Łapy, z którą później kontynuowała rozmowę. Wymieniły się informacjami, z kim rozmawiały, uśmiechając się przy tym sporo. Miodek czuła się zmęczona, ale szczęśliwa po takim spotkaniu.

[1156 słów]

23 maja 2026

Od Miodowej Łapy do Iskrzącej Nadziei

Miodowa Łapa pochyliła się nad stertą i wybrała z niej drobną myszkę. Wyjęła ją za ogon, trzymając mocno, żeby jej przypadkiem nie wypadła z pyszczka. Przyjemny zapach rozpłynął jej się po nozdrzach. Coraz bardziej przyzwyczajała się do tutejszej zwierzyny, co ją nawet cieszyło. Momentami nadal tęskniła za jedzeniem z Siedliska, aczkolwiek nie miała tutaj żadnego dostępu do niego, więc, chcąc czy nie chcąc, musiała pogodzić się z nową rzeczywistością. Koteczka była wdzięczna, że każdego dnia miała tak wielki wybór i mogła napełnić swój brzuch, w dodatku samemu także dorzucając na stertę coś od siebie, było to znacząco pocieszające, szczególnie w obliczu takiej sytuacji.
Zauważywszy chudą, czekoladową kotkę, poruszającą się z niezwykłą gracją, Miodek podeszła do niej z zaciekawieniem wymalowanym na mordce. Słońce wspinało się wysoko na niebie, przykryte delikatnie przez parę nieregularnych gołębich chmurek. Ciepłe podmuchy wiatru muskały futro kotów, napierając lekko na ich wibrysy. Poranne patrole zostały już wysłane przez zastępców. Pierwsze grupki do polowań zaczęły zbierać się w wyznaczonym miejscu, a potem wyruszyły w celu powiększenia sterty zwierzyny. Z tego, co słyszała, dzisiaj mieli wyruszyć na zgromadzenie. Ciekawe, co robiło się na tych całych zgromadzeniach? To znaczy… ostatnio rozmawiała z Kocimiętkowym Wirem, kotka powiedziała jej mniej więcej, na czym polegają, jednak czy naprawdę wszystkie przynależności zbierałyby się tylko po to, żeby porozmawiać? W dodatku fakt, że poza zgromadzeniami mogli się bić i to do woli… Na samą myśl zrobiło jej się przykro. Nadal była zdania, że stworzenie jednego wielkiego klanu nie byłoby wcale głupie. Nie musieliby wtedy walczyć o granice. W dodatku zwierzyny by im wystarczyło tyle, żeby się podzielić jeszcze z kimś innym. Ponadto… Czy ogrom nowych zapachów i masa obcych kotów przytłoczyłaby ją?
Uczennica dzisiaj bardzo się wyspała, choć nie pamiętała za bardzo tego, co jej się przyśniło. Całe szczęście, nie budziła się w nocy. Była niezwykle ciekawa, kiedy wrócą patrole. Może i ona by kiedyś została wybrana na takowy? Na razie musiała ukończyć szkolenie pod okiem Wilczego Skowytu… Jeśli chciała stać się jedną z nich, to wypadałoby dobrze znać ich zwyczaje, prawda? Żółtooka kotka, która zwróciła jej uwagę na siebie, miała roztrzepaną grzywkę, biel układała jej się w dość ciekawy sposób – dokładniej rozlewała się po całej jednej połowie pyszczka, zupełnie omijając drugą. Futerko miała idealnie uczesane, jakby spędziła sporo czasu na ułożeniu go. Pomiędzy kosmykami widniały sporych rozmiarów, piękne, intensywnie niebieskie sójcze pióra, które odbijały ślicznie ciepłe promienie słońca. Gdy nawiązały kontakt wzrokowy i wojowniczka zatrzymała się, Miodek posłała jej serdeczny uśmiech. Odczekała parę uderzeń serca przed rozpoczęciem rozmowy, co wytworzyło między nimi konkretną atmosferę, która zresztą nie przeszkadzała złotofutrej jakoś szczególnie.
— Cześć, jadłaś coś dzisiaj? Może… podzielimy się tą myszką? — zapytała, na co Iskrząca Nadzieja odwzajemniła rozpromienienie. Pokiwała spokojnie głową, co sprawiło, że złota odczuła swego rodzaju ulgę, ale i dostała dodatkową dawkę szczęścia.
— Tak… jadłam już, ale przyznam szczerze, że się nie najadłam. Z chęcią z tobą zjem — odparła, poruszając spokojnie ogonem. Obydwie kotki usadowiły się na uboczu obozu, żeby przypadkiem nikomu nie krzątać się pod łapami.
— Masz ulubioną zwierzynę? — zapytała, po czym odgryzła kawałek zdobyczy, a resztę przysunęła do towarzyszki.

<Iskrząca Nadziejo?>
[508 słów]

Od Borówkowej Słodyczy

Przeszłość, wypuszczenie więźniów oskarżonych o zdradę klanu

Liście, które jeszcze nie tak dawno mieniły się soczystą zielenią, teraz przybrały barwy złota i przygaszonego bursztynu, jakby las sam powoli gasł, pogrążając się w cichym, melancholijnym półśnie, z którego nie było łatwego przebudzenia. Powietrze, niegdyś ciężkie i przepełnione letnim zaduchem, stało się chłodne oraz ostre, a każdy oddech zdawał się wnikać głęboko w płuca Borówkowej Słodyczy, pozostawiając po sobie nieprzyjemne, lekko szczypiące uczucie, które trudno było zignorować, choć równie trudno było się do niego przyzwyczaić.
Niebo wciąż rozciągało się nad światem w tej samej, niemal bezkresnej błękitnej tafli, lecz jego spokojna jednolitość została przełamana przez kłębiące się, ciężkie chmury, których szarość wpełzała pomiędzy jaśniejsze pasma niczym cień powoli obejmujący coraz większą przestrzeń. Słońce, choć obecne, zdawało się bardziej odległe — jakby jego ciepło zostało oddzielone od ziemi cienką, niewidzialną zasłoną, przez którą docierało już tylko jako wspomnienie dawnej łagodności.
Ciepłe dni, pełne prostoty i beztroski, odsunęły się gdzieś daleko, niemal poza zasięg pamięci, a ich miejsce zajęła surowa, nieco obca rzeczywistość, w której każdy dźwięk brzmiał wyraźniej, a każdy ruch wydawał się bardziej znaczący, jakby sam świat wstrzymał oddech, oczekując na coś, co dopiero miało nadejść.
Trawa pod łapami Borówkowej Słodyczy była nasiąknięta deszczem, miękka i chłodna, a mimo to każdy jej krok przynosił dziwne, niemal kojące wrażenie — jakby wilgoć, która przylegała do jej poduszek, przypominała jej o czymś prostym i rzeczywistym, o czymś, czego nie mogły zaburzyć ani niepokój, ani narastające w niej wątpliwości. Delikatny uśmiech przemknął przez jej pysk, nieśmiały i ulotny, jakby sam fakt jego pojawienia się był czymś nie do końca na miejscu w tej chłodnej, przygaszonej scenerii.
Świat wokół niej tętnił życiem, choć było to życie cichsze, bardziej stonowane — szelesty dobiegające z krzewów zdawały się kryć w sobie sekrety, których nie sposób było odgadnąć, a ptaki przelatujące wysoko nad jej głową przecinały niebo krótkimi, nerwowymi ruchami, jakby same nie ufały przestrzeni, w której się znajdowały. Każdy z tych drobnych szczegółów utwierdzał ją w przekonaniu, że wszystko wciąż trwa, że nic nie zostało całkowicie utracone — a jednak gdzieś głęboko w jej wnętrzu rodziło się uczucie, że to tylko pozory, cienka warstwa normalności rozciągnięta nad czymś znacznie bardziej kruchym.
Wejście do obozowiska zaczęło rysować się przed jej oczami powoli, niemal niechętnie, jakby samo nie było pewne, czy powinno się jej ukazać, a każdy kolejny krok przybliżający ją do tego miejsca zdawał się jednocześnie zwiększać ciężar, który osiadał na jej piersi. Wiedziała, że powinna czuć ulgę — że powrót do znajomych ścieżek, do zapachów, które znała od zawsze, do głosów bliskich jej kotów powinien przynieść ukojenie.
A jednak tak się nie działo.
Bo ilekroć wyobrażała sobie moment, w którym przekroczy granicę obozu, widziała nie powitanie, lecz spojrzenia — dziesiątki oczu zwróconych ku niej, czujnych, oceniających, być może pełnych czegoś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać. To wyobrażenie ściskało jej gardło niewidzialną obręczą, sprawiając, że każdy oddech stawał się płytszy, bardziej wymuszony, jakby powietrze nagle przestało wystarczać.
Zwolniła nieznacznie, choć nie zatrzymała się całkowicie. Jej wzrok wbił się w członków jej rodziny, idących cicho obok niej. Przez moment zastanawiała się, czy nie czuli tego samego, lecz szybko przestała o tym myśleć. Jej łapy przekroczyły próg wejścia do obozu.
Poczuła na sobie wzrok kotów siedzących na polanie niemal natychmiast, jeszcze zanim zdążyła w pełni przekroczyć granicę obozowiska, lecz choć spojrzenia te były liczne i wyraźnie skierowane ku niej, ich znaczenie pozostawało nieuchwytne, rozmyte gdzieś pomiędzy ciekawością, ulgą a czymś znacznie trudniejszym do nazwania — czymś, co czaiło się pod powierzchnią i nie dawało się tak łatwo odczytać.
A jednak to nie one sprawiły, że jej serce nagle zabiło szybciej.
Zobaczyła ruch.
Sylwetkę odrywającą się od reszty, która w jednej chwili przełamała statyczność całej sceny i ruszyła w jej stronę z taką gwałtownością, jakby nie istniało nic poza nią. Tojadowa Kryza biegł, jego łapy uderzały o ziemię w nierównym rytmie. I wtedy coś w niej pękło.
Nie gwałtownie, nie z trzaskiem — lecz cicho, niemal bezgłośnie, jak cienka warstwa lodu, która ustępuje pod niewidzialnym naciskiem. Serce, które jeszcze przed chwilą ściskał lęk, nagle zwolniło, jakby zmęczone ciągłym napięciem, a w jej oczach pojawiły się łzy, ciężkie i ciepłe, rozmazujące obraz świata, który jeszcze przed momentem wydawał się tak ostry i nieprzystępny.
— Borówko, na Klan Gwiazdy, myślałem, że już nigdy cię nie zobaczę! — Głos Tojadowej Kryzy był szorstki, przepełniony emocją, która nie próbowała się ukrywać, gdy wtulił się w jej futro z taką siłą, jakby chciał upewnić się, że naprawdę tu jest, że nie zniknie, jeśli tylko na moment odwróci wzrok. — Jak dobrze, że jesteś.
Ciepło jego ciała uderzyło w nią natychmiast, przełamując chłód, który jeszcze przed chwilą zdawał się wnikać w każdą część jej istoty.
Chciała coś powiedzieć. Chciała odpowiedzieć, zapewnić go, że wszystko jest w porządku, że wróciła i że już nigdzie nie odejdzie — lecz słowa uwięzły gdzieś głęboko, jakby coś niewidzialnego zacisnęło się wokół jej gardła, odbierając jej zdolność mówienia. Myśli krążyły chaotycznie, rozbijając się o siebie nawzajem, nie potrafiąc przybrać formy, którą mogłaby wypowiedzieć na głos.
Więc trwała.
Nieruchoma, milcząca, pozwalając, by ta chwila ją otoczyła — by ciepło, bliskość i ulga wypełniły przestrzeń, którą jeszcze przed chwilą zajmował lęk.
Dopiero po dłuższej chwili odsunęła się nieznacznie, choć wciąż pozostając blisko, jakby dystans był czymś, na co nie była jeszcze gotowa.
— Możesz mi coś obiecać? — wyszeptała w końcu, a jej głos był cichy, kruchy, jakby każde słowo mogło się rozpaść, jeśli zostanie wypowiedziane zbyt głośno. — Proszę… chodźmy codziennie na spacery. Tak jak kiedyś. Chodźmy do Brzozowego Zagajnika i na Kolorową Łąkę…
Tojadowa Kryza uniósł lekko głowę, spoglądając na nią z bliska, a w jego oczach, wciąż wilgotnych od emocji, pojawiła się miękka determinacja.
— Jasne — odpowiedział bez wahania, jego głos był już spokojniejszy, choć nadal drżał lekko na krawędzi niewypowiedzianych uczuć. — Pójdziemy. Już niedługo. Obiecuję.
Obietnica zawisła między nimi, delikatna, lecz znacząca.

***

Dni zaczęły przyśpieszać w sposób niemal nienaturalny, jakby czas, który jeszcze niedawno wlókł się ciężko i niechętnie, teraz nagle przybrał inne tempo, uciekając jej spomiędzy łap z cichą, lecz nieubłaganą konsekwencją, a Borówkowa Słodycz, choć starała się uchwycić każdą chwilę, miała wrażenie, że wszystko to rozmywa się w jedną, trudną do zatrzymania całość.
Spędzała czas z bliskimi, zanurzając się w ich obecności, w znajomych głosach, zapachach i gestach, które kiedyś były dla niej czymś oczywistym, a teraz zdawały się niemal kruche, jakby mogły zniknąć przy najmniejszym poruszeniu losu, i choć śmiała się razem z nimi, prowadziła rozmowy oraz pozwalała sobie na te drobne momenty ciepła, które rozświetlały jej dni, to równocześnie gdzieś głęboko, poza zasięgiem tego wszystkiego, nieustannie tliło się coś, czego nie potrafiła uciszyć.
Niepokój, który nie miał jednego źródła, lecz rozrastał się powoli, oplatając jej myśli i powracając w najmniej oczekiwanych momentach, jak cień, który nie znika nawet wtedy, gdy światło zdaje się najjaśniejsze.
Klan Nocy, choć znów stał się miejscem, w którym żyła, nie był już jej domem, a świadomość ta, początkowo ledwie uchwytna, zaczęła z każdym kolejnym dniem przybierać coraz wyraźniejsze kształty, aż w końcu nie mogła już jej zignorować, ponieważ wszystko, co ją otaczało — znajome ścieżki, zapach obozowiska, układ głazów i krzewów — wydawało się jednocześnie bliskie i obce, jak wspomnienie czegoś, co kiedyś należało do niej, lecz teraz zostało jej tylko częściowo zwrócone.
Często łapała się na tym, że jej myśli, mimo prób skupienia się na teraźniejszości, uparcie wracają do jednej, niepokojącej prawdy — że jej przyszłość nie zależy od niej, że każdy kolejny poranek, każdy przebudzony dzień, może zostać jej odebrany decyzją Mandarynkowej Gwiazdy, której wola była tak zmienna i trudna do przewidzenia, iż samo jej istnienie wystarczało, by podkopać poczucie bezpieczeństwa.
I choć każda chwila spędzona z Tojadową Kryzą miała w sobie coś wyjątkowego, coś, co potrafiło na moment uciszyć ten wewnętrzny chaos, to właśnie przez tę intensywność stawała się jeszcze trudniejsza do zniesienia, ponieważ Borówkowa Słodycz wiedziała, że nie może pozwolić sobie na przywiązanie, które wkrótce zostanie wystawione na próbę.
Bo prawda, której unikała, była niezmienna.
Nie mogła tu zostać.
Nie w tym miejscu, które — choć nosiło tę samą nazwę — nie było już tym samym klanem, któremu kiedyś przysięgała wierność nawet za cenę własnego życia, ponieważ pod znajomą powierzchnią kryło się coś, co budziło w niej sprzeciw, coś, co odbierało jej siłę, zamiast ją wzmacniać.
Nie chciała tu polować, nie chciała dzielić codzienności z miejscem, które zamiast poczucia wspólnoty przynosiło jej napięcie i zmęczenie, nie chciała budzić się każdego dnia z ciężarem w piersi, który przypominał jej o tym, co przeżyła i czego nie była w stanie zapomnieć.
Myśl o odejściu, która początkowo pojawiła się nieśmiało, niemal jak coś zakazanego, z czasem zaczęła nabierać wyrazistości, aż w końcu przestała być jedynie możliwością, a stała się czymś znacznie bardziej nieuniknionym — decyzją, która dojrzewała w niej powoli, lecz nieodwracalnie.
Musiała odejść, nawet jeśli nie potrafiła jeszcze tego wypowiedzieć, nawet jeśli część niej wciąż rozpaczliwie próbowała zatrzymać to, co było, nie dopuszczając do siebie myśli o rozstaniu.
Dlatego lgnęła do nich jeszcze bardziej.
Do Konwalii, którego spokojna obecność koiła jej rozedrgane myśli, do Korzonek, przy której łatwiej było zapomnieć o tym, co ciążyło jej w sercu, do Słodkiej, której śmiech rozbrzmiewał jak echo dawnych, prostszych dni, a przede wszystkim do Tojadowej Kryzy, który był dla niej czymś więcej niż tylko częścią klanu — był przypomnieniem, że kiedyś wszystko miało sens.
Trzymała się ich blisko, niemal rozpaczliwie, jakby sama bliskość mogła zatrzymać czas, który nieubłaganie pchał ją ku momentowi, w którym będzie musiała się odwrócić i odejść.
Bo choć próbowała wyobrazić sobie tę chwilę, choć starała się oswoić z myślą o rozstaniu, to za każdym razem napotykała na ten sam opór, na to samo uczucie, które ściskało jej pierś i odbierało oddech.
A jednak cały czas nie przestawała myśleć o ucieczce.
Bo wyspa, na której spędziła ostatnie księżyce — miejsce izolacji, strachu i przetrwania — nie była już tylko wspomnieniem, lecz częścią niej samej, cieniem, który przylgnął do jej myśli i nie chciał ustąpić, przypominając jej, że nie wszystko można zostawić za sobą.
I choć uśmiechała się, choć próbowała odnaleźć w sobie dawną lekkość, to gdzieś głęboko rozumiała, że pewne rzeczy, raz naruszone, nigdy nie wracają do swojego pierwotnego kształtu — a ona sama już nigdy nie będzie czuć się dobrze w miejscu, które było jej kiedyś tak bliskie.

***

Kolejny spacer, który jeszcze nie tak dawno niósł w sobie obietnicę ciszy i ukojenia, teraz zdawał się jedynie bladym cieniem dawnej przyjemności — cieniem drżącym, niepewnym, jakby sam las nie chciał już gościć ich obecności. Mróz pory nagich liści szczypał boleśnie w poduszki łap, wdzierał się pod futro niczym setki drobnych, lodowatych igieł, a każdy oddech Borówkowej Słodyczy unosił się w powietrzu w postaci bladej mgły, która znikała szybciej, niż pojawiała się nad ziemią pokrytą cienką warstwą szronu. Drzewa, ogołocone z liści, stały wokół niczym milczący strażnicy — ich poskręcane konary przypominały szpony wyciągnięte ku niebu, jakby próbowały dosięgnąć czegoś, co dawno już zostało utracone.
Szła obok Tojada, lecz choć ich łapy poruszały się w zgodnym rytmie, czuła, jakby dzieliła ich przepaść głębsza niż najciemniejsze wąwozy tej wyspy. Z każdym kolejnym krokiem narastało w niej uczucie niepokoju, ciężkie i lepkie, osiadające gdzieś pomiędzy sercem a gardłem, nie pozwalając oddychać pełną piersią.
— Nie myślisz sobie czasem… — zaczęła, a jej głos, choć cichy, przeciął ciszę lasu jak kruchy lód pękający pod ciężarem niepewności. — …jak wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy mieszkali gdzieś z dala od klanów? W miejscu, gdzie słońce nie boi się wschodzić, a wiatr nie niesie ze sobą szeptów grozy?
Zatrzymała się na moment, unosząc wzrok ku bladym smugom światła przeciskającym się przez nagie gałęzie. W jej oczach zatańczyło coś na kształt tęsknoty — kruchej, niemal dziecinnej nadziei, która jednak szybko przygasła, przytłumiona ciężarem rzeczywistości.
— Chodzilibyśmy wtedy na spacery w zupełnie inne miejsca… — ciągnęła, a jej ogon drgnął niespokojnie. — …i nie musielibyśmy przejmować się Mandarynkową Gwiazdą.
Tojad poruszył się lekko, jakby jego ciało instynktownie sprzeciwiało się kierunkowi tej rozmowy. Zastrzygł uszami, a jego spojrzenie, choć spokojne, nosiło w sobie cień zawahania.
— Z pewnością dobrze byłoby pójść w jakieś nowe miejsce, lecz… — urwał, jakby słowa ugrzęzły mu w gardle, niezdolne wydostać się na zewnątrz.
Borówkowa Słodycz obróciła głowę gwałtownie, wbijając w niego wzrok pełen napięcia.
— Więc? — Jej ton był ostrzejszy, niż zamierzała. — Co stoi na przeszkodzie, by się stąd wyrwać? Byłoby tak cudownie!
Na moment zapadła cisza — ciężka, niemal namacalna, przerywana jedynie skrzypieniem gałęzi poruszanych przez lodowaty wiatr.
— Lecz na dłuższą metę tęskniłbym za Klanem Nocy — odpowiedział w końcu Tojad, a jego głos był spokojny, lecz stanowczy, jakby próbował uchwycić coś, co wymykało się Borówkowej Słodyczy. — Borówko, przecież mamy tu wszystko, co potrzebne jest nam do szczęścia.
Te słowa, zamiast przynieść ukojenie, zapadły w niej jak cierń, który zamiast zostać usunięty, został tylko głębiej wepchnięty pod skórę.
— No nie wiem… — odparła cicho, lecz w jej głosie czaiło się coś znacznie bardziej niepokojącego niż zwykła wątpliwość. — A co z rodziną królewską? To przecież tyrani… Mandarynkowa Gwiazda, Błękitna Laguna, Szałwiowe Serce… Oni wszyscy mają coś za uszami.
Wiatr zawył przeciągle pomiędzy drzewami, jakby sam las potwierdzał jej słowa — jakby był świadkiem rzeczy, których żadne z nich nie powinno było widzieć.
— To dzięki Szałwiowemu Sercu opuściłaś właściwie tę wyspę — przypomniał Tojad, choć w jego głosie pobrzmiewała nuta niepewności, jakby sam nie był przekonany, czy to wystarczający argument.
Borówkowa Słodycz zatrzymała się nagle, a jej futro nastroszyło się, jakby każda jego część próbowała uciec od tego miejsca.
— JAKIE MA TO ZNACZENIE?! — Jej krzyk rozdarł powietrze, płosząc milczenie, które dotąd oplatało las niczym pajęczyna. — Ja nie chcę dłużej żyć w miejscu, w którym ciągle muszę się bać tego, jaki nowy, chory pomysł narodzi się w głowie naszej przywódczyni!
Echo jej słów odbiło się od drzew, powracając zniekształcone, jakby same cienie szeptały je z powrotem.
Tojad otworzył pysk, chcąc coś powiedzieć, lecz nim zdążył wydobyć z siebie choćby jedno słowo, ona odwróciła się gwałtownie. Jej ruch był ostry, niemal desperacki, jakby uciekała nie tylko od niego, lecz od wszystkiego, co reprezentował — od wspomnień, od lojalności, od więzi, które zaczynały ją dusić.
Ruszyła w stronę obozowiska, nie oglądając się za siebie.

***

Po utraceniu rangi przez Korzonek…

Od tamtej rozmowy unikała Tojadowej Kryzy z uporem graniczącym niemal z desperacją, ponieważ za każdym razem, gdy tylko wyczuwała na sobie jego spojrzenie — ciężkie, zbyt uważne, jakby próbujące przeniknąć przez warstwę chłodnej obojętności, którą wokół siebie zbudowała — odwracała się gwałtownie i odchodziła w głąb obozowiska, gdzie splątane korzenie i ciasne przejścia pozwalały jej zniknąć pomiędzy innymi kotami niczym cień, który nie chce zostać nazwany ani zatrzymany. Choć jej kroki były ciche i wyważone, a oddech kontrolowany, to w środku czuła narastający ciężar, który nie pozwalał jej zatrzymać się choćby na moment, bo wiedziała, że gdyby tylko zwolniła, gdyby pozwoliła sobie na choć jedno spojrzenie dłużej — mogłaby nie unieść tego, co kryło się w jego oczach.
Nie była gotowa, by z nim rozmawiać, ponieważ każda możliwa wymiana słów wydawała się prowadzić ku czemuś ostatecznemu, czemuś, co nie pozostawiłoby już miejsca na niedopowiedzenia ani złudzenia, a ona, mimo że wmawiała sobie, iż wszystko już dawno zostało w niej złamane, wciąż nie potrafiła zmierzyć się z chwilą, w której to złamanie musiałoby zostać wypowiedziane na głos.
Dla niej wszystko było już zepsute i choć jeszcze niedawno próbowała odnaleźć w codzienności drobne ślady dawnego porządku, to teraz każdy znajomy zapach, każdy odgłos obozowiska i każda sylwetka przesuwająca się między legowiskami zdawały się jedynie przypomnieniem, że to, co kiedyś było jej światem, powoli i nieodwracalnie przekształciło się w coś obcego.
Coraz częściej łapała się na tym, że nie postrzega już Klanu Nocy jako domu, lecz jako przestrzeń przesiąkniętą czymś niewidzialnym, lecz duszącym, ponieważ nawet powietrze zdawało się cięższe, jakby każdy oddech niósł ze sobą echo decyzji Mandarynkowej Gwiazdy, która od chwili objęcia władzy zaczęła zmieniać wszystko — nie gwałtownie, lecz powoli, niemal niezauważalnie, aż w końcu nie pozostało nic, co przypominałoby dawną równowagę.
Borówkowa Słodycz musiała stąd uciec i choć wcześniej ta myśl była jedynie cichym pragnieniem, które pojawiało się i znikało, to teraz stała się czymś znacznie bardziej konkretnym, ponieważ zaczęła układać się w decyzję, która nie dopuszczała już sprzeciwu ani zwątpienia.
Siedziała na skraju obozowiska, wpatrzona w nurt strumienia, z którego cichym pluskiem kontrastować zdawał się szum poruszanych przez wiatr trzcin. Trudno było jej przełknąć smak świadomości, iż już niedługo to wszystko pozostawi za sobą, niby tylko kolejny odłamek przeszłości, który byłaby w stanie ukryć przed własnym spojrzeniem.
— Borówko… — Drgnęła, gdy tylko usłyszała ten znajomy głos. Nie wiedziała, jak powinna zareagować, jak uciec od kogoś, kogo zawsze uważała za najważniejszego dla siebie kota. — Proszę, porozmawiajmy.
Potrząsnęła lekko pyskiem, jak gdyby chciała odsunąć od siebie wbijające się w jej głowę emocje, których nie była w stanie nazwać.
— Nie mam już o czym. Wybrałeś klan. Rozumiem to. I… Naprawdę, nie jestem na ciebie zła. Nie potrafiłabym.
— Borówko…
— Nie, Tojadowa Kryzo. Jeśli chcesz mnie przekonać, bym została tu z tobą to… Musiałbyś chyba zatrzymać mnie tutaj siłą. Kocham cię, wiesz o tym. Ale nie potrafię dalej żyć w tym ryzyku, nie potrafię myśleć o tym, że zaraz znów stanę się ofiarą Mandarynkowej Gwiazdy.
— Ja chcę iść z tobą.
Jej serce drgnęło lekko jak gdyby cicha nadzieja, kwitnąca gdzieś w oddali. Coraz bardziej przestawała to wszystko rozumieć, nie tylko własne myśli, ale też i słowa innych. Czuła się zawieszona pomiędzy jednym a drugim punktem, niepewna tego, co powinna zrobić.
— Nie chcę… Nie chcę tego wszystkiego. Nie chcę odciągać cię od rodziny, od klanu, w którym mieszkałeś całe życie.
— Jesteś dla mnie ważna. Ważniejsza od Klanu Nocy, a o rodzinie to mi nawet nie wspominaj. Żmijowcowa Wić nie jest wart porzucania ciebie, serio.
Uśmiechnęła się lekko.
— W takim razie… Cieszę się.
Nie zamierzała się dłużej wahać, ponieważ wiedziała, że każde kolejne zawahanie będzie tylko kolejnym krokiem w stronę czegoś, z czego nie będzie już odwrotu, a ona nie chciała czekać, aż strach lub przywiązanie odbiorą jej ostatnią szansę na wybór.
— Uciekniemy w nocy.

***

Gdy dzień zaczął ustępować miejsca wieczorowi, a niebo nad obozowiskiem przybrało przygaszone barwy, w których pomarańcz mieszała się z czerwienią i powoli przechodziła w chłodną, nieprzeniknioną ciemność, Borówkowa Słodycz podniosła się powoli, pozwalając, by napięcie rozlało się po jej ciele, jednocześnie wyostrzając jej zmysły i tłumiąc wszystko, co mogłoby ją zatrzymać.
Obudziła Tojada, po czym ruszyła wraz z nim w stronę wyjścia z obozowiska.
Jeden ze strażników uniósł głowę, a jego spojrzenie — czujne i podejrzliwe — zatrzymało się na niej niczym niewidzialna łapa, próbująca przytrzymać ją w miejscu.
— Dokądś idziecie? — zapytał, a jego głos przeciął ciszę niczym nagły trzask łamanej gałęzi.
Borówkowa Słodycz zatrzymała się tylko na tyle, by nie wzbudzić podejrzeń, po czym odwróciła lekko głowę, dbając o to, by jej wyraz pyska pozostał spokojny, niemal obojętny, choć wewnątrz czuła, jak serce uderza szybciej, mocniej, jakby próbowało wyrwać się z klatki piersiowej.
— Tylko na spacer — miauknęła krótko, pozwalając, by w jej głosie pobrzmiewała nuta codzienności, tej samej, która tyle razy uspokajała czujność innych, po czym, nie czekając na odpowiedź, uśmiechnęła się lekko i ruszyła naprzód, nie oglądając się za siebie.
Przez krótką chwilę czuła na sobie jego spojrzenie — ciężkie, nieufne, niemal przeszywające — lecz im dalej odchodziła, tym bardziej traciło ono na znaczeniu, aż w końcu rozpłynęło się wśród innych bodźców, które zaczęły wypełniać jej świadomość. Jej krok przyspieszył, stając się bardziej zdecydowany, bardziej pewny, a napięcie, które jeszcze przed momentem ściskało jej ciało, zaczęło powoli ustępować miejsca czemuś nowemu — dziwnemu połączeniu ulgi i niepokoju, które rozlewało się w niej jak zimna fala.
Nie wiedziała, dokąd zmierza, ani jaki cel czeka na nią poza granicami tego, co znała, lecz po raz pierwszy od dawna nie czuła potrzeby, by to wiedzieć, ponieważ sama świadomość, że oddala się od miejsca, które przestało być jej domem, była wystarczająca, by iść dalej, krok za krokiem, bez oglądania się na to, co pozostawia za sobą.
Zatrzymała się na moment i spojrzała jeszcze raz na obozowisko, którego zarys majaczył pomiędzy drzewami — znajome kształty, splątane ścieżki, sylwetki kotów, które kiedyś były jej światem, jej codziennością, jej bezpieczeństwem — a które teraz wydawały się należeć do innego życia, jakby oddzielone od niej nie tylko przestrzenią, lecz czymś znacznie głębszym, nieodwracalnym.
Potem odwróciła się i ruszyła dalej.
Mijała koryta rzeki, w których woda płynęła leniwie, odbijając blade światło księżyca, oraz drzewa, których nagie konary splatały się nad jej głową niczym ciemne sklepienie, od czasu do czasu unosząc wzrok ku niebu, gdzie gwiazdy migotały chłodno i odlegle, jakby były jedynym stałym punktem w świecie, który nagle przestał mieć granice.
W końcu monotonia lasu zaczęła ustępować, a przestrzeń wokół niej otworzyła się, odsłaniając polanę skąpaną w bladym świetle nocy — Kolorową Łąkę, którą rozpoznała niemal natychmiast, choć teraz wydawała się inna, bardziej obca, jakby noc zdarła z niej wszystkie znajome barwy, pozostawiając jedynie ich cienie.
Zatrzymała się, a jej nozdrza drgnęły, gdy poczuła, że zapach Klanu Nocy zaczyna słabnąć, ustępując miejsca nowym woniom, które wypełniły powietrze z niespodziewaną intensywnością.
Pierwszy z nich był słony, przenikliwy, a zarazem dziwnie kojący — niósł w sobie echo fal rozbijających się o skały oraz chłód otwartej przestrzeni, i choć był obcy, miał w sobie coś, co przyciągało i jednocześnie ostrzegało. Klan Klifu.
Drugi zapach był zupełnie inny — żywszy, bardziej energiczny, jakby pulsował własnym rytmem; przypominał świeżą trawę i wrzosy, lecz pod tą lekkością kryła się nuta czegoś cięższego, głębszego, niemal ziemistego, co nadawało mu charakteru. Klan Burzy.
Stała na granicy. Na krańcu wszystkiego, co znała.
I po raz pierwszy naprawdę poczuła, że los nie jest już zamkniętą ścieżką, lecz rozwidleniem, które rozciąga się przed nią w dwóch kierunkach, z których każdy prowadzi w nieznane.
Mogłaby zawrócić. Mogłaby spróbować wrócić do obozowiska, udając, że nic się nie wydarzyło.
Albo mogłaby iść dalej. Mogłaby zbliżyć się do któregoś z klanów, poprosić o łaskę, przybrać nową rolę i spróbować zbudować życie od nowa, na fundamentach, które nie były jeszcze naznaczone bólem.
Usiadła na chwilę, w milczeniu wpatrując się w ciemność spowijającą oba terytoria, jakby próbowała dostrzec w niej odpowiedź, której sama nie potrafiła odnaleźć.
— Dokąd lepiej będzie pójść? — zwróciła się do Tojada.
— A dokąd ty chciałabyś pójść?
W końcu podniosła się powoli.
I skierowała swoje kroki w stronę terenów Klanu Burzy.
— Tak, myślę, że Klan Burzy będzie rozsądną opcją.
Zatrzymała się wraz z rudym niedaleko granicy, ukrywając się w cieniu, gdzie noc była gęstsza, a zapachy mniej wyraźne, po czym przywarła do ziemi, wsłuchując się w otoczenie z nową intensywnością.
Poczekają na patrol. A potem… Wszystko się jakoś potoczy.

***

Borówkowa Słodycz leżała nieruchomo w cieniu, czując pod łapami chłodną, lekko wilgotną ziemię, i choć jej bok unosił się spokojnie, każdy mięsień pozostawał napięty, gotowy do natychmiastowego ruchu, gdyby tylko coś się zmieniło. Zapach Klanu Burzy był teraz wyraźniejszy, cięższy niż z daleka, i niósł ze sobą nie tylko woń trawy, ale też ślady wielu kotów, które niedawno tędy przechodziły.
Uszy drgnęły, gdy gdzieś dalej rozległ się cichy szelest, a potem stłumione kroki, które szybko ułożyły się w rytm patrolu. Nie jeden kot — co najmniej dwa, może trzy. Poruszały się pewnie, jakby dobrze znały granicę, i nie próbowały ukrywać swojej obecności, co oznaczało, że czują się tu bezpiecznie.
Borówkowa Słodycz przywarła jeszcze niżej, starając się uspokoić oddech, choć serce zaczęło bić szybciej, bo wiedziała, że za chwilę nie będzie już miejsca na wahanie. Jeśli teraz się wycofa, wróci do punktu, z którego uciekła, a tego nie chciała. Nie po tym wszystkim.
Sylwetki kotów wyłoniły się spomiędzy traw — dwa. Jeden większy, o szerokich barkach i ciężkim kroku, drugi smuklejszy, poruszający się ciszej, ale czujniej, z głową uniesioną wyżej. Zatrzymali się niedaleko, w miejscu, gdzie zapach granicy był najsilniejszy.
Przez chwilę rozglądali się wokół, śnieżno-białe futro Borówki oraz ostro-ruda sierść Tojada prędko odsłoniły przed nimi jednak powód, by stanąć na skraju granicy. Ich spojrzenia, choć wrogie, nasycone były jeszcze lekką ciekawością — z pewnością nie spodziewali się, że napotkają patrol składający się z jedynie dwóch, dość zaspanych kotów.
— Czego tu szukacie? — mruknął jeden z nich.
Borówkowa Słodycz uniosła lekko głowę, nie ruszając się jednak z miejsca, i przez krótką chwilę tylko patrzyła na nich uważnie, jakby próbowała ocenić, ile może powiedzieć, zanim wszystko obróci się przeciwko niej, bo choć wiedziała, że szczerość może być jej jedyną szansą, równie dobrze mogła ją pogrążyć.
— Szukamy miejsca w waszym klanie — odpowiedziała w końcu prosto, bez owijania w słowa, choć jej ogon pozostał nisko przy ziemi, a łapy wciąż miała napięte, gotowe do ruchu, gdyby rozmowa nagle przybrała gorszy obrót.
Większy kot zmrużył oczy, a jego uszy cofnęły się lekko, jakby sama odpowiedź była czymś, czego się spodziewał, ale czego i tak nie zamierzał zaakceptować.
— Przecież czuję, że jesteście z Klanu Nocy — odburknął, unosząc nieco głowę i robiąc krok w jej stronę, przez co wyraźnie skrócił dystans między nimi. — To jakiś żart?
Borówkowa Słodycz wzięła cichy oddech, starając się, by nie zabrzmiał zbyt gwałtownie, po czym pokręciła lekko głową.
— Uciekliśmy — powiedziała, tym razem ciszej, ale pewniej, jakby zaakceptowanie tego faktu na głos dawało jej, choć odrobinę kontroli nad sytuacją. — I proszę, zrozumcie, że gdybym mogła, nie stałabym tutaj, prosząc was o możliwość dołączenia, bo nie przyszłam tu z wyboru, tylko dlatego, że wszystko inne zostało mi odebrane.
Zawahała się na moment, jakby dobierała kolejne słowa ostrożniej niż wcześniej, a jej spojrzenie na ułamek chwili uciekło gdzieś w bok, zanim znów wróciło do nich.
— Stało się tak wiele, że nie mamy innego wyjścia — dodał Tojad. — Wiem, że to wielka prośba. Że przyjmowanie kotów z zewnątrz, a co dopiero z innego klanu, może być dla was problemem. Lecz zrobimy wszystko, aby pokazać wam, że nie będziecie rozczarowani.
Smuklejszy kot, który do tej pory tylko się przyglądał, poruszył lekko ogonem i wymienił spojrzenie z towarzyszem, jakby coś rozważali bez słów, podczas gdy większy wciąż patrzył na nią z wyraźną nieufnością.
Zapadła chwila ciszy, w której słychać było jedynie cichy szelest traw i odległy dźwięk nocnych stworzeń, a napięcie między nimi zdawało się jeszcze bardziej wyostrzać.
W końcu większy kot westchnął cicho, jakby z niechęcią przyznawał, że to jedyne rozsądne rozwiązanie.
— Lisówko, pójdź po Echo — rzucił krótko, nie odrywając wzroku od Borówkowej Słodyczy.
Smuklejszy, Lisówka, skinął głową i bez dalszego słowa odwrócił się, po czym zniknął w wysokiej trawie, poruszając się tak cicho, że po kilku krokach został po nim tylko ledwie wyczuwalny zapach.
Większy kot przesunął się nieco, ustawiając się tak, by odciąć Borówkowej Słodyczy drogę w głąb terytorium, a jednocześnie nie spuszczał jej z oczu ani na moment.
— A wy czekajcie tutaj — powiedział twardo. — I nie myślcie nawet o tym, żeby się gdzieś ruszyć.
Borówkowa Słodycz skinęła lekko głową, po czym powoli usiadła, pilnując, by każdy jej ruch był spokojny i czytelny, choć napięcie nie opuszczało jej ani na chwilę, a chłód ziemi pod łapami tylko potęgował wrażenie, że znalazła się dokładnie tam, gdzie nie ma już odwrotu.
Choć jej wzrok skierowany był w stronę Tojada, to kątem oka wpatrywała się w Szarą Skórę, a raczej w tereny za nim. Czy mieli jakąś szansę, by zacząć od początku?
Czas dłużył się, a cisza między nimi była ciężka i niewygodna, przerywana jedynie oddechem i cichym poruszaniem się traw wokół granicy, aż w końcu w powietrzu pojawił się nowy zapach — wyraźniejszy, starszy, niosący ze sobą pewność i coś jeszcze, czego nie potrafiła od razu nazwać.
Chwilę później usłyszała kroki.
Najpierw ciche, lekkie — Lisówki — a zaraz za nimi drugie, spokojniejsze, bardziej miarowe, jakby ich właściciel nie miał żadnych wątpliwości co do tego, co zastanie.
Lisówka wyłonił się z trawy pierwszy, zatrzymując się obok towarzysza, a tuż za nim pojawił się drugi kot.
Zatrzymał się kilka kroków od granicy i przez chwilę tylko patrzył na Borówkową Słodycz, nie okazując ani wrogości, ani sympatii, lecz coś znacznie bardziej niewygodnego — uważną, spokojną ocenę, jakby widział więcej, niż mówił.
— To oni? — zapytał cicho, nie odrywając od niej wzroku.
— Tak — odpowiedział większy krótko.
— Jak wam na imię? — spytał Echo, zbliżywszy się do niej.
Borówka zawahała się na moment, lecz był to raczej ułamek sekundy, niż dłuższa chwila.
— Borówkowa Słodycz — odpowiedziała krótko, po czym uśmiechnęła się delikatnie.
— Tojadowa Kryza — dodał Tojad.
— Tojadowa Kryza — powtórzył kocur; końcówka jego ogona drgnęła lekko. — Dobrze, Borówkowa Słodyczy oraz Tojadowa Kryzo, wejdźcie na tereny Klanu Burzy.
Biała kotka poczuła, jak serce bije w jej piersi niczym młot. Choć nie potrafiła powiedzieć jeszcze, czy wyląduje w szeregach Burzaków, to nie mogła powstrzymać tego silnego poczucia nadziei, które zdawało się rosnąć z każdym kolejnym uderzeniem serca.
Jej łapy powoli przekroczyły granicę oddzielająca Klan Nocy od Burzy.
— Szara Skóro, Ruda Lisówko, proszę, pozwólcie mi porozmawiać z tą dwójką — powiedział zastępca spokojnie, lecz w jego głosie pobrzmiewała nuta stanowczości, która jasno dawała do zrozumienia, że choć prosi, to jednak oczekuje posłuszeństwa. — I miejcie na nich oko — dodał po chwili, przenosząc spojrzenie najpierw na jednego, potem na drugiego wojownika, jakby upewniał się, że dobrze go zrozumieli.
Szara Skóra skinął głową, choć jego uszy pozostały lekko cofnięte, a spojrzenie ani na moment nie zeszło z dwójki. Ruda Lisówka poruszył ogonem, robiąc pół kroku w tył, ale ustawił się tak, by nadal mieć parę w zasięgu wzroku.
Dymny usiadł niedaleko jednego z krzewów, wybierając miejsce, z którego miał dobrą widoczność zarówno na nią, jak i na granicę, po czym krótkim ruchem głowy przywołał Tojada oraz Borówkę bliżej, nie wydając jednak bezpośredniego rozkazu.
Borówkowa Słodycz zawahała się tylko przez ułamek chwili, zanim podniosła się z miejsca i zrobiła kilka ostrożnych kroków naprzód, pilnując, by jednocześnie nie zbliżyć się zbyt bardzo do zastępcy, jakby próbowała zachować równowagę między uległością a ostrożnością.
Zatrzymała się w końcu, siadając naprzeciw niego, z ogonem owiniętym wokół łap i uszami skierowanymi lekko do przodu, choć napięcie w jej ciele było wciąż wyraźne.
— Lisówka nie powiedział mi o was zbyt dużo, poza tym, że jesteście z Klanu Nocy — zaczął dymny, a jego głos był równy i spokojny, pozbawiony oskarżenia, lecz jednocześnie uważny, jakby każde jej słowo miało zostać dokładnie rozważone. — Chciałbym dowiedzieć się, dlaczego właściwie opuściliście wasz dom.
Na moment zrobił krótką pauzę, przekrzywiając lekko głowę, zanim dodał:
— Proszę jednak, byście podali mi konkrety. I, co ważniejsze, byli ze mną kompletnie szczerzy.
Borówkowa Słodycz wzięła cichy oddech, a jej spojrzenie na chwilę opadło gdzieś na ziemię pomiędzy nimi, jakby zbierała myśli albo decydowała, ile z tego, co nosi w sobie, powinna naprawdę ujawnić.
— Dobrze… — zaczęła w końcu, unosząc wzrok z powrotem na niego. — Krótko po śmierci Spienionej Gwiazdy wiele się zmieniło.
Jej głos był spokojny, lecz pod jego powierzchnią dało się wyczuć napięcie, które narastało z każdym kolejnym słowem.
— Mandarynkowe Pióro, która przejęła tytuł przywódczyni, zaczęła podejmować decyzje, które… — zawahała się na moment, jakby szukała odpowiedniego słowa, po czym dokończyła ciszej: — Były okrutne.
Szara Skóra poruszył się nieznacznie, jakby to określenie zwróciło jego uwagę, lecz nie przerwał, a Ruda Lisówka zmrużyła oczy, wpatrując się w Borówkową Słodycz jeszcze uważniej.
— Uwięziła mnie oraz moją rodzinę — kontynuowała Borówka, starając się, by jej głos pozostał równy, choć końcówka ogona drgnęła jej lekko przy ziemi. — Bez właściwie żadnej faktycznej przyczyny.
Zapadła krótka cisza, cięższa niż poprzednie, jakby same słowa zawisły między nimi, czekając na reakcję.
— Wiele ciężkich księżyców spędzić musiałam na wyspie — dodała po chwili, a jej spojrzenie na moment uciekło gdzieś w bok, jakby widziała przed sobą coś, czego nie chciała wspominać. — Z dala od wszystkiego, co znałam. Z dala od klanu, który miał być moim domem.
Dymny nie poruszył się ani o włos, lecz jego spojrzenie stało się wyraźnie bardziej skupione, jakby każda informacja układała się w jego głowie w większy obraz.
— Gdy w końcu mnie wypuściła — ciągnęła Borówkowa Słodycz, wracając wzrokiem do niego. — Nie przestałam się czuć jak więzień. Tym razem więzień mojego własnego klanu.
Jej głos był cichy, ale pewny, a słowa padały wolniej, jakby każde z nich miało większą wagę niż poprzednie.
— Każdy kot, jakiego znałam, patrzył na mnie krzywo — dodała, a jej uszy cofnęły się lekko. — Wiedzieli, że nic nie zrobiłam, a jednak dalej traktowali mnie jak kozła ofiarnego. Dlatego postanowiłam uciec. Tojadowa Kryza to mój partner. Postanowił opuścić Klan Nocy wraz ze mną.
Ruda Lisówka poruszyła się niespokojnie, jakby chciała coś powiedzieć, ale powstrzymała się, spoglądając tylko krótko na dymnego.
— I nikt po za nim nie stanął w twojej obronie? — zapytał zastępca po chwili, a jego ton pozostał spokojny, choć pytanie było wyraźnie bardziej dociekliwe.
Borówkowa Słodycz pokręciła lekko głową.
— Nie na tyle, by coś się zmieniło
Ruda Lisówka zmarszczył lekko pysk.
— I tak po prostu odeszliście? — zapytał, tym razem mniej ostro, bardziej z niedowierzaniem niż oskarżeniem. — Zostawilście swój klan?
— Ruda Lisówko! — warknął Echo.
Borówkowa Słodycz spojrzała na niego szybko, a w jej oczach pojawił się cień czegoś ostrzejszego.
— Myślisz, że to było takie proste? — odpowiedziała, a jej głos na moment stracił swoją wcześniejszą równość. — Każdy krok w tamtym miejscu przypominał mi, że nie jestem już częścią klanu. Że mogę zostać zamknięta znowu, jeśli tylko ktoś uzna to za wygodne. Nie miałam żadnej pozycji, żadnej ochrony… niczego.
— Spokojne, Borówko — miauknął do niej łagodnie Tojad. — Wszystko się ułoży, proszę, nie martw się.
— Dobrze więc — przerwał Echo. — Nie jesteście kotami, których mój klan mógłby uznać za wrogów. Lisówko, Szara Skóro. — Zwrócił łeb ku dwójce wojowników. — Chodźcie. Wracajmy do obozowiska.

Od Łzy do Borowika

Wieczór nadchodził powoli, lecz nieubłaganie, jakby sama Wszech Matka rozciągała ponad światem ogromny płaszcz utkany z granatu, purpury oraz ciepłego blasku dogasającego słońca. Błękit dnia bladł z każdą chwilą coraz bardziej, ustępując miejsca miękkim smugom pomarańczu i różu, które rozlewały się po niebie niczym farba na tafli spokojnej wody. Pomiędzy ciemniejącymi obłokami zaczęły pojawiać się pierwsze gwiazdy — drobne, nieśmiałe punkciki światła, migoczące delikatnie, jak gdyby dopiero budziły się do życia po długim śnie. Ich blask odbijał się słabo w oczach kotów krzątających się po obozie Owocowego Lasu, nadając całemu miejscu niemal nierealny, spokojny wygląd.Choć w powietrzu wciąż utrzymywał się ciężki zaduch pory Nowych Liści, przynoszący ze sobą zapach rozgrzanej ziemi, świeżej trawy oraz słodkiej woni dojrzewających owoców, nietrudno było wyczuć subtelną zmianę. Wiatr, który jeszcze w południe był ciepły i leniwy, teraz stawał się coraz chłodniejszy oraz ostrzejszy, przemykając pomiędzy gałęziami drzew cichym świstem i poruszając paprocie otaczające obozowisko. Liście drżały lekko, kiedy wieczorne powietrze przesączało się pomiędzy nimi, a gdzieś w oddali rozbrzmiewał monotonny śpiew świerszczy, stapiający się z cichymi rozmowami wojowników wracających z patrolu.
Łza ziewnęła przeciągle, odsłaniając drobne, jeszcze nie do końca wyrośnięte kły, po czym przejechała ostrożnie różowym języczkiem po jednej z łap, starając się wygładzić zmierzwione futro. Siedziała przy wejściu do żłobka z łapami starannie podwiniętymi pod pierś oraz głową uniesioną wyżej, niż było to naprawdę konieczne, przez co bardziej przypominała młodą wojowniczkę pilnującą obozu niż zwykłe kocię, które dopiero czekało na własne mianowanie. Co kilka chwil przeciągała językiem po futrze na piersi albo wygładzała niesforne kosmyki sierści nastroszone przez wiatr, jednak nawet podczas takich drobnych czynności jej spojrzenie nieustannie wędrowało po obozie, czujne i pełne oczekiwania.
Lubiła, gdy na nią patrzono.
W rzeczywistości potrzebowała tego bardziej, niż chciałaby kiedykolwiek przyznać, ponieważ każda para oczu zatrzymująca się na niej choćby na krótką chwilę sprawiała, że czuła przyjemne ciepło rozlewające się po wnętrzu jej piersi. Gdy któryś z wojowników bądź zwiadowców rzucał jej rozbawione spojrzenie albo uczeń odpowiadał na jej zaczepki, natychmiast prostowała się odrobinę dumniej, jakby sam fakt zauważenia jej obecności był czymś, co utwierdzało ją w przekonaniu, że naprawdę jest kimś ważnym. Nie potrafiłaby żyć inaczej.
Purchawka spała kilka lisich długości dalej, zwinięta w ciasny kłębek pośród miękkiego mchu wyściełającego żłobek, a jej spokojny oddech poruszał delikatnie futro na bokach. Łza zerknęła na matkę kątem oka i westchnęła przeciągle, niemal teatralnie, ponieważ część niej miała ogromną ochotę obudzić starszą kotkę tylko po to, by zwrócić na siebie uwagę i usłyszeć choćby krótkie zirytowane mruknięcie.
Ostatecznie jednak powstrzymała się, uznając, że w obozie znajduje się wystarczająco wiele innych kotów, które mogłyby poświęcić jej czas.
Jej błękitne oczy przesuwały się po obozowisku z żywym zainteresowaniem, a jednocześnie z czymś przypominającym cichą zazdrość, gdy widziała uczniów otoczonych grupkami przyjaciół albo wojowników, których inni słuchali z wyraźnym podziwem. Nie podobało jej się, kiedy uwaga skupiała się na kimś innym zbyt długo, ponieważ wtedy zaczynała czuć nieprzyjemny ucisk pod żebrami, jakby sama była stopniowo spychana gdzieś na bok.
I właśnie wtedy go zauważyła.
Uczeń wracał do obozu z wróblem zwisającym z pyska, a jego futro było lekko potargane po treningu, przez co wyglądał na wyraźnie zadowolonego z siebie. Mentor powiedział mu jeszcze coś na pożegnanie, po czym odszedł w stronę legowiska wojowników, pozostawiając młodszego kota samego z jego zdobyczą.
Łza niemal natychmiast poderwała się na łapy, ponieważ sama świadomość, że ktoś może zostać choćby przez chwilę pochwalony bez jej udziału, wywołała w niej nagłą potrzebę wmieszania się w sytuację.
Przebiegła przez obóz lekkim, sprężystym krokiem, specjalnie unosząc ogon wyżej niż zwykle oraz poruszając się w sposób niemal ostentacyjny, jakby chciała upewnić się, że przynajmniej kilka kotów odprowadzi ją spojrzeniem. Kiedy zatrzymała się przed uczniem, natychmiast posłała mu szeroki, przesadnie słodki uśmiech, a jej oczy rozbłysły figlarnie.
— Och, jaka piękna zdobycz! — miauknęła pogodnym, wysokim głosem, podchodząc bliżej i zerkając teatralnie na wróbla.
Uczeń uśmiechnął się lekko, wyraźnie zadowolony z komplementu.
— Myślałeś, że mówiłam poważnie? — prychnęła w końcu, zatrzymując się przed nim i unosząc brew z przesadnym niedowierzaniem. — Ten wróbel jest taki mały, że chyba nawet kocię ledwo by się nim najadło.
Posłała mu ostre spojrzenie.
— Nie wiem, jak ten twój byle mentor mógłby pochwalić cię za coś TAKIEGO.

<Borowik?>