BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdka w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 14 czerwca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

04 czerwca 2026

Od Wrony CD. Smoka

Dymna kotka popatrzyła na kotkę karpati, która przed chwilą była uczepiona jej łapy.
Następnie przez zadane jej pytanie popatrzyła na swoje uszy. Kiedy jeszcze siedziała w żłobku, lubiła bawić się jej uszami, więc nie zdziwiła się, gdy Smok się nimi zainteresowała. Też je lubiła, te uszy były jej częścią.
– Już się z nimi urodziłam – odpowiedziała.
– Ale fajnie! Mnie mamusia mówi, że te białe klopeczki są bardzo rzadkie! – pisnęła ze szczęścia.
– To bardzo fajnie, ale one cię nie obronią przed lisami – płynnie zmieniła temat.
– Ale może by ich nie było, a ja tak strlaaaasznie chcę wyjść! – fuknęła, przewracając się na plecy.
– Słuchaj, jeżeli będziesz odstawiała takie numery, możesz sobie zrobić krzywdę.
– I kto to mówi… – wtrącił się Gondor.
– Panie Gondorze, ja wiem, że wcześniej robiłam dziwne rzeczy, ale już zmądrzałam!
– A, a co ona lobiła? – spytała Smok swojego ojca.
– No cóż… – zaczął. – Ona i jej brat biegali po całym żłobku, robili tajniacką akcję ze zwierzyną ze stosu, wspinali się na krzewy i inne takie.
– Ooo… – szylkretka zrobiła wielkie oczy.
– Lepiej mnie nie naśladuj! – dodała kłapoucha.
– Ale ja też chcę się powspinać! – oznajmił zezłoszczony kociak.
– Chodź, Smoku, pójdziemy na spacerek – rzekł Gondor i przysunął ogonem do siebie córkę.
Wtedy dymnej wpadł do głowy pewien pomysł.
– Panie Gondorze, może jak pan z córką pójdzie na spacer, to może poszlibyście ze mną do Owocowego Lasku, Czereśnia dał mi dzień wolnego za szybkie postępy i chętnie bym… potrenowała pana córkę.
– Trenować w tym wieku? – rzekł zszokowany i nieco oburzony biały kocur.
– Wie pan, takie talenty trzeba szkolić jak najwcześniej…
Gondor już miał protestować, ale gdy zobaczył powagę we wzroku uczennicy, od razu się uspokoił.
– Trening! Trening! Ploszę, tato… – zaskomlała Smok.
– No dobrze, ale nie uciekasz i trzymasz się blisko mnie i Wrony, bo jeżeli gdzieś znikniesz, to wyjście będzie naszym ostatnim, zrozumiano?
– Zrozumiano! – podskoczył kociak i ruszył w kierunku wyjścia.
Słońce mocno grzało, aż za mocno, Wrona była cała gorąca pod jej długim i grubym futrem. Popatrzyła na bok, poziom wody w rzece znacznie się obniżył. Jeżeli tak dalej pójdzie, to wkrótce mogą wystąpić problemy z nawodnieniem, ale na razie się tym zbytnio nie przejmowała, i tak nie miała na to zbytnio wpływu. Nagle poczuła słodki zapach, który poinformował ją, że zbliża się do celu. Po tym sygnale uczennicy ukazał się zagajnik pełen jabłoni, grusz i śliw. W blasku słońca wyglądało to naprawdę prześlicznie.
– Ale tu śliiicznie! – pisnęła Smok, chcąc już popędzić do przodu, ale szybko się opamiętała.
– Czas na twój trening. Panie Gondorze, pan może gdzieś sobie usiąść, jeśli pan chce.
Biały skinął głową i odwrócił się w stronę śliwy, jeszcze zdążył się popatrzeć na dymną z powątpiewaniem w oczach.
– Dobrze, Smoku, twoim zadaniem będzie powalenie mnie. Jeśli ci się to uda, to gratuluję.
Szylkretka skinęła głową i przyjęła pozycję bojową. Ruszyła i skoczyła na plecy uczennicy, która delikatnie próbowała zepchnąć kociaka. Ta przeszła na wysokość karku i pociągnęła lekko dymną za futro.
– Agh! Pokonany! – zawarczała.
Wrona bujnęła się w prawo i upadła.
– Heh! Ale łatwo! – miauknęła kotka.
– Wiesz, w walce nie zawsze kogoś możesz zagryźć, to jest niezgodne z wolą Wszechmatki.
– To jak inaczej mam pokonać przeciwnika? – marudziła karpati.
– Uderzając go z boku – odpowiedziała.
Szylkretka od razu pobiegła z boku i uderzyła nauczycielkę od boku. Kłapoucha nie stanowiła żadnego oporu i się przewróciła.
– Phi! Taki z ciebie uczeń, że nawet udezenia z małego palca nie umiesz wytsymać! – zaśmiała się z wyższością. Wronie podniosło się ciśnienie, o nie, żaden kociak nie będzie się tutaj mądrzyć!
– W takim razie, skoro taka silna jesteś, spróbuj walnąć w oczy.
– Takie łatwe? No, ale jeśli tak chcesz… – zamruczała i z wyciągniętymi łapkami skoczyła do przodu. Uczennica się lekko odchyliła, przez co koteczka zrobiła fikołka, a następnie dymna złapała ją za kark.
– Hej, puszczaj! – Smok się wyrywała, lecz bez skutku. – To nie fail! Tatooo!
– Przecież ty taka silna jesteś, to dla ciebie pikuś!
– Och, proszę! Puść mnie! – nadal wrzeszczała.
– Jak sobie życzysz – już miała ją puścić, gdy nagle się opamiętała i delikatnie położyła kociaka na ziemi.
– Czemu to zlobiłaś! Jesteś okropna! – fuknęła karpati.
Kłapoucha westchnęła i miauknęła:
– Ja po prostu chronię cię od późnego mianowania, bo jak ktoś się dowie, że tak duży kot zachowuje się, jak mały kociak i przechwala się, na przykład ja, i powie to przywódcy, może to skutkować o przesunięciu ceremonii, a wiesz, Czereśnia to mój mentor muszę mu takie rzeczy mówić, ale gdy się w porę opamięta, sprawa idzie w niepamięć.
Najwyraźniej szylkretka się przestraszyła, gdyż miauknęła:
– Pzepaszam cię, Wlono, poniosło mnie.
– Nic nie szkodzi – liznęła kociaka między uszami. – Może chcesz zobaczyć moje świeże legowisko? Ale tylko wtedy, jeżeli twój tata się na to zgodzi i będziesz się trzymała blisko mnie, bo jest ono na jabłoni, ale nie wysokiej.
– Dobze, idę zawołać tatę – kotka podbiegła w podskokach z krzykami do białego kocura, po jej minie można było stwierdzić, że wszystko poszło po jej myśli.
– Możemy iiiść! – mruknęła szylkretka.
Gdy podeszli do drzewa, Wrona wzięła Smoka i wskoczyła na najniższą gałąź, za nimi szedł nieco zmartwiony Gondor.
– Wow! Ale tu ładnie! – rzekła zachwycona kotka, zaczynając się bawić zawieszonym piórem.
– Wybudowałam je razem z Czereśnią i Iskrzykiem – oznajmiła uczennica, siadając i owijając ogonem kociaka.
– Wlono? Jak zostanę uczniem, to też będę takie budować?
– Zapewne tak – mruknęła łagodnie do karpati.
– Nie mogę się już doczekać! Będzie super! Nauczę się polować na nornicę, walczyć i wiele innych superlaśnych rzeczy!

***

Był już wieczór, niebo przybrało kolor różowo turkusowy. Gondor, Wrona i Smok wracali ze spaceru. Szylkretka opowiadała im sen.
– I w nim była taka wieeeelka jaszczurka, któla chciała mnie zjeść, ale ja się jej nie dałam i znokautowałam ją jednym silnym ciosem!
– Och, już się bałam, że nie wrócicie z tego spaceru! – to była Rohan, która dotknęła się nosami z rodzinką.
– Mamo, mamo! Wiesz, jak było fajnie? Nauczyłam się nieco walczyć, zobaczyłam legowisko na drzewie, i szukałam kamyczków w wodzie!
Starsza karpati rozszerzyła źrenicę ze strachu, lecz Wrona ją uspokoiła wzrokiem.
– Pani córka jest naprawdę odważna! – mruknęła, a Smok dumnie wypięła pierś.
– Mamo, mogę jeszcze pogadać z Wloną? Plooooszę.
– Ech, no dobrze, ale jak drugi raz przyjdę, to masz iść do żłobka! – miauknęła Rohan, machnęła ogonem i podreptała z powrotem do swojego legowiska.
– Smoku, czy już wiesz, na kogo chcesz się szkolić? – spytała dymna, leżąc na kupce liści.
– Eee, czekaj, daj mi się zastanowić… – odpowiedziała szylkretka.

<Smoku?>
[1036 słów]

03 czerwca 2026

Od Smoka CD. Rohan

Smok faktycznie wróciła na swoje poprzednie miejsce. Jej naburmuszony pyszczek pokazywał jednak, jak bardzo nie spodobał jej się ten fakt. Położyła policzek na łapach matki i wpatrywała się z tęsknotą w promienie, które wpadały przez wyjście na obóz.
— Żebyś się nie nudziła, to możemy poćwiczyć mówienie, a twój tatuś na pewno ucieszy się, kiedy będzie już zdrowy, jeśli powiesz do niego “tata”. Co ty na to? Będziesz taka dzielna i podejmiesz się tego wyzwania, Smoczku? — zapytała Rohan, wcześniej też kładąc pyszczek na swoich przednich łapkach.
Szylkretka fuknęła pod nosem, obrażona na mamę za to, że nie pozwoliła jej się bawić. Chciała ją nawet zmusić do drzemki, a to już była sroga przesada! Po chwili Smok ziewnęła przeciągle. Nieważne, że mama z dziesięć razy powtórzyła słowo “tata” — ona nie zamierzała czegokolwiek po niej powtarzać! Nie po tym, jak okropna i podła się okazała!
Mimo wszystko coraz trudniej było jej utrzymać oczy otwarte. Powieki ciążyły jej niemiłosiernie, a ziewnięcia wydobywały się z jej pyszczka coraz częściej. Smok potrząsnęła łebkiem, próbując odpędzić senność. Nie zamierzała w końcu dawać mamie satysfakcji i przyznawać, że może miała rację co do tej drzemki.

* * *

Smok była już nieco starsza. Rozumiała znacznie więcej z tego, co działo się wokół niej, a przede wszystkim jej zasób słownictwa był większy. Teraz potrafiła już powiedzieć “tata”, rzecz jasna! Jednak większy problem miała z wypowiedzeniem słowa “brat” i “siostra”. Za każdym razem, gdy próbowała tak zwrócić się do Pierścienia czy Mordor, brzmiało to raczej jak “blat” i “siostla”. Strasznie ją to frustrowało, dlatego postanowiła poradzić się w tej sprawie u mamy.
— Mamo! — wrzasnęła, podchodząc skocznym krokiem do srebrzystej kotki. — Mamo, a czemu ja mam ploblem z powiedzeniem słowa bl… bl… blat… i... siostla! Jak ty to mówisz, to bzmi inaczej! — mruknęła zirytowana, strzepując ogonem. — Moldol ma tak samo… Mamo, czy to nolmalne? — zastanowiła się, mierząc Rohan pytającym wzrokiem.

<Mamo?>

Od Lśniącej Gwiazdy CD. Tawułowej Bryzy

— Muszę przyznać, że im dłużej cię słucham, tym bardziej odnoszę wrażenie, iż sam nie dostrzegasz pewnej sprzeczności we własnych słowach. Mówisz bowiem, że nie oceniasz Pchełkowego Skoku przez pryzmat więzów, a jednocześnie opowiadasz o niej z takim przekonaniem, z jakim nie wspominasz o żadnym innym wojowniku. Mówisz o jej oddaniu, jej wysiłku oraz jej rozwoju, ponieważ miałeś okazję obserwować ją przez większą część swojego życia. Czy nie sądzisz, że właśnie dlatego tak bardzo w nią wierzysz?
Na jego pysku wciąż spoczywał ten sam spokojny uśmiech.
— Nie twierdzę, że się mylisz. Nie twierdzę nawet, że Pchełkowy Skok byłaby złym zastępcą. Zastanawiam się jednak, czy dostrzegasz, że prosisz mnie o całkowitą bezstronność, podczas gdy sam patrzysz na sytuację przez pryzmat własnych doświadczeń.
Przez moment milczał, pozwalając słowom wybrzmieć.
— Powiedziałeś również, że powinienem słuchać swojego klanu, że potrzebujemy lidera wsłuchującego się w głosy wojowników po wszystkich tragediach, które nas spotkały. Powiedz mi więc szczerze... ilu wojowników pytałeś o zdanie? Ilu z nich powiedziało ci, że nie ufa Truskawkowemu Polu? Ilu otwarcie sprzeciwia się mojej decyzji?
Jego głos pozostawał miękki, choć pytania padały jedno po drugim.
— Czy przemawiasz w imieniu klanu, czy może przemawiasz w imieniu własnych obaw?
Lider poruszył lekko uszami.
— Wspomniałeś także o Owocowym Lesie, ponieważ obawiasz się, że wybór Truskawkowego Pola może zachwiać naszymi relacjami z tamtą społecznością. Ja jednak nie wierzę, że prawdziwy sojusz jest tak kruchy, by rozpadł się wyłącznie dlatego, że jedna kotka odnalazła swoje miejsce gdzie indziej. Gdybyśmy zaczęli podejmować decyzje wyłącznie ze strachu przed reakcją innych klanów czy społeczności, wówczas przestalibyśmy być gospodarzami własnego losu.
Jego ogon owinął się spokojnie wokół łap.
— A jeśli chodzi o kocięta to właśnie ten argument utwierdza mnie w przekonaniu, że dokonałem właściwego wyboru. Wojownik, który potrafi troszczyć się o własną rodzinę, znacznie lepiej rozumie wartość społeczności niż ktoś, kto nigdy nie musiał dźwigać podobnej odpowiedzialności. Kilka księżyców spędzonych w żłobku nie odbierze Truskawkowemu Polu ani doświadczenia, ani mądrości, ani oddania wobec klanu.
Lśniąca Gwiazda zrobił krótki krok w stronę Tawułowej Bryzy, choć w jego postawie nie było nawet śladu agresji.
— Powiedziałeś mi również, abym nie popełniał błędów mojego ojca. Uwierz mi jednak, że każdego dnia zastanawiam się nad jego decyzjami znacznie częściej, niż mogłoby się wydawać. I nie zamierzam pozwolić, by strach kierował moimi wyborami.
Przez moment przyglądał się wojownikowi w milczeniu.
— Nie potrzebuję zastępcy, którego zaakceptują wszyscy, ponieważ taki kot nigdy nie istniał i nigdy istnieć nie będzie. Potrzebuję zastępcy, któremu ufam, który rozumie wartości Klanu Klifu i który pozostanie wierny tej społeczności nawet wtedy, gdy inni zaczną wątpić.

<Sorka, ale zdania nie zmienię. Więcc… Dalej chcesz się kłócić, czy odejdziesz z honorem, Tawuło?:)>

Od Szaleju

Kocurek poczuł, jak matka chwyta go za skórę na karku. Jego łapki stały się sztywne, a ogon sam z siebie poszybował ku górze, chroniąc brzuch. Serduszka, z rozpaczą, niedługo przed tym zaczęła dużo opowiadać mu o klanach. Oczywiście jedynie tyle, na ile tylko starczyło czasu i siły. Zapewniała go, że wyruszą tam niedługo, najlepiej najszybciej, szczególnie po takiej jakże przykrej sytuacji… Żonkil nigdy nie zachowywał się agresywnie względem młodziaka, aczkolwiek może kocica wolała dmuchać na zimne. Szczególnie po tak zawziętej kłótni, jaka miała miejsce nie tak dawno temu, a której świadkiem był niestety maluch. Ojciec za każdym razem pachniał nowymi kotami, dokładniej kotkami, na co matka zwracała uwagę, ale długo to ignorowała. Patrzył na wściekle plujących na siebie rodziców, którzy nie pomyśleli nawet, żeby odejść kawałek, żeby przypadkiem nie usłyszał, czego dotyczyła kłótnia. Nie była to pierwsza sprzeczka, jednak z pewnością ostatnia, przynajmniej z nim obok nich.
Wreszcie został odłożony na gruncie, jego łapki zetknęły się z suchą, nieprzyjemną trawą, która dźgała go w poduszki boleśnie. Jego chude ciałko pokrywały rzadkie włoski, zdążyły nabrać już na tyle koloru, żeby jego przyszłe umaszczenie wybijało się wyraźniej. Zastrzygł wąsami.
— Zostań tutaj — poleciła mu, popychając go nosem w stronę otwartej przestrzeni, żeby nie chował się między wysuszonymi gałęziami krzewów. — Już… już więcej się nie zobaczymy, żegnaj — powiedziała, a po jej policzkach zaczęły masowo spływać łzy, które szybko wytarła łapą. Pręgus uniósł łeb ku górze, przyglądając się wyrazowi pyska matki. Mówiła, że tutaj będzie mu lepiej, zaopiekują się nim lepiej niż ona i Żonkil. Odwróciła łeb, nie chcąc patrzeć już na swojego syna i odwróciła się na pięcie, biegiem rzucając się przed siebie, w stronę, z której przyszła. Niedawno jadł, dlatego nie musiał martwić się przynajmniej burczącym brzuchem. Ogromne drzewa iglaste rozgałęziały się wysoko nad jego główką, gdy siedział tak między naruszonymi, prostymi źdźbłami trawy.
Nie był pewien, ile tak siedział, jednak jego łapy zdążyły zacząć go świerzbić. Nie chciał tu siedzieć, nie było tu niczego ciekawego, na czym mógłby zawiesić wzrok. Otaczały go wielkie krzewy, które przysłaniały mu lwią część nowego krajobrazu.
Poczłapał więc w kierunku jednego z rozłożystych drzew i znalazłszy się przy wystających korzeniach, wysunął pazurki i wczepił się nimi, niczym małymi igłami w grubą korę. Zaczął chwiejnie wspinać się, aż nagle jego chwyt stał się wątpliwy i runął na ziemię, uderzając w bok. Chmura pyłu ulotniła się wraz z jego szurnięciem, maluch zakasłał parokrotnie, gdy gryzący dym wdał się do jego płuc. Na szczęście nie ważył wiele, tak więc nie stało mu się nic szczególnego. Otrzepał się z kurzu.
Skłamałby, gdyby powiedział, że… się nie bał. Nawet jeśli miał kilka okazji oddalić się od zmęczonej matki, jeszcze jak byli w innym miejscu, w domu, to przynajmniej wiedział, że gdzieś obok będzie kotka, żeby go w razie co zgarnąć czy ochronić. Tutaj jednak cała ta ochrona została od niego odebrana, został wrzucony w zupełnie nowe, nieznane miejsce. Usadowił się na korzeniu, owijając chudy ogonek wokół swoich łap.
Do jego uszu nagle doleciały głosy. Nie wiedział, do kogo należały, aczkolwiek dźwięk łamiącej się trawy pod łapami nieznajomych stanął się czymś, czego nie mógł ignorować. Wreszcie spomiędzy krzewów wyszła wysoka, niebieska szylkretowa kocica, której oczy były niezwykle ciemne. Otaczała ją swego rodzaju aura, która zmusiła rudego do najeżenia futerka wzdłuż kręgosłupa.
— Co tu robisz? Gdzie twoja matka? — zapytała, chociaż szybko pokręciła głową. Kocię zasyczało, gdy zbliżyła łeb do niego i machnął łapką z wysuniętymi pazurami w jej kierunku, żeby się odsunęła. Obca, o dziwo, zrobiła krok do tyłu i zmarszczyła nos. Obok niej wyrósł kolejny kot, wyglądał od niej inaczej, jednak również towarzyszyła mu intensywna, ziołowa woń, której maluch nie rozumiał. Dlaczego tak bardzo śmierdzieli?
— Czuję zwietrzały zapach samotnika — miauknęła ciemnooka.
Spojrzało na kocicę, po czym machnęło ogonem.
— Musimy zabrać go do obozu. Z pewnością został tu porzucony — powiedział stanowczo cętkowany, po czym podszedł powoli do kocurka.
Kocię zmarszczyło brwi, jednak prędko zrezygnował z takiego wyrazu. Skoro więcej nie zobaczy się z matką… może rozsądnie byłoby z nimi pójść. Sam nie pożyje długo, ponieważ nie nauczył się jeszcze polować. Jeśli te koty były takie wspaniałe i potężne, mógł dorastać w ich towarzystwie.
— Jak się nazywasz, mały? — miauknęło, oglądając kociaka. — Pójdziesz z nami?
— Nie mam imienia — powiedział stanowczo, usiłując w ten sposób ukryć strach, jaki rozrastał się niczym gałęzie drzew w jego serduszku. Zszedł niezgrabnie z korzenia, ustawiając się obok dwójki. — Pójdę.
Głupio byłoby odrzucać taką propozycję. Matka opowiadała mu nieco o klanach, aczkolwiek on nigdy nie słuchał na tyle, a szkoda. Nie sądził, że jego spotkanie z kotami z tych społeczności nastąpi tak szybko. Zresztą na mało co był przygotowany. Jako dwu księżycowy kociak nie zdążył odkryć nawet połowy rzeczy, które dla reszty kociąt z pewnością były już oczywiste.
Koperek kiwnęło głową, jakby pociesznie, a Cisowe Tchnienie nie wyglądała tak, jakby robiło jej to jakąkolwiek różnicę. Kocię ruszyło pierwsze, zupełnie w nie tę stronę, co trzeba. Koperek uśmiechnęło się lekko, rozbawione.
— Chodź, to w drugą stronę — mruknęło, przybliżywszy się do kociaka. — Nie wolisz, żebym cię poniosło? — zapytało i już schyliło łeb, czekając tylko na znak ze strony młodzieńca.
Maluch pokręcił głową. Nie sądził, żeby to było jakoś szczególnie daleko. W dodatku, jeśli teraz pokaże im, że jest wytrzymały, to może ewentualnie reszta, a w tym oni, będą spoglądać na niego jak na silnego kocura, którym był!
— Nie, dam radę — jego zdawkowe odpowiedzi nie były niczym nowym, nie rozgadywał się nigdy wcześniej jakoś szczególnie, więc zalewanie go pytaniami też nie zachęcało go jakoś nadto do wylewania z siebie niczym strumyczkiem informacji i rozbudowanej pogawędki.
— Jak tylko zaczną boleć cię łapy, to mi powiedz, dobrze? — usłyszał jeszcze, na co machnął lekko ogonem. Nie zaczną go boleć! Nie mogło być tak źle.

***

Łapy zaczęły boleć go szybciej, niż się spodziewał, jednak nie zamierzał się do tego przyznawać. Widać to było niestety po jego ruchach, coraz bardziej ociężałych. Położonych uszach i ogonie usilnie trzymanym w górze, choć z coraz większymi kłopotami. Roztargniony Koperek podniosło wreszcie kociaka, na co on westchnął z ulgą, szybko przymykając pysk, żeby przypadkiem nie pomyśleli sobie, że właśnie tego mu było trzeba.
Przed jego oczami zaczęły majaczyć gęsto rozłożone krzewy, napierające na siebie wręcz, a do nosa przylatywała coraz wyraźniej ta woń, z którą pierwszy raz miał do czynienia w miejscu, gdzie zostawiła go matka. Czy dotarli już do tego całego obozu? Przekroczyli tunel, a maluch nadal zwisał z pyska jednego z medyków.
Weszli do ciemnej nory. Kociak został odłożony do wygodnego, za dużego dla niego posłania. Usadowił się wygodnie, spoglądając w górę.
— Cisowe Tchnienie, powinniśmy go nazwać. Ty go znalazłaś, więc… ty go nazwij — polecił medyczce, na co ta spojrzała na niego, zmarszczyła brwi i po chwili przewróciła oczami.
— Szalej — miauknęła, niczym od niechcenia i odwróciła się, sięgnąwszy jakichś roślin. Zaczęła je przekładać, a Roztargniony Koperek kiwnęło głową.
Szalej. Właśnie tak miał się od dzisiaj nazywać. To ogromne miejsce, porośnięte dookoła przez krzewy oraz gruby las iglasty, miało od dziś stać się jego domem. To tutaj miał wracać po każdej ewentualnej przechadzce i nauczyć się życia w nowej, ogromnej społeczności.

Nowy członek Klanu Wilka!

Od Migotu

Gorące słońce wisiało nad terenami klanów, oświetlając im drogę, ale również, co było bardziej pasującym określeniem na porę Zielonych Liści, nieprzyjemnie grzejąc wszystkich dookoła. Na niebie próżno było szukać choć jednej chmurki, a ochłody szukali wszyscy, nawet koty z Klanu Klifu. Mimo lokalizacji ich obozu duchota była wszechobecna. Jedyną ulgą mógł być wodospad, znajdujący się przed wejściem do ich obozu oraz zimne ściany jaskini. Przynajmniej dla części kotów, do których młody Migot się nie zaliczał.
Leżał w żłobku, wiercąc się co chwilę z gorąca. Oczy miał szczelnie zamknięte, jednak uszy wyczulone na, chociażby najmniejszy dźwięk. Otaczały go znajome zapachy, mleka, matki i brata... A przynajmniej tak myślał jego układ nerwowy, ponieważ tak mały kociak nie mógł jeszcze tego w pełni stwierdzić. Jednak jedno było pewne - czuł się bezpiecznie w miejscu, w którym przebywał.
– Witaj Truskawkowe Pole – przywitał się ktoś nagle, wchodząc do żłobka. Migot od razu lekko ruszył głową, mimo tego, że nie rozumiał słów. Obcy zapach wtargnął do kociarni, zatapiając się w nozdrza małego kocurka. Po chwili znów rozległ się jakiś głośniejszy dźwięk, a później następny i następny. Oba koty ze sobą rozmawiały, naturalnie ciekawiąc tym kociaka. Podświadomie chciał wiedzieć, co się dzieje, nawet jak nie był w stanie się tego dowiedzieć. Jeszcze nie teraz.

02 czerwca 2026

Od Łzy

Wiatr przesuwał się leniwie pomiędzy gałęziami otaczającymi obozowisko, poruszając liśćmi w sposób przypominający cichy szept, podczas gdy chłodne podmuchy raz po raz szarpały miękką sierścią Łzy, rozwiewając delikatne kosmyki futra wokół jej pyska. Młoda koteczka siedziała tuż przed wejściem do żłobka z łapkami starannie podwiniętymi pod siebie, starając się wyglądać możliwie najdostojniej, nawet pomimo swojego wieku, ponieważ gdzieś głęboko wierzyła, że odpowiednia postawa potrafi zmienić sposób, w jaki patrzą na nią inni.
Jej błękitne ślepia przesuwały się powoli po obozowisku, zatrzymując się na kolejnych sylwetkach przewijających się pomiędzy legowiskami. Każdy kot wyglądał inaczej. Niektóre futra błyszczały w świetle słońca niczym mokre kamienie po deszczu, inne pozostawały matowe i poszarpane bliznami, które opowiadały historie dawnych bitew, polowań albo porażek. Jedni poruszali się pewnie i spokojnie, jakby cały świat należał do nich, podczas gdy inni przemykali szybciej, z opuszczonymi łbami oraz napiętymi barkami, jakby nieustannie bali się spojrzeń reszty klanu.
Łza obserwowała ich wszystkich z dziwnym rodzajem wyższości, który coraz częściej rozlewał się po jej małym sercu ciepłą, przyjemną falą. Każda z tych sylwetek wydawała jej się jednocześnie odrębna i zupełnie nieważna — niczym tło dla kogoś znacznie istotniejszego. Dla niej.
Była wręcz przekonana, że prędzej czy później wszystkie te koty zrozumieją, jak wyjątkowa jest, oraz że któregoś dnia każdy wojownik w obozie będzie pragnął choćby chwili jej uwagi. Wyobrażała sobie, jak starsi opowiadają o niej kociętom przy wieczornych czuwaniach, jak uczniowie próbują zwrócić na siebie jej uwagę podczas treningów i jak wojownicy ściszają głosy, kiedy tylko przechodzi obok. Myśl o tym była niemal przyjemnie odurzająca.
Westchnęła przeciągle, unosząc lekko podbródek.
Mimo tych wszystkich wyobrażeń rzeczywistość pozostawała jednak rozczarowująco zwyczajna.
Kilka kotów spojrzało w jej stronę przelotnie, ktoś posłał jej łagodny uśmiech, inny skinął jej głową z rozbawieniem typowym dla dorosłych obserwujących kocięta, lecz żaden z nich się nie zatrzymał. Nikt nie podszedł bliżej. Nikt nie zapytał, co robi. Nikt nie poświęcił jej więcej niż krótkiego spojrzenia rzuconego pomiędzy jedną rozmową a drugą.
To ją drażniło.
Nie chciała cudzych spojrzeń rzucanych mimochodem, ponieważ wydawały jej się małe, puste i niewystarczające, niczym okruchy rzucane komuś, kto zasługuje na całą ucztę. Chciała uwagi całkowitej — takiej, która przyciąga do niej cudze oczy i nie pozwala odwrócić wzroku. Chciała, by ktoś słuchał wyłącznie jej głosu, śmiał się tylko wtedy, gdy ona tego chce, i patrzył na nią tak, jakby była najważniejszą rzeczą w całym obozowisku.
Jej ogon drgnął z lekką irytacją.
Nie rozumiała, dlaczego koty potrafią zajmować się tak nudnymi sprawami, skoro ona siedziała tutaj, dosłownie przed nimi. Wojownicy rozmawiali o patrolach, świeżej zwierzynie albo granicach, królowe poprawiały legowiska swoich kociąt, a uczniowie przepychali się pomiędzy sobą z typową dla nich energią, jakby nikt nie dostrzegał, iż pośród tego wszystkiego znajduje się ktoś znacznie bardziej interesujący.
Ktoś wyjątkowy.
Łza zmarszczyła lekko nosek, po czym raz jeszcze przesunęła spojrzeniem po obozowisku, tym razem znacznie uważniej, jak gdyby pomiędzy dziesiątkami sylwetek próbowała odnaleźć kota, który wreszcie okaże się wystarczająco rozsądny, by poświęcić jej całą swoją uwagę. Jej błękitne oczy zatrzymywały się kolejno na wojownikach wracających z patroli, na uczniach przepychających się przy stercie świeżej zwierzyny oraz na starszych wygrzewających kości w ostatnich promieniach słońca, jednak żaden z nich nie wyglądał na zainteresowanego rozmową z nią.
Choć irytacja zaczynała już powoli rozlewać się po jej piersi, sprawiając, że końcówka ogona drgała z niezadowolenia, nagle usłyszała głos dobiegający tuż zza jej pleców.
— Co robisz, siostrzyczko?
Jej uszy drgnęły odruchowo, podczas gdy sama odwróciła lekko łeb.
Aha.
Mordogończyk.
Przez krótką chwilę niemal całkowicie o nim zapomniała, ponieważ przez ostatnich kilka wschodów słońca skutecznie wyrzucała go ze swoich myśli, uznając, że nie zasługuje na jej uwagę po tym, jak odważył się odmówić jej wspólnej zabawy i jeszcze oczekiwać przeprosin.
Choć początkowo była przekonana, że jej brat prędzej czy później sam zrozumie swój błąd, tak z każdym kolejnym dniem zaczynała zastanawiać się, czy przypadkiem nie jest jeszcze głupszy, niż dotychczas przypuszczała. Teraz jednak, kiedy sam do niej przyszedł, wszystko stało się jasne. Wreszcie przejrzał na oczy.
Ta myśl sprawiła, że poczuła przyjemne ciepło satysfakcji.
— A nic — miauknęła z wyższością, unosząc lekko podbródek, podczas gdy na jej pysku pojawił się subtelny uśmiech. — Uśmiecham się, podczas gdy inni mnie podziwiają, ale pewnie za wiele o tym nie wiesz. Kto chciałby w końcu patrzeć na kota, który uważa, że może łamać serce własnej siostrze?
Mordogończyk zamrugał kilkukrotnie, po czym na jego pysku pojawił się ten sam nieporadny, rozczulająco głupi uśmiech, który tak często wywoływał w niej mieszankę rozbawienia oraz politowania.
— Łzo, ja... przepraszam. Nie powinienem był się tak zachować, ponieważ jesteś przecież moją siostrą i bardzo cię lubię. Nie chciałbym, żebyś była przeze mnie smutna, bo nie mógłbym cię stracić.
Łza przez moment przyglądała mu się w milczeniu, choć w rzeczywistości już dawno postanowiła przyjąć jego przeprosiny, ponieważ trudno było gniewać się na kogoś, kto tak wyraźnie żałował swoich błędów.
Nie mogła jednak pozwolić, by zauważył to zbyt szybko.
— Przyjmuję przeprosiny — oznajmiła w końcu tonem pełnym godności. — Chociaż mam nadzieję, że wyciągniesz z tego odpowiednie wnioski.
Mordogończyk rozjaśnił się natychmiast, jak gdyby właśnie zdjęto z jego barków ogromny ciężar.
Przez kilka chwil siedzieli obok siebie, obserwując obozowisko, podczas gdy pomiędzy legowiskami przemykali wojownicy, a z oddali dochodziły urywki rozmów oraz ciche śmiechy.
To właśnie wtedy wzrok Łzy ponownie powędrował ku grupce kociąt bawiących się nieopodal wraz z białym wojownikiem, który odwiedzał je niemal każdego dnia.
Od kilku wschodów słońca nie potrafiła wyrzucić tego widoku ze swoich myśli.
— A zastanawiałeś się kiedyś... jak to jest z naszym ojcem?
Mordogończyk poruszył lekko uszami, podczas gdy jego spojrzenie natychmiast zdradziło kompletną dezorientację.
— Kim?
Łza przewróciła oczami tak ostentacyjnie, że aż odchyliła głowę.
— Z naszym tatą, no! — miauknęła z wyraźnym zniecierpliwieniem. — Widziałam przecież, że Mordor, Smok i Pierścień mają swojego ojca, który przychodzi do nich praktycznie codziennie, rozmawia z nimi i bawi się razem z nimi. A my mamy tylko Purchawkę.
Kocurek przez chwilę wyglądał tak, jakby próbował sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek zwrócił na to uwagę.
— Nigdy nad tym nie myślałem...
Łza westchnęła ciężko, ponieważ odpowiedź ta była dokładnie tak rozczarowująca, jak mogła się spodziewać.
— Mh... Ty o niczym nigdy nie myślisz, dlatego właśnie muszę robić to za nas oboje.
Choć w jej głosie pobrzmiewało rozdrażnienie, tak naprawdę coraz bardziej pochłaniały ją własne myśli.
Minęło już kilka wschodów słońca, odkąd po raz pierwszy zaczęła zastanawiać się nad tym tematem, a mimo to nie udało jej się znaleźć ani jednej sensownej odpowiedzi. Za każdym razem, kiedy obserwowała trójkę bawiącą się ze swoim rodzicem, w jej sercu pojawiało się dziwne uczucie, którego nie potrafiła nazwać, ponieważ nie przypominało ani zazdrości, ani smutku, ani nawet gniewu.
Bardziej przypominało pustkę.
Jakby brakowało jakiegoś elementu układanki, którego wcześniej nawet nie zauważała.
— Spytam się Purchawki, kiedy tylko znajdzie się dobra okazja — oznajmiła stanowczo, prostując się odrobinę. — Skoro inne kocięta mają ojców, to my też musimy jakiegoś mieć, a skoro go mamy, to chcę wiedzieć, gdzie jest.
Mordogończyk wzruszył jedynie ramionami, jak gdyby cała sprawa nie miała dla niego większego znaczenia.
— Cokolwiek cię uszczęśliwi.

Od Bursztynu


dawno dawno temu jak jeszcze Rudzik była w ciąży 

 - Tato, a dlaczego ta pani tutaj jest? - spytała mała pokraka, gdy Rudzikowe Skrzydełko wprowadziła się do żłobka. Do tej pory byli tutaj sami z mamą i bardzo mu to odpowiadało, a teraz wprowadził się ktoś nowy i tak samo rudy, co również mu odpowiadało. Mamie już mniej i wyraźnie mu powiedziała, żeby się do kotki nie odzywał, podobnie, jak to było z tamtym rudym kocurem. Ciekawe czemu? Dzwonkowy Świst wcale nie wydawał się nowej żłobkowej kotki nienawidzić, więc Bursztyn był nieco zmieszany. 
- Będzie miała kocięta, więc się tu przeniosła, by przygotować się do porodu - wyjaśnił Dzwonek.
- Będziecie mieli młodszych kolegów, nie cieszysz się? To będą twoi kuzyni. 
- Kuzyni...? - co to kuzyn. Coś jak wróg? Jeśli będzie trzeba, to będzie się bił o żłobek! 
- Hmm, jeśli twoja mama ma siostrę lub brata, i ten brat lub siostra mają dzieci, to są to twoi kuzyni. 
- Aha! Czyli taki brat! - przekalkulował, stwierdzając w głowie, że całkiem mu się to wyrażenie podoba. - A ty masz moich kuzynów? - spytał jeszcze, patrząc z nadzieją na swojego ojca, który kiwnął głową na potwierdzenie. 
- Na pewno znasz Baziową Łapę? Odwiedzała was tutaj, to jedyna kuzynka którą mogę ci zaoferować. 
- A czemu? 
- Ponieważ twój wujek Skowroni Odłamek był medykiem. Twoja ciocia, Wdzięczna Firletka również jest medykiem i nie mogą mieć kociąt, a Pierwomrówcza Gracja opuściła tereny dawno temu. 
- A czemu? 
- Pytasz mnie, czemu opuściła tereny, czy czemu medycy nie mogą mieć dzieci? 
Zastanowił się przez chwilę. 
- Hmmmm... tak. 
Z pyska Dzwonkowego Świstu wypadło rozbawione prychnięcie, jednak dla Bursztynu wcale to nie było zabawne, chciał odpowiedzi, a zamiast tego miał coraz więcej pytań! Miał tak szeroką i rozbudowaną rodzinę którą chciał poznać, jednocześnie nie bardzo wysilając się na zapamiętywanie tego wszystkiego. Tyle imion i połączeń, komu by się chciało? 
- A więc dobrze, o Pierwomrówczej Gracji opowiem ci jak będziesz odrobinę starszy, by zachować trochę informacji na inne okazje. Natomiast jeśli chodzi o medyków, to taka była wola Klanu Gwiazdy.. zgaduję. 
- A czemu? - dopytał jeszcze, zastanawiając się, czy męczyć ojca o Grację. Na pewno jednak męczył jego ogon, żując powoli rude kłaki, testując próg cierpliwości i bólu swojego ojca.
- Jeśli medyk miałby partnera i dzieci, to stawiałby ich w leczeniu na pierwszym miejscu, zamiast skupić się na dobru całego klanu. Przynajmniej takie jest założenie, pewnie zasadę tę wymyślono po tym, gdy stało się coś nieprzyjemnego - wyjaśnił, celowo poruszając ogonem w taki sposób, by zabawić malca. Widocznie nie przeszkadzał mu obśliniony ogon, jak to było w przypadku Pożar. 
- Aha. A ja bym cię faworyzował, a nie jesteś moim dzieckiem - zauważył, wgapiając się z szeroko otwartymi oczyma na Dzwonka. Coś w tym było, w końcu rodzina to nie tylko ktoś z kim tworzysz związek i posiadasz potomstwo, ale też rodzice, rodzeństwo, dziadkowie i tak dalej, a z tego, co Bursztyn słyszał, to miał ich trochę. Więc czemu miałby ich nie faworyzować? Czym się różnili oni od swoich własnych dzieci? 
- Cóż, wtedy byłbym najzdrowszym kotem w klanie - zaśmiał się kocur, widocznie niezbyt przejęty deklaracją malca. W końcu nie zapowiadało się na to, by rudzielec kiedykolwiek zechciał podążyć drogą ziół. Z resztą, nawet, gdyby przeszło mu to przez myśl, to pewnie nikt o zdrowych zmysłach by go do nich nie dopuścił. - Myślę też, że gwiezdni nie do końca przemyśleli sprawę z tym zakazem - dodał po chwili namysłu wojownik, chociaż Bursztyn już dawno przestał zwracać na niego uwagę, gdyż wzrok kociaka spoczął na brzuchu Rudzik i niemal natychmiastowo w małej głowie pojawiło się kolejne pytanie. 
- A czy jakbym miał kociaki, to też byłbym gruby? 
- Akurat ty się o to nie musisz martwić, tylko kotki mają umiejętność zachodzenia w ciążę - westchnął starszy nieco zrezygnowany pytaniami malca, zerkając ukradkiem w stronę Rudzikowego Skrzydełka, nagle jakby spięty. Kotka chyba jednak wcale malca nie usłyszała, lub słyszeć nie chciała, skąd jednak miał wiedzieć, że mówienie o kimś, że jest gruby, wcale nie jest odpowiednie? 
- A czemu? 
- Dość pytań na dziś! - wielka łapa pacnęła nagle kociaka w bok sprawiając, że ten przeturlał się nieco dalej, zaraz jednak podskakując rozbawiony. Zabawa! - Jeśli będziesz chciał wszystko na raz wiedzieć, mózg wyleje ci się przez uszy! 
- Nie-e! 
- A właśnie, że tak. 
- Nie ma mowy! 
- Nie wiem, ja bym na twoim miejscu nie ryzykował - Dzwonek wyraźnie dobrze się bawił zaczepiając swojego syna, który nie pozostawał mu dłużny. I chociaż udało się odciągnąć Bursztyna od zadawania upierdliwych pytań, to malec wciąż się zastanawiał gdzieś w tyle głowy, dlaczego nie może zajść w ciążę. 

Nowy Samotnik!

 



01 czerwca 2026

Od Fląderki Do Narcyzowej Łapy

Nieco przeszłość

Mimo, że Rezedowa Łapa trzymał Fląderkę na dystans, szylkretka zauważyła, że kotem, z którym rudy spędzał sporo czasu był Narcyzowa Łapa. Czarno-biały młody kocur był jednym z trójki kociąt burej samotniczki, w której obecności Fląderka nie czuła się pewnie. Chyba nawet bardziej obawiała się jej niż gniewu ze strony rodziny królewskiej za drobne przewinienia.
Z wręcz kocięcą ciekawością przyglądała się dwójce kocurów, zastanawiając się, czy coś takiego w tym momencie było tematem ich rozmów. Po ich minach mogła jedynie zgadywać, jednak wyglądało to tak, jakby się przekomarzali, jak przystało na dwójkę młodych kocurków, którzy byli w dobrej relacji.
"Czyżby Narcyzowa Łapa był przyjacielem Rezedowej Łapy?"
Szylkretowa kotka przekrzywiła łebek, przez chwilę oddając się w zadumie. Miała nadzieję, że jej brat naprawdę zdobył przyjaciela w Klanie Nocy. Powinien mieć kogoś, z kim może podczas treningów polować na ptactwo. Z kim może żartować przed pójściem spać w legowisku uczniów? Kogoś, kto zawsze będzie przy nim.
– Fląderko! Przestań się lenić!
Głos Wężynowego Kła dochodzący z kociarni sprawił, że odrzutek pośpiesznie poderwał się z siadu.

~ ~ ~

Mimo, że Narcyzowa Łapa nie należał do rodu królewskiego, jego przenikliwe spojrzenie, którym obdarowywał odrzutka było bardzo podobne do tego, którym obdarowywał ją Błękitna Laguna. Z tego też powodu szylkretka starała się zwizualizować znak lotosu na jego czole, co, o dziwo, przyszło jej dość łatwo, że aż się przeraziła. Głównie za sprawą tego, że Narcyzowa Łapa wraz z wyimaginowanym znakiem rodu królewskiego naprawdę przypominał zastępcę. W dodatku nawet marszczył brwi w podobny sposób jak starszy kocur!
– Możesz powiedzieć, co tak właściwie robisz? – spytał, pokonując dzielącą ich odległość. Fląderka przestała mrużyć oczy, prostując się.
Przełknęła ślinę, niepewna tego, czy powinna wyznać kocurowi, co takiego robiła.
– Ch-chyba widziałam pchłę… na twojej kryzie, Narcyzowa Łapo – miauknęła pośpiesznie, starając się na szybko znaleźć jakieś wytłumaczenie w zastępstwie.
Jednak nie skłamała. Faktycznie dostrzegła mały czarny punkcik kierujący się w stronę kocura, nie miała jednak pewności, czy była to naprawdę pchła, czy może jakieś inne małe stworzenie, które uznało, że sierść Narcyzowej Łapy będzie dobrym miejscem na odpoczynek lub dłuższy pobyt.

<Narcyz? pchły się zaległy>