Serdeczna Naparstnica stał jak wryty, w ciężkim szoku obserwując sylwetkę pointa, która właśnie znikała mu z pola widzenia. Wszystkiego się spodziewał. Wszystkiego, tylko nie tego. Gdy kilka księżyców temu kłócił się ze Wzburzonym Kormoranem na zgromadzeniu, nie sądził, że ten kot będzie jeszcze w stanie się zmienić. Co musiało w niego wstąpić, by nagle naszło go na przeprosiny? Może Źródlana Łuna kazała mu to zrobić? Nie… Po co miałaby? Zresztą, dlaczego teraz wymyślał jakieś wymówki, zamiast po prostu uwierzyć, że Kormoran naprawdę się zmienił? Powinien się cieszyć, że coś takiego miało miejsce.
— Serdeczna Naparstnico — rozległ się głos. — Jak sobie radzisz jako protektor?
Na dźwięk głosu drugiego kota Naparstnica wzdrygnął się nieco, zdecydowanie nie spodziewając się, że ktokolwiek do niego podejdzie. Sądził, że całą podróż, jak i samo zgromadzenie, spędzi gdzieś na uboczu, w ciszy, obserwując wszystko z bezpiecznej odległości. A jednak ktoś postanowił do niego zagadać.
Gdy spojrzał na swojego rozmówcę, wzdrygnął się po raz drugi. Był to nie kto inny, jak Wzburzony Kormoran, z którym łączyła go dosyć dziwna relacja. Protektor sam nie wiedział już, co właściwie o nim myśleć.
— Cóż... raczej dobrze — mruknął krótko. Miał ochotę od razu zapytać Kormorana o jego opinię na temat ostatnich wydarzeń w Klanie Klifu, lecz w porę ugryzł się w język. Nie wiedział przecież, czy point nie trzyma strony Lśniącej Gwiazdy. A jeśli tak było, jedno nieostrożne pytanie mogło sprowadzić na Naparstnicę więcej kłopotów, niż było to warte.
— To dobrze — odparł, po czym zamilkł na moment. — Wybacz, chyba nie powinienem był próbować zagadać — powiedział cicho, zaczynając nieco zwalniać krok, by oddalić się od protektora.
Serdeczna Naparstnica zamrugał kilka razy, po czym również zwolnił kroku. Sam już nie wiedział, czy dlatego, że chciał zrównać się z drugim Klifiakiem, czy po prostu dlatego, że nadążanie za grupą, mając tak krótkie łapy, było wyjątkowo trudne.
— Za każdym razem, gdy próbujesz polepszyć naszą relację — a przynajmniej zakładam, że właśnie to planujesz — oddalasz się, nim rozmowa zdąży się na dobre rozpocząć — zauważył spokojnie. — Czy tylko mi się wydaje, czy jednak trochę dręczą cię słowa, które powiedziałeś do mnie kilka zgromadzeń temu? — zastanowił się, uważnie wpatrując się w pysk Wzburzonego Kormorana, jakby próbował wyczytać z niego każdą intencję kocura.
Point początkowo na te słowa gorzko się zaśmiał.
— Widać, że nadajesz się na protektora — oznajmił z lekkim uśmiechem. — Chyba po prostu nie jestem dobry w naprawianiu swoich błędów z przeszłości. Do dziś przed oczami mam twój pysk, kiedy to wróciłem do obozu z ciałem Mroźnego Wichru... Kiedy to mówiłeś, bym w końcu odpuścił. Nie wiem, czy to faktycznie byłeś ty, ale chyba właśnie wtedy zrozumiałem, jaką wronią strawą byłem wobec ciebie.
Protektor nie pamiętał już dokładnie tamtego zdarzenia, lecz postanowił o tym nie wspominać. W końcu musiało wydarzyć się dosyć dawno, więc po co je teraz roztrząsać? Zamiast tego po prostu skinął głową.
— Nie mogę powiedzieć, że zachowywałeś się wtedy wzorowo, ale gdybym tylko krytykował ciebie, a o swoim zachowaniu nawet nie wspomniał, byłbym zwykłym hipokrytą. Ja również nie powinienem był się wtedy tak unosić. Muszę przyznać, że mogłem zachować się lepiej... jeśli poprawi ci to samopoczucie — stwierdził niechętnie, gdyż mówienie na głos o własnych błędach tylko pogłębiało jego i tak niskie poczucie własnej wartości.
— Ty tylko wtedy broniłeś się przed moimi idiotycznymi uwagami, już nawet nie wiem, jaki był ich cel, co chciałem przez nie osiągnąć... Wolałbym, by wtedy to się nie wydarzyło, lecz czasu się nie cofnie, więc zostaje mi jedynie pracować nad sobą i mieć nadzieję, że pewnego dnia odkupie swoje winy — wyjaśnił, przysiadając gdzieś na uboczu wyspy, woląc, by nikt zbytnio nie słyszał ich rozmowy.
Gdy przysiedli, na moment zapadła cisza. Protektor wlepił wzrok we własne łapy, zastanawiając się, o czym właściwie porozmawiać ze Wzburzonym Kormoranem.
W końcu do głowy przyszedł mu kremowy uciekinier — Królicza Prawda — który był również ojcem pointa.
— Lśniąca Gwiazda powiedział, że my, protektorzy, musimy dbać o to, by każdy kot w Klanie Klifu czuł się jak w domu — odezwał się przesadnie słodkim tonem. W jego głosie pobrzmiewała nuta ironii, choć na tyle subtelna, że trudno byłoby się jej przyczepić. — Dlatego pomyślałem, że cię o coś zapytam. Co właściwie czujesz wobec tej przynależności? Czy po ucieczce twojego ojca pojawiły się u ciebie jakieś wątpliwości?
— Ciekawe, że w klanie nadal są koty, które uważają Króliczą Prawdę za mojego ojca. Myślałem, że plotki innych dawno obaliły to stwierdzenie. Sam już nie wiem, w co wierzyć, jeśli mowa o nim, jakoś nigdy nie byłem blisko ani z nim, ani z matką. Wychodzi na to, że miałem jedynie siostrę i ewentualnie Trójokiego Zająca, opcjonalnie jeszcze Bukową Koronę. Hah, śmiesznie. Niby mam rodzinę, pobratymców, a mimo wszystko wychodzi na to, że jestem bardziej samotny, niż myślałem. — Jego monolog był raczej dość niespodziewany, lecz widać było, że point potrzebował momentu, by się wygadać. — Wybacz, chyba za bardzo się rozgadałem nie na temat. Wątpliwości raczej nie mam, jestem wręcz obojętny na to, kto co robi, stojąc na czele klanu, dopóki nie są to jakieś niewybaczalne zbrodnie.
Protektor nie mógł ukryć tego, że jego brwi na moment zmarszczyły się w irytacji. Obojętny? Na to, co wyprawia lider twojego klanu?
— No nie wiem... moim zdaniem zamordowanie młodego kota, który miał przed sobą całe życie, wydaje się dość niewybaczalną zbrodnią — mruknął, starając się wciąż brzmieć spokojnie i niewzruszenie. — Nie uważam, że Lśniąca Gwiazda powinien posuwać się aż tak daleko. Mógł strącić z siebie Tawułową Bryzę, mógł wrócić do obozu. Zamiast tego zdecydował się go zabić pośród niczego, nie dostarczając nam żadnych dowodów na to, że Tawułowa Bryza naprawdę okazał się zdrajcą. Ale ja jestem tylko głupim protektorem, co ja tam o tym wiem? — prychnął, odwracając pysk od Wzburzonego Kormorana.
— C-co? Jak zabić... — wydukał. — Ugh, co ze mnie za Klifiak, że nawet nie wiem, co się w klanie dzieje... Chyba w ostatnich księżycach za bardzo nie byłem świadomy tego, co jest dookoła mnie... Aldrowandowa Łapa na pewno o tym mi mówiła, ale nie, musiałem jednym uchem słuchać, a drugim puszczać jej słowa. Zdecydowanie nie nadaje się na wojownika, a tym bardziej czyjegoś przyjaciela.
Ciężko westchnął, kierując jasne spojrzenie na ciemną toń wody, która leniwie muskała skałę, na której siedzieli.
— Zdecydowanie nie byłbym dobrym protektorem ani medykiem — zażartował w nerwach.
Naparstnica wyczuł jego wahanie niemal od razu, co sprawiło, że zrobiło mu się cieplej na sercu. Nie dlatego, że lubił patrzeć, jak inne koty są skonfundowane, lecz dlatego, że mógł zmusić Wzburzonego Kormorana do myślenia.
Mniej lub bardziej intencjonalnie poruszył ogonem, delikatnie dotykając jego końcówką boku wojownika.
— No już, nie dobijaj się tak — stwierdził, wciąż nie siląc się na spojrzenie w jego stronę. — Ja ostatnio czuję, że nie mam z kim porozmawiać o sprawach, które przewijają się w Klanie Klifu — westchnął, po czym na moment umilkł.
Do głowy przyszedł mu nagle pomysł.
— Nie chciałbyś może spotykać się częściej? — zaproponował w końcu. — Myślę, że oboje byśmy na tym skorzystali. Chciałbym, żebyśmy wychodzili wspólnie gdzieś daleko od obozu i rozmawiali o tym, co dzieje się w Klanie Klifu. W ten sposób może zmotywuję cię do zwracania uwagi na to, co się dzieje, a ja będę mógł wreszcie ubrać w słowa swoją frustrację. Musiałbyś mi tylko obiecać, że nawet jeśli nie zgodzisz się z moją opinią, nie zdradzisz jej nikomu innemu…
Początkowo point wpatrywał się jedynie szeroko otwartymi oczami w protektora, nie mogą uwierzyć w to, co słyszy.
— Protektorzy chyba też nie mają łatwo, waszym zadaniem jest dbanie o innych, ale co z wami? Ktoś kiedyś próbował się zainteresowaniem tym, co wy czujecie? — mruknął, dzieląc się swoimi przemyśleniami na głos. — Co do spotkań, to bardzo chętnie. Możesz być pewnym, że to, co wtedy opuści nasze pyski, nie będzie powtarzane i nikt inny tych słów nie usłyszy. Jedynie chciałbym wiedzieć, czy z czasem byłaby szansa, aby Aldrowandowa Łapa do nas dołączyła? Ręczę za nią, że będzie trzymać ten swój plotkarski dziób zamknięty. Poza tym ona sama ma specyficzne podejście do tego, co się dzieje teraz w klanie, a przynajmniej tak kojarzę.
Serdeczna Naparstnica rozluźnił w końcu mięśnie, uświadamiając sobie, że od początku zgromadzenia siedział cały spięty. Następnie wzruszył ramionami.
— Jeśli będzie chciała, to czemu nie. Chętnie posłucham, jakie spojrzenie na rządy Lśniącej Gwiazdy mają inne koty — oznajmił, po czym przeniósł wzrok na rudego lidera, który, niczego nieświadomy, siedział na skale pośród innych przywódców. — Wierzę, że kiedyś uda mi się odkryć prawdę na temat tego wszystkiego… — szepnął jeszcze.
Lekki uśmiech zagościł na pysku Kormorana, który następnie otarł się głową o bark niższego. Dopiero kiedy to sobie uświadomił, speszony prędko odsunął się od kocura, uciekając wzrokiem na wszystkie strony świata, tylko by nie spoglądać w jego stronę.
— Tobie na pewno uda się dotrzeć do prawdy — mruknął, starając się udawać, że jego wcześniejszy ruch nie miał miejsca.
Protektor zachichotał na reakcję wojownika, wciąż czując dziwne łaskotanie w miejscu, w którym przed chwilą Wzburzony Kormoran otarł się o niego pyskiem.
— Czyżbyś już przegrywał ze snem? Rozumiem, że niektóre koty wolą chodzić spać wcześniej, ale przesiedzenie jednego zgromadzenia to chyba nie żaden cud?
— Nawet nie wiesz, jak myślenie jest męczące — zażartował point, sięgając łapą w stronę wody, by chwilę później ochlapać nią nieco swego towarzysza rozmowy. — To tak dla pewności, że przynajmniej ty jeszcze nie wymiękasz — dodał z cichym śmiechem.
Serdeczna Naparstnica zadrżał, gdy kropelki wody niespodziewanie zetknęły się z jego futrem.
— Ha, ha… — mruknął, przewracając oczami. — Ja akurat mam już niemałe doświadczenie w niezasypianiu nocami — dodał, niby żartobliwie, choć jego słowa były zupełnie prawdziwe.
— Spokojnie, ja cię w nocy obronie, więc możesz spać spokojnie — wymruczał, wypinając dumnie pierś.
Kocur już chciał powiedzieć, że to nie o swoje fizyczne zdrowie martwił się nocami, lecz słowa te nie przeszły mu przez gardło. Zamiast tego przypomniało mu się, że jeszcze chwilę temu Kormoran zastanawiał się nad tym, kto pomaga protektorom, których obowiązkiem było wspieranie przeciętnych członków Klanu Klifu.
Po chwili ciszy postanowił odpowiedzieć:
— Pytałeś, czy ktoś interesuje się samopoczuciem protektorów… Cóż, najlepiej byłoby, gdyby protektorami zostawały koty, które same nie mają nierówno pod kopułą, lecz w obecnych czasach jest to raczej niemożliwe. Na szczęście jedna z moich starszych sióstr również jest protektorką, więc w razie czego mogę poprosić ją o pomoc. Nikt nam tego nie zakazuje — odparł, choć dobrze wiedział, że nigdy w życiu tego nie zrobił.
— To dobrze, że mimo wszystko masz kogoś takiego, a od teraz nawet i dwa takie koty — odparł z lekkim uśmiechem, nieco poważniejąc. — Czy bycie protektorem jest trudne, podobnie nauka? W sumie to, czego się uczycie jako uczniowie? — spytał, będąc ciekawym.
Wciąż ciężko Naparstnicy było uwierzyć w to, jak bardzo point zmienił się na przestrzeni czasu. Pamiętał, gdy jeszcze wojownik wyśmiewał rangę protektora. Teraz natomiast próbował lepiej ją poznać, co dla starszego było miłym zaskoczeniem.
— Musimy znać przynajmniej podstawy z treningów na wojownika, a także medyka. Nie powiedziałbym, że jest ciężko, jeśli nie ma się zbyt dużych ambicji. Są natomiast koty, które postarają się poznać o wiele więcej technik bitewnych czy sposobów na polowanie, a także takie, które będą bardzo przykładały się do nauki o ziołach i chorobach. Powiedziałbym więc, że to, czy treningi do zostania protektorem są trudne, zależy od tego, jak rozległą wiedzę chce posiadać dany kot.
Chciał kontynuować swój wywód na temat rangi, którą pełnił, lecz wtem ze skały zaczęli przemawiać liderzy.
Nie mógł się doczekać dnia, w którym wraz ze Wzburzonym Kormoranem wybędzie gdzieś daleko poza azyl i wreszcie wyrzuci z siebie całą frustrację związaną z ostatnimi wydarzeniami w Klanie Klifu. Naprawdę potrzebował komuś ponarzekać na tę sprawę bez lęku, że jego poglądy ujrzą światło dzienne i być może sprawią, iż jego życie stanie pod znakiem zapytania.
Dlatego z samego rana, gdy tylko spostrzegł pointa samotnie szwendającego się po obozie, postanowił natychmiast do niego podejść.
— Cześć, Kormoranie — przywitał się spokojnie. — Mam nadzieję, że wczorajsze zgromadzenie nie było tylko wynikiem twojego dobrego humoru, bo chciałem cię spytać, kiedy po raz pierwszy chciałbyś spotkać się poza azylem, by obgadać… no, sam wiesz co.
* * *
Zgromadzenie
— Serdeczna Naparstnico — rozległ się głos. — Jak sobie radzisz jako protektor?
Na dźwięk głosu drugiego kota Naparstnica wzdrygnął się nieco, zdecydowanie nie spodziewając się, że ktokolwiek do niego podejdzie. Sądził, że całą podróż, jak i samo zgromadzenie, spędzi gdzieś na uboczu, w ciszy, obserwując wszystko z bezpiecznej odległości. A jednak ktoś postanowił do niego zagadać.
Gdy spojrzał na swojego rozmówcę, wzdrygnął się po raz drugi. Był to nie kto inny, jak Wzburzony Kormoran, z którym łączyła go dosyć dziwna relacja. Protektor sam nie wiedział już, co właściwie o nim myśleć.
— Cóż... raczej dobrze — mruknął krótko. Miał ochotę od razu zapytać Kormorana o jego opinię na temat ostatnich wydarzeń w Klanie Klifu, lecz w porę ugryzł się w język. Nie wiedział przecież, czy point nie trzyma strony Lśniącej Gwiazdy. A jeśli tak było, jedno nieostrożne pytanie mogło sprowadzić na Naparstnicę więcej kłopotów, niż było to warte.
— To dobrze — odparł, po czym zamilkł na moment. — Wybacz, chyba nie powinienem był próbować zagadać — powiedział cicho, zaczynając nieco zwalniać krok, by oddalić się od protektora.
Serdeczna Naparstnica zamrugał kilka razy, po czym również zwolnił kroku. Sam już nie wiedział, czy dlatego, że chciał zrównać się z drugim Klifiakiem, czy po prostu dlatego, że nadążanie za grupą, mając tak krótkie łapy, było wyjątkowo trudne.
— Za każdym razem, gdy próbujesz polepszyć naszą relację — a przynajmniej zakładam, że właśnie to planujesz — oddalasz się, nim rozmowa zdąży się na dobre rozpocząć — zauważył spokojnie. — Czy tylko mi się wydaje, czy jednak trochę dręczą cię słowa, które powiedziałeś do mnie kilka zgromadzeń temu? — zastanowił się, uważnie wpatrując się w pysk Wzburzonego Kormorana, jakby próbował wyczytać z niego każdą intencję kocura.
Point początkowo na te słowa gorzko się zaśmiał.
— Widać, że nadajesz się na protektora — oznajmił z lekkim uśmiechem. — Chyba po prostu nie jestem dobry w naprawianiu swoich błędów z przeszłości. Do dziś przed oczami mam twój pysk, kiedy to wróciłem do obozu z ciałem Mroźnego Wichru... Kiedy to mówiłeś, bym w końcu odpuścił. Nie wiem, czy to faktycznie byłeś ty, ale chyba właśnie wtedy zrozumiałem, jaką wronią strawą byłem wobec ciebie.
Protektor nie pamiętał już dokładnie tamtego zdarzenia, lecz postanowił o tym nie wspominać. W końcu musiało wydarzyć się dosyć dawno, więc po co je teraz roztrząsać? Zamiast tego po prostu skinął głową.
— Nie mogę powiedzieć, że zachowywałeś się wtedy wzorowo, ale gdybym tylko krytykował ciebie, a o swoim zachowaniu nawet nie wspomniał, byłbym zwykłym hipokrytą. Ja również nie powinienem był się wtedy tak unosić. Muszę przyznać, że mogłem zachować się lepiej... jeśli poprawi ci to samopoczucie — stwierdził niechętnie, gdyż mówienie na głos o własnych błędach tylko pogłębiało jego i tak niskie poczucie własnej wartości.
— Ty tylko wtedy broniłeś się przed moimi idiotycznymi uwagami, już nawet nie wiem, jaki był ich cel, co chciałem przez nie osiągnąć... Wolałbym, by wtedy to się nie wydarzyło, lecz czasu się nie cofnie, więc zostaje mi jedynie pracować nad sobą i mieć nadzieję, że pewnego dnia odkupie swoje winy — wyjaśnił, przysiadając gdzieś na uboczu wyspy, woląc, by nikt zbytnio nie słyszał ich rozmowy.
Gdy przysiedli, na moment zapadła cisza. Protektor wlepił wzrok we własne łapy, zastanawiając się, o czym właściwie porozmawiać ze Wzburzonym Kormoranem.
W końcu do głowy przyszedł mu kremowy uciekinier — Królicza Prawda — który był również ojcem pointa.
— Lśniąca Gwiazda powiedział, że my, protektorzy, musimy dbać o to, by każdy kot w Klanie Klifu czuł się jak w domu — odezwał się przesadnie słodkim tonem. W jego głosie pobrzmiewała nuta ironii, choć na tyle subtelna, że trudno byłoby się jej przyczepić. — Dlatego pomyślałem, że cię o coś zapytam. Co właściwie czujesz wobec tej przynależności? Czy po ucieczce twojego ojca pojawiły się u ciebie jakieś wątpliwości?
— Ciekawe, że w klanie nadal są koty, które uważają Króliczą Prawdę za mojego ojca. Myślałem, że plotki innych dawno obaliły to stwierdzenie. Sam już nie wiem, w co wierzyć, jeśli mowa o nim, jakoś nigdy nie byłem blisko ani z nim, ani z matką. Wychodzi na to, że miałem jedynie siostrę i ewentualnie Trójokiego Zająca, opcjonalnie jeszcze Bukową Koronę. Hah, śmiesznie. Niby mam rodzinę, pobratymców, a mimo wszystko wychodzi na to, że jestem bardziej samotny, niż myślałem. — Jego monolog był raczej dość niespodziewany, lecz widać było, że point potrzebował momentu, by się wygadać. — Wybacz, chyba za bardzo się rozgadałem nie na temat. Wątpliwości raczej nie mam, jestem wręcz obojętny na to, kto co robi, stojąc na czele klanu, dopóki nie są to jakieś niewybaczalne zbrodnie.
Protektor nie mógł ukryć tego, że jego brwi na moment zmarszczyły się w irytacji. Obojętny? Na to, co wyprawia lider twojego klanu?
— No nie wiem... moim zdaniem zamordowanie młodego kota, który miał przed sobą całe życie, wydaje się dość niewybaczalną zbrodnią — mruknął, starając się wciąż brzmieć spokojnie i niewzruszenie. — Nie uważam, że Lśniąca Gwiazda powinien posuwać się aż tak daleko. Mógł strącić z siebie Tawułową Bryzę, mógł wrócić do obozu. Zamiast tego zdecydował się go zabić pośród niczego, nie dostarczając nam żadnych dowodów na to, że Tawułowa Bryza naprawdę okazał się zdrajcą. Ale ja jestem tylko głupim protektorem, co ja tam o tym wiem? — prychnął, odwracając pysk od Wzburzonego Kormorana.
— C-co? Jak zabić... — wydukał. — Ugh, co ze mnie za Klifiak, że nawet nie wiem, co się w klanie dzieje... Chyba w ostatnich księżycach za bardzo nie byłem świadomy tego, co jest dookoła mnie... Aldrowandowa Łapa na pewno o tym mi mówiła, ale nie, musiałem jednym uchem słuchać, a drugim puszczać jej słowa. Zdecydowanie nie nadaje się na wojownika, a tym bardziej czyjegoś przyjaciela.
Ciężko westchnął, kierując jasne spojrzenie na ciemną toń wody, która leniwie muskała skałę, na której siedzieli.
— Zdecydowanie nie byłbym dobrym protektorem ani medykiem — zażartował w nerwach.
Naparstnica wyczuł jego wahanie niemal od razu, co sprawiło, że zrobiło mu się cieplej na sercu. Nie dlatego, że lubił patrzeć, jak inne koty są skonfundowane, lecz dlatego, że mógł zmusić Wzburzonego Kormorana do myślenia.
Mniej lub bardziej intencjonalnie poruszył ogonem, delikatnie dotykając jego końcówką boku wojownika.
— No już, nie dobijaj się tak — stwierdził, wciąż nie siląc się na spojrzenie w jego stronę. — Ja ostatnio czuję, że nie mam z kim porozmawiać o sprawach, które przewijają się w Klanie Klifu — westchnął, po czym na moment umilkł.
Do głowy przyszedł mu nagle pomysł.
— Nie chciałbyś może spotykać się częściej? — zaproponował w końcu. — Myślę, że oboje byśmy na tym skorzystali. Chciałbym, żebyśmy wychodzili wspólnie gdzieś daleko od obozu i rozmawiali o tym, co dzieje się w Klanie Klifu. W ten sposób może zmotywuję cię do zwracania uwagi na to, co się dzieje, a ja będę mógł wreszcie ubrać w słowa swoją frustrację. Musiałbyś mi tylko obiecać, że nawet jeśli nie zgodzisz się z moją opinią, nie zdradzisz jej nikomu innemu…
Początkowo point wpatrywał się jedynie szeroko otwartymi oczami w protektora, nie mogą uwierzyć w to, co słyszy.
— Protektorzy chyba też nie mają łatwo, waszym zadaniem jest dbanie o innych, ale co z wami? Ktoś kiedyś próbował się zainteresowaniem tym, co wy czujecie? — mruknął, dzieląc się swoimi przemyśleniami na głos. — Co do spotkań, to bardzo chętnie. Możesz być pewnym, że to, co wtedy opuści nasze pyski, nie będzie powtarzane i nikt inny tych słów nie usłyszy. Jedynie chciałbym wiedzieć, czy z czasem byłaby szansa, aby Aldrowandowa Łapa do nas dołączyła? Ręczę za nią, że będzie trzymać ten swój plotkarski dziób zamknięty. Poza tym ona sama ma specyficzne podejście do tego, co się dzieje teraz w klanie, a przynajmniej tak kojarzę.
Serdeczna Naparstnica rozluźnił w końcu mięśnie, uświadamiając sobie, że od początku zgromadzenia siedział cały spięty. Następnie wzruszył ramionami.
— Jeśli będzie chciała, to czemu nie. Chętnie posłucham, jakie spojrzenie na rządy Lśniącej Gwiazdy mają inne koty — oznajmił, po czym przeniósł wzrok na rudego lidera, który, niczego nieświadomy, siedział na skale pośród innych przywódców. — Wierzę, że kiedyś uda mi się odkryć prawdę na temat tego wszystkiego… — szepnął jeszcze.
Lekki uśmiech zagościł na pysku Kormorana, który następnie otarł się głową o bark niższego. Dopiero kiedy to sobie uświadomił, speszony prędko odsunął się od kocura, uciekając wzrokiem na wszystkie strony świata, tylko by nie spoglądać w jego stronę.
— Tobie na pewno uda się dotrzeć do prawdy — mruknął, starając się udawać, że jego wcześniejszy ruch nie miał miejsca.
Protektor zachichotał na reakcję wojownika, wciąż czując dziwne łaskotanie w miejscu, w którym przed chwilą Wzburzony Kormoran otarł się o niego pyskiem.
— Czyżbyś już przegrywał ze snem? Rozumiem, że niektóre koty wolą chodzić spać wcześniej, ale przesiedzenie jednego zgromadzenia to chyba nie żaden cud?
— Nawet nie wiesz, jak myślenie jest męczące — zażartował point, sięgając łapą w stronę wody, by chwilę później ochlapać nią nieco swego towarzysza rozmowy. — To tak dla pewności, że przynajmniej ty jeszcze nie wymiękasz — dodał z cichym śmiechem.
Serdeczna Naparstnica zadrżał, gdy kropelki wody niespodziewanie zetknęły się z jego futrem.
— Ha, ha… — mruknął, przewracając oczami. — Ja akurat mam już niemałe doświadczenie w niezasypianiu nocami — dodał, niby żartobliwie, choć jego słowa były zupełnie prawdziwe.
— Spokojnie, ja cię w nocy obronie, więc możesz spać spokojnie — wymruczał, wypinając dumnie pierś.
Kocur już chciał powiedzieć, że to nie o swoje fizyczne zdrowie martwił się nocami, lecz słowa te nie przeszły mu przez gardło. Zamiast tego przypomniało mu się, że jeszcze chwilę temu Kormoran zastanawiał się nad tym, kto pomaga protektorom, których obowiązkiem było wspieranie przeciętnych członków Klanu Klifu.
Po chwili ciszy postanowił odpowiedzieć:
— Pytałeś, czy ktoś interesuje się samopoczuciem protektorów… Cóż, najlepiej byłoby, gdyby protektorami zostawały koty, które same nie mają nierówno pod kopułą, lecz w obecnych czasach jest to raczej niemożliwe. Na szczęście jedna z moich starszych sióstr również jest protektorką, więc w razie czego mogę poprosić ją o pomoc. Nikt nam tego nie zakazuje — odparł, choć dobrze wiedział, że nigdy w życiu tego nie zrobił.
— To dobrze, że mimo wszystko masz kogoś takiego, a od teraz nawet i dwa takie koty — odparł z lekkim uśmiechem, nieco poważniejąc. — Czy bycie protektorem jest trudne, podobnie nauka? W sumie to, czego się uczycie jako uczniowie? — spytał, będąc ciekawym.
Wciąż ciężko Naparstnicy było uwierzyć w to, jak bardzo point zmienił się na przestrzeni czasu. Pamiętał, gdy jeszcze wojownik wyśmiewał rangę protektora. Teraz natomiast próbował lepiej ją poznać, co dla starszego było miłym zaskoczeniem.
— Musimy znać przynajmniej podstawy z treningów na wojownika, a także medyka. Nie powiedziałbym, że jest ciężko, jeśli nie ma się zbyt dużych ambicji. Są natomiast koty, które postarają się poznać o wiele więcej technik bitewnych czy sposobów na polowanie, a także takie, które będą bardzo przykładały się do nauki o ziołach i chorobach. Powiedziałbym więc, że to, czy treningi do zostania protektorem są trudne, zależy od tego, jak rozległą wiedzę chce posiadać dany kot.
Chciał kontynuować swój wywód na temat rangi, którą pełnił, lecz wtem ze skały zaczęli przemawiać liderzy.
* * *
Dlatego z samego rana, gdy tylko spostrzegł pointa samotnie szwendającego się po obozie, postanowił natychmiast do niego podejść.
— Cześć, Kormoranie — przywitał się spokojnie. — Mam nadzieję, że wczorajsze zgromadzenie nie było tylko wynikiem twojego dobrego humoru, bo chciałem cię spytać, kiedy po raz pierwszy chciałbyś spotkać się poza azylem, by obgadać… no, sam wiesz co.
<Wzburzony Kormoranie?>