BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

13 lipca 2026

Od Skrzydlatej Płomykówki Do Krokusowej Kruchości

Srebrna kotka nigdy nie myślała, że kiedykolwiek przyjdzie jej możliwość spania na niemal gołej zimnej skale, którą miała pod sobą. Z dostępnych zapasów mchu i traw zostały już uwite pierwsze posłania do nowych legowisk, lecz znajdowały się one u boku bardziej tego potrzebujących niż Skrzydlata Płomykówka czy większość wojowników. Zastępczyni co noc zwinięta w ciasny kłębek starała się jakoś przetrwać te tymczasowe surowe warunki, przynajmniej do momentu aż każdy w klanie będzie mieć własne wygodne posłanie.
Kocica z samego rana powoli zaczynała się wybudzać — zwykle następowało to krótko przed tym, jak pozostali wojownicy w legowisku sami kończyli zasłużony odpoczynek po pracy nad obozem. Mimo bycia raczej młodą Burzaczką przynajmniej we własnym mniemaniu, czuła, jak zesztywniałe kończyny z zimna w końcu przestają doskwierać po leniwym przeciąganiu się na kamiennym podłożu. Końcowo wzięła głęboki wdech, a następnie wydech, by po chwili podnieść się z dotychczasowego miejsca i ruszyć w stronę tunelu prowadzącego w głąb terenów.
W ostatnich dniach miała wrażenie, że niczym kret cały możliwy czas spędza pod ziemią. Niektóre jaskinia w swych sklepieniach miały pewne niedociągnięcia, przez które mogło wpadać naturalne światło za dnia. Nieco jej tego brakowało, lecz nie miała co narzekać, w końcu i tak nie miała najgorzej, gdyż jama służąca za legowisko więźniów była bardziej pochłonięta półmrokiem niż inne. Sama odczuła tę różnicę, gdy raptem wczoraj odwiedziła swoją siostrę. Chciała z nią porozmawiać, dowiedzieć się czegoś więcej, czemu tak postąpiła, lecz ich rozmowy raczej nie zaliczyłaby do tych udanych, a nie miała zamiaru naciskać na Rudzik, dostrzegając to, jak zmizerniała przez ostatnie dni.
Kiedy tylko zastępczyni wyłoniła się z tunelu, chłodne powietrze od razu otuliło jej pysk w mroźnym dotyku, który przeszywał aż do szpiku kości. Momentalnie się wzdrygnęła, czując, jak sierść na całym ciele nieznacznie się unosi, przez co mogła z boku przypominać puszącą się sowę. Machnęła końcówką ogona, by wznowić wędrówkę przez bezkresną biel. Pora nagich drzew pokazała, na co ją stać, więc nie dziwota, że ze zwierzyną było dość marnie — większość wojowników była rudawa, kremowa, czy nawet czarna, czekoladowa i na tle śniegu stanowili widoczny kontrast. W klanie znajdowała się niewiele białych kotów i większość z nich raczej nie opuszczała powstającego obozu.
Ciężko westchnęła, sprawiając, że tuż przed jej pyskiem pojawił się obok pary, będący dowodem na to, iż jest znacznie chłodniej niż w czasie innych sezonów. Śnieg pod jej łapami przeszywał zimnem, lecz mimo to, brnęła dalej przez zaspy. Chciała nieco się oddalić od wyjścia z tunelu, by chociaż na chwilę odetchnąć od ciągłych pytań innych Burzaków. Czuła, jakby całe dnie była w trybie przetrwania, nawet w trakcie snu, gdyby więźniom nagle zamarzyła się wolność lub co gorsza, bunt i atak na innych, nawet jeśli nie mieli przewagi swą liczebnością. Kiedy co wieczór zasypiała, była gotowa, że w nocy zostanie wybudzona przez kogoś i ona jako pierwsza otrzyma złe wieści — legowisko wojowników było najbliżej tego więźniów, więc nim zaalarmowane koty dotrą do powstającego centrum, do którego przylegała jaskinia zajmowana przez Zawodzącą Gwiazdę.
Pośrodku mroźnego pustkowia zatrzymała swe spokojne kroki. Brązowe ślepia z uwagą obserwowały otoczenie, nim po paru uderzeniach przeniosły się na szarawy nieboskłon, na którym ledwo było widać pierwsze promienie wschodzącego słońca. Cichy świst wiatru dotarł do jej wywiniętych w tył uszu, sprawiając, że ich czubki zaczynały nieco szczypać od zimna. Dreszcz przebiegł wzdłuż kręgosłupa kotki, nim ta po dłuższej chwili, jakby nigdy nic obróciła się i ruszyła po swych śladach w stronę tunelu, z które nie tak dawno temu się wyłoniła. Spacer może i krótki, ale wystarczający, przynajmniej na kolejne parę dni.
Jej powrót do obozu był równie cichy, co jego opuszczenie — nikt nie musiał wiedzieć przecież, że zastępczyni urządziła sobie przechadzkę w pobliżu. Wolała, by pozostało to jej drobną tajemnicą, aby nikt jej tych chwil nie zakłócał. Potrzebowała chwili oddechu od pewnego zgiełku, który panował w tunelach, a tak wcześnie mało kto był już na łapach.
Będąc w Grocie Pamięci, przelotnie spojrzała w stronę Łapkowa. Nie kojarzyła zbytnio, by za kociaka tam bawiła się z innymi, lecz raczej w to nie wnikała. Większość czasu spędzała u boku matki, starając się zapamiętać, jak najwięcej z jej zachowania, by w przyszłości godnie je odwzorować. Srebrna nie była pewna, czy jej się to udaje, lecz po śmierci Sójczego Błękitu ważniejsze było, by już żaden członek ich rodziny nie przyniósł takiego wstydu, jak Rudzikowe Skrzydełko, która od zawsze przyprawiała innych o ból głowy ze swoimi pomysłami lub problemami, które tworzyła.
Kiedy tylko pierwsi wojownicy zaczęli pojawiać się w grocie, ruda nie zwlekała i zaczęła przydzielać obowiązki, przypominając również, by koty, które gorzej się czują, niech od razu udadzą się do Wdzięcznej Firletki oraz Łzawej Łapy — nie potrzebowali jeszcze jakiejś epidemii kaszlu czy innego cholerstwa, które by ich zdziesiątkowało. Po wyznaczeniu kolejnych patroli, nowych wartowników przy legowisku więźniów, skierowała swoje kroki do miejsca, gdzie znajdowały się zapasy trawy, mchu i puchu, które ocalały przed spłonięciem. Przy nich siedziała już Krokusowa Kruchość, która sprawnie tworzyła właśnie nowe posłanie dla jakiegoś Burzaka. Było ono dość proste, dające wolną łapę przyszłemu właścicielowi z wprowadzeniem poprawek pod siebie czy też dodaniem jakichś ozdób.
— Witaj Krokusowa Kruchość — zagaiła srebrna, zasiadając obok młodszej. — Potrzebujesz może łap do pomocy? — zaproponowała.
— Witaj Skrzydlata Płomykówko — zamruczała kotka. — Każda para łap się przyda — przyznała.
Zastępczyni skinęła głową i najpierw obserwowała ruchy burej, samej w międzyczasie coś stworzyć na wzór posłania. Szło jej to dość marnie, czemu się zbytnio nie dziwiła — dotąd nie miała okazji wić nowe legowiska, więc było to nowe doświadczenie. Próbowała jeszcze jakoś uratować swój twór, nie chcąc przeszkadzać Krokus w pracy, lecz finalnie pozostawiła w spokoju bliżej nieokreślony zbitek trawy i mchu, przyglądając mu się spod przymrużonych powiek.
— Pomóc Ci może? — zaproponowała wojowniczka.
— Nie chcę Cię spowalniać z pracą — przyznała starsza.
— Nie będziesz spowalniać, jak nabierzesz wprawy, to później szybko pójdzie. — Płomykówka jedynie skinęła głową i przesunęła nieudane legowisko w stronę towarzyszki, która sprawnie rozplątała trawę, ratując cenny materiał przed wyrzuceniem. Następnie powoli, krok po kroku pokazywała brązowookiej, jak uwić posłanie, by spełniało swą funkcję — oczywiście pręgowana w międzyczasie tłumaczyła każdy swój ruch, jakby chciała mieć pewność, że jej tymczasowa uczennica wszystko w lot pojmie. Gdy przyszła kolej na cętkowaną, początkowo opornie jej szło, lecz z każdym ruchem nabierała cennej wprawy, przez co wraz z kolejnymi wplecionymi trawami lub puchem, posłanie zaczynało wyglądać, jak należy.
— W ogóle jak się trzymasz po ostatnich wydarzeniach? Jeśli nie chcesz mówić, to uszanuje twoją decyzję, jednak w razie czego pamiętaj, że masz oparcie i chętnie Cię wysłucham.

<Krokus?>

Event Klanu Burzy:
Uwicie nowych posłań z zapasów traw, puchu i mchów

Od Łzy (Łzawej Łapy) do Wdzięcznej Firletki

Jakiś czas po przybyciu do Klanu Burzy…

Obóz żył własnym, spokojnym rytmem. W powietrzu unosił się ciężki zapach mchu, świeżo przyniesionej zwierzyny oraz wilgotnej ziemi, która nie zdążyła jeszcze całkowicie wyschnąć po nocnym chłodzie. Gdzieś z oddali dochodził śmiech starszyzny opowiadającej kolejną historię z dawnych czasów, zaś spod gałęzi osłaniających żłobek rozlegały się cienkie piski najmłodszych kociąt.
Jej spojrzenie niestrudzenie wędrowało od jednego kota do drugiego, z niezwykłą uwagą wyłapując nawet najkrótsze spojrzenia kierowane w jej stronę. Nie musiały trwać długo. Wystarczała sekunda. Krótkie uniesienie wzroku. Przelotny uśmiech. Mimowolne zatrzymanie spojrzenia.
Łza chłonęła ten gwar z nieukrywaną przyjemnością.
Patrzą.
To jedno słowo wystarczało.
Nie zastanawiała się, dlaczego to robili. Nie miało znaczenia, czy ktoś spojrzał na nią z czułością, rozbawieniem, czy zupełnie przypadkiem. Liczył się sam fakt, że przez krótką chwilę była częścią czyjejś uwagi.
Bo uwaga innych była dla Łzy czymś znacznie cenniejszym, niż potrafiłaby ubrać w słowa.
Nie przypominała jedynie miłego dodatku do codzienności ani przelotnej przyjemności. Stanowiła coś, od czego coraz trudniej było jej oddzielić własne poczucie wartości. Im częściej czuła na sobie czyjś wzrok, tym pewniej stąpała po ziemi, jakby każde spojrzenie dodawało jej odrobinę siły.
Nie potrafiła nawet wyobrazić sobie świata, w którym nikt nie zwracałby na nią uwagi.
Sama myśl o tym budziła w niej trudny do nazwania niepokój. Wydawało jej się, że cisza pozbawiona czyichś spojrzeń byłaby znacznie gorsza od najgłośniejszego hałasu. Gdyby któregoś dnia miała zniknąć z pola widzenia wszystkich kotów, jakby rozpłynęła się w cieniu otaczających obóz paproci, nie wiedziałaby nawet, co zrobić z własnymi myślami.
Nie chodziło wyłącznie o samotność.
Samotność można było przecież przerwać.
Znacznie bardziej przerażała ją obojętność.
Przerażała ją wizja, że mogłaby przejść przez środek obozowiska, a żadne uszy nie drgnęłyby na dźwięk jej kroków, żaden pysk nie uniósłby się choćby na chwilę, a żadne spojrzenie nie odnalazłoby jej pośród tłumu. W jej dziecięcym umyśle taki obraz wydawał się niemal równoznaczny z przestaniem istnieć…
Jej spojrzenie mimowolnie powędrowało ku wejściu do obozowiska, gdy zauważyła kilku wojowników niosących w zębach świeżo upolowaną zwierzynę. Ich futra przesiąknięte były zapachem wrzosowisk, chłodnego porannego wiatru oraz świeżej ziemi, podczas gdy ciężkie króliki kołysały się w ich pyskach przy każdym kolejnym kroku.
Widok ten natychmiast przykuł uwagę Łzy.
Ruszyła przed siebie spokojnym, dobrze odmierzonym krokiem. Nie chciała jednak znaleźć się zbyt blisko. Intuicja podpowiadała jej, że gdyby podbiegła do nich zbyt szybko albo zbyt nachalnie próbowała zwrócić na siebie uwagę, mogłaby osiągnąć efekt zupełnie odwrotny od zamierzonego. Zatrzymała się więc w miejscu, z którego bez trudu można było dostrzec jej drobną sylwetkę, jednocześnie sprawiając wrażenie, jakby znalazła się tam zupełnym przypadkiem.
Uniosła nieco wyżej głowę, a na jej pyszczku rozkwitł ciepły, serdeczny uśmiech. Posłała go wracającym wojownikom z nadzieją, że choć jedno z nich odpowie tym samym. Chociaż sprawiała wrażenie, jakby całą uwagę poświęcała kotom wracającym z patrolu, jej spojrzenie nieustannie wymykało się ku zwierzynie zwisającej z ich pysków. Była to ciekawość niemal mimowolna, której zwyczajnie nie potrafiła powstrzymać — każda zdobycz przypominała jej o tym, jak bardzo różniło się życie w poszczególnych klanach.
Od chwili przybycia do Klanu Burzy niemal wszystko porównywała z Owocowym Lasem. Obrazy dawnego domu pozostawały żywe w jej pamięci, przez co każda nowa rzecz wydawała się jeszcze bardziej niezwykła. Sterta świeżej zwierzyny wyglądała tam zupełnie inaczej. Wypełniały ją ptaki o lśniących piórach, drobne myszy, tłuste nornice oraz wiele innych leśnych stworzeń, których zapach mieszał się w jedną, dobrze znaną woń. Tutaj natomiast niemal za każdym razem dominowały króliki. Ich długie uszy i masywne sylwetki powtarzały się tak często, że Łza zaczynała odnosić wrażenie, iż wrzosowiska nie mają do zaoferowania niczego więcej.
Nie uważała tego za wadę. Rozumiała już, że każdy teren obdarza swoje koty innymi darami, a każdy klan nauczył się żyć w zgodzie z tym, co dawała mu natura. Mimo to ciekawość nie opuszczała jej ani na chwilę. Zastanawiała się, jak wiele podobnych różnic odkryje jeszcze w przyszłości.
Dwójka wojowników, przechodząc obok niej, dostrzegła jej uśmiech i odwzajemniła go krótkim skinieniem głowy. Następnie ruszyli dalej w stronę sterty zwierzyny, gdzie mieli złożyć swoją zdobycz. Dla nich był to zapewne zwykły, nic nieznaczący gest. Dla Łzy znaczył znacznie więcej.
W jej piersi natychmiast rozlało się przyjemne ciepło. Ogon uniósł się odrobinę wyżej, a uśmiech jeszcze bardziej rozjaśnił jej pyszczek. Wystarczyło zaledwie kilka sekund czyjejś uwagi, by poczuła się ważna. Każde spojrzenie wydawało jej się małym zwycięstwem. Każdy uśmiech utwierdzał ją w przekonaniu, że inni zaczynają ją dostrzegać.
Ciekawe, czy gdy będzie już wojowniczką też będą ją tak postrzegać…
Nie było dnia, aby jej myśli choć raz nie powędrowały ku przyszłości. Z niezwykłą łatwością zastępowała rzeczywistość obrazami własnych marzeń. Widziała siebie wybiegającą z obozu u boku patrolu, podczas gdy poranne słońce połyskiwało na jej futrze, a chłodny wiatr rozwiewał je podczas biegu przez rozległe wrzosowiska. Wyobrażała sobie, że wojownicy coraz częściej wypowiadają jej imię z uznaniem, a uczniowie śledzą każdy jej ruch z nadzieją, że kiedyś sami dorównają jej umiejętnościom.
Jej krok zawsze będzie tym, w którym najwięcej jest gracji.
Z polowań zawsze wracać będzie z największą ilością zwierzyny w pyszczku.
W walce jej ruchy będą lepsze, niż kogokolwiek innego.
“Och, będę po prostu najlepsza…” — Myśl ta otuliła ją przyjemnym ciepłem, które rozlało się po całym ciele. Przez krótką chwilę wydawało jej się nawet, że przyszłość już została zapisana, a wszystkie te obrazy czekały jedynie na moment, w którym staną się rzeczywistością.
Nie zdążyła jednak zanurzyć się w nich głębiej, ponieważ spomiędzy gwaru wypełniającego obozowisko wyłonił się znajomy głos, który z łatwością przebił się przez szum wiatru i rozmowy wojowników.
— Hej, Łzo!
Jej uszy natychmiast wystrzeliły ku górze, obracając się w kierunku, z którego dobiegło wołanie, a błękitne oczy rozbłysły żywym entuzjazmem. Nie potrzebowała nawet chwili, by rozpoznać właściciela tego głosu.
Znałaby go wszędzie.
Choć marzenia o chwale i podziwie pochłaniały ją coraz bardziej z każdym kolejnym dniem, istniało kilka rzeczy, którym wciąż bez wahania pozwalała odwrócić swoją uwagę.
Jedną z nich był jej tata.
Nie zastanawiając się ani chwili, ruszyła przed siebie.
Wystrzeliła niczym napięta do granic możliwości strzała, którą ktoś wreszcie wypuścił z cięciwy. Jej drobne łapki miękko uderzały o wilgotną ziemię, rozsypując spod siebie drobinki piasku i igliwia, podczas gdy chłodny wiatr nieustannie uderzał ją w pyszczek, rozwiewając delikatne futro wokół policzków. Mijała znajome paprocie, krzewy i kamienie z taką prędkością, że cały świat zdawał się zamieniać w zieloną smugę.
Dymny kocur siedział spokojnie przed wejściem do żłobka. Jego ciemne futro poruszało się lekko pod wpływem wiatru, a ciepłe, łagodne spojrzenie śledziło pędzącą ku niemu córkę z wyraźnym rozbawieniem. Nie zdążył nawet otworzyć pyska, gdy Łza z całym impetem wtuliła się w jego gęstą grzywę, niemal całkowicie znikając w miękkim futrze.
— Tato! Tato! — zapiszczała radośnie.
Przez kilka uderzeń serca po prostu trwała w tym uścisku, nie mając najmniejszej ochoty się odsuwać.
Dopiero po chwili uniosła głowę, a jej spojrzenie zaczęło niespokojnie błądzić gdzieś ponad barkiem ojca. Myśli wirowały jej po głowie z taką prędkością, że sama nie potrafiła zdecydować, od czego właściwie zacząć.
Musiała zapytać o swoją przyszłość. I w ogóle, o cały Klan Burzy. O wojowników. O patrole. O polowania. O ceremonie. O to, jak wygląda życie poza bezpiecznym żłobkiem.
Przez krótką chwilę marszczyła nos, usiłując złapać jedną z tych uciekających myśli.
— Uhh... — wymamrotała, przeciągając sylabę, podczas gdy koniuszek jej ogona nerwowo uderzał o ziemię. — Na czym właściwie polega bycie zastępcą? Albo liderem? Albo... uhh... no nie wiem...
Urwała, wyraźnie niezadowolona z własnego chaosu.
Po chwili jednak oczy ponownie rozbłysły jej ciekawością.
— Jakie jeszcze ważne role są w klanach?
Dymny zastępca odpowiedział córce łagodnym uśmiechem, w którym pobrzmiewało zarówno rozbawienie, jak i cierpliwość właściwa kotu przyzwyczajonemu do niekończących się pytań ciekawskiego kocięcia. Nie odpowiedział jednak od razu. Skinął jedynie lekko głową, po czym odwrócił się i spokojnym krokiem wszedł do wnętrza żłobka.
Miękkie posłania uplecione z mchu i suchych paproci wypełniały znaczną część nory, a unoszący się w powietrzu rozgrzanego futra oraz wilgotnej ziemi tworzył znajomą, kojącą woń, która od zawsze kojarzyła się Łzie z bezpieczeństwem. Przez szczeliny pomiędzy gałęziami wpadały cienkie smugi światła, delikatnie rozjaśniając półmrok panujący wewnątrz żłobka i kładąc złociste plamy na miękkich legowiskach.
Łza przez krótką chwilę stała nieruchomo przy wejściu, obserwując ojca z nieukrywaną ciekawością. Jej błękitne oczy śledziły każdy jego krok, gdy spokojnie omijał kolejne posłania, aż wreszcie usiadł przy jednym z tych znajdujących się bliżej ściany. Dopiero wtedy poruszyła się ponownie, niemal natychmiast pokonując dzielący ich dystans i z wyraźnym zadowoleniem zajmując miejsce tuż obok niego.
Nie musiała nawet nic mówić. Wystarczyło spojrzenie pełne wyczekiwania, aby bez trudu odgadł, że od chwili zadania pytania nie przestała o nim myśleć ani na moment.
Kilka uderzeń serca później z głębi żłobka wyłonił się również Zew. Czarno-biały kocurek zbliżył się powoli, jakby każdy kolejny krok wymagał od niego krótkiego zastanowienia, po czym przysiadł w niewielkiej odległości od siostry. Nie było to miejsce przypadkowe. Zostawił pomiędzy nimi tyle przestrzeni, by nie musieć obawiać się przypadkowego szturchnięcia czy uszczypliwej uwagi, którą Łza z pewnością wykorzystałaby przy pierwszej lepszej okazji.
Kotka zauważyła ten dystans niemal natychmiast.
Kącik jej pyska drgnął nieznacznie.
Przez krótką chwilę w jej głowie przemknęło kilka złośliwych uwag, które aż prosiły się o wypowiedzenie. Wystarczyłoby jedno krótkie mruknięcie albo przewrócenie oczami, aby wyprowadzić brata z równowagi. Tym razem jednak zrezygnowała z tej pokusy. Ciekawość, która od kilku chwil nie dawała jej spokoju, skutecznie zagłuszyła chęć droczenia się z rodzeństwem.
Całą uwagę poświęciła ojcu.
— Więc, Łzo... — rozpoczął Zawodzące Echo spokojnym głosem, przenosząc spojrzenie najpierw na córkę, a następnie na siedzącego nieopodal syna. — Jeśli chodzi o inne ważne role w naszym klanie, z przyjemnością opowiem wam o każdej z nich. Myślę zresztą, że twój brat również chętnie tego posłucha.
Ostatnie słowa skierował już wyraźnie do Zewu.
Młody kocurek zastrzygł uszami, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, że również został zaproszony do rozmowy. Na jego pysku pojawił się nieśmiały uśmiech, a po krótkim wahaniu przysunął się odrobinę bliżej. Jego spojrzenie na moment tkwiło jednak w siostrze, wciąż pozostawało ostrożne i uważne, jakby próbował odgadnąć, czy nie spotka go za to jakaś kąśliwa uwaga. Gdy jednak Łza nie zareagowała w żaden sposób, odetchnął niemal niezauważalnie i ponownie skupił całą uwagę na ojcu.
Echo spojrzał na oboje z wyraźnym zadowoleniem, po czym odchrząknął cicho.
— Role w Klanie Burzy wyglądają nieco inaczej od tych, które znaliście w swoim poprzednim domu — zaczął spokojnie Zawodzące Echo, zerkając kolejno na oboje kociąt. — Nie spotkacie tutaj szamana, uzdrowiciela ani zielarza. Zamiast nich jest medyk. Choć nosi inne miano, jego obowiązki łączą w sobie niemal wszystko to, czym zajmowały się tamte role.
Na krótką chwilę zamilkł. Jego spojrzenie uciekło gdzieś ponad głowy kociąt, jakby próbował odnaleźć najprostszy sposób na wyjaśnienie czegoś, co dla dorosłego wojownika wydawało się zupełnie oczywiste, lecz dla nich wciąż pozostawało obcym pojęciem.
— Medyk leczy chorych i rannych członków klanu, zna właściwości ziół oraz wie, gdzie ich szukać. Potrafi przygotować z nich lekarstwa, opatrzyć rany i rozpoznać choroby, zanim staną się naprawdę niebezpieczne. To jednak nie wszystko. Medyk utrzymuje również więź z Klanem Gwiazdy. Odczytuje znaki, które zsyłają nasi przodkowie, oraz przekazuje ich wolę liderowi, jeśli uzna, że jest to konieczne. Można więc powiedzieć, że spośród ról, które znaliście w Owocowym Lesie, najbardziej przypomina uzdrowiciela... choć nawet to porównanie nie oddaje w pełni znaczenia jego obowiązków.
Łza słuchała w niezwykłym skupieniu.
Jej błękitne oczy ani na moment nie odrywały się od pyska ojca, a uszy pozostawały skierowane ku niemu tak wyraźnie, że zdawały się wychwytywać każde, nawet najcichsze słowo. Im dłużej mówił, tym mocniej marszczyła nos, próbując poukładać wszystkie nowe informacje we własnej głowie.
Klan Gwiazdy...
Pierwszy raz spotkała się z takim określeniem.
Przez kilka uderzeń serca siedziała w ciszy, pozwalając, by ciekawość narastała z każdą kolejną chwilą. Jej ogon zakołysał się niespokojnie po miękkim mchu, a spojrzenie stało się jeszcze bardziej intensywne.
W końcu nie wytrzymała.
— Czym właściwie jest Klan Gwiazdy? — zapytała, przechylając lekko głowę na bok. W jej głosie pobrzmiewała szczera ciekawość, która całkowicie wyparła wcześniejszy zachwyt nad wojownikami i patrolami. — To... jakiś inny klan?
Nie zdążyła nawet zaczerpnąć kolejnego oddechu, gdy następne pytanie samo wyrwało się z jej pyska.
— I... jak ważny jest medyk?
Jej oczy rozbłysły zaintrygowaniem.
— To znaczy... czy jest tak samo ważny jak zastępca? Albo lider? Czy wszyscy go słuchają? I... jeśli potrafi rozmawiać z Klanem Gwiazdy, to czy oni wybierają właśnie jego? Czy każdy kot mógłby się tego nauczyć?
Słowa wypływały z niej coraz szybciej, jedno niemal wpadało na drugie, aż sama urwała w pół zdania, orientując się, że znowu zasypuje ojca lawiną pytań. Mimo to nie odwróciła wzroku. Czekała z wyraźnym podekscytowaniem, jakby była przekonana, że zaraz usłyszy jedną z największych tajemnic całego klanu.
Na pysku Zawodzącego Echa pojawił się łagodny uśmiech. Nie wyglądał jednak na zaskoczonego ilością pytań. Wręcz przeciwnie — zdawał się spodziewać, że wcześniej czy później właśnie one padną.
— To dobre pytania — odparł spokojnie, poprawiając ułożenie ogona wokół łap. — A odpowiedź na nie nie jest tak krótka, jak mogłoby się wydawać.
Na moment uniósł spojrzenie ku otworowi prowadzącemu na zewnątrz żłobka. Ponad koronami drzew rozciągało się jasne niebo, na którym mimo dnia wciąż można było dostrzec kilka blednących gwiazd. Zaledwie maleńkie punkty światła, niemal ginące w blasku słońca.
— Klan Gwiazdy tworzą wojownicy, którzy odeszli z tego świata — zaczął cicho. — Wszystkie koty, które wiernie przestrzegały kodeksu wojownika i dobrze służyły swojemu klanowi, po śmierci trafiają właśnie tam. Mówi się, że zamieszkują las utkany z gwiazd i że wciąż czuwają nad nami, nawet jeśli nie możemy ich zobaczyć.
Łza automatycznie uniosła wzrok.
Przez szczelinę pomiędzy gałęziami rzeczywiście dostrzegała fragment błękitnego nieba, choć żadne gwiazdy nie były już widoczne.
Naprawdę tam są...?
Myśl wywołała w niej dziwne uczucie. Nie był to strach. Raczej coś pomiędzy zachwytem a niedowierzaniem.
— To... oni naprawdę istnieją? — zapytała ciszej niż wcześniej. — To nie jest tylko jakaś opowieść?
— Dla kotów klanowych nie jest. Wielu medyków i liderów rozmawiało z Klanem Gwiazdy. Otrzymywali od niego sny, znaki i ostrzeżenia. Dzięki nim wiedzieli, kiedy nadchodzi niebezpieczeństwo albo jaką decyzję powinni podjąć.
Łza słuchała z otwartym pyskiem.
W jej wyobraźni natychmiast pojawił się obraz ogromnego, srebrzystego lasu, którego korony drzew błyszczały niczym nocne niebo. Wyobraziła sobie dziesiątki wojowników spacerujących pomiędzy gwiazdami, ich futra migoczące delikatnym blaskiem księżyca.
Brzmiało to... pięknie.
I trochę przerażająco.
— A medyk... — podjęło Echo. — Medyk jest jednym z najważniejszych kotów w całym klanie. Bez niego ranni mogliby nie przeżyć, choroby rozprzestrzeniałyby się znacznie szybciej, a lider zostałby pozbawiony rady płynącej od naszych przodków.
Łza zamrugała kilka razy.
— Czyli... jeśli medyka nie ma...
— ...cały klan staje się znacznie słabszy — dokończył łagodnie ojciec. — Wojownicy potrafią polować. Potrafią walczyć. Jednak nawet najlepszy wojownik niewiele zdziała, jeśli ciężko zachoruje i nikt nie będzie wiedział, jak mu pomóc.
Powoli pokiwała głową.
W jej myślach medyk zaczął właśnie wspinać się na niewidzialną listę najważniejszych kotów w klanie. Jeszcze chwilę wcześniej była przekonana, że jedynie lider i zastępca mają prawdziwe znaczenie.
Najwyraźniej bardzo się myliła.
— To... — zaczęła ostrożnie. — Medyk chyba też jest bardzo podziwiany?
Echo zaśmiał się cicho.
— Bywa szanowany. Bardzo szanowany. Ale nie dlatego, że szuka podziwu.
Łza przechyliła głowę.
— To dlaczego?
— Bo wykonuje swoją pracę dla dobra innych. Medyk nie leczy kotów po to, żeby usłyszeć pochwały. Robi to dlatego, że klan go potrzebuje.
Słowa zawisły pomiędzy nimi na kilka uderzeń serca.
Łza wpatrywała się w ojca z zamyśleniem, chociaż trudno było powiedzieć, czy rzeczywiście rozumiała sens jego odpowiedzi. W jej głowie oba pojęcia wydawały się niemal nierozłączne.
Jeżeli ktoś jest potrzebny...
...to przecież wszyscy go podziwiają!
Wyobraziła sobie niewielką norę wypełnioną zapachem suszonych ziół. Pęki liści zwisały spod sklepienia, kamienne zagłębienia pełniły rolę miseczek, a wokół panowała cicha, niemal uroczysta atmosfera. Koty nieustannie zaglądały do środka. Jedne przychodziły z drobnymi zadrapaniami, inne z poważniejszymi ranami, jeszcze inne tylko po radę. Każdy zwracał się właśnie do medyka. Każdy czekał na jego odpowiedź. Każdy ufał jego słowom.
Ta myśl niezwykle jej się spodobała.
Przecież bycie potrzebnym oznaczało, że inni będą szukać właśnie ciebie.
Że będą wymawiać twoje imię.
Że nie przejdą obok ciebie obojętnie.
Przez krótką chwilę niemal zobaczyła samą siebie siedzącą pośród pachnących ziół. Wojownicy ustawiali się przed jej legowiskiem, cierpliwie czekając, aż poświęci im choć odrobinę uwagi, podczas gdy ona z pełnym skupieniem oglądała ich rany i pewnym głosem mówiła, co należy zrobić. Każdy słuchał jej uważnie. Nawet lider.
Na samą myśl o tym poczuła przyjemne ciepło rozlewające się po piersi.
Jej wyobraźnia nie zatrzymała się jednak na tym obrazie.
Przed oczami stanęła jej kolejna scena. Zapadła noc, a srebrzysty blask księżyca spływał pomiędzy gałęziami drzew. Cały obóz pogrążony był w ciszy, podczas gdy ona samotnie siedziała przed wejściem do swojej nory, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo. W pewnym momencie jedna z gwiazd zaczynała migotać jaśniej od pozostałych, jakby próbowała zwrócić na siebie jej uwagę.
Klan Gwiazdy...
Sama możliwość rozmawiania z przodkami wydawała się czymś niemal niewyobrażalnym.
Gdyby naprawdę tylko medycy potrafili odbierać ich znaki, musieli być kimś wyjątkowym. Kimś, kogo darzono ogromnym szacunkiem.
Jej uszy drgnęły lekko.
Po chwili przypomniała sobie jednak coś jeszcze.
Medyk nie opuszczał obozu, aby polować z patrolami. Nie szkolił uczniów na wojowników. Nie prowadził bitew. Nie walczył ramię w ramię z resztą klanu.
Uśmiech na jej pysku nieznacznie przygasł.
“To znaczy... nie mogłabym pokazać wszystkim, jaka jestem szybka."
Nie mogłaby wracać do obozu z największym królikiem w pysku.
Nie mogłaby imponować innym podczas treningów.
Nie mogłaby usłyszeć, jak wojownicy zachwycają się jej umiejętnościami w walce.
To odrobinę ją rozczarowało.
Zmarszczyła nos, próbując pogodzić ze sobą oba obrazy.
Z jednej strony medyk wydawał się niezwykle ważny. Potrzebowali go wszyscy. Wojownicy, królowe, starszyzna, a nawet sam lider. Z drugiej jednak… Wydawał się znacznie bardziej oddalony od tego, nad czym myślała przez tyle czasu.
Zawodzące Echo nie zatrzymał się jednak na opowieści o medyku. Gdy upewnił się, że oboje kociąt nadążają za jego wyjaśnieniami, płynnie przeszedł do kolejnych ról pełnionych w Klanie Burzy. Opowiadał o przewodnikach, którzy potrafili poruszać się niezwykle sprawnie po tunelach, a następnie wspomniał o kronikarzach, odpowiedzialnych za pielęgnowanie pamięci o wydarzeniach ważnych dla klanu.
Łza słuchała uważnie, od czasu do czasu przytakując lub zadając krótkie pytanie, jednak z każdą kolejną chwilą coraz wyraźniej czuła, że żadna z tych funkcji nie porusza jej wyobraźni równie mocno, co opowieść o medyku. Choć przewodnicy wydawali się niezwykle odpowiedzialni, a kronikarze bez wątpienia odgrywali istotną rolę w zachowaniu historii klanu, jej myśli raz po raz powracały do pachnącej ziołami nory i tajemniczego Klanu Gwiazdy. Nawet gdy ojciec mówił o czymś zupełnie innym, przed oczami wciąż stawał jej obraz kota potrafiącego rozmawiać z przodkami.
Echo zdawał się tego nie zauważać albo zwyczajnie uznał, że podobne zamyślenia są czymś naturalnym u młodych kociąt.
Mówił dalej spokojnym, równym głosem, aż w końcu poruszył temat tak zwanych kretów, wyjaśniając, na czym polega ich miejsce w klanie. Następnie rozmowa zeszła na codzienne zwyczaje Klanu Burzy. Opowiadał o rytmie życia wyznaczanym przez patrole, wspólne polowania i zebrania klanu, tłumacząc przy okazji, które obyczaje są wspólne dla wszystkich klanów, a które stanowią wyłącznie tradycję Burzowych.
Na zakończenie wrócił jeszcze myślami do Owocowego Lasu, cierpliwie wskazując role, których tutaj próżno było szukać. Mówił właśnie o tym, dlaczego nie posiadają zwiadowców.
Łza słuchała go tylko pozornie.
Choć jej spojrzenie pozostawało utkwione w ojcu, myśli od dłuższego czasu krążyły wokół zupełnie innego tematu. Słowa o przewodnikach, kronikarzach czy kretach przelatywały obok niej niczym jesienne liście niesione przez wiatr — dostrzegała je, lecz żadne nie potrafiło zatrzymać jej uwagi na dłużej.
Wciąż wracała myślami do medyka. Do Klanu Gwiazdy. Do kota, którego słuchał nawet lider.
Próbowała wyobrazić sobie miejsce, w którym taki kot mieszkał. Czy jego legowisko wyglądało inaczej od pozostałych? Czy było większe? Jak wyglądało od środka?
Im dłużej nad tym rozmyślała, tym bardziej ciekawość zaczynała ją uwierać.
Nie czekając, aż ojciec skończy wyjaśniać kwestię zwiadowców, weszła mu w słowo z taką nagłością, że sama nie zdążyła się nad tym zastanowić.
— A gdzie medyk ma swoje legowisko?
Pytanie wyrwało się z jej pyska niemal odruchowo.
Przechyliła głowę, a jej błękitne oczy zalśniły żywym zainteresowaniem. Nie było w nich już śladu wcześniejszego rozproszenia. Cała jej uwaga ponownie skupiła się na ojcu, który z pewnością zdążył zauważyć, że spośród wszystkich opowiedzianych dotąd ról właśnie ta jedna najbardziej rozpaliła wyobraźnię jego córki.
— Widzę, że medycy wyjątkowo cię zainteresowali — mruknął łagodnie.
Łza nie odpowiedziała od razu. Jedynie poruszyła lekko uszami i uśmiechnęła się nieco szerzej, uznając to za wystarczające potwierdzenie.
Echo cicho się zaśmiał.
— Pewnie rzuciło ci się już w oczy Skruszone Drzewo, prawda? — miauknął Zawodzące Echo, spoglądając w kierunku wysokiej, kamiennej wieży górującej nad obozowiskiem.
Łza natychmiast podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem.
Skruszone Drzewo od samego początku przyciągało jej uwagę. Nie przypominało niczego, co znała z Owocowego Lasu. Wznosiło się ponad pozostałymi legowiskami niczym strażnik pilnujący całego obozu, a jego nierówne, popękane ściany nosiły ślady wielu pór roku, deszczu i chłodnych wiatrów, które przez lata próbowały odebrać mu dawną siłę. Choć zbudowane było z kamienia, jego kształt wciąż przywodził na myśl stare, rozłożyste drzewo — takie, które dawno utraciło liście, lecz nadal pozostawało zakorzenione w ziemi.
— Z pewnością widziałaś już, jak z jego czubka mianowano Kurzą Łapę oraz Perłówkową Łapę.
Łza energicznie pokiwała głową.
— Widziałam!
Wciąż pamiętała tamtą chwilę. Cały klan zgromadził się wtedy u podstawy wieży, a wszystkie spojrzenia unosiły się ku górze, gdzie sylwetka lidera odcinała się na tle nieba. Głos Króliczej Gwiazdy rozbrzmiewał po caaałym obozie.
— Najwyższe piętro należy do lidera — wyjaśnił Echo. — To tam znajduje się legowisko Króliczej Gwiazdy. Stamtąd wychodził podczas ważnych zebrań i ceremonii, a także tam odpoczywał po całym dniu pełnym obowiązków.
Brzmiało dokładnie tak, jak wyobrażała sobie siedzibę najważniejszego kota w obozie.
— A na pierwszym piętrze znajduje się legowisko medyka — kontynuował jej ojciec. — To tam przechowuje swoje zioła, leczy rannych oraz odpoczywają koty, które potrzebują więcej czasu na powrót do zdrowia.
— Czyli medyk jest... prawie obok lidera? — zapytała, spoglądając z zaciekawieniem na Echo.
— Można tak powiedzieć.
Och, to brzmiało jeszcze fajniej, niż jakaś nora!

Kilka dni później…

Od czasu rozmowy z Zawodzącym Echem Łza nie potrafiła przestać myśleć o roli medyka. Ciekawość zdawała się pożerać ją od środka, nie pozwalając, by temat ten po prostu zniknął pośród wszystkich innych nowych informacji, które każdego dnia przynosiło jej życie w Klanie Burzy. Choć wcześniej z ogromnym entuzjazmem wyobrażała sobie siebie jako najwspanialszą wojowniczkę, której imię znają wszystkie koty w klanie, teraz w jej głowie pojawił się zupełnie nowy obraz przyszłości.
I, ku jej własnemu zaskoczeniu, wcale nie był mniej kuszący.
Za każdym razem, gdy przechodziła obok Skruszonego Drzewa, jej spojrzenie mimowolnie unosiło się ku pierwszemu piętru, gdzie znajdowało się legowisko medyka. Zastanawiała się, jak wyglądało od środka. Czy wszędzie leżały poukładane pęki ziół? Czy każdy zapach miał swoje znaczenie? Czy medyk potrafił rozpoznać lekarstwo jedynie po krótkim muśnięciu nosem liścia albo korzenia?
Te pytania pojawiały się jedno za drugim, tworząc w jej głowie coraz bardziej szczegółowy obraz czegoś, czego nigdy wcześniej nawet nie brała pod uwagę.
Najbardziej fascynowało ją jednak nie samo leczenie.
Nie zioła.
Nie nawet tajemnicze znaki Klanu Gwiazdy.
Tylko to, że wszyscy przychodzili właśnie do medyka.
Kot, który złamał pazur podczas polowania. Wojownik, który wrócił z patrolu z raną na boku. Starszy kot, którego łapy odmawiały już posłuszeństwa. Każdy z nich potrzebował pomocy i każdy musiał zaufać właśnie tej jednej osobie.
Sama myśl o tym sprawiała, że jej ogon lekko drżał z podekscytowania, a w błękitnych oczach pojawiał się ten sam błysk, który towarzyszył jej zawsze wtedy, gdy wyobrażała sobie przyszłość pełną zachwytów i uznania. Było w tym coś niezwykle kuszącego — świadomość, że niezależnie od pory dnia czy nocy ktoś będzie jej szukał. Że ktoś będzie wypowiadał jej imię nie dlatego, że akurat przechodziła obok, ale dlatego, że naprawdę będzie jej potrzebował.
Wyobrażała sobie, jak siedzi w swoim legowisku pośród zapachu ziół i świeżego mchu, a kolejne koty przychodzą do niej z prośbą o pomoc. Jak pochylają głowy, gdy uważnie ogląda ich rany. Jak słuchają każdego jej słowa, ponieważ wiedzą, że właśnie od jej decyzji może zależeć ich zdrowie. Jak po wszystkim odchodzą spokojniejsi, wdzięczni za to, że ktoś się nimi zajął.
Nie musiałaby wtedy martwić się, że ktoś zapomni o jej istnieniu. Nie musiałaby wypatrywać spojrzeń innych kotów ani zastanawiać się, czy ktoś zauważył jej starania. Medyk przecież nigdy nie pozostawał całkowicie niezauważony. Zawsze znalazłby się ktoś, kto potrzebowałby jego pomocy, ktoś, kto czekałby właśnie na niego.
I to było chyba najbardziej uspokajające ze wszystkich.
Bo nawet gdyby pewnego dnia inni wojownicy przestali podziwiać jej umiejętności, nawet gdyby ktoś inny stał się szybszy, silniejszy albo bardziej lubiany, ona nadal miałaby swoje miejsce.
Może właśnie dlatego rola medyka tak bardzo nie dawała jej spokoju. Nie chodziło wyłącznie o tajemnice Klanu Gwiazdy ani o niezwykłą wiedzę, którą musiał posiadać. Chodziło o to uczucie, że jest się kimś niezbędnym. Kimś, bez kogo innym byłoby trudniej.
A Łza nie potrafiła wyobrazić sobie niczego piękniejszego.
I nagle poczuła, że chce zobaczyć miejsce, o którym tyle usłyszała. Chciała poczuć zapach ziół, zobaczyć, gdzie medyk przechowywał swoje lekarstwa i przekonać się, czy legowisko rzeczywiście wyglądało tak niezwykle, jak stworzyła to jej wyobraźnia.
Poruszyła niespokojnie ogonem, po czym odwróciła głowę w stronę brata.
Zew wciąż siedział niedaleko, choć teraz wydawał się bardziej rozluźniony niż wcześniej. Jego wzrok błądził po wnętrzu żłobka, a uszy od czasu do czasu poruszały się, gdy dobiegały go dźwięki z zewnątrz. Przez chwilę Łza przyglądała mu się w milczeniu. Zazwyczaj pierwszą rzeczą, która przychodziła jej do głowy, gdy patrzyła na brata, była chęć zwrócenia mu uwagi albo udowodnienia, że to ona radzi sobie lepiej.
Tym razem jednak ciekawość okazała się silniejsza.
— Zew?
— Co?
Łza uniosła głowę, a na jej pysku pojawił się szeroki, podekscytowany uśmiech.
— Chcę zobaczyć legowisko medyka — powiedziała to z takim przekonaniem, jakby właśnie ogłosiła coś niezwykle ważnego.
Zew zamrugał.
— Teraz?
— No... może nie dokładnie teraz — przyznała po chwili, choć jej ogon zdradzał, że najchętniej ruszyłaby natychmiast. — Ale chcę tam pójść. Chcę zobaczyć, jak wygląda. Tata mówił, że są tam zioła i że przychodzą tam wszystkie koty, kiedy czegoś potrzebują.
Jej głos z każdą chwilą stawał się coraz bardziej entuzjastyczny.
— Pomyśl tylko. To miejsce musi być niesamowite. Pewnie wszędzie pachnie ziołami i każdy wie, gdzie co leży. I medyk musi znać tyle rzeczy... — urwała na moment, po czym spojrzała na brata z błyskiem w oczach. — Chcesz pójść ze mną?
— No nie wiem… Nie pamiętasz, jak skończyło się to ostatnim razem? Gdy weszłaś do legowiska naszej matki, w Owocowym Lesie? — spytał, posyłając jej niepewne spojrzenie. — Myślę, że te koty mają ważniejsze sprawy, niż zajmowanie się jakimiś kociak-
— NIE jestem jakimś kociakiem!
Czarno-biała kotka wyprostowała się dumnie, unosząc wysoko podbródek, jakby właśnie została niesprawiedliwie oskarżona o coś niewybaczalnego.
— Jestem córką zastępcy, mam ładne futro i w przyszłości będę najwspanialszą kotką w Klanie Burzy!
Futro na jego karku lekko się najeżyło, gdy skrzekliwy ton głosu siostry uderzył w niego pełną falą.
— Wiem, Łzo — powiedział spokojniej, najwyraźniej próbując nie zabrzmieć na zirytowanego. — Nie mówię, że jesteś zwykłym kociakiem.
Łza zmrużyła lekko oczy, przyglądając mu się z miną pełną niezadowolenia, ponieważ jego słowa, choć miały zapewne zabrzmieć uspokajająco, w jej uszach zabrzmiały raczej tak, jakby Zew próbował ją poprawiać. Nie lubiła tego uczucia, kiedy jej brat przyjmował ten swój spokojny, rozsądny ton, jakby właśnie on najlepiej wiedział, jak wygląda świat i jak należy się w nim zachowywać.
— Po prostu... czasami zachowujesz się tak, jakbyś zapominała, że inni też mają swoje obowiązki — dodał.
Łza przez chwilę milczała, jakby próbowała zrozumieć, dlaczego jej brat w ogóle uznał tę uwagę za konieczną, po czym uniosła wyżej głowę, a na jej pysku pojawił się wyraz szczerego przekonania.
— A czemu mieliby się przejmować swoimi obowiązkami, gdy stoi przed nimi najwspanialszy kot, jaki dotknął ziemi? — miauknęła, zupełnie nie widząc w swoich słowach niczego dziwnego. — Myśl czasem, czubku.
Dla niej było to przecież całkowicie logiczne. Gdyby sama spotkała kota niezwykłego, takiego, którego nie dało się pomylić z nikim innym, również chciałaby zatrzymać się na chwilę i poświęcić mu swoją uwagę. Nie dlatego, że ktoś by ją do tego zmuszał, lecz dlatego, że niektóre koty po prostu zasługiwały na to, by być zauważone.
A Łza była pewna, że właśnie do takich kotów należała.
Zew najwyraźniej nie zamierzał jednak dalej ciągnąć tej rozmowy, ponieważ po krótkim westchnięciu postanowił skupić się na czymś znacznie bardziej przydatnym.
— Jeśli naprawdę chcesz tam pójść, możesz spróbować zapytać Wdzięczną Firletkę.
Uszy Łzy natychmiast uniosły się ku górze, a cała wcześniejsza irytacja niemal od razu ustąpiła miejsca ciekawości, która od chwili rozmowy z ojcem nie dawała jej spokoju.
Wdzięczna Firletka.
Samo imię brzmiało już interesująco, lecz gdy Zew zaczął opisywać medyczkę, Łza zaczęła chłonąć każde jego słowo z taką uwagą, jakby właśnie otrzymywała najważniejsze informacje w swoim życiu.
— To dymna szylkretka o liliowym futrze. Ma zielone oczy i pędzelki na uszach, a zwykle pachnie ziołami. Możesz do niej zagadać. Ale mnie w to nie mieszaj.
Łza przez moment jedynie patrzyła na brata, a potem jej pyszczek rozjaśnił szeroki, pełen zachwytu uśmiech.
— Dzięki! Ah, mówiłam ci, że jesteś moim ulubionym bratem?
Po chwili jednak przechyliła głowę, przypominając sobie coś, co nadal nie dawało jej spokoju.
— Właściwie, to skąd ty w ogóle o tym wiesz...?
Przez krótką chwilę zastanawiała się, czy może Zew również interesował się medykami albo czy może sam wcześniej próbował dowiedzieć się czegoś więcej o tej roli. Szybko jednak okazało się, że odpowiedź była znacznie prostsza.
— Widziałem ją, jak szła z ziołami, jeszcze przed tą rozmową z ojcem.
Skinęła Zewowi krótko głową, nie zamierzając tracić ani chwili więcej, po czym lekkim krokiem opuściła wnętrze żłobka. Chłodny wiatr natychmiast wsunął się pomiędzy pasma jej futra, delikatnie muskając policzki i poruszając dłuższe włosy na karku, podczas gdy gwar obozowiska ponownie otulił ją ze wszystkich stron.
Pewnym krokiem ruszyła w stronę Skruszonego Drzewa, którego kamienne ściany górowały nad obozowiskiem niczym milczący strażnik klanu. Zatrzymała się tuż przy wejściu i usiadła, starannie owijając ogon wokół łap — uznała, że właśnie w ten sposób będzie wyglądała najbardziej dostojnie, gdy medyczka w końcu się pojawi.
Czekała.
Najpierw cierpliwie.
Później z coraz większym zniecierpliwieniem.
Jej spojrzenie raz po raz przesuwało się po kotach krążących pomiędzy legowiskami, a błękitne oczy uważnie wyszukiwały dymnego, liliowo-szylkretowego futra, zielonych oczu i charakterystycznych pędzelków na uszach. Za każdym razem, gdy dostrzegała z oddali sylwetkę przypominającą opis Zewa, serce przyspieszało jej na krótką chwilę, by niemal natychmiast opaść wraz z kolejnym rozczarowaniem.
Minęło już tyle czasu, że zaczęła nerwowo uderzać końcówką ogona o ziemię.
Może Zew jednak się pomylił...
Ta myśl pojawiła się niespodziewanie, a zaraz za nią przyszła kolejna, znacznie mniej przyjemna.
A może zrobił to specjalnie?
Zmarszczyła lekko nos.
Nie byłby to może najbardziej zabawny żart na świecie, ale przecież Zew czasami bywał dziwny. Może uznał, że wysłanie jej pod Skruszone Drzewo, gdzie będzie bez końca czekała na kota, który wcale się nie pojawi, okaże się śmieszne.
Im dłużej o tym myślała, tym bardziej ta możliwość wydawała jej się prawdopodobna.
W końcu z ciężkim westchnieniem podniosła się z miejsca, dochodząc do wniosku, że najwyraźniej zmarnowała wystarczająco dużo czasu. Już miała odwrócić się w stronę żłobka i wrócić do brata, aby wygarnąć mu, co myśli o jego poczuciu humoru, gdy nagle ruch po drugiej stronie obozowiska przykuł jej uwagę.
Dymne, liliowo-szylkretowe futro miękko połyskiwało w świetle dnia. Zielone oczy spokojnie obserwowały otoczenie, a zakończone pędzelkami uszy poruszały się czujnie przy każdym nowym dźwięku. Gdy tylko lekki podmuch wiatru musnął jej sierść, do nozdrzy Łzy dotarła wyraźna, złożona woń ziół — świeżych liści, korzeni i suszonych roślin, których nie potrafiła jeszcze nazwać, lecz które od razu skojarzyły jej się z opowieścią Zawodzącego Echa.
To musiała być ona.
Wdzięczna Firletka.
Serce Łzy zabiło szybciej, a jej uszy wystrzeliły ku górze, gdy dymna kotka zbliżała się do Skruszonego Drzewa spokojnym, równym krokiem. Przez krótką chwilę po prostu ją obserwowała, próbując upewnić się, że żaden szczegół nie umknął jej uwadze.
Liliowe futro... zielone oczy... pędzelki na uszach...
Zew się nie pomylił.
A więc naprawdę stała przed medyczką.
Przez ułamek chwili poczuła dziwny ucisk w brzuchu.
Jeszcze przed momentem wydawało jej się, że wystarczy odnaleźć Wdzięczną Firletkę, podejść do niej i po prostu poprosić o pokazanie legowiska. Teraz jednak, kiedy kotka znajdowała się zaledwie kilka długości ogona od niej, cała ta pewność siebie jakby nieco przygasła.
Przecież to była medyczka.
Kotka, która rozmawiała z samym Klanem Gwiazdy.
Kotka, do której przychodzili wszyscy, gdy potrzebowali pomocy.
Nie mogła przecież sprawiać wrażenia zwykłego, ciekawskiego kociaka.
Szybko wyprostowała łapy, poprawiła ułożenie ogona i uniosła podbródek odrobinę wyżej, starając się wyglądać możliwie jak najbardziej dostojnie. Na jej pyszczku rozkwitł ciepły, starannie wyćwiczony uśmiech, którym zwykle obdarzała koty, na których chciała zrobić dobre wrażenie.
Gdy Wdzięczna Firletka zrównała się z wejściem do Skruszonego Drzewa, Łza zrobiła ostrożny krok naprzód.
— Dzień dobry! — zapiszczała z wyraźnym entuzjazmem, po czym szybko odchrząknęła, próbując nadać swojemu głosowi odrobinę więcej powagi. — To znaczy... dzień dobry.
— Nazywam się Łza — przedstawiła się szybko, zanim cisza zdążyła zrobić się niezręczna. — Jestem córką Zawodzącego Echa. Mój tata opowiadał mi o medykach i... — urwała na moment, czując, jak podekscytowanie zaczyna wygrywać z próbami zachowania powagi. — I pomyślałam, że... jeśli nie jesteś bardzo zajęta... może mogłabym zobaczyć twoje legowisko?
Ostatnie słowa wypowiedziała już nieco ciszej.
Nie dlatego, że zabrakło jej odwagi.
Po prostu nagle dotarło do niej, że medyczka rzeczywiście mogła mieć ważniejsze sprawy do zrobienia niż oprowadzanie ciekawskiej kotki po swoim legowisku.
Mimo to patrzyła na Wdzięczną Firletkę z wyraźną nadzieją, a błękitne oczy błyszczały tak intensywnie, że niemal zdradzały, jak wiele znaczyłaby dla niej twierdząca odpowiedź.
Liliowa szylkretka roześmiała się cicho.
— Przyniosłam akurat kilka świeżych ziół i zamierzałam je posortować. Więc… jeśli chcesz zobaczyć, jak wygląda praca medyka, trafiła ci się idealna okazja, by trochę się o tym dowiedzieć — uśmiechnęła się lekko, choć w jej spojrzeniu nadal pozostawała ta sama spokojna ostrożność, którą Łza zauważyła już wcześniej. — Ale musisz mi obiecać, że pod żadnym pozorem nie będziesz dotykać żadnego z tych ziół. Możesz mi to obiecać, Łzo?
Obiecała.
Wdzięczna Firletka najwyraźniej uznała jej zapewnienie za wystarczające, ponieważ odsunęła się, robiąc miejsce przy wejściu do swojego legowiska. Łza niemal natychmiast podążyła za nią, a gdy tylko przekroczyła próg kamiennej wieży, poczuła, jak zupełnie nowy świat otwiera się przed jej oczami.
Ostry, intensywny zapach ziół natychmiast wypełnił jej nozdrza.
Nie był nieprzyjemny.
Wręcz przeciwnie.
Był czymś zupełnie innym niż wszystkie wonie, które znała do tej pory. Mieszały się w nim słodkie aromaty kwiatów, gorzkie nuty roślin leczniczych oraz świeżość liści, które dopiero niedawno zostały przyniesione z lasu. Każdy zakątek legowiska zdawał się skrywać coś nowego — niewielkie stosiki ułożonych roślin, wiązki suszonych pędów oraz miejsca, których przeznaczenia jeszcze nie potrafiła odgadnąć.
Łza próbowała pochłonąć wzrokiem wszystko naraz.
Jej oczy przeskakiwały z jednego miejsca na drugie, jakby bała się, że jeśli spojrzy gdzieś indziej, ominie ją coś niezwykle ważnego. Chciała zapamiętać każdy szczegół. Każdy zapach. Każdą rzecz, która sprawiała, że legowisko medyka wydawało się tak odmienne od wszystkich innych miejsc w klanie.
Jednak jej uwagę szybko ponownie przyciągnęła sama Firletka.
Medyczka siedziała niedaleko składziku, a jej łapy poruszały się z niezwykłą precyzją. Nie spieszyła się. Każdy ruch wykonywała spokojnie i dokładnie, jakby nawet najdrobniejszy liść zasługiwał na pełną uwagę. Wybierała nieświeże rośliny, odkładając je na niewielki stosik obok siebie, podczas gdy świeże zioła układała z powrotem na odpowiednich miejscach.
Łza podeszła bliżej, po czym usiadła niedaleko kotki.
— Mogłabyś może opowiedzieć mi trochę o ziołach? — zapytała w końcu, nie mogąc dłużej powstrzymać swojej ciekawości.
Firletka uniosła wzrok znad roślin, a po chwili sięgnęła po jedną z nich.
— To tutaj nazywa się rumiankiem — wyjaśniła, wyciągając w jej stronę niewielki kwiat o białych płatkach i żółtym środku. — Na pierwszy rzut oka może przypominać trochę przerośniętą stokrotkę.
Mówiąc to, odwróciła łapę w stronę innego stosiku, z którego ostrożnie wyciągnęła kilka podobnych kwiatów. Najpierw wybrała te zwiędnięte i odłożyła je na bok, a następnie sięgnęła po świeższe okazy, które położyła przed Łzą.
— Widzisz różnicę?
Kotka nachyliła się lekko, przyglądając się roślinom z większą uwagą.
— Stokrotka jest znacznie mniejsza — kontynuowała Firletka, wskazując jedną z nich. — A jej płatki wydają się bardziej ostre. Rumianek natomiast ma bardziej zaokrąglone kwiaty i charakterystyczny zapach.
Łza wciągnęła powietrze, próbując wyczuć tę różnicę, choć dla niej obie rośliny pachniały po prostu... roślinami.
Firletka odłożyła kwiaty na swoje miejsce i ponownie wróciła do sortowania.
— Sortowanie ziół nie polega jednak wyłącznie na wyłapywaniu nieświeżych pędów — powiedziała po chwili. — Trzeba również sprawdzić, czy wszystkie rośliny znajdują się tam, gdzie powinny. Najczęściej grupuje się je według ich działania.
Łza zastrzygła uszami.
— A dlaczego jest to takie… ważne?
Medyczka nawet na chwilę nie przerwała pracy.
— Ponieważ jeśli sytuacja będzie wymagała szybkiego działania, tracenie czasu na szukanie odpowiedniej rośliny może oznaczać utratę czegoś znacznie cenniejszego — odpowiedziała spokojnie. Po chwili uniosła wzrok i uśmiechnęła się lekko. — Poza tym, czy nie sądzisz, że wszystko wygląda znacznie lepiej, kiedy każda rzecz ma swoje miejsce?
Łza skinęła krótko głową.
Tak.
To rzeczywiście miało sens.
— Jak właściwie używa się ziół? — zapytała po chwili, ponownie pochylając się nieco bliżej.
Firletka spojrzała na nią z łagodnym zainteresowaniem.
— To bardzo ważna wiedza — zaczęła. — Medyk musi wiedzieć nie tylko, która roślina może pomóc, ale również w jaki sposób należy ją zastosować. Niektóre zioła można podawać do jedzenia, inne trzeba przykładać bezpośrednio do ran, a jeszcze inne wymagają odpowiedniego przygotowania, zanim w ogóle będą bezpieczne.

***

Od tamtego momentu Łza zaczęła coraz częściej zaglądać do legowiska medyczki. Oczywiście, nigdy nie wchodziła tam bez pozwolenia — nauczyła się, że to miejsce wymagało odrobiny cierpliwości. Zazwyczaj siadała więc obok wejścia do Skruszonej Wieży i czekała, aż Firletka wróci ze świeżymi ziołami albo wyjdzie, by rozejrzeć się po obozowisku.
Początkowo czekanie nie było dla niej łatwe.
Łza nie należała do kotów, które dobrze znosiły bezczynność, jednak szybko zauważyła, że praca medyczki miała swój własny rytm. Firletka zawsze wykonywała określone czynności o podobnych porach, pilnując porządku w swoich zapasach i nigdy nie pozwalając, by coś zostało zrobione niedbale.
Wkrótce młoda kotka sama zaczęła pojawiać się przy Skruszonej Wieży o ustalonej porze.
Liliowa medyczka chętnie opowiadała jej o ziołach, a Łza nie mogła przestać podziwiać tego, jak ogromną wiedzę posiadała. Miała wrażenie, że Firletka zna każdy szczegół dotyczący każdej rośliny — miejsce, w którym można ją znaleźć, sposób przygotowania oraz sytuacje, w których może okazać się przydatna.
Prędko poznała również Wełnistą Mszzycę, która pełniła rolę asystentki medyczki. Początkowo nie była pewna, co właściwie o niej myśleć. Z jednej strony nie podobało jej się, że Firletka nie mogła poświęcać całej swojej uwagi wyłącznie jej, ponieważ obecność albinoski oznaczała, że czasami musiała dzielić się rozmową i zainteresowaniem.
Z drugiej jednak strony… Wełnista Mszyca wydawała się naprawdę miła. Nie próbowała jej odganiać ani traktować jak zwykłego kociaka, który przeszkadza dorosłym w pracy. Wręcz przeciwnie — czasami sama tłumaczyła jej różne rzeczy, dzięki czemu Łza zaczynała dostrzegać w niej nie rywalkę, lecz… No, coś troszkę lepszego.
Dzień mianowania zbliżał się coraz większymi krokami, a Łza jeszcze bardziej zastanawiała się nad swoją przyszłością.
I chyba zrozumiała, jaką ścieżką naprawdę chciałaby podążyć.

Dzień mianowania...

Przygotowania do mianowania okazały się znacznie przyjemniejsze, niż Łza początkowo przypuszczała. Dwie wojowniczki przyszły do żłobka, aby odpowiednio wyszykować ją i Zewa przed ceremonią, a ona niemal od razu uznała, że nie zamierza zmarnować takiej okazji.
W końcu przez krótką chwilę cała ich uwaga należała właśnie do niej.
Kręciła się wokół nich z wysoko uniesioną głową, posyłając im urocze uśmiechy i niewinne spojrzenia, od czasu do czasu obracając się w miejscu tylko po to, by któraś z kotek pochwaliła jej lśniące futro albo poprawiła pojedynczy kosmyk sierści. Śmiała się głośno, zasypywała je pytaniami i komentowała niemal wszystko, co robiły, ciesząc się każdą chwilą, podczas której czyjeś oczy spoczywały właśnie na niej.
— Myślicie, że będę dziś wyglądać najładniej w całym obozie? — zapytała z szerokim uśmiechem, zanim którakolwiek zdążyła odpowiedzieć na poprzednie pytanie. — Bo ja myślę, że tak.
Jedna z wojowniczek zaśmiała się cicho. I to wystarczyło, by Łza natychmiast poczuła przyjemne ciepło rozlewające się po piersi.
Niestety...
Nie mogła mieć tej uwagi wyłącznie dla siebie.
Zew, oczywiście, siedział skulony w kącie, jakby mianowanie miało być najstraszniejszą rzeczą na świecie. Miał przyciśnięte uszy, spuszczony wzrok i wyglądał tak żałośnie, że Łza aż przewróciła oczami.
Co za mięczak!
Jeszcze bardziej zirytowała się jednak wtedy, gdy Zawodzące Echo podszedł właśnie do niego i zaczął mówić coś cichym, uspokajającym głosem. Łza nawet nie próbowała wsłuchiwać się w słowa ojca. Znacznie bardziej obchodził ją sam fakt, że nie były kierowane do niej.
Jej spojrzenie niemal przykleiło się do tej dwójki.
Przecież to ona za chwilę miała zostać uczennicą medyczki. To ona miała rozpocząć wyjątkowe szkolenie. To ona robiła coś naprawdę ważnego. Dlaczego więc tata pocieszał właśnie Zewa?
Czy naprawdę uważał, że brat bardziej potrzebował jego uwagi?
A może...
Może po prostu bardziej go lubił?
Ta myśl przemknęła przez jej głowę równie szybko, jak się pojawiła, lecz pozostawiła po sobie nieprzyjemne ukłucie.
Gdy wojowniczki skończyły pielęgnować przyszłych uczniów, Dryfujący Fluoryt wyprowadziła ich ze żłobka, podczas gdy Zawodzące Echo zwołał cały Klan Burzy na polanę.
Łza niemal promieniała.
Czuła na sobie spojrzenia wojowników, uczniów i starszyzny. Widziała koty odwracające ku niej pyski. Słyszała ciche szepty, które rozchodziły się po zgromadzeniu niczym szmer liści poruszanych wiatrem.
Właśnie na takie chwile czekała.
Właśnie dlatego nie mogła doczekać się życia w klanie.
— Łzo, ukończyłaś już sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczennicą. Od tego dnia, aż do momentu otrzymania imienia medyka, będziesz nazywać się Łzawą Łapą. Twoją mentorką zostanie Wdzięczna Firletka. Jestem pewien, że przekaże ci całą swoją wiedzę.
Na pyszczku kotki natychmiast pojawił się szeroki uśmiech, a serce zabiło jej mocniej, gdy wreszcie dotarło do niej, że to wszystko dzieje się naprawdę. Od tej chwili nie była już zwykłym kociakiem, który całymi dniami biegał po obozowisku, marząc o wielkich czynach. Rozpoczynała własną drogę.
Echo odwrócił się następnie ku Firletce.
— Wdzięczna Firletko, jesteś gotowa do szkolenia własnej uczennicy. Otrzymałaś od swojego mentora, Skowroniego Odłamka, doskonałe szkolenie i pokazałaś swoją dobroć oraz cierpliwość. Powierzam ci Łzawą Łapę i mam nadzieję, że przekażesz jej całą swoją wiedzę.
Łza z dumą dotknęła nosem mentorki, czując, że nie istniało nic, co mogłoby uczynić tę chwilę jeszcze piękniejszą.
Później odbyło się mianowanie jej brata.
Kiedy ceremonia dobiegła końca, niemal natychmiast zaczęła rozglądać się za ojcem — była przekonana, że za moment podejdzie do niej, pogratuluje jej i powie, jak bardzo jest z niej dumny. Być może nawet da jej przytulasa, tak jak wtedy, gdy rozmawiali o tym, jak wygląda życie w klanie.
Zamiast tego Zawodzące Echo skierował jednak swoje kroki ku Zewowi.
A właściwie...
Milknącej Łapie.
Gdy pierwszy raz usłyszała dźwięk nowego imienia Zewu jej uszy drgnęły z rozbawieniem — niemal natychmiast wpadło jej do głowy znacznie lepsze przezwisko.
Milcząca Fajtłapa.
Prawie parsknęła śmiechem, wyobrażając sobie minę brata, gdy w końcu zwróci się do niego w ten sposób przy innych kotach.
Uśmiech nie utrzymał się jednak długo.
Obserwowała, jak ojciec rozmawia z Milknącą Łapą i poświęca mu całą swoją uwagę, podczas gdy ona stała kilka długości ogona dalej, jakby nagle przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Poczuła nieprzyjemny ucisk w piersi.
Dlaczego znów została pominięta?
— Chcesz zobaczyć swoje nowe legowisko? — odezwała się cicho Firletka, która przez cały ten czas siedziała obok niej. — Obiecuję, że ci się spodoba.
Łzawa Łapa nie odpowiedziała od razu — jeszcze przez kilka uderzeń serca wpatrywała się w sylwetkę ojca, mając cichą nadzieję, że może jednak odwróci głowę, zauważy ją i przypomni sobie, że ma jeszcze córkę.
Nic takiego się jednak nie wydarzyło.
— Pewnie tak... — mruknęła obojętnie, po czym odwróciła wzrok w stronę Firletki. — Nie sądzisz, że to niesprawiedliwe? Myślałam, że podejdzie najpierw do mnie i mi pogratuluje. A on... — urwała, przyciskając uszy do głowy. — Zachowuje się tak, jakby Zew był ważniejszy.
Ostatnie słowa zabrzmiały znacznie ostrzej, niż zamierzała, a choć próbowała zachować obojętną minę, w jej głosie wyraźnie pobrzmiewało rozczarowanie, którego nie potrafiła już ukryć.
— I… To nie pierwszy raz. Dlaczego nagle jestem pomijana? Przecież odkąd trafiłam do Klanu Burzy cały czas się uśmiechałam, byłam otwarta na inne koty, dbałam o to, by wyglądać ładnie. A Zew ciągle chodził smutny! Dlaczego to on dostaje więc dobre słowa?! Przecież nie zrobił nic specjalnego!

<Firletko? Twoja uczennica ma dość swojego brata!>

[7206 słów]

Od Dzikiego Berberysu CD. Krokusowej Kruchości

Noc po osądzeniu rebeliantów

Chłód i zimny wiatr mierzwiły jego futro na karku, a ciemne sklepienie nocy oraz cienie wtapiały futra jego żandarmów. Jednak nie zwracał na nich uwagi, gdyż całe ważne przedstawienie odbywało się w jego umyśle. Niczym szaleniec wpatrywał się w jeden nieznany nikomu punkt w dole, a przed jego oczyma nadal widział koty, które rozkazały mu opuścić Klan Burzy.
Tak samo obrzydzenie, co do swojego brata narastało z każdym kolejnym uderzeniem serca. Nie pojmował, jak to odważny i zadumany w swojej wielkości Gradobijący Cierń nagle spotulniał pod widmem egzekucji ze strony pobratymców. Uważał, że rebelianci sami się wkopali. Gdyby nie starali się wszystkiego uzasadnić, tylko powiedzieć jedną wersję zdarzeń i resztę zbyć milczeniem… Wtedy mieliby jeszcze szansę się wybronić.
Zacisnął mocniej pazury na zimnej glebie. Miał położony łeb na przednich łapach oraz był zwinięty w kłębek. Był gotów pójść spać, jednak do Złocistej Wydmy oraz Śnieżycowej Chmury podeszła inna Burzaczka, na którą na początku nie zwrócił większej uwagi.
— Złocista Wydmo? Śnieżycowa Chmuro? Czy mogę porozmawiać z Dzikim Berberysem? — spytał bardzo dobrze znany mu cichy głosik. Była to Krokusowa Kruchość! — Chciałabym się z nim pożegnać.
Podniósł wysoko głowę i w mig zajął pozycję siedzącą. Obie wojowniczki niepewnie spojrzały się po sobie, jednak po chwili skinęły głowami.
— Tylko nie na długo. Inaczej zawołamy po Słodką Dziewannę, żeby cię zabrała do Łapkowa — ostrzegła kotkę Złocista Wydma, po czym ją przepuściła do dołu.
Krokusowa Kruchość z gracją zeszła do Dzikiego Berberysu i nieśmiało zetknęła się z nim nosem.
— Krokusowa Kruchości? — zapytał, nie wiedząc, co robi tutaj kotka.
Kotka przez dłuższą chwilę milczała i wpatrywała się z wielkim bólem w jego oczy. Nawet przez chwilę zdołał poczuć, jak sierść na karku zaczyna mu się jeżyć. Czyżby wpatrywała się w jego duszę? Szylkretka pociągnęła nosem, a do jej oczu zaczęły napływać łzy. Nie starała się ich ukryć lub wytrzeć o własną łapę.
— D-dlaczego… Dlaczego to zrobiłeś? — zdołała z siebie wykrztusić.
Jego wzrok, który na początku był miękki i łagodny, teraz wyostrzył się oraz ostudził. Czy Krokusowa Kruchość również nie zrozumiała, dlaczego to wszystko zrobili? Nie rozumiała, że Królicza Gwiazda wraz z Zawodzącym Echem i resztą ich krewnych są zagrożeniem dla Klanu Burzy? Czy ona poszła za narracją Zawodzącego Echa? A może Gradobijący Cierń wszystkiego jej naopowiadał, kiedy go nie było przy niej? Jego brat musiał wszystko zepsuć!
Zacisnął mocniej szczęki ze złości, jednak dotyk szylkretki, szybko go uspokoił. Nie umiał się gniewać, kiedy ta była przy nim. Popatrzył się w jej zielone zapłakane oczy i przyciągnął ją mocno do piersi. Kotka zaczęła płakać w jego uścisku, a on jedynie świdrował wzrokiem strażniczki, które temu wszystkiemu przyglądały się w zakłopotaniu i lekkim obrzydzeniu.
— Przykro mi, że to wszystko musiało się tak potoczyć… — powiedział cicho głosem pełnym żalu. — Jednak mimo tego, że nie będzie mnie w Klanie Burzy, możesz być pewna, że zawsze przy tobie będę, tylko gdzieś dalej.
Polizał ją ostatni raz po pysku, kiedy do straży podeszła Srebrzysta Równonoc, która musiała szukać swojej siostry. Klatka piersiowa kotki szybko się podnosiła i opadała, a źrenice były zwężone do cieniuteczkich szpileczek. Musiała biec. Jednak na widok Krokusowej Kruchości westchnęła z ulgą.
— Krokusowa Kruchości! Chodź! — zawołała ją siostra. — Mama się martwi o ciebie i zawołałam specjalnie do Łapkowa Wdzięczną Firletkę! Czekają na ciebie.
Krokusowa Kruchość jednak nie chciała odejść. Nawet nie obdarzyła swojej siostry spojrzeniem swoich zielonych oczu, tylko nadal łkając, przytulała się do puchatej kryzy Dzikiego Berberysu. Srebrzysta Równonoc widząc to, wraz ze strażniczkami zsunęły się do dołu, stając naprzeciw więźniowi. Nie wyglądały pewnie, jednak stały z wyczekiwaniem, aż ten odda swoją ukochaną.
Dziki Berberys nie był głupi. Było ich troje, a on jeden. Nie zdołałby z nimi walczyć, szybko by przegrał. Dlatego odsunął łapska, oddając ze swojego objęcia Krokusową Kruchość. Srebrzysta Równonoc szybko zabrała z dołu swoją siostrę i bez żadnego pożegnania wróciły do obozu. Jedynie co ostatnie dostał od Krokusowej Kruchości na pożegnanie, było długie pełne bólu spojrzenie jej hipnotyzujących zielonych oczu.
Zostając znów pod opieką wojowniczek, ułożył się z powrotem na zimnej ziemi. Czuł teraz gniew w stronę Zawodzącego Echa oraz reszty, która zagłosowała, aby ten został wygnany.

***

Na drugi dzień

Obudziło go szturchnięcie w bok. Kiedy tylko otworzył swoje oczy, to przed nim ukazał się Cyklonowe Oko wraz z Dryfującym Fluorytem.
— Pora wstawać, Dziki Berberysie — przywitał go ozięble kremowy wojownik.
Nic nie odpowiadając kocurowi, wstał na swoje cztery łapy, które po nocy były wyjątkowo spięte i zastane. Poranny chłód nie był dla niego aż tak odczuwalny, jak dla owej dwójki, która trzęsła się nieznacznie. Nie to żeby on też się nie trząsł. Był wychłodzony po całej nocy i czuł, jak jest osłabiony. Chyba na dobry początek wygnania i braku dostępu do pomocy medycznej, dostanie gorączki lub innego dziadostwa, które mu uprzykrzy życie.
— Ruszaj, idziemy — pogonił go z powrotem Cyklonowe Oko, a Dryfujący Fluoryt podparł go i pomógł wyjść z dołu.
Postawił łapy na oszronionej trawie. Słońce nawet nie zdążyło pokazać się na nieboskłonie, a przy dołach gdzie byli ulokowani Nieustraszony Chomik i Tańcujące Pierze jeszcze stali strażnicy.
— Czyżbym był pierwszym, na którym dzisiaj zostanie wykonany wyrok?
— A jak myślisz? Niech mają okazję jeszcze trochę pospać skoro taka wola Zawodzącego Echa — odezwała się Dryfujący Fluoryt. — Ruszajmy.
Popchnięty został w kierunku granicy Klanu Wilka oraz Klanu Klifu, a on jedynie co mógł zrobić, to posłusznie pójść w wyznaczonym kierunku.

***

TW: Walka

Po długim marszu został zaprowadzony nad granicę, gdzie przed nim rozpościerał się wielki i ciemny las Klanu Wilka. Jego ogon drgnął niepewnie. Wiedział, że darowano mu życie, jednak Cyklonowe Oko wraz z Dryfującym Fluorytem zaprowadzając go w to miejsce, zesłali go na śmierć z łap Wilczaków. Przecież byli otoczeni przez same terytoria innych klanów, jednak jeśli miałby wybierać, to wolał już, żeby go wysłano wprost na Drogę Grzmotu, by ten mógł lepiej się zastanowić, gdzie chce odejść.
— No? Ruszaj się. Nie będziemy dłużej czekać, aż sam opuścisz terytorium Klanu Burzy — pośpieszył go Cyklonowe Oko.
Strzepnął gniewnie ogonem i syknął na dwójkę, która jeszcze uderzenie serca temu była jego pobratymcami. Zareagowali tym samym. Z bólem serca spojrzał ostatni raz za siebie, gdzie daleko za pagórkami był obóz, w którym smutna spała jego ukochana Krokusowa Kruchość. Przymknął oczy, odrzucając wszystko za sobą i jednym susem znalazł się po drugiej stronie pełnej cieni, paproci, igliwia oraz oszronionego podszycia i ściółki.
Jego serce przyspieszyło i z wahaniem stawiał kolejne kroki, zostawiając tym samym z tyłu Cyklonowe Oko i Dryfujący Fluoryt. Gęsty las sosen i innych iglaków zaczęły coraz gęściej go otaczać, a zapach kotów z Klanu Wilka był całkiem silny, podobnie zresztą, jak na granicy.
Czując, że każde drzewo właśnie go obserwuje, zaczął biec, sprawnie omijając wszystkie przeszkody, które miało do zaoferowanie podszycie. Szum krwi w uszach oraz przyspieszony oddech towarzyszył mu, przez dłuższą chwilę, kiedy biegł w nieznanym mu kierunku, na cudzym terytorium.
— Tam! Tam jest! — nagle za nim usłyszał cudze miauknięcie.
Już jakiś patrol zdążył zauważyć jego obecność. Przyspieszył z całych sił. Biegnąc sprintem, słyszał odgłosy pogoni, która odbywała się za nim. Jednak na ich nieszczęście był dość szybki, przynajmniej przez krótki czas. Do momentu, kiedy nie utraci sił, był bezpieczny od patrolu Wilczaków.
— Goń go, Aksamitny Nosie! Goń!
Odgłosy były coraz dalej. Miał szansę przeżyć! Może kiedy indziej zastanowi się nad prośbą o dołączenie do jakiegoś z klanów, jednak na tę chwilę chciał tylko i wyłącznie przeżyć. Śmierć z pazurów Wilczaków nie wchodziła dzisiaj w grę.
Przed sobą zauważył powalony konar drzewa. Nie był pewien, czy miał na tyle siły, żeby go sprawnie przeskoczyć, jednak dla pewności swojego rozpędu, przyspieszył lekko, aby dobrze się wybić w powietrze. Na jego nieszczęście w momencie, kiedy miał skoczyć, o jego łapę zaplątała się jeden z długich liści paproci. Zamiast znaleźć się po drugiej stronie grubego leżącego drzewa, przekoziołkował i uderzył głową w spróchniałe drewno.
— Gwiazdnicowy Blasku! Wąsatkowy Ruczaju! Upadł! Jest! Szybciej, prędko!
Złapał się łapą za głowę i odwrócił w stronę, z której dochodziły odgłosy pogoni. Teraz nie miał szans uciec, tym bardziej że przed nim wyskoczyła pierwsza członkini wilczego patrolu. Drobna, o kruchej budowie czekoladowa srebrna szylkretka z bielą. Stanął na cztery łapy i wysunął pazury, wiedząc, że zamierza bronić się z całych swoich sił. Do ostatniej kropli krwi. Nie zamierzał ginąć. Nie tutaj. Nie teraz!
— Burzaku! Przekroczyłeś granicę z Klanem Wilka! Co robisz tak w głębi naszego terytorium? — miauknęła ostrzegawczo Aksamitny Nos, jeśli dobrze kojarzył kotkę ze zgromadzeń.
— Powiedz mi coś, czego nie wiem! — warknął.
Nim się obejrzał podbiegły do niego jeszcze dwie kotki. Jedna liliowa szylkretka z krótkim ogonem oraz druga czarna bicolor z jednym dziwnym okiem. Cała trójka była nastroszona i raczej słabymi przeciwniczkami. Ze względu na ich aparycje był w stanie powiedzieć, że mógłby dać sobie z nimi radę.
— Dobra! Która idzie pierwsza na lanie? Nie dam się tak łatwo! Powyrywam wam wąsy! — prychnął, jeżąc się. Był gotów do walki.
Owe przeciwniczki raczej nie było łatwo sprowokować, jednak agresja rodzi agresję.
— Schowaj pazury i poddaj się! Klan Burzy będzie miał poważne problemy — ostrzegła go liliowa szylkretka z krótkim ogonem, jednocześnie powoli podchodząc do niego.
— Nie podchodź, bo posmakujesz moich pazurów! — syknął ostrzegawczo i wzrokiem skupił się na wojowniczce.
Kotka jednak nie reagowała na jego groźby. Nie trzymała się z daleka. Reszta go nie okrążała, tylko syczały na niego groźnie.
— Odejdź! — powtórzył.
Wojowniczka jednak postawiła kolejny duży krok w jego stronę. Dzieliło ich od siebie jedna długość ogona. Była już za blisko. Nie zamierzał testować swojej cierpliwości dalej. Oby tylko jego umiejętności w walce pozwoliły mu wybrnąć z tej sytuacji.
Rzucił się na kotkę z jazgotem i przygwoździł ją do ziemi swoim ciężarem. Nie musiał długo czekać, aż walka z dwoma innymi wojowniczkami się zacznie, gdyż te wiernie ruszyły swojej pobratymczymi na pomoc.
— Gwiazdnicowy Blasku! — zawyły obie.
Starając się obronić, intensywnie drapał, robił uniki i gryzł kotki. Każdą, która zbliżyła się na tyle, żeby jego atak był skuteczny. W powietrzu unosiła się strzępki sierści. A sam czuł na ciele już liczne zadrapania i ugryzienia, których nie mógł uniknąć, skoro walczy aż z trzema kotami. Rany go piekły, a wszyscy wpadli w wir walki.
Przybijając znów do ziemi liliową szylkretkę, poczuł jej pazury na swoim brzuchu, wbijające się kły Aksamitnego Nosa na karku, która starała się go odciągnąć z liliowej szylkretki, a czarna bicolor starała się go ugryźć od boku. Zamachnął się swoim cielskiem i łokciem uderzył kotkę z dziwnym okiem, która upadła niedaleko i złapała się łapką za krwawiący nos.
— Wąsatkowy Ruczaju! — krzyknęła Aksamitny Nos.
Wykorzystując to, że lekka wojowniczka puściła go swoimi kłami, przejechał pazurami po jej boku, jednocześnie zrzucając z barków prosto przed siebie. Nie mając przez chwilę na sobie reszty przeciwniczek, skupił się dobitnie na Gwiazdnicowym Blasku, która wtapiała swoje pazury w jego miękki brzuch. Bolało go to strasznie, dlatego się chwilowo skulił. Liliowa szylkretka wydostała się spod niego, jednak nie na długo, ten pociągnął ją za tylne łapy. Wylądowała na ziemi. Przyciągnął ją bliżej siebie i łapskami przycisnął jej szyję, przyduszając ją. Gwiezdnicowy Blask pluła i wierzgała się desperacko, starając się go z siebie zrzucić.
— I to są te wojowniczki Klanu Wilka?! Jesteście słabe! Jednak kotki nie powinny zostawać u was wojowniczkami, skoro nie umiecie sobie ze mną poradzić! — wrzasnął, w szale plując krwią.
Nie musiał długo czekać na odpowiedź.
— W takim razie zawalcz z kimś podobnych rozmiarów! — warknął rudy kocur, który niczym duch lasu wyskoczył z gęstego podszycia.
Rudy skoczył na niego z pazurami, od razu chwytając go kłami za gardło. Puszczając Gwiazdnicowy Blask, przekoziołkowali się po ziemi, jednocześnie okładając się łapami, drapiąc i gryząc. Dziki Berberys mimo adrenaliny czuł już zmęczenie. Przecież taki kawałek przeszedł, przebiegł i miał już długą część walki za sobą. Nie był w stanie długo walczyć z dorównującym mu umiejętnościami i siłą kotu!
— Dawaj Tygrysia Nocy! Walcz z tym królikojadem! — dopingowała Aksamitny Nos.
— Tylko nie zabijaj go! — dodała Gwiazdnicowy Blask.
Po siłowaniu się dostał mocny cios łapą w jedno oko, które od razu spuchło. Został powalony na ściółkę i przyciśnięty łapami Tygrysiej Nocy. Czuł, jak nie jest w stanie się obrócić i kontynuować walkę. Kocur obezwładnił go, trzymając wielkie łapsko na jego skroni.
— Już koniec tego dobrego, głupi Burzaku! — splunął Tygrysia Noc. — Teraz leziesz przed osobistość Zalotnej Gwiazdy i zobaczymy, czy przeżyjesz za zaatakowanie patrolu i wtargnięcie na terytorium Klanu Wilka!
Dziki Berberys jedynie zacharczał zmęczony, czując, jak jego mięśnie są sflaczałe z wysiłku. Był osłabiony, a ugryzienia i zadrapania straszliwie go piekły. Zresztą teraz, jak rudy wojownik go puści, to nie byłby w stanie uciec. Bolały go nogi. Nie zdołałby daleko pobiec. Pewnie reszta patrolu zdołała szybko odzyskać siły, więc znów by go przechwycono. No i nie znał terytorium…
— Dobrze… — mruknął już potulnie, przymykając powieki z bólu i zmęczenia.
Nic innego już mu nie zostało, niż posłusznie zostać zaprowadzonym przed oblicze Zalotnej Gwiazdy. Miał nadzieję, że zdoła przeżyć i po tłumaczeniach liderka Klanu Wilka nie skaże go na powrót do Klanu Burzy, bądź śmierć z łap jednego z Wilczaków.

<Krokusowa Kruchości? Zobaczymy się na granicy po pewnym czasie>

Od Gradobiącego Ciernia

Dzień zabicia Króliczej Gwiazdy.

Zauważył, jak z wieży wychodzi Królicza Gwiazda. Ogon Ciernia nerwowo podrygiwał, patrząc z nienawiścią na kocura. Czy to pogoda, czy jakoś jego własny humor go do tego skłonił, wstał, przechadzając się do kocura. Zatrzymał sie tuż przed nim, na co starszy spojrzał na niego zdezorientowany. — Okropna dziś pogoda, nieprawdaż? Jeśli mam być szczery, jest coraz mniej zwierzyny, a Klan Burzy jest… Coraz słabszy. Ciekawi mnie dlaczego, co? Przecież tak świetnie przewodzisz klanem, patroli jest tak wiele, że wręcz na siebie wpadają. — spojrzał na niego z fałszywym uśmieszkiem. Lider zamrugał, zmęczonym wzrokiem spoglądając na Ciernia.
— ...Gradobijący Cierniu, o co ci chodzi?
— Chodzi mi o to, że uważam, że… Mówiąc delikatnie, robisz się stary, Królicza Gwiazdo. Nie wyciągasz konsekwencji kotom, które popełniają błędy, a potem… Cóż, dzieje się, co się dzieje. Myślę że wiele kotów się ze mną zgodzi, że czasy świetności Klanu Burzy są już tylko wspomnieniem. Królicza Gwiazdo, moim zdaniem powinieneś odstąpić funkcji lidera Klanu Burzy.
Dymny wpatrywał się w wojownika. Po chwili omiótł wzrokiem pozostałe koty w obozie, przestępując z łapy na łapę z dyskomfortem.
— Czy to źle chcieć dożyć sędziwego wieku? — odparł po chwili, marszcząc brwi. — Nadal pełniąc funkcję, którą otrzymałem od mojego poprzednika? Gradobijący Cierniu, ja rozumiem, że nie każdemu można dogodzić... Ale nie musisz wytykać mi w pysk moich błędów.
— Nie, nie jest to złe. Jednak czy nie uważasz, że krzywdzisz tym resztę Klanu Burzy? Mamy cierpieć, abyś ty poczuł się lepiej? Królicza Gwiazdo, nie twierdzę, że… Zawsze byłeś złym liderem. Jednak musisz wiedzieć, że w pewnym momencie zaciera się granica, a ty stoisz już za nią. — Nie odpowiedział, zapewne szukając właściwych słów. Jego pysk zmarszczył się, a spojrzenie uciekło w bok. Widząc, że lider nie ma nic do powiedzenia, prychnął. Wiele słów które wypowiedział nawet nie były bliskie tego jak bardzo nienawidził lidera. Zawodzące Echo wysunął pysk z Kamiennej Wieży.
— Ojcze? Gradobijący Cierniu? — miauknął, powoli wychodząc. — O co chodzi?
— My? Tak tylko rozmawiamy o Klanie Burzy, bo… Nie uważasz, Zawodzące Echo, że jest w nim coraz gorzej? — Kocur rzucił kątem oka spojrzenie na ojca. Podszedł bliżej i stanął naprzeciwko Ciernia.
— ...Klan widział na pewno lepsze dni — przyznał po paru uderzeniach serca — ale jesteśmy silni. Ja i Królicza Gwiazda robimy wszystko co możemy, aby Klan Burzy rozwinął się na lepsze.
— Czy aby napewno wszystko? Gdyby tak było, mój ojciec zostałby wydalony z klanu jeszcze przed zabiciem mojej matki. Pomyślałeś o tym? Zawodzące Echo, musisz to widzieć. Chyba, że trzyma cię sam sentyment do ojca. On ma już swoje księżyce, dla niego samego i jego zdrowia byłoby lepsze odpuszczenie.
— Wybacz, że nie posiadam umiejętności czytania kotom w myślach i przewidywania tego, kiedy zdradzą klan — mruknął, ton jego głosu przybierający kwaśną nutę.
— Za to ja przewiduję, że Królicza Gwiazda zrujnuje nasz klan, a nawet że już to robi.
— Gradobijący Cierniu — ostrzegawczo podniósł głos. Kątem oka rzucił spojrzenie na ojca, któremu najwyraźniej łapy wrosły w ziemię, a usta skleiły żywicą — Krytyka jest niepotrzebna. Jeśli nie masz niczego wartościowego do powiedzenia, to zachowaj to dla siebie.
Spojrzał przez chwilę na kocura. Po chwili w końcu prychnął.
— Cóż, Zawodzące Echo, być może po prostu ty i Królicza Gwiazda powinniście-
Nagle ni stąd, ni z owąd do obozu wpadł czekoladowy burmski wojownik. Za nim zagrzmiało. Zdyszany Bąbelkowy Plusk wbiegł w centrum obozu, krzycząc:
— OGIEŃ! PALI SIĘ! — miauczał z chrypką. Zakasłał. Bąbelkowy Plusk spojrzał na Króliczą Gwiazdę. — ZARAZ OGIEŃ DOSIĘGNIE OBOZU! — dodał ze zdartym gardłem. Widać było jak młody wojownik się trząsł. Cierń spojrzał na spanikowanego Bąbla. Ogień? Pomyślał w tej samej sekundzie o Pierzu, który nie był teraz w obozie… Kocur znalazł się przy swoim bracie, który patrzył na niego lekko wymownie. Co mógł poradzić, złość wzięła nad nim górę i to z dobrych przyczyn! Razem z bratem udali się prawie na koniec. Coraz bardziej oddalali się od pierwszej grupy. Podmuchy wiatru niosły ze sobą okropny gorąc i zapach dymu... W ułamku sekundy z jednej strony drogę zagrodził im ogień. Z gardła Sójczego Błękitu wyrwał się mało elegancki wrzask. Odwróciła się w drugą stronę, jednak jasne, rosnące płomienie skutecznie uwięziły ich w jednym miejscu.
— Nie, nie — mruczała pod nosem, puszczając Króliczą Gwiazdę i odbiegając kawałek dalej. — Nie! Zaczęła panikować. Odwróciła się do reszty, z szeroko otwartymi oczyma, po czym po raz kolejny wydała z siebie zaskoczony krzyk, gdy za grupą dojrzała innych wojowników. Takich, których nie było wtedy w obozie, i za którymi ciągnęły się same nieszczęścia. Nie wiedziała, co ich czeka. Cierń stał na wzgórzu obok Pierza, patrząc na koty zebrane w kole ognia, z którego praktycznie nie było wyjścia. Widział uśmieszek Pierza, jednak odwrócił wzrok. Nie chciał myśleć o tym, co zaraz się stanie. Nagle koty na końcu orszaku podskoczyły, słysząc z tyłu głośny, głęboki śmiech. Na tle ognia Sójczy Błękit mogła zauważyć dwie kocie sylwetki. Jedna chuda, o ostrych rysach, natomiast druga masywniejsza. Pierwszy z nich ruszył pewnym krokiem w stronę wojowniczki.
— Co za ciepłe spotkanie, nieprawdaż? — zaczął głos spokojny, zbyt nienaturalny i zbyt nieodpowiedni w obecnej sytuacji. Kot nagle się zatrzymał, zachowując pewien dystans między nimi. Nastąpiła nieprzyjemna cisza, którą zakłócało trzaski dochodzące z ognia. Kocica obok napięła mięśnie, gotowa do ataku.
Sójczy Błękit wytrzeszczyła oczy, widząc oświetloną przez ogień połowę pyska rozmówcy. Wielkie, szmaragdowe oko, w którym odbijały się tańczące płomyki. Nienaturalnie szeroki uśmiech zagościł na pysku rudego burmskiego. Patrzył na wojowniczkę z góry, specjalnie zadzierając brodę ku górze. Zmrużył lisie ślepia i skinął niespodziewanie głową do Nieustraszonego Chomika, która niczym dzikie zwierzę kilkoma susami znalazła się bliżej starszych.
— Jesteście otoczeni — miauknął z uśmiechem.
Kocica rozejrzała się po ognistym kręgu, widząc następujące koty; Bąbelkowy Plusk, Rudzikowe Skrzydełko, Dziki Berberys, Zwiewny Mak, Gradobijący Cierń... aż w końcu jej wzrok spoczął na umięśnionym synie Kminkowego Szumu, który podszedł do niej na niebezpieczną odległość. Tańcujące Pierze.
— Widać, że wasz przywódca już was nie uratuje, co? — szepnął, pokazując na skulonego Króliczą Gwiazdę. - Och... jak mi was szkoda. Biedne króliczki... — słodził, wyraźnie z nich szydząc. Pokręcił głową i się odsunął, krążąc wokół Burzaków. Uśmiech nagle zniknął. Teraz patrzył na nich z czystą pogardą.
—... Ale nie ma teraz czasu na współczucie. Same zapędziłyście się w kąt, głuptaski.
Wtedy spojrzał na Ciernia. I wszystko stało się tak jasne jak ogień. Ogień, który zaczął pochłaniać coraz to więcej terenów należących do Klanu Burzy. Cierń patrzył na lidera z furią w oczach. Zaczął okrążać go, jego futro było nastroszone, pazury wysunięte… a u lidera było widać strach. Lider cofnął się, obnażając zęby. W jego oczach widać jednak przerażenie, a ruchy są nieskoordynowane i gwałtowne.
— Co wy sobie wyobrażacie?!
— My? Odbieramy to, co należało do Klanu Burzy. Wolność, lepsze dni, tego chce Klan Burzy! Nie zapchlonych starców takich jak ty. To koniec Królicza Gwiazdo. — warknął Cierń. Na co lider odpowiedział tym samym. Uśmiechnął się triumfalnie, zerkając na resztę starszych.
— Zawodzącego Echa tu nie ma, już cię nie obroni, nieprawdaż? Zasługujesz na to, aby umrzeć, Królicza Gwiazdo. Tak jak musiała umrzeć moja matka! Zapłacisz mi za to, że nie powstrzymałeś go. Że przez ciebie mieliśmy zdrajcę w klanie! — zaśmiał się, wręcz nienaturalnie. — Nawet przed sobą masz zgraję zdrajców, którzy zakończą twoje panowanie!
Z otworzonymi w przerażeniu oczami Królicza Gwiazda dalej się cofał.
— Przynosicie temu klanowi większą ruinę, niż ja moimi rządami! — zawarczał. Zaśmiał się na słowa lidera.
— Nie rozśmieszaj mnie. Może popatrzysz sobie na to, jakie przyniesiemy rządy temu klanowi z Klanu Gwiazdy, co staruszku? — powiedział kocur, kucając, po czym zanim Królicza Gwiazda zdążył zareagować, wyskoczył na niego, wgryzając się w jego gardło. Lider krzyknął z przerażeniem, wstał, po czym zaczął się wierzgać, przez co srebrny skończył na jego plecach. Wbił pazury w jego futro, teraz gryząc jego kark. Starał się odepchnąć Ciernia, jednak stare kości już nie do końca współpracowały. Wierzgał się pod nim, charcząc i plując krwią. Gradobijący Cierń został w końcu zrzucony, jednak od razu podniósł się na łapy. W jego oczach było szaleństwo, a iskry płomieni odbijające się w nich tylko je podkreślały.
— Walcz, walcz Królicza Gwiazdo! Zatańcz tak, jak ja ci każę, pokaż jaki to z ciebie wspaniały przywódca, ocal ich! — znów wypuścił z siebie szaleńczy śmiech, teraz z syknięciem skacząc znowu na lidera. Wylądował na nim, teraz próbując zębami dosięgnąć jego brzucha. Lider zacisnął zęby i kopnął Ciernia w brzuch.
Odepchnięty leżał teraz niedaleko płomieni. Zmęczony, z zamglonym wzrokiem Królicza Gwiazda wykrwawiał się. Chciał podejść do Ciernia, jednak… Upadł. Cierń zafascynowany patrzył, jak lider powoli przestaje oddychać. Stał tak, zamarł wręcz, dopóki starszy nie wstał nagle, dysząc ciężko, plując krwią. Królicza Gwiazda podbiegł do niego, a Cierń dopiero teraz otrząsnął się z widoku. Skończył pod liderem, który usiłował teraz zadać mu cios, ale Cierń był szybszy. Zrobił mocne zadrapanie na jego brzuchu, przez które czarny zawył. Kocur odsunął się od Ciernia, który przez dym teraz też ciężko dyszał. Wyskoczył na dymnego, przekoziołkowali się chwilę, aż Cierń używając całej swojej siły odepchnął lidera w stronę płomieni. Jego futro zapaliło się, na co ten wrzasnął z bólu. Połowa jego pyska jak i grzbiet były w ogniu. Zaczął tarzać się w trawie, aby ugasić w końcu pożar z futra. Królicza Gwiazda ledwo stał, jednak wolą przodków znów ruszył w stronę srebrnego, bardzo powoli, jednak tuż przed nim osunął się na ziemię. Gradobijący Cierń dyszał, zmęczony, jednak zdobył się na triumfalny uśmiech. Podszedł do lidera, podnosząc jego pysk.
— Żegnaj, Królicza Gwiazdo. Po czym jak Pierze księżyce temu z całej siły uderzył nim o ziemię. I jeszcze raz. I kolejny. Z nosa i pyska lidera wydobywały się strużki krwi, a oczy były zamglone, jednak Cierń czuł potrzebę wyładowania frustracji. Lider tracił jedno życie po drugim, gdy tylko się budził, znów umierał. Aż stracił swoje jedno, ostatnie życie. Wziął ostatni dech, po czym… Umarł. Panowanie Króliczej Gwiazdy zakończyło się, a Cierń stał nad nim, pokryty krwią, z szałem w oczach, po chwili zdając sobie sprawę z tego, co zrobił. Zabił. Był nie lepszy niż jego ojciec. Zabił Króliczą Gwiazdę… Sójczy Błękit z wrzaskiem ponownie rzuciła się na Ciernia. Nie spodziewał się ataku, przez co zmęczony jeszcze wcześniejszą walką skończył pod kotką tuż po tym, jak przeturlali się kawałek. Wbiła zęby w kark kocura.
— Zapłacisz za to pchli zadzie! — Zaczął się wierzgać, zrzucając w końcu kotkę z pleców. Patrzył na nią teraz zły.
— Przykro mi, Sójczy Błękicie. Ktoś musiał to zrobić. Dobrze znasz prawdę, ten mysi móżdżek nie nadawałby się nawet na sprzątanie legowisk! — wyskoczył na kotkę, wgryzając się mocno w jej szyje, gdy ta wylądowała pod nim. — Przepraszam, Sójko… — wywarczał, podczas gdy jej futro zakrywało jego pysk. Szarpała się jeszcze przez chwilę, zanim ostatni oddech uciekł z jej piersi. Kocur odwrócił wzrok od nieżywej już kotki. Co on najlepszego wyrabia. Zaczął znów słyszeć głosy w swojej głowie. „Morderca.” „Jesteś jak twój ojciec.” — Nie, nie! Ja nie jestem taki jak on… — Skulił się obok ciała sójki, jego futro było nastroszone, trząsł się i ze złości i z emocji, jakie nim targały. — Nie jestem mordercą, ja… Uratowałem Klan Burzy… — Kocur wstał, otrząsając swoje futro. Zignorował głosy, które nadal krzyczały do niego z każdej strony, aby odbiec od miejsca zabicia obu kotów i pomóc reszcie. Niedaleko siebie miał Pierza, który próbował zaatakować Wełnistą Mszycę, jednak powstrzymał go Bąbelkowy Plusk. Poczuł potrzebę pozbycia się krwi z siebie, toteż wszedł do wody i obmył się z niej. Miał jej po prostu na sobie tak sporo, że zlizywanie bądź stopniowe zmywanie jej byłoby bezskuteczne. Normalnie woda by mu przeszkadzała, jednak teraz lodowate uczucie jakoś przywracało go do świadomości. Myślał o kotach, które teraz zabił. Spojrzał w niebo, na którym odbijała się łuna od ognia. Co on najlepszego zrobił…

Od Gradobijącego Ciernia

Przed spaleniem się lasu, jeszcze podczas knucia intryg przeciwko Króliczej Gwieździe.

Tańcujące Pierze szedł pewnym krokiem, czasem zerkając przez ramię na ledwo żywego Ciernia. Biedaczek, pomyślał. Szedł jak pijany, jeśli nie gorzej. Zatrzymał się nagle, obracając w stronę kocura.
— Nie wytrzymujesz, co, Gradobijący Cierniu~? — wymruczał ze swoim ciepłym, aczkolwiek prowokującym uśmieszkiem.
— Nie. Wszystko w porządku. Gdzie zmierzamy? — zapytał spokojnym tonem srebrny, strzepując lekko ogonem.
Pierze ukrył swoje zaskoczenie determinacją Ciernia. Być może się mylił, co do jego wytrzymałości? Hm... musiał zataić swój podziw, aby go nie zauroczył przypadkiem. Zachowaj maskę ciepłego, złotego uśmiechu rycerza.
-Do pewnego miejsca. Musisz przyspieszyć tempo, bo zawadzasz, Cierniu…
— Już idę, no już… — odburknął, przyspieszając lekko. Po dłuższym spacerze, przy którym nie zamienili ze sobą zbyt wielu słów, znaleźli się w końcu na miejscu.
Tańcujące Pierze poprowadził ich do metalowej, wielkiej puszki porzuconej przez dwunożnych. Pewnie wszedł na pokład, cierpliwie czekając na Ciernia. Następnie zniknął w ciemnościach samolotu, niespodziewanie zostawiając na chwilę Ciernia samego z własnymi myślami. Długa chwila minęła, zanim świeży wojownik mógł usłyszeć szuranie czegoś z głębszej części puszki. Cóż to mogło być? Pierze w końcu wynurzył się z potwora, coś ze sobą ciągnąc. W końcu udało mu się wydostać z blaszaka coś, co miało w sobie trochę zapachu dwunożnych. Cierń przyjrzał się jego znalezisku zmieszany, a Pierze wyglądał tak, jakby już wcześniej je tam znalazł, przez swój pewny krok i minę. W końcu z niecierpliwością, ale i ciekawością, zdecydował się w końcu zapytać o jego skarb.
— Co tam masz? Jakieś pułapki na lisy? — prychnął srebrny.
Pierze popchnął wielkie, papierowe pudło dwunożne w kierunku Ciernia. W nim znajdowały się... rękodzieła Dwunożnych? Kwiatki?
— Znalazłem to dziewięć księżyców temu wraz z Lodówkową Łapą — wyjaśnił powoli, jakby tłumaczył zasady kociakowi. — W tym... niby legowisku? Nieważne, w tym czymś znalazłem wraz z nią wianki! Takie, które są wieczne, ale nie pachną! Postanowiliśmy je ukraść i zanieść tutaj, bo nikt inny tu raczej nie zaglądał. Wzięliśmy dla siebie wianki... - spojrzał na niego szmaragdowymi oczętami spod białego, gęstego wachlarza spiczastych rzęs. — ... Ale z tobą mogę się również podzielić.
Odwrócił się do niego plecami, grzebiąc w przedmiotach dwunożnych.
— No, to co byś chciał? Od wyboru, do koloru! Ci dwunożni... są bardzo inteligentni, wiesz? Umieją tworzyć wieczne kwiaty. Nie rozumiem, czemu koty tak bardzo nimi gardzą... — mamrotał, wypinając zadek w stronę Ciernia, próbując czegoś dosięgnąć. — Może moglibyśmy z nimi się zaprzyjaźnić... ciekawe, czy Rybka żyje... - ostatnie słowa powiedział ciszej, najprawdopodobniej do siebie. Jaki on to błąd popełnił, obracając się tyłem do mściwej osoby.
— Zaprzyjaźnić? Chyba źle ci robi wychodzenie na tak długo z obozu. Lub widok krwi… — ostatnie zdanie wyburknął pod nosem. Podszedł jednak po chwili zaciekawiony do pudełka, rozglądając się po wiankach. Faktycznie, gdy zawęszył nie czuł żadnego zapachu. Chwilę szperał, jednak myślał nadal o kocura słowach. — Z resztą, kim jest Rybka? Chyba nie wspominałeś o niej nigdy, ale mogę się mylić. Wybacz, po prostu szkolenie zajęło mi głowę.
— ...Obóz to odpowiednik przyziemnego Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd, Cierniu — odpowiedział wyjątkowo poważnie, próbując ukryć urazę. Spojrzał z niedowierzaniem na jego pysk.
— Ty... ty zapomniałeś o Rybkowej Łapie!? — wypowiedział te słowa z wyraźnym zaskoczeniem. — Ej, nie rób sobie jaj. Przecież tak dużo nie minęło od jej zaginięcia... prawda? — dodał, po czym zajął się dalszym grzebaniem w wiankach.
Kocur widocznie sie speszył, bo odchrząknął odwracając wzrok.
— Przepraszam. Nie wiem, co ostatnio jest nie tak z moją pamięcią. Wszystko jest takie… Dziwne. Sam nie wiem. Rybkowa Łapa, tak, pamiętam ją. — znów zanurkował łapą w wiankach, dalej nie mogąc się zdecydować. Podobało się mu kilka, ale nie był pewny, które pasowałoby mu najlepiej… — Może… Chciałbyś wybrać za mnie? Wiesz, nie znam się na modzie tak, jak ty. Tobie ewidentnie bliżej do modela niż mi.
— Mhm... — wymruczał, uciekając wzrokiem. Musiał skupić się na wiankach.
Rybkowa Łapa to był... dosyć wrażliwy temat dla Pierza. Czasem zastanawiał się nad ich relacją. Czy była to rzeczywiście piękna przyjaźń, czy... wolał teraz o tym nie myśleć. Sama myśl o Oświeconej go narażała na przyspieszony oddech i niepotrzebne nerwy szkodzące jego piękności.
Kątem oka obdarzył go spojrzeniem, po czym wrócił oczami na wianki. Zmrużył oczy. Oczywiście podobały mu się pochlebstwa, ale musiał mieć się na baczności. Wiedział, do czego Cierń mógłby się posunąć, aby tylko się przypodobać. Idealna broń.
— Cóż... — zaczął cicho, grzebiąc łapą w pudle, prawie wpadając do niego. Tylko długie nogi wystawały na razie. —  Granatowe będą ci do twarzy, Cierniu... Hm... — mówił, powoli odcinając się od otaczającego go świata. Skup się na wiankach, skup się na wiankach…
Cierń przechylił głowę na bok, patrząc, jak Pierze ocenia go i dobiera mu idealny wianek.
— Tak myślisz? W sumie, pod kolor oczu… Podoba mi się ten pomysł. Znalazłby się taki? — widział, że Pierze prawie wpada do pudełka. Nie chciał go wkurzać, ale zabawnie byłoby, gdyby teraz go tam tak wepchał…
Widząc nieuwagę kocura, zdecydował się na głupi psikus. Może nie pourywa mu uszu… Zaczął się skradać, a gdy zbliżył się na tyle, aby trafić, skoczył na niego, przez co ten wpadł do środka pudełka z wiankami. Zaskoczony uległ i trafił do pudła, jednakże szybko wyskoczył prosto przed Cierniem. Wyglądał na zaskoczonego, ale po chwili zmarszczył brwi i spojrzał na niego z wyższością, z widoczną odrazą.
-Może jakieś dzień dobry przed klepaniem mojego zadka, co? — zaczął z prowokującym uśmieszkiem. — Jesteś obleśnym staruchem, wiesz o tym? - miauknął pewniej. — Bawisz się w tatusia czy co? — dodał na koniec i zmrużył oczy w szparki.
Tańcujące Pierze w rzeczywistości chciał się z nim podroczyć, ale nie wiedział jak Cierń do końca by zareagował.
Cierń nagle spoważniał, patrząc na niego teraz zimnym wzrokiem. — Co ty właśnie powiedziałeś?
— To, co usłyszałeś.
Wojownik nastroszył futro, w końcu nie wytrzymując. Złość przejęła górę, a Cierń wyskoczył na kocura. Ten nie zdążył zareagować, więc wylądował pod nim. Cierń ugryzł go w ramię, przybijając go do ziemi. Zaskoczenie szybko minęło. Tańcujące Pierze zmarszczył pysk i syknął z bólu. Kopnął go ostrzegawczo tylnymi łapami w brzuch. Cierń odskoczył. Rudy stanął przed nim, ostrzegawczo machając ogonem.
Spojrzał kątem oka na szkarłatne ramię, gdzie Gradobijący Cierń pozostawił ślady kłów. Zrobiło mu się słabo. Pokręcił głową i spojrzał na kocura nienawistnie.
— Co ty odwalasz!? — warknął, płaszcząc uszy.
— Mam dość twojego ciągłego obrażania mnie! Może czas abyś to ty nauczył się gdzie jest twoje miejsce! — po tych słowach podbiegł do kocura, wskakując na jego grzbiet. Złapał się mocno pazurami jego futra i wgryzł mu się w kark, na co ten wrzasnął. Szybko jednak się okręcił, zrzucając go z siebie. Pierze ruszył na niego, wgryzając się w jego tylną nogę. Srebrny chciał mu oddać, jednak przeciwnik zdecydował się złapać go za kark i rzucić nim w bok. Gradobijący cierń z łomotem trafił na pobliskie drzewo, przez co nie mógł aż złapać oddechu. Nie zdążył się pozbierać, a Pierze już pobiegł w jego stronę, przybijając go jeszcze mocniej do drzewa. Gradobijący Cierń pisnął z bólu, czując, jak z głowy cieknie mu stróżka krwi. Przez jego plecy promieniował ból aż do każdej z kończyn, przez co grymas uformował się na jego pyszczku. Otworzył szeroko oczy, wpatrując się w Tańcujące Pierze.
— P- puść mnie! Tylko się nade mną znęcasz, kompletnie ci na mnie nie zależy! — warknął do przeciwnika srebrny, na co ten wpatrywał się na niego teraz zdziwiony.
— Dlaczego miałoby zależeć? Sam to powiedziałeś; jesteś moją bronią. Niczym więcej. Zrozum to, Cierniu. Gdy tylko uda się nam zrealizować nasze cele, nasze drogi się rozchodzą. — Cierń na słowa kocura z całej siły jaką tylko mógł zebrać w sobie odepchnął go, zadrapując mu brzuch. Pierze odskoczył, bijąc ogonem po ziemi.
— Ale mi zależy! Może… może ja nie chcę, aby nasze drogi się rozchodziły! — przez chwilę w jego oczach było widać iskierkę czegoś niespotykanego pewnie nigdy wcześniej przez Pierze. Może nadziei? Albo czegoś innego? Cierń zwiesił ogon. Czuł, jak siły powoli odchodzą od niego. Dyszał ciężko, próbując nadal zadać jakikolwiek cios przeciwnikowi, jednak bezskutecznie. Zamachnął w jego stronę łapą, ale zachwiał się, przez co kontratak Pierza, nawet niekoniecznie silny, powalił go nie ziemię. Cierń upadł, a jego ciało odmówiło już posłuszeństwa. Odkaszlnął, przy czym przez jego ciało przeszedł dreszcz. — Z resztą, nie ważne… Przecież ciebie to nie obchodzi. Faktycznie, tobie na mnie nie zależy. — Chwiejąc się podciągnął się, teraz siedząc przed kocurem. Dyszał, trząsł się, a jego wzrok był wbity w ziemię, pusty. Kocura po prostu nie obchodziło to, co czuje srebrny.
— Nie powiedziałem, że nie zależy. Zapytałem dlaczego według ciebie miałoby. O to nie masz zamiaru walczyć? — zapytał go Pierze, który teraz siedział z ogonem owiniętym wokół łap przed przegranym. Cierń odwrócił wzrok, teraz patrząc na jedno z drzew, jednak nie było mu dane podziwianie jego kilkudziesięcioletniego pnia, gdyż Pierze podszedł do niego, przesuwając swoim ogonem pod jego podbródkiem, aby ten skierował na niego wzrok. — Spójrz na mnie, Cierniu. Skoro aż tak ci zależy, to zapracuj sobie na to, aby mi też zależało.
— To nie ma sensu, bo to nigdy nie będzie szczere z twojej strony. — wyszeptał w odpowiedzi słabo srebrny. Spojrzał na swoje, a potem na kocura rany, nadal nie chcąc łapać jego wzroku. — Nie możemy tak wrócić do obozu. Trzeba będzie się wyczyścić. — Zaczął wylizywać rany, przy czym skrzywił się lekko z bólu. Nie spodziewał się jednak, że nagle poczuje na swoim boku czyjś język, a nie swój własny. Spojrzał w końcu na kocura, który teraz w ciszy wylizywał rany Ciernia, gdyż miał ich o wiele więcej, niż on sam. Zdecydował się nie protestować. Po prostu mu na to pozwolił, jednak nie wiedział, czy jeszcze będzie mu dane kiedykolwiek mieć taki moment z Pierzem.

***

Powrócili do obozu, jednak ciężko było wytłumaczyć ich rany. Zdecydowali się w drodze pójść do Zawodzącego Echa, aby zgłosić, że widzieli lisy na terytorium. Odszukali go, prosząc o rozmowę, na co zastępca się zgodził. Usiadł, patrząc na ich rany i czekając na to, aż któryś się odezwie, a że Pierze siedział cicho, to padło na Ciernia.
— Na terenie Klanu Burzy był lis. Zaatakował nas. — powiedział, patrząc na zastępcę zdyszany. Kocur patrzył po nich zdziwiony, jednak skinął głową.
— Zarządzę dodatkowe patrole. Dziękuję za informację, Gradobijący Cierniu. Wybierzcie się do medyków, muszą was opatrzeć. — obaj skinęli na słowa zastępcy i odeszli.